background image

NORA ROBERTS

SZCZYPTA MAGII

background image

ZAUROCZONY

Dla moich cudownych przyjaciół w tym życiu

i wszystkich innych

background image

PROLOG

Miłości,   moja   miłości.   Wpuść   mnie   w   swoje   sny.   Otwórz   serce,   wysłuchaj   mego  

wołania. Calinie, tak bardzo cię potrzebuję. Nie odwracaj się teraz ode mnie, bo wszystko  

będzie stracone. Ja będę stracona. Miłości, moja miłości!

Calin niespokojnie przewrócił się na bok i ukrył twarz w poduszce. Wyczuwał ją obok 

siebie: miękka i wilgotna skóra, delikatne, przynoszące ukojenie dłonie. I znowu we śnie 

powędrował po osnutych chłodnymi i cichymi mgłami zielonych wzgórzach, które ciągnęły 

się po horyzont. I czuł ów czarodziejski zapach kobiety.

Zamek wznosił się na szczycie srebrnego klifu, którego ostra grań wymierzona była w 

niebo, a podstawę okrywały kłęby mgły płynącej niczym rzeka. Uprząż zadźwięczała ostro, 

gdy zostawiwszy za sobą zielone wzgórza, Calin jechał w górę po zboczu. Na zachodzie nad 

otwartym morzem zadudnił grzmot i odbił się echem w sercu wojownika.

Czy czekała na niego?

Jego oczy, szare jak kamienie, z których  zbudowano zamek, obserwowały czujnie 

skały i mgłę w poszukiwaniu kryjówki, gdzie mógł czaić się wróg. Popędzając wierzchowca 

nierówną ścieżką przecinającą klif, świadom był, że niesie ze sobą odór wojny i śmierci, który 

wcisnął się w jego skórę, tak samo jak wspomnienia wciskały się w jego myśli.

Ani ciała, ani umysłu nigdy nie da się z nich oczyścić.

Miecz trzymał w pogotowiu. W takich miejscach trzeba stale mieć się na baczności. 

Tutaj magia unosi się w powietrzu, może czule objąć lub zagrozić. Tutaj wróżki knują intrygi 

lub tańczą na skałach, a czarownice rzucają dobre lub złe zaklęcia.

Zamek   stał   na   szczycie   samotnego   klifu,   górował   nad   wzburzonym   morzem, 

zazdrośnie strzegąc swoich sekretów. Każdy, kto tędy przejeżdżał, słyszał szepty starych i 

nowych duchów.

Czy na niego czekała?

Kopyta konia stukały melodyjnie o kamienie, aż wreszcie dotarli na równy grunt Calin 

zeskoczył z siodła przy stołpie w tej samej chwili, gdy czarne niebo rozdarła oślepiająco biała 

błyskawica.

Była  tam,  właśnie  tam,  wyczarowana  z  miotanego  wichrem  powietrza.   Włosy  jak 

płomienie  

spadały  

na   pelerynę   barwy   gołębich   piór,   alabastrową   skórę   ożywiał   lekki 

rumieniec, pełne usta uśmiechały się na powitanie. Niebieskie oczy błyszczały jak gwiazdy i 

były tak samo pełne mocy.

Serce zabiło mu mocniej, krew zawrzała z miłości, pożądania, tęsknoty.

background image

Zbliżyła   się   ku   niemu   przez   mgłę,   a   jej   piękność   go   oszołomiła.   Ze   wzrokiem 

utkwionym   w   jej   oczach   odwrócił   się,   pragnąc   wziąć   w   ramiona   kobietę,   która   była 

czarownicą i kochanką.

- Caelanie z Farrell, tak daleko jechałeś w tę mroczną noc. Czego ode mnie chcesz?

-   Bryno   Mądra,   witaj.   -   Jego   twarde   wyraziste   usta   rozjaśnił   uśmiech.   -   Pragnę 

wszystkiego.

- Tylko wszystkiego? - Roześmiała się cicho, gardłowo. - To wystarczy. Czekałam na 

ciebie.

I już zarzuciła mu ramiona na szyję, uniosła usta ku jego wargom. Przyciągnął ją 

bliżej, złakniony jej ciała, gwałtownie pragnąc przyjąć wszystko, co mu da, i jeszcze więcej.

- Czekałam na ciebie - powtórzyła łamiącym się głosem, przytulając twarz do jego 

ramienia. - I tym razem trwało to niemal za długo. Jego moc rośnie, podczas gdy moja maleje. 

Nie potrafię walczyć z nim sama. Alasdair jest zbyt  potężny, jego mroczna siła staje się 

nazbyt  zachłanna. Och, mój  kochany. Mój  kochany,  dlaczego  wyrzuciłeś  mnie  ze  swego 

umysłu i serca?

Odsunął  ją  od siebie.   Zamek zniknął,  pozostały tylko  opustoszałe   ruiny,   straszące 

śladami po bitwie. Stali w cieniu tego, co było, przed małym domkiem, wokół którego bujnie 

rozkwitały kwiaty. Ich odurzający aromat unosił się w powietrzu. Burza była blisko. Calin 

wciąż trzymał w ramionach kobietę.

- Mało mamy czasu - powiedziała. - Musisz przyjść. Calinie, musisz do mnie przyjść. 

Nie można sprzeciwiać się przeznaczeniu, nie da się złamać zaklęcia. Jeśli nie będziesz przy 

mnie, on zwycięży.

Pokręcił głową, zaczął coś mówić, lecz uniosła dłoń ku jego twarzy. Dłoń przeszła 

przez niego, jakby był duchem. Albo jakby ona była zjawą.

- Kocham cię od początku czasu. - Cofnęła się, a wokół jej nóg wirowała mgła. - Na 

zawsze jestem z tobą związana.

Wyciągnęła   ręce  ku niebu   i zamknęła   oczy.   Wiatr ryczał   jak  lew  wypuszczony z 

klatki, rozwiewał jej ogniste włosy, szarpał peleryną.

- Niewiele mi pozostało - zawołała ponad gwałtownym szumem wichru - wciąż jednak 

umiem przywołać wiatr! Wciąż umiem trafić do twojego serca. Nie zamykaj go przede mną, 

Calinie. Przyjdź do mnie szybko. Znajdź mnie, bo inaczej będę stracona.

A   potem   już   jej   nie   było.   Zniknęła.   Ziemia   zadrżała   pod   jego   stopami,   niebo 

zadudniło.   Zapadła   cisza,   wszystko   wokół   znieruchomiało.   Obudził   się,   z   trudem   łapiąc 

powietrze. I szukając jej koło siebie.

background image

1

Calinie Farrell, potrzeba ci urlopu.

Cal napił się kawy i dalej w  zadumie  patrzył  przez kuchenne  okno. Nie wiedział 

właściwie, dlaczego tu przyjechał, by słuchać, jak zatroskana matka zrzędzi, a ojciec, siedząc 

przy stole, pogwizduje, starannie wiążąc sztuczne muchy. Ogarnęła go jednak gwałtowna i 

głęboka chęć odwiedzenia domu dzieciństwa, spędzenia godziny lub dwóch w tej schludnej 

kuchni w Brooklyn Heights. Zobaczenia rodziców.

- Może. Zastanawiam się nad tym.

- Za ciężko pracujesz - stwierdził ojciec, krytycznie przyglądając się swojemu dziełu. - 

Może  pojedziesz  z  nami do Montany na kilka  tygodni?  Najlepsze w  świecie  miejsce  do 

łowienia na muchę. Weź aparat. - John Farrell podniósł głowę i uśmiechnął się. - Potraktuj to 

jak urlop naukowy.

Propozycja była kusząca. Calin nigdy nie entuzjazmował się łowieniem ryb tak bardzo 

jak ojciec, ale Montana to piękny stan. I ogromny. Cal pomyślał, że mógłby się tam zagubić. 

Pozbyć niepokoju. I snów.

- Parę tygodni w czystym powietrzu dobrze ci zrobi. - Sylvia Farrell przyjrzała się 

synowi przez zmrużone powieki. - Jesteś blady i wyglądasz na zmęczonego, Calinie. Musisz 

na jakiś czas wyjechać z tego miasta.

Chociaż całe życie spędziła w Brooklynie, o Manhattanie zawsze mówiła „to miasto" - 

z lekką pogardą i irytacją w głosie.

- Myślałem, żeby gdzieś się wybrać.

- To dobrze. - Matka zabrała się do szorowania blatów. Następnego dnia wyjeżdżali, a 

Sylvia Farrell nie zamierzała zostawić po sobie ani okrucha, ani pyłka. - Za ciężko pracujesz, 

Calinie. Co nie  znaczy, że nie  jesteśmy  z ciebie dumni.  Po twojej  ostatniej  wystawie  w 

zeszłym miesiącu ojciec tak się przechwalał, że sąsiedzi chowali się na jego widok.

-   Nie   co   dzień   człowiek   widzi   fotografie   swojego   syna   w   muzeum.   Najbardziej 

podobały mi się akty - dodał John, mrugając znacząco.

- Ty stary głupcze - fuknęła Sylvia na męża, choć usta jej drgały. - Pamiętasz, Calinie, 

miałeś osiem lat, kiedy pod choinkę podarowaliśmy ci tamten mały aparat. Kto by pomyślał, 

że dwadzieścia dwa lata później będziesz bogaty i sławny? Ale bogactwo i sława zawsze mają 

swoją cenę. - Ujęła twarz syna w dłonie i przyjrzała mu się bacznie, po matczynemu. Pod 

oczami miał cienie, policzki wychudzone Martwiła się o mężczyznę, którego wychowała, i o 

chłopca, który zawsze wydawał się... jakiś inny, niezwykły. - I ty ją płacisz. - Nic mi nie jest. 

background image

- W jej wzroku wyczytał troskę, więc się uśmiechnął. - Tylko niezbyt dobrze sypiam.

Sylvia   pamiętała   tamten   okres   w   przeszłości,   kiedy   jej   syn   chodził   blady,   z 

zapadniętymi   oczami,   bo   cierpiał   na   bezsenność.   Ponad   jego   ramieniem   wymieniła 

pośpieszne spojrzenie z mężem.

- A byłeś u lekarza?

- Mamo, nic mi nie jest. - Zorientował się, że w jego zbyt ostrym głosie zabrzmiała 

obronna nuta. Z wysiłkiem postarał się mówić lżejszym tonem. - Czuję się doskonale.

- Nie dokuczaj chłopcu, Syl. - Lecz John również przyglądał się uważnie synowi, bo 

tak jak żona pamiętał chłopca, który rozmawiał z cieniami, lunatykował i śnił o czarownicach, 

krwi oraz bitwach.

- Nie dokuczam. To tylko troska matki. - Sylvia zmusiła się do uśmiechu. - Nie chcę, 

żebyście się martwili. Jestem tylko trochę zmęczony, to wszystko.

To wszystko, pomyślał z determinacją. Nie jest inny, nie jest dziwny. Czyż batalion 

lekarzy, do których w dzieciństwie prowadzali go rodzice, nie stwierdził jedynie wybujałej 

wyobraźni? I czy w końcu nie znalazła ona ujścia w fotografii?

Teraz już nie widywał nieistniejących rzeczy.

Sylvia pokiwała głową, tłumacząc sobie, że musi zaakceptować słowa syna.

-   Nic   dziwnego,   przez   ostatnich   pięć   lat   pracujesz   bez   wytchnienia.   Potrzebujesz 

odpoczynku i spokoju. I kogoś, kto by cię rozpieszczał.

-   Montana   -   powtórzył   John.   -   Kilka   tygodni   łowienia   ryb,   świeżego   powietrza   i 

żadnych trosk.

- Jadę do Irlandii. - Wypowiedział te słowa, nim sobie uświadomił, że taki pomysł 

zagościł mu w głowie.

- Do Irlandii? - Sylvia zacisnęła usta. - Chyba nie będziesz tam pracował, Calinie.

- Nie, chcę... ją zobaczyć - odrzekł po chwili. - Po prostują zobaczyć. Kiwnęła głową 

zadowolona. Więc to będą wakacje, jednak wakacje.

- Chyba  miło spędzisz  czas. Mówią, że  to spokojny kraj.  Zawsze chcieliśmy tam 

pojechać, prawda, John?

Mąż mruknął potwierdzająco.

- Będziesz szukał przodków, Cal?

- Niewykluczone. - Decyzja został podjęta. Cal znowu wypił łyk kawy i uświadomił 

sobie, że jedzie czegoś szukać. Albo kogoś.

Padało,   kiedy   wylądowali   na   lotnisku   Shannon.   Zimny   późnowiosenny   deszcz 

pasował do nastroju Cala. Całą prawie podróż przez Atlantyk przespał, dręczony ścigającymi 

background image

go snami. Przeszedł przez odprawę celną, wynajął samochód, wymienił pieniądze. Wszystko 

to   robił   z   mechaniczną   wprawą   doświadczonego   podróżnika.   Skończywszy   załatwiać 

formalności, starał się nie martwić, odsuną/ć od siebie myśl, że dopadł go jakiś, kryzys.

Zajął miejsce za kierownicą wynajętego auta i siedział w mroku, zastanawiając się, co 

robić, dokąd jechać. Miał trzydzieści lat, był uznanym fotografikiem, który sam dyktował 

ceny i ustalał tematykę zdjęć. Wciąż uważał za niebywałe szczęście, że swoją pasją może 

zarabiać na życie. Chwytał to, co dostrzegał w krajobrazie, twarzy, świetle, cieniu i fakturze, i 

przenosił na kliszę.

To prawda, że przez ostatnich kilka lat pogrążył się w pracy i prawie w ogóle nie 

odpoczywał. Nawet teraz bagażnik wynajętego volva załadowany był sprzętem, a ulubiony 

nikon spoczywał w futerale na siedzeniu pasażera. Nie mógłby się go pozbyć - nie chciał 

zostawiać tego, co kocha.

Nagle przeszedł go dziwny chłodny dreszcz i przez ułamek sekundy wydawało mu się, 

że słyszy kobiecy płacz.

To tylko deszcz, powiedział sobie, przecierając dłońmi po twarzy. Miał przystojną, 

pociągłą i wąską twarz, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi odziedziczonymi po 

celtyckich   przodkach.   Noś   prosty,   usta   zdecydowane   i   zgrabnie   wykrojone.   Często   się 

uśmiechały - do niedawna.

Oczy były szare - głęboką czystą szarością bez śladu zieleni czy błękitu, a ciemne brwi 

często marszczyły się w zamyśleniu. Czarne, gęste włosy opadały na kołnierz. Artystyczny 

wygląd, który pociągał wiele kobiet.

I znowu - do niedawna. Calin zamyślił się nad faktem, że od miesięcy nie miał żadnej 

kobiety - od miesięcy żadnej nie pragnął. To też z powodu przepracowania? Skutek uboczny 

stresu? Dlaczego zresztą miałby przeżywać stres, skoro jego kariera błyskawicznie posuwała 

się   naprzód?   Był   też   zdrowy.   Kilka   tygodni   temu   poddał   się   kompleksowym   badaniom 

lekarskim.

Ale   nie   powiedziałeś   lekarzowi   o   swoich   snach,   prawda?,   pomyślał.   Tych   snach, 

których nie mógł sobie dokładnie przypomnieć po przebudzeniu. Snach, które - musiał to 

przyznać - kazały mu przebyć tysiące kilometrów na drugi brzeg oceanu.

Nie, cholera jasna, nie powiedział o nich lekarzowi. Nie zamierzał przechodzić tego 

wszystkiego od początku. Aż nadto miał psychiatrów, którzy w młodości grzebali i szperali 

mu w psychice, sprawiając, że czuł się obnażony, bezradny, niemądry. Teraz był dojrzałym 

mężczyzną i sam mógł sobie poradzić ze snami.

Jeśli nawet przeżywał załamanie, to jest ono całkiem niegroźne i da się je wyleczyć 

background image

odpoczynkiem, relaksem, zmianą otoczenia.

Po to właśnie przyjechał do Irlandii. Tylko po to.

Przekręcił kluczyk i ruszył przed siebie bez celu.

Już  wcześniej  miał   takie  sny,  kiedy  był   chłopcem.   Też  były   wyraziste,  aż  nazbyt 

realne. Zamki, czarownice i kobieta z wijącymi się płomiennymi włosami. Przemawiała do 

niego z tym śpiewnym irlandzkim akcentem. A czasami używała języka, którego nie znał, 

lecz i tak rozumiał.

W snach była młodą dziewczyną: ta sama kaskada włosów, te same błękitne oczy. 

Śmiali   się   i   bawili   w   niewinne   dziecięce   zabawy.   Pamiętał,   że   rodzice   reagowali 

rozbawieniem, kiedy opowiadał o swojej przyjaciółce. Puszczali to mimo uszu, uważając jego 

historię za naturalny wytwór wyobraźni towarzyskiego jedynaka.

Niepokoili się jednak, kiedy wszystko wskazywało na to, że znał i widywał różne 

rzeczy  albo   opowiadał   o   miejscach   i   ludziach,   o   których   w   żadnym   razie   nie   mógł   nic 

wiedzieć. Martwili się, gdy co noc rzucał się niespokojnie, a potem wstawał, zaczynał chodzić 

po domu i mówić, pogrążony w głębokim śnie.

Tak   więc   po   owej   procesji   lekarzy   i   terapeutów,   niekończących   się   sesjach   i 

badawczych   spojrzeniach,   których   zdaniem   dorosłych   dzieci   nie   potrafią   zinterpretować, 

Calin przestał opowiadać o swoich snach.

On dorastał i dziewczyna także. Wysoka, szczupła i śliczna, miała młode jędrne piersi, 

wąską   talię,  długie  nogi.  Zaczęła  w   nim   budzić  uczucia   i  pragnienia,  które   nie  były  już 

całkiem niewinne.

To go przeraziło, a jednocześnie rozgniewało. Aż wreszcie odciął się od łagodnego 

głosu, wołającego go nocami, od obrazu nawiedzającego jego sny. I wówczas się skończyły. 

Wtedy też w umyśle Cala ucichł ów szept, który wskazywał mu, gdzie są zgubione klucze, 

albo kazał sięgać po telefon na ułamek sekundy przed dzwonkiem.

Powiedział sobie, że dobrze się czuje w takiej rzeczywistości. Sam ją wybrał. I teraz 

też   tak   zrobi.   Przyjechał   tutaj   tylko   po   to,   żeby   sobie   udowodnić,   że   jest   normalnym 

człowiekiem cierpiącym na skutek przepracowania. Zanurzy się w atmosferze Irlandii, zrobi 

zdjęcia, które sprawią mu przyjemność. A jeśli zajdzie taka konieczność, będzie brał tabletki 

na spokojny sen, zapisane przez lekarza.

Jechał   wzdłuż   wzburzonego   morza,   gdzie   wiatr   huczał   nad   falami   i   mroźnym 

oddechem powstrzymywał nadchodzące lato.

Deszcz bębnił o szyby,  mgła snuła się nad ziemią. Trudno to nazwać serdecznym 

powitaniem, lecz Cal czuł się tu jak w domu. Jakby wiedział, że ktoś lub coś już czeka, żeby 

background image

wyprowadzić  go z burzy.  Zmusił się do śmiechu.  Tłumaczył  sobie, że to tylko  radość z 

przebywania  w  nowym  miejscu,  oczekiwanie  na  obrazy,   które  będzie mógł  uchwycić   na 

filmie.

Poczuł   ochotę   na   kawę   i   jedzenie,   ale   bez   trudu   ją   stłumił,   zaabsorbowany 

otaczającymi  go widokami. Później, pomyślał. Zatrzyma  się później w jakimś pubie albo 

zajeździe, a teraz będzie dalej podziwiał pełen uroku krajobraz. Dziki, piękny, odwieczny.

A   to,   że   w   pewien   sposób   znajomy,   można   wytłumaczyć   zakodowaną   pamięcią 

genetyczną. W końcu jego przodkowie przemierzali  te spiczaste klify, te ciągnące się po 

horyzont   zielone   wzgórza.   Byli   wojownikami.   Malowali   twarze   na   niebiesko   i   groźnymi 

okrzykami odstraszali wroga. Wkładali zbroje, przypinali do pasa miecze, brali do ręki dzidy i 

walczyli w obronie swego kraju i wolności.

Obraz, który stanął mu przed oczyma, był przeraźliwie wyraźny. Błysk uderzającego 

miecza, tumult bitwy. Stające dęba konie z oszalałym wzrokiem, krew tryskająca z odciętej 

ręki i straszliwy krzyk upadającego na ziemię człowieka. Piekący ból w miejscu, gdzie stal 

przecięła ciało.

Hol stawał się coraz mocniejszy. Cul spojrzał w dół i zobaczył krew na udzie.

Czarnowrony krążyły cicho, cierpliwie. Ze stosu, na którym płonęły ciała zabitych i 

dochodził odór spalenizny. Zewsząd rozlegały się okropne, ciche jęki konających,  którzy 

czekali wyzwolenia przez śmierć.

Cal uświadomił sobie, że volvo stoi na poboczu, a on sam wysiadł i stoi w siekącym 

deszczu,   wciągając   w   płuca   powietrze.   Stracił   przytomność?   Wariuje?   Drżącą   dłonią 

przesunął  po  dżinsach.  Nie  było  żadnej  rany,   a mimo   to  czuł  ból  starej  blizny,   o której 

wiedział, że nie istnieje.

Znowu się zaczyna. Przez całe jego ciało przepłynęła fala strachu, paraliżując go i 

ścinając mu krew w żyłach. Zmusił się do spokoju, do racjonalnego myślenia. To skutek 

długiego lotu przez Atlantyk, pomyślał. Zmiana czasu i stres, to wszystko. Ile czasu minęło, 

odkąd   wyjechał   z   Shannon?   Dwie   godziny?   Trzy?   Czas   poszukać   noclegu   i   coś   zjeść. 

Znajdzie   sobie   jakiś   cichy   pensjonat   na   uboczu.   Miejsce,   gdzie   będzie   mógł   odpocząć   i 

uspokoić myśli. A kiedy burza minie, pójdzie z aparatem na długi spacer. Może zostać na kil-

ka tygodni lub wyjechać zaraz rano, jest przecież wolnym człowiekiem. I to będzie zdrowe, 

normalne.

Wsiadł do samochodu i ruszył krętą nadmorską drogą.

Ruiny zamku pojawiły się przed nim, gdy wyjechał zza zakrętu. Stołp (w każdym 

razie   Cal   sądził,   że   to   się   nazywa   stołp)   był   niemal   nietknięty,   za   to   zburzone   mury 

background image

przywodziły na myśl starodawnych wojowników z bliznami po wielu bitwach. Usadowiony 

na skalistej grani zamek emanował mocą i siłą, mimo że pozostał z niego stos kamieni.

Granatowe niebo rozdarła błyskawica, eksplodowała światłem i napełniła powietrze 

zapachem ozonu.

Calowi   serce   zabiło   szybciej,   poczuł   ból   podniecenia   seksualnego.   Palce   same 

zacisnęły mu się na kierownicy. Skręcił w wąską, pełną kolein polną drogę, która prowadziła 

w górę. Musi zrobić zdjęcie tego zamku. Kilka ujęć pod różnymi kątami. To potrwa krótko, 

kwadrans, może dwadzieścia minut, potem pojedzie dalej.

Chociaż Irlandia usiana była ruinami starych zamków, jemu zależało akurat na tym.

Od dołu budowlę opływała mgła niczym rzeka. Cal tak był skupiony na grze światła i 

cieni na kamieniach, na fakturze chwastów i polnych kwiatów, które przedzierały się przez 

szczeliny, że zobaczył tę niepozorną chatkę dopiero wtedy, kiedy znalazł się tuż obok niej.

Uśmiechnął   się,   choć   nie   uświadamiał   sobie   tego.   Co   za   uroczy   i   nieoczekiwany 

kontrast w zestawieniu z tymi starożytnymi ruinami. Zapraszająca, miła, zdawała się na wzór 

otaczających ją kwiatów wyrastać ze skały, jakby posadziła ją tu kochająca ręka.

Ściany   miała   białe,   okiennice   jasnoniebieskie.   Z   kamiennego   komina   unosiła   się 

strużka   dymu,   na   małej   werandzie   obok   fotela   na   biegunach   drzemał   kot   o   połyskliwej 

czarnej sierści.

Ktoś tu mieszka, pomyślał Cal, dba o ten domek.

Wiedział, że światło jest niedobre, musiał jednak sfotografować to miejsce, uchwycić 

na kliszy owo wrażenie. Zapyta osobę, która tu mieszka, czy będzie mógł wrócić jutro.

Kiedy tuk stal w deszczu, kot leniwie się, przeciągnął, a potem usiadł. Przypatrywał 

się przybyszowi zadziwiająco niebieskimi oczyma.

I wtedy Calin zobaczył  ją. Chociaż nie słyszał  kroków, była  już w połowie drogi 

między ruinami starego zamku a chatką. Dłoń trzymała na sercu i oddychała ciężko, jak po 

biegu.

Mokre włosy spadały płomiennorudymi kędziorami na ramiona i otaczały twarz, która 

wyglądała, jakby z kości słoniowej wyrzeźbił ją mistrz. W błękitnych oczach szalały uczucia 

potężne jak burza.

-   Wiedziałam,   że   przyjdziesz.   -   Podbiegła   ku   niemu   w   rozwianej   pelerynie.   - 

Czekałam na ciebie - powiedziała ze śpiewnym irlandzkim akcentem i pocałowała go mocno 

w usta.

background image

2

To   była   chwila   oślepiającej,   przeszywającej   na   wskroś   radości.   Po   niej   przyszło 

mroczne, pierwotne pożądanie.

Smak jej ust, ostry i mocny, zaatakował jego ciało, tak jak deszcz wsączył się w skórę. 

Calin nie mógł zrobić nic innego, tylko go przyjąć. Oplotła mu szyję ramionami, szczupłym, 

pełnym krągłości ciałem przytuliła się do niego. Czuł jej ciepło przez mokrą koszulę.

Jej wargi były jak dudniące grzmotami niebo.

Wszystko to wydawało się przerażająco znajome.

Położył   jej   ręce   na   ramionach,   przez   chwilę   niepewny,   czy   ją   przytulić,   czy 

odepchnąć. W końcu cofnął się powoli.

Była piękna. Była podniecona. I nie znał jej - z całą pewnością. Przechylił głowę, 

zdecydowany poradzić sobie z tą sytuacją.

- Ha, to rzeczywiście przyjazny kraj. W jej oczach dostrzegł błysk rozczarowania i 

frustracji. Nie mógł jednak wiedzieć, jak głęboko ten gniew i frustracja przeszyły jej serce. 

Jest tutaj, mówiła sobie. Przybył. To teraz najważniejsze.

- Tak, to prawda. - Uśmiechnęła się i jeszcze przez sekundę pozwoliła swym palcom 

dotykać jego włosów, a potem opuściła ręce. - Witaj w Irlandii, w Zamku Tajemnic!

Cal popatrzył na ruiny.

- Tak się nazywa to miejsce?

- Taką nazwę nosi teraz. - Musiała walczyć ze sobą, by nie pożerać go wzrokiem, nie 

chłonąć   jego   twarzy.   Zamiast   tego   wyciągnęła   rękę   powitalnym   gestem,   jak   do   każdego 

zabłąkanego wędrowca.

-   Masz   za   sobą   długą   podróż.   Wejdź,   usiądź   przy   kominku   -   zaproponowała   z 

uśmiechem. - Poczęstuję cię herbatą z whiskey.

- Nie znasz mnie. - Cal dołożył starań, by zabrzmiało to raczej jak stwierdzenie, nie 

pytanie. Musiał tak zrobić.

W odpowiedzi spojrzała w niebo.

-   Przemokłeś   -   odrzekła   -   a   wiatr   dzisiaj   jest   zimny.   To   wystarczy,   abym 

zaproponowała ci miejsce przy kominku. - Odwróciła się od niego i weszła na ganek, a kot 

zaczai się łasić jej do nóg. - Długą drogę przebyłeś. - Znowu spojrzała mu prosto w oczy. - 

Czy wejdziesz do mojego domu, Calinie Farrell, . aby się ogrzać?

Odgarnął mokre włosy z twarzy, czując drżenie w całym ciele.

- Skąd znasz moje nazwisko?

background image

- Ty też wiedziałeś, jak tu dotrzeć. - Wzięła na ręce kota, pogładziła po jedwabistym 

łebku. I ona, i zwierzę obserwowali go cierpliwymi niebieskimi oczami. - Rano upiekłam 

bułeczki. Na pewno jesteś głodny. - Po tych słowach zniknęła za drzwiami, pozostawiając mu 

decyzję, czy podążyć za nią, czy odejść.

Wbrew chęci, by wrócić do samochodu, odjechać i udawać, że nigdy nie widział jej i 

tego miejsca, Calin wszedł na ganek i pchnął drzwi. Musiał poznać odpowiedzi na swoje 

pytania, a wszystko wskazywało na to, że ona zna przynajmniej niektóre.

Od   progu   uderzyło   go   panujące   w   środku   ciepło.   W   powietrzu   unosił   się   aromat 

świeżo upieczonego chleba, torfu żarzącego się w piecu i niedawno zerwanych kwiatów.

- Rozgość się. - Postawiła kota na podłodze. - Zaparzę herbatę.

Cal wszedł do maleńkiego saloniku i zbliżył się do ognia. Kwiaty z płatkami wciąż 

wilgotnymi  od deszczu wypełniały wazony na kamiennym  gzymsie kominka i dzbany na 

stole pod oknem.

Koło kominka stał wiklinowy fotel, ale Cal nie usiadł, bystrym okiem artysty studiując 

pokój.

Spokojne kolory, pomyślał. Nie blade, lecz kojące dzięki zestawieniu głębokiego różu 

i   zieleni   mchu.   Plecione   chodniki   na   starannie   wypastowanej,   błyszczącej   jak   lustro 

drewnianej podłodze, która pachniała lekko pszczelim woskiem. Wszędzie były ustawione 

świece różnej wielkości w szklanych, srebrnych i kamiennych lichtarzach.

Jego uwagę przyciągnął kołowrotek. Na pewno bardzo stary, przemknęło mu przez 

głowę, gdy podchodził bliżej, by dokładniej mu się przyjrzeć. Ciemne drewno połyskiwało, a 

tuż obok, w słomianym koszyku leżały kłębki pięknie farbowanej wełny.

Gdyby   nie   lampy   elektryczne   z   abażurami   z   kolorowych   szkiełek,   podobnych   do 

drogich kamieni,  i mała wieża stereo upchnięta pomiędzy książkami  na półce, Cal byłby 

przekonany, że cofnął się w czasie kilka stuleci.

Z roztargnieniem pochylił się, by pogłaskać kota, który uwodzicielsko ocierał mu się o 

nogi. Futerko miał  ciepłe i wilgotne.  Prawdziwe.  Cal upewnił  się, że  to jednak  nie inne 

stulecie ani sen. Miał zamiar zadać swojej gospodyni kilka bardzo jednoznacznych pytań. I 

nie ruszać się stąd, dopóki odpowiedzi go nie zadowolą.

Kiedy szła z tacą, wyrzucała sobie, że gwałtowne uczucia wzięły górę nad rozsądkiem, 

że nazbyt się pośpieszyła, powiedziała za dużo. I za wiele oczekiwała.

On   jej   nie   poznał.   Och,   to   ukłuło   ją   prosto   w   serce.   Była   jednak   niemądra, 

spodziewając się czegoś innego, skoro na ponad piętnaście lat zamknął się przed jej myślami i 

pragnieniami.

background image

Bez wiedzy Calina nadal wkradała się w jego sny, obserwowała, jak z chłopca wyrasta 

na mężczyznę. Ona też z, dziewczynki zmieniła się w kobietę. W końcu jednak duma, uraza i 

miłość powstrzymały ją od tych odwiedzin.

Aż nie było innego wyboru.

Wiedziała, że przyjechał do jej ojczyzny. I serce zakołatało jej w piersi. Czy to było 

złe i głupie przygotować się na jego wizytę? Napełnić dom kwiatami, a kuchnię aromatem 

pieczonego ciasta? Wykąpać się w olejkach, które sama zrobiła, a które pieściły jej ciało 

ulotnym aromatem, jakby była oblubienicą w noc poślubną?

Nie. W progu wzięła głęboki oddech. Musiała przygotować się dla niego. Teraz trzeba 

znaleźć właściwy sposób, by jego przygotować dla siebie - i na to, czemu wkrótce będą 

musieli razem stawić czoło.

Jest   taki   piękny,   pomyślała,   patrząc,   jak   Calin   pieszczotami   doprowadzał   kota   do 

ekstazy.  Ileż  to   nocy  rzucała  się   niespokojnie   we  śnie,   pragnąc   czuć  dotyk  tych  długich 

wąskich dłoni na swoim ciele?

Och, choć raz poczuć na sobie jego dłonie!

Ileż to razy płonęła z pragnienia, by wchodził w nią, nie odrywając od jej twarzy oczu 

szarych jak burzowe chmury?

Och,   choć   raz   połączyć   się   z   nim,   napełnić   mrok   nocy   łagodnymi,   sekretnymi 

westchnieniami.

Ich   przeznaczeniem   było   zostać   kochankami.   Wierzyła,   że   Cal   to   zaakceptuje. 

Mężczyzna   ma   bowiem   swoje   potrzeby,   a   ten   mężczyzna   już   kiedyś   połączył   się   z   nią 

fizycznie - i bez znaczenia, że nie chciał tego pamiętać.

Jeśli jednak w akcie płciowym nie ma miłości, nie będzie w nim też szczęścia. Ani 

nadziei.

Zebrała się w sobie i weszła do pokoju.

-  Jak widzę,  zaprzyjaźniłeś   się  z Hekate.   - Dłonie  zadrżały  jej  lekko,   gdy na  nią 

spojrzał. Moc, którą jeszcze miała, była niczym w porównaniu z jego jednym przeciągłym 

spojrzeniem. - Zachowuje się bezwstydnie wobec przystojnych mężczyzn. - Postawiła tacę na 

stole. - Calinie, usiądź, proszę, i napij się herbaty.

- Skąd wiesz, kim jestem?

- Wyjaśnię ci tyle, ile będę mogła. - Oczy jej pociemniały od burzliwych  emocji; 

przyjrzała mu się uważnie. - Nie pamiętasz mnie? Naprawdę mnie nie pamiętasz?

Gęste sploty rudych włosów lśniących niczym wilgotny ogień, ciało poruszające się w 

doskonałej harmonii z jego ciałem, śmiech głęboki jak noc.

background image

- Nie znam cię - odparł Calin ostro, niechętnie. - Nie wiem, jak się nazywasz.

Jej oczy pozostały ciemne, lecz uniosła twarz. Wciąż były w niej duma i moc.

- Jestem Bryna Torrence, potomkini Bryny Mądrej i strażniczka tego miejsca. Witaj w 

moim domu, Calinie Farrell. Możesz tu pozostać tak długo, jak zechcesz.

Z   wdziękiem   pochyliła   się   nad   tacą.   Ubrana   była   w   długą   suknię   barwy   mgieł 

wirujących   za   oknem,   która   okrywała   jej   ciało,   sięgając   kostek.   W   uszach   miała   długie 

kolczyki z rzeźbionego srebra.

Dlaczego? - Położył dłoń na jej ramieniu, gdy podawała mu filiżankę. - Dlaczego 

mogę pozostać w twoim domu?

- Może dlatego, że jestem samotna. - Jej usta wygięły się w tęsknym uśmiechu. - 

Jestem samotna i cieszę się z twojego towarzystwa. - Usiadła, zapraszając gestem, by zrobił to 

samo. - Musisz coś zjeść, Calinie, trochę odpocząć. Mogę ci ofiarować gościnę.

- Przede wszystkim potrzebuję wyjaśnień. - Mimo to usiadł, a ponieważ gorący napój 

w filiżance pachniał zachęcająco, upił łyk. - Wiedziałaś, że przyjadę, znałaś moje nazwisko. 

Chcę wiedzieć, jak to możliwe.

Nie wolno jej było go okłamywać, szczerość stanowiła część przysięgi. Bryna  nie 

musiała jednak mówić wszystkiego.

- Rozpoznałam twoją twarz. Jesteś sławny, Calinie, odniosłeś wielki sukces. Twoja 

sztuka trafiła nawet do mojego zakątka świata. Masz ogromny talent. Masz wizję. - Ułożyła 

bułeczki na talerzyku i podała mu. - Jest w tobie moc.

Uniósł brwi. Były kobiety gotowe zrobić wszystko dla sławnego mężczyzny. Pokręcił 

głową.

-  Nie  jesteś  taka,  Bryno.  Nie  otworzyłaś  przede  mną  drzwi,  żeby zaliczyć   szybki 

numerek ze znanym nazwiskiem.

- Ale inne tak robiły.

W jej głosie zabrzmiała nutka zazdrości. Nie miał pojęcia, skąd się wzięła ta zazdrość, 

ale w tych okolicznościach wydała mu się zabawna.

- I dlatego wiem, że nie o to ci chodzi. W każdym razie nie miałaś dość czasu, żeby 

rozpoznać moją twarz z jakiejś fotografii albo talk - show. Światło jest złe, leje jak z cebra.

Zmarszczył  z namysłem brwi. To niemożliwe, że znowu śni albo ma halucynacje. 

Czuł w dłoni ciepło filiżanki, a w ustach smak zaprawionej whiskey herbaty.

- Cholera, czekałaś na mnie, a ja nie rozumiem dlaczego.

- Czekałam na ciebie przez całe życie  - odparła cicho, odstawiając herbatę, której 

nawet nie tknęła. - I wcześniej przez całe milenium. - Położyła mu ręce na policzkach - Twoją 

background image

twarz   znałam   najpierw,   jeszcze   przed   twarzą   matki.   Dotyk   twoich   dłoni   nawiedza   mnie 

każdej nocy przez cale życie.

- To jakieś bzdury. - Ujął ją za nadgarstek.

- Nie mogę cię okłamywać.  To nie w mojej mocy.  Cokolwiek ci powiem, będzie 

prawdą, cokolwiek we mnie zobaczysz, będzie rzeczywiste. - Spróbowała dotknąć tej części 

jego umysłu lub serca, które wciąż stały przed nią otworem, lecz jej się nie udało. I serce, i 

umysł   były   zamknięte   na   głucho,   pilnie   strzeżone.   Nabrała   głęboko   w   płuca   powietrza   i 

pogodziła się  z  tym.  Na  razie.  -  Nie jesteś  jeszcze  gotów,  by wiedzieć,  by usłyszeć,  by 

uwierzyć. - Oczy jej złagodniały, opuszkami palców pogładziła go po skroniach. - Calinie, 

jesteś zmęczony i zdezorientowany. Teraz potrzebujesz odpoczynku. Mogę ci w tym pomóc.

Poszarzało   mu   przed   oczyma,   pokój   się   zakołysał.   Nie   widział   nic   prócz   jej 

ciemnoniebieskich oczu. Jej zapach oszołomił go jak narkotyk.

- Przestań.

- Odpoczywaj, mój kochany. Moja miłości.

Poczuł jeszcze muśnięcie jej ust, a potem zapadł się w rozkoszną ciemność.

Kiedy się obudził, panowała cisza. Myśli przez chwilę krążyły jak ptak szukający 

miejsca, na którym mógłby przysiąść. Coś było w herbacie, pomyślał. Boże, ta kobieta podała 

mu jakiś narkotyk! Ogarnęła go panika, w uszach zabrzmiał motyw przewodni z „Misery" 

Stephena Kinga.

Fanatyczna wielbicielka. Porwała go.

Usiadł gwałtownie i z przerażeniem dotknął swoich stóp. Były na miejscu. Czarny kot, 

który leżał zwinięty na brzegu łóżka, przeciągnął się leniwie i zamruczał.

- Tak, bardzo zabawne - mruknął Cal. Odetchnął głęboko i zmusił się do uśmiechu. 

Znowu pozwalasz szaleć swojej wyobraźni, powiedział do siebie, to zawsze było twoim złym 

nawykiem.

Nakazał sobie spokój. Trzeba zastanowić się nad sytuacją. I wtedy uświadomił sobie, 

że jest nagi.

Nie   wiedział,   czy   bardziej   czuje   się   zaskoczony   czy   zakłopotany,   gdy   wyobrażał 

sobie, jak Bryna rozbiera go tymi miękkimi dłońmi, którymi podawała herbatę. I prowadzi do 

łóżka. Do diabła, jak tej kobiecie udało się przenieść go do sypialni?

Bo   właśnie   w   sypialni   się   znajdował.   Był   to   mały   uroczy   pokój   z   niewielkim 

kamiennym kominkiem, błyszczącym sekretarzykiem i regałem na książki, wypełniającym 

niszę. Tu też wszędzie znajdowały się kwiaty i świece; mały jak dla lalki fotel stał pod oknem 

ozdobionym   białymi   koronkowymi   firankami,   przez   które   wpadały   promienie   słoneczne, 

background image

tworząc skomplikowane wzory na ciemnej drewnianej podłodze.

Na starej komodzie z uchwytami z brązu, która zajmowała miejsce w nogach łóżka, 

zobaczył swoje ubranie starannie poskładane, czyste i suche. No, w każdym razie Bryna nie 

spodziewała się, że będzie chodził nago. Z ulgą sięgnął po dżinsy.

Zapiawszy zamek, od razu poczuł się lepiej i natychmiast uświadomił sobie, że to nie 

tak. Czuł się wspaniale. Wyspany, wypoczęty, pełen energii. Nieważne, co to było - środek, 

jaki mu podała, sprowadził  mocny sen; Calin  nie spał tak dobrze od tygodni.  Wsuwając 

koszulę  w spodnie, pomyślał,  że nie podziękuje za to Brynie.  Nie miałby nic przeciwko 

drobnym dziwactwom, ale ta kobieta przekroczyła granice ekscentryczności. Była szalona i 

prawdopodobnie niebezpieczna.

Dopilnuje,   żeby   udzieliła   mu   satysfakcjonujących   odpowiedzi,   a   potem   odjedzie, 

zostawiając ją w tej baśniowej chacie przy zrujnowanym zamku.

Spojrzał w lustro nad toaletką, niemal się spodziewając, że zobaczy brodę sięgającą do 

piersi jak u Ripa van Winkle'a. Lecz mężczyzna w lustrze wcale się nie postarzał. Wyglądał 

na zirytowanego, zaskoczonego i tak, wypoczętego. A niech to, pomyślał Cal, odgarniając 

włosy do tyłu.

Swoje buty znalazł ustawione porządnie koło komody. Wkładając je, złapał się na 

tym, że studiuje wzory, jakie promienie słoneczne rysują na podłodze.

Światło. Nagle to do niego dotarto i skoczył na równe nogi. Deszcz ustał. Na litość 

boską, jak długo spał?

W   dwóch  susach   był   przy  oknie,   szarpnięciem   odsłonił   delikatne   firanki,   I  stanął 

zauroczony.

Widok był oszałamiający: ruiny zamku na szczycie, płatki miki w skale odbijające 

słoneczne   promienie.   Zbocze   opadało   ku   drodze,   za   nią   zaś   niczym   fale   ciągnęły   się 

ogrodzone kamiennymi murkami zielone pola, na których pasło się bydło. W dolinkach i na 

wzgórzach przycupnęły domy, na sznurach wesoło łopotało pranie. Wiosna okryła połyskliwą 

zielenią drzewa, pokrzywione i przygięte od wielu lat opierania się silnym wiatrom dmucha-

jącym od morza.

Calin zobaczył chłopca jadącego rowerem wąską drogą i biało - czarnego łaciatego 

psa biegnącego za nim przez gęsty żywopłot.

Jedziesz   do   domu,   pomyślał.   Spieszysz   się   na   kolację.   Mama   nie   lubi,   kiedy   się 

spóźniasz.

Uśmiechnął   się   i   bez   namysłu   otworzy!   okno,   wpuszczając   do   pokoju   chłodne, 

wilgotne powietrze.

background image

Światło. Jego serce artysty zaczęło bić szybciej.  Nikt nie potrafiłby opisać światła 

Irlandii.   Trzeba   je   zobaczyć,   samemu   go   doświadczyć.   Połyskuje   jak   perła,   myślał   Cal, 

sprawia,   że   powietrze   drży,   staje   się   świetliste   i   jedwabiste.   Słońce   przefiltrowane   przez 

warstwy chmur odznacza się miękkością, majestatem, jakiego nigdzie indziej nie widział.

Musi   to   sfotografować.   Teraz.   Natychmiast.   Taka   magia   nie   może   przecież   trwać 

długo. Wypadł z pokoju, zbiegł po nielicznych stopniach i już był na zewnątrz, w łagodnych 

promieniach słonecznych, z kotem kręcącym się wokół nóg.

Złapał   nikona   z   przedniego   siedzenia   samochodu.   Zręcznymi,   pewnymi   ruchami 

zmienił soczewkę. Przewiesił futerał przez ramię i wyszukał najlepsze miejsce.

Chatka   jak   z   bajki,   obfitość   kwiatów.   Światło.   O   tak,   światło.   Wybrał   ujęcie, 

zastanowił się, przesunął obiektyw.

background image

3

Bryna przystanęła przed łukiem bramy zrujnowanego zamku, obserwując Calina. Co 

za energia, jakie skupienie. Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Jest taki szczęśliwy dzięki 

swojej   pracy,   swojej   sztuce.   Potrzebuje   tych   chwil   z   aparatem,   pomyślała,   tak   samo   jak 

potrzebował godzin głębokiego, wolnego od rojeń snu.

Wkrótce znowu zacznie zadawać pytania i będzie musiała mu odpowiedzieć. Cofnęła 

się za bramę, by mu nie przeszkadzać. Sama ze swoimi myślami poszła na środek dziedzińca, 

gdzie gęsto rosły kwitnące kwiaty. Unosząc twarz do światła i ramiona do nieba, zaczęła 

śpiewać.

W opuszkach palców poczuła mrowienie mocy, lecz słabe, tak słabe, że miała ochotę 

rozpłakać się z bezsilnej złości. Niegdyś znała pełną siłę mocy, teraz doświadczała bólu jej 

utraty.

Wiem, że tak zostało postanowione. Na tej ziemi jednak, gdzie rosną kwiaty, wzywam 

wiatr, wzywam słońce. To, co było, już się nie odstanie. Z mojej strony nie grozi mu żadna  

krzywda. Niechaj tak się stanie!

Przybył wiatr, przeczesując jej włosy jak łagodne palce. Słońce ciepłymi promieniami 

ogrzało jej twarz.

Wzywam   wróżki.   Wzywam   mędrców.   Wykorzystajcie   wszelkie   dostępne   wam   siły.  

Usłyszcie mnie, moja moc bowiem jest słaba. Otoczcie kręgiem mego ukochanego, chrońcie 

go z dołu i z góry. Z własnej woli przysięgam, że nikomu nie stanie się krzywda. Niechaj tak 

się stanie!

Moc   obudziła   się,   wyraźniejsza   i   cieplejsza.   Bryna   walczyła,   by   ją   zatrzymać, 

wchłonąć to, co jej darowano. Wyciągnęła do góry dłoń, a samotny wąski promień przebił się 

przez chmury i trafił w pierścień na jej palcu, który eksplodował światłem. Ciepło popłynęło 

przez jej ramię i sprawiło, że znowu zapragnęła zapłakać, tym razem z wdzięczności.

A więc nie jest zupełnie bezbronna.

Cal raz po raz naciskał przesłonę. Zrobił jej kilkanaście zdjęć. Stała nieruchoma jak 

posąg w idealnym kręgu kwiatów. Jakiś dziwny, niespodziewany powiew zwiał jej włosy z 

pełnej   blasku   twarzy.   Jakaś   dziwna   sztuczka   światła   sprawiła,   że   oświetlił   ją   idealnie 

trójkątny snop promieni.

Była nieziemsko piękna. Chociaż serce przesiało mu bić, kiedy z jej palców trysnęło 

światło nie przestał fotografować.

Później zaczęła się poruszać. Kołysała się rytmicznie, zmysłowo. Wiatr szarpał jej 

background image

cienką suknią i przyciskał materiał do szczupłej postaci. Język, jakim teraz przemawiała, Cal 

znał ze snów. Ręce mu zadrżały i opuścił aparat. Niepokojące było już to, że jakimś cudem 

rozumiał   ten   pradawny   język,   lecz   teraz   również   widział   jej   myśli,   tak   wyraźnie,   jakby 

zapisano je na papierze.

Chrońcie go. Brońcie go. Bitwa jest blisko. Pomóżcie mu. Pomóżcie mu.

W   jej   myślach   były   rozpacz   i   strach.   Cal   zapragnął   objąć   ją,   pocieszyć,   osłonić. 

Wkroczył w krąg.

W   tej   samej   chwili   drgnęła   gwałtownie.   Otworzyła   oczy   i   utkwiła   w   nim   gorące 

spojrzenie. Szybko uniosła dłoń, gdy chciał jej dotknąć.

-   Nie   tutaj   -   powiedziała   schrypniętym,   gardłowym   głosem.   -   Nie   teraz.   Wpierw 

księżyc musi się wypełnić.

Kwiaty ocierały się o jej nogi, gdy opuszczała krąg. Ucichł wiatr, który łagodnie bawił 

się jej włosami.

- Dobrze wypocząłeś? - zapytała.

- Co tu się dzieje, do diabła? - Spojrzał na nią przez zmrużone powieki. - Co dodałaś 

do herbaty?

- Szczyptę Irlandii, nic więcej. - Uśmiechnęła się, patrząc na aparat. - Pracowałeś. 

Zastanawiałam się, co tutaj zobaczysz, co będziesz chciał pokazać.

- Dlaczego mnie rozebrałaś?

-   Miałeś   mokre   ubranie.   -   Odczytała   jego   myśli   z   oczu   i   roześmiała   się   niskim, 

kobiecym śmiechem, na którego dźwięk krew popłynęła mu szybciej w żyłach. - Och, Cal, 

masz piękne ciało. Nie będę zaprzeczać, że ci się przyjrzałam, choć prawdę mówiąc, wolę, 

kiedy mężczyzna nie śpi i bierze aktywny udział w sprawach, o których myślisz.

Choć ogarnęła go furia, przekrzywił głowę.

- A wydałoby ci się to zabawne, gdybyś obudziła się naga w obcym łóżku po wypiciu 

herbaty z nieznajomym?

Ściągnęła wargi i głośno odetchnęła.

-   Rozumiem   i   przepraszam.   Przysięgam,   że   miałam   na   celu   tylko   twoje   dobre 

samopoczucie. - Rozłożyła ramiona. - Chciałbyś mnie rozebrać w rewanżu?

Mógł sobie doskonale wyobrazić, jak zdejmuje z niej tę cienką suknię, odkrywając jej 

ciało.

- Chcę odpowiedzi - odparł szorstko. - Chcę usłyszeć je teraz.

- Wiem. Myślę, że to miejsce jest dobre. Opowiem ci pewną historię, Calinie Farrell. 

Historię wielkiej miłości i wielkiej zdrady. Historię namiętności i chciwości, potęgi i żądzy. 

background image

Historię zdobytej i utraconej magii.

- Nie chcę opowieści, tylko odpowiedzi.

-  To  to samo.  -  Odwróciła   się ku  niemu  i  zaczęła   mówić  melodyjnym   głosem:  - 

Dawno, dawno leniu (on zamek stał na straży wybrzeża i jego tajemnic. Wznosił się, jaśniejąc 

nad morzem. Mury miał grube, pochodnie paliły się w nim jasno. Służba biegała po schodach, 

krzątała  się  po komnatach.  Na  podłogach  leżały  czyste  chodniki  z  sitowia.  W  powietrzu 

dźwięczała magia.

Uniosła  suknię  i zaczęła  wchodzić  na kręcone  schody.  Zbyt  zaciekawiony,  by się 

sprzeczać, Cal ruszył za Bryną.

Widział, gdzie przedtem były podłogi, nadproża i kamienne wzmocnienia. W murach 

znajdowały się niewielkie nisze. Cal doszedł do wniosku, że są za płytkie na komnaty, pewnie 

służyły jako magazyny. Dostrzegł też, że niektóre kamienie są poczerniałe, jak od wielkiego 

ognia. Kiedy położył na nich dłoń, mógłby przysiąc, że wciąż czuje żar.

-   Ci,   którzy   tu   mieszkali   -   ciągnęła   Bryna   -   uprawiali   swą   sztukę   i   nikogo   nie 

krzywdzili. Gdy ze wsi przychodzili ludzie ze swymi chorobami lub troskami, znajdowali tu 

pomoc.   Tutaj   rodziły   się   dzieci   -   powiedziała,   znowu   wychodząc   na   słońce   przez   otwór 

drzwiowy. - A starcy umierali.

Ruszyła   przez   szeroki   taras   ku   kamiennej   balustradzie,   za   którą   ciągnęło   się 

wzburzone morze.

-  I  tak   mijały  lata,   pory  roku  następowały  po  sobie,   ludzie  rodzili  się  i   umierali. 

Później część mieszkańców opuściła zamek. Udali się w głąb lądu, by gdzie indziej znaleźć 

dom. Szli przez wzgórza i lasy ku górom, gdzie zawsze mieszkały wróżki.

Widok ów oszołomił Cala, napełnił go podziwem i grozą.

- Wróżki - powtórzył, zwracając się ku Brynie. Uśmiechnęła się i oparła o balustradę.

- W zamku pozostała tylko jedna kobieta, wiedziała bowiem, że jej przeznaczeniem 

jest to miejsce. Zbierała zioła, rzucała zaklęcia, przędła wełnę. I czekała, aż przez zielone 

wzgórza przybędzie tu jeździec na ogromnym czarnym koniu. Był wojownikiem, odważnym, 

silnym   i   o   prawym   sercu.   Stojąc   tutaj,   zobaczyła,   jak   jego   zbroja   połyskuje   w   słońcu. 

Przygotowała się na jego przyjazd, by wskazać mu drogę, zapaliła świece i pochodnie, aż 

zamek zaczął gorzeć niczym płomień. Wojownik był ranny.

Łagodnie   przesunęła   palcem   po   udzie   Cala.   Zmusił   się,   by   stać   nieruchomo,   nie 

cofnąć się przed jej dotykiem, nie myśleć o halucynacji, której doświadczył, gdy jechał tu 

przez wzgórza.

- Brał udział w zażartej bitwie. Serce, umysł i ciało miał znużone. Dała mu jedzenie, 

background image

spokój, ciepło kominka. I miłość. Wziął jej miłość i dał w zamian swoją. Od tej chwili byli 

dla siebie całym światem. On nazywał się Caelan, Caelan z Farrell, a ona Bryna. Ich serca się 

połączyły.

Calin zrobił krok do tyłu, wsuwając dłonie w kieszenie.

- Spodziewasz się, że to kupię?

- To, co ja ci daję, jest za darmo. A historia jeszcze się nie skończyła. - Przez jej twarz 

przemknął grymas rozpaczy, gdy zobaczyła, jak Cal się od niej odsuwa. - Wysłuchasz jej czy 

nie?

- Dobra. - Wzruszył ramionami. - Mów dalej.

Zacisnęła ręce na kamiennej balustradzie, pozwoliła, by grzmot fal zadudnił w jej 

sercu. Utkwiła wzrok w niekończącej się bitwie wody i skały, która trwała u stóp klifu.

- Kochali się i przysięgli sobie wierność. On jednak był wojownikiem i musiał dalej 

walczyć. Zawsze, kiedy ją opuszczał, obserwowała rozpalony przez siebie ogień i widziała, 

jak Caelan popędza konia przez dym i śmierć, mieczem broniąc wolności. I zawsze do niej 

powracał, galopując przez wzgórza na wielkim czarnym wierzchowcu. Uprzędła mu pelerynę 

z wełny ciemnoszarej jak jego oczy. I rzuciła zaklęcie na szatę, by chroniła go w bitwie.

- Więc mówisz, że była czarownicą?

- Tak, była  czarownicą,  moc i sztukę odziedziczyła  po przodkach. I przysięgła w 

swym sercu, tak szczerze i mocno, jak szczerze i mocno kochała tego mężczyznę, że nikogo 

nigdy nie skrzywdzi. Swego domu używała jedynie do pomocy potrzebującym i uzdrawiania 

chorych. Lecz nie wszyscy obdarzeni mocą są prawi. Jeden z nich wybrał odmienną drogę. 

Wykorzystywał swą siłę dla zysku i znajdował radość w posługiwaniu się nią jak zbryzganym 

krwią mieczem.

Przeszedł ją gwałtowny dreszcz, zaraz jednak podjęła opowieść.

- Ów człowiek, Alasdair, pożądał jej ciała, serca i duszy. A także jej mocy, bo Bryna 

Mądra była potężna. Wśliznął się do jej snów jak złodziej, próbując ukraść to, co należało do 

innego, próbując wziąć to, czego nie chciała mu dać. Przyszedł do jej domu, lecz odmówiła 

mu   gościny.   Miał   jasną   twarz,   złote   włosy   i   oczy   tak   czarne   jak   droga,   którą   wybrał. 

Zamierzał ją uwieść, ale odrzuciła jego zaloty.

Zacisnęła palce na kamieniu. Poczuła, jak jej serce traci miarowy rytm.

- Jego gniew był ogromny, próżność głęboka. Postanowił zabić człowieka, którego 

kochała, miotał złe zaklęcia, lecz peleryna, którą Bryna uprzędła dla ukochanego, i miłość, 

którą go obdarzyła, chroniły go skutecznie. Istnieją jednak bardziej podstępne sposoby, by 

kogoś zniszczyć, i Alasdair z nich skorzystał. W snach Caelana zasiał ziarno zwątpienia i 

background image

podejrzenie o zdradę. Alasdair wprowadził do jego myśli wizje Bryny z innym mężczyzną, 

Bryny   napełnionej   nasieniem   innego.   Z   takimi   to   obrazami   dręczącymi   umysł   Caelan 

przyjechał tutaj na swym czarnym koniu i oskarżył Brynę... Była dumna - powiedziała po 

chwili. - Nie zamierzała dowodzić, że to kłamstwa. Kłócili się namiętnie, gniew zawładnął ich 

sercami. I wtedy też Alasdair uderzył.  Czekał na ten moment, śmiejąc się w cieniu, gdy 

kochankowie sprawiali sobie dotkliwy ból. Kiedy Caelan zdarł z siebie pelerynę i rzucił jej 

pod stopy, Alasdair zadał mu cios. Krew wojownika popłynęła po kamieniach i wsiąkła w 

ziemię.

W jej oczach zabłysły łzy, lecz nie spłynęły na policzki.

- Żal ją oślepił, ale szybko zakreśliła okrąg, pragnąc uratować ukochanego. Jego rana 

była śmiertelna. Wiedziała, lecz nie chciała się z tym pogodzić, i stawiła czoło Alasdairowi.

Bryna podniosła głos, by przekrzyczeć ryk fal. Teraz jej opowieść nabrała siły.

- Mury tego zamku zahuczały od gniewu, magia odeszła. Bryna chroniła swą miłość i 

walczyła jak rozszalały wojownik. Zadudnił grzmot, ciemne chmury zakryły jasny księżyc w 

pełni i gwiazdy. Fale miotały się niczym rycerze w bitwie, ziemia kołysała się i trzęsła. Słaby, 

umierający   Caelan,   który   leżał   w   kręgu,   sięgnął   po   swój   miecz,   lecz   taka   broń   jest 

bezużyteczna w walce z czarodziejskimi mocami, dobrymi czy złymi, chyba że ten, co nią 

włada,   jest   silny.   Caelan   w   sercu   wezwał   Brynę   zrozumiał   bowiem   swój   błąd   i   głupie 

zaślepienie. Umarł z jej imieniem na ustach. A kiedy to się stało, serce Bryny pękło, bo 

pozostawił ją bezbronną. - Westchnęła, na moment przymykając oczy. - Widzisz, bez niego 

była zgubiona. Moc Alasdaira rozpostarła się jak skrzydła sępa. Teraz mógł ją wziąć, z jej 

zgodą   lub   bez.   Bryna   wszakże   ostatkiem   sił   weszła   w   krąg,   gdzie   krew   jej   kochanka 

zabarwiła ziemię. Tam złożyła przysięgę i wypowiedziała zaklęcie. Przy huku walących się 

murów i trzasku płonących pochodni poprzysięgła wieczną miłość do Caelana. Przez tysiąc 

lat będzie czekała. Wysłała szalejący ogień przez swój dom, bo nie chciała, by przejął go 

Alasdair. I razem z płomieniami rzuciła zaklęcie. - Nabrała powietrza, utkwiwszy wzrok w 

oczach Cala.  - Za tysiąc  lat od tamtej nocy oboje  powrócą i wspólnie  wystąpią  przeciw 

Alasdairowi. Jeśli ich serca będą mocne, pokonają go tutaj, w tym miejscu. Wszakże takie 

zaklęcia mają swą cenę, a w wypadku Bryny ceną było to, że gdyby Caelan jej nie uwierzył, 

nie stanął z nią tej nocy do walki, jej moc zniknie, ona sama zaś będzie należeć do Alasdaira. 

Przyrzekając to, klęczała obok ukochanego, trzymała go w ramionach. Potem oboje zniknęli.

Czekał chwilę, zaskoczony, że oczarowała go ta historia i sposób, w jaki Bryna ją 

opowiedziała. Wpatrzony w jej twarz, zakołysał się na piętach.

- Ładna baśń, Bryno.

background image

- Nadal uważasz, że to bajka? - Pokręciła głową. W jej oczach malowało się błaganie. 

- Czy możesz patrzeć na mnie, słuchać tego wszystkiego i mówić, że nic nie pamiętasz?

-   Chcesz,   żebym   uwierzył,   że   jestem   kimś   w   rodzaju   reinkarnacji   celtyckiego 

wojownika, a ty nowym wcieleniem wiedźmy. - Zaśmiał się krótko. - Czekaliśmy tysiąc lat, a 

teraz stoczymy walkę ze złym czarownikiem z zachodu? Dajże spokój, czy wyglądam na 

takiego naiwniaka?

Zamknęła oczy. Była wyczerpana opowiadaniem tej historii i przeżywaniem jej na 

nowo. A teraz potrzebowała wszystkich sił.

- On musi mi uwierzyć - mruknęła, odchodząc od ściany. - Nie ma czasu na subtelne 

perswazje. - Okręciła się na pięcie i stanęła twarzą do Cala. - Jako dziecko odznaczałeś się 

żywą   wyobraźnią   -   powiedziała   gniewnie.   -   Wielka   szkoda,   że   ją   utraciłeś.   Mnie   też 

odrzuciłeś...

- Posłuchaj, kochanie...

- Och, nie używaj wobec mnie takich słów. Czyż nie słyszałam, jak szeptałeś je innym 

kobietom,   kiedy   ciągnąłeś   je   do   łóżka?   Nie   oczekiwałam,   że   będziesz   żył   jak   mnich   w 

oczekiwaniu na ten dzień, ale czy musiało ci to sprawiać aż taką przyjemność?

- Słucham?

- Och, nieważne. Po prostu nieważne. - Machnęła niecierpliwie dłonią, nie przestając 

krążyć po tarasie. „Ładna baśń", powiedział. Czemuż przez to tysiąclecie stał się taki uparty i 

ślepy?   Cóż,   zobaczymy,   Calinie   Farrell,   zobaczymy.   Stanęła   tuż   przed   nim   z   oczami 

płonącymi gniewem i zarumienioną twarzą. - Reinkarnacja wiedźmy? Może to prawda. Ale 

na   własne   oczy   przekonasz   się   o   prostym   fakcie.   Jestem   wiedźmą,   i   to   nie   całkiem 

pozbawioną mocy.

Jesteś wariatką. - Zrobił ruch, by się odwrócić..

- Stój! - Wciągnęła powietrze, a wtedy znowu zerwał się wiatr, gwałtowny i huczący. 

Cal nie mógł zrobić kroku. - Popatrz - rozkazała i szybkim ruchem ręki wskazała pas ziemi 

pomiędzy nimi.

To był pierwszy czar, jakiego się nauczyła, ostatni, jaki miała utracić. Chociaż dłoń jej 

drżała z wysiłku, zapłonął zimny i jasny płomień.

Calin zaklął i gdyby mógł, odskoczyłby. Nie było drewna ani zapałek, tylko złota kula 

ognia migocząca u jego stóp.

- Do diabła, co to jest?

- Dowód, jeśli go przyjmiesz. - Wyciągnęła rękę ponad płomieniami. - Wołałam cię tej 

nocy, Calinie, choć nie chciałeś mnie słuchać. Ale mnie znasz: moją twarz, myśli, serce. 

background image

Możesz patrzeć na mnie i zaprzeczyć?

- Nie. - Gardło miał wyschnięte, w skroniach pulsował mu ból. - Nie mogę, ale tego 

nie chcę.

Opuściła dłoń i ogień znikł.

-   Nie   mogę   zmusić   cię,   żebyś   chciał.   Mogę   tylko   sprawić,   byś   widział.   -   Ku 

zaskoczeniu obojga zachwiała się nagle.

- Hej! - Calin złapał Brynę, gdy kolana się pod nią ugięły.

- Jestem tylko zmęczona. - Dokładała starań, by odzyskać siły i odsunąć się od niego. - 

To tylko zmęczenie, nic więcej.

Zauważył,   że   śmiertelnie   pobladła,   a   jej   ciało   wydawało   się   takie   wiotkie,   jakby 

zupełnie pozbawione kości.

- To szaleństwo, cała ta sprawa jest szalona. Przypuszczalnie znowu mam halucynacje.

Wziął   ją   jednak   na   ręce   i   po   krętych   kamiennych   schodach   wyniósł   z   Zamku 

Tajemnic.

background image

4

Brandy - mruknął, ramieniem otwierając drzwi chaty. Kot wsunął się do środka jak 

dym i poszedł pierwszy krótkim korytarzem. - Whiskey. Cokolwiek.

- Nie. - Mimo że wciąż była bardzo słaba, pokręciła głową. - Już mi lepiej, naprawdę.

- Akurat. - Wydawała się taka krucha, jakby lada chwila miała się rozpaść w jego 

ramionach. - Jest tu gdzieś lekarz?

- Nie potrzebuję lekarza. - Sam ten pomysł sprawił, że zachichotała. - Wszystko mam 

w kuchni.

Calin odwrócił głowę i spojrzał Brynie w oczy.

- Eliksiry? Czarodziejskie napary?

- Skoro wolisz tak je nazywać. - Niezdolna dłużej się opierać, oplotła ramionami jego 

szyję. - Zaniesiesz mnie tam, Calinie? Chociaż wolałabym, żebyś zaniósł mnie na piętro, do 

łóżka.

Jej rozchylone zapraszająco usta były tuż koło jego warg. Poczuł drżenie. Jeśli to sen, 

pomyślał, to bierze w nim udział więcej zmysłów i jest o wiele bardziej wyrazisty niż te, które 

miewał w dzieciństwie.

-   Nie   wiedziałem,   że   Irlandki   są   takie   ostre,   w   przeciwnym   wypadku   chybabym 

wcześniej się tu wybrał.

- Tak długo czekałam. Mam swoje potrzeby, jak każdy. Rozmyślnie odwrócił się od 

schodów i skierował w stronę kuchni.

- Więc czarownice lubią seks. Znowu usłyszał ten jej gardłowy śmiech.

- A tak, i to bardzo. Mogłabym dać ci więcej niż jakakolwiek zwykła kobieta. Więcej 

niż kiedykolwiek sobie wyobrażałeś.

Pamiętał oszołomienie, w jakie go wprawił tamten powitalny pocałunek, i nie wątpił w 

jej słowa. Z rozmysłem wypuścił ją nagle z objęć i posadził na jednym z dwóch krzeseł przy 

wyszorowanym do białości stole.

-   Bardzo   wiele   umiem   sobie   wyobrazić   -   odparł,   a   Bryna   odpowiedziała   mu 

olśniewającym uśmiechem.

- Wiem o tym.  - Powietrze  drżało  pomiędzy  nimi, póki nie  oparła  się wygodnie, 

kładąc dłonie na blacie. - W kredensie za tymi drzwiami jest niebieska butelka. Mógłbyś mi ją 

przynieść i podać także szklankę?

Zrobił, o co go prosiła. W kredensie zobaczył starannie ustawione flakony w różnych 

kolorach i rozmiarach, wszystkie napełnione płynami albo proszkiem. Na żadnym nie było 

background image

nalepki.

- Co z tego dodałaś mi do herbaty? Westchnęła ciężko.

- Cal, do twojej herbaty dolałam wyłącznie whiskey. Podarowałam ci sen - to był 

drobny czar, zupełnie nieszkodliwy - ponieważ tego właśnie potrzebowałeś. Spałeś tylko dwie 

godziny, a czyż nie obudziłeś się wypoczęty i w dobrym nastroju?

Skrzywił się, nie zamierzając dyskutować na ten temat.

- Którą niebieską butelkę mam ci podać?

- Kobaltową, z długą szyjką. Postawił naczynia na stole.

- Narkotyki są niebezpieczne.

Nalała do szklanki płynu dokładnie na dwa palce; był tej samej barwy co butelka.

-   To   zioła.   -   Popatrzyła   na   niego   błyszczącymi   oczyma   i   roześmiała   się.   -   Oraz 

szczypta   magii.   Wzmacniają   energię   i   siłę.   -   Piła   z   wyraźną   przyjemnością.   -   Może 

usiądziesz, Cal? Pewnie byś coś zjadł, a jedzenie powinno być już gotowe.

Już wcześniej zaburczało mu w brzuchu, gdy w nozdrzach poczuł aromat, unoszący 

się z garnka na piecu.

- Co to jest?

Craibechan. - Uśmiechnęła się, gdy zmarszczył brwi. - Zupa - wyjaśniła. - Pożywna 

i zdrowa, a ty od dawna nie masz apetytu. Przez ostatnie tygodnie straciłeś parę kilogramów i 

ja czuję się za to odpowiedzialna.

Już   wyciągał   rękę   do   pokrywki,   żeby  zobaczyć,   z   czego   składa   się  craibechan,  

upewnić się, że w garnku nie ma oka traszki ani języka ropuchy, ale słysząc jej słowa, zmienił 

zamiar. Trzeba raz na zawsze wyjaśnić pewną ważną kwestię.

- Nie wierzę w czary.

W oczach Bryny błysnęło rozbawienie. Wstała od stołu.

- Niedługo się tym zajmiemy.

- Gotów jestem jednak wziąć pod uwagę coś w rodzaju... sam nie wiem... psychicznej 

łączności.

-   To   już   jakiś   początek.   -   Wsunęła   do   piekarnika   bochenek   ciemnego   chleba   do 

podgrzania. - Napijesz się wina do posiłku? Schłodziłam je trochę.

- Wyjęła z lodówki butelkę.

Wziął   od   niej   wino   i   przeczytał   etykietę.   To   było   jego   ulubione   bordeaux,   które 

najbardziej  mu smakowało lekko schłodzone. Zastanawiając się nad tym,  odebrał od niej 

korkociąg.

Teoria o fanatycznej  wielbicielce po prostu tu nie pasuje, uznał, stawiając otwartą 

background image

butelkę na szarym  blacie, by wino oddychało.  Nieważne, ile informacji  zdołałaby zebrać 

Bryna, na pewno nie potrafiłaby przewidzieć jego przyjazdu do Irlandii i akurat do tego 

miejsca.

Będzie musiał zaakceptować tę dziwną łączność. Jak inaczej mógłby to nazwać? To 

jej głos słyszał w snach, jej twarz pojawiała się w jego wspomnieniach. I przyjechał tu sam 

Do niej.

Czas najwyższy dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat.

- Bryno?

Przerwała nalewanie zupy do białych misek. - Tak?

- Jak długo mieszkasz tu sama?

- Przez ostatnich pięć lat jestem sama. To część układu. Kieliszki do wina są na prawo 

od ciebie.

- Ile masz lat? - Wziął dwa kryształowe kieliszki i nalał do nich krwistoczerwonego 

wina.

- Dwadzieścia sześć. Cztery lata mniej niż ty. - Postawiła miski na stole i uniosła 

kieliszek. - W moim pierwszym wspomnieniu galopujesz po salonie z niebieskimi zasłonami 

na koniu zrobionym z miotły do zamiatania. Goni cię czarny mały pies, którego nazywasz 

Hero. - Napiła się wina i odstawiła kieliszek, po czym wyjęła z pieca podgrzany chleb. - A 

kiedy piętnaście lat później zdechł w upalny letni dzień, pochowałeś go na tylnym podwórzu. 

Rodzice pomogli ci zasadzić na jego grobie krzew róży. Wszyscy płakaliście, rodzice i ty, bo 

bardzo go kochaliście. Od tego czasu żadne z was nie miało innego zwierzęcia. Myślisz, że 

nie mógłbyś znieść utraty następnego.

Niepewnie odetchnął i wypił wielki łyk wina. Żadna z tych informacji, absolutnie 

żadna, nie znajdowała się w jego oficjalnym życiorysie. I z pewnością nigdy nie mówił o tym 

publicznie.

- Gdzie jest twoja rodzina?

- Och, tu i tam. - Pochyliła się, by podrapać Hekate między uszami. - Trudno im teraz. 

Nie potrafią w żaden sposób mi pomóc. Ale czuję ich bliskość i to przynosi mi ulgę.

- Więc... twoi rodzice też są czarodziejami? Usłyszała rozbawienie w jego głosie i 

nastroszyła się.

- Jestem czarownicą z urodzenia. Moja moc i dar przekazywane są z pokolenia na 

pokolenie.   To   nie   jakieś   dodatkowe   zajęcie,   Calinie,   ani   hobby   czy   zabawa.   To   moje 

przeznaczenie, moja scheda i duma. I nie obrażaj mnie, skoro zaraz będziesz jadł przy moim 

stole. - Uniosła dumnie głowę i usiadła.

background image

Podrapał się po brodzie.

- Tak jest, proszę pani. - Zajął miejsce naprzeciwko niej i powąchał zupę. - Pachnie 

wspaniale. - Skosztował i poczuł, jak ostre ciepło rozlewa mu się w żołądku. - Smakuje 

jeszcze lepiej.

- Nie próbuj też mi pochlebiać. Jesteś taki głodny, że zjadłbyś surową koninę.

- I tu mnie masz. - Z zadowoleniem nabrał zupy łyżką. - To jak, są tu jakieś ślepia 

traszki?

Oczy jej zamigotały.

- Bardzo śmieszne.

- Tak mi się wydawało. - Doszedł do wniosku, że albo potraktuje całą tę sytuacji na 

wesoło,   albo   ucieknie   z   krzykiem.   -   Więc   co   tu   robisz   zupełnie   sama?   Zaraz   jednak 

uświadomił sobie, że nie, chyba nie chce tego wiedzieć. To znaczy czym się zajmujesz?

Nie   ma   sensu   złościć   się   na   niego,   powiedziała   sobie   w   myślach.   Najmniejszego 

sensu.

- Chodzi ci o to, jak zarabiam na życie? Cóż, to konieczność. - Podała mu chleb i 

solone masło. - Przędę wełnę i sprzedaję swoje wyroby. Swetry, chodniki, pledy, narzuty i tak 

dalej.   To   kojące   zajęcie   i   można   je   wykonywać   w   samotności.   Dzięki   niemu   jestem 

niezależna.

- Te chodniki w drugim pokoju też sama utkałaś?

- Tak.

-   Są   piękne   pod   każdym   względem:   barwy,   faktury,   wykonania.   -   Zamrugał, 

przypominając sobie kołowrotek. - Chcesz powiedzieć, że sama przędziesz wełnę?

- To starodawna sztuka. Daje mi wiele radości.

Większość znanych mu kobiet nie potrafiła nawet przyszyć guzika. Nigdy nie zarzucał 

żadnej z nich braku domowych umiejętności, ale takie bogactwo talentów wydało mu się 

intrygujące.

- Nigdy bym nie przypuszczał, że czarownica będzie... no cóż, myślałbym raczej, że... 

no wiesz... hokus - pokus!

- Hokus - pokus? - Uniosła wysoko brwi. - Więc według ciebie, gdybym chciała mieć 

garnek złota, wystarczyłoby, żebym gwizdnęła i monety same posypałyby mi się do rąk? - 

Nachyliła się nad stołem. W jej głosie brzmiała irytacja. - Powiedz mi, dlaczego używasz 

aparatów z tymi wszystkimi guzikami i przełącznikami, skoro na rynku są takie, które same 

robią zdjęcia?

- Sprawa byłaby niewiele warta, gdybym zautomatyzował cały proces. Jeśli fotografia 

background image

ma coś znaczyć, muszę mieć nad wszystkim kontrolę, planować, widzieć ujęcie... - Zamilkł, 

dostrzegając   jej   zadowolony   uśmiech.   -   Dobra,   załapałem.   Gdybyś   po   prostu   pstryknęła 

palcami, to nie byłaby sztuka.

- To prawda. A poza tym złożyłam przysięgę, rozumiesz. Nie nadużywać daru ani nie 

traktować go jak coś oczywistego. A co najważniejsze, nigdy nie wykorzystywać mocy do 

krzywdzenia innych. Już prawie mi wierzysz, Calinie.

Zaskoczony trafnością jej stwierdzenia, drgnął i odsunął się do tyłu na krześle.

- Po prostu podtrzymuję rozmowę - mruknął. Wstał, by dolać sobie zupy; kot podążał 

za nim niczym pełen nadziei cień. - Kiedy ostatnio byłaś w Stanach?

- Nigdy tam nie byłam. - Uniosła napełniony przez niego kieliszek. - Nie wolno mi 

było kontaktować się z tobą bezpośrednio, dopóki tu nie przyjedziesz. Tobie zaś nie wolno 

było przyjechać tutaj wcześniej niż na miesiąc przed upłynięciem tysiąclecia.

Cal bębnił palcami po stole. Bryna bez wątpienia wiedziała, jak zachować spójność 

całej historii.

- Więc za miesiąc będzie rocznica... rzucenia zaklęcia.

- Nic, rocznica mija w noc letniego przesilenia. To jutrzejsza noc. - Znowu uniosła 

kieliszek, tym razem jednak nie piła, tylko obracała go w palcach.

Skróciłaś termin co?

-   Nie   chciałeś   mnie   słuchać,   a   ja   zwlekałam   zbyt   długo.   Powodem   była   duma. 

Chciałam, abyś choć raz mnie zawołał. - Pokonana przez własne serce, zamknęła oczy. - Jak 

głupia nastolatka, która siedzi przy telefonie i czeka, żeby chłopak do niej zadzwonił. Byłam 

rozżalona, kiedy się ode mnie odwróciłeś. - Uniosła powieki. Wstrząsnął nim wyraz bólu, 

który   dostrzegł   w   jej   wzroku.   -   Dlaczego   się   ode   mnie   odwróciłeś,   Calinie?   Dlaczego 

przestałeś odpowiadać, przestałeś mnie słuchać?

Nie mógł zaprzeczyć.  Był  tutaj, tak samo jak ona. Coś przyciągnęło  go do niej  i 

nieważne, jak bardzo z tym walczył, wciąż pamiętał tamten łagodny, błagalny głos. I oczy, 

tak niewiarygodnie błękitne, w których płonął żal.

Uświadomił sobie, że ma dwa wyjścia: albo zaakceptuje jej słowa, albo pogodzi się z 

utratą zmysłów.

- Ponieważ nie chciałem odpowiadać i nie chciałem być tutaj - oświadczył szorstko, 

odsuwając na bok miskę. - Chciałem być normalny.

-   Więc   odrzuciłeś   mnie   i   dar,   który   ci   ofiarowano,   w   imię   tego,   co   uważasz   za 

normalność?

-   Wiesz,   co   to   znaczy   być   innym,   dziwnym?   -   odparł   z   gniewem,   zaraz   jednak 

background image

gwizdnął  przez zęby. - Chyba  jednak wiesz - mruknął.  - Ale ja tego nienawidziłem,  nie 

mogłem patrzeć, jak bardzo moi rodzice się martwią.

- To nie miał być ciężar, lecz radość, Calinie. Mała jej cząstka, cząstka mnie, została ci 

przekazana w tym darze widzenia. Chodziło o to, by cię chronić, a nie zrobić ci krzywdę.

- Nie chciałem tego! - Zerwał się od stołu. - Gdzie w tym wszystkim moja decyzja? 

Gdzie mój wybór?

Zapragnęła nad nim zapłakać, nad tym  małym  chłopcem,  który nie pojął,  że jego 

wyjątkowość to serdeczny dar. A także nad tym mężczyzną, który wciąż ów dar odrzucał.

- Wybór zawsze należał do ciebie.

- Doskonale. Więc nie chcę tego.

-   To   dotyczy   również   mnie,   Calinie.   -   Wolno   podniosła   się   od   stołu.   Z   całej   jej 

postawy biła duma. - Czy mnie także nie chcesz?

- Nie. - To było kłamstwo, które zapiekło go w język. - Nie chcę cię. Usłyszał śmiech, 

nieprzyjemne   brzęczenie   w   powietrzu.   Hekate   z   sykiem   wygięła   grzbiet   i   miauknęła 

ostrzegawczo. Cal zobaczył przerażenie w oczach Bryny, gdy rzuciła się nagle i stanęła przed 

nim, zasłaniając go sobą jak tarczą.

- Nie! - krzyknęła potężnym i władczym głosem. - Nikt cię tu nie zapraszał. Nie masz 

prawa tu przychodzić!

Cienie w drzwiach zawirowały, skupiły się i uformowały w ludzką postać. Mężczyzna 

ubrany był w szatę czarnoksiężnika, czarną, przetykaną srebrem. Twarz, przystojną  jak u 

księcia z bajki, otaczały złote włosy. Oczy miał czarne jak noc.

- Byrno, twój czas dobiega kresu - przemówił na pozór łagodnym głosem, w którym 

brzmiało  złośliwe  rozbawienie.  -  Nie;  ma   żadnego  powodu,  abyśmy  dalej  toczyli   wojnę. 

Proponuję ci wielką władzę, cały świat. Musisz tylko wziąć mnie za rękę i przyjąć mój dar.

- Sądzisz, że tak bym uczyniła? Że tysiąc czy dziesięć tysięcy lat może odmienić moje 

serce? Przeklęty jesteś, Alasdairze, i sam taką drogę wybrałeś.

- Kończy się okres oczekiwania. - Alasdair uniósł dłoń i nad ich głowami zadudnił 

grzmot, jak wtedy, gdy miecz uderza o miecz.  - Odeślij go, zezwolę na to. Ręczę za to 

słowem. Odeślij go, a nie zrobię mu krzywdy. Jeśli zostanie, spotka go ten sam koniec co 

poprzednio, a ty będziesz moja, Bryno, wolna lub w łańcuchach. Wybór należy do ciebie.

Wyciągnęła rękę i na rzeźbionym pierścieniu ze srebra zabłysło światło.

- Wejdź teraz w mój krąg, Alasdairze. - Wygięła zmysłowo usta, choć serce waliło jej 

z przerażenia, nie była bowiem gotowa, by zmierzyć się z jego mocą. - Czy zaryzykujesz?

Uśmiechnął się pogardliwie, w jego czarnych oczach błysnęła złośliwość.

background image

- W noc letniego przesilenia, Bryno. - Spojrzał na Cala z pogardą. - A ty, wojowniku, 

pamiętasz śmierć?

Brzuch Cala przeszył nagle gwałtowny i ostry ból. Zabrakło mu tchu w piersiach. 

Choć kolana się pod nim ugięły, złapał Brynę za ramiona i zasłonił sobą.

- Dotknij jej tylko, a umrzesz. - Czuł, jak te słowa same cisną mu się na usta, słyszał, 

jak je wypowiada. Czoło pokrył mu zimny pot, gdy tak stał twarzą w twarz z upiorem.

A tamten znikł, zostawiając po sobie smugę ciemnego światła i echo przerażającego 

śmiechu.

background image

5

Cal przycisnął dłoń do brzucha, spodziewając się niemal, że przez palce będzie mu 

kapać krew. Ból minął i zmienił się w odrętwienie.

- On nie może cię skrzywdzić. - Głos Bryny uświadomił mu, że wciąż ściska jej ramię. 

- Może tylko sprawić, że wszystko sobie przypomnisz, może oszukiwać cię bólem. Z nim 

wszystko jest sztuczką i kłamstwem.

- Widziałem go. - Oszołomiony Cal wpatrywał się w swoje palce. - Widziałem!

- Tak. Jest silniejszy, niż sądziłam, i bardziej niecierpliwy, skoro dziś tu przyszedł. - 

Łagodnie   położyła   dłoń   na   jego   ręce,   która   ściskała   mocno   jej   ramię.   -   Alasdair   jest 

przebiegły i kłamliwy. Musisz o tym pamiętać, Calinie. Nigdy nie możesz o tym zapomnieć.

-   Widziałem   go   -   powtórzył   Cal,   z   wysiłkiem   próbując   pogodzić   się   z   tym,   co 

niemożliwe. - Widziałem przez niego na wylot stolik w holu, kwiaty.

-   Nie   zaryzykowałby   przychodzenia   tu   w   swej   prawdziwej   postaci,   jeszcze   nie. 

Calinie, za mocno mnie ściskasz.

Palce mu drgnęły, opuścił rękę.

- Przepraszam. Straciłem głowę. Tak zwykle reaguję na duchy.

-   On   nie   jest   duchem,   lecz   czarnoksiężnikiem,   który   wybrał   ciemność   i   odrzucił 

światło. Który łamie każdą przysięgę.

- Czy jest człowiekiem? - Odwrócił się ku niej tak gwałtownie, że zabrakło jej tchu. 

Skrzywiła   się,   gdy   znowu   złapał   ją   za   ramiona.   -   Patrzył   na   ciebie   jak   mężczyzna,   z 

pożądaniem.

- Nie jesteśmy duchami, mamy swoje potrzeby i słabości. On mnie pragnie, to prawda. 

Wkradł się w moje sny i pokazał, czego ode mnie chce. Gwałt, choć we śnie, pozostaje 

gwałtem.   -   Zadrżała,   patrząc   pustym   wzrokiem   przed   siebie.   Przez   chwilę   była   zwykłą 

kobietą, którą dręczą kobiece obawy. - On mnie przeraża. Czy to ci wystarcza? Wolałabym 

raczej umrzeć niż poczuć jego ręce na sobie. On mnie przeraża - powtórzyła, przyciskając 

twarz do ramienia Cala. - Och, Calinie, ma takie zimne dłonie.

-   Nigdy   cię   nie   dotknie.   -   Potrzeba,   by   ją   chronić,   zbyt   była   silna,   by   mógł   jej 

zaprzeczyć. Objął Brynę mocniej i przyciągnął do siebie. - Nie dotknie cię, Bryno. - Musnął 

wargami jej włosy i skronie, odnalazł usta. - Bryno - powtórzył. Słodki Boże!

Poddała   się   jego   dłoniom   niczym   wosk,   z   radością.   W   jednej   chwili   opuściły   go 

wszelkie zwątpienia, obawy, rozterki. Oto była kobieta, ta jedyna, na zawsze. Zanurzył dłonie 

w jej włosach, złapał te miękkie pasma czerwonego jedwabiu i odciągnął je do tyłu, by móc 

background image

mocniej ją całować.

Cokolwiek   go   tu   przywiodło,   stawi   temu   czoło.   A   choć   nie   wszystko   potrafi 

zaakceptować,   tej   jednej   rzeczy   wyprzeć   się   nie   zdoła.   Potrzeba   może   być   silniejsza   od 

rozumu.

Prosiła go i uwodziła gardłowym szeptem. Czuł, jak jej serce bije szybko i mocno, a 

ciało lekko drży. Ponaglająco chwyciła go zębami za wargę. Usłyszał, jak Bryna wypowiada 

jego imię z westchnieniem, jękiem, a potem szepcze słowa pełne tęsknoty.

Mówiła po gaelicku i to go powstrzymało. Zrozumiał wszystko, jakby przez całe życie 

posługiwał się tym językiem.

- Miłości - powiedziała. - Moja miłości.

- Czy to jest odpowiedź? - Gniew powrócił, Calin pchnął Brynę na ścianę. - Czy tego 

właśnie chcesz? - Teraz w jego pocałunku była przemoc, rozpacz, niemal kara.

Powróciły do niej wszystkie obawy, prowokujące, by odpowiedziała złością na jego 

złość. Stała jednak bez ruchu, znosząc jego wściekłość i brutalny dotyk dłoni. W końcu Calin 

się odsunął, patrząc na nią gniewnie.

- To jedna z odpowiedzi. Tak, pragnę cię. - Wolno odpięła guziki z przodu sukni. - 

Chcę, byś mnie dotykał, byś mnie posiadł. - Rozchyliła suknię, która opadła na podłogę, i 

stała   przed   nim   bezbronna,   naga.   -   Gdziekolwiek   zechcesz,   kiedykolwiek   zechcesz, 

jakkolwiek zechcesz.

Nie odrywał oczu od jej twarzy.

- Kiedyś już tak do mnie mówiłaś.

Zakłębiły się w niej uczucia i Bryna na moment przymknęła powieki. A potem się 

uśmiechnęła.

- To prawda. Tysiąc lat temu, mniej więcej.

Pamiętał.   Stała   wtedy  przed   nim,   u  jej   stóp  kwitły   kwiaty.   Była   naga,   a  perłowe 

światło połyskiwało na jej skórze. Oddała mu się bez żadnych oporów. Zatracił się w niej, 

pod ich chętnymi ciałami pachniały zgniecione kwiaty.

Potrząsnął głową i obraz się rozpłynął. Wspomnienia czy wyobraźnia, to już przestało 

mieć znaczenie. Tylko jedno było ważne.

-   To   dzieje   się   teraz.   Jesteśmy   tutaj   oboje.   Nic   poza   tym   nie   może   nas   dotknąć. 

Cokolwiek wcześniej zdarzyło się lub nie, ta chwila jest nasza. - Zamknął ją w objęciach. - 

Chcę ciebie w taki sposób.

Teraz ona patrzyła na niego jak zauroczona. Sądziła, że weźmie ją tam, gdzie stoją, 

szukając ulgi, może zapomnienia. Posmakowała już jego namiętności, poczuła gwałtowność 

background image

wzbierającą pod jego skórą. On jednak czule wziął ją na ręce.

A kiedy położył ją na łóżku i cofnął się, by jej się przyjrzeć, zarumieniła się po cebulki 

włosów. Zmusiła się do uśmiechu.

- Chcę cię rozebrać - Usiadła, lecz dotknął jej ramienia.

- Sam to zrobię. Połóż się Bryno. Chcę widzieć cię z włosami płonącymi na poduszce 

i promieniami słonecznymi igrającymi na twojej skórze. - Tak ją sfotografuje. Fascynujące 

będzie przekonać się, czy potrafi uchwycić magię tego obrazu: wysmukłe członki, delikatne 

krągłości, oczy, w których pali się namiętność.

Zdejmował ubranie, nie odrywając od niej wzroku.

- Boisz się mnie? - zapytał cicho i poważnie.

- Nigdy się nie bałam. Nie spodziewano się tego po mnie. - Lecz serce trzepotało jej 

jak skrzydła ptaka. - Chyba jednak się boję. Tak, troszkę. Bo to oznacza... wszystko.

Rzucił ubranie na krzesło.

- Nie wiem, w co wierzę, co mogę zaakceptować. Z wyjątkiem tej jednej rzeczy. - 

Położył się na niej, szepcząc tuż koło jej ust. - Tylko to się liczy. Teraz. Tutaj. Ty. To jest 

ważne.

- Kochaj mnie. - Przyciągnęła jego usta do swoich. - Od tak dawna cię pragnę.

Kochali się bez pośpiechu, słodko, badając się nawzajem. On wiedział, że jej wargi 

pasują do jego ust, znal erotyczne poruszenia jej języka, łuk bioder. Oddychając krótko i 

urywanie, wolno, bardzo wolno, gładził rozgrzane, jędrne krągłości. Wziął jej piersi w dłonie, 

potem w usta, drażniąc sutki językiem i zębami, aż jęczała z rozkoszy, powtarzając jego imię 

jak zaklęcie.

Przesuwała po nim rękami, gładziła mocne mięśnie, palcami odkrywała drobne blizny. 

To nie było ciało wojownika, tylko wrażliwego mężczyzny. I na razie należało do niej. Serce 

biło jej wolno, gdy pieścił ją ustami z cierpliwością i skupieniem - wiedziała już, że była 

niemądra, nie spodziewając się tego.

Promienie słoneczne padały na jej zamknięte powieki, rozkosz zalewała ją od stóp do 

głów. A miłość, skrywana od tak dawna, rozkwitła niczym dzikie róże.

- Calinie.

Jego imię zadrżało na jej ustach, kiedy ją przytulił. Patrzył, jak jej oczy otwierają się 

szeroko,   zobaczył   ciemnoniebieskie   tęczówki,   błyszczące   w   niemym   pragnieniu. 

Roznamiętnił ją do granic, przekornie zadowolony, gdy krzyknęła, zadrżała, osłabła.

Jest jego, tylko o tym mógł myśleć, czując gorący dreszcz w udach. Jego. Jego.

Krew   uderzyła   mu   do   głowy,   gdy   wszedł   w   nią,   a   ona   jęknęła   i   wygięła   się   na 

background image

powitanie.   Teraz   miała   oczy   szeroko   otwarte,   płonęły   intensywnym   błękitem.   Objęła   go 

mocno i wzięła w posiadanie. Ich ciała odnalazły wspólny rytm, pradawny i dobrze znany.

Wchodził w nią coraz głębiej, ustami rozgniatał jej wargi. Oboje wstrzymali oddech, 

przeżywając rozkosz. Bryna unosiła się wysoko, gdy wreszcie napełnił ją sobą; od tak dawna 

na to czekała.

Trzymała   go   mocno,   kiedy   z   jego   ciała   uchodziło   napięcie.   Położył   głowę   na   jej 

piersiach, a ona gładziła go po włosach.

- To jest nowe - powiedziała cicho. Nasze. Nie wiedziałam, że tak może być. Tak 

wiele wiem, tego jednak nie wiedziałam.

Spojrzał na nią. Skórę miała gładką, wilgotną, oczy senne, usta różowe i nabrzmiałe.

- To nie powinno być możliwe. - Ujął ją pod brodę i lekko odwrócił głowę, widząc 

oczyma   wyobraźni   takie   ujęcie,   w   takim   świetle.   Czarno   -   białe   zdjęcie,   zatytułowane 

„Później". - Chyba przeżywam załamanie.

Zaśmiała się krótko, perliście, beztrosko i swobodnie.

- Ha, gdybyś mnie pytał, to powiem, że twój motor działa bez zarzutu. Wykrzywił 

usta.

- Zaczyna się dwudziesty pierwszy wiek. W samochodzie mam telefon z faksem, w 

biurze komputer, który robi wszystko, tylko nie ścieli łóżka, a oczekuje się ode mnie, bym 

uwierzył, że przed chwilą kochałem się z czarownicą. Czarownicą, która z niczego rozpala 

ogień i sprawia, że w zupełnie bezwietrzny dzień zrywa się wicher.

Przegarnęła palcami jego włosy, tak jak czyniła to setki razy w marzeniach.

- Magia i technika wzajemnie się nie wykluczają. Rzecz w tym, że ta druga tak rzadko 

bierze pod uwagę pierwszą. Punktem odniesienia jest wyłącznie normalność. - Widziała, jak 

jego oczy zasnuwa chmura. - Miałeś wizje, Calinie, gdy byłeś dzieckiem.

- Skończyłem z tą dziecinadą.

- Wizje to dziecinada? - Westchnęła, przymykając powieki. - Dlaczego tak uważasz? 

Umysł i serce dziecka są chyba bardziej otwarte na takie sprawy. Ty jednak oglądałeś, czułeś 

i widziałeś rzeczy niedostępne dla innych. Zostałeś obdarzony tą zdolnością.

- Nie jestem czarnoksiężnikiem.

- Nie, ale to ów dar czyni cię tym bardziej wyjątkowym, Calinie...

- Nie. - Usiadł, kręcąc głową. - Tego już za wiele. Dajmy temu na razie spokój. Sam 

nie wiem, co czuję. - Przetarł dłonią twarz i włosy. - Wiem tylko, że jestem w miejscu, w 

którym musiałem być, z kobietą, z którą musiałem być. Zostawmy to na razie.

Mają tak mało czasu. W ostatniej chwili powstrzymała się, by nie powiedzieć tego 

background image

głośno. Jeśli mają mało czasu, tym bardziej jest on cenny. Jeśli skazana jest, by stawić czoło 

przeznaczeniu za nich oboje, to niech tak będzie.

- Zgoda, zostawmy to. - Wyciągnęła ku niemu ręce. - Pocałuj mnie i połóż się koło 

mnie.

Przesunął dłonią po jej udzie i patrzył, jak jej twarz z wolna rozjaśnia uśmiech. I to 

światło. Och, to światło.

- Nie ruszaj się. - Wyskoczył z łóżka, w biegu łapiąc dżinsy. Zamrugała zdziwiona.

- Co się stało? Dokąd idziesz?

- Zaraz wracam, tylko się nie ruszaj!

Głęboko   odetchnęła,   ale   po   chwili   jej   twarz   znowu   złagodniała.   Och,   czuję   się 

kochana   jak   kot,   którego   porządnie   wygłaskano.   Chichocząc,   spojrzała   na   skuloną   przy 

kominku Hekate.

- Tak, ty znasz to uczucie prawda? mnie bardzo się ono podoba. - Kotka wpatrywała 

się w nią nieruchomym  wzrokiem. Minęło dziesięć sekund, dwadzieścia. Bryna zamknęła 

oczy. - Potrzebuję czasu. Cholera, oboje potrzebujemy. Kilka godzin po tylu latach. Dlaczego 

mielibyśmy go nie dostać? Dlaczego każda radość musi mieć swoją cenę? Idź sobie, zostaw 

mnie. Gdy nadejdzie pora zapłaty, nie będę się sprzeciwiać.

Kotka  wstała  i  machając  ogonem,  opuściła   pokój.   Zaraz  potem  rozległy się  kroki 

Calina. Bryna już chciała się uśmiechnąć, zamiast tego jednak szeroko otworzyła oczy. Zrobił 

dwa zdjęcia, nim zdążyła zakryć piersi.

- A co ty sobie wyobrażasz? Fotografujesz mnie nagą! Odłóż aparat. Nie powiesisz 

mnie w żadnej galerii.

- Jesteś piękna. - Okrążył łóżko, zmieniając kąt ujęcia. - Dzieło sztuki. Opuść lekko 

lewą rękę.

-   Ani   myślę.   To   oburzające.   -   Wstrząśnięta   do   głębi,   pociągnęła   za   pogniecioną 

narzutę, by się osłonić, a Calinowi wydała się tym bardziej godna pożądania.

Mimo to odsunął aparat.

- Myślałem, że czarownice mają zwyczaj tańczyć nago podczas pełni księżyca.

- To nie żaden pokaz. I takie rzeczy mają swoją porę i miejsce. Nie wolno uwieczniać 

na kliszy spraw prywatnych ani rytuałów.

-   Bryno.   -   Przywołał   cały   swój   wdzięk   i   zbliżył   się   do   łóżka.   Szarpnął   lekko 

prześcieradło, którym się zakrywała. Musnął palcem jej sutek. - Masz piękne ciało, cudowną 

karnację, a światło tutaj jest po prostu idealne. Niewiarygodne. - Zadrżała od jego dotyku. - 

Wszystkie zdjęcia pokażę najpierw tobie.

background image

Ledwo poczuła, jak narzuta zsuwa jej się do pasa.

- Wiem, jak wyglądam.

- Ale nie wiesz, jak ja ciebie widzę. Pokażę ci. Połóż się, proszę, odpręż.

- Mrucząc coś czule, rozsypał jej włosy na poduszce. - Nie, nie zakrywaj się, tylko 

patrz na mnie. - Zrobił zdjęcie, po czym się odsunął. - Odwróć lekko głowę. Dotykam cię. 

Wyobraź  sobie  moje  dłonie  na twoim  ciele. Tutaj. I tutaj.  - Oparł się  kolanem o łóżko, 

fotografując   ją   pośpiesznie.   -   Gdybym   miał   ciemnię,   w   nocy   wywołałbym   te   zdjęcia   i 

zobaczyłabyś, co widzę.

- Mam ciemnię - powiedziała bez tchu, podniecona. - Co?

- Za kuchnią zrobiłam ci ciemnię. - Uśmiechnęła się z wahaniem, gdy opuścił aparat, 

przyglądając jej się ze zdumieniem. - Wiedziałam, że przyjedziesz, i chciałam, żebyś miał 

wszystko, czego ci potrzeba.

Żebyś ze mną został, dodała w myślach.

- Urządziłaś mi ciemnię?

- Tak.

Śmiejąc się, pokręcił głową.

- Zadziwiające. Niesłychane. - Odłożył aparat na biurko. - Chyba powinienem być 

bardziej... natchniony, nim skończę film. - Położył się obok niej.

-   -   Czego   bym   nie   zrobił   dla   swojej   sztuki   i   mruknął,   przyciskając   wargi   do   jej 

roześmianych ust.

background image

6

Pod wieczór, gdy wiał lekki wiatr, a zbliżające się ku zachodowi słońce wygładzało 

powietrze, Cal poszedł z nią na klify. Umysł i serce miał odprężone, spokojne.

Logika podpowiadała mu, że powinien pobiec na najbliższy oddział psychiatryczny i 

poddać się terapii, przed sobą jednak miał samotne skaliste wybrzeże, zrujnowany zamek i 

piękną kobietę, która utrzymywała,  że jest czarownicą; wizje, seks i legendy.  Oto pora i 

miejsce, by odłożyć logikę na bok, przynajmniej na jakiś czas.

- To piękny kraj - powiedział. - Wciąż w głowie mi się nie mieści, że jestem tu 

dopiero od rana. Ledwo dwanaście godzin.

- Sercem przebywasz tu o wiele dłużej. - To było takie proste spacerować z nim, 

trzymając się za ręce. Takie proste. Zwykłe i cudowne. - Opowiedz mi o Nowym Jorku. 

Wszystkie   te   filmy   i   obrazy,   które   widziałam,   tylko   rozbudziły   moją   ciekawość.   Czy 

naprawdę to miasto jest takie? Ruchliwe, zatłoczone, podniecające?

- Potrafi takie być. - W tej chwili wydawało się należeć do innego świata. Odległego o 

tysiąclecie.

- Jaki jest twój dom?

- To mieszkanie z widokiem na park. Zależało mi na przestrzeni, żebym mógł urządzić 

sobie atelier. Ma dobre światło.

- Lubisz stać na balkonie - zaczęła, zaraz  jednak urwała, kiedy rzucił jej szybkie 

spojrzenie. - Od czasu do czasu na ciebie zerkałam.

- Zerkałaś. - Ujął ją pod brodę, nim zdążyła się odwrócić. - A na co dokładnie?

- Chciałam zobaczyć, jak żyjesz, jak pracujesz.

Wyślizgnęła się i poszła wzdłuż kamieni, o które rozbijały się fale. W promieniach 

słonecznych krople wody połyskiwały jak diamenty. Odwróciła się ku niemu, przekrzywiając 

głowę dziwnym kocim ruchem.

- Miałeś mnóstwo kobiet, Calinie Farrell, przychodziły o różnych porach dnia i nocy 

w najrozmaitszych strojach. I bez ubrania.

Wzruszył ramieniem, jakby go swędziało, a nie mógł się podrapać.

- Obserwowałaś mnie z innymi kobietami?

- Zerkałam - poprawiła go z godnością. - I nigdy nie patrzyłam długo. Odniosłam 

jednak wrażenie, że często wybierałoś kobiety, którym nie dostawało inteligencji.

Przesunął językiem po zębach.

- Naprawdę?

background image

- No cóż... - Machnęła dłonią, zamykając temat. - Tak to wyglądało. - Pochyliła się i 

zerwała kwiat, przeciskający się ku słońcu przez szczelinę w skale. Uniosła go wesoło do 

nosa. - Martwi cię, że o nich wiem?

Kciukami zaczepił o kieszenie.

- Niespecjalnie.

- No to w porządku. Bo gdybym  była mściwa, mogłabym  zmienić cię w osła. Na 

krótko.

- W osła?

- Na krótko.

- Potrafisz robić takie rzeczy? - Zadając to pytanie, uświadomił sobie, że gotów jest 

we wszystko uwierzyć.

Jej śmiech zabrzmiał melodyjnie na tle szumu wiatru i morza.

-   Gdybym   była   mściwa.   -   Zbliżyła   się   ku   niemu   i   podała   kwiat,   który   ku   jej 

rozbawieniu wetknął sobie we włosy. - Choć myślę, że wyglądałbyś uroczo z długimi uszami 

i ogonem.

- Wolałbym, żeby moja anatomia pozostała taka jak teraz. A na co jeszcze... zerkałaś?

-   Och,   na   różne   rzeczy.   -   Znowu   splotła   palce   z   jego   palcami.   -   Patrzyłam,   jak 

pracujesz w ciemni, tej małej, w domu, w którym się wychowałeś. Rodzice byli z ciebie 

bardzo dumni. Trochę przerażał ich twój talent, ale byli dumni. Widziałam twoją pierwszą 

wystawę w tej dziwacznej galerii, gdzie wszyscy ubrani byli na czarno, jakby przyszli na 

stypę.

- W SoHo - mruknął Cal. - Chryste, to było prawie dziesięć lat temu.

- Od tamtej pory zrobiłeś wiele wspaniałych rzeczy. Mogłam patrzeć twoimi oczami 

na zdjęcia. I czuć się blisko ciebie.

Nagle przyszło mu do głowy wstrząsające podejrzenie. Spojrzał jej prosto w oczy.

- Ale ty nie miałaś nic wspólnego z... Moje osiągnięcia to nie twoje dzieło?

- Och nie, Calinie. - Przykryła dłońmi jego dłonie, którymi ściskał ją za ramiona. - 

Przysięgam, że nie. To ty. Sam tego dokonałeś. Nie możesz w to wątpić. - Wyczuwała jednak, 

że wątpi. - Nie mogę mówić ci rzeczy, które nie są prawdą. To wykluczone. Przysięgam, że 

wszystko, czego dokonałeś, osiągnąłeś sam.

- Dobrze. - Z roztargnieniem gładził ją po rękach. - Cała drżysz. Zimno ci?

- Przez chwilę było mi zimno. - Zimny dreszcz przeniknął ją aż do kości. Alasdair. 

Odrzuciła od siebie myśl  o nim, mocno chwyciła Cala za rękę i poprowadziła łagodnym 

zboczem na wzgórze. - Już w dzieciństwie przychodziłam tu i patrzyłam.  - Zadowolona, 

background image

oparła głowę na jego ramieniu, obejmując wzrokiem wzgórza i doliny, jasną wstążkę rzeki, 

ciemne cienie rzucane przez pokręcone drzewa. - Przede mną rozpościerała się Irlandia, złota 

i zielona. Wymarzone miejsce.

- Irlandia czy to miejsce?

I jedno, i drugie, Jesteśmy dumni z. naszej krainy. Pokażę ci Irlandię, Galinie. Brzeg 

rzeki porośnięty orlikami, pub, gdzie zawsze czeka na ciebie jakaś historia, wąska ścieżka 

wzdłuż żywopłotu, w którym kwitną czerwone fuksje. Zwyczajna Irlandia. - Odgarnęła włosy 

do tyłu i spojrzała na niego. - I więcej. Pokażę ci więcej. Kamienny krąg, gdzie śpi potęga, 

cichy pagórek, na którym co wieczór tańczą wróżki, wysoki klif, skąd niegdyś sprawował swą 

władzę wielki czarnoksiężnik. I wszystko to ci dam, jeśli będziesz chciał.

- A co weźmiesz w zamian, Bryno?

- To zależy od ciebie. - Znowu przeszedł ją dreszcz. Ostrzeżenie. - Teraz jednak muszę 

pokazać ci coś innego. - Zerknęła niespokojnie przez ramię, ku ruinom, i zadrżała. - On jest 

blisko - szepnęła. - Obserwuje nas. Wracajmy do domu.

Zatrzymał ją w miejscu. Zaczynał dostrzegać, że uciekał od bardzo wielu rzeczy w 

swoim życiu. Zbyt wielu.

- Czy nie lepiej stanąć do walki teraz i załatwić to raz na zawsze?

- Nie możemy wybierać sobie pory. Została dawno ustalona. - Złapała go za rękę i 

pociągnęła. - Proszę, chodźmy do domu.

Cal podążył za nią niechętnie.

- Posłuchaj, Bryno, wydaje mi się, że prześladowca jest prześladowcą, niezależnie od 

tego, kim jeszcze może być. Im dłużej ustępujesz prześladowcy, tym gorszy się staje. Uwierz 

mi, miałem z nimi do czynienia.

- O tak. Pamiętam, że jeden rozkwasił ci nos. Biliście się na rogu ulicy jak najgorsi 

chuligani.

- To on zaczął. Za często mnie zaczepiał, więc... - Cal urwał, wypuszczając powietrze 

z  płuc.  - Hej,  to  aż  za  bardzo  niesamowite.   Od  dwudziestu   lat  nie  myślałem  o  Henrym 

Belinskim. A poza tym może i rozkwasił mi nos, za to ja mu go złamałem.

- I jesteś z tego dumny, nawet teraz? Bo złamałeś nos ośmiolatkowi.

- Ja też miałem osiem lat. - Uświadomił sobie, że zręcznie manewrując i zmieniając 

temat,   postawiła   na   swoim   i   zaprowadziła   go   do   domu.   -   Bardzo   sprytnie,   Bryno.   Nie 

rozumiem, po co ci magia, skoro potrafisz w taki sposób żonglować rozmową.

- Mam taki talencik. - Dotknęła jego policzka. - Cieszę się, że złamałeś  mu nos. 

Chciałam zmienić go w ropuchę, już zaczęłam wypowiadać zaklęcie, ale sam sobie z nim 

background image

poradziłeś.

- W ropuchę? - Wbrew woli uśmiechnął się szeroko. - Naprawdę?

- Postąpiłabym  źle, ale  miałam  dopiero  cztery lata, a dzieciom  wybacza  się takie 

rzeczy.   -   Twarz   jej   spoważniała,   oczy   pociemniały.   -   Alasdair   w   żadnym   razie   nie   jest 

dzieckiem, Calinie. Nie chodzi mu o to, by zranić twoją dumę czy zedrzeć ci skórę z kolan. 

Nie traktuj go lekko.

Zrobiła krok do tyłu, unosząc obie dłonie wysoko.

Wzywam wiatr, by otoczył wirem mój dom.

Machnęła dłonią i za oknami zahuczał wicher.

Niechaj tumany mgły kłębią się za moimi oknami. Niech ogłuszą mu uszy, oślepią 

oczy. Przybądźcie  mi  z  pomocą, ukryjcie  mnie.  Pomóżcie  obronić  to,  co mi  powierzono.  

Niechaj tak się stanie.

Cal cofnął się nie odrywając  od niej  zalęknionego wzroku, Okna zasłoniły pasma 

mgły,   wiatr   wył   jak   stado   wilków.   Stojąca   przed   nim   kobieta   płonęła   niczym   świeca, 

emanując   potęgą,   której   nie   potrafił   pojąć.   Ogień   wyczarowany   z   powietrza   zdawał   się 

niczym w porównaniu z tym, czego teraz był świadkiem.

- W co mam wierzyć? Co zaakceptować? Wolno opuściła ręce.

-   Tylko   to,   co   sam   zechcesz.   Wybór   zawsze   będzie   należał   do   ciebie,   Calinie. 

Pójdziesz ze mną zobaczyć to, co mam ci do pokazania?

- Zgoda. - Ze świstem wypuścił powietrze z płuc. - A potem, jeśli pozwolisz, napiłbym 

się szklaneczkę tej twojej irlandzkiej whiskey. Czystej.

Bryna zmusiła się do uśmiechu.

- Skoro taka twoja wola. Chodźmy. - Zmierzając ku schodom, starannie dobierała 

słowa. - Mamy niewiele czasu. On będzie się starał złamać zaklęcie. Domagać się będzie tego 

jego duma, a moje moce są bardziej... ograniczone niż w przeszłości.

- Dlaczego?

- To  część całości  - odrzekła  tylko.  - Podobnie jak  rzecz,  którą  chcę ci  pokazać. 

Widzisz, on nie pragnie wyłącznie mnie, chce wszystkiego, co mam. Pożąda najcenniejszego 

skarbu   -  Zamku   Tajemnic.   -  Stanęła   przed  rzeźbionymi  drzwiami.   Nie  miały  klamki  ani 

klucza, było tylko połyskujące drewno z ozdobnym wzorem, który przypominał pradawne 

runy. - Wejścia do tego miejsca bronią mu moce silniejsze niż moje. - Przesunęła dłonią po 

drewnie i drzwi wolno się otworzyły.

- Sezamie, otwórz się - mruknął Cal - przed tym, kto puka.

- Nie, tylko przede mną. A teraz i przed tobą. - Weszła do środka. Calin po krótkim 

background image

wahaniu podążył za nią.

W jednej chwili zabłysły wokół płomienie setek świec, palących się równo i mocno. 

Oczom  Cala  ukazała  się   mała,  pozbawiona   okien  komnata.  Drewniane  ściany  pokrywały 

podobne znaki jak na drzwiach, sufit był  niski, Cal niemal  ocierał się o niego czubkiem 

głowy.

- Mizerne miejsce dla takiej rzeczy - mruknęła Bryna.

Cal widział tylko prosty drewniany postument w białym kręgu na środku pokoju. Na 

postumencie znajdowała się kula, przezroczysta jak szkło.

- Kryształowa kula?

Bryna, nie odpowiadając, podeszła do podwyższenia.

- Zbliż się. - Czekała z dłońmi opuszczonymi po bokach, aż Cal jej posłucha. Szklana 

kula znalazła się między nimi.

- Alasdair pożąda mnie, zazdrości tobie i pragnie tej kuli. Mimo całej swej potęgi, 

wszystkich oszustw i podstępów nigdy nie mógł zdobyć tego, na czym najbardziej mu zależy. 

Nim jeszcze zaczął się czas, bronił jej członek mego rodu. Uwierz mi, Calinie, czarodzieje 

wędrowali po tej ziemi, gdy ludzie wciąż szukali w jaskiniach schronienia przed nocą. Tę 

pradawną kulę stworzył mój przodek i od tamtej chwili przekazywano ją z pokolenia na po-

kolenie. Bryna Mądra trzymała ją w dłoniach tysiąc lat temu i dzięki swej mocy i miłości 

ochroniła przed Alasdairem. Kula pozostała w ukryciu. Nie widział jej nikt, kto nie należał do 

mego rodu.

Delikatnie uniosła kulę' wysoko nad głowę.. Na jasnej powierzchni migotały płomyki 

świec, wydawało się, że kula zamyka je w swym wnętrzu i więzi, aż wreszcie cała zapłonęła. 

Kiedy Bryna ją opuściła, wciąż się żarzyła, pulsując jaskrawymi kolorami.

- Patrz, kochany. - Otworzyła dłoń, a kula potoczyła się ku opuszkom jej palców i tam 

się zatrzymała, wbrew prawu grawitacji. - Zobacz.

Calin musiał wziąć kulę w ręce. Powierzchnia była gładka, niemal jedwabista, ciepła 

niczym ciało. Wydało mu się, że jej puls, jej życie wnikają w jego mięśnie.

Kolory uległy zmianie. Barwne chmury rozstąpiły się jak czarodziejskie morze. Calin 

zobaczył smoki ziejące ogniem i srebrny miecz przecinający ich łuski. Pod jasnym słońcem 

na pełnej kwiatów łące mężczyzna leżał z kobietą. Rolnik orał kamieniste pole. Dziecko ssało 

matczyną pierś.

Obrazy   przesuwały   się   jeden   po   drugim,   ukazując   życie   świata.   Mroczne   oceany, 

dalekie gwiazdy,  cicha wioska, nieruchoma jak na fotografii. Twarz starej kobiety zalana 

łzami. Mały chłopiec śpiący pod kasztanem.

background image

A choć kolory i światło obrazów blakły, emanowała z nich moc, która zalała go jak 

rzeka wina, czysta i chłodna. Wciąż ją czuł, mimo że kula znowu była czysta i tylko odbijała 

światło świec.

- To świat - powiedział cicho, ze wzruszeniem. - Tu, w moich dłoniach.

- Serce świata. Nadzieja świata. W twoich dłoniach płonie moc.

- Dlaczego? - Spojrzał jej w oczy. - Dlaczego w moich dłoniach?

- Jestem strażniczką tego miejsca. Jest tu także moje serce. - Głęboko odetchnęła. - 

Jestem w twoich rękach, Calinie Farrell.

- Czy mogę odmówić?

- Tak. Wybór należy do ciebie.

- A jeśli on... Alasdair... zdobędzie kulę?

Wtedy go powstrzyma. To będzie kosztowało ją życie, lecz go powstrzyma.

- Moc można wykorzystać w złych celach, można jej nadużyć, lecz zawsze zwróci się 

przeciwko temu, kto tak robi, i to z dziesięciokrotnie większą siłą.

- A jeśli Alasdair zdobędzie ciebie?

- Będę z nim związana na tysiąc lat. Tego zaklęcia nie da się odwrócić. - Jedynie przez 

śmierć, pomyślała. Jedynie przez śmierć. - On jest zły, ale ma też swoje słabości. - Położyła 

dłoń na kuli i teraz trzymali ją oboje. - Nie dostanie jej, Calinie. I nie wyrządzi ci krzywdy. 

Tak brzmi moja przysięga.

Wpatrywała się w jego oczy, szepcząc coś cichutko. Wzrok mu się zamglił, w głowie 

zawirowało. Uniósł dłoń, jakby chciał odepchnąć to, co zobaczył.

- Nie.

-   Dla   ochrony.   -   Położyła   dłoń   na   jego   policzku,   wypowiadając   zaklęcie.   -   Moja 

miłości.

Zamrugał i potrząsnął głową. Przez moment miał w głowie pustkę, odbijało się w niej 

słabe echo jakichś słów.

- Przepraszam, co mówiłaś?

Zacisnęła usta. Nie będzie nic pamiętał, tyle tylko mogła dla niego zrobić.

- Powiedziałam, że musimy iść. - Umieściła kulę z powrotem na postumencie. - Po 

wyjściu stąd nie będziemy rozmawiać. - Ruszyła ku drzwiom, wyciągając ku niemu rękę. - 

Chodźmy. Dam ci tej whiskey.

background image

7

Tej nocy miał spokojne, piękne sny. Bryna tego dopilnowała.

Jeździec na wielkim czarnym koniu galopował przez wzgórza, przeprawiał się przez 

rzekę. Silny, chłodny wiatr rozwiewał mu pelerynę.

W   srebrnym   zamku   na   szczycie   ostrego   klifu   czekała   na   niego   czarownica,   w 

komnatach płonęły złotem świece i pochodnie.

Była też tam kryształowa kula, czysta jak woda, a życie w niej mijało, dekada za 

dekadą, stulecie za stuleciem.

Była miłość słodka jak miód i żądza ostra jak hartowana stal.

A kiedy pogrążony w snach zwrócił się ku niej tej nocy, otworzyła się dla niego.

Bryna nie spała, nie śniła. Leżała w ramionach Cala, podczas gdy srebrny księżyc 

wędrował po niebie.

Kto   się   ze   mną   kochał,   Cal   czy   Caelan?,   zadawała   sobie   pytanie,   gdy   dreszcze 

wywołane jego pieszczotą ustały.  Ukryła twarz na ramieniu kochanka, szukając ukojenia, 

spokojnego portu w tę noc poprzedzającą ostateczną rozgrywkę.

Będzie bezpieczny, pomyślała, kładąc dłoń na jego piersi. Dołożyła wielkich starań, 

gotowa była  podjąć każde ryzyko,  by nie stało mu się nic złego. Jej bezpieczeństwo zaś 

zależało od tego serca, które biło spokojnie pod jej palcami. Jeśli Cal nie zechce oddać go z 

własnej woli, jeśli z miłości nie stanie u jej boku, będzie zgubiona.

Tak nakazano w ogniu i krwi tamtej straszliwej nocy sprzed tysiąca lat.

Przez milenium spaliśmy, dziesięć razy po sto lat. Krew jednak pozostaje krwią, a 

serca są mocne, gdy rodzimy się na nowo. I spotykamy się tutaj, ukryci za tarczą naszej  

miłości. W najkrótszą noc roku stoczymy zaciętą walkę i poznamy nasze przeznaczenie. Serce 

mego wojownika to jego dar dla mnie, jego miecz błyszczy  jasno niczym księżyc. Jeśli z 

własnej woli przyniesie na bitwę i serce, i miecz, to pokonamy Alasdaira. Kiedy wstanie świt  

tego najdłuższego dnia, a miłość mego ukochanego odnajdzie drogę do mnie, uwolnimy się od 

złego czarnoksiężnika. Niechaj tak się stanie.

Słowa Bryny Mądrej unosiły się wysoko pośród błyszczących murów zamku, odbijały 

echem w jej głowie i sercu. Kiedy znowu wzejdzie księżyc, rzecz zostanie rozwiązana.

Bryna leżała w ramionach Cala, nasłuchując szeptów wiatru, i wcale nie spała.

Kiedy Cal się obudził, był sam. Słońce stało już wysoko na niebie. Przez chwilę 

myślał,   że   to   wszystko   było   snem.   Kobieta   -   czarownica,   zrujnowany   zamek,   przytulna 

chatka.   Kula   zawierająca   cały   świat.   Halucynacja   wywołana   wyczerpaniem,   stresem, 

background image

załamaniem, którego w głębi serca tak się obawiał.

Zaraz wszakże rozpoznał pokój: aromat wciąż świeżych kwiatów w wazonach, zapach 

Bryny.   A   więc   to   prawda.   Przycisnął   palce   do   oczu,   by   odegnać   senność.   Wszystko   to 

prawda, a jednak nie mieści się w głowie. I w jakiś sposób jest to cudowne.

Wstał z łóżka i poszedł do uroczej małej łazienki, gdzie stała wanna na nogach w 

kształcie   zwierzęcych   łap.   Zaciągnął   zasłonkę,   odkręcił   gorącą   wodę   i   uniósł   twarz   ku 

strumieniowi kropel.

Jeszcze   się   z   nią   nie   kąpał,   pomyślał   z   uśmiechem.   Jeszcze   nie   namydlał   tego 

cudownego ciała, aż będzie śliskie i zacznie wymykać mu się z rąk, nie patrzył, jak woda 

spływa  po  tych   wspaniałych,  ognistorudych  włosach.  Nie  doświadczył  złączenia  z  nią  w 

gorącej wodzie, pośród obłoków pary.

Zaraz jednak uśmiech zastąpiło niedowierzanie. Czy sięgnął po nią w nocy, we śnie, 

pragnąc tej plątaniny języków i członków, tych wolnych, gładkich poruszeń ciał?

Czemu nie może sobie przypomnieć? Dlaczego nie jest tego pewny?

A czy to ważne? Zirytowany na siebie, zakręcił wodę i zdjął ręcznik z ogrzewanego 

wieszaka. Sen czy rzeczywistość, to bez znaczenia, była z nim i żadnej kobiety nie pragnął 

tak mocno.

Z tobą czy może z kimś innym kochała się tej nocy?

Oczy Cala pociemniały, gdy w jego głowie rozległ się nieprzyjemny szept. Wytarł się 

energicznie.

Ona cię wykorzystuje, by osiągnąć własne cele. Rzuca na ciebie czary, aż zdobędzie  

to, o co jej chodzi.

W pomieszczeniu nagle zabrakło tlenu, gęsta para zatkała Calowi płuca. Po omacku 

poszukał drzwi, lecz znalazł tylko wirujące powietrze.

Sprowadziła cię tu, zwabiła w sieć, jak tylu innych przed tobą. Chce cię posiąść, twoje 

ciało i duszę. Kim będziesz, kiedy z tobą skończy?

Cal wpadł na drzwi, przez jedną straszną chwilę przerażony, że są zamknięte na klucz, 

w końcu jednak zdołał je otworzyć  śliskimi dłońmi.  Chwiejnym  krokiem wtoczył  się do 

chłodnej, zalanej słońcem sypialni.  Za jego plecami gniewnie kłębiła się ciemna mgła, a 

potem zniknęła.

Do diabła, co jest? Czuł, że cały się trzęsie, jak chłopiec, który uciekł z nawiedzonego 

domu. Wydawało mu się, że tam było... coś, coś zimnego, oślizgłego i cuchnącego śmiercią 

kryło się w tej mgle.

Kiedy jednak wrócił do łazienki, zobaczył tylko przytulne wnętrze, zaparowane lustro, 

background image

rozpływające się ciepło po prysznicu.

Twoja   wyobraźnia   pracuje   po   godzinach,  pomyślał   i   roześmiał  się   nieszczerze.   A 

czyja by nie szalała, wziąwszy pod uwagę okoliczności? Zdecydowanym ruchom zamknął 

drzwi łazienki, ubrał się i poszedł na dół.

Bryna przędła wełnę, nucąc do wtóru cichego, rytmicznego stukotu wrzeciona i koła. 

Jej dłonie poruszały się zręcznie jak dłonie harfistki muskającej struny wełna była biała jak 

niewinność.

Tego ranka miała na sobie suknię barwy błękitu tak głębokiego jak jej oczy. Pomiędzy 

piersiami kołysał się gruby srebrny łańcuszek z ozdobnym wisiorem. Upięte włosy odsłaniały 

porcelanową twarz.

Ogarnęła go ochota, by wziąć aparat. I ją także.

Spojrzała na niego, nie przestając prząść, i uśmiechnęła się.

- Więc zdecydowałeś się dołączyć do żywych?

- Mój zegar biologiczny wciąż nastawiony jest na Stany. Późno już?

-   Hmm,   prawie   wpół   do   jedenastej.   Założę   się,   że   jesteś   głodny.   Przygotuję   ci 

śniadanie.

Ujął ją za rękę, gdy wstawała.

- Nie musisz dla mnie gotować. Pocałowała go lekko.

- Ha, wpadlibyśmy w poważne tarapaty, gdybym tak sądziła. Ale tak się składa, że 

dzisiaj z przyjemnością przygotuję ci jedzenie.

Oczy mu błyszczały, gdy całował jej dłoń. - Pełne irlandzkie śniadanie? To świetnie.

- Jeśli chcesz.

- Skoro o tym wspomniałaś... - Umilkł, bacznie przyglądając się jej twarzy. Cienie pod 

oczyma, blada cera. - Wyglądasz na zmęczoną. Nie spałaś dobrze.

Bryna ruszyła w stronę kuchni.

- Może chrapiesz.

- Nieprawda. - Złapał ją w pasie, okręcił i pocałował. - Cofnij to.

- Powiedziałam: może. - Uniosła brwi, bo jego dłonie wędrowały w dół, zatrzymując 

się na jej pośladkach. - Zawsze rano jesteś taki energiczny?

- Niewykluczone. Będę jeszcze bardziej energiczny, jak napiję się kawy. - Cmoknął ją 

szybko w policzek i wziął dzbanek. - Wiesz, dzisiaj rano zauważyłem rzeczy, których wczoraj 

nie widziałem, bo byłem zbyt... roztargniony. Nie masz telefonu.

Postawiła żeliwną patelnię na piecu.

- Mam swoje sposoby komunikowania się ze światem w razie potrzeby.

background image

- Aha. - Potarł dłonią po nieogolonej brodzie. - Za to kuchnia jest wyposażona w 

bardzo nowoczesny sprzęt.

-   Nie   muszę   chyba   gotować   na   ognisku.   -   Pokroiła   na   plastry   irlandzki   bekon   i 

wrzuciła na patelnię.

-   Trafna   uwaga.   Trzeba   nasypać   cukru   -   powiedział   z   roztargnieniem,   unosząc 

wieczko cukiernicy. - Przędziesz wełnę na kołowrotku, ale masz najnowocześniejszą wieżę.

- Muzyka przynosi ukojenie - mruknęła, obserwując, jak Calin bez wahania idzie do 

spiżarki i bierze nieoznakowaną puszkę, w której przechowywała cukier.

-   Przyrządzasz   cudowne   eliksiry,   ale   robisz   zakupy   w   supermarkecie.   -   Zręcznie 

napełnił   cukiernicę.   -   Te   kontrasty   są   fascynujące.   Zastanawiam   się...   -   Znieruchomiał   z 

łyżeczką do cukru w dłoni. - Wiedziałem, gdzie to znaleźć - powiedział cicho. Wiedziałem, że 

cukier jest w białej puszce na drugiej półce. Mąkę trzymasz w niebieskiej która stoi obok, 

Wiedziałem o tym.

- To dar, a ty po prostu zapomniałeś go zablokować. Takie sprawy nie powinny cię 

niepokoić.

- Nie powinny mnie niepokoić. - Zrezygnował z cukru i wypił gorzką kawę.

- Od ciebie zależy, Cal, czy będziesz miał nad nim kontrolę, czy go odrzucisz.

- Więc mogę go odrzucić.

- Robiłeś tak przez prawie połowę życia. Słysząc jej ton, gorzki jak kawa, Cal zmrużył 

oczy.

- I to cię irytuje.

Szybkimi ruchami pokroiła ziemniaki i wrzuciła na rozgrzany olej.

- To twój wybór.

- Ale cię irytuje.

- W porządku, irytuje. Odwracasz się od tego plecami, bo cię to niepokoi. Burzy twoje 

poczucie normalności. Podobnie jak ja. - Stojąc tyłem do niego, wyjęła bekon i zostawiła do 

osączenia, po czym wbiła do tłuszczu jajka. - Zamknąłeś się przed swoim darem i przede 

mną, ponieważ nie pasowaliśmy do twojego uporządkowanego świata, w którym magia to 

tylko iluzja dokonywana za pomocą dymu i luster, a czarownice noszą czarne kapelusze, jeż-

dżą na miotłach i chichoczą w Halloween. - Gdy jajka się smażyły, Bryna nalała owsianki na 

talerz i postawiła go na stole, po czym zaczęła kroić chleb. - W tym świecie nie ma dla mnie 

miejsca.

- Jestem tutaj, prawda? - odparł Cal spokojnie. - To była moja wola, Bryno, czy ty 

mnie do tego skłoniłaś?

background image

Wykorzystuje cię. Zwabia do swojej sieci.

Skłoniłam cię? - Do głębi urażona okręciła się na pięcie. - Tak właśnie myślisz? Po 

tym, co ci powiedziałam, co razem przeżyliśmy?

- Jeśli uwierzę choćby w połowę tego, co mi powiedziałaś, jeśli odłożę na bok logikę 

razem z moim poczuciem rzeczywistości i zaakceptuję to, że stoję w kuchni z czarownicą, o 

rzut kamieniem od zaczarowanego zamku, a niedługo mam stoczyć  bitwę z jakimś złym 

czarnoksiężnikiem,   z   którym   od   tysiąclecia   trwa   wojna,   to   sądzę,   że   to   pytanie   jest   jak 

najbardziej uzasadnione.

- Uzasadnione? - Zacisnęła zęby i wróciła do kuchenki, by przełożyć jajka na talerz. - 

Powiadasz „uzasadnione". Czy zwabiłam cię w sieć jak pająk muchę, ściągnęłam przez ocean 

do mojego łóżka? - Z hukiem postawiła przed nim pełny talerz. - A po co, jeśli wolno spytać, 

Galinie Farrell? Dla miłego numerka, dla przyjemności spędzenia z tobą kilku nocy? Cóż, nie 

musiałabym   się   aż   tak   męczyć.   W   Irlandii   nie   brakuje   mężczyzn.   Jedz   śniadanie   albo 

wyląduje ci na głowie jak kapelusz.

Kiedy indziej może by się uśmiechnął, lecz teraz tamten natrętny, przebiegły głos 

wciąż   szeptał   mu   do   ucha.   Mimo   to   Cal   nie   ruszył   się   od   stołu,   roztargnieniem   bębnił 

widelcem w krawędź talerza.

Nie   odpowiedziałaś   na   moje   pytanie.   Jeśli   mam   wierzyć,   że   nie   mogłabyś   mnie 

okłamać, to czy nie powinno mnie dziwić, że krążysz i unikasz odpowiedzi wprost? Tak czy 

nie Bryno. Skłoniłaś mnie do przyjazdu tutaj.

- Tak czy nie?

Oczy   miała   suche,   choć   serce   jej   szlochało.   Czy   on   wie,   że   patrzy   na   nią   ze 

zwątpieniem, podejrzliwie, chłodno i obojętnie? W jego wzroku nie było wiary,  nie było 

miłości, której tak potrzebowała.

Jedna noc nie wystarczy, pomyślała z rozpaczą.

- Nie, Calinie, nie skłoniłam cię do przyjazdu tutaj. Gdyby było to moim celem, gdyby 

było to w mojej mocy, czy czekałabym na ciebie tak długo w samotności? Prosiłam, żebyś 

przybył, błagałam, zapomniawszy o dumie, ponieważ jesteś mi potrzebny. Jednakże wybór 

należał do ciebie. - Odwróciła się do okna i kurczowo zaciskając palce na blacie, utkwiła 

wzrok w morzu. - Powiem ci więcej, bo czasu jest niewiele - dodała cicho. - Złamałeś mi 

serce, kiedy zamknąłeś swoje przede mną. Sprawiłeś mi wielki ból, minie wiele lat, nim się z 

tego wyleczę. Wybór też należał do ciebie, bo cała wiedza znajdowała się w twojej głowie i 

sercu,   wystarczyło,   żebyś   zdecydował   się   ją   odnaleźć.   Ta   wiedza   zawiera   wszystkie 

odpowiedzi, a ty musisz tylko ich poszukać.

background image

- Chcę usłyszeć je od ciebie. Zamknęła oczy.

- Nie wszystko mogę ci powiedzieć, niektóre musisz zdobyć sam. - Zadarła dumnie 

głowę i spojrzała na niego.

Zauważył,   że   wciąż   jest   blada,   a   jej   oczy   zasnuwają   chmury.   Stała   sztywno,   na 

ramiona opadały jej pasma włosów, które wysunęły się ze spinek.

- Jedno wszakże muszę ci powiedzieć. Przyszłam na świat, kochając cię. W mym 

sercu nigdy nie było innego, nawet kiedy się ode mnie odwróciłeś. Wszystko, kim jestem, 

byłam lub będę, należy do ciebie. Nie potrafię zmienić swojego serca. Przyszłam na świat, 

kochając cię - powtórzyła. - I kochając cię, umrę. W tej sprawie nie mam wyboru.

Po tych słowach wybiegła.

background image

8

Bryna zniknęła. Cal niemal od razu ruszył za nią, lecz nigdzie jej nie widział. Szukał 

jej po całym domu, otwierał na oścież wszystkie drzwi i wołał. A potem ją przeklinał.

Do diabła z kobietami z temperamentem, pomyślał. Ogarnęła go wściekłość. Mówi, że 

go kocha, a potem sobie idzie, nie dając czasu, by zajrzał w swoje serce!

Ona za wiele się spodziewa, powiedział do siebie z gniewem. Za dużo chce. Zbyt 

wiele zakłada.

Pobiegł na klify, lecz nie stała na skałach, nie wpatrywała się w morze, z włosami 

rozwianymi   przez   wiatr.  Własny  głos  wrócił  do  niego   pustym  echem,  rozpalając  jeszcze 

większy gniew.

Popatrzył na zrujnowane mury zamku - i już wiedział.

-   Dobra,   niech   to   szlag   trafi   -   mruknął,   idąc   ku   ruinom.   -   Omówimy   to   sobie 

dokładnie, bez niedomówień. Żadnej magii, żadnych legend, żadnych bzdur. Tylko ty i ja.

Ruszył  ku łukowi bramy i odbił się od powietrza. Oszołomiony,  wyciągnął rękę i 

poczuł przeszkodę, której nie mógł dostrzec. Widział kamienisty grunt, osmalone ogniem 

ruiny, stosy kamieni, lecz drogę zagradzała mu niewidzialna zimna i mocna ściana.

- A co to znowu za zabawa? - Naparł ramieniem, ale nic nie osiągnął. Mamrocząc pod 

nosem przekleństwa, okrążył mury. Każde wejście było przed nim zamknięte.

- Bryna! - Walił w broniące mu dostępu powietrze, dopóki nie poczuł bólu w dłoniach. 

- Wpuść mnie! Cholera jasna, pozwól mi przejść!

Z   najwyższej   wieży   Bryna   patrzyła   na   morze.   Słyszała,   jak   Calin   ją   woła,   jak 

przeklina. I pragnęła, och, jakże pragnęła mu odpowiedzieć. Lecz jej duma została zraniona, 

moc malała.

Podjęła już decyzję.

Może   uczyniła   to   podczas   bezsennej   nocy,   kiedy   leżała   przytulona   do   Cala, 

nasłuchując jego snów, a może podjęto ją za nią wieki temu. Dostała tylko jeden dzień z nim, 

jedną noc. Wiedziała, że gdyby dano jej więcej czasu, mogłaby złamać przysięgę i wszystkie 

swoje obawy oraz pragnienia złożyć w jego ręce.

Brynie   nie   wolno   było   powiedzieć   Calowi,   że   jej   życie,   więcej,   jej   dusza,   będą 

stracone, jeśli o północy jego serce pozostanie wobec niej obojętne. Dopóki on nie wyzna jej 

bezwarunkowej miłości, nie ma dla niej nadziei.

Zrobiła już wszystko, co w jej mocy. Teraz zwróciła twarz do wiatru, pozwoliła, by 

osuszył jej łzy, których się wstydziła. Ochroni to, co jej zawierzono, ukochanemu nie stanie 

background image

się krzywda, a tajemnice tego miejsca umrą wraz z nią.

Alasdair nie wiedział, jak silna jest jej wola. Nie miał pojęcia, że amulet na szyi Bryny 

zawiera truciznę. Jeśli poniesie klęskę, jeśli jej miłość nie zatriumfuje, Bryna odbierze sobie 

życie, bo nie chce żyć spętana więzami.

Przy wtórze nawoływań  Cala zamknęła  oczy i uniosła ramiona.  Miała tylko kilka 

godzin na zebranie sił.

Zaczęła śpiewać.

Cal   cofnął   się,   oddychając   ciężko.   Do   diabła,   co   on   wyprawia?   Wali   głową   w 

niewidzialny mur, żeby dostać się do czarownicy.

W jaki sposób jego życie zmieniło się w baśń?

Baśń  czy  nie,  jedna  rzecz   nie  ulegała  wątpliwości.  Daj   kobiecie  kosza,  a  ona  się 

obrazi.

- Więc się obrażaj! - krzyknął. - A kiedy będziesz gotowa porozmawiać jak ludzie 

kulturalni, daj mi znać.

W ponurym nastroju wrócił do domu. Musi stąd wyjechać, powiedział sobie. Pogrąży 

się w pracy, da obojgu czas na ochłonięcie.

Jeden dzień, myślał zirytowany. Po tym jednym dniu spodziewała się, że on wywróci 

swoje dotychczasowe życie do góry nogami i przysięgnie jej wieczną miłość. Do diabła z 

tym.   Nie   zmusi   go   do   niczego,   na   co   nie   jest   gotowy.   Może   się   wypchać   tym   swoim 

tysiącletnim   zaklęciem.  On   jest  normalnym   człowiekiem,  a  normalni   ludzie na  kiwnięcie 

palca nie odjeżdżają konno z czarownicami o zachodzie słońca.

Pchnięciem   otworzył   drzwi   sypialni   i   sięgnął   po   aparat.   Pod   nim   leżał   starannie 

złożony szary sweter. Cal zdumiony cofnął rękę.

- Godzinę temu nie było go tu - mruknął. - Cholera, na pewno nie. Ostrożnie pogładził 

wełnę. Miękka jak obłok, barwy burzy. Pamiętał mgliście zaczarowaną pelerynę i zadał sobie 

pytanie, czy zdaniem Bryny sweter nie jest jej współczesnym ekwiwalentem.

Wzruszając ramionami, zdjął koszulę i przymierzył sweter. Pasował, jakby zrobiono 

go na miarę. I tak było, uświadomił sobie. Bryna uprzędła wełnę i ufarbowała. Znała długość 

jego rąk, szerokość klatki piersiowej.

Wiedziała o nim wszystko.

Ogarnęła go ochota, by zdjąć sweter i rzucić na bok. Zmęczyła go świadomość, że 

jego życie i umysł stoją przed nią otworem, podczas gdy tak wiele z jej życia było dla niego 

niedostępne.

Kiedy wszakże zaczął zdejmować sweter, wydało mu się, że słyszy jej szept:

background image

To dar. Tylko dar.

Uniósł głowę i spojrzał w lustro. Był nieogolony, rozczochrany, oczy przesłaniała mu 

chmura barwy swetra.

- Do diabła z tym - mruknął. Złapał aparat i wyszedł z domu.

Przez   godzinę   wędrował   po   wzgórzach,   zużywając   kilka   rolek   filmu.   Przy 

akompaniamencie śpiewu przedrzezniaczy przeskakiwał kamienne murki i przechodził przez 

łąki, gdzie krowy pasły się na trawie zielonej jak szmaragd. Widział rolników na traktorach. 

Na sznurze łopotało pranie, koty drzemały na progach, wygrzewając się w słońcu.

Cal szedł wąską ścieżką, zarośniętą wysokim i gęstym żywopłotem. Przez szpary w 

gałęziach zobaczył ogród z tęczą wielobarwnych kwiatów. Kobieta w słomkowym kapeluszu 

na rudych włosach klęczała koło rabatki, wyrywając chwasty i śpiewając o żołnierzu, co 

poszedł na wojnę. Z uśmiechem pomachała do Cala, gdy ją mijał.

Zawędrował   pod   zagajnik,   gdzie   młode   listki   zbierały   siły   na   powitanie   lata,   a 

strumień   płynął   wartko   po   kamieniach.   Słońce   stało   w   zenicie,   rzucając   krótki   cień. 

Przedpołudnie spędzone na zwykłych  zajęciach  poprawiło Calowi nastrój.  Uznał, że czas 

wracać i przekonać się, czy Bryna ochłonęła, a może też wypróbować ciemnię, którą dla 

niego przygotowała.

Jakiś błysk bieli przyciągnął jego uwagę i Cal się odwrócił. Widok go oszołomił. Na 

skraju cienistego zakątka stał dorodny biały jeleń o dumnych błękitnych oczach.

Wolno, ostrożnie Cal uniósł aparat do oka. Zaklął cicho, gdy jeleń uniósł potężny łeb, 

odwrócił się z niewiarygodną szybkością i gracją, po czym zniknął pomiędzy drzewami.

- O nie, tego nie daruję. - Zerknąwszy w stronę ruin, których przez cały spacer nie 

tracił z oka, wszedł do lasu.

Już wcześniej polował z aparatem na dzikie zwierzęta i wiedział, jak poruszać się 

cicho   i   zręcznie.   Kierunek   wskazywały   mu   połamane   przez   jelenia   zarośla.   Z   gałęzi   jak 

pocisk wystrzelił ptak, kiedy Cal pokonawszy długim skokiem wąski strumień, pośliznął się 

na mokrym brzegu. To go jednak nie zniechęciło i zaraz podjął pogoń na nowo.

Oślepiało   go   przeświecające   przez   liście   słońce,   po   plecach   spływał   mu   pot. 

Zirytowany, podciągnął rękawy swetra do łokci i nadstawił ucha.

Panowała cisza, kompletna i absolutna. Nie mącił jej żaden powiew ani śpiew ptaka. 

Zirytowany   Cal   odgarnął   włosy   z   czoła.   Z   trudem   łapał   powietrze   w   nagłym 

obezwładniającym   upale.   Gardło   miał   wyschnięte   na   popiół.   Myśląc   o   chłodnej   czystej 

wodzie strumienia, wrócił po swoich śladach.

Słońce paliło jak rozgrzany do czerwoności hutniczy piec. Cal zdziwił się, że liście nie 

background image

skwierczą i nie kurczą się w tym żarze. Szukając ochłody, zdjął sweter i położył na ziemi, a 

potem ukląkł nad strumieniem.

Wyciągnął dłoń, by nabrać wody, a kiedy ją cofnął, trzymał w dłoni filiżankę kawy.

- Dobrze ci zrobi, jak na kilka dni wyjedziesz, zmienisz otoczenie.

- Co? - Przez chwilę wpatrywał się w filiżankę, potem przeniósł wzrok na zatroskaną 

twarz matki.

- Kochanie, dobrze się czujesz? Zbladłeś. Chodź, siadaj.

- Ja... mama?

- - Dajże spokój jemu potrzebna woda, nie kofeina - Cal zobaczył jak ojciec odkłada 

sztuczne muchy i szybko wstaje. Z kuchennego kranu do szklanki polała się woda. - Za dużo 

kofeiny, gdyby ktoś mnie pytał. Za wiele nocy w ciemni. Przepracowujesz się, synu.

Cal napił się wody, poczuł w ustach jej smak. Zadrżał.

- Ja... miałem sen.

- To dobrze. - Sylvia pogładziła go po ramieniu. - Wszyscy mają sny. Nie martw się. 

Nie myśl o nich. Nie chcemy, żebyś o nich myślał.

- Nie... wydawało mi się, że to było, nie było... - Nie było takie jak przedtem? Tym 

razem to było coś więcej. - Pojechałem do Irlandii. - Odetchnął głęboko, próbując rozjaśnić 

swój zamglony umysł. Rozpaczliwie pragnął jak dziecko złożyć głowę na piersi matki. - Czy 

ja pojechałem do Irlandii?

-   Przez   ostatnie   dwa   miesiące   nie   opuszczałeś   Nowego   Jorku,   harowałeś   ciężko, 

przygotowując wystawę. - Ojciec zmarszczył brwi. Cal dostrzegł w jego oczach troskę, ów 

znany z przeszłości wyraz niepokoju. - Potrzeba ci odpoczynku, chłopcze.

- Ja nie wariuję.

-   Jasne,   że   nie   -   mruknęła   Sylvia,   lecz   Cal   wychwycił   w   jej   tonie   słabą   nutę 

niepewności. - Po prostu wyobrażasz sobie różne rzeczy.

- Nie, to zbyt realne. - Ujął matkę za rękę i ścisnął mocno. Musiał sprawić, by mu 

uwierzyła, zaufała. - Jest pewna kobieta. Bryna.

- Masz nową dziewczynę  i nic nam nie mówiłeś. - Sylvia cmoknęła. - Więc o to 

chodzi?

W jej głosie zabrzmiała ulga - czy może powątpiewanie?, zastanawiał się Cal.

- Bryna to dziwne imię, prawda, John? Ale ładne i staroświeckie.

- Ona jest czarownicą.

John roześmiał się serdecznie.

- One wszystkie  takie  są, synu.  Wszystkie  bez wyjątku. - Wziął ze  stołu jedną  z 

background image

przynęt. Czarna mucha szamotała się w jego palcach, rozpaczliwie pragnąc się uwolnić. - Nie 

przejmuj się tak.

- Ja... ja muszę wracać.

- Musisz się wyspać - oznajmił John, bawiąc się muchą. - Wyspać i nie myśleć o niej. 

Wszystkie kobiety są takie same. Ona tylko próbuje cię złapać. Pamiętasz?

- Nie. - Żywa mucha w palcach jego ojca? Nie, to nie jest dłoń Johna. Zbyt wąska i 

długa. Ojciec ma dłonie robotnika, pokryte odciskami, ciepłe i życzliwe. - Nie - powtórzył 

Cal, odsuwając z trzaskiem krzesło. W oczach ojca zobaczył zimną wściekłość.

- Siadaj.

- Do diabła z tobą.

- Calinie! Nie waż się mówić tak do ojca!

Głos   jego   matki   był   przeraźliwie   piskliwy,  jak   krzyk   sępa   nad   ofiarą,   i   odbił   się 

bolesnym echem w jego głowie.

- Nie jesteście prawdziwi. - Nagle ogarnął go śmiertelny spokój. - Odrzucam was.

Biegł   wąską   drogą,   wzdłuż   której   po   obu   stronach   rósł   gęsty   wysoki   żywopłot. 

Brakowało mu tchu, serce waliło. Oczy utkwił w ruinach zamku wznoszących się wysoko na 

klifie - nazbyt dalekich.

- Bryna.

- Czeka na ciebie. - Kobieta w słomkowym  kapeluszu na rudych włosach uniosła 

głowę znad grządki i uśmiechnęła się smutno. - Zawsze czekała i zawsze będzie.

Cal poczuł w boku piekący ból skurczonych mięśni. Łapiąc powietrze, przycisnął dłoń 

do tego miejsca.

- Kim jesteś?

- Ona ma matkę, która ją kocha, i ojca,  który się o nią boi. Myślisz,  że tym,  co 

dysponują magiczną mocą, rodzina nie jest tak potrzebna jak tobie? Że ich serca są twarde? 

Że mają mniejsze potrzeby?

Wstała ze znużeniem i przez otwór w żywopłocie wyszła na ścieżkę. Pełne troski oczy 

miała zielone, za to wygięte w smutnym uśmiechu usta należały do Bryny.

- Wątpisz w to, kim ona jest, a to, kim jest, nie pozwala ci oddać jej swego serca. 

Wiedząc o tym, odesłała cię, abyś był daleko od niebezpieczeństwa, i samotnie stanie do 

walki tej nocy. Bo cię kocha.

- Gdzie mnie odesłała? Jak? Kim ty jesteś?

- To moje dziecko - odparła kobieta - a ja jestem bezradna. - Uśmiechnęła się szerzej. - 

No, prawie bezradna. Spójrz na tę polanę, Calinie Farrell, i weź to, co ci ofiarowano. Moja 

background image

córka czeka. Bez ciebie umrze dziś w nocy.

- Umrze? - Przerażenie ścisnęło mu serce. - Czy jest już za późno? Pokręciła bez 

słowa głową i rozpłynęła się w powietrzu.

Obudził się, zlany potem, wyciągnięty na chłodnej wilgotnej trawie porastającej brzeg 

strumienia. Na ciemnym niebie wschodził księżyc.

- Nie. - Zerwał się na nogi i zauważył, że w dłoni ściska sweter. - Nie spóźnię się. Nie 

mogę. - Biegnąc, wciągał sweter przez głowę.

Drzewa kołysały się, chłostane wiatrem, który zjawił się nie wiadomo skąd i wył jak 

szaleniec. Gruzłowate kłujące, powykręcane konary zagradzały drogę Calowi. Przedzierał się, 

nie zważając na to, że jakaś ostra gałąź przecięła mu spodnie i zraniła go w nogę.

Na niebie błyskawica rozbłysła niczym miecz i przytłumiła poświatę księżyca.

Alasdair. Cal poczuł,  jak rośnie  w nim nienawiść,  zagłuszając dopiero co odkrytą 

miłość. Nawet jeśli miałoby go to kosztować życie, Alasdair nie zwycięży!

- Bryno. - Uniósł głowę ku niebu, które eksplodowało gwałtownym, dzikim deszczem. 

- Czekaj na mnie. Kocham cię.

Stanął przed nim biały jak śnieg jeleń, patrząc na niego cierpliwie. Nagle odwrócił się 

i skoczył w cień. Cal pobiegł za nim. Mógł tylko wierzyć instynktowi, rzucił się w ciemność 

w ślad za jeleniem. Ziemia zadrżała mu pod stopami, ciernie darły ubranie na strzępy, gdy 

pędził, starając się nie tracić z oczu błysku bieli.

A potem jeleń zniknął, Cal zaś, cały skrwawiony, wypadł na polanę. Księżyc z trudem 

przeświecał przez chmury, wydobywając z mroku czarnego jak sadza konia.

Calin bez wahania zaakceptował to, co niemożliwe. Ujął wodze, skoczył na siodło i 

kolanami  ścisnął boki ogiera, który z rżeniem stanął  dęba. Popędzając wierzchowca,  Cal 

słyszał łopot peleryny, w dłoni czuł rękojeść miecza.

background image

9

Zamek   Tajemnic   lśnił   światłem   tysiąca   pochodni,   połyskujące   srebrem   mury 

wyciągały się ku księżycowi. Kamienna podłoga wielkiej sali była gładka jak marmur. W 

środku magicznego kręgu zakreślonego przez przodków stała Bryna. Na białą szatę kaskadą 

opadały   płomiennorude   włosy,   oczy   miała   błękitne   jak   rozgrzana   stal.   Tutaj   będzie   jej 

bastion.

- Wzywasz grzmot i gwizdem przywołujesz wiatry, Alasdairze? Cóż za efektowny 

pokaz.

Stanął przy niej w wirze dymu, w odorze siarki. Teraz był równie prawdziwy jak ona. 

Miał   na   sobie   szaty   barwy   purpury,   krwi   i   władzy.   Złote   kędziory   i   anielska   twarz 

kontrastowały z mrocznymi, złowrogimi oczami.

- I efektowne,  acz przesadzone wejście - rzuciła lekko Bryna,  choć serce biło jej 

nierówno.

- Twój problem, moja droga, polega na tym,  że nie umiesz docenić prawdziwych 

rozkoszy władzy. Zadowalasz się kobiecymi zaklęciami i eliksirami, choć cały świat jest na 

twojej łasce.

-   Traktuję   poważnie   składane   przysięgi   i   otrzymane   dary,   Alasdairze.   W 

przeciwieństwie do ciebie.

- Ja przysięgam tylko sobie. Będziesz do mnie należała, Bryno, duszą i ciałem. I dasz 

mi to, na czym najbardziej mi zależy. - Wyciągnął rękę, a mury się zatrzęsły. - Gdzie jest 

kula?

- Poza twoim zasięgiem, Alasdairze, i tam pozostanie. Podobnie jak ja. - Machnęła 

gwałtownie dłonią, posyłając mu do stóp snop płonącego białego powietrza. Wiedziała, że to 

niemądry gest, musiała jednak zrobić na nim wrażenie.

Przechylił głowę, uśmiechając się szeroko.

- Ładne sztuczki. Niedługo północ, Bryno. Czas oczekiwania dobiega kresu. Twój 

wojownik raz jeszcze cię opuścił.

Zbliżył się, uważając jednak, by nie postawić stopy w magicznym kręgu.

- Dlaczego nie chcesz mnie przyjąć i opierasz się przed tym, co pragnę ci ofiarować? - 

mówił   łagodnym,   uwodzicielskim   tonem.   -   Wieczność   pełna   władzy   i   przyjemności. 

Bogactwa, jakich nie potrafisz sobie wyobrazić. Musisz tylko się zgodzić i ująć moją rękę, a 

panowanie nad światem stanie się naszym udziałem.

Nie chcę żadnej części twojego królestwa i wolałabym raczej pójść do łóżka z wężem 

background image

niż poczuć' dotyk twoich dłoni.

Jego   gniew   objawił   się   w   formie   sinoniebieskich   płomyków   migoczących   w 

opuszkach palców.

- Czułaś ten dotyk w swoich snach i znowu go poczujesz. Potrafię być łagodny lub 

brutalny, ty wszakże nigdy już nie poczujesz dotyku innych dłoni prócz moich. On jest dla 

ciebie stracony, Bryno. A ty jesteś skazana na mnie.

-   Nic   mu   z   twojej   strony   nie   zagraża.   -   Uniosła   głowę   wysoko.   -   Więc   już 

zwyciężyłam. - Wyciągnęła ręce, uwalniając snop mocy, który odrzucił Alasdaira do tyłu. - 

Odejdź z tego miejsca. - Jej dźwięczny niczym dzwony głos wypełnił wielką salę. - Albo 

spodziewaj się końca jak zwykły śmiertelnik.

Przetarł dłonią usta, wściekły, że pierwsza zadała krwawy cios.

- W takim razie bitwa!

Krzyknął przeraźliwie i u jego stóp pojawił się cień, który przyjął postać czarnego 

wilka z czerwonymi ślepiami i obnażonymi kłami. Wilk, warcząc dziko, skoczył Brynie do 

gardła.

Cal   popędzał   konia.   W   górze   zamek   połyskiwał   światłami   niczym   brylant,   mury 

wznosiły   się   nietknięte   i   mocne,   wieżyczki   przywodziły   na   myśl   srebrne   ostrza   raniące 

zakryty chmurami księżyc. Z wiedzą, która przyszła doń nagle, Calin sięgnął pod pelerynę i 

wyjął kulę.

Była czerwona jak krew, migotała ogniem przedzierającym się przez obłoki. Cal silą 

woli nakazał im się rozstąpić, nakazał sobie widzieć.

Wizje pojawiły się szybko, nachodziły jedna na drugą. Bryna z płaczem obserwuje go 

śpiącego. W mrocznej komnacie trzymają między sobą kulę, Bryna szepcze zaklęcie.

Będziesz bezpieczny, będziesz wolny. Nie ma takiej rzeczy, mój ukochany, o którą nie  

mógłbyś mnie poprosić. Idź za białym jeleniem, a jeśli twoje serce się nie otworzy, nie wracaj  

tutaj tej nocy. Ten dar i obowiązek powierzam tobie. Oto kula nadziei i prawdziwych wizji. 

Żyj w zdrowiu i pomyślności i nie pamiętaj o mnie. Najlepiej zapomnieć o tym, czego nie  

można zachować. To, co uczynię, uczynię z własnej woli. Niechaj tak się stanie.

Przerażenie zaatakowało niczym wąż, zatapiając głęboko kły w jego sercu. Wiedział, 

co Bryna zamierzała uczynić.

Zamierzała umrzeć.

Pragnęła   jednak   żyć   i   walczyła   z   wielką   zaciekłością.   Zabiła   wilka,   jednym 

uderzeniem odcięła mu łeb. Trysnęła czarna krew.

Posłała błyskawice, zimny ogień, który pali ciało i mrozi kość.

background image

I wiedziała, że gdy wybije północ, poniesie klęskę.

Szaty Alasdaira dymiły od potęgi jej mocy. Wciąż nie mógł przekroczyć kręgu, by 

wziąć ją w posiadanie.

Sprawił, że ziemia zakołysała się jej pod stopami; patrzył, jak Bryna się chwieje i pada 

na kolana. Na twarzy wykwitł mu mroczny uśmiech, gdy jej głowa osunęła się bezwładnie, a 

ognista zasłona włosów pokryła drżące kamienie.

- Prosisz o ból, Bryno? - Zbliżył się, ale poczuł gorące języki ognia, gdy stopami w 

miękkich butach stanął na skraju kręgu. Jeszcze nie, przestrzegł się w duchu i zrobił krok do 

tyłu. lecz już wkrótce.. Rzucone przez nią zaklęcie traci siłę.

- Ujmij mnie za rękę i ratuj się. Zapomnimy o tej bitwie i będziemy panować razem. 

Daj mi dłoń i daj mi kulę.

Oddychała płytko, urywanie. Szeptała słowa w pradawnym języku, słabe jak płomyki 

świec na wietrze zaklęcia, bo moc opuszczała ją, przepływała przez palce jak woda.

- Nie poddam się.

- Poddasz. - I znowu podszedł bliżej, zadowolony, że tym razem spotkał tylko lekki 

opór. - Nie masz wyboru. Zaklęcie zostało rzucone, nadszedł czas. Teraz należysz do mnie.

Wyciągnął   ku   niej   rękę.   Bryna   poczuła   piekący   ból   w   miejscu,   gdzie   musnął   ją 

palcami.

- Należę do Calina. - Zbierając siły, zacisnęła dłoń na amulecie i kciukiem otworzyła 

pojemniczek   z   trucizną.   Podniosła   wysoko   głowę   i   uśmiechnęła   się   w   ostatnim   geście 

sprzeciwu. - Nigdy nie będziesz miał tego, co do niego należy.

Przyłożyła amulet do ust, gotowa połknąć proszek.

Do   sali   oświetlonej   pochodniami   wpadł   niczym   burza   szary   jak   stal   jeździec   na 

czarnym koniu.

- Wolisz umrzeć niż mi zaufać? - zapytał Cal z gniewem. Amulet wypadł jej z palców, 

proszek posypał się na kamienie.

- Calin.

- Dotknij jej, Alasdairze... - Cal panował nad niespokojnym koniem, jakby urodził się 

w siodle - ... a odetnę ci dłonie.

Czarnoksiężnik wyprostował się powoli. Teraz nie może przegrać. Kobieta już została 

pokonana, a mężczyzna był w końcu tylko głupim śmiertelnikiem.

- Byłeś wojownikiem tysiąc lat temu, Caelanie Farrell. Dzisiejszej nocy nim nie jesteś.

Cal zeskoczył z konia. Stal zaśpiewała, gdy wyciągnął miecz z pochwy.

- Przekonaj się o tym.

background image

Alasdaira   nieoczekiwanie   ogarnął   strach,   mimo   to   okrążył   przeciwnika,   planując 

dalsze kroki.

- Sprowadzę na twą głowę wściekłą burzę... - Skrzyżował ramiona na piersiach, a 

potem z rozmachem je rozpostarł. Strzeliły czarne błyskawice, sypiąc wijącymi się jak węże 

iskrami.

Cal   instynktownie   podniósł   miecz.   Przez   jego   ramię   popłynęły   ból   i   siła,   gdy 

błyskawice wybuchały, łamały się i z dymem uderzały w kamienie.

- Sądzisz, że taka żałosna broń może się mierzyć z potęgą równą mojej? - przemówił 

Alasdair aroganckim i gniewnym głosem, miotając strzały ognia. Krzyknął jednak straszliwie, 

gdy strzały w zetknięciu z peleryną Cala przemieniły się w wodę.

- Twoja potęga nic tutaj nie znaczy.

Bryna   stała   znowu,   biała   szata   wirowała   wokół   niej   niczym   piana,   twarz   jaśniała 

pięknością. Obaj mężczyźni patrzyli na nią z podziwem.

- Jestem strażniczką tego miejsca. - Jej głos był głębszy, pełniejszy, jakby połączyło 

się z nim tysiąc głosów. Jestem czarownica o czystej mocy. Jestem kobietą która oddała serce 

miłości, strzegę tego, co nigdy nie stanie się twoje. Powinieneś się mnie bać, Alasdairze. Tak 

samo jak wojownika, który stoi u mego boku.

- Nie będzie stał u twego boku. A to, czego strzeżesz, zniszczę! - Zaciskając pięści, 

Alasdair wezwał ogień i zrzucił z uchwytów  pochodnie, by paliły powietrze. - W końcu 

ugniesz się przed moją wolą.

Bryna uniosła ramiona i sprowadziła czysty, chłodny deszcz, który stłumił płomienie. 

A gdy wirowało wokół niej wilgotne powietrze, poczuła, że przez nią i z niej płynie moc 

wielka jak dawniej.

- Zachowasz to miejsce - ostrzegł ją Alasdair - ale stracisz jego. - Odwrócił się ku 

Calowi i prychnął na widok jego uniesionego miecza. - Pamiętaj o śmierci.

Calina przeszył straszliwy ból niczym wbite w brzuch ostrze. Krew pociekła mu przez 

zdrętwiałe   palce,   miecz   upadł   z   brzękiem   na   mokre   kamienie.   Zobaczył   swoją   śmierć, 

zbierającą   się   do   skoku   jak   dzikie   zwierzę,   i   usłyszał   Brynę   krzyczącą   ze   strachu   i 

wściekłości.

- Nie wyrządzisz mu krzywdy. To tylko sztuczki, Calinie, wysłuchaj mnie. - Jednakże 

bała się o niego tak bardzo, że podbiegła ku niemu, opuszczając zaklęty krąg.

Kłąb mocy uderzył ją jak zaciśnięta pięść i zwalił z nóg. Sparaliżowana, próbowała 

zebrać siły, przekonała się jednak, że moc, która przed chwilą była czysta i wielka, teraz 

ledwo migocze.

background image

- Calinie. - Chciała go zasłonić, ale ręce odmówiły jej posłuszeństwa. Mogła tylko 

patrzeć, jak jej ukochany klęka na kamieniach, bezbronny, zbroczony krwią. Był poza jej 

zasięgiem. - Musisz mi wierzyć - szepnęła. - Ufać mi. W przeciwnym razie wszystko będzie 

stracone.

- On traci wiarę, a ty tracisz moc. - Alasdair stał nad nią, z jego szat unosił się dym. - 

Jest słaby i ślepy, ty zaś udowodniłaś, że więcej w tobie z kobiety niż z czarownicy, bo 

zamieniałaś swoją moc na jego życie. - Złapał ją za włosy i podniósł na kolana. - Nic ci nie 

zostało. Oddaj mi kulę, przyjdź do mnie z własnej woli, a oszczędzę ci cierpienia.

-   Nic   nie   dostaniesz.   -   Chwyciła   kurczowo   amulet,   z   rozpaczą   myśląc   o   pustym 

pojemniku. Krzyknęła, gdy lodowate palce zacisnęły się jej na sercu.

- Od tej chwili jesteś ze mną związana na dziesięć stuleci. A ból, który teraz czujesz, 

nie   opuści   cię,   póki   nie   ugniesz   swojej   woli   przed   moją.   -  Spuścił   wzrok   na  jej   usta.   - 

Przypieczętujmy pocałunkiem to zaklęcie.

Wtedy Cal chwycił ją za ramię i uwolnił z rąk Alasdaira. Szepnęła jego imię, gdy 

stanął przed nią i uniósł w obu dłoniach ostry miecz, błyszczący jak srebro.

- Twój czas dobiegł końca. - Oczy mu płonęły, ból krążący w żyłach tylko wzmacniał 

jego siły. - Czy możesz krwawić, czarnoksiężniku? - zapytał i gwałtownie opuścił miecz.

Rozległ się krzyk, zawodzący, nieludzki, w powietrzu rozszedł się odór siarki, światło 

eksplodowało   oślepiająco.   Ziemia   się   zatrzęsła,   kamienie   zadrżały,   zimna   niebieska 

błyskawica przeszyła powietrze.

Wybuch zwalił Calina z nóg. Łapiąc Brynę, poczuł gorącą, chciwą dłoń, która rzuciła 

go w wirujące powietrze, w ciemność.

background image

10

W głowie krążyły mu coraz to inne wizje. Było ich tak wiele, że stracił rachubę. Głosy 

nuciły  coś  i  mamrotały.   Kobiety  płakały.   Wypowiadano  zaklęcia.  Płynął   pomiędzy   nimi, 

śmiertelnie znużony.

Ktoś powiedział mu, by spał, by się uspokoił, on jednak otrząsnął się z tych słów i 

widmowych dłoni gładzących go po czole.

Już dostatecznie długo spał.

Obudził   się,   czując   oszołomienie   i   ból   w   każdej   kości.   Słabe   światło   brzasku 

rozjaśniało mrok. Wydało mu się, że słyszy szept, uznał jednak, że to tylko szum morza i 

szelest wiatru w źdźbłach trawy.

Widział, jak na niebie mrugają ostatnie gwiazdy. Z jękiem odwrócił głowę, próbując 

otrząsnąć się ze snu.

Kotka obserwowała go cierpliwie nieruchomym wzrokiem. Zdziwiony, podparł się na 

łokciach, jęcząc z bólu, i zobaczył, że leży na ziemi nieopodal ruin zamku.

Zniknęły   wysokie   srebrne   iglice   i   pochodnie   oświetlające   wielką   salę.   Zamek 

wyglądał   jak   wtedy,   gdy   po   raz   pierwszy   go   zobaczył:   pozostałość   tego,   czym   był   w 

przeszłości, miejsce, gdzie wiatr kołysze łodygami traw i polnymi kwiatami, które przedarły 

się przez kamienisty grunt.

W powietrzu wciąż jednak unosił się odór dymu i krwi.

- Bryna. - Ogarnięty paniką, Cal z wysiłkiem wstał i o mało się o nią nie potknął.

Leżała na ziemi, z jedną ręką wyciągniętą w bok. Twarz miała bladą i posiniaczoną, 

białą szatę podartą, ze śladami ognia. Opadł na kolana, przerażony, że nie znajdzie pulsu, 

żadnej iskierki życia, ale kiedy dotknął jej szyi, poczuł pod palcami tętniącą rytmicznie krew. 

Drżąc z wielkiej ulgi, przysunął usta do jej warg.

- Bryno - powiedział. - Bryno. Poruszyła się, jej rzęsy zatrzepotały.

- Galinie, wróciłeś. Walczyłeś w mojej obronie.

- Powinnaś była wiedzieć, że tak zrobię. - Uniósł ją w objęciach i oparł policzek na jej 

włosach. - jak mogłaś ukryć to przede mną? Jak mogłaś mnie odesłać?

Wybrałam najlepsze wyjście. Kiedy przyszła pora, by stawić czoło Alasdairowi, nie 

mogłam ryzykować twojego życia.

- On cię zranił. - Cal zacisnął kurczowo powieki na wspomnienie chwili, gdy Bryna 

opuściła bezpieczny krąg i dosięgną! ją cios.

- To drobne skaleczenia, wkrótce nie będzie po nich śladu. - Położyła dłonie na jego 

background image

twarzy. - Już. - Delikatnie pogładziła siniaki i oparzenia palcami. Z wyrazem skupienia na 

twarzy uklękła i przesunęła dłonią po jego ciele, tam gdzie nie chroniła go peleryna. Wkrótce 

wszystkie rany zniknęły. - Gotowe. Nie będzie bólu - mamrotała. - Nigdy więcej.

- Ty też jesteś ranna. - Wstał i wziął ją na ręce.

- Uleczenie siebie to zupełnie inna sprawa. To, czego mi trzeba, mam w kuchennym 

kredensie.

- Nie jesteśmy tutaj sami.

- Nie. - Och, jakże była znużona. - Rodzina nas pilnuje. Biała kwadratowa butelka - 

powiedziała,  gdy wniósł  ją  do  kuchni   i  posadził   przy  stole.   -  I  mała,  zielona,  z  okrągłą 

zakrętką.

- Będziesz musiała wiele mi wyjaśnić, Bryno. - Postawił na stole butelki i podał jej 

szklankę. - Kiedy odzyskasz siły.

- Tak, mamy wiele do omówienia. - Wprawnym ruchem zmieszała eliksiry i czekała, 

aż   wirująca   ciecz   stanie   się   czysta   jak   zwykła   woda.   -   Jeśli   jednak   pozwolisz,   Calinie, 

wolałabym najpierw wziąć kąpiel i przebrać się.

- Więc wymów stosowne zaklęcie - rzucił ostro. - Chcę mieć to z głowy.

-   Mogłabym,   choć   wolę   poczuć   tę   przyjemność.   Proszę   cię   o   godzinę.   -   Wstała, 

obiema dłońmi obejmując szklankę. - W końcu to tylko sześćdziesiąt minut, Calinie.

- Ale chcę wiedzieć jedno. - Położył jej rękę na ramieniu. - Powiedziałaś mi, że nie 

mogłabyś mnie okłamać, że to zakazane.

-   I   nigdy   cię   nie   okłamałam,   choć   pominęłam   pewne   sprawy.   Daj   mi   godzinę   - 

powiedziała z westchnieniem, które odebrało mu siły. - Bardzo proszę.

Pozwolił jej odejść i próbował opanować zniecierpliwienie, parząc herbatę. Zauważył, 

że peleryna zniknęła, a sweter od Bryny cuchnie dymem i krwią. Zdjął go i rzucił na oparcie 

krzesła. Do kuchni ukradkiem wśliznęła się kotka.

- I jak mam teraz sobie z nią poradzić? - Cal przekrzywił głowę, wpatrując się w 

obojętne niebieskie oczy. - Masz jakieś propozycje? Jesteś jej bliska, prawda? Pytanie tylko, 

jak bliska? - Zadowolony z kociego towarzystwa, przykucnął i pogładził jedwabiste czarne 

futerko. - Ty też umiesz zmieniać postać? - Uniósł koci pyszczek. - Takie same oczy miał 

biały   jeleń.   -   Usiadł   na   podłodze   i   pozwolił,   żeby   kotka   zwinęła   się   w   kłębek   na   jego 

kolanach. - Coś ci powiem, Hekate. Gdyby teraz do drzwi zapukał dwugłowy smok, nawet 

bym nie mrugnął. Już nic w życiu mnie nie zdziwi.

Jednakże i w tej kwestii się mylił. Był głęboko zaskoczony, gdy Bryna zeszła na dół. 

Wyglądała   tak   jak   poprzedniej   nocy,   gdy   jaśniejąca   w   jej   twarzy   moc   nadawała   rysom 

background image

niewiarygodną urodę.

- Byłaś piękna przedtem - wykrztusił - ale teraz... Czy to prawda?

- Wszystko jest prawdziwe. Z uśmiechem ujęła go za rękę. - Pójdziesz ze mną, Cal? 

Chcę wyjść na słońce, na świeże powietrze.

- Mam mnóstwo pytań, Bryno.

- Wiem - odparła, gdy wyszli z domu. Ciało znowu miała lekkie, wolne od bólu, a 

umysł jasny. - Jesteś zły, bo masz wrażenie, że cię zwiodłam, ale to nie było oszustwo.

- Wysłałaś białego jelenia, by zwabił mnie w las, daleko od ciebie.

- Tak zrobiłam. Widzę teraz, że Alasdair to wiedział i wykorzystał przeciwko mnie. 

Chciałam, żebyś był bezpieczny. Znając cię, tego mężczyznę, jakim teraz jesteś, sądziłam, że 

to ważniejsze niż... - Spojrzała na zamek. - Niż cała reszta. On jednak sztuczkami skłonił cię 

do zdjęcia ochrony, jaką ci dałam, a potem zesłał na ciebie sny, które zmąciły ci umysł i 

sprawiły, że wątpiłeś w swoje zdrowe zmysły.

- Była tam kobieta... powiedziała, że jest twoją matką.

- Moja matka - powtórzyła z wahaniem Bryna, zaraz jednak twarz jej się rozjaśniła. - 

Pracowała w ogrodzie i miała śmieszny słomkowy kapelusz?

- Tak. Miała też twoje usta i włosy. Bryna cmoknęła, idąc w stronę ruin.

- Nie powinna była się wtrącać, choć może to nic złego, skoro ja też trochę nagięłam 

zasady. Powietrze oczyszcza się z jego mocy - dodała, przechodząc przez łukową bramę. - 

Kwiaty wciąż kwitną.

Cal zobaczył nietknięty krąg kwiatów.

-   Więc   to   już   skończone.   Całkowicie?   Całkowicie,   pomyślała,   zmuszając   się   do 

uśmiechu.

- Został zniszczony, lecz nawet w ostatniej chwili próbował pociągnąć nas za sobą. 

Mogłoby mu się to udać, gdybyś natychmiast nie zareagował, gdybyś nie podjął ryzyka.

- Gdzie teraz jest kula?

- Wiesz gdzie. I tam pozostanie. Jest bezpieczna.

- Powierzyłaś mi kulę, ale siebie mi nie powierzyłaś.

- Nie. - Spojrzała na ich splecione dłonie. - To był błąd.

- Chciałaś połknąć truciznę.

Przygryzła wargę, słysząc w jego głosie oskarżycielski ton.

- Nie potrafiłam pogodzić się z przyszłością, jaką dla mnie planował. Nie zniosłabym 

tego, chociaż świadczy to o mojej słabości. Nie zniosłabym.

-   Gdybym   przybył   chwilę   później,   zrobiłabyś   to.   Zabiłabyś   się.   Zabiłabyś   się   - 

background image

powtórzył, szorstkim ruchem odwracając ku sobie jej twarz. - Nie mogłaś uwierzyć, że ci 

pomogę.

- Nie, nazbyt się bałam. Byłam za bardzo przerażona, zraniona i zrozpaczona. Czy nie 

mam prawa do emocji? Czy twoim zdaniem to, kim jestem, odziera mnie z uczuć?

Jej matka zadała mu niemal identyczne pytanie.

- Nie - odparł spokojnie i wyraźnie. - Nie. A czy twoim zdaniem to, kim nie jestem, 

czyni mnie mniej wartym?

Potrząsnęła ze zdziwieniem głową i z dłonią przyciśniętą  do ust odwróciła się od 

niego. On nie był jedynym, który wątpił. Nie tylko jemu brakowało wiary.

- Zachowałam się wobec ciebie nie w porządku i przepraszam za to. Przyjechałeś tu do 

mnie i w jeden dzień postarałeś się zaakceptować to, co niemożliwe.

- Bo jakaś część mnie zawsze to akceptowała. Pogrzebanie czegoś nie oznacza, że to 

coś przestaje istnieć. Urodziliśmy się, aby uczestniczyć w tym, co tu nastąpiło. - Odetchnął 

zniecierpliwiony. Dlaczego opuściła ramiona, skoro mieli już za sobą najgorsze chwile życia? 

- Zrobiliśmy to, co było nam przeznaczone, i chyba w taki sposób, w jaki miało się to odbyć.

- Oczywiście masz rację. - Bryna wyprostowała się, nadal uśmiechnięta. Patrząc jej w 

oczy, Cal pojął, że ten uśmiech nie jest szczery.

- Teraz już on nie może wrócić, by cię skrzywdzić.

-  Nie.   -  Pokręciła   głową  i  musnęła  palcami   jego  ramię.   -  Ani   ciebie.  Sam  siebie 

połknął. Tacy jak on zawsze tutaj będą, ale Alasdaira już nie ma. - Położyła jego dłoń na 

swoim policzku. - Och, Cal, mogłabym zrobić ci zdjęcie równie wspaniałe i odważne jak 

twoje fotografie. Jak świetnie wyglądałeś, kiedy uniosłeś miecz nad głową! W twoich oczach 

płonęło   światło   i   emanowała   z   ciebie   siła.   Ten   obraz   zawsze   będę   nosiła   w   pamięci.   - 

Majestatycznie wkroczyła w kwietny krąg. - Calinie Farrell, spotkałeś swoje przeznaczenie. 

Przybyłeś do mnie, gdy bardzo cię potrzebowałam, moje życie było w niebezpieczeństwie. W 

tym  miejscu stanąłeś pomiędzy mną a przyszłością nie do zniesienia, walczyłeś  z czarną 

magią, dla mnie wziąłeś do ręki miecz. Uratowałeś mi życie, a także uratowałeś to miejsce i 

wszystko, czego w nim strzegę.

- Co za przemowa - mruknął, podchodząc bliżej.

- Masz dzielne i szczere serce. Od tej chwili jesteś wolny.

- Wolny? - Zaczynał rozumieć, co miała na myśli. Przekrzywił głowę. - Wolny od 

ciebie, Bryno?

- Wolny na zawsze. Zaklęcie zostało przełamane i nikomu nie jesteś nic winien. Za to 

ja jestem twoją dłużniczką. Dam ci wszystko, o co poprosisz, jeśli będzie to w mej mocy. 

background image

Każdy skarb, jakiego zażądasz, może być twój.

- Skarb, mówisz? - Wypchnął policzek językiem. - Na przykład nieśmiertelność?

Oczy jej błysnęły, szybko jednak ukryła rozczarowanie.

- Takie rzeczy wykraczają poza moją moc.

- To za trudne dla ciebie, co? - Obchodził ją, kiwając głową, jakby nad czymś się 

zastanawiał.   -   Gdybym   jednak   poprosił   o,   dajmy   na   to,   nieograniczone   bogactwo   albo 

niewyczerpaną potencję seksualną, mogłabyś to załatwić.

Uniosła podbródek, sztywniejąc cała.

- Tak, jeśli taka będzie twoja wola. Pozwól jednak, że udzielę ci ostrzeżenia. Musisz 

mieć pewność, że wiesz, o co prosisz. Każdy dar ma swoją cenę.

- Tak, tak, już to słyszałem. Niech się zastanowię. Pieniądze? Seks? Może władza. 

Władza  jest  dobra. Mógłbym  zażądać  uroczej   wyspy  na Karaibach   i  zostać  dobrotliwym 

despotą. Tak, to by mi odpowiadało.

- To nie są żarty - odpowiedziała surowo Bryna.

- Nie? A to dopiero, Kołysząc się na piętach, wsunął dłonie w kieszenie. - Musiałem 

tylko  pokonać złego czarodzieja i uratować  piękną dziewczynę,  a w  nagrodę mogę mieć 

wszystko, czego zapragnę. W sumie niezły układ. Więc czego pragnę? - Zmrużył  oczy z 

namysłem, a potem wszedł do kręgu. - Ciebie.

Cofnęła się zdumiona.

- Co?

- Ciebie. Chcę ciebie.

- A... a po co? - zapytała niemądrze i zamrugała, gdy Cal ryknął śmiechem. - Och, nie 

musisz na to marnować życzenia. - Już chciała rozpiąć guziki na plecach, lecz złapał ją za 

nadgarstki.

-  To   też  -  powiedział,   wyprowadzając   ją  z   kręgu  za  uniesione  nad  głową   ręce.  - 

Prawdę mówiąc, nie mogę się już doczekać.

Wojownik   powrócił,   pomyślała   oszołomiona.   W   jego   oczach   błyszczały   jeszcze 

bitewne podniecenie i triumf.

- Co robisz?

- Biorę cię za słowo. Chcę mieć ciebie, Bryno, bez żadnych warunków, całą. Na dobre 

i na złe - mówił, opierając ją o mur. - W biedzie i w bogactwie. Taka jest umowa.

Nie mogła złapać tchu, zachwiała się na nogach.

- Chcesz... mnie?

- Nie będę klękał, skoro mam prawo do tego skarbu.

background image

- Ale jesteś wolny. Zaklęcie już nie działa. Nie mam nad tobą żadnej władzy.

-   Naprawdę?   -   Pocałował   ją,   aż   ugięły   się   pod   nią   kolana.   -   Nie   możesz   mnie 

okłamywać.   -   I   znowu   przykrył   jej   usta   swoimi,   przyciągnął   ją   bliżej.   -   Urodziłaś   się, 

kochając mnie. - Jęknęła, gdy raz jeszcze ją pocałował. - I kochając mnie, umrzesz.

- Tak. - Bezsilnie załamała dłonie.

- Spójrz na mnie - poprosił, cofając się o krok. Pogładził ją po ramionach. - Piękna 

Bryna. Moja. I tylko moja.

- Calinie. - Serce zabiło jej mocniej, gdy czule muskał wargami jej usta. - Ty mnie 

kochasz. Teraz jesteśmy tylko ty i ja. Ty mnie kochasz!

- Urodziłem się, kochając cię. - Pocałunek był namiętny i słodki. I kochając cię, umrę. 

- Scałował łzy, które potoczyły się jej po policzkach.

- To dzieje się naprawdę - szepnęła. - To prawdziwa magia.

- To rzeczywistość. Nieważne, co się zdarzyło wcześniej, to właśnie jest rzeczywiste. 

Kocham cię, Bryno. Ciebie. Kobietę, która dolewa whiskey do mojej herbaty, i czarownicę, 

która robi mi magiczne swetry. Uwierz w to.

- Wierzę. - Zadrżała z radości.  Czuła to wszystko:  miłość,  zaufanie, akceptację. - 

Wierzę.

- Najwyższy czas, żebyśmy stworzyli sobie dom, Bryno. Zbyt długo już czekaliśmy.

- Calinie Farrell. - Oplotła ramionami  jego  szyję,  przytuliła  policzek do twarzy.  - 

Twoje życzenie zostało spełnione.

background image

NA ZAWSZE

Moim siostrom w magii:

Ruth, Marianne i Jill

background image

1

To dla ciebie - powiedziała staruszka za ladą.

Allena   przyglądała   się   uważnie   wisiorkowi,   który   kołysał   się   łagodnie   na   długim 

srebrnym   łańcuszku.   Skromny   budżet   nie   pozwalał   jej   na   dokonywanie   zakupów   pod 

wpływem impulsu, a takie oczywiście są najprzyjemniejsze i najbardziej satysfakcjonujące. 

Ale właśnie z powodu owej skłonności do działania pod wpływem impulsu nie stać jej było 

na dogadzanie sobie.

W ogóle nie powinna była tu wchodzić, kto jednak mógłby się oprzeć malutkiemu 

sklepikowi nad brzegiem morza w uroczej irlandzkiej wiosce? Zwłaszcza takiemu, który się 

nazywał „Amulety i Eliksiry".

Na pewno nie Allena Kennedy.

- Jest piękny, ale ja...

- Był tylko jeden taki. - Oczy staruszki miały barwę spłowiałego błękitu, jak morze, 

które o rzut kamieniem od progu sklepu rozbijało się o falochrony. Stalowosiwe włosy upięte 

w kok opadały ciężko na kark.

Miała na szyi mnóstwo fascynujących łańcuszków i zawieszek, nic jednak nie dało się 

porównać z wisiorkiem, który trzymała w kościstych palcach.

- Tylko jeden?

- Został wytopiony w Kotle Dagdy w ogniu letniego przesilenia i wyrzeźbiony przez 

Merlina. Tego, który był u króla Artura.

- Merlina?

Allena   z   zapałem   pochłaniała   opowieści   o   magii   i   pradawnych   bohaterach.   Jej 

przyrodnia siostra Margaret prychnęłaby tylko i stwierdziła, że to głupoty.

-   Czarodziej   wielkiego   króla   wędrował   w   dawnych   czasach   po   Irlandii.   To   tutaj 

znalazł   Taniec   Olbrzyma.   Zapragnął   ofiarować   go   Arturowi   i   przez   Morze   Irlandzkie 

przewiózł   do   Brytanii.   Zabierając   magię   z   tej   ziemi,   trochę   jej   wszakże   zostawił.   -   Nie 

odrywając  wzroku od Alleny,  staruszka wprawiła wisiorek w ruch. - Oto ona, należy do 

ciebie.

- Ale ja naprawdę nie mogę... - Allena umilkła, wpatrzona w wisiorek. Miał kształt 

długiego owalu, srebro było nieco zmatowiałe i pokryte nalotem, pośrodku zaś znajdowała się 

wygrawerowana promienista gwiazda.

Wisiorek   zdawał   się   chwytać   szaro,   przefiltrowane   przez   chmury   światło,   które 

wpadało   przez   niewielkie   okno   do   sklepu,   więził   je   i   wzmacniał,   tak   że   błyskało 

background image

hipnotyzująco. Odnosiło się wrażenie, że gwiazda drży.

- Chciałam tylko się rozejrzeć.

-   To   oczywiste,   bo   jak   nie   będziesz   patrzeć,   to   nic   nie   znajdziesz.   Przyszłaś   się 

rozejrzeć, przyjechałaś aż z Ameryki.

Przyjechałam   tu,   upomniała   się   w   duchu   dziewczyna,   by   pomóc   Margaret   w 

prowadzeniu   wycieczki.   Należąca   do   siostry   firma   pod   nazwą   Cywilizowana   Przygoda 

odnosiła spore sukcesy - i panował w niej surowy reżim. Wszyscy jednak powtarzali, że 

Allenie potrzeba trochę rygoru. Margaret postawiła sprawę jasno, brutalnie jasno, że to dla 

młodszej siostry ostatnia szansa.

- Musisz być zorganizowana, przygotowana i punktualna - powiedziała, siedząc za 

biurkiem   na   wysoki  połysk   w   swym   idealnie   przerażającym   i   idealnie   uporządkowanym 

gabinecie w Nowym Jorku. - Jeśli ci się uda, to może jeszcze jest dla ciebie jakaś szansa. W 

przeciwnym wypadku umywam ręce, Leno.

Nie byłby to pierwszy raz w jej życiu, gdy ktoś umywał ręce. W przeciągu ostatnich 

trzech lat  Allena straciła trzy posady.  No dobrze, cztery, choć wliczanie tych  okropnych 

dwóch dni, które spędziła w charakterze asystentki siostry teściowej wuja, nie wydawało się 

konieczne.

To nie było tak, że Allena specjalnie rozlała atrament na białą suknię swojej szefowej, 

pochodzącą   od   Valentina.   Ale   gdyby   ta   Smoczyca   Etykiety   nie   upierała   się,   by   całą 

korespondencję   prowadzić   wyłącznie   wiecznym   piórem,   nie   byłoby   okazji   do   rozlania 

atramentu.

Nie w tym jednak rzecz. Straciła tamtą posadę i wszystkie pozostałe, a teraz Margaret 

dała jej szansę udowodnienia, że nie jest kompletną kretynką.

Allena obawiała się jednak, że nią jest.

- Musisz znaleźć własne miejsce.

Zmusiła   się,   by   oderwać   wzrok   od   wisiorka   i   popatrzeć   na   staruszkę.   Jej   oczy 

sprawiały wrażenie mądrych i dobrych.

- Może nie mam własnego miejsca.

- Och, dajże spokój, wszyscy je mamy, są jednak tacy, którzy z trudem przystosowują 

się do świata takiego, jakim widzą go inni. Ty szukałaś dotąd w złych miejscach. Aż do teraz. 

Należy do ciebie - powtórzyła kobieta.

- Naprawdę mnie nie stać - powiedziała przepraszająco, wyciągając dłoń, by tylko 

dotknąć wisiorka. Poczuła, jak od srebra bije ciepło, i ogarnęła ją straszliwa tęsknota. Po 

kręgosłupie przebiegł dreszcz, coś ciężkiego przygniotło serce.

background image

Nie zaszkodzi, jeśli go przymierzy. Na pewno nie stanie się nic złego, jeśli zobaczy, 

jak ten wisiorek wygląda na jej szyi, jeśli poczuje jego dotyk.

Jak we śnie, wzięła od staruszki łańcuszek i zapięła go na szyi. Brzemię spadło z jej 

serca. Na moment światło wlatujące przez okno nabrało mocy, oświetliło pojemniki i słoje z 

ziołami oraz dziwne kamyki, których pełno było na półkach i blatach.

W   jej   myślach   pojawiły   się   nagle   dziwne   obrazy,   zobaczyła   rycerzy   i   smoki, 

gwałtowny   wiatr   unoszący   wzburzoną   wodę   i   kamienny   krąg,   samotny   pod   czarnym, 

rozszalałym niebem.

I był tam cień, mężczyzna stojący nieruchomo, jakby na coś czekał.

W swym sercu Allena czuła, że czeka na nią jak nikł w przeszłości i w przyszłości. 

Będzie na nią czekał wiecznie.

Zamknęła wisiorek w dłoni, przesunęła kciukiem po gwieździe. Przepłynęła przez nią 

fala radości tak czystej jak promienie słońca. Ach, pomyślała, naturalnie, że należy do mnie. 

Tak jak ja należę do niego.

- Ile to kosztuje? - usłyszała własny głos, z góry wiedząc, że cena nie będzie wysoka.

- Dziesięć funtów, na dobrą wróżbę.

- Dziesięć? - Allena znieruchomiała z dłonią wyciągniętą po portmonetkę. - Ależ na 

pewno   jest   wart   o   wiele   więcej.   -   Królewski   okup,   zaklęcie   czarnoksiężnika,   marzenie 

kochanka.

- Oczywiście, że tak. - Mimo to staruszka nadal domagała się tylko jednego banknotu. 

- Tak samo jak ty. Ruszaj dalej w swą podróż, chuid, i sama się przekonaj.

- Dziękuję.

- Dobra z ciebie dziewczyna - powiedziała kobieta, gdy Allena szła w stronę drzwi. A 

gdy je zamknęła, uśmiech staruszki stał się weselszy i bardziej przebiegły. - On nie będzie 

zadowolony,   ale   ty   wbijesz   mu   do   głowy   trochę   rozumu,   nim   nadejdzie   noc   letniego 

przesilenia. A gdyby potrzebna ci była drobna pomoc, ha!, udzielę ci jej z przyjemnością.

Stojąc  na chodniku,  Allena  wpatrywała  się w  falochron, port  i szereg chat,  jakby 

budziła się ze snu. Dziwne, pomyślała, czy to nie było cudownie dziwne? Znowu przesunęła 

palcem   po   wisiorku.   Jedyny   egzemplarz,   wytopiony   w   Kotle   Dagdy,   wyrzeźbiony   przez 

Merlina.

Margaret przypuszczalnie roześmieje się z pogardą i powie, że chytra starucha ma w 

magazynie tuzin takich wisiorków, które wciska turystkom o ptasich móżdżkach. I jak zawsze 

przypuszczalnie będzie miała rację. Ale to bez znaczenia.

Allena  miała  wisiorek i związaną  z nim wspaniałą  historię,  a wszystko  za jedyne 

background image

dziesięć funtów. Zrobiła niezły interes.

Uniosła głowę i wykrzywiła się, widząc niebo ciężkie od szarych i grubych chmur. 

Margaret nie będzie zadowolona, że pogoda nie chce się dostosować do jej planów na dzisiaj. 

Starannie przygotowała ten rejs promem na wyspę.

W   czasie   rejsu   serwowane   będą   herbata   i   drożdżówki,   a   Margaret   wygłosi   dla 

dwudziestoosobowej   grupki   wykład   ukazujący   historię   miejsca,   które   mają   zwiedzać. 

Zadaniem Alleny było spisywanie uwag siostry i rozdawanie wydruków z planem zajęć.

Pierwszym przystankiem będzie ośrodek informacji turystycznej. Zwiedzą zrujnowane 

opactwo i przyległy cmentarz, na co Allena z góry się cieszyła, a potem zjedzą lunch na 

świeżym powietrzu; hotel dostarczy jedzenie w piknikowych koszykach. Przerwa miała trwać 

dokładnie sześćdziesiąt minut.

Następnie   zaplanowano   zwiedzanie   przypominających   ule   chat   i   oczywiście 

pogadankę   Margaret   o   ich   powstaniu   i   przeznaczeniu.   Grupa   dostanie   godzinę   na 

samodzielny spacer po wiosce, sklepach i plaży, nim punktualnie o wpół do piątej wszyscy 

spotkają   się   w   odrestaurowanym   zamku   na   podwieczorku   oraz   na   następnym   wykładzie 

dotyczącym tego miejsca.

Praca   Alleny   polegała   na   utrzymywaniu   w   porządku   wszystkich   notatek   siostry, 

pomocy przy prowadzeniu grupy, pilnowaniu cennych przedmiotów, rozdzielaniu przesyłek, 

jeśli   jakieś   przychodziły,   i   gorliwym   wypełnianiu   wszelkich   innych   niewdzięcznych 

obowiązków.

Dostawała za to rozsądne zdaniem Margaret wynagrodzenie. A także, co istotniejsze, 

miała okazję zdobyć doświadczenie  i umiejętności zawodowe, które - rodzina miała  taką 

nadzieję - nauczą ją dojrzałości i odpowiedzialności. Zresztą w wieku dwudziestu pięciu lat 

powinna już mieć obie te cechy.

Nie było sensu tłumaczyć, że Allena nie chciała stać się kobietą odpowiedzialną i 

dojrzałą, jeśli przez to miałaby się zmienić w następną Margaret. Była na pierwszej wycieczce 

dopiero czwarty dzień, a już donośny wewnętrzny głos domagał się, by brała nogi za pas.

Z poczucia obowiązku stłumiła objawy buntu i spojrzała na zegarek. Zaskoczona nie 

mogła oderwać od niego wzroku.

To   niemożliwe!   Zamierzała   spędzić   w   sklepie   tylko   parę   minut,   wykluczone,   że 

minęła godzina. O Boże, przecież spóźni się na prom!

Margaret ją zamorduje.

Ściskając pasek torebki, ruszyła biegiem.

Miała długie nogi tancerki i szczupłe ciało. Podeszwy solidnych butów do chodzenia, 

background image

które kazała jej kupić siostra, z rozmachem uderzały o chodnik, ciężka torba obijała się o 

biodro. W środku były materiały informacyjne dotyczące Cywilizowanej Przygody i mnóstwo 

innych rzeczy.

Silny wiatr od morza stawiał na sztorc krótkie jasne włosy Alleny, otaczające jej twarz 

o wyrazistych rysach. W oczach dziewczyny malowało się przerażenie, szare jak chmury na 

niebie, które szybko zmieniło się w rozpacz, gdy dotarłszy do portu, zobaczyła odpływający 

prom.

- Cholera! - Wsunęła palce we włosy i mocno szarpnęła. - To już koniec. Równie 

dobrze mogę się utopić. - Co na pewno byłoby przyjemniejsze od nagany wygłoszonej przez 

Margaret lodowatym tonem.

Oczywiście   siostra   wyrzuci   ją   z   pracy,   to   nie   ulegało   wątpliwości.   Allena 

przyzwyczaiła się już do owego skutku ubocznego swoich zawodowych poczynań, tym razem 

jednak pożegnalna przemowa będzie prawdziwą torturą.

Chyba   że...   Musi   istnieć   inny   sposób   dostania   się   na   wyspę.   Gdyby   jakoś   tam 

dopłynęła,   zdałaby   się   na   ciernistą   łaskę   Margaret,   harowała   jak   wół,   zrezygnowała   z 

wynagrodzenia.   Przeprosiła.   Na   pewno   uda   jej   się   wymyślić   jakiś   rozsądny   powód,   dla 

którego nie zdążyła na ten przeklęty prom.

Rozejrzała się gorączkowo. W porcie znajdowały się łodzie, a jeśli były łodzie, to byli 

też ludzie, którzy nimi pływali. Wynajmie łódź i zapłaci, ile zażądają.

- Zgubiłaś się?

Przestraszona uniosła głowę, zaciskając mocniej dłoń na wisiorku. Koło niewielkiej 

białej łódki stał młody mężczyzna, właściwie jeszcze chłopiec. Na słomianych włosach miał 

czapkę i przyglądał się Allenie roześmianymi zielonymi oczyma.

-   Nie   zgubiłam   się,   tylko   spóźniłam.   Miałam   popłynąć   tym   promem.   -   Machnęła 

dłonią, po czym bezradnie opuściła rękę. Straciłam poczucie czasu.

- Cóż, czas nie jest taki ważny w ostatecznym rozrachunku.

- Dla mojej siostry jest. Pracuję u niej. - Pośpiesznie zeszła na brzeg, o który rozbijało 

się morze. - To twoja łódź czy twojego ojca?

- Tak się składa, że moja.

Łódka nie była wielka, ale dla niewprawnego oka Alleny wyglądała sympatycznie. 

Musi mieć tylko nadzieję, że można tym żeglować po morzu.

- Mógłbyś zabrać mnie na wyspę? Muszę dogonić prom, zapłacę, ile będziesz chciał.

Margaret   by   się   wykrzywiła,   gdyby   to   usłyszała,   pomyślała   Allena.   Teraz   jednak 

targowanie się nie było najważniejsze. Musi wyjść cało z opresji.

background image

- Zabiorę cię, gdzie chcesz. - Oczy mu błysnęły i wyciągnął do niej rękę.

- Za dziesięć funtów.

- Dzisiaj wszystko kosztuje dziesięć funtów. - Allena sięgnęła po portmonetkę, ale 

nieznajomy pokręcił głową.

- Nie chodziło mi o pieniądze, szanowna pani, tylko o twoją dłoń. Zapłacisz, gdy 

będziemy u celu.

- Och, dziękuję. - Allena ujęła wyciągniętą rękę i przy pomocy mężczyzny weszła do 

łodzi.

Kiedy odbili od brzegu, usiadła na ławeczce i z ulgą przymknęła oczy. Nieznajomy, 

pogwizdując, ustawiał ster i włączał silnik.

- Jestem ci bardzo wdzięczna - odezwała się Allena. - Moja siostra wpadnie w furię. 

Nie mam pojęcia, dlaczego właściwie się spóźniłam.

Zawrócił łódź wolno i zręcznie.

- A ona nie mogła trochę poczekać?

- Margaret? - Allena uśmiechnęła się na tę myśl. - To w ogóle nie wpadłoby jej do 

głowy.

Dziób się uniósł i mała łódź nabrała prędkości.

- Ale tobie tak - odpowiedział mężczyzna.

Uradowana, zwróciła twarz do wiatru. Och, to o wiele lepsze od rejsu spokojnym 

promem i słuchania wykładu siostry. Niemal warte tej ceny, którą będzie musiała zapłacić. I 

wcale nie miała na myśli pieniędzy.

- Łowisz ryby? - zapytała.

- Kiedy biorą.

- To musi być wspaniałe robić to, co chcesz i kiedy chcesz. I mieszkać tak blisko 

wody. Lubisz to?

- Tak, lubię. Ludzie nakładają ograniczenia na innych ludzi. Według mnie to dziwne.

- Ja mam okropne kłopoty z ograniczeniami. Nigdy o nich nie pamiętam.

- Łódź podskoczyła  wysoko na falach i Allena wybuchnęła śmiechem. - W takim 

tempie przegonimy prom.

Ta myśl, obraz siebie stojącej na brzegu i triumfalnie spoglądającej na Margaret, gdy 

prom   przybije   do   portu,   tak   rozbawiła   Allenę,   że   nie   zwróciła   uwagi   na   błyskawice 

rozdzierające chmury i nagły, złowieszczy ryk morza.

Kiedy zaczęło padać, znowu się rozejrzała, wstrząśnięta, że nie widzi nic prócz wody, 

wznoszących się i opadających fal oraz zasłony deszczu, która nagle odcięła całe światło.

background image

- Och, to jej się nie spodoba, Jesteśmy już blisko.

- Blisko, tak, blisko. - Mówił śpiewnie, głosem, który koił nerwy, nim zdążyły dać 

znać o swym istnieniu. - Widzisz? Tam, na wprost, jest miejsce, gdzie musisz być.

Odwróciła się. Poprzez deszcz i fale dostrzegła ciemniejszy cień lądu, zarysy wzgórz i 

doliny. Ale wiedziała, już wiedziała.

- Tu jest pięknie - zauważyła.

Wyspa przybliżyła się powoli. Teraz Allena widziała brzeg i wznoszące się stromo 

klify.  Wydało  jej  się, że w świetle  błyskawicy przez ułamek sekundy dostrzega  jakiegoś 

człowieka.

Zanim jednak zdążyła coś powiedzieć, łódź dobijała już do brzegu. Chłopak skoczył 

we wzburzone fale, by wyciągnąć ją na stały ląd.

- Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować. - Zmoczona do nitki, ale ucieszona, wyszła na 

wilgotny piasek. - Przeczekasz tu burzę, prawda? - zapytała, szukając portmonetki.

- Poczekam, aż nadejdzie pora odejścia. Znajdziesz drogę, pani. Przez deszcz. Ścieżka 

jest tam.

-   Dziękuję.   -   Wręczyła   mu   banknot.   Najpierw   pójdzie   do   ośrodka   informacji 

turystycznej, aby schronić się przed deszczem, poszuka tam Margaret i odprawi pokutę. - 

Chodź ze mną, postawię ci herbatę. Wysuszysz się.

- O, przywykłem do wilgoci. Ktoś na ciebie czeka. - Pożegnał się i wrócił do łódki.

- Tak, naturalnie. - Allena zerwała się do biegu, zaraz jednak przystanęła. Nawet nie 

zapytała, jak miał na imię. - Przepraszam, ale... - Kiedy się odwróciła, nie zobaczyła nic prócz 

fal rozbijających się o brzeg.

Przerażona, że chłopak płynie w szalejącym sztormie, zaczęła wołać i próbowała go 

odszukać. Błysnął piorun, teraz bardziej złowrogi niż podniecający, a wiatr uderzał Allenę w 

twarz niczym rozgniewana dłoń.

Kuląc się przed kolejnymi podmuchami, pobiegła po ścieżce w górę zbocza. Musi 

znaleźć schronienie i powiedzieć komuś o tym chłopcu. Co właściwie sobie myślała, nie 

nalegając, by z nią poszedł i poczekał, aż pogoda się poprawi?

Potknęła się i przewróciła, raniąc boleśnie kolano. Z trudem łapała powietrze, podczas 

gdy świat wokół niej nagle oszalał. Wiatr wył, błyskawice oślepiały, dudniły grzmoty. Allena 

z wysiłkiem podniosła się na nogi i ruszyła dalej.

Nie odczuwała strachu, a to zbijało ją z tropu. Powinna być przerażona. Skąd więc 

brały się podniecenie, radosny dreszcz oczekiwania, to uparte przeczucie, że jest u celu?

Musi iść dalej. Coś albo ktoś tam na nią czeka. Jeśli tylko pójdzie przed siebie.

background image

Droga była stroma, padał ulewny deszcz. W którymś  momencie zgubiła torbę, ale 

nawet lego nie zauważyła.

Kolejna   błyskawica   rozproszyła   mrok   i   Allena   ujrzała   stojąco   kręgiem   kamienic, 

wyrastające z nierównego gruntu niczym zatrzymani w czasie tancerze. W głowie, a może w 

sercu, usłyszała zaklętą w nich pieśń.

Z uczuciem podobnym do radości pobiegła ku kręgowi, zaciskając dłoń na wisiorku.

Pieśń rozbrzmiewała coraz głośniej, crescendo, napełniając ją i obmywając niczym 

fala.

Gdy postawiła stopę wewnątrz kręgu, błyskawica uderzyła w jego środek, czysta i 

wyraźna  jak płonąca strzała. Allena patrzyła  na niebieski płomień wznoszący się niczym 

wieża, coraz wyżej i wyżej, aż wydało jej się, iż przebija nisko wiszące chmury. Poczuła 

lodowaty żar w całym ciele, a potem w kościach. Jego moc odbiła się echem w jej sercu.

Zemdlała.

background image

2

Przez   tę   burzę   był   niespokojny.   Odnosił   wrażenie,   że   częściowo   szaleje   w   jego 

wnętrzu, potężna i gwałtowna, czekając tylko, by uderzyć. Nie mógł pracować, nie potrafił się 

skupić. Nie miał ochoty czytać, rzeźbić, być. I dlatego wrócił na wyspę.

Lub tak sobie mówił.

Jego rodzina od pokoleń posiadała tę ziemię, uprawiała ją i chroniła. Tutaj O'Neilowie 

z Dolman siali ziarno oraz rozlewali krew własną i wrogów od początku czasów. I jeszcze 

wcześniej, w owych mrocznych wiekach, o których opowiadano jedynie w pieśniach.

Wyjazd z wyspy do Dublina na studia był buntem Conala, ucieczką przed tym, co inni 

beztrosko uznali za jego przeznaczenie. On jednak, jak powiedział ojcu, nie zamierzał być 

biernym pionkiem w partii szachów swojego przeznaczenia.

Sam wykuje swój los.

A mimo to był tutaj, w chacie, w której rodzili się i umierali O'Neilowie, gdzie ledwo 

kilka miesięcy temu jego ojciec spędził ostatni dzień życia. Twierdzenie, że jest tu z własnego 

wyboru, brzmiało mało przekonująco w dniu, gdy wiatr wył i uderzał, a taki sam żywioł 

zdawał się szaleć we wnętrzu Conala.

Pies imieniem Hugh, towarzysz ojca w ostatnim roku życia, krążył od okna do okna, 

nadstawiając uszu i bardziej skomląc niż powarkując.

Cokolwiek   miało   się   wydarzyć,   pies   to   doskonale   wyczuwał;   jego   potężna   szara 

postać   snuła   się   po   chacie   jak   dym.   Conal   rzucił   łagodną   komendę   po   gaelicku   i   Hugh 

przyszedł do niego, by wetknąć ogromny łeb pod mocną dłoń pana.

Stali i razem patrzyli na burzę, wielki szary pies i wysoki barczysty mężczyzna, a w 

oczach obu malował się niepokój. Conal poczuł, że zwierzak drży. Nerwy czy przeczucie? 

Conal mógł myśleć tylko o tym, że coś jest na zewnątrz.

Jest i czeka.

- Do diabła, przekonajmy się, co to takiego!

Nim skończył mówić, pies niecierpliwie skoczył do drzwi. Conal zdjął z wieszaka 

długi czarny płaszcz przeciwdeszczowy i owinął się nim, przykrywając zniszczone buty oraz 

sprane dżinsy i czarną bluzę.

Kiedy otworzył drzwi, pies wypadł prosto w szalejący wicher.

- Hugh! Cuir uait!

A choć pies stanął, ślizgając się na błocie, nie wrócił do pana. Czekał, nadstawiając 

uszu pomimo ulewnego deszczu, jakby chciał powiedzieć; pośpiesz się!

background image

Klnąc pod nosem, Conal ruszył długimi krokami, pozwalając psu wskazywać drogę.

Długie czarne włosy, sięgające niemal do ramion i mokre teraz od deszczu, rozwiewał 

mu wiatr. Conal miał  ostro zarysowaną  twarz, wysokie  kości policzkowe  Celtów, wąski, 

niemal arystokratyczny nos, idealnie wykrojone usta, które teraz sprawiały wrażenie, że są 

wykute z granitu, i ciemnoniebieskie, namiętne oczy.

Matka kiedyś mu powiedziała, że to oczy, które choć zbyt wiele już widziały, wciąż 

chcą zobaczyć więcej.

Teraz patrzyły przez zasłonę deszczu w dół, na wzburzone morze. Hugh prowadził go 

w górę po zboczu. Podczas sztormu było ciemno prawie jak w nocy. Conal znowu zaklął na 

myśl o własnej głupocie, która nakazała mu wyjść z domu.

Hugh   zniknął   za   zakrętem   ścieżki.   Bardziej   zirytowany   niż   przestraszony   Conal 

zawołał go, w odpowiedzi usłyszał jednak gardłowe, wzywające  do pośpiechu warczenie. 

Wspaniale, pomyślał. Teraz obaj możemy spaść z klifu i rozbić sobie głowy na skałach.

O mało nie zawrócił, w końcu pies znał drogę do domu. Lecz chciał iść dalej, bardzo 

chciał. Jakby coś popychało go naprzód, ciągnęło wyżej i wyżej, tam gdzie stali kamienni 

tancerze, śpiewając w szumie wiatru.

Jakaś część jego psychiki w to wierzyła, ta część, której nigdy nie potrafił do końca 

uciszyć. Z rozmysłem zawrócił. Pójdzie do domu, rozpali ogień, usiądzie przy kominku ze 

szklanką whiskey w dłoni i poczeka, aż burza minie.

Wtedy jednak znowu rozległo się wycie,  dzikie i prymitywne,  nasuwające myśl  o 

wilkach   i   niesamowitej   poświacie   księżyca.   Conalowi   przeszedł   po   kręgosłupie   dreszcz 

równie gwałtowny jak to wycie. W ponurym nastroju ruszył w górę, by się przekonać, co 

zatrzymało psa.

Przed nim wznosiły się połyskliwe od deszczu kamienie, zdawały się niemal żarzyć w 

aureolach błyskawic. Do nozdrzy Conala doszedł zapach - ozon i perfumy. Gorące, słodkie, 

uwodzicielskie.

Hugh siedział z odrzuconym do tyłu łbem, a gardło falowało mu od wycia. Conal 

pomyślał, że brzmią w nim triumfalne nuty.

- Kamieni nie trzeba strzec - mruknął. Ruszył w stronę zwierzaka, zamierzając złapać 

go za kark i zawlec do ciepłej chaty.

I   wtedy   zobaczył,   że   to   nie   przy   kamieniach   waruje   Hugh,   tylko   przy   leżącej 

pomiędzy nimi kobiecie.

W połowie w kręgu, w połowie poza nim, z ręką wyciągniętą ku środkowi, wyglądała, 

jakby zasnęła. Przez chwilę Conal myślał, że sobie ją wyobraził, i bardzo chciał, by tak było 

background image

Kiedy jednak dotknął jej szyi, poczuł ciepły rytm życia.

Pod jego dotknięciem jej rzęsy drgnęły i uniosły się powieki. Szare jak kamienie oczy 

spojrzały na niego z nagłą i nieprawdopodobną czujnością. Uśmiechnęła się, unosząc dłoń do 

jego policzka.

- Więc jesteś - powiedziała i z westchnieniem zamknęła oczy. Jej dłoń zsunęła się z 

jego twarzy, opadając na zgniecioną ulewą trawę.

Majaczy, uznał Conal, najprawdopodobniej to lunatyczka. Któż inny wspiąłby się na 

klif w taką pogodę? Ignorując fakt, że sam też to zrobił, odwrócił dziewczynę na plecy, nie 

widząc innego wyjścia, jak tylko zanieść ją do chaty.

Kiedy brał ją na ręce, dostrzegł na jej szyi wisiorek i w świetle błyskawicy zobaczył 

wyryty na nim wzór.

Żołądek mu się ścisnął, serce podskoczyło gwałtownie.

- A niech to cholera.

Stał pochylony, z zamkniętymi oczami, w ulewnym deszczu.

Budziła się wolno, jakby leniwie płynęła przez warstwy cienkich białych obłoków. 

Cudowne   samopoczucie   otulało   ją   niczym   poduszka   obszyta   najdelikatniejszą   koronką. 

Smakując   to   doznanie,   leżała   nieruchomo,   a   promienie   słońca   igrały   na   jej   powiekach, 

ogrzewając twarz. Czuła dym, przyjemny torfowy aromat i silniejszy zapach mężczyzny.

Owa mieszanka sprawiła Allenie przyjemność, a kiedy otworzyła oczy, pomyślała, że 

nigdy w życiu nie była szczęśliwsza.

To uczucie radości, bezpieczeństwa i zadowolenia trwało tylko kilka sekund, bo zaraz 

poderwała się z pościeli, zakłopotana, przestraszona, zagubiona.

Margaret! Spóźniła się na prom. Łódka. Chłopak w łódce. I sztorm. Złapał ją sztorm i 

zabłądziła. Nie potrafiła dokładnie sobie przypomnieć, rozdzielić zamazanych obrazów.

Stojące   kręgiem   kamienie   wyższe   niż   człowiek.   Niebieski   ogień,   który   płonął   w 

środku kręgu, lecz pozostawił trawę nietkniętą. Dziki ryk wichru. Cichy śpiew kamieni.

Wył   wilk.   A   potem   pojawił   się   mężczyzna.   Wysoki,   ciemny,   zły,   o   oczach   tak 

niebieskich   jak   ów   nieprawdopodobny   ogień.   Z   jego   twarzy   bił   gniew,   lecz   to   jej   nie 

przeraziło. Raczej ją rozbawiło. Jakie to dziwne.

To oczywiście sny. Coś jej się po prostu przyśniło. Miała jakiś wypadek.

A teraz znajduje się w cudzym domu, w cudzym łóżku. Pokój jest prosty, pomyślała, 

rozglądając się wokół siebie. Nie, nie prosty, poprawiła się zaraz, spartański. Białe ściany bez 

ozdób, goła drewniana podłoga, okna bez firanek. Na umeblowanie składały się komoda, 

stolik, lampa i łóżko. O ile mogła stwierdzić, poza meblami w pokoju była tylko ona.

background image

Ostrożnie dotknęła głowy w poszukiwaniu ran lub guzów, lecz nic nie znalazła. Z 

równą   delikatnością   odsłoniła   pościel   i   odetchnęła   z   ulgą.   Niezależnie   od,   to   jej   się 

wydarzyło, na pewno nic odniosła żadnych obrażeń.

Zdumiona wstrzymała na chwilę oddech, bo uświadomiła sobie, że jest ubrana tylko w 

koszulę, która na pewno do niej nie należy, Była to męska koszula ze spłowiałej niebieskiej 

bawełny, z postrzępionymi mankietami. I ogromna.

Okay,   nic   się   nie   stało.   Złapał   ją   sztorm   i   najwyraźniej   przemokła.   Powinna   być 

wdzięczna, że ktoś się nią zajął.

Kiedy wstała, przekonała się, że koszula sięga jej prawie do kolan. Wystarczająco 

skromnie. Przy pierwszym jej kroku na progu pokoju pojawił się pies. Serce podskoczyło jej 

w piersi, ale zaraz się uspokoiło.

-   Ty   przynajmniej   jesteś   prawdziwy.   Jakiś   ty   śliczny!   -   Wyciągnęła   rękę   i   z 

zadowoleniem zobaczyła, że pies natychmiast podszedł i zaczął się łasić. - I przyjacielski. 

Dobrze wiedzieć. Gdzie inni domownicy?

Z ręką na głowie psa wyszła z sypialni i przekonała się, że wystrój saloniku jest tak 

samo spartański. Sofa i fotel, niewielki kominek, w którym palił się ogień, kilka stolików. Z 

niejaką ulgą zobaczyła swoje ubranie rozwieszone przed ogniem.

Wciąż było wilgotne, czyli nie spała - nie była nieprzytomna - długo. Rzeczą rozsądną 

po tych  wszystkich  najwyraźniej  nierozsądnych   posunięciach,   jakie  dotąd  zrobiła,  byłoby 

odnalezienie   wybawcy   i   podziękowanie   mu.   Potem   poczeka,   a   kiedy   ubranie   wyschnie, 

odszuka Margaret i będzie błagać ją o łaskę.

To ostatnie okaże się nieprzyjemne i przypuszczalnie bezowocne, ale jest konieczne.

Przygotowując się w duchu do owego zadania, Allena podeszła do drzwi. Kiedy je 

otworzyła, aż krzyknęła z zachwytu.

Blade słońce połyskiwało nad wzgórzami, które z jednej strony ciągnęły się zielonym 

pasmem ku horyzontowi, z drugiej zaś ku skalistemu wybrzeżu. Morze wciąż się burzyło, fale 

wznosiły   się   wysokie   i   piękne.   Ogarnęła   ją   ochota,   by   pobiec   na   sam   brzeg   i   stamtąd 

obserwować niespokojne wody.

Tuż   przy   chacie   był   zarośnięty   ogród,   w   którym   kwiaty   walczyły   o   miejsce   z 

chwastami, tworząc jedną wielką plątaninę. Ich aromat zmieszany z zapachem powietrza i 

morza sprawił, że zabrakło jej tchu. Wstrzymała oddech, jakby na zawsze chciała zachować 

ten ostry, wyjątkowy aromat.

Nie mogąc się powstrzymać, wyszła przed dom z nie odstępującym jej psem i uniosła 

twarz ku niebu.

background image

Och, co za miejsce! Czy gdziekolwiek indziej istnieje jakieś równie idealne? Gdyby 

należało do niej, co rano by tu stawała i dziękowała Bogu.

Pies   cicho   szczeknął.   Allena   położyła   mu   dłoń   na   łbie   i   spojrzała   na   domek   z 

surowego kamienia, ze słomianym dachem i oknami otwartymi na oścież.

Już zaczęła się uśmiechać, gdy wyszedł z niego mężczyzna. Na jej widok przystanął, 

odpowiadając spojrzeniem na spojrzenie. Po chwili zacisnął usta i ruszył w jej stronę.

Jego twarz zakołysała się przed jej oczyma, głowę wypełnił ryk morza. Oszołomiona, 

wyciągnęła rękę, w równej mierze do mężczyzny, jak do jego psa.

Zobaczyła, że jego usta się poruszają i wydało jej się, że słyszy przekleństwo, ale już 

ogarniała ją ciemność.

background image

3

Wyglądała jak wróżka, gdy tak stała w niepewnym świetle słońca. Wysoka i smukła, o 

krótko   obciętych   jasnych   włosach   oraz   długich   zakręconych   na   końcach   rzęsach,   które 

ocieniały migdałowe oczy.

Nie była piękna. Rysy miała zbyt ostre, by nazwać ją pięknością, usta nazbyt pełne. 

Mimo to była to twarz intrygująca, nawet we śnie.

Myślał  o tym,  gdy przyniósł  ją do domu i położył  do łóżka.  Rozebranie jej było 

irytującą koniecznością, którą wykonał z roztargnioną obojętnością lekarza. Kiedy jej rzeczy 

wyschną, pożegna się z nią i nie oglądając się do tyłu, spróbuje spalić trochę gniewu w pracy.

Doskonale mu się pracowało, gdy był zły.

Nie chciał jej tutaj. Nie chciał jej. Powtarzał sobie, że nie będzie jej miał, niezależnie 

od tego, co postanowiło przeznaczenie.

On sam o sobie decyduje.

Teraz jednak, gdy wyszedł i zobaczył ją stojącą w słońcu, poczuł wstrząs i ogarnęły go 

pożądanie i pragnienie posiadania, rozkosz i rozpacz.

Zanim zdążył do niej dobiec, zachwiała się na nogach.

Nie zdołał jej podtrzymać. Och, wyobrażał sobie, że gdyby to była baśń, wyrosłyby 

mu skrzydła u ramion i przefrunąłby przez podwórze, by uratować ją przed upadkiem. Ale to 

nie była baśń. Dziewczyna osunęła się na ziemię niczym stopiona świeca, gdy znajdował się 

dopiero w połowie drogi.

Kiedy przy niej stanął, wielkie szare oczy spojrzały na niego oszołomione. Kąciki jej 

ust drgały.

- Chyba jeszcze niezbyt dobrze się czuję - powiedziała ze ślicznym amerykańskim 

akcentem. - Wiem, że to łatwy do przewidzenia banał, ale muszę z niego skorzystać: gdzie ja 

jestem?

Wyglądała   niezwykle   pociągająco,   kiedy   tak   leżała   pośród   kwiatów.   Conal 

uświadomił sobie bardzo wyraźnie, że dziewczyna nie ma na sobie nic poza jego koszulą.

- Jesteś na ziemi O'Neilów.

- Zgubiłam się, to mój zły nawyk. Burza nadeszła tak nieoczekiwanie.

- Dlaczego tu jesteś? Odłączyłam się od grupy. No, właściwie spóźniłam się - kolejny 

zły nawyk i nie zdążyłam na prom. Na wyspę przywiózł mnie jakiś chłopiec łodzią - Allena 

usiadła. - Mam nadzieję że nic mu się nie stało, Na pewno nic mu nie jest, bo sprawiał 

wrażenie,   że   wie,   co   robi,   a   poza   tym   droga   była   krótka.   Czy   daleko   stąd   do   centrum 

background image

informacji turystycznej?

- Centrum informacji turystycznej?

- Muszę dogonić moją grupę, choć nic dobrego mi z tego nie przyjdzie. Margaret mnie 

wyleje, na co sobie zresztą zasłużyłam.

- A kim jest Margaret?

- To moja przyrodnia siostra. Jest właścicielką Cywilizowanej Przygody. Pracuję u 

niej - czy raczej pracowałam przez ostatnie dwadzieścia trzy dni. - Głęboko odetchnęła i 

zmusiła się do uśmiechu. - Przepraszam, jestem Allena Kennedy, ostatnia kretynka. Dziękuję, 

że mi pan pomógł.

Zerknął na wyciągniętą  ku sobie dłoń i z niejakim ociąganiem wziął  ją w swoją. 

Zamiast jednak ją uścisnąć, podniósł dziewczynę na nogi.

- Wygląda na to, że bardziej pani zabłądziła, niż się pani wydaje, panno Kennedy, bo 

na Wyspie Dolmana nie ma żadnego centrum informacji turystycznej.

- Wyspa Dolmana? Ale to nie tak. - Dłoń, którą trzymał, zwiotczała i dziewczyna 

zmieniła się w kłębek nerwów. - Wcale nie wybierałam się na Wyspę Dolmana. Cholera! 

Cholera   jasna!   To   moja   wina.   Nie   powiedziałam   chłopcu   dokładnie,   gdzie   chcę   płynąć. 

Sprawiał wrażenie, że wie, dokąd się wybieram, dokąd chcę się dostać. A może sam zabłądził 

w tym sztormie. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. - Rozejrzała się i westchnęła. - Ha, 

czeka mnie nie tylko utrata posady. Zostanę wydziedziczona, wygnana i upokorzona, i to w 

jeden   dzień.   Chyba   nie   mam   innego   wyjścia   jak   tylko   wrócić   do   hotelu   i   przetrzymać 

awanturę.

- Ale dzisiaj nic z tego.

- Słucham?

Conal popatrzył na morze, przyglądając się uważnie wysokim falom.

-   Nie   uda   się   pani   opuścić   wyspy   ani   dzisiaj,   ani   prawdopodobnie   jutro.   Sztorm 

jeszcze się nie skończył.

- Ale... - Pobiegła za nim, gdy spokojnie, jakby właśnie nie przypieczętował jej losu, 

wszedł do domu i ruszył do saloniku. - Muszę wrócić. Margaret będzie się martwić.

- Przy takiej pogodzie promy nie pływają i żaden rybak przy zdrowych zmysłach nie 

zaryzykuje przeprawiania się przez cieśninę.

Allena przysiadła na oparciu fotela i zamknęła oczy.

- Cóż, to załatwia sprawę. Czy jest tutaj jakiś telefon? Mogłabym zadzwonić do hotelu 

i zostawić wiadomość?

- Telefony nie działają.

background image

- Jasne. - Patrzyła, jak gospodarz wkłada torfowe kostki do ognia. Jej ubranie wisiało 

przed kominkiem niczym oskarżenie. - Panie O'Neil?

- Conal. - Wyprostował się i odwrócił ku niej. - Wszystkie kobiety, które rozbieram i 

kładę do łóżka, nazywają mnie Conal.

Specjalnie ją prowokował, ale nic zarumieniła się ani nie wpadła w gniew. Wręcz 

przeciwnie, w jej oczach zamieniały iskierki śmiechu.

Wszyscy mężczyźni, którzy mnie rozbierają i kładą do łóżka, mówią na mnie Lena.

- Allena bardziej mi się podoba.

- Naprawdę? Mnie też, ale wygląda na to, że dla większości ludzi ma za dużo sylab. 

Wszystko jedno, Conal, czy na wyspie jest jakiś hotel albo pensjonat, w którym mogłabym 

poczekać, aż promy znowu zaczną kursować?

- Hotelu nie ma, turyści rzadko zapędzają się tak daleko. A do najbliższej wioski, 

jednej z trzech na wyspie, jest ponad osiem kilometrów.

Spojrzała na niego uważnie.

- Więc muszę tu zostać?

- Na to wygląda.

Z   roztargnieniem   pogładziła   Hugh   po   szerokim   grzbiecie,   zastanawiając   się   nad 

swoim położeniem.

- Bardzo jestem wdzięczna za gościnę i postaram się nie przeszkadzać.

- Trochę już na to za późno, ale jakoś sobie poradzimy. - Kiedy w odpowiedzi uniosła 

wysoko brwi, poczuł wstyd. - Umiesz porządnie zaparzyć herbatę?

- Tak.

Gestem wskazał kuchnię, którą od salonu oddzielał krótki barek.

-   Wszystko   tam   jest.   Mam   parę   rzeczy   do   zrobienia,   jak   wrócę,   pogadamy   przy 

herbacie.

- Dobrze - odrzekła sztywno, uprzejmie. Tylko otwarte z hukiem drzwiczki kredensu 

powiedziały mu, że jest zła.

Zaparzy tę cholerną herbatę, myślała, szarpnięciem odkręcając kurek, by nalać wody 

do czajnika, co nie było wcale taką łatwą sprawą, jako że w zlewie piętrzyły się brudne 

naczynia.   I   będzie   wdzięczna   Conalowi   O'Neilowi   za   gościnność,   choćby   nie   wiem   jak 

niechętnie i niegrzecznie jej udzielał.

Czy to jej wina, że znalazła się na niewłaściwej wyspie? Czy to jej wina, że zgubiła się 

w burzy, straciła przytomność i musiał przynieść ją na rękach do swego domu? Czy to jej 

wina, że nigdzie indziej nie mogła się schronić?

background image

Cóż, pewnie tak. Przewracając oczami, zaczęła opróżniać zlew z naczyń, zamierzając 

nalać do niego wody z płynem i wszystko pozmywać. Owszem, jeśli się zastanowić, wszystko 

to było jej winą. Co czyniło całą sprawę jeszcze bardziej irytującą.

Po powrocie do Nowego Jorku znowu będzie bez pracy. Znowu. I kolejny raz stanie 

się obiektem współczucia i politowania. I to też jej wina. Oczywiście rodzina oczekiwała, że 

znowu jej się nie uda - tej lekkomyślnej, pustogłowej Lenie.

A co gorsza, uświadomiła sobie teraz, ona też się tego spodziewała.

Problem polegał na tym, że w niczym nie była szczególnie dobra. Nie miała żadnych 

konkretnych talentów, żadnych umiejętności i brakowało jej ambicji.

Nie była leniwa, aczkolwiek wiedziała, że Margaret nie zgodziłaby się z tym zdaniem. 

Praca jej nie przerażała. Przerażały ją biznes i konieczność robienia kariery.

Ale to problem na jutro, powtórzyła  sobie, zmywając  naczynia w oczekiwaniu, aż 

woda się zagotuje. Problemem na dzisiaj jest Conal O'Neil i sposób, w jaki rozwiąże sytuację, 

w której Allena postawiła oboje.

Układając   czyste   naczynia,   wycierając   blaty   i   ogrzewając   czajniczek,   uznała,   że 

sytuacja powinna być dla niej ekscytująca. Wyspa, szalejący sztorm, przystojny ponury facet, 

przytulny wiejski domek odizolowany od świata.

Doszła do wniosku, że to właśnie jest prawdziwa przygoda. Zamierzała cieszyć się 

nią, nim miecz spadnie na jej głowę.

Kiedy   Conal   wrócił,   stary   czajniczek   był   otulony   wystrzępionym   i   spłowiałym 

pokrowcem. Na wyszorowanym do białości stole stały filiżanki i spodki, pusty zlew jaśniał, 

blaty lśniły, a czekoladowe herbatniki, które miał w puszce, zostały ładnie ułożone na talerzu.

-   Byłam   głodna   -   powiedziała,   chrupiąc   ciastko.   -   Mam   nadzieję,   że   to   ci   nie 

przeszkadza.

- Nie. - Już prawie zapomniał, jak to jest usiąść przy stole w czystej kuchni i napić się 

herbaty. Zauważył, że gniew Alleny minął bez śladu. Sprawiała wrażenie, że jest na swoim 

miejscu w jego kuchni, ubrana w jego koszulę.

- To dobrze. - Usiadła i nalała herbaty do filiżanek. W jednym była naprawdę dobra: w 

prowadzeniu rozmowy. Często jej powtarzano, że jest w tym dobra. - Mieszkasz tu sam?

- Tak.

- Z psem.

- Wabi się Hugh. Należał do mojego ojca, który umarł kilka miesięcy temu.

Nie powiedziała, że mu współczuje, jak wiele innych osób, zbyt wiele, uczyniłoby na 

jej miejscu. Wyczytał to jednak z jej oczu, co było o wiele ważniejsze.

background image

-   To   miejsce   jest   piękne,   idealne.   O   tym   myślałam,   nim   zemdlałam   w   ogrodzie. 

Wychowałeś się tutaj?

- Tak.

-   Ja   wychowałam   się   w   Nowym   Jorku,   ale   jakoś   nigdy   tam   nie   pasowałam.   - 

Przyglądała   mu   się   znad   filiżanki.   -   Ty   tu   pasujesz.   To   cudowna   rzecz,   kiedy   człowiek 

znajdzie miejsce, do którego pasuje. Wszyscy w mojej rodzinie mają takie miejsca - prócz 

mnie. Rodzice, Margaret i James, to moje rodzeństwo. Ich matka umarła, kiedy Margaret 

miała dwanaście lat, a James dziesięć. Kilka lat później ich ojciec poznał moją matkę, wzięli 

ślub i ja się im urodziłam.

- I jesteś Kopciuszkiem?

- Nie,  nic równie romantycznego.  - Westchnęła  jednak na  myśl,  jakie by to  było 

urocze.   -   Po   prostu   nieudacznikiem.   Oni   wszyscy   są   bardzo   błyskotliwi.   Ojciec   jest 

chirurgiem, matka prawniczką, James odnosi ogromne sukcesy jako chirurg plastyczny,  a 

Margaret ma własną firmę o nazwie Cywilizowana Przygoda.

- Komu mogłoby zależeć na cywilizowanej przygodzie?

- Właśnie. - Zachwycona Allena uderzyła dłonią w stół. - Myślę dokładnie tak samo. 

Czy układanie wszystkiego z góry nie oznacza, że to wcale nie będzie przygoda Ale kiedy 

powiedziałam   to   Margaret   w   odpowiedzi   musiałam   wysłuchać   dwudziestominutowego 

wykładu, a ponieważ jej firma kwitnie, nie miałam argumentów.

Znowu zrobiło się szaro, ponieważ na niebie pojawiły się nowe chmury, pozostało 

jednak dość słońca, by migotać na jej włosach i odbijać się w oczach. Conal nagle poczuł 

ochotę, by wziąć ołówek.

Dokładnie wiedział, co z niej zrobi. Myślał o tym, przesuwając po niej wzrokiem. I o 

mało nie podskoczył, kiedy ujrzał wisiorek. Zupełnie o nim zapomniał.

- Skąd to masz?

Poczuła   jego   błękitne   oczy   na   swoich   piersiach   i   przeszedł   ją   dreszcz,   ale   zaraz 

ogarnęła ją ulga, że to wisiorek tak go zainteresował; przynajmniej taką miała nadzieję.

- Wisiorek? To jest właśnie źródło moich kłopotów. - Powiedziała to żartobliwie, lecz 

Conal utkwił płonące spojrzenie w jej twarzy.

- Skąd go masz?

Zaskoczył ją ten ostry ton. Zadrżała.

-   Niedaleko   nabrzeża   był   sklepik   z   oknem   wystawowym   zapchanym   różnymi 

rzeczami. Wspaniałymi, magicznymi.

- Magicznymi - powtórzył.

background image

- Elfy i smoki, książki i śliczna biżuteria. Kompletny miszmasz, ale interesujący. Nie 

mogłam się oprzeć. Wpadłam tam tylko na minutkę, bo miałam trochę czasu do spotkania 

przy   promie.   Ale   staruszka   pokazała   mi   ten   wisiorek   i   jakimś   sposobem,   kiedy 

rozmawiałyśmy, przesiedziałam tam ponad godzinę. I wcale nie chciałam go kupować. Tylko 

że ja robię wiele rzeczy, których nie planuję.

- Nie wiesz, co to jest?

- Nie. - Zamknęła dłoń na wisiorku, czując lekką wibrację, której przecież nie mogło 

tam być. Zamrugała, bo przelotnie ujrzała jakiś ruch kącikiem oka. - Wydaje się stary, ale nie 

może być stary, i nie może być cenny, skoro kosztował tylko dziesięć funtów.

- Różne rzeczy mają różną wartość dla różnych ludzi. - Nie mogąc się oprzeć, Conal 

wyciągnął rękę i położył dłoń na jej palcach ściskających wisiorek.

Poczuła wstrząs, przenikliwy jak porażenie prądem. Powietrze nabrało błękitnej barwy 

błyskawicy. Allena stała z głową odchyloną od tyłu, patrząc mu w oczy. Conal zerwał się od 

stołu tak gwałtownie, że krzesło upadło na podłogę.

Ta   sama   gwałtowność   była   w   jego   wargach   miażdżących   jej   usta,   a   ją   zalało 

pożądanie czyste, silne i prawdziwe. Za ich plecami podmuch wiatru uderzył w okno. Allena 

zacisnęła palce na włosach Conala i przytuliła się do niego całym ciałem.

Pasowali do siebie doskonale.

Bicie jej serca brzmiało niczym pieśń, każda nuta śpiewała o radości. Świat mógł się 

walić, gdy była tutaj z nim - to jej wystarczało.

Conal nie mógł przestać. Smakowała jak chłodna i czysta woda po dręczącym go całe 

życie   pragnieniu.   Puste   miejsca   w   jego   wnętrzu   o   których   istnieniu   nie   miał   pojęcia, 

wypełniły się po brzegi. Krew zawrzała mu w żyłach, ciało osłabło z pożądania. Zgniótł 

koszulę na jej plecach, gotów ją rozerwać. W tej samej chwili wypuścili z dłoni wisior, by 

wzajemnie się objąć. Conal odskoczył.

- Ja tego nie chcę. - Ujął ją za ramiona, jakby chciał nią potrząsnąć, lecz tylko ją 

przytrzymał. - Nie pogodzę się z tym.

- Możesz mnie puścić? - zapytała cicho i spokojnie. Kiedy to zrobił, cofnęła się i 

odetchnęła głęboko. Nie będzie zachowywać się jak tchórz, powiedziała sobie w duchu. - 

Mam wybór - zaczęła. - Albo uderzyłam  się w głowę przy upadku i doznałam wstrząsu 

mózgu, albo też właśnie zakochałam  się w  tobie.  Chyba  bardziej odpowiada  mi teoria o 

wstrząsie mózgu. Jak sobie wyobrażam, tobie też.

- Nie uderzyłaś się w głowę. - Conal wcisnął dłonie w kieszenie i zrobił krok do tyłu. - 

I nikt nie zakochuje się w ułamku chwili, po jednym pocałunku.

background image

- Rozsądni ludzie tak nie postępują. Ale ja nie jestem rozsądna. Zapytaj, kogo chcesz. 

- Jeśli jednak kiedykolwiek była pora na rozsądek, to właśnie teraz. - Chyba ubiorę się i pójdę 

na spacer, żeby pozbierać myśli.

- Nadchodzi następna burza.

Allena ściągnęła ubrania z ekranu przed kominkiem.

- I ty mi to mówisz - mruknęła, maszerując do sypialni.

background image

4

Gdy wyszła z sypialni, Conala nie było w salonie, za to przy kominku siedział Hugh, 

jakby na nią czekał. Zaraz też ruszył ku drzwiom i zaczął w nie skrobać, odwracając ku niej 

wielki łeb.

- Masz ochotę na spacer? Ja też.

Szkoda, że ogród jest taki zapuszczony, pomyślała Allena. Z przyjemnością by się nim 

zajęła, powyrywała chwasty, usunęła zeschnięte kwiaty. Godzina miłej pracy, może dwie, a 

pokryta kwiatami plątanina łodyg i gałęzi, zamiast wyglądać na zaniedbaną, wyglądałaby po 

prostu dziko. Tego tutaj potrzeba.

Ale to nie jej sprawa, powiedziała sobie, nie jej dom, nie jej miejsce. Zerknęła na mały 

budynek. On przypuszczalnie tam jest, robiąc... cokolwiek robi. Wyobrażała sobie, że jest 

bardzo zły.

Dlaczego tyle w nim gniewu?

To też nie jej problem, nie jej interes, nie jej mężczyzna.

Choć przez chwilę, kiedy ich dłonie i usta się złączyły, wydawało się, że jej.

Nie chcę tego. Nie chcę ciebie.

Jasno wyraził swoje zdanie. A ją męczyło, że znalazła się w miejscu, gdzie nie była 

mile widziana.

Od morza wiał wiatr, pędząc nad wyspę wielkie chmury z czarnymi krawędziami. Idąc 

przed siebie, Allena widziała, jak stopniowo, nieuchronnie pożerają blady błękit.

Conal miał rację. Zbliżała się burza.

Lecz przecież spacer brzegiem morza nie jest chyba niebezpieczny. Nie pójdzie na 

wzgórza, mimo że bardzo tego pragnęła. Będzie się trzymała krętej granicy pomiędzy wodą a 

piaskiem i zachwycała wywołującym dreszcz widokiem rozbijających się fal.

Hugh   sprawiał   wrażenie,   że   cieszy   go   przechadzka   u   jej   boku.   Pomyślała,   że 

towarzyszy jej prawie jak wartownik.

Przypomniała   sobie,   że   do   najbliższej   wioski   jest   osiem   kilometrów.   To   nie'   tak 

daleko. Poczeka na poprawę pogody i pójdzie lam pieszo, jeśli Conal nie będzie chciał jej 

podwieźć. Pomiędzy chatą a tajemniczym budyneczkiem stałą nowoczesna furgonetka, rzecz 

tutaj anachroniczna, ale bez wątpienia przydatna.

Dlaczego pocałował ją w taki sposób?

Nie, to nie tak. To nie była wyłącznie jego inicjatywa. To po prostu im obojgu się 

przydarzyło.  Obojgu.  W głowie  jej  szumiało jak nigdy dotąd. Odczuwała  coś więcej  niż 

background image

namiętność, więcej niż pożądanie. To był rodzaj rozpaczliwej świadomości.

Więc jesteś. Wreszcie. W końcu.

Śmieszne,   oczywiście,   ale   nie   potrafiła   w   żaden   inny   sposób   wyjaśnić   tego,   co 

obudziło się w jej sercu i od pierwszej chwili wydawało się miłością.

Nie możesz kochać kogoś, kogo nie znasz. Nie możesz kochać, gdy pomiędzy wami 

nie ma zrozumienia, fundamentów, wspólnej przeszłości. Rozum powtarzał jej te wszystkie 

rozsądne, racjonalne argumenty, a serce się z nich śmiało.

To bez znaczenia. Mogła sobie być zażenowana, zdziwiona, zirytowana, a może nawet 

gotowa do zaakceptowania tej sytuacji. To jednak było bez znaczenia, skoro on nie chciał ani 

jej, ani tego, co między nimi zapłonęło.

Przystanęła,   pozwalając,   by   chłostał   ją   wiatr,   nie   unikała   mgiełki   wilgoci   z 

rozpryskujących  się fal. Nad jej głową biała jak księżyc mewa zaskrzeczała triumfalnie i 

odfrunęła w strumieniu naładowanego elektrycznością powietrza.

Och, jakże zazdrościła ptakowi tej wolności, jej serce bowiem także pragnęło odlecieć, 

dać się unieść wiatrowi, gdziekolwiek ją zaniesie. I wiedzieć, że tam, gdzie wyląduje, będzie 

jej miejsce, jej czas, jej triumf.

„Musisz   jednak   żyć   teraźniejszością,   prawda,   Leno?   -   W   jej   uszach   zabrzmiał 

cierpliwy   i   zdziwiony   głos   matki.   -   Musisz   podjąć   wysiłek,   dołożyć   starań.   Nie   możesz 

wiecznie dryfować, musisz coś ze sobą zrobić. Najwyższa pora, żebyś skupiła się na karierze, 

popracowała, by wyrobić sobie nazwisko".

A pod tym wszystkim kryło się niewypowiedziane: „rozczarowałaś mnie".

Wiem, przykro mi. To takie okropne. Żałuję, że nie mogę ci powiedzieć, jak okropna 

jest świadomość, że jestem twoją jedyną porażką.

Allena przyrzekła sobie, że bardziej się postara. Przekona Margaret, by dała jej drugą 

szansę.  Jakoś   jej   się   uda.  I   będzie  pracowała   ciężej,   dokładała   większych   starań.   Będzie 

odpowiedzialna i rozsądna.

I bardzo nieszczęśliwa.

Pies trącił ją nosem, otarł się ciepłą sierścią o nogi. Ten drobny gest pocieszył Allenę. 

Ruszyła dalej brzegiem morza.

Wybrała się na spacer, by uporządkować myśli, a nie po to, by zaprzątać sobie głowę 

nowymi   problemami.   Chyba   nie   ma   na   świecie   lepszego   miejsca   na   uspokojenie   serca   i 

umysłu niż te zielone wzgórza i ostre klify połyskujące pod groźnym niebem. Pośród zieleni i 

szarości wybuchały kolorami polne kwiaty. Przed sobą Allena dostrzegła plamę fioletu; to 

były wrzosy.

background image

Zapragnęła zebrać cały bukiet i ukryć twarz w ich aromacie. Zachwycona pomysłem, 

zaczęła się wspinać  na kamieniste  zbocze do miejsca, gdzie  wrzosy wyrastały z cienkiej 

warstwy ziemi, a potem wyżej, aż zapach kwiatów przytłumił nawet pradawny zapach morza.

Zebrała pełne naręcze wrzosów, ale pragnęła mieć ich więcej. Ze śmiechem pobiegła 

wąską ścieżką. I nagle stanęła jak wryta. Potrząsnęła głową, w uszach bowiem zabrzmiało jej 

dziwne brzęczenie. Chciała pójść dalej, lecz nie mogła. Po prostu nie mogła, jakby od zbocza 

pełnego kwiatów oddzielała ją szklana ściana.

- Mój Boże, a co to?

Uniosła drżącą dłoń, z której wypadły gałązki wrzosów. Poniósł je wiatr. Allena nie 

dostrzegła żadnej przeszkody, czuła tylko ciepło w miejscu, gdzie jej ręka dotknęła powietrza. 

A choć się starała, nie potrafiła przebić go na wylot.

Błysnął piorun i przetoczył się grzmot. W jego dudnieniu usłyszała, jak ktoś woła ją 

po imieniu. Spojrzała na plażę, niemal spodziewając się zobaczyć smoki lub czarodziejów, ale 

był  tam tylko  Conal. Stał na szeroko rozstawionych  nogach, długie włosy rozwiewał mu 

wiatr, wyglądał na zirytowanego.

- Zejdź! Nie powinnaś chodzić po skałach, kiedy zaczyna się burza. Wolał myśleć, że 

poszedł za nią, kierowany poczuciem odpowiedzialności.

Poczuł   jednak   wstrząs,   gdy   zobaczył   ją   idącą   z   naręczem   kwiatów   po   klifie,   w 

niesamowitym świetle błyskawic. Co za widok! Zapragnął pobiec za nią, zamknąć ją i kwiaty 

w objęciach, przycisnąć jak przedtem usta do jej warg w szarpiącym oboje wietrze.

A ponieważ tego pragnął i nie mógł myśleć o niczym poza smakiem jej warg, kiedy do 

niego zeszła, zapytał głosem ostrym jak brzytwa:

- Gdzie ty masz rozum, żeby przy takiej pogodzie zbierać kwiaty?

- Najwyraźniej daleko stąd. Pójdziesz ze mną?

- Co?

- Zrób mi tę przyjemność, przespacerujmy się razem po plaży.

- Może rzeczywiście miałaś wstrząs mózgu. - Już chciał złapać ją za rękę i pociągnąć 

za sobą, ale się cofnęła.

- Proszę, tylko minutkę! - Wymamrotał jakieś przekleństwo i zrobił jeden krok, drugi, 

trzeci. Kiedy nagle przystanął, Allena zamknęła oczy i zadrżała.

-   Nie   możesz,   prawda?   Nie   możesz   iść   dalej.   Ja   też   nie.   -   Spojrzała   w   jego 

rozgniewane oczy. - Co to znaczy?

- To znaczy, że tak jest. Teraz pójdziemy do domu. Nie mam najmniejszej ochoty 

zmoknąć po raz drugi jednego dnia.

background image

W drodze powrotnej milczał, a ona mu nie przeszkadzała. Gdy stanęli na progu chatki, 

z nieba spadły pierwsze wielkie krople.

- Masz coś, w co można by je włożyć? - zapytała. - Trzeba je wstawić do wody, a 

wolałabym mieć ręce zajęte, kiedy będziesz mi wszystko wyjaśniał.

Wzruszył ramionami i machnął w stronę kuchni, a potem poszedł dołożyć torfu do 

ognia.

Na zewnątrz lało jak z cebra i szalał wicher. Allena ustawiała na stole wazony, butelki 

i miski. Conal w milczeniu zajmował się ogniem, podgrzała więc herbatę.

Spojrzał   na  nią,   gdy  napełniła   filiżanki,   i  poszedł   do   kuchni   po   butelkę  whiskey. 

Szczodrze zaprawił swoją herbatę i unosząc brwi, przesunął butelkę nad jej filiżankę.

- Chcesz trochę?

Zamiast jednak się napić, Allena zaczęła układać kwiaty w naczyniach.

- Co to za miejsce? Kim ty jesteś?

- Już ci mówiłem.

- Tylko się przedstawiłeś. - Wiedziała, że to zwyczajne zajęcie ją uspokoi, i tak się 

stało. Spojrzała mu prosto w oczy. - Nie o to mi chodziło.

Przyjrzał się jej badawczo i skinął głową. Powinna wiedzieć, choć może nie będzie 

umiała sobie z tym poradzić.

- Orientujesz się, jak daleko na morzu jesteś?

- Milę, może dwie?

- Ponad dziesięć.

- Dziesięć? Ale płynęliśmy tu nie dłużej niż dwadzieścia minut i to przy złej pogodzie!

-   Do   południowo   -   zachodniego   wybrzeża   Irlandii   z   Wyspy   Dolmana   jest   ponad 

dziesięć mil. Tu spotykają się Atlantyk i morza celtyckie. Niektórzy powiadają, że tutaj ptaki 

zrzucają pióra i wygrzewają się na skałach w ludzkim ciele. Nocami wróżki wychodzą ze 

swych kryjówek we wzgórzach, aby tańczyć w świetle księżyca.

Allena wybierała krótsze wrzosy, by włożyć je do pękatej butelki.

- A ty co sądzisz?

- Niektórzy powiadają - ciągnął, nie odpowiadając na jej pytanie - że moja prababka 

opuściła swój pałac pod wzgórzem i przysięgła miłość mojemu pradziadkowi w noc letniego 

przesilenia   przy   Królewskim   Kamieniu   na   klifach.   Sto   lat   temu.   Tak   samo   jak   sto   lat 

wcześniej inny mój przodek stał w tym samym miejscu ze swoją kobietą i składał tę samą 

przysięgę. I było tak jeszcze sto lat wcześniej, zawsze tej samej nocy, w tym samym miejscu, 

gdzie ukazuje się gwiazda.

background image

Dotknęła wisiorka.

- Ta gwiazda?

- Tak powiadają.

- Za dwa dni jest noc letniego przesilenia i twoja kolej, tak?

- Gdybym wierzył, że moja prababka była kimś innym niż zwykłą kobietą, a w moich 

żyłach  płynie  krew elfów i los sprawi,  iż przysięgnę  komuś miłość, bo gwiazda  tak czy 

inaczej świeci wśród kamieni, nie mieszkałbym tutaj.

- Rozumiem. - Kiwnęła głową i zaniosła jeden z wazonów do salonu. - Więc jesteś 

tutaj, by udowodnić, że wszystko, o czym mi opowiedziałeś, to stek bzdur.

- A mogłabyś uwierzyć w coś takiego?

Nie miała najmniejszego pojęcia, w co wierzy, czuła jednak, że jest wiele, bardzo 

wiele rzeczy, które zdołałaby zaakceptować.

- Dlaczego nie mogę stąd odejść, Conal? Dlaczego ty tego nie zrobiłeś? - zapylała i nie 

czekając na odpowiedź, podeszła do stołu. Upiwszy łyk herbaty, poczuła w żyłach ciepło 

alkoholu.   Wróciła   do   układania   kwiatów.   -   To   na   pewno   trudne   dla   ciebie,   skoro   od 

dzieciństwa opowiadano ci tę historię i oczekiwano, że w nią uwierzysz.

- A ty byś uwierzyła? - zapytał. - Umiałabyś zapomnieć o wykształceniu, o rozsądku i 

uwierzyłabyś, że masz należeć do mnie, ponieważ tak mówi legenda?

- Nie powiedziałabym nie. - Z przyjemnością ustawiła butelki z wrzosem na wąskiej 

kamiennej   półce   nad   kominkiem.   -   Byłabym   zaintrygowana,   rozbawiona,   może   trochę 

podekscytowana całym tym pomysłem. A potem śmiałabym się z niego. Śmiałabym się - 

powtórzyła   i   spojrzała   na   Conala.   -   Gdybym   cię   nie   pocałowała   i   nie   poczuła   tego,   co 

poczułam, i ty też.

- Pożądanie to normalna rzecz.

- Masz rację, ale gdyby tylko o to tu chodziło, oboje po prostu byśmy go posłuchali. 

Gdyby tylko o to chodziło, nie byłbyś teraz taki zły na siebie i na mnie.

- Jesteś cholernie spokojna.

- Wiem. - Nie mogła powstrzymać uśmiechu. - Czy to nie dziwne? Ale ja jestem 

dziwna. Wszyscy to mówią. Lena, ryba wyjęta z wody, kwiatek przy kożuchu, niezdara, która 

nigdy nie trafia do celu. Ale tutaj nie czuję się dziwnie ani nie na swoim miejscu, więc łatwiej 

mi zachować spokój.

I rzeczywiście,  wygląda  na  swoim  miejscu, pomyślał,  gdy tak chodzi  po chacie i 

ustawia kwiaty.

- Nie wierzę w magię.

background image

- A ja szukam jej przez całe życie. - Podała mu gałązkę wrzosu. - Coś ci obiecam.

- Nie musisz mi składać żadnych obietnic. Nic mi nie jesteś winna.

- Zrobię to z własnej woli. Nie będę cię dręczyła legendami czy magią. Odejdę, kiedy 

to będzie możliwe, jeśli tego właśnie pragniesz.

- Dlaczego?

- Zakochałam się w tobie, a miłość nie czepia się kurczowo. Z pokorą wziął gałązkę 

wrzosu i wsunął jej we włosy.

- Alleno, trzeba patrzeć jasno, by z taką łatwością zobaczyć własne serce. Ja nie patrzę 

jasno. Mógłbym cię skrzywdzić. - Musnął palcami jej policzek; - A wolałbym nie.

- Jestem silna. Nigdy przedtem nikogo nie kochałam, Conal, i mogę zrobić coś nie tak, 

ale na razie, w tej chwili, bardzo mi to odpowiada. To wystarczy.

Nie chciał wierzyć, by cokolwiek mogło być aż tak proste.

- Pociągasz mnie. Chcę cię dotykać, czuć twoje ciało pod moim. Nie wiem, czy chcę 

czegoś więcej, a w ostatecznym rozrachunku może się okazać, że dla ciebie i dla mnie to za 

mało. Lepiej więc od razu się wycofać. - Zdjął płaszcz z wieszaka. - Muszę popracować - 

powiedział i wyszedł na deszcz.

Allena uświadomiła sobie, że to i tak byłoby więcej, niż dotąd miała. Jeśli zajdzie taka 

potrzeba, to jej wystarczy.

Burza   jeszcze   pomrukiwała   cicho,   gdy   Conal   wrócił.   Zapadał   łagodny   mglisty 

wieczór. Pierwszą rzeczą, która  go uderzyła,  kiedy przekroczył próg domku, był  zapach: 

gorący i intensywny. Zaburczało mu w brzuchu.

Później   dostrzegł   drobne   zmiany   w   salonie.   Były   subtelne:   przesunięty   stół, 

wygładzone  poduszki. Kurzu by nie zobaczył,  zauważył  jednak jego  brak i poczuł słaby 

zapach pasty.

Allena dopilnowała, by ogień nie zgasł; jego blask połączony z płomieniami świec, 

które gdzieś znalazła i porozstawiała, nadał pokojowi przytulny wygląd. Włączyła też płytę i 

nuciła do wtóru, krzątając się po kuchni.

Kiedy odwiesił płaszcz, napięcie, które towarzyszyło mu przy pracy, w jednej chwili 

zniknęło.

-   Ugotowałam   zupę!   -   zawołała   Allena.   -   W   ogrodzie   znalazłam   zioła   pomiędzy 

chwastami. Nie masz zbyt wielkich zapasów jedzenia, więc jest bardzo prosta.

- Pachnie zachęcająco. Jestem ci wdzięczny.

- Przecież musimy coś jeść, prawda?

- Nie mówiłabyś tego tak lekko, gdybym to ja zajmował się gotowaniem. Zdążyła już 

background image

nakryć do stołu. Jakimś cudem udało jej się sprawić, że niepasujące do siebie talerze i miski 

wyglądały wesoło i przyjemnie. Tu też paliły się świece, a na kredensie oddychała jedna z 

butelek wina, które przywiózł z Dublina.

Teraz robiła biszkopty.

- Allena, nie musiałaś zadawać sobie tyle trudu.

-  Och,  lubię  się  krzątać.   Gotowanie  to   moje  hobby. -  Nalała   mu  wina.  -  Prawdę 

mówiąc, byłam na kursie gotowania. Byłam na wielu kursach. Kiedyś nawet myślałam, że 

otworzę własną restaurację albo zostanę szefem kuchni.

- I co?

- Prowadzenie restauracji to nie tylko przygotowywanie potraw, niestety, a ja nie mam 

głowy do interesów. A jeśli chodzi o karierę szefa kuchni, to uświadomiłam sobie, że trzeba 

co wieczór gotować właściwie to  samo, w dodatku na żądanie, bo w karcie są określone 

dania. W rezultacie mam kolejne hobby. - Wsunęła biszkopty do piekarnika. - Ale to akurat 

jest przynajmniej praktyczne. Gotowe. - Wytarła dłonie w ścierkę zatkniętą za pasek. - Mam 

nadzieję, że jesteś głodny.

Rzucił jej uśmiech, na widok którego serce jej zatrzepotało.

- Umieram z głodu.

- To dobrze. - Postawiła na stole talerz z serem i oliwkami. - Nie będziesz mnie 

krytykował.

Conal nabrałby chochlą zupy prosto z garnka, Allena natomiast przelała ją do białej 

wazy. Wygrzebała gdzieś szklane naczynie, używane przez jego matkę jako maselniczka, a 

którego   on   od   lat   nie   widział.   Upieczone   biszkopty   umieściła   w   koszyku   wyścielonym 

ściereczką w niebiesko - białą kratkę, a potem zaczęła nalewać zupę.

- Ja to zrobię. Usiądź. - Conal położył dłoń na ramieniu Alleny.

Już   od   samego   zapachu   mógłby   zapłakać   z   wdzięczności.   Przy   pierwszej   łyżce 

przyprawionej ziołami, gęstej od warzyw zupy z rozkoszy przymknął oczy.

Kiedy   znowu   je   otworzył,   dostrzegł,   że   dziewczyna   przypatruje   mu   się   z 

rozbawieniem.

- Lubię twoje hobby - powiedział. - Mam nadzieję, że przez cały pobyt tutaj będziesz 

mu się oddawała bez skrępowania.

Wybrała biszkopt i obejrzała ze wszystkich stron. Uśmiech Comala sprawił jej wielką 

satysfakcję.

- To wielkoduszne z twojej strony.

- Od kilku miesięcy przy życiu utrzymują mnie moje skromne umiejętności. - Spojrzał 

background image

jej w oczy. - Dzięki tobie uświadomiłem sobie, czego mi brakowało. Jestem mężczyzną o 

zmiennych humorach.

- Naprawdę? - zapytała tak łagodnie, że kpina niemal umknęła jego uwagi. Szybko 

jednak zareagował.

Roześmiał się, pokręcił głową i nabrał zupy na łyżkę.

- Myślę, że następne dni nie będą spokojne.

background image

5

Spał w swoim atelier, co wydawało się teraz najmądrzejszym posunięciem.

Pragnął jej i na tym polegał problem. Nie wątpił, że Allena chętnie dzieliłaby z nim 

łoże i oddała mu siebie. A choć odpowiadałoby mu to o wiele bardziej niż chłodna i wąska 

prycza  w  zagraconej  pracowni,  wykorzystywanie  romantycznych  złudzeń  dziewczyny  nie 

wydawało się uczciwe.

Wyobraziła sobie, że jest w nim zakochana!

Myśl, że dosłownie w mgnieniu oka mogła dojść do takiego wniosku i powiedzieć o 

tym na głos, zbijała go z tropu. Z drugiej jednak strony Allena Kennedy nie przypominała 

innych  kobiet,  które przewinęły się przez jego życie. Skomplikowana  z niej dziewczyna, 

myślał   Conal.   Łatwo   byłoby   uznać   ją   za   naiwną,   prostą,   niemal   głupią.   Ale   jedynie   na 

pierwszy, przelotny rzut oka.

Tylko że Conal nigdy nie był zwolennikiem przelotnych rzutów oka. Dostrzegał w 

Allenie kilka istot: myślącą, radosną, namiętną i współczującą. Dziwne, że sama w sobie nie 

widziała tych cech.

Brak owej świadomości dodawał jej jeszcze jedną ważną zaletę, a była nią słodycz.

Z roztargnieniem, wciąż czując pod powiekami piasek po niespokojnej nocy, zabrał 

się do szkicowania. Allena Kennedy z Nowego Jorku, czarna owca w rodzinie konformistów. 

Kobieta,   która   jeszcze   nie   odnalazła   samej   siebie,   a   mimo   to   wydawała   się   całkiem 

zadowolona i radziła sobie doskonale z sytuacją. Kobieta współczesna, bez dwóch zdań, lecz 

chętnie słuchająca magicznych opowieści.

Nawet   bardziej   niż   chętnie,   pomyślał   Conal.   Przyjmowała   je   z   żarliwością   i 

entuzjazmem. Jakby czekała, aż ktoś jej powie, dokąd przez cały czas zmierzała.

On tego nie zrobi, w żadnym  razie. Od dzieciństwa powtarzano mu, że ten dzień 

nadejdzie, ale nie zamierzał biernie się poddawać, odrzucając wolną wolę. Wrócił tutaj, by to 

udowodnić.

Niemal słyszał chichot przeznaczenia.

Skrzywił się, oglądając swój rysunek. Przedstawiał Allenę z migdałowymi oczami i 

wystającymi  kośćmi policzkowymi  oraz krótkimi, potarganymi  włosami, które tak dobrze 

pasowały do wyrazistej twarzy i szczupłej szyi. U ramion naszkicował jej zarys skrzydeł jak u 

wróżki.

Pasowały doskonale.

To diabelnie go zirytowało.

background image

Rzucił szkicownik. Miał robotę, najpierw jednak zamierzał napić się herbaty.

Wiatr wciąż wiał, poranne słońce przedzierało się przez chmury i tańczyło nad wodą. 

Jedynym odgłosem, który mącił ciszę, był szum fal rozbijających się o brzeg. Conal uwielbiał 

widok ciągle zmieniającego się, kapryśnego morza. Gdy mieszkał w Dublinie, tego jednego 

ciągle  mu   brakowało:  patrzenia  na  wodę,  niebo   i  nieurodzajną   ziemię,   która  należała  do 

niego.

Choćby nie wiadomo jak często i nie wiadomo dokąd wyjeżdżał, zawsze coś go tu 

ciągnęło. Bo tu były jego serce i dusza.

Odwrócił się od morza i zobaczył ją.

Klęczała w ogrodzie, wokół niej szalały kolorowe kwiaty, poranne słońce migotało na 

jej  włosach.  Twarz  miała   odwróconą,  Conal  jednak  widział   ją  oczyma  duszy.   W oczach 

dziewczyny   na   pewno   malował   się   ten   marzycielski,   zadowolony   wyraz,   gdy   wyrywała 

chwasty, którym on pozwolił się rozplenić.

Już   teraz   kwiaty   wyglądały   weselej,   jakby   zadowolone   z   okazywanej   im   po 

tygodniach zaniedbania uwagi.

Z komina unosiła się smuga dymu, o ścianę stała oparta miotła. Bóg wie gdzie Allena 

znalazła kosz, do którego teraz wrzucała chwasty. Stopy miała bose.

Nim zdążył się opanować, ogarnęła go fala ciepła.

- Nie musisz tego robić.

Słysząc jego głos, uniosła głowę. Rzeczywiście, wyglądała na szczęśliwą.

- Rośliny tego potrzebowały, a poza tym kocham kwiaty. W mieszkaniu mam ich 

pełno,   ale   tutaj   im   o   wiele   lepiej.   Nigdy   nie   widziałam   tak   wielkich   lwich   paszczy.   - 

Przesunęła palcem po żółtych jak masło płatkach. - Zawsze przywodzą mi na myśl Alicję.

- Alicję?

- W krainie czarów. Zaparzyłam już herbatę. - Podniosła się i skrzywiła na widok 

brudnych plam na spodniach. - Chyba powinnam być ostrożniejsza. W końcu nie mam tu zbyt 

dużo garderoby na zmianę. Dobrze. Jak przyrządzone jajka lubisz?

Otworzył   usta,   żeby   jej   powiedzieć,   że   nie   ma   obowiązku   przygotowywać   mu 

śniadania, ale przypomniał sobie doskonały smak wczorajszej zupy.

- Jajecznica byłaby świetna, jeśli nie sprawi ci to kłopotu.

- Najmniejszego. Tyle przynajmniej mogę zrobić, skoro wykopałam cię z łóżka. - W 

progu odwróciła się ku niemu. - Mogłeś zostać.

- Wiem.

Przez chwilę patrzyła mu w oczy, potem skinęła głową.

background image

- W lodówce był bekon, wieczorem go wyjęłam, żeby się rozmroził. Aha, i kapało z 

prysznica. Potrzebna była nowa uszczelka.

Przed drzwiami przystanął, po raz pierwszy od wielu lat pamiętając o wytarciu butów.

- Naprawiłaś prysznic?

- No, przecież z niego kapało - odpowiedziała z. kuchni. - Chyba będziesz chciał się 

umyć. Przygotuję śniadanie.

Podrapał się po karku.

- Jestem ci wdzięczny. Zerknęła na niego z ukosa.

- Ja też.

Kiedy poszedł do sypialni, zakręciła się po kuchni, splotła ramiona na piersi. Och, 

kochała to miejsce.  Tu było  jak w bajce, a ona znalazła  się w samym  jej środku.  Rano 

obudziła się, niemal wierząc, że to wszystko jej się śniło. Kiedy wszakże otworzyła oczy, 

zobaczyła tamto mgliste światło, a w nozdrzach poczuła słaby zapach dymu z gasnącego w 

kominku ognia i aromat wrzosu, którego bukiecik ustawiła przy łóżku.

To sen. Najpiękniejszy, najbardziej realny sen, jaki kiedykolwiek miała. I zamierzała 

go zatrzymać.

On nie chciał tego snu, nie chciał jej. Lecz to można zmienić. Pozostały jeszcze dwa 

dni na dotarcie do jego serca. Jak jego serce może być zamknięte i puste, skoro jej po brzegi 

jest pełne uczuć? Miłość przerosła jej marzenia i oczekiwania.

Była o wiele cudowniejsza.

Allena musiała mieć nadzieję, musiała wierzyć, że jutro lub pojutrze Conal się obudzi 

i poczuje to samo co ona.

Odkryła,   że  miłość   wypełnia   ją  radością.  Nie  pozostało  już   miejsca  na  cienie,  na 

wątpliwości.

Była zakochana w tym mężczyźnie i w tym miejscu. Nie stało się to w mgnieniu oka, 

choć jej uczuciu towarzyszył nagły gwałtowny dreszcz. Z miłością splecione były wrażenia 

cudownej ulgi, świadomość wygody, swoboda bycia, pewność siebie i ukochanej osoby.

Tym razem nie poniesie klęski, przysięgła sobie w duchu. Nie przegra.

Zamykając oczy, dotknęła gwiazdy na piersiach.

-   Sprawię,   że   to   się   stanie   rzeczywistością   -   szepnęła.   Szczęśliwa,   zabrała   się   do 

śniadania.

Nie   miał   pojęcia,   co   o   tym   myśleć.   Nie   potrafiłby   powiedzieć,   w   jakim   stanie 

znajdowała   się   łazienka   wcześniej,   był   jednak   na   sto   procent   przekonany,   że   nie   lśniła 

czystością. Ostatnim razem, kiedy tu był, może na haczykach wisiały świeże ręczniki, a może 

background image

nie. Uważał jednak, że raczej nie. I na parapecie nie stała butelka z kwiatami.

Z prysznica ciekło, to pamiętał. Miał zamiar się tym zająć.

Nie ulegało wątpliwości, że o wiele przyjemniej jest brać prysznic w pomieszczeniu, 

w którym wszystko dookoła lśni, a w powietrzu unosi się lekki zapach cytryny i kwiatów.

Z tego też powodu wytarł po sobie płytki i powiesił ręcznik, zamiast rzucić go na 

ziemię.

W   sypialni   także   widać   było   rękę   tej   kobiety.   Łóżko   zostało   starannie   zasłane, 

poduszki były strzepnięte. Allena otworzyła okna, by wpuścić do środka świeże powietrze i 

słońce. Uświadomił sobie, że zbyt długo żył w mroku i kurzu.

Kiedy   wszedł   do   salonu,   śpiewała   w   kuchni.   Miała   ładny   głos,   a   zapachy,   które 

unosiły   się   w   powietrzu,   przypominały   mu   dzieciństwo   Przyrumieniony   chleb,   smażony 

bekon.

Rozpoznał niski warkot wirującej pralki. Mógł tylko pokręcić głową.

- Od jak dawna jesteś na nogach? - zapytał.

- Obudziłam się o świcie. - Podała mu kubek z herbatą. - Było tak cudownie, że nie 

mogłam zasnąć. Tak tylko się krzątałam.

- Masz do tego wyjątkową smykałkę.

- Ojciec nazywa to nerwową energią. Och, i wypuściłam Hugh na zewnątrz. Był przy 

drzwiach w tej samej chwili, kiedy postawiłam stopy na podłodze, więc się domyśliłam, że 

taki ma zwyczaj.

- Rano lubi sobie pobiegać. To taki psi nawyk.

Ze śmiechem przełożyła jajecznicę z patelni na talerz.

-   Wspaniały   z   niego   towarzysz.   Czułam   się   taka   bezpieczna,   kiedy   w   nocy   spał 

zwinięty w nogach łóżka. To miłe.

- Opuścił mnie dla ślicznej twarzyczki. - Conal usiadł i złapał ją za rękę. - A gdzie 

twój talerz?

-   Już   wcześniej   coś   przegryzłam.   Dam   ci   w   spokoju   zjeść.   Mój   ojciec   nie   znosi 

paplaniny przy śniadaniu. Rozwieszę pranie.

- Nie jestem twoim ojcem. Usiądź, proszę. - Zaczekał, dopóki tego nie zrobi. W jej 

splecionych  palcach po raz pierwszy dostrzegł oznaki zdenerwowania. A to co znowu? - 

Alleno, czy twoim zdaniem oczekuję, że będziesz mi prowadziła dom? Gotowała, podawała 

jedzenie, sprzątała?

- Nie, oczywiście że nie. - Z jej głosu i oczu zniknęła radość. - Przesadziłam. Zawsze 

przesadzam. Nie pomyślałam.

background image

- Nie o to mi chodziło, wcale nie. - Wzrok miał przenikliwy, stanowił część jego 

talentu, dostrzegł  więc,  jak zesztywniała  i opuściła  ramiona.  - Co ty robisz?  Czekasz  na 

wykład? - Pokręcił głową i zaczął jeść. - Zrobili, co w ich mocy, żeby cię stłamsić, prawda? 

Dlaczego ludziom zawsze tak bardzo zależy, żeby ukształtować innych na własną modłę? 

Chciałem tylko powiedzieć, że nie masz obowiązku gotować mi posiłków i szorować wanny. 

W czasie, który tu spędzasz, powinnaś robić to, co sprawia ci przyjemność.

- I tak było.

- Doskonale. Nie usłyszysz ode mnie żadnych narzekań. Nie mam pojęcia, co zrobiłaś 

z tymi jajkami, chyba je zaczarowałaś.

Znowu się odprężyła.

- To tylko tymianek i szczypiorek z twojego szalenie zaniedbanego ogródka. Gdybym 

miała dom, hodowałabym zioła i kwiaty. - Wyobrażając to sobie, podparła twarz pięścią, - 

Przez ogród prowadziłaby kamienna  ścieżka, stałaby przy niej ławka, z której  można  by 

podziwiać widok. Najlepiej, gdyby w pobliżu była woda, tak żebym słyszała uderzenia fal o 

brzeg. Wczoraj w nocy je słyszałam, przypominały bicie serca. - Mrugnęła kilka razy, by 

odsunąć od siebie ten obraz, i zobaczyła, że Conal się w nią wpatruje. - Co? Och, znowu mnie 

poniosło. - Już chciała wstać, ale ponownie ujął ją za rękę.

- Chodź ze mną. Zerwał się na nogi i pociągnął ją za sobą.

- Naczynia.

Mogą poczekać, a ta sprawa nie.

Zaczął rano, wykonując szkic, ale miał w głowie skończony projekt. Teraz wielkimi 

susami zmierzał do pracowni i Allena musiała biec, żeby dotrzymać mu kroku.

- Conal, zwolnij. Nigdzie się nie wybieram.

Nie zważając na jej słowa, pchnął drzwi i wciągnął ją do środka.

- Stań przy oknie.

Ona   jednak   chodziła   po   pracowni,   rozglądając   się   wokół   szeroko   otwartymi, 

zachwyconymi oczami.

- Jesteś artystą, to cudowne. Rzeźbisz.

Atelier wielkością prawie dorównywało parterowi chaty, lecz było o wiele bardziej 

zagracone.   Pośrodku   stał   stół   do   pracy,   na   którym   leżało   mnóstwo   narzędzi,   kawałków 

kamieni i gliny. Wokół rozrzucone były bloki rysunkowe. Na półkach i mniejszych stołach 

stały dzieła Conala. Tajemnicze magiczne istoty, które tańczyły i unosiły się w powietrzu.

Niebieska   syrena   na   skale   czesała   długie   włosy.   Biały   smok   zionął   ogniem.   Nie 

większe niż kciuk wróżki o przebiegłych minach tworzyły krąg. Czarnoksiężnik prawie tak 

background image

wysoki jak ona rozpościerał ramiona i płakał.

-   Są   takie   pełne   życia.   -   Nie   potrafiła   się   powstrzymać,   musiała   ich   dotknąć. 

Przesunęła palcem po falujących włosach syreny. - Ja już to gdzieś widziałam - mruknęła. - 

Nie to, ale coś w tym stylu, z brązu. W galerii w Nowym Jorku. - Spojrzała na Conala, który 

zniecierpliwionym ruchem kartkował blok. - Widziałam twoje prace w Nowym Jorku. Musisz 

być sławny.

W odpowiedzi mruknął coś niezrozumiałego.

-   Chciałam   kupić   tę   syrenę.   Ale   byłam   z   mamą   i   nie   mogłam,   bo   ona   zaraz   by 

powiedziała, że nie stać mnie na tę rzeźbę. Wróciłam do galerii następnego dnia, nie mogłam 

przestać myśleć o tej syrenie, ale już została sprzedana.

- Stań przy oknie, twarzą do mnie.

- Minęły dwa lata, a ja często o niej myślałam. Zadziwiające, to była twoja rzeźba, 

prawda?

Klnąc pod nosem, podszedł i pociągnął ją do okna.

- Unieś głowę, właśnie tak. Nie ruszaj się. I bądź cicho.

- Chcesz mnie narysować?

- Nie, będę budował łódź. Oczywiście, że cię rysuję. A teraz bądź cicho przez jedną 

cholerną minutę.

Zacisnęła   usta,   nie   mogła   jednak   opanować   uśmiechu   drgającego   na   jej   wargach. 

Pomyślał, że o to właśnie mu chodziło. O ten ślad wesołości, energii, zachwytu.

Uznał, że najpierw zrobi model z gliny, a potem odleje go w brązie. Potrzebował 

czegoś, co połyskiwało jak złoto i było  ciepłe w dotyku. Jej postać nie nadawała się do 

kamienia ani drewna. Zrobił trzy pośpieszne szkice twarzy Alleny pod różnym kątem, po 

czym opuścił blok.

- Potrzebny mi zarys twojego ciała. Kształt. Zdejmij ubranie.

- Słucham?

-   Muszę   zobaczyć   jak   jesteś   zbudowana.   Koszula   za   bardzo   cię   zasłania.   Chcesz 

żebym pozowała ci nago?

Z wysiłkiem oderwał się od swoich myśli i spojrzał jej w oczy.

- Gdyby chodziło o seks, nie spałbym na tej twardej jak kamień pryczy. Daję słowo, że 

cię nie tknę, ale muszę cię zobaczyć.

-   Gdyby   chodziło   o   seks,   nie   byłabym   taka   zdenerwowana.   Zgoda.   -   Na   chwilę 

przymknęła oczy,  zbierając całą odwagę. - Jestem jak misa z owocami - powiedziała do 

siebie, rozpinając koszulę.

background image

Kiedy ją zdjęła i odłożyła na bok, Conal uniósł brwi.

- Nie, jesteś jak kobieta. Gdyby zależało mi na misce z owocami, tobym ją sobie 

przyniósł.

background image

6

Była   szczupła,   niemal   koścista,   i   dokładnie   taka,   jaka   powinna   być.   Mrużąc   ze 

skupieniem oczy, Conal otworzył blok na czystej kartce i zaczął szkicować.

-   Nie,   trzymaj   głowę   uniesioną   -   rozkazał,   czując   lekką   irytację   na   myśl,   że   jest 

właśnie taka, jaka być powinna. - Ramiona do tyłu, jeszcze trochę. Dłonie płasko skierowane 

w dół. Nie jesteś pingwinem, rozsuń trochę palce.

To wtedy dostrzegł słaby rumieniec barwiący jej skórę i sztywność sylwetki. Idiota, 

powiedział   do   siebie,   tłumiąc   westchnienie.   To   naturalne,   że   jest   zdenerwowana   i 

zawstydzona, a on nie zrobił nic, żeby poczuła się swobodnie.

Chyba za bardzo przyzwyczaił się do zawodowych modelek, które rozbierały się bez 

namysłu. Allena lubiła mówić, więc zagadał do niej.

- Opowiedz mi o tych twoich kursach.

- Co takiego?

- O kursach. Powiedziałaś, że skończyłaś wiele różnych kursów. Czego się uczyłaś?

Zacisnęła usta, walcząc z niemądrym impulsem każącym jej skrzyżować ramiona na 

piersi.

- Myślałam, że nie wolno mi mówić.

- A teraz ci wolno.

Słysząc w jego głosie irytację, przewróciła oczami. Czego się po niej spodziewał, że 

będzie umiała czytać w myślach?

- Na przykład chodziłam na lekcje rysunku.

- Naprawdę? Odwróć się trochę na prawo. I czego się dowiedziałaś?

- Że nie jestem artystką. - Uśmiechnęła się nieznacznie. - Powiedziano mi, że mam 

dobre oko do kolorów i kształtów oraz wyczucie estetyki, ale nie za dobrze sobie radzę z 

realizacją moich zamierzeń.

Tak, jest o wiele lepiej, kiedy mówi. Jej twarz znowu się ożywiła.

- Zniechęcili cię?

- Właściwie nie. Rysuję, kiedy jestem w nastroju.

- Kolejne hobby?

- Och, mam ich całą masę. Jak dla przykładu muzyka. Brałam lekcje muzyki.

O, zaczęła się odprężać. przestała mieć wyraz oczu królika złapanego w sidła.

- Jaki wybrałaś instrument?

- Flet. Jestem całkiem dobra, ale nigdy nie przyjmą mnie do orkiestry. - Wzruszyła 

background image

ramionami,   a   Conal   w   ostatniej   chwili   powstrzymał   się   przed   ostrą   uwagą,   żeby   stała 

spokojnie.

- Uczęszczałam na kurs programowania komputerowego, co okazało się kompletnym 

niepowodzeniem.   Podobnie   jak   większość   kursów   biznesowych.   Musiałam   przez   to 

zrezygnować z pomysłu otworzenia sklepu z rękodziełem. Z wyrobami bym sobie poradziła, 

ale nie z prowadzeniem rachunków.

Jej wzrok powrócił do syreny. Zazdrościła mu, nie samej rzeźby, lecz talentu i wizji.

-   Stań   na   palcach.   O   tak,   cudownie.   Nie   ruszaj   się   przez   minutę.   Dlaczego   nie 

znajdziesz sobie wspólnika?

- Do czego?

- Do sklepu, jeśli chcesz mieć sklep. Kogoś z głową do interesów.

- Przede wszystkim dlatego, że sama na tyle znam się na interesach, by wiedzieć, że 

nigdy nie będzie mnie stać na nowojorski czynsz i początkowe koszty. - Poruszyła ramieniem. 

-   Wydatki   ogólne,   wyposażenie,   zapasy.   Prowadzenie   firmy   to   studium   stresu,   Margaret 

zawsze to powtarza.

Ach, nieoceniona Margaret, której już nie lubił.

- A co cię obchodzi, co ona mówi? Nie ma racji. W każdym razie nie do końca. 

Odwróć się, wiesz, że masz piękne plecy?

- Tak? - Zaskoczona spojrzała na niego przez ramię.

- Właśnie tak! Stój w tej pozycji, tylko opuść trochę podbródek i patrz i na mnie.

O   to   mu   chodziło.   Żadnej   nieśmiałości.   Skromność   to   zupełnie   inna   sprawa. 

Świadczyły   o   niej   wzniesione   oczy,   pochylenie   głowy.   I   szczypta   zadowolenia   z   siebie 

widoczna w wygięciu ust.

„Allena Wróżka", pomyślał, gotów do wykonania formy w glinie. Wyrwał szkice z 

bloku i przypiął do ściany.

-   Odpocznij   chwilę,   a   ja   przygotuję   glinę.   -   Przechodząc   obok   Alleny,   z 

roztargnieniem   musnął   jej   ramię   i   zatrzymał   się   nagle.   -   Chryste,   jesteś   zimna   jak   lód. 

Dlaczego nic nie powiedziałaś?

Wolnym ruchem odwróciła się do niego.

- Nie czułam zimna.

- Nie przyszło mi do głowy, żeby rozpalić ogień. - Pogładził ją po ramieniu i zsunął 

palce na łopatkę, gdzie w wyobraźni widział skrzydła. - Zaraz to zrobię.

Pochylił się ku niej, nie odrywając spojrzenia od jej oczu. Rozchyliła usta, na twarzy 

czuł jej delikatny oddech.

background image

Drgnął gwałtownie, jak ktoś budzący się ze snu. Szybkim ruchem cofnął ręce.

- Obiecałem, że cię nie tknę. Przepraszam.

Napięcie, które w niej wzbierało, rozpłynęło się nagle. Conal szarpnięciem ściągnął 

koc z łóżka.

Szkoda, Och, przepraszam.

Stali, rozdzieleni stołem. Conal, z kocem w dłoniach, miał wrażenie, że tonie. Teraz 

nie widział w niej żadnej nieśmiałości ani skromności, tylko cierpliwość i obietnicę.

- Nie chcę cię pragnąć. Rozumiesz?

- Oczekujesz, że powiem tak. - Uświadomiła sobie, że jest naga, i nie chodziło tylko o 

jej ciało. - Byłoby łatwiej, gdybym powiedziała, że rozumiem. Ale nie mogę, nie powiem tak. 

Ja tego chcę, Conal. Chcę ciebie.

- W innym miejscu, w innym czasie - mruknął. - Wtedy niczego nie trzeba by było 

rozumieć. W innym miejscu, innym czasie ja też bym tego chciał.

- Ale to jest teraz - odparła spokojnie. - I tutaj. Wybór należy do ciebie. Musiał zyskać 

pewność, że chodzi wyłącznie o nią.

- Możesz to zdjąć?

Uniosła   dłoń   do   wisiorka,   swojej   ostatniej   tarczy.   Bez   słowa   zdjęła   łańcuszek   i 

położyła go na stole.

- Myślisz, że bez niego poczuję się inaczej?

- Teraz nie ma między nami magii, tylko ty i ja, tacy, jacy jesteśmy. - Zbliżył się i 

zarzucił na nią koc. - Wybór w równym stopniu jest twój, jak mój. Masz prawo powiedzieć 

nie.

- W takim razie... - Położyła mu dłonie na ramionach, przysunęła wargi do jego ust. - 

Mam też prawo powiedzieć tak.

I to ona pokonała tę niewielką odległość, sprawiając, że ich usta i ciała się spotkały. I 

ona zrzuciła okrycie na podłogę, kiedy objęła go za szyję.

Oddała mu całkowicie, bez reszty całą miłość, którą tak niedawno odkryła w sercu. Jej 

usta uwodziły, dłonie uspokajały, ciało ulegało.

Wciąż   miał   wybór.   Ona   dokonała   swojego,   lecz   Conal   wciąż   mógł   odmówić   lub 

wyrazić zgodę. Zanim władzę nad nim przejęła krew, nim oślepiło go pożądanie, ujął jej 

twarz w dłonie i spojrzał w oczy.

- Bez żadnych obietnic, Alleno.

Cierpiał.   Widziała   troskę   w   jego   oczach,   powiedziała   więc   coś,   co   powinno   go 

uspokoić, taką przynajmniej miała nadzieję. I co było prawdą.

background image

- I bez żalu.

Przesunął   kciukami   po   jej   policzkach,   z   taką   zręcznością   odtwarzając   kształt   jej 

twarzy, z jaką robił to na papierze.

- Bądź więc ze mną.

Prycza była twarda i wąska, lecz im się wydawało, że to łoże wysłane płatkami róż. 

Powietrze wciąż było wilgotne i chłodne po burzy, Allena jednak czuła wyłącznie ciepło ciała 

Conala na swoim.

Wreszcie.

Wiedział,   że   dłonie   ma   wielkie,   szorstkie   i   pokryte   odciskami   od   pracy,   często 

nieuważne. Z nią nie będzie nieuważny, nie będzie się śpieszył, lecz smakował każdą chwilę, 

którą sobie ofiarują. Dotknął jej  delikatnie, łagodnie, czerpiąc przyjemność  z ciała, które 

niedawno szkicował. Długie kończyny i gładka biała skóra. Jej westchnienie było niczym 

muzyka, wygrywająca jego imię.

Ścisnęła   mu   bluzę   i   znowu   westchnęła,   gdy   ciało   spotkało   się   z   ciałem;   znowu 

wymruczała jego imię, opierając usta na żyle pulsującej na jego szyi.

Dała mu słodycz, której sobie odmawiał. W zamian zaoferował wszystko, co miał, 

nawet jeśli było tego niewiele.

Unosiła się pod nim i poruszała, jakby robili to od zawsze. Płynęła razem z nim lub 

przeciwko niemu, w jednej chwili miękka, w drugiej silna. Jej puls, który bił coraz szybciej, 

był jak jego własny.

Pachniała mydłem, smakowała świeżo jak deszcz.

Patrzył,   jak   się   unosi   i   ponownie   staje   się   wróżką,   przecina   powietrze   szeroko 

rozpostartymi skrzydłami. A gdy osiągnęła szczyt, spojrzała mu w oczy z uśmiechem.

Nikt nigdy nie dał jej  tak wiele, nie  pokazał, jak wiele ona ma do zaoferowania. 

Zadrżała na myśl o tym, czując w sercu ogromną radość, bo znalazła dom.

Wygięła się i otworzyła, tak by mógł ją wypełnić. Gdy się w nią wsunął, jej piękność 

go oszołomiła, moc zabrzmiała w uszach.

Kiedy   wzajemnie   brali   się   w   posiadanie,   żadne   z   nich   nie   zauważyło   wyrytej   w 

srebrze gwiazdy, która płonęła niebiesko niczym błyskawica.

Leżała zwinięta wygodnie przy jego boku, policzek opierając mu na piersi. Cudownie 

było   słuchać   mocnego   bicia   jego   serca.   Jakby   się   gniewał,   pomyślała,   choć   był 

najdelikatniejszym z kochanków.

Nikt nie mógłby okazać jej takiej czułości, gdyby nie miał tej czułości w sobie. I to, 

pomyślała, zamykając oczy, zupełnie wystarczy.

background image

- Zmarzłaś - mruknął.

- Nieprawda. - Wtuliła się w niego. Już raczej zamarznie na śmierć, niż pozwoli mu 

się ruszyć. Uniosła jednak głowę, by się do niego uśmiechnąć.

- Alleno Kennedy. - Muskał palcami jej kark. - Wyglądasz na zadowoloną.

- Bo tak się czuję. Masz coś przeciwko temu?

- Byłbym głupcem, gdybym miał.

Ucałowała go w czubek brody; wzruszył go ten słodki, spontaniczny gest.

- A Conal O'Neil nie jest głupcem, prawda? A może jest? - Przechyliła głowę w bok. - 

Jeśli my nie możemy wyjść poza pewien punkt i pójść do wioski, to czy nie oznacza to, że 

nikt z wioski nie może przyjść tutaj?

- Pewnie tak.

- Więc zróbmy coś niemądrego. Chodźmy popływać nago w morzu.

- Chcesz pływać nago w morzu?

- Zawsze o tym marzyłam. Właśnie to sobie uświadomiłam. - Stoczyła się z pryczy i 

pociągnęła go za rękę. - Zrób ze mną to głupstwo, Conal.

Leannan, pierwsza fala cię zmiażdży.

-   Nie.  -   Leannan.  Nie   miała   pojęcia,   co   to   słowo   znaczy,   lecz   brzmiało   czule   i 

sprawiło, że ogarnęła ją ochota, by tańczyć. Obiema dłońmi przeczesała włosy, w jej oczach 

zapaliło się wyzwanie.

- Ścigajmy się.

Popędziła jak królik, zmuszając go do wstania.

- Poczekaj. Cholera, morze jest za bardzo wzburzone.

Ma kości jak ptaszek, pomyślał, łapiąc po drodze koc. W ciągu minuty połamie sobie 

połowę.

Nie, wcale nie skacze jak królik, spostrzegł po chwili. Biegła jak gazela, długimi, 

płynnymi krokami, dzięki którym niemal już dotarła do pieniących się na brzegu fal. Zawołał 

ją, ruszając w pościg. Serce niemal przestało mu bić, gdy zanurkowała pod ścianę wody.

- Słodki Jezu.

Dobiegł dopiero na plażę, gdy ze śmiechem się wynurzyła.

- Ojej, ale ta woda jest zimna.

Z wysiłkiem dobrnęła do płycizny, odsuwając z twarzy mokre włosy. Serce stanęło 

mu po raz drugi, choć tym razem nie ze strachu.

- Jesteś zjawiskiem, Alleno.

- Nikt nigdy mi tego nie mówił. - Wyciągnęła do niego rękę. - I nikt nie patrzył na 

background image

mnie tak jak ty. Popływaj ze mną.

Conal pomyślał, że minęło zbyt wiele czasu, odkąd zrobił jakieś głupstwo.

- Poczekaj.

Potężna fala zbiła ich z nóg, wciągnęła w oślepiający, ogłuszający świat. To była 

wolność, butne wyzwanie rzucone losowi. Przytuleni do siebie, okręcili się pod naporem fal.

Wypłynęli bez tchu, po to tylko, by znowu zanurkować. Jej krzyk nie był krzykiem 

strachu, lecz zwycięstwa, gdy obejmując mocno Conala, wystawiła głowę nad powierzchnię.

- Utopisz nas oboje! - zawołał, ale w jego oczach migotały iskierki wesołości.

- Nie. To niemożliwe. Dzisiaj jest czas wyłącznie na cuda. - Zaplotła mu ręce na szyi. 

- Nurkujmy jeszcze raz.

Pisnęła z zachwytu, bo uniósł ją i razem skoczyli  w wielką falę. Kiedy wyszli na 

brzeg, z trudem łapiąc powietrze, trzymali się za ręce.

- Szczękasz zębami.

- Wiem. To było cudowne. - Otuliła się jednak w koc, który Conal zarzucił jej i sobie 

na ramiona. - Nigdy w życiu czegoś takiego nie robiłam. Ty za to pewnie setki razy.

- Ale nigdy z kimś podobnym do ciebie.

Pomyślała, że nic milszego nie mógł powiedzieć. Zatrzymała  te słowa w pamięci, 

przytulając go do siebie, do swego serca.

- Co znaczy leannan ?

Hmm?

Oparła   mu   głowę   na   ramieniu,   rękoma   obejmując   go   w   pasie.   Conal   całym   sobą 

odczuwał wielki spokój.

Leannan. Tak się do mnie zwróciłeś, więc jestem ciekawa, co to znaczy. Jego dłoń 

znieruchomiała na jej włosach.

-   To   takie   określenie   -   odparł   ostrożnie.   -   Wyraża   przywiązanie.   Najbliższym 

odpowiednikiem byłoby „serduszko".

- Podoba mi się. Zamknął oczy.

- Alleno, prosisz o zbyt mało.

I mam nadzieję na wszystko, pomyślała Nie musisz się o to martwić Conalu. Ja się nie 

martwię. Chodźmy, nim oboje całkiem zsiniejemy. Ja zaparzę herbatę, a ty zapalisz ogień w 

kominku. - Pocałowała go. - Ale najpierw nazbieram trochę muszli.

Wysunęła się z jego objęć, zostawiając go z kocem w dłoniach, kręcącego głową. 

Większość   muszli   pokrywających   plażę   połamały   fale,   ale   to   jej   najwyraźniej   nie 

przeszkadzało. Conal poszedł do pracowni włożyć dżinsy.

background image

Kiedy wrócił, miała już cały stos muszli. Podał jej swoją bluzę i wisiorek.

- Nie włożę go, jeśli masz coś przeciwko temu.

- Jest twój. - Z rozmysłem, jakby rzucając wyzwanie losowi, zapiął łańcuszek na jej 

szyi. - Masz, włóż to, zanim zamarzniesz.

Wciągnęła bluzę i kucnęła, by ułożyć muszle na kocu.

- Conal, kocham cię niezależnie od tego, czy mam ten wisiorek na szyi, czy nie. A 

ponieważ miłość do ciebie sprawia,  że jestem szczęśliwa,  to nie  powinno cię  martwić. - 

Wyprostowała się. - Nie zepsuj tego - mruknęła. - Cieszmy się tym, co mamy dzisiaj, a jutro 

zobaczymy, co dalej.

- Dobrze. - Ujął jej dłoń i uniósł do ust. - Chciałbym ci jednak coś obiecać.

- Słucham cię.

- Ten dzień zawsze będzie dla mnie bardzo cenny, tak samo jak ty.

background image

7

Allena   wygrzebała   gdzieś   stare   dżinsy   Conala,   znalazła   wystrzępiony   sznurek   i 

nożyce, po czym zabrała się do pracy. Obcięte dżinsy, zaimprowizowany pasek i workowata 

bluza były w sam raz dla rozbitka na bezludnej wyspie, ale spełniały swoje zadanie.

A   ponieważ   Conal   uparł   się,   że   tym   razem   on   zaparzy   herbatę,   zajęła   się 

rozwieszaniem prania. I marzeniami.

Mogłoby tak być zawsze, myślała. Długie cudowne dni we dwoje. Conal rzeźbi w 

atelier, ona prowadzi dom i pracuje w ogrodzie... i och, zajmuje się dziećmi, kiedy przyjdą na 

świat.

Pomalowałaby okiennice i mały tylny ganek. Od frontu posadziłaby zioła i róże - 

jedynie róże - które pięłyby się i rozrastały, i za każdym razem, gdy wchodziłaby do domu, 

czułaby się tak, jakby przechodziła przez baśniowe wrota.

Bo też byłaby to jej baśń.

Naturalnie musieliby dobudować pokoje dla dzieci. Pięterko z mansardowymi oknami. 

Przydałaby się też większa kuchnia i druga łazienka. Ale żadna z tych zmian nie odebrałaby 

domowi wyglądu nadmorskiej chatki.

Allena przyrządzałaby wyśmienite posiłki, dbała o to, by okna zawsze błyszczały, 

szyła firanki, które powiewałyby na wietrze.

Otrząsnęła się z tych marzeń, przypinając na sznurze wilgotne prześcieradło. Jej matka 

byłaby   zgorszona.   Do   zajęć   domowych   zatrudnia   się   ludzi,   ponieważ   ty   zajmujesz   się 

robieniem kariery. Jesteś profesjonalistką... w jakiejś dziedzinie.

To oczywiście tylko fantazja, powiedziała sobie dziewczyna. Musi jakoś zarobić na 

życie, ale tym  będzie martwiła się później. Teraz miała zamiar cieszyć się każdą chwilą, 

przeżywać radosne uniesienia wywołane tym, że się zakochała, i bolesnym pragnieniem, by 

być kochaną.

Mają dla siebie ten dzień i jutro. Cokolwiek stanie się potem, ona niczego nie będzie 

żałowała.

Rozwiesiła pranie i oparła pusty kosz na biodrze. Zobaczyła, że ze wzgórza zbiega 

Hugh.

- Ha, wiec zdecydowałeś się wrócić do domu. Co lam masz? - Zdumiona utkwiła 

wzrok w brązowym przedmiocie, który trzymał w pysku pies. - Przecież to moja torba.

Upuściła kosz i podbiegła do niego. Hugh, spodziewając się zabawy, zaczął skakać 

wokół niej.

background image

Conal   obserwował   ich   z   progu.   Herbata   parzyła   się   w   dzbanku   i   wyszedł,   żeby 

zawołać Allenę, ale zrezygnował.

Prześcieradła   wydymały   się   na   wietrze   niczym   żagle,   Conal   poczuł   ich   świeży, 

wilgotny zapach, zmieszany z aromatem rozmarynu i melisy dochodzącym z grządki, którą 

Allena rano oczyściła z chwastów. Usłyszał jej dźwięczny, radosny śmiech, gdy bawiła się z 

psem.

Jego stare dżinsy wisiały na niej, choć obcięła je tak, że sięgały jej ponad kostki. 

Podwinęła rękawy bluzy, ale kiedy biegała z psem, mankiety zsunęły się i opadły na dłonie. 

Nie miała butów.

Był to radosny widok. A kiedy on zakazał radości wstępu do swego życia?  Cień 

przeznaczenia   z każdym   mijającym   rokiem  stawał  się  większy,  Conal   kulił się  pod nim, 

powtarzając sobie, że jest w pełnym świetle.

Nie   pozwalał   nikomu   się   zbliżyć,   nic   nie   mogło   być   ważniejsze   od   jego   pracy. 

Odsunął się od ojca i domu. Takiego dokonał wyboru, miał do tego prawo. Teraz patrząc, jak 

Allena wyszarpuje jakiś przedmiot z pyska Hugh i bawi się z psem na podwórzu zalanym 

promieniami słońca i pełnym białych żagli prześcieradeł, po raz pierwszy zadał sobie pytanie, 

czy czegoś po drodze nie utracił.

A jednak, cokolwiek utracił, ona tu była.

Zbliżała się noc przesilenia.

Może nie przyjąć daru. Może odmówić. Chociaż ta kobieta tak bardzo go pociągała, 

pod koniec najdłuższego dnia to on zdecyduje o swoim losie.

I to nie magia określi jego przeznaczenie, lecz jego własna wola.

Zobaczył, jak Allena ciągnie to coś, co Hugh trzymał w zębach. Pies otworzył pysk i 

potoczyła się do tyłu, przyciskając ów przedmiot do piersi, a potem usiadła na ziemi. Conal 

wyskoczył na podwórze, czując, jak serce bije mu mocniej.

- Zrobiłaś sobie coś? - Wydał ostre polecenie po gaelicku i Hugh zwiesił łeb.

- Jasne, że nie. - Chciała wstać, ale Conal już przy niej był, obejmował ją i gładził, 

mrucząc  po gaelicku coś, co brzmiało  uroczo. Serdecznie. Serce skoczyło  jej  w piersi. - 

Conal, wszystko w porządku.

- Ten przeklęty pies waży więcej niż ty, a masz kości jak ptaszek.

- Bawiliśmy się tylko, a ty uraziłeś Hugh. Chodź tutaj, malutki, już wszystko dobrze.

Conal przysiadł na piętach i z grymasem patrzył, jak Allena tuli psa.

- Wszystko w porządku, on nie mówił poważnie, cokolwiek to było. Prawda, Conal?

Conal   dostrzegł   spojrzenie,   jakie   rzucił   mu   pies,   i   musiał   określić   je   jako   pełne 

background image

satysfakcji.

- Nieprawda.

Roześmiała się tylko i pocałowała Hugh w nos.

- Jaki mądry, dobry piesek - mówiła śpiewnie. - Znalazł moją torbę i przyniósł do 

domu. Za to ja jestem kompletną idiotką. Zupełnie o niej zapomniałam.

Conal przyjrzał się wielkiej torbie. Była mokra i brudna, poznaczona śladami psich 

zębów, Allena jednak nie zwracała na to uwagi.

- Nieźle oberwała.

- Musiałam upuścić ją w czasie burzy. Wszystko jest: paszport, karty kredytowe, bilet. 

Kosmetyki. - Przytuliła torbę ucieszona, że odzyskała szminkę. - Och, i tuzin innych rzeczy. 

W tym kopia programu wycieczki. Myślisz, że telefony już działają? - Nie czekając na jego 

odpowiedź, skoczyła na nogi. - Zadzwonię do Margaret do hotelu, dam jej znać, że ze mną 

wszystko w porządku. Pewnie okropnie się martwi.

I pobiegła do domu, nie wypuszczając torby z dłoni. Conal został tam, gdzie był.

Nie   chciał,   żeby   telefony   działały.   Nie   chciał   rozbić   tej   bańki,   w   której   tkwili. 

Świadomość ta sprawiła, że zaczął drżeć. Pomyślał, że Allena wykorzystała pierwszą okazję, 

aby wydostać się z ich świata.

Oczywiście że tak. Przycisnął palce do oczu. Czy sam nie postąpiłby identycznie? 

Miała przecież swoje własne życie poza tym miejscem, bez niego. Romantyczne okoliczności 

na chwilę ją oszołomiły, podobnie jak o mało nie oszołomiły jego. W końcu jednak Allena 

stanie twardo obiema nogami na ziemi i pójdzie dalej. Tak powinno być. I on tego pragnie.

Kiedy jednak szedł za nią do domu, czuł ból, jakiego przedtem nigdy nie doznał.

- Połączyłam się - oznajmiła Allena z zadowoleniem. Stała ze słuchawką w dłoni, a to, 

co   zawierało   połowę   jej   doczesnych   dóbr,   leżało   na   stole.   -   Margaret   zameldowała   się, 

dzwonią   teraz   do   jej   pokoju.   Mam   tylko   nadzieję,   że   nie   zawiadomiła   rodziców.   Nie 

zniosłabym myśli, że oni... Margaret! Och, tak się cieszę, że...

Urwała, a Conal patrzył, jak uśmiech gaśnie w jej oczach.

- Tak, wiem. Bardzo mi przykro. Nie zdążyłam na prom i...

Bez słowa minął ją i wyjął kubki z kredensu. Nie miał zamiaru zostawiać jej samej.

- Tak, masz rację, to było nieodpowiedzialne. Niewybaczalne też, tak, zostawić cię 

samą bez uprzedzenia. Próbowałam...

Dostrzegł moment poddania się, bo ramiona jej opadły, a twarz stała się maską bez 

wyrazu.

- Rozumiem. Nie, oczywiście, nie można oczekiwać od ciebie, że po tym wszystkim 

background image

zatrzymasz mnie w firmie. O tak, wiem, od początku byłaś zdania, że mi się nie uda. Jasno o 

tym mówiłaś. Przepraszam, że cię zawiodłam. Tak, znowu.

Wstyd, zmęczenie i rezygnacja otoczyły ją mgłą klęski. Zamknęła oczy.

-   Nie,   Margaret,   przeprosiny   nie   mają   znaczenia,   gdy   ludzie   na   tobie   polegają. 

Zadzwoniłaś do rodziców? Nie, masz rację. Jaki miałoby to sens?

- Cholerna suka - mruknął Conal. Zobaczymy, jak jej się spodoba wysłuchania dla 

odmiany paru ostrych słów, pomyślał i wyrwał Allenie słuchawkę z dłoni. Usłyszał ciągły 

sygnał, co oznaczało, że jego wściekłość nie znajdzie ujścia.

- Musiała iść - wykrztusiła Allena. - Program dnia. Powinnam... Wybacz.

- A niech mnie diabli, jeśli wybaczę. - Złapał ją mocno za ramiona, nim zdążyła uciec. 

Na jej rzęsach lśniły łzy. Conal żałował, że nie trzyma w dłoniach karku Margaret. - Nie 

pójdziesz lizać swoich ran w ukryciu. Dlaczego pozwalasz, żeby tak cię traktowała?

- Bo to racja, zachowałam się nieodpowiedzialnie. Miała wszelkie powody, żeby mnie 

wylać. Nigdy zresztą by mnie nie przyjęła, gdyby nie presja rodziny.

- Presja rodziny? Pieprzyć  to! A gdzie jej rodzinna solidarność? Zapytała cię, czy 

wszystko w porządku? Co się z tobą działo? Gdzie jesteś? Czy w ogóle o coś cię zapytała?

- Nie.

Po jej policzku spłynęła łza, co jeszcze bardziej go rozzłościło.

- A gdzie twój gniew? - zapytał ostro.

- Jaka korzyść z gniewu? - Znużonym gestem otarła łzę. - Sama sobie jestem winna. 

Tak naprawdę nie obchodzi mnie ta praca, na tym  polega problem. Nie przyjęłabym  jej, 

gdybym miała jakiś wybór. Margaret chyba ma rację, zrobiłam to specjalnie.

- Margaret to kretynka.

- Nie, wcale nie. - Allena uśmiechnęła się niepewnie. - Jest bardzo zdyscyplinowana i 

uparcie   dąży   do   celu.   Nie   ma   sensu   dłużej   się   żalić.   -   Poklepała   go   po   dłoni,   po   czym 

odsunęła się, by nalać herbaty. - Jak trochę się uspokoję, zadzwonię do rodziców i wszystko 

im wyjaśnię... Boże. - Przycisnęła dłonie do blatu i zamknęła oczy. - Nie znoszę sprawiać im 

zawodu. Ciągle to samo, jak cykl, którego nie potrafię przerwać. Gdybym mogła coś zrobić, 

gdybym w czymś mogła być dobra. - Kręcąc głową, podeszła do lodówki, by wyjąć z niej 

resztę   wczorajszej   zupy   do   podgrzania.   -   Nie   masz   pojęcia,   jak   zazdroszczę   ci   talentu   i 

przekonania   do   tego,   co   robisz.   Mama   zawsze   powtarza,   że   gdybym   skupiła   energię   na 

jednym celu, zamiast rozpraszać ją na wiele drobiazgów, wyrosłabym ponad przeciętność.

- Powinna się wstydzić, że tak do ciebie mówi.

Allena odwróciła się, zaskoczona gwałtownym tonem jego głosu.

background image

- Ona nie mówi tak, jak to zabrzmiało w moich ustach. Musisz zrozumieć, że oni 

wszyscy są błyskotliwi i inteligentni, oddani swojej pracy. Ojciec jest ordynatorem oddziału 

chirurgii,   mama   wspólniczką   w   jednej   z   najbardziej   znanych   kancelarii   prawniczych   na 

Wschodnim Wybrzeżu. A ja nic nie potrafię.

Ogarnął ją gniew. Z trzaskiem postawiła garnek na kuchni. Conal, zadowolony z tego 

widoku, skrzyżował ramiona na piersi i obserwował, jak jej frustracja rośnie.

- I jest James ze swoją wspaniale rozwijającą się praktyką, cudowną żoną - trofeum i 

córeczką   z   poświadczonym   notarialnie   geniuszem.   Tak   na   marginesie,   nieznośny   z   niej 

bachor,  ale  wszyscy  powtarzają,  że  jest  po  prostu  nad  wiek  rozwinęła.  Jakby  „nad  wiek 

rozwinięta" i „niegrzeczna" to były synonimy I jest Margaret ze swoim idealnym biurem, 

idealną garderobą, idealnym domem i idealnie obrzydliwym mężem, który nie widzi niczego 

poza filmami artystycznymi  i swoją kolekcją monet. - Wlała zupę do garnka. - W każde 

święto Dziękczynienia wszyscy siedzą przy stole i poklepują się po plecach, gratulując sobie 

wzajemnie   sukcesów   i   błyskotliwości.   A   potem   patrzą   na   mnie,   jakbym   była   jakimś 

podrzutkiem   zostawionym   na   progu,   którego   trzeba   było   przyjąć   ze   względów 

humanitarnych. A ja, choćbym nie wiem jak się starała, nie zostanę lekarzem, prawnikiem czy 

cholernym wodzem indiańskim, ponieważ nic nie potrafię robić.

- Teraz to ty powinnaś się wstydzić.

- Co? - Przycisnęła palce do skroni. Gniew ją oszołomił, odbierając jasność myśli, co 

było powodem, dla którego zwykle starała się panować nad emocjami. - O co chodzi?

- Chodź tutaj. - Złapał ją za rękę i pociągnął do salonu. - Co tu zrobiłaś?

- Z czym?

- No, co tu robiłaś?

- Odkurzyłam?

- Do diabła z odkurzaniem, Alleno. Popatrz na kwiaty, świece, misę z połamanymi 

muszlami. I popatrz tutaj. - Pociągnął ją do drzwi na ganek, które otworzył kopnięciem. - Ten 

ogród aż do dzisiejszego poranka był zaniedbany. Gdzie jest piasek, który leżał na ścieżkach, 

a który zauważyłem dopiero wtedy, gdy zniknął? Bielizna schnie na wietrze, w kuchni grzeje 

się zupa. A mój cholerny prysznic nie przecieka. Kto to wszystko zrobił?

- Każdy potrafi zamieść ścieżkę, Conalu.

- Ale nie każdemu wpadnie to do głowy. Nie każdego obchodzi. I nie każdy znajduje 

przyjemność  w   robieniu  takich  rzeczy. W  ciągu  jednego   dnia  stworzyłaś  przytulny  dom, 

jakiego od dawna tu nie było, od tak dawna, że zapomniałem, co to znaczy. Myślisz, że to 

nieistotne? Że nie ma wartości?

background image

- To takie... zwyczajne - powiedziała, nie znajdując lepszego określenia. - Nie zrobię 

kariery, zrywając polne kwiaty.

-   Pracować   na   życie   można   gdziekolwiek,   jeśli   zajdzie   taka   konieczność.   Masz 

potrzebę zbierania polnych kwiatów i muszli, Alleno. I są ludzie, którzy czują wdzięczność z 

tego powodu i dostrzegają wartości, jakie wnosisz w ich życie.

Gdyby już nie była w nim zakochana, zakochałaby się w tej chwili, gdy w uszach 

brzmiały jej jego słowa, gdy patrzyła w jego pociemniałe od zniecierpliwienia oczy.

- To najmilsza rzecz, jaką w życiu słyszałam. - Położyła dłonie na policzkach Conala. 

- Najmilsza. - Delikatnie musnęła wargami jego usta. - Dziękuję.

Zanim zdążył się odezwać, potrząsnęła głową, a potem oparła mu ją na ramieniu.

background image

8

Odgrodzili się od świata. Wyłączyli czas. Conal skrzywiłby się na myśl, że to coś w 

rodzaju magii, Allena jednak nie potrafiła znaleźć innego słowa.

Pozowała mu ponownie, gdy popołudniowe słońce wpadało ukośnie przez okna do 

pracowni. A potem patrzyła na siebie powstającą z gliny.

Ponieważ go o to pytała, opowiedział jej o latach spędzonych w Dublinie, o studiach i 

pracy. O chudych studenckich czasach, kiedy żył konserwami i sztuką. O objawieniu, które 

spadło na niego niczym cud w jakiejś marnej galerii.

Dzięki pierwszej sprzedanej pracy zyskał luksus czasu, miejsce do pracy i nie musiał 

już nieustannie się martwić, czy zdoła zapłacić czynsz. Kolejne sprzedane prace zapewniły 

mu luksus wyboru, w końcu stać go było na wynajęcie własnego atelier.

Chociaż mówił swobodnym tonem, Allena zauważyła, że wspominając Dublin, nie 

nazywał go domem. Nic jednak nie powiedziała.

Później, kiedy przykrył glinę wilgotną ścierką i umył się w małej umywalce, poszli na 

długi spacer wybrzeżem. Rozmawiali o setce spraw, ani słowem wszakże nie wspomnieli o 

gwieździe, którą Allena nosiła na sercu, czy o kamiennym kręgu rzucającym cień ze szczytu 

klifu.

Kochali   się   przy   blasku   słońca   wciąż   stojącego   wysoko   na   niebie.   Ciepło   jego 

promieni ogrzewało skórę Alleny, gdy unosiła się nad Conalem.

Zapadł wieczór, lecz słońce pozostało, połyskując i drżąc, jakby nie miało zamiaru 

ustąpić miejsca nocy. Allena zajęła się naprawianiem starej koronki, którą znalazła na półce w 

szafie, Conal szkicował, a pies drzemał, zwinięty w kłębek pomiędzy nimi.

Ona ma niezwykle wyrazistą twarz, pomyślał Conal, i jakże rozmarzoną teraz, gdy 

siedzi   i   szyje.   Wszystko,   co   czuła,   skupiało   się   w   tych   oczach   barwy   miękkiej,   czystej 

szarości. Czarodziejski urok ukryty w tych tęczówkach jeszcze się nie obudził. A kiedy się 

obudzi, wyobrażał sobie Conal, każdy mężczyzna, na którym spocznie jej spojrzenie, zostanie 

zauroczony.

Z jaką łatwością i zadowoleniem przystosowała się do niego, jego domu i życia, nie 

burząc przy tym ustalonego rytmu. I jakże łatwo byłoby przystosować się do niej. Pomimo 

gwałtownych wybuchów pożądania i namiętności oznaczałoby to ukojenie.

Co on ma z nią zrobić? Jak odepchnąć uczucia, które rozbudziła w jego sercu? I skąd 

miał wiedzieć, czy są one prawdziwe?

-   Conal   -   odezwała   się   cicho   Allena.   Jego   ponure,   burzliwe   myśli   brzęczały   w 

background image

powietrzu jak ostrzeżenie. - Nie możesz dać temu spokój? Nie potrafisz cieszyć się chwilą i 

po prostu czekać, co będzie?

- Nie. - Zirytowało  go, że dostrzegła jego nastrój, choć nic przecież nie mówił. - 

Pozwolić innym kształtować swoje życie, to twoja metoda, nie moja.

Dłoń jej drgnęła, jak po uderzeniu, zaraz jednak powróciła do płynnych ruchów.

- Tak, masz rację. Całe moje życie staram się zadowolić ludzi, których kocham, i nic 

mi to nie daje. A oni nie kochają mnie dość mocno, by zaakceptować.

Poczuł w sercu skurcz, jakby odepchnął ją w chwili, w której powinien był zatrzymać.

- Alleno.

- Nie, nic się nie stało. W gruncie rzeczy oni mnie kochają, tylko że nie tak mocno 

albo nie tak samo... jak ja kocham ich. Chcą dla mnie rzeczy, które są poza moim zasięgiem... 

albo inaczej,  których  ja nie  pragnę wystarczająco  mocno,  by naprawdę się postarać.  Nie 

umiem nakładać ograniczeń na swoje uczucia. Nie jestem taka.

- A ja umiem. - Wstał i zaczął krążyć po pokoju. - To nie jest kwestia uczuć, tylko 

sposób bycia. Nie mogę, nie pozwolę sobą kierować, chociaż zależy mi na tobie bardziej, niż 

powinno po tak krótkim czasie.

- I z tego powodu nie ufasz wszystkiemu, co się dzieje pomiędzy nami. - Skinęła 

głową, oderwała nitkę i odłożyła igłę. - To rozsądne podejście.

- A cóż ty wiesz o rozsądku? - zapytał ostro. - Jesteś najbardziej nierozsądną kobietą, 

jaką w życiu spotkałem.

Uśmiechnęła się przelotnie.

- Łatwiej rozpoznać czyjś rozsądek osobie, która ma go niewiele. Usta mu drgnęły, 

usiadł jednak.

- Jak możesz być taka spokojna, widząc, co się dzieje?

-   To   najbardziej   zadziwiające   dwa   dni   w   moim   życiu,   najbardziej   podniecające   i 

najpiękniejsze. - Rozpostarła ręce. - Nic nigdy nie może mi ich odebrać. I czeka mnie jeszcze 

jeden dzień. Jeden długi i cudowny dzień. Więc... - Wstała i przeciągnęła się. - Mam ochotę 

wziąć lampkę wina i wyjść przed dom, żeby popatrzeć na wschodzące gwiazdy.

- Nie. - Conal ujął ją za rękę. - Poczekaj, ja przyniosę wino.

Noc była idealna, niebo czyste jak szkło. Morze falowało, przypływało i odpływało, 

woda chwytała ostatnie refleksy odchodzącego dnia i połyskiwała niczym klejnoty.

- Powinieneś postawić tu ławki - zaczęła mówić Allena. - Tu i tu, z rzeźbionymi 

siedzeniami i wygiętymi oparciami, z cedru, który z czasem nabierze srebrnej barwy.

Zastanawiał się, dlaczego sam o tym nie pomyślał, uwielbiał przecież tu siedzieć i 

background image

obserwować morze.

- Co jeszcze byś zrobiła, gdybyś była na moim miejscu?

- Koło ławek postawiłabym  wielkie  donice z rozmaitymi  kwiatami, zwisającymi  i 

pnącymi się po drabinkach. Granatowe donice - zdecydowała i zerknęła na niego nieśmiało. - 

Sam mógłbyś je zrobić.

- Chyba tak. Donice - powtórzył.

Pomysł był zabawny. Nikt wcześniej nie oczekiwał od niego, że będzie lepił naczynia. 

Przesunął dłonią po włosach, popijając wino. Uświadomił sobie, że z przyjemnością zrobiłby 

dla niej te donice, bo chętnie zobaczyłby jej radość na ich widok.

- Granatowe - powtórzyła - żeby pasowały do okiennic, kiedy się je pomaluje farbą, 

którą znalazłam w pralni.

- I ja będę je malował?

- Och nie, nie można marnować twojego talentu na równie przyziemne sprawy. Ty 

lepisz pękate garnki, ja maluję okiennice.

- Wiem, kiedy ktoś się ze mnie śmieje.

Zerknęła tylko szybko na niego, po czym ruszyła w kierunku wody.

- Wiesz, co powinnam robić dzisiaj wieczorem?

- Co takiego?

- Obsługiwać rzutnik na wykładzie o megalitach, który Margaret wygłosi po kolacji.

- No to cudem udało ci się tego uniknąć, co?

- Nie musisz mi mówić. A wiesz, co będę robiła zamiast tego?

- Ach, wrócisz do domu i będziesz dziko się ze mną kochać? Roześmiała się i okręciła 

na pięcie.

- Bezwzględnie dopiszę to do planu na wieczór. Najpierw jednak zbuduję zamek z 

piasku.

- Zamek z piasku?

- Ogromny - oznajmiła i przyklękła. - Budowa zamków z piasku to jeden z moich 

nielicznych talentów. Choć lepiej bym sobie poradziła, gdybym miała łopatę i wiadro. Które 

można znaleźć w pralni - dodała, zerkając na niego spod rzęs.

- Podejrzewam, że w tej konkretnej sztuce odznaczam się dość wątpliwymi talentami, 

więc moim zadaniem jest przyniesienie narzędzi.

- Masz dłuższe nogi, więc szybciej to zrobisz.

- To fakt bezdyskusyjny.

Po chwili wrócił z łopatą, wiadrem i butelką wina.

background image

Kiedy na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, Conal siedział i patrzył, jak Allena 

buduje zamek z piasku.

- Na tym końcu powinien mieć basztę - powiedział. - Zostawiłaś go bez obrony.

-   To   zamek,   nie   forteca,   a   w   moim   światku   panuje   pokój.   Z   drugiej   strony 

wydawałoby się, że sławny artysta da radę zbudować wieżę, jeśli uważa ją za potrzebną.

Conal dopił wino, wetknął kieliszek w piasek i podjął wyzwanie.

Dodała kilka wieżyczek, starannie je modelując i wygładzając końcem łopaty Porwana 

jego   talentem   i   zręcznością   o   wiele   przewyższającą   jej   umiejętności,   zaczęła   wznosić 

skomplikowaną budowlę.

- Chciałbym wiedzieć, co ta gruda ma przedstawiać?

- To stajnie czy raczej będą nimi, jak skończę.

- Źle wyliczyłaś proporcje. - Zamierzał jej pokazać błąd, ale dostał klapsa w dłoń. - 

Jak chcesz, ale konie musiałyby być wielkie jak Hugh, żeby tu pasowały.

Prychnęła, kołysząc się na piętach. Cholera, on ma rację.

- Jeszcze nie skończyłam - oznajmiła chłodno, biorąc w dłonie piasek. - A to co niby 

ma być?

- Most zwodzony.

- Most zwodzony? - Zachwycona, pochyliła się, by obejrzeć platformę, którą ulepił 

szybkimi, zręcznymi ruchami. - To cudowne. Bez dwóch zdań masz talent do budowania 

zamków z piasku. Wiem, czego tu potrzeba.

Podniosła   się   i   pobiegła   do   domu.   Wróciła   z   zapałkami   i   kawałkiem   czerwonej 

wstążki wyciętym w trójkąt.

- Łańcuch byłby lepszy, ale potraktujemy sprawę nowatorsko. - Jeden koniec zapałki 

wcisnęła w bok mostu, drugi w ścianę zamku. - Na szczęście królewska rodzina wydaje 

właśnie bal, więc most jest opuszczony. - Drugą zapałkę umieściła z drugiej strony mostu. 

Trzecią złamała, owinęła wokół niej wstążkę, po czym zatknęła tę prowizoryczną chorągiew 

na najwyższej wieży. - No i mamy zamek z piasku. - Wzięła butelkę i nalała obojgu wina. - 

Za Zamek Dolmana. - Marzenie, które wspólnie zrealizowaliśmy, pomyślała.

Stuknęła się kieliszkiem z Conalem i podciągnąwszy kolana, zapatrzyła się w morze.

- Co za cudowna noc, tyle gwiazd. W Nowym Jorku nie widać takiego nieba, tylko 

kawałki oddzielone budynkami, dlatego łatwo zapomnieć, jakie jest wielkie.

- Kiedy byłem chłopcem, w takie noce jak ta przychodziłem tu i patrzyłem.

Odwróciła głowę i oparła policzek o kolano.

- Co jeszcze robiłeś, jak byłeś chłopcem?

background image

- Wspinałem  się na klify, bawiłem  z kolegami  z wioski, dokładałem  starań, żeby 

wymigać się od obowiązków, choć mniej czasu i wysiłku kosztowałoby mnie ich wykonanie. 

Łowiłem ryby z ojcem.

Zapadł w głębokie milczenie. Allena ujęła go za rękę.

- Brakuje ci go.

- Zostawiłem go samego. Nie wiedziałem, że przez ten ostatni rok był chory. Nie 

powiedział mi, nie poprosił, żebym wrócił i zaopiekował się nim. Wolał umrzeć w samotności 

niż mnie poprosić.

- Wiedział, że wróciłbyś.

- Powinien był mi powiedzieć. Mogłem zawieźć go do Dublina, do specjalistów.

- To zawsze jest trudniejsze dla tych, którzy zostają - szepnęła. - On chciał być tutaj, 

Conal. Chciał tu umrzeć.

- O tak, pragnął umrzeć tutaj, taki był jego wybór. Wiedział, że jest chory i słaby, a 

chodził po klifach, W tym kamiennym tanecznym kręgu jego serce nie wytrzymało. Taki był 

jego wybór.

- Jesteś z tego powodu zły.

- Czuję się bezradny, co mnie drażni. Tęsknię za nim, żałuję, że rozdzieliły nas czas i 

odległość, które ja między nami postawiłem. Zamiast przyjechać, posyłałem mu pieniądze. A 

on zostawił mi wszystko. Dom i Hugh. - Odwrócił się do Alleny i pociągnął za łańcuszek na 

jej szyi. Kiedy wisiorek się zsunął, dodał: - I to. Zostawił to dla mnie w drewnianej szkatułce, 

która stoi na komodzie w sypialni.

Poczuła chłodny dreszcz.

- Nie rozumiem.

- Dostał ten wisiorek od swojej matki na osiemnaste urodziny, tak samo jak ona go 

dostała.  Dał  go mojej  matce  w  dniu,  w  którym  poprosił  ją  o  rękę  w  kamiennym   kręgu, 

zgodnie z tradycją O'Neilów. Nigdy go nie zdejmowała. Oddała go ojcu, by zatrzymał go dla 

mnie, tej nocy, gdy umarła.

Wytopiony w Kotle Dagdy. Zrobiony przez samego Merlina.

- Jest twój - mruknęła.

- Nie, nie należy już do mnie, nigdy do mnie nie należał, bo odmówiłem przyjęcia go. 

W   dniu   gdy   pochowałem   ojca,   przyszedłem   tutaj   i   wrzuciłem   wisiorek   do   morza. 

Powiedziałem sobie, że to ostatecznie zakończy sprawę.

„Jest tylko jeden", oznajmiła Allenie staruszka. Teraz należy do niej. Znalazła go lub 

raczej   wisiorek   ją   znalazł.   I   zaprowadził   do   Conala.   Jakże   mogła   czuć   coś   innego   poza 

background image

radością, wiedząc o tym? I jak, będąc sobą, Conal mógł czuć coś innego poza gniewem?

Dla niej to był klucz. Dla niego zamknięcie.

- Nie wiem, jak cię pocieszyć. - Dotknęła jego policzka.

- Ja też nie wiem. - Wstał i pomógł jej podnieść się z piasku. - Dość o tym na dzisiaj. 

Żadnych zamków i gwiazd. Chcę tego, co rzeczywiste/Moje pożądanie jest rzeczywiste. - 

Wziął ją w ramiona. - Tak samo jak ty.

background image

9

Nie mogła spać. Nieistotne, jak krótka jest ta noc, nie zniosłaby, gdyby zmarnowała ją 

na sen. Leżała więc cicho, przeżywając na nowo każdą chwilę minionego dnia.

Zakończyli   go   miłością.   Ich   pieszczoty   nie   były   jednak   delikatne   i   czułe   jak   za 

pierwszym razem. Wyczuwała rozpacz Conala i gwałtowną, naglącą potrzebę, która z niego 

przeniosła się na nią, tak że jej dłonie stały się równie niecierpliwe jak jego, usta tak samo 

głodne.

A jej ciało, myślała Allena, och, jej ciało nigdy dotąd nie było tak pełne życia.

Ten rodzaj pragnienia to odmiana piękna, czyż nie? Potrzeba tak głęboka i tak silna 

potrafi zapuścić trwałe korzenie.

Więc dlaczego on nie chce pozwolić sobie na miłość do niej?

Gdy odwróciła się ku niemu, przytulił ją mocno we śnie. Pragnęła powiedzieć: Jestem 

tutaj. To moje miejsce, wiem o tym.

Zachowała jednak te słowa dla siebie i tylko przycisnęła wargi do jego ust. Łagodnie, 

uwodzicielsko,   biorąc   to,   czego   pragnęła,   i   oddając   mu   się   w   zamian   cała.   Wolno   i 

jedwabiście otulił ich żar.

Conal dał się ponieść pożądaniu, jak człowiek błądzący we mgle. Powietrze było gęste 

i słodkie, a ona czekała na niego. Ciepła i chętna. I rzeczywista.

Słyszał jej urywany oddech, serce bijące w rytm jego serca. Poruszała się pod nim, 

rzucając na niego urok w ciemności.

Kiedy w nią wszedł, przyjęła go z ochotą, jakby wrócił do domu. Jednocześnie unosili 

się i opadali, płynnie i rytmicznie. Ich usta znowu się spotkały, gdy wyczuł, jak Allena osiąga 

szczyt. Sam się wtedy zatracił, oddał jej siebie.

- Alleno. - Tylko tyle powiedział, przytulając ją mocno do siebie. Ukojony i spokojny, 

zapadł w sen, nie wiedząc, że ona płacze.

Przed świtem wstała, bojąc się, że jeśli dłużej zostanie z nim w ciemności, zacznie 

prosić; a bardziej jeszcze obawiając się, że jeśli on zaoferuje jej jakiś marny substytut miłości 

i wspólnego życia, ona żałośnie to przyjmie.

Cicho się ubrała i wyszła, by przed chatą czekać na początek najdłuższego dnia.

Na  niebie  nie   było  księżyca  ani   gwiazd,  nic   nie   mąciło  nieskończonej  ciemności. 

Allena   dostrzegała   zarys   lądu   opadającego   ku   falującemu   morzu   i   potężne   cienie 

poszarpanych klifów na zachodzie, gdzie wznosił się kamienny krąg. On też czekał.

Na szyi czuła ciężar wisiorka.

background image

Pozostało tylko kilka godzin, pomyślała. Nie straci jednak nadziei, choć trudno było ją 

zachować w tej mrocznej i samotnej godzinie. Została tu przysłana, sprowadzona, ale to nie 

miało znaczenia. Znaczenie miało tylko to, że tu przybyła i tu odnalazła wszystkie potrzebne 

jej odpowiedzi.

Musiała tylko wierzyć, że Conal odnajdzie swoje w ciągu tego jedynego dnia, jaki im 

pozostał.

Obserwowała, jak wstaje świt, jak wolno, niemal ukradkiem pojawiają się pierwsze 

promienie   światła.   Mgła   uniosła   się   nad   ziemią   niczym   wilgotna   kurtyna.   Na   wschodzie 

zapłonęły   złote   płomienie   i   rozprzestrzeniały   się   po   całym   niebie,   zmieniając   barwę   na 

czerwoną i jaśniejąc, aż wreszcie świat się obudził.

Powietrze z szarego stało się perłowe.

Z zamku na plaży nie pozostał ślad, zmył go przypływ. Serce ją zabolało, że można 

tak łatwo pewne rzeczy usunąć.

Wróciła do domu.

Musiała zająć czymś ręce i umysł. Nic nie mogła poradzić na stan swojego serca, ale 

postanowiła, że dzisiaj, w tym wyjątkowym dniu, nie będzie się martwić.

Kiedy przyczłapał Hugh, wypuściła go na dwór, żeby sobie pobiegał. Nastawiła wodę 

na herbatę; wiedziała już, jaką lubi Conal: bardzo mocną, bez cukru czy śmietanki.

Wyjęła z kredensu garnek. Conal wspomniał, że o tej porze roku dojrzewają jagody. 

Jeśli uda jej się dość ich nazbierać, będą mieli na śniadanie świeże owoce.

Wyszła z domu, minęła grządki z ziołami i rozłożysty krzak pokryty stożkowatymi 

fioletowymi kwiatami, które intensywnie pachniały. Ciekawe, jak by wyglądały zasuszone i 

ułożone w wielkim miedzianym wazonie.

Wokół jej kostek snuła się mgła i Allena pomyślała, że brodzi w płytkiej rzece. Wiatr 

nie rozwiewał białego obłoku, choć unosił jej włosy, gdy wchodziła na łagodne zbocze za 

domem. Z oddali dobiegało gardłowe warczenie Hugh, gdzieś bliżej ćwierkał ptak, a w tle jak 

zawsze szumiało morze.

Kierowana impulsem, zdjęła buty i ruszyła boso po zimnej mokrej trawie.

Ścieżka poprowadziła ją w dół, by zaraz znowu się wznieść, teraz bardziej stromo. 

Mgła gęstniała, układając się mlecznymi warstwami. Allena obejrzała się i ledwo dostrzegła 

daleko w tyle  zarys chatki. Poczuła dreszcz  i o mało  nie zawróciła, ale  gdzieś z przodu 

rozległo się szczekanie psa.

Zawołała Hugh i poszła za jego głosem. Na szczycie kolejnego wzniesienia zobaczyła 

kępę przewróconych przez wiatr drzew, a koło nich krzewy jeżyn i krzaczki jagód.

background image

Zadowolona z odkrycia, zaczęła je zbierać i jeść. Wspinała się coraz wyżej, tam gdzie 

owoców było najwięcej, Pomyślała, że zrobi naleśniki, a jagody wsypie do ciasta.

Garnek był już w połowie pełny, gdy wdrapała się na skałę, gdzie rósł samotny krzak, 

ciężki od dorodnych fioletowych jagód.

- Najbardziej nęcące są zawsze te, które znajdują się poza naszym zasięgiem.

Allenie   zabrakło   tchu   i  o   mało   nie   upuściła   garnka   na   widok  kobiety  stojącej   na 

wąskiej ścieżce po drugiej stronie krzewu.

Miała długie do pasa ciemne włosy, a oczy zielone jak ocean o świcie. Z uśmiechem 

położyła dłoń na łbie Hugh, który spokojnie przy niej siedział.

- Nie miałam pojęcia, że ktoś tu jest - powiedziała Allena, w myślach dodając: że ktoś 

może tu być. - Ja... - Z niejakim przestrachem obejrzała się, lecz nie mogła dostrzec stąd 

chatki. - Nie zdawałam sobie sprawy, że tak daleko się zapuściłam.

- To dobry poranek na spacer i zbieranie jagód. Z tych, co masz w garnku, będzie 

doskonały dżem.

- Za dużo nazbierałam. Myślałam o czymś innym. Twarz kobiety złagodniała.

- Nie możesz nazbierać za dużo, jeśli ktoś je zje. Nie denerwuj się - powiedziała cicho. 

- On jeszcze się nie obudził. Kiedy śpi, w jego umyśle panuje spokój.

Allena odetchnęła głośno.

- Kim pani jest?

- Tym, kto jest ci akurat potrzebny. Staruszką ze sklepu, chłopcem z łodzi.

- Och. - Czując, jak drżą jej kolana, Allena przysiadła na skale. - Boże.

- Ale to nie powinno cię przerażać. Nikt nie chce cię skrzywdzić. Ani ciebie, ani jego. 

On jest częścią mnie.

-   Jego   prababka.   Powiedział...   ludzie   mówią...   Kobieta   uśmiechnęła   się   szeroko   i 

pokiwała głową.

- Istotnie, mówią.

Starając się odzyskać panowanie nad sobą, Allena wysunęła spod bluzy wisiorek.

- To należy do pani.

- To należy do osoby, do której należy... aż będzie należało do innej.

- Conal powiedział, że wrzucił wisiorek do morza.

- Ależ ten chłopak ma temperament. - Jej śmiech był lekki i puszysty jak śmietana. - 

Jestem z niego dumna. Mógłby rzucić wisiorek na księżyc, a mimo to w odpowiedniej porze 

powróciłby do osoby, do której powinien należeć. Tym razem jesteś nią ty.

- On nie chce mnie kochać.

background image

- Dziecko. - Kobieta pogładziła Allenę po policzku; było to jak muśnięcie skrzydeł. - 

Miłości nie można odrzucić siłą woli. Ona po prostu istnieje i ty już o tym wiesz. Masz 

cierpliwe serce.

- Niekiedy cierpliwość to tchórzostwo.

-   To   mądre.   -  Kobieta   pokiwała   głową,   wyraźnie   zadowolona,   i   poczęstowała   się 

jagodą z garnka. - I prawdziwe. Ale ty już go rozumiesz i zaczynasz rozumieć siebie, co 

zawsze   jest   o   wiele   trudniejsze.   Wiele   dokonałaś,   zważywszy,   jak   mało   miałaś   czasu   I 

kochasz go.

- Tak, kocham go. On jednak nie zgodzi się przyjąć miłości poprzez magię.

- Dzisiaj wieczorem, gdy najdłuższy dzień spotka się z najkrótszą nocą, kiedy gwiazda 

rozbłyśnie całą swą mocą i potęgą, wybór, jakiego oboje dokonacie, będzie taki, jaki zawsze 

miał być. - Ujęła twarz Alleny w dłonie i ucałowała ją w oba policzki. - Twoje serce będzie 

wiedziało - dodała i zniknęła we mgle jak duch.

- Jak? - Allena zamknęła oczy. - Nie dała nam pani dość czasu.

Hugh trącił ją łbem w kolano, pochyliła się więc i ukryła twarz w jego sierści.

- Za mało czasu - mruknęła. - Ale też za mało, żeby się martwić. Nie mam pojęcia, co 

robić, wiem tylko, że teraz pora na śniadanie.

Wróciła dróżką, którą przyszła, z nieodstępnym Hugh u boku. Mgła rozpraszała się, 

rzedła. Wyglądało na to, że przeznaczenie zdecydowało o jeszcze jednym pogodnym dniu.

Kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się chatka, Allena zobaczyła, że na tylnym ganku 

czeka na nią Conal.

-   Martwiłem   się   o   ciebie.   -   Wyszedł   jej   na   spotkanie,   świadomy,   że   ulga,   którą 

odczuwa, jest nieproporcjonalna do sytuacji. - Czemu włóczyłaś się we mgle?

- Zbierałam jagody. - Pokazała mu garnek. - Nigdy nie zgadniesz, co... - Urwała, 

widząc, że jego wzrok wędruje ku wisiorkowi.

- Czego nigdy nie zgadnę?

Nie, pomyślała, nie może mu powiedzieć, kogo spotkała, Nie może, bo jego oczy 

zasnują cienie, a jej łamie się serce na ten widok.

- Co będzie na śniadanie.

- Jagody? - Zanurzył dłoń w garnku.

- Patrz - powiedziała, wchodząc do domu. - I ucz się.

Patrzył więc i czuł, jak ogarnia go spokój. Obudził się, szukając jej koło siebie, i to go 

poruszyło. Jak to możliwe, że mężczyzna po jednej nocy z kobietą przekonuje się, że jego 

łóżko jest puste i zimne, kiedy jej nie ma? A potem ta panika, ściskająca mu serce, gdy 

background image

nigdzie nie mógł jej znaleźć. Teraz tu była, mieszała ciasto w misce i świat wrócił do normy.

Czy można nazwać to inaczej niż miłością?

- Potrzebna ci płyta do naleśników. - Postawiła patelnię na ogniu, by się rozgrzała. - 

Ale jakoś sobie poradzimy.

- Alleno.

- Hmm? - Obejrzała się na niego. Coś w jego oczach sprawiło, że zakręciło jej się w 

głowie. - Tak? - Kiedy się odwróciła, wisiorek zakołysał się, odbijając promienie słońca.

Conalowi wydało się, że gwiazda błyska mu prosto w oczy, dręcząc go. Choć nie 

wykonał żadnego ruchu, jednak rozmyślnie się wycofał. Nie będzie mówił o miłości.

- Gdzie masz buty?

-   Buty?   -   Mówił   tak   łagodnie,   tak   czule,   że   pod   powiekami   poczuła   pieczenie. 

Spojrzała na swoje stopy. - Musiałam je zostawić w sypialni. Ależ jestem niemądra.

- Więc wędrowałaś boso po rosie, śliczna Alleno?

Słowa uwięzły jej  w  gardle.  Zarzuciła  mu ręce  na szyję,  chowając  twarz  na jego 

ramieniu. W sercu czuła burzę.

- Alleno. - Przycisnął usta do jej włosów, żałując, że dla dobra obojga nie potrafi 

zerwać łańcucha opasującego mu serce. - Co mam z tobą zrobić?

Kochać mnie. Po prostu kochać. Z resztą sama dam sobie radę.

- Mogę dać ci szczęście. Gdybyś tylko mi pozwolił, uczyniłabym cię szczęśliwym.

-   A   co   z   tobą?   W   tej   sprawie   jest   nas   dwoje.   Jak   możesz   wierzyć   w   to,   co   ci 

powiedziałem, godzić się z tym i być gotową z tego powodu zmienić swoje życie? - Odsunął 

ją od siebie i musnął palcem wisiorek. - Jak możesz, Alleno, taką łatwością w to wierzyć?

- Bo wisiorek należy do mnie - odrzekła drżącym głosem. - Dopóki nie będzie należał 

do innej osoby. - Jakoś zdołała się opanować. Z szuflady wyjęła chochlę i nalała ciasta na 

patelnię. - Uważasz, że jestem naiwna i łatwowierna, że tak bardzo pragnę miłości, iż uwierzę 

we wszystko, co daje mi choćby cień szansy?

- Myślę, że masz czułe serce.

- I uległe? - Zaskoczyło go chłodne spojrzenie, które mu posłała. - Niewykluczone, że 

masz rację. Serce staje się uległe, jeśli próbujesz dostosować się do wymagań ludzi, których 

kochasz, by w ten sposób zyskać ich wzajemność. I mam nadzieję, że mi się to uda, wolę 

jednak serce, na którym odciskają się uczucia innych.

Cierpliwe serce, pomyślała, ale na Boga, na pewno nie tchórzliwe. Zręcznie odwróciła 

naleśniki na drugą stronę.

- Co sprawiło, że twoje serce stwardniało, Conal?

background image

- Celnie trafiasz, gdy decydujesz się wypuścić strzałę.

- Może dotąd zbyt rzadko sięgałam do kołczana. - Teraz się to zmieni. Niespiesznie 

przełożyła naleśniki na talerz i nalała kolejną porcję ciasta na patelnię. - Dlaczego nigdy nie 

mówisz o matce?

Strzał w dziesiątkę, pomyślał, bez słowa patrząc, jak Allena nakrywa do stołu.

- Mam prawo wiedzieć.

- Istotnie, masz.

Wyjęła z szafki miód i cynamon, nalała herbatę do filiżanek.

- Usiądź. Śniadanie ci wystygnie.

Posłuchał z wymuszonym uśmiechem. Była zagadką, dlaczego uwierzył, że udało mu 

się ją rozwiązać? Poczekał, aż Allena przełoży naleśniki na talerz i usiądzie przy stole.

- Moja matka pochodziła z pobliskiej wioski - zaczął mówić. - Jej ojciec był rybakiem, 

a   matka   umarła   przy   porodzie,   gdy   mama   była   mała.   Dziecko   też   umarło,   więc   jako 

najmłodszą w rodzinie i jedyną dziewczynkę bracia i ojciec ją rozpieszczali.

- Masz wujków w tej wiosce?

- Tak, trzech. Mieszkają tam z rodzinami, chociaż kilkoro ich dzieci wyjechało do 

Dublina albo dalej.

Polała naleśniki miodem i podała butelkę Conalowi. Ma rodzinę, pomyślała, a mimo 

to żyje samotnie.

- Więc w wiosce mieszkają też twoi kuzyni?

-   Kilkoro   z   nich.   Bawiliśmy   się   razem   w   dzieciństwie.   Od   nich   po   raz   pierwszy 

usłyszałem o moim przeznaczeniu. Brałem to za legendę, wymyśloną historię w rodzaju tych, 

które mówią o elfach, syrenach i wróżkach. - Jadł, ponieważ jedzenie stało przed nim, a 

Allena zadała sobie trud, by je przyrządzić. - Mama lubiła rysować i nauczyła  mnie, jak 

widzieć różne rzeczy. I jak sprawić, by to, co widzę, pojawiło się na papierze za sprawą pióra 

czy kredek. Ojciec kochał morze i myślał, że pójdę w jego ślady. Ale mama na ósme urodziny 

dała mi glinę. I ja... - Zamilkł, uniósł dłonie i przyjrzał się im przez zmrużone powieki. Były 

jak dłonie jego ojca: wielkie, delikatne i silne. Nie zostały jednak stworzone do zarzucania 

sieci. - Formowanie gliny, odkrywanie, co w sobie kryje... To mnie pochłonęło. I rzeźbienie w 

drewnie, a potem pokazywanie innym ludziom, co w nim dostrzegłem. Mama to rozumiała. 

Wiedziała.

- Ojciec był rozczarowany?

- Raczej zdziwiony. - Conal wzruszył ramionami, znowu wziął do ręki widelec. - Bo 

jak człowiek może zarobić na życie, strugając coś z drewna albo łupiąc kamienie? Mama 

background image

jednak   była   zadowolona,   więc   nie   protestował.   Robił   to   dla   niej,   a   także   dlatego,   jak 

dowiedziałem się później, że jego zdaniem mój los był z góry przesądzony. Tak więc w 

ostatecznym rachunku nie miało znaczenia, czy będę rzeźbił, czy łowił ryby.

Zamilkł i utkwił wzrok w wisiorku. Allena wsunęła go pod bluzę. Czując na sercu 

jego żar, czekała, aż Conal podejmie opowieść.

background image

10

Po moim urodzeniu rodzice starali się o kolejne dzieci. Mama dwa razy poroniła, a to 

drugie   poronienie,   do   którego   doszło,   gdy   była   w   zaawansowanej   ciąży...   zniszczyło   jej 

zdrowie. Byłem mały, ale pamiętam, że musiała długo leżeć w łóżku, pamiętam, jaka była 

blada,   gdy   w   końcu   zaczęła   chodzić.   Nigdy   już   nie   czuła   się   dobrze,   ale   o   tym   nie 

wiedziałem.

- Byłeś dzieckiem. - Kiedy dotknęła jego dłoni, uśmiechnął się smutno.

- Masz czułe serce, Alleno. - Zamknął jej palce w swoich, uścisnął i wypuścił. - Była 

chora   tego   roku,   gdy   miałem   dwanaście   lat.   Tamtej   wiosny   ojciec   trzykrotnie   woził   ją 

promem do lekarzy, a ja mieszkałem u kuzynów. Umierała i nikt nie potrafił znaleźć sposobu, 

by ją uratować. Jakaś cząstka mnie zdawała sobie z tego sprawę, lecz odpychałem tę myśl. 

Zawsze kiedy wracała do domu, byłem przekonany, że wszystko w porządku.

- Biedny mały chłopiec - mruknęła Allena.

-   Nie   zasługuję   tak   bardzo   na   współczucie,   jak   sądzisz.   Tego   lata,   gdy   miałem 

dwanaście lat, poszła ze mną nad morze. Powinna leżeć w łóżku, ale się uparła. Opowiedziała 

mi o kamiennym kręgu, gwieździe i moim miejscu w całej tej historii. Pokazała wisiorek, 

który teraz nosisz, chociaż widywałem go niezliczoną ilość razy. Zamknęła na nim moją dłoń 

i poczułem, jak srebro oddycha.

Byłem   bardzo   zły.   Nie   różniłem   się   wcale   od   innych   chłopców,   których   znałem, 

moich kuzynów i kolegów. Dlaczego więc mi to mówiła? Powiedziała, że jestem jeszcze za 

mały, żeby go dostać, ale przedyskutowali całą sprawę z moim ojcem. Zgodził się, aby sama 

wybrała porę i sposób. Chciała dać mi wisiorek, nim od nas odejdzie.

- A ty go nie chciałeś.

- Nie, na Boga, nie chciałem. Chciałem, żeby nie umierała, żeby wszystko pozostało 

po staremu, jak dawniej, kiedy mama była zdrowa, a ja biegałem po wzgórzach. Chciałem, 

żeby znowu śpiewała w kuchni.

Allena   współczuła   mu   całym   sercem,   kiedy   jednak   wyciągnęła   rękę,   Conal   się 

odsunął.

- Nakrzyczałem na nią, a potem uciekłem. Wołała za mną i próbowała mnie gonić, ale 

ja byłem silny i zdrowy, a ona nie. Chociaż słyszałem jej płacz, nie patrzyłem za siebie, 

Ukryłem się w szopie na łodzi wuja. Dopiero następnego dnia rano ojciec mnie tam znalazł.

Nie spuścił mi lania, jak mógłbym się spodziewać, ani nie zaciągnął za ucho do domu, 

na co zasługiwałem. Usiadł obok, przytulił mnie i powiedział, że mama w nocy umarła.

background image

Szeroko otwartymi oczami spojrzał na Allenę. Zdziwiła się, że płonący w nich ogień 

nie wysuszył łez wypełniających jej oczy.

- Kochałem ją. A ostatnie słowa, jakie do niej powiedziałem, były pełne gniewu i 

złości.

- Myślisz, że... och, Conal, naprawdę uważasz, że właśnie te słowa zabrała ze sobą?

- Zostawiłem ją samą.

-   I   wciąż   obwiniasz   przerażonego   i   zagubionego   dwunastolatka?   Wstydziłbyś   się 

takiego braku współczucia.

Jej słowa sprawiły, że podskoczył. Oboje wstali.

- Wiele lat później, jako dorosły mężczyzna, tak samo potraktowałem ojca.

- To rozczulanie się nad sobą, a w dodatku nieprawda. - Szybko pozbierała talerze i 

zaniosła do zlewu. Uświadomiła sobie, że Conalowi nie potrzeba współczucia, tylko prostej, 

okrutnej prawdy. - Sam mówiłeś, że nie wiedziałeś o jego chorobie. Nie powiedział ci. - 

Nalała   do   zlewu   gorącej   wody   i   dodała   płynu   do   zmywania,   wpatrując   się   w   pianę.   - 

Przeklinasz pomysł, że w twoich żyłach płynie - jak to nazwałeś? - krew elfów, ale wygląda 

na to, że cholernie ci odpowiada rola boga.

Gdyby walnęła go patelnią w głowę, byłby mniej zszokowany.

- Łatwo ci tak mówić, skoro jutro możesz stąd odejść.

- To prawda, mogę. - Odwróciła się ku niemu. - Mogę zrobić, co będę chciała. I tobie 

powinnam   za   to   podziękować,   bo   pomogłeś   mi   zrozumieć   sprawy,   na   które   sama   się 

godziłam, pokazałeś, że mam coś cennego, co mogę dać innym. A ja chcę to komuś dać, 

Conal. Chcę stworzyć dom, założyć rodzinę, żyć z kimś, kto będzie mnie szanował, rozumiał 

i kochał. Nigdy się nie zgodzę na mniej. Za to ty tak. Wciąż kryjesz się w tej szopie z 

łodziami, tylko że teraz nazywasz ją atelier.

W jego gardle kłębiły się gniewne, nienawistne słowa. Nie był już jednak tamtym 

chłopcem, zastąpił je więc dotkliwszym i głębiej raniącym lodem.

-   Odpowiedziałem   na   twoje   pytania.   Rozumiem,   czego   pragniesz,   ale   nie   masz 

najmniejszego pojęcia o tym, czego chcę ja.

I wyszedł, pozwalając, by drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem.

- Mylisz się - szepnęła Allena. - Doskonale to rozumiem.

Przez całe rano pracowała. Jeśli istotnie następnego dnia będzie musiała odejść, coś po 

sobie tutaj pozostawi. Conal nie będzie mógł o niej zapomnieć.

Zawiesiła firanki, które wcześniej pocerowała, ucieszona z wzorów, jakie wpadające 

przez nie słońce rysowało na podłodze. W pralni znalazła pędzle i inne potrzebne rzeczy. 

background image

Pełna   determinacji,   wyniosła   je   na   podwórze.   Miała   zamiar   wyczyścić   i   pomalować   te 

przeklęte okiennice.

Praca uspokoiła, lecz to uległe serce, o którym mówiła, zaczęło boleć. Co jakiś czas 

oglądała się na pracownię. On tam był. Gdzie indziej zresztą miałby być? Chociaż jakaś jej 

część chciała się poddać, iść do niego, to przecież rozumiała jego postępowanie. Potrzebował 

czasu.

- Ale coraz go mniej - mruknęła. Zrobiła krok do tyłu, przyglądając się efektom swojej 

pracy. Mokra farba połyskiwała, za oknem powiewała koronkowa firanka.

Teraz, kiedy nic nie pozostało już do zrobienia, ogarnęło ją wielkie znużenie. Niemal 

potykając   się   na   ścieżce,   ruszyła   do   domu.   Na   chwilę   się   położy,   złapie   trochę   snu   po 

bezsennej nocy.

Tylko godzinka, powiedziała sobie, wyciągając się na łóżku. W następnej chwili spała 

już głęboko.

Conal przyjrzał się swemu dziełu. Dłonie miał oblepione gliną, oczy pełne skupienia.

„Allena Wróżka". Stała wysoka i smukła, z odchyloną głową, migdałowymi oczami i 

ustami kryjącymi tajemnice. Nie była piękna, bo wcale nie miała być. Ale czyż ktokolwiek 

mógłby odwrócić od niej wzrok?

Czy on mógł?

Rozpościerała skrzydła, jakby za chwilę miała odlecieć. Albo na nowo je złożyć, jeśli 

ją poprosisz.

On jej nie poprosi. Nie w sytuacji, gdy znajdowała się we władzy czegoś, co było poza 

nimi obojgiem.

Boże, ta kobieta doprowadza go do wściekłości! Podszedł do zlewu i zaczął szorować 

ręce. Ciągle mu docina, mówi, co on czuje i myśli. A przecież Conal ma własny rozum i 

podjął już decyzję. Nie zrobił nic poza wyjawieniem jej całej prawdy, od początku do końca.

Zależało   ma   na   spokoju   i   pracy.   I   własnej   dumie,   pomyślał.   Dumie,   która   nie 

pozwalała mu pogodzić się z myślą, że jego droga została już kiedyś wytyczona. Czy w 

ostatecznym rozrachunku tylko to mu pozostanie?

Przed nim rozciągała się zdumiewająco głęboka pustka. Więc na tym w końcu ma 

polegać wybór? Wszystko lub nic? Poddanie się losowi albo samotność?

Drżącymi  dłońmi wziął  ręcznik  i zaczął się wycierać,  ze wzrokiem utkwionym  w 

glinianej rzeźbie.

- Ty o tym wiesz, prawda? Wiedziałaś od początku.

Rzucił ręcznik na podłogę i podszedł do drzwi. Światło uległo zmianie, poszarzało. Na 

background image

niebie pojawiły się burzowe chmury, rzucające cienie na morze.

Kiedy spojrzał na chatę, stanął jak wryty. Pomalowała okiennice, tylko ta myśl krążyła 

mu w głowie. Zawieszone przez nią firanki wesoło tańczyły w coraz silniejszych podmuchach 

wiatru. Koło drzwi umieściła kosz pełen kwiatów.

Czy jakikolwiek mężczyzna zdołałby odrzucić taką kobietę?

Jak   może   uważać   to   za   pułapkę,   skoro   Allena   niczego,   nawet   samej   siebie,   nie 

trzymała pod strażą? Otwierała się przed nim i szła ku niemu z sercem na dłoni.

Wszystko albo nic? Dlaczego miałby żyć znicością.

Ruszył w stronę chaty. Od drzwi dzieliły go trzy kroki, gdy się przekonał, że wyrosła 

przed nim niewidzialna bariera.

- Nie. - W jego głosie brzmiał gniew i poczucie odrzucenia. Na próżno bił pięściami 

powietrze. - A niech cię diabli! Więc teraz nie chcesz dopuścić mnie do niej?

Zawołał Allenę, lecz podmuch wiatru porwał jej imię. Na ziemię  spadły pierwsze 

krople deszczu.

- Więc dobrze. Niech tak będzie. - Conal odwrócił się, z trudem łapiąc powietrze. - 

Zobaczymy, czym ten dzień się zakończy.

I ruszył tam, gdzie wołała go krew.

Obudziła się przestraszona, słysząc echo swego imienia. Za oknami zapadła ciemność.

- Conal? - Wstała zdezorientowana  i przycisnęła  wyłącznik  lampy,  ale  mroku nie 

rozjaśniło światło. To ta burza, pomyślała oszołomiona. Trzeba pozamykać okna.

Po omacku zaczęła szukać świecy, lecz nagle dłoń jej drgnęła i wszystko spadło ze 

stolika.

Ciemno? Jak to możliwe, że jest ciemno?

Która   godzina?   Gorączkowo   przesuwała   dłonią   po   podłodze   i   w   końcu   znalazła 

zapałki. Nim zdążyła zapalić jedną, w świetle błyskawicy dostrzegła tarczę budzika.

Jedenasta.

Nie! To niemożliwe. Przespała cały najdłuższy dzień, z którego teraz została jej tylko 

godzina.

- Conal? - Wybiegła z pokoju, z domu, prosto w burzę i wiatr. Przemoczona do nitki, 

szarpnęła za drzwi pracowni.

Nie było go. Odszedł. Walcząc z rozpaczą, po omacku dotarła do półki, na której 

wcześniej widziała latarkę.

Wąski snop światła sprawił, że odetchnęła z ulgą. I natychmiast zabrakło jej tchu, gdy 

zobaczyła przed sobą rzeźbę.

background image

Jej twarz i postać ze skrzydłami u ramion. Czy on tak właśnie ją widzi? Czy w jego 

oczach jest mądra, pewna siebie i śliczna?

Tak się czuła. Po raz pierwszy w życiu tak właśnie się czuła.

Wolnym   ruchem   zgasiła   latarkę.   Wiedziała   już,   dokąd   poszedł,   i   w   jakiś   sposób 

pojęła, że ona też powinna znaleźć drogę w ciemności, tak jak wcześniej Conal.

Świat oszalał, tak samo jak w dniu, gdy Allena dotarła na wyspę. Ziemia się trzęsła, 

niebiosa huczały, morze ryczało jak smok.

Zamiast strachu ogarnęła ją radość, że bierze udział w tym wspaniałym widowisku. 

Dzień nie zmieni się w noc bez niej. Zaciskając dłoń na gwieździe zawieszonej pomiędzy 

piersiami, ruszyła drogą, którą miała wyrytą w głowie tak wyraźnie jak mapę.

Ścieżka prowadząca przez skały była stroma, wyboista i śliska od deszczu. Allena 

jednak ani razu się nie zawahała, ani razu nie zachwiała w swym postanowieniu Nad nią 

wznosiły się kamienie, olbrzymy i tańczyły w burzy.

A   pośrodku   ich   kręgu   pomimo   ulewnego   deszczu   płonął   złotem   ogień   letniego 

przesilenia.

Zwrócony ku niemu stał cień.

Jej serce, tak jak mówiła ta staruszka, wiedziało.

- Conal.

Spojrzał na nią gwałtownym wzrokiem, jakby żywioły szalejące tej nocy także w nim 

się kłębiły.

- Alleno.

- Nie, najpierw  to ja muszę coś ci powiedzieć. - Powoli zrobiła kilka kroków  do 

przodu, chociaż powietrze drżało od grzmotów. - Zawsze istnieje wybór, zawsze jest jakaś 

inna   droga.   Myślisz,   że   chciałabym   ciebie,   nie   mając   twojego   serca?   Myślisz,   że 

próbowałabym cię tym zatrzymać?

Gwałtownym ruchem zerwała z szyi wisiorek i odrzuciła.

-   Nie!   -   Próbował   go   złapać,   ale   gwiazda   musnęła   tylko   opuszki   jego   palców   i 

wylądowała w środku kręgu. - Potrafisz tak łatwo z niego zrezygnować? I ze mnie?

- Jeśli będę musiała. Mogę odejść, żyć bez ciebie, choć jakaś cząstka mnie na zawsze 

pozostanie pełna żalu. Albo mogę zostać, stworzyć z tobą dom, urodzić dzieci i kochać cię za 

to, kim jesteś. To mój wybór. Ty masz swój. - Wyciągnęła ramiona. - Nie mam nic prócz 

siebie, by cię zatrzymać. Nigdy nie miałam.

Poczuł, jak kłębią się w nim emocje.

- Dwukrotnie pozwoliłem odejść ludziom, których kochałem. A przychodząc tu tej 

background image

nocy, myślałem, że znowu mogę tak postąpić. - Odsunął mokre włosy z twarzy. - Jestem 

człowiekiem o zmiennym usposobieniu.

- Już raz mi to mówiłeś. W przeciwnym wypadku nigdy bym się nie domyśliła.

Roześmiał się cicho.

- Nawet w takiej chwili korzystasz z okazji, żeby mi dociąć? - Zrobił krok w jej 

kierunku. - Pomalowałaś okiennice.

- I co z tego?

- Zrobię granatowe donice, żebyś miała w czym posadzić kwiaty.

- Dlaczego?

- Bo cię kocham.

Otworzyła usta i zamknęła je z powrotem.

- Bo pomalowałam okiennice?

- Tak. Bo przyszło ci to do głowy. Bo zacerowałaś firanki mojej matki. Bo zbierasz 

jagody. Bo nago pływasz w morzu. Bo patrzysz na mnie i widzisz, kim naprawdę jestem. To 

bez znaczenia, jaka siła kazała ci tu przyjść. Ważne jest tylko to, co czuję do ciebie. Na Boga, 

proszę, nie odchodź ode mnie.

- Kochany. - Burza w niej i wokół nich ucichła. - Wystarczy tylko, że poprosisz.

- Powiadają, że tutaj działa magia, ale to ty ją sprowadziłaś. Czy mnie weźmiesz, 

Alleno?   Ujął   ją   za   rękę.   Czy   oddasz   mi   siebie?   Stworzysz   dom   i   urodzisz   mi   dzieci? 

Przysięgam, że będę cię kochał i szanował w każdej godzinie każdego dnia. - Przycisnął usta 

do jej dłoni. - Utraciłem tak wiele, a ty mi to oddałaś. Oddałaś mi moje serce.

Więc jednak znalazł klucz, pomyślała Allena.

- Biorę sobie ciebie, Conalu, i oddaję ci siebie. - Oczy miała suche, czyste i spokojne. 

- Cokolwiek będziemy robić, będziemy robić razem. Przyrzekam kochać cię teraz i zawsze.

Kiedy  zarzuciła   mu   ręce   na  szyję,  mgła   się  rozstąpiła.   Na   ciemnym   morzu   nieba 

zaczęła   pulsować   gwiazda.   Ogień   przygasł,   zmienił   się   w   złotą   kałużę   przetykaną 

czerwonymi   jak   rubin   płomykami.   Powietrze   było   ostre   i   chłodne,   kamienie   w   kręgu 

rysowały się wyraźnie jak wycięte w szkle.

Rozległ się ich cichy śpiew.

- Słyszysz? - szepnęła Allena.

- Tak, tutaj. - Odwrócił ją i przycisnął mocno do siebie. Drżący promień gwiazdy 

najkrótszej nocy przebiegł pomiędzy kamieniami niczym strzała, podążając na spotkanie swej 

leżącej na ziemi bliźniaczki.

Wisiorek zapłonął błękitnym czystym ogniem. Kiedy gwiazda spotkała się z gwiazdą, 

background image

krąg stał się światem pełnym blasku, dźwięku i mocy.

Najdłuższy dzień minął, przeszedł w najkrótszą noc. Światło zadrgało, złagodniało i 

zbladło. Kamienie ucichły.

Conal pociągnął ją w głąb kręgu. Ogień znowu zapłonął, odbił się w jej oczach, ogrzał 

skórę. Conal podniósł wisiorek i zapiął Allenie na szyi, pieczętując tym swoją przysięgę.

- Należy do ciebie, tak samo jak ja.

- Należy do mnie. - Przycisnęła ich splecione dłonie do wisiorka. - Dopóki nie będzie 

należał do kogoś innego. Ja zawsze będę twoja.

Pocałowała go i wyszła z kręgu.

- Chodźmy do domu - powiedziała.

Niektórzy powiadają, że wróżki opuszczają swoje schronienia, by bawić się i tańczyć 

wokół ognia letniego przesilenia, podczas gdy gwiazda rzuca na nie swoje ostatnie promienie. 

Ci wszakże, co mieli magię w sercach i razem złożyli przysięgę, opuścili krąg, zeszli z klifu i 

cichą plażą ruszyli ku chatce z ciemnoniebieskimi okiennicami, która czekała nad morzem.

background image

W SNACH

Dla tych, którzy wierzą w magię

background image

PROLOG

Miał  tylko sny. Bez nich był samotny, zawsze i wszędzie samotny. Przez pierwsze 

stulecie samotności żył arogancją i gniewem. Obu tych uczuć miał w nadmiarze.

Przez   drugie   stulecie   żył   goryczą.   Niczym   jeden   ze   sporządzanych   przez   niego 

tajemniczych eliksirów wrzała i bulgotała w jego sercu. Zamiast wszakże go uleczyć, była 

czymś w rodzaju paliwa, które popychało go od dnia do nocy, od dekady do dekady.

W trzecim stuleciu popadł w rozpacz i żal nad sobą. Smętni kompani, nawet dla niego.

Jego upór był tak wielki, że musiały minąć cztery wieki, nim zaczął tworzyć sobie 

dom i postarał się dostrzec jakąś przyjemność oraz piękno i satysfakcję w swej pracy i sztuce. 

Cztery   wieki   trwało,   nim   duma   pozwoliła   mu   przyznać,   że   być  może   sam,   acz   tylko   w 

drobnym stopniu, ponosi odpowiedzialność za to, co go spotkało.

Lecz czyż jego czyny, jego nastawienie zasługiwały na tak surowy osąd Strażników? 

Czy jego błąd, jeśli istotnie był to błąd, uzasadniał wielowiekowe więzienie z jednym tylko 

tygodniem w każdym stuleciu, kiedy naprawdę żył?

Kiedy minęło   pół  tysiąclecia,  poddał  się  snom.  Nie, to  było  coś  więcej  niż  tylko 

poddanie.   On   się   w   nich   pogrążył,   dzięki   nim   trwał.   Uciekał   w   sny,   kiedy   jego   dusza 

domagała się bliskości innej istoty.

Bo   w   snach   przychodziła   do   niego   ona:   ciemnowłosa   dziewczyna   o   oczach   jak 

błękitne diamenty. W snach biegła przez jego las, siadała przy jego kominku, chętnie kładła 

się  w  jego  łożu.  Znał  brzmienie   i ciepło  jej  głosu.  Znał  jej   smukłe  jak  u chłopca  ciało. 

Wiedział, kiedy w kąciku jej roześmianych ust pojawi się dołeczek. I wiedział, gdzie na jej 

udzie znajduje się znamię w kształcie półksiężyca.

Wiedział o tym wszystkim, chociaż nigdy jej nie dotknął, nigdy do niej nie przemówił, 

nigdy jej nie widział na jawie, jedynie przez jedwabistą zasłonę snu.

Chociaż to kobieta go zdradziła i to kobieta była  powodem jego niekończącej się 

samotności, marzył o tej ciemnowłosej dziewczynie. Wraz z mijającymi latami pożądał jej tak 

mocno, jak pragnął tego, co było przedtem.

Tonął w wielkim mrocznym morzu samotności.

background image

1

To miały być wakacje, czas zabawy, odprężenia, poznawania nowych miejsc.

Wcale nie miało być strasznie.

Ale nie, „strasznie" to przesada. Drobna.

Gwałtowna letnia burza, nieznana droga biegnąca przez mroczny las, gdzie drzewa 

wyglądały   jak   olbrzymy   ubrane   w   peleryny   z   mgły.   Kayleen   Brennan   z   bostońskich 

Brennanów takie rzeczy nie przerażały. Ulepiono ją z twardej gliny. Powtarzała to sobie 

mniej więcej co dziesięć sekund, z trudem utrzymując  wynajęty samochód na błotnistym 

trakcie, który na początku wydawał się normalną drogą.

Kayleen   była   kobietą   rozsądną   i   praktyczną,   a   decyzję   w   tej   sprawie   podjęła   z 

rozmysłem już jako dwunastolatka. W jej życiu nie będzie kaprysów, romantycznych marzeń 

ani niemądrych decyzji. Obserwowała wtedy - i teraz też - jak takie postępowanie wpędziło 

jej uroczą, godną podziwu i zagubioną matkę w kłopoty.

Kłopoty finansowe. Prawne. Kłopoty z mężczyznami.

Toteż   od   dwunastego   roku   życia   Kayleen   zachowywała   się   i   myślała   jak   osoba 

dorosła.

A dorosłych nie przerażają kępy traw, błyskawice ani mgła, która gęstnieje i rzednie, 

jakby oddychała. Dorosła kobieta nie panikuje, bo źle skręciła. Kiedy droga jest zbyt wąska, 

jak ta tutaj, i nie da się bezpiecznie zawrócić, trzeba po prostu jechać dalej, aż będzie to 

możliwe.

I rozsądna, praktyczna osoba nie zaczyna sobie wyobrażać, że w burzy słyszy różne 

rzeczy.

Jak na przykład głosy.

Powinnam   była   zostać   w   Dublinie,   powiedziała   sobie   ponuro,   gdy   samochód 

podskoczył   na   kolejnym   wyboju.   W   Dublinie,   gdzie   były   gwarne   ulice   i   puby,   Irlandia 

wydawała   się   cywilizowana,   współczesna,   miejska.   Ale   nie,   ona   musiała   zobaczyć   wieś, 

prawda? Wystarczyło wynająć auto, kupić mapę i ruszyć przed siebie.

Choć szczerze mówiąc, było to absolutnie rozsądne posunięcie. Podczas pobytu w 

Irlandii zamierzała pojeździć po kraju i może znaleźć kilka skarbów do rodzinnego sklepu z 

antykami w Bostonie. Zamierzała włóczyć się po lasach, zobaczyć morze, oglądać śliczne 

małe wioski i potężne ruiny.

Czy nie zamówiła pokoi w licencjonowanych pensjonatach na każdą noc podróży? 

Potwierdzenie   rezerwacji   stanowiło   gwarancję,   że   wieczorem   nie   spotka   jej   żadna 

background image

niespodzianka.

Czy nie wytyczyła dokładnie trasy, nie zaznaczyła każdego interesującego miejsca, nie 

ustaliła, jak długo zamierza pozostać w każdym z nich?

Nie przewidziała tylko, że zabłądzi. Nikt tego nie mógł przewidzieć. Meteorolodzy 

zapowiadali deszcz, ale to w końcu była Irlandia. Nie wspomnieli natomiast o gwałtownej 

burzy z porywistym  wiatrem, który rzucał jej małym  samochodem jak kostką w kubku i 

zmienił uroczy letni zmierzch w kompletną ciemność.

Ale wszystko było w porządku, w jak najlepszym  porządku. Kayleen tylko trochę 

opóźniła program wycieczki, częściowo z własnej winy. Dłużej, niż zamierzała, została w 

Powerscourt Demesne, podążając na południe. I trochę dłużej kręciła się po tym kościelnym 

dziedzińcu, gdy jechała na zachód.

Bez wątpienia nadal znajdowała się w hrabstwie Wicklow, bez wątpienia była teraz w 

lesie Avondale, a w przewodniku przeczytała, że na tych zalesionych terenach mieszka mało 

ludzi, wioski są nieliczne i oddalone od siebie.

Kayleen  oczekiwała nastrojowej,  zachwycającej  drogi do Enniscorthy,  gdzie miała 

spędzić noc. Według planu powinna tam dotrzeć koło wpół do ósmej. Zaryzykowała krótkie 

spojrzenie na zegarek i skrzywiła się, widząc, że już jest godzinę spóźniona.

To bez znaczenia. Na pewno nie zamkną przed nią drzwi, Irlandczycy są znani z 

gościnności. Zamierzała poddać próbie to stwierdzenie w pierwszym napotkanym miasteczku, 

wiosce czy samotnej chacie. Wtedy zorientuje się, gdzie jest.

Ale na razie...

Zahamowała gwałtownie, gdy sobie  uświadomiła,  że od mniej więcej  godziny nie 

widziała   innego   samochodu.   Torebka,   równie   uporządkowana   jak   jej   życie,   leżała   na 

siedzeniu obok. Kayleen wyjęła z niej telefon komórkowy i włączyła go.

Zaklęła   cicho,   kiedy   nagrany   głos   po   raz   kolejny,   odkąd   wjechała   w   las   na   tyle 

głęboko, by zorientować się, że zabłądziła, poinformował ją, że nie ma zasięgu.

- Dlaczego nie ma zasięgu? - Z irytacji o mało nie walnęła aparatem w kierownicę. 

Taki odruch byłby jednak niemądry. - Po co oferują turystom telefony, skoro nie da się z nich 

skorzystać?

Odłożyła komórkę i wzięła głęboki oddech. Żeby się uspokoić, zamknęła oczy, oparła 

głowę o siedzenie i pozwoliła sobie na dwuminutowy odpoczynek.

Strugi deszczu biły o szyby, wiatr nie przestawał wyć, głęboką ciemność rozdzierały 

co chwila kolejne błyskawice, Kayleen siedziała jednak spokojnie, z opaską na ciemnych 

włosach i dłońmi opartymi na kolanach.

background image

Jej   pełne   i   kształtne   usta,   dotąd   zaciśnięte,   teraz   z   wolna   się   odprężyły.   Kiedy 

otworzyła oczy, niebieskie jak błyskawica, która przecięła niebo, był w nich znowu spokój.

Rozprostowała ramiona, wzięła ostatni relaksujący oddech i włączyła silnik.

Kiedy to robiła, usłyszała, jak ktoś - coś - szepcze jej imię.

- Kayleen!

Odruchowo   rozejrzała   się   na   boki,   przez   zalane   deszczem   okna   popatrzyła   w 

ciemność. A tam przez ułamek sekundy zobaczyła cień przybierający postać mężczyzny o 

połyskujących jak szkło zielonych oczach.

Nacisnęła na hamulec, gdy szarpnęło ją do przodu, bo samochód zsunął się po błocie. 

Serce jej waliło, ręce drżały.

- Śniłaś o mnie? Będziesz śniła?

Walcząc ze strachem, szybko opuściła okno i wysunęła głowę.

- Bardzo proszę, czy mógłby mi pan pomóc? Chyba się zgubiłam.

Lecz   nikogo   tam   nie   było.   Nikogo,   kto   mógłby   cicho   i   z   takim   smutkiem 

odpowiedzieć:

- Tak samo jak ja.

Oczywiście, że nikogo tam nie ma. Kayleen zlodowaciałym palcem nacisnęła guzik 

zamykający szybę. To tylko wyobraźnia i zmęczenie płatają jej figle. Nie było mężczyzny 

stojącego w lesie w czasie burzy. Nie było mężczyzny znającego jej imię.

To właśnie tego rodzaju bzdury wymyśliłaby jej matka. Kobieta, która zabłądziła w 

zaczarowanym lesie podczas okropnej burzy, i przystojny mężczyzna, a raczej zaklęty książę, 

przychodzący jej z pomocą.

Cóż, Kayleen Brennan potrafi sama sobie poradzić, bardzo dziękuję. I nie ma żadnych 

zaklętych książąt, tylko cienie w deszczu.

Jednakże serce waliło jej w piersi. Oddychając pośpiesznie, ponownie włączyła silnik. 

Wydostanie się z tej przeklętej drogi i dojedzie tam, gdzie zaplanowała.

A kiedy znajdzie się u celu, wypije cały dzbanek herbaty, siedząc zanurzona po szyję 

w gorącej kąpieli. I cała ta... niewygoda będzie należeć do przeszłości.

Próbowała śmiechem pokonać grozę sytuacji, próbowała oderwać myśli, układając list 

do matki, której wielką przyjemność sprawi każda chwila tego zdarzenia.

Matka nazwałaby je raczej przygodą. Kayleen, wreszcie przeżyłaś przygodę!

- Ale ja nie życzę sobie żadnych przeklętych przygód. Marzę o gorącej kąpieli, dachu 

nad głową i porządnym posiłku. - Znowu zaczęła się denerwować i tym razem nie zdołała się 

uspokoić. - Czy ktoś mógłby mi pomóc dostać się tam, gdzie powinnam być!

background image

W odpowiedzi z nieba uderzyła  błyskawica, eksplodując oślepiającym  światłem  w 

ciemności.

Gdy Kayleen chciała zasłonić ramieniem oczy, na środku drogi zobaczyła stojącego 

majestatycznie   jelenia.   W   świetle   reflektorów   miał   niesamowicie   białą   skórę,   a   grzbiet 

połyskujący srebrem. Jego chłodne, złote oczy spojrzały poprzez deszcz w jej przerażone 

tęczówki.

Skręciła, naciskając na hamulce. Mały samochód zarzucił i zaczął się obracać jakby 

popychany przez wirujące kłęby mgły. Kayleen usłyszała krzyk - to musiał być jej głos - i 

auto uderzyło w drzewo.

A potem zaczęła śnić.

Biegła   przez   las,   podczas   gdy   deszcz   bębnił   po   jej   ciele   niczym   gniewne   palce. 

Wydawało się, że z mroku obserwuje ją tysiąc oczu. Uciekając, pośliznęła się i upadła.

Głowę miała pełną dźwięków. Ryk wiatru, dudnienie grzmotu. A w tle śpiew tysięcy 

głosów.

Płakała, choć nie wiedziała dlaczego. Powodem nie był strach, lecz coś innego, coś, co 

chciała wydostać ze swego serca, tak jak wyciąga się drzazgę z obolałego palca. Nic nie 

pamiętała,   ani   nazwisk,   ani   miejsc,   wiedziała   tylko,   że   musi   odnaleźć   drogę.   Musi   ją 

odnaleźć, nim będzie za późno.

Zobaczyła   światło,   pojedynczą   kulę   żarzącą   się   w   ciemności,   i   pobiegła   w   tym 

kierunku. Z wysiłku bolały ją płuca, deszcz spływał z włosów na twarz.

Nogi ślizgały jej się w błocie. Przy kolejnym upadku podarła sweter. Poczuła ostry ból 

w całym ciele i oszczędzając lewą rękę, dźwignęła się na nogi. Zagubiona, oszołomiona i 

obolała, kuśtykając, pobiegła dalej.

Całą uwagę skupiła na świetle. Gdyby tylko zdołała do niego dotrzeć, wszystko znowu 

byłoby dobrze. Jakoś.

Gdzieś blisko uderzył piorun, tak blisko, że Kayleen poczuła, jak rozdziera powietrze, 

napełniając noc zapachem ozonu. W jego poświacie zobaczyła, że światło pada pojedynczym 

snopem z okna zamkowej wieży.

Naturalnie, że musiał tu być zamek. Wcale nie wydawało się dziwne, że zamek z 

wieżą, w której pali się światło, stoi w środku lasu.

Płacz Kayleen zmienił się w śmiech, nieopanowany jak noc, gdy podczas szalejącej 

burzy kuśtykała ku gmaszysku, depcząc dzikie kwiaty.

Padła na masywne drzwi i zbierając resztkę sił, która jeszcze jej pozostała, uderzyła w 

nie pięścią.

background image

Burza zagłuszyła pukanie.

- Proszę - szepnęła Kayleen - och, błagam, wpuść mnie.

Siedząc   przy   kominku,   zapadł   o   zmierzchu   w   dozwolony   mu   sen   i   przy   blasku 

płomieni, które powołał do życia, śnił o ciemnowłosej dziewczynie, przychodzącej do niego z 

lasu. Lecz dzisiaj oczy miała przerażone, a policzki białe jak lód.

Przespał burzę i wspomnienia, które często nawiedzały go tutaj, w tym tymczasowym 

schronieniu.   Kiedy   dziewczyna   przyszła   do   niego   we   śnie,   gdy   zwróciła   na   niego   oczy, 

poruszył się i wypowiedział jej imię.

Zaraz też się obudził, a jej imię znowu umknęło mu z pamięci. Ogień wypalił się 

niemal do końca. Mógł wzniecić go samą tylko myślą, ale nie zadał sobie tego trudu.

Tak czy owak, pora była już bliska. Mówił mu o tym ładny kryształowy zegar, który 

stał   na   starożytnym   kamiennym   kominku   -   bawiły   go   takie   zestawienia   -   do   północy 

brakowało tylko kilku sekund.

Jego tydzień rozpocznie się o północy. Przez siedem dni i siedem nocy będzie istniał. 

Nie jako cień w świecie snów, lecz będzie miał ciało, krew i kości.

Uniósł ramiona odrzucił głowę do tylu i czekał.

Świat zadrżał, zegar wybił dwunastą.

Pojawił się ból. Powitał go jak kochankę. O Boże, znów mógł odczuwać. Zimno paliło 

go w skórę, żar parzył. W gardle poczuł błogosławioną rozkosz pragnienia.

Otworzył oczy. Kolory rozbłysły, wyraźne i prawdziwe, bez tej przeklętej mgły, która 

przez cały czas go od nich odgradzała.

Opuścił ręce, położył dłoń na oparciu fotela, pogładził miękki aksamit. W nozdrzach 

poczuł dym z kominka. Przez uchylone okno wpadał do pokoju deszcz.

Jego zmysły były oszołomione, nadmiar wrażeń tak go obezwładnił, że o mało nie 

zemdlał. Ale nawet to było ogromną przyjemnością.

Roześmiał się głośno, serdecznie, z całego serca. Zacisnął dłonie w pięści i znowu 

uniósł je wysoko nad głowę.

- Jestem.

Kiedy na nowo wziął we władanie samego siebie, a od ścian odbiło się echo jego 

głosu, usłyszał pukanie do drzwi. Zaskoczony, zwrócił się w kierunku dźwięku, którego nie 

słyszał od pięciuset lat. A potem usłyszał coś jeszcze:

- Proszę! - To wołał jego sen. - Och, proszę, wpuść mnie!

To znowu ich sztuczka, pomyślał. Dlaczego teraz torturują go takimi zwidami? Nie 

będzie tego tolerował. Nie teraz. Nie podczas tygodnia prawdziwego życia.

background image

Wyciągnął dłoń i posłał w przestrzeń płonące ognie. Ogarnięty furią, wyszedł z pokoju 

na korytarz, a stamtąd na kręte schody. Nie pozwoli, by ktokolwiek zakłócał mu ten tydzień. 

To pogwałcenie wyroku. Nie zamierza stracić ani jednej godziny z tego krótkiego czasu.

Zniecierpliwiony odległością, wymruczał pod nosem zaklęcie i zaraz znalazł się w 

wielkim holu.

Otworzył drzwi. Na gniew odpowie gniewem.

I wtedy ją zobaczył.

Stanął jak sparaliżowany. Zabrakło mu tchu, w głowie miał pustkę. W sercu też miał 

pustkę.

Oto przyszła.

Spojrzała na niego, na jej wargach zadrżał uśmiech, w kąciku ust pojawił się dołeczek.

- Więc jesteś - powiedziała. I zemdlała u jego stóp.

Cienie, kształty, ciche głosy wirowały w jej głowie, zbliżały się i oddalały, wprawiając 

Kayleen w konsternację.

Nawet kiedy otworzyła oczy, znajdowały się tu. Obracały się. Co to? - taka była jej 

jedyna myśl. Co to jest?

Była   zziębnięta   i   mokra,   w   każdej   części   ciała   czuła   ból.   Wypadek.   Oczywiście, 

wypadek. Ale...

Co to jest?

Wysoko nad głową zobaczyła rzeźbiony sufit, na którym  gipsowe wróżki tańczyły 

pośród kwiatów. Dziwne, pomyślała. Dziwne i śliczne. Oszołomiona, uniosła dłoń do czoła i 

poczuła wilgoć. Myśląc, że to krew, odetchnęła głośno i spróbowała usiąść.

W głowie zakręciło jej się jak na karuzeli.

- Oooch. - Trzęsąc się cała, popatrzyła na swoje palce i zobaczyła czystą wodę. A 

odwróciwszy głowę, zobaczyła jego.

Pierwszy   pojawił   się   szok,   jak   okrutny   cios   w   serce.   Poczuła   w   gardle   dławiącą 

panikę.

Wpatrywał  się  w nią.  Niegrzecznie,  pomyślała  później, gdy strach  ustąpił  miejsca 

irytacji.   W  jego  oczach,  zielonych   jak  zlane   deszczem   wzgórza  Irlandii,  widziała   gniew. 

Ubrany był na czarno. Chyba dlatego wyglądał tak niebezpiecznie.

Twarz miał gwałtownie przystojną - pierwsze słowo, jakie jej się nasuwało w związku 

z jego wyglądem, to „gwałtownie". Ostre kości policzkowe, szerokie czarne brwi, surowy 

grymas ust, które uznała za brutalne. Włosy miał czarne jak ubranie, spadały mu falami na 

ramiona.

background image

Serce biło jej mocno, ostrzegawczo. Skuliła się w sobie, ale jednocześnie znalazła 

dość odwagi, żeby zapytać:

- Przepraszam, co to jest?

Nie odpowiedział. Nie mógł mówić, odkąd podniósł ją z podłogi. Sztuczka, nowa 

tortura? Czy była tylko snem wewnątrz snu?

Lecz przecież ją czuł. Czuł zimną wilgoć na jej ciele, jej ciężar i kształt. Wyraźnie 

usłyszał jej głos i zobaczył przerażenie w oczach.

Dlaczego miałaby się go bać? Czego miałaby się bać, skoro odebrała mu wszystkie 

siły? Pięćset lat samotności nie - zdołały uczynić tego, co ta kobieta osiągnęła jednym gestem.

Podszedł bliżej, nie odrywając wzroku od jej twarzy.

- Przybyłaś. Dlaczego?

- Ja... nie rozumiem. Przepraszam. Mówi pan po angielsku?

Jedna z jego grubych brwi uniosła się do góry. Przemówił po gaelicku, bo w tym 

języku   myślał   przez   większość   swojego   życia.   Jednakże   w   ciągu   wieków   spędzonych   w 

samotności miał mnóstwo czasu na naukę. Doskonale znał angielski, podobnie jak pół tuzina 

innych języków.

- Zapytałem, dlaczego przybyłaś.

- Nie wiem. - Chciała usiąść, ale bała się ponownie ruszyć. - Myślę, że chyba miałam 

wypadek. Nie potrafię sobie przypomnieć.

Nieważne, jak bardzo będzie ją boleć, nie może leżeć płasko na plecach i patrzeć na 

niego. Czuła się głupio i bezradnie. Zacisnęła zęby i wolno się podniosła. Żołądek jej się 

ścisnął, w głowie zadzwoniło, ale zdołała usiąść.

Rozejrzała się po pokoju.

Zauważyła, że jest obszerny i wypełniony najdziwniejszą zbieraniną mebli. Był tu 

stary i piękny stół jadalny, na którym stało mnóstwo świeczników, srebrnych, z kutego żelaza, 

glinianych,   kryształowych.   Na   ścianie   wisiały   skrzyżowane   piki   i   dramatyczny   obraz 

przedstawiający strome posępne klify.

Jej uwagę przyciągnęły serwantki z różnych epok. Karol II, Jakub I. Neoklasycyzm 

zderzał się ze stylem weneckim, chippendale z Ludwikiem XV. Telewizor z wielkim ekranem 

obok bezcennego wiktoriańskiego sekretarzyka.

Dalej stały rzędem wazony z Waterford, konie z epoki Tang, wazy drezdeńskie oraz... 

kilka plastikowych dozowników na cukierki firmy PEZ.

Pomimo uczucia konsternacji ten ekscentryczny wystrój ją rozbawił.

- Co za interesujące wnętrze. - Znowu na niego spojrzała. Nie spuszczał z niej wzroku. 

background image

- Może mi pan powiedzieć, jak się tu dostałam?

- Przybyłaś.

- Tak, to nie ulega wątpliwości, ale jak? I... chyba jestem przemoczona.

- Pada deszcz.

- Och. - Strach wyraźnie zmalał. W końcu ten facet kolekcjonuje kiczowate dozowniki 

na cukierki PEZ i georgiańskie srebra. - Przepraszam, panie...

- Jestem Flynn.

- Panie Flynn.

- Flynn - powtórzył.

- Dobrze. Przepraszam, Flynn,  ale chyba  nie myślę  dość jasno. - Cała się trzęsła, 

skrzyżowała więc ramiona na piersi. - Jechałam dokądś, ale... nie wiem, gdzie jestem.

- A kto wie? - mruknął. - Zmarzłaś. - A on nic nie zrobił, żeby jej pomóc. Teraz zajmie 

się nią, a potem... Po prostu zobaczy, co będzie potem.

Wziął ją na ręce, lekko zirytowany, że próbowała go odepchnąć.

- Jestem pewna, że mogę chodzić.

-   Bardziej   jestem   pewny   tego,   że   ja   mogę.   Musisz   się   wysuszyć   i   rozgrzać   - 

powiedział, wynosząc ją z pokoju. - Ciepła herbata i gorący ogień w kominku.

O   tak,   pomyślała.   To   brzmiało   cudownie.   Niemal   tak   cudownie   jak   to,   że   ten 

mężczyzna niósł ją po szerokich, stromych schodach, jakby nic nie ważyła.

Ale to jest romantyzm w stylu jej matki, a tutaj nie ma na to miejsca. Na wszelki 

wypadek   oparła   dłoń   na   ramieniu,   które   wydawało   się   twarde   niczym   wyrzeźbione   z 

kamienia.

- Dziękuję za... - Urwała. Odwróciła lekko głowę i teraz widziała jego twarz przy 

swojej.   Ich   oczy   dzieliło   tylko   kilkanaście   centymetrów,   a   usta   -   jeden   oddech.   Ostry, 

nieoczekiwany dreszcz przeszył jej serce. - Czyja cię znam?

-   Czy   sama   nie   powinnaś   odpowiedzieć   na   to   pytanie?   -   Nachylił   się   nad   nią, 

wciągając   powietrze.   -   Twoje   włosy   pachną   deszczem.   -   Choć   szeroko   otworzyła   oczy, 

przesunął ustami po jej policzku. - A skóra ma jego smak.

W ciągu tych lat nauczył się smakować życie powoli. Upijać mały łyk, choć pragnął 

pić haustami. Przyjrzał się jej ustom, wyobraził sobie ich smak. Patrzył, jak rozchylają się z 

drżeniem.

Atak.

Przyciągnął ją bliżej do siebie, a wtedy jęknęła z bólu.

Cofnął się, zobaczył ranę na jej ręce i rozdarty sweter.

background image

- Jesteś ranna. Do cholery, dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś? Zniecierpliwiony 

- cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną - wszedł do najbliższego pokoju i posadził ją 

na łóżku. Jednym szybkim ruchem zdjął jej przez głowę sweter.

Wstrząśnięta, skrzyżowała ręce na piersiach.

- Nie dotykaj mnie!

- Jak mam opatrzyć ci rany, jeśli nie mogę cię dotknąć? - Zmarszczył brwi. Miała na 

sobie tylko stanik. Wiedział, że tak się nazywa ta rzecz, widywał ją w telewizji i tych cienkich 

książkach, o których mówią „magazyny".

Po   raz   pierwszy   jednak   widział   żywą   kobietę   w   takim   stroju.   Bardzo   mu   się   to 

podobało.

Takie rozkosze będą musiały jednak poczekać, dopóki się nie przekona, czy nic jej się 

nie stało. Pochylił się i rozpiął jej spodnie.

-   Przestań!   -   Chciała   się   odsunąć,   ale   bynajmniej   nie   łagodnie   przytrzymał   ją   w 

miejscu.

- Nie bądź niemądra. Nie mam cierpliwości do kobiecych fanaberii. Gdybym chciał 

cię wykorzystać, już bym to uczynił. - A ponieważ nie przestawała walczyć, westchnął i 

spojrzał na nią.

Zobaczył strach - nie głupotę, lecz czysty strach. To młode dziewczę, pomyślał. Na 

litość boską, Flynn, miej to na uwadze.

- Kayleen - powiedział cicho, a jego głos był tak kojący jak balsam przykładany na 

oparzenie. - Nie zrobię ci krzywdy. Chcę tylko zobaczyć, gdzie się zraniłaś.

- Jesteś lekarzem?

- Ależ nie!

Wydawał   się   tak   dotknięty   tym   przypuszczeniem,   że   o   mało   nie   wybuchnęła 

śmiechem.

- Znam się na leczeniu. Teraz się nie ruszaj. Powinienem był wcześniej zdjąć z ciebie 

te mokre ubrania. - Nie odrywał od jej twarzy oczu, które stawały się coraz jaśniejsze. Aż 

wreszcie nic więcej poza nimi nie widziała. Westchnęła. - Połóż się teraz, bądź grzeczną 

dziewczynką.

Niczym   zahipnotyzowana,   położyła   się   na   jedwabnych   poduszkach   i   uległa   jak 

dziecko, pozwoliła mu się rozebrać.

- Słodka Mario, masz nogi po samą szyję. - Fakt, że zwrócił na nie uwagę, odebrał 

moc prostemu zaklęciu i Kayleen się poruszyła. - Mężczyzna ma prawo do takiego widoku - 

mruknął, kręcąc głową. - Gdybyś mogła widzieć, jak wyglądasz. Jesteś cała w siniakach i 

background image

zadrapaniach. Lubisz ból?

- Nie. - Język wydawał jej się obrzmiały. - Oczywiście, że nie.

- Są tacy,  co lubią.  - Pochylił  się nad nią i rozkazał: - Patrz na mnie, tutaj.  Leż 

spokojnie.

Powieki jej opadły, gdy popłynęła tam, gdzie chciał, ponad ból. Owinął ją w kołdrę, 

posłał myśl w stronę kominka i rozpalił buzujący ogień. Potem zostawił ją i poszedł do swego 

laboratorium po napary.

Opatrując   rany,   utrzymywał   Kayleen   w   lekkim   transie.   Nie   chciał   żadnych 

panieńskich protestów, kiedy jej dotykał. Boże, tyle czasu minęło, odkąd miał przy sobie 

kobiece ciało.

W snach leżała pod nim. Kładł usta na jej wargach i jego umysł czuł, jak mu się 

oddaje, jak się unosi, wygina w łuk. Dlatego tak bardzo jej pragnął.

Teraz była tutaj, a śliczne ciało miała podrapane i poznaczone siniakami.

Rozpacz i pożądanie splątały się w węzeł.

- Kim jesteś, pani?

- Kayleen Brennan.

- Skąd pochodzisz?

- Z Bostonu.

- To w Ameryce?

- Tak - potwierdziła z uśmiechem.

- Dlaczego tu jesteś?

- Nie wiem. A gdzie jestem?

- Nigdzie. Po prostu nigdzie. Położyła dłoń na jego policzku.

- Czemu jesteś smutny?

- Kayleen. - Wzruszony, złapał jej rękę i przycisnął do ust. - Czy przysłali cię do mnie, 

żebym znowu poznał radość tylko po to, by ją utracić?

- Jacy „oni"?

Uniósł głowę, czując, jak rozpala się w nim wściekłość. Zrobił krok do tyłu i zapatrzył 

się w ogień.

Mógłby wysłać ją dalej, w sen. Wtedy pamiętałaby, gdzie to jest, i powiedziałaby mu 

wszystko, co wie. Jeśli jednak nie miała z tym nic wspólnego, on by nie przetrwał. W każdym 

razie nie przy zdrowych zmysłach. Wciągnął z sykiem powietrze.

Będę miał swój tydzień - przysiągł sobie. - I będę miał ją, nim ten czas dobiegnie 

końca.   Nie   zrezygnuje   z   tego   Nie   wyrzeknę   się   niczego..   Nie   złamiecie   mnie   takim 

background image

podstępem.  Nawet  przy jej  pomocy  nie pokonacie Flynna.  - Zwrócił się  w stronę  łóżka, 

spokojny już i zdecydowany. - Mam siedem dni i siedem nocy i mam ją. Co jest tutaj, gdy 

wybije północ ostatniej nocy, tu pozostanie. Takie jest prawo. Ona jest teraz moja. - Ignorując 

grzmot, który zadudnił jak armatni wystrzał, Flynn podszedł do łóżka. - Obudź się - po-

wiedział i natychmiast otworzyła oczy, jasne i przytomne. Z wielkiej rzeźbionej szafy wyjął 

długą szatę z szafirowego aksamitu. - To będzie pasować. Ubierz się i zejdź na dół. - Rzucił 

szatę na łóżko. - Będziesz chciała coś zjeść.

- Dziękuję, ale...

- Porozmawiamy po kolacji.

- Tak, ale chciałam... - Syknęła zirytowana, kiedy wyszedł, zamykając za sobą drzwi z 

nieprzyjemnym trzaskiem.

Maniery nie są tu w cenie, pomyślała. Przeczesała palcami włosy i ze zdziwieniem 

przekonała się, że są suche. Niemożliwe. Przecież ociekały wodą, kiedy przyniósł ją tutaj 

kilka chwil temu.

Jeszcze raz przesunęła dłonią po głowie, marszcząc brwi. Na pewno się pomyliła, nie 

mogły być aż tak mokre. Jest roztrzęsiona po wypadku i zdezorientowana. To dlatego niczego 

nie pamięta wyraźnie.

Przypuszczalnie powinna iść do szpitala, zrobić prześwietlenie. Chociaż taki pomysł 

wydawał jej się niemądry, bo czuła się dobrze. Prawdę mówiąc, nawet wspaniale.

Na   próbę   uniosła   ręce.   Nic   jej   nie   zabolało,   nic   nie   zakłuło.   Ostrożnie   dotknęła 

zadrapania. Przecież było dłuższe i głębsze, sięgało aż do łokcia? Teraz prawie się wygoiło.

Cóż, miała szczęście. A ponieważ umierała z głodu, postanowiła przyjąć zaproszenie 

ekscentrycznego   pana   Flynna   na   kolację.   Kiedy   coś   zje,   na   pewno   łatwiej   jej   będzie 

uporządkować myśli i zdecydować, co dalej robić.

Usatysfakcjonowana, odrzuciła pościel. Zaraz też pisnęła. Była kompletnie naga.

Mój Boże, gdzie jej ubranie? Pamiętała, o tak, pamiętała, że ściągnął z niej sweter, a 

potem... Cholera. Przycisnęła drżącą dłoń do skroni. Dlaczego nic nie pamięta? Bała się, 

próbowała z nim walczyć, a potem... potem leżała owinięta kołdrą w pokoju, w którym palił 

się ogień, a Flynn powiedział jej, żeby się ubrała i zeszła na dół.

Ha, skoro ma luki w pamięci, to szpital zajmuje bezdyskusyjnie pierwsze miejsce na 

liście spraw do załatwienia.

Złapała   szatę,   przycisnęła   materiał   do   policzka   i   jęknęła.   To   był   strój   godny 

księżniczki albo bogini, ale na pewno nie nadawał się dla Kayleen Brennan z Bostonu jako 

niezobowiązujący strój na kolację.

background image

To będzie pasować, tak powiedział. Ten pomysł ją rozbawił, wsunęła jednak dłonie w 

rękawy, czując z przyjemnością cudowne ciepło na skórze.

Odwróciła się, łapiąc swoje odbicie w stojącym lustrze. Włosy spadały jej kaskadą na 

ramiona, całe ciało otulała sięgająca do kostek, obszyła złotą koronką szafirowa suknia.

Nie wyglądam jak ja, pomyślała. Wyglądam jak postać z baśni. Zrobiło jej się głupio i 

odwróciła się od lustra.

Łóżko,   na   którym   wcześniej   leżała,   miało   aksamitny   baldachim   i   narzutę.   Na 

komodzie,   doskonale   zachowanym   meblu   w   stylu   Karola   II,   leżały   srebrne   szczotki   do 

włosów ozdobione lapis - lazuli oraz antyczne opałowe i jaspisowe flakony perfum. Świeże 

jak poranek i białe jak śnieg róże pyszniły się w kobaltowym wazonie.

Pokój też jest jak z baśni, pomyślała Kayleen. Przeznaczony do światła świec i ognia 

płonącego w   kominku.  W rogu  stało  biurko  w  stylu   królowej   Anny,  wysokie  okna  były 

ozdobione   koronkowymi   firankami   i   aksamitnymi   zasłonami,   na   ścianach   wisiały   urocze 

akwarele przedstawiające wzgórza i łąki, ślicznie spłowiałe dywaniki pokrywały podłogę z 

szerokich desek.

Gdyby miała opisać idealny pokój, tak właśnie by wyglądał.

Flynnowi może brakuje dobrych manier, za to gust ma nieskazitelny. Albo jego żona, 

poprawiła się zaraz. Bo to niezaprzeczalnie był kobiecy pokój.

Owa   myśl   przyniosła   jej   ulgę,   zignorowała   więc   dziwne   uczucie   w   brzuchu   i   z 

ciekawością otworzyła opałowy flakon.

Czy to nie dziwne? Zawierał jej ulubione perfumy.

background image

3

Flynn napił się whiskey, nim zajął się jedzeniem. Alkohol uderzył go jak gorąca pięść.

Dzięki Bogu wciąż istnieją rzeczy, na których człowiek może polegać.

Nakarmi swoją kobietę - bo była jego kobietą, to nie ulegało wątpliwości. Zatroszczy 

się o nią, co jest obowiązkiem mężczyzny, a potem przedstawi jej sytuację.

Najpierw jednak Kayleen musi odzyskać równowagę.

W kominku w sali jadalnej płonął jasny ogień. Na stole stały ciężkie srebra, delikatna 

porcelana, wazon z aromatycznymi różami, wysmukłe białe świece i migoczące jak klejnoty 

kryształy.

Flynn zamknął oczy i wyciągnął dłonie. Na naczyniach zaczęły pojawiać się potrawy, 

które jego zdaniem powinny najbardziej jej smakować.

Była śliczna ta jego Kayleen. Chciał, by na jej policzki powrócił rumieniec. Chciał 

usłyszeć jej śmiech.

Pragnął jej.

I tak właśnie miała wyglądać przyszłość.

Cofnął się i z chłodną satysfakcją obejrzał swoje dzieło. Zadowolony z siebie, poszedł, 

by czekać na nią u stóp schodów.

Kiedy zbliżała się ku niemu, serce mocniej zabiło mu w piersiach.

Speirbhean. Kayleen zawahała się lekko.

- Słucham?

- Jesteś piękna. Powinnaś nauczyć się gaelickiego - powiedział, ujmując ją pod ramię i 

wyprowadzając z holu. - Ja cię nauczę.

- Bardzo dziękuję, choć nie wydaje mi się, żeby to było konieczne. Chciałam ci też 

podziękować, że mnie przyjąłeś pod swój dach. Czy mogłabym skorzystać z telefonu? - Ta 

możliwość przyszła jej nagle do głowy.

- Nie mam telefonu. Czy suknia ci odpowiada?

- Nie masz telefonu? To może skorzystam z telefonu któregoś z twoich sąsiadów?

- Nie mam sąsiadów.

- W najbliższej wiosce w takim razie - powiedziała, czując, jak znowu ogarnia ją 

panika.

Tu   nie   ma   żadnej   wioski.   Dlaczego   się   niepokoisz,   Kayleen?   Jesteś   w   suchym   i 

ciepłym miejscu, bezpieczna.

- Może i tak, ale... ale skąd znasz moje imię?

background image

- Sama mi powiedziałaś.

- Nie pamiętam, żebym ci mówiła. Nie pamiętam, jak...

- Nie masz powodu do obaw. Poczujesz się lepiej, jak coś zjesz.

Ona jednak zaczynała uważać, że ma bardzo wiele powodów do niepokoju. Dobry 

nastrój, który ogarnął ją na piętrze, teraz szybko znikał. Kiedy wszakże przekroczyła próg 

jadalni, przeżyła wstrząs.

Przy stole   bez  trudu   zmieściłoby  się   pięćdziesiąt   osób,   a  jedzenia   starczyłoby  dla 

wszystkich.

Misy, tace, wazy i talerze zajmowały cały długi dębowy blat. Owoce, ryby, mięsa, 

zupy, najrozmaitsze warzywa, góry makaronów.

- Gdzie... - Mimo woli podniosła głos i musiała dołożyć starań, by znowu nad nim 

zapanować. - Skąd to wszystko się wzięło?

Flynn westchnął. Oczekiwał zachwytu, a ujrzał szok. Kolejna rzecz, na którą można 

liczyć. Kobiety to wieczna zagadka.

- Usiądź, proszę. Jedz.

Mimo narastającej paniki głos miała spokojny i zdecydowany.

- Chcę wiedzieć, kto jeszcze tu mieszka. Gdzie twoja żona?

- Nie mam żony.

- Nie opowiadaj bzdur. - Okręciła się ku niemu na pięcie, opanowana, a jednocześnie 

na tyle poruszona, by domagać się odpowiedzi. - Może nie masz żony, ale na pewno masz tu 

kobietę.

- O tak. Ciebie.

- Nie podchodź. - Złapała ze stołu nóż i wyciągnęła w jego kierunku. - Nie zbliżaj się. 

Nie wiem, co tu się dzieje, i nic mnie to nie obchodzi. Teraz wyjdę stąd i nic mnie nie 

powstrzyma.

- Nie. - Zrobił krok do przodu i zręcznie wyłuskał z jej palców przedmiot, który okazał 

się różą. - Teraz usiądziesz i będziesz jadła.

- Jestem w śpiączce. - Kayleen gapiła się to na białą różę w jego dłoni, to na swoje 

puste palce. - Miałam wypadek, uderzyłam się w głowę. To wszystko to tylko halucynacje.

- To wszystko jest prawdziwe. Nikt lepiej ode mnie nie zna granicy dzielącej to, co 

realne, od tego, co nierealne. Usiądź. - Wskazał jej krzesło. Kiedy się nie poruszyła, zaklął. - 

Powiedziałem ci przecież, że nie zrobię ci krzywdy, prawda? Pośród moich grzechów nigdy 

nie było kłamstwa ani niewolenia kobiet. Proszę. - Wyciągnął rękę, w której teraz na powrót 

był nóż. - Weź go i użyj, jeśli złamię dane ci słowo.

background image

- Jesteś... - Nóż był ciężki, prawdziwy.  Złudzenie, powiedziała sobie Kayleen. Po 

prostu złudzenie. - Jesteś magikiem.

- Tak, otóż to. - Jego uśmiech był jak błyskawica, nagły i jasny. Przedtem Flynn 

zwracał uwagę urodą, teraz oszołamiał. Promieniał zadowoleniem. - Usiądź, Kayleen, i razem 

ze mną zakończ post. Bo przez długi czas byłem głodny.

Zrobiła ostrożny kroczek do tyłu.

- To za wiele.

Myśląc, że chodzi jej o jedzenie, Flynn przyjrzał się stołowi z namysłem.

- Chyba masz rację, trochę mnie poniosło. - W myślach dokonał wyboru, po czym 

wyrysował dłonią w powietrzu łuk.

Połowa jedzenia zniknęła.

Nóż wypadł ze zdrętwiałych palców Kayleen, oczy obróciły się białkami do góry.

- Chryste - mruknął zniecierpliwiony, a jednocześnie zatroskany. Tym razem jednak 

udało mu się ją złapać, nim upadła na podłogę. Posadził ją na krześle i lekko nią potrząsnął. 

Po chwili wróciła jej świadomość.

- Więc jednak niczego nie zrozumiałaś.

- A co miałam zrozumieć?

- W takim razie trzeba ci wszystko wytłumaczyć. - Zaczął nakładać jedzenie na talerz. 

- Musisz jeść, bo zachorujesz. Twoje obrażenia szybciej się zagoją, jeśli będziesz silna. - 

Postawił przed nią talerz i wziął drugi dla siebie. - Co wiesz o magii, Kayleen Brennan z 

Bostonu?

- To przyjemna rozrywka.

- Może nią być.

Zdecydowała, że zacznie jeść, bo było jej słabo.

- I jest iluzją.

-   Może   nią   być.   -   Skosztował   kawałek   średnio   wysmażonej   wołowiny   i   jęknął   z 

rozkoszy. Kiedy po raz pierwszy wrócił do życia na tydzień, tak bardzo sobie pofolgował, że 

przez cały dzień był chory. Ale uważał, że warto było. Później jednak nauczył się nie śpieszyć 

i doceniać każdą chwilę.

- Przypominasz sobie, jak się tu dostałaś? - Padało.

- Tak, nadal pada deszcz.

- Jechałam...

- Jak jechałaś?

-   Jak?   -   Ujęła   widelec   i   bezmyślnie   nabrała   na   niego   kawałek   ryby.   -   Jechałam 

background image

samochodem...   tak,   samochodem   -   powtórzyła   z   rosnącym   podnieceniem.   -   Oczywiście. 

Zgubiłam drogę. Była burza. Jechałam z... - Urwała, walcząc z mgłą w myślach. - Z Dublina. 

Byłam   w   Dublinie.   Jestem   na   wakacjach.   No   właśnie,   jestem   na   wakacjach   i   chciałam 

zwiedzić Irlandię. Zabłądziłam. Nie wiem jak. Jechałam jedną z tych wąskich dróg przez las i 

zaczęła się burza. Prawie nic nie widziałam. A potem... - Wyraz ulgi zniknął z jej oczu, gdy 

spojrzała na niego. - Zobaczyłam ciebie - szepnęła. - Zobaczyłam cię w lesie.

- Naprawdę?

- Stałeś w strugach ulewnego deszczu. Wypowiedziałeś moje imię. Skąd znałeś moje 

imię, zanim się tu spotkaliśmy?

Jadła niewiele, ale Flynn uznał, że kieliszek wina pomoże jej przyjąć  to, co zaraz 

nastąpi. Podał jej pełny puchar.

- Śniłem o tobie, Kayleen, przez czas o wiele dłuższy niż twoje życie. I śniłem o tobie 

także wtedy, gdy zabłądziłaś w lesie. A kiedy się obudziłem, stałaś przed moimi drzwiami. 

Czy ty nigdy o mnie nie śniłaś?

Nie mam pojęcia, o czym  mówisz. Była  burza, zabłądziłam, Gdzieś bardzo blisko 

uderzył piorun i zobaczyłam jelenia. Na drodze stał biały jeleń.

Skręciłam,   żeby   go   wyminąć,   i   wpadłam   na   coś.   Chyba   uderzyłam   w   drzewo. 

Przypuszczalnie mam wstrząs mózgu i wszystko to sobie wyobrażam.

-   Biały   jeleń.   -   Twarz   Flynna   znowu   spoważniała.   -   Uderzyłaś   w   drzewo 

samochodem? Nie musieli robić ci krzywdy - mruknął. - Nie mieli prawa robić ci krzywdy.

- O kim ty mówisz?

- O tych, co trzymają mnie w więzieniu. - Odsunął talerz na bok. - O przeklętych 

Strażnikach.

- Muszę zobaczyć, w jakim stanie jest mój samochód - powiedziała Kayleen wolno i 

spokojnie.   To   nie   jest   ekscentryk,   pomyślała.   Ten   facet   cierpi   na   poważne   zaburzenia.   - 

Bardzo ci dziękuję za pomoc.

- Jeśli chcesz sprawdzić samochód, zrobimy to rano. Nie ma sensu wychodzić na taką 

burzę w środku nocy. - Zdecydowanym  ruchem przykrył  jej dłonie swoimi, nim zdążyła 

podnieść się od stołu. - Myślisz: „Ten Flynn stracił rozum". No cóż, nie straciłem, chociaż 

kilka razy niewiele brakowało. Popatrz na mnie, leannana. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?

- Nie wiem. - I to właśnie powstrzymywało ją od ucieczki. Kiedy patrzył na nią tak, 

jak teraz, czuła się z nim związana. Nie zatrzymywał jej siłą, była tu z własnej woli. - Nie 

rozumiem, co mówisz i co się ze mną dzieje.

- Więc usiądźmy przy kominku, a ja ci wyjaśnię, co to wszystko znaczy. - Wstał i 

background image

podał jej rękę. Po twarzy przemknął mu cień irytacji, gdy go zignorowała. - Chcesz nóż?

Spojrzała na ostrze, potem na niego. - Tak.

- Weź go więc ze sobą.

Zabrał ze stołu butelkę i kieliszki, po czym ruszył przodem.

Usiadł przy kominku, stopy oparł o skraj paleniska, smakując wino i zapach kobiety, 

która czujnie przycupnęła obok niego.

- Urodziłem się, mając w sobie magię - zaczął. - To się zdarza. Inni idą do terminu i 

wiele mogą się nauczyć. Ale urodzić się z magią to sprawa bardziej panowania nad sztuką niż 

poznawania jej tajników.

- Więc twój ojciec był magikiem.

-   Nie,   krawcem.   Magia   nie   musi   być   dziedziczna,   ale   trzeba   ją   mieć   we   krwi.   - 

Przerwał, bo nie chciał znowu popełnić gafy. Najpierw musi dowiedzieć się więcej o niej. - 

Kim jesteś w tym swoim Bostonie?

-   Handluję   antykami.   To   sprawa   dziedziczna.   Moi   wujowie,   dziadek   i   tak   dalej. 

Brennanowie z Bostonu robią to od prawie stulecia.

- Prawie sto lat, co? - zaśmiał się Flynn. - Bardzo długo.

-  Przypuszczam,  że   według  europejskich  standardów  to   nie  wydaje   się  długo,  ale 

Ameryka to młody kraj. Masz wspaniałe okazy.

- Kolekcjonuję to, co do mnie przemawia.

- I wygląda na to, że przemawiają do ciebie różne rzeczy. Nigdy dotąd nie widziałam 

takiej mieszaniny stylów i epok w jednym miejscu.

Z namysłem rozejrzał się po pokoju Nie przyszłoby mu to do głowy, ale aż do tej 

chwili nie musiał brać pod uwagę gustów innych, wyłącznie własny.

- To ci się nie podoba?

Ponieważ wyglądało na to, że sprawa jest dla niego ważna, Kayleen zmusiła się do 

uśmiechu.

- Wręcz przeciwnie, bardzo mi się podoba. W mojej pracy widuję mnóstwo pięknych i 

interesujących przedmiotów i zawsze żałuję, że ludzie zamiast je łączyć i stworzyć własny 

styl, sztywno trzymają się wzorów. Tobie nikt nie mógłby zarzucić, że trzymasz się wzorów.

- Nie, na pewno.

Już chciała podwinąć nogi, ale się powstrzymała. Co się z nią dzieje? Przestaje się 

mieć na baczności w trakcie swobodnej pogawędki z człowiekiem, który według wszelkiego 

prawdopodobieństwa jest szaleńcem. Przeniosła wzrok z noża na twarz Flynna. I przekonała 

się, że mężczyzna przygląda jej się z namysłem.

background image

- Zastanawiam się, czy potrafiłabyś go użyć. Na świecie są dwa rodzaje ludzi, nie 

sądzisz? Tacy, co walczą, i tacy, co uciekają. Do jakiej kategorii ty należysz, Kayleen?

- Nigdy dotąd nie byłam w sytuacji, w której musiałabym zrobić jedno albo drugie.

- W takim razie albo masz szczęście, albo prowadzisz nudne życie, sam nie wiem. 

Osobiście lubię walczyć.  - Uśmiechnął się przelotnie. - To jedna z moich licznych  skaz. 

Prawdą jest, że brakuje mi walki na pięści z drugim człowiekiem. Brakuje mi zresztą wielu 

rzeczy.

- Dlaczego? Z jakiego powodu miałoby czegokolwiek ci brakować?

- To właśnie sedno tej rozmowy przy kominku, czyż nie? Odpowiedź na pytanie: 

dlaczego. Zastanawiasz się, mavourneen, czy nie brakuje mi piątej klepki?

- Tak - szepnęła, cała sztywniejąc.

- Nie jestem szalony, choć może byłoby łatwiej, gdybym po drodze trochę zwariował. 

Oni wiedzieli,  że mam zdrową głowę - to ich zdaniem część problemu, a także jeden z 

powodów, dla których ciąży na mnie wyrok.

- Oni? - Zacisnęła palce na nożu. Przyrzekła sobie, że go użyje. Użyłaby go, gdyby 

musiała, niezależnie od tego, jak bardzo Flynn wydawał jej się smutny i samotny.

- Strażnicy. Odwieczni i godni szacunku, ci, którzy strzegą magii. Czynili tak, nim 

rozpoczął się czas oczekiwania, kiedy życie było zaledwie pierwszym oddechem niebios.

- Bogowie? - zapytała ostrożnie.

- Można tak to ująć. - W zamyśleniu wpatrywał się w płomienie. - Urodziłem się z 

magią   i   kiedy   osiągnąłem   odpowiedni   wiek,   opuściłem   rodzinę,   by   uzdrawiać   chorych   i 

pomagać ludziom, a nawet dawać im rozrywkę. Niektórzy z nas mają większy dryg, rzec 

można, do tej rozrywkowej strony.

- Jak na przykład przepiłowanie kobiety na pół. Spojrzał na nią z mieszaniną irytacji i 

rozbawienia.

- To iluzja, Kayleen. Tak.

A ja mówię - o magii, nie o udawaniu. Jedni głoszą proroctwa, drudzy podróżują i 

studiują magię. Jeszcze inni dzięki swej sztuce uzdrawiają dusze i ciała. Są wreszcie i tacy, 

którzy   zarabiają   na   życie   występami.   Bywa,   że   służą   wielkim   panom,   jak   Merlin   służył 

Arturowi. Jest tyle możliwości, ilu ludzi. A chociaż nikomu nie wolno wyrządzać szkody za 

pomocą magii ani ciągnąć z niej zysków, to jest ona prawdziwa. - Wyjął spod koszuli długi 

łańcuch i pokazał mleczny wisior. - Kamień księżycowy - wyjaśnił. - A te słowa wyryte przy 

krawędzi to moje imię i tytuł. Draiodoir, Czarodziej.

-   Jakie   to   piękne.   -   Nie   mogąc   się   powstrzymać,   Kayleen   wzięła   wisior   w   dłoń. 

background image

Natychmiast poczuła, że od stóp do głów przeszywa ją strumień ciepła, jakby przeszła przez 

nią kometa. - Boże!

Flynn przytrzymał ją, nim zdążyła cofnąć dłoń.

- Moc - mruknął. - Czujesz ją. Możesz jej spróbować. To rzecz kusząca. I możesz 

sobie powiedzieć, że nic nie jest niemożliwe. Spójrz na mnie, Kayleen.

Już patrzyła, nic innego nie była w stanie robić. Nic innego nie chciała. Więc jesteś, 

pomyślała. Jesteś, nareszcie.

- Mógłbym cię teraz posiąść. Oddałabyś mi się chętnie, tak jak czyniłaś to w snach. 

Bez strachu. Bez wątpliwości.

- Tak.

Rosło w nim rozpaczliwe pożądanie, grożąc wyrwaniem się spod kontroli.

- Ja jednak chcę więcej. - Zacisnął palce na jej palcach. - Co jest w tobie takiego, że 

pragnę   więcej,   choć   nawet   nie   wiem,   czego   więcej?   Cóż,   mamy   czas   na   znalezienie 

odpowiedzi.   Na   razie   opowiem   ci   całą   historię.   Młody   czarodziej   opuścił   więc   rodzinę. 

Podróżował   i   studiował,   pomagał   i   uzdrawiał.   Był   dumny   ze   swych   dokonań   i   z   siebie. 

Niektórzy powiadali, że nazbyt dumny.

Przerwał   i   zamyślił   się,   bo   w   trakcie   ostatniego   snu   były   takie   chwile,   gdy   się 

zastanawiał, czy to naprawdę możliwe.

-   Czarodziej   ten   posiadł   wielkie   umiejętności   i   stał   się   znany   w   swoim   świecie. 

Jednocześnie zaś był mężczyzną, ze wszystkimi potrzebami, żądzami i błędami mężczyzny. 

Chciałabyś mieć idealnego mężczyznę, Kayleen?

- Chcę ciebie.

-  Leannana.   -  Pochylił   się   i   przycisnął   usta   do   jej   dłoni.   -   Ten   mężczyzna,   ten 

czarodziej zobaczył  świat. Czytał  książki, słuchał muzyki.  Przychodził  i odchodził, kiedy 

chciał,  robił,   co  chciał.   Może   czasami  bywał  beztroski,  a  chociaż   nie  wyrządzał  nikomu 

krzywdy, to jednocześnie nie stosował się do udzielanych mu zasad i przestróg. Miał potężną 

moc, na co więc mu jakieś zasady?

- Wszyscy potrzebują zasad. Dzięki nim jesteśmy cywilizowani.

- Tak sądzisz? - Rozbawiło go, że jej głos nagle stał się taki poważny. Mimo że 

pozostawała   we   władzy   zaklęcia,   miała   stanowczy   umysł   i   wolę.   -   Kiedyś   o   tym 

porozmawiamy. Teraz wszakże kontynuujmy naszą opowieść. Czarodziej poznał kobicie. Jej 

uroda   była   oślepiająca,   a   zachowanie   słodkie.   Uwierzył,   że   jest   niewinna.   Taką   miał 

romantyczną naturę.

- Kochałeś ją?

background image

- Tak kochałem. Kochałem niewinną dzieweczkę o anielskiej twarzy, którą widziałem, 

gdy na nią patrzyłem. Poprosiłem o jej rękę, bo nie chciałem przelotnych igraszek, tylko 

wspólnego życia. A kiedy się oświadczyłem, zapłakała, ach, jakże ślicznie spływały łzy po jej 

gładkim policzku. Nie może być moja, odparła, choć serce dawno mi już oddała. Był bowiem 

mężczyzna, bogaty i okrutny, z którym zawarł kontrakt jej ojciec. Ojciec ją sprzedał, jej los 

był przypieczętowany.

- Nie mogłeś na to pozwolić.

- Ach, więc ty też to rozumiesz. - Ucieszył się, że w tym najważniejszym punkcie 

Kayleen się z nim zgadza. - Jakże mogłem pozwolić, by bez miłości wyszła za innego? By 

sprzedano ją jak konia na targu? Zaproponowałem, że zabiorę ją ze sobą, a ona w odpowiedzi 

znowu wybuchnęła płaczem. Przyrzekłem, że dam jej ojcu dwa razy tyle, co tamten, a ona 

szlochała mi na ramieniu. To niemożliwe, odrzekła, ponieważ wtedy ów bogacz na pewno 

zabije jej biednego ojca, pośle go do więzienia albo zgotuje mu jakiś inny, równie straszliwy 

los. Dopóki ten człowiek będzie miał fortunę i pozycję, jej rodzina będzie zagrożona. Nie 

mogłaby znieść myśli, że stała się tego przyczyną, choć serce jej się ściska.

Kayleen pokręciła głową.

- Przepraszam, ale mnie wydaje to się bez sensu. Przecież gdyby pieniądze zostały 

zwrócone, a jej ojciec stał się bogatym człowiekiem, to na pewno mógłby się obronić i miałby 

prawo po...

- Serce myśli inaczej niż rozsądek - przerwał zniecierpliwiony, ponieważ gdyby miał 

w głowie rozum zamiast pożaru we krwi, sam by doszedł do takich wniosków. - Myślałem 

wyłącznie o tym, jak ją uratować. Ochronić ją i dzięki temu może zasłużyć na jeszcze większą 

jej miłość. Odbiorę temu okrutnikowi majątek i pozycję. Złożyłem przysięgę, a jej oczy, och, 

jakże lśniły od łez, niczym brylanty, To, co mu zabiorę, złożę u jej stóp. Będzie żyła jak 

królowa, do końca życia otoczona moją najczulszą opieką.

- Ale kradzież...

- Będziesz słuchać spokojnie? - syknął zdesperowany.

- Oczywiście. - Zadarła brodę, urażona. - Bardzo przepraszam.

-   I   tak   też   uczyniłem,   sprowadzając   wiatr   i   burzę,   rozpalając   zimny   ogień.   Tak 

uczyniłem, z własnej woli, dla mojej ukochanej. Człowiek ów zamiast w swym wspaniałym 

dworze, obudził się w chatce ubogiego chłopa. Miał na sobie łachmany, a nie ciepły nocny 

strój. Odebrałem mu życie, nie rozlewając ani kropli jego krwi. A kiedy skończyłem, stałem 

w gasnącym mroku nocy i triumfowałem. - Zamilkł na chwilę, a kiedy znów przemówił, głos 

miał   surowy:   -   Strażnicy   uwięzili   mnie   w   kuli   z   kryształu   i   nie   wypuścili,   choć   ich 

background image

przeklinałem, choć się sprzeciwiałem, choć wykorzystałem do obrony serce i niewinność mej 

dzieweczki.   Pokazali   mi,   jak   się   śmiała,   gdy   posłałem   jej   bogactwa,   jak   wskoczyła   do 

wyładowanego  po brzegi  wszelkim dobrem powozu i rzuciła się w ramiona  kochanka, z 

którym uknuła intrygę, by zrujnować znienawidzonego przez nią człowieka. I zniszczyć mnie.

- Ale ty ją kochałeś.

- Kochałem, lecz Strażnicy nie uważają miłości za wystarczające usprawiedliwienie 

błędu  Kazano   mi  wybierać.  Albo  pozbawią   mnie   mocy,  odbiorą  to,  co   mam   we  krwi,  i 

uczynią   zwykłym   śmiertelnikiem.   Albo   zatrzymam   to   wszystko   i   będę   żył   w   świecie 

połowicznym,   samotnie,   bez   kontaktu   z   ludźmi,   nie   mogąc   korzystać   z   rozkoszy   świata, 

który, ich zdaniem, zdradziłem.

- To okrutne. Bez serca.

- Ja też tak mówiłem, lecz nie zmienili zdania. Wybrałem drugą ewentualność, gdyż to 

znaczyło, że nie zostanę w pustce. Nie wyrzeknę się tego, do czego od urodzenia miałem 

prawo. I tak oto od owej nocy zdrady egzystuję tutaj, sto lat po pięciokroć, i tylko przez 

tydzień w każdym stuleciu na nowo staję się prawdziwym człowiekiem, odczuwam wszystko 

jak człowiek. - Jestem mężczyzną, Kayleen. - Nie wypuszczając jej dłoni z uścisku, wstał. Po-

ciągnął ją i przytulił do siebie. - Jestem mężczyzną - mruknął, wsuwając dłoń w jej włosy.

Pochylił głowę. Jego wargi musnęły jej usta i zawahały się na sekundę. Jej urywany 

oddech przeniknął go na wskroś. Drżała, a on czuł bicie jej serca.

- Tym razem spokojnie - szepnął. - Spokojnie.

Musnął jej usta wargami raz, drugi. Smakowały jak pierwszy łyk wyśmienitego wina.

Pił powoli. Nawet gdy jej wargi się rozchyliły,  pił powoli. Czerpał przyjemność z 

kształtu jej ust, pieszczoty języków, lekkiego stukotu zębów.

Jej ciało pasowało do jego ciała idealnie, cudownie. Blask z kamienia księżycowego, 

który trzymali w dłoniach, rozprzestrzenił się niczym promienie słońca i zaczął pulsować.

Nawet pijąc powoli, Flynn się upił.

Kiedy się cofnął, jej westchnienie nim wstrząsnęło.

A ghra. - Nadal spragniony, oparł czoło na jej czole i wyswobodził wisior z uścisku 

jej palców. Z jej łagodnych, kochających oczu zniknęła mgiełka, znowu patrzyły bystro. Nim 

zmiana dokonała się do końca, po raz ostatni ją ucałował.

- Śnij - powiedział.

background image

4

Kiedy się obudziła, pod policzkiem czując delikatny jedwab poduszki, przez okno do 

pokoju   wpadało   rozmyte   światło   słoneczne,   a   wokół   unosił   się   mocny   aromat   róż.   W 

palenisku dogasał ogień.

Kayleen przeciągnęła się i już miała wygodnie się ułożyć, lecz nagle poderwała się jak 

strzała wypuszczona z łuku.

Mój Boże, to naprawdę się wydarzyło. Wszystko.

I na litość boską, na litość boską, ona znowu jest naga!

Dał   jej   narkotyk,   zahipnotyzował   ją,   upił?   Z   jakiego   innego   powodu   spałaby   jak 

dziecko - w dodatku gołe - w domu tego szalonego mężczyzny?

Instynktownie złapała za pościel, by się okryć, i wtedy zobaczyła długą białą różę. 

Niewiarygodnie   miły,   uroczo   romantyczny   szaleniec,   pomyślała   i   nie   mogąc   się 

powstrzymać, wzięła kwiat.

Opowiedział jej historię o magii, zdradzie i pięciuset latach kary. On w to wierzył. 

Odetchnęła powoli. Ona też w to wierzyła. Siedziała, słuchając i wierząc w każde słowo - 

wtedy.   Nie   widziała   w   tym   nic   dziwnego,   czuła   jedynie   smutek   i   gniew,   że   tak   go 

potraktowano. A potem...

Pamiętała,   że   ją   pocałował.   Przycisnęła   palce   do   ust,   zdziwiona   własnym 

zachowaniem. On ją pocałował, sprawił, że poczuła się jak ktoś zupełnie wyjątkowy. Więcej, 

sama chciała, żeby ją pocałował. A także o wiele więcej.

Niewykluczone, pomyślała, naciągając kołdrę pod brodę, że było o wiele więcej.

Już miała wyskoczyć z łóżka, ale zmieniła zdanie. Wstała po cichutku. Musi się stąd 

natychmiast wydostać, a do tego potrzebne jej ubranie.

Na   palcach   podeszła   do   szafy.   Skrzywiła   się,   gdy   skrzypnęły   otwierane   drzwi. 

Zawartość przyprawiła ją o zawrót głowy: jedwabie i aksamity, atłas i koronki, wszystko w 

wyrazistych, bogatych kolorach. Co za piękne rzeczy. Takie ubrania Kayleen podziwiała, ale 

nigdy by ich nie kupiła. Były niepraktyczne i niepoważne, naprawdę.

Wspaniałe.

Kręcąc głową nad własną głupotą, wyjęła swoje praktyczne spodnie i podartą bluzę... 

tylko że teraz wcale nie była podarta. Zbita z tropu Kayleen oglądała ją na wszystkie strony, 

szukając dziury. Na próżno.

Przecież sobie nie wyobraziła rozdarcia. To niemożliwe. A ponieważ zaczynała się 

trząść,   wciągnęła   bluzę   przez   głowę   i   włożyła   spodnie.   Były   nieskazitelnie   czyste   choć 

background image

przedtem oblepiało je błoto.

Zanurkowała w ogromnej szafie. Grzebiąc w wieczorowych pantofelkach i szpilkach z 

miękkiej skóry, znalazła wreszcie swoje solidne czarne półbuty na płaskim obcasie. One też 

powinny być brudne, a miesiąc temu, kiedy Kayleen wpadła na jakiś mebel w sklepie, na 

lewym z przodu zrobiła się brzydka rysa.

Jednakże buty wyglądały, jakby właśnie wyjęła je z pudełka.

Zastanowi się nad tym później. Później. Teraz musi stąd uciec, jak najdalej od niego. 

Jak najdalej od tego wszystkiego, co się z nią działo.

Podkradła się do drzwi, cicho je uchyliła i wyjrzała na korytarz. Zobaczyła piękne 

dywany na pięknej podłodze, obrazy i kilimy na ścianach, zamknięte drzwi. Nigdzie nie było 

śladu Flynna.

Wymknęła się z pokoju tak szybko, jak pozwoliła jej przezorność. Z ulgą ruszyła po 

schodach, podbiegła do drzwi i otworzyła je obiema rękami.

Z rozpędu wypadła za próg, prosto na Flynna.

- Dzień dobry. - Złapał ją za ramiona, pomagając jej utrzymać równowagę. Myślał 

przy tym, jak by to było cudownie, gdyby zamiast uciekać, biegła ku niemu. - Wygląda na to, 

że deszcz przestał padać.

- Ja... ja... - O Boże! - Chcę sprawdzić, co z moim samochodem.

- Oczywiście, choć lepiej zrobisz, jak poczekasz, aż mgła trochę opadnie. Może teraz 

zjesz śniadanie?

- Nie, nie. - Zmusiła się do uśmiechu. - Naprawdę muszę się przekonać, czy samochód 

jest poważnie uszkodzony. Pójdę teraz i... dam ci znać.

- W takim razie zawiozę cię tam.

- To niepotrzebne, naprawdę.

On jednak odwrócił się i gwizdnął. Ujął Kayleen za rękę i nie zważając na to, że 

gorączkowo próbowała się uwolnić, poprowadził ją po schodach.

Z   mgły   wyłonił   się   galopujący   rumak   jak   z   bajki,   biały   koń   z   rozwianą   grzywą, 

pobrzękujący srebrną uprzężą. Kayleen zdobyła się tylko na krótki okrzyk, gdy wierzchowiec 

jak strzała podbiegł ku nim, potężnymi kopytami rozdzierając mgłę i podrzucając wspaniałym 

łbem.

Zatrzymał się tuż koło Flynna, parsknął cicho i trącił go pyskiem.

Flynn ze śmiechem objął konia za szyję. Z taką samą radością chłopiec mógłby tulić 

ukochanego   psa,   pomyślała   Kayleen.   Przemawiał   cicho   i   uspokajająco,   w   języku,   który 

rozpoznawała już jako gaelicki.

background image

Wciąż się uśmiechając, zrobił krok do przodu. Machnął lekko ręką i w dłoni, która 

dotąd była pusta, pojawiło się lśniące czerwone jabłko.

- Nie, nigdy bym nie zapomniał. To dla mojego ulubieńca - powiedział. Koń opuścił 

łeb i wargami zręcznie ujął owoc. - Nazywa się Dilis. To znaczy „wierny" i taki jest. - Flynn z 

wdziękiem akrobaty wskoczył na siodło i wyciągnął rękę do Kayleen.

-   Bardzo   ci   dziękuję,   jest   naprawdę   piękny,   ale   ja   nie   umiem   jeździć   konno.   Po 

prostu... - Słowa zamarły jej na ustach, kiedy Flynn chwycił ją za ramiona i posadził przed 

sobą na siodle z taką łatwością, jakby ważyła mniej niż niemowlę.

- Za to ja doskonale umiem jeździć zapewnił ją, lekko ściskając piętami boki Dilisa.

Koń stanął dęba, a krzyk Kayleen zmieszał się ze śmiechem Flynna. Wspaniały rumak 

ruszył w stronę lasu i nie pozostało jej nic innego, tylko mocno się trzymać. Otoczyła Flynna 

ramionami,   ukryła   twarz   na   jego   piersi.   To   było   chore,   kompletnie   zwariowane.   Jest 

zwyczajną  kobietą prowadzącą  zwyczajne  życie.  Jak to możliwe,  że galopuje przez jakiś 

irlandzki las na grzbiecie białego konia, przyklejona do mężczyzny, który twierdzi, że jest 

piętnastowiecznym czarodziejem?

To się musi skończyć, i to natychmiast.

Uniosła   głowę,   zamierzając   stanowczo   mu   powiedzieć,   żeby   zatrzymał   konia   i 

pozwolił jej odejść. Lecz nie zrobiła tego, ponieważ jak zauroczona rozglądała się dokoła. 

Promienie   słoneczne   prześwitywały   przez   wygięte   konary   drzew.   Powietrze   lśniło   jak 

wypolerowane perły.

Koń   biegł   szybko,   w   tempie   bez   wątpienia   brawurowym.   A   jeździec,   który   nim 

kierował, był najwspanialszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała.

Czarne włosy miał rozwiane, oczy mu połyskiwały. Zniknął gdzieś smutek, w jakiś 

sposób   podkreślający   jego   atrakcyjność.   Teraz   na   twarzy   Flynna   zobaczyła   radość, 

podniecenie, zachwyt, odwagę. Mnóstwo różnych silnych, gwałtownych emocji.

Na ten widok serce zabiło jej tak szybko, jak szybko stukały o ziemię końskie kopyta.

- O mój Boże!

Nie można zakochać się w kimś nieznajomym. W prawdziwym świecie takie rzeczy 

się nie zdarzają.

Schyliła   głowę   na   pierś   Flynna.   Może   jednak   nadeszła   pora,   by   uwierzyć,   a 

przynajmniej wziąć to pod uwagę, że poprzedniego wieczora opuściła prawdziwy świat, gdy 

w lesie skręciła nie tam, gdzie powinna.

Dilis   zwolnił   i   zatrzymał   się.   Raz   jeszcze   Kayleen   uniosła   głowę   i   napotkała 

spojrzenie Flynna. Odczytał, co malowało się w jej oczach, i czując ogromną radość, nachylił 

background image

się ku dziewczynie.

- Nie. - Przycisnęła palce do jego ust. - Proszę. Kiwnął głową.

- Jak sobie życzysz. - Zeskoczył z konia i pomógł jej zsiąść. - Wygląda na to, że na 

twoim środku transportu mniej można polegać niż na moim - zauważył, okręcając ją dookoła.

Samochód niemal czołowo uderzył w pień dębu. Ze starcia, co było do przewidzenia, 

zwycięsko   wyszedł   dąb.   Maska   auta   pofałdowała   się   jak   akordeon,   szyba   popękała   w 

surrealistyczny wzór. Poduszka powietrzna zadziałała, bez wątpienia chroniąc Kayleen przed 

poważnymi obrażeniami. Jechała za szybko, biorąc pod uwagę warunki. O wiele za szybko.

Ale jak w ogóle jechała?

To pytanie teraz ją uderzyło. Nie było tu drogi. Samochód stał na wąskiej wydeptanej 

ścieżce prowadzącej w głąb lasu. Wszędzie dookoła rosły gęsto drzewa oraz krzewy jeżyn i 

pnącza, pokryte niewiarygodnie pięknym kwieciem. Kiedy Kayleen wolno się odwróciła, nie 

dostrzegła żadnego szlaku, który pozwoliłby jej manewrować autem pomiędzy zaroślami w 

deszczu i ciemności.

Nie   dostrzegła   śladu  opon   na   wilgotnym   gruncie.   Nic   nie   świadczyło   o  przebytej 

trasie, był tylko jej koniec.

Nagle zrobiło jej się zimno, skuliła się i splotła ręce na piersi. Przypomniała sobie o 

bluzie, która powinna być podarta. Ostrożnie podwinęła rękaw i tam, gdzie przedtem miała 

siniaki i głębokie zadrapanie, teraz zobaczyła gładką i czystą skórę.

Spojrzała   na   Flynna.   Stał   nieruchomo   przy   Dilisie,   który  z   roztargnieniem   skubał 

trawę. Nie był jednak spokojny, w jego oczach widziała ogniki zniecierpliwienia.

- Co to za miejsce? - zapytała ostro. - Kim ty jesteś, do diabła, i czym się zajmujesz? 

Jak tego dokonałeś? Cholera jasna, dlaczego tu jestem, kiedy w żadnym razie nie może mnie 

tu być? Ten samochód... - Machnęła dłonią w kierunku wraka. - Nie mogłam tu dojechać. To 

po prostu wykluczone. - Opuściła bezwładnie rękę. - Jak to możliwe?

- Wiesz, że to, co  ci mówiłem wczoraj wieczorem, jest prawdą. Wiedziała. Ta myśl 

sprawiła, że gniew się w niej wypalił.

- Muszę usiąść.

- Ziemia jest wilgotna. - Złapał Kayleen za ramię, nim opadła na poszycie. - Usiądź 

tutaj.   -   Łagodnie   pchnął   ją   na   obity   aksamitem   fotel   z   wysokim   oparciem   i   miękkimi 

poduszkami.

-   Dziękuję.   -   Wybuchnęła   śmiechem,   chowając   twarz   w   dłoniach.   -   Bardzo   ci 

dziękuję. Straciłam rozum. Kompletnie mi odbiło.

- Nieprawda. Obojgu nam jednak bardzo by pomogło, gdybyś się trochę uspokoiła.

background image

Opuściła   ręce.   Nie  jest  histeryczką   i  nie   zamierzała  się  nią   stać.  Już  nie   bała   się 

Flynna. Choć był niebezpiecznie przystojny, dotąd jej nie skrzywdził. I przez cały czas bardzo 

o nią dbał.

Ale to fakty były problemem, czyż nie? Fakt, że nie mogła tu być, jednak była. Że on 

nie może istnieć, lecz istnieje. Fakt, że czuła to, co czuła, zupełnie bez powodu.

Dawno, dawno temu, pomyślała i głęboko odetchnęła.

- Nie wierzę w baśnie.

- Ha, to bardzo smutne. Dlaczego nie wierzysz? Myślisz, że jakikolwiek świat mógłby 

istnieć bez magii? Skąd biorą się barwy i piękno? Gdzie są cuda?

-   Nie   wiem.   Nie   znam   odpowiedzi.   Albo   to   szalony,   niesamowity   sen,   albo 

rzeczywiście siedzę w lesie na... - w tym momencie wstała, by dokładnie obejrzeć ów mebel - 

...   na   intarsjowanym   fotelu.   Holenderskim,   z   początku   osiemnastego   wieku,   jak   mi   się 

wydaje. Bardzo ładnym. O tak. - Na powrót usiadła. - Siedzę więc w pięknym fotelu w środku 

zamglonego lasu. Przyjechałam tu na wspaniałym koniu po nocy spędzonej w zamku...

- To w gruncie rzeczy nie jest zamek. Raczej dwór.

- Nieważne. Towarzyszy mi mężczyzna, który twierdzi, że ma ponad pięćset lat.

- Pięćset dwadzieścia osiem, jeśli już. liczyć dokładnie.

- Naprawdę? Doskonale się trzymasz. Mężczyzna, który ma pięćset dwadzieścia osiem 

lat i kolekcjonuje dozowniki na cukierki?

- Sprytne zabawki.

- I nie mam pojęcia, jak cokolwiek z tego może być prawdziwe, ale w to wierzę. 

Wierzę   we   wszystko.   Bo   zaprzeczanie   temu,   co   widzę   na   własne   oczy,   jest   bardziej 

bezsensowne niż zaakceptowanie tego.

- No właśnie. - Spojrzał na nią rozpromieniony.  - Wiedziałem, że jesteś rozsądną 

kobietą.

- O tak, bardzo rozsądną i zrównoważoną. Więc muszę uwierzyć własnym oczom, 

nawet jeśli jest to nieracjonalne.

- Jeśli istnieje to, co racjonalne, to musi istnieć też to, co nieracjonalne. Rzeczy zawsze 

pozostają w równowadze, Kayleen.

- No cóż. - Siedziała spokojnie, rozglądając się dokoła. - Wierzę w równowagę. - 

Powietrze migotało i jak gdyby ocierało się o jej twarz. Czuła głęboki bogaty zapach lasu. 

Słyszała świergot ptaków. Jest, gdzie jest, i jest tu z nim. - Siedzę w tym pięknym fotelu w 

zaczarowanym lesie i prowadzę konwersację z czarodziejem, który ma pięćset dwadzieścia 

osiem lat. A jakby tego było jeszcze mało, to w dodatku chyba się w nim zakochałam.

background image

Swobodny   uśmiech   na  twarzy  Flynna   zgasł.   Burzące   się  w   nim   uczucia   były  tak 

gorące, tak poplątane, tak skomplikowane, że nie mógł o tym mówić.

- Czekałem na ciebie od dawna w moich snach i w tych małych fragmentach życia, 

będących na równi torturą i skarbem. Czy teraz przyjdziesz do mnie, Kayleen? Z własnej 

woli?

Wstała i stąpając ostrożnie po miękkim mchu, zbliżyła się do niego.

- Nie wiem, jak to możliwe, że tak się czuję. Wiem tylko, co robię. Objął ją, przytulił i 

pocałował. Długo i zaborczo. Kiedy przycisnęła się do niego całym ciałem i zaplotła ręce na 

jego szyi, pocałował ją jeszcze żarliwiej. Wziął więcej. Wypełnił nią siebie.

W głowie jej się kręciło i upajała się tym. Nikt nigdy jej nie pragnął - w taki sposób. 

Nigdy  tak   jej   nie   dotykał.   Nie   potrzebował.   Pożądanie   rozpalało   jej   krew,   przemieniając 

logikę, rozsądek i zdrowe zmysły w coś nieważnego, śmiesznego.

Miała magię. Po co więc rozsądek?

- Moja - wyszeptał Flynn tuż przy jej ustach. Powtarzał to wiele razy, całując ją bez 

końca. Wreszcie odrzucił głowę i wykrzyknął na całe gardło:

- Ona jest moja na zawsze! Biorę ją sobie, bo takie mam prawo! Kiedy wziął ją na 

ręce, niebo rozdarła błyskawica. Ziemia zadrżała.

Jechali przez las. Pokazał jej strumień, gdzie złote ryby przepływały nad srebrnymi 

kamieniami, a kaskada spadała do jeziora tak czystego jak błękitne szkło.

Zatrzymał   się,   by   nazbierać   kwiatów   i   wpleść   jej   we   włosy.   A   potem   znowu   ją 

całował, łagodnie i słodko.

Pomyślała,   że   jego   nastroje   są   równie   magiczne   jak   cała   postać   i   tak   samo 

niewytłumaczalne. Zalecał się do niej i rozbawiał ją, wyczarowując świecidełka z powietrza i 

rysując na niebie tęczę.

Policzki Kayleen owiewał wiatr, w nozdrzach czuła zapach wilgotnej ziemi i kwiatów, 

W jej sercu grała muzyka. Baśnie są prawdziwe, pomyślała.

Przez   te   wszystkie   lata   odrzucała   je,   wyśmiewała   zakończenia   „i   żyli   długo   i 

szczęśliwie", nad którymi wzdychała matka. Nie wiedziała, że czeka na nią jej własna magia.

Nic nigdy nie będzie, nie może już być takie jak przedtem.

Czy w jakiś sposób zdawała sobie z tego sprawę? Czy gdzieś na dnie serca wiedziała, 

że to tylko okres oczekiwania, że on czeka, aż ona się obudzi?

Jeździli konno lub spacerowali, słuchając ptaków śpiewających im nad głowami. Mgła 

opadła, poranek zmienił się w pogodne popołudnie.

Nad   jeziorem   Flynn   przygotował   piknik,   nalewając   z   otwartej   dłoni   wino,   by   ją 

background image

rozbawić. Ciągle dotykał jej włosów, policzków, ramion, jakby ów przelotny kontakt sprawiał 

mu tę samą przyjemność co flirt.

Kayleen nigdy nie miała romansu, szkoda jej było na to czasu. Teraz miała wrażenie, 

że miłość na całe życie i związane z nią oczekiwania skupiły się w tym jednym dniu.

Potrafił mówić o wszystkim: o historii, kulturze, sztuce, literaturze, nauce. Nowym 

ekscytującym doznaniem była świadomość, że mężczyzna, któremu oddała serce, który tak 

bezgranicznie ją pociągał, przemawiał także do jej intelektu. Umiał ją rozśmieszyć, zadziwić, 

sprawić, by go pożądała. Dał jej radość i zadowolenie, jakich dotąd sobie nie wyobrażała.

Jeśli to sen, pomyślała, gdy o zmierzchu wsiadali na konia, to mam nadzieję, że nigdy 

się nie obudzę.

background image

5

Idealny   dzień   zasługiwał   na   idealną   noc   Kayleen   sądziła,   miała   nadzieję,   że   po 

powrocie do domu Flynn weźmie ją do łóżka.

On jednak tylko pocałował ją w ten odbierający siły, podniecający sposób i zapytał, 

czy mogłaby się przebrać do kolacji.

Poszła więc na górę martwić się i zastanawiać, jak po najcudowniejszym dniu kobieta 

powinna przygotować się do najważniejszej nocy swego życia. Jednej rzeczy była pewna: 

rozmyślania nie przyniosą nic dobrego. Jeśli pozwoli, by jej rozsądek przejął kontrolę nad 

postępowaniem, pojawią się wątpliwości. Wątpliwości dotyczące wszystkiego, co do tej pory 

się wydarzyło - i co miało się wydarzyć.

Ten jeden raz będzie po prostu działała. Po prostu to zrobi.

Łazienka przy jej pokoju była wzorem współczesnego luksusu. Przejście z sypialni z 

jej antykami  i aksamitami do tego królestwa płytek i szkła było jak przejście z dawnego 

świata w nowy.

Co zresztą chyba już zrobiła. Napełniła wannę gorącą wodą, dodała aromatycznych 

olejków, po czym zanurzyła się po brodę.

Na długim białym blacie stały słoiki ze srebrnymi zakrętkami. Kayleen znalazła wśród 

nich krem, którym wysmarowała się po kąpieli. I patrzyła na swoje odbicie w zaparowanym 

lustrze.   Od   wieków   tak   właśnie   kobiety   przygotowują   się   na   spotkania   z   kochankami. 

Skrapiają się perfumami i nacierają skórę kremem, by była miękka pod dłonią mężczyzny. 

Pod jego ustami.

Kobieca magia.

Nie będzie się bała, nie pozwoli, by lęk zepsuł jej przyjemność.

W szafie znalazła długą suknię z jedwabiu barwy dojrzałej śliwki. Otuliła jej ciało 

niczym grzech, opięła piersi. Kayleen wsunęła stopy w srebrne pantofelki i już miała się 

odwrócić do lustra, gdy zmieniła zamiar.

Nie,   pomyślała,   nie   chce   widzieć   swego   odbicia   w   lustrze.   Chce   się   przejrzeć   w 

oczach Flynna.

Czuł się jak młokos, zdenerwowany i niezgrabny. W swoim czasie doskonale radził 

sobie z kobietami. Choć pięć wieków abstynencji bez wątpienia może sprawić, że mężczyzna 

pod pewnymi względami zardzewieje, to przecież miał sny.

Lecz nawet w snach tak mocno jej nie pragnął.

Jak to możliwe?, myślał, patrząc na Kayleen schodzącą ku niemu po schodach. Sny 

background image

blakły wobec jej urody.

Wyciągnął rękę, niemal się obawiając, że jego dłoń przejdzie przez nią na wylot i 

pozostanie mu tylko to wielkie pragnienie.

- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu znałem.

- Dziś wieczorem - splotła palce z jego palcami - wszystko jest piękne. Zrobiła krok 

ku niemu i zdziwiła się, gdy się cofnął.

- Zastanawiałem się... Czy zatańczysz ze mną, Kayleen?

Powietrze wypełniło się muzyką, zapłonęły setki świec, na ścianach zakwitły kwiaty, 

przemieniając hol w ogród.

- Z przyjemnością - odrzekła, wsuwając się w jego objęcia.

Tańczyli  walca, otoczeni migotliwymi  złotymi  płomieniami świec i aromatem róż. 

Drzwi i okna otworzyły się na oścież, wpuszczając do wnętrza poświatę księżyca i gwiazd 

oraz delikatny zapach nocy.

Zachwycona Kayleen wirowała w ramionach Flynna.

- To cudowne! Wszystko jest cudowne. Skąd znasz walca, skoro w twoich czasach tak 

nie tańczono?

-   Dzięki   snom.   Widzę   w   nich   świat   i   wybieram   to,   co   sprawia   mi   największą 

przyjemność. W snach tańczyłem z tobą, Kayleen. Nie pamiętasz?

- Nie - szepnęła. - Ja nie miewam snów. A jeśli nawet, to nigdy ich nie pamiętam. 

Tego jednak nie zapomnę. - Uśmiechnęła się. - Zapamiętam na zawsze.

- Jesteś szczęśliwa?

- Nigdy w życiu nie byłam taka szczęśliwa. - Jej dłoń powędrowała z jego ramienia na 

szyję, a stamtąd na policzek, błękitne oczy pociemniały, zasnuła je marzycielska mgiełka. - 

Flynn.

- Wino - powiedział, znowu zdenerwowany. - Napijesz się wina?

- Nie. - Muzyka grała nadal, choć już nie tańczyli. - Nie chcę wina.

- W takim razie zjedz coś.

- Nie. - Objęła go za szyję. - Jedzenia też nie chcę - szepnęła, unosząc usta do jego 

warg. - Chcę ciebie. Tylko ciebie.

- Kayleen. - Zamierzał ją oczarować, uwieść, a ona go uprzedziła. - Nie chcę cię 

ponaglać.

- Zbyt długo już czekałam, nawet o tym nie wiedząc. Nigdy nie było nikogo innego. 

Myślę teraz, że nie mogło być, ponieważ byłeś tylko ty. Pokaż mi, jak to jest, gdy się do 

kogoś należy.

background image

- Żadna z kobiet, których dotykałem, nie była ważna. Przy tobie, Kayleen, są tylko 

cieniami. To - powiedział, unosząc ją w ramionach - jest prawdziwe.

Przy muzyce i w świetle świec zaniósł ją po schodach na górę. A chociaż czuła jego 

ramiona i bicie serca, miała wrażenie, że ulatuje w powietrze.

- Tutaj o tobie śniłem. - Zaprowadził ją do swojej sypialni, gdzie łoże pokryte było 

czerwonym jedwabiem i płatkami białych róż, gdzie płonęły świece i ogień na kominku. - I 

tutaj też po raz pierwszy będę się z tobą kochał na jawie - Postawił ją na podłodze. Nie zrobię 

ci krzywdy, przyrzekam. Dam ci wyłącznie rozkosz.

- Nie boję się.

- Więc bądź ze mną. - Ujął jej twarz w dłonie i przycisnął usta do jej warg.

W snach było pragnienie i echa zmysłowych odczuć. Teraz, gdy mgły się rozstąpiły, 

pojawiło się o wiele więcej.

Łagodnie oderwał od niej usta. Z największą czułością, cierpliwie przesuwał dłońmi 

po   jej   ciele.   Delikatnie   i   uwodzicielsko.   Kiedy   drżała,   uspokajał   ją,   szepcząc   jej   imię   i 

obietnice.   Odsłonił   ramiona   Kayleen,   całując   każdy   ich   skrawek,   z   dreszczem   poznając 

zapach i smak.

- Pozwól mi się zobaczyć, śliczna Kayleen. - Powoli obnażał jej ciało. Kiedy suknia 

spadła jej do stóp, zrobił krok do tyłu, napawając się widokiem.

Nie dostrzegł w niej nieśmiałości. Rumieniec barwiący jej policzki był rumieńcem 

oczekiwania.   Przeszedł   ją   dreszcz   zachwytu,   kiedy   jego   oczy   zakończyły   swą   podróż   i 

spotkały się na powrót z jej oczami.

Pieścił krągłą linię jej piersi, dając obojgu czas na odczucie tej przyjemności. Kiedy 

jego palce powędrowały w dół, zadrżała pod jego dotykiem.

Niezbyt   pewnymi   dłońmi   rozpięła   mu   koszulę.   A   gdy   go   dotknęła,   to   było   jak 

wyzwolenie.

-  A ghra. -  Przyciągnął ją do siebie, rozgniatając jej wargi pocałunkiem, pogrążony 

bez reszty w szalejących w nim uczuciach. Jego ręce wędrowały po jej ciele, brały, szukały 

czegoś więcej, aż westchnęła, szepcząc jego imię.

Za   szybko,   za   wiele.   Boże,   pomóż.   Opanował   naglące   dudnienie   krwi,   spowolnił 

ruchy, wziął w ryzy żądzę. Położył Kayleen na posłaniu, a potem długo, wolno i delikatnie 

całował.

Pomyślała, że o tym właśnie pisali poeci. To dlatego mężczyzna lub kobieta odrzucają 

rozum dla nawet słabej szansy miłości.

Powodem   jest   ciepło   czyjegoś   ciała   przy   twoim.   Ten   dar   serca,   westchnienia   i 

background image

tajemnice.

Tak jak przyrzekł, dał jej rozkosz, ogromną, wielką, zalewającą ją falami. Mogłaby 

pogrążyć się w niej na zawsze.

Ona dała mu smak, dotyk, wrażenia, które zaspokoiły bolesne pragnienie. Smakował, 

cieszył się każdą chwilą i pięknem, jakie mu ofiarowała.

Powitała z radością płomienie, w które zaczęło się przemieniać owo ciepło. Miękkie 

obłoki, na których spoczywała, przerzedziły się i spadając, krzyknęła triumfalnie. Serce biło 

jej gwałtownie.

I  usłyszała  jego   jęki,   pośpieszne   szepty  niczym   inkantacje.   Zasnutym   pożądaniem 

wzrokiem patrzyła na jego twarz, zielone oczy, które teraz wyglądały jak czarne klejnoty. 

Otulona w miłość, położyła mu dłoń na policzku, wypowiedziała jego imię.

- Patrz na mnie. Tak, na mnie. - Oddychał ciężko. Każda cząstka jego ciała domagała 

się spełnienia. - Tylko rozkosz.

Wziął jej niewinność, wypełnił ją i dał jej radość. Otworzyła się dla niego, razem z 

nim wznosiła się i opadała. W jej oczach malowały się rozkosz i miłość, której łaknął jak 

powietrza.

A gdy znowu opadła, zebrał się w sobie i skoczył za nią.

Jej   ciało   połyskiwało.   Była   pewna,   że   gdyby   teraz   przejrzała   się   w   lustrze, 

zobaczyłaby złotą postać. Dwie postaci, pomyślała, leniwie gładząc go po plecach. Jego ciało 

jest takie piękne. Silne, twarde i gładkie.

Jego serce wciąż biło mocno przy jej sercu. Cóż za fantastyczne doznanie czuć na 

sobie ciężar ukochanego mężczyzny i słyszeć, jak jego serce bije dla ciebie.

Może   dlatego   matka   nie   przestawała   szukać   i   ryzykować.   Dla   tej   jednej   chwili 

niewypowiedzianej rozkoszy. Miłość, myślała Kayleen, wszystko zmienia.

A ona kochała.

I była kochana. Powtarzała to sobie wciąż od nowa. Była kochana. Nie liczyło się, że 

jej tego nie powiedział, nie użył tych słów. Nie mógłby tak na nią patrzeć i jej dotykać, gdyby 

jej nie kochał.

Kobieta nie zmienia całego swojego życia, po latach zaprzeczania nie odkrywa na 

nowo wiary w zaklęcia i baśnie, jeśli jej udziałem nie miałoby być szczęśliwe zakończenie.

Flynn ją kocha. Tylko tyle musiała wiedzieć.

- Dlaczego się martwisz? Otrząsnęła się z zadumy.

- Co?

- Czuję to w tobie. - Przyjrzał jej się uważnie. - Jakieś zmartwienie.

background image

- Nie, chodzi tylko o to, że teraz wszystko jest inaczej. Tak wiele mi się przydarzyło w 

tak krótkim czasie. - Pogładziła go po głowie i uśmiechnęła się. - Ale to nie jest zmartwienie.

- Pragnę twojego szczęścia, Kayleen.

- Wiem. - I to właśnie jest miłość, czyż nie? - Wiem. - Ze śmiechem objęła go mocno. 

- I tak się stało. Dałeś mi niewiarygodne szczęście.

- W życiu często bywa za mało niewiarygodnych spraw. - Podniósł ją i oboje usiedli 

przytuleni do siebie na jedwabistych płatkach róż. - Więc sobie nie żałujmy.

Kamień w wisiorze rozbłysnął jaśniejszym płomieniem. Flynn z uśmiechem zacisnął 

dłonie, po czym otworzył je gwałtownym ruchem.

W mgnieniu oka pojawiły się wokół nich talerze z jedzeniem i butelki wina. Kayleen 

drgnęła. Zastanawiała się, czy takie rzeczy zawsze będą ją zaskakiwać. Przechyliła głowę i 

uniosła kieliszek.

- Dla mnie szampan, jeśli można.

- Skoro takie jest twoje życzenie.

Patrzyła, jak kieliszek napełnia się pienistym napojem, a potem ze śmiechem wypiła 

go do dna.

background image

6

Przez całe swoje życie Kayleen postępowała rozsądnie. Jako dziecko bez ponagleń 

sprzątała swój pokój. W szkole uczyła się pilnie i oddawała na czas wszystkie prace. Wyrosła 

na kobietę, która nigdy nie spóźniała się na spotkania, mądrze wydawała pieniądze i pewną 

ręką prowadziła rodzinną firmę.

Spoglądając teraz w przeszłość, Kayleen doszła do wniosku, że bez dwóch zdań była 

jedną z najnudniejszych osób na ziemi.

Skąd mogła wiedzieć, że robienie rzeczy niecodziennych, zaskakujących i niemądrych 

daje takie poczucie wolności?

Powiedziała o tym Flynnowi, leżąc na jego piersi.

- Nie mogłabyś być nudna.

- Och, wręcz przeciwnie. - Uniosła głowę. Nie miała na sobie nic prócz uśmiechu, 

dołeczka w policzku i kwiatów we włosach. - Byłam królową nudy. Codziennie nastawiałam 

budzik na szóstą rano, nawet kiedy nie musiałam iść do pracy. Nastawiałam go także na 

wakacjach.

- Bo nie chciałaś stracić ani chwili.

- Nie o to chodziło. Człowiek musi zachowywać dyscyplinę. Niezależnie od tego, czy 

padało,   czy   świeciło   słońce,   chodziłam   do   pracy   codziennie   tą   samą   drogą.   Najpierw 

oczywiście ścieliłam łóżko i zjadałam odpowiednio zbilansowane śniadanie. - Zsunęła się 

niżej,   by   móc   przerywać   swą   opowieść   pocałunkami   składanymi   na   jego   ramionach   i 

piersiach. - Do sklepu przychodziłam dokładnie na trzydzieści minut przed otwarciem, żeby 

wykonać pracę papierkową i sprawdzić wystawy. Pół godziny na zdrowy lunch, kwadrans i 

ani minuty mniej na herbatę o czwartej, potem zamykałam sklep i tą samą drogą wracałam do 

domu.   -   Teraz   całowała   go   po   szyi.   -   Mm.   Podczas   kolacji   oglądałam   wiadomości,   bo 

musiałam  być  na  bieżąco  z  wydarzeniami.  Przed  snem   czytałam   rozdział  dobrej   książki. 

Wyjątkiem były środy - wtedy szalałam i szłam do kina na interesujący film. A w dzień, 

kiedy byłam krócej w pracy, szłam do mamy i pouczałam ją.

Chociaż śliczne usta Kayleen go rozpraszały, słuchał z uwagą jej słów i tonu głosu.

- Pouczałaś matkę?

- O tak. - Skubnęła go w ucho. - Moją piękną, lekkomyślną, zachwycającą mamę. 

Ależ musiałam ją irytować! Była zamężna trzy razy, a zaręczona co najmniej sześć, nigdy nic 

z tego nie wychodziło i miała złamane serce przez półtorej godziny. - Roześmiała się i znowu 

uniosła głowę. - To oczywiście nie jest fair, ale szybko udaje jej się otrząsnąć i nigdy nie traci 

background image

wiary w miłość. Zapomina zapłacić rachunki, nie przychodzi na spotkania, nigdy nie wie, któ-

ra godzina, i zawsze gubi gdzieś klucze. Jest cudowna.

- Bardzo ją kochasz.

- Tak. - Kayleen z westchnieniem oparła głowę na ramieniu Flynna. - Kiedy byłam 

mała, uznałam, że moim obowiązkiem jest opieka nad nią. To było po mężu numer dwa.

Wsunął palce w jej ozdobione kwiatami włosy.

- Straciłaś ojca?

- Chyba można raczej powiedzieć, że to on nas stracił. Odszedł, kiedy miałam sześć 

lat.   Przypuszczam,   że   jego   też   można   by   nazwać   lekkomyślnym,   co   dla   mnie   stało   się 

dodatkową motywacją,  by taką nie być. Nigdy tak naprawdę nie znalazł sobie miejsca w 

firmie, w małżeństwie ani w ojcostwie. Ledwo go pamiętam.

Pogładził ją bez słowa. Coś jednak zaczynało go niepokoić.

- Czy takie życie dawało ci szczęście?

- Nie byłam nieszczęśliwa. Firma wiele dla mnie znaczy, może dlatego, że ojciec tak 

lekko ją potraktował. Odrzucił tradycję i odpowiedzialność za rodzinny interes równie łatwo, 

jak zrezygnował z żony i córki.

- Skrzywdził cię.

- Na początku. Później przestałam mu na to pozwalać. Naprawdę?, zastanawiał się 

Flynn. A może to także pozory?

- Uważałam, że każdą rzecz należy wykonywać we właściwy sposób, żeby zrobić ją 

dobrze. A jeśli wszystko robisz dobrze, ludzie nie odchodzą - ciągnęła łagodnie, - i dokładnie 

wiesz, co będzie dalej. Z czasem wuj i dziadek pozwolili mi przejąć sklep, bo miałam do tego 

smykałkę. Byli ze mnie bardzo dumni. Mama oddała mi prowadzenie domu, bo przy swoim 

łagodnym usposobieniu po prostu nie mogła postąpić inaczej. - Znowu westchnęła, wtulając 

się w niego. - W przyszłym miesiącu kolejny raz wychodzi za mąż i cała jest w skowronkach. 

To   dlatego   między   innymi   wyjechałam,   chciałam   być  daleko   od   tych   niekończących   się 

planów na jeszcze jedno szczęśliwe zakończenie. Chyba uraziłam jej uczucia, wyjeżdżając 

akurat teraz. Ale uraziłabym ją dotkliwiej, gdybym została i mówiła, co myślę.

- Nie lubisz jej przyszłego męża?

- Wręcz przeciwnie, jest bardzo miły. Narzeczeni mojej mamy zawsze są bardzo mili. 

Śmieszne, ale odkąd tu jestem, w ogóle się o nią nie martwię. Wyobrażam sobie, że doskonale 

sobie radzi, nie musząc znosić moich wiecznych pouczeń. Nie wątpię, że sprawy w sklepie 

idą jak w zegarku, a świat dalej się kręci. Dziwnie jest uświadomić sobie, że człowiek jednak 

nie jest niezastąpiony.

background image

- Dla mnie taka jesteś. - Zamknął ją w ramionach i odwrócił na plecy, by móc na nią 

patrzeć. - Bez ciebie nie mogę żyć.

- To najcudowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam. - Tak jest lepiej, prawda?, 

zapylała siebie w duchu. Nawet lepiej niż „kocham cię". Nie wiem która jest godzina i nawet 

jaki to dzień Nie muszę wiedzieć Nigdy nie jadłam kolacji w łóżku, chyba że byłam chora. 

Nigdy nie tańczyłam  w lesie przy świetle  księżyca,  nie kochałam się na pościeli usłanej 

kwiatami. Nigdy dotąd nie wiedziałam, jak to jest być wolną.

- Szczęśliwą, Kayleen. - Pocałował ją niemal rozpaczliwie. - Jesteś szczęśliwa.

- Kocham cię, Flynn. Czy mogę być szczęśliwsza?

Pragnął, by nie przestała go kochać. By była szczęśliwa. Pragnął widzieć ją nagą i 

pogrążoną w rozkoszy.

A nade wszystko pragnął ją przy sobie zatrzymać.

Godziny mijały błyskawicznie, zmieniając się w dni, sam zaczynał już tracić poczucie 

czasu. Ale jakie znaczenia miał teraz dla nich czas?

Może   dać   jej   wszystko,   o   czym   tylko   zamarzy.   Absolutnie   wszystko.   Dlaczego 

miałaby   tęsknić   za   tamtym   życiem?   Było   takie   zwyczajne   i   nudne.   Czyż   sama   tego   nie 

powiedziała? Dopilnuje, żeby nigdy nie tęskniła za przeszłością. Nie minie wiele czasu, a 

nawet nie będzie o niej pamiętała. Poprzednie życie stanie się snem.

Nauczył   ją   jeździć   konno.   Była   nieustraszona.   Pamiętał,   z   jakim   przerażeniem 

przywarła do niego, kiedy pierwszy raz posadził ją na Dilisa, ale wytłumaczył sobie tę zmianę 

stwierdzeniem, że Kayleen po prostu szybko się uczy. Nie zmienił jej usposobienia ani nie 

nagiął woli.

To nie było w jego mocy i wykraczało poza najważniejsze prawa magii.

Kiedy ze śmiechem pogalopowała w las, przekonywał  się w duchu, że wysyła  za 

Kayleen swoje myśli, by uchronić ją przed zrobieniem sobie krzywdy.

A jednak w głębi serca wiedział, że gdyby zanadto zbliżyła się ku granicy jego świata, 

ściągnąłby ją z powrotem.

- Takie jest prawo. - Odrzucił głowę do tyłu, zwracając się ku niebiosom. - To wasze 

prawo. Sama do mnie przyszła. Dzięki prawom magii i regułom rządzącym tym miejscem ona 

jest moja. Żadna siła nie może mi jej odebrać!

Niebo pociemniało, a błyskawica rozdarła chmury. Flynn stał w porywistym wichrze, 

rozwiane włosy opadały mu na twarz, oczy błyszczały jak szmaragdy. A moc, która należała 

do niego i której nikt nie mógł mu odebrać, otaczała jego postać połyskującą  jak srebro 

poświatą.

background image

Oczyma umysłu zobaczył Kayleen pędzącą na białym koniu. Spojrzała niespokojnie 

na burzowe chmury, zadrżała w chłodnym wietrze. I zawróciła wierzchowca.

Gdy wyjechała spośród drzew, znowu się śmiała.

- To jest cudowne! - Beztrosko wyrzuciła ramiona w górę, Flynn złapał więc wodze, 

by utrzymać Dilisa w miejscu. - Chcę jeździć codziennie. Nie potrafię uwierzyć, co to za 

wspaniałe uczucie.

Uczucie, pomyślał z wyrzutami sumienia, to jedyna rzecz, której już zbyt długo nie 

może jej ofiarować.

-   Chodź,   kochanie.   -   Wyciągnął   ku   niej   ręce.   -   Odprowadzimy   Dilisa   do   stajni. 

Nadchodzi burza.

Z burzy też się ucieszyła, z wiatru, deszczu, grzmotów. Przemawiały do jakiejś cząstki 

jej natury, budziły dreszcze podniecenia, sprawiając, że czuła się gotowa na wszystko, Kiedy 

Flynn machnięciem dłoni rozpalił ogień, oczy jej zabłysły.

- Tego chyba nie możesz mnie nauczyć?

Spojrzał na nią z cieniem uśmiechu na ustach i leciutko uniósł brwi.

- Nie mogę. Ale ty masz własną magię, Kayleen.

- Naprawdę?

- Ona mnie z tobą wiąże w sposób, w jaki z nikim nie byłem związany. Możesz mnie 

prosić, o co zechcesz, a dam ci wszystko, jeśli będzie to w mojej mocy.

- Co zechcę? - Z figlarnym uśmiechem spojrzała na niego spod rzęs. Takie otwarcie 

kokieteryjne zachowanie przychodziło jej z większą łatwością, niż mogłaby się spodziewać. - 

Ha, to pociągająca  propozycja.  Muszę  się dokładnie zastanowić,  nim podejmę decyzję.  - 

Ruszyła po pokoju, przesuwając palcem po oparciu sofy, wypolerowanym blacie stołu. - Czy 

ta propozycja zawiera też, powiedzmy, słońce i księżyc?

No i proszę, pomyślał, z każdą godziną jest piękniejsza.

- W rodzaju tych? - Wyciągnął dłonie, z których zwisał sznur świetlistych białych 

pereł z brylantowym zapięciem.

Roześmiała się, choć dech jej zaparło z wrażenia.

- To nie jest zły przykład, Flynn. Są cudowne. Ale nie prosiłam o perły ani o brylanty.

-   W   takim   razie   daję   ci   je   sam.   -   Podszedł   i   włożył   jej   perły   na   szyję.   -   Dla 

przyjemności oglądania, jak je nosisz.

- Nie noszę pereł. - Zaskoczona radością, jaką jej sprawił naszyjnik, uniosła go w 

palcach. - Czuję się w nich zbyt dostojnie. - Gdy okręciła się na pięcie, brylantowa zapinka 

eksplodowała światłem. - Skąd je wziąłeś? Wyobrażasz je sobie i... hokus - pokus!

background image

- Hokus - pokus? - Uznał, że nie miała  zamiaru go obrazić. - Mniej więcej. One 

istnieją, a ja przenoszę je z miejsca na miejsce. Są tam, a potem tu. Wszystko, co istnieje, a 

nie ma własnej woli, mogę tu sprowadzić i zatrzymać. Nie można zabrać niczego, co ma serce 

i duszę. Resztę jednak... Uważam, że najlepiej ci w szafirach.

W mgnieniu oka na szyi Kayleen pojawił się sznur wielkich czarnych pereł i szafirów.

- Och, nigdy się do tego nie przyzwyczaję... Przenosisz je? - Spojrzała na Flynna. - To 

znaczy: zabierasz?

- Mhm. - Odwrócił się, by nalać wina do kieliszków.

- Ale... - Przygryzając wargę, rozejrzała się po pokoju. Cenne antyki, współczesny 

sprzęt elektroniczny, który jak zauważyła, działał bez prądu, cudowne wazy z epoki Ming, 

niemądre przykłady pop - artu.

Niemal nic z tego nie istniało, gdy Flynn rozpoczynał swoją karę.

- Flynn, skąd masz te wszystkie rzeczy? Telewizor, fortepian, meble, dywany, dzieła 

sztuki Jedzenie i wino - z najróżniejszych miejsc.

- A jak to robisz? - Wzięła od niego kieliszek. - Tworzysz repliki? Kopiujesz?

-   Mógłbym,   gdybym   chciał.   Ale   to   dość   czasochłonny   i   skomplikowany   proces. 

Musisz   znać   bebechy,   że   tak   to   określę,   danego   przedmiotu,   jego   skład   i   inne   naukowe 

szczegóły, żeby uzyskać właściwy efekt. O wiele łatwiej jest po prostu go przenieść.

- Ale jeśli przenosisz jakąś rzecz, jeśli zabierasz ją skądś i transportujesz tutaj, to jest 

to kradzież.

- Nie jestem złodziejem. - Co za pomysł! - Jestem czarodziejem. Nas obowiązują inne 

prawa.

Do najważniejszych zalet Kayleen należała cierpliwość.

- Czy nie ukarano cię, bo coś komuś zabrałeś?

- To była zupełnie inna kwestia. Zmieniłem czyjeś życie dla korzyści innej osoby. I 

chyba działałem zbyt... pochopnie. Co nie znaczy, że zasłużyłem na tak surowy wyrok.

- A skąd wiesz, ilu osobom zmieniłeś życie, ściągając tutaj te klejnoty i inne rzeczy? 

Jeśli odbierasz komuś jego własność, to powodujesz jakąś zmianę, prawda? I jest to po prostu 

kradzież. - Nie bez żalu zdjęła naszyjnik.

- Musisz odesłać to na miejsce.

- Nie! - Flynn, teraz już głęboko urażony, z trzaskiem odstawił kieliszek.

- Odmawiasz przyjęcia ode mnie prezentu?

- Tak, jeśli to cudza własność. Flynn, sama jestem właścicielką sklepu. Jakbym się 

czuła, gdybym pewnego ranka go otworzyła i zobaczyła, że wszystko zniknęło? To byłoby 

background image

straszne,   okropne.   A   ponadto,   jakby   tego   było   jeszcze   mało,   szalenie   niewygodne. 

Musiałabym zgłosić kradzież na policji, wypełnić wniosek o odszkodowanie. Wszczęto by 

śledztwo i...

-   Takie   problemy   tutaj   nie   istnieją   -   przerwał   jej.   -   Nie   możesz   stosować   swojej 

zwykłej logiki do magii. Magia istnieje.

- Słuszność też, Flynn, a nawet magia nie może negować tego, co słuszne. Może to 

jest czyjaś rodzinna biżuteria. Dla kogoś ten naszyjnik może znaczyć dużo więcej, niż wynosi 

wartość rynkowa. Nie mogę go przyjąć.

Położyła migotliwe, połyskujące perły na stole.

- Nie masz pojęcia o rządzących mną prawach. - Powietrze zadrżało od jego gniewu. - 

Nie masz prawa kwestionować tego, co robię. Twój świat odgradza się od mojego, stulecie po 

stuleciu okrywając się bladymi warstwami rozsądku i negowania tego, co irracjonalne. A ty 

przychodzisz tu i osądzasz sprawy, których nawet nie zaczęłaś pojmować?

- Nie osądzam ciebie, Flynn, tylko twoje czyny. - W pokoju zerwał się wiatr, czuła 

jego  lodowate  podmuchy  na  twarzy i  włosach.  Choć żołądek  jej  się  zacisnął  ze  strachu, 

uniosła głowę. - Moc nie powinna niweczyć ludzkiej odpowiedzialności, tylko ją wzmacniać. 

Dziwię się, że nie pojąłeś tego przez cały ten czas, który miałeś na rozmyślania.

Oczy mu zapłonęły. Wyrzucił w górę ramiona, w pokoju zadudnił grzmot, błysnęło 

oślepiające światło. Kayleen zatoczyła się, lecz zdołała złapać równowagę i stłumić okrzyk. 

Kiedy wszystko się uspokoiło, w pokoju nie było nic prócz nich dwojga..

- Oto, jak mógłbym żyć, gdybym postępował według twoich zasad. Żadnej wygody, 

żadnego związku z innymi ludźmi, tylko puste pokoje, w których nawet echo pozbawione jest 

życia. Pięćset lat samotności, a ja mam się przejmować, że inni, których życie upływa w 

mgnieniu oka, muszą obywać się bez lampy albo obrazu?

- Tak.

Gniew rozpalił się w nim złotymi płomieniami. A potem Flynn zniknął.

Co ona narobiła? Ogarnięta paniką, już miała go zawołać, ale uświadomiła sobie, że 

Flynn usłyszy tylko to, co sam będzie chciał.

Usiadła przygnębiona na gołej podłodze. Odepchnęła go. Zniechęciła swym sztywnym 

poglądem na zło i dobro, nieugiętymi  zasadami postępowania;  tak samo przez większość 

swojego życia trzymała na dystans innych ludzi.

Sama przed sobą przyznała, że wygłosiła kazanie temu niesamowitemu mężczyźnie. 

Pogroziła   mu   palcem,   tak   samo   jak   groziła   matce.   Z   nawyku   przyjęła   rolę   dorosłego 

pouczającego dziecko.

background image

Wyglądało   na   to,   że   nawet   magia   nie   zdołała   wyplenić   z   niej   tego   irytującego 

przyzwyczajenia. Nawet miłość nie potrafi go przezwyciężyć.

A teraz była sama w pustym pokoju. Sama, jak przez tyle lat. Flynn sądzi, że tylko on 

jest samotny, pomyślała z gorzkim śmiechem. Ona była samotna od zawsze.

Oparła czoło na podciągniętych kolanach. A najgorsze to, że nawet teraz, chociaż jest 

smutna, zawiedziona i cierpi, wciąż wierzy, że ma rację.

To wcale jej nie pocieszyło.

background image

7

Wiele   godzin   trwało,   nim   Flynn   otrząsnął   się   z   gniewu.   Chodził   po   swoim 

laboratorium, krążył od ściany do ściany, wściekał się, zastanawiał. Gdy złość wreszcie się 

wypaliła,   wpadł  w   ponury  nastrój,  choć   gdyby   ktoś  tak   nazwał  jego   stan,  znowu  by się 

rozgniewał.

Zraniła   go.   Kiedy   złość   ustąpiła   na   tyle,   by   mógł   to   sobie   uświadomić,   przeżył 

wstrząs. Ta kobieta zraniła go dotkliwie. Odrzuciła jego dar, zakwestionowała jego moralność 

i krytykowała jego moc. A wszystko naraz.

W jego czasach taki afront ze strony zwykłej kobiety byłby...

Zaklął i znowu zaczął krążyć po laboratorium. To nie były jego dni, a nauczył się już, 

że trzeba dostosować się do zmian w ludzkich poglądach i wrażliwości. Obecnie kobiety stały 

się równe mężczyznom, a Flynn na podstawie tego, co przez lata czytał i oglądał, doszedł do 

wniosku, że miały do tego prawo.

Nie można mu zarzucić, że trzymał się starego sposobu myślenia. Czy nie zapoznawał 

się z każdym nowym wynalazkiem? Nie interesował się kapryśnymi przemianami w modzie i 

obyczajach   społeczeństwa?   Z   każdej   z   takich   przemian   brał   to,   co   najbardziej   do   niego 

przemawiało i najlepiej mu odpowiadało.

Był człowiekiem obytym, w swoich czasach wiele czytał i podróżował. Odkąd został 

uwięziony, studiował. Interesowały go najróżniejsze dziedziny: nauka, historia, elektronika, 

technika, sztuka, muzyka, literatura, polityka. Przez ostatnich pięćset lat w gruncie rzeczy nie 

dawał swemu umysłowi chwili odpoczynku.

Bo prawdę mówiąc, rzadko miał okazję korzystać z czegoś innego.

Teraz też wykorzystał umysł, analizując ich kłótnię.

Kayleen nie rozumiała. Zasady obowiązujące w jej świecie nie dotyczą magii, magia 

ma własne reguły.  I to wszystko. Żaden świadomy czarodziej z rozmysłem  nie krzywdzi 

innych ludzi, to pewne. On nie zrobił nic ponad to, że z różnych okresów czasu zabrał kilka 

najnowszych wynalazków technicznych, dzieł sztuki i przedmiotów zapewniających wygodę. 

Chyba nikt się nie spodziewał, że będzie mieszkał w jakiejś cholernej jaskini?

Kradzież? Cóż za pomysł!

Flynn usiadł w fotelu i pogrążył się w posępnych myślach.

Przecież to nie jest kradzież. Od  początku świata czarodzieje przenoszą materię  z 

miejsca na miejsce, A czymże są klejnoty, jak nie ślicznymi fragmentami materii?

Westchnął   głęboko.   Chyba   z   punktu   widzenia   Kayleen   są   jednak   czymś   więcej. 

background image

Przecież on też chciał, by były dla niej czymś więcej. Pragnął ją olśnić i zachwycić, wzbudzić 

w niej wdzięczność za ten dar.

Musiał   przyznać,   że   podobnie   pragnął   oczarować   i   zachwycić   kobietę,   która   go 

zdradziła. Czy raczej, jeśli ma być szczery, kobietę, która skusiła go, by zdradził siebie i 

swoją sztukę. Tamta kobieta zachłannie wzięła wszystko, co jej dał, i skazała go na okrutną 

karę.

A co zrobiła Kayleen? Czy oślepiło ją bogactwo i blask klejnotów? Uwiodło ją?

W żadnym razie. Rzuciła mu je w twarz.

Stanęła w obronie tego, co uważała za słuszne i sprawiedliwe. Przeciwstawiła mu się. 

Usta Flynna wygięły się w uśmiechu, gdy sobie to przypomniał. Musiał przyznać, że nie 

oczekiwał po niej takiego zachowania. Patrząc mu prosto w oczy, uczciwie powiedziała, co 

myśli, i nie zamierzała od tego odstąpić.

Boże, co za kobieta! Jego Kayleen jest stanowcza i szczera. Żadna tam ślicznotka, 

która u mężczyzny szuka oparcia, tylko równorzędna partnerka. To wielka rzecz. Bo choć 

mężczyzna   od   czasu   do   czasu   może   znaleźć   przyjemność   w   towarzystwie   głupiutkiej   i 

ładniutkiej trzpiotki, to Kayleen była kobietą, z którą chciał spędzić życie.

Wstał   i rozejrzał   się po  laboratorium.  Dobrze,  ma  tę  kobietę.  Teraz  musi  znaleźć 

sposób, aby się z nią pogodzić.

Kayleen   rozważała,   czy   nie   wypłakać   się   porządnie,   ale   to   nie   było   w   jej   stylu. 

Zamiast tego postanowiła znaleźć kuchnię, co okazało się wcale niełatwym zadaniem. Po 

drodze odkryła, że Flynn opróżnił tylko ten jeden pokój. Resztę wypełniały sprzęty ustawione 

zgodnie z jego fascynującym eklektycznym stylem.

Gniew   jej   minął,   gdy   zaparzyła   herbatę   w   kuchni   wyposażonej   w   lodówkę   typu 

restauracyjnego,   kuchenkę   mikrofalową   i   kamienny   kominek   zamiast   pieca.   Sporo   czasu 

zabrało jej  rozpalenie ognia i zagrzanie wody w miedzianym  garnku, ale zaczęła się już 

uśmiechać.

Jakże mogła go obwiniać za chęć otaczania się przedmiotami? Przedmiotami ładnymi 

i interesującymi.  Był mężczyzną o błyskotliwym umyśle, musiał szukać sobie rozrywek i 

nowych wyzwań. Czy nie w takim właśnie mężczyźnie się zakochała?

Z filiżanką herbaty poszła  do biblioteki,  gdzie na regałach znajdowały się tysiące 

książek, zwojów, manuskryptów. Były tam też miękkie skórzane fotele i komputer.

Postanowiła, że rozpali ogień w kominku oraz tyle świec, by przy ich świetle mogła 

czytać, a potem będzie się rozkoszować herbatą i spokojem.

Uklękła  przy palenisku.  Mimo starań udało jej się tylko  osmalić  drewno. Ułożyła 

background image

inaczej polana, wbijając sobie drzazgę w kciuk, i ponowiła próbę.

Uzyskała   wątły   płomyczek   i   mnóstwo   dymu,   który   wiatr   wesoło   wdmuchiwał   jej 

prosto   w   twarz.   Syknęła   zirytowana   i   ssąc   pulsujący   palec,   usiadła   na   piętach,   żeby   się 

zastanowić, co dalej.

Nagle w kominku zaczął buzować jasny ogień. Zacisnęła zęby, opanowując chęć, by 

się obejrzeć.

- Sama mogę to zrobić, dziękuję bardzo.

- Zgodnie z życzeniem, moja pani.

Ogień   przygasł,   z   paleniska   znowu   uniosły   się   kłęby   dymu.   Kayleen   zakaszlała, 

rozpędzając go dłonią, i wstała.

- Jest dość ciepło, nie trzeba wcale ognia.

- Powiedziałbym, że jest niezwykle zimno jak na tę porę. - Zbliżył się i ujął jej dłoń. - 

Zraniłaś się.

- To tylko drzazga. Zostaw - powiedziała, kiedy uniósł jej rękę do ust.

- Bycie zdecydowanym i bycie przekornym to dwie zupełnie różne sprawy. - Musnął 

kciuk   ustami   i   pulsowanie   złagodniało.   -   Ale   nie   jesteś   dość   przekorna,   jak   widzę,   by 

zignorować przyjemność, jaką dają filiżanka herbaty, książka, wygodny fotel.

- Nie miałam zamiaru stać w pustym pokoju i załamywać ręce, kiedy ty dochodzisz do 

siebie po ataku gniewu.

Uniósł brwi.

- Pustka jest niepokojąca, czyż nie? Uwolniła dłoń z jego uścisku.

- Tak, masz rację. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, z czym musiałeś sobie radzić, i 

nie mam prawa krytykować cię za to, jak starałeś się wytrzymać w tej sytuacji. Ale...

-   Słuszność   pozostaje   słusznością   -   skończył   za   nią.   -   Ten   dom   i   moja   moc   to 

wszystko, co miałem, kiedy tu przybyłem. Mogłem zapełnić to miejsce rzeczami, które mi się 

spodobały i tak też uczyniłem. Nie będę za to przepraszał.

- Nie oczekuję przeprosin.

- Nie, zależy ci na czymś innym. - Otworzył dłonie. Połyskiwał w nich zwinięty sznur 

pereł.

- Flynn, nie proś, żebym to wzięła.

- Proszę. To mój prezent dla ciebie, Kayleen. Naszyjnik jest repliką i należy wyłącznie 

do mnie - chyba że ty go przyjmiesz.

Coś ścisnęło ją w gardle, kiedy włożył jej perły przez głowę.

- Zrobiłeś go dla mnie?

background image

- Chyba się trochę rozleniwiłem przez te wszystkie lata. Wykonanie naszyjnika zajęło 

mi   więcej   czasu,   niż   powinno,   ale   też   przypomniało   o   przyjemności   stworzenia   czegoś 

samodzielnie.

- Są piękniejsze od tamtych. I o wiele cenniejsze.

-   A   tu   mamy   łzę   -   powiedział   cicho   Flynn,   opuszkiem   palca   zbierając   łzę   z   jej 

policzka. - Jeśli jej powodem jest szczęście, będzie lśniła, jeśli smutek - zmieni się w popiół. 

Popatrz. - Łza połyskiwała i migotała, przekształcając się w diament. - A to twój dar dla mnie. 

- Wyjął spod koszuli wisior i przesunął nad nim dłonią. Diament lśnił teraz pod księżycowym 

kamieniem. - Będę to nosił na sercu. Zawsze.

Kayleen rzuciła mu się w ramiona - Tęskniłam za tobą!

- Pozwoliłem, żeby gniew ukradł nam kilka godzin.

- Ja też. - Odchyliła się. - To była nasza pierwsza kłótnia. Cieszę się, bo już nigdy nie 

pokłócimy się po raz pierwszy.

- A inne kłótnie?

- Są nieuniknione. - Pocałowała go w policzek. - W wielu sprawach nie rozumiemy się 

nawzajem. A nawet jeśli się rozumiemy, to nie zawsze się zgadzamy.

- Ach, moja rozsądna Kayleen. Nie, nie krzyw się - powiedział, unosząc ku sobie jej 

twarz. - Podoba mi się twój umysł. Stymuluje mnie.

- Ale przedtem cię rozgniewał.

- Na samym początku. - Okręcił się z nią w miejscu, rozpalając ogień i świece. - Przez 

jakiś czas myślałem, o ile moje życie byłoby wygodniejsze, gdybyś była uległa i przytakiwała 

każdemu mojemu słowu i czynowi. „Tak, kochany Flynnie". „Nie, mój cudowny Flynnie".

- Och, doprawdy?

-   Ale   wtedy   brakowałoby   mi   tego   wojowniczego   błysku   w   twoich   oczach   i 

stanowczego grymasu tych uroczych ust. Co mi przypomina... - Pocałował ją lekko. - To 

jednak zupełnie inny rodzaj stymulacji. Jestem gotów kłócić się z tobą, Kayleen, jeżeli ty 

jesteś gotowa potem się ze mną godzić.

- I jestem też gotowa pozwolić ci tupać, kiedy w gniewie wychodzisz z pokoju...

- Nie tupałem.

- Przenośnie mówiąc. Jeśli tylko potem wrócisz. - Położyła mu głowę na ramieniu i 

zamknęła oczy. - Burza minęła. Przez okno wpada światło księżyca.

- To prawda. - Wziął ją na ręce. - Mam pomysł, jak uczcimy naszą pierwszą kłótnię. - 

Zacisnął jej dłoń na wisiorze. - Chciałabyś pofruwać, Kayleen?

- Pofruwać? Ale...

background image

Nim skończyła mówić, unosiła się wysoko w powietrzu, które wirowało wokół niej, a 

potem stało się płynne, tak że przypominało to pływanie w mrocznym morzu. Pod jej dłonią 

pulsował   kamień.   Krzyknęła   zaskoczona,   a   później   zachwycona   wyciągnęła   rękę,   jakby 

chciała   pochwycić   jedną   z   gwiazd,   które   lśniły   jasno   wokół.   A   może   było   to   bardziej 

pragnienie, żal z powodu tych wszystkich okazji, gdy odmawiała sobie zaspokojenia włas-

nych życzeń.

Jest   nieustraszona,   nawet   teraz,   pomyślał   Flynn.   Kiedy   spojrzała   na   niego,   oczy 

błyszczały jej jaśniej niż klejnoty, niż gwiazdy, i zawirował z nią w przestworzach.

Śmiejąc się, opadli na ziemię, spleceni ramionami, i potoczyli się po miękkiej trawie 

koło kaskady.

- Och, to było zadziwiające! Możemy to powtórzyć?

- Niedługo. Proszę. - Uniósł dłoń. Na czubkach jego palców kołysała się dojrzała 

brzoskwinia. - Nie jadłaś kolacji.

- Nic byłam głodna, - Oczarowana, wzięła owoc i wbiła zęby w słodki miąższ, Tak 

wiele gwiazd - szepnęła kładąc się na plecach by patrzeć na niebo - gdzie tak naprawdę 

lataliśmy?

-   To   rodzaj   manipulacji   czasem,   przestrzenią   i   materią.   To   właśnie   magia.   I   to 

wystarczy, prawda?

- To wszystko. Świat jest teraz magiczny.

- Ale tobie jest zimno - powiedział, kiedy zadrżała.

- Hm, trochę. - Nie skończyła  mówić, gdy powietrze  stało się cieplejsze i niemal 

zdawało się rozkwitać.

- Przyznaję, ukradłem tu i tam trochę ciepła. - Nachylił się, by ją pocałować. - Choć 

nie wydaje mi się, by ktoś zauważył jego brak. Nie chciałem, żebyś marzła.

- Czy zawsze może być tak jak teraz? Serce zabiło mu mocniej.

- To, jak będzie, zależy wyłącznie od nas. Brakuje ci tego, co było przedtem?

- Nie. - Opuściła  jednak powieki, nie mógł więc czytać  w jej oczach. - A tobie? 

Brakuje ci ludzi, których znałeś? Rodziny?

- Nie ma ich już od dawna.

- Czy to było trudne? - Usiadła i podała mu połowę brzoskwini. - Świadomość, że 

nigdy   więcej   ich   nie   zobaczysz,   nie   porozmawiasz   z   nimi,   nie   będziesz   nawet   mógł 

powiedzieć, gdzie jesteś?

- Nie pamiętam. - Lecz pamiętał. Po raz pierwszy ją okłamał. Pamiętał dobrze tamten 

ból, który był jak śmierć.

background image

- Przykro mi. - Położyła dłoń na jego ramieniu. - To cię boli.

- Wspomnienia blakną. - Podniósł się na nogi. - Wszystko to minęło i zbladło. Tamto 

to iluzja, a to, co teraz, jest rzeczywiste. Tylko to się liczy. Wszystko, co się liczy, jest tutaj.

- Flynn. - Wstała, chcąc go pocieszyć, kiedy jednak na nią spojrzał, oczy miał gorące, 

jasne. Płonęło w nich pożądanie.

- Chcę ciebie. Za tysiąc lat też będę cię pragnął. Dla mnie to dość. Czy dla ciebie też?

- Jestem tutaj. - Wyciągnęła do niego ręce. - I kocham cię. To więcej niż wszystkie 

moje marzenia.

- Mogę dać ci więcej. Wciąż masz życzenie do zrealizowania.

-   Zachowam   je   na   czas,   gdy   będę   chciała   więcej.   -   A   ponieważ   nie   ujął   jej 

wyciągniętych   dłoni,   położyła   je   na   jego   twarzy.   -   Nigdy   w   taki   sposób   nie   dotykałam 

mężczyzny, z miłością i pożądaniem. Jak sądzisz, Flynn, czy dlatego, że nigdy wcześniej nie 

doznawałam tych uczuć, teraz nie pojmuję, jakim są cudem? Jakim cudem jest miłość do 

jednego wybranego mężczyzny? Obserwowałam, jak matka przez całe życie szuka, gotowa 

zaryzykować złamane serce dla szansy, tylko jednej szansy przeżycia tego, co ja teraz. Jest 

najważniejszą dla mnie osobą poza granicami świata, który stworzyłeś. I wiem, że bardzo by 

się cieszyła, gdyby wiedziała, że znalazłam ciebie.

- Powiedz mi więc, czego pragnie twoje serce, a poruszę niebo i ziemię, żeby ci to dać. 

To moja przysięga.

Wiem, czego pragnie moje serce. - Uśmiechnęła się i zrobiła krok do tyłu - powiedz, 

czego pragnie twoje.

- Nie dzisiaj. Moje plany na dzisiejszy wieczór nie przewidują rozmowy.

- A co takiego może to być?

- Cóż, na początek...

Nakreślił palcem jakiś kształt pomiędzy nimi. I natychmiast zniknęło ubranie Kayleen.

background image

8

Och, - Instynktownie zakryła się dłońmi. - Mogłeś mnie uprzedzić.

- Spowiję cię w światło księżyca i ubiorę w blask gwiazd. Poczuła delikatne, lecz 

wyraźne szarpnięcie za ręce. Opadły, jakby pociągnięte jedwabną nicią.

- Flynn.

- Pozwól mi się dotknąć. - Nie odrywając od niej oczu, przesuwał dłonią po jej szyi, 

po krągłości piersi. - Podniecić cię. - Zaczął ją całować. - Posiąść.

Coś   przemknęło   jednocześnie   przez   jej   umysł   i   ciało.   Zwinięty   wąż   żaru,   który 

połączył ich oboje. Pojawił się tak szybko, tak nieoczekiwanie, że nie miała siły krzyknąć, 

mogła tylko jęczeć.

Flynn ledwo jej dotknął.

- Jak możesz... jak ja...

- Tym razem chcę pokazać ci więcej. - Jego dłonie były na jej ciele, poszukujące, 

uparte.   Skórę   miała   gładką   i   pachnącą.   W   świetle   księżyca   połyskiwała   i   tam,   gdzie   jej 

dotykał, rozkwitała żarem. Róże na jedwabiu. - Chcę więcej wziąć.

Po   raz   drugi   pofrunęli.   Choć   jej   stopy   nie   oderwały   się   od   ziemi,   wirowała   w 

powietrzu. Była to pośpieszna, brawurowa podróż. Jego usta były na jej wargach, spragnione i 

głodne. Nie miała innego wyboru, musiała mu pozwolić zaspokoić ten głód. A jego głód 

odebrał jej wszystkie myśli, pozostawiając tylko namiętność.

Pogrążając   się   w   niej   bez   reszty,   szeptała   jego   imię   jak   zaklęcie,   gdy   brał   ją   w 

posiadania.

Połączył ich umysły, reagując na każdy jej krzyk, każdy słaby jęk. Stała przed nim w 

poświacie księżyca, zatopiona w rozkoszy, drżąca od jej żaru.

A jego namiętność do niej była tak wielka, że zostawiał na jej wilgotnym ciele złote 

ślady, które pulsowały, spowijając ją splątanymi wstęgami przyjemności.

Kiedy   jego   usta   znowu   odnalazły   jej   wargi,   poczuł   ich   smak,   wyrazisty   i   słodki. 

Upojony nim, podniósł oboje z ziemi.

Objęła go mocno, wbijając mu paznokcie w plecy, szukała oparcia, szukała spełnienia. 

Była rozpalona i wilgotna dla niego, jej biodra wyginały się nagląco.

Wszedł   w   nią   jednym   rozpaczliwym   pchnięciem,   potem   drugim.   I   kolejnym. 

Poruszała się wraz z nim; zapomniał o wszystkim, uwalniając gwałtowne pożądanie, które w 

nim tkwiło.

W jego umyśle nie było nic prócz niej i tego pierwotnego głodu, wspólnego dla nich 

background image

obojga. Echo triumfalnego krzyku odbiło się od lasu, gdy głód pochłonął oboje.

Leżała bezwładna. Wykorzystana. Tysiąc dzikich koni mogłoby ku niej galopować, a 

Kayleen by się nie poruszyła.

Przypuszczała, że Flynn odczuwa to samo, bo leżał na niej nieruchomo jak martwy.

- Tak bardzo mi żal - westchnęła przeciągle.

- Żal? - Poszukał jej dłoni na pokrytej rosą trawie.

- Uhm. Żal kobiet, które nie mają ciebie jako kochanka. Wydał odgłos, który mógł być 

śmiechem.

- To wielkoduszne z twojej strony,  mavourneen.  Osobiście wolę mieć pewność, że 

jestem jedynym mężczyzną, który cieszy się tobą.

- Widziałam gwiazdy. I nie tylko te na niebie.

- Ja też. Jesteś jedyną, która dała mi te gwiazdy. - Poruszył się, musnął ustami jej 

piersi, potem podniósł głowę. - A także dałaś mi apetyt na inne soczyste rzeczy.

- Jak sądzę, oznacza to, że chcesz zjeść kolację i musimy wracać.

- Nie musimy robić nic poza tym, co sprawia nam przyjemność. A ty na co masz 

ochotę?

- W tej chwili? Wystarczy mi woda. Nigdy tak bardzo nie chciało mi się pić.

-   Woda,   tak?   -   Uśmiechnął   się   chytrze.   -   Więc   dam   ci   dużo   wody.   -   Objął   ją   i 

potoczyli się po trawie. Krzyknęła, a Flynn wybuchnął śmiechem, gdy z pluskiem wpadli do 

jeziorka.

Kayleen wydawało się cudem, że mają z Flynnem tak wiele wspólnego. Biorąc pod 

uwagę okoliczności i wszystko, co ich różniło, było rzeczą zadziwiającą, że w ogóle znaleźli 

jakiś temat do rozmowy.

Z drugiej jednak strony Flynn nie siedział bezczynnie przez te pięćset lat. Rozumiała 

jego miłość do pięknych przedmiotów, nawet jeśli chodziło mu wyłącznie o ich urodę. Sama 

przez całe życie miała do czynienia z dziełami ludzkich rąk i ich historią: poznawała dzieje 

stołu,   towarzyskie   funkcje   emaliowanej   tabakiery,   losy   przekazywanego   z   pokolenia   na 

pokolenie półmiska. Te nieliczne przedmioty, które miała w swojej kolekcji, były dla niej 

ważne nie tylko ze względu na ich piękno, ale i ciągłość historii.

Oboje z Flynnem lubili te same książki i filmy, choć on czytał i oglądał głównie dla 

przyjemności.

Słuchał jej uważnie, zadawał pytania na temat jej życia, a ona przypominała sobie 

wydarzenia i sprawy, o których dawno zapomniała.

Nikt nigdy tak bardzo nie interesował się jej poglądami i przeżyciami. Jej refleksjami. 

background image

Jeśli w jakiejś sprawie się z nią nie zgadzał, wciągał Kayleen w dyskusję albo prowokował 

żartami, by pozwoliła dojść do głosu mniej poważnej stronie swej natury, która rzadko się 

ujawniała.

Ona tak samo traktowała jego. Kiedy zapadał w posępne milczenie, żartowała albo 

zostawiała go samego i czekała, aż zły nastrój minie.

Te okresy milczenia przedłużały się jednak, gdy wspominała o przyszłości.

Więc nie będzie pytać, powiedziała sobie. Nie musi wiedzieć. Bo w gruncie rzeczy co 

uzyskała planowaniem i precyzją? Monotonię, ot co. Cokolwiek się zdarzy, kiedy ten tydzień 

dobiegnie końca - Boże, dlaczego nie potrafi sobie przypomnieć, jaki jest dzień? - będzie 

zadowolona.

Na razie każda chwila jest bezcenna.

Flynn tak wiele jej ofiarował. Z uśmiechem chodziła po domu, gładząc wspaniałe 

perły, których nie zdjęła od chwili, gdy włożył jej sznur na szyję. I nie tylko prezenty jej dał, 

myślała, choć bardzo się z nich cieszyła, lecz także romantyczności nowe horyzonty. Przede 

wszystkim zaś zmienił jej sposób widzenia.

Nigdy dotąd nie myślała tak jasno.

Miłość odpowiedziała na wszystkie pytania.

Co   ona   mogłaby   dać   mu   w   zamian?   Prezent?   Nic   nie   miała.   Tych   parę   rzeczy 

należących do niej znajdowało się w samochodzie, który zostawiła w lesie. Niewiele miały 

wspólnego z kobietą, którą się stała i którą wciąż się stawała.

Pragnęła coś dla niego zrobić. Coś, co wywoła na jego twarzy uśmiech.

Jedzenie! Zachwycona pomysłem, pobiegła do kuchni. Żadna ze znanych jej osób nie 

potrafiła tak się cieszyć kęsem jabłka jak Flynn.

Ponieważ   jednak   nie   było   tam   kuchenki,   nie   bardzo   wiedziała,   co   mogłaby 

przyrządzić, ale... W progu kuchni stanęła jak wryta.

Bo   teraz   była   tu   piękna   kuchenka,   biała   i   połyskująca.   Wystarczyło,   że   Kayleen 

bąknęła coś o gotowaniu wody nad ogniem w kominku i - bum! - Flynn zrobił kuchenkę.

Ha, pomyślała, podwijając rękawy, w takim razie zobaczy, co da się zrobić.

Flynn wpatrywał się w okno swego laboratorium. Zamierzał skoncentrować się na 

domu   Kayleen,   tak   by  mógł   zrobić   dla   niej   kopie   pewnych   rzeczy.   Dobrze   wiedział,   co 

znaczy, gdy musisz obchodzić się bez przedmiotów, które do ciebie należą, które są dla ciebie 

ważne.

Przez jakiś czas pogrążył  się bez reszty w tym  zajęciu, wędrując  po pokojach,  w 

których   mieszkała,   badając   sposób,   w   jaki   ustawiła   meble,   oglądając   tytuły   książek   na 

background image

regałach i ulubione kolory.

Ależ   ona   jest   porządna   i   schludna,   pomyślał,   czując,   że   serce   bije   mu   mocniej. 

Wszystko na swoim miejscu, poukładane z takim smakiem. Czy jej poczucie porządku cierpi, 

gdy musi przebywać w jego chaotycznie urządzonym domu?

Zapyta ją o to i wprowadzą poprawki. Ale do diabła, czemu ta kobieta nie otoczyła się 

żywszymi barwami? I te ubrania w szafie. Nadają się dla starej panny - nie, tego wyrażenia 

obecnie się nie używa. Proste stroje bez tego bogactwa faktury i wyrazistych kolorów, w 

których jego Kayleen jest tak do twarzy.

Jeśli on będzie miał w tej sprawie coś do powiedzenia, to te wszystkie rzeczy mogą tu 

zostać.

Ale Kayleen na pewno będzie chciała mieć swoje fotografie, to urocze tremo i tamtą 

lampę. Zaczął odtwarzać je w wyobraźni, ich kształt i wymiary, tonację i fakturę. Tak bardzo 

był skupiony, że dopiero kiedy w zasięgu jego wzroku pojawiła się ta kobieta, uświadomił 

sobie jej obecność.

Szła  przez  pokoje,  trzymając  dłonie  splecione  kurczowo. Zauważył,  że  jest  ładna. 

Niższa niż Kayleen, o pełniejszych biodrach i biuście, ale o tej samej cerze i oczach. Ciemne 

włosy miała krótko obcięte, spadały jej na policzki przy każdym ruchu.

Zaintrygowany Flynn otworzył szerzej okno i usłyszał jej słowa.

-   Och,   dziecinko,   gdzie   jesteś?   Czemu   nie   dzwonisz?   Minął   już   prawie   tydzień. 

Dlaczego nie możemy cię znaleźć? Och, Kayleen. - Wzięła ze stolika zdjęcie i przycisnęła do 

serca. - Proszę, niech ci się nic nie stanie. Proszę. - Opadła na fotel i rozpłakała się.

Flynn zatrzasnął okno i odwrócił się do niego plecami.

Nie pozwoli, żeby to go wzruszyło. W żadnym razie.

Czas   niemal   się   kończył.   Za   niecałe   dwadzieścia   cztery   godziny   wybór   zostanie 

dokonany. Dla nich wszystkich.

Zamknął umysł na cierpienie matki, choć nie potrafił zamknąć serca.

Podenerwowany,   wyszedł   z   laboratorium.   Miał   zamiar   iść   na   długi   spacer,   może 

przywołać Dilisa i tak długo galopować po lesie, aż pozbędzie się tego odczucia. Usłyszał 

jednak, jak Kayleen śpiewa.

Nigdy  przedtem   nie   słyszał   jej   śpiewu.   Ładnie  śpiewa,   pomyślał,   choć   do   kuchni 

przyciągnęło go brzmiące w głosie Kayleen szczęście.

Stała   przy   kuchence   i   mieszała   w   miedzianym   saganie   coś   niewiarygodnie 

aromatycznego.

Minęło   bardzo   wiele   czasu,   odkąd   był   w   kuchni,   w   której   coś   się   gotowało,   ale 

background image

podejrzewał, że o to tu chodzi. Ponieważ sama myśl wydawała się zbyt cudowna, by w nią 

uwierzyć, postanowił się upewnić.

- Kayleen, co ty robisz?

- Och! - Drgnęła i wypuściła z dłoni łyżkę, która z pluskiem wpadła do garnka. - A 

niech to, Flynn! Przestraszyłeś mnie. Popatrz, utopiłam łyżkę w sosie.

- Sosie?

-   Pomyślałam,   że   zrobię   spaghetti.   Masz   tu   niezwykły   zbiór   składników.   Masło 

orzechowe, marynowane śledzie i tyle czekolady, że cała szkoła podstawowa przez miesiąc 

chodziłaby podekscytowana. Ale udało mi się znaleźć mnóstwo ziół i dojrzałe pomidory, 

więc uznałam, że to najbezpieczniejsze wyjście. No i masz pięć kilogramów spaghetti.

- Kayleen, ty dla mnie gotujesz?

- Wiem, że to musi wyglądać głupio, skoro potrafisz wyczarować pięciogwiazdkowy 

posiłek, wcale się przy tym nie męcząc ale domowa kuchnia ma swoje zalety. A ja jestem 

dobrą kucharką. Chodziłam na kurs. Powinno być dobrze, choć nigdy nie próbowałam robić 

sosu w takim saganie.

- Garnek nie jest dobry?

- No cóż, lepiej bym sobie poradziła z własnymi, ale nie ma sprawy. W ogrodzie masz 

mnóstwo warzyw, więc...

-   Daj   mi   chwilę,   dobrze?   Potrzebuję   trochę   czasu.   Zanim   zdążyła   odpowiedzieć, 

wyszedł z kuchni.

- No i dobrze. - Kręcąc głową, zabrała się do ratowania łyżki.

Miała wszystko pod kontrolą: łyżkę w dłoni i palnik tak uregulowany, że sos bulgotał 

powoli, kiedy hałas za plecami sprawił, że podskoczyła. Łyżka znowu wpadła do sosu.

- Och, na litość boską! - Odwróciła się, by zaraz się cofnąć. Na blacie zobaczyła stos 

garnków i patelni.

- Zrobiłem repliki - wyjaśnił z uśmiechem Flynn. - Zajęło mi to wprawdzie trochę 

czasu, ale nie chciałem się z tobą kłócić, bo mogłabyś nie dać mi obiadu.

- Moje garnki! - Kayleen rzuciła się na nie z radością matki, która odnalazła dzieci.

Flynn uświadomił sobie, że z większym entuzjazmem oglądała patelnie i pokrywki niż 

perły, które wcześniej jej dał.

Ponieważ garnki należały do niej. Pochodziły z jej świata. I serce mu się ścisnęło.

- Ten będzie dobry. - Poukładała je i wybrała odpowiedni. - Wiem, że tobie musi się to 

wydawać stratą czasu i energii - tłumaczyła, przelewając sos - ale gotowanie to rodzaj sztuki. 

Na   pewno   jest   poważnym   zajęciem.   Jestem   przyzwyczajona   do   pracy.   Kilka   dni 

background image

leniuchowania to wspaniała rzecz, ale po jakimś czasie chybabym zwariowała. A teraz mogę 

gotować.  - Podczas  gdy sos  gotował  się  w  dwudziestowiecznym  garnku,  Kayleen  umyła 

starożytny sagan. - I oszołomić cię moimi doskonałymi umiejętnościami.

- Już mnie oszołomiłaś.

- No to poczekaj, zobaczymy. Wiesz, kiedy tu się krzątałam, pomyślałam sobie, że 

mogłabym   spędzić   tygodnie,   a   nawet   miesiące   na   organizowaniu   tego   domu.   Brak 

schematyczności   to   jedno,   a   brak   porządku   to   coś   zupełnie   innego.   Książki   można   by 

skatalogować na komputerze. Niektóre pokoje są po prostu zagracone po sufit. Nie pojmuję, 

skąd wiesz, gdzie co jest. Mógłbyś łatwiej wszystko znaleźć, mając spisy dzieł sztuki, mebli i 

płyt.   Zgromadziłeś   największą   kolekcję   zabytkowych   zabawek,   jaką   w   życiu   widziałam. 

Kiedy będziemy mieć dzieci...

Urwała, niezdarnie poruszając dłońmi w wodzie z płynem. Dzieci. Czy mogą mieć 

dzieci? Jakie są prawa w tej kwestii? Czy to możliwe, że ona już teraz jest w ciąży? Nie 

próbowali się zabezpieczyć. A może nie było takiej potrzeby, pomyślała, zaciskając usta.

Zresztą skąd ona ma wiedzieć, co zrobił Flynn?

- No i proszę. - Odrzuciła włosy do tyłu i energicznie wypłukała garnek. - To moje 

stare nawyki. Listy, plany, procedury. A jedyne ustalenie, jakie teraz jest nam potrzebne, to 

wybór sosu do sałatki.

- Kayleen...

- Nie, ja tym się zajmę. Musisz zapełnić sobie jakoś czas do odsłonięcia kurtyny. - W 

jego głosie  usłyszała  smutek i  żal. I już  miała  odpowiedź  na swoje pytania.  - Wszystko 

powinno być gotowe za godzinę. Więc już cię tu nie ma. - Odwróciła się i z uśmiechem 

machnęła ręką. Lecz z trudem wypowiadała te słowa.

- W takim razie pójdę do Dilisa.

- Doskonale.

Wyszedł z kuchni i czekał. Kiedy na policzek spadła jej łza, przeniósł ją na swoją 

dłoń. I patrzył, jak przemienia się w popiół.

background image

9

Przyniósł jej kwiaty na stół. Przyrządzony przez nią posiłek jedli przy świetle świec.

Często   ją   gładził   i   muskał   palcami   jej   dłoń.   Zbierał   zmysłowe   doznania   na 

niekończący się czas tęsknoty.

Rozśmieszał ją, by usłyszeć jej śmiech i także go zapamiętać. Zadawał jej pytania po 

to tylko, by usłyszeć jej wznoszący się i opadający głos.

Po posiłku zabrał ją na spacer, by zobaczyć, jak światło księżyca odbija się w jej 

włosach.

Późnym wieczorem kochał się z nią najczulej, jak umiał. I wiedział, że robi to po raz 

ostatni.

Kiedy   zasnęła,   kiedy   wysłał   ją   w   głęboki   spokojny   sen,   podjął   decyzję   i   był 

zadowolony z tego, co musiało zostać zrobione.

Kayleen śniła, lecz nie były to spokojne sny. Zgubiła się w lesie, pochłonęła ją mgła, 

spowijająca drzewa i zasłaniająca drogę. Przedzierało się przez nią migotliwe światło, krople 

rosy połyskiwały jak klejnoty. Klejnoty, które znikały, gdy ich dotykała.

Słyszała dźwięki: kroki, ludzkie głosy, nawet muzykę, ale zdawały się dochodzić spod 

wody.   Dźwięki   z   głębiny,   które   nigdy   się   nie   materializowały.   Choć   bardzo   starała   się 

odnaleźć ich źródło, nie mogła się do nich zbliżyć.

Kształty drzew były niewyraźne, barwy kwiatów poszarzały. Kiedy zawołała, wydało 

jej się, że głos dotarł ledwo do jej uszu.

Pobiegła, przerażona, że się zgubi i będzie sama. Musi tylko znaleźć drogę do wyjścia. 

Zawsze jest  jakieś  wyjście.  I musi znaleźć  drogę do niego.  Ogarnięta paniką,  próbowała 

rozerwać kurtynę mgły, rwała ją, waliła w nią pięściami.

Ale jej ręce przechodziły na drugą stronę, a zasłona pozostawała nietknięta.

Wreszcie   przez   biały   obłok   dojrzała   słaby   zarys   domu.   Iglice   wieżyczek   i   krągłe 

baszty   w   gęstym   powietrzu   sprawiały   wrażenie   miękkich   jak   z   wosku.   Ruszyła   w   tym 

kierunku, płacząc z ulgi. A potem z radości, gdy ujrzała Flynna stojącego przy masywnych 

drzwiach.

Zarzuciła mu ręce na szyję, podsuwając usta do powitalnego pocałunku.

Kiedy jej ręce przeszły przez niego, pojęła, że także jest mgłą.

Tak samo jak ona.

Obudziła się, szlochając i szukając go obok siebie, lecz jego strona łóżka była pusta i 

zimna. Zadrżała, choć w kominku buzował wesoły ogień.  To sen, tylko  sen.  Nic więcej. 

background image

Zmarzła jednak, więc wstała, by otulić się grubą niebieską szatą.

Gdzie jest Flynn? Zawsze budzili się jednocześnie, jakby żyli identycznym rytmem. 

Podchodząc do ognia, by ogrzać dłonie, spojrzała przez okno. Słońce stało wysoko na niebie, 

co tłumaczyło, dlaczego nie obudziła się wtulona w objęcia Flynna.

Przespała poranek.

No, no, pomyślała ze śmiechem. Przespała poranek i całą noc śniła. To zupełnie do 

niej niepodobne.

Tak   bardzo  niepodobne.  I  te   sny! Nigdy nie  pamiętała,  co   jej   się  śniło,  nawet  w 

oderwanych   fragmentach.   A   ten   pamiętała   dokładnie,   każdy   szczegół,   niemal   tak,   jakby 

przeżyła go na jawie.

Bo jest odprężona, uspokoiła się w duchu. Bo jej umysł jest zrelaksowany i spokojny. 

Ludzie   zawsze   powtarzali,   jak   realistyczne   potrafią   być   sny,   prawda?   Nigdy   w   to   nie 

wierzyła, aż do tej pory.

Jeśli jej sny miałyby być tak przerażające, tak okropne, to raczej z nich zrezygnuje.

Ale  sny się rozwiały,  teraz  był piękny dzień.  Drzew  nie  spowijała  mgła.  Kwiaty, 

skąpane w słonecznych promieniach, cieszyły oko jaskrawymi kolorami. Chmury, które tak 

często zbierały się na irlandzkim niebie, odeszły, odsłaniając głęboki i czysty lazur.

Kayleen   postanowiła,   że   nazbiera   kwiatów   i   wplecie   je   w   grzywę   Dilisa.   Flynn 

zabierze ją na następną lekcję jazdy konnej. Później może zacznie porządkować bibliotekę; 

spodziewała się, że przeglądanie wszystkich tych książek, odkrywanie ich i układanie sprawi 

jej przyjemność.

Ale nie wpadnie przy tym w obsesję, nie da się zapędzić do tej samej co w przeszłości 

pułapki. Spisywanie książek ma dać jej radość, nie będzie traktować tego jako obowiązek.

Otworzyła na oścież okno i wychyliła się, wciągając w płuca słodkie powietrze.

-   Już   się   zmieniłam   -   szepnęła.   -   Lubię   osobę,   którą   się   staję.   Mogę   się   z   nią 

zaprzyjaźnić. - Zacisnęła kurczowo powieki. - Mamo, jaka szkoda, że nie mogę ci teraz o tym 

opowiedzieć.   Jestem   przy   nim   bardzo   szczęśliwa.   Tak   bardzo   chciałabym   z   tobą 

porozmawiać, powiedzieć, że rozumiem. Żałuję, że nie mogę ci się zwierzyć.

Cofnęła się z westchnieniem, zostawiając okno otwarte.

Flynn przez cały czas wynajdywał sobie różne zajęcia. To był jedyny sposób, w jaki 

mógł przetrwać ten dzień. W myślach i w sercu pożegnał się z nią poprzedniego wieczora. Już 

pozwolił jej odejść.

Nie miał zresztą innego wyboru, jak tylko pozwolić jej odejść.

Mógłby zatrzymać ją przy sobie, na te długie dni, niekończące się noce następnego 

background image

okresu snu. Nie byłby samotny. A na koniec przez jeden krótki tydzień byłaby przy nim. 

Mógłby jej dotykać. Byłaby.

Potrzeba jej obecności i pragnienie, by mieć ją blisko, były najsilniejszymi emocjami, 

jakich w życiu doznał. Prócz miłości.

Miłość.

To nie było jedynie jedwabiste piękno snów, które o niej śnił, ale też cierpienia i 

radości pochodzące z bijącego serca.

Nie   odbierze   jej   życia,   nie   porwie   ze   świata,   który   znała,   w   którym   czekała   ją 

przyszłość. Jak mógł kiedykolwiek o tym myśleć? Czy naprawdę sądził, że jego potrzeby, te 

najbardziej egoistyczne i samolubne, przeważą najbardziej podstawowe potrzeby Kayleen?

Żyć. Odczuwać ciepło i zimno, głód, pragnienie, przyjemność i ból.

Obserwować,   jak   Kayleen   zmienia   się   wraz   z   upływem   czasu.   Ściskać   dłoń 

nieznajomego, przytulać ukochaną. Mieć dzieci i patrzeć, jak rosną.

Mimo całej potęgi, całej swej wiedzy nie mógł jej ofiarować żadnej z tych rzeczy. 

Miał dla niej tylko jeden dar: dar wolności.

Aby się pocieszyć, przycisnął twarz do karku Dilisa i wciągnął w nozdrza zapach 

końskiego potu i słomy, owsa i skóry. Jak to możliwe, że zdołał zapomnieć, za każdym razem 

zapominał tę straszną udrękę ostatnich godzin? Ten dotkliwy fizyczny ból świadomości, że 

znowu wszystko się kończy.

I teraz znowu się kończyło.

- Ty zawsze będziesz wolny. Wiesz, że nie mogę cię zatrzymać, jeśli będziesz chciał 

odejść. - Uniósł łeb wiernego przyjaciela i gładząc konia po pysku, spojrzał zwierzęciu w 

oczy. - Zabierz ją stąd bezpiecznie. A jeśli przejdziesz granicę, nie będę miał ci tego za złe.

Cofnął   się   i   odetchnął   głęboko.   Poranek   szybko   mijał,   a   miał   jeszcze   pracę   do 

wykonania.

Po   jej   ukończeniu   rzucił   ostatnie   zaklęcie   i   cienka   płachta   zapomnienia   zaczęła 

rozpościerać się na skraju jego więzienia; wtedy też zobaczył Kayleen oczyma umysłu.

Wędrowała po ogrodzie, kierując się w stronę lasu. Szukała go, wołała jego imię. Ból 

przeszył mu serce jak strzała, niemal powalając go na kolana.

Więc  jednak  nie   jest  na   to  przygotowany.  Zacisnął   dłonie   w  pięści,  z   trudem  się 

opanowując. Podjął decyzję, lecz nie był przygotowany. Jak kiedykolwiek będzie mógł żyć 

bez niej?

- Ona będzie żyła beze mnie - powiedział głośno. - Tylko że ja chcę więcej. Skończmy 

to szybko i łatwo.

background image

Nie  mógł  jej   zmusić  do odejścia,  do  powrotu  do  jej  świata   i  życia.  Mógł  jednak 

odepchnąć ją od siebie, aby uczyniła to z własnej woli.

Ujął wodze Dilisa tylko z potrzeby kontaktu z wiernym przyjacielem i po raz ostatni w 

tym stuleciu szedł jako mężczyzna przez las ku domowi.

Usłyszała brzęk uprzęży i miękki stukot kopyt. Z ulgą odwróciła się i szybko ruszyła 

Flynnowi naprzeciw.

- Zastanawiałam się, gdzie jesteś. - Zarzuciła mu ręce na szyję, a on jej na to pozwolił.. 

Z radością przycisnęła usta do jego ust. Flynn rozkoszował się ich smakiem.

- Och, miałem coś do zrobienia. - Słowa raniły mu gardło niczym okruchy szkła. - 

Dzień jest doskonały na moją pracę i twoją podróż.

- Moją podróż?

- Istotnie. - Poklepał ją po dłoni, po czym  zajął się poprawianiem strzemion przy 

siodle.   -   Oczyściłem   ścieżkę,   więc   nie   będziesz   miała   kłopotów.   Bez   kłopotu   znajdziesz 

drogę. Jesteś inteligentną kobietą.

- Moją drogę? A dokąd?

Spojrzał na nią, uśmiechając się z roztargnieniem.

- Na zewnątrz, to oczywiste. Czas, żebyś odjechała.

- Odjechała?

- Ta ścieżka powinna wystarczyć. - Odwrócił się ku niej. Musiał na to zużyć każdy 

atom mocy, jaką posiadał. - Dilis zabierze cię tak daleko, jak będziesz chciała. Pojechałbym z 

tobą,   ale   muszę   dopilnować   jeszcze   wielu   spraw.   W   twoim   samochodzie   widziałem 

kieszonkowy telefon. Fascynujący wynalazek. Muszę pamiętać, żeby się z nim zapoznać. 

Kiedy znajdziesz się za granicą, powinien działać.

- Nie rozumiem, o czym ty mówisz. - Jakżeby mogła, skoro w głowie miała pustkę, a 

serce niemal przestało jej bić. - Nigdzie się nie wybieram.

- Kayleen, kochanie, oczywiście, że tak. - Poklepał ją po policzku. - Co nie znaczy, że 

twoja   obecność   tutaj   nie   sprawiła   mi   przyjemności.   Nie   pamiętam,   kiedy   tak   dobrze   się 

bawiłem.

- Ba... bawiłeś się?

- Mhm. Boże, ale z ciebie smakowity kąsek - mruknął, po czym pochylił się i skubnął 

jej wargę. - Hm, chyba  moglibyśmy jeszcze trochę czasu poświęcić na... - Pogładził ją i 

żartobliwie ścisnął piersi.

- Przestań! - Cofnęła się chwiejnie i oparła o Dilisa, który niespokojnie Przestępował z 

nogi na nogę. - Zabawa? Więc byłam dla ciebie tylko zabawką? Sposobem na spędzenie 

background image

czasu?

- I dobrze go wykorzystaliśmy, prawda? Och, złotko, dałem ci tyle przyjemności, ile 

sam wziąłem. Nie możesz temu zaprzeczyć. Ale oboje mamy swoje sprawy, czyż nie?

- Ja cię kocham.

Wbijała mu nóż prosto w pierś.

- Niech Bóg błogosławi kobiece serce - powiedział ze śmiechem. - Jest takie szczodre. 

- Przewrócił oczyma. - Nie urządzaj sceny i nie psuj pożegnania. Cieszyliśmy się sobą, a teraz 

trzeba się rozstać. Według ciebie jak to się miało skończyć? To czas poza czasem, Kayleen. 

Nie bądź uparta.

- Nie kochasz mnie. Nie pragniesz.

- Kochałem cię bardzo. - Mrugnął znacząco. - I bardzo pragnąłem. - Kiedy do jej oczu 

napłynęły   łzy,   wyrzucił   dłonie   w   górę,   jakby   zdesperowany.   -   Na   litość   boską,   kobieto, 

wniosłem magię i romantyczność w twoje życie, o którym  sama mówiłaś, że jest nudne. 

Dałem ci trochę błyskotek. - Czubkiem palca wskazał sznur pereł.

- Nie prosiłam cię o nie. Nigdy nie chciałam niczego prócz ciebie.

- Ale je wzięłaś, prawda? Tak samo jak tamta. Jak sądzisz, czy chciałbym mieć przy 

sobie kobietę na dłużej, skoro właśnie z powodu kobiety zostałem skazany na to przeklęte 

miejsce?

- Nie jestem jak ona. Nie możesz wierzyć...

- Wszystkie jesteście takie same - oświadczył beztrosko. - Dałem ci miłe wakacje, a na 

dodatek pamiątki. Mogłabyś okazać choć szczyptę wdzięczności i odejść, kiedy ci każę. Nie 

mam czasu ani cierpliwości, żeby osuszać twoje łzy i pocieszać cię teraz. Jedziesz.

Podniósł ją i wręcz rzucił na siodło.

- Powiedziałeś, że nigdy mnie nie zranisz. - Szarpnęła perły i rzuciła je na ziemię. 

Spojrzała   na   Flynna,   lecz   na  jego   twarzy  dostrzegła   tylko   brutalność   i   gniew,  bez   śladu 

czułości. - Kłamałeś!

- Sama siebie zraniłaś, kiedy uwierzyłaś w coś, czego nie było. Wracaj do swojego 

uporządkowanego świata. W moim nie ma dla ciebie miejsca!

Mocno klepnął Dilisa  po kłębie. Koń  wierzgnął  i ruszył  galopem.  Kiedy Kayleen 

zniknęła w lesie, Flynn opadł na kolana, ogarnięty bezdennym żalem.

background image

10

Kayleen pragnęła wzbudzić w sobie gniew. Gorycz. Cokolwiek, co przytłumiłoby ten 

straszliwy ból, który odebrał jej łzy, w zarodku gasząc wściekłość i smutek.

To wszystko było kłamstwem. Magia była oszustwem.

W końcu okazało się, że miłość nie jest najważniejsza. Miłość sprawiła tylko, że ona, 

trzeźwa i rozsądna Kayleen, zrobiła z siebie idiotkę.

Czy   to   nie   dowód,   że   zawsze   miała   rację?   Pogarda   w   stosunku   do   szczęśliwych 

zakończeń, którymi łudziła się matka, stanowiła objaw zdrowego rozsądku, a nie uporu. W 

życiu nie zdarzają się baśnie ani miłość, która wszystko zwycięża, czy też trwające wiecznie 

romantyczne porywy.

Wiara w to, nawet chwilowa, zdruzgotała Kayleen i przyniosła jej cierpienie.

A mimo to jak mogła nie wierzyć? Czy nie pędzi na białym koniu przez las? Nawet 

jeśli źle ulokowała swoje uczucia, to przecież nie mogła zaprzeczyć temu wszystkiemu, co 

widziała, robiła i odczuwała. Jak ona, logiczna Kayleen, uznała za wspaniałe coś, co wcale 

takie nie było?

Jak Flynn  mógł dać jej tak wiele, tak wiele pokazać, a jednocześnie traktować ją 

wyłącznie jako chwilową rozrywkę? Nie, coś tu jest nie tak. Musi się nad tym zastanowić.

Dilis cierpliwie niósł ją między drzewami. To wszystko stało się tak szybko. Flynn 

zmienił   się   w   ułamku   sekundy,   jakby   ktoś   po   prostu   pstryknął   palcami.   Kayleen   była 

nieszczęśliwa   i   bezradna.   Dosyć,   musi   oczyścić   umysł,   zacząć   myśleć   logicznie   i 

przeanalizować całą sytuację. Ale już po chwili myśli znowu jej się splątały.

Samochód, cały i bez śladów zderzenia, lśnił w słońcu padającym przez korony drzew. 

Stał na wąskiej drożynie, prostej jak linijka.

Flynn powiedział, że oczyścił ścieżkę. I rzeczywiście to zrobił. Kayleen zeskoczyła z 

konia i okrążyła samochód. Na karoserii nie dostrzegła ani jednej rysy. Flynn zachował się 

bardzo   elegancko.   Oszczędził   jej   kłopotów,   które   spowodowałyby   oddanie   rozbitego 

samochodu do firmy wynajmu.

I   drogę   też   oczyścił.   Dlaczego   jednak   zadał   sobie   aż   tyle   trudu,   wykonując   tak 

przyziemne prace?

Myśląc o tym, wsiadła do auta i przekręciła kluczyk. Silnik natychmiast zawarczał.

Działa lepiej niż przedtem, zauważyła Kayleen. A w dodatku bak jest pełny.

- Aż tak bardzo chcesz się mnie pozbyć, Flynn, że pomyślałeś o wszystkim? Dlaczego 

na koniec byłeś taki okrutny? Dlaczego dołożyłeś starań, żebym cię znienawidziła?

background image

Nie dał jej żadnego powodu, by została, a wszelkie powody do odejścia.

Westchnęła i wysiadła, żeby pożegnać się z Dilisem. Trwało to długo, gładziła konia 

po gładkiej skórze, tuliła twarz do jego pyska. Wreszcie poklepała go po kłębie.

- Wracaj do niego - szepnęła i odwróciła się, by jej serca nie ranił widok znikającego 

między drzewami wierzchowca.

Zależało jej na jakiejś namacalnej pamiątce stąd, nazbierała więc polnych kwiatów, 

splotła z nich wianek i włożyła go, nie przejmując się śmiesznością tego gestu.

Wsiadła do samochodu i ruszyła.

Słońce rzucało ukośne promienie przez drzewa na wąską ścieżkę. Kiedy Kayleen się 

obejrzała, zobaczyła, że droga za nią połyskuje, a zaraz potem zmienia się w plątaninę mchu, 

kamieni i jeżyn. Wkrótce nie pozostanie żaden ślad po jej spacerach z ukochanym.

Ona jednak nigdy nie zapomni tego, jak na nią patrzył, jak całował jej dłonie. Jak 

przynosił kwiaty i wplatał jej we włosy.

Zawsze   będzie  pamiętała,  jak   w  jego   oczach   błyszczał  uśmiech,  jak   rozpalały  się 

namiętnością,   kiedy...   Jego   oczy.   Jakiego   były   koloru?   Lekko   oszołomiona,   zatrzymała 

samochód i przycisnęła palce do skroni.

Nie potrafiła przypomnieć sobie wyraźnie jego twarzy! Jak może nie pamiętać koloru 

jego oczu i brzmienia głosu?

Wyskoczyła z auta, zrobiła kilka chwiejnych kroków. Co się z nią dzieje? Jechała z 

Dublina do pensjonatu na wsi. Skręciła w złym miejscu. Burza. Ale co...

Bez namysłu poszła dalej zarośniętą teraz ścieżką. I nagle rozjaśniło jej się w głowie.

Z trudem łapała powietrze. Odwróciła się, popatrzyła na wyraźną drogę przed sobą i 

na zarośnięty dukt za plecami.

-   Flynn   ma   oczy   zielone   -   powiedziała.   W   myślach   ujrzała   jego   twarz.   A   kiedy 

ostrożnie postąpiła naprzód, wspomnienie znowu się zamgliło.

Tym razem szybko się cofnęła.

- Chcesz, żebym o tobie zapomniała. Dlaczego? Jeśli to wszystko było nieważne, to 

czemu miałoby cię obchodzić, czy będę pamiętać, czy o tobie zapomnę? Dlaczego miałbyś się 

przejmować, czy będę z twojego powodu cierpiała?

Roztrzęsiona,   usiadła   na   ziemi.   I   zabrała   się   do   tego,   co   zawsze   najlepiej   jej 

wychodziło: do logicznego myślenia.

Tak samo jak tamtej nocy, kiedy to się zaczęło, Flynn siedział w wieży przy kominku. 

Patrzył w płomienie, aż Kayleen wsiadła do samochodu. Później nie mógł już widzieć jej ani 

słyszeć, wywołał więc dym, który zasnuł obraz.

background image

Stracił   poczucie   czasu,   pogrążony   w   bólu.   Wiedział,   że   dzień   dobiega   końca, 

wpadające przez okno promienie słońca były coraz krótsze i słabsze.

Teraz Kayleen znajduje się już poza granicami jego świata i nic nie pamięta, Tak jest 

najlepiej,   Oczywiście   nie   wszystko   zrozumie.   Nigdy   nie   znajdzie   przekonującego 

wyjaśnienia, co działo się z nią przez tych kilka dni, skąd wzięła się ta luka w czasie. Ale to 

również zostawi za sobą.

Za rok, dwa, a może dwadzieścia Flynn znowu spojrzy w ogień, by zobaczyć, co u 

niej.   Nigdy   jednak   we   śnie   nie   otworzy   przed   nią   umysłu,   ponieważ   takiej   udręki   nie 

potrafiłby znieść.

To, co między nimi zaszło, na pewno trochę ją zmieni, teraz może Kayleen zacznie 

bardziej   cenić   możliwości   i   magię   życia.   Uniósł   sznur   pereł   i   patrzył,   jak   połyskują   w 

gasnącym ogniu. Przynajmniej dał jej coś, czego nie mogła rzucić mu do stóp.

Z perłami owiniętymi wokół palców ukrył twarz w dłoniach. Pragnął, by nadszedł już 

czas, kiedy ból przenikać będzie tylko jego umysł,  kiedy przestanie mieć tak wyostrzone 

zmysły, że wciąż zdawał się czuć jej zapach.

- Niech wreszcie nadejdzie ta przeklęta noc - mruknął, odrzucając głowę do tyłu.

Zaraz też zerwał się na nogi, oszołomiony. Stała o kilka kroków od niego. Włosy 

miała splątane, ubranie podarte, twarz i dłonie poranione.

- Co to znowu za sztuczka?

- Chcę, żebyś spełnił moje życzenie. Żebyś zrobił, co mi obiecałeś.

- Co ci się stało? - Rzucił się ku niej i chwycił ją mocno za ramiona. - Jak to się stało, 

że jesteś ranna? Popatrz tylko, całe dłonie masz pokrwawione.

-   Zagrodziłeś   mi   przejście   cierniami.   -   Odepchnęła   go;   był   tak   wstrząśnięty,   że 

zatoczył się do tyłu. - Ty draniu! Przedzieranie się przez nie zajęło mi wiele godzin.

-   Przedzieranie   się!   -   Drgnął,   jakby   go   spoliczkowała.   -   Musisz   stąd   iść.   Już! 

Natychmiast! Która godzina? - Wypchnął ją za próg, a kiedy się opierała, złapał za ręce i 

zaczął wlec.

- Nigdzie nie idę. Najpierw spełnisz moje życzenie.

- Cholera, akurat. - Przerażony, przerzucił ją sobie przez ramię i zaczął biec. Ponieważ 

walczyła z nim i przeklinała go, wzniósł się w powietrze.

Zapadała noc. Czas, który dotąd sączył się wolnym strumykiem, teraz pędził. Flynn 

zapuścił się głęboko w las, dalej jednak nie mógł iść. Granice jego więzienia powitały go 

sykiem.

- Proszę. - Strach o nią otulił go jak płaszcz. - Twój samochód jest kilka kroków stąd. 

background image

Wsiadaj i jedź.

- Dlaczego? Żebym po kilku metrach o tym wszystkim zapomniała? Zapomniała o 

tobie? Wtedy byś mi to ukradł.

- Nie mam czasu na kłótnie z tobą. - Złapał ją za ramiona i potrząsnął. - Nie ma czasu. 

Jeśli będziesz tutaj, gdy wybije północ, nigdy się nie uwolnisz. Minie sto lat, zanim znowu 

będziesz mogła stąd wyjść.

- A czemu cię to obchodzi? To duży dom. Duży las. Nie będę wchodzić ci w drogę.

- Nic nie rozumiesz. Idź! To miejsce należy do mnie, a ja nie chcę, żebyś tu była.

- Flynn, ty drżysz. Czego on się boisz?

-   Ja   się   nie   boję,   tylko   jestem   zły,   Pogwałciłaś   moją   prywatność   Nadużyłaś 

gościnności, Wkroczyłaś na cudzy tereni.

- Zadzwoń na policję - zaproponowała. - Albo do tych twoich Strażników. Albo też... 

czemu po prostu nie pstrykniesz palcami i nie przeniesiesz mnie, tak jak to robisz z rzeczami? 

Tego nie możesz zrobić, co?

-   Gdybym   mógł,   już   by   cię   tu   nie   było.   -   Pociągnął   ją   kilka   kroków   w   stronę 

samochodu. Zaklął, gdy ziemia pod jego stopami zaczęła migotać i dymić. To była granica 

jego więzienia.

-   Wielki   potężny   czarodziej,   a   nie   potrafi   się   mnie   pozbyć,   Nie   mogłeś   mnie   tu 

sprowadzić, więc nie możesz odesłać. Nie za pomocą magii, ponieważ mam duszę i serce. 

Mam wolną wolę. Więc próbowałeś wygonić mnie słowami. Okrutnymi, podłymi słowami. 

Nie   sądziłeś,   że   przejrzę   twój   podstęp,   prawda?   Że   się   domyśle,   o   co   w   tym   chodzi. 

Zapomniałeś, z kim masz do czynienia.

-  Kayleen.  -  Pełnym   rozpaczy gestem  ścisnął   jej  dłonie.  -  Zrób,  o co  cię  proszę, 

dobrze?

- Zabawa - powiedziała. - To podstęp. Ty mnie kochasz.

- Oczywiście, że cię kocham! - krzyknął tak donośnie, że jego głos odbił się echem od 

lasu. Potrząsnął nią mocniej. - W tym właśnie rzecz. A jeśli tobie na mnie zależy, zrobisz, co 

ci powiem, i to natychmiast.

- Kochasz mnie - westchnęła, zarzucając mu ręce na szyję. - Wiedziałam. Och, taka 

jestem na ciebie zła. Taka w tobie zakochana.

Rozpaczliwie   pragnął   ją   objąć,   zatrzymać   przy   sobie.   Zmusił   się   jednak,   by   ją 

odepchnąć.

- Posłuchaj mnie, Kayleen, zapomnij o gwiazdach i bądź rozsądna. Nie mam prawa cię 

kochać. Bądź cicho! - przerwał, gdy zaczęła coś mówić. - Pamiętasz, co ci opowiadałem o 

background image

tym miejscu i o sobie? Czujesz dotyk moich dłoni?

- Tak. Drżą.

- Kiedy ucichnie zegar wybijający północ, nie poczujesz ani ciepła moich dłoni, ani 

nic   innego.   Absolutnie   nic.   Zerwiesz   kwiat,   ale   nie   będziesz   czuła   łodygi,   płatków   ani 

zapachu. Słyszysz bicie swojego serca? Potem nie będziesz go słyszała. To gorsze niż śmierć: 

być, a jednocześnie nie być. Dzień po dniu, rok za rokiem. Nic nie jest materialne, masz tylko 

swój umysł. Ty zaś, a ghra,  nie mogłabyś nawet zabawiać się magią, by zachować zdrowe 

zmysły. Będziesz zgubiona, będziesz trochę więcej niż duchem.

- Wiem. - Jak we śnie, pomyślała. Mgła we mgle.

- I to nie wszystko. Nie będziesz miała dzieci. Podczas snu nic nie może w tobie 

urosnąć, nic nie może się zmienić. Nie będziesz miała rodziny. Żadnej pociechy, żadnego 

wyboru. To moja kara. Nie chcę, aby stała się twoim udziałem.

Chociaż nerwy miała napięte, popatrzyła na niego spokojnie.

- Chcę, żebyś spełnił moje życzenie. Zaklął i wyrzucił dłonie do góry.

- Kobieto, wystawiasz na próbę moją cierpliwość. Dobrze. Czego chcesz?

- Zostać tutaj.

- Nie.

- Dałeś słowo!

- Więc teraz je łamię! Co więcej można mi zrobić?

- Ja i tak zostanę. Nie umiesz mnie powstrzymać.

Ale było to w jego mocy. Istniał jedyny sposób, by w tym czasie, który mu pozostał, 

móc ją uratować. Jedyny, ostateczny sposób.

- Pokonałaś mnie. - Przytulił ją do siebie i ukołysał w ramionach. - Jesteś twarda jak 

kamień. Kocham cię, Kayleen. Kochałem cię w snach, gdy sny były dla mnie wszystkim. 

Kocham cię teraz. Wiele mnie kosztowało, gdy musiałem cię zranić.

- Chcę być z tobą, nieważne, długo czy krótko. Będziemy razem śnić i czekać, kiedy 

znowu pozwolą nam razem żyć.

Pocałował ją, mocno i namiętnie, aż jej się zakręciło w głowie. W jej sercu zagościła 

radość.

Kiedy westchnęła, odsunął się od niej.

- Pięćset lat - powiedział cicho. - I tylko raz kochałem. Tylko ciebie.

- Flynn. - Chciała do niego podejść, lecz powietrze między nimi stwardniało, zmieniło 

się w mur. - Co to jest? - Uderzyła pięściami w przeszkodę. - Coś ty zrobił?

- Mam wybór. Nie skażę cię na moje więzienie, Kayleen. Żadna siła nie odwiedzie 

background image

mnie od tej decyzji.

- Nie odejdę.

- Wiem i rozumiem. Powinienem był wcześniej zrozumieć. Ja też nigdy bym cię nie 

opuścił.  Manim astheee hu.  - W moim języku znaczy to: „Moja dusza należy do ciebie". - 

Przyniosłaś mi dar, Kayleen. Miłość bezinteresowną.

Zerwał   się   wiatr.   Gdzieś   daleko   rozległo   się   niskie   dudnienie   jak   w   zegarze 

wybijającym godzinę.

- Ja też dam ci dar. Życie. Mam wybór, który zaproponowano mi dawno temu. Pięćset 

lat temu.

- Co ty... Nie! - Rzuciła się na niewidzialną przeszkodę. - Nie możesz! Umrzesz. Masz 

pięćset lat. Nie zdołasz żyć bez swojej mocy.

- To moje prawo. Mój wybór.

- Nie rób tego. - Ile razy wybił już zegar? - Odejdę. Przysięgam.

- Już nie ma na to czasu. Moje moce! - zawołał Flynn, wyciągając w górę ramiona. - 

Moja krew, moje życie za jej krew i życie! - Błysnął piorun i niczym kometa przemknął 

między nimi. - Kiedyś z głupoty, dumy i arogancji złamałem przysięgę, poniechałem mej 

mocy, talentów, mojego daru. Teraz w imię miłości z nich rezygnuję. - Spojrzał w oczy 

Kayleen poprzez wiatr i światło, przy wtórze bicia zegara. - Dla miłości oddaję je z własnej 

woli. Niechaj ona zapomni, niechaj nie cierpi. - Zacisnął dłonie w pięści, skrzyżował ręce na 

piersiach, podczas gdy świat wokół niego oszalał. - Teraz.

Zegar wybił dwunastą.

Wszystko   znieruchomiało.   Rozstąpiły   się   chmury,   na   niebie   zapaliły   się   gwiazdy. 

Drzewa stały nieruchomo, jakby wycięte z ciemności. Jedynym odgłosem mącącym ciszę był 

płacz Kayleen.

- Czy ja śnię? - szepnął Flynn. Ostrożnie wyciągnął rękę, otworzył dłoń i zacisnął. 

Poczuł ciepło swoich palców.

Zerwał się łagodny wiaterek. Zahukała sowa.

Jestem. - Flynn opadł na kolana obok Kayleen, W jego głosie brzmiało zdziwienie - 

Jestem tutaj.

-   Flynn!   -   Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i   przytuliła   go   mocno   do   siebie.   -   Jesteś 

prawdziwy. Żyjesz.

- Przywrócili mi życie. - Oparł głowę na jej ramieniu. - Uwolnili mnie. Strażnicy.

Brakowało mu tchu, walczył z zamętem w myślach. Ujął twarz Kayleen w dłonie. 

Była ciepła. Była jego.

background image

- Jesteś wolny. - Przycisnęła palce do jego rąk. Jej łzy na trawie zamieniały się w 

diamenty. - Żyjesz! Jesteś tutaj.

-   Strażnicy   powiedzieli,   że   odkupiłem   winę.   Obdarzono   mnie   miłością,   a   ja   nad 

własne   dobro   przedłożyłem   ukochaną   osobę.   Miłość.   -   Pocałował   Kayleen   w   czoło.   - 

Powiedzieli   też,   że   to   najprostsza   i   najpotężniejsza   magia.   Bardzo   wiele   czasu   musiało 

upłynąć, nim to pojąłem.

- Ja też. Uratowaliśmy się wzajemnie, prawda?

- Kochaliśmy się. Manim astheee hu - powtórzył. - Daję ci te słowa - Wyciągnął ku 

niej perły. - Czy przyjmiesz je jako dar, symbol zaręczyn? Weźmiesz je? Wyjdziesz za mnie?

- Tak. Pomógł jej wstać.

- Więc już niedługo, ponieważ mam wielki szacunek do czasu i nie zamierzam go 

marnować. A teraz popatrz, co zrobiłaś. - Pogładził delikatnie zadrapanie na jej policzku. - 

Narobiłaś niezłego bałaganu.

- To mało romantyczne.

- Później będzie romantycznie, najpierw opatrzę ci rany. - Uniósł ją w ramionach.

- Mama oszaleje na twoim punkcie.

- Liczę na to. - Ponieważ chciał smakować tę chwilę, szedł wolno. - Jak myślisz, 

polubię Boston?

- Tak, myślę, że tak. - Owinęła wokół palca kosmyk jego włosów. - Przyda się ktoś 

znający się na antykach w naszej firmie.

- A więc to tak? Ha, praca. Rozważyłbym poważnie taką propozycję, gdyby zakładała 

otwarcie filii w Irlandii, gdzie pewne do szaleństwa zakochane w sobie małżeństwo mogłoby 

spędzać razem czas, by tak to ująć.

- Na nic innego bym się nie zgodziła.

Roześmiała się, gdy ją pocałował, a potem mocno go pochwyciła, gdy trzymając ją w 

objęciach skoczył w przestrzeń i polecieli do domu. By żyć tam długo i szczęśliwie.