background image

C A M I L O   J O S É   C E L A

 

R O D Z I N A

 

P A S C U A L A

 

DUAR T E

 

tłumaczyła 

Zofia Ssleyen

 

<r)^

M>

 

19 6 3 

C Z Y T E L N I K

 

background image

Tytuł      oryginału      hiszpańskiego 

I.A     

FAMILIA      DE      PASCUAL      DUARTE

 

Projekt obwoRtty    i tłoczeń 

JAM 

JS

-

.      MIKLASZEWSKI

 

 

background image

NOTA DO    SIÓDMEGO WYDANIA

 

Historię  tej  powieści  —  historię,  łotrzyka  me-

lancholijnego i sentymentalnego — opowiedziałem już z 
wariantami i aktualnymi dodatkami przy trzech okazjach: 
w wydawnictwie „Zo-, diaco" (Barcelona, maj 1946), w 
czasopiśmie  „Bibliofilia"  (Walencja,  IV  tom,  1951)  i  w 
pierwszym  wydaniu  opublikowanym  przez  „Edicio-nes 
Destino" (Barcelona, grudzień 1951). Sądzę, że teraz nie 
warto  wracać  do  tego  samego.  Dodatkowe  stronice, 
którymi zwyczaj każe rozpoczynać świeżo ukazujące się 
książki, zużywają się w drodze i potem nie pomagają im 
już  ani  witaminy,  ani  hormony,  ani  gorące  kompresy. 
Kiedy  jednak  minie  czas  jakiś  i  echo  ich  tak  całkowicie 
wygaśnie,  że  zmartwychwstając  będą  mogły  przybrać 
maskę  nowego  życia,  może  spojrzenie  czytelnika 
powędruje  wstecz,  próbując  uaktualnić  kalendarz  mego 
biednego  przyjaciela,  Pascuala  Duarte,  sławnej  pamięci 
Estremadurczyka. 

Tymczasem... 

Tymczasem 

pozostawmy to, jak jest. Niedobrze jest grzebać się wciąż 
w  tych  samych  sprawach,  bo  w  końcu  zaczynają  ropieć 
jak krosty.

 

Dla  mnie,  jako  dla  autora,  to  nowe  wydanie 

„Pascuala Duarte" jest i nie jest niespodzianką. Musimy 
się porozumieć. Kiedy czytelnicy      przyzwyczają      się     
do      jakiejś      książki,

 

5

 

background image

wydania jej gonią się jak krople deszczu w czas ulewy. 
Zdumiewające jest tylko to, że ci sami ludzie, którzy je 
wysyłają  w  świat,  nie  nudzą  się  widokiem  deszczu. 
Mało wiemy, co prawda, dlaczego ludzie zgadzają się z 
bezmyślnością  zwierzęcia  obracającego  kierat  patrzeć 
wciąż na to samo, odszukując znajome drobiazgi  i  ce-
chy  charakterystyczne.  Może  zresztą  nie  warto 
wiedzieć  o  tym  więcej.  Wątpliwość,  bladą  chmurkę, 
czasami nawiedzającą mózgi, można także przyjmować 
jako dar. A nie jest to — co tu powiedziałem — jakimś 
niezachwianym  pewnikiem,  gdyż  sam  co  do  tego 
miewam również wątpliwości.

 

Chcę  tu  utrwalić  moją  stałą,  choć  nie  opatrzoną 

ścisłym adresem wdzięczność dla tych, którzy od czasu 
do  czasu  i  nie  przywiązując  do  tych  spraw  innej  wagi 
prócz  tej  znikomej,  jaką  mają  one  w  rzeczywistości, 
biorą  do  ręki  tę  moją  książkę  i  z  zaciekawieniem  lub 
bez  —  co  za  różnica?  —  przeczytają  sobie  pół  tuzina 
stronic.  Chwilami  myślę,  że  nagroda  dla  nas,  ludzi 
piszących,  drzemie,  nieśmiała  i  dziewicza,  w  sercu 
najdalszego  z  czytelników.  Może  ten  najdalszy 
czytelnik  wie,  że  w  opornej  głębi  swego  pełnego 
sprzecznych  uczuć  serca  autor  „Rodziny  Pascuala 
Duarte" nie oczekuje żadnej nagrody. Proszę pomyśleć 
—  wszystko  jest  możliwe  —  czy  nie  da  się  tego 
przypisać  jego  wyraźnej  niezdolności  do  szczęścia? 
Szczęście, tak jak stan łaski, jest  czymś, co się dostaje 
w darze.

 

6

 

background image

PRZEDMOWA

 

Dwaj  ludzie,  młody  i  stary,  zaprzyjaźnieni  nie 

pomimo różnicy lat, tylko właśnie dlatego że jeden miał 
ich  dużo,  a  drugi  był  młodzieńcem,  rozmawiali, 
przechadzając się po słonecznym błoniu, o przeszłości i 
przyszłości  powieści.  To,  co  mówili,  trzeba  przyjąć  z 
zastrzeżeniami,  ponieważ  obaj,  jeden  zapatrzony 
wstecz,  a  drugi  w  przyszłość,  wypowiadali  sądy  nader 
ostre.  Wreszcie  kiedy  doszli  do  szczytu  pagórka,  za-
trzymali się, jak to nieraz wieczorem, aby popatrzeć na 
równinę z miastem pośrodku, drzemiącym na skałach i 
pogrążonym w swych snach, równie już starych jak sny 
samych skał, i na rzekę, co obejmowała grupę domów, 
a  dalej  gubiła  się  w  zakrętach.  Zamilkli  na  chwilę,  po 
czym wrócili do tematu, który ich zajmował.

 

— „Rodzina Pascuala Duarte"  — powiedział  młody 

— miała ten wyjątkowy przywilej w historii literatury, 
że  przeszła  w  krótkim  czasie  z  kategorii  młodzieńczej 
książki  bojowej  do  kategorii  książki  klasycznej.  To 
zawsze jest trudne, ale przy tej okazji urasta niemal do 
cudu,  z  dwóch  powodów:  dlatego,  że  jest  to  książka 
brutalna i dlatego, że jest hiszpańska. Brutal-

 

7

 

background image

ność  także  zapewnia  życie  dziełu  człowieka,  ale  je 
oddala  od  miar  klasycznych,  co  najmniej  przez  długie 
lata,  dopóki  czas  jej  nie  stępi  zębów,  co  w  końcu 
następuje  zawsze.  Pascual  Duarte,  jeszcze  ziejący 
grozą,  wkroczył  na  Pola  Elizejskie.  Jest  to  zjawisko 
rzadkie.  A  zwłaszcza  w  Hiszpanii,  kraju  wiecznie 
wstrząsanym  namiętnościami;  dlatego  to,  co  wszędzie 
może opóźnić uznanie wartości dzieła twórczego, tutaj 
zazwyczaj  staje  się  przeszkodą  prawie  nie  do 
pokonania.

 

—  A  przecież  —  argumentował  starszy  —  dokonał 

się  ten  cud.  A  dokonał  się  dlatego,  że,  jak  wszystkie 
cuda  ludzkie,  w  rzeczywistości  nie  jest  cudem,  lecz 
przeciwnie, zjawiskiem logicznym, choć o logice nieco 
zamaskowanej. Historia Pascuala Duarte tylko z pozoru 
jest brutalna. To wydaje mi się sprawą zasadniczą. Są w 
niej 

niewątpliwie 

epizody 

okrutne. 

Jednak 

okrucieństwo  może  nie  być  brutalne,  jeżeli  wyrasta  z 
tego  głębokiego  korzenia,  z  którego  wypływają  soki 
krążące  we  wszystkim,  co  żyje.  Zycie,  jeżeli  ma  być 
prawdziwym  życiem,  a  nie  tworem  sztucznym,  bywa 
spokojne  albo  tragiczne,  zależnie  od  kierunku  wiatru, 
nie  przestając  być  właśnie  życiem  i  nie  tracąc,  w  jed-
nym  i  w  drugim  wypadku,  swojej  elementarnej 
harmonii.  Jeżeli  to,  co  okrutne  i  tragiczne,  staje  się 
potworne, nieharmonijne i gwałtowne, to dlatego, że się 
oderwało od swego ludzkiego korzenia, dlatego, że już 
nie  jest  prawdą,  tylko  oszustwem.  Bez  tego  korzenia 
opowiastka różo-

 

■8

 

background image

wa także może stać się monstrualna. Straszliwa historia 
Pascuala  Duarte,  podobnie  jak  historia  greckich 
bohaterów  lub  protagonistów  wielkiej  powieści 
rosyjskiej, jest  tak na  wskroś ludzka, że ani  na chwilę 
nie  traci  rytmu  i  harmonii  prawdy;  a  prawda  nie  jest 
nigdy potworna ani niemoralna, chociaż czasem drażni 
śluzówkę  i  zmusza  do  kichania  łaskotliwego  fa-
ryzeusza.

 

—  Zło jest niewątpliwie taką samą prawdą 

jak dobro — odparł młodzieniec — ale złość bez 
granic, jako zamach na boskość, negatywne dą 
żenie do wywyższenia się ponad nią, jest zawsze 
w swej istocie gwałtem i anomalią. Duarte jest 
człowiekiem złym, uporczywie złym i sztuczne 
jest porównywanie go do bohaterów, którzy 
przez to samo, że są bohaterami, choćby ucie 
kali się do brutalności, mają w sobie zawsze 
zmysł twórczy, a więc zmysł dobra.

 

A  oto  w  jaki  mniej  więcej  sposób  odpowiedział 

siwowłosy na wywody młodego:

 

—  Czytelnik, który nie jest głupcem, a nie 

jest nim prawie nikt, kto umie czytać świado 
mie, zauważy zaraz albo przynajmniej wyczuje, 
że ów straszliwy Pascual, nigdy niesyty krwi, 
był w gruncie rzeczy, jak to określił ojciec 
Luruena (a jego świadectwo jest jak najbar 
dziej autorytatywne, ponieważ spowiadał go 
przed egzekucją), „łagodnym barankiem, zapę 
dzonym do zagrody i zastraszonym przez życie". 
Zgrzeszy lekkomyślnością ten, komu to określe 
nie wyda się śmieszne. Kiedy humor jest szcze-

 

9

 

background image

ry,  to  znaczy,  kiedy  rodzi  się  spontanicznie  w  od-
powiednim  momencie  z  soków  żywotnych  a  nie 
sztucznie  z  konieczności  zawodowej,  jest  ni  mniej,  ni 
więcej  tylko  pięknym  sposobem  powiedzenia  tego,  co 
trzeba,  a  co  bez  humoru  byłoby  trudno  powiedzieć, 
podobnie jak sos przyprawiony przez dobrego kucharza 
czyni  przyjemną  dla  podniebienia  najmniej  apetyczną 
potrawę. Bywa, że nie wie o tym sam autor dowcipów, 
który  sądzi,  że  po  prostu  tylko  bawi  się  w  retorykę. 
Zbyteczne  dodawać,  że'  autor  „Rodziny  Pascuala 
Duarte" wie o tym, i to bardzo dobrze.

 

Dla  mnie  nie  ulega  wątpliwości,  że  to,  co  każe 

zaliczyć tę książkę do rangi książek niezwykłych, to nie 
pasja zawarta w jej treści ani doskonały i wyrafinowany 
artyzm,  z  jakim  na  jej  stronicach  opowiedziano  w 
sposób  zachwycająco  prosty  wypadki  najbardziej 
niezwykłe,  ale  coś,  co  trudno  zrozumieć  na  pierwszy 
rzut oka: że Pascual Duarte jest dobrym człowiekiem, a 
jego  tragedia  jest  —  i  dlatego  przybiera  charakter 
nadludzki — tragedią nieszczęśnika, który poniekąd nie 
miał  innego  wyjścia,  niż  stać  się  raz  i  drugi  mordercą, 
mimo  że  mógłby  był  —  taki,  jak  jest,  ulepiony  z  tej 
samej  gliny  —  być  najpoczciwszym  z  mieszkańców 
swej  estremadurskiej  wioski.  To,  co  nadaje  cechę 
okrucieństwa  tej  opowieści  i  co  jest  czystą  sztuczką 
pisarską,  zresztą  dozwoloną  i  bardzo  udaną,  to 
mistrzowski  sposób,  w  jaki  autor  odwodzi  naszą   
uwagę,    abyśmy    nie    zau-

 

10

 

background image

ważyli,  że  Duarte  jest  lepszym  człowiekiem  niż  jego 
ofiary  i  że  jego  zbrodnicze  porywy  stanowią  rodzaj 
abstrakcyjnej  i  barbarzyńskiej,  ale  niezaprzeczalnej   
sprawiedliwości.

 

Młodzieniec  z  żywością  zaprotestował:  o nie,  nie,  to 

jest nie do przyjęcia. O sprawiedliwości nigdy nie może 
decydować  człowiek,  ani  jej  dowolnie  wymierzać. 
Ludzka 

sprawiedliwość 

jest 

konieczności 

niedoskonała,  a  czasem  absurdalna.  W  dniu,  kiedy 
można  będzie  oglądać  życie  ludzkie  z  perspektywy 
wieczności,  jako  obraz  pełny  i  odległy,  nic 
prawdopodobnie  nie  będzie  tak  dziwiło  zbawionych, 
jeżeli  dana  im  jest  zdolność  dziwienia  się 
czemukolwiek,  jak  niezwykła  rzadkość  wypadków,  w 
których  sprawiedliwość  ludzka  pokrywa  się  na 
przestrzeni  pokoleń  ze  sprawiedliwością  doskonałą,  ze 
sprawiedliwością boską. I tak być powinno: nic bowiem 
lepiej  nie  charakteryzuje  nieuleczalnej  ułomności 
ludzkiej niż to, że człowiek nie może być sprawiedliwy, 
nawet  kiedy  tego  pragnie  każdym  włóknem  swego 
serca.  Dlatego  sprawiedliwość  wśród  ludzi  nie  jest  i 
nigdy nie będzie mogła być czymś realnym, jest fikcją, 
której  skuteczność  polega  właśnie  na  tym,  że  żaden 
człowiek  nie  może  rozporządzać  nią  dowolnie. 
Ponieważ sprawiedliwość z natury rzeczy narażona jest 
na  niebezpieczeństwo  pomyłek,  musi  ją  ograniczać  i 
monopolizować  machina  społeczna  —  prawa, 
trybunały,  urzędy  —  prowadzone  i  obsługiwane  przez 
ludzkie  istoty,  których    nieodpowiedzialność    pociąga     
za      sobą

 

11

 

background image

niedoskonałość  działania.  Bezcielesny  mit  Spra-
wiedliwości doskonałej pochłania i neutralizuje błędy w 
wymierzaniu  sprawiedliwości,  których  nie  można  by 
wybaczyć  jednostce.  W  ten  sam  sposób  medycyna, 
pojęta  w  sensie  nauki,  służy  jako  odtrutka  na  błędy 
lekarzy.  Otóż  Pascual  Duarte  zapomniał  o  tym  i 
wymierzał  sprawiedliwość  własną  ręką.  Gdyby  każdy 
człowiek  zechciał  robić  to  samo,  nawet  zakładając,  że 
się  nie  myli,  sprawiedliwość  zginęłaby  w  ciągu  kilku 
godzin.  W  gruncie  rzeczy  to  właśnie  dzieje  się  na 
wojnie,  a  przede  wszystkim  w  okresach  rewolucji. 
Najgroźniejsze  tam  nie  są  zniszczenia  materialne,  ale 
fakt,  że  ich  sprawcy  każą  sprawiedliwość  ustaloną 
zastępować  sprawiedliwością  osobistą,  wymierzaną 
przez jednostkę innej jednostce, a jedynym jej kodeksem 
jest  tak  zwana  Racja  Stanu,  Akcja  Bezpośrednia  lub 
inny  podobny  fortel.  Nierzadko  w  takich  oko-
licznościach  człowiek  uzbrojony  i  anarchistyczny 
indywidualista wymierza sprawiedliwość ścisłą, tak czy 
owak jednakże sprawiedliwość na tym traci  i  trzeba od 
początku  budować  cały  gmach  i  uczyć  ludzi,  by  go 
respektowali,  co  nie  jest  łatwym  zadaniem.  To 
budowanie  i  burzenie  szacunku  dla  prawa  jest  rzeczą, 
która  najbardziej  opóźnia  marsz  świata.  Tak  więc 
sprawiedliwość  spełnia  swój  obowiązek  posyłając  na 
szubienicę  tych,  którzy  jak  Pascual  Duarte  wymierzają 
sprawiedliwość  własną  ręką,  i  ma  słuszność  traktując 
jako  drugorzędną  okoliczność      łagodzącą    punkt   
widzenia,      że      zbroj-

 

12

 

» 

background image

nym ramieniem przemocy może kierować rozum.

 

—  Wszystko to prawda — odparł stary — 

prawda w odniesieniu do moralności społecznej, 
której zawsze gotów jestem hołdować. I po 
doba mi się, że w tak młodym wieku reagujesz 
w ten sposób. To jednak nie podkreśla faktu, 
który trzeba uznać, podobnie jak uznajemy 
wschód słońca, że jakiś odległy, barbarzyński, 
ale radykalny nurt sprawiedliwości płynie 
w głębi agresywnych popędów naszego boha 
tera. I to wyjaśnia, że jego smutna historia ma 
coś ze stałej harmonii, z ładu pod powierzchow 
nym bezładem, i że wskutek tego postać Pascu- 
ala Duarte jest już jakby klasycznym schema 
tem strasznej, lecz jak najbardziej realne* od 
miany fauny ludzkiej, podobnej do innych, nie 
mniej okrutnych i mających również swe li 
terackie prototypy.

 

Rozmówcy znowu umilkli, bo obydwaj pojmowali, że 

tę  polemikę  można  by  prowadzić  w  nieskończoność,  a 
ponieważ obaj byli rozumni, wiedzieli, że jasność rodzi 
się tylko z dyskusji mających z góry znane rozwiązanie, 
podobnie  jak  bywa  z  zakończeniem  komedii,  o  którym 
nie  wie  się,  jakie  będzie,  ale  ono  już  jest  napisane.  Po 
chwili starszy dodał:

 

— Nie jest również słuszne to, co się po 

wszechnie mówi, że Hiszpanie są wrogami szyb 
kich gloryfikacji. O tym można by wiele mó 
wić. Przeciwnie, nie ma drugiego kraju, gdzie 
by z większym zapałem patrzono, jak człowiek

 

13

 

background image

skromny i nieznany wzniósł się nagle na wyżyny sławy. 
Co jest dla nas o wiele trudniejsze, to podtrzymanie tego 
zapału,  kiedy  już  czyjaś  sława  stała  się  powszechna. 
Prawda,  że  czasami  lud  nasz  cieszy  się  i  szaleje  —  co 
jest zresztą właściwe wszystkim tłumom, nie wyłącznie 
iberyjskim  —  obalając  bóstwa,  które  sam  wznosił. 
Kiedy  dokonywano  jednego  z  pierwszych  wzlotów 
balonowych, tutaj, w Madrycie, aktor grający w pewnej 
farsie,  napisanej  na  temat  tego  wydarzenia,  rzucił  ze 
sceny  pytanie,  czy  ludzie  spieszący  na  to  widowisko 
kierowali  się  entuzjazmem  dla  czynu  aeronauty,  czy 
nadzieją, że z ukrytą przyjemnością będą mogli oglądać 
jego  upadek  z  nieba  na  ziemię?  To  samo  pytanie 
możemy  sobie  postawić,  ilekroć  tłum  hiszpański 
zaczyna szaleć z zachwytu dla jakiegoś literata, artysty, 
sportowca  czy  polityka,  który  szybko  wznosi  się  na 
wyżyny.  Nigdy  nie  wiadomo,  czy  rozrzewnia  ich  jego 
tryumf, czy tylko czekają, aż bohater spadnie na łeb na 
szyję. Ja jednak sądzę, że pesymistyczna odpowiedź nie 
jest tu słuszna. Prawda, że w wieńcu chwały wśród liści 
wawrzynu  ukryty  bywa  rachunek,  który  nie  zawsze 
dostrzega tryumfator, kiedy wieńczy czoło. I tutaj suma, 
na  jaką  opiewa  rachunek,  jest  proporcjonalna  do 
wielkości zwycięstwa. Rachunek w końcu trzeba płacić, 
a  jeśli  uregulowanie  się  opóźnia,  to  procenty  rosną  w 
stosunku  geometrycznym.  Być  może  te  świadczenia  są 
wśród  Iberyjczyków  surowiej  ściągane    niż    gdzie   
indziej;      jest    to jednak    prawo

 

14

 

background image

powszechnie  stosowane  i  nie  trzeba  zrzucać  na 
Hiszpana  grzechów,  które  są  grzechami  wszystkich. 
Wskazuje na to jasno ta książka:  niczego nie zabrakło 
jej  autorowi  dla  jednomyślnego  uznania  go  za 
pomazańca. Nawet zżymania się purytanów.

 

— To prawda — dodał młody, który, mimo niewielu 

lat  przeżytych,  szlachetnie  pozwalał,  by  go  próbowano 
przekonać  —  rzeczywiście  ani  niewdzięczność  tematu, 
ani  przypuszczalne  zastrzeżenia  środowiska  nie  stanęły 
na  przeszkodzie,  aby  Pascual  Duarte  przyjęty  został  do 
nielicznego  grona  postaci  reprezentujących  pewien  typ 
człowieka,  a  to  jest  najcenniejsza  nagroda,  jakiej  może 
pragnąć  jego  twórca.  Pascual  Duarte,  nie  wracając  już 
do  jego  aspektu  moralnego,  jest  i  zostanie  na  zawsze 
prototypem  odmiany  uderzającej  głębokim  realizmem, 
jest to pierwotny sędzia, niezdolny pojąć, że dobro i zło 
nie  są  wartościami  na  wskroś  absolutnymi  i 
przeciwstawnymi  jak  orzeł  i  reszka  po  dwóch  stronach 
monety, że są to wartości dowolne i zmienne, stworzone 
przez  kulturę  w  procesie  doświadczenia  długo 
gromadzącego  bolesny  ferment  pomyłki.  Dobro  i  zło 
absolutne  nie  istnieją,  jak  sądzi  Pascual  i  inni  obok 
niego;  istnieją  tylko  na  nieomylnych  tablicach 
sprawiedliwości  boskiej;  a  nawet  i  tutaj  istnieje  także 
miłosierdzie absolutne, zdolne w jednej chwili wypełnić 
światłem i spokojem bezdenną przepaść dzielącą dobro 
od  zła.  Człowiek  prymitywny  ciągle  jeszcze  myśli,  że 
wie, co jest dobre, a co

 

15 

background image

złe, i że może rozdawać kary i nagrody, błogosławić lub 
zabijać; i tak oto w hiszpańskiej wiosce wyrasta historia 
Pascuala Duarte. A nie mogę nie dodać, że dobrze jest, 
iż  wzdragamy  się  na  jego  czyny  i  że  odrazę  budzi 
człowiek, który z tak okrutną pychą ujmuje sprawiedli-
wość  w  swe  ręce.  Ale  tę  samą  miarę  powinno  się 
przykładać  do  bohaterów  starożytnych,  którzy  własne 
bohaterstwo  zaprawiali  cudzym  cierpieniem,  i  do  tych 
mniej  dawnych,  którzy  zabijali  w  imię  honoru,  tak 
zwanych  „lekarzy  swego  honoru",  a  i  tych,  którzy 
odbierają komuś życie za to, że myśli inaczej niż oni — 
wszystkich  tych,  co  postępowali  tak  jak  nasz  Pascual 
przy powszechnym aplauzie ludzi najgodniejszych.

 

— Duarte jest więc — odezwał się mąż poważny — i 

to  niech  mnie  usprawiedliwi,  że  wracam  do  tematu, 
osobnikiem  o  znaczeniu  uniwersalnym,  i  trzeba  to 
podkreślić,  żeby  polemizować  z  tymi,  co  z  takim 
zapałem  charakteryzują  Pascuala  Duarte.  Mam  na 
myśli przypisywanie tej postaci cech specyficznie hisz-
pańskich.  Sądzę,  że  co  do  tego  nie  może  być  różnicy 
zdań;  czy 

Duarte  jest  zjawiskiem 

wybitnie 

hiszpańskim?  Gdyby  tak  było,  gdyby  był  tylko 
Hiszpanem, nie warto by było tyle o nim mówić i pisać.

 

Jest Hiszpanem, bo urodził się w Hiszpanii, a urodził 

się  w  Hiszpanii  z  tego  samego  powodu,  z  jakiego 
Werter  urodził  się  w  Niemczech;  gdyż  autor  jego  jest 
Hiszpanem, podobnie jak

 

16 

background image

był  Niemcem  ten,  który  stworzył  dziwacznego 
samobójcę.  Gdyby  był  Rosjaninem  lub  pochodził  z 
innego  kraju  —  oczywiście  kraju  o  starej  historii  — 
Pascual  byłby  mieszkał  w  jakiejś  innej  wsi  i  nie 
przestałby  być  w  zasadniczych  swoich  cechach 
identycznie taki  sam, jak będąc rodem z Estremadury. 
Może  jedynie  wśród  młodych  narodów  nie  dałby  się 
znaleźć  taki  okaz  człowieka-sędzi,  który  jest 
najbardziej barbarzyńskim okazem swego gatunku, ale 
czerpać  musi  z  najstarszych  tradycji.  To,  co 
najdawniejsze  w  naszej  historii,  to  najbardziej 
barbarzyńskie.  Typy  człowieka-sędzi,  notowane  na 
Nowym  Kontynencie,  zdarzają  się  najczęściej  wśród 
emigrantów.

 

Cyrulik,  bo  już  nie  lekarz,  a  lepiej  powiedzmy: 

„weterynarz  swego  honoru"  z  cechami  Pascuala,  daje 
się przesadzić ze starym korzeniem na nowe ziemie, ale 
nieprawdopodobne  jest,  żeby  się  na  tych  ziemiach 
urodził.

 

Oczywiście, jest wiele rdzennie hiszpańskiego w tym 

bohaterze  agresywnym  i  prostodusznym,  ale  są  to 
wyłącznie  czynniki  okolicznościowe.  Atmosfera,  w 
jakiej Duarte żyje, w jakiej snuje swoje ciemne myśli i 
w  jakiej  zabija,  prawie  nie  wiedząc,  co  robi,  jest  do 
głębi  iberyjska;  przemawia  z  taką  siłą,  że  chwilami  ta 
atmosfera  wydaje  się  tu  właśnie  głównym  bohaterem. 
A  przecież  na  pewno  można  by,  przetopiwszy  tę 
atmosferę  w  jakimś  idealnym  tyglu,  wydzielić  ze   
stopu Pascuala, który    by    wypłynął    na

 

2 — Rodzina...

 

17 

background image

wierzch  jako  zmartwychwstały  upiór,  ale  dokładnie 
taki    sam, jak przedtem.

 

Również  ściśle  hiszpański  jest  talent  retoryczny 

autora — i nie chodzi tylko o język, który  mógłby być 
zbudowany z hiszpańskich słów, a nie być hiszpańskim. 
Szukano  powiązań  tego  języka  ze  współczesnymi 
pisarzami egzotycznymi lub hiszpańskimi i nie mówię, 
że  ich  nie  ma;  każdy  bowiem  wielki  styl  jest  nie-
świadomie  potomkiem  wielu  stylów  poprzednich, 
łącznie  z  tymi,  których  autor  wcale  nie  zna;  wszakże 
genezy  tego  stylu  szukać  należy  w  nowelach 
przykładnych  *  naszego  wielkiego  złotego  wieku  oraz 
powieściach  niesłusznie  zwanych  „łotrzykowskimi", 
gdyż łotrzykostwo jest w nich drogą do przykładności, 
która  jest  ich  prawdziwym  celem,  chociaż  co  do  tego 
mylą się bardzo często czytelnicy — a i krytycy. Autor 
„Pascuala Duarte" napisał później drugą część „Łazika 
z  Tormesu",  zachwycającą,  ale  nie  tyle  ona  jest 
dalszym  ciągiem  tej  niezwykłej  książki  z  XVI  wieku, 
ile ta oto opowieść o tragedii powieszonego z prowincji 
Badajoz.

 

Wracajmy  jednak  do  tematu;  jest  w  tej  biografii 

wiele  typowego,  regionalnego,  narodowego;  ale 
najbardziej  uniwersalne  często  bywa  to,  co  się  zwykło 
nazywać  typowym.  Prawie  wszyscy  bohaterowie 
podziwiani przez wszystkie narody od urodzenia nosili 
stroje  regionalne,  mieli  metrykę  wydaną  w  najbliższej 
gminie

 

Cervantesa      (przyp.      tłum.).

 

18

 

background image

i  mówili  dialektem;  wszystko  to  może  być  po  prostu 
zamaskowaniem uniwersalności.

 

A że młody rozmówca milczał, czy to dlatego że się 

zgadzał, czy też, że już nie miał ochoty dłużej mówić, 
stary ciągnął dalej:

 

—  Jak  straszna  jest  tragedia  człowieka,  który  nie 

może stać się dobrym przez to, że nie potrafi  pokonać 
przy  pomocy  cywilizacji  swego  instynktu  pierwotnej 
sprawiedliwości! 

Wystarczy 

jeden 

promień 

mistycznego światła, a choćby tylko jego odblask, żeby 
casus  Duarte  został  wyjaśniony  i  najdoskonalej 
zaszeregowany. Jednakże tego promienia — tak bardzo 
hiszpańskiego  —  zabrakło  naszemu  nieszczęsnemu 
bohaterowi.  Cóż  robić!  Pascual  wyczuwał  światło,  ale 
nigdy nie wiedział na pewno, skąd świeci. Kiedy ojciec 
Santiago  chciał  mu  to  wytłumaczyć,  biedak  nie 
rozumiał,  chociaż  szeptał:  „To  musi  być  prawda,  bo 
słucha się tego jak prawdy". Duszę Pascuala wypełniał 
niejasny panteizm, bardzo powszechny u osobników te-
go gatunku. Aby mógł zasnąć, potrzebny mu był zapach 
własnego  domu  i  żeby  go  wdychać,  kładł  sobie  pod 
głowę  złożone  ubranie  zamiast  poduszki...  Wierzył,  że 
kamień  polny,  na  którym  siadywał,  jest  smutny,  jakby 
wiedział, że on odchodzi. Sądził zwierzęta według tego 
samego prawa co ludzi i zabił sukę za to, że przyglądała 
mu  się  zbyt  natarczywie,  a  konia  za  to,  że  zrzucił  z 
grzbietu  jego  żonę.  Tak  był  nadludzko  prymitywny. 
Własną matkę, główną sprawczynię jego nieszczęść, w 
schematycznym

 

19 

background image

trybunale  swego  sumienia  mierzył  tą  samą  sztywną 
miarą, co innych. I nie mógł pojąć własnej potworności, 
bo  był  barbarzyńsko  logiczny.  „Takich  czynów  — 
powiadał  —  do  których  prowadzi  nas  nienawiść,  ku 
którym idziemy jak opętani jedną uporczywą myślą, nie 
powinniśmy    nigdy    żałować".

 

A  gdy  młodzieniec  wzdrygnął  się,  jego  rozmówca 

zakończył:

 

— Tak, to jest okropne, ale takie jest. I trzeba jeszcze 

poprzez  wiele  pokoleń  nasiąkać  grozą  tej  niezwykłej 
biografii  po  to,  aby  kiedyś  można  było  ją  czytać  tak, 
jak  dziś  czytamy  o  zbrodni  i  gigantycznych  pasjach 
starożytnych  bogów  —  z  uczuciem,  że  to  sprawa 
nieaktualna i służy jako odstraszający przykład.

 

Więcej  nie  mówili  i  odeszli  wśród  nocy,  która  już 

zapadła.

 

G. M a r a ń o n  

Marzec, 1946

 

background image

Dedykuję  tę  powieść  memu  przy-
jacielowi Victorowi Ruiz Iriarte.
 

Dedykuję  to  siódme  wydanie  moim, 
nieprzyjaciołom, którzy tak bardzo mi 
dopomogli w karierze pisarskiej.
 

background image

 

background image

NOTA      ODDAJĄCEGO    DO    DRUKU 
PAMIĘTNIK    PASCUALA      DUARTE

 

Wydaje  mi  się,  że  moment  jest  odpowiedni,  by 

oddać  do  druku  pamiętniki  Pascuala  Duarte. 
Gdybym  to  zrobił  wcześniej,  decyzja  byłaby  może 
zbyt  pochopna;  nie  chciałem  śpieszyć  się  z  ich 
przygotowaniem,  bo  wszystko  wymaga  swego 
czasu, nawet poprawianie błędów ortograficznych 

manuskrypcie, 

do 

niczego 

dobrego 

doprowadzić nie może praca dokonana, jak się to 
mówi,  na  łapu  capu.  Oddanie  jej  później  nie 
byłoby  dla  mnie  niczym  usprawiedliwione;  pracę 
należy f okazywać zaraz po jej ukończeniu.
 

Kartki, które poniżej przedkładam, znalazłem w 

połowie  roku  1939  w  pewnej  aptece  w 
Almendralejo 
— Bóg wie, czyje ręce je tam złożyły 
—  po  czym  od  tego  czasu  do  dzisiaj  zabawiałem 
się wyjaśnieniem i porządkowaniem, gdyż rękopis 
—  częściowo  z  winy  niewyraźnego  pisma, 
częściowo  '  dlatego  że  kartki  leżały  nie 
ponumerowane  i  rozrzucone  
—  był  prawie 
nieczytelny.
 

Chcę,  aby  było  jasne  od pierwszej  chwili,  że  w 

książce, którą tu przedkładam czytel- 

23

 

background image

nikowi, ode mnie pochodzi tylko transkrypcja; nic 
w  niej  nie  poprawiłem  i  nic  nie  dodałem,  gdyż 
postanowiłem 

respektować 

nawet 

styl 

opowiadania.  Wolałem  w  kilku  miejscach  zbyt 
brutalnych  użyć  nożyczek  i  dokonać  amputacji; 
taki  proceder  pozbawia  niewątpliwie  czytelnika 
niektórych  drobnych  szczegółów  
—  na  czym  nic 
się  nie  traci  
—  za  to  ma  tę  dobrą  stronę,  że 
oszczędza  widoku  rzeczy  intymnych,  często 
odrażających,  do  których  wolałem  
—  powtarzam 
— stosować cięcia niż retusz. 

Bohater  opowieści  jest,  według  mego  rozu-

mienia  —  i  może  tylko  dlatego  wydobywam  jego 
dzieje na światło dzienne 
— przykładem pewnego 
postępowania,  przykładem,  który  służy  nie  po  to, 
by go naśladować, lecz by go unikać, przykładem, 
który  wyklucza  wszelkie  wątpliwości,  a  wobec 
którego można tylko powiedzieć:
 

—•  Widzisz,  co  on  robi?  Coś  wręcz  przeciw-

nego, niż powinien. 

Ale  pozwólmy  mówić  Pascualowi  Duarte,  gdyż 

ma on wiele ciekawego do powiedzenia. 

background image

LIST      ZAPOWIADAJĄCY      WYSYŁKĘ      RĘKOPISU

 

Pan Joaąuin 

Barrera Lopez 

Merida 

Szanowny Panie. 

Proszę  mi  wybaczyć,  że  wysyłam  to  długie 

opowiadanie razem z tym listem też długim, ale że, 
jak się okazało z przyjaciół don Jesusa Gonzaleza 
de la Riva (któremu niech niebiosa odpuszczą, tak 
jak on mnie odpuścił moje winy) Pan jest jedynym, 
którego  tożsamość  pamiętam,  do  Pana  chcę  te 
kartki skierować, żeby się ich pozbyć, bo mnie pali 
sama  myśl,  żem  je  mógł  napisać,  i  żebym  ich  nie 
podarł w którejś z tych chwil smutku, co mi je Pan 
Bóg  tak  często  zsyła  w  tych  niniejszych  dniach, 
przez  co  bym  pozbawił  bliźnich  sposobności 
nauczenia się tego, czego ja nie wiedziałem aż do 
czasu, kiedy już było za późno.
 

Wytłumaczę  się  trochę  jaśniej.  Ponieważ  widzę 

dobrze,  że  w  tych  moich  wspomnieniach    więcej   
jest    złego    niż    czego    innego,
 

25 

background image

chciałbym jak tylko się da ulżyć memu sumieniu 
przez  tę  publiczną  spowiedź,  co  jest  niemałą 
pokutą, dlatego zamierzyłem opowiedzieć to, co mi 
pozostało  w  pamięci  z  mego  nieszczęsnego  życia. 
Pamięć  zawsze  miałem  słabą  i  bardzo  możliwe, 
żem  zapomniał  wiele  rzeczy,  może  nawet 
ciekawych,  ale  mimo  to  zacząłem  opowiadać  tę 
część, co nie  chciała wyjść mi z głowy, i ręka się 
nie opierała, żeby ją napisać na papierze, bo przy 
drugiej  części,  jak  ją  zacząłem  opowiadać, 
wszystko  tak  się  sprzeciwiało  w  moim  sercu,  że 
wolałem  przemilczeć  i  zapomnieć.  Jak  zacząłem 
pisać  ten  niby  pamiętnik,  zrozumiałem,  że  w  tym 
moim  życiu,  a  może  lepiej  powiedzieć  mojej 
śmierci,  co  oby  mi  ją  Bóg  raczył  skrócić  
—  coś 
musi być, co bym mógł jakoś opowiedzieć. Długom 
się głowił nad tą sprawą i na tę resztkę dni, co mi 
zostały, mógłbym przysiąc, że nieraz myślałem za-
przestać,  jak  mi  już  rozum  nie  mówił,  gdzie 
postawić  ostatnią  kropkę.  Myślałem,  że  najlepiej 
jest zacząć, a zostawić zakończenie do tego czasu, 
kiedy  Bóg  zechce  opuścić  mnie  i  zostawić  moim 
losom,  i  tak  też  zrobiłem.  Dzisiaj,  kiedy  już  mi, 
zdaje się, obmierzło te sto stronic, com je zapełnił 
moją gadaniną, kończę już raz na zawsze pisanie, 
żeby zostawić pańskiej wyobraźni resztę z tego, co 
mi
 

26

 

background image

jeszcze pozostaje do przeżycia, i chyba nie będzie 
to  panu  trudno,  bo  i  niewiele  tego  jest,  i  nie 
wygląda,  żeby  w  tych  czterech  ścianach  jeszcze 
mnie co nowego miało spotkać.
 

Prześladowała  mnie  myśl,  jak  zacząłem  pisać 

to,  co  panu  posyłam,  że  wtedy  już  ktoś  wiedział, 
czy  sądzone  mi  dotrzeć  do  końca  mego 
opowiadania  i  na  czym  się  urwie,  jeżeli  źle 
obliczyłem,  ile  mi  na  to  trzeba  czasu  
—  i  ta 
pewność,  że  moje  czyny  musiały  być  z  góry 
nakreślone  na  liniach  już  odmierzonych,  całkiem 
mi  rozum  odbierała.  Dzisiaj,  bliżej  drugiego 
świata,  jestem  już  spokojniejszy.  Niech  mi  Pan 
Bóg raczy udzielić swego przebaczenia.
 

Lżej  mi  na  sercu,  odkąd  opowiedziałem,  co 

przeżyłem,  i  nawet  są  chwile,  kiedy  sumienie  nie 
tak mnie już gryzie.
 

Ufam,  że  Pan  zrozumie  to,  czego  nie  opisałem 

tu  lepiej,  bo  lepiej  nie  umiem.  Żal  mi  teraz,  żem 
pobłądził  w  drodze,  ale  już  nie  proszę  o  łaskę  w 
tym  życiu.  Po  co?  Może  lepiej,  że  zrobią  ze  mną 
tak,  jak  zarządził,  bo  bardzo  prawdopodobne,  że 
jakby nie zrobili, tobym wrócił do przeszłości. Nie 
chcę  prosić  
o  pobłażanie,  bo  za  dużo  złego  życie 
mnie nauczyło i za mało mam sił, żeby się oprzeć 
temu, co mnie do złego ciągnie. Niech
 

 

background image

się stanie to, co napisane w niebieskich wyrokach. 

Przesyłając Panu tę paczką zapisanego papieru, 

przepraszam,  że  się  zwróciłem  do  Pana,  i  niech 
Pan  przyjmie  te  przeprosiny,  tak  jakby  były 
skierowane do samego don Jesusa.
 

pański uniżony sługa 

Pascual Duarte 

background image

KLAUZULA      TESTAMENTU

 

don  Joaąuina  Barrera  Lopez,  który  umierając 

bezpotomnie  zapisał  swoje  dobra  mniszkom 
służebniczkom:
 

Rozporządzam, aby pakiet papierów znajdujący 

się w szufladzie mego biurka, związany sznurkiem 
i  z  wypisaną  czerwonym  ołówkiem  etykietą 
„Pascual  Duarte",  został  niezwłocznie  i  bez 
przeczytania wrzucony  w ogień, jako zawierający 
rzeczy  niemoralne  i  niezgodne  z  dobrymi 
obyczajami. Niemniej, jeśli Opatrzność zrządzi, że 
bez  niczyjej  złej  intencji  wymieniony  pakiet  zdoła 
w  ciągu  osiemnastu  miesięcy  uniknąć  kary,  którą 
mu  wyznaczam,  życzę  sobie,  aby  ten,  kto  go 
znajdzie,  uchronił  go  od  zniszczenia,  zabrał  jako 
swoją  własność  i  rozporządził  nim  według  swej 
woli, jeśli nie będzie to niezgodne z moją wolą.
 

Pisane w Merida (Badajoz) na  łożu śmierci, 11 

maja 1937 

background image

 

background image

Pamięci  znakomitego  męża,  don 

Jesusa Gonzalez de la Riva, hrabiego 
de Torremejia, który w chwili śmierci 

ręki 

autora 

niniejszego 

opowiadania, 

wołał 

na 

niego 

Pascualillo  i  uśmiechał  się  do  swego 
mordercy.
 

P. D. 

i

 

background image

 

background image

a,  proszę  pana,  nie  jestem  zły  człowiek,  chociaż 
nie  brak by  mi było powodów, aby  nim być. My 
wszyscy  śmiertelni  rodzimy  się  w  takiej  samej 
skórze,  a  jednak,  kiedy  dorastamy,  los  ma 
życzenie przerabiać nas rozmaicie, jakbyśmy byli 
z wosku, i różnymi ścieżkami posyłać nas do tego 
samego celu: do śmierci. Są tacy, którym każe iść 
drogą  usłaną  kwiatami,  inni  muszą  stąpać  po 
ostach  i  kłujących  kaktusach.  Jedni  mają 
spojrzenie  pogodne  i  w  jasności  własnego 
szczęścia  niewinnie  się  uśmiechają,  ci  drudzy 
cierpią  w  słonecznym  skwarze  bez  cienia  i 
marszczą  czoło  jak  te  dzikie  bestie.  Wielka  to 
różnica  przyozdabiać  własne  ciało  pudrem  i 
pachnidłami  czy  też  wyrzynać  na  nim  tatuaż,  co 
go potem nikt nie może zetrzeć... 

Urodziłem się już wiele lat temu — co najmniej 

pięćdziesiąt  pięć  —  w  zapadłej  wiosce  prowincji 
Badajoz;  wioska  ta  leży  o  jakie  dwie  mile  od 
Almendralejo,  przy  samej  szosie  równiutkiej  i 
długiej jak dzień bez chle- 

3 — Rodzina... .

 

33 

background image

ba,  długiej  i  takiej  wciąż  jednakowej,  jak  te  dni, 
co  ich  pan  na  swoje  szczęście  wcale  sobie  nie 
może wyobrazić — dni skazanego na śmierć. 

Wioska  była  słoneczna,  bogata,  owszem,  w 

oliwki  i  świnie  (za  przeproszeniem);  były  w  niej 
domy  pomalowane  i  takie  białe,  że  od  samego 
wspomnienia  bolą  oczy,  a  plac  cały  wykładany 
kafelkami  i  z  pięknie  obmurowaną  fontanną 
pośrodku, 

skąd 

woda 

tryskała 

trzema 

strumieniami. Jak opuszczałem wieś, już od kilku 
lat studnia była wyschnięta, a jednak jaka piękna, 
jak  ozdobna  wydawała  się  nam  wszystkim  ta 
studnia,  u  szczytu  z  gołym  chłopaczkiem,  co  stał 
przy  wanience  o  brzegach  karbowanych  jak 
muszle, co je mieli pątnicy do picia wody. 

Na  placu  był  ratusz,  wielki  i  kwadratowy  jak 

pudełko od tytoniu, z  wysoką  wieżą pośrodku , a 
na  wieży  zegar,  biały  jak  hostia  w  monstrancji; 
zawsze wskazywał dziewiątą, jakby był potrzebny 
w naszej wiosce nie do użytku, tylko do ozdoby. 

Domy, wiadomo, były ładne i brzydkie — i jak 

to  zwykle  bywa,  brzydkich  więcej;  na 
dwupiętrowy dom don Jesusa aż przyjemnie  było 
popatrzeć:  miał  salon  z  kaflową  posadzką,  a  w 
nim pełno doniczek z kwiatami. Don Jesus zawsze 
przepadał za kwiatami i, moim 

34

 

background image

zdaniem,  gospodyni  miała  przykazane  pie-
lęgnować te pelargonie, heliotropy, palmy i miętę 
tak  czule,  jak  własne  dzieci,  bo  biegała  ciągle  z 
dzbankiem  w  ręku  i  podlewała  doniczki  tak 
starannie,  że  jej  dziękowały  pewnie  za  to,  takie 
były ładne i zielone. Dom don Jesusa był na placu 
też,  i,  rzecz  dziwna,  przy  tym  bogactwie 
właściciela,  co  nie  patrzył  na  wydatki,  różnił  się 
od  innych  nie  tylko  w  tym  wszystkim  dobrym,  o 
czym  już  nadmieniłem,  ale  i  w  jednej  rzeczy,  w 
której  inni  go  prześcigali:  względem  fasady,  co 
miała  kolor  zwyczajnego  kamienia,  a  nie  była 
pobielona jak nawet najbiedniejsze chaty; musiała, 
to mieć swoje powody. Na bramie były kamienne 
herby,  bardzo,  jak  powiadają,  starożytne, 
zakończone  głowami  dawnych  wojaków,  oparte 
na wezgłowiach i z piórami, a spoglądały jedna na 
wschód, druga  na  zachód, jakby chciały pokazać, 
że  wypatrują,  co  by  mogło  im  się  przytrafić  od 
jednej  albo  drugiej  strony.  Za  placem,  od  strony 
domu don Jesusa, był kościół parafialny z kamien-
ną  dzwonnicą  i  sygnaturką,  co  dzwoniła  tak,  że 
nie 

umiałbym  opowiedzieć,  ale  mam  to 

dzwonienie w pamięci, jakby je słychać było tutaj, 
po tych  kątach... Dzwonnica  była tak  wysoka  jak 
wieża  z  zegarem,  a  w  lecie,  kiedy  przylatywały 
bociany, zaraz miarkowały, 

35

 

background image

na  jakiej  wieży  siedziały  zeszłego  lata;  prze-
trzymała  już  tu  dwie  zimy  kulawa  bocia-nica,  co 
wypadła  z  gniazda  na  wieży  kościelnej,  kiedy 
jeszcze  była  pisklęciem  i  przestraszyła  się 
jastrzębia. 

Mój dom był za wsią, o jakich dwieście dużych 

kroków  dalej  niż  ostatnie  domy.  Był  ciasny, 
jednopiętrowy, jak przystało w mojej kondycji, ale 
że  się  do  niego  przywiązałem,  czasem  to  nawet 
byłem z niego dumny. 

Naprawdę  jedyne  w  tym  domu,  na  co  można 

było patrzeć, to kuchnia, i to najpierw się widziało, 
jak  się  wchodziło;  zawsze  czysta  i  schludnie 
wybielona;  prawda,  że  podłogę  miała  z  gliny,  ale 
była 

tak 

dobrze 

uklepana 

ozdobiona 

kamyczkami, co się układały we wzór, że nie była 
w niczym gorsza od wielu innych, co je właściciel 
zrobił  z  cementu,  żeby  było  więcej  nowocześnie. 
Nad 

obszernym 

paleniskiem, 

czysto 

wysprzątanym,  wokół  sklepienia  kominka  biegła 
półka do naczyń, a na niej stały malowane kafelki, 
dzbany z pamiątkowymi widokami, malowane nie-
biesko,  i  talerze  też  malowane  we  wzory  nie-
bieskie  i  pomarańczowe;  na  każdym  talerzu  była 
wyrysowana  twarz albo kwiat, na  niektórych było 
jakieś  imię,  a  czasami  ryba.  Na  ścianach  wisiały 
różne  rzeczy,  kalendarz  bardzo  ładny,  co 
wyobrażał pannę wachlują- 

36

 

background image

cą  się  na  łódce,  a  pod  nią  napis  błyszczącymi 
literami,  co  się  wydawały  posypane  srebrnym 
proszkiem:  „Modesto  Rodriguez.  Najlepsze 
towary  korzenne.  Merida  (Badajoz)";  kolorowy 
portret  Espartera  w  ubiorze  torea-dora  i  kilka 
fotografii  —  jedne  małe,  inne  większe  —  nie 
wiem  czyje,  bo  zawsze  je  widziałem  na  tym 
samym  miejscu i  nigdy  mi nie przyszło do głowy 
zapytać. Mieliśmy też budzik wiszący na ścianie i 
nie  byle  jaki,  bo  zawsze  chodził,  jak  Pan  Bóg 
przykazał,  i  czerwoną  pluszową  poduszeczkę,  w 
której  tkwiło  kilka  ślicznych  szpileczek  z 
główkami  z  kolorowego  szkła.  Umeblowanie 
kuchni  było  proste  i  skąpe:  trzy  krzesła  —  jedno 
bardzo  eleganckie  z  oparciem  i  nogami  z  giętego 
drzewa  i  z  wyplatanym  siedzeniem  —  stół 
sosnowy  z  szufladą,  trochę  za  niski  do  tych 
krzeseł,  ale  przydatny.  W  kuchni  było  miło, 
dobrze  i  wygodnie;  w  lecie,  że  nie  zapalaliśmy 
ognia  na  kominie, siedziało się  tu pod  wieczór  w 
chłodzie  na  kamiennym  palenisku  i  otwierało  się 
drzwi na oścież; w zimie było cieplutko, bo ogień 
się palił, a jak się go dobrze doglądało, to żar tlił 
się  przez  całą  noc.  Śmiesznie  było  oglądać  nasze 
cienie  na  ścianach,  jak  podnosiły  się  płomyki! 
Poruszały  się  tu  i  tam,  raz  powolutku,  a  czasem 
podskakiwały, jakby się bawiły. Pamiętam, 

37

 

background image

że jak byłem mały, bałem się ich, a i teraz jeszcze, 
choć jestem dorosły, dreszcz mnie przechodzi, jak 
sobie wspomnę te strachy. 

Reszty domu nie warto nawet opisywać, takie to 

było  zwyczajne.  Mieliśmy  jeszcze  dwa  pokoje  w 
mieszkaniu  —  jeżeli  mamy  nazwać  mieszkaniem 
tę ruderę, tylko dlatego że była zamieszkana, a nie 
z  żadnej  innej  przyczyny  —  i  oborę,  choć  nieraz 
myślę  sobie  teraz,  że  nie  wiem,  dlaczegośmy  ją 
tak  nazywali,  bo  była  pusta  i  nic  tam  nie  trzy-
maliśmy.  W  jednym  pokoju  spaliśmy  oboje  z 
żoną,  a  w  drugim  moi  rodzice  aż  do  dnia,  kiedy 
Bóg, a  kto  wie, czy  nie  diabeł, raczył ich zabrać; 
później  izba  stała  pusta  prawie  cały  czas,  z 
początku  dlatego,  że  nie  było  komu  jej  zająć,  a 
później,  jak  już  nawet  się  taki  znalazł,  to  wolał 
zawsze kuchnię, bo nie tylko była jaśniejsza, ale i 
mniej tam wiało. Moja siostra, kiedy przyjeżdżała, 
zawsze  spała  w  kuchni,  a  i  dzieci  też  się  tam 
garnęły. 

Prawdę  mówiąc  pokoje  nie  były  ani  bardzo 

czyste,  ani  bardzo  dobrze  wymurowane,  ale  też 
nie było co narzekać; dla nas wystarczył ten dom, 
co  najważniejsze,  i  zawsze  trochę  dachu  i  ścian 
chroniło  człowieka  przed  deszczem  i  chłodem  w 
zimie,  a  w  sierpniu  przed  skwarem.  Najgorsza 
była  obora;  wilgotna  i  ciemna,  a  ściany  miała 
nasiąknię- 

38

 

background image

te  tym  samym  zapachem  padliny,  co  się  wy-
dobywał  z  wąwozu  w  skałach,  kiedy  gdzieś  w 
maju  drapieżniki  zostawiają  nie  dojedzone 
ścierwo, co je później dziobią kruki. 

Dziwne  to,  ale  za  młodych  lat,  jak  nie  miałem 

koło  siebie  tego  zapachu,  to  coś  mnie  dręczyło 
niby jakiś strach śmiertelny; pamiętam, jak raz się 
wybrałem  do  miasta  względem  mojej  książeczki 
wojskowej.  Cały  boży  dzień  chodziłem  nieswój, 
węsząc  powietrze  niczym  myśliwski  pies.  Jak  się 
już położyłem spać w zajeździe, wąchałem swoje 
wełniane  spodnie. Krew mi rozgrzała całe ciało... 
Odrzuciłem  poduszkę  i  podłożyłem  sobie  pod 
głowę  te  złożone  spodnie.  Potem  w  nocy  spałem 
jak kamień. 

W oborze mieliśmy mizernego i wychudzonego 

osiołka,  co  nam  pomagał  w  robocie,  i  jak 
wszystko  szło  jak  się  należy,  co  po  prawdzie 
można  powiedzieć  nie  zawsze  się  zdarzało, 
mieliśmy też ze dwa świniaki (za przeproszeniem) 
albo i trzy. Za domem było podwórko niewielkie, 
ale  przydatne,  a  na  podwórku  studnia,  którą  z 
czasem musiałem zatkać, bo dawała wodę bardzo 
niezdrową. 

Za  podwórkiem  płynął  strumyk,  czasem  na  pół 

wyschnięty,  a  nigdy  za  pełny  wody,  brudny  i 
cuchnący  jak  gromada  Cyganów:  w  nim  można   
było    łowić    piękne    węgorze 

39

 

background image

i  czasem  pod  wieczór  dla  zabicia  czasu  tym  się 
zabawiałem.  Moja  żona,  która  mimo  wszystko 
miała swój dowcip, mówiła, że te węgorze dlatego 
były takie  grube, że jadały to samo co don Jesus, 
tylko o jeden dzień później. Jak się zabierałem do 
łowienia, to godziny mi przechodziły nie wiedzieć 
kiedy,  tak  że  jak  wreszcie  trzeba  było  zbierać 
ma-natki,  prawie  zawsze  już  ciemno  się  robiło; 
tam  w dali  Almendralejo, niby  wielki płaski żółw 
albo zwinięta żmija, co się boi oderwać od ziemi, 
właśnie 

zaczynało 

błyskać 

elektrycznymi 

światłami...  Jego  mieszkańcy  na  pewno  nie 
wiedzieli,  że  ja  tam  łowię  ryby  i  w  tej  chwili 
akurat  patrzę,  jak  zapalają  się  światła  w  ich 
domach;  wyobrażałem  sobie  nawet,  że  wielu  z 
nich  mówi  rzeczy,  co  mnie  przychodziły  do 
głowy,  albo  rozprawiają  o  tym,  co  mnie  się 
przytrafiło.  W  mieście  ludzie  żyją  obróceni 
plecami  do  prawdy  i  ani  im  w  głowie,  że  o  dwie 
mile  dalej  w  szczerym  polu  człowiek  wiejski 
myśli  sobie  o  nich  przez  ten  czas,  kiedy  składa 
trzcinową  wędkę  i  podnosi  z  ziemi  koszyczek  z 
wikliny  z  sześcioma  albo  siedmioma  węgorzami 
we środku! 

Mimo to łowienie ryb zawsze wydawało mi się 

nie za bardzo męską rozrywką i najczęściej wolne 
chwile spędzałem na polowaniu; 

40

 

1

 

background image

we wsi zdobyłem sławę całkiem dobrego strzelca i 
bez  zbytniej  skromności  mogę  szczerze  wyznać, 
że ten, co tę moją sławę szerzył, nie był w błędzie. 
Miałem suczkę do polowania, Iskra się nazywała, 
na wpół dzika i nieznanej rasy, ale bardzo się z nią 
dobrze rozumieliśmy; często rano szedłem z nią aż 
do  sadzawki,  o  półtorej  mili  od  wioski,  pod 
granicą portugalską i nigdy nie wracałem do domu 
z  pustymi  rękoma.  Kiedy  wracaliśmy,  suka 
wybiegała  naprzód  i  czekała  na  mnie  przy 
skrzyżowaniu  dróg;  był  tam  kamień  okrągły  i 
spłaszczony  jak  niski  stołek,  który  tak  mile 
wspominam  jak  człowieka;  a  nawet  i  lepiej,  niż 
wspominam  wielu  ludzi.  Szeroki  był  i  odrobinę 
wklęsły,  a  kiedy  siadałem,  trochę  mi  wystawał 
zadek  (za  przeproszeniem),  ale  tak  mi  było 
wygodnie,  że  żałowałem,  kiedy  trzeba  było 
odejść;  siedziałem  na  przydrożnym  kamieniu 
dobry  kawałek  czasu,  gwiżdżąc,  ze  strzelbą 
między  kolanami,  patrząc  na  to,  co  było  do 
oglądania, i paląc papierosy. Suczka kucała na tyl-
nych  łapach  naprzeciw  mnie  i  z  przekrzywioną 
głową  patrzyła  na  mnie,  a  oczy  miała  brązowe, 
bardzo  mądre;  mówiłem  do  niej,  a  ona,  jakby 
chciała  mnie  lepiej  zrozumieć,  podnosiła  trochę 
uszy;  kiedy  milkłem,  korzystała  z  tego,  żeby 
pobiegać trochę za pol- 

41 

background image

nymi konikami albo żeby sobie usiąść wygodnie. 

Jak  stamtąd  odchodziłem,  zawsze,  nie  wiem 

czemu,  musiałem  się  obrócić  za  tym  kamieniem, 
jakbym  się  z  nim  żegnał,  a  pewnego  dnia  chyba 
mi się wydał taki zasmucony moim odejściem, że 
musiałem wrócić i usiąść na nowo... 

Suka znów siadła  na ziemi naprzeciwko  mnie"i 

znów na  mnie  patrzyła; teraz pojmuję, że to było 
spojrzenie  spowiednika,  świdrujące  i  zimne, 
powiadają,  że  ryś  tak  patrzy.  Zacząłem  się  trząść 
na  całym  ciele,  jakby  przebiegał  mnie  prąd. 
Papieros mi zgasł, strzelba z jedną lufą ustawiona 
między  kolanami  dawała  się  głaskać  powolutku. 
Suczka  nie  spuszczała  ze  mnie  oczu,  jakby  mnie 
nigdy  przedtem  nie  widziała,  jakby  chciała  mnie 
zaraz o coś oskarżyć, a jej spojrzenie rozpalało mi 
krew w żyłach tak bardzo, że już było widać, jak 
nadchodzi  chwila,  kiedy  będę  musiał  się  poddać. 
Było gorąco, okropnie gorąco, i oczy mi się przy-
mykały bezsilnie pod tym spojrzeniem zwierzęcia, 
wbitym we mnie jak gwóźdź... 

Wziąłem strzelbę i wystrzeliłem; znów nabiłem 

i  znów  wystrzeliłem.  Suka  miała  krew  ciemną  i 
lepką, która powoli rozlewała się po ziemi. 

*, 

background image

dzieciństwa zostały mi nie za dobre wspomnienia. 
Mój ojciec nazywał się Esteban Duarte Diniz i był 
Portugalczykiem,  czterdzieści  lat  miał,  kiedy  ja 
byłem  mały,  i  był  gruby  i  wielki  jak  góra.  Miał 
ogorzałą twarz i wspaniałe czarne wąsy opadające 
w  dół.  Opowiadają,  że  za  młodu  nosił  je  zadarte 
do  góry,  ale  od  czasu  kiedy  był  w  więzieniu, 
zmarniał,  wąsy  mu  obwisły  i  odtąd  już  w  dół 
opuszczone nosił je aż do grobu. Budził we  mnie 
wielki  respekt  i  niemało  strachu,  tak  że  jak  tylko 
mogłem,  usuwałem  się  z  drogi,  żeby  się  o  niego 
nie otrzeć; był szorstki i krewki i nie znosił, żeby 
mu się  w czymkolwiek  sprzeciwiać. Szanowałem 
ten jego obyczaj, bo on miał na mnie oko. Jak się 
rozwścieczył,  co  mu  się  zdarzało  częściej  niż 
potrzeba, grzmocił matkę i mnie za byle co; matka 
próbowała mu oddawać, ale mnie nie pozostawało 
nic  innego  jak  znosić  wszystko  z  pokorą,  bo 
byłem mały. Ciało słabe jest jeszcze w takim mło-
dym wieku. 

43 

background image

Ani jego, ani matki nie  śmiałem nigdy zapytać, 

za co ojca trzymali kiedyś w więzieniu. Myślałem, 
że lepiej nie wywoływać wilka z lasu, bo i tak się 
zjawiał  częściej  niż  potrzeba,  ale  naprawdę  to 
nawet nie musiałem pytać, bo nigdy nie brak dusz 
litościwych,  szczególnie  w  wioskach,  gdzie  mało 
ludzi; więc znaleźli się tacy, co w te pędy przyle-
cieli, żeby mi wszystko opowiedzieć. Ojca więzili 
za  przemytnictwo,  widać  musiało  to  być  jego 
zajęcie  przez  wiele  lat,  ale  że  poty  dzban  wodę 
nosi,  póki  się  ucho  nie  urwie,  i  że  wszystkie 
zawody  mają  swoje  szkody,  a  bez  pracy  nie  ma 
kołaczy  —  pewnego  dnia,  może  kiedy  się  wcale 
nie  spodziewał,  bo  duf-ność  najodważniejszych 
gubi,  poszli  za  nim  karabinierzy,  znaleźli 
przemycony  towar  i  zabrali  ojca.  To  wszystko 
musiało  się  dziać  już  dawno,  bo  ja  nic  sobie  nie 
przypominam;  może  mnie  wtedy  jeszcze  na 
świecie nie było. 

Matka,  przeciwnie  niż  ojciec,  nie  była  gruba, 

choć  słusznej  postawy;  wysoka  i  chuda,  nie 
wyglądała  zdrowo,  całkiem  przeciwnie,  miała 
żółtą  cerę  i  zapadnięte  policzki,  jakby  ją  zżerały 
suchoty  albo  niewiele  do  tego  brakowało;  była 
nieprzyjemna  i  ostra,  zawsze  w  diabelskim 
humorze, a mowę w gębie miała taką, że niech jej 
Bóg przebaczy, bo klęła 

44

 

background image

w  żywy  kamień  co  i  raz  i  o  byle  drobnostkę. 
Zawsze  nosiła  się  czarno  i  nie  zanadto  lubiła 
wodę,  tak  mało,  że  prawdę  rzec,  to  przez 
wszystkie  lata,  kiedy  ją  znałem,  tylko  raz 
widziałem,  jak  się  myje,  wtedy,  co  ją  ojciec 
zwymyślał od pijaczek, bo chciała pokazać, że się 
nie boi wody. Winem za to nie gardziła i jak tylko 
udało  jej  się  zebrać  parę  miedziaków  albo 
przetrząsnąć mężowską marynarkę, posyłała mnie 
do  karczmy  po  butelkę,  którą  ukrywała  pod 
łóżkiem, żeby jej ojciec nie znalazł. Miała siwawy 
wąsik  i  rozczochrane,  skołtunione  włosy  zebrane 
na  czubku  głowy  w  nieduży  kok.  Wokoło  ust 
można  było  zauważyć  kilka  blizn  czy  znaków, 
małych i różowych, okrągłych jak ziarna śrutu. To 
jej,  zdaje  się,  pozostało  po  złośliwych  krostach, 
jakie  miała  za  młodu;  czasami  latem  te  blizny 
jakby odżywały, robiły się ciemniejsze, a w końcu 
wzbierały  ropą  i  wyglądały  jak  łepek  od  szpilki. 
Jesień je zabijała, a zima wymiatała. 

Moi rodzice  źle żyli ze sobą; brakowało  im nie 

tylko  wykształcenia,  ale  i  cnót,  i  nie  umieli  się 
zgodzić z tym, co Bóg daje — te wszystkie wady 
niestety miałem odziedziczyć. Mało się troszczyli 
o dobre obyczaje i o hamowanie instynktów, toteż 
lada  przyczyna,  nawet  najmniejsza,  wystarczała, 
żeby 

45 

background image

wybuchła  burza,  która  się  ciągnęła  całymi  dniami 
bez  końca.  Ja  najczęściej  nie  stawałem  po  żadnej 
stronie,  bo  jeżeli  mam  rzec  prawdę,  to  było  mi 
wszystko  jedno,  kto  będzie  miał  złojoną  skórę; 
czasem  się  cieszyłem,  że  dostał  ojciec,  kiedy 
indziej,  że  matka,  ale  nigdy  nie  robiłem  z  tego 
wielkiej sprawy. 

Matka  nie  umiała  czytać  i  pisać;  ojciec  umiał  i 

tak  był  z  tego  dumny,  że  rzucał  jej  to  w  twarz  w 
każdy  poniedziałek  i  każdy  wtorek.  I  często 
nazywał  ją  głupią  bez  dania  racji.  Była  to  obelga 
dla mojej matki bardzo ciężka, toteż robiła się zła 
jak  bazyliszek.  Czasami  pod  wieczór  ojciec 
przychodził do domu z gazetą i — chcieliśmy czy 
nie  —  sadzał  nas  oboje  w  kuchni  i  czytał 
wiadomości;  potem  następowały  objaśnienia  i  od 
tej  chwili  ja  trząsłem  się  ze  strachu,  bo  z  tych 
objaśnień wynikała zawsze jakaś awantura. Matka, 
aby  rozzłościć  ojca,  mówiła,  że  w  gazecie  wcale 
nie  pisze  o  tym,  co  on  czytał,  że  wszystko  sobie 
wyssał  z  palca,  wtedy  on  szalał  ze  złości, 
wrzeszczał,  jakby  stracił  rozum,  wołał  na  nią 
„głupia wiedźma", a na końcu krzyczał zawsze, że 
gdyby  umiał  sam  powiedzieć  takie  rzeczy,  o  któ-
rych pisze gazeta, to akurat przyszłoby mu na myśl 
z nią się ożenić. Tu się zaczynało. 

46

 

background image

Matka 

wyzywała 

ojca  od  kosmatych  i 

niedo-rajdów,  od  głodomorów  i  Portugalczyków, 
a ten, jakby tylko czekał na  to słowo, zdejmował 
pas  i  gonił  matkę  naokoło  kuchni  tak  długo,  aż 
miał  tego  dosyć.  Ja  z  początku  obrywałem  przy 
tym raz czy dwa razy pasem, ale potem nabrałem 
doświadczenia i nauczyłem się, że jedyny sposób, 
żeby  się  nie  zamoczyć,  to  nie  wychodzić  na 
deszcz,  więc  jak  tylko  z  wąchałem,  że  coś 
niedobrego  się  święci,  zostawiałem  ich  samych  i 
zmykałem. Niech robią, co chcą. 

Prawda,  że  życie  w  mojej  rodzinie  nie  było 

słodkie, ale że nie dano nam wybierać, tylko — i 
to  już  przed  urodzeniem  —  mamy  już 
wyznaczone miejsca, jedno po jednej stronie, inne 
po  drugiej,  starałem  się  pogodzić  z  tym,  co  mi 
przypadło  w  udziale,  bo  to  jedyny  sposób,  żeby 
nie  popaść  w  rozpacz.  W  dzieciństwie,  to  jest, 
kiedy  wola  człowieka  łatwiej  poddaje  się 
kierowaniu,  posyłali  mnie  przez  krótki  czas  do 
szkoły;  ojciec  powiedział,  że  walka  o  życie  jest 
bardzo  ciężka  i  że  trzeba  się  przygotować  i 
walczyć jedyną bronią, jaka jest skuteczna, to jest 
bronią rozumu. 

Mówił  to  wszystko  jednym  tchem  jak  wy-

uczoną  lekcję  i  głos  jego  w  tych  chwilach 
wydawał mi się łagodniejszy i przybierał to- 

47

 

background image

ny całkiem dla mnie niespodziewane... Potem, jak 
gdyby  żałował  tych  słów,  wybuchał  głośnym 
śmiechem  i  w  końcu  zawsze  powiadał  to  samo, 
prawie z czułością: 

—  Nie zważaj na mnie, chłopcze... Ja się 

już starzeję! 

Zamyślał się i powtarzał cicho po kilka razy: 

—  Starzeję się!... Starzeję!... 

Moja edukacja szkolna trwała krótko. 
Ojciec,  jak  wspomniałem,  gwałtowny  i  de-

spotyczny  w  jednych  wypadkach,  kiedy  indziej 
był  słaby  i  tchórzliwy.  Na  ogół  zauważyłem,  że 
mój  ojciec  był  mocny  tylko  w  gębie,  a  jak 
przyszło  co  do  czego,  nie  wiem,  czy  ze  strachu, 
czy  jak,  rzadko  kiedy  umiał  się  postawić.  Matka 
nie  miała  chęci,  żebym  chodził  do  szkoły,  i  jak 
tylko  nadarzyła  się  okazja,  a  czasem  nawet  i  bez 
okazji, zawsze powtarzała, że po to, żeby pozostać 
biednym całe życie, nie warto się uczyć. To ziarno 
upadło na żyzną glebę, bo mnie też nie za bardzo 
ciągnęło do wysiadywania na lekcjach, więc oboje 
razem  z  matką  i  jeszcze  z  pomocą  czasu 
przekonaliśmy w końcu ojca i zgodził się,' żebym 
porzucił  naukę.  Umiałem  już  czytać  i  pisać, 
dodawać  i  odejmować  i  faktycznie  było  tego 
dosyć, żeby się 

48

 

background image

poruszać  po  świecie.  Kiedy  rzuciłem  szkołę, 
miałem dwanaście lat; ale  nie ma co tak naglić z 
opowiadaniem,  bo  wszystko  w  swoim  czasie  i 
rannym wstawaniem nie przyspieszysz świtu. 

Byłem jeszcze całkiem mały, kiedy urodziła się 

moja  siostra  Rosario.  Z  tego  czasu  zachowałem 
wspomnienie nie za jasne i nie wiem, czy potrafię 
bardzo  dokładnie  opowiedzieć  te  zdarzenia, 
spróbuję  jednak,  bo  myślę,  że  choć  moja 
opowieść  może  zgrzeszyć  niedokładnością,  to 
zawsze będzie bliższa prawdy niż to wyobrażenie, 
jakie mógłby pan sobie wyrobić o tym, sądząc na 
podstawie własnej fantazji i na oko. Przypominam 
sobie,  że  tego  popołudnia,  kiedy  urodziła  się 
Rosario,  było  gorąco;  chyba  wypadło  to  w  lipcu 
albo  w  sierpniu.  Pole  było  ciche  i  spieczone 
skwarem,  a  cykady  piłowały  tak  zawzięcie,  że 
wydawało  się,  iż  chcą  przepiłować  ziemię  aż  do 
kości; ludzie pochowali się po kątach, bydlęta też, 
a  słońce  tam,  w  górze,  jak  władca  świata, 
oświetlało  wszystko,  spalało  wszystko...  Porody 
mojej matki były ciężkie i bolesne; była to kobieta 
na  wpół  jałowa  i  sucha  w  sobie,  a  bóle  były 
większe niż jej siły. Ponieważ biedaczka nigdy nie 
była wzorem cnót ani dumy i nie 

4 — Rodzina...

 

49 

background image

umiała  cierpieć  w  milczeniu  jak  ja,  załatwiała  to 
krzykiem.  Krzyczała  kilka  godzin,  kiedy 
wydawała  na  świat  Rosario,  bo  —  na  domiar 
nieszczęścia  —  miała  porody  powolne.  Przecież 
mówi  przysłowie:  „kobieta,  co  pomału  rodzi..." 
(drugiej  części  nie  wypisuję  ze  względu  na 
wysoką  osobistość,  dla  której  te  kartki  są 
przeznaczone).  Była  przy  mojej  matce  pewna 
wiejska kobieta, kuma Engra-cia, co mieszkała na 
szczycie  wzgórza,  specjalistka  od  uśmierzania 
bólów  i  akuszerka,  na  pół  wiedźma  i  pełna 
sekretów;  przyniosła  ze  sobą  lekarstwa,  którymi 
smarowała brzuch matki, żeby złagodzić bóle, ale 
że  ta,  z  maściami  czy  bez,  tak  samo  wrzeszczała 
wniebogłosy  —  kumie  Engracii  nie  przyszło  nic 
lepszego do głowy, jak zacząć oskarżać matkę, że 
bezbożna  i  zła  chrześcijanka,  a  że  w  tej  chwili 
matka  wyła jak potępiona, przyszło mi do głowy, 
że  może  naprawdę  ona  ma  diabła  w  sobie.  Moje 
wątpliwości trwały krótko, bo zaraz się wyjaśniło, 
że powodem tych niezwyczajnych wrzasków była 
moja nowa siostra. 

Ojciec  przechadzał  się  tymczasem  wielkimi 

krokami  po  kuchni.  Kiedy  Rosario  się  urodziła, 
podszedł  do  łóżka  matki  i  nie  bacząc  na  jej 
położenie  zwymyślał  ją  od  ostatnich,  powiedział 
nawet „ścierwo", a potem 

50

 

background image

E

 

tak  wymłócił  pasem,  że  po  dzień  dzisiejszy  się 
dziwię, że jej nie zatłukł. Później odszedł i przez 
całe  dwa  dni  nie  wracał;  a  jak  wrócił,  był  pijany 
na umór; podszedł do łóżka matki i pocałował ją; 
matka  pozwalała  się  całować...  Potem  poszedł 
spać do obory. 

background image

la  Rosario  zrobili  kojec,  niezbyt  głęboki,  na  dnie 
rozsypali wełnę z całej poduszki i tam ją trzymali 
tuż  przy  łóżku  matki,  owiniętą  w  długie 
bawełniane  szmaty,  tak  mocno,  że  nieraz  sobie 
myślałem, czy jej w końcu nie uduszą. Nie  wiem 
dlaczego,  ale  dotychczas  zawsze  sobie  wy-
obrażałem, że małe dzieci są bielutkie jak mleko, i 
pamiętam  dobrze,  jakie  przykre  wrażenie  zrobiła 
na  mnie  moja  siostrzyczka, kiedy zobaczyłem, że 
jest  lepka  i  czerwona  jak  ugotowany  rak;  miała 
rzadki  puszek  na  głowie,  jak  pisklę  szpaka  albo 
gołębia,  ten  puszek  zgubiła  w  ciągu  kilku 
miesięcy,  a  rączki  miała  skurczone  i  tak 
przezroczyste,  że  aż  przykro  było  patrzeć.  Kiedy 
w trzy czy cztery dni po urodzeniu wyjęli ją z tych 
szmat,  żeby  ją  trochę  umyć,  mogłem  się  jej 
dokładnie  przypatrzyć  i  chyba  wtedy  nie  wydała 
mi  się  taka  obrzydliwa,  jak  pierwszego  dnia;  jej 
skóra  zrobiła  się  mniej  czerwona,  oczki,  których 
jeszcze nie otwierała, 

52

 

background image

wyglądały,  jakby  chciały  ruszać  powiekami,  a 
nawet rączki jakoś wyzgrabniały. 

Kuma  Engracia  obmyła  dziewczynkę  dobrze 

wodą z rozmarynem — jaka  była to była, ale dla 
biedaków  użyteczna  była  na  pewno;  zawinęła  ją 
na  nowo  w  szmaty  mniej  zapaskudzone,  a 
odłożyła na bok do prania te, co je spotkał gorszy 
los. 

Dzieciątko zadowolone spało potem przez wiele 

godzin  bez  przerwy  i  w  domu  było  tak  cicho,  że 
nikt  by  nie  podejrzewał,  że  mieliśmy  poród. 
Ojciec  siedział  na  ziemi  tuż  obok  kojca  i  całe 
godziny  patrzył  na  córkę  „jak  ten  zakochany", 
powiadała  kuma  Engracia,  a  ja  prawie  już 
zapomniałem,  jaki  on  był  naprawdę.  Później 
wstawał, szedł się przejść po wsi i kiedy najmniej 
się  go  spodziewaliśmy,  o  takiej  porze,  w  której 
nigdy się w domu nie pokazywał, zjawiał się zno-
wu przy kojcu, z tak czułą miną i spojrzeniem tak 
pokornym,  że  kto  go  nie  znał,  pomyślałby,  że  to 
święty we własnej osobie. 

Rosario  zawsze  się  trudno  chowała  —  mało 

życia  mogła  wycisnąć  z  suchych  piersi  mojej 
matki! — i przez pierwsze lata nieraz tak źle z nią 
bywało,  że  o  mały  włos  nie  powędrowała  na 
tamten świat. Ojciec chodził strapiony, że dziecko 
się  nie  poprawia,  a  ponieważ  wszystkie  troski 
zwykle zalewał wi- 

53 

background image

nem,  przyszły  dla  nas  z  matką  takie  złe  czasy,  że 
tęskniliśmy  do  dawnych  lat,  co  się  nam  zdawały 
takie ciężkie, póki nie poznaliśmy gorszych. Tacy 
są  już  ludzie,  że  nienawidzą  tego,  co  mają,  żeby 
później  za  tym  tęsknić!  Matkę,  która  miała  teraz 
jeszcze słabsze zdrowie niż przed porodem, ojciec 
grzmocił  ile  wlazło,  a  ja,  choć  niełatwo  mu  było 
mnie  złapać,  obrywałem,  ile  razy  się  na  mnie 
natknął,  kuksańce  i  kopniaki,  aż  musiałem  sobie 
krew z zadka (za przeproszeniem) ocierać, a żebra 
miałem  tak  posiniaczone,  jakby  je  kto  macał 
rozpalonym żelazem. 

Powolutku  dziewczynka  zdrowiała  i  nabierała 

sił od tych zup z winem, bo ktoś mojej matce tak 
poradził,  a  że  z  natury  była  żwawa,  a  czas  nie 
mijał  darmo,  to  chociaż  z  chodzeniem  trochę 
dłużej potrwało niż zwykle, mówić zaczęła bardzo 
wcześnie,  a  mówiła  łatwo  i  swobodnie,  że 
wszyscy się zachwycali, jaka była śmieszna. 

Tak  minął  ten  czas,  kiedy  wszystkie  dzieci 

bywają zawsze jednakowe. Rosario wyrosła, stała 
się  prawie  panienką,  a  kiedy  zaczęliśmy  na  nią 
zwracać uwagę, stwierdziliśmy, że jest chytra jak 
jaszczurka,  a  że  w  mojej  rodzinie  nikt  nie  miał 
zwyczaju  używać  głowy      do      tego,      do     
czego      została      nam      dana, 

54 

background image

wkrótce  dziewczyna  stała  się  panią  w  domu  i 
wodziła  nas  wszystkich  za  nos.  Gdyby  z  natury 
była dobra, mogłaby dokonać wielkich rzeczy, ale 
że, jak widać, Bóg nie chciał, aby które z nas się 
wyróżniło  dobrymi  skłonnościami,  Rosario 
skierowała  swój  spryt  w  inną  stronę  i  prędko 
zaczęliśmy  żałować,  że  nie  była  głupia,  bo 
nadawała  się  do  wszystkiego,  tylko  do  niczego 
dobrego:  kraść  umiała  zręcznie  niczym  stara 
Cyganicha,  jakby  nigdy  nic,  i  od  młodości 
ciągnęło  ją  do  butelki;  pokumała  się  z  jakąś 
rozpustną  staruchą  i  służyła  jej  za  przynętę,  a  że 
nikt nie zajął się tym, żeby skierować ku dobremu 
ten  bystry  rozsądek,  było  z  nią  coraz  gorzej,  aż 
pewnego  dnia'—  miała  wtedy  czternaście  lat  — 
porwała z chałupy wszystko, co tylko miało jakąś 
wartość, i odjechała do Trujillo, do Elwiry. Co się 
działo  w  domu  po  jej  odejściu,  może  pan  sobie 
wyobrazić:  ojciec  obwiniał  matkę,  matka  ojca... 
Kogo  najwięcej  dotknęła  ucieczka  Rosario,  to 
ojca, i odczuliśmy to na  własnej skórze, bo jeżeli 
dawniej, kiedy mieszkała w domu, ojciec się starał 
nie  wszczynać  przy  niej  awantur,  to  teraz,  od 
kiedy  jej  zabrakło  i  nie  mogła  tego  oglądać  i 
słuchać, każda godzina i każde miejsce wydawało 
mu  się  dobre,  żeby  robić  piekło.  Aż  dziwne 
pomyśleć, że ojciec, czło- 

55 

background image

wiek  dziki  i  uparty  jak  rzadko  kto,  tylko  jej  był 
posłuszny;  wystarczyło  jedno  spojrzenie  Rosario, 
żeby uspokoić jego gniew, i niejeden raz ominęły 
nas  baty  przez  to,  że  ona  była  w  domu.  Kto  by 
pomyślał,  że  takie  chłopisko  da  się  opanować 
temu delikatnemu stworzeniu! 

W  Trujillo  była  pięć  miesięcy,  póki  złośliwa 

gorączka  nie  przygnała  jej  z  powrotem  do  domu. 
Wróciła  na  pół  żywa,  leżała  w  łóżku  prawie  cały 
rok,  bo  choroba  nie  chciała  jej  puścić.  Tak 
niewiele  jej  już  brakowało,  że  za  sprawą  ojca, 
który — choć pijak i obwieś — był też uczciwym 
chrześcijaninem,  siostrę  opatrzono  świętymi 
sakramentami  i  przygotowano  do  ostatniej 
podróży. 

Choroba  miała,  jak  to  zawsze  bywa,  swoje 

nawroty  i  po  dniach,  kiedy  wydawało  się,  że 
dziewczyna  odżywa,  przychodziły  noce,  kiedy 
wszyscy  myśleliśmy,  że  kona;  rodzice  stracili 
ochotę  do  kłótni  i  z  tych  smutnych  czasów 
najlepiej  zapamiętałem  spokój  tych  miesięcy, 
kiedy  ucichły  wszystkie  bijatyki,  tak    przybici   
chodzili starzy! 

Sąsiadki  znosiły  rozmaite  zioła,  ale  żeśmy 

najwięcej wierzyli kumie Engracii, 'do niej trzeba 
było  się  uciec  i  prosić  o  rady,  żeby  uzdrowiła 
Rosario;  Bóg  jeden  wie,  jakie  wymyślne  to 
przepisane leczenie, ale dokłada- 

56 

■!

 

background image

liśmy  tylu  starań,  że  musiało  jej  pomóc,  bo 
chociaż  powoli,  ale  widać  było,  że  jej  zdrowie 
powraca.  Jak  mówi  przysłowie,  złego  diabli  nie 
biorą, i nie chcąc przez to powiedzieć, że Rosario 
była  zła  (choć  po  prawdzie  nie  przysiągłbym  też 
na  to,  że  jest  dobra),  muszę  stwierdzić,  że  kiedy 
popiła  trochę  tych  ziółek  przepisanych  przez 
kumę Engracię, prędko powróciło zdrowie, a wraz 
z nim uroda i siły. 

Ledwie  przyszła  do  siebie  ku  radości  rodziców, 

bo  jeżeli  w  czym  się  z  sobą  zgadzali,  to  tylko  w 
swojej  trosce  o  córkę,  ta  bestia  znów  zaczęła 
pokazywać swoje rogi i nuż naciągać na pieniądze 
biedaka  ojca,  po  to,  żeby  bez  pożegnania,  jak  to 
modne  we  Francji,  znowu  pofrunąć  w  świat  — 
tym  razem  do  Almendralejo  —  i  zamieszkać  u 
Marii Nieves z Madrytu. Rzecz to pewna, przynaj-
mniej  dla  mnie,  że  nawet  w  naj  nędzniej  szym 
człowieku  jakaś  szczypta  dobrego  zawsze  się 
znajdzie; tak i Rosario nie całkiem wygnała nas ze 
swej  pamięci  i  od  czasu  do  czasu  —  na  czyjeś 
imieniny  albo  na  Boże  Narodzenie  —  przysyłała 
jakąś  kamizelkę,  a  choć  czasem  tak  ciasną,  że 
ledwie  by  jej  starczyło  na  osłonięcie  brzucha,  to 
przecie  na  dobro  jej  to  trzeba  policzyć,  bo  ona 
sama  mimo starań  gorliwszych, niż  wymagało jej 
zajęcie, wcale 

57 

background image

nie opływała w dostatki. Właśnie w Almen-dralejo 
poznała chyba tego mężczyznę, co ją miał zgubić; 
nie mówię tu o honorze, ten już musiał być wtedy 
dobrze  zrujnowany,  ale  o  kieszeni,  bo  po  utracie 
pierwszego,  już  tylko  o  to  drugie  dbać  była 
powinna.  Nazywał  się  ten  osobnik  Paco  Lopez, 
wołali  go  „Sztywny"  —  i  muszę  przyznać,  że 
chłopak był urodziwy, chociaż z oczu patrzyło mu 
nie najlepiej, zwłaszcza że jedno oko miał szklane 
zamiast  prawdziwego,  które  Bóg  wie  jeden  w 
jakiej  bijatyce  utracił,  toteż  patrzył  tak,  że 
najbystrzejszy nie wiedział, w którą stronę, i tracił 
rezon.  Był  to  chłop  wysoki,  szczupły,  prawie 
blondyn,  trzymał  się  tak  sztywno  i  prosto,  że  na 
pewno  miał  rację  ten,  kto  mu  wymyślił  to 
przezwisko.  W  charakterze  zawodu  miał  tylko 
własną twarz, bo znalazły się kobiety dość głupie 
na  to,  żeby  go  utrzymywać,  tak  że  wolał  nie 
pracować, co jeżeli nie za bardzo mi się podobało, 
to nie wiem, czy przypadkiem nie dlatego, że sam 
nigdy nie miałem okazji tak się urządzić; mówili, 
że  w  swoim  czasie  próbował  szczęścia  z 
jednorocznymi  bykami  na  arenach  w  Andaluzji; 
nie wiem, czy temu wierzyć, bo mnie ten człowiek 
wydawał  się  odważny  tylko  przed  kobietami,  ale 
że one, a wśród nich i moja siostra, ufały mu z za- 

58 

background image

mkniętymi oczyma, żył sobie jak król, bo pan wie, 
co znaczy dla kobiety toreador. Raz poszedłem na 
kuropatwy  i  koło  folwarku  „Los  Jarałeś"  (co  jest 
własnością  don  Jesusa)  akurat  się  na  niego 
natknąłem. Wybrał się na spacer do lasu na świeże 
powietrze, 

jakich 

pięćset  kroków  od 

Almendralejo;  szedł  pięknie  ubrany  w  beżowym 
garniturze,  w  cyklistówce  i  z  laseczką  w  ręku. 
Przywitaliśmy się i łobuz, widząc, że nie pytam o 
siostrę,  chciał  mnie  pociągnąć  za  język,  żebym 
sam coś powiedział;  ja  się  nie  dawałem  wziąć na 
to,  a  on  musiał  pomyśleć,  że  nie  mam  śmiałości, 
bo  ni  stąd,  ni  zowąd,  jakby  niechcący,  kiedy  już 
podawaliśmy sobie ręce na pożegnanie, rzucił: 

—  Ą. Rosario? 
—  Sam wiesz najlepiej... -- 
Ja? 
—  No chyba. 
—  A niby skąd ja mam wiedzieć? Mówił tak 
poważnie i można by pomyśleć, 

że  nigdy  w  życiu  nie  skłamał;  mnie  było  nie-
przyjemnie rozmawiać z  nim o Rosario, wie pan, 
jak to jest. 

Facet uderzał laseczką po kępkach majeranku. 
—  A więc tak, żebyś wiedział! Rosario ma 

się dobrze! Nie to chciałeś wiedzieć? 

59 

background image

—  Uważaj,  Sztywny!...  Uważaj!...  Ja  sobie  w 

kaszę  dmuchać  nie  dam  i  u  mnie  nie  wszystko 
kończy się na słowach! Nie kuś mnie i lepiej mnie 
nie tykaj!... 

—  A po co cię mam tykać, kiedy nie ma gdzie? 

Co chcesz wiedzieć o Rosario? I w ogóle dlaczego 
się wtrącasz do Rosario? Że twoja siostra? No, to 
co? Jest też moją narzeczoną, jeżeli o to chodzi. 

W  słowach  on  był  górą,  ale  gdyby  przyszło  do 

pięści,  to  przysięgam  panu  na  pamięć  moich 
zmarłych, że ukatrupiłbym go, zanim on by zdążył 
kiwnąć  palcem.  Chciałem  ostygnąć,  bo  znam 
swoją  naturę,  a  wiem,  że  kiedy  mężczyzna 
załatwia  porachunki  z  mężczyzną,  niedobrze  jest, 
kiedy jeden ma w ręku fuzję, a drugi nie ma. 

—  Słuchaj, Sztywny, lepiej o tym nie mó 

wić! Że Rosario z tobą chodzi? Dobrze, niech 
tak będzie!    Co mi do tego? 

Sztywny  wybuchnął  śmiechem;  wydawało  się, 

że się pali do bijatyki. 

—  Wiesz, co ci powiem? 
—  No co? 
—  Że gdybyś ty był kochankiem mojej siostry, 

tobym cię zabił. 

Bóg  widzi,  że  zamilknąć  wtedy  kosztowało 

mnie dużo zdrowia; nie chciałem się z nim bić, nie 
wiem dlaczego. Dziwnie mi było, że 

60

 

background image

ktoś  tak  do  mnie  mówi,  we  wsi  nikt  by  się  nie 
odważył powiedzieć mi ani połowy tego, co on. 

—  I jeżeli jeszcze  raz  cię  złapię  na  tym,  że  za 

mną łazisz, zabiję cię na placu podczas jarmarku. 

—  Dosyć tych przechwałek! 
—  Zakłuję cię! 
—  Uważaj, Sztywny... Uważaj... 

Tego dnia wbił mi się cierń między żebra, co mi 

jeszcze do dziś tkwi. 

Dlaczego  nie  wyrwałem  go  w  tej  samej  chwili, 

tego  sam  nie  wiem...  Minął  jakiś  czas  i  siostra 
przyjechała do nas znowu, żeby wy-kurować się z 
innej  gorączki,  i  opowiedziała  mi,  jaki  koniec 
miała ta pyskówka. Sztywny przyszedł wieczorem 
do  domu  Nieves  odwiedzić  Rosario  i  odwołał  ją 
na bok: 

— Wiesz, że masz brata, co nie jest mężczyzną 

? co nie jest niczym? 

■—  I  kładzie  uszy  po  sobie,  jak  królik,  kiedy 

słyszy hałas? 

Moja siostra zaczęła mnie bronić, ale nic to nie 

pomogło;  chłop  był  górą.  Wygrał  ze  mną,  i  to 
była jedyna partia, jaką przegrałem, bo nie grałem 
na swoim terenie. 

61 

background image

—  Słuchaj    no, ptaszyno: pomówmy o innych 

sprawach. Ile masz? 

—  Osiem peset. 
—  Nic    więcej? 

— 

Nic więcej. Co chcesz? Ciężkie czasy!.. 

Sztywny tak długo siekł ją po twarzy trzci 
nową laseczką, aż się zmęczył. 

Potem... 

—  Wiesz, że masz brata, co nie jest męż 

czyzną? 

Siostra  zaklinała  mnie  na  wszystko,  żebym 

został we wsi. 

Cierń  między  żebrami  jakby  się  poruszył. 

Dlaczego nie wyrwałem go w tej chwili, tego nie 
wiem do dziś... 

background image

an  mi  wybaczy  nieporządek  w  tym  opowiadaniu, 
ale ja w nim patrzę na człowieka, a nie na czas, i 
przez  to  muszę  skakać  z  początku  na  koniec  i  z 
końca na początek jak ten konik polny, ale już tak 
jest, że żadnym innym sposobem nie wybrnąłbym 
z  tego,  bo  tak  mówię  wszystko  jak  leci,  w  tej 
kolejności,  co  mi  przychodzi  na  myśl,  a  nie 
zatrzymuję się, żeby to zbudować jak powieść, bo 
pomijając,  że  prawdopodobnie  by  mi  to  nie 
wyszło,  zawsze  bałbym  się,  że  się  rozgadam,  a 
potem nagle tak mnie zatka, że nie będę wiedział, 
jak z tego wyleźć. 

Lata  płynęły  nad  nami  jak  nad  całym  światem, 

życie  w  domu  toczyło  się  tymi  samymi  drogami 
co  zawsze  i  jeżeli  nie  mam  zmyślać,  to  niewiele 
mogę  panu  dać  o  tych  czasach  wiadomości, 
których by pan sobie nie wyobrażał. 

Piętnaście  lat  po  narodzeniu  mojej  siostry, 

kiedy zarówno chudość mojej matki, jak jej wiek, 
wszystkiego prędzej pozwalały się spo- 

63

 

background image

dziewać  niż  tego,  żeby  miała  nam  dać  nowego 
brata, starej urósł brzuch nie wiadomo od kogo — 
bo mam podejrzenie, że już w tym czasie łaził do 
niej  pan  Rafael  —  więc  już  tylko  trzeba  było 
odczekać  swoje  i  przyjąć  jeszcze  jednego  do 
rodziny.  Narodziny  biednego  Maria  —  bo  tak 
nazwaliśmy  nowego  brata  —  były  czystym 
przypadkiem,  i  to  bardzo  przykrym,  bo  na 
dodatek,  jakby  mało  było  tych  wrzasków  matki 
przy porodzie, to jeszcze  wszystko przytrafiło się 
równocześnie  ze  śmiercią  ojca.  Ta  śmierć,  gdyby 
nie była tragiczna, z pewnością mogłaby pobudzić 
do śmiechu kogoś, kto by o tym myślał obojętnie. 
Kiedy  Mario  przyszedł  na  świat,  ojca  od  dwóch 
dni  już  trzymaliśmy  zamkniętego  w  komorze,  bo 
go  ugryzł  wściekły  pies,  i  chociaż  na  początku 
zdawało  się,  że  go  wścieklizna  ominie,  później 
zaczęło nim trząść tak mocno, żeśmy się wszyscy 
zlękli.  Kuma  En-gracia  pouczyła  nas,  że  gdyby 
ojciec  spojrzał  na  matkę,  toby  poroniła,  a  że 
biedaka  nie  było  gdzie  podziać,  zamknęliśmy  go 
w  komórce  z  pomocą  sąsiadów  i  z  zachowaniem 
wszelkich możliwych ostrożności, bo kąsał tak, że 
niejednemu  odgryzłby  rękę;  jeszcze  do  dziś  ze 
smutkiem  i  strachem  wspominam  te  godziny... 
Boże,  ile  wysiłku  nas  kosztowało,  żeby  go 
obezwładnić! Ryczał jak lew, 

64

 

background image

przysięgał, że nas wszystkich pozabija, a w oczach 
miał  taki  ogień,  że  zrobiłby  to  na  pewno,  gdyby 
Bóg  pozwolił.  Od  dwóch  dni  więc,  jak 
powiedziałem,  trzymaliśmy  go  w  zamknięciu,  a 
on krzyczał jak opętaniec i kopał we drzwi, które 
musieliśmy  podeprzeć  deskami;  toteż  nie  dziwi 
mnie, że Mario przynaglany  w dodatku  krzykami 
matki, przyszedł na świat zastraszony i ogłupiały; 
ojciec  umilkł  w  końcu  —  a  było  to  na  Trzech 
Króli — i kiedy poszliśmy go wyciągnąć myśląc, 
że  nie  żyje,  znaleźliśmy  go  rozciągniętego  na 
ziemi  z  twarzą  tak  przerażoną,  jakby  przekroczył 
próg  piekła.  Ja  się  trochę  przeląkłem,  że  matka 
zamiast płakać, jak oczekiwałem, śmiała się, więc 
nie  miałem  innej  rady,  tylko  połknąć  łzy,  co  się 
cisnęły  do  oczu,  na  widok  trupa,  co  miał  otwarte 
oczy,  nabiegłe  krwią  i  półotwarte  usta  z  wysa-
dzonym na wierzch sinym językiem. Kiedy miało 
się  go  chować,  ksiądz  don  Manuel,  jak  mnie 
zobaczył,  wypalił  mi  kazanie.  Niewiele  sobie 
przypominam z tego, co wtedy powiedział; prawił 
mi  o  drugim  świecie,  o  niebie  i  piekle,  o 
Najświętszej  Pannie,  o  pamięci  ojca,  a  kiedy  mi 
się  wyrwało,  że  co  do  pamięci  ojca,  to  lepiej  go 
będzie  nie  wspominać,  don  Manuel  położył  mi 
rękę  na  głowie  i  powiedział,  że  śmierć  przenosi 
ludzi z jed- 

5 — Rodzina...

 

65

 

background image

nego  królestwa  do  drugiego  i  bardzo  się  gniewa, 
jeśli  z  nienawiścią  mówimy  o  tych,  których  ona 
stawia  przed  Boskim  Sądem.  Oczywiście  nie 
powiedział  mi  tego  w  ten  sposób,  wyraził  to  w 
słowach odpowiednich i mądrych, ale to, co chciał 
powiedzieć,  niezbyt  daleko  w  końcu  odbiega  od 
tego,  co  napisałem.  Od  tego  dnia,  ilekroć 
spotykałem  don  Manuela,  pozdrawiałem  go  i 
całowałem  w  rękę,  ale  jak  się  ożeniłem,  żona  mi 
powiedziała,  że  takie  rzeczy  nie  przystoją  męż-
czyźnie,  no  i  naturalnie,  już  nie  mogłem  mu  się 
kłaniać; później się dowiedziałem, że don Manuel 
powiedział  o  mnie, że jestem jak ta  róża  wyrosła 
na  gnojówce,  i  w  tej  chwili,  Bóg  widzi,  miałem 
ochotę  go  udusić;  później  to  mi  przeszło,  a  że  z 
natury wpadam w złość łatwo, ale mi prędko mija, 
zapomniałem  o  tym,  a  zresztą,  tak  Bogiem  a 
prawdą, to nigdy nie byłem pewny, czy dobrze to 
zrozumiałem; może don Manuel wcale nic takiego 
nie  powiedział  —  nie  powinno  się  wierzyć  we 
wszystko,  co  ludzie  gadają  —  a  gdyby  nawet  i 
mówił...  kto  wie,  co  przez  to  chciał  powiedzieć! 
Kto  wie,  może  wcale  nie  chciał powiedzieć tego, 
co ja usłyszałem! 

Gdyby Mario miał rozum, kiedy opuszczał ten 

padół łez, na pewno nie odszedłby zby- 

66

 

background image

tnio  nim  zachwycony.  Krótko  żył  wśród  nas,  jak 
gdyby przeczuł,  jakich będzie  miał krewniaków  i 
wolał  wyrzec  się  tego  towarzystwa  na  korzyść 
niewiniątek  w  raju.  Bóg  widzi,  że  dobrą  wybrał 
drogę,  bo  wiele  cierpień  sobie  oszczędził 
oszczędzając  dalszych  lat!  Gdy  odszedł  od  nas, 
nie  miał  jeszcze  dziesięciu  lat,  a  jeżeli  to  bardzo 
mało w porównaniu z tym, co przez ten czas miał 
przecierpieć, to przecież dosyć, żeby w ciągu tego 
czasu nauczyć się mówić i chodzić, a on żadnej z 
tych  rzeczy  nie  potrafił;  biedak  tylko  czołgał  się 
po ziemi jak robak i takie piski wydawał z gardła i 
nosa,  jak  szczur;  tylko  tego  się  nauczył.  Już  w 
pierwszych  latach  jego  życia  wszyscyśmy 
zrozumieli, że biedak głupim się urodził i głupim 
umrze;  miał  półtora  roku,  kiedy  mu  wyrósł 
pierwszy  ząb,  ale  w  takim  dziwnym  miejscu,  że 
kuma  Engra-cia,  co  tyle  razy  była  naszą 
Opatrznością,  musiała  go  wyciągnąć  sznurkiem, 
żeby  mu  się  nie  wbijał  w  język.  W  tym  samym 
prawie  czasie,  może  od  tej  krwi,  co  jej  tak  dużo 
połknął  po  wyrwaniu  zęba,  zrobiła  mu  się  jakaś 
wysypka czy krosty na tyłku (za przeproszeniem) 
i  te  biedne  pośladeczki  prawie  całkiem  ze  skóry 
oblazły do żywego mięsa, bo uryna mieszała się z 
ropą  z  tych  wrzodów;    kiedy    trzeba    mu    było   
kłaść    okłady 

67

 

background image

z octu i soli na bolące miejsca, dzieciak tak płakał, 
że  zmiękłoby  nawet  i  najtwardsze  serce.  Potem 
trochę  mu  się  polepszyło  i  jakiś  czas  minął 
spokojnie.  Mario  bawił  się  butelką,  co  najwięcej 
lubił, albo wygrzewał się w słońcu dla nabrania sił, 
na  podwórzu  czy  przed  domem  na  ulicy,  i  tak 
jakoś sobie żyło niebożątko, raz lepiej, raz gorzej, 
ale  już  spokojniej,  aż  wreszcie  pewnego  dnia  — 
dziecko miało  wtedy cztery lata  — los, co tak się 
na  niego  zawziął,  choć  nie  wiadomo  za  co,  bo 
biedactwo nikomu nie dokuczało i Boga nie kusiło, 
zrządził,  że  świnia  (za  przeproszeniem)  na 
podwórku  obgryzła  mu  oba  uszy.  Aptekarz  don 
Raimundo zasypał mu rany żółciutkim proszkiem, 
kseroformem;  tak  strasznie  żal  było  na  niego 
patrzeć  pożółco-nego  i  bez  uszu,  że  wszystkie 
sąsiadki,  żeby  malca  pocieszyć,  znosiły  mu,  co 
miały:  jedna  nadziewanego  ogórka  w  niedzielę, 
druga  kilka  migdałów  albo  oliwek,  albo  kawałek 
kiełbasy... Biedny Mario, jak on dziękował swoimi 
czarniutkimi oczyma za te pociechy! Jeżeli źle mu 
było  dotychczas,  to  jeszcze  gorsze  życie  go 
czekało  po  tym  wypadku  ze  świnią  (za 
przeproszeniem); dniami i nocami płakał i wył jak 
porzucone  dziecko,  a  że  cierpliwość  matki  się 
wyczerpała  wtedy  właśnie,  kiedy  najwięcej  jej   
było trzeba, miesiącami leżał 

68

 

background image

na  ziemi  w  brudzie  i  jadł  tylko  to,  co  mu  kto 
rzucił,  aż  wreszcie  nawet  ja  —  chociaż,  prawdę 
mówiąc,  nigdy  się  za  dużo  nie  myłem  — 
poczułem  do  niego  obrzydzenie.  Ile  razy  świnia 
(za przeproszeniem) nasunęła  mu  się  na  oczy, co 
w  naszej  prowincji  spotykało  się  tyle  razy  na 
dzień,  ile  tylko  chciałeś,  brata  nachodziło  takie 
opętanie, że robił się  jak wariat; krzyczał  jeszcze 
głośniej  niż  zawsze  i  cwałował  na  czworakach, 
byle  prędzej  się  za  czymś  schować,  a  na  jego 
twarzy  i  w  oczach  widać  było  taki  przestrach,  że 
sam Lucyper by się nim wzruszył, gdyby się zja-
wił na ziemi. 

Pamiętam,  że  któregoś  dnia  —  była  właśnie 

niedziela  —  z  wielkiego  strachu  napadła  go  taka 
wściekłość,  że  w  ucieczce  rzucił  się  —  Bóg  wie 
dlaczego — na pana Rafaela, co był akurat u nas, 
bo  od  śmierci  ojca  chodził  po  naszym  domu  jak 
po własnym; biedakowi nie przyszło do głowy nic 
lepszego  tylko  próbować  ugryźć  starego  w  nogę, 
ale  tamten  drugą  nogą  dał  mu  takiego  kopniaka 
prosto  w  bliznę  po  odgryzionym  uchu,  że  biedak 
upadł  jak  nieżywy  bez  zmysłów  i  wyciekało  z 
niego tyle wody, że aż zląkłem się, czy już w nim 
zabrakło  krwi.  Stary  śmiał  się,  jakby  zrobił  nie 
wiem co wielkiego, a ja nabrałem do niego w tym 
dniu takiej nienawiści, że 

69 

background image

przysięgam  panu  na  zbawienie  duszy:  gdyby  Bóg 
nie  zabrał  mi  go  wtedy  spod  ręki,  byłbym  go 
ukatrupił przy pierwszej okazji. Dziecko leżało jak 
długie, a matka — mówię panu, aż się zląkłem, że 
jest taka podła — zamiast go podnieść, śmiała się 
razem  z  panem  Rafaelem;  ja,  przyznam  szczerze, 
miałem  wielką  ochotę  Maria  podnieść,  ale  wola-
łem  tego  nie  zrobić...  Gdyby  w  tej  chwili  pan 
Rafael zaczął  mi urągać, przysięgam na  Boga, że 
byłbym go posiekał na oczach mojej matki! 

Odszedłem,  żeby  trochę  ochłonąć,  po  drodze 

spotkałem  siostrę  —  wtedy  była  we  wsi  — 
opowiedziałem  jej,  co  się  stało,  i  tyle  nienawiści 
zobaczyłem  w  jej  oczach,  że  aż  pomyślałem,  jak 
niedobrze  mieć  w  niej  wroga;  nie  wiadomo 
dlaczego  wspomniałem  Sztywnego  i  zaśmiałem 
się  na  myśl,  że  moja  siostra  mogłaby  kiedy  na 
niego takie oczy postawić... 

Jak  wróciliśmy  do  domu  ze  dwie  godziny 

później, pan Rafael zabierał się do odejścia; Mario 
wciąż  leżał  na  tym  samym  miejscu  twarzą  do 
ziemi  i  cichutko  jęczał,  a  blizna  mu  się  zrobiła 
sina i taka okropna, że wyglądał jak upiór, gorzej 
niż  ci  przebierańcy  na  ostatki;  siostra,  myślałem, 
że podniesie  wielki krzyk, ale ona  wzięła małego 
na ręce 

70

 

background image

i  ułożyła  z  powrotem  w  nieckach.  Tego  dnia 
wydała mi się piękna jak nigdy w sukni lazurowej 
jak  niebo  i  tak  wyglądała  jak  dzika  kocica,  co 
broni swoich dzieci, choć sama ich ani nie miała, 
ani jej nie były nigdy przeznaczone. 

Kiedy pan Rafael nareszcie sobie poszedł, nasza 

matka  wyjęła  Maria  z  niecek,  położyła  sobie  na 
kolanach,  przytuliła  go,  a  potem  wylizywała  mu 
ranę  przez  całą  noc,  jak  suka  nowo  narodzone 
szczenięta;  malutki  pozwalał  się  kochać  i 
uśmiechał się... Zasnął cichutko z tym uśmiechem 
na  ustach.  To  był  na  pewno  jedyny  raz  w  życiu, 
kiedy go widziałem      uśmiechniętego... 

background image

otem minął jakiś czas bez żadnego nowego 
nieszczęścia  z  małym,  ale  kogo  los 
prześladuje,  ten  mu  się  nie  wywinie, 

choćby  się  skrył  pod  ziemię,  toteż  kiedyś  po 
całym 

dniu 

szukania 

znaleźliśmy 

Maria 

utopionego  w  dzbanie  z  oliwą.  Znalazła  go  moja 
siostra  Rosario.  Leżał  tak  wykręcony,  jak  sowa 
złodziejka,  którą  złapał  wiatr;  przerzucony  przez 
brzeg  gąsiora  z  nosem  utkwionym  w  mazi  na 
dnie...  Kiedyśmy  go  podnieśli,  cienki  strumyczek 
oliwy  ciekł  mu  z  ust  niby  złota  nitka,  co  się 
zwijała w kłębek na brzuchu, a włosy, co za życia 
były  bez  koloru  jak  popiół,  teraz  całe  błyszczały 
tak pięknie, jakby po jego śmierci odrodziły się na 
nowo. Takie to dziwne rzeczy  wspominają  mi się 
ze śmiercią Maria... 

Matka  nawet  nie  zapłakała  po  śmierci  syna; 

sucha  musi  być  na  wnętrzu  kobieta,  co  ma  takie 
twarde  serce,  że  nie  znajduje  choćby  kilku  łez, 
żeby  skropić  nimi  nieszczęście  dzieciątka...  O 
sobie mogę powiedzieć nie wstydząc      się      tego,     
że      płakałem,      tak      jak 

72

 

 

background image

i  moja siostra Rosario, a taka nienawiść do  matki 
zrodziła  się  we  mnie  i  tak  szybko  rosła,  że 
zacząłem  bać  się  samego  siebie.  Kobieta,  co  nie 
płacze, jest jak wyschnięta studnia, do niczego nie 
zdatna, albo jak ptak, co nie śpiewa, i gdyby Bóg 
zechciał, toby mu opadły skrzydła, bo zwierzęciu 
skrzydła akurat dużo potrzebne. 

Wiele o tym  myślałem i  niejeden raz, a jeszcze 

po  prawdzie  i  teraz  myślę,  i  to  był  powód,  że 
utraciłem  dla  matki  najsampierw  szacunek,  a 
przywiązanie i dobre obejście z latami; dużo mi to 
dało  do  myślenia  i  chciałbym  wybić  okienko  w 
pamięci, boby mi dało zobaczyć, kiedy przyszedł 
ten  czas,  że  przestała  być  matką  w  moim  sercu  i 
odmieniła się we wroga. We wroga zaciekłego, bo 
nie  ma  gorszej  nienawiści  niż  nienawiść  własnej 
krwi, we wroga, co mi całą żółć popsuł, bo nikogo 
człowiek  nie  może  nienawidzić  goręcej  niż  tego, 
do kogo jest podobny, i obrzydliwość go bierze na 
to  podobieństwo.  Po  długim  myśleniu  nic  mi  się 
nie  rozjaśniło,  mogę  tylko  stwierdzić,  że 
szanować  ją  przestałem  już  dawno,  od  kiedy  w 
niej  już  nie  znajdowałem  żadnej  cnoty  ani  daru 
bożego  do  naśladowania,  i  musiała  iść  precz  z 
mego  serca  wtedy,  kiedy  w  niej  zobaczyłem  tyle 
zła, że całe nie pomieściłoby się w mej pier- 

73 

background image

si. Nim ją znienawidziłem do cna, minęło jeszcze 
trochę czasu — gdyż ani miłość, ani nienawiść nie 
rodzą  się  w  jeden  dzień,  i  jeżeli  powiem,  że  to 
było  mniej  więcej  w  tym  czasie,  kiedy  umierał 
Mario, to pewnie nie bardzo się pomylę. 

Dziecko  musieliśmy  wytrzeć  szarpiami  z  lnu, 

żeby  nie  stanęło  zatłuszczone  na  Sądzie 
Ostatecznym  i  przystroić  w  sukienki  uszyte  z 
perkalu,  co  był  w  domu,  i  w  trepki,  które 
poszedłem  kupić  do  wsi  i  w  krawacik  różowego 
koloru,  związany  pod  brodą  w  kokardę  niby 
motylek,  któremu  przyszedł  niewinny  kaprys 
przysiąść  na  ciele  zmarłego.  Pan  Rafael  musiał 
znaleźć  w  sercu  miłosierne  uczucie  po  śmierci 
tego,  co  go  za  życia  traktował  bez  żadnej  litości, 
bo pomógł nam zbić trumnę; krzątał się po domu 
gorliwy  i  przejęty,  jak  panna  młoda  przed 
weselem, to biegł po gwoździe, to po deski czy też 
po  kit,  a  na  tę  gorliwość  i  przejęcie  musiałem 
dawać pilne baczenie, bo choć nie wiem dlaczego, 
ale  i  wtedy,  i  teraz  coś  mi  mówiło,  że  w  głębi 
duszy  raduje  się,  jakby  się  kąpał  w  różanej 
wodzie.  Kiedy  mruczał  niby  od  niechcenia:  „Bóg 
tak  chciał!  Zabrał  aniołka  do  nieba!...",  takie  mi 
się  to  wydawało  podejrzane  i  dziwne,  że  teraz 
ledwie  mogę  sobie  przypomnieć,  co  się  wtedy  ze 
mną działo. 

74

 

background image

Potem  powtarzał  to  jak  refren  piosenki  przy 
zbijaniu desek i przy malowaniu. 

—  Do nieba poszedł aniołek!... — a jego 

słowa tłukły mi się w sercu, jakby tam był 
zegar we środku... Zegar, co mi wreszcie 
przebije pierś... Zegar, co przytakiwał jego 
słowom wymawianym powolutku i ostrożnie, 
jego oczkom wilgotnym, niebieskim niczym 
oczy węża, co patrzały na mnie niby to ze 
współczuciem, a tymczasem we mnie budziły 
tylko tłumioną nienawiść... Z przykrością 
przypominam sobie te godziny: 

—  Aniołek poszedł do nieba! Do nieba! 
Ach, diabelskie nasienie, i jak to udawał, 

chytry lis! Ale mówmy o czym innym. 

Nigdy nie  wiedziałem, co prawda, bo też nigdy 

mi nie przyszło do głowy zastanowić się nad tym 
poważnie,  jak  wyglądają  aniołowie;  był  czas,  że 
ich  sobie  wyobrażałem  z  blond  włosami  i 
ubranych w długie suknie niebieskie albo różowe; 
potem  przypuszczałem,  że  są  w  kolorze  chmur, 
smukli  i  prości.  Jedno,  co  wiem,  to  to,  że  nigdy 
ich  sobie  nie  wyobrażałem  podobnych  do  mego 
brata  Maria,  toteż  dlatego  podejrzewałem,  że  w 
słowach  pana  Rafaela  kryła  się  jakaś  zła  i  pod-
stępna  intencja,  czego  po  tym  draniu  można  się 
było spodziewać. 

Pogrzeb małego, tak jak    przed laty    po- 

75 

background image

grzeb  ojca,  był  ubogi  i  całkiem  zwyczajny,  a  za 
trumną,  mówię  bez  przesady,  zebrało  się  nie 
więcej  niż  pięć  czy  sześć  osób:  ksiądz  don 
Manuel, zakrystian Santiago, Lola, trzy czy cztery 
stare  kobiety  i  ja.  Przodem  Santiago  niósł  krzyż 
pogwizdując  i  kopiąc  przed  sobą  kamyki;  za 
trumną  kroczył  don  Manuel  w  białej  komży 
zarzuconej  na  sutannę,  co  wyglądała  jak  kaftanik 
do  czesania,  a  na  końcu  szły  staruchy  z  takim 
szlochaniem  i  zawodzeniem,  jakby  wszystkie 
razem  były  matkami  tego,  co  zamknięty  w 
trumnie szedł do ziemi. 

Lola  była  wtedy  na  pół  moją  narzeczoną,  a 

powiadam  na  pół  dlatego,  że  w  rzeczywistości, 
chociaż  mieliśmy  się  ku  sobie,  dotychczas  nie 
ośmieliłem  się  jej  powiedzieć  słowa  o  miłości; 
obawiałem się, że mną wzgardzi, i chociaż ona jak 
mogła  dodawała  mi  odwagi,  żebym  się  raz 
zdecydował,  zawsze  brała  we  mnie  górę 
nieśmiałość i kazała odwlekać sprawę, co i tak się 
wlokła  dłużej,  niż  powinna.  Ja  miałem 
dwadzieścia  osiem  czy  trzydzieści  lat,  ona, 
młodsza  trochę  od  mojej  siostry  Rosario, 
dwadzieścia  jeden  albo  dwadzieścia  dwa;  Lola 
była  wysoka,  śniada  na  twarzy,  miała  czarne 
włosy, a oczy takie głębokie i czarne, że aż bolało 
w  nie  patrzeć;  miała  jędrne  ciało,  jakby 
napęczniałe zdro- 

76

 

background image

wiem  i  taty  bujnie  rozwinięte,  że  każdy  mógł 
myśleć, że jest matką. A przecież, i to muszę panu 
powiedzieć  teraz,  nim  przejdę  do  innych  spraw, 
aby  czasem  później  nie  zapomnieć,  że  w  tym 
czasie Lola była taka sama, jak ją matka urodziła, i 
nie  więcej  znała  mężczyznę  niż  mniszka  w 
nowicjacie; przy tym się mocno upieram, żeby kto 
nie  wyrobił  sobie  o  niej  niesłusznej  opinii.  Co 
zrobiła później — a tylko Bóg wie o tym wszystko 
— to już sprawa jej sumienia, ale jaka była wtedy, 
jestem  pewien,  i  wiem,  jak  daleka  była  od 
wszelkiej  myśli  o  rozpuście,  toteż  nie  wahałbym 
się  ani  chwili  założyć  się  co  do  tego  z  samym 
diabłem  o  własną  duszę.  Nosiła  się  tak  dumnie  i 
poruszała z taką zuchwałą swobodą, że nikt by  w 
niej  nie  odgadł  ubogiej  chłopki,  a  jej  gęste  włosy 
splecione  ciasno  w  gruby  warkocz  i  upięte  na 
karku  były  takie  mocne,  że  po  wielu  miesiącach, 
kiedy już rządziłem nią jako mąż, lubiłem uderzać 
się nimi po policzkach, takie były mięciutkie i tak 
pachniały  jak  słońce,  jak  majeranek,  jak  chłodne 
kropelki  potu,  co  jej  występowały  nad  górną 
wargą, kiedy się zgrzała... 

Wracając  do  opowiadania,  pogrzeb  odbył  się 

prędko,  ponieważ  dół  był  już  wykopany,  trzeba 
było już tylko położyć brata do środ- 

77 

background image

ka  i  nakryć  go  ziemią.  Don  Manuel  odmówił 
modlitwę  po  łacinie,  kobiety  uklękły;  kiedy  Lola 
klęknęła,  widać  było  jej  łydki  i  uda,  białe  i 
napęczniałe  jak  nadziewana  kiszka...  nad  czarną 
pończochą. Wstydzę się tego co powiem, ale niech 
mi  Bóg  policzy  do  zbawienia  duszy  ten  trud,  co 
muszę  sobie  zadać,  żeby  to  wyznać,  w  tej  chwili 
uradowałem  się  śmiercią  mego  brata...  Uda  Loli 
błyszczały jak srebro, krew tętniła mi w skroniach 
i serce jakby chciało wyskoczyć z piersi... 

Nie  widziałem,  kiedy  odszedł  don  Manuel  i 

kobiety.  Byłem  jak  ogłupiały,  a  kiedy  zacząłem 
znowu  czuć,  że  żyję,  siedziałem  na  ziemi  świeżo 
usypanej  na  grobie  Maria;  dlaczego  tam 
pozostałem  i  ile  czasu  minęło,  tego  nigdy  się  nie 
dowiedziałem.  Pamiętam,  że  krew  ciągle 
pulsowała  mi  w  skroniach  i  serce  chciało 
wyskoczyć  i  fruwać  w  powietrzu.  Słońce 
zachodziło,  jego  ostatnie  promienie  padały  na 
smutny  cyprys,  moje  jedyne  towarzystwo...  Było 
gorąco, jakieś dreszcze biegały mi po całym ciele; 
nie  mogłem  się  poruszyć,  jakby  wilcze  oczy 
przykuły mnie do miejsca. 

Obok mnie stała Lola; jej piersi podnosiły się i 

opadały przy oddechu... 

78 

background image

—  To ty? 
—  Widzisz! 
—  Co tu robisz? 
—  No... nic! Jestem... Wstałem i 
chwyciłem ją za ramię. 
—  Co tu robisz? 

—  Mówię, że nic! Nie widzisz? Nic nie 

robię!... 

Lola patrzała na mnie przerażająco. Głos jej był 

niby  zza  grobu,  gruby  i  podziemny  jak  głos 
upiora... 

—  Jesteś jak twój brat! 
—  Ja?! 
—  Ty! Tak, ty! 

Było  to  dzikie  szamotanie.  Obalona  na  ziemię, 

przygwożdżona, była piękna jak nigdy... Jej piersi 
podnosiły  się  i  opadały  przy  oddechu  coraz 
szybciej...  Chwyciłem  ją  za  włosy  i  dobrze 
trzymałem  przyciśniętą  do  ziemi...  Siłowała  się, 
próbowała się wymknąć... 

Ugryzłem  ją  do  krwi,  aż  się  stała  posłuszna  i 

uległa jak młoda kobyła... 

—  Więc tego chciałaś? 
—  Tak! 
Lola pokazywała w uśmiechu równiutkie zęby... 

Później głaskała mnie po włosach. 

79

 

background image

—  Nie, nie jesteś jak twój braj!... Jesteś 

mężczyzną!... 

Słowa w jej    ustach brzmiały jak odbite echem: 

—  Jesteś mężczyzną!... Jesteś mężczyzną!... 
Ziemia była miękka, dobrze to pamiętam... 

A na ziemi pół tuzina maków dla mego zmarłego 
brata: sześć kropel krwi... 

—  Nie jesteś jak twój    brat! Jesteś męż-

czyzną!... 

—  Kochasz mnie? 
—  Tak! 

background image

hciała  Opatrzność,  że  piętnaście  dni 
minęło  od  chwili,  kiedy  zapisałem  te 

kartki; 

przez 

te 

dni 

zajęty 

przesłu-chiwaniami  i  wizytami  obrońcy,  a  także 
przenosinami  na  nowe  miejsce,  nie  miałem  ani 
chwili  wolnej, aby  wziąć pióro do ręki. Teraz po 
odczytaniu tych jeszcze nie bardzo licznych kartek 
cisną mi się do głowy najrozmaitsze myśli z takim 
pośpiechem  i  w  takim  zamąceniu,  że  choć  się 
mocno zastanawiam, nie mogę utrafić, przy której 
stronicy  się  mam  zatrzymać.  Jak  pan  widzi, 
opowiedziałem o wielu nieszczęściach i myślę, że 
siły mnie opuszczą, kiedy stanę wobec tego, co mi 
jeszcze  zostało  do  napisania,  a  co  jest  jeszcze 
smutniejsze,  aż  straszno  pomyśleć,  jak  we 
wszystkich  szczegółach  pamięć  jest  mi  wierna 
teraz,  kiedy  wszystkie  czyny  mego  życia  — 
których, niestety, nie można już odwrócić — mają 
być  wypisane  na  tych  kartkach  wyraźnie  jak  na 
szkolnej  tablicy;  bo  jakie  to  śmieszne  —  a 
zarazem  smutne,  Bóg  widzi!  —  kiedy  się 
zastanowić, że gdybym 

li — Hodzina...

 

81 

 

B+B 

background image

przed laty zmusił się do tego wysiłku pamięci, co 
robię  teraz,  to  dzisiaj  zamiast  pisać  w  więziennej 
celi,  grzałbym  się  w  słońcu  na  podwórzu  albo 
łowił  węgorze  w  strumieniu,  albo  gonił  dzikie 
króliki  po  lesie...  Byłbym  zajęty  jakąkolwiek  z 
tych  rzeczy,  którymi  zajmuje  się,  nie  myśląc  o 
nich,  większość  ludzi;  byłbym  wolny,  jak  wolna 
jest — też nie wiedząc o tym — większość ludzi; 
miałbym przed sobą Bóg wie ile lat życia, tak jak 
je  ma  —  nie  zastanawiając  się,  czy  je  może 
przeżyć bez pośpiechu — większa część ludzi... 

Tu,  dokąd  mnie  przewieźli,  jest  lepiej;  przez 

okno  widać  ogródeczek  starannie  utrzymany  i 
czyściutki  jak  salon,  za  ogródkiem  aż  do  gór 
ciągnie  się  spalona  słońcem,  jak  skóra  chłopa, 
równina,  a  przez  nią  przeciągają  —  czasami  — 
muły w zaprzęgu, w drodze do Portugalii, osiołki, 
co  truchcikiem  biegną  do  chat,  kobiety  i  dzieci 
idące po wodę do stajni... 

Ja wdycham moje powietrze, co może wchodzić 

i  wychodzić  z  celi,  bo  nic  za  nim  nie  idzie,  to 
samo  powietrze,  które  wdychać  będzie  jutro  albo 
innego dnia przechodzący mulnik... Widzę pstrego 
motyla,  jak  lata  niezdarnie  nad  słonecznikami, 
wpadnie  do celi,  okręci się  ze dwa  razy i  wyleci, 
bo nic ze 

82

 

background image

sobą nie przynosi, a w końcu może przysiąść i na 
poduszce dyrektora... Ja łapię do czapki mysz, co 
zjadała moje okruszyny, oglądam ją i wypuszczam 
—  bo  nic  ze  sobą  nie  przynosi  —  i  patrzę,  jak 
umyka  miękkim  kroczkiem,  żeby  się  schować  w 
swej dziurze, a potem wyjdzie z dziury uszczknąć 
trochę  z  porcji  przybysza,  co  tylko  jakiś  czas 
po-będzie w tej celi, aby potem stąd pójść wprost 
do piekła, najczęściej... 

Może  mi  pan  nie  uwierzy,  jeżeli  powiem,  że 

teraz  gnębi  mnie  smutek  i  utrapienie,  a  przecież 
mogę  pana  zapewnić,  że  żałuję  za  grzechy  nie 
mniej niż święty; może mi pan nie uwierzy, bo za 
dużo  złego  słyszał  pan  o  mnie  od  ludzi  i  zbyt 
niedobrze  o  mnie  mówili  dotychczas,  a  jednak... 
Ja to panu mówię wszystko nie po co innego, jak 
właśnie po to, żeby powiedzieć, może tylko po to, 
żeby  nie  wybić  sobie  z  głowy  myśli,  że  pan  po-
trafi zrozumieć, co ja mówię, i uwierzyć w to, na 
co nie przysięgam na moje zbawienie, bo niewiele 
by  się  przydało  teraz  na  to  przysięgać...  Gorycz 
podchodzi  mi  do  gardła,  jak  gdyby  serce 
fabrykowało  gorzki  sok  z  aloesu  zamiast  krwi; 
podnosi  się  ta  gorycz  i  opada  mi  na  piersi, 
zostawiając  kwaśny  posmak  na  podniebieniu  i 
jakiś zapach na języku, i wysusza mnie we środ- 

83

 

background image

ku, ciężka i niezdrowa jak zaduch piwniczny... 

Przerwałem  na  jakiś  czas  pisanie,  może  na 

dwadzieścia  minut,  może  na  godzinę  czy  dwie... 
Dróżką przechodziło — jak dobrze to było widać 
z  mego okna!  —  kilka osób. Na pewno nawet im 
się  nie  śniło,  że  ja  na  nich  patrzę,  tak  sobie  szli 
swobodnie.  Byli  tam  dwaj  mężczyźni,  kobieta  i 
dziecko;  wydawali  się  zadowoleni,  że  tak  sobie 
idą...  Mężczyźni  mieli  po  trzydzieści  lat,  kobieta 
trochę  mniej;  dziecko  nie  więcej  niż  sześć. 
Dziecko  szło  boso,  podskakiwało  jak  koza 
naokoło  krzaków,  ubrane  tylko  w  koszulinę,  co 
mu  nie  zakrywała  nawet  brzucha...  Dreptało 
małymi  kroczkami  naprzód,  przystawało,  rzucało 
kamykami  w  przelatującego  ptaka...  Wcale  nie 
było  podobne,  a  jednak,  jakże  mi  przypominało 
mego brata Maria! 

Kobieta,  pewnie  matka  dziecka,  była  smagła, 

jak  wszystkie,  i  promieniała  taką  radością,  że 
przyjemnie  było  na  nią  patrzeć...  Była  całkiem 
inna  niż  moja  matka,  a  jednak  —  dlaczego  tak 
bardzo mi ją przypominała? 

Pan  wybaczy,  ale  dłużsj  nie  mogę.  Mało  brak, 

żebym się rozpłakał... Pan wie tak dobrze jak i ja, 
że mężczyzna,    co sam siebie 

84

 

background image

?

 

szanuje, nie poddaje się łzom jak byle ko- 

j; 

bieta... 

i j; 

Będę    ciągnął      dalej      opowiadanie;      smutne 

\ \ 

jest, wiem to dobrze, ale jeszcze smutniejsze 

'm. 

wydają  mi  się  te  filozofie,  bo  nie  stworzone  jest 
do  nich  moje  serce  —  maszyna,  co  fabrykuje 
krew,  którą  jakieś  pchnięcie  nożem  ma 
wytoczyć... 

background image

oje  sprawy  z  Lolą  toczyły  się  po  drogach, 
które nie są Panu nieznane, a kiedy minęło 
trochę  czasu,  niespełna  pięć  miesięcy  od 

pogrzebu  brata,  zaskoczyła  mnie  —  wie  pan,  jak 
to  bywa  —  nowina,  która  najmniej  powinna  była 
mnie zaskoczyć. 

Było  to  na  świętego  Karola,  w  miesiącu 

listopadzie.  Poszedłem  do  Loli,  jak  co  dzień  od 
kilku  miesięcy;  jej  matka,  jak  zwykle,  wstała  i 
poszła sobie. Moja narzeczona była trochę blada i 
jakaś  dziwna,  jak  później  dopiero  zrozumiałem, 
wyglądała, jakby płakała, jakby ją męczyło jakieś 
ciężkie strapienie... Rozmowa — co nigdy nie szła 
nam  za  żwawo  —  tego  dnia  wciąż  się  rwała 
płoszona  słowami,  jak  świerszcze  odgłosem 
kroków,  jak  przepiórki,  gdy  posłyszą  śpiew 
wędrowca;  za  każdym  razem  kiedy  otwierałem 
usta,  słowo  utykało  mi  w  gardle,  suchym  jak 
ściana... 

—  No to nie mów, jeżeli nie chcesz. 
—  Przecież chcę. 

86

 

 

background image

—  To mów... Ja ci przeszkadzam? 
—  Pascual... 
—  Co? 
—  No, wiesz?... 
—  Nie. 
—  I nie domyślasz się? 
—  Nie. 

Teraz  śmiać  mi  się  chce,  jak  pomyślę,  że  nie 

mogłem wpaść na to... 

—  Pascual! 
—  Co? 
—  Jestem przy nadziei... 
Na  początku  nie  pojąłem.  Jakby  mnie  kto 

walnął  obuchem  po  głowie,  taka  dziwna  mi  była 
ta nowina, nigdy nie myślałem, że to, co usłyszę, 
co było takie przecie naturalne, może się zdarzyć 
naprawdę. Nie wiem sam, co myślałem... 

Uszy  mnie  piekły  i  zrobiły  się  czerwone  jak 

rozżarzone węgle; w oczy mnie coś szczypało jak 
mydło.  Może  co  najmniej  dziesięć  minut 
milczeliśmy  jak  nieżywi,  a  serce  tłukło  się  we 
mnie,  a  w  skroniach  coś  tykało  króciutko  jak 
zegarek; nie od razu to poczułem... 

Oddech  Loli  był  świszczący,  jakby  się 

przeciskał przez fujarkę. 

—  Więc jesteś brzemienna? 
—  Tak. 

87 

background image

Lola  wybuchła  płaczem.  Nie  mogłem  nic 

wymyślić, czym by ją pocieszyć. 

—  Nie bądź głupia. Jedni umierają... Inni 

się rodzą... 

Może  Bóg  oszczędzi  mi  jakiejś  męki  w  piekle 

za tę dobroć, co ją tego wieczora w sobie czułem. 

—  No i co w tym dziwnego? Twoja matka 

chodziła brzemienna, nim cię urodziła... 
I moja też. 

Wiele  się  natrudziłem  przy  tym  mówieniu. 

Zauważyłem,  że  Lola  mieni  się  na  twarzy; 
wygląda całkiem jak nie ona. 

—  Przecież to zawsze się zdarza, wiado 

mo. Nie ma się czego martwić. 

Spojrzałem na brzuch  Loli, nic nie było  widać. 

Była  piękna  jak  rzadko,  blada  na  twarzy  i  z 
włosami w nieładzie. 

Przysunąłem się i pocałowałem ją w policzek... 

Był  zimny  jak  martwy...  Lola  pozwalała  się 
całować  z  takim  uśmiechem,  że  wyglądała  jak 
męczennica z dawnych czasów. 

—  Jesteś zadowolona? 
—  Tak... Bardzo... 

 

—  Kochasz mnie taką? 
—  Tak, Lola... taką. 
Była to prawda. W tych chwilach właśnie 

88

 

background image

taką ją kochałem... młodą i z dzieckiem w łonie; 
moim synem, o którym wtedy marzyłem, żeby go 
wykształcić i wychować na człowieka... 

—  Pobierzemy  się,  Lola;  trzeba  przygotować 

papiery...    To tak nie może zostać... 

—  Nie... 

Głos Loli był jak westchnienie. 

—  Chcę  pokazać  twojej  matce,  że-umiem 

spełniać obowiązek jak mężczyzna. 

—  Ona wie... 
—  Nie wie! 

Kiedy chciałem odchodzić, była już noc. 

—  Zawołaj matkę. 
—  Moją matkę? 
—  Tak. 
—  Po co? 
—  Żeby jej powiedzieć. 
—  Ona już wie. 

—■  To  nic,  że  wie...  Chcę  jej  to  sam  powie-

dzieć. 

Lola  wstała  —  taka  była  wysoka!  —  i  wyszła. 

Kiedy  przechodziła  przez  próg  kuchni,  podobała 
mi się jak nigdy... 

Zaraz potem przyszła matka. 
—  Co chcesz? 
—  Wiadomo. 
—  Widzisz, coś jej zrobił? 
—  Dobrze zrobiłem. 

89

 

background image

—  Dobrze? 

■—  Tak,  dobrze.  A  co,  może  jeszcze  nie  ma 

lat? 

Matka zamilkła; nigdy nie myślałem, że będzie 

taka zgodna. 

—  Chcę z wami mówić. 
—  O czym? 
—  O córce. Ja się z nią ożenię... 
—  No ja myślę! A całkiem to postano-

wiłeś? 

—  Całkiem. 
—  I dobrze się namyśliłeś? 
—  Bardzo dobrze. 
—  Przez taki krótki czas? 
—  Czasu było aż zanadto. 
—  No to czekaj; zawołam ją. 

Stara wyszła i długi czas nie wracała; widać się 

ze sobą spierały. Kiedy wróciła, ciągnęła  Lolę za 
rękę. 

—  Patrz, on się chce żenić. A ty go chcesz? 
—  Tak... 
—  No  to  dobrze...  Pascual  jest  dobry  chłopak; 

już  ja  wiedziałam,  że  tak  zrobi...  No  to  jazda, 
pocałujcie się. 

—  Jużeśmy się pocałowali. 
—  To  pocałujcie  się  jeszcze  raz.  Prędzej,  i 

żebym ja widziała. 

Podszedłem  do  dziewczyny  i  pocałowałem; 

całowałem ją mocno, ze wszystkich sił 

90 

background image

i  przyciskałem    do    siebie,    nie    zważając  na 
matkę. 

A jednak... Ten pierwszy pocałunek dozwolony 

mało mi smakował, o wiele mniej niż te pierwsze 
na cmentarzu, co się zdawały już tak daleko. 

—  Mogę zostać? 
—  Tak, zostań. 
—  Nie,  Pascual,  nie  zostawaj  tu  jeszcze,  nie 

zostawaj. 

—  Ale  tak,  córko,  niech  on  zostanie.  Czy  nie 

będzie twoim mężem? 

Zostałem i spędziłem z nią noc... 

Na  drugi  dzień  z  samego  rana  poszedłem  do 

kościoła parafialnego; wszedłem do zakrystii. Był 
tam  don  Manuel  i  przygotowywał  się  do  mszy, 
której miał wysłuchać don Jesus, jego gospodyni i 
jeszcze  dwie  czy  trzy  staruchy.  Kiedy  mnie 
zobaczył w progu, zdumiał się. 

—  Ty tutaj? 
—  Tak, przyszedłem porozmawiać... 
—  Długa to będzie rozmowa? 
—  Tak, proszę księdza. 
—  Możesz zaczekać, aż odprawię mszę? 
—  Tak, proszę księdza. Nie ma pośpiechu. 
—  To czekaj na mnie. 

Don Manuel otworzył drzwi zakrystii i wskazał 

mi ławkę, jak wszystkie kościelne 

91 

background image

ławki,  z  nie  malowanego drzewa, twardą  i zimną 
jak  z  kamienia,  ale  na  takich  ławkach  człowiek 
czasem spędza takie piękne chwile... 

—  Usiądź tam. Jak zobaczysz, że don Je-            sus   

klęka,    ty    też    przyklęknij;    kiedy    zobaczysz, że 
don Jesus się podnosi, podnieś się .        ; i ty; kiedy 
zobaczysz, że don Jesus siada, to usiądź też... 

—  Dobrze, proszę księdza. 

Msza trwała, jak wszystkie msze, dobre 

pół godziny, ale te pół godziny migiem jakoś 
mi 

przeszło...

 
\ 

Kiedy      skończył,      wróciłem      do      zakrystii...           

Don Manuel przebierał się. 

—  No, mów. 
—  Bo    widzi    ksiądz...      Chcę    się    ożenić. 
—  O,  to  pięknie,  synu,  bardzo  dobrze;  po  to 

przecież  Pan  Bóg  stworzył  mężczyznę  i  kobietę, 
żeby uwiecznić rodzaj ludzki. 

—  Tak, proszę księdza. 
—  No dobrze, dobrze... A z kim? Z Lolą? 
—  Tak, proszę księdza. 
—  I myślisz o tym już od dawna? 
—  Nie,    proszę    księdza,    od wczoraj... 
—  Dopiero od wczoraj? 
—  Dopiero. Bo ona mi wczoraj powiedziała, co 

się stało. 

—  A co się stało? 

92 

background image

—  No... 
—  W ciąży? 
—  Tak,    proszę księdza.    W    ciąży. 
—  No  więc,  synu,  najlepiej,  żebyście  się 

pobrali.  Pan  Bóg  wam  wszystko  przebaczy,  a 
nawet  u  ludzi  zyskacie  szacunek.  Dziecko, 
urodzone  poza  małżeństwem,  to  grzech  i  obraza 
boska.  Dziecko,  urodzone  z  rodziców  po 
chrześcijańsku 

zaślubionych, 

to 

błogosła-

wieństwo... Sporządzę ci papiery. Jesteście z sobą 
spokrewnieni? 

—  Nie, proszę księdza. 
—  Tym lepiej. Przyjdź tu za dwa tygodnie; ja ci 

to wszystko przygotuję. 

—  Dobrze, proszę księdza. 
—  A dokąd idziesz teraz? 
—  No jakże, proszę księdza... pracować! 
—  A  może  chciałbyś  się  przed  tym  wy-

spowiadać? 

—  Tak... 

Wyspowiadałem się i zrobiło mi się tak lekko i 

błogo, jakby mnie kto wykąpał w ciepłej wodzie... 

background image

płynął  dobry  miesiąc,  aż  12  grudnia,  w 
dzień  Matki  Boskiej  z  Gwadelupy,  tego 
roku 

przypadający 

we 

środę, 

po 

wypełnieniu  wszystkich  kościelnych  przepisów 
Lola i ja pobraliśmy się! 

Chodziłem strapiony i smutny, jakbym się bał tego 
kroku, co go miałem zrobić — bo ożenić się to rzecz 
bardzo poważna, do diabła! — więc przychodziły 
chwile, kiedy się czułem taki słaby i bez wigoru, że 
zapew-              1 niam      pana,      mało      brakowało,      a     
cisnąłbym              1 wszystko, alem tego nie zrobił, bo 
podniósł-              1 by się wielki wrzask, którego bałem 
się wcale nie mniej, więc za najlepsze uznałem siedzieć 
cicho i czekać, co będzie; pewnie tak samo myślą 
jagnięta, kiedy je prowadzą do rzeźni. O sobie mogę 
powiedzieć, że jak tamto już było blisko, to w pewnej 
chwili pomyślałem, że zwariuję. A może wywąchałem. 
że czeka mnie nieszczęście, sam nie wiem... Najgorsze,   
że    ten węch    nie zapowiadał mi wcale lepszego 
szczęścia w kawalerskim stanie... Na wesele wydałem 
wszystkie moje osz- 

94 

 

background image

czędności — bo inna rzecz ożenić się wbrew woli, 
a  inna,  kiedy  człowiek  chce  się  pokazać,  jak 
przystało — toteż wypadło jeżeli nie wspaniale, to 
przecież  suto  i  hucznie,  jak  każde  inne.  Kościół 
kazałem przystroić w maki i kwitnący rozmaryn, i 
zrobiło się miło i przytulnie, może przez to, że nie 
biło  takie  zimno  od  sosnowych  ław  i  kamiennej 
posadzki.  Ona  była  na  czarno,  w  obcisłym  ko-
stiumie  z  najlepszej  tkaniny,  w  koronkowym 
welonie,  co  jej  podarowała  matka  chrzestna;  w 
ręku miała kilka gałązek pomarańczowego kwiatu 
i  taka  była  dumna  i  przejęta  swoją  rolą,  że 
wyglądała jak jaka królowa; ja miałem eleganckie 
ubranie granatowe  w czerwone paski, pojechałem 
je  kupić  aż  do  Ba-dajoz,  nową  czarną  atłasową 
czapkę  z  daszkiem,  pierwszy  raz  ją  tego  dnia 
nałożyłem,  jedwabną  chusteczkę  na  szyi,  a  na 
brzuchu złoty łańcuszek od zegarka... Piękna z nas 
była  para,  zapewniam  pana,  oboje  młodzi  i  tacy 
wystrojeni!...  Aj,  te  piękne  czasy!  Były  w  nich 
chwile,  kiedy  człowiek  mógł  się  spodziewać 
szczęśliwości;  jakie  te  chwile  dalekie  dziś  mi  się 
zdają!... 

Do  ołtarza  prowadził  nas  panicz  Sebastian,  ten 

od aptekarza, i pani Aurora, siostra don Manuela; 
ksiądz  na  zakończenie  nas  pobłogosławił  i 
machnął nam kazanko, co trwało 

95 

background image

trzy  razy  dłużej  niż  cała  ceremonia,  a  jeżeli jakoś 
wytrzymałem,  to  nie  przez  co  innego  —  Bóg 
widzi!  —  jak  przez  obowiązek;  tak  mnie  to  w 
końcu  znudziło.  Ksiądz  znowu  mówił  o 
uwiecznieniu  rodzaju,  a  także  o  papieżu  Leonie 
XIII, coś niecoś wspomniał też o świętym Pawle i 
niewolnikach...  Jak  Bóg  na  niebie,  chłop  miał 
dobrze  obmyśloną  tę  mowę!  Kiedy  skończył  się 
kościelny obrządek — a myślałem, że nie skończy 
się  nigdy!  —  poszliśmy  wszyscy  kupą,  niby  jaka 
komisja,  do  mnie  do  domu,  gdzie  bez  wielkiego 
zbytku,  ale  z  całego  serca  przysposobiliśmy 
jedzenia i picia dość, żeby nakarmić do syta tych, 
co  byli,  a  nawet  i  jeszcze  dwa  razy  więcej.  Dla 
kobiet  była  do  picia  czekolada,  a  do  tego 
naleśniki,  placki  z  migdałami,  biszkopty  i 
ugniecione  figi,  a  dla  mężczyzn  manzanilla, 
kiełbaski i salceson na przekąskę, oliwki, sardynki 
z  konserw...  Wiem,  że  później  niektórzy 
obgadywali,  bo  nie  dałem  obiadu;  a  niech  sobie 
gadają.  Mogę  w  każdym  razie  pana  zapewnić,  że 
nie  kosztowałoby  mnie  to  więcej,  gdybym  tak 
zrobił,  jak  chcieli,  ale  ja  wolałem  nie  gotować 
obiadu,  bo  za  dużo  z  tym  kłopotu,  a  ja  miałem 
chęć  odjechać  z  żoną  jak  najprędzej.  Mam 
spokojne sumienie, że zrobiłem jak należy — albo 
i lepiej — 

96 

background image

to  mi  wystarczy,  a  co  do  tego  szemrania...  lepiej 
nie zwracać uwagi! 

Jak  już  uhonorowałem  gości  i  nadarzyła  się  do 

tego  okazja,  chwyciłem  żonę,  posadziłem  na 
zadzie kobyły ustrojonej w rząd, com go od pana 
Vicentego  na  te  dni  pożyczył,  po  czym  drobnym 
truchcikiem,  w  obawie,  żeby  Lola  nie  spadła, 
wjechaliśmy  na  szosę,  w  stronę.  Meridy,  bo  tam 
mieliśmy spędzić trzy dni; te trzy dni były chyba 
najszczęśliwsze  w  moim  życiu...  Przystawaliśmy 
po  drodze  ze  sześć  razy,  żeby  odetchnąć,  a  jak 
teraz  sobie  przypominam,  to  nadziwić  się  nie 
mogę,  co  nas  napadło,  żeby  zrywać  stokrotki  i 
wpinać je sobie we włosy. Jak się  wydaje, nowo-
żeńcom  powraca  nagle  cała  niewinność  dzie-
ciństwa... 

Kiedy  wjeżdżaliśmy  do  miasta  przez  rzymski 

most  drobnym,  równiutkim  truchcikiem,  trzeba 
było  nieszczęścia,  że  kobyła  się  czegoś  przelękła 
— kto wie czego, może tej rzeki — i jakąś biedną 
starowinę,  co  przechodziła  tamtędy,  tak  zdzieliła 
kopytem, że o mało nie rozbiła jej głowy i o włos 
byłaby 

starucha 

wpadła 

do 

Guadiany. 

Zeskoczyłem  zaraz  z  konia,  żeby  jej  pomóc,  bo 
nie  uchodzi  przyzwoitym  ludziom  w  takim 
wypadku przejechać obok, jakby nigdy nic. Stara, 
jak się okazało, tylko najadła się strachu, więc 

7 — Rodzina...

 

97 

background image

dałem  jej  reala  —  żeby  nie  narzekała  —  po-
klepałem ze dwa razy po ramieniu i wróciłem do 
Loli. Lola się uśmiechała i ten jej uśmiech, niech 
mi  pan  wierzy,  bardzo  mnie  zabolał;  nie  wiem, 
czy  to  było  jakieś  przeczucie...  tak,  jakby  mnie 
serce  zabolało  z  tego,  co  ją  mogło  spotkać.  Nie 
dobrze śmiać się z nieszczęścia bliźniego, to panu 
mówi  człowiek,  który  był  bardzo  nieszczęśliwy 
przez całe swoje życie; Bóg karze nie kijem i ka-
mieniem, ale wiadomo, że kto mieczem zabija... A 
poza tym, choćby nawet  i tak nie było, nigdy nie 
zawadzi być ludzkim. 

Zamieszkaliśmy  w  zajeździe  Mirlo,  w  dużym 

pokoju na prawo od wejścia, i przez dwa pierwsze 
dni,  że  byliśmy  tak  okrutnie  zakochani,  nie 
wysadzaliśmy ani nosa na ulicę. Dobrze nam tam 
było;  pokój  obszerny  z  wysokim  stropem 
podpartym 

kasztanowymi 

belkami,  kaflową 

podłogą, 

czyściutko 

umytą, 

takim 

umeblowaniem  i  wygodami,  że  z  przyjemnością 
człowiek  z  nich  korzystał.  Przez  całe  życie 
wspomnienie  tej  sypialni  nie  odstępowało  mnie 
niczym  wierny  przyjaciel,  łóżko  najelegantsze, 
jakie w życiu widziałem, z orzechowego drzewa, z 
rzeźbionym  wezgłowiem,  z  czterema  materacami 
wypchanymi  praną  wełną...  jak  wygodnie  w  nim 
się leżało! Sam król lepszego nie ma! 

98 

background image

Stała  tam  też  komoda,  wysoka  i  brzuchata  jak 
matrona, z czterema głębokimi szufladami, a przy 
nich  złocone  gałki,  szafa  do  sufitu  z  ogromnym 
lustrem 

najlepszego 

gatunku 

dwoma 

kandelabrami — z tego samego drzewa, co i szafa 
—  po  jednym  z  każdej  strony,  żeby  dobrze 
oświetlić twarz... Nawet umywalnia — co zwykle 
jest  szkaradna  —  była  w  tej  izbie  elegancka,  na 
wygiętych  nóżkach  bambusowych,  a  do  tego  był 
dzbanek i miska z białej porcelany, z wymalowa-
nymi  po  brzegach  ptaszkami.  Na  ścianie  nad 
łóżkiem  wisiał  oleodruk,  wspaniały,  w  czterech 
kolorach;  przedstawiał  Mękę  Pańską;  był  też 
tamburynek  przybrany  w  czerwone  i  żółte 
pomponiki  z  wymalowaną  na  wierzchu  wieżą 
Giralda  z  Sewilli;  dwie  pary  ka-stanietów  po 
bokach,  obraz  przedstawiający  Cyrk  Rzymski, 
który  zawsze  sobie  ceniłem  przez  to,  jak  dobrze 
był odrobiony. Na komodzie stał też zegar z kulą, 
co  wyobrażała  glob  ziemski  i  co  ją  dźwigał  na 
plecach  goły  mężczyzna;  dwa  dzbanki  z 
talawerskiej  porcelany,  malowane  na  niebiesko, 
już  trochę  zniszczone,  ale  jeszcze  miały  ten 
połysk, co je tak przyjemnie zdobi. Sześć krzeseł, 
w tym dwa z  wysokim oparciem na plecy i z po-
ręczami,  miękkie,  kryte  czerwonym  pluszem  na 
siedzeniu (za przeproszeniem), ze sztyw- 

99 

background image

nymi  nogami,  takie  były  wygodne,  że  bardzo  za 
nimi  tęskniłem  już  po  powrocie  do  domu,  a  co 
dopiero  teraz,  od  kiedy  mnie  tu  wsadzili.  Jeszcze 
je wspominam, choć tyle lat minęło! 

Moja  żona  i  ja  nie  mogliśmy  się  do  syta 

nacieszyć  wygodami,  jakie  tu  nam  ofiarowano,  i 
jak rzekłem, z początku nie wychodziliśmy wcale 
na  ulicę. Bo co nas obchodzić  mogła ulica, jeżeli 
tam w pokoju mieliśmy wszystko,    czego nigdzie   
by nam nie dano? 

Zła to rzecz nieszczęście,  niech  mi pan  wierzy. 

A  szczęśliwość  owych  dni  aż  zaczynała  mnie 
dziwić, tak wydawała się zupełna... 

Trzeciego  dnia,  w  sobotę,  przysłani  tu  pewnie 

przez  krewnych  poturbowanej  staruszki,  zjawili 
się  przed  nami  dwaj  żandarmi.  Tłum  dzieciaków 
zgromadził się pod naszymi drzwiami na wieść, że 
przyszła  Gwardia  Cywilna,  i  narobiły  tyle 
wrzasku,  że  chyba  z  miesiąc  mieliśmy  go  pełne 
uszy.  Skąd  to  złośliwe  okrucieństwo  budzi  się  w 
dzieciach, gdy zwęszą  aresztanta? Patrzyli  na  nas 
jak  na  rarogów,  z  błyszczącymi  oczyma,  ze 
złośliwym  uśmieszkiem  na  ustach,  niczym  na 
owcę zakłuwaną w rzeźni — tak samo patrzą na tę 
owcę  i  zanurzają  nogi  w  kałuży  ciepłej  krwi,  tak 
samo  na  psa,  co  go  przejechał  wóz  i  co  go 
potrącają kijem, 

100 

background image

żeby  zobaczyć,  czy  jeszcze  żyje  —  albo  na  pięć 
nowo narodzonych kociąt, jak się topią w korycie, 
i  rzucają  w  nie  kamieniami,  a  przy  tym  co  i  raz 
wyciągają, żeby się pobawić, żeby przedłużyć im 
trochę  to  życie  —■  tak  ich  nienawidzą!  —  żeby 
nie  cierpiały  za  krótko...  Przyjście  Cywilnych 
zmieszało  mnie  najsampierw  i  chociaż  się 
wysilałem, aby udawać spokój, bardzo się boję, że 
przez  to  pomieszanie  nie  okazałem  się  dość 
spokojny. Razem z Cywilnymi przyszedł młodzik 
lat  koło  dwudziestu  pięciu,  wnuk  starej,  wy-
rośnięty  i  hardy  jak  zwykle  w  tym  wieku,  i  to 
mnie  ocaliło,  bo  wiadomo;  najlepiej  ułagodzić 
słowem  i  potrząsnąć  kiesą  —  toteż  jak  tylko 
nazwałem  go  zuchem  i  wsunąłem  sześć  peset  do 
ręki,  zaraz zrobił się  żywszy  niż  iskra  i  weselszy 
niż  kastaniety,  prosząc  Boga  —  tego  jestem 
pewny  —  żeby  jego  babka  częściej  wpadała  pod 
konie.  Ci  z  Gwardii  Cywilnej,  nie  wiadomo,  czy 
dlatego,  że  strona  poszkodowana  tak  łatwo  dała 
się  przekonać,  przygładzili  wąsa,  chrząknęli, 
bąknęli  coś  o  niebezpieczeństwie  nadużycia 
ostróg,  ale,  co  najważniejsza,  przestali  mi 
zawracać głowę i odeszli. 

Lola  prawie  zdrętwiała  ze  Strachu  w  czasie  tej 

wizyty,  ale  choć  łatwo  dawała  się  nastraszyć,  w 
gruncie rzeczy nie była tchórzli- 

101 

background image

wa  i  już  w  chwilę  później  przyszła  do  siebie, 
jakby  nigdy  nic;  rumieńce  wróciły  na  policzki,  a 
uśmiech  na  usta,  oczy  zaczęły  znów  błyszczeć  i 
od  razu  zrobiła  się  taka  ładniuch-na  i  przystojna 
jak zawsze. 

W tej właśnie chwili — dobrze to pamiętam — 

pierwszy  raz  jej  brzuch  wydał  mi  się  jakiś 
niezwyczajny  i  troska,  że  ją  widzę  w  tym  stanie, 
ścisnęła mi serce, ale zarazem uspokoiła sumienie, 
bo  już  się  bardzo  martwiłem,  że  myśl  o 
pierwszym  dziecku  za  mało  mnie  wzrusza. 
Niewiele  to  jeszcze  było  po  niej  widać  i  bardzo 
możliwe,  że  gdybym  nie  wiedział,  nic  bym  nie 
zauważył... 

W  Meridzie  kupiliśmy  kilka  drobiazgów  do 

gospodarstwa,  ale  że  nie  mieliśmy  za  dużo 
pieniędzy,  a  jeszcze  mniej  przez  te  sześć  peset, 
com 

je 

dał 

wnukowi 

poszkodowanej; 

postanowiłem wrócić do wsi, bo nie wydawało mi 
się rozsądnie opróżniać portmonetkę do ostatniego 
miedziaka. Osiodłałem  więc  kobyłę  i  nałożywszy 
jej 

świąteczny 

rząd 

pana 

Vicente, 

przytroczywszy  zwiniętą  derkę  do  siodła,  i 
usadziwszy  żonę  na  zadzie  miałem  powrócić  do 
Torremejia.  Mój  dom,  jak  pan  wie,  stoi  przy 
drodze  do  Almendralejo,  a  że  my  wracaliśmy  z 
Meridy,  musieliśmy  przejeżdżać  koło  wszystkich 
innych,  tak  że  sąsiedzi,    bo    miało    się    pod   
wieczór,    widzieli, 

102 

background image

jak  nadjeżdżaliśmy,  i  pośpieszyli  nas  przywitać, 
bo jeszcze wtedy byli nam życzliwi. Zeskoczyłem 
z  konia  przez  łeb,  żeby  czasem  Loli  nie  potrącić 
nogą,  bo  na  mnie  wołali  moi  koledzy  z 
kawalerskich  czasów,  i  razem  z  nimi  poszedłem. 
Koledzy prawie że mnie nieśli na ramionach i tak 
całą  gromadą,  śpiewając,  weszliśmy  do  karczmy 
Marineta  „Pod  Kogutem",  gdzie  gospodarz 
przycisnął  mnie  do  brzucha  tak  mocno,  aż  mnie 
zemdliło,  zwłaszcza  że  okropnie  cuchnął  białym 
winem.  Ucałowawszy  Lolę  w  policzek,  kazałem 
jej  jechać  do  domu,  pozdrowić  przyjaciółki  i 
czekać  na  mnie,  więc  odjechała  wierzchem  na 
mojej pięknej kobyle, wyprostowana i dumna jak 
królewna,  nie  przeczuwając  —  jak  to  zwykle 
bywa  —  że  to  zwierzę  będzie  przyczyną 
pierwszego strapienia. 

W karczmie, że to była gitara, dużo wina i pod 

dostatkiem  dobrego  humoru,  bawiliśmy  się  całą 
gębą i tak zapomnieliśmy o bożym świecie, że na 
śpiewaniu  i  popijaniu  czas  nam  mijał 
niepostrzeżenie.  Zachariasz,  syn  pana  Juliana, 
zaczął 

wyśpiewywać 

seguidille. 

Ach, 

przyjemnością się słuchało, jak wyciągał ten swój 
cieniutki  głos,  niby  szczygieł!  Kiedy  on  śpiewał, 
my  wszyscy  —  póki  byliśmy  spokojni  — 
słuchaliśmy w milczeniu, pogrążeni w zachwycie, 
ale kiedy wino i roz- 

103 

background image

mowa  dodały  nam  wigoru,  zaczęliśmy  śpiewać 
chórem  i  choć  nasz  śpiew  nie  wypadał  najlepiej, 
wśród tych żartów wszystko nam wybaczono. 

Szkoda,  że  nigdy  nie  wiadomo,  jak  daleko 

wesołość może ludzi zaprowadzić, bo gdyby się to 
wiedziało,  niejedna  przykrość  byłaby  nam 
zaoszczędzona; mówię to dlatego, że zabawa „Pod 
Kogutem" zakończyła  się  jak różaniec  po jutrzni: 
bijatyką, bo żaden z nas nie umiał zatrzymać się w 
porę.  Sprawa  była  zwyczajna,  tak  zwyczajna,  jak 
zwyczajne zawsze bywają sprawy, które najwięcej 
nam komplikują życie. 

Ryba  ginie,  bo  otwiera  pyszczek,  powiadają,  i 

powiadają też, że kto dużo mówi, łatwo głupstwa 
strzela, a  do zamkniętych ust  mucha  nie  wpadnie 
i, jak Bóg na niebie, coś w tym wszystkim jest, bo 
gdyby  Zachariasz  umilkł  w  porę,  jak  Pan  Bóg 
przykazał,  i  nie  wsadzał  nosa  do  cudzego  prosa, 
obaj  oszczędzilibyśmy  sobie  nieprzyjemności  i 
wtrącania się sąsiadów. Wino nie jest dobrym do-
radcą. 

Wśród najgorętszej zabawy Zachariasz, żeby się 

popisać  dowcipem,  opowiedział  nam  jakieś 
zdarzenie 

czy 

historyjkę 

jakimś 

go-łębiu-złodzieju,  a  ja  przysiągłbym  w  tamtym 
momencie — a nawet i teraz — że miał mnie 

104 

background image

na  myśli;  nigdy  nie  byłem  za  bardzo  obraźli-wy, 
to  prawda,  ale  bywają  przytyki  tak  wyraźne  — 
albo  takie  się  wydają  —  że  nie  sposób  ich  nie 
wziąć do siebie  ani też  utrzymać się  w  karbach i 
nie wybuchnąć. Odezwałem się ostro: 

—  Nic w tym nie widzę śmiesznego! 
—  A wszyscy widzą, Pascual. 
—  Może  i  tak,  nie  przeczę;  ale  powiadam,  że 

człowiek  przyzwoity  nie  każe  całej  gromadzie 
natrząsać się z kilku osób. 

—  Nie łap się za czapkę, Pascual, bo wiadomo, 

że na złodzieju... 

—  I  to  ci  jeszcze  powiem,  że  przyzwoity 

człowiek  nie  będzie  żartami  odpowiadał  na 
obelgi. 

—  Chyba nie o mnie to mówisz. 
—  Nie, o gubernatorze! 
—  E,  za  małoś  ty  mężczyzną,  żeby  tak  dużo 

grozić. 

—  Uważaj,  żebym  czasem  nie  spełnił  tych 

pogróżek. 

—  Żebyś nie spełnił? 

 

—  Tak.        -Podniosłem się 
z krzesła. 
—  Chcesz wyjść w pole? 
—  Nie trzeba. 
—  Ostro sobie poczynasz, bracie! 

105 

background image

Przyjaciele  odeszli  na  bok,  bo  nigdy  nie  było 

męską rzeczą przeszkadzać w bójce... 

Otworzyłem nóż powolutku; w takich chwilach 

jakiś  niepotrzebny  pośpiech  czy  niezręczny  ruch 
może  mieć  zgubne  następstwa.  Słychać  było 
brzęczenie muchy, taka się zrobiła cisza... 

Wstałem od stołu, podszedłem do Zachariasza i 

nim  zdążył  zipnąć,  dałem  mu  trzy  pchnięcia 
nożem,  aż  się  zwalił  i  dostał  drgawek.  Kiedy  go 
zanosili do apteki don Rai-munda, krew tryskała z 
niego jak z fontanny- 

background image

oszedłem  do  domu  z  trzema  czy  czterema 
bliższymi  kolegami,  trochę  strapiony  tym, 
co się stało. 

—  To trzeba mieć pieskie szczęście... żeby 

w trzy dni po ślubie... 

Szliśmy  milczący,  ze  spuszczoną  głową,  z 

ciężkim sercem. 

—  Sam winien, ja mam czyste sumienie. Po co 

mnie zaczepiał?... 

—  Daj już temu spokój, Pascual. 
—  Człowieku, przecież ja żałuję, sam widzisz! 

A zresztą, co się stało, to się nie odstanie! 

Świtało i piejące koguty wykrzykiwały na wiatr 

swoje  posłanie.  Pole  pachniało  ślazem  i 
majerankiem. 

—  Gdzie mu dałem? 
—  W ramię. 
—  Ile? 
—  Trzy. 
—  Wyjdzie z tego? 
—  Ale tak! Na pewno wyjdzie! 
—  Tym lepiej. 

107 

 

background image

Nigdy nie wydawała mi się karczma tak daleko 

od domu, jak wtedy... 

—  Zimno... 
—  Nie wiem, mnie nie zimno. 
—  Może jesteś niezdrów? 
—  Może... Przechodziliśmy koło 
cmentarza. 
—  Jak musi być źle tam pod ziemią! 

 

—  Człowieku! Dlaczego to mówisz? Co za 

myśli ci chodzą po głowie! 

—  Ano widzisz! 

Cyprys wyglądał jak upiór, wysoki i chudy 

strażnik Zmarłych... 

—  Paskudny jest ten cyprys. 
—  Paskudny! 

Na cyprysie sowa, ptak złej wróżby, wydawała 

swe tajemnicze hukanie. 

—  Niedobry to ptak. 
—  Niedobry... 
—  I co noc tu przylatuje! 
—  Co noc... 
—  Jakby      mu      się      podobało     

towarzystwo umarłych. 

—  Jakby... 
—  Co ci jest? 
—  Nic! Nic mi nie jest! Jakieś przywidzenia... 
Spojrzałem na Dominga, był blady jak ko-

nający. 

108 

background image

—  Chory jesteś? 
—  Nie... 
—  Boisz się? 
—  Bać    się,    ja?!    I    kogo    mam    się    bać? 
—  Nikogo, tak sobie mówię. 
Wtrącił się panicz Sebastian: 

 

—  Lepiej  już  zamilczcie,  nie  zaczynajcie  wy 

znowu sobie przygadywać. 

—  Nie... 
—  Jeszcze daleko, Pascual? 
—  Niedaleko, bo co? 
—  Bo nic... 
Tak się  wydawało, jakby jakaś tajemnicza ręka 

uniosła mój dom i odsuwała go coraz bardziej. 

—  Żebyśmy tylko go nie minęli! 
—  Ale  nie!  Jakieś  światło  przecie  musi  się 

świecić! 

Zamilkliśmy. Już musiało być blisko... 

—  To ten dom? 
—  Tak. 
—  A dlaczego nie mówiłeś? 
—  Po co? Sam nie widziałeś? 

Zadziwiła  mnie  ta  cisza  w  moim  domu. 

Kobiety jeszcze tam musiały być, jak zwykle o tej 
porze, a kobiety, pan wie, głośno mówią. 

—  Chyba że śpią. 
—  Chyba nie! Tam się świeci! 

109 

background image

Podeszliśmy  blisko  pod  dom,  rzeczywiście 

świeciło  się.  Kuma  Engracia  stała  we  drzwiach; 
zahukała  jak  ta  sowa  na  cyprysie,  a  może  nawet 
twarz miała podobną... 

—  Co tu robicie? 
—  Sam widzisz, synu, czekam na ciebie. 
—  Na mnie? 
—  Tak. 
Nie podobały mi się te wykrętne odezwania. 
—  Proszę mnie przepuścić! 
—  Nie wchodź tam! 
—  Dlaczego? 
—  Bo nie! 
—  To mój dom! 
—  Wiem,  synu,  twój  niech  będzie  do  stu  lat... 

Ale nie możesz tam wejść. Twoja żona chora! 

—  Chora? 
—  Tak. 
—  Co jej jest? 
—  Nic takiego, poroniła. 
—  Poroniła? 
—  Tak, klacz ją zrzuciła... 

Wściekłość  mgłą przesłoniła  mi oczy i całkiem 

osłupiałem,  tak  że  nawet  nie  bardzo rozumiałem, 
co słyszę... 

—  Gdzie kobyła? 
—  W stajni. 

110 

background image

Drzwi  stajni  wychodziły  na  podwórze  i  były 

niskie... Pochyliłem się, żeby  wejść,  nic  nie  było 
widać... 

—  Ty, kobyle ścierwo! 

Kobyła  przysunęła  się  do  koryta;  otworzyłem 

ostrożnie  nóż;  w  takich  chwilach  byle  potknięcie 
może mieć fatalne skutki... 

—  Ty, kobyle ścierwo! 
Zapiał znowu kogut, jak to rankiem... 
Kobyła  cofała  się  do  kąta.  Przysunąłem  się  do 

niej  blisko,  tak,  że  mogłem  ją  poklepać  po 
kłębach... 

Bydlątko 

było 

żwawe, 

jakby 

niecierpliwe... 

—  Ty, kobyle ścierwo! 
Stało się w jednej chwili. Rzuciłem się na nią i 

dźgnąłem,  pchnąłem  ją  chyba  nożem  ze 
dwadzieścia razy... 

Miała  twardą  skórę,  o  wiele  twardszą  niż 

Zachariasz... Kiedy  wychodziłem ze stajni,  ramię 
mnie  bolało  i  ręce  miałem  po  łokcie  we  krwi... 
Klacz nawet nie pisnęła, tylko oddychała głęboko 
i prędko, jak  wtedy,  kiedy  się  ją  przystawiało do 
ogiera. 

background image

aprawdę,  powiadam  panu  —  chociaż 
później,  jak  ochłódłem,  myślałem  inaczej 
—  ale  w  tej  chwili  dręczyła  mnie  tylko  ta 

jedna  myśl,  że  poronienie  Loli  mogło  było  się 
przytrafić  w jej panieńskich czasach. Ile żółci, ile 
troski i jadu mogłoby mi to oszczędzić! 

Po  tym  nieszczęśliwym  wypadku  byłem  tak 

przybity i pogrążony w najczarniejszych myślach, 
że  co  najmniej  dwanaście  długich  miesięcy 
chodziłem  po  wsi  jak  niespełna  rozumu.  W  rok 
potem albo i trochę mniej, jak się zmarnowało to, 
co  miało  przyjść,  Lola  zaszła  znowu  w  ciążę  i 
zauważyłem z  radością, że nachodziły  mnie  takie 
same  pragnienia  i  niepokoje,  jak  za  pierwszym 
razem:  czas  mijał  zbyt  powoli  w  porównaniu  z 
tym, jak prędko chciałbym, aby mijał, i diabelska 
zgryzota  wlokła  się  za  mną  wszędzie  jak  cień. 
Stałem się dziki, bojaźliwy i dziwaczny, stroniłem 
od  ludzi,  a  że  ani  moja  żona,  ani  matka  nie 
rozumiały  się  na  humorach,  wszyscy  żyliśmy  w 
wiecznym niepokoju, wy- 

112 

 

background image

patrując  tylko  jakiejś  draki.  To  napięcie  męczyło 
nas  okrutnie,  ale  jakbyśmy  wszyscy  z 
przyjemnością  hodowali  w  sobie  tę  mękę; 
wszystko  nam  się  wydawało  przymówką, 
wszędzie  widzieliśmy  złe  zamiary,  podejrzli-
wości...  Były  to  miesiące  tak  ciężkie,  że  pan  nie 
może sobie wyobrazić! 

Na  myśl,  że  moja  żona  mogłaby  znowu  po-

ronić,  traciłem  zmysły;  przyjaciele  zauważali 
moje dziwactwa, a Iskra — bo wtedy jeszcze żyła 
— jakby spoglądała na mnie już nie tak czule. 

Mówiłem do niej, jak zawsze... 
— Co ci jest? 

Ona patrzała na mnie jakby błagalnie, merdając 

prędziutko 

ogonkiem, 

pomrukiwała 

wytrzeszczała oczy, a jej wzrok szarpał serce. Jej 
też  szczenięta  udusiły  się  w  brzuchu...  W  swojej 
niewinności,  kto  wie,  czy  nie  odgadła,  jak  mnie 
zgryzło  jej  nieszczęście!  Trzy  pieski  urodziły  się 
nieżywe,  wszystkie  trzy  jednakie,  wszystkie 
lepkie  jak  syrop,  wszystkie  szare  i  parszywe  jak 
szczury... Iskra  wygrzebała  dołek  między  kępami 
macierzanki i tam je ułożyła. A kiedy w drodze do 
lasu  przystawaliśmy  na  chwilkę,  żeby  odsapnąć, 
suka ze swoją boleściwą miną bezdzietnej samicy 
podchodziła do tego dołka, żeby go obwąchać. 

8 — Rodzina...

 

113 

background image

Kiedy  przyszedł  ósmy  miesiąc  i  wszystko  szło 

jak  w  zegarku,  tak,  że  dzięki  radom  kumy 
Engracii  moja  żona  mogła  niebawem służyć  jako 
wzór  dla  kobiet  przy  nadziei,  i  zważywszy,  że 
więcej  czasu  już  było  za  nami  niż  przed  nami, 
rozsądek  mówił,  że  można  i  trzeba  być 
spokojnym,  takie  strachy  mnie  znów  napadły  i 
taka  niecierpliwość,  że  jeżeli  z  tego  wyszedłem 
zdrowy na umyśle, to już później mogłem się nie 
lękać, że od czegokolwiek oszaleję. 

W dniach naznaczonych przez kumę En-gracię, 

jakby  Lola  była  zegarem,  przyszedł  na  świat  tak 
łatwo  i  prędko,  że  aż  nie  mogłem  się  nadziwić, 
mój nowy syn, a raczej mój pierwszy syn, którego 
ochrzciliśmy  Pas-cualem,  dając  mu  imię  po  ojcu, 
pańskim  uniżonym  słudze.  Ja  byłbym  nazwał  go 
Eduardo, bo urodził się w dzień tego świętego i ta-
ki był obyczaj w moich stronach; ale żona  wtedy 
była  dla  mnie  czuła  jak  nigdy,  nalegała,  żeby 
dzieciak  dostał  moje  imię,  i  niedługo  musiała 
mnie  przekonywać,  jako  że  i  mnie  bardzo  to 
dogadzało. Dziś mi się to w głowie nie mieści, ale 
zapewniam  pana,  że  tak  jak  młodego  chłopaka 
olśniewa  blask  jego  nowych  butów,  tak  mnie 
oślepiło wtedy to kochanie mojej żony; i byłem jej 
wdzięczny z całego serca, przysięgam panu. 

114 

background image

Lola,  z  natury  krzepka  i  twarda,  w  dwa  dni  po 

porodzie tak się żwawo krzątała, jakby jej się nic 
nie zdarzyło. Ten obraz mojej żony, jak potargana 
i  rozmamłana  karmiła  dziecko,  wstrząsał  mnie  i 
zachwycał jak mało innych rzeczy w życiu. Już to 
samo  wynagradzało  mi  z  nawiązką  setki  złych 
godzin, jakie przeżyłem. 

Długie  godziny  siedziałem  w  nogach  łóżka. 

Lola mówiła cichutko, zarumieniona: 

—  Już ci dałam jedno... 
—  Tak. 
—  I takie ładne... 
-— Dzięki Bogu. 

—■ Teraz trzeba go strzec i chronić jak oka w 

głowie. 

—  O tak, teraz    trzeba    go    chronić. 
—  Przed świniami. 
Prześladowało  mnie  wspomnienie  biednego 

brata  Maria;  gdyby  moje  dziecko  było  tak 
nieszczęśliwe  jak  Mario,  udusiłbym  je,  żeby  nie 
cierpiało... 

—  Tak, trzeba je strzec przed świniami. 
—  I przed gorączką też. 
—  Tak. 
—  I przed udarem słonecznym... 
—  Tak, i przed udarem. 

Na myśl,    że    to    wątłe    ciałko,    które    było 

. 115 

background image

moim  synem,  musi  być  wystawione  na  tyle 
niebezpieczeństw, dostawałem gęsiej skórki. 

—  Każemy go zaszczepić. 
—  A jak urośnie... 
—  Zawsze będzie chodził obuty, żeby sobie nie 

kaleczył nóg. 

—  A kiedy będzie miał siedem lat, poślemy go 

do szkoły... 

—  Nauczę go polować... 

Lola się śmiała, była szczęśliwa! Ja też czułem 

się szczęśliwy — czemu tego nie powiedzieć? — 
gdy  ją  widziałem  taką  ładną  jak  żadna  inna,  z 
dzieckiem na ręku, niczym Matka Boska. 

—  Wychowamy go na dzielnego człowie 

ka!... 

Jak  dalecy  byliśmy  oboje  od  myśli,  że  Bóg  — 

który  wszystkim  rządzi  dla  dobra  tego  świata  — 
mógłby  nam  go  zabrać!  Całą  tę  naszą  nadzieję, 
nasz  dobytek,  nasze  szczęście  mieliśmy  stracić, 
nim  jeszcze  przyszła  pora  zabrać  się  do 
wychowania  dzieciaka.  Tajemnice  gorących 
uczuć,  co  pierzchają,  kiedy  ich  najwięcej 
potrzebujemy! 

Nie  wiem,  z  jakiej  przyczyny,  ale  kiedy  się  z 

taką  radością  przyglądałem  dziecku,  kłuł  mnie 
jakiś  cierń  w  sercu.  Zawsze  miałem  oko  do 
wypatrzenia nieszczęścia — nie wiem, czy to było 
dla mnie dobre, czy złe — 

116 

background image

i to przeczucie, tak jak inne, miało się potwierdzić 
po kilku miesiącach; jakby po to, żeby wciąż 
przybywało mojej niedoli, jakby nigdy jej nie 
miało być dosyć... Żona mówiła bezustannie o 
synku... 

—  Dobrze się nam chowa... Wygląda jak 

osełka masła... 

I  to  ciągłe  mówienie  o  dziecku  coraz  więcej 

mnie  mierziło;  wiedziałem,  że  on  nas  opuści, 
zostawi w okropnej rozpaczy i pustce, i będziemy, 
jak  te  zrujnowane  folwarki,  co  je  biorą  we 
władanie  ciernie  i  pokrzywy,  ropuchy  i 
jaszczurki;  wiedziałem  to,  byłem  tego  pewny, 
przekonany,  że  tego  się  nie  da  uniknąć,  że 
wcześniej czy później musi się stać, i ta pewność, 
że  nie  mogę  się  oprzeć  temu,  co  mi  mówił 
instynkt,  doprowadzała  mnie  do  takiego 
naprężenia, że już sił nie miałem. 

Nieraz patrzałem na Pascualita jak głupi, a oczy 
po chwili zachodziły mi łzami i mówiłem: — 
Pascualito, synku... 

A  on  spoglądał  na  mnie  swymi  okrągłymi 

oczkami i uśmiechał się... 

A żona ciągle swoje: 

—  Pascual, dobrze nam się dzieciak chowa. 
—  Dobrze, Lola... Oby tylko tak dalej! 

117 

background image

—  Dlaczego tak mówisz? 
—  Widzisz, małe dzieci są takie słabe! 
—  Człowieku, odpędź złe myśli! 
—  To nie złe myśli, nie... Musimy tylko bardzo 

na niego uważać! 

—  Bardzo. 
—  Żeby się nie przeziębił. 
—  Tak... mógłby od tego umrzeć! 
—  Dzieci umierają od przeziębienia... 
—  Jakiś niedobry wiatr!... 
Rozmowa  zamierała  po  trochu,  jak  ptak  albo 

kwiaty,  powoli  i  cichutko  jak  dzieci,  zgaszone 
jakimś niedobrym, zdradzieckim wiatrem... 

—  Tak się czegoś boję, Pascual. 
—  Czego? 
—  ... Jakby tak od nas odszedł! 
—  Co ty! 
—  Dzieciątka w tym wieku są takie kruche!... 
-—  Nasz  syn  jest  piękny,  ma  ciałko  różowe  i 

wciąż się śmieje. 

—  To  prawda,  Pascual.  Jestem  głupia!  —  i 

śmiała  się,  cała  drżąca,  przyciskając  dziecko  do 
piersi. 

—  Słuchaj! 
—  Co! 
—  Od    czego    umarło    dziecko    Carmen? 
—  A czy ci to nie wszystko jedno? 

113 

background image

—  Chcę    wiedzieć... 
—  Mówią, że umarło od nosacizny. ■— 
Czy to przychodzi od wiatru? 
—  Pewnie. 

 

—  Biedna  Carmen,  tak  się  cieszyła  tym 

synkiem!  Ta  sama  anielska  buzia,  co  u  ojca  — 
mówiła — pamiętasz? 

—  Pamiętam... 
—  Im  większą  ma  człowiek  radość  z  dziecka, 

tym bardziej los się śpieszy, żeby mu je odebrać... 

—  Tak. 
—  Powinno  by  się  wiedzieć,  ile  czasu  ma 

wytrzymać  każde  dziecko;  powinno  by  to  nueć 
napisane na czole... 

—  Cicho! 
—  Dlaczego? 
—  Nie mogę tego słuchać. 

Uderzenie  pługiem  w  głowę  nie  byłoby  mnie 

więcej ogłuszyło niż słowa Loli. 

—  Słyszałeś? 
—  Co! 
—  Okno. 
—  Co okno? 
—  Zaskrzypiało,  jakby  wiatr  chciał  się 

przecisnąć... 

Skrzypienie 

okiennicy 

kołysanej 

wiatrem 

można      było      wziąć      za      płacz      dziecka. 

—  Dzieciak śpi? 

119 

background image

—  Tak. 
—  Może mu się coś śni. 
—  Nic nie słyszę. 

■— I przez sen płacze, jakby go coś bolało... 

—  Przywidziało ci się. 
—  Oby  tak  było!  Dałbym  sobie  wykłuć  oczy, 

że słyszałem. 

Kwilenie  dziecka  w  alkowie  przypominało 

skargi dębów szarpanych wichrem. 

—  Płacze!... 
Lola  poszła  zobaczyć,  co  się  stało;  ja  zostałem 

w kuchni i zapaliłem papierosa; zawsze złe chwile 
w życiu przychodzą mi, kiedy palę papierosa... 

Kilka  dni  zaledwie  to  trwało.  Kiedy  zwra-

caliśmy  go  ziemi,  miał  jedenaście  miesięcy; 
jedenaście  miesięcy  życia  i  naszych  starań,  które 
jakiś zły wiatr obrócił wniwecz... 

background image

to  wie,  czy  to  nie  Bóg  mnie  karał  za  grzechy, 
których  tyle  popełniłem  i  tyle  jeszcze  miałem 
popełnić!  Kto  wie,  czy  w  niebieskich  wyrokach 
nie  było  zapisane,  że  nieszczęście  ma  być  moją 
jedyną  drogą,  jedyną  ścieżką,  którą  biec  musiały 
moje smutne dni. 

Do  nieszczęścia  nikt  się  nie  przyzwyczaja, 

niech mi pan wierzy, bo zawsze się łudzimy, że to 
nieszczęście,  które  przeżywamy,  będzie  ostatnie, 
chociaż  później,  gdy  czas  mija,  nabieramy 
przekonania  —  i  to  z  jakim  żalem

:

—  że  to 

najgorsze  jest  właśnie  przed  nami...  Tak  mi  to 
chodzi po głowie, bo jeśli po tym poronieniu Loli 
i  pokłuciu  Zachariasza  myślałem,  że  sczeznę  z 
żalu,  to  nie  z  innego  powodu  —  na  pewno!  — 
tylko  dlatego  że  nawet  nie  podejrzewałem,  co 
jeszcze mnie czeka. 

Trzy kobiety były koło mnie, kiedy Pas-cualillo 

nas opuścił; trzy kobiety związane czymś ze mną, 
chociaż  chwilami  czułem,  że  są  mi  tak  obce  jak 
pierwszy lepszy nieznajo- 

121 

background image

my,  czułem  się  tak  samo  daleki  od  nich  jak  i  od 
reszty świata, a żadna z  tych trzech kobiet, niech 
mi pan wierzy, żadna nie potrafiła ani tyle okazać 
serca, ani tak się zachować, żeby mi łatwiej było 
znieść  ból  po  śmierci  syna;  na  odwrót,  jakby  się 
zmówiły ze sobą, żeby do reszty mi zatruć życie... 
Te trzy kobiety to były: moja żona, moja matka i 
moja siostra. 

Dziwne  to,  bo  się  spodziewałem  od  nich 

pocieszenia. 

Kobiety  są  jak  te  wrony  kraczące,  nie-

wdzięczne, dokuczliwe... 

Ciągle krakały: 

—  Zły wiatr zabrał naszego aniołka!... 
—  Do otchłani, żeby go od nas uwolnić! 
—  Takie dzieciątko, jak samo słońce! 
—  Ach, co za rozpacz! 
—  Tak go tuliłam do piersi, a on już nie żył! 

Całkiem  jak  litania,  co  się  nie  chce  skończyć, 

powolna i ciężka jak trucht osła. 

I  tak  dzień  po  dniu,  tydzień  po  tygodniu...  To 

było  straszne,  kara  niebios  i  przekleństwo 
boskie!... 

Ja się trzymałem w garści. 
„To miłość do dziecka — myślałem — to przez 

to są takie okrutne, niechcący." 

I starałem się nie słuchać, nie zważać, pa- 

122 

background image

trzeć,  jak  się  ruszają,  jak  na  kukły  w  teatrzyku, 
puszczać ich słowa  mimo uszu. Czekałem, aż żal 
uschnie z czasem jak ścięte róże, strzegłem swego 
milczenia  jak  skarbu,  aby  tylko  jak  najmniej 
cierpieć. Próżne nadzieje, co nie  miały  mi służyć 
do niczego innego jak tylko po to, żeby co dzień 
dziwniejsze  wydawało  mi  się  szczęście  ludzi,  co 
się  rodzą  dla  łatwych  dróg;  ale  czemuś,  o  Boże, 
dopuszczał te nadzieje do mojego serca? 

Bałem  się  zachodu  słońca  jak  pożaru  albo 

wścieklizny;  zapalenie  lampy  kuchennej  około 
siódmej wieczorem było dla mnie najboleśniejszą 
chwilą  w  ciągu  dnia.  Wszystkie  cienie 
przypominały  mi  zmarłego  synka  i  każdy 
płomień,  co  się  podnosił  i  opadał,  i  wszystkie 
szmery nocne, te szmery, co je ledwie dosłyszysz, 
ale  co  brzmią  w  naszych  uszach  jak  uderzenia 
młota w kowadło... 

Były  wciąż  przy  mnie,  całe  w  żałobnej  czerni 

jak kruki, trzy kobiety milczące jak trupy, ponure, 
sztywne  jak  karabinierzy.  Czasem  zagadywałem 
do nich, żeby rozbić te lody. 

—  Marna pogoda. 
—  Tak... 
—  Gregorio  podobno  już  nie  chce  sprzedać 

swego muła. Pewnie mu do czegoś potrzebny! 

123 

background image

—  Pewnie... 
—  Byłyście nad rzeką? 
—  Nie... 
—  A na cmentarzu? 
—  Też nie... 
Nie  było  sposobu  więcej  z  nich  wyciągnąć. 

Miałem  do  nich  tyle  cierpliwości,  jak  do  nikogo 
przedtem  ani  potem.  Tak  robiłem,  jakbym  nie 
widział,  że  są  takie  dziwne,  bo  nie  chciałem 
przyspieszać  zgorszenia,  co  i  tak  miało  przyjść, 
przeznaczone nam jak choroba albo pożar, pewne 
jak świt po nocy i jak śmierć, bo  nikt nie  zdolny 
jest im przeszkodzić. 

Najgorsze  nieszczęścia  przychodzą  do  czło-

wieka  po  cichu,  skradają  się  ostrożnym,  wilczym 
krokiem,  aby  nas  ukąsić  nagle  i  podstępnie  jak 
skorpion. 

Mógłbym  je  teraz  namalować,  jakbym  je 

jeszcze  miał  przed  oczami,  z  tym  gorzkim, 
paskudnym  uśmiechem,  z  tym  wzrokiem,  co 
przebija  ścianę  i  widzi  daleko,  na  wiele  mil. 
Mijały  okrutne  chwile,  słowa  brzmiały  jak  głos 
upiora... 

—  Już całkiem ciemno. 
—  Przecie widzimy... 

Sowa    musiała    przysiąść na    cyprysie.      . ,,— 
Taka sama noc była wtedy... 

—  Tak. 

124 

background image

—  Było może trochę później. 
—  Tak. 
—  Zły wiatr, zdrajca, jeszcze siej kręcił po 

polu... 

... Błąkał się w krzakach oliwek... 

—  Tak. 

Cisza swym przeciągłym dzwonem znowu 

wypełniła izbę. 

—  Gdzie się podział ten wiatr? 

Ten zły wiatr, zdrajca. Lola długo nie 
odpowiadała. 

—  Nie wiem. 
—  Może poleciał do morza! 
—  A po drodze zabijał dzieci... 
Zerwała się jak rozjuszona lwica. 

 

—  I  po  to  się  kobieta  rozdziera  we  środku  jak 

granat!  Rodzisz  po  to,  żeby  wiatr  porwał  to,  coś 
urodziła. Przekleństwo! 

—  Żeby ten strumyk wody, co ścieka po kropli 

do sadzawki, mógł zdusić to morowe powietrze. 

background image

am już potąd twego ciała! 

i-

3

——'          — Tego      ciała      mocnego      chłopa,     

co byle złej    pogody nie przetrzyma. 

— Ani słońca w upalne lato! 

— Ani chłodów grudniowych! 

— I      po      to      wyhodowałam      moje     

piersi, twarde jak kamienie! 

— Po to wyhodowałam te usta, soczyste jak 

brzoskwinie! 

—  Po to ci dałam dwóch synów, co ani 

końskiego kłusa, ani złego wiatru nocnego 
znieść nie umieli! 

Była  jak  szalona,  jak  opętana  przez  wszystkie 

demony,  dygocąca  i  dzika  jak  żbik...  Ja  w 
milczeniu znosiłem gorzką prawdę. 

—  Jesteś    jak    twój      brat!    —    to   
pchnięcie 

126

 

background image

sztyletem w plecy.moja żona z lubością mi zadawała. 

Na  nic  przyspieszać  kroku,  kiedy  burza 

zaskoczy nas na środku równiny. Zmokniemy tak 
czy  inaczej,  a  zmęczymy  się  o  wiele  więcej. 
Błyskawice nas przerażają, huk grzmotów osłabia 
ducha, a krew, jakby ją coś uciskało, tętni nam w 
skroniach i w gardle. 

— Aj, gdyby twój ojciec Esteban widział, jakiś 

ty niedojda! 

— Twoja krew,    co w głąb ziemi spływa za 

lada dotknięciem! 

—  Co ty masz za żonę?!... 

Czy  to  miało  trwać  dłużej?  Wiele  razy  słońce 

zaświeciło dla wszystkich; ale od jego światła, co 
oślepia  albinosa,  Murzyn  nawet  oczu  nie 
zmruży... 

—  Dosyć tego!... 
Matka  nie  mogła  mi  wyrzucać  tego  bólu, 

którym  napełniła  moje  serce  śmierć  synka,  tego 
dzieciątka,  co  przeżywszy  jedenaście  miesięcy 
było piękne jak gwiazda... 

Powiedziałem  jej  to  jasno;  tak  jasno,  jak 

człowiek może mówić. 

—  Ten ogień spali nas oboje, inatko. 

 

background image

—  Jaki ogień? 
—  Ten ogień, co z nim igracie, matko... Moja     
matka      zrobiła      zdumioną    minę. 
—  Czego ty chcesz ode mnie? 

 

—  Mówię,  że  my,  mężczyźni,  mamy  serce 

twarde. 

—  Do niczego to wasze serce niezdatne... 
—  Do wszystkiego jest zdatne. 

Nie  rozumiała.  Moja  matka  mnie  nie  zro-

zumiała. Patrzała  na  mnie,  mówiła do mnie... Aj, 
gdyby tak nie patrzała! 

—  Widzisz te wilki, jak biegną przez las, 

jastrzębia, co się wzbija aż pod chmury, wę 
ża, co czyha pod kamieniem? 

—  Otóż gorszy od nich wszystkich razem jest 

mężczyzna! 

—  Dlaczego mi to mówisz? 

 

—  Dla niczego!... Miałem jej 
powiedzieć: 
—  „Bo to ja was zabiję!..." Ale 
głos uwiązł mi w krtani. 

Zostałem  sam  z  siostrą,  z  nieszczęsną,  zbez-

czeszczoną  siostrą,  co  kalała  swoim  widokiem 
oczy przyzwoitych kobiet... 

—  Słyszałaś? 
—  Tak. 
—  Nigdy bym się tego nie spodziewał! 

128 

background image

—  I ja nie... 
—  Nigdy nie myślałem, że jestem przeklęty. 
—  Bo nie jesteś... 

Wiatr  hulał  nad  lasem,  ten  sam  wiatr  zdra-

dziecki, co błądził wśród oliwek i gnał od morza, 
zabijając  po  drodze  małe  dzieci.  Jego  skarga 
jęczała w skrzypiącej okiennicy. 

Rosario miała jakby zapłakane oczy. 
—  Dlaczego mówisz, że jesteś przeklęty? 
—  Nie ja to mówię. 

—  To te dwie baby... 

Płomień  lampki  podnosił  się  i  opadał  jak 

oddech;  w kuchni pachniał  gaz i ten jego zapach 
cierpki,  a  przyjemny,  co  przenika  głęboko  do 
nerwów,  podniecał  ciało,  to  biedne,  przeklęte 
moje  ciało,  któremu  tak  bardzo  w  tych  czasach 
brakło jakiejś podniety... 

Siostra  była  blada;  życie,  jakie  prowadziła, 

zostawiło  swoje  okrutne  piętno  pod  oczyma. 
Kochałem  ją  czule,  tak  samo,  jak  ona  mnie 
kochała. 

—  Rosario, siostro moja... 
—  PascuaL.i         
—  Smutny czas nas czeka. 
—  Wszystko się jakoś ułoży... 
—  Bóg by to dał! Matka 
znów się wtrąciła: 

9 — Rodzina...

 

129 

background image

—  Co się tam ma ułożyć! 
A moja żona, podła jak żmija, uśmiechała się 

złośliwie. 

—  Smutna to rzecz czekać, aż Bóg wszy 

stko ułoży! 

Bóg jest wysoko i wzrok ma orli; nic jego 

oczom nie umknie. 

—  A gdyby Bóg nam zesłał jakieś pocie-

szenie... 

—  Chyba nas tak bardzo nie kocha... 

Człowiek zabija innego nie myśląc o tym, to na 

pewno wiem; a czasem nawet nie chcąc. 

Człowiek  nienawidzi,  nienawidzi  z  całych  sił, 

mocno,  okrutnie,  i  otwiera  składany  nóż  i  z  tym 
nożem w ręku podchodzi boso do łóżka, gdzie śpi 
wróg.  Jest  noc,  ale  przez  otwarte  okno  wchodzi 
jasność  księżyca  i  widać  dobrze.  Na  łóżku 
wyciągnięty  leży  trup,  ktoś,  kto  będzie  trupem. 
Człowiek  na  niego  patrzy,  słucha  jego  oddechu; 
nie porusza się, jest spokojny, jakby nic nie miało 
się  stać.  Podłoga  w  alkowie  sypialnej  jest  stara, 
meble skrzypią przerażająco, to skrzypienie  może 
go obudzić; może lepiej przyspieszyć to pchnięcie 
nożem. Wróg podciąga lekko kołdrę, obraca się na 
bok i śpi dalej. Jego ciało wydaje się większe pod 
przykryciem. Czło- 

130 

background image

wiek  się  podkrada  po  cichutku:  dotyka  go 
ostrożnie  ręką.  Śpi  głęboko,  nawet  się  nie 
spostrzeże... 

Ale  tak  zabijać  nie  można,  tak  zabijają 

bandyci... I człowiek chce się cofnąć, zawrócić z 
drogi... Nie, to niemożliwe. Wszystko jest dobrze 
obmyślone; jedna chwila, jedna krótka chwilka, a 
potem... 

Ale też nie można zawrócić. Nadejdzie dzień, a 

we  dnie  nie  zniesiemy  tego  spojrzenia,  które 
wbijać  się  w  nas  będzie,  nawet  gdy  odwrócimy 
wzrok... 

Trzeba  będzie  uciekać,  uciekać  daleko  od  tej 

wsi,  tam,  gdzie  nikt  nas nie  zna, gdzie  będziemy 
mogli  zacząć  nienawidzić  na  nowo.  Całe  lata 
wylęga  się  nienawiść;  człowiek  już  nie  jest 
dzieckiem,  a  kiedy  nienawiść  urośnie  i  Stłumi 
pulsowanie  krwi,  życie  z  nas  ucieknie.  Serce  nie 
pomieści więcej żółci i bezsilne ramiona opadną... 

background image

rawie  cały  miesiąc  nie  pisałem,  tylko  leżałem 
brzuchem  do  góry  na  sienniku;  przyglądałem  się, 
jak mijają godziny, te godziny, co czasem wydają 
się  jak  skrzydlate,  a  czasem  jak  sparaliżowane; 
puszczałem  wodze  fantazji  —  bo  tylko  to  jedno 
może  we  mnie  być  swobodne,  patrzyłem  na 
popękany  sufit,  usiłując  dostrzec  w  liniach 
pęknięć  jakiś  rysunek,  jakieś  podobieństwo;  w 
ciągu  tego  długiego  miesiąca  w  jakiś  sposób 
cieszyłem się życiem jak nigdy przedtem; pomimo 
wszystkich  trosk  i  zmartwień...  Kiedy  pokój 
zawładnie  duszą  grzesznika,  to  jest  tak  jakby 
deszcz  spadł  na  wyschnięte  ugory,  użyźnił  je  i 
pozwolił  zakiełkować  ziarnu.  Mówię  to  dlatego, 
że  choć  nieprędko,  znacznie  później,  niż 
powinienem,  przekonałem  się,  że  spokój  jest 
błogosławieństwem 

niebios, 

najcenniejszym 

błogosławieństwem,  jakiego  nam,  biedakom  i 
osaczonym przez los, wolno się spodziewać; teraz, 
kiedy  już  to  wiem,  teraz,  kiedy  spokój  i  jego 
miłosna  pieszczota      już      jest      ze      mną,     
zażywam      go 

132 

background image

z wielką radością i lękam się, żeby mi go starczyło 
do końca tych dni, co mi jeszcze są przeznaczone, 
choć  tak  niewiele  ich  już  zostało.  Gdyby  ów 
spokój  przyszedł  do  mnie  o  kilka  lat  wcześniej, 
prawdopodobnie  do  tego  czasu  byłbym  co 
najmniej  mnichem  u  Kartuzów,  bo  taki  blask  w 
nim  ujrzałem  i  taką  błogość,  że  wtedy  też  na 
pewno  nie  mniej  by  mnie  to  olśniło  niż  dzisiaj. 
Bóg jednak nie chciał, żeby to się stało, i oto dziś 
znalazłem  się  w  więzieniu  i  z  wyrokiem,  co  mi 
zawisł  nad  głową,  i  nie  wiem,  czy  nie  byłoby 
lepiej,  żeby  spadł  na  mnie  od  razu,  niż  żeby  się 
wlokła ta agonia, którą mimo wszystko staram się 
przedłużyć  i  czepiam  się  życia  z  większą 
żarliwością — jeśli może być większa — niż bym 
się czepiał, gdyby było lekkie. Pan wie dobrze, co 
chcę powiedzieć. 

Przez cały ten długi miesiąc, co go poświęciłem 

rozmyślaniom, nawiedzało mnie wszystko: smutki 
i radości, błogość i zgryzota, wiara i zwątpienie, i 
rozpacz...  Boże,  jakie  słabe  jest  to  ciało,  które 
chcesz doświadczać! Trząsłem się jak w gorączce, 
kiedy  jeden  stan  mojej  duszy  ustępował  miejsca 
drugiemu, a do moich oczu napływały łzy. 

Trzydzieści  dni  —  to  dużo,  kiedy  człowiek 

poświęci się myśleniu o jednej rzeczy, drę- 

133 

background image

czony najgłębszymi wyrzutami sumienia, przejęty 
tylko  myślą,  że  zło,  które  czynił,  zaprowadzi  go 
do  piekła...  Zazdroszczę  pustelnikowi,  co  ma 
dobroć  wypisaną  na  twarzy,  ptakowi  na  niebie, 
rybie  w  wodzie,  nawet  zwierzynie  leśnej,  bo 
każde z nich ma pamięć spokojną. Zła to rzecz — 
czas spędzony w grzechu! 

Wczoraj się wyspowiadałem, ja sam wezwałem 

księdza. Przyszedł stary księżulo, ojciec Santiago 
Lurueńa,  poczciwy  i  zalękniony,  miłosierny  i 
ubogi jak mrówka. 

To ten sam kapelan więzienny, ten, co odprawia 

w  każdą  niedzielę  mszę,  której  słucha  około  stu 
morderców,  pół  tuzina  strażników  i  ze  cztery 
mniszki... 

Wstałem na jego powitanie. 

—  Dobry wieczór, ojcze. 
—  Witaj, synu, mówili mi, że mnie wzywasz. 
—  Tak ojcze, wzywałem. 

Proboszcz  podszedł  blisko  i  pocałował  mnie  w 

czoło. Od wielu lat nikt mnie nie całował... 

—  Chcesz się wyspowiadać? 
—  Tak, proszę księdza. 
—  Synu, jakże się cieszę! 
—  Ja też jestem rad, ojcze. 
—  Pan  Bóg  wszystko  przebacza,  pan  Bóg  jest 

bardzo dobry... 

134 

background image

—  Tak, ojcze... 
—  I  wielkie  to  szczęście  oglądać  zbłąkaną 

owieczkę, co powraca do stada. 

—  Tak, ojcze. 
—  Marnotrawnego  syna,  co  wraca  do  domu 

ojca. 

Ksiądz  trzymał  czule  moją  rękę  i  patrzył  mi  w 

oczy, jakby chciał, żebym go lepiej zrozumiał. 

—  Wiara jest jak światło, które wskazuje drogę 

naszym duszom przez ciemności życia. 

—  Tak... 
—  Jest  jak  balsam  cudowny  dla  duszy 

zbolałej... 

Ojciec  Santiago  był  wzruszony;  głos  mu  drżał 

jak  przerażonemu  dziecku.  Patrzał  na  mnie  z 
uśmiechem, łagodnym jak uśmiech świętego. 

—  Ty wiesz, co to jest spowiedź? 

Bałem  się  odpowiadać.  Musiałem  wreszcie 

szepnąć: 

—  Nie bardzo. 
—  Nie  martw  się,  synu,  wiedzy  się  nabywa 

przez doświadczenie. 

Ojciec Santiago wyjaśnił mi kilka rzeczy, które 

nie  całkiem  zrozumiałem;  ale  musiały  być 
prawdą,  bo  brzmiały  jak  prawda.  Długo  ze  sobą 
rozprawialiśmy, prawie całe popo- 

135 

background image

łudnie;  kiedy  skończyliśmy  tę  rozmowę,  słońce 
zaszło już za horyzont... 

—  Przygotuj  się  do  przyjęcia  rozgrzeszenia, 

synu,  oto  cię  rozgrzeszam  w  imieniu  Boga,  Pana 
naszego...  Módl  się  ze  mną...  Odmówimy  razem 
Ojcze nasz... 

Kiedy  ksiądz  Santiago  mnie  błogosławił, 

musiałem  się  nadzwyczaj  wysilić,  żeby  wygnać 
ponure  myśli  z  głowy,  i  przyjąłem  bło-
gosławieństwo  najgodniej,  jak  umiałem,  za-
pewniam  pana.  Było  mi  wstyd,  okropnie  wstyd, 
ale  przecież  nie  aż  tak  bardzo,  jak  to  sobie 
wyobrażałem. 

Przez całą noc nie zmrużyłem oka, a dziś jestem 

zmordowany i jakby mnie pobito kijami; jednak że 
mam tu przed sobą parę ćwiartek papieru, o które 
prosiłem dyrektora, i że z tego znękania, co mnie 
przytłacza,  w  inny  sposób  nie  mogę  się 
podźwignąć,  jak  tylko  przez  bazgranie  po 
papierze, zabiorę się do tego na nowo; podejmę na 
nowo wątek opowiadania i popchnę te pamiętniki, 
aby  je  dociągnąć  do  końca.  Zobaczymy,  czy 
znajdę  w  sobie  dosyć  sił,  a  będą  mi  bardzo 
potrzebne. Jak pomyślę, że gdyby to, co ma nastą-
pić,  nastąpiło  szybciej,  i  moja  historia  zostałaby 
urwana  w  połowie  i  jakby  okaleczona,  ogarnia 
mnie taka gorączka i pośpiech, że ze skóry wyłażę, 
żeby to w sobie powściągnąć, 

136 

background image

bo  myślę,  że  jeśli  nawet  teraz,  kiedy  piszę 
powolutku  i  z  całą  uwagą  skupioną  na  tym,  co 
robię,  nie  całkiem  jasno  musi  wypaść  to  moje 
pisanie, to cóż dopiero, jakbym wszystko wyrzucił 
z  siebie  jednym  tchem!  Tak  by  się  ta  opowieść 
poplątała  i  rozmazała,  że  nawet  sam  ojciec  — 
czyli  ja  —  za  swe  dziecko  by  jej  nie  uznał.  Te 
rzeczy, co w nich tak dużo do roboty ma pamięć, 
trzeba pielęgnować z największą troskliwością, bo 
gdy  się  raz  wątek  popłacze,  to  już  go  nie 
naprawisz.  Musisz  podrzeć  zapisane  papiery  i 
zacząć  wszystko  od  początku,  a  tego  bałbym  się 
jak  ognia,  bo  nigdy  odgrzewane  jedzenie  dobre 
nie  bywa.  Może  pan  uzna  za  próżny  ten  mój 
zawzięty upór, aby drugorzędne sprawy dobrze mi 
wypadły,  podczas  gdy  te  najważniejsze  tak  źle 
stoją; może się pan uśmiechnie i pomyśli, że zbyt 
wiele  żądam  starając  się  nie  śpieszyć,  żeby  mi 
lepiej  wypadło  to,  co  pierwszy  lepszy  człowiek 
wykształcony zrobiłby od razu i bez namysłu. Ale 
jeżeli  pan  weźmie  pod  rozwagę,  że  ten  wysiłek, 
jakim  jest  dla  mnie  pisanie,  prawie  bez 
przestanku,  od  czterech  miesięcy,  z  niczym 
innym, cokolwiek robiłem w życiu, równać się nie 
może, może mi pan wybaczy, że tak a nie inaczej 
rozumuję. Rzeczy nigdy nie  są  takie,  jakie  się  na 
pier- 

137 

background image

wszy  rzut  oka  wydają,  i  zdarza  się,  że  kiedy 
zaczynamy  oglądać  je  z  bliska,  kiedy  zaczynamy 
pracować  nad  nimi,  ukazują  nam  swoje  dziwne  i 
nawet nieznane strony, tak, że z tego pojęcia, jakie 
o nich mieliśmy, nic nie zostaje w pamięci; tak się 
dzieje  z  twarzą,  którą  sobie  wyobrażamy,  i  z 
miastem co je mamy zamiar poznać, bo w głowie 
układamy  sobie  obraz  taki  czy  owaki,  ale  wnet 
musimy  go  zapomnieć,  jak  tylko  zobaczymy  ten 
prawdziwy.  Tak  i  mnie  się  zdarzało  z  tymi 
papierami, bo na początku spodziewałem się, że w 
osiem dni dam sobie z tym radę; a dziś — po stu 
dwudziestu  —  uśmiecham  się  tylko  na  myśl  o 
własnej naiwności. 

Myślę,  że  to  nie  grzech  opowiadać  okropności, 

których się żałuje. Don Santiago mi mówił, abym 
opowiadał,  jeżeli  mi  to  przynosi  ulgę,  a  właśnie 
mi przynosi, a ponieważ spodziewać się można, że 
Don Santiago ma rozeznanie w tym, co przykazań 
boskich  się  tyczy,  nie  widzę  obrazy  boskiej  w 
dalszym  opowiadaniu.  Czasem  cierpię  opisując 
dokładnie,  ze  szczegółami  wielkie  i  małe  sprawy 
mego  żałosnego  żywota,  ale  jakby  dla 
wynagrodzenia  są  też  chwile,  kiedy  opowia-
daniem  się  rozkoszuję,  a  są  to  rozkosze  z  tych 
najprzystojniejszych,  może  dlatego  że  pisząc  tak 
daleki się czuję całej swej prze- 

138 

background image

szłości,  jakbym  opowiadał  o  tym,  co  tylko 
słyszałem,  i  o  jakimś  nieznanym  mi  człowieku. 
Jest  wielka  różnica  między  przeszłością  a  tym,  o 
co  bym  dla  mego  życia  zabiegał,  gdybym  mógł 
zacząć  od  nowa!  Ale  trzeba  się  jakoś  pogodzić  z 
tym,  co  być  musi,  i  na  co  już  nie  ma  lekarstwa; 
głową muru nie przebijesz, trzeba starać się unikać 
powtórzenia  przeszłości, toteż  ja  unikam, chociaż 
po  prawdzie  pomaga  mi  w  tym  zamknięcie.  Nie 
chcę  nad  miarę  wynosić  mojej  uległości  w  tej 
ostatniej godzinie życia, bo słyszę, jak pan  mówi, 
że łatwo psu w pokorę uderzać, kiedy zęby stracił, 
a  tego  wolę  nie  słyszeć,  chcę  jednak  dociągnąć 
historię  do ostatniej kropki  i  zapewniam pana, że 
moje życie byłoby przykładem dla innych, gdyby 
toczyło  się  po  drogach  tak  spokojnych,  jak  ta, 
którą idę dzisiaj. 

Będę pisał dalej. Cały miesiąc bez pisania to za 

dużo  odpoczynku  dla  kogoś,  kto  uderzenia  serca 
ma policzone, i za dużo spokoju dla kogoś, kogo 
przyzwyczajenie zmusiło do niepokoju. 

background image

ie  traciłem  czasu  na  przygotowanie  do 
ucieczki,  bywają  sprawy  nie  cierpiące 
zwłoki,  a  ta  do  nich  należy.  Wszystko  z 

szafy  wrzuciłem  do  worka,  wszystko  ze  spiżarni 
do pasterskiej torby, a ciężki głaz ponurych myśli 
do studni, po czym korzystając z ciemności nocy, 
jak złodziej, wyszedłem na szosę i ruszyłem, sam 
nie wiedząc dokąd, prosto przed siebie wzdłuż pól. 
Szedłem  długo  bez  przystanku,  a  kiedy  o  świcie 
zmogło  mnie  aż  do  kości  wielkie  zmęczenie, 
wioska znalazła się chyba o trzy mile za mną. Nie 
chciałem się zatrzymać w marszu, bo w tych stro-
nach  jeszcze  mógłby  mnie  ktoś  poznać,  więc 
uciąłem  sobie  krótką  drzemkę  w  oliwnym  gaju 
przy drodze, zjadłem coś niecoś z moich zapasów 
i  pociągnąłem  dalej,  zamierzając  wsiąść  do 
pociągu, jak tylko go napotkam. Ludzie patrzyli na 
mnie  ze  zdziwieniem,  może  przez  to,  że 
wyglądałem 

na 

włóczęgę,  a  kiedy  tak 

przechodziłem przez wioski, dzieci biegły za mną 
zaciekawione 

jak 

za 

Cyganem 

 

 

albo     

pomylonym,      ich      zdumione      oczy 

140 

 

background image

i  dziecinne  głosiki  wcale  mi  nie  były  przykre, 
raczej miłe, i nawet gdyby nie to, że w tym czasie 
bałem  się  kobiet  jak  morowej  zarazy, 
podarowałbym  im  jaki  drobiazg  albo  coś  do 
zjedzenia. 

Pociąg  napotkałem  w  Don  Betino,  gdzie 

kupiłem bilet do Madrytu, ale nie miałem zamiaru 
zatrzymać  się  w  stolicy,  tylko  jechać  dalej,  do 
jakiegoś  miejsca,  skąd  można  by  prysnąć  do 
Ameryki;  podróż  okazała  się  przyjemna,  bo  i 
wygodny  wagon,  i  tyle  nowości  dla  mnie  w  tym 
patrzeniu  na  pole,  co  wyglądało  niby  wielka 
płachta,  którą  rozpostarła  niewidzialna  ręka;  a 
kiedy  wszyscy  wysiedli  i  zauważyłem,  że 
przyjechaliśmy  do  Madrytu,  to  aż  serce 
podskoczyło  mi  w  piersi,  bo  wyobrażałem  sobie, 
że  do  stolicy  jeszcze  bardzo  daleko;  w  sercu 
zawsze  się  coś  ściska,  jak  się  człowiek  znajdzie 
oko  w  oko  z  czymś,  co  nie  da  się  odmienić,  i 
przekona się, jak blisko jest to, co tak daleko sobie 
wyobrażał. 

Mając  się  na  baczności  przed  łotrzykami,  co 

grasują  po  Madrycie,  zwłaszcza  żeśmy  przybyli 
nocą,  a  więc  w  porze  dogodnej  dla  różnych 
łobuzów,  którym  by  mogła  przyjść  ochota  na 
mnie  się  obłowić;  pomyślałem,  że  lepiej  będzie 
zaczekać do świtu z szukaniem jakiejś kwatery, a 
tymczasem przespać się 

141 

background image

trochę  na  jednej  z  wielu  ławek  na  stacji.  Tak  też 
zrobiłem;  wybrałem  sobie  ławkę  z  brzegu,  gdzie 
najmniej  słychać  było  hałas,  ułożyłem  się  jak 
mogłem  najlepiej,  i  zdany  wyłącznie  na  opiekę 
swego anioła stróża, zasnąłem jak kamień, chociaż 
kładąc  się  chciałem  naśladować  kuropatwę,  co  to 
jednym  okiem  czuwa,  a  drugim  śpi.  Spałem 
głęboko  prawie  do  świtania,  a  jak  się  obudziłem, 
taki ziąb przenikał  mi kości  i taką  wilgoć  czułem 
w  całym  ciele,  że  nie  chciałem  pozostać  tam  ani 
chwili  dłużej;  wyszedłem  ze  stacji  na  ulicę  i 
zbliżyłem  się do gromadki robotników zebranych 
przy  ognisku,  gdzie  mnie  wdzięcznie  przyjęli  i 
mogłem się rozgrzać w cieple rozżarzonych drew. 
Rozmowa,  na  początku  trochę  opieszała,  prędko 
się ożywiła, a że ludzie wydali mi się poczciwi, a 
mnie potrzebni byli przyjaciele, wysłałem jakiegoś 
szczeniaka, co tam się wałęsał, po litr wina; z tego 
litra  nie  spróbowałem  nawet  kropli  ani  ja,  ani  ci, 
co  ze  mną  byli,  bo  dzieciak,  widać  nie  w  ciemię 
bity,  zabrał  sobie  miedziaki  i  więcej  się  nie 
pokazał.  Ponieważ  zamyślałem  poczęstować  tych 
ludzi  i  chociaż  się  śmieli,  że  chłopak  wystawił 
mnie  do  wiatru,  ja  bardzo  pragnąłem  nawiązać  z 
nimi  przyjaźń,  więc  czekałem,  aż  się  rozwidni,  a 
jak  tylko  to  się  stało,  poszedłem  z  nimi  do  małej 
kawiarenki, 

142 

background image

gdzie postawiłem dla wszystkich kawę z mlekiem, 
czym  sobie  zjednałem  ich  zupełną  wdzięczność. 
Mówiłem,  że  szukam  kwatery,  i  jeden  z  nich  — 
Angel Estevez się nazywał — ofiarował się mnie 
przyjąć  do  siebie  na  stancję;  obiecywał  dwa 
posiłki  dziennie  i  zażądał  za  wszystko  dziesięć 
realów,  co  na  razie  nie  wydało  mi  się  drogo,  ale 
później  tak  wyszło,  że  póki  byłem  u  niego  w 
Madrycie, dodać trzeba było do tego drugich dzie-
sięć  realów  co  najmniej,  bo  Estevez  i  jego  żona 
wygrywali  je  ode  mnie  wieczorami  w  karty,  w 
„Siedem i pół", za którą to grą oboje przepadali. 

W Madrycie nie byłem długo, ledwie piętnaście 

dni,  i  starałem  się  wykorzystać  ten  czas  na 
rozrywki,  najtańsze,  jakie  były.  Zakupiłem  też 
parę  potrzebnych  drobiazgów,  niedrogo,  na  ulicy 
De  Postas  i  na  Plaża  Ma-yor;  pod  wieczór,  ku 
zachodowi  słońca,  szedłem  zabawić  się  za  jedną 
pesetę  do  kawiarenki  ze  śpiewami  na  ulicy  de  la 
Aduana  —  kawiarnia  nazywała  się  „Eden 
Concert"  —  i  tam  siadywałem  przyglądając  się 
artystkom, a w porze kolacji wracałem na facjatkę 
Esteveza przy ulicy de la Ternera; przeważnie już 
go  zastawałem  w  domu,  jego  żona  rozdzielała 
mięso  w  sosie,  zjadaliśmy  je,  później    razem    z   
dwoma    sąsiadami,    którzy    co 

143 

background image

dzień przychodzili, siadaliśmy do kart. Pod stołem 
stał  kociołek  z  żarzącymi  się  węgielkami,  żeby 
nam  nie  zmarzły  nogi,  i  tak  to  trwało  do  świtu. 
Mnie się to życie bardzo podobało i gdyby nie to, 
że  twardo  postanowiłem  nie  wracać  na  wieś, 
zostałbym  w  Madrycie  aż  do  wydania  ostatniego 
centyma. 

Mieszkanie 

mego 

gospodarza 

wyglądało 

niczym  gołębnik  ustawiony  na  dachu,  a  że  okna 
nie  otwierali  tu  wcale  i  węgielki  pod  stołem 
żarzyły  się  noc  i  dzień,  było  całkiem  przyjemnie 
tak  siedzieć  z  nogami  osłoniętymi  serwetą  od 
stołu. Pokój, który mi dali, miał nachylony sufit w 
tej  części,  gdzie  położyli  mi  siennik,  i  niejeden 
raz, pókim się nie przyzwyczaił, uderzałem głową 
o  belkę,  co  tam  wystawała.  Później,  jak  się  już 
obeznałem  z  terenem,  zapamiętałem  tak  dobrze 
każdą  deskę  w  tej  alkowie,  że  nawet  z  zawią-
zanymi  oczyma  umiałbym  wejść  do  łóżka.  Do 
wszystkiego trzeba się przyzwyczaić. 

Żona  Esteveza  nazywała  się,  jak  się  to  od  niej 

samej dowiedziałem, Concepcion Castil-lo Lopez, 
była  młoda,  drobna,  z  chytrą  gębusią,  bardzo 
sympatyczna,  przy  tym  wygadana  i  bystra,  jak 
podobno wszystkie w Madrycie; patrzyła na mnie 
zuchwale,  mówiła  o  wszystkim  co  popadło,  ale 
prędko mi po- 

144 

background image

kazała — tak prędko, jak tylko zacząłem naciskać 
— że z nią nic nie wskóram i niczego od niej nie 
można  się  spodziewać.  Kochała  swojego  męża  i 
poza  nim  żaden  mężczyzna  dla  niej  nie  istniał;  a 
bardzo szkoda, bo ładna była i tak przyjemna, jak 
rzadko, mimo że całkiem mi się wydała odmienna 
niż  kobiety  z  moich  stron,  ale  że  nigdy  mi  nie 
dawała przystępu, a i ja jakoś nie  miałem do niej 
śmiałości, coraz to wyrastała wyżej nade mną, a w 
końcu zrobiła się taka daleka, że ani mi do głowy 
nie  przychodziło  czegoś  próbować.  Jej  mąż  był 
zazdrosny  jak  Turek  i  niewiele  musiać  mieć 
zaufania  do  żony,  bo  nawet  na  schody  nie 
pozwalał  jej  wyjrzeć;  przypominam  sobie,  kiedy 
raz  w  niedzielę  Estevez  zaprosił  mnie  na 
przechadzkę  do  parku  Retiro  razem  z  nim  i  jego 
żoną, to przez  całe  godziny ją  męczył o to, że to 
niby spojrzała na tego czy na innego, te udręki ona 
znosiła  cierpliwie,  a  nawet  z  zadowoleniem  i  z 
wielką  czułością  na  twarzy,  czego  całkiem  pojąć 
nie mogłem. W Retiro chodziliśmy naokoło stawu 
i w pewnym momencie Estevez zaczął się kłócić z 
jednym,  co  też  tam  spacerował,  a  gadali  tak 
prędko  i  takimi  niezwyczajnymi  słowami,  żem  z 
tego  zrozumiał  ledwie  połowę;  posprzeczali  się, 
bo  ten  obcy  niby  że  to  za  bardzo  się  przyglądał 
Concep- 

10 — Rodzina... 

J45

 

background image

cion, ale najwięcej mnie dziwiło to, że chociaż tak 
się lżyli i na siebie pluli, to jeden na drugiego ręki 
nie  podniósł.  Ubliżali  swoim  matkom,  wymyślali 
sobie  wniebogłosy  od  alfonsów  i  rogaczy,  jeden 
drugiemu  obiecywał  powypruwać  flaki,  ale  —  co 
ciekawe  —  żaden  nie  ruszył  palcem.  Zdumiały 
mnie  te  niezwykłe  obyczaje,  ale  naturalnie  nie 
wściubiałem  w  to  nosa,  chociaż  przewidywałem, 
że  może  przyjdzie  mi  wystąpić  w  obronie 
przyjaciela. Kiedy im się znudziło to pyskowanie, 
każdy odszedł w swoją stronę, i na tym koniec. 

Bardzo  mi  się  to  podoba!  Żebyśmy  to  my, 

ludzie  wsiowi,  umieli tak  wszystko przełykać  jak 
ci z miasta, więzienia stałyby puste... 

Po  jakichś  dwóch  tygodniach,  chociaż  niewiele 

jeszcze  znałem  Madryt,  bo  nie  jest  to  miasto,  co 
się daje w mig poznać, postanowiłem jechać dalej, 
tam,  gdzie  sobie  wyznaczyłem  cel  podróży; 
zapakowałem  mój  niewielki  bagaż  do  świeżo 
kupionej  walizki,  kupiłem  bilet  kolejowy  i  w 
kompanii  Esteveza,  co  nie  opuszczał  mnie  do 
ostatka, poszedłem na dworzec — inny niż ten, na 
który  przybyłem,  i  odjechałem  w  kierunku  La 
Coruńa,  bo  tam,  jak  mnie  pouczono,  zawijają 
statki  płynące  do  Ameryki.  Podróż  z  Madrytu  do 
portu trwała trochę dłużej    niż ze    wsi do 

146 

background image

Madrytu, bo odległość jest większa, ale że to była 
noc, a ja tam nie jestem z tych, co im kołysanie i 
turkot  pociągu  przeszkadzają  spać,  więc  droga 
minęła  mi  prędzej,  niż  myślałem  i  niż  mi 
zapowiadali  sąsiedzi,  i  już  w  parę  godzin  po 
przebudzeniu  znalazłem  się  na  brzegu  morza,  a 
było  ono  jedną  z  tych  rzeczy,  co  najmocniej  w 
życiu mnie zdumiały, takie mi się zdało ogromne i 
głębokie. 

Zaraz  po  załatwieniu  pierwszych  drobnych 

spraw, jasno pojąłem, jaki byłem naiwny myśląc, 
że tych kilka peset, co je miałem w kieszeni, może 
mi starczyć na podróż do Ameryki. Nigdy mi nie 
przyszło  do  głowy,  że  podróż  morska  może  tak 
drogo kosztować! Poszedłem do agencji podróży, 
zapytałem przy jednym okienku i kazali mi iść do 
innego;  stałem  tam  w  kolejce  chyba  najmniej  ze 
trzy godziny, a jak stanąłem  przed urzędnikiem i 
miałem  spytać,  do  jakiego  portu  najrozsądniej 
będzie zawinąć i ile to będzie kosztowało, ten — 
bez jednego słowa — obrócił się na pięcie i wrócił 
zaraz z papierkiem w ręku. 

—  Trasy  statków...  taryfy...  Odpływają  z 

Korunii piątego i dwudziestego. 

Próbowałem  mu  wytłumaczyć,  że  ja  chcę 

mówić z nim o mojej podróży, ale nic nie 

147 

background image

pomogło.  Przerwał  mi  tak  ostro,  że  nie  wie-
działem co robić. 

— Proszę nie zawracać głowy. 
Odszedłem  z  trasami  podróży  i  z  taryfami, 

notując w pamięci, kiedy statki mają odpłynąć. Co 
było robić! 

W domu, gdzie zamieszkałem, był też na stancji 

pewien  sierżant  artylerii  i  ten  mi  obiecał 
wytłumaczyć,  co  stało  w  papierach,  które  mi  dali 
w agencji; a jak wymówił cenę i warunki zapłaty, 
dusza  uciekła  mi  w  pięty,  bo  wyliczyłem,  że  nie 
mam i połowy tego. Trudność stanęła przede mną 
niemała, a nie znajdowałem żadnego rozwiązania; 
sierżant,  nazwiskiem  Adrian  Nogueira,  dodawał 
mi otuchy — on już kiedyś tam był — i ciągle mi 
opowiadał o Hawanie, a nawet o Nowym Jorku. Ja 
— po co ukrywać? — słuchałem otumaniony i tak 
mu  zazdrościłem,  jak  jeszcze  nigdy  nikomu  w 
życiu,  w  końcu  jednak  zrozumiałem,  że  on  tym 
gadaniem  tylko  mi  robi  oskomę,  więc  go 
poprosiłem,  żeby  przestał,  bo  już  postanowiłem 
twardo  zostać  w  kraju;  ten  wybałuszył  na  mnie 
oczy, jakby  nic  z  tego  nie  rozumiał, ale  że był to 
człowiek  dyskretny  i  zachowywał  się  z  rezerwą, 
jak  wszyscy  Galicjanie,  więcej  już  o  tej  sprawie 
nie mówiliśmy. 

Głowa mało mi nie pękła od ciągłego my- 

148 

background image

ślenia,  co  ze  sobą  zrobić,  a  że  każde  wyjście 
wydawało  mi  się  lepsze  od  powrotu  na  wieś, 
czepiałem  się  wszystkiego,  co  popadnie:  nosiłem 
walizki na dworcu i ładunki w porcie, pomagałem 
w  kuchni  hotelu  dworcowego,  byłem  krótki  czas 
nocnym  stróżem  w  fabryce  tytoniu  i  wszystkiego 
po trochu próbowałem, aż wreszcie skończyłem z 
życiem  portowym  i  zamieszkałem  w  burdelu,  u 
jednej, co ją zwali Apaszką, na ulicy del Papagayo 
idąc  w  górę  po  lewej;  tam  służyłem  po  trosze  do 
wszystkiego, chociaż moja główna robota polegała 
na wyrzucaniu za drzwi takich gości, co to widać 
było, że przyszli tylko robić awantury. 

Tam mieszkałem całe półtora roku, a jak się do 

tego  doda  te  pierwsze  pół  roku  włóczenia  się  po 
świecie  z  dala  od  domu,  można  zrozumieć,  że 
częściej,  niż  bym  się  spodziewał,  wspominałem, 
com porzucił; z początku tylko w nocy, kiedy się 
kładłem do łóżka, co mi je wstawili do kuchni, ale 
powoli  to  myślenie  przedłużało  się  na  całe 
godziny,  aż  przyszedł  dzień,  kiedy  tak  mi  się 
zaczęło  przykrzyć,  że  już  tylko  chciałem  jak 
najprędzej znów się  znaleźć  w tej mojej chałupie 
przy  szosie.  Myślałem,  że  rodzina  dobrze  mnie 
przyjmie  •—  czas  leczy  wszystko  —  i  ta  chęć 
powrotu rosła we mnie, jak rosną grzy- 

149 

background image

by  po  deszczu.  Pożyczyłem  pieniądze,  co  mi  się 
udało nie bez trudu, i trochę trzeba było się za tym 
pokręcić,  ale  w  końcu  mi  pożyczyli  i  pewnego 
dnia 

pożegnawszy 

moich 

chlebodawców 

wybrałem  się  w  podróż  powrotną,  która  tak 
szczęśliwie  by  się  dla  mnie  zakończyła,  gdyby 
diabeł — o czym jeszcze wówczas nie wiedziałem 
—  nie  uwziął  się  płatać  swoich  figli  w  moim 
domu  podczas  mej  nieobecności.  W  gruncie 
rzeczy to zupełnie naturalne, że moja żona, młoda 
wtedy  i  piękna,  za  mocno,  jak  to  prosta  kobieta, 
odczuwała  brak  męża  i  tę  moją  ucieczkę,  ciężki 
grzech,  którego  nigdy  nie  powinienem  był 
popełnić,  a  który  Bóg  raczył  ukarać,  może  i  za 
surowo... 

background image

tydzień  po  moim  powrocie,  żona,  co  tak 
czule,  przynajmniej  na  pozór,  mnie 
przyjęła, rozwiała moje złudzenia: 

—  Myślę,        że        cię        przywitałam       

bardzo chłodno. 

—  Nie, skąd! 
—  Bo to widzisz, nie czekałam cię już, nie 

spodziewałam się, że tu wrócisz... 

—  Ale teraz się cieszysz, prawda? 
—  Tak, teraz się cieszę... 

Lola była jakaś przybita, widać w niej było 

wielką odmianę. 

—  Zawsze o mnie myślałeś? 
—  Zawsze; a po co bym wracał, jak myślisz? 

Żona znowu zamilkła. 

—  Dwa lata to dużo czasu... 
—  Dużo. 
—  Przez dwa lata ziemia wiele razy obróci się 

wokoło... 

—  Dwa    razy;    mówił    mi    jeden    marynarz 

z Korunii. 

—  Nie mów mi o Korunii. 

151 

background image

—  Dlaczego? 
■—  Dlatego,  że  nie,  i  lepiej,  żeby  nie  było 

wcale na świecie tego miasta. 

Głos  jej,  kiedy  to  mówiła,  załamywał  się,  a 

wzrok był jak las w ciemności. 

—  Wiele razy obleciała ziemia swoje koło! 
—  Wiele razy! 
—  I  myślało  się:  całe  dwa  lata  go  nie  ma, 

chyba Bóg go zabrał do siebie. 

—  Co mi chcesz powiedzieć? 
—  Nic! 

Lola  zaczęła  gorzko  płakać.  Cichutko  wy-

szeptała: 

—  Będę miała dziecko... 
—  Znowu dziecko?! 

 

—  Tak. Przestraszyłem 
się. 
—  Od kogo? 
—  Nie pytaj! 
—  Mam nie pytać? Chcę pytać! Jestem 

twoim mężem! 

Teraz ona podniosła głos. 

—  Taki  mąż,  co  mnie  chce  zabić!  Mąż,  co 

mnie  porzuca  na  dwa  lata!  Mąż,  co  ucieka  ode 
mnie jak od trędowatej. Taki mąż, co... 

—  Daj już spokój! 
Tak, lepiej było dać temu spokój, tak  mi  mówi 

sumienie. Lepiej było pozwolić, żeby czas mijał, a 
dziecko się urodziło... A sąsie- 

152 

background image

dzi  będą  mówić  o  złym  prowadzeniu  się  żony, 
patrzeć na mnie spod oka, a kiedy mnie zobaczą, 
zaczną szeptać... 

—  Chcesz, żebym wezwał kumę Engracię? 
—  Już mnie oglądała. 
—  Co mówi? 
—  Że wszystko dobrze. 
—  Ja nie o to... Nie o to... 
—  A czego byś chciał?... 
—  No,  niczego...  ale  wypadnie  we  dwoje  tę 

rzecz załatwić. 

Moja żona patrzyła na mnie błagalnie. 

—  Pascual, mógłbyś to? 
—  Tak, Lola, mógłbym. Bo czy to pierwsze? 
—  Pascual, ja je czuję mocniej niż tamte, czuję, 

że będzie żyło... 

—  Na moją hańbę! 
—  Albo  na  twoje  szczęście;  skąd  ludzie  mają 

wiedzieć? 
—  Ludzie? Jeszcze jak będą wiedzieli! 
Lola    się    uśmiechała    smutno,    jak    sponie 
wierane dziecko, że aż żal było patrzeć. 

—  A  może  potrafimy  tak  uładzić,  żeby  nie 

wiedzieli? 

—  I tak się dowiedzą! 

Nie  czułem  złości  —  Bóg  widzi  —  ale  czło-

wiek jest związany z obyczajem, niczym osioł na 
postronku... 

153 

background image

Gdyby mi moja męska godność na to pozwoliła, 

byłbym  przebaczył,  ale  świat  jest,  jaki  jest,  i  nie 
ma co próbować płynąć przeciw prądowi. 

—  Lepiej ją zawołajmy! 
—  Kumę Engracię? 
—  Tak. 
—  Nie,  na  Boga!  Znowu  poronienie?  Zawsze 

mam tylko  męczyć  się  po to, żeby łajno na  świat 
wydawać?! 

Padła na podłogę i całowała mnie po nogach. 

—  Weź moje całe życie, jeżeli zechcesz! 
—  Na co mi ono? 
—  Moje  oczy  i  krew  ci  dam  za  to,  że  cię 

obraziłam! 

—  Też nie chcę. 
—  Moje  piersi,  moje  włosy,  moje  zęby!  Dam 

ci,  co  zechcesz,  ale  jego  mi  nie  zabijaj,  bo  przez 
niego tylko żyję! 

Najlepiej  było  dać  jej  się  wypłakać,  póki  nie 

upadła  wyczerpana,  złamana,  ale  już  spo-
kojniejsza,  jakby  w  nią  wstąpił  jakiś  spokój  i 
rozsądek. 

Moja 

nieszczęsna 

matka  musiała  widać 

przyłożyć  ręki  do  tego,  co  się  stało,  bo  chodziła 
jak struta i unikała mego widoku. Prawda w oczy 
kole!  Odzywała  się  do  mnie  półgębkiem,   
wychodziła    drugimi    drzwiami, 

154 

background image

kiedy ja wchodziłem pierwszymi, pilnowała — co 
się  ani  dawniej  nie  zdarzało, ani  nie  miało  nigdy 
zdarzyć  później  —  żebym  miał  obiad  gotowy  na 
czas,  aż  przykro  pomyśleć,  że  po  to,  by  mieć 
spokój,  trzeba  ludzi  postraszyć  —  i  taka  była 
uległa,  żem  się  w  końcu  zaczął  czuć  nieswojo. 
Nigdy  nie  mówiłem  z  nią  o  Loli,  była  to  sprawa 
dotycząca  nas  dwojga  i  tylko  między  nami 
musiała być załatwiona. 

Pewnego dnia zawołałem Lolę i powiedziałem: 

—  Możesz już być spokojna. 
—  Bo co? 
—  Bo nie będzie się wołało kumy Engra-cii...! 

Lola zamyśliła się na chwilę i stała nieruchoma 

jak czapla. 

—  Jesteś bardzo dobry, Pascual. 

—  Tak, lepszy, niż myślisz. 
-. I lepszy ode mnie. 

—  Już nie mówmy o tym! Więc z kim... to 

było? 

—  Nie pytaj! 

■— Wolę wiedzieć, Lola. 

—  Ale ja się boję ci to powiedzieć... 
—  Boisz się? 
—  Boję się, że go zabijesz. 
—  Tak bardzo go kochasz? 

155 

background image

—  Nie kocham go wcale. 
—  To dlaczego? 
—  Bo tak mi się wydaje, że krew to ten nawóz, 

na którym rośnie twoje życie... 

Te słowa wyryły mi się w głowie jak wypalone 

żelazem i tak już umrą wraz ze mną. 

—  A gdybym przysiągł, że nic się nie stanie? 
—  Nie uwierzyłabym. 
—  Dlaczego? 
—  Bo  to  nie  może  być,  Pascual,  ty  jesteś 

mężczyzną! 

—  Dzięki Bogu, ale słowo... też się liczy... 
Lola rzuciła mi się w objęcia. 
—  Dałabym  wiele  lat  życia,  żeby  to  się  nie 

stało... 

—  Wierzę ci. 
—  I żebyś ty mi przebaczył... 
—  Przebaczam ci, Lola. Ale mi powiedz... 
—  Tak. 

Była  blada,  jak  nigdy,  roztrzęsiona;  strach  był 

na  jej  twarzy,  strach  okrutny,  żeby  wraz  z  moim 
powrotem  nie  powróciło  nieszczęście;  ująłem  jej 
głowę  w  ręce,  pogłaskałem,  przemówiłem  czulej 
niż 

najwierniejszy 

świecie 

małżonek; 

przytuliłem ją, objąłem ramieniem, rozumiejąc, że 
musiała wiele przecierpieć, pełen obawy, żeby nie 
omdlała słysząc to moje pytanie. 

156 

background image

—  Kto to był?... 
—  Sztywny... 
—  Sztywny?! 
Lola nie powiedziała nic więcej. 

Była  martwa,  głowa opadła jej na piersi,  włosy 

na  twarz...  Przez  chwilę  zachowała  jeszcze 
równowagę siedząc na krześle, aż nagle upadła na 
podłogę kuchenną, wykładaną małymi kamykami 
wygładzonymi od deptania po nich... 

background image

korpiony  rozrywały  mi  serce  i  każda  kropla  krwi 
w  moich  żyłach  kąsała  niczym  jadowita  żmija... 
Wyruszyłem  na  poszukiwanie  mordercy  mojej 
żony,  tego,  co  zbezcześcił  moją  siostrę  i  co  tyle 
żółci ze mnie wytoczył; niełatwo go było znaleźć, 
bo  się  krył  przede  mną.  Dowiedział  się  łotr,  że 
przyjechałem,  więc  gdzieś  prysnął  i  przez  cztery 
miesiące  nie  pokazywał  się  w  Almendralejo, 
wyruszyłem  więc,  żeby  go  przyłapać,  poszedłem 
do  domu  Nieves  i  zastałam  tam  Rosario.  Jak  ona 
się  zmieniła!  Postarzała,  na  twarzy  pełno  miała 
wczesnych  zmarszczek,  podkowy  pod  oczami, 
zmierzwione  włosy  i  aż  przykro  było  patrzeć  na 
nią, jeśli się pamiętało, że kiedyś była piękna... 

—  Czego tu szukasz? 
—  Jednego mężczyzny! 
—  Nie bardzo jest mężczyzną, kto umyka przed 

wrogiem. 

—  Nie bardzo... 

158 

background image

—  Ani ten, kto nie czeka na gościa, jeżeli się go 

spodziewa. 

—  Tak... Gdzie on się podział? 
—  Nie wiem... Wczoraj wyjechał... 
—  Dokąd wyjechał? 
—  Nie wiem. 
—  Nie wiesz? 
—  Nie. 
—  Na pewno? 
—  Na pewno. 

Wydawało się, że mówi prawdę, później, kiedy 

wróciła  do  domu,  Rosario  dowiodła  mi  swego 
przywiązania,  żeby  się  mną  zająć,  porzuciła 
Sztywnego... 

—  Nie wiesz, czy daleko pojechał? 
—  Nic mi nie powiedział. 
Nie  było  innej  rady,  jak  pogrzebać  w  sobie 

gniew;  nigdy  nie  było  obyczajem  ludzi  honoru 
wyładowywać  na  słabych  wściekłość  prze-
znaczoną dla nikczemnych. 

—  Wiedziałaś, co się święci? 
—  Tak. 
—  I siedziałaś cicho? 
—  A komu to miałam opowiadać? 
—  No nie, nikomu... 

W  samej  rzeczy  prawda,  że  nie  miała  nikogo, 

komu  by  to  mogła  powiedzieć;  są  sprawy,  które 
nie  wszystkich  interesują;  te  sprawy    trzeba   
dźwigać    na      własnych      barkach, 

159 

background image

samotnie,  jak  krzyż  męczeństwa,  a  dla  innych 
mieć  usta  zamknięte.  Ludziom  nie  można 
powiedzieć  wszystkiego,  co  nas  spotyka,  bo  po 
większej  części  nawet  nie  umieliby  nas 
zrozumieć. 

Rosario wyszła razem ze mną. 

— Nie chcę tu pozostawać ani dnia dłużej. Mam 

dosyć. 

I  wróciła  do  naszego  domu,  nieśmiała  i  jakaś 

zalękniona, pokorna i pracowita jak nigdy; troszczyła 
się o mnie i tak dogadzała, że nigdy nie zdołałem — i 
niestety,  co  gorsza,  nigdy  nie  zdołam  —  dostatecznie 
mej  wdzięczności  okazać.  Zawsze  miała  dla  mnie 
czystą koszulę, a pieniędzmi gospodarowała rozsądnie 
i  oszczędnie,  odgrzewała  mi  obiad,  jeżeli  się 
spóźniłem...  Jakie  przyjemne  było  takie  życie!  Dnie 
schodziły  leciutkie  jak  piórka,  noce  mijały  spokojnie 
jak w klasztorze, i a ponure myśli — co przedtem tak 
mnie  prześladowały  —  jak gdyby próbowały  ustąpić. 
Jak  dalekie  zdawały  mi  się  awanturnicze  dni  w 
Korunii!  Jak  gubiły  się  we  wspomnieniach  czasy 
dźgania nożem! Zmarła Lola głęboką zostawiła ranę w 
moim  sercu,  ale  rana  stopniowo  się  zabliźniała,  a 
dawne czasy powoli zacierały się  w pamięci, aż moja 
zła gwiazda — ta gwiazda, co jakby się uwzięła 

160 

background image

mnie        dręczyć        —        zapragnęła       
wskrzesić wspomnienia, na moje nieszczęście. 

Było to w karczmie Martineta; powiedział mi to 

Sebastian. 

—  Widziałeś Sztywnego? 
—  Nie, bo co? 
—  Nic, tylko mówią, że on tu jest we wsi. 
—  We wsi? 
—  Tak mówią. 
—  Nie nabierasz mnie? 
—  Czego  się  złościsz,  powtarzam  ci,  co  mi 

mówili! Po co miałbym cię nabierać? 

Chciałem natychmiast się przekonać o prawdzie 

jego słów. Pobiegłem zaraz do domu galopem, nie 
patrząc, gdzie stawiam nogi. 

We drzwiach spotkałem matkę.- 

—  Gdzie Rosario? 
—  W domu. 
—  Sama? 
—  Tak, bo co? 

Nie odpowiedziałem; wszedłem do kuchni i tam 

ją zastałem nad garnkami. 

—  Gdzie Sztywny? 
Rosario  wydawała  się  zaskoczona,  podniosła 

głowę  i  spokojnie,  przynajmniej  tak  się 
wydawało, odparła: 

—  Czemu mnie o to pytasz? 
—  Bo on jest we wsi. 

11 — Rodzina...

 

161 

background image

—  We wsi? 

—  Tak mi mówili. 
—  No więc tu się nie pokazał. 
—  Na pewno? 
—  Przysięgam ci! 
Nie  musiała  mi  przysięgać,  to  była  prawda, 

jeszcze nie był tu, ale wnet się zjawił, groźny jak 
król pikowy, zuchwały jak wódz Cyganów. 

Na progu natknął się na moją matkę. 

—  Jest Pascual? 
—  A bo co? 
—  Nic, mam z nim mówić o jednej sprawie. 
—  O sprawie? 
—  Tak, to jest sprawa między nami dwoma. 
—  Wejdź, on jest w kuchni. 

Sztywny  wszedł  nie  zdejmując  czapki  i  po-

gwizdując. 

—  Hola, Pascual! 
—  Hola,  Paco!  Zdejm  czapkę,  bo  jesteś  w 

mieszkaniu. 

Sztywny zdjął czapkę. 

—  Jak chcesz! 

Starał  się  zachować  spokój  i  rozsądek,  ale  mu 

się  to  nie  udawało;  widać  było,  że  jest 
roztrzęsiony. 

—  Jak się masz, Rosario? 

162 

background image

—  Jak się masz, Paco! 
Moja siostra uśmiechnęła się  do niego i  ten jej 

tchórzliwy  uśmiech  wydał  mi  się  obrzydliwy; 
chłop  też  się  uśmiechnął,  ale  wargi  jakby  mu 
pobielały. 

—  Wiesz, po co przychodzę? 
—  Powiedz sam. 
—  Zabrać z sobą Rosario. 
—  Przypuszczałem  to.  Nie,  Sztywny,  nie 

zabierzesz Rosario. 

—  Nie zabiorę? 
—  Nie. 
—  A kto mi może przeszkodzić? 
—  Ja. 
—  Ty?! 
—  Tak, ja, to ci nie wystarczy? 
—  Niezupełnie... 

W  tej  chwili  byłem  zimny  jak  krokodyl  i 

mogłem  dokładnie  rozważyć  każdy  swój  ruch. 
Obciągnąłem  marynarkę,  obliczyłem  odległość  i 
nie pozwalając mu mówić dalej, żeby się nie stało 
tak  jak  ostatnim  razem,  chwyciłem  ławkę  i 
walnąłem go w samą twarz; przewrócił się tak, że 
runął  uderzając  plecami  o  komin.  Próbował  się 
podnieść, wyciągnął z pochwy nóż, a przez twarz 
przebiegały  mu  straszne  ognie;  miał  zdruzgotane 
kości w plecach i nie mógł się ruszać. Wy- 

163 

background image

niosłem go, położyłem na brzegu szosy i tam i 
zostawiłem.
 

—  Sztywny, zabiłeś moją żonę... 
—  Ona była dziwka! 
—  Była,  jaka  była,  ale  ty  ją  zabiłeś;  zmar-

nowałeś moją siostrę... 

—  Dosyć  była  zmarnowana,  jak  się  do  niej 

zabrałem! 

—  Może i była, ale ty ją pogrążyłeś do reszty. 

A  teraz  milcz.  Szukałeś  mnie  dosyć  długo,  aż 
mnie  znalazłeś;  nie  ja  chciałem  cię  zranić,  nie 
chciałem połamać ci żeber... 

—  Kiedyś się wygoję, a wtedy!... 
—  A wtedy co? 
—  Zastrzelę cię jak wściekłego psa! 
—  Uważaj, pamiętaj, że mam cię w ręku! 
—  Nie umiałbyś mnie zabić! 
—  Co, nie umiałbym cię zabić? 
—  Nie. 
—  A dlaczego? Skądeś taki pewny?! 

 

—  Bo jeszcze się taki nie urodził! 
Twardy był z niego chłop. 
—  No, idź już stąd! 
—  Pójdę, kiedy zechcę. 
—  W tej chwili mi się wynoś! 
—  Oddaj mi Rosario! •— 
Nie chcę! 
—  Oddaj, bo cię zabiją! 

164          * 

background image

—  Nie bądź taki skory do zabijania! Starczy ci 

tego, co już masz na swoim koncie. 

—  Nie chcesz mi jej dać? 
—  Nie! 

Sztywny  zrobił  ostatni  wysiłek  próbując  mnie 

odepchnąć. 

Chwyciłem go za gardło i przybiłem do ziemi. 

—  Wynoś się! 
—  Nie chcę! 
Mocowaliśmy się, obaliłem go, postawiłem mu 

kolana na piersiach. 

—  Nie zabijam cię, bo jej przyrzekłem..r^ 
—  Komu? 
—  Loli. 
—  Znaczy, że mnie kochała? 
Za  dużo  mi  było  tej  bezczelności.  Nacisnąłem 

kolanem  trochę  mocniej...  W  piersiach  coś 
bulgotało  niby  w  garnku  na  ogniu.  Zaczął 
wyrzucać  krew  ustami.  Jak  wstałem,  jego  głowa 
— bez sił już — opadła na bok... 

background image

rzymali  mnie  w  więzieniu  trzy  lata, 
powolne i długie jak zgryzota, trzy lata, co 
najpierw  tak  się  dłużyły,  jakby  nigdy  nie 

miały  przejść,  a  potem  o  nich  myślałem,  że  były 
snem,  trzy  lata  dzień  po  dniu  pracowałem  w 
więziennym  warsztacie  szewskim,  a  w  porach 
odpoczynku  wysiadywałem  na  podwórzu  na 
słońcu, radując się tym słońcem i z taką gorączką 
licząc  mijające  godziny,  aż  —  na  moje 
nieszczęście  —  rachunek  skrócił  przed  czasem 
moje dobre sprawowanie... 

Przykro  pomyśleć,  że  w  tych  nielicznych 

wypadkach,  kiedy  zdarzyło  mi  się  nieźle 
sprawować,  zawsze  los,  ta  moja  zła  gwiazda,  co 
—  jak  już  przedtem  powiedziałem  —  jak  gdyby 
znajdowała przyjemność w tym, żeby iść za mną, 
odwracała  wszystko  i  układała  sprawy  tak,  że  ta 
dobroć już na nic zdać się nie mogła mojej duszy. 
Gorzej, bo nie tylko nie zdała się na nic, ale przez 
to,  że ją  odtrącano  i  poniewierano,  zawsze  jakieś 
gorsze  zło  ściągnąć  na  mnie  musiała.  Gdybym 
sprawo- 

166 

 

background image

wał  się  źle,  siedziałbym  w  Chinchilla  całych 
dwadzieścia osiem lat, co mi zasądzili, byłbym tak 
gnił za życia jak wszyscy więźniowie, byłbym się 
nudził  do  wariacji,  rozpaczałbym  i  przeklinał 
Boga,  aż  w  końcu  zatrułbym  się  tym  jadem  do 
reszty;  ale  przebywając  tam  oczyszczałbym  się  z 
popełnionych  win,  wolny  od  nowych  krwawych 
przestępstw,  zamknięty  i  obezwładniony  —  to 
prawda  —  ale  bezpieczny  i  jak  nowo  narodzone 
dziecko  wolny  od  wszelkich  grzechów  prócz 
grzechu  pierworodnego;  gdybym  zaś  sprawował 
się  ani  tak,  ani  siak,  jak  mniej  więcej  wszyscy, 
tych  dwadzieścia  osiem  lat  skróciłoby  się  do 
czternastu  czy  szesnastu,  moja  matka  umarłaby 
śmiercią  naturalną,  zanim  wyszedłbym  na 
wolność,  siostra  Rosario  utraciłaby  swą  młodość, 
a  wraz  z  młodością  urodę,  a  wraz  z  urodą 
minęłoby  dla  niej  niebezpieczeństwo,  a  ja  —  ten 
biedny, nieszczęsny straceniec, co tak mało współ-
czucia  może obudzić  w panu i społeczeństwie  — 
byłbym  wyszedł  stąd  pokorny  jak  owca,  miękki 
jak 

materac 

zapewne 

daleki 

od 

niebezpieczeństwa  nowego  upadku.  O  tej 
godzinie,  kto  wie,  może  żyłbym  sobie  gdzieś 
spokojnie,  oddany  pracy  dla  chleba,  próbując 
zapomnieć o tym, co minęło, i patrzyć już tylko w 
przyszłość; może już bym do tego 

167 

background image

doszedł...  Ale  ja  sprawowałem  się,  jak  mogłem 
najlepiej,  robiłem  dobrą  minę  do  złej  gry,  z 
zamkniętymi  oczyma  wykonywałem,  co  mi 
kazano, i udało mi się zmiękczyć sprawiedliwość; 
uzyskałem dobrą opinię od dyrektora... i wypuścili 
mnie. Otworzyli mi bramę, zostawili bezbronnego 
w obliczu całego zła na świecie i powiedzieli: 

—  Odcierpiałeś  swoje,  Pascualu,  wracaj  do 

walki,  wracaj do życia, znoś wszystko cierpliwie, 
rozmawiaj  ze  wszystkimi,  ocieraj  się  o 
wszystkich... 

I  wierząc  w  to,  że  robią  mi  łaskę,  pogrążyli 

mnie na zawsze. 

Tych  filozofii  nie  miałem  jeszcze  w  głowie, 

kiedy  pierwszy  raz  pisałem  ten  rozdział  i  dwa 
następne,  ale  mi  je  skradli  (dotychczas  nie 
rozumiem,  po  co  mi  to  chcieli  odebrać),  choć 
pewnie  panu to się  wyda  za  bardzo dziwne, żeby 
mi uwierzyć; więc zasmucony tą złośliwością bez 
przyczyny,  co  tyle  bólu  mi  sprawia,  a  do  tego 
zgnębiony tym powtarzaniem, co mnie zmusza do 
wysilania  pamięci  i  mąci  myśli,  napisałem  to 
wszystko, co mi się  nasuwało pod pióro, a że nie 
uważam tych umartwień za pokutę (bo tej pokuty, 
co  ją  mam,  i  tak  dosyć  dla  mojej  słabości,  jeżeli 
nie dla ciężkości moich win), zosta- 

168 

background image

wiam  to  pisanie  tak,  jak  mi  wyszło,  żeby  je  pan 
osądził według swego rozumienia. 

Kiedy  wyszedłem  stamtąd,  pola  wydały  mi  się 

bardzo  smutne,  o  wiele  smutniejsze,  niż  je  sobie 
wyobrażałem. W myślach, co mnie nachodziły we 
więzieniu, widziałem je — nie wiedzieć dlaczego 
—  zielone  i  piękne,  urodzajne  i  złote  od  łanów 
pszenicy, a przy nich chłopów, co pracują na roli z 
zapałem  i  w  radości  od  wschodu  do  zachodu 
słońca,  śpiewają  przy  bukłaku  z  winem,  co  stał 
przy nich, wolni od niedobrych myśli — a po wyj-
ściu  zobaczyłem  te  pola  jałowe  i  suche,  jak 
cmentarze  odludne  i  puste,  jak  wiejska  kapliczka 
nazajutrz  po  święcie  Patronki...  Chin-chilla  to 
wieś  nędzna  jak  wszystkie  wsie  Manczy,  jakby 
przyciśnięte ciężką troską, szare i wyblakłe jak te 
wszystkie kąty, skąd ludzie nie wysuwają nosa na 
świat; byłem tam tylko tyle czasu, ile trzeba, żeby 
się doczekać pociągu, co miał mnie zawieźć z po-
wrotem  do  mojej  wsi,  do  mego  domu,  do  mojej 
rodziny;  do  wsi,  którą  miałem  ujrzeć  znowu  w 
tym  samym  miejscu,  do  domu,  co  błyszczał  w 
słońcu jak klejnot,  do rodziny, która  spodziewała 
się  mego  powrotu  o  wiele  później  i  nie 
wyobrażała sobie, że tak prędko znajdę się razem 
z nimi; do matki, co ją może przez te trzy lata Bóg 
zechciał uczynić ła- 

169 

background image

godniejszą,  i  do  siostry,  kochanej  siostry,  mojej 
dobrej siostry, co będzie skakała z radości na mój 
widok... 

Długo  czekałem  na  pociąg,  spóźnił  się  o  kilka 

godzin.  Dziwne  to,  że  człowieka,  co  już  miał  we 
krwi  tyle  godzin  wyczekiwania,  niecierpliwi 
spóźnienie  o  jedną  czy  dwie  godziny,  ale  tak 
właśnie  ze  mną  było,  że  się  zmęczyłem  i 
niecierpliwiłem  tym  czekaniem,  jakby  ten  mój 
czas  pożerało  jakieś  pilne  zajęcie.  Chodziłem  po 
stacji,  wszedłem  do  bufetu,  przechadzałem  się  po 
polu za dworcem... Nic, pociąg nie nadjeżdżał, nie 
pokazywał  się  nawet,  musiał  być  jeszcze  bardzo 
daleko  przez  to,  że  się  spóźnił.  Wspominałem 
więzienie,  widać  je  było  w  oddali,  za budynkiem 
stacyjnym;  wydawało  się  puste,  ale  napełniali  je 
po brzegi zamknięci w jego murach nieszczęśnicy, 
a  jakby  opisać  życie  każdego  z  nich,  można  by 
zająć  tyle  setek  stronic,  ilu  ich  tam  pokutowało. 
Przypomniał mi się dyrektor, tak jak go ostatni raz 
widziałem; był to łysy staruszek z siwym wąsem, 
z  oczyma  błękitnymi  jak  niebo;  nazywał  się  don 
Con-rado.  Kochałem  go  jak  ojca,  byłem  mu 
wdzięczny  za  wszystkie  słowa  pociechy,  co  je 
miał dla mnie tak często. Ostatni raz widziałem go 
w biurze, dokąd mnie kazał zawołać. 

— Czy można, don Conrado? 

170

 

background image

—  Wejdź, synu. 
Jego stargany ochrypły głos jakby miękł i drżał 

mu  na  wargach,  kiedy  staruszek  mówił  do  nas 
„synu". 

Don Conrado kazał  mi usiąść naprzeciw siebie, 

wyciągnął ku mnie dużą tabakierę z koźlej skóry i 
wyjąwszy  książeczkę  z  bibułkami  do  palenia, 
poczęstował: 

—  Papieroska? 
—  Dziękuję, don Conrado. 
Don Conrado się zaśmiał. 

—  Jak się z tobą mówi, to trzeba dużo 

dymu... Wtedy mniej widać tę twoją brzydką 
twarz! 

Wybuchnął śmiechem, a ten śmiech pod koniec 

zmieszał  się  z  napadem  kaszlu,  co  trwało  tak 
długo, aż się stary zaczął dławić, aż obrzmiała mu 
twarz  i  sczerwieniała  jak  pomidor.  Sięgnął  do 
szuflady,  wyjął  dwa  kieliszki  i  butelkę  koniaku. 
Zdumiałem się; zawsze mnie dobrze traktował — 
to prawda — ale nigdy tak jak tego dnia. 

—  Co się stało, don Conrado? 
—  Nic,  synu,  nic  takiego...  No,  wypij...  za 

swoją wolność! 

Znowu  napadł  go  kaszel.  Chciałem  jeszcze 

zapytać: 

—  Za moją wolność?! 
Ale on mi dawał znaki ręką, żebym nic nie 

171 

background image

mówił.  Tym  razem  było  na  odwrót  —  kaszel 
zakończył się śmiechem. 

—  Tak, tak. Wszystkie łotry mają szczę 

ście! 

I  śmiał  się,  zachwycony,  że  mógł  mi  powie-

dzieć  tę  nowinę,  zadowolony,  że  może  mnie 
wygnać  na  ulicę.  Biedny  don  Conrado,  taki  był 
poczciwy! Gdyby wiedział, że najlepsze, co mnie 
mogło spotkać, to nie wyjść stamtąd nigdy! Kiedy 
znowu powróciłem do Chin-chilli, do tego samego 
domu,  wyznał  mi  to  ze  łzami  w  oczach,  w  tych 
oczach, co były prawie tak samo przezroczyste jak 
łzy, tylko odrobinkę bardziej niebieskie. 

—  No dobrze, a teraz mówmy poważnie! 

Czytaj... 

Położył  przede  mną  rozkaz  zwolnienia.  Nie 

wierzyłem własnym oczom. 

—  Przeczytałeś? 
—  Tak, panie. 

Otworzył  teczkę  i  wyjął  dwa  jednakowe 

papierki,  zaświadczenia  o  wypuszczeniu  na 
wolność. 

—  Weź, ten dla ciebie, z tym możesz cho 

dzić wszędzie, gdzie zechcesz... Podpisz tutaj, 
tylko bez kleksów... 

Złożyłem  papier,  wsunąłem  do  portmonetki. 

Byłem  wolny!  Nie  umiałbym  opowiedzieć,  co  w 
tej chwili poczułem. Don Conrado spo- 

172 

background image

ważniał;  wypalił  mi  kazanie  o  uczciwości  i 
dobrych  obyczajach  i  radził  hamować  po-
rywczość; gdybym o tych radach zawsze pamiętał, 
oszczędziłbym sobie niejednej grubej przykrości, a 
na  zakończenie  tej  zabawy  wręczył  dwadzieścia 
pięć  peset  w  imieniu  Związku  Opiekunek 
Odrodzenia  Moralnego  Więźniów,  instytucji 
dobroczynnej,  którą  stworzono  w  Madrycie,  aby 
nam niosła pomoc. 

Później  zadzwonił  i  wszedł  strażnik  więzienny. 

Don Conrado wyciągnął do mnie rękę. 

—  Żegnaj, synu. Niech cię Bóg strzeże! 
Nie wiedziałem, co robić z radości. Don 

Conrado powiedział do strażnika: 

—  Muńoz, odprowadź tego pana do bramy. 

Przedtem zajdź z nim do administracji; ma 
dostać zasiłek na osiem dni. 

Muńoza  nie  widziałem  więcej  w  życiu.  Don 

Conrada tak; w trzy i pół roku później. 

Pociąg  przyszedł  nareszcie;  wcześniej  czy 

później  wszystko  w  życiu  przychodzi  prócz 
przebaczenia skrzywdzonych, które jakby czasami 
z uciechą się oddalało. Wsiadłem do wagonu i po 
kilkunastu  godzinach  spacerowania,  a  raczej 
przepychania się łokciami po korytarzu, znalazłem 
się na stacji tak dobrze znajomej i z utęsknieniem 
wyglądanej  przez  całą    drogę.      Nikt,     
absolutnie    nikt    nie    wie- 

173 

background image

dział  prócz  Boga  na  wysokościach,  że  ja 
przyjeżdżam,  a  jednak  —  nie  wiem  przez  jakie 
dziwactwo  —  była  taka  chwila,  że  wyobrażałem 
sobie  mnóstwo  rozradowanych  ludzi,  biegnących 
mi  na  powitanie  z  otwartymi  ramionami, 
powiewających  chusteczkami  i  na  cały  głos 
wykrzykujących moje imię... 

Kiedy  wyszedłem,  chłód  ostry  jak  sztylet  ukłuł 

mnie  w  serce.  Na  stacji  pusto.  Była  noc, 
zawiadowca, pan Gregorio, stał ze swoją latarnią, 
co miała jedną szybkę zieloną, a drugą czerwoną, i 
z  chorągiewką  schowaną  do  blaszanej  pochwy. 
Przed chwilą dał sygnał do odejścia pociągu. 

Zaraz  się  do  mnie  odwróci,  zaraz  mnie  pozna, 

zaraz  mi  powinszuje...  —  Caramba,  Pas-cual!  Ty 
tutaj! 

—  Tak, panie    Gregorio.    Już wolny. 
—  No, no! 
I  obrócił  się  na  pięcie,  nie  zwracając  na  mnie 

więcej uwagi. Wrócił do swojej budki. Ja miałem 
chęć  zawołać:  „Panie  Gregorio,  jestem  wolny! 
Wolny!" 

Bo  myślałem,  że  może  nie  zrozumiał.  Ale 

zawahałem  się  chwilę  i  zrezygnowałem.  Krew 
huczała  mi  w  uszach,  a  łzy  o  mało  co  nie  na-
płynęły  do  oczu.  Pana  zawiadowcy  nic  nie 
obchodziła moja wolność. 

174 

background image

Ruszyłem  ze  stacji  z  kuferkiem  na  ramieniu  i 

skręciłem  na  ścieżkę,  która  wiodła  na  przełaj  do 
szosy i można nią było dojść do samego domu nie 
przechodząc przez wieś. Szedłem smutny, bardzo 
smutny;  całą  moją  radość  zabił  pan  Gregorio 
swymi smutnymi słowami, dręczyły mnie ponure 
myśli  i  złe  przeczucia,  które  na  próżno  starałem 
się  ro-zegnać.  Noc  była  jasna,  bez  chmurki,  a 
księżyc okrągły jak hostia tkwił w samym środku 
nieba.  Wolałem  nie  myśleć  o  chłodzie,  co  mnie 
przenikał... 

Trochę  dalej,  po  prawej  stronie,  na  połowie 

drogi  był  cmentarz  w  tym  samym  miejscu  co 
zawsze,  z  tym  samym  sczerniałym  murem,  z 
wysokim cyprysem, co się wcale nie zmienił, z tą 
samą  sową,  co  huczała  wśród  gałęzi.  Tutaj 
odpoczywał  mój  ojciec  po  wszystkich  swych 
napadach  wściekłości,  niewinny  Mario,  moja 
porzucona  żona  i  Sztywny,  co  nie  pamiętał  już 
swego  zuchwalstwa...  Tutaj  gniły  prochy  moich 
dwóch  synów,  tego  poronionego  i  Pascualilla,  co 
w  jedenastym  miesiącu  życia  był  już  jak  samo 
słońce...  Gorzko  mi  było  tak  wracać  do  wsi, 
samotnie, w nocy przez cmentarz, co pierwszy na 
mnie  czekał.  Wyglądało,  jakby  sama  Opatrzność 
naumyślnie  podsunęła  mi  go  przed  oczy,  żebym 
wiedział, jaką jesteśmy marnością! Mój cień 

175 

background image

posuwał  się  wciąż  naprzód,  długi,  bardzo  długi, 
niby widmo, bądź kładąc się na ziemi i wlokąc za 
mną, bądź wspinając się na mur cmentarny, jakby 
chciał  zajrzeć  między groby.  Zacząłem biec, cień 
także. Przystanąłem, cień przystanął wraz ze mną. 
Spojrzałem na niebo, nie było ani jednej chmurki 
wokoło.  Cień  miał  mi  towarzyszyć  do  końca  tej 
drogi...  Ogarnął  mnie  jakiś  niewytłumaczalny 
strach; wyobraziłem sobie zmarłych powstających 
z  grobu,  szkielety  przyglądające  mi  się  w 
przejściu.  Nie  śmiałem  podnieść  głowy, 
przyśpieszyłem  kroku;  moje  ciało  jakby  nic  nie 
ważyło,  mój  kuferek  też  nie...  W  tej  chwili 
pomknąłem galopem jak uciekający pies; biegłem, 
biegłem  jak  wariat,  jak  wściekły,  jak  opętany 
przez  złego  ducha.  Kiedy  zaszedłem  pod  dom, 
byłem  wyczerpany;  nie  mógłbym  ujść  ani  kroku 
dalej... 

Postawiłem kuferek na ziemi i usiadłem na nim. 

Nie słychać było żadnego szmeru. Rosario i matka 
na pewno spały, nie wiedząc, że przyjechałem, że 
jestem  wolny,  tu,  o  kilka  kroków  od  nich.  Kto 
wie, może siostra odmawiała przed snem Salve — 
tę modlitwę lubiła najbardziej — na intencję mego 
uwolnienia! Kto wie, czy teraz właśnie nie śni jej 
się smutny sen o mojej niedoli, czy nie wyobraża 
sobie, że leżę w celi na drewnianej 

176 

background image

pryczy  i  rozmyślam  o  niej,  jedynej  w  życiu 
osobie,  którą  szczerze  kochałem!  Może  właśnie 
dręczona  koszmarem  zrywa  się  z  łóżka...  A  ja 
jestem  tutaj,  już  w  domu,  wolny  i  zdrowy  jak 
jabłko,  gotów  rozpocząć  wszystko  od  nowa, 
gotów  pocieszyć  ją,  dogadzać  jej  kaprysom, 
przyjmować jej uśmiechy!... 

Nie  wiedziałem,  co  robić,  czy  zastukać... 

Przestraszyłaby  się;  nikt  nie  stuka  do  drzwi  o 
takiej  godzinie.  Może  nawet  nie  odważą  się 
otworzyć. A jednak nie mogłem tak czekać dłużej, 
nie  mogłem  siedzieć  do  białego  rana  na  tej 
skrzynce... 

Szosą szli dwaj mężczyźni rozmawiając na cały 

głos;  widać,  że  byli  rozbawieni,  zadowoleni; 
wracali  z  Almendralejo,  pewnie  z  wizyty  u 
narzeczonych.  Zaraz  ich  poznałem:  to  był  Leon, 
brat Martineta, i panicz Sebastian. Ukryłem się w 
rowie na brzegu szosy, nie wiem dlaczego, ale ich 
widok mnie płoszył. 

Przeszli  tuż  koło  domu,  tuż  koło  mnie,  mówili 

wyraźnie. 

—  Widzisz, co się stało z Pascualem. 
—  A nie zrobił nic innego, niż by zrobił każdy 

z nas na jego miejscu. 

—  Bronił swojej żony. 
—  No pewnie. 
—  A teraz jest w Chinchilli, daleko, więcej 

12 — Rodzina...

 

177 

background image

niż  o  cały  dzień  jazdy  pociągiem.  Już  będzie  ze 
trzy lata... 

Poczułem  głęboką  radość  i  jak  błyskawica 

przemknęła  mi  przez  głowę  myśl,  żeby  wyjść  z 
kryjówki, stanąć przed nimi, wyciągnąć ramiona... 
Wolałem  jednak  nie  robić  tego;  w  więzieniu 
ostudzili  mnie  trochę,  nauczyli  hamować 
uczucia... 

Czekałem,  aż  się  oddalą.  Kiedy  obliczyłem,  że 

muszą  już  być  dosyć  daleko,  wylazłem  z  rowu  i 
podeszłem do drzwi. Kuferek stał  na miejscu; nie 
zauważyli go. Gdyby zauważyli, podeszliby bliżej, 
a  ja  musiałbym  wyjść  do  nich  i  tłumaczyć  się; 
podejrzewaliby,  że  się  ukrywam,  że  uciekam 
przed nimi... 

Nie  chciałem  dłużej  o  tym  myśleć,  podeszłem 

do  drzwi  i  zapukałem  dwa  razy.  Nikt  się  nie 
odezwał,  czekałem  kilka  minut.  Nic.  Znowu 
zacząłem kołatać do drzwi, już znacznie  mocniej. 
Wewnątrz zapalono świecę. 

—  Kto tam? 
—  To ja! 
—  Kto? 
Był  to  głos  mojej  matki.  Ucieszyłem  się  na 

dźwięk jej głosu, po co mam kłamać. 

—  To ja, Pascual. 
—  Pascual. 
—  Tak, mamo, Pascual! 

178 

background image

Otworzyła  drzwi,  w  świetle  świecy  wyglądała 

jak wiedźma. 

—  Czego chcesz? 
—  Jak to, czego chcę? 
—  Mów. 
—  Wejść! Czego mógłbym chcieć? 
Była dziwna. Czemu się tak do mnie odezwała? 
—  Co się z wami dzieje, matko? 
—  Nic, bo co? 
—  No, bo tak stoicie! 
Mogę  zapewnić,  że  moja  matka  wolałaby  mnie 

nie ujrzeć już nigdy więcej. Stara nienawiść jakby 
chciała  znowu  mną  owładnąć.  Starałem  się  uciec 
od niej, odrzucić ją precz. 

—  Gdzie Rosario? 
—  Nie ma. 
—  Odeszła? 
—  Tak. 
—  Dokąd? 
—  Do Almendralejo. 
—  Znowu? 
—  Znowu. 
—  Żyje z kimś? 
—  Tak. 
—  Z kim? 
—  A co cię to obchodzi? 
Jakby cały świat chciał mi runąć na gło- 

179 

background image

wę. Nie rozumiałem; pomyślałem, że może mi się 
to śni. Oboje milczeliśmy przez chwilę. 

—  A dlaczego odeszła? 
—  Kto ją wie! 
—  Nie chciała czekać na mnie? 
—  Nie  wiedziała,  że  masz  wrócić.  Ciągle 

mówiła o tobie... 

Biedna  Rosario,  takie  miała  nieszczęśliwe 

życie, a taka była dobra! 

—  Nie miałyście co jeść? 
—  Czasami. 
—  I dlatego odeszła? 

 

—  Kto wie! Znowu 
zamilkliśmy. 
—  Widujecie ją? 

 

—  Tak,  przychodzi  często...  Bo  on  też  jest 

stąd! 

—  On? 
—  Tak. 
—  Kto to? 
■— Panicz Sebastian. 
Zdawało  mi  się,  że  umieram...  Dałbym  wiele 

pieniędzy, żeby nie wychodzić z więzienia... 

background image

osario    przyszła      mnie      odwiedzić,      jak się 
tylko dowiedziała, że wróciłem. — Wczoraj       
się      dowiedziałam,      że wróciłeś. Nie wiesz, jak 
się ucieszyłam! Jak przyjemnie mi było słuchać 
tych słów! 

—  Wiem, Rosario, wyobrażam sobie. Ja 

też pragnąłem cię znowu zobaczyć! 

Było  tak,  jakbyśmy  chcieli  sobie  prawić 

grzeczności,  tak  jakbyśmy  się  poznali  dziesięć 
minut  temu.  Oboje  wysilaliśmy  się  mówić 
całkiem zwyczajnie. Zapytałem, ot tak, żeby o coś 
zapytać, po dobrej chwili: 

—  Czemu to znowu odeszłaś? 
—  Ano widzisz. 
—  Tak ci było ciężko? 
—  Dosyć. 

—  I nie mogłaś czekać? 
Powiedziała ochrypłym głosem: 

—  Nie miałam chęci znosić więcej zgry 

zot... 

Rozumiałem  to,  biedaczka  dosyć  się  już 

nacierpiała... 

—  Nie mówmy już o tym, Pascual. 
Rosario uśmiechała się jak dawniej, miała 

181 

background image

uśmiech  smutny  i  przygaszony,  jak  wszyscy 
dobrzy ludzie, którym się nie poszczęściło. 

—  Mówmy o czym innym... Wiesz, że mam 

dla ciebie narzeczoną? 

—  Dla mnie? 
—  Tak. 
—  Narzeczoną? 
—  No tak! Bo co? Co tak wytrzeszczasz oczy?

 

•; 

—  Nie... Tylko mi to dziwne. Kto by mnie 

chciał kochać? 

—  Niejedna. A ja może cię nie kocham? 
To zapewnienie o uczuciach mojej siostry, 

choć  je  znałem,  było  mi  przyjemne;  to  że  się 
troszczyła  o  narzeczoną  dla  mnie,  też.  I  nie 
zgadnie pan, kogo miała na myśli. 

—  A kto to jest? 
—  Siostrzenica kumy Engracii. 
—  Esperanza? 
—  Tak. 
—  Ładna dziewczyna! 

 

—  I kochała się w tobie jeszcze przed twoim 

ożenkiem. 

—  Dobrze to ukrywała! 
—  Co chcesz... Każda jest taka, jaka jest! 
—  A ty coś jej powiedziała? 
—  Nic, tylko że kiedyś wrócisz. 
—  I wróciłem... 
—  Dzięki Bogu. 

182 

background image

Narzeczona,  którą  wybrała  dla  mnie  Rosario, 

była  naprawdę  urodziwa.  Nie  w  rodzaju  Loli, 
raczej całkiem odmienna, tak jakoś pomiędzy  nią 
a  żoną  Esteveza,  a  nawet  jak  się  jej  było  dobrze 
przyjrzeć,  to  przypominała  trochę  moją  siostrę. 
Miała  wtedy  jakich  trzydzieści  albo  trzydzieści 
dwa lata, ale nie wyglądała na tyle, tak się dobrze 
trzymała.  Była  bardzo  religijna  i,  co  się  rzadko 
spotyka  ,w  tych  stronach,  jakby  skłonna  do 
mistyki,  i  jak  Cyganka  lubiła,  żeby  ją  życie  samo 
niosło.  Myślała  wciąż  o  jednym  i  wciąż 
powtarzała: 

—  Po  co  odmieniać?  Wszystko  i  tak  z  góry 

naznaczone. 

Mieszkała  na  wzgórzu  z  ciotką,  kumą 

En-gracią,  przyrodnią  siostrą  jej  nieboszczyka 
ojca, bo rodzice ją odumarli  w dzieciństwie, a  że 
była z natury zgodna i trochę bojaźliwa, nigdy nie 
słyszano,  żeby  się  z  kim  kiedy  kłóciła,  a  co 
dopiero  z  ciotką,  którą  bardzo  szanowała.  Była 
schludna  jak  mało  która,  miała  cerę  jak  jabłko,  a 
kiedy  wkrótce  potem  została  moją  żoną  —  moją 
drugą  żoną  —  taki  porządek  zaprowadziła  w 
moim domu, że nikt by go nie rozpoznał. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  znaleźliśmy  się  sam  na 

sam,  to  było  jak  uderzenie  obuchem  w  głowę, 
oboje  wiedzieliśmy,  co  mamy  sobie  powiedzieć,     
oboje      spoglądaliśmy      po      sobie 

183 

background image

ukradkiem,  jakby  szpiegując  każde  poruszenie... 
Byliśmy  sami,  ale  co  z  tego:  sami  byliśmy  od 
godziny  i  z  każdą  chwilą  wydawało  nam  się 
trudniejsze  rozpoczęcie  tej  rozmowy.  Ona 
pierwsza ruszyła do ataku: 

—  Potłuściałeś przez ten czas. 
—  Może... 
—  I na twarzy jesteś jakiś bielszy. 
—  Tak    powiadają... 

Ja  wysilałem  się  w  duchu,  żeby  się  pokazać 

sympatycznym  i  rozmownym,  ale  mi  się  nie 
udawało;  byłem  jak  ogłupiały,  przygnieciony 
jakimś  ciężarem,  co  mi  groził  zmiażdżeniem,  ale 
go  wspominam  jako  jedno  z  najprzyjemniejszych 
wrażeń  w  życiu  i  utraconych  z  największym 
żalem. 

—  Jaka tam jest ziemia? 
—  Niedobra. 

Wydawała  się  zamyślona.  Kto  wie,  o  czym 

myślała?! 

—  Wspominałeś często Lolę? 
—  Czasami.  Po  co  kłamać?  Całe  dnie  miałem 

do  myślenia,  to  i  wspominałem  wszystkich... 
Nawet Sztywnego! 

Esperanza trochę przybladła. 

—  Bardzo się cieszę, że wróciłeś. 
—  Esperanzo,  ja  też  się  cieszę,  żeś  na  mnie 

czekała. 

—  Że czekałam na ciebie? 

184 

background image

—  Tak. A może nie czekałaś? 
—  Kto ci powiedział? 
—  A widzisz! Wszystko się wie! 

Jej  głos  drżał  i  niewiele  brakowało,  żebym  i  ja 

się tym drżeniem zaraził. 

—  Rosario ci mówiła? 
—  Tak. Co w tym widzisz złego? 
—  Nic... 

Łzy zabłysły jej w oczach. 

—  Co sobie o mnie musiałeś pomyśleć? 
—  A co miałem pomyśleć? Nic! Podszedłem do 
niej powoli i ucałowałem 

jej ręce. Ona pozwalała. 

—  Jestem tak wolny, jak i ty, Esperanzo. 

—  Tak wolny, jak kiedy miałem dwadzie 

ścia lat. 

Esperanza spoglądała na mnie lękliwie. 

—  Nie jestem stary, muszę jakoś urządzić sobie 

życie. 

—  Tak. 
—  Zakrzątnąć się  koło pracy, koło domu, koło 

życia... Naprawdę na mnie czekałaś? 

—  Tak. 
—  To dlaczego mi nie mówiłaś? 
—  Już powiedziałam. 

Prawda,  już  powiedziała,  ale  mnie  przyjemnie 

było tego słuchać, więc kazałem sobie powtarzać. 

185 

background image

—  Powiedz to jeszcze raz. 

Esperanza  poczerwieniała  jak  strąk  papryki. 

Głos  jej  się  łamał,  a  wargi  i  nozdrza  drżały  jak 
liście  poruszane  wiatrem,  jak  piórka  ptaka,  kiedy 
w słońcu rozpościera skrzydła... 

—  Czekałam  na  ciebie,  Pascual.  Co  dzień 

modliłam  się,  żebyś  prędko  wrócił,  i  Bóg  mnie 
wysłuchał... 

—  To prawda. 

Znów  zacząłem  całować  jej  ręce.  Byłem  jakiś 

onieśmielony. Nie śmiałem całować jej w twarz... 

—  Chciałabyś? Chcesz?... 
—  Tak... 
—  Wiesz, co chcę powiedzieć? 
—  Wiem. Nie pytaj. 

Obróciła się do mnie, nagle rozpromieniona jak 

jutrzenka. 

—  Pocałuj mnie, Pascual... 

Głos  jej  był  zmieniony,  przytłumiony,  jakby 

głuchy. 

—  Dosyć długo na ciebie czekałam! 

Pocałowałem ją gorąco, mocno, z taką mi 
łością i szacunkiem, jak nigdy żadnej kobie 
ty, i tak długo trwał ten pocałunek, że kiedy 
oderwałem od niej usta, zrodziło się we mnie 
najwierniejsze przywiązanie. 

background image

yliśmy  już  dwa  miesiące  po  ślubie,  kiedy 
zauważyłem, że moja matka ciągle tak samo 

miele  tym  swoim  złym  ozorem  i  takie  same 
sztuczki  uprawia,  jak  przed  moim  uwięzieniem. 
Krew  mnie  zalewała,  jak  widziałem,  że  chodzi 
taka naburmuszona i zła i tylko patrzy, kogo by tu 
ukłuć, bo inaczej rozmawiać nie umiała, jak tylko 
z obelgami i nieżyczliwością, i znieść nie mogłem 
tego niby słodkiego tonu, jakim teraz przemawiała 
do  mnie,  fałszywego  jak  i  ona  cała.  Mojej  żony, 
choć  ta jej  ustępowała, bo co miała  robić,  wprost 
znosić  nie  mogła  i  tak  mało  się  z  tym  kryła,  że 
pewnego  dnia  Esperanza,  kiedy  miała  już  tego 
dosyć,  postawiła  sprawę  przede  mną  tak,  że  nie 
widziałem już  innego  wyjścia, tylko oddzielić  się 
od niej ziemią. „Oddzielić się ziemią" — mówi się 
wtedy,  kiedy  dwie  osoby  rozjeżdżają  się  w  dwie 
różne strony świata, ale właściwie można też użyć 
tego  określenia,  kiedy  ta  ziemia,  po  której  jedno 
stąpa, 

187 

lliP

 

background image

jest o dwadzieścia stóp  wyżej od tej, w  której śpi 
drugie. 

Nieraz  przemyśliwałem  o  emigracji;  żeby  tak 

zamieszkać  w  Korunii  albo  w  Madrycie,  albo 
gdzieś  bliżej  naszej  stolicy,  ale  czegoś  —  nie 
wiadomo  czy  przez  tchórzostwo,  czy  przez  brak 
decyzji  —  odwlekało  się  to  i odwlekało,  póki  nie 
zrobiło  się  za  późno,  i  kiedy  wyruszyłem  w 
podróż, już tylko własne ciało albo własną pamięć 
chciałbym  od  siebie  oddzielić  ziemią.  Ziemia  nie 
była  dość  rozległa,  żeby  przebiegając  ją  uciec  od 
własnych  win,  nie  dosyć  długa  i  szeroka,  żeby 
milczeniem  odpowiedzieć  na  wołanie  mego 
sumienia. 

Chciałem  ziemią  oddzielić  od  siebie  własny 

cień, chciałem, żeby ziemia była pomiędzy moim 
imieniem i pamięcią o mnie, pomiędzy moją skórą 
a  moją  własną  istotą,  tą  samą  istotą,  z  której  — 
jeśli  się  ją  pozbawi  cienia  i  pamięci,  imienia  i 
skóry — tak niewiele pozostanie. 

Bywają  w  życiu  takie  okoliczności,  że  lepiej 

nam oddalić się z tego świata, zniknąć, jakby nas 
ziemia  pochłonęła,  albo  rozwiać  się  w  powietrzu 
jak  kłąb  dymu.  Tego  osiągnąć  człowiek  nie 
potrafi,  ale  gdyby  potrafił,  uniknąłby  pogrążenia 
się  w  bagnie  zbrodni  i  grzechu,  zmieniłby  się  w 
anioła, zrzuciłby 

188 

background image

z  siebie  brzemię  zarażonego  ciała,  o  którym,  to 
pewne,  zapomnielibyśmy  na  zawsze  —  takie  w 
nas  budzi  obrzydzenie  —  gdyby  nie  to,  że  ktoś 
ciągle  dokłada  wysiłku,  żeby  do  tego  nie 
dopuścić,  ktoś,  kto  się  stara  rozwiać  fetor 
zgnilizny  ciała,  po  to  żeby  ranić  powonienie 
duszy. 

Nic  tak  ohydnie  nie  cuchnie  jak  zaraza,  którą 

zła  przeszłość  zostawia  w  sumieniu,  jak  ten  ból, 
że  nie  możemy  uwolnić  się  od  choroby  i 
zaczynamy  gnić  wkrótce  po  urodzeniu,  na  tym 
cmentarzu  martwych  nadziei,  którym  od  tak 
dawna jest już nasze smutne życie. 

Myśl  o  śmierci  przychodzi  zawsze  wilczym 

krokiem lub pełznie wolno jak wąż, jak wszystkie 
najgorsze  wyobrażenia.  Nigdy  nie  przychodzą 
nagle  myśli  trujące.  Nagły  zły  poryw  pochłania 
kilka  chwil,  lecz  odchodząc  zostawia  przed  nami 
długie  lata  życia.  Ale  te  myśli,  co  na  nas 
sprowadzają  najgorszy  z  obłędów,  obłęd  smutku, 
skradają  się  zawsze  powoli,  przychodzą 
niepostrzeżenie,  jak  niepostrzeżenie  mgła  osiada 
na  polu,  a  suchoty  w  piersiach...  Zbliża  się 
szaleństwo nieuchronne, niezmordowane, ale idzie 
powoli  i  krokiem  równym  jak  uderzenia  pulsu. 
Dziś  nic  jeszcze  nie  czuję;  może  i  jutro  nie  ani 
pojutrze,    ani    przez    cały    miesiąc.    Ale    mija 

189 

background image

miesiąc  i  strawa  przybiera  smak  goryczy,  a 
wspomnienia  wywołują ból; i oto jesteś dotknięty 
zarazą. Płyną dnie i noce, człowiek staje się dziki i 
samotny,  w  głowie  gotują  mu się  myśli,  tak  że  
końcu inni zetną mu tę głowę, ten kocioł gotujący, 
może po to, żeby jej ulżyć w tym tak straszliwym 
trudzie. Tak mijają całe tygodnie bez zmian; bliscy 
ludzie  przywykają  do  twojej  surowej  twarzy  i 
przestaje  ich  dziwić  twe  dziwaczne  zachowanie. 
Pewnego  dnia  wszakże  choroba  rozrasta  się  jak 
drzewo  i  tężeje;  wówczas  przestajesz  pozdrawiać 
spotykanych ludzi i znów wszyscy patrzą na ciebie 
jak  na  dziwaka  lub  zakochanego.  Chudniesz, 
chudniesz,  a  twoja  zmierzwiona  broda  robi  się 
coraz dłuższa. Zaczyna cię drążyć zabójcza niena-
wiść; już nie wytrzymujesz na sobie spojrzeń; boli 
cię  sumienie,  ale  co  tam!  Niech  boli!  Pieką  cię 
oczy  i  zachodzą  trującą  cieczą,  kiedy  wytężasz 
wzrok. Wróg widzi twój niepokój, ale się nie lęka, 
instynkt  nie  kłamie.  Nieszczęście  radośnie 
wyciąga  do  ciebie  ramiona  i  odczuwasz 
najsubtelniejszą  rozkosz  wlokąc  je  przez  ten 
gwoździami  nabijany plac, którym stała  się  twoja 
dusza.  Kiedy  się  już  zrobiłeś płochliwy  jak  sarna, 
kiedy  byle  szmer  wyrywa  cię  ze  snu,  widać,  że 
choroba już cię podkopała; nie ma już dla 

190 

background image

ciebie  żadnej  możliwości  poprawy,  nie  ma 
ratunku. Zaczynasz spadać w dół na łeb na szyję, 
aby  już  się  nigdy  nie  podnieść.  Albo  może 
podnieść  się  na  chwilę,  w  ostatniej  godzinie, 
zanim głową runiesz w piekielną czeluść... Zła to 
rzecz. 

Matka  znajdowała  jakieś  uporczywe  zado-

wolenie  w  tym,  żeby  robić  mi  na  złość,  i  złe 
instynkty  dręczyły  mnie  jak  muchy  znęcone 
wonią trupa. Żółć, którą wciąż łykałem, zatruwała 
mi  serce.  I  prześladowały  mnie  te  zgubne  myśli, 
że sam się ich bałem. Nie chciałem nawet patrzyć 
w  jej  stronę;  mijały  dni,  jeden  podobny  do 
drugiego,  i  żyłem  wciąż  7.  tym  samym  cierniem 
tkwiącym  w  duszy,  z  tym  samym  przeczuciem 
burzy, zaćmiewającym wzrok. 

Tego dnia, kiedy postanowiłem użyć żelaza, tak 

byłem  wyczerpany,  tak  pewny,  że  ta  choroba 
wymaga  upustu  krwi,  że  nic  nawet  we  mnie  nie 
drgnęło  na  myśl  o  śmierci  matki.  To  było 
nieuniknione,  musiało nadejść, nadchodziło. Coś, 
czego ja musiałem być sprawcą, i nie mogłem się 
uchylić, choćbym chciał, bo nie  mogłem zmienić 
zdania,  zawrócić  i  uniknąć  tego,  za  co  dziś 
dałbym sobie uciąć rękę, byleby się nie było stało, 
a      co      wtedy      przygotowywałem      z     
rozwagą 

191 

background image

i kalkulacją, co najmniej jak rolnik, kiedy myśli o 
żniwach... 

Wszystko  było  dobrze  przysposobione;  całe 

noce spędzałem  na  rozmyślaniu, aby  wzbudzić  w 
sobie odwagę, nabrać siły; naostrzyłem nóż długi i 
szeroki jak liść kukurydzy, z rowkiem pośrodku i 
rękojeścią  z  masy perłowej, że sam  widok budził 
śmiertelną  grozę...  Trzeba  było  tylko  wyznaczyć 
datę, a później już bez żadnego wahania i cofania 
doprowadzić  rzecz  do  końca  za  wszelką  cenę, 
zachowując spokój... a później wbić ten nóż, wbić 
głęboko  i  prędko,  bez  żalu,  i  uciekać  daleko,  do 
Korunii, uciec, gdzie mnie nikt nie znajdzie, gdzie 
będzie mi wolno żyć w spokoju i czekać, aż ludzie 
zapomną  i  aż  to  zapomnienie  pozwoli  mi 
rozpocząć  nowe  życie...  Sumienie  nie  będzie  mi 
nic  wyrzucało,  bo  i  dlaczego?  Wyrzuty  sumienia 
trapią  tylko  za  niesprawiedliwe  postępki;  za  bicie 
dziecka, za ustrzelenie jaskółki... Tych czynów, do 
których  nas  przywodzi  nienawiść,  ku  którym 
idziemy  urzeczeni  prześladującą  nas  myślą,  nie 
powinniśmy  żałować  nigdy,  ani  dopuścić  do 
wyrzutów sumienia. 

Było  to  dwunastego  lutego  1922  roku.  Tego 

roku  dwunasty  luty  przypadł  w  piątek.  Pogoda 
była słoneczna, jak zawsze w naszych stronach, i 
na placu w tym dniu, jakby 

192 

background image

więcej  dzieci  niż  zazwyczaj  grało  w  klipę  i  w 
kamyki.  Długo  o  tym  myślałem,  ale  chciałem 
przezwyciężyć sam siebie i udało mi się. Cofać się 
już  nie  było  można,  to  by  mnie  zgubiło, 
przyniosło śmierć, może doprowadziłoby mnie do 
samobójstwa.  Skończyłbym  na  dnie  rzeki 
Guadiany  albo  pod  kołami  pociągu.  Nie,  nie 
można  było  odstąpić,  trzeba  było  iść  naprzód, 
naprzód aż do końca. Była to już sprawa  własnej 
godności. Moja żona musiała coś po mnie poznać. 

—  Co ty chcesz zrobić? 
—  Nic, bo co? 
—  Nie wiem, ale mi się wydajesz jakiś dziwny. 
—  Głupstwo! 

Pocałowałem ją, żeby się uspokoiła; był to nasz 

ostatni  pocałunek.  Ale  wtedy  nie  mogłem  tego 
wiedzieć! Gdybym wiedział, zadrżałbym... 

—  Dlaczego mnie całujesz? 

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. 

—  Dlaczego cię nie mam całować? 

Jej słowa dały mi dużo do myślenia. Wydawało 

się,  że  ona  wie  wszystko,  co  się  stanie,  tak 
dobrze,' jak gdyby już to widziała z daleka. 

Słońce  zaszło  w  tym  samym  miejscu  co 

zwykle. Ściemniło się... Zjedliśmy kolację... 

13 — Rodzina... 

1 Q3

 

background image

obie się położyły. Ja zostałem jeszcze, jak zwykle, 
przy kominku i zabawiałem się  wygrzebywaniem 
węgielków  z  żaru.  Już  dawno  nie  byłem  w 
karczmie Martineta. 

Nadeszła  okazja,  okazja,  na  którą  tyle  czasu 

czekałem.  Trzeba  było  zacząć,  żeby  skończyć  z 
tym  prędko,  jak  najprędzej.  Noc  jest  krótka, 
wszystko  powinno  się  dokonać  w  ciągu  nocy,  a 
świt musi mnie znaleźć o wiele mil za wioską. 

Nasłuchiwałem  długą  chwilę.  Nic  nie  było 

słychać.  Poszedłem  do  pokoju;  żona  spała  i 
starałem  się  jej  nie  obudzić. Matka  też  na  pewno 
już  chrapała  w  najlepsze.  Wróciłem  do  kuchni, 
zzułem  buty;  podłoga  tam  była  zimna  i  ostre 
kamyki  kłuły  mi  stopy.  Wyciągnąłem  z  pochwy 
nóż, który w świetle ognia błysnął jak słońce. 

Leżała w łóżku z twarzą mocno przyciśniętą do 

poduszki.  Nie  pozostawało  nic  innego,  jak  rzucić 
się  na  to  ciało  i  zakłuć.  Nie  poruszy  się,  nie 
krzyknie  nawet,  nie  zdąży...  Tylko  sięgnąć  ręką; 
spała  głęboko,  całkiem  obca  (Boże,  jakże  obce 
swemu  losowi  są  zawsze  ofiary  morderstwa) 
wszystkiemu,  co  się  miało  stać.  Chciałem  się 
zdecydować,  ale  nie  mogłem;  raz  podniosłem 
rękę,  ale  pozwoliłem  jej  znowu  opaść  wzdłuż 
ciała. 

Pomyślałem, że trzeba zamknąć oczy i kłuć. 

194 

background image

Nie, tak być nie może; zadawać ciosy na ślepo, to 
jakby  wcale  ich  nie  zadawać,  wtedy  uderza  się  w 
pustkę...  Trzeba  wbić  nóż  z  oczyma  szeroko 
otwartymi;  wszystkie  pięć  zmysłów  musiało  w 
tym  uczestniczyć.  Trzeba  było  zachować  spokój, 
odzyskać ten spokój, który jakbym zaczynał tracić 
na  widok  leżącej  matki...  Czas  przechodził,  a  ja 
ciągle stałem, nieruchomy jak posąg, i nie decydo-
wałem  się  skończyć.  Nie  śmiałem;  mimo 
wszystko była to moja matka, kobieta, która mnie 
urodziła i której choćby tylko dlatego trzeba było 
wybaczyć. Nie, nie mogłem jej wybaczyć, dlatego 
że  mnie  urodziła.  Wydając  mnie  na  świat  nie 
wyświadczyła mi żadnej przysługi, nie zrobiła nic 
dobrego...  Czasu  nie  było  do  stracenia.  Trzeba 
było raz się wreszcie zdecydować. Stałem tam jak 
w uśpieniu, z nożem w ręku, niby obraz zbrodni... 
Starałem się przezwyciężyć, odzyskać siły, zebrać 
je.  Płonąłem  z  pragnienia,  by  skończyć  prędko, 
jak  najszybciej  i  uciekać  stamtąd,  biec,  póki  nie 
padnę  gdzieś  bez  sił,  na  ziemię.  Byłem  już 
wyczerpany,  od  godziny  stałem  tak  przy  łóżku, 
jakbym jej strzegł, jakbym czuwał nad jej snem. A 
miałem ją zabić, unicestwić; odebrać jej życie tym 
nożem!  Minęła    tak  może    jeszcze    druga   
godzina. 

195 

background image

Nie,  ostatecznie,  nie.  Nie  mogłem;  coś  moc-
niejszego  niż  moje  siły  wzburzyło  moją  krew. 
Chciałem  uciekać.  A  może  narobię  hałasu 
wychodząc,  matka  się  obudzi,  pozna  mnie.  Nie, 
uciekać  też  nie  mogłem;  byłem  nieuchronnie  na 
drodze  do  zguby.  Zostało  tylko  jedno  wyjście: 
uderzyć  bez  litości,  kłuć  raz  po  raz,  żeby  jak 
najprędzej  skończyć.  Ale  uderzyć  jej  nie 
mogłem...  Byłem  jakby  pogrążony  w  bagnie  i 
grzęzłem  w  nim  powoli,  bez  ratunku,  bez 
wyjścia... Błoto sięgało mi już po szyję. Utonę  w 
nim, jak kot... W żaden sposób nie mogłem zabić, 
jakby mnie sparaliżowało... 

Obróciłem  się,  żeby  odejść.  Skrzypnęła  po-

dłoga. Matka poruszyła się na łóżku. 

— Kto tu chodzi?! 
Już  nie  było  innego  wyjścia.  Rzuciłem  się  na 

nią i obezwładniłem. Mocowała się, wyśliznęła mi 
się z rąk... W pewnej chwili zacisnęła  mi rękę na 
szyi.  Wrzeszczała  jak  opętana.  Szamotaliśmy  się, 
była  to  najokropniejsza  walka,  jaką  pan  sobie 
może  wyobrazić.  Oboje  ryczeliśmy  jak  dzikie 
bestie,  z  pianą  na  ustach...  W  pewnej  chwili 
zobaczyłem moją żonę; była biała jak trup. Stała u 
progu, bała się wejść. Miała świecę w ręku, w jej 
świetle  ujrzałem  twarz  matki,  siną  jak  strój 
pokutnika. Ciągle się mocowaliśmy, ubranie 

196 

background image

już  miałem  w  strzępach,  piersi  obnażone. 
Wiedźma  była  mocna  jak  szatan.  Musiałem 
wytężyć  wszystkie  siły,  żeby  ją  ujarzmić. 
Piętnaście  razy trzymałem ją już  przygwożdżoną, 
piętnaście razy mi się wymknęła. Drapała, kopała, 
biła, kąsała. Raz złapała mnie zębami za sutkę — 
lewą  —  i  odgryzła.  W  tej  samej  chwili  udało  mi 
się wbić jej nóż w gardło... 

Bluznęła  krew  i  opryskała  mi  twarz.  Gorąca 

była  jak  otwarty  brzuch  i  miała  zapach  taki  sam, 
jak krew zarzynanego barana. 

Puściłem  ją  i  uciekłem.  W  drzwiach  zderzyłem 

się  z  żoną;  świeca  jej  zgasła.  Skręciłem  w  pole, 
biegłem,  biegłem  bez  wytchnienia  przez  całe 
godziny.  W  polu  było  chłodno  i  zaczęło  mnie 
ogarniać jakieś uczucie ulgi... 

Odetchnąłem. 

background image

DRUGA      NOTA 

ODDAJĄCEGO      TĘ      KSIĄŻKĘ      DO      DRUKU

 

Dotąd  doprowadza  nas  rękopis  Pascuala 

Duarte. Czy go powieszono przy następnej linijce, 
czy  też  starczyło  mu  czasu  na  opisanie  innych 
jeszcze  rycerskich  czynów  
—  tego  nie  umiałem 
dojść pomimo wszelkich starań.
 

Magister  Don  Benigno  Bonilla,  właściciel 

apteki  w  Almendralejo,  gdzie,  jak  już  wspo-
mniałem,  znalazłem,  co  powyżej  przepisano, 
ułatwił mi w miarę możności dalsze poszukiwania. 
Wywróciłem  sklep  na  nice;  zaglądałem  nawet  do 
porcelanowych  słoików  i  za  rzędy  butelek; 
szukałem na szafach i pod szafami, i w pudełku z 
oczyszczoną  sodą...  Poznałem  piękne  nazwy 
balsamów;  maść  syna  Zachariaszowego,  maść 
pastuchów  i  maść  woźniców,  maść  rybną  i 
żywiczną,  maść  z  rdzenia  wieprzowego  i  z 
laurowej  jagody,  balsam  braci  miłosierdzia, 
skuteczny  na  parchy  u  owiec.  Kaszlałem  od 
gorczycy, mdliło mnie  od waleriany, płakałem  od 
amoniaku, ale choć przetrząsnąłem wszystkie kąty 
i odmówiłem wszystkie znane mi modlitwy do
 

198 

background image

świętego  Antoniego,  patrona  rzeczy  zgubionych, 
to,  co  chciałem  odnaleźć,  widać  nie  istniało,  bo 
moje  wysiłki  spełzły  na  niczym.  To  niemała 
przeszkoda,  ten  zupełny  brak  danych  o  ostatnich 
latach  Pascuala  Duarte.  Według  logicznych 
wniosków,  niezbyt  skomplikowanych,  pewne  jest 
to, że wrócił on znowu do więzienia w Chinchilla 
(to  wynika  z  jego  własnych  słów),  gdzie  miał 
pozostawać do roku 1935, a może nawet do 1936. 
Niemniej  zdaje  się  niewątpliwe,  że  wyszedł  z 
więzienia  przed  początkiem  wojny.  W  żaden 
sposób  nie  można  dojść,  jaka  była  jego 
działalność  podczas  tych  piętnastu  dni  rewolucji, 
które przetoczyły się przez jego wieś; z wyjątkiem 
zbrodni  popełnionej  na  panu  Gonzalezie  de  la 
Riva  
—  której  sprawcą,  zgodnie  z  dowodami  i 
własnym wyznaniem, był nasz bohater  
— niczego 
poza  tym,  absolutnie  niczego  nie  zdołaliśmy  się  o 
nim  dowiedzieć,  a  o  jego  zbrodni  wiemy, 
naturalnie,  to,  co  jest  oczywiste  i  nieodwracalne, 
nie  znamy  natomiast  
—  bo  Pascual  się  zaciął  i 
otwierał usta tylko wtedy, kiedy miał ochotę, co się 
nieczęsto zdarzało  
—  jej motywów ani impulsów, 
jakie  go  do  niej  skłoniły.  Może  gdyby  egzekucja 
opóźniła  się  trochę,  doszedłby  do  tego  w  swoim 
pamiętniku  i  opisałby  wszystko  obszernie, 
ponieważ jednak
 

199 

background image

tak  się  nie  stało,  lukę,  która  przy  końcu  jego  dni 
się ukazuje, tylko baśń i romanca wypełnić może, 
a  to  byłoby  sprzeczne  z  celem  tej  książki,  która 
chce mówić prawdę.
 

List P. D. do don Joaąuina Barrera musiał być 

pisany  równocześnie  z  rozdziałami  XII  i  XIII,  bo 
tylko do nich Pascual użył fioletowego atramentu, 
tego  samego,  którym  pisany  był  list  do  wyżej 
wymienionego  pana,  co  dowodzi,  że  Pascual  nie 
zarzucił  defin i t y w n i e ,   jak  mówił,  swego 
opowiadania, lecz że przygotowywał ten list z całą 
rozwagą,  tak,  aby  wywołał  skutek  w  pożądanym 
terminie, i ta przezorność pokazuje nam Pascuala 
wcale nie tak roztargnionym i ogłupionym, jak na 
pierwsze  wejrzenie  mogłoby  się  wydawać.  Jedno 
tylko  jest  całkiem  jasne,  bo  opowiada  nam  to 
kapral  Gwardii  Cywilnej,  Cesareo  Martin,  który 
otrzymał  to  polecenie,  a  mianowicie,  w  jaki 
sposób te kartki dostały się z więzienia w Ba-dajoz 
do domu pana Barrera, do Meridy.
 

Pragnąc poznać możliwie najdokładniej ostatnie 

chwile  mego  bohatera,  wysiałem  list  do  księdza 
don  Santiago  Lurueńa,  ówczesnego  kapelana 
więziennego, a dzisiejszego proboszcza kościoła w 
Magaceli (prowincja Ba-dajoz) i do pana Cesareo 
Martin,  w  owym  czasie      szeregowca      Gwardii     
Cywilnej      przy
 

200

 

background image

więzieniu w Badajoz, a dziś kaprala dowodzącego 
strażą w La Vecilla (prowincja Leon), obydwie te 
osoby  bowiem  z  racji  swego  urzędu  znajdowały 
się  przy  zbrodniarzu  w  chwili,  kiedy  mu  przyszło 
spłacić długi wobec sprawiedliwości.
 

Oto list pierwszy: 

Magacela  (prow.  Badajoz),  9  stycznia  1942 
Wielmożny  i  wielce  szanowny  Panie!  Właśnie 
otrzymałem,  niewątpliwie  z  opóźnieniem,  pański 
łaskawy  list  z  dnia  18  grudnia  oraz  359  kartek 
maszynopisu  pamiętników  nieszczęsnego  Duarte. 
Doręczył  mi  je  don  Dawid  Freire  Angulo, 
dzisiejszy  kapelan  więzienia  w  Badajoz  i  kolega 
pańskiego  sługi  z  dawnych  młodzieńczych  lat 
studiów  seminaryjnych  w  Salamance.  Idąc  za 
głosem  niego  sumienia,  spieszę  napisać  te  słowa 
wnet  po  otwarciu  koperty,  odkładając  do  jutra, 
jeśli Bóg pozwoli, i zgodnie z pańskim poleceniem 
i  własną  ciekawością,  dalszą  lekturę  kartek 
dołączonych do listu.
 

(pisane 10 stycznia) 

Przeczytałem      właśnie      jednym    tchem    — 

chociaż, według Herodota, nie jest to szla- 

201 

background image

chętny  sposób  czytania  —  spowiedź  Pascuala 
Duarte  i  nie  ma  pan  pojęcia,  jak  silne  wywarła 
ona na mnie wrażenie, jak  głęboki  ślad wyryła w 
mej duszy. Dla sługi bożego, który zbiera ostatnie 
słowa  skruchy  ze  skwa-pliwością  i  radością 
rolnika  zgarniającego  złote  ziarno,  wielkim 
przeżyciem  było  odczytanie  tego,  co  napisał 
człowiek,  który  wielu  innym  może  się  wydawać 
hieną  (takie  pojęcie  miałem  i  ja,  kiedy  mnie 
wprowadzano  do  jego  celi),  a  który,  gdy  dotrzeć 
do dna jego duszy, okazuje się tylko pokornym ba-
rankiem,  zapędzonym  do  zagrody  i  zastraszonym 
przez życie.
 

Na  śmierć  przygotowywał  się  przykładnie  i 

dopiero  w  ostatniej  chwili  zabrakło  mu  odwagi, 
osłabł  nieco  i  wskutek  tego  nie  mógł  uniknąć 
cierpień,  których  byłby  sobie  oszczędził,  gdyby 
miał więcej hartu.
 

Rozporządził  sprawami  ducha  z  taką  powagą  i 

opanowaniem,  że  wzbudził  mój  podziw,  a  kiedy 
wyprowadzono  go  na  dziedziniec  i  powiedział 
wobec wszystkich: „Niech  się stanie  wola Twoja, 
Panie"  olśnił  nas  i  zdumiał  swoją  budującą 
pokorą.  Szkoda,  że  szatan  wydarł  mu  ostatnie 
chwile,  bo  gdyby  nie  to,  można  by  powiedzieć,  iż 
umierał  jak  święty.  Byłby  się  stał  przykładem  dla 
wszystkich obecnych      (póki, jak    powiedzia-
 

202

 

background image

lem,  nie  utracił  panowania  nad  sobą),  a  ja  dla 
mojej  słodkiej  misji  duszpasterza  niejedną 
skuteczną  naukę  bym  wyciągnął  z  tego,  co 
wówczas  widziałem.  Oby  Bóg  przyjął  go  na  swe 
święte łono!
 

Przesyłam      panu      pozdrowienia      i      wyrazy 
mojej    najszczerszej    życzliwości pański pokorny 
sługa
 

S. Lurueńa, duchowny. 

P.  S.  Żałuję,  że  nie  mogę  spełnić  pańskiego 

życzenia  co  do  fotografii  i  nie  wiem  nawet,  do 
kogo pana skierować w tej sprawie.
 

oto drugi: 

La Yecilla (Leon) 12.1. 42. 

Szanowny Panie! 

Otrzymałem pańskie szanowne pismo z dnia 18 

grudnia i życzę Panu, aby list niniejszy zastał Go 
w  równie  dobrym  zdrowiu,  jak  pod  wyżej 
wymienioną  datą.  Ja  
—  dzięki  Bogu  —  mam  się 
dobrze,  chociaż  kości  mi  zesztywniały  w  tym 
klimacie,  co  bym  go  nie  życzył  największemu 
zbrodniarzowi.  I  przystępuję  do  sprawy  odnośnie 
żądanych informacji, nie widząc żadnej służbowej 
przeszkody,  co  by  mi  tego  wzbraniała,  jako  że  w 
in-
 

203

 

background image

C

 

nym  wypadku,  wybaczy  Pan,  nie  powiedziałbym 
ani słowa. Niejakiego Pascuala Duarte, o którym 
Pan  mówi,  pewnie,  że  sobie  przypominam, 
ponieważ  był  to  najsławniejszy  więzień,  jakiego 
mieliśmy i musieliśmy go trzymać przez długi czas. 
Żeby  on  był  zdrów  na  umyśle,  to  ja  nie  uwierzę, 
choćby  mi  za  to  dawali  całe  Eldorado,  bo 
wyprawiał  rzeczy,  co  jasno  świadczyły,  że  czegoś 
mu  w  głowie  brakuje.  Póki  się  wcale  nie 
spowiadał,  wszystko  było  dobrze,  ale  jak  tylko 
przystąpił do spowiedzi świętej, naszły go, jak wi-
dać, skrupuły i wyrzuty sumienia i chciał się z nich 
oczyścić  przez  pokutę;  więc  było  tak,  że  suszył  w 
każdy  poniedziałek,  bo  w  ten  dzień  podobno 
skonała  jego  matka,  i  w  każdy  wtorek,  bo  wtedy 
zabił  pana  hrabiego  de  Torremajia,  a  także  i  we 
środę,  bo  jeszcze  kogoś  tam  ukatrupił.  Tak  czy 
owak biedaczysko z dobrej woli przez pół tygodnia 
nie brał do ust ani kęsa, więc tak prędko spadał z 
ciała,  że  Bogiem  a  prawdą  kat  niewiele  się 
napracował,  żeby  mu  obie  śruby  docisnąć  do 
grdyki.  Po  całych  dniach pisał  jak  w  gorączce,  a 
że  nikomu  tym  nie  wadził,  a  dyrektor  był 
miękkiego serca i kazał nam  dawać  mu wszystko, 
czego trzeba do pisania, nabrał chłop zapału i ani 
na chwilę nie ustawał. Raz mnie zawołał, pokazał 
list w otwar-
 

204

 

background image

tej  kopercie  i  powiedział  takim  głosem,  że  nie 
wiedziałem,  czy  to  jest  prośba,  czy  rozkaz:  „Jak 
mnie zabiorą, weź pan ten list, ułóż jakoś tę kupę 
papierków  i  oddaj  wszystko  temu  panu.  Rozumie 
pan?"
 

A  później  dodał  patrząc  mi  w  oczy  tak  dzi-

wacznie,  że  mnie  przeszył  strach:  „Bóg  to  panu 
nagrodzi... bo ja go o to poproszę!"
 

Wykonałem  polecenie,  bo  nic  złego  w  nim  nie 

widziałem,  a  także  dlatego  że  zawsze  szanuję 
ostatnią wolę nieboszczyków.
 

Co  dotyczy  jego  śmierci,  to  mogę  tylko  po-

wiedzieć,  że  była  zupełnie  zwyczajna  i  nie-
szczęsna,  a  chociaż  na  początku  udawał  zucha  i 
wykrzyknął  przy  wszystkich  „Bądź  wola  Twoja, 
Panie", żeśmy aż osłupieli, prędko się rozkleił. Jak 
zobaczył szubienicę, zemdlał, a kiedy przyszedł do 
siebie,  taki  podniósł  krzyk,  że  nie  chce  umierać  i 
że  nie  mają prawa tego z nim  robić, że  aż trzeba 
było siłą dowlec go do ławki za ręce i nogi. Tam 
ucałował ostatni raz krzyż, co mu go podał ojciec 
Santiago,  kapelan  więzienny,  co  był  niczym 
prawdziwy  święty,  ale  później  dalejże  kopać  i 
charczeć 

bez 

żadnego 

uszanowania 

dla 

uroczystości,  tak  że  skończył  żywot,  że  już  nie 
można  gorzej,  grubiansko  i  haniebnie,  wszystkim 
okazując swój strach przed śmiercią.
 

205 

background image

Proszę  Pana,  jeśli  łaska,  żeby  mi  Pan  przysłał 

dwie 

książki 

zamiast 

jednej, 

jak 

będą 

wydrukowane. Ta druga dla jednego dróżnika na 
kolei, co mi przyrzekł,  że  Panu opłaci  wysyłkę  za 
zaliczeniem, jeśli Pan nie ma nic przeciw temu.
 

Pragnąc, aby Pana zadowolił mój list, kreślę się 

z ukłonem 

pański najniższy sługa 

Cesareo Martin