background image

ANNE McCAFFREY

MERCEDES LACKEY

STATEK KTÓRY

POSZUKIWAŁ

( Przełożył: Andrzej Łukaszewicz ) 

background image

POWRÓT MIĘŚNIOWCA - ŁADOWNIA - ROZBAWIENIE 

Powodowany   czymś,   co   było   mieszaniną   natchnienia   i   szaleństwa,   włączył   silniki 

hamujące. Ślizgowiec zatrzymał się w połowie obrotu; siła odśrodkowa cisnęła Alexem w bok, na 

pasy bezpieczeństwa oraz wyrzuciła szakala  na sam koniec pojazdu i w ogóle z sań. Zwierzę 

poleciało w kierunku sfory, robiąc przy tym co najmniej tuzin koziołków.

Pojazd pomknął w stronę Tii; w tym czasie ona otworzyła wnękę ładunkową i włączyła 

pole siłowe. Miała nadzieję, że Alex zdoła na czas wyhamować, by nie uderzyć w tylną ścianę. 

Wiedziała, że nierówno lecący ślizgowiec bardzo łatwo mógł otrzeć się o coś, wchodząc z taką 

szybkością w pole siłowe.

Nawet   nie   zwolnił,   gdy   zahaczył   o   drzwi   ładowni.   Tia   zamknęła   je   tuż   za   nim.   Nie 

zwracając na to uwagi, Alex zmniejszył moc silników; pojazd wytracał prędkość, sunąc brzuchem 

po podłożu, co wywołało deszcz iskier. Zboczył z kierunku lądowania i uderzył w tył ładowni. 

Przytomny manewr Alexa, wspierany działaniem pola siłowego, osłabił jednak impet uderzenia do 

tego stopnia, że ślizgowiec lekko tylko wgniótł ścianę wychwytującą. Jeszcze raz Alex zawisł na 

pasach bezpieczeństwa. Na bokach i z tyłu  ślizgu widoczne były ślady zębów próbujących  go 

zatrzymać szakali.

Alex   siedział   przez   chwilę   nieruchomo,   ciężko   dysząc.   Sensory   Tii   nie   sygnalizowały 

jakichś obrażeń, więc postanowiła poczekać, aż złapie oddech.

Kiedy  wreszcie   podniósł   głowę,   Tia   z   uwagą   przyjrzała   się   jego   twarzy.   Pokrywał   ją 

rozpalony rumieniec, ale nie było na niej widać oznak szoku lub bólu.

- Cóż - powiedziała spokojnym i zrównoważonym głosem. - Zdaje się, że wiesz, jak zrobić 

na kimś wrażenie.

Zamrugał oczami - zaraz potem opadł swobodnie na fotel i szczerze się roześmiał.

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Rubinowe światło comu pulsowało, gdy Hypatia Cade oderwała się od lekcji. Przed oczami 

siedmiolatki wciąż tańczyły równania kwadratowe, zwróciła jednak uwagę, że pulsacja comu nie 

była taka jak zwykle. Urządzenie zatem nie nagrywało wiadomości ani nie sygnalizowało próby 

połączenia się z nią rodziców. Błyski  były parzyste  i powtarzały się w regularnych  odstępach 

czasu. Znaczyło to, że ktoś był na orbicie i czekał, aż Hypatia odpowie na wezwanie.

Pojawienie się kogoś na górze oznaczało niespodziewane przybycie jakiegoś statku - Tia na 

pamięć   znała   rozkład   przylotów.   Wszystkie   wizyty   wahadłowców   były   bowiem   dokładnie 

zaplanowane, a AI rozpoczynał swój codzienny raport przy śniadaniu właśnie od przypomnienia 

ewentualnych odwiedzin. Tia poczuła dreszcz emocji i postanowiła jak najszybciej odpowiedzieć. 

Zdecydowała, że nie będzie traciła czasu na powiadomienie rodziców. Zresztą, to nie mógł być 

jakiś nagły wypadek, gdyż wtedy AI na pewno przerwałby jej lekcję.

Przetarła oczy, by wymazać obraz tańczących zmiennych, i podsunęła swój stołeczek pod 

tablicę kontrolną comu. Mogła teraz z łatwością dosięgnąć wszystkich przycisków sterujących. Z 

godną podziwu sprawnością dostroiła com, rozgrzała przekaźniki i włączyła linię.

- Grupa poszukiwawcza  C - 121 - powiedziała,  zwracając  uwagę na dykcję,  ponieważ 

mikrofon był stary i często gubił słowa wypowiadane niewyraźnie. - Grupa poszukiwawcza C - 

121, powtarzam. Linia wolna. Odbiór.

Odliczyła nerwowo cztery sekundy, które musiały upłynąć, by dotarła do niej odpowiedź. 

Jedna   przeciwprostokątna,   dwie   przeciwprostokątne,   trzy   przeciwprostokątne,   cztery 

przeciwprostokątne. Kto to może być? Nie zapowiedziane wizyty nieczęsto tu się zdarzały. Tia 

zdawała sobie sprawę, że mogło to być coś niebezpiecznego. W swoim młodym życiu słyszała 

wiele opowieści o napaściach na bezbronne stacje archeologiczne. Nie mogła zatem odrzucić takiej 

możliwości. Chociaż na terenie wykopalisk na Salomon - Kildaire rzadko można było  znaleźć 

przedmioty   cenione   przez   kolekcjonerów   zabytków,   to   czy   złodzieje   musieli   o   tym   wiedzieć? 

Gdyby ktoś taki się pojawił, miała natychmiast zanurkować do ukrytego tunelu ewakuacyjnego, 

który wyprowadziłby ją z kopuły do schronu poza wykopaliskami. Była to pierwsza rzecz, o której 

dowiedziała się od matki i ojca, gdy tylko kopuła została wzniesiona...

- Tutaj kurier TM - 370. Tio, moja droga, czy to ty? Nie bój się, kochana, odbywamy 

właśnie niezbyt pilną misję, a że było nam po drodze, więc przywieźliśmy wcześniej waszą pocztę. 

Odbiór.

Mocny, kontraltowy głos był trochę zniekształcony przez nie najnowsze już głośniki, mimo 

background image

to sprawił Tii wielką radość. Zaczęła lekko podskakiwać na swoim stołeczku, nie mogąc ukryć 

podniecenia.

-  Moira!   Tak,  tak,   to  ja!  Ale...  -  Jej  radość  trochę  przygasła.   Kiedy  ostatnio  Moira  tu 

zawitała, jej kod wywoławczy brzmiał CM, nie TM. - Moiro, co się stało z Charliem? - Jej głos stał 

się jakby poważniejszy. - Czyżbyś przestraszyła kolejnego mięśniowca? Wstydź się! Nie pamiętasz 

już, co ci mówiono, gdy wyrzuciłaś Ariego?! Uh - odbiór.

Cztery sekundy; wieczność.

- Moja droga, ja go wcale nie przestraszyłam - odpowiedziała Moira, jednak Tia wyczuła w 

jej głosie nutkę poczucia winy. - Zdecydował się ożenić, wychować potomstwo, osiąść naboje jak 

szczur lądowy. Nie martw się, ten będzie już ostatni jestem tego pewna. Tomas i ja pasujemy do 

siebie doskonale. Odbiór.

- To samo mówiłaś o Charliem - przypomniała ponuro Tia. - I o Arim, i Lilianie, Julesie, i...

Moira przerwała jej tę nie kończącą się wyliczankę.

- Zapal, proszę, światła lądowania. Dokończymy naszą dyskusję, gdy wyląduję. - Jej głos 

stał się bardziej stanowczy. - Poza tym przywiozłam ci prezent urodzinowy. Dlatego nie mogłam tu 

nie wstąpić. Odbiór.

Tak   jakby   prezent   urodzinowy   zdołał   powstrzymać   ją   przed   wymienianiem   kolejnych 

chybionych prób Moiry z mięśniowcami! Cóż - może troszeczkę.

Zapaliła światła lądowiska, po czym,  czując lekką dumę, wykonała pozostałe czynności 

niezbędne do lądowania. Ustawiła reflektory, włączyła monitory pomocnicze, następnie poleciła 

AI,   by   nawiązał   łączność   z   systemem   nawigacyjnym   Moiry.   Gdyby   Moira   przybyła   tu   parę 

miesięcy   temu,   musiałaby   wylądować   bez   niczyjej   pomocy.   Dzisiaj   jednak   Tia   doskonale 

wiedziała, co ma robić.

Dziewczynka przysunęła się bliżej mikrofonu.

- Wszystko sprawdzone i gotowe do rozpoczęcia ostatniej fazy lądowania, Moiro. Ciekawe, 

co też mi przywiozłaś? Odbiór.

- Och, ty mała spryciaro! - wykrzyknęła Moira głosem pełnym zachwytu. - Uruchomiłaś 

cały system. Sporo się nauczyłaś od naszego ostatniego spotkania! Dziękuję ci, moja droga, a o 

tym, co ci przywiozłam, dowiesz się, gdy już będę na dole. Bez odbioru.

No   cóż,   próbowała.   Zeskoczyła   ze   swojego   stołka,   pozwalając,   aby   AI   i   zewnętrzne 

systemy nawigacyjne przejęli kontrolę nad wprowadzeniem statku mózgowego do bazy. Moira nie 

oddawała   nikomu   sterów,   jeżeli   to   nie   było   konieczne.   Stanowiło   to   jedną   z   przyczyn   jej 

odwiecznych problemów z mięśniowcami. Nie ufała im, gdy mieli prowadzić i do tego zupełnie się 

z tym nie kryła. Szczególnie Ariemu było to nie w smak. Za wszelką cenę chciał udowodnić, że 

background image

równie dobrze czuje się za sterami AM - 370. Doszło nawet do tego, że próbował uniemożliwić jej 

kontrolę nad statkiem.

Teraz  trzeba  było  podjąć  następną decyzję:  czy powinna  się ubrać  i pójść zawiadomić 

rodziców? Złapanie ich przez com nie było takie proste; prawdopodobnie nie mieli przy sobie 

osobistych nadajników. A jeżeli nawet je mieli, to nie oczekiwali żadnego wezwania. Nie był to 

nagły wypadek i z pewnością nie byliby zadowoleni, gdyby przerwała im jakąś istotną pracę, na 

przykład dokumentację znalezisk czy żmudne oznaczanie ich wieku. Nie pomógłby nawet fakt, że 

statkiem, który przyleciał, była Moira.

Poza tym Moira nie wspomniała o niczym, co byłoby dla nich istotne. Z pewnością nie 

poruszałaby tak błahych tematów, jak zmiana mięśniowców czy prezent urodzinowy, gdyby miała 

do przekazania coś naprawdę ważnego. Tia zerknęła na zegar; do przerwy na lunch nie zostało 

więcej niż pół godziny. Wiedziała, że dla jej rodziców, Poty Andropolous - Cade (doktora nauk 

biosądowniczych, ksenologii, archeologii) i jej męża Braddona Maartensa - Cade'a (doktora nauk 

geologicznych,   fizyki   astralnej   i   licencjonowanego   astrologatora),   punktualność   była   sprawą 

podstawową. Dokładnie o godzinie siódmej każdego ranka, niezależnie od miejsca pobytu, rodzina 

Cade'ów spożywała śniadanie. Punktualnie o dwunastej rodzice wracali do kopuły, by wspólnie z 

Tią zjeść lunch. AI miał dopilnować, żeby o szesnastej Tia zjadła coś na przekąskę. Natomiast o 

dziewiętnastej powracali na wspólną kolację.

Zatem   za   trzydzieści   minut   Pota   i   Braddon   przybędą   do   kopuły.   Moira   nie   mogła 

wylądować później niż za dwadzieścia minut. Gość ze statku powinien zatem zjawić się tu jeszcze 

przed nimi.

Tia   krzątała   się   po   pokoju   gościnnym   kopuły,   zbierając   swoje   książki   i   łamigłówki, 

wyrównując poduszki na sofie, zapalając lampy i holoskop, który wyświetlał falujące niebieskie 

drzewa na tle zielonej laguny na Myconie, gdzie poznali się jej rodzice. Poleciła AI, by zaparzył 

kawę. Pominęła przy tym program przygotowania lunchu, włączając system V - l, który Braddon 

zainstalował, by mogła przyjmować gości. Sama wybrała muzykę; żywszą część Suity Arkenstone, 

która według niej najbardziej pasowała do sytuacji.

Ponieważ skończyła przygotowania, a nikt się jeszcze nie pojawił, czekała. Czekanie było 

czymś, czego nauczyła się bardzo wcześnie. Sądziła, że umie to robić bezbłędnie, gdyż sporo miała 

takich   “pustych"   chwil   w   swoim   młodym   życiu.   Czas   dziecka   archeologów   przepełniony   był 

czekaniem, zazwyczaj samotnym, co czyniło je o wiele bardziej samodzielnym.

Tia   nie   znała   innych   dzieci,   nie   miała   kolegów   w   swoim   wieku.   Rodzice   zazwyczaj 

prowadzili   prace   wykopaliskowe   tylko   we   dwoje,   gdyż   specjalizowali   się   w   stanowiskach 

pierwszej klasy; gdy takich nie było, prowadzili wykopaliska drugiej klasy. Nigdy natomiast nie 

background image

uczestniczyli w pracach trzeciej klasy. A tam właśnie znajdowały się setki ludzi wraz ze swymi 

rodzinami.   Nieczęsto   się  też   zdarzało,  by inni   naukowcy  w   wieku  jej   rodziców,  pracujący  na 

stanowiskach drugiej klasy, mieli siedmioletnie dzieci.

Wiedziała, że to, iż rodzice zabierali ją na każdą wyprawę, było uważane za postępowanie 

dość ekscentryczne - zwłaszcza że była tak małym dzieckiem. Większość małżeństw pracujących z 

dala od domu zostawiała swe pociechy u krewnych lub wysyłała je do szkół z internatami.

Tia   słuchała  toczących  się  wkoło  rozmów  dorosłych,  a  oni  nie  zwracali   na nią  uwagi, 

sądząc, że niczego nie rozumie. Sporo się dzięki temu nauczyła; prawdopodobnie dużo więcej niż 

rodzice mogli przypuszczać.

Wielokrotnie podsłyszała twierdzenie, iż była efektem czegoś nie przemyślanego. Kiedy 

indziej dotarło do jej uszu słowo “wpadka".

Bardzo dobrze rozumiała, co znaczyły owe komentarze. Kiedy ostatnim razem ktoś znów 

się tak wyraził, stwierdziła, że ma już dosyć tego wszystkiego.

Zdarzyło się to na przyjęciu, podczas przeglądania pism naukowych. Podeszła prosto do 

kobiety,   która   zadała   tego   rodzaju   pytanie,   i   rzetelnie   ją   poinformowała,   że   ona,   Tia,   była 

zaplanowana   bardzo   “uważnie".   Braddon   i   Pota   uzgodnili   wspólnie,   iż   dziecko   nie   będzie 

kolidowało z ich karierami, jeżeli zdecydują się na nie w odpowiednim momencie. Zatem urodziła 

się, gdy jej rodzice mieli już ustaloną renomę w świecie nauki. Była  zaplanowana od samego 

początku;   od   decyzji,   że   się   urodzi,   po   każdy   detal   z   nią   związany;   od   miniaturowego 

nadmuchiwanego   pojemnika,   który   służył   jej   za   kołyskę,   zanim   zaczęła   raczkować,   przez 

pneumatyczny namiot, który był jej dziecięcym pokoikiem, po wybór AI, który najlepiej spełniał 

podwójną funkcję nauczyciela i opiekuna.

Nieszczęsna kobieta, która zadała pytanie, zaczerwieniła się po same uszy i nie wiedziała, 

co   powiedzieć.   Pozostali   próbowali   zatrzeć   niekorzystne   wrażenie,   śmiejąc   się   i   tłumacząc 

jednocześnie, iż dziecko właśnie powtarzało to, co usłyszało w rozmowie dorosłych i z pewnością 

nie rozumie ani jednego słowa.

Jednak chwilę potem Tia, posługując się etnologicznym nazewnictwem czterech różnych 

gatunków, włączając w to homo sapiens, udowodniła bezpodstawność uwag swego przedmówcy.

Następnie,   w   czasie   gdy   całe   towarzystwo   nie   było   w   stanie   wykrztusić   ani   słowa, 

odwróciła się do oniemiałej kobiety. Poradziła jej, by zamiast zajmować się cudzymi sprawami, 

pomyślała o swoim potomstwie, bo jak tak dalej pójdzie, może nie zdążyć przed menopauzą.

Tia   dosłownie   zamknęła   usta   wszystkim   w   tej   części   pokoju.   Gdy   później   gospodarz 

przyjęcia skarżył się na nią, nie żałowała ani jednego słowa.

- Ona była niegrzeczna i złośliwa - powiedziała.

background image

Kiedy gospodarz zaprotestował, że uwagi nie były przeznaczone dla niej, Tia odrzekła mu z 

niezaprzeczalną logiką:

-   Wiec   nie   powinna   tego   mówić   tak   głośno.   Robienie   niegrzecznych   uwag  za   czyimiś 

plecami jest gorsze, niż powiedzenie czegoś niemiłego prosto w oczy.

Braddon, zmuszany do rozprawienia się ze swoją córką, niedbale wzruszył ramionami i 

stwierdził tylko:

- Ostrzegałem cię. A ty mi nie wierzyłeś.

Tia nigdy nie dowiedziała się, przed czym właściwie tato ostrzegał doktora Juliusa.

Od tamtego zdarzenia uwagi o tym, że była “nie zaplanowana" czy też “przypadkowa", 

przynajmniej w jej obecności, skończyły się. Mimo to, ludzi wciąż niepokoiła jej przedwczesna 

dojrzałość oraz to, że nie miała wielu okazji do zabawy ze swoimi rówieśnikami.

Tak naprawdę jednak Tia nie dbała o to, że nie znała dzieci, z którymi mogłaby się bawić. 

Pobierała najlepsze lekcje w znanym jej wszechświecie dzięki centrum bazy danych; miała również 

AI, z którym mogła rozmawiać, mnóstwo rzeczy do zabawy, a także nieograniczoną swobodę w 

decydowaniu o swoich zajęciach; oczywiście, gdy tylko lekcje były odrobione. A co najważniejsze 

- miała mamę i tatę, którzy spędzali z nią o wiele więcej czasu, niż większość rodziców poświęca 

swym dzieciom. Wiedziała o tym z książkowych statystyk dotyczących opieki nad dziećmi, jak i od 

Sokratesa z AI, który wszędzie z nimi podróżował. Rodzice nigdy nie byli znudzeni jej pytaniami i 

rozmawiali z nią zawsze, niezależnie od jej wieku. Jeżeli czegoś nie rozumiała, wystarczyło jedno 

jej   słowo,   by   zaraz   tłumaczyli   wszystko   i   powtarzali   aż   do   znudzenia.   Gdy   praca   przy 

wykopaliskach   nie   angażowała   ich   bez   reszty,   zabierali   ją   ze   sobą.   Nigdy   nie   słyszała,   by 

jakiekolwiek dziecko przebywało z rodzicami w ich miejscu pracy. Jedyne, co mogła im zarzucić, 

to fakt, że czasem tłumaczyli  jej coś zbyt  dokładnie. Doskonale pamiętała moment, w którym 

zaczęła pytać: “dlaczego?" przy każdej okazji. Sokrates powiedział jej, że to pytanie jest etapem, 

przez który każde dziecko musi przejść - zazwyczaj po to, by zwrócić na siebie uwagę dorosłych. 

Ale Pota i Braddon brali ją bardzo dosłownie...

AI stwierdził niedawno, że jej etap “dlaczego?" był chyba rekordowo krótki. Stało się tak, 

ponieważ rodzice odpowiadali na każde jej pytanie, wdając się w najdrobniejsze szczegóły. Gdy 

byli pewni, że wszystko rozumie, nie miała już właściwie o co pytać.

Po miesiącu “dlaczego?" przestało ją bawić, więc zajęła się innymi rzeczami.

Zupełnie   nie   tęskniła   za   innymi   dziećmi.   Kiedy   się   z   nimi   spotykała,   traktowała   je   z 

przezornością antropologa odkrywającego nowe, potencjalnie groźne gatunki. Uczucie to narastało 

do tego stopnia, że inne dzieci zaczęły się jej jawić jako nudne kreatury. Ich zainteresowania, ich 

światy były bardzo ubogie, ich zasób słownictwa był ledwie cząstką tego, którym posługiwała się 

background image

Tia. Poza tym większość z nich nie miała najmniejszego pojęcia o grze w szachy.

Mama opowiadała w towarzystwie historię, jak to pewnego razu dwuletnia Tia do tego 

stopnia oszołomiła jedną ze swoich dorosłych rozmówczyń, że ta aż zamilkła. W pomieszczeniu, w 

którym przebywały, stały na stoliku piękne, zabytkowe szachy. Mała przez pół godziny wpatrywała 

się w nie błagalnym wzrokiem, zanim kobieta zorientowała się, o co jej chodzi.

Tia także doskonale pamiętała to wydarzenie. Kobieta wzięła do ręki pięknie rzeźbionego 

skoczka i zaczęła poruszać nim przed oczami Tii.

- Widzisz konika? - rzekła przymilnie. - Czyż nie jest śliczny?

W tym momencie Tia wstała urażona, wyprostowała się dumnie i spojrzała kobiecie prosto 

w oczy.

- To nie jest konik - oznajmiła chłodno i wyraźnie. - To jest skoczek. Porusza się po literze 

L. I mama mówi, że jest to figura często pośw... pwś... puwś...

W tym momencie przyszła jej z pomocą mama.

- Poświęcana? - podpowiedziała. - To znaczy “poddawana".

Tia skinęła główką, promieniejąc wdzięcznością.

- Bardzo często poddawana, zaraz po pionkach. - Następnie spojrzawszy na kobietę dodała: 

- Które bynajmniej nie są małymi ludzikami!

Kobieta skryła się w kącie i nie opuściła go, dopóki Tia i jej rodzice pozostawali w pokoju. 

Rozbawiony tą sytuacją przełożony mamy zdjął ze stolika szachy i zagrał z Tia partię. Oczywiście 

wygrał, ale Tia pokazała, że w istocie szachy nie są jej obce. Mężczyzna był pod takim wrażeniem, 

iż zabrał ją ze sobą na taras, gdzie razem rozpoznawali gatunki żerujących tam ptaków.

Wtedy właśnie odkryła, że istnieją dwa sposoby zwracania uwagi dorosłych: albo poprzez 

wprowadzanie ich w zachwyt, albo poprzez gorszenie. Moira należała do tych oczarowanych, w 

przeciwieństwie do większości jej mięśniowców. Jedynie Charlie był tu wyjątkiem i dlatego Tia 

sądziła, że właśnie on pozostanie na statku mózgowym. Poza tym nie miał nic przeciwko temu, by 

wygrywała z nim w szachy.

Westchnęła. Prawdopodobnie nowy mięśniowiec będzie należał do tego drugiego rodzaju 

ludzi.

- Twój gość jest na lądowisku - powiedział AI, wyrywając ją z zamyślenia. - Ma na imię 

Tomas. Moira prosiła, żebyś włączyła przeze mnie powierzchniową linię radiową, by mogła z tobą 

porozmawiać, w czasie gdy Tomas pomaszeruje w kierunku kopuły.

- Zrób to Sokratesie - rzekła do AI.

Oto cały problem z AI: jeżeli nie dostanie wyraźnego polecenia, to trzeba mu wszystko 

potwierdzać, zanim cokolwiek zrobi. W podobnej sytuacji człowiek z kapsuły dobrze wiedziałby, 

background image

jakie czynności należy wykonać.

- Tomas ma twój prezent urodzinowy - powiedziała po chwili Moira. - Mam nadzieję, że ci 

się spodoba.

- To znaczy, czy on mi się spodoba? - odpowiedziała sprytnie. - Masz nadzieję, że go nie 

przestraszę.

-   Powiedzmy,   że   użyję   cię   jako   papierka   lakmusowego,   dobrze?   -   spytała   Moira.   -   I 

pamiętaj, kochanie - Charlie naprawdę zakochał się w ziemskim pyle. Odkąd poznał Michiko, loty 

kosmiczne przestały go bawić. - Westchnęła. - Jakież to było romantyczne. Prawdziwa miłość w 

stylu Romea i Julii, taka, o jakiej rzadko się już słyszy. Michiko jest czarującą, małą laleczką - 

naprawdę nie mogę go o nic winić. Właściwie... częściowo to jest też twoja wina. Tak był tobą 

zafascynowany, że mówił już tylko o tym, jak bardzo chciałby mieć dziecko podobne do ciebie. 

Cóż,   Michiko   namówiła   Centralę,   by   znalazła   mu   pracę   na   ziemi,   a   na   jego   miejsce 

zaproponowano mi Tomasa, i to bez żadnej grzywny, gdyż tym razem to nie ja byłam sprawczynią 

całego zamieszania.

-   Płacenie   za   odpadających   mięśniowców   jest   chyba   twoim   odwiecznym   problemem   - 

zaczęła Tia, gdy wewnętrzne drzwi dla przylatujących rozsunęły się i ktoś w antyciśnieniowym 

kombinezonie przeszedł przez próg, trzymając w ręku pudełko i hełm.

Tia z dezaprobatą spojrzała na jego hełm; zdjął go w łączniku, gdy tylko ciśnienie zostało 

wyrównane.   To   nie   był   najlepszy   pomysł.   Łączniki   znane   były   bowiem   z   nieszczelności, 

szczególnie te stare, które znajdowały się w eksploratoriach pierwszej klasy. Tak wiec na samym 

początku musiała postawić mu punkt w kolumnie minusów. Powierzchowność jednak miał miłą, co 

łagodziło pierwsze wrażenie. Jego okrągła, opalona twarz otoczona była kruczoczarnymi włosami, 

miał   jasnobrązowe,   budzące   zaufanie   oczy   i   szerokie   usta.   Tak   więc   jego   wygląd   wywarł   na 

dziewczynce korzystne wrażenie.

Dość szybko wszedł do środka.

- Cześć, Tomas - powiedziała bez emocji. - Nie powinieneś zdejmować hełmu w łączniku, 

wiesz? Należało poczekać, aż wewnętrzna śluza zostanie zasunięta.

- Ona ma rację, Tomas. - Głos Moiry zabrzmiał z tablicy comu. - Te wykopy pierwszej 

klasy   zawsze   miały   najgorsze   wyposażenie.   Wszystko   tu   jest   stare,   a   niektóre   urządzenia   z 

pewnością nie są niezawodne. Zabezpieczenia śluz puszczają bez przerwy.

-   Ostatni   raz   coś   takiego   wydarzyło   się   miesiąc   temu,   kiedy   wchodziłam   do   środka   - 

potwierdziła słowa Moiry Tia. - Mama przez wiele godzin instalowała nowe zabezpieczenia, a 

mimo to nie była z nich do końca zadowolona.

Tom   zaczął   się   powoli   wycofywać,   a   w   jego   oczach   można   było   zauważyć   wyraz 

background image

głębokiego zdziwienia. Prawdopodobnie chciał zapytać, gdzie są jej rodzice. Nie spodziewał się 

powitania   zaczynającego   się   od   wykładu   na   temat   bezpiecznego   korzystania   z   kombinezonu 

antyciśnieniowego.

- Och! - To było wszystko, co zdołał wykrztusić. - Ach, dziękuję, będę o tym pamiętał w 

przyszłości.

- Nie ma za co - odrzekła. - Moi rodzice są na terenie wykopalisk. Wybacz zatem, że nie 

mogą się w tej chwili z tobą spotkać.

- Powinnam was sobie przedstawić. - Usłyszeli głos Moiry z comu. - Tomas, to jest Hypatia 

Cade.   Jej   matką   jest   doktor   Pota   Andropolous   -   Cade,   natomiast   jej   ojcem   -   doktor   Braddon 

Maartens   -   Cade.   Tia,   to   jest   Tomas   Delacorte   -   Ibanez.   -   Miło   mi   cię   poznać,   Tomas   - 

odpowiedziała z wyszukaną grzecznością. - Mama i tata będą tutaj za - spojrzała na swój zegarek - 

dziesięć minut. Może zanim się zjawią, napijesz się świeżej kawy i coś zjesz?

Znów wydawał się cofać w kierunku wyjścia.

- Proszę o kawę - powiedział po chwili. - Jeśli będziesz tak dobra.

Obserwowała go z kuchni. Tomas w tym czasie zdjął skafander i gdy wróciła z filiżanką 

kawy oraz z czymś do zjedzenia, musiała w duchu przyznać, że był bardzo przystojny w obcisłym, 

skórzanym  kombinezonie pokładowym. Nie był  jednak wyjątkiem, wszyscy mięśniowcy Moiry 

byli dobrze zbudowani. To była także część problemu; Moira miała skłonności do ich wyboru na 

podstawie wyglądu, dopiero później zwracała uwagę na ich osobowość.

Przyjął   kawę   i   jedzenie   z   lekkim   zakłopotaniem,   tak   jakby   zdecydował   się   traktować 

dziewczynkę jako rodzaj nieznanego, nowego doznania. Ona ledwo mogła powstrzymać  się od 

śmiechu.

- To bardzo niezwykłe imię - powiedział po niezręcznie długiej przerwie. - Hypatia, czy nie 

tak?

- Tak - odparła. - Dano mi tak na imię na cześć ostatniej opiekunki wielkiej biblioteki 

aleksandryjskiej na planecie Terra.

Tia zauważyła, że nieobce są mu historyczne imiona i fakty. Tak więc, w przeciwieństwie 

do swojego poprzednika Julia, nie był kompletnym ignorantem, jeżeli chodziło o historię.

- Ach, to mogło być wtedy, kiedy spalili ją Rzymianie, za czasów Kleopatry - zaczął.

Przerwała mu, kręcąc głową.

- Nie, biblioteka nie została wtedy zniszczona.  Przetrwała  aż do czasów Konstantyna  - 

kontynuowała,   rozkoszując   się   swoją   ulubioną   opowieścią   i   przekazując   ją   dokładnie   tak,   jak 

usłyszała ją od Poty i jak zapisana była w historycznym centrum bazy danych. - Działo się to, gdy 

sfora   brudnych   chrześcijańskich   fanatyków   zdobyła   bibliotekę,   której   opiekunką   była   Hypatia. 

background image

Nakłonili ich do tego ludzie zwący siebie prorokami i świętymi, a pragnący, aby spłonęła do cna, 

gdyż   zawierała   “pogańskie   książki,   kłamstwa   i   herezje".   Kiedy   Hypatia   próbowała   ich 

powstrzymać, została zamordowana - ukamienowana i stratowana na śmierć.

- Och - rzekł słabo Tomas zupełnie zaskoczony; wydawał się szukać czegoś odpowiedniego 

do powiedzenia i wybrał pierwszą myśl, która mu przyszła do głowy. - Uch, dlaczego nazwałaś ich 

“brudnymi chrześcijanami"?

-   Bo   tacy   byli  -   odpowiedziała   zniecierpliwiona.   -   Byli   fanatykami,   w   większości 

wyrzutkami lub pustelnikami, którzy przyrzekli się nie kąpać, gdyż kąpiel była domeną Rzymian i 

pogan. - Tia udała,  że wącha. - Przypuszczam,  że nie przeszkadzało  im to, iż przy tej okazji 

stwarzali   doskonałe   warunki   do   życia   pchłom,   a   ich   ciała   wprost   cuchnęły.   Nie   wspomnę   o 

chorobach!

- Przypuszczam, że byli zaślepieni swoim fanatyzmem - stwierdził nieśmiało Tomas.

- Uważam, iż Hypatia była bardzo odważna, lecz trochę za mało sprytna - kończyła Tia. - 

Nie   sądzę,   bym   na   jej   miejscu   stała   bezczynnie   i   pozwoliła   rzucać   w   siebie   kamieniami. 

Uciekłabym albo pozamykałabym wrota - lub coś w tym rodzaju.

- Cóż, może nie miała wyboru - powiedział ostrożnie Tomas. - Myślę, że w takiej chwili nie 

była w stanie zatrzymać tych ludzi i było zbyt późno, żeby uciec.

Tia skinęła powoli głową i pomyślała o ciężkich aleksandryjskich szatach, w których na 

pewno nie można było swobodnie biegać.

- Sądzę, że masz rację - zgodziła się. - Odkąd pamiętam, trudno było  mi pogodzić się 

zmyślą, że Ona była głupia.

Tomas roześmiał się.

- To znaczy - nie mogłaś pogodzić się z faktem, że kobieta, na której cześć dano ci imię, 

była głupia? Doskonale cię rozumiem. O wiele przyjemniej jest nosić imię bohatera, który był 

odważny, bo nie miał innego wyjścia, niż kogoś, kto był za mało przebiegły, by uniknąć kłopotów.

Tia   roześmiała   się   szczerze   i   zrozumiała,   że   polubi   To   -   masa.   Zauważyła,   że   choć 

początkowo nie wiedział, jak ją traktować, to jednak szybko zaczął z nią rozmawiać jak z kimś 

równym sobie, inteligentnym i wrażliwym.

Najwyraźniej Moira też to spostrzegła, bo kiedy mówiła, jej głos był o wiele spokojniejszy.

-   Tomas,   czyżbyś   o   czymś   zapomniał?   Przecież   przywiozłeś   Tii   jej   spóźniony   prezent 

urodzinowy.

- Rzeczywiście zapomniałem! - wykrzyknął. - Wybacz mi, Tia!

Podał jej pudełko, a ona musiała bardzo uważać, by nie porwać go natychmiast, jak z 

pewnością zrobiłoby małe dziecko.

background image

-   Dziękuję   ci,   Moira   -   powiedziała   w   kierunku   tablicy   comu.   -   Nic   nie   szkodzi,   że 

spóźniony. Wiesz dobrze, iż sprawiłaś mi wielką radość.

- Jesteś po prostu zbyt dobrze wychowana, by okazać swoje uczucia - zaśmiała się Moira. - 

No dalej, otwórz prezent!

Tia   ostrożnie   zdjęła   klamry   kurierskiej   skrzynki,   by   ujrzeć   pod   spodem   kolorowe 

opakowanie. W środku znajdowało się coś o nieregularnych kształtach...

...Nie wytrzymała dłużej i dopadła do prezentu jak każde zwyczajne dziecko.

- Och! - wykrzyknęła, gdy dotarła do ukrytej zabawki. Schwyciła ją bez słowa i uniosła do 

góry, przyglądając się jej w jasnym świetle kopuły.

- Podoba ci się? - spytała niespokojnie Moira. - To znaczy, wiem, że o to prosiłaś, ale 

rośniesz tak szybko; bałam się, że dostaniesz go za późno.

- Kocham go! - wykrzyknęła Tia, ściskając mocno jasnoniebieskiego misia i tuląc policzek 

do jego miękkiego futerka. - Och, Moiro, ja go po prostu kocham!

-   Cóż,   niełatwo   było   go   zdobyć;   pozwól,   że   ci   o   tym   opowiemy.   -   I   Moira   zaczęła 

opowiadać z ożywieniem, a szeroki uśmiech na twarzy Tomasa stał się jeszcze szerszy. - Wy, 

delikatnicy, jesteście w ciągłym ruchu; musiałam znaleźć misia, który odpowiadałby określonym 

wymaganiom; takiego, który wytrzymałby wszelkie próby. Musisz wiedzieć, że w ogóle niełatwo 

jest   znaleźć   pluszowego   misia   w   tej   części   kosmosu.   Chyba   po   prostu   wyszły   z   mody.   Nie 

przeszkadza ci to, że jest niebieski?

- Lubię niebieski kolor - rzekła uszczęśliwiona Tia.

- A czy może być taki puszysty? To był pomysł Tomasa.

- Dziękuję ci - zwróciła się do mięśniowca. - Jest cudowny w dotyku.

- Miałem kudłatego psa, kiedy byłem w twoim wieku - wyjaśnił. - Gdy Moira powiedziała, 

że chcesz misia podobnego do tego, jakim ona się bawiła, zanim została człowiekiem z kapsuły, 

pomyślałem sobie, że ten oto kolega będzie lepszy niż jakikolwiek inny miś.

Pochylił   się   nad   nią   poufale   i   przez   chwilę   Tia   bała   się,   iż   zaczyna   traktować   ją 

protekcjonalnie tylko dlatego, że tak entuzjastycznie zareagowała na zabawkę.

-   Muszę   ci   się   do   czegoś   przyznać,   Tia.   Przekopywanie   tych   wszystkich   sklepów   z 

zabawkami sprawiło mi naprawdę wielką przyjemność - wyszeptał. - Mnóstwo tych rzeczy nigdy 

nie dotrze do dzieci. Znalazłem na przykład logiczne łamigłówki, o jakich ci się nie śniło, zestaw 

do robienia magicznych sztuczek, któremu nie mogłem się oprzeć, i obawiam się, że wydałem zbyt 

dużo pieniędzy na modele statków kosmicznych.

Roześmiała się.

-   Nikomu   o   tym   nie   powiem,   jeśli   ty   nie   powiesz   -   odpowiedziała,   zniżając   głos   do 

background image

konspiracyjnego szeptu.

- Pota i Braddon są w łączniku - przerwał Sokrates. - Czy mam zarządzić, żeby kuchnia 

przygotowała lunch?

- Zatem właściwie dlaczego się tu znaleźliście? - zapytał Tomas, kiedy mieli już za sobą 

wymianę grzecznościowych zwrotów i rozmowa nieuchronnie poczęła zmierzać ku kwestii pracy 

Braddona i Poty.

Wskazał ruchem ręki na krajobraz rozpościerający się za oknem widokowym. Wokół pięły 

się w niebo góry o wiele, wiele wyższe niż na planecie Terra, czy też na jakiejkolwiek innej znanej 

mu planecie. Ta niewielka kula skał, pokryta cienką warstwą pyłu, była bardzo podobna do owych 

dzikich części Marsa, z czasów gdy jeszcze nie został uformowany na podobieństwo Terry. Niebo 

nad tą planetą było tak ciemne w środku dnia, że obok słońca doskonale było widać wszystkie 

gwiazdy.

- Nie sądzę, by było tu coś ciekawego dla archeologa. Przecież nie ma tu powietrza w 

atmosferze, a sama sceneria, choć fascynująca, nie jest chyba warta spędzenia tutaj wielu miesięcy.

Braddon zaśmiał się, a jego wydatne usta rozszerzyły się, ukazując mocne zęby. Także Tia 

skryła   uśmiechniętą   twarz.   Świadomie   czy   też   nie,   Tomas   pobudził   jej   ojca   do   udzielenia 

wyczerpujących objaśnień. Całe szczęście, że Braddon miał dar ciekawego opowiadania. Zawsze 

był   wykładowcą   bardzo   chętnie   zapraszanym   na   rozmaite   sesje   naukowe,   oczywiście   jeżeli 

dysponował czasem.

-   Nikt   nie   spodziewa   się   znaleźć   czegokolwiek   na   planetach   takich   jak   ta,   Tomas   - 

odpowiedział Braddon, opierając się wygodnie na rozrzuconych na sofie poduszkach. - Dlatego 

właśnie   te   wykopaliska   są   tak   intrygujące.   James   Salomon   i   Tory   Kildaire   odkryli   pierwsze 

budowle na czwartym  księżycu  Bety - Orionie Trzy;  a tam z pewnością nie było  normalnych 

warunków.   Praktycznie   każdego   ważnego   odkrycia   dokonywano   na   całkowicie   lub   prawie 

całkowicie   pozbawionych   powietrza   planetach.   Pota   i   ja   pracowaliśmy   na   ponad   dwunastu 

stanowiskach archeologicznych, wykonując badania pierwszej klasy; wszystkie były podobne do 

tego.

Tomas znów spojrzał przez okno widokowe.

- Z tego wynika, że byli oni...

- ...kosmicznymi wędrowcami, tak? - dokończyła Pota, potrząsając głową, aż zawirowały 

jej   szarobrązowe   włosy.   -   Myślę,   że   co   do   tego   nie   ma   żadnych   wątpliwości.   Mimo   iż   nie 

znaleźliśmy śladu czegokolwiek, co mogło im służyć do przenoszenia się z kolonii do kolonii - ale 

to nie jest bynajmniej najistotniejsza kwestia. 

background image

Braddon skinął głową.

- Prawdziwą zagadką  jest to, dlaczego  nigdy nie  zakładali  stałych  osad. Nigdy też  nie 

pozostawali w jednym miejscu dłużej niż kilka dekad. Nikt nie wie, dlaczego przybyli akurat tutaj i 

dlaczego stąd odlecieli.

Tomas roześmiał się.

- Coś mi się wydaje, że zmieniali planety tak często, jak wy dwoje - powiedział. - Być może 

robili po prostu to samo co wy - odkrywali dawne cywilizacje i podążali ich śladem wśród gwiazd.

Braddon wykrzyknął z udawanym przerażeniem.

- Proszę! Nawet nie myśl w ten sposób! 

Pota tylko się roześmiała.

- Gdyby tak było, znaleźlibyśmy ślady ich działalności - stwierdziła, uderzając jednocześnie 

Braddona   w   kolano   z   figlarną   przestrogą.   -   Reasumując:   mimo   tak   niekorzystnych   warunków 

umieli   doskonale   przechowywać   różnorakie   przedmioty.   Gdyby   EsKaysi   byli   archeologami,   z 

pewnością znaleźlibyśmy podstawowe narzędzia ich pracy. Ciągle zużywamy szczotki i łopaty, 

które po prostu zostawiamy na bezużytecznych  stanowiskach. Oni robiliby prawdopodobnie to 

samo.

- A co z odpadami? - podjęła Tia. - Przecież bez przerwy wyrzucacie nieudane odlewy 

znalezisk, mamo. Gdyby byli archeologami, musielibyśmy odnaleźć stosy odpadów.

- Rzeczywiście, Tia ma rację - przyznał Braddon. - Oto i masz, Tomasie, niezbity dowód.

- Przekonaliście mnie - odrzekł dobrodusznie Tomas.

-   I   gdyby   ta  teoria   była   prawdziwa,   czyż   nie   powinno   tu   być   śladów   wcześniejszych 

cywilizacji? - wtrąciła Moira. - A wy nigdy nie znaleźliście niczego, co byłoby wytworem innej 

rasy niż EsKaysów.

- W tym właśnie rzecz - potwierdziła Pota i uśmiechnęła się. - Sam widzisz, Tomasie, jak 

łatwo można obalić archeologiczne teorie.

- Powinienem więc być wdzięczny za to, że jestem partnerem Moiry - powiedział Tomas. - 

I zostawić wszelkie teoretyzowanie lepszym ode mnie.

Po   chwili   rozmowa   zeszła   na   sprawy   Instytutu   oraz   związanych   z   nim   nowinek 

zawodowych i towarzyskich. Tia znowu zerknęła na zegar; było już dawno po czasie, kiedy jej 

rodzice powinni wrócić na teren wykopalisk - musieli więc zdecydować, że resztę dnia spędzą w 

domu.

Tematy, które poruszano, nie bardzo ją interesowały, zwłaszcza gdy w rozmowie zaczęła 

dominować polityka, i to zarówno Instytutu, jak i rządu Organizacji Światów Centralnych.

Zabrała misia, uprzejmie wszystkich przeprosiła i poszła z powrotem do swojego pokoju. 

background image

Od kiedy dostała od Tomasa zabawkę, nie miała jeszcze okazji, żeby się nią nacieszyć. Ostatnio 

Moira opowiedziała Tii, skąd się biorą ludzie z kapsuł. Sama, w przeciwieństwie do większości, 

została   w   niej   umieszczona,   gdy   miała   prawie   cztery   lata.   Aż   do   tego   czasu   istniała   bowiem 

nadzieja, że jej postępująca, wrodzona wada rozwojowa cofnie się. Wadą tą było przedwczesne 

starzenie się. Choroba spowodowała, że w wieku trzech lat Moira miała ciało sześćdziesięcioletniej 

kobiety. Niestety, nie było na to lekarstwa, dlatego zanim jeszcze skończyła czwarty rok życia, jej 

rodzina zadecydowała umieścić jaw kapsule. Od tej pory nic złego nie mogło się przytrafić jej 

nieprzeciętnemu mózgowi. Wkrótce dorównała intelektualnie wielu starszym szkolnym kolegom, a 

nawet przerosła tych, którzy przebywali w kapsułach od samych narodzin.

Jedną   z   jej   ulubionych   zabawek   w   tamtym   czasie   był   szmaciany   miś.   Moira   lubiła 

wymyślać przygody Iwana Groźnego, który przemierzał w trojce śnieżne stepy Nowej Gagarinady. 

Tia uwielbiała te opowieści. To one właśnie, jak i książka Kubuś Puchatek, którą otrzymała od 

Moiry, wzbudziły tęsknotę Tii do nierzeczywistego świata. Marzenia znalazły odbicie w baśniach i 

w Puchatku - dlatego właśnie pragnęła mieć takiego misia, jakiego miała Moira. Chciała mieć 

prostą   zabawkę,   która   nie   umiała   mówić,   nauczać   lub   chodzić,   nie   posiadała   elektronicznej 

inteligencji; coś, co istniało tylko po to, by to nosić i przytulać; coś, w co można było się wsłuchać, 

gdy nie chciało się słyszeć niczego innego...

Moira obiecała. Moira nie zapomniała.

Tia zamknęła drzwi od swojego pokoju i wezwała AI - Sokratesie, czy mógłbyś połączyć 

mnie z Moira? - spytała.

Wiedziała, że Moira doskonale sobie poradzi z prowadzeniem konwersacji w innym pokoju 

i jednoczesną rozmową z nią tutaj.

- Tia, czy rzeczywiście podoba ci się prezent? - zapytała Moira z niepokojem, gdy tylko 

połączenie zostało zrealizowane.

- On jest wspaniały - odparła dziewczynka bez namysłu. - Mam nawet imię dla niego: 

Teodor Edward Miś.

- Czyli Ted E. Miś w skrócie? - zaśmiała się Moira. - Jest świetne, doskonale do niego 

pasuje. On ma taki poważny wyraz twarzy. Ktoś mógłby pomyśleć, że był kiedyś kierownikiem 

jakiegoś konsorcjum. Wygląda jak miś, który ma wielkie plany w głowie.

Tia obejrzała uważnie Teda. Moira miała rację; był małym, statecznym misiem; wyglądał 

tak, jakby wsłuchiwał się w każde wypowiedziane  tutaj słowo. Jasnoniebieski kolor futerka, a 

nawet   śmieszna,   czerwona   koszulka   z   nie   -   biesko   -   żółtym   znaczkiem   fluorescencyjnym, 

przedstawiającym   błyskawicę   przecinającą   okrąg,   nie   zakłócały   w   żaden   sposób   powagi,   jaka 

malowała się na jego twarzy.

background image

-   Czy   jeszcze   o   czymś   powinnam   wiedzieć,   Moiro?   -   zapytała,   tuląc   swojego   nowego 

przyjaciela.

-   Wyniki   ostatniego   zestawu   twoich   testów   wydają   się   zadowalać   wszystkich 

psychoanalityków. Jesteś doskonale zrównoważoną i samodzielną dziewczynką - odpowiedziała 

Moira, dobrze wiedząc,  co Tia  miała  na myśli.  - , Tak więc nie będzie  już mowy o tym,  by 

namawiać twoich rodziców, żeby wysłali cię do szkoły z internatem.

Tia odetchnęła z ulgą; było to jej największe zmartwienie, od czasu gdy Moira odwiedziła 

ją   ostatnim   razem.   Statek   odleciał   z   wynikami   wielu   testów   i   psychoanaliz,   których 

przeprowadzenie zabrało aż dwa dni.

- Muszę ci się jeszcze do czegoś  przyznać  - tajemniczo  dodała Moira. - Powiedziałam 

lekarzom, o jaki prezent urodzinowy mnie poprosiłaś.

- I co oni na to? - zapytała zaniepokojona Tia. Czy pomyśleli, że jest słabo rozwinięta lub - 

jeszcze gorzej - iż jest to oznaka jakiejś nerwicy?

- Och, mówię ci Tio, to było bardzo zabawne. Rozmawiali ze mną przy włączonym comie, 

tak jakbym była jakimś AI, który rozumie tylko to, co się mówi wprost do niego. Dzięki temu 

słyszałam każde wypowiedziane przez nich słowo. Na początku milczeli, aż wreszcie jeden z nich 

przemówił: “Dobry Boże, to dziecko jest normalne". Tak jakby się spodziewał, że będą mieli do 

czynienia z małym potworem - zaśmiała się Moira.

- Przypuszczam nawet, kto był owym zaskoczonym lekarzem - powiedziała Tia. - Doktor 

Phelps - Pittman, czyż nie?

-   Trafiłaś   w   samą   dziesiątkę!   Co   za   dziewczyna!   -   rzekła   Moira,   wciąż   nie   mogąc 

powstrzymać śmiechu. - Nie sądzę, by już wybaczył ci to, że rozgromiłaś go w Bitwę Szachów. A 

właściwie, jak ci się to udało?

- Zbyt często poruszał królową - stwierdziła od niechcenia Tia. - Myślę, że on uwielbia 

obserwować jej kołyszące się podczas chodzenia biodra. Freud miałby więcej do powiedzenia na 

ten temat.

Jej wywodom towarzyszył nieustający śmiech Moiry, który doprowadził ją do utraty tchu.

- No, nie - powiedziała, gdy odzyskała mowę. - Ty mała terrorystko. Ktoś mógłby cię 

posądzić o to, że masz tyle opanowania, co człowiek z kapsuły!

Tia przyjęła to jako komplement, nic więcej.

- Przyrzekam, że nie powiem mu o twoich słabych punktach. - Głos ze statku zabrzmiał tym 

razem trochę uszczypliwie.

-   O   jakich   słabych   punktach?   -   Tia   była   zdziwiona,   gdyż   nie   przypuszczała,   że   ma 

jakikolwiek słaby punkt.

background image

- Nie znosisz poświęcać pionków. Myślę, że jest ci żal tych młodych chłopców.

Tia zastanowiła się nad tym przez chwilę w milczeniu, by niezbyt chętnie przyznać Moirze 

rację.

- Muszę się z tobą zgodzić - powiedziała. - To, że wszyscy mogą ich pobić, nie wydaje się 

w porządku.

- Jednak nie masz takich problemów, gdy grasz na zwykłej planszy - zauważyła zdawkowo 

Moira.

- To dlatego, że na zwykłej szachownicy są tylko małymi figurkami, symbolami - wyjaśniła 

Tia. - W Bitwie Szachów  natomiast są gwardzistami, do tego bardzo ładnymi,  wdzięcznymi  - 

zaśmiała się. - Uwielbiam patrzeć, jak pionek atakuje skoczka i uderza go swoją piką prosto w...

- I dlatego właśnie stary Phelps - Pittman się ciebie boi - powiedziała ostro Moira, gdyż 

przypuszczała, że Tia spróbuje temu zaprzeczyć. - Myśli, że możesz zrobić z nim to samo.

- Cóż, przynajmniej nie będę musiała oglądać jego starczo skwaszonej miny przez następne 

półtora   roku   -   rzekła   wymijająco.   -   Może   przez   ten   czas   poćwiczę,   jak   ma   zachowywać   się 

normalna dziewczynka.

- Możesz spróbować - odparła Moira - ale nie sądzę, by to coś dało. Co powiesz jednak 

teraz na partyjkę Bitwy Szachów? Miś Ted może sędziować.

-   Świetnie   -   zgodziła   się.   -   Możesz   skorzystać   z   pomocy   komputera.   Dam   ci   nawet 

przewagę jednego piona.

- Chwileczkę!  Chyba  nie zrobiłaś  aż  takich  postępów  od mojego  ostatniego  pobytu  na 

Salomon - Kildaire? - Po stronie Tii nastała cisza, więc statek powtórzył pytanie. - Czyżby jednak?

Tia wzruszyła ramionami.

- Sprawdź mój rekord w grze z Sokratesem - zaproponowała.

Znów nastała cisza, tym razem to Moira milczała.

-   A   niech   to   -   odezwała   się   nagle   z   udawanym   niezadowoleniem.   -   Irytujesz   mnie. 

Powinnam zażądać dwóch pionów.

- Nie ma mowy - odparła Tia, polecając AI umieszczenie gry z polem Bitwy Szachów 

naprzeciwko niej. - Zatem masz przewagę nad dzieckiem.

-   Mam   przewagę   nad   dzieckiem?   Ha!   -   powiedziała   ironicznie   Moira.   -   Ty   nie   jesteś 

dzieckiem.   Zaczynam   przyznawać   rację   Phelpsowi   -   Pittmanowi.   Jesteś   osiemdziesięciolatka 

wciśniętą w kostium małej dziewczynki.

- Och, no dobrze - uległa Tia. - Nie dam ci drugiego piona, ale pozwolę ci zacząć białymi.

- W porządku! - Moira szybko zapamiętała początkową sytuację na planszy. - No dobrze, 

nadnaturalne dziecko, zaczynajmy!

background image

Moira i Tomas nie mogli zostać długo; po kolacji statek odleciał i lądowisko znów było 

puste, a rodzina Cade'ów wróciła do swych zwykłych zajęć.

Pota i Braddon spędzili wieczór na sprawdzaniu poczty, którą dostarczyła im Moira. Były 

to informacje od przyjaciół z innych eksploratoriów, plik naukowych pism z rozmaitych dziedzin 

oraz   zalecenia   z   Instytutu.   Ponieważ   Tia   już   wiedziała,   że   żadne   z   nich   nie   dotyczyło   jej 

bezpośrednio, mogła swobodnie oglądać jeden z holosów, które przywiozła jej Moira. Wszystkie 

były  oczywiście  sprawdzone  przez wykładowców  z  Instytutu,  którzy nadzorowali  wychowanie 

każdego dziecka mieszkającego z rodzicami. Ale nawet oni nie mieli nic przeciwko historycznym 

hologramom, pod warunkiem, że były właściwe pod względem dydaktycznym. Fakt, że większość 

z nich była przeznaczona dla dorosłych, bynajmniej ich nie martwił.

Gdyby   jednak   psychoanalitycy   dowiedzieli   się,   jakie   rzeczy   ogląda   Tia,   z   pewnością 

popadliby w ciężką histerię.

Moira miała niezwykłą zdolność do wybierania holosów opartych na dobrych scenariuszach 

i takich, w których grali dobrzy aktorzy. Nie mógł się tym, niestety, poszczycić Czasoprzestrzenny 

Departament Edukacji, który także przysyłał Tii zestawy hologramów.

Czteroczęściowy holos o Aleksandrze Wielkim wydawał się Tii szczególnie interesujący, 

mimo że ukazywał wczesne lata jego życia, zanim jeszcze stał się wielkim wodzem. Dziewczynka 

czuła   więź   z   każdym,   kto   napiętnowany   był   “nieprzeciętnym"   dzieciństwem.   Chociaż   dobrze 

wiedziała, iż dzieciństwo Aleksandra Wielkiego dalekie było od szczęścia, koniecznie chciała mu 

się przyjrzeć.

Podczas oglądania holosu cały czas trzymała  przy sobie Teda, by szeptać mu do uszka 

gorące komentarze, by było jej raźniej.

Gdy skończyła  się pierwsza część, mimo że była nią zafascynowana, posłusznie kazała 

Sokratesowi   wszystko   wyłączyć   i   udała   się   do   głównego   pomieszczenia,   żeby   powiedzieć 

“dobranoc"   rodzicom.   Termin   kolejnego   przybycia   kuriera   nie   był   jej   jeszcze   znany   i  dlatego 

chciała   przeżywać   wszystkie   nowości   możliwie   jak   najdłużej.   To   one   przecież   sprawiały   jej 

największą przyjemność.

Rodzice tak bardzo pochłonięci byli lekturą, że musiała potrząsnąć ich za ramiona, by zdali 

sobie   sprawę   z   jej   obecności.   Gdy   jednak   oderwali   wzrok   od   dokumentów,   czule   się   z   nią 

pożegnali. Nie mieli pretensji o to, że im przerwała.

-   Mam   naprawdę   wspaniałych   rodziców   -   powiedziała   Tedowi   przed   zaśnięciem.   - 

Naprawdę wspaniałych. Nie tak jak Aleksander...

background image

Następny dzień stał pod znakiem zwykłych czynności. Obudził ją Sokrates, po czym umyła 

się   i   ubrała,   pozostawiając   Teda   na   starannie   pościelonym   łóżku.   Kiedy   weszła   do   głównego 

pomieszczenia, zastała tam Potę i Braddona, siedzących nad filiżankami kawy.

-   Dzień   dobry,   kochanie   -   powitała   ją   Pota,   gdy   Tia   niosła   z   kuchni   swoje   mleko   i 

pieczywo. - Czy podobał ci się holos o Aleksandrze?

- Cóż..., to było interesujące - powiedziała szczerze Tia. - Podobali mi się aktorzy i sama 

fabuła. Kostiumy i konie były  naprawdę niesamowite!  Jednakże jego rodzice byli  swoistymi... 

dziwakami, nie uważacie?

Braddon łypnął na nią okiem i krzywo się uśmiechnął.

- Jak na nasze realia byli rzeczywiście parą wariatów - odpowiedział. - Ale przecież nikt 

wtedy nie odważyłby się myśleć kategoriami naszych czasów.

-   Nie   było   też   żadnego   Departamentu   Zdrowia   Psychicznego,   który   mógłby   ich 

ubezwłasnowolnić   -   dodała   Pota   z   łobuzerskim   uśmiechem,   kontrastującym   z   jej   szczupłą, 

delikatną twarzą. - Nie wolno ci zapominać, ty mały,  dociekliwy kurczaczku, że nie oni mieli 

największy   wpływ   na   Aleksandra.   Pozostawał   pod   opieką   nianiek   i   swego   nauczyciela 

Arystotelesa,   będącego   najważniejszą   osobą   w   jego   otoczeniu.   Myślę,   że   pomimo   takiego 

dziedzictwa jego osobowość rozwinęła się bez ich udziału.

Tia skinęła głową ze zrozumieniem.

- Czy będę mogła dziś wam pomóc w pracy? - zapytała z ożywieniem.

To, że jej rodzice specjalizowali się w poszukiwaniach śladów EsKaysów, było dla niej 

jedną z najmilszych okoliczności. Brak atmosfery dawał bowiem pewność, że nie ma tu żadnych 

obcych   form   życia,   których   można   by   się   obawiać.   Już   w   wieku   pięciu   lat   dostała   swój 

antyciśnieniowy   kombinezon   i   Cade'owie   nie   widzieli   powodów,   dla   których   nie   mieliby   jej 

zabierać na stanowiska poszukiwawcze. Pozwalali jej także wędrować po okolicy w granicach, 

które   sama   sobie   wyznaczyła.   Braddon   nazywał   te   granice   “największą   piaskownicą   we 

wszechświecie". Dopóki pozostawała w zasięgu ich wzroku i słuchu, nie mieli nic przeciwko temu, 

by znajdowała się na zewnątrz kopuły.

- Nie dzisiaj, najdroższa - powiedziała Pota przepraszająco. - Właśnie znaleźliśmy dawne 

wyroby ze szkła i zamierzamy je zarejestrować na holosie. Gdy tylko skończymy, będziemy robić 

odlewy. Potem możesz przyjść i trochę nam pomóc.

W rzadkiej atmosferze i chłodzie niełatwo było zrobić odlew; to był jeden z powodów, dla 

których Pota często musiała powtarzać swoją pracę. Nie można było ruszyć żadnego przedmiotu 

przed   wykonaniem   dobrego   odlewu;   podobnie   jak   przed   nakręceniem   odpowiedniego   holosu 

rejestrującego eksponat we wszystkich możliwych ujęciach. Zbyt często znaleziska rozsypywały 

background image

się w proch podczas ich wydobywania, i to pomimo ostrożności, z jaką je wyciągano z podłoża 

skalnego.

Wiedziała, że na to nie ma rady. Nakręcanie holosów i wykonywanie odlewów oznaczało 

zakaz zbliżania się do stanowiska. Wibracje, jakie wywoływałaby chodząc, mogłyby spowodować 

wiele szkód.

- Rozumiem - zgodziła się. - Czy mogę jednak wyjść na zewnątrz? Nie będę odchodziła 

daleko od łącznika.

-   Dobrze,   tylko   trzymaj   się   blisko   kopuły   i   nie   rozstawaj   się   ze   swoim   czujnikiem   - 

powiedziała   Pota;   po   chwili   uśmiechnęła   się   i   dodała:   -   A   jak   przebiegają   twoje   prace 

wykopaliskowe?

- Tak naprawdę, czy dla zabawy? - spytała.

-   Oczywiście,   że   dla   zabawy   -   odrzekł   Braddon.   -   Zabawa   zawsze   sprawia   więcej 

przyjemności   niż   poważna   praca.   To   jedna   z   przyczyn,   dla   których   zostaliśmy   archeologami. 

Miesiącami możemy doskonale się bawić, zanim zostaniemy zmuszeni do pisania poważnych prac 

naukowych.

Mrugnął do niej konspiracyjnie i Tia roześmiała się.

- Có...óż - powiedziała z rysującym się na twarzy udanym frasunkiem. - Znalazłam szczątki 

osady z ery kamienia łupanego, której mieszkańcy byli wykorzystywani przez EsKaysów do pracy 

w miejscu waszych wykopalisk.

- Naprawdę?! - wykrzyknęła zaskoczona Pota, a Braddon dodał poważnie:

- To tłumaczy, dlaczego nie natknęliśmy się na żadne ślady ich działalności. Z pewnością 

używali niewolników do wszelkich manualnych czynności!

- Tak. Poza tym ci prymitywni ludzie traktowali EsKaysów jak bogów przybyłych z niebios 

- kontynuowała Tia. - Dlatego nigdy się nie buntowali; traktowali swoją niewolniczą pracę jako 

rodzaj ofiary składanej bogom. Kiedy wracali do swojej wioski, próbowali wykuć z krzemienia 

narzędzia podobne do tych, jakich używali EsKaysi. Prawdopodobnie umieli także wykonywać 

wyroby garncarskie, ale nie udało mi się jeszcze znaleźć niczego poza paroma skorupami.

-   Cóż,   gliniane   garnki   są   bardzo   wrażliwe   na   warunki   tak   ekstremalne,   jak   tutejsze   - 

zgodziła się z nią Pota. - Duże różnice temperatur powodują ich szybkie rozpadanie się. A co 

znalazłaś do tej pory?

- Kamienny młotek, pięściak, krzemienną lampę i jeszcze parę rzeczy - odparła z powagą. - 

Nie natknęłam się natomiast na żadne groty strzał, czy też pozostałości po włóczniach. To dlatego, 

że w okolicy nie było nic do upolowania, a mieszkańcy wioski byli wegetarianami. Żywili się tylko 

rosnącymi wszędzie porostami.

background image

- Okropne - powiedział zdegustowany Braddon. - To musiało być gorsze od jedzenia w 

kantynie Instytutu. Nic dziwnego, że wyginęli; taki monotonny pokarm z pewnością zanudził ich 

na śmierć!

Pota wstała i pozbierała naczynia, ustawiając je w zmywarce.

- Baw się dobrze podczas swoich lekcji, maleńka. Zobaczymy się w czasie lunchu.

Tia uśmiechnęła się, pożegnała się z nimi, zanim włożyli kombinezony - i poszła do sali 

lekcyjnej.

Tego popołudnia, już po lekcjach, zdjęła swój kombinezon z wieszaka stojącego tuż przy 

wewnętrznych drzwiach łącznika. Jej antyciśnieniowy kombinezon różnił się trochę od strojów 

rodziców.   Na   kostkach,   kolanach,   łokciach   i   nadgarstkach   miał   swego   rodzaju   fałdy,   które 

pozwalały na zwiększanie jego rozmiaru, gdy dziecko rosło. Tia dostała go tuż przed przylotem na 

to stanowisko, gdy wyrosła ze starego stroju do spacerów w przestrzeni kosmicznej. Nie ukrywała, 

że nowy kombinezon o wiele bardziej jej się podobał. Zwłaszcza że tamten uszyty był w myśl 

głupiej zasady, iż dziecięce skafandry powinny być ozdobione śmiesznymi wizerunkami polnych 

kwiatków. Czuła się w nim jak mały klown i starała się nie pokazywać w nim nikomu, poza, 

oczywiście, rodzicami.

Stary   kombinezon   pochodził   od   dziecka,   którego   rodzice   pracowali   w   wykopaliskach 

trzeciej klasy. Tą drogą zresztą rodzina Cade'ów zaopatrywała się w większość rzeczy, gdyż ich 

wykopaliska były zazwyczaj spychane na sam koniec listy niezbędnych wydatków. Gdy jednak 

zbliżały się jej urodziny, Tia postanowiła poprosić pracodawców rodziców o nowy kombinezon. 

Kiedy do tego wyszło na jaw, że naśladuje mamę i tatę, robiąc własne wykopaliska, rozbawiła do 

tego stopnia decydentów z Instytutu, że przysłali jej zupełnie nowy antyciśnieniowy kombinezon. 

Mógł być noszony przez Tię jeszcze przez co najmniej trzy albo i cztery lata. Poza tym różnił się 

od kombinezonów dorosłych tylko tym, że posiadał zainstalowane w hełmie dodatkowe światła, a 

jego  łączność   z   comem   nie   mogła   być   przerwana.   Umożliwiało   to   natychmiastowe   określenie 

miejsca pobytu Tii. Do tego na rękawach i nogawkach błyszczały fluorescencyjne szlaczki. Całość 

nie wyglądała tak źle i Tia nie czuła się już w nim niezręcznie. Ponadto wyposażony był w filtry 

powietrza lepszej klasy i nie było w nim czuć stęchlizną, jak w starym skafandrze.

Strój w kwiatki powędrował z powrotem do Instytutu, by unieszczęśliwić kolejne dziecko.

Żeby   wyjść   na   zewnątrz,   musiała   podporządkować   się   jeszcze   jednemu   nakazowi.   W 

łączniku   czekał   na   nią   specjalny   pojazd   podobny   do   tych,   którymi   bawiły   się   dzieci,   jednak 

podobieństwo było tylko zewnętrzne. Miał on własny napęd gąsienicowy, dodatkowe pojemniki 

tlenowe   oraz   osobisty   sprzęt   ratunkowy.   Gdyby   coś   się   stało   z   jej   kombinezonem,   doskonale 

background image

wiedziała, co ma robić. Po pierwsze - wziąć głęboki oddech i odrzucić hełm. Po drugie - założyć 

maskę i upewnić się, czy jej zabezpieczenia szczelnie przylegają do twarzy. Po trzecie - włączyć 

dopływ powietrza i po czwarte - podłączyć się do APU, czyli do systemu utrzymywania stałej 

temperatury ciała.

Następnie należało powoli i ostrożnie iść w stronę łącznika, holując za sobą pojazd. Takie 

zachowanie gwarantowało pełne bezpieczeństwo, a jedyną pamiątką po niefortunnej przygodzie 

mogło być lekkie przemarznięcie.

Do tej  pory nic takiego  się nie przytrafiło.  Nikt nie  mógł  jednak zapewnić,  że  się nie 

przytrafi,   a   Tia   nie   zamierzała   stać   się   bohaterką   tragicznej   historii   zamieszczanej   w   ho   - 

logazetach.   Takie   sensacje   mogły   być   fascynujące,   kiedy   działy   się   gdzieś   daleko,   w   jakimś 

odległym świecie, ale nie były niczym przyjemnym w realnym życiu.

Dlatego właśnie, mimo związanej z tym niewygody, nigdy nie zapominała o pojeździe.

Wreszcie, wzbijając tumany kurzu przy każdym kroku, wyszła na nierówną powierzchnię 

planety. Krajobraz był tutaj niezwykle poszarpany, ale przy tym wyrazisty. Wokół niej rozciągała 

się żółto - czerwona pustynia, otoczona purpurowymi górami, nad którymi zwisało prawie czarne 

niebo. Sigma Marinara, słońce tego układu, znajdowało się nad głową Tii. Cienie otaczających ją 

przedmiotów były maleńkimi punktami. Dziewczynka nie była w swoim “wykopalisku" od kilku 

tygodni, to jest od czasu, kiedy rodzice zabronili jej wychodzenia na zewnątrz. Zaczęła się tam 

bawić zaraz po przybyciu na tę planetę, gdy Cade'owie dokonali dostatecznej liczby odkryć, by 

udowodnić, że maj ą do czynienia z pozostałościami po EsKaysach. Od tamtej pory przetoczyło się 

tu kilka burz piaskowych i Tia obawiała się, że jej stanowisko zostało zasypane. Nie miała bowiem 

zainstalowanych żadnych przeciwburzowych zabezpieczeń, jak to było w przypadku prawdziwych 

wykopalisk.

Kiedy jednak dotarła na miejsce, ze zdziwieniem stwierdziła, że wichury jeszcze bardziej 

odkryły jej wykop. Teren był oczyszczony z piasku i kurzu. Na krańcu wykopu wystawało z ziemi 

kilka zlepionych ze sobą skalnych brył. Wspaniale! Zapowiadała się dobra zabawa. Będzie mogła 

ostrożnie wydobywać je z piasku, oczyszczać z wiekowych naleciałości i odgadywać, co też ludzie 

pierwotni chcieli w ten sposób naśladować...

Zdjęła   z   pojazdu   narzędzia,   które   dostała   od   rodziców:   niepotrzebną   już   łopatę,   startą 

szczotkę, zużyte sondy - i zabrała się do pracy.

Kilka godzin później przykucnęła tuż przy wykopalisku i zaczęła przyglądać się pierwszej z 

wydobytych próbek. Nie był to z pewnością odłamek krzemienia. Wyglądało to raczej na materię 

złożoną z wielu dziwnych pasków, jakby ktoś ułożył warstwę na warstwie. Nigdy przedtem nie 

background image

widziała takiej skały. Nie przypominała też żadnej ze skał, które znajdowały się w okolicy.

Zagryzła wargę i w skupieniu oglądała znalezisko, próbując domyślić się, co to mogło być. 

Z pewnością nie była to skała osadowa.

Tak naprawdę to wcale nie wyglądało na skałę...

A jeżeli to nie było skałą ?

Zmrużyła oczy i nagle domyśliła się, co jej to przypominało: warstwy cienkiego materiału 

lub papieru, złożone jedna na drugą i potem porzucone.

Niesamowite! Czyżbym...

Niezwykle   delikatnie   wydobyła   drugi   kawałek   skały   i   oczyściła   go   z   warstwy 

skamieniałego piasku. Tym  razem nie miała już żadnych  wątpliwości, że to, co znalazła, było 

wytworem   istot   inteligentnych.   Pod   skorupą   stopionej   materii   i   warstwami   kurzu   można   było 

dostrzec fragment jasnej porcelany. Wyraźne też były na niej ślady pęknięć. Z pewnością dlatego 

została wyrzucona.

A niech to! Znalazłam śmietnisko!

Wyglądało to co najmniej na niewielką stertę niepotrzebnych rzeczy. I tym chyba było, bo 

niczego więcej poza dwoma bryłami nie zauważyła. Jednakże wszystko, co Es - Kaysi pozostawili 

po sobie, było ważne. Wiedziała, że teraz musi przestać kopać, oznaczyć stanowisko na wypadek, 

gdyby rozpętała się burza piaskowa - i zabrać ze sobą jakiś dowód odkrycia. Wiedziała, że dopiero 

rodzice mogli dokładnie określić znaczenie jej znaleziska.

Niestety nie miała przy sobie holokamery ani niczego, czym mogłaby je utrwalić.

W końcu dała za wygraną i postanowiła zabrać ze sobą do kopuły obie skamieliny. Bryła 

złożona ze skrawków materiału mogła nie przetrzymać zetknięcia z powietrzem, ale porcelanie z 

pewnością   nic   nie   groziło.   Była   ona,   w   przeciwieństwie   do  szkła,   bardzo   odporna   na   zmiany 

temperatury i nie zamieniała się w pył w wyniku kontaktu z powietrzem.

Tia wróciła do kopuły i przez chwilę szukała czegoś w jej wnętrzu. Po minucie pojawiła się, 

niosąc plastikowy pojemnik na żywność, do którego zamierzała zapakować znaleziska, plastikową 

rurę i ogon bezużytecznego latawca. Był to jeden z tych głupich prezentów, jakie otrzymywała od 

współpracowników swego ojca. Ktoś, kto jej go dał, nie pomyślał, że na planetach podobnych do 

Marsa nie ma wielu możliwości puszczania latawców...

Kiedy tylko oznaczyła stanowisko, jak mogła najlepiej, wróciła wraz ze skamielinami do 

kopuły i niecierpliwie czekała na pojawienie się rodziców.

Miała   nadzieję,   że   pojemnik   będzie   na   tyle   szczelny,   by   nie   dopuścić   powietrza 

znajdującego się w pomieszczeniach kopuły do znalezisk. Gdy ciśnienie zaczęło się wyrównywać, 

zdała sobie sprawę, że jej nadzieje były płonne. Zanim zdążyła zdjąć hełm, usłyszała, jak pojemnik 

background image

zaczął zasysać powietrze. Gdy przyjrzała mu się pod światło, zobaczyła, że jedna z brył właśnie się 

rozpada.   Szybko   zerwała   wieko,   by   zerknąć   do   środka   i   kichnęła,   wdychając   tumany   kurzu. 

Wiedziała, że niewiele zostanie z tej bryły do przyjścia rodziców.

Rozpadnie się, pomyślała z goryczą. To niesprawiedliwe!

Ostrożnie postawiła pudełko na podłodze. Wiedziała, że jeżeli nie będzie nim zbyt trzęsła, 

to może do powrotu mamy i taty zostanie dostatecznie dużo materiału, by określili, co to mogło 

być.

Zdjęła kombinezon i usiadła czekając. Próbowała czytać książkę, ale nie zdołała się skupić. 

Pota i Braddon będą na pewno bardzo zaskoczeni, nie mówiąc o psychoanalitykach z Instytutu. Nie 

będą mieli już argumentu, by nie dopuszczać jej do stanowisk drugiej klasy. Dzisiejsze zdarzenie z 

pewnością jest dowodem na to, że doskonale wie, co należy zrobić, gdy przypadkowo natrafi na 

znalezisko. Cyfry zegara przesuwały się nieubłaganie wolno.

Niebo   za   oknem   widokowym   nie   mogło   stać   się   ciemniejsze,   ale   cienie   znacznie   się 

wydłużyły, a światło gwiazdy było przyćmione. Niedługo, już niedługo...

W końcu usłyszała, jak wchodzą do łącznika i serce zabiło jej mocniej. Nagle nie była już 

tak pewna, czy zrobiła wszystko poprawnie. A jeżeli będą się gniewać, że naruszyła dwie pierwsze 

bryły? Jeżeli błędem było przynoszenie ich tutaj?

Wątpliwości kłębiły się w jej głowie, gdy czekała, aż usłyszy dźwięk otwieranego zamka 

łącznika.

W końcu drzwi wewnętrzne  zasyczały i pojawili się w nich Pota z Braddonem.  Żywo 

dyskutowali na jakiś temat, zdejmując jednocześnie hełmy. Ich rozmowa musiała zacząć się jeszcze 

w wykopie, bo dotyczyła pracy.

- ...ale ten teren jest zupełnie nieprzydatny do produkcji pożywienia...

-   ...tak,   tak   -   odrzekła   Pota   niecierpliwie.   -   Lecz   zauważ,   jaka   tam   jest   powierzchnia 

gruntu...

- Mamo!  - zawołała Tia, podbiegając do rodziców  i szarpiąc matkę za ramię. - Ja coś 

znalazłam!

- Witaj, słoneczko, to bardzo ładnie - odpowiedziała mechanicznie Pota, nie przerywając 

rozmowy z mężem.

Wyraz jej twarzy wskazywał na to, że zupełnie nie dotarło do niej to, co mówiła Tia. Wzrok 

miała utkwiony w twarz Braddona, tak jakby poza nią nic nie istniało.

- Mamo! - nalegała Tia. - Znalazłam pozostałości po EsKaysach!

- Za chwilę kochanie - odrzekła Pota. - A co powiesz na...

- MAMO! - krzyknęła Tia, wbrew wszelkim formom dobrego wychowania.

background image

Uczyniła to jednak świadomie, gdyż wiedziała, że w żaden inny sposób nie zwróci na siebie 

uwagi dyskutujących rodziców. Ich rozmowa mogła bowiem przeciągnąć się w nieskończoność.

- Znalazłam pozostałości po EsKaysach!

Rodzice przerwali w pół słowa i spojrzeli na córkę. W pomieszczeniu nastała złowroga 

cisza. Tia przełknęła nerwowo ślinę.

- Tia - odezwał się w końcu Braddon, a w jego głosie dało się wyczuć dezaprobatę. - 

Przerwałaś mamie i mnie bardzo ważną dyskusję. Nie mamy teraz czasu na zabawę.

- Tato, tu nie chodzi o zabawę! - upierała się Tia, wskazując na plastikowy pojemnik. - Ja 

nie udaję! Odkryłam coś ważnego i jest tam tego więcej...

Pota   ze   zdziwieniem   spojrzała   na   męża.   Braddon   uniósł   dość   niedbale   pudełko   i   Tia 

skrzywiła się, gdy jedna z brył jeszcze bardziej się rozsypała.

- Tylko dlatego, że jesteś inteligentna i nigdy nie kłamałaś, przyjrzę się temu, co “niby" 

znalazłaś - odpowiedział Braddon, unosząc wieko pojemnika. - Ale wiesz bardzo dobrze o tym, 

że...

Zajrzał do środka i zrobił taką minę, jakiej Tia nigdy jeszcze u niego nie widziała.

- A nie mówiłam? - Tia nie mogła się powstrzymać przed wypowiedzeniem tych słów.

- ...zatem zabrali olbrzymie  reflektory i specjalistyczny sprzęt do wykopu - opowiadała 

Tedowi E. Misiowi, kiedy kładła się do snu. - Nie było ich przez cztery godziny.  Tyle  czasu 

musiałam   czekać,   żeby   się   dowiedzieć,   co   tak   naprawdę   znalazłam.   Wreszcie   okazało   się,   że 

odkryłam   wysypisko   śmieci!   Bardzo   duże   wysypisko   śmieci.   Mama   specjalnie   dzwoniła   do 

Instytutu, ponieważ jest to pierwsze takich rozmiarów odkrycie pozostałości po EsKaysach.

Mocniej przytuliła Teda, wciąż czując przyjemny dreszcz, który przeszywał ją od stóp do 

głów.

-   Uczyniłaś   wszystko,   jak   należy,   zwłaszcza   że   dysponowałaś   takim   wyposażeniem   - 

powiedziała do niej Pota. - Miałam studentów, którzy nie potrafiliby tego zrobić tak dobrze jak ty, 

najdroższa! Pamiętasz, co ci mówiłam, kiedy pytałaś mnie, dlaczego tak bardzo chciałabym znaleźć 

śmietnisko?

-   Mówiłaś,   że   ze   starych   śmieci   możemy   więcej   się   dowiedzieć   o   przeszłości   niż   z 

czegokolwiek innego. Więcej nawet niż z tekstów pisanych - wyrecytowała Tia.

- Cóż - powiedziała Pota, siedząc w rogu łóżka i lekko trącając palcem nos Tii. - Mój mały, 

ciekawski kurczaczek podniósł klasę wykopaliska z pierwszej do trzeciej. I to w ciągu czterech 

godzin pracy! Czegoś takiego nie dokonałam nigdy w swojej karierze.

- Czy to oznacza, że opuścimy to miejsce? - spytała lekko zirytowana.

background image

- Prawdopodobnie tak - rzekła Pota, nie kryjąc dziwnego uśmiechu. - Jednak stworzenie 

zespołu   do   prowadzenia   wykopalisk   trzeciej   klasy   zabierze   trochę   czasu,   więc   do   tej   pory 

zostaniemy tutaj. Zanim zespół nas zmieni, będziemy z twoim ojcem wykonywać komputerowe 

opracowanie najważniejszych odkryć. Istnieje szansa, że jeżeli bardzo zaangażujemy się w pracę, 

to... nie odeślą nas stąd!

Tia pokręciła głową.

Pota przygarnęła ją do siebie.

- Chcę przez to powiedzieć, że wiele wskazuje na to, iż zostaniemy tutaj, aby nadzorować 

prace wykopaliskowe! Być może awansujemy na stanowisko nadzorujących prace zespołu trzeciej 

klasy. Dostaniemy lepsze wyposażenie, nowocześniejszą kopułę do mieszkania. Będziesz miała 

wiele koleżanek i kolegów, a wahadłowce kurierskie będą tu przybywały nie co parę miesięcy, ale 

co tydzień. Nie wspomnę już o wzroście wynagrodzenia i rangi naszej rodziny! Każdy dokument 

stąd wychodzący będzie  podpisany naszym  nazwiskiem.  A wszystko  to dzięki  temu,  że jesteś 

mądrą, inteligentną i uważną małą dziewczynką, która zdała sobie sprawę z tego, co zobaczyła, i 

wiedziała, kiedy należy przerwać zabawę!

- Moi rodzice są naprawdę bardzo, bardzo szczęśliwi - mówiła do Teda, przypominając 

sobie ich promieniejące szczęściem twarze, kiedy skończyli rozmawiać z sąsiednim eksploratorium 

Instytutu. - Myślę, że dokonaliśmy czegoś ważnego. Być może to ty przyniosłeś nam szczęście, 

Ted - ziewnęła Tia. - Może tylko niepotrzebnie zlecą się tu te wszystkie dzieci. Ale przecież nie 

będziemy musieli się z nimi zadawać, jeżeli nie będziemy tego chcieli, prawda Ted?

Ted zgodził się z nią milcząco i znowu mocno go przytuliła.

- Wolę rozmawiać z tobą - rzekła do niego. - Ty nigdy nie mówisz nic głupiego. Tato 

stwierdził, że jeżeli kogoś nie stać na to, by powiedział coś inteligentnego, to lepiej, by nic nie 

mówił. Mama zaś twierdzi, że ludzie, którzy wiedzą, kiedy powinni zamilknąć, są bardzo mądrzy. 

Przypuszczam zatem, że jesteś bardzo mądry. Mam rację? Nie zdążyła się już jednak przekonać, 

czy Ted zgadza się z nią, gdyż w tym samym momencie pogrążyła się we śnie.

W ciągu następnych kilku dni okazało się, że znalezisko Tii nie było zwykłym wysypiskiem 

śmieci, lecz składem odpadów badań naukowych, może medycznych. To podnosiło rangę odkrycia 

z “ważnego" do “bezcennego". Pota i Braddon spędzali każdą wolną chwilę na stanowisku lub przy 

zabezpieczaniu i opisywaniu znalezisk. Robili przy tym mnóstwo notatek, które miały dopomóc w 

identyfikacji wybranych przedmiotów. Prawie nie widywali się z Tia. Zmienili swój rozkład dnia; 

wstawali, zanim jeszcze Tia się obudziła, a gdy wracali do kopuły, ich córka dawno już spała.

Tego ranka Pota przeprosiła Tię za pomocą holosu za to, że ich życie tak diametralnie się 

background image

zmieniło.

-   Kochanie   -   przemówił   trójwymiarowy   wizerunek   Poty,   w   czasie   gdy   Tia   otwierała 

pojemnik z sokiem. - Mam nadzieję, że rozumiesz dlaczego tak się dzieje. Im więcej uda nam się 

wydobyć i opisać, zanim zjawi się tu cały zespół, tym większe będą nasze szansę na awans. - 

Matka   rozgarnęła   ręką   włosy.   Tia   zauważyła,   że   jest   bardzo   zmęczona   i   przygaszona,   ale 

jednocześnie zadowolona z tego, co robi. - To nie potrwa dłużej niż kilka tygodni, obiecuję. Potem 

wszystko  będzie po staremu,  a właściwie nawet lepiej. Obiecuję, że urządzimy sobie  wspólny 

piknik, zanim przybędą tu inni, w porządku? Zacznij zatem obmyślać, co chciałabyś robić w tym 

dniu.

Ach, to byłoby wspaniałe. Tia doskonale wiedziała, co chciałaby robić. Pragnęła pojechać 

w góry dużym ślizgowcem i chciała sama nim sterować.

- Tak więc wybacz nam, kochanie. Kochamy cię najbardziej na świecie, przez cały czas 

myślimy o tobie i tęsknimy za tobą z całego serca. - Pota złożyła usta jak do pocałunku. - Wiem, że 

potrafisz  zająć  się   sama  sobą;  prawdę   mówiąc,  bardzo   na  to   z  ojcem   liczymy.  Jesteś  dla   nas 

wszystkim. Chcę, żebyś o tym pamiętała. Do zobaczenia, córeczko.

Jednocześnie   z   zakończeniem   przekazu   Tia   skończyła   jeść   śniadanie.   W   jej   głowie 

zaświtała kusząca myśl. Dlaczego nie miałaby trochę się rozerwać? Mama i tata z pewnością nie 

będą sprawdzali systemu nauczania, by przekonać się, jak poszły jej lekcje, a psychoanalityków z 

Instytutu mało to obchodziło. Zawsze uważali, że jest zbyt rozwinięta jak na swój wiek. Mogła 

zatem niepostrzeżenie wejść do biblioteki, by obejrzeć holosy nie dla niej przeznaczone...

- Och, czy powinnam? - szepnęła po chwili zastanowienia.

Byłoby   to   niezwykle   zabawne,   ale   równocześnie   bardzo   ryzykowne.   Gdyby   rodzice 

dowiedzieli się, co robiła, to koniec. Żadnego pikniku, ani innych przyjemności. W duchu zaczęła 

rozważać,  czy skusić się na oglądanie  zakazanych  holosów, czy zrezygnować  z tego na rzecz 

przyjemności   prowadzenia   ślizgowca  w  góry.  Wybrała  to   drugie.  Prowadzenie   ślizgowca   było 

bardzo podobne do sterowania statkiem kosmicznym, a tego nie będzie mogła spróbować jeszcze 

przez długie, długie lata.

Wiedziała, że jeżeli zawiedzie zaufanie rodziców teraz, kiedy tak bardzo jej zawierzyli, to 

być może nieprędko dane jej będzie wyjść poza kopułę.

- Nie opłaca się - westchnęła, zeskakując ze stołka. Dziwne mrowienie w palcach nóg wciąż 

nie ustępowało. Poczuła je, gdy tylko obudziła się dziś rano. Czuła je wczoraj i przedwczoraj; 

podczas śniadania jednak o nim zapomniała.

Nie zmartwiło to jej na tyle, by nie pamiętała o czekającej ją lekcji łaciny.

- Co za nudny język - wymamrotała. - R, ris, tur, mur, mini, ntur!

background image

Cóż,   im   szybciej   będzie   to   miała   za   sobą,   tym   lepiej.   Potem   zajmie   się   ulubionymi 

równaniami kwadratowymi.

Ponieważ   mrowienie   w   stopach   nie   przeszło,   gdy   minęło   popołudnie   postanowiła 

skonsultować to z AI Zwłaszcza że rodzice z pewnością tego by od niej oczekiwali.

- Sokratesie, uruchom, proszę, program medyczny - zadysponowała, siadając niechętnie w 

małym pomieszczeniu diagnoz medycznych.

Nie   lubiła   tu   przychodzić;   pachniało   w   nim   środkami   dezynfekującymi   i   czuła   się 

przygnębiona panującą tu atmosferą. Być może wrażenie przytłoczenia wywoływała panująca w 

pomieszczeniu ciemność. Dodać do tego trzeba, że nic tu nie pasowało do jej rozmiarów, gdyż 

całość zaprojektowana była  z myślą  o dorosłych. Kiedy polecono jej, żeby położyła  dłonie na 

bocznych elektropłytkach, musiała zsunąć się na sam brzeg fotela, a gdy miała dotknąć stopami 

dolnych elektropłytek, musiała wstać. Naprzeciwko niej rozbłysnął ekran i pojawił się na nim ktoś, 

kto miał być lekarzem. Tia powątpiewała, czy ten ktoś z ekranu miał wiele wspólnego z medycyną. 

Był   zbyt...   ugłaskany.   Zbyt   troskliwy,   uprzejmy   i   wszechwiedzący.   Za   każdym   razem,   kiedy 

zamierzał zakomunikować coś poważnego, wydawał się robić taką minę, jakby chciał krzyknąć: 

“zaufaj mi!". Być może działało to uspokajająco na dorosłych, jej jednak przywodziło na myśl 

psychoanalityków z ich aż nazbyt serdeczną troską i wścibskimi pytaniami. Być może człowiek z 

ekranu tylko grał lekarza.

- Cóż, Tio - zabrzmiał głos AI, który zmienił się w “doktora". - Co cię do mnie sprowadza?

- Coś dziwnego dzieje się z moimi palcami - odpowiedziała. - Cały czas czuję w nich 

mrowienie.

-   Czy   to  wszystko?   -  spytał   po   chwili   “lekarz",   w   czasie   gdy  AI  porównywał   podane 

symptomy   z   bazą   danych.   -   Czy   są   zimniejsze   niż   normalnie?   Połóż   dłonie   i   stopy   na 

elektropłytkach.

Z trudem wykonała polecenie.

-   Cóż,   krążenie   jest   w   porządku   -   stwierdził   “lekarz",   podczas   gdy   AI   zmierzył   jej 

temperaturę i ciśnienie krwi. Wyniki pojawiły się w górnym rogu ekranu. - Czy oprócz tego dolega 

ci coś jeszcze?

- Nie - odpowiedziała. - Nie, zupełnie nic. 

“Lekarz" zamilkł na chwilę, by AI mógł przeanalizować dane zebrane z kilku ostatnich dni. 

Sprawdził, co jadła, jak dużo jadła, czym się zajmowała, jak spała. “Lekarz" przemówił ponownie.

- Czasem, gdy dzieci rosną bardzo szybko, ich ciała nie nadążają za przyrostem tkanki 

kostnej - powiedział AI. - Dawno temu nazywano to bólami wzrostu. Teraz wiemy, że dzieje się 

background image

tak dlatego, iż niektóre części ciała rosną szybciej niż inne. Sądzę, Tio, że na tym polega twój 

problem. Nie ma się więc czym martwić. Przepiszę ci trochę witamin i po paru dniach objawy 

powinny ustąpić.

- Dziękuję - odrzekła grzecznie i z uczuciem ulgi wyszła z pomieszczenia.

Minęło   kilka   dni   i   mrowienie   w   palcach   rzeczywiście   ustąpiło,   dłużej   więc   o   tym   nie 

myślała. Jednak gdy pewnego dnia wyszła  na zewnątrz, by bawić się w nowym  wykopalisku, 

przydarzyło jej się coś dziwnego. Idąc dobrze znaną sobie drogą, nagle upadła. Chciała przestąpić 

nad dużym kamieniem i zahaczyła o jego krawędź palcami stóp. Po prostu runęła bezwładnie na 

kolana.

Na szczęście nic się nie stało kombinezonowi i właśnie miała wstać, by iść dalej, gdy zdała 

sobie sprawę, że nic ją nie boli. Upadła z taką siłą, że powinna ją boleć przynajmniej noga, którą 

uderzyła o wystające kawałki skalne.

Nie   poszła   dalej,   tylko   wróciła   do   kopuły,   zdjęła   skafander,   but   i   skarpetkę.   Wtedy 

uświadomiła   sobie,   że   nie   ma   czucia   w   stopie.   Noga   w   miejscu   uderzenia   o   kamień   była 

sinozielona.

Kiedy uszczypnęła się w stopę, stwierdziła, że nie czuje nic od palców po piętę. Szybko 

zdjęła but i skarpetkę z lewej nogi i przekonała się, że z tą stopą rzecz ma się podobnie.

- A niech to - wymamrotała.

Oznaczało to kolejną wizytę w pomieszczeniu diagnoz medycznych.

Jeszcze   raz   udała   się   do   wywołującego   klaustrofobię   pomieszczonka   w   tyle   kopuły   i 

przywołała “lekarza".

- Wciąż odczuwasz mrowienie, Tio? - spytał przymilnie, w czasie gdy Tia gramoliła się na 

twardy fotel.

- Nie - odpowiedziała - ale moje stopy zrobiły się całe sinoczarne. Wyglądają okropnie.

- Postaw stopę na elektropłytce, żebym mógł ją obejrzeć - polecił “lekarz". - Obiecuję, że 

nie będzie bolało.

Oczywiście, że nie będzie bolało - pomyślała. - Przecież zupełnie niczego tam nie czuję. 

Uczyniła jednak to, o co ją poproszono.

- Cóż, nie ma żadnych złamań, ale widzę tu porządne stłuczenie! - stwierdził “lekarz" po 

chwili. - Co ty robiłaś? Próbowałaś kopnąć swojego wykładowcę? - dodał żartobliwie.

- Nie - wymamrotała. Nie znosiła, kiedy AI traktował ją protekcjonalnie. - Uderzyłam się o 

skałę na zewnątrz kopuły.

- Bardzo cię bolało? - spytał “lekarz", nie zwracając uwagi na jej oburzenie.

background image

- Nie - odparła krótko - Nie mam czucia w nodze.

- Cóż, jeżeli tak, to zalecę ci kilka pigułek - rzekł “lekarz" z przesadną troskliwością. - Idź 

zaraz do apteczki i zażyj je, oczywiście jeśli uważasz, że są ci potrzebne.

Zanim zdążyła  coś jeszcze powiedzieć, ekran wyłączył  się. Myślę, że nie ma się czym 

przejmować   -   wywnioskowała.   -   Inaczej   AI   powiedziałby   coś   konkretnego.   To   wszystko 

prawdopodobnie niedługo ustąpi.

Lecz objawy nie ustąpiły, a siniaki były coraz większe. Nie czuła już niczego aż do kostek. 

Cały czas jednak powtarzała sobie, że AI wiedział, co mówi, obiecując, iż to ustąpi. Poza tym w 

pewnym sensie bawiło ją to, że gdy się uderzy, niczego nie czuje.

Wciąż   się   bawiła   w   swoim   małym   wykopalisku,   oczywiście   w   innym   miejscu   niż 

poprzednio. Tym razem były to szczątki starożytnego cmentarza. Pierwotne istoty paliły zwłoki 

swych   zmarłych,   następnie   grzebały   ich   prochy   wraz   z   kamiennymi   podobiznami   boskich 

przedmiotów. Wierzyły, że ich najbliżsi zmartwychwstaną kiedyś i powrócą w sile i chwale jako 

bogowie niebios...

Nie była to jednak już tak dobra zabawa jak dawniej, gdyż nie mogła o niej porozmawiać z 

rodzicami.   Powoli   zaczęła   się   nudzić   bezowocnym   przesypywaniem   skalnego   pyłu   na   nowym 

“stanowisku". Jak do tej pory, nie uszkodziła jeszcze swojego kombinezonu, ale ponieważ okolica 

usiana była ostrymi głazami, mogło się to zdarzyć w każdej chwili, a wtedy... nici z obiecanego 

pikniku rodziny Cade'ów.

Dlatego   w   końcu   zrezygnowała   ^   wychodzenia   na   zewnątrz   i   popołudnia   spędzała   w 

kopule.

Kilka nocy później do jej sypialni zajrzała Pota.

- Chciałam tylko ci się pokazać, żebyś wiedziała, że wciąż jesteśmy prawdziwymi ludźmi, a 

nie tylko widmami na holosie, kochanie - powiedziała, siadając na brzegu łóżka. - Jak przebiegają 

twoje poszukiwania?

Tia pokręciła głową.

-   Zaprzestałam   zabawy,   bo   bałam   się   o   swój   kombinezon   -   wyjaśniła.   -   Bez   przerwy 

potykałam się o ostre przedmioty. Myślę, że starożytni rzucili klątwę, by chronić swój cmentarz. 

Dlatego wydaje mi się, że nie powinnam już więcej tam kopać.

Pota uśmiechnęła się, przytuliła ją i powiedziała:

-   To   bardzo   prawdopodobne,   moja   droga.   Nie   należy   lekceważyć   siły   religii.   Kiedy 

przybędą tu inni, postaramy się zrzucić tę klątwę, dobrze?

- Dobrze. - Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna wspomnieć o swoich nogach... ale 

background image

Pota ucałowała ją i wyślizgnęła się z pokoju, zanim zdążyła podjąć decyzję. Nic szczególnego nie 

wydarzyło się przez następnych kilka dni i Tia zaczęła przyzwyczajać się do tego, że nie czuje 

swoich stóp. Jeżeli tylko uważała, na co stąpa, i nie chodziła boso, nie musiała się niczego obawiać. 

Także AI zapewniał ją, że podobne rzeczy przydarzają się innym dzieciom.

Poza   tym   jej   rodzice   odkrywali   teraz   naprawdę   cenne   przedmioty.   Na   pośpiesznie 

nagranym, porannym holosie zmęczony, ale i podekscytowany Braddon wytłumaczył jej, że to, co 

właśnie   odkryli,   oznaczało   coś   więcej   aniżeli   tylko   awans.   Oznaczało   miejsce   wśród 

najznamienitszych odkrywców ich wieku.

Tia nie do końca rozumiała, jakie to miało znaczenie, ale była pewna, że jest to coś bardzo 

istotnego. Inaczej Braddon nie byłby tak wylewny.  To utwierdziło ją w postanowieniu, że nie 

powinna teraz zaprzątać głowy rodzicom własnymi problemami. Wiedziała, że nie potrwa to już 

długo, a kiedy mama  i tata zakończą swoją uciążliwą pracę, zaopiekują się nią i z pewnością 

dopilnują, by dostała odpowiedni zastrzyk lub cokolwiek, czego potrzebował jej organizm.

Kiedy obudziła się następnego ranka, poczuła mrowienie w palcach rąk.

Tia westchnęła i usiadła w twardym fotelu. To stawało się nie do zniesienia.

AI powtórzył swoje zwykłe pytania, na które odpowiadała już przedtem.

- Tak więc teraz czujesz takie samo mrowienie w dłoniach, jak przedtem w stopach? Czy 

dobrze cię zrozumiałem? - spytał “lekarz".

- Dobrze mnie zrozumiałeś - odrzekła krótko.

- Ten sam rodzaj mrowienia, które potem ustąpiło? - kontynuował.

- Tak - odpowiedziała. Może powinnam wspomnieć, na czym polega to ustąpienie, o tym, 

że teraz nic nie czuję? AI jednak mówił dalej:

- Tio, nie wydaje mi się, by cokolwiek ci dolegało. Krążenie masz w porządku, nie masz 

gorączki, twój apetyt i waga także są w porządku, sypiasz dobrze. Mimo to ciągle szukasz w sobie 

jakiejś choroby. - “Lekarz" przybrał zniecierpliwiony wyraz twarzy. - Tio, zdaję sobie sprawę, że 

twoi rodzice są teraz bardzo zajęci i nie mają czasu, by z tobą porozmawiać czy się pobawić. Czy 

nie o to naprawdę ci chodzi? Czy jesteś zła na rodziców, że cały czas zostawiają cię samą? Może 

chciałabyś porozmawiać z konsultantem?

- Nie! - wykrzyknęła. Co za pomysł! Głupi AI sądzi, że ona robi to wszystko, by zwrócić na 

siebie uwagę!

- Cóż, nic ci po prostu nie dolega - stwierdził “lekarz" niezbyt uprzejmie. - Nie chodzi o to, 

że chcę cię nakłonić do rozmowy z konsultantem, gdyż nie wiem, w jaki inny sposób mógłbym ci 

pomóc. Z tego, co mówisz, wynika, iż jest to zwykła faza dorastania, nic poza tym.

“Nie chodzi o to, że chcę cię nakłonić do rozmowy z konsultantem". To były groźne słowa. 

background image

Gdyby zgodziła się na włączenie przez AI programu konsultanta, od tej chwili każde jej słowo, 

każdy ruch zostałby zarejestrowany.  Psychoanalitycy z Instytutu mieliby wtedy nieograniczony 

dostęp do danych na jej temat. Dobrze wiedziała, co to oznaczało. Gdyby tylko cokolwiek znaleźli, 

najmniejszą   choćby   rysę   na   jej   charakterze,   rodzice   natychmiast   otrzymaliby   polecenie   z 

Departamentu Zdrowia Psychicznego, by odesłać ją do szkoły z internatem.

Och nie, nie dostaniecie mnie tak łatwo.

- Masz rację - powiedziała ostrożnie. - Po prostu mama i tata zaufali mi, że będę ci się ze 

wszystkiego zwierzała, dlatego właśnie tak często do ciebie się zwracam.

-   W   porządku.   -   Z   twarzy   “lekarza"   zniknął   wyraz   surowości.   -   Nareszcie   mówisz   do 

rzeczy. Nie przestawaj brać zaleconych przeze mnie witamin, a wszystko będzie dobrze.

Nic jednak się nie poprawiło. W ciągu następnych dni mrowienie ustąpiło, a ona straciła 

czucie w palcach. Dokładnie tak samo, jak to się stało ze stopami. Miała kłopoty z chwytaniem 

przedmiotów   i   potrzebowała   dwa   razy   więcej   czasu,   żeby   odrobić   lekcje.   Ciągle   musiała 

obserwować swoje palce, by niczego nie przewrócić, czy też nie upuścić.

Całkowicie   przestała   wykonywać   czynności,   które   wymagały   manualnej   zręczności. 

Zamiast tego oglądała mnóstwo holosów, nawet takich, które ją nudziły, i częściej niż dawniej 

grywała   w   szachy   holowizyjne.   Więcej   także   czytała,   wykorzystując   ekran,   na   którym   mogła 

jednym dotknięciem zmienić stronę. Przewracanie kartek stało się bowiem dla niej zbyt uciążliwe. 

Postępujący brak czucia  zatrzymał  się na nadgarstkach  i  przez parę  dni była  tak zajęta  próbą 

oswojenia się z tą sytuacją, że nie zauważyła, iż brak czucia w jej nogach sięgnął kolan...

Bała się jednak pójść do “lekarza", wiedząc, że tym razem na pewno AI włączy konsultanta. 

Próbowała dostać się do bazy danych, pomijając AI, ale zdawała sobie sprawę, że niełatwo będzie 

jej wywieść w pole jego systemy anty - włamaniowych  zabezpieczeń. Tymczasem odrętwienie 

zatrzymało się w okolicy kolan, w rękach natomiast zaczęło obejmować ramiona. Wmawiała sobie, 

że to nie potrwa już długo, że niebawem zjawią się rodzice i wszystko się wyjaśni. Nikt nie będzie 

jej podejrzewał, że starała się jedynie zwrócić na siebie uwagę. Wkrótce wszystko im opowie i na 

pewno z łatwością poradzą sobie z tym, co ją spotkało. Już wkrótce.

Obudziła się, czując, jak z jej tułowia wyrastają nieczułe kłody rąk i nóg. Wzięła prysznic, 

co   nie   sprawiło   jej   problemu,   gdyż   mogła   regulować   przepływ   wody   dotykiem;   następnie 

próbowała się ubrać. Wiła się, pomagała sobie zębami i prawie nie poruszającymi się już palcami. 

Nie zawracała sobie głowy myciem zębów i czesaniem włosów - było to zbyt skomplikowane. 

Wsunęła  stopy w klapki, gdyż  nie była  w stanie zawiązać  sobie butów  - i powoli ruszyła  do 

głównego pomieszczenia kopuły...

background image

Tam zobaczyła Potę i Braddona uśmiechających się znad filiżanek kawy.

- Niespodzianka! - powiedziała radośnie Pota. - Właśnie skończyliśmy najgorszą robotę i 

dzisiaj   w   nocy  przeteleportowaliśmy   wyniki   ekspertyz   do   Instytutu.   Teraz   wszystko   wróci   do 

normy!

- Och, mamo!

Nie umiała zapanować nad sobą. Była tak podekscytowana i uszczęśliwiona, że ruszyła 

biegiem w kierunku rodziców. Chciała jak najszybciej znaleźć się w ich ramionach...

Bardzo  chciała. W połowie drogi potknęła się i z impetem wpadła prosto w stół. Gorąca 

kawa poparzyła jej ręce i nogi.

Gdy rodzice skoczyli jej na ratunek, spłoszona zaczęła przepraszać za swoją niezgrabność. 

Nawet nie zwróciła uwagi na to, że została oblana wrzątkiem. Dopiero, gdy zobaczyła na twarzy 

rodziców   wyraz   przerażenia,   domyśliła   się,   że   coś   jest   nie   tak.   Na   jej   przedramieniu   zaczęły 

pokazywać się czerwone bąble.

- Wcale mnie nie boli - wypowiedziała pierwsze zdanie, jakie przyszło jej do głowy. - ; 

Naprawdę nic się nie stało. Przez chwilę popadłam w stan pewnego odrętwienia i przyrzekam wam, 

że wcale mnie nie boli.

Pota i Braddon zamarli. Ich reakcja wprawiła Tię w zakłopotanie.

- Niczego nie czujesz? - ostrożnie przemówiła Pota. - Żadnego bólu, zupełnie niczego?

Pokręciła głową.

- Przez pewien czas  odczuwałam  mrowienie  w stopach i dłoniach,  potem to ustąpiło  i 

przestałam czuć cokolwiek. Pomyślałam, że poczekam, by wam o tym powiedzieć do czasu, gdy 

nie będziecie tak zajęci...

Nie pozwolili jej powiedzieć niczego więcej. Natychmiast zrobili niezbędne badania i testy, 

by na koniec stwierdzić, że Tia nie czuje niczego do połowy ud i ramion.

- Jak długo to trwa? - spytał Braddon, gdy Pota pobiegła do tablicy kontrolnej AI, żeby 

uruchomić program medyczny dla dorosłych.

- Och, kilka tygodni - odparła niezdecydowanie. - Sokrates powiedział, że to nic takiego, że 

po prostu rosnę. Potem zaczął sugerować, że symuluję, a ja nie chciałam, by powiadomił o tym 

psychoanalityków, więc próbowałam...

W tym momencie wróciła Pota. Na jej twarzy rysował się grymas zaniepokojenia.

- Musisz się zaraz położyć do łóżka, kochanie. - Tia wyczuła, że matka starała się, by jej 

głos brzmiał spokojnie. - Sokrates uważa, że masz podrażnione nerwy, być może jest to związane z 

jakimś uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Nie umie jednak znaleźć prawdziwej przyczyny twojego 

stanu,  dlatego   zaraz  musisz   się  położyć,  a  my  wezwiemy  statek  kurierski,  by  cię  stąd  zabrał. 

background image

Dobrze?

Braddon i Pota wymienili między sobą spojrzenia, których Tia nie umiała rozszyfrować - i 

serce zabiło jej mocniej.

- Dobrze - westchnęła z rezygnacją. - Nie chciałam zaprzątać wam głowy swoją osobą, 

przysięgam...

Braddon wziął ją na ręce i wyniósł z pomieszczenia.

- Jak mogłaś pomyśleć, że będziemy mieli ci za złe to, iż trzeba się tobą opiekować - 

powiedział   zmartwionym   głosem.   -   Bardzo   cię   kochamy,   króliczku.   Postaramy   się,   żebyś 

wyzdrowiała tak szybko, jak to będzie możliwe.

Ułożył ją w łóżku, tuż obok Teda, i włączył jeden z ho - losów, taki, którego jeszcze nie 

widziała.

- Proszę - rzekł całując ją czule. - Zaraz przyjdzie mama, żeby opatrzyć te oparzenia. Potem 

postaramy się zrobić z ciebie najbardziej zepsutego berbecia w całym znanym nam wszechświecie! 

Chcę tylko, żebyś sobie tutaj leżała i myślała o tym, by jak najszybciej wyzdrowieć. Umowa stoi?

- Jasne, tato - powiedziała, starając się jak najszerzej uśmiechnąć. - Stoi.

background image

CZĘŚĆ DRUGA 

Ponieważ życiu Tii nie zagrażało niebezpieczeństwo, a nie było akurat żadnego wolnego 

wahadłowca do jednostkowych przelotów, musieli czekać na przybycie AI - trzmiela dwa tygodnie. 

Dwa długie tygodnie, podczas których na twarzach Poty i Braddona coraz wyraźniej malowało się 

przerażenie, a jej stan był coraz gorszy.

Pod koniec drugiego tygodnia nie tylko niczego nie czuła w kończynach, ale nie mogła nimi 

poruszać.   Brak   czucia,   który   jeszcze   niedawno   tak   bardzo   utrudniał   jej   zapinanie   guzików   i 

zamków błyskawicznych, zamienił się w paraliż. Gdyby nie obawa, że może tym jeszcze bardziej 

pogrążyć rodziców, Tia rozpłakałaby się. Nie mogła już nawet przytulić Teda.

Żartowała, mówiąc mamie, że zawsze marzyła o tym, by ktoś ją tak obsługiwał. Mimo 

całego swojego przerażenia musiała żartować, gdyż widziała, jak przestraszeni są jej rodzice. Myśl 

o nich pomagała jej przezwyciężyć strach. To dla nich robiła wszystko, by nie pozwolić sobie na 

jakąkolwiek chwilę słabości. I tak byli dostatecznie zmartwieni. Gdyby straciła odwagę i pogodę 

ducha, z pewnością wpadliby w panikę.

Czas wlókł się w nieskończoność, gdy oglądała holos za holosem i bez końca grywała w 

szachy z Braddonem. Tia wmówiła sobie, że gdy dostanie się do szpitala, wszystko będzie dobrze. 

Oczywiście, że tak będzie. Nie znała takiej choroby, z którą nie poradzono by sobie w szpitalu 

Światów Centralnych. Wszyscy o tym wiedzieli! Tylko wady wrodzone były nieuleczalne. Ale 

przecież do dnia, gdy to się zaczęło, nic jej nie dolegało. Z pewnością była to jakaś łatwo uleczalna 

choroba.

- Sokrates mówi, że to ucisk na nerwy - powtarzała Pota bez końca w dniu, kiedy miał 

przybyć   wahadłowiec.   -   Gdy   dotrzesz   już   do   szpitala,   musisz   być   dzielna,   kurczaczku. 

Prawdopodobnie będą musieli cię zoperować i minie kilka miesięcy, zanim wszystko wróci do 

normy.

Rozczesała włosy córki i upięła je w warkocz, tak jak to Tia zawsze lubiła robić.

- Do tego czasu nie będę mogła się niczego uczyć, prawda? - spytała dziewczynka bardziej 

po to, by zająć matkę myśleniem o czymś trywialnym niż z ciekawości. Mama nie bardzo potrafi 

poruszać   się   w   świecie   spraw   przyziemnych...   podobnie   zresztą   jak   i   tata.   -   Będą   mnie 

prawdopodobnie   faszerować   jakimiś   pigułkami   przeciwbólowymi.   Na   pewno   będę   miała   duże 

zaległości w nauce.

- Cóż - powiedziała Pota, przeciągając to słowo w nieskończoność. - Tak, boję się, że tak. Z 

pewnością nie zmartwi to psychoanalityków; dobrze wiesz, że uważają cię za zbyt rozwiniętą jak 

background image

na   swój   wiek.   Nie   zapominaj   jednak   o   tym,   że   będziesz   miała   całą   bibliotekę   szpitalną   do 

dyspozycji, a tam naprawdę jest w czym wybierać!

Myśl o tym odwróciła na chwilę uwagę Tii od zmartwień otaczającego świata. Dostęp do 

szpitalnej biblioteki nieskończenie bardziej obszernej niż jakakolwiek będąca do tej pory w jej 

zasięgu! Ile holosów, które pragnęła obejrzeć i książek, które chciała przeczytać...

- Już tu są! - zawołał Braddon z sąsiedniego pokoju. Pota zagryzła wargę i uniosła Tię z 

łóżka. Po raz pierwszy od wielu tygodni założono dziewczynce jej antyciśnieniowy kombinezon. 

Pota   praktycznie   wkładała   ją   do   skafandra,   jakby   Tia   była   dużą,   bezwładną   lalką.   Braddon 

przyszedł pomóc żonie, a dziewczynka starała się jak mogła, ułatwić zadanie rodzicom. Znowu 

wyjdzie na zewnątrz. Tym razem jednak prawdopodobnie już tu nie wróci. Na pewno nie do tej 

kopuły.

- Poczekajcie! - zawołała, zanim Pota zdążyła zasunąć zamki. - Poczekajcie, chcę swojego 

misia! - Widząc niezdecydowanie na twarzach rodziców, zrobiła najbardziej zatroskaną minę w 

swoim młodym życiu. - Proszę? - Nie wyobrażała sobie wyjazdu do obcego miejsca bez żadnej 

rzeczy bliskiej jej sercu. Nawet jeżeli nie mogła go trzymać w ramionach, mogła do niego mówić i 

czuć miękkość jego futerka na swoim policzku. - Proszę?

- No dobrze, kochanie - dała się uprosić Pota. - Myślę, że znajdzie się dla niego miejsce w 

twoim skafandrze.

Na szczęście Ted był  mięciutki, a Tia dostatecznie szczupła.  Ted znalazł  się wewnątrz 

skafandra i Tia poczuła przyjemny dotyk małego przyjaciela.

Nie zdążyła o niczym więcej pomyśleć, gdyż w tej chwili do pokoju weszły dwie na biało 

ubrane   postacie   z   Departamentu   Medycznego   .   Jeszcze   tylko   usłyszała   dziwny   świst 

wydobywający się z jej pojemnika z tlenem i pokój odpłynął w ciemność.

Gdy   się   obudziła,   znajdowała   się   w   obcym,   białym   pomieszczeniu.   Na   sobie   miała 

papierową koszulę. Jedyną kolorową rzeczą w tym pokoju był Ted. Leżał tuż przy jej ramieniu, a 

jego główka wyglądała spod białego koca.

Rozejrzała się po pokoju i poczuła, jak żołądek skurczył się jej ze strachu. Gdzie ona jest? 

Prawdopodobnie w szpitalnym pokoju, ale co z mamą i tatą? Jakim sposobem tak szybko się tutaj 

znalazła? Co ci dwaj dziwni obcy jej zrobili?

I dlaczego nie czuła się wcale lepiej? Dlaczego nie czuła niczego?

- Obudziła się - powiedział obcy głos.

Obróciła  głowę,  co   było   jedynym   ruchem,   jaki   zdołała  wykonać,  i   zobaczyła  kogoś   w 

białym kombinezonie stojącego obok jej łóżka. Na twarzy miał maskę, a na ramieniu czerwony 

background image

krzyż Służb Medycznych. Tia zauważyła też tabliczkę z nazwiskiem na jego piersi, ale nie mogła 

dostrzec, co było na niej napisane. Nie była nawet pewna, czy postać obok niej jest kobietą czy 

mężczyzną, a także - czy jest to człowiek czy humanoid.

Twarz w masce  pochyliła  się nad Tia.  Dziewczynka  gdyby  mogła,  skurczyłaby się, by 

zniknąć z pola widzenia. Przerażała ją anonimowość pochylonej postaci. Kiedy jednak ten ktoś 

przybliżył się bardziej, dojrzała, że ma ludzką twarz - i trochę się uspokoiła.

- Witaj, Hypatio - powiedziała postać; była to kobieta, bardzo ładna kobieta.

Jej   głos   był   lekko   zniekształcony   przez   głośnik   kombinezonu.   Brzmiał   trochę   jak   głos 

Moiry, gdy rozmawiała z nią przez stary com. To porównanie jeszcze bardziej ją uspokoiło. Poza 

tym ta kobieta znała jej imię i wymawiała je poprawnie.

- Witaj - odpowiedziała ostrożnie. - Jestem w szpitalu, prawda? Dlaczego nie pamiętam 

podróży statkiem?

-   Cóż,   Hypatio...   czy   mogę   do   ciebie   mówić   Tia?   -   Gdy   Tia   skinęła   głową,   kobieta 

kontynuowała: - Początkowo myśleliśmy,  że możesz być  czymś  zarażona, nawet jeżeli nic nie 

dolegało twoim rodzicom. Lekarz i pielęgniarz, którzy po ciebie przybyli, zdecydowali, że lepiej 

będzie   ciebie   i   twoich   rodziców   odizolować.   Najlepszym   sposobem   było   zatem   uśpić   was   i 

przetransportować tutaj nietkniętych w specjalnych inkubatorach. Nie chcieliśmy cię przestraszyć, 

więc poprosiliśmy twoich rodziców, by ci nic nie mówili.

Tia skinęła głową.

- Rozumiem - rzekła, starając się wychwycić każde słowo, które usłyszała. Wiedziała, że to 

było wszystko, co mogła teraz zrobić. - I tak bym się nudziła na statku. Nie było tam z pewnością 

wiele do czytania i oglądania i zanudziłabym wszystkich grą w szachy.

Kobieta roześmiała się.

- Tym bardziej, że z łatwością byś ich pokonała - zgodziła się z nią, lekko się prostując.

Tym razem jednak jej maska nie wyglądała już tak przerażająco. Kryła się pod nią życzliwa 

Tii twarz.

- Teraz przez jakiś czas będziesz odbywała kwarantannę, aż do czasu gdy odkryjemy, co ci 

naprawdę dolega. Będę się z tobą często spotykała, gdyż jestem jednym z twoich dwóch lekarzy. 

Nazywam się Anna Jorgenson - Kepal i możesz mówić do mnie Anna, albo doktor Anna, jeżeli 

wolisz. Nie sądzę jednak, żebyśmy musiały być  tak oficjalne. Twoim drugim lekarzem będzie 

doktor Kennet Uhua - Sorg. Nie będziesz go jednak na razie widywała, gdyż jest niepełnosprawny i 

jeździ na wózku. Trudno byłoby taki pojazd umieścić w antyciśnieniowym kombinezonie.

Nad  jej  łóżkiem   zabłysnął   ekran  holowizyjny  i  ujrzała   na  nim   głowę  młodego,   bardzo 

szczupłego mężczyzny.

background image

- Mów do mnie Kennet, Tio - powiedział mężczyzna. - Nie mam zamiaru cię zanudzać, 

poza tym wolałbym się z tobą spotkać osobiście, ale jak już wiesz, jestem przykuty do wózka na 

kółkach, więc Anna będzie na razie moimi rękami.

-   Czy   ten   twój   wózek   jest   czymś   w   rodzaju   nowoczesnej   kapsuły?   -   spytała   z 

zainteresowaniem. - Znam jedną kobietę z kapsuły. Ma na imię Moira i jest statkiem mózgowym.

- A niech to! - wykrzyknął promiennie Kennet. - Lekarz w “prawie" kapsule! Tak, to ja. 

Wiesz, miałem głupi wypadek, kiedy byłem mały. Dlatego dzisiaj muszę używać tego urządzenia, 

by się poruszać.

Roześmiała się szczerze. Myślę, że go polubię.

- Czy już ci ktoś mówił, że wyglądasz jak Amenemhat Trzeci?

Jego duże oczy stały się jeszcze większe.

- Nie, nikt. To coś nowego. Mam nadzieję, że to komplement! Jedna z moich pacjentek 

powiedziała mi kiedyś, że wyglądam jak Largo Delecron, gwiazda rewii, ale nie wiedziałem wtedy, 

że Largo podobny jest do uciekiniera z obozu niewolników!

- To był komplement - zapewniła go Tia. - Amenemhat jest  jednym z moich ulubionych 

faraonów.

- Muszę zatem sprawdzić, czy potrafię zachowywać się z godnością, jaka przystoi faraonom 

- odrzekł z uśmiechem Kennet. - Z pewnością pomogłoby mi to, gdy musiałem wybijać pewne 

rzeczy z głowy tutejszym  psychoanalitykom.  Próbowali  się do ciebie  dobrać, gdy tylko  się tu 

zjawiłaś.

Gdyby mogła, zadrżałaby ze strachu.

- Nie będę musiała się z nimi spotykać, prawda? spytała piskliwym głosikiem. - Oni nigdy 

nie przestają zadawać głupich pytań!

- Oczywiście, że nie - powiedziała uspokajająco Anna. - Mam dwa doktoraty, a jeden z nich 

w dziedzinie badania nieprawidłowości rozwojowych mózgu. Bez problemu zatem mogę się tobą 

opiekować sama.

W Tii zamarło serce, gdy usłyszała, jaki stopień naukowy posiada Anna. Tym bardziej że 

jej   specjalizacja   dotyczyła   “nieprawidłowości   rozwojowych   mózgu".   Żaden   z   dotychczas 

gnębiących ją psychoanalityków nie określał swojej profesji w tak dziwny sposób.

Lekarka dotknęła ramienia Tii.

- Nie martw się, Tio. Według mojej opinii jesteś małą, dzielną damą, może trochę zbyt 

odpowiedzialną jak na swój wiek, ale całkiem normalną. Oni spędzają wiele czasu na analizowaniu 

zachowań   dzieci,   ale   tak   naprawdę   wcale   ich   nie   zauważają   i   nie   potrafią   ich   słuchać.   - 

Uśmiechnęła się w środku swojego hełmu i Tia zobaczyła, że na jej czoło opadł kosmyk czarnych 

background image

włosów. Sprawiło to, że jej wygląd stał się jeszcze bardziej ludzki.

- Posłuchaj, Tio, musieliśmy wyciąć z twojego misia trochę futerka i gąbki ze środka - 

powiedział Kennet. - Anna stwierdziła, że i tak tego nie zauważysz, ale myślę, że powinnaś o tym 

wiedzieć. Sprawdziliśmy, czy nie ma na nim obcych bakterii lub neurotoksyn, ale z misiem jest 

wszystko w porządku. Kiedy dojdziesz do siebie dla pewności zbadamy go jeszcze raz, mimo że 

jesteśmy pewni, iż twoja choroba nie ma z nim nic wspólnego. Mówię ci o tym na wypadek, 

gdybyś się czegoś takiego obawiała.

Tia zastanawiała się już nad tym... Z pewnością Moira nie zrobiłaby tego celowo, ale gdyby 

jednak Tia zachorowała przez Teda, to byłoby straszne. Moira miałaby ogromne wyrzuty sumienia, 

a co dopiero Tomas!

- Jak mu na imię? - spytała Anna, manipulując czymś za głową Tii.

Dziewczynka nie mogła jednak na tyle obrócić głowy, żeby zobaczyć, co Anna wyrabia.

- Teodor Edward Miś - odpowiedziała, przyciskając policzek do jego miękkiego futerka. - 

Dostałam go od Moiry, ona miała podobnego, a nazywał się Iwan Groźny.

- Cóż za wspaniałe imię - Teodor. Pasuje do niego - stwierdziła Anna. - Wydaje mi się, że 

twoja Moira i ja musimy być w podobnym wieku. Kiedy byłam mała, panowała moda na misie. Ja 

miałam misia dziewczynkę, którą nazwałam Amelia Misie Serduszko - zaśmiała się. - Wciąż ją 

mam, tylko że teraz większość czasu przesiaduje na sekretarzyku, w moim pokoju gościnnym. Nic 

dziwnego zresztą, bo jest obecnie w wieku dostojnej matrony.

Jednak  nie  o  misiach  chciała  tak  naprawdę  porozmawiać  Tia.   Wiedziała  już, gdzie   się 

znajduje i że jest odizolowana od świata zewnętrznego.

- Jak długo będę musiała tutaj zostać? - zapytała cichutko.

Kennet przybrał poważną minę, a Anna przestała bawić się czymś nad głową Tii. Kennet 

zagryzł dolną wargę. Szum pracujących w pomieszczeniu urządzeń stał się o wiele głośniejszy.

- Psychoanalitycy sugerowali, że nie powinniśmy mówić ci prawdy, ale uważamy, że jesteś 

bardzo niezwykłą dziewczynką. Sądzimy zatem, że wolisz wiedzieć, jaki jest twój stan. Czy tak jest 

w rzeczywistości?

Przez   chwilę   zastanawiała   się:   poznać   prawdę   czy   grać   przed   samą   sobą,  że   wszystko 

będzie dobrze?

Tu jednak nie chodziło o udawanie jak podczas zabawy w wykopaliska. Udawanie musiało 

się kiedyś skończyć, a wtedy prawda mogła okazać się dużo gorsza niż teraz.

- Ta...ak - powiedziała powoli. - Proszę.

- Na razie nie wiemy, co ci dolega - wyjaśniła Anna. - Chciałabym, żeby było inaczej, ale 

nie wiemy. Nie znaleźliśmy niczego w twojej krwi; teraz natomiast staramy się sprawdzić twój 

background image

system   nerwowy.   Przypuszczamy,   że   zaatakowała   cię   jakaś   bakteria,   być   może   pro   to   wirus. 

Niestety, nie jesteśmy tego pewni. Dopóki się nie dowiemy, nie będziemy umieli ci pomóc.

Dopóki... Jeżeli...

Przeraziła się na myśl o tym, że mogłaby zostać w takim stanie przez resztę swojego życia.

- Twoi rodzice także odbywają kwarantannę - powiedział pospiesznie Kennet. - Jednak 

jesteśmy  na sto  procent  pewni,  że  nic  im  nie  jest, lecz   to  czyni  całą   sprawę  jeszcze   bardziej 

skomplikowaną.

- Myślę, że rozumiem - szepnęła cichym, zdenerwowanym głosem. Złapała głęboki oddech. 

- Czy mi się pogorszy?

Anna prawie zamarła w bezruchu, a Kennet znowu zagryzł wargę.

- Cóż - wycedził powoli. - Możliwe, że tak. Musimy zatem myśleć o czymś, co pozwoliłoby 

ci   się   poruszać,   być   może   nawet   o   urządzeniach   wspomagających   twoje   czynności   życiowe. 

Musiałoby to być  coś bardziej skomplikowanego niż mój  fotel. Przykro mi, że nic innego nie 

potrafię ci powiedzieć.

-   Nic   nie   szkodzi   -   odparła,   starając   się   opanować   zdenerwowanie.   -   Trochę   się   tego 

spodziewałam.

Anna pochyliła się i mruknęła coś do mikrofonu umieszczonego w kombinezonie.

- Tio, jeżeli chcesz płakać, to nie wstydź się tego. Na twoim miejscu już bym płakała. Jeżeli 

chcesz zostać sama, wystarczy, że nam o tym powiesz, dobrze?

- Dobrze - odrzekła nieśmiało. - Och, czy mogłabym zostać przez chwilę sama?

- Oczywiście.

Anna przestała udawać, że zajęta jest czymś przy swoim ekwipunku i delikatnie skinęła w 

kierunku holoekranu. Kennet pokiwał jej ręką i zniknął. Anna wyszła przez niewidoczne do tej 

pory dla Tii, heometyczne drzwi łącznika. Została sama w otoczeniu cicho szumiącej aparatury, z 

Tedem przy boku.

Zagłębiła się w swoje myśli i zaczęła zastanawiać się nad tym, co przed chwilą usłyszała.

Nie polepszy się jej, tylko pogorszy. Nie umieli znaleźć przyczyny jej choroby. To były złe 

wiadomości. Natomiast cieszyło ją, że nic nie stało się mamie i tacie, i że lekarze nie odebrali jej 

nadziei na wyzdrowienie.

Wywnioskowała stąd, że być może znajdzie się dla niej lekarstwo.

Wyrwała się z zamyślenia.

- Halo! - powiedziała.

Przypuszczała, że pokój jest pod stałą obserwacją AI - Halo - odpowiedział bez wyrazu głos 

ze ściany. Zatem nie myliła się. - Czego potrzebujesz?

background image

- Chciałabym obejrzeć holos. Najlepiej historyczny - stwierdziła po namyśle. - Jest taki 

holos o królowej Egiptu Hatszepsut. Nazywa się... Feniks Ra, chyba tak. Czy macie go w swojej 

kolekcji?

Ten holos był w jej domu na liście zakazanych. Dobrze wiedziała dlaczego. Było w nim 

kilka   intymnych   scen   z   królową   i   jej   nadwornym   architektem   w   roU   głównej.   Tia   była 

zafascynowana jedyną kobietą, która ogłosiła się faraonem Egiptu, i żal jej było, że odrobina seksu 

pozbawia ją przyjemności obejrzenia historii jej życia.

- Tak, mogę go wyświetlić - powiedział AI po chwili. - Chcesz go zobaczyć teraz?

Zatem nie zablokowali jej dostępu do holoteki!

- Tak - rzekła; po chwili postanowiła pójść za ciosem, by wykorzystać szansę zobaczenia 

innych,   zabronionych   w   domu   holosów.   -   Potem   chciałabym   obejrzeć   trylogię   Ateny,   tę   o 

Ahnkenatenie i heretykach. Tytuły jej części to: Powstanie Aten, Ateny w pełni chwały i Upadek 

Aten.

Trylogia ta zawierała coś więcej niż kilka nieprzyzwoitych scen. Tia podsłuchała kiedyś, 

jak jej mama mówiła, że pewne przypuszczenia co do dziejów Aten, zobrazowane w tym holosie, 

mogą spowodować, iż znajdzie się on na czarnej liście niektórych kultur. Braddon odparł, iż to 

bardziej pokazane w nim kostiumy, czy raczej ich brak, spowodują taką sytuację. Mimo to Tia 

bardzo chciała zobaczyć ten holos. Jeżeli był tak okropny, jak mówili rodzice, z pewnością pozwoli 

jej na chwilę zapomnieć o własnych kłopotach!

- Jak sobie życzysz - potwierdził zamówienie AI. - Możemy zaczynać?

- Tak - poleciła, tuląc policzek do miękkiego, misio - wego futerka. - Zaczynajmy.

Pota   i  Braddon  przyglądali   się  swojej  córce  z  kamiennymi  wyrazami  twarzy.   Tia   była 

pewna,  że  pod tą   maską   kryje   się bezmiar  cierpienia,   którego  nie  chcieli  jej   pokazać.  Wzięła 

głęboki oddech i skierowała się ku nim.

- Fotel, naprzód, pięć kroków. - Skomputeryzowany fotel na kółkach ruszył do przodu i 

zatrzymał się tuż przed nimi.

- Cóż, teraz przynajmniej mogę chodzić - powiedziała, mając nadzieję, że jej głos zabrzmiał 

pogodnie. - Męczył mnie już widok tych samych czterech ścian!

Lekarze zadecydowali, że czymkolwiek była jej choroba - padały tu słowa “protowirus" lub 

“sclerosis distrophis" - nie jest to nic zakaźnego. Pota i Braddon mogli zatem wyjść z izolatki, a Tię 

przeniesiono do innego pokoju. Był to pokój, którego drzwi wychodziły prosto na korytarz. Teraz 

Anna przychodziła do niej bez skafandra, a także Kennet mógł się z nią widywać osobiście. Mimo 

to cztery białe ściany pozostały czterema białymi ścianami i nic nie można było na to poradzić.

background image

Tia bała się prosić o cokolwiek, co uczyniłoby ten pokój bardziej jej własnym; bała się, że 

w ten sposób ugrzęźnie w nim na zawsze.

Większa część jej ciała była już sparaliżowana. Właściwie władała tylko mięśniami twarzy. 

Na tym etapie choroba zatrzymała się. Stało się to tak nagle i niespodziewanie, jak się zaczęło.

Umieszczono ją w zabudowanym z czterech stron automatycznym fotelu; bardzo podobnym 

do pojazdu Kenneta, z tym  że ona kierowała swoim za pomocą  głosu, dotyku  języka  i ruchu 

powiek. Fotel poruszał się w tę stronę, w którą Tia spojrzała, po uprzednim ustnym nakazie jazdy. 

Poza tym wyposażony był w mechaniczne ramiona, które reagowały na polecenia dziewczynki. 

Każdy rozkaz musiał być poprzedzony wezwaniem “fotela" lub “ramion". Nie był to doskonały 

system, ale tyle mogli dla niej zrobić bez ingerencji w jej układ nerwowy. Bezpośrednie połączenie 

mózgu z urządzeniami komputerowo - mechanicznymi mieli bowiem tylko ludzie z kapsuł.

Ponieważ jej system nerwowy wciąż działał, nie było potrzeby go naruszać.

Wszystko, tylko nie to, pani Lincoln, pomyślała z lekką ironią.

- Jak udała się zabawa?

- O czym myślisz, słoneczko? - zapytał Braddon lekko drżącym głosem.

- Tato! - odpowiedziała radośnie. - W tym urządzeniu czuję się, jakbym sterowała statkiem 

kosmicznym. Myślę, że wkrótce wyzwę doktora Kenneta na wyścigi!

Po ta z trudem przełknęła ślinę i niewyraźnie się uśmiechnęła.

- To nie potrwa długo - rzekła bez przekonania. - Gdy tylko uda się lekarzom rozszyfrować 

tajemnicę twojej choroby, postawią cię na nogi.

Tia   ukradkiem   zagryzła   wargę,   by   nie   pozwolić   jej   na   drżenie   -   i   spróbowała   się 

uśmiechnąć. Prawdopodobieństwo znalezienia lekarstwa było z dnia na dzień coraz mniejsze i Tia 

dobrze o tym wiedziała. Anna i Kennet bynajmniej nie próbowali tego przed nią ukrywać.

Niemniej nie było żadnego powodu, by dodatkowo martwić tym rodziców. I tak byli już 

dostatecznie przerażeni.

Zaprezentowała   im   wszystkie   możliwości   swojego   fotela,   dzięki   czemu   nie   musieli 

rozmawiać   ojej   chorobie.   Wkrótce   wyszli,   przepraszając   i   obiecując,   że   niedługo   wrócą.   W 

drzwiach minęli cały tabun internistów i neurochirurgów, którzy zaczęli zadawać Tii mnóstwo 

bardzo istotnych dla każdego z nich pytań; pytań, na które odpowiadała już z tysiąc razy. Każdy z 

lekarzy miał oczywiście odmienne zdanie co do przyczyn jej dziwnej choroby.

“Najpierw, kiedy wstałam pewnego ranka, poczułam, jakby moje palce u nóg nie chciały się 

obudzić. Uczucie to nie minęło. Potem mrowienie przeszło w brak czucia. Nie, proszę pana, wcale 

nie bolało. Nie, proszę pani, początkowo sięgało to tylko pięt. Tak, proszę pana, po dwóch dniach 

to samo zaczęło się dziać z moimi palcami u rąk. Nie, proszę pani, tylko palce, nie całe ręce..." I tak 

background image

przez długie godziny. Zdawała sobie jednak dobrze sprawę, że nie robili tego złośliwie. Próbowali 

jej pomóc, a to, czy ich próby miały szansę powodzenia, zależało także od niej, od tego, czy będzie 

z nimi współpracowała.

Jednocześnie ich pytania nie zagłuszyły pytań, które zadawała sama sobie. Jak do tej pory 

miała sparaliżowany system nerwowy zawiadujący jej świadomymi odruchami. Co jednak będzie, 

gdy   zaatakowany   zostanie   jej   autonomiczny   system   nerwowy   i   pewnego   ranka   przestanie 

oddychać? Co wtedy? Co będzie, jeśli straci kontrolę nad mięśniami twarzy? Każdy lekki skurcz 

powodował w niej głuchy okrzyk przerażenia.

Nikt jednak nie potrafił odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Ani lekarze, ani Tia.

W końcu, tuż przed obiadem, poszli sobie. Tia po kilku próbach doszła do mistrzowskiej 

wprawy w operowaniu sztucznymi  ramionami, tak że sama mogła się karmić. Dzięki temu nie 

musiała przeżywać upokarzającego karmienia przez pielęgniarkę. Jednocześnie specjalny system 

jej fotela wybawiał ją od zażenowania wynikającego z naturalnych następstw jedzenia i picia...

Po kolacji, kiedy zabrano tacę, siedziała całkiem sama w zapadającej ciemności. Była bliska 

załamania. Całe szczęście, że Pota i Braddon nie przyszli z powrotem, gdyż bała się, iż mogłaby 

tego nie wytrzymać. O wiele ciężej przychodziło jej zachować spokój ducha przed rodzicami niż 

przed obcymi.

- Fotel, obróć się o siedemdziesiąt stopni w prawo - poleciła. - Lewe ramię, podnieś misia.

Z cichym szumem silników fotel posłusznie wykonał polecenie.

- Lewe ramię, połóż misia - anuluję. Lewe ramię, przysuń misia do lewego policzka. - 

Ramię lekko się poruszyło. - Bliżej. Bliżej. Tak trzymaj.

Tuliła się policzkiem do misiowego futerka i wyobrażała sobie, że trzyma go w swoich 

ramionach.

Nikt nie mógł  zobaczyć,  jak z jej oczu zaczęły powoli płynąć  długo powstrzymywane, 

gorące łzy. Przechyliła lekko głowę na lewą stronę, by spływały w miękkie, niebieskie futerko 

Teda. Nie chciała, by ktoś poznał, że płakała.

- To niesprawiedliwe - szeptała Tedowi do uszka. Miś wydawał się przyznawać jej rację, 

gdy mocniej dotykała go policzkiem. - To niesprawiedliwe...

Przecież  chciałam  odnaleźć  świat  EsKaysów.  Chciałam  wraz z  rodzicami  być  tą, która 

odnajdzie ich rodzinną planetę. Chciałam pisać książki. Chciałam wyjść naprzeciw ludziom, by ich 

rozradować i zadziwić, by pokazać, że archeologia i historia nie umarły, tylko trochę przysnęły. 

Chciałam robić rzeczy, o których nakręca się holosy. Chciałam... chciałam...

Chciałam tyle zobaczyć! Pragnęłam pokierować prawdziwym ślizgowcem i wykąpać się w 

prawdziwej lagunie, i poczuć szum sztormu, i...

background image

...i chciałam...

Nagle   powróciły  w   jej   pamięci   sceny  z   holosów,   które   oglądała,   a   także   wspomnienie 

roześmianych Poty i Braddona.

Chciałam wiedzieć, jak to jest z chłopcami. Chłopcy, pocałunki i...

Teraz już nikt nigdy na mnie nie spojrzy, nikt mnie nie zobaczy. Wszystko, czym będę, to 

wielka metalowa rzecz. Tylko tyle teraz zobaczą...

Nawet jeśli jakiś chłopiec chciałby kiedyś mnie pocałować, musiałby przedrzeć się przez 

gąszcz półtonowej maszynerii, a i tak pewno włączyłby się wtedy alarm.

Łzy szybciej zaczęły spływać jej po twarzy, ale krył je coraz gęstszy mrok w pokoju.

Nie wsadziliby mnie do tego urządzenia, gdyby sądzili,  że wyzdrowieję. Już nigdy nie 

wyzdrowieję. Będzie ze mną coraz gorzej. Nic nie czuję, jestem tylko głową wystającą z maszyny. 

Co będzie, jeśli ogłuchnę? Oślepnę?

- Teddy, co ze mną będzie? - zaszlochała. - Czy resztę życia spędzę w czterech ścianach 

szpitalnego pokoju?

Ted wiedział tyle co ona, nie mógł jej pomóc.

- To niesprawiedliwe, niesprawiedliwe. Niczego jeszcze nie spróbowałam - płakała, a Ted 

się jej przyglądał swoimi wielkimi, smutnymi  oczami i chował jej łzy w swoim futerku. - To 

niesprawiedliwe. Jeszcze nie skończyłam. Nawet nie zaczęłam...

Kenny zacisnął dłoń jednej ręki w pięść i wyłączył kamerę. Gwałtownym ruchem przetarł 

twarz, na której malowały się bezsilność i gniew. Żal mu było tej małej dziewczynki siedzącej 

samotnie w zimnym, szpitalnym pokoju. Dziewczynki, która tak odważnie stawiała czoło każdej 

przeciwności.

On jednak widział ją teraz bez pozy, którą przybierała, by pomóc sobie i innym przetrwać te 

trudne   chwile.   Widział   po   prostu   małą   dziewczynkę   nie   mogącą   sobie   poradzić   ze   swoim 

nieszczęściem.

“Jeszcze nie skończyłam. Nawet nie zaczęłam".

- A niech to! - zaklął i przetarł ręką oczy. - A niech to szlag!

Co za nielitościwy bóg spowodował, że ta mała użyła takich samych słów, jak on piętnaście 

lat temu? Piętnaście lat temu, kiedy głupi wypadek stał się przyczyną jego paraliżu od pasa w dół i 

kiedy prysły jego marzenia (jak wtedy sądził) o szkole medycznej? Piętnaście  lat temu, kiedy 

doktor Harwat Kline - Bes słyszał jego płacz tłumiony poduszką.

Obrócił swój fotel i otworzył okno widokowe, za którym kryły się gwiazdy. Przyglądał się, 

jak podróżowały w bezkresnej przestrzeni. Piękno tego obrazu podkreślał powolny obrót stacji 

background image

naukowej. Nie starał się wycierać łez płynących po policzkach, a w jego umyśle panowała pustka.

Piętnaście lat temu inny neurochirurg usłyszał te łamiące serce słowa i postanowił, że zrobi 

wszystko, by się nie spełniły. Wziął młodego człowieka pod opiekę, wymusił na konstruktorach 

prototypu automatycznego fotela, by to właśnie on go otrzymał, potem wpłynął na dziekana Meya - 

sor State Medical College, by przyjął chłopca na studia medyczne. Następnie zadbał o to, żeby po 

skończeniu   studiów   został   przyjęty   do   pracy   w   tym   właśnie   szpitalu.   Było   to   miejsce,   gdzie 

neurochirurg w automatycznym fotelu nie był wielkim zaskoczeniem, nie w zestawieniu z setkami 

podobnych przybyszów z różnych światów.

Był on jednak od pasa w górę sprawny. Z dziewczynką było gorzej. Miała nieprzeciętny, 

lotny umysł zamknięty w martwym ciele jak w skorupce.

“Cudowny umysł. Zamknięty w skorupce. Cudowny..." Coś przyszło mu do głowy. Było to 

jak błysk gromu. Wiedział, że nie on sam obserwował Tię. Był ktoś jeszcze. Ktoś, kto obserwował 

każdego pacjenta, lekarza i pielęgniarkę w tym szpitalu. Ktoś, z kim nieczęsto się konsultował, 

ponieważ Lars nie był lekarzem czy psychologiem.

Mimo to w pewnych wypadkach opinia Larsa była bardziej trafna niż zdanie którejkolwiek 

osoby znajdującej się na stacji. Kennet miał na myśli także samego siebie.

Włączył nadajnik.

- Lars - powiedział krótko. - Stary, masz wolną chwilę?

Musiał   chwilę   odczekać.   Lars   miał   sporo   pracy.   Na   szczęście   o   tej   porze   kolejka 

pragnących się z nim porozumieć była nieco krótsza.

- Oczywiście, Kenny - odpowiedział Lars po kilku sekundach. - W jaki sposób mogę pomóc 

cudownemu, niepełnosprawnemu dziecku, które przybyło do nas, do Medycznej Stacji Światów 

Centralnych  “Duma Albionu"? Hmm?  - W głosie Larsa dało się słyszeć  ton ironii;  bawiło go 

drażnienie   swoich   rozmówców.   Nazywał   to   “terapeutycznym   sprowadzaniem   na   ziemię". 

Szczególnie uwielbiał sprowadzać na ziemię Kenny'ego. Powtarzał dziesiątki razy, że wszyscy inni 

unikali, jak mogli, rozmowy o “pożałowania godnym kalectwie".

- Zostaw ten sarkazm na później, Lars - odparł Kenny. - Mam poważny problem i chciałem 

zasięgnąć twojej rady.

- Mojej rady? - Lars udał ogromne zaskoczenie. - Masz na myśli osobistą radę, gdyż nie 

jestem upoważniony do dawania rad w dziedzinie medycyny.

- O taką radę mi chodzi, bardzo osobistą. Chcę, żebyś mi podpowiedział, jak mogę pomóc 

Hypatii Cade.

- Ach - Kenny zauważył, że w głosie Larsa zabrzmiał ton zastanowienia. - To małe dziecko 

z oddziału neurologicznego, które ogląda bynajmniej niedzieciece holosy. Ciągle jej się wydaje, że 

background image

jestem AI Nie wyprowadzałem jej z błędu.

- To dobrze, chciałbym, żeby była sobą wobec ciebie. Jestem pewien, że nie odkryje się 

przed   nikim   innym.   -   Zdał   sobie   sprawę,   że   jego   głos   przybrał   rozkazujący   ton   i   musiał   się 

uspokoić, zanim zaczął mówić dalej. - Masz jej nagrania i obserwowałeś ją od samego początku. 

Wiem, że jest na to za duża, ale chciałbym usłyszeć, czy twoim zdaniem nadaje się do programu 

ludzi z kapsuł?

Nastała długa przerwa. Dłuższa, niż Lars zwykle potrzebował, by przeanalizować posiadane 

nagrania.

- Czy jej stan się ustabilizował? - spytał zupełnie poważnie. - Bo jeżeli nie, jeżeli w połowie 

szkolenia przestanie działać jej mózg, nie tylko utrudni ci to pracę z podobnymi przypadkami w 

przyszłości,   ale   źle   wpłynie   na   pozostałe   dzieci   z   kapsuł   biorące   udział   w   szkoleniu.   Wiesz 

doskonale, że nie są one odporne na takie rzeczy, jak śmierć koleżanki. Nie chciałbym uczestniczyć 

w przedsięwzięciu, które może przysporzyć wszystkim kłopotów.

Kenny w zamyśleniu masował swą skroń długimi, wrażliwymi palcami, które czyniły cuda 

podczas operacji, a nie mogły niczego zrobić dla jednej małej dziewczynki.

- O ile udało nam się rozpoznać tę... chorobę, to jej stan ustabilizował się - przemówił w 

końcu. - Możesz sprawdzić, że zrobiłem jej najtrudniejsze testy. Przeszła przez wszystkie możliwe 

odczulenia   przeciw   wirusom,   o   których   istnieniu   mamy   jakiekolwiek   dane.   Oczywiście 

zastosowaliśmy także bezinwazyjne  ultranaświetlanie. Wszystko to masz nagrane. Sądzę, że to 

zabiliśmy; czymkolwiek by to było.

Zbyt późno, żeby jej pomóc, do cholery.

- Ona jest  genialna  - stwierdził  poważnie  Lars. - Umie  łatwo  się dostosowć do nowej 

sytuacji. Ma niezwykłą podzielność uwagi, może robić kilka rzeczy naraz. Miała także niezwykle 

pozytywne kontakty z ludźmi z kapsuł w przeszłości.

- Wiec? - spytał zniecierpliwiony Kenny, gdy nad ich głowami przepłynęło kilka gwiazd 

obojętnych na los małej dziewczynki. - Twoja opinia?

- Myślę, że nadaje się do transformacji - powiedział Lars z naciskiem, jakiego Kenny nigdy 

u niego nie słyszał. - Sądzę, że jej transformacja nie tylko się uda, ale uda się bardzo dobrze.

Wypuścił długo przetrzymywane w płucach powietrze.

- Pod względem fizycznym, nie jest gorsza od innych biorących udział w programie ludzi z 

kapsuł,   włączając   w   to   ciebie   -   kontynuował   Lars.   -   Tak   naprawdę   Kenny,   zbrodnią   byłoby 

zmarnowanie  potencjału, jakim  dysponuje  ta mała.  Nie wyobrażam  sobie,  żeby ktoś  taki  miał 

spędzić resztę życia w szpitalnym pokoju.

Zwykły dla Larsa ton obojętności gdzieś zniknął. Kenny nie słyszał u niego nigdy podobnej 

background image

reakcji na jakikolwiek problem.

- Zrobiła na tobie wrażenie, co, Lars? - zaczepił go Kenny.

- Tak - powiedział zdecydowanie Lars. - I wcale się tego nie wstydzę. Mogę ci szczerze 

wyznać, że dawno nikt mnie tak nie zachwycił, jak ta mała.

- Tym lepiej dla nas. - Kenny potarł dłonie, rozcierając zziębnięte palce. - Jestem pewien, że 

będę jeszcze potrzebował twojej rady.

- Domyślam się, że nastąpi to dość szybko - Lars wrócił do swego ironicznego tonu.

- Tak, chciałbym, żebyś mi pomógł. Co mi po nieprzeciętnym umyśle, jeżeli nie mógłbym 

wykorzystać pozycji, którą on mi daje? - spytał retorycznie.

Zamknął okno widokowe i podjechał do biurka. Uruchomił osobisty system komputerowy i 

podłączył go bezpośrednio do Larsa. Była to linia, do której nie każdy miał dostęp; prowadziła do 

jego osobistej bazy danych. Czasem nazywano ją linią “protekcji".

- Zatem zaczynajmy, mój przyjacielu. Na początek, jakich wpływów możesz użyć? Potem, 

który   z   polityków   ma   największe   wpływy,   jeżeli   chodzi   o   ten   program,   który   z   nich   coś   mi 

zawdzięcza i na którego możemy liczyć najbardziej?

Sekretarz   Generalny   Podprzestrzeni   Qintan   Waldheim   -   Querar   y   Chan   nie   lubił 

wylewności, ani poklepywania kogokolwiek po ramieniu, ale kiedy tylko wszedł na pokład “Dumy 

Albionu" i przebrnął przez oficjalne powitanie, koniecznie chciał się spotkać z Kennym. Wybitny 

neurochirurg nie ukrywał satysfakcji z tego powodu. To on właśnie uratował siostrzeńca sekretarza 

od losu, jaki sam musiał  znosić. Quintan znał  większość szczegółów  z przebiegu  błyskotliwej 

kariery Kenny'ego.

Poza   tym   Quintan   Waldheim   -   Querar   y   Chan   nie   należał   do   ludzi,   którzy   unikaliby 

niewygodnych tematów.

- Cóż za ironia losu, prawda? - powiedział sekretarz generalny, patrząc na fotel Kenny'ego i 

mocno ściskając dłoń mężczyzny.

Ubrany   był   w   ciemnoniebieską   tunikę   i   stał   wyprostowany   przed   Kennym,   nie   czując 

bynajmniej zażenowania.

Kenny nie uśmiechnął się, ale w duchu poczuł satysfak - qę. Podwójne trafienie. Prosimy 

nie dzwonić. Mamy już zwycięzcę.

- Sugeruje pan, że moje uszkodzenie było takie samo, jak defekt Peregrine'a? - zareplikował 

natychmiast. - Nie ma w tym żadnej ironii losu, sir. To, że znalazłem się na wózku, zmobilizowało 

mnie   do   pójścia   na   neurochirurgię.   Nie   chcę   tu   oczywiście   twierdzić,   że   gdybym   nie   uległ 

wypadkowi   i   przez   to   nie   pracował   tak   ciężko   nad   znalezieniem   metody   leczenia   podobnych 

background image

przypadków, to nikt inny nie uporałby się z tą kwestią. Jednak prawdą jest, że postęp w medycynie 

budowany jest na tym, co już się stało.

- Mimo to, gdyby nie pańskie szczególne zainteresowanie przypadkiem Peregrine'a, pomoc 

mogłaby przyjść  zbyt  późno  - stwierdził  sekretarz  generalny.  - Nie chodzi  tu tylko  o pańskie 

umiejętności nabyte w czasie studiów; myślę, że ma pan wyjątkowy talent. Nie ma chyba takiego 

neurochirurga, któryby panu dorównał, na pewno nie w naszej podprzestrzeni. Dlatego właśnie 

zaaranżowałem tę wizytę. Chciałem panu podziękować.

Kenny   wzruszył   ramionami.   Była   to   dla   niego   wymarzona   sytuacja   i   nie   zamierzał 

zmarnować tak doskonałej okazji, by pomóc Tii w spełnieniu jej życzeń.

- Nie zawsze jednak wygrywam, sir - powiedział dość stanowczo. - Nie jestem bogiem. A 

czasami bardzo chciałbym nim być, szczególnie teraz tak się czuję.

Wielki Mąż spochmurniał. To, że był Wielkim Mężem, nie było związane tylko z pełnioną 

przez niego funkcją. Zadziwiał rzadko spotykaną wrażliwością na ludzkie nieszczęście. Była to 

wrażliwość szczera, nie na pokaz.

- Widzę, że coś pana trapi - stwierdził, by po chwili dodać to, na co Kenny czekał. - Może 

mógłbym w czymś pomóc?

Kenny   westchnął,   jakby   nie   chciał   wyjawić   tajemnicy   swego   zmartwienia.   Czy   to   nie 

zabrzmi zbyt nachalnie?

- Czy zechciałby pan obejrzeć taśmę z nagraniami zachowań pewnego dziecka?

Dziecko. Dzieci były jedną ze słabości Wielkiego Męża. Powszechnie wiadome było, że 

finansował więcej programów pomocy dla dzieci niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci.

- Oczywiście. Pod warunkiem jednak, że nie będzie to godziło w sferę jego prywatności.

- Niech pan zatem pozwoli. - Kenny włączył holowi - zor z przygotowaną wcześniej taśmą.

Nagrań   tych   dokonał   razem   z   Anną.   Razem   z   nią   także   wybrał   najlepsze   fragmenty   i 

zaaranżował  dramaturgię  pokazu. Obejmowały  one najważniejsze  wydarzenia  z życia  Tii  - od 

przybycia na stację aż po rozmowę Kenny'ego z Larsem.

- Obiecuję, że zabiorę tylko piętnaście minut pańskiego cennego czasu.

Pierwsze   siedem   i   pół   minuty   nagrania   ukazywały   Tię   podczas   rozmów   ze   swoimi 

rodzicami, lekarzami i innymi ludźmi. Sprawiała tu wrażenie rozradowanej dziewczynki, chcącej 

pocieszyć tych, którzy ją raczej powinni pocieszać.

- Oto Hypatia Cade, córka Poty Andropolous - Cade i Braddona Maartensa - Cade'a - 

wyjaśnił.

Następnie   krótko   opowiedział   historię   dziewczynki;   o   tym,   dlaczego   się   tu   znalazła. 

Podkreślił jej nieprzeciętną inteligencję, odpowiedzialność i rozległe zainteresowania.

background image

-   Obawiam   się,   że   prognozy   nie   są   najlepsze   -   stwierdził,   bacznie   przyglądając   się 

upływającym sekundom. Chciał dokładnie utrafić swoim komentarzem w koniec tej części taśmy. - 

Niezależnie od tego, co jej zaaplikujemy, będzie skazana na spędzenie reszty życia w tej czy innej 

klinice. Pomóc może jej tylko bezpośrednie połączenie urządzeń zewnętrznych  z jej systemem 

nerwowym. Niestety, nie wykonujemy tutaj tego typu operacji. Są domeną Szkoły - Laboratorium. 

Mam tu na myśli program dla ludzi z kapsuł.

Gdy tylko przestał mówić, obraz zamigotał i przyciemniał. Tia była sama w pokoju.

Ramię jej fotela sięgnęło po małego, smutnego, niebieskiego misia, który był zasłonięty 

poduszką i mocowanym  do łóżka stolikiem. Podsunęło zabawkę do jej twarzy i Tia delikatnie 

przytuliła policzek do miękkiego futerka. W mroku pokoju doskonale było widać błyskawicę Służb 

Kurierskich na koszulce misia. To był powód, dla którego Kenny wybrał właśnie to ujęcie.

- Odlecieli, Ted - wyszeptała do misia. - Mama i tata wrócili do Instytutu. Teraz zostałeś mi 

tylko ty.

Na jej rzęsach pojawiła się mała  łza, która powoli spłynęła po policzku,  lśniąc nikłym 

światłem pokoju.

- Co? Och, nie, to nie ich wina, Ted. Po prostu musieli już lecieć. Dostali takie polecenie z 

Instytutu, widziałam depeszę. Napisano w niej, że ponieważ wca - a - a - le mi się nie po - o - o - 

prawia, to nie ma se - e - e - ensu, by tracili tu swój cenny czas.

Zaszlochała i skryła twarz w miękkim misiowym futerku. Po chwili znowu zaczęła mówić 

przytłumionym głosem:

- Dobrze wiem, ile ich to kosztowało. Tak mi cię - ę - ę - żko być dla nich dzie - e - e - lną. 

Gdybym jednak się załamała, byłoby to dla nich nie do znie - e - e - sienia. Może to lepiej, że mu - 

u - u - sieli jechać. Będzie łatwiej. Wszy - y - y - stkim...

Holos ponownie zamigotał; ten sam czas, podobna sytuacja, inny dzień. Tym razem płakała 

otwarcie. Łzy spływały po jej policzkach i wsiąkały w koszulkę misia.

- Daliśmy jej pełną swobodę w korzystaniu z biblioteki i holoteki - rzekł ostrożnie Kenny. - 

Holosy   z   reguły   bawią   ją   lub   intrygują;   to   jest   jednak   moment,   który   sfilmowaliśmy   tuż   po 

obejrzeniu przez nią Zdobywców gwiazd. Muszę tu dodać, iż jej rodzice powiedzieli mi, że Tia 

bardzo chciała zostać pilotem wahadłowców. Sam więc pan rozumie...

Nieustannie płakała, szepcząc coś w przerwach między kolejnymi spazmami szlochu.

- Teddy! Chciałam polecieć... Chciałam zobaczyć gwiazdy...

Holos skończył  się i Kenny zapalił  światło. Sięgnął po chusteczkę i bez cienia  wstydu 

wytarł oczy.

-   Obawiam   się,   że   całkowicie   zawładnęła   moją   duszą   -   powiedział   z   nieśmiałym 

background image

uśmiechem. - Nie ukrywam, że nie umiem kierować się w tym wypadku zawodową bezstronnością.

Wielki Mąż zamrugał nerwowo, by nie uronić łzy.

- Dlaczego nic nie robicie, by pomóc temu dziecku? - zapytał zachrypniętym głosem.

- Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy - odparł Kenny. - Jedynym sposobem, w jaki 

możemy przywrócić tej nieszczęśliwej dziewczynce namiastkę aktywnego życia, jest włączenie jej 

do programu ludzi z kapsuł. Niestety, psychoanalitycy ze Szkoły - Laboratorium twierdzą, iż jest 

na to za późno. Nie przysłali nawet nikogo, kto mógłby z nią porozmawiać. I to mimo próśb jej 

rodziców oraz naszych rekomendacji...

Pozwolił, by ostatnie zdanie zawisło gdzieś w przestrzeni.

Sekretarz generalny spojrzał na niego z wyraźnym ożywieniem.

- Rozumiem, że nie zgadzacie się z ich oceną? Kenny pokręcił głową.

-   To   nie   jest   tylko   moja   opinia   -   stwierdził   poważnie.   -   W   pełni   mnie   popierają 

psychoanalitycy tu pracujący, człowiek z kapsuły kierujący tą stacją oraz przyjaciółka Tii, statek 

mózgowy Służb Kurierskich. To ta - dodał ostrożnie - która podarowała jej pluszowego misia.

To przechyliło szalę na korzyść Tii. Kenny dostrzegł błysk w oku Wielkiego Męża.

- Przyjrzymy  się tej sprawie - powiedział  sekretarz generalny.  - Ludzie, z którymi  pan 

rozmawiał, nie są wszechmocni, a z pewnością nie do nich należy ostatnie słowo. - Wstał i podał 

rękę Kenny'emu. - Nie chcę niczego obiecywać, ale nie zdziwiłbym się na pańskim miejscu, gdyby 

za parę dni przybył tu ktoś ze Szkoły - Laboratorium, by się z nią zobaczyć. Jak pan sądzi, kiedy 

będzie gotowa do transformacji?

- Wystarczy nam dwanaście godzin, sir - odpowiedział, gratulując sobie w duchu pomysłu 

podsunięcia do podpisu stosownej zgody rodzicom Tii.

Oczywiście nie wierzyli wtedy w powodzenie jego prób. To był bowiem ich pomysł, by 

włączyć Tię do programu ludzi z kapsuł. To oni także odczuli najdotkliwiej odmowę urzędników 

ze Szkoły - Laboratorium.

- Dwanaście godzin? - zdziwił się Wielki Mąż. Kenny śmiało spojrzał mu w oczy.

- Jej rodzice pracują dla Instytutu Archeologii - wyjaśnił. - Instytut wezwał ich do powrotu 

na badaną przez nich planetę, gdyż  skończył  się ich czas opieki nad dzieckiem.  Nie byli  tym 

zachwyceni, ale musieli się podporządkować pod groźbą zwolnienia. Niełatwo jest znaleźć tego 

typu pracę poza Instytutem. - Zakaszlał. - Zaufali mi i uczynili mnie prawnym opiekunem Tii na 

czas ich nieobecności.

-   Zatem   posiada   pan   wszelkie   pełnomocnictwa.   Bardzo   sprytne.   -   Chytry   uśmiech 

sekretarza generalnego sugerował, że doskonale wie, iż całe to przedstawienie było od początku 

ukartowane. Bynajmniej nie był swym odkryciem zdziwiony. - No dobrze. Ktoś przybędzie jeszcze 

background image

w tym tygodniu. Nawet jeżeli nie powiedział mi pan wszystkiego o dziewczynce, ten ktoś w ciągu 

dwóch dni pozna jej możliwości. Po tym czasie... - Jedna brew znacząco uniosła się ku górze. - 

Cóż, dobrze by było, gdyby mógł zabrać ze sobą nowego rekruta, prawda?

- Tak, sir - odpowiedział uszczęśliwiony Kenny. - Z pewnością tak.

Gdyby nie sława doktora Uhua - Sorga i wstawiennictwo byłego ucznia Larsa Mendozy, 

Philip Gryphon bint Brogen powiedziałby, gdzie zarząd może sobie wsadzić sugestie sekretarza 

generalnego.   I   co   jeszcze   potem   może   sobie   z   tym   zrobić.   Do   jakiego   stopnia   można   nagiąć 

przepisy,   by  wepchnąć   do  programu   ludzi   z   kapsuł  nie   nadającą   się  do   tego   osobę?!   Czyżby 

sekretarz generalny sądził, że w ten sposób podporządkuje sobie władze Akademii?! Czeka go 

zatem spory zawód.

Philip gardził płaszczeniem się przed innymi i nie ustępował nawet przed groźbami. W jego 

głowie   kotłowało   się   zatem,   gdy   docierał   kosmicznym   czółnem   do   doku   “Dumy   Albionu". 

Powitały go sterylne, białe ściany i atmosfera troski o każdego pacjenta. Wszystkie szpitale były 

pod tym względem takie same.

Ktoś   na   niego   czekał   na   stanowisku   przyjmowania   wahadłowców.   Był   to   ktoś   w 

automatycznym fotelu. Przystojny, młody mężczyzna o ciemnych włosach i szczupłej, ascetycznej 

twarzy.

Jeżeli sądzą, że przekabacą mnie na swoją stronę, dając mi do towarzystwa kogoś, komu 

trudno będzie odmówić... Jego myśli nie były bynajmniej przyjazne wobec mężczyzny zbliżającego 

się na automatycznym fotelu.

- Profesor Brogen? - spytał zabawnie wyglądający człowieczek, wyciągając ku niemu rękę. 

- Jestem doktor Sorg.

- Jeśli sądzi pan, że będę... - zaczął Brogen, nie wyciągając dłoni, gdy nagle dotarło do 

niego brzmienie nazwiska jego rozmówcy. - Doktor Sorg? Doktor Uhua - Sorg?

Młody człowiek skinął głową, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Doktor Kennet Uhua - Sorg? - spytał po raz trzeci Brogen, czując, że nagle stracił wątek.

- W rzeczy samej - odpowiedział młody człowiek. - Rozumiem, że nie spodziewał się pan 

spotkać mnie tu osobiście.

Brogen uchwycił się tego, by wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

- Rzeczywiście - odparł dość szorstko. - Szef neurochirurgii i pogotowia neurologicznego 

nie wychodzi raczej na spotkanie prostego profesora z powodu jakiegoś tam dziecka.

- Tia nie jest jakimś tam dzieckiem, profesorze - odparował doktor Sorg, nie przestając się 

uśmiechać. - Podobnie jak pan nie jest “prostym" profesorem. Jednak gdyby pan zechciał pójść za 

background image

mną, sam się pan przekona o niezwykłości Tii.

Cóż, co do jednej rzeczy muszę przyznać mu rację - myślał z pewną niechęcią po godzinie 

spędzonej w towarzystwie Tii. W tym czasie hordy internistów i specjalistów od innych dziedzin 

badały ją na wszystkie sposoby. To nie jest zwykłe dziecko. Zwykłe dziecko zanosiłoby się od 

płaczu   po   tym,   co   ona   tu   przeszła.   Tia   była   zatem   nieprzeciętnym,   przyciągającym   uwagę 

dzieckiem. Miała ciemne, krótko przystrzyżone włosy, a jej szczupła, jasna twarz i wielkie oczy 

czyniły ją podobną do pięknej, wiktoriańskiej rzeźby; rzeźby wieńczącej żelazny postument, wokół 

którego krzątali się ludzie podobni do nieznośnego roju os.

- Jak długo to jeszcze potrwa? - z irytacją spytał szeptem Brogen.

Kennet podniósł wzrok.

- To zależy od pana - odparł. - Pan jest tu po to, by ją zbadać. Jeżeli potrzebuje pan więcej 

czasu, by porozmawiać z nią w samotności, wystarczy tylko jedno słowo. Nawiasem mówiąc, jest 

to dzisiaj jej druga seria badań - dodał i Brogen wyczuł w jego głosie nutkę... satysfakgi? - Musiała 

przyjąć inną chmarę natarczywych gości między dziewiątą a dwunastą, dziś przed południem.

Tym razem Brogen poczuł się dotknięty, lecz nie z powodu dziecka. Kennet Sorg musiał 

dostrzec to w jego oczach, gdyż obrócił swój fotel ku gromadzie ubranych na biało internistów, 

znacząco odchrząknął, czym zwrócił ich baczną uwagę.

- To będzie wszystko  na dzisiaj  - powiedział  spokojnie. - Jeżeli nie mają  państwo nic 

przeciwko temu, profesor Brogen chciałby zostać teraz z Tią sam.

Niektórzy   popatrzyli   na   Brogena   z   dezaprobatą,   inni   wręcz   z   nienawiścią.   Profesor 

zignorował te spojrzenia. Dziecko wyglądało na bardzo ożywione.

Zanim   zdążył   cokolwiek   powiedzieć   do   Kenneta   Sorga,   zdał   sobie   sprawę,   że   doktor 

podążył  za innymi  i właśnie zamykał drzwi za swoim fotelem, zostawiając Brogena samego z 

dziewczynką. Profesor poczuł się trochę nieswojo i nerwowo odchrząknął.

Tia   patrzyła   na   niego   z   wytężoną   uwagą.   W   jej   oczach   nie   było   strachu,  tylko   lekki 

niepokój.

- Pan nie jest psychoanalitykiem, prawda? - spytała.

- Cóż... nie - odpowiedział. - Nie, zupełnie nie. Prawdopodobnie jednak zadani ci kilka 

podobnych pytań.

Westchnęła i zamknęła na chwilę swe jasnobrązowe oczy.

- Męczy mnie  już to, że jestem tylko  głową - stwierdziła  zupełnie otwarcie.  - Bardzo, 

bardzo   męczy.   Poza   tym   jakie   to   ma   teraz   znaczenie,   o   czym   i   w   jaki   sposób   myślę?   To 

niesprawiedliwe... - uderzyła podbródkiem o ramię fotela - ...lecz przecież nie ustąpi tylko z tego 

background image

powodu, że jest niesprawiedliwe. Prawda?

- To smutne, ale chyba masz rację, moja droga. - Zaczynał odzyskiwać spokój i zorientował 

się   dlaczego.   Kennet   Sorg   miał   rację.   To   nie   było   zwykłe   dziecko;   rozmowa   z   nią   nie   była 

rozmową z dzieckiem, lecz czymś w rodzaju spotkania z jednym z uczestników programu ludzi z 

kapsuł. - Może na początek pogawędzimy o czymś innym. Znasz jakiegoś człowieka z kapsuły? 

Spojrzała na niego z uwagą.

- Chyba niewiele panu o mnie mówili - odparła. - Albo też nieuważnie pan słuchał. Jedną z 

moich najlepszych przyjaciółek jest statek mózgowy, Moira Valentine - Maya. Od niej dostałam 

Teodora.

Teodora? Ach, tak. Misia. Szybko zerknął na łóżko i zobaczył tam pluszowego misia w 

koszulce Służb Kurierskich. Tego zapewne, o którym mu wcześniej mówiono.

- Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się nad tym, jak to jest być w kapsule? - spytał, próbując 

znaleźć sposób na wytłumaczenie założeń programu, tak by nie domyśliła się, że chodzi o zbadanie 

możliwości jej udziału w programie.

- Oczywiście, że tak! - odrzekła, nie zwracając uwagi na to, iż w jej głosie dało się wyczuć 

nutę   pogardy.   -   Kiedy   powiedziałam   Moirze,   że   chciałabym   być   taka   jak   ona,   gdy   dorosnę, 

roześmiała się i wiele mi opowiedziała o szkoleniu ludzi z kapsuł i innych rzeczach też...

Zanim zdążył  otworzyć usta, to niedziecięce dziecko opowiedziało mu wszystko o jego 

własnym programie. Statek mózgowy nie pominął niczego.

Od   A   do   Z.   Od   decyzji   o   możliwości   udziału   w   programie   po   uświadomienie   sobie 

specyficznej samotności. Od zamknięcia na zawsze w metalowej skórze po świadomość zupełnego 

wyobcowania ze świata zewnętrznego...

- Powiedziałam jej, że nie chciałabym być jednak zamknięta w kapsule, gdy zdałam sobie 

sprawę,   że   nie   mogłabym   już   nigdy  nikogo   dotknąć   -   dodała   kończąc.   -   Wiem,   że   skóra   ma 

sztuczne sensory, jednak to mi się wcale nie podobało. Co za ironia losu!

- Dlaczego? - spytał bez zastanowienia.

- Dlatego, że teraz nie mogę nikogo dotknąć. I nigdy nie będę mogła. Dlatego mówię o 

ironii losu. Nie mogę nikogo dotknąć, ale też nie mogę zostać statkiem mózgowym. - Westchnienie 

rezygnacji w jej głosie jakby go obudziło.

- Dlaczego uważasz, że nie możesz zostać statkiem mózgowym? - spytał, pewny już swej 

decyzji. Była to decyzja, która jednocześnie zdumiewała go i cieszyła. - Jest jeszcze kilka wolnych 

miejsc na roku. Są także dwa wolne miejsca w klasie statków mózgowych. Spojrzała na niego ze 

zdumieniem.

- Przecież powiedziano mi, że jestem za duża! Zaśmiał się.

background image

- Moja droga, nie byłabyś za duża nawet w wieku twojej matki. Nawet gdybyś przeszła już 

okres młodzieńczej aktywności.

Wciąż   nie   mógł   uwierzyć   w   to,   co   widział   i   słyszał.   Był   zafascynowany   jej 

odpowiedzialnością,   rezolutnością,   sposobem   rozumowania   i   wypowiedzi.   Lars   i   Kennet   Sorg 

mieli całkowitą rację. Zastanawiał się, ile wspaniałych dzieci pozostaje niezauważonych tylko z 

racji nieodpowiedniego wieku. Ile odpadło w czasie ostrej selekcji tylko  dlatego, że nie miały 

poparcia kogoś takiego, jak Kennet Sorg. Tej małej dopisało szczęście. Czas zatem zająć się nią, a 

potem pomyśleć o innych.

- Czeka mnie teraz papierkowa robota i załatwianie formalności. Musisz jednak najpierw 

rozważyć, czy naprawdę tego chcesz.

- Tak! - wybuchła. - Och, tak. Tak, tak, tak! Och, dziękuję, dziękuję panu bardzo. - Jej 

policzki były mokre od łez, a szalona radość przyćmiewała wszystko. Profesor Brogen zamrugał 

oczami i z trudem przełknął ślinę.

- To, że jesteś już duża, niesie ze sobą pewne korzyści - powiedział, nie zwracając uwagi na 

jej łzy i swoje wilgotne oczy. - Możesz sama podjąć decyzję dotyczącą swojej przyszłej kariery. 

Nie wszyscy ludzie z kapsuł zostają statkami mózgowymi. Możesz na przykład zająć się pracą w 

instytucie. Od dwudziestu już lat poszukują człowieka z kapsuły, który zająłby się koordynacją 

prac   ich   baz   poszukiwawczych.   Mogłabyś   nadzorować   poszukiwania,   nawet   swoich   własnych 

rodziców.   Mogłabyś   zostać   administratorem   wykopalisk   lub   administratorem   stacji 

poszukiwawczych.   Mogłabyś   zająć   się   prawem   lub   inną,   dowolną   dziedziną   nauki.   Nawet 

medycyną. Na poziomie współczesnej nauki nie ma rzeczy, którą nie mogłabyś się zajmować.

- Ja chcę zostać statkiem mózgowym - rzekła radośnie.

Brogen wziął głęboki oddech. Z chwilą gdy związał się z nią emocjonalnie, postanowił 

niczego przed nią nie ukrywać.

-   Nie   wiem,   czy   uświadamiasz   sobie,   że   większość  czasu   statki   mózgowe   spędzają   na 

wożeniu  towarów   lub  ludzi.  Dostarczają   ich  po prostu  z  miejsca  na  miejsce.  Nie  jest  to  zbyt 

imponujące zajęcie. Poza tym jest ono niebezpieczne, i to nie tylko ze względu na uwarunkowania 

psychologiczne. Możesz stać się obiektem ataków, a nie będziesz miała na pokładzie żadnej broni, 

chyba   że   dostaniesz   się   do   sekcji   militarnej,   co   jest   mało   prawdopodobne.   Będziesz   zatem 

doskonałym   celem   dla   złodziei   i   przemytników.   Jest   jeszcze   coś.   Taki   statek   jest   bardzo 

kosztowny.   Dlatego   służba   statków   mózgowych   jest   swojego   rodzaju   niewolnictwem.   To 

oczywiście moja prywatna opinia. W zamian za korzystanie ze statku płacisz swoją wolnością; to 

tak jakbyś  oddała duszę za możliwość ruchu i czucia. Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo 

wykupienia praw do statku w ciągu życia. Musiałabyś dokonać czegoś naprawdę niebywałego lub 

background image

wziąć udział w jakiejś niezwykle niebezpiecznej wyprawie. O takie jednak trudno w zwykłej pracy 

statku   mózgowego.   Gdy   podejmiesz   decyzję,   nie   będziesz   już   miała   wpływu   na   swój   los. 

Niezależnie od swoich pragnień.

Tia zamyśliła się przez chwilę.

- To wszystko prawda - powiedziała w końcu. - Jednakże, profesorze, ojciec zawsze mi 

mówił, że odziedziczyłam jego geny badacza kosmosu. Z taką świadomością wyrosłam i nic mnie 

nigdy tak nie fascynowało, jak loty wśród gwiazd. Dlatego zupełnie świadomie tego właśnie chcę.

Brogen uniósł do góry ręce.

- Nie mogę się z tobą spierać. Nic nie zdoła obalić takiego postanowienia.

Znowu zaskoczyła go sposobem rozumowania. Wiedział, że z takim potencjałem Tia może 

wiele zdziałać jako statek mózgowy. Sądząc po jej stanie psychicznym, nie powinna mieć wielkich 

problemów  z  przystosowaniem  się  do  nowej  sytuacji.  Oczywiście,  nie  można   było  wykluczyć 

czegoś nieoczekiwanego.

Uśmiechnęła się nieśmiało.

- Poza tym sporo rozmawiałam na ten temat z Moirą. Podsuwałam jej pomysły, skąd wziąć 

dodatkowe   fundusze   na   wymianę   mięśniowców.   Od   kiedy   zaczęła   pełnić   służbę   w   Wydziale 

Archeologii i Poszukiwań, miała wiele okazji odnajdywania rzeczy, o których jej pracodawcom 

nawet się nie śniło. Ja jej natomiast radziłam, czego powinna szukać. Śmiem twierdzić, że z moim 

przygotowaniem nietrudno mi będzie dostać się do Wydziału AP. Będę zatem mogła robić to samo, 

tyle że lepiej. I tym sposobem zdobędę wiele kredytów. Wierzę, że pewnego dnia wykupię statek i 

będę mogła robić, co tylko mi przyjdzie do głowy.

Brogen nie wytrzymał i głośno się roześmiał.

-   Czy   wiesz,   że   jesteś   małą   intrygantką?   Uśmiechnęła   się   szeroko   i   po   raz   pierwszy 

zobaczył ją w pełni szczęśliwą i spokojną. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, jaką męką były dla niej 

poprzednie uśmiechy. Pozostawienie jej tutaj byłoby zbrodnią; wręcz grzechem.

- Cóż, możesz czuć się przyjęta - powiedział z odprężeniem. - Dzisiaj wieczorem zajmę się 

papierkową robotą i gdy tylko ją skończę, prześlę całość do szkoły. Kiedy rano się obudzimy, 

będzie na nas czekało potwierdzenie twojego przyjęcia. Myślę, że powinnaś się przygotować do 

odlotu z samego rana.

- Yes, sir - odpowiedziała uradowana. Wstał, ruszył do wyjścia i nagle zatrzymał się.

- Wiesz - stwierdził - miałaś rację. Niezbyt dokładnie przyjrzałem się danym na twój temat. 

Byłem po prostu pewien, że... cóż, szkoda o tym mówić. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Skąd 

twoi rodzice wytrzasnęli imię Hypatia?

Tia roześmiała się głośno, nie kryjąc rozbawienia.

background image

- Myślę, profesorze Brogen, że powinien pan jeszcze na chwilę usiąść.

background image

CZĘŚĆ TRZECIA 

Delikatnik z Centrali, obsługujący systemy nadawczo - odbiorcze, miał miły głos i jeszcze 

milszy   zwyczaj   nie   -   zaczynania   rozmów   od   trzasków   zakłóceń   lub   przeraźliwych   odgłosów 

niespodziewanie włączonych sygnałów alarmowych.

- XH - 1033, jest do ciebie przesyłka. Coś zapuszkowanego.

Tia z niechęcią oderwała się od przeglądania ostatnich wiadomości z wykopalisk Salomon - 

Kildaire. Mogła oczywiście jednocześnie przyjąć przesyłkę  i studiować dokumenty,  ale chciała 

przyswoić   sobie   jak   najwięcej   informacji.   Chciała   pochłonąć   każdą   znajdującą   się   tam   literę. 

Dlatego postanowiła zająć się tym później. Tego rodzaju akademickie dokumenty zawierały masę 

niuansów, które przy pobieżnym czytaniu mogły ujść uwagi. Były tam miejsca między wierszami, 

które wiele mówiły o autorze i jego pracy. Miejsca, w których to, co nie napisane, było tak samo 

ważne jak to, co napisane.

- Centrala, jestem gotowa - odpowiedziała, zastanawiając się, cóż za nieziemskie stworzenie 

chciało się z nią skontaktować.

Zabawne,  że mimo  tak długiej  rozłąki  z przestrzenią  Terry,  wciąż  wracamy w naszym 

języku ekspresji do ziemskich porównań... musi być w tym coś z pierwotnej tęsknoty za domem.

Centralny ekran znajdujący się naprzeciw kolumny, w której była umieszczona, zamigotał 

przez chwilę, by wreszcie wyświetlić obraz szczupłej twarzy człowieka na automatycznym fotelu. 

Nie, to nie był fotel, ale coś w rodzaju platformy służącej do niewiadomych celów. Ktoś do połowy 

był zagłębiony w metalowej kapsule i tylko górna część ciała miała ludzki wymiar. Jednak Tia bez 

problemu rozpoznała go. Był to doktor Kenny.

- Tio, moja droga, szczere  gratulacje z okazji zdania  egzaminów!  - powiedział  Kenny, 

mrugając oczami. - Powinnaś już dostać prezent z okazji ukończenia szkoły od Larsa, Anny i ode 

mnie. Mamy nadzieję, że ci się spodoba; spodobają...

Prezent z okazji ukończenia szkoły dotarł na czas i Tia była nim oczarowana. Uwielbiała 

muzykę   instrumentalną,   a   zwłaszcza   syntetyzerową.   Dodatkowo   te   nagrania   miały   wielkie 

znaczenie dla każdego człowieka z kapsuły. Zostały bowiem skomponowane i wykonane przez 

Davida Webera - Tcherkasky'ego, również człowieka z kapsuły. Była to muzyka, której nie mogły 

do końca poznać ograniczone uszy delikatników. Kompozytor wydobył z każdej nuty pełnię jej 

brzmienia, rozbijając ją na szeregi naddźwięków i kontrapunktów, co wywoływało u delikatników 

pomieszanie jaźni. To nie była muzyka dla każdego; nawet nie dla wszystkich ludzi z kapsuł. Tia 

nie sądziła, by te kompozycje mogły się jej kiedykolwiek znudzić. Za każdym razem, gdy ich 

słuchała, odkrywała coś nowego.

background image

- ...Mimo wszystko pamiętam, jak mówiłaś w ostatniej transmisji, że bardzo podobają ci się 

nagrania Lanza Manhema. Lars powiedział mi, że kompozycje Tcherkasky'ego tak się mają do 

utworów Manhema, jak symfonia do śpiewu ptaków. - Kenny wzruszył ramionami i uśmiechnął 

się. - Sądziliśmy, że to pomoże ci przetrwać długie godziny przystosowania do nowych warunków. 

Anna przekazała mi, że zdałaś egzaminy celująco; przepraszam, że nie mogłem być tam osobiście, 

ale sama widzisz przyczynę mojej nieobecności.

Spojrzał i jednocześnie gestem wskazał dolną część swojego ciała.

- Spece od protetyki postanowili, że ponieważ ostatnio badałem ich wyrób, to stałem się 

jedynym ekspertem w tej dziedzinie. Przekonali władze naczelne szpitala, że jestem jedyną osobą, 

która może przetestować ich najnowsze dziecko. Ma to być coś, co pozwoli mi przechadzać się po 

pokoju,   a   nawet   więcej   -   pozwoli   mi   przebywać   przy   operacji,   jak   długo   tylko   będę   chciał. 

Oczywiście jeżeli wszystko będzie działało. - Pokręcił głową. - Powozik jak ta lala. Wczoraj całe to 

urządzenie przewróciło się na mnie. Musiałabyś zobaczyć, jak romantycznie wyglądałem, leżąc na 

środku holu niczym tancerz na greckich fryzach! Myślę, że gdy będę chciał zrobić coś naprawdę 

ważnego, przesiądę się na swój stary fotel, przynajmniej na jakiś czas.

Tia   roześmiała   się,   wyobrażając   sobie   Kenny'ego   przygwożdżonego   do   podłogi   i   nie 

mogącego się poruszyć.

Jeszcze raz pokręcił głową i roześmiał się.

-   Przez   to,   hmm,   wydarzenie   i   ze   względu   na   moich   pacjentów   poprosiłem   Annę,   by 

wystąpiła w roli naszej oficjalnej delegacji. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi i Larsowi tego za 

złe, kochanie.

Tutaj przerwał Kenny'emu ciepły i opiekuńczy głos.

- Poza tym mieliśmy mały problem z wyrwaniem mnie z tego miejsca - odezwał się Lars 

przez głośniki, a Kennet uśmiechnął się. - Nie chcieli też zezwolić mi na zabranie ze sobą całej 

stacji,   żeby   przylecieć   na   ceremonię   wręczania   świadectw.   Powiedziałem   im,   że   to   bardzo 

nieuprzejme z ich strony.

Tia roześmiała się głośno.

- Co oznacza, że to ty będziesz musiała przylecieć do mnie. Teraz, kiedy już należysz do 

klubu, musimy wymienić się dowcipami o delikatnikach. Ilu delikatników potrzeba do wymiany 

żarówki?

Kenny wydał z siebie głos niezadowolenia. Tia zauważyła, iż wyglądał na zmęczonego, a 

mimo  to promieniował pogodą ducha. Przyczyną  takiego stanu rzeczy mogło być tylko  jedno: 

znowu udało mu się dokonać cudu.

- Nie dostrzegam w tym nic śmiesznego - stwierdził. - Chciałem tylko jeszcze powiedzieć, 

background image

że Lars ma twój bezpośredni kod, więc będziesz nas słyszała częściej, niż pewno byś sobie tego 

życzyła! Kochamy cię, Tio! Uściski Big Zena od nas obu!

Ekran zamigotał i zgasł; Tia aż westchnęła z radości. To Lars wymyślił uściski Big Zena - 

“takie,   które   otrzymałabyś   od   nas,   gdyby   to   było   możliwe;   takie,   które   możesz   sobie   tylko 

wyobrazić"; od tego czasu Lars i Kenny pozdrawiali ją w ten sposób w swych cotygodniowych 

transmisjach podczas trwania nauki. Pozdrowienie to szybko zostało przejęte przez innych ludzi z 

kapsuł i teraz można je było usłyszeć w każdej części kosmosu. Kenny szczególnie się ubawił, gdy 

jeden z jego wracających do zdrowia pacjentów otrzymał te właśnie pozdrowienia od swojej żony.

Prezent   od   nich   wywarł   wpływ   na   przebieg   tamtego   pamiętnego   dnia.   Stał   się   też 

szczęśliwym początkiem jej nowego życia. Anna i rodzice Tii na ceremonii ukończenia szkoły, 

profesor   Brogen   wręczający   jej   specjalne   wyróżnienia   z   ksenologii,   dyplomacji   i   umiejętności 

pierwszego   kontaktu,   do   tego   Moira,   która   wylądowała   tego   samego   dnia,   gdy   ona   została 

zainstalowana - w swoim statku. U boku Moiry wciąż znajdował się Tomas. Cuda, cuda, cuda...

Mając przy sobie Moirę, która w pewnym sensie trzymała ją za rękę, łatwiej było Tii znieść 

proces przyłączenia do systemu statku. Jej przyjaźń była teraz cenniejsza niż kiedykolwiek dotąd.

Zanurzyła się we wspomnienia. Dobrze pamiętała, jak to było, gdy nie miała niczego poza 

prymitywnym   comem   i   kilkoma   sensorami   wewnątrz   kapsuły.   To   było   straszne,   gorsze   od 

najczarniejszego koszmaru. Wyobrażała sobie wtedy, że wszystko to jest złym snem.

Wciąż   przecież   pamiętała,   co   to   znaczyło   być   delikatnikiem.   Nie   mogła   jednocześnie 

wiedzieć,   co   czuli   ci,   którzy   byli   zamknięci   w   kapsułach   od   urodzenia.   Wówczas   jej   myśli 

powodowały nawrót strachu i poczucia bezsilności, które towarzyszyły jej w szpitalu.

Z Moirą było jej o wiele łatwiej. Zwłaszcza że proces przyłączenia do statku był podróżą 

przez piekło. Dopiero gdy obudziła się wewnątrz statku, poczuła, jakby wkroczyła do raju...

Żaden   symulator   lotów   nie   mógł   oddać   tego,   co   czuła,   mając   wokół   siebie   żyjący, 

oddychający statek.

To była chwila, w której odzyskała wszystko, co wcześniej utraciła. Nie przejmowała się 

tym, iż jej skóra lśniła metalem, jej nogi były silnikami, a ramiona wysięgnikami do pracy na 

zewnątrz i wewnątrz statku. To jej płuca i serce dawały życie  całej wielkiej maszynie.  Dzięki 

specjalnym połączeniom nerwów czuła się tym statkiem. Nieważne, jakie miała znowu ciało! Była 

to chwila, której nie był w stanie pojąć nikt, kto żył w kapsule od urodzenia. Nikt poza Moirą. 

Cudownie było podzielić się z nią swoją radością.

Także Tomas ją rozumiał. Oczywiście, na ile to było możliwe w przypadku delikatnika. 

Tomas zaprojektował dla Teodora Edwarda Misia specjalną kabinkę w centralnym pomieszczeniu 

statku. To był jego prezent z okazji ukończenia szkoły.

background image

- I miej w nosie każdego, kto tego nie zrozumie - powiedział poufale, wkładając Teda na 

nowe   miejsce   i   zamykając   drzwi.   -   Mięśniowiec   jest   tylko   mięśniowcem,   a   miś   jest   twoim 

przyjacielem na całe życie!

Tak więc poważny, mały, niebieski miś w koszulce Służb Kurierskich stał się milczącym 

świadkiem wydarzeń toczących się w centralnej kabinie. Niech mięśniowcy myślą, że to element 

dekoracji. Dzięki rozmowie na temat misia można będzie przeprowadzić wstępną ich selekcję. 

Zobaczymy, jak zareagują na Teda.

Tia   wróciła   do   porzuconych   dokumentów,   przeprowadzając   wszelkiego   rodzaju   analizy 

interesujących ją zagadnień. Było tam wiele rzeczy, którym należało się bacznie przyjrzeć. Na 

przykład   brak   minerałów   wokół   stanowisk   EsKaysów;   zdumiewające   podobieństwo   okresu 

powstania  planet   i  planetoid   oraz  przebiegu  pór  roku na  ich  powierzchni.   Zauważyła,   że  owe 

następstwo pór roku miało podobny charakter jak na planetach typu marsjańskiego. Zatem czas 

powstania tych ciał niebieskich był równy czasowi powstania Marsa co do godziny. Interesujące. 

Czy ma to związek z ich odległością od najbliższej gwiazdy? Sprawdźmy to... tak, odległości od 

promieniujących gwiazd, matek układów, są bardzo podobne. Ponadto są to gwiazdy typu naszego 

Słońca.

Zajęła  się teraz  ostatnimi  wiadomościami  od rodziców, odrywając się od rozmyślań  na 

temat EsKaysów. Pota i Braddon stali się Schliemannami  nowoczesnej archeologii. Jednak nie 

dzięki EsKaysom, przynajmniej nie bezpośrednio. Po chorobie Tii nie mogli się zmusić, by wrócić 

na teren wykopalisk,  nie chcieli  się już zajmować  EsKaysami.  Dziwnym  trafem  i Instytut  nie 

zareagował na ich niechęć jak bezduszny AI, ale jak człowiek o wielkim sercu. Wysłano ich na 

planetę  o  normalnej   atmosferze,   lecz  o  szczególnie   dużej  aktywności  wulkanicznej.  Planeta   ta 

usiana była niezliczoną liczbą wysepek, na których żyło wiele koczowniczych plemion. Było to 

zajęcie   możliwie   najmniej   przypominające   poszukiwanie   EsKaysów.   Tam   właśnie   dokonali 

swojego odkrycia. Idąc śladem legendy tubylców, mówiącej o królu, który postanowił zmierzyć się 

z bogami,  natrafili na coś, co przyćmiło  Schliemannowskie odkrycie starożytnej  Troi. Było to 

antyczne miasto całkowicie zasypane przez erupcję wulkanu. Dzięki temu zachowało się prawie 

nienaruszone.   Dla   tamtego   świata   i   tamtych   ludzi   była   to   kombinacja   Pompejów   i   Atlantydy. 

Zwłaszcza   że   miasto   zbudowano   na   poziomie   epoki   brązu,   a   współcześni   mieszkańcy   planety 

wciąż posługiwali się prymitywnymi narzędziami wykonanymi z krzemienia, obsydianu i muszli. 

Ich wsi natomiast nie zamieszkiwało więcej niż dwustu ludzi. Gdyby porównać współczesnych do 

prassaków pławiących się w odmętach wodnych, to starożytni byliby istotami, które całkowicie 

opanowały suchy ląd.

To odkrycie uczyniło Potę i Braddona sławnymi; dzięki nim znalazło się zajęcie dla co 

background image

najmniej  pięćdziesięciu archeologów, i to na sto najbliższych  lat. Ta'hianna stała się pracą ich 

życia.   Nie   wyobrażali   sobie   opuszczenia   tego   miejsca.   Zbudowali   tam   nawet   stałą   rezydencję 

przypominającą pływający pałac.

Tia z radością czytała wiadomości od rodziców, a zwłaszcza ich osobiste, nieoficjalne teorie 

dotyczące niektórych znalezisk, nie opisanych jeszcze naukowo. Jednak dla Tii program badawczy 

Ta'hianna nie był tak interesujący, jak poszukiwanie śladów EsKaysów.

I jeszcze jedno. Lata przemyśleń nad tym, co się wydarzyło w czasie tamtych strasznych 

tygodni, utwierdziły ją w przekonaniu, że to, co ją spotkało, mogło spotkać każdego na jej miejscu. 

Niezależnie od tego, czy byłby to nieświadomy niebezpieczeństwa archeolog, czy też inne dziecko.

Tylko   odnalezienie   rodzimego   świata   EsKaysów   mogło   dostarczyć   Instytutowi   Służb 

Medycznych   Światów   Centralnych   niezbędnych   informacji,   by   można   było   zapobiec   kolejnej 

tragedii, jakiej ona doświadczyła.

Tia pragnęła tego właśnie dokonać. Wiedziała, że następna zarażona osoba mogła nie mieć 

tyle szczęścia co ona. Gdyby ten ktoś był dorosłym lub nawet dzieckiem, które nie byłoby tak 

zdolne i inteligentne, z pewnością nie pozostałoby mu nic innego, jak spędzenie reszty życia w 

zamkniętym, szpitalnym pokoju.

- XH - 1033, przybyła następna grupa kandydatów na mięśniowców - powiedziała Centrala, 

przerywając jej rozmyślania. - Sądzę, że tym razem kogoś wybierzesz... - dodał operator z lekkim 

niepokojem.

- Jeszcze nie wiem - odparła poważnie. - Przecież nie rozmawiałam z nimi do tej pory.

Ostatnim razem z miejsca odrzuciła pierwszych sześciu. Centrala pomyślała wtedy o niej, 

że zachowuje się jak primadonna. Ona natomiast uważała się po prostu za ostrożną. W końcu, 

odkąd   oficjalnie   została   zaangażowana   do   Wydziału   AP   ze   specjalnym   pełnomocnictwem 

Instytutu,   dostała   to,   czego   chciała   -   statek   do   zadań   specjalnych.   Należał   on   do   najlepszych 

ówcześnie produkowanych i oczywiście najdroższych. Instytut nie miał w zwyczaju wynajmować 

tego   typu   statków,   zatem   Tia,   podobnie   jak   Moira,   będzie   spędzała   sporo   czasu   na   lotach 

tranzytowych. W przeciwieństwie jednak do Moiry nie zamierzała tracić czasu na dobieranie coraz 

to innych mięśniowców.

Loty   tranzytowe   oznaczały   nieskończoność   czasu   spędzanego   tylko   w   towarzystwie 

mięśniowca. Chciała mieć zatem przy sobie kogoś inteligentnego. Przynajmniej tak inteligentnego, 

jak Tomas i Charlie. Chciała kogoś, kto włączyłby się do jej małej krucjaty i wykonał coś więcej 

niż ich oficjalne zadanie. Sądziła, że do tej pracy bardziej będzie nadawał się mężczyzna, chociaż 

jak dotąd nie odrzuciła żadnej kobiety ze względu na płeć.

Tak naprawdę szukała kogoś, kto by ją polubił, kto byłby jej partnerem w pełnym znaczeniu 

background image

tego słowa. Kogoś, kto wolałby przebywać z nią, mimo że mógłby w tym czasie zająć się czymś 

innym; przyjaciela, jak Kenny i Anna, Moira i Lars.

I   żeby   ten   ktoś   miał   ciekawą   osobowość.   Dwie   ostatnie   kandydatki   wykazały   się 

inteligencją pudełka od zapałek.

Prawdopodobnie dla innego statku, z innym mózgiem byłoby to bez znaczenia. Delikatnik 

miał bowiem przede wszystkim wykonywać swoje obowiązki służbowe. Ona jednak potrzebowała 

kogoś, z kim mogłaby porozmawiać! Przecież i ona była kiedyś delikatnikiem.

- Kto pierwszy? - spytała Centralę, uruchamiając windę, by on lub ona nie musieli wspinać 

się na pokład po schodach.

- Donning Chang y Narhan - odpowiedziała po chwili Centrala. - Ma bardzo wysokie oceny 

uzyskane w Akademii.

Włączyła  urządzenia kontrolne i podgląd, w czasie gdy Donning wkraczał na platformę 

przyjęć.   Oceniła   go   wysoko,   ale   nie   najwyżej.   W   skali   od   jeden   do   dziesięciu   otrzymałby 

dziewiątkę. Był  bardzo przystojny,  jeżeli można było  wierzyć  soczewce kamery.  Miał kręcone 

blond   włosy,   jasnoniebieskie   oczy   i   wyraz   twarzy   gwiazdy   holosów.   Całe   jego   ciało   było 

doskonale  zbudowane.  To  trochę  niepokoiło  Tię.   Dwaj  pierwsi  kandydaci  także   wyglądali   jak 

chodzące posągi; pierwszy jednak należał do kategorii “pudełek od zapałek", drugi natomiast przez 

cały czas mówił tylko o sobie.

Poruszenie na zewnątrz wyrwało ją z zamyślenia. Ku jej zaskoczeniu Donning, nie czekając 

na uruchomienie windy, sam wjechał na górę.

Jej zdumienie wzrosło, gdy traktując ją jak jakiegoś wyższego rangą AI, ledwo mógł się 

powstrzymać przed spenetrowaniem wnętrza całego statku.

- Melduje się Donning Chang y Narhan - powiedział głosem bez wyrazu.

Następnie   wyrecytował   wszystko   ze   swojego  krótkiego   spisu   danych   personalnych,   tak 

jakby nie miała do nich dostępu. Nie usiadł. Nie zwrócił uwagi na Teda.

- Czy chcesz mnie o coś zapytać? - rzekł takim tonem, jakby sugerował, że nie uważała na 

to, o czym mówił.

-  Z przyjemnością - odparła. - Kto jest twoim ulubionym kompozytorem? Czy grasz w 

szachy?

Odpowiedział jej krótko i lakonicznie, tak jakby nie mógł uwierzyć, że w ogóle zapytała go 

o coś takiego.

Po krótkiej wymianie zdań dała mu do zrozumienia, że może sobie pójść; najwyraźniej 

poczuł się tym dotknięty, gdyż opuścił pokład w wielkim pośpiechu. W kabinie jeszcze długo po 

jego wyjściu unosił się zapach urażonej dumy.

background image

- Garrison Lebrel - oznajmiła Centrala, gdy tylko Donning wyszedł z windy.

Cóż, Garrison był do przyjęcia. Miał dobre oceny z Akademii; nie tak dobre, jak Donning, 

ale też nie najgorsze. Interesował się archeologią... tu zyskał wiele w jej oczach. Zwłaszcza że 

szczególnie zajmowały go społeczności pozaziemskie, i to takie, które przemierzały kosmos, także 

EsKaysi!

Garrison poczekał, aż sama wwiezie go na górę. Choć nie był  nad wyraz inteligentny, 

okazał się dość rozmowny.

-   Ponieważ   będziemy   spędzali   sporo   czasu,   obsługując   loty   tranzytowe   -   powiedział   - 

zamierzam uzupełnić swoje braki w dziedzinie najnowszej literatury dotyczącej archeologii. W 

Akademii nie miałem na to za wiele czasu.

Nie brzmiało to zbyt zachęcająco.

- Grasz w szachy? - spytała z nadzieją w głosie. 

Pokręcił głową.

- Gram natomiast w senneta. To taka gra wywodząca się ze starożytnego Egiptu. Mam przy 

sobie bardzo interesującą wersję, którą z chęcią tu zainstaluję. Przypuszczam jednak, że długo 

musiałabyś się jej uczyć, zważywszy na to, iż potrzeba całego życia, by zostać mistrzem.

Jego ostatnie słowa zabrzmiały trochę pretensjonalnie. Poza tym nie wspomniał o tym, że 

mógłby ją nauczyć owej gry. Dobrze wiedział, iż dysponowała daleko większymi możliwościami 

percepcyjnymi. Nauka jakiejkolwiek gry nie zabrałaby jej więcej niż godzinę.

- Widzę,  że  szczególnym  zainteresowaniem  darzysz  wymarłe  społeczności  kosmiczne  - 

spróbowała z innej strony. - Sporo wiem na temat odkryć na Salomon - Kildaire.

Spojrzał sceptycznie.

- Sądzę, że doktor Russell Gaines - Barklen powiedział na ten temat wszystko, co było 

możliwe. Jednakże istnieje oczywiście szansa, że możemy natknąć się na coś, co poprzednie grupy 

przeoczyły. Takie jest nasze zadanie: by dostrzegać to, co inni pominęli.

Odesłała  go z mieszanymi  uczuciami.  Nie ulegało  wątpliwości, że był  arogancki.  Lecz 

jednocześnie miał spore wiadomości. Podzielał jej zainteresowania, ale jego teorie znacznie różniły 

się od jej doświadczeń. Gdyby nie miała innego wyboru, zaakceptowałaby go. Nie jego jednak 

szukała.

- Następna jest Chria Chance - zameldowano z Centrali, gdy stwierdzono, że chciałaby 

zobaczyć kolejną osobę. - Nie sądzę, żeby ci się spodobała.

- Dlaczego? Czy dlatego, że nosi imię, które z pewnością jest przybrane?

Ani   Akademia,   ani   Centrala   nie   przywiązywali   wagi   do   tego,   jak   kto   siebie   nazywał. 

Wystarczyło  im, że znali prawdziwe dane każdego człowieka, który do nich przybywał. Sporo 

background image

zatem adeptów Akademii przybierało pseudonimy.  Często ukrywali w ten sposób swoje znane 

powszechnie nazwiska rodowe, próbując uniknąć jakiegoś specjalnego traktowania. Innym razem 

on   czy   ona   starali   się   ukryć   za   nowym   imieniem   swoją   czarną   przeszłość.   Najmłodsi   często 

naśladowali w ten sposób wielkie gwiazdy holosów.

-   Nie   -   odpowiedziała   Centrala,   to   nie   ma   żadnego   znaczenia.   -   Nie   spodoba   ci   się, 

ponieważ... zresztą sama zobaczysz.

Dane Chrii były interesujące, podobnie jak dane Garri - sona. Widniała  w nich jednak 

dodatkowa notka dotycząca jej charakteru. Była nonkonformistką.

Cóż, nie należało się tym przejmować. Pota i Braddon także byli nonkonformistami, i to 

pod każdym względem.

Lecz gdy Chria przekroczyła próg głównej kabiny, Tia wiedziała, że Centrala miała rację.

Chria ubrana była w uniform Akademii. Był on jednak specyficzny, uszyty... ze skóry. Z 

prawdziwej skóry, nie syntetycznej. Poza tym nosiła go w taki sposób, że Tia nie mogłaby czuć się 

dobrze w jej towarzystwie. Do tego była przeraźliwie szczupła, a jej twarz przypominała pyszczek 

szczwanego lisa. Włosy miała  przycięte  wyzywająco  krótko. Tia  przez chwilę poczuła  się tak 

onieśmielona, że nie umiała wykrztusić słowa.

Po kilku minutach bezsensownych pytań Chria pokręciła głową.

-   Jesteś   bardzo   miłą   osobą,   Tio   -   stwierdziła   bez   ogródek   -   ale   nigdy   nie   byłybyśmy 

dobrymi partnerami. Zdominowałabym cię. Siedziałabyś tam w tej swojej kolumnie zagniewana i 

zgorszona,   ale   nie   powiedziałabyś   mi   ani   słowa.   -   Uśmiechnęła   się   czarująco.   -   Ja   jestem 

drapieżnikiem, łowcą. Potrzebuję kogoś, kto będzie umiał mi odpłacić tym samym! Walka jest 

moim żywiołem!

- Chciałabyś pewno, żebyśmy uganiali się za kosmicznymi piratami? - spytała Tia lekko 

zakłopotana. - Gdyby jakiś piracki statek znalazł się w naszym sąsiedztwie, ruszyłabyś za nim!?

- Chcesz się założyć? - odparła Chria bez cienia skruchy.

Kilka chwil później Tia była pewna, że Chria trafnie oceniła sytuację. Nigdy by się nie 

zrozumiały. Z nie ukrywanym żalem pożegnała się z nią. Nie umiała przyjąć sposobu myślenia 

Chrii.   Dla   Tii   ważne   było   poszanowanie   argumentów   rozmówcy.   Chria   natomiast   starała   się 

niczego nie owijać w bawełnę. Twierdziła, iż to oczyszcza atmosferę.

Cóż,   może   i   tak.   Może   właśnie   dlatego   jej   ulubioną   formą   muzyczną,   wykluczającą 

wszelkie inne, była opera. Była nią po prostu zafascynowana. W przeciwieństwie do Tii.

Oczywiście przyznawała, że w operze można znaleźć wiele pierwiastków oczyszczających 

duszę   i   wpływających   na   ogólne   samopoczucie.   Odniosła   jednak   wrażenie,   że   Chria   próbuje 

wcielić się w skórę współczesnej Walkirii.

background image

Podzieliła   się   swoimi   uwagami   z   Centralą,   stwierdzając,   że   chętnie   udzieliłaby   Chrii 

rekomendacji do służby na jednym ze statków Służb Militarnych.

- Pomiędzy tobą, mną i falami eteru - odpowiedziała Centrala - taka jest też moja opinia. 

Niezwykle krwiożercza dziewucha. Cóż, myślę, że możemy dać jej szansę sprawdzenia się. W 

Służbach Militarnych znalazł się Poi, twój kolega ze szkoły, myślę, że mają podobne charaktery. 

Dopilnuję, by twoje rekomendage dotarły tam,  gdzie trzeba. W tym  czasie przyjmij  kolejnego 

kandydata. Będzie to Harkonen Carl - Ulbright.

Carl zawiódł ją całkowicie. Był  przeciętny;  przy bliższym  poznaniu Tia stwierdziła,  że 

całkowicie by go zdominowała. Był  tak bardzo nieśmiały,  że wydawało się, iż trudno jest mu 

określić własne zdanie na jakikolwiek temat. Nawet kiedy wyraził własny pogląd, zmieniał go 

natychmiast, gdy poznał, że to nie odpowiada rozmówcy.

- Carl - powiedziała, gdy zniechęcony wchodził do windy. - Mój kolega szkolny Raul ma 

symbol XR - 1029. Wydaje mi się, że doskonale byście do siebie pasowali. Jeżeli chcesz, poproszę 

Centralę, by zaaranżowano twoje następne spotkanie właśnie z nim. Akurat dzisiaj zainstalowano 

go na statku i wiem, że do tej pory nie wybrał żadnego mięśniowca. Powiedz mu, że to ja cię 

przysłałam.

Jej   słowa   zdecydowanie   poprawiły   humor   młodemu   człowiekowi.   A   jego   zadowolenie 

byłoby jeszcze większe, gdyby wiedział, że Raul był statkiem do zadań specjalnych. Tia mogła się 

założyć, że osobowość Raula doskonale pasowała do tego, co przedstawiał sobą Carl. Z pewnością 

będą tworzyć doskonały zespół, zwłaszcza że prawdopodobnie będą wozić osobistości spod znaku 

VIP. Żaden z nich nie obrazi się, czy też nie powie słowa, jeżeli zostanie zignorowany przez 

któregoś z pasażerów.

- Zarejestrowałem wszystko - oznajmił głos z Centrali, gdy tylko chłopiec opuścił pokład 

statku. - Jesteś niezrównana. Gotowi uczynić z ciebie psychoanalityka; a co najmniej konsultanta. 

Niesamowite, że od razu pomyślałaś  o Raulu. Nikt z nas nie potrafił znaleźć mu mięśniowca. 

Przede wszystkim próbowaliśmy skojarzyć go z łagodnymi kobietami.

Gdyby miała ręce, wyrzuciłaby je z furią w górę.

- Miałabym  zostać  psychoanalitykiem?!  Niech mnie  wszyscy święci bronią! - zawołała 

żartobliwie. - Dziękuję, nie skorzystam! Kto następny?

- Andrea Polo y De Gras . Ona także ci się nie spodoba. Nie za bardzo odpowiada jej 

perspektywa pracy z tobą.

- Wcale mnie to nie dziwi, zważywszy na jej nazwisko - Polo y De Gras - westchnęła Tia. - 

Pewno chciałaby robić coś ambitniejszego, niż służyć w Wydziale AP. Jak sądzisz, czy nie obrazi 

się na mnie, jeżeli zgodzę się z jej opinią na temat naszej współpracy, zanim przekroczy próg 

background image

statku?

- Myślę, że nie. Ale pozwól, że to sprawdzę. - Nastąpiła chwila przerwy, po której znowu 

zabrzmiał głos z Centrali. - Jest ci bardzo wdzięczna. Myślę, że planowała coś ze swoją rodziną, 

tylko że nie wszystko na czas zagrało. Uff, te wysoko postawione rody. Nie mam pojęcia, po co 

posyłają swoje dzieci do Akademii Kosmicznej?

-   Ponieważ   niektórzy   z   nich   doskonale   sobie   radzą   przynoszą   chlubę   służbie   - 

odpowiedziała z lekkim wyrzutem.

- Rzeczywiście, masz rację. Cóż, twoim ostatnim  kandydatem na mięśniowca  miał  być 

Alexander Joli - Chanteu. - Jak na razie jednak się spóźnia.

- Spóźnia się, hmm? To z pewnością nie przysporzy mu pochwał w jego Książce Danych 

Personalnych - oznajmiła Tia z lekkim przekąsem.

Zwyczaj punktualności, który wyniosła z domu, był tym, czego oczekiwała od otaczających 

ją załogantów. Zwłaszcza od kandydatów na mięśniowców.

Cóż, przyjrzę się przynajmniej materiałom na jego temat, pomyślała. Szybko je wywołała i 

popadła w konsternację. Kiedy Alexander był w czymś dobry, to był bardzo, bardzo dobry. Kiedy 

coś było nie tak, był naprawdę beznadziejny. I to często z tych samych przedmiotów. Zaczynał na 

przykład naukę od najgorszych stopni, potem nagle coś się w nim przełamywało i przy końcu 

semestru   stawał   się   wręcz   geniuszem.   “Nieuzasadnione   przemiany"   napisano   w   jego   karcie 

personalnej. Tia stwierdziła, że takie określenie doskonale opisuje ten przypadek. 

Centrala przerwała jej rozmyślania.

- Oho! Właśnie przebiegł tuż koło mnie! Tio, czy jesteś gotowa? Nadchodzi!

Alexander nie zwrócił uwagi na windę i pobiegł na górę schodami. Wbiegł na pokład bez 

tchu, ze zmierzwionymi włosami i w zmiętym uniformie.

Pierwsze wrażenie nie było zatem korzystne, niemniej jego ubranie wyglądało lepiej niż 

kostium Chrii.

Pobieżnie   rozejrzał  się  po kabinie,  by  zorientować  się,  gdzie  co  jest,  następnie   szybko 

odwrócił się twarzą w kierunku kolumny, w której znajdowała się Tia. Podobnie zachowali się 

tylko   Chria   i   Carl.   Tak   naprawdę   nie   powinno   mieć   większego   znaczenia,   gdzie   patrzyli 

mięśniowcy, rozmawiając z mózgiem. Ludzie z kapsuł nie przywiązywali do tego zbyt dużej wagi, 

lecz  Tia,  podobnie  jak Moira,  uważała,  że taka  postawa jest  o wiele  bardziej  na miejscu, niż 

gadanie do pustej ściany kabiny.

- Hypatio, jest mi niezmiernie przykro z powodu tego spóźnienia - wykrztusił powoli, łapiąc 

oddech. - Mój sensei zajął mnie grą w Go i przez to zupełnie straciłem poczucie czasu.

Przeczesał   ręką   zmierzwione,   ciemne   włosy   i   uśmiechnął   się   promiennie.   Wokół   oczu 

background image

pojawiły się małe zmarszczki.

- Miałem na tę okazję przygotowaną specjalną przemowę o tym, jak to by było wspaniale, 

gdyby ktoś taki jak ty, noszący imię ostatniej opiekunki biblioteki w Aleksandrii, związał się z 

mięśniowcem   o   imieniu   Alexander.   Tworzylibyśmy   doskonały   zespół.   Niestety!   Wszystko   mi 

wyleciało z głowy!

Och! Wie, skąd się wzięło moje imię! Lub przynajmniej był na tyle ciekawy i przebiegły, 

żeby to sprawdzić. Hmm. Przez chwilę nad tym pomyślała i postawiła mu punkt po stronie plusów. 

Nie był przystojny, ale miał bardzo miłą, ufną twarz. Był niski, podobnie jak jego słynny imiennik 

Aleksander Wielki. Całość wyglądu zewnętrznego oceniła pozytywnie, zwłaszcza że wydawał się 

człowiekiem   kulturalnym.   Mimo   że   nie   zamierzała   dobierać   mięśniowców   na   podstawie   ich 

wyglądu, nie zaprzeczała, że miło byłoby współpracować z kimś o przyjemnej powierzchowności.

Oczywiście minus za spóźnienie i za wygląd, gdy w końcu tu dotarł.

-   Myślę,   że   mogę   ci   to   wybaczyć   -   stwierdziła   dość   oschle.   -   Choć   wcale   nie   jestem 

przekonana o tym, co cię naprawdę zatrzymało.

- Ach, posłuchaj, Tio. Poza starożytną  historią, historią Terry,  a właściwie przebiegiem 

wojen  i ich strategiami,  pasjonuje mnie  także  pewien  specyficzny  rodzaj  sztuki. - Jeszcze  raz 

nerwowo przeczesał dłonią zmierzwione włosy. - Mam na myśli sztukę walki Dalekiego Wschodu: 

tai chi i karate. Wiem, że większość ludzi uważa to za rzecz zbędną, ale cóż, statki kurierskie AP 

nie są uzbrojone, a ja nie lubię czuć się bezradny.  To właśnie mój sensei, mistrz sztuk walki 

Dalekiego Wschodu, wciągnął mnie w grę w Go. Kiedy grasz w Go przeciwko swojemu mistrzowi, 

czas gdzieś niknie. - Pochylił nisko głowę i przez chwilę wyglądał na zakłopotanego. - To dlatego 

straciłem poczucie czasu. Jeszcze raz cię przepraszam za to, że musiałaś czekać.

Tia była coraz bardziej zaintrygowana.

-   Proszę   cię,   usiądź   -   powiedziała   machinalnie,   zastanawiając   się   nad   tym,   dlaczego 

pasjonując się tak bardzo historią wojen i sztukami walki Dalekiego Wschodu, nie próbował dostać 

się do Służb Militarnych. - Czy w szachy także umiesz grać?

Przytaknął.

- W szachy, w othello, i jeszcze kilka innych gier komputerowych. Jeżeli jednak masz jakąś 

ulubioną grę, której nie znam, to chętnie się jej nauczę.

Siedział spokojnie, bez nerwowości, którą okazywał Garrison. W rzeczy samej to właśnie 

zadecydowało   o   niezaliczeniu   przez   Garrisona   wstępnej   rozmowy.   Kilka   miesięcy   nerwowego 

wiercenia się doprowadziłoby ją pewnie do takiego stanu, że wyrzuciłaby go w przestrzeń przez 

luk ładunkowy.

-   Dlaczego   wybrałeś   historię   Terry?   -   spytała   zaciekawiona.   -   Nie   jest   to   rodzaj 

background image

zainteresowań, których mogłabym się spodziewać po... po ,jeźdźcu kosmosu".

Uśmiechnął się. Był to szczery, choć nieco wykrzywiony uśmiech.

- Widzę, że rozmawiałaś już z moją szkolną koleżanką Chrią. Teraz masz zatem okazję 

poznać   kogoś   o   nietypowych   zainteresowaniach.   -   Tia   wyczuła,   że   powiedział   to   z   pewnym 

zażenowaniem.   Nawet   końcówki   jego   uszu   zaczerwieniły   się.   -   Byłem   ciekawy   pochodzenia 

mojego imienia i dlatego zacząłem grzebać w źródłach historycznych. Tym sposobem natrafiłem 

na Aleksandra i jego niesamowite dzieje. Powoli zacząłem zagłębiać się w historię starożytności. 

Przeglądałem jedną historyczną holotaśmę za drugą i rozczytywałem się w książdyskach na ten 

właśnie temat. Sprawiało mi to naprawdę wielką przyjemność.

Tak więc znał pochodzenie jej imienia z historycznych opracowań.

- A dlaczego strategia wojenna?

- Ponieważ wszystkie gry, o których wcześniej wspominałem, są grami opartymi właśnie na 

strategii  wojennej  - wyjaśnił.  - Ja, ach...  mam  przyjaciela,  który jest  naprawdę niezrównanym 

graczem; ponieważ przyjaźnimy się od dzieciństwa, część jego talentu spadła na mnie. Stąd wzięły 

się moje zainteresowania strategią. Od tych zainteresowań prowadzi prosta droga do Historii sztuki 

wojennej, dalej  do filozofii  zeń i  wreszcie  do sztuk  walki. - Wzruszył  ramionami.  - Oto cała 

prawda. Sądzę, że polubiłabyś tai cni; mówi ona o stresach i energii, która przez nas przepływa, jest 

też bardzo podobna do sterowania odrębną świadomością i...

-   Jestem   pewna,   że   tak   -   przerwała   mu,   powracając   w   rozmowie   do   tematu,   który 

najbardziej ją zajmował. - Dlaczego zatem nie wybrałeś pracy w Służbach Militarnych?

- Z tej samej przyczyny, dla której studiuję sztuki walki wręcz. Nie lubię być bezradny, ale 

też nie chcę nikogo skrzywdzić - odpowiedział bez sekundy zastanowienia. - Zarówno tai cni, jak i 

karate uczą stosowania tylko tyle siły, ile trzeba, by nie zostać pokonanym. Dodatkowo tai cni 

pokazuje, jak zwrócić wielką siłę przeciw niej samej, podobnie jak to jest opisane w Historii sztuki 

wojennej i ...

Znowu musiała mu przerwać, by nie odbiegł od tematu rozmowy. Zauważyła, że była to 

cecha jego osobowości. Ich rozmowa przeciągnęła się długo ponad czas, który zwykle przeznaczała 

na wypytywanie mięśniowców. Kiedy wreszcie pozwoliła mu odejść, czuła, że chętnie jeszcze by z 

nim porozmawiała. Był najlepszy ze wszystkich. Jednak mimo swej inteligenci i wrażliwości nie 

podzielał jak na razie głównych zainteresowań Tii. Tak naprawdę nie zauważyła, ani nie usłyszała 

niczego,   co   pozwalałoby   jej   mieć   nadzieję,   że   w   jakikolwiek   sposób   pomoże   jej   w   osobistej 

krucjacie.

Gdy   niebo   nad   lądowiskiem   pociemniało,   włączono   światła   portu   kosmicznego. 

Rozbłyskiwały one różnobarwnymi odbiciami na metalowej skórze Tii, a ona ciągle nie umiała 

background image

dokonać wyboru. Alex był najlepszy, lecz miał wiele cech, delikatnie mówiąc, niestosownych. Był 

niebywale roztargniony, a jego dbałość o wygląd własnej osoby pozostawiała wiele do życzenia. 

Nie był może niechlujny, ale nie nosił swojego munduru w sposób, jakiego należało oczekiwać od 

absolwenta Akademii. Właściwie jego ubiór wcale munduru nie przypominał. Wyglądało to raczej 

na rzecz, którą nosi się dla większej swobody. W całym swoim życiu nie spotkała się z czymś 

podobnym.

Jego zwyczaj odbiegania od tematu był może zajmujący podczas zwykłych pogawędek, ale 

Tia już widziała oczami wyobraźni, jak irytujące mogłoby to być dla Vegan lub dla kogoś im 

podobnego. Nie mówiąc już o tym, ile kłopotów spadłoby na nich podczas pertraktacji z AI, które 

przecież wszystko brały dosłownie.

Nie, Alex nie był idealny. Nie był nawet bliski ideału.

-   XH   -   1033,   ktoś   chce   z   tobą   rozmawiać   -   włączyła   się   Centrala,   przerywając   jej 

rozmyślania. - Trzymaj się mocno, moja pani, bo oto zbliża się Zła Czarownica Zachodu, a humor 

ma taki, jakby ktoś wymordował jej całą rodzinę.

Jeżeli   złośliwa   uwaga   operatora   nie   zrobiła   większego   wrażenia   na   Tii,   to   ton,   jakim 

zwróciła się do niej zwierzchniczka, rozgrzał jej wszystkie sensory.

- XH - 1033, czy wybrałaś już mięśniowca? - spytała kobieta z takim naciskiem, jakby Tia 

ociągała się z wyborem co najmniej tygodniami, a nie przez dziesięć dni.

- Jeszcze  nie - odparła niepewnie. - Szczerze powiedziawszy, jak dotąd nie udało mi się 

spotkać nikogo, z kim mogłabym wytrzymać przez dłuższy czas.

To   oczywiście   nie   była   najistotniejsza   przyczyna,   ale   Beta   Gerold   y   Caspian   nie 

zrozumiałaby prawdziwego powodu. Równie dobrze mogłaby być Yeganką. Jeżeli u mięśniowców 

tolerowała drobne różnice osobowości, to ludzie z kapsuł byli dla niej jednakowi.

- Hypatio, tracisz czas - powiedziała szorstko Beta. - Siedzisz tu, na lądowisku, nic nie 

robiąc lub gawędząc beztrosko, gdy dawno mogłabyś już polecieć z jakąś misją!

- Robię, co w mojej mocy - odparowała Tia. - Ale z pewnością ani ty, ani ja nie będziemy 

szczęśliwe, gdy będę musiała zmienić mięśniowca po pierwszym locie!

-   Odrzuciłaś   sześciu   mięśniowców,   których   zarekomendowali   nasi   analitycy,   jako 

odpowiadających twojej osobowości - odrzekła ostro Beta. - Wszystko, czego od ciebie oczekuję, 

to odrobina kompromisu.

Ta cała szóstka była wybrana dla mnie? - pomyślała zdumiona Tia. - Którzy? Ci zadufani w 

sobie osobnicy? Ta bojowniczka spod znaku Walkirii? Duchy kosmosu pomóżcie mi - Garrison? 

Myślałam, że jestem milsza i bardziej interesująca niż całe to towarzystwo!

Beta kontynuowała policyjno - wykładowym tonem.

background image

- Dobrze wiesz, że przerwa w wizytach w wykopaliskach pierwszej klasy trwa zbyt długo. 

Ludzie   czekają  tam  od  tygodni  i  miesięcy.   Nawet   w  razie  jakiegoś   wypadku  mamy  tak   mało 

statków i są one tak rozproszone, że potrzebowałyby dni na przybycie z pomocą. Czasami godzina 

może mieć w takich okolicznościach ogromne znaczenie, a co dopiero dzień! Od chwili, gdy tylko 

zostałaś zainstalowana, stałaś się dla nas niezbędna, ale w przestrzeni kosmicznej, nie tutaj!

Tia skrzywiła się w duchu.

Przypuszczała, że Beta celowo nawiązała do jej tragicznej przeszłości, mimo że nie mogła 

mieć dostępu do dawnych nagrań na jej temat. Zatem nie mogła też znać pochodzenia Tii. Zadbała 

o   to   agencja   ochrony   praw   ludzi   z   kapsuł.   Było   to   konieczne   z   uwagi   na   przypadki 

wykorzystywania przez inspektorów przeszłości ludzi z kapsuł dla swoich partykularnych celów. 

Dawniej, gdy znali cały życiorys  swych podwładnych, byli w stanie bez trudu wpłynąć na ich 

psychikę, by wymóc  bezwzględne oddanie i fanatyczną  służbę. Jakże łatwo było manipulować 

kimś, kto miał kontakt ze światem zewnętrznym tylko poprzez sensory, które można było oszukać, 

czy nawet wyłączyć.

Mimo to Beta nie myliła się. Gdyby pomoc dotarła do mnie wcześniej, być może nie byłoby 

mnie   tu,   pomyślała.   Może   studiowałabym   teraz   i   przygotowywałabym   się   do   podwójnego 

doktoratu,   jak   mama.   Może   właśnie   zastanawiałabym   się,   czym   zajmę   się   po   otrzymaniu 

dyplomu...

- Wiesz co? - zagrała na zwłokę. - Pozwól mi jeszcze raz przejrzeć nagrania i rozmowy, 

pozwól mi się z nimi oswoić. W szkole uczono nas, żeby nie wybierać mięśniowca w pośpiechu i 

pod jakimś naciskiem. - Jej głos nieco stwardniał. - Myślę, że nie chcesz kolejnej Mpiry.

-   No   dobrze   -   zgodziła   się   Beta   niechętnie.   -   Muszę   cię   jednak   ostrzec,   że   liczba 

kandydatów jest ograniczona. Nie zostało ci ich wielu do przeglądania i jeśli będę musiała odesłać 

cię bez nikogo na pokładzie, uczynię to. Instytut nie może sobie pozwolić na trzymanie cię przez 

kolejnych sześć miesięcy na lądowisku w oczekiwaniu na ukończenie Akademii przez następną 

grupę.

Wylecieć bez mięśniowca? Samotnie? Nie była to zbyt kusząca wizja. Prawdę mówiąc, 

wcale   nie   kusząca.   Sześć   miesięcy   samotności   w   nieskończoności   kosmosu   było   czymś 

przerażającym. Nigdy do tej pory nie robiła niczego bez obecności kogokolwiek w pobliżu. Nawet 

na terenie wykopalisk miała przy sobie rodziców.

Gdy tylko  Centrala rozłączyła  rozmowę, jeszcze raz przejrzała nagrania rozmów i dane 

dotyczące całej dwunastki, którą odrzuciła. Nie znalazła jednak nikogo, o kim mogłaby powiedzieć 

bez cienia wątpliwości, że będzie jej przyjacielem.

background image

Ktoś   delikatnie   zapukał   w   zamknięte   drzwi   windy.   Tia,   wyrwana   z   zadumy,   włączyła 

zewnętrzne sensory. Któż to mógł być? Jeszcze nawet nie nadszedł świt!

Jej gość zadzierał do góry głowę i krążył niespokojnie wokół kamery. Światło portu było 

wystarczająco silne i natychmiast go rozpoznała.

- Hypatio, tu Alex - wyszeptał niecierpliwie. - Czy możemy porozmawiać?

Ponieważ   nie   mogła   mu   odpowiedzieć   bez   zwrócenia   uwagi   kontroli   portu   na   jego 

tajemniczą i nie zgłoszoną nigdzie wizytę, otworzyła drzwi windy bez zapalania światła. Zniknął w 

ciemnym wnętrzu i wciągnęła go na górę.

- Co ty tu robisz? - zdziwiła się, gdy tylko wszedł do głównej kabiny. - Nie mogę nazwać 

tego stosownym zachowaniem!

- Hej! - rzekł. - Jestem niekonwencjonalny. Lubię robić wszystko po swojemu. W Historii 

sztuki wojennej możesz wyczytać, że najlepszym sposobem na zwycięstwo w wojnie jest robienie 

rzeczy, których druga strona się po tobie nie spodziewa...

- Z pewnością tak - przerwała mu. - Może jest to dobre zachowanie dla kogoś ze Służb 

Militarnych,  my jednak nie jesteśmy na wojnie i powinnam o twoim zachowaniu powiadomić 

centralę. - Tia pozwoliła, by to ostrzeżenie zabrzmiało naprawdę groźnie, zastanawiała się jednak, 

dlaczego tego nie czyni?

Zignorował zarówno upomnienie, jak i pogróżkę.

- Twój inspektor powiedział, że jeszcze nikogo nie wybrałaś - stwierdził. - Dlaczego?

- Bo nie - odgryzła się. - Nie lubię, gdy mnie ktoś popędza. Ani też naciska. Usiądź.

Usiadł dość energicznie, a jego bojowa postawa zamieniła się w rodzaj zadumy.

- Nie sądziłem, że będziesz mi miała za złe moje spóźnienie - powiedział niemal płaczliwie. 

- Wydawało mi się, że poszło nam całkiem nieźle. Zwłaszcza że twój inspektor zdradził mi, iż 

spędziłaś ze mną o wiele więcej czasu niż z innymi. Byłem prawie pewien, że wybrałaś mnie! Co 

ci się we mnie nie podoba? Coś ze mną musi być nie tak! Może mógłbym to zmienić?

- Cóż! - Ujęło ją jego przygnębienie, jak i prostolinijność pytań. - Spodziewałam się, że mój 

mięśniowiec   będzie   punktualny.   To   dlatego,   że   powinien   być   profesjonalistą,   a   spóźnianie   się 

oznacza pewnego rodzaju niedbałość. Wydawało mi się, że jesteś rozlazły, a ja bardzo tego nie 

lubię. Byłeś także roztargniony i musiałam cię kilka razy z powrotem naprowadzać na temat naszej 

rozmowy. Te dwie cechy oznaczają roztrzepaną osobowość, a to też niedobrze. Będziemy sami tam 

wysoko i dlatego potrzebuję kogoś, kto dokładnie będzie wykonywał swoje obowiązki.

- Nie wiesz jeszcze, co potrafię - zaoponował. - Byłem oszołomiony i przez to nieszczęsne 

spóźnienie nie mogłem zademonstrować ci wszystkich moich zalet. Ale przecież nie tylko o to ci 

chodziło, prawda?

background image

- Co masz na myśli? - spytała z ciekawością.

- Nie odrzuciłaś mnie tylko dlatego, że nie byłem doskonały. Ty masz jakąś tajemnicę... 

coś,   o   co   naprawdę   ci   w   tym   wszystkim   chodzi,   a   o   czym   nie   powiedziałaś   nawet   swojemu 

inspektorowi. - Bacznie przyglądał się kolumnie i Tia poczuła się całkowicie zaskoczona trafnością 

jego sugestii. - Nie jestem tym,  który może ci pomóc w spełnieniu twoich tajemnych  planów, 

prawda? - Wyraźnie się ożywił. - Nie ukrywaj tego przede mną, Hypatio. Mnie możesz powiedzieć. 

Umiem dotrzymać tajemnicy. Poza tym on być może będę umiał ci pomóc! Przecież tak naprawdę 

mnie   nie   znasz.   Jak   można   poznać   człowieka   po   godzinnej   rozmowie   i   lekturze   jego   danych 

personalnych!

- Nie wiem, o czym mówisz - burknęła Tia bez przekonania.

- Dobrze wiesz, o czym mówię. Każdy statek mózgowy pragnie wykupić swój kontrakt, 

niezależnie   od   tego,   co   oficjalnie   mówi.   Podobnie   każdy   statek   ma   jakiś   plan   na   przyszłość. 

Barclay marzy o uganianiu się za kosmicznymi piratami, jak gwiazda holosów, Leta chce zostać 

kolejnym   wielkim   kompozytorem,   nawet   sędziwy   Jerry   chciałby   wykupić   swój   statek,   by   bić 

międzygwiezdne rekordy szybkości. - Uśmiechnął się. - Zatem jaki jest twój mały sekret?

Wiedziała,   że   gdyby   ktoś   odkrył   jej   plany   dokonywania   nieoficjalnych   poszukiwań 

archeologicznych, mogłaby stać się przedmiotem manipulacji. Miała zamiar przecież w ten sposób 

zyskać trochę sławy jako archeolog, ale i zdobyć odpowiednią sumę pieniędzy, żeby się wykupić. 

Jeżeli jeszcze do niedawna jej plan znalezienia przyczyny choroby odsunięty był na dalsze miejsce, 

to dzisiaj powrócił ze zdwojoną siłą. Te trzy pragnienia zdominowały jej umysł. Chciała pójść w 

ślady swej sławnej matki, a kontakty z Betą dały jej więcej niż tysiąc powodów, by starać się o 

innego pracodawcę.

Odkąd postanowiła nie zdradzać swoich planów, udało jej się utrzymać je w tajemnicy nie 

tylko  przed inspektorem Centrali,  ale przed każdym,  z kim kiedykolwiek  się stykała.  Wyjątek 

stanowiła tu Moira.

-   To   wszystko   dlatego,   że   bałam   się,   iż   wezmą   moją   determinację   za   coś   w   rodzaju 

niezrównoważenia psychicznego - zwierzyła mu się. - Myślałam, że stanie się to przeszkodą w 

realizacji moich planów.

W czasie jej wynurzeń Alex prawie się nie odzywał. Kiedy skończyła, zdał sobie sprawę, że 

właśnie   dała   mu   sposobność   do   małego   szantażu.   Wystarczyło,   żeby   zagroził,   iż   wyjawi   jej 

obsesję, i natychmiast zostałaby zdymisjonowana oraz przekazana do dyspozycji konsultanta na 

następnych sześć miesięcy.

Nic jednak nie powiedział, tylko zaczął się śmiać. Prawie ryczał ze śmiechu. Zaskoczona, 

czekała z niecierpliwością, aż się uspokoi i wytłumaczy przyczynę swej wesołości.

background image

- Widzę, że niezbyt dokładnie zgłębiłaś moje dane, miła pani - stwierdził, gdy doszedł do 

siebie. - A niech to! Wywołaj moje dane personalne. Ale nie te z akademii, lecz wcześniejsze, ze 

szkoły.

Ponownie zaskoczona poleciła Centrali przekazanie danych Alexa.

- Zwróć uwagę na moje zainteresowania - zasugerował.

Znalazła. Hobby i inne zainteresowania.

Archeologia i ksenologia.

Bez   namysłu   zaczęła   przeglądać   dane   o   jego   pobycie   w   szkole.   Odkryła,   że   gdy   był 

uczniem,   oprócz   normalnych   zajęć   z   historii,   brał   udział   we   wszelkich   możliwych   kursach 

archeologii. Żałowała, że nie ma rąk, którymi mogłaby przetrzeć oczy.

- Widzisz? - powiedział. - Nie pogardziłbym tym, gdyby moje nazwisko pojawiło się w tym 

czy   innym   czasopiśmie.   Pod   warunkiem   oczywiście,   że   nasze   znaleziska   będą   całkowitym 

zaskoczeniem   dla   wszystkich!   Nie   powiem   też,   by   mi   nie   zależało   na   kilku   dość   pokaźnych 

kredytach. Chętnie bym się wtedy zwolnił ze służby, by kupić sobie, hmm, małą planetoidę.

-   Zastanawia   mnie,   dlaczego   nie   poszedłeś   na   uniwersytet?   -   zapytała.   -   Dlaczego   nie 

chciałeś pogłębić swojej wiedzy?

- Pieniądze - odparł spokojnie, zakładając ręce za głowę i zanurzając się głęboko w fotelu. - 

Mamona. Forsa. Źródło nieczystości. Moja rodzina nie miała, czy też miała wystarczająco dużo 

pieniędzy,   żebym   nie   otrzymał   stypendium.   Może   starczyłoby   na   zdobycie   marnego   stopnia 

naukowego,   ale   cóż   to   znaczy   w   dziedzinie   archeologii.   Przecież   sama   dobrze   o   tym   wiesz, 

Hypatio. Wiesz, ile trwa zrobienie doktoratu; cztery lata studiów, dwa lata, by zostać magistrem, a 

potem kolejne lata i lata, zanim zdobędzie się dostateczną ilość materiału, by uzyskać tytuł doktora.

Żeby   prowadzić   wykopaliska   pierwszej   klasy,   kierować   wykopaliskami   klasy   drugiej   i 

trzeciej, trzeba mieć nie jeden tytuł doktora, ale dwa lub trzy. - Ze smutkiem pokręcił głową. - 

Byłem zatem amatorem przeszukującym historię, do tego bowiem potrzebne były mi tylko fotel i 

biurko,   droga   pani.   Na   tyle   było   mnie   stać.   Książki   i   czasopisma   musiały   zaspokoić   moje 

pragnienia.

- Dlaczego zatem wybrałeś Akademię? - zapytała niecierpliwie.

-   Dobre   pytanie.   Niełatwo   na   nie   odpowiedzieć.   -   Przez   chwilę   przygryzał   wargę   w 

zamyśleniu, wreszcie począł mówić dalej: - Przypuśćmy, że ukończyłbym studia z archeologii i 

historii. Mógłbym dostać posadę jakiegoś urzędniczyny w Instytucie, lecz czy miałoby to jakieś 

znaczenie? Praca urzędnika jest identyczna w każdym miejscu naszego wszechświata. Inny może 

jest język, praca jednak jest taka sama. Oczywiście mógłbym pracować i robić zaocznie studia 

magisterskie. Potem może udałoby mi się zostać czyimś asystentem, ale ciągle wykonywałbym 

background image

brudną   robotę.   Żadnych   wykopalisk,   żadnych   poważnych   problemów   do   rozwiązania.   To 

wszystko,  czego mógłbym  dokonać; przy charakterze  mojej pracy nie byłbym  w stanie  zrobić 

doktoratu.   Nawet  jeżeli   mój   szef leciałby  na jakieś   archeologiczne  stanowisko,  ja  siedziałbym 

zamknięty w czterech ścianach Instytutu. Gdy potrzebujesz kogoś, kto będzie pilnował porządku w 

biurze podczas twojej nieobecności, zostawiasz tego, który ma o tym pojęcie, ale nie jest nikim 

ważnym.

- Rozumiem - odparła. - Ale dlaczego Akademia?

- System  przyznawania  stypendiów  w Akademii  jest nieco inny niż na uniwersytecie  - 

odpowiedział. - Komisja Stypendialna nie wyszukuje biednych, ale uzdolnionych. Szukają ludzi 

kompetentnych, z odpowiednim zacięciem i jeżeli kogoś takiego znajdą, zrobią wszystko, by go do 

siebie zwabić. Nie ma tu więc tak ostrej rywalizacji. Akademia jest pod tym względem o wiele 

atrakcyjniejsza dla takich jak ja niż wydziały archeologii i historii na jakimkolwiek uniwersytecie. 

Na   przykład   Akademia   opłaca   przelot   do   Centrali,   co   jest   nie   do   pomyślenia   na   wydziale 

historycznym   uniwersytetu.   Musiałbym   zatem   studiować   na   rodzinnej   planecie.   Tam   też 

pozostałbym do końca życia. Dlatego pomyślałem sobie, że jeżeli nie mogę rozkopywać innych 

światów, to chociaż je zobaczę. Gdybym w dodatku dostał się do AP, mógłbym przypatrzyć się 

pracy   archeologicznej   innych.   Na   Akademii   spróbowałem   zatem   swoich   sił   na   wydziale 

mięśniowców.   Okazało   się,   że   moja   osobowość   doskonale   pasuje   do   wizerunku   mięśniowca. 

Następnym krokiem była prośba o przydział do AP.

- A dlaczego chciałbyś pracować ze mną? - spytała, postanawiając zagrać z nim w otwarte 

karty.

Jeżeli był podstawiony, to nie podejmie gry. Niezależnie od tego, co sobie o niej pomyśli, 

odkryje jego prawdziwe intencje. Hmm, może taka szczerość przynajmniej go przestraszy...

Zamrugał oczami.

- Naprawdę nie wiesz? Ponieważ ty to ty - powiedział. - To bardzo proste. Masz niezwykłą 

osobowość. Nie starasz się grać kogoś innego, nie upodabniasz swojego głosu do jakiegoś AI, jak 

to   zwykli   czynić   niektórzy   z   twoich   szkolnych   kolegów.   Nie   przejmujesz   się   tym,   co   inni 

powiedzą. Masz w centralnej kabinie pluszowego misia, ale nie zmuszasz nikogo do rozmowy o 

nim. Jest to dla mnie zagadką, a ja uwielbiam zagadki. Zwłaszcza gdy są tak miłe, jak ten pluszowy 

miś. Kiedy mówisz, słyszę, jak się śmiejesz lub złościsz, czuję twoje reakcje. Jesteś człowiekiem z 

kapsuły, Hypatio. Lubię cię. I miałem nadzieję, że ty także mnie polubisz. Wyobrażałem sobie, że 

będziemy razem przez długi, długi czas.

Cóż, nie wystraszył się, to był fakt. Za to znowu ją zaskoczył. Zaczynała myśleć, że wybór 

Alexa wcale nie musiałby być taką złą decyzją.

background image

- Właściwie to cię lubię - rzekła niezdecydowanie. - Ale...

- Ale co? - zapytał ośmielony. - O co chodzi?

- Nie lubię być manipulowana - wyjaśniła. - A ty właśnie to robiłeś: manipulowałeś mną, 

lub przynajmniej próbowałeś to robić.

Na chwilę zaniemówił.

- Przyznaję się. Jednak na swoje usprawiedliwienie powiem ci, że przynajmniej częściowo 

robiłem   to   nieświadomie.   Pochodzę   z   nizin   społecznych.   Tam,   żeby   do   czegoś   dojść   lub   coś 

zdobyć, trzeba wiele sprytu i przebiegłości. Czasem stare przyzwyczajenia biorą górę. Postaram się 

tego więcej nie robić.

-   To   nie   wszystko   -   ostrzegła   go.   -   Mam   pewne   plany,   które   nie   powiodą   się,   jeżeli 

odmówisz mi pomocy. - Tu zamilkła na moment. - Plany te są związane z tym, co chcę odkryć: 

światem EsKaysów.

- Światem EsKaysów? - powtórzył, wstając i prostując się. - Och, nie; gdyby nie moje 

poczucie rzeczywistości, pomyślałbym, że śnię, czy coś w tym rodzaju! EsKaysi to moja ulubiona 

zagadka   archeologiczna!   Zawsze   chciałem   odkryć,   dlaczego   zwinęli   interes   i   zniknęli!   Jeżeli 

udałoby   się   nam   odnaleźć   ich   ojczysty   świat...   Hypatio,   stalibyśmy   się   gwiazdami   holosów! 

Najsławniejszymi ze sławnych w tej części kosmosu!

Przez chwilę była nieobecna myślami. To było bardzo dziwne; bardzo, bardzo dziwne.

- Mam przez to rozumieć, że część czasu, kiedy będziemy tam, spędzimy na sprawdzaniu 

śladów po EsKaysach? - zapytał z rozpalonym wzrokiem. - Poszukując rzeczy, które być może 

zostały przeoczone przez archeologów? Szukając innych możliwych stanowisk?

-   Coś   w   tym   rodzaju   -   odpowiedziała.   -   Dlatego   potrzebuję   twojej   ścisłej   współpracy. 

Czasami będę potrzebowała kogoś, kto jest pod każdym względem sprawny.

Skinął głową.

-  Miła   moja,   szukasz   właśnie   mnie   -   oznajmił.   -   Jeżeli   istnieje   jakaś   rzecz,   dla   której 

mógłbym popaść w kłopoty, jest nią poszukiwanie. Dzięki tobie będę mógł poszukiwać, i to pod 

jakim kierownictwem!

- Poszukiwanie? - zaśmiała się lekko. - Czy chciałbyś może, byśmy teraz złożyli przysięgę, 

że nie spoczniemy, póki nie znajdziemy Świętego Graala?

- Dlaczego nie? - powiedział. - Ja zacznę. - Wstał, zwrócił się twarzą nie ku niej, lecz ku 

Tedowi E. Misiowi i podniósł dłoń jak podczas przysięgi Służb Kosmicznych. - Ja, Alexander Joli - 

Chanteu, solennie przysięgam,  że połączę me siły ze statkiem mózgowym  Hypatią 1033 w jej 

poszukiwaniach śladów EsKaysów. Przyrzekam, że jej nie opuszczę tak długo, jak długo będzie 

mnie   potrzebowała.   Przyrzekam   także,   iż   oddam   jej   całą   swą   wiedzę   i   przyjaźń,   których   z 

background image

pewnością będzie potrzebowała w poszukiwaniach. Za świadka szczerości mych słów biorę sobie 

tego oto misia.

Gdyby nie robił tak uroczystej miny, Tia z pewnością roześmiałaby się.

- W porządku - rzekł, gdy znowu usiadł. - A ty? A ona? W rzeczy samej zaakceptowała już 

go jako swego mięśniowca, czyż nie? I czyż nie złożył przysięgi, jak jakiś średniowieczny wasal?

- No, dobrze - odpowiedziała. - Ja, Hypatią 1033, uroczyście zobowiązuję się przyjąć do 

swej   służby   Alexandra   Joli   -   Chanteu,   by   wspólnie   z   nim   poszukiwać   świata   EsKaysów. 

Przyrzekam także dzielić się z nim każdym odkryciem. Zobowiązuję się trzymać go przy sobie 

jako   swojego   mięśniowca   aż   do   chwili,   gdy   oboje   zdecydujemy,   że   czas   się   rozstać.   Moją 

przysięgę wypowiadam uroczyście w obecności Teodora Edwarda Misia.

Uśmiechnął się tak szczerze i zaraźliwie, że chętnie by to wszystko powtórzyła.

- Wygląda na to, że od tej chwili stanowimy zespół - stwierdziła.

- Zatem... - udał, że podnosi niewidzialny kieliszek - ...za naszą współpracę. Nich będzie tak 

długa i owocna, jak praca państwa Cade'ów.

Udał,   że   pije   i   następnie   wyrzucił   niewidzialny   kieliszek   do   niewidzialnego   kominka. 

Wyczuł, że milczenie Tii trwało trochę zbyt długo.

Cade'ów? Skąd on...

Zanim jednak cokolwiek wywnioskowała, uznała za niemożliwe, by wiedział, kim była i 

skąd pochodziła.

W artykułach na temat Cade'ów nigdy nie wspominano 0 ich sparaliżowanej córce ani o 

przyczynie   jej   tragicznej   choroby.   Nie   były   one   pisane   przez   ludzi   z   wąskiego   kręgu 

akademickiego, lecz przez “światowców", których interesowały fakty i spekulacje, a nie szczegóły 

z życia prywatnego. Poza tym Cade'owie nie byli ludźmi, o których robi się holosy dokumentalne. 

Niemożliwe zatem było, by cokolwiek wiedział o Hypatii Cade.

Z chwilą gdy ktoś został przyjęty do programu ludzi z kapsuł, jego prawdziwe dane były 

zagrzebywane w labiryncie biurokratycznych zabezpieczeń. Stanowiły wyłącznie prywatną sprawę 

samych zainteresowanych. Rozwiązywało to wiele potencjalnych problemów człowieka z kapsuły. 

Uniemożliwiało chociażby podejmowanie wspomnianych już prób wykorzystywania przeszłości 

przez   inspektorów.   Statki   mózgowe   były,   jak   to   określił   profesor   Brogen,   bardzo   cennymi 

artykułami. Podobnie jak ich ładunki. Możliwość zatem wykorzystania ich powiązań z przeszłością 

była   bardzo   prawdopodobna.   Nie   mówiąc   o   tym,   jak   łatwe   było   posłużenie   się   powiązaniami 

rodzinnymi w celu zwabienia statku mózgowego w pułapkę.

Zawsze   jednak   istniała   możliwość   zdradzenia   pewnych   szczegółów   z   życia   zaufanym 

przyjaciołom... a nawet mięśniowcom.

background image

Wahała się przez chwilę, w czasie gdy on salutował Teodorowi. Czy powinna zdradzić mu 

swe pochodzenie zaoszczędzić sobie bolesnych wyjaśnień w przyszłości?

Nie. Nie, muszę się nauczyć z tym żyć, jeżeli mam zamiar dogonić EsKaysów. Jeśli nawet 

on nic nie powie, ktoś inny zrobi to na pewno. Rodzice wciąż są kojarzeni z EsKay - sami, mimo że 

ze względu na moją chorobę już się nimi nie zajmują. Cóż mnie to jednak obchodzi. EsKaysi są 

teraz tylko moi. I już nie jestem Cade. Nawet jeżeli uda mi się znaleźć ich świat, nikt nie będzie 

mówił o Hypatii Cade, ale o Hypatii 1033, statku mózgowym. Części zespołu AP.

- Czy zauważyłeś, że nasze inicjały brzmią...

- AH? - powiedział to tak, jakby wymawiał imię. - Tak, zauważyłem. Sądzę, że to dobry 

znak. Może nie jest to eureka, ale coś pokrewnego!

-   Hmm   -   powtórzyła.   -   Brzmi   to   jak   odgłos   niezadowolenia   profesora,   gdy   wie,   że 

odpowiedź jest pełna niejasności, ale nie umie tego wykazać!

- Nie masz romantycznej duszy! - zbeształ ją. - A tak przy okazji, która to już godzina?

- Za dwadzieścia osiem minut, dwadzieścia siedem i pięćdziesiąt dziewięć setnych sekundy 

piąta - odpowiedziała natychmiast. - Nad ranem oczywiście.

- Która? - zdumiał się i wzdrygnął. - Niech to będzie miarą mego oddania, moja pani. Ja, 

który z własnej  woli nigdy nie oglądałem  wschodu słońca, wstałem przed czwartą,  by z tobą 

porozmawiać.

- To rzeczywiście poświęcenie - stwierdziła ze śmiechem. - No dobrze, Alex. Niech się 

stanie. Możesz czuć się oficjalnie moim mięśniowcem. Na marginesie, jestem Tia, nie Hypatia, nie 

dla ciebie. Lepiej idź już do swojego pokoju i postaraj się okazać zaskoczenie, gdy dowiesz się, że 

cię wybrałam. Inaczej możemy popaść w niezłe kłopoty.

- Twoje życzenie, droga Tio, jest dla mnie rozkazem - powiedział, wstając i kłaniając się. - 

Szczęściem, mogę tak samo łatwo ominąć straże wracając, jak to zrobiłem, przychodząc tutaj.

-   Nie   daj   się   złapać   -   ostrzegła   go.   -   Nie   mogę   cię   jeszcze   chronić,   przynajmniej   nie 

oficjalnie. Ciągle jestem, jak mi to sugeruje mój inspektor, pasożytem na ciele finansów Instytutu.

Zasalutował w kierunku kolumny i zbiegł schodami, znowu nie zwracając uwagi na windę.

Cóż, trzeba będzie nad nim popracować.

Obserwowała go, dopóki inne statki i sprzęt obsługi portu go nie przesłoniły. Przypomniała 

sobie, że może podłączyć się do kanału łączności ochrony portu...

Minęło pół godziny i niczego nie usłyszała, wiedziała, że Alex bezpiecznie dotarł do swojej 

sypialni.

Centralna kabina zdawała się bardzo pusta bez niego. Nie odniosła takiego wrażenia, gdy 

wychodzili   inni,   może   poza   Chrią   Chance.   Napełnił   pokład   statku   niezaprzeczalnym   urokiem 

background image

swojej osobowości.

Z pewnością był niezwykle żywotny.

Poczekała, aż minie szósta i połączyła się z Centralą. Obsługiwał ją inny operator, taki, 

który zdawał się niezbyt nią interesować. Tii wydawało się, iż miał nieciekawą osobowość, gdyż 

zachowywał się jak AI Wykonywał wszystkie polecenia Bety bez słowa komentarza.

Tak jak się tego spodziewała, Beta była w swym biurze. Oczywiście pierwsze jej słowa 

były łatwe do przewidzenia:

- I cóż? Wybrałaś mięśniowca czy mam przegnać przez twój pokład cała akademię?

Hypatia z ledwością powstrzymała się od udzielenia uszczypliwej odpowiedzi.

- Całą noc rozważałam możliwość przyjęcia jednego z dwunastu kandydatów, których mi 

przedstawiłaś, inspektorze - rzekła ostro. - Posunęłam się nawet do przejrzenia nagrań z wczesnej 

młodości kandydatów.

To tylko mała nieścisłość - powiedziała sobie w duchu. - Tak naprawdę przejrzałam jedynie 

taśmy Alexa.

- I? - spytała Beta wcale tym nie wzruszona.

-   Wybrałam   Alexandra   Joli   -   Chanteu.   Może   zostać   moim   załogantem.   Wczoraj 

zakończyłam kompletowanie wszystkich niezbędnych wariantów lotów i mogę ruszyć w drogę. 

Potrzebuję tylko zezwolenia Centrali ł określenia moich zadań.

Oto, pomyślała z zadowoleniem, moja pani inspektor, niespodzianka, której się po mnie nie 

spodziewałaś!

- Bardzo dobrze, AH - 1033 - odpowiedziała Beta, nie okazując cienia zaskoczenia. - Ja 

jednak nie wybrałabym Alexandra, gdybym była na twoim miejscu. Nie jest najlepszym specjalistą. 

Poza tym jego charakter można określić jako... narwany.

-   Podobnie   rzecz   się   ma   z   większością   nieprzeciętnych   charakterów,   inspektorze   - 

zaoponowała Tia, czując, że zaczyna bronić swojego mięśniowca.

- Myślę jednak, że dobrze o tym wiesz. Poza tym nie jesteś na moim miejscu, kochana - 

pomyślała,   reagując   oburzeniem   na   pretensjonalny   ton   Bety.   Sama   podejmę   ważne   dla   siebie 

decyzje i będę ci wdzięczna jeżeli przyjmiesz to do wiadomości.

- Niech więc będzie, AH - 1033 - powtórzyła obojętnie Beta. - Zgłoszę twój wybór do 

Akademii, polecę Centrali przygotowanie planu lotu i gdy tylko wszystko będzie gotowe, wylecisz 

z misją.

Zaraz potem wyłączyła się. Lecz zanim Tia zdążyła cokolwiek pomyśleć o tej rozmowie, 

Centrala włączyła się z powrotem.

- AH - 1033, moje gratulacje - powiedział operator głosem, który jeszcze do niedawna był 

background image

bezbarwny, a teraz brzmiał jak głos przyjaciela. - Chciałbym, abyś wiedziała, zanim zaczniemy 

oficjalne przygotowania do lotu, że wszyscy operatorzy Centrali uważają, iż dokonałaś najlepszego 

wyboru. Szczególnie ja tak sądzę.

Tia była po stokroć zaskoczona.

- Dlaczego? Dziękuję - mówiła zmieszana. - Ale dlaczego...

Operator zachichotał.

- Och, kierowaliśmy tutaj wszystkimi lotami treningowymi kadetów. Niektórzy z nich mieli 

spore kłopoty z wchodzeniem do doków. Alex jednak zawsze był pogodny i nigdy nie powiedział 

złego słowa, gdy musieliśmy go odesłać do symulatora lotów. Kiedyś... cóż, Donning wpędziłby 

mnie w nie lada kłopoty, gdy zignorował moje polecenie i o mały włos się nie rozbił. Alex był tuż 

za nim, widział i słyszał wszystko. Nie musiał składać raportu, jednak zrobił to. To dzięki niemu 

wciąż tu pracuję.

- Och - westchnęła  Tia. - To ciekawe. Świadkowie podobnych incydentów  nie musieli 

składać raportów. Nikt zatem nie miałby za złe Alexowi, gdyby milczał. Poza tym jego postępek 

mógł przysporzyć mu kłopotów ze strony Donninga...

-   Przyjmij   jeszcze   raz   moje   gratulacje.   Nie   pożałujesz   swojego   wyboru   -   powiedział 

operator. - Teraz pozostań na linii, mam dla ciebie oficjalne przekazy.

Gdy   tylko   przyjęła   plany   lotu,   poczuła   dziwne   odprężenie   09   i   satysfakcję.   Becie   nie 

podobał się jej wybór mięśniowca. Innego zdania byli operatorzy Centrali.

Nie mógł uzyskać lepszych rekomendacji.

Rozpoczęła sprawdzanie trasy swego lotu i zauważyła nawet, że Ted się do niej uśmiechał. 

Troszeczkę.

Trzymaj się, wszechświecie. Nadchodzimy!

background image

CZĘŚĆ CZWARTA 

- No dobrze, moja droga Tio, wytłumacz mi krótko, o co tu chodzi - powiedział rzeczowo 

Alex,   gdy   Tia   zakończyła   przyjmowanie   plątaniny   rozkazów   dotyczących   ich   podróży   i   kilku 

przystanków na niewielkich dwu - lub czteroosobowych stanowiskach. - Kogo mamy pierwszego?

- I kogo mamy drugiego - powtórzyła nieobecnym głosem.

Tuż przed odlotem dotarła do niej prośba o napisanie popularnonaukowego artykułu na 

temat   starożytnych   języków   Terry   i   ich   pochodzenia.   Zastanawiała   się,   ile   mogłaby   zarobić, 

publikując go w sieci podobnych czasopism. Wiedziała, że nie wolno jej w tej chwili pogardzić 

nawet małym zarobkiem. Poza tym bawiło ją, iż mogłaby tym sposobem odpowiedzieć niektórym 

na   ich   uszczypliwości.   Zwłaszcza   że   użyłaby   do   tego   celu   starych,   powszechnie   znanych 

dowcipów.

Nagle dotarło do niej, co operator Centrali miał na myśli, mówiąc: “trzymaj się mocno" i 

wspominając   dziką   czarownicę,   której   wymordowano   całą   rodzinę.   -   Co?   -   zapytał 

zdezorientowany Alex. - Nic, nic. Nie chcę nic wiedzieć. Powiedz mi tylko, czyich  właściwie 

rozkazów   powinniśmy   słuchać,   bo   ja   się   zgubiłem   przy   czterdziestym   czy   też   pięćdziesiątym 

przekazie.

- To jest dość proste, podlegamy podwójnej zwierzchności - odpowiedziała. - Instytutowi i 

kierownictwu  Centrali,  mimo  że, jak zauważyłeś,  niektóre z ich początkowych  rozkazów  były 

sprzeczne. Jedno ze stanowisk wykopaliskowych nie zostało nawet wspomniane w tych rozkazach. 

Dodać tu trzeba, że od dawna nie ma stamtąd żadnych wieści, niczego.

- Nie wydajesz się tym martwić - zauważył Alex.

- Cóż, trochę tak, trochę nie - odrzekła, obmyślając najkrótszą drogę przez hiperprzestrzeń.

Musiała   wziąć   pod   uwagę   fakt,   że   nie   dysponowali   po   -   nadprzestrzennym   napędem. 

Wiedziała jednak dobrze, że tam, dokąd lecieli, taki napęd nie był potrzebny. Nie był to w tej 

chwili dla niej nieodzowny cud techniki do natychmiastowego przenoszenia się w przestrzeni, jak 

uważali niektórzy ludzie. Oczywiście, taki napęd był pożyteczny, jeżeli ponad - przestrzenne cele 

były porozrzucane po całym kosmosie, jak to jest w przypadku gwiazd z galaktyki Córę, ale tutaj? 

Z   tej   strony  kosmosu  gwiazdy  były  bardzo   blisko  siebie.   Dlatego   między   innymi   Instytut  nie 

inwestował w drogie statki.

- Gdyby to było stanowisko podobne do mojego, do jednego z tych, które nas interesują, to 

bardzo   bym   się   martwiła.   W   przypadku   nagłego   zdarzenia   są   one   praktycznie   bezradne. 

Wykopaliska   wstępne   są   prowadzone   najwyżej   przez   dwudziestu   ludzi   i   łatwo   tam   o   jakąś 

background image

katastrofę. Ale wykopaliska trzeciej klasy... Na terenie, o którym mówimy, zatrudniono dwustu 

ludzi! To wystarczająca liczba osób, by poradzić sobie z prawie każdym nieszczęściem.

-   Na   stanowiskach   trzeciej   klasy   pracuje   sporo   świeżo   upieczonych   absolwentów 

uniwersytetów, prawda? - spytał Alex, podczas gdy zamykała swoje ładownie.

By zrobić w nich porządek, musiała użyć pokładowych robotów. Obsługa cargo portu nie 

miała czasu, by ustawić ładunek, jak należy.

- W rzeczy samej. Gdy nie ma na planecie tubylców, których można by do tego nająć, 

żółtodzioby   wykonują   najcięższą   robotę.   Dlatego   wykopaliska   trzeciej   klasy   mają   takie   same 

priorytety, jak bazy wojskowe. Większość personelu stanowią ludzie młodzi i silni, wyposażeni w 

najlepszy sprzęt. Na tej planecie jest - szybko sprawdziła swoje dane - stu siedemdziesięciu ośmiu 

ludzi w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat. To sporo, by zadbać o samych siebie.

Palce Alexa przebiegły po klawiaturze umieszczonej tuż przed nim, by wywołać dane na 

centralnym ekranie kabiny.

- Hmm. W pobliżu nie ma żadnych wrogich tubylców. Teren wydaje się bezpieczny. I... 

niech mnie. Stacja jest całkowicie uzbrojona? - Zerknął na kolumnę. - Nie miałem pojęcia, że 

archeologowie mogą prowadzić tak niebezpieczny żywot. Nigdy mnie o tym nie uczono w szkole 

średniej.

- Grrr - odpowiedziała.

Na jednym z ekranów, których nie używał, mignęły wyszczerzone zęby ogromnego psa. 

Przez kilka ostatnich tygodni dużo z Alexem rozmawiali, poznając się nawzajem. Tia, dzięki temu 

że przez siedem lat swojego życia mogła poruszać się jak każdy delikatnik, miała więcej z nimi 

wspólnego niż którykolwiek z jej szkolnych kolegów. Ani ona, ani on nie przejmowali się zbytnio 

beżowym wystrojem jej wnętrza. Alexowi udało się tu przenieść część stylu domu swojego senseia. 

Przytaszczył   na   statek   wielki   obraz   i   kilka   czarnych   i   czerwonych   emaliowanych   naczyń. 

Dodatkowo przybrał ściany paroma ideogramami zeń. Pomyślała, że bardzo tu pasują i są nawet... 

eleganckie.

Nie trzeba chyba wspominać, że w jego kabinie panował jeden wielki bałagan. Postanowiła 

jednak tam nie zaglądać. W miarę możliwości oczywiście.

Gdy   próbowała   poruszyć   ten   temat,   odgryzał   się   zachwytem   nad   jej   “wścibską 

osobowością". Nieważne, co mówił konsultant, już dawno temu postanowiła, iż nie będzie się 

wstydziła uczuć i emocji. Nie będzie ich ukrywała przed tymi, którym ufa. A Alex z partnera stał 

się   w   ciągu   tych   paru   tygodni   kimś   zaufanym.   Miał   cudowne   poczucie   humoru   i   bawiło   go 

dokuczanie jej. Bawiło go także, gdy ona mu dokuczała.

- Schowaj kły, panienko - powiedział. - Domyślam się, że jedyną przyczyną, dla której mają 

background image

broń, jest to, że nie czują się tam najbezpieczniej. Zatem co znajduje się na liście spraw, które są 

przyczyną świetnego uzbrojenia archeologów? Mam nieodparte wrażenie, że w szkole średniej nie 

powiedziano mi wszystkiego na temat archeologii.

- Szczerze? Nie jest to długa lista, ale za to parszywa. - Nagle stała się poważna. - Uważaj; 

będę mówiła krótko, bez zbędnych ubarwnień. Są to rzeczy, które mogą i nam się przydarzyć. - 

Przekazała   wewnętrznym   systemom   sterującym   kontrolę   nad   sprawdzaniem   trajektorii   lotu   i 

ponownie zwróciła się ku Alexowi. - Na pierwszym  miejscu tej listy trzeba umieścić  złodziei 

zabytków. Łatwo można wydedukować, że na dużych stanowiskach poszukiwawczych natrafia się 

na rzeczy, które będą cenne dla prywatnych kolekcjonerów. Złodzieje nadlatują, wpadają do bazy, 

zabijają   wszystkich,   którzy   staną   na   ich   drodze,   grabią   najcenniejsze   eksponaty   i   odlatują. 

Wszystko  to w ciągu  paru godzin. (To dlatego  kryjówka  była  tak  daleko od kopuły i dlatego 

rodzice   kazali   mi   w   niej   zostać   przez   cały  czas   trwania   ewentualnych   problemów,   pomyślał). 

Zwykle jednak mają swoje rejony “pracy" i nie pokazują się tam, gdzie Centrala wysyła wiele 

patroli. W tym rejonie nie widziano żadnych złodziei, a obszar jest często patrolowany.

-   Co   więc   mamy   na   drugim   miejscu   naszej   listy?   -   spytał   Alex,   spoglądając   na   dane 

dotyczące   wykopalisk   i   osobiście   sprawdzając   to,   co   większość   mięśniowców   pozostawiała 

swojemu mózgowi. Na przykład dodatkowo upewnił się, czy służby zewnętrzne wykonały swoją 

pracę i opuściły pokład; zwrócił uwagę na ciężar i rozmieszczenie ładunku w dokach. Były to 

kolejne dowody na to, jak dobrym był partnerem.

Coraz bliższa była godzina wielkiego przyspieszenia. Wyskoczę jak oparzona, pomyślała 

przelotnie.

- Następne na liście jest coś, czego w tym wypadku nie warto nawet brać pod uwagę: bunt 

mieszkańców planety.

- Hmm, rozumiem. - Przeniósł wzrok z drugiego ekranu, gdzie widniały dane dotyczące 

wykopalisk, na ekran pierwszy. - Brak wzmianek o żyjących na kontynencie tubylcach. Rozumiem 

jednak, że byłoby to coś w rodzaju powtórki z wojen Zulusów - dodał, zyskując znowu jej uznanie 

dla swego obycia w historii.

- Dokładnie tak - zgodziła się. - W takim wypadku trzeba założyć, że mieliby wystarczająco 

dużo rozpalonych nienawiścią ciał, by zarzucić barykady i złamać obronę.

Śmierć w takiej walce byłaby dla nich czymś w rodzaju przepustki do raju. Przyspieszonym 

zbawieniem,   Alexie.   Podniósł   do   góry   kciuki   i   głębiej   usiadł   w   swoim   fotelu.   Spojrzał   znad 

klawiatury na kolumnę, lecz nie przestał pisać.

- Istnieją chyba różne przyczyny buntu. Sprawdźmy to. Powstanie przeciw bezczeszczącym 

święte miejsca, powstanie przeciw złodziejom starożytnych skarbów, powstanie w celu zdobycia 

background image

nowych   terenów,   powstanie   miejscowych   chłopów.   Uh   -   huh.   Ile   możliwości.   Kiedy   zatem 

spustoszą już bazę, każdego złapanego muszą traktować jak obcego krwiopijcę. Potem egzekucja, 

bez dwóch zdań.

- Zazwyczaj nie zabijają, chyba że w ferworze walki lub w akcie nieopanowanej zemsty - 

odparła.   -   Większość   tubylców   jest   na   tyle   świadoma,   że   zdaje   sobie   sprawę,   iż   dwustu 

mieszkańców   Centralnego   Systemu   może   być   doskonałą   kartą   przetargową   w   rozmowach   z 

“Górą".   Nie   potrzebują   zatem   martwych   ciał,   lecz   żywych,   cennych   ze   względu   na   swe 

wykształcenie zakładników.

-   Tym,   którzy   zostali   zabici   w   ferworze   walki,   nie   sprawia   to   chyba   żadnej   różnicy   - 

stwierdził gorzko. - Co mamy na trzecim miejscu listy?

- Trzeci powód jest najbardziej prozaiczny - powiedziała lekko zdenerwowana, nie próbując 

jednak zapanować nad swym głosem. - Zaraza.

- O, ho, ho! Chwileczkę, sądziłem, że te stanowiska mają opinię czystych! - Przestał pisać i 

lekko zbladł.

Zaraza była czymś, co prześladowało Służby Kurierskie. Więcej niż połowę czasu statki 

kurierskie spędzały na dostarczaniu szczepionek w różne zakątki kosmosu. Na miejsce każdego 

opanowanego ogniska choroby pojawiały się trzy nowe, nie wiadomo skąd. Stwarzało to wiele 

problemów mięśniowcom uodpornionym tylko na większość chorób.

-   Sądziłem,   że   wszystkie   te   miejsca   zostały   wysterylizowane,   zanim   ktokolwiek   tam 

wylądował i zaczął się urządzać!

- Tak, ale tylko ta przyczyna ich milczenia wydaje się T K; tu prawdopodobna. - (I wcale 

nie dlatego, że mógłby to być wirus, który mnie dopadł). - Jest to rzecz, o której się nie mówi 

młodym adeptom uniwersytetów, gdy pragną zostać słynnymi archeologami. Zabójcą numer jeden 

ksenoarcheologów  jest zaraza. - (Podobnie jak sprawcą kalectwa).  - Wirusy i proto wirusy są 

podstępnymi dziećmi oddalonych przestrzeni. Mogą przetrwać zahibernowane w gwiezdnym pyle 

przez wieki i tysiąclecia, nawet bez dostępu powietrza.

Na ekranie wyświetliła statystyki Instytutu. Były to dane, które nigdy nie oglądały światła 

dziennego.   Istniało   trzydzieści   procent   szans,   że   ksenoarcheolog   zostanie   wyeliminowany   z 

aktywnego życia przez chorobę wirusową; dwadzieścia procent, że umrze. Nie mówiąc o tym, że w 

ciągu   swej   kariery  każdy  z   nich   musiał   zapaść   na   jakąś   poważną   chorobę,   uleczalną   tylko   w 

szpitalu; - A więc wirusy hibernują się. Kiedy nieustraszony śmiałek zdejmie warstwę pyłu... - głos 

Alexa zabrzmiał ponuro.

- Właśnie tak, bystrzaku - zaśmiała się, ale nie był  to szczery śmiech. - Czasami takie 

choroby   są   w   swych   skutkach   dość   szczęśliwe.   Cade'owie   poznali   się,   gdy   odbywali 

background image

rekonwalescencję po przebytej pląsawicy Hendersona, czy czegoś w tym rodzaju, jak piszą ich 

biografowie. Są przecież gorsze nieszczęścia niż wspólne wakacje w tropikach na koszt Instytutu.

- Zazwyczaj jednak nie wygląda to chyba tak różowo. - Jego głos był coraz cichszy.

- Ta - ak. Jednym z moich bliskich przyjaciół jest doktor Kennet z “Dumy Albionu". Jest 

specjalistą zajmującym się chorobami dręczącymi  archeologów. W czasie swej praktyki poznał 

wiele dziwnych przypadków; wśród nich były i takie wirusy, które nie tylko ożywały zaraz po 

dostaniu się w zasięg powietrza, ale rozwijały się w organizmie ludzkim, atakując jego system 

nerwowy.

-   Rozwijały   się?   Ach,   rozumiem.   Małe   świństwo,   które   przenika   w   głąb   organizmu.   - 

Wzdrygnął się. - Brr, takie są chyba najgorsze.

- Zaiste, biały rycerzu. - Postanowiła nie ciągnąć tego tematu. Może później. By wiedział, 

że nie liczy się dla niej tylko zysk i chwała. - Chciałam jedynie, żebyś był przygotowany na to, 

zanim tam dotrzemy; co się stanie za cztery dni, szesnaście godzin i trzydzieści pięć minut. Nie tak 

źle jak na staromodny napęd FTL.

Zrezygnowała z precyzyjnego podawania wszelkich danych, co było przywilejem ludzi z 

kapsuł w pierwszych tygodniach pracy z nowymi mięśniowcami. Alex nie należał do tych, którzy 

wymagali tego typu precyzji, w ostateczności prosił ją o to. Początkowo bała się, że przez takie 

postępowanie stanie się roztargniona...

Nie, po prostu staram się dostosować do jego świata. Dlatego nie dbam o to. Jeżeli będzie 

potrzebował precyzyjnych danych, wie, gdzie mnie szukać.

- Pozwól, że zastanowię się nad jakimś rozsądnym wyjaśnieniem zerwania z nimi łączności 

- uśmiechnął się. - Może jakiś dinozaur zjadł im nadajnik?

- Sprytne.

Ich lot stał się łagodny, gdyż wyszli z atmosfery i Tia wysłała robota, by powęszył w jego 

kabinie. Robiła tak przynajmniej raz w tygodniu, odkąd zamieszkał na jej pokładzie. Nie czyniła 

zresztą z tego tajemnicy.

- Alex, czy ty nigdy nie podnosisz z podłogi swoich rzeczy?

- Czasami. Nie, kiedy uczepiony jestem pojazdu z ognistym ogonem, który unosi mnie ku 

gwiazdom i kiedy mam rozkaz od moich byłych szefów, by zawsze być w pełnej gotowości. - 

Wzruszył niemal niegrzecznie ramionami. - W ogóle nie zmieniałbym cywilnych ubrań, gdyby ci 

oficjele...

- Alex - ostrzegła go. - Ja to nagrywam. Muszę to robić. Takie są przepisy.

Od wypadku “Nyoty Five" wszystko, co działo się w centralnej kabinie, było rejestrowane, 

gdy znajdował się tam jakikolwiek delikatnik, nawet jeżeli był to mięśniowiec człowieka z kapsuły. 

background image

Dotyczyło to także AI Prawdę mówiąc, to dla nich początkowo stworzono ten system, ale później 

specjaliści stwierdzili, że nie widzą przyczyny, dla której mieliby wyłączyć z tych obostrzeń statki 

mózgowe,   Z   takich   to   właśnie   powodów   nikt   nie   mógł   się   żalić   na   “dyskryminację"   czy   też 

“zniewolenie".

- Jeżeli to sprawi jakąś różnicę naszym oficjelom, będę przebierał się w mundur przed 

wejściem do windy - pokręcił głową. - Tak jakby to, czy założę mundur, miało znaczenie dla 

sposobu, w jaki uruchamiasz windę, co zresztą zawsze robisz doskonale.

- Dziękuję.

Zastanawiała   się,   czy   dalej   narzekać   na   jego   niepokorną   naturę   i   postanowiła   dać   mu 

spokój.   Nie   miało   to   żadnego   znaczenia   przedtem,   nie   ma   i   teraz.   Wystarczyło,   by   wydała 

polecenie   robotom   i   one   pozbierają   porozrzucane   tuniki   i   spodnie.   Skrzywiła   się   na   widok 

jaskrawopurpurowych ubrań, które były najnowszym krzykiem mody. Poleciła je wyprać.

Muszę coś z nimi zrobić, gdy już będą czyste. Nie dziwię się, że kazali mu się przebierać. 

Hmm. Zastanawiam się, co by się stało, gdybym je “zgubiła"? Lub też gdyby miały mały wypadek, 

po którym nie nadawałyby się do noszenia?

Była to myśl, którą postanowiła rozważyć później.

- Wracając do dinozaura, który pożarł sprzęt łączności, to nawet w przypadku wykopalisk 

trzeciej   klasy   taka   awaria   jest   możliwa.   Mogło  się   zdarzyć,   że   jedyny   fachowiec   od   naprawy 

takiego sprzętu leży z połamanymi kończynami. Archeolodzy często spadają z różnych rusztowań i 

urwisk. Mógł też zapaść na obustronne zapalenie płuc...

-   Niezła   teoria   -   powiedział,   sadowiąc   się   wygodniej   w   swoim   fotelu.   -   Mówiłaś,   że 

wszyscy są tam profesjonalistami i zapaleńcami jednocześnie, czy mogło się zdarzyć, że coś tak ich 

zajęło, iż zapomnieli nawiązać łączność?

- Przygotuj się na FTL.

Przejście   na   napęd   FTL   znaczyło   dla   człowieka   z   kapsuły   tyle,   co   zanurkowanie   w 

hiperprzestrzeń. Alex położył ręce na oparciach fotela i zamknął oczy, czekając na skok.

Dla Tii taki skok w nadprzestrzeń był podobny do nagłego wejścia pod zimny prysznic; 

wstrząsał nią lekki dreszcz, nic poza tym. Zauważyła jednak, że Alex zawsze wtedy lekko zieleniał 

na twarzy. Na szczęście podczas samej przeprawy przez hiperprzestrzeń nic złego z nim się nie 

działo.

Jeżeli kiedykolwiek będzie nas czekał wielki skok w oddalone przestrzenie kosmosu, z 

pewnością zniesie to spokojnie...

Cóż, dzisiaj było to tylko marzenie. Podjęła na nowo rozmowę:

- To się może zdarzyć na stanowiskach poszukiwawczych pierwszej klasy, czasami nawet 

background image

drugiej, zazwyczaj jednak ktoś szybko uzupełnia raport, który nie został sporządzony w momencie 

jakiegoś odkrycia. Poza tym raporty z misji archeologicznych są podstawą naukowych publikacji, 

których   magistranci   potrzebują,   żeby   awansować.   Oczywiście   sytuacja   taka   jest   możliwa   w 

przypadku odkrycia czegoś na miarę grobowca Tutenchamona, wtedy wszyscy mogliby być tak 

pochłonięci dokumentacją i zabezpieczeniem znaleziska, że zapomnieliby o całym wszechświecie.

Ciężko oddychał, starając się zapanować nad nudnościami. Wiedział, że upłynie jeszcze 

parę minut, zanim jego żołądek się uspokoi. Może przyczyną tego, że nie mam takich problemów 

jest fakt, iż nie posiadam sensorycznych połączeń z żołądkiem...

Myśl o tym przywołała jej przykre wspomnienia, odsunęła więc ją szybko od siebie.

- Powiedz mi zatem - odezwał się w końcu, gdy zaczęły wracać mu kolory - dlaczego wcale 

nie niepokoi cię ich milczenie?

-   Złodzieje   wykopalisk   zostaliby   prawdopodobnie   już   dawno   zauważeni;   nie   ma   tam 

żadnych tubylców mogących wzniecić bunt, a choroby wirusowe nie paraliżują wszystkich w tym 

samym czasie, zatem ktoś na pewno zdołałby wezwać pomoc - powiedziała. - Dlatego Centrala nie 

martwi się za bardzo tą sytuacją i odwołuje polecenia Instytutu. W końcu jednak i oni stwierdzili, 

że to milczenie trwa zbyt długo, by tego nie sprawdzić. Prawdopodobnie otrzymali informacje, 

których nam nie przekazali. Zatem lecimy.

- Wszystko stanie się jasne, gdy będziemy na miejscu - dokończył Alex, a na jego twarzy 

nie pojawił się nawet cień uśmiechu.

Tia wyprowadziła ich z hiperprzestrzeni tak zręcznie, że wnętrzności Alexa prawie na to nie 

zareagowały. Kiedy znaleźli się na orbicie, wysłała sygnał, który powinien być odebrany przez 

system   kontroli   stacji,   jeżeli   oczywiście   coś   tam   działało.   Była   prawie   pewna,   że   nikt   jej   nie 

odpowie.

Zamiast tego jednak...

- Nawiązałeś łączność z grupą poszukiwawczą QZ - 557.

Odpowiedź   była   nadana   metalicznym,   bezbarwnym   głosem   automatycznego   systemu 

kontroli. Chwilę potem mieli otwarte wszystkie kanały łączności.

- Alex! Coś mi się wydaje, że mamy problem - powiedziała niepewnie.

- Jest łączność?

- Pełna.

Wysłała sygnał, który powinien uruchomić systemy wspomagania lądowania i uprzedzić 

AI, że ktoś jest w górze. W odpowiedzi na to AI powinien wejść na linię, oczywiście jeżeli w 

pobliżu   nie   było   ludzi.   AI   natychmiast   wykonał   tę   czynność.   Tia   otrzymała   sygnał   o   jego 

gotowości.

background image

- Jest jeszcze gorzej, działa cały system łączności. Właśnie otrzymałam sygnał od AI.

Szybko przesłała kilka bitów instrukcji, które pozwoliły jej przejąć całkowitą kontrolę nad 

zewnętrznymi  i wewnętrznymi  urządzeniami sterującymi  systemami  bazy. Zaczęła też przegląd 

wszystkich nagrań, które zostały dokonane od chwili założenia bazy.

-   Wydaj  polecenie,   by   AI   włączył   także   mój   ekran   -   powiedział   zirytowany   Alex.   - 

Oczywiście, jeżeli to możliwe.

- Proszę bardzo. To jest obraz wejścia numer trzy do holu mesy i... cóż to?!

- Widzę - stwierdził ponuro.

Mimo zakłóceń obraz przesyłany za pośrednictwem kamery był dość wyraźny.

W jej obiektywie znajdowały się leżące ciała; od razu było widać, że nie są to ciała żywych 

ludzi. Wyglądali, jakby nagle padli rażeni jakąś niewidzialną siłą. Jednak nie było na nich widać 

śladów przemocy. Tia poleciła AI, by włączył kamerę wewnątrz holu. Tutaj obraz przedstawiał się 

dużo gorzej. Sprzęt techniczny i meble były poprzewracane. Na podłodze leżało jeszcze więcej 

ciał.

Czuła, jak zrobiło jej się zimno,  co było  przecież  praktycznie  niemożliwe. Przerażenie, 

horror, bezsilność...

Jej własne koszmary...

Tia zmusiła się do zapanowania nad emocjami, by nie stać się zagrożeniem dla całego 

statku. Wmówiła sobie, że to nie mogła być choroba, która ją dosięgła. Ci ludzi padli tam, gdzie 

stali lub siedzieli. Właśnie zamierzała włączyć inną kamerę, gdy nagle Alex skoczył ku ekranowi.

- Tio, poczekaj sekundę.

Posłusznie zatrzymała obraz, starając się w miarę możliwości wyostrzyć go, tak jak na to 

pozwalał sprzęt i zakłócenia atmosferyczne. Sama usiłowała nie patrzeć na przekaz z planety.

- Nie ma jedzenia - powiedział Alex po chwili. - Popatrz, są talerze, łyżki, widelce, ale nie 

ma śladu jedzenia.

- Padlinożercy? - zasugerowała. - Czy coś w tym rodzaju...

...Coś, co ich zabiło? Ale tu nigdzie nie ma śladu żadnego ataku z zewnątrz, żadnej inwazji. 

Pokręcił głową.

- Nie wiem. Zobaczmy, co pokaże inna kamera.

Na obrazie ujrzeli teren na zewnątrz magazynu zaopatrzenia. Tutaj zobaczyli pierwszych, 

którzy przeżyli.

Jeżeli tak można było ich nazwać. Widok był tak przerażający, że Tia nie mogła oderwać 

od niego oczu. W polu widzenia kamery znajdowała się trójka ludzi: dziecko, młody mężczyzna i 

kobieta.  Zdawali  się nie zwracać  na siebie uwagi, ani też  na leżące  wokół nich ciała, na nic. 

background image

Dziecko siedziało na brudnej ziemi, wpatrywało się w strzęp kolorowej kartki, leżącej naprzeciw 

niego, i monotonnie się kołysało. Kamery nie przekazywały dźwięku, wiec nie można było poznać, 

czy wydaje przy tym jakiś odgłos, ale Tia odniosła dziwne wrażenie, że dziecko cicho pojękuje.

Mężczyzna   stał   pół   metra   od   małego   murku   i   prze   -   stępował   z   nogi   na   nogę,   jakby 

zamierzał przez niego przeskoczyć, ale nie miał pojęcia, jak to zrobić. Kobieta nie przestawała 

chodzić w kółko.

Cała trójka była brudna, ubrana w poplamione i zakurzone rzeczy. Twarze mieli pomazane, 

a   oczy   nie   wyrażały   żadnych   uczuć;   na   czoła   opadały   im   kołtuny   brudnych   włosów.   Tia 

dziękowała w duchu, że kamera nie przekazywała zapachu.

- Tio, włącz, proszę, następną kamerę - wyszeptał Alex po dłuższej chwili.

Kolejne ujęcia ukazywały podobny obraz: ciała leżące w kurzu; kilku ocalałych, błądzących 

wokół bez celu i sensu. Jedna z kamer pokazała młodą dziewczynę, która znalazła torbę z racją 

żywnościową i niezgrabnie ją rozdarła. Upychała w swojej buzi jedzenie obiema rękami jak...

- Jak zwierzę - wyszeptał ponownie Alex. - Ona je jak zwierzę.

Tia zmusiła się, by zareagować.

- Nie jak zwierzę - poprawiła go. - Z pewnością nie jak zdrowe zwierzę. - Patrzyła na ekran, 

jakby przyglądała się obcej rasie. - Nie, ona zachowuje się jak zwierzę, które ma uszkodzony mózg 

lub jakby była w jakimś  transie narkotycznym.  Coś zakłóciło pracę stref odpowiedzialnych  za 

wyższe reakcje.

To nie była jej choroba. To było coś innego, coś śmiertelnego, ale z pewnością nie to, co ją 

zwaliło z nóg. Nie odetchnęła wprawdzie z ulgą, ale zaczęła się przyglądać całej tej sytuacji z 

większym dystansem.

Dobrze wiedziałaś, że prędzej, czy później zetkniesz się z zarazą.. Ta jest czymś okropnym, 

ale wiedziałaś, że to nastąpi.

- Zombi - wyszeptał Alex, gdy kolejny z ocalałych minął kobietę, nie zwróciwszy uwagi na 

to, co robiła.

Kobieta w tym czasie przestała jeść rękami i zanurzyła twarz w rozdartej torbie.

- Oglądałeś zbyt wiele marnych holosów - odpowiedziała Tia nieobecnym głosem.

Właśnie przekazywała AI kolejny plik poleceń. Musiała odkryć, kiedy to się zaczęło i od 

jak dawna ci ludzie tak wyglądają.

Żałowała, że kamery nie rejestrowały obrazu z przeszłości, bo wiele by to jej powiedziało. 

Na przykład, jak szybko choroba się rozwija, bo przecież każda zaraza musiała przechodzić proces 

inkubacji. Jakie są jej pierwsze objawy, jaką drogą się przenosi... Zamiast tego miała tylko nagrania 

ze stanowisk i znała czas, kiedy przestali je obsługiwać.

background image

- Alex, ostatnie nagranie wpłynęło do bazy danych AI około dwusetnej lokalnego czasu, to 

jest   jakieś   półtora   tygodnia   temu   -   powiedziała.   -   Jeden   ze   studentów   uwiecznił   wtedy   obraz 

szczątków   wyrobów   garncarskich.   Od   tamtej   pory   nic.   Żadnego   nagrania   choroby,   żadnego 

nagrania z wizyty w pomieszczeniu medycznym, nawet słownej prośby do AI o pomoc. Komputer 

w   mesie   zaprogramował   syntetyzer   na   produkcję   żywności   potrzebnej   do   sporządzenia   kilku 

rodzajów dań, potem coś popsuło syntetyzer.

- Jeden z nich - strzelił Alex.

- Prawdopodobnie. - Szukała dalej w bazie danych, ale niczego nie znalazła. - To wszystko, 

co wiemy. AI pokazał jeszcze inne nagrania, ale były puste. Zapomnij więc o tym, co ci mówiłam o 

kilkudniowym   wykluwaniu   się   choroby.   Wygląda   na   to,   że   te   bakterie   wykluły   się   i   zaraziły 

wszystkich   w   bazie   w   ciągu   kilku   minut.   Prawdopodobnie   zdarzyło   się   to   w   nocy,   tuż   przed 

świtem.   -   Gdyby   mogła,   pokręciłaby   głową.   -   Nie   umiem   sobie   wyobrazić,   jak   to   się   mogło 

przydarzyć  tylu  ludziom  jednocześnie.  Dlaczego  nikt nawet  nie  zawołał,  nie wykrzyczał  kilku 

słów?

- A jeżeli faktycznie przydarzyło im się to we śnie? Może oni po prostu się nie obudzili? - 

Alex spojrzał znad ekranu, krzywiąc się na twarzy. - Może trzeba zasnąć, żeby to złapać?!

- A może nagły sen był pierwszym symptomem choroby... - Nie mogła dłużej wytrzymać. - 

Alex, muszę wylądować. Nie pomożemy tym ludziom, wisząc na orbicie.

- Brak sprzeciwu. - Zapiął pasy. - W porządku, moja pani, zabierz nas na dół tak szybko, jak 

to możliwe. Trzeba coś zrobić, zanim stracimy następnych.

Nagłe przyspieszenie, wgniotło go w fotel; błyskawicznie przeszyła orbitę planety; nawet 

nie przymknął oczu. Tylko jego głos trochę stężał, to wszystko.

- Muszę włożyć skafander i dostać się do magazynu żywności. Wyciągnę jedzenie i beczki 

z wodą na zewnątrz. Są głodni i odwodnieni. Duchy kosmosu raczą tylko wiedzieć, co jedli i pili 

przez cały ten czas. Być może wielu z nich umarło na dyzenterię lub też zatruło się, jedząc i pijąc 

coś, co nie było pokarmem. - Głośno myślał, czekając na to, by Tia włączyła się do jego rozważań 

lub ostrzegła go, jeżeli planował coś głupiego. - Niezależnie od tego, co jeszcze będziemy robić, ja 

muszę im pomóc.

- Otwórz torby z racjami żywnościowymi i porozstawiaj je po całym terenie - powiedziała, 

gdy z jej silników wyrwał się płomień ognia i zaczął chłostać gęstniejącą atmosferę. - To samo 

zrób z wodą. Tak jakbyś karmił zwierzęta.

- Ja będę karmił zwierzęta - stwierdził, a jego głos i twarz stały się ponure. - Muszę to sobie 

bez przerwy powtarzać, inaczej mógłbym zrobić coś naprawdę niemądrego. Czy uruchomiłaś już 

połączenie z Bazą Kleinmana, ASAP?

background image

- Pracuję nad tym.

Niełatwo  było  otworzyć  i utrzymać  taką hiperlinię...  Ale dlatego właśnie była  statkiem 

mózgowym, a nie AI - Trzymaj się - powiedziała, gdy poczuła pierwsze turbulencje. - Nieźle nami 

potrzęsie, zanim znajdziemy się na dole.

Kamera   i   mikrofon   umieszczone   na   jego   hełmie   przesyłały   jej   tak   wyrazisty   obraz 

nieszczęśników, że ponownie było to dla niej trudne do zniesienia. Z dwustu ludzi obsługi bazy 

przeżyło nie więcej jak pięćdziesięciu. Wszyscy byli w wieku między piętnastym a trzydziestym 

rokiem życia.

Najwyraźniej bali się Alexa. Chowali się, gdzie mogli, gdy tylko go zobaczyli. Natychmiast 

jednak   przybiegli   do   rozstawionych   przez   niego   naczyń   z   jedzeniem   i   wodą.   Wpychali   sobie 

jedzenie do ust obiema rękami. Alex zaniósł trzy znalezione w łóżkach ciała do pomieszczenia 

medycznego. Diagnoza była w tych trzech przypadkach identyczna - zapaść. Inni, leżący poza 

własnymi łóżkami, umarli na dyzenterię lub wskutek odwodnienia. Ci spośród ofiar, którzy zmarli 

na zapaść, należeli do najstarszej części załogi bazy.

Po   dokonaniu   trzeciej   sekcji   zwłok   Alex   zrezygnował   z   dalszych   badań.   Zamiast   tego 

zaczął  zwozić   ciała   do chłodni.  Ktoś   inny zajmie   się nimi,   gdy tu  przybędzie.  Tia   nagrywała 

wszystkie jego czynności, ale starała się nie patrzeć na przesyłany przez kamerę obraz.

Skończył swą niewdzięczną robotę i wrócił do jeszcze żyjących.

- Tio, z tego, co do tej pory zauważyłem, choroba objawiła się na dwa sposoby. Albo zabiła 

poprzez nagłą zapaść, albo zamieniło ich w... to. - Dzięki kamerze umieszczonej na jego hełmie 

mogła zobaczyć, na co patrzył. “To" było kiedyś ludzkim dzieckiem płci męskiej, teraz gramoliło 

się, by uciec z pola widzenia Alexa.

- Chyba jest to dość sensowne założenie - zgodziła się. - Jak wygląda sytuacja z jedzeniem? 

Czy jest z nimi tak źle, że nie pamiętali, jak dostać się do magazynu żywności?

- Coś w tym rodzaju - odrzekł zmartwiony. - Uwierzysz czy nie, nie pamiętają nawet, jak 

otworzyć torby z żywnością. Wydaje się, że mają pojęcie, gdzie żywność była składowana, ale nie 

próbowali otworzyć drzwi magazynu.

Podszedł do jednego z pojemników  i zajrzał do środka. Był zupełnie pusty,  nie została 

nawet kruszynka. Napełnił ponownie pojemnik z torby, którą niósł ze sobą. Widziała, jak kamera 

na jego hełmie kołysze się, gdy odchodził; przypuszczalnie czekali, aż zniknie, by znowu zabrać się 

do jedzenia.

- Kiedy znajdą torbę z jedzeniem, rozrywają ją podobnie jak tamta kobieta. Zanim jednak to 

zrobią, długo nie zdają sobie sprawy, co jest w środku. Mamy zatem dwa rodzaje ofiar. Pierwsi to 

background image

ci, których choroba dopadła w łóżkach lub w drodze na śniadanie - kontynuował, idąc jednocześnie 

do następnego pojemnika. - Reszta umarła z powodu odwodnienia lub na dyzenterię wywołaną na 

wpół zepsutym jedzeniem.

- Te przyczyny idą w parze - dopowiedziała. - Dy - zenteria wywołuje szybką utratę płynów 

i jeżeli się jej nie zatrzyma, łatwo o odwodnienie organizmu.

- Tak, masz rację - odparł, zatrzymując się przy kolejnym pojemniku, by go napełnić. - 

Mogłoby tu być o wiele więcej ofiar, gdyby pogoda nie była sprzyjająca. Temperatura nie spada w 

nocy   poniżej   dwudziestu   stopni,   w   dzień   nie   przekracza   trzydziestu.   Nic   tylko   chodzić   w 

koszulkach   z   krótkim   rękawkiem...   Tio,   czy   możesz   sprawdzić,   od   kiedy   trwa   ta   sielankowa 

pogoda?

- Oczywiście. - Wiedziała, że Alex ma jakiś pomysł i nie sprawiło jej żadnych trudności 

wydobycie   tych   informacji   od   AI   -   Jest   tu   tak   od   tygodnia   przed   ostatnim   kontaktem.   Czy 

zastanawia cię to tak samo, jak mnie?

- Taaa... Może coś się tu wylęgło?

Alex sfilmował dla niej okolicę, dzięki czemu mogła zauważyć, że w atmosferze planety 

żyje sporo insektów. Lecz nie atakowały one ludzi, czy jednak na pewno?

- Albo urosło. Może to jakaś potężna reakcja alergiczna albo interreakcja na zarodniki lub 

pyłki?

Mało prawdopodobne, ale możliwe.

- Dlaczego  jednak poprzednia  grupa pierwszej  klasy niczego  takiego  nie stwierdziła?  - 

zaoponował, napełniając kolejny pojemnik torbami z jedzeniem.

Mięśniowcy nazywali je “kiblami z żarciem". Były to najohydniejsze zestawy żywnościowe 

w całym systemie Światów Centralnych. PTA zaopatrywała w nie wszystkich uczestników wypraw 

na dalekie planety. Tia nigdy tego nie próbowała - jej rodzice starali się przygotowywać świeże 

posiłki   -   lecz   wiele   o   tym   jedzeniu   słyszała.   Jeżeli   nawet   dania   te   wyglądały,   pachniały   i 

smakowały w miarę przyzwoicie, to gdy człowiek musiał żywić się nimi przez dłuższy czas, mogły 

swą monotonią doprowadzić go do szaleństwa. Zapasy takie były obowiązkowym wyposażeniem 

każdej bazy na wypadek jakichś kłopotów z syntetyzerem żywności.

Prawdopodobnie dzięki tym właśnie racjom żywnościowym część tych ludzi ocalała.

Nagrania dotyczące wykopalisk były na szczęście klarowne.

- Oto odpowiedź na twoje pytanie. Grupa klasy pierwszej przebywała tu tylko zimą. W 

ciągu kilku dni znaleźli  tyle,  że starczyło  to do założenia bazy dla zespołu trzeciej  klasy.  Ich 

odkrycie było tak znaczące, że Instytut postanowił zabrać się do zakrojonej na szeroką skalę pracy 

wraz z nastaniem lepszej pogody.

background image

- A służby zakładające bazy nie mieszkają na planetach, lecz na swoich statkach. - Głos 

Alexa stał się trochę bardziej ożywiony.

- Byli tu, zanim jeszcze nadeszła wiosna - powiedziała. - Żaden człowiek nie przebywał tu 

do tej pory wiosną i latem.

- Tio, jeżeli zbierzemy to wszystko do kupy, jakie wnioski musimy wyciągnąć?

- Plaga insektów? - spytała. - Nocnych? Większość jadowitych i kąsających owadów jest 

aktywna po zapadnięciu zmroku.

- Brzmi to dość rozsądnie. Gdy tylko skończę napełniać pojemniki, wrócę, by zdjąć pościel 

z łóżka jednej z ofiar i zamrożę ją. Może to jakaś odmiana pluskwy? Mogłabyś sprawdzić, czy AI 

nagrał coś o wzmożonej aktywności owadów?

- A jakże - odparła, szczęśliwa, że w końcu miała coś konkretnego do roboty.

Słońce dotykało prawie horyzontu, gdy Alex skończył zbieranie pościeli i zabezpieczanie 

jej w zamrożonych pojemnikach. Wrócił na teren bazy, gdy tylko zapakował całość do jednej z 

pustych ładowni Tii. W czasie gdy Tia zabezpieczała ładunek, Alex próbował złapać jednego z 

zombich. Tak właśnie zaczął ich nazywać, mimo protestów Tii.

Kiedy  zdołała wreszcie ustalić dane potrzebne do nawiązania łączności z bazą, on wciąż 

bezskutecznie uganiał się za ocalałymi. Najwyraźniej ciążył mu kombinezon, oni zaś unikali go 

przerażeni jego widokiem. Nie mógł ich zwabić do siebie nawet trzymanymi pod pachą torbami z 

jedzeniem.

- Zachowują się, jakbym był jakimś potworem - wykrztusił zdyszany, padając na kolana i z 

trudem łapiąc oddech. - Wydaje mi się, iż to mój skafander ich tak przeraża. Może powinienem...

- Nie zdejmuj kombinezonu - powiedziała gwałtownie. - Zrobisz choćby ruch, by go zdjąć, 

a uśpię cię gazem!

- Ależ, Tio! - zaprotestował.

-   Nie   żartuję.   -   Gdy   to   mówiła,   kontynuowała   swą   rozmowę   z   bazą,   wykorzystując 

skompilowane sygnały quasi - przestrzenne. Mimo to przerwy miedzy kolejnymi  połączeniami 

wydawały się jej wiecznością. - Musisz zostać  w kombinezonie!  Nie wiemy,  jak naprawdę ta 

choroba się przenosi...

Jej tyrada została przerwana jakimś przeraźliwym wyciem. Kamera na hełmie zadrżała, gdy 

Alex nagle się poruszył. Początkowo sądziła, że coś strasznego przydarzyło się Alexowi, ale po 

chwili zorientowała się, iż dźwięk dobiega z zewnętrznych mikrofonów. Jego nagłe poruszenie 

wywołał właśnie ów hałas.

- A cóż to?! - krzyknął zaskoczony, by po chwili odzyskać zimną krew. - Poczekaj, Tio. 

Muszę sprawdzić, co to takiego. Nie martw się, to nie brzmi jak odgłos ataku, czy czegoś w tym 

background image

rodzaju.

- Bądź ostrożny - nalegała niespokojnie. - Proszę... O dziwo, zachował ostrożność. Gdy owe 

wycie wzmagało się wraz z zapadającym zmrokiem, Alex skradał się w jego kierunku, chowając 

się za wystającymi skałami jak partyzant.

- Pięćdziesiąt metrów - ostrzegła go Tia, mierząc nasilenie dźwięku. - Muszą być po drugiej 

stronie tego budynku.

- Dzięki. - Przywarł do ściany i ostrożnie wyjrzał zza rogu.

Tia widziała dokładnie to samo co i on, dlatego nie zdziwiło jej, że zamarł w bezruchu.

Nie mogła ich policzyć,  gdyż  strasznie się wiercili. Miała jednak wrażenie, że każdy z 

ocalałych skupił się w rogu muru, za którym widać jeszcze było zachodzące słońce. Ci najbliżej 

muru przylegali do niego, wpatrując się w gwiazdę i niemiłosiernie wyli, reszta, uczepiwszy się ich 

pleców, robiła to samo.

Na ich twarzach Tia zobaczyła po raz pierwszy jakąś oznakę emocji.

Strach.

- Oni są przerażeni, Tio - wyszeptał Alex z przejęciem. - Oni się boją. Myślę, że boją się, iż 

słońce już nie wróci.

Mogło tak być w rzeczywistości, lecz Tia zastanawiała się, czy nie istniał jakiś inny powód 

ich   przerażenia.   Może   zachowali   jakieś   mdłe   wspomnienie   czegoś,   co   im   się   przytrafiło   po 

zachodzie   słońca?   Czegoś,  co   pozabijało   ich   przyjaciół,   a  ich   życie   zamieniło   w   piekło?   Czy 

dlatego tak wyli i drżeli ze strachu?

Kiedy zniknął ostatni promień słońca, zapadła cisza. Zaraz potem rozpierzchli się jak na 

komendę we wszystkie strony, szukając czegoś, co w ich mniemaniu było schronieniem. Zniknęli 

w mgnieniu oka. Co do jednego.

Usłyszała,  że Alex nie  może  powstrzymać  się od płaczu. Ona sama  zadrżała  w swojej 

kapsule, poruszona nadmiarem emocji, nad którym nie umiała zapanować.

- Macie dwa problemy.

Tia dobrze wiedziała, jak nazwać uczucie, które opanowało jej serce, gdy kolejna transmisja 

z bazy nie nadeszła od anonimowego lekarza, ale od doktora Kenny'ego.

Ulga. Najprawdziwsza w świecie ulga.

Brzmienie   głosu   Kenny'ego   było   dla   niej   niemal   zbawieniem,   oczyściło   jej   umysł   i 

napełniło nadzieją. Wiedziała, że jeżeli ktokolwiek mógł im teraz pomóc, był to doktor Kenny. 

Skupiła całą swoją uwagę na owej transmisji.

- Musicie wyłapać ocalałych i utrzymać ich przy życiu. Jednocześnie nie wolno twojemu 

background image

mięśniowcowi bezpośrednio się z nimi stykać.

To brzmiało rozsądnie.

- Przeprowadziliśmy analizę zachowań pozostających przy życiu. Miałaś rację, wszystko 

wskazuje na to, iż jest to jakieś zaburzenie pracy mózgu.

Był   to   przekaz   radiowy,   gdyż   kanał   wizji   został   wykorzystany   do   przesłania   danych 

technicznych. Tia początkowo żałowała, że nie może zobaczyć twarzy doktora, ale ciepło jego 

głosu i brzmiące w nim pełne zaufanie rekompensowały stratę.

- Dokonaliśmy zestawienia podobnych  znanych  nam przypadków  - kontynuował doktor 

Kenny.  -  Zwróć  uwagę,   czy  któryś  z  nich   pasuje  do  stanu   twoich  obiektów.   Tio,   jeszcze   raz 

powtarzam: niezależnie od waszych podejrzeń nie możesz pozwolić, by Alex zdjął skafander. To 

bardzo ważne. Ponieważ jest on na zewnątrz, znajduje się w warunkach zagrażających życiu. Chcę, 

byś kazała mu spać w kombinezonie, jeść przez bezkontaktowe śluzy umieszczone w skafandrze i 

w podobny sposób załatwiać potrzeby fizjologiczne. Dobrze by było także, gdyby nocował poza 

kabiną.   Każde   zdjęcie   skafandra   lub   wejście   na   twój   pokład   zwiększa   ryzyko   przeniesienia 

choroby. Myślę, że to rozumiesz.

Nawet za dobrze - pomyślała, przypominając sobie czas izolacji.

- Mamy dla was opracowany pewien plan - ciągnął doktor Kenny. - Nie sądzimy, by udało 

wam się złapać wszystkich ocalałych, biorąc oczywiście pod uwagę ich reakcję na widok Alexa. 

Będziecie   musieli   ich   zatem   zwabić   w   pułapkę.   Moi   eksperci   są   zdania,   że   będziecie   mogli 

wykonać pułapki, używając zamykanych polem siłowym skrzyń na towary. Na przynętę doskonale 

będą się nadawać racje żywnościowe. Techniczną stronę całości znajdziesz w sygnale wizyjnym. 

Myślę jednak, że rozumiesz, o co mi chodzi. Najważniejsze, by nie przestraszyć reszty,  łapiąc 

jednego z nich.

Głos doktora Kenny'ego echem roznosił się po pustej kabinie; przytłumiła go trochę, by 

brzmiał bardziej naturalnie.

-   Umieszczajcie   po   jednym,   najwyżej   po   dwóch   w   klatce.   Boimy   się,   że   gdy   zostaną 

ściśnięci razem, mogą zrobić sobie krzywdę, bijąc się na przykład o żywność. Nie mamy pojęcia, 

jak uszkodzenie mózgu wpłynęło na ich agresję. Dlatego też chcemy, byście umieszczali ich w - 

ładowni i nie wypuszczali z klatek. Do każdej z nich włóżcie wystarczającą ilość jedzenia i wody, 

by mogli przetrwać cztery niezbędne do powrotu dni. Gdy to zrobicie, Tio, nie ruszajcie ich. Nie 

róbcie już nic więcej. Ufam twojemu rozsądkowi, że nie dasz ponieść się emocjom, by ingerować 

w   ich   stan.   -   Doktor   Kenny   westchnął.   -   Rozważaliśmy   pomysł   ich   uśpienia,   ale   byłoby   to 

ryzykowne; wielu mogłoby nie wytrzymać czterech dni bez jedzenia i picia. Jednocześnie nie masz 

tyle  miejsca,   żeby  zahibernować  pięćdziesięciu   ludzi.   Tak  wiec   umieść   ich  w   klatkach.  Może 

background image

potraktują to jako dobre miejsce na kryjówkę? Potem załaduj ich na swój pokład. Na razie to 

wszystko, Tio. Przetransmituj swoje zapytania i wątpliwości, a my postaramy się odpowiedzieć na 

nie tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. Nie jest to może najlepszy system łączności, ale nie 

mamy innego wyboru. Myślami jesteśmy z tobą.

Transmisja skończyła się i w kabinie nastała głucha cisza.

Co teraz? Trzeba będzie przekazać złe wieści Alexowi.

Będę musiała też obliczyć, ile klatek pomieszczę w ładowni.

- Alex?! - zawołała. - Jak wygląda sytuacja na dole?

- Włączyłem wszystkie światła zewnętrzne - powiedział Alex. - Sądziłem, że zwabię ich w 

ten sposób, ale to nie działa.

Włączyła   kamerę   na   jego   hełmie   i   zobaczyła,   jak   dłoń   w   rękawicy   wystukuje   coś   na 

klawiaturze   głównego   systemu   kontrolnego   AI   Wydanie   poleceń   AI   musiało   się   wiązać   z 

wpisaniem   odpowiednich   kodów   do   jego   systemu.   I   to   niezależnie   od   ich   istoty.   Było   to 

zabezpieczenie przed kimś, kto chciałby wykorzystać AI do niecnych celów.

-   Od   tej   chwili   będę   miał   pełną   kontrolę   nad   całą   bazą.   Być   może   nie   będzie   mi   to 

potrzebne, ale kto wie?

- Dostałam pierwszy plik rozkazów - rzekła. - Chcesz usłyszeć jakich?

- Jasne.

Pisanie na klawiaturze w kombinezonie antyciśnienio - wym nie było prostą sprawą i Tia 

nie zazdrościła mu tego. Odtworzyła transmisję z doktorem Kennym i niecierpliwie czekała na 

reakcję Alexa.

- Zatem będę musiał zostać w moim ubranku. - Westchnął znacząco. - No cóż, mogło być 

gorzej. Mogły nas czekać dwa tygodnie powrotu do bazy, a nie cztery dni. - Z rozmachem wpisał 

kilka ostatnich poleceń i otrzymał “pełny dostęp i zgodę na wydawanie słownych poleceń". - Nie 

mam   wyboru,   prawda?   Tio,   wiem,   że   będziesz   czuła   się   samotna,   ale   jeżeli   mam   zostać   w 

skafandrze, to równie dobrze mogę spać tutaj.

- Ale - zaoponowała - co będzie jeżeli stwierdzą, że jesteś ich wrogiem, czy kimś w tym 

rodzaju?

- Kto? Zombi? - parsknął. - W tej chwili, Tio, zaszyli się w najgłębszych i najbardziej 

niedostępnych zakamarkach, jakie tylko można tu znaleźć. Nie zdołałbym ich stamtąd wyciągnąć 

widłami. Doskonale wiem, gdzie się ukryli, ale musiałbym połamać kości, by ich powyciągać. Ich 

kości. Wciąż są przerażeni, nawet przy tym świetle. Z pewnością nie przyjdą po mnie w ciemności.

- No dobrze - zgodziła się niechętnie. Wiedziała, że miał rację; poza tym będzie mu tam 

wygodniej, było tam mnóstwo wolnych pokoi do wyboru.

background image

- Będę bliżej zombich - powiedział roztropnie. - Zabarykaduję się w jednym z biur, gdzie 

umoszczę sobie wygodne gniazdko. Zamknę się szczelnie w moim kombinezonie. Możesz poza 

tym zostawić włączoną kamerę i mikrofon. Chrapię.

- Wiem - odpowiedziała, lekko się z nim drażniąc.

- Wydaje ci się. - Odwrócił się, by kamera sfilmowała to, co widział. - Spójrz, jestem w 

siedzibie inspektora. Jest tu nawet niezły tapczan. - Położył się skierował kamerę pod spód mebla. - 

Ahaaa... Tak jak myślałem. To jest rozkładane łóżko. Założę się, że stary lubił sobie podrze - mać. 

Spójrz.   -   Okręcił   się   wokół   pokoju.   -   Nie   ma   okien.   Jedne   drzwi.   Poczekalnia   zamykana   od 

wewnątrz. Nic mi nie będzie.

- W  porządku. Wierzę  ci.  - Pomyślała  chwilę  i dodała:  - Przestudiuję plany pułapek  i 

prześlę je do AI. Sprawdzę też, gdzie będziesz mógł znaleźć wszystkie potrzebne rzeczy. Od jutra 

zaczniesz zbieranie rozbitków.

A  raczej  tego,  co  z  nich  zostało  -  pomyślała  smutno.  -  Co jeszcze  nie  znalazło  się  w 

lodówce.

- Sprawdź, czy będziemy mogli użyć gazu usypiającego - zasugerował ziewając. - Gdyby 

udało   się   usypiać   każdego   zaraz   po   zwabieniu   do   klatki,   mielibyśmy   rozwiązany   problem 

spłoszenia innych. Użycie pola siłowego z pewnością narobiłoby wiele hałasu.

To był świetny pomysł. O wiele lepszy niż myśl doktora Kenny'ego. Jeżeli starczyłoby jej 

gazu...

Ale   zaraz.   Przecież   była   to   baza   o   pełnym   wyposażeniu.   Może   zatem   istniało   inne 

rozwiązanie?   Przestępstwo   było   zawsze   tam,   gdzie   ludzie.   Czasami   trzeba   było   kogoś 

unieszkodliwić dla bezpieczeństwa jego i innych.

Skontaktowała się z AI i dowiedziała się, iż rzeczywiście w bazie znajdowało się kilka 

miotaczy o małej mocy. Do tego odkryła pełen zestaw pocisków unieszkodliwiających.

- Alex - powiedziała powoli. - Jak dobrym jesteś strzelcem?

- Kiedy to się skończy, zażądam pracy w wydziale etnologicznym - stwierdziła figlarnie, w 

czasie gdy Alex czekał na dachu mesy, aż głód pokona nieśmiałość jednej z ocalałych.

Zatrzymała się tuż przed wejściem do skrzyni. Czuła jedzenie i chciała je wziąć, ciągle 

jednak nie mogła się zdecydować na wejście do środka. Przestępowała z nogi na nogę jak jeden z 

pierwszych  ocalałych,  którego znaleźli  na tej planecie.  Jej zachowanie wydawało się ilustracją 

wewnętrznej walki, jaka rozgrywała się w jej głowie.

- Dlaczego? - zapytał.

Kobieta   przestała   się   kołysać   i   zaczęła   pomału   skradać   się   do   klatki.   Alex   czekał,   aż 

background image

wejdzie do środka, by ją obezwładnić. Po pierwsze - nie chciał, żeby inni widzieli, jak pada rażona, 

po drugie - bał się, że mogliby próbować ją wyciągnąć i przez to okaleczyć.

- Dlatego że ich obiekty mają zamontowane sondy biologiczno - kontrolne - odpowiedziała. 

- Przylepione do skóry, albo schowane w uszach.

Po kilku konsultacjach z Bazą Kleinmana i doktorem Kennym, pomysł unieszkodliwiania 

chorych zyskał aprobatę. Biorąc pod uwagę tę modyfikację, powinni wykonać wszystko zgodnie z 

planem.   Skrzynie   wyściełali   papierowymi   ręcznikami,   wstawili   do   nich   pojemniki   z   wodą   i 

jedzeniem. Każdemu ze złapanych mieli przymocować do skóry sondę, pozwalającą na kontrolę 

jego stanu zdrowia. Dzięki temu Tia mogła sprawdzać ciśnienie krwi, tętno i temperaturę ciała.

-   Nigdy   nie   przyszłoby   mi   do   głowy,   że   moje   osiągnięcia   strzeleckie   do   czegoś   się 

przydadzą - powiedział Alex nieobecnym głosem.

Kobieta miała przed sobą jeszcze kilkanaście centymetrów...

- Nigdy nie myślałam, że będę upychała w mojej ładowni zapuszkowanych archeologów.

Skrzynie mieściły się w niej, ale tylko ustawione jedna na drugiej. Alex ponawiercał w nich 

otwory,   przez   które   dochodziło   tam   powietrze.   W   każdej   z   nich   zamontował   także 

bioluminescencyjne pałeczki. Dawały one światło przez tydzień. Dzięki nim było w skrzyniach 

wystarczająco jasno, by zapobiec panice schwytanych.

-   Dobra   dziewczynka   -   zanucił   Alex   w   kierunku   zbliżającej   się   zombi.   -   Dobra 

dziewczynka. Czujesz pyszne jedzonko? Spróbuj. Przecież jesteś głodna, nieprawdaż?

Kobieta skoczyła wreszcie w kierunku torby z żywnością. W tym samym momencie Alex 

wystrzelił.

Środek zadziałał w ciągu kilku sekund i wydawało się, że nawet nie poczuła trafienia. Po 

prostu położyła się i zasnęła.

Alex zostawił miotacz na dachu budynku, gdzie zainstalował swoje stanowisko snajperskie. 

Zbiegł   szybko   na   dół.   Wiedział,   że   jeżeli   się   nie   pospieszy,   to   zapach   jedzenia   może   zwabić 

następnych.  Gdy biegł korytarzem,  odwrócił głowę w taki sposób, by Tia mogła  zobaczyć,  iż 

kolejny zombi czai się za rogiem.

Po długich wahaniach sama zaczęła nazywać ocalałych chorych “zombi". Łatwiej było jej 

w ten sposób myśleć o nich jak o kimś innym niż ludzie. Zwierzyła się doktorowi Kenny'emu, że 

bez   takiego   dystansu   ciężko   byłoby   jej   sprawnie   pracować,   a   wiedziała,   że   emocje   były   tu 

niewskazane.

- Wszystko w porządku, Tio - rzekł jej podczas kolejnej transmisji. - Nawet ja czasem 

muszę przestać myśleć o moich pacjentach jak o ludziach. Są dla mnie przypadkami, czasami 

bardzo   intrygującymi   przypadkami.   Taka   jest   natura   tej   pracy.   Wszystko   tu   musi   być 

background image

podporządkowane celowi, którym jest uratowanie jak największej liczby ludzi.

Korciło ją, by zapytać go, czy ona też była dla niego “intrygującym przypadkiem". W głębi 

duszy wiedziała, że tak właśnie było. Wiedziała też, co dzięki temu dla niej uczynił.

Nie,   nazywanie   tych   biednych   ludzi   “zombi"   wcale   ich   nie   krzywdziło.   Jednocześnie 

pomagało jej skoncentrować się na tym, w jaki sposób im pomóc.

Alex przez cały ranek zamykał zombich w skrzyniach. Miał już wypracowany system ich 

łapania. Gdy na przykład schwytał ową kobietę, od strony magazynu nadjechała pod kontrolą AI 

mała grupka robotów, wioząc rzeczy niezbędne do utrzymania jej przy życiu. Był tam worek z 

miękkim papierem, duża torba z zapasami jedzenia i ogromna butla wody. Alex postarał się także o 

niewielką chemiczną toaletę, w nadziei, że nie zapomniała, jak jej używać. W ciągu 5 następnych 

piętnastu minut urządzał wnętrze. Butlę z wodą przymocował do ściany, tak że można było z niej 

pić, ale nie można było jej wywrócić. Toaletę przymocował do podłogi w jednym rogu niewielkiej 

klatki, a torbę z jedzeniem w drugim. Dno wyścielił papierem, na którym ułożył kobietę. Do jej 

pleców przykleił sondę. W końcu na suficie klatki umieścił biofluorescencyjną pałeczkę. Zamknął 

wejście i całość była gotowa do załadunku.

Teraz do akcji wkraczała Tia. Nie korzystając z usług AI, zabrała z magazynu dwa roboty - 

podnośniki. Alex nie ufał w tym przypadku AI. Bezimienna skrzynia wjeżdżała windą na jej rampę 

i Tia układała ją wśród innych, tworząc nie dwu - , ale trzypiętrową konstrukcję. Między klatkami 

zostawiała kilkunastocentymetrowe przerwy, by umożliwić wentylację z czterech stron. W ładowni 

było do tej pory dwanaście klatek. Mieli nadzieję, że do zmroku uda im się umieścić tam jeszcze 

dwanaście. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze.

Pół godziny na każdego złapanego...

Nie   dokonaliby   tego,   gdyby   nie   zdolności   Tii   w   kierowaniu   gromadą   robotów.   Teraz 

właśnie   rozmieszczały   kolejną   partię   skrzyń   na   całym   terenie   bazy,   w   miejscach   kryjówek 

zombich.   Ci   ostatni   zdawali   się   tak   samo   bać   robotów,   jak   skafandra   Alexa.   Ruch   robotów 

spowodował, że się pochowali. Alex i Tia wykorzystali to, by utrzymać zombich z dala od skrzyń, 

dopóki nie byli gotowi do przyjęcia następnego gościa. Zombi byli teraz bardzo głodni. Na placu 

pozostała ostatnia tego dnia skrzynia i Alex właśnie szedł na swą pozycję snajpera. Jednocześnie 

roboty patrolowały okolicę, zmuszając zombich do pozostania w ukryciu. Nie zbliżały się tylko do 

skrzyni z przynętą.

Rankiem obudził Alexa jego własny krzyk.  Po chwili domyślił  się, skąd to się wzięło. 

Zombi witali wschód słońca zawodzeniem podobnym do wczorajszego. Tym razem ich twarze 

były bardziej... cóż, może nie wesołe, ale mniej przerażone.

Kiedy   pojawił   się   pierwszy   robot   i   zmusił   zombich   do   ukrycia   się,   stało   się   jasne,   że 

background image

złapanie reszty nie będzie trudne.

Mogli łapać ich przez cały dzień. Alex poprzedniej nocy pozaznaczał ulubione kryjówki 

zombich i teraz roboty je zablokowały. Jednocześnie w ich pobliżu poustawiały więcej skrzyń. Być 

może zombi wybiorą je jako lepsze schronienie od dziury w ziemi. Przynajmniej taką nadzieję miał 

Alex. Tia myślała podobnie. Wiedziała, że choć jeden więcej złapany dziś zombi pozwoli im na 

niniejszy wysiłek jutro.

Oznaczało to skrócenie pobytu na planecie przynajmniej o pół godziny. Jeżeli starczy im 

sił, jeżeli zombi nie nauczą się ich unikać...

Alex ciągle z nią rozmawiał i zauważyła, że był tak samo przestraszony i samotny jak ona, 

ale nie dawał tego po sobie poznać. Sporo się o nim dowiedziała z tych rozmów. Zbudowała nawet 

psychiczny portret młodego człowieka, który był na tyle inny, że mimo swej wyjątkowej natury 

miał zaledwie kilku przyjaciół. Wspominał przede wszystkim o jednym, o imieniu Jon. Był to ów 

miłośnik szachów innych gier, o którym mówił już wcześniej. Spędził sporo czasu z Jonem, który 

pomagał mu między innymi w szkole. Stąd Tia wywnioskowała, że Jon był starszy od Alexa.

Starszy czy nie, Jon był i wciąż pozostawał przyjacielem. Kiedy Alex o nim opowiadał, 

czuło się ciepło jego słów. Z zapartym tchem wspominał o tym, jak otrzymał gratulacje od Jona po 

ukończeniu Akademii. Albo jak się ubawił, gdy Jon przysłał mu serię dowcipów o mięśniowcach. 

Było to zaraz po wybraniu go przez Tię na partnera.

Cóż, doktor Kenny, Anna, Lars byli moimi przyjaciółmi i wciąż nimi są. Czasami różnica 

wieku nie stanowi żadnej przeszkody.

- Hej, Alex! - zawołała.

Czekał właśnie na kolejnego przestraszonego, lecz głodnego zombi. Czas upływał bardzo 

szybko.

- Słucham?

- Dlaczego mięśniowiec nie jada owoców ze słoika?

- Nie wiem - powiedział, udając zaciekawienie. - Dlaczego?

- Bo mu się głowa nie mieści!

Wydał z siebie dźwięk niezadowolenia, następnie przymierzył i pociągnął za spust. Jeden 

trafiony, ilu jeszcze zostało?

Na   pokładzie   mieli   pięćdziesięciu   dwóch   chorych.   Pięćdziesiąty   trzeci   nie   przeżył 

unieszkodliwiającego strzału; załamało to Alexa i Tia musiała przez ponad godzinę przekonywać 

go, by nie obwiniał siebie o tę śmierć. Z tego też powodu nie powiedziała mu, że niektórzy z ich 

pasażerów nie czuli się najlepiej. Mieli podwyższone tętno, prawdopodobnie bali się. Gdy tylko nie 

background image

było nikogo w pobliżu zombich, słyszała ich zawodzenie i pojękiwanie. Gdy jednak pojawiał się 

Alex lub jakiś robot, natychmiast milkli. Tia przypuszczała, że wynikało to z ich kompletnego 

przerażenia.

Kiedy   ostatni   zombi   znalazł   się   w   ładowni,   Tia   zamknęła   ją   szczelnie   i   podniosła 

temperaturę wnętrza do dwudziestu kilku stopni. Wentylatory pracowały pełną mocą.

Gdy Alex wszedł do głównej kabiny, zrobił ruch sugerujący, że zamierza zdjąć hełm.

-   Nie   zdejmuj   skafandra!   -   zareagowała   natychmiast.   Jakże   mogła   mu   o   tym   nie 

przypomnieć? Czy rzeczywiście zapomniała? A może to on zapomniał?

- Co? - spytał nieprzytomnie. - A niech to, zapomniałem.

-  Doktor   Kenny  nakazał   ci   pozostawanie   przez   cały   czas   w   kombinezonie.   Pamiętasz? 

Uważa, że ryzyko jest zbyt duże. Mogliśmy coś przeoczyć. Będziesz mógł się przebrać dopiero w 

bazie. W porządku?

- A jeżeli coś złego zacznie się dziać z chorymi? - spytał spokojnie. - W twojej ładowni, 

Tio, jest zbyt ciasno, bym mógł się tam przecisnąć w skafandrze.

- Cóż, będziemy się tym martwić, jeżeli coś się wydarzy - odpowiedziała uspokajająco. - 

Teraz najważniejsze jest, żebyś zajął swoje miejsce, gdyż chcę dostarczyć ich do bazy możliwie 

najszybciej. W związku z tym zamierzam natychmiast stąd odlecieć.

Alex bez słowa spojrzał na kolumnę i wbił się w swój fotel. To, co zrobiła Tia, przerosło 

jego oczekiwania. Po chwili na niebie została po niej tylko różnobarwna smuga spalonego paliwa, 

zmieszanego   z   rozżarzonym   powietrzem.   Zombi   musieli   jakoś   znieść   narastające   przeciążenie. 

Wiedziała,  że klatki  były  tak małe,  iż  można  było  w  nich leżeć  lub najwyżej  siedzieć.  To  w 

pewnym sensie ich zabezpieczało.

Cały czas rejestrowała symptomy choroby i przesyłała je doktorowi Kenny'emu i obsłudze 

medycznej Bazy Kleinmana. Zdawała sobie sprawę, iż w tej chwili niewiele im to pomoże, ale 

rozumiała też, że każda cząstka informacji, która ich wyprzedzi, może być przydatna w przyszłości.

Teraz jednak byli w drodze, zdani na własne siły. Nie mogli liczyć na pomoc bazy ani na 

wykorzystanie pozostawionego na planecie sprzętu. Gdyby nawet wiedzieli, że coś jest nie tak, nie 

byli w stanie nikomu pomóc.

Od kiedy włączyła akcelerator, Alex nie mógł się ruszyć. Gdy jednak mieli już za sobą skok 

w nadprzestrzeń, natychmiast wstał i ruszył w kierunku schodów.

- Dokąd idziesz? - spytała nerwowo.

- Do ładowni. Jestem w skafandrze; nic przecież nie może mi się stać.

Tia wsłuchała się w jęki i zawodzenia dochodzące z ładowni. Jednocześnie zarejestrowała 

wskazania   sond.   Serca   waliły   im   nieprzytomnie,   a   oddechy   były   nienaturalnie   przyspieszone. 

background image

Wiedziała, co może się stać, jeżeli Alex zejdzie na dół.

- Nie zdołasz dla nich nic więcej uczynić - powiedziała. - Dobrze o tym wiesz.

Odwrócił się twarzą do kolumny.

- Co ty przede mną ukrywasz?

- Nic - odparła.

Nie zabrzmiało to jednak wiarygodnie.

Odwrócił się i usiadł z powrotem w fotelu. Z niezwykłą sprawnością, wyćwiczoną przez te 

wszystkie   dni   pracy   w   kombinezonie,   zaczął   uderzać   palcami   w   klawiaturę.   W   kilka   sekund 

otrzymał dane dotyczące stanu zdrowia zombich.

- Tio, co tam się dzieje? - zaniepokoił się. - Nie było z nimi tak źle przed odlotem.

- Chyba nie - odrzekła niepewnie. - Alex, nie jestem lekarzem!

- Ale masz obszerną medyczną bibliotekę. Cały czas rozmawiasz z lekarzami. Co o tym 

sądzisz?

-   Myślę...   że   niezbyt   dobrze   znoszą   hiperprzestrzeń.   Otrzymałam   pewne   dane   z   bazy 

sugerujące, że  niektóre  uszkodzenia  mózgu  powodują nieumiejętność  abstrakcyjnego  myślenia. 

Chorzy nie potrafią dookreślić rzeczy, których nie widzą w całości. Wywołuje to swego rodzaju 

zachwianie równowagi psychiczno - pojęciowej. - Czuła się strasznie bezsilna. - Wydaje mi się, że 

jest to dla nich rodzaj zawieszenia w próżni; nie potrafią się niczego uchwycić.

- I tak przez cztery dni?! - krzyknął, sprawiając jej wręcz fizyczny ból. - Idę na dół.

- I co zrobisz?! - odkrzyknęła. - W jaki sposób chcesz im pomóc? Przecież są przerażeni, 

gdy widzą cię w tym skafandrze!

- W takim razie...

- Zrób to, a zagazuję cały statek - odpowiedziała natychmiast. - Nie żartuję! Dotknij tylko 

klamry, a zagazuję cały statek!

Usiadł w swym fotelu.

- Co możemy zrobić? - spytał zrezygnowany. - Musi być coś, co możemy zrobić.

- Mamy trochę leków - podjęła. - Niektóre z nich możemy dodać do powietrza w ładowni. 

Pomóż mi, Alex. Pomóż mi znaleźć jakiś sposób, by im ulżyć, tak żebyś nie musiał zdejmować 

skafandra.

- Spróbuję - odparł niezbyt pocieszony.

Jego   palce   od   razu   powędrowały   na   klawiaturę,   wystukując   polecenia   dla   biblioteki 

medycznej. Nie powiedział już słowa na temat kombinezonu. Tia zamarła na ułamek sekundy, 

jakby szukała sił, i po chwili przystąpiła do tej samej pracy.

background image

Jeszcze trzy razy zauważyli oznaki kryzysu w ładowni. Trzy razy zmusiła go wręcz, by nie 

pobiegł ratować któregoś z zombich, narażając własne życie. Stracili jeszcze jednego. Próbowali 

mu pomóc, podając dawkę odczynnika antywirusowego i rozrzedzonego gazu usypiającego. Mieli 

nadzieję, że zadziała on jak środek uspokajający.  Zombi  numer  dwadzieścia  siedem mógł być 

uczulony na jedno lub drugie. W jego medycznym identyfikatorze nie było jednak wzmianki o 

uczuleniu na te specyfiki. Mimo to jego czujnik przekazał dane świadczące o przedśmiertnym 

szoku alergicznym.

Alex nie odzywał się do niej przez cztery godziny od tego zdarzenia. Dwudziesty siódmy 

znajdował się w dolnym rzędzie i zastrzyk adrenaliny mógł go uratować. Jeżeli to był rzeczywiście 

szok alergiczny. Niestety, jego skrzynia tkwiła w samym środku ładowni i Alex musiałby zupełnie 

zdjąć skafander, by się do niego dostać. Tia kategorycznie się na to nie zgodziła. Nie byli zatem 

pewni, czy to był szok, czy też reakcja na bakterię zombi. Dwudziesty siódmy był najstarszy ze 

wszystkich i w najgorszym stanie.

Mimo że Alex się do niej nie odzywał, Tia nie przestawała mówić do niego. W końcu się 

przełamał.   W   samą   porę.   Jego   milczenie   upewniało   ją   bowiem,   że   gdy   przybędą   na   miejsce, 

poprosi o zmianę statku, że ją znienawidził. Gdyby mogła płakać, rozpłakałaby się niezawodnie. W 

końcu się jednak odezwał.

- Miałaś rację - stwierdził. - Miałaś rację, Tio. Jest tam ciągle pięćdziesiąt zależnych od nas 

osób. Gdybym zachorował, mobilna część naszego zespołu przestałaby działać.

Westchnął.   Wszystko   wróciło   do  normy.   W   samą   porę   przed   przejściem   do  normalnej 

przestrzeni.

Zatrzymano  ich na orbicie  Bazy Kleinmana,  przysyłając  w pełni wyposażoną  grupę do 

przetransportowania zombich i Alexa. Tia przez godzinę była sama. Była to bardzo długa godzina...

Wtedy jednak przybyła na jej pokład inna grupa i kiedy odleciała po dwóch dniach, nic nie 

zostało ze starego wyposażenia Tii. Rozebrano je do najmniejszych części, spryskano, zagazowano, 

wypolerowano i złożono na nowo. Z dawnych rzeczy pozostały tylko elektroniczne komponenty jej 

systemu  wspomagania  i ideogramy na ścianach.  Wyglądały tak samo, mimo  że ich tło znowu 

stanowiło standardowe wyposażenie beżowego koloru...

Dopiero wtedy otrzymała pozwolenie na lądowanie w Bazie Kleinmana i grupa naprawcza 

mogła opuścić jej pokład.

Jeszcze   nie   ucichły   kroki   odchodzących   ludzi,   gdy   ktoś   zawołał   w   kierunku   śluzy 

wejściowej:

- Tia! Proszę o pozwolenie wejścia na pokład!

background image

Tak energicznie otworzyła śluzę, że wrota niemal pofrunęły, następnie niemal porwała go 

windą do góry, nie czekając, aż wejdzie schodami. Wkroczył w kombinezonie z torbami w ręku i 

figlarnie zasalutował w kierunku kolumny.

- Mam dobrą wiadomość i jeszcze lepszą wiadomość - powiedział, rzucając się na swój 

fotel. - Którą chcesz usłyszeć najpierw?

- Tę dobrą - odpowiedziała szybko, nie zwracając mu nawet uwagi, gdy położył nogi na 

konsolecie.

- Dobra wiadomość jest bardzo osobista. Mam podobnie jak ty pozytywne wyniki badań 

lekarskich.   Ponieważ   zespół   dezynfekcyjny   bestialsko   zniszczył   moje   rzeczy,   dostałem 

nieograniczony kredyt na zakup w bazie wszystkiego, co będzie mi niezbędne.

Tia westchnęła, wyobrażając sobie jego nowe, świetlisto - purpurowe ubrania.

- Nie otwieraj torby, bo pomyślą, że mam przeciek radioaktywny.

- Moja droga, twoje pojęcie o modzie odbiega nieco od współczesnych trendów - stwierdził 

złośliwie.

- Mniejsza z tym - odparła. - Jaka jest ta jeszcze lepsza wiadomość?

- Nasi przyjaciele będą cali i zdrowi. - Dał jej ręką znak, że jeszcze nie skończył, gdy 

wykrzyknęła radośnie. - Leczenie potrwa jednak kilka miesięcy, albo i rok. Posłuchaj, dlaczego tak 

dokładnie cię rozebrali. Przywołaj swój terrański zasób słownictwa. Sprawdź, czy masz tam coś, co 

nazywa się “drobiną pyłkową" lub “pchłą piaskową".

Zaskoczona, zaczęła przeglądać na głównym ekranie swoje dane.

-   Tak   jak   przypuszczaliśmy,   to   rzeczywiście   był   wirus   przenoszony   przez   insekty. 

Winowajcą okazało się coś podobnego do pchły piaskowej żywiącej się krwią innych istot. Było to 

coś   o   rozmiarach   pyłku   piasku,   niewidocznego   gołym   okiem.   Dopóki   nie   było   odpowiedniej 

temperatury, dni nie były wystarczająco długie i nie przyszła burza, to coś siedziało w ukryciu. 

Jedynym sposobem na pozbycie się tej pchły jest zastosowanie bardzo silnej trutki lub zamrożenie 

jej   na   kilka   tygodni.   W   naturalnych   warunkach   chowają   się   one   w   piasku,   tam   przeczekują 

niekorzystne warunki. Ci archeologowie pracowali bez żadnych kłopotów aż do przyjścia burzy. 

Ponieważ wcześniej nic się nie działo, zaniedbali sprawę antywirusowych kontroli terenu. Owad 

uaktywnił się w ciągu godziny. Z raqi swych rozmiarów nie zostawiał śladów po ukąszeniu, zatem 

nikt nie miał pojęcia, że został zarażony. - Przerwał na moment, spoglądając na ekran. - Każdy z 

tych małych krwiopijców przenosi zarazki.

- Rozumiem, że wszyscy zostali pokąsani o tej samej porze? - wywnioskowała.

- W rzeczy samej - odpowiedział. - Oznacza to, że wszyscy zostali zarażeni w ciągu kilku 

godzin, prawdopodobnie we śnie. Wirus u większości wywołał szok alergiczny. Wygląda na to, że 

background image

pierwsi zginęli ci, którzy mieli alergiczne skłonności.

- Tak więc my nie... - Nie dopowiedziała zdania do końca, on zrobił to za nią.

-   Nie,   nikogo   nie   zabiliśmy.   To   była   sprawka   wirusa   zombi.   Najlepsza   wiadomość   ze 

wszystkich   jest   taka,   że   stan   zombi   jest   odwracalny.   Wystarczy   usunąć   wirusa  z   organizmu   i 

wszyscy powinni wrócić do normy.

- Och, Alexie... - zaczęła, ale znowu jej przerwał.

- I jeszcze dwie dodatkowe wiadomości.  Pierwsza - dostaliśmy premię  za tę wyprawę, 

druga - uratowałaś mi życie!

- Ja? - odparła zdziwiona.

- Gdybym choć raz zdjął kombinezon, zostałbym zarażony. One były wszędzie. Dostały się 

na pokład, gdy pierwszy raz otworzyłaś  śluzy.  Zwykłe  odkażanie  tylko  w części je zabiło.  Ja 

natomiast   jestem   jednym   z   siedemdziesięciopięcioprocentowej   części   populacji,   która   reaguje 

alergicznie na takie rzeczy, więc... - Pozwolił, by domyśliła się reszty.

- Alex, nie zamieniłabym cię za żadne skarby tego świata - rzekła po długiej przerwie.

- Cieszę się - powiedział wstając i czule gładząc jej kolumnę. - Ja czuję to samo.

Żeby chwila nie stała się zanadto ckliwa, przełknął ślinę i zmienił temat.

- A teraz zła wiadomość: jesteśmy w tak dobrym stanie, że mają zamiar pozbyć się nas 

jutro. Zatem, czy jesteś gotowa do lotu, moja jasna pani?

Zaśmiała się.

- Wdrapuj się na swój fotel, ważniaku. Pokażemy im, jak powinny pracować silniki!

background image

CZĘŚĆ PIĄTA 

- Cóż, Tio - powiedział wesoło doktor Kenny ze swego wygodnego miejsca naprzeciwko jej 

głównego monitora. - Muszę stwierdzić, że o wiele lepiej rozmawia się z tobą “twarzą w kolumnę" 

niż na odległość. Czekać cztery godziny na puentę dowcipu to trochę irytujące.

Podobnie jak jej mięśniowiec patrzył na kolumnę, nie na monitor. Alexa nie było w tej - 

chwili na pokładzie; wydawał swoją premię w bazie, a Tia stała w dokach remontowych na orbicie. 

Ponieważ jednak “Duma Albionu" była tak niedaleko, doktor Kenny postanowił odwiedzić swoją 

najlepszą pacjentkę.

Nowy  prototyp   fotela   był   doskonały   i  Kenny  nim   właśnie   się   posługiwał.   Całość   była 

zgrabnie skonstruowana, napęd był schowany pod siedzeniem, a obudowa zakrywała nogi doktora 

aż po talię. Wyglądał trochę jak starożytny król na tronie.

- Większość moich szkolnych kolegów nie rozumie dowcipów - powiedziała chichocząc. - 

Wydają się pozbawieni poczucia humoru. Muszę zatem opowiadać je tobie, delikatniku.

- Większość twoich szkolnych kolegów przybiera pozę AI - stwierdził. - Nie martw się, w 

ciągu dekady lub dwóch znormalnieją, tak przynajmniej powiedział mi Lars. Uważa on, że życie 

wśród delikatników spala nawet najbardziej odpornego człowieka z kapsuły. Jak zatem układa się 

twoja współpraca z partnerem? O ile pamiętam, największym twoim zmartwieniem była obawa, 

aby nie popaść w manię ciągłego zmieniania mięśniowców.

-  Bardzo   lubię   Alexa  -  odrzekła  powoli.   -  Zwłaszcza   po  naszej   przygodzie   z  wirusem 

zombi. Nie chciałabym, żebyś mnie źle zrozumiał, ale lubię go bardziej niż ciebie czy Annę lub 

Larsa. O tym właśnie chciałam z tobą porozmawiać, kiedy łączyłeś się ze mną ostatnio. Ufam 

twoim radom. 

Pokiwał głową.

- Ponieważ nie jestem uczestnikiem programu mózg - mięśniowiec, nie mam obowiązku 

nikomu mówić o twoich związkach z mięśniowcem. - Mrugnął szelmowsko w kierunku kolumny.

Poczuła się raźniej.

- To też jest ważne - stwierdziła. - Kenny, po prostu nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. 

Alex  jest rozlazły,  zapominalski,  trochę  impulsywny.  Nie  ma  za  grosz  poczucia  smaku,  jeżeli 

chodzi o ubiór. Mimo to nie zamieniłabym go na żadnego innego. Wolę rozmawiać z nim aniżeli z 

moimi szkolnymi przyjaciółmi, a wiesz, jakie znaczenie ma dla ludzi z kapsuł szkolna przyjaźń.

Tak powinno być, a nie było! W jej życiu w ogóle niewiele rzeczy było takich, jak się 

spodziewała. Powinna na przykład rozpocząć studia w instytucie, a nie pracę dla niego. Powinna 

background image

być delikatnikiem, nie dziewczyną z kapsuły.

Jednak nie można życia opierać na przypuszczeniach, trzeba brać je takim, jakie jest.

- Cóż, Tio. Przez siedem lat byłaś delikatnikiem. Były to lata twojego szeroko pojętego 

rozwoju - podjął Kenny; jego następne słowa brzmiały jak jej własne przemyślenia: - Nigdy nie 

przypuszczałaś, że będziesz latać w kapsule. Twoi koledzy ze szkoły natomiast nie znają innego 

świata poza kapsułą i nauczycielami. To tak jak z pisklęciem, które się właśnie wykluło. Pokocha 

to, co na początku wywrze na nim największe wrażenie.

- Ja... Ja nie powiedziałam, że jestem zakochana - sprostowała zaskoczona.

Kenny   zachowywał   spokój.   Po   prostu   przyglądał   się   kolumnie   wzrokiem,   który   aż   za 

dobrze pamiętała. Był to wzrok, który dawał do zrozumienia, iż ona nie mówi prawdy, a on o tym 

wie.

- Cóż, może troszeczkę - przyznała się bardzo cichym głosem. - Ale nie tak, jakbym była 

delikatnikiem.

- Można kochać przyjaciela, wiesz o tym? - spytał Kenny. - Jest to coś naturalnego od 

wieków. Zdarza się nawet nadąsanym konsultantom. Pamiętasz swoich greckich filozofów? To oni 

stwierdzili, że istnieją trzy rodzaje miłości i tylko jedna z nich związana jest z ciałem. Eros, filos i 

agape.

-   Miłość   cielesna,   braterska   i   duchowa   -   przetłumaczyła,   czując   się   nieco   lepiej.   -   No 

dobrze, zatem filos.

- Lars tłumaczy je jako “miłość wymagającą ciała", “miłość wymagającą rozumu" i “miłość 

wymagającą duszy". W twoim przypadku należy połączyć filos i agape - powiedział dość pewnie 

Kenny.

- Chyba masz rację - zgodziła się nieco zakłopotana.

- Moja droga Tio - odparł Kenny bez cienia protekcji. - Nie ma w tym nic złego, że kochasz 

swojego   mięśniowca.   Jeżeli   mnie   pamięć   nie   myli,   twoje   pierwsze   słowa   po   umieszczeniu   w 

kapsule brzmiały: “Doktorze Kenny, kocham pana". Szczerze mówiąc, sposób, w jaki mówisz o 

swoim   mięśniowcu,   o   wiele   bardziej   mi   się   podoba,   niż   gdybyś   miała   powiedzieć   coś 

“stosownego".

- Jak co na przykład? - spytała z zaciekawieniem.

- Hmm. Na przykład coś takiego. - Lekko zmienił barwę głosu. - Cóż, doktorze Kennet. 

Jestem całkiem zadowolona z mojego mięśniowca Alexandra. Wierzę, że nasza współpraca będzie 

się   układała   pomyślnie.   Nasze   wspólne   działanie   podczas   ostatniej   misji   było   możliwe   do 

zaakceptowania.

- Jakbym słyszała Kari, zupełnie jak Kari - zaśmiała się. - Masz rację, ale wyobraź sobie 

background image

rozmowę na ten temat z jednym z moich konsultantów BB!

Wzniósł oczy ku górze i uniósł wysoko ręce.

- Och! Horror! - wykrzyknął z udawanym przerażeniem. - Jak śmiesz cokolwiek czuć? AH 

- 1033, będę musiał zgłosić twoją destabilizację!

-   Dokładnie   tak   -   odpowiedziała   poważnie.   -   Czasem   wydaje   mi   się,   że   próbują   nas 

traktować jak rodzaj AI, stwory bez osobistych  odczuć i pragnień, tak jakby ktoś nam wyciął 

skalpelem tę partię mózgu przed zamknięciem w kapsule.

- Do takiej współpracy są przyzwyczajeni, moja droga - wyjaśnił jej także poważnie. - Twoi 

szkolni koledzy nie poznali tego, co ty - fizycznej obecności rodziców. Nigdy niczego nie dotknęli; 

nie znali niczego prawdziwego. Nie rozumieją, czym  są emocje, uczucia. Nie mieli okazji ich 

przeżyć, czy też chociażby zobaczyć. Nie sądzę, żeby było im łatwo przejść do naszego świata, 

świata delikatników. Jest to dla nich coś obcego, niezrozumiałego jak nowa, nieznana kultura. W 

pewnym   sensie   byłoby   dla   nich   lepiej,   gdyby   zajmowali   się   czymś,   co   nie   skaże   ich   na 

przebywanie sam na sam z ludźmi.

- Zatem dlaczego... - Zaczęła niezbyt  pewnie. - Dlaczego nie umieszczają w kapsułach 

dorosłych?

- Ponieważ dorośli, jak i niektóre dzieci, bardzo często nie mogą pogodzić się z faktem, że 

ich ciała już nigdy nie będą sprawne. Sama chyba tego doświadczyłaś: świadomości, że nigdy nie 

zazna się już ludzkiego dotyku. - Westchnął. - Spotkałem się z wieloma takimi przypadkami. Ty 

jesteś wyjątkiem, moja kochana. Ale ty zawsze byłaś wyjątkowa. Wybitna jednostka, łatwo się 

dostosowująca, adaptująca. - Odchylił się w swoim fotelu i zamyślił się. Nie przerywała mu. - Tio, 

jest wiele rzeczy w sposobie szkolenia ludzi z kapsuł, z którymi się nie zgadzam. Ty jednak już to 

przeszłaś i teraz jesteś w realnym świecie. Przekonasz się, że nawet konsultanci mogą mieć tutaj 

inne podejście do ciebie. Są gotowi zaakceptować wszystko, co daje efekty, nawet jeżeli odbiega to 

od książkowych wyobrażeń o sposobie pracy zespołu mózg - mięśniowiec.

Przez chwilę milczała.

- Kenny, a co ja pocznę, jeżeli..., jeżeli sprawy się tak ułożą, że zacznie się liczyć eros. To 

znaczy, nie zamierzam roztrzaskać mojej kolumny, ale...

- Helva - powiedział  szybko.  - Pomyśl  o Helvie.  Przecież  ona i jej mięśniowiec  mieli 

romans, o którym do tej pory mówi cały wszechświat. Jeżeli ma tak być, to niech się to stanie. 

Jeżeli nie, to nie masz się czym przejmować. Ciesz się, że twój partner jest jednocześnie twoim 

najlepszym   przyjacielem.   Tak   to   zresztą   powinno   być.   Zawsze   ufałem   twojemu   rozsądkowi. 

Zobaczysz, że wszystko będzie w porządku. - Przez chwilę kaszlał. - Gdyby jednak coś było nie 

tak, możesz być pewna, że nie zostaniesz sama. Chciałbym, żebyś wiedziała, iż ja i Anna czujemy 

background image

coś podobnego.

- Naprawdę? - Nie próbowała zagłuszyć tonu radości w głosie. - Czas najwyższy! Jak jej się 

to udało? Uwiesiła się twojego fotela, by skusić cię do grzechu?

- To samo powiedział Lars - odparł Kenny, rumieniąc się. - Tylko że dodał do tego jeszcze 

kilka pikantnych szczegółów.

- Wyobrażam sobie - zaśmiała się.

Lars żył już ponad dwieście lat i wiele w tym czasie widział. Żaden dramat uczuć nie był 

mu obcy. Był przecież szefem kontroli i bezpieczeństwa jednego z największych szpitali Światów 

Centralnych. Jeżeli istniało miejsce, w którym na co dzień rozgrywały się sceny miłości i śmierci, z 

pewnością był nim szpital. Dobrze o tym wiedzieli choćby twórcy holosów. Można tu było zetknąć 

się   zarówno   z   nic   nie   znaczącymi   romansami,   jak   i   z   miłością   po   grób.   Lars   obserwował   je 

wszystkie, czasem sam w nich uczestniczył.

Był częścią “Dumy Albionu" od samego jej powstania. Został przecież w nią wbudowany. 

Nie mógł stąd odejść i nigdy tego nie pragnął. Cyniczny, genialny, z niespodziewanymi odruchami 

serca. To był cały Lars...

Mógłby   być   najdelikatniejszą   osobą,   jaką   Tia   kiedykolwiek   poznała.   Uwielbiał   jednak 

dogryzać swoim przyjaciołom, wykorzystując swą nieprzeciętną inteligencję.

- Ale, Kenny... - zawahała się, trawiona ciekawością, lecz nie mając pewności, czy wolno 

jej zadać takie pytanie. - Kenny, czy mogę być trochę wścibska?

- Tio, wiem o tobie wszystko, co można wiedzieć. Poczynając od częstotliwości bicia twego 

serca, po skład chemiczny twojej krwi. Wiem, o ile stopni podnosi ci się temperatura, gdy jesteś 

zdenerwowana. Mój lekarz wie tyle samo o mnie. Oboje jesteśmy przyzwyczajeni do ingerencji w 

naszą osobowość. - Chwilę milczał. - Do tego jesteś moją najdroższą przyjaciółką. Jeżeli jest jakaś 

rzecz, która cię ciekawi, po prostu pytaj. - Zamrugał oczami. - Nie spodziewaj się jednak, że będę 

ci opowiadał o pszczółkach i ptaszkach.

- Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nazwałeś się “lekarzem w połowie kapsuły". Do 

połowy jesteś maszyną. Co o tym sądzi Anna?

Gdyby mogła się zarumienić, byłaby czerwona jak burak. Czuła się nieswojo zadając to 

pytanie. Lecz on nie podzielał jej zażenowania.

-   Hmm,   dobre   pytanie.   Odpowiedź   chyba   nie   jest   zbyt   intrygująca.   Jestem   do   połowy 

maszyną  tylko  kiedy siedzę w fotelu. Poza nim jestem,  może  niedoskonałą, ale jednak ludzką 

istotą. - Uśmiechnął się.

- Zatem to tak, jakby porównać powierzchnię wody z płatem lśniącej blachy? - Było to coś, 

o czym wcześniej nie pomyślała.

background image

- Słusznie. Nawiasem mówiąc, nie ty pierwsza zadajesz tego typu pytania. Nie myśl zatem, 

że jesteś wyjątkowo ciekawska. - Odchylił głowę i uśmiechnął się szeroko. - Anna i ja, hmm..., 

musimy opędzać się od wścibskich pytań naszych pacjentów.

- Dobrze, że mnie do nich nie zaliczasz. - Taką miała przynajmniej nadzieję.

- Ty zawsze  byłaś  i  będziesz  dla mnie  kimś  szczególnym.  To, co dotyczy  innych,  nie 

dotyczy ciebie. - Pokręcił głową. - Dlatego właśnie mogę ci otwarcie i bez ogródek powiedzieć, co 

sądzę o twoim stanie. Twoje nerwy poniżej karku nie pracują. Zanim doprowadziliśmy cię do jako 

takiego   stanu,   miałaś   już   zaatakowany   system   autonomiczny.   W   tej   chwili   w   kapsule   jesteś 

całkowicie  uzależniona  od systemu  wspomagającego  twoje procesy życiowe.  Nie sądzę, żebyś 

przeżyła choć chwilę poza kapsułą; na pewno natomiast wiem, że nie byłabyś szczęśliwa.

- Och, dobrze.

Czuła się jednocześnie rozczarowana i podniecona. Podniecona dlatego, że była to kolejna 

okoliczność jej życia w kapsule, o której nie pomyślała. Rozczarowana, cóż, nie tak bardzo. Nigdy 

nie łudziła się, że zniknie przyczyna, dla której została umieszczona w kapsule.

- Przyniosłem nagrane materiały na temat kilku pacjentów, z którymi ostatnio pracowałem. 

Chcę ci pokazać, w jaki sposób pomogliśmy ludziom, którzy stracili w wypadkach kończyny. 

Myślę,   że   cię   to   zainteresuje.   -   Wsunął   dyskogram   do   jej   czytnika,   a   ona   wyświetliła   go   na 

głównym ekranie. - Ta młoda dama była zawodową tancerką. Podczas trzęsienia ziemi została 

przygnieciona kilkoma tonami gruzu. Zanim dotarli do niej lekarze, jej noga była już martwa. Nie 

było żadnych szans na jej uratowanie.

Holos pokazywał młodą, śliczną dziewczynę, próbującą chodzić przy pomocy czegoś, co 

wyglądało na normalną nogę. Jedyną zauważalną różnicą była jej nienaturalna sztywność.

- Największy problem, z jakim zetknęliśmy się w tym przypadku, polegał na tym, iż proteza 

ta jest niezwykle użyteczna dla kogoś, kto chce chodzić, ale nie dla zawodowej tancerki. - Kenny 

uśmiechnął się słodko, patrząc na ekran. - Oto Lila kilka minut po założeniu protezy. Pozwól, iż 

dodam, że ta proteza sięga do samego biodra. Następne ujęcie pokaże dziewczynę parę tygodni 

później, potem trzy miesiące później.

Obraz zamigotał i teraz tancerka ukazana była podczas ćwiczeń baletowych, które zdaniem 

Tii wychodziły jej nieźle. Następnie obraz zamigotał po raz trzeci...

Dziewczyna była na scenie i tańczyła jakiś fragment klasycznego baletu. Gdyby Tia nie 

wiedziała, że jej lewa noga jest sztuczna, nigdy by tego nie odgadła.

- A to krótki film o kimś, kto stracił rękę - kontynuował Kenny, jednocześnie obrócił się do 

kolumny. - Dzięki moim wysiłkom i motoprotetyce udało nam się rozwiązać problem połączeń 

wewnątrznerwowych - powiedział z dumą. - Lila zwierzyła mi się, że zmieniła choreografię w taki 

background image

sposób, iż może teraz trudniejsze partie wykonywać na lewej nodze. Lewa nie jest narażona na 

odciski, nie można złamać jej kości, naciągnąć ścięgien, skręcić kostki lub kolana. Jedyną różnicą, 

jaką zauważa między sztuczną a prawdziwą nogą, jest jej waga. Mimo że jest nieco cięższa, nie 

przeszkadza to jej w tańcu. Poza tym sztuczna noga jest o wiele silniejsza.

Na ekranie przewinęło się jeszcze kilku innych pacjentów doktora Kenny'ego, ale ani on, 

ani Tia nie zwracali na to uwagi.

- Muszą być jednak jakieś problemy - odezwała się po chwili Tia. - To znaczy, nie istnieje 

nic doskonałego.

- Nie mamy na razie pełnego dostępu do wszystkich połączeń nerwowych. W przypadku 

Liii   wystąpiły   problemy   z   uzyskaniem   kontroli   nad   pewnymi   partiami   stopy,   kostki   i   kolana, 

zignorowaliśmy też różnicę w sile obu nóg. Następna trudność to waga. Większość sztucznych 

nerwów jest cięższa od ich żywych odpowiedników. Ręka, która waży dziesięć kilogramów, może 

przysporzyć komuś wielu problemów. - Kenny przesunął się nieco w swoim fotelu. - Nie da się 

jednak ukryć, że dokonaliśmy znacznego postępu. Zawdzięczamy go głównie programowi ludzi z 

kapsuł i temu, co dzieje się w Szkole - Laboratorium. Te same połączenia, które pozwalają ci na 

sterowanie statkiem, dają innym możliwość kontroli nad protezami.

- To wspaniałe! - powiedziała Tia. - Doktorze Kennet, jest pan kimś!

- Och, jest jeszcze wiele do zrobienia - odrzekł skromnie. - Nie słyszałem, by któryś  z 

tańczących   przyjaciół   Liii   chciał   się   zdecydować   na   amputację   obu   nóg   i   zamontowanie 

sztucznych. Ma ona oczywiście swoje problemy, na przykład ataki bólu, które powtarzają się mimo 

zagojenia   się   blizn.   W   pewnym   sensie   dobrze   się   stało,   że   naszą   pierwszą   pacjentką,   której 

przyszyliśmy sztuczną nogę, była tancerka. Lila po prostu przyzwyczajona jest do bólu nóg. Poza 

tym   taka   operacja   jest   bardzo   droga;   a   ta   dziewczyna   miała   szczęście,   gdyż   towarzystwo 

ubezpieczeniowe   zdecydowało,   iż   kariera,   którą   zrobiła   jako   tancerka,   jest   więcej   warta   niż 

sfinansowanie   kosztów   operacji.   Gdy   porównuję   ludzi   z   kapsuł   z   nami,   których   ciała 

zaprojektowane   są   przez   geny,   powoli   dochodzę   do   wniosku,   że   nadejdzie   dzień   wielkiej 

przemiany.   Kiedy   stara   powłoka   zacznie   się   psuć,   będziemy   mogli   sobie   wybrać   minikapsuły 

zgodnie z obowiązującym trendem mody. Tak jakbyśmy zmieniali ubranie.

- Och, nie sądzę, żeby do tego doszło - powiedziała zdecydowanie Tia. - Choćby z jednej 

przyczyny. Jeżeli jedna kończyna jest tak droga, to ile musiałoby kosztować całe ciało?

-   Masz   rację   -   zgodził   się   Kenny.   -   Problem   kosztów   jest   poważniejszy   od   spraw 

technicznych;  gdyby nie to, już dzisiaj bylibyśmy w stanie złożyć  całe ciało. O dziwo, jest to 

łatwiejsze niż dorobienie jednej nogi. Mam na myśli ciało poddające się pełnej kontroli mózgu.

Nie powiedział nic więcej, tylko zamrugał powiekami i uśmiechnął się chytrze.

background image

- Wiem, o czym teraz myślisz, ty niegrzeczna, mała damo.

- Ja? - spytała  głosem wyrażającym  zdziwienie.  - Nie mam  zielonego  pojęcia,  o czym 

mówisz! Jestem niewinna jak, jak...

- Jak ja - powiedział Kenny. - Przecież to ty pytałaś o mnie i Annę.

Nic nie odrzekła, milcząc wyniośle. Keny nie przestawał się uśmiechać.

-   Rzeczywistym   problemem   w   naszym   przedsięwzięciu   jest   znalezienie   odpowiedniego 

systemu ochronnego dla żywego mózgu. - Wzruszył ramionami. - Jak na razie nie możemy tego 

rozwikłać.   Całość   wydaje   się   jednak   jedynym   rozwiązaniem   w   przypadkach   podobnych   do 

twojego. Inną sprawą jest dostosowanie sztucznego ciała do normalnych, ludzkich rozmiarów.

- Och, przecież możecie zrobić nas olbrzymami. Wyobraź sobie, że stworzycie nową rasę 

gigantów - zażartowała. - To byłoby przynajmniej prostsze do wykonania.

Kenny spojrzał na sufit.

-   Uwierzysz   czy   nie,   ale   jest   facet,   który   chce   nakręcić   o   tym   holos!   Chce   zbudować 

gigantyczne cielska dinozaurów, potworów i czegoś tam jeszcze - i zatrudnić ludzi z kapsuł jako 

aktorów.

- Nie! - wykrzyknęła.

- Przysięgam  - powiedział,  przykładając  rękę do serca. - Nie zmyśliłem  ani  słowa. Co 

najdziwniejsze, on ma na to pieniądze. Gwiazdy holosów zarabiają więcej niż ty,  moja droga. 

Myślę, że gdy ktoś z was będzie chciał teraz zrezygnować ze służby kosmicznej, znajdzie zajęcie 

przy produkcji holosów.

-   Niesamowite.   Wręcz   wstrząsające.   -   Przez   chwilę   się   nad   czymś   zastanowiła.   -   Czy 

byłoby możliwe stworzenie sztucznego ciała połączonego pośrednio z mózgiem?

- Za pomocą fal radiowych? - spytał. - Hmm. Dobre pytanie. Nerwy przesyłają mnóstwo 

informacji. Musiałabyś mieć oddzielny kanał dla prawie każdej z nich. Poza tym zasięg fal jest 

ograniczony,   oddalenie   się   ciała   groziłoby   zerwaniem   łączności.   To   chyba   najpoważniejsze 

problemy do rozwiązania - powiedział i, zerkając na swoje opancerzone nogi, dodał: - To zawsze 

musi być blisko mnie. Jestem jak grecki posąg.

Roześmiała się.

- I wreszcie - całe to przedsięwzięcie kosztowałoby tyle, ile statek mózgowy, zatem nie jest 

to realny pomysł - zakończył. - Nawet dla mnie, a przecież mało nie zarabiam.

Podobnie  jak i  dla  mnie,   pomyślała  i  porzuciła   ten  pomysł.   Najpierw   bowiem  musiała 

wykupić   swój   kontrakt.   Takie   były   zresztą   jej   plany:   pracować   dla   Instytutu   jako   niezależny 

eksplorator; poszukiwać śladów EsKaysów na własną rękę, by zarobić na swą wolność.

- Cóż, pieniądze, oto następna przyczyna, dla której chciałam z tobą porozmawiać.

background image

- Widzę, że zmora  programu  BB znów  podnosi swój ohydny łeb - prawie zaśpiewał  i 

zaśmiał się. - Och, zobaczysz, że cię znienawidzą. Jesteś taka sama, jak wszyscy najlepsi. Chcesz 

wykupić swój kontrakt, prawda?

-   Sądzę,   że   niewiele   jest   takich   statków   we   flocie,   które   nie   planują   tego   uczynić   - 

zaprotestowała. - Jesteśmy ludźmi, nie AI Chcemy mieć prawo do stanowienia o samych sobie. 

Zatem   powiedz   mi,   czy   masz   pomysł   na   to,   w   jaki   sposób   mogę   zacząć   powiększać   swoje 

dochody? Moira na przykład prowadzi coś w rodzaju handlu nowymi miejscami pod wykopaliska.

- Ty jej podsunęłaś ten pomysł, prawda? - Kenny pogroził jej palcem. - Nie wiesz, że nie 

zdradza się takich pomysłów konkurencji?

- Wtedy nie była jeszcze konkurencją - stwierdziła Tia.

- Cóż, zyskałaś niezłe profity ze sprawy wirusa zombi, prawda? - spytał, pocierając dłonią 

czoło. - Może byś w coś zainwestowała?

- W co? Nie znam się w ogóle na inwestowaniu.

- Zważając na mój sukces w motoprotetyce, radziłbym ci przemyśleć sprawę pod kątem 

znajomości tematu. Jak wiesz, mam już swoje udziały w tej firmie, zatem jest to sprawa opłacalna. 

-   Przez   chwilę   stukał   palcami   w   oparcie   fotela.   -   Zainwestuj   w   coś,   czym   jesteś   osobiście 

zainteresowana i na czym naprawdę się znasz.

- Kompletny zawrót głowy - odpowiedziała. - Nie mam pojęcia, o czym myślisz. Na czym 

ja się znam?

- Posłuchaj - powiedział, spoglądając prosto przed siebie w skupieniu. - Jedyną rzeczą, 

jakiej archeolog może być pewny, jest długi pobyt na obcej planecie. Jednocześnie cechą prawie 

wszystkich wypraw różnych ras jest brak myślenia długoterminowego. Zazwyczaj też archeolodzy 

niezbyt dokładnie przyglądają się dziejom planety, które ich nie interesują. Szukaj czegoś, co jeden 

z moich przyjaciół nazywa “nieszczęściem, które czeka, by się zdarzyć". Zainwestuj w działalność 

mającą na celu wyciąganie innych z tego typu kłopotów.

- To  brzmi nieźle w teorii - stwierdziła powątpiewająco. - Jednak w praktyce?  W jaki 

sposób uda mi się szybko dowiedzieć o podobnych wydarzeniach? Jestem tylko jedna i dopiero 

rozpoczęłam pracę.

-   Tio,   przecież   masz   niesamowitą   możliwość   w   postaci   komputerowej   łączności   - 

przekonywał ją Kenny. - Poza tym masz swobodny dostęp do danych Instytutu na temat wszystkich 

znanych nam planet. Wykorzystaj tę szansę.

Sprawdzaj, czego obawiali się starożytni i czy czasem ich obawy nie zemściły się na nowo 

przybyłych.

Nie był to pomysł, który trzeba by było natychmiast realizować. Postanowiła jeszcze go 

background image

przemyśleć.

Kenny spojrzał na zegarek.

- Cóż, mój ślizgowiec powinien za chwilę dobić do twojej burty...

- Właśnie dobija - przerwała mu. - Jest już w doku, cztery słoty ode mnie. Kiedy wyjdziesz, 

będziesz go miał po prawej stronie. Dziękuję, że przyszedłeś.

Skierował się ku windzie.

- Dziękuję za zaproszenie. Rozmowa z tobą sprawiła mi jak zwykle wielką przyjemność.

Gdy wjechał do windy, jeszcze raz odwrócił głowę i uśmiechnął się.

- Aha, nie trudź się przeglądaniem moich nagrań z wizyt u lekarzy. Anna jak do tej pory nie 

skarżyła się na moje umiejętności.

Gdyby mogła się zaczerwienić...

W czasie kiedy Alex był na spotkaniu ze szkolnymi kolegami, których mottem, nawiasem 

mówiąc, było zdanie: “Zabawa nigdy się nie kończy", ona pilnie studiowała dane instytutu. Miała 

dostęp do każdego nagrania. Prawdopodobnie traktowano ją jak cząstkę systemu; być może wpływ 

na to miała też pomyślnie zakończona sprawa zombich. Lub po prostu nie zwracano uwagi na 

pozaprogramowe działania statków mózgowych. Tylko one dysponowały takimi możliwościami. 

Normalnie wszystkie materiały były obwarowane szeregiem zakazów i obostrzeń. Tii to jednak nie 

obowiązywało.

Najpierw   postanowiła   zająć   się   swoimi   sprawami.   Wyłapała   to,   co   wiązało   się   z 

EsKaysami, i ułożyła sobie w odpowiednim porządku. Nic istotnego nie pojawiło się w ostatnim 

czasie,   dlatego   Tia   sprawdziła,   nad   czym   pracowali   Pota   i   Braddon;   następnie   zarejestrowała 

wszystkie nowe stanowiska, na których poszukiwano EsKaysów.

Prawie przypadkowo natrafiła na coś, co ją zaintrygowało.

Był   to   raport   z   wykopalisk   drugiej   klasy,   w   którym   widoczne   było   niezwykłe 

podekscytowanie   całego   zespołu.   Chodziło   o   pozostałości   po   EsKaysach   znalezione   po   raz 

pierwszy   na   planecie   o   zupełnie   innej   strukturze   niż   Mars.   Raport   był   dość   enigmatyczny, 

przesłany w pośpiechu.

Instytut stwierdził, że to musi być pomyłka, że chodzi tu nie o EsKaysów, ale o Megaltów 

Treseptów, którymi aktualnie się nie interesowano. W samej rzeczy była to rasa, 0 której niemal 

wszystko już wiedziano. Jeden z długodystansowych statków FTL odnalazł wciąż istniejącą osadę 

Megaltów. Niektóre z ich wytworów bardzo przypominają prace EsKaysów i łatwo można było 

popełnić omyłkę.

Owa planeta była zadziwiająco zbliżona swym wyglądem warunkami na niej panującymi 

background image

do   Terry.   Gdyby   rzeczywiście   znaleziono   tam   ślady   EsKaysów,   byłoby   to   odkrycie   na   miarę 

stulecia.

Mimo braku wzmianek o EsKaysach Tia przeglądała materiały z czystej ciekawości. Largo 

Draconis   była   dość   osobliwą   planetą,   krążącą   po   dziwnej   orbicie,   co   wywoływało   w   każdym 

stuleciu   dziesięcioletni   okres   nieurodzaju   i   ochłodzenia.   Poza   tym   doskonale   nadawała   się   do 

zamieszkania.   Klimat   był   łagodny,   z   dwoma   zmieniającymi   się   porami   roku.   Odkryte   przez 

archeologów osiedle było przygotowane na mające nadejść zmiany na planecie. Tak przy - najmiej 

twierdzono   w   raporcie.   Dodać   należy,   że   grupa   poszukiwawcza   zjawiła   się   tam   także   przed 

spodziewanym okresem nieurodzaju i zimna.

Megaltowie nie zwykli opuszczać swoich osad bez wyraźnej przyczyny. Nie przystawało to 

rasie logicznie i trzeźwo myślącej.

W ciągu pierwszego roku trwania dziesięcioletnich zmian na planecie (lub na dwóch z nich) 

całkowicie z niej zniknęli. Przyczyną wcale nie był głód, jak początkowo sądziła. Żywności mieli 

pod dostatkiem, by przetrwać chude łata.

Nie, to nie głód zmusił ich do ucieczki, a tamtejsze gryzonie.

Archeolodzy   odnaleźli   metalowe   płytki,   których   Megal   -   towie   używali   do   rejestracji 

najważniejszych wydarzeń w ich społeczności. Osiedle zostało opuszczone w takim pośpiechu, że 

nikt nie pomyślał, by je zabrać.

Gryzonie zaczęły się pojawiać najpierw pojedynczo, potem w coraz większej liczbie, a na 

końcu   całe   chmary   zalały   osiedle   niczym   prawdziwy   potop.   Przedarły   się   przez   elektroniczne 

zabezpieczenia i dosłownie wyjadły sobie drogę ku budynkom mieszkalnym. Nic nie było w stanie 

ich zatrzymać. Masowe zabijanie nie czyniło szkody. Po prostu ocalałe sztuki zjadały martwe ciała 

i szły naprzód.

Zmiany   na   planecie   najwyraźniej   dotyczyły   też   tych   zwierząt.   Ich   system   trawienny 

przystosowywał się do przyjmowania każdego pokarmu. Jadły wszystko, co zawierało celulozę, 

jakieś związki chemiczne, a nawet plastik.

Raport kończył się dołączonym do niego listem jednego z archeologów, który opisywał 

sytuację na Largo Draconis oraz ujawniał pewne obawy.

“Fred! Jestem szczęśliwy, że wreszcie się stąd wynosimy. Mówiliśmy o tym wszystkim 

Zarządowi, ale oni nas zlekceważyli. Powiedzieli, że to, iż jestem archeologiem, uprawnia mnie do 

głoszenia sądów na temat przeszłości, teraźniejszość jednak mam pozostawić im. Stwierdzili, że 

ich pola izolacyjne są aż nazbyt  dobrym  zabezpieczeniem przeciwko szczurom. Nie ma szans. 

Mówimy   tu   o   szaleństwie   głodu,   o   zdeterminowanej   naturze   i   nie   sądzę,   by   pola   izolacyjne 

wytrzymały choć kilka godzin takiego naporu. Mówię ci, Fred, ci ludzie będą mieli za rok spore 

background image

kłopoty.   Megaltowie   także   ufali   swoim   zabezpieczeniom   i   wcale   nie   były   to   tak   prymitywne 

systemy,   jak   to   sobie   wyobraża   Zarząd.   Może   te   cudowne   pola   izolacyjne   zadziałają,   ale 

powtarzam ci, że śmiem w to wątpić i nie mam zamiaru przekonać się o tym, iż gubernator się 

myli, gdy pewnego ranka obudzę się i, zamiast kołdrą, będę przykryty warstwą szczurów. One nie 

pożarły Megaltów, ale zjadły ich ubrania. Nie widzę nic zabawnego w szukaniu schronienia wśród 

pyłów gnanych wiatrem z szybkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, przy temperaturze 

minus dwudziestu stopni. Zatem włóż piwo do lodówki i rozpal dla mnie w kominku".

Cóż.   Jeżeli   cokolwiek   mogło   pasować   do   tego,   o   czym   mówił   doktor   Kenny,   to   było 

właśnie to.

Dla   pewności   sprawdziła   jeszcze   inne   dane.   Nie   dlatego,   żeby   nie   wierzyła   raportowi, 

chciała tylko zobaczyć, jak kolonia była chroniona przed “szczurami" i dotkliwym zimnem.

Wszystko,   co   znalazła,   potwierdzało   opis   zawarty   w   liście   do   “Freda".   Systemy 

zabezpieczające były standardowym wyposażeniem, nie przystosowanym do ciężkich warunków. 

Magazyny miały żelazne drzwi, ale rampy i prowadnice były drewniane lub plastikowe. Domy 

mieszkalne były zbudowane z tamtejszego kamienia i dobrze zabezpieczone przed zimnem, miały 

jednak plastikowe i drewniane drzwi. W magazynach znajdowały się duże zapasy żywności. Lecz 

co mogłoby się stać, gdyby szczury przegryzły się przez ściany i dotarły do owych zapasów? Przez 

ostatnie dwadzieścia lat koloniści hodowali pożywienie na powierzchni planety, nie było zatem 

potrzeby  sprowadzania   jej   z  innych   planet   czy  też  instalowania  syntetyzerów.  W  zasięgu  ręki 

koloniści mieli proteinowe farmy. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby szczury dostały się na 

farmy i pożarły zbiory. Co archeolodzy poczną bez żywności i bez możliwości jej produkcji? Co 

się stanie, gdy szczury w poszukiwaniu jedzenia wedrą się do ich domów i urządzą sobie ucztę z 

ich ubrań, koców, mebli...

Tyle powiedziały jej oficjalne nagrania. Czy ktokolwiek był w stanie uchronić tych ludzi 

przed katastrofą?

Cały   dzień   szukała   firm,   z   którymi   mogłaby   zacząć   współpracę;   firm   produkujących 

wyspecjalizowany sprzęt ochronny dla planet. Szczególnie interesowały ją pola siłowe dużej mocy, 

których   z   pewnością   będzie   potrzebował   gubernator,   gdy  zaczną   się   kłopoty.   Zarząd   nie   miał 

oczywiście   środków   na   zapewnienie   pełnego   bezpieczeństwa   pracowników,   lecz   osiemdziesiąt 

procent   zespołu   było   ubezpieczone   na   wypadek   niespodziewanych   zagrożeń.   Towarzystwa 

ubezpieczeniowe powinny pokryć resztę kosztów.

To stanowiło połowę problemu.

Tia   znalazła   też   przedsiębiorstwo   obejmujące   swym   zasięgiem   większość   planet,   a 

oferujące syntetyzery wraz z oprogramowaniem i dostawą na miejsce. Produkowano je w kilku 

background image

zaledwie   odmianach,   ale   za   to   mogły   wytwarzać   różne   surowce:   węgiel,   ropę,   minerały. 

Oczywiście także proteiny na pożywkach z drożdży i włókien. Dzięki takiemu urządzeniu można 

było   otrzymać   podstawowe   produkty   żywnościowe,   surowce   do   uszycia   ubrań,   a   nawet   do 

wykonania mebli...

Wprowadziła   swoje   dane   i   ofertę   do   systemu.   Nie   użyła   jednak   Bety   jako   pośrednika 

nadzorującego, ale poprosiła o to Larsa.

Jeszcze przed powrotem Alexa zakończyła wszystkie operacje. Wybrała dwie kompanie, 

które   wydały   jej   się   najwłaściwsze.   W   pertraktacjach   starała   się   nie   robić   wrażenia 

rozhisteryzowanej idiotki.

Oczywiście fakt, że inwestowała w ich firmy, musiał wzbudzić podejrzenie, iż albo nie wie, 

co zrobić z pieniędzmi, albo jest lekko niezrównoważona.

Gdyby byli choć trochę przebiegli, sami doszliby do sedna sprawy, zrozumieliby powody 

jej “irracjonalnego" działania. Na szczęście, przebiegłość nie była ich najmocniejszą stroną.

Właśnie skończyła ostatnią rozmowę, gdy zameldował się Alex.

- Proszę o pozwolenie wejścia na pokład! - zawołał wesoło, gdy otwierała mu już śluzę.

Wbiegł na górę, przeskakując po dwa schody naraz, 1 wpadł do głównej kabiny. W duchu 

pomyślała, że z pewnością niedługo nastąpi przełom w modzie. Ubrany był  w chromowożółtą 

tunikę przyozdobioną odblaskowoczerwonymi gwiazdeczkami. Spodnie miał odblaskowoczerwone 

w chromowożółte gwiazdeczki. Zestaw ten doskonale oślepiał kamery i ranił oczy. Była wdzięczna 

konstruktorom statku, że stworzyli możliwość przyciemnienia obrazu.

- Jak się udało spotkanie? - zapytała, kiedy oswoiła się już z blaskiem jego odzieży.

- Była  nas zaledwie szóstka - powiedział,  przemierzając korytarz i schodząc na dół do 

swojej kabiny. Postawił torby na łóżku i wrócił. - Zabrakło Chrii, która musiała odlecieć tuż przed 

naszym spotkaniem, ale bawiliśmy się dobrze.

- Jestem zdziwiona, że nie masz kaca. Popatrzył na nią ze zdumieniem.

- Nie ja! Jestem jedynym, który zawsze dba o to, by ludzie trafili na właściwy wahadłowiec. 

Nigdy nie biorę niczego, o czym teraz myślisz, no, może prawie nigdy. Lubię zawsze mieć pełen 

obraz sytuacji.

Słysząc to, Tia poczuła dziwną ulgę.

- Tęskniłaś za mną? Ja tęskniłem. Miałaś sporo zajęć? - Rzucił się na fotel i położył nogi na 

konsolecie. - Mam nadzieję, że nie przeglądałaś przez cały ten czas danych z Instytutu.

- Och - odpowiedziała wesoło. - Znalazłam kilka ciekawszych rzeczy do zrobienia...

Łączność została nawiązana, a Alex prezentował swoje najlepsze maniery. Na sobie miał 

background image

świeżo   wyprany   i   wyprasowany   mundur.   Siedział   spokojnie   w   fotelu,   sprawiając   wrażenie 

ułożonego absolwenta Akademii i odpowiedzialnego mięśniowca.

Tia zauważyła, że stał się taki, gdy tylko zmusiła go do założenia munduru. Transmisja była 

zamówiona przez profesora Bartona Glasova y Yerony - Grasa, szefa Instytutu, i ciemnowłosego, 

ubranego   w   czarną   tunikę   mężczyznę.   Ten   drugi   był   Administratorem   Sektora   Systemu 

Centralnego i nazywał się Joshua Elliot - Rosen y Sinor. Była to wysoko postawiona figura w 

administracji. Można było dostrzec, że jest czymś poruszony, mimo iż dobrze to ukrywał. Kiedy 

jego twarz pojawiła się na ekranie, Alex zamarł w statycznej koncentracji.

- Alexandrze i Hypatio, dostaniecie od nas sporo ho - losów i fotogramów - zaczął profesor 

Barton. - Teraz jednak musicie się zadowolić obiektem, który widzicie na ekranie, a który jest 

przyczyną naszej transmisji.

“Obiekt" był śliczną, małą wazą, wykonaną w stylu niełatwym do określenia. Była ukośna, 

lecz forma ta przydawała jej charakteru dzieła sztuki. Od dołu do góry przebiegała różnobarwna 

spirala - swoiste połączenie sztuki nowoczesnej z dziełami Salvadora Dali. Waza była zrobiona ze 

stopionych ze sobą kawałków opalizującego szkła lub ceramiki - tak przynajmniej zdawało się Tii. 

Miała też na powierzchni patynę, która powstaje w wyniku długotrwałego przebywania w glebie.

Tia nie odrzucała także myśli, że był to sztucznie uzyskany nalot. Stwierdziła jednak po 

chwili, iż profesor z pewnością nie zawracałby im głowy podrobionym znaleziskiem.

Zatem   jedyną   zagadką   związaną   z   tą   wazą   był   styl,   w   jakim   została   wykonana.   Nie 

przypominał on żadnego ze znanych Tii starożytnych stylów w sztuce.

- Wiecie, że przemyt  i kradzieże eksponatów były dla nas zawsze dużym problemem - 

ciągnął profesor Barton. - Archeolog ponosi klęskę, kiedy przybywa na stanowisko i stwierdza, że 

ktoś  go ubiegł.  Ten przypadek  jest jednak szczególny.  Jak już chyba  zauważyliście,  waza nie 

przypomina swoim stylem wyrobów żadnej znanej nam kultury.

-   Kilka   tygodni   temu   na   czarnym   rynku   pojawiły   się   setki   tego   typu   przedmiotów   - 

powiedział poważnie Sinor. - Przeprowadzone analizy potwierdziły ich antyczne pochodzenie. Ta 

rzecz na przykład pochodzi z tego samego czasu, w którym żył faraon Ramzes II.

Profesor był najwyraźniej coraz bardziej zdenerwowany.

- Są ich setki! - wybuchnął. - Od filiżanek po figurki ofiarne, od biżuterii po statuetki! Nie 

tylko nie wiemy, skąd się wzięły, ale nie mamy też najmniejszego pojęcia, kim byli ludzie, którzy 

je wykonali!

- Większość z nich nie jest tak doskonale zachowana jak ta tutaj - mówił dalej Sinor, nie 

poruszywszy   nawet   powieką.   -   Obok   procederu   nielegalnego   handlu   dziełami   sztuki   i 

niespotykanego zalewu nimi rynku występuje tu jeszcze jedno zagrożenie, chyba najistotniejsze.

background image

Gdy tylko to powiedział, Tia zorientowała się, co miał na myśli: zarazę.

-   Zaraza   -   stwierdził.   -   Jak   na   razie   nie   mamy   jeszcze   epidemii.   Ci,   którzy   kupują   te 

przedmioty, leczą się z reguły w prywatnych szpitalach domowych.

Wysoko urodzeni, domyśliła się Tia. Tak więc w sprawę zamieszane są wielkie rody.

-   Tak   naprawdę   owe   obiekty   nie   są   groźne,   jeżeli   zachowa   się   podstawowe   środki 

ostrożności - dodał pośpiesznie profesor. - Jednak kimkolwiek jest ten, kto wydobywa te rzeczy, 

nie przejmuje się środkami bezpieczeństwa. On po prostu je zbiera i czyści z kurzu.

Tia skrzywiła się wewnętrznie i zauważyła, że to samo zrobił Alex. Stwierdzenie, że jakiś 

szmugler “czyści" znaleziska, było tym samym,  co powiedzenie kolekcjonerowi monet, iż jego 

bratanek wypolerował do połysku zbiory.

- Następnie wkłada je w skrzynie  i sprzedaje. - Profesor Barton westchnął. - Nie mam 

pojęcia, dlaczego ludzie zajmujący się tym nie zapadają na chorobę. Może są uodpornieni. Bez 

względu na przyczynę takiego stanu rzeczy odbiorcy tych przedmiotów pragną, by uczynić coś w 

tej sprawie.

Jego wyraz twarzy powiedział jej więcej niż słowa. Wysokie rody były zainteresowane tym, 

by Instytut, jako oficjalna organizacja, odnalazł przemytnika i rozprawił się z nim.

Oczywiście nie można było liczyć na to, że ktokolwiek z nich powie, w jaki sposób stał się 

posiadaczem skarbów. Nikt z nich nie miał pojęcia, co to jest czarny rynek. Nikt nie domyślał się 

zatem, że zaprzestanie tego procederu wybawi ich od chorób.

Wielkie   rody   były   zbyt   zamożne,   zbyt   władcze,   by   osobiście   zająć   się   problemem. 

Przymykały po prostu oczy na fakt nielegalnego pochodzenia antyków.

Hmm. Może z wyjątkiem chwil takich jak ta. Kiedy zostały srodze skarcone.

- W związku z zagrożeniem chorobą domagają się oni konkretnych działań - powiedział 

Sinor.

Ktoś ze środowiska szepnął słówko i trzeba było iść tym tropem. Coś dziwnego było w tej 

całej historii. Coś tu nie pasowało. Nie wiedziała jednak co.

- Nie muszę chyba mówić nikomu z was, jak niebezpieczne jest nabywanie tych rzeczy - 

dodał profesor Bar - ton. - Oczywiste jest, że przemytnicy nie zachowują podstawowych zasad 

ostrożności.   Narasta   prawdopodobieństwo,   iż   ktoś   ukradnie   jedną   z   tych   sprzedawanych   za 

ogromne sumy rzeczy lub też odnajdzie źródło ich pochodzenia.

Masz na myśli slumsy, profesorze? Czyżby coś sugerował?

Tia postanowiła dać do zrozumienia, że przejęli się z Alexem całą tą sprawą.

-   Rozumiem,   co   panowie   mają   na   myśli   -   odrzekła.   -   Choroba   może   bardzo   szybko 

rozprzestrzenić się w tym rejonie. Coś, co nie jest tak naprawdę groźne dla kilkuset wybranych, 

background image

może stać się śmiertelnym niebezpieczeństwem dla milionów.

Będzie  to prawdziwa epidemia  i gigantyczny problem do rozwiązania,  pomyślała.  Była 

pewna, że wiedział, co ona w związku z tym czuje. Znał przecież jej przeszłość. W ich świecie nie 

żyło zbyt wiele Hypatii. Poza tym Barton był bezpośrednim szefem Poty i Braddona. Musiał zatem 

znać jej historię. Prawdopodobnie to właśnie chciał wykorzystać.

- Dokładnie tak, Hypatio - potwierdził Sinor, odpowiadając w pewnym sensie na jej myśli.

- Mam nadzieję, że nie planujecie użycia nas jako tropicieli przemytników? - zasugerował 

spokojnie   Alex.   -   Nie   mamy   pozwolenia   na   uzbrojenie,   a   nie   chciałbym   siedzieć   na   ogonie 

przemytników bez odpowiedniej artylerii na pokładzie!

Innymi   słowy,   panowie,  nie   jesteśmy   tak  głupi,   nie  lubimy  aż   tak  się   poświęcać  i   nie 

lecimy.   To   wszystko   brzmiało   zbyt   pretensjonalnie,   trochę   jakby   sztucznie,   Gdyby   Sinor 

powiedział im, że nie oczekują od nich złapania przemytników...

-   Nie   -   odparł   uspokajająco   Sinor;   zbyt   uspokajająco.   -   Mamy   do   tego   specjalnie 

wyszkoloną dywizję pościgową. Istnieje jednak możliwość, że dostawą tych przedmiotów zajmuje 

się   ktoś   lub   raczej   kilka   osób   pracujących   w   grupach   poszukiwawczych.   Ponieważ   eksponaty 

pojawiły się po raz pierwszy w naszym sektorze, przypuszczamy, że pochodzą właśnie stąd.

Zbyt proste, zbyt oczywiste. To jakaś zmyślona historia. Ale po co?

- Zatem chcecie, żebyśmy mieli otwarte oczy podczas naszych misji? - podsumował Alex.

-   Tworzycie   unikatowy   zespół   -   stwierdził   profesor   Barton.   -   Obydwoje   znacie   się   na 

archeologii. Hypatia doskonale zna system prowadzenia wykopalisk. Wiemy, że będziecie w stanie 

rozpoznać interesujące nas przedmioty. Nawet jeżeli zauważycie tylko ich ślad; jakieś okruchy waz 

lub   zniszczone   kawałki   biżuterii.   Myślę,   że   świetnie   będziecie   wiedzieli,   z   czym   macie   do 

czynienia.

- Sądzę, że możemy to zrobić - odpowiedziała ostrożnie Tia. - Możemy trochę powęszyć 

bez wzbudzania podejrzeń.

-   Dobrze.   Tego   od   was   oczekiwaliśmy.   -   Tym   razem   profesor   wydawał   się   bardzo 

ożywiony. - Myślę, że nie muszę dodawać, iż otrzymacie za to dodatkową zapłatę.

- To miłe z waszej strony - stwierdził uroczo Alex. Dwie osobistości zniknęły z ekranu, zaś 

Alex natychmiast zwrócił się do Tii.

- Czy tobie też to wszystko wydało się dość sztuczne? - zapytał.

- Cóż, przedmioty, których poszukują, są chyba prawdziwe - odpowiedziała, odtwarzając 

rozmowę i analizując każde słowo. - Z pewnością jednak nie wyjaśnili nam wszystkiego.

Alex usiadł wygodnie w fotelu, podkładając ręce pod głowę.

- Może ów przemyt  jest źródłem finansowania działalności szpiegowskiej albo jakiegoś 

background image

ruchu terrorystycznego? - zastanawiał się. - Może kupują za to broń?

Skończyła przeglądanie rozmowy. Wyłowiła z niej coś, co ją zaintrygowało. Powiększyła 

obraz wazy i wyświetliła go na głównym ekranie.

- Coś mi tu nie gra - rzekła. Alex spojrzał na ekran.

- Czy w podstawie wazy nie wywiercono czasem dziury? - spytał. - Wywiercono i potem ją 

zamaskowano?

- Bardzo możliwe. - Wyostrzyła obraz. - Nie wydaje ci się, że ona jest trochę za gruba?

- W rzeczy samej - zgodził się. - Wiesz co... oni twierdzą, że są to “antyczne przedmioty". 

A jeśli to nieprawda?

- Nie byłyby nic warte, chyba że... Nagle znała już odpowiedź.

- Mam! - wykrzyknęła i szybko połączyła się z biblioteką Instytutu, przeszukując dział 

archiwum.

Przypomniało jej się coś z dzieciństwa. Pamiętała, że był to nieprzeciętny sposób przemytu 

i że Pota wspomniała jej kiedyś o tamtej sprawie.

Jeden z archeologów został wciągnięty do współpracy przez bosa gangu narkotykowego. W 

ten sposób miał on swojego człowieka w Centrali. Podobnie na planetach, gdzie prowadzono mało 

istotne wykopaliska, starano się uzależnić jakiegoś archeologa od narkotyku zwanego “Paradise". 

Łatwo udawało się go wtedy zmusić do współpracy.

Na obrzeżach świata spokojnie można było  dokonywać machinacji polegających  na nie 

kontrolowanym   przewozie   narkotyków.   Im   bliżej   centrum   światów,   tym   sprawa   była   bardziej 

skomplikowana. Oczywiście transport publiczny nie wchodził w rachubę.

Jednak   tutaj,   w   sercu   cywilizacji,   znaleziono   inny   wyśmienity   sposób   przemytu. 

Wykorzystano transport, który był tak niewinny, tak mało istotny, że celnicy nie zwracali na niego 

uwagi. Chodziło o przewóz zabytków do Instytutu.

Dostawca   narkotyków   ukrywał   je   po   prostu   w   podrobionych   starożytnych   naczyniach. 

Współpracujący archeolog pilnował, by te przedmioty znalazły się na odpowiednim wahadłowcu. 

Jednocześnie rzeczy tych nikt nie katalogował. Kiedy transport docierał do Instytutu, pozostawał 

zapieczętowany   w   doku   wyładowczym   co   najmniej   przez   dobę.   W   tym   czasie   przemycane 

przedmioty znikały z pokładu statku, a ponieważ nie były nigdzie spisane, nikt tego nie zauważał.

Rzecz   wydała   się   przez   nadgorliwego   studenta,   który   pewnego   razu   zinwentaryzował 

wszystkie przedmioty znajdujące się na pokładzie, i kiedy okazało się, że część z nich zniknęła, 

zawiadomiono policję.

Tia przedstawiła Alexowi swoje odkrycie.

- Co o tym myślisz? - spytała, kiedy skończył się holos.

background image

-   Sądzę,   że   w   zachowaniu   naszego   przyjaciela   w   szaro   -   niebieskiej   tunice   było   coś 

dziwnego. Coś, co przywodziło na myśl słowo “policjant" - zauważył. - Myślę, że masz rację. Ktoś 

znowu próbuje tego samego numeru. Tym razem jednak chcą wejść bezpośrednio na czarny rynek.

Tia włączyła się do sieci i odszukała polityka o nazwisku Sinor. Znalazła jednego, ale nie 

przypominał on w niczym człowieka, z którym rozmawiali przed chwilą.

- Sztuczka polega przypuszczalnie na tym, że jeżeli ktoś zobaczy dok pełen szmuglowanej 

porcelany,   nie   pomyśli   o   narkotykach.   -   Tia   czuła,   iż   jej   dedukcja   jest   słuszna,   zwłaszcza   że 

zdemaskowała Sinora. Oczywiście mogła się mylić, na razie nie była w stanie tego sprawdzić, 

jednak...   -   Najgorsze,   co   się   może   przytrafić   przemytnikowi   zabytków,   to   grzywna   lub 

krótkotrwały areszt. Władze nie przejmują się nimi zbytnio, nawet jeżeli chodzi o duże pieniądze, 

dla których można zabić.

- Ciekawe w takim razie, czego chcą od nas? - Alex przeczesał ręką włosy. - Czy sądzą, że 

znajdziemy tego przemytnika?

-   Myślę,   że   podejrzewają,   iż   ten   ktoś   znowu   nawiązał   kontakt   z   kimś   obsługującym 

niewielkie  wykopaliska.  Przy okazji,  nie myliłeś  się co do tego  Sinora. Lub inaczej:  osobnik, 

którego widzieliśmy, nie jest facetem z Instytutu. - Znowu coś jej przyszło na myśl. - Wiesz co, być 

może ich historia nie jest do końca zmyślona. W takich kosztownościach nie ma zbyt wiele miejsca 

do ukrycia narkotyków. Być może ktoś zaczął przemycać prawdziwe dzieła sztuki, a następnie 

zwąchał się z kimś z syndykatu narkotykowego i został zmuszony do szmuglowania podróbek z 

narkotykami w środku.

 - Wydaje się, że to brzmi rozsądnie! - zawołał Alex. - Teraz wszystko zdaje się pasować. 

Wchodzimy w to?

- Ta - ak - odpowiedziała powoli. - Jednak z dużą dozą ostrożności. Nie mamy właściwego 

przeszkolenia ani broni. Jeżeli na coś wpadniemy, złożymy raport i będziemy się trzymali z boku.

- Oczywiście, moja pani - zgodził się z ożywieniem Alex. - Nie jestem tchórzem, ale też nie 

jestem   głupcem.   Nie   podpisywałem   umowy   z   twórcami   programu   BB   po   to,   by   teraz   zostać 

unicestwionym przez jakiegoś rzezimieszka. Gdybym pragnął tego typu rozrywek, przeszedłbym 

się po portowych uliczkach, brzęcząc przy tym gotówką. Po co wymyślili tę historyjkę o zarazie?

- Prawdopodobnie chcieli nas w ten sposób skusić - powiedziała po chwili. - Znają naszą 

sprawę z wirusem zombi. Wiedzą, że to nas zainteresuje. Poza tym chcieli zyskać pewność, że nie 

będziemy tego dotykać. W ten sposób nie mielibyśmy pojęcia o narkotykach.

Wydał odgłos niezadowolenia.

-  Nie  sądzisz,  że  powinni  nam  zaufać   i  opowiedzieć   prawdziwą  historię?  Mam  ochotę 

rzucić tę całą sprawę dlatego, że nam nie zaufali. Nie zrobię tego - dodał pośpiesznie - ale mam 

background image

ochotę.

Zaczął przygotowywać statek do drogi. Tia włączyła kanał kontrolujący ruch kosmiczny, 

lecz myślami była cały czas gdzie indziej. Zastanawiała się, czy odgadli wszystko, co było istotne 

w całej tej sprawie.

Coś nie dawało spokoju Alexowi. Machinalnie odtwarzał ich rozmowę, próbując uchwycić 

problem.  Kiedy ponownie   odtworzył  nagranie  z   profesorem  Bartonem  i   osobnikiem   udającym 

Sinora, zdał sobie sprawę, co go dręczyło.

Tia  doskonale wiedziała,  że profesor Barton jest prawdziwy - bez sprawdzania.  Barton 

natomiast zwracał się do niej tak, jakby znał jej przeszłość.

Alex tak naprawdę nigdy nie zastanawiał się nad jej pochodzeniem. Sądził, że była podobna 

do   wszystkich   innych   znanych   mu   ludzi   z   kapsuł,   zamkniętych   w   nich   zaraz   po   urodzeniu   z 

powodu nieuleczalnych defektów. Rodzice z reguły wkrótce zapominali o takich dzieciach ciesząc 

się, że pozbyli się problemu.

Co takiego właściwie powiedział profesor? “Obydwoje znacie się na archeologii. Hypatia 

doskonale zna system prowadzenia wykopalisk".

Z tego, co wiedział, program ludzi z kapsuł był tak przeładowany, że nie przewidywano w 

nim miejsca na uprawianie hobby. Dopiero po przekroczeniu progu świata zewnętrznego ludzie z 

kapsuł mieli odrobinę wolnego czasu dla siebie. Nauczanie w Szkole - Laboratorium było tak 

intensywne, że nawet gry i zabawy z kolegami były z góry zaplanowane. Nie starczało miejsca i 

czasu na dodatkowe zajmowanie się archeologią. W programie szkoły natomiast nie omawiano 

szczegółowo zagadnień archeologiczych.

Jedynym sposobem poznania pracy przy wykopaliskach było przebywanie tam osobiście.

Teraz dopiero zrozumiał, co naprawdę powiedziała mu kiedyś Tia. “Cade'owie poznali się 

podczas rekonwalescencji po przebytej pląsawicy Hendersona". Tego typu informacje nie mogły 

być znane komuś, kto interesuje się tylko archeologią, a nie zna osobiście... archeologów!

Pod   pozorem   przeglądania   materiałów   na   temat   wykopalisk   związanych   z   EsKaysami, 

wywołał   informage   dotyczące   ostatniego   pobytu   Cade'ów   na   stanowisku,   gdzie   poszukiwano 

śladów EsKaysów.

I tam to znalazł. C - 121. Obsługa: Braddon Maartens - Cade, Pota Andropolous - Cade. 

Dodatkowo: Hypatia Cade, wiek: siedem lat.

Hypatia Cade; przetransportowana AI - trzmielem Służb Medycznych do stacji szpitalnej 

“Duma  Albionu" z objawami  nieznanej  choroby.  Braddon i Pota trafili  do izolatki.  O Hypatii 

więcej nie słyszano. Prawdopodobnie zmarła, nie było to jednak potwierdzone.

background image

W   galaktyce   nie   żyło   zbyt   wiele   dziewcząt,   które   miały   la   imię   Hypatia. 

Prawdopodobieństwo, że jeszcze jakaś Tia została przetransportowana w tym samym czasie do 

tego  samego  szpitala  było  nikłe.  To, że  przyjaciel  jego Tii,  doktor  neurologii  i neurochirurgii 

Kennet Uhua - Sorg, leczył w tym samym czasie inną Tię, było wręcz nieprawdopodobne.

Zakończył  przeglądanie danych  i poczuł się, jakby ktoś bezlitośnie zdzielił go kłodą w 

głowę.

Och, duchy kosmosu. Kiedy wybrała mnie na swego mięśniowca, wzniosłem toast: niech 

nasza przyjaźń i współpraca będzie tak owocna, jak państwa Cade'ów. A niech to. Dziwne, że od 

razu wtedy nie wyrzuciła mnie przez otwór wentylacyjny.

-   Tio   -   odezwał   się   ostrożnie   w   ciszy   kabiny.   -   Chciałbym...   uch...   Chciałbym   cię 

przeprosić.

- A więc nareszcie to odkryłeś. - Ku jego zaskoczeniu zabrzmiało to wesoło. - Tak. Ja 

jestem Hypatią Cade. Chciałam ci o tym już dawno powiedzieć, ale bałam się, że będzie ci przykro, 

iż sam na to nie wpadłeś. Myślę, że zdajesz sobie sprawę, iż każdy twój akces do systemu jest 

kontrolowany przeze mnie.

- Cóż, wydawało  mi  się, że jestem dość sprytny - stwierdził z grymasem na twarzy.  - 

Sądziłem,   że   dostatecznie   dobrze   zamaskowałem   swoje   poszukiwania,   byś   ich   nie   zauważyła. 

Naprawdę jest mi bardzo przykro, jeżeli sprawiłem ci ból.

- Och, Alex. Nie tylko byłeś nietaktowny i pozbawiony poczucia smaku, ale i głupi, jeżeli 

zrobiłeś to specjalnie. - Roześmiała się. Bardzo lubił jej głęboki, szczery śmiech. Często opowiadał 

jej dowcipy, by go usłyszeć. - Mniejsza z tym. Myślę, że teraz jesteś jeszcze bardziej ciekawy. Co 

chcesz o mnie wiedzieć?

- Wszystko! - wybuchnął, by zaraz zmienić ton. - Oczywiście, jeżeli nie masz nic przeciwko 

temu.

- Jasne, że nie! Miałam bardzo szczęśliwe dzieciństwo i szczerze mówiąc, korciło mnie, by 

opowiedzieć ci o mamie i tacie, zamiast ich przed tobą ukrywać. - Tym razem nie roześmiała się, 

tylko zachichotała. - Czasami czułam się, jakbym ukrywała sekret kochanków, o których świat nie 

może wiedzieć.

- A więc utrzymujesz cały czas kontakt z rodzicami? - spytał Alex zaskoczony.

Było   to   coś   całkowicie   sprzecznego   z   tym,   co   wiedział   o   ludziach   z   kapsuł   jeszcze   z 

Akademii i od Jona Chernova. Ludzie z kapsuł nie miewali rodzin; najbliższymi im osobami byli 

inspektorzy i koledzy szkolni.

-   Oczywiście,   że   utrzymuję   z   nimi   kontakt.   Jestem   ich   największą   wielbicielką.   Jeżeli 

archeolodzy mogą mieć wielbicieli. - Jej ekran centralny zabłysnął. Pojawiły się na nim wizerunki 

background image

Poty i Braddona w kunsztownie zdobionych zbrojach. - Oto fragment ich ostatniego listu; właśnie 

wykopali stare zbroje i to, co znaleźli, zmieni pewne utarte sądy na temat starożytności. Na tych 

zbrojach, pochodzących z epoki brązu, widoczne są żelazne płaty.

- Nie!

Patrzył   zafascynowany   nie   tylko   na   zbroje.   Szczególnie   na   Potę   i   Braddona,   którzy 

uśmiechali się i pozdrawiali swoje dziecko jak żaden znany mu rodzic. Pota wskazała na jakiś 

szczegół   swojego   ubioru,   a   Braddon   w   tym   czasie   poruszał   ustami,   coś   wyjaśniając.   Tia   nie 

włączyła dźwięku, a Alex nie potrafił ze swego fotela odczytać znaczenia słów z ruchu warg.

- Może nie jest to najistotniejsze, ale nigdy cię nie okłamałam - mówiła dalej. - Naprawdę 

chcę   odnaleźć   świat   EsKaysów,   lecz   przede   wszystkim   po   to,   by   odkryć   wirusa,   który   mnie 

powalił. - Na dwóch bocznych ekranach pojawiły się inne, starsze zdjęcia. - Zanim zapytasz, mój 

drogi, oto jestem. Po prawej stronie widzisz mnie podczas przyjęcia z okazji moich siódmych 

urodzin, po lewej - widzisz mnie z Teodorem Misiem i mięśniowcem Moiry, Tomasem. Ted jest 

prezentem właśnie od nich. - Przez chwilę milczała. - Sprawdzałam raz jeszcze. Tak, to ostatnie 

dobre   zdjęcie,   które   mi   zrobiono.   Pozostałe   są   ze   szpitala,   ale   pokazuję   je   tylko   mojemu 

neurologowi.

Alex spoglądał na oba zdjęcia, ukazujące tę samą bystro - oką, śliczną dziewczynkę. Była 

niesamowicie ładnym dzieckiem o ciemnych włosach, niebieskich oczach i szczupłej, delikatnej 

twarzy, z której nie znikał uśmiech.

- W jaki sposób dostałaś  się do programu ludzi z kapsuł? - spytał. - Myślałem,  że nie 

przyjmują nikogo powyżej pierwszego roku życia!

- Nie przyjmowali aż do mojego przypadku - odpowiedziała. - A to za sprawą doktora 

Kenny'ego i Larsa, szefa infrastruktury szpitalnej; to dzięki ich staraniom uwierzono we mnie. 

Uwierzono, że jestem na tyle inteligentna, by zdawać sobie sprawę z tego, co mi się przytrafiło. 

Mówiąc wprost - że już nigdy nie będę mogła się poruszać o własnych siłach.

Wzdrygnął się.

- Rozumiem, dlaczego nie chcesz, by ktokolwiek inny zapadł na tę chorobę.

-   Właśnie.   -   Wygasiła   obraz,   zanim   zdołał   bliżej   przyjrzeć   się   zdjęciom.   -   Po 

doświadczeniach ze mną, zaczęto przyjmować do Szkoły - Laboratorium także starsze dzieci. Do 

dzisiaj przyjęto już trójkę, ale żadne z nich nie jest starsze ode mnie.

- Och, moja pani. Jakże niesamowitym musiałaś być dzieckiem! - powiedział, dokładnie 

akcentując każde słowo.

- Lizus - odparowała, ale w jej głosie dało się słyszeć nutkę zadowolenia.

- Mówię szczerze. - Nie dał się zbić z tropu. - Zanim zjawiłem się u ciebie, byłem na 

background image

rozmowach z dwoma statkami. Żaden z nich nie miał twojej osobowości. Ja szukałem kogoś jak 

Jon Chernov; oni byli jak AI - Już wcześniej wspominałeś o Jonie - rzekła nieco zaskoczona. - Jaki 

on ma związek z tym, co nas łączy?

-   Nie   mówiłem   ci?   -   zdziwił   się   i   palnął   się   dłonią   w   czoło.   -   A   niech   to,   nic   nie 

powiedziałem!   Jon   jest   człowiekiem   z   kapsuły.   Był   nadzorcą   infrastruktury   stacji,   na   której 

pracowali moi rodzice.

- Och! - zawołała. - To dlatego...

- Co dlatego?

-   Dlatego   traktowałeś   mnie   od   początku   normalnie.   Patrzyłeś   na   kolumnę,   pytałeś   o 

pozwolenie  wejścia  na pokład,  pytałeś  o rodzaj  muzyki,  jakiej  chciałabym  słuchać  w głównej 

kabinie.

- Jasne, że tak! - powiedział z uśmiechem. - Zanim udało mi się opuścić Akademię, Jon 

upewnił się, czy mam odpowiednie maniery, by współpracować z ludźmi z kapsuł. Dopiero by mi 

dał, gdybym kiedykolwiek zapomniał, że tu jesteś i że jesteś tym członkiem załogi, który nie może 

sobie pójść i zamknąć się w swojej kabinie.

- Opowiedz mi o nim - namawiała go.

Długo się zastanawiał, zanim przypomniał sobie, kiedy zaczął rozmawiać z Jonem.

- Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że on jest wokół mnie, kiedy miałem trzy, może 

dwa latka. Moi rodzice są technikami chemicznymi na jednej ze stacji poszukiwawczych Lily - 

Baer. W tamtym czasie nie było na stacji wiele dzieci, gdyż była nowa i jej personel stanowili 

ludzie młodzi. Ponieważ dziećmi nie miał się kto zajmować, przypuszczam, że Jon zgłosił się na 

ochotnika do opieki nade mną, gdy nie było w domu moich rodziców. Nie była to ciężka praca, 

musiał tylko pilnować, by drzwi do mojego pokoju były zamknięte i by roboty domowe o czasie 

mnie nakarmiły.  Myślę jednak, że w pewnym sensie urzekłem go i zaczął ze mną rozmawiać, 

opowiadać mi bajki, wreszcie programować roboty,  by się ze mną bawiły.  - Zaśmiał się. - W 

pewnym momencie rodzice zaczęli obawiać się, że wymyśliłem sobie niewidzialnego przyjaciela. 

Ponieważ zupełnie z tego nie wyrastałem, chcieli posłać mnie do psychiatry. Na szczęście wtedy 

ujawnił się Jon i powiedział im, że to on jest tym niewidzialnym przyjacielem.

Tia śmiała się szczerze.

- Wiesz już, że Moira i ja znamy się od dawna. Odkąd pamiętam, ona zawsze była statkiem 

kurierskim, który zaopatrywał moich “starszych". Dzięki temu tak długo się znamy.

- Zatem jesteś przyzwyczajona do przyjaciół, których nie możesz zobaczyć, ale z którymi 

możesz porozmawiać. Kiedy poszedłem do szkoły, Jon w pewnym sensie zniknął z mojego życia, 

dopóki nie zacząłem grać w szachy. On jest świetnym graczem; kiedy zauważył, że regularnie 

background image

ogrywam komputer, przypomniał sobie o mnie i znowu się pojawił.

W samym środku gry. Od tej pory zacząłem przegrywać - przypominał sobie wciąż lekko 

podekscytowany.

- Cóż mogę powiedzieć? - spytała retorycznie.

-   Myślę,   że   nie   powinienem   się   skarżyć.   Od   tamtej   pory   został   moim   najlepszym 

przyjacielem. Był jedynym człowiekiem, który podzielał moje zainteresowania archeologią. Kiedy 

okazało się, że moi rodzice nie będą w stanie opłacić studiów na uniwersytecie, pomógł mi dostać 

się do Akademii. Nie wiem, czy wiesz, ale rekomendacje człowieka z kapsuły liczą się dwa razy 

więcej niż od kogokolwiek innego.

- Naprawdę?! - zawołała szczerze zdziwiona. - Czy aż tak ufają naszej ocenie?

- Słyszałaś jego przekazy. Jest tak samo jak ja zadowolony z tego, jak potoczyły się sprawy. 

- Rozłożył ręce. - I to wszystko, co można powiedzieć na mój temat.

- Z grubsza - odparła chłodno. - Wyjaśnia to jednak parę kwestii.

Kiedy  Alex  przygotowywał  się   tego  wieczoru   do  snu,  wiedział,   że  nie  zaśnie.   Zawsze 

myślał o Tii jak o osobie. Teraz jednak ta osoba miała konkretną twarz.

Jon Chernoy pokazał mu kiedyś, jak prawdopodobnie wyglądałby, gdyby żył poza kapsułą. 

Alex musiał użyć całej siły woli, żeby nie dać po sobie poznać, jakie wrażenie wywarł na nim ów 

widok. Po tym przeżyciu postanowił nie wiązać głosu z wyobrażeniem twarzy. Znał rysy twarzy 

nie pochodzące od homo sapiens, które wyglądały bardziej ludzko niż oblicze biednego Jona.

Lecz Tia była po prostu ładnym dzieckiem. Z pewnością wyrosłaby na wspaniałą kobietę. 

Zamknięta   w   tej   kapsule   jest   może   wspaniałą   kobietą.   Normalna   dziewczyna   pozbawiona 

normalnego życia. Jak marionetka z obciętymi sznurkami. Nie zamierzał rozbić jej kolumny; nie 

pociągały go istoty pozbawione życia. Kiedyś spróbował miłości z seksdroidem, ale czuł się potem 

brudny i wykorzystany.

Mimo to jej przypadek wydawał mu się szczególnie tragiczny. Przypadek Jona i jego życie 

w kapsule było czymś, co każdy uważał za naturalne, jedynie możliwe Tia...

Jednak była szczęśliwa. Była tak samo szczęśliwa, jak każdy z jego szkolnych kolegów. 

Gdzie tu zatem kryła się tragedia? Czyż nie tylko w jego umyśle?

Tylko w jego umyśle...

background image

CZĘŚĆ SZÓSTA 

Alex byłby szczęśliwy, gdyby ostatnie dwanaście godzin w ogóle nie miało miejsca.

Wrócili z Tią do Bazy Diogenesa po burzliwej wyprawie i oczekiwali na kolejny lot. Tym 

razem mieli zabrać ze sobą pasażerów. Ponieważ jednak ich “ładunek" miał przybyć zwykłymi 

liniami kosmicznymi z Instytutu i Centrali, spodziewali się go dopiero za parę dni.

Zyskał zatem trochę wolnego czasu dla siebie. W bazie czekało na niego wiele rozrywek i 

postanowił z nich skorzystać. Teraz strasznie żałował... och, nie z jakichś poważnych przyczyn. 

Nie zalał się ani nie wpakował w kłopoty. Nie. Po prostu głupio się zachował.

Po prostu.

Włóczył się, szukając towarzystwa w sektorze portowym, zaglądając do pubów i barów. 

Otrzymał  kilka  zaproszeń,  ale   przyjął  tylko   jedno:   od  czarnowłosej,  niebieskookiej,  cudownej, 

małej istoty o zaraźliwym,  głębokim śmiechu. Miała na imię Bet i była  czwartą już w swojej 

rodzinie amatorką lotów kosmicznych.

Nie zastanawiał się, dlaczego ją właśnie wybrał, nie pomyślał nawet, dlaczego odstąpił od 

swych   stałych   upodobań,   czyli   brązowookich   kobiet,   o   kasztanowych   włosach   i   atletycznej 

budowie ciała. Poznał dziewczynę, która była szefem załogi frachtowca, i było mu z nią dobrze. 

Obejrzeli spektakl, zjedli kolację i zdecydowali się spędzić noc w pokoju hotelowym.

Przez cały ten czas nie zastanawiał się nad przyczyną swojego wyboru i nagle przyszedł 

moment refleksji. Podczas jednej z intymnych chwil powiedział do niej: “Tia".

Myślał, że umrze tam wtedy. Na szczęście młoda dama była inteligentna; zaśmiała się, 

nazwała go “Grigori" i obróciła wszystko w żart. Kiedy się żegnali, pocałowała go i rzekła mu, że 

jego Tia jest szczęściarą i żeby ją od niej pozdrowił.

Dzięki duchom kosmosu nie musiał mówić jej prawdy. Wszystko, co zauważyła, to mundur 

Organizacji Światów Centralnych i jego zachowanie sugerujące kontakt z lotami kosmicznymi, nic 

poza tym. Z pewnością nie pomyślała, że jest mięśniowcem, a on nie wyjaśnił jej, co robi dla Służb 

Kurierskich.

Zamiast   wrócić   na   statek,   zaczął   się   wałęsać.   Trafił   do   superkosmicznego   wesołego 

miasteczka i wybrał pięć najbardziej piekielnych przygód, jakie tam oferowali. Dopiero po piątej 

jego zażenowanie ustąpiło, ochłonął nieco i zaczął myśleć o przyszłości.

W   żaden   sposób   jednak   nie   umiał   zapomnieć   o   tym,   co   się   stało.   Całe   szczęście,   że 

dziewczyna   nie   domyśliła   się,   kim   jest   Tia.   Mięśniowcy   mają   o   wiele   cięższe   przeprawy   z 

konsultantami. Centrala nie puszczała płazem podobnych wykroczeń. Obawiano się, iż może to 

background image

doprowadzić do takiej obsesji, że mięśniowiec zapragnie człowieka z kapsuły fizycznie, a to byłby 

koniec dla całego statku.

Wrócił do doków z mieszanymi uczuciami. Nie miał pojęcia, co z tym wszystkim począć. 

Nie wiedział, czy w ogóle można coś z tym zrobić.

Tia jak zwykle czule powitała swojego mięśniowca, gdy tylko pojawił się na pokładzie. 

Dała mu trochę czasu, żeby doprowadził się do porządku. Oczywiście porządku według pojęć 

Alexa.

- Dostałam spis pasażerów - powiedziała, kiedy zajął się swoimi zwykłymi obowiązkami. - 

Chcesz go zobaczyć? Dowiesz się, czego możemy się spodziewać przez kilka następnych tygodni.

- Jasne - odrzekł Alex, ożywiając się trochę.

Prezentował się bardzo kiepsko, kiedy wrócił; Tia stwierdziła, że trochę za ostro świętował. 

Nie wyglądał na skacowanego, ale prawdopodobnie przez ostatnie dwa dni spędzał aktywnie czas 

przynajmniej przez dwadzieścia dwie godziny na dobę. Gdy opadł na swój fotel, włączyła dla niego 

ekran.

- Oto kierownik naszej grupy, doktor Izak Hollister - Aspen.

Był to najstarszy z pasażerów; doktor czterech nauk, chudy jak słomka, gładko ogolony, 

siwy   jak   gołąbek.   Sprawiał   wrażenie   człowieka,   który   powinien   się   złamać   przy   pierwszym 

podmuchu wiatru.

- Ma cztery doktoraty, opublikował dwanaście książek i dwieście artykułów. Do tej pory 

był  już szefem dwudziestu zespołów  poszukiwawczych.  Ma podobno niezłe  poczucie  humoru. 

Posłuchaj.

Odtworzyła wybrany fragment.

-   Muszę   nadmienić   -   mówił   Aspen   skrzeczącym,   nierównym   głosem   -   że   kilku   moich 

kolegów sugerowało, iż powinienem siedzieć przy biurku i pozwolić młodszym zająć się pracą na 

terenie wykopalisk. Góż - kontynuował z chytrym uśmieszkiem - zamierzam pójść za ich radą. 

Będę siedział za biurkiem w mojej kopule i pozwolę młodszym grzebać się w pyle planety. To 

będzie chyba rozsądne rozwiązanie.

Alex zarechotał.

- Podoba mi się. Już się bałem, że to będzie nudna podróż.

- Na pewno nie z nim na pokładzie. A oto jego zastępca, podwójny doktor Siegfried Haakon 

- Fritz. Gdyby ten tu dowodził, czekałaby nas dość ponura wycieczka.

Przywołała   obraz   Fritza.   Był   to   facet   o   kwadratowej   szczęce,   oczach   bez   wyrazu   i 

monumentalnych rysach twarzy. Mógł stanowić model dla posągu ortodoksyjnego komunisty, na 

przykład:   Robotnik   w   służbie   strefy   albo   Człowiek   cnoty   w   poszukiwaniu   nawrócenia.   Jego 

background image

fizjonomia   nie   zdradzała   czegoś   takiego   jak   poczucie   humoru.   Wydawało   się   Tił,   że   gdyby 

spróbował się uśmiechnąć, to głowa pękłaby mu na pół.

- To wszystko, co mam. Pięć minut milczenia. Nie powiedział ani słowa. Być może nie ufa 

nagraniom i dlatego nie przemówił.

- Dlaczego? - spytał Alex zdziwiony. - Ma jakiś wewnętrzny uraz do nagrywania własnego 

głosu?

- Jest praktykującym darwinistą - powiedziała.

- Och, bracie! - wykrzyknął Alex z obrzydzeniem. Praktykujący darwiniści byli uważani za 

dziwaków   i   Tia   była   szczerze   zdziwiona,   że   ktoś   taki   znalazł   się   w   Instytucie.   Generalnie 

traktowano ich jako przedstawicieli paranauki. Osobiście Tia także nie uznawała nauk politycznych 

za dziedzinę poważnych poszukiwań.

- Jego zapatrywania polityczne nie są jasne - mówiła dalej. - Ponieważ jednak nic na niego 

nie   znaleziono,   w   danych   zapisano,   że   nie   zawsze   jego   zapatrywania   zgadzały   się   z   polityką 

Instytutu. Tak zazwyczaj określa się kogoś, komu raczej się nie ufa; mimo to nie ma podstaw do 

usunięcia go ze stanowiska czy w ogóle z Instytutu.

- Rozumiem - rzekł Alex. - Zatem ani słowa o polityce w jego pobliżu. Będzie to temat 

zakazany w głównej kabinie. Kto następny?

- Pracownicy naukowi. Ci mają już doktoraty z innych dziedzin, lecz teraz pracują nad 

doktoratem   z   archeologii.   -   Podzieliła   główny   ekran   na   dwie   części   i   zaprezentowała   ich 

równocześnie. - Po prawej Les Dimand - Taylor, homo sapiens, po lewej Treelrish - Yrnal - Leert, 

z rasy Rayanthan. Treel jest płci żeńskiej. Les ma doktorat z biologii, Treel z ksenologii.

- Hmm, czy dla Treel jej specjalizacja nie jest zbyt “ludzka"? - spytał Alex.

Les był postawnym, mocno opalonym facetem, o miłej powierzchowności. Tylko jego oczy 

były nieprzeniknione. Treel wyglądała na ssaka zimnego chowu, gdyż od kości policzkowych w 

dół pokrywało  ją gęste, brązowe futerko. Jej  duże, okrągłe oczy patrzyły  bystro  wprost przed 

siebie, widząc wszystko. Odnosiło się wrażenie, że przez te oczy nagrywa każdy szczegół.

-   Nie   mam   niestety   ich   głosów,   tylko   statyczny   obraz   -   kontynuowała   Tia.   -   Oboje 

podlegają bezpośrednio Aspenowi.

- Nie kamiennej twarzy? - spytał Alex. - Zresztą to logiczne. Każdy student lub doktorant 

mu podległy musiałby wyglądać jak jego klonowana kopia. Nie wyobrażam sobie, by ktoś inny 

mógł z nim długo wytrzymać.

-   A   oto   nasi   magistranci.   -   Znowu   podzieliła   obraz.   -   Pracują   nad   swym   pierwszym 

doktoratem. Obaj płci męskiej. Aldon Reese - Tambuto, człowiek, i Fred, z rasy Dushayne.

-   “Fred"?   -   parsknął   Alex.   -   Interesujące.   Dushayne   nie   mógł   wyglądać   bardziej 

background image

“nieludzko". Miał kwadratową, płaską głowę - dosłownie. Był  płaski na czubku głowy; płaska 

twarz, spłaszczone policzki. Był  jasnozielony i nie miał ust, tylko cienką otoczkę wokół jamy 

gębowej.   Dushayne   byli   radykalnymi   wegetarianami.   Na   swej   rodzinnej   planecie   żywili   się 

wyłącznie sokiem z drzew i owoców. Poza ich światem wystarczała im woda z glukozą i inne 

płyny. Charakteryzowali się olbrzymim poczuciem humoru.

- “Fred"? - powtórzył.

- Fred - odpowiedziała spokojnie Tia. - Niewielu ludzi umiałoby wymówić jego prawdziwe 

imię. Jego organ głosu stanowi wibrująca membrana na czubku głowy. Nieźle może posługiwać się 

naszą   mową,   natomiast   my   jego   nie   za   bardzo.   -   Wyłączyła   ekran.   -   Zaoszczędzę   ci   ich 

wypowiedzi; są bardzo podekscytowani, jak wszyscy młodzi naukowcy, a to będzie ich pierwsza 

wyprawa.

- Ratuj mnie! - zawył Alex.

- Masz być miły - powiedziała protekcjonalnie. - Nie pozbawiaj ich złudzeń. Pozwól, by to 

zrobiły następne dwa lata, które tam spędzą.

Zamachał rękami.

- Nie zamierzam uświadamiać im, jaki koszmar ich tam czeka. Ile mają szans na to, że 

zostaną tam na zawsze? Dwadzieścia procent? A będzie ich tylko sześciu.

- Szansę, że złapią coś nie tak makabrycznego są o wiele większe - stwierdziła. - Aktualnie 

honor bycia pechowcem przysługuje przede wszystkim doktorantom i zastępcom szefa. To oni 

bowiem   wykonują   najistotniejsze   prace   przy   wydobywaniu   znalezisk.   Magistranci   zazwyczaj 

przesiewają piasek lub sporządzają katalogi znalezisk.

Alex   już  jej   na  to   nie   odpowiedział,   gdyż   pod  śluzą   pojawili   się   pierwsi   pasażerowie. 

Zjechał na dół windą, by ich przywitać, a Tia wysłała roboty do załadunku bagaży. Obaj młodzi 

“ludzie" zasypali Alexa pytaniami, gdy tylko weszli do windy. Biedak odpowiadał im od czasu do 

czasu, nie pojmując jednak połowy z tego, o czym mówili. Tia postanowiła mu pomóc.

- Witajcie na pokładzie, Fred i Aldon. - Włączyła się w ten nieład swoim jasnym, mocnym 

głosem.

Zamilkli i przez chwilę rozglądali się w poszukiwaniu głośników.

Fred   oprzytomniał   pierwszy.   Ponieważ   jednak   jego   twarz   nie   była   przystosowana   do 

okazywania ekspresji, nauczył się wyrażać ją językiem ludzi.

- Na początku było słowo! - wykrzyknął z przejęciem. - Ty jesteś statkiem mózgowym, 

czyż nie, moja pani?

Niesamowite, ale w jego głosie można było doszukać się typowo angielskiego akcentu.

- Dokładnie tak, sir - rzekła. - AH - 1033, do usług i do rozmowy.

background image

- Ohooo! - odezwał się Aldon z prawdziwym przejęciem. - Polecimy statkiem mózgowym? 

Zaokrętowali nas na statku mózgowym? Ohooo, nigdy nawet nie widziałem takiego statku z bliska. 

Uch, jakie jest twoje prawdziwe imię?  - Powoli się odwrócił, starając się znaleźć  miejsce, do 

którego powinien mówić.

- Hypatia, a krócej Tia - odpowiedziała mile zaskoczona zachwytem i taktem młodego 

człowieka. - Nie zwracaj się do jakiegoś specjalnego miejsca, przyjmij po prostu, że jestem całym 

statkiem. Tak w rzeczy samej jest. Mam nawet oczy w waszych kabinach. - Zaśmiała się na widok 

zakłopotanej miny Aldona. - Nie martw się, nie będę ich używała. Wasze prawo do prywatności 

jest dla nas święte.

- Wskażę wam kabiny i będziecie mogli sobie wybrać którąś z nich - zaoferował Alex. - 

Wszystkie   są   jednakowe;   zarezerwowałem   tylko   jedną,   najbliżej   głównej   kabiny,   dla   doktora 

Hollistera - Aspena.

- Cudownie! - wykrzyknął Aldon. - Ohooo, tu jest lepiej niż na statku pasażerskim! Tam 

musiałem dzielić kajutę z Fredem i jeszcze dwoma innymi facetami.

- Tak było - potwierdził Fred. - Towarzystwo Aldona bardzo mi odpowiadało, ale ci dwaj 

byli, jakby to powiedzieć, zepsutymi młodymi bęcwałami? Mieli aspiracje wysoko urodzonych bez 

najmniejszych do tego podstaw. To było niezwykle meczące i odrobina prywatności dobrze nam 

zrobi. Czy możemy zatem...?

Młodzi archeolodzy układali swoje rzeczy w kabinach, gdy na pokładzie zjawili się dwaj 

ich   starsi   koledzy.   Ci   przybyli   oddzielnie.   Pierwsza   przyszła   Treel,   przyjmując   powitania   ze 

spokojem adeptki sztuki Zeń i wprowadzając się do pierwszej pokazanej jej kajuty.

Tuż po niej przybył Les Dimand - Taylor. Gdy tylko wszedł na pokład, Tia poznała w nim 

eks - żołnierza, mimo że nie zasalutował w kierunku kolumny. Jej przypuszczenia potwierdziły się, 

gdy Alex pokazał mu kabinę.

-  Wszystko jedno co, mój stary - powiedział Taylor z nerwowym tikiem. - To lepsze niż 

baraki,   zapewniam   cię.   Tio?   Czy   czasem   nie   wydajesz   w   nocy   jakichś   niespodziewanych 

odgłosów? Boję się - zaśmiał się lekko zawstydzony - boję się nagłych hałasów podczas snu. 

Lekarze nazywają to pamiątką po “nieszczęśliwych przeżyciach". Drzwi będę miał zamknięte, więc 

nie będę nikomu przeszkadzał, ale..

- Zakwateruj doktora tuż przy kabinie Treel, Alexie - zdecydowała. - Doktorze Dimand - 

Taylor...

- Les, moja droga - poprawił ją z lekkim uśmiechem. - Dla ciebie i twoich przyjaciół - Les. 

Uwolnijcie   mnie   choć   na   chwilę   od   tego   brzemienia.   Kiedy   ludzie   słyszą   o   moich   tytułach, 

zaczynają mnie zanudzać opowieściami o swoich problemach biofizycznych. Nie lubię im wtedy 

background image

mówić, że zainteresowałbym się ich kośćcem, gdyby przeleżał parę tysięcy lat pod ziemią.

- Zatem, Les - odrzekła. - Podejrzewani, że znasz Treel?

-   Bardzo   dobrze.   Niezwykle   rozważna   osoba.   Jeżeli   będzie   moją   sąsiadką,   nie 

przypuszczam, żebym kiedykolwiek coś usłyszał z jej kabiny. - Zdawał się zaskoczony tym, że Tia 

nie nalegała, by wdał się w szczegóły dotyczące jego dolegliwości.

- Wasze kabiny znajdują się między ładowniami i są specjalnie wygłuszone - powiedziała 

Tia. - Nie powinieneś niczego słyszeć. Poza tym mogę w nocy włączyć ci dodatkowe wyciszenie, 

jeżeli sobie tego zażyczysz.

Rozluźnił się.

- Byłoby to bardzo miłe z twojej strony. Mój zwierzchnik, doktor Aspen, poinformował 

wszystkich  o  mojej   przypadłości,   więc  wiedzą,  że   nie  wolno  zwracać  się  do  mnie  znienacka. 

Myślę, że nie powinno być żadnych problemów.

Zajął się rozpakowywaniem rzeczy i Alex wrócił do głównej kabiny.

- Były komandos - stwierdziła krótko Tia.

- Znalazłaś to w jego danych? - spytał Alex. - Myślałem, że takie rzeczy są utajnione.

- Jeżeli wiesz, gdzie szukać i czego szukać, to podane fakty łatwe są do odszyfrowania - 

powiedziała. - Gdzie? Na pewno nie w danych z Instytutu. Pamiętaj, żebyś  się nie skradał po 

pokładzie, mój drogi.

- Od kiedy zaniedbałem swoje uciążliwe ćwiczenia karate, wydaje się to dobrym pomysłem. 

- Przez chwilę się zastanawiał i poszedł do swojej kabiny. Moment później wrócił z czymś, co 

wyglądało jak bransoletka z dzwoneczkiem. - To jest najnowszy krzyk mody ostatnich miesięcy. 

Kupiłem ją, ale niezbyt mi się spodobała, więc jej nie noszę. - Założył bransoletkę na but. - I już. 

Teraz zawsze będzie mnie słyszał, nawet gdy zapomnę chodzić na palcach. - Dźwięk dzwoneczka 

nie był głośny, ale dostatecznie dobrze słyszalny.

- Świetny pomysł. A oto i sam szef. Alex, idź mu pomóż.

Mięśniowiec zbiegł na dół i wziął od Aspena jego bagaż. Nie było tego dużo, ale doktor nie 

mógł już zbyt wiele dźwigać. Tia zastanawiała się, dlaczego Instytut nadal wysyłał na wyprawy 

tego starego już człowieka.

Zrozumiała to, gdy znalazł się na pokładzie. Wszyscy jego podwładni natychmiast skupili 

się wokół niego, pałając entuzjazmem. Ponieważ dyskusja toczyła się w jego kabinie, poprosił Tię 

o   pozwolenie   na   przeniesienie   jej   do   głównego   pomieszczenia   i   o   możliwość   skorzystania   z 

jednego z ekranów.

- Oczywiście - odpowiedziała Tia.

Była  w  pewnym  sensie oczarowana doktorem Aspenem,  który nazywał  ją “my lady"  i 

background image

poświęcał jej tyle samo uwagi, co swoim studentom i doktorantom.

Gdy przeszli do głównej kabiny, doktor Aspen skierował wzrok ku kolumnie.

-   Mówiono   mi,   że   interesujesz   się   archeologią   i   sporo   wiesz   na   jej   temat,   my   lady   - 

powiedział, zajmując miejsce przy jednym z bocznych monitorów. - I ty także, Alexie. Proszę 

zatem, żebyście czuli się pełnoprawnymi członkami naszego zespołu. Jeżeli odkryjecie, że o czymś 

zapomnieliśmy lub coś przeoczyliśmy, zwróćcie nam, proszę, na to uwagę.

Alex był  zaskoczony;  Tia nie. Znała już trochę Aspena z nagrań. Jego fama urosła do 

swoistej   legendy.   Każdy   student   pragnął   polecieć   z   nim   na   wykopaliskowe   stanowisko.   Jego 

wiedza, osobowość i umiejętności dydaktyczne prawie zawsze zapewniały przyszłą karierę. Taki 

był   Aspen   -   inspirujący,   otwarty   na   pytania,   a   zarazem   doskonały   naukowiec   i   poszukiwacz 

zabytków.

W jednej chwili uczniowie utworzyli wokół niego krąg. Nawet Alex był tym wszystkim 

zafascynowany. Tia tymczasem bystro wypatrywała brakującego członka załogi. Czuła, że Haakon 

- Fritz celowo opóźnia swoje przybycie, by zostać powitanym przez studentów doktora Aspena. 

Sądziła, że gdy to się nie stanie, będzie spodziewał się wielkich przeprosin. Nie zamierzała zrobić 

mu tej przyjemności.

Połączyła  się  z  portowym   systemem   obserwacyjnym  i  spostrzegła  Haakona  -  Fritza  na 

długo przedtem, zanim był osiągalny dla jej własnych sensorów. Miała więc sporo czasu, żeby 

przerwać toczącą się dyskusję.

  - Moi państwo! Doktor Haakon - Fritz przekroczył bramy portu. Treel i Les wymienili 

spojrzenia, ale nie powiedzieli ani słowa. Aspen tylko się uśmiechnął i podniósł się z fotela, gdy 

Tia   zatrzymała  nagranie,  które  było   przedmiotem   ich  dysksji.  Alex  zbiegł   na dół,  by  powitać 

Haakona - Fritza przy windzie.

Doktor nie został więc przywitany widokiem pleców rozdyskutowanej młodzieży; zamiast 

tego natknął się na mięśniowca Służb Kurierskich czekającego na niego przy windzie. Zaś na górze 

oczekiwała reszta grupy, a zwierzchnik zgotował mu szczególnie serdeczne powitanie.

Nie zdradził niczego mimiką twarzy, ale Tia miała wrażenie, że był niezwykle zaskoczony.

- Witamy na pokładzie, doktorze Haakon - Fritz - powiedziała, kiedy szybko ściskał dłonie 

członków zespołu. - Mamy dla pana przygotowanych pięć kabin do wyboru, jeżeli zależy...

- Jeśli macie  tu więcej  niż jedną wolną  kabinę - przerwał jej szorstko Haakon - Fritz, 

zwracając się nie do niej, ale do Alexa - to chciałbym zobaczyć je wszystkie, zanim dokonam 

wyboru.

Tia znała już dostatecznie dobrze Alexa, by wiedzieć, że był wściekły. Jednak zachował się 

wyśmienicie.

background image

- Oczywiście, profesorze - powiedział, świadomie myląc jego tytuł. - Proszę za mną.

Skierował się ku mieszkalnej części statku, pozwalając, by Haakon - Fritz sam niósł swoje 

torby.

Treel wydała z siebie dźwięk, który zabrzmiał jak wyraz największego zdegustowania; Fred 

przewrócił oczami, co było chyba jedynym sposobem wyrażenia ekspresji, jaki mógł się pojawić na 

jego twarzy.

- A niech to - rzekł z wyrazem niezwykłego zdziwienia. - To było po prostu niewybaczalne!

- On jest... praktykującym darwinistą - powiedziała Treel. - Za pozwoleniem, sir - zwróciła 

się do Aspena. - Wiem, że uważa go pan za świetnego naukowca, ale jestem szczęśliwa, iż to nie 

jemu podlegam.

Fred wciąż był zażenowany.

-   Praktykujący   darwinista?   -   zapytał.   -   Czy   ktoś   jest   w   stanie   wyjaśnić   zdumionemu, 

młodemu wegiemu, co to wszystko znaczy i dlaczego on był tak niegrzeczny w stosunku do lady 

Tii?

Tia postanowiła podjąć wyzwanie.

-   Praktykujący   darwiniści   uważają,   że   prawa   Darwina   powinny   odnosić   się   do   każdej 

dziedziny życia. Jeżeli ktoś ulegnie wypadkowi, nie pomogą mu. Jeżeli trzęsienie ziemi zniszczy 

miasto, należy jego mieszkańców zostawić samym sobie. W razie zarazy powinno się posłać tylko 

najpotrzebniejsze   środki,   odizolować   ofiary,   by   umarły   lub   przeżyły   w   zależności   od 

indywidualnych predyspozycji. Jak zauważyliście, niektórzy fanatyczni wyznawcy praktycznego 

dar - winizmu uważają, że istnienie ludzi z kapsuł jest, delikatnie mówiąc, nieporozumieniem. 

Niektórzy nawet nie przyjmują do wiadomości tego, że istniejemy.

Profesor Aspen pokręcił ze smutkiem głową.

- Wyśmienity naukowiec, a tak spaczony przez fanatyzm - powiedział, ponownie siadając w 

fotelu.   -   Z   tego   właśnie   powodu   niczego   więcej   nie   osiągnie.   Miał   szansę,   mógł   prowadzić 

indywidualne prace poszukiwawcze, ale odmówił rozważania jakichkolwiek teorii, które nie były 

zgodne z jego własną. Teraz może być najwyżej pomocnikiem szefa takich wykopalisk, jak nasze. - 

Popatrzył ze smutkiem na twarze czwórki swoich uczniów. - Niech to będzie dla was lekcją, żeby 

nigdy fanatyzm nie przesłonił wam oczu.

- Problem z fanatykami sprowadza się do tego - wtrąciła się Tia - że zamykają się oni w 

pojęciach własnego umysłu i nie przyjmują niczego, co nie pasuje do tych pojęć. Najgroźniejsze w 

ich zachowaniu nie jest to, że gotowi są umrzeć, by dowieść słuszności swych twierdzeń, ale to, że 

gotowi są zabić, by słuszność tę udowodnić.

- Dobrze powiedziane, my lady. - Doktor Aspen znowu spojrzał na ekran. - Teraz, znając 

background image

zwyczaje Haakona - Fritza, który długo będzie się dąsał w swojej kabinie, możemy wrócić do 

naszej dyskusji.

Zespół   rozpoznawczy   zostawił   wykopaliska   w   niezłym   stanie;   sprzęt   był   poukładany, 

kopuły   napompowane   i   pozamykane,   stanowiska   zabezpieczone   przed   zniszczeniem.   Grupa 

Aspena postawiła dwie nowe kopuły i drugie laboratorium. Zaczęła się normalna praca.

Wszystko wydawało się w porządku; grupa była na miejscu, nawet grubiański Haakon - 

Fritz spuścił nieco z tonu, wziął się do pracy. Nie było przyczyn, dla których AH - 1033 miałaby 

pozostawać   na   tej   planecie.   Zwłaszcza   że   mogła   odwiedzić   inne   nowo   założone   kolonie 

archeologów.

Jednak   rozkazy   były   wyraźne.   Alex   i   Tia   doskonale   wiedzieli   dlaczego,   nawet   jeżeli 

wydawało   się   to   dziwne.   Statki   Organizacji   Światów   Centralnych   obarczone   były   swoistymi 

zadaniami,   wyznaczonymi   przez   Instytut,   a   wynikającymi   z   sytuacji   każdej   nowo   założonej 

kolonii.

Grupy archeologiczne tego typu były dobierane ze szczególną starannością, i to nie tylko ze 

względu na ograniczoną liczbę personelu. Chodziło tu o ich osamotnienie. Czyhało na nich wiele 

niebezpieczeństw. Całą ich listę Tia przedstawiła kiedyś Alexowi. Nie było sensu wystawiać ich od 

pierwszego dnia na próbę.

Dlatego   kandydaci   na   członków   ekipy   przechodzili   najpierw   testy   i   badania 

psychologiczne.   Sprawdzano   ich   zrównoważenie   psychiczne   w   warunkach   osamotnienia   i   w 

stosunku   do   reszty   grupy.   Oczywiście   istniała   tu   możliwość   pomyłki   i   takie   pomyłki   już   się 

zdarzały. Czasami prowadziły one wręcz do morderstwa, innym razem do próby samobójstwa.

Problemy natury psychologicznej pojawiały się z reguły na samym początku pracy zespołu, 

kiedy działania przygotowawcze były już zakończone. Wtedy to stres związany z nową sytuacją 

życiową mógł się przerodzić w coś poważniejszego. Jeżeli cokolwiek miało się zdarzyć, zdarzało 

się właśnie na początku. Zespół przez kilka tygodni przelotu zajmował ciasne kajuty wahadłowca. 

Były to idealne warunki do narodzin stresu, który mógł wywoływać wzajemne niechęci.

W   myśl   rozkazów   Instytutu   wahadłowiec   musiał   pozostać   na   miejscu   pod   byle   jakim 

pretekstem i prowadzić baczną obserwacje tego wszystkiego, co działo się na planecie. Trzeba było 

zwrócić szczególną uwagę na personalne konflikty, nietypowe zachowanie się kogoś z zespołu i na 

to, czy stare dziwactwa nie przerodziły się czasami w obsesje. Personel statku zobowiązany był 

upewnić się, że na planecie nie dojdzie którejś nocy do potwornego mordu.

Alex   najbardziej   martwił   się   Lesem   i   jego   syndromem   wstrząsu   psychicznego,   który 

mężczyzna   zapewne   przeszedł   w   przeszłości.   Tia   natomiast   miała   wiele   innych   problemów,   a 

raczej obawiała się, że się dopiero pojawią. Szczególnie interesowała się Fredem i Aldonem, dla 

background image

których był to pierwszy pobyt na tak małym stanowisku poszukiwawczym. Poza tym Aldon nigdy 

przedtem nie był na innej planecie. Pomijając niegrzeczne jej traktowanie, Haakon - Fritz okazał 

się   wręcz   bez   skazy   pod   względem   przystosowania   się   do   nowych   warunków.   Wiedziała,   że 

przebywał już na kilku planetach i na żadnej nie sprawiał kłopotów. Także i tym razem, gdy tylko 

zabrał się do pracy, wydawał się nią pochłonięty i chętnie współdziałał z innymi. Takim właśnie 

przedstawiały go nagrania z poprzednich  wykopalisk.  Nie było  wzmianki  o tym,  że patrzy na 

sprawy zawodowe poprzez filtr swego fanatyzmu. Aldon i Fred natomiast uczestniczyli przedtem 

tylko   w   pracach   stuosobowego   zespołu   szacującego.   Oznaczało   to,   że   była   tam   wystarczająca 

liczba ludzi, by mogli rozładować swe emocje; nie byli zmuszeni do codziennego oglądania tych 

samych twarzy, do rozmawiania z tymi samymi osobami.

Przez pierwszych parę dni wszystko wydawało się w porządku. Może nie był to idealny 

zespół, ale w pewnym sensie się dogrywał. Zarówno Alex, jak i Tia odetchnęli z ulgą.

Przynajmniej jedno z nich zrobiło to za wcześnie.

Tej nocy zaczął padać zimowy deszcz.

Tia zajęta była przeglądaniem nagrań, które skopiowała w bazie. Szukała kolejnej możliwej 

inwestycji, podobnej do tej z Largo Draconis. Było późno, bardzo późno; osiedle pogrążone było w 

ciszy i ciemności. Alex nazywał tę porę nocą. Spał już w swojej kabinie. Tia postanowiła także 

skorzystać   z   dobrodziejstwa   trzygodzinnego   głębokiego   snu,   gdy  burza   nagle   rozpętała   się   na 

dobre.

Było to oberwanie chmury. Ściana deszczu i wiatru z taką siłą uderzyła w jej skórę, że Tia 

niemal zadrżała. Chwilę potem huk gromu i błysk wyrwały Alexa ze snu.

- Co? - wymamrotał nagle rozbudzony. - Jak? Co? Potrząsnął głową, by się dobudzić, gdy 

kolejna błyskawica rozdarła niebo i wstrząsnęła Tia.

- Co się dzieje? - zapytał, gdy Tia wbijała liny stabilizujące obok swych stóp. - Czy ktoś nas 

atakuje?

- Nie, Alex, to burza - odpowiedziała, upewniając się, że wszystko jest pozamykane i że 

roboty pomocnicze są na pokładzie. - Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. Niesamowita burza.

Włączyła swoje zewnętrzne kamery tak, by Alex mógł zobaczyć żywioł. Sama upewniła się 

jeszcze, czy jest dostatecznie zabezpieczona przed wyładowaniami elektrycznymi. Alex przeszedł 

do głównej kabiny i opadł na swój fotel trochę przerażony siłą huraganu, który szalał wokół nich.

Błyskawice   praktycznie   bez   przerwy   oświetlały   niebo.   Było   jaśniej   niż   w   dzień.   Huk 

gromów przerodził się w jeden ryk, a ściana deszczu chłoszcząca okolicę ograniczała widoczność 

do   tego   stopnia,   że   słabo   widzieli   własne   urządzenia   zewnętrzne.   Wszelkie   próby   nawiązania 

background image

łączności radiowej z obozowiskiem spełzły na niczym.

- Co się u nich dzieje? - spytał nerwowo Alex.

- Nie mamy możliwości sprawdzenia - odpowiedziała ociągając się. - Poprzedni zespół też 

przeszedł   przez   coś   takiego,   więc   przypuszczam,   że   i   tym   razem   baza   nie   zostanie   zmyta   z 

powierzchni planety. Kopuły mieszkalne mają specjalne zabezpieczenia antystatyczne, ale kto wie, 

co może stać się ze sprzętem? Zwłaszcza przy tak silnych wyładowaniach.

Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, żeby przyznać jej rację. Deszcz przez ponad godzinę 

dokładnie zalewał każdy źle zabezpieczony obiekt. Szalejące gromy dopełniały aktu zniszczenia.

Gdy   burza   przycichła,   wieści   z   bazy   nie   były   najlepsze.   Pioruny   zniszczyły   generator 

zasilający pole ochronne bazy. Została po nim kupa na wpół stopionej aluminiowo - plastikowej 

masy.  Tia pierwszy raz coś  podobnego widziała.  Gromy musiały walić w  niego bez przerwy. 

Generator   wspomagający   nie   nadawał   się   do   użytku,   mimo   że   Haakon   -   Fritz   wraz   z   Lesem 

pracowali  nad nim przez całą  noc. Zbyt  wiele części było  uszkodzonych.  Prawdopodobnie od 

chwili załadowania go do skrzyni nikt nigdy go nie sprawdzał. Kto wie, ile wykopalisk obsłużył w 

takim stanie. Teraz jednak grupa doktora Aspena musiała drogo płacić za te zaniedbania.

Tia przeprowadziła rano rozmowę z Aspenem. W samej bazie nie było wielkich zniszczeń, 

jednak to, co się stało, mogło mieć poważne konsekwencje. Nie posiadali generatora zasilającego 

pole ochronne. Pozbawieni byli zatem obrony przed miejscową fauną, od insektów zaczynając, a na 

groźnych drapieżnikach kończąc. Gdyby ogromne owady wielkości myszy stały się agresywne, nie 

mieliby   żadnych   szans,   by   utrzymać   je   z   dala   od   obozu.   Zwykłe   ogrodzenie   nie   było   żadną 

przeszkodą dla chmar owadów. Wiedzieli o tym z relacji poprzedniej grupy.

- Nie mam w ładowniach podobnego generatora - powiedziała Tia. - Nie mam też nawet 

połowy części, których potrzebujecie do naprawy zapasowego urządzenia. Nikt nie wspominał o 

burzach takich jak ta, ale nie możemy odrzucić przypuszczenia, że to się powtórzy.  Ile takich 

kataklizmów   wytrzymacie?   Zbliża   się   zima,   a   ja   nie   mam   pojęcia,   co   robią   wtedy   tutejsze 

zwierzęta. Czy nie powinniście się ewakuować?

Doktor Aspen wydął usta w skupieniu.

-   Nie  widzę   przyczyny,   dla   której   powinniśmy   to   uczynić,   my   lady   -   odpowiedział.   - 

Generator był  jedynym  urządzeniem bez właściwych  zabezpieczeń. Poprzedni zespół przetrwał 

tutaj zimę bez żadnych incydentów. Nie ma tu nic na tyle wielkiego, by nas przerazić. Najwyżej 

trochę insektów, prawdopodobnie do pierwszego mrozu. A te szakalopodobne stwory będą wokół 

nas krążyć, robiąc sporo hałasu, lecz zbyt się boją, by nas zaatakować.

Alex jak zwykle położył nogi na konsolecie i przyznał rację archeologowi.

- Ja także nie widzę tutaj jakiegoś wielkiego zagrożenia. Chyba że pioruny zniszczą coś 

background image

bardziej istotnego dla przeżycia.

To, co mówili, niezbyt się podobało Tii, ale nie spierała się z nimi.

- Jeżeli tak to widzicie - zgodziła się. - Jednak zostaniemy tu aż do końca owych deszczy. 

Na wszelki wypadek.

Zostali.   Lecz   nie   było   już   więcej   takich   burz,   jak   ta   pierwsza.   Deszcze   stały   się 

łagodniejsze, zaczynały się koło północy i trwały do świtu. Czasami jakiś grzmot budził Alexa. 

Doszła   do   wniosku,   że   pierwsza   burza   musiała   być   jakimś   wybrykiem   natury,   czymś   nie   do 

przewidzenia. Przestała też dziwić się poprzedniej grupie, że o niczym podobnym nie wspomniała.

Lecz to nie załatwiało sprawy zepsutego generatora.

Pogoda była  coraz bardziej  zimowa,  a deszcz zostawiał na wszystkim  warstewkę lodu. 

Topniał on około południa, jednak do tego czasu trudno było poruszać się po okolicy. Dlatego 

zespół zmienił godziny pracy. Zaczynali koło dziesiątej, a kończyli o dwudziestej drugiej. Mimo 

obietnic,  doktor Aspen upierał się, by pracować razem ze swoimi  studentami. Ale nikt, nawet 

Haakon - Fritz, nie chciał pozwolić na to, by szef ryzykował upadek na śliskiej powierzchni.

W tym czasie Tia zrobiła spis najpotrzebniejszych rzeczy. Nagłe ochłodzenie spowodowało, 

że wszystkie małe zwierzęta pochowały się lub przeszły w stan hibernagi. Szakalom coraz trudniej 

było znaleźć pożywienie i w naturalny sposób łączyły się na okres zimy w stada. Miały teraz 

większe szansę w polowaniu na duże gryzonie i zwierzęta roślinożerne.

Coraz liczniejsze ich stada zaczęły regularnie krążyć wokół obozu.

Tia mogła pogratulować sobie wyboru miejsca do lądowania. Znajdowała się pomiędzy 

bazą a wykopaliskami; swobodnie stąd obserwowała zarówno bazę, jak i archeologów. Szakale 

przyglądały się pracującym ze wzgórz wokół obozowiska... Ze wzgórz, które nie były otoczone 

polem siłowym.

Podzieliła się swoimi obawami z Alexem, który zauważył, że bestie zawsze rozpierzchały 

się   na   oznakę   choćby   cienia   agresji   ze   strony  człowieka.   Jeszcze   raz   rozmawiała   z   doktorem 

Aspenem, który z kolei stwierdził, iż zwierzęta prawdopodobnie szukają czegoś do upolowania i 

odejdą, kiedy uznają, że nic tu nie znajdą.

Nie   miała   więcej   okazji,   by   poruszyć   ten   temat.   Ponieważ   nad   planetą   krążyły   dwa 

księżyce, i to w różnych fazach, noce nie były tu ciemne. Chyba że padało. Podobnie przestały być 

ciche.  Stada  szakali  rozpoczynały  swój  koncert,  gdy tylko  słońce gasło, i  wyły,  ile  sił, aż do 

pierwszych   kropli   deszczu.   Tia   stała   się   wkrótce   ekspertem   w   dziedzinie   rozpoznawania 

wydawanych przez nie odgłosów. Rozróżniała wspólne, długotrwałe wycie od nagle urywanego 

jakby śmiechu lub płaczu. Najbardziej złowieszcze było to, które wydobywało się z pełnej piersi, 

czyli   zawołanie   łowieckie.   Umiała   po   tym   wyciu   określić   ich   położenie,   wiedziała,   kiedy  coś 

background image

goniły, wiedziała, czy dopadły ofiarę, czy też ją straciły.

Tii nie podobał się jednak rozwój wypadków. Stado liczyło  teraz około sześćdziesięciu 

sztuk, którym niezbyt się wiodło. Najprawdopodobniej ruch wokół obozowiska spłoszył większość 

zwierzyny stanowiącej ich pożywienie. Dlatego wszystkie małe sfory połączyły się w jedno wielkie 

stado. Łatwiej było w ten sposób coś upolować, ale o najedzeniu się nie było mowy. Były coraz 

bardziej wychudzone i zdesperowane. Na sześć prób upolowania jakiegoś trawożercy udawała się 

jedna. Polowały już tylko dwa razy w nocy.  Czy powinnam zasugerować, by zespół zaczął je 

karmić? Może należałoby podrzucić im coś od czasu do czasu? Ale czy to nie stworzy problemów 

w przyszłości? Mogłoby to spowodować uzależnienie stada od ludzi, co z pewnością nie byłoby 

korzystne. A może udałoby się wyprowadzić w ten sposób stado na inne terytorium? Ale jeżeli 

przez to szakale przestaną się bać ludzi? Cała ta sytuacja przywiodła jej na myśl stare rosyjskie 

baśnie. Trojki brnące przez śnieg, rżące z przerażenia konie i wilki pędzące śladem uciekających. 

Stado coraz bardziej przybliżało się każdej nocy, każdej nocy coraz wyraźniej było słychać skowyt.

Właśnie nadchodził czas nocnej przerwy w pracy zespołu. W kopułach nie groziło ludziom 

żadne niebezpieczeństwo.

Ponieważ cały teren był oświetlony reflektorami, zwierzęta nie odważyły się przekroczyć 

jasnego kręgu. Trzymały się na skraju poświaty, pogrążone w ciemności. Kiedy wszyscy byli już 

bezpieczni,   Les   zdalnie   wyłączał   światła.   Do   tej   pory   nie   było   żadnych   problemów.   Szakale 

krążyły zwykle z dala od siedzib mieszkalnych.

Jakby odpowiadając na jej przemyślenia, stado wydało odgłos, gdy pierwszy z archeologów 

zaczai opuszczać jasno oświetlone stanowisko. Były bardzo blisko.

Tia szybko włączyła czujniki podczerwieni.

Sfora znajdowała się tuż, tuż, na wzgórzu po prawej stronie od wykopalisk!

Drapieżniki spoglądały na dół, w kierunku grupy. Przewodnik stada znowu zawył. Nie było 

wątpliwości, tym bardziej że natychmiast odpowiedziały mu inne. To było nawoływanie do ataku. 

Łup w zasięgu; czas na polowanie.

Przewodnik stada patrzył wprost na archeologów. Naukowcy obejrzeli się, czując, że coś 

jest   nie   tak.   Zarówno   szakale,   jak   i   archeolodzy   zamarli   w   bezruchu.   Oczy   zwierząt   lśniły 

czerwonymi   refleksami   odbijającego   się   w   nich   blasku   reflektorów.   Takie   było   oczywiście 

naukowe wyjaśnienie tego zjawiska.

- Alex - powiedziała stanowczo. - Mamy problem.

Wyskoczył ze swej kabiny jak oparzony, zerknął przelotnie na ekran i popędził do ładowni 

statku, gdzie znajdowały się grawitacyjne sanie, zwane ślizgowcem.

Wtedy w furii dzikiego ataku stado puściło się w dół zbocza.

background image

Haakon - Fritz rzucił się do ucieczki jak światowej sławy sprinter, zostawiając resztę za 

sobą. Wydawało się, że cały wszechświat teraz zupełnie dla niego nie istniał. Bogowie! Aspen nie 

może biegać... Jednak Les i Treel nie zamierzali pozostawić Aspena, by stał się specjalnością a la 

carte. Porwali szefa między siebie, jakby mieli to opanowane od dawna. Dosłownie unieśli go w 

górę i zaczęli z nim uciekać. Za nimi podążali Fred i Aldon, tworząc coś w rodzaju tylnej straży. 

Szakale były coraz bliżej, a do kopuł mieli jeszcze sporo metrów.

Kiedy stado zbiegło już ze zbocza, a piątka uciekających  pokonała trzy czwarte drogi, 

Haakon - Fritz dotarł do najbliższego budynku. Gwałtownie uderzył w pneumatyczny zamek drzwi 

i wpadł do środka.

Chwilę   potem   zamknął   je   od   wewnątrz.   Czerwone   światełko   nad   futryną   potwierdzało 

szczelne ich zamknięcie.

- Alex! - wołała Tia z przerażeniem, widząc, jak szakale nieubłaganie zbliżają się do swych 

ofiar. - Alex, zrób coś! - Nigdy nie czuła się tak bezsilna.

Sanie   grawitacyjne   poruszały   się   bezszelestnie,   ale   miały   zainstalowane   głośniki   dużej 

mocy. Służyły one do przekazywania wiadomości w locie, ale i do urozmaicania pilotom czasu 

muzyką.   Do   jej   sensorów   dotarł   nagle   przeraźliwy   ryk   hard   rocka.   Gdy   zwróciła   w   tamtym 

kierunku   swoje   kamery,   zobaczyła,   jak   Alex   pędzi   z   pełną   szybkością   i   z   włączoną   na   cały 

regulator muzyką.

Nieznany ryk i skowyt wstrzymał na chwilę pogoń szakali. Zwierzęta zaczęły się oglądać, 

wreszcie stanęły zdezorientowane, szukając źródła owego hałasu. Były to dla nich dźwięki tak 

niesamowite, że nie wiedziały, jak zareagować. Alex wjechał w środek stada, a one uskakiwały na 

boki.

Nie   był   w   stanie   wziąć   na   ślizgowiec   uciekającej   piątki,   gdyż   musiałby   się   prawie 

zatrzymać  i sfora z pewnością by ich dopadła. Gdyby jednak zdołał zwrócić uwagę szakali na 

siebie,   istniała   szansa,   że   to   on   będzie   przedmiotem   ataku.   To   dawało   możliwość   ucieczki 

pozostałym.

Taka myśl zapewne przyświecała Alexowi, gdy ruszył w kierunku stada. Dzięki temu reszta 

miała wystarczająco dużo czasu, by dotrzeć do drugiej kopuły. Biegli zatem co sił w nogach, a 

Alex   krążył   wśród   szakali,   koncentrując   ich   uwagę   na   sobie.   Wykonywanie   różnego   rodzaju 

manewrów między krwiożerczymi zwierzętami, i to tylko metr nad ziemią, nie należało do rzeczy 

łatwych! Praktycznie nie mógł się pomylić.

Ostro zakręcał, przechylając ślizgowiec na jeden bok; unosił czubek sań do góry i nagle 

opuszczał w dół; prowokował przywódcę stada i w ostatniej chwili odskakiwał, zanim zwierzę 

zdążyło wskoczyć na ślizgowiec. Wszystko to przy dźwiękach przeraźliwej muzyki z włączonymi 

background image

sygnałami alarmowymi i z wrzaskiem samego pilota. Alex walczył z szakalami jedyną bronią, jaką 

dysponował   -   saniami   grawitacyjnymi.   Tia   żałowała,   że   nie   ma   na   pokładzie   systemu 

unieszkodliwiania zwierząt - wciąż nie zaaprobowanego przez Instytut. Dzięki choćby urządzeniu 

ogłuszającemu mogliby się pozbyć kłopotu.

Szakale zdały sobie sprawę, że atak oznaczał próbę ich przegonienia lub zabicia. Ponieważ 

jednak   żaden   z   nich   nie   został   zabity   ani   zraniony,   zaczęły   zachowywać   się   coraz   bardziej 

agresywnie.   Musiały   rzeczywiście   być   niesamowicie   głodne.   Rzucały   się   na   sanie,   usiłując   je 

ściągnąć w dół.

Tia   natychmiast   zrozumiała,   co   się   stało.   Alex   właśnie   przeistoczył   się   z   pogromcy   w 

ofiarę.   Próbował   rozpędzić   stado,   imitując   zachowanie   rozsierdzonego   byka.   Atakował   psy 

zderzakami   ślizgowca.   Normalnie   szakale   prawdopodobnie   odstąpiłyby   i   pobiegły   szukać 

łatwiejszej zdobyczy.  To był jednak dla nich bardzo ciężki okres i wszystko, co się poruszało, 

stanowiło dobry kąsek.

Alex znalazł się w prawdziwym niebezpieczeństwie.

Lecz był o wiele lepszym pilotem, niż Tia przypuszczała. Przez cały czas trzymał zwierzęta 

w   bezpiecznej   odległości   od   sań.   Jednocześnie   kręcił   wokół   nich   nie   kończące   się   kółka   i 

serpentyny.

Wtem   jeden   z   większych   osobników   wykonał   potężny   skok   i   wylądował   na   tylnym 

zderzaku ślizgowca.

- Alex! - znowu zadrżała.

Obejrzał się przez ramię i zobaczył nadchodzące niebezpieczeństwo.

Posłał   sanie   w   szaleńczy   wiraż;   boczne   silniki   wspomagające   aż   zawyły   z   przesilenia. 

Szakal nie dawał za wygraną. Wbił pazury w osłonę zderzaka i przyczaił się nisko. Powoli, krok za 

krokiem, zaczął iść ku Alexowi.

Powodowany   czymś,   co   było   mieszaniną   natchnienia   i   szaleństwa,   włączył   silniki 

hamujące. Ślizgowiec zatrzymał się w połowie obrotu; siła odśrodkowa cisnęła Alexem w bok, na 

pasy bezpieczeństwa oraz wyrzuciła szakala  na sam koniec pojazdu i w ogóle z sań. Zwierzę 

poleciało w kierunku sfory, robiąc przy tym co najmniej tuzin koziołków.

W tej samej chwili uciekający dotarli do drugiej kopuły.

Błysk światła otwieranych drzwi zasygnalizował Alexowi, że są już bezpieczni. Postanowił 

dalej nie igrać z losem.

Pojazd   Alexa   pomknął   w   stronę   Tii;   w   tym   czasie   ona   otworzyła   wnękę   ładunkową   i 

włączyła pole siłowe. Miała nadzieję, że Alex zdoła na czas wyhamować, by nie uderzyć w tylną 

ścianę. Wiedziała, że nierówno lecący śmigłowiec bardzo łatwo mógł otrzeć się o coś, wchodząc z 

background image

taką szybkością w pole siłowe.

Nawet   nie   zwolnił,   gdy   zahaczył   o   drzwi   ładowni.   Tia   zamknęła   je   tuż   za   nim.   Nie 

zwracając na to uwagi, Alex zmniejszył moc silników; pojazd wytracał prędkość, sunąc brzuchem 

po podłożu, co wywołało deszcz iskier. Zboczył z kierunku lądowania i uderzył w tył ładowni. 

Przytomny manewr Alexa, wspierany działaniem pola siłowego, osłabił jednak impet uderzenia do 

tego stopnia, że śmigłowiec lekko tylko wgniótł ścianę wychwytującą. Jeszcze raz Alex zawisł na 

pasach bezpieczeństwa. Na bokach i z tyłu  ślizgu widoczne były ślady zębów próbujących  go 

zatrzymać szakali.

Alex   siedział   przez   chwilę   nieruchomo,   ciężko   dysząc.   Sensory   Tii   nie   sygnalizowały 

jakichś obrażeń, więc postanowiła poczekać, aż złapie oddech.

Kiedy   wreszcie   podniósł   głowę,   Tia   z   uwagą   przyjrzała   się   jego   twarzy.   Pokrywał   ją 

rozpalony rumieniec, ale nie było na niej widać oznak szoku lub bólu.

- Cóż - powiedziała spokojnym i zrównoważonym głosem. - Zdaje się, że wiesz, jak zrobić 

na kimś wrażenie.

 Zamrugał oczami - zaraz potem opadł swobodnie na fotel i szczerze się roześmiał.

Nikomu   nie   było   do   śmiechu   następnego   dnia,   gdy  Haakon   -   Fritz   wyszedł   ze   swego 

ukrycia i spotkał się z resztą zespołu. Nie miał wyboru, Tia zagroziła, że wpuści do środka szakale, 

jeżeli nie wyjdzie z kopuły. Oczywiście była to czcza pogróżka, ale Haakon tego nie wiedział. Tak 

jak i inni praktykujący darwiniści nie pojmował zdolności i człowieczeństwa statków mózgowych.

Les obezwładnił go, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć. Jakimś sprytnym chwytem 

unieruchomił go całkowicie i zawlókł na statek.

Reszta czekała w skupieniu, aż Les wraz z Tia umieszczą Haakona - Fritza w jednej z kabin 

wahadłowca. Mógł stamtąd obserwować i słuchać, co się dzieje w głównej kabinie, ale nie mógł 

brać aktywnego udziału w dyskusji. Gdyby próbował wygłosić jedno ze swoich przemówień, Tia 

mogła za każdym razem rozłączyć przekaz i gadałby wtedy do czterech ścian.

Gdy   wszyscy   zebrali   się   w   głównej   kabinie,   Tia   postanowiła   przekazać   im   najnowsze 

wiadomości. Nie były najgorsze, ale przynamniej w części nie mogły im się spodobać. Doktor 

Aspen wyglądał na najbardziej zaszokowanego i zmęczonego.

- Nie rozkażemy wam opuścić tę planetę - odezwała się. - Choć mamy takie możliwości. 

Rozumiemy, że takie rozwiązanie zaprzepaściłoby dorobek waszej dwuletniej pracy.

Cztery głowy poruszyły się, z mieszanymi uczuciami przyjmując to, co powiedziała.

- To były dobre wieści - stwierdził Alex, zanim ktokolwiek zdążył coś odrzec. - A oto złe 

wieści. Macie rozkaz pozostania w waszych kopułach aż do czasu przybycia następnego statku 

kurierskiego. Zamówiliśmy dla was nowy generator i niezbędne części do starego. Wahadłowiec 

background image

powinien tu przybyć za miesiąc lub dwa.

- Ale... - próbował zaprotestować doktor Aspen.

- Profesorze, nie macie  wyboru. Inaczej natychmiast was stąd zabieramy - powiedziała 

stanowczo Tia. - Nie pozwolimy na to, byście robili tu cokolwiek wśród tych wałęsających się 

wokół was drapieżników. Nie mieliście okazji zobaczyć, z jaką zajadłością atakowały Alexa w jego 

ślizgowcu. Już się nie boją ludzi i są bardzo głodne. Zaatakują was bez litości i mogę się założyć, 

że właśnie czekają na zapadnięcie zmroku, by tego dokonać.

- Wybierajcie, co jest lepsze? - spytał sprytnie Alex. - Strata dwóch miesięcy czy dwóch 

lat?

Ociągając się, doktor Aspen i inni przyrzekli zastosować się do rozkazów. Tylko Fred i 

Aldon zrobili to z wyraźną ulgą.

- Gdyby wyposażyli nas w cholerną broń... - wymamrotał Les pod nosem.

- To nie ja ustalałam zasady gry, Les - odparła Tia, zamykając mu usta. - Nie ja. Ale 

zamierzam ich przestrzegać. I zgodnie z tymi zasadami powinnam ci się teraz kazać spakować i 

zameldować na statku.

- Mówiąc o pakowaniu - podjął Alex. - Potrzebujemy waszej pomocy w załadowaniu rzeczy 

Haakona - Fritza do ładowni. Wraca z nami.

Tym   razem   Les   musiał   ukryć   uśmiech   zadowolenia,   a   doktor   Aspen   wyglądał   na 

zakłopotanego.

- Nie widzę żadnej przyczyny... - zaczął.

- Przykro mi, doktorze, ale my widzimy takie przyczyny - przerwał mu Alex. - Haakon - 

Fritz pogwałcił podstawowe zasady współistnienia grupy. Nie ulega wątpliwości dla mnie, jak i dla 

innych, że próbował dostosować rzeczywistość do swoich przekonań.

Obiekt owej dyskusji zerwał się w swojej kabinie na równe nogi i zaczął wygłaszać jakąś 

tyradę. Tia jednak wyłączyła fonię, nie przestając jednocześnie nagrywać jego wypowiedzi. Do tej 

pory nie mieli dowodu na to, o czym myślał ten człowiek, zamykając drzwi przed kolegami. Teraz 

swoją wypowiedzią być może sam się zdemaskuje.

- Doktorze, niezależnie od motywacji, jakie nim powodowały, zostawił nas - powiedział 

rzeczowo Les. - Być może jedna osoba więcej mogła w pewnym sensie powstrzymać sforę. A to, 

że kiedy dotarł do kopuły, zamknął się w niej, zamiast otworzyć drzwi i spróbować nam pomóc... 

Jego   pierwszy   postępek   można   wytłumaczyć   tchórzostwem,   ale   drugi   zakrawa   na   sprawę 

kryminalną.

-   Takie   prawdopodobnie   stanowisko   zajmie   Forum   Śledcze   -   zgodziła   się   Tia.   - 

Dopilnujemy, by sprawiedliwie go osądzono, ale nie możemy dopuścić, żeby życie kolejnej istoty 

background image

zostało przez niego narażone.

Po   krótkiej   dyskusji   doktor   Aspen   zgodził   się   z   pozostałymi.   Załoga   opuściła   statek, 

pozbierała, co się dało, ze stanowiska i. wróciła do kopuł. Grubo przed zachodem słońca do Tii 

dobili na ślizgowcu Fred i Les, przywożąc poukładane w skrzyniach rzeczy Haakona - Fritza. 

Hałas, z jakim je ładowali, świadczył o tym, że nie przejmowali się zbytnio tym, co było w środku.

Tia także nie zamierzała ingerować w sposób załadunku bagażu Haakona - Fritza.

- Proszę, Les, żebyś  dopilnował, by nikt nie opuszczał  kopuł - powiedziała  z pewnym 

niepokojem. - Jesteś tu jedynym, któremu mogę zaufać. Doktor Aspen jest zbyt roztargniony, żeby 

polegać na jego rozsądku.

- Twoja prośba jest dla mnie rozkazem, droga pani - odparł Les, podając ostatnią skrzynię 

jednemu z robotów. - Myślę,  że wszyscy się z tobą zgadzają. Nawet Treel,  która początkowo 

podchodziła do całej tej sprawy dość lekko, zmieniła zdanie, gdy przedstawiłaś sposób zachowania 

się tych zwierząt.

- Co się stanie z nieszczęsnym Haakonem - Fritzem? - spytał Fred.

- To zależy od forum - odpowiedziała. - Nagrałam jego wypowiedzi dotyczące całej sprawy 

wygłoszone w kabinie. Mówi w nich o przetrwaniu i o potrzebie ofiar. Jest tam też sporo zdań 

świadczących   o   ekstremalnych   poglądach   członka   partii   praktykujących   darwinistów.   To   z 

pewnością mu nie pomoże; ile jednak jest w tym elementów zakazanych, tego nie wiem.

- Prawdopodobnie dla sądu żaden z nich - stwierdził Les po chwili namysłu. - Ale forum to 

się nie spodoba.

  - Zatem zostanie ukarany przez Instytut. Znajdzie się na liście tych, którzy mogą brać 

udział najwyżej w pracach wykopaliskowych trzeciej klasy - wyciągnął śmiałe wnioski Fred. - Nie 

będą brali pod uwagę jego doświadczenia i jeżeli są rozsądni, wyślą go do pracy wymagającej 

podstawowych umiejętności. Spędzi resztę życia wśród nas, magistrantów, katalogując zbiory.

- Reasumując, nie znajdzie już nikogo, kto chciałby mu zaufać - wtrącił się Alex. - Nikogo 

o   zdrowych   zmysłach.   -   Poklepał   bok   Tii.   -   Cieszcie   się,   że   nie   musicie   wracać   z   nami   - 

podsumował. - Jeżeli wydawało wam się, że podróż tutaj z nadąsanym Haakonem - Fritzem była 

okropna, wyobraźcie sobie, co byłoby teraz!

background image

CZĘŚĆ SIÓDMA 

Kiedy  wrócili   do   głównej   bazy  z   zamkniętym   w   kabinie   Haakonem   -   Fritzem,   na  Tię 

czekała wiadomość. Była tajemnicza. Zawierała tylko słowa: “Połącz się z tym numerem". Był to 

kod z kolonii L - 5. Po numerze kodu nadawczego domyśliła się, że jest to wiadomość od Larsa.

Cóż też mógł od niej chcieć Lars?

Zdziwiona, postanowiła odłożyć rozwikłanie tej zagadki do czasu, aż Alex upora się ze 

sprawami bieżącymi. Załadował ich “gościa" wraz z materiałami o nim na ślizgowiec i poleciał 

oddać go odpowiednim władzom. Gdy została sama, zadzwoniła pod wskazany numer.

- Friesner, Sherman, Stirling i Huff - powiedziała sekretarka po pierwszym sygnale. Tia nie 

musiała  czekać  na połączenie,  wywnioskowała  stąd, że biuro, do którego zadzwoniła,  musiało 

znajdować się w jednej z sześciu najbliższych baz L - 5. - Pośrednictwo inwestycyjne.

- Miałam zadzwonić pod ten numer - odezwała się ostrożnie Tia. - Moje nazwisko Hypatia 

Cade   -   zająknęła   się   przez   chwilę,   gdyż   przywykła   już   do   podawania   swojego   kodu   zamiast 

nazwiska.

- Ach, panna Cade, oczywiście - rzekła miłym głosem sekretarka. - Czekaliśmy na telefon 

od   pani.   Niech   mi   będzie   wolno   wyjaśnić   całą   zagadkę;   Friesner,   Sherman,   Stirling   i   Huff 

specjalizują   się   w   pośrednictwie   inwestycyjnym   ludzi   z   kapsuł.   Pan   Lars   Mendoza   z   “Dumy 

Albionu" otworzył  dla pani konto dla inwestycji, których  już pani dokonała. Jeśli zechce pani 

łaskawie poczekać, to sprawdzę, czy któryś z szefów jest wolny...

Tia nie znosiła czekania, ale to trwało mikrosekundę.

- Panna Cade - odezwał się miły,  męski głos. - Nazywam się Lee Stirling; jestem pani 

pośrednikiem, jak na razie oczywiście, i mam dla pani dobre wiadomości. Pani inwestycja na Largo 

Draconis opłaciła się. Być może bardziej, niż się pani tego spodziewała.

-   Nic   mi   o  tym   nie   wiadomo   -  odpowiedziała,   pozwalając   sobie   na   lekki   ton.   -   Moje 

oczekiwania były dość wygórowane. - W głosie mężczyzny wyczuła jakąś znajomą nutę. Może był 

to akcent, albo raczej jego brak?

- Czy jednak spodziewała się pani potrojenia swojej cudownej inwestycji? - Nie dał się 

zaskoczyć   Lee   Stirling.   -   Małe,   pieniężne   nasionko,   które   pani   zasiała,   urosło   podczas   pani 

nieobecności do rozmiarów solidnego dębu!

- Uch - wymamrotała, zaskoczona do tego stopnia, że nie wiedziała, jak się zachować. - Co 

ma pan na myśli, mówiąc “cudowna inwestycja"?

-   Cóż,   od   pani   wyjazdu   kompanie,   w   które   pani   zainwestowała,   dwa   razy   dzieliły   się 

background image

dochodem. Miała pani do wyboru gotówkę albo obligacje, zadecydowaliśmy,  że wolałaby pani 

obligacje, zwłaszcza że ich kurs ciągle rósł. - Stirling starał się mówić rzeczowo, ale jego głos 

zdradzał podniecenie. - Te obligacje są teraz warte trzy razy więcej, niż wynosiła ich pierwotna 

cena.

- Podział dochodu? - spytała nieśmiało. - Uch, nie bardzo wiem, o co dokładnie w tym 

chodzi. Jestem nowa...

Stirling cierpliwie wprowadził ją w szczegóły tego, co działo się z jej pieniędzmi.

- Najważniejszy problem, jaki teraz stoi przed panią, polega na wyborze: sprzedać dzisiaj 

rosnące wciąż akcje czy jeszcze poczekać?

- Co dzieje się na Largo Draconis? - spytała. Koniec końców, jej inwestycja zależała od 

tego, co wydarzy się w świecie realnym, a nie w obcym jej świecie machinacji giełdowych. Z tego, 

co zdołała pojąć, przestrzeń biznesu nie bardzo liczyła się z prawdziwą rzeczywistością.

-   Wiedziałem,   że   pani   o   to   zapyta.   Kupione   przez   panią   przedsiębiorstwa   opanowały 

tamtejszy   rynek   -   powiedział   Stirling.   -   Teraz   sytuacja   na   planecie   jest   stabilna,   nie   ma   już 

zagrożenia dzięki dostarczonym urządzeniom. Ceny akcji wciąż idą w górę, ale coraz wolniej. 

Myślę, że wkrótce się ustabilizują. Na pani miejscu już bym się pozbył akcji.

-   Proszę   to   zrobić   -   powiedziała   spokojnie.   -   Chcę,   żeby   pan   zainwestował   wszystkie 

pieniądze, które zarobiłam, w motoprotetykę, tak bym zaczęła się tam liczyć. Jednocześnie proszę 

zatrzymać poprzedni kapitał aż do czasu, gdy się z panem skontaktuję.

- Już się tym zająłem. Wszystko będzie tak, jak sobie pani życzy. Ciekawy jestem, w co tym 

razem pani zainwestuje. - Stirling wydawał się zadowolony. - Mam nadzieję, że nadal będzie pani z 

nami  współpracowała.  Jesteśmy nową, ale bardzo solidną firmą.  Mamy spore doświadczenie  i 

staramy się, by nasi klienci uważali nas za przyjaciół. Miz Friesner była starszym rady w firmie 

Weisskopf, Dixon, Friesner i Jacobs, my wszyscy jesteśmy jej protegowanymi. Ona jest naszym 

najlepszym delikatnikiem.

- Najlepszym? A więc wy jesteście...

- Ludźmi z kapsuł, tak, poza Miz Friesner. Nie wiem, czy się pani orientuje, ale ludzie z 

kapsuł pracowali na giełdzie od dawna, lecz tylko jako część systemu, bez prawa do inwestycji. 

Miz Friesner zgodziła się z nami współpracować, kiedy wykupiliśmy swoją niezależność. - Stirling 

zakaszlał. - Planowaliśmy to już od dawna. Teraz działamy w sieci ludzi z kapsuł, proponując swe 

usługi tym, którzy jak my nie chcą załatwiać swych interesów poprzez konsultantów, inspektorów 

czy też adwokatów - oznajmił z irytacją w głosie. - Jesteśmy dorośli, więc możemy sami zadbać o 

własne interesy. To, że jesteśmy przywiązani do jednego miejsca czy też przedmiotu, nie znaczy, 

że potrzebujemy dozorców.

background image

Odpowiedziała   mu   miłą  dla   ucha  kompozycją   dźwięków,  co  miało  oznaczać   całkowitą 

akceptację jego poglądów i zapewnienie poparcia.

- Niektórzy myślą inaczej. Chodzi mi tu o starsze pokolenie ludzi z kapsuł. Możesz być 

jednak pewien, że opowiem o tobie kilku moim przyjaciołom.

-   Dyskrecja   zapewniona.   -   Stirling   roześmiał   się.   Muszę   ci   powiedzieć,   że   po   twoim 

fenomenalnym starcie wszyscy jesteśmy niezwykle ciekawi, w co tym razemza - inwestujesz.

- Dowiesz się o tym za kilka dni - obiecała i zakończyła rozmowę.

Cóż, teraz nadszedł czas, by coś znaleźć. Nie liczyła  oczywiście na takie szczęście jak 

ostatnio. To byłoby zbyt proste.

Tym razem musiała to być kombinacja czyjejś niesolidności i jej własnych umiejętności 

przewidywania nieszczęścia. Na początek wyodrębniła te wszystkie kolonie poszukiwawcze, które 

nie miały więcej niż sto lat. Okres ten wydawał się jej dostatecznie krótki, by coś, co się cyklicznie 

powtarza, nie wszędzie się już wydarzyło. Na tym opierała bowiem szansę zarobku.

To   dość   znacznie   zawęziło   obszar   poszukiwań.   Skoncentrowała   się   na   podziale   na 

kategorie.   Pierwszą,   którą   wybrała,   była   powódź.   Dlatego   przywołała   nagrania   wszystkich 

geologicznych i klimatologicznych map wybranych planet i zaczęła badać możliwości zaistnienia 

tam potopu.

W tym też czasie razem z Alexem złożyli zeznania w sprawie Haakona - Fritza, co wiązało 

się   z   pozbawieniem   praktykującego   darwinisty   prawa   do   uczestniczenia   w   istotnych 

przedsięwzięciach. Instytut podziękował im za zdemaskowanie tego niebezpiecznego człowieka. 

Tia   jednocześnie   postanowiła   nie   wychodzić   z   portu,   dopóki   nie   dostarczą   jej   sprzętu   do 

unieszkodliwiania fauny. Alex był już zmęczony narażaniem życia.

Zażądał zamontowania na statku broni. Mogła być zamknięta, a jej użycie obwarowane 

odpowiednimi przepisami, lecz chciał mieć w zasięgu ręki coś do obrony własnej i innych.

- Co by się stało, gdyby te psy były szybsze, bardziej agresywne, sprytniejsze? - pytał.

Służby Kurierskie wyraziły zgodę, ale Instytut wciąż oponował. Jego podstawowe założenie 

pełnego pacyfizmu i nierozprzestrzeniania broni kłóciło się z tym żądaniem.

Przepisy były  jasne;  w żadnej  kolonii,  która  miała  styczność  z cywilizacjami  od epoki 

żelaza w górę, nie mogła znajdować się broń. “Styczność" oznaczała przebywanie na tym samym 

kontynencie. Zakaz obowiązywał wszystkich pracowników Instytutu, także tych kontraktowych. 

Ponieważ statki kurierskie były częstymi gośćmi na tego typu wykopaliskach, zakaz przewożenia 

broni rozszerzono i na nie. Tia poparła swojego mięśniowca i zwróciła się o pomoc do Organizacji 

Światów Centralnych i Szkoły - Laboratorium. W końcu jej bezpieczeństwo zależało od działań 

Alexa. Instytut był  temu przeciwny,  gdyż  obawiał się reakcji opinii publicznej na niewątpliwe 

background image

pogwałcenie pacyfistycznych zasad.

Tia  rozumiała  ten punkt widzenia, lecz  faktem było,  że statki kurierskie Instytutu  były 

jedynymi, które nie posiadały na swoim pokładzie nawet broni ręcznej. Ponadto groźba spotkania 

przemytników była bardzo realna, a oni z pewnością byli doskonale uzbrojeni. Gdyby Organizacja 

Światów Centralnych zmieniła przepisy i wydała odpowiednie zarządzenia, Instytut nie miałby tu 

wiele do gadania.

W   tym   samym   czasie   sprawa   Haakona   -   Fritza   nabrała   niespodziewanego   rozgłosu. 

Nagrania ukazujące jego bieg olimpijski w kierunku kopuły trafiły jakimś cudem do mediów. Na 

szczęście   stało   się   to   długo   po   tym,   jak   Tia   przeniosła   swoje   kopie   do   archiwum.   Nagrania 

pokazywały także heroiczny bój Alexa ze stadem szakali. Alex stał się gwiazdą dnia; jednak udało 

mu się skutecznie zniechęcić media do swojej osoby negatywnym nastawieniem do całej tej sprawy 

i niewyrażeniem zgody na zrobienie mu jakichkolwiek zdjęć. Haakon - Fritz z namaszczeniem 

udzielał wywiadów i stał się dzięki temu łajdakiem numer jeden opinii publicznej. Instytut nie 

mógł już wyciszyć tego skandalu. Na ratunek swojemu współwyznawcy przyszli inni praktykujący 

darwiniści, co całą sprawę uczyniło jeszcze gorszą. A to przez ich skrajne stanowisko dotyczące 

życia społecznego i buńczuczną retorykę. Ludziom nie podobało się to, iż w oczach tych panów 

ofiary napaści zwierząt były mizerakami i zawalidrogami, które powinny być wyeliminowane dla 

dobra   rasy.   Wyglądało   na   to,   że   ów   incydent   05   przybiera   charakter   publicznej   rozprawy, 

niezależnie od tego jak bardzo Instytut starał się jej uniknąć.

W przeddzień rozprawy Tia znalazła wreszcie obiekt swojej kolejnej inwestycji.

Chodziło o trzecią planetę układu Azteka, znaną pod nazwą Quetzalcoatl.

Jedna z największych firm telekomunikacyjnych - Interstellar Teleson, która kontrolowała 

większość   przestrzeni   telekomunikacyjnej   znanej   strony   wszechświata,   właśnie   założyła   swą 

centralę na Quetzalcoatlu. Lokalizacja takiego przedsięwzięcia odgrywała tu dużą rolę. Teren, a 

raczej cały kontynent, musiał być stabilny tektonicznie, musiał też mieć łagodny klimat. Tu jednak 

nie zachowano tych zasad.

Był   to   jeden  z   owych   sekretnych   kontraktów   wysokich   rodów   i   Tia   domyślała   się,   że 

chodziło o coś innego, istotniejszego, dlatego nie przejmowano się lokalizacją przedsięwzięcia. 

Ktoś komuś robił tu najwyraźniej przysługę. Być może była to cena, którą musiano zapłacić za 

jakieś nieczyste machinacje.

Upewniła się co do swoich podejrzeń, gdy zobaczyła, że teren jest oznaczony na mapie 

czerwoną flagą. Dalsze poszukiwania geologiczne potwierdziły, że ten uroczy, nizinny zakątek jest 

dnem jeziora, do którego spływają wody powodziowe. Oczywiście nie co roku. Quetzalcoatl nie 

miała   tak   nierównej   orbity   jak   Largo   Draconis,   była   lekko   tylko   nachylona.   Orbita   taka   nie 

background image

powodowała większych zmian na planecie. Lecz dzięki takiemu nachyleniu raz na sto lat biegun 

pomocny był nieco dłużej niż normalnie poddany działaniu promieni gwiazdy. Wtedy to lodowce 

zaczynały się topić. Co ciekawe, nie wywołało to gwałtownej powodzi. Wody spływały z gór 

bardzo powoli. Dopiero kiedy nadchodziły wiosenne deszcze, ich poziom gwałtownie się podnosił. 

Wówczas niziny zalewane były kilkucentymetrową warstwą wody. Stan taki trwał zapewne przez 

trzy, cztery lata, zanim wody nie spłynęły i lodowce znowu nie urosły.

Interstellar   Teleson   zajmowała   się   między   innymi   super   -   czułymi   przekazami,   które 

wymagały   odpowiedniego   sprzętu.   Z   tego   też   względu   większość   komputerów   musiała   być 

przytwierdzona na stałe do nieruchomego podłoża, nie wyżej niż na wysokości kilku centymetrów. 

W   ten  sposób  zmniejszano  do  minimum   możliwość   ich  zniszczenia  i  zakłóceń   w  przekazach. 

Zabezpieczenia   te   powodowane   były   obawą   przed   ingerencją   humanoidów,   nie   natury. 

Najwyraźniej w korporacji nie uważano natury za godnego przeciwnika.

Ten,   kto   zatwierdzał   ów   projekt,   totalnie   zlekceważył   klimatyczne   i   geologiczne 

uwarunkowania. Inżynierowie ostrzegali wprawdzie przed możliwością podmywania terenu przez 

morze i powodzie, ale skończyło się na tym, że zakupiono dodatkowe pompy. Tia przypuszczała, 

że wypompowywały one jedynie wody gruntowe. Z pewnością były bezużyteczne w przypadku 

powodzi.

Zgodnie z przewidywaniami właśnie nadszedł czas topnienia lodowców, a do wiosennych 

deszczów pozostało tylko kilka miesięcy.

Jednocześnie   na   tej   samej   planecie   istniała   firma   zajmująca   się   walką   z   wszelkimi 

katastrofami.   Jej   pracownicy   twierdzili,   że   mogą   przywrócić   stan   sprzed   katastrofy   w   ciągu 

miesiąca oraz przywrócić sprawność urządzeń, które były zanurzone w słonej wodzie przez ponad 

rok lub zostały zniszczone przez pożar o szczególnie szkodliwych wyziewach. Interstellar Teleson 

będzie wkrótce potrzebowała usług owej firmy, choć jeszcze o tym nie wiedziała. Poza tym Tii 

podobała się nazwa. Kimkolwiek byli ci ludzie, mieli niezmiernie ciekawe poczucie humoru.

Śmiejąc się do siebie, Tia zadzwoniła do Lee Stirlinga i poleciła dokonanie odpowiednich 

inwestycji. Następnie wysłała inny, starannie zredagowany przekaz do Zniszczeń i Pogorzelisk - 

Superszybkie Odwracanie.

Publiczny proces doktora Haakona - Fritza stał się prawdziwą sensacją ostatniego tygodnia, 

jednak zarówno Tia, jak i Alex mieli poważniejsze problemy na głowie, niż zajmowanie się tak 

trywialną sprawą.

Nagrania,   których   Tia   dokonała   na   planecie   i   w   głównej   kabinie,   stały   się   publiczną 

własnością i tyle tylko mieli teraz z tą sprawą wspólnego. Szefowie Instytutu pragnęli wyłącznie 

background image

tego, by nie wyjść na kompletnych idiotów. W zamian za zgodę na posiadanie broni osobistej przez 

Alexa zażądali od niego zachowania milczenia. Doskonale wiedzieli, że nagrania to była jedna 

sprawa, ale dodatkowe uczestnictwo bohatera wydarzeń jeszcze bardziej podniosłoby temperaturę 

dyskusji, a tego nikt na górze sobie nie życzył. Alex stwierdził, iż nie jest to wygórowana cena. 

Poza tym niewiele mógł do tego wszystkiego dodać.

Zatem,  podczas  gdy  media  próbowały ujawnić  jak  najwięcej   szczegółów,  a  prawnicy  i 

rzecznicy Instytutu starali się wyciszyć całą sprawę, Alex dostał swój zestaw obronny, a Tia sprzęt 

do obezwładniania fauny. Była to nagroda za milczenie. Właśnie przygotowywali się do swojego 

kolejnego, kurierskiego lotu, gdy nadeszła nagła wiadomość.

Ich kontrakt z Instytutem został zawieszony; Światy Centralne miały dla nich inne zadanie, 

jako że byli jedynym w bazie statkiem BB.

Tym samym zmieniły się nie tylko ich zadania, ale i pracodawca.

- Kenny, o co w tym wszystkim chodzi? - spytała Tia, gdy otrzymała plik rozkazów.

Nagle stali się statkiem bez wyraźnego przydziału, przeznaczonym do specjalnych zadań. 

Mieli czekać na polecenia. Przybyli zatem do “Dumy Albionu", gdzie rozkazy przekazał im doktor 

Kennet Uhua - Sorg.

- O to - odpowiedział doktor Kennet, pokazując im obraz z wnętrza jednej z izolatek.

Alex aż krzyknął. Tia nie miała mu tego za złe.

To, co zobaczyli na ekranie, było trudne do rozpoznania. Z pewnością był to kiedyś jakiś 

humanoid.   Teraz   jednak   przypominał   bezkształtną,   humanoidopodobną   masę.   Gdzieś,   wśród 

nieskończonej liczby otwartych wrzodów, były oczy, usta, twarz. To, co leżało z boku, było kiedyś 

rękami, u dołu znajdowały się strzępy nóg.

Pierwsza otrząsnęła się Tia.

- Kto to jest? - spytała zwięźle. - Co mu się stało?

- Kto? Nie mamy pojęcia - odpowiedział Kenny głosem bez wyrazu. - Spóźnił się na swój 

frachtowiec i odlecieli bez niego. Nie wiemy, czy spodziewali się czegoś takiego, czy też po prostu 

stwierdzili, że jeden z członków ich załogi zaginął. Co ciekawe, wystartowali ze stacji Yamahatchi 

z szybkością, która nie pasowała do ich raczej nie najnowszego wahadłowca. Miał sfałszowane 

papiery, a z jego palców zostało zbyt mało, by zidentyfikować go po odciskach. Nawet jeżeli był 

mordercą czy poszukiwanym recydywistą, identyfikacja na podstawie kodu DNA może potrwać 

lata.

Alex pokręcił głową. Nietrudno było dojść do tego, z jakiego statku pochodził. Każdy, kto 

chciał   skorzystać   z   usług   stacji   odnowy   lub   hotelu,   musiał   przedstawić   obok   dokumentów 

tożsamości   papier   stwierdzający   przynależność   do   danego   wahadłowca.   Informacja   taka   była 

background image

sprawdzana   na   macierzystym   statku   i   dopiero   po   potwierdzeniu   przez   kapitana   prawdziwości 

danych klient mógł być obsłużony. Pasażerowie mieli oczywiście oddzielną sieć hoteli.

- Taka szybkość może oznaczać piratów albo przemytników - powiedział Alex.

- Trudno się z tobą nie zgodzić - odparł Kenny. - Kiedy jego czas korzystania z usług stacji 

odnowy minął, ktoś z obsługi wszedł do jego pokoju i zastał... to. Na szczęście niczego nie dotykał, 

szczelnie zamknął drzwi i zawiadomił nas.

- A co z obsługą stacji? - spytała Tia.

- Wszyscy są odizolowani, lecz jak na razie, dzięki bogom kosmosu, u żadnego z nich nie 

wystąpiły oznaki choroby.

- Za co bądźmy im wdzięczni - wymamrotał Alex.

- Co mu właściwie jest? - zapytała Tia. Kenny wzruszył ramionami.

- Kolejna bezimienna zaraza. Jej symptomy są dość łatwe do zinterpretowania. Bąble, które 

wkrótce zamieniają się we wrzody zdające się goić, by pojawić się na nowo. Zespół bakterii i 

wirusów   wzmocniony   niewydolnością   układu   immunologicznego.   Jak   dotąd   nie   ma   na   to 

lekarstwa.  Grupa  interwencyjna   wysterylizowała   pokój  stacji  i   na  razie  nie   zaobserwowaliśmy 

podobnych   przypadków.   Jak   wykazują   nagrania,   po   przybyciu   do   stacji   odnowy   ani   razu   nie 

opuścił swojego pokoju.

- Nie sądzę, by coś podobnego groziło piratom - stwierdziła Tia. - Jednak przemytnicy 

zabytków...

- Dlatego właśnie poprosiłem was tutaj - odpowiedział Kenny. - I dlatego Instytut przekazał 

was do naszej dyspozycji. Aha, Alex, gdybyś się dziwił, to zajmuję się tym, ponieważ stałem się 

specjalistą od chorób towarzyszących archeologom.

Alex spojrzał znacząco na kolumnę. Tia wiedziała, dlaczego tak patrzy. Czy to możliwe, 

żeby to była choroba, o której mówił im tajemniczy pan Sinor? Czy powiedział im prawdę, mimo 

że wystąpił pod fałszywym nazwiskiem?

Odpowiedziała na te pytania, wypisując pod wizerunkiem doktora Kenneta:

“To musi być zbieg okoliczności. Niemożliwe, żeby to była choroba, o której mówił Sinor. 

Musiałby być szalony, gdyby na własną rękę chciał ścigać coś takiego".

Zerknął pytająco. Dlaczego?

“Porażenie układu odpornościowego. Przenoszenie przez powietrze lub dotyk. Pomyśl o 

tym".

Spojrzał ponad ekran i powoli skinął głową. Koszmar, który spędzał sen z oczu ludzkości 

od dwudziestego wieku; widmo choroby układu immunologicznego przenoszonej przez powietrze 

lub przez dotyk. Nikt nie chciał nawet o tym myśleć, mimo to specjaliści zajmujący się chorobami 

background image

zakaźnymi zdawali sobie sprawę, że niebezpieczeństwo jest wciąż żywe.

- Stanowicie niezwykły zespół i sądzę, że macie spore szansę odnalezienia źródła naszego 

kłopotu   -   powiedział   Kenny.   -   Oczywiście   będą   nad   tym   pracowały   także   Służby   Medyczne. 

Jesteście jednak jedynym wahadłowcem BB, który został nam udostępniony. Instytut nie chciał się 

zgodzić, żeby jego ludzie byli narażeni na bezpośrednie zetknięcie się z plagą, dlatego odstąpił na 

jakiś  czas  od  kontraktu  z  wami.  Mnie  oddelegowano,  bym   pomógł  wam  w  nakreśleniu   planu 

działań. Macie jakieś pomysły, od czego by tu zacząć?

-   W   porządku   -   odpowiedział   Alex.   -   Spróbujmy   zatem   najpierw   zastanowić   się   nad 

różnymi  możliwościami. Po pierwsze, jaka istnieje szansa, że to może pochodzić ze statku lub 

stacji przebywającej w zupełnej próżni?

-   Szansa?   Żadna.   Zupełna   próżnia   zabija   wszelkie   bakterie   i   wirusy.   To   nam   chyba 

eliminuje takie miejsca jak asteroidy czy planetoidy. - Kenny wyglądał na mile zaskoczonego. - 

Pozwólcie, że wywołam Larsa. On od początku obserwował tego biedaka.

Musieli chwilę odczekać, zanim Lars zakończył aktualne zajęcia i dostroił swoje fale do fal 

statku. Przez tę chwilę Tia pomyślała o kilku pytaniach, które chciała mu zadać.

- Lars, czy on coś powiedział? - zapytała, gdy tylko Lars pojawił się wśród nich. - Coś, co 

byłoby dla nas wskazówką?

- Głównie bredzi. Myślicie, że coś wam to da? - spytał Lars z dezaprobatą. - Wygląda na to, 

że nie był nikim związanym z astronautyką. To, co mówił, dotyczyło w głównej mierze pogody; 

prócz tego majaczył na temat skarbów i złota, jak zwykle w takich przypadkach.

- Mówił o pogodzie? - zareagowała natychmiast Tia. - Co dokładnie?

-   Posłuchaj   nagrań.   Oczywiście   doprowadziłem   je  do   stanu,  który  gwarantuje   w   miarę 

dobry odbiór.

Usłyszeli inny głos wydobywający się z głośników: chropowaty, sztucznie gardłowy.

- Skarb... złoto... nigdy tyle nie widziałem. Majątek... nie ma księżyca, jak można tu coś 

zobaczyć? Nie ma księżyca. Ciemno jak w norze kreta. Durna pogoda. Po prostu durna pogoda... 

śnieg, deszcz, śnieg, błoto - jak mam to wszystko powyciągać?

-   To   tyle   -   powiedział   Lars,   wyłączając   nagranie.   -   Mówił   o   skarbie,   braku   księżyca, 

ciemnych nocach i durnej pogodzie.

- Może powinniśmy złożyć te wszystkie rzeczy do kupy i odszukać miejsce, w którym mógł 

być? Dodajmy jeszcze do tego atmosferę i...? - podsumowała Tia. - Co mamy?

-   Racja.  Prawdopodobnie   będzie   to   planeta   o   owalnej   orbicie,   mocno   spłaszczona,   bez 

satelity, ale podobna do Terry. - Lars był wyraźnie podekscytowany. - Już to widzę.

- A co z kategorią wahadłowca, który go zostawił? - spytała Tia. - Sprawdź to w Centrali i 

background image

aktach wojskowych; w dokach na Yamahatchi wykonują pełną obsługę statków. Jaki typ paliwa 

tankowali, jeżeli w ogóle je tankowali? W dokach muszą mieć takie zestawienia. Może armia na tej 

podstawie   będzie   w   stanie   określić   typ   i   kategorię   wahadłowca.   To   zawęziłoby   nasz   krąg 

poszukiwań.

- W porządku. - Kenny zrobił notatki. - Mam jeszcze jeden pomysł. Postaram się sprawdzić, 

ile czasu minęło od zarażenia naszej ofiary. Gdy zestawimy te wszystkie fakty, powinniśmy się 

sporo dowiedzieć o gościach na Yamahatchi.

- Kenny, być może symptomy choroby wystąpiły już, gdy byli w kosmosie. Dlatego tu go 

zostawili - zauważyła Tia. - Możliwe, że choroba wykluła się podczas ich pobytu w nadprzestrzeni; 

gdy dobili do portu, po prostu uzewnętrzniły się jej objawy.

- Prawda. Będę musiał wziąć to pod uwagę przy określaniu możliwego rejonu ich pobytu. 

Postaram   się   jak   najszybciej   przekazać   wam   i   innym   grupom   poszukiwawczym   mapę   strefy 

działania. - Kenny rozłączył się, a Alex odwrócił się ku kolumnie.

- Tutejszy sektor nie ma najlepszej komunikacji - stwierdził. - Yamahatchi znajduje się na 

obrzeżach znanego nam wszechświata. Kiedy nic się nie dzieje, wszystko działa; ale w sytuacjach 

krytycznych   jak   ta   stracimy   tygodnie,   miesiące   albo   i   lata,   zanim   czegoś   się   dowiemy. 

Potrzebujemy sieci wahadłowców, nie kilku zespołów poszukiwawczych.

-   Może   powinniśmy   porozmawiać   z   Kennym,   by   włączył   do   tego   Służby 

Dekontaminacyjne? - spytała. - Oni także nie mają statków BB, ale mają AI - trzmiele wraz z 

obsługą   medyczną   na   pokładzie.   Mogą   razem   z   nami   stworzyć   sieć,   do   której   złapiemy 

poszukiwanych. Trochę to potrwa, ale nie powinno być tak źle.

- Już to widzę - odpowiedział natychmiast. - Przecież on...

- Wywiad!  - zawołała nagle, gdy Alex pogodził się już z wizją współpracy z powolnymi 

statkami Kenny'ego. - Trzeba powiedzieć Kenny'emu, żeby nawiązał kontakt z wywiadem. Niech 

ich ludzie zwrócą uwagę na podejrzanie chorych, na pogłoski o zarazie lub zarażonych statkach czy 

też   tajemniczych   zniknięciach   członków   załogi   wahadłowców!   To   z   pewnością   tysiąckrotnie 

zwiększy nasze szansę na uchwycenie jakiegoś śladu.

- Lub też na pogłoski o statkach, które nigdy nie wróciły do swoich macierzystych doków - 

dodał ponuro Alex. - Prawdopodobnie kiedyś ten lub inny frachtowiec wejdzie w hiperprzestrzeń i 

już z niej nie wyjdzie. Albo pojawi się na innym krańcu świata bez załogi zdolnej nim sterować.

Gdyby mogła, zadrżałaby ze strachu. Zamiast tego poczuła się tak, jakby temperatura w jej 

skorupie spadła do absolutnego zera.

 

Komputerowe przeszukiwanie przestrzeni kosmicznej na podstawie tak skąpych danych nie 

background image

było proste. Alex i Tia musieli osobiście przeprowadzać analizę sektorów wytypowanych przez 

komputer.

Niektóre z planet nie pasowały do wzorca, jaki sobie wyznaczyli; ze względu na aktywność 

tektoniczną i geologiczną różnorodność, które mogły nagle głęboko pogrzebać rzeczy znajdujące 

się na powierzchni; ze względu na bez - deszczową lub bezśnieżną pogodę; na gęstą zabudowę czy 

też brak kontynentów zastąpionych niezliczoną ilością małych wysepek.

Inne były bardziej zbliżone - terropodobne obiekty bez widocznych zmian czy punktów 

orientacyjnych. Planety, na których występują deszcze i śniegi okrywające powierzchnię na kilka 

metrów;   za   głęboko,   by   kopać.   Do   poszukiwanych   przez   nich   rzeczy   musiano   dotrzeć 

przypadkowo. Być może w czasie kopania fundamentów pod jakąś bazę lub po prostu podczas 

niewinnego przekopywania gruntu.

Chorągiewki na mapach oznaczały tereny kolonii rolniczych. Instytut natomiast pooznaczał 

planety, na których miał swoje zespoły. Tia wkrótce zorientowała się, że szefowie Instytutu próbują 

w jak najgłębszej tajemnicy ukryć fakt zarazy roznoszonej prawdopodobnie przez znaleziska.

Gdy tylko zakończyli pracę nad mapami, postanowili trochę zmienić plan swych działań. 

Chcieli najpierw posprawdzać bazy i porty wolnocłowe, szukając innych ofiar. Mogli zrobić to o 

wiele  prędzej niż jakikolwiek AI - trzmiel  czy też  wahadłowiec pilotowany przez delikatnika. 

Szybsze   były   jedynie   statki   o   napędzie   nadprzestrzennym,   ale   żaden   z   nich   nie   był   do   ich 

dyspozycji. Nie mieli  wielu szans na znalezienie czegokolwiek, dopóki nie pojawią się gdzieś 

kolejne   ofiary.   AH   -   1033   przyrzekł   sobie   uczynić   wszystko,   co   możliwe,   by   wpaść   na   trop 

tajemniczego wahadłowca.

Była to swoista walka z czasem; wiedział o tym każdy, kto zajmował się tą sprawą. Gdyby 

zaraza dopadła jakąś wielką, podróżującą w kosmosie społeczność, to szansę na jej zwalczenie, nim 

umrą miliony niewinnych humanoidów, byłyby nikłe.

- Alex! - zawołała trzeci raz Tia, zwiększając nieco siłę dźwięku swych głośników.

Wreszcie odpowiedział, ale nawet teraz nie oderwał wzroku od swego zajęcia.

- Co, kochanie? - wyszeptał głosem bez wyrazu, wpatrując się w wyświetloną na ekranie 

mapę topograficzną jakiejś planety.

Zdawał się nie zwracać uwagi na fakt, że ciężko było mu skoncentrować wzrok na jednym 

punkcie.

Przejęła kontrolę nad monitorami, wyłączając umieszczony przed nim ekran. Zamrugał i 

popatrzył zdziwiony w jej kierunku.

- Dlaczego to zrobiłaś? - spytał. - Byłem właśnie pochłonięty analizowaniem...

- Alex! - powiedziała  dobitnie.  - Od ponad pół godziny przyglądasz  się temu  samemu 

background image

obrazowi. Prawdopodobnie wcale go nie widzisz. Od ponad sześciu godzin nic nie jadłeś, nie 

spałeś od dwudziestu. Nie wspomnę o tym, że nie kąpałeś się i nie przebierałeś od czterdziestu 

ośmiu godzin!

Zmrużył oczy i popatrzył na wygaszony ekran.

- Nic mi nie jest - zaprotestował lakonicznie.

- Nieprawda - odrzekła. - Nie możesz nawet prosto utrzymać głowy. Popatrz, jak ci się ręce 

trzęsą! Kawa nie zastąpi snu!

Ścisnął skronie, by zagłuszyć natarczywy szum w głowie.

- Nic mi nie jest - upierał się.

Wydała niemiły odgłos i błysnęła na niego swymi ekranami. Skrzywił się boleśnie.

- Widzisz? Nie panujesz nawet nad swoimi reakcjami. Jeżeli nie będziesz jadł, rozchorujesz 

się, jeżeli nie będziesz spał, stracisz zdolność koncentracji, a jeżeli nie będziesz się mył i przebierał, 

odeślę cię do dezynfekcji.

- Już dobrze, kochanie, już dobrze - odparł, obejmując kolumnę i tuląc ją. - Przygotuj mi 

coś do zjedzenia; zaraz przyjdę do kuchni.

- Co to znaczy zaraz? - spytała ostro.

- Gdy tylko wezmę prysznic i zmienię ubranie.

Ociężale podniósł się ze swego fotela i poszedł do kabiny. Chwilę potem usłyszała szum 

prysznica. Nie pomyliła się co do swych podejrzeń: woda, w której się kąpał, była przeraźliwie 

zimna.

Cóż, próbujemy się dobudzić, hmm. Nie, kiedy chcę, byś odpoczął. Przejęła kontrolę nad 

temperaturą wody i odrobinę ją podniosła; dostatecznie wysoko, by nie drażnić jego komórek. Ten 

niewinny zabieg chyba podziałał, gdyż kiedy wszedł do kuchni, zaczął ziewać.

Podała   mu   jedzenie   z   lekkim   środkiem   nasennym;   był   zbyt   zmęczony,   by   cokolwiek 

zauważyć. Nie dostał też kawy, o którą się upominał, lecz napój ziołowy.

Pogłaskał jej pomocniczą konsoletę, jakby dotykał czyjegoś ramienia w celu zwrócenia na 

siebie uwagi. Często tak robił, szczególnie ostatnio. Podobnie dotykał jej kolumny, jakby to było 

ramię starego, drogiego przyjaciela.

- Tio, moja kochana, nie zdajesz sobie sprawy, że już prawie skończyliśmy? Tylko dwa 

sektory do sprawdzenia. Jeśli policzyć ten, nad którym aktualnie pracuję, to trzy.

- Ten mogę skończyć sama - stwierdziła spokojnie. - Nie muszę jeść, na sen poświęcam 

tylko trzy godziny dziennie. Rozumiem, co chcesz powiedzieć, ale nie poślesz tam żadnego statku 

szybciej tylko dlatego, że mi tu umrzesz. Poza tym pracując w takim stanie, łatwo możesz coś 

przeoczyć, być może klucz do całej tej sprawy.

background image

- Ale... - Jego próbę protestu przerwało ziewanie.

- Bez sprzeciwów - odpowiedziała. - Mogę zablokować dostęp do danych i zrobię to na 

następnych osiem godzin. To jest rozkazr a jeżeli nie będziesz chciał się do niego zastosować, 

wezwę na pomoc Służby Medyczne.

Był  zbyt  zmęczony,  by okazać swe niezadowolenie, zbyt zmęczony,  by w jakiś sposób 

zaprotestować. Przez ostatnich kilka dni spał po cztery godziny na dobę. Budził się nerwowo przed 

normalnym czasem, którego potrzebował organizm, by odpocząć. Napięcie, w jakim żył, brało górę 

nad rozsądkiem. Czuła, że tym razem zaśnie przynajmniej na osiem godzin, nawet jeżeli tego nie 

chciał.

- Niczego nie odkryjesz, działając półprzytomnie - przypomniała mu. - Pamiętasz, czego 

uczyli cię w Akademii? Zrób to porządnie lub nie rób tego wcale.

- Poddaję się. - Wyrzucił ręce w górę i pokręcił głową. - Jesteś dla mnie za dobra, kochanie.

Chwilę potem wstał i powlókł się do kabiny. Rzucił się na koję i natychmiast zasnął.

Tia uczyniła coś, czego nigdy dotąd nie robiła. Pozostała swym okiem w jego kabinie, 

przyglądając się, jak śpi, i zastanawiając się nad wydarzeniami ostatnich dni.

Nie tylko na chwilę, ale i na całe godziny zapominała 0 tym, że jest zamknięta w kolumnie. 

Rozmawiali przecież zachowywali się jak normalni ludzie, nie jak mięśniowiec i jego mózg. W 

jakiś dziwny sposób niedookreślone granice, które ich dzieliły, gdzieś zniknęły.

Do   tego   zaczął   ją   nazywać   “miłością"   lub   “kochanką".   Powtarzał   to   coraz   częściej, 

zwłaszcza gdy nie kontrolował swoich emocji.

Gładził i głaskał jej konsoletę lub kolumnę w taki sposób, jakby dotykał czyjejś ręki, by 

zwrócić na siebie uwagę, uspokoić tego kogoś lub coś zasugerować.

Nie sądziła, aby zdawał sobie sprawę z tego, co robił. Jego działanie było pozazmysłowe, 

niezwykle naturalne. Dlatego nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Mogła to być zwykła 

próba zwrócenia jej szczególnej uwagi na to, o czym  mówił. Wielu ludzi używa wtedy takich 

zdrobnień,  spieszczeń.  Jednak do tej  pory Alex tak  nie  mówił.  Oczywiście  mógł  nie czuć  się 

jeszcze zbyt swobodnie i dlatego się kontrolował. Jak długo się w końcu znali? Nie dłużej niż kilka 

miesięcy. Wydawało jej się, że minęło całe życie. Nie - powiedziała sobie twardo. - To nie może 

nic   znaczyć.   Po   prostu   zna   mnie   już   na   tyle   dobrze,   by   pozbyć   się   wszelkich   uprzedzeń   i 

samokontroli.

Im szybciej zakończą przygotowania i wyruszą w kosmos, tym szybciej wszystko wróci do 

normy.

Sprawdźmy, czy uda mi się przeanalizować dwa z trzech pozostałych sektorów, zanim się 

obudzi...

background image

Władze portu, który tajemniczy frachtowiec zgłosił jako cel swej następnej podróży, nic nie 

wiedziały o podobnym statku. Tia jednak nie spodziewała się niczego innego. Podobne frachtowce 

lubiły zmieniać swe plany lotu. Jeżeli to byli rzeczywiście przemytnicy, z pewnością nie zostawili 

wiadomości, gdzie można ich znaleźć.

Miała   tylko   nadzieję,   że   nie   przybyli   do   wyznaczonego   portu,   ponieważ   kapitan   tak 

zdecydował,  a nie dlatego,  że dryfują  teraz  gdzieś  w kosmosie.  Pozwoliła Alexowi prowadzić 

wszystkie   rozmowy.   Nabył   niezwykłej   wprawy   w   wyciąganiu   z   rozmówców   najistotniejszych 

informacji. Doskonale przy tym umiał się wcielić w kogoś, komu się nie odmawia.

Tym razem wmówił szefowi przylotów, że jest agentem firmy kolekcjonerskiej; właśnie 

szuka pewnego statku, który podobno tu się pojawił, a którym jego agencja jest zainteresowana.

Alex   zakończył   rozmowę   ze   stacją   i   odwrócił   się   ku   ekranowi   Tii   z   konspiracyjnym 

wyrazem twarzy.

-   Jak   ty   to   robisz?   -   spytała   po   chwili   milczenia.   -   Jak   udaje   ci   się   przekonać   tych 

wszystkich ludzi, że rozmawiają z kimś zupełnie innym?

Roześmiał   się,   a   ona   rozwinęła   na   ekranie   mapę   tutejszego   sektora,   zamieniając   ją   w 

trójwymiarowy obraz.

-  Odkąd  pamiętam,   zawsze  należałem  do  jakiegoś  kółka  teatralnego.   Oto moje   kolejne 

hobby. Nigdy nie brałem tej zabawy w teatr na serio, chociaż byli i tacy, którzy twierdzili, że 

jestem w tym dobry. To proste, wyobrażam sobie, że jestem osobą, którą chcę być, i zaczynam 

zachowywać się tak, jak ona by się zachowywała.

- Cóż - powiedziała,  gdy zaczęli  się zastanawiać nad miejscem postoju poszukiwanego 

statku. - Gdybym była przemytnikiem, dokąd bym poleciała?

- Stacja Lermontowa, Presleya, Korngolda, Tunga - zaczął je wyliczać na palcach. - Mogli 

oczywiście polecieć gdzieś dalej, ale tam zajmą się nimi ludzie z wywiadu; dowiemy się, gdy się 

pojawią.

- Pod warunkiem oczywiście, że człowiek, którego wywiad tam wysłał, wie, za co bierze 

pieniądze. Dlaczego Stacja Presleya?  - spytała. - Przecież to tylko siedziba szefów koncernów 

wydobywczych na małym asteroidzie.

- We władaniu wysokiego rodu - odpowiedział, rozkładając się wygodnie na fotelu z rękami 

pod głową. - Pieniądze za cenne eksponaty. Bogaci górnicy. Nie wszyscy mają maniery ludzi z ery 

kamienia łupanego.

- Sądziłam, że górnicy są... szorstcy w obyciu - powiedziała.

Pokręcił głową.

background image

- Górnicy są ludźmi jak wszyscy. Można wśród nich spotkać różne jednostki. Wielu próbuje 

zbić majątek; niektórzy wyciągają szczęśliwy los, który pozwala im na kaprysy w stylu wysokich 

rodów. Mają dość pieniędzy, by kupować antyki i jest im obojętne, skąd one pochodzą. I jeszcze 

jedna sprawa. Konsorcjum Presley - Lee y Black kupi rudę od każdego, nawet od podejrzanie 

błąkającego się wahadłowca. Być może zatem nasi przyjaciele popełnią tu jakiś błąd. Możemy 

ustanowić nagrodę za współpracę i zobaczymy, co z tego wyniknie.

- Nagrodę wraz z ostrzeżeniem - dopowiedziała. - Mam tylko nadzieję, że nam uwierzą. 

Najpierw zatem do Lermontowa, potem Tung i Presley?

- Ty tu dowodzisz, kochanie - odrzekł pogodnie i zredagował rozważną notatkę dla prasy na 

każdej ze stacji.

Nie   zamierzał   wywołać   paniki,   lecz   jednocześnie   owa   notatka   musiała   brzmieć   w   taki 

sposób,   by   ludzie   chcieli   z   nimi   współpracować.   W   dodatku   nie   mogli   nikogo   narażać   na 

zachorowanie. Notatka zatem głosiła, że poszukiwany statek może być zainfekowany anthraxem 

III, poważną, ale uleczalną chorobą.

Wysłał wiadomość do sieci informacyjnej i zwrócił się ponownie do Tii:

- Ty jesteś pilotem. Ja tu jestem tylko balastem.

- To najekonomiczniejsza trasa - powiedziała, porównując swój plan lotu z planem Kontroli 

Ruchu Kosmicznego. - Trzy dni do Lermontowa, jeden do Tunga i półtora dnia do Presleya.

Mimo twierdzenia Alexa, że jest on tu jedynie balastem, ani on, ani Tia nie spędzili trzech 

dni podróży do Lermontowa bezczynnie. Cały czas przeglądali nadchodzące od innych zespołów 

meldunki dotyczące poszukiwanego statku. Dokładnie analizowali każde słowo, szukając choćby 

cienia śladu tajemniczego obiektu. Kiedy dobili do Lermontowa, Alex zarzucił sieci.

Tym razem wcielił się w podejrzanego dealera dzieł sztuki, który poszukuje tanich okazów. 

Osobników takich jak on było mnóstwo. Wyrzekali się jakiejkolwiek etyki, byle tylko kupić coś za 

bezcen,   nie   pytając   oczywiście   o   pochodzenie   przedmiotu.   Potem   sprzedawali   to   średnio 

zamożnym kolekcjonerom, którzy chcieli zaimponować swoim przyjaciołom lub szefom. Wielcy 

przemytnicy nie robili interesów z takimi dealerami; a już na pewno nie, gdy w grę wchodziły 

wartościowe przedmioty. Jednak załoga statku załadowanego po brzegi antykami, na które żaden z 

możnych tego wszechświata nawet nie spojrzy, będzie szukała kontaktu z podrzędnymi dealerami. 

Także Tia doskonale pasowała do tej roli. Jej kadłub nie wyróżniał się niczym specjalnym spośród 

innych statków. AH - 1033 wyglądał na stary model bez nadprzestrzennego napędu; taki, który 

mógł wynająć każdy, kto przemierzał kosmos w interesach.

Lermontow  był  typowym  portem dla pojedynczych  frachtowców  i statków  o wątpliwej 

reputacji.   Nie   był   to   port   iście   piracki   ze   względu   na   bliskość   nadprzestrzenną   Centrali,   ale 

background image

kontrolerzy przylotów niezbyt bacznie przyglądali się przybywającym tu wahadłowcom; w dokach 

natomiast   chętniej   widziano   gotówkę   niż   podpisy   świadczące   o   prawdziwości   papierów.   W 

niezliczonych barach i restauracjach można było bez obaw dobić niezbyt czystych targów.

Tam właśnie zjawił się ubrany w neonową tunikę Alex. Tia obawiała się, że może zostać 

zdemaskowany, a ona nie będzie w stanie mu pomóc. Nie mógł nawet wziąć ze sobą czujnika 

kontaktowego; systemy antyszpiegowskie zainstalowane w każdym z tych barów wykryłyby go 

zaraz  po  przekroczeniu   progu.  Mogła  tylko   śledzić   wiadomości   nadchodzące  ze   stacji,  szukać 

innych opcji dotyczących “ich" statku i mieć nadzieję, że zdolności aktorskie Alexa są tak dobre, 

jak sam uważał.

Alex nauczył się sztuczki z piciem dawno, dawno temu. Przydawała się wtedy, gdy chciał 

być trzeźwy, robiąc jednocześnie wrażenie pijanego. Wszystko polegało na manualnej zręczności. 

Trzeba było pozwolić rozmówcy wypić drinka, niezauważenie zamienić szklanki i pozwolić mu 

wypić   drugiego.   Potem   zamawiało   się   następną   kolejkę.   Po   trzech   kolejkach   twój   kompan 

praktycznie nie zauważał już, że nie pijesz, szczególnie jeżeli to ty stawiałeś.

Dzięki wam, duchy kosmosu, za kredyt Służb Medycznych!

Spoglądał  przez okno baru “Pink Comet",  którego  neon swą jaskrawością przyćmiewał 

nawet  jego strój. Szybko  zorientował  się, że  towar, którego  poszukuje, nie  jest tu  oferowany. 

Odmowa była jednak na tyle uprzejma, że nie musiał wychodzić oknem. W rzeczy samej to, co tu 

oferowano, było raczej na wpół legalnymi usługami niż dobrami materialnymi. Barman nie miał 

pojęcia, kto może czymś takim handlować, lecz wiedział, kto może wiedzieć, i odesłał Alexa do 

“Rimrunners".

Kilka   kolejek   później   przeżywał   męki,   nie   mogąc   pozbyć   się   kogoś,   kto   chciał   mu 

koniecznie sprzedać porno - zabawki i seksdroidy. Zaraz potem przyczepił się do niego facet, który 

twierdził, że nie potrzebuje żadnych antyków, lecz okazów sztuki prymitywnej.

- Z tych antyków nie ma już żadnych pieniędzy - udowadniał mu stary, waląc sękatą pięścią 

w   stół.   -   Nikt   już   nie   chce   antyków,   pieprzony   rynek   wypiął   się   na   nie!   Mówię   ci...   sztuki 

prymitywne idą teraz jak woda!

Alex musiał kompletnie spić starego, by się od niego uwolnić. Dzięki tej rozmowie odkrył 

jednak, że bar, którego szukał, nazywał się “Rockwall".

W “Rockwall" trafił na sporo tanich rzeczy, lecz nie takich, o które mu chodziło.

W   lokalu   panowała   osobliwa   atmosfera   niezwykłego   spokoju   i   dyskrecji.   Barman 

obsługujący bar zdawał się nie zwracać najmniejszej uwagi na rozmowy swoich klientów. Wokół 

sali rozmieszczone były na wpół zakryte wnęki ze stolikami w środku. Były tak skonstruowane, że 

background image

na zewnątrz nie wydostawał się najmniejszy szmer. Światło było przyciemnione, a całe otoczenie 

sterylnie   czyste.   Ceny   także   nie   były   wygórowane.   Idealne   miejsce   dla   niezbyt   uczciwych 

transakcji.

Alex dał znać barmanowi, czego szuka, następnie rozejrzał się po sali i usiadł przy jednym 

z   wolnych   stolików.   Wkrótce   jego   konto   zostało   obciążone   ponad   setką   betańskich   urn 

pogrzebowych,   dwudziestoma   figurkami   z   pumeksu   przedstawiającymi   rg'kedańskich   bogów   - 

węży i trzema prześlicznymi  małymi  czaszkami pochodzącymi  z Kanathi. Czaszki te były tyle 

warte, że sądził, iż zarówno Instytut, jak i Służby Medyczne wybaczą mu jego pozostałe zakupy. 

Oprócz tego nabył najbardziej dziwaczną rzecz, jaką tu zobaczył, a mianowicie figurkę tańczącej 

sowy pochodzącą ze starej Terry. Została prawdopodobnie skradziona jakiemuś załogantowi. Alex 

przyrzekł   sobie,   że   odszuka   właściciela   i   zwróci   jej   lub   jemu   te   figurkę.   Nie   była   cennym 

zabytkiem, ale być może stanowiła dla kogoś specyficzną pamiątkę rodową, która przypominała o 

domu. Dla kogoś takiego była to zapewne rzecz bezcenna.

Koszty zakupu tych rzeczy pokrywało jego konto kredytowe, natomiast on sam płacił na 

miejscu   gotówką.   Wyglądało   to   całkiem   zgrabnie.   Pierwszy   sprzedawca,   który   nazwał   siebie 

Rock'n'Run, przywołał do ich stolika barmana. Barman podszedł z kasetką, Alex wypisał czek 

należny za wszystkie rzeczy plus dziesięć procent dla baru. Następnie barman wypłacał gotówkę 

handlarzowi i wszyscy byli zadowoleni.

Alex rozmawiał tam także z kilkoma  załogantami  różnych  frachtowców, wypytując ich 

zręcznie o pogłoski na temat zarazy lub skażonych statków. Usłyszał tylko znane już od dawna 

historie o “Betan Dutchmanie", o “Home - coming" i o “Alice Bee". Były to opowieści sprzed 

dziesięciu lat. Nic nowego.

Został aż do zamknięcia, obserwując uroczo uśmiechniętego barmana, który przeliczał w 

duchu gotówkę, jaką Alex u niego zostawił. Być może zastanawiał się też, który klient przebije 

tego w wysokości dawanych napiwków. Alex doskonale pamiętał, co kiedyś powiedział mu Jon 

Chernov na temat ludzi z wywiadu: “Muszą pokrywać połowę kosztów poniesionych w czasie 

akcji, więc bynajmniej nie są rozrzutni. Jeżeli kiedykolwiek będziesz coś robił dla wywiadu, nie 

żałuj pieniędzy na wielkie gesty. Nikt cię nie będzie podejrzewał. Lepiej przekroczyć stan swojego 

konta, niż zakończyć karierę w dyszy silnika rakietowego".

Właśnie miano zamykać, gdy do baru wszedł Quiet Man.

Zachowywał się tak cicho, że Alex zorientował się w sytuacji, gdy zauważył, iż ktoś mu się 

przygląda, gawędząc z barmanem. Wydawało mu się też, że człowiek ten po prostu zjawił się przy 

jego stoliku, a nie podszedł do niego.

- Słyszałem, że skupujesz rzeczy - bezdźwięcznie powiedział Quiet Man. - Mam trochę... 

background image

rzeczy.

Miękko   otworzył   dłoń,   w   której   trzymał   miniaturową   wazę   lub   buteleczkę.   Była   to 

cudowna,   mała   rzecz,   ozdobiona   promieniami   tęczy,   wykonana   w   stylu,   który   wydawał   się 

Alexowi  znajomy.  Nie mógł  jednak sobie  przypomnieć,  gdzie  to już widział.  Była  to swoista 

mieszanka sztuki nowoczesnej z dziełami Salvadora Dali.

-   Jest   to   jedna   z   rzeczy,   którą   byłbym   zainteresowany   -   odparł   zachęcająco,   próbując 

jednocześnie przypomnieć sobie, skąd zna ten wzór. - Kłopot w tym, że to wygląda na zbyt drogą 

rzecz jak na moją kieszeń.

Quiet Man wsunął się w krzesło naprzeciw Alexa.

- Nie tak drogą, jak ci się wydaje - stwierdził. - Tutejszy rynek jest tym zapchany. - Wygląd 

zewnętrzny   Quiet   Mana   doskonale   pasował   do   sposobu,   w   jaki   mówił;   szary   kombinezon, 

szaroblada skóra, oczy i włosy bez żadnej barwy, twarz nie do zapamiętania. - Jestem w posiadaniu 

setki podobnych przedmiotów i na razie nie byłem w stanie nawet ich wyładować.

- Doceniam twoją szczerość - powiedział Alex, okazując zdziwienie.

Quiet Man wzruszył ramionami.

- Prędzej czy później natknąłbyś się na nie. Szefów interesują tylko duże transakcje. Ktoś 

wykupił już biżuterię; faceci wyglądali na frajerów, gdyż były to przedmioty z tytanu, niezbyt 

wygodne do noszenia i trochę kruche. Co do tych flakonów na perfumy, to musiałem część ładunku 

odesłać z powrotem, gdyż nie byłem w stanie sprzedać choćby jednego. Gdybyś to kupił, mógłbyś 

przerzucić towar do innego sektora. Dam ci dobrą cenę.

- Jak dobrą? - spytał Alex.

Quiet Man określił swoje warunki i zaczęli negocjacje. Bar powinien już być zamknięty od 

trzydziestu minut, kiedy zakończyli rozmowę. Przez cały ten czas Alex płacił za sok owocowy, jak 

za drinki. Picie soku po zamknięciu baru nie było zakazane, a barman był szczęśliwy, mając dłużej 

takiego klienta. Obsługa skakała wokół nich ochoczo, aż wreszcie Alex i Quiet Man uścisnęli sobie 

ręce na znak zawartej umowy.

- Nie są to pełnowartościowe antyki - dodał Quiet Man pod presją pytań Alexa. - Mogą być 

jednak   ulepszone   w   odpowiedniej   kąpieli   kwasowej.   Tak   naprawdę   mają   osiemset,   może 

dziewięćset lat. Pochodzą z planety skolonizowanej przez członków jednej z pierwszych wypraw 

człowieka   w   kosmos.   Początkowo   kolonia   nieźle   sobie   radziła,   potem   jednak   owładnęła 

kolonistami   mania   religijna   i   zaczęły   się   święte   wojny.   Doprowadziły   do  całkowitego   upadku 

kolonii. Przypuszczamy, że ostatni z jej przedstawicieli umarł około dwustu lat temu.

Alex z zaskoczeniem spojrzał na swój nabytek.

- To jest dzieło człowieka? Nie wygląda na takie! Quiet Man wzruszył ramionami.

background image

-   To   prawda.   Szefowie   twierdzą,   że   koloniści   byli   jakimiś   artystami,   którzy   pragnęli 

powrotu do natury. Stworzyli odgałęzienie ziemskiej religii, która nakazywała swym wyznawcom 

używanie środków halucynogennych, by mogli dotrzeć do sacrum. Wreszcie ktoś z nich ogłosił się 

następcą   wielkiego   proroka,   co   nie   podobało   się   połowie   kolonii.   Było   to   typowe,   zbiorowe 

szaleństwo.

- Cóż, będę musiał dorobić do tego jakąś egzotyczną historyjkę - powiedział z uśmiechem 

Alex. - Moi klienci będą musieli ją przełknąć. Tak więc w jaki sposób chcesz dostarczyć towar?

- Musisz wynająć transportowiec i ludzi z tutejszej bazy - odrzekł beznamiętnie Quiet Man. 

- Ja zrobię to samo. Obie grupy spotkają się jutro o dwunastej w tym miejscu. Twoi ludzie przekażą 

moim czek kredytowy, w zamian za to dostaną skrzynię. Kredyt wymienię na gotówkę w barze.

Alex zgodził się na te warunki. Po chwili mężczyźni wyszli z baru i każdy poszedł w swoją 

stronę.

Kiedy Alex wrócił na statek, wbiegł po schodach na górę, cały czas myśląc, gdzie już 

widział podobną małą wazę.

- Wyglądasz bardzo radośnie! - powiedziała wesoło Tia, gdy tylko wrócił cały i zdrowy.

- Tak też się czuję. Wyłowiłem kilka eksponatów z czarnego rynku i myślę, że Instytut 

będzie mi za to wdzięczny. - Wyjął wszystko z kieszeni, oprócz “buteleczki perfum", i rozłożył 

przedmioty tak, by Tia dokładnie mogła im się przyjrzeć. - A to jest prawdopodobnie skradzione. - 

Rozpakował figurkę tańczącej sowy. - Sprawdź, proszę, czy możesz zidentyfikować właściciela tej 

figurki.

- Nie ma sprawy - odpowiedziała machinalnie. - Śledziłam twoje postępy w trwonieniu 

zasobów kredytowych. Był to jedyny sposób obserwowania twoich poczynań. Dwie czaszki, które 

kupiłeś, są falsyfikatami, ale trzecia jest prawdziwa. Warta jest dużo więcej pieniędzy niż to, co 

straciłeś dziś wieczorem.

- Miło mi to słyszeć - roześmiał się. - Nie miałem pojęcia, co mógłbym powiedzieć szefom 

Instytutu i Służb Medycznych, gdyby okazało się, że kupiłem całą masę nic nie wartych rupieci. W 

porządku, a oto moje ostatnie odkrycie. Zamówiłem cały transport tego na jutro. Nie wiesz, gdzie 

ja to już widziałem?

Postawił   ostrożnie   małą,   nierówną   wazę   na   konsolecie.   Tia   wydała   z   siebie 

nieartykułowany dźwięk.

- Alex! - wykrzyknęła. - To jeden z przedmiotów, o których mówił Sinor!

Uderzył się dłonią w czoło.

- Jasne! To dlatego nie  mogłem sobie przypomnieć, w jakiej książce spotkałem się już z 

podobnym   antykiem.   Duchy   kosmosu!   Właśnie   zawarłem   umowę   na   dostawę   całej   skrzyni   z 

background image

załogantem   statku,   który   to   przewozi!   Powiedział   mi,   cytuję:   “Szefów   interesują   tylko   duże 

transakcje". Nie są to przedmioty z bardzo odległych czasów, pochodzą z nie istniejącej już kolonii 

religijnych maniaków. Dzwonię pod numer, który zostawił nam Sinor - dodał zdecydowanie. - 

Powstrzymaj się z wyjaśnieniami do czasu, aż kogoś złapię.

Tia była gotowa wysłać za Alexem swoje roboty pomocnicze, by w ten sposób kontrolować 

jego poczynania i ubezpieczać  go. Lecz wówczas zdała  sobie sprawę, że równie dobrze może 

śledzić  stan jego konta oraz dane dotyczące  miejsc, w których  płacił.  Ruszyła  więc z nim na 

wyprawę do trzech barów, by w jednym z nich, zwanym “Rockwall", zatrzymać się na dobre. 

Przywołała dane dotyczące drinków i wkrótce wiedziała, kiedy dokonywał zakupu jakiegoś antyku. 

Odkryła bowiem, że każdy taki zakup poprzedzony był tą samą kombinacją zamówionych drinków. 

Kiedy nagle ubożało jego konto przy niezmiennej liczbie opróżnianych szklanek, znaczyło to, że 

stał się właścicielem kolejnej rzeczy.

Trochę się zaniepokoiła, gdy nie wracał po zamknięciu baru. Lecz wkrótce zauważyła, iż 

wciąż kupuje drinki. Wywnioskowała stąd, że jest w trakcie jakichś ważnych negocjacji.

Kiedy wrócił, podśpiewując sobie pod nosem, wiedziała, że udało mu się dokonać czegoś 

istotnego.

Antyki,   które   jej   pokazał,   z   pewnością   zadowolą   Instytut.   Kiedy   jednak   wyciągnął   z 

kieszeni małą wazę, jej obwody prawie się przegrzały.

Kwestia rozpoznania przedmiotu była dla niej tak oczywista, że nie mogła pojąć, jakim 

sposobem Alex sam na to nie wpadł. Ale po chwili uświadomiła sobie, jak zawodna bywa pamięć 

delikatnika.

Cóż, nie miało to większego znaczenia. W końcu po to tu była, by wspomagać go swym 

umysłem. Uruchomiła linię comu i przekodowała podany przez Sinora numer. Miała nadzieję, że 

nie łączyła się ze zbyt oddalonym miejscem w czasie i przestrzeni.

Wnioskując z szybkości połączenia, miejsce, do którego dzwoniła, musiało być gdzieś w tej 

samej części kosmosu, w której znajdował się Lermontow. Był to przekaz bez obrazu zwrotnego. 

Gdyby byli pod kuratelą Instytutu, uznałaby to za przejaw niesłychanego lekceważenia i braku 

taktu.   Jednak  zdając   sobie   sprawę,  że   rozmawia   prawdopodobnie   z   Departamentem   do   Spraw 

Zwalczania Narkotyków, pomyślała, iż jest to spowodowane względami bezpieczeństwa. Poleciła 

zatem Alexowi, by dokładnie opowiedział, co się zdarzyło, sama zaś pokazała tylko zbliżenie małej 

wazy.

- Dokończ transakcję - powiedział głos z transmisji, gdy Alex zakończył swoje zeznania. - 

Wykonałeś  wspaniałą robotę i otrzymasz za to premię. Odbierz przesyłkę, a my zajmiemy się 

resztą. Jednocześnie pokryjemy koszty operacji, które poniosłeś. I nie martw się: nawet się nie 

background image

domyśla, że byłeś podstawiony.

W jego wypowiedzi  nie było  żadnej  wzmianki  o zarazie,  ani ostrzeżenia  o specjalnym 

obchodzeniu się z tymi przedmiotami. Alex spojrzał porozumiewawczo na Tię.

- Cieszę się, sir - odrzekł, zachowując ostrożność. - Mam nadzieję, że na coś się wam tu 

przydaliśmy.

- Oczywiście - odpowiedział nieznajomy i rozłączył się.

Alex wziął do ręki małą wazę i zaczął ją obracać w dłoni. Usiadł w swoim fotelu i położył 

nogi   na   konsolecie.   Tia   umówiła   dwóch   posłańców,   którzy   mieli   przyjść   na   statek   po   czeki 

kredytowe, a następnie udać się do baru po przesyłkę. Nie trwało to dłużej niż chwilę. Gdy tylko 

zakończyła rozmowę, zwróciła się ponownie do Alexa.

- Zastanawiam się, czy był to zbieg okoliczności, czy też ktoś nas podpuścił? - odezwała się 

zagadkowo. - I skąd mówił do nas ów agent? To brzmiało, jakby siedział w mojej tylnej kajucie!

-   Spróbujmy   to   rozwiązać   -   powiedział   w   zadumie   Alex.   -   Załóżmy,   iż   rzeczywiście 

mieliśmy szczęście. Quiet Man próbował wszelkich sposobów, by pozbyć się towaru. Oczywiście 

Departament nic o tym nie wiedział. Rynek jednak był już nasycony. Quiet Man musiał być na tyle 

zdesperowany, że zwrócił uwagę na kogoś takiego jak ja. Jego statek prawdopodobnie odleci stąd 

zaraz po transakcji.

- Pięknie, tylko dlaczego zwrócił się do ciebie, skoro cię nie znał? - spytała Tia.

- Ponieważ siedziałem we właściwym barze, odpowiednio się zachowywałem i zupełnie nie 

przypominałem   żadnego   agenta.   -   Alex   pocierał   palcami   ścianki   wazy.   -   Przepuściłem   tam 

dostatecznie dużo pieniędzy, by rozwiać jego podejrzenia o współpracę z agendami rządowymi. 

Miałem   właściwy   “zapach",   poza   tym   przypuszczam,   że   sprawdził,   czy   któremuś   z   moich 

poprzednich kontrahentów nie przydarzyło się coś niemiłego. I na koniec, jeszcze raz powtarzam, 

dopisywało   nam   szczęście.   On   nie   miał   pojęcia,   do   czego   jego   szefowie   używają   fałszywych 

antyków. Sądził, że najgorsze, co go może spotkać za tego typu działalność, to krótkotrwały areszt 

lub grzywna.

-  Może  jego  szefowie  nie   szmuglują  narkotyków   w  antykach   - stwierdziła,  rozważając 

wszelkie możliwości. - Może je tylko przenoszą w inne miejsce.

-   W   tej   stacji   to   jest   prawdopodobne.   -   Alex   ostrożnie   odłożył   wazę.   -   Mimo   to 

przypuszczam,   że   ci   od   narkotyków   spodziewali   się   jakichś   działań   w   tym   sektorze   i   gdzieś 

niedaleko   musi   być   ich   statek.   To   dlatego   tak   szybko   się   z   nimi   porozumieliśmy.   Kiedy 

zobaczyłem numer, pomyślałem, że to kod łączności z innym statkiem.

-   Hmm.   -   Tia   przeanalizowała   w   myśli   wszystkie   aspekty   tej   sprawy.   -   Teraz   polecą 

swojemu człowiekowi, żeby zjawił się w samo południe w bazie “Rockwall" i by potem wyśledził 

background image

statek przemytników? Czy to nie nazbyt proste?

Alex ziewnął i przeciągnął się.

- Być może - powiedział, znudzony już całą tą sprawą. - Przypuszczalnie jednak nie wyślą 

tu nikogo ze swojego statku. Mają wystarczająco dużo ludzi w miejscach takich jak to. Naszym 

zadaniem jest tylko dać im możliwość złapania nici, po której dojdą do kłębka. Reszta to już nie 

nasza sprawa. Nie powiem, żeby mnie to martwiło, gdyż  nie przywykłem  do uganiania się za 

przemytnikami. Poza tym jestem zmęczony.

- Zatem powinieneś odpocząć - podjęła natychmiast. - I zabierz stąd ten swój strój, zanim 

przepali moje soczewki.

Roześmiał się i ruszył szybko do swojej kabiny, by położyć się wreszcie na koi.

Tia nawet nie obudziła swojego mięśniowca, kiedy zbliżała się do doków Stacji Presleya i 

przywołała kontrolę lotów. Spodziewała się, że odpowie jej jak zwykle AI, tymczasem zgłosił się 

człowiek. Mimo że rozmowa przebiegała bez wizji, była pewna, iż ma do czynienia z człowiekiem, 

a nie z automatem. Był to ktoś bardzo nerwowy i spięty.

- AH - 1033, informuję cię, że mamy tu stan kwarantanny, Kod Piąty - powiedział oficer 

dyżurny z wahaniem, które wywołało w niej wrażenie, że nie miał zbyt wiele okazji posługiwania 

się mikrofonem. - Możemy wam wyznaczyć dok i pozwolić zatankować przy pomocy robotów, ale 

nie możemy wam zezwolić na otworzenie śluz. Wolelibyśmy jednak, żebyście udali się na inną 

stację.

Nie   może   nam   odmówić   wejścia   do   doków   przy   Piątym   Kodzie;   jest   czymś   mocno 

przestraszony. Najwyraźniej wolałby się nas pozbyć.

Podjęła szybką decyzję.

- Stacja Presleya , informuję cię, że należymy do Służb Medycznych Organizacji Światów 

Centralnych.   Wysyłam   ci   nasze   pełnomocnictwa.   -   Nadała   odpowiedni   plik   informacji.   - 

Schodzimy   i   spodziewamy   się   pełnej   współpracy.   Zanim   zakończymy   manewr   lądowania, 

chcielibyśmy skontaktować się z szefem Służb Medycznych.

-   Uch...   ja...   -   Przez   chwilę   nie   było   nic   słychać,   jakby   naradzał   się   z   kimś   innym.   - 

Wyrażamy zgodę. Proszę czekać na instrukcje dotyczące dokowania.

W tym  momencie  miejsce człowieka  zajął AI. Tia obudziła Alexa, krótko streściła mu 

przebieg rozmowy, potem pozwoliła mu się ubrać i wypić kubek kawy. Sama wykonała rutynowe 

czynności niezbędne do cumowania. Przez cały ten czas zastanawiała się, co właściwie dzieje się 

na Stacji Presleya.

Czy to początek zarazy czy też fałszywy alarm?

Cierpliwie czekała na powrót oficera łączności, Alex w tym czasie kończył pić trzecią kawę 

background image

i próbował dojść do siebie po brutalnym wyrwaniu go ze snu. Wydawało mu się, że potrwa to 

wieczność.

W końcu com odezwał się znowu:

- AH - 1033, mamy na linii szefa Służb Medycznych.

Tym razem mówił ktoś o większym doświadczeniu. Zanim Tia zdążyła odpowiedzieć, na 

ekranie pojawił się obraz i razem z Alexem zobaczyli twarz naprawdę przestraszonego mężczyzny. 

Był ubrany w biały strój, na którym widniały insygnia nadzorującego lekarza.

-   Halo?   -   powiedział   niezdecydowanie.   -   Ty...   ty   jesteś   ze   Służb   Medycznych?   Nie 

wyglądasz na lekarza.

- Bo nim nie  jestem - odpowiedział  spokojnie Alex. - Centrala  zleciła  mi  wyśledzenie 

możliwego   ogniska   nieznanej   choroby   zakaźnej,   której   objawem   jest   niewydolność   systemu 

immunologicznego. Mamy podstawy podejrzewać, że siedlisko choroby znajduje się gdzieś w tym 

sektorze. Próbujemy dotrzeć tam po śladach ostatniej, znanej nam ofiary.

Nie było wątpliwości, doktor zbladł.

- Pozwólcie, że pokażę wam naszego pacjenta - wyszeptał i sięgnął po coś, co leżało poza 

ekranem.

Tia odebrała drugi sygnał, wyświetliła go na jednym z bocznych monitorów.

Ciało pacjenta całe pokryte było wrzodami, podobnie jak w przypadku znanej im już ofiary. 

Jedyna różnica polegała na tym, że choroba nie była jeszcze tak bardzo zaawasowana.

- Chyba znaleźliśmy to, czego szukaliśmy - powiedział Alex z przygnębieniem.

Tia musiała zaaplikować sobie środek uspokajający, by wyrównać pracę serca.

- Mam nadzieję, że trzymacie go w całkowitej izolacji.

- Jego i jego statek - odpowiedział lekarz, najwyraźniej wstrząśnięty. - Nie zanotowaliśmy 

nowych przypadków, ale nie mamy pojęcia, co to jest, jak sobie z tym poradzić i...

-   Przesyłam   ci   natychmiast   bardzo   ważny   numer   -   przerwał   mu   Alex.   -   Zaraz   gdy 

skończymy rozmowę, nawiąż z nim łączność. Znajdziesz tam specjalistów ze służb medycznych, a 

przede wszystkim doktora Kenneta Uhua - Sorga. Jest to człowiek, który zajmuje się tą sprawą; to 

on leczył pierwszą ofiarę i tylko on może tu coś poradzić. My natomiast musimy znaleźć źródło 

choroby. Czy orientujesz się, skąd pochodzi twój pacjent, czym się zajmował...

- Nie wiemy zbyt wiele - odrzekł lekarz, którego najwyraźniej ożywiła informacja, że może 

w tej sprawie liczyć na jakąś pomoc.

Tia nie zamierzała mu mówić, jak skąpe są informacje Kenny'ego. Miała nadzieję, że od 

czasu ich odlotu udało mu się odkryć coś nowego na temat choroby.

- Jest poszukiwaczem skarbów - lekarz kontynuował swe wyjaśnienia. - Przybył  tutaj z 

background image

ładunkiem, który zapieczętowaliśmy. Już wtedy był chory. Wylądował w doku o własnych siłach, 

ale gdy tylko wyłączył silniki, wyskoczył z wahadłowca, żądając lekarza. Oczywiście nie mieliśmy 

pojęcia o jego chorobie, gdy zezwalaliśmy mu na lądowanie...

Prawo międzygwiezdne głosiło, iż stacja musiała udzielić wszelkiej pomocy chorym, którzy 

na   niej   wylądowali,   ale   nie   była   zobowiązana   do   udzielenia   zezwolenia   na   lądowanie.   Tia 

wiedziała,  że gdyby obsługą comu zajmował  się człowiek, a nie AJ, do takiej  sytuacji by nie 

doszło. Człowiek umiałby odróżnić mamrotanie  chorego od rzeczowych  odpowiedzi zdrowego 

pilota.   W   najlepszym   przypadku   umieszczono   by   go   w   odizolowanym   doku,   w   najgorszym   - 

wysłano by wojownika, by zamienił go w rój niegroźnych atomów. Zanotowała w pamięci, żeby 

wspomnieć o tym Kenny'emu w swoim raporcie.

- ...Kiedy stracił przytomność, jeden z robotników portowych zobaczył wrzody na jego ciele 

i wszczął alarm. Natychmiast zamknęliśmy dok, a grupa dekontaminacyjna złapała go i umieściła 

w izolatce. Wysłałem prośbę o Najwyższy Priorytet do naszych zwierzchników, ale na odpowiedź 

trzeba długo czekać...

- Czy powiedział, gdzie mógł to złapać? - przerwał mu ponownie Alex.

Lekarz pokręcił przecząco głową.

- Stwierdził tylko, że rozglądał się po okolicy, kiedy natrafił na coś w rodzaju wielkiej, 

międzygwiezdnej wyprzedaży. Wydaje mu się, że wtedy to złapał. Co miał na myśli, mówiąc o 

“wielkiej,   międzygwiezdnej   wyprzedaży",   tego   nie   wyjaśnił.   Było   tam   podobno   wiele   rzeczy, 

których jeszcze w swoim życiu nie widział.

Cóż, potwierdzało to ich przypuszczenia związane z pierwszą ofiarą.

- Czy możemy z nim porozmawiać? - spytała Tia. Lekarz wzruszył ramionami.

- Możecie spróbować. Połączę was z jego pokojem. Jest przytomny i rozumie, co się wokół 

niego dzieje, ale wątpię, czy będzie chciał wam cokolwiek powiedzieć. Nam nie zdradził zbyt 

wiele.

Oczywiste było, że usiłował przerzucić odpowiedzialność za tę śmierdzącą sprawę gdzieś 

wyżej. Tia i Alex wiedzieli, że jego szefowie nie zwykli zdradzać swemu lekarzowi źródła tego 

typu kłopotów. Nikt by mu tu nie pomógł.

Był  lekarzem  kompanii  górniczej.  Doskonale   potrafił  leczyć  urazy znoszonych  do  jego 

gabinetu   górników   poszkodowanych   w   karczemnych   awanturach,   czy   też   nastawiać   kości 

połamane w jakimś wypadku na dole. Nagle kazano mu się uporać z czymś, o czym nie miał 

zielonego   pojęcia.   Nie   mógł   sobie   poradzić   z   zarazą,   gdyż   przerastało   to   jego   kompetencje   i 

przerażało go. To kontrola lotów powinna zadbać o niedopuszczenie do lądowania zarażonego 

statku.

background image

- Dziękujemy za współpracę, doktorze - powiedział łagodnie Alex. - Niech pan umożliwi 

nam rozmowę z pacjentem i wraca do pracy.

Lekarz rozłączył się, nie zdradzając im swojego nazwiska. Tia jednak nie przejmowała się 

tym.   Jej   nagrania   wystarczały   do   podjęcia   działań.   Jednocześnie   z   chwilą   gdy   przerzucił 

odpowiedzialność  na ich barki, nie potrzebowali  już z nim rozmawiać.  Wszystko,  czego teraz 

pragnęli, to bezpośrednia łączność z izolatką. Musieli zastanowić się nad sposobem, w jaki będą 

rozmawiać z tym człowiekiem, by zechciał cokolwiek powiedzieć.

-   Okay,   Alex   -   rzekła   Tia,   gdy   ekran   był   już   ciemTJ")   ny.   -   Jesteś   o   wiele   lepszym 

specjalistą w tego typu sprawach ode mnie. W jaki sposób nakłonimy tego szczura skalnego, by 

wyśpiewał nam wszystko, co wie?

-   Hank,   mam   na   imię   Alex   -   odezwał   się   mięśniowiec,   spoglądając   na   ekran   i   na 

umieszczone obok pełne dane na temat pacjenta. - Jestem mięśniowcem z Organizacji Światów 

Centralnych, przydzielonym do Służb Medycznych. Za chwilę usłyszysz inny głos, będzie to mój 

statek mózgowy - Tia.

- Cześć, Hank - powiedziała Tia, wdzięczna w tym momencie za to, że była w swojej 

kapsule i nie musiała nadrabiać miną.

Alex był doskonały w tym, co robił. Nigdy by mu nie dorównała. Gdy patrzyła na Hanka, 

czuła się nieswojo. Z pewnością drżałby jej głos i nie umiałaby zachować spokoju na twarzy.

- Nie wiem, czy ktokolwiek cię poinformował, dlaczego tutaj jesteśmy. Powiem ci tylko, że 

przysłano nas tu, bo nie jesteś pierwszym człowiekiem, który na to zachorował. Jest to choroba 

zakaźna i próbujemy zapobiec przerodzeniu się jej w wielką epidemię. Czy nam w tym pomożesz?

“Musimy powiedzieć mu prawdę" - stwierdził Alex. Takiego samego zdania był Kenny, 

kiedy   udało   im   się   z   nim   porozumieć.   “Nie   ma   sensu   próbować   go   oszukiwać.   Jeżeli   będzie 

wiedział, jak z nim jest kiepsko, zacznie z nami współpracować".

Ponieważ wrzodów nie można było bandażować, Hank leżał w kąpieli żelowej. Była to 

wielka wanna z wodnymi materacami, na których unosiła się lecznicza żelatyna. Całe jego ciało 

przykryte   było   zieloną   galaretką.   Na   pomysł   z   żelem   wpadł   Kenny,   który   stwierdził,   że 

odpowiednia temperatura substancji przynosi choremu pewną ulgę. Jego pacjent ciągle żył, ale 

wyglądał tak samo, jak w momencie opuszczania przez nich bazy. Ciągle też nie było wiadomo, 

kim jest i skąd się tam wziął.

Hank z wyraźnym wysiłkiem spojrzał do góry, na ekran umieszczony w rogu pokoju.

- Łapiduchy kompanii nie chcą mi nic konkretnego powiedzieć - odezwał się głosem starca. 

- Cały czas mydlą mi oczy. Jak źle jest ze mną?

background image

- Nie ma na to lekarstwa - powiedział jednoznacznie Alex. - Znamy jeszcze jedną ofiarę tej 

choroby. Jej stan jest gorszy od twojego i jak na razie nie znaleziono żadnego środka zaradczego. 

Oto cała prawda.

Hank przez cztery czy pięć minut nie mógł wykrztusić słowa. Rozglądał się nerwowo po 

pokoju, szukając jakiejś pomocy. Następnie położył głowę w zielonej kąpieli i przez kilka minut 

leżał z zamkniętymi oczami.

Tia zdecydowała się przerwać to milczenie.

- Nie wiem, czy obchodzi cię w tej chwili reszta wszechświata, Hank, ale musimy wiedzieć, 

gdzie się tym zaraziłeś. Jeżeli zarażona zostanie jakakolwiek społeczność...

- Słusznie mówisz, panienko - przerwał jej, nie otwierając oczu. - Jak głos sumienia. Nie 

widzę powodu, dla którego miałbym trzymać zamkniętą gębę. - Wydał z siebie dźwięk podobny do 

skowytu. - Dotarłem do tamtego miejsca przypadkowo i nie jestem pewien, czy trafiłbym  tam 

ponownie. Warn może się to uda. Podam wam wszystkie dane, jakie posiadam. Nie chciałbym 

nikogo zobaczyć w takim stanie, w jakim sam teraz jestem.

- Dzięki, Hank - powiedział Alex z wdzięcznością. - Czy jest coś, co możemy dla ciebie 

zrobić? Pomyśl nad tym.

Hank nieznacznie skinął głową.

- Coś wam powiem. Strasznie tu cierpię, a to, co mi dają, wcale mi nie pomaga. Pewno boją 

się, żebym nie sfiksował. Powiedzcie tym bonzom, żeby dali mi wszystkie leki przeciwbólowe, o 

które prosiłem. Jeśli kiedyś wyzdrowieję, nie zobaczą mnie tu więcej. Możecie to dla mnie zrobić?

- Wydam odpowiednie polecenie - odparła rzeczowo Tia.

Ponieważ   Alex   spojrzał   na   nią   pytająco,   napisała   na   ekranie:   “Pełnomocnictwa   od 

Kenny'ego   dotyczą   także   opieki   nad   pacjentami.   Możemy   zatem   tego   zażądać.   Byłoby 

okrucieństwem nie ulżyć jego cierpieniu". Alex włączył się do rozmowy.

- Okay, Hank. Jak widzisz możemy to dla ciebie zrobić. Słuchamy więc twojej opowieści. 

Chyba że jeszcze czegoś od nas chcesz.

- Nie. - Hank zakaszlał. - Po pierwsze, mój statek jest starym  wrakiem. Bardzo często 

nawala   przy   przejściach   w   hiperprzestrzeń,   podczas   skoku   nie   zawsze   funkcjonują   systemy 

rejestrujące.   Po   prostu   moja   stara   wyszła   z   hiperprzestrzeni   niedaleko   jakiejś   terropodobnej 

planety. Ponieważ miałem puste ładownie, zdecydowałem się rozejrzeć po okolicy. Zauważyłem, 

że na planecie jest coś, co wyglądało na ruiny budynków, zszedłem wiec niżej, by to sprawdzić.

- Tam złapałeś tę rzecz? - spytał Alex.

- Zaraz do tego dojdę. Nie było żadnych oznak życia, rozumiecie? Było tam jednak sporo 

okrągłych budowli, takich jakie zwykle są przedmiotem zainteresowania archeologów. Pomyślałem 

background image

sobie, że może odkryłem coś, o czym nikt nie wiedział, i że znajdę tu coś wartościowego. Zszedłem 

niżej i wylądowałem, rozumiecie? Od razu się zorientowałem, że ktoś był tu przede mną. Tak to 

wyglądało, jakby ktoś od dawna zbierał i gromadził tu jakieś przedmioty. Wydobywał je z jam 

wykopanych wokół budynków. Było ich tam pełno. Niektóre wykopy były już opróżnione, inne 

ktoś dopiero zaczął otwierać.

- Jak to rozumiesz? - spytał Alex.

-  Wyglądało  to tak, jakby ktoś  otwierał  podziemne  skarbce.  Jamy,  dziury,  niektóre  już 

puste, inne do połowy zapełnione. - Głos Hanka załamał się, ale mężczyzna nie chciał przerwać 

swojej opowieści. - Po prostu usiadłem tam i załadowałem trochę tych  rzeczy na swój statek; 

nakręciłem sporo holosów, tak bym mógł tam jeszcze wrócić ewentualnie jako legalny eksplorator. 

- Westchnął. - Trzymałem język za zębami częściowo dlatego, że nie ufałem tutejszym bonzom, 

częściowo   dlatego,   że   zamierzałem   tam   wrócić,   gdy   tylko   dojdę   do   siebie   -   wykrztusił   z 

przejęciem. - Cóż, wygląda na to, że nieprędko wyzdrowieję, jeżeli w ogóle, prawda?

-   Nie   mogę   ci   nic   więcej   obiecać   poza   lekami   przeciwbólowymi,   Hank   -   powiedziała 

delikatnie Tia.

- Jasne. - Oblizał usta prawie białym językiem. - Słuchajcie. Dostańcie się na mój statek i 

sprawdźcie,  czy cholerny rejestrator  w ogóle  zadziałał.  Zabierzcie  stamtąd  holosy i spróbujcie 

sprawdzić, gdzie, do diabła, mogłem być. Jesteście ze Światów Centralnych, każdy wie, że tym ze 

Światów Centralnych można ufać. Jeżeli w jakiś sposób to i mnie pomoże, uczyńcie co w waszej 

mocy. - Jego ostatnie słowa zabrzmiały wielce patetycznie.

- Hank, mogę ci zagwarantować, że dopóki będziesz z nami współpracował, masz jakieś 

szansę. Służby Medyczne dysponują pulą nagród dla osób, które pomogą w zwalczeniu zarazy - 

powiedział Alex po chwili. - Mam tu na myśli pokrycie wszelkich kosztów leczenia i kosztów 

związanych ze stratą dóbr własnych. Czy to skonfiskowanych, czy to zniszczonych. Powinni zatem 

zapłacić za statek i ładunek, który się na nim znajdował. Postaramy się potwierdzić wartość tego 

ładunku.

Hank tylko westchnął, ale zabrzmiało to trochę weselej.

- To dobrze - odpowiedział głosem znamionującym wyczerpanie. - Wiedziałem, że mogę... 

zaufać Światom Centralnym. Słuchajcie, czy dostanę teraz coś przeciwbólowego?

Tia połączyła się z obsługą medyczną i uruchomiła automatyczną pielęgniarkę.

- Leki już do ciebie idą, Hank - odpowiedziała. Mężczyzna odwrócił powoli głowę, gdy 

usłyszał cichy dźwięk silnika; patrzył jak automatyczna strzykawka zbliża się do jego ramienia.

- Od tej chwili będziesz mógł nią sterować swoim głosem. Wystarczy, że powiesz “DM 

Tia" i robot będzie wiedział, co ci podać.

background image

Rozległ się cichy syk, a potem na chwilę pojawił się na jego spękanych ustach niewyraźny 

uśmiech. Tia wyłączyła linię. Teraz ktoś z dowództwa Służb Medycznych musiał tylko potwierdzić 

jej zarządzenia.

W tym czasie Alex toczył boje z władzami obsługi doków, by w końcu wymóc na nich 

podporządkowanie sobie zdalnie sterowanych  robotów. Oczywiście mogli wykorzystać  do tego 

celu swoje automaty, ale o wiele prościej i szybciej było posłać na statek maszyny, które na co 

dzień wykonywały podobne czynności.

Tia   wybrała   najbardziej   odpowiednie:   jednego   na   podwoziu   gąsienicowym   i   kilka   o 

różnych rozmiarach i różnej sile udźwigu.

- Chyba nie powiemy im jeszcze, że głęboka próżnia zabija zarazki? - spytała, wysyłając 

jednocześnie roboty w kierunku opuszczonego doku.

- Żartujesz? - odpowiedział Alex. - Biorąc pod uwagę ich nastawienie do nas, nigdy bym im 

nie powiedział. Niech im o tym powie Kenny, jeżeli chce. Uważam jednak, że gdy tylko się o tym 

dowiedzą,   wyślą   statek   w   przestrzeń   kosmiczną   i   otworzą   jego   śluzy.   Przypuszczam,   że   nie 

zdążylibyśmy nawet zwiedzić jego pokładu, zanim większość rzeczy Hanka zniknęłaby stamtąd.

- Lepiej nie będę się zakładała - odpowiedziała w momencie, kiedy roboty docierały do 

rampy, przy której stał statek Hanka.

Nie   przesadził   mówiąc,   iż   jego   wahadłowiec   jest   wrakiem.   Miał   tyle   łat   i   śladów   po 

naprawach, że Tia nie mogła uwierzyć, iż ten statek w ogóle zdołał unieść się nad powierzchnię 

planety, a co dopiero krążyć po kosmosie. Na jego burtach brakowało połowy płyt ochronnych, a 

płyty   spodnie   były   w   trzech   różnych   kolorach.   Kiedy   roboty   wjechały   do   głównej   kabiny, 

stwierdziła,   że   cały   statek   jest   zbiorem   najróżniejszych   rupieci   powiązanych   przysłowiowym 

sznurkiem.

Wszędzie zwisały druty, a oryginalna kiedyś konsoleta została zastąpiona składanką części 

z przynajmniej dwunastu innych statków. Nie dziwiło już jej, że wahadłowiec miał tendencje do 

nie kontrolowanego  wyskakiwania  z hiperprzestrzeni.  Dziwiło ją natomiast,  że w ogóle w nią 

wchodził   i   pozostawał   w   niej   mimo   fałszywych   danych,   jakie   musiał   otrzymywać   z   takiej 

konsolety   sterowniczej.   -   Jak   sądzisz,   czy   rejestrator   zapisał,   gdzie   on   był?   -   zapytał 

powątpiewająco Alex, kiedy zobaczył ów obraz na ekranie.

Światło na statku było tak samo mizerne, jak wszystko inne; Tia jednak zdołała wyostrzyć, 

wyczyścić i rozjaśnić obraz, tak by cokolwiek widzieli. Czarna skrzynka statku, która powinna 

zawierać wszystko, czego ten stary wrak dokonał, też była w opłakanym stanie.

- Może tak, może nie - odpowiedziała filozoficznie. - Z pewnością będziemy wiedzieli, 

dokąd zamierzał się udać, zanim tam dotarł, i gdzie chciał dolecieć, kiedy opuszczał zarażoną 

background image

planetę. W ten sposób będziemy w stanie określić przybliżony obszar poszukiwań.

- Rzeczywiście, ponieważ znamy też jej typ, łatwo będzie określić, gdzie się znajduje - 

podjął Alex i położył ręce na klawiaturze, by pomóc Tii w sterowaniu automatami. - Spójrz, tam 

chyba jest com. Podjedź robotem trochę bliżej, bym mógł otworzyć linię łączności.

- Dobrze.

Przybliżyła się do comu, wciskając robota między dwa fotele pilotów, na które coś kapało z 

rozdartego poszycia sufitu. Gdy robot był  już dostatecznie blisko, Alex sięgnął mechanicznym 

ramieniem do pulpitu comu. Tia w tym czasie przy pomocy innego automatu uruchomiła czarną 

skrzynkę   i   dostroiła   się   do   częstotliwości,   na   jakiej   pracowała.   Gdyby   mogła,   pokręciłaby   ze 

zdziwieniem głową. Nie dość, że wszystko tu trzymało się na słowo honoru, to jeszcze wyglądało 

na   to,   że   większość   operacji,   które   powinny   być   wykonywane   automatycznie,   trzeba   było 

przeprowadzać ręcznie.

- Nie do wiary, co to za sprzęt - stwierdziła w końcu. - Musiałabym mieć dwie ręce i dwie 

nogi, żeby polecieć tym wrakiem!

- Prawdopodobnie tak - zgodził się Alex. - Większość starych zdobywców kosmosu lata 

czymś takim. Nie ufają AI i lubują się w opowieściach, jak to przyjaciel przyjaciela omal nie zginął 

przez takiego właśnie AI. Im dłużej latają szczęśliwie na tego typu wrakach, tym ich opowieści o 

niesfornych robotach są bardziej niesamowite.

- A Centrala martwi się o nasze zdrowie psychiczne - odpowiedziała i parsknęła śmiechem. 

- Myślę, że to im przydałaby się pomoc psychiatry.

- Coś jednak w tym jest. Nie znam przypadku, żeby skalny szczur zagroził swoim lotem 

innym ludziom - odparł Alex.

W tej samej chwili udało się Tii uruchomić jedną z linii odbiorczych.

- Proszę. Co ty na to, kochanku?

- Wyśmienicie. Ja natomiast uruchomiłem com. Zawartość czarnej skrzynki okazała się tak 

dziwaczna,   że   Tia   podejrzewała,   iż   jest   tam   więcej   niż   kilka   luk   w   pamięci.   No   cóż.   Może 

będziemy mieli szczęście.

- Sprawdzimy teraz ładownię?

- Nie ładownię, a kabinę - poprawił ją Alex. - Ładownie będą z pewnością do połowy 

zawalone metalowymi sztabami lub złomem. Swoje trofea z planety musiał ukryć w kabinach, 

jeżeli było to coś rzeczywiście wartościowego.

- Dostatecznie wartościowego.

Wycofała ostrożnie robota, starając się o nic nie zawadzić. Jakoś jej się to udało, ale sama 

nie wiedziała jak. Nie umiała go dostatecznie dobrze wyczuć. Nie wiedziała, czy nadepnął na coś 

background image

leżącego na podłodze, czy o coś zahaczył  lub w coś uderzył.  Podświadomie porównała go do 

swojego ciała - statku. Dzięki połączeniom z nerwami skóry czuła wszystko, co się wokół niej 

działo. Wiedziała, co gdzie się znajduje, jaki ma kształt. Było to tak, jakby wrosła w to ciało.

Z   tyłu   znaleźli   jeszcze   dwie   kabiny.   Pierwsza   wyglądała   na  sypialnię   Hanka.   Tia   była 

zaskoczona jej schludnością i porządkiem, jaki tam panował. Spodziewała się ujrzeć coś w rodzaju 

szczurzego   gniazda,   a   zastała   niemal   gościnny   pokój.   W   czasie   gdy   prowadziła   automat   do 

drugiego pomieszczenia, przyjrzała się jeszcze raz kabinie kontroli lotu.

Było   tu   tyle   śladów   prowizorycznych   napraw,   że   robiło   to   wrażenie   bałaganu.   Tak 

naprawdę jednak nigdzie nie było żadnych śmieci, a ściany i podłoga błyszczały czystością. Hank 

w granicach swoich możliwości utrzymywał na statku porządek.

Drugie drzwi były zamknięte.  Alex nie namyślał  się długo. Wiedział, że cokolwiek by 

zrobili, statek Hanka i tak był skazany na unicestwienie. Jeden robotów był małym chodzącym 

palnikiem; Alex użył go, by wypalić zamek.

Drzwi otworzyły się same. Tia w jednej chwili uświadomiła sobie, co czuł lord Carnavon, 

kiedy przekopał się do głównego grobowca Tutenchamona.

- Cudowne rzeczy! - powiedziała na bezdechu, wpół - świadomie go cytując.

Hank musiał pracować jak szalony, żeby to wszystko przytaszczyć do kabiny. Był to skarb i 

to w pełnym znaczeniu tego słowa. Każda rzecz w kabinie lśniła blaskiem szlachetnych metali lub 

zadziwiała nie spotykanym kunsztem wykonania. Lub jednym i drugim. Największy eksponat miał 

około metra wysokości i przedstawiał jakąś skrzydlatą postać. Najmniejsze były prawdopodobnie 

pierścienie,   które   błyszczały   pośród   innej   biżuterii   zapełniającej   po   brzegi   kamienne   skrzynie. 

Same   skrzynie   były   arcydziełem.   Gdyby   Hank   mógł   posiąść   choć   cząstkę   tego   wszystkiego 

legalnie, starczyłoby mu na nowy statek i ciągle byłby zamożnym człowiekiem.

Gdyby przeżył, by cieszyć się swoim bogactwem...

Wszystkie skarby były bardzo skrupulatnie ułożone i zabezpieczone; z taką samą troską, z 

jaką   Hank   utrzymywał   statek   w   całkowitej   czystości.   Każda   skrzynia   była   przytwierdzona   do 

podłogi, każda waza - zabezpieczona specjalną siatką. Figurki leżały na koi, przywiązane do niej 

linką.   Kabina   była   zapełniona   do  granic   możliwości.   Ledwo   można   było   przecisnąć   się   przez 

drzwi. Jednak każdy drobiazg był  tak pieczołowicie  zabezpieczony,  że statek  mógł  wyczyniać 

różne harce, a żadnej rzeczy nie powinno nic się stać.

-   Mamy   już   dostateczną   liczbę   zdjęć?   Zaczynam   odczuwać   objawy   gorączki   złota. 

Chciałbym  popatrzeć na holosy, zanim ciemniejsza strona mojej osobowości weźmie górę nad 

rozsądkiem i ruszę na łeb na szyję, by osobiście dotknąć tych skarbów.

- Racja! - zgodziła się Tia niemal przepraszająco i wycofała robota z pomieszczenia.

background image

Drzwi zamknęły się cicho tuż za nim. Alex był niesłychanie poruszony.

- Przepraszam cię, kochanie - rzekł. - Nigdy nie przypuszczałem, że mogę tak zareagować.

- Nigdy nie byłeś sam na sam ze złotem wartym kilka milionów kredytów - odpowiedziała 

wyrozumiale.   -   Boję   się   nawet   myśleć   o  rzeczywistej   wartości   tego   wszystkiego.   Gdzie   mógł 

schować holosy? W swojej kabinie?

- Nie ma na nie miejsca w pomieszczeniu kontrolnym - zauważył Alex.

Pomogły im znowu schludność i metodyczność Hanka. Tia wiedziała już teraz, dlaczego nie 

powiedział im, gdzie co ukrył. Kiedy znowu otworzyli drzwi jego kabiny, zobaczyli małą szafkę z 

napisem:   NAGRANIA.   Holosy   znajdowały   się   na   półce   oznaczonej   napisem:   MOŻLIWE 

PRZEDSIĘWZIĘCIA.

- Szczęście jest dziś po naszej stronie - stwierdził Alex.

Tia nie usiłowała zaprzeczyć. Mogło się przecież zdarzyć, że natrafiliby na ofiarę, która 

odmówiłaby współpracy, lub na kogoś niespełna rozumu, czy też takiego, który w ogóle nie miałby 

na swym statku archiwum. Wszystkie te możliwości były o wiele bardziej prawdopodobne niż to, z 

czym się spotkali.

Jeszcze z jednego powodu szczęście było po ich stronie. Hank wszystko wprowadził do 

bazy danych, nawet holosy. Mogli więc spokojnie skopiować to, co potrzebowali bez konieczności 

wynoszenia czegokolwiek poza obręb statku.

Przez parę godzin męczyli  się wprawdzie z uruchomieniem czytnika głównej kabiny,  a 

potem z dostrojeniem go do częstotliwości comu. Kiedy im się to jednak udało, w ciągu kilku 

nanosekund stali się właścicielami wszystkich danych dotyczących statku.

Tia skierowała automaty ku śluzie wyjściowej i jeszcze raz spojrzała w głąb wahadłowca. 

Zdała sobie wtedy sprawę, że dzięki robotom ma nad tym statkiem właściwie całkowitą kontrolę.

-  Alex  - powiedziała  powoli.  -  Zamknięcie  i  zapieczętowanie  śluzy wejściowej  byłoby 

czymś okropnym, czyż nie?

Jeżeli   nawet   stacja   zdecydowałaby   się   na   wysłanie   tu   grupy   dekontaminacyjnej,   ta   nie 

byłaby w stanie wejść na pokład. Czy choćby wyprowadzić statek z doku. Nikt nie dowiedziałby 

się, co tak naprawdę znajdowało się w jego wnętrzu.

Alex zamrugał oczami w zdumieniu. Lecz po chwili zaczął się uśmiechać.

-  To byłoby straszne, w rzeczy samej - zgodził się. - Och Tio, już sobie wyobrażam, jak 

trzęśliby   się   wokół   statku,   dopóki   ktoś   z   dowództwa   nie   przybyłby   tu,   by   go   skonfiskować, 

oczyścić i zbadać.

- Oczywiście - powiedziała spokojnie. Następnie wydała polecenie robotom, by zamknęły 

statek i zapieczętowały go. - I wiesz co? Te stare statki są bardzo niesolidne. Co się stanie, jeżeli 

background image

nawalą systemy wewnętrzne wahadłowca i do środka wedrze się próżnia? Wtedy nikt nie będzie 

mógł go otworzyć. Gdyby jednak ktoś się uparł, będzie to groziło zniszczeniem całego doku. A to 

byłaby wielka szkoda.

- Z pewnością tak - potwierdził Alex, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

Wysłała w kierunku statku plik poleceń i spostrzegła z nie ukrywaną radością, że po stronie, 

która stykała się z przestrzenią kosmiczną, pokazała się mała nieszczelność. Automat zanotował 

rozprężenie powietrza aż do głębokiej próżni.

Zadowolona z tego, że nikt już nie wedrze się na statek Hanka, by cokolwiek zwędzić, 

wysłała  tam ostatnie  polecenie.  Specjalnym  kodem unieruchomiła  roboty.  Tylko  ona wiedziała 

teraz, jak je na nowo pobudzić do działania. Nikt zatem nie mógł wejść na statek bez współpracy z 

Tią.

Na Hanka czekał procent za znalezienie antyków zależny od ich wartości. A do tej pory 

groziło mu, że nie ujrzałby żadnych pieniędzy, gdyby właściciele Stacji Presleya zaopiekowali się 

ładunkiem. Z pewnością nie zostawiliby mu nawet pierścionka.

- Cóż - powiedziała, gdy zakończyła wszelkie czynności. - Lepiej wracajmy do pracy. Czy 

jesteś dobry w rozszyfrowywaniu zawartości czarnej skrzynki?

- W miarę - odpowiedział Alex. - Wiesz co, ty przeanalizuj holosy, a ja spróbuję zająć się 

czarną skrzynką. Potem zamienimy się rolami.

- Pod warunkiem, że nie ogarnie cię znowu gorączka złota - ostrzegła go i wyświetliła dane 

na ekranach.

Holosy pokazywały dokładnie to, o czym mówił Hank: rzędy jam, które nosiły wyraźne 

znamiona działalności człowieka. Na pierwszym planie znajdowały się wykopy oczyszczone już z 

wszelkich dóbr, dalej było widać doły, w których z pewnością kryły się jeszcze skarby. Nie były to 

jednak   stanowiska,  do   jakich   Tia   była   przyzwyczajona.   Każdy   z  tych   dołów,   które   normalnie 

powinny osiągać głębokość solidnego grobu, odkrywał tylko wierzchnią warstwę ziemi. Lecz co 

jeszcze dziwniejsze, w każdym z nich znajdowały się przedmioty przynależne do innej kultury. 

Dwa sąsiadujące wykopy kryły przedmioty pochodzące z dwóch kultur oddalonych od siebie o całe 

lata świetlne. W dodatku rzeczy te pochodziły z czasów, w których żadna z tych cywilizacji nie 

była w stanie odbywać lotów międzyplanetarnych, a co dopiero międzygwiezdnych.

Poza tym im dłużej przyglądała się holosowi, tym bardziej nabierała pewności, że kryjówki, 

w których zgromadzono owe przedmioty, były stare. Niezależnie od tego, kto je teraz rozkopywał. 

Struktura gleby i rodzaj pogody, jakie widziała na holosie, dowodziły, że musiały minąć setki albo i 

tysiące lat, by urosła taka warstwa pyłu. Także budynki, które widziała na innym holosie, były 

bardzo stare.

background image

Zauważyła to, mimo że nie umiała rozpoznać, kim byli ich budowniczowie.

Kto zatem był odpowiedzialny za zgromadzenie tych wszystkich przedmiotów? Dlaczego je 

zakopano? Skąd się tu wzięły? I najważniejsze: dlaczego ktoś po nie nie wrócił?

Wokół wykopów były rozstawione znaki rozpoznawcze, którymi z pewnością kierowali się 

osobnicy odkopujący zabytki. Czy jednak robili to, by ukryć skarby gdzie indziej, czy też chcieli 

zabić zarazki? Ilu ich było? Z liczby i rodzaju wykopów wynikało, że nie mogło być ich więcej niż 

kilku...

Tia marzyła o tym, by w spokoju przemyśleć całą tę sprawę. Natrafiła na mnóstwo pytań 

bez odpowiedzi. Tymczasem życie wielu ludzi być może wisiało na włosku.

Istniał tylko jeden sposób, żeby odpowiedzieć na te pytania. Musieli odnaleźć tajemniczą 

planetę Hanka i osobiście ją zbadać.

background image

CZĘŚĆ ÓSMA 

Tia nie wierzyła w niezależność comu na Stacji Presleya. Przypuszczała, że wszystko, co 

przesyłała, było przechwytywane przez właścicieli stacji i ich popleczników. Na nieszczęście ich 

akcja   nie   otrzymała   statusu   tajności.   Tia   nie   miała   zatem   ani   kodów,   ani   szyfrów.   Nikt   nie 

przypuszczał, że kiedykolwiek będą potrzebowali tajnej łączności, więc nie nalegała na ustalenie 

zasad   zaszyfrowanych   przekazów.   Żeby   zachować   choć   trochę   bezpieczeństwa,   każdą   swoją 

wiadomość   wysyłała   podwójną   drogą.   To   jednak   opóźniało   łączność,   gdyż   przeskok   z 

hiperprzestrzeni do przestrzeni rzeczywistej zabierał wiele czasu.

Jak się spodziewała, właściciele stacji wkrótce wiedzieli już o skarbie na statku Hanka i nic 

tu nie miało do rzeczy, że nikt nie powinien kontrolować jej rozmów z Kennym. Była wdzięczna, 

że szefowie stacji zapragnęli przede wszystkim ograbić, z czego mogli, frachtowiec Hanka, nie 

próbowali jednak dociec, - skąd Hank to wziął. Z pewnością nie wahaliby się przed użyciem siły.

Pierwszy sygnał o tym, że rozmowy Tii są kontrolowane dotarł do niej, gdy władze stacji 

podjęły próbę przejęcia statku i jego ładunku. Chciały się posłużyć w tym celu dokumentami Sądu 

Organizacji Światów Centralnych uprawniającymi do dokonania konfiskaty. Kiedy zorientowali 

się, że Tia na życzenie Hanka zaplombowała statek i jego ładunek, wyszukali przepis, który mówił 

że “w świetle prawa jest się właścicielem dziewięciu dziesiątych danej rzeczy, prawo własności 

jednej dziesiątej trzeba udowodnić".

Wysłali   swoich   ludzi   do   doku,   by   rozebrali   statek   do   możliwie   najmniejszej   części. 

Ponieważ Tia przewidziała ich ruchy, skutecznie im to udaremniła.

Zdawała sobie sprawę, że w czasie prób przejęcia statku Hanka, na scenę wkroczy ktoś z 

władz   Światów   Centralnych.   Tymczasem   ona   i   Alex   mieli   inną   pracę   do   wykonania.   Musieli 

odnaleźć tajemniczą planetę. Tym razem możliwy rejon poszukiwań na szczęście się zawęził i 

ograniczony był przypuszczalną trasą dwóch przelotów Hanka.

Tia   bacznie   obserwowała   ruch   wokół   swego   stanowiska,   tak   po   prostu,   na   wszelki 

wypadek. Nawet jeżeli nie miała ku temu powodu, to okoliczności, jak i fakt, że byli tu jedynym 

statkiem   Światów   Centralnych,   sprawiały,   iż   czuła   się   nieswojo.   Jak   dotąd   tylko   trzech   ludzi 

wiedziało   o   tym,   że   była   człowiekiem   z   kapsuły:   Hank,   oficer   kontroli   lotów,   który   ich 

przyjmował, i lekarz kompanii. Była pewna, że lekarz nic nie powiedział swoim szefom oraz że 

Hank także trzymał język za zębami; kontroler lotów zaś miał zbyt wiele na głowie, by pamiętać 

takie szczegóły.

background image

Nikt nigdy nie zwracał się do niej, kiedy nawiązywano łączność. Czuła się trochę dziwnie, 

wiedząc, że wszyscy uważają ją za AI Jak dotąd przynajmniej tak ją traktowano. Prawdę mówiąc, 

było to dość korzystne; nikt nie spodziewał się, by AI rozpoznał nadchodzące niebezpieczeństwo. 

Mogła   swobodnie   obserwować   teren   całego   doku   i   nikt   nawet   się   tego   nie   domyślał.   Kiedy 

zapadała  w   swój   trzy  - ,  czterogodzinny  sen, na  posterunku  zawsze  zostawał  Alex.  Zasypiała 

zazwyczaj rano, oczywiście było to “rano" Alexa. Nie był on wtedy nadzwyczaj komunikatywny, 

więc i tak z nim nie rozmawiała. Zawsze jednak nagrywała sytuację w doku, by mieć pełen obraz 

toczących się wydarzeń.

Dzięki temu odkryła, że kilka dni po rozmowie z Hankiem jeden z ludzi w stroju dokera 

został w pracy na dwie zmiany. Nikt inny nie pracował dłużej, tylko on. A najdziwniejsze w tym 

wszystkim było to, że kompania zabraniała jakiejkolwiek pracy po godzinach.

Coś tu nie grało, szczególnie że ów “robotnik" nie opuszczał miejsca, w którym stała Tia. 

Czego   tam   szukał?   Nie   była   przecież   frachtowcem   przewożącym   towary   lub   ludzi,   nie 

potrzebowała obsługi portowej. Nie podszedł do tej pory na tyle  blisko, by Tia mogła mu się 

przyjrzeć, ale była pewna, że wykonywał tu jakąś brudną robotę...

Nie spuszczała go z oka, gdy kręcił się po terenie doku. Był w ciągłym ruchu, ale Tia nie 

zauważyła na razie, żeby cokolwiek robił. Stopniowo przybliżał się do jej stanowiska. W głowie 

Tii rozdzwonił się alarm, kiedy spostrzegła, że przyglądał się spod oka zewnętrznym  zamkom 

śluzy wejściowej.

Około szesnastej zobaczyła  go, jak zdjął osłony tablic  kontrolnych  i zaczął  czyścić  ich 

układy. Była to praca zbyt delikatna, by dopuścić do niej automaty.

Dziwne było jedynie, że tę samą czynność wykonywał dwie godziny temu.

To   nie   miało   sensu.   Przepisy   mówiły,   że   układy   tablic   rozdzielczych   powinny   być 

czyszczone raz na dwa tygodnie, nie raz na dwie godziny.

Poza tym coś było nie tak z jego mundurem. Nie miał takiego samego koloru jak mundury 

pozostałych, wyglądał na całkiem nowy, a łaty były trochę zbyt jasne. W Stacji Presleya było pod 

dostatkiem uniformów dokerów, zatem reperowanie nowego munduru zupełnie mijało się z celem. 

Do tego człowiek ów był całkowicie przeciętny, niegodny uwagi i dlatego podejrzany.

To było już wystarczająco groźne... Lecz o siedemnastej, kiedy wszyscy dokerzy udali się 

na   dłuższą   przerwę,   pojawił   się   drugi   mężczyzna   w   podobnym,   zbyt   nowym   kombinezonie. 

Pierwszy z nich w dalszym ciągu kręcił się w bliskim sąsiedztwie Tii.

- Alex - powiedziała zaniepokojona. - Coś niedobrego zaczyna się dziać na zewnątrz.

Spojrzał do góry znad holosów Hanka; sporządził na ich podstawie szkice i porozkładał je 

po całej podłodze.

background image

- Co się dzieje?

Szybko objaśniła mu sytuację, a w doku pojawili się następni dwaj mężczyźni w podobnych 

uniformach. Przy rampie znajdowało się teraz czterech robotników, mimo że wszyscy inni poszli 

na   przerwę.   Mężczyźni   stali   w   miejscu   przeznaczonym   do   rozładunku   lub   załadunku 

wahadłowców. Tia wiedziała, że w ciągu najbliższej doby nie spodziewano się przybycia żadnego 

statku.

- Tio, to mi się także nie podoba - stwierdził Alex; podniósł się z podłogi i podszedł do 

głównej konsolety. - Chciałbym, żebyś połączyła się z kierownictwem doków i sprawdziła...

Równocześnie,   jakby   na   dany   sygnał,   czwórka   mężczyzn   rzuciła   wszystko   i   ruszyła 

biegiem w kierunku stanowiska Tii.

Tia natychmiast zaczęła działać, zorientowawszy się, że za kilka sekund intruzi znajdą się 

pod jej śluzą wejściową.

Zablokowała zamki zewnętrzne i wewnętrzne. Zobaczyła jednak, że któryś z biegnących 

trzyma w rękach podejrzane, czarne pudełko; nie mogła być pewna, czy nie przejmie kontroli nad 

jej własnymi śluzami.

-   Alex!   -   zawołała   i   przełączyła   sterowniki   silników   na   pozygę   “zimnego   startu".   - 

Wdzierają się na pokład!

Gdy   tylko   Alex   rzucił   się   po   swój   antyciśnieniowy   skafander,   Tia   przesłała   plik 

informacyjny do kierownictwa doków i uruchomiła system awaryjnego startu ze swego stanowiska.

Śluza wejściowa po stronie doku była wciąż zamknięta, co było widać po twarzach czwórki 

mężczyzn. Następny plik poleceń skierowany do kontroli wyrzutni doku pozwolił jej na swobodny 

start   w   każdej   chwili.   Niewielu   było   pilotów,   którzy   znali   ten   sposób   ominięcia   normalnej 

procedury. Pochodził on jeszcze z czasów, kiedy kapitanowie na co dzień stykali się z piratami i 

łupieżcami   portów.   Pospiesznie   sprawdziła   swoje   systemy   wewnętrzne,   zaaplikowała   sobie 

odpowiednią dawkę adrenaliny i zaczęła się uwalniać z objęć rusztowań doku. Nerwowo rozejrzała 

się po rozciągającej się przed nią przestrzeni, szukając wolnego kawałka kosmosu.

Wraz ze wzrostem poziomu adrenaliny we krwi jej reakcje stały się coraz szybsze; to, co 

było normalne, wyglądało teraz jak holos w zwolnionym tempie. Alex ślamazarnie przeciskał się 

przez powietrze, próbując dotrzeć do swojego fotela. Superszybkie wymiany sygnałów między AI 

wydawały jej się rozmową dwóch anemików. Odliczanie czasu możliwej akceleracji było w toku i 

trudno jej było dotrwać do jego końca. Na zewnątrz dało się słyszeć coś w rodzaju chrobotania i 

gdy   przeskakiwała   sensorami   z   kamery   na   kamerę,   wiedziała,   że   gdzieś   tam   kryje   się 

niebezpieczeństwo.

- Alex, na fotel! - wyrzuciła z siebie akurat w momencie, gdy w jej kierunku wystartował 

background image

statek - pszczoła.

Był  to mały rakietowiec służący do prac na zewnątrz doków. Tuż za nim lecieli w jej 

kierunku dwaj osobnicy w skafandrach z własnym napędem. Ktoś ukradł lub skonfiskował sprzęt 

należący   do   stacji   i   za   wszelką   cenę   próbował   dostać   się   do   jej   wnętrza.   Bez   względu   na 

konsekwencje takiego czynu.

Wypadki w kosmosie były niezwykle proste do upozorowania.

Alex jeszcze nie był gotowy. Nie mogła jednak już dłużej czekać.

Włączyła akcelerator, gdy Alex doskakiwał właśnie do fotela. Nagłe przyspieszenie ścięło 

go z nóg, a Tia wyprysnęła z przestrzeni wokół stacji, lekceważąc przepisy ruchu orbitalnego. Alex 

w   ostatniej   chwili   złapał   oparcie   fotela.   Wpadł   głową   do   środka,   zawył   z   bólu   wywołanego 

impetem uderzenia i przywarł do mebla, obejmując go rękami.

Jeszcze jeden mały statek podążał za nią z maksymalnym przyspieszeniem. Najwyraźniej 

zamierzał   ją   staranować.   Otworzyła   do   oporu   dysze   przyspieszacza,   jednocześnie   wysłała 

wszystkie możliwe sygnały SOS. W tym czasie Alex rozpaczliwie usiłował zająć odpowiednią 

pozycję i przypiąć się pasami do fotela. Słyszała, jak cicho pojękiwał. Z nosa sączyła mu się krew, 

zalewając jedną stronę twarzy. Miał też rozciętą lub naderwaną wargę.

Gwałtownym   ruchem   wślizgnęła   się   pod   jakiś   nadlatujący   z   przeciwka   statek   i 

prześladowcy zostali daleko w tyle.

Kto maczał w tym palce? Czy stał za tym jakiś szacowny ród?

Z pewnością nie...

Lepiej, żeby nie...

Nie   przestawała   przyspieszać,   wciąż  wysyłając  pliki  sygnałów  alarmowych  i   wzywając 

pomocy co kilka sekund normalnego czasu. Kolejny statek wynurzył się z ciemności i w ostatniej 

dosłownie chwili zdążyła go ominąć. Przeleciała tak blisko wahadłowca sterowanego przez AI, że 

rozstroiła wszystkie jego przyrządy. Biedny AI stracił zupełnie orientację.

Statek, który ją gonił, nie zbliżał się już, ale też nie tracił dystansu.

Przez   tę   całą   wrzawę,   którą   uczyniła   Tia   w   eterze,   nawet   Stacja   Presleya   nie   mogła 

zignorować   faktu,   że   ktoś   próbował   ją   dopaść.   Zwłaszcza   że   Alex   i   Tia   byli   wysłannikami 

Organizacji Światów Centralnych. Niełatwo byłoby wytłumaczyć się potem szefom stacji, dlaczego 

nie udzielili jej pomocy. Jeżeli natomiast “oni" nie mieli nic wspólnego ze stacją, to nie byli w 

stanie wyłapać i wytłumić wszystkich jej sygnałów SOS. Gdyby AH - 1033 zniknął w czeluściach 

kosmosu, mieliby sporo problemów z upozorowaniem wypadku.

Mam nadzieję.

Podczas,   gdy   Tia   kontynuowała   swą   ucieczkę   w   głąb   kosmosu,   między   nią   a   jej 

background image

prześladowców wskoczył wreszcie wahadłowiec patrolowy. Teraz on zaczął spóźniony pościg za 

przestępcami.

Tia zwolniła, zatrzymała się i rzuciła magnetyczną kotwicę. Czekała aż adrenalina zostanie 

wydalona z jej krwi.

Wciąż   pamiętam,   jak   to   jest,   gdy   nie   można   złapać   oddechu.   Pamiętam,   jak   reaguje 

roztrzęsione ciało. Gdybym umiała, właśnie teraz bym tak reagowała. Tak to jej ludzkie impulsy 

tańczyły na końcówkach sensorów, a przypuszczeniom “co by mogło być, gdyby" nie było końca.

Spokojnie   serce.   Już   wszystko   dobrze.   Powoli   jej   percepcja   powracała   do   czasu 

rzeczywistego   i   świat   zewnętrzny   zaczynał   “przyspieszać"   swe   ruchy.   Wtedy   to   wywołał   ją 

operator stacji.

- Oczywiście, że jestem pewna, iż próbowali wedrzeć się na pokład! - odwarknęła na jego 

powątpiewające pytanie.

Jednocześnie   przesłała   mu   nagrany   obraz   napastników   ze   zbliżeniem   tajemniczych 

wybrzuszeń pod kombinezonami; wybrzuszeń, które być może kryły miotacze promieni lub jakąś 

inną broń. Pokazała mu potem lecących ku niej dwóch mężczyzn w hakowych skafandrach i statek 

- pszczołę.

- I ten ścigający mnie wahadłowiec też z pewnością nie był moim przywidzeniem! - Coraz 

bardziej podnosiła głos. - Tak się składa, że jestem w pełni wyszkoloną absolwentką Szkoły - 

Laboratorium! Nie mam zwyczaju widzieć czegoś, co nie istnieje!

Znowu podskoczył jej poziom adrenaliny, lecz tym razem spowodowane to było nerwami. 

Naprawdę groziło im wielkie niebezpieczeństwo, mogli przecież zginąć! A ten idiota zaczął jej 

wmawiać, że atakujący statek całkiem przypadkowo leciał w tym samym kierunku!

- Nie powiedziałem, że nim był - odrzekł operator stacji, próbując wycofać się ze swoich 

twierdzeń. - Ja...

- Co z was  za stacja, skoro statki  Światów  Centralnych  mogą  być  obiektem  tego typu 

napadów? - kontynuowała natarcie, nie pozwalając mu dojść do słowa. - W tej chwili składam 

raport w tej sprawie do koordynatora Organizacji Światów Centralnych!

- Nie musi pani tego robić...

- Poza tym zostanę tutaj, dopóki nie dacie mi stanowiska o wzmożonej ochronie! - nie 

przerywała,   coraz   bardziej   się   rozpalając;   zdecydowana   była   zażądać   wszelkich   możliwych 

względów. - Mój biedny mięśniowiec jest sinozielony od stóp do głów i macie szczęście, że tylko 

tak się to skończyło! Żądam złapania tych ludzi...

- Już się tym zajęliśmy...

- I chcę usłyszeć, czego się od nich dowiedzieliście, zanim znowu zadekuję! - skończyła, 

background image

wymawiając   ostatnie   słowa   takim   tonem,   że   odniósł   wrażenie,   iż   zadźwięczały   mu   gdzieś   w 

samym środku mózgu. - Do tego czasu będę tu tkwiła, blokując dostęp do linii transportowej. I 

mam gdzieś, czy wam się to podoba, czy nie!

Po tych słowach włączyła  automatyczne nagrywanie i pozwoliła mu kajać się przed jej 

comem. Sama natomiast zajęła się Alexem.

Na twarzy miał opatrunki tamujące krwawienie z nosa i wargi. Jego oczy także zaczęły 

powoli puchnąć i czernieć. Pomyślała, że z czarnymi obwódkami wokół oczu będzie wyglądał jak 

szop.

Teraz już było pewne, że zderzył się ze swoim fotelem właśnie twarzą.

- Alex? - odezwała się nieśmiało. - Och, Alex, tak mi przykro... nie zamierzałam... nie było 

czasu...

- W porządku - wybełkotał z trudem. - Zrobiłaś, co trzeba. Nie miałaś wyboru. Doskonale 

ich zwiodłaś, doskonale sobie z nimi poradziłaś. Nie ruszamy się stąd na razie?

Zrozumiała,   że   Alex   zakładał   możliwość,   iż   wszystko,   co   uczyniła,   było   z   góry 

zaplanowane.

- Nie, nie planowałam żadnego swojego ruchu - odpowiedziała sztywno. - W ogóle niczego 

nie planowałam.

Alex po prostu zsunął nogi, podniósł się obolały z fotela i ruszył w kierunku wąskiego 

pomieszczenia medycznego, żeby doprowadzić się do porządku.

Dyskretnie   wysłała   za   nim   automat,   by   wytarł   ślady   krwi;   drugi   natomiast   zajął   się 

bałaganem w głównej kabinie. Pomyślała przez chwilę, ile miała szczęścia, że nie wydarzyło się 

nic   gorszego.   Gdyby   Alex   stał   gdzieś   dalej,   a   nie   trzymał   się   poręczy   fotela,   kiedy   włączyła 

akcelerator, to zamiast wlecieć głową w fotel...

Nie   chciała   nawet   o   tym   myśleć.   Poleciła   kuchni   przygotowanie   zamrożonego   żelu   w 

woreczkach. Dużo woreczków. Do tego coś delikatnego na kolację.

Odlecieli stamtąd, gdy przybył konwój Organizacji Światów Centralnych. Władze przysłały 

tu swoje statki w takiej sile, jakiej Tia nigdy by się nie spodziewała. W skład konwoju wchodziły 

nie tylko wahadłowce Służb Medycznych i Administracji OŚĆ, ale i militarny statek mózgowy, CP 

- 1041. Jego burty najeżone były różnego rodzaju bronią.

Ma poza tym najnowszą i najlepszą wersję ponadprzestrzennych silników - pomyślała z 

zazdrością. - Bogowie raczą wiedzieć, co te silniki potrafią.

Jeżeli szefowie Stacji Presleya  sądzili,  że goście nie narobią im kłopotu, to szybko  się 

rozczarowali. Pierwszą osobą, która pojawiła się w otwartej śluzie statku, był wiceadmirał sektoru; 

background image

tuż za nim kroczyła uzbrojona eskorta. Oświadczył, że przejmuje władzę nad stacją i pomaszerował 

prosto do biura operacyjnego. W ciągu paru minut opanował systemy całej stacji i zabezpieczył ją.

Tia była niemal szczęśliwa, widząc, co się dzieje. Po godzinie wszyscy świadkowie i winni 

znaleźli się pod wojskowym nadzorem. Tia czekała na przekaz proszący ją i Alexa o złożenie 

zeznań.

Alex wciąż wyglądał tak, jakby ktoś przesłuchiwał go za pomocą gumowego węża, więc 

gdy inny statek mózgowy zacumował blisko nich, podjęła się wszelkich rozmów, pozwalając mu 

na leczenie ran.

Kod   wahadłowca   był   bardzo   podobny   do   jej   kodu.   Możliwe   jednak   było,   że   Służby 

Militarne   używały   innego   systemu   niż   reszta   statków   mózgowych.   Lecz...   1041.   Taki   numer 

mógłby otrzymać ktoś z mojej szkolnej ławy...

- Tio, czy to ty? - zabrzmiały pierwsze słowa przekazu.

Ten głos, pomijając ostre tony i kryjącą się w nim zawodową agresję, wydawał się jej 

znajomy.

- Poi? - odpowiedziała, zastanawiając się jednocześnie, jaki przypadek mógł zrządzić to 

niezwykłe spotkanie.

- W kapsule, gotowy, by dołożyć, komu trzeba! - odparł wesoło Poi. - Jak się masz, stara? 

Słyszałem,   że   wplątałaś   się   tu   w   niezłe   kłopoty.   Władcy   wezwali   nas   i   kazali   lecieć,   więc 

przybyliśmy jak na “skrzydłach".

- Kłopoty? Można tak to nazwać.

Przesłała  mu  skrót  nagrań na temat  swej  mrożącej  krew  w  żyłach  ucieczki.  Szybko  je 

przejrzał i przesłał jej w odpowiedzi obraz kolorów pomieszanych z dźwiękiem, co miało oznaczać 

podziw i zmieszanie. Gdyby był delikatnikiem, z pewnością by zagwizdał.

- Niezły lot, jeżeli wolno mi wygłosić własną opinię - powiedział. - Zwłaszcza ten skok pod 

zbliżający się wahadłowiec. Nie myślałaś o tym, by zaciągnąć się do armii?

- Nie i nie mam takiego zamiaru - odpowiedziała. - Myślę, że wystarczy mi tego typu 

wrażeń na następnych dziesięć lat.

- Wydaje ci się. - Pol roześmiał się, jakby jej nie dowierzając. - Mój mięśniowiec bardzo 

chciałby porozmawiać z twoim. Zatem przerwa na pogaduszki.

Wezwała   Alexa,   który   właśnie   leżał   na   swojej   koi,   przykładając   sobie   woreczki   ze 

zmrożonym żelem do obolałych oczu. Wygramolił się z kajuty i opadł na fotel. Tia pomyślała, że 

chociaż   raz   nikt   nie   zwróci   uwagi   na   jego   pogniecione   ubranie.   Różnokolorowa   twarz   Alexa 

mówiła sama za siebie i usprawiedliwiała wszystko.

- Połączenie gotowe - powiedziała Tia do Pola, włączając wizję.

background image

Jak się tego częściowo spodziewała, pamiętając swoje wstępne rozmowy,  mięśniowcem 

Pola była Chria Chance. Gdy ukazała się na ekranie, można było zauważyć, jak wielkie wrażenie 

wywarł na niej widok Alexa. Wciąż była ubrana w skórzany kombinezon i wciąż była niezwykle 

atrakcyjna. Ten ubiór musiał wzbudzać wiele emocji wśród członków jej szacownej rodziny. Inni 

jednak skłonni byli wybaczyć tę małą słabostkę komuś, kto osiągał najlepsze wyniki w służbie i do 

tego pochodził z arystokracji.

Tia   dostrzegła   ponadto   w   przekazie   pewną   różnicę   między   jej   statkiem   a   statkiem 

wojskowym. Zaraz za Chrią znajdował się jeszcze jeden fotel z dodatkową konsoletą. Siedział za 

nią szczupły mężczyzna, o ostrych rysach twarzy. Ubrany był w mundur taki sam jak Chria, a jego 

długą   szyję   oplatał   skórzany   naszyjnik   czy   raczej   skórzana   serpentyna.   Wyglądał   równie 

krwiożerczo, jak i Chria. Właściwie nawet straszniej. Gdy Tia na niego patrzyła, wydawało się jej, 

że jest to ktoś, kto z pewnością nie bierze jeńców.

Razem z Chrią tworzyli niewątpliwie doskonale rozumiejący się zespół.

- Niech mnie diabli! - wykrzyknęła Chria po kilku sekundach niemego patrzenia w ekran. - 

Alex, co się stało z twoją twarzą? Wasze przekazy nie wspominały nic o... czy oni...

- Nikt mnie nie dopadł, Brunhildo - powiedział Alex zmęczonym głosem, ale nie tracąc 

humoru. - Więc nie podniecaj się mym widokiem tak bardzo. Stało się to tylko z mojej winy, czy 

też z winy mojego kiepskiego refleksu. Oto rezultaty próby zespolenia twarzy z oparciem fotela. 

Jakie mieliśmy przyspieszenie, Tio?

- Około dwóch machów - odpowiedziała ze skruchą w głosie.

Chria pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Uou. Niezły wystrzał. A już miałam zamiar polecieć do stacji, by poprzestawiać kości 

osobnikom, którzy cię tak urządzili. - Usiadła ponownie wygodnie w fotelu - Żal mi ciebie, mój ty 

biedny, odlotowy chłopaku. Następnym razem postaraj się przywiązać.

-   Następnym   razem   może   ktoś   wcześniej   mnie   ostrze   -   że   -   odparował.   -   Te   klowny 

próbowały   nas   dopaść   bez   żadnego   uprzedzenia.   Nowe   reguły   powinny   zawierać   nakaz 

dwudziestoczterogodzinnego ostrzeżenia przed zamierzonym abordażem. Wszyscy musieliby się 

stosować do tych zasad.

Chria roześmiała się.

- Masz rację. Czy wiecie jednak, że sprawiliście wiele radości naszym ludziom? Między 

sobą zaczęliśmy was nazywać “polowczykami", gdyż wypłoszyliście sporo zwierzyny, na którą od 

dawna mieliśmy chrapkę.

- Ani przez moment w to nie wątpię. - Alex usiadł w podobnej pozycji jak ona, nie podparł 

tylko podbródka dłońmi, gdyż zastanawiając się nad czymś, pocierał palcami skroń. - Czy mam 

background image

przez to rozumieć, że nie jest to bezinteresowna pogawędka? Przerwa już się skończyła?

- Och, nie. Może w pewnym sensie. - Starała się go uspokoić, ale jej oczy nagle błysnęły. - 

Nie chciałam wam na razie przeszkadzać w odpoczynku, ale mam dla was parę rozkazów. Po 

pierwsze, kazano mi poprosić was o dane dotyczące miejsca ukrycia skarbów waszego szczura 

skalnego. Oczywiście jeżeli już wiecie, gdzie to jest. Chcielibyśmy poza tym, żebyście wyruszyli 

na tamtą planetę najszybciej, jak to możliwe. Wkrótce poślemy wam posiłki, na razie jednak mamy 

sporo roboty w tym rejonie.

-  Cóż   za  wspaniałomyślność!   -  stwierdził   ironicznie   Alex.  -  Posyłacie   nas   pierwszych, 

żebyśmy   wzięli   na   siebie   wszystko,   co   tam   może   na   nas   czekać.   Czy   wciąż   jesteśmy 

“polowczykiem", czy też może awansowaliśmy do roli “samopoświęcającej się przynęty"?

Chria tylko się zaśmiała.

-   Daj   spokój,   odlotowy   chłopaku,   równaj   do   szeregu.   Wciąż   przecież   istnieje   groźba 

epidemii i tylko wy jesteście w stanie to sprawdzić i temu zaradzić. My nie wiedzielibyśmy, czego 

tam szukać. - Popatrzyła na niego znacząco i musiał z niechęcią przyznać jej rację. - Kiedy już 

znajdziecie przyczynę owej zarazy, sami najlepiej zorientujecie się, co z tym fantem począć dalej. 

Sądzę, że wszystkim bardzo zależy na powstrzymaniu choroby, ale wydaje mi się także, iż trzeba 

tego dokonać tak, by nikogo nie narażać. Co my moglibyśmy zrobić bakteriom? Zastrzelić je? Neil 

jest szybki jak tygrys, ale nigdy dotąd nie walczył z mikrobami!

Siedzący za nią patykowaty mężczyzna bezradnie wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

- Tak więc jeżeli się czegoś dowiecie, dacie nam znać, a my nie będziemy spuszczać z was 

oka. Krótko mówiąc - rozpostarła ręce - nie jesteście nam tu do niczego potrzebni. Możecie stąd 

odlecieć   wolni   jak   ptaki.   Nagrania   całego   sektora,   których   dokonaliście,   w   zupełności   nam 

wystarczą,   by  rozwikłać  tę   sprawę.  Wyłapanie  winnych  i   zesłanie  ich   tam,   gdzie  powinni   się 

znaleźć, jest tylko kwestią czasu.

- Oto wszystko, co mamy - Tia wyprzedziła odpowiedź Alexa. Przesłała Polowi kopie ich 

hipotez dotyczących  położenia planety.  - Jak widzicie, doszliśmy do wniosku, że może to być 

jedno   z   trzech   miejsc.   Tylko   na   jednej   z   tych   planet   znajdują   się   zauważone   już   wcześniej 

starożytne   ruiny.   Najprawdopodobniej   chodzi   właśnie   o   tę   planetę.   Szkoda,   że   nie   ma   więcej 

danych poza “teraźniejszą strukturą" planet.

- Satelita pomiarowy - powiedział krótko Poi. - Wszystko to jest nagrane w pomiarowym 

satelicie.   Znajdziesz   tam   dane   dotyczące   przebiegu   pór   roku.   Zaś   AI   powinien   odnotowywać 

wszelkie zmiany na jej powierzchni. Tym tropem chyba powinnaś pójść.

Pol wydawał się o wiele bardziej rozmowny niż kiedykolwiek przedtem. Zdawało jej się 

także,   iż   jest   szczęśliwy   ze   swoim   mięśniowcem.   Podobnie   Chria   wyglądała   na   całkowicie 

background image

usatysfakcjonowaną współpracą ze statkiem mózgowym. Nie można było jednak zapominać o tym, 

że Służby Militarne i Centrum Bezpieczeństwa nie pozwalały na wymianę mięś - niowców przez 

swoje statki mózgowe bez naprawdę istotnego powodu. Czy zatem Pol rzeczywiście był  z nią 

szczęśliwy?

- Pol - odezwała się tylko do niego. - Czy dostałeś dobrego mięśniowca?

Pol zaśmiał się i odpowiedział jej tym samym kanałem. - Najlepszego! Nie zamieniłbym 

Chrii i Neila na nikogo innego. Jesteśmy jak trzy części tej samej maszyny. Dwoje mięśniowców i 

ich mózg. Do tego jeszcze jesteśmy uzbrojeni. Chria jest pierwszym oficerem, Neil zajmuje się 

uzbrojeniem. Ponieważ kończył studia, może ją we wszystkim zastąpić. Ma pełne kwalifikacje. Z 

tego, co słyszałem, nie jest to często występująca sytuacja.

- Dlaczego zatem nie dostanie własnego statku mózgowego? - spytała zdziwiona. - Jeżeli 

ma pełne kwalifikacje, powinien awansować.

- A kto zrozumie delikatników? - odrzekł Pol w zadumie. - Neil i Chria dzielą ze sobą 

kabinę. Może to kwestia hormonów. A co u ciebie? Zawsze zastrzegałaś się, że będziesz przebierać 

w mięśniowcach. Wielu ich już miałaś, czy skończyłaś na jednym?

Na ten temat była w stanie opowiedzieć sto różnych historii. Z pewnością łatwo mogłaby 

sobie zaszkodzić, gdyby zareagowała tak spontanicznie, jak to miała w zwyczaju.

-  Och,  Alex  jest  możliwy  do przyjęcia,  oczywiście   kiedy  nie  ląduje  twarzą  w  fotelu  - 

odpowiedziała z udaną swobodą.

Pol roześmiał się i opowiedział jej kilka dowcipów o delikatnikach. W tym czasie Alex i 

Chria odświeżyli stare wspomnienia i wyjaśnili sobie, co się działo od ostatniego widzenia.

AH   -   1033   był   jedynym   statkiem,   który   miał   pozwolenie   na   opuszczenie   przestrzeni 

Presleya. Chria nie żartowała, kiedy mówiła, że wszystko tu będzie dokładnie sprawdzone. Tia i 

Alex nie musieli zatem przejmować się kontrolą ruchu kosmicznego ani tłokiem wokół stacji.

Gdyby mieli napęd ponadprzestrzenny...

Nic nie szkodzi, mówiła do siebie, gdy przyspieszała w kierunku hiperprzestrzeni. Poradzę 

sobie bez tego. Mam tylko nadzieję, że nikt już nie będzie nam pomagał w nabieraniu szybkości.

Miejsce to nie miało nawet nazwy, tylko oznaczenie na mapie. Epsilon Delta 177.3.3. Pol 

nazywał to miejscem na czubku nosa. Ktokolwiek zaznaczył je na mapie, musiał od razu o nim 

zapomnieć.

Nosiło wszystkie  znamiona  tego, czego  szukali; charakteryzowało  się eliptyczną  orbitą, 

unoszącymi się nad powierzchnią planety ciężkimi chmurami, z których padał deszcz lub śnieg, 

albo   to   i   to.   Dzięki   swym   wewnętrznym   systemom   kontrolnym   Tia   zdołała   przyjrzeć   się 

background image

ukształtowaniu powierzchni planety. Gołym okiem nie było nic widać.

Planeta była typu terrańskiego. Nie przeczyła takiemu stwierdzeniu owa eliptyczna orbita. 

Satelita powinien zbierać dane na temat wszelkich ruchów, które zaszły w tym systemie. Powinien 

także wysyłać ostrzeżenia w kierunku zbliżających się statków dotyczące statusu systemu. W takiej 

informacji musiały zawierać się dane dotyczące oznaczenia sektora, stopnia jego zbadania, tego, 

czy należało odbyć biologiczną kwarantannę, które rejony były niewskazane do lądowania. A także 

informacje o innych niebezpieczeństwach, które czyhały na krążące wokół statki.

Satelita albo milczał, albo zaginął.

- Wypadki się zdarzają - stwierdził Alex, gdy podeszli bliżej; Tia przygotowywała się do 

wejścia na orbitę planety. - Czasami te maleństwa się psują.

Wydała odgłos niedowierzania.

-   Nie   tak   często.   Poza   tym   co   z  zabezpieczeniami?   Powinien   przynajmniej   wysyłać   w 

przestrzeń kosmiczną sygnały nawigacyjne, a tu nic, zupełnie nic! - Jeszcze raz przeszukała sektor, 

gdy weszli na orbitę.

- Och, Tio. Spójrz na tę rotację, na tę orbitę. Coś mogło go ściągnąć lub wypchnąć... - 

zaczął.

-   Mogło,   ale   tego   nie   uczyniło.   Złapałam   go,   Alex   -   powiedziała   z   zadowoleniem.   - 

Znalazłam go! Milczy jak grób.

Obliczyła   trajektorię   uszkodzonego   satelity,   by   podlecieć   do   niego   bliżej.   Był   od   niej 

mniejszy tylko o połowę, więc nie było mowy o przechwyceniu go. Lecz gdy okrążyła go kilka 

razy jak ciekawa przynęty ryba, nie zauważyła niczego, co mogłoby się w nim popsuć.

- Żadnych śladów kolizji, nie został także postrzelony - stwierdził Alex i westchnął. - Nie 

ma   również   śladów   wewnętrznego   wybuchu   czy   pożaru.   Przypuszczam,   że   spróbujesz   go 

uruchomić?

- Nie odpowiada - rzekła spokojnie. - Wiesz co? Wydaje mi  się, że wybierzesz się na 

spacer.

Zamruczał coś pod nosem i poszedł po swój antyciś  - nieniowy kombinezon.  W ciągu 

ostatnich kilku dni lotu jego twarz zaczęła się zmieniać. Z czarnej stała się niebies - kopurpurowa, 

potem zaś przybrała barwę khaki zmieszaną z żółcią. Przypuszczała, że reszta jego ciała wyglądała 

podobnie. Ukrywał to jednak przed nią.

Przestraszył się mnie czy zawstydził? - zastanawiała się. Nie był w najlepszej formie od 

czasu   rozmowy   z   Chria.   Pewnie   wciąż   był   obolały.   A   może   przyczyna   tkwiła   zupełnie   gdzie 

indziej? Wiedziała, że istniało mnóstwo rzeczy, które można było wypowiedzieć ciałem, a których 

ona nigdy nie pozna. Coś się zdarzyło  podczas  tamtej  transmisji. Może nie pomiędzy Chria i 

background image

Alexem, ale coś się stało z Alexem z powodu Chrii.

Zanim zdążyła głębiej nad tym pomyśleć, mięśniowiec tkwił już przed wewnętrzną śluzą i 

czekał, aż Tia zamknie ją od strony statku.

Zrugała się w myślach za swoje gapiostwo i zamknęła łącznik. Cały czas miała Alexa na 

oku,   obserwując   jednocześnie   przestrzeń   wokół   nich   w   obawie   przed   niespodziewanymi   i 

prawdopodobnie też niezbyt mile widzianymi gośćmi.

Byłoby to swoiste zrządzenie losu, gdyby teraz pojawili się jacyś piraci.

Przeleciał pod satelitę i pchnął drzwi luku, które otworzyły się bez oporu.

Chwileczkę. Czy nie powinien ich najpierw odbezpieczyć?

- Tio, systemy zabezpieczające były wyłączone - powiedział, otwierając ciężką pokrywę 

włazu wewnętrznego. W jego sposobie mówienia dało się słyszeć znamiona wysiłku, na jaki musiał 

się zdobyć, by wejść do środka. - Miałaś zupełną rację. Satelita został przez kogoś uszkodzony. 

Niezła robótka; po prostu odłączono baterie zasilania solarnego od reszty urządzeń. Działał jedynie 

układ  korekcyjny  pozycji  orbitalnej.  Nic poza tym.  Nie rozumiem,  dlaczego  go po prostu nie 

zestrzelono.  Chociaż... wyposażony jest przecież  w system,  który wysłałby natychmiast sygnał 

informujący o kolizji z planetą.

- Co w takim razie zrobimy? - spytała niezbyt pewnie. - Wiem, że umiesz go naprawić, ale 

czy powinieneś?  Potrzebujemy trochę informacji, które możemy  dzięki  niemu  uzyskać,  jednak 

jeżeli go naprawisz, czy nasi przyjaciele się w tym nie połapią? A może niczego nie zauważą?

-  Nie   bardzo  chcę   się  o  tym   przekonać,   przynajmniej   dopóki  nie   będziemy  gotowi  do 

opuszczenia   tego   miejsca.   Lepiej,   żeby   nie   wiedzieli,   iż   ktoś   dobiera   się   do   ich   zdobyczy   - 

odpowiedział z namysłem, będąc w połowie na zewnątrz, w połowie w luku. - Jeżeli satelita powie 

im, by się tu rozgościli, gdy zbliżą się do planety, to z pewnością zorientują się, że ktoś z Centrali 

był   tutaj.   Jednak   masz   rację,   że   powinniśmy   dzięki   niemu   czegoś   się   dowiedzieć.   Powiem   ci 

jeszcze, że nie tylko zamierzam być uprzedzony, iż ktoś się zbliża, gdy będziemy tam na dole. 

Chcę też widzieć, co się dzieje w otaczającej nas przestrzeni, i to zanim ktokolwiek zdąży satelitę 

zestrzelić. Pytanie tylko, czy będę w stanie go uruchomić?

- Potrzebujemy materiałów na temat powierzchni planety - powiedziała. - Jeżeli dopisze 

nam szczęście, może uda nam się zobaczyć ruiny. Może nawet trafimy na jakieś ślady działalności 

przemytników.  A  co do tego,  czy jesteś  dostatecznie  sprytny,  by go naprawić,  wystarczy,  jak 

połączysz w kolejności solarne moduły. Ja mogę zaprogramować każdą jego funkcję. Nie wiem, 

czy pamiętasz, ale jestem ze Światów Centralnych. Mamy czasem do czynienia z pomiarowcami, 

więc znam wszystkie kody, za pomocą których obsługuje się te satelity. Instytut Pomiarów nie 

zakłada tego typu sabotaży, toteż nigdy nie zmienia kodów. Zaufaj mi, to cacko będzie działać.

background image

-   Niezły   sposób   rozumowania.   -   Zawirował   przez   moment   głową   w   dół,   a   ogromny, 

białoniebieski glob za jego plecami był dla niego doskonałym tłem. - OK, daj mi minutę lub dwie 

na połączenie kabli. - Na chwilę zaległa cisza, przerywana miarowym, szybkim oddechem. - W 

porządku. Nie było tak źle, jak sądziłem. Połączone. Aha, jeszcze tylko przewód zasilający centralę 

pamięci. I... tak, wszystko jest podłączone. Przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz.

Uruchomiła   pamięć   satelity   i   otrzymała   klarowne,   pełne   dane,   bez   zakłóceń.   Były   tam 

materiały na temat najbliższej przestrzeni kosmicznej, jak i geografii planety. Wszystko, co zostało 

zarejestrowane,   zanim   satelitę   uszkodzono.   Z   danych   tych   wynikało   na   przykład,   że   zmiany 

pogody nie były tu częste.

Potem...   nic.   Ktokolwiek   oślepił   i   ogłuszył   pomiarowca,   wiedział   doskonale,   co   robi. 

Pamięć, która mogła ukazać dziwnych gości, była pusta. Tia próbowała wszelkich sposobów, by 

odtworzyć   brakujący   fragment   pracy   satelity,   nadaremnie.   Cały   blok   został   sformatowany, 

następnie nagrano w to miejsce coś nieistotnego i ponownie blok sformatowano. Nawet ekspert nie 

dałby rady odtworzyć brakującej części.

-   Czy   możesz   odłączyć   jego   system   wczesnego   ostrzegania   i   dostroić   go   do   naszej 

częstotliwości?

- Sądzę, że tak. - Podpłynął w kierunku luku i zniknął w środku do pasa. - Tak, satelita ma 

oddzielne   moduły.   Pozostawię   go   pracującego,   ale   bez   możliwości   emitowania   dźwięków   na 

zewnątrz. Jeżeli nie sprawdzą go ponownie, nie domyśla się nawet, że ktoś tu był.

Kilka minut później usłyszała sygnał gotowości do pracy. Jednocześnie zobaczyła obraz 

przestrzeni orbitalnej. Poczuła, jak nagle serce zaczęło jej walić w panice...

...szybko jednak zganiła się za taką reakcję. Satelita pokazywał bowiem obraz jej samej.

Alex zamknął luk i pozostawił go w takim stanie, w jakim go zastał. Sam skierował się ku 

Tii. Chwilę później zabrzęczały jej wewnętrzne zamki łącznika i Alex wszedł do głównej kabiny. 

Zdjął hełm i zaczął rozpinać kombinezon.

Tia jeszcze przez parę minut programowała pomiarowca. Wymazała program informujący 

zbliżające   się   statki   o   charakterze   systemu,   nastawiła   jednocześnie   urządzenia   satelity   na 

obserwację interesujących ich obszarów i sporządzanie nagrań. Następnie zabrała się do analizy 

materiału, którym już dysponowali.

-   Co   my   tu   mamy   ciekawego?   -   spytał   Alex,   zdejmując   antyciśnieniowy   skafander.   - 

Jesteśmy szczęściarzami, czyż nie?

- Jest tu kilka ruin - powiedziała ostrożnie, trochę zazdrosna o to, że satelita pomiarowy był 

w stanie przesłać im bardziej wyostrzony i dokładniejszy obraz niż jej własne systemy obserwacji. 

Nie był to jednak wizerunek idealny.

background image

- Cóż, jest to jakiś początek.

Zupełnie zdjął kombinezon i usadowił się w fotelu. Oczywiście jego ubiór leżał zwinięty w 

kłębek na podłodze. Odczekała chwilę, aż pochłonie go praca, i dyskretnie wysłała automat, żeby 

pozbierał kombinezon i walający się obok hełm.

- Według mnie tutaj albo tutaj - odezwał się po chwili Alex, wskazując dwa miejsca leżące 

blisko   łańcucha   górskiego.   -   Z   pewnością   spotkamy   tam   deszcz   i   śnieg,   czyli   to,   o   czym 

wspominała pierwsza ofiara. Popatrz, nawet w ciągu jednego dnia śnieg pada tu rano, deszcz po 

południu i znowu śnieg przez całą noc.

Wzięła to pod uwagę, ale dodatkowo zaznaczyła jeszcze trzy miejsca, w których nachylenie 

osi planety mogło mieć taki sam wpływ na klimat. Alex przyznał jej rację.

- W porządku. To musi być ta planeta. Inaczej nikt by się nie fatygował, żeby uszkodzić 

satelitę. Nawet gdyby Instytut Pomiarów wysłał tu kogoś w celu lepszego poznania terenu, nie 

wyłączałby zupełnie pomiarowca, lecz zmieniłby część sygnałów ostrzegawczych. - Wziął głęboki 

oddech i wzruszył ramionami. - Teraz trzeba tylko wylądować we właściwym miejscu.

To   było   zadanie   dla   komputerów,   zatem   Tia   mogła   udać   się   na   swój   trzygodzinny 

odpoczynek. Komputery w tym czasie sprawdzały wyznaczone przez nich miejsca pod względem 

struktury gleby i zmian, jakie tam zaszły wskutek ingerencji innych sił niż naturalne. Czynnikiem 

wiele mówiącym mogły tu być ślady naruszenia warstwy śniegu. Kopanie w śniegu wiązało się 

bowiem z zauważalną zmianą jego struktury. Poza tym śnieg zmieszany z pyłem był po prostu 

ciemniejszy. Przemytnicy nie byli w stanie tego ukryć. Ślady takie pozostawiali po sobie tylko 

naukowcy lub olbrzymie zwierzęta, a te nie miały zwyczaju przekopywać ruin w poszukiwaniu 

jedzenia.

Po godzinie znaleźli miejsce, którego szukali. Nie było wątpliwości, że ktoś je odwiedzał, i 

to dość regularnie. Nawet niektóre z budynków nosiły ślady ingerencji.

- Po co to zrobili? - zastanawiała się głośno Tia. Jedna z budowli miała naprawiony dach. - 

Nie potrzebowali tyle przestrzeni. Przecież to ogromny obiekt.

- Po prostu to zrobili - stwierdził spokojnie Alex. - To wygląda na plastikowy baldachim 

wzniesiony nad dziurą. A dlaczego? Dziura w dachu jest dostatecznie duża, żeby wylądował w niej 

dwudziestoosobowy wahadłowiec. Widzimy przed sobą hangar służący równocześnie za kryjówkę. 

Zmienili swoją pozycję, by znaleźć się na orbicie nad interesującym ich terenem. Szczegółowe 

badanie   wykazało,   że   ostatnio   nikt   tu   nie   przebywał.   Śnieg   na   powierzchni   był   stary   i   nie 

naruszony, a budynek, o którym mówili wcześniej, znowu był pozbawiony części dachu.

- To tu - stwierdził w końcu Alex. Tia jęknęła.

background image

- My to wiemy, ale nie możemy tego udowodnić. Wiemy, że ktoś tu był i grzebał w tych 

ruinach, ale nie mamy dowodu, iż właśnie stąd pochodzą skażone przedmioty. I nie będziemy go 

mieli, bo nie zejdziemy na dół.

- Och, daj spokój Tio. Gdzie twoje zamiłowanie do przygód? - spytał Alex. - Od początku 

wiedzieliśmy, że lądowanie na powierzchni planety będzie konieczne. Musimy przecież nakręcić 

kilka holosów, jak to zrobił Hank. To będzie nasz dowód.

- Zamiłowanie do przygód straciłam, kiedy próbowano mnie staranować - odpowiedziała 

rzeczowo. - Wolę żyć spokojniej, dziękuję bardzo.

Spojrzała ponad swym kadłubem, szukając cienia zbliżającego się statku. Czy mógł być 

uzbrojony? Myśl o Polu, który był uzbrojony po zęby, przywołała wyobrażenie o tym, że ktoś w 

nią celuje.

Nie uzbrojona. Nie opancerzona. Nawet niezbyt szybka.

Z drugiej jednak strony była statkiem mózgowym. Efektem wyczerpujących ćwiczeń. Jeżeli 

nie mogła uciec, czy też strzelić do tych ludzi, to z pewnością mogła pokonać ich umysłem.

Czy na pewno?

Cóż, jeżeli miała pokonać ewentualnych napastników swoim umysłem, pierwszą rzeczą, 

jaką   musiała   zrobić,   było   uniemożliwienie   im   wykrycia   jej.   Zatem   nadszedł   czas,   by   użyć 

systemów satelity dla własnego bezpieczeństwa.

- Co robisz? - spytał Alex, gdy zajęta przesyłaniem poleceń do satelity nie odzywała się 

przez kilka minut.

- Szukam dla nas jakiejś kryjówki - powiedziała. - Możemy zabawić się z nimi w kotka i 

myszkę. Jestem niniejsza od ich statku; muszę znaleźć miejsce, w którym będę się mogła schować. 

Stamtąd będę nad tobą czuwała. Nie wiem jednak, czy uda mi się wylądować blisko interesujących 

nas stanowisk.

Zabrało jej to trochę czasu: kilka godzin intensywnych poszukiwań, w czasie których Alex 

przygotowywał się do swojej wycieczki. Musiał zaprogramować swój kombinezon na długie w nim 

przebywanie,   napełnić   go   skondensowanym   jedzeniem   i   piciem,   upewnić   się,   czy   wszystkie 

systemy   skafandra   wytrzymają   co   najmniej   tydzień.   Musiał   być   przygotowany   na   wszelkie 

ewentualności.   Sprawdził   poza   tym   baterie,   jak   i   klamry   zamków.   Włożył   do   kieszeni   kamer 

taśmy, a miejsca niezbyt wygodne wyłożył specjalną pianką. Alex zajął się wszystkim, co było 

niezbędne do wykonania. Dobrze wiedzieli, że od momentu opuszczenia przez niego łącznika do 

chwili powrotu nie będzie mu wolno uchylić nawet przyłbicy.

Nareszcie, w południe lokalnego czasu, Tia znalazła to, czego szukała.

- Znalazłam kryjówkę - powiedziała prosto w ciszę i Alex zerwał się na równe nogi. - Jesteś 

background image

gotowy?

- Jak zawsze - powiedział z lekką przesadą.

Przez chwilę zdawało się jej, że trochę zbladł. Cóż, gdyby jej przyszło tam wychodzić, też 

by   zbladła.   Sama   była   tak   podniecona,   że   musiała   wpuścić   do   swojej   krwi   lekki   środek 

uspokajający, by trzeźwo myśleć.

- Tak więc na dół - rzekła nieco ponuro. - Lecimy prosto w nieprzychylną pogodę, toteż 

trochę nami po - szarpie.

Alex przejął się ich zejściem na powierzchnię planety, jak nigdy dotąd. Rozejrzał się po 

całej kabinie, sprawdzając, czy wszystkie rzeczy są porządnie przymocowane i dopiero wtedy zajął 

miejsce w fotelu. Tia z kolei poczekała, aż dopnie ostatnią klamrę, nim zaczęła schodzić w dół.

Początkowo lecieli jak po zjeżdżalni, potem w gęstniejącej atmosferze dostali się w strefę 

złej pogody. Ostry sztormowy wiatr, goniący tumany śniegu, uderzał w nią niemiłosiernie. Silne 

porywy wichury rzucały nią na dół i w górę, w każdą stronę oprócz tej, w którą lecieli. Musiała 

użyć wszystkich swych umiejętności, by nie dać się zdmuchnąć z kursu. Cały czas zastanawiała 

się, jak sobie z tym radzą przemytnicy. Przy tak silnym wietrze żaden delikatnik nie dałby sobie 

rady ze sterami.

Oczywiście mogli schodzić na dół, przekazując pilotowanie statkiem AI. AI potrafił się 

trzymać zaprogramowanego kursu praktycznie bez względu na warunki zewnętrzne. Oczywiście 

też w określonych granicach.

I tu była pułapka. Gdyby AI zostałby wyrzucony poza owe granice zaprogramowanego 

kursu, straciłby zupełnie orientację.

Nic nie szkodzi, mówiła Tia do siebie. Ty wylądujesz samodzielnie!

Trochę niżej główną przeszkodą stał się nie tyle wiatr, ile śnieg. Niesamowita zadymka. 

Taka, która mroziła jej skórę i wciskała śnieg w każdą szczelinę. Oblodzenie powodowało wahania 

stateczności zewnętrznych przyrządów. Przez chwilę wydawało się, że Tia jak kamień spadnie na 

powierzchnię   planety.   Cóż   za   ironia   losu!   Ona,   która   nigdy   jako   dziecko   nie   widziała   żadnej 

pogody, miała teraz do czynienia z jej najsroższą odmianą...

Nagle, gdy kierowała się ku wybranej przez siebie dolinie, wicher ucichł. Gęsty śnieg sypał 

powoli,   ograniczając   widoczność   niemal   do   zera,   ale   tworząc   jednocześnie   wspaniały   pejzaż. 

Zredukowała   moc   silników   i   przeszła   na   napęd   antygrawitacyjny.   Był   on   niezwykle 

energochłonny,   ale   tylko   tym   sposobem   mogła   kontrolować   trasę   swego   lotu.   Z   największą 

ostrożnością zbliżała się do wybranej przez siebie dolinki. Było to miejsce, w którym doskonale się 

mieściła.   Tuż   nad   nim   znajdowała   się   olbrzymia   czapa   śnieżna.   Oczywiście   jeżeli   otrzymała 

prawidłowe dane z satelity. Było tam dostatecznie dużo śniegu, by schodząca lawina całkiem ją 

background image

przykryła.

Kierowała się między ściany jaru, który był tak mały, że wydawało się, iż ledwo się tam 

wciśnie. Spojrzała na Alexa i zobaczyła, jak zaciskał zęby i kurczowo trzymał się oparcia fotela. 

Cały czas obserwował dane dotyczące ich wariackiego lotu. Nigdy jeszcze nie lądowała w miejscu, 

które było tak wąskie, jak ten wąwóz. I z pewnością nie robiła tego nigdy w warunkach, które 

mogły się w każdej chwili zmienić...

Jeżeli burza, którą zostawili nad sobą, dogoni ich w tej dolince, to nietrudno będzie jej się 

zderzyć z jedną ze ścian.

Teraz. Wpasowała się w wąwóz i poczuła, jak jej stopy przebiły śnieg i dotknęły skalnego 

podłoża. Przyjemna, mocna skała. Także po bokach ośnieżone skały.

A nad nią - czapa śniegu. Czekająca czapa śniegu.

Oto proszę...

Uruchomiła zewnętrzne głośniki i puściła kawałek shat - ter rocka; basy na maksimum.

I świat się zawalił.

- Zdołasz się z tego wygrzebać? - spytał po raz dziesiąty Alex, gdy kolejny robot wrócił z 

łącznika z rozładowanymi bateriami.

- Nie jest tak źle - odpowiedziała spokojnie. Czuła się o wiele lepiej przykryta czterema 

metrami śniegu. Lawiny były tu na porządku dziennym, więc nie przypuszczała, by przemytnicy 

zwrócili uwagę akurat na tę. Z pewnością nie przyjdzie im do głowy, że pod śniegiem schowany 

jest statek. Nawet gdyby po niej chodzili, nie domyśliliby się niczego. Chyba że odkryliby tunel, 

który właśnie kopały roboty. A nawet wtedy żaden z nich nie odważyłby się zejść nim na dół w 

obawie przed jakimś drapieżnikiem.

- Jeżeli nie jest tak źle - odrzekł z przekąsem Alex - to dlaczego kopanie tunelu zabiera nam 

wieczność?

- Ponieważ nikt się nigdy nie spodziewał, że te małe roboty będą się czymś takim parały - 

wyjaśniła, starając się zachować cierpliwość. - To są “mechanicy", nie kopacze śniegu. Poza tym 

kopią   plastikowymi   łopatkami,   więc   nie   żądaj   od   nich   zbyt   wiele.   -   Pokręcił   głową,   a   Tia 

zrezygnowała z dalszych wyjaśnień. - Już są prawie na zewnątrz - dodała. - Czas, byś przywdział 

swoje ubranko.

Przynajmniej będzie miał zajęcie.

- To zaczyna być niepokojąco monotonne - żalił się. - Jestem częstszym gościem w tym 

kombinezonie niż w mojej kabinie.

-   Nikt   nie   obiecywał   ci   warunków   pierwszej   klasy   przewozowej   na   tej   wycieczce   - 

background image

dokuczała mu, próbując nie okazać własnego zdenerwowania. - Może chciałbyś, żebym poleciła 

jednemu z robotów uszycie dla ciebie małych zasłonek? Będziesz mógł powiesić je sobie w hełmie.

- Dziękuję ci bardzo, ale myślę, że nie skorzystam. - Spojrzał na nią z wyrzutem. - Powiem 

ci coś: jeżeli ciągle będę musiał ubierać się w ten cholerny pancerz, to albo wprowadzę w nim 

jakieś udoskonalenia, albo będą musieli mi sprawić nowszy model. - Okręcił się dookoła własnej 

osi, upewniając się, że wciąż ma swobodę ruchów. - Urządzenia sanitarne kombinezonu też nie są 

szczytem myśli technicznej.

- Przekażę twoje uwagi stewardowi - powiedziała. - Na razie jednak czeka nas robota.

- Zatem prowadź - westchnął Alex. - Mam nadzieję, że nie jest tam tak zimno, jak na to 

wygląda.

Alex   czołgał   się   ku   powierzchni   wąskim   tunelem,   oświetlając   sobie   drogę   lampą 

umieszczoną na hełmie. Nie mógł wiele zobaczyć. Wszędzie otaczała go biel, a przed nim widniała 

czarna czeluść. Wydawało mu się, że tunel nigdy się nie skończy, że zostanie w tym śnieżnym 

grobowcu już na zawsze. Plastikowe szalunki także były białe, zatem trudno było je dojrzeć, jeżeli 

się ich nie szukało. Przypuszczał, że o to Tii chodziło. Mimo to był jej wdzięczny, że w ogóle je 

tam umieściła. Gdyby nie szalunki, tony śniegu i lodu mogły w każdej chwili spaść mu na głowę.

Przestań, zganił się ostro w myślach. Nie czas na atak klaustrofobii.

Wciąż nie było widać końca tunelu. Zaczęło mu się robić zimno, przede wszystkim na 

sercu. Nie był to z pewnością chłód fizyczny. Po prostu pozostawiony samemu sobie coraz bardziej 

się bał.

Znowu to robisz. Przestań.

Wydawało mu się, że otaczający go śnieg jest jakby bardziej miękki. Wyłączył lampę na 

hełmie i rzeczywiście poprzez śnieg i lód dotarło do niego zimne, białoniebieskie światło. Spojrzał 

do góry i zobaczył na samym szczycie jasne oko wyjścia z tunelu!

Spiął się w sobie, by jak najszybciej się stąd wydostać. Wiedział, że droga powrotna będzie 

niczym w porównaniu z tym powolnym pełzaniem. Po prostu usiądzie na krawędzi i zjedzie po 

śniegu aż do samego łącznika.

Wyszedł na zewnątrz na gęsto padający śnieg i spostrzegł, że roboty były dużo więcej 

warte, niż się to jemu i Tii wydawało. Wyjście z tunelu znajdowało się bowiem poza rejonem 

lawiny, tuż pod sterczącymi stromo skałami. Na nich to pewnie śnieżyca zbudowała ową czapę, 

która teraz okrywała Tię. Alex nie dziwił się już, że było tego aż cztery metry. Na szczęście to 

wszystko łatwo można było stopić. Wystarczyło, żeby Tia włączyła silniki i podniosła temperaturę 

kadłuba, a cała ta śnieżna masa zamieni się w rwące potoki ciepłej wody. Tak to przynajmniej 

background image

wyglądało w teorii.

Oczywiście mógł też przyjść deszcz i zmyć jej osłonę dużo wcześniej.

Jak przypuszczała Tia, było już późne popołudnie i Alex powinien jeszcze przed zmrokiem 

dotrzeć   do   ruin   osady,   by   się   trochę   rozejrzeć.   Najlepszym   wyjściem   byłoby   poszukanie   tam 

jakiegoś noclegu. Tym razem znał już wszelkie uciążliwości związane z noszeniem kombinezonu i 

włożył pod spód swój stary, wygodny dres. Nie powinno mu się w tym gorzej spać niż na pryczy 

podczas ćwiczeń w Akademii.

Przybrał postawę śmiałego zdobywcy i ruszył w kierunku osady.

- Tia - powiedział. - Zgłoś się.

- Słyszę cię bardzo dobrze, Alex - odpowiedziała natychmiast.

Zabawne, jak łatwo mógł sobie ją wyobrazić jako osobę siedzącą na statku, wpatrzoną w 

ekrany, które pokazywały jego pozycję, z rękami na konsolecie comu...

Przestań. Może to i ładny obrazek, ale wpakujesz się przez to w jeszcze większe kłopoty. 

Nie wystarczają ci te, z którymi borykasz się już teraz.

- Tio, przybyliśmy we właściwe miejsce.

Uruchomił kamerę umieszczoną w kombinezonie i pokazał jej panoramiczny obraz ruin 

rozciągających się pod szczytem wąwozu. Miejsce to było od zawsze narażone na silne wichury. 

Świadczyły  o tym  budynki  stojące blisko  wzgórz  chroniących  je przed wiatrem.  Szczyty  tych 

wzgórz natomiast rozcinały pędzone przez wichurę śniegi jak skały morskie fale. Nic dziwnego, że 

wszystkie domy były tu okrągłe; wiatry łatwiej je omijały.

- Czy przypomina ci to jakiś znany styl architektoniczny? - zapytał, skierowując kamerę na 

budynki. - Ja jestem pewien, że nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

- Ja też - odpowiedziała z wyraźnym zauroczeniem w głosie. - Niesamowite! To chyba nie 

metal, nie sądzę. Czy to jest materiał ceramiczny?

- Raczej jakiś rodzaj syntetyków - strzelił Alex. - Zaraza czy nie, zobaczysz, że się będą 

zabijać, aby dostać się tu razem z grupą eksploracyjną. Na bogów kosmosu, jak to się stało, że 

pomiarowiec po prostu pominął to w swojej charakterystyce planety?

- Cóż, pozostanie to chyba już na zawsze tajemnicą - odpowiedziała Tia. - Ponieważ nie ma 

w tym rejonie dwóch podobnych osad i ponieważ są one takie, jak na holosie Hanka, możemy 

definitywnie przyjąć, że znaleźliśmy się na właściwej planecie. Teraz...

- Schodzę na dół - powiedział, czując, jak stopy zapadają mu się w grząskim śniegu.

Lepił się on do butów, gdy powoli, krok za krokiem, schodził ku osadzie. Mięśniowiec 

wszędzie   widział   ślady  topniejącego   i   na   nowo   zamarzającego   śniegu.   Pod   warstwą   świeżych 

opadów znajdował się zgranulowany lód. Niezwykle ciężko szło się po czymś takim.

background image

- Wiatr się wzmaga. Myślę, że burza wreszcie nas dogoniła.

- Na to wygląda - odparła Tia z rezygnacją w głosie.

Kiedy osiągnął podnóże wąwozu, ujrzał wykopane jeszcze niżej groty, czy raczej cały plac 

grot. Nie przecinały one środka wąwozu, lecz znajdowały się blisko ścian skalnych. Podyktowane 

to było z pewnością względami bezpieczeństwa. Alex zobaczył tam także trochę budynków i jakieś 

dziwne konstrukcje, ale najbardziej interesowały go jaskinie. Te bliżej niego zalane były czymś w 

rodzaju   cementu.   Miało   to   zdecydowanie   inny   kolor   niż   otaczający   go   pył   i   kamienie.   Groty 

znajdujące się niedaleko budynku bez dachu były pootwierane.

Brnął dalej w kierunku osady i stwierdził z zadowoleniem, że w skale wykuto coś w rodzaju 

schodków prowadzących do drugiego poziomu wzgórza. Budynek przed nim chronił go od wiatru i 

mimo że było trochę ślisko, nie dało się porównać tej drogi ze wspinaczką przez wnętrze lawiny.

Całe szczęście, że wcześniej widział zawartość kabiny Hanka i oglądał zrobione przez niego 

holosy.

Ściana, przy której znajdowały się otwarte groty, wyglądała jak jaskinia Ali Baby. Same 

kryjówki   były   dużo   mniejsze,   niż   wydawało   się   to   na   pierwszy   rzut   oka;   a   otwory   okienne 

najbliższego budynku był niezwykle wąskie. Alex domyślił się, że spowodowane to było tutejszą 

pogodą. Lecz przez to schowki na holosie wydawały się o wiele większe. W rzeczywistości sięgały 

mu   zaledwie   do   uda   i   były   szerokie   na   dwa   do   trzech   metrów.   Taka   przestrzeń   była   jednak 

wystarczająca, żeby ukryć w niej królewski skarbiec.

Sporo rzeczy w ogóle nie było wydobytych. W jednym z najbliższych otworów znalazł 

ceramiczną   statuetkę   i   wyroby   garncarskie,   pozostawione   tam   prawdopodobnie   jako   mało 

wartościowe.   Niektóre   okazy   były   porozbijane   wskutek   nieostrożnego   ich   wydobywania.   Alex 

skrzywił się na ten widok.

Były tam dziesiątki otwartych i opróżnionych grot, tyle samo ze szczątkami nie do końca 

wybranych   skarbów.  Jeszcze   więcej   grot   było   nie   otwartych.   Ciągnęły  się   one   daleko   wzdłuż 

ściany kanionu.

Znalazł też jedną, która zamknięta była przy pomocy jakiejś broni laserowej. Jej pokrywę 

bowiem stanowiła mieszanina stopionej skały i jakiegoś metalu. Stworzyło to niezwykłą strukturę.

- Myślisz, że stąd się bierze nasz wirus? - usłyszał głos Tii.

- Myślę, że można by było się o to założyć - odpowiedział w zadumie.

Nagle jak grom z jasnego nieba przebiegła mu przez głowę myśl. Otaczające go zewsząd 

złoto straciło swój blask, a wyroby ceramiczne nie były nic warte.

Czymkolwiek to jest, czy też nie jest, za żadne skarby nie zdejmę kombinezonu. Nic mnie 

to wszystko nie obchodzi. Obraz Hanka i tego drugiego przeszył  jego pamięć jak błyskawica. 

background image

Skafander już nie był więzieniem, stał się najcenniejszą rzeczą we wszechświecie.

Och, po prostu kocham ten kombinezon...

Raźniej ruszył do przodu, oświetlając i przeszukując pootwierane schowki. Same groty były 

bardzo stare. Wynikało to ze struktury gruntu wokół jaskiń i w nich samych. Ludzie, którzy tu 

trafili, musieli otworzyć jedną z jaskiń z ciekawości lub przypadkiem, gdy szukali czegoś innego. 

Być  może  szukali   po prostu  jakiejś  planety  do  osiedlenia  się.  Cokolwiek  kazało   im  otworzyć 

pierwszą grotę, spowodowało, że zaczęli otwierać i opróżniać kolejno pozostałe. Wyglądało to tak, 

jakby szczury skalne całego kosmosu zjechały się tu na swoistą ucztę.

Alex dokładnie rejestrował każdy napotkany obiekt. Tia robiła zbliżenia każdego detalu, 

gdy Alex obchodził kolejny przedmiot ze wszystkich stron. Teraz przynajmniej, jeżeli coś zostanie 

zniszczone,   zachowa   się   chociaż   nagranie.   Alex   zbierał   niektóre   przedmioty   i   pakował   je   do 

pojemnika, by wziąć je na pokład. Jednym z nich była zadziwiająca metalowa książka...

Ruszył do przodu, sięgając po porzuconą statuetkę jakiejś skrzydlatej postaci.

@brak@

 

- Nad nami jest teraz około jedenastu metrów śniegu. Nie wiem, czy poradzę sobie z taką 

warstwą.   Nawet   jeżeli   przybędą   tu   siły   Organizacji   Światów   Centralnych,   to   wątpię,   żeby 

ktokolwiek usłyszał nasze wołanie o pomoc przez pokrywę śnieżną. Po ostatniej lawinie straciłam 

kontakt z powierzchnią, a sygnały z satelity są tak słabe, że nie mogę ich odczytać.

Powiedział pierwszą rzecz, która mu przyszła do głowy, nie zwracając uwagi na to, co 

właściwie mówi:

- Cóż, jeżeli utkwię zamrożony na wieczność w tym lodowcu, będę miał przynajmniej mą 

miłość przy sobie i ona mnie ogrzeje.

Ugryzł   się   w   język,   ale   było   już   za   późno.   A   niech   to!   Teraz   pomyśli   sobie,   że   jest 

uwięziona w lodowcu z wariatem.

- Co... - zaczęła zdławionym,  prawdopodobnie w wyniku szoku, głosem. - Co przez to 

rozumiesz?

Nie wiedział, jak to wyjaśnić.

- Tio - usiłował się tłumaczyć. - Wszystko w porządku, to znaczy nie zwariowałem. Nie 

rozbiję twojej kolumny, czy coś w tym rodzaju. Naprawdę nic mi nie jest, tylko...

- Tylko co? - nalegała.

- Tylko... - A niech to. To, co powiedziałem, już się nagrało. Gorzej być nie może. - Tak. 

To znaczy nie wiem. Podobno takie rzeczy się zdarzają. - Miotał się bezradnie. - To nie żadne 

szaleństwo czy obsesja. Ale, cóż... Po prostu nie wyobrażam sobie życia z kimś innym. Jeżeli to 

background image

jest miłość, to tak, kocham cię. Strasznie mocno cię kocham. - Westchnął i potarł skronie. - A więc 

teraz już wiesz wszystko. Mam nadzieję, że cię nie przeraziłem, ale poznanie ciebie jest najlepszą 

rzeczą, jaka mi się w życiu przytrafiła, i to jest fakt. Nie opuściłbym cię dla nikogo i niczego. - 

Wykrzywił twarz w nieśmiałym uśmiechu. - Włączając w to gwiazdy holosów i międzygwiezdną 

sławę.

Pleksiglasowa   osłona,  za   którą  siedział   Ted  Miś,  otworzyła   się  i  wyjrzał  on  ze   swojej 

kryjówki.

-   Nie   mogę   cię   dotknąć   ani   ty  mnie   nie   możesz   dotknąć,   ale...   czy   mógłbyś   przytulić 

Teodora?   - spytała   czule.  -  Ja też   cię  pokochałam,   Alex.  Myślę,   że  stało  się  to  wtedy,  kiedy 

poszedłeś   zmagać   się   z   wirusem   zombi.   Jesteś   najodważniejszym,   najmądrzejszym   i 

najwspanialszym mięśniowcem, jakiego mogłam sobie kiedykolwiek wymarzyć. Nie wyobrażam 

sobie mieć za partnera kogokolwiek innego.

Wiedział, że nie mogła inaczej wyrazić tego, co czuła.

Sięgnął po małego, pluszowego przyjaciela i wyciągnął go ze szklanego domu.

-   Masz   wspaniałą   panią,   Teodorze   Misiu   -   powiedział   do   zamyślonego   zwierzaka.   -   I 

zamierzam   zrobić   wszystko,   co   w   mojej   mocy,   by   była   szczęśliwa.   -   Mocno   go   przytulił   i 

ponownie zamknął za przezroczystymi drzwiczkami.

Odwrócił   się   do   jej   kolumny   i   przełknął   ślinę.   Wiedział,   że   powinien   jak   najszybciej 

zmienić temat.

- Dobrze - rzekł. - Teraz, gdy wiemy już co nas gryzło, powinniśmy zastanowić się nad 

możliwościami, jakie nam zostały.

- Możliwościami? - spytała zaskoczona.

- Oczywiście. - Całkowicie już doszedł do siebie. - Zamierzam spędzić resztę życia przy 

tobie,   ale   nie   chciałbym,   żeby   o   tej   reszcie   życia   zadecydowali   piraci   lub   rosnący   nad   nami 

lodowiec. Spróbujmy zatem sprawdzić, jakie mamy szansę wydostania się stąd!

Tia   roześmiała   się.   Udał,   że   nie   słyszy   lekkiego   tonu   histerii,   który   zabrzmiał   w   tym 

śmiechu, - Dobrze - powiedziała. - Możliwości. Cóż zacznijmy od naszych robotów...

Tia rzuciła się w jego ramiona i zamieniła się w wielkiego niebieskiego, pluszowego misia. 

Miś patrzył na niego z wyrzutem.

Chciał wstać, ale pościel na łóżku zamieniła się w niczym nie ograniczoną śnieżną pustynię. 

Leżał przysypany śniegiem. Niedźwiadek próbował go stamtąd wyciągnąć, ale jego miękkie łapki 

nie mogły sobie poradzić z lodową pokrywą.

Wtedy usłyszał jakieś dudnienie i gdy spojrzał do góry, zobaczył  jakby na zwolnionym 

background image

holosie wielką lawinę, która schodziła prosto na niego.

Lawina była coraz bliżej, a Tia - miś odwróciła się i stanęła między nim a kotłującym się 

śniegiem...

- Alex, obudź się!

Zerwał się nagle obudzony, zaczął się miotać w łóżku, zanim zapalił lampkę. Tii zdawało 

się, iż zrobił to zupełnie nieświadomie. Zamrugał oślepiony światłem i próbował wyplątać się ze 

skotłowanej pościeli.

- Co? - wymamrotał zaspanym jeszcze głosem. - Kto? Gdzie?

- Alex - szepnęła  Tia; była  wyraźnie  podekscytowana.  - Alex, usiłuję cię  dobudzić od 

piętnastu minut! Na górze pojawił się statek Centrali i rozprawia się z dwoma wahadłowcami 

piratów!

Centrali? Na bogów kosmosu...

- Co się stało? - spytał, sięgając po rzeczy i błyskawicznie je wkładając. - Od początku...

- Najpierw domyśliłam  się, że coś  zaczyna  się dziać, kiedy piraci  przesłali  wiadomość 

statkowi na planecie, by siedział cicho. Miałam wrażenie, iż myśleli, że zbliża się do nich zwykły 

statek badawczy. Po chwili jednak rozgorzała walka. - Tia włączyła wszystkie swoje systemy. Z 

wentylatorów  płynęło ku niemu świeże powietrze, w głównej kabinie zapalone były wszystkie 

światła,   a   konsolety   błyskały   gotowością   do   przyjęcia   poleceń.   -   Wtedy   wyłączyli   czujniki   i 

mogłam przystąpić do działania. Kilka minut temu za twoją radą uruchomiłam silniki i zaczęłam 

topić śnieg. Już mogę się ruszać i jestem pewna, że wydostaniemy się stąd bez większego trudu. 

Pewno trochę się poodzieram i stracę kilka zewnętrznych urządzeń, ale wszystko to będzie można 

naprawić.

- A co  się teraz dzieje na górze? - spytał, biegnąc ku swojemu fotelowi i nie zaprzątając 

sobie głowy butami czy chociażby skarpetkami.

- Mam dobre i złe wieści. Wygląda na to, że wahadłowiec Centrali doskonale sobie radzi z 

dwoma statkami piratów - odpowiedziała. - Natomiast zła wiadomość jest taka, że choć odbieram 

ich sygnały, sama nie mogę nadawać. Boje się, że pokrywa śniegu zniekształciłaby treść moich 

informacji.

- W porządku, możemy się ruszać, a pułapka na górze została otwarta - stwierdził Alex, 

pospiesznie   dopinając   ostatnie   sprzączki   pasków;   przeciskanie   się   przez   zwały   śniegu   mogło 

wiązać się z nieprzewidzianymi szarpnięciami. - Ale ponieważ nie możemy nadawać, nie możemy 

też ostrzec statku Centrali o trzecim wahadłowcu. Nie możemy nawet powiedzieć im, że jesteśmy 

po tej samej stronie. Poza tym staniemy się łatwym celem dla piratów, gdy tylko spróbujemy wzbić 

się w górę. W swojej kryjówce mogą spokojnie czekać na pojawienie się statku Centrali, by go 

background image

dopaść.

Alex rozważał wszystkie możliwe sposoby wyjścia z tej sytuacji.

-   Czy   udałoby   się   nam   pozostać   poza   polem   ich   widzenia,   do   czasu   aż   nie   zostaną 

zdemaskowani?

W odpowiedzi Tia wyświetliła mapę terenu. Jeżeli piraci zdecydowaliby się ich ścigać, nie 

mieliby żadnych szans na schowanie się czy ucieczkę.

- Musi być jakiś sposób, żeby zatrzymać ich na ziemi - wymruczał Alex, głośno myśląc. 

Zdawał sobie sprawę, że czas działa na ich niekorzyść. - Co się dzieje na górze?

- Jeden z wrogich statków jest poważnie uszkodzony. Jeżeli dobrze odczytuję ich taktykę, 

to   wahadłowiec   Centrali   chce   go   dobić,   oczywiście   jeśli   drugi   statek   piratów   da   mu   taką 

sposobność.

Alex zajął się ich własnymi problemami.

-   Gdyby   udało   nam   się   jakoś   go   uszkodzić;   zrzucić   na   niego   lawinę   kamieni   albo... 

chwileczkę. Wyświetl, proszę, holos, który nakręciłem podczas mojego spaceru po osadzie.

Tia zrobiła to, o co prosił, i Alex zaczął uważnie studiować holos, starając się jednocześnie 

przypomnieć sobie wszystko, co tam widział.

- Niezwykle ciekawe są te góry. Popatrz, jak niektóre z odłamków skalnych zdają się ledwo 

trzymać na swych podstawach. Ciągle zmieniający się tu wiatr może w każdej chwili zdmuchnąć 

taki olbrzymi blok skalny w dolinę, czyż nie? Czy możesz dać mi zbliżenie gór, które znajdują się 

bezpośrednio nad budynkami?

- Nie ma sprawy.

Na ekranie pojawiła się partia gór otaczających kryjówkę piratów. Ich hangar znajdował się 

dokładnie pod skałą, która tworzyła coś w rodzaju dachu nad ich głowami.

- Alex! - zawołała Tia.

- Widzisz to, co ja? - powiedział z zadowoleniem. - W porządku, dziewczyno; pomyśl, co 

by się stało, gdybyśmy to tylko pchnęli?

W odpowiedzi włączyła swe silniki.

- Bądź dobrym chłopcem i usiądź porządnie w fotelu.

- Startuj, moja pani!

Odgłos silników  z łagodnego pomruku  stał się podobny do wycia  wściekłej  bestii. Tia 

włączyła   swoje   systemy   lądowania,   kołysząc   się   miarowo   w   rytm   pracy   silników   anty   - 

grawitacyjnych. Przesuwała się z burty na burtę, za każdym razem trochę mocniej wbijając się w 

topniejący śnieg. Alex pomagał jej, jak mógł. Sterował mocą bocznych silników, starając się topić 

wystające kawały lodu.

background image

Dziób Tii zaczynał się podnosić. Alex czuł, że coraz mocniej się przechylają. Byli teraz 

wbici w lodowiec pod kątem czterdziestu pięciu stopni. W tym momencie Tia włączyła całą moc 

swych silników na rufie.

- Ruszamy się! - wykrzyknęła ponad rykiem swych własnych silników, które przeznaczone 

były tylko do wspomagania lotu statku w gęstej atmosferze.

Nic   szczególnego   się   nie   działo,   lecz   Alex   wyraźnie   słyszał,   jak   ostre   kawały   lodu 

przesuwały się po jej kadłubie. Przypuszczał, że nie obejdzie się bez długiego postoju w dokach 

remontowych, inaczej Tia wyglądałaby jak wrak Hanka.

Nagle przebili się...

Tia natychmiast zdławiła moc silników, dzięki czemu prawie w całkowitej ciszy unosiła się 

tuż nad powierzchnią śniegu.

- Statek Centrali dostał pierwszego z nich; drugi jeszcze się trzyma - zameldowała krótko 

Tia, gdy Alex aż zajęczał na odgłos ponownie włączonych silników systemu lądowania. - Jak na 

razie nikt nas nie zauważył. Dobrze się przywiązałeś?

- Startujmy - odpowiedział. - Czy mogę w czymś ci pomóc?

- Mocno się trzymaj - rzekła krótko.

Wzbiła się w niebo, by nabrać odpowiedniej wysokości. Alex wiedział, że doskonale znała 

swoje możliwości i postanowił nie wtrącać się w to, co zamierzała uczynić. Wzgórze, do którego 

chcieli   się   dostać,   było   o   niecały   kilometr   od   nich.   Gdy   osiągnęli   już   odpowiedni   pułap,   Tia 

zawróciła i ruszyła w jego kierunku. Leciała w taki sposób, jakby czubek góry był celem, a oni 

pociskiem rakietowym.

Nagły strach chwycił Alexa za gardło, serce waliło mu z szybkością miliona uderzeń na 

sekundę.

Nie może w to po prostu uderzyć...

Alex zamarł, wbijając paznokcie w oparcie fotela.

W ostatniej chwili Tia podniosła swój dziób i zamiast rozbić się o wzgórze, uderzyła w 

pękniętą skałę mocą swych silników systemu lądowania.

Gdy Alex usłyszał trzask i skowyt przeciążonego metalu, wiedział, że jedynym miejscem, 

w którym zdołają wylądować, będzie naprawcza stacja kosmiczna. Siła uderzenia wgniotła go w 

fotel, światło w kabinie zamigotało i zgasło. Włączyły się systemy antykolizyjne, chroniąc go przed 

jeszcze silniejszym wstrząsem. Czuł, że na chwilę stracił świadomość.

Gdy   doszedł   do   siebie,   światła   w   kabinie   paliły   się   ponownie,   a   Tia   wisiała   nieco 

przekrzywiona nad powierzchnią planety.

Poniżej nich, trochę na prawo, znajdowało się to, co zostało z budynku bez dachu. Zamiast 

background image

hangaru - kryjówki widniała tam teraz sterta zmieszanych ze śniegiem i ziemią skał.

- Nic ci nie jest? - zapytał, czując, że z trudem rusza szczęką.

- Czegóż się nie robi dla wszechświata? - odparła pogodnie, ale głos jej wyraźnie drżał. - 

Jestem prawie naga. Moje poszycie jest podziurawione jak sito, zdaje się, że tylko część mieszkalna 

i główna kabina są szczelne. Nie wiem też, czy silniki są w pełni sprawne... Trzymaj się, mamy 

jakiś przekaz.

Monitor zamigotał i po chwili ukazał się na nim Neil z Chrią Chance w tle.

-   AH   -   1033,   czy   to   ty?   Rozumiem,   że   mieliście   powody,   by   grać   rolę   kurczaka 

chowającego się wśród gór.

- Tak, to my - odpowiedział Alex, czując, jak wraz ze spadkiem poziomu adrenaliny we 

krwi odchodzi mu ochota do złoszczenia się. - Pod rumowiskiem skalnym jest tu jeszcze jeden z 

waszych znajomych.

- Ach! - stwierdził tylko Neil i po chwili dodał: - W takim razie w porządku. Czy możecie 

przylecieć do nas?

- Nie możemy lądować - podjęła Tia. - A co do stanu moich silników, też nie jestem ich 

pewna.

Chria przechyliła się ponad ramieniem swojego partnera.

- Na waszym miejscu nie ufałabym tym na dole - powiedziała. - Jeżeli uda wam się dostać 

na górę, to weźmiemy was na hol i zatrzymamy na orbicie do czasu przybycia reszty konwoju. Oni 

zabiorą was do domu swoim transportowcem.

- W porządku - odrzekł Alex i uniósł brwi do góry. - Nie wiedziałem, że możecie coś 

takiego zrobić.

-   Wielu   rzeczy   jeszcze   nie   wiesz,   mój   drogi   -   powiedziała.   -   Czy   z   tobą   wszystko   w 

porządku, Tio?

- Ze mną nic nie jest w porządku - odparła. - Lecę do was.

Tia wciąż była poruszona treścią przekazu, jaki otrzymała z Instytutu: “Kiedy zostaniesz 

wyremontowana,   chcielibyśmy,   żebyś   zabrała   na   pokład   pierwszą   ekipę,   która   poleci   do 

przypuszczalnego ojczystego świata EsKaysów. Razem z Alexem macie największe doświadczenie 

w tego typu wyprawach, podczas których możliwa jest epidemia zarazy. Dlatego wydaje nam się, 

że spośród wszystkich statków Centrali, wy właśnie najlepiej wykonacie to zadanie". Miało to 

faktycznie  jakiś sens; do dziś  nikt nie znał wirusa, który ją sparaliżował.  Zatem  ona powinna 

najlepiej zadbać o bezpieczeństwo ekipy i przyczynić się do wykrycia owego wirusa.

Doskonale o tym wiedzieli. Wiedzieli też, że nie wykupi swojego kontraktu, dopóki nie 

background image

zakończy poszukiwań. Szantaż? Pewnie tak. Lecz na taką jego formę była w stanie się zgodzić.

Poza   tym,   jeżeli   wszystko   pójdzie   po   jej   myśli,   będzie   mogła   kopać   razem   z   grupą 

pionierską, a nie tylko się przyglądać. Może to jeszcze potrwa, ale prędzej czy później zdobędzie 

dość pieniędzy na...

Oczywiście   kiedy   zapłaci   za   naprawę   swego   kadłuba.   Sądząc   po   zakresie   prac 

technicznych, nie będzie to tania rzecz.

Wtedy znowu oszołomił ją Stirling, zapoznając ją ze stanem konta.

- Cóż, moja droga lady - powiedział. - Dzięki nie określonemu jeszcze do końca napływowi 

gotówki   z   Departamentu   do   Spraw   Zwalczania   Narkotyków,   premii   za   odszyfrowanie   książki 

nawigacyjnej   EsKaysów,   wpływom   z   twojej   ostatniej   inwestycji   i   nagrodzie   za   odnalezienie 

pokaźnych rozmiarów skarbca stałaś się “dość" zamożną kobietą z kapsuły.

- Rozumiem - stwierdziła oszołomiona. - Ale co z rachunkiem za naprawę statku...?

-   Opłata   została   uiszczona   przez   Centralę.   -   Stirling   nie   był   może   wniebowzięty,   ale 

sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. - I jeżeli nie weźmiesz mi tego za złe, powiem ci, że była 

to moja zasługa. Powtórzyłem tylko to, co mi opowiedziałaś, zaznaczając, że twoje uszkodzenia 

powstały w wyniku udziału w pojmaniu niebezpiecznych  przestępców. Centrala, uznając twoje 

zasługi w tej sprawie, postanowiła pokryć koszty naprawy. Kiedy do tego napomknąłem o tym, jak 

uratowałaś ich statek przed atakiem z dołu, stwierdzili, że powinnaś dostać to, o czym zawsze 

marzyłaś, czyli ponadprzestrzenny napęd.

Przypuszczała, że włożył w to o wiele więcej trudu, niż mówił. Zastanawiała się, czy nie 

powinna zaproponować mu posady swego adwokata. Ten, którego teraz miała, nie kiwnął palcem 

w sprawie rachunku za naprawy. Zatem nie musiała wydać ani grosza na to, by jej kadłub znowu 

lśnił nowością!

- A co z moją inwestycją w motoprotetykę? I co byś powiedział na to, gdybym ulokowała w 

niej wszystkie moje zyski?

- Dokonałabyś świetnego wyboru. Czy uświadamiasz sobie, że jeżeli to uczynisz, staniesz 

się posiadaczką kontrolnego pakietu akcji firmy?  - Stirling wydawał się zdumiony.  - Czy tego 

właśnie chcesz? Za te same pieniądze możesz wykupić swój kontrakt. Albo dokonać generalnego 

remontu nawet najmniejszej cząstki statku.

- Wiem o tym - odpowiedziała spokojnie. Cieszyła się, że w tej chwili nie było na statku 

Alexa, mimo że brakowało jej odgłosu jego kroków i cichego pogwizdywania. Tę sprawę musiała 

załatwić sama.

- Wiem, co robię, i dlatego potrzebuję delikatnika, który byłby moim przedstawicielem w 

Radzie Dyrektorów.

background image

- Teraz? - spytał Stirling.

- Gdy tylko zdobędę kontrolny pakiet akcji - odparła. - Im szybciej, tym lepiej.

Nigdy nie jest za wcześnie, by stanąć na własnych nogach.

Alex spojrzał w puste dno swojej szklanki i zdecydował, że to była ostatnia. Wiedział, że 

wypił dość, by osiągnąć stan odprężenia i pewnej radości. Każdy następny drink wprawiłby go w 

stan upojenia, czyli po prostu byłby po nim obrzydliwie pijany. Być może rozkleiłby się i zaczął się 

żalić. A to byłoby niewskazane. Ktoś mógłby go rozpoznać nawet w cywilnym ubraniu i Alex 

musiałby się gęsto tłumaczyć. Poza tym bar, w którym się znajdował, należał do najlepszych w 

porcie; za barem sta człowiek, a nie AI, światło było gustownie przyćmione, a stoliki i krzesła - 

niezwykle  szykowne. Wokół rozbrzmiewała dobra, nie za głośna muzyka.  Nie potrzebowali tu 

marudzącego pijaka, w ogóle nie potrzebowali tu pijaków. Nie było żadnego powodu, by psuć 

innym wieczór tylko dlatego, że czyjeś życie zdawało się nie mieć sensu...

Poczuł mrowienie w gardle i wiedział, że żaden drink tego nie zmyje, że pogorszy tylko 

sprawę, wyzwalając w nim tłumione pokłady emocji. W pewnym momencie podszedł do niego 

barman.

- Kolego, na twoim miejscu już bym  skończył  z piciem. Alex trochę zdziwiony skinął 

głową i przełknął ślinę.

Czyżby osiągnął punkt, w którym barmani podejrzliwie patrzą na swych klientów, wietrząc 

problemy?

- Taaa... Właśnie miałem taki zamiar.

Przez chwilę pomyślał i postanowił wziąć się w garść, zanim rzeczywiście narobi kłopotów 

sobie i innym.

Barman, człowiek, z powodu którego Alex postanowił czym prędzej stąd wyjść, przetarł 

imitujący drewno kontuar i jeszcze raz zerknął na niego.

- Nie bierz mi tego za złe, kolego, ale wyglądasz na kogoś, kto ma problem lub dwa.

Alex głucho się zaśmiał. Ten człowiek nie wiedział, o czym mówił.

- Taaak. Chyba tak.

- Chciałbyś o tym pogadać? - nalegał barman. - Po to mnie tu zatrudniono i dlatego tyle 

płacisz za drinki.

Alex   popatrzył   na   barmana,   który   był   najzwyklejszym   w   świecie   człowiekiem:   krótko 

obciętym, ubranym w porządne rzeczy. Nie miał nic szczególnego w twarzy czy w sposobie bycia, 

nic, co wyróżniałoby go w jakiś sposób; poza tym, że stwarzał swoistą atmosferę. Ta umiejętność, 

czy raczej cecha, powodowała, że odnosiło się wrażenie, iż można mu o wszystkim powiedzieć.

background image

- Spowiednik? - spytał w końcu Alex.

Barman ruchem głowy wskazał certyfikat zawieszony nad trzema rzędami antycznych  i 

egzotycznych butelek.

-   Licencjonowany.   Dyskretny.   Niezależny.   Byłem   w   biznesie   przez   pięć   lat. 

Prawdopodobnie   nie   jesteś   w   stanie   powiedzieć   mi   niczego,   o   czym   już   bym   nie   słyszał 

przynajmniej ze sto razy.

“Niezależny   i   dyskretny"   oznaczało,   że   cokolwiek   Alex   by   mu   wyjawił,   zostałoby   to 

między   nimi.   Alex   był   jednocześnie   zaskoczony   i   obojętny.   Konsultanci   zaczęli   parać   się 

podobnymi   rzeczami,   gdy   jeszcze   był   w   Akademii.   Nie   przypuszczał   jednak,   że   było   to   tak 

popularne. Nie spodziewał się spotkać kogoś takiego w porcie doków remontowych. Już na starej 

planecie Terra odkryto, że ludzie lubią mówić, gdy trochę wypiją. Tam właśnie wymyślono, iż 

barmanami powinni być ci, którzy umieją słuchać, a czasem i coś doradzić. Z tego, co teraz się 

dowiadywał, za kontuarami było więcej konsultantów niż w biurach. Sporo też barmanów wracało 

do szkół, by otrzymać licencję konsultanta.

Nagle pragnienie wygadania się stało się tak silne, że Alex dłużej nie wytrzymał.

- Byłeś kiedyś zakochany? - spytał, patrząc na dno swej szklanki i obracając ją w zręcznych 

palcach.

Barman zabrał mu delikatnie tę szklankę, a zamiast niej postawił przed nim filiżankę kawy.

- Nie osobiście, ale widziałem mnóstwo ludzi, którzy byli lub którym wydawało się, że są 

zakochani.

- Ach! - Alex przyglądał się teraz filiżance. - Nikomu bym tego nie polecał.

-   Taaa...   Wielu   z   nich   tak   mówiło.   Kłopoty   z   drugą   stroną?   -   Zasugerował   barman   - 

konsultant. - Może w czymś mógłbym ci pomóc?

Alex westchnął.

- Chodzi o to, że jestem zakochany w kimś, kto jest dla mnie nieosiągalny. - Przez chwilę 

pocierał   skronie,   zastanawiając   się   nad   sposobem,   w   jaki   mógłby   mu   coś   powiedzieć   bez 

zdradzania wszystkiego. - Nasze... uch... specjalizacje zawodowe są przyczyną rozłąki. Mniejsza o 

szczegóły. Nie możemy się spotykać twarzą w twarz.

Ostrożność  w  kwestiach  spraw  osobistych   była   w  nim  niezwykle   mocno   zakorzeniona. 

Niezależny konsultant czy nie, nie umiał się przemóc, by zdradzić temu człowiekowi całą prawdę. 

Doskonale się orientował, że gdyby ktoś trzeci się o tym dowiedział, straciłby całkowicie kontakt z 

Tią.

- Nie możecie zmienić pracy? - zapytał po prostu konsultant. - Żadna praca nie jest warta 

tego, by przez nią cierpieć. Z mojego doświadczenia i z tego, co słyszałem, wiem, iż lepiej mieć 

background image

gorzej płatną pracę, która daje satysfakcję niż pracę doskonale płatną, przez którą ląduje się w 

okolicznych barach.

Alex pokręcił z rozżaleniem głową.

- To nic nie  da - westchnął bezradnie. - Tu nie chodzi tylko o pracę, a zmiana jedynie 

pogorszy sytuację. Myśl o nas jak o rybie  i ptaku. Ona nie umie pływać, ja nie umiem latać. 

Zupełnie nie przystające byty.

Do tego chyba można to porównać. Konsultant pokręcił głową.

- To nie brzmi zbyt obiecująco, mój przyjacielu. Miłość w stylu Romea i Julii jest piękna, 

jeżeli ogląda się ją na holosie. Dla tych, którzy coś takiego przeżywają, to po prostu piekło. Na 

twoim miejscu próbowałbym wyzwolić się z tych emocjonalnych więzi. Niezależnie od tego, jak 

bardzo   kogoś   kochasz,   zawsze   możesz   spróbować   zaradzić   cierpieniu,   gdy   stwierdzisz,   że 

naprawdę tego chcesz.

- Właśnie to robię - odpowiedział Alex, podnosząc wzrok znad filiżanki i spoglądając na 

barmana. - Uwierz mi, cały czas to robię. Mam parę tygodni dla siebie i zamierzam każdą sekundę 

poświęcić na zapominanie. Będę miał sporo zajęć; umówiłem się już na kilka niezłych imprez. Moi 

przyjaciele z Centrali chcą mnie zabrać na wariacką włóczęgę po wybrzeżu.

Barman powoli pokręcił głową.

-   Widziałem   wielu   wspaniałych,   młodych   ludzi,   którzy   próbowali   otrząsnąć   się   z 

podobnych przeżyć. Posłuchaj mnie. Nie znajdziesz odpowiedzi na swoje pytania i wątpliwości na 

dnie pustej butelki.

- Może i  masz  rację - odrzekł  ze  smutkiem  Alex. - Ale przynajmniej  znajdę  odrobinę 

spokoju.

W czasie gdy barman znowu pokręcił głową, Alex zsunął się ze swojego stołka i starając się 

iść w miarę prosto, opuścił bar w poszukiwaniu odrobiny zapomnienia.

Angelica Guon - Stirling uśmiechała się uprzejmie z głębi swego obitego skórą fotela do 

człowieka   siedzącego   naprzeciwko   niej.   Między   nimi   stał   ogromny,   czarny,   marmurowy   stół. 

Mężczyzna oparł się wygodnie w fotelu i czytał na znajdującym się przed nim ekranie raporty z 

rynku giełdowego. Po jego bokach siedzieli inni ekskluzywnie ubrani ludzie, którzy bezsprzecznie 

wyglądali na menedżerów jakiejś firmy. Z trudem powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem. 

Wiedziała, że za parę chwil człowiek po drugiej stronie stołu będzie zainteresowany tylko tym, co 

ona   powie,   a   nie   tym,   co   może   wyczytać   w   danych   z   giełdy.   Przybyła   na   to   spotkanie, 

reprezentując  firmę  swojego wujka w niezbyt  typowej  sprawie. Miała za sobą taki kapitał,  że 

zebranie zostało natychmiast zaaranżowane w jednym ze specjalnie do tego celu przystosowanych 

background image

biur. W całym pomieszczeniu unosił się ekskluzywny zapach skóry, a emanująca zewsząd cisza 

sugerowała,   iż   jest   to   biuro   o   najwyższym   standardzie,   z   kompletnym   zabezpieczeniem 

antypodsłuchowym. Lampy były tak usytuowane, a światło ich miało taką barwę, że maksymalnie 

skupiało uwagę wszystkich na dyskusji. Nie pozwalało na myślenie 0 sprawach nie związanych z 

tematem negocjacji. Fotel, w którym siedziała, był bardzo wygodny, ale nie na tyle, by zagłębiwszy 

się w nim, zapomniała, po co tu przyszła. Całe biuro pomalowane było na kolory czarny i biały z 

domieszką szarości. Wzmagało to wrażenie dostojności powagi miejsca.

Angelica bynajmniej nie czuła się w tym wszystkim zagubiona. W swoim życiu widziała 

setki podobnych biur i spodziewała się zobaczyć jeszcze tysiąc więcej, zanim jej kariera osiągnie 

punkt,   w   którym   nie   będzie   miała   czasu   na   tego   typu   spotkania.   Wuj   nie   wybrał   jej   na 

pełnomocnika panny Cade dlatego, że byli skoligaceni, ale dlatego, że była najlepsza. Misja ta 

natomiast wymagała bardzo profesjonalnego i subtelnego podejścia. To, czego chciała panna Cade, 

z pewnością nie mogło spodobać się dyrektorom firmy specjalizującej się w motoprotetyce. Ich 

kategorie myślenia zdecydowanie różniły się od tego, w jaki sposób myślała o firmie panna Cade. 

Angelica wiedziała, że jeżeli nieumiejętnie podejdzie do tej sprawy, ludzie ci będą robili trudności, 

co byłoby niepotrzebną stratą czasu.

Mimo że wydawało się to staromodne, spotkania wysokiej rangi wciąż odbywały się na 

zasadzie osobistych negocjacji. Zbyt łatwo można było spreparować holos, na którym wystąpiłby 

komputerowy miraż kogoś, kto już od dawna nie żyje lub jest zahibernowany. Dlatego właśnie się 

tu znalazła z listami uwierzytelniającymi i pełnomocnictwami, które uprawniały ją do zawierania 

wszelkiego   typu   transakcji.   Bynajmniej   jej   to   nie   nudziło.   Taka   praca   była   dostatecznie 

ekscytująca, szczególnie kiedy trafiał się klient na miarę Hypatii Cade, która chciała czegoś tak 

niezwykłego, że Angelice wszystko, co do tej pory zrobiła, wydawało się tylko małą wprawką 

przed tym naprawdę poważnym zadaniem.

Zebranie   właśnie   miało   się   rozpocząć   i   Angelica   wstała,   nim   przewodniczący   zdążył 

otworzyć normalną procedurę. To był najwyższy czas. Gdyby czekała na przewidzianą w protokole 

kolejkę, mogłaby się nie przebić przez pojawiające się w dyskusji nonsensy i sprzeczności. Poza 

tym   to   ona   była   tu   stroną   narzucającą   rozwiązania,   przewodniczący   musiał   się   temu 

podporządkować.   Obdarzona   była   przemożną   siłą,   która   nie   uznawała   sprzeciwu,   i   gdy   oczy 

wszystkich zwróciły się w jej kierunku, Angelica postanowiła z niej skorzystać. Dobrze wiedziała, 

że każdy z obecnych sądził, iż wtrąca się w cudze interesy.

- Panowie - odezwała się spokojnie, skupiając uwagę wszystkich na sobie. - Panie. Ufam, że 

zapoznaliście się już z danymi giełdowymi. Jeśli tak, to już wiecie, że moja klientka, panna Hypatia 

Cade, przejęła kontrolę nad waszym przedsiębiorstwem. Od tej chwili ona decyduje o przyszłości 

background image

firmy. Jako jej pełnomocnik, mam polecenie, by uzgodnić z państwem pewne przedsięwzięcie.

W pomieszczeniu nastała cisza, która po chwili zamieniła się w szmer wymienianych zdań. 

Znowu  cisza,  podczas   której  każdy z  zebranych   jeszcze  raz  z  niedowierzaniem   przyglądał   się 

danym na ekranach. Wszyscy zastanawiali się, jak mogło do tego dojść, i czekali na kolejny cios. 

Oczy członków rady nadzorczej utkwione były w twarzy Angeliki. We wzroku niektórych można 

było zauważyć przerażenie. Większość z nich ulokowała w firmie cały swój majątek i bała się 

uzależnienia od nowego właściciela.

Och, władza. Mogłabym rozgonić tę całą radę nadzorczą na cztery wiatry i wprowadzić do 

niej swoich ludzi; i oni dobrze o tym wiedzą. To były chwile, dla których żyła; czuła się wtedy, 

jakby miała  żelazną  dłoń w jedwabnej rękawiczce.  Wiedziała,  że dysponowała  nieograniczoną 

władzą, ale na razie nie próbowała jej wykorzystać.

Usiadła   z   powrotem   w   fotelu   i   uśmiechnęła   się.   Był   to   zimny,   spokojny  uśmiech,   nie 

pozbawiony jednak odcienia zachęty.

-   Uspokójcie   się,   państwo.   Pierwszą   rzeczą,   którą   moja   klientka   poleciła   mi 

zakomunikować, jest to, iż nie zamierza ona wprowadzać w firmie jakichś radykalnych zmian. Pani 

Hypatia   Cade   jest   zadowolona   z   rozwoju   firmy   i   postanowiła   nie   ingerować   w   wasz   sposób 

zarządzania interesami.

Wyrazy twarzy ludzi siedzących naokoło stołu znowu się zmieniły. Niektórzy patrzyli na 

nią z niedowierzaniem, inni zastanawiali się, o co w tym wszystkim chodzi. Wtedy zrozumieli. To 

będzie interes jak każdy inny. Nic się nie zmieni. W dalszym ciągu będą mieli swoje pieniądze, 

władzę, swoją stabilizację.

Odczekała chwilę i pochyliła się nad stołem, wyrzucając ku nim ręce.

- Muszę jednak zaznaczyć, że sytuacja ta potrwa dopóty, dopóki panna Cade będzie z was 

zadowolona. A panna Cade ma co do firmy pewne prywatne plany.

Tu nastąpiła kolejna przerwa, by dotarło do nich to, co powiedziała. Wielu z nich patrzyło 

na nią, zadając sobie pytania:  O  jakie prywatne  plany może  chodzić?  Czego ta Cade od nich 

chciała?

- Rzecz w tym, iż chce ona, byście coś dla niej skonstruowali. Nie jest to nic, z czym nie 

potrafilibyście   się   uporać   -   kontynuowała   Angelica,   delektując   się   każdą   chwilą.   -   Można   by 

powiedzieć, że jest to coś, co zdołacie zrobić od razu, jeżeli odpowiednio się do tego zabierzecie. 

Ów projekt jest bardzo osobisty, przyjmijmy, że...

Alex   czuł   się   okropnie,   oczy  miał   zaczerwienione   i  spuchnięte,   w   głowie   mu   dudniło. 

Każdy ruch przyprawiał go o mdłości, a pokój wokół niego zdawał się wirować.

background image

Wiedział, że rozmiar popełnionych grzechów mierzyło się siłą porannego kaca. Ten należał 

chyba do kaców gigantów.

Cóż, tak to bywa, gdy człowiek trzeźwieje po dwóch tygodniach picia.

Zamknął oczy, lecz to nic nie pomogło. Wprawdzie nie zajęło mu to aż dwóch tygodni, ale 

nigdy dotąd nie pił tak dużo w ciągu tak krótkiego czasu. Okazało się, że zatopienie problemów w 

alkoholu przyniosło pewną ulgę.

Tak było do czasu, kiedy wytrzeźwiał. Nie uporał się jednak ze swoim uczuciem wobec Tii. 

Był tak samo bezsilny wobec niego jak przedtem. Próbował wszystkiego, żeby o niej zapomnieć. 

Spotykał się ze swoimi przyjaciółmi ze szkoły, wyjechał z Neilem i Chrią na wielką imprezę, 

rozmawiał z kilkoma jeszcze barmanami - spowiednikami, podrywał dziewczynę za dziewczyną...

Nic nie pomagało.

Jego   serce   i   rozum   kompletnie   opętała   Tia   Cade,   i   obraz   Tii   Cade   zawsze   powracał, 

niezależnie od tego, co robił.

Zatem   obok   potwornego   kaca   pojawiły   się   wszystkie   znane   już   od   dawna   rozterki.   A 

ponieważ czar alkoholu nie przytępiał jego zmysłów, czuł się o wiele gorzej niż przedtem.

Doszedł do wniosku, że była na to tylko jedna rada: musieli wspólnie z Tią coś wymyślić.

Ponownie   otworzył   oczy;   cały   pokój   wciąż   wirował,   a   przy   próbie   podźwigniecia   się 

gwałtownie zaprotestował żołądek.

Pierwszą rzeczą, jaką musiał wykonać, było poradzenie sobie z kacem...

Druga zmiana właśnie kończyła  pracę, gdy szedł w kierunku doku, w którym  Centrala 

zainstalowała Tię, by ją wyremontować. Tyle czasu trwały jego zabiegi, żeby znowu wyglądać i 

czuć się jak człowiek. Jednego był pewien: nigdy więcej już nie uczyni czegoś podobnego, bez 

względu na stan, w jakim się znajdzie. Jedna kilkudniówka wystarczyła mu na całe życie.

Mam tylko nadzieję, że nie wymordowałem zbyt wielu komórek mózgowych. Któregoś 

dnia może mi ich zabraknąć.

Dok był  zamknięty,  ale zauważył,  że ani w  środku, ani na zewnątrz nie było  żadnych 

robotników. To był dobry znak; wywnioskował stąd, że prace remontowe zostały ukończone. Na 

wypadek,   gdyby   Tia   próbowała   się   z   nim   skontaktować,   uruchomił   wcześniej   czujnik   stałego 

kontaktu z informacją, że musiał na chwilę wyjechać.

Gdy włączył urządzenie przy zamkach śluzy wejściowej i wydał mu polecenie odczytania 

zapisów, okazało się, że Tia ani razu nie próbowała się z nim połączyć.

Czyżby ją przestraszył?

Może złożyła na niego raport?

background image

Sam otworzył śluzę i wkroczył na pokład statku, który wydawał się nad wyraz cichy.

Światła były przyćmione, a jedynym dźwiękiem był szum wentylacji. Tia nie powitała go 

jak zwykle; nic się nie działo. Alex poczuł się, jakby wszedł na zupełnie pusty statek, nawet bez AI 

na pokładzie.

Coś było nie tak.

Serce   zaczęło   mu   gwałtownie   bić,   w   gardle   poczuł   nieprzyjemne   drapanie.   Wszedł   do 

głównej kabiny. Wszystkie urządzenia i konsolety były zupełnie wygaszone, jakby w ogóle nie 

pracowały.

Tia nie miała zwyczaju się dąsać; Tia nigdy się nie dąsała. Jednak nic tu nie działało.

Nagle palce odmówiły mu posłuszeństwa i jego torba upadła na podłogę.

Mogło   być   tylko   jedno   wytłumaczenie   tej   zwłowrogiej   ciszy,   tego   braku   jakiejkolwiek 

aktywności. Tii tu nie było.

Albo dowództwo domyśliło się, co miedzy nimi zaszło, albo Tia sama się poskarżyła. Po 

prostu przyszli, zabrali ją stąd i już nigdy jej nie zobaczy, nigdy z nią nie porozmawia.

Jakby na potwierdzenie tych obaw ujrzał światło odbite od pleksiglasowych drzwiczek, za 

którymi siedział Teodor Edward Miś. Jego wnęka była pusta, niedźwiadek zniknął.

Nie...

Wszystko było jednak jasne.

Sparaliżowany tym, co zastał, powlókł się do swojej kabiny. Być może tam znajdzie choćby 

wiadomość od Tii. Być może są tam rozkazy z Centrali nakazujące mu stawienie się do oficjalnej 

konsultacji.

Może jedno i drugie. Nie miało to zresztą znaczenia. Tia odeszła i nic go to wszystko już 

nie obchodziło. Tia odeszła...

Otworzył drzwi do swojej kabiny i światło z korytarza oświetliło jej wnętrze. Na jego koi 

ktoś siedział.

Ktoś siedzi na mojej...

Kobieta. Z pewnością była  to kobieta. Nie miała na sobie niczego, co przypominałoby 

mundur Organizacji Światów Centralnych lub Służb Konsultacyjnych albo czegoś w tym rodzaju. 

Prawdę mówiąc, w ogóle niezbyt wiele na sobie miała. Ubrana była w zwiewną, jasnoczerwoną 

tunikę, która teoretycznie tylko ją osłaniała.

Odruchowo zapalił światło. Jego gość patrzył na niego, uśmiechając się nieśmiało. Była 

szczupła i drobniejsza, niż początkowo mu się wydawało; miała ciemne włosy, dziecinną twarz i 

duże niebieskie oczy. Jej twarz przypominała wiktoriańską rzeźbę... jakby już gdzieś widzianą.

W   ramionach   trzymała   zaginionego   Teda   Misia.   Widok   misia   sprawił,   że   Alex   doznał 

background image

nagłego olśnienia i coś zaczęło do niego docierać.

Spojrzał na nią ponownie i aż złapał się ramy drzwi.

- T... T... Tia?  - wydusił  z siebie.  Znowu się uśmiechnęła,  tym  razem już bez takiego 

wstydu.

- M hm - odpowiedziała i był to głos Tii. Brzmiał trochę dziwnie, gdyż nie wydobywał się z 

głośników, tylko z jej ust.

- Przepraszam, że zastałeś wszystko powyłączane, ale na razie trudno mi się tym zajmować.

To była Tia... Tia! Siedziała tam w ludzkim ciele jak spełnienie najskrytszych marzeń!

- Ty? - spytał oszołomiony.

- Mam nadzieję, że nie gniewasz się, iż nie wstaję - mówiła dalej, trochę smutno. - Jeszcze 

nie umiem dobrze chodzić. Wypuścili mnie dopiero dzisiaj i nie miałam okazji poćwiczyć.

- Ty? - powtórzył, siadając ciężko na swojej koi i nie przestając się jej przyglądać. - Jak... 

co...

- Podobam ci się? - spytała, widząc, jakie wywarła na nim wrażenie.

Nie był pewien, co takiego miało mu się podobać? Ciało?

- Jak mogłabyś mi się nie podobać... ty,..? - Zakręciło mu się w głowie jeszcze bardziej niż 

parę godzin temu. - Tia, co to wszystko znaczy?

Zamrugała oczami i zaśmiała się.

- Zapomniałam ci o czymś powiedzieć. Wiesz, co się stało ze wszystkimi pieniędzmi, które 

zarobiłam? Zainwestowałam je, a zyski z inwestycji włożyłam w firmę motoprotetyczną. Kiedy tu 

wróciliśmy, pomyślałam o czymś, co kiedyś powiedział mi doktor Kenny. Stwierdził mianowicie, 

że byłby w stanie zrobić całe sztuczne ciało, ale nie widział żadnych możliwości umieszczenia w 

nim nagiego mózgu. Wielość połączeń nerwowych z kolei umożliwiałaby zdalne sterowanie nim 

tylko na krótkie dystanse.

- Och. - Nie umiał słowa z siebie wykrztusić, tylko się w nią wpatrywał; oto spełniło się 

jego marzenie, nadszedł jego dzień...

- Tak więc - mówiła dalej, nie zwracając uwagi na jego osłupienie - wydawało się, że takie 

ciało   jest   doskonałym   rozwiązaniem   dla   statku   mózgowego.   Mam   przecież   zainstalowane   już 

wszystkie połączenia i sterowanie nim nie powinno sprawić mi większych trudności niż kierowanie 

automatami. Niestety, w przedsiębiorstwie powiedziano mi, że nigdy o takim czymś nie myślano, 

że   nie   ma   rynku   zbytu   na   taką   produkcję,   a   koszty   wykonania   jednego   egzemplarza   byłyby 

ogromne, prawdopodobnie większe niż wykupienie kontraktu statku mózgowego.

- Teraz jednak... Roześmiała się głośno.

- Dlatego wszystkie zyski przeznaczyłam na wykupienie pakietu kontrolnego akcji tej firmy 

background image

i po prostu poleciłam skonstruowanie ciała dla mnie! Nie chciałam niezależności od Instytutu, nie 

potrzebowałam tego. Wiesz przecież, że Instytut wyznaczył nas do pracy nad sprawą EsKaysów.

Pokręcił głową.

- Tak po prostu? Czy to możliwe... czy nie protestowali?

- I tak mieli wiele szczęścia, że nie pozbawiłam ich pracy - stwierdziła cynicznie. - W 

końcu   jako  właścicielka   kontrolnego   pakietu   akcji   mogłam   ich   wszystkich   zwolnić   i   obsadzić 

stanowiska zarządu firmy swoimi ludźmi. Muszę ci jednak opowiedzieć najzabawniejszą rzecz!

- Co takiego? - zapytał. Mocniej wtuliła się w futerko misia.

- To, co uczyniłam, rozeszło się po wszechświecie i już zaczyna tworzyć się rynek zbytu! 

Czy zdajesz sobie sprawę, ilu ludzi z kapsuł ma dostatecznie wiele funduszy, żeby się wykupić? 

Nie robią tego jednak, gdyż nie mają dokąd pójść i są szczęśliwi w swojej pracy.

Ponownie zaskoczony pokręcił głową.

- Nie ma wśród nich wielu statków mózgowych - powiedziała - ale jest sporo ludzi z kapsuł 

zainstalowanych w różnego rodzaju bazach i na stacjach. Poza tym dostaliśmy sporo przekazów od 

statków mózgowych, które chciałyby kupić sobie ciało, zamiast wykupywać kontrakt! Moja firma 

otrzymała nawet list protestacyjny od Stowarzyszenia Adwokatów w tej sprawie!

- Dlaczego? - spytał z niedowierzaniem. - Co ich to obchodzi?

-   Napisali   w   nim,   że   jesteśmy   narzędziem   w   rękach   władz   Organizacji   Światów 

Centralnych, które chcą poprzez konstrukcję tych “mechanicznych potworów" wyciągnąć od ludzi 

z  kapsuł  pieniądze   przeznaczone  na  wykupienie  ich  kontraktów.  -  Przechyliła  głowę  na  jedną 

stronę i zmarszczyła brwi. - Muszę powiedzieć, że nigdy o tym nie pomyślałam. Mam nadzieję, że 

nie stanie się to rzeczywistym problemem. Może powinnam poprosić Larsa i Lee - Stirlinga, by 

zajęli się tym dla mnie.

- Tio. - Próbował wyłowić coś zrozumiałego z tej plątaniny informacji. - Na czym polega 

twoja “mechaniczna potworność"?

-   Mam   teraz   cybernetyczne   ciało,   z   systemem   sterowania   opartym   na   odbiorze 

krótkofalowym, który znajduje się tutaj. - Uderzyła się dłonią w czoło. - Wykorzystuję techniczne 

możliwości człowieka z kapsuły, by poruszać się i odbierać bodźce z zewnątrz. Mam niewielki 

zasięg   działania   poza   statkiem,   ale   moi   technicy   cały   czas   nad   tym   pracują.   W   końcu,   kiedy 

znajdziemy   się   wraz   z   grupą   pionierską   w   świecie   EsKaysów,   chciałabym   razem   z   innymi 

pracować przy wykopaliskach. Nie będzie to dla mnie zbyt skomplikowane, zważywszy na to, że 

moje ciało to lekka konstrukcja krzemu, węgla i włókna szklanego. Jestem może tylko o parę kilo 

cięższa od innych kobiet mojej postury. Poza tym wszystko działa tu tak samo dobrze... wszystko. 

Znowu   jestem   delikatnikiem,   choć   nie   odczuwam   zmęczenia   mięśni   i   w   każdej   chwili   mogę 

background image

odłączyć receptory odpowiedzialne za ból. Dlatego tak tulę się do Teda, chciałam znowu poczuć 

miękkość jego futerka.

Siedziała tam i patrzyła na niego. Jeszcze raz pokręcił głową.

- Ale dlaczego to wszystko? - spytał w końcu. Zamrugała oczami i zerknęła ponownie na 

misia.

- Prawdopodobnie wykupiłabym swój kontrakt, gdybym nie poznała ciebie - powiedziała 

nieśmiało. - Może kupiłabym ponadprzestrzenny napęd, choć Centrala zaoferowała się, że może mi 

go   zainstalować   w   ramach   remontu.   Lecz...   chciałabym,   Alex,   żebyś   wiedział,   iż   jesteś 

najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałam w moim życiu. Jakże mogłabym, wiedząc o 

tym, nie zrobić czegoś dla nas obojga?

Wtedy dopiero odważył się do niej zbliżyć. Jednym palcem dotknął jej policzka i przesunął 

go na podbródek, unosząc nieco jej głowę i patrząc jej prosto w oczy. Nie widział w nich ani śladu 

mechanicznej konstrukcji czy syntetycznego chłodu. Nic nie mówiło mu, gdy dotykał jej skóry: 

“jestem cybernetyczna".

- Zrezygnowałaś z wolności dla mnie, dla... nas? - spytał.

Wzruszyła ramionami.

- Ktoś bardzo mądry powiedział kiedyś, że za szczęście warto zapłacić nawet wolnością. A 

tak naprawdę, to nikt nie może zmusić nas, byśmy robili to, czego nie chcemy.

- Chyba masz rację. - Uśmiechnął się i ona także się uśmiechnęła. - Czy zdajesz sobie 

sprawę, że zrobiłaś Centrali dwie przysługi naraz?

- Ja? - ponownie zamrugała oczami szczerze zdziwiona.

- Dałaś ludziom z kapsuł możliwość  wybrania  celu, na jaki wydadzą  ciężko  zarobione 

pieniądze. Jeżeli nie będą mieli ponadprzestrzennego napędu, to go sobie kupią, potem zaś będą 

dalej działać dla OŚĆ, by zarobić na kolejną z oferowanych im możliwości. - Przesunął palec na jej 

policzek i lekko w niego zastukał. - Może zdecydują się na dwa ciała. Może na ciało kobiety i 

mężczyzny albo na różne typy tej samej płci. Niektóre statki mózgowe przypuszczalnie nigdy się 

nie wykupią. Drugą sprawą jest to, że dzięki tobie zostanie rozwiązany problem psychicznych 

dewiacji.

Przytaknęła po chwili namysłu.

- Nigdy o tym nie pomyślałam. Masz całkowitą rację! Jeżeli masz ciało i ktoś zapragnie z 

tobą być, to nie narażasz siebie na żadne niebezpieczeństwo. A jeżeli jest to tylko zaślepienie lub 

fascynacja, to... cóż...

- Cóż, po kilku kontaktach z ciałem fascynacja ustąpi i wszystko wróci do normy. - Zaśmiał 

się. - Uważaj, jak za to także dostaniesz premię!

background image

Roześmiała się.

- Cóż, i tak się nie wykupię! Może zafunduję sobie drugie ciało!? W końcu, jeżeli nie 

będziemy badać kosmosu  tak jak gwiazdy holosów, będziemy mieli  sporo czasu, by zająć się 

rzeczami, które są w zasięgu ręki. Czyż nie?

Przybrała pozę niewiniątka i spojrzała na niego figlarnie ponad ramieniem. Zastanawiał się, 

ile holosów musiała obejrzeć, zanim nauczyła się tak patrzeć.

- Zatem kogo byś  chciał, Alex? Wielką, blond Wal - kirię? Królową Egiptu? Nubijską 

wojowniczkę? A może chińską księżniczkę albo...

- Zacznijmy od tego, co mamy pod ręką, zgadzasz się? - przerwał jej, przybliżając się do 

niej i biorąc ją w ramiona.

Skłoniła swą głowę ku niemu, a jej oczy błyszczały kusząco. Ostrożnie, z niezwykłym 

wyczuciem, odebrał jej misia i położył go na półce w nogach koi. Cała drżąca oplotła go delikatnie 

swymi ramionami.

- A teraz - wyszeptał. - Co z naszymi badaniami... .