background image

A

A

m

m

o

o

s

s

 

 

O

O

z

z

 

 

 

 

R

R

y

y

m

m

y

y

 

 

ż

ż

y

y

c

c

i

i

a

a

 

 

i

i

 

 

ś

ś

m

m

i

i

e

e

r

r

c

c

i

i

 

 

 

Przełożył Leszek Kwiatkowski 

 

background image

A  oto  te  podstawowe  pytania:  Po  co  pan  pisze. 

Dlaczego  pisze  pan  właśnie  w  ten  sposób.  Czy  zależy 

panu  na  tym,  by  oddziaływać  na  swoich  czytelników,  a 

jeśli tak – jaki ma być kierunek tego oddziaływania. Jakie 

zadanie  spełniają  pańskie  opowieści.  Czy  ciągle  pan  coś 

skreśla  i  poprawia,  czy  pisze  pan  pod  wpływem 

natchnienia.  Dlaczego  opisuje  pan  prawie  wyłącznie 

ciemne  strony.  Co  pan  sądzi  o  innych  pisarzach,  kto  na 

pana wpłynął, a kogo pan nie znosi. A przy okazji – jak by 

pan  określił  samego  siebie?  Co  pan  odpowie  tym 

wszystkim, którzy pana atakują, jak się pan z tym czuje? 

Co oznaczają dla pana te ataki? Czy pisze pan długopisem 

czy na komputerze? A ile tak mniej więcej pan zarabia na 

każdej książce? Czy materiał do swoich fabuł czerpie pan 

z wyobraźni czy wprost z życia? Co pana była żona sądzi 

o  postaciach  kobiecych  w  pańskich  książkach?  A 

dlaczego  właściwie  rozszedł  się  pan  z  pierwszą  i  drugą 

żoną? Czy ma pan wyznaczone stałe godziny na pisanie, 

czy  pisze  pan  tylko  wtedy,  kiedy  nawiedzi  pana  muza? 

background image

Czy jest pan pisarzem zaangażowanym, a jeśli tak, to po 

czyjej  stronie?  Czy  pańskie  historie  są  autobiograficzne 

czy  fikcyjne?  A  przede  wszystkim  jak  to  możliwe,  że 

pańskie życie osobiste, jak na artystę, nie jest szczególnie 

burzliwe? Można by wręcz powiedzieć, że raczej szare? A 

może  jest  jeszcze  mnóstwo  rzeczy,  których  o  panu  nie 

wiemy? I jak to jest, że pisarz, artysta, całe życie pracuje 

jako księgowy? Czyżby to było tylko źródło utrzymania? 

A proszę powiedzieć, czy zawód księgowego nie zabija w 

panu natchnienia? A może ma pan też inne życie, nie dla 

publiczności? Może zechce pan nam dzisiaj uchylić rąbka 

tajemnicy?  A  może  by  nam  pan  powiedział,  krótko  i 

własnymi  słowami,  co  dokładnie  chciał  pan  przekazać w 

swojej ostatniej książce? 

 

Istnieją  odpowiedzi  wyrafinowane,  istnieją  też 

wymijające. Odpowiedzi prostych i bezpośrednich nie ma. 

Dlatego autor siądzie w kawiarence oddalonej o trzy 

–  cztery  przecznice  od  Centrum  Społecznego  im.  Szunii 

background image

Szora,  gdzie  ma  się  odbyć  wieczór  literacki.  Wnętrze 

kawiarenki  wydaje  mu  się  niskie,  ciemne  i  duszne  i 

dlatego  akurat  w  sam  raz.  Posiedzi  tutaj  i  zastanowi  się 

nad tymi pytaniami (przez całe życie przychodzi wszędzie 

pół  godziny  albo  czterdzieści  minut  przed  czasem  i 

zawsze musi znaleźć sobie jakieś zajęcie przed umówioną 

godziną).  Na  nic  zdadzą  się  wysiłki  ubranej  w  krótką 

spódniczkę zmęczonej kelnerki o wydatnym biuście, która 

wyciera  dla  niego  stolik  ściereczką:  blat  z  formiki 

pozostanie  lepki  nawet  po  tym  zabiegu.  Może  sama 

ściereczką nie była zbyt czysta? 

Autor  przyjrzy  się  tymczasem  nogom  kelnerki, 

pięknym, kształtnym, tylko trochę za grubym w kostkach. 

Potem spojrzy na jej przyjemną, pogodną twarz. Jej brwi 

łączą się ze sobą, włosy ma zaczesane do tyłu i związane 

czerwoną  gumką.  Pisarza  owionie  zapach  potu  i  mydła, 

zapach  zmęczonej  kobiety.  Przez  spódniczkę  prześwituje 

zarys majtek. Ten niewyraźny kontur przykuwa teraz jego 

wzrok: lekka asymetria na korzyść lewego uda wydaje mu 

background image

się  bardzo  podniecająca.  Kelnerka  zauważy  spojrzenie 

obłapiające  jej  nogi,  uda,  biodra  i  westchnie  ze 

zdegustowaną  miną  wyrażającą  błaganie:  „Dosyć  tego, 

dajcie mi spokój”. 

 

Autor zatem grzecznie odwróci wzrok, zamówi omlet 

i  sałatkę,  do  tego  bułeczkę  i  filiżankę  kawy,  wyjmie  z 

paczki  papierosa  i  będzie  go  trzymał,  niezapalonego, 

między palcami lewej ręki podpierającymi policzek: jego 

uduchowiony  wyraz  twarzy  nie  robi  najmniejszego 

wrażenia  na  kelnerce,  która  odwróciła  się  na  płaskim 

obcasie i zniknęła za przepierzeniem. 

Czekając  na  omlet,  autor  wyobraża  sobie  pierwszą 

miłość tej kelnerki (postanawia nadać jej imię Riki): gdy 

miała  zaledwie  szesnaście  lat,  zakochała  się  w 

rezerwowym  bramkarzu  drużyny  Bnei  Jehuda  imieniem 

Charlie, który pewnego deszczowego dnia zajechał swoją 

lancią  przed  salon  piękności,  w  którym  pracowała,  i 

wyrwał  ją  stamtąd  na  trzy  dni  do  hotelu  w  Ejlacie,  żeby 

background image

się  zabawić  (jego  wujek  był  współwłaścicielem  hotelu). 

W  Ejlacie  Charlie  kupił  jej  w  prezencie  szałową 

estradową  kieckę,  jak  dla  greckiej  piosenkarki,  ze 

srebrnymi  cekinami  i  w  ogóle,  ale  po  dwóch  tygodniach 

rzucił  Riki  i  znów  pojechał  się  rozerwać  w  tym  samym 

hotelu,  tym  razem  z  wicemiss  bikini.  Natomiast  Riki,  po 

ośmiu  latach  i  czterech  facetach,  z  którymi  była  od 

tamtego czasu, nie przestała marzyć, że kiedyś wróci: miał 

takie  wyskoki,  że  niby  jest  na  nią  strasznie  zły,  taki 

groźny, niebezpieczny, jakby zaraz miał dostać szału – jak 

ona  się  wtedy  bała,  śmiertelnie  –  aż  raptem  w  jednej 

chwili  się  rozchmurzał,  wybaczał  jej  i  cieszył  się  nią  jak 

dziecko,  przytulał  ją,  przezywał  „Gogog”,  całował  w 

szyję,  łechtał  ciepłym  oddechem  i  tak  superdelikatnie, 

końcem nosa, rozwierał jej wargi, a od tego po całym jej 

ciele spływało takie ciepło, jakby miód, i nagle podrzucał 

ją  tak  strasznie  wysoko  w  powietrze,  jak  poduszkę,  aż 

krzyczała:  „Mamo!”,  ale  zawsze  łapał  ją  dosłownie  w 

ostatniej chwili i przytulał, żeby się nie przewróciła. Lubił 

background image

ją tak muskać końcem języka, delikatnie, pomału i bardzo 

długo za każdym uchem i w samym uchu, a trochę też po 

karku, tam gdzie się zaczynają delikatne włoski, aż czuła, 

że zaczyna się w niej rozpuszczać miód. Charlie nigdy nie 

podniósł  na  nią  ręki  i  ani  razu  jej  nie  obraził.  To  on 

pierwszy  nauczył  ją  tańczyć  przytulanego,  nosić 

mikrobikini,  nauczył  ją  też  opalać  się  nago  na  brzuchu, 

zamknąć  oczy  i  wyobrażać  sobie  różne  sprośności,  i  on 

pierwszy jej uświadomił, co tak naprawdę robią z jej buzią 

i szyją podłużne kolczyki z zielonym kamieniem. 

Ale  potem  zmusili  go,  żeby  oddał  lancię,  a  do  tego 

założyli gips na pękniętą rękę, i znów pojechał do Ejlatu, 

ale  z  inną  dziewczyną,  z  Lucy,  która  o  mało  nie  została 

miss bikini, a przed wyjazdem powiedział Riki: „Słuchaj, 

Gogog,  naprawdę  strasznie  mi  przykro,  ale  spróbuj  mnie 

mimo  wszystko  zrozumieć.  Lucy  właściwie  była  przed 

tobą i w sumie to tak nie do końca się rozstaliśmy, tylko 

się  trochę  poprztykaliśmy  i  jakoś  tak  wyszło,  że 

zerwaliśmy  na  jakiś  czas,  ale  teraz  po  prostu  do  siebie 

background image

wróciliśmy  i  tyle.  A  Lucy  kazała  ci  przekazać,  że 

naprawdę nie ma do ciebie żalu, no hard feelings. Jeszcze 

zobaczysz,  Gogog,  że  za  jakiś  czas  ci  przejdzie, 

przestaniesz  o  nas  myśleć  i  znajdziesz  sobie  kogoś 

bardziej  odpowiedniego  ode  mnie,  bo  szczerze  mówiąc, 

zasługujesz  na  kogoś  porządniejszego,  tobie  naprawdę 

należy  się  ktoś  najlepszy  na  świecie.  A  najważniejsze, 

żebyśmy  mieli  po  sobie  nawzajem  tylko  dobre 

wspomnienia, nie?” 

 

Grecką  sukienkę  z  cekinami  Riki  podarowała  w 

końcu jakiejś swojej kuzynce, a mikrobikini wepchnęła do 

szuflady,  za  przyborami  do  szycia,  po  czym  o  nim 

zapomniała.  Faceci  nie  umieją  inaczej,  tacy  już  są,  po 

prostu tak są kiepsko skonstruowani i tyle, ale w gruncie 

rzeczy,  jej  zdaniem,  kobiety  są  niewiele  lepsze  i  dlatego 

miłość  to  coś,  co  prawie  zawsze,  tak  czy  inaczej,  źle  się 

kończy. 

Charlie już od dawna nie gra w drużynie Bnei Jehuda. 

background image

Teraz  ma  rodzinę  i  troje  dzieci,  i  zakład  w  Cholonie,  w 

którym  wytwarza  słoneczne  podgrzewacze  wody. 

Podobno  eksportuje  ich  nawet  sporo  na  terytoria 

okupowane i na Cypr. A Lucy? Ta ze smukłymi nogami? 

Ciekawe,  co  się  z  nią  w  końcu  stało.  Czy  ją  też  Charlie 

wyrzucił  po  użyciu?  Gdybym  tylko  miała  jej  adres  albo 

numer telefonu, a do tego dość odwagi, poszukałabym jej. 

Umówiłybyśmy się na kawę. Porozmawiały. Może byśmy 

się  nawet  zaprzyjaźniły?  Dziwne,  że  od  mnie  już  teraz 

naprawdę w ogóle nie obchodzi, a ona akurat trochę tak. 

O  nim  już  wcale  nie  myślę,  nawet  z  pogardą,  a  o  niej 

czasami  mi  się  zdarza:  bo  może  z  nią  jest  teraz  trochę 

podobnie  jak  ze  mną?  Czyją  też  nazywał  w  łóżku 

„Gogog”? Śmiał się i robił jej tak czubkiem nosa w tę i z 

powrotem  między  wargami?  Pokazywał  jej  powoli, 

delikatnie,  przy  jej  udziale,  razem  z  jej  ręką,  czym  tak 

naprawdę  jest  jej  ciało?  Gdyby  udało  mi  się  ją  znaleźć, 

może  byśmy  o  tym  porozmawiały  i  z  czasem 

zostałybyśmy przyjaciółkami. 

background image

Między dziewczyną a facetem przyjaźń naprawdę nie 

wchodzi w rachubę: jak  coś między nimi zaiskrzy,  to już 

nie może być między nimi przyjaźni. A jak nie zaiskrzy, 

to  już  w  ogóle  między  nimi  nic  nie  będzie.  Ale  między 

dziewczynami,  zwłaszcza  takimi,  co  najadły  się  w  życiu 

dosyć  bólu  i  rozczarowań,  a  już  najbardziej  między 

takimi,  które  cierpiały  przez  tego  samego  faceta...  Może 

powinnam kiedyś spróbować znaleźć tę Lucy? 

 

Przy  sąsiednim  stoliku  siedzą  dwaj panowie,  którym 

się  nigdzie  nie  spieszy,  obaj  koło  pięćdziesiątki.  Ten 

ważniejszy  jest  gruby,  stanowczy  i  zupełnie  łysy, 

przypomina  pomocnika  filmowych  szwarccharakterów. 

Mniejszy  z  nich  wydaje  się  zużyty,  a  nawet  zdziadziały, 

ma  hałaśliwy  sposób  bycia  i  twarz  gotową  w  każdej 

chwili  okazać  zachwyt  albo  litość  każdemu,  kto  tego 

akurat  potrzebuje,  i  to  całkiem  bezinteresownie.  Autor 

zapala  papierosa  i  przyjmuje,  że  ów  pan  jest  poślednim 

przedstawicielem  handlowym  albo  może  agentem 

background image

rozprowadzającym 

suszarki 

do 

włosów. 

Tego 

ważniejszego autor nazywa w myślach panem Leonem, a 

ten  potulny  może  nosić  nazwisko  Szlomo  Chugi. 

Rozmawiają,  jak  się  zdaje,  o  powodzeniu  w  sensie 

ogólnym. 

Pomocnik szwarccharakterów mówi: 

– A poza tym, jak w końcu do czegoś dojdziesz, to i 

tak życie już się kończy. 

Ten mniej ważny na to: 

– Święta prawda. Nie żebym się chciał z tobą spierać, 

ale  wiesz  co?  Sam  przyznaj,  że  jak  się  żyje  tylko  po  to, 

żeby  jeść  i  pić,  to  to  nie  jest  życie  godne  człowieka. 

Człowiekowi zawsze trzeba jeszcze czegoś dla duszy, jak 

to się nazywa u nas w judaizmie?  Neszama jetera? – Ty 

zawsze  opowiadasz  takie  historie  wzięte  z  powietrza  – 

stwierdził  chłodno,  a  nawet  z  lekkim  niesmakiem  ten 

ważny.  –  Co  tam  z  powietrza.  Z  chmur!  O  wiele  łatwiej 

byłoby  cię  zrozumieć,  jakbyś  podał,  powiedzmy,  jakiś 

przykład z życia. 

background image

– Dobra, czemu nie, weź na ten przykład Chazama z 

firmy  Isratax, Owadję  Chazama,  pamiętasz,  tego,  co  dwa 

lata  temu  wygrał  na  loterii  pół  miliona,  a  potem  się 

rozwiódł,  zaczął  romansować,  przeprowadził  się, 

zainwestował,  a  jak  ktoś  chciał,  to  dawał  mu  pożyczkę 

bez poręczenia,  wstąpił  do nas  do partii,  startował  nawet 

na przewodniczącego koła, i żył jak król. Co tam król. Jak 

lord!  A  w  końcu  dostał  raka  wątroby  i  trafił  w  stanie 

krytycznym do szpitala Ichiłowa. 

Pan Leon krzywi się i mówi znudzony: 

–  Pewnie.  Owadja  Chazam.  Byłem  na  weselu  jego 

syna.  Tak  się  składa,  że  osobiście  miałem  okazję  dość 

dobrze  poznać  historię  Owadii  Chazama.  Szastał 

pieniędzmi bez opamiętania, i na cele charytatywne, i na 

rozrywki,  woził  się  po  mieście  niebieskim  buickiem  z 

ruskimi  blondynami  i  bez  przerwy  tylko  szukał 

rozmaitych  inwestorów,  przedsiębiorców,  poręczeń, 

źródeł finansowania, wspólników. Nieborak. I co z tego? 

W  naszym  przypadku  lepiej  odsunąć  go  na  bok:  to  w 

background image

ogóle nie jest dobry przykład dla ciebie. Rak, mój drogi, 

wcale  nie  bierze  się  z  nałogów.  Rak  –  naukowcy  już  to 

stwierdzili – bierze się albo z brudu, albo z nerwów. 

 

Autor  zostawia  na  talerzu  prawie  połowę  omletu. 

Wypija  dwa,  trzy  łyki  kawy  i  znajduje  w  niej  jakby 

posmak  przypalonej  cebuli  i  tłuszczu  do  smażenia. 

Spogląda na zegarek. Płaci Riki, dziękuje jej z uśmiechem 

za resztę, którą zostawia dla niej schowaną pod spodkiem 

filiżanki.  Pilnuje  się,  by  tym  razem  nie  gapić  się  na  nią, 

jednak  kiedy  kelnerka  się  oddala,  mimo  wszystko  gładzi 

wnikliwym  pożegnalnym  spojrzeniem  jej  talię  i  uda:  z 

lewej  strony  prześwitująca przez  spódniczkę  linia  majtek 

biegnie  nieco  wyżej  niż  z  prawej.  Nie  może  oderwać 

wzroku.  Wreszcie  wstaje  i  kieruje  się  do  wyjścia,  ale 

zawraca i schodzi jeszcze po dwóch schodkach do toalety 

bez  okien:  przepalona  żarówka,  odpadający  tynk  i  fetor 

zastarzałego  moczu  w  ciemności  przypominają  mu,  że 

właściwie nie jest przygotowany do spotkania. I jak tu ma 

background image

odpowiadać na pytania czytelników? 

Wracając  z  toalety,  widzi,  że  pan  Leon  i  Szlomo 

Chugi  przystawili  krzesła  bliżej  siebie  i  teraz,  bark  w 

bark, pochylają się nad jakimś notesem czy broszurą. Ten 

bardziej  krewki  przesuwa  powoli  grubym  kciukiem 

wzdłuż  linijek,  szepcząc  coś  z  naciskiem,  co  rusz 

obracając głowę z prawa na lewo, jakby raz na zawsze z 

całą  stanowczością  wykreślał  coś  z  rejestru:  nie  wchodzi 

w rachubę, mowy nie ma, a jego posłuszny towarzysz raz 

za razem potakuje głową. 

 

Wychodząc  na  ulicę,  autor  znów  zapala  papierosa. 

Dwadzieścia po dziewiątej. Jest gorący, lepki wieczór, na 

ulicach  i  podwórzach  zalega  stężałe  powietrze 

przesiąknięte  sadzą  i  spalinami.  Autorowi  wydaje  się 

rzeczą  okropną,  że  ktoś  w  taki  duszny  wieczór  leży  w 

stanie  krytycznym  w  szpitalu  Ichiłowa,  ponakłuwany 

wenflonami, podłączony do jakichś rurek, w przepoconej 

pościeli,  przy  wtórze  astmatycznych  posapywań  rzędu 

background image

respiratorów. Wyobraża sobie, że Owadja Chazam, zanim 

dopadła  go  choroba,  zawsze  był  człowiekiem  rzutkim, 

żyjącym w ciągłym ruchu, pojawiającym się to tu, to tam, 

przysadzistej postury,  ale o  zwinnych, niemal  tanecznych 

ruchach. Zwykle rozbijał się po mieście swoim niebieskim 

buickiem,  zawsze  w  gronie  pomocników,  przyjaciół, 

bezinteresownych doradców, młodych kobiet, inwestorów 

i  lobbystów,  otaczany  przez  tłumy  pomysłowych  i 

przedsiębiorczych  przyszłych  ludzi  sukcesu,  przez 

proszących  o  rozmaite  przysługi  i  wszelkiej  maści 

kombinatorów.  Miał  zwyczaj  wciąż  poklepywać 

wszystkich  po  ramieniu,  obejmować  i  z  całej  siły 

przyciskać  do  szerokiej  piersi  i  mężczyzn,  i  kobiety, 

częstować rozmówców przyjacielskim kuksańcem w bok, 

dawać  słowo  honoru,  wyrażać  zdumienie,  wybuchać 

gromkim śmiechem, rugać; strofować i żartować, mówić: 

„Jestem  naprawdę  wstrząśnięty”,  krzyczeć:  „Zapomnij  o 

tym!” „Nie do wiary!”, cytować wersety Tory, a zdarzało 

się, że zalewała go wezbrana fala ciepłych uczuć, a wtedy 

background image

zaczynał  bez  uprzedzenia  obsypywać  zarówno  kobiety, 

jak  i  mężczyzn  pocałunkami,  wylewnymi  pieszczotami, 

omal  nie  padał  na  kolana,  aż  nagle  zalewał  się  łzami, 

uśmiechał  nieśmiało,  po  czym  znów  całował,  pieścił, 

ściskał i płakał, kłaniał się głęboko, przyrzekał, że nigdy 

nie  zapomni,  i  już  pędził  dalej,  sapiąc,  uśmiechając  się, 

machając  na  pożegnanie  szeroką  otwartą  dłonią  z 

zawieszonymi  wciąż na jednym z palców kluczykami do 

buicka.   

 

Pod oknem sali, w której wraz z innymi umierającymi 

umieszczono  Owadję  Chazama,  przez  cały  ten  wieczór 

wyją syreny karetek, rozlega się pisk hamulców, a z radia 

włączonego  na  cały  regulator  na  postoju  taksówek  przed 

głównym wejściem huczą bydlęce ryki radości wydawane 

przez  lektorów  reklam.  Do  płuc  z  każdym  oddechem 

dostaje  się  mętna,  zatęchła  mikstura  gęstego  zapachu 

moczu,  środków  uspokajających,  resztek  jedzenia,  potu, 

aerozoli,  oparów  chloru  i  leków,  poplamionych  bandaży, 

background image

odór  kału,  sałatki  z  buraków  i  lizolu.  Na  nic  się  zdało 

pootwieranie  jak  szeroko  wszystkich  okien  w  starym 

domu  kultury,  który  teraz  nazywa  się  Centrum 

Społecznym  im.  Szunii  Szora  i  Siedmiu  Poległych  w 

Kamieniołomie.  Klimatyzatory  są  popsute  i  niezdrowe 

powietrze  tężeje  w  bezruchu.  Publiczność  się  poci. 

Niektórzy spotykają znajomych i stają w przejściach. Inni 

siedzą  na  twardych  krzesłach,  młodzi  na  ławkach 

oddalonych  od  stolika  dla  prelegentów,  starsi  zajęli 

miejsca  w  pierwszych  rzędach,  ubrania  lepią  im  się  do 

ciał, każdy owiany zapachem własnego ciała i zapachami 

sąsiadów w parnym powietrzu. 

I  tymczasem  wymieniają  opinie  –  o  wieczornych 

wiadomościach,  o  katastrofie  w  Akce,  o  przeciekach  z 

posiedzenia  rządu,  o  przypadkach  korupcji,  o  sytuacji  w 

ogóle,  o  awarii  klimatyzatorów,  o  upale.  Trzy  zmęczone 

wentylatory  obracają  się  jałowo  nad  głowami 

publiczności. I tak prawie nic nie dają: jest bardzo gorąco. 

Między kołnierzyk a kark bez przerwy dostają się drobne 

background image

owady,  jakby  to  była  tropikalna  Afryka.  W  gęstym 

powietrzu wisi zapach potu i dezodorantów. 

Na dworze, trzy-cztery przecznice dalej, wyje syrena 

karetki albo wozu strażackiego: w dół, w górę i znowu w 

dół,  przejmujący  jęk  gaśnie  stopniowo,  nie  jakby  się 

oddalał,  lecz  jakby  opadał  z  sił.  Później  ulicę  przeszywa 

urywany sygnał alarmu zaparkowanego samochodu, który 

nagle  zdjął  strach  przed  porzuceniem  w  ciemności.  Czy 

autor powie dzisiaj coś nowego? Czy zdoła nam wyjaśnić, 

dlaczego  znaleźliśmy  się  w  tej  sytuacji  albo  co 

powinniśmy zrobić, aby ją zmienić? Czy widzi coś, czego 

my jeszcze nie dostrzegamy? 

Niektórzy przynieśli z sobą do domu kultury książkę, 

o  której  będzie  mowa  tego  wieczoru,  i  na  razie  używają 

jej  –  albo  dziennika  „Dawar”  –  jako  wachlarza.  Jest  już 

małe  opóźnienie,  a  autora  wciąż  ani  śladu.  Program 

spotkania 

obejmuje 

wprowadzenie, 

wykład 

literaturoznawcy,  czytanie  urywków  nowej  książki, 

wystąpienie autora, pytania i odpowiedzi, podsumowanie i 

background image

zakończenie.  Wstęp  jest  wolny,  a  autor  wzbudza  tu  i 

ówdzie zainteresowanie. 

Wreszcie się zjawia. 

Już od dwudziestu minut czeka na niego na zewnątrz, 

podnóża 

schodów, 

miejscowy 

kaowiec, 

siedemdziesięciodwuletni 

pogodny, 

sympatyczny 

człowiek,  tęgawy,  rumiany,  o  twarzy  przypominającej 

dojrzałe jabłko, które zbyt długo przeleżało w koszyku, aż 

zaczęło  się  lekko  marszczyć.  Policzki  ma  pokryte  siatką 

chorobliwych sinych  żyłek, lecz jego dusza nadal, jak  za 

dawnych  lat,  jest  strażackim  wężem,  co  tryska  na 

wszystkie  strony  towarzyskim  entuzjazmem.  Mimo  to 

kaowca  spowija  cierpka  otoczka  cielesnych  wyziewów, 

wionąca  od  niego  na  odległość  wyciągniętej  ręki.  Bez 

zwłoki  zacznie  nawiązywać  z  młodszym  od  siebie  o 

trzydzieści  lat  autorem  stosunki  pełne  wylewnej 

serdeczności połączonej z radosnym uznaniem, poufałości 

niemal takiej jak między starymi partyzantami: „Przecież 

ty  i  ja,  każdy  z  nas  na  swoim  odcinku  frontu,  obaj 

background image

walczymy  niestrudzenie  o  wyniesienie  na  piedestał 

wartości,  kultury  i  idei  i  o  umocnienie  twierdzy  ducha. 

Dlatego  właśnie  wolno  nam  sobie  pozwolić,  tak  między 

nami,  za  kulisami,  na  parę  chwil  beztroski,  nim 

spoważniejemy jak należy, wchodząc do sali i siadając za 

stolikiem dla prelegentów. 

 

No więc, no więc, no więc, witam, młody przyjacielu, 

witam, czekają już na pana jak na pana młodego, chi, chi. 

Trochę  się  pan,  jak  by  to  powiedzieć,  spóźnił?  Co? 

Zatrzymali pana w kawiarni? No, nie szkodzi, wszyscy się 

do nas spóźniają. Może pan słyszał ten dowcip o mohelu, 

co  się  spóźnił  na  ceremonię  obrzezania?  Nie?  Opowiem 

panu.  Albo  właściwie  opowiem  później  –  trochę 

przydługa  historyjka.  Nawiasem  mówiąc,  pojawia  się  też 

u  Drujanowa,  zna  pan  Drujanowa?  Nie?  Ale  jakże  to! 

Przecież jest pan izraelskim pisarzem! Drujanow, reb Alt 

er Drujanow, autor Księgi żartów i dowcipowi Przecież ta 

jego  Księga  żartów  i  dowcipów  to  istna  żyła  złota  dla 

background image

każdego żydowskiego literata! No, dobra. Trudno. Oni już 

tam przecież siedzą i się niecierpliwią. 

O  Drujanowie  porozmawiamy  później.  Koniecznie 

musimy  porozmawiać.  Niech  mi  pan  tylko  nie  zapomni 

przypomnieć,  mam  swoje  małe  przemyślenia  na  temat 

podstawowej  różnicy  między  żartem  a  dowcipem.  No, 

dobra. Potem. Potem. Przecież jest pan trochę spóźniony, 

przyjacielu, nie szkodzi, nie szkodzi, nie ma sprawy, tylko 

że my tutaj zaczęliśmy się już obawiać, że muzy, chi, chi, 

wygnały nas zupełnie z pańskiego serca. Ale nie daliśmy 

za  wygraną!  Bynajmniej,  drogi  przyjacielu!  Jesteśmy 

znani z uporu! 

Autor  z  kolei  przeprosi  za  spóźnienie  i  bąknie  jakąś 

sprytną  uwagę:  „Przecież  mogliście  zacząć  beze  mnie”. 

„Chi, chi, chi, bez pana! Dobre!”  – stary kaowiec ryknie 

soczystym  śmiechem,  na  którego  fali  uniesie  się  zapach 

jego ciała, woń zwiędłego owocu: „Ależ proszę, przecież 

pan też, bez urazy, mógłby zacząć bez nas, zupełnie gdzie 

indziej!  A  swoją  drogą  –  obaj,  sapiąc,  wspinają  się  po 

background image

schodach 

–  co  pańskim  zdaniem  wskórają  te 

amerykańskie lisy u  swoich arabskich pupilów? Załatwią 

nam  wreszcie  trochę  spokoju?  Chociaż  rok  albo  dwa? 

Nie?” 

I zaraz sam sobie odpowie na to pytanie: 

„Nic  nie  wskórają.  Sprowadzą  na  nas  tylko  nowe 

kłopoty.  Jakby  tych  starych  nie  było  dosyć.  Sok 

pomarańczowy? Lemoniada? Może coś musującego? Nie! 

Niech  się  pan  tak  nie  zastanawia!  Tu  nie  ma  nad  czym! 

Proszę,  już  podjąłem  decyzję  za  pana  i  koniec,  chi,  chi, 

żeby z kolei pan dziś wieczorem wywołał w nas ferment!” 

„No  to  niech  pan  się  spokojnie  napije  i  zaraz 

przypuścimy  szturm  na  naszą  publiczność,  która  bardzo 

potrzebuje – jeśliby mnie pan pytał o zdanie – porządnego 

potrząśnięcia,  a  nawet  jakichś  dwóch-trzech  małych 

prowokacji.  I  niech  ich  pan,  mój  drogi,  absolutnie  nie 

żałuje! No, jeśli się pan już napił, to proszę, chodźmy na 

estradę. Oni tam pewnie już się na nas trochę złoszczą!” 

Tak więc przejdą obaj, autor i stary kaowiec, gęsiego, 

background image

za kulisami, na przednią część estrady, poważni, dostojni, 

niczym  zespół  komorników.  Wśród  publiczności 

natychmiast rozejdzie się szept, może dlatego, że autor ma 

na sobie letnią koszulę, spodnie khaki i sandały i zupełnie 

nie prezentuje się jak artysta, raczej jak kibucnik wysłany 

do  miasta,  żeby  zorganizować  pokojową  demonstrację, 

albo  jak  oficer  rezerwy  po  cywilnemu.  Podobno  tak 

prywatnie to jest całkiem zwyczajny gość, taki ludzki, to 

znaczy, człowiek taki jak każdy, pani zobaczy, ile w tych 

opowiadaniach kompleksów. Na pewno nie miał lekkiego 

dzieciństwa.  W  sumie  to  ciekawe,  jak  mu  się  układa  z 

kobietami. Sądząc po jego książkach, raczej nie idzie jak z 

płatka. Podobno rozwiedziony? Nie? Ze aż dwa razy? To 

widać po jego opowiadaniach: me ma dymu bez ognia. W 

każdym  razie  na  zdjęciach  wygląda  naprawdę  zupełnie 

inaczej. Trochę się facet postarzał. Ile on może mieć? Ze 

czterdzieści  pięć,  nie?  Maksimum  czterdzieści  pięć. 

Szczerze?  Byłam  pewna,  co  tam  pewna,  byłam 

przekonana, że jest o wiele wyższy. 

background image

 

Autora  posadzą  pośrodku,  między  lektorką  a 

specjalistą  od  literatury.  Uścisną  sobie  dłonie.  Pokiwają 

głowami. Rochele Reznik błyskawicznie wysunie palce z 

jego dłoni, jakby się sparzyła. Autor zauważy i zanotuje w 

pamięci, że za sprawą tego uścisku dłoni jej smukła szyja 

zaczerwieniła się jeszcze bardziej niż policzki. 

Kaowiec  dźwignie  się  ciężko  z  krzesła,  sprawdzi 

mikrofon,  zacznie  mówić,  odchrząknie,  powita  jakże 

różnorodną i wielopokoleniową publiczność zebraną tutaj 

dzisiejszego  wieczoru,  przeprosi  za  awarię  klimatyzacji, 

zażartuje,  że  nie  ma  tego  złego,  co  by  na  dobre  nie 

wyszło,  bo  przecież  dzięki  awarii  klimatyzacji  nie 

jesteśmy  skazani  na  to  denerwujące  brzęczenie,  więc 

mamy szansę nie uronić ani słowa. 

Następnie 

przedstawi 

szczegółowo 

porządek 

spotkania,  obieca  publiczności,  że  ten  wieczór  zakończy 

się  pytaniami  i  odpowiedziami  w  formie  otwartej  i 

wyczerpującej  dyskusji  panelowej  z  udziałem  naszego 

background image

gościa,  którego  –  tak  powie  z  rozbawieniem  –  przecież 

absolutnie  nie  trzeba  tutaj  przedstawiać,  ale  gwoli 

formalności  poświęci  dziesięć  minut  na  przedstawienie 

życiorysu  pisarza  oraz  tytułów  wszystkich  jego  książek 

(przy czym omyłkowo nada mu pełne prawa rodzicielskie 

do  głośnej  powieści  innego  autora),  a  podsumowując 

własne  wprowadzenie,  z  promienną  radością  przytoczy 

dowcip,  który  mu  autor  opowiedział,  gdy  wchodzili  po 

schodach  na  górę:  „Pozwólcie  mi  państwo  zdradzić,  że 

bohater naszego wieczoru zdumiał się, słysząc, chi, chi, że 

my tutaj czekamy, zamiast zacząć bez niego! Ale akurat w 

tym  przypadku  wypada  zacytować  słynny  wers  nestora 

naszej poezji, Cefanii Bet ha-Lachmiego, zawarty w jego 

tomiku  Rymy  życia  i  śmierci,  wers,  który  brzmi  mniej 

więcej  tak:  «Gdzie  jest  panna,  tam  pan  młody,  /  /Bez 

ustępstwa  nie  ma  zgody».  Proszę  bardzo.  Państwo 

pozwolą,  że  przejdziemy  teraz  do  zasadniczej  części 

naszego  spotkania.  Wszystkim  państwu  życzę  miłego 

wieczoru  na  naszym  comiesięcznym  spotkaniu  Klubu 

background image

Miłośników  Dobrej  Książki  przy  Centrum  Społecznym 

im.  Szunii  Szora  i  Siedmiu  Poległych  w  Kamieniołomie. 

Z niemałą satysfakcją pozwolę tu sobie jeszcze zauważyć, 

że  Klub  Dobrej  Książki  spotyka  się  u  nas  co  miesiąc, 

nieprzerwanie już od jedenastu i pół roku”. 

 

Słysząc te słowa, autor postanawia się nie uśmiechać. 

Przybierze zamyślony, trochę smutny wyraz twarzy. Cała 

publiczność  będzie  na  niego  patrzeć,  lecz  on,  jakby 

nieobecny,  specjalnie  utkwi  wzrok  w  portrecie  Berła 

Kacenelsona  wiszącym  na  prawo  od  stołu  dla 

prelegentów. Beri Kacenelson wygląda na nim przebiegle 

i  dobrodusznie,  jakby  właśnie  w  tej  chwili  udało  mu  się 

doprowadzić do skutku rzecz piękną i pożyteczną, choć za 

pomocą  wymyślnych  i  pokrętnych,  sobie  tylko 

wiadomych  sposobów.  Dzisiaj  jest  królem.  Co  tam 

królem.  Lordem.  A  zatem,  z  pewnym  opóźnieniem,  na 

ustach autora pojawi się w końcu lekki uśmiech, na który 

publiczność  czekała  już  wcześniej,  kiedy  kaowiec 

background image

wygłaszał swoje wprowadzenie. 

W  tym  samym  momencie  wydaje  się  autorowi,  że 

gdzieś w kącie sali, na miejscu dość oddalonym od stolika 

prelegentów,  wymknął  się  komuś  jakby  nieszczery 

śmiech,  prowokacyjny,  szyderczy  chichot.  Autor  omiata 

wzrokiem  salę  wzdłuż  i  wszerz:  nic.  Nikt  z  publiczności 

nie  wygląda,  jakby  chichotał.  Przesłyszał  się.  Dlatego 

położy  teraz  oba  łokcie  na  stole,  podeprze  brodę 

pięściami,  nabierze  skromności  i  dystansu,  podczas  gdy 

znawca  literatury,  o  gładkiej,  piegowatej  łysinie 

połyskującej  odbitymi  światłami  z  sufitu,  będzie  stać  i  z 

zacięciem  przedstawiać  porównania  i  analogie  między 

nową  książką  tego  pisarza  a  utworami  kilku  innych 

twórców  jego  pokolenia  oraz  dawniejszych,  ujawniać 

wpływy,  wskazywać  źródła  odniesień,  odsłaniać  ukryte 

struktury,  nakreślać  rozmaite  płaszczyzny  i  poziomy, 

ukazywać  zaskakujące  powiązania,  zanurkuje  na  samo 

dno  fabuły,  zaryje  się  w  nim,  będzie  tam  grzebać, 

wypływając co chwila na powierzchnię, by złapać oddech, 

background image

pokazać  wszem  wobec  zdobycz,  jaką  zdołał  wyłowić  z 

głębiny,  złamać  kody  i  znów  zanurkować,  a  po  chwili 

wypłynąć,  obnażyć  zamaskowane  przekazy,  rozgryźć 

wyrafinowane  sztuczki  zastosowane  przez  pisarza,  takie 

jak  strategia  podwójnego  zaprzeczenia,  jak  zwody  i 

pułapki  zastawione  na  nas  w  tle  omawianego  utworu, 

zahaczając 

tutaj 

problem 

autentyczności 

wiarygodności,  z  czym  wiąże  się  też  pytanie  o  źródło 

autorytetu  narracyjnego,  następnie  zaś  przyjdzie  kolej  na 

wymiar ironii społecznej i cienką linię oddzielającą ją od 

autoironii,  co  z  kolei  zaprowadzi  nas  do  kwestii  granic 

dopuszczalności,  do  zagadnienia  typów  konwencji,  do 

problemu kontekstu intertekstualnego, a stąd niedaleka już 

droga 

do 

aspektu 

formalnego, 

do 

aspektu 

pseudoarchaicznego  oraz  aspektu  aktualno-politycznego. 

Czy te latentne aspekty się legitymizują? Czy są w istocie 

immanentne? Czy w ogóle są koherentne? Synchroniczne 

czy  cliachroniczne?  Dysharmonijne  czy  polifoniczne? 

Wreszcie ekspert podniesie kotwicę i odważnie wypłynie 

background image

na  otwarte,  bezkresne  morze  znaczenia,  zatoczywszy 

wpierw  przed  audytorium  imponująco  zgrabną  pętlę 

wokół elementarnego pytania, a mianowicie, jakie jest w 

istocie  znaczenie  pojęcia  „znaczenie”  w  odniesieniu  do 

dzieła  sztuki  w  ogóle,  a  dzieła  literackiego  w 

szczególności,  no  i  oczywiście  w  odniesieniu  do  utworu, 

który mamy tego wieczoru przed sobą. 

Na próżno. 

W  tym  momencie  autor  pogrąży  się  już  powyżej 

głowy w swoim stałym szachrajstwie: przyłoży dłonie do 

skroni  (gest,  którego  nauczył  się  od  ojca,  dyplomaty 

niższej rangi) i dzięki temu  przestanie słuchać,  a zacznie 

posyłać spojrzenia, by wędrując tu i tam po sali, wykradły 

publiczności i przyniosły mu jakiś rozgoryczony, lubieżny 

albo  nieszczęśliwy  wyraz  twarzy,  by  złowiły  dla  niego 

widok splecionych ud, co rozchylają się na chwilę i zaraz 

zwierają  z  powrotem,  by  zebrały  wichrzącą  się  siwą 

grzywkę,  wskazały  jakąś  pochłoniętą  bez  reszty, 

zasłuchaną  z  najwyższym  przejęciem  twarz,  wychwyciły 

background image

strużkę  potu  spływającą  w  głęboki  rowek  między 

piersiami. Oto tam, daleko pod wyjściem ewakuacyjnym, 

zarysowuje  się  blade,  pociągłe,  bystre  oblicze,  twarz 

byłego  studenta  jesziwy,  który  porzucił  wiarę  i  stał  się, 

dajmy  na  to,  nieprzejednanym,  zajadłym  wrogiem 

istniejącego  porządku  społecznego.  A  tu,  w  trzecim 

rzędzie,  opalona  dziewczyna  o  dorodnym  biuście,  w 

zielonej bluzce bez ramiączek. Jej ręka bezwiednie muska 

ramię długimi palcami. 

Nasz  autor  jakby  wykradał  im  portfele  z  kieszeni, 

podczas gdy  oni  zagłębiają się  w  arkana jego  twórczości 

pod kierunkiem eksperta od literatury. 

 

Tam  oto  siedzi  z  rozstawionymi  żylastymi  nogami 

tęga  kobieta  o  szerokiej  twarzy.  Już  wiele  lat  temu 

zarzuciła wszystkie diety i starania, bo cóż jej po marnej 

urodzie.  Dawno  już  machnęła  ręką  na  figurę,  woląc 

wznieść się na wyższe pułapy. Jej wzrok ani na chwilę nie 

odrywa się  od  prelegenta,  eksperta od  literatury, usta  ma 

background image

lekko  rozchylone  pod  wpływem  rozkoszy  przeżycia 

kulturalnego, jakiego tutaj właśnie doświadcza. 

Nieomal w linii prostej za nią wierci się nerwowo na 

krześle 

mniej 

więcej 

szesnastoletni 

chłopak, 

nieszczęśliwy,  pewnie  początkujący  poeta.  Cerę  ma 

zepsutą  przez  trądzik,  włosy  czarne,  kręcone,  jakby 

druciane  i  zakurzone.  Młodzieńcze  cierpienia  i 

zażenowanie 

własnymi 

mrocznymi 

postępkami 

wykrzywiły  wargi  chłopca  w  bliski  płaczu  grymas,  a  za 

okularami o soczewkach tak grubych, jakby wykonano je 

z  kuflowego  szkła,  głęboko  skrywa  żarliwą  miłość  do 

autora:  „Twe  cierpienie  jest  moim  cierpieniem,  twoja 

dusza mą duszą, ty i tylko ty zdołasz to pojąć, wszak to ja 

jestem  tą  duszą  marniejącą  z  samotności  na  kartach 

twoich książek”. 

 

Przed  chłopakiem  autor  dostrzega  gniewną  postać 

rosłego,  zwalistego  mężczyzny  o  wyglądzie  typowego 

działacza  Histadrutu,  zapewne  jeszcze  dziesięć  albo 

background image

piętnaście  lat  temu  był  surowym,  przesiąkniętym  ideami 

wychowawcą w szkole wzniesionej przed laty w dzielnicy 

robotników, którzy stali się burżuazją, może nawet jakimś 

wicedyrektorem (na emeryturze) w  okręgowym wydziale 

oświaty.  Ma  szerokie  szczęki,  krzaczaste  i  nieco 

zwichrzone  szaro-złote  brwi,  a  na  górnej  wardze  pod 

prawym  nozdrzem  zagnieździła  się  ciemna  myszka 

przypominająca karalucha. Autor przypuszcza, że jeszcze 

przed 

końcem 

spotkania 

będziemy 

tu 

mieli 

niepowtarzalną  okazję  poznać  z  ust  tego  krewkiego 

mężczyzny  jego  fundamentalne  zapatrywania:  całkiem 

możliwe,  ze  przyszedł  tu  dziś  wieczorem  nie  po  to,  by 

poszerzyć  horyzonty  albo  dla  przyjemności,  lecz  z 

mocnym  postanowieniem,  by  kiedy  już  wszyscy  mówcy 

zabiorą głos, wstać, uderzyć pięścią w stół i wyrazić jasno 

i  dobitnie  swoją  negatywną  opinię  o  tym,  co  się  nazywa 

„współczesną literaturą hebrajską”, w której nie ma nic z 

tego,  czego  potrzebujemy  obecnie,  na  początku  lat 

osiemdziesiątych,  za  to  niestety  jest  w  niej  zatrzęsienie, 

background image

dziewięćdziesiąt procent wszystkiego, czego nam wcale a 

wcale nie trzeba. 

 

Autor  z  kolei  postanawia  opatrzyć  postać  tego 

doświadczonego wychowawcy nazwiskiem doktor Pesach 

Jikhat.  Kelnerkę  w  kawiarni  nazwał  Riki.  Pomocnik 

bandziorów  będzie  nadal  panem  Leonem,  a  do  jego 

potulnego  giermka  pasuje  nazwisko  Szlomo  Chugi. 

Młody poeta będzie się nazywać Juwal Dahan, lecz swoje 

pierwsze  wiersze  pośle  drżącą  ręką  do  redaktora 

literackiego  pod  pseudonimem  Juwal  Dotan.  Spragniona 

kultury  dama  niech  się  nazywa  Miriam  Nehorait  (to  po 

aramejsku  „jaśniejąca”,  ale  dzieci  z  osiedla  i  tak 

przezywają  ją  Miriam  Norait,  czyli  „Straszną  Miriam”). 

Akcja  będzie  się  rozgrywać  w  starym  budynku  z 

sypiącym się tynkiem przy ulicy Reinesa w  Tel Awiwie. 

Między  Miriam  Nehorait  a  młodzieńcem  w  okularach 

rozciągnie  się  powoli  cieniutka  pajęcza  nić:  pewnego 

ranka chłopak zajdzie do jej mieszkania, by przekazać jej 

background image

coś  od  mamy.  Poczęstuje  się  szklanką  soku  i  dwoma 

upieczonymi  przez  nią  ciasteczkami,  ale  grzecznie 

podziękuje  za  trzecie  i  tak  samo  grzecznie  za  jabłko,  ale 

wychodząc, powie zakłopotany, że nie, nie gra na żadnym 

instrumencie,  za  to  czasami  trochę  pisze.  Nic 

szczególnego. Takie tam próby. 

Dzień albo dwa później pojawi się u  niej  znowu, bo 

zaprosiła go, by pokazał jej swoje wiersze, w których ona 

nie  dopatrzy  się  śladu  nie  wy  robienia,  naprawdę,  ani 

trochę,  wprost  przeciwnie,  znajdzie  w  nich  emocjonalną 

głębię, bogactwo języka, estetyczne wysublimowanie oraz 

moc  miłości  do  ludzi  i  przyrody.  I  tym  razem  chłopak 

prócz  trzech  ciastek  i  soku  poczęstuje  się  też  jabłkiem, 

które ona mu obierze. 

Tydzień  później  Juwal  znów  zapuka  do  jej  drzwi, 

podobnie w następnych dniach, i pani Nehorait będzie dla 

niego gotować słodki i gęsty kompot, on zaś kupi i wręczy 

jej nieśmiały prezent: skamieniałego ślimaka zatopionego 

w  błękitnawym  szkiełku.  W  następne  wieczory  ona  w 

background image

czasie  rozmowy  będzie  go  czasami  trącać  ukradkiem  w 

ramię  albo  bark.  Przez  zaskoczenie  albo  macierzyńskie 

współczujące zdumienie zignoruje nawet jego dłoń, która 

raz  –  tylko  raz  –  zbłądzi  wystraszona,  niejako  przez 

pomyłkę, na jej suknię, i na trzy-cztery oddechy zatrzyma 

się,  jakby  omdlała,  na  jej  piersi.  W  tej  właśnie  chwili 

przypadkiem  wyjrzy  przez  kuchenne  okno  sąsiadka 

Lizawieta  Kunicyn  i  tym  sposobem  złośliwość  i 

plotkarstwo  rozdepczą  to,  czego  prawie  nie  było,  i 

wszystko  skończy  się  upokorzeniem.  Miriam  Nehorait 

nadal  będzie  gotować  swój  kompot,  słodki  jak  ulepek  i 

gęsty  jak  klej,  studzić  go  i  przechowywać  dla  niego  w 

lodówce, lecz młody Juwal Dotan nie zawita już nigdy do 

jej  domu  inaczej  jak  tylko  w  wierszach  i  tęsknocie,  i  w 

mętnych  nocnych  wyobrażeniach,  przez  które  znów 

dojdzie  do  wniosku,  że  nie  ma  po  co  dłużej  żyć, 

powstrzyma się jednak z działaniem aż do tego wieczoru 

literackiego,  ponieważ  pokłada  niejasną  nadzieję  w 

spotkaniu z tym autorem, który zrozumie jego cierpienie i 

background image

na  pewno  wyciągnie  do  niego  przyjacielską  dłoń,  a  kto 

wie, może nawet zaprosi go do domu, zachwyci się jego 

wierszami  i  być  może  po  jakimś  czasie,  gdy  ich 

znajomość  przerodzi  się  w  przyjaźń,  a  z  przyjaźni 

rozwinie się duchowa więź – i tu ta fantazja staje się tak 

cudowna  i  rozkoszna,  że  chłopakowi  brakuje  sił,  by  ją 

udźwignąć  –  może  za  sprawą  tej  duchowej  więzi  autor 

otworzy  przed  nim  podwoje  świata  literatury?  Świata 

niesamowitego,  pełnego  blasku,  świata,  w  którym 

nareszcie  nastąpi  oszałamiająca  zapłata  za  wszystkie 

cierpienia  poety,  burza  braw  i  uwielbienie  mdlejących 

dziewcząt,  i  miłość  dojrzałych  kobiet,  pragnących 

szczodrze  go  obdarzyć  tym  wszystkim,  czego  dotykał  w 

marzeniach, oraz tym, czego nie oglądał nawet we śnie. 

 

A  może  nie  od  rzeczy  byłoby  to  opowiedzieć  w 

pierwszej osobie, z punktu widzenia któregoś z sąsiadów, 

Jerochama  Szdematiego,  na  przykład,  czyli  tego 

zażywnego  kaowca,  który  cię  tutaj  przedstawił  na 

background image

początku spotkania, przytaczając zabawny wers z tomiku 

Rymy  życia  i  śmierci  Cefanii  Bet  ha-Lachmiego:  „Gdzie 

jest panna, tam pan młody, /Bez ustępstwa nie ma zgody”. 

Oto  w  duszny  letni  wieczór,  przy  zgaszonym  świetle, 

kaowiec  –  zmęczony,  spocony,  trochę  skapcaniały,  z 

zaczerwienioną 

twarzą 

pokrytą 

siatką 

sinych, 

chorobliwych  żyłek  –  wyleguje  się  w  starym  fotelu  na 

balkonie 

swojego 

dwupokojowego 

służbowego 

mieszkania  i  z  opuchniętymi  stopami  zanurzonymi  w 

misce  z  chłodną  wodą  przebiega  w  myślach  kilka 

zapamiętanych  wspomnień  matki,  która  umarła  w 

Charkowie  sześćdziesiąt  sześć  lat  temu,  kiedy  miał 

zaledwie  sześć  lat  (ona  także,  podobnie  jak  niedyskretna 

sąsiadka,  miała  na  imię  Lizawieta).  I  oto  tuż  pod  jego 

balkonem  rozlega  się  w  ciemności  cicha,  szeptana 

rozmowa  na  dwa  głosy.  Musi  wstać  i  natychmiast  wejść 

do  środka,  w  tej  chwili,  przecież  nie  ma  ani  prawa,  ani 

ochoty  przysłuchiwać  się  z  ukrycia  czyjejś  intymnej 

rozmowie.  Ale  już  za  późno,  bo  jeśli  teraz  wstanie, 

background image

wystraszy  tych  dwoje  i  sam  znajdzie  się  w  niezręcznej 

sytuacji.  Nie  mając  wyjścia,  Jerocham  Szdemati  siedzi 

dalej  zażenowany  w  fotelu  i  postanawia  tylko  dla 

przyzwoitości  zatkać  szerokimi  dłońmi  uszy.  Lecz  nim 

zdążył  zastosować  to  rozwiązanie,  rozpoznał  pod 

balkonem  postać  Juwala  Dahana,  tego  dziwacznego 

chłopaka od sąsiadów, i rozpoznał też melodię wilgotnego 

szeptu Miriam Nehorait, melodię, co do której nie mógłby 

się  pomylić,  ponieważ  kiedyś,  wiele  lat  temu,  tej  nocy, 

kiedy Sowieci posłali w kosmos swój pierwszy sputnik... i 

tak dalej. 

 

Postać  starego  kaowca  można  by  chyba  wzbogacić 

dwiema  –  trzema  cechami  zaczerpniętymi  od  znawcy 

literatury  (który  w  swojej  prelekcji  doszedł  właśnie  do 

ujawniania 

paradoksu-zmiany-punktów-widzenia 

utworze):  można  od  niego  zapożyczyć  na  przykład 

bengurionowski  amfiteatr  siwych  włosów  okalający 

piegowatą łysinę; zadziorny wygląd przywodzący na myśl 

background image

rozdrażniony, huczący ul; można nawet wykorzystać jego 

zadzierzysty  styl  mówienia,  jakby  dopiero  co 

przedstawiono  mu  druzgoczący  argument,  lecz  on, 

pokrywając  kurtuazją  gniewne  wzburzenie,  nie  daje  się 

zbić  z  pantałyku,  tylko  uderza  w  swych  dręczycieli 

dwakroć  mocniejszą  ripostą,  a  na  dobitkę  wkłuwa  im  z 

całą  galanterią  jadowite  żądło.  Autor  byłby  skłonny 

zasądzić  prelegentowi  dwadzieścia  lat  wdowieństwa  i 

córkę  jedynaczkę  imieniem  Aja,  która  jak  na  złość 

przeszła na ortodoksję i wyszła za osadnika z Elon More. 

[Elon  More  -  osada  żydowska  w  okolicy  Nablusu,  na  terytorium  zajętym  przez 

Izrael  w  1967  roku  (przyp.  tłum.).] 

Odpowiednim  dla  niego 

nazwiskiem  będzie  Jakir  Bar  Orjan  (Zytomirski).  Gdy 

autor  zabawia  się  w  myślach  takimi  figlami,  prelegent, 

Bar Orjan, zmierza już do punktu kulminacyjnego, to jest 

do  ukazania  prezentowanego  utworu  jako  pułapki, 

hermetycznego gabinetu luster bez okien i drzwi. I w tym 

oto  momencie  znów  usłyszymy  jakby  zdławiony  chichot 

pełen rozpaczy i szyderstwa, a wtedy zmartwiony i lekko 

background image

urażony autor zgubi wątek swoich przewrotnych fantazji. 

I nagle poczuje nieodpartą potrzebę zapalenia papierosa. 

A co z tym poetą, Cefanją Bet ha-Lachmim, autorem 

Rymów  życia  i  śmierci,  z  których  kaowiec  w  swoim 

wprowadzeniu zacytował wers „Gdzie jest panna, tam pan 

młody, /Bez ustępstwa nie ma zgody”? Czy jeszcze żyje? 

Od  lat  już  nie  widać  jego  wierszy  na  łamach  dodatków 

literackich ani czasopism. Wszyscy już zdążyli zapomnieć 

jego nazwisko, może prócz garstki pensjonariuszy domów 

spokojnej  starości.  A  kiedyś,  w  czasach  dzieciństwa 

autora,  zwykło się cytować jego wiersze przy obchodach 

każdego  święta,  podczas  wszelkich  uroczystości 

publicznych: 

 

Każdy z nas nosi obraz Boży, 

Każdy ma w sobie cały świat, 

Nie ma wyjątku – dziw to nad dziwy! – 

W sercu każdego marzenie gra! 

 

background image

(Ten  wiersz  przerobiono  nawet  na  piosenkę,  swego 

czasu  często  grano  ją  i  śpiewano  na  rosyjską, 

melancholijną  nutę:  całe  pokolenie  sentymentalnych 

młodych  ludzi,  w  tym  także  autor,  śpiewało  ją  pełnymi 

nostalgii i smutku głosami przy ogniskach albo na łąkach 

wokół kibuców. Ale dzisiaj zarówno słowa, jak i melodia 

odeszły w zapomnienie. Zupełnie jak ich naiwny autor. ) 

Gdy zebrało mu się na żarty, Bet ha-Lachmi rymował 

mniej  więcej  tak:  „Tu  chyba  tylko  kobyła/By  się  nie 

zastanowiła”  albo:  „Kłęby  dymu,  ogień  skrzy:/Głupiec 

plecie trzy po trzy”. 

A  kiedy  autor  miał  około  piętnastu  lat,  koleżanka  z 

klasy  (niezbyt  ładna,  ale  pociągająca  dziewczyna) 

podarowała  mu  książkę  pod  tytułem  Narcyz  i  Złotousty 

Hermanna Hessego i zamiast dedykacji wpisała mu cztery 

wersy Cefanii Bet ha-Lachmiego: 

 

Kolistą drogą wieje wiatr, 

Przemija i wraca swym biegiem, 

background image

Zaczekaj: może nadszedł czas, 

By uniósł na skrzydłach i ciebie? 

 

Po  prelekcji  Bar  Orjana  przyszła  kolej,  by  Rochele 

Reznik  odczytała  przed  publicznością  cztery  krótkie 

fragmenty  nowej  książki.  Piękna  i  nieśmiała,  ładna,  ale 

niepociągająca,  szczupła,  skromna,  mniej  więcej 

trzydziestopięcioletnia 

kobieta 

ze 

staromodnym, 

pojedynczym grubym i ciemnym warkoczem opadającym 

na ramię i zakrywającym lewą pierś. 

Ma  na  sobie  bawełnianą  suknię  w  kolorze 

kremowym,  bez  rękawów,  ale  zapiętą  pod  samą  szyję, 

suknię  z  deseniem  w  subtelne  cyklameny  w  kolorze 

jasnobłękitnym  albo  liliowym.  Za  sprawą  tej  sukni, 

warkocza  i  skromnej  postawy  wygląda  autorowi  na 

ostatnią z pionierskich osadniczek minionych pokoleń. A 

może pochodzi z ortodoksyjnej rodziny? 

Rochele Reznik staje przed publicznością, a jej plecy 

wyginają  się  lekkim  lukiem  nad  stronicą  tekstu,  czoło 

background image

pochyla  się  do  mikrofonu, wątłe  ramiona ujmują  książkę 

autora tak, jakby starały się utrzymać w równowadze tacę 

zastawioną  szklanymi  pucharkami,  i  czyta  z  jego  nowej 

książki  w  taki  sposób,  jakby  nie  było  w  niej  nic  prócz 

łagodności i współczucia. Nawet fragment sarkastycznego 

dialogu,  który  napisał,  jakby  rozrzucając  okruchy 

tłuczonego szkła, czyta z litością i uczuciem. 

Po  coś  tu  dzisiaj  przychodził?  –  autor  zadaje  sobie 

pytanie.  –  Czego  tu  w  ogóle  szukasz,  przecież  twoje 

miejsce  jest  teraz  w  domu,  mógłbyś  siedzieć  przy  stole 

albo wyciągnąć się na wznak na dywanie i odcyfrowywać 

kształty  zacieków  na  suficie.  Co  za  licho  cię  nosi  po 

takich spotkaniach? Zamiast być tutaj, mógłbyś przecież, 

dajmy  na  to,  siedzieć  i  słuchać  teraz  w  zaciszu  swojego 

pokoju  kantaty  sto  szóstej  zwanej  Actus  tragicus.  Albo 

mógłbyś  być  inżynierem  projektującym  linie  kolejowe w 

trudnych  górskich  warunkach  terenowych,  którym  w 

dzieciństwie  chciałeś  zostać,  kiedy  dorośniesz  (gdy  jego 

ojciec pracował jako sekretarz ambasady w Bogocie, autor 

background image

– mający wówczas dwanaście lat – odwiedził górski rejon, 

przez  który  przejeżdżała  kolejka  po  krętych  torach  nad 

zawrotnymi  przepaściami,  i  ta  podróż  trwa  nadal  w  jego 

snach). 

I  znowu:  po  co  piszesz?  Dla  kogo?  Jakie  jest  twoje 

przesłanie, jeśli jakieś masz? Jakie zadanie spełniają twoje 

opowieści i komu przynoszą pożytek? Co odpowiesz na te 

najważniejsze  pytania  albo  przynajmniej  –  na  niektóre  z 

nich? 

Rochele  Reznik  odnajduje  na  twoich  kartach  samą 

łaskę,  dobroć  i  miłosierdzie,  miła  z  niej  dziewczyna, 

prawie piękna, tylko niepociągająca. 

 

Z boku, na jednym z tylnych miejsc, prawie na końcu 

sali,  siedzi  chłopak  –  nie,  to  nie  chłopak,  tylko  kościsty 

mężczyzna z lekko pomarszczoną twarzą, przypominający 

małpę  o  wyleniałej  sierści,  z  której  tylko  na  zapadłych 

policzkach ostały się kępki zarostu, obdarty mężczyzna w 

wieku  sześćdziesięciu,  sześćdziesięciu  pięciu  lat,  z 

background image

wicherkiem  rzadkich  włosów  sterczącym  na  głowie 

niczym  anemiczny  koguci  grzebień.  Człowiek  ten  może 

być,  powiedzmy,  poślednim  działaczem  partyjnym, 

wyrzuconym ze swojego koła po tym, jak przyłapano go 

na  przekazywaniu  jakichś  poufnych  materiałów  agentom 

konkurencyjnego stronnictwa. Od tego czasu ledwo wiąże 

koniec z końcem, udzielając korepetycji z matematyki. 

Pasowałoby  do  niego  nazwisko  Arnold  Bartok. 

Miesiąc  temu  zwolniono  go  z  sortowni  paczek  w 

prywatnej firmie kurierskiej, gdzie pracował na pół etatu. 

Kołnierzyk  ma  lekko  sczerniały  od  mieszaniny  potu  i 

brudu,  spodnie  wiszą  mu  luźno  na  biodrach,  już  prawie 

nie  zadaje  sobie  trudu,  by  prać  bieliznę  i  koszule,  na 

nogach  ma  zdarte  sandały. Nocami  Arnold  Bartok  pisuje 

memoriały 

do 

ministrów, 

dziennikarzy 

parlamentarzystów,  układa  listy  do  redakcji  czasopism, 

pilne  wnioski  do  pani  prezes  Izby  Kontroli  Państwa,  do 

prezydenta,  a  do  tego  doskwierają  mu  hemoroidy. 

Najbardziej z rana. 

background image

Mieszka z matką, Ofelią, o sparaliżowanych nogach. 

Noce  spędzają  razem  pod  jedną  kołdrą  na  mizernym 

materacu  w  pokoju,  a  właściwie  w  pozbawionej  okien 

klitce,  gdzie  kiedyś  mieściła  się  mała  pralnia  ojca.  Od 

jego  śmierci  żelazna  roleta  w  oknie  pralni  pozostaje 

zasunięta i zamknięta na kłódkę, a do środka wchodzi się 

od  tyłu,  od  podwórza,  przez  drzwi  z  dykty.  Wychodek 

znajduje się w blaszanej szopie na końcu podwórka, lecz 

niepełnosprawna  wdowa  nie  jest  w  stanie  tam  chodzić, 

pozostaje  jej  więc  emaliowany  nocnik,  który  Arnold 

Bartok  musi  jej  podstawiać  co  godzinę-dwie,  następnie 

wynosić  i  opróżniać  do  pękniętego  sedesu  w  blaszanej 

szopie  na  skraju  podwórka,  a  potem  płukać  pod  kranem 

między kubłami na śmieci. Emalia, którą powleczono ów 

nocnik,  wytarła  się,  a  może  obtłukła  w  kilku  miejscach, 

zostawiając  po  sobie  czarne  plamy.  Z  tego  powodu 

również  po  wypłukaniu  i  wyszorowaniu,  a  nawet 

odkażeniu  roztworem  chloru,  nocnik  zawsze  wydaje  się 

brudny. 

background image

Matka z kolei od kilku lat nie zwraca się do Arnolda 

po imieniu i z niejaką uciechą uparcie przezywa go Arale 

albo  Arke,  a  kiedy  ten  rzuca  ze  złością:  „Dość  tego, 

mamo,  przestań  wreszcie,  wystarczy,  dosyć.  Przecież 

dobrze wiesz, że mam na imię Arnold”, niedołężna matka 

woła  zza okularów  z gromkim,  sardonicznym  śmiechem, 

szyderczo,  zgryźliwie  i  kokieteryjnie,  jak  rozpieszczona 

dziewczynka:  „No,  co  znowu?  Co  się  stało?  Co  cię 

ugryzło, Arale? Co się tak na mnie wywrzeszczasz? Może 

chcesz  mnie  pobijać?  Tak  jak  twój  święty  nieboszczyk 

ojciec mnie pobijał? Chcesz, Arale? Pobijać chcesz?” 

Czyżby to Arnold Bartok był owym wrednym typem, 

który właśnie po raz trzeci albo czwarty wydał zdławiony 

chichot?  Czy  to  pogarda  –  zastanawia  się  pisarz  –  czy 

zazdrość?  A  może  wstręt?  Albo  złość?  A  może  tak 

właśnie  brzmi  abstrakcyjny,  nieludzki  głos  samego 

cierpienia? 

 

Autor  próbuje  sobie  wyobrazić,  jak  tenże  Arnold 

background image

Bartok, rozebrany do przepoconych majtek, za piętnaście 

trzecia w nocy w zawilgoconej i zatęchłej pralnianej klitce 

wysuwa spod ciała matki parujący nocnik, po czym sapiąc 

z  wysiłku,  popycha  ją  i  przewraca  na  brzuch,  by  móc  ją 

podetrzeć i podmyć, i założyć jej suchą pieluchę. 

 

Tak  więc  kiedy  go  w  końcu  poproszą,  by  wstał  i 

zabrał  głos,  autor  pokaże  się  od  jak  najlepszej  strony: 

cierpliwie, skromnie i z całą powagą odpowie na pytania 

publiczności.  Gdzieniegdzie  posłuży  się  prostymi 

obrazami  i  przykładami  z  codziennego  życia.  Ze 

spokojem wyjaśni, na czym polega różnica między chęcią 

wyjaśniania  a  chęcią  opowiadania.  Przywoła,  jakby  od 

niechcenia,  Cervantesa,  Gogola  i  Balzaka,  napomknie  o 

Czechowie  i  Kafce.  Przytoczy  parę  epizodów,  które 

pobudzą  publiczność  do  śmiechu.  Wsadzi  cienką  szpilkę 

literaturoznawcy,  chwaląc  go  za  prelekcję  i  dziękując  za 

wnikliwe  spostrzeżenia.  Przemawiając,  nie  będzie  się 

mógł nadziwić samemu sobie, że zgodził się wziąć udział 

background image

w tym spotkaniu, że nie przygotował się jak należy, oraz 

słowom,  które  właśnie  wypowiada,  chociaż  już  w  tym 

momencie  jest  dla  niego  zupełnie  jasne,  że  Bogiem  a 

prawdą sam ani trochę się z nimi nie zgadza, co więcej: w 

gruncie  rzeczy  nie  ma  nawet  cienia  odpowiedzi  na 

najważniejsze 

pytania 

ani 

też 

wewnętrznego 

zainteresowania  tym  wszystkim,  nad  czym  rozwodzą  się 

tutaj jego usta, bez niego. 

I  nadal  nie  ma  pojęcia,  dlaczego  właściwie  Arnold 

Bartok  się  tu  pofatygował.  Czyżby  tylko  po  to,  by  zająć 

miejsce  w  jednym  z  ostatnich  rzędów,  wysunąć  ku 

autorowi  jaszczurczą  szyję  i  drwić  sobie  z  niego 

zdławionym  chichotem?  Przecież  jego  drwina  jest 

najzupełniej  słuszna  –  pomyśli  autor,  dalej  uwodząc 

serdecznym i potoczystym językiem serca publiczności, a 

zwłaszcza kobiet. 

 

Teraz  na  chwilę  zamilknie,  przesunie  palcami  po 

grzywce,  przypomni  sobie  kelnerkę,  Riki,  i  jej  pierwszą 

background image

miłość,  bramkarza  rezerwy  w  drużynie  Bnei  Jehuda, 

Charliego,  który  umiał  rozchylać  pomału  czubkiem  nosa 

jej wargi i w ten sposób doprowadzał ją na skraj omdlenia 

z  rozkoszy,  który  szeptał  do  niej  „Gogog”,  a  nawet 

poszedł i kupił jej tam, w Ejlacie, suknię z błyszczącymi 

cekinami,  estradową  suknię  w  stylu  hotelowych 

piosenkarek  z Riwiery, aż w końcu  ją rzucił, by związać 

się ponownie z dziewczyną imieniem Lucy, która została 

wicemiss  bikini:  faceci  nie  umieją  inaczej.  Po  prostu  tak 

są  kiepsko  skonstruowani  i  tyle,  z  tym  że  zdaniem  Riki 

kobiety są niewiele lepsze, naprawdę, kobiety często lubią 

pozować na fałszywe, przymilne kotki, więc tak naprawdę 

przeważnie  i  kobiety,  i  faceci  w  związkach  są  niewiele 

warci.  To  jest  tak:  jak  coś  między  nimi  zaiskrzy,  to  w 

końcu się sparzą. I dlatego – uważa Riki – miłość tak czy 

inaczej  prawie  zawsze  kończy  się  porażką.  Ale  może 

mimo  wszystko  będę  miała  w  życiu  tyle  szczęścia,  że 

kiedyś przypadkiem spotkam tę Lucy? Przecież mamy ze 

sobą  o  czym  rozmawiać?  Możemy  sobie  poopowiadać 

background image

kawały.  I  pośmiać  się  z  tego,  co  kiedyś,  kilka  lat  temu, 

było  takie  bolesne?  Musiałabym  się  dowiedzieć,  co  się 

stało z tą Lucy, którą kiedyś nawet wybrali miss bikini. I 

czy w ogóle jeszcze żyje? I czy przypadkiem nie mieszka 

sama?  Jak  ja?  I  czy  nie  będzie  miała  nic  przeciwko 

spotkaniu? 

 

Samotność, uduchowienie i melancholia odmalują się 

na  twarzy  autora,  który  będzie  kłamał  jak  najęty.  Na 

pytania publiczności – „Dlaczego pan pisze” i tak dalej – 

udzieli  odpowiedzi,  którymi  już  nieraz  się  posługiwał, 

odpowiedzi  sprytnych,  zabawnych  i  wymijających.  Tak 

jak  się  nauczył  od  ojca,  dyplomaty  niższej  rangi.  Na 

zakończenie, półżartem, zwróci się do kaowca, Jerochama 

Szdematiego,  i  odpłaci  mu  tą  samą  monetą,  którą  ten  go 

obdarował  w  swoim  wprowadzeniu  –  cytatem  z  Rymów 

życia i śmierci

 

Jest mędrzec bez krztyny rozumu, 

background image

Jest głupiec o sercu przepastnym, 

Jest radość, co kres swój ma w płaczu, 

I nikt, kto by duszę znal własną

 

Później otoczą go czytelnicy, a on lekką ręką będzie 

podpisywał  egzemplarze  swojej  ostatniej  książki,  w 

pokornej zadumie wysłucha słów pochwały pod własnym 

adresem  –  przy  czym  na  jego  twarzy  raz  po  raz  zagości 

uśmiech przypominający stłumione ziewnięcie – a potem 

spróbuje  ostudzić  gniew  doktora  Pesacha  Jikhata,  tego 

krewkiego wychowawcy o szerokich szczękach i bujnych 

siwych  brwiach,  rozkrzewiających  się  nawet  przez 

nozdrza i uszy, zapewniając go, że nowoczesna literatura 

bynajmniej  ani  w  całości,  ani  całkowicie  nie  neguje 

patriotyzmu:  potępienie  krzywd  okupacji,  cięta  satyra  na 

ogólne zepsucie i zezwierzęcenie, obnażanie powszechnej 

degeneracji i znieczulicy, wszystko to przecież nie neguje 

naszego  państwa,  lecz  niejednokrotnie  płynie  prosto  z 

rozdartego serca. Jeśli nawet wrogowie Izraela tu i ówdzie 

background image

wykorzystują do swoich potrzeb urywki słów pisanych u 

nas,  to  przecież  w  żadnym  wypadku  nie  ma  w  tym... 

Przecież nawet u naszych proroków i tak dalej, i u Bialika, 

i  u  Brennera,  i  u  Grinberga,  u  Jizhara,  i  tak  dalej,  i  tak 

dalej. 

Autor  wielkodusznie  pozwoli  młodzieńcowi  w 

grubych okularach, Juwalowi Dahanowi czy też Juwalowi 

Dotanowi,  przesłać  sobie  pocztą  dwie-trzy  z  jego  prób 

poetyckich:  „Wyślij,  zdecydowanie  wyślij,  ale  proszę, 

bądź  cierpliwy  i  nie  oczekuj  ode  mnie  odpowiedzi  jutro 

ani pojutrze. Na pewno rozumiesz, że wielu ludzi przysyła 

mi  to,  co  napisali,  z  prośbą,  żebym  przeczytał  i  wyraził 

opinię, ale niestety mój czas... ” i tak dalej, i tak dalej. 

Następnie  autor  mocnym  uściskiem  dłoni  i 

mrugnięciem  oka  pożegna  się  z  Jakirem  Bar 

Orjanem-Zytomirskim, 

literaturoznawcą, 

podziękuje 

kaowcowi  Jerochamowi  Szdematiemu,  dziękującemu  z 

kolei  jemu  za  to,  że  przyjął  zaproszenie,  „Nie,  dziękuję, 

nie  trzeba  taksówki,  naprawdę.  Dzisiaj  nocuję  tu  w 

background image

pobliżu,  wolę  wrócić  pieszo.  Spacer  na  świeżym 

powietrzu  trochę  mnie  orzeźwi.  Możliwe,  że  zaczął  już 

wiać przyjemny wiatr od morza, a niedługo może się już 

zrobić zimno”. 

 

Na  schodach,  wychodząc  na  dwór,  autor  zapali 

papierosa,  całą  uwagę  i  sympatię  kierując  wyłącznie  ku 

Rochele  Reznik.  Gorąco  jej  podziękuje,  pochwali  jej 

wyczucie  w  czytaniu  i  przyjemny  głos.  Ona  z  kolei 

uśmiechnie  się  wystraszona,  jakby  nie  powiedziano  jej 

komplementu,  lecz  zrugano  ją  niespodziewanie  i  bez 

powodu, i z zaciśniętym gardłem przełknie tę reprymendę 

i  podziękuje  pisarzowi  za  słowa  uznania:  przecież  to  nie 

jej  należą  się  pochwały,  lecz  książce,  której  fragmenty 

czytała. 

Kiedy autor zatrzyma się, by ją przepuścić przed sobą 

na  schodach,  wciąż  będzie  mamrotać:  „W  porządku, 

dziękuję, nie trzeba, naprawdę to nic takiego”. Następnie, 

obawiając  się,  by  go  nie  urazić,  Rochele  powie  smutno: 

background image

„Nie, dziękuję, nie palę, przepraszam, dziękuję, naprawdę 

nie”.  I  jakby  zakładając  pancerz,  mocno  przyciśnie  do 

piersi  książkę,  którą  czytała,  owiniętą  w  gładki  brązowy 

papier spięty dwiema gumkami. 

– Wie pani – powie autor – tak naprawdę bardzo bym 

się  cieszył,  gdyby  zamiast  całej  tej  gadaniny  po  prostu 

pozwolili  pani  czytać  przez  cały  wieczór,  to  znaczy, 

gdyby  cały  ten  wieczór  był  tylko  pani  lektorskim 

recitalem,  bez  tego  babrania  się  w  interpretacjach  i 

analizach i bez tych mądrości, którymi sam się na końcu 

popisywałem. Bo pani przecież czyta moje słowa prosto z 

wnętrza, czyta pani tak, jakby znajdowała się w książce, a 

nie  tylko  trzymała  ją  otwartą  przed  oczami.  Kiedy  pani 

czyta, książka sama zaczyna przemawiać do słuchaczy. 

W  odpowiedzi  na  to  Rochele  Reznik  bąknie 

zawstydzona: 

–  To  nic  takiego,  dziękuję,  nic  takiego,  to  naprawdę 

nic takiego. 

Lecz w tej samej chwili uzmysłowi sobie, że nie tak 

background image

należało  odpowiedzieć  na  jego  słowa,  i  głosem  bliskim 

płaczu poprosi o wybaczenie. 

W tym momencie na schodach zgaśnie światło i autor 

spróbuje  podtrzymać  ją  za  ramię,  żeby  się  nie  potknęła, 

gdy tymczasem druga jego ręka szukać będzie po omacku 

włącznika,  ale  ta  pierwsza,  podtrzymująca,  zbłądzi  nieco 

w ciemności i jego palce zetkną się na moment z ciepłem 

jej  piersi,  po  czym  zaraz  napotkają  poręcz.  Tymczasem 

zaś  wróci  światło,  bo  ktoś  na  innym  piętrze  wcześniej 

naciśnie  przycisk.  Autor  przeprosi,  a  Rochele  Reznik, 

lekko zdziwiona, odpowie mu drżącym głosem: 

–  Wszystko  w  porządku,  nic  się  nie  stało,  dziękuję, 

naprawdę bardzo panu dziękuję. I przepraszam, że jestem 

taka trochę roztrzęsiona. 

Autor pociągnie dalej: 

–  A  poza  tym  brzmienie  pani  głosu  wydaje  mi  się 

naprawdę  tak  bliskie  wewnętrznemu  głosowi  tej  postaci, 

jak go słyszałem podczas pisania. 

Na  tę  uwagę  Rochele  Reznik  zareaguje  drżeniem 

background image

warg.  Wreszcie  powie  ze  spuszczonymi  oczami,  że  musi 

się  teraz  przyznać,  że  właściwie  okropnie  się  bała  tego 

wieczoru,  naprawdę,  taki  strach  ją  obleciał,  bo  przecież 

czytać w obecności autora wybrane fragmenty jego dzieła, 

to  trochę  tak  jakby,  powiedzmy,  grać  fragmenty 

Schuberta, kiedy Schubert siedzi w pokoju? 

 

Autor zaofiaruje się odprowadzić ją do domu: tak czy 

inaczej  ma  teraz  ochotę  przespacerować  się  trochę 

ulicami, odetchnąć wieczornym powietrzem, a po drodze 

będą mogli porozmawiać albo nawet usiąść gdzieś i napić 

się  czegoś  zimnego  albo  gorącego.  A  może  nawet 

mocniejszego? 

Teraz  Rochele  Reznik  zmiesza  się  na  dobre, 

zarumieni  od  uszu  po  szyję,  jakby  niespodziewanie 

rozpiął  się  jej  zamek  sukni,  przeprosi  zakłopotana  – 

niestety, nie ma jej za bardzo dokąd odprowadzać, bo tak 

się  składa,  że  mieszka  dokładnie  tutaj,  naprzeciwko 

ośrodka, tu na górze, dosłownie tu, na poddaszu, po lewej, 

background image

to ciemne okno, naprawdę strasznie jej przykro, to znaczy 

nie przykro, tylko – no dobrze. 

– Po prostu akurat tak się składa, że tutaj mieszkam. 

Na górze. 

–  Jeśli  w  pani  oknie  jest  ciemno  –  uśmiechnie  się 

autor  –  to  zapewne  oznacza,  że  nikt  na  panią  nie  czeka  i 

możemy mimo wszystko się przespacerować? 

– Ależ tak, czeka tam na mnie Joselito. Myślę, że już 

co  chwilę  patrzy  na  zegar.  Kiedy  się  chociaż  trochę 

spóźniam, zaraz się na mnie złości i zaczyna wzbudzać we 

mnie poczucie winy: gdzie byłaś, co robiłaś, jak  mogłaś, 

jak ci nie wstyd? 

– Joselito? 

– To kot. Diabeł w kociej skórze. 

Autor jednak nie da za wygraną. 

– Może mimo wszystko się przejdziemy, zanim pani 

wróci  na  swoje  poddasze?  Potem  rozmówię  się  z  tym 

Joselitem.  Napiszę  pani  liścik  do  niego.  A  może  go  dla 

pani przekupię? Tylko niech mi pani pozwoli zabrać się w 

background image

pewne  niezwykłe  miejsce  znajdujące  się  niecałe  pięć 

minut  stąd.  O,  tutaj,  na  końcu  ulicy  i  kawałek  w  lewo, 

niech  pani  ze  mną  pójdzie  i  pozwoli,  żebym  pani  coś 

pokazał  i  opowiedział  krótką  historię.  –  Jakby  w 

roztargnieniu  chwyci  ją  teraz  za  łokieć.  –  O,  proszę 

spojrzeć,  dokładnie  tu,  w  miejscu,  gdzie  teraz  otworzyli 

ten  butik,  przed  laty  była  apteka  „Bracia  Pogrobinscy”  i 

kiedy miałem sześć lat, wujek Osja, brat mojej mamy, po 

prostu  zostawił  mnie u  nich i dopiero  po ponad godzinie 

wrócił,  huknął  na  panią  magister:  „Co  to  za 

nieodpowiedzialność!”,  na  mnie  ryknął:  „Ty  mały 

paskudniaku,  żebyś  mi  się  nie  ważył  tak  znikać”,  a  przy 

tym  wygrażał  mi  pięścią  i  straszył,  że  da  po  pysku.  Ale 

zanim jeszcze wrócił wujek Osja, kiedy zostaliśmy sami, 

tylko  pani  magister  i  ja,  i  mnóstwo  oszałamiających 

zapachów,  madame  Pogrobinskaja  zaciągnęła  mnie  do 

ciemnej  klitki  na  zapleczu  i  zaczęła  mi  pokazywać 

różnego  rodzaju  mikstury  i  trucizny,  i  opowiadała 

szeptem,  jak  każda  z  nich  działa.  Od  tego  czasu  mam 

background image

pewną słabość do trucizn i wciąż fascynują mnie piwnice, 

składy  i  wszelkie  ukryte  komórki.  –  Tymczasem  autor 

puści jej łokieć, lecz położy ramię na barku. Ona zadrży, 

zawaha się, nie wiedząc, jak należałoby się zachować albo 

odezwać, i nie zareaguje. – Proszę mi powiedzieć, pewnie 

panią zanudzam? 

–  Nie,  broń  Boże,  oczywiście,  że  pan  nie  zanudza  – 

przerazi  się  Rochele  Reznik.  –  Wprost  przeciwnie,  dla 

mnie  to  prawdziwe  przeżycie,  jakby  właśnie  mi  pan 

odsłaniał  rąbek  swojego  nowego  opowiadania.  Którego 

pan  jeszcze  nie  napisał.  A  może  już  pan  zaczął? 

Oczywiście nie musi mi pan opowiadać. Przepraszam, że 

pytam. Przecież nie wolno pytać pisarza o takie rzeczy. 

Teraz  zdejmie  ramię,  ale  przedtem  chwyci  ją  nieco 

mocniej i przyciśnie do swojego boku. 

Najostrożniej, jakby idąc boso po polu w  ciemności, 

Rochele Reznik powie jeszcze: 

–  Ja  na  przykład  wcale  już  nie  wierzę  w  przypadki. 

Ostatnio  nachodzi  mnie  czasami  takie  wrażenie,  jakby 

background image

wszystko,  co  się  dzieje,  dosłownie  wszystko  bez 

wyjątku... Ale nie za bardzo umiem to wytłumaczyć. Czy 

panu nie wydaje się czasami, że nic, ale to naprawdę nic 

nie dzieje się przypadkiem? 

–  „Wiosna  i  jesień,  śmierć  i  narodzenia/żelaznym  są 

prawem,  nie  losu  zrządzeniem”.  –  Autor  zacytuje 

zapomniany  wers  Cefanii  Bet  ha-Lachmiego,  który  nagle 

mu się przypomniał. Rochele Reznik odpowie: 

–  Ja  akurat  spotkałam  go  kilkakrotnie  na  różnych 

uroczystościach rodzinnych. Miał pulchną, różową twarz, 

jakby z budyniu waniliowego, czerwone wargi z wiecznie 

przyklejonym  uśmiechem,  jak  wisienka  na  środku 

budyniu,  i  miękkie  palce  o  silnym  zapachu  perfum. 

Zawsze  tymi  palcami  delikatnie  szczypał  dzieci,  tak 

nieprzyjemnie, w oba policzki. 

– Kto? 

–  Bet  ha-Lachmi.  Ten  poeta.  Tak  naprawdę  nie 

nazywał  się  Cefanja  Bet  ha-Lachmi,  tylko  zupełnie 

inaczej,  chyba  coś  w  rodzaju  Abraham  Schuldenfrei. 

background image

Bumek.  U  nas  mówiło  się  na  niego  po  prostu  wujek 

Bumek.  Jakoś  tak.  Raz  nawet  się  zdarzyło,  że  mama 

zastąpiła  aktorkę,  lektorkę,  która  z  nim  występowała,  bo 

tamta zaraziła się tyfusem powrotnym, i mama czytała dla 

wujka  Bumka  zamiast  niej  na  wieczorku  literackim  w 

Kiriat  Chaim.  I  nawet  tam,  chociaż  nie  byłam  już  małą 

dziewczynką, bo służyłam w wojsku, szczypał mnie lekko 

co pięć minut w policzki, a raz gdzie indziej. Właściwie to 

on  był  nawet  naszym  dalekim  krewnym.  Nie  wiem 

dokładnie, co to za pokrewieństwo. To niezupełnie wujek, 

nie,  chyba  był  wujkiem  którejś  ze  szwagierek?  Albo 

nawet kuzynem matki jednej z nich? Coś w tym rodzaju. 

Na  rozmaitych  uroczystościach  rodzinnych  mówili  mi, 

kiedy  byłam  mała:  „Popatrz  tam,  ten  pan,  który  ciągle 

ściska ręce i uśmiecha się na wszystkie strony, i wygląda 

jak  dorodny,  pulchny  bobas,  to  nasz  wujek  Bumek,  czyli 

słynny poeta Cefanja Bet ha-Lachmi. 

A na pytanie autora odpowie: 

– Nie wiem. Nie jestem pewna. Od dawna w ogóle o 

background image

nim nie słyszałam. Ale całkiem możliwe, że jeszcze żyje. 

Chociaż  może  się  mylę.  Właściwie  chyba  już  nie,  bo 

gdyby jeszcze żył, musiałby mieć ze sto lat. 

Autor  zerka  na  nią  z  boku  i  zauważa  wystające  i 

lekko  rozsunięte  przednie  zęby,  jak  u  ciekawskiej 

wiewiórki, która nie może od czegoś oderwać wzroku, ale 

przez  jej  futerko  przebiegają  już  dreszcze  strachu:  zaraz 

się  odwróci  i  ucieknie  przed  nim  na  swoje  poddasze,  do 

zazdrosnego kota. 

Niejako  mimochodem,  od  niechcenia,  autor  otoczy 

zatem ręką jej biodra, jakby tu też były schody i mogła się 

potknąć. 

– Chodź, nie bój się. Rachel? Może zakradniemy się 

na  tylne  podwórko  tego  domu?  Może  ta  klitka  jeszcze 

istnieje?  Może  jest  tam  jakieś  okienko?  Zajrzymy  i 

zobaczymy, co zostało, a co nie? 

Niezgrabnym ruchem uwalnia biodro z jego uchwytu 

i jakby żałując tego, zaraz mówi odważnie: 

– Tak. Chodźmy. Niech mi pan pokaże. 

background image

Ale  na  tylnym  podwórku,  oświetlonym  nikłym 

kuchennym  światłem,  znajdą  tylko  połamane  meble, 

zdezelowany dziecięcy wózek, kartony, woń smażeniny i 

śmieci, pogięte metalowe rolety, szum wody spuszczanej 

w  ubikacjach,  strzępy  śmiechów  i  przeraźliwych 

wrzasków  radości  dobiegających  z  telewizorów, 

postękiwanie  klimatyzatorów  ze  wszystkich  stron  i 

biegnącego w ciemności wystraszonego kota. 

 

Autor  bąknie  zatem  parę  nieskładnych  zdań  o 

przygnębiającym upływie czasu i o meandrach pamięci, a 

przy  tym,  jakby  zamyślony,  niby  przez  roztargnienie, 

przesunie  powoli  palcami  po  jej  głowie,  u  nasady 

warkocza, obejmie jej ramiona i delikatnie przyciągnie ją 

do  siebie.  Lecz  jego  nowa  książka,  owinięta  w  brązowy 

papier  i  spięta  dwiema  gumkami,  odgrodzi  ich  od  siebie 

niczym  rycerski  pancerz  i  skutecznie  osłoni  jej  płaski 

biust  przed  jego  piersią.  Az  nagle  lekkim,  drżącym, 

dziewczęcym  głosem,  cienkim  jak  kwilenie  pisklęcia, 

background image

brzmiącym  zupełnie  inaczej  niż  ciepły  głos,  którym 

czytała, powie: 

– Ale ja się trochę boję? 

Natychmiast  ją  puści,  przypomni  sobie,  że  ona 

właściwie  nie  jest  już  najmłodsza,  poza  tym  wcale 

niepociągająca.  Co  też  mu  strzeliło  do  głowy?  Wyjąka 

przeprosiny, 

zapali 

jeszcze 

jednego 

papierosa 

odprowadzi ją z powrotem do domu naprzeciwko centrum 

kultury. Po drodze spróbuje wynagrodzić jej to, do czego 

omal  nie  doszło,  opowiadając  coraz  to  nowe  zabawne 

historyjki.  Na  przykład  o  kobiecie,  która  zadzwoniła 

kiedyś  do  jego  drzwi.  Niska,  barczysta,  w  grubych 

okularach  i  obcisłym  spodniumie  w  biało-zielone  pasy, 

brutalnie 

ściskała 

za 

ramię 

mniej 

więcej 

dziewięcioletniego  chłopca,  który  wciąż  się  szamotał, 

próbując  ukradkiem  wyswobodzić  się  z  jej  uścisku. 

„Bardzo  pana  przepraszam,  że  tak  ni  stąd,  ni  zowąd 

dzwonię  i  przeszkadzam,  prawdę  mówiąc,  raczej  się  nie 

znamy,  to  znaczy  pana  oczywiście  znają  wszyscy,  ale 

background image

mnie nie. No, Sagiwi, co z tobą, powiedzże ładnie «dzień 

dobry»  sławnemu  pisarzowi.  Naprawdę  nie  chcemy 

przeszkadzać,  tylko  pół  minutki,  jestem  starszym 

dietetykiem, wiele lat temu zdarzyło mi się porozmawiać 

dłuższą  chwilę  w  sklepie spożywczym  z  samą  panią  Leą 

Goldberg,  ale  Sagiw  jeszcze  nigdy  nie  widział  żywego 

pisarza. Bardzo mu zależy, żeby jakiegoś zobaczyć, bo on 

sam,  jak  dorośnie,  też  zostanie  sławnym  pisarzem  albo 

poetą.  Sagiwi?  No?  Powiesz  teraz  panu  pisarzowi  coś 

bardzo ładnego i oryginalnego? Nie? Co z tobą? Przecież 

przygotowałeś  się  ładnie  w  domu.  Powtarzaliśmy  nawet 

razem na pamięć. Więc co się teraz raptem wstydzisz pana 

pisarza? Nie ma się co wstydzić. Przecież pisarze najlepiej 

rozumieją  naszą  duszę,  prawda?  Ale  przepraszam, 

naprawdę  nie  chcemy  przeszkadzać,  zaraz  sobie 

pójdziemy, tylko zostawimy panu, jeśli można, tę kopertę 

i poczekamy cierpliwie, aż zechce pan napisać do nas list. 

Napisze nam pan szczerze, co myśli o utworach Sagiwa? 

Co jeszcze u niego warto poprawić? Może jego pomysły? 

background image

Albo ortografię? 

A  może  styl?  A  może  lepiej,  żeby  pisał  na  jakieś 

bardziej  praktyczne  tematy?  A  gdzie  możemy  to 

opublikować?  No,  co  się  z  tobą  dzieje,  Sagiwi,  może 

powiesz  wreszcie,  co  trzeba?  Co  za  głupi  dzieciak! 

Przepraszam pana, pan na pewno mógłby napisać dla nas 

list 

polecający? 

Albo 

podanie? 

dobrymi 

rekomendacjami  od  pana  przecież  wszędzie  nam  to 

opublikują!” 

 

Później  zaś  autor  opowie  Rochele  Reznik  o  tym 

ekscentrycznym  wujku  Osii,  który  zostawił  go  jako 

małego  chłopca  w  aptece  braci  Pogrobinskich:  na 

przykład,  jak  to  kiedyś  wujek  Osja  na  środku  auli  w 

Domu  Ludowym  wymierzył  siarczysty  policzek  posłowi 

do Knesetu, komuniście Szmuelowi Mikunisowi, a mimo 

to z biegiem czasu stali się, poseł Mikunis i wujek Osja, 

serdecznymi  przyjaciółmi  i  nawet  opiekowali  się 

troskliwie  sobą  nawzajem,  kiedy  obaj  tego  samego  roku, 

background image

w  tym  samym  miesiącu,  zapadli  na  tę  samą  chorobę  i 

trafili do tej samej sali w szpitalu Ichiłowa. 

W tym momencie autorowi przemknie przez myśl ów 

konający  człowiek,  Owadja  Chazam,  ten,  który  żył  jak 

król, co tam król, jak lord, zaczął romansować, wzbogacił 

się, rozwiódł, rozbijał się po mieście niebieskim buickiem 

z  blondynami  z  Rosji,  poklepywał  wszystkich  po 

ramieniu,  rozdawał  kuksańce,  a  bekał  tak  głośno,  że  aż 

dudniło,  zawsze  lubił  się  całować  i  ściskać  serdecznie  i 

mocno, nawet z obcymi ludźmi, czy to z kobietami, czy z 

mężczyznami,  a  kiedy  nagle  wybuchał  tubalnym 

śmiechem,  dookoła  aż  brzęczały  szyby.  Teraz  zaś  na 

internie  w  szpitalu  Ichiłowa  wysunął  mu  się  cewnik,  a 

pielęgniarka z nocnej zmiany jest zbyt daleko, by usłyszeć 

jego  słabe  jęki,  więc  będzie  tak  leżał  w  kałuży  moczu 

zmieszanego  ze  sczerniałą  krwią,  ciepłego,  mętnego 

moczu o cierpkim zapachu, który szybko stygnąc, będzie 

się sączyć spomiędzy ud na brzuch, do kroku, na plecy, i 

przyklei pośladki do mokrego prześcieradła. 

background image

 

Pod  drzwiami  domu  autor  pożegna  się  po 

przyjacielsku  z  Rochele  Reznik:  „Dziękuję  za  spacer”, 

jeszcze  raz  pochwali  jej  czytanie  i  zaproponuje,  że 

odprowadzi ją na poddasze. Ona zarumieni się pod osłoną 

ciemności i wymamrocze, że nie ma potrzeby, czeka tam 

na nią  Joselito,  zresztą  codziennie  idzie  wieczorem  sama 

na górę do mieszkania, to znaczy... 

Autor  nagle  się  uprze  i  oznajmi  swoim  najbardziej 

przekonującym  tonem,  że  akurat  w  ostatnim  czasie  na 

klatkach  schodowych  starych  domów  w  Tel  Awiwie 

zdarzały się po zmroku... i tak dalej. Zdecydowanie lepiej, 

żeby  na  wszelki  wypadek  odprowadził  ją  na  górę,  pod 

same  drzwi,  by  przekazać  ją  całą  i  zdrową  w  objęcia 

Joselita,  nie  wspominając  już  o  kluczach,  które  czasami 

się gubią albo łamią w zamkach. 

Rochele  Reznik  wyduka  zawstydzona,  że  naprawdę, 

absolutnie  nie  trzeba,  „W  każdym  razie  bardzo  panu 

dziękuję, ale naprawdę, absolutnie nie trzeba”. O, proszę, 

background image

już zapala światło, tutaj, przy wejściu na klatkę schodową, 

za dwie minuty będzie w domu, Joselito już na nią czeka 

pod drzwiami i na pewno ją zabije za to, że przychodzi tak 

późno,  a  poza  tym  bardzo  jej  przykro,  ale  akurat  dziś 

wieczorem nie jest u niej zbyt przytulnie, zasłony poszły 

do  prania  i  jeszcze  nie  wróciły,  a  nie  ma  okiennic,  więc 

sąsiedzi mogą dosłownie... 

I  wtedy  wpadnie  w  popłoch,  czując  też  ukłucie 

zażenowania  i  wstydu:  przecież  zasłony  wcale  nie  są  w 

pralni,  tylko  na  swoim  miejscu,  poza  tym  co  znowu  za 

zasłony?  Czemu  mu  powiedziałam,  że  akurat  dziś 

wieczorem  nie  jest  u  mnie  zbyt  przytulnie?  I  jeszcze 

bardzo  mądrze  dodałam,  że  sąsiedzi  mogą  wszystko 

zobaczyć.  Co  on  właściwie  mógł  z  tego  zrozumieć?  Ze 

zbzikowałam  do  reszty?  Co  on  sobie  pomyśli,  że  ja 

myślę?  Przecież  wcale  się  do  mnie  nie  wpraszał,  tylko 

zaproponował, że odprowadzi mnie na górę i co najwyżej 

stanie  w  pobliżu  podczas  otwierania  drzwi,  żeby  mieć 

pewność,  że  klucz  się  nie  zgubił  ani  nie  utknął,  ani  nie 

background image

złamał w zamku. A ja mu tak nazmyślałam, żeby tylko nie 

szedł  ze  mną.  Chociaż  jemu  ani  się  śniło  do  mnie 

przychodzić.  I  jeszcze  mu  powiedziałam,  że  nie  ma 

okiennic i że sąsiedzi... Przecież to mogło zabrzmieć tak, 

jakbym  chciała  mu  dać  do  zrozumienia,  że  gdyby  tylko 

były okiennice albo zasłony... 

Ale co, jeśli on akurat naprawdę chciał mi dyskretnie 

zasugerować,  że  chciałby,  żebym  go  zaprosiła,  żeby 

jeszcze trochę porozmawiać, napić się czegoś? A w takim 

razie  już  od  progu  zobaczy,  że  zasłony  wiszą  na  swoim 

miejscu?  Ze  nie  poszły  do  żadnej  pralni?  Co  wtedy?  Od 

razu wyjdzie na jaw, że kłamałam bez sensu. I gdzie ja się 

wtedy schowam? 

 

Nijak  nie  będzie  potrafiła  odpowiedzieć  sobie  na 

pytanie, czy właściwie chce, żeby ten autor – sławny, ale 

aż  zanadto  uprzejmy,  ugrzeczniony  i  taki  ojcowsko 

opiekuńczy, że to wręcz trochę krępujące – poszedł z nią 

na  górę.  Tak,  on  czegoś  chce,  ale  czego  dokładnie  może 

background image

od  niej  chcieć?  Sama  nie  wie,  czy  chciałaby,  czy  też  się 

boi  zaprosić  go  do  swojego  pokoju.  Teraz?  A  czy  przed 

wyjściem  z  domu  nie  zostawiła  przypadkiem  czarnego 

stanika  przewieszonego  przez  oparcie  krzesła?  I  którą 

stroną wisi? A jeśli akurat będzie widać, że to push-up? 

Znów zgaśnie światło na klatce, a autor ponownie je 

zapali, jednocześnie mówiąc do Rochele: 

–  Może  jednak?  Na  wszelki  wypadek?  Tylko  pod 

drzwi? 

Ale  teraz,  kiedy  skłamała,  że  zasłony  poszły  do 

prania, teraz już jest po sprawie, przepadło. Droga odcięta. 

Sama pozamykała przed sobą wszystkie drzwi. Bo on za 

nic  w  świecie  nie  może  wejść  do  niej  i  zobaczyć,  że 

zasłony  wiszą  jak  zwykle  na  swoim  miejscu.  Przecież 

natychmiast zapadłaby się pod ziemię ze wstydu. 

Cienkim,  pełnym  przejęcia  głosem,  jak  skarcona 

dziewczynka, powie w końcu autorowi: 

–  Dobrze,  w  porządku,  dziękuję,  więc  niech  pan 

pójdzie  ze  mną  tylko  do  drzwi...  Jeśli  pan  nalega...  Ale 

background image

prawdę  mówiąc,  Joselito,  to  znaczy  on  za  bardzo  nie 

przywykł, żeby... 

W  tym  momencie  do  jej  uszu  dobiegną  słowa, 

wypowiedziane  przez  własne  usta,  i  zamilknie  zupełnie, 

zdjęta strachem i rozpaczą. 

Autor  z  kolei  zobaczy  minę  zaszczutego  zwierzątka, 

pyszczek  małego  zlęknionego  ssaka  z  rzędu  gryzoni, 

wiewiórki zapędzonej w kozi róg, która przednie zęby ma 

jakby  zaostrzone,  by  zagryźć  samą  siebie  z  rozpaczy. 

Uśmiechnie się więc i uprzejmie ustąpi: 

– Nie, nie, naprawdę, nieważne, słuchaj, jeśli to cię w 

jakiś sposób krępuje... 

Teraz  wiewiórka  milczy  sparaliżowana,  nie  mając 

pojęcia,  co  jest  bardziej  przerażające:  przyjąć  pierwszą 

propozycję  i  pozwolić  mu  się  odprowadzić  pod  drzwi 

mieszkania  czy  może  przeciwnie,  powiedzieć,  że 

przyjmuje  jego  uprzejme  odstąpienie  od  propozycji 

odprowadzenia  jej  do  drzwi?  A  może  akurat  zaprosić  go 

do  środka,  mimo  że  być  może  wcale  nie  jest 

background image

zainteresowany  tym  zaproszeniem  i  w  gruncie  rzeczy 

tylko z grzeczności albo szczerej troski zaproponował, że 

ją  odprowadzi  po  schodach?  A  może  jeszcze  mimo 

wszystko  można  go  nie  zaprosić?  Chociaż  teraz  to  już 

chyba  naprawdę  by  wypadało,  on  mógłby  się  wręcz 

poczuć urażony? Ale w takim razie jak wyjdzie z twarzą z 

kłamstwa  o  zasłonach?  A  stanik  na  oparciu  krzesła?  A 

poza  tym  przecież  wszędzie  walają  się  kłaki  Joselita,  bo 

teraz,  kiedy  przyszło  lato,  gubi  mnóstwo  sierści.  A  jeśli 

autor  przypadkiem  będzie  musiał  skorzystać  z  toalety,  to 

tam,  na  marmurowym  blacie,  chyba  jeszcze  leży  jej 

golarka do ciała? 

Spuści  wzrok  na  chodnik  albo  na  czubki  butów, 

przyciśnie  do  piersi  książkę  i  nie  będzie  umiała  nic 

powiedzieć. 

Autor,  naturalnie,  zrozumie  jej  strapienie.  Ostrożnie 

dotknie jej ramienia i zaproponuje po rycersku: 

–  Słuchaj,  jeśli  ci  to  odpowiada,  może  przejdziemy 

się  razem  jeszcze  trochę?  Tylko  do  końca  ulicy  i  z 

background image

powrotem? Albo nawet do placu? Oczywiście, jeśli wolisz 

pójść zaraz na górę, do domu, bez obstawy, to pozwól, że 

po  prostu  postoję  tu,  przy  wejściu,  jeszcze  minutę  albo 

dwie,  aż usłyszę,  jak  otwierasz  i  zamykasz  drzwi,  i  będę 

wiedział, że dotarłaś cała i zdrowa w objęcia Joselita, nie 

natrafiając po drodze na żadne smoki. 

Ona odpowie z  grymasem  uśmiechu, bardzo  bliskim 

płaczu: 

–  Przepraszam.  Nie  wiem,  co  się  ze  mną  dzieje. 

Jestem dziś trochę rozkojarzona. 

Autor z kolei się uśmiechnie i powie jej w ciemności: 

– Ale przy tym urocza. 

 

Dziewięć  albo  i  dziesięć  lat  upłynęło,  odkąd  ktoś, 

chłopak,  niezbyt  miły,  powiedział  jej  coś  mniej  więcej 

podobnego. Wciąż prawił jej komplementy, a ona mu nie 

wierzyła. Ale akurat ten człowiek, teraz, nagle... 

Znowu  krew  nabiegła  jej  do  uszu  i  szyi  i  Rochele 

miała  wrażenie,  że  miękną  jej  kolana  i  za  chwilę  nie 

background image

będzie  innej  rady,  jak  tylko  wesprzeć  się  na  nim.  Albo 

upaść. 

Pobielałymi palcami przyciśnie teraz do brzucha jego 

książkę,  owiniętą  w  brązowy  papier  i  spiętą  dwiema 

gumkami. Jakby zaciskała pas cnoty. I w tej samej chwili 

prawie  nabierze  odwagi,  prawie  zaproponuje  mu,  by 

poszedł z nią na górę, czemu nie, co tam stanik albo kocia 

sierść,  przecież  on  na  pewno  oglądał  już  tysiąc  pokoi 

różnych dziewczyn. Poda filiżankę herbaty albo kawy, ma 

też  argentyńską  yerba  mate,  jeśli  przypadkiem  nie  jest 

zmęczony. I akurat nigdzie się nie spieszy. 

Ale  jej  wargi  będą  umiały  tylko  drżeć  w  ciemności. 

Wreszcie,  dukając,  powie  mu,  że  ma  w  mieszkaniu 

kolekcję  pudełek  po  zapałkach  z  prawie  dwustu  różnych 

hoteli  z  rozmaitych  krajów,  nie,  nie  ma  ich  dwieście, 

chyba tylko sto osiemdziesiąt, ale dlaczego kogoś takiego 

jak  on  miałaby  zainteresować  kolekcja  pudełek  po 

zapałkach? 

Autor  zapali  kolejnego  papierosa,  znowu  naciśnie 

background image

włącznik  światła  i  zamyśli  się  nad  tą  chwilą.  Na 

okamgnienie  zamajaczy  mu  w  pamięci  podniecająca 

asymetria, którą dostrzegł na początku wieczoru w zarysie 

majtek  Riki,  kelnerki,  prześwitującym  niewyraźnie  przez 

materiał spódniczki: po lewej stronie linia ta ciągnęła się 

nieco wyżej nad wysmukłym udem niż po prawej. Było to 

jakby  bieliźniane  mrugnięcie  okiem,  obiecujące  moc 

sekretnych rozkoszy. 

Przez chwilę będzie się zastanawiał, czy rzeczywiście 

warto  dać  się  teraz  zaprosić  do  mieszkania  Rochele 

Reznik na poddaszu. W sumie czemu nie? Przecież ta jej 

nieśmiałość jest dla niego przyjemna, lękliwe uwielbienie 

też  mile  go  łechce,  a  jej  strach  jest  słodki  jak  drżenie 

pisklęcia w dłoni: o co chodzi? Przecież go tam nie zje. Z 

drugiej  strony,  co  prawda  ona  jest  niemal  odurzona  i 

potulna,  ale  przy  tym  niezbyt  pociągająca.  Przecież  tak 

czy inaczej w końcu dojdzie do kłopotliwej sytuacji: ona 

jest  przerażona,  a on  właściwie  jej  nie pragnie.  Spocznie 

na  nim  odpowiedzialność,  by  wpierw  załagodzić  jej 

background image

strach,  uspokoić  ją,  jak  cierpliwy  lekarz  rodzinny  małą 

dziewczynkę,  która  broni  się  przed  zastrzykiem.  I  przez 

całą  drogę  będzie  musiał  być  opiekuńczy  i  ostrożny,  aż 

przez  tę  ostrożność  zapewne  zgaśnie  w  nim  ta  odrobina 

namiętności,  którą  stara  się  na  nowo  rozniecić, 

przypominając  sobie  zarys  majtek  kelnerki.  Tak  czy 

inaczej  będzie  musiał  przed  nią  udawać.  Urządzać 

przedstawienie, takie albo inne. Albo znaleźć wymówkę. I 

jeszcze  podlizywać  się  jej  kotu,  i  chwalić  jego  futerko. 

Dość  ma  już  przedstawień  na  ten  wieczór.  Ona  zaś, 

Rochele  Reznik,  tak  czy  inaczej  poczuje  się  dotknięta. 

Albo  nie  dotknięta,  tylko  jeszcze  gorzej,  zacznie  robić 

sobie  nadzieje  na  jakiś  ciąg  dalszy.  Co  absolutnie  nie 

wchodzi w rachubę. 

Poza tym nie ma zasłony w oknie ani okiennic, a nie 

wiadomo, kim są jej sąsiedzi, tymczasem on jest przecież 

dość znaną postacią. 

Tak więc gdy autor będzie się nad tym zastanawiać, a 

miejsce  pierwszego  pytania  „czemu  nie?”  zajmą  w  jego 

background image

myślach  pytania:  czemu  tak?  Z  jakiej  racji?  Po  co? 

Czyżby tylko ze względu na ten marny wers: „Gdzie jest 

panna, tam pan młody, /Bez ustępstwa nie ma zgody”? 

Zastanawia  się  nad  tym,  że  Czechow  co  prawda 

wskazał  przyszłym  pokoleniom  sposób,  w  jaki  można 

zbliżyć się do obcej damy, kokietując jej pieska, ale nawet 

sam Czechow nie poinstruował nas, w jaki sposób, kiedy 

już  nawiąże  się  znajomość  i  prowadzi  pogawędkę,  jak 

właściwie  postępować  dalej?  Jak  na  przykład  podejść  do 

dziewczyny, na której kolanach leży mruczący zazdrosny 

kot i na pewno podrapie każdego, kto spróbuje zająć przy 

niej jego miejsce? 

 

Autor  pożegna  się  więc  tonem  powściągliwej 

serdeczności:  obieca  jej,  że  zadzwoni,  oczywiście  że 

zadzwoni,  zadzwoni  z  całą  pewnością  któregoś  dnia 

Następnie,  w  świetle  latarni,  pogładzi  szybkim  ruchem 

koniec  jej  warkocza  i  spróbuje  popatrzeć  jej  prosto  w 

oczy,  lecz  jej  oczy  znów  będą  spuszczone  na  czubki 

background image

butów  albo  pękniętą  płytę  chodnika.  Dziecięca  buzia 

zaszczutej wiewiórki przybiera wystraszony, ale też nieco 

kąśliwy  wyraz,  być  może  za  sprawą  wystających 

przednich  zębów.  Rochele  Reznik  w  pośpiechu  poda  mu 

na  pożegnanie  drobną  zimną  dłoń,  drugą  ręką  wciąż 

mocno przyciskając do piersi jego nową książkę, owiniętą 

i  spiętą  dwiema  gumkami.  Delikatnym,  niemal 

niewyczuwalnym  pisklęcym  ruchem  wysuwając  dłoń 

spomiędzy palców autora, uśmiechnie się nagle smutno i 

powie: 

–  Dobranoc  i  bardzo  dziękuję  za  wszystko. 

Naprawdę,  bardzo  dziękuję.  I  chciałam  coś  jeszcze  panu 

powiedzieć.  Nie  wiem  właściwie,  jak  to  wyrazić,  no, 

chciałam  powiedzieć,  że  tego  wieczoru  chyba  nigdy  nie 

zapomnę.  Nie  zapomnę  apteki  z  pokojem  trucizn  ani 

pańskiego  wuja,  który  uderzył  posła,  a  potem  obaj 

zachorowali. 

 

Autor  posnuje  się  jeszcze  godzinę  albo  półtorej  po 

background image

ulicach. Nogi zaprowadzą go z oświetlonych alej w małe 

uliczki,  w  nieznane  mu  zaułki,  w  okolice,  gdzie  już 

pozamykano  wszystkie  okiennice  i  tylko  anemiczne 

latarnie  rozlewają  gdzieniegdzie,  jakby  przez  sen, 

żółtawe,  brudne  światło.  Idąc,  wypali  jeszcze  dwa 

papierosy  i  podliczy:  siedem  albo  osiem  wypaliłem  tego 

wieczoru. 

Miną  go  dwie  obejmujące  się  pary  wracające  po 

wieczornych  rozrywkach  do  łóżek,  a  jedna  z  dziewczyn 

wyda  na  końcu  ulicy  krzyk  przerażenia,  jakby  właśnie 

zaproponowano jej szeptem coś bardziej szalonego. Autor 

próbuje  sobie  to  coś  wyobrazić,  obraca  w  myślach, 

szukając  jakiejś  świeżej  podniety,  lecz  udręka  dusznej 

celi, w której są zamknięci Arnold Bartok ze swoją starą 

matką  Ofelią  na  mokrym  od  potu  posłaniu  w  letnią  noc, 

gasi  jego  namiętność,  nim  ta  zaczęła  się  rozpalać:  stara 

matka  i  jej  niemłody  syn,  oboje  unurzani  we  własnym 

pocie na jednym wymiętym materacu, jedno wychudzone 

i  żylaste  ciało  usiłujące podnieść  drugie, otyłe  i  rozlazłe, 

background image

syn  próbujący  wydrzeć  nocnik  spod  miękkiego  ciała 

swojej  matki,  prowadzą  tak  w  ciemności  jakby  bezładne 

zapasy, on stęka, ona jęczy, a bzyczący wśród ciemności 

komar  wbija  się  jak  cieniutkie  wiertło  tam  albo  gdzie 

indziej, a może i tu, i tam. 

Wujek  Osja,  anarchista,  stroiciel  fortepianów,  przez 

całe  życie  mieszkający  samotnie  w  suterenowym 

mieszkanku  na  tyłach  starej  kamienicy  na  Brennera, 

przeważnie  był  bezrobotny,  a  czasami  przenosił  tu  albo 

tam  meble,  malował  mieszkania  albo  przycinał  pręty 

budowlane  i  zawsze,  nawet  gdy  był  pulchnym  bladym 

mężczyzną  koło  trzydziestki,  zawsze  wszyscy  wołali  do 

niego z rosyjska „Ośka-Nu-Kak”, to znaczy „Osja, no jak 

tam?”  I  drwili  z  niego,  że  w  swojej  suterenie  ukrywa 

przed  władzami  brytyjskimi  i  partyjnymi  śliczną 

siostrzenicę  przebywającego  na  wygnaniu  sowieckiego 

przywódcy Lwa Trockiego. 

Autor wiedział już w dzieciństwie, że to tylko żarty, 

że w suterenie jego wujka dziwaka nie ukrywają się żadne 

background image

krasawice,  ale  teraz,  przez  chwilę,  zrobiło  mu  się  nagle 

żal,  że  ani  razu  przez  całe  dzieciństwo  nie  odważył  się 

zajrzeć za ceratowy parawan pokryty rozległymi plamami 

pleśni,  za  mętnozielonkawą  zasłonę  wygradzającą  jego 

kąt sutereny. 

I  pożałował  też  swojego  obecnego  tchórzostwa: 

„Dlaczego  nie  wprosiłeś  się  do  pokoju  Rochele  Reznik? 

Przecież  za  jej  bladą  nieśmiałością  na  pewno  tli  się 

płomyczek pragnienia, dziecięca niewinność zmieszana z 

nienasyconym  pożądaniem,  z  cichą,  gorącą  i  pełną 

oddania  uległością,  wypływającą  z  jej  uwielbienia  i 

wdzięczności. Przecież dotykałeś już tego palcami, to już 

trzepotało w twojej dłoni, a ty to zmarnowałeś. Dureń”. 

 

Co  do  poety,  Cefanii  Bet  ha-Lachmiego,  Bumka 

Schuldenfreia,  autor  oblicza  czas  i  dochodzi  do  wniosku, 

że  poeta  musiał  już  się  przenieść  na  tamten  świat:  przed 

laty Bet ha-Lachmi miał swego rodzaju stały wierszowany 

kącik w rogu ostatniej strony w cotygodniowym dodatku 

background image

do  dziennika  „Dawar”,  stałą  kolumnę  ujętą  w  ozdobną 

ramkę,  w  której  narożnikach  umieszczono  rysunek 

uśmiechniętej maski. Albo drwiącej. Rymy życia i śmierci 

Cefanii  Bet  ha-Lachmiego,  jak  je  zapamiętał  autor,  nie 

były  satyryczne  ani  uszczypliwe,  lecz  przeważnie 

traktowały  z  wesołą,  pogodną  życzliwością  o  wszystkich 

aktualnych  problemach,  o  absorpcji  imigrantów,  o 

obozach  przejściowych,  reglamentacji,  o  zasiedlaniu 

pustyni,  osuszaniu  bagien  w  dolinie  Chula,  o  ciasnocie 

lokalowej,  incydentach  granicznych  i  terrorystycznych 

atakach intruzów, zjawiskach korupcji i biurokracji, które 

mąciły  radość  z  nowo  powstałego  państwa.  Młoda 

generacja,  krzepkie,  smagłe  pokolenie  narodzone  w 

Izraelu,  opisywane  było  w  wierszach  Bet  ha-Lachmiego 

jako  szorstkie  tylko  z  zewnątrz.  Za  to  w  środku,  jak 

uważał, są to ludzie prawi i pełni poświęcenia, a przy tym 

niezwykle wrażliwi i subtelni. 

Wszyscy  wrogowie  Izraela  na  przestrzeni  dziejów, 

Ukraińcy,  Polacy,  Niemcy,  Brytyjczycy,  księża, 

background image

efendiowie,  bolszewicy,  naziści,  rzesze  antysemitów,  od 

których roi się we wszystkich zakątkach świata, wszyscy 

oni  byli  przedstawiani  w  Rymach  życia  i  śmierci  jako 

bezduszni szubrawcy, znający tylko nikczemność, zawiść 

i  radość  z  naszego  nieszczęścia.  Natomiast  rodzimi 

szkodnicy, członkowie organizacji separatystycznych, jak 

komuniści  czy  przeciwnicy  Histadrutu  i  wrogowie 

zorganizowanego 

jiszuwu,  ci  jawili  się  u  Bet 

ha-Lachmiego 

jako 

ograniczeni, 

małostkowi 

zdeprawowani.  Szczególną  odrazą  napawała  go  bohema, 

naśladująca  stylem  bycia  Paryż  i  Hollywood,  wstręt 

budzili w nim wszyscy owi cyniczni i oderwani od życia 

inteligenci,  umiejący  tylko  wciąż  mędrkować,  szydzić  i 

docinać, oni i ta ich paplanina o nowoczesnej sztuce, którą 

w całości można określić jako nowe szaty cesarza. 

Co  do  imigrantów  z  Jemenu,  zwierząt,  ludzi  roli  i 

małych  dzieci  –  do  nich  Bet  ha-Lachmi  odnosił  się  w 

swych  wierszach  z  ciepłym  ojcowskim  uśmiechem. 

Stawiał  ich  na  piedestale,  rozrzewniając  się  nad  ich 

background image

nieskażoną niewinnością i prostodusznością. Ale od czasu 

do  czasu  nad  rymowanymi  wersami  Bet  ha-Lachmiego 

przesuwał  się  pewien  apolityczny  i  wolny  od  ideologii 

cień,  cień  tajemnicy  i  żalu,  cień  niemający  żadnego 

związku  z  jego  świadomością  klasową  i  patriotycznym 

entuzjazmem: 

 

Jest mędrzec bez krztyny rozumu, 

Jest głupiec o sercu przepastnym, 

Jest radość, co kres swój ma w płaczu, 

I nikt, kto by duszą znal własną. 

 

Niekiedy zaś pojawiał się u niego krótki aforyzm na 

temat umarłych, o których już wszyscy zapomnieli i tylko 

z  rzadka  przypominają  sobie  o  nich  dzieci  albo  wnuki, 

lecz ich pamięć i tak jest zaledwie chylącym się cieniem, 

bo  gdy  odejdzie  ostatni  z  tych,  co  pamiętają,  umarły 

rozstanie  się  z  życiem  po  raz  drugi,  już  ostatecznie,  i 

obróci w zupełny niebyt. 

background image

 

Kiedyś  –  przypomina  sobie  autor  –  Bet  ha-Lachmi 

zamieścił  w  swojej  kolumnie  wiersz  pod  tytułem 

Zniszczenie zakwasu, w którym pisał o tym, że wszystkie 

rzeczy  na  tym  świecie  powoli  marnieją  i  blakną, 

przedmioty  i  miłości,  ubrania  i  ideały,  domy  i  uczucia, 

wszystko  stopniowo  się  strzępi,  wszystko  obróci  się  w 

łachmany i rozpadnie w pył. 

Bet  ha-Lachmi  często  posługiwał  się  słowem 

„samotność”,  a  raz  albo  dwa  użył  rzadkiego  wyrazu 

„samojeden”. 

Kiedyś,  w  latach  trzydziestych  i  czterdziestych,  a 

może  nawet  na  początku  pięćdziesiątych,  Bet  ha-Lachmi 

występował  często  w  piątkowe  wieczory  przed  gronem 

swoich  miłośników  w  domach  kultury,  sanatoriach  Kasy 

Chorych,  na  wieczorkach  kulturalnych  Histadrutu,  na 

zlotach Ruchu Edukacji Ludowej, czytał swoje wiersze w 

towarzystwie  pewnej  starszej  pianistki  albo  przy  wtórze 

pieśni  w  wykonaniu  śpiewaczki  obdarzonej  głębokim 

background image

rosyjskim altem, noszącej głęboki, ale przyzwoity dekolt. 

Po  czytaniu  i  antraktach  muzycznych  zwykł  był  miło 

gawędzić  ze  słuchaczami,  dyskutować  wyrozumiale  i 

pogodnie,  bez  przerwy  szczypiąc  w  policzki  dzieci,  a 

czasami  nawet  młode  kobiety,  podpisywać  egzemplarze 

swoich  książek  i  upajać  się  sympatią  zgromadzonych,  z 

których wielu w owym czasie potrafiło cytować z pamięci 

całe utwory z jego kolumny. 

A  później?  Może  na  przykład  jego  żona  zginęła 

któregoś  ranka  wskutek  wypadku  z  elektrycznym 

żelazkiem? Poeta czekał półtora roku, zanim ożenił się ze 

swoją  pianistką  albo  śpiewaczką  o  dorodnym  biuście? 

Która porzuciła go dwa tygodnie po ślubie i uciekła przed 

nim 

do 

Ameryki 

ze  szwagrem 

swojej 

siostry, 

producentem  kosmetyków  obdarzonym  subtelnym, 

słodkim tenorem? 

A  może  ów  poeta,  Cefanja  Bet  ha-Lachmi,  jeszcze 

żyje?  Zapomniany  przez  wszystkich  spędza  resztę  życia, 

powiedzmy,  w  którymś  z  prywatnych  domów  złotej 

background image

jesieni w małej zapadłej wiosce na skraju doliny Chefer? 

Albo  w  jakimś  zapomnianym  przez  Boga  małym 

zakładzie  opieki  na  przedmieściach  Jokneam?  Jego 

bezzębne  usta  przeżuwają  i  rozrabiają  na  papkę  kawałek 

jasnego chleba bez skórki. Przesiaduje całymi godzinami 

na  tarasie  w  brązowym  fotelu  z  tapicerowanym 

podnóżkiem,  jego  umysł  jest  jeszcze  zupełnie  jasny,  ale 

już wiele lat temu przestał widzieć sens w pisaniu wierszy 

albo  publikowaniu  ich  na  łamach  gazet,  bo  teraz 

zdecydowanie  wystarczą  mu  filiżanka  herbaty,  cisza 

ogrodu  i  coraz  to  nowe  kształty  chmur,  chociaż  wciąż 

bardzo lubi, lubi coraz bardziej, widok drzew w ogrodzie, 

zmieniających  się  z  każdą  porą  roku,  i  zapach  trawy 

strzyżonej tutaj raz w tygodniu: 

 

Taki spokój tu. Pusto, zielono. 

Kruk na słupie zastyga kamieniem, 

Dwa cyprysy są w siebie wtulone, 

A ten trzeci ma tylko siebie. 

background image

 

Cały  dzień  przesiaduje  w  fotelu  na  tarasie  i  z 

zaciekawieniem  czyta  powieść  młodej  pisarki,  która 

wychowała się w ortodoksyjnym środowisku, ale później 

zbuntowała  się  przeciw  religijnym  rygorom,  albo 

przegląda wspomnienia człowieka, który był założycielem 

ochotniczego  ruchu  „Pomocna  Dłoń”.  Wzrok  ma  wciąż 

doskonały i wcale nie potrzebuje okularów do czytania. I 

oto nagle natrafia na własne nazwisko, wymienione jakby 

mimochodem na jednej z kart książki, i dwa-trzy cytaty z 

jego  starych  wierszy.  Te  wersy  nagle  wywołują  u  poety 

dziecięcą, promienną radość, uśmiecha się przez chwilę i 

poruszając  wargami,  odczytuje  własne  słowa  sprzed 

dziesiątek lat: sam prawie je zapomniał i sądził, bez żalu, 

że wszystkie dawno poszły w niepamięć, a oto znalazł je 

tu,  w  nowej  książce  tej  młodej  pisarki,  i  wydają  mu  się 

całkiem niezłe. 

Ma  niewinne,  okrągłe,  czystobłękitne  oczy  pod 

siwymi brwiami, niby dwa jeziora, nad  którymi wznoszą 

background image

się  ośnieżone  górskie  szczyty.  Jego  ciało,  niegdyś 

grubawe, a teraz patykowate i wysuszone, chude jak ciało 

chłopca,  gładkie  ciało  bez  jednego  włosa,  jest  szczelnie 

otulone  białym  flanelowym  szlafrokiem,  na  którym 

widnieje nadrukowany emblemat domu złotej jesieni oraz 

hasło: „Młodzi duchem!” Drobna bańka śliny rośnie teraz 

poecie  w  lewym  kąciku  ust.  Co  dwie-trzy  godziny 

pielęgniarka  Nadia  przynosi  mu  filiżankę  herbaty  z 

cytryną i kostkę cukru, a do tego kromkę jasnego chleba, 

miękkiego  i  delikatnego,  bez  skórki.  Siedzi  tak  w 

bezruchu  długimi  godzinami,  chłonąc  powoli,  z  lekkim 

charczeniem,  wiejskie  powietrze  i  zapachy  pól,  bez 

przerwy  żując  chlebową  papkę,  drzemie,  a  może  wcale 

nie, z odwróconą książką młodej pisarki wywodzącej się z 

ortodoksyjnego  środowiska  na  kolanach,  i  rozmyśla  o 

autorce,  zastanawiając  się,  czy  to  możliwe,  by  śmierć 

naprawdę była zupełnie różna od życia. Nie do poznania. 

A  może  jednak  jest  jakieś  podobieństwo  albo  cień 

podobieństwa  między  tym,  co  przed  śmiercią,  a  tym,  co 

background image

po  niej?  Bo  przecież  między  wszystkimi  czasami  i 

sytuacjami  na  świecie  istnieje  nikły  cień  podobieństwa. 

Może tak właśnie siedzi ów poeta, cały dzień obserwując 

błękitnymi  zamyślonymi  oczami  rozkołysane  na  wietrze 

korony drzew i wędrówkę chmur? 

Ale, pobieżnie licząc, to przecież prawie niemożliwe, 

by jeszcze żył: jego cotygodniowa kolumna Rymy życia i 

śmierci  umilkła  wiele  lat  temu.  Piątkowy  dodatek  do 

„Dawaru”  dogorywa.  Histadrut  stracił  na  znaczeniu. 

Zamiast  rad  robotniczych,  z  ich  komisjami  do  spraw 

kultury  mającymi  poczucie  posłannictwa  i  moralnego 

obowiązku,  by  docierać  do  prostego  ludu  i  stopniowo 

podnosić  jego  poziom  kulturalny,  po  całym  kraju  plenią 

się  wyspecjalizowane  agencje  pośrednictwa  pracy  i 

handlarze  żywym  towarem,  importujący  tutaj  tabuny 

niewolnic  i  robotników  przymusowych  z  biednych 

krajów. 

Na  pewno  już  dawno  poeta  zszedł  z  tego  świata, 

umarł  na  wylew  krwi  do  mózgu  i  został  czym  prędzej 

background image

pochowany w wietrzny, deszczowy dzień, a na pogrzebie 

zjawiła  się  tylko  garstka  działaczy  w  podeszłym  wieku, 

okutanych  w  płaszcze  i  ściśniętych  pod  baldachimem 

czarnych  parasoli,  i  teraz  spoczywa  niedaleko  stąd,  w 

kwaterze 

przeznaczonej 

dla 

pisarzy, 

działaczy 

społecznych i myślicieli, obok kolegów po piórze swojego 

pokolenia:  Bertiniego  i  Brojdesa,  Chananii  Reichmana, 

Dowa  Chomskiego,  Kamzona,  Lichtenbojma  i  Mejtusa, 

Chanana Szadmiego, Chananiego, Achaja i Uchmaniego. 

 

Miłość ich i zazdrość zarówno zginęły, 

Księgi ich murszeją w milczącej otchłani, 

Gaje ich figowe, granatów ich kwiaty, 

Pana, zgasłe w mroku, nie będą już chwalić. 

 

Halo,  przepraszam,  czy  dodzwoniłam  się  do  Lucy? 

Lucy?  Tu  mówi  Riki.  Pewnie  już  mnie  nie  pamiętasz. 

Moment,  powiem  ci  skąd.  Sekundę.  Przepraszam.  Wciąż 

masz  tak  samo  ładny  głos,  Lucy,  taki  smaczny,  jak 

background image

czerwone  wino.  Jestem  Riki.  Pamiętasz?  Od  Charliego. 

Od  tej  historii  z  Charliem.  Pamiętasz,  Lucy?  Jakieś 

piętnaście lat temu? To ja jestem ta Riki, co pracowała w 

salonie  piękności  u  Izabeli  Wacherman,  tam  na  dole,  na 

końcu ulicy Allenby’ego. To ja. Że wtedy byłyśmy jakby 

wrogami.  Pamiętasz  to,  Lucy?  Chociaż  już  wtedy,  tak 

myślę,  lubiłam  cię  o  wiele  bardziej  niż  jego.  A  w  ogóle 

zaczęłam  z  nim  chodzić  chyba  tylko  po  to,  żeby  tak, 

wiesz, poczuć od niego twój zapach. Nie, zaraz, Lucy, nie 

odkładaj  słuchawki,  błagam,  to  nie  jest  to,  co  myślisz, 

uwierz  mi,  że  jestem  akurat  najnormalniejszym 

człowiekiem  pod  słońcem,  posłuchaj,  daj  mi  tylko  dwie 

minuty.  Daj  spokój,  mniejsza  z  tym,  jak  zdobyłam  twój 

numer i nowe nazwisko. Zdobyłam i już. Co, to nazwisko 

po mężu? Nie? Nieważne. Ta historia ze mną i Charliem, 

pamiętasz? Trwała może z tydzień albo osiem dni. Jakoś 

tak. Najwyżej. Potem on zaraz wrócił do ciebie. Co tam, 

wrócił.  Na  czworakach.  Tak  w  ogóle  to,  co  było  między 

nami,  stało  się  tylko  z  twojego  powodu,  Lucy,  tylko 

background image

dlatego, że z nim na jakiś czas zerwałaś, zwłaszcza że ja 

już wtedy miałam fioła na twoim punkcie, ale się strasznie 

przed  tobą  wstydziłam.  No  dobra,  teraz  do  rzeczy.  Więc 

tak. Dzwonię do ciebie, Lucy, bo może miałabyś ochotę, 

żebyśmy tak kiedyś tylko we dwie, wiesz, ty i ja, spotkały 

się, usiadły gdzieś i pogadały sobie o tym, co wtedy było? 

I  o  innych  sprawach?  Nie,  wszystko  mi  jedno  gdzie,  ty 

powiedz, gdzie się spotkamy. Ja zapraszam. Kawa na mój 

rachunek. A powiedz, Lucy, masz męża? Albo kogoś? A 

dzieci? Broń Boże, nie śledzę cię. Pewnie, że nie. No coś 

ty. Dobra, Lucy. W porządku. Czemu nie. Tylko sobie nie 

myśl,  że  jestem  psychiczna  albo  po  prostu  walnięta.  To 

jest  tak:  często  ni  stąd,  ni  zowąd  zdarza  mi  się  o  tobie 

myśleć,  Lucy,  o  twojej  szyi,  o  twoim  głosie,  o  twoim 

wielkim sercu, o oczach, o tym, ile wtedy miałaś rozumu. 

Tysiąc  razy  więcej  ode  mnie.  Bo  wtedy,  wiesz,  ja  i  ty 

byłyśmy jakby po jednej stronie, a Charlie w sumie był... 

No dobra, e tam, o tym Charliem, to możesz mi wierzyć, 

że już dawno zapomniałam. Co tu o nim gadać? Znaczy, 

background image

czego od niego chcę? Tylko od ciebie, Lucy. Chociaż od 

tego  czasu  minęło  już  naprawdę  ładnych  parę  lat,  to 

jeszcze mi nie przeszło. Słuchaj, Lucy, ze mną jest mniej 

więcej  tak.  Ale  się  nie  śmiej,  żebyś  tylko  sobie  nie 

pomyślała, że ja jestem taka, co to nie ma nic lepszego do 

roboty, jak tylko wydzwaniać ni z gruszki, ni z pietruszki 

do  kogoś  sprzed  stu  lat.  Więc  tak  tego  nie  odbieraj. 

Spróbuj  to  odebrać  tak,  że  jakby  ty  i  ja,  obie  właściwie 

jesteśmy  jedną  osobą.  Co  znaczy  „jak  to  jedną”?  No  co, 

czy  ciebie  Charlie  nie  wyrzucił  tak  samo  jak  mnie? 

Wykorzystał,  zmiął  i  wyrzucił  do  śmietnika  jak 

chusteczkę? Dobra, słuchaj, Lucy, to naprawdę nie jest na 

telefon. Uwierz mi, chociaż teraz mnie pewnie bierzesz za 

jakąś  pokręconą  idiotkę?  Chwilę,  Lucy,  tylko  chwilę, 

jeszcze się nie rozłączaj. Posłuchaj. No więc to jest tak: ja 

teraz nie mam faceta. Dziewczyny też nie mam, jeśli to ci 

teraz chodzi po głowie. Nie mam w ogóle nikogo. Oprócz 

ciebie,  znaczy  się.  Bo  co  chwilę  w  myślach,  a  nawet  w 

snach, w środku nocy, nachodzi mnie takie coś, że ty i ja 

background image

jesteśmy  razem,  Lucy.  Wiesz,  związane  ze  sobą? 

Połączone? Nie, to nie to, co myślisz, to znaczy raczej jak 

siostry. To ci się pewnie wydaje trochę zwariowane? Albo 

nawet  nie  trochę?  Nie?  No  co,  tobie  się  nie  zdarza 

czasami  pomyśleć,  jak  my  obie,  ty  i  ja,  tydzień  po 

tygodniu,  jedna  po  drugiej,  w  tym  samym  hotelu  w 

Ejlacie, w tym samym pokoju, w tym samym małżeńskim 

łożu  king  size,  obie  kładłyśmy  się  dla  niego  w  nocy,  a 

czasami  nawet  w  biały  dzień?  Nadstawiałyśmy  mu  się, 

wiesz, dokładnie  w  tych  samych  pozycjach? Najpierw  to 

byłaś  ty,  tydzień  później  ja,  a  jeszcze  tydzień  później 

znowu ty? Parę razy się zdarzyło, że powiedział do mnie 

w  ciemności  „Lucy”,  raz  nawet  przy  świetle,  w  barze 

sushi, i za każdym razem, jak do mnie mówił „Lucy”, to 

byłam dosłownie w siódmym niebie. Na pewno do ciebie 

też powiedział parę razy w ciemności „Riki”? Nie? I tobie 

też nagle mówił: „Chodź, kochanie, zrób mi teraz loda, ale 

najwolniej,  jak  tylko  potrafisz”?  Albo  „Chodź  tutaj, 

złotko,  daj  mi  się  lekko  związać”?  Albo  „Pozwól  mi 

background image

chwilę  popatrzeć,  jak  robisz  siusiu  na  stojąco”?  Nie?  I 

wtedy,  jak  on  mnie  rzucił  i  wziął  ciebie  z  powrotem,  a 

później pojechaliście jeszcze raz, ty i on, do tego samego 

hotelu, do tego samego pokoju w Ejlacie, nie mów mi, że 

ci się tam nie zdarzyło czasami o mnie pomyśleć. Chociaż 

kilka razy? Znaczy, że tamta Riki też robiła mu dokładnie 

to i to? I tamto też? Nie przeszło ci przez myśl, że wiesz, 

że  z  tą  Riki  też  poszedł  do  baru  Las  Vegas  i  karmił  ją 

łyżeczką,  i  tak  łaskotał  tam,  pod  spódniczką,  patyczkami 

od oliwek? Co, nie zdarza ci się od tego czasu pomyśleć o 

mnie  i  o  tobie,  że  jakby  obie  właściwie  zawsze  byłyśmy 

jedną osobą, ale rozdwojoną? A co byś powiedziała na to, 

żebyśmy może kiedyś, ty i ja, pojechały razem do Ejlatu, 

powiedzmy...  Wynajęły  pokoje  w  jednym  hotelu?  Albo 

nawet  jeden  pokój?  Lucy,  nie,  nie  rozłączaj  się,  ja  nie 

jestem nienormalna czy coś, uwierz mi, naprawdę nie, daj 

mi tylko jeszcze dwie minuty. Lucy? Lucy? 

 

Przechodząc  jakąś  nieznaną  sobie  uliczką,  autor 

background image

wpadł  w  ciemności  na  drucik  rozpięty,  zapewne  przez 

dzieci,  w  poprzek  chodnika,  między  znakiem  zakazu 

postoju  a  prętami  ogrodzenia.  Rozciągał  się  on  na 

wysokości  piersi  autora,  który  idąc  szybko,  zahaczył  o 

niego i wydał krótki, gniewny okrzyk, pełen przestrachu i 

bólu, a przede wszystkim poczucia urazy: jak gdyby nagle 

wymierzono  mu  w  ciemności  policzek.  Policzek  ten 

jednak  wydał  mu  się  w  jakimś  sensie  oczekiwany, 

absolutnie zasłużony, i za jego sprawą autor wręcz poczuł 

lekką ulgę. 

A przecież Arnolda Bartoka, kościstego mężczyznę w 

okularach,  zwolnionego  kilka  dni  temu  z  pracy  na  pół 

etatu  w  sortowni  paczek  prywatnej  firmy  kurierskiej, 

można by zatrudnić w biurze rachunkowym, którego autor 

jest współwłaścicielem: choćby na jakiejś lichej posadzie, 

w  sortowni  korespondencji  albo  przy  konserwacji 

budynku.  Można  by  mu  załatwić  skromną  pensję,  a  z 

czasem,  kto  wie,  może  by  się  okazało,  że Arnold  Bartok 

ma jeszcze inne kwalifikacje, na przykład do prowadzenia 

background image

księgowości  albo  obsługi  archiwum.  Sam  autor 

odpowiada  tam  za  prowadzenie  ksiąg  podatkowych 

czterech czy pięciu średnich i dużych firm eksportowych, 

a  przede  wszystkim  zajmuje  się  wszelkimi  niuansami 

związanymi  z  opodatkowaniem  przychodów  w  obcych 

walutach.  Arnold  Bartok  zapewne  będzie  skromnym 

pracownikiem,  wdzięcznym  autorowi  i  potulnym,  aby 

nikomu  się  nie  naprzykrzać  samą  swoją  obecnością. 

Chyba że znów nie zdoła opanować zgryźliwości i zajdzie 

wszystkim za skórę swoim ciętym językiem. 

Ale co właściwie robi Arnold Bartok całymi dniami, 

odkąd został zwolniony z pracy na pół etatu w prywatnej 

firmie  kurierskiej?  Co  robi  przez  długie  godziny,  kiedy 

jego  stara  matka  śpi  i  chrapie  albo  jest  pogrążona  w 

lekturze węgierskich powieści? 

Może  siedzi  w  kącie  pralnianej  klitki,  przy  blacie, 

który  jego  ojcu  służył  za  stół  do  prasowania,  i  pisze 

prywatną  rozprawę  o  możliwości  bądź  niemożliwości 

wiecznego  życia:  zwykle  przyjmuje  się  –  twierdzi  w 

background image

swojej  rozprawie  Arnold  Bartok  –  że  życie  i  śmierć 

przyszły na świat razem, jako dialektyczna jedność, której 

oba  elementy  są  od  siebie  absolutnie  zależne:  jeśli  się 

powiedziało  „życie”,  powiedziało  się  też  „śmierć”.  I  na 

odwrót. Przecież w dniu, w którym na ziemi pojawiło się 

życie, wraz z nim pojawiła się i śmierć. 

Jednakże  –  tak  wywodzi  Arnold  Bartok  –  jest  to 

założenie  całkowicie  fałszywe:  w  ciągu  milionów  lat  na 

powierzchni  ziemi  roiły  się  tryliony  żywych  istnień,  z 

których  żadne  nigdy  nie  zaznało  śmierci.  Istoty 

jednokomórkowe wcale nie umierały, lecz bezustannie się 

dzieliły,  z  jednej  powstawały  dwie,  z  dwóch  cztery,  a  z 

czterech  osiem.  Śmierć  nie  istniała.  Dopiero  w  erze 

obecnej,  to  jest  gdy  pojawił  się  nagle  inny  sposób 

rozmnażania,  rozmnażanie  płciowe,  pojawiły  się  z  nim 

także starość i śmierć. 

Stąd więc wynika, że to nie życie i śmierć przyszły na 

świat  zespolone  ze  sobą,  lecz  płeć  i  śmierć.  A  ponieważ 

śmierć  powstała  później,  wiele  epok  po  narodzinach 

background image

życia,  przeto  można  żywić  nadzieję,  iż  pewnego  dnia 

zniknie,  nie  powodując  zaniku  życia.  Wynika  stąd 

logiczna możliwość życia trwającego wiecznie. Pozostaje 

nam jedynie znaleźć sposób na unicestwienie płci, a przez 

to  w  istocie  usunięcie  ze  świata  zarówno  naszego 

cierpienia, jak i nieuchronności śmierci. 

Na małej kartce Arnold Bartok rysuje pionową czarną 

kreskę. Na prawo od niej zapisuje słowa: „Wiecznotrwałe 

życie. Zycie wieczne bez cierpienia i poniżenia”. Na lewo 

zapisuje:  „Płeć.  Cierpienie.  Zepsucie.  Starość.  Śmierć”. 

Następnie  dodaje  pod  tymi  dwiema  kolumnami:  „Ale 

szanse  są  bardzo  nikłe”.  Pod  tymi  zaś  słowami  dopisuje 

jeszcze: „Kiedy powstał czas? Co było przed czasem i co 

będzie  po  nim?  Do  czego  nam  jest  potrzebne  istnienie 

czasu?” I jeszcze niżej, na skraju kartki: „Obecna sytuacja 

jest fatalna” 

Autor  zadaje  sobie  pytanie,  czy  potrafiłby  się 

zajmować  własną  matką,  gdyby  jeszcze  żyła,  tak  jak 

Arnold  Bartok  opiekuje  się  starą  sparaliżowaną  Ofelią, 

background image

która  nie  przestaje  go  dręczyć  i  mu  dokuczać?  Detale 

fizycznej  więzi  matki  z  synem,  pot,  nocnik,  nagość 

zwiotczałych 

pośladków,  podcieranie,  przewijanie, 

absorbują  autora  tak  bardzo,  że  krzywi  się  i  tłumi 

pierwszy skurcz wymiotny. Czym prędzej ucieka myślami 

od  starej  kalekiej  matki  Arnolda  Bartoka,  od  własnej 

matki  i  od  wiecznotrwałego  życia,  i  znów  zaczyna  się 

zastanawiać nad nieśmiałością Rochele Reznik. 

 

Autor rozejrzał się dokładnie i upewnił, że nikogo nie 

ma  w  zaułku,  po  czym  upatrzył  sobie  przejście  podobne 

do  korytarza  między  dwoma  żywopłotami,  stanął  tam  i 

długo,  obficie  oddawał  mocz.  Jednocześnie  przypomniał 

sobie o Owadjahu Chazamie, konającym teraz na raka w 

szpitalu  Ichiłowa.  Rurkę  cewnika  wprowadzono  mu  na 

nowo  i  gęsta,  mętna  ciecz  sączy  się  przez  nią  powoli  do 

zawieszonego z boku łóżka foliowego woreczka, który już 

się przepełnia, ale dyżurnej pielęgniarki nie ma w pobliżu 

–  wyszła  piętnaście  minut  temu,  wyskoczyła  na  dwie 

background image

minuty,  żeby  przynieść  sobie  kawę  bezkofeinową  z 

sąsiedniego  oddziału,  po  drugiej  stronie  windy,  i 

zatrzymała  się  tam,  żeby  porozmawiać  z  napotkanym 

przypadkiem młodym stażystą, najmilszym ze wszystkich 

stażystów  w  szpitalu.  Owadja  Chazam,  w  którego 

niebieskim  buicku  przez  ostatnie  lata  zawsze  było  pełno 

roześmianych  jasnowłosych  dziewczyn,  który  sypał 

pieniędzmi  jak  z  rękawa,  i  na  cele  charytatywne,  i  na 

politykę, i na rozrywki, a chociaż prawie zawsze nosił na 

głowie małą jarmułkę, nie przeszkadzało mu to wyjechać 

kilka  razy  na  weekend  do  kasyna  w  Turcji  z  dwiema 

rosyjskimi rozwódkami, a może nawet z trzema, teraz nie 

ma przy sobie nikogo, kto by usłyszał jego jęki. Co chwilę 

słabym,  płaczliwym  głosem  wzywa  pielęgniarkę,  która 

wyszła  tylko  na  dwie  minuty  i  nie  wraca  już  od 

dwudziestu,  i  nie  ma  nikogo,  kto  by  usłyszał  jego 

dzwonek,  za  to  chrapliwy  głos  z  sąsiedniego  łóżka 

strofuje go: „Ej, no co jest, ucisz się wreszcie, dosyć tego, 

zaraz  do  ciebie  przyjdą,  stul  dziób,  ludzie  chcą  trochę 

background image

pospać, przestań wreszcie miauczeć”. 

 

Pod  wpływem  myśli  o  Owadjahu  Chazamie, 

dogorywającym  na  oddziale  interny  w  szpitalu  Ichiłowa 

między  dwoma  innymi  konającymi  mężczyznami, 

starszymi  od  niego  o  co  najmniej  dwadzieścia  lat,  autor 

odwrócił  się,  skończywszy  oddawać  mocz,  ostrożnie 

obszedł  perfidny  drut,  wyszedł  z  zaułka  w  aleję  i 

niecierpliwym  krokiem  ruszył  z  powrotem  po  własnych 

śladach  aż  do  domu  kultury  imienia  Szunii  Szora  i 

Siedmiu Poległych w Kamieniołomie. 

Przez  chwilę  zdawało  mu  się,  że  dostrzega  postać, 

która czeka na niego, siedząc na schodach domu kultury, 

chyba  Juwala  Dahana-Dotana,  tego  przygnębionego 

młodego  poety,  który  widocznie  nie  dał  za  wygraną  i 

siedział, skulony i drżący, czekając, aż autor przyjdzie tu 

w  środku  nocy,  przysiądzie  się  do  niego  na  schodach  i 

przeczyta  przynajmniej  cztery-pięć  z  jego  wierszy  przy 

świetle  ulicznej  latarni,  a  potem  będą  mogli  prowadzić 

background image

rozmowę  od  serca,  choćby  do  świtu,  przesyconą 

emocjami, uduchowieniem, artyzmem, całkowicie szczerą 

rozmowę  między  doświadczonym  twórcą  a  młodym, 

szamoczącym 

się 

jeszcze 

początku 

drogi, 

przeżywającym  katusze  i  poczucie  upokorzenia  aż  po 

myśli samobójcze, a na całym świecie nie ma prócz tego 

autora  innej  osoby,  która  mogłaby  go  zrozumieć:  bo 

przecież  takie  właśnie  cierpienia  opisywane  są  często  w 

książkach autora, który co prawda jest już znany, a nawet 

sławny,  ale  ja,  który  czytałem  jego  książki  również 

między wierszami, wiem dobrze, że za tą znaną publiczną 

figurą  kryje  się  człowiek  nieśmiały,  samotny  i  chyba  też 

smutny.  Jak  ja.  On  i  ja,  obaj  jesteśmy  w  gruncie  rzeczy 

dwiema  bliźniaczymi  duszami,  dlatego  tylko  on  zdoła 

mnie  zrozumieć,  a  może  też  mi  pomóc,  bo  jeśli  on  nie 

zrozumie, to kto? 

Budynek stał zamknięty na klucz i cały pogrążony w 

ciemności,  a  na  drzwiach  wejściowych  wisiały  jeszcze 

afisze  informujące  o  wieczorku  literackim,  który  już  się 

background image

odbył i zakończył jakieś dwie godziny temu. W biurze na 

parterze  kaowiec  Jerocham  Szdemati  zostawił  zapaloną 

lampę, żeby odstraszyć złodziei. 

Ale 

przecież 

tylko 

niebywale 

naiwnego, 

początkującego  złodzieja  –  uśmiechnął  się  autor  pod 

nosem  –  tylko  niewinnego  złodziejskiego  nowicjusza 

mógłby  ewentualnie  odstraszyć  widok  światła  palącego 

się  co  noc  od  wieczora  do  rana  w  biurze,  do  którego 

można  z  łatwością  zajrzeć  przez  okno  i  zobaczyć,  że nie 

ma  tam  żywej  duszy.  W  całym  domu  kultury  imienia 

Szunii  Szora  i  Siedmiu  Poległych  w  Kamieniołomie  nie 

ma  teraz  nikogo,  pomijając  blady,  drżący  u  podnóża 

schodów  cień  młodego  poety,  który  już  darował  ci 

czytanie jego wierszy, a sobie nocną rozmowę od serca, i 

nie chce od ciebie niczego więcej, tylko byś zauważył tu 

jego  samotny  cień,  zresztą  nawet  chyba  nie  jego,  tylko 

pustego kartonu albo dwóch połamanych ławek. Byś tylko 

przypomniał  go  sobie  na  chwilę,  jego  oczy  komicznie 

powiększone przez soczewki okularów z kuflowego szkła, 

background image

i żebyś wiedział, że właśnie teraz, w samym środku nocy, 

w  ciemności  swojego  pokoju,  a  właściwie  nie  pokoju, 

tylko  kuchennego  balkonu,  który  wygrodzono  gipsowym 

przepierzeniem  z  luksferem  w  mieszkaniu  jego  rodziców 

na tyłach budynku przy ulicy Reinesa, wciąż jeszcze leży 

w ciemności w podkoszulku i majtkach i nie może zasnąć, 

zrezygnowany, myśląc tylko o tobie. 

 

Naprzeciwko  domu  kultury,  z  mieszkania  na 

poddaszu  Rochele  Reznik,  o  ile  faktycznie  jest  to 

mieszkanie,  które  wskazała,  kiedy  stali  tu  godzinę  albo 

półtorej  temu,  a  autorowi  coś  się  nie  pomyliło,  przez 

szczelinę  między  zaciągniętymi  zasłonami  sączy  się  na 

zewnątrz cienka smużka światła. 

Widocznie  więc  oddała  te  zasłony  do  jakiejś 

niezwykłej  nocnej  pralni,  specjalizującej  się  w  praniu 

zasłon  dopiero  po  zachodzie  słońca,  pralni,  która  musi 

oddać  właścicielowi  wyprane  i  wyprasowane  zasłony 

najpóźniej do północy. 

background image

Chyba  że  się  całkowicie  mylisz,  a  jej  poddasze  nie 

znajduje  się  tu,  tylko  tam?  I  cała  ta  jej  historia  o 

zasłonach,  które  raptem  oddała  do  prania,  w  gruncie 

rzeczy  miała  ci  tylko  dać  coś  do  zrozumienia.  Coś,  co 

przeoczyłeś?  Żebyś  nie  wchodził  na  górę?  Albo  wręcz 

przeciwnie,  żebyś  właśnie  wszedł?  A  ty  niczego  nie 

zrozumiałeś  i  przegapiłeś  to,  co  mogłoby...  A  może 

niezupełnie  przegapiłeś?  Przecież  jeszcze  pali  się  u  niej 

światło? 

W tym samym momencie autor, nie zastanawiając się 

dlaczego,  wchodzi  na  klatkę  schodową.  Przez  chwilę 

szuka  po  omacku  włącznika  światła,  tym  razem 

zachowując ostrożność przy każdym ruchu, ponieważ cios 

wymierzony  mu  przez  drut  w  tamtym  zaułku  wciąż 

jeszcze  pulsuje  bólem  w  jednym  z  żeber.  Teraz  autor 

zauważa, że jego koszula jest rozdarta w kilku miejscach, 

a ze skaleczenia popłynęło trochę krwi, która oblepiła mu 

końce  palców  i  zakrzepła.  Jej  zapach  przywodzi  mu  na 

pamięć zapomniane szkolne bójki. 

background image

Gdy  już  udało  mu  się  zapalić  światło  na  schodach, 

autor  zatrzymuje  się  swoim  zwyczajem,  by  obejrzeć 

skrzynki  na  listy:  Bilha  i  Szimon  Perechodnik. 

Arnonowie. Dr Alfons Valero, inżynier budowlany. Janiw 

Szlosberg. Rami i Tami Ben Tuliła. Kapłan – księgowość. 

Rachel i Chezi Reznikowie (staranne, okrągłe pismo. Czy 

Chezi  to  Joselito?  A  może  jednak  ma  jakiegoś 

współlokatora? Albo nawet partnera? Nie?). 

I  wisiała  tam  jeszcze  duża  skrzynka  należąca  do 

administracji  („Proszę  absolutnie  pod  żadnym  pozorem! 

Tu  się  nie  kładzie  reklamówek!!!”).  Klatka  schodowa 

dość  obskurna,  gdzieniegdzie  odpada  tynk,  ściany 

pogryzmolone  kredkami,  spod  farby  na  poręczy  przebija 

rdza,  a  drzwi  jednej  z  szafek  z  bezpiecznikami  tylko 

cudem wiszą na jednym przekrzywionym zawiasie. 

I oto gdy przechodził obok drzwi opatrzonych kartką 

„Tu  sobie  klawo  mieszka  Janiw  Szlosberg”,  z  głębi 

mieszkania dobiegł przeciągły terkot wystrzałów, któremu 

towarzyszyły  krzyki  i  dźwięk  pękających  szyb  albo 

background image

szklanych naczyń w telewizji. 

Dochodzi północ. 

A  ty?  Czego  tu  szukasz  o  tej  porze,  jeśli  wolno 

spytać? Nie upadłeś przypadkiem na głowę? 

 

Dokładnie  w  tym  momencie,  słysząc  serię  strzałów 

dobiegającą  z  mieszkania  Janiwa  Szlosberga  na  drugim 

piętrze,  autor  stwierdzi,  że  lepiej  się  stąd  czym  prędzej 

oddalić.  Nogi  same  go  teraz  zaprowadzą  do  kawiarni,  w 

której  siedział  pod  wieczór,  kilka  godzin  temu,  do 

kawiarni  z  kelnerką  Riki,  której  prześwituje  przez 

spódnicę zarys majtek. 

Może  przypadkiem  mają  otwarte?  Może  ona  siedzi 

teraz  zupełnie  sama  przy  stoliku  w  rogu,  popija  ostatnią 

filiżankę  czekolady  przed  zamknięciem,  a  zaraz  pójdzie 

do ubikacji, żeby zamienić spódniczkę na dżinsy, koszulę 

i lekkie płaskie sandały, i przy wyjściu będzie jej można 

zaproponować na przykład, że się ją odprowadzi do domu, 

dla  ochrony  przed  osobnikami,  co  nocą  zaczepiają  na 

background image

ulicach takie ładne i pociągające kobiety jak ona? 

A może autor wcale sobie nie pójdzie po dotarciu na 

drugie piętro, tylko akurat się uprze, by wspiąć się jeszcze 

dwa i trafić pod same drzwi Rochele Reznik. Postoi tam, 

wahając  się  dłuższą  chwilę,  zgaśnie  światło,  ktoś  na 

innym  piętrze  zapali  je  na  nowo,  znów  zgaśnie.  Autor 

przyłoży  ucho  do  drzwi:  jeszcze  nie  śpi,  a  może  światło 

przebijające  spomiędzy  zasłon  to  tylko  nocna  lampka, 

która  zawsze  towarzyszy  jej podczas  snu? Jest  ze  swoim 

kotem? A może tak naprawdę leży teraz obok niej młody, 

krzepki mężczyzna, a ty zaraz zapadniesz się na samo dno 

otchłani  wstydu.  Jak  się  właściwie  teraz  widzisz,  jeśli 

wybaczysz  to  pytanie?  Czyżby  w  roli  ucieleśnienia 

nocnych tęsknot samotnej, nie najmłodszej kobiety, miłej 

i  ładnej,  ale  raczej  niepociągającej?  A  może  zostałeś 

obsadzony  w  roli  gwałciciela  z  klatek  schodowych, 

poszukiwanego  w  tej  okolicy  już  od  półtora  roku?  Albo 

po  prostu  zdezorientowanego  zapaleńca,  jak  ten  młody 

poeta Juwal Dahan, i podobnie jak on, ty też wychodzisz 

background image

w  środku  nocy,  by  na  ciemnych  klatkach  schodowych 

szukać  pomysłów  do  opowiadania,  które  wije  ci  się  w 

rękach? 

 

Jest mędrzec bez krztyny rozumu, 

Jest głupiec o sercu przepastnym, 

Jest radość, co kres swój ma w płaczu, 

I nikt, kto by duszę znał własną. 

 

Licho  podkusi  teraz  rozgorączkowanego  autora,  by 

sprawdził po cichu drzwi: oczywiście zaryglowane. 

A ona, ta twoja nieśmiała lektorka? 

Na  pewno  już  dawno  zasnęła  i  tylko  zostawiła 

zapaloną  nocną  lampkę,  która  zwabiła  tu  z  ulicy  taką 

zbłąkaną ćmę jak ty. 

Ale  jest  jeszcze  inna  możliwość:  gdy  autor  naciska 

klamkę,  ze  środka  dobiega  szmer.  On  natychmiast 

przytomnieje  i  ucieka,  bojąc  się  zapalić  światło, 

przeskakuje  po  dwa  stopnie,  potyka  się  na  zakręcie, 

background image

uderza 

okrutnie 

ramieniem 

drzwi 

szafki 

bezpiecznikami,  które  tylko  cudem  trzymały  się  na 

jednym przekrzywionym zawiasie, a teraz się urywają i z 

potężnym  łoskotem  walą  na  poręcz,  i  zaraz,  chwilę 

później,  otwierają  się  przed  nim  drzwi  mieszkania  –  na 

przykład  „Tu  sobie  klawo  mieszka  Janiw  Szlosberg”: 

„Przepraszam  pana  bardzo,  można  wiedzieć,  kogo 

dokładnie pan tutaj szuka o tej porze?” 

A  może  go  rozpoznają?  Na  podstawie  zdjęć  w 

gazetach  albo  napuszonych  występów  w  dyskusjach 

telewizyjnych?  I  jak  się  wytłumaczy?  „Przepraszam,  ja 

jestem  tylko  biedny  Mister  Hyde,  proszę,  niech  się 

państwo nade mną zlitują i zechcą łaskawie zadzwonić po 

doktora Jekylla” 

 

Ale  przecież  może  też  być  tak:  autor  nie  ucieka, 

słysząc  szmer  w  mieszkaniu,  tylko  zastyga  w  bezruchu, 

sparaliżowany strachem, przed drzwiami Rochele Reznik. 

I po chwili postanawia zostawić jej liścik między futryną 

background image

a  drzwiami  (a  może  lepiej  zostawić  go  na  dole,  w 

skrzynce  na  listy  jej  i  Joselita?).  Napisze:  „Byłaś 

naprawdę  wspaniała  przez  cały  ten  wieczór,  Rachel,  i 

wróciłem  tu  o  tej  późnej  porze  tylko  po  to,  żeby  ci 

podziękować,  a  także  by  się  upewnić,  że  wchodząc  na 

górę,  do  swojej  zamkowej  wieży,  nie  wpadłaś  w  łapy 

żadnego  czarownika  ani  smoka.  I  jeśli  pozwolisz,  niech 

ten  liścik  będzie  też  całusem  na  dobranoc,  dobrze?” 

(Podpisze się tylko pierwszą literą imienia. Chociaż może 

lepiej wcale się nie podpisywać – po co?) 

A  może  tak:  w  tym  samym  momencie,  kiedy  autor 

zbierał  się  już  do  odwrotu,  Rachel  otworzyła  drzwi,  bo 

jeszcze  nie  zasnęła,  tylko  leżała  na  łóżku  pogrążona  w 

myślach,  aż  nagle  zauważyła  delikatny  ruch  klamki  i  się 

wystraszyła,  lecz  pomimo  strachu  podbiegła  boso,  by 

spojrzeć  przez  wizjer,  i  kiedy  zobaczyła,  kto  przyszedł, 

nie  wahała  się  ani  nie  czekała,  aż  zapuka,  tylko  od  razu 

mu otworzyła. 

Rachel  ma  na  sobie  gładką,  długą  prawie  do  kostek 

background image

koszulę nocną z bawełny, z krótkimi rękawami, zapinaną 

skromnie  pod  szyją  na  dwa  guziki.  Czyżby  zdążyła  je 

szybciutko  zapiąć,  zerkając  przez  wizjer?  Albo  może 

zawsze tak chodzi spać, z zapiętymi guzikami broniącymi 

jej  przed  każdym,  kto  by  się  zamierzał  wedrzeć  do  jej 

snów? 

Rochele  Reznik  uśmiecha  się  zdumiona,  a  na  jej 

wiewiórczej  twarzy  malują  się  zarówno  strach,  jak  i 

radość: 

– To ty? Wróciłeś? 

Autor  z  kolei  z  zaskoczeniem  zauważa,  że  ten  jej 

nocny  uśmiech  jest  mniej  nieśmiały  i  zmieszany  niż  jej 

nieliczne  uśmiechy  w  ciągu  wieczoru.  Jego  zakłopotanie 

jest  teraz  tak  głębokie,  że  próbuje  coś  wybąkać,  zyskać 

trochę  na  czasie,  wymyślić  dla  niej  jakieś  wyjaśnienie 

albo przeprosiny i natychmiast uciec. 

Jego usta mówią same: 

– No więc tak. Rachel. Słuchaj. Wróciłem tutaj, bo o 

czymś  zapomniałem.  To  znaczy,  zapomniałem  o  czymś, 

background image

co bardzo chciałem już wcześniej dla ciebie zrobić. I nie 

zrobiłem. Zgadnij, o czym zapomniałem? 

Stojąc  jeszcze  przy  drzwiach,  które  czym  prędzej 

zamknęła  i  zaryglowała  zaraz  po  jego  wejściu,  splotła 

mocno ręce na piersi, by się od niego odgrodzić. A może 

tylko  żeby  ukryć  przed  nim,  jak  płaski  jest  jej  biust  pod 

koszulą.  Głos  ma  teraz  dość  spokojny  (chyba  tylko 

dlatego, że podobnie jak w układzie naczyń połączonych, 

intensywność jego zakłopotania zmniejsza je nieco u niej). 

–  Co  chciałeś  zrobić  i  zapomniałeś?  Nie  potrafię 

zgadnąć. 

–  Czy  możesz,  proszę,  dać  mi  na  chwilę  swoją 

książkę? 

– Moją książkę? Którą? 

–  Twoją.  Moją.  Tę,  z  której  czytałaś  fragmenty  dziś 

wieczorem  w  domu  kultury  i  robiłaś  to  naprawdę 

cudownie.  Bo  wiesz,  po  prostu  chciałem  wpisać  ci 

dedykację  i  z  przejęcia  zapomniałem.  Dopiero  teraz,  pół 

godziny  temu,  sobie  przypomniałem.  I  wróciłem  do 

background image

ciebie. 

 

Z  wysoka,  z  najwyższej  półki  regału  na  książki  i 

płyty,  spogląda  czarno-biały  kot  i  wyniośle,  jakby 

ironicznie,  puszcza  do  niego  oko,  jakby  w  tym  nocnym 

gościu  nie  było  niczego  nowego,  jakby  tak  wyglądała 

nocna  rutyna  w  tym  mieszkaniu  na  poddaszu  –  co  noc 

około  dwunastej  trafia  tutaj  taki  albo  inny  zakłopotany 

pisarz, który przypomniał sobie nagle, z opóźnieniem, że 

powinien  przyjść i wpisać osobistą dedykację dla Rachel 

Reznik na tytułowej stronie swojej książki. 

–  Bardzo  mi  miło,  ty  pewnie  jesteś  Mister  Chezi?  – 

powie autor, ruszając bez pytania w głąb pokoju, w stronę 

stolika  przy  jej  łóżku,  gdzie  pochyla  się  i  wpisuje 

serdeczną  dedykację,  wymieniając  w  niej  również 

zazdrosnego  Joselita,  a  następnie  pochyla  się  ponownie, 

by  dorysować  jeszcze  kwiatek  i  wąsaty  koci  pyszczek, 

który  z  jakiegoś  powodu  wychodzi  mu  perfidny  i 

podstępny. 

background image

Rachel mówi: 

–  Posłuchaj.  Chciałam  cię  przeprosić.  Bo  się 

pomyliłam.  Kiedy  mnie  odprowadzałeś  do  domu, 

powiedziałam, że moje zasłony są w pralni. A nie były. 

I jeszcze po chwili: 

–  Nie,  właściwie  się  nie  pomyliłam.  Powiedziałam 

nieprawdę. Przepraszam. 

–  Ale  dlaczego  to  powiedziałaś?  Czy  szukałaś 

pretekstu, żeby mnie powstrzymać? Żebym nie wszedł tu, 

na górę? Trochę się bałaś? 

Jego  dłoń  przesuwa  się  teraz  delikatnie,  niby 

mimochodem, po jej policzku. 

–  Tak.  Bałam  się.  Nie  wiem.  Wstydziłam  się  przed 

tobą.  Naprawdę  nie  potrafię  teraz  powiedzieć,  czy 

naprawdę chciałam, żebyś tu przyszedł, ale się bałam, czy 

może po prostu bałam ci się powiedzieć, że się boję. Teraz 

też jestem niepewna. 

Słysząc  te  słowa,  przyciągnie  jej  głowę  do  swojego 

barku  i  przytrzyma,  nie  dając  jej  się  odsunąć  (mała 

background image

wystraszona  wiewiórko,  proszę,  nie  uciekaj  ode  mnie). 

Jednocześnie uświadomi sobie, że teraz, chyba dlatego że 

rozpuściła na noc warkocz i bujne długie włosy spływają 

jej  swobodnie  do  połowy  pleców,  że  teraz  nagle  wydaje 

mu się znacznie mniej niepociągająca. 

I  niczym  zawstydzonej  dziewczynce,  gdy  on  jeszcze 

przyciska  jej  głowę  do  swojego  barku,  wyrywa  jej  się 

nieoczekiwane pytanie: 

–  Przed  chwilą  powiedziałam,  że  teraz  też  jestem 

niepewna.  A  czy  nie  powinnam  była  raczej  powiedzieć 

„Teraz też nie jestem pewna”? 

Oburącz ujmuje ją za ramiona, pozwalając jej oprzeć 

się  o  stolik,  i  całuje  poniżej  ucha,  na  razie 

niezdecydowanie,  powiedzmy,  po  ojcowsku.  I  mimo 

wszystko nie udaje mu się okiełznać werbalnej obsesji: 

–  Dobrze,  zobaczmy:  „Teraz  też  nie  jesteś  pewna?”, 

„Teraz  nie  jesteś  też  pewna?”,  „Teraz  jesteś  też 

niepewna?”, „Nie teraz też jesteś pewna?”, „Nie, teraz też 

jesteś pewna?”, niepotrzebne możesz skreślić. 

background image

Zamiast skreślić niepotrzebne, łechce go wargami po 

szyi,  ledwo  dotykając  skóry,  i  dopiero  wtedy  do  autora 

wreszcie dociera, że prosi go, by umilkł. Daje więc spokój 

grom  słownym,  wstydząc  się  tylko  twardego  zarostu, 

który na pewno pojawił się na jego twarzy od porannego 

golenia,  a  teraz  ją  kłuje.  Lecz  tak  się  składa,  że  akurat 

przez ten kłujący zarost zapłonęło w niej coś, co kazało jej 

przeorać  paznokciami  jego  włosy  na  karku  –  już  nie 

łagodnie,  lecz  z  niespodziewaną  stanowczością.  Nie 

pozostał  jej  dłużny,  obrócił  ją  plecami  do  swojej  piersi  i 

odgarnąwszy  gęste  włosy,  zbliżył  usta  do  jej  karku,  a 

następnie czubkiem języka zaczął muskać puszek cienkich 

włosków,  sprawiając,  że  puszek  się  zjeżył,  a  po  jej 

plecach  spłynęła  fala  dreszczy.  Wreszcie  uniósł  głowę,  a 

jego  wargi  zaprosiły  ją  do  ostrożnego,  badawczego 

pocałunku,  który  zaraz  pogłębiły,  zamieniając  go  w 

pocałunek przypieczętowania, a dalej w wędrujące powoli 

w  tę  i  z  powrotem  ssące  pocałunki,  co  zarazem 

zaspokajają  i  wzbudzają  pragnienie.  Chłonął  wionące  od 

background image

niej  zapachy,  wśród  których,  jak  mu  się  zdawało, 

wyczuwał  delikatną  woń  płynu  do  ust  i  ukrywającą  się 

pod  nią  lekką,  prawie  niewyczuwalną  nutę  jogurtu 

cytrynowego  i  chleba.  Ta  mieszanka  zapachów  była  dla 

niego rozkoszna, przykuwała do niej jego zmysły mocniej 

niż  wszystkie  perfumy  świata.  Przez  jedną  przelotną 

chwilę  zdążył  się  jeszcze  wystraszyć  o  woń  własnego 

ciała  i  o  to,  czym  być  może  zionie  teraz  z  jego  ust,  i 

pożałował,  że  nie  poprosił  przedtem,  by  pozwoliła  mu 

wziąć prysznic, ale jak miał to zrobić? Teraz już za późno, 

by  prosić  ją  o  cokolwiek,  bo  zaczęła  napierać  na  niego, 

szukając ustami jego piersi, co prawda nieśmiało, ale pod 

wpływem  jakiegoś  impulsu  czy  żaru,  który  przemógł  jej 

wstydliwość  i  zaczął  już  kruszyć  wszelkie  opory,  jak 

gdyby  własne  ciało  popychało  ją  z  całej  siły,  żądając: 

„Tylko mi teraz nie przeszkadzaj”. 

On  z kolei  obawiał  się  trochę,  że  teraz,  gdy  ona  tuli 

się do niego, może się wzdrygnąć, a nawet wystraszyć lub 

poczuć  urażona,  wyczuwając  nagle  przez  ubranie  jego 

background image

sztywny  członek.  Jednak  gdy  go  poczuła,  wcale  się  nie 

wzdrygnęła  ani  nie  obraziła,  lecz  jakby  dobrze 

przygotowana na to przez swoje samotne sny, objęła go i 

mocno przylgnęła do jego ciała, po czym obiema rękami 

zaczęła  puszczać  wzdłuż  i  wszerz  po  jego  plecach 

rozkoszne  żaglówki  namiętnych  pieszczot.  Koniuszkami 

palców  wzbudzała  na  jego  skórze  morskie  bałwany  ze 

spienionymi grzywami na spiczastych grzbietach. 

A  ponieważ  stali  wciąż  przytuleni  przy  stoliku,  koło 

jej  pojedynczego  łóżka  posłanego  już  do  snu,  bez  trudu 

przeszli teraz, prawie niezauważalnie i bez skrępowania, z 

pozycji stojącej do leżącej, nie wypuszczając się z objęć. I 

w chwili, gdy układali się na boku (bo łóżko było wąskie), 

zdarzyło  się  między  nimi  coś,  czego  niepodobna  ująć  w 

słowa, był to prosty ruch, mający tylko sprawić, że będzie 

im  wygodniej,  ruch,  który  zupełnie  przypadkowo 

wykonali oboje w idealnej zgodności, zgrani harmonijnie 

jak para wprawionych tancerzy po stu próbach, i stało się 

tak,  że  ten  wspólny,  wspaniały  i  wprost  niewiarygodnie 

background image

doskonały  ruch  rozśmieszył  ich  oboje,  tym  samym 

usuwając  ostatki  skrępowania  czy  napięcia,  a 

jednocześnie  spotęgował  podniecenie.  A  ponieważ  łóżko 

było pojedyncze, a nie małżeńskie, leżeli wciąż na boku, 

wtuleni  w  siebie,  spleceni,  i  musieli  zgadywać,  jak 

dostroić  każdy  swój  ruch  do  drugiego:  zupełnie  jak  w 

przytulanym  tańcu.  I  rzeczywiście,  prócz  jednego 

jęknięcia,  gdy  łokieć  ugodził  w  bark,  taniec  toczył  się 

płynnie,  a  pisarz  nie  mógł  się  temu  nadziwić,  ponieważ 

sądził,  że  ona  nie  może  mieć  bogatych  doświadczeń,  i 

ponieważ wiedział, że sam daleki jest od wirtuozerii. Gdy 

jego ręka zaczęła pieścić jej udo, szepnęła mu do ucha: 

–  Zaraz,  pozwól  mi  tylko  wyprowadzić  Joselita  do 

łazienki, trochę się przy nim wstydzę. 

On szepnął przemądrzale: 

–  O  co  chodzi,  czemu  miałby  nie  patrzeć,  niech 

trochę pozazdrości. Może jego też to rozpali? 

 

Słyszał,  jak  ona  ciepłym,  ściszonym  głosem 

background image

przemawia  do  kota  przed  zamknięciem  go  w  łazience.  Z 

czułością. A może przepraszająco. Wracając, położyła się 

znów  koło  niego  na  boku.  Przytuleni,  pławili  się  w 

pieszczotach, nie mogąc się zdecydować, co dalej, aż jego 

ręce  ruszyły  po  jej  koszuli  w  poszukiwaniu  piersi,  lecz 

ona  zamknęła  w  dłoni  jego  błądzące  po  omacku  palce  i 

odsunęła  je  od  małego  biustu,  który  zawsze,  przez  całe 

życie, wprawiał ją tylko w zażenowanie. I jakby chcąc mu 

to  natychmiast  wynagrodzić,  poprowadziła  je  ręką  i 

złożyła na swoim brzuchu. 

Znowu  obudziła  się  w  nim  potrzeba  mówienia  i 

odezwał  się  stłumionym  głosem:  „Posłuchaj,  Rachel...  ”, 

lecz ona zamknęła mu usta i skapitulował, po czym zaczął 

zasypywać  pocałunkami  jej  czoło  i  skronie,  całował  w 

kąciki  oczu  i  pod  uszami,  i  w  zagłębieniach  szyi,  i  tam, 

gdzie  szyja  wygina  się  w  łuk  przed  połączeniem  z 

barkami,  w  miejscach,  gdzie  dotyk  jego  warg  lekko  ją 

łaskotał.  Tymi  pocałunkami  usiłował  właściwie  ją 

przekupić  albo  odwrócić  jej  uwagę  od  powolnej, 

background image

ukradkowej  wędrówki  jego  drugiej  ręki,  która  nie 

zatrzymała  się  na  brzuchu,  gdzie  wypuszczono  ją  na 

wolność,  lecz  zaczęła  pełznąć  ostrożnie  ku  południowi. 

Aż Rachel zatrzymała go, mówiąc: 

– Zaczekaj za mną jeszcze trochę. Jeszcze się trochę 

boję. 

Ustąpił  jej,  zatrzymał  się  natychmiast  i  tylko 

odpowiedział szeptem: 

–  Zdziwisz  się,  wiewióreczko,  aleja  też  się  trochę 

boję. Nie tylko ty. 

 

I  chociaż  zdawało  mu  się,  że  nie  ma  cienia 

podobieństwa  między  jej  wstydliwym  strachem  a  jego 

lękiem przed porażką, ich obawy były dość podobne: ona 

zapewne  widziała  w  nim  doświadczonego  w  miłości 

mężczyznę, 

który 

zakosztował 

już 

rzadkich 

różnorodnych  delikatesów,  a  wszystko,  co  jej 

nieumiejętne ciało jest w stanie mu zaoferować, może być 

dla niego dość sztywne albo wręcz nijakie. On z kolei bał 

background image

się – jak zawsze – o swoją namiętność, która może nagle 

osłabnąć  bez  uprzedzenia,  co  mu  się  już  kilka  razy 

zdarzyło,  i  jak  wtedy  wypadnie  w  jej  oczach?  Co  ona 

pomyśli  o  sobie  samej?  i  o  nim?  O  jego  wtargnięciu  o 

północy do jej domu, o płomieniu, który z sobą przyniósł, 

płomieniu  bez  pokrycia,  który  w  końcu  okaże  się  tylko 

ułudą  albo  czczymi  przechwałkami?  Przecież  ona  na 

pewno  bierze  go  za  mężczyznę  doświadczonego  i 

wprawionego,  więc  co  sobie  o  nim  pomyśli,  jeśli  okaże 

się  teraz  przed  nią  zaledwie  wyrostkiem,  skurczonym  z 

przejęcia i strachu? 

I  rzeczywiście,  w  tej samej  chwili, dokładnie  wtedy, 

gdy  ta  obawa  przemknęła  mu  przez  myśl,  zaraz  się  też 

spełniła.  Musiał  teraz  odsunąć  od  jej  ciała  swoje  ciało, 

które  do  tej  pory  przylegało  do  niej  mocno  na  całej 

długości, aby nie zauważyła tego, co nagle zniknęło. 

A  przecież  zaledwie  kilka  minut  wcześniej  wstydził 

się przed nią i martwił, czy nie wystraszy się, wyczuwając 

przez  ubranie  jego  erekcję,  i  oto  teraz  boi  się,  wprost 

background image

przeciwnie, co się stanie, gdy zauważy zwiotczenie? 

W  jego  myślach  błysnął  mały  złośliwy  chochlik, 

błazen cieszący się z cudzego nieszczęścia, i wyjawił mu 

w  sekrecie,  że  teraz,  w  tym  łóżku,  nareszcie  oboje 

zrównali się ze sobą: „Ona przez cały czas się pilnuje, by 

nie zetknąć się z tobą piersiami, bo wtedy byś poczuł, że 

prawie ich nie ma, a ty dokładnie z tego samego powodu 

odsunąłeś teraz od niej biodra. Remis”. 

Wyszeptać  to?  Teraz?  Słowa  tego  chochlika-błazna? 

Może  wybuchniemy  razem  uwalniającym  śmiechem, 

śmiechem  niosącym  ulgę  i  rozwiewającym  strachy,  a 

potem,  po  tym  śmiechu,  nie  będzie  już  między  nami 

żadnego  skrępowania  ani  wstydu,  żadnego  sekretu, 

niczego  komicznego  ani  niemiłego,  i  dopiero  wtedy 

będziemy mogli, ona i ja, oddać się rozkoszy? 

Ale  czym  prędzej uciszył  błazna.  Powstrzymał  się.  I 

milczał. Zamiast porównywać na głos to, czego nie da się 

porównać,  zacznie  całować  jej  ramiona,  bok  jej  ciała, 

przechodząc  delikatnie  w  stronę  piersi,  lecz  przedtem 

background image

nachyli  się,  by  polizać  ją  po  brzuchu,  rozsiewając  po 

drodze,  między  pocałunkami,  wymyślne  pieszczoty, 

którymi  wydobędzie  z  niej  jakby  pomruk,  jakby  ciche 

gołębie gruchanie, łagodne i długie. 

Pieszcząc  Rachel,  zacisnął  powieki  i  próbował 

podnieść się z upadku, przypominając sobie zarys majtek 

Riki, 

kelnerki, 

tę 

niesymetryczną 

linię, 

która 

prześwitywała przez jej krótką spódniczkę i podnieciła go 

w  kawiarni  przed  rozpoczęciem  wieczorku  literackiego. 

Usiłował teraz postawić sobie przed oczami tę Riki, która 

jedną ręką podwija dla niego spódniczkę wysoko powyżej 

bioder,  a  drugą  opuszcza  i  odchyla  majtki  w  kroku. 

Próbował też szczegółowo odmalować sobie w wyobraźni 

to,  co  działo  się  w  pokoju  hotelowym  w  Ejlacie  między 

Riki  a  jej  kochankiem  piłkarzem,  Charliem,  albo  między 

Charliem i Lucy, która kiedyś została wicemiss bikini – w 

tym  samym  pokoju  i  tym  samym  hotelu  –  i  co  mogłoby 

się dziać w łóżku między Charliem a nimi dwiema razem, 

albo tylko między Riki i Lucy, bez Charliego. 

background image

A  kiedy  i  to  nie  pomogło,  poprosił  wyobraźnię,  by 

zamieniła  go  na  kilka  minut  w  Juwala,  tego  młodego 

poetę, który trawiony w dzień i w nocy głodem kobiecego 

ciała,  z  rozpaczy  znienawidził  własne  życie:  „To  teraz 

bądź Juwalem, oto nareszcie dostajesz prawie nagie ciało 

kobiety,  weź  je,  rzuć  się  na  nią,  weź,  podwiń  jej  nocną 

koszulę i ugaś zaraz swoje palące pragnienie”. 

 

Rachel  zauważyła,  a  może  tylko  odgadła,  to 

następstwo  przypływu  i  odpływu.  Wtuliła  twarz  w 

zagłębienie jego barku i powiedziała najgłębszym głosem: 

– Powiedz, że jesteś tutaj naprawdę. Przekonaj mnie, 

że to nie dzieje się w moim śnie. 

I  chyba  przez  to,  że  wszystko  zdawało  jej  się  tylko 

snem  –  chyba  tylko  dlatego  nie  powstrzymała  go,  gdy 

podciągnął jej koszulę nocną aż do bioder. Nie tylko mu 

nie wzbraniała, ale wręcz ujęła jego rękę i zaprowadziła, 

by pogładził wraz z nią, dłoń w dłoń, powierzchnię innej 

tkaniny  niż  materiał  koszuli,  ciepłej  tkaniny  zdradzającej 

background image

jego palcom załomy i ukryte wilgotne nisze, aż ponownie 

ogarnął go przypływ i już nie potrzebował nieszczęsnego 

Juwala  ani  kelnerki  Riki,  ani  wspomnienia  zarysów 

prześwitujących  przez  jej  spódniczkę.  Jego  pożądanie 

wzbiło  się  niemal  w  jednej  chwili  na  poziom,  gdzie  pęd 

ku szczytowi rozkoszy został zatrzymany i ustąpił miejsca 

jakby  czujnemu  cielesnemu  zasłuchaniu,  zasłuchaniu 

pełnemu 

intymnej 

szczodrości, 

która 

pragnie 

obdarowywać  Rachel  coraz  to  większymi  rozkoszami, 

zwlekając  z ugaszeniem  własnego  pragnienia,  i  szuka  po 

omacku  sposobu,  by  sprawiać  jej  coraz  więcej  radości, 

jeszcze więcej i więcej, aż nie będzie mogła jej znieść. I 

tak,  z  bezgranicznym  oddaniem,  ujął  ster  jej  rozkoszy  w 

swoje  palce,  teraz  już  wprawne  i  pełne  natchnienia,  by 

zawinąć  do  jej  macierzystego  portu,  głęboko,  do  samej 

kei, do samego jądra jej rozkoszy. 

W  najwyższym  zasłuchaniu,  niby  sonar  potrafiący 

wyłapać  z  morskich  głębin  najdrobniejsze  szmery, 

nieuchwytne  dla  zwykłego  ucha,  dosłyszał  prąd  cichych 

background image

pomruków,  które  dochodziły  teraz  z  jej  wnętrza,  gdy 

obdarzał  ją  coraz  silniejszymi  doznaniami.  Usłyszał  i 

mimo  woli  wyodrębnił  subtelne  odcienie  odróżniające 

poszczególne  pomruki.  Skórą,  nie  uchem  odbierał 

nieznaczne  wahnięcia  w  rytmie  jej  oddechu,  wyczuwał 

falujące  drgania  jej  skóry,  jak  gdyby  cały  zmienił  się  w 

czuły  sejsmograf,  który  wychwytuje  i  natychmiast 

tłumaczy  kod  reakcji  jej  ciała,  by  następnie  wykonać  to, 

co odczytał, nawigując z mistrzowską precyzją. Odgaduje 

zawczasu  i  ostrożnie  omija  każdą  mieliznę,  każdą 

podwodną  rafę,  eliminuje  najmniejsze  tarcie,  prócz  tego 

powolnego,  co  nadchodzi  i  wraca,  nadchodzi,  krąży  i 

wraca, nadchodzi, muska i wraca, doprowadzając całe jej 

ciało  do  drżenia.  Tymczasem  jej  pomruki  przeszły  w 

delikatne  łkania,  błagania,  jęki,  gwałtowne  okrzyki 

zdumienia,  a  wargi  zdradziły  mu,  że  jej  policzki  zrosiły 

łzy.  Każdy  dźwięk,  każdy  oddech  i  drgnienie,  każda 

przebiegająca  po  jej  skórze  fala,  pomagały  palcom 

sternika  prowadzić  ją,  sprawnie  i  niezawodnie,  do 

background image

wnętrza, do rodzimej przystani. 

A w  miarę jak rosły fale jej rozkoszy, rosła też jego 

duma  i  coraz  przyjemniej  mu  było  odsuwać  coraz dalej  i 

dalej własne zaspokojenie, zwlekać, póki nie wydobędzie 

z  niej  całej  miłosnej  tęczy,  póki  jej  tłumione  łkanie  nie 

przestanie  być  tłumione,  póki  wezbrana  powódź  nie 

porwie  jej  jak  wodospad  papierową  łódkę  (i  mimo 

wszystkich  tych  wzniosłych  dążeń  od  czasu  do  czasu 

kapitan, bez reszty oddany swojej misji, brał sobie zadatek 

rozkoszy, ocierając się naprężonym ciałem o bok jej uda, 

głębokimi i powolnymi ruchami, co zarazem zaspokajają i 

wzbudzają pragnienie, lecz zaraz wracał do zadań, których 

się podjął, i skupiał się na precyzyjnej nawigacji).   

 

I  podobnie  jak  muzyk  bez  reszty  pochłonięty 

wędrówką  palców  po  klawiszach,  nie  pamiętał  wcale,  że 

jeszcze kilka godzin wcześniej ta zawstydzona wiewiórka 

wydawała  mu  się  miła  i  nawet  prawie  piękna,  tylko  że 

niepociągająca. Teraz jego dłonie ruszyły, by odsłonić jej 

background image

zakryte  nocną  koszulą  piersi,  piersi  dwunastolatki,  i  tym 

razem  go  nie  zatrzymywała,  zniewolona  więzami 

namiętności,  a  kiedy  nareszcie  ujął  w  dłonie  te  pączki 

kwiatów,  zdjęty  litością  i  pożądaniem  poprowadził  język 

ku  brodawkom  i  każdą  po  kolei  brał  między  wargi,  do 

każdej  zalecał  się  delikatnie  językiem,  tymczasem  jego 

palce  znów  zaczęły  grać  na  jej  intymnych  wargach, 

sięgając ukrytych płatków okalających owoc wiśni, który 

był  pełny  i  jędrny  i  przypominał  nieomal  trzecią 

brodawkę.  W  ślad  za  jego  palcami  poszły  też  wargi  i 

język.  A  ona,  niczym  niemowlę,  wsunęła  nagle  kciuk 

głęboko  do  ust  i  zaczęła  głośno  ssać,  aż  naraz  jej  plecy 

uniosły  się  i  wyprężyły  niby  cięciwa  napiętego  łuku,  a 

chwilę  później,  gdy  opadła  z  powrotem  na  materac, 

rozległ  się  dochodzący  jakby  z  dna  głębokiej  studni 

przeciągły  i  miękki  krzyk,  wyrażający  nie  tylko  rozkosz, 

ale też zdumienie i zachwyt, jak gdyby jeszcze nigdy nie 

przybiła  do  tej  swojej  najskrytszej  kei  i  jakby  nawet  w 

najśmielszych  fantazjach  nie  przypuszczała,  co  czeka  ją 

background image

tam, u nabrzeża. 

Zaczęła  więc nagle  płakać w  głos  i  powiedziała  mu: 

„Patrz. Płaczę”. I ten dziewczęcy płacz sprawił, że wtuliła 

w jego ramię swoją twarz małego gryzonia i wyszeptała: 

„Przepraszam,  to  tylko  dlatego,  że  trochę  się  przed  tobą 

wstydzę”. 

Zaczęła  pieścić  go  po  policzkach  i  czole  długimi 

wolnymi  ruchami,  aż  uspokoiła  się  i  płacz  ustał.  Jednak 

po  dwóch-trzech  minutach  usiadła  nagle  na  łóżku  i 

unosząc  ręce,  zasłoniła  na  chwilę  twarz  koszulą  nocną, 

która  zrolowała  się  wokół  jej  bioder,  spychana  tam  i  od 

góry,  i  od  dołu,  zdjęła  ją  i  powiedziała:  „Teraz  już  mi 

wszystko  jedno,  że  mnie  zobaczysz”,  po  czym  położyła 

się z powrotem na wznak, czekając na niego, aż przyjdzie. 

On  jednak  tylko  leżał  na  boku  w  pozycji  embrionu,  by 

ukryć  przed  nią,  że  kiedy  omdlewała  z  rozkoszy,  jego 

męskość znowu zwiędła. Teraz bał się, że pewnie poczuje 

się tym urażona albo może będzie się za to winić. 

Lecz  ona  akurat  nabrała  śmiałości,  o  jaką  nawet  się 

background image

nie podejrzewała, i zaskakując zarówno siebie, jak i jego, 

zwilżywszy palce, sięgnęła niepewną ręką po jego członek 

i  przesuwała  po  nim  dłonią  w  tę  i  z  powrotem, 

obdarowując go taką pieszczotą, jakiej nigdy nie ośmieliła 

się  dać  ani  pierwszemu  chłopakowi,  którego  miała  przed 

dwunastu laty, ani tamtemu żonatemu mężczyźnie sprzed 

sześciu i pół roku. 

I ta pieszczota ukazała jej to, czego się już domyślała, 

ale  nie  była  tym  urażona,  przeciwnie,  ogarnęła  ją  fala 

miłości,  szczodrości  i  matczynego  współczucia, 

współczucia  dla  jego  zakłopotania,  współczucia  dla  jego 

wstydu  i  niepokoju  o  to,  co  ona  może  sobie  o  nim 

pomyśleć, dla wstydu i niepokoju, które zapewne teraz go 

nurtują. 

Jednocześnie  zbudziła  się  w  niej  pewna  kobieca 

stanowczość, której towarzyszyło poczucie, że teraz musi, 

ale  to  naprawdę  musi  mu  pomóc,  więc  przełamując 

skrępowanie,  polizała  palce,  otuliła  nimi  jego  zwiotczały 

członek  i  zaczęła  wodzić  po  nim  dookoła  niepewnymi 

background image

ruchami,  które  nie  były  wprawne,  za  to  pełne  oddania, 

zapału  i  czułości,  i  jakby  kapiące  najprzedniejszą  mirrą. 

Pięcioma  palcami,  które  uniosły  się  ambicją,  dogadzała 

mu pieczołowicie, jeszcze i jeszcze, nie do końca wiedząc 

jak,  ale  starając  się  odgadywać,  a  potem  też  ustami, 

aksamitem  języka,  wytrwale  jak  pilna  uczennica,  aż 

znowu  poczuł  pierwsze  podrygiwania  zwiastujące 

dźwignięcie się z upadku. 

 

W  tej  samej  chwili  autor  przypomniał  sobie  nagle 

człowieka, który siedział przez cały wieczór w kącie sali, 

raz  po  raz  wydając  najróżniejsze  paskudne  chichoty 

obrzydzenia  i szyderstwa.  Był  to  Arnold, Arnold  Bartok, 

chudy 

kościsty 

mężczyzna, 

nieco 

zasuszony, 

przypominający  chorą,  prawie  zupełnie  wyleniałą  małpę. 

Ledwie  miesiąc  temu  został  zwolniony  z  pracy  na  pół 

etatu  przy  sortowaniu  paczek  w  prywatnej  firmie 

kurierskiej.  Wraz  z  matką  spędza  parne  noce  w  klitce 

dawnej pralni, pod jednym kocem, i co godzinę-dwie musi 

background image

podsuwać  matce  nocnik,  a  potem  wyjmować  go  spod 

zwałów jej zwiotczałego ciała. Arnold Bartok, który snuje 

rozważania  nad  życiem  wiecznym  i  możliwością 

unicestwienia śmierci. 

Przy  tym  wspomnieniu  dogasły  w  nim  ostatnie 

przebłyski namiętności. Sumienne palce Rachel nie mogły 

cofnąć  tego,  co  uczynił  mu  Arnold  Bartok,  być  może  w 

ramach  spóźnionej  zemsty.  Również  młody  poeta  Juwal 

zjawił się teraz w jego myślach, stał i czekał cierpliwie w 

kolejce  wśród  proszących  o  autograf,  nie  po  to,  by  też 

poprosić, lecz by powiedzieć autorowi, bez złości, tylko z 

lekkim przygnębieniem: 

–  Ale  mimo  wszystko  trochę  mnie  pan  skrzywdził, 

prawda? 

Na darmo próbowałby teraz wytłumaczyć Rachel to, 

co  nie  ma  wytłumaczenia.  Nawet  znacznie  bardziej 

doświadczona  od  niej  kobieta  mogłaby  wpaść  w 

zakłopotanie, a nawet winić się o porażkę. 

Zaraz  wziął  na  siebie  odpowiedzialność  i  za  własną 

background image

niemoc, i za niezręczną sytuację, w jakiej ją postawił. 

Gdyby  w  ogóle  można  było  mówić  takie  rzeczy, 

chociażby szeptem w łóżku, w ciemności, około drugiej w 

nocy, Rachel chybaby się ośmieliła powiedzieć mu mniej 

więcej  tak:  „Tylko  mi  nie  bądź  smutny,  strasznie  cię 

proszę, w ogóle nie bądź smutny, ani trochę, i ani trochę 

nie  próbuj  mnie  przepraszać,  nie  trzeba,  bo  twój 

zwiotczały członek wchodzi teraz we mnie, właśnie teraz, 

wchodzi  we  mnie  i  sięga  tak  głęboko  do  środka,  do 

najgłębszych  zakamarków,  tam,  gdzie  naprężony  nie 

sięgnął nigdy w życiu, i w ogóle żaden naprężony członek 

nie mógłby wejść we mnie tak głęboko”. 

Ale  jak  mogła  wyrazić  takie  uczucie,  na  głos  albo 

szeptem, przed mężczyzną, którego zna właściwie tylko z 

napisanych przez niego książek? 

 

W nikłych przebłyskach światła latarni, sączących się 

z ulicy przez szczelinę między zasłonami, Rachel wstanie 

teraz  z  łóżka.  Namaca  i  podniesie  z  podłogi  koszulę. 

background image

Zamknie  się  w  łazience  i  wróci  po  dziesięciu  minutach, 

umyta, chłodna, pachnąca, już w nowej koszuli, tak samo 

długiej  jak  poprzednia,  sięgającej  jej  do  kostek,  i  też  z 

zapiętymi guzikami pod szyją. Oboma. Wypuści nawet z 

łazienki  Joselita,  diabła  w  kociej  skórze,  który 

natychmiast  wyskoczy  i  wdrapie  się  na  swój  posterunek, 

wysoko, tuż pod sufitem, na wyżynach górnej półki regału 

na  książki  i  płyty.  Stamtąd  wlepi  żółtawe  tygrysie  oczy, 

wrogie  albo  zdumione  i  zaciekawione,  a  może  zupełnie 

pozbawione emocji, w obcego, który zajął jego miejsce w 

łóżku.  Jakby  mówił:  „No  i  po  co  ci  było  to  wszystko?” 

Albo:  „Przecież  wiedziałem,  że  tak  się  to  skończy,  ty 

zresztą też”. 

Obcy  będzie  leżał  zgnębiony  na  plecach,  paląc 

papierosa,  okryty  męską  bydlęcą  hańbą,  wstydząc  się 

nawet  tego  prymitywnego  zawstydzenia,  które  go 

ogarnęło, jakby był ogierem albo buhajem niezdatnym już 

do  swojej  roli,  a  mimo  to  będzie  szukał  pocieszenia  w 

milczącym  napawaniu  się  bogactwem  rozkoszy,  którymi 

background image

zdołał  obdarzyć  Rachel,  i  gamą  pomruków,  jakie  udało 

mu  się  wydobyć  z  jej  ciała.  I  zaraz  zacznie  się  wstydzić 

nawet tej nadętej pociechy. Gdyby choć mógł powiedzieć: 

„Posłuchaj, Rachel, niech ci nie będzie przykro, przecież 

wszystkie osoby w tym opowiadaniu, wszystkie są tylko i 

wyłącznie  samym  autorem:  Riki  i  Charlie,  Lucy  i  Leon, 

Owadja,  Juwal  i  Jerocham,  wszystkie  są  tylko  nim  i 

wszystko, co tutaj przeżywają, przeżywa właściwie tylko 

on,  i  ty  też,  Rachel,  ty  też  przecież  jesteś  tylko  moją 

myślą, a wszystko, co się teraz dzieje z tobą i ze mną, tak 

naprawdę dotyczy tylko mnie”. 

– Spójrz tylko – mówi Rachel. – Spójrz, zobacz, masz 

tutaj zadrapanie, dość głębokie. Poleciało ci nawet trochę 

krwi. Mogę odkazić? Przylepić plaster? 

– Zostaw. Nie warto. To nic takiego. 

– Wpadłeś na coś? Rozdarła ci się też koszula. 

–  Walczyłem  o  ciebie  ze  smokiem.  Z  siedmioma 

czarownikami,  pięcioma  demonami  i  smokiem.  Zabiłem 

wszystkich, ale przedtem dźgnęli mnie mieczem. 

background image

–  Wystarczy.  Nie  bój  się.  To  tylko  jodyna.  Chwilę 

popiecze  i  już.  Po  bólu.  Gotowe.  Co  to,  pogromca 

czarowników i smoków boi się kropli jodyny i plastra? 

 

Teraz  już  nie  leży  na  wznak  i  nie  jest  zawstydzony 

ani  zarozumiały,  tylko  znów  zajęty:  wstaje,  owija  się  jej 

prześcieradłem,  zapala  papierosa,  gasi  go,  zaciągnąwszy 

się  trzy-cztery  razy,  zbiera  po  omacku  swoje  rzeczy 

rozrzucone  po  wykładzinie  wokół  jej  łóżka,  wchodzi  do 

łazienki,  żeby  się  załatwić  i  wziąć  prysznic  –  pod  zimną 

wodą – po czym wychodzi ubrany, ale zupełnie mokry, bo 

wolał się nie wycierać: tak czuje się bardziej rześko. 

–  Kawę?  Bułeczkę?  Tosta?  To  nie  zajmie  nawet 

pięciu minut. 

–  Nie,  dziękuję,  wiewióreczko,  lecę.  Zaraz  wpół  do 

trzeciej. 

–  O,  proszę.  Woda  już  się  zagotowała.  Napij  się 

chociaż kawy. 

–  Dziękuję,  nie.  Rachel,  wybacz,  ale  naprawdę  już 

background image

muszę iść (znów „naprawdę”, oto słowo szyfr, zza którego 

wyziera spłaszczona gęba kłamstwa). 

– Powiedz, było nam dobrze, prawda? 

–  Bardzo.  Mnie  było  z  tobą  naprawdę  wspaniale.  I 

posłuchaj.  Rachel.  Niedługo  zadzwonię  (nie  zadzwonisz. 

Bo  po  co?).  A  ty,  w  miarę  możliwości,  nie  gniewaj  się. 

Ani na mnie, ani na siebie. I nie bądź też smutna (przecież 

ona  już  jest  smutna,  i  to  przez  ciebie,  łajdaku,  dobrze  o 

tym  wiesz,  wiedziałeś  z  góry).  Więc  do  zobaczenia? 

Cześć, Joselito, i ostrzegam cię, żebyś dobrze pilnował tej 

dziewczyny,  bo  jak  nie,  to  będziesz  miał  ze  mną  do 

czynienia  (trochę  trudno  mu  już  przychodzi  ukryć 

zniecierpliwienie.  Naciska  klamkę,  tę  samą,  którą 

ostrożnie  sprawdzał  trzy  godziny  temu  od  zewnątrz, 

chociaż właściwie wolał, aby drzwi pozostały zamknięte. 

Ale po co w takim razie wchodziłeś tu po ciemku? Po co 

sprawdzałeś klamkę?). 

– Poczekaj, może chociaż szklankę ziołowej herbaty? 

Mam też argentyńską yerba mate. Może jednak zostaniesz 

background image

do rana? Joselito, prawda, że go zapraszamy? 

–  Dziękuję  wam,  ale  naprawdę  muszę.  Zadzwonię. 

Porozmawiamy. 

I  nagle  jej  głos  znów  staje  się  drżący,  potulny, 

podobnie  jak  w  pierwszych  chwilach  po  ich  wspólnym 

wyjściu z domu kultury. 

– Jesteś rozczarowany? Mną? 

– Rozczarowany? Coś ty? Czym? 

Milczy.  Jej  palce  usiłują  zapiąć  górny  guzik  nocnej 

koszuli, ale nie udaje im się, bo guzik jest już zapięty. 

– Nie, nie rozczarowany. Co znowu. Jesteś naprawdę 

wspaniała, Rachel (ale to czcza gadanina, bo w głębi serca 

zadaje  sobie  teraz  pytanie,  co  w  ogóle  sprowadziło  go 

tutaj  w  środku  nocy.  Co  też  mu  przyszło  do  głowy? 

Trzymając  już  rękę  na  klamce,  spogląda  na  zegarek: 

spędził tu dwie i pół godziny. Nawet więcej: dwie godziny 

i czterdzieści minut). 

– Chciałabym tylko, żebyś wiedział... 

–  Wiem,  Rachel  (specjalnie  jej  przerywa,  żeby  nie 

background image

usłyszeć tego, co ona, zdaje się, ma mu do powiedzenia). 

Wiem.  I  nie  martw  się.  Przecież  sama  powiedziałaś,  że 

było  nam  razem  naprawdę  wspaniale.  Do  zobaczenia. 

Połóż  się  z  powrotem  i  śpij  aż  do  rana.  Albo  nawet  do 

południa, czemu nie? (Wyrazy „przecież”, „czemu nie?”, 

a  zwłaszcza  „naprawdę”  zmieniają  jego  pustą  mowę  w 

jeszcze bardziej jałową i kłamliwą. „Co za nędza”, mówi 

do siebie. „Co za wstyd”, mówi. ) 

A  potem?  Może  potem  poszedłeś  stamtąd,  żeby 

sprawdzić,  czy  kawiarnia  Riki  jest  jeszcze  otwarta 

dwadzieścia po drugiej w nocy i czy przypadkiem nie ma 

tam nadal Riki? 

 

Jest już znowu na dworze, w ciemności, kieruje swoje 

kroki  z  ulicy  w  boczną  aleję,  a  z  alei  w  jeden  zaułek, 

potem w następny. I właśnie teraz – oho, kolega nam się 

obudził! – właśnie teraz jego członek zaczyna ni stąd, ni 

zowąd  nabierać  życia.  O  co  ci  chodzi,  palancie?  Teraz 

sobie przypomniałeś? Bardzo cię przepraszam, ale który z 

background image

nas jest większym idiotą, ty czyja? Więc cicho bądź. 

Przecinając pustą ulicę oświetloną przez żółte latarnie 

i kierując się w prawo, w pusty i niemal zupełnie ciemny 

zaułek,  autor  zacznie  szkicować  w  myślach  dodatkowe 

rysy  postaci  pani  Miriam  Nehorait  oraz  kaowca 

Jerochama Szdematiego, aby nie wyszły mu płaskie. 

Nogi  tymczasem  zaniosły  go  już  w  nieznajomą 

okolicę,  niedaleko  miejsca,  gdzie  kończy  się  miasto,  a 

zaczynają rozciągać puste nocne pola. 

 

Kolistą drogą wieje wiatr, 

Przemija i wraca swym biegiem, 

Zaczekaj: może nadszedł czas, 

By uniósł na skrzydłach i ciebie? 

 

Przy  niewykończonym  budynku  krępy,  lekko 

zgarbiony stróż nocny oddawać będzie długo mocz, stojąc 

w  bezruchu  z  uniesionym  jednym  barkiem.  Za  nim  już 

tylko  rzędy  słupów  elektrycznych,  niewybrukowany 

background image

chodnik,  magazyny,  blaszane  budy,  kupy  piachu  i  żwiru. 

Jezdnia  zmieni  się  tutaj  w  piaszczystą  drogę  i  oto  już 

koniec  miasta:  zarośnięte  cierniami  nieużytki,  cztery 

zardzewiałe  beczki,  place  zawalone  budowlanymi 

odpadami,  połamane  graty,  w  dole  cień  krzewów 

rycynusu,  wrak  dżipa,  opona  do  połowy  wkopana  w 

piasek, nareszcie będziesz sam. Usiądziesz na odwróconej 

skrzynce.  Zobaczysz  cień  gór.  Gwiazdy.  Migoczące 

światła  domów.  Durna  sygnalizacja  na  skrzyżowaniu 

zmienia  w  kółko  kolory:  żółte,  zielone,  czerwone,  bez 

potrzeby.  Dalekie  szczekanie  psów  i  lekki  smrodek 

kanalizacji. Po co o tym pisać? To wszystko jest i będzie 

nadal, czy to opiszesz czy nie, czy będziesz tutaj czy nie. I 

znów  kłaniają  się  te  podstawowe  pytania,  które  pojawiły 

się  już  na  początku  tego  tekstu:  po  co  piszesz.  Dlaczego 

piszesz  właśnie  w  ten  sposób.  Jaki  wkład,  jeśli  w  ogóle, 

wnoszą  twoje  opowieści  do  społeczeństwa,  do  państwa 

albo  rozwijania  pozytywnych  wartości?  Na  kogo  chcesz 

oddziaływać?  Może  w  gruncie  rzeczy  piszesz  tylko  dla 

background image

sławy? Albo dla pieniędzy? 

Mając  szesnaście  –  siedemnaście  lat,  w  wieku 

młodego poety Juwala Dotana, autor nocami siadał sam w 

opuszczonym  magazynie  i  przelewał  na  papier  porwane 

strzępy opowieści. Pisał je mniej więcej tak, jak śnił i jak 

się  onanizował:  w  wirze  obsesji,  entuzjazmu  i  rozpaczy, 

wstrętu i nieszczęścia. Miał też w sobie pewną ciekawość, 

nigdy  niesytą  dociekania,  dlaczego  ludzie  wciąż 

wyrządzają  sobie  nawzajem  i  sobie  samym  rzeczy, 

których nie zamierzali wyrządzić. 

Nadal  jest  tego  ciekaw,  ale  z  biegiem  lat  nabrał 

pewnego  fizycznego  lęku  przed  bezpośrednim  kontaktem 

z obcymi: nawet lekkie, przypadkowe otarcie wprawia go 

w  przerażenie.  Nawet  dotyk  obcej  ręki  na  ramieniu. 

Nawet  konieczność  oddychania  powietrzem,  które 

przedtem mogło być w ich płucach. A mimo to wciąż na 

nich  patrzy  i  pisze  o  nich,  tak  by  ich  dotykać,  nie 

dotykając,  i  aby  oni  dotykali  go  bez  rzeczywistego 

kontaktu. 

background image

Może  tak:  pisze  o  nich  jak  fotograf  w  czasach 

sepiowych zdjęć, fotograf uroczystości rodzinnych. Uwija 

się  między  postaciami,  rozmawia  ze  wszystkimi, 

zaprzyjaźnia  się,  żartuje,  prosi,  by  wreszcie  stanęli  na 

swoich  miejscach,  chodzi  i  ustawia  wszystkie  osoby 

dramatu w półkolu: wysokich na stojąco, pod nimi sadza 

niższych,  kobiety  i  dzieci,  ścieśnia  odstępy  między  nimi, 

przysuwa  głowę  do  głowy,  przechodzi  parę  razy  między 

rzędami i od niechcenia poprawia tu i ówdzie kołnierzyk, 

wystającą  koszulę,  mankiety  rękawów,  wstążki  u 

warkoczy,  po  czym  wycofuje  się  za  aparat  ustawiony  na 

trójnogim  statywie,  wsuwa  głowę  pod  czarną  płachtę, 

zamyka  oko,  odlicza  głośno  do  trzech,  wreszcie  naciska 

wyzwalacz i tym sposobem zamienia wszystkich w duchy 

(tylko  szary  kocur  Miriam  Nehorait  się  wyłamał  i  nie 

zechciał  zastygnąć  w  bezruchu,  być  może  wyczuwając 

bliskość Joselita, i dlatego pozostał na zawsze uwięziony 

w  rogu  zdjęcia,  z  trzema  albo  czterema  ogonami. 

Lizawieta  Kunicyn  zamrugała  i  na  zdjęciu  puszcza  oko. 

background image

Łysina  pomocnika  szwarccharakterów,  pana  Leona, 

połyskuje  niezdrowo.  Młody  poeta,  Juwal  Dahan, 

zapomniał się uśmiechnąć, za to Charlie uśmiecha się od 

ucha  do ucha. Rochele Reznik  spuszcza wzrok na  czubki 

butów,  a  Lucy,  wicemiss  bikini,  prezentuje  lekkiego, 

uroczego zeza w lewym oku). 

 

Ale po co pisać o czymś, co istnieje i bez ciebie? Po 

co malować słowami to, co nimi nie jest? 

I znowu: jakie zadanie spełniają, jeśli w ogóle, twoje 

opowieści?  Komu  przynoszą  pożytek?  Komu  są 

potrzebne,  wybacz  to  pytanie,  twoje  wyświechtane 

fantazje  o  rozmaitych  banalnych  przygodach  łóżkowych 

ze  sfrustrowanymi  kelnerkami,  o  niezamężnych 

lektorkach  mieszkających  z  kotami,  o  wicemiss  bikini  z 

Ejlatu  sprzed  dwudziestu  lat?  Może  byś  jednak  zechciał 

łaskawie nam wyjaśnić, krótko, własnymi słowami, co tak 

naprawdę autor chce w tym tekście powiedzieć? 

Przepełnia go wstyd, że przypatruje się im wszystkim 

background image

z  daleka,  z  boku,  jak  gdyby  wszyscy  istnieli  tylko  po  to, 

by  wykorzystał  ich  do  swoich  opowiadań.  A  temu 

wstydowi  towarzyszy  też  dojmujący  żal  nad  własnym 

wiecznym wyobcowaniem, nad niemożnością dotykania i 

bycia dotykanym, nad tym, że głową przez całe życie tkwi 

pod czarną płachtą starego aparatu. 

Jak żona Lota: żeby pisać, musisz spojrzeć wstecz. A 

wtedy twój wzrok zamienia i ciebie, i ich w słupy soli. 

Pisać  o  sprawach,  które  istnieją,  próbować  ująć 

odcień,  zapach  albo  dźwięk  w  słowa,  to  przecież  w 

gruncie  rzeczy  trochę  tak,  jakby  grać  Schuberta,  kiedy 

Schubert  siedzi  w  pokoju  i  może  podśmiewa  się  w 

ciemności: 

 

Taki spokój tu. Pusto, zielono. 

Kruk na slupie zastyga kamieniem, 

Dwa cyprysy są w siebie wtulone, 

A ten trzeci ma tylko siebie. 

 

background image

Potrzebujesz  też  korekty.  Bo  niedokładnie  opisałeś 

panią  Miriam  Nehorait,  obrzmiałe  nogi  z  fioletowymi 

żylakami  i  zwiędła  twarz,  nieprzytomna  z  kulturalnej 

rozkoszy:  przecież  potem,  kiedy  do  ciebie  podeszła, 

dostrzegłeś z bliska subtelność jej ust, niebywale kształtne 

palce, łagodność brązowych oczu, oczu pełnej entuzjazmu 

dziewczynki  o  długich,  zawijających  się  lekko  ku  górze 

rzęsach. Każdego  dnia karmi  i  poi osiem  podwórzowych 

kotów,  w  tym  jednego  z  obgryzionym  uchem.  Jechiel 

Nehorai, jej mąż, został rozjechany dziewięć lat temu, gdy 

pełnił misję syjonistyczną w Montevideo. Obaj jej żonaci 

synowie  są  ginekologami  w  Nowym  Jorku  (jeden  z  nich 

ożenił  się  z  córką  tej  sąsiadki,  która  podglądała,  pani 

optyk Lizawiety Kunicyn). 

Kilka  lat  temu  zaczął  się  rodzić  niezdecydowany, 

nieokreślony związek między Miriam Nehorait, niemłodą 

kobietą  mieszkającą  samotnie  w  dwupokojowym 

mieszkaniu,  a  wdowcem  z  sąsiedztwa,  tym  żwawym 

kaowcem, 

ogarniętym 

krzykliwą 

wesołością 

background image

rozsiewającym  naokoło  gęste  cielesne  wyziewy, 

Jerochamem  Szdematim  –  to  ten  mężczyzna  o  twarzy 

podobnej  do  bochenka  chleba,  który  za  długo  leżał  w 

koszyku, aż zaczął się kurczyć i pękać. Kiedyś, w  latach 

sześćdziesiątych, umieszczono Jerochama Szdematiego na 

trzynastym miejscu na liście kandydatów z ramienia Unii 

Pracy  „Robotnicy  Syjonu”  i  omal  się  nie  dostał  do 

Knesetu.  Był  jednym  z  ostatnich  walczących  o 

wprowadzenie 

powszechnej 

komuny 

obejmującej 

wszystkich  robotników  Palestyny,  Żydów  i  Arabów, 

mężczyzn i kobiety, z których każdy pracowałby najlepiej 

jak potrafi i co miesiąc przekazywał swoją pensję do kasy 

komuny.  Kasa  ta  z  kolei  miałaby  wypłacać  każdemu 

robotnikowi  i  robotnicy  podstawową,  jednakową  pensję, 

do  której  dochodziłyby  dodatki  uzależnione  od  liczby 

dzieci, 

stanu 

zdrowia, 

potrzeb 

edukacyjnych 

wychowawczych  każdej  robotniczej  rodziny,  każdemu 

według  właściwej  miary,  tyle  ile  naprawdę  potrzebuje. 

Wierzył,  że  człowiek  jest  szczodry  z  natury  i  tylko 

background image

warunki  społeczne  popychają  nas  w  ramiona  egoizmu, 

chciwości  i  wyzysku.  I  oto  dziś  wieczorem,  tuż  przed 

waszym  wejściem  na  podium,  poprosił  cię,  byś  mu 

przypomniał,  że  ma  się  z  tobą  podzielić  jakąś  uwagą 

związaną  z  Księgą  żartów  i  dowcipów  reb  Altera 

Drujanowa. Zapomniałeś o tym, a teraz już za późno. Nie 

dowiesz  się  więc  nigdy,  jaka  jest  zasadnicza  różnica 

między  żartem  a  dowcipem.  Przecież  z  Jerochamem 

Szdematim raczej nie będziesz miał już okazji się spotkać. 

Może  zatrzymasz  się  tu  na  chwilę  i  popracujesz  nad 

tą postacią, wzbogacając ją o jakieś nawyki, dzięki którym 

utrwali  się  ona  w  pamięci  czytelników,  dwa-trzy 

dziwactwa:  na  przykład  nawyk  namiętnego  lizania  całą 

szerokością  języka  pasków  kleju  na  odwrocie  koperty, 

jakby  to  były  słodycze.  Jerocham  Szdemati  zwykł  też  z 

pewną  zmysłową  zachłannością  ślinić  obficie  językiem 

znaczki  pocztowe,  a  po  polizaniu  natychmiast  przyklejać 

je  do  koperty  przez  solidne  rąbnięcie  pięścią,  co 

sprawiało, że Miriam Nehorait stawała jak wryta i drżała 

background image

ze strachu przed „tatarską stroną jego natury”. 

Słuchawkę  telefonu  zwykle  porywał  już  przy 

pierwszym  dzwonku  zamaszystym,  energicznym  ruchem, 

jakby ciskał kamieniem, i mówił do niej: „Tak, słucham, 

tu Szdemati, z kim mam przyjemność? Bartok? Ależ nie, 

nie  znam  żadnego  Bartoka,  Arnold  nie  Arnold,  żadnego 

Bartoka 

nie 

znam, 

nie, 

nie, 

drogi 

przyjacielu, 

zdecydowanie  nie,  w  żadnym  wypadku,  bardzo  mi 

przykro,  ale  nie  jestem  upoważniony,  żeby  podawać 

numer  telefonu  do  autora,  nikt  mi  nie  pozwolił  tego 

zrobić,  bardzo  mi  przykro,  przyjacielu,  a  dlaczego,  jeśli 

wolno spytać, nie spróbuje pan na przykład zwrócić się do 

sekretariatu związku pisarzy? Hę?” 

Jerocham  Szdemati  prawie  zawsze  ma  siniaki  na 

łokciach,  czole,  barku  albo  kolanie,  a  to  z  powodu 

swojego  zwyczaju  ignorowania  przedmiotów  martwych  i 

prób przechodzenia przez nie, jak gdyby były z powietrza. 

A  może  przeciwnie,  może  to  wszystkie  przedmioty 

martwe  żywią  do  niego  jakąś  zadawnioną  urazę  i  mu 

background image

dokuczają? Oparcie krzesła co chwilę rzuca się na niego i 

bodzie, róg  kuchennej  szafki  tłucze  go w  głowę,  kromka 

chleba  posmarowana  miodem  dybie  na  niego  na  ławce 

akurat wtedy, kiedy chce usiąść, ogon kota wpycha mu się 

pod  podeszwy  butów,  a  szklanka  gorącej  herbaty  wprost 

uwielbia  jego  spodnie.  Mimo  to  pisuje  jeszcze  czasami 

pełne  oburzenia  listy  do  redakcji  wieczornej  gazety, 

potępiając  i  obnażając  bez  litości  szpetotę,  arogancję, 

podłość i fałsz, które rozpanoszyły się u nas, zwłaszcza w 

polityce, i ogólnie w ludzkim życiu. 

Rano ów spocony, postawny mężczyzna długo stoi w 

spodniach  od  piżamy  i  pożółkłym  podkoszulku  przy 

umywalce  –  nigdy  nie  zamyka  drzwi  łazienki  podczas 

głośnego,  gruntownego  mycia  –  pochyla  się  w  szerokim 

rozkroku,  płucze  i  szoruje  sobie  twarz,  kark,  szerokie 

barki, pierś porośniętą siwymi lokami, charczy i gulgocze 

pod  odkręconym  kranem,  potrząsa  głową  z  boku  na  bok 

jak  pies  po  wyjściu  z  wody,  z  całej  siły  zaciska  jedno 

nozdrze  po  drugim,  by  wydmuchać  całą  zawartość  do 

background image

umywalki,  odchrząkuje  i  spluwa  z  rykiem,  od  którego 

Miriam Nehorait, znajdująca się w kuchni za ścianą, aż się 

wzdryga.  Na  końcu  stoi  tam  jeszcze  dobre  trzy  minuty  i 

wyciera  się  zawzięcie,  raz  za  razem,  jakby  szorował 

patelnię. 

Ale  gdy  tylko  ktoś  pochwalił  usmażony  przez  niego 

omlet,  obraz  na  ścianie  w  jego  pokoju,  dokonania 

pierwszych  osadników,  strajk  portowców  w  Hajfie  albo 

piękno  zachodu  słońca  za  oknem  –  jego  oczy  zaraz 

wilgotniały z wdzięczności. Pod jego płomiennym stylem 

mówienia na każdy temat – od rozpadu klasy robotniczej 

aż  po  powszechną  infantylizację  kultury  izraelskiej  i 

ogólnoświatowej  –  zawsze,  bez  wyjątku,  płynie  radosny 

głębinowy  strumyk,  jakby  Prąd  Zatokowy  ciepła  i 

serdecznej  życzliwości.  Nawet  kiedy  próbuje  zagrzmieć, 

zasiać  strach  swoim  gniewem,  potępić  coś  wściekłym 

rykiem  –  nawet  wtedy  zawsze  jego  twarz  otacza 

dobroduszny blask niewyczerpanego optymizmu i zapału, 

który nie zna zmęczenia. 

background image

Wnuczkę  swojego  brata  Jerocham  Szdemati  zawsze 

wita  stałą  zagadką  albo  żartem:  „Powiedz  mi,  moja 

krasawico,  kto  to  jest:  ma  futerko,  skrzydła,  a  kiedy  śpi, 

zwisa  głową  w  dół?  Nietoperz?  Taktoperz?  Czy 

Możetoperz? No? Chi, chi, kto?” (Ignoruje zupełnie fakt, 

że wnuczka już urosła i ma czternaście i pół roku. ) Aby 

zachować swój radosny, aktywny i pozytywny wizerunek, 

odpowiadający  ideałom  Histadrutu,  Jerocham  Szdemati 

utrzymuje  w  tajemnicy,  zarówno  przed  stryjeczną 

wnuczką, jak i przed swoją przyjaciółką Miriam Nehorait, 

chorobę  krwi,  z  której,  jak  zdradził  mu  lekarz,  nie  ma 

wielkich szans na wyzdrowienie. 

 

Już prawie trzecia w nocy. Można by tu wprowadzić 

chyba  jeszcze  jedną  poprawkę  –  mówi  do  siebie  autor, 

przechodząc  na  czerwonym  świetle  przez  wyludnioną 

ulicę. Rozgląda się naokoło i widzi, że wszędzie pusto, a 

jedna latarnia mruga, jakby nie była pewna, czy jest sens 

świecić.  –  Można  by  sprowadzić  (powiedzmy  jutro  o 

background image

dziewiątej  rano)  Charliego,  tego,  który  był  kiedyś 

rezerwowym  bramkarzem  w  drużynie  Bnei  Jehuda  i 

chłopakiem  Lucy,  wicemiss  bikini,  potem  chłopakiem 

kelnerki  Riki,  a  następnie  znowu  Lucy,  i  z  każdą  z  nich 

spędził upojny tydzień w hotelu swojego wuja w Ejlacie, 

teraz  zaś  ma  rodzinę  i  wytwórnię  słonecznych 

podgrzewaczy wody w Cholonie, skąd eksportuje je nawet 

na  Cypr,  można  by  go  sprowadzić  już  jutro  o  dziewiątej 

rano  na  oddział  wewnętrzny  w  szpitalu  Ichiłowa  z 

niezapowiedzianą wizytą u wuja, Owadii Chazama. 

A dlaczego miałby przychodzić sam? Będzie się bał. 

Słowa  „w  stanie  ciężkim”  napawają  go  przerażeniem. 

Wolałby  raczej  przyjść  z  żoną:  niech  przyjdzie  z  Lucy, 

przyjaciółką z dawnych dobrych czasów, tą, którą kiedyś 

nazywał pieszczotliwie „Gogog”. 

Nie  z  Lucy.  Z  Riki,  u  której  przez  letnią  bluzkę 

widać, że chodzi bez stanika, i ma tam jakby dwa ciemne 

szczeniaki,  które  przy  każdym  kroku  wiercą  się  jej  pod 

bluzką.  Ją  także  Charlie  nazywał  czasem  z  czułością 

background image

„Gogog”. 

A właściwie przecież Charlie może przyjść z obiema? 

Owadja  Chazam  otworzy  nagle  oczy  i  spróbuje 

pomachać  słabo  dłonią.  Wskutek  osłabienia  wychudzona 

ręka  opadnie  na  prześcieradło,  a  on  wymamrocze:  „Po 

coście  przyszli,  naprawdę,  jak  Boga  kocham,  nie  trzeba 

było”.  Następnie  powie  coś  jeszcze,  ale  tak  słabo,  że 

Charlie  i  dziewczyny  nie  zdołają  zrozumieć.  Pacjent  z 

sąsiedniego łóżka będzie musiał im przetłumaczyć: 

– On chce, żeby sobie państwo przynieśli krzesła, tam 

spod okna. Po prostu prosi, żeby państwo usiedli. 

Charliego  opadnie  nagle  strach  zmieszany  z  litością, 

lekkim  obrzydzeniem  i  wstydem  z  powodu  tego 

obrzydzenia.  Będzie  się  starał  mówić  wesoło  i  zbyt 

głośno,  jak  gdyby  konający  cierpiał  też  na  przytępienie 

słuchu:  dobra,  a  więc  tak.  Przyszedł  z  tymi  dwiema 

dziewczynami, żeby wyciągnąć stąd Owadję. 

–  Jazda  –  zawoła  Charlie  dobrodusznie.  –  No  dalej, 

artysto,  dosyć  się  tu  wybyczyłeś,  chodź,  przejdź  się 

background image

trochę,  zobaczymy  cię  na  dworze,  będziesz  jak  młody 

lew,  poopowiadamy  sobie  kawały,  że  boki  zrywać.  No, 

chodź,  oprzyj  się  na  tych  dwóch  kociakach,  które  ci 

przyprowadziłem, i ruszamy. Chodź tu, co żeś myślał, że 

przyszliśmy  cię  odwiedzić?  Akurat!  Nic  z  tych  rzeczy, 

przyszliśmy  cię  porwać.  Dziewczyny  cię  ubiorą  i  zaraz 

stąd  spadasz,  a  tymczasem  wybierz  sobie  którąś  z  nich, 

którą  wolisz,  Charlie  zaprasza,  a  może  masz  ochotę  na 

obydwie? Dla ciebie – obydwie on the house. 

Chory  znów  coś  wycharczy,  a  Charlie  powie:  „Co? 

co?  Nie  słychać,  mów  wyraźnie”.  I  znów  pacjent  z 

sąsiedniego łóżka przetłumaczy: 

–  On  mówi  „Aniołki  Charliego”.  Chodzi  mu  o  te 

dziewczyny, które z panem przyszły. Chce powiedzieć, że 

są  jak  z  serialu  Aniołki  Charliego,  z  telewizji.  Tak 

zażartował. 

Żartując tak z Owadją Chazamem i pacjentem obok, 

Charlie  uświadamia  sobie,  że  Owadja  Chazam  naprawdę 

jest umierający. Już przed przyjściem tutaj uprzedzano go, 

background image

że  jego  stan  jest  dość  ciężki,  ale  dla  niego  „ciężki  stan” 

oznacza raczej  zmiażdżone kolano  albo  złamanie  sześciu 

żeber.  Teraz  nagle  zrozumiał,  że  pierwszy  raz  w  życiu 

dotyka konającego człowieka i że ten dotyk budzi w nim 

zarazem  strach  i  swego  rodzaju  dziką  radość,  że  tym 

konającym, dzięki Bogu, jest ktoś inny, nie on. Że on sam 

jest silny i zdrowy i zaraz sobie stąd pójdzie, a Owadja już 

nigdy donikąd nie pójdzie. Koniec. 

Ta  radość  zawstydza  Charliego  i  wprawia  w 

zakłopotanie,  a  z  tego  zakłopotania  zaczyna  mówić 

jeszcze  głośniej,  bez  przerwy  dowcipkować,  aż  konający 

daje  mu  znak  zmęczoną  ręką  i  mamrocze  coś,  czego 

Charlie nie dosłyszy i nawet chory z sąsiedniego łóżka nie 

może zrozumieć. Dopiero gdy Owadja Chazam powtarza 

kilka  razy  w  kółko  te  same  zdławione  sylaby,  sąsiadowi 

udaje się przetłumaczyć: 

– Oranżada. On mówi „oranżada”. Po prostu chce się 

napić, chce, żeby mu przynieść butelkę oranżady. 

–  Oranżada  –  dziwi  się  Charlie.  –  Ale  skąd  mu 

background image

weźmiemy  oranżadę?  Był  taki  napój,  ale  przestali  go 

produkować  chyba  ze  sto  lat  temu.  Co  tam  sto. 

Dwadzieścia  lat  temu  jak  nic.  Lucy?  Riki?  Oranżada? 

Kiedy ostatnio widziałyście takie zwierzę? 

Pacjent  obok  nie  daje  za  wygraną,  jest  złośliwy, 

mściwy  i  cieszy  się,  że  może  komuś  dokuczyć  i  się 

podrażnić: 

– Ale to wszystko, o co on prosi. O to, o nic innego. 

To jego jedyna prośba. Co państwo na to poradzą? 

Charlie  drapie  się  w  kark,  a  wreszcie  klepie  Riki  po 

głowie. 

–  Dalej,  kociaki.  Co,  nie  widzicie,  że  naszemu 

przyjacielowi  smutno?  Więc  może  zaczniecie  go  trochę 

pieścić?  Tak,  obie.  Razem.  Pogłaskać  mi  go  po  głowie  i 

po  całym  ciele.  Porządnie,  tak  żeby  go  trochę  mniej 

bolało.  Co,  nie  macie  oczu?  Nie  widzicie,  że  naszego 

przyjaciela  boli?  Więc  pokażcie  mu,  czego  żeście  się  u 

mnie  nauczyły.  Schylcie  się,  zróbcie  mu  good  time. 

Gogog i Gogog. Obydwie. 

background image

Mówiąc  tak,  Charlie  sam  się  nachyla  i  przełamując 

obrzydzenie i strach, zaczyna gładzić chorego po spoconej 

głowie, policzkach, po bladym czole, głaszcze go i płacze, 

głaszcze  i  błaga  chorego,  który  też  pod  wpływem  tych 

pieszczot zaczął płakać: 

–  Dosyć,  chłopie,  wystarczy,  słowo  daję,  nie  płacz, 

zobaczysz,  że  będzie  dobrze,  zaufaj  bratankowi,  ja  cię 

stąd  wyciągnę,  wy  też  go  głaszczcie,  dziewczyny, 

pogłaszczcie go tak ładnie, z czułością, głaszczcie mi go i 

przestańcie obie miauczeć. 

I tak póki pacjent z sąsiedniego łóżka, któremu oczy 

też zwilgotniały, nie zadzwoni po pielęgniarkę, a kiedy ta 

się zjawi, da jej do zrozumienia, że już dosyć, że chory za 

bardzo się wzrusza, że powinna delikatnie, ale stanowczo 

ich już stąd wyprosić. 

 

Co  do  Rochele  Reznik,  przecież  obiecałeś  jej 

zadzwonić  któregoś  dnia.  Na  pewno  zadzwonisz, 

oczywiście, że zadzwonisz, niedługo, tylko że przecież nie 

background image

dostałeś  od  niej  numeru  telefonu.  Nie  dostałeś,  bo  wcale 

nie  poprosiłeś.  Zapomniałeś  ją  poprosić.  Sama  przed 

lustrem  w  swoim  ascetycznym  pokoju,  owianym 

subtelnym  zapachem  czystości,  umeblowanym  prosto  i 

chronionym  przez  jasne  zasłony,  stoi  teraz  w  skromnej 

nocnej koszuli przy świetle lampy z plecionym abażurem 

z makramy i starannie składa bieliznę. Poprzednią koszulę 

i  bieliznę  wrzuciła  do  kosza  na  pranie.  Jest  zasmucona 

widokiem  własnego  płaskiego  ciała  w  lustrze  po 

wewnętrznej stronie drzwi szafy: gdybym tak miała piersi, 

jak  mama  albo  siostra,  całe  moje  życie  byłoby  inne. 

Czemu nie pozwoliłam mu przyjść? Przecież on, na swój 

uprzejmy,  ojcowski  sposób, nalegał,  żebym  go  zaprosiła. 

Mogłam  mu  powiedzieć  „chodź”.  Mogłam  mu  zaparzyć 

filiżankę herbaty albo yerba mate, albo nawet podać lekką 

kolację. Mogłam mu powiedzieć, skoro moje czytanie tak 

mu  się  podobało,  że  umiem  też  śpiewać.  Mogłam  mu 

nawet  zaśpiewać.  Albo  nastawić  odpowiednią  muzykę. 

Napilibyśmy się kawy albo tej argentyńskiej yerba mate. I 

background image

moglibyśmy nagle oboje... 

Pewnie żadna na świecie mu nie odmówiła, tylko ja, 

wybredna... 

A teraz już nigdy, już nigdy... 

Pewnie uważa, że jestem dziwna. Niekobieca. 

Popatrz  tylko,  Joselito,  tylko  popatrz,  jaka  ze  mnie 

idiotka.  Jeszcze  nikt  nie  wymyślił  bardziej  pokręconej 

idiotki  ode  mnie  (te  słowa  wypowiedziała  na  głos,  z 

drwiną, ale przy tym bliska łez). 

W  zapiętej  koszuli  nocnej  z  prostej  bawełny,  jak 

koszula  pensjonarki  z  ubiegłego  wieku,  siedzi  teraz 

szczupła  i  wyprostowana  na  skraju  łóżka,  pod  plakatem 

ruchu na rzecz pokoju, ze zwiniętym w  kłębek kotem na 

kolanach,  i  notuje  spokojnym  pismem  nazwy  miast  i 

krajów  na  pudełkach  zapałek  ze  swojej  kolekcji, 

pochodzących z dziesiątków słynnych hoteli, z których w 

żadnym  nie  nocowała,  Sankt  Moritz,  Saint-Tropez,  San 

Marino, Montreux, San Remo, Lugano. 

 

background image

Ale co autor miał na myśli? 

Rochele  Reznik  siedzi  dalej  na  środku  łóżka,  na 

kołdrze,  warkocz  rozpuściła  jakiś  czas  temu,  podkulone 

nogi odsłaniają białe majtki pod koszulą nocną, ale nie ma 

nikogo, kto by tam zaglądał, zasłony nie poszły do pralni, 

tylko  są  szczelnie  zaciągnięte  ze  względu  na  sąsiadów. 

Wie,  że  ten  pisarz  mówił  do  niej  tego  wieczoru  również 

między  wierszami,  również  pod  słowami,  które  do  niej 

kierował, a ona niczego nie zrozumiała. Teraz jeszcze tak 

posiedzi  godzinę  albo  półtorej  i  nawet  nie  spróbuje 

zasnąć, tylko będzie usiłowała zrozumieć, co powiedział. 

Co  właściwie  kryło  się  za  jego  historią  o  pani  z  apteki, 

która w dzieciństwie odsłoniła przed nim sekrety trucizn? 

O ukrywaniu pięknej córki Trockiego? 

O matce, która chciała, żeby jej synek zobaczył raz z 

bliska żywego pisarza? O wujku, który spoliczkował posła 

do  Knesetu?  Jej  wzrok  zatrzymuje  się  nagle  na  klamce 

wejściowych drzwi, która przez krótką chwilę zdawała się 

poruszać  cicho,  jak  gdyby  czyjaś  spłoszona,  niepewna 

background image

ręka  chciała  sprawdzić,  czy  nie  zapomniano  zamknąć  na 

zasuwkę. Czy to gwałciciel z klatek schodowych? 

Rachel  na  chwilę  znieruchomieje  ze  strachu.  Ale 

zaraz  błyśnie  w  niej  gorąca  iskierka,  która  rozproszy 

strach,  tak  że  nieomal  pobiegnie  boso  do  zamkniętych 

drzwi,  żeby  spojrzeć  przez  wizjer  i  mu  otworzyć,  nim 

zdąży  zapukać:  „Wejdź,  wejdź,  przecież  na  ciebie 

czekam”. 

Ale  nie.  Nie  zrobi  tego,  bo  zbyt  wiele  już  przeżyła 

rozczarowań,  upokorzeń  i  złudnych  nadziei  i  cała  jest 

pokryta  starymi  bliznami  po  zawiedzionych  marzeniach. 

Będzie więc siedzieć dalej po turecku na łóżku posłanym 

do snu, w długiej nocnej koszuli, z oczyma utkwionymi w 

klamce  jeszcze  długo  po  tym,  jak  autor  odszedł  stamtąd 

zrezygnowany,  zbiegł  w  popłochu  po  schodach,  a  jego 

ramię zaczepiło o drzwi zepsutej szafki z bezpiecznikami. 

Aż poddając się zmęczeniu, położy się na wznak. 

Przyjdzie  kot,  ułoży  się  jej  na  brzuchu  i  mrucząc, 

będzie  się  ocierał  bokami  głowy  o  jej  palce.  Oczy  jej  i 

background image

Joselita są otwarte i razem śledzą ćmę unoszącą się na tle 

plakatu  ruchu  na  rzecz  pokoju  z  napisem  „Życie  synów 

jest nam droższe niż groby przodków”. 

Okryje  się  prześcieradłem  i  dalej  będzie  się  głowić. 

Joselito  natomiast  nadal  będzie  śledzić  zgłodniałymi 

ślepiami  pętle  zataczane  w  powietrzu  przez  nocnego 

motyla. Wentylator z kolei będzie szumiał, wprawiając w 

ruch wilgotne i ciepłe powietrze, a ona nie będzie mogła 

zasnąć: od czasu do czasu zapadnie w krótką, niespokojną 

drzemkę, podobną raczej do omdlenia niż do snu, i w tych 

chwilach  będzie  miała  wrażenie,  że  już  prawie  rozumie, 

przecież  to  całkiem  proste,  ale  po  chwili  ocknie  się, 

usiądzie  na  łóżku,  spróbuje  odpędzić  komara  i  znów  nie 

będzie rozumieć,  czego  się od  niej dzisiaj  domagano.  Po 

co  ją  zaproszono  na  spacer  po  wieczorku  literackim?  Co 

miała  znaczyć  jego  ręka  na  jej  ramieniu,  a  potem 

obejmująca  biodra?  I  wszystkie  te  jego  historie,  i 

ukradkowe uściski na ciemnym podwórku? Czy tylko jej 

się zdawało, dwie-trzy godziny temu, że ktoś wystraszoną 

background image

dłonią badał klamkę drzwi, po czym zaraz się rozmyślił i 

zbiegł  po  schodach?  Zanim  zdążyła  zdecydować,  czy 

otworzyć czy nie? 

Czy to był on, czy nie on? I dlaczego? 

Nie znajdzie odpowiedzi i tylko żal będzie ją ściskał 

coraz  mocniej,  bo  przecież  zaledwie  przed  chwilą,  kiedy 

zapadła w drzemkę, rozumiała wszystko, całkowicie, a oto 

znów się zbudziła i nie pamięta, co zrozumiała. 

Noc wlecze się bez końca, tkwi w  miejscu, nie chce 

mijać. Nawet Joselito wpadł w jakiś obłąkańczy niepokój, 

najpierw  chodzi  miękkim  krokiem  po  jej  ciele,  a  potem 

znienacka  gryzie  jej  palce  u  stóp,  napina  się  cały  jak 

sprężyna,  po  jego  sierści  przebiega  seria  gwałtownych 

drgnięć  zapowiadających  skok  i  rzeczywiście  skacze, 

szarpie  prześcieradło,  zrywa  się  znowu  i  czepia  brzegów 

zasłony,  jakby  chciał  ją  zerwać,  by  jasno  i  dobitnie 

potępić jej kłamstwo wobec pisarza na ten temat. 

 

Mylił  się  więc  poeta  Cefanja  Bet  ha-Lachmi,  wujek 

background image

Bumek,  który  w  swoim  tomiku  Rymy  życia  i  śmierci 

napisał, że bez ustępstwa nie ma zgody, gdzie jest panna, 

tam  pan  młody.  Nie  miał  też  racji  reb  Alt  er  Drujanow, 

który  zawarł  w  swojej  Księdze  żartów  i  dowcipów 

opowiastkę  o  nieudolnym  mohelu,  który  spóźnił  się  na 

ceremonię  obrzezania:  przecież  kiedy  się  nad  tym 

zastanowić, żadne spóźnienie nie jest zabawne. Każde jest 

nieodwracalne.  Rację  miał  akurat  ten  gniewny 

wychowawca  czy  wicedyrektor,  doktor  Pesach  Jikhat, 

który wstał pod koniec spotkania i ze świętym oburzeniem 

stwierdził,  że  jedno  z  zadań  literatury  pięknej  polega  na 

tym, by od czasu do czasu  z nędzy i cierpienia wydobyć 

bodaj  szczyptę  pociechy  albo  odrobinę  dobroci.  Jak  to 

powiedzieć? By przynajmniej polizać nasze rany, jeśli się 

ich  nie  opatruje.  A  już  na  pewno  nie  powinna  literatura 

piękna  lubować  się  w  pustym  szyderstwie  i 

rozdrapywaniu ran, jak to czynią aż do znudzenia dzisiejsi 

pisarze.  Wszystko  u  nich  jest  satyrą.  Wszystko  tylko 

drwiną  i  parodią,  nawet  parodią  ich  samych,  wszędzie 

background image

tylko  zjadliwy  sarkazm,  wszędzie  pełno  nikczemności. 

Zdaniem  doktora  Pesacha  Jikhata  wypada  przynajmniej 

zwrócić im na to uwagę i uświadomić od czasu do czasu 

wagę ich czynów. 

Rachel wejdzie pod prysznic, spłucze się letnią wodą 

i  włoży  świeżą  koszulę  nocną.  Ta  także  ma  dwa  guziki 

pod szyją i Rachel zapnie oba. 

 

Jabłko upadło u stóp drzewa. 

Drzewo nad jabłkiem stoi. 

I żółknie. Jabłko marnieje, 

Drzewo zrzuca pożółkłe liście. 

Liście okrywają więdnące jabłko, 

A chłodny wiatr je rozwiewa. 

Jesień przechodzi w zimę ospałą, 

Drzewo jest gołe, jabłko spleśniało. 

Czas jest już bliski. Nie będzie bolało. 

 

Dziesięć 

minut 

po 

północy. 

Pomocnik 

background image

szwarccharakterów,  pan  Leon,  i  jego  giermek  Szlomo 

Chugi  siedzą  jeszcze  pod  klimatyzatorem  i  oglądają 

telewizję  w  wyremontowanym  salonie  u  państwa 

Chugich,  na  trzecim  piętrze  od  strony  podwórza. 

Przestronne  mieszkanie  złożone  z  dwóch  mniejszych, 

które  połączono  w  jedno,  na  osiedlu  bloków  w  Jad 

Elijahu.  Obaj  bezustannie  chrupią  fistaszki,  orzeszki, 

solone  migdały  i  pestki  słonecznika  przy  stole  nakrytym 

kwiaciastą  ceratą,  oglądają  razem  film  o  mordercach 

(żony  siedzą  w  kuchni  albo  w  drugim  pokoju,  bo  to  nie 

jest film dla widzów o słabych nerwach). 

Pan  Leon,  zwalisty,  łysy,  o  mętnoszarych  oczach  i 

pociesznie  małym  nosku  wyglądającym  jak  zabłąkany 

guzik  na  samym  środku  księżyca,  beszta  swojego 

gospodarza w przerwie na reklamy: 

– Mówię ci, uwierz mi, Chugi, lepiej zaraz cofnij to, 

co  powiedziałeś,  popatrz  się  na  stół,  kładę  tu  sto  szekli 

gotówką,  zakład,  że  to  nie  ten  Murzyn,  wcale  nie  on,  to 

ten  dentysta  zabił  wszystkich  trzech,  jednego  po  drugim, 

background image

pozabijał  ich  tym,  no,  jak  to  się  nazywa,  tym,  czym  się 

znieczula  przed  wyrywaniem  zęba,  tym  ich  wszystkich 

wykończył. Zaraz, zaraz, za chwilę sam zobaczysz, jak się 

machnąłeś  z  tym  całym  Murzynem,  kompletna  porażka, 

Chugi,  i  ten  błąd  za  pięć  minut  będzie  cię  kosztować 

równo  sto  szekli,  i  jeszcze  podziękujesz,  że 

powiedzieliśmy  sto.  Równie  dobrze  moglibyśmy  jak  nic 

powiedzieć nawet pięćset. 

Szlomo Chugi waha się, po czym zmienia zdanie: 

– Słuchaj, ja tam nic nie mówię, może to faktycznie 

ten dentysta zabija ich wszystkich po kolei, a nie Murzyn, 

a  ja  po  prostu  podejrzewam  niewinnego,  niedługo  się 

okaże.  Wszystko,  co  powiedziałem,  to  były  tylko  i 

wyłącznie moje prywatne przypuszczenia. Nic więcej. 

Po  dłuższej  chwili  Chugi  dodaje,  jakby  się 

wycofując: 

– Słuchaj, u nas, w judaizmie, zdaje mi się w traktacie 

Taanit, jest napisane: „Licznych zabójców ma Bóg”. 

I do tego jest komentarz rabbiego Dżanaha, że Bóg co 

background image

prawda „wejrzał na Abla i na dary jego”, ale tak naprawdę 

to wolał akurat Kaina. Dowód? Abel umarł młodo, jeszcze 

zanim  się  zdążył  ożenić,  i  wychodzi  na  to,  że  faktycznie 

my  wszyscy,  cała  ludzkość,  w  tym  także  my,  to  znaczy 

sam  naród  Izraela,  wszyscy  pochodzimy  od  Kaina,  a  nie 

od Abla. Nikomu, broń Boże, nie uwłaczając, rzecz jasna. 

Pan  Leon  zastanawia  się  nad  tym  chwilę,  przegryza 

parę orzeszków nerkowca i pyta: 

– I co z tego? Co chciałeś przez to powiedzieć? 

Na to Szlomo Chugi ze smutkiem: 

–  Kto?  Ja?  Co  ja  tam  wiem?  Pewnie  jest  o  tym 

jeszcze  więcej  w  judaizmie,  ale  ja  osobiście  jestem 

maluczki,  jak  to  się  mówi.  W  sumie  wiem  bardzo  mało. 

Tyle  co  nic.  Powiedz,  nie  szkoda  trochę,  że  On  wolał 

Kaina? Nie byłoby lepiej, gdyby zamiast tego wolał Abla? 

Ale na pewno miał jakiś powód. Nic na całym świecie nie 

dzieje się bez powodu. Nic. Absolutnie. Niechby nawet ta 

ćma. Albo włos w zupie. Co by to nie było, wszystko na 

świecie, bez wyjątku, świadczy nie tylko o sobie. Zawsze 

background image

świadczy  o  sobie  i  jeszcze  o  czymś  innym.  O  czymś 

ogromnym  i  strasznym.  W  judaizmie  to  się  nazywa 

„sprawy ukryte”. Takie, co znają tylko wielcy cadykowie 

na przeczystych wyżynach niebieskich. 

Pan Leon pokpiwa: 

– Ty naprawdę jesteś trochę stuknięty, Chugi. Nawet 

więcej niż trochę. Widać lasują ci tam mózg jak trzeba, ci 

nawracacze.  Ze  gadasz  nie  za  bardzo  do  rzeczy,  to  nic 

nowego. Ale ostatnio, od czasu jak wpadłeś w ich łapy, to 

już nie tylko gadasz od rzeczy, po prostu bredzisz. Co ma 

ćma do Kaina i Abla, możesz mi to wyjaśnić? Albo włos 

w zupie do świętych cadyków? Ty już lepiej nic nie mów, 

Chugi.  Wystarczy.  Cicho  bądź,  daj  popatrzeć.  Reklamy 

się skończyły. 

Szlomo  Chugi  zastanawia  się  nad  tym  przez  chwilę. 

Wreszcie,  z  poczuciem  winy  i  wstydu,  przyznaje  prawie 

szeptem: 

–  Szczerze?  Ja  sam  nie  rozumiem.  Rozumiem  coraz 

mniej. Faktycznie, najlepiej, jak nic nie będę mówił. 

background image

 

Juwal  Dahan  wychodzi  po  ciemku  na  taras,  kładzie 

się na hamaku swojej matki i nie zważając na nietoperze 

wylatujące  spomiędzy  liści  sykomory  ani  na  cienkie 

brzęczenie komarów, układa w myślach list do autora, w 

związku  z  wieczorkiem  literackim,  który  odbył  się  kilka 

godzin  temu  w  Centrum  Społecznym  im.  Szunii  Szora  i 

Siedmiu  Poległych  w  Kamieniołomie.  W  liście  chłopak 

wyrazi 

swój 

niesmak 

wobec 

suchej 

erudycji 

zaprezentowanej  przez  literaturoznawcę  w  prelekcji, 

postara się w kilku zdaniach wyrazić ogrom emocji, jakie 

wywołuje  w  nim  lektura  opowiadań  autora,  i  wyjaśni, 

dlaczego  uważa,  że  właśnie  ten  autor,  bardziej  niż 

ktokolwiek  inny  na  świecie,  będzie  w  stanie  zrozumieć 

jego wiersze, z których kilka ośmiela się dołączyć do listu 

z nadzieją, że autor znajdzie wolne pół godziny, by rzucić 

na nie okiem, a może nawet skreślić do niego dwa – trzy 

zdania. 

Na kilka minut Juwal Dahan oddaje się szczegółowej 

background image

fantazji  na  temat  autora:  przecież  on  także  ma  swoje 

cierpienia,  nie  takie  paskudne  jak  moje,  ale  na  pewno 

bolesne.  Można  to  wyczytać  między  wierszami  we 

wszystkich jego książkach. Być może On tak samo jak ja 

nie  może  zasnąć  tej  nocy?  Może  właśnie  o  tej  godzinie 

snuje  się  samotnie  po  ulicach,  nie  może  ani  nie  chce 

jeszcze  spać,  przechodzi  samotnie  z  ulicy  w  ulicę,  bez 

celu,  i  walczy  tak  samo  jak  ja  z  czarną  dziurą  w  piersi, 

zastanawiając się, czy istnieje jakikolwiek sens, a jeśli nie, 

to po co to wszystko? 

Może  niedługo  w  swoich  wędrówkach  zbłądzi 

przypadkiem  tutaj,  akurat  na  ulicę  Reinesa,  albo  nie 

przypadkiem,  bo  przecież  nic  na  świecie  nie  jest 

przypadkowe.  A  ja  akurat  zejdę  do  skrzynki  pocztowej, 

żeby  wysłać  list  do  niego,  i  spotkamy  się  na  końcu 

Gordona,  obaj  będziemy  bardzo  zaskoczeni  tym  nocnym 

spotkaniem,  a  autor  może  mi  zaproponuje,  żebym  go 

kawałek  odprowadził,  po  drodze  będziemy  mogli  trochę 

porozmawiać. Pójdziemy tak razem, rozmawiając, aż nad 

background image

brzeg morza i w  lewo, w stronę Jaffy, a jemu  nie będzie 

się  spieszyło,  żeby  się  ze  mną  rozstać,  zapomnimy  obaj, 

która godzina, bo on być może znajdzie we mnie coś, co 

przypomni  mu  samego  siebie  z  czasów  młodości,  więc 

pójdziemy  dalej,  pustymi  ulicami  w  stronę  osiedla 

Florentin  albo  może  ulicy  Bialika,  i  będziemy  tak 

rozmawiać  do  rana  o  jego  książkach  i  trochę  też  o 

wierszach, które napisałem,  o  życiu  i  śmierci,  i o  innych 

sprawach,  głębszych,  o  których  tylko  z  nim  mógłbym 

pomówić,  tylko  z  nim  i  z  nikim  innym,  ani  z  rodzicami, 

ani  z  siostrą,  ani  z  kimkolwiek  innym  oprócz  niego,  i  o 

cierpieniu  w  ogóle.  Bo  jemu  będę  mógł  o  tym 

opowiedzieć,  on  na  pewno  mnie  zrozumie,  w  lot  mnie 

zrozumie, zrozumie wszystko, zanim jeszcze skończę mu 

opowiadać,  i  może  od  tej  nocy  zacznie  się  między  nami 

jakiś osobisty związek, może on i ja od tej nocy staniemy 

się  przyjaciółmi,  albo  trochę  jakby  wychowawcą  i 

wychowankiem,  i  może  odtąd  wszystko  w  moim  życiu 

będzie trochę inne dzięki temu spotkaniu, do którego być 

background image

może  dojdzie  za  chwilę  tu  na  dole,  przy  skrzynce 

pocztowej? 

 

Dwa-trzy  tygodnie  później  autor  odpowie  krótko  na 

list 

Juwala 

Dahana-Dotana: 

„Z  zainteresowaniem 

przeczytałem  twoje  wiersze  i  znalazłem  w  nich  wielką 

powagę, 

oryginalność, 

świeżość 

języka, 

jednak 

zdecydowanie  powinieneś  okiełznać  nadmiar  emocji  i 

pisać wiersze z pewną dozą dystansu. Pisać tak, jakbyś ty 

jako  autor  wierszy  i  ty  jako  cierpiący  chłopak  nie  był 

jedną  i  tą  samą  osobą,  tylko  dwiema  różnymi,  i  jakby 

autor  patrzył  na  cierpiącego  chłopaka  chłodnym 

wzrokiem,  z  daleka  i  z  niejakim  rozbawieniem.  Może 

spróbowałbyś  na  przykład  pisać  tak,  jakby  dzieliły  was 

setki  lat,  to  znaczy  człowieka  w  wierszu  od  człowieka 

piszącego  wiersz,  to,  co  bolesne,  od  czasu,  w  którym 

piszesz? 

PS.  Na  marginesie,  nie  do  końca  masz  słuszność, 

pisząc  w  tak  surowych  słowach  o  prelegencie,  panu  Bar 

background image

Orjanie. 

Wprawdzie, 

jak  się  wydaje,  nie  jest 

najserdeczniejszym  człowiekiem  pod  słońcem  i  przykro 

mi, że pod koniec wieczoru, kiedy zwróciłeś się do niego, 

zbył  cię  dość  obcesowo,  ale  zdecydowanie  nie  należy  o 

nim mówić, że «życie jest mu obce»: od wielu już lat żyje 

samotnie 

parterowym 

mieszkaniu 

na 

Adama 

ha-Kohena. Jest dwukrotnym  wdowcem,  nauczycielem w 

Seminarium  Kibucowym.  Na  pewno  nie  wiedziałeś,  że 

Aja, jego jedyna córka, zerwała z nim wszelkie kontakty, 

mając  zaledwie  szesnaście  i  pół  roku,  a  następnie 

przybrała imię Joseline, pokręciła się dwa lata po Nowym 

Jorku, pozując do zdjęć w czasopismach erotycznych, po 

czym nawróciła się na ortodoksję i wyszła za osadnika z 

Elon More, i teraz, już od dwóch albo trzech tygodni, pan 

Bar  Orjan  jest  w  ciężkiej  rozterce,  czy  ma  nadal  nie 

odzywać się do córki, czy raczej nagiąć swoje sumienie i 

zasady,  zgadzając  się,  tylko  raz,  pierwszy  i  ostatni, 

przekroczyć  zieloną  linię  i  wjechać  na  terytoria 

okupowane, żeby odwiedzić po raz pierwszy własną córkę 

background image

osadniczkę i wziąć w objęcia wnuka, małego osadnika”. 

 

Albo weź na ten przykład takiego Owadję Chazama, 

tego z firmy Isratax, to ten człowiek, co wygrał na loterii, 

rozwiódł  się,  zaczął  hulać,  pożyczał  pieniądze  jak  leci 

każdemu,  kto  go  poprosił,  rozbijał  się  po  mieście 

niebieskim  buickiem,  ofiarował  datki  na  nowe  rodały  dla 

synagog,  z  własnej  kieszeni  finansował  piracką  stację 

radiową  z  misją  nawracania  na  ortodoksję,  trwonił 

majątek  bez  opamiętania,  i  na  cele  dobroczynne,  i  na 

młode  rozwódki  z  Rosji,  kupował  ziemię  na  terytoriach 

okupowanych,  mocno  angażował  się  w  życie  polityczne, 

w ciągu dwóch lat sześć razy zmieniał mieszkanie, ożenił 

swojego  starszego  syna  z  Lucy,  wicemiss  bikini,  a 

wystawne  wesele  zaszczycili  swoją  obecnością  i  Icchak 

Szamir,  i  Szimon  Peres,  obcałowywały  go  setki  gości,  a 

on,  w  błękitnym  jedwabnym  garniturze,  z  rożkiem 

śnieżnobiałej 

chusteczki 

kieszeni 

marynarki, 

obejmował i mocno przyciskał do piersi każdego z gości, 

background image

mężczyzn  i  kobiety,  posłów  do  Knesetu,  handlarzy 

nieruchomości,  artystów,  dziennikarzy  z  lokalnej  prasy, 

każdego  obejmował  i  ściskał  z  całej  siły,  ze  łzami 

wzruszenia,  żartował  tubalnym  głosem,  zmuszał 

wszystkich,  by  posmakowali  –  chociaż  posmakowali  – 

coraz to nowych weselnych specjałów i wychylili jeszcze 

jeden kieliszek za jego  zdrowie,  a teraz leży,  w wilgoci i 

ciemności,  na  oddziale  wewnętrznym  B  w  szpitalu 

Ichiłowa, na przepoconym  łóżku,  między  dwoma  innymi 

konającymi,  na  przesiąkniętej  moczem  pościeli,  z 

nozdrzami i brzegami warg oblepionymi zakrzepłą krwią, 

ze świstem i bólem czerpie tlen z maski zakrywającej mu 

usta  i  nos,  jego  pierś  wznosi  się  i  opada,  zamroczony 

zastrzykiem  morfiny  przypomina  sobie  jak  przez  mgłę 

mnóstwo  rąk,  które  głaskały  go  po  głowie,  ramionach  i 

piersiach,  płaczącą  kobietę  (albo  kobiety?),  i  nagle  z 

zamkniętymi  oczami  widzi  krajobrazy  znad  źródeł 

Jordanu:  między  dwoma  strumieniami  rozciąga  się 

skąpany w świetle, rojący się chórami ptaków cienisty las 

background image

eukaliptusów.  Potężnych  drzew,  bliższych  przyrodzie 

nieożywionej niż florze. Jest tam cicho i spokojnie. Prócz 

śpiewu 

ptaków 

szumiącego 

wysoko 

wiatru 

przemykającego  się  raz  po  raz  między  liśćmi,  panuje  tu 

cisza,  głęboka  i  zupełna.  Jedna  niewidoczna  pszczoła 

brzęczy zanurzona w świetle. Odpowiadają jej dwa ptaki. 

Bo jakiś czas temu na całą Galileę spadł ulewny deszcz, a 

wraz  z  nim  gromy  i  wichry.  Teraz  wszystko  ucichło. 

Powietrze  jest  lśniące,  przejrzyste,  cała  równina 

rozciągająca  się  stąd  aż  do  podnóży  gór  jest  przepojona 

czystym blaskiem. Woda obu strumyków łagodnie faluje. 

Niekiedy  na  jej  powierzchni  błyska  kędzior  piany  albo 

ławica  ryb  przemyka  jak  bezgłośna  pieszczota  pod  taflą. 

Opadające  powoli  i  nieustannie  liście  szeleszczą, 

szeleszczą bez przerwy aż po samo dno mrocznej głębiny 

ziejącej pod maską tlenową, a od czasu do czasu rozlega 

się charknięcie, zdławiony, gardłowy chrobot, jak odgłos 

opony  ślizgającej  się  po  grubym  żwirze,  dźwięk,  który 

wdziera  się  teraz  do  snu  Riki,  kelnerki,  i  sprawia,  że 

background image

wydaje  ona  dwa  przestraszone  łkające  dźwięki  i  senną 

ręką usiłuje odegnać jakiś złowrogi cień, pochylający się 

nad  nią  i  zalegający  na  jej  posłaniu  w  ciemności. 

Przebiegły, cierpliwy i dobroduszny był Beri Kacenelson, 

który  umiał  dyskretnie  doprowadzać  do  skutku 

dobroczynne dzieła, choćby nawet pokrętnymi sposobami: 

marne, komiczne i straszne są te nasze sprawy. 

 

Na dworze jest jeszcze ciepło, wilgotno i zalega gęsta 

ciemność.  Autor  zapali  teraz  ostatniego  papierosa,  a 

potem  pójdzie  spać.  Przez  okno  dobiegają  do  niego 

odgłosy godziny czwartej nad ranem: cykanie deszczowni 

na  trawniku,  urywane  wrzaski  przerażenia  wydawane 

przez  zaparkowany  w  dole  ulicy  samochód,  który  nie 

może  już  dłużej  znieść  nocnej  samotności.  Cichy  płacz 

mężczyzny  w  sąsiednim  mieszkaniu  za  ścianą.  Gdzieś  w 

pobliżu  krzyk  nocnego  ptaka,  który  widzi  teraz  to,  co 

pozostaje  jeszcze  ukryte  przed  tobą  i  przede  mną. 

Powiedz, czy nie obiło ci się o uszy nazwisko Cefanja Bet 

background image

ha-Lachmi?  Rymy  życia  i  śmierci?  Nie?  Owszem, 

drugorzędny  poeta,  autor  piosenek,  którego  wiersze  były 

kiedyś  w  kraju  dość  znane,  ale  z  biegiem  lat  poszły  w 

zapomnienie.  To  ten  poeta,  który  pomylił  się  w  kwestii 

panny  i  pana  młodego.  I  proszę,  teraz,  gdy  nocny  ptak 

przestał już krzyczeć, czytam w wieczornej gazecie, która 

na  mnie  czekała  koło  łóżka,  że  wczoraj  nad  ranem  w 

Raananie, mając dziewięćdziesiąt siedem lat, poeta zmarł 

we śnie na atak serca. Czyż od czasu do czasu nie warto 

zapalić  na  chwilę  światła,  by  zobaczyć,  co  się  dzieje? 

Jutro  też  będzie  gorąco  i  wilgotno.  A  w  gruncie  rzeczy 

jutro to dzisiaj. 

 

background image

Postaci 

 

Autor   

Riki:  kelnerka.  Kiedyś  była  zakochana  w  Charliem, 

rezerwowym  bramkarzu  drużyny  Bnei  Jehuda,  który  w 

przypływach czułości nazywał ją „Gogog”. 

Charlie:  rezerwowy bramkarz  drużyny  Bnei  Jehuda. 

Świetnie się bawił w Ejlacie z Riki, a także z Lucy. Teraz 

ma  w  Cholonie  zakład  produkujący  słoneczne 

podgrzewacze wody, które eksportuje nawet na Cypr. 

Lucy: wicemiss bikini. Ona też bawiła się w Ejlacie z 

tymże  Charliem.  Ostatecznie  wyszła  za  syna  Owadii 

Chazama z firmy Isratax i urządzili wystawne wesele. 

Pan Leon: pomocnik szwarccharakterów. Energiczny 

i gruby. 

Szlomo  Chugi:  giermek pana Leona. Rozumie coraz 

mniej. 

Owadja  Chazam:  pracował  w  firmie  Isratax.  Miał 

niebieskiego  buicka.  Woził  nim  po  ulicach  miasta  kilka 

background image

bliskich przyjaciółek, imigrantek z Rosji. Teraz jest chory 

na raka, leży w szpitalu i nie wymieniają mu woreczka na 

mocz, który się zapełnił. 

Syn  Owadii  Chazama:  ożenił  się  z  Lucy,  wicemiss 

bikini. Na wesele przyszli Icchak Szamir i Szimon Peres. 

Szunja 

Szor 

Siedmiu 

Poległych 

Kamieniołomie:  Szunja  Szor  był  mechanikiem, 

ideologiem  i  kompozytorem  pieśni  ludowych.  W  roku 

5697  (1937)  wraz  z  innymi  siedmioma  pracownikami 

kamieniołomu  Tel  Chazon  został  zamordowany  przez 

młodych  Arabów,  którzy  postanowili  wypędzić  Żydów  z 

Palestyny.  Dom  Ludowy,  który  stał  się  Centrum 

Społecznym,  gdzie  autor  spotkał  się  z  gronem  swoich 

czytelników,  został  nazwany  imieniem  Szunii  Szora  i 

Siedmiu Poległych w Kamieniołomie. 

Jeroeham  Szdemati:  kaowiec.  Dyrektor  Centrum 

Społecznego  im.  Szunii  Szora  i  Siedmiu  Poległych  w 

Kamieniołomie.  Miał  zwyczaj  lizać  znaczki  pocztowe 

całą szerokością języka. Schorowany człowiek. 

background image

Reb  Artur  Drujanow:  autor  Księgi  żartów  i 

dowcipów. 

Rochele  Reznik:  lektorka.  Kolekcjonuje  pudełka  po 

zapałkach ze słynnych hoteli całego świata. 

Jakir  Bar  Orjan  (Zytomirski):  literaturoznawca. 

Wdowiec. Jego jedyna córka jest żoną znanego osadnika z 

Elon More. 

Cefanja  Bet  ha-Lachmi:  poeta.  Naprawdę  nazywał 

się,  o  ile  mi  wiadomo,  Abraham  (Bumek)  Schuldenfrei. 

Autor Rymów życia i śmierci. Mylił się w pewnej sprawie. 

Beri  Kacenelson:  na  portrecie  wiszącym  na  ścianie 

wygląda przebiegle i dobrodusznie. 

Miriam Nehorait: miłośniczka kultury. Gotuje gęste 

kompoty.  Dzieci  z  osiedla  przezywają  ją  za  plecami 

„Miriam Norait”, czyli „Straszna Miriam”. 

Jechiel  Nehorai:  mąż  Miriam  Nehorait.  Zginął  w 

wypadku  samochodowym  dziewięć  lat  temu,  pełniąc 

misję syjonistyczną w Montevideo. 

Juwal 

Dahan-Dotan: 

bardzo  młody  poeta. 

background image

Nieszczęśliwy. 

Doktor  Pesach  Jikhat:  doświadczony  wychowawca 

albo  wicedyrektor,  patrzący  bardzo  surowym  okiem  na 

nowoczesne kierunki literackie. 

Joselito:  kot Rochele  Reznik.  Zazdrosny.  Zna  się  na 

zegarku. I wywołuje w niej poczucie winy. 

Wujek 

Osja: 

stroiciel  fortepianów.  Malarz 

pokojowy.  Kiedyś,  przed  wielu  laty,  przez  zapomnienie 

zostawił  autora  (będącego wówczas  dzieckiem)  w  aptece 

„Bracia Pogrobinscy”. Niektórzy mówią też, że przez rok 

albo  dwa  ukrywał  u  siebie  w  suterenie  przy  ulicy 

Brennera siostrzenicę Lwa Trockiego. 

Poseł  do  Knesetu  Szmuel  Mikunis  (z  Izraelskiej 

Partii  Komunistycznej):  pewnego  razu  wujek  Osja 

prawie  go  pobił,  ale  później,  kiedy  obaj  zachorowali  w 

tym samym roku na tę samą chorobę, zaprzyjaźnili się, a 

nawet nawzajem pielęgnowali. 

Madame  Pogrobinskaja  (z  apteki  „Bracia 

Pogrobinscy”):  zaciągnęła  autora,  będącego  jeszcze 

background image

dzieckiem, do ciemnej klitki na zapleczu, gdzie pokazała 

mu i wyjaśniła szeptem. 

Niska  kobieta  w  okularach  i  spodniumie  w 

biało-zielone  pasy:  mama  Sagiwa,  który  nigdy  nie 

widział  z  bliska  żywego  pisarza,  dlatego  bardzo  jej 

zależało,  by  Sagiwi  zobaczył  autora.  Rozmawiała  kiedyś 

w sklepie spożywczym z panią Leą Goldberg. 

Sagiw:  ma  niecałe  dziewięć  lat.  Milczy.  Wcale  nie 

chce zobaczyć autora, a tylko wyswobodzić się i uciec, ale 

mama trzyma go przez cały czas bardzo mocno za ramię, 

trochę powyżej łokcia. 

Lizawieta  Kunicyn:  sąsiadka.  Z  zawodu  optyk. 

Przypadkowo wyjrzała i zobaczyła. 

Lizawieta 

Szuminer: 

matka 

Jerochama 

Szdematiego. Umarła w Charkowie sześćdziesiąt sześć lat 

temu.  Marzyła,  by  zostać  słynną  śpiewaczką.  Jej 

siedemdziesięciodwuletni syn nadal czasami o niej śni. 

Aja  (Joseline):  córka  Jakira  Bar  Orjana.  Kiedyś 

pozowała nago do zdjęć w Nowym Jorku, a teraz jest żoną 

background image

znanego osadnika z Elon More. 

Niemowlę:  syn  osadnika  i  Ai,  wnuk  Jakira  Bar 

Orjana. 

Arnold Bartok: pośledni działacz partyjny, kościsty, 

nosi  okulary.  Został  wydalony  z  sekretariatu  koła,  a 

następnie zwolniony z pracy na pół etatu przy sortowaniu 

paczek  w  prywatnej  firmie  kurierskiej.  Interesuje  się 

życiem  wiecznym.  Prawdopodobnie  przyszedł  na 

wieczorek literacki tylko po to, by szydzić z autora. 

Ofelia: niepełnosprawna matka Arnolda Bartoka. Ma 

osiemdziesiąt  osiem  lat  i  sparaliżowane  nogi.  Jest  zdana 

na 

nocnik. 

Sypia 

na 

jednym 

materacu 

sześćdziesięcioletnim  synem,  którego  na  złość  uparcie 

nazywa Arale, chociaż ten ma na imię Arnold, nie Arale, i 

mówił jej o tym już tysiąc razy. 

Krępy stróż nocny: stoi i oddaje mocz. 

Fotograf  z  czasów  sepiowych  zdjęć:  ustawia 

wszystkich i mówi, kiedy się uśmiechnąć i nie ruszać. 

Kocur  Miriam  Nehorait:  nie  usłyszał  polecenia 

background image

fotografa, poruszył się w czasie robienia zdjęcia i dlatego 

wyszedł z trzema – czterema ogonami. 

Dwóch  żonatych  synów  Miriam  Nehorait: 

ginekolodzy w Nowym Jorku, jeden z nich żonaty z córką 

Lizawiety Kunicyn. 

Wnuczka  stryjeczna  Jerochama  Szdematiego:  ma 

czternaście i pół roku, ale nadal zadaje się jej zagadki jak 

dla małych dziewczynek. 

Brat  Jerochama  Szdematiego,  lekarz:  powiedział 

Jerochamowi  Szdematiemu,  że  przy  jego  chorobie  krwi 

szanse wyzdrowienia są niewielkie. 

Zona  pana  Leona  i  żona  Szlomy  Chugiego:  obie 

wysłano do kuchni, ponieważ film w telewizji nie był dla 

nich odpowiedni. 

 

Arad 2006