background image

Cathie Linz

Niebezpieczne flirty

background image

Rozdział 1

Nicole Larson nie miała zwyczaju poddawać się bez walki. Toteż kiedy 

owego słonecznego poranka w pośpiechu wpadła w drzwi ratusza w Oak 
Heights, była w bojowym nastroju. Od miesięcy walczyła z władzami miasta 
o nowy etat w bibliotece publicznej. Wyniki ostatnich rozmów zdawały się 
być obiecujące.

–   O,   jesteś,   Nicole   –   powitał   ją   w   holu   komendant   policji   Straud.   – 

Czekałem   na   ciebie.   –   Obdarzyła   go   uśmiechem   zarezerwowanym   dla 
starych znajomych.

– Miło mi cię widzieć, ale nie mam w tej chwili czasu na pogawędkę. 

Spieszę się na spotkanie z burmistrzem i...

– Przeciwnie, to właśnie ze mną masz się spotkać – przerwał jej Straud.
– A od kiedy zaangażowałeś się w batalię o finansowanie  etatów? – 

zdumiała się Nicole, po czym dodała cierpko: – Nie bój się, nie będę stawiać 
spraw na ostrzu noża. I nie sądzę, by burmistrzowi, a tym bardziej mnie, 
potrzebna była ochrona policji.

Straud uśmiechnął się krzywo.
– Ładnie, już się widzę w roli anioła stróża, broniącego naszego drogiego 

burmistrza przed rozszalałą kierowniczką biblioteki miejskiej. Ale mówiąc 
poważnie, nie chodzi o problemy budżetowe.

– Czy coś się stało? – zapytała z lękiem.
–  Spokojnie,   chciałbym  tylko  przedyskutować  z   tobą  pewien  projekt. 

Chodźmy do mojego biura.

Choć   oddzielny   gmach   dla   policji   byłby   zbytkiem   w   mieście   tak 

niewielkim jak Oak Heights, mimo to komenda, gnieżdżąca się kątem w 
ciasnym ratuszu, walczyła o nową lokalizację. Nicole podejrzewała, iż o tym 
właśnie Straud chciałby z nią pomówić, zwłaszcza że zarówno policja, jak i 
biblioteka pragnęły zdobyć dla siebie dotacje z chudej miejskiej kasy.

Nicole energicznie wkroczyła do biura komendanta, lecz zawahała się 

tuż za progiem. Jedno z krzeseł przeznaczonych dla interesantów było już 
zajęte przez typa w czarnej skórzanej kurtce.

– Och, przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś tu czeka – usprawiedliwiła 

się  odruchowo,  podejrzewając,   że  przeszkodziła   w przesłuchaniu.  Jednak 

background image

mężczyzna był sam. Mierzył ją mrocznym spojrzeniem, swobodnie rozparty 
na   krześle.   Coś   w   jego   wyglądzie   sprawiło,   że   poczuła   się   nieswojo. 
Wyraźnie robił wrażenie faceta, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Z 
jego   postaci   emanowała   ukryta,   niebezpieczna   siła...   I   coś   jeszcze   – 
magnetycznie przyciągająca, pierwotna i nieposkromiona męskość. Wytarte, 
obcisłe  dżinsy, z wystrzępionymi  dziurami  na kolanach I udach, opinały 
długie nogi mężczyzny jak druga skóra. Czarna bawełniana koszulka była 
czysta, lecz jej właścicielowi wyraźnie przydałoby się golenie. Czerwona 
opaska, utrzymująca z dala od czoła niesforne ciemne kędziory, nadawała 
jego twarzy wyraz wyzywającej niedbałości. Choć nie był skuty, kajdanki na 
jego   rękach   wcale   by   jej   nie   zdziwiły.   W   każdym   razie   nie   sprawiał 
wrażenia potulnego petenta.

– Cóż, może w takim razie poczekam – ostrożnie stwierdziła Nicole.
– Nie odpowiada ci moje towarzystwo? – rzucił niedbale w odpowiedzi.
– To najwyraźniej jakaś pomyłka – wyjąkała.
– Mnie to mówisz? – mruknął. – Sam nie mogę uwierzyć, że tak głupio 

dałem się złapać.

Dla   Nicole   sprawa   w   tym   momencie   była   jasna.   Skuty,   czy   nie,   był 

więźniem. Jeśli zostawi za sobą nie domknięte drzwi i zachowa stosowną 
odległość od podejrzanego typa, będzie mogła wycofać się w porę. Jej ściśle 
ustalony   plan   dnia   przewidywał   spotkanie   z   burmistrzem,   nie   zaś   z 
kryminalistą.

Najprawdopodobniej nie udało jej się ukryć obawy i dezaprobaty, gdyż 

oczy   mężczyzny   nagle   zwęziły   się.   Spojrzał   uważnie,   a   po   chwili 
uśmiechnął   się   do   niej.   Ten   uśmiech   wyprowadził   Nicole   z   równowagi. 
Doprawdy, groźny, czy nie, ten facet miał cholernie seksowne usta.

– No, powiedz, na czym cię złapali – zakpił.
– Na niczym – oburzyła się. – Nie jestem kryminalistką!
– Ha, wszyscy tak mówią...
– Zdaje się, że to ty masz kłopoty, nie ja...
– Fakt. I zapewne zostanę słusznie ukarany – wymamrotał, ściszając głos 

na widok wchodzącego Strauda.

–   Widzę,   że   zdążyłaś   już   poznać   detektywa   Ellisa   –   stwierdził 

komendant, sadowiąc się za biurkiem.

– Detektywa?
–   Zgadza   się   –   potwierdził   ochoczo   ów   podejrzany   typ.   –   Detektyw 

background image

Chase Ellis, do usług.

– Od kiedy to wywiadowcy w służbie małomiasteczkowej  policji tak 

wyglądają? – zapytała z przekąsem.

Czyżby ten niedbały styl był tylko maską, pod którą kryły się służbowe 

kompetencje i odpowiedzialność? Jeśli nawet istniały sygnały, pozwalające 
to odgadnąć, trudno było się ich doszukać w prześmiewczym spojrzeniu 
brązowych   oczu.   Pierwsze   wrażenie   pozostało   nadal   decydujące   –   ten 
mężczyzna   stanowił   zagrożenie,   chociażby   dla   równowagi   jej   umysłu. 
Detektyw nie bez złośliwej uciechy obserwował jej zmieszanie. Od początku 
nie miał ochoty na tę sprawę. Tajniak w bibliotece, to doprawdy zabawne! A 
nawet dosyć upokarzające. Był pewien, że o to właśnie chodziło szefowi, 
gdy przydzielał mu robotę. Chase nie miał co do tego złudzeń, ponieważ 
ostro podpadł swojemu kapitanowi z Chicago, zapamiętałemu służbiście i 
biurokracie.   Przełożony   miał   mu   za   złe   nie   tylko   „nonszalancki",   jak   to 
określał, stosunek podwładnego do papierkowej roboty i regulaminowych 
ustaleń, ale przede wszystkim zakusy, jakie robił na jego córkę.

Czasowe oddelegowanie detektywa Ellisa do tego śpiącego miasteczka 

na uboczu chicagowskiej metropolii było delikatnym sposobem okazania mu 
dezaprobaty, nie mówiąc już o próbie odsunięcia go od przychylnej zalotom 
córeczki. I tak to obiecujący wywiadowca znalazł się w Oak Heights, w 
obcej jednostce, zmuszony na domiar złego do nudnego i ośmieszającego 
kamuflażu w bibliotece miejskiej.

Pocieszające   jest,   uznał  w   duchu,   że  przynajmniej   nowa  koleżanka   z 

pracy prezentuje się nie najgorzej. Zdążył już dostrzec, że ma świetne nogi – 
a to cenił u kobiet.

Fala   jasnych   włosów   właśnie   opadła   jej   na   policzek.   Odgarnęła   ją 

niecierpliwym   ruchem,   dzięki   czemu   mógł   podziwiać   zuchwale   zadarty 
nosek,   zachwycający   zarys   gładkiego   policzka   i   kształtne   małe   ucho. 
Podejrzliwe spojrzenie, jakim skrycie go zmierzyła, pozwoliło mu wreszcie 
dostrzec zieleń jej oczu. Spodziewał się raczej, że będą niebieskie.

Ukradkiem obserwując Nicole, jednym uchem słuchał, jak komendant 

Straud wtajemnicza ją w sprawę. Z rozbawieniem patrzył, jak jego nowa 
znajoma siadając, nerwowo obciąga smukłymi palcami krótką spódniczkę.

Poczuła na sobie jego wzrok i posłała mu wściekłe spojrzenie. Ależ ten 

facet ma tupet! On nie tylko się w nią wpatruje, on po prostu rozbiera ją 
wzrokiem! Czuła to niemal tak namacalnie, jakby dotykał dłońmi jej nagiej 

background image

skóry.

Chase   powędrował   spojrzeniem   w   górę,   prosto   w   zagniewane   oczy 

Nicole, wyraźnie dające mu do zrozumienia, co dziewczyna sądzi o jego 
nagannym zachowaniu.

W   odpowiedzi   wzruszył   tylko   ramionami,   z   uśmieszkiem   wyraźnie 

świadczącym o braku skruchy.

–   Chodzi   o   to   –   mówił   właśnie   Straud   –   iż   mamy   podejrzenia,   że 

Biblioteka   Publiczna   w   Oak   Heights   służy   jako   punkt   kontaktowy   dla 
nielegalnej   szajki   bukmacherskiej.   Dlatego   właśnie   przysłano   nam 
detektywa,   by   udawał   bibliotekarza   i   nakrył   przestępców   na   gorącym 
uczynku.

– Bibliotekarza! – Nicole była równie zdumiona, jak gdyby usłyszała, że 

Chase ma się wcielić w zakonnicę. – Taki numer nie przejdzie!

– A dlaczegóż by nie? – zapytał detektyw widząc, że jego niechęć do 

tego stanowiska jest niczym wobec niechęci Nicole do jego kandydatury 
jako nowego pracownika.

– Ponieważ nikt ani przez moment nie da się na to nabrać – stwierdziła z 

przekonaniem.

– Pozwolisz, że sam będę się martwił o własną wiarygodność – odparł 

urażony.

Komendant Straud czując, że atmosfera w jego biurze robi się gęsta, 

wtrącił szybko:

– Nicole, twoje zadanie polega tylko na poinformowaniu biblioteki, że 

ratusz w końcu zgodził się na dotowanie nowego etatu, lecz musi on być jak 
najszybciej   obsadzony,   w   przeciwnym   razie   fundusze   przepadną. 
Przesłuchaj   jeszcze   innych   kandydatów   –   a   nie   wątpię,   że   tacy   się   już 
znaleźli – by rzecz wyglądała jak najbardziej prawdopodobnie. Oczywiście 
przyjmij jego. I nie martw się o nic. Gdyby ktoś zechciał go sprawdzić, 
przekona się, żerna jak najlepsze referencje i odpowiednie dokumenty. O, 
popatrz sama.... – to mówiąc wręczył Nicole kopię życiorysu, w którym 
kandydat   napisał,   że   ma   lat   trzydzieści   cztery   i   nazywa   się   Alvin 
Hoffstedder.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz przyjść na rozmowę o pracy w tym 

stroju? – zapytała zjadliwie.

– Och, nie martw się, będę odpowiednio ubrany – zapewnił sucho nowy 

kandydat.

background image

Chase   miał   zgoła   odmienne   od   Nicole   wyobrażenia   o   stosownych 

strojach.   Człowiek,   który   zgłosił   się   na   rozmowę   kwalifikacyjną,   nosił 
okularki   w   drucianej   oprawie,   muchę   i   białą   koszulę.   Jakby   tego   było 
jeszcze  nie dość, spodnie miał  dziwnie nie dopasowane – za wysokie w 
pasie i ciut za krótkie w nogawkach.

Teraz   była   już   rozdrażniona   nie   na   żarty.   Nowy   „kostium"   miał   być 

najwyraźniej zamierzoną kpiną z bibliotekarskiej profesji. Prawdopodobnie 
detektyw Ellis uważał jej przedstawicieli za bandę książkowych moli, toteż 
zastosował kamuflaż wedle własnych wyobrażeń.

Zerknąwszy   przez   ramię   na   Friedę,   mającą   tego   dnia   dyżur   w 

wypożyczalni, Nicole dostrzegła, że ta wywraca znacząco oczami.

– Alvin Hoffstedder, jeśli się nie mylę – zagaiła.
– Zapraszam do mojego biura.
Pospiesznie zamknęła za nim drzwi i nie zapraszając nawet, by usiadł, 

rzuciła impulsywnie:

– Czy nie uważasz, że nieco przesadziłeś? Chyba za bardzo chciałeś się...
Ostrzegawczy, zimny błysk w oczach Chase'a sprawił, że słowa uwięzły 

jej w gardle. Detektyw pochylił się ku niej i, z naciskiem nie znoszącym 
sprzeciwu, wyszeptał:

– Nie tutaj.
Widząc,   jak   badawczo   wodzi   spojrzeniem   wokół,   zrozumiała,   że   nie 

uważa jej pokoju za miejsce bezpieczne do rozmowy.

Już po chwili jednak odprężył się, tak niepostrzeżenie wchodząc znów w 

rolę   poczciwego   Alvina,   iż   uznała   swoje   nagłe   obawy   za   przywidzenie. 
Kiedy jednak przyjrzała się uważniej nowemu kandydatowi, dostrzegła pod 
jego obojętną miną ślad nie dość dokładnie skrywanych emocji.

Zaniepokojona stwierdziła, że trafiła  na wyjątkowo twardy orzech do 

zgryzienia   i   bynajmniej   nie   cieszy   jej   perspektywa   współpracy   z   tym 
człowiekiem.

– I jak, jesteś gotowa? – zapytał Chase uprzejmym tonem, który nie uśpił 

jednak czujności Nicole.

–   Gotowa   do   czego?   –   spytała,   nastawiając   się   na   najbardziej 

zaskakujące odpowiedzi.

–   Do   rozmowy   z   kandydatem   –   odparł   z   przewrotnym  uśmieszkiem, 

stanowiącym kolejny chwyt z jego bogatego repertuaru.

background image

Choć nie spodziewała się, że będzie go przepytywać, chętnie przystała na 

propozycję.   Co   prawda   sprawa   objęcia   etatu   była   już   przesądzona,   ale 
zadanie   kilku   standardowych   pytań   mogłoby   uwiarygodnić   kamuflaż 
Chase'a.

– Proszę siadać, panie Hoffmeister – zaczęła oficjalnie.
– Hoffstedder. Alvin Hoffstedder – poprawił ją.
– Tak, oczywiście... – Doskonale pamiętała nazwisko, lecz chciała mu 

się   choć   w   części   odpłacić   pięknym   za   nadobne.   –   Cóż...   może 
opowiedziałbyś mi o sobie?

– A co chciałabyś wiedzieć?
Chociażby, dlaczego przyglądasz mi się w ten sposób, pomyślała Nicole. 

I dlaczego uparłeś się, by utrudniać mi życie. I jak szybko znikniesz, aby 
wszystko mogło być po staremu... Głośno natomiast powiedziała:

–   Dobrze,   może   opowiedziałbyś  mi,   jakie   masz   doświadczenie   w   tej 

dziedzinie?

–   Jestem   niezmiernie   doświadczony   –   stwierdził,   popierając   słowa 

wymownym spojrzeniem.

Jak   on   potrafił   patrzeć!   Ten   wzrok   nie   był   już   pieszczotą   –   Chase 

dosłownie chłonął, jawnie pożądliwym spojrzeniem, postać Nicole. Nawet 
druciane okulary książkowego mola nie zdołały osłabić efektu.

– Jeśli sprawdzałaś moje referencje, powinnaś wiedzieć, że dotąd nikt nie 

kwestionował moich kwalifikacji – wymruczał łagodnie.

Nicole na moment odjęło mowę. Dobry był, drań. Choć dzieliła ich cała 

szerokość jej zagraconego biurka, nie czuła się bezpieczna.

Z   irytacją   zagryzła   wargi.   Robił   to   specjalnie,   to   jasne.   Kolejna 

prowokacja. Pewnie śmiał się teraz w duchu zjadliwie, widząc, jak łatwo 
pani kierowniczka dała się podpuścić.

Ogromnym   wysiłkiem   woli   Nicole   skupiła   się   na   śmiesznej   muszce, 

brązowej w żółte ciapki. Żaden facet nie mógł pozostać wyzywająco męski 
nosząc coś takiego. Wreszcie z ulgą stwierdziła, że jej puls i oddech wracają 
do normalnego stanu i pogratulowała sobie w myśli sukcesu.

– Skąd wynika przekonanie, że jesteś najlepszym z kandydatów? – z 

zaciekawieniem zwróciła się do żółto-brązowej muchy.

– Ponieważ jestem dobry w tym, co robię.
W duchu zmuszona była przyznać mu rację. Niemniej jednak dręczenie 

jej nie było uwzględnione w warunkach umowy!

background image

– Co sprawiło, że zainteresowałeś się właśnie tą dziedziną? – zapytała.
– Kobiety – odparł krótko.
Nicole nieomal zatkało.
–   Wiesz,   po   prostu   pomyślałem,   że   na   bibliotekoznawstwie   spotkam 

mnóstwo kobiet – kontynuował beztroskim tonem – co się też sprawdziło. 
Oczywiście, skoro już tam trafiłem, zainteresowałem się również nauką.

Dobre   sobie!   –   pomyślała.   Interesujesz   się   wszystkim,   co   chodzi   w 

spódnicy, a pasjonuje cię doprowadzanie mnie do szału...

Westchnęła   z   rezygnacją,   przechodząc   do   kolejnego   standardowego 

pytania.

– Co uważasz za swój najmocniejszy atut?
– Mój najmocniejszy atut?
Wyzywające   spojrzenie,   jakim   obdarzył   ją   w   odpowiedzi,   wywołało 

rumieniec  na policzkach  Nicole. Zdumiewająco  wyraźnie potrafił dać  do 
zrozumienia, co ma na myśli. Co gorsza, udawało mu się wywołać wrażenie, 
że to ona, nie zaś on wprowadza erotyczne podteksty do rozmowy.

Ogarnął   ją   bojowy   nastrój.   Rumieńce,   pojawiające   się   w   najbardziej 

niepożądanych momentach, od dzieciństwa były jej zmorą, lecz nie podda 
się tak łatwo temu facetowi. Wytrzyma jego wzrok bez drgnienia powieki. 
W końcu chowała się z dwoma braćmi, dwiema siostrami i czterema kotami, 
toteż sztukę rzucania piorunujących spojrzeń opanowała do perfekcji.

Niestety, trafiła na godnego przeciwnika. Nie zadał sobie nawet trudu, by 

mrugnąć okiem. Spod zmrużonych powiek, z irytacją patrzyła na jego pełen 
satysfakcji uśmiech. Ten facet przyprawiał ją o ból głowy, nie mówiąc już o 
innych gwałtownych doznaniach, które sygnalizowało jej ciało.

– Czy tak trudno jest ci znaleźć swój najmocniejszy atut? – zapytała 

słodko.

Chase pochylił się ku niej.
– Naprawdę chciałabyś wiedzieć?
– Tak, o ile dotyczy to twojego wniosku o zatrudnienie – sprecyzowała.
– Dobrze. Umiem postępować z ludźmi. Myślę, że to mój najsilniejszy 

atut.

On umie postępować z ludźmi? Żarty! – z niedowierzaniem pomyślała 

Nicole, przechodząc do kolejnego pytania.

– A jakie są twoje słabe strony?
Chase najchętniej przyznałby się do słabości do kształtnych blondynek, 

background image

lecz dla dobra sprawy w porę ugryzł się w język. Zresztą, musiał przyznać, 
że i tak bawił się nadspodziewanie dobrze. Kto by przypuszczał, że w tej 
zakurzonej bibliotece  trafi  się taka  gratka. Widząc,  jak w oczach  Nicole 
rozpala  się  gniew,  poczuł dreszcz   emocji.  Takiej okazji  nie  sposób  było 
przepuścić. Trzeba przyznać, że złość dodawała tej dziewczynie piekielnego 
uroku. Zaczął się zastanawiać, jak wyglądałaby po całej nocy miłości, kiedy 
nie byłaby już tak napięta i usztywniona...

Zmarszczył brwi i lekko wyprostował się w fotelu. A swoją drogą, co ją 

w   nim   tak   denerwowało?   Ta   poza   mola   książkowego?   Trzeba   by 
sprawdzić... Jak odpowiedziałby na pytanie o słabe strony nudny okularnik?

–   Moje   słabości?   –   powtórzył.   –   Długo   bym   musiał   wyliczać...   – 

westchnął   z   tak   udaną   rezygnacją,   że   mógłby   z   powodzeniem   zaliczyć 
egzamin do szkoły teatralnej. I nie omieszkał pogratulować sobie w myśli.

– Ale zrobię wszystko, by nie zawieść oczekiwań.
Naprawdę zależy mi na tej pracy.
Ostatnią   kwestię   wykrztusił   z   najwyższą   trudnością,   lecz   wściekłość 

malująca się na twarzy Nicole dodała mu skrzydeł.

– I zrobię wszystko, aby cię zadowolić.
Chyba oszaleję do reszty, pomyślała, doskonale świadoma, że Chase do 

końca   wczuł   się   w   rolę   Alvina.   Dlaczego   to   trafiło   na   mnie?   Na   naszą 
bibliotekę?   Dlaczego   właśnie   ten   glina?   –   przebiegły   jej   przez   głowę 
rozpaczliwe pytania.

–   Cóż,   dziękuję   ci   za   rozmowę   –   oznajmiła   uprzejmie.   –   Jutro 

powiadomię cię o ostatecznej decyzji.

– A nie zdradziłabyś mi choć słówkiem, jak wypadłem? – poprosił.
Udawany   niepokój   w   jego   głosie   wywołał   w   Nicole   mordercze 

instynkty.   Wątpiła,   czy   słownik   tego   faceta   w   ogóle   zawierał   słowa 
oznaczające niepokój czy niepewność. Zresztą, oboje wiedzieli, że musiał 
zostać przyjęty, bez względu na to, jak szczerze pragnęłaby pokazać mu 
drzwi.

– Powiedzmy, że zupełnie nieźle wypadłeś – stwierdziła niechętnie.
–   W   takim   razie   cieszę   się,   że   spełniam   wymagania   –   oświadczył 

bezczelnie, po czym szybko zniknął z jej biura.

Nicole zaklęła pod nosem i właśnie zamierzała sięgnąć do szuflady po 

kolejne proszki od bólu głowy, kiedy weszła Frieda.

– Interesujący kandydat – rzuciła, wręczając Nicole najświeższe notatki 

background image

telefoniczne.

– Można to i tak określić – warknęła Nicole.
– A co, według ciebie nie ma szansy na tę posadę?
Nicole najchętniej wygarnęłaby szczerze, co sądzi o nowym kandydacie, 

lecz   nie   chciała   urazić   starszej   koleżanki.   Od   konieczności   odpowiedzi 
wybawiło   ją   niespodziewane   pojawienie   się   Anny   Delgado   z   działu 
dziecięcego.   Nie   cieszyłaby   się   tak,   gdyby   wiedziała,   co   tamta   ma   do 
powiedzenia.

– Tacy faceci jak on kompromitują tylko nasz zawód – oznajmiła Anna 

zgryźliwie,   błyskając   oczami   spod   grzywy   ciemnych   loków.   Żywa   jak 
srebro i nieustannie tryskająca energią, jak etatowy klown rozbawiała całą 
bibliotekę swoimi słynnymi docinkami i celnymi uwagami.

– Zauważyłyście, co on miał na szyi? Naprawdę, ktoś powinien się nim 

zająć – podsumowała. Żebyś tylko wiedziała, co się naprawdę kryje za tym 
głupawym wyglądem, pomyślała Nicole. Istny wilk w owczej skórze!

–   Widzisz,   chodzi   o   to,   że   on   ma   znakomite   referencje   –   wyjaśniła 

głośno, w duchu podziwiając mistrzostwo Strauda w tworzeniu fałszywych 
zawodowych życiorysów.

Tak naprawdę miała już dosyć całej tej maskarady. Głowa nie dawała jej 

spokoju. Wystarczy chwila nieuwagi i nie zdoła utrzymać języka za zębami. 
Musi  za   wszelką   cenę  traktować  Chase'a   Ellisa   jak  prawdziwego   Alvina 
Hoffsteddera, bibliotecznego mola. Tak będzie najlepiej – i najbezpieczniej.

Ból głowy towarzyszył jej wytrwale do końca pracy i przez całą drogę do 

domu.   Nie   pomogły   kolejne   tabletki,   ani   zjedzona   na   ulicy   przekąska. 
Jedynym ratunkiem w tak poważnej sytuacji mogły być domowe ciasteczka 
z czekoladą. Tylko one mogły uwolnić jej myśli od złego czaru Chase'a. 
Krzątanie   się   przy   domowych   wypiekach   było   dla   Nicole   sprawdzonym 
sposobem odzyskiwania równowagi ducha.

W dwadzieścia minut później, kiedy ubrana w dżinsy i uwalaną mąką 

koszulkę krzątała się po swojej kuchni, była już w o niebo lepszym nastroju. 
Nie   na   darmo   dołożyła   wszelkich   starań,   by   z   wynajętego   mieszkania 
uczynić   przytulne   gniazdko,   a   kuchnia   nie   stanowiła   tu   wyjątku.   Ściany 
zdobiły dwie akwarele z motywami roślinnymi, zaś naklejona nad zlewem 
fototapeta stwarzała efekt okna, za którym widać było malownicze skalne 
brzegi   Oregonu.   Dzięki   temu,   zmywając,   miała   przynajmniej   na   czym 

background image

zatrzymać zadumany wzrok.

Z minisłuchawek walkmana sączyła się w jej uszy melodia najnowszej 

piosenki Paula Simona, kiedy tanecznym krokiem sunęła ku piekarnikowi z 
tacą   świeżo   uformowanych   ciasteczek.   Kręcąc   biodrami,   otworzyła 
drzwiczki   i   wprawnym   ruchem   wsunęła   blachę,   po   czym,   podrygując, 
cisnęła na blat rękawice, złapała torbę ze śmieciami i ruszyła ku drzwiom 
kuchennym.

Na dworze panowały ciemności. Po raz kolejny stwierdziła, że dawno 

już powinna była wymienić żarówkę. Zostawiła na wpół uchylone drzwi, by 
smuga światła pomogła jej trafić do pojemnika na śmieci.

Żadne   przeczucie   nie   ostrzegło   Nicole   przed   niebezpieczeństwem. 

Właśnie udało jej się zaśpiewać w duecie z Paulem Simonem, gdy w ułamku 
sekundy jakaś ręka zakryła jej usta, i poczuła, że jest wleczona w stronę 
kuchni. Na domiar złego miała wrażenie, że słuchawki, które zsunęły się z 
szyi, dławią ją jak pętla.

Zareagowała   instynktownie,   próbując   kopnąć   przeciwnika,   ten   jednak 

wywinął się zręcznie. Wobec tego, nie dając za wygraną, ukąsiła rękę, która 
zaciskała jej usta.

– Auu! – zawył znajomy głos. – Przestań, do cholery, ty durna babo!
Zaledwie Nicole zdążyła sobie uświadomić, że napastnikiem jest Chase, 

już obrócił ją ku sobie i zamknął w uścisku.

– Twarda sztuka z ciebie – parsknął – ale to powinno pomóc.
I nim zdołała zaprotestować, wpił się zachłannie w jej wargi. I jak to 

zwykle   bywa,   dopiero   po   niewczasie   przyszły   jej   do   głowy   rozliczne 
sposoby obrony. W tamtym momencie jednak zaskoczenie sparaliżowało ją 
kompletnie.

Jego usta uciszyły ją z taką stanowczością, że wargi Nicole rozchyliły się 

ulegle,   przyjmując   pocałunek,   o   jakim   nie   śniła   nawet   w   najśmielszych 
marzeniach. Pocałunek obezwładniający i gorący jak płomień, podsycany 
niecierpliwością   i   głodem   pożądania.   Miała   uczucie,   że   zginie   w   tym 
płomieniu jak ćma.

Chase   tulił   ją   tak   mocno,   że   piersi   Nicole,   przykryte   jedynie   cienką 

koszulką, przylgnęły do jego torsu, prężącego się pod rozchyloną skórzaną 
kurtką.   Ciepło   męskiego   ciała   przenikało   dzielące   ich   cienkie   warstwy 
bawełny, wywołując drżenie w ciele dziewczyny.

Trwała   w   ciasnym   uścisku,   zaskoczona   intensywnością   własnych 

background image

doznań, chłonąc delikatną woń jego skóry, czując twardość obejmujących ją 
ramion I napięcie ud, ocierających się o jej nogi. Nie miała żadnych szans na 
trzeźwą ocenę sytuacji.

Jasny blask światła w kuchni stopniowo przywrócił ją do rzeczywistości. 

Stała   oszołomiona,   mrugając   oczami.   Nie   bardzo   wiedziała,   jak   się   tu 
znalazła.   Pamiętała   jedynie,   że   Chase,   nie   przerywając   całowania, 
przepychał ją jak nieporęczną paczkę.

Nie dość, że wystraszył ją śmiertelnie, to jeszcze miał czelność wejść bez 

zaproszenia do jej mieszkania. Widząc gest, z jakim zamykał drzwi, można 
by sądzić, że jest na własnych śmieciach.

Nicole miała dość takiego traktowania. Dała upust swojej wściekłości, 

częstując Chase'a pięścią, gdy mijał ją, niedbałym krokiem wkraczając do 
kuchni.   Cios   trafił   w   ramię,   chronione   grubą   skórą   kurtki.   Z   żalem 
pomyślała, że należałoby go raczej spoliczkować. Zamiast tego chwyciła 
kuchenną   rękawicę   i   wyszarpnęła   z   piekarnika   blachę   z   przypalonymi 
ciasteczkami. Teraz już gotowa była naprawić swój błąd.

– Nie robiłbym tego na twoim miejscu – ostrzegł, odgadując mordercze 

zamiary  z  jej  spojrzenia.   –  Byłby  to  bezprawny  atak  na   funkcjonariusza 
państwowego.

– To jest bezprawny atak na bezbronną kobietę!
– odcięła się z pasją.
–   Nie   zaatakowałem   cię,   przeciwnie,   ty   mnie   napadłaś.   Zobacz,   jak 

wygląda moja ręka – pokazał jej ślady ukąszenia – Ja tylko próbowałem 
uspokoić cię pocałunkiem.

– Bez mojego pozwolenia.
– Nie było czasu o nie prosić. O mało co nie wsypałaś sprawy, więc nie 

miałem wyjścia. Musiałem cię błyskawicznie pocałować.

– Zaiste, całowanie dla sprawy musi być niesłychanym poświęceniem... 

– parsknęła kpiąco, urażona do żywego.

–   Też   tak   uważam.   Zresztą,   muszę   przyznać,   że   całowanie   się   z 

bibliotekarką nie było wcale tak straszne, jak mi się wydawało... – stwierdził 
z zadumą.

– Ależ ty masz tupet!
– Owszem. Nie raz mi to mówiono.
– A mnie wiele razy mówiono, że jestem piekielnie dobrą zawodniczką, 

jeżeli   chodzi   o   całowanie   się   –   -wypaliła   Nicole,   zirytowana   jego 

background image

odzywkami. – Oczywiście pod warunkiem, że całuję się z tym, z kim chcę.

– Aha, rozumiem. To dlatego byłaś całkiem niezła.
– Bezczelny, wcale nie chciałam z tobą! Jakim prawem tu się panoszysz? 

Najlepiej będzie, jak zadzwonię do komendanta Strauda, żeby wycofał cię 
ze sprawy.

– Proszę, czuj się jak u siebie w domu. – Usiadł przy kuchennym stole, 

uprzejmym gestem wskazując jej miejsce. – Oczywiście będziesz musiała 
się   wytłumaczyć,   dlaczego   odwzajemniłaś   pocałunek.   Nie   pójdzie   ci   to 
łatwo.

Ból głowy, z którym Nicole walczyła przez cały dzień, znów powrócił. 

Oczywiście za sprawą detektywa Chase'a Ellisa, faceta, który szarogęsił się 
w jej własnej kuchni, i pożerał jej ukochane, świeżo upieczone ciasteczka.

– Jeżeli doprowadzisz do wyłączenia mnie ze sprawy, nigdy nie dowiesz 

się, kto załatwia nielegalne transakcje w bibliotece – stwierdził z ustami 
pełnymi ciastek.

– Uważasz, że tylko ty jeden jesteś w stanie to wyjaśnić? – zapytała, 

porażona wprost jego zarozumiałością.

– Załóżmy, że właśnie tak jest, kotku. Nie wyobrażasz sobie chyba, że 

wystarczy   tylko   strzelić   palcami,   a   już   zlatuje   się   cała   setka   agentów, 
znających się akurat na bibliotekarskiej robocie, co?

– Jeszcze niedawno twierdziłeś, że nie wolno nam rozmawiać o sprawie.
– Nie w twoim biurze. – Zaczerpnął kolejną garść ciasteczek. – Ale tu 

jest   bezpiecznie.   Przedtem,   kiedy   brałaś   prysznic,   sprawdziłem,   czy   nie 
masz podsłuchu.

– Coo?! – wybuchnęła Nicole.
–   Spokojnie,   żartowałem   tylko.   Przynajmniej   jeśli   chodzi   o   prysznic. 

Sprawdziłem wszystko wcześniej, bo zapomniałaś zamknąć drzwi kuchenne. 
Fatalny zwyczaj, swoją drogą. Każdy mógłby tu wejść.

– Ale jakoś nie wszedł. Byłoby to przestępstwem.
Udał, że nie dosłyszał komentarza.
– I naprawdę, mogłabyś sobie sprawić lepsze zamki.
Z tymi, które masz, poradziłby sobie nawet dwulatek.
Uwierz mi, jestem ekspertem. Nie ma zamka, z którym bym sobie nie 

poradził. Albo kobiety....

Co prawda, Chase  nie  wyrzekł tych słów, ale wyraźnie sugerował  je 

sposób,   w   jaki   ogarnął   Nicole   od   stóp   do   głów   długim,   namiętnym 

background image

spojrzeniem. Postanowiła mieć się na baczności.

– Skoro, jak mówisz, przyszedłeś tutaj, by porozmawiać o sprawie, nie 

traćmy czasu na głupstwa – zaproponowała chłodno.

– Miła jesteś, nie powiem – skomentował, zdejmując kurtkę i zarzucając 

ją niedbale na oparcie sąsiedniego krzesła.

– Z jakiej racji miałabym być miła  dla zbira, który napada mnie  we 

własnym   domu,   przyprawiając   niemal   o   atak   serca?   –   odpaliła,   ostro 
napominając się w myśli, by nie patrzeć na niego od momentu, gdy został 
bez kurtki. Zbyt działał na nią widok muskularnych ramion, które jeszcze 
niedawno trzymały ją w uścisku. I zbyt do twarzy było temu nieznośnemu 
typowi w czarnej, obcisłej koszulce.

Chase zaczął swobodnie, nie wykazując żadnych objawów skruchy:
–   Wiedziałem,   że   muszę   z   tobą   porozmawiać,   a   tylko   w   ten   sposób 

mogłem   to   uczynić   bez   podejrzeń.   Widok   Alvina   Bibliotekarza, 
wydzwaniającego   do   twoich   frontowych   drzwi,   mógłby   wywołać 
niepotrzebne   plotki.   Uznałem,   że   muszę   dokładniej   wtajemniczyć   cię   w 
szczegóły, i to szybko, żebyś nie wysypała się, tak jak o mało nie zrobiłaś 
tego   w   biurze.   Toteż   wytłumaczę   ci,   o   co   chodzi   i   ustalimy   sobie   parę 
podstawowych zasad.

–   Z   których   pierwsza   dotyczy   ciebie   i   głosi,   że   nie   można   mnie 

nachodzić bez uprzedzenia – podkreśliła z naciskiem Nicole.

– Można by się raczej spodziewać, że twoja pierwsza zasada powinna 

wprowadzać zakaz całowania – odrzekł z przewrotnym uśmiechem.

– Tak brzmi reguła numer dwa – oświadczyła z przekonaniem, ponuro 

stwierdzając w myśli, że całowanie kobiet, trzymanie ich w ramionach i 
podporządkowywanie swojej woli Chase ma opanowane do perfekcji. Tylko 
urodzony uwodziciel o wieloletnim doświadczeniu mógł tak całować. Dzięki 
Bogu   ostatni   raz   dała   się   na   to   złapać.   Teraz   będzie   się   już   miała   na 
baczności. I przede wszystkim musi się skupić na zadaniu, obiecała sobie 
solennie.

– Szajka, z którą mamy  do czynienia, specjalizuje się we wszelkiego 

rodzaju nielegalnych zakładach.

Zaś wasza biblioteka służy im jako punkt kontaktowy.
Co   więcej,   mamy   podstawy   przypuszczać,   że   ktoś   z   personelu 

współpracuje z nimi i ułatwia przekazy.

Ty, najwyraźniej, zostałaś sprawdzona i uwolniona od podejrzeń, skoro 

background image

wtajemniczono cię w sprawę.

Jednak kilku innych pracowników musieliśmy uznać za podejrzanych.
– Z jakiej racji „musieliście" uznać ich za podejrzanych?
– Więcej nie mogę ci powiedzieć.
–   Nie   podoba   mi   się   naruszenie   mojej   prywatności   przez   potajemne 

sprawdzanie – stwierdziła Nicole.

– Czemu się przejmujesz? Przecież masz czystą kartotekę.
– Poza tym nie mogę się pogodzić z myślą, że ktoś z moich ludzi jest 

podejrzany. Pracuję z nimi od kilku lat i nie chcę ich oszukiwać ani być 
wobec nich nielojalna.

– W takim razie mamy podobne poglądy. Ja również nie podjąłbym się 

tego zadania, gdyby nie ścisłe rozkazy, jakie otrzymałem. Wierz mi, wcale 
nie jestem zachwycony. Wolałbym ścigać prawdziwych przestępców, a nie 
takie obracające groszami płotki.

–   Jeśli   ten   gang   składa   się   z   płotek,   dlaczego   w   takim   razie   nie 

przeznaczono   funduszy   na   pilniejsze   sprawy   –   na   przykład   na   potrzeby 
biblioteki? Bardzo przydałaby się nam dotacja – stwierdziła Nicole.

– Cóż, powiedzmy, nasze płotki nieopatrznie weszły w drogę komuś, kto 

jest na świeczniku, i ten ktoś żąda, by szajka została zlikwidowana, zanim 
urośnie w siłę i przysporzy mu większych kłopotów.

Najpierw jednak musimy zdobyć przekonywające dowody. Tak to mniej 

więcej   wygląda.   I   oboje   siedzimy   w   tej   sprawie,   a   żadne   nie   chce   się 
zaangażować...

– Zaangażować? – powtórzyła Nicole, a w głowie zadźwięczał jej nagle 

sygnał alarmowy.

– Zaangażować w sprawę, oczywiście – wyjaśnił.
– Tak, jasne.
–  Skoro  jednak   nie   mamy   wyboru,  musimy   się   postarać   –   stwierdził 

Chase, opierając wygodnie nogę na jednym z jej kuchennych stołków, jak 
gdyby szykował się do dłuższego posiedzenia.

–   To   ty   musisz   się   starać.   –   Nicole   stanowczo   zepchnęła   arogancką 

stopę. – Ja się wypisuję z tej imprezy. A ty wypisz się z mojej kuchni. – Z 
tymi słowami wręczyła mu skórzaną kurtkę. – Dobranoc, detektywie Ellisie.

– Dobranoc, Alvinie – poprawił ją. – Uważaj na przejęzyczenia. Tutaj 

jestem Alvinem.

– Alvinem możesz sobie być w bibliotece, ale tutaj wszedłeś mi w drogę 

background image

i nie zasłużyłeś na dobre traktowanie.

– Zawsze wściekasz się na mężczyzn, którzy cię całują? – spytał.
– Tylko na tych, którzy działają mi na nerwy.
– Czyżbym działał ci na nerwy? – zastanawiał się głośno. – A może 

raczej działa ci na nerwy fakt, iż odwzajemniłaś pocałunek?

Zdumiał się, widząc jak oczy Nicole stały się nagle lodowate i płonące 

zarazem.

– Wyjaśnijmy sobie od razu, detektywie Ellisie, że nie odwzajemniłam 

pańskiego   pocałunku.   Gdybym   naprawdę   to   zrobiła,   zauważyłby   pan 
różnicę.

– Och, wprost nie mogę się doczekać – jęknął.
– Czekaj tatka latka – mruknęła Nicole.
– Powiedz, czemu jesteś taka chłodna, o pani?
Zamiast odpowiedzi Nicole z hamowaną niecierpliwością uchyliła drzwi.
– Dobrze już, dobrze, nie musisz mi się zwierzać.
Sam się dowiem. I przepraszam, że cię przestraszyłem.
Ale przeprosiny nie obejmują pocałunku – rzucił wychodząc.
Zatrzasnęła drzwi z takim rozmachem, że aż zadrgała futryna.
– Arogancki, egocentryczny, nieznośny, rozrabiacki buntownik... – Jej 

podniesiony   głos  przycichł   nagle,  gdy   z   ostatnim  słowem  napłynęła  fala 
bolesnych wspomnień.

Wyzywająca   poza,   czarna   skórzana   kurtka,   diabelski   błysk   w   oku, 

ryzykancka żyłka – kiedyś już stanął na jej drodze ktoś tak niebezpiecznie 
pociągający. Ktoś, komu nie mogła się oprzeć i pokochała go dziko, całym 
sercem, paląc za sobą wszystkie mosty.

Chłonęła życie tak samo żywiołowo i szaleńczo jak Johnny. Gdy zginął, 

straciła wszystko.

Z   rozpaczą   usiadła   przy   stole   i   opuściła   głowę   na   ręce.   Napłynęły 

tragiczne wspomnienia, niepowstrzymane jak lawina, i kolejny raz ujrzała 
sceny z horroru.

Ulica w słonecznym blasku. Johnny popisuje się na motocyklu. Jest bez 

kasku, na ciemnej grzywie długich włosów połyskuje jasny promień. Oni 
zawsze jeździli z odkrytą głową... w jej szalonych studenckich czasach, tak 
dalekich i tak bliskich.

Błysk triumfalnego uśmiechu, kciuk uniesiony w górę, ryk potężnego 

silnika harleya i przeraźliwy wizg opon – wszystko to zapamiętała z bolesną 

background image

dokładnością.   Rozpaczliwie   zacisnęła   powieki,   lecz   sekwencja   obrazów 
wyświetlała się bezlitośnie, aż do końca.

Znów, tak jak wtedy, zobaczyła motocykl wpadający w poślizg przy zbyt 

ciasnym skręcie. Usłyszała zgrzyt miażdżonego metalu. Wraz z Johnnym 
roztrzaskał się jej świat.

Przez   nią   zginął.   Dla   niej   się   popisywał.   Pozwoliła   mu   na   to   i   nie 

próbowała zatrzymać – i tak zginął na jej oczach.

Ze   śmiercią   Johnny'ego   coś   w   Nicole   umarło.   Szaleństwo   zastąpiła 

skrajna   ostrożność,   zaś   wrażeń   zaczęła   szukać   w   bezpiecznej   krainie 
książek.

A teraz pojawił się Chase Ellis, kolejny człowiek, przy którym słowo 

„bezpieczeństwo"   brzmiało   jak   pusty   dźwięk.   Miał   tę   samą   ryzykancką 
żyłkę   co   Johnny   i,   na   domiar   złego,   uprawiał   najbardziej   niebezpieczny 
zawód policjanta.

Za   dużo   tych   podobieństw,   pomyślała   Nicole.   Taki   człowiek   szuka 

kłopotów i znajduje je. A na dodatek wciąga w to innych. Tym bardziej 
powinna strzec się tego niebezpiecznego faceta...

background image

Rozdział 2

Decyzja o trzymaniu się jak najdalej od detektywa Ellisa teoretycznie 

była słuszna, lecz praktycznie niewykonalna. Nicole natykała się na niego 
przynajmniej co kilka minut. Pracował dopiero drugi dzień, a już czuła się 
jak osaczona zwierzyna. Tak dobrze znany jej budynek biblioteki stał się 
nagle nieznośnie ciasny, zupełnie jakby skurczył się za sprawą magicznego 
zaklęcia.

Siedząc na ławce, Nicole łakomie wyjadała łyżeczką jogurt z kubka i 

napawała   się   krótką   chwilą   samotności.   Park   Bzów   znajdował   się 
naprzeciwko biblioteki i często wyrywała się tam w przerwie obiadowej, by 
uciec przed tłumem interesantów. Choć może to w jej głowie tłoczyły się 
zbyt natrętne myśli?

Westchnęła ciężko. Wiosenny dzień był tak piękny. Powinna się cieszyć, 

napawać   aromatem   bzów,   wsłuchiwać   w   dźwięczną   pieśń   drozda   –   i 
zapomnieć o mężczyźnie imieniem Chase. Albo Alvin?

Odzianego   w   czarną   skórę   detektywa   Chase'a   Ellisa   nie   widziała   od 

dwóch dni. Alvin Hoffstedder stawił się wczoraj rankiem do pracy, radosny 
jak skowronek. Jeszcze przed otwarciem biblioteki zdążyła go oprowadzić.

Było to irytujące doświadczenie. W najmniej odpowiednich momentach 

znikał Alvin i pojawiał się Chase. Szczególnie zapadł jej w pamięć jeden 
incydent.

Pokazywała nowemu pracownikowi część budynku, w której znajdował 

się   główny   księgozbiór.   Rozwodziła   się   właśnie   nad   obfitością   zbiorów, 
ustawionych   na  piętrzących   się   pod   sufit   regałach,   kiedy   poczuła   palący 
wzrok na swoim biuście. Ten facet najwyraźniej nie starał się zaznajomić z 
kształtem budynku, lecz z kształtami  jej ciała. I mogła  sobie wyobrazić, 
jakie skojarzenia wywołały w nim słowa „piętrzące się", czy „obfitość"... 
Nie   pierwszy   już   raz   żałowała,   że   zamiast   przyzwoitej   „trójki"   nosi 
nieskromną – w jej pojęciu „szóstkę".

Czyniła bohaterskie próby zignorowania tego prowokacyjnego męskiego 

zachwytu,   lecz   niestety,   zdradzieckie   serce   i   oddech   nabierały 
niebezpiecznego tempa, co pogorszało jeszcze sytuację.

Z   trudem   zachowując   służbowy   dystans,   poprowadziła   go   w 

background image

bezpieczniejsze rejony, ku działowi prasy i czasopism. Zwiedzili czytelnię i 
dział katalogów, gdzie na szczęście liczne napisy przypominały o cichym 
zachowaniu, po czym zerknąwszy na trzy niewielkie salki konferencyjne, 
zakończyli obchód w bibliotece dla dzieci i młodzieży.

– Jeśli ktoś będzie miał pytania dotyczące księgozbioru, skieruj go do 

mnie – oznajmiła.

– Nie ufasz mi? – skrzywił się płaczliwie jak mały chłopiec.
– Za grosz ci nie ufam – mruknęła pod nosem, pomna na ostrzeżenia o 

podsłuchu.

– No, no, ciekawe – wymamrotał równie cicho w odpowiedzi.
– Zrozum, Alvinie – świadomie posłużyła się tym imieniem – że na razie 

możesz udzielać informacji podstawowych, dotyczących rozkładu sal czy 
rozmieszczenia różnych zbiorów, na przykład płyt kompaktowych czy kaset 
wideo.   Poza   tym,   biorąc   pod   uwagę   twoje   doświadczenie   informatyczne 
myślę, że znajdziesz wspólny język z naszymi programistami.

Mamy   tu   dwa   komputery   ze   specjalnym   oprogramowaniem... 

(Komendant Straud zapewniał ją, że przynajmniej ta część referencji Ellisa 
nie   jest   zmyślona).   Pozwolisz   natomiast,   że   inne   sprawy   będę   na   razie 
załatwiała sama, przynajmniej dopóki nie wdrożysz się całkowicie do pracy 
–   dodała   na   zakończenie,   w   trosce   o   jego   kamuflaż   jako   nowego 
pracownika.

–   Tak,   oczywiście...   postaram   się   jak   najszybciej   zaznajomić   się   ze 

szczegółami – mruknął bezczelnie.

Kiedy jednak pozostali stawili się do pracy, Chase, jak za dotknięciem 

czarodziejskiej   różdżki,   przeistoczył   się   w   Alvina   manifestującego   swoją 
radość z nowej posady.

Nicole   wiedziała,   że   gra.   Tak   ją   irytował,   że   miała   chwilami   ochotę 

złapać go za tę idiotyczną muchę i potrząsnąć, aż... aż na powrót stanie się 
Chase'em.

Chmurnie ściągnęła brwi. Skąd taka myśl? Poprzednio przychodziła jej 

jedynie   ochota,   by   wytrząsnąć   z   tego   osobnika   duszę,   aż   zacząłby 
przepraszać i błagać o litość.

Co gorsza, wydawało się, że tylko ona jedna go przejrzała. Pozostałe 

kobiety powitały go jedynie zdawkowymi spojrzeniami, najwyżej delikatnie 
dając  do zrozumienia,  co myślą  o jego stroju i braku polotu. Litościwie 
wzięły go pod swoje skrzydła, udzielając cennych rad w każdej potrzebie – 

background image

od obsługiwania kopiarki, aż po wyszukiwanie danych.

Nicole   mogła   sobie   tylko   wyobrazić,   jaką   uciechę   to   ostatnie   mogło 

sprawiać   zakamuflowanemu   detektywowi.   Facet   był   niebezpieczny   i,   w 
dodatku,   w   nadmiarze   obdarzony   seksapilem.   Jak   one   mogły   tego   nie 
dostrzegać? Znakomicie się maskował, owszem, ale przecież czuła wyraźnie 
to pole siłowe wokół niego.

Wystarczyło, że podeszła do tego mężczyzny na kilka kroków, a już jej 

ciało   i   nerwy   ogarniało   dręczące   napięcie.   Eksperyment,   jaki 
przeprowadziła, dał wynik jednoznaczny. Dopóki trzymała się na dystans, 
wszystko   było   w   porządku.   Kiedy   podchodziła   zbyt   blisko,   reakcja   była 
natychmiastowa. Potniały jej ręce, myśli ogarniał zamęt, a w całym ciele 
rozlewało się nieznośne gorąco. Wytrącało ją to kompletnie z równowagi.

Dopóki w Oak Height nie postała stopa Chase'a Ellisa, miasteczko było 

dla Nicole oazą spokoju. Tu się urodziła, tu dorastała. Tu w barku „Pod 
Plotką" jadła swojego pierwszego hamburgera, w kinie „Tivoli" obejrzała 
pierwszy film, w Parku Bzów przeżyła swój pierwszy pocałunek.

Stopniowo cała jej rodzina wyprowadziła się stąd. Rodzice do Arizony, 

dwaj bracia i siostra do Kalifornii, a druga siostra aż na Alaskę. Jedynie 
Nicole wróciła po studiach w rodzinne strony.

To małe, leżące na zachód od Chicago, miasteczko było na tyle blisko 

wielkiej metropolii, by można było odwiedzić ją bez problemu i na tyle 
jednocześnie daleko, by zachować swój spokojny, nieco senny charakter. 
Dawało   życiu   Nicole   stabilizację   i   ciągłość,   których   potrzebowała.   Dziś 
kierowała tą samą biblioteką, w której jako mała dziewczynka pochłaniała 
kolejne książki.

I teraz niejaki Chase, alias Alvin, wprowadzał zamęt w jej spokojnym 

życiu.   To   właśnie   miała   mu   za   złe.   Mogła   jedynie   żywić   nadzieję,   że 
błyskawicznie postara się rozpracować swoją szajkę i zniknie, a wówczas 
wszystko wróci do normy.

– Znów śnimy na jawie? – rozległ się kpiący głos za jej plecami.
Nicole   podskoczyła   na   ławce,   o   mało   nie   rozlewając   sobie   resztek 

jogurtu na ukochany różowy kostium.

– Do licha, czy musisz mnie wszędzie szpiegować?
– warknęła.
– Co ci zawinił taki łagodny mól książkowy jak ja?
– zapytał z wyrzutem, poprawiając okulary na nosie.

background image

Tym razem krawat miał czerwony, a spodnie, o zgrozo – żółto-beżowe. 

Jeśli   dodać   do   tego   różowość   kostiumu   Nicole,   zestaw   kolorystyczny 
przedstawiał się zgoła nieciekawie.

– Co ty tutaj robisz? – zapytała.
– Wykorzystuję przerwę na lunch.
– A zatem nie będę ci przeszkadzać. – Pospiesznie wepchnęła resztki 

posiłku do papierowej torby.

–   Mam   nadzieję,   że   nie   chodzi   ci   o   uwolnienie   się   od   mojego 

towarzystwa? – zagadnął.

– Ależ skąd – zapewniła i stanowczo ruszyła w kierunku wyjścia.
Kiedy dotarła do biura, zaczęła mieć lekkie wyrzuty sumienia. W końcu 

Chase funkcjonował w jej bibliotece na normalnych prawach pracownika. A 
to, że chwilami zachowywał się jak nieznośny smarkacz, nie musiało jeszcze 
znaczyć, że ma go naśladować.

Zresztą   nie   bawili   się   w   ciuciubabkę.   Sprawa   była   poważna.   Kiedy 

dowiedziała się, że w nielegalną działalność mogą być wplątani niektórzy 
pracownicy,   musiała   mimo   wszystko   inaczej   spojrzeć   na   swoich   ludzi. 
Uznała   też,   że   na   przyszłość   powinna   zachowywać   większy   dystans 
służbowy wobec Chase'a. Sądząc jednak z ostatnich doświadczeń, nie była 
pewna, czy zdoła wytrwać w tym postanowieniu.

Zgnębiona   usiłowała   poszukać   zapomnienia   w   pracy.   Cały   karton 

nowych   nabytków   czekał   na   skatalogowanie.   W   zasadzie   stanowiło   to 
zadanie   szeregowych   pracowników,   lecz   Nicole   wykonywała   już   różne 
zajęcia, jako że biblioteka w Oak Heights cierpiała na chroniczny brak rąk 
do pracy. Zresztą, prawdę mówiąc, uwielbiała przeglądanie nowych książek, 
a   sama   czynność   klasyfikowania   ich   w   odpowiednim   porządku   dawała 
uspokajające poczucie ładu i stałości.

Drgnęła  nagle  na  dźwięk swego   imienia.  Obejrzała  się  przez  ramię   i 

zobaczyła znajomą twarz.

– Hej, co dobrego w mojej ulubionej bibliotece?
– Jakoś ciągniemy, Leo – odparła.
Leo Shapiro przychodził tu, odkąd tylko sięgała pamięcią. Pasjonowała 

go elektronika i regularnie czytywał pisma specjalistyczne. Stale zamyślony, 
nieśmiały, z grubymi szkłami wiecznie opadającymi na czubek nosa, był 
klasycznym typem roztargnionego wynalazcy. Nicole uważała, że gdyby żył 
w   czasach   Edisona,   prawdopodobnie   zgarnąłby   cała   sławę.   Tymczasem 

background image

radził   sobie   jak   mógł,   opracowując   techniczne   kompendia   dla   firm 
elektronicznych.

Za każdym razem, kiedy pojawiał się w bibliotece, wpadał na plotki do 

Nicole,   urzędującej   w   pomieszczeniu   oddzielonym   od   sali   szklanym 
przepierzeniem. Nazywała je swoim „akwarium".

– Podobno odłożyłaś dla mnie nowego Ludluma – zagaił Leo tym razem.
Nicole wiedziała, że Leo po prostu chce pogadać, traktując książkę jako 

pretekst.

– Długo na niego czekałem – ciągnął. – A na liście jest chyba jeszcze z 

piętnaście osób.

–   Ludlum   to   popularny   autor.   Mamy   tylko   kilka   egzemplarzy,   a 

zapotrzebowanie jest duże – wyjaśniła Nicole, wręczając mu tom.

– Słyszałem, że masz nowego pracownika – zagadnął, podając swoją 

sfatygowaną kartę.

–   Owszem.   Nazywa   się   Alvin   Hoffstedder.   W   tej   chwili   wyszedł   na 

lunch.

– Szkoda, bo chciałem go poznać. Muszę ci powiedzieć, że cieszę się z 

męskiej obsady. Kiedyś sam miałem ochotę zostać bibliotekarzem. W końcu 
spędziłem tu wiele godzin – zaśmiał się, po czym dodał: – Ale niestety, 
pasja do wynalazków okazała się silniejsza.

– Właśnie, a jak tam twoje wynalazki?
Leo rozpromienił  się nagle, jak zwykle, kiedy rozmowa  schodziła na 

temat jego ukochanego zajęcia.

– Teraz właśnie pracuję nad miniaturowym nadajnikiem, umieszczonym 

w zegarku, wiesz, takim w stylu Dicka Tracy'ego. Film nasunął mi pomysł. 
Tylko   mój   nadajnik   ma   być   lżejszy   i   sprawniejszy.   Najważniejszy   jest 
ekran... – Leo wdał się w dziesięciominutowy wywód teoretyczny, z którego 
Nicole rozumiała mniej więcej co dwudzieste słowo.

– Całkiem interesujące – zdołała wtrącić, gdy przerwał na moment dla 

nabrania oddechu. – A Ludlum z pewnością ci się spodoba.

Nie lubiła w ten sposób ucinać rozmów z nim, lecz po książki ustawiła 

się już długa kolejka i musiała pomóc dyżurującej w wypożyczalni Michelle.

– Wszystko ci powiem, jak przeczytam – obiecał. – I pozdrów ode mnie 

tego nowego.

Nicole zaś chciała, by Chase rozpracował jak najszybciej sprawę i na 

zawsze zniknął jej z oczu. Wtedy przestałaby wreszcie nerwowo wzdrygać 

background image

się   za   każdym   szelestem   i   doszukiwać   aluzji   we   wszystkim,   co   mówili 
pracownicy. Na razie jednak musi...

Nagle u jej boku zmaterializowała się postać Anny Delgado. Kobieta 

miała wielce zaaferowaną minę.

–   Słuchaj,   ludzie   już   mówią   o   twoim   nowym   nabytku!   –   oznajmiła 

scenicznym szeptem.

Nicole ścierpła skóra. Co Chase zdążył narozrabiać?
– Nie rozumiem, o co chodzi? – z trudem zdobyła się na spokojny ton.
– Miałam właśnie „Godzinę bajek" z przedszkolakami i wyobraź sobie, 

dzieciaki   zapytały   mnie,   czy   nowy   bibliotekarz   jest   bratem   Jasia   Fasoli. 
Wiesz, tego zabawnego przygłupa z telewizji, z którego one tak się śmieją. 
Cudem udało mi się zachować poważną minę. Również Nicole miała z tym 
niejakie trudności.

– Czekaj, to jeszcze nie koniec – powiedziała Anna.
– Już myślałam, że im przeszło, a tu mała Suzi Schmitz wtrąca swoje 

pięć groszy i piszczy, że mamusia mówiła jej wujkowi, który wcale nie jest 
prawdziwym wujkiem, chociaż z nimi mieszka, że mężczyzna, który nosi 
muchę na co dzień, to ciepłe kluchy.

– I co ty na to? – zapytała Nicole.
–   Zaczęłam   im   czytać   bajkę   o   brzydkim   kaczątku,   co   pozwoliło   mi 

poruszyć nie tylko sprawę czyjejś odmienności.

– I co, chwyciło?
– Tak, choć pewnie bardzo chciały wiedzieć, co to są naprawdę „ciepłe 

kluchy".

– Och, przypominam sobie, jaki mój George był w tym wieku – włączyła 

się Michelle, która razem z Friedą pracowała na zmianę w wypożyczalni.

Samotnie wychowywała niesfornego sześciolatka i z trudnością udawało 

jej się wiązać koniec z końcem.

– Lepiej mu idzie w szkole? – zapytała Nicole.
Michelle smętnie pokręciła głową.
– Nie bardzo. Nauczyciel uważa, że George popisuje się, odreagowując 

w ten sposób żal z powodu długiego niewidzenia się z ojcem. Kiedy słyszę 
takie rzeczy, mam po prostu ochotę udusić mojego byłego.

–   Dalej   zalega   z   alimentami?   –   Anna   jak   zwykle   nie   bawiła   się   w 

subtelności.

Michelle potaknęła.

background image

– Chodzi o to, że ciągle zmienia pracę, na tyle często, że nie nadążam go 

sprawdzać.

– Skończony łajdak! – podsumowała Anna.
– Kto taki? – wesoło zagadnął Chase, który właśnie wrócił z lunchu. 

Nawet nie zauważyły, kiedy się pojawił.

– Były mąż Michelle – wyjaśniła Anna.
– O, widzę, że dostało się rodzajowi męskiemu!
– Na szczęście ciebie to nie dotyczy – mruknęła Anna na tyle cicho, że 

usłyszała ją tylko Nicole.

– A swoją drogą, Alvinie, słyszałeś kiedyś o Jasiu Fasoli? – zapytała 

głośno.

– Słuchajcie, trzeba by wreszcie  trochę  popracować  – szybko rzuciła 

Nicole, wycofując się w stronę swojego "akwarium", gdzie mogła spokojnie 
się pośmiać. Chase Ellis jako Jaś Fasola! Dobre! Och, Anno, gdybyś tylko 
wiedziała....

–   O,   nie!   Przyszedł   pan   Query.   Wygląda   jakby   wstąpił   na   ścieżkę 

wojenną   –   szept   Michelle   zakłócił   nagle   chwilowo   spokojną   atmosferę 
biblioteki.

Nicole,   która   zrobiła   sobie   właśnie   krótką   przerwę   w   żmudnym 

opracowywaniu   wykazów   wymaganych   do   rocznego   sprawozdania, 
westchnęła z rezygnacją. Z drugiego końca czytelni człowiek o nabiegłych 
krwią policzkach zbliżał się ku nim szybko i nieuchronnie, jak dążąca do 
celu torpeda.

–  Zastanawiam  się,   czego  ten  uroczy  członek   naszej   rady  nadzorczej 

może od nas chcieć – wymamrotała.

Nie licząc mojej głowy na półmisku, dodała w myślach.
Ten zrzędliwy i wiecznie ze wszystkiego niezadowolony dyrektor szkoły 

nigdy jej nie lubił i bynajmniej nie starał się ułatwiać jej życia.

–   Panno   Larson.   –   Query   skinął   ku   niej   głową,   gestem,   jaki   władcy 

rezerwowali na użytek plebsu.

– Czy jest tu jakieś spokojne miejsce, gdzie moglibyśmy porozmawiać?
Pytanie   powtarzało   się   nieodmiennie   przy   każdej   wizycie.   Query 

najwyraźniej   nie   chciał   pojąć,   że   jedynym,   jako   tako   odosobnionym 
zakątkiem w całej bibliotece, było szklane „akwarium" pani kierowniczki.

– Oczywiście – poinformowała go jak zwykle.

background image

– Zapraszam do mojego biura.
Musiała oczyścić dla niego jedyne wolne krzesło, zawalone katalogami 

książkowymi. Przy prawie pięciuset pozycjach pojawiających się każdego 
miesiąca na rynku, selekcja pod kątem zamówień musiała być bardzo ścisła. 
Wymagało to przejrzenia wielu różnych źródeł, co z kolei zabierało Nicole 
mnóstwo czasu.

–   Mamy   zaległości,   jak   widać   –   stwierdził   pan   Query   z   jawną 

dezaprobatą.

– Wie pan, jak to jest – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby, jedynie 

przez   wzgląd   na   dobro   firmy   powstrzymując   się   od   kopnięcia   w   kostkę 
szanownego   członka   zarządu.   –   Dla   bibliotekarza   praca   nigdy   się   nie 
kończy.

– Mnie zawsze udaje się skończyć to, co zacząłem.
Wypchaj się, pomyślała.
– Czy sprowadza pana do mnie jakaś pilna sprawa?
– zapytała oficjalnym tonem.
–   Oczywiście,   przecież   nie   przychodziłbym   tutaj   na   pogaduszki. 

Przyszedłem, by porozmawiać o nabytkach biblioteki.

Boże, on znów o tym, jęknęła w myśli. Od początku roku wałkowali już 

tę sprawę kilkanaście razy.

– O co panu konkretnie chodzi?
–   O   romanse.   I   kasety   wideo.   Jeszcze   trochę,   a   zaczniecie   kupować 

komiksy.

Gdyby Nicole dysponowała większym budżetem, nie omieszkałaby tego 

zrobić.   Gotowa   była   spełnić   każde   życzenie   czytelników,   byleby   chcieli 
czytać.

– Jak już nieraz podkreślałem – kontynuował pan Query – biblioteka jest 

naszym   ostatnim   bastionem   kultury.   Dlatego   nie   powinniśmy   podsuwać 
ludziom podobnych śmieci. Na Boga, doszły mnie nawet słuchy, że ma pani 
muzykę rockową na płytach kompaktowych! Czy taki cel przyświeca tej 
placówce? Jak ktoś chce słuchać rocka, niech idzie do sklepu muzycznego. 
Niedopuszczalne   jest   marnowanie   pieniędzy   dla   dogadzania   wszystkim 
modnym zachciankom.

–   Rock   and   roli   jest   modny   już   od   czterdziestu   lat,   panie   Query   – 

wyjaśniła. – Sam pan widzi, że trudno go uznać za ostatni krzyk mody. Zaś 
płyty kompaktowe cieszą się wielkim powodzeniem u naszych bywalców.

background image

– Oni się na niczym nie znają – sarknął z lekceważącym machnięciem 

ręką.

–   To   jest   ich   biblioteka   i   pieniądze   z   ich   podatków   –   podkreśliła   z 

naciskiem.

– Nie wiedzą, co dla nich dobre. Jak w tych warunkach mają wyrobić 

sobie   gusty   muzyczne   czy   literackie,   poznać   się   na   geniuszu   takiego   na 
przykład Hardy'ego albo Czechowa?

Osobiście Nicole nie przepadała ani za jednym, ani za drugim. Lektura 

ich dzieł zbytnio ją przygnębiała. Co nie wykluczało, że byli reprezentowani 
w księgozbiorze.

– Ludzie mają różne gusty – stwierdziła.
– Są tacy, którzy w ogóle nie mają gustu.
– Nie przeczę – przytaknęła, wymownie patrząc mu prosto w oczy.
– I jeszcze jedno – zaznaczył Query, najwyraźniej nie pojmując subtelnej 

aluzji. – Nie jestem pewien, czy powinienem zaaprobować to, że przyjęła 
pani nowego pracownika, nie konsultując się uprzednio z radą.

–   Mam   wolną   rękę   w   doborze   personelu   –   przypomniała   dobrze   mu 

znaną zasadę.

– Zawsze byłem przeciwny takiej polityce.
Piła drewniana, skomentowała Nicole w duchu, zaś głośno dodała:
– Cóż, nie śmiem marnować pańskiego czasu, zwłaszcza że, o ile wiem, 

na kanale PBS nadają dzisiaj transmisję z Metropolitan Opera.

Podziałało. Query z niepokojem zerknął na zegarek.
– Ma pani rację. Rzeczywiście, powinienem już iść.
Dzięki Bogu! Nicole miała ochotę skakać z radości.
– Kto to był ten stary zglęzol? – posłyszała nagle szept Chase'a.
– Jeden z członków naszej rady nadzorczej.
– Nadaje się, jest nadęty jak purchawka.
Zaśmiała się, wymieniając z nim porozumiewawcze spojrzenie. Pierwszy 

raz   rozumieli   się   bez   seksualnego   kontekstu,   zjednoczeni   wspólnym 
poczuciem humoru. Ogromna radość z tego faktu uderzyła Nicole do głowy 
jak   wino.   Była   oczarowana   i   zarazem   przestraszona   spojrzeniem,   jakim 
Chase   ją   obdarzył.   O   wiele   trudniej   było   przeciwstawić   się   jego   sztuce 
uwodzenia   w   tej   postaci   niż   jawnie   pożądliwym   zapędom.   Zamach   był 
podstępny i wymierzony z najmniej spodziewanej strony.

Tę dziwną atmosferę przerwał nagle głos Anny oznajmiający, że brakuje 

background image

tylko godziny do zamknięcia biblioteki.

Nicole drżąc wzięła głęboki oddech i z trudem uwolniła się od spojrzenia 

kusiciela.

– I jakoś udało nam się przeżyć kolejny dzień – skomentowała wesoło 

Anna.

Tego dnia się udało, lecz Nicole nie była pewna, jak długo zdoła opierać 

się męskim czarom.

–   Jak   posuwa   się   twoja   sprawa?   –   zapytał   współpracownik   Chase'a, 

Carlos. Siedzieli w jego ulubionej tawernie „U Nicka", na tyle oddalonej od 
Oak Heights, iż nie było obaw, by ktoś ich rozpoznał.

Zresztą, przyćmione światła sali nie pozwalały nawet rozróżnić twarzy 

przy stolikach.

– Kapitanówna pytała o ciebie – dodał Carlos.
Chase jęknął. Wcześnie rozkwitłym wdziękom panny Randi zawdzięczał 

wszak zsyłkę do tej nudnej dziury. Kapitanowi wyraźnie nie podobało się, że 
córka strzelała oczami za detektywem, a gdy zobaczył, jak czuli się do niego 
na pikniku, do reszty stracił humor. Nadopiekuńczy tatuś postanowił działać, 
zanim będzie za późno.

Już   po   dwóch   dniach   Chase   został   nagle   wycofany   ze   sprawy,   którą 

prowadził razem z Carlosem i oddelegowany do Agencji Sił Pomocniczych. 
Zespół  ów, złożony  z  oficerów  policji z  całego  okręgu,  miał  za  zadanie 
udzielać dodatkowego wsparcia posterunkom w terenie.

– Powiedz kapitanowi, że zginąłem na posterunku – zasugerował.
– Ona zapłacze się z żalu.
Chase bezsilnie zgrzytnął zębami.
– W takim razie powiedz, że w wyniku dawnego postrzału straciłem 

wszelką atrakcyjność dla kobiet.

– Będzie się litować nad tobą.
– Więc powiedz, że zakochałem się w pewnej kobiecie i o nikim innym 

już nie mogę myśleć.

– Ty? Ty się zakochałeś? Stary, nie uwierzę!
– A dlaczego nie? – zapytał Chase urażonym tonem.
– Przecież zdarzało mi się to.
– A, tak, nawet nie jestem w stanie zliczyć...
– Odwal się!

background image

Biedny Carlos został obrzucony gradem orzeszków ze stojącej na stole 

miseczki.   Na   szczęście   podłoga   tawerny   nie   była   sprzątana   zbyt 
pedantycznie.

– Wcale ich tyle nie było...
– Czyżby? Annette, Danette, Eve, Tammy, Opal...
– Hola, nie przypominam sobie Opal!
– Nie pamiętasz rudej kelnerki o czułych palcach masażystki?
– Ja się z nią nie umawiałem, tylko ty.
– Dobra, darujmy ją sobie. Powiedz, Ellis, czy ty w ogóle kiedykolwiek 

byłeś zakochany?

– Raz, w Nadine.
Tak,   wtedy   naprawdę   wpadł.   I   wyszedł   na   kompletnego   idiotę. 

Manipulowała   nim,   na   przemian   dąsając   się   i   czuląc,   on   zaś,   ślepo 
zakochany, zbyt późno dostrzegł, że dał się ujeździć jak byczek na rodeo.

Nigdy   więcej.   Już   nigdy   więcej   nie   pozwoli,   by   wykorzystano   jego 

uczucia. Dziki i swobodny, oto jego dewiza.

– Nadine... – powtórzył Carlos. – Czy to tamta bogata dama, z którą się 

zaręczyłeś?

– Zgadza się.
– Nigdy mi właściwie nie opowiadałeś, co się stało.
– Jej ustosunkowany tatuś próbował pociągnąć kilka sznurków i sprawić, 

bym   zamiast   pracy   w   policji   wybrał   bardziej   stosowną   dziedzinę,   którą 
córeczka dla mnie upatrzyła. Taką jak polityka.

– I co zrobiłeś?
–   Pokłóciliśmy   się,   aż   w   końcu   to   ja   odciąłem   kilka   sznurków, 

wiążących mnie z Nadine. Odeszła w siną dal, klnąc się, że nigdy już nie 
zwiąże się z gliną. Rzeczywiście, dotrzymała słowa. Wyszła za bogatego 
adwokata.

– Nie masz czego żałować.
– Święta racja – z przekonaniem przyświadczył Chase.
– A teraz powiedz, jak ci leci w Oak Heights.
Chyba już nie wyrabiasz, patrząc przez cały dzień na te przywiędłe okuł 

arnice, co?

– Widać, że dawno nie wypożyczałeś książek – sucho stwierdził Chase. 

– Teraz w każdej bibliotece jest naprawdę na co popatrzeć.

– Żarty...

background image

– Przyznaję, z początku podzielałem twoje opinie z epoki dinozaurów, 

ale potem... na szczęście miło się rozczarowałem.

– Jak ma na imię? – bystro rzucił Carlos.
– Kto?
– Ta bibliotekarka, która cię tak miło rozczarowała.
– Nie przypominam sobie, żebym mówił o jakiejś konkretnej kobiecie – 

stwierdził Chase z miną niesłusznie posądzonego dziecka.

– O, czyżbyś ustrzelił dwie naraz?
– W ogóle nie mówiłem o żadnym polowaniu.
– Zawsze taki sam. Nic się nie zmieniłeś – stwierdził Carlos.
Uwaga kumpla dziwnie rozdrażniła Chase'a.
– Widzę, że stałeś się ekspertem od psychologii – rzucił ironicznie.
– Od psychologii nie, ale od twojej psychiki – na pewno. Pracujemy 

razem już od pięciu lat i myślę, że znam cię nie najgorzej.

Carlos mógł go znać dobrze, ale nawet on nie znał go do końca. Wiedział 

tylko tyle, ile Chase uznał za stosowne odsłonić ze swojego charakteru.

– No, gadaj – poganiał go przyjaciel. – Jak tej damie na imię?
– Myślisz, że ci powiem?
– Racja, personalia są nieważne. Liczą się tylko statystyki, koleś. Mów o 

samych faktach.

W odpowiedzi znów trafiła go porcja orzeszków.
– Rozumiem – ciągnął niezrażony. – Wszystko wymyśliłeś i tyle.
– Pewnie – zaperzył się Chase. – Zwłaszcza wystrzałową blondynę z 

nogami do pępka i ustami, które grożą ci utratą poczytalności.

– Mówisz, jakbyś już był zagrożony – chytrze zauważył Carlos.
– Nie powiem nic, co mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie.
– Nie wierzę! Ty nawet z gnoju wyszedłbyś pachnący jak różyczka. Ja 

się   tutaj   nad   nim   lituję,   że   porasta   kurzem   w   jakiejś   prowincjonalnej 
wypożyczalni,   wśród   starych   panien,   a   on   się   załapuje   na   piękną 
bibliotekarkę. Jezu, niektórzy to mają szczęście!

– Ty tak powiedziałeś, stary, nie ja.
Jeśli   chodziło   o   Nicole   Larson,   Chase   rzeczywiście   uważał   się   za 

szczęśliwego   człowieka.   Oczywiście   nie   miał   złudzeń,   ta   dziewczyna 
stanowiła   poważne   wyzwanie.   Lecz   detektyw   Ellis   nie   miał   zwyczaju 
pozostawiać wyzwania bez odpowiedzi.

background image

Następnego ranka Nicole wstąpiła  do ratusza przed pracą, by opłacić 

pozwolenie na parkowanie. Miała nadzieję, że nie natknie się na Strauda. 
Niestety, nadzieja okazała się płonna.

– O, witaj! – pozdrowił ją z promiennym uśmiechem.
– Właśnie o tobie myślałem. Masz sekundę czasu?
Nicole zawahała się, mając jeszcze świeżo w pamięci moment, w którym 

po raz pierwszy ujrzała Chase'a w biurze komendanta policji.

– Mogę wpaść do ciebie, ale tylko na chwilę.
– Świetnie. – Poprowadził ją przez labirynt korytarzy ku swojemu biuru.
Nicole   zauważyła,   że   Straud   po   wejściu   do   biura,   wbrew   swoim 

zwyczajom, starannie zamyka za sobą drzwi.

– A więc – zagaił tubalnym głosem – jak idą sprawy?
– Dobrze – odpowiedziała ostrożnie.
– Żadnych problemów? – zapytał.
– Cóż, jeśli chodzi o śledztwo, powinieneś raczej zapytać Chase'a – to 

znaczy detektywa Ellisa. Mnie on nie informuje.

– Robi to ze względu na twoje bezpieczeństwo – zapewnił ją.
Nicole  wątpiła  jednak  w   tak  szlachetne   intencje.  Skłonna  była  raczej 

sądzić,  iż Chase  świetnie się bawi, utrzymując  ją w niepewności. Co za 
denerwujący facet...

– Nicole?
Zamrugała   z   roztargnieniem,   próbując   skupić   spojrzenie   na   twarzy 

Strauda.

– Słucham?
– Pytałem, jak wygląda sytuacja w twojej ocenie, nie jego. Czy wszystko 

poszło gładko?

Gładko? Z takim gruboskórnym typem jak Ellis? Dobre sobie! Gładko! 

Nasuwało jej się zupełnie inne określenie...

– Czy coś jest nie tak? – nalegał Straud widząc, że zamilkła.
– Wygląda na to, że spodziewałeś się jakichś kłopotów – stwierdziła.
– Owszem. Patrząc, jak ty i Ellis ścieracie się w moim gabinecie jak 

dwie gradowe chmury, zacząłem się martwić, czy w ogóle uda się wam 
współpracować – wyznał z nie ukrywaną troską.

–   Spokojnie,   nie   martw   się,   nie   skrzywdzę   twojego   importowanego 

detektywa – zapewniła. Chyba że wyjdę z siebie, dodała w duchu.

– W takim razie, jak rozumiem, doszliście do porozumienia? – zapytał z 

background image

nadzieją.

– No, może za dużo powiedziane. Przyjmijmy raczej, że uzgodniliśmy 

pewne kwestie.

– Miło mi to słyszeć – ucieszył się Straud. – Nie chciałbym, by coś 

przeszkodziło   w   pomyślnym   rozwiązaniu   sprawy.   Przyjęcie   Alvina   nie 
wzbudziło podejrzeń, prawda?

– Przynajmniej do mnie nic nie dotarło.
– Dobrze. Detektyw Ellis świetnie sobie radzi z takimi zadaniami.
– A od dawna je wykonuje? – nie mogła powstrzymać ciekawości.
– Od ponad dziesięciu lat, jak przypuszczam.
Przywiózł   ze   sobą   znakomite   rekomendacje,   choć   z   drugiej   strony 

ostrzegano mnie, że może działać zbyt samowolnie.

O, tak, kompletnie samowolnie, potwierdziła w duchu Nicole. Fakt, iż 

nie ona jedna to dostrzegała, powinien ją przynajmniej pocieszyć. Niestety, 
nie zdołał.

Kiedy wyszła wreszcie z ratusza, była już nieco spóźniona. Tymczasem 

znajoma   postać   –   w   przebraniu   Alvina   oczywiście   –   czekała   już   przy 
bocznych drzwiach biblioteki.

– Zaspało się, co? – zażartował.
– Nie, nie przyszłam po prostu tak wcześnie jak zwykle.
– Ja tak samo. A co się stało? Nie mogłaś zasnąć?
– zapytał intymnym szeptem, przysuwając się bliżej.
Postronny   obserwator   mógłby   odnieść   wrażenie,   że   ten   mężczyzna 

uprzejmie próbuje pomóc damie, borykającej się z opornymi drzwiami.

Nicole   wiedziała   jednak   dokładnie,   co   zamierza   ten   uprzejmy 

mężczyzna. Czuła jego bliskość i gorący oddech na policzku.

– Może to o mnie śniłaś w nocy?
– Nie – wzdrygnęła się. – Bogu dzięki, żadnych koszmarów. Spałam 

spokojnie jak dziecko.

– Szkoda, że nie mogłem popatrzeć... – wymruczał prowokacyjnie.
– Masz wyraźną słabość do tylnych drzwi, co?
–   szepnęła   konspiracyjnie   widząc,   jak   poradził   sobie   z   opornym 

zamkiem.

– Po prostu dają dostęp do bardziej atrakcyjnych miejsc – odparł.
Możliwe, ale nie u mnie, skomentowała w duchu. Jeżeli o to chodzi, nie 

background image

ma mowy. Daj spokój, człowieku, myślała. Za wiele sobie wyobrażasz.

Nicole nie miała zamiaru rezygnować dla niego ze swoich ustalonych 

zasad. Tymczasem czuła, że Chase niczego tak nie pragnie, jak wciągnąć ją 
w odwieczną walkę płci, niewinnie zaczynającą się od słownych potyczek. 
Nie, na to nie mogła pozwolić. Należało za wszelką cenę zachować dystans. 
Zasada była prosta, choć trudno jej było przestrzegać.

Kilka   godzin   później   krążyła   między   regałami,   realizując 

skomplikowane zamówienie na materiały dotyczące emigrantów belgijskich 
w  początkach  dziewiętnastego   wieku. Niespodziewanie  zastąpił  jej  drogę 
Chase. Dostrzegła błysk desperacji w jego oku i błyskawicznie ruszyła ku 
niemu, przekonana, że sprawy przybrały poważny obrót.

– Co się stało? – wyszeptała podekscytowana.
– Widzisz tę kobietę, która stoi przy ladzie wypożyczalni? Tę w spranym 

dżinsie?

– Tak, to pani McGillicutty. Przychodzi do nas przynajmniej trzy razy w 

tygodniu.

– Ona mi to dała. – Chase wstydliwym gestem wręczył jej karteczkę. 

Napisano   na   niej   ozdobnym   pismem:   „Gdzie   można   znaleźć   książki   o 
edukacji seksualnej"?

Pomimo świeżo złożonych ślubów o zachowaniu służbowego dystansu i 

profesjonalnych   pozorów,   Nicole   po   prostu   nie   mogła   przepuścić   takiej 
gratki.

– Co prawda sama prosiłam cię, byś trudniejsze zamówienia odsyłał do 

mnie, lecz dziś wyjątkowo jestem zajęta. Mam nadzieję, że poradzisz sobie 
sam.

Wystarczy tylko przejrzeć fiszki pod hasłem „edukacja seksualna".
– Ale zrozum, ona szuka podręcznika edukacji seksualnej – stwierdził z 

rozpaczą.

– I cóż w tym dziwnego? Masz jeszcze jakieś problemy, Alvinie?
– Tak! Ta kobieta mogłaby być moją babką...
– I co z tego?
– Jak to? I ona pyta o taką książkę?
– To cię nie powinno obchodzić – sucho stwierdziła Nicole. – Każdy ma 

prawo wypożyczać książki, na które ma ochotę.

Widząc, jak marszczy brwi, postanowiła prowokować dalej.

background image

–   Pamiętaj   o   katalogu,   Alvinie.   Hasła   są   ułożone   w   porządku 

alfabetycznym. Mam nadzieję, że wiesz co nieco o alfabecie?

Chase wiedział tylko jedno – tę sprawę musi załatwić sam.
Zadanie okazało się trudniejsze niż przypuszczał.
– Wie pan, moja wnuczka wychodzi za mąż w przyszłym miesiącu, a ja 

chcę mieć  pewność, że jej wiedza o małżeństwie  jest większa  niż moja, 
kiedy   sama   brałam   ślub   –   oświadczyła   starsza   pani   z   niespodziewaną 
szczerością. – To nie do wiary, ale w moich szkolnych czasach myślało się, 
że dzieci wychodzą z piersi mamy...

Chase   nie   miał   pojęcia,   czemu   obdarzono   go   aż   takim   zaufaniem. 

Słuchając wynurzeń starej damy na temat seksu czuł, że ciasny kołnierzyk 
wpija mu się w szyję, a mucha zmienia się w dławiący stryczek. Doprawdy 
zabawne,   myślał.   W   policji   bez   trudu   dawał   sobie   radę   z   najbardziej 
wygadanymi   prostytutkami.   Mało   tego,   pewnego   razu   musiał   się   nawet 
wcielić w alfonsa. Tymczasem wobec trajkocącej na temat seksu starszej 
pani był kompletnie bezradny. Nazbyt przypominała mu własną babcię.

Jak   by   jeszcze   tego   było   mało,   dama   w   przypływie   wzruszenia 

pogładziła go po policzku jak małego chłopczyka.

– Miły z ciebie młodzieniec – stwierdziła. – Z początku krępowało mnie 

zwracanie się do bibliotekarza płci męskiej, ale okazałeś się tak ujmujący, że 
poczułam się swobodnie. Czy jesteś żonaty?

– Nie.
– Mam jeszcze dwie wnuczki w odpowiednim wieku...
– Muszę opiekować się chorą mamusią – zełgał na poczekaniu. – Cały 

swój wolny czas poświęcam dla niej.

– Szkoda. Ale kiedy coś się zmieni, nie omieszkaj mnie zawiadomić. 

Często tu przychodzę.

Bomba!  – pomyślał  Chase.  Jeszcze  tylko brakuje mi  babci-swatki na 

karku.

Sprawdził najszybciej jak mógł książki o seksie. W tej głupiej bibliotece 

jedynie   komputer   nie   sprawiał   mu   kłopotów,   a   nawet   mógł   pomóc   w 
rozwiązaniu sprawy.

Chase spodziewał się, że dzięki specjalnemu programowi, rejestrującemu 

zamówienia z księgozbioru, zdobędzie cenne informacje. Nawet wytrawny 
przestępca  bywa czasami  nieostrożny. Ktoś mógł  poszukiwać  książek  na 
interesujące go tematy, takie jak giełda, totalizator konny czy statystyczna 

background image

teoria gier. Próbował zbadać zapisy, lecz nie zdołał wejść do zbioru danych. 
Być może był zakodowany. Należało spytać o to Nicole.

Zresztą, nie tylko o tym pragnął porozmawiać ze swoją szefową. Nie 

mógł jej darować, że wrobiła go w to poszukiwanie książek o seksie dla 
szacownej matrony.

Rozmyślania przerwała mu kolejna interesantka.
– Chciałabym się dowiedzieć, o której godzinie wypada zachód słońca w 

San Francisco dziewiątego września? – spytała.

Pytanie wydało się Chase'owi zupełnie bezsensowne.
– Po co pani ta informacja?
– Piszę książkę, której akcja tam właśnie się rozgrywa.
– Jaką książkę? – zainteresował się, by zyskać na czasie.
– Romans.
– A sprawdziła pani w dziale romansów? – spytał, przypominając sobie, 

że Nicole pokazywała mu regały wypełnione kolorowymi tanimi seriami.

–   Przecież   nie   chodzi   mi   o   romanse!   –   wykrzyknęła   zdesperowana 

kobieta. – Chciałabym tylko uzyskać odpowiedź na moje pytanie.

–   Jasne,   rozumiem   –   Chase   poprowadził   ją   do   katalogów   i   zaczął 

gorączkowo szukać. Znalazł San Francisco – Dane ogólne, San Francisco – 
Trzęsienia ziemi i pożary, San Francisco – Historię, San Francisco – Życie 
społeczne, lecz niestety, nie doszukał się działu San Francisco – Zachody 
słońca. Desperacko sięgnął więc na półkę po obiecująco gruby przewodnik i 
wręczył go interesantce.

– Mam nadzieję, że tu coś pani znajdzie – wymamrotał.
Niestety, nie znalazła.
– Nie przypuszczałam, że odszukanie tej informacji okaże się aż takim 

problemem   –   stwierdziła   niezadowolonym   tonem,   przewertowawszy 
bezskutecznie   kilka   innych   pozycji.   –   Przecież   nie   żądam   żadnych 
skomplikowanych danych.

– Tak, wiem – rzucił zniecierpliwiony Chase. – Czy nie może pani po 

prostu   tego   zmyślić?   Kto   to   w   końcu   zauważy?   Przecież   nie   pisze   pani 
powieści realistycznej, tylko romans.

Trzeba trafu, że ostatni komentarz nowego pracownika dotarł do uszu 

Nicole, wyszukującej książki o kilka półek dalej. W panice rzuciła się, by 
ratować sytuację.

– Zechce pani wybaczyć – zaczęła przeprosiny uzbrojona w najbardziej 

background image

uroczy   ze   służbowych   uśmiechów   –   ale   pan   Hoffstedder   pracuje   u   nas 
dopiero od dwóch dni i słabo jeszcze orientuje się w księgozbiorze.

–   Obiecuję,   że   jak   najszybciej   się   poprawię   –   miał   czelność   dodać 

winowajca.

– Nie wątpię. – Nicole zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. – Możesz 

wrócić do swoich zajęć, Alvinie.

Ja obsłużę panią.
To   mówiąc,   poprowadziła   przyszłą   autorkę   romansu   ku   półkom   z 

Almanachem Rolniczym, gdzie szybko znalazły potrzebną informację.

Wkrótce potem odnalazła Alvina w dziale katalogów.
– Czy moglibyśmy przez chwilę porozmawiać?
–   Pytanie   było   czysto   retoryczne,   gdyż   nie   czekając   na   odpowiedź, 

Nicole szybko pociągnęła go na bok, z dala od czujnych uszu pracowników.

Rozbawiony   tym   zachowaniem   i   zachwycony   dotykiem   jej   ręki   na 

ramieniu, Chase miał błogą nadzieję, że nie usłyszy nic przykrego. Nie był 
pewien,   czy   Alvinowi   wolno   by   było   uciszyć   ją   pocałunkiem,   tak   jak 
uczynił to niedawno detektyw Ellis.

Jednak nawet Alvin z trudnością opierałby się pokusie zmysłowych ust i 

ciała, które nagle znalazło się tak niepokojąco blisko. Zastanawiał się, o co 
może chodzić Nicole. Pomimo oficjalnej pozy, jaką przyjmowała, czuł, że 
nie jest jej obojętny, tak jak i ona nie była obojętna jemu. Ta dziewczyna 
miała   temperament.   Błysk   rozjarzył   jej   zielone   oczy,   gdy   wyszeptała 
tajemniczo:

– Bądź u mnie dzisiaj. O ósmej. Nie zapomnij.
Za moment już jej nie było. Alvin uśmiechnął się radośnie, zupełnie nie 

w swoim stylu. Chase triumfował. Wyglądało na to, że Nicole odwzajemni 
pocałunek wcześniej, o wiele wcześniej niż się spodziewał!

background image

Rozdział 3

Tym   razem   Chase   był   na   tyle   przyzwoity,   ze   zapukał   delikatnie   do 

kuchennych drzwi, zamiast wedrzeć się podstępem. Nicole już czekała.

Znów   miał   na   sobie   czarną   koszulkę   i   czarną   skórzaną   kurtkę,   które 

nadawały mu wygląd niebezpiecznego, gotowego na wszystko, typa spod 
ciemnej gwiazdy. Była prawie pewna, że świadomie przyjął ten styl na jej 
użytek. Nie była natomiast pewna, czy nie słyszy gwałtownych uderzeń jej 
serca.

Trzy   razy   przebierała   się   przed   przyjściem   Chase'a.   Nie   chciała,   by 

pomyślał, że stroi się specjalnie dla niego, z drugiej zaś strony, nie mogła 
wystąpić   w   byle   jakich   ciuchach.   Ostatecznie   zdecydowała   się   na   białe 
marynarskie spodnie i bluzę w biało-czerwone pasy. Połyskujące ciepłym 
miodowym   odcieniem   włosy   rozpuściła   na   ramiona   tak,   aby   miękkimi 
falami ułożyły się wokół jej głowy. Gdyby jeszcze udało jej się zachować 
ton głosu równie naturalny jak wygląd, poczułaby się zupełnie pewnie.

– Miło cię widzieć – powitała Chase'a z dobrze udawaną swobodą.
–   Jak   mogłem   nie   przyjść?   –   odpowiedział   niskim,   pieszczotliwym 

tonem. – Nie sposób było się oprzeć zaproszeniu wygłoszonemu w takiej 
formie.

– No, no, tylko za dużo sobie nie obiecuj. Jeśli w ogóle mamy dojść do 

porozumienia, musisz się zmienić. I to od zaraz.

– Jasne. Jestem otwarty na wszelkie sugestie i nowe warianty. Powiedz 

mi tylko, czego chcesz – zadeklarował prowokująco.

–   Chce,   żebyś   przestał   wreszcie   zachowywać   się   jak   pobudzony 

seksualnie nastolatek i na serio wziął się do roboty.

– Och, najchętniej! Czy mogę już zaczynać?
– Mówiłam o bibliotece! – wrzasnęła z desperacją.
– Mam dosyć tych łóżkowych aluzji, rozumiesz, ty cholerny detektywie?
– W porządku, przyjąłem do wiadomości. Czy masz tu coś do jedzenia? 

–   zapytał   podchodząc   do   lodówki   i   z   zainteresowaniem   zaglądając   do 
wnętrza.

– Od rana nic nie miałem w ustach.
Zaskoczona tak nagłą zmianą tematu, Nicole zamrugała bezradnie, po 

background image

czym instynktownie rzuciła się ku lodówce i zatrzasnęła mu drzwiczki przed 
nosem.

– Tak się boisz, jak byś chowała oszczędności całego życia w pudełku z 

owsianką, i do tego w lodówce – skomentował ironicznie.

– Nie o to chodzi.
– A w takim razie, o co?
– Po prostu, nie należy do dobrych obyczajów myszkowanie po cudzej 

spiżarni już przy drugiej wizycie.

– Nigdy nie udawałem, że jestem dobrze wychowany.
– A tak, zauważyłam to już wtedy, w biurze Strauda, kiedy udawałeś 

przede mną kryminalistę.

– Właśnie, dlatego powinnaś wystrzegać się zbyt pochopnych wniosków 

na mój temat.

–   Pomimo   wszystko   nie   miałeś   prawa   bawić   się   moim   kosztem   – 

oświadczyła,   by   w   tym   samym   momencie   stwierdzić   ż   niesmakiem,   że 
przemawia   sztywnym   tonem   kierowniczki   biblioteki.   Czyżby   do   tego 
właśnie chciał ją sprowokować? Kolejny już raz stwierdziła, że trzeba mieć 
się na baczności.

– Naprawdę, daj sobie spokój z takimi przemowami.
Samej ci teraz głupio. Poza tym widzę, że ciągle nie zmieniłaś zamków – 

stwierdził z dezaprobatą.

– Nie spotkaliśmy się, by dyskutować o zabezpieczeniu mojego domu, 

tylko o pracy. Zaprosiłam cię tu na dodatkowe przyspieszone przeszkolenie.

– Dobrze, ale najpierw muszę coś zjeść.
– Kolacja nie była przewidziana w programie.
–   Nicole   świadomie   starała   się   stłumić   poczucie   winy   wynikłe   ze 

sprzeniewierzenia się zasadom gościnności.

W przypadku Chase'a wiedziała jednak, że gdy wyciągnie przysłowiowy 

palec, zostanie złapana za rękę.

– A kto powiedział, że masz coś specjalnie szykować? Wezmę sobie 

tylko trochę chleba, kawałek pieczeni, sałatę, pomidory, majonez, musztardę 
i...

– oblizał się jak wygłodniały lew na widok zwierzyny – i może jeszcze 

pikle, jeśli masz. – Nicole westchnęła z rezygnacją, dając mu wolną drogę 
do lodówki.

– Wybacz, ale zamiast pieczeni będziesz musiał zadowolić się szynką – 

background image

dodała.

– Nie ma sprawy – odparł niezrażony i błyskawicznie wygarnął na stół 

potrzebne produkty.

Pozostało jej tylko podać sztućce i talerzyk.
– Zaraz, zaraz... – Już miała położyć mu nakrycie, lecz nagle jej ręka z 

talerzem zawisła w pół drogi.

– Powiedziałeś, że od rana nic nie jadłeś, a przecież przypominam sobie, 

jak pochłaniałeś kanapkę z kurczakiem w parku.

– Tamten nędzny ochłap się nie liczy. – Wyjął jej z ręki talerzyk i po 

chwili położył na nim gigantyczną, wielopiętrową kanapkę. – Popatrz na to!

Nicole bezradnie wzniosła wzrok ku niebu.
– Poza tym – dodał, sadowiąc się wygodnie za jej kuchennym stołem – 

przerwę obiadową spędziłem głównie w budce telefonicznej. A sama wiesz, 
że nie da się zjeść nic porządnego, kiedy trzeba nakręcać numer i trzymać 
słuchawkę. Takiej kanapki jak ta nie utrzymałbym jedną ręką. Zresztą, wiele 
miłych   rzeczy   wymaga   użycia   obu   rąk   –   poinformował   uwodzicielskim 
tonem.

–   A   po   co   się   tak   męczyłeś   w   tej   budce?   Żeby   zadzwonić   do 

narzeczonej? – Nicole zbyt późno ugryzła się w język. Sama daje mu broń 
do ręki. Przecież za chwilę ten facet wykpi ją, że jest zazdrosna.

–   Dzwoniłem   do   ognistej   Annette   o   rudych   włosach   –   wyjaśnił   z 

leniwym uśmiechem.

–   Przepraszam,   że   pytałam   –   wykrztusiła,   wściekła   już   nie   tylko   na 

siebie, ale i na niego.

–   Ona   pracuje   w   laboratorium.   Próbowałem   z   jej   pomocą   uzyskać 

dodatkowe informacje o sprawie.

– I dowiedziałeś się czegoś? – zapytała Nicole, z ulgą przerzucając się na 

bezpieczniejszy temat.

– Niczego, o co musiałabyś się martwić.
–   Jako   kierowniczka   jestem   odpowiedzialna   za   to,   co   się   dzieje   w 

bibliotece i nie ty będziesz decydować, o co mam się martwić.

– Tak? W takim razie odpowiadasz również za nielegalne transakcje? I 

za igraszki dwojga smarkaczy w salce konferencyjnej? Lepiej wypożycz im 
parę książek na temat antykoncepcji i planowania rodziny, zanim będzie za 
późno.

– Czy chcesz powiedzieć, że salka konferencyjna używana jest jako... ?

background image

– Tak, jako zaciszne gniazdko dla kochających się parek – potwierdził 

ochoczo Chase.

– Ale w drzwiach nie ma zamka!
– Nie wydaje się, by ich to krępowało.
– Zajmę się tym natychmiast.
– Może lepiej nie – mruknął kpiąco. – Wiesz, widok tych nieprzyzwoicie 

splecionych rąk, nóg i ciał mógłby być dla ciebie zbyt drastyczny.

Ten   widok...   Przez   moment   wyobraziła   sobie   siebie   w   ramionach 

Chase'a, ich splecione ciała, nogi, ręce...

– A swoją drogą, czy wszystko musi się kręcić wokół tych spraw? – 

zapytała pozornie obojętnie.

– Może to tylko twoje myśli stale krążą wokół seksu? – zasugerował, 

pochłaniając kolejny potężny kęs.

–   Moje?   –   zaprotestowała.   –   Chyba   twoje...   Co   kilka   sekund   robisz 

nieprzyzwoite aluzje.

– Dobrze, a teraz powiedz, gdzie będziemy się dokształcać? Może w 

salonie? – Wychylił się, by zza kuchennej framugi dokładniej przyjrzeć się 
wygodnej kanapie, puszystej wykładzinie i gazowemu kominkowi.

– Przyjemniej tam niż w kuchni. Mógłbym rozpalić ogień.
Marzy ci się romantyczny nastrój, pomyślała Nicole. Ale nie łudź się, 

mój drogi. Stół jest na tyle duży, że skutecznie nas rozdzieli.

Niestety,   okazało   się,   że   sama   ma   złudzenia.   Chase   nie   skorzystał   z 

wskazanego krzesła i usiadł tuż przy niej.

– Na pewno chcesz tu siedzieć? – zapytała uprzejmie.
– Absolutnie tak.
– I wygodnie ci?
Przytaknął.
– Świetnie.
Nicole wstała i przeniosła się na przeciwległy koniec stołu.
– Jeszcze trochę, a będziemy się musieli porozumiewać przez walkie-

talkie – stwierdził.

–   Nie   będzie   żadnych   trudności   w   porozumieniu,   jeśli   tylko 

powstrzymasz swoje flirciarskie zapędy.

– Och, przecież nie flirtowałbym z tobą, gdybyś nie miała na to ochoty.
– Ja? – oburzyła się głośno, a w duchu wpadła w przerażenie. Czyżby ją 

przejrzał? Czym się w takim razie zdradziła? Może spostrzegł, jak mu się 

background image

przyglądała?

Co on może wiedzieć? – zastanawiała się gorączkowo, czujnie wpatrując 

się w mężczyznę. Sama przecież dokładnie nie wiedziała, co do niego czuje. 
W   brązowych   oczach   Chase'a   nie   znalazła   odpowiedzi   na   to   pytanie. 
Zresztą, świadomie unikała zbyt długiego wpatrywania się w nie, ponieważ 
niebezpiecznie zaczynały jej się podobać. Lekko opuszczone w dół kąciki 
nadawały im leniwy i prowokujący zarazem wyraz.

Bawi się z tobą jak kot z myszą, próbowała trzeźwo ocenić sytuację. 

Chce cię koniecznie sprowokować, pani kierowniczko. Z irytacją musiała 
przyznać, że nieomal mu się to udało.

– Dałabym głowę, że w szkole mieli cię dosyć – stwierdziła.
– Co ci nasunęło to spostrzeżenie?
– Ośli upór, jaki wykazujesz, kiedy masz dopiąć swego, bez względu na 

zdanie innych.

– Fakt, w czasie warsztatów teatralnych doprowadzałem do szału mojego 

profesora.

– Grałeś w szkole?
– Nikt w dziejach liceum Lincolna nie zagrał tak Romea jak ja.
– W życiu czy na scenie?
–   Punkt   dla   ciebie   –   stwierdził   kwaśno.   Odwzajemniła   mu   się 

promiennym uśmiechem.

A więc miał doświadczenia teatralne. To by tłumaczyło ogromną skalę 

emocji,   jaką   potrafił   wyrazić   głosem.   Kiedy   w   bibliotece   stawał   się 
Alvinem,   przybierał   bardziej   podniesiony,   z   lekka   nerwowy   ton, 
pozwalający   domyślać   się   ukrytych   kompleksów.   Kiedy   zaś   wracał   do 
swego głębokiego, dźwięcznego głosu, nasyconego uwodzicielską chrypką, 
Nicole nie wątpiła, że byłby nawet w stanie sprzedać lody zmarzniętemu 
Eskimosowi.

– Mój ojciec też zajmował się teatrem. Widzę, że jesteś zdziwiona – 

dodał, patrząc na jej minę.

– Po raz pierwszy powiedziałeś coś o swojej rodzinie.
– Cóż, w końcu ja też jakąś posiadam.
Czyżby był żonaty? – zastanawiała się. Ale nie ma obrączki. Chociaż 

jako Alvin – kawaler, nie musi jej nosić.

– Czy jesteś żonaty? Masz dzieci? – Nicole nie wytrzymała.
–   Boże   broń!   –   zaperzył   się.   –   Rodzinę   stanowią   w   moim   wypadku 

background image

ojciec, matka, siostra, babcia... a, właśnie, to przypomniało mi chwyt poniżej 
pasa, jaki zastosowałaś wobec mnie dzisiejszego popołudnia.

Nicole zmarszczyła brwi, kolejny raz zaskoczona nagłą zmianą tematu.
– O czym mówisz?
– O pewnej starszej damie w spranych dżinsach.
– Ach, pani McGillicutty.
– Właśnie. Okazało się, że potrzebowała tych książek dla wnuczki, która 

wychodzi za mąż... – urwał, zobaczywszy jak na twarzy Nicole pojawia się 
tajemniczy uśmiech.

– O co chodzi? Czemu się tak uśmiechasz? – zapytał podejrzliwie.
– Ona nie ma żadnych wnuków.
– Jesteś pewna?
– Oczywiście.
– Chcesz powiedzieć, że brała te książki dla siebie?
–   Tego   nie   powiedziałam.   Wiem   tylko,   że   przychodzi   do   nas   raz   w 

miesiącu i obojętnie, kto by dyżurował, zawsze składa mu zapotrzebowanie 
na książki o edukacji seksualnej.

– Dobijasz mnie!
– Zasłużyłeś sobie.
– Dlaczego? Co ci zrobiłem?
– Jeśli nie liczyć doprowadzenia mnie do szaleństwa, nic takiego.
–   Nie,   tego   nie   liczę   –   wyznał   z   rozbrajającą   szczerością,   która 

rozśmieszyła Nicole.

– Szkoda, że częściej się tak nie śmiejesz – powiedział.
Nieopatrznie   spojrzała   na   niego   i   nagle   spoważniała.   Fala   ciepła   i 

drażniącego podniecenia zaczęła przenikać jej ciało.

Chase   nie   powiedział   już   nic,   lecz   jego   ciemne,   pełne   wyrazu   oczy 

pożądliwie   wpatrywały   się   w   jej   rozchylone   wargi.   Przekaz   był   jasny   i 
Nicole   odczytała   go   natychmiast:   Chcę   cię   pocałować.   Chcę   twoich   ust. 
Zaraz.

Powiodła językiem po spieczonych wargach, czując niemal usta Chase'a 

na swoich.

Tak. Też tego chcesz. Czujesz to...
Zdumiona gwałtownością swoich emocji, z najwyższym trudem zmusiła 

się, by uciec od jego spojrzenia, zanim kontakt wzrokowy zmieni  się w 
kontakt fizyczny.

background image

Wzięła głęboki oddech, próbując opanować głos na tyle, żeby drżeniem 

nie zdradzał burzy, jaka w niej szalała.

– Weźmy się do pracy – oświadczyła z wymuszoną stanowczością.
Uśmiech Chase'a był pełen męskiej satysfakcji.
–   Jak   sobie   życzysz.   Mam   właśnie   pewną   ważną   sprawę.   Potrzebuję 

kodu pozwalającego na dostęp do rejestrów zamówień i wypożyczeń. Chcę 
sprawdzić, czy w ciągu ostatniego roku nikt nie interesował się książkami o 
giełdzie, zakładach, czy statystycznej teorii gier.

– Taki kod nie istnieje.
Chase zmarszczył brwi.
– Jak to? Przecież próbowałem uzyskać dostęp do informacji i nie udało 

mi się .

– Bo nie znajdziesz jej w naszym komputerze.
– Niemożliwe, przecież wypożyczenia są rejestrowane. Musi być więc 

sposób...

– Nie. W momencie, gdy książka jest zwracana, dane się kasuje.
– Żartujesz?
– Skąd, mówię serio.
Dla   pracownika   departamentu,   legitymującego   się   kartą   kodową,   w 

której zawarte były wszystkie niezbędne dane, tego typu przeszkoda była 
kompletnym zaskoczeniem.

– Co za głupota! – stwierdził.
– Wcale nie – zaprzeczyła, rozdrażniona. – Postępując tak, chronimy 

prywatność naszych klientów.

I   nie   jest   to   tylko   moje   wewnętrzne   zarządzenie.   Od   momentu 

wprowadzenia   komputeryzacji   w   bibliotekach,   sprawa   dyskutowana   była 
przez   nasze   organizacje.   Amerykańskie   Stowarzyszenie   Bibliotek 
jednoznacznie wypowiedziało sie w kwestii cenzury i prawa do prywatności. 
Informacjami,   o   jakich   mówisz,   można   by   zbyt   łatwo   manipulować. 
Dlatego, kiedy czyścisz konto...

–   To   znaczy,   kiedy   odczytuję   kod   kreskowy   zwracanej   książki   w 

promieniach podczerwonych – sprecyzował Chase.

– ... wtedy zapis znika. – Nicole obrazowo strzeliła palcami.
– A wcześniej, kiedy jeszcze istnieje?
– Nic ci nie da, bo książki nie są spisywane według tytułów. Nie wpisuje 

się nawet ilości wypożyczonych tomów.

background image

Chase doskonale zdawał sobie sprawę, jak istotne w dzisiejszych czasach 

stało się ograniczenie dostępu do danych. Nie mając jednak przedtem do 
czynienia   z   bibliotekami,   nigdy   by   nie   przypuszczał,   że   problem   może 
dotyczyć niewinnych kartotek czytelników. Niemniej jednak musiał działać 
dla dobra śledztwa.

– Wygląda na to, że świadomie utrudniasz dochodzenie.
– Świadomie próbuję chronić prywatność użytkowników biblioteki.
– Nawet, jeśli niektórzy z nich są kryminalistami?
– Chase, musisz zrozumieć, z jak drażliwą sytuacją mamy do czynienia.
–   Nie   opowiadaj   o   drażliwych   sytuacjach   w   bibliotece   komuś,   kto 

prowadzi sprawę kryminalną – żachnął się. – Jak mam poradzić sobie z tą 
aferą w twojej bibliotece, skoro związałaś mi ręce?

– Wierz mi, te zasady zostały wprowadzone na długo przedtem, zanim 

do   nas   trafiłeś.   Spróbuj   sobie   tylko   wyobrazić,   co   by   się   działo,   gdyby 
wszyscy   mieli   dostęp   do   takich   informacji.   Powstałoby   tu   państwo 
policyjne, gdyby każdy sąsiad wiedział, jaki typ książek cię interesuje.

– Przecież i tak wiecie, co czytają, bo przyjmujecie zamówienia.
– Owszem, tego się nie da uniknąć, lecz żadna informacja nie pozostaje 

w archiwach, a my zachowujemy dyskrecję.

Ostatnie słowa detektyw Ellis skwitował uśmiechem, dostrzegając swoją 

szansę   w   ułomnościach   ludzkiej   natury.   Najprawdopodobniej   z   Friedy   i 
Michelle   będzie   można   wyciągnąć   sporo   informacji   na   temat   ostatnio 
wypożyczanych pozycji.

– Co ma oznaczać ta mina? – zapytała podejrzliwie Nicole.
– Jaka mina? – zdziwił się niewinnie.
– Kota oblizującego się na widok śmietanki.
– Masz zbyt bujną wyobraźnię – szybko zmienił temat. – Czy możesz mi 

przynajmniej   powiedzieć,   dlaczego   Frieda   tak   dziwnie   się   wobec   mnie 
zachowuje?

Czuję, że coś ukrywa. Uparcie nie chce zwracać się do mnie po imieniu, 

tytułując panem Hoffstedderem.

– Frieda po prostu nie chce cię urazić.
– O czym ty mówisz?
–   Kojarzysz   się   jej   z   tymi   zwierzątkami   z   kreskówek   –   wiesz,   z 

wiewiórkami ziemnymi.

– Coo?

background image

–   Właściwie   nie   ty,   tylko   twoje   imię.   Jej   wnuki   stale   oglądają   ten 

program.

– Ach, , Alvin i Chipmunki" – skrzywił się.
– Właśnie.
– I dlatego woli unikać mojego imienia...
– Tak. Swoją drogą, chyba jej nie podejrzewasz, co?
– Każdy jest dla mnie podejrzany.
– Nawet ja?
– Ty nie. Przynajmniej na razie.
Już miała zażądać wyjaśnień, kiedy po raz kolejny zmienił temat.
– Powiedz mi coś o strażniku z waszej biblioteki.
Ma na nazwisko Drayton, a może Dayton... Jakoś nie mogę go spotkać.
– Dayton. Nie ma szans, byś spotkał go w dzień.
Przychodzi dopiero po zamknięciu.
– Co daje mu doskonałą okazję do zostawienia wiadomości w dowolnie 

wybranych książkach. Chciałbym z nim porozmawiać – stwierdził Chase.

– Wątpię, czy kiedykolwiek spotkałeś tak miłego człowieka jak on – 

oburzyła się Nicole.

– To nieistotne.
– Słuchaj, Dayton jest naprawdę niewinny.
– A skąd mam o tym wiedzieć?
– Nie mogę ci zdradzić.
– Wolisz, żeby Straud z nim porozmawiał?
– Nie chcę, żebyś go niepokoił. Łatwo się przeraża.
– Z tego wynika, że jest typem, którym właśnie mogłaby posłużyć się 

szajka.

Nicole rozważała w myśli argumenty. Zdradzenie Chase'owi tajemnicy 

Daytona oznaczało nadużycie zaufania, z drugiej zaś strony mogło uchronić 
biedaka   przed   upokorzeniem   krzyżowego   ognia   pytań.   Z   oporami 
postanowiła powiedzieć prawdę.

– On po prostu jest kompletnym analfabetą. Nie może odczytać tytułów, 

więc   nie   mógłby   umieszczać   niczego   we   wskazanych   książkach. 
Proponowałam, że będę go uczyć, lecz ma swój honor i...

– Wcale nie musiałby znać tytułów – przerwał niecierpliwie Chase. – 

Mogliby tylko kazać mu umieścić informacje, na przykład w trzeciej książce 
po lewej, na najwyższej półce.

background image

– Przecież tomy stale są w obiegu i trzecia z lewej może równie dobrze 

stać się czwartą z prawej.

– Pomimo to, chciałbym z nim porozmawiać.
– Dobrze. Poproszę,  żeby przyszedł wcześniej  i pomógł  w układaniu 

książek.   Będziesz   mógł   przyłączyć   się   do   nas,   a   przy   okazji   czegoś   się 
dowiedzieć.

– Czemu aż tak dbasz o pozory?
– Już ci mówiłam – nie lubię, kiedy podejrzewa się moich pracowników.
– Boisz się posądzenia, że źle ich dobrałaś?
– Nie, po prostu wiem, że są porządnymi ludźmi.
– Nawet dobrym ludziom zdarza się popełniać błędy, sprowadzające ich 

na złą drogę. Nikt nie jest doskonały.

–   Nadal   uważam,   że   gang   może   wykorzystywać   bibliotekę,   nie 

wciągając w to nikogo z personelu – uparcie broniła swych ludzi Nicole.

–   Wiemy   z   wiarygodnych   źródeł,   że   ktoś   z   was   jest   wmieszany   w 

przestępczą działalność – stwierdził z naciskiem Chase.

– Z jakich źródeł? – spytała z ciekawością.
– Ty masz swoje sprawy zawodowe, a ja swoje. Za dużo naczytałaś się 

kryminałów.

– Cóż dziwnego, są równie popularne jak romanse.
– Wzruszyła ramionami, by za chwilę pożałować ostatnich słów. – Tak 

więc, jeśli chodzi o twoje źródło... – dodała szybko, lecz Chase był zbyt 
czujny, by przepuścić okazję.

–   Zapomnij   o   tym.   Lepiej   porozmawiajmy   o   romansach.   Lubisz   je 

czytać? – zapytał z niekłamanym zainteresowaniem.

Nicole uznała, że najlepszą metodą obrony będzie atak.
– Owszem, bardzo. A ty?
Rzucił jej oburzone spojrzenie, jakby spytała go, czy lubi przebierać się 

w damskie ciuszki.

– Nie wziąłbym ich do ręki!
– Jasne,  tobie pewnie bardziej odpowiadają sensacje  w stylu Rambo. 

Albo komiksy, co?

–   Lubię   historie   z   Dzikiego   Zachodu.   Wiesz,   w   stylu   Zane   Greya. 

Szkoda tylko, że mam tak mało czasu na czytanie.

– Westerny nie są lepsze od romansów.
– Są przynajmniej realistyczne, w przeciwieństwie do tych czytadeł.

background image

– Sądzisz, że to, co jest opisane w romansach,  nie może się zdarzyć 

naprawdę?

– Nie. Tylko w książkach parki żyją potem długo, szczęśliwie i mają 

dużo dzieci.

Ostatnie   zdanie   dało   Nicole   wiele   do   myślenia   na   temat   filozofii 

życiowej Chase'a. Najwyraźniej nie wierzył w trwałe związki dwojga ludzi. 
Powinna była się tego już wcześniej domyślić.

– Dobrze, niech ci będzie. Ale mógłbyś przynajmniej szanować gusty 

innych i pozwolić im czytać to, na co mają ochotę.

Spostrzegła wyraz jego twarzy i szybko dodała:
– Zapomnij o moich uwagach. Nie sposób nawet wymagać od ciebie 

poszanowania dla czegokolwiek.

Wiesz,   myślę   o   tobie   przez   dwadzieścia   cztery   godziny   na   dobę, 

zastanawiając się, ile jeszcze czasu zajmie ci rozpracowywanie tej sprawy, 
bo nie mogę się doczekać, kiedy znikniesz mi z oczu.

– Słowo daję, gdybym był bardziej wrażliwym facetem, zabolałby mnie 

ten ostatni komentarz.

– Gdybyś był bardziej wrażliwym facetem, nie musiałabym w ogóle go 

wygłaszać – odpaliła.

– Ostra z ciebie babka. Zawsze byłaś taka niedostępna?
– Nie, nie zawsze.
Z Johnnym była inna. Zupełnie inna. Nagle opadły ją wspomnienia... Ich 

pierwsze   spotkanie   na   uniwersyteckim   kampusie.   Była   wtedy   świeżo 
upieczoną studentką pierwszego roku. Po raz pierwszy wyrwała się z domu i 
po   raz   pierwszy   upajała   wolnością.   Po   raz   pierwszy   przełamała   też 
nieśmiałość i podchodząc do przystojniaka na motocyklu, zapytała o drogę 
do uniwersyteckiej księgarni. Zaproponował, że ją podwiezie. Skorzystała z 
zaproszenia. O tak, wobec Johnny'ego nie miała żadnych oporów.

– Był czas, że ... – szepnęła i zamilkła.
– Mów – ponaglił.
Nicole   z   wysiłkiem   potrząsnęła   głową,   jakby   chciała   uwolnić   się   od 

ciężaru myśli.

– Nic ważnego – stwierdziła. Poczuła niezdrowe ożywienie, które nie 

dało jej usiedzieć w miejscu. Zerwała się od stołu. – Nie napiłbyś się kawy? 
– spytała.

– Stale mam wrażenie, że wycofujesz się, kiedy tylko wszystko zaczyna 

background image

się dobrze układać – stwierdził z żalem i wstał także. – Mam nadzieję, iż nie 
jest to twój stały zwyczaj.

Nowy, dziwnie czuły ton jego głosu oszołomił Nicole. Chase posuwał 

się zbyt daleko.

Speszona, próbowała go wyminąć, lecz zaledwie zdążyła zrobić krok, 

poczuła, jak gorące palce zaciskają się na jej łokciu, udaremniając zamiar 
odejścia. Jego dłoń opadała pieszczotliwym ruchem, wywołując dreszcz w 
ciele Nicole, aż palce ich rąk splotły się ze sobą.

W odruchu desperacji sięgnęła wolną ręką po opasły tom, leżący na stole 

i pchnęła go ku niemu.

– W tej książce znajdziesz wiele cennych wskazówek. Proponuję, żebyś 

wziął ją do domu i przestudiował.

Spodziewała   się,   że   Chase   znów   wykorzysta   okazję   do   flirtu,   lecz 

całkowicie się przeliczyła. Nie powiedział ani słowa, natomiast  z wolna, 
choć stanowczo, zaczął przyciągać ją ku sobie.

Serce Nicole zamarło na moment. Wiedziała, co się za chwilę stanie. 

Chciał   ją   pocałować.   Tym   razem   miała   szansę   obrony.   Miała...   Gdybyż 
tylko otępiały mózg zechciał funkcjonować, a usta zamiast rozchylać się, 
zdołały wypowiedzieć choć słowo!

Nie była w stanie nic zrobić. Za chwilę Chase zawładnął jej wargami. 

Poddała się.

Kiedy   przytulił   ją   do   siebie,   poczuła   budzący   się   w   niej   głód 

pierwotnych   doznań,   wzmacniany   pożądaniem   mężczyzny,   które   czuła 
każdym   nerwem   swego   ciała.   Jeśli   zachowała   jeszcze   resztki   zdrowego 
rozsądku, teraz pozbyła się ich zupełnie. Zachłannie przylgnęła do Chase'a, 
zarzucając mu ramiona na szyję i pozwalając trwać rozkosznej chwili.

Rozszyfrowywał   ukryty   przekaz   z   jej   ciepłych,   uległych   warg.   Czuł 

trawiący Nicole żar pożądania i jak przez mgłę przypomniał sobie jej słowa, 
że  mężczyzna  zawsze  odgadnie, kiedy  będzie  chciała się  z nim całować 
naprawdę. Miała rację.

Była pojętną adeptką miłosnych czarów. Jak rozkoszna kotka wpijała 

giętkie palce w jego ramiona, namiętnie odwzajemniając pocałunki. Kusiła, 
a on ochoczo dawał się skusić. Gdy żądał, ulegała. Ich języki splatały się jak 
dwa płomienie, wijąc się, rozdzielając, błądząc i ponownie łącząc. Chase nie 
poprzestał wyłącznie na zmysłowych pocałunkach. Jego palce zsuwały się 
leniwym,   drażniącym   ruchem   po   szyi   i   plecach   Nicole.   Wreszcie 

background image

niecierpliwie   wyszarpnął   jej   bluzkę   z   dżinsów   i   zachłannie   przylgnął   do 
nagiej   skóry.   Rozkoszna   pieszczota   męskich   rąk   zapierała   jej   dech   w 
piersiach.

Zadrżała, gdy wargi mężczyzny porzuciły jej usta, by podążyć w nowe 

rejony   –   ku   delikatnym   łukom   policzków,   subtelnemu   płatkowi   ucha, 
smukłej kolumnie szyi.

Świadomość Nicole rozpłynęła się w uroczej mgiełce, oddalając się w 

rejony dalekie od rzeczywistości – tylko po to, by nagle brutalnie zostać 
ściągnięta na ziemię.

– C-co się stało? – wyjąkała zaskoczona, w ostatniej chwili ratując się 

przed   upadkiem,   gdyż   puścił   ją   gwałtownie,   chwytając   się   z   jękiem   za 
łokieć.

– Wszystko w porządku? – zapytała.
Spojrzał   na   nią,   krzywiąc   się   boleśnie.   Sądząc   z   jego  kwaśnej   miny, 

musiał być zawiedziony i wściekły na siebie.

– Uderzyłem się i musiałem urazić nerw. Całą rękę mam odrętwiałą. Ale 

nie martw się, za chwilę przejdzie – zapewnił ze smętnym uśmiechem.

Nicole   uznała   ten   nagły   epizod   za   wyraźny   znak,   dany   jej   przez 

czuwającego anioła stróża. Miłosny czar rozwiał się, powróciła trzeźwość 
myśli. Już wiedziała, co ma robić – wyprosić stąd Chase'a. Niech znika, i to 
zanim odzyska władzę w ręku.

– Już czas na ciebie – stwierdziła, popychając ku niemu stos książek. – 

Weź je ze sobą.

– Nie muszę.
–   Owszem,   musisz.   Może   wystarczy   już   na   dzisiaj   gier   i   igraszek, 

szanowny detektywie.

Detektyw Ellis wiedział, że jest czas na walkę i na wycofanie się. Wybrał 

drugie wyjście.

– Przecież zawsze będzie jakieś jutro – mruknął do siebie, wymownym 

spojrzeniem dając Nicole do zrozumienia, że jeszcze tu wróci.

Długo   nie   mogła   się   uspokoić   po   jego   wyjściu.   Usiadła   na   twardym 

kuchennym krześle, usiłując zapanować nad drżeniem kolan.

– I co masz teraz zrobić? – zapytywała samą siebie.
– Przecież on wróci. Wie, że może zbliżyć się do ciebie, kiedy tylko 

zechce. Zbyt blisko.

Chase owładnął nią całkowicie... jej myślami, marzeniami, jej życiem. 

background image

Pilnie potrzebowała jakiejś odmiany, antidotum.

Nagle   pewna   myśl   przyszła   jej   do   głowy.   Sięgnęła   po   książkę 

telefoniczną. Po chwili już wykręcała numer.

– Grant, to ja, Nicole Larson. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
– Ależ skąd. – Głos Granta był przyjazny i miły.
Nie   wyczuła   w   nim   znaczących   tonów   czy   podtekstów,   jak   w   wielu 

innych męskich głosach. Odetchnęła z ulgą. Miała dosyć ukrytych aluzji i 
uwodzicielskich obietnic. Tęskniła za partnerem do interesującej rozmowy 
na wspólne tematy.

–   Miło   mi   cię   słyszeć   –   ciągnął   Grant.   –   Czemu   zawdzięczam   ten 

niesłychany zaszczyt? Czy masz do mnie jakiś interes...

– Nie, nie chodzi o interesy.
–   Czyżbyś   więc   przemyślała   sprawę   i   postanowiła   przyjąć   moje 

zaproszenie na kolację? – rozpromienił się.

– Właśnie tak – potwierdziła.
– Cudownie! Kiedy?
– Czy jutro nie będzie za wcześnie?
– Skądże – zapewnił. – Szósta godzina ci odpowiada?
Mężczyzna,   który   pytał   ją   o   zdanie   –   cóż   za   ulga!   Zatem   podjęła 

właściwą decyzję.

– Świetnie. Podjedziesz po mnie do biblioteki?
– Oczywiście.
– Dzięki, Grant.
– To ja ci dziękuję – zaznaczył.
Odkładając   słuchawkę   Nicole   triumfowała.   Będziesz   musiał   zjeść   tę 

żabę,   ty   przemądrzały   specjalisto   od   pocałunków,   szanowny   detektywie 
Ellisie!

background image

Rozdział 4

Tego   ranka   Nicole   poświęciła   makijażowi   więcej   czasu   niż   zwykle. 

Potrzebowała   kilku   warstw   podkładu   i   pudru,   by   zatuszować   cienie   pod 
oczami.

Nie wybaczyłaby sobie, gdyby jej twarz powiedziała temu mężczyźnie o 

wrażeniu, jakie wywarł na niej wczorajszy wieczór. Nie mógł wiedzieć, że 
przewracała   się   na   łóżku   przez   pół   nocy   i   jak   rozkoszne   sny   śniła,   gdy 
wreszcie zdołała zasnąć.

Tamtą   rundę   wygrał   Chase,   prowokacyjnymi   pieszczotami   burząc   jej 

linie   obronne.   Lecz   walka   jeszcze   się   nie   skończyła.   Nadeszła   pora,   by 
wytoczyć ciężką artylerię.

Nicole   z   aprobatą   zerknęła   w   lustro.   Sukienka   była   odrobinę   zbyt 

elegancka,   jak   na   strój   do   pracy.   Szperanie   po   zakurzonych   regałach 
wymagało raczej praktycznego stroju. Dzisiaj jednak nie książki jej były w 
głowie. Dziś chciała mieć szczególne poczucie kobiecości i pewności siebie. 
Dzięki tej cudownej kiecce koloru indygo, będzie mogła wreszcie stawić 
czoło   przeciwnikowi.   Niedoczekanie,   by   Nicole   Larson   stała   się   jeszcze 
jednym karbem na wezgłowiu łóżka Chase'a Ellisa, choćby nie wiem jak się 
jej podobał. Ten nieznośny facet wyobrażał sobie, że szturmem zdobędzie 
jej sypialnię i równie szybko zniknie, w pogoni za następnymi podbojami. Z 
całą pewnością należał do mężczyzn, którzy wystrzegali się jakiegokolwiek 
zaangażowania.

Poza  tym  wcale  jej  nie  zależało  na  tym zaangażowaniu.  Zbyt się  od 

siebie   różnili.   Lekceważył   jej   zawodowe   pasje;   zresztą,   o   ile   zdążyła 
zauważyć, miał skłonność do lekceważenia wszystkiego.

Dla   Nicole   nadszedł   czas   działania.   Umawiając   się   z   Grantem, 

wstępowała na wojenną ścieżkę. Pragnęła tym udowodnić Chase'owi dwie 
rzeczy – po pierwsze, że bez względu na magiczne pocałunki, nie poddała 
się   jego   czarowi,   po   drugie   –   że   nie   wszyscy   mężczyźni,   zawodowo 
związani z biblioteką, są nieporadnymi książkowymi molami.

Grant Myers z całą pewnością nie zaliczał się do tych ostatnich. Tego 

okręgowego   administratora   bibliotek   można   było   śmiało   nazwać 
przystojnym, zaś jego sposób bycia świadczył o nienagannych manierach i 

background image

zawodowej kompetencji. Nicole pożałowała, że już wcześniej nie przyjęła 
jego   zaproszenia.   Jak   można   cenić   jedynie   prymitywną   grę   zmysłów? 
Niszczący, burzliwy romans z Johnnym był pouczającym doświadczeniem. 
Nie   należy   wiązać   się   z   człowiekiem,   którego   specjalnością   jest 
wplątywanie się w kłopoty.

Na szczęście Chase miał pojawić się w pracy dopiero po dwunastej, co 

oznaczało, że Nicole zostało tylko sześć godzin do przetrwania.

Niestety, pomimo uników, znalazł ją wreszcie, gdy na moment weszła do 

biura.

– Słuchaj, chciałem przypomnieć ci o... – Spojrzenie, jakim ją obdarzył, 

sugerowało   niedwuznacznie,   iż   pragnie   przypomnieć   o   pasjonujących 
chwilach, jakie spędzili w swoich objęciach.

Nicole   dzielnie   wytrzymała   wzrok   Chase'a,   choć   czuła,   że   policzki 

zaczynają jej płonąć.

– ... przypomnieć o Daytonie – dokończył. – Wczoraj wspominałaś, że 

potrzebujesz mnie... – zawiesił głos, by zupełnie niepotrzebnie odchrząknąć 
– potrzebujesz mojej pomocy przy układaniu jakichś książek.

Nicole   zupełnie   wyleciało   to   głowy.   Miała   zbyt   wiele   innych 

problemów. Zerknęła na plan wiszący na ścianie.

– Prosiłam Daytona, by przyszedł tu wieczorem, o pół do dziewiątej.
– Świetnie.
– Ja wychodzę o szóstej – poinformowała go.
– Serio? Jakaś bombowa randka?
– Tak – potwierdziła Nicole z uśmiechem i niezmiernie zadowolona z 

siebie zamaszyście opuściła biuro.

Detektyw Ellis usiłował wmówić sobie, że nie powinno go obchodzić, z 

kim wychodzi pani kierowniczka. Miał tu swoje zadanie do wykonania i 
powinien się na nim skupić.

Z drugiej jednak strony, Nicole wyraźnie wytworzyła zasłonę dymną, 

pragnąc ukryć własne zaangażowanie. Zbyt dobrze pamiętał, jak namiętnie 
oddawała mu pocałunki. Ale w końcu nie jest to ważne... Ważniejsza jest 
sprawa.

Przerywając jałowe rozmyślania, Chase postanowił zabrać się na serio do 

śledztwa. Zaczął od Friedy.

– Słuchaj, Friedo, jesteś jedyną osobą, do której mogę się zwrócić.

background image

– Czy coś się stało?
–   Nie,   nic   takiego.   Chciałem   po   prostu   powiedzieć,   że...   –   w   porę 

przypomniał sobie, że jest Alvinem, więc zająknął się lekko – ... c-cóż, mam 
wyraźne poczucie, że w jakiś sposób nie pasuje ci moje imię. Już mi się 
kiedyś to zdarzało – nadmienił, widząc jej zawstydzoną minę.

– Jeśli wolisz, możesz po prostu nazywać mnie Alem.
Mniej się namęczysz, niż z „panem Hoffstedderem".
– Nie jestem wcale pewna – powątpiewająco stwierdziła Frieda. – Wcale 

nie wyglądasz mi na Ala.

Nie, Alvin bardziej do ciebie pasuje. I już zaczęłam się przyzwyczajać. 

Przepraszam cię, po prostu na początku miałam pewne skojarzenia.

– Nie ma sprawy – zapewnił ją. – Wyobrażam sobie, że musiałaś się tu 

już zetknąć z kolekcją najdziwniejszych imion.

Zależało   mu,   by   odprężyła   się,   co   ułatwiłoby   wyciągniecie   od   niej 

informacji.

– O, tak. I najdziwniejszych ludzkich typów.
– Sporo chyba wiesz o ludziach w tym mieście, prawda?  – zagadnął 

obojętnym tonem.

– Nie da się ukryć – przyznała.
– Każda społeczność jest inna, ale pewne sprawy będą się powtarzać. 

Zawsze   znajdzie   się   ktoś,   kto   pije,   zdradza   swojego   małżonka,   albo   na 
przykład wpada w szpony hazardu... – znacząco zawiesił głos.

Frieda zbladła.
– O czymś takim nie wiem – zaprzeczyła skwapliwie.
Zbyt skwapliwie.
Jej   reakcja   potwierdziła   wcześniejsze   informacje,   które   udało   mu   się 

zebrać. Mąż Friedy, inżynier na emeryturze, każdego tygodnia jeździł do 
Davenport, by grać w pływającym kasynie. Między tymi wyjazdami grał o 
wysokie stawki w bingo w miejscowym pubie. Już to wystarczyło, żeby 
Frieda znalazła się na czele listy podejrzanych.

Niestety,   pozostało   jeszcze   kilka   osób   równie   obciążonych.   Anna   z 

działu dziecięcego była następna w kolejności, z powodu brata, karanego za 
szantaż i chuligaństwo. Z kolei Michelle, młoda samotna matka, siedziała po 
uszy w długach i drżała przed wierzycielami. Nic jeszcze nie wiedział o 
Daytonie, ale liczył, że wyciągnie coś od niego wieczorem. Ponadto musiał 
sprawdzić trzech młodych pracowników, którzy zajmowali się rozkładaniem 

background image

zwróconych książek. Każdy szczegół mógł się okazać istotny.

Jedynie   Nicole   została   zwolniona   od   podejrzeń,   gdyż   w   momencie 

wykrycia afery znajdowała się poza miastem, na konferencji. Zresztą, jak już 
powiedział   jej   wcześniej,   miała   czystą   kartotekę.   Podejrzany   był   tylko 
piorunujący efekt, jaki wywarł na nim moment,  w którym odwzajemniła 
pocałunek.

Och,   zapomnij   o   tym,   upomniał   sam   siebie.   Ale   z   drugiej   strony, 

przydałoby się małe śledztwo w tej sprawie...

– A nie wiesz  czasem,  cóż to za atrakcyjną randkę ma  dzisiaj nasza 

szefowa? – zagadnął Friedę, wyraźnie ucieszoną zmianą tematu.

– Nie, nie wiem.
Chase podejrzewał, że Nicole wymyśliła sobie całą tę historię na jego 

użytek, pragnąc odegrać się za ostatni wieczór.

Przez   resztę   dnia   w   bibliotece   panował   spokój.   Chase   przez   prawie 

godzinę pomagał jakiemuś studentowi opanować program Word Perfect na 
stojącym w salce konferencyjnej komputerze. Kiedy wrócił za biurko, Frieda 
już wyszła, a jej miejsce zajęła Michelle.

– Nicole, ktoś chce się z tobą widzieć! – zawołała w stronę szklanego 

przepierzenia.

– Tak, już idę – odkrzyknęła kierowniczka, ukazując się oczom Chase'a 

w swojej efektownej sukience, strojna w kolczyki z perełek i takiż naszyjnik, 
zdobiący   wycięty   dekolt   w   kształcie   litery   V.   Całość,   uzupełniona 
eleganckimi   wieczorowymi   pantofelkami,   utrzymana   była   w   nader 
wytwornym stylu, pasującym do kolacji przy świecach w dobrym lokalu.

Chase dokładnie zanotował wszystkie szczegóły, nie pomijając również 

towarzyszącego dziewczynie ugrzecznionego przystojniaczka w nienagannie 
skrojonym garniturze.

I co, nadal uważasz, że sobie to wymyśliłam? – pytało jej triumfalne 

spojrzenie. Szybko dokonała prezentacji.

–   Znasz   już   Michelle,   a   to   jest   Alvin   Hoffstedder,   nowy   pracownik. 

Alvinie, poznaj Granta Myersa, naszego okręgowego administratora.

– Miło mi cię poznać, Alvinie.
– Mnie również.
Chase Ellis po raz pierwszy poczuł się fatalnie w maskującym stroju 

książkowego mola. Z irytacją spostrzegł, że nieświadomie bawi się swoją 

background image

idiotyczną muchą i szybko cofnął rękę.

Nicole z trudem ukryła pełen satysfakcji uśmieszek. Wszystko szło po jej 

myśli. Nie mogła lepiej wybrać. Grant prezentował się doskonale i równie 
dobrze mógłby  uchodzić za  wziętego adwokata  czy  lekarza. Nie miał  w 
sobie   nic   z   fajtłapy,   za   jakiego   Chase   uważał   każdego   pracującego   w 
bibliotece mężczyznę.

Ponadto   pragnęła   udowodnić   temu   zarozumiałemu   typowi,   że   w   jej 

świecie istnieją również inni mężczyźni, z którymi może umawiać się na 
randki, zamiast siedzieć w domu i myśleć o niejakim Ellisie.

A przede wszystkim pragnęła udowodnić samej sobie, że już nie działa 

na   nią   jego   niebezpieczny   urok.   W   żadnym   wypadku   nie   mogła   sobie 
pozwolić na jeszcze jedną szaloną miłość.

–   Nicole,   czy   możemy   już   iść?   Zamówiłem   stolik   na   osiemnastą 

trzydzieści – przypomniał Grant.

– Tak, oczywiście.
– Macie zamiar podyskutować przy kolacji o sprawach zawodowych? – 

zapytał niewinnie Chase.

– W żadnym razie – zapewniła go z promiennym uśmiechem,  biorąc 

Granta pod ramię. – Chodźmy.

Chase musiał zmobilizować wszystkie swoje aktorskie umiejętności, by 

ukryć grymas wściekłości na widok radośnie zmierzającej ku wyjściu pary. 
Ten   Grant   wyskoczył   jak   Filip   z   konopi,   w   najmniej   spodziewanym 
momencie.   Był   przekonany,   że   wszystko   z   Nicole   jest   na   jak   najlepszej 
drodze, a tymczasem ona wdzięczy się do tego mydłka! Teraz nie miał już 
wątpliwości, że z rozmysłem wsadziła mu szpilę. Z premedytacją dała mu 
też do zrozumienia, że ów i ■ niezrównany, wymuskany ideał należy do 
bibliotecznego   klanu,   tak   jak   i   ona.   Naszła   go   przemożna   chęć 
przemodelowania gładkiej buzi Granta Myersa.

Z   drugiej   strony,   nie   miał   przecież   prawa   wtrącać   się   w   jej   sprawy. 

Czemu   w   takim   razie   aż   tak   się   przejmował?   Czy   dlatego,   że   miał   do 
czynienia   z   nieprawdopodobnie   seksowną,   pełną   temperamentu   kobietą, 
która odważyła się mu opierać? Ponieważ Nicole okazała się fascynującą, 
prowokującą zagadką, której nie mógł rozwiązać? A może dlatego, że kiedy 
uśmiechała się do niego, czuł się, jakby wygrał główny los na loterii?

– Czy Nicole i Grant dawno się znają? – zagadnął Michelle pozornie 

niedbałym tonem.

background image

– Mniej więcej od roku.
– I często tak wychodzą? – indagował z rosnącym niepokojem.
– Skąd, po raz pierwszy. Myślę, że Grantowi zależało, lecz ona stale mu 

odmawiała. Cieszę się, że wreszcie dała się zaprosić.

– Cieszysz się?
– Jasne. Uważam, że należy jej się trochę przyjemności.
– Czemu sądzisz, że właśnie Grant ją uszczęśliwi?
– A która z nas nie byłaby zadowolona z randki z facetem takim jak on? 

– odpowiedziała bez namysłu, po czym baczniej przyjrzała się Alvinowi. 
Coś   w   wyrazie   jego   twarzy   musiało   odbijać   stan   uczuć,   gdyż   Michelle 
pocieszająco poklepała go po ramieniu.

– Nie martw się. Nie każdy ocenia książkę po okładce. Jestem pewna, że 

i ty kiedyś... gdzieś znajdziesz kobietę swojego życia.

– A jakże, nawet jest już taka – mruknął z wściekłością pod nosem. – 

Szkoda tylko, że właśnie poszła na randkę z innym facetem!

– Tak się cieszę, że zadzwoniłaś – stwierdził Grant, usłużnie podsuwając 

Nicole krzesełko. Restauracja, którą wybrał, słynęła z kuchni francuskiej i 
wysmakowanego,  europejskiego  stylu, na który  składały  się  porcelanowa 
zastawa, świeże kwiaty na stolikach i dyskretna, klasyczna muzyka w tle.

–   A   ja   cieszę   się   z   zaproszenia   –   odparła.   Rzeczywiście,   miło   było 

spędzać   czas   z   mężczyzną,   który   nie   wzbudzał   owych   dręczących   fal 
pożądania, mącących jej myśli.

–   Ten   wasz   nowy   pracownik   sprawia   wrażenie,   jakby   żywcem 

przeniesiono go tu z dawnych, dobrych czasów – zagaił Grant.

– Ma znakomite referencje – zmuszona była zaznaczyć Nicole.
– O, nie wątpię, w przeciwnym razie przypadku nie zatrudniłabyś go.
– Jasne, że nie.
– Na szczęście nie zniechęciła cię jego muszka – stwierdził.
–   Właśnie.   Ale   wiesz,   nie   chciałabym   spędzić   całego   wieczoru   na 

rozmowie o najnowszym nabytku biblioteki – dodała. W końcu przyszła tu 
po to, by zapomnieć o detektywie Ellisie i jego drugim wcieleniu, niejakim 
Hoffstedderze.

– Przyrzekam, że nie wspomnę już o nim ani słówka – obiecał solennie 

Grant.

I dotrzymał słowa.

background image

Byli zajęci zamawianiem potraw z bogatego menu, kiedy Nicole poczuła 

nagle, zaskoczona, że ktoś dotyka jej ramienia. Przez chwilę pomyślała z 
przerażeniem, że to Chase. Na szczęście był to tylko Leo.

– Nicole, jak miło znów cię widzieć – ucieszył się.
– Leo! Co za spotkanie! – wykrzyknęła zdumiona.
Restauracja była o wiele za droga jak na jego kieszeń.
Leo zdawał się odgadywać jej myśli.
– Wiem, wiem, to nie miejsce dla mnie. Ale zaprosił mnie tutaj Eddie, 

mąż mojej kuzynki. O, właśnie idzie – wskazał na mężczyznę wchodzącego 
na salę.

Nicole odruchowo odwróciła się w kierunku nowo przybyłego. Stanowił 

kompletne   przeciwieństwo   swojego   towarzysza   –   efektowny,   elegancko 
ubrany mężczyzna. Razem musieli wyglądać jak dzień i noc.

– Cóż, na mnie już czas – stwierdził Leo. – Baw się dobrze.

– Z kim rozmawiałeś? – zapytał podejrzliwie Eddie, kiedy zrównali krok.
– Z Nicole. Ona jest kierowniczką biblioteki w ...
– Biblioteki?! Zwariowałeś? – syknął wściekle tamten. – Zabieraj się 

stąd!   –   Pociągnął   ogłupiałego   Leo   na   zewnątrz,   ku   zaparkowanemu 
samochodowi.

– Czy ty w ogóle nie myślisz?
– O co ci chodzi?
– O co? O to, że muszę pracować z takim bałwanem jak ty! O, Chryste. – 

Eddie ze złością kopnął w oponę.

– Za jakie grzechy muszę wynajmować własną rodzinę!
– Ależ ja chcę pracować – zapewnił go pokornie Leo.
– Fajnie, tylko przestań wobec tego głupio ryzykować i nie wdawaj się w 

rozmowy z bibliotekarzami.

– Znam tę kobietę od lat i zawsze z nią rozmawiam.
Byłoby wręcz podejrzane, gdybym jej nie zagadnął.
– Sam jesteś podejrzanym typem – sarknął Eddie, wpychając pechowego 

kuzyna do samochodu.

– Czy mam rozumieć, ze nie zjemy tu dzisiaj kolacji? – zapytał żałosnym 

tonem Leo.

– Masz rozumieć, że nie życzę sobie żadnych tego typu wpadek.
– Nie będzie już problemów, Eddie.

background image

– Oby nie było.

– Co za dziwny człowieczek – stwierdził Grant.
– Kto, Leo? On jest uroczy. I nadzwyczaj inteligentny. To wynalazca i 

jeden z naszych najwierniejszych czytelników.

– Och, znów zaczynamy rozmawiać o bibliotece – nadąsał się.
–   Słusznie.   Ani   słowa   na   temat   pracy   –   przystała   Nicole,   z   tym 

większym   przekonaniem,   że   praca   zbytnio   kojarzyła   jej   się   z   Chase'em. 
Natomiast w towarzystwie Granta miała szanse zapomnieć o tamtym choć 
na chwilę.

Kiedy jednak odwiózł ją do domu i z galanterią ucałował na pożegnanie, 

zdrożne   myśli   wróciły,   a   nieproszone   porównania   nasunęły   się   same. 
Zganiła się w duchu i szybko odsunęła od Granta.

– Może umówimy się kiedyś jeszcze? – zapytał z nadzieją w głosie.
–   Może   –   szepnęła   w   zadumie,   łudząc   się,   że   doczeka   momentu,   w 

którym zapomni o detektywie Ellisie na dłużej niż tylko na pięć godzin.

Kiedy otwierała drzwi i odwróciła się, by pomachać Grantowi, kątem 

oka   dostrzegła   jakiś   ruch   w   cieniu   srebrnego   świerka,   ocieniającego   jej 
ganek.

– Cóż za wzruszający moment – mruknął Chase, wyłaniając się spod 

osłony gałęzi. – Ale za to przedstawienie dałbym twojemu amantowi tylko 
cztery  punkty  z  dziesięciu.  Owszem,   zaliczył  plusy   za elegancję   i  dobre 
maniery, ale w jego programie nie było za grosz inwencji.

Nicole z niedowierzaniem patrzyła na niedbale opartą o drzwi postać.
– Co ty tu robisz?
– Czekam na ciebie.
– Powiedziałabym raczej, ze mnie szpiegujesz.
–   Och,   daj   spokój!   Wyobrażasz   sobie,   że   nie   mam   nic   lepszego   do 

roboty,   jak   tylko   szpiegować   ciebie   i   tego   szlachetnego   rycerza?   –   To 
mówiąc, bez zaproszenia wszedł za nią do holu i starannie zamknął za sobą 
drzwi. – Słowo daję, miałbym lepszą zabawę, oglądając filmy na kanale 
dziecięcym niż was dwoje.

Jasne, a najlepszą zabawę miałby oglądając nocny kanał dla dorosłych, 

pomyślała z przekąsem, a z pogardliwą wyższością dorzuciła:

– Niektórzy szukają tylko podniet.
– Rzeczywiście. Ale nie szukałbym ich w towarzystwie tego faceta.

background image

– Bardzo miło spędziłam z nim czas – pospieszyła z zapewnieniem.
– Możliwe. Dopóki cię nie pocałował – dodał bystro Chase.
Nicole zawrzała z gniewu na myśl, że tak celnie ją rozszyfrował.
– Co ty o tym wiesz? – parsknęła.
– Wiem, że kiedy całujesz mnie, przymykasz oczy i wydajesz te swoje 

nieprawdopodobnie seksowne pomruki.

– Chyba w twoich snach...
– Nie, w moich ramionach.
I   w   ułamku   sekundy   później   znalazła   się   tam,   unieruchomiona 

namiętnym   uściskiem.   Już   otwierała   usta,   by   zaprotestować,   gdy   wargi 
mężczyzny   spadły   na  nie   łapczywie,   niewoląc   ją  w   jednym  momencie   i 
przywracając magiczny czar.

Szybko zrezygnowała z wysiłków zapanowania nad sobą. Z jakiej racji 

miałaby   się   pozbawiać   tak   cudownej   przyjemności?   Jego   pocałunki 
prowokowały i kusiły. Nie była w stanie się im oprzeć, nawet gdyby chciała.

Ale Nicole nie chciała się opierać. Och, z jaką siłą zaczęła nagle pragnąć 

doznań, które odsunęła od siebie na tyle lat!

Żądza   posiadania.   Pierwotna   ekstaza.   Radość   spełnienia.   Chase   tulił 

krągłe   kształty   Nicole   w   namiętnym   uścisku   swoich   twardych   ramion, 
wpijając szalone usta w jej wargi.

Już  nie  cofała  się  przed  jego żądzą,  gdyż  czuła,  że  trawi  ją ta  sama 

gorączka.   Oboje   pragnęli   smakować   swoją   bliskość,   poznawać   się, 
dotykać...

Ręce Nicole zsunęły się wzdłuż pleców Chase'a. Niecierpliwymi palcami 

wyszarpnęła   mu   czarną   koszulkę   zza   pasa   i   dotknęła   ciepłej   skóry 
mężczyzny, z zachwytem wodząc dłońmi  po pięknie umięśnionym ciele. 
Nareszcie poczuła się wyzwolona, mogąc dotykać go tak, jak chciała. Było 
to radosne, podniecające doświadczenie.

I   dopiero   gdy   poczuła   ciepły   dotyk   jego   dłoni   na   nagiej   skórze, 

zorientowała się, że nawet nie zauważyła, kiedy rozpiął jej sukienkę. W 
porównaniu ze spragnionymi, gorącymi wargami, jego ręce były niezmiernie 
czułe. Delikatnie sunął dłonią wzdłuż jej szyi i obojczyków ku okrągłościom 
piersi, prężących się pod stanikiem.

Drażniąco powolnym ruchem palce Chase'a wślizgnęły się pod jedwabne 

koronki, docierając do twardych sutków. Nicole jęknęła, czując rozkoszną 
słabość rozlewającą się w ciele.

background image

– Och, tak, tak... – wyszeptała namiętnie ku jego ustom, czającym się tuż 

przy jej twarzy. Nie musiała więcej prosić. Błyskawicznie jak jastrząb spadł 
na rozchylone, czekające  wargi i oboje znów  utonęli w  wirze szalonego 
pocałunku.

Wilgotne, podniecające ciepło. Wszędzie.
Chase zsunął nagle rękę wzdłuż jej krzyża i przygarnął ciało Nicole ku 

sobie, nadając biodrami wymowny rytm ich tulącym się ciałom.

Ten   rytm,   pierwotny   i   dziki,   doprowadził   zmysły   dziewczyny   do 

wulkanicznego wrzenia.

Ten   ogień,   to   pożądanie,   krążące   w   jej   żyłach   jak   lawa.   Płomień 

rozpalony do białości. Dziki. Pierwotny jak sama natura.

Żadnych   hamulców.   Chase   czuł,   że   przestaje   się   kontrolować.   Nigdy 

jeszcze mu się to nie zdarzyło. Jaką ona miała nad nim władzę! Odwieczną, 
kobiecą  władzę. Ale właściwie  kto kogo opętał?  – zakołatała się  w nim 
ostatnia, zbłąkana myśl. Ogromnym wysiłkiem woli zmusił się, by wypuścić 
ją z objęć.

– Nie wiem, co się stało – wymamrotał – ale wcale mi się to nie podoba.
I w tej samej chwili wybiegł z domu, zostawiając oszołomioną Nicole 

samą.

Po   nagłym   zniknięciu   Chase'a   Nicole   była   tylko   drżącym   kłębkiem 

nerwów,   targanych   hormonalną   burzą.   Przebrała   się   w   nocną   koszulę   i 
wpełzła   do   łóżka,   lecz   nie   mogła   zasnąć.   Jak   mógł   ją   tak   zostawić? 
Dlaczego? Czyżby nowa zagrywka?

Nie, przecież pojawiło się tego wieczoru coś nowego. Po raz pierwszy 

Nicole poczuła, że zaangażowanie nie jest jednostronne. Nie była jednak 
pewna, czy jest to dla niej źródłem radości, czy raczej niepokoju.

Hipoteza, że dla Chase'a był to wyłącznie flirt, dawała się zbyt łatwo 

obalić. Demoniczne pożądanie, z którym już się nie krył, miało w sobie 
element hazardu. Być może przedtem prowadził z nią grę – i tylko grę – z 
której mogła się jeszcze wypisać. Teraz jednak rozgrywka wciągnęła ich 
oboje i być może Chase zaangażował się w nią w tym samym stopniu co 
ona.

Czemu zatem ta perspektywa ją przerażała? Może tak naprawdę bała się, 

że mógłby się w niej naprawdę zakochać?

Czy chciałaby tego?

background image

Nicole zrozumiała, że sama sobie z tym nie poradzi. Odczuwała potrzebę 

porozmawiania z jakąś życzliwą duszą, toteż zadzwoniła do swojej siostry w 
San Francisco.

– Hej, to ja – oznajmiła, nerwowo bawiąc się kablem od słuchawki.
– Hej, Nicole. Miło, że dzwonisz.
Kiedy już wymieniły między sobą plotki o rodzinie, Diane domyślnie 

przeszła do rzeczy.

– Dobrze, a teraz powiedz mi, co się stało.
– Skąd wiesz, że coś się stało?
– Jako twoja starsza siostra zawsze muszę wiedzieć.
– Powiem ci, ale przysięgnij, że nie puścisz pary z ust.
– A komu miałabym mówić?
– Wiem, siostrzyczko. Pewnie nie powinnam dzwonić, ale jestem taka 

skołowana, że musiałam się do kogoś odezwać.

– W takim razie mów.
– Ale naprawdę nikomu nie powiesz? Nawet swojemu kotu?
– Zabij, zamorduj, nie powiem...
– Dobrze, więc słuchaj, jest taki facet u mnie...
– Naprawdę?
– Litości, pozwól mi skończyć. W każdym razie jest facet u mnie w 

pracy i jest też...

– Zaraz, zaraz, to ich jest dwóch? – zdumiała się Diane.
– I tak i nie. Pewnie niejasno ci tłumaczę.
– Spróbuj jeszcze raz.
– Okay. Z powodów, o których na razie nie mogę ci mówić, ktoś został 

przez   swoich   zwierzchników   skierowany   do   wykonania   pewnej   pracy   w 
mojej bibliotece. Chodzi o to, że ten ktoś normalnie robi co innego i tylko 
czasowo   ma   zajęcie   u   nas.   Zresztą   my   oboje...   nakazano   nam   pracować 
razem. Z tym, że on tak naprawdę nie jest moim pracownikiem. Chwytasz?

– Ledwo, ledwo. Ale mów dalej.
– W pracy ten człowiek wygląda jak mól książkowy.
Ale jest zupełnie inaczej. Naprawdę on jest bardzo seksy i bez przerwy 

ze mną flirtuje. Sądzę, że tylko ja wiem, jaki on jest, ale w gruncie rzeczy 
wcale go nie znam. Wiem tylko, że kiedy mnie całuje... wiesz, to jest jak 
trzęsienie ziemi. W każdym razie, uważam, że ten facet świetnie bawi się 
moim kosztem. Rozumiesz, w pracy drażni się z panią kierowniczką, ale 

background image

kiedy   wczoraj   wieczorem...   całował   mnie...   i...   Słuchaj,   po   raz   pierwszy 
wydawał się równie zaangażowany, jak ja. W ogóle już nie wiem, co o tym 
myśleć.

– Ja też – ze śmiechem oznajmiła Diane.
– Zawsze mi pomagałaś!
– Och, to w sumie proste. Spotkałaś mężczyznę i zaczął ci się podobać. 

Z początku nie sądziłaś, że może to być z wzajemnością, ale teraz wydaje 
się, że jemu również się spodobałaś. Nie widzę tu żadnego problemu.

– Problem w tym, że kłopoty to jego specjalność.
Nie,   inaczej,   on   nie   ściąga   na   siebie   kłopotów,   tylko   uwielbia   je 

prowokować.   Jest   arogancki,   egocentryczny   i   na   milę   czuje   się   w   nim 
zamiłowanie do ryzyka.

– Ach, rozumiem. To samo można było powiedzieć o Johnnym, tak? – 

bystro skojarzyła Diane. Jedyna w rodzinie wiedziała, co naprawdę łączyło 
jej siostrę z Johnnym.

– Ty też widzisz podobieństwa, nie? – podchwyciła Nicole. – Dlatego 

właśnie nie chcę się zaangażować.

Przecież wiesz, że ten jedyny raz, kiedy chciałam naprawdę żyć, okazało 

się, że niosę śmierć.

– Powtarzałam ci wtedy, że to, co stało się z Johnnym, nie było twoją 

winą.

–   Pamiętam   i   nie   masz   pojęcia,   jak   bardzo   chciałam   ci   uwierzyć. 

Niestety, nie mogłam nigdy wyzbyć się poczucia winy. Ani lęku.

–   I  dlatego   starasz   się   za   wszelką   cenę   nie   dopuścić   znów   do   głosu 

buntowniczej połowy swojej osobowości.

– O czym ty mówisz?
–   Nicole,   jesteś   teraz   szacowną   kierowniczką   biblioteki,   wcieleniem 

fachowości i opanowania. Gdzieś zagubiła się tamta dziewczyna z college'u, 
szalejąca z chłopakami na motorach.

–   Powiedziałaś   to   tak,   jakbym   włóczyła   się   z   bandą   rozwydrzonych 

chuliganów – zaperzyła się Nicole.

– Powiedziałam dokładnie to, co chciałam powiedzieć.
– Rozumiem. Masz rację – z wahaniem przyznała Nicole. – Świadomie 

pielęgnuję swój obraz jako osoby ostrożnej i odpowiedzialnej. Pomimo to 
potrafię jeszcze miewać fantazje i nie rezygnować z nich.

–   Owszem,   nie   przeczę.   Do   swojej   pracy   podchodzisz   z   prawdziwą 

background image

pasją. Ale co potem? Ciągle powtarzam ci, że twój chłodny sposób bycia 
onieśmiela mężczyzn i sprawia, że adorują cię jedynie z daleka.

– A cóż w tym złego?
– Nic złego, jeśli ktoś rzeczywiście jest stateczny i rozważny. Gorzej, 

jeśli jedynie na takiego pozuje.

Po   drugiej   stronie   słuchawki   zapadła   cisza.   Długą   chwilę   Nicole 

zastanawiała się nad słowami siostry. Wreszcie westchnęła smutno.

– Coś musi być ze mną  nie w porządku. Dlaczego zawsze  pociągają 

mnie takie niebezpieczne typy?

Podejrzani faceci w czarnych skórach, niezależni i szaleni?
– I seksowni – dodała Diana.
– Zgadza się.
– A której z nas nie pociągają? – westchnęła siostra.
– Tak, ale ja się ich również boję – przyznała cicho Nicole.
–   A   nie   przyszło   ci   kiedyś   do   głowy,   że   boisz   się   nie   tyle   samych 

mężczyzn, ile tego, co sobą reprezentują?

– Nie rozumiem.
– Posłuchaj, raz kiedyś zapomniałaś o wszelkich hamulcach i zakochałaś 

się bez pamięci w mężczyźnie, on zaś zginął na twoich oczach. I choć nie 
była   to   absolutnie   twoja   wina,   wstrząs   na   zawsze   odbił   się   na   twojej 
psychice – i być może sprawił, że od tej pory panicznie boisz się, kiedy 
tylko znów czujesz w sobie tę odrobinę szaleństwa.

– Słowem, myślisz, że także seks, na wszelki wypadek, wybiłam sobie z 

głowy?

– Niezupełnie. Ale powinnaś to wszystko przemyśleć.

Nicole posłusznie rozważyła słowa siostry. Doszła do wniosku, że odkąd 

spotkała Chase'a, myślała wyłącznie o seksie. Wyobrażała sobie, jak byłoby 
im w łóżku. Wszystko to było zupełnie do niej niepodobne – a przynajmniej 
niepodobne do postaci, w którą się wcieliła. Taka była dawna Nicole – dzika 
i zbuntowana. W końcu Chase doprowadził ją do tego, że sama już nie była 
pewna, którą z nich jest!

Detektyw Ellis Chase, zrezygnowawszy tym razem z obstawiania Nicole 

Larson,   wkroczył   do   swoich   pustawych   apartamentów.   Miał   do 
rozpracowania sprawę szulerskiej szajki i nie zamierzał tracić czasu. Trzeba 
szybko namierzyć szefa tego interesu i wynosić się stąd, nim narobi głupstw. 

background image

Takich jak zakochanie się.

Niedbałym ruchem rzucił klucze na stół, który służył mu  również za 

biurko   i   niechętnie   powiódł   wzrokiem   po   mieszkaniu.   W   porównaniu   z 
przytulnym gniazdkiem Nicole wydawało mu się puste i bezduszne. Nigdy 
przedtem   go   to   nie   drażniło.   Lubił   puste   przestrzenie.   Łatwiej   było   je 
sprzątać.

Dzwonek   telefonu   przerwał   mu   te   niewesołe   rozmyślania.   Szukał   go 

Straud.

–   Wydzwaniałem   do   ciebie   przez   całe   popołudnie   –   utyskiwał 

komendant.

– Czy coś się stało? – Chase natychmiast wrócił do zawodowej rutyny.
– Nie, po prostu chciałem dowiedzieć się, jak ci idzie.
– Och, śpiewająco, po prostu śpiewająco – mruknął Chase.
– A Nicole?
– Ach, jest znakomita... – zwłaszcza kiedy chce mi dopiec, dokończył w 

myśli.

Coś w tonie jego głosu musiało zaniepokoić szefa.
– Czy wy dwoje macie jakieś problemy?
– Czemu pytasz?
– Kiedy po raz pierwszy przedstawiłem was sobie, natychmiast jedno 

drugiemu zaczęło skakać do oczu.

Trudno to nazwać miłym początkiem znajomości.
– Cóż, nie zawsze bywam grzeczny.
– Słyszałem coś o tym – zachichotał Straud.
– A co możesz powiedzieć o Nicole Larson?
– zapytał Chase.
– Znam ją niemal od dziecka.
– Założę się, że pochodzi z szacownej rodziny.
– Tak, jednej z najlepszych tutaj.
Jasne. Taka kobieta ma styl. Z taką kobietą nie można pójść ot, tak sobie 

do łóżka, ani kochać się w stodole na stanie. A przy tym jest tak seksowna... 
Niestety,   seksowna   kobieta   z   klasą   wywoływała   w   nim   fatalne 
wspomnienia.

– Jesteś tam, Chase? – głos szefa przywrócił go do rzeczywistości.
– Tak, jestem. – Poprawił się na niewygodnym krześle.
–   Nicole   wspominała   mi   niedawno,   że   wszystko   idzie   dobrze,   ale 

background image

skarżyła się, że o niczym jej nie informujesz.

Tłumaczyłem,  że chodzi tu o względy bezpieczeństwa,  ale chyba nie 

była przekonana. Wydawała mi się jakaś nieswoja. Nie wiesz czasem, o co 
chodzi?

– Nie, wydaje mi się, że z Nicole wszystko w porządku.
– Cieszę się. Wiesz, naprawdę nie chciałbym, żeby stała jej się jakaś 

krzywda. Jak ci mówiłem, znam ją od małego i nie byłbym zachwycony, 
słysząc, że ma zmartwienia.

Znów to samo. Po raz drugi otrzymał niedwuznaczne ostrzeżenie. Tym 

razem nie od nadopiekuńczego tatusia, lecz od nadopiekuńczego przyjaciela 
domu i rodziny. Na jedno wychodzi. Chase poczuł się nagle napiętnowany i 
sfrustrowany. Chciał jak najszybciej odłożyć słuchawkę.

– Nicole jest wspaniałą dziewczyną i świetnie sobie radzi – zapewnił 

Strauda. – Nie musisz się o nią martwić.

Sam za to zaczął się poważnie martwić o siebie. Był pewien, że jeśli nie 

będzie miał się na baczności, Nicole stanie się przyczyną jego klęski. Od 
czasu   zerwania   tamtych   fatalnych   zaręczyn,   usilnie   starał   się   utrzymać 
dystans wobec kobiet, pozwalając sobie jedynie na flirty.

Z Nicole flirtowało się łatwo i miło. Problem polegał na tym, iż równie 

łatwo i miło  mógłby  się w niej zakochać. A po doświadczeniach  z eks-
narzeczoną Chase wiedział już, czym to pachnie.

Nicole   z   radością   powitała   koniec   tygodnia.   Wreszcie   miała   szansę 

przystrzyc   trawnik,   zrobić   pranie   i   załatwić   zaległe   sprawy   w   mieście. 
Niestety, żadne z tych zajęć nie pozwoliło jej całkowicie wyrzucić z myśli 
Chase'a. Tkwił tam uparcie, co chwila przypominając o swojej obecności.

Stanęła przed wystawą sklepu metalowego Behrena, lecz zamiast wejść i 

kupić   nowy   młotek,   wpatrywała   się   w   pasy   do   noszenia   narzędzi, 
zastanawiając się, jak męsko wyglądałby w nich Chase.

Pospacerowała jeszcze trochę po mieście, zapłaciła rachunki za czynsz i 

elektryczność, zajrzała do drogerii.

Na   ostatku   zatrzymała   się   przy   sklepiku   z   tanimi   drobiazgami,   który 

cudem   ocalał   w   starej   dzielnicy   Oak   Heights.   W   innych   podmiejskich 
okolicach od dawna królowały już tylko osiedlowe centra sklepowe. Nicole 
lubiła   to   miejsce,   gdzie   zachowała   się   romantyczna   atmosfera   Starego 
Kontynentu. Wchodząc tam zawsze miała wrażenie, że cofnęła się w czasie. 

background image

Nie dzisiaj jednak. Dziś odkryła, gdzie Chase kupował swoje słynne muchy. 
Właśnie tutaj.

Mogła   podziwiać   całą   ich   kolekcję,   we   wszystkich   kolorach   tęczy   – 

tęczy unurzanej w błocie. Trzeba przyznać, że miał na tyle umiaru, by nie 
kupić   efektownej   brudnoszarej   muchy   w   zielone   koniczynki.   Nicole 
wzdrygnęła się i wypadła ze sklepiku. Niestety, myśli o tym niemożliwym 
facecie ścigały ją nadal.

Po raz pierwszy z radością stawiła się w poniedziałek rano do pracy. 

Lepiej już było wziąć byka za rogi, niż dręczyć się jałowymi rozmyślaniami. 
Tymczasem w wyglądzie jej prześladowcy nastąpiła subtelna zmiana. Alvin 
zrezygnował z nie dopasowanej koszuli i muchy na rzecz marynarskiego 
blezera, niebieskiej koszulki z krótkim rękawem i bordowego krawata.

Zmiana,   choć   wyraźnie   dostrzegalna,   nie   mogła   wywołać   niczyich 

podejrzeń.   Jedynie   dla   Nicole   wilk   stał   się   nieco   sympatyczniejszym 
jagniątkiem.

Przez   kilka   następnych   dni   w   bibliotece   szeroko   komentowano   to 

wydarzenie.

– Nie uważasz, że Alvin wygląda dziś o wiele korzystniej? – zagadnęła 

ją Frieda.

Szkoda, kochana, że nie widziałaś, jak wygląda w czarnych dżinsach i 

skórze, pomyślała Nicole z przekąsem. Od czasu tamtego wieczoru, kiedy 
wróciła z randki z Grantem, widywała w pracy tylko Alvina. Zniknął ten, 
który pocałunkami doprowadzał ją do szaleństwa. Dziwne, lecz to właśnie 
stało się źródłem nadziei. Może, tak jak i ona, trwał pod wrażeniem dzikiej 
pasji, która ogarnęła ich oboje. Kilka razy dostrzegła, że patrzy na nią tak, 
jak gdyby widział ją po raz pierwszy.

Nagle dostrzegła uważny wzrok koleżanki i zauważyła, że od dłuższej 

chwili obraca bezmyślnie w palcach kartę z katalogu.

– Chyba wziął pod uwagę twoją radę – stwierdziła Frieda.
– Kto taki? – spytała nieprzytomnie.
– No, Alvin. Zastanawiające, jak od razu się zmienił.
Wystarczyło, by pozbył się muchy i zrezygnował z tej ulizanej fryzury, a 

już przestał wyglądać jak fajtłapa.

Założę   się,   że   gdyby   stał   się   bardziej   towarzyski   i   nabrał   pewności 

siebie,   okazałby   się   całkiem   interesującym   mężczyzną   –   podsumowała 
Frieda.

background image

Nie tylko ona zresztą zauważyła zmianę w wyglądzie kolegi. Michelle 

po   przyjściu   na   dyżur   również   nie   omieszkała   wygłosić   stosownego 
komentarza.   Kiedy   jeszcze   wypowiedziała   swoje   uwagi   Anna,   Nicole 
zaczęła tracić cierpliwość.

– Wiem, wiem, wziął sobie do serca wszystkie dobre rady. Już o tym 

słyszałam – stwierdziła ze zniecierpliwieniem.

– Ale szkoda, że nie widziałaś, jak poczynał sobie z dwunastoletnimi 

panienkami. Uznały, że wygląda jak młody naukowiec i zagadywały go o 
fizykę kwantową. Pękałam ze śmiechu – dodała Anna.

Niewinne zaloty dwunastolatek rozbawiły Nicole, ale kiedy później do 

grona adoratorek dołączyły szesnastolatki, poczuła się nieco... zazdrosna.

Z zawodowego punktu widzenia powinna się  cieszyć, że nowy adept 

przestał   kompromitować  wizerunek  męskiego  pracownika  biblioteki.  Czy 
jednak Chase w postaci Alvina nie posunął się za daleko, niedostrzegalnie 
zmierzając  w stronę seksu?  Widząc, jak zachwycone panienki dosłownie 
zawisają   wzrokiem   na   jego   wargach,   gdy   wykłada   im   podstawy   obsługi 
komputera,   nabrała   nagle   ochoty   oblania   zimną   wodą   ich   roztrzepanych 
fryzur.

Jednak widok Alvina, nawet w nowej postaci, niewiele mówił jej o tym, 

co zamierza Chase. Może pochłaniało go śledztwo? Nie miała nawet okazji 
spytać.

Okazja pojawiła się jednak niespodziewanie, już tego samego wieczora. 

Nicole   skończyła   właśnie   oglądać   dziennik   o   dziesiątej   i   zmierzała   do 
kuchni   z   pustą   misą   po   sałatce.   Niespotykane   w   wiosennej   porze   upały 
sprawiły, że zaczęła zazdrościć swojej młodszej siostrze z Alaski. Z irytacją 
spojrzała na klimatyzatory w oknach. Świetnie radziły sobie z gorącem, lecz 
jej budżet domowy o wiele gorzej radził sobie z zużyciem prądu. Niestety, 
posada kierowniczki biblioteki nie należała do najlepiej płatnych. Kręciła się 
po kuchni, klnąc pod nosem, że będzie znów musiała zacisnąć pasa, kiedy 
nagle zobaczyła zarys znajomej postaci za szybą drzwi.

Mogła sobie pogratulować. Nie wrzasnęła. Nie upuściła nawet szklanej 

misy. Po prostu podeszła do kuchennych drzwi i spokojnie je otworzyła.

– No, niech zgadnę – mruknęła. – Przechodziłeś właśnie przypadkiem i 

postanowiłeś zajrzeć, tak?

– Nareszcie zadbałaś o zamki. – Wchodząc do środka zerknął z aprobatą 

na lśniącą zasuwę.

background image

– Rozumiem, przyszedłeś zbadać, czy dobrze zabezpieczyłam się przed 

włamaniami. Świetnie, ale dlaczego o takiej porze?

Chase   doszedł   do   wniosku,   że   raczej   powinien   zbadać   stan   swego 

umysłu. Po ostatnim seansie doprowadzających do szaleństwa pocałunków, 
powinien trzymać się z daleka od tej kobiety. Tymczasem, znów znalazł się 
w jej domu. Nie bardzo wiedział, dlaczego spieszył się tam, gnany nagłym 
impulsem.

– Rzeczywiście, nie był to najlepszy pomysł – wyznał szczerze.
– Pewnie. Ciebie żadne zamki nie powstrzymają – zauważyła kąśliwie.
– Dziękuję za komplement.
Nie chciała, by odszedł. Nie teraz, kiedy wreszcie się odsłonił.
– Jadłeś kolację?
Zmarszczył brwi, na próżno usiłując sobie przypomnieć.
–   Mógłbyś   sobie   coś   przygotować.   Tym  razem   mam   mięso   –   kusiła 

Nicole.

Chase uświadomił sobie nagle, że dosłownie umiera z głodu. Przez kilka 

ostatnich dni podjadał coś tylko w nielicznych wolnych chwilach. Śledztwo 
nabrało tempa, w dodatku przybrało dosyć nieoczekiwany obrót. Nie miał 
czasu myśleć o jedzeniu.

–   Skoro   mnie   tak   namawiasz,   dobrze.   Ale   nic   nie   szykuj,   sam   się 

obsłużę.

Pomyszkował w lodówce, po czym zaczął robić sobie kanapkę jeszcze 

bardziej   imponującą   niż   poprzednio.   Nagle   zamarł   i   uniósł   głowę 
nasłuchując.

– Co to za głosy?
Dopiero   po   chwili   skojarzyła,   że   chodzi   mu   o   hałasy   dochodzące   z 

salonu, nie zaś o głos wewnętrzny, nakazujący jej czujność i rozsądek.

– Och, to tylko telewizor. Właśnie oglądałam dziennik.
Chase, uspokojony, dokończył dzieła, tworząc kanapkę godną olbrzyma, 

po czym zagadnął niedbałym tonem:

– Wiesz, miałem wczoraj długą rozmowę z Daytonem.
–   Wiem,   przecież   przyszedł   do   mnie.   Ale   co   ty   mu   właściwie 

powiedziałeś?

– Jak to co? – Spojrzał na nią zdziwiony, zdobiąc swój majstersztyk 

fantazyjnym wzorem z musztardy.

– Po prostu, jak udało ci się go przekonać?

background image

Miesiącami   proponowałam   mu,   że   nauczę   go   czytać   –   i   nic.   Ty 

pogadałeś z nim raz, a on natychmiast przygnał do mnie żądny wiedzy.

– Cóż, widać mam dar przekonywania.
Musiała przełknąć tę uwagę, gdyż trudno jej było zaprzeczyć, lecz temat 

Daytona nie został jeszcze wyczerpany.

– Czy nadal uważasz go za podejrzanego?
– Uważam, że chyba miałaś rację – stwierdził, dokładając jeszcze płat 

pieczonej wołowiny i dwa plasterki pomidorów do swojej kulinarnej wieży 
Babel.

– Miałam rację?
– W tej chwili wydaje mi się mało prawdopodobne, by Dayton był tym, 

którego szukamy.

– No, no! Po raz pierwszy się ze mną zgadzasz.
– Tylko nie wbijaj się zbytnio w dumę – ostrzegł.
Kanapka prezentowała się już tak zachęcająco, że Nicole zrobiła sobie 

podobną,   choć   o  wiele   skromniejszych   rozmiarów.   Kiedy   wszystko   było 
gotowe, oboje w milczącym porozumieniu udali się do salonu i zasiedli na 
kanapie   przed   telewizorem,   gdzie   zaczął   się   akurat   wieczorny   kryminał. 
Kiedy  zjedli  już  wszystko  do ostatniego  okruszka,  Nicole,  by  zyskać  na 
czasie, sięgnęła po czarkę z miętowymi pastylkami. Każde wzięło po jednej. 
Przez tę krótką chwilę zdążyła sobie przemyśleć pewną delikatną kwestię.

– Wiesz, cieszę się, że popracowałeś trochę nad swoim... to znaczy nad 

wyglądem Alvina.

– Sądzę, że ludzie to zaakceptowali.
– Przez „ludzi" rozumiesz zapewne seksowne nastolatki? – nie darowała 

Nicole.

– Nie wydajesz się tym zachwycona – zauważył z uśmieszkiem.
– Skąd, cieszę się, że wreszcie zdecydowały się odwiedzić bibliotekę. 

Wiele z nich nie przestąpiło jej progu, odkąd przestały chodzić tu na bajki.

– Można więc powiedzieć, że każde z nas na swój sposób działa na rzecz 

biblioteki.   Ja   ściągam   do   niej   młodzież,   a   ty...   starasz   się   o   poparcie   w 
rejonie.

– Uhm...
– Popatrz tylko, co za bzdury! – prychnął znienacka Chase. – Jakim 

cudem ci faceci mogą bawić się w strzelaninę w przestrzeni tak zamkniętej 
jak tunel metra? Zupełnie jakby nigdy nie słyszeli o rykoszetach.

background image

Popatrzyła na niego i zaczęła się zastanawiać, czy również narażał się na 

kule,   wszystko   jedno,   rykoszetujące   czy   nie.   Zdenerwowała   się   nagle, 
sięgnęła po pilota i przełączyła program na wieczorny teleturniej.

– Co robisz?
–   Wyraźnie   drażnił   cię   tamten   film.   Po   co   masz   się   niepotrzebnie 

przejmować?

– Boże, iloma rzeczami muszę się przejmować. Ale nie znaczy to, bym 

miał ich unikać.

Nicole nie była pewna, czy Chase ma na myśli tylko telewizję.
– A jeśli nie unikasz, jak sobie radzisz? – zapytała ostrożnie.
– Po prostu zaczynam działać – odparł, sięgając do pilota, którego ciągle 

trzymała w ręku i włączając kryminał.

Z żalem pomyślała, że jednak nie mówił o nich. Nagle Chase odwrócił 

się ku niej.

– Przejmuję się tobą, wiesz? – mruknął. – I tego zmartwienia też nie 

będę unikał.

– Mną? – zdziwiła się.
Przytaknął bez słowa.
–   A   przejmowanie   się   kimkolwiek   nie   leży   w   twojej   naturze,   co?   – 

stwierdziła nagle odkrywczo. – Wolałbyś zapewne sam nie dawać komuś 
spokoju.

Strzał   był   celny.   Chase   sam   nie   wiedział,   czy   ma   się   martwić,   czy 

cieszyć jej przenikliwością. Jednego tylko był pewien – nie potrafił oderwać 
się od tej dziewczyny.

–   Jeśli   taka   kobieta   jak   ty   nie   daje   mi   spokoju,   wszystko   musi   się 

komplikować – mruknął i widząc zmieszanie Nicole, otoczył ją ramieniem i 
przyciągnął   do   siebie.   –   A   najbardziej   komplikuje   mi   życie   to,   że...   – 
kciukiem wolnej ręki delikatnie obrysował jej dolną wargę – ... że masz 
takie namiętne usta.

Wiedziałaś o tym?
Pokręciła głową, czując na wargach lekką szorstkość palców. Teraz już 

mogła   dostrzec   głód   w   ciemnych   oczach   mężczyzny.   Wiedziała,   czego 
pożąda,  lecz nie mogła  jeszcze  dać mu  tego, czego pragnął. Jeszcze  nie 
teraz...

– Nie znam cię na tyle dobrze, by pozwolić sprawom zajść tak daleko, 

jak zapewne byś chciał. Przecież całowaliśmy się tylko dwa czy trzy razy.

background image

– Zaraz powiem ci dokładnie. – Szybko musnął jej usta. – To jest nasz 

czwarty   pocałunek.   A   teraz   następny...   trochę   wolniej...   –   wyszeptał, 
podniecająco wodząc językiem po wargach Nicole.

Dreszcz rozkosznego oczekiwania przebiegł jej po krzyżu. Dotychczas 

chłonęli siebie szybko i żarliwie. Teraz zaczynało narastać powoli budowane 
napięcie, pełne drobnych wahań i pauz, pozwalających napawać się miłymi 
szczegółami.   Pełnym   kształtem   jego   dolnej   wargi.   Smakiem   pocałunku, 
delikatnie przyprawionym miętą.

– Sześć – sam seks.
Wszystko   się   zgadzało.   Namiętność,   z   jaką   zaliczał   kolejny   punkt, 

rozbudziła   jej   zmysły.   Z   pasją   odkrywcy   badał   cudowne   szczegóły   – 
rozkoszny smak jej ust, grzeszną giętkość języka, szlachetną emalię zębów.

– Siedem – jesteśmy w siódmym niebie.
Byli.  Wpił  się   w  usta  Nicole,   jakby   chciał  wyssać  z   niej   duszę.  Nie 

pozostała   mu   dłużna.   Mogliby   tak   trwać   wiecznie,   gdyby   nie   okrutna 
konieczność nabrania oddechu.

– Osiem – pieszczę cię głosem.
Powiódł wargami ku delikatnemu płatkowi ucha i pomrukując jął skubać 

go   zębami.   Nicole   zadrżała,   zaskoczona   nową,   nieznaną   podnietą.   Jak 
upajająca   mogła   być   pieszczota   dźwięków!   Czuła   bliskie   tchnienie   jego 
oddechu   i   wibracje   namiętnych   pomruków.   Doznania   słuchu   i   dotyku 
połączyły się w rozkosznej harmonii.

– Dziewięć – masz szyję jak łabędź.
Opuszczał się na sznurze pocałunków wzdłuż napiętego łuku jej szyi, 

każde miejsce obdarzając drobną pieszczotą języka. Zawczasu już wsunął 
palce we włosy Nicole, odgarniając jedwabiste pasma, by odsłoniły gładki 
kark, ku któremu zmierzał.

– I dziesięć – w podróż spieszę.
Zastanawiała się sennie, dokąd tak mu spieszno.
Wkrótce   się   przekonała.   Zaczął   po   kolei   odwiedzać   wszystkie   już 

poznane miejsca, delektując się nimi jak kot śmietanką. Nicole nie miała 
pojęcia, jak zabawne może być całowanie. Kiedy znów dotarł do jej ust, ich 
języki przekornie zaczęły bawić się w chowanego.

Gdzieś   pomiędzy   dwudziestym   a   dwudziestym   piątym   pocałunkiem 

Nicole zdołała wyrwać się z zaklętego kręgu przyjemności.

– Starczy – wydyszała.

background image

– Teraz już mnie znasz? – dopytywał się kpiąco.
– Poznałam cię na tyle, na ile chciałam – oświadczyła.
– Jesteś pewna?
– Jestem.
– W porządku. – Wypuścił ją z objęć tak posłusznie, że natychmiast stała 

się podejrzliwa. Co teraz knuje?

–   pomyślała   zaniepokojona.   Nie   była   jeszcze   emocjonalnie 

przygotowana na kochanie się z nim.

Jednak, ku jej wielkiej uldze, Chase nie nalegał. Wstał i pomógł jej się 

podnieść.

– Odprowadź mnie do drzwi – poprosił.
–   Wiesz   co   –   powiedziała,   prowadząc   go   w   stronę   kuchni   –   dzisiaj 

ustanowiliśmy rekord. To był najdłuższy okres bez kłótni.

– Owszem. Może od tej pory zacznie się coś nowego.
– Może – zgodziła się.
– Wobec tego...
Nicole ze śmiechem położyła mu palec na ustach.
– Idź już, bo wszystko zepsujesz.

Następnego   ranka   w   pracy   Nicole,   nieobecna   duchem,   przebywała   w 

różowej krainie marzeń. Dopiero po przerwie obiadowej została gwałtownie 
przywołana do rzeczywistości. Nagle zobaczyła, że ktoś kręci się między 
regałami. Coś w jego zachowaniu wydawało się podejrzane. Niestety, akurat 
nie było Chase'a. Miał tego dnia ruchomy czas pracy, podzielony między 
ranek i popołudnie.

Nicole   była  już   skłonna   sądzić,   że   ma   zbyt  bujną   wyobraźnię,   kiedy 

zobaczyła, jak tajemniczy osobnik wyjmuje książkę z górnej półki, wsuwa 
coś między kartki, a następnie wkłada tom na miejsce.

A jednak! Stwierdziła, że musi natychmiast coś zrobić. Może do kogoś 

zadzwonić? Niestety, mężczyzna szybko ruszył ku wyjściu, a ona mu się 
nawet dokładnie nie przyjrzała. Nie pozostało nic innego, jak tylko iść za 
nim.

– Wychodzę na moment – rzuciła w pośpiechu, mijając biurko Michelle. 

– Zaraz wracam.

Wypadła na ulicę i rozejrzała się ostrożnie. Był! Szedł w stronę parku 

przeciwległą stroną ulicy. Szybko przebiegła jezdnię. Kilku przechodniów 

background image

zmierzało   w   tę   samą   stronę;   dzień   był   upalny,   a   parkowa   zieleń   kusiła 
chłodem.

Zachowując   stosowny   dystans,   podążała   za   podejrzanym   typem,   w 

nadziei, że zdoła wreszcie zobaczyć jego twarz. Sam opis pleców przestępcy 
z pewnością nie zadowoliłby detektywa Ellisa. Tymczasem śledzony skręcił 
za róg i zniknął za szpalerem bujnych bzów, którym park zawdzięczał swoją 
nazwę. Kiedy dobiegła tam, nie zobaczyła już nikogo.

background image

Rozdział 5

Nicole   bezradnie   rozejrzała   się   wokoło.   Mężczyzna   zapadł   się   jak 

kamień w wodę. W tej części ogrodu alejki były kompletnie puste. Jakim 
cudem mógł tak nagle zniknąć jej z oczu?

Kompletnie zdezorientowana rozważała właśnie tę kwestię, kiedy nagle 

ktoś złapał ją z tyłu i błyskawicznie wciągnął w gęstwinę krzaków. Brutalna 
dłoń zakryła jej usta, tłumiąc krzyk.

Nicole   zamarła   ze   strachu.   A   więc   ten   człowiek   nie   zniknął,   tylko 

zasadził się na nią, zorientowawszy się, że jest śledzony.

Trzymał ją w mocnym uścisku. Ze wstrętem poczuła mdłą woń taniej 

whisky i brudnych łachów. Zacisnęła powieki, usiłując zapanować nad sobą.

Spokojnie. Nie panikować. Trzeba uciekać.
– Tylko nie próbuj numeru z gryzieniem – zasyczał jej w ucho dziwnie 

znajomy głos.

Działo się coś strasznego. Ze strachu ma chyba przywidzenia. Przecież to 

jest głos Chase'a!

– Słyszysz mnie? – powtórzył nieznajomy, odwracając ją ku sobie, by 

mogła dojrzeć jego twarz.

Oczy. Te brązowe oczy, lekko opadające w kącikach. I usta. Przecież je 

całowała... Chase! Poczucie ulgi było tak wielkie, że dosłownie ugięły jej się 
kolana.

– Tylko mi tu nie mdlej – warknął.
Wciągnęła   głęboko   powietrze   i   skrzywiła   się,   gdy   nos  podrażniła   jej 

mdła, cuchnąca woń. Ubrany był jak najgorszy lump i tak też śmierdział.

Chase,   wyraźnie   zadowolony,   że   jego   zdobycz   nie   ma   zamiaru   ani 

zemdleć, ani krzyczeć, odsłonił usta Nicole. Zamiast tego mocno chwycił ją 
za ramiona.

–   Co   ty   sobie,   do   licha,   wyobrażasz?   –   wycedził   wściekle.   –   Mało 

brakowało,   żebyś   mi   wszystko   popsuła,   ty   idiotko!   –   Nie   wytrzymał   i 
potrząsnął nią gwałtownie. – Skąd ci przyszedł do głowy taki durny pomysł?

Patrzył na nią z tak nie ukrywanym oburzeniem, że biedna Nicole miała 

ochotę   zapaść   się   pod   ziemię   ze   wstydu   i   upokorzenia.   Wściekłość 
dosłownie gotowała się w jego głosie.

background image

– Zobaczyłam, jak wsuwasz coś do książki – wyjąkała. – Nie wiedziałam 

wtedy, że to ty. Widziałam tylko jakiegoś mężczyznę. Zaczęłam iść za tobą 
i...

– Nie musisz mi mówić, co robiłaś! Wchodziłaś mi w drogę!
– Skąd miałam wiedzieć, że to ty? – próbowała się bronić. – Chciałam ci 

tylko pomóc.

– Dziękuję za taką pomoc! Następnym razem może się to źle dla mnie 

skończyć.

Ostre słowa uderzały boleśnie jak ciosy, raniąc Nicole do głębi. Chase 

nieświadomie   dotknął   skrywanego   urazu.   Wina.   Kara.   Dwa   bliźniacze 
demony, które od lat torturowały jej sumienie. Mógł zostać zabity i byłaby 
to jej wina. O, Boże, nie, nie chcę być znów odpowiedzialna, kołatała jej się 
w głowie dręcząca myśl. Stary koszmar znów odżył na nowo.

Chase zdawał sobie sprawę, że jest okrutny – ale do diabła, przecież 

śledząc go w ten sposób, strasznie się narażała. Wolał sobie nie wyobrażać, 
co   by   się   stało,   gdyby   Nicole   rzeczywiście   trafiła   na   cwaniaka 
obstawiającego   nielegalny   zakład.   Albo   wręcz   na   członka   przestępczej 
bandy. Wszystko  mogło  się zdarzyć, choć  dotychczas gang nie stosował 
przemocy.

Ale szczur, zagoniony do kąta, atakuje. Czy ona w ogóle zdawała sobie 

sprawę, na co się naraża?

– Jeżeli dalej będziesz się tak głupio zachowywać, osobiście wsadzę cię 

za kratki – oznajmił.

– Zapewniam cię, że nie ma  potrzeby  – odpowiedziała, prostując się 

dumnie, by ukryć rozpacz. Głupie popisy, zaśmiała  się gorzko w duchu. 
Teraz widzisz, do czego prowadzi działanie bez myślenia.

– Proszę, pozwól mi odejść – dodała błagalnie.
W   tym   momencie   Chase   uświadomił   sobie,   jak   głęboko   ją   zranił.   Z 

bladej twarzy patrzyły na niego ogromne zielone oczy. Ich wyraz dosłownie 
poraził go. Spojrzenie  Nicole, tak zwykle żywe i ciepłe, stało  się puste, 
wyprane z wszelkich emocji. Po raz pierwszy widział ją w takim stanie.

Radosne wrzaski grupki dzieci bawiących się nie opodal odwróciły na 

moment jego uwagę. Natychmiast wykorzystała okazję. Wyślizgnęła się z 
jego ramion i pognała alejką, jakby ścigał ją sam diabeł.

Nie próbował jej zatrzymywać. W końcu nie mógł się dziwić, że uciekła. 

Przycisnął ja zbyt mocno – lecz nie miał wyjścia. Napędziła mu stracha; kto 

background image

by przypuszczał, że zacznie go śledzić?

Teraz,   kiedy   już   nieco   ochłonął,   musiał   z   niechęcią   przyznać,   ,   że 

zasłużyła na podziw. Trzeba mieć odwagę i bystry umysł, żeby nie zgubić 
przeciwnika.   Dobrze   jej   szło,   była   ostrożna   i   zachowywała   dystans. 
Niejeden nawet nie zauważyłby, że jest śledzony. Ale on wiedział.

Dziwne...   Jakim   cudem  kobieta   o   takim  stylu   i  sposobie   bycia   może 

nagle wejść w rolę wyszkolonej agentki? Pomimo całej złości na Nicole, 
musiał przyznać, że była odważna. Niepokojący natomiast był fakt, że do 
tego stopnia ogarnęła go wściekłość.

Na samą myśl, że Nicole może coś zagrażać, czuł lodowaty ucisk koło 

serca.   Dopóki   na   jej   widok   krew   wrzała   mu   w   żyłach,   łatwo   mógł 
wytłumaczyć swoje uczucia. Ale paniczny lęk o tę kobietę był sygnałem 
czegoś   o   wiele   poważniejszego.   Zaangażowania.   Głębokiego 
zaangażowania. Wreszcie stało się to, czego się obawiał. Niesamowite! I 
wbrew pozorom nie rozpaczał tak, jak uczyniłby to kilka tygodni temu.

Nie da się ukryć. Wpadł. Po uszy.
Zachwycające. Nie tylko stracił szansę nakrycia jednego z przestępczych 

ptaszków, lecz zapewne podpadł na dobre Nicole. Trudno, później z nią 
porozmawia. Teraz czeka go robota.

– I co, udało ci się? – zapytał Eddie.
–   Tak,   bez   problemu   –   odparł   Leo.   –   Opracowałem   harmonogram 

przyjmowania zakładów i system przekazów.

– A ten nowy facet się pokazał?
– Jaki facet?
– Nowy klient. Miał podać stawkę... poczekaj.
– Eddie szybko przewertował plik trzymanych w ręce karteczek. – Tak, 

zostawił wiadomość.

– Interes się rozwija – zauważył Leo.
–   Mowa!   Przeniesienie   kontaktów   do   tej   biblioteki   było   dobrym 

posunięciem. W poprzednim miejscu zaczęli już coś podejrzewać. W porę 
ich wyczułem.

Mówię ci, mam nosa do tych spraw. Istny szósty zmysł.
–   Czytałem   ostatnio   interesującą   książkę   o   postrzeganiu 

pozazmysłowym.

– Daj spokój, to mnie nie interesuje. Stanowczo za dużo czytasz i to jest 

background image

twoja podstawowa wada.

Powinieneś używać życia, a nie czytać o nim w książkach.
– Ten rodzaj pracy, który mi zleciłeś, dostarcza wystarczających emocji.
– Czyżbyś narzekał?
–   Nie,   skąd   –   skwapliwie   zaprzeczył   Leo.   –   Tak   sobie   tylko 

powiedziałem.

– Bo wiesz, jest jeszcze cała masa ludzi, którzy z chęcią podjęliby się tej 

roboty. Nie musiałem brać ciebie.

– Zdaję sobie sprawę.
– Gdybyś nie był krewnym mojej żony...
– Więc możesz mi zaufać – szybko wtrącił Leo.
– Trzeba dostrzegać także i dobre strony.
– To już pozostawiam tobie. Sam muszę pilnować forsy.

Nicole wróciła do biblioteki, gdzie natychmiast zamknęła się w toalecie. 

Pochwyciwszy mydło zaczęła dokładnie szorować ręce, by zmyć nieznośną 
woń   whisky.   Wreszcie   spryskała   twarz   zimną   wodą   i   zaciskając   z 
wściekłością zęby, nakazała sobie spokój.

Trzymając   się   kurczowo   krawędzi   umywalki,   usiłowała   stłumić 

rozpaczliwy   szloch.   Okłamywała   samą   siebie.   Chase   potraktował   ją   jak 
przelotną znajomość. Nic go nie obchodziła. Kiedy weszła mu w drogę i 
popsuła szyki, skończyły się sentymenty.

Mało tego, naraziła go na niebezpieczeństwo. Każdy mężczyzna na jego 

miejscu   byłby   wściekły.   Sama   była   wściekła   na   siebie.   Czy   nigdy   nie 
zmądrzeje?

Na pocieszenie próbowała sobie wmówić, że w porę została przywołana 

do porządku, nim jeszcze sprawy z Chase'em zaszły za daleko. Kto wie, 
jakie jeszcze głupstwa mogłaby popełnić...

Z ogromnym wysiłkiem zmobilizowała się, by wyjść z łazienki i pokazać 

się zaintrygowanym pracownikom.

– Dobrze się czujesz? – zapytała z troską Michelle.
– Tak szybko stąd wypadłaś, a teraz wróciłaś i źle wyglądasz.
–   To   prawda,   nie   czuję   się   dobrze   –   przyznała   Nicole   z   bladym 

uśmiechem. – Głupio zrobiłam biegając po mieście w taki upał.

Rzeczywiście nie czuła się najlepiej, jednak bohatersko postanowiła nie 

poddawać się ponurej rozpaczy. Obsługiwała klientów niezwykle sumiennie, 

background image

zarzucając   ich   nadmiarem   informacji.   Wytężona   praca   stała   się   dla   niej 
jedyną ucieczką od dojmującej pustki i żalu.

Kiedy jednak wróciła do domu, przeżycia całego dnia i tłumione emocje 

doszły   do   głosu   z   całą   siłą.   Zaledwie   zamknęła   za   sobą   drzwi,   zaczęła 
spazmatycznie szlochać.

Jak ślepiec weszła po schodach do sypialni, zrzuciła ubranie i poszła 

wziąć długi, gorący prysznic. Łzy mieszały się ze strumieniami wody.

Później włożyła miękką bawełnianą domową suknię i powoli zeszła na 

dół, by na wszelki wypadek sprawdzić zamki. Teraz, kiedy nie miała już 
czym płakać, czuła się pusta jak wyrzucona przez morze muszla. Nie chciała 
widzieć tego człowieka. Ani dziś, ani jutro. W ogóle. Szkoda, że muszą 
jeszcze razem pracować...

Kiedy weszła do kuchni, zobaczyła stojącego tam Chase'a. Zamknięte 

drzwi   nie   stanowiły   widać   dla   niego   przeszkody.   Ubrany   był   w   swój 
firmowy   strój:   czarną   koszulkę,   skórzaną   kurtkę   i   seksowne   dżinsy   z 
dziurami, w których widziała go po raz pierwszy w biurze Strauda.

– Zabieraj się stąd. – Głos Nicole mroził lodem.
Chase nie należał jednak do mężczyzn, którzy łatwo się zniechęcają.
– Musimy porozmawiać – oświadczył.
–   Chciałeś   powiedzieć:   musimy   sobie   nawymyślać   –   poprawiła   go 

lodowatym tonem, gwałtownym ruchem zaciskając pasek sukni. – Zdaje się, 
że ostatnio sobie ulżyłeś.

Chase nie oczekiwał, że Nicole przyjmie go w pogodnym nastroju, ale 

nie spodziewał  się  aż takiego chłodu i dystansu. Znał tylko jedną drogę 
przełamania   tego   muru   obojętności   –   doprowadzenie   jej   do   wściekłości, 
pasji, tak, by wreszcie zaczęła z nim rozmawiać. Krzyczeć, wymyślać... – 
wszystko było lepsze, niż to oskarżycielskie, milczące spojrzenie.

– To, co zrobiłaś dzisiaj, było bardzo głupie – stwierdził.
– Już mi o tym mówiłeś – odpowiedziała obojętnym tonem.
– Ale nie wiem, czy to w ogóle do ciebie dotarło.
– W porządku, dotarło. A teraz idź.
– Nie pójdę, dopóki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.
– Dobrze, w takim razie zostań, a ja wyjdę.
–   Mówiąc   to,   skierowała   się   w   stronę   frontowych   drzwi.   Nagle 

uświadomiła   sobie   jednak,   że   nie   jest   ubrana   do   wyjścia   i   zawróciła   z 
wahaniem, zamierzając pójść do sypialni.

background image

Chase błyskawicznie wykorzystał okazję i zagrodził jej drogę.
– Nicole, reagujesz zbyt emocjonalnie.
Zesztywniała.
–   Zbyt?   A   jak   mogę   reagować   po   tym,   jak   mnie   napadłeś,   a   potem 

zrobiłeś mi awanturę i...

– Nie zrobiłem awantury – przerwał jej szybko, zadowolony, że wreszcie 

pokazała swój dawny, ognisty charakter. – Trochę na ciebie pokrzyczałem, 
to   wszystko.   Strasznie   byłem   zdenerwowany   z   twojego   powodu.   Straud 
powiedział, że mnie zabije, jeśli spadnie ci choć włos z głowy.

– Zapewniam, że ani ty, ani twój szef nie musicie się o mnie martwić – 

wycedziła.   –   Obiecuję,   że   będę   grzeczną   dziewczynką,   pracowicie 
wysiadującą w bibliotece za stosami książek.

Postanowił wypróbować inną taktykę.
– Słuchaj, ja naprawdę mogę zrozumieć, dlaczego tak zrobiłaś. Wiem, że 

chciałaś   mi   pomóc   i   zdaję   sobie   sprawę,   że   trochę   za   mocno   cię 
przycisnąłem.

– Trochę!
– Za bardzo się zdenerwowałem.
– Nie dziwię się, skoro szef zagroził, że oberwiesz, jeśli coś mi się stanie 

– szydziła.

– Nie, dlatego, że ja sam się o ciebie martwiłem.
Cholernie   się   martwiłem.   Zależy   mi   na   tobie,   dziewczyno!   Nie 

rozumiesz tego? – zawołał, wytrącony z równowagi oskarżycielskim tonem 
Nicole.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– I w ten sposób dajesz komuś do zrozumienia, że ci na nim zależy? 

Drąc się na niego?

– Tak – spojrzał jej prosto w oczy.
– Zresztą wszystko jedno – odwróciła wzrok.
– Wcale nie, do cholery! – wykrzyknął i pochwycił ją w ramiona.
Łatwiej   byłoby   jej   oprzeć   się   zmysłowej   pasji   jego   pocałunków   niż 

czułości, z jaką dotknął wargami jej ust. Czar znów zaczynał działać.

Lecz nie była już zdolna mu wierzyć. I nie mogła sobie pozwolić na 

kolejną chwilę zapomnienia.

– Nie! – wyrwała mu się nagle. – Nie, drugi raz mi tego nie zrobisz. Tym 

razem nie uda ci się omamić mnie tak, bym zapomniała, jak się nazywam.

background image

– Zgoda, skrzywdziłem cię – burknął. – I przepraszam za to. Ale czy nie 

możesz   zrozumieć,   że   byłem   tak   cholernie   zdenerwowamy,   ponieważ 
martwiłem się o ciebie? Kiedy ochłonąłem, sam zrozumiałem bezsens tych 
krzyków.   I   jeśli   chcesz   wiedzieć,   muszę   sprawiedliwie   przyznać,   że   cię 
podziwiam. Zaskoczyłaś mnie, wiesz? Nie spodziewałem się po tobie tak 
spontanicznego zachowania.

– Raczej głupiego, jak to sam określiłeś.
–   Zachowałaś   się   lepiej,   niż   ktokolwiek   inny   na   twoim   miejscu. 

Utrzymywałaś odległość, kryłaś się...

– Właśnie, powinnam skryć się gdzieś – przerwała mu gorzkim tonem. – 

Przed tobą, przed tymi wszystkimi problemami.

– Takie nastawienie nie pasuje do kogoś o twoim temperamencie. Ty 

angażujesz się we wszystko całą duszą i nie należysz do osób, które zajmują 
miejsca w tylnych rzędach. Nie masz zwyczaju oddawać pola bez walki. 
Dlatego zastanawiam się, dlaczego wtedy tak się poddałaś... nie dziwiłbym 
się nawet, gdybyś walnęła mnie na odlew, czy coś w tym stylu. Tymczasem 
popatrzyłaś na mnie tymi swoimi wielkimi zielonymi oczami z rozpaczą, jak 
skrzywdzone dziecko.

– Proszę, proszę, nawet czujesz się winny! Daj sobie z tym spokój – 

wykrzyknęła.

–   Nie   czuję   się   winny,   tylko   chciałbym   wiedzieć,   dlaczego   tak 

zareagowałaś. Chcę zrozumieć.

– Przez ciebie czuję się jak nieostrożne dziecko, które wszystko może 

popsuć, a to mi się nie podoba.

Kiedy ma  się do czynienia z kimś takim jak ty, stale chodzącym po 

niebezpiecznej   linie,   trzeba   uważać,   żeby   ci   nie   przeszkodzić.   Jeszcze 
mógłbyś spaść.

– Spaść i tym samym wypaść na zawsze z twojej orbity, co?
Natychmiast odeszła mu ochota do żartów, kiedy zobaczył nagły grymas 

cierpienia na twarzy Nicole.

– Tak już się kiedyś stało – szepnęła.
– O czym ty mówisz?
– Ostatni raz, kiedy zachowałam się głupio i nieostrożnie, mężczyzna, 

którego   kochałam,   zginął.   Nie   patrz   na   mnie   z   takim   niedowierzaniem. 
Mówię prawdę.

Albo coś, co wydaje ci się tylko prawdą, skomentował w myśli Chase, 

background image

wiedząc   z   doświadczenia,   jak   emocje   mogą   ubarwiać   fakty,   nadając   im 
wymiary głębsze niż w rzeczywistości.

– Opowiedz mi, co się stało – poprosił.
Nicole wzdragała się przed opowiadaniem o Johnnym, lecz rozumiała, że 

dłużej nie może ukrywać swojej przeszłości przed Chase'em. Zaczęła mówić 
szybko, by mieć już to za sobą.

– Poznałam go na uczelni. Też był dziki i swobodny, jak ty. Kochał 

smak ryzyka. Ja nie byłam dla niego wyzwaniem – z miejsca nieprzytomnie 
się w nim zakochałam.

Byliśmy ze sobą trzy lata – słowa Nicole biegły teraz dużo szybciej. – 

Johnny miał  naturę buntownika – we wszystkim,  co robił, była szczypta 
szaleństwa.

Przy tym nic nielegalnego, żadnych narkotyków. Po prostu brał życie 

garściami i ciągle się sprawdzał.

I   któregoś   dnia   posunął   się   za   daleko.   Dosiadł   swojego   harleya, 

uśmiechnął się do mnie i obiecał, że pokaże mi nowy, fantastyczny numer. 
Chciał się popisać, zaimponować mi. Ale coś się stało...

Nicole   zacisnęła   nagle   powieki,   po   czym   rozwarła   je   i   niewidzącym 

spojrzeniem   wpatrzyła   się   w   pogodny   morski   pejzaż,   zdobiący   ścianę 
salonu. Łatwiej przyszło jej powstrzymać łzy.

– Motor roztrzaskał się, a Johnny zginął na miejscu.
Na moich oczach – dokończyła ze ściśniętym gardłem.
–   A   więc   tak   to   było.   Och,   kochana...   –   Głos   Chase'a   wibrował 

współczuciem. – Chodź do mnie – poprosił, opiekuńczo otwierając ramiona.

Zawahała   się   jednak   w   obawie   przed   odsłonięciem   się   i   kolejnym 

bolesnym rozczarowaniem. Zranił ją głęboko, choćby nawet nieświadomie. 
Kiedy   jednak   spojrzała   w   wyraziste   brązowe   oczy,   przyzywające   ją 
obietnicą   pocieszenia   i   uzdrowienia,   z   wahaniem   dała   jeden   krok   do 
przodu...   potem   drugi,   aż   znalazła   się   w   silnych   ramionach   mężczyzny. 
Chase   przycisnął   Nicole   do   serca   z   całej   siły,   łagodnie   kołysząc   ją   w 
objęciach jak dziecko.

– I od tamtej pory stale masz poczucie winy?
– zapytał szeptem.
– Nie rozumiesz tego? – odparła zdławionym głosem, który rozdzierał 

mu serce. – Przecież mogłam go jeszcze zatrzymać, a nie zrobiłam tego. 
Dlatego, kiedy dzisiaj w parku powiedziałeś mi, że mógłbyś zginąć przeze 

background image

mnie...

Chase zaklął pod nosem.
– Powiedziałem to w złości. Każdy mężczyzna zareagowałby tak, gdyby 

kobieta,   na   której   mu   zależy,   napędziła   mu   stracha.   Nie   traktuj   tego 
dosłownie.

– Wiem, że tak myślałeś.
– Dobrze, przez moment... albo inaczej – byłem tak wściekły, że mogłem 

to   pomyśleć...   Do   diabła,   a   skąd   miałem   wiedzieć   o   twojej   przeszłości! 
Gdybyś opowiedziała mi  o sobie wcześniej, nigdy nie wypowiedziałbym 
tych słów – wyrzekł poważnym tonem, unosząc twarz Nicole ku górze, by 
spojrzeć jej w oczy. Po raz pierwszy słowa wydały mu się niepotrzebne. 
Zapragnął zastąpić je czułością pocałunków. Tylko tą drogą mógł wyrazić 
nową, nieznaną potrzebę, którą obudziła w nim Nicole – potrzebę bliskości, 
opiekuńczości, troski.

Dziewczyna natychmiast wyczuła, że wkroczyli w inny, głębszy wymiar 

ich związku. Wcześniejsze, czysto fizyczne doznania zakotwiczone zostały 
teraz w potężnym nurcie emocji. Z radosną łatwością odszyfrowała ukryty 
przekaz.   Wargi   Chase'a   precyzyjnymi   pociągnięciami   rysowały   dokładną 
mapę   jej   twarzy   –   a   kiedy   dotarły   w   okolicę   ust,   Nicole   zamarła 
wyczekująco. Teraz ich pocałunek nasycony był bogactwem prawdziwych 
uczuć: bólu, radości, bliskości, zrozumienia, potrzeby, pragnienia.

Tak jak dawniej, Nicole spodziewała się gwałtowności i pożądania, lecz 

tym razem Chase upajał się powolną grą pieszczot. Obejmował ją lekko, jak 
gdyby dotyk fizyczny stał się jedynie dodatkiem do emocjonalnych więzów, 
łączących ich w o wiele silniejszym uścisku. Nicole z wolna przysunęła się 
bliżej, w milczeniu napawając się łatwością, z jaką ich ciała dopasowywały 
się do siebie, na podobieństwo dwóch kawałków skomplikowanej układanki.

Tu   właśnie   chciała   być   –   w   jego   ramionach.   Tam   było   jej   miejsce, 

przeznaczone   tylko   dla   niej.   Nigdy   przedtem   nie   doświadczała   takiego 
poczucia akceptacji. Teraz wiedziała już jasno, czego pragnie.

– Nie tutaj – wyszeptała cichutko.
– Nie? – jęknął, lecz rozluźnił uścisk.
– Nie, nie, chodźmy na górę.
– Na górę? – Uniósł głowę, by spojrzeć Nicole w oczy. Niezachwiana 

pewność, jaką w nich dojrzał, zaparła mu dech w piersiach.

– Na górę – potwierdziła z uśmiechem, muskając lekko wargami jego 

background image

usta.

Żadne z nich nie chciało zerwać uścisku, więc posuwali się ku schodom 

śmiejąc się i całując bez przerwy.

U szczytu schodów Chase porwał Nicole na ręce i poniósł ku sypialni. 

Spanie było już przygotowane wcześniej. Paląca się nocna lampa rzucała 
ciepły   krąg   blasku   na   niebiesko-białą   pościel,   zapraszająco   rozesłaną   na 
antycznym łożu.

Chase złożył swoje brzemię na świeżych prześcieradłach tak troskliwie, 

jak gdyby powierzał im najbardziej cenny i kruchy skarb. Nim głowa opadła 
Nicole na poduszki, zdążyła jeszcze pomyśleć o emocjonalnych upadkach i 
wzlotach,   jakich   zdążyła   doświadczyć   tego   dnia.   Trudno   było   sobie 
wyobrazić, że jeszcze dwie godziny temu, w tym samym pokoju dręczył ją 
ból rozpaczy. Teraz znów tu jest, przejęta rozkosznym dreszczem radosnego 
oczekiwania.

Chase   usiadł   obok   i   pochylił   się   ku   niej,   by   odgarnąć   pasmo 

jedwabistych   jasnych   włosów   z   jej   twarzy.   Jego   ręka   nie   zaprzestała 
pieszczot. Palce zsunęły się wzdłuż policzka, dotykając czule kącika warg, 
które rozchyliły się w oczekiwaniu.

Z   wolna,   z   rozmysłem   mężczyzna   zaczął   delikatnie   dotykać   jej   ust 

wargami, budząc tlące się pożądanie. Po chwili ujął jej dłoń w swoją, aż 
palce splotły się z drżącymi palcami Nicole.

– Zdenerwowana? – szepnął cichym, uwodzicielskim tonem.
– Zachwycona – poprawiła go stłumionym szeptem.
– Cudownie. – Uniósł jej rękę do ust i nęcąco połaskotał językiem jej 

wnętrze. – To samo mogę powiedzieć o sobie. Ale lepiej nie wierz mi na 
słowo.

Sama sprawdź.
Spodziewał   się   wahania;   sądził,   że   będzie   potrzebna   zachęta   – 

tymczasem Nicole znów go zaskoczyła. Błyskawicznym ruchem ściągnęła 
mu czarną koszulkę i cisnęła ją na rzeźbione zwieńczenie łoża. Zachłannie 
przyciągnęła   go   ku   sobie   i   popchnęła,   aż   rozciągnął   się   jak   długi   na 
materacu. Zamruczał z ukontentowania, kiedy zaczęła okrywać jego nagi 
tors szybkimi pocałunkami, od szyi po pępek.

Jej   ręce   również   nie   próżnowały,   wsuwając   się   w   prowokacyjnie 

rozmieszczone rozdarcia dżinsów i myszkując tam ciekawie.

– Hej, czy ty wiesz, co robisz? – wykrztusił.

background image

– Owszem, uwodzę ciebie. I mam nadzieję, że dobrze mi idzie. – Rzuciła 

mu   łobuzerskie   spojrzenie,   wsuwając   głębiej   rękę   w   szczególnie 
strategicznie położoną dziurę.

Uśmiechnął się, przymykając z lubością oczy.
– Och, skarbie, idzie ci aż zbyt dobrze...
Kiedy podstępna dłoń zawędrowała zbyt daleko, Chase zatopił palce we 

włosach Nicole i przyciągnął jej głowę ku sobie, drugą ręką gorączkowo 
szarpiąc się z paskiem sukni.

Już miał okryć pocałunkami skrawek jedwabistej skóry, który wyłonił 

się z fałd materiału, kiedy nagle przypomniał coś sobie i usiadł sztywno na 
łóżku.

– O, nie!
– Co się stało? – spytała zdyszanym głosem.
Z zakłopotaniem potarł ręką czoło.
– Nie przypuszczałem... kiedy do ciebie szedłem, nie planowałem, że 

będziemy to robić... i nie zabezpieczyłem się.

Nicole rozczuliło to nieporadne tłumaczenie.
– Na szczęście ja się zaopatrzyłam – mruknęła, sięgając do szuflady po 

pudełko   prezerwatyw,   które   nabyła   po   tamtym   wieczorze,   kiedy   Chase 
odliczał pocałunki.

– Dobrze, skoro już tę sprawę mamy z głowy, przypomnij mi, na czym 

skończyliśmy.

– Tu – dotknęła nasady swojej szyi.
– Osobiście sądzę, że raczej tu. – Powiódł ustami ku okrągłości piersi, a 

potem obrócił Nicole ku sobie i pracowicie zaczął rozpinać rząd drobnych 
perłowych   guzików.   Czynił   to   z   wolna,   celebrując   odsłonięcie   każdego 
kolejnego skrawka ciała pocałunkiem.

Nicole   napawała   się   cudownym   uczuciem   rozkoszy.   Kiedy   uniosła 

ramiona, by ściągnąć rękawy, Chase pochylił głowę i przyssał się wargami 
do różowego sutka jej piersi.

Płomień pożądania rozpalił się nagle i ciało Nicole drżąc wygięło się w 

łuk. Chase, nie chcąc pozbawiać pieszczoty drugiej piersi, ujął w dłoń jej 
krągłość, gładząc kciukiem rozpaloną skórę.

Rozkoszny   dreszcz   w   ciele   Nicole   sięgnął   zenitu;   wówczas   przeniósł 

usta na lewą pierś, tam, gdzie jak oszalałe biło serce.

Stopniowo czuły dotyk palców zaczął schodzić ku brzuchowi i udom, ku 

background image

miejscu,   gdzie   najbardziej   był   oczekiwany.   Cienkie   jedwabne   figi   nie 
stanowiły przeszkody dla podniecającej pieszczoty.

Nieznośny żar ogarnął Nicole, jakby zbliżała się ku rozpalonemu jądru 

Słońca. Płonęła. Nie mogła już dłużej czekać.

Nagle wszystko uległo przyspieszeniu. Nawet nie wiedziała, kiedy Chase 

pozbył się resztek ubrania. Niepostrzeżenie zniknęły też jej majtki.

Wstał   na   moment,   by   się   zabezpieczyć,  a   potem   bez  chwili   wahania 

wszedł   w   nią,   powoli   i   delikatnie,   czekając,   aż   otworzy   się   przed   nim 
całkowicie.

Przyjęła go z niecierpliwością, rozchylając uda i mocno przyciągając go 

do siebie rękami.

Chase, kołysząc się w rytmie, jaki dyktowało im narastające pożądanie, 

wpatrywał się w Nicole, z radosną satysfakcją śledząc wyraz ekstazy, który 
przebijał spod gorączkowego rumieńca. Nagły wewnętrzny skurcz jej ciała 
wyrwał mu z ust jęk bolesnego zachwytu. A kiedy poczuł, że jej biodra 
zaczynają poruszać się zgodnym rytmem, wszystko przestało być ważne – 
oprócz jednego celu.

Nicole zsunęła ręce po lśniących od miłosnego potu plecach mężczyzny i 

jeszcze mocniej przyciągnęła go do siebie, pragnąc być z nim blisko, jak 
najbliżej   w   cudownym   momencie   spełnienia.   Nie   istniały   już   słowa, 
rozpierzchły się myśli. Mogła tylko czuć, czuć, i – ach, jak bardzo czuć!

– Zrobiliśmy to – mruknęła leniwie.
– Tak, zrobiliśmy.  – Ciepłe męskie  ramię,  na którym spoczywała jej 

głowa, rezonowało niskim tonem jego głębokiego barytonu. – Nie żałujesz, 
prawda? – zapytał.

– Jeszcze nie wiem – odparła z całą szczerością.
– Jest tyle rzeczy, których nie wiem... o tobie.
– A co chciałabyś wiedzieć?
Nicole położyła rękę na piersi Chase'a,  by poczuć  uspokajający  rytm 

jego serca.

– Wszystko...
– Och, to trudna sprawa.
– Czy wiesz, że nawet nie wiem, gdzie mieszkasz?
Przychodzisz do biblioteki przebrany za Alvina, potem pojawiasz się w 

mojej kuchni – tajemniczy człowiek znikąd – i całujesz mnie, po czym znów 
znikasz.

background image

– Teraz nie zniknę.
– Jeszcze nie – podkreśliła, zerkając ku niemu.
–   Och,   kobieto   małej   wiary   –   zamruczał   i   uśmiechnął   się   do   niej, 

przekrzywiając głowę.

W tym momencie Nicole uświadomiła sobie, jak niewiarygodny pociąg 

czuje do tego mężczyzny. Pokochała go całym sercem, a właściwie nic o 
nim nie wiedziała. Nie znała nawet jego adresu ani telefonu – lecz kochała 
go i nic poza tym nie było ważne.

– Dlaczego tak patrzysz na mnie? – zapytał Chase.
Bo właśnie uświadomiłam sobie, że cię kocham, odpowiedziała mu w 

myśli.   I  zastanawiam   się,   czy   kiedy   mówiłeś,   że   zależy   ci   na   mnie,   też 
myślałeś o miłości...

– Po prostu patrzę – powiedziała głośno.
– I próbujesz mnie rozgryźć, tak? – domyślił się bystro, leniwym gestem 

przesiewając jedwabiste włosy Nicole przez palce.

– Coś w tym stylu.
–   Urodziłem   się   trzydzieści   cztery   lata   temu   w   południowej   części 

Chicago.

– I? – ponagliła.
 I – rozłożył ręce szerokim gestem – oto mnie masz!
– Dobrze, dobrze. – Wskazującym palcem wykreśliła prostą linię wzdłuż 

jego piersi. – Ty wiesz wszystko o mojej romantycznej przeszłości, a ja nic 
nie wiem o twojej. Byłeś kiedyś żonaty? Zaręczony?

– Nie. Tak.
– Zaręczony? – Nagle zaprzestała karesów. Ukłucie zazdrości, jakiego 

doświadczyła   na   widok   Chase'a   flirtującego   z   chichocącymi   małolatami, 
było niczym w porównaniu ze wstrząsem, jakiego doznała teraz.

– I co się stało?
– Były między nami nieporozumienia co do mojej pracy. Ona chciała, 

żebym zajął się polityką, a ja się nie zgadzałem. Wcale się nie przejęła moją 
odmową.

Miała bogatego tatusia, który postanowił pociągnąć kilka sznurków, by 

spowodować   zwolnienie   mnie   z   policji.   Na   szczęście   w   porę   się 
zorientowałem.

–   Nie   mogła   cię   dobrze   znać,   skoro   sądziła,   że   mógłbyś 

przekwalifikować się na polityka.

background image

– Czy aby nie powinienem się poczuć obrażony?
– spytał chłodnym tonem.
Nicole wsparła się na łokciu i z powagą popatrzyła mu w oczy.
– Nie. Nie zrozum mnie źle, ja nie twierdzę, że nie nadajesz się do roli 

polityka,   bo   z   powodzeniem   mógłbyś   ją   grać,   gdybyś   chciał.   Uważam 
jedynie, że jesteś zbyt niezależny, zbuntowany – w ogóle niezbyt pasujesz 
do tego światka.

– Tym razem wyczuwam komplement. Poza tym masz rację, ona słabo 

mnie znała.

– Ale sam przyznaj, że tak naprawdę nie pozwalasz, by ktoś cię poznał – 

zauważyła spokojnie. – I zastanawiam się, dlaczego.

– No, zgaduj. Lubię trzymać cię w niepewności.
Odpowiedź utwierdziła tylko Nicole w przekonaniu, że Chase nie jest 

człowiekiem, do którego łatwo dotrzeć. Skazana była na własne domysły, 
wiedząc, że sam z siebie nic jej nie powie. Pozostało tylko przeprowadzić 
małe przesłuchanie.

– Nadal nic nie wiem o twoim życiu poza pracą – stwierdziła.
– Nie mam swojego życia poza pracą.
– Ale musisz chociaż gdzieś mieszkać.
–   Owszem,   mam   mieszkanie.   Służy   mi   tylko   do   spania.   Nie   jestem 

pewien, czy mógłbym powiedzieć, że tam „mieszkam".

Obydwie odpowiedzi dały Nicole wiele do myślenia.
– Co sprawiło, że poszedłeś do policji? – drążyła dalej.
– Lubiłem się przebierać.
Z irytacją potrząsnęła go za ramię.
– Nie żartuj sobie!
– Mówię serio. Oczywiście przede wszystkim pragnąłem zbawiać świat 

– wyznał skromnie. – Ale niezależnie od tego mam ciągotki aktorskie.

– Zauważyłam.
– Mój tatuś też zauważył i dlatego pewnego dnia powiedział mi: „Synu, 

z twoim talentem możesz zostać albo gliną, albo aktorem". Zdecydowałem 
się na policjanta, bo to bardziej pewna posada. Miałem wtedy chyba pięć lat.

Wiedziała, że Chase potrafi sobie żartować nawet w sprawach dla niego 

ważnych. Niełatwo było zmusić go do poważnej rozmowy.

–   Twój   ojciec   prowadził   klasę   teatralną   w   szkole,   tak?   –   spytała, 

pamiętając, że wspomniał kiedyś o tym.

background image

– Owszem.
– Mój ojciec też pracował w szkole. Był nauczycielem historii. Teraz jest 

na emeryturze.

– Zadziwiające – stwierdził nieoczekiwanie Chase.
– Co, że mój ojciec nie jest już młody?
– Nie, to, że był nauczycielem. Sądząc po twoim szyku i stylu mógłbym 

się spodziewać, iż jesteś córką bankiera albo kogoś takiego. Głowę bym dał, 
że urodziłaś się ze srebrną rodową łyżeczką w buzi.

– Skądże, pochodzę z bardzo średniej klasy.
– Mogłabyś z powodzeniem pochodzić z bardzo wysokiej. – Uśmiechnął 

się, muskając jej pierś palcami.

Nagle   zmarszczył   brwi,   dostrzegając   zaczerwienione   zadrapanie   na 

ramieniu Nicole.

– Kiedy to się stało? Teraz? – zapytał.
–   Nie,   wcześniej.   Wiesz,   w   krzakach...   –   Zamilkła,   nie   chcąc 

kontynuować drażliwego tematu.

–   O,   przepraszam.   Powinienem   się   liczyć   z   tym,   że   możesz   mnie 

zobaczyć i nabrać podejrzeń.

– Wcale cię nie winię – zapewniła. – Świetnie grałeś swoją rolę i nie 

domyśliłabym się, że to ty.

–   Słowo   daję,   powinienem   ustalić   dla   ciebie   specjalne   wytyczne,   na 

wypadek gdybyś znów dostrzegła coś podejrzanego pod moją nieobecność. 
Zresztą, mówiłem ci już przedtem, żebyś w takich sytuacjach dzwoniła do 
Strauda – powiedział, poważniejąc nagle.

– I nie byłabym w stanie powiedzieć mu nic poza tym, że jakiś dziwny 

osobnik włożył coś do książki.

Gdyby zaś się pojawił, mógłby tak samo popsuć twoją operację „Żądło". 

Bo,   jak   rozumiem,   zamierzałeś   sprowokować   gang   do   działania, 
podszywając się pod jednego z ich klientów.

– Tak wszystko ukartowałem, lecz podejście zostało spalone.
– Przeze mnie.
– Sam jestem też winien. Przesadziłem. Powinienem po prostu zgubić 

cię, zamiast zaczajać się w krzakach i wyrządzać ci krzywdę – stwierdził, 
czule całując zadrapane miejsce.

– Po prostu nie rób już tego więcej – szepnęła.
– Nie? – zapytał z udawanym rozczarowaniem.

background image

– A myślałem, że lubisz moje pocałunki.
Karcąco trzepnęła go palcami po wargach.
– Detektywie Ellisie, przywołuję cię do porządku.
Miałeś opowiedzieć mi o sobie. Dalej, zaczynaj.
– Czy opowiadałem ci, jak któregoś lata ustawiałem znaki drogowe? – 

zaczął.   –   Wiesz,   chodziło   o   te,   które   widzisz   na   szosie.   Na   przykład 
ostrzegawcze.

Powiódł dłonią po okrągłości jej piersi.
– O, chociażby tu – postawiłbym znak „stromy spadek".
Posuwał się dalej, ku talii.
– Tu konieczne byłoby „zwężenie drogi".
–   A   tu...   –   drażniącym,   uwodzicielskim   ruchem   sunął   w   dół   – 

„pierwszeństwo przejazdu".

Szybko dotarł do celu i ugrzązł w ciepłej, wrażliwej miękkości, mrucząc 

coś   o   „śliskiej   nawierzchni".   Wirtuozeria   jego   palców   wywołała   w   ciele 
Nicole wibrujący rezonans. Spazmatycznie wyszeptała jego imię,  targana 
erotycznymi dreszczami.

– I wreszcie – szepnął, ogarniając ją gorącym spojrzeniem – wjeżdżamy 

na Autostradę do Nieba.

Wszedł w nią gwałtownie, przenikając jej ciało pulsującą mocą swego 

pożądania, lecz zatrzymał się na samym progu rozkoszy, pozwalając Nicole 
przejść na drugą stronę.

Sam chciał więcej. Chciał posiadać ją całkowicie szaloną, niepomną na 

nic, dziką.

Dlatego   wstrzymywał   się   i   czekał,   aż   błogość   ogarnie   ciało   Nicole. 

Kiedy   ponownie   zaczął   wspinać   się   na   szczyt,   spazmatyczne   oddechy   i 
bezbrzeżne   pożądanie   w   jej   oczach   powiedziały   mu,   że   za   chwilę   znów 
będzie gotowa.

Ostre   kobiece   paznokcie,   wczepione   w   jego   plecy,   sprawiały   mu 

rozkoszny   ból.   Roztętniony   puls   obojga   narzucał   coraz   szybsze   tempo. 
Jeszcze, jeszcze...

Poczuł to! Wyładowanie energii. Gorąco. Olśniewający błysk. Eksplozje.
Był   niezwyciężony.   Cały   świat   leżał   u   jego   stóp.   Ona   to   sprawiła. 

Triumfalnemu   okrzykowi   mężczyzny   towarzyszył   pełen   błogiego 
zadowolenia uśmiech kobiety.

Kiedy już legli zmęczeni,  tuląc się w ramionach,  Nicole wymruczała 

background image

leniwie:

– Nigdy już nie będę mogła patrzeć normalnie na znaki drogowe.

–   Nicole,   jesteś   dzisiaj   w   znakomitym   humorze   –   zauważyła   Anna 

następnego ranka.

– Zawsze mam dobry humor.
–   Ale   nie   aż   tak   dobry.   Najlepszy   dowód,   że   kiedy   mówię   ci,   iż 

sześćdziesięciu pięciu szóstoklasistów na gwałt potrzebuje książek o wojnie 
secesyjnej, ty nawet nie wściekasz się na nauczycieli, którzy w porę nas nie 
uprzedzili.

– Owszem, wściekam się, ale w końcu jakoś udało nam się znaleźć kilka 

pozycji i wyłożyć w czytelni.

A resztę dzieciaków przejęły inne lokalne biblioteki.
Zresztą,   rozesłałam   pisma   do   szkół   z   przypomnieniem   o   umowie, 

zgodnie z którą mają nam z wyprzedzeniem przesyłać plany lektur.

– Dobrze. A czy sądzisz, że powinnam porozmawiać z rodzicami tego 

trzecioklasisty, który stale nam rozrabia? Oni najwyraźniej traktują czytelnię 
jako wygodną świetlicę i po prostu podrzucają go tutaj.

Przychodzi ze szkoły i siedzi, dopóki któreś z nich nie przypomni sobie, 

że trzeba odebrać dziecko.

– Oczywiście, że powinnaś się skontaktować z rodzicami. I ze szkołą 

również. Możemy  zapewnić dzieciom zaciszne miejsce do nauki, ale nie 
jesteśmy   fachowymi   przedszkolankami.   Nie   mówiąc   już,   zresztą,   o 
odpowiedzialności i przepisach ubezpieczeniowych.

– O co chodzi z tym ubezpieczeniem? Czy ktoś nas skarży? – wtrącił się 

pan   Query,   który   pojawił   się   nagle   jak   za   dotknięciem   czarodziejskiej 
różdżki .

–   Nic   podobnego   –   uspokoiła   go   Nicole.   –   Mówiłyśmy   tylko,   że 

biblioteka nie może brać odpowiedzialności za dzieci pozostawiane u nas 
dzień w dzień na parę godzin bez opieki.

– Wyjątkowo się z tym zgadzam – oznajmił pan Query.
–   Z   drugiej   strony   trzeba   rozumieć   samotne   matki,   którym 

niejednokrotnie trudno jest załatwić opiekę do dzieci – odważyła się wtrącić 
Michelle.

–   Zdaję   sobie   z   tego   sprawę   –   powiedziała   Nicole.  –   I  bardzo   im 

współczuję. Ale mogą przecież zwrócić się o pomoc do Wydziału Spraw 

background image

Społecznych.

Query,   zgromiwszy   Michelle   lodowatym   spojrzeniem,   urzędowym 

tonem zwrócił się do Nicole:

– Chciałbym z panią porozmawiać na osobności.
Czy jest tu...
– Tak, tak, proszę do mojego biura – pospieszyła z zapewnieniem, nie 

czekając na znany jej dobrze dalszy ciąg pytania.

–   Nie   podoba   mi   się   sposób,   w   jaki   ośmiela   się   przemawiać   pani 

personel – stwierdził niezadowolonym tonem. – Wygłaszają opinie jawnie 
wykraczające poza ich kompetencje.

– Proszę pana, żyjemy w wolnym kraju i o ile wiem, nikt jeszcze nie 

odwołał pierwszej poprawki do konstytucji, mówiącej o wolności słowa – 
wypaliła oburzona Nicole.

–   Niemowie   o   pierwszej   poprawce,   tylko   o   niesubordynacji 

spowodowanej zbytnim liberalizmem kierownictwa.

–  Czy   o   tym  właśnie   pragnął   pan  ze   mną   porozmawiać?   –  Nicole   z 

trudem cedziła słowa przez zaciśnięte szczęki.

– Nie. Przyszedłem w sprawie  mojego  bratanka,  który jest  u was na 

stażu.

– Chodzi o Bruce'a? Co się stało?
– Doszły mnie słuchy, że wykorzystujecie go do układania książek na 

półkach.

– To, między innymi, należy do zakresu jego obowiązków.
– Owszem, ale Bruce jest zbyt zdolny, by marnować się w ten sposób. 

Uważam, że powinien więcej pracować przy komputerach. Świetnie się na 
nich zna.

– Nie wątpię. I jeśli tylko będzie potrzebny w pracowni komputerowej, 

na pewno go tam zatrudnię.

–   Niedługo   zacznie   się   przygotowywać   do   końcowych   egzaminów   i 

życzyłbym sobie, by pozwolono mu na naukę w czasie pracy.

O ile to, co robi Bruce, można nazwać pracą, pomyślała z przekąsem 

Nicole. W tym jednym przypadku Query miał rację – kierownictwo było 
zbyt liberalne.

– Jeśli  pana bratanek wypełni swoje obowiązki i zostanie mu  chwila 

wolnego czasu, nie mam nic przeciwko temu, by się pouczył – zapewniła 
uprzejmie członka rady nadzorczej. Obietnica nic ją nie kosztowała, istniały 

background image

bowiem   mate   szanse   aby   Bruce,   obdarzony   raczej   niskim   ilorazem 
inteligencji,   zdołał   uporać   się   z   prostym   zadaniem   ułożenia   tomów   na 
półkach.

–   Świetnie.   Cieszę   się,   że   doszliśmy   do   porozumienia   –   stwierdził 

usatysfakcjonowany pan Query.

– Ja również.
Nicole, zadowolona, że tak sprytnie udało jej się wybrnąć z sytuacji, 

pożegnała pana Query promiennym uśmiechem.

Kiedy wreszcie wyszedł, Michelle zwróciła się do niej z przeprosinami.
– Mam nadzieję, że nie powiedziałam niczego zdrożnego?
– Skąd, nie martw się.
Po południu w firmie zapanował ogromny ruch, jak zwykle w piątek. 

Nicole dwoiła się i troiła, usiłując sprostać życzeniom klientów. Kiedy po 
raz kolejny biegła do katalogów, natknęła się na Leo.

– Strasznie jesteś zapracowana – zauważył.
Potwierdziła skinięciem głowy.
– Wobec tego nie będę przeszkadzał. Zajrzałem tylko, żeby się upewnić, 

czy wszystko w porządku.

– Tak, tylko po prostu mamy straszny młyn.
– A jest może ten nowy pracownik? Chciałbym go wreszcie poznać.
– Nie, w tej chwili go nie ma.
– Szkoda. Cóż, muszę lecieć – rzucił w pośpiechu Leo i zniknął jej z 

oczu w tempie, o jakie by go nigdy nie podejrzewała.

Nicole   wracając   do   domu,   nie   mogła   się   wprost   doczekać   momentu 

spotkania z Chase'em. Ku jej radości czekał już w kuchni. Kiedy wziął ją w 
ramiona   i   zaczął   całować,   pomyślała   że   łatwo   –   dziwnie   łatwo!   – 
przyzwyczaiła się do nowej sytuacji.

Dopiero po chwili przypomniała sobie, o co miała go spytać.
– Jak przebiegała dzisiaj operacja „Żądło"? – zagadnęła z ciekawością.
– O czym ty mówisz?
–   Dziś   po   południu   widziałam   ciebie   w   przebraniu   tego   łazika,   jak 

wyjmowałeś coś z książki. Oczywiście nie wtrącałam się, tak jak prosiłeś.

– Nie byłem w bibliotece tego popołudnia. Przecież mówiłem ci, że mam 

coś do załatwienia na mieście.

– Tak, pamiętam – powiedziała ze zniecierpliwieniem, zirytowana, że 

background image

przemawia   do   niej   jak   do   roztargnionego   dziecka.   –   Kiedy   cię   tam 
zobaczyłam, pomyślałam sobie, że miałeś właśnie na myśli swoją akcję.

– Owszem, sprawdzałem pewne tropy, ale nie w bibliotece.
Rzeczywiście, usiłował wywiedzieć się czegoś od swoich informatorów 

na interesujący go temat . Obfitość wiadomości, jakie uzyskał, zdumiała go. 
Nie do wiary, że szajka, nie przestrzegając podstawowych zasad konspiracji, 
mogła tak długo funkcjonować.

– Opowiedz mi dokładnie, co widziałaś – polecił Nicole.
– Niewiele. Zobaczyłam tylko jego plecy, a ponieważ byłam przekonana, 

że to ty, trzymałam się dyskretnie z daleka.

Chase zaklął pod nosem. Śledztwo zbytnio zaczynało przypominać grę w 

ciuciubabkę.

–   Dobrze   –   wyciągnął   z   kieszeni   notes   –   powiedz   mi   dokładnie,   co 

zapamiętałaś. Jakiego wzrostu był ten facet?

– Nie wiem.
– Skup się, Nicole! – upomniał ją niecierpliwie.
– Wyższy ode mnie czy niższy?
– Mniej więcej taki jak ty. Dlatego, między innymi, się pomyliłam.
– Budowa?
– Średnia.
– Kolor włosów?
– Ciemny.
– Ani przez moment nie widziałaś twarzy?
– To chyba oczywiste – zirytowała się. – Inaczej nie brałabym go za 

ciebie.

–  Jakieś  cechy   szczególne?   Na  przykład  sposób  chodzenia?   Ozdoby? 

Zegarek?

– Przykro mi, ale nie zdążyłam nic zauważyć.
Z trzaskiem zamknął notes, wzdychając zrezygnowany.
– Nie do pomyślenia, ile razy zdołali mi się wymknąć! Ale zapewniam 

cię, to już się nie powtórzy.

– Wszystko w porządku? – spytał Eddie.
–   Tak   –   odpowiedział   Leo,   sadowiąc   się   w   eleganckiej   limuzynie   i 

wręczając mu zakłady, które zebrał z książek. – Tylko nowa broda trochę 
mnie swędzi.

background image

No i te ohydne łachy... Z niechęcią spojrzał po sobie.
– Wytłumacz mi, Eddie, dlaczego tym razem musiałem się przebierać, 

skoro wcześniej normalnie przychodziłem do biblioteki?

–   Kiedyś   już   widziałem   podobny   numer   w   jakimś   kryminale. 

Pomyślałem, że to może być dobry sposób na zatarcie śladów.

– Myślisz, że ktoś nas namierzył? – z niepokojem zapytał Leo.
– Nic podobnego, ale mogę przypuszczać, że wkrótce inni zaczną nam 

zazdrościć powodzenia w interesach, nie mówiąc już o moim błyskotliwie 
wypracowanym schemacie – wyjaśnił ostrożnie Eddie, myśląc o telefonach 
od rozwścieczonych graczy, przed którymi ostatnio uciekał. – W każdym 
razie niech cię o to głowa nie boli.

– Cóż, skoro tak twierdzisz... – Leo zawahał się na moment. – Wiesz, 

jeśli już mówimy o twoim schemacie, to przeczytałem właśnie kilka...

– Już ci mówiłem, że za dużo czytasz – przerwał mu Eddie.
– Tak, ale tam opisywano różne systemy zakładów.
– A co, chcesz się włączyć?
– Nie, ale zainteresowało mnie, jak są przyjmowane.
Facet   miał   rozpisany   plan,   krok   po   kroku.   Gracze   dostawali   numer 

telefonu i dzwonili do pośredników.

Ci z kolei podawali stawki do bukmachera, który miał dwa telefony – 

jeden   do   tajnej   kolektury,   a   drugi,   znany   tylko   jemu   –   do   szefa   siatki. 
Gracze, o ile się doczytałem, korzystali z publicznych rozmównic. Nie było 
tam ani słowa o bibliotece, Eddie.

– Bo  mój   system jest  jedyny  w swoim rodzaju. Ja   go wymyśliłem  i 

dlatego zaszedłem aż tak daleko, w przeciwieństwie do innych – skromnie 
stwierdził Eddie.

– A jak daleko? – spytał Leo.
– Tak, że widać już pieniążki. – Eddie zatarł ręce.
– Kochane pieniążki...

–   Co   za   dekadencki   pomysł   –   stwierdziła   Nicole,   przytulając   się   do 

lśniącej piersi Chase'a. Siedzieli w jej ogromnej wiktoriańskiej wannie na 
lwich łapach.

Kilkanaście   świec   o   jaśminowym   zapachu   nastrojowo   oświetlało 

wnętrze,   a   uwodzicielskie   i   liryczne   zarazem,   tony   „Szecherezady" 
Rimskiego-Korsakowa dopełniały iście haremowej atmosfery.

background image

– Taak, absolutnie dekadencki – zamruczał, w natchnieniu zdobiąc pianą 

jej piersi.

–   Mmm...   –   Wtuliła   się   ciaśniej   w   jego   ramiona,   chłonąc   subtelną, 

powolną pieszczotę męskich rąk, w zachwycie obrysowujących kontury jej 
ciała.   Im   bardziej   intymny   stawał   się   dotyk,   tym   gwałtowniej   wzrastało 
wzajemne pożądanie. Nicole odwróciła głowę, by pocałować Chase'a i znów 
ich języki splotły się w miłosnych zmaganiach.

Niecierpliwym ruchem obróciła się, by spojrzeć mu w twarz, uderzając 

się przy tym boleśnie w kolano.

– Czy musimy robić to tutaj? – zapytała ze śmiechem. – Przecież obok 

czeka na nas wspaniałe...

och!   –   Otworzyła   nagle   oczy   w   zachwycie,   gdy   poczuła   dotknięcie 

twardej męskości. Jęknęła z rozkoszy.

– Masz jeszcze jakieś pytania? – zagadnął z demonicznym uśmieszkiem.
Potrząsnęła   tylko   głową   w   odpowiedzi,   niezdolna   wykrztusić   słowa. 

Choć kochali się nie pierwszy raz, zawsze na nowo zachwycała ją cudowna 
zdolność,   z   jaką   ten   mężczyzna   potrafił   błyskawicznie   obudzić   w   niej 
bezwstydną żądzę.

Pragnęła Chase'a, chciała go już przyjąć. Teraz! Sięgnąwszy ręką pod 

warstwę piany, prowadziła go do celu, a potem oplotła nogami.

I tak zaczął się ich wodny balet. Spirala erotycznego napięcia rozkręcała 

się płynnie, powoli, pozwalając im sycić się atmosferą zmysłowego luksusu.

Nicole,   dopóki   mogła,   nie   zamykała   oczu,   chłonąc   widok   wrażliwej 

twarzy mężczyzny, reagującej na każde jej poruszenie. Kochała sposób, w 
jaki te brązowe oczy ciemniały od namiętności.

Zapadała w otchłań rozkoszy... tonęła w niej do samego dna.
Roznamiętnieni   wyszli   z   wanny   i   przenieśli   się   do   sypialni,   gdzie 

królowało wspaniałe wiktoriańskie łoże.

– Imponujące – zauważył Chase, oglądając je z uznaniem.
–   Mmm...   –   leniwie   przyświadczyła   Nicole.   –   Typowo   małżeńskie. 

Kupiłam je na pchlim targu w Kane County.

– Ty kupujesz na pchlim targu?
–   No,   i   nie   tylko   łóżko,   ale   i   fotel   bujany,   nie   mówiąc   o   innych 

drobiazgach.

– Na ostatnim pchlim targu, jaki pamiętam, sprzedawałem stare części 

do samochodu i inne graty, których nikt nie chciał – stwierdził.

background image

Nicole uniosła się na łokciu, by lepiej obserwować jego twarz.
– Kane County to szczególny przypadek. Byłeś tam kiedyś?
Chase  potrząsnął przecząco  głową, zbyt zaabsorbowany  widokiem jej 

nagich piersi.

– Podobno jest to największy bazar staroci na świecie. Odbywa się w 

pierwszy   weekend   miesiąca,   zawsze,   bez   względu   na   deszcz,   śnieg,   czy 
upał.

Jeździmy tam z Anną kilka razy do roku. Leo też tam często bywa.
Chase zmarszczył brwi.
–  Kto   to  jest   Leo?   Kolejny   gładki   typek  z   dyplomem,   jak   tamten,   z 

którym poszłaś na kolację?

– Można by pomyśleć, że jesteś nieco zazdrosny.
– Jestem nieco zazdrosny. Więc kto to jest Leo?
–   Jeden   ze   stałych   bywalców   naszej   biblioteki.   Do   tego   wynalazca 

interesujący się starymi urządzeniami elektronicznymi, których często szuka 
na pchlim targu. Naprawdę powinniśmy się tam kiedyś wybrać. Od kiedy się 
poznaliśmy, widujemy się tylko tutaj i w pracy. Jeszcze nie wychodziliśmy 
gdzieś razem. – Nicole taktownie nie wspomniała o epizodzie w parku.

–   Nie   wychodziliśmy   razem?   Jak   to,   przecież   przed   dziesięcioma 

minutami opuściliśmy razem tę planetę!

– zażartował Chase. Ze zdumieniem dostrzegł rumieniec wypływający 

na policzki Nicole.

– Nie do wiary! Po tym, co zaszło między nami, jeszcze się czerwienisz?
– Mówiłam poważnie. – Pogroziła mu palcem.
– Dobrze, zaraz coś wymyślimy. Dokąd chciałabyś iść? W każdym razie, 

musi być to miejsce, gdzie nikt nie zobaczy nas razem.

Przytaknęła ze zrozumieniem. Chase nie mógł się zdemaskować.
– Może pojechalibyśmy do miasta? Nie byłam w Chicago od wieków. 

Moglibyśmy zostać tam cały dzień.

– A może nawet dzień i noc – dodał.
– Może. O ile będziesz miał jeszcze siły – zrewanżowała mu się.
– Och, o to nie musisz się martwić.
– Nie?
– Nie. I zaraz ci udowodnię...

background image

Rozdział 6

Umówili się w St. Charles, na parkingu koło wielkiego supermarketu. 

Nicole długo wahała się, co ma włożyć, aż wreszcie wybrała dwuczęściowy 
komplet.   Błękitny,   głęboko   wycięty   żakiet   z   krótkim   rękawkiem   ładnie 
komponował się z białą plisowaną spódnicą z szyfonu.

Chase podjechał punktualnie swoim czarnym kabrioletem.
W   ciągu   godzinnej   jazdy   z   uciechą   dzielili   się   spostrzeżeniami   i 

wspomnieniami z dzieciństwa, porównywali swoje ulubione pizzerie i bary z 
hamburgerami.

Dzień w mieście rozpoczęli od przekąski w eleganckiej restauracji na 

wieży telewizyjnej, gdzie czekał już zamówiony stolik. Na szczęście pogoda 
była  wspaniała.  Jezioro  Michigan,  zapełnione  maleńkimi   z tej  odległości 
żaglówkami,   lśniło   w   słońcu   jak   ogromne   lustro,   a   na   nadbrzeżnym 
bulwarze tłoczyły się samochody.

Potem   Nicole   zaproponowała   spacer   wzdłuż   głównej   ulicy   miasta. 

Powłóczyli   się   trochę   po   pasażu   handlowym,   zerkając   na   wystawy 
najdroższych   sklepów,   a   później   wzięli   taksówkę,   która   zawiozła   ich   do 
chicagowskiego Instytutu Sztuki.

– Szybciej byśmy tu doszli na piechotę – jęknął Chase, kiedy po raz 

trzeci utknęli na czerwonych światłach.

– Ale moje buty nie nadają się do chodzenia – wyjaśniła szczerze Nicole. 

–   Muszę   oszczędzać   nogi   na   zwiedzanie   muzeum.   Nie   pamiętam,   kiedy 
ostatni raz odwiedzałam tu Monety i Van Goght.

– Ty odwiedzasz obrazy? Dziwnie to brzmi.
– Zaraz się przekonasz, dlaczego.
Kiedy  wyszli  z taksówki,  Chase  nadal  kręcił  bez  przekonania   głową. 

Nicole przyglądała mu się rozbawiona.

– Za wszelką cenę chcesz się wymigać od oglądania dzieł sztuki, co?
– Dlaczego ci to przyszło do głowy?
–   Bo   zobaczyłam   paniczne   spojrzenie,   jakie   mi   rzuciłeś,   kiedy 

powiedziałam, że chcę iść do muzeum.

– Skoro dotarłem aż tutaj, wejdę.
– Brawo! – roześmiała się, popychając go ku schodom strzeżonym przez 

background image

słynne brązowe lwy.

Nim   Chase   zdołał   odparować,   potrącił   ich   w   pędzie   jakiś   młody 

człowiek ścigany okrzykami „Łapać złodzieja! Ukradł mi torbę!"

Krzyczała   starsza   kobieta.   Uciekający   chłopak   rzeczywiście   miał   na 

ramieniu damską torebkę.

W   mgnieniu   oka   Chase   ruszył   w   pogoń,   roztrącając   przechodniów. 

Zdążył jeszcze krzyknąć Nicole przez ramię, by zawołała policję.

Wszystko stało się tak szybko, że Nicole, zaskoczona, nie była w stanie 

zrobić   żadnego   ruchu.   Z   przerażeniem   patrzyła,   jak   Chase   w   zajadłym 
pościgu   wpada   na   sześciopasmową,   zatłoczoną   samochodami   Michigan 
Avenue. Jakiś wóz pędził wprost na niego. Cała scena zastygła jej w oczach, 
jak zatrzymana w kadrze koszmarnego horroru, a potem wszystko zaczęło 
rozgrywać się w zwolnionym tempie. Usłyszała przerażone okrzyki gapiów. 
Otworzyła   usta,   by   ostrzec   ukochanego,   lecz   nie   wyszedł   z   nich   żaden 
dźwięk. Serce ścisnęło jej się z przerażenia.

Sparaliżowana   grozą,   bezsilnie   czekała,   aż   znów   powtórzy   się   scena 

sprzed   lat,   kiedy   nagle   powietrze   przeszył   przeraźliwy   pisk   opon 
hamującego wozu, bolesnym echem odbijając się jej w mózgu.

Dla Nicole świat na moment zamarł i w tej samej sekundzie wrócił do 

życia, kiedy Chase  cudem uniknął wypadku, tylko po to, by w ostatniej 
chwili   zrobić   unik   przed   jadącą   po   przeciwnym   pasie   taksówką. 
Zrozpaczona   patrzyła,   jak   jej   mężczyzna   kluczy   między   rozpędzonymi 
samochodami, przelewającymi się jak żelazny potok przez szeroką arterię.

Dopiero kiedy bezpiecznie wylądował po drugiej stronie, przypomniała 

sobie,   co   miała   robić.   Przemagając   słabość   w   kolanach,   ruszyła   się   z 
miejsca. Tymczasem strażnicy muzeum zdążyli już wezwać policję.

Betonowa ławka w pobliżu schodów czekała zapraszająco. Nicole czuła, 

że za chwilę nogi odmówią jej posłuszeństwa. W tym momencie marzyła 
tylko, by usiąść spokojnie i pozbierać myśli.

Z   ulgą   opadła   na   brudny   beton,   dręczona   nawracającymi   obrazami 

tamtego fatalnego wypadku. Johnny zginął na jej oczach, a teraz to samo 
mogło stać się z Chase'em. Wszystko stało się tak szybko; jeszcze niedawno 
śmiali się i przekomarzali. Jak wtedy, z Johnnym – radosny śmiech, a po 
nim   nagła   śmierć.   Nie   zdawała   sobie   sprawy,   ile   czasu   siedziała   tak, 
nerwowo skubiąc fałdy spódnicy, kiedy przy krawężniku zatrzymał się wóz 
policyjny. Serce jej zamarło. Czy przyjechali zawiadomić ją, że Chase nie 

background image

żyje?

Jakiś mężczyzna o ciemnych włosach wysiadł i ruszył ku niej. Powiew 

bryzy   znad   jeziora   dmuchnął   zza   rogu,   zwiewając   jej   na   oczy   pasma 
włosów. Odgarnęła je niecierpliwym ruchem i odetchnęła z ulgą. Człowiek, 
który wysiadł z wozu patrolowego, to był Chase.

Widząc, że na niego patrzy, zawadiacko uniósł kciuk w górę i zagadał 

coś do umundurowanego oficera, który szedł za nim.

Nicole   nawet   nie   zauważyła,   że   poszkodowana   kobieta   siedzi   na 

sąsiedniej ławce, dopóki nie podeszli tam Chase z oficerem. Słyszała ich 
rozmowę jak przez szklaną ścianę.

– Gdzie jest moja torebka? – zapytała ostrym tonem starsza pani.
– Tutaj – powiedział Chase wręczając jej zgubę.
– Jest cała brudna. Ale chyba niczego nie brakuje.
Dziękuję panu – rzuciła zdawkowo.
Nicole nie wierzyła własnym uszom. Przecież ta kobieta nawet nie zdaje 

sobie sprawy, że Chase omal nie zginął pod samochodem. Czy jej bezcenna 
torebka była warta takiego poświęcenia?

–   Ha,   to   było   mocne!   –   wesoło   skomentował   Chase,   gdy   policjanci 

odjechali,   zabierając   kobietę   na   komisariat,   by   złożyła   zeznania. 
Triumfalnym gestem objął Nicole.

– Złapałem tego szczeniaka. Słowo daję, nie jestem wcale w takiej złej 

formie, jak na pracę w bibliotece.

To co, możemy teraz pooglądać obrazy?
– Nie czuję się dobrze. Chciałabym wracać – odpowiedziała napiętym 

głosem.

– Rzeczywiście, jesteś blada. Aż tak się przestraszyłaś? Przecież nie było 

powodu.

– Jasne, że nie. To, że praktycznie byłeś już na masce pędzącego wozu, 

nie stanowi żadnego powodu do zdenerwowania – sarknęła. – Nie mówiąc 
już o tym, że on mógł mieć broń. Czy w ogóle brałeś to pod uwagę?

– Ja też noszę broń.
Oczywiście,   nosi   broń.   Symbol   niebezpiecznego   zawodu   i 

ryzykanckiego życia, o którym tak bardzo starała się nie myśleć.

– Poza tym wiem, co robię – powiedział Chase, nie zdając sobie sprawy, 

jaki błąd popełnia.

– Johnny też wiedział, a potem roztrzaskał się na motorze – stwierdziła 

background image

gorzko. – Też stale mi powtarzał, że wie, co robi.

– Nie widzę żadnego podobieństwa – odparł poirytowany.
–   Nie   widzisz?   Nie   mam   ochoty   ci   wyjaśniać.   –   Głos   zaczął   jej   się 

niebezpiecznie łamać. Wiedziała, że za chwilę wybuchnie płaczem tu, na 
środku ulicy i za wszelką cenę pragnęła tego uniknąć.

– Dobrze, w takim razie chodźmy.

Kiedy   Nicole   stała   już   przed   drzwiami   własnego   domu,   pomyślała   z 

bólem,   że  kilka  godzin  wystarczyło,  by  kompletnie   odmienić  jej  nastrój. 
Jeszcze   tego   ranka   biegła   na   spotkanie   z   Chase'em,   radosna   i 
podekscytowana. Zapakowała nawet do torby seksowną nocną koszulkę na 
wypadek, gdyby mieli zostać w mieście na noc. A teraz czuła się jak wrak. 
Zastanawiała się, gdzie może być Chase. W drodze powrotnej z Chicago 
zamienili   zaledwie   kilka   słów.   Nicole   trwała   w   milczeniu,   zatopiona   w 
ponurych   myślach.   Na   parkingu   bez   słowa   przesiadła   się   do   swojego 
samochodu.

Nie była zaskoczona, gdy zastała Chase'a czekającego w kuchni. Musiał 

mocno cisnąć gaz w swoim kabriolecie, by zdążyć tu przed nią. Uśmiechnął 
się   niewinnie   na   jej   widok,   jakby   nie   zauważał,   że   wyprowadza   ją   z 
równowagi.

Nicole podbiegła i kurczowo potrząsnęła go za ramię.
– Nigdy już nie rób mi tego! Nigdy! – załkała histerycznie i uspokoiła się 

dopiero, gdy zaczął ją całować. Moment, w którym zetknęły się ich wargi, 
wyzwolił długo tłumione namiętności.

Wszystko stało się nagle nieważne, pozostała tylko potrzeba bliskości. 

Szybko zrzucili krępujące ich ubrania.

Za   oknami   gwałtowne   błyski   sygnalizowały   zbliżającą   się   burzę,   a 

między   nimi   narastało   erotyczne   napięcie,   grożące   gwałtownym 
wyładowaniem pasji. Wszystko nagle przeniosło się w inny wymiar, tam, 
gdzie nie istnieje już cierpienie i rozpacz.

A   jednak,   gdy   wreszcie   wrócili   do   rzeczywistości,   Nicole   po   raz 

pierwszy czuła się nie zaspokojona. Nie fizycznie – emocjonalnie. Miłosna 
ekstaza nie wypędziła z jej duszy lęku. Może tylko na moment, krótki jak 
czas   dzielący   rozbłysk   błyskawicy   od   uderzenia   pioruna.   Błękitne   niebo 
zasnuło   się   i   burza   rozszalała   się   na   nowo,   pogrążając   w   mroku   myśli 
dziewczyny.

background image

Kochała Chase'a. Kochała Johnny'ego. I żadnego z nich nie była w stanie 

wyleczyć   miłością   z   nałogu   ryzyka.   Igranie   ze   śmiercią   pociągało   ich   o 
wiele   bardziej.   Musi   wycofać   się   z   tej   gry.   Stawki   są   zbyt   wysokie. 
Zacisnęła rozpaczliwie powieki, łudząc się, że złagodzi ból.

Czuła, jak Chase wstaje, słyszała szelest zabieranego ubrania i trzask 

drzwi od łazienki. Skorzystała z okazji, przemknęła na górę i przebrała się w 
domową   suknię.   Kiedy   schodziła   na   dół,   czekał   już,   zapinając   guziki 
koszuli.

– Możemy porozmawiać? Czy zamierzasz dalej odgrywać wobec mnie 

wyniosłą arystokratkę? – zapytał.

– Ja nikogo nie odgrywam! – wybuchnęła, zazdroszcząc mu opanowania. 

–   To   ty   masz   praktykę   teatralną,   nie   ja.   Nie   umiem   tak   łatwo   ukrywać 
swoich emocji.

– Ciągle jeszcze jesteś na mnie wściekła za to, co zdarzyło się przed 

muzeum?

– Wściekła to za mało powiedziane! – Głos Nicole drżał z wielkiego 

wzburzenia. – Wiedziałeś o Johnnym, a mimo wszystko beztrosko narażałeś 
się na śmierć.

– Przestań wreszcie porównywać mnie do niego!
Jestem policjantem, a nie smarkaczem, który udaje mężczyznę, popisując 

się na motocyklu.

– Ty też nie jesteś lepszy! – wrzasnęła. – Chcesz pokazać, jaki jesteś 

macho, wymachując dla odmiany bronią!

– A czego się spodziewałaś? Że będę się spokojnie przyglądał, jak ktoś 

popełnia przestępstwo?

– Jasne, jak mogłam się łudzić – westchnęła Nicole.
– Z wami, mężczyznami, nie można się dogadać.
– Wprost przeciwnie, to kobiety są niedorzeczne.
Bez   przerwy   porównujesz   mnie   z   tym   świętej   pamięci   ideałem,   a 

tymczasem sama o wiele bardziej przypominasz moją byłą narzeczoną niż ja 
jego. Najwyższy czas, żebym ja zabawił się w porównania. Podobnie jak ty, 
nie była zdolna przyjąć mnie takim, jakim jestem. Również chciała mnie 
zmieniać.

–   A   przydałoby   ci   się!   –   odpaliła   Nicole,   zraniona   do   żywego 

porównaniem z inną kobietą. – Rzucasz wszystko, żeby sobie poflirtować ze 
śmiercią, a potem wracasz dumnym krokiem zwycięzcy, oczekując pochwał, 

background image

bo znów ci się udało. Do następnego razu...

Nie zniosę tego dłużej!
– A kto ci każe?
Ostatnie słowa zabolały Nicole jak policzek.
– Masz absolutną rację. Nikt mi nie każe.
Z   goryczą   musiała   przyznać,   że   Chase   ani   razu   nie   napomknął   o 

wspólnej przyszłości. Głupia była sądząc, że jego milczenie w tej sprawie 
wynikało wyłącznie z trudności w uzewnętrznianiu uczuć. Najwyraźniej nie 
istniały   żadne   uczucia.   W   przeciwieństwie   do   niej   nigdy   nie   powiedział 
"kocham".

– Gdyby nawet ci na mnie zależało, i tak powiedziałabym "nie" – dodała 

dumnie.

– Rozumiem, że po takim oświadczeniu nie mamy już o czym mówić.
Nawet nie przypuszczała, że jego głos może być tak chłodny i obojętny, 

a rysy żywej zwykle twarzy nieruchome, jakby wykute w kamieniu.

– Znikam – rzucił i ruszył ku wyjściu.
Nicole   gniewnym   ruchem   otarła   łzy   z   twarzy.   Dosyć,   musi   o   nim 

zapomnieć.   Facet,   który   kocha   ryzyko,   nigdy   nie   będzie   zdolny   jej 
pokochać.   Znudzi   go,   tak   jak   znudziła   go   praca   w   bibliotece.   Dobrze 
widziała,   w   jaką   ekstazę   wprawiła   go   ta   niebezpieczna   przygoda,   jaką 
satysfakcję sprawił mu własny wyczyn. To, co dla niego stanowiło radość i 
smak życia, dręczyło ją nieznośnym lękiem.

Nie,   nie   wytrzyma   tego   dłużej.   Ból   rozstania   będzie   łatwiejszy   do 

zniesienia niż strach o jego życie.

– Nigdy tak naprawdę mi na nim nie zależało – wyszeptała do siebie. – 

On jest tu przelotem, niedługo zniknie z mojego życia.

Czego nauczyła ją ta krótka przygoda?
Wielu   niepotrzebnych   rzeczy.   Takich   jak   ta,   że   nie   musi   stawać   na 

palcach, by oprzeć mu głowę na ramieniu; że kiedy włoży obcasy, jego usta 
całują ją w czoło; że wanna służy nie tylko do kąpieli.

I jednej rzeczy niezmiernie ważnej – że mężczyźni tacy jak on nie mogą 

być kochani. Przynajmniej nie przez kobiety podobne do niej.

Kiedy   Nicole   miała   kłopoty,  pomagało   jej  pieczenie   ciasta.   Tej   nocy 

piekarnik nie próżnował, doszła bowiem do słusznego wniosku, że lepiej 
wyrabiać   ciasto   niż   wypłakiwać   się   w   poduszkę.   „Nie   przejmuj   się,   rób 

background image

swoje" – głosił napis na jej koszulce.

I   tak,   kolejne   tacki   pełne   czekoladowych   ciasteczek   lądowały   w 

mikrofalowej kuchence. Nicole obiecała bowiem upiec coś na popołudniowy 
piknik, zorganizowany w miejskim parku z okazji Dnia Pamięci Narodowej.

Choć   poranek   wstał   słoneczny   i   świeży,   w   niczym   nie   rozjaśnił   jej 

ponurego nastroju. Zmęczenie i niewyspanie stępiło ból na tyle, że mogła 
poruszać   się   jak   automat,   nie   doznając   żadnych   emocji.   Wzięła   szybki 
prysznic i ubrała się w szorty koloru khaki oraz brązową koszulkę polo. 
Zmobilizowała   się   do   tego   stopnia,   że   przybyła   punktualnie,   choć 
najchętniej zostałaby w łóżku, nakryta kołdrą po czubek nosa..

Niestety, stanowisko kierowniczki biblioteki miejskiej zobowiązywało. 

Takiej osoby nie mogło zabraknąć na publicznym pikniku.

Na miejscu była już Anna, zajęta organizowaniem kramu ze słodyczami.
– Proszę, przyniosłam trochę ciastek – powiedziała, wręczając koleżance 

dwa spore pudła.

– Skromnie to określiłaś. Nie wyglądasz na wypoczętą.
– Och, miałam upojną noc – roześmiała się nieszczerze Nicole.
Jednak Anna nie dała się zwieść.
–   Twój   wygląd   niewiele   się   różni   od   mojego   nastroju   –   stwierdziła 

dziwnie poważnym tonem, kontrastującym z jej zwykłą wesołością.

– Co się stało?
– Spotkałam się z tym facetem – wyznała Anna.
– A ściśle mówiąc,  natknęłam się na niego przypadkiem, co ostatnio 

często się zdarza. Jesteśmy zresztą zupełnymi przeciwieństwami. On ma o 
wiele bardziej skrytą naturę. Nigdy byś nie powiedziała, że ktoś taki może 
mi się podobać.

– A czy ten tajemniczy gość ma jakieś imię?
– Wybacz, ale na razie nie mogę więcej powiedzieć.
Mam kompletny zamęt w głowie.
– Okay, rozumiem.
– Ach, byłabym zapomniała. Pytał o ciebie szef policji.
– Tak? – Nicole próbowała ukryć panikę. – A mówił, o co chodzi?
– Może chciał się upewnić, czy przyniesiesz te swoje słynne ciasteczka. 

Dawałaś mi przepis, ale nigdy nie chciały mi tak wyjść.

– Pewnie wzięłaś złe kakao – z roztargnieniem rzuciła Nicole, pilnie 

śledząc napływający tłum w poszukiwaniu Strauda albo Chase'a.

background image

– Słuchaj, a nie widziałaś przypadkiem Alvina?
– zagadnęła.
– Nie. A czekasz na niego? – zainteresowała się Anna.
– Skąd, tylko tak pytam.
Znów   wróciły   bolesne   myśli.   Nicole   szybko   pożegnała   się   z   Anną. 

Pragnęła   zagubić   się   w   wesołym   tłumie.   Niestety,   radosna   atmosfera, 
zamiast uleczyć bolesne rany, pogłębiła tylko rozpacz i samotność.

Powiewające między drzewami proporce i flagi nadawały całej imprezie 

patriotyczny nastrój. Bujne kwiaty bzu przekwitały już, nasuwając Nicole 
myśli o zamierającym uczuciu.

Cóż,   mimo   wszystko   lepiej   jest   kochać   i   stracić,   niż   nie   kochać   w 

ogóle... Nie, bzdury! – skarciła się.

– O, Nicole, wreszcie cię odnalazłem – zawołał radośnie uśmiechnięty 

Straud. – Chciałem się dowiedzieć, jak ci idzie.

– Naprawdę nie musisz się o mnie martwić.
– Ale powiedz, jak sobie radzisz?
– Och, śpiewająco, po prostu śpiewająco.
– Zabawne, ale dokładnie takiego samego określenia użył nasz wspólny 

przyjaciel, kiedy pytałem go o to samo – stwierdził Straud.

– Kiedy z nim rozmawiałeś?
–   Jakąś   godzinę   temu.   Nie   wyglądało   na   to,   że   jest   w   cudownym 

nastroju.

– A ja jestem – oświadczyła Nicole, bojowo odrzucając włosy z twarzy. 

– Po prostu w lepszym już być nie mogę.

– Kogo ty chcesz przekonać – siebie czy mnie?
– Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, bo wszystko cokolwiek powiem, 

może być użyte przeciwko mnie – odparła.

– Czy chcesz, żebym go aresztował?
– Kogo? – Rzuciła Straudowi zaskoczone spojrzenie.
–   Człowieka,   z   którego   winy   masz   te   ciemne   sińce   pod   oczami   i 

zrozpaczony wyraz twarzy.

–   Normalnie   powiedziałabym,   że   tak,   ale   facet   ma   powiązania   z 

departamentem.

–   Tego   się   właśnie   obawiałem   –   westchnął.   –   Czuję   się   osobiście 

odpowiedzialny. Gdybym nie poznał was ze sobą...  – Westchnął  jeszcze 
ciężej. – Czy mógłbym ci pomóc, Nicole?

background image

– Nie, w żaden sposób, ale dziękuję.
– Jeżeli cię to pocieszy, wiedz, że człowiek, o którym mowa, jest równie 

nieszczęśliwy jak ty.

Raczej nie mogła w to uwierzyć.

– Masz coś nowego? – zapytał Eddie między jednym kęsem hot-doga a 

drugim.   Żeby   dać   wyraz   swemu   patriotyzmowi,   ubrał   się   tego   dnia   w 
niebieską bawełnianą koszulkę i czerwoną jedwabną marynarkę.

– Rozmawiała z szefem policji – poinformował go z roztargnieniem Leo.
– Mam nadzieję, że ona niczego nie podejrzewa.
– Eddie zmarszczył brwi. – Nie muszę  ci chyba mówić,  co by było, 

gdyby zaczęła, co?

– Nie martw się – zapewnił Leo. – Sam zajmę się Nicole. Wszystko 

będzie dobrze, wierz mi.

Słońce   chowało   się   już   za   horyzontem,   gdy   Nicole   ciężkim   krokiem 

wchodziła   do   domu.   Ogarnęło   ją   całkowite   przygnębienie.   Dobrze,   że 
przynajmniej ciasteczka okazały się przebojem.

Zimny powiew klimatyzowanego powietrza przyjemnie koił rozpaloną 

twarz. Kiedy indziej rzuciłaby się na kanapę w salonie i leżała tak przez 
godzinę   lub   dwie,   delektując   się   bezczynnością.   Ale   dziś   widziała   tam 
jedynie miejsce, gdzie kochała się z Chase'em. Miała wątpliwości, czy w 
ogóle kiedykolwiek na niej usiądzie.

Ileż miejsc w tym domu wiązało się z jego wspomnieniem... Weszła do 

kuchni i wpatrzyła się w stół, przy którym tyle razy zasiadał, drocząc się z 
nią, czuląc się do niej, wzruszając ją i zaskakując.

Ale dziś kuchnia była pusta, wypełniona mdłą wonią nie wyniesionych 

śmieci. Zapomniała zrobić to przed piknikiem.

Wyjęła   torbę   z   kubła   i   otworzyła   tylne   drzwi.   Na   dworze   gasł   już 

czerwonawy   blask   zachodu.   Z   westchnieniem   stwierdziła,   że   znów   nie 
wymieniła   przepalonej   żarówki   na   podwórzu.   Nagle,   po   kilku   krokach, 
kątem oka dostrzegła jakiś ruch w głębi patio.

– Chase? – zapytała, zerkając w cień.
– Nie, to ja, Leo.
Leo?   Jakim   cudem   się   tu   znalazł?   Jej   numer   telefonu   i   adres   były 

przecież zastrzeżone, a ich znajomość ograniczała się jedynie do biblioteki. 

background image

Nim   jednak   zdążyła   o   cokolwiek   zapytać,   Leo   przyskoczył   do   niej   i 
gorączkowo wyszeptał:

– Musze z tobą pomówić, Nicole! To bardzo pilne!
– Dobrze, ale najpierw uspokój się i wejdź do środka.
– Nie, nie możemy rozmawiać tutaj. – Rozejrzał się podejrzliwie, jakby 

krzaki miały uszy. – Chodźmy do mnie, to niedaleko.

– Ależ, Leo...
– Tylko spróbuj powiedzieć nie! – oznajmił z nagłą groźbą w głosie i 

bezceremonialnie ująwszy Nicole za ramię, pociągnął ją do wyjścia.

background image

Rozdział 7

– To jak, powiesz mi, co się dzieje, czy będziesz przez cały wieczór gapił 

się w swój kufel piwa?

– zapytał zniecierpliwiony Carlos. Siedzieli przy stoliku w tawernie "U 

Nicka".

– Nic się nie dzieje – odburknął Chase.
– Niemożliwe, ja ci mówię, że sprawa, której nie mogliśmy ugryźć od 

sześciu   miesięcy,   wreszcie   została   rozpracowana,   a   ty   siedzisz   tutaj   i 
smęcisz się beznadziejnie.

– Pracowałem z tobą przez pięć z owych sześciu miesięcy – przypomniał 

mu Chase. – Nie przyszło ci do głowy, że cholernie mi żal, ponieważ nie 
mogę uczestniczyć w Wielkim Finale?

– Naprawdę tak się tym martwisz? – spytał przejęty Carlos.
Chase   wzdragał   się   przed   okłamywaniem   najlepszego   kolegi.   Nagle 

przypomniał sobie słowa Nicole: „Zawsze bronisz innym dostępu do siebie, 
Chase.   Zastanawiam   się,   dlaczego?".   Teraz   sam   zaczął   się   nad   tym 
zastanawiać.   Dlaczego   tak   trudno   było   mu   zrezygnować   ze   stwarzania 
pozorów i mówić  po prostu prawdę? Czyżby  aż tak weszło mu  w krew 
granie i udawanie, że zapomniał już niemal, kim jest? Może rzeczywiście 
powinien spróbować być sobą.

– Nie – przyznał z wysiłkiem. – Naprawdę martwię się czymś zupełnie 

innym. Chodzi o...

– Tak? – zachęcał kumpel. – No, stary, wyduś to z siebie.
–   Dobra,   chodzi   o   kobietę   –   przyznał   się   wreszcie   i   z   oburzeniem 

dosłyszał chichot Carlosa.

–   No   jasne,   a   cóż   by   innego!   Tylko   że   zawsze   to   ty   przyprawiałeś 

kobiety o ból głowy, a nie one ciebie.

– Zapomnij o tym – warknął Chase.
– No, no, tylko nie bądź taki drażliwy.
– Dziwisz się? Ciekawe, jak byś się czuł, gdyby ciebie wsadzono do 

smętnej biblioteki na prowincji?

W tym miasteczku jedyne dwa światła na skrzyżowaniach głównej ulicy 

wyłącza się dla oszczędności o jedenastej wieczorem.

background image

– Daj już spokój temu miasteczku. Co to za kobieta?
– Wiesz, co mi powiedziała? – zapytał Chase, nagle porwany potrzebą 

zwierzeń.

– Nie, ale jestem ciekaw.
–   Otóż   powiedziała,   że   mam   trudności   w   kontaktach   z   ludźmi. 

Uwierzysz? Ja?

– Co rozumiała przez „trudności"?
– Właściwie nie wiem – przyznał strapiony Chase.
– Mówiła o szczerości, otwartości w wyrażaniu uczuć.
Zawahał się, widząc spojrzenie Carlosa.
–   Okay,   rzeczywiście   tego   nie   robię.   Ale   pokaż   mi   takiego,   kto   jest 

szczery!

– Jak daleko zaszły sprawy między wami? – indagował Carlos.
– Pokłóciliśmy się – oznajmił Chase, uprzedzając następne pytanie.
– Też mi nowina! Z twoich opowiadań odniosłem wrażenie, że nieraz 

wam się to zdarzało.

– Owszem, ale tym razem było inaczej. Tym razem...
tym razem wpadłem, stary – oznajmił dramatycznym tonem.
– A powiedziałeś jej o tym? Bo mam wrażenie, że gdybyś z nią pogadał, 

tak szczerze jak teraz ze mną, nie byłoby sęków między wami.

– Co przez to rozumiesz? – Chase spiorunował go wzrokiem.
– Chciałem ci uświadomić, że jeśli mówisz damie, że ci na niej zależy, 

nie powinno to zabrzmieć, jak byś ogłaszał koniec świata albo zwierzał się, 
że jesteś śmiertelnie chory. Powinieneś mówić to radośnie.

– Ale wcale nie czuję się radośnie. Przynajmniej nie w tym momencie. 

Sam   siebie   nie   rozumiem.   Ta   wspaniała   kobieta   chce   mnie   zmienić,   a 
tymczasem ukróca mi cugli.

– Czy naprawdę o to jej chodzi?
– Nie może pogodzić się z faktem, że mam tak niebezpieczny zawód.
Carlos przytaknął ze zrozumieniem.
– To jest problem wielu z nas. Zawodowe ryzyko, co? Jeśli jesteś w 

niebezpieczeństwie,   wzywasz   gliny,   ale   za   Boga   nie   związałabyś   się   z 
żadnym z nich.

Chyba żeby grzecznie zgodził się robić swoje zza biurka.
– Ona już raz się sparzyła.
– Na policjancie?

background image

– Nie. Zakochała się w pewnym chłopaku, a on zginął na jej oczach. 

Rozwalił   się   na   motorze.   I   dlatego   kiedy   zobaczyła,   jak   w   pogoni   za 
kieszonkowcem   walę   przez   wszystkie   sześć   pasów   Michigan   Avenue, 
wyobraziła sobie, że za chwilę mnie rozjadą.

– Zaraz, zaraz, o co chodzi?
Chase krótko opowiedział mu o całym incydencie i histerycznej reakcji 

Nicole.

– I co masz zamiar dalej zrobić? – zapytał z troską Carlos.
– Nie wiem – odparł bezradnie Chase. – Po prostu nie wiem.

Kiedy dotarł do domu Nicole, nadal nie wiedział, co ma zrobić. Nie był 

nawet pewien, czy ją zastanie.

Pomysł, by wstąpić i porozmawiać z nią, jaki przyszedł mu do głowy po 

wyjściu   z   tawerny,   wydawał   się   dobry.   Nie   mógł   przecież   pozostawić 
sprawy bez wyjaśnienia.

Starym   zwyczajem   zaszedł   dom   od   tyłu.   Coś   jednak   było   nie   w 

porządku. Drzwi kuchenne stały otworem. Chase odruchowo sprawdził broń 
i ostrożnie ruszył przez patio.

Jego niepokój wzrastał. Nicole nie było w kuchni. Przeszukał dom od 

piwnic po dach. Bezskutecznie. Tymczasem w kuchni zostawiono zapalone 
światło, na stole leżała jej torebka, a samochód stał na podjeździe.

Wrócił na dziedziniec i zaczął się rozglądać. Coś zalśniło w ciemności. 

Podszedł bliżej i zobaczył plastikową torbę na odpadki, z której wysypywały 
się śmieci, jakby ktoś porzucił ją w pośpiechu.

Zaklął wściekle i wyciągnąwszy z kieszeni małą silną latarkę, metr po 

metrze   zaczął   oświetlać   podwórko   w   poszukiwaniu   dalszych   śladów.   Po 
jednej stronie znalazł pomieszane odciski stóp należące do dwóch osób.

Teraz   już   wiedział.   Ktoś   ją   porwał.   Ktoś   z   szajki.   Było   to   jedyne 

logiczne wytłumaczenie.

Zaklął   ponownie,   próbując   opanować   ogarniające   go   zdenerwowanie. 

Nie   mógł   sobie   darować,   że   zlekceważył  zagrożenie,   traktując  członków 
gangu jak nieszkodliwych amatorów. Tymczasem musieli zorientować się, 
że są śledzeni i zareagowali klasycznie, jak szczury osaczone w kącie.

Nie tracąc czasu, błyskawicznie skontaktował się ze Straudem i zdał mu 

raport z sytuacji.

– Nie mam konkretnego dowodu – podsumował. – Teoretycznie można 

background image

by sądzić po odciskach stóp, że wyprowadzono ją siłą, ale nie ma innych 
śladów walki. Może po prostu poszła do sąsiadów, albo coś w tym stylu.

– Właśnie to „coś" mnie najbardziej martwi – stwierdził szef.
– Mnie również.
– Co masz zamiar teraz zrobić?
–   Odszukać   kilku   informatorów   i   trochę   ich   przycisnąć.   Zadzwonię, 

kiedy będę coś wiedział.

Bar,   do   którego   wkroczył   w   kilka   minut   później,   wyglądał   na   taką 

mordownię, że tawerna „U Nicka" mogła być śmiało porównana do Hiltona.

–   Joey,   chłopie,   właśnie   cię   szukałem   –   powiedział,   podchodząc   do 

siedzącego przy barku człowieczka o twarzy łasicy.

–   Nie   wiem,   co   jest   grane,   ale   z   góry   mówię,   że   nic   mi   do   tego   – 

oznajmił tamten na powitanie.

– Joey, tylko jedno nazwisko, i to szybko. – Chase podsunął się bliżej, 

groźnie górując nad drobną postacią barowego bywalca.

– Zrozum, to dla mnie osobista sprawa – podkreślił.
– Nadepnięto mi na odcisk i będę musiał kogoś przycisnąć. A wiesz 

chyba,   jak   nie   lubię   trzymać   się   przepisów   –   dodał   z   niebezpiecznym 
błyskiem w oku.

Joey wyraźnie poczuł się nieswojo.
– O co biega? – rzucił nerwowo.
– Kojarzysz tę szajkę, o której kiedyś rozmawialiśmy?
Joey przytaknął.
– To dawaj nazwisko. Szybko! – warknął Chase.
– Kiedy mówiłem, że...
– Może wolisz, żebym zaciągnął cię na dołek na oficjalne przesłuchanie, 

co? – spytał Chase z jawną groźbą, przysuwając się jeszcze bliżej. – Albo 
wyduszę z ciebie wszystko tu, na miejscu. Pamiętaj, że to moja prywatna 
sprawa i nie jestem tu służbowo.

– Ciszej, jak rany – wyszeptał Joey, zerkając wokół z niepokojem. – 

Wiem   o   takim   jednym   gościu,   co   się   nazywa   Leo,   pseudo   „Krewetka". 
Tylko tyle, przysięgam – zabełkotał, widząc żądzę mordu w oczach swego 
prześladowcy. – Gadali, że jest stąd. Podobno wynalazca.

Jakaś   klapka   otworzyła   się   nagle   w   umyśle   Chase'a.   Nicole,   jej 

opowieści   o   pchlim   targu   i   człowieku   o   imieniu   Leo,   stałym   bywalcu 
biblioteki, wynalazcy. Namiar mógł być dobry. Ilu w końcu wynalazców o 

background image

imieniu Leo może być w tej okolicy?

– Czekaj, jeszcze coś – przypomniał sobie Joey.
– Gadają, że koło tego interesu chodzi też taki Fritz Demato. Słyszałeś o 

nim?

Chase   słyszał.   Demato   był   gangsterem   pośledniejszego   formatu,   ale 

dorobił   się   już   kartoteki   kryminalnej   I   można   go   było   uznać   za 
niebezpiecznego.

– Fritz nie lubi frajerów, co mu wchodzą na odcisk.
Podobno ostatnio zrobił się nerwowy, kapujesz?
Detektyw   Ellis   doskonale   wiedział,   o   co   chodzi.   Jego   następnym 

posunięciem miało być zdobycie adresu Leo. Wierzył, że przeczucie go nie 
myliło.   Nawet   nie   wyobrażał   sobie,   co   by   zrobił,   gdyby   coś   stało   się   z 
Nicole.

– Przepraszam, ale nie mam cukru – powiedział Leo, częstując Nicole 

herbatą.

– Nie szkodzi. – Odstawiła filiżankę na stoliczek i zwróciła się ku niemu. 

– Więc zaciągnąłeś mnie tutaj, żeby...

– Żeby porozmawiać o Annie – dokończył.
– Nie mam pojęcia, co w sobie nawzajem widzicie.
– Przypadkiem wpadliśmy jedno na drugie.
Przypomniała sobie, że niemal tych samych słów użyła Anna, zwierzając 

się jej w czasie pikniku.

– Dlaczego nie mogliśmy porozmawiać o tym u mnie? – spytała.
– Ktoś mógłby nadejść.
– Mało prawdopodobne.
–   Dobrze,   przyznaję,   byłem   spanikowany   –   powiedział   nieśmiało.   – 

Kiedy podsłuchałem, co mówi do ciebie na pikniku, doszedłem do wniosku, 
że ci ufa.

Nicole zrozumiała teraz, skąd wzięło się nagłe, zakłopotane spojrzenie 

Anny. Musiała w tym momencie dostrzec Leo.

– Kocham ją – oświadczył. – I nie wiem, co dalej począć. Potrzebuję 

twojej rady. Jak myślisz, jak powinienem teraz postąpić? Wierz mi, ja...

– Myślę, że powinniście słuchać mnie – dobiegł ich głos Eddiego z holu. 

– Nie ruszać się! – zakomenderował, mierząc ku nim z pistoletu.

– Eddie, co ty robisz? – zawołał przerażony Leo.

background image

–   Chronię   własną   skórę!   Jeszcze   chwila,   a   zwierzyłbyś   się   ze 

wszystkiego tej uroczej bibliotekarce, która dziwnym trafem spiknęła się z 
pewnym zakamuflowanym gliną.

– O kim ty mówisz?
– Siedzą nam na karku – stwierdził Eddie. – A ty grasz na dwie strony. – 

Oskarżycielsko skierował broń w Leo.

– Ja nic nie zrobiłem!
– Zamknij się! Teraz ja mówię.
Nicole   miała   wrażenie,   że   cała   scena   jest   nierealna   i   przydarzyła   się 

komuś   innemu.   Niestety,   broń,   którą   Eddie   wymachiwał   w   podnieceniu, 
była aż nadto rzeczywista. Nikt nigdy nie trzymał jej na muszce. Było to 
wybitnie nieprzyjemne przeżycie.

Gangster wydostał kawał sznura do bielizny, na którym zostało jeszcze 

kilka spinaczy i rzucił go Leo.

– Masz, zwiąż ją.
Leo zawahał się.
– Rób, co ci każę. – Lufa pistoletu wykonała naglący ruch. – No, już!
– Popełniasz ogromny błąd.
–   Ani   słowa   więcej.   A   ty   –   zwrócił   się   do   Nicole,   która   z   nadzieją 

spoglądała ku drzwiom – nie próbuj nawet marzyć o ucieczce. Pospiesz się, 
Leo,   nie   będę   czekał   do   rana.   Czy   może   będzie   szybciej,   jeśli   zastrzelę 
ciebie i sam ją zwiążę, co?

–   Tak,   już,   już.   Przepraszam   cię   –   wymruczał   Leo   do   Nicole, 

przywiązując ją do krzesła.

– Dlaczego dałeś się w to wciągnąć? – spytała.
– Dla pieniędzy. Potrzebowałem ich na wynalazki.
– I zadarłeś z prawem? Och, Leo...
– Czemu się pani tak dziwi, droga pani kierowniczko – wtrącił się Eddie. 

– Przecież wiedziała pani doskonale, co się dzieje i dlatego rozmawiała pani 
z szefem policji. A ty, Leo, miałeś się nią zająć...

– Ona o niczym nie wiedziała. Kiedy wszedłeś, rozmawialiśmy o czymś 

zupełnie innym.

– Jasne, myślisz, że uwierzę – zaśmiał się Eddie.
– Zamknij się i kończ z tym wiązaniem.
Nicole   ciągle   nie   mogła   uwierzyć   w   to,   co   się   zdarzyło.   Dlaczego 

zgodziła   się   wyjść   z   domu?   I   czy   Leo   naprawdę   obiecał   swojemu 

background image

„kuzynowi", że się nią „zajmie"? Ten poczciwy Leo? Owszem, ten sam, 
który siedział po uszy w nielegalnym bukmacherskim interesie, dokładnie 
ten sam.

– Dobra, teraz ty – polecił Eddie swemu niedawnemu pomocnikowi. – 

Siadaj na krześle koło niej.

I pamiętaj, jeden fałszywy ruch, a będę strzelał – ostrzegł, błyskawicznie 

krępując sznurem swoją ofiarę.

– Tak strasznie mi przykro. – Leo popatrzył na Nicole wzrokiem zbitego 

psa. – Nigdy nie przyszłoby mi do głowy cię skrzywdzić.

– A ja nie mogę uwierzyć, że zaangażowałeś się w coś takiego – odparła.
– Wiesz, zakłady istniały już przed wiekami i nikt nie uważał tego za 

ujmę. Już starożytni Grecy kombinowali na wyścigach rydwanów. Wiem, bo 
czytałem w ...

– Wierzę, że książka była pasjonująca – przerwał mu Eddie – ale sądzę, 

że   powinniście   bardziej   skupić   się   na   tym,   jak   przeżyć,   niż   na   historii 
hazardu.

To powiedziawszy, ledwie dostrzegalnym ruchem otarł pot znad górnej 

wargi.

– Mylisz się, Eddie. Kiedy wszedłeś, pytałem Nicole o radę w sprawach 

miłości. Miałem się właśnie jej zwierzyć, że w ogóle nie znam kobiet. Nic 
nie mówiliśmy o tobie ani o pracy.

– Ty i miłość? Nie bujaj! – parsknął Eddie. – Ty w ogóle nie masz życia 

miłosnego.

– Nie, nie mam – szczerze przyznał Leo. – Ale powiedziałem ci prawdę, 

czystą prawdę. Potwierdź mu, Nicole.

– On zakochał się w bibliotekarce z działu dziecięcego – oznajmiła.
Leo spojrzał na nią karcąco.
– Nie musiałaś mówić mu, kim ona jest.
–   Czy   nie   masz   ważniejszych   zmartwień   niż   dyskrecja?   –   parsknęła 

zniecierpliwiona.

– Właśnie, ona ma rację – włączył się Eddie.
– Dlaczego mnie  nie powiedziałeś o tej kobiecie, tylko poszedłeś do 

niej? Ja dałbym ci dobrą radę.

– Przepraszam – powiedział ze skruchą Leo – ale pomyślałem, że mnie 

wyśmiejesz.

Eddie   tymczasem   popatrywał   to   na   jedno,   to   na   drugie,   wyraźnie 

background image

zastanawiając się, co dalej robić.

– Rozwiąż nas – poprosił błagalnie Leo. – Pomyśl, co powie twoja żona. 

Przecież wiesz, że jestem jej ukochanym kuzynem.

Nicole dostrzegła, że Eddie się waha. Odłożył broń na stół i zaczął iść w 

ich kierunku. W tym samym momencie ktoś wtargnął do pokoju.

Nicole miała desperacką nadzieję, iż zobaczy spieszącego jej na ratunek 

Chase'a.   Niestety,   zamiast   niego   ujrzała   osobnika   odzianego   w   różowy, 
najbardziej  jaskrawy   garnitur, jaki  dotąd widziała.  Co  gorsza,  trzymał  w 
ręku pistolet dwa razy większego kalibru niż broń Eddiego.

– Nie ruszać się! – warknął.
Jeden rzut oka na twarz niedawnego prześladowcy wystarczył Nicole, by 

dowiedzieć się, że sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót.

– Pan D-Demato... – zająknął się.
– Szukałem cię, mój drogi. Nie odpowiadałeś na moje telefony, więc 

postanowiłem stawić się osobiście.

Psujesz mi interesy, koleś, a to mi się nie podoba.
– Usiłowałem nie wchodzić panu w drogę...
–   Widać   marnie   się   starałeś.   Nikt   nie   będzie   robił   w   konia   Fritza 

Demato! – ogłosił dumnie, po czym dał Eddiemu kuksańca, który ściął go z 
nóg.

– Powiedz mi zresztą, frajerze, czy prawdziwy macher będzie używał 

biblioteki? Przecież musimy dbać o reputację!

– A ty... – Demato groźnie pochylił się nad Leo.
–   Ponoć   pracowałeś   dla   tego   durnia.   –   Wymownym   gestem 

skierowanego w dół kciuka wskazał na rozciągniętą na dywanie postać. – 
Wygląda na to, że zmieniłeś szefa. Masz coś przeciwko temu?

– Ależ nie, panie Demato – zapewnił Leo.
– Fajno. I mów mi Fritz – powiedział nowy szef, rozwiązując więźnia. – 

A teraz zwiąż jego – polecił, wskazując na Eddiego, który właśnie przyszedł 
do siebie.

– Leo, ty zdrajco! – zawył, kiedy tylko pojął, o co chodzi. – Czułem, że 

źle wyjdę na zatrudnieniu ciebie!

– darł się, krępowany więzami. – Ty, kuzyn mojej żony, występujesz 

przeciwko mnie? Tak się odwdzięczasz rodzinie? Po tym wszystkim, co dla 
ciebie zrobiłem? A co z... – Zamilkł znienacka, gdy Leo wcisnął mu w usta 
jedwabną chusteczkę, wyciągniętą z kieszeni jego własnego garnituru.

background image

–   Ten   pistolet   nawet   nie   jest   naładowany   –   stwierdził   z   niesmakiem 

Fritz, zatykając sobie zdobyczną broń za pasek drogich jedwabnych spodni. 
– Ale mój jest – zapewnił. – I radzę o tym pamiętać.

– Tak jest, proszę pana.
– Frtiz. Mów mi Fritz.
– Tak, Fritz.
– Dobra, a teraz plan gry. Zaparkowałem wóz trochę dalej, na ulicy. 

Czarny  Cadillac.  Tu   masz   kluczyki.   –   Rzucił   je   zaskoczonemu   Leo   – 
Pójdziesz   i   uruchomisz   go.   Możesz   uważać   to   za   test.   W   razie 
jakiegokolwiek numeru oblewasz sprawdzian, a ja będę musiał zabić tych 
dwoje. Potem zajmę się tobą.

Wytropię cię wszędzie, tak jak wytropiłem twojego kuzyna. Jasno się 

wyrażam?

Leo przełknął z  wysiłkiem ślinę i kiwnął głową.  Nicole uznała, że  z 

dwojga bandytów stanowczo woli Eddiego. Fritz uraczył ich jaszczurczym 
uśmiechem.

– W porządku. Jak już uruchomisz mój wóz, podjedź nim tutaj i postaw 

pod żywopłotem. I pospiesz się. Musimy jak najszybciej zabrać stąd tych 
dwoje.

Chase   dostrzegł   wychodzącego   Leo.   Wiedział   już,   że   Nicole   jest 

związana,   gdyż   udało   mu   się   potajemnie   zerknąć   przez   okno.   Zdążył 
zawiadomić o wszystkim Strauda i wiedział, że będzie miał zabezpieczone 
tyły. Nalegał jednak, by główną część zadania pozostawiono jemu. Nie mógł 
pozwolić,   by   wyręczył   go   nadgorliwy   funkcjonariusz,   którego   świerzbiał 
palec   na   cynglu.   Dlatego   czekał   samotnie,   ukryty   w   gąszczu   iglaków 
otaczających   obdrapany   wiktoriański   dom.   Cierpliwość   została   wreszcie 
nagrodzona. Chase pochwycił wychodzącego Leo i przyparł go do grubego 
pnia dębu, rosnącego w kącie podwórza.

– Opowiadaj, co się dzieje w środku – warknął.
– Kim jesteś? – wycharczał przerażony wynalazca.
– Kolejnym rywalem?
Detektyw wyszarpnął służbową odznakę i machnął mu przed oczami.
– Jak widzisz, jestem gliną. A ty wyciągnąłeś łapy po moją kobietę.
– Nigdy nie wyciągałem łap po żadną kobietę – z oburzeniem wyszeptał 

Leo. – Ach, rozumiem, nie mówiłeś tego dosłownie... – Urwał, gdyż silne 
ręce potrząsnęły nim niecierpliwie. – Zapewne chodzi ci o Nicole. Jest w 

background image

środku.

– Mów, co z nią?
– Jest związana, ale ma się dobrze.
– Dobra, mów mi szybko, co się tam dzieje.
Leo zaczął opowiadać w pośpiechu, połykając sylaby. Chase usiłował 

wyłowić jakiś sens z chaotycznej narracji.

– Jak bardzo zależy ci na wolności? – zapytał.
– Bardzo, ale to bardzo mi zależy – bez namysłu rzucił Leo. – Właśnie 

stwierdziłem,   że   nie   nadaję   się   do   przestępczej   roboty.   I   mam   straszne 
wyrzuty sumienia, że wciągnąłem w tę sprawę Nicole.

– Dobrze. – W umyśle Chase'a narodził się już plan. Przypomniało mu 

się, że Fritz miał manię na punkcie swojego samochodu, wyprodukowanego 
na zamówienie, czarnego cadillaca ze złotymi ozdobami.

Wóz   był   jego   dumą   i   radością.   Detektyw   zdążył   zauważyć,   że 

zaparkowany jest z boku i niewidoczny z okien.

– Wracaj i powiedz Fritzowi, że jego wóz został skradziony – polecił.
Leo   nerwowo  przełknął   ślinę.   Nadszedł   moment,   w  którym  mógł   się 

wreszcie wykazać i zrehabilitować za swoje niegodne czyny.

– Zrobię to – wyszeptał z determinacją. – A co potem?
– Potem wycofaj się i trzymaj z daleka.

– I co taka porządna dziewczyna jak ty robi w takim miejscu? – zagadnął 

Nicole Fritz.

– Już od kilkunastu minut zadaję sobie to samo pytanie – wymamrotała. 

– Po prostu przyszłam tu na herbatę.

– Dobry moment wybrałaś sobie na sąsiedzkie pogawędki – zauważył 

przestępca.

– Najwyraźniej. I nie przypuszczam, byś był skłonny mnie...
Odmownie pokręcił głową.
– Tak myślałam – westchnęła, usiłując jednocześnie rozluźnić pętle na 

przegubach. Przydała się szkoła starszego braciszka, który w dzieciństwie 
ćwiczył na niej harcerskie węzły. Nagle dosłyszeli, że wraca Leo.

Czas naglił.
– Fritz, ukradli twój samochód! – krzyknął od progu.
– Coo?! – Fritz odruchowo rzucił się do wyjścia, pragnąc przekonać się, 

czy rzeczywiście zabrano mu ukochane cacko. Lecz Chase już czyhał za 

background image

progiem.

W sekundę Fritz przekonał się, że stracił nie tylko wóz, ale i pistolet, 

który wyfrunął mu z ręki, wytrącony nagłym ciosem. Silny chwyt osadził go 
w miejscu.

– Złamiesz mi rękę – zawył.
– Ciesz się, że nie złamię ci karku – wycedził przez zęby Chase. Za 

moment pojawił się komendant Straud z policjantami.

Chase   zostawił   im   pojmanego,   by   mogli   mu   zrobić   wykład   o 

przysługujących mu prawach, a sam pobiegł do Nicole.

Uśmiechnęła się niepewnie na jego widok.
– Dużo czasu ci to zajęło, detektywie Ellisie – mruknęła.
Podbiegł ku niej i rzucił się na kolana, by rozwiązać sznury. W zapale 

nie zorientował się nawet, że Nicole natychmiast powstała i otoczyła jego 
szyję ramionami, odwzajemniając mu namiętny uścisk.

Odchylił się do tyłu, by przyjrzeć się jej dokładnie.
– Jakim cudem się uwolniłaś?
– Widać mam ukryte talenty.
– Wszystko w porządku? – zapytał z troską, badając wzrokiem jej twarz.
– Jak najbardziej – zapewniła go. – Trochę mi może niewygodnie ze 

związanymi kostkami.

W mgnieniu oka uwolnił jej nogi. Teraz mogli już na dobre przytulić się 

do   siebie.   Trzymał   ją   kurczowo,   jakby   nigdy   już   nie   miał   wypuścić   i 
przymknąwszy oczy kołysał w ramionach, gładził po włosach.

– Nigdy już nie rób mi tego – wyszeptał żarliwie.
– A co ci zrobiłam?
– Sprawiłaś, że zakochałem się w tobie. – Słowa popłynęły same, zanim 

zdążył się zastanowić.

Odchyliła się i spojrzała mu w twarz, dostrzegając w niej napięcie, które 

sama   czuła.  –   Jesteś   wytrącony   z  równowagi   i  mówisz   nie   przemyślane 
rzeczy.

–   Naprawdę   chcesz,   żebym   przestał   mówić,   co   czuję?   Wierz   mi, 

naprawdę wiem, o czym mówię.

Kocham cię, Nicole. Kocham twój charakter, twoją szlachetność, pasję i 

entuzjazm   –   nie   mówiąc   już   o   twoich   cudownych   nogach   –   zakończył 
niespodziewanie, pragnąc rozproszyć napięcie.

– Kochałem cię już przedtem. Ale dopiero teraz zrozumiałem,  co się 

background image

czuje, kiedy ukochana osoba jest w niebezpieczeństwie. Dlatego obiecuję ci, 
że nie będę, tak jak kiedyś, podejmował niepotrzebnego ryzyka. Ale jestem 
policjantem, Nicole. Czy zaakceptujesz ten fakt i zwiążesz się ze mną?

Niedawne   udręki,   jakie   przeżywała   na   myśl,   że   może   już   go   nie 

zobaczyć,   zmusiły   ją   do   stawienia   czoła   własnym   lękom.   Sytuacja 
zagrożenia uświadomiła Nicole odwieczną grę życia i śmierci, uwalniając jej 
myśli od zbędnego bagażu emocji. Tym samym pokonała dręczący strach 
przed   przyszłością,   uznając   radość   chwil   przeżywanych   tutaj   i   teraz   –   z 
Chase'em.

Życie nie trwa wiecznie, więc bezsensem jest dopuszczać, by zatruwał je 

wieczny lęk, który nie pozwala cieszyć się chwilą.

–   Spróbuję   –   oświadczyła   z   mocą.   –   Tylko   obiecaj   mi,   że   wreszcie 

zaczniesz postępować rozważnie.

– Obiecuję. I oczekuję takiego samego zobowiązania z twojej strony.
– Tak.
– Pięknie brzmi to słowo – zamruczał, całując ją.
–   Chciałbym   jeszcze   raz   usłyszeć   je   z   twoich   ust   –   kiedy   ubrana   w 

ślubną   suknię   staniesz   przed   ołtarzem   I   wobec   kościoła   pełnego   ludzi 
powiesz „tak".

– Och, zależy, kto będzie panem młodym – zażartowała, z trudem kryjąc 

dreszcz oczekiwania.

– Ja! Czy dobrze słyszałem? – Czule przeczesywał palcami jasne włosy 

Nicole. – Naprawdę chcesz wziąć za męża tego glinę... na dobre i na złe, w 
zdrowiu i w chorobie, w szczęściu i radości?

– Chcę!
Chase   przerwał   jej   radosny   śmiech   pocałunkiem,   który   obiecywał 

wszystko, czego tylko zapragnie. I nieważne było, że po pokoju kręcili się 
policjanci,   a   nieszczęsny   Eddie   nadal   tkwił   w   więzach,   zakneblowany 
własną chusteczką do nosa. Serce Nicole biło mocno, przepełnione miłością 
do człowieka, który uwielbiał flirtować z własnym losem.

– Nie mogę uwierzyć, że Bruce Query, bratanek szacownego członka 

naszej rady nadzorczej, był pośrednikiem szajki w bibliotece – kręciła głową 
Nicole. Oboje z Chase'em leżeli przytuleni w ogromnym łożu, ciągle nie 
mogąc się sobą nacieszyć, choć zdążyli się już dwa razy pokochać. – Stary 
Query nie będzie zachwycony. A powiedz mi, co z Leo?

background image

–   Najprawdopodobniej   dostanie   wyrok   w   zawieszeniu   i   sporą   ilość 

godzin do odpracowania na rzecz miasta. Zasugerowałem, by oddelegowano 
go do biblioteki.

– Jak to miło z twojej strony!
– Bo ze mnie w ogóle jest miły chłopak – zachichotał.
– Wiem – odpowiedziała dziwnie poważnym tonem, muskając wargami 

miejsce,  gdzie mocno  uderzało jego serce.  – Dlatego między  innymi  cię 
pokochałam.

– Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś mi, że mnie kochasz? – nadąsał 

się.

– Czekałam, aż ty mi to powiesz.
– A nie przyszło ci do głowy, że ja czekam na ciebie?
– Panie mają pierwszeństwo, co?
– Zawsze – zamruczał, czyniąc niedwuznaczną aluzję do niedawnych 

chwil miłości.

– Jest coś, co powinieneś o mnie wiedzieć – powiedziała, przesuwając 

rękę   z   jego   piersi   w   dół,   poniżej   pępka,   ruchem   wirtuoza   doskonale 
świadomego, którą ma poruszyć strunę. – Nie zawsze bywam damą.

– Wiem. I dlatego między innymi cię pokochałem.
Ty również powinnaś coś o mnie wiedzieć. Coś, co wiedzą tylko trzy 

osoby na świecie... – tajemniczo zawiesił głos.

– Co?
– Moje prawdziwe imię nie brzmi Chase. Tak tylko nazywała mnie w 

dzieciństwie mama. W świadectwie urodzenia mam wpisane... Alvin. Mam 
nadzieję, że ta wiedza nie zmieni twoich zamiarów co do poślubienia mnie... 
– stwierdził z heroicznym spokojem.

–   Cóż,   Alvinie   Chasie   Ellisie,   nic   nie   odwiedzie   mnie   od   moich 

zamiarów. Nie myśl, że tak łatwo się mnie pozbędziesz.

– Nie mam najmniejszej ochoty – szepnął. – Ani teraz, ani kiedykolwiek!