background image

  Bartosz śurawiecki 
    
  Trzech panów w łóŜku, nie licząc kota 
    
   Romans pasywny 
    
   Zanim ściągnął majtki, zgasił światło. Tam w dole zaczęło się juŜ pospolite ruszenie, a on 
wciąŜ nie był pewien, czy mu się to podoba. Postał chwilę, wypatrując konturów łóŜka. 
Wreszcie delikatnie połoŜył się na jego brzeŜku, w tej samej chwili, w której susem uczyniła 
to Helena. JuŜ chciał szepnąć „Chłopcy, posuńcie się”, ale natychmiast uświadomił sobie 
banalnie obsceniczną śmieszność tego zdania. Niczego więcej pomyśleć nie zdąŜył, bo został 
zagarnięty i juŜ było za późno, by wątpić. 
    
    
    
1. 
    
   Adam osiągnął prawie wszystko, co gej w jego wieku mógł w tym kraju osiągnąć. Miał 
dobrą pracę w agencji ubezpieczeniowej czy teŜ reklamowej, męŜa – zapalonego kucharza po 
studiach doktoranckich, kochanka – napalonego małolata z fan-clubu Anny Jantar, sympatię 
kolegów, szacunek sąsiadów, którzy uprzejmie udawali, Ŝe niczego się nie domyślają, 
traktując jego ze współmałŜonkiem jak parę studentów czy kuzynów wspólnie 
wynajmujących mieszkanie, bo taniej, widok z okna na tereny zielone, srebrną kartkę 
Citibanku i nadpłatę w rocznym picie. Do pełni brakowało mu tylko dobrego samochodu, 
choć i tak nie miał prawa jazdy z powodu neurotycznego lęku przed ruchem ulicznym 
i skutkami ewentualnych wypadków. 
   Czuł się więc ustatkowany i usatysfakcjonowany. Ze szczęścia zaokrągliła mu się twarz, 
urósł brzuch, co uwaŜał za znak rozpoznawczy wszystkich trzydziestoparoletnich farciarzy. 
Gdy tak leŜał na kanapie po dniu pracy, przerzucając gazetę albo kanały telewizyjne, przy 
akompaniamencie męŜowskiej gadki, która dotyczyła jakichś tam niesnasek na uczelni 
i w oparach smaŜącego się kurczaka, gdy wiedział, Ŝe jutro znowu przeleci małego, a potem 
wróci i wtuli się w swego faceta i będą spać jak para kazirodczych braci na zasłuŜonym 
odpoczynku po wielu latach pracowitego łamania tabu, wtedy niczego juŜ nie pragnął, nie 
miał Ŝadnych pretensji ani Ŝadnych ambicji. Zapadał w półsen, z którego wyrywał go głos 
MęŜa, Ŝe podano do stołu. 
   Ale razu pewnego, po rutynowym orgazmie, kochanek obrzucił Adama krytycznym 
spojrzeniem. 
   – No, Bradem Pittem to ty juŜ nie będziesz! 
   Wstał i poszedł do łazienki. Adam leŜał chwilę, łapiąc oddech. Starł rąbkiem prześcieradła 
spermę z brzucha, po czym podniósł się cięŜko i zawlókł swe dobra do lustra. Nie jest tak 
najgorzej. Tylko lekkie zakola, trochę nadwagi tu i ówdzie, ale teŜ mięśnie solidne i członek 
zgrabny. PrzecieŜ chodzi na siłownię, na basen, do solarium i do sauny, nie za często, bo mu 
się nie chce, ale chodzi, bo tak wypada. Będzie chodzić częściej, stać go na to. Trwał przed 
zwierciadłem zawinięty w prześcieradło niczym rzymski patrycjusz z telewizyjnych seriali, 
podczas gdy małolat cieszył się swoją młodością pod prysznicem. ŚwieŜy i nie zabrudzony, 
jakby nikt go nigdy nie rŜnął, wyszedł z łazienki i niczego nie chciał. Ani kawy, ani herbaty, 
ani się całować. Wstrząsnął balejaŜem i poleciał, po szerokim szukać świecie tego, co jest 
bardzo blisko. 
   Był ładny, ale głupi. Grał na instrumentach perkusyjnych w orkiestrze Akademii 
Muzycznej. Adam często się zastanawiał, jak moŜna grać w orkiestrze i być tak głupim. 

background image

Pewnie to z powodu tych instrumentów perkusyjnych, bo wchodzą parę razy na symfonię, 
a odsiedzieć trzeba całą. zanim dyrygent da znak do wzniosłego finału. Małolat siedzi więc, 
nudzi się, obmyśla nowe fryzury, wysyła potajemnie SMSy, moŜe nawet onanizuje się za 
bębnami i czeka. 
   Kilka dni później przedstawił Adamowi innego małolata: 
   – To moja druga połowa. Popatrz, jakie mamy ładne obrączki. Bo my się kochamy 
i jedziemy razem na Rodos – tu wygiął usteczka i zetknął je z buźką swego nowego 
chłopczyka. 
   Ten wyglądał niczym lilija po kosmetyczce. Za to jeszcze przed maturą. Uśmiechał się 
nieśmiało, pewnie brał Adama za dobrego, branŜowego wujka. Adam pokiwał tylko głową 
i od tego czasu płakał zawsze, gdy słyszał „Nic nie moŜe wiecznie trwać”. 
   Potem przyszła kolej na MęŜa, który dostał etat na anglistyce w Warszawie. 
   – Oczywiście, kocham cię i będę przy tobie – mówił, podlewając kwiatki – ale chciałbym 
pomieszkać trochę sam. Dziesięć lat to chyba wystarczająco duŜo. Za duŜo, Ŝeby się rozstać. 
   – To chyba nie będzie dla mnie łatwe. – Adam nie był pewien. 
   MąŜ gwałtownie się odwrócił i oskarŜycielsko skierował ku niemu konewkę. 
   – A ja? Co będzie ze mną? Pomyślałeś o mnie? Jak mnie będzie niełatwo? Ale 
w Warszawie jest wszystko. 
   – To znaczy? Co znaczy wszystko? 
   – Wszystko to znaczy... Wszystkie drogi prowadzą... 
   Adam znowu pokiwał głową. Pomógł MęŜowi spakować rzeczy i przeprowadził go do 
wynajętej kawalerki w stolicy, całując na do widzenia. 
   Wrócił do domu. Usiadł. Został sam na sam z szacunkiem sąsiadów. 
    
   – Mógłbyś nie gasić górnego światła, jak czytam? Wiem, Ŝe nie lubisz górnego światła, ale 
mnie naprawdę jest za ciemno! 
   – Proszę na mnie nie krzyczeć! – krzyknął Paweł i wyszedł do drugiego pokoju. 
   Helena ani drgnęła. Oczu nawet nie otworzyła. 
   Michał nie zdąŜył wrócić do przerwanej lektury, gdyŜ z sąsiedniego pokoju gruchnęła 
Maria Callas. 
   – Przycisz ją, na miłość boską! 
   – Ale ona ma boski głos! Boski! 
   Michał nie odrzekł nic. 
   Paweł wrócił po chwili i usiadł na łóŜku. 
   – Co czytasz? 
   Michał westchnął i pokazał okładkę. 
   – Dobre? 
   – Powiem ci, jak uda mi się coś przeczytać. 
   – Zabiję któregoś dnia Rzepichę. Drze mordę na kaŜdym zebraniu. Dla dziesięciu groszy 
gotowa jest sprzedać własne dziecko. Przylazła dzisiaj do radia z tym swoim głupim 
bachorem, który w kółko gadał o piłce noŜnej. Wylazła z niego miałkość matki. 
A Ograniczny przyjechał z Warszawy, z centrali i się panoszył. Mówię Ci, co to jest za kutas! 
Synonim chama i świni. 
   – Mhm... 
   – Widziałem dzisiaj bardzo ładny stolik. Pasowałby do tamtego kąta. 
   Michał zamknął ksiąŜkę. 
   – Gasimy juŜ światło, co? 
   Godzinę później spali jeden w drugim, a Helena, tradycyjnie, w nogach. 
    

background image

   Adam polubił pustkę, jaką zostawił po sobie MąŜ. Nareszcie mógł snuć się po kawalerce 
bez celu i bez planu, słuchać muzyki, na jaką akurat miał ochotę – nikt jej nie zagłuszał 
w połowie frazy komentarzem na temat zbyteczny. 
   Był to rodzaj apatycznej wolności, odzyskanej bez walki samotności, w której nic nikomu 
nie trzeba było udowadniać, przed nikim się wykazywać, niczego pokazywać – ani miłości, 
ani przywiązania, ani zniecierpliwienia. Adam odkrył – z niejakim zdziwieniem, ale 
i zadowoleniem – Ŝe nawet seksu mu się nie chciało, mimo Ŝe miał teraz tyle wolnej 
czasoprzestrzeni do popisu. Tęsknota za małolatem nabrała sentymentalnego charakteru 
z lekkim jedynie zabarwieniem erotycznym. 
   Początkowo MąŜ dzwonił codziennie lub teŜ Adam kręcił do niego. SkarŜyli się wzajemnie 
na opuszczenie i te sprawy. Odwiedzali się co dwa, potem co trzy tygodnie, wreszcie raz na 
kwartał. MąŜ przestał płakać, Ŝe nikt go nie kocha w tym okropnym mieście, zmniejszyły się 
rachunki telefoniczne. Nie spadła jedynie częstotliwość SMS-ów. Były jak komunikaty 
prasowe, nadsyłane kilka razy dziennie, informujące o aktualnym miejscu pobytu, stanie 
duszy i ciała. Jak rytuał, który idealnie zastąpił wszystkie inne sposoby komunikacji i dawał 
poczucie spełnienia. PRZEWIALO MNIE BOLI W OKOLICACH NEREK. Odzew: 
NASMARUJ SIĘ OLEJKIEM KAMFOROWYM I OWIN SZALEM. 
   Adam z czasem spostrzegł jednak, Ŝe zobojętnienie obejmuje takŜe wszystkie inne aspekty 
jego Ŝycia. To, Ŝe zaniedbał mieszkanie nie było niczym zaskakującym. Nigdy nie dbał 
o designy i porządek, bez szemrania przyjmując decyzję MęŜa – niespełnionego projektanta 
wnętrz. Bałagan, jaki nastał po jego wyprowadzce, mógł nawet na kimś z zewnątrz robić 
wraŜenie anarchii po dobrowolnej dyktaturze, ale Adam zupełnie nie myślał w tych 
kategoriach. Po prostu zostawiał rzeczy ich własnemu losowi. 
   Rodziców, mieszkających pięć przystanków autobusowych dalej, wizytował coraz rzadziej, 
choć w pierwszych dniach rozłąki pospieszyli mu z pociechą. Nie chciał tej pociechy 
i wreszcie w słowach prostych, a stanowczych odmówił przyjmowania pokarmów, które 
matka przywoziła mu codziennie z domu. 
   – Jem na mieście. 
   – A na kolację? 
   – A na kolację idę do znajomych. 
   Poskutkowało. Zwłaszcza Ŝe w telewizji pojawiły się kolejne seriale z Ŝycia rodzinnego, 
które zastąpiły matce troskę o syna. Ojciec – jak to ojciec – oglądał Eurosport. 
   Adam drastycznie ograniczył kontakty towarzyskie. Kiedyś często albo bywali, albo 
zapraszali. Teraz, po szybkiej analizie, Adam doszedł do wniosku, Ŝe większość jego 
znajomych to nudziarze. Ci heteroseksualni w kółko pokazywali zdjęcia swoich nowo 
narodzonych bachorów, ci homoseksualni fotki z wycieczek zagranicznych. Z pierwszymi 
moŜna było wspólnie popsioczyć na politykę i gospodarkę, z drugimi takŜe i poświntuszyć. 
Drudzy mieli więc pewną przewagę na pierwszymi, ale nie na tyle znaczącą, by ostać się przy 
selekcji. 
   Z całej gromady Adam ocalił jedynie Krzysia – starego cynika i dorywczego kochanka, 
który trzymał się swojego małŜonka głównie ze względów ekonomicznych. Tamten bowiem, 
księgowy, zarabiał kupę kasy, co – jak mniemał Adam – pozwalało Krzysiowi oddawać się 
bez niepokojów materialnych intelektualnym grom na uniwersytecie. 
   – Ostatnio mój stary poznał Brazylijczyka z Irańczykiem – donosił Krzyś przez telefon – 
Obaj twierdzili, Ŝe nie są pedałami, bo wyłącznie biorą. Stary się poświęcił i dał obu dupy. 
Ale potem rozpętała się straszna awantura – Brazylijczyk chciał przerŜnąć Irańczyka, 
a Irańczyk Brazylijczyka. Wygrał Brazylijczyk. 
   – I co? 
   – I nadal twierdzą, Ŝe nie są pedałami. 

background image

   Pracę Adam teŜ zaczął mieć w dupie. Właściwie mnóstwo czasu w biurze spędzał na 
bezmyślnym surfowaniu po necie, pozorując od czasu do czasu jakieś działania. Wyrzucić go 
nie wyrzucili, widać nie tylko on popadł w marazm. Zaczął jednak coraz mniej zarabiać, 
płacono mu bowiem od wychodzonych i podpisanych umów. A jak miał chodzić, skoro 
siedział? 
   NiŜsze zarobki zaniepokoiły Adama. Na chwilę się przebudził, pobudził i chciał coś zrobić. 
Potem jednak wzruszył ramionami. Przynajmniej miał teraz wymówkę, by rzadziej jeździć do 
MęŜa. 
    
    
2. 
    
   Paweł popatrzył na swoje dzieło i zobaczył, Ŝe było dobre. Mógł naprawdę być dumny 
z tych pomidorów w bryndzy i sosie orzechowym. Udało mu się danie, nie ma co i goście to 
docenią, a wtedy jego duma zyska zupełnie inny wymiar. Stanie się niejako dumą 
obiektywną, potwierdzoną i usprawiedliwioną. Przeniósł wzrok z pomidorów na Michała. 
Z niego teŜ był dumny. Udał mu się chłopak, co obcy potwierdzili juŜ wielokrotnie, patrząc 
na Michała z niekłamanym poŜądaniem. Tak, to ciało nie jest duŜe, ale zgrabne i poręczne. 
Nie wypada z objęć. W dodatku ma facet gust, wie, jak się ubrać i jak się poruszać, umie 
rzucić subtelnie kokieteryjne spojrzenie i zagadać w kilku językach. Tak, ma gust, a on ma 
gust, Ŝe wybrał tak gustownego faceta. Spojrzał znowu na pomidory. MoŜe jeszcze trochę 
oliwy? 
   – MoŜe jeszcze oliwy, Michałku? 
   – Mało ci tłuszczu? 
   I tu Paweł oklapł, bo faktycznie faceta miał fajnego, seksownego i młodego, ale sam coś się 
rozrasta za szybko, choć tamten tylko siedzi i czyta, a on biega i na basen chodzi, widać to 
genetyczne, widać taki los po trzydziestce, jego ojciec teŜ jest otyły i wyłysiał, jak miał 
trzydziestkę, ale on juŜ ma po trzydziestce i tylko lekko posiwiał, włosy ma po matce, 
a Michał znowu sobie przefarbował swoje na kolor... 
   – Co to za kolor, ten tam u ciebie? 
   – Platyna ognista. 
   Michał nakrywał do stołu skrupulatnie. Odkąd Paweł pamiętał, zawsze wszystko robił 
skrupulatnie. PołoŜył ostatni widelec i chwycił za pilot. Na kaŜdym kanale machał do Michała 
papieŜ, a do papieŜa machały masy. Wyłączył telewizor. Paweł umieścił na stole swój chef-
d’oeuvre. Wracając do kuchni, przesunął ręką po pośladkach Michała. 
   Pierwsi przyszli Krzyś z Kubusiem. Jak zwykle, kwadrans przed czasem – Krzyś wcześniej 
zaczynał, bo wcześnie chodził spać. Paweł gorączkowo kończył ablucje, podczas gdy Michał 
witał gości. Chłopcy ucałowali się jak grzeczni mieszczanie. 
   – O! Nowy przykład waszego złego smaku! – krzyknął Krzyś, wciąŜ jeszcze w objęciach 
Michała, potrząsając brodą w stronę pastelowego rysunku kota. 
   Michał zmarszczył brwi. 
   – Bez obawy. WciąŜ jesteś najlepszym przykładem naszego złego smaku – rzekł serdecznie 
– Nie dostrzegasz w tym rysunku ironii romantycznej? 
   – Nienawidzę romantyzmu. To epoka rozhisteryzowanych heteryków. W Monachium jedna 
bogata niemiecka wdowa z pierścieniem Nibelunga na kaŜdym palcu ciągała mnie na festiwal 
Szubertowski. Wiłem się jak pstrąg. 
   – Szubert był pedałem. 
   – Tak? Nie słyszałem. 
   Kubuś rozglądał się dookoła, jakby szacował. Z łazienki wysunął się Paweł. 
   – Nie umyłeś włosów. – zauwaŜył Krzyś. 

background image

   – To Ŝel. 
   – Wyglądasz w nim bardzo... naturalnie. Nawet niezłe wino. Ile kosztowało? 
   – Trzydzieści sześć dziewięćdziesiąt. 
   – Jak na tę cenę, to naprawdę wam się udało. Na kogo czekamy? 
   – Na kobietę 
   – Na kobietę? AŜ do tego stopnia? Stary, co na to powiesz? 
   Stary oglądał kwiaty. Wymyślił niedawno, Ŝe będą one jego hobby, zwłaszcza, Ŝe w swej 
nowej posiadłości stawiał oranŜerię i czymś przecieŜ powinien ją wypełnić. 
   – Kubuś wymyślił niedawno, Ŝe zainteresuje się kwiatami. Będziemy mieć ogród 
i oranŜerię. Czymś je trzeba wypełnić. Moglibyście polecić mu jakieś drogie, egzotyczne 
rośliny? 
   Paweł puścił rękę Michała i podszedł do Kuby. Sam osobiście podlewał, nawoził 
i przesadzał. Uwielbiał grzebać w ziemi, mieć brudne paznokcie, patrzeć, jak kwitnie, jak się 
rozwija, więdnie i od nowa znów. Michał wciąŜ wyglądał kwitnąco, nie wiądł i się nie 
rozwijał. Właściwie od tych ośmiu lat jest wciąŜ tak samo perfekcyjny. Nie moŜna 
powiedzieć, Ŝe się go wyhodowało, wypielęgnowało, ukształtowało, Ŝe się o niego zadbało, 
zatroszczyło, Ŝe się go stworzyło. Nie, nie da ci tej satysfakcji. On juŜ jest stworzony, 
wyhodowany, wypielęgnowany, zadbany. Dlatego Paweł miał swoje rośliny. 
   I zjawiła się Paulina, która kochała się szczęśliwie w gejach. Chłopcy nigdy nie próbowali 
zrozumieć sekretów jej Ŝycia erotycznego – miała jakichś facetów, którzy pojawiali się u jej 
boku i znikali, bez konkretnej przyczyny i bez pretensji, chyba heteroseksualni, ale 
nieznaczący, przypadkowi, tymczasowi. Michał przypomniał sobie imię ostatniego, wysoki, 
szczupły, miesiąc temu jeszcze. MoŜe dwa. Z politechniki albo medycyny. Miły, tak miły, 
tyle moŜna było o nim powiedzieć. 
   – Och! Jakie to śliczne! – wykrzyknęła Paulina na widok obrazka z kotem siedzącym – 
I jest w tym jakaś ironia. 
   Dokonawszy obrzędu buzi-buzi, trójca powędrowała do salonu. Tu Paulina podała rękę 
Krzysiowi. Znała go, ale nie lubiła, bo był jedynym gejem, który nie pozwalał jej siebie 
kochać. Krzyś cenił klasyczny porządek, więc nie dopuszczał kobiet do prywatnego Ŝycia. 
   Kubuś skubał kwiatek i tylko uśmiechnął się nikło do Pauliny. Ta w geście powitania 
zarzuciła mu ręce na ramiona, co przyjął z niejakim zaŜenowaniem, spoglądając 
przepraszająco na małŜonka. 
   Zasiedli. Pomiędzy nimi przechadzała się nerwowo Helena, pomrukując permanentnie, 
wyraźnie niezadowolona z inwazji obcych na jej terytorium. 
   – Dobre te pomidory. Zupełnie jakbym sam je zrobił. 
   Skoro Krzyś tak mówi, to nie moŜe być lepiej. Paweł wyraźnie się rozluźnił i dolał wina. 
   – Idziemy jutro na zebranie nowej organizacji gejowskiej. 
   Krzyś parsknął, nakładając sobie na talerz wegetariański bigos. 
   – A to nie lepiej od razu na zakrystię? Co będziecie tym razem organizować? 
   – Przyjęcie towaru, Krzysiu. 
   – śeby was tylko nie przewiało. Kto zwołuje hufce? 
   – Wiktor. W zeszłym miesiącu jako jedyny zgłosił się na konkurs striptizu w tej pedalskiej 
spelunie przy Rynku. 
   – Wygrał? 
   – Nie został zakwalifikowany. 
   – Weźcie mnie jutro ze sobą. – prosiła Paulina – Będę udawać gay friendly. 
   – Wykluczone! Znowu zaczniesz mówić o prawie do aborcji. 
   – Wiktor, Wiktor... – Krzyś trwał od dłuŜszej chwili w zadumie – Taki chudzielec z wadą 
wymowy? Kubusiu? Skąd ja go znam? Och! PrzecieŜ wyhaczyłem go kiedyś na czacie. 

background image

I jeszcze tej samej nocy stawiłem się pod jego drzwiami z butelką wina. DuŜo lepszego niŜ to 
tutaj. AleŜ był mną przeraŜony! Następnego dnia został działaczem. 
   – Poza tym – westchnął Paweł – Musimy dbać o własne interesy. Bo jeśli sami nie 
zadbamy, to kto zadba? O nasz interes? 
   – MoŜe „Gazeta Wyborcza”? 
   Śmiech przeszedł przez stół. 
   – ”Wyborcza” to nie interes, to cały organ. Liberalny w stanie spoczynku, konserwatywny 
w erekcji. 
   Wszyscy byli tego samego zdania. 
   – Intelektualna kastracja, drobnomieszczańskie doktrynerstwo, moralizatorska stabilizacja – 
sączył Michał – konserwatywny zator mózgu, strach zakonserwowany w przeterminowanym 
sosie... 
   – I te klerykalne sentymenty, trzymanie się sukienki episkopatu, brzydkich transwestytów 
pouczających, jak być naturalnym. CzyŜ to nie ucieszne, Ŝe w Polsce lewica mówi językiem 
prawicy, prawica skrajnej prawicy, a skrajna prawica narodowych socjalistów. Istna wieŜa 
Babel. Pan Bóg pomieszał języki, tylko za jakie grzechy? – zatroskał się Paweł 
   – To jaka jest alternatywa? MoŜe „Rzeczpospolita”? 
   Śmiechom przy stole nie było końca. 
   – Nie sądzicie, Ŝe Polsce potrzebna jest rewolucja intelektualna, dokonana przez kobiety 
i gejów? – zapytała Paulina 
   – Jako papieŜ antyfeminizmu, rzucam na ciebie klątwę, kobieto – Krzyś wzniósł kieliszek. 
    
    
3. 
    
   Adam jeszcze robił to, co do niego naleŜało. Pracował, rozmawiał, kupował, chodził do 
kina, sprzątał, ubierał się, czytał, słuchał, mył naczynia, mył głowę, mył nogi, oglądał 
telewizję, sikał, srał, podlewał kwiaty, onanizował się, telefonował, spacerował, uczył się 
francuskiego, uśmiechał się, mówił dzień dobry, pił wino, Ŝył. Ale coraz mniej go to 
przekonywało. 
   Gdy w zimny grudniowy wieczór machinalnie wertował kartki czasopisma kolorowego, 
poczuł, Ŝe zazdrości działaczom. Tym, którzy walczą o sprawę, zbierają podpisy 
i demonstrują przed instytucjami. Zapragnął jakiejś wojny, oburzającej przemocy 
i niesprawiedliwości, która zaprowadziłaby go na manifestację, wsadziła na barykady i dała 
transparent do ręki. AŜ wstał z przejęcia. Zgodziłby się nawet na rolę ofiary – kosowskiego 
uchodźcy, głodującego w Afryce, prześladowanego transseksualisty, afgańskiej kobiety 
albo... Jakoś nikt więcej nie przychodził mu w tym momencie do głowy. AŜ usiadł 
z przejęcia. 
   Godzinę później przeczytał w internecie ogłoszenie o zebraniu załoŜycielskim 
Ogólnoświatowej Organizacji Gejów i Lesbijek Do Zwalczania Dyskryminacji i PomnaŜania 
Demokracji w Polsce. Kupił nowy sweter, nie załoŜył kalesonów (nigdy nic nie wiadomo) 
i się udał. 
   W salce ciasnej i niskiej, wejście od podwórza, młody, chudy męŜczyzna z rzadkim 
zarostem, queerowo ciągnąc samogłoskę „e”, przemawiał do grupy plus minus dziesięciu 
osób, wiercących się nieśmiało na niewygodnych krzesłach. Było o dyskryminacji 
i kształtowaniu pozytywnego wizerunku. Adam przyjrzał się swoim współtowarzyszom. 
Najmłodszy lokował się w okolicach szkoły średniej, najstarszy kiwał siwą głową, lesbijek 
nie zauwaŜył. 
   Wzrok Adama przykuła jedna para, wczesnych trzydziestolatków albo późnych 
dwudziestolatków, którzy siedzieli po jego prawej stronie. Obaj ubrani byli z niewzruszoną 

background image

i niewymuszoną elegancją, w ciemne koszule i markowe marynarki – jeden szarą, drugi 
czarną. Miny mieli zgodnie powaŜne, choć na twarzy młodszego z nich pojawiał się co 
pewien czas subtelnie drwiący uśmiech, gdy tylko mówca przekraczał w swojej retoryce 
granice bełkotu. Obaj wydawali się teŜ kompletnie impregnowani na otoczenie – 
w przeciwieństwie do innych biesiadników nie rozglądali się płochliwie na boki, nie rzucali 
trwoŜliwych uśmiechów i nie spuszczali z zakłopotaniem wzroku. Byli razem, w konkretnym 
celu i z poczuciem własnej wartości, którą nawzajem w sobie utwierdzali. 
   Wodzirej zebrania najpierw pomachał certyfikatem wydanym przez zagraniczną organizację 
gejowską, który to certyfikat poświadczał, Ŝe polski oddział tej organizacji mieści się 
w Warszawie. Potem pomachał drugim certyfikatem wydanym z upowaŜnienia tamtej 
zagranicznej organizacji gejowskiej przez jej polski oddział, który to certyfikat poświadczał, 
Ŝ

e on, wodzirej, jest prezesem lokalnej filii polskiego oddziału zagranicznej organizacji 

gejowskiej. Gdy juŜ wszyscy zebrani to pojęli, prezes zawołał: 
   – Jesteeeeśmy uniweeeersalni. NaleŜymy do czegoś większeeeego. Do większeeeeej 
mnieeeejszości! 
   Po czym nakazał prezentację. Kolejno odlicz, cicho i niewyraźnie, bez patrzenia sobie 
w oczy, podkreślając kaŜde słowo nerwowym chichotem, zebrani wymieniali swoje imiona 
i profesje. 
   – Witaj Arturze w naszym gronieeeee! – cieszył się ten najwaŜniejszy – Witaj Marku! 
   – Jak ma na imię prezes? – Adam szepnął do ucha chłopcu od uśmiechu. 
   – Wiktor. Jest wykwalifikowanym pomocnikiem dentystycznym. – lekko tylko odwracając 
głowę, odrzekł zapytany. 
   Gdy przyszła kolej na niego, Adam przedstawił się i dodał tonem usprawiedliwienia: 
   – Przyszedłem, bo chciałbym zrobić coś dla sprawy. 
   Jego deklaracja przeszła bez słowa komentarza – nawet zwyczajowego „Witaj w naszym 
gronieeeee”. Wszyscy zwrócili oczy w kierunku sąsiadów Adama. W jednej sekundzie 
zniknęła wyniosła powaga obu panów. Młodszy przyjął na siebie spojrzenia widzów, 
wyprostował się na krześle i promiennie, dobrze ustawionym, spokojnym głosem 
wypowiedział swoje imię: Michał. 
   Adam popatrzył z ukosa na mówiącego i uznał, Ŝe jest on, jakby to powiedzieć... seksowny. 
Jego drobna sylwetka prezentowała się doskonale i pewnie na tle chropowatej ściany. Nie 
wykonywał Ŝadnych nerwowych gestów, nie zacinał się ani nie dopuszczał do głosu zbędnych 
słów. Z precyzyjną serdecznością, zaznaczył, Ŝe ma spore doświadczenie w działalności 
gejowskiej, na co podniecony Wiktor zakrzyknął: „Tak, tak, znamy się od dawna”. 
   Towarzysz Michała niecierpliwił się na swoim krześle, a gdy przyszła jego kolej, odezwał 
się wysoko i z pewną taką egzaltacją: „Paweł, dziennikarz radiowy”. Po czym ponownie 
skulił kark i popatrzył na Michała, jakby prosząc go o potwierdzenie prawdziwości tych słów. 
Michał milczał jak Bóg u Bergmana. 
   Ustalono datę następnego spotkania, na którym miał zostać przedstawiony projekt statutu. 
Część oficjalna dobiegła końca. Grupa rozbiła się czym prędzej na dwu-, trzyosobowe 
podgrupy. Tylko Adam, obcy, stał sam i by nie wyjść na sierotę, a stworzyć iluzję działania, 
pewnym ruchem szczęk gryzł ciasteczka. 
   Michał i Paweł konferowali tymczasem z Wiktorem i zdawali się nie zwracać na Adama 
Ŝ

adnej uwagi. Raz pochwycił przelotne spojrzenie Michała, ozdobione szerokim uśmiechem. 

Nie wiedział jednak, czy uśmiech ten był adresowany do niego, czy teŜ po prostu stanowił 
jedno z akcesoriów rozmowy i podobnie jak spojrzenie, zupełnie przypadkowo otarł się 
o jego postać. 
   – Przepraszam, gdzie tu jest toaleta? – zapytał Marka czy teŜ Artura. 
   Obaj umilkli i zrobili zakłopotane miny. 
   – Po drugiej stronie podwórza. Trzeba poprosić Wiktora o klucz. 

background image

   Na takie dictum Adam wziął z wieszaka płaszcz i, przez nikogo nie zatrzymywany, 
wyszedł. 
    
   – W sobotę wielki bal. Big party. Chez moi. 
   Michał zdziwił się niepomiernie. 
   – PrzecieŜ nie organizowałeś dotąd Ŝadnych spotkań towarzyskich, Krzysiu. Twierdziłeś, Ŝe 
mieszanie przyjaciół jest barbarzyńskie i niegustowne. 
   – Degustacja tandety. I mnie to pragnienie dopadło. Będzie duŜo świeŜego mięsa. 
   Michał podzielił się wiadomością z Pawłem. 
   – Pamiętasz, Ŝe wyjeŜdŜam? 
   Odbywał co miesiąc, dwie rytualne podróŜe do rodziców. Sam, rzecz jasna. O Michale 
wiedzieli, choć wiedzieć, ani tym bardziej słyszeć, nie chcieli. Za kaŜdym razem, po powrocie 
z takiej wizyty, Paweł relacjonował Michałowi: 
   – Mój ojciec staje się nie do zniesienia. Odkąd przeszedł na emeryturę i siedzi w domu, 
terroryzuje matkę, a ta wpadła w rolę pierwszej męczennicy i tylko popłakuje po kątach. 
   Ojciec Pawła był emerytowanym oficerem marynarki handlowej. 
   Adam przyszedł na imprezę mocno spóźniony. Cały dzień apatia walczyła w nim 
z próŜnością. Sam nie wiedział, czy bardziej pragnie zademonstrować światu swoje do niego 
obrzydzenie, odrzucając zaproszenie Krzysia, czy teŜ pokazać się, pouwodzić, zabłysnąć 
i sobie samemu coś tam udowodnić. Doszedł w końcu do oczywistego wniosku, Ŝe wszelkie 
demonstracje dokonywane w domu nie zwrócą niczyjej uwagi. Ruszył się więc z posad, choć 
ewentualny brak sukcesu wywołać mógł u niego jeszcze głębszą depresję. 
   W ponad stumetrowym mieszkaniu Krzysia gejów było od groma. O kaŜdy antyk opierało 
się co najmniej dwóch. 
   – Oto mój twór! – Krzyś wskazał na tłum. Jak Ci się widzi? – zapytał nowo przybyłego. – 
Chodź, zapoznam Cię z detalami. Co by pasowało do takiego drobnomieszczanina jak ty? 
Odrobina klasy robotniczej w stylu S/M? Inteligencja pracująca po godzinach? Małolat 
z pryszczami? Nie, po takich zawsze zostaje Ŝel na rękach, gdy ich się głaszcze po 
czymkolwiek. Wiem. Przeciętny artysta. Gardzę artystami, ale jakiś osobnik estetyczny 
zapełniłby pustkę po starym i na nowo wprowadził porządek do twego domu. O! O! To jest 
Leon. Urzędnik celny zjednoczonej Europy. Widać, prawda? Ten beznadziejny kolor koszuli 
i miła twarz bez wyrazu. 
   – Co porabiasz? – zapytał Leon Adama 
   – Pracuję w agencji. 
   – Towarzyskiej? – Leon uśmiał się z własnego dowcipu – Och, przepraszam! Pewnie 
ubezpieczeniowej albo reklamowej? 
   – A czy to waŜne, gdzie się produkuje fikcję? – odpowiedział za Adama Krzyś i pociągnął 
go dalej. 
   – Leon szuka męŜa. Zarabia niewiele, ale systematycznie. Z pewnością będzie awansował, 
chyba Ŝe wybuchnie wojna i zginie na pierwszej linii frontu. Solidny gość. Ale nie uwierzysz, 
jaki potrafi być zabawny. W seksie jest pasywny. 
   I wtedy Adam ujrzał Michała. 
   – Przedstaw mnie. – szepnął Krzysiowi. 
   – Niezły, prawda? Uprzedzam, Ŝe jest pośrednikiem w branŜy nieruchomości. Najlepszym 
na rynku. Niczego nie zatrzymuje dla siebie. 
   Znajomość zaczęła się banalnie, tandetnie właściwie. Obaj wykrzyknęli jednocześnie, 
podając sobie ręce: 
   – My się juŜ... 
   Krzyś zniknął, a Adam, patrząc uporczywie w kieliszek, zapytał po sekundach kłopotliwego 
milczenia: 

background image

   – Coś się tam jeszcze ciekawego zdarzyło? 
   – Skąd! Tam nigdy nic ciekawego się nie zdarzy. Nie znasz organizacji gejowskich? 
   – Nie znam. To był mój pierwszy raz. 
   – I jak? 
   – No, Ziemia się nie zatrzęsła. – rzekł Adam i wyraźnie się rozluźnił. Poczuł, Ŝe i on moŜe 
być dzisiejszego wieczoru dowcipny. 
   Michał teŜ wyglądał na zadowolonego. PołoŜył delikatnie rękę na ramieniu Adama 
i wskazał mu miejsce na kanapie. Adam usiadł posłusznie, lecz nieśmiało. 
   – Jesteś sam, czy teŜ z...? 
   – Z męŜem? Nie, Paweł wypełnia obowiązki rodzinne. W Polsce więzy krwi są silniejsze 
niŜ więzy spermy. 
   – Długo się znacie z Krzysiem? – Adam jeszcze nie był gotów na porzucenie konwenansu. 
   – Bynajmniej. Pół roku moŜe. Krzyś współpracował z radiem Pawła i od tego się zaczęło. 
Wygłaszał pogawędki z filozofii, ale szybko zdjęli go z anteny, bo kogóŜ dzisiaj obchodzą 
martwi myśliciele? 
   – To wszyscy filozofowie juŜ umarli? 
   – Tak jakby. 
   – Krzyś wydaje się bardzo Ŝywotny. 
   – Bo on jest grabarzem, a nie trupem. 
   – A tu? Znasz kogoś? 
   – Nie. W kaŜdym razie nie daję tego po sobie poznać. 
   Adam nie zrozumiał do końca, co Michał miał na myśli, zaczął więc asekuracyjnie 
rozglądać się za gospodarzami. Goście rozbili się na małe grupki pozbawione ze sobą 
kontaktu. Ktoś gdzieś podpierał ściany, ktoś inny tańczył. Całość spajała muzyka, obojętne 
hity przesuwające się jeden za drugim. Na widnokręgu nie było ani Krzysia, ani Kuby. 
   – Pewno siedzą w pokoju i się kłócą. 
   – Nie wiesz? Kuba wyjechał na wakacje do Tajlandii. Tylko dlatego Krzyś zrobił tę 
imprezę. Nie lubi, jak mu się stary plącze między nogami. 
   Krzyś stawił się znienacka przed M. i A. cały rozpromieniony. 
   – Pobłogosławić? 
   – Błogosław – pozwolił Michał – ale najpierw wyciągnij kropidło. 
   Krzyś zamachał rękami w powietrzu, po czym podał im je do ucałowania. Pochwycił dłonie 
ich obu, złączył ze sobą i poprowadził ku parce stojącej koło okna. 
   – To słynny fotograf, a to słynny autor ksiąŜek podróŜniczych – przedstawił gości, nie 
podając nazwisk. – Przyjechali prosto z Warszawy, by uświetnić nasz prowincjonalny 
bankiecik. 
   – Właśnie rozmawiamy o filmie „8 kobiet” – krzyknęła hardo jedna z osobistości – 
Widzieliśmy. Bardzo nam się nie podobał i nie rozumiemy zachwytów krytyków. Co mają 
znaczyć te piosenki ni stąd, ni zowąd? Chcieli chyba zarobić na soundtracku. 
   – Nie podobało Wam się „8 kobiet”? – oburzył się Krzyś – Co z Was za geje? Powinni 
Wam cofnąć koncesje! 
   I tradycyjnie zniknął. 
   Adam nie miał zdania. Nie chadzał do kina, nie oglądał telewizji, nie czytał gazet, więc 
twarze vis a vis nie mówiły mu nic. Poza twarzą Michała, który mrugał oczami i miał właśnie 
najpiękniejsze fizys na świecie. Tamci gestykulowali, ale ich słowa nie przebijały się przez 
gęsty dym zauroczenia. Michał włączył się do dyskusji, wysuwał jakieś argumenty, bronił 
filmu: 
   – Nie ma... szczęśliwej... sztuczność... Ŝycie... bulwarowe przedstawienie pod... prawda 
w kreacji... 

background image

   Adama dolatywały strzępy słów. PołoŜył rękę na ramieniu Michała i szepnął szeptem 
podniesionym. 
   – Pojedziemy do mnie? 
   – Nie, do mnie. – odkrzyknął mu Michał i objął go ramieniem. 
   To był seks od pierwszego wejrzenia. 
    
   Rano zrobili to jeszcze raz. Mieszkanie było duŜe i przestronne, z kolejnymi pokojami 
gdzieś za drzwiami sypialni, którą wypełniało wielkie wygodne łoŜe. Ze ściany patrzył na 
nich odpustowy Chrystus w zboŜu, którego łaskotała w szyję paprotka stojąca na półce 
z bibelotami. W nogach łoŜa leŜała Helena. 
   – To samiec? – zapytał Adam zaraz, gdy się obudził 
   – Samica. Ale wysterylizowana. – odrzekł Michał. 
   Czytał ksiąŜkę. Po angielsku. Miał ciało nieduŜe, ale zgrabne i smakowite. Więc Adam 
dotknął jego sutków. Michał odłoŜył ksiąŜkę i posłusznie poddał się pieszczocie. 
   Na śniadanie była kawa i jogurt. Po konsumpcji Michał podsunął Adamowi swoją 
wizytówkę ze słowami: 
   – MoŜe się umówimy, jak Paweł wróci? 
   Adam uciekł wzrokiem. To właściwie co? Co właściwie to znaczy? Taka otwartość? 
Swoboda? Prawdziwe partnerstwo? On się z MęŜem nie dzielił? I prawie nie mówił? I kim tu 
będzie? I dlaczego? Dlaczego on? Podoba mu się, właściwie. Boi się. A jeśli się zakocham? 
Nie, lepiej nie. To moŜe w tym drugim? Jezu, wiecznie jakieś pary. Dobrze, bezpieczniej. Jak 
dla kogo. 
   – Chętnie, jeśli on nie... 
   – Nie. 
   Wyszedł, a Michał stał w oknie i do niego pomachał. 
   Była niedziela, Adam usiadł w fotelu i włączył telewizor. Telenowela następowała po 
teleturnieju. Zanurzył się w tym familijnym gnoju i zapomniał, Ŝe coś go nęka. 
    
   – Był seks? – rzeczowo zapytał Krzyś 
   – No... Był. 
   – Udany? 
   – O ile pamiętam, tak. 
   – Ma duŜego? 
   – Proporcjonalnie do reszty ciała. 
   Chwila milczenia. 
   – Nigdy nie spałem z Michałem. Z Pawłem, owszem, coś mi się zdarzyło. Gratuluję. Co 
najmniej trzy czwarte zebranych miało ochotę zrobić to, czego ty dokonałeś. 
   – A co dalej? 
   – Dalej? Lama. Chłe, chłe. 
    
   – Fajnego faceta poznałem – rzekł Michał w poniedziałek po całym dniu pracy. 
   Paweł poprawił Ŝaluzję. 
   – U Krzysia? 
   – Tak. Pamiętasz, spotkaliśmy go. Na zebraniu. Taki wysoki, czarny, duŜe zielone oczy. 
   – Nie pamiętam. Aa! Taki wysoki. Siedział sam. Tak patrzył trwoŜliwie. 
   – Hm! 
   – Fajny? Ma fajnego? 
   – Mhm. MoŜe zaprosić go na kolację? 
   – Zaproś. Tylko nie w tym tygodniu, bo zapieprz w robocie. Co robi? 
   – Pracuje w jakiejś agencji. Jak było w domu. 

background image

   – Mój ojciec staje się nie do wytrzymania. 
    
   – Słyszałem, Ŝe był seks? 
   – Krzysiu, to jest pytanie retoryczne. Wiesz przecieŜ, Ŝe wiesz wszystko najlepiej. 
   – Ale nie znam szczegółów. 
   – Och, nie bądź drobiazgowy! 
   – Drobiazgowy, powiadasz. AŜ tak źle, Michale? 
   – Zło jest pojęciem względnym, skarbie. Jak i rozmiar. 
   – Myślałem dotąd, Ŝe Tobie chodzi raczej o wymiar niŜ o rozmiar. 
   – Dobry rozmiar ma swój wymiar. 
   – Więc co dalej? 
   – Dalej, więcej, częściej... Nie umiecie poprzestać na małym. 
   – Mów za siebie. Ja bym poprzestał, mój mały. 
   – Śpij dobrze, Krzysiu. I niech Ci się przyśnię. 
    
   Przez pięć dni nic się nie działo, jeśli nie liczyć gęstniejącej atmosfery w agencji 
reklamowej czy teŜ ubezpieczeniowej. Szeptano po kątach plotki o recesji i redukcji, 
obrzucając się przy tym nienawistnym i lękliwym spojrzeniem. Szefostwo poinformowało 
o obcięciu premii, zamroŜeniu płac i niedwuznacznie dało do zrozumienia, Ŝe kto będzie 
wcześniej wychodził z pracy, ten moŜe pewnego dnia juŜ do niej nie wrócić. Cichy pomruk 
niezadowolenia był wszystkim, na co odwaŜyli się sterroryzowani, ale zagroŜenie wyparło 
resztki dobrego wychowania. Frustracje przeniosły się na pokoje i tu zostały zalegalizowane. 
Represyjna sytuacja wyzwoliła fobie, dotąd skrzętnie ukrywane i zneutralizowane małą 
stabilizacją. 
   Gdy Adam wracał z toalety, usłyszał, Ŝe jego kolega głośno opowiada dowcip o pedałach, 
ten zapomniany rodzaj dowcipu, który, zdawało się, dawno stracił swoją Ŝywotność. I dobrze 
się zdawało, bo kawał rozbrzmiewający w pokoju, Adam znał jeszcze ze szkoły podstawowej, 
kiedy to wraz z kolegami rechotał beztrosko, nie bardzo wiedząc, co właściwie znaczy słowo 
„pedał”. 
   – Zapytam Ŝony. Rysiek, czy tu jest ulica pedałów? 
   Skończył kolega, bynajmniej nie zraŜony wejściem pedała. Słuchacze, cztery kobiety 
i jeden męŜczyzna, zaśmiali się zdawkowo, ale nie bez satysfakcji. Adam zacisnął zęby, 
zaczerwienił się, nic jednak nie rzekł. Nie wiedział, co ma rzec. Ty nie mówisz, my nie 
pytamy – dotąd trzymali się tej zasady, wstydliwie zaciekawieni bezbarwną odmiennością 
swojego kolegi. Adam cierpliwie wysłuchiwał niekończących się gadek o męŜach, Ŝonach, 
dzieciach, teściach i zakupach, samemu wtrącając coś od czasu do czasu w bezosobowej 
formie. Raz czy drugi przyprowadził MęŜa na zakładową imprezę, by dać do zrozumienia 
i uniknąć pytań typu: kiedy się wreszcie oŜenisz? Starał się wtedy trzymać od niego z daleka, 
unikać choćby przypadkowych dotyków, otarć i gestów zaŜyłości. Było sztywno 
i nieprawdziwie, a kończyło się nadąsanym milczeniem w domu. Od czasu, gdy MąŜ 
wyjechał do Warszawy, Adam poczuł się swobodniej – mógł nareszcie uŜywać liczby 
pojedynczej bez zawstydzenia i skrupułów. Teraz jednak zrozumiał, Ŝe wszystko, czego nie 
powie, zostanie uŜyte przeciwko niemu. 
   Starał się udawać, Ŝe nic nie zaszło. śe niczego nie bierze do siebie. Bądź jak pośrednik 
doskonały! – pomyślał i po raz kolejny tego dnia przypomniał sobie, Ŝe Michał nie zadzwonił. 
ś

e pewnie wrócił do swej małŜeńskiej sielanki i juŜ nawet nie pamięta, bo przecieŜ nic nie 

zaszło, bo nic nie naruszyło jego Ŝycia. I tylko on trochę Ŝałuje i jest mu przykro, bardziej niŜ 
z powodu tych głupich docinków i perspektywy wylania z roboty, co nic go właściwie nie 
obchodzi. I sczezł w tym swoim fotelu. Wygrają, te homofoby, wygrają, bo uległ zauroczeniu 

background image

i jest słaby, a miał być obojętny. Roztkliwił się nad sobą, uŜalił, dotknął ręką swej ręki na 
pocieszenie i poszedł znowu do toalety. 
   Kilka minut później obmył twarz zimną wodą i wytarł ją papierowym ręcznikiem. A oto do 
łazienki wszedł koleś od dowcipu. Stanął w drzwiach, wyraźnie zaskoczony i zawstydzony 
widokiem Adama. Nie planując, nie myśląc, ot tak, nie wiedzieć czemu, Adam popatrzył 
facetowi w oczy, chwycił się przez spodnie za genitalia i potrząsnął nimi w kierunku 
delikwenta, gestem aktora z pornosów. Czerwony na twarzy koleś przemknął do kabiny, którą 
zamknął na klucz. Świadomość gestu dopiero teraz spłynęła na Adama. Spłynęła i odpłynęła, 
zostawiając obdarzonego lekkim i radosnym na całe popołudnie. 
    
    
4. 
    
   Sama kupiłam mieszkanie. Dawno juŜ chciałam i nie starczało mi odwagi. Pięć lat, jak tu 
jestem. Pięć czy sześć? NiewaŜne. Nie lubiłam tych wynajmowanych kawalerek z cudzymi 
meblami i obcym zapachem, drogich i zapuszczonych. W bloku z brudną klatką schodową 
i wrzeszczącymi babsztylami piętro niŜej, co rzucają kurwami w dzieciaki słuchające na cały 
regulator jakiejś rąbanki. Teraz teŜ będę miała brudną klatkę i hałaśliwe sąsiedztwo, ale 
własne, swojskie. Czuję się jak nostalgiczna masochistka, która koniecznie chce odtworzyć 
we własnym Ŝyciu to, od czego uciekała. Klimaty dzieciństwa i młodości, koszmary 
dzieciństwa i młodości, zamknięte w innych realiach i w innym kontekście, ale tak samo 
ś

mierdzące. Śmierdząca toŜsamość. Wreszcie u siebie, wśród swoich, obcych, rodzice 

pochwalą, kaŜą znaleźć chłopa do mieszkania. JuŜ nawet nie musicie brać ślubu, córeczko, 
jesteśmy wyrozumiali, tylko Ŝebyś była szczęśliwa, bo samotność jest straszna, jak piszą 
w tych kolorowych, postępowych magazynach dla kobiet sukcesu. Kto wie, moŜe matka 
odkryła dzięki nim łechtaczkę? Remake. Mało hollywoodzki remake z Ŝałosnymi efektami 
specjalnymi. 
   W tej mieścinie, skąd pochodzę, moi rodzice są nauczycielami. Emerytowani nauczycielami 
teraz, ale wtedy oczywiście nie byli jeszcze emerytowani i musieli świecić przykładem. 
Połowa lat 80., smętny komunizm, mamrotane na lekcjach wiersze Broniewskiego i czytanki 
o Leninie, moja matka, która nie zaprzeczała, bo odbębniała to, co napisane w programie, 
wciąŜ to samo i tak samo, bez zaangaŜowania, bez wiary, bezmyślnie. I ojciec matematyk, 
chyba racjonalny i wątpiący, ale po cichu, dla siebie. Zawsze w niedzielę posłusznie szedł 
z matką do kościoła, co ja mówię, chodzą do tej pory i nawet nie wiem, czy wbrew czy 
w zgodzie ze swoimi przekonaniami, bo nie wiem, czy w ogóle mają jakiekolwiek 
przekonania. Matka nie lubi tego i owego z sejmu, bo źle mu z oczu patrzy. A ojciec? Nie 
mówi. A ja nie pytam. 
   Ojciec – syn lekarza, lokalnej znakomitości, która miała mu za złe, Ŝe skończył tylko studia 
zaoczne i został zaledwie nauczycielem. Dziadek gardził swoim synem, choć potrzebował go 
jako czwartego do brydŜa, gdy brakowało proboszcza albo przewodniczącego rady gminy, 
albo weterynarza. Chłopstwem, które leczył, teŜ gardził i pewnie wykorzystywał je finansowo 
i seksualnie, a oni całowali go po rękach. Jezu, wszystko zupełnie jak w pozytywistycznych 
nowelkach, a przecieŜ to były lata 80. XX wieku, ustrój ludowy i tak dalej. 
   Ojciec teŜ całował dziadka w rękę i kazał mi go szanować. Dlaczego go miałam szanować, 
nie był dla mnie zbyt miły, nie lubił mnie, uwaŜając za jeszcze bardziej nieudany twór swego 
nieudanego tworu? Bo Ŝeński, a nie męski. Kiedy przychodziłam do jego ciemnego, 
wilgotnego mieszkania, wyjmował z cięŜkiego, ponurego kredensu, na którym pewnie mój 
tatuś często odbierał w dzieciństwie lanie długim, skórzanym pasem, pudło z biszkoptami. 
Chyba wciąŜ to samo pudło, nigdy tych biszkoptów nie ubywało, mimo Ŝe gryzłam je 
posłusznie, twarde jak kutas któregoś z moich kochanków, ale nie tak dobre, oj nie. Dziadek 

background image

był starym erotomanem, dorastając, musiałam wysłuchiwać jego świńskich uwag pod 
adresem mego zaokrąglającego się ciała. „Paulinko” – mawiał – „Rosną ci cycuszki”. Wcale 
bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, Ŝe molestował swoją córkę. Ale mnie nie tknął, 
pewnie dlatego, Ŝe niezbyt mnie lubił. 
   I pamiętam jeszcze dziadka oglądającego na radzieckim kolorowym telewizorze marki 
Rubin, całym w fioletach, program z Niną Andrycz. Stukał co chwila w ekran, oznajmiając, 
Ŝ

e widział ją w „Intrydze i miłości” na Ŝywo, w 195którymś. Stukał i powtarzał. Babci nie 

pamiętam, umarła, jak miałam dwa lata. Podobno była delikatna i inteligentna, grała na 
fortepianie i znała francuski, i nawet napisała sztukę, której nigdy nie czytałam, której nigdy 
nie widziałam, która gdzieś przepadła, muszę zapytać o nią ojca przy okazji. Portret babci 
z wielkim kokiem wisiał u dziadka nad stosem „Przekrojów”, między którymi schowany był 
jeden jedyny, przemycony z zagranicy numer „Penthouse’a”. Oglądałam go ukradkiem, gdy 
dorośli zamykali się ze swoimi sprawami w pokoju jadalnym, bo oprócz gołych bab było 
w nim jedno jedyne zdjęcia gołego faceta. 
   Same kłopoty z tym kupowaniem mieszkania. Bankowe urzędniczki od kredytów są 
wścibskie i śmiertelnie powaŜne. W wyszukanej nowomowie dają ci do zrozumienia, Ŝe od 
ich Ŝyczliwości zaleŜy twoje dalsze Ŝycie. Agenci z biura nieruchomości stoją i dłubią 
w nosie, nic nie wiedzą, niczego nie pokaŜą, tylko czekają, by zgarnąć swoją prowizję. JuŜ po 
podpisaniu aktu notarialnego odkryłam, Ŝe jest zepsuta spłuczka i nie domyka się okno. 
W dodatku właścicielka okazała się sfrustrowaną wariatką, przerzucającą się od naiwnego 
sprytu do wyrachowanej histerii. Gotowa była bronić do upadłego wygórowanej ceny, ale gdy 
tylko powiedziałam, Ŝe w takim razie nie stać mnie na kupno, oddała pole walkowerem, choć 
z boleściwą miną ofiary. Podejrzewam, Ŝe jest kobietą porzuconą, która chce czym prędzej 
pozbyć się miłosnego gniazdka, pełnego bolesnych wspomnień, rozsądek podpowiada jej 
jednak, Ŝe musi z nawiązką odebrać to, co zainwestowała w uczucie, by teraz wyjść na swoje. 
Próbuje kombinować na rachunkach za telefon, których nie płaci od pół roku i domaga się 
ekstra gotówki za trzy rachityczne krzesła w kuchni. Wcale ich nie chcę, niech je bierze 
w cholerę, ona tymczasem przekonuje, Ŝe robi mi wielką przysługę, oddając je za pół ceny. 
Gdy przepisywałyśmy gaz i miała zapłacić 80 złotych zaległych naleŜności, krzyknęła, Ŝe nie 
ma pieniędzy i niemal się rozpłakała. Potem, juŜ przy wyjściu, ścisnęła mnie za ramię 
i szepnęła konfidencjonalnie: „Czy będę mogła trochę u Pani pomieszkać, kiedy znowu tu 
przyjadę?”. Na wszelki wypadek nic nie odpowiedziałam. Tak czy siak, muszę zmienić 
zamki. 
   Dziadek zawsze traktował matkę protekcjonalnie. Nie dość, Ŝe była kobietą, to jeszcze 
pochodziła z prostej, wiejskiej rodziny. Podwójnie obca. Całował ją w rękę (mnie teŜ całował, 
dzisiaj, gdy ktoś całuje mnie w rękę, ledwo się powstrzymuję, by nie dać mu w mordę) 
i nazywał: „Moją najpiękniejszą synową” (jakby miał inną). Niemal w kaŜdą niedzielę 
przychodził do nas na obiad, siadał na kanapie i krytykował wystrój mieszkania. Potem pytał 
mnie, czy juŜ byłam w kościele i kazał sobie opowiadać, co ksiądz mówił „na kazaniu”. Cała 
zestresowana, plątałam się w zeznaniach, ojciec milczał, matka mnie strofowała, mając przy 
tym minę, jakbym zabiła jej matkę. Zdegustowany dziadek pouczał, jak waŜną rzeczą jest 
wiara w Boga i chodzenie na mszę, ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek przytoczył 
jakiś argument na poparcie tej tezy. Po jego wyjściu bywało, Ŝe matka wściekała się na ojca, 
płakała, rzucała cicho lub na cały głos słowa nienawiści pod adresem dziadka. Nigdy jednak 
nie pozwoliła sobie na bunt, na powiedzenie „nie”, na wyraŜenie sprzeciwu. Z tym samym 
wykrzywionym uśmiechem przyrządzała niedzielny obiad i dawała się całować po rękach. 
   Paweł pomógł mi przy przeprowadzce. Między jednym a drugim meblem nawijał 
zaaferowany o jakimś Adamie, którego Michał poznał był na imprezie. Chłopcy szybko się 
spiknęli i teraz Adam przychodzi do nich na kolacje, pomaga w ogródku, wypoŜycza kasety 
video do wspólnego oglądania, sypia z nimi w weekendy. A ja patrzę na Pawła, jak się uwija 

background image

zręcznie, donosi kolejne bagaŜe, podczas gdy ja guzdrzę się przy upchanych w torbie 
naczyniach. Jezu, jaki dobry z niego mąŜ! Gospodarny, pracowity, oszczędny. I czuły. 
 
   – A teraz, Paulinko, przerwa. Napijemy się herbaty. 
   Nie znoszę, jak mówią do mnie Paulinko. Kiedy jestem z facetem w sytuacji erotycznej, 
a on zasuwa „Paulinko!” albo „dzióbku!”, „ptaszyno!”, „pszczółko!”, wtedy wiem, Ŝe zamiast 
seksu będzie leŜakowanie. 
   Paweł przechyla się nad jakimś stosem, Ŝeby włączyć czajnik elektryczny. Potem idzie do 
przedpokoju po swój plecak, z którego wyciąga starannie zapakowane torebki z herbatą. 
   – Wziąłem na wszelki wypadek, Ŝeby nie szukać w tym bałaganie. 
   Jezu, jakie to proste! Zamiast szukać w bałaganie, wystarczy zawczasu sobie przygotować. 
I tylko sięgnąć. A ci pierdoleni konserwatyści głoszą, Ŝe geje prowadzą nieuporządkowany 
tryb Ŝycia. 
   – Mój ojciec staje się nie do wytrzymania. – mówi Paweł. 
   Ojciec Pawła był oficerem na statkach handlowych. 
   Paweł ma dyspensę. Paweł moŜe mówić do mnie „Paulinko!” albo nawet „ptaszyno!”, bo 
go kocham. 
   Kładę moją głowę na jego ramieniu. 
   – Oj, uwaŜaj, bo cię oparzę! – unosi wysoko kubek z herbatą. 
   – AleŜ jestem zmęczona! 
   – A czym jesteś zmęczona, Paulinko? śebyś wiedziała, jaki ja jestem zmęczony. Moje radio 
staje się nie do wytrzymania. 
   Paweł spala się w robocie, której nie lubi, zwłaszcza odkąd radio zeszło na komerchę. Znam 
te narzekania, wysłuchiwałam ich nieraz, podobnie jak skarg Pawła na własne zdrowie, 
którym nigdy nie ma końca. I wśród tego potoku gorzkich Ŝali, po raz pierwszy z takim 
impetem dociera do mnie myśl, Ŝe właśnie wzięłam kredyt, Ŝe będę go spłacać przez 17 
długich lat, muszę więc trzymać się swojej roboty, tego prowincjonalnego oddziału wielkiej 
gazety, gdzie i tak mi zazdroszczą, bo jestem panią od kultury, a nie od sądów, sejmików 
i supermarketów. I myśl ta wpędza mnie w apatię. Siadłam na jednym z rachitycznych krzeseł 
i patrzę bezmyślnie, jak Paweł urządza mi kuchnię, na razie teoretycznie, ale on to lubi, a ja 
mu pozwalam. 
   – Tu ustawimy stół, a tę potworną szafkę wepchnie się do kąta, zanim nie sprawisz sobie 
nowej. Gdyby miała trochę wstydu, to by się sama spuściła ze schodów. 
   Kobieta powinna mieć własny pokój. Miałam własny pokój, ale nie miałam własnej 
przestrzeni. Zamykałam drzwi, wciskałam w szparę między nimi a podłogą dywanik 
w kształcie wielgachnej stopy, od czasu do czasu nawet podstawiałam pod klamkę krzesło. 
Nic nie pomagało. Ojciec zawsze cierpliwie mocował się z drzwiami, trząsł nimi i szarpał. 
A potem, jakby w ogóle nie zauwaŜył moich działań defensywnych, wchodził i nieodmiennie 
pytał: „co robisz?” albo „uczysz się?”, albo „czytasz?” (kiedy czytałam), albo „piszesz?” 
(kiedy pisałam). Podchodził i zaglądał mi przez ramię, a wtedy zasłaniałam zeszyt ręką, bo 
wstydziłam się, niezaleŜnie od tego, czy akurat odrabiałam zadanie z fizyki, czy teŜ pisałam 
pamiętniczek. A on kręcił głową w lewo i w prawo, w górę i w dół, próbując dojrzeć, co teŜ 
tam takiego piszę. „Nic, nic, tak sobie piszę”. Głaskał mnie po włosach i odchodził, by po 
dwudziestu minutach znowu potrząsnąć drzwiami. Trzymałam więc w pogotowiu jakąś 
ksiąŜkę, której tytuł i tak mu nic nie mówił. Ledwo poruszył klamką, juŜ miałam ją przed 
sobą i gdy podchodził, podtykałam mu okładkę. „Aha, dobrze, czytaj, czytaj”. I wychodził, 
i da capo al fine. Wieczorem po zgaszeniu światła, sprawdzał, czy śpię. A moŜe, czy w ogóle 
jestem, czy nie uciekłam, czy mnie nie porwali przez okno na trzecim piętrze. Onanizowałam 
się ostroŜnie, z otwartymi oczami utkwionymi w drzwiach, w bojaźni, Ŝe wlezie znienacka 

background image

i mnie przyłapie. Ale raz zamknęłam oczy i cicho sobie jęczałam, a on szarpnął drzwiami 
i zapalił światło, aŜ prawie Ŝe zawału dostałam z tą ręką pod kołdrą. 
   – Coś cię boli, córeczko? – zapytał głosem lekko poirytowanym 
   – Gardło – wycharczałam. 
   Podszedł i troskliwie połoŜył mi rękę na czole. 
   – Jesteś cała zgrzana. Nie masz ty przypadkiem gorączki? 
   Wyciągnął z szafki termometr i włoŜył mi go pod pachę. Nie musiałam zmieniać połoŜenia 
tej ręki pod kołdrą. 
   Usiadł. I siedział. 
   Po dziesięciu minutach wziął termometr spod mojej pachy. 
   – Trzydzieści siedem. Jesteś chora. – powiedział, patrząc mi w oczy – Dobrze się przykryj. 
   Wyciągnął z szafy pierzynę. Ściśle mnie nią opatulił, tak Ŝe nie mogłam się ruszyć. 
Przyniósł z kuchni szklankę wody i polopirynę. Nie rozpuścił jej w wodzie. 
   – Łykaj! – krzyknął, kładąc mi na języku białą tabletkę jak okruch ciała boŜego. 
   Tej nocy nie miałam juŜ orgazmu. A następnego dnia nie poszłam do szkoły. 
W usprawiedliwieniu ojciec nie napisał, Ŝe rozchorowałam się z podniecenia. I nie 
zaprzestałam onanizmu – po prostu od tamtej pory oddawałam mu się skrzętniej. 
   Więc jestem u siebie. Siedzę teraz na kanapie, szukam szczoteczki do zębów i kremu 
nawilŜającego, a Paweł zwozi moje rzeczy. Po kolejnej rundce do mego poprzedniego lokum, 
pojawił się z Adamem. Kochanek prezentuje się sympatycznie, jest ładny, ma twarz powoli 
starzejącego się dziecka. Stremowany, niewiele mówi i moŜe dlatego wydaje mi się na 
pierwszy rzut oka bezbarwny, konwencjonalny. Nie, on jest bez konwencji, on dopasuje się 
do wszystkiego, do kaŜdej sytuacji, byle go przygarnąć. 
   – To miło, Ŝe przyszedłeś – mówię do niego – Nie wiem, jak ci dziękować za pomoc. 
   – Drobiazg. Nie ma o czym... Jestem dostępny 24 h. – Ŝartuje niezręcznie. 
   – Adam to prawdziwy człowiek ponowoczesny. Otwarty całą dobą. – chichocze Paweł, ale 
widać, Ŝe teŜ jest zmieszany. Stracił swobodę i płynność ruchów. Błąka się chaotycznie po 
pokoju, komenderując Adamem z mieszaniną wyŜszości i zaŜenowania w głosie. 
   – Trzeba jeszcze wyrzucić te śmieci. I zsunąć te graty do malowania. 
   Co chwilę popatruje na mnie, ale nie wiem, czego szuka w mojej twarzy. Aprobaty czy 
zazdrości? Usiłuję wyobrazić sobie ich w łóŜku. Raz, dwa, trzy... Ale nie mam wyobraźni do 
gejowskiego seksu. Czy ktoś jest stroną dominującą? 
   Swoją drogą, rodzice nigdy nie zamykali drzwi do swojego pokoju. Nawet, gdy kładli się 
spać. Nie pamiętam zresztą, bym kiedykolwiek słyszała z ich sypialni seksualne odgłosy. 
Kłótnie, krzyki, chrapanie, pierdzenie, brzęczenie telewizora... – tak, to wszystko słyszałem. 
Ale jęki, westchnienia, piski, przyspieszone szepty, cmokania, pocałunki, stękania, rytmicznie 
biadolenie spręŜyn? Nasze Ŝycie rodzinne toczyło się w pełnej jawności, na ościeŜ, na 
przestrzał, dla innych. Gdy miałam bałagan w pokoju, matka krzyczała: „wstyd tu kogoś 
wprowadzić!”, jakby mój pokój był dla kogoś, a nie dla mnie. Jakby, co rusz trzeba było 
pokazywać. Mało pokazywać – demonstrować, Ŝe się nie ma Ŝadnych upchanych po kątach 
grzechów, Ŝadnego Ŝycia utajonego, intymnego, sekretnego, nieprzewidywalnego. śe 
jesteśmy pod całkowitą kontrolą, by niczego nam nie moŜna było zarzucić. 
   – Jeśli mogę spytać – nieśmiało wdziera się w moje myśli Adam – Czy nie byłoby lepiej 
najpierw pomalować, a dopiero potem się przeprowadzać? 
   – Tak, byłoby lepiej, a nawet rozsądniej. Ale jest juŜ za późno. 
   Kiedyś na weselu mojej ciotki, ojciec upił się straszliwie, a rano, gdy się obudził, poszedł 
pić znowu z personelem hotelu i resztkami gości. Matka ryczała, bo miał nas zawieźć do 
domu, to nie było w jego stylu taki nagły popis sobiepaństwa. Coś bełkotał, Ŝe to wesele jego 
siostry i on ma prawo, Ŝe trzeba się weselić, a nie ryczeć. Pamiętam, dygotałam z nerwów, nie 
mogłam znieść tej sytuacji, trzymałam w dłoniach skafander, chwyciłam jego rękaw 

background image

i pacnęłam nim ojca w głowę. Wybiegłam. Do mamy, zapłakanej mamy, która, gdy się 
o wszystkim dowiedziała, nakrzyczała na mnie, Ŝe jak śmiałam, Ŝe kto podnosi rękę na ojca 
swego, temu ręka usycha etc. Po chwili przyszedł ojciec, nie odzywał się do nikogo, dał się 
któremuś z krewnych wsadzić do samochodu i w milczeniu wróciliśmy do domu. To 
milczenie trwało tydzień, ja zaś czułam się jak główna jego sprawczyni, winowajczyni, która 
bezboŜnym, bluźnierczym czynem zburzyła mury świątyni, ukrzyŜowała Pana Jezusa, 
wywołała wojnę i zniszczyła przyszłość, swojej rodziny i swoją własną. Pewnego wieczoru, 
przyszedł do mnie ojciec i w niezgrabnych słowach, ze skruszoną miną, której nie potrafił 
ukryć, domagał się ode mnie przeprosin. Wtedy po raz pierwszy nie uległam. Milczałam, bo 
mimo olbrzymiego poczucia winy, którego do dzisiaj nie wydaliłam ani w oddechu, ani 
w kale, ani w wymiotach, ani w słowie, wiedziałam, Ŝe mam rację. Ojciec odszedł od mojego 
łóŜka i juŜ nigdy nie wracał do tej sprawy. Kilka tygodni później było BoŜe Narodzenie. 
Dzieląc się opłatkiem, dziadek przy wszystkich: matce, ojcu, ciotkach, wujkach, kuzynach, 
rzekł tym swoim wysokim, ustawionym głosem: „Pamiętaj, Ŝebyś nigdy więcej nie uderzyła 
ojca, nawet jak będziesz miała rację”. 
   Dziadek nie Ŝyje. Szeptali na pogrzebie, Ŝe „popełnił eutanazję”. Miał dość i kazał się 
w szpitalu odłączyć. Wątpię, Ŝe umarł odłączony. Patriarcha nigdy się nie odłącza, patriarcha 
odchodzi w łączności z Panem Bogiem, gdy tamten go wezwie przed swoje oblicze. Ciekawe, 
czy dobry Pan Bóg poczęstował dziadka biszkoptami? Twardymi jak. 
   Nie, nie mogę ich sobie wyobrazić w łóŜku, bo przecieŜ w mej percepcji jest istotna luka. 
Widzę tyjącego Pawła, widzę ładnego Adama. Ale nie ma Michała. To tak jakby w moim 
mieszkaniu brakowało centrum. Na samym środku pokoju piętrzy się dorobek mego Ŝycia. 
Paweł podtrzymuje go z prawej, Adam z lewej strony, bo wciąŜ coś spada, stacza się, 
rozsypuje. Ich ciała, rozdzielone tym, co moje, nie stykają się ze sobą. Nie, nie widziałam, by 
w mej obecności zaistniał między nimi choćby przelotny kontakt fizyczny. śadnych 
poufałości, Ŝadnej nawet dyskretnej mowy ciała. A przecieŜ tyle mi wcześniej Paweł 
naopowiadał. 
   Michał pracuje, przygotowuje się do jakiegoś waŜnego spotkania. Tak jakby spotkanie ze 
mną nie było waŜne. Zadzwonił i, jak zwykle z nienaganną dykcją, wysokim, ustawionym 
głosem, zapytał, jak się miewam, jak nam idzie przeprowadzka. 
   – Wszystko w porządku, Michale. 
    
    
    
5. 
    
   Adam nie trzymał dotąd dwóch obcych członków naraz. Zwalił się na niego ten nadmiar 
znienacka, ten seks niedemokratyczny, w którym gubił się płochliwie, bo musiał dokonywać 
nieustannych wyborów, co, kiedy i w jakiej kolejności, tak, by nikomu nie było przykro, nikt 
nie poczuł się dotknięty, odsunięty, by nie nasunąć podejrzeń, Ŝe przedkłada tego kutasa nad 
tego drugiego, bo przecieŜ wcale nie przedkłada, przeciwnie – chce wszystkiego ze 
wszystkimi, tylko Ŝeby nie naruszyć etykiety, której przecieŜ nie zna, której dopiero się uczy, 
ale czy z dobrymi wynikami, nikt go nie pochwalił, choć stara się być uczniem pojętnym 
i pojemnym. Tak długo przyciskam się do prętów łóŜka, Ŝe juŜ na pewno mam tam z tyłu 
czerwony pasek, to chyba najlepsze świadectwo? – pocieszał się w tę i z powrotem, potem 
otworzył oczy i wciąŜ widział te dwa obce członki, wolne i dostępne. Osiołkowi w Ŝłoby dano 
– przypomniały mu się słowa matki, wypowiadane wtedy, gdy, dzieckiem będąc, biegał 
wzrokiem za łakociami rozstawionymi na świątecznym stole i rozmyślał panicznie, co 
wsunąć najpierw. Na chwilę opanowało go przygnębienie, zawahał się przeto nad wzwodami 
i mogło się zdawać, Ŝe stracił ochotę, Ŝe nie podoła. Co oni sobie o mnie pomyślą? – 

background image

pomyślał i rzucił się łapczywie na oślep. Ale Paweł zrozumiał i przyciągnął go do siebie. 
Objął od tyłu pod ramionami, głowę Adama połoŜył na swoim ciepłym podbrzuszu. Trwali 
tak sobie w pozycji Piety, a Michał uniósł wolno nogi Adama i – z zachowaniem wszystkich 
procedur – rozpoczął inspekcję. Ręka Pawła z czubka sutka przeskoczyła na szczyt 
Adamowego wyzwania. Nie uwierzę, póki nie włoŜysz, nie uwierzę, póki nie włoŜysz. – 
bluźnił wniebowzięty rytmicznie, podczas gdy Michał coraz głębiej wciskał jego głowę 
w łono Pawła. 
   Adam czuł się szczęśliwy. Och, nie było to moŜe szczęście niesłychane i niepohamowane, 
ale wystarczało na godziny urzędowania, gdy coraz bardziej zasępieni i zacięci na twarzy 
koledzy, koleŜanki ponuro kontemplowali spadające słupki sprzedaŜy, a on nasładzał się 
własnym nonkonformizmem o smaku perwersji. Jego dyskretny uśmiech wyŜszości, 
wtajemniczenia w sprawy, o których tamci nie mieli bladego pojęcia, o których nigdy nawet 
nie pomyśleli, których nie potrafili nazwać i od których uciekliby pewnie w przeraŜeniu, 
gdyby ktoś zdał im na ucho z nich relację, uniewaŜniał tych wciśniętych w garnitury lub 
garsonki biedaków, zatrwoŜonych recesją, gorliwych w swej beznadziei i przejętych 
nieistotnością. Odpowiadał tym uśmiechem na docinki i sugestie, Ŝe za mało się stara, Ŝe się 
nie identyfikuje, kontrował nim puszczane mimo uszu narzekania na niespłacone kredyty 
i wymagające dzieci, którym rosną standardy i potrzeby. Hołubił go w sobie, pielęgnował, 
dopieszczał, by tego nieuchronnego dnia, gdy wezwie go szef i da mu ostrzeŜenie lub zgoła 
ogłosi wyrok, móc zachować się jak uśmiech bez kota, zostawić po sobie to samo wraŜenie, 
to samo zdumienie, które wprawi ich we wściekłość, bo przecieŜ powinien błagać, zaklinać, 
zapewniać i przyrzekać. 
   Tymczasem dzwonił codziennie do Pawła i Michała, pytał, co słychać, jak praca, jakie 
plany, dawał jakieś rady, banalne i nieprzydatne, wiedział o tym, ale co tam, waŜniejsze było 
poczucie przynaleŜności i uczestnictwa w innym Ŝyciu, którego stał się wspólnikiem, moŜe 
jeszcze nie partnerem, nie, jeszcze nie zgromadził odpowiedniego wkładu, jeszcze aspiruje, 
poczeka, odnajdzie w swej euforii cierpliwość, która prędzej czy później zapewni mu awans 
erotyczny. 
   Spotykali się raz, dwa razy w tygodniu, przewaŜnie w okolicach weekendu, jedli kolację. 
Adam nakrywał do stołu, sprzątał ze stołu, pomagał wkładać naczynia do zmywarki, potem 
pili wino, oglądali coś. Odprawiali seks, szli spać. Kino, teatr. Nic ekscytującego, 
zwyczajność, a przecieŜ wprawiająca Adama w dumę i ekscytację. 
   Popołudnia pewnego, po pracy, w przypływie uczuć tkliwych i wzniosłych, z odruchu serca 
i ze łzami w oczach postanowił obdarować chłopców ogromnym bukietem kwiatów. Mijało 
właśnie półtora miesiąca, odkąd po raz pierwszy wylądowali we trójkę w łóŜku. Półtora 
miesiąca bez dwóch dni. 
   – Trzynaście szkarłatnych róŜ poproszę – rzucił w kwiaciarni. – Nie, lepiej piętnaście. śeby 
nie zapeszyć. 
   Sprzedawczyni pobieŜała chyŜo do wiaderka. 
   – Dla Ŝony? – spytała z niedowierzaniem, dobierając co mniej rozwinięte. 
   – Nie mam Ŝony – rzekł Michał dumnie. 
   – To dla ko... dla narzeczonej? – drąŜyła serdecznie. 
   – Nie mam... narzeczonej – głos mu nieco przycichł. 
   Sprzedawczyni zapatrzyła się na niego sceptycznie. 
   – Miałam na myśli dziewczynę. 
   – Nie mam dziewczyny... teŜ. 
   – KaŜdy ma dziewczynę. Albo będzie miał – i w tym samym nakazoworozdzielczym trybie 
oberwała zbędne listki – Pasuje? 
   – Nie moŜe być inaczej. 
   – Dla matki? 

background image

   – Nie mam... Nie, nie dla matki. 
   – To pewnie na ślub? 
   – Nie mam ślubu. 
   – To na grób? 
   – Nie mam grobu. 
   – To po co? 
   – Ja, wie Pani, tak dla siebie. 
   – Pan sam sobie daje kwiaty? – kobieta cięła końcówki – Szczęściarz z pana. 
   Z bukietem w ramionach szedł Adam, ale juŜ bez euforii. Niezręczność jakaś wypełniała 
mu dłonie. Komu właściwie ma wręczyć te kwiaty? Pawłowi, wedle starszeństwa? 
Michałowi, bo był pierwszy? Obu naraz? A wtedy podzielić czy z miejsca wstawić do 
wazonu, nie dając do ręki? I co powiedzieć? To dla was, kochani. Jako dowód mej miłości? 
Albo: Był kwiatek dla Ewy, a to są kwiaty od Adama? Albo: Pod róŜą kaŜda miłość jest? 
Albo: Na górze róŜe, na dole fiołki, my się kochamy jak trzy aniołki? To jeszcze powinien 
fiołki dokupić. 
   Snuł się tu i ówdzie, rozmyślając. Wreszcie znuŜony przysiadł na ławce i podąŜył wzrokiem 
za wstąŜeczką przeginającą się w bukiecie. Tu ściskała łodyŜkę jak węŜyk boa, by 
kawałeczek dalej wdzierać się w samą istotę pączusia i ostrymi krawędziami rŜnąć płateczki, 
które juŜ ledwo ledwo trzymały się w postawie zasadniczej. Jej koniec nurzał się w zielonej 
gęstwinie, gdzieś wśród kolców i pociętych końcówek. Czerwony kolor wstąŜeczki 
przypomniał Adamowi pieśni patriotyczne, których musiał się był uczyć na lekcjach 
wychowania muzycznego, o rzekach pełnych krwi, przelanej za ojczyznę. Podniósł wzrok 
i ujrzał dorodny pomnik jakiejś bitwy w jakiejś wojnie. ZłoŜył wiązankę u stóp i poszedł do 
kochanków z pustymi rękami. 
    
   Pawła obudziły odgłosy z kościoła. Była niedziela, budzik wskazywał kwadrans po ósmej. 
Odwrócił głowę w drugą stronę. Chłopcy spali, słodko nieświadomi tego, co dzieje się 
dookoła. Adam z rozchylonymi ustami wspierał się delikatnie na ramieniu Michała szczelnie 
zawiniętego w kołdrę. Wtulił Paweł głowę w Adamowy bok, tuŜ pod Ŝebrami, zamknął oczy 
i chciał się rozczulić, ale nie pozwolił mu na to głośnik charczący głosem księdza na całą 
okolicę. Czyste, rozświetlone powietrze niedzielnego poranka niosło rozkaz zaniesienia 
Europie polskich wartości moralnych. Paweł westchnął i zaczął je liczyć zamiast baranów: 
arogancja, ignorancja, obłuda, chamstwo, antysemityzm, agresywność, nietolerancja, 
obskurantyzm, bezmyślność, gburowatość, gruboskórność, prostactwo, buta, pieniactwo, 
pijaństwo, ksenofobia, homofobia, warcholstwo, kołtuństwo, arogancja, zapiekłość, prywata, 
obŜarstwo, oportunizm, złodziejstwo, lenistwo, obłuda, obłuda, cwaniactwo, pycha, chciwość, 
brud... 
   Zasnął, gdy dzwonili na podniesienie. 
    
   Poszli razem na wernisaŜ wystawy „Niech nas zobaczą!” do niewielkiej galerii na 
obrzeŜach centrum. Ściany obwieszone były zdjęciami par homoseksualnych, które posyłały 
radosne uśmiechy na tle łagodnej zimowej scenerii. Wszystkie fotografie wyglądały 
dokładnie tak samo. Ich bohaterowie ujęci zostali frontalnie, w pełnym planie, stali prosto, nie 
przeginali się. Trzymali się za ręce. Mieli zawisnąć w większych miastach na billboardach, 
ale histeryczna reakcja otoczenia pokrzyŜowała im plany. I blokersi, i prezydenci 
projektowali na te zdjęcia słodkie a la pocztówki UNICEFU swoje uprzedzenia i pokątne 
myśli. Kontrast był uderzający, groteskowy, zostawiał daleko w tyle sławetne reakcje na 
„Szał”, „Śniadanie na trawie” i Duchampa. Był tak naprawdę kontrastem kontrastu. 

background image

   – W tamtych przypadkach – tłumaczył Michał – skandal wpisano w poetykę dzieła, a tu 
wynikł on z uŜycia mieszczańskiej estetyki przez osoby, którymi odmówiono prawa do 
posługiwania się nią. 
   – To mi przypomina scenę z „Widma wolności” Bunuela – dodał Paweł. – MałŜeńska para 
gorszy się i podnieca pocztówkami z widokiem zabytków i zachodów słońca. 
   – Bo oni wszyscy z miejsca wyobraŜają sobie, jak ci grzeczni chłopcy z plakatów się 
pieprzą. I nie mogą wytrzymać z tej ekscytacji. A przecieŜ niektórzy z nich nawet nie są 
sparowani. To modele. 
   – JakŜe trywialne są nasze rozkosze! 
   W tym momencie przecisnął się do nich z plastikowym kubkiem w dłoni Wiktor. Zapytał 
surowo. 
   – Dlaczego się nie sfotografowaliścieeeee? 
   – Och! Bo my jesteśmy ci rozwiąźli – odparł Michał. Adam roześmiał się w głos, ale 
szybko się zasępił, bo uświadomił sobie, Ŝe jego nieobecności na zdjęciach nikt nie dostrzegł 
i nikt juŜ nie dostrzeŜe. 
   – NiemoŜliwe! – wykrzyknął Wiktor. 
   – A dlaczego? CzyŜbyśmy uchodzili za wzorzec homomałŜeństwa i winniśmy 
upowszechniać swój wizerunek? 
   – Winniście upowszechniać pozytywny wizerunek. Wszyscy winniśmy. 
   – Jak następnym razem postanowicie upowszechniać pozytywny wizerunek seksu 
analanego, to chętnie zawiśniemy. A ty gdzie wisisz? – Michał tknął Wiktora palcem. 
   Wiktor wskazał na jedno ze zdjęć, nie odróŜniające się od pozostałych. Michał rzucił okiem. 
   – Jesteś na nim bardzo do siebie podobny. 
   Tout le monde przyszedł na ten wernisaŜ. Adam dostrzegł i Leona urzędnika, i słynnych 
bywalców darkroomów, dziennikarzy prywatnie, parę osób gay friendlych, nawet jakichś 
polityków. Gdzieś w tłumie mignął małolat ekskochanek z drugim małolatem, pomachali 
Adamowi i przepadli. Adam snujący się i osamotniony jak wtedy, na zebraniu 
OOGiLDZGiPD z klozetem w podwórzu, próbował wzbudzić w sobie gay pride. Oto jest 
tutaj, robi coś dla sprawy, pije wino na wernisaŜu słusznej wystawy, prowadzi 
nonkonformistyczny tryb Ŝycia, na pohybel betonowym impotentom, udowadnia, Ŝe jest 
normalny, choć inny, inny, ale zwyczajny, zwyczajny, ale niezwyczajny, niezwyczajny, bo 
inny, inny, ale taki sam. Kurwa, nie taki sam! Kręci mu się w głowie od tego wina 
w plastikowych kubkach, podłego wina, jak zawsze na wernisaŜach. Spogląda na Michała, 
który rozjaśnił specjalnie na tę okoliczność końcówki włosów, załoŜył koszulę w delikatne 
paseczki, chyba od Armaniego, koszula, nie paseczki, i chciałby go zerŜnąć tu i teraz, Michała 
nie Armaniego, kochać się na oczach tych wszystkich kochających inaczej i niech nas 
zobaczą, niech nas powieszą na ścianach i billboardach. Ale Michał rozmawia z Wiktorem, 
a teraz ze znajomą z telewizji, nie on nigdy tego nie zrobi, nie straci nad sobą kontroli, choć 
tak prowokacyjnie mówi, choć taki mocny w gębie, bo on jest tylko pośrednikiem idealnym, 
daje tyle, ile dostaje i nie zatrzymuje niczego dla siebie. 
   Adam spojrzał na Pawła, zaaferowanego nagrywaniem gości, z których wypowiedzi zrobi 
mały reportaŜ i będzie się uŜerał, by go puścili na antenie. Ale on, Paweł, wierzy w sprawę, 
wierzy w skuteczność działania, pracy organicznej i perswazji przez media. Spędził kilka lat 
w Stanach, gdzie ludzie potrafią się skupiać i walczyć o polityczne cele i swoje interesy. On 
w to wierzy, nie – on nie wierzy, bo nie jest skaŜony myśleniem religijnym, on wie, Ŝe kropla 
drąŜy skałę, Ŝe nie ma skutku bez przyczyny, Ŝe kultura to coś, co sami tworzymy, nie jakieś 
majaki pijanego Adama, ale proces, wieczny proces niczym u tego, jak mu tam, Kafki. 
   Paweł spojrzał roztargnionym wzrokiem na Adama i Adam wiedział, Ŝe Paweł skwapliwiej 
niŜ Michał podjąłby wyzwanie i dla dobra sprawy kochałby się z nim na środku sali. MoŜe 
rzucić mu się do ust? Albo rzucić się na przód, skłębić te odstawione ciała niczym u tego, jak 

background image

mu tam, Gombrowicza i tak pierdolić się bez końca, aŜ przyjdzie StraŜ Miejska i w pocie 
czoła będzie rozdzielać, a moŜe się przyłączy. Adam zachichotał i odstawił kubeczek. 
Przerzedzało się na sali, skończyło się wino, trzeba było wracać. Michał ujął Adama za ramię 
i poprowadził go ku wyjściu. 
    
   Wrócili samochodem, a Paweł poszedł do radia montować swój reportaŜ. Adam zdąŜył 
nieco wytrzeźwieć z nadmiaru kiepskiego wina i nie bez podziwu patrzył na Michała, który 
w skupieniu prowadził samochód. 
   Popołudnie zrobiło się późne. Adam umył zęby i wziął szybki prysznic, który zmył z niego 
resztki rewolucyjnego zapału. Odziany w szlafrok – moŜe Michała? moŜe Pawła? – zasiadł 
przed telewizorem i przerzucał kanały, bezskutecznie próbując pogładzić Helenę, która 
umykała warcząc. Michał w tym czasie zajął jego miejsce w łazience. Wrócił, zasiadł na sofie 
koło Adama i tacy właśnie, czyści i pachnący przystąpili do seksu. 
   Adama zaskoczyło zaangaŜowanie, z jakim Michał kochał się tym razem. Dotąd zdawał się 
jedynie uprzejmie uŜyczać swego ciało, a teraz, proszę, przeszedł do obserwacji 
uczestniczącej. Z błyskiem zainteresowania w oczach, moŜe nawet chwilowej fascynacji, 
zagłębiał się w zakamarki ciała Adamowego. Sięgał, gdzie wzrok nie sięga i gdzie zazwyczaj 
nie zwykł był sięgać. Nie, to nie było romantyczne zatracenie, to był wciąŜ chrześcijański 
dobry uczynek, łaska altruizmu spływająca na obdarowanego ku przyjemności darczyńcy 
dobrodzieja. Adam zakleszczył się w cudzysłowie tego stosunku, czuł jego ironię – 
przeszywała go niczym dildo, spiętrzając rozkosz, z którą, trzeba przyznać, było mu całkiem 
nieźle. 
    
    
6. 
    
   Ja Ŝyję teraz bardzo przyziemnie: farby, kible, urwane spłuczki, skrobanie ścian itp., 
wszystko się wali w gruzy. A ja poruszam się wąską ścieŜką pomiędzy złoŜonym na kupę 
dobytkiem, próbuje ogarnąć jakoś ten chaos, usunąć resztki poprzednich właścicieli – jakieś 
wspomnienia, które wsiąkły w ścianę i teraz się łuszczą, brud w wannie i na umywalce, ślady 
na wykładzinie. Otwieram okna, by przegnać obcy zapach i zeskrobuję tłuszcz z piekarnika. 
Sama. Bo tak jest lepiej. Mogę ustanowić swój nieporządek, który nie będzie kolidował z nie 
moim nieładem i nie moimi przyzwyczajeniami. 
   Czasami przychodzą chłopcy i radzą, gdzie postawić kwiaty, gdzie powiesić jaki obrazek. 
Słucham pokornie, pewnie się nawet dostosuję, to nieistotne, gdzieś postawię kwiaty, gdzieś 
powieszę jakieś obrazki, teraz o tym nie myślę, najwaŜniejsze, Ŝeby najpierw ujarzmić 
przestrzeń, zanim ona mnie przytłoczy. Zabawne, Ŝe moŜna zagubić się w 35 metrowej 
kawalerce. Słyszę płacz dziecka kaŜdego rana i spuszczanie wody w klozecie gdzieś nade 
mną 24 h. Na razie nie przeszkadza mi to, w swej wielkoduszności ułaskawiam te hałasy, 
przyznaję im prawo istnienia, włączam w swój kontekst. śyj drogie dziecko, a ty, rodzino 
wielopokoleniowa sraj mi na głowę. Jeszcze was błogosławię i wy pobłogosławcie mnie. 
Spotkamy się na schodach, zacznę wam mówić dzień dobry, będziecie się zastanawiać, kim 
jestem i czy mieszkam sama. Odwdzięczę się wam parapetówą i głośnym słuchanie 
koncertów Bartoka. śebyście wiedzieli. śadnego techno, Ŝadnego house’u ani hip hopu. 
Specjalnie dla was Bartok z Schoenbergiem. A moŜe poŜyczę od chłopców Marię Callas? 
   Niespodziewanie pomoc zaoferował mi Damian. Nasz komputerowiec. Jakiś miesiąc temu 
przysiadł się do mnie na imprezie redakcyjnej, opowiadał o tym, Ŝe właśnie rzuciła go 
dziewczyna i czuje się zdruzgotany. No, tak, myślałam, nie dość, Ŝe ma, jak ja, pretensjonalne 
imię, to jeszcze próbuje mnie wyrwać na oklepaną gadkę, wiecznie to samo, chce Ŝebym mu 
współczuła, zgoła się nad nim ulitowała, wyzwoliła swoje uczucia macierzyńskie 

background image

i przycisnęła go do łona. Ale nieoczekiwanie dla samej siebie usłyszałam w słowach Damiana 
szczery Ŝal, mówił nie tyle do mnie, co gdzieś przed siebie, zawstydzony, cicho. Dotąd 
właściwie nie mieliśmy ze sobą kontaktu, cześć cześć na korytarzu, jest małomówny, nie 
brata się z resztą towarzystwa, nie przesiaduje na papierosie. Większość moich kolegów 
z pracy to nadpobudliwa hałastra. Unikaj głośnych i natarczywych, a oni właśnie tacy są. 
Wykrzykują nad głowami jedynie słuszne dowcipy, z których rechoczą w niebogłosy 
i nieustannie onanizują się myślą, Ŝe trzymają w ręku czwartą władzę, choć tak naprawdę 
mogą sobie potrzymać jedynie swoje oklapłe, prowincjonalne penisy. Wiara w nadzorowanie 
rzeczywistości równa jest tylko podnieceniu, z jakim oddają się futbolowi i Małyszowi. 
Wiosną, jesienią, gdy są mecze, zimą, gdy konkursy skoków telewizor wyje na cały 
newsroom, a oni go jeszcze przekrzykują, podskakując na fotelach, jakby im dupy owsiki 
Ŝ

arły. I nikt, oczywiście nikt, nie zapytał, czy nam to nie przeszkadza, czy nie ściszyć albo się 

wyciszyć. Nikt, bo przecieŜ kaŜdy musi przeŜywać orgazm z Małyszem i piłką noŜną. JakŜe 
by inaczej! Jak inaczej to won – dziwaczna feministko od kultury i ty, pedale, bo jeszcze 
wtedy Paweł pracował ze mną w gazecie i czasami nie wytrzymywał i wkurwiał się, ale go 
zlewali, co im tam będzie. Nie, Ŝeby go wyzywali, nie, nigdy się nie odwaŜyli, ale między 
sobą, owszem, ciągle krzyczą: nie bądź ciotą!, kurwa, gej!, co za ciota! głupi pedale!, ratunku, 
pedał!, zboczony pedał!, pedał gej! itd. Ładują się tą homofobią, dzięki niej są prawdziwymi 
męŜczyznami w odróŜnieniu od tych wszystkich zboków, których Małysz nie przeleciał 
w smrodzie szatni po meczu. 
   A najbardziej osobliwy to jest dział sportowy. Matko Boska! Co za pokraki! Mogą słuŜyć 
za Ŝywy dowód, Ŝe sport szkodzi zdrowiu i urodzie, powoduje skrzywienie kręgosłupa, 
nadmierną otyłość, nadmierną chudość, pryszcze, krótkowzroczność i przetłuszczanie się 
włosów. Ale piszczą najwięcej. Jak akurat nic nie ma w telewizorze, to robią sobą quizy 
z wyników trzeciej ligi ŜuŜla w sezonie 1962/ 1963. A raz, pamiętam, cała redakcja musiała 
wysłuchać jazgotu trzech naszych sportowców-gawędziarzy, którzy odnieśli jakieś 
gigantyczne sukcesy w grze wirtualnej, gdzie moŜna zostać trenerem sławnej druŜyny, 
rozgrywać mecze na niby, dokonywać transferów i w ogóle być kimś. 
   I w tym wszystkim Damian, trochę z innej przestrzeni, z pokoju w głębi korytarza. Nie 
widziałam go przed telewizorem, nie klepał się poufale z kolegami redaktorami. Czy to 
moŜliwe, Ŝe w swej irytacji na współlokatorów news roomu po prostu go nie dostrzegłam? Na 
tamtą imprezę przyszedł z zarostem i dopiero po kilku godzinach uświadomiłam sobie, Ŝe 
dotąd chodził gładki i schludny, taki chłopczyk właściwie, pewnie to Ŝałoba po straconej 
dziewczynie, oznaka, ha! ha!, rozpaczy i depresji. Ale dobrze nam się wtedy siedziało, 
piliśmy wino i przekrzykując muzykę (Jezu, wszędzie trzeba przekrzykiwać) zwierzaliśmy się 
ze swoich „relacji międzyludzkich” – ja mu o facetach, on mi o laskach. śe nie moŜna się 
porozumieć, wiadomo nic takiego, Ŝadnych rewelacji w relacji, no bo co tu nowego moŜna 
wymyślić, takie to przewidywalne, powtarza się w setkach tysięcy egzemplarzy. 
I siedzieliśmy blisko, a potem on pijany odwiózł mnie pijaną do domu taksówką. śadnego 
seksu, skąd. Kto by tam miał siły na seks. Czuły pocałunek w policzek. Jak walnąłem się na 
łóŜko, to wysłałam SMS do Pawła, Ŝe chyba się zakochałam w Damianie i rano mi odpisał, Ŝe 
owszem Damian to ładny chłopiec, ale Ŝebym uwaŜała, bo Damian to od demona. TeŜ mi 
z niego demon! Napisał SMS zanim poszłam spać, Ŝe było mu bardzo miło i Ŝe dziękuję, i Ŝe 
dawno mu się tak dobrze nie gadało. Takie tam. 
   Ten Adam jest do niego podobny. Tyle Ŝe starszy i bardziej przechodzony. Ale tak samo 
miękki, pokorny, gdy obserwuję całą trójcę, widzę, Ŝe taktownie trzyma się na uboczu, 
a Paweł z Michałem traktują go z serdeczną tolerancją, nie Ŝeby byli nim znudzeni czy teŜ 
dawali to odczuć. Nawet są chyba dumni, Ŝe mają taką zdobycz, Ŝe tak chodzi za nimi jak 
wierne stworzenie. I widać, Ŝe chciałby wbić się w ich Ŝycie, ale nie potrafi, jest za dobrze 
wychowany, wychowany w zdrowym, dualistycznym wzorcu. 

background image

   Potem nic. To samo co zawsze. On w swoim pokoju, ja w swoim z gawiedzią. Nawet 
zachodziłam pod zawodowymi pretekstami, ale nigdy nie byliśmy sami, zresztą co tu gadać 
po imprezie. Znowu się ogolił, znowu był miły, ale nie milszy niŜ poprzednio zanim 
wypiliśmy wino i zwierzyliśmy się ze swoich stosunków, ja z facetami, on z kobietami. 
I teraz ta propozycja, rzucona nieśmiało, jakby z poczucia koleŜeńskiego obowiązku, Ŝe mi 
pomoŜe przy remoncie. Nie, nie chcę jego pomocy, nie, nie będę go ośmielać. Nie mam siły. 
Muszę zdzierać farbę i naprawić spłuczkę. 
    
    
7. 
    
   I nastał ten dzień, gdy wezwał go szef i rzekł: 
   – Przestałeś być kreatywny. 
   Adam nie uśmiechnął się, tak jak chciał, spuścił oczy i czuł się zaŜenowany całą sytuacją, 
głównie ze względu na szefa, który nerwowo pocierał spocone ręce i starał się być uprzejmy 
do samego końca. Patrzył na wyrzucanego pracownika ze współczuciem, unosił lekko kąciki 
ust, by dać do zrozumienia, Ŝe nie kieruje się osobistymi uprzedzeniami i prywatnie nie ma 
nic przeciwko Adamowi. Tak, tak – nie naleŜał do bandy szefów-hunwejbinów, młodych 
gnojków, co to Ŝywią się pogardą i twoim kosztem, by zaspokoić własny strach. Był ludzki, 
arcyludzki. 
   – Wiesz, Ŝe nic do Ciebie nie mam, Ŝe bardzo Cię lubię, ale przy obecnej recesji agencja 
wymaga reorganizacji, by lepiej trafić do naszego targetu przy obciętych kosztach. Świat 
idzie naprzód, a ty przestałeś pasować do działań strategicznych firmy, zostajesz w tyle, nie 
dostosowałeś się do nowych dealów. Nie kipisz pomysłami, nie walczysz o klienta, nie 
proponujesz strategii marketingowych. 
   Adam wstydził się coraz bardziej, aŜ skręcał się ze wstydu. Chciał zniknąć, zapaść się pod 
ziemię, nie uczestniczyć w tym poniŜającym rytuale, w tej demonstracji obłudy. A gdyby tak 
dać mu w pysk i wyjść? Albo zerŜnąć go i wyjść? Adam uniósł wzrok, przekrzywił głowę 
i wodził za szefem spojrzeniem, w rytm skrzypiącego krzesła, na którym tamten się kręcił. 
Był obły, podtatusiały. Z pewnością heteroseksualny. Pachnący perfumami, powyŜej 400 
złotych za flakonik. Z gasnącą iskrą w oczach i wciąŜ jeszcze ładnymi dłońmi, mimo ich 
permanentnego spocenia, o długich, szczupłych palcach. Na jednym z nich, tym właściwym, 
widniała obrączka. 
   – Chciałbym Ci podziękować za dotychczasową współpracę. Oczywiście wszystko się 
odbędzie zgodnie z procedurą. Okres wypowiedzenia, odprawa... Wierzę, Ŝe szybko 
znajdziesz nową pracę, pewnie się jeszcze spotkamy, moŜe w Warszawie. Przenoszę się. 
Zostałem w centrali dyrektorem odpowiedzialnym za likwidację niepotrzebnych działów. 
   Umilkł. Adam nie spuszczał z niego wzroku. Szef wstał i wyciągnął spoconą rękę. Adam 
wstał i uścisnął spoconą rękę szefa. 
   – OK. Na razie. 
   Odwrócił się i chciał wyjść. 
   – Adamie – szef nieznacznie oderwał się od biurka, jakby chciał podejść do swojego byłego 
pracownika. Pozostał na miejscu, głos tylko mu przycichł i złagodniał. – Wybacz, Ŝe to 
mówię, ale mam nadzieję, Ŝe potraktujesz to jako przejaw sympatii. Mówię, bo sam przez to 
przechodziłem i wiem, jak to jest. Czy... czy ty... cierpisz... przypadkiem na depresję? 
Mógłbym ci polecić dobrego psy... lekarza. Teraz są te środki... Naprawdę pomagają. Sam 
brałem. Wszystko jest takie proste. 
   Adam wreszcie uśmiechnął się, tak jak chciał. 
   – Dzięki. Jakby co, to się zgłoszę. 
   – Bądźmy w taczu! – usłyszał jeszcze za plecami. 

background image

   Poczuł odrazę na myśl, Ŝe będzie teraz musiał znosić współczujące, triumfujące spojrzenia 
swoich kolegów, tłumaczyć się i usprawiedliwiać. Nie, nie dzisiaj. Skręcił w korytarzu 
i wyszedł z biura. Chciał zadzwonić do Michała i Pawła, ale zrezygnował po wystukaniu 
kilku pierwszych cyferek numeru. Pomyślał, nie wiedzieć czemu, o Helenie, której naleŜałoby 
zafundować psychoanalizę. Gdy z rzadka pozwalała się chwytać, gdy trzymał jej opasłe, 
a przecieŜ w sumie tak niewielkie cielsko i gładził je delikatnie, bo kaŜdy szybszy ruch złościł 
Helenę, ledwo tłumił w sobie Ŝądzę, by gwałtowniej ścisnąć tę warcząco-sapiącą istotę, by to, 
co drapieŜne i nieufne, a przecieŜ słabsze, piszczało pod jego palcami, wiło się i drapało na 
oślep. 
   Zasępił się nad banalnością własnych pragnień. Postał chwilę, poczekał aŜ opadnie erekcja 
i minie pierwsze podniecenie. Właściwie świat stał teraz przed nim otworem, a on mógł z tym 
otworem robić, co mu się podoba. Ściskać, lizać, wchodzić, wychodzić, gładzić, ssać, gryźć 
albo chociaŜ tylko patrzeć. Posłał męŜowi SMS z informacją, Ŝe wyrzucili go z pracy. MąŜ – 
jak było do przewidzenia – zaraz zadzwonił i wyraził Ŝal połączony z zakłopotaniem. 
   – Nie mogę się stąd ruszyć. Ale przyjedź. Będzie dobrze. 
   – Przyjadę – powiedział Adam, który przecieŜ miał teraz duŜo wolnego czasu. 
    
   – Jedziesz do Warszawy? To odwiedź Maćka, słynnego autora ksiąŜek podróŜniczych. – 
zaproponował Krzyś zamiast wzruszyć się losem Adama. – Ma duŜe mieszkanie, jest 
ustosunkowany, moŜe Ci załatwi pracę, a nawet jak nie to przynajmniej będziecie mieli dobry 
seks. 
   – No wiesz, jadę do MęŜa 
   – Weź MęŜa ze sobą. Słynny autor ksiąŜek podróŜniczych lubi skomplikowane sytuacje. 
MoŜe zresztą juŜ się znają? Warszawka to wiocha. Zadzwonię do niego, sprawdzę, czy nie 
jest akurat w Gwatemali albo Kongu Belgijskim. A co Twój stary właściwie robi 
w Warszawie? 
   – Wykłada, pisze... 
   – Pytam, co robi, jak juŜ wyłoŜy. 
   – Narzeka, wzdycha... 
   – Zawsze uwaŜałem, Ŝe brakuje mu jakichś witamin. Nie chodzi po modnych tancbudach? 
   – Do jednej go nie wpuścili, bo nie wyglądał na pedała. Z drugiej szybko wyszedł ze 
względu na skandaliczny poziom drinków. Nie chodzi, bo nie ma z kim. 
   – PrzecieŜ właśnie po to się chodzi, Ŝeby poznać kogoś, z kim się będzie chodzić. Powinien 
to wiedzieć jako specjalista od conditionalów. 
   – Wiedzieć nie znaczy umieć stosować. 
   – Och! Jak ty mądrze mówisz. Nie poznaję Cię, Adasiu. Musicie z chłopcami prowadzić 
wiele wyczerpujących dyskusji. 
   – Oni prowadzą. Ja przytakuję. I to jest bardzo wyczerpujące. 
   – Konformista. O! Kubuś przyszedł. Adama z pracy wyrzucili. Co ty na to? O! Uniósł brew 
i zrobił smutną minę. Fatalista. Powinniście się spiknąć. Fatalista miałby wygodne Ŝycie 
z konformistą. We wszystkim by się zgadzali. 
    
   Ocknęli się w okolicach jedenastej. Jeden po drugim. W posłudze musiała nastąpić przerwa, 
bo nie dochodził ich juŜ Ŝaden hałas od strony kościoła. Tak sobie leŜeli. Coś przejechało za 
oknami i jeszcze raz. Michał sięgnął po pilot i włączył radio. Jedna stacja, druga, trzecia... 
Adam chwycił go za nadgarstek: 
   – Zostaw! To piosenka mojego dzieciństwa. Miałem ją na czarnym analu. 
   Irena Santor śpiewała, Ŝe „słowa znamy celne i dotyczą tylko nas, kto wie, czy jakiś głębszy 
sens to ma”. Przy „ten nocny rytm zapamiętaj, Ŝe to ja” Adam zerwał się z pościeli, zrzucił się 
z siebie kołdrę i w stroju adamowym zaczął podrygiwać na łóŜku. Michał i Paweł zaśmiali się 

background image

Ŝ

yczliwie. Adam wyciągnął do nich ręce i gdy zabrzmiało „cały świat, który głowę stracił 

dziś, jak właśnie my”, trójka nagich skakała po materacu, obejmując się i rozdzielając. „Nie 
wierz słowu miłość, znaczy tyle ile chce. To my moŜemy nadać mu swą treść”. 
   Adam zeskoczył z łóŜka w takt rozpoczynający refren. Chłopcy poszli w jego ślady. 
WęŜykiem okrąŜyli pokój, a potem skierowali się do kuchni, przyspieszając kroku na dźwięk 
skocznej cody. 
    
   Warszawa znowu była tak brzydka, Ŝe nawet nie chce mi się o tym pisać. MąŜ mieszkał po 
drugiej stronie Wisły, Adam musiał więc przejechać tramwajem całe centrum, kolejne ronda, 
budy, wieŜowce, reklamy, by znaleźć się wreszcie w jego niewielkiej kawalerce, 
umieszczonej w bloku wśród bloków, gdzie nawet jeszcze klatki schodowej nie 
odremontowano, ale jak się spuściło Ŝaluzje i zaciągnęło zasłony, to nie było widać ani 
blaszanego sklepu naprzeciwko, ani pijaczków przed sklepem, ani blokersów pod drzwiami, 
ani skopanych koszy na śmieci, ani nawet tamtego biurowca, co wystaje ponad, tylko 
słyszałeś, jak ktoś coś krzyczy, a cięŜarówka toczy się krzywą nawierzchnią. 
   MąŜ uściskał i ucałował Adama. Cieszył się z jego przyjazdu, tak to na pozór wyglądało. 
Przygotował obiad i Adam dostrzegł wtedy po raz pierwszy siwe włosy na jego skroni. 
„Znalazłem dzisiaj pierwszy itd.” Długo się nie widzieli, coś ze trzy miesiące. Mimo 
wszystko, miał facet szczęście – dopiero teraz troszkę posiwieć, Ŝaden uszczerbek, 
zwaŜywszy jeszcze na jego szczupłą, chłopięcą figurę. On jest naprawdę przystojny – 
pomyślał Adam i znowu dał się zaskoczyć, bo tyle lat mieszkali razem i tyle lat o tym nie 
pomyślał, zapomniał czy przeoczył? Niby wiedział, Ŝe jest przystojny, ale teraz go to 
uderzyło i zawstydziło, jak zawsze, gdy siedzisz koło osoby, która ci się podoba i masz 
kompleksy, Ŝe jesteś brzydszy i boisz się zacząć podryw i musisz się trochę napić, Ŝeby się 
ośmielić. 
   – Co chcesz robić? Gdzie byś chciał pójść? Mam dwa bilety na męski balet z Petersburga, 
na wieczór. Zobaczysz, na widowni będzie równie ciekawie jak na scenie. 
   – Krzyś radził mi, Ŝebym się spotkał ze słynnym reportaŜystą, Maćkiem. śe duŜo moŜe. 
Znasz? 
   – Nie, ale znam kogoś, kto z nim spał. Co u Krzysia? 
   – Chyba dobrze. 
   – WciąŜ z Kubą? 
   – WciąŜ. 
   Adam miał nadzieję, Ŝe spędzą leniwe popołudnie zanim powoli zaczną się szykować do 
teatru. Ale MąŜ wciąŜ się krzątał, umył naczynia, zmienił pościel, zaczął coś naprawiać 
w łazience, stremowany obecnością, która wytrąciła go z rutyny odosobnienia. Czuł na sobie 
cięŜar odpowiedzialności za Adama, za jego bezrobocie, za jego los. Miesiące temu pozbył 
się tego ładunku, odzwyczaił się od jego dźwigania. Oglądał Ŝycie Adama z dystansu, 
właściwie nie oglądał, słyszał o nim przez telefon, czytał w SMS-ach, mejlach. Czuł ulgę, Ŝe 
jego to bezpośrednio nie dotyczy, Ŝe dzieje się te 200 kilometrów stąd. Dotychczasowe 
wizyty przynosiły zapewnienie, Ŝe poza samotnością, nic się nie dzieje, czyli normalka, to, co 
zwykle. Nie ma sprawy, a teraz jest sprawa i to nie z gatunku tych subtelnych, pokręconych, 
ale taka zwykła, prostacka jak to brak pracy. Irytowało MęŜa, Ŝe od tego jest męŜem, by 
dopomóc, Ŝe nie wystarczy zwykłe, rutynowe współczucie i odrobina czułości. śe trzeba 
konkretnych rozwiązań i Ŝe widzi, Ŝe Adam pokłada w nim nadzieję, Ŝe czeka na ratunek. On 
zaś czekał, by wreszcie wyjść do teatru, zostawić prywatne, wejść w sferę publiczną, gdzie 
trzeba oderwać uwagę od intymności i umieć się zachować. W tłumie, w przedstawieniu był 
jego ratunek na dzisiejszy wieczór, ale najpierw musi zabić jeszcze trochę czasu, uśmiechnąć 
się, odkurzyć ksiąŜki i płyty i pokazywać, Ŝe nic się nie stało, choć juŜ właściwie nie są 

background image

razem, choć Adam nie ma pracy, ale zawsze mogą na siebie liczyć, zawsze mogą wrócić, 
choć nie muszą i pewnie nie chcą, ale jest taka opcja, takie zabezpieczenie tyłów. 
   – MoŜe twoi nowi kochankowie pomogą ci coś znaleźć? W radio? 
   – Eee... recesja. Raczej likwidują niŜ tworzą. Media upadają, chyba Ŝe tu w Warszawie coś. 
   – Popytam, rozejrzę się. Wiesz, u mnie na uczelni teŜ niewesoło. Układy i te sprawy. 
Michał często przyjeŜdŜa do Warszawy? 
   – Chyba często. Ciągle dostaje jakieś zlecenia. Nie pytam za duŜo, bo tego nie lubi. 
Chciałbyś go poznać, co? 
   – Ba! Skąd oni mają tyle kasy? 
   – No, Michał duŜo zarabia. Chyba. Poza tym jego rodzice. Urządzili go. Wiesz, dawna 
nomenklatura. Chyba. 
   – Paweł tyle nie bierze? 
   – Nie sądzę. Ile moŜna dostać w prowincjonalnym radiu? Właściwie to Paweł jest na 
utrzymaniu Michała. Chyba. 
   – Niezły deal. A Michał ma fajnego? 
   Balety przyniosły pewne rozczarowanie. Wśród przechadzających się po foyerze nie 
wypatrzyli wielu gejów, choć parę razy udało im się skrzyŜować spojrzenia. Jednak 
przewaŜały schludne pary heteroseksualne ubrane w wieczorowe kolory, aŜ się Adam poczuł 
nieswojo w swojej zielonej koszuli. Dorodne mieszczaństwo, które bawiło się setnie z panów 
przebranych za baletnice i to nie tak na rechot, ale serdecznie, z przymruŜeniem oka, pół 
Ŝ

artem, pół serio. Niektórzy nawet dzieci przyprowadzili, a ich szczery śmiech znosił wszelką 

dwuznaczność, wszelkie zakłopotanie. Jest jak jest, jest jak widać. Tancerze udają tancerki. 
Ś

mieszne, proste, w ramach konwencji. Odwróconej, ale wciąŜ stabilnej, oczywistej. MąŜ teŜ 

chciał tak się zaśmiać, szeroko i otwarcie, patrząc Adamowi prosto w oczy. Niedwuznacznie. 
Za późno. To, czego nie było na scenie, to wszystko istniało między nimi, między tymi 
ambiwaletnymi małŜonkami, których nikt nie pobłogosławił ani nie przeklął, jak nakazuje 
tradycja, więc oni juŜ nie wiedzą w tej sytuacji, co ze sobą robić. 
   – Nikogo tu nie znam. – poskarŜył się MąŜ. – Popatrz na tamtego. A ci zasnęli w solarium. 
   – Nie ma tu nikogo z twojego wydziału? Twoich studentów? 
   MąŜ popatrzył zaniepokojony. 
   – Lepiej nie. 
   – Wstydzisz się mnie? 
   MąŜ popatrzył zakłopotany. 
   – No co ty! Tylko trzeba by gadać i tak dalej. To nudziarze. 
   Gdy zasypiali, MąŜ przytulił Adama. Czuł ulgę, Ŝe ten dzień się skończył. Jakoś poszło. 
Jutro pójdzie na uczelnię, ale Adam będzie na niego tu czekał, chociaŜ nie, na szczęście nie 
będzie, bo chce się spotkać z tym dziennikarzem. Więc pogładził Adama po twarzy. Lubił 
jego zarost i brwi. Adam ścisnął mu rękę i pocałował w nadgarstek. JuŜ zapadał w sen. 
I oddychał spokojnie, zero niepokoju, wszystko niewaŜne. Dobrze im tu razem w łóŜku. 
Będzie dobrze. 
    
   Maciej początkowo nie kojarzył, ale wzmianka o Krzysiu pomogła. 
   – Ach, tak, rzecz jasna, oczywiście – zaśmiał się. 
   – Gdybyś miał czas... przywiozłem ksiąŜkę od Krzysia. 
   – No, pewnie, dlaczego nie, właściwie. 
   – WyjeŜdŜam pojutrze, tak więc. 
   – A! To moŜe wpadniesz do mnie dzisiaj wieczorem, o dziewiątej? Wcześniej pracuję. 
   – Wieczorem? Jasne, wieczorem. Podaj adres i jak dojechać. 
   Mieszkanie Maćka było duŜe i puste. Gdzieniegdzie stały szorstkie, rustykalne meble. 
I kilka dupereli z egzotycznych podróŜy. 

background image

   – Muszę zrobić remont. Teraz nie mam czasu. Wiecznie jestem w rozjazdach. Napijesz się 
jakiegoś alkoholu? 
   Adam napił się wina i usiadł przy chropowatym stole w kuchni. Maciek mu się podobał 
z tymi lekko odstającymi uszami i gotów był się z nim przespać, niekoniecznie dla korzyści. 
Czy jest moŜliwe przespać się ze wszystkimi, którzy nam się podobają? No, prawie ze 
wszystkimi. Choćby tylko z facetami o tej samej orientacji? Człowiek miałby zajęcie do 
końca Ŝycia. 
   – Często bywasz w Warszawie? 
   – Dość. Mam tu męŜa. 
   – MęŜa? – zasępił się Maciej – I tak do siebie dojeŜdŜacie? 
   – Wiele lat mieszkaliśmy razem, ale on dostał tu pracę. 
   – Popatrz. Ciekawe. Nie ma nic przeciwko temu, Ŝebyś tu był? 
   – Nie, jesteśmy wolni, niezaleŜni. 
   – Doprawdy. Niesłychane. Jak bym tak nie mógł. – powiedział Maciej zanim łyknął drinka. 
   – A ty mieszkasz sam? W takim duŜym mieszkaniu sam? 
   – Od roku. Zrobił mnie w chuja, więc się rozstaliśmy. Po dziesięciu latach. DuŜo rzeczy 
zabrał przy podziale majątku. Od tamtego czasu zaliczam facetów i opisuję losy 
pokrzywdzonych na całym świecie. Golisz sobie jaja? 
   – Staram się, choć to niezbyt przyjemne. 
   – Rzeczywiście. Bynajmniej, jeśli uŜywasz kremu. A bardzo to praktyczne i miłe w dotyku. 
Co ty właściwie porabiasz? 
   – Teraz właściwie nic. Gdybyś... Gdybyś coś wiedział... W marketingu, na przykład, 
w reklamie, promocji, cokolwiek. 
   Maciej westchnął. 
   – Taaak. MoŜe. Zobaczę. Sytuacja teraz niełatwa, moja pozycja teŜ nie jest silna. Tyle 
zawiści dookoła. 
   Zapadło milczenie. 
   – Fajne mieszkanie. 
   – Chyba nie chcesz się tu wprowadzić? 
   – Kto wie. Jak mnie wyrzucą za niepłacenie rachunków. 
   Ten dowcip nie ubawił słynnego reportaŜysty. 
   Obaj byli juŜ pijani i coraz bardziej mieli się ku sobie. 
   – To moŜe juŜ pójdę. 
   – Zostań, skoro juŜ jesteś. MąŜ nie jest zazdrosny? 
   – Zazdrość kończy się wcześniej niŜ miłość. 
   LeŜąc na Adamie, Maciej zapytał: 
   – Ale nie będziesz się ze mną pieprzył, tylko dlatego, Ŝe mogę ci załatwić pracę i mam fajne 
mieszkanie. 
   – Nie o twoje mieszkanie mi w tej chwili chodzi – rzekł Adam i przygryzł mu język. 
    
   Zbudził go o ósmej. 
   – Za godzinę przyjdzie pani Małgosia od sprzątania. 
   – Wstydzisz się mnie? 
   – Nie, ale po co. Zresztą, muszę być w pracy. Podwiozę cię, gdzie chcesz. 
   Dał Adamowi na śniadanie jogurt i kawę. Bez mleka, bo mleka nie miał. Gdy Adam 
wysiadał z samochodu, pocałował Maćka w policzek. 
   – Do... usłyszenia? 
   – No, na razie. Pa. Pozdrów Krzysia. 
    

background image

   Adam nie musiał wracać. Ale myślał o Pawle i Michale, ściślej rzecz ujmując, o Michale 
i Pawle, tęsknił za nimi, choć przez trzy dni pobytu w Warszawie dostał od nich zaledwie 
jeden SMS: Jestesmy zaharowani. Zaraz bedzie padac jak my padamy. Sciskamy. P. i M. 
   – PrzecieŜ nie musisz wracać. MoŜe zostaniesz trochę, oderwiesz się od tego wszystkiego? 
– MąŜ nie był bynajmniej kurtuazyjny. Jakoś moŜna by się znowu ułoŜyć. Nie myślał teraz 
o odpowiedzialności ani o przyszłych irytacjach, nie kalkulował. Naszła go czułość, bo 
przecieŜ ten facet był mu bardzo bliski. 
   – Chcę uporządkować parę spraw. Potem pomyślimy, co dalej. 
   Potem. 
    
    
8. 
    
   – Zmokłeś? 
   – Och, tak! Kto by nie zmókł? – powiedział Michał, otrząsając się z deszczu. 
   Stąpnął w tym miejscu, gdzie skrzypiała podłoga. Odgłos podobny był do dźwięku 
nadejścia SMS-a i Paweł jak zwykle odruchowo spojrzał na swoją komórkę. 
   – Wysusz się i chodź. Zaraz będzie obiadek. 
   Przy drugim daniu Paweł zagaił cicho: 
   – Musimy przygotować się na przyjazd Kamili. 
   Wzrok Michała uniósł się znad talerza, przeleciał nad głową Pawła i spoczął na sąsiednim 
apartamentowcu. 
   – Nie sądzisz, Ŝe twoi rodzice przekraczają wszelkie normy hipokryzji? Nie chcą mnie znać, 
ale podsyłają nam na utrzymanie twoją siostrę. 
   – Wiesz, Ŝe są starzy i przegrani, i wiele innych rzeczy. 
   – UwaŜasz, Ŝe starość zwalnia z logiki? 
   Michał łyknął wina. 
   – Albo, albo. Albo niech łoŜą na twoje leczenie z homoseksualizmu, albo niech nas 
pobłogosławią. Niech nas przynajmniej zobaczą! I dopiero wtedy domagają się rekompensaty 
z tytułu swojej tolerancji. 
   – ZaleŜy ci na ich tolerancji? PrzecieŜ wiem, Ŝe nie. 
   – Mówię o konsekwencji, nie o pragnieniu. Gdy rodzice przyjeŜdŜali do ciebie 
w odwiedziny, dla świętego spokoju wynosiłem się z domu. Co teraz... 
   – Tu nie chodzi o rodziców, tylko o Kamilę. 
   – Zawsze o kogoś chodzi. O twoich starych, o twoją siostrę. A co z seksem? Będziemy 
udawać, Ŝe go nie uprawiamy, Ŝeby nie gorszyć niewinnej duszyczki? 
   – Wiesz, Ŝe nie. Damy jej pokój w głębi, nie będziecie sobie wchodzić w paradę. 
   Paweł nerwowo odłoŜył sztućce. 
   – Wiedziałem, Ŝe jak tylko poruszę ten temat, to skończy się awanturą. 
   – Ja się nie awanturuję, ja zgłaszam wątpliwości. Dlaczego tego nie przetniesz, nie 
uporządkujesz? Wiesz, Ŝe jak rozmawiasz przez telefon z matką, to głos ci się zmienia? Staje 
się taki... zdziecinniały. 
   – Wiem. 
   – Rodziców trzeba zabić zawczasu. Inaczej będą cię prześladować do końca Ŝycia. 
   – Wiem. Jestem za mało bezwględny. Nie potrafię stawiać im warunków. 
   – Wiem. I dlatego całkowicie cię zaanektowali. A teraz jeszcze chcą zaanektować nasz 
dom. 
   Zamilkli. Helena usiadła Michałowi na kolana i nieprzyjemnie zamruczała. Przeczuwała 
najazd obcego. 
    

background image

   Tej nocy po powrocie Adama z Warszawy Michał nie chciał się kochać. Owinął się 
w kołdrę, powiedział dobranoc i zasnął. Nie wydawał się w Ŝaden sposób obraŜony czy 
zestresowany, skąd, był przy kolacji uprzejmy i dowcipny jak zwykle, moŜe po prostu jest 
zmęczony, kaŜdy w końcu ma prawo do odpoczynku, zwłaszcza, kiedy ktoś tak duŜo pracuje, 
tak duŜo jak on. Takie sytuacje juŜ się zdarzały, Adam nie powinien być zaniepokojony ani 
zdziwiony, tyle Ŝe dla niego te trzy dni w Warszawie to przepaść czasu, którą gorliwie chciał 
zasypać. Nadrobić zaległości, by pochwycić na nowo tę cienką nić, która napręŜyła się 
między tym domem tutaj a tamtym w Warszawie i moŜe pękła. Oby nie! 
   A jeśli Michał ma mu za złe, Ŝe zdradził ich z MęŜem i tym sławnym reportaŜystą, choć 
o reportaŜyście nic im nie powiedział, lepiej nie, ale przecieŜ Michał jest przenikliwy 
i odgadł, Ŝe Adam coś przed nim chce zataić? I teraz daje wyraz swojej dezaprobacie? Tak 
demonstracyjnie? Taka drobnomieszczańska zazdrość o stosunek? Nie, to do niego 
niepodobne. Michał ma w dupie, z kim Adam się puszcza, z MęŜem czy nie z MęŜem. 
Obojętność to, nie zazdrość. 
   Adama oblał zimny pot. Pojął w błysku ciemności, Ŝe chodzi tak naprawdę o zmianę 
statusu, o jego degradację społeczną, która jest w gruncie rzeczy degradacją egzystencjalną. 
Oni tu są bogaci, a on będzie biedny. To oczywiście nie ma znaczenia, nie, to nie ma dla 
chłopców znaczenia, wierzy w to, ale mimo wszystko fakt jest faktem. Fakt przyszły 
dokonany. Dlatego popatrzył na śpiącego Michała z wyrzutem, jakby to owinięcie się kołdrą 
było aktem poniŜenia, odcięcia, znakiem wyŜszości i pogardy. I wtedy Adam przypomniał 
sobie, Ŝe Michał nigdy, odkąd się znają, nie prowokował sam sytuacji seksualnych, no moŜe 
trochę na początku. Ale potem tylko łaskawie zgadzał się albo nie, albo się wymykał. W tym 
jest coś kurewsko hańbiącego, gdy dotykasz kogoś, gdy chcesz z kimś być, a on ci wytycza 
ś

cisłe granice i upomina, kiedy je przekroczysz. 

   Paweł nie był taki. Paweł teŜ był zmęczony, teŜ wstawał do pracy, ale się kochał. Paweł 
moŜe teŜ myśli z naganą o Adamie, ale Paweł potrzebuje seksu. Seksu z nim. RóŜnica 
temperamentów, róŜnica charakterów, zawsze jest pod ręką jakieś wytłumaczenie. Po co, 
Adamie, tyle kombinować? Uspokój się, Ŝeby mógł w ciebie wejść, bo inaczej nic z tego nie 
będzie. Tyle wysiłku pójdzie na marne. 
   Gdy się obudził, juŜ ich nie było. Na dworze robiło się ciepło, ale mieszkanie pozostawało 
zimne. DuŜe mieszkania długo się nagrzewają, ale teŜ długo oddają ciepło. Jak morze – 
przyszło mu do głowy. Co za bzdura! Stanę się grafomanem od tego bezrobocia – pomyślał 
kokieteryjnie, zanim wstał i poszedł pod prysznic. 
   Dochodziła dwunasta. Ho! Ho! Adam usiadł w fotelu. Teraz musi jakoś pozabijać czas. 
    
   Adam pragnął przedstawić chłopców rodzicom. Wziąć ich za rękę i zaprowadzić na 
niedzielny obiad. Pokazać, Ŝe choć stracił MęŜa, Ŝe choć stracił pracę, to coś jednak zyskał. 
Więcej, duŜo więcej. Przynajmniej ilościowo. Zysk, ilość – to powinno na rodzicach, 
zagorzałych mieszczanach, zrobić wraŜenie. Tato, mamo, oto moi... Kto? Nowi męŜowie? 
Zgorszą się z zakłopotaniem, nawet z MęŜem są wciąŜ na Pan, Pani. Kochankowie? 
Niedyskretna nieprzyzwoitość. Przyjaciele? Banał. Partnerzy? Pomyślą, Ŝe załoŜył interes. 
Sponsorzy? Wulgarne. MoŜe po prostu: Oto Michał i Paweł? I robi się zwyczajnie, niewaŜnie, 
nie zapamiętają imion, zapomną je tuŜ po obiedzie. Chyba Ŝe doda: mój Michał, mój Paweł. 
Niesmaczne. Nieprawdziwe. Po tamtym seksualnym odrzuceniu pragnął tym silniej związać 
chłopców ze swoim Ŝyciem. Wziąć za ręce, zaprowadzić do rodziców i przedstawić: Oto 
moi... 
   Ale nierozstrzygalny dylemat nominalistyczny sprawiał, Ŝe Adam wciąŜ rezygnował z tego 
pragnienia. Więc znowu poszedł na niedzielny obiad sam. DraŜniło go, Ŝe musi się 
wyszykować, wymyślić oficjalną wersję zdarzeń i przygotować dyplomatyczne odpowiedzi. 
DraŜniło go miasto znudzone niedzielą, przestraszone nieuchronnym poniedziałkiem, który 

background image

on, bezrobotny, miał w dupie. W iście straceńczym geście wziął taksówkę, mimo Ŝe autobus 
do rodziców odchodził z sąsiedniej ulicy, mimo Ŝe powinien teraz liczyć się z kaŜdym 
groszem. Ale nagły wstręt, pogarda dla motłochu, odprawiającego w pokorze i trwodze swe 
niedzielne ceremonie, motłochu pokornego wobec obrzędu i agresywnego wobec odmieńców, 
złość, Ŝe sam zmuszony jest odprawić niedzielny rytuał – nie, to wszystko nie było warte 
oszczędzania. Taksówkarz na szczęście nie był skory do rozmowy, właściwie nie odezwał się 
ani słowem, właściwie był zły, Ŝe musi pracować w dzień święty. Adam dał mu więc solidny 
napiwek i umknął do gniazda rodzinnego, bo w oddali majaczyły sąsiadki wracające 
z osiedlowego kościoła. 
   Matka jakŜe się ucieszyła na jego widok. 
   – Podłączysz nam sprzęt. Ojciec kupił na promocji te tam... dewede. Utrapienie z tym 
gratem. 
   Ojciec kiwnął głową i wzruszył ramionami. 
   Adam wsadził, gdzie trzeba kabelki. 
   Matka wręczyła mu pismo dla kobiet w ciąŜy z filmem „Rambo II”. 
   – Więc najpierw lecą reklamy... 
   – Nienawidzę reklam. – ojciec odezwał się po raz pierwszy. 
   – A teraz menu i moŜesz sobie wybrać opcję. Masz moŜliwość wyboru. 
   – Jezu, nie chcę moŜliwości wyboru. – krzyknęła matka – Boję się. Na pewno coś zepsuję. 
   – Ale to proste. Wystarczy, Ŝe wybierzesz albo... 
   – Znowu coś karzą człowiekowi wybierać. Ledwo się z video oswoiłam. Tam nie ma 
Ŝ

adnych wyborów. Wsadzasz i jest co ma być. 

   – ...lektora, albo napisy. 
   – I jeszcze czytać trzeba. Nastaw mi raz na zawsze lektora. Powie, co i jak. 
   – Nie moŜe być raz na zawsze. Nic nie jest raz na zawsze. 
   – Twoja matka jest raz na zawsze. – zachichotał ojciec. 
   – Za kaŜdym razem trzeba wybrać opcję. Tym tu guzikiem. I potwierdzić. 
   – Te nowoczesne wynalazki! W głowach ludziom mieszają. Kiedyś człowiek miał 
powiedziane i napisane, co jest dobre, a co złe, jak robić, a jak nie robić. A teraz chaos, 
złodziejstwo, oszustwo, kupisz coś i nie wiesz, czy nie zepsute albo kradzione. Wszystko 
przez komuchów. 
   – Niedawno twierdziłaś, Ŝe przez solidarnościuchów. – przypomniał ojciec. 
   – Zmieniłam opcję. – syknęła matka – Weźcie to cholerstwo, bo się „Złotopolscy” 
zaczynają. 
   Obiad zaczął się wraz z końcowymi napisami telenoweli. 
   – Rosół świetny, naprawdę. 
   – Dobry, prawda? Na kurze. Drobiowy, delikatny. 
   – Sam przyprawiałem! 
   – Makaron bym zrobiła własnoręcznie. Ale sił juŜ nie mam. Stać nad garami. 
   – Dobry ten kurczak. Delikatny. 
   – Kura. Prawda? Taki jest mięsny koło warzywniaka, kupuję, bo zawsze świeŜo. 
I prawdziwe. Nie te sztuczne, tych sztucznych to juŜ nie mogę. Zaraz się zielone robią. 
   – Potrawkę sam przyrządziłem. 
   – Surówki spróbuj. Nietypowe połączenie. 
   – Dobra, naprawdę dobra. Ciekawe połączenie. 
   – Sam mieszałem. 
   – Znowu się popisujesz. To twoje ja najwaŜniejsze! 
   Adam zamieszał herbatę. Oblizał łyŜeczkę. I przypomniała mu się inna łyŜeczka, którą 
w innym miejscu i w innym czasie bawił się z MęŜem. On od strony wklęsłej, MąŜ od strony 
trzonka. Potem obrót i na odwrót. MąŜ oczywiście nie był jeszcze wtedy MęŜem. Wtedy obaj 

background image

byli młodymi studentami, którzy potrzebowali ciepła, miłości i zrozumienia. Gdzieś tam na 
pokojach impreza trwała w najlepsze, a oni nie wiedzieli, co zrobić z rękami i w całej tej 
swojej niezręczności próbowali ustalić, czy coś z nich będzie, czy zgadzają im się parametry 
poŜądania. Wiedzieli juŜ przy łyŜeczce, Ŝe ten drugi teŜ jest pedałem? Tak, chyba tak, to 
nastąpiło jakoś szybko. Po drugim kieliszku wina. Nie było wówczas mejli, internetu, 
SMSów. Jedno, dwa pisemka gejowskie, których Adam nie kupował, bo się wstydził. A który 
z nich przerwał zabawę, który odwaŜył się pierwszy dotknąć ręką ręki? On czy MąŜ? Nie 
pamiętał. A co wtedy leciało na tej imprezie? Jakie hity były wtedy modne? 
   – Brat się do ciebie odzywa? Masz jakieś wiadomości od niego? 
   Adam przypomniał sobie, Ŝe ma brata. 
   – Nie, rzadko bardzo. Czasami mejla napisze. Nie ma pieniędzy, nie ma dostępu, pewnie. 
   – Do nas teŜ rzadko. Siedzi w tych Niemczech i łapie, co popadnie. Ludzie tam tacy 
nieuŜyci. Nie pomogą, choćbyś pod płotem zdychał. 
   – Tu teŜ nie pomagają. 
   – Tu ma rodzinę. Rodzinie trzeba pomagać. 
   Szybko się dowiedzieli. Chyba jakaś zazdrosna, zakochana dziewczyna im doniosła, Ŝe syn 
ten tego. Nigdy nie dociekał, która. Była zasadnicza rozmowa, były łzy, ostrzeŜenia, namowy, 
Ŝ

eby poszedł do księdza, Ŝeby poszedł do lekarza. Coś o AIDS i zagroŜeniach. Spakował 

swoje rzeczy w plecak i wyniósł się do MęŜa, który wynajmował mieszkanie z koleŜankami. 
Katastrofa nie trwała długo. Po dwóch tygodniach podjęli próbę rozejmu. I stosunki zaczęły 
się stawać poprawne, konwencjonalne, miłe. Pomogli, jak było trzeba, nie pytali za wiele, nie 
zgłaszali pretensji. Tak nie po polsku, nie po katolicku. MoŜe dlatego, Ŝe zawsze bali się 
ryzyka, sytuacji skrajnych, ostatecznych? Odrzucenia przez własnego syna? A moŜe i on, 
i oni nie mieli ochoty, odwagi poruszać tematów zasadniczych? 
   Telewizor grał znowu. Podgryzali ciastka. Ojciec cały siwy zapadał się w sobie powoli. 
Matka poszarzała i gdzieniegdzie wyleniała. Przekładała kartki kolorowego pisemka. 
   – Radzisz sobie? – zapytała 
   Nie sposób było udzielić innej odpowiedzi. 
   – Radzę sobie. Jakoś. 
   – Jakbyś czego potrzebował, powiedz. Tak się umawiamy, ok.? – ojciec odetchnął 
z wyraźną ulgą, gdy juŜ to powiedział. 
   – Ok. Tak. Dobrze. Powiem. 
   Dobrze wiedział, Ŝe nie powie. Ale powiedział, co trzeba było powiedzieć. 
   – Czasy teraz. Nie mają pomysłu na ten kraj. 
   – Do siebie wszystko ciągną. Gdyby ojciec nie dorabiał na emeryturze. Syna sąsiadów 
z pierwszego teŜ wyrzucili z dnia na dzień. Zlikwidowali firmę, ludzi na bruk. On dwoje 
dzieci, Ŝona. Roztył się, rozpił. Menel się z niego taki zrobił, a chłopak był taki fajny, 
przystojny, pamiętasz? Chyba się między nimi nie układa. – matka zniŜyła głos 
   – A w Warszawie się układa? – ojciec wpadł jej w słowo. 
   – W Warszawie? Nie narzeka. Tam jest więcej moŜliwości, wszyscy tam teraz ciągną. 
   – Ale Ŝycie drogie. Spotkałam wczoraj w sklepie tę, z którą się bawiłeś, jak byliście mali. 
Kiedyś ci w przedszkolu do zupy napluła. Pamiętasz? Jej matka wciąŜ tu mieszka, w tamtej 
klatce. W twoim wieku, a wygląda starzej ode mnie. Straszne. Dwoje dzieci. Gruba, 
zmęczona, ubrana byle jak. Kazała cię pozdrowić. 
   – Która? Która matka? – ojciec czegoś nie pojmował. 
   – Sto pięćdziesiąt razy mam ci powtarzać? Tamtej, co się bawili, jak byli mali. 
W piaskownicy i tu przychodziła. I do zupy napluła. Skleroza nie boli. 
   – Dlaczego od razu się złościsz? Ja tylko pytam. 
   – Sto pięćdziesiąt razy wszystko ci trzeba powtarzać. Święta by z tobą nie wytrzymała. Sto 
pięćdziesiąt. 

background image

   – Dlaczego od razu na mnie wsiadasz? Co ty jesteś? Dominująca? 
   – I kto tu kogo tyranizuje? Despota! Schudłeś chyba? A moŜe trochę zaokrągliłeś się na 
twarzy? Źle ci ten sweter leŜy. Wolę, jak się ogolisz. Po co się postarzać? Masz młodą twarz. 
WciąŜ jesteś młody. W porównaniu z tamtymi, to naprawdę. Dziwnie cię obciął. Czy to taka 
moda, tak tu równo? Świństwo ci zrobiło. Posmaruj oksykortem w łazience. Dziurę masz 
w swetrze. Masz mole? Mole masz? Dobrze, Ŝe w dzisiejszych czasach nie masz dzieci. 
   – Jeszcze byś nam przytył od tych ciąŜ. – ojciec pękał ze śmiechu. 
   Śmiał się i śmiał. 
   JuŜ w korytarzu Adam ogarnął wzrokiem rodziców, mieszkanie. Jakby nic się nie zmieniło 
od jego dzieciństwa. Tu, między nimi. Tak, wiele się zmieniło. Matka bała się być niemodna, 
więc wyrzucała stare meble, stare rzeczy, stare ciuchy. Starzeli się. Kupowali nowe, wciąŜ 
nowe. Nowoczesne. śeby na zacofanych nie wyjść. Ale istota, ale sedno. Zastygło. Ostygło. 
Raz na zawsze. 
    
   Spotkali się w tej Cafe, której nazwy nigdy nie mógł zapamiętać: Epilepsja? Depresja? 
Eutanazja? Hipochondria? Hipokryzja. Cafe Hipokryzja. Słońce świeciło pięknie i właściwie 
naleŜałoby usiąść w ogródku, ale Krzyś nie cierpiał słońca. Wybrał najciemniejszy kąt, 
którego nawet kelnerki nie dostrzegały, zaabsorbowane noszeniem kufli pod parasole. Michał 
długo się rozglądał, wytęŜając w półmroku ceglanego podziemia wzrok, jeszcze przed chwilą 
naraŜony na pełną jasność. 
   – A więc nie zniesiesz jej obecności? Znasz ją w ogóle? 
   – Raz się widzieliśmy. Przyjechała z klasą na zwiedzanie miasta. 
   – To duŜo od was młodsza. Ile ma lat? 
   – Dziewiętnaści? Dwadzieścia? Nie pamiętam juŜ, ile lat mają ludzie w tym wieku. 
   Krzyś uśmiechnął się i zapalił papierosa. 
   – Spakuj manatki, zostaw Pawła i zamieszkaj u mnie ze mną. 
   – A Kubuś? 
   – Kubuś się posunie. Zresztą i tak go nie ma całymi dniami. 
   Michał był spięty. Dziwny widok. Czegoś widocznie nie umiał sobie przetłumaczyć. Czy to 
go złościło najbardziej? 
   – Złości mnie tryb załatwiania tej sprawy. Złoszczą mnie emocjonalne szantaŜe. Złości 
mnie, Ŝe się złoszczę. 
   – Co ma studiować? 
   – Socjologię. 
   – Ha! To będziecie jej reprezentatywną próbką. MoŜe się nie dostanie? 
   – To się dostanie na pedagogikę albo psychologię. Gdzieś się dostanie. 
   Krzyś palcem wskazującym przeciągnął delikatnie po wierzchu dłoni Michała. Stres nie 
naruszył doskonałości. Krzyś przypomniał sobie, Ŝe Michał depiluje całe ciało poza 
przedramieniem i goleniami, które regularnie, choć nieśmiało porastają delikatne 
zgrupowania włosków. I o tych włoskach pomyślał i prawie się wzruszył, bo są takie 
subtelne, niewinne i piękne. 
   – Pomyśl o korzyściach. Będziecie mogli kształtować jej światopogląd, a nawet regulować 
go przy pomocy narzędzi ekonomicznych. Będzie na waszym utrzymaniu, dacie jej wikt 
i opierunek w zamian za przekonania. Plus kieszonkowe na otwarcie horyzontów. 
   – Przymus z ojca idzie w syna. Oni przymuszają ją nam, my przymuszamy ją do wolności 
wyboru. 
   – Liczcie na bunt. Jest wkalkulowany w dawanie i branie. MoŜe zechce pewnego dnia 
pasywa zamienić na aktywa? 
   – Jako doświadczony gej wiesz, Ŝe nie ma wielkiego znaczenia, pasywa czy aktywa. Nie ma 
nawet wielkiej róŜnicy. 

background image

   – Nie ma róŜnicy w znaczeniu albo znaczenia w róŜnicy. Ale nie zapominaj o toŜsamości. 
RóŜne rzeczy róŜnym ludziom dają przyjemność, a to koniec końców ma znaczenie. 
   – Jak na razie świadomość przyjazdu Kamili nie sprawia mi przyjemności. Rachunek, 
poproszę! 
   Krzyś połoŜył tym razem całą dłoń na dłoni Michała. 
   – Ja zapłacę! Zrób mnie tę przyjemność. 
    
    
    
9. 
    
   Wszędzie jest mnóstwo pyłu, którego nie pozbędę się juŜ nigdy. Tak to wygląda, jakby 
w mojej kawalerce wydarzył się 11 września. Od tygodnia kładę się po drugiej w nocy, nie 
pamiętam, kiedy się tyle napracowałam, nadźwigałam itp., wczoraj myślałam, Ŝe zasnę na 
stojąco, do nocy rozpakowywałam i upychałam, gdzie się dało, rzeczy. Teraz nic nie mogę 
znaleźć, nic się nie mieści, wanna przecieka, wszystko mnie boli i strasznie juŜ jestem 
zmęczona. Chciałabym uciec z tego mieszkania, mam go dosyć. Muszę jeszcze napisać do 
urzędu skarbowego, Ŝeby mi rozłoŜyli podatek na raty (1600 zł!!!) i podanie do szkoły, Ŝeby 
mi umorzyli opłatę za powtarzanie roku (1200 zł!!!). Jak mi nie umorzą, to się nigdy nie 
obronię. Kaszlę i kaszlę od tego pyłu. Czy to juŜ SARS? A moŜe suchoty? Czy gruźlica 
jeszcze istnieje? Czy teŜ Ludwik Waryński wypluł ją razem z płucami? A jeśli istnieje, to czy 
jest trendy? Na fali nostalgii jak np. hity lat 70.? Czy teŜ jest równie podejrzana jak 
romantyczny paradygmat? 
   Znowu gdzieś w górze spuścili wodę. Taka sama spłuczka była u mojej babci. Nie, nie u tej 
od tamtego dziadka. Ta zmarła wcześnie na tyranię swojego męŜa. U tej drugiej, od mamy. 
Trzeba nacisnąć z całej siły srebrny język, aŜ boli ręka, pokonać jego opór, a wtedy słychać 
złowieszczy, narastający szum atakującej wody i na końcu wielki huk, od którego cały dom 
dostaje drgawek. Jak sikaliśmy nocą, to babcia nas pouczała, Ŝe mamy nie spłukiwać, tylko 
po cichu zalewać wodą z miski, bo ona ma sen jak wróbelek albo jak motylek i juŜ nie 
zmruŜy oka, jeśli coś ją przebudzi, bo minie jej pora na spanie. Ci nade mną nie mają 
skrupułów. Walą 24 h. Rano, wieczór, we dnie, w nocy. Nie zdziwię się (nie, no jednak się 
trochę zdziwię), jak razu pewnego rozerwie im się klozet od tego spuszczania i zwali się na 
mnie wszystek gówno świata. 
   Ojciec mi powtarzał, Ŝe trzeba być dobrym dla ludzi. śe jak jesteś dobra dla ludzi, to oni są 
dobrzy dla ciebie. śe jak im coś dobrego zrobisz, to oni coś dobrego zrobią tobie. Taka 
transakcja, która zakłada aprioryczność warunków umowy społecznej. śe niby wszyscy 
przestrzegają tych samych zasad w takim samym stopniu. Mój ojciec nieustannie popadał 
w sprzeczności, których nie dostrzegał i które ułoŜyły się w jego głowie w spójny system. Tu 
moralność wymienna – dobro za dobro – tu naiwny idealizm. System, rzecz jasna, się nie 
sprawdzał. Ludzie się nie odwdzięczali, nie płacili tyle, ile wymagała taryfa, czasami nawet 
nie chcieli tego jego dobra. Matka wyginała wtedy wargi z pogardą i pretensją, a ojciec 
moralizował. Sądził. Był zgorszony. Stawał się coraz bardziej zgorzkniały, coraz częściej 
krzyczał i pouczał. Na nas wyładowywał swoje rozczarowanie światem, do nas miał pretensje 
za jego niesprawiedliwość. Od nas domagał się wdzięczności, za wszystko, co zrobił dla 
wszystkich. Swojego ojca nie oskarŜał nigdy. Nigdy na głos. Choć dziadek tym bardziej nim 
pomiatał, im więcej syn okazywał mu szacunku. 
   Kiedyś przyjechała do nas dziewczyna z Francji. Poznałam ją korespondencyjnie, na 
lekcjach francuskiego kobieta rozdała nam adresy rówieśników z jakiegoś miasteczka koło 
Lyonu. Tak pisywałyśmy do siebie, jak to dwie głupie nastolatki, ja mozolnie ćwiczyłam 
język i raz kiedyś zaprosiłam ją do Polski, kurtuazyjnie, wcale nie chciałam, Ŝeby 

background image

przyjeŜdŜała, a ona przyjechała, z dnia na dzień, akurat miała pociąg z Pragi. Tylko Ŝe trzeba 
było po nią jechać do Wrocławia, ona sobie wyobraŜała... nie ona w ogóle nie miała 
wyobraźni. To była końcówka lat 80. Komunizm, bieda, totalna dezorganizacja. 
   Nie lubiłam jej. Nie lubiłam za to, Ŝe musiałam się nią zajmować. Nie lubiłam za to, Ŝe 
musiałam się wstydzić polskiego syfu i jednocześnie demonstrować polską gościnność. Nie 
lubiłam za jej niefrasobliwość i luz. Starzy skakali nad nią, gotowali z niczego najbardziej 
wymyślne potrawy, dawali forsę, bo ona o nic nie zadbała, nawet biletu powrotnego nie 
miała, nawet na bilet nie miała, nie wiem, czego się spodziewała. śe rach-ciach dotrze 
autostradą do domu, ktoś ją podrzuci, Ŝe to wszystko Europa bliska sercu i nogom, wszędzie 
jest niedaleko, czy co? A tu załatwianie, kombinowanie, gdzie, którym pociągiem, stanie 
w kolejce po ostatni bilet i jeszcze kręciła nosem, Ŝe musi wracać naokoło przez Wiedeń. 
Kretynka! 
   Temu uwijaniu się ojca i matki przy gościu towarzyszyła jasna intencja. Kiedy ona nas 
zaprosi? Kiedy nam się odwdzięczy? Otworzy przed nami bramy Zachodu, kapnie na nas 
kapitalistycznym dobrobytem. Moi rodzice, którzy nie byli dalej niŜ w DDR-ach, juŜ się 
widzieli na wakacjach w ParyŜu. Zadawali kłopotliwe pytania, kazali mi je tłumaczyć na 
francuski, ja się wiłam ze wstydu, a oni naciskali, delikatnie w swoim mniemaniu, to kiedy, 
ach kiedy. Tymczasem ona wcale nie miała zamiaru sprowadzać sobie na głowę polskiej 
familii, zwłaszcza, Ŝe z kaŜdym dniem swojego tutaj pobytu ogarniał ją coraz większy 
niesmak, Ŝe brudno, Ŝe nieczynne, Ŝe nie działa i nie jest napisane po francusku. Więc wzięła 
pieniądze, wsiadła do pociągu i nigdy więcej juŜ jej nie zobaczyliśmy, chwała Bogu, ale 
rodzice byli bardzo rozgoryczeni, czuli się po prostu oszukani i co pewien czas szturchali 
mnie, bym napisała do laski i zasugerowała, Ŝe najwyŜszy czas na rewizytę. 
   Zaparzyłam sobie kawę. Kiedyś w ogóle kawy nie piłam. W młodości mnie skręcało 
z obrzydzenia, no ale wtedy były te paskudztwa, które nazywali kawą zboŜową, czy jakoś tak. 
Właściwie piję dopiero od paru miesięcy. śeby się pobudzić, bo jak wszystkim wiadomo, 
kawa pobudza. Tyle Ŝe ja piję pół na pół z mlekiem – kawa pobudza, mleko usypia, czyli bez 
sensu. Ale piję, choć nadal nie znoszę smaku kawy, taki kwaśny, gorzki, cierpki, zabijam ten 
smak mlekiem, bulgocze i ściska mnie w Ŝołądku od tej kawy, ale piję. Wszyscy normalni 
ludzie piją kawę rano, Ŝeby się pobudzić. TeŜ udaję normalną, wstaję i buch, filiŜanka kawy. 
Taki rytualik. Czuję się w porządku, czuję się spokojna, Ŝe robię to, co większość, Ŝe nie 
odstaję od normy, Ŝe to, co robię jest dobre, skoro robią to inni. Czuję się dobrze, choć czuję 
niesmak w ustach i boleść w Ŝołądku. I wcale się nie przebudzam, przeciwnie, ciągle chce mi 
się spać i chodzę jak śnięta, i dolewam sobie tej kawy, i dolewam tego mleka. 
   Podziwiam Michała, Ŝe jest tak doskonale zakomponowany. Taki stabilny, opanowany 
w najdrobniejszych szczegółach. Zawsze na zmęczenie pije filiŜankę espresso, patrzę, jak 
podnosi ją do ust, siedząc w fotelu i głaszcząc drugą ręką Helenę albo przewracając kartki 
ksiąŜki. Czy on płacze, czy się złości, czy ma depresję, czy się załamuje? Paweł biega 
naokoło fotela, cały podekscytowany, niespokojny, wkurwiony, bo coś tam w pracy, ktoś 
krzywo spojrzał i jest głupi. Macha rękami i wyrzuca z siebie gorzkie Ŝale. Ale od Michała 
wszystko się odbija, patrzy z mieszaniną zrozumienia i współczucia, a moŜe i litości, tonuje 
histerie Pawła, ale ich nie leczy. Mówiąc szczerze, kaŜe im się po prostu zamknąć. 
W kulturalny, rozsądny, przejmujący sposób, od którego ciarki biegną po plecach. „Raz 
byłem w swoim Ŝyciu zakochany” – powiedział mi kiedyś – „w Pawle. Pamiętam, Ŝe to było 
upokorzenie, uzaleŜnienie, nie chciałbym tego powtórzyć.” 
   A ja jak nieśmiała idiotka krąŜę wokół Damiana. Choć tak mnie nudzi i irytuje. Włóczę się 
za nim po korytarzach redakcyjnych, przysiadam się w bufecie, niby przypadkiem, zbiegiem 
okoliczności. Przyszedł tutaj pomóc, jak zaoferował. Celowo odprawiłam wtedy gejów, Ŝeby 
mi nie spoglądali znacząco i nie wygłaszali swoich opinii, z którymi pewnie musiałabym się 
zgodzić. Przekładał, wieszał, suwał po podłodze, nosił w rękach. Dawno juŜ wyparowało 

background image

z niego tamto wino, Ŝadnych intymnych zwierzeń, mruczał coś do siebie pod nosem, czego 
nawet nie chciało mi się słyszeć, coś tam o remoncie swojego mieszkania, właściwie chciałam 
walnąć go „Anną Kareniną” w łeb, akurat ją miałam obok na stoliku, wrzasnąć, Ŝeby przestał 
być wreszcie rozlazłym mruczusiem, Ŝe rzygam empatią i sympatią. Niech pokaŜe wreszcie 
coś konkretnego, zrobi coś, co powinien zrobić. Ale od tego skrobania i rozpakowywania 
jestem za słaba. Na seks teŜ. Nie, nawet nie mogę w tej chwili myśleć o seksie. Zresztą, 
miałabym pył nie tylko w ustach i uszach, ale i we wszystkich innych otworach. 
   Uspokajam się. I powoli ogarniam. Wczoraj wieczorem, po godzinach harówki, Michał 
stanął nad Pawłem, wziął go za rękę i zapytał: „Jesteś zmęczony, kocie? Idziemy juŜ?”. 
I wtedy tak się jakoś zachwiałam. Nie, nie dlatego, Ŝe chcę, Ŝeby mnie ktoś trzymał za rękę. 
Pewno, Ŝe chcę. KaŜdy chce. Przynajmniej od czasu do czasu. Pomyślałam sobie... Nie, ja to 
sobie uświadomiłam, Ŝe niczego więcej nie trzeba i niczego więcej nie moŜna, tylko ten 
uścisk. Tak na moment dopóki dłonie się nie spocą i jest to jeszcze przyjemne. 
   – Chciałabym mieć z wami dziecko – rzuciłam wzruszona. 
   Paweł parsknął śmiechem. 
   – Jedno? – zapytał Michał – Czy z kaŜdym z osobna? 
   – Nie wiem – prawie Ŝe chlipałam – Jak się trafi. 
   – To bardzo uprzejme z twojej strony, Paulino, ale wiesz, Ŝe w tym wypadku nie moŜna 
zdać się na ślepy traf. Jak to sobie wyobraŜasz od strony technicznej? 
   – Mam w dupie technikę. Jakoś to zorganizujemy. 
   Paweł spowaŜniał. 
   – Nienawidzę dzieci. A zwłaszcza własnych. 
   – Ja się teŜ nie piszę. Nie zwykłem przelewać spermy w celach charytatywnych. 
   – Dlaczego nie chcecie mi podać pomocnej dłoni? – siedziałam na skraju łóŜka i rozpaczy. 
   – Nie przesadzaj, Paulinko. – Paweł przyciągnął mnie do siebie – Dłoni ci nigdy nie 
odmawiamy. Weź się w garść. 
   – Czego, jak czego, ale dzieci na tym świecie nigdy nie zabraknie. Nie musimy produkować 
własnych. 
   – Ale ja chciałabym mieć cząstkę was. 
   – Wiecie co! – Paweł znowu poweselał – Przyniosłem aparat. Zrobimy sobie zdjęcie 
w twoim nowym mieszkaniu. Pył się rozwieje w proch, a ty zachowasz cząstkę nas w ramce. 
   Jakoś mnie udobruchali. 
    
    
    
10. 
    
   Kamila rzucała się na szyje. 
   – Super. To super, Ŝe będę tu mieszkać. 
   I uściskała Adama, który wyszedł z kuchni w fartuszku. 
   Pragnął być uŜyteczny. Zaproponował chłopcom, Ŝe ogarnie od czasu do czasu ich 
mieszkanie. Gdy oni będą tyrać, on doglądnie kątów, da jeść Helenie, zrobi to i owo. Nie było 
takiej potrzeby, raz na tydzień przychodziła pani od sprzątania, gotowania i prasowania, ale 
zostawało jeszcze pranie, codzienne krzątanie się po kuchni, pilnowanie dobytku. I oni na to 
przystali, dawali nawet czasami Adamowi jakieś pieniądze, on nie chciał, wymawiał się, ale 
brał, bo nie miał i nie czuł dyskomfortu, raczej uspokoił się, Ŝe znalazł swoje miejsce na 
ziemi, nawet, jeśli to miejsce miałoby być w komórce pod schodami, a przecieŜ nie było, bo 
nie traktowali go z wysoka, sypiali w jednym łóŜku, choć Michał wciąŜ otulał się swoją 
kołdrą i zasypiał przed buziakiem na dobranoc. 

background image

   A teraz okazywał Kamili wiele Ŝyczliwości. Nie dał się wyściskać za bardzo, ucałował 
jednak – jakby to powiedzieć? – szwagierkę w oba policzki. Potem razem z Pawłem poszli 
pokazać Kamili jej pokój, a Adam wrócił do mieszania zupy. 
   Opieka nad domem była dla niego dziwacznym wyzwaniem, bo przecieŜ nigdy dotąd nie 
przywiązywał do tego wagi. Jakby nagle odkrył w sobie instynkty macierzyńskie. Choć nie do 
końca. Nadal zmagania z brudem i nieporządkiem wprawiały go w popłoch, nie mógł sobie 
przypomnieć, wedle jakiego systemu naleŜy to wszystko uprzątnąć i ułoŜyć, co na czym, Ŝeby 
pasowało do siebie i zmieściło się tam, gdzie ma się zmieścić. Z ledwością odróŜniał pranie 
kolorowe od czarnego, czarne od białego, to znaczy, oczywiście, widział, co i jak, ale zawsze 
coś się mogło zaplątać albo w roztargnieniu zostać przeoczone. Pralka stała przed nim, ten 
wielki kloc i domagała się swego, a on najchętniej rzuciłby jej wszystko, co ma pod rękę, nie 
tracił czasu na segregację, którą czynił z tym zwyczajnym poczuciem bezradności, 
z niecierpliwością, Ŝe po cholerę takie rozdzielanie i oddzielanie, strata czasu. A niech się 
zmiesza i tak trzeba prać znowu i znowu, aŜ się całkiem spierze. 
   Swoje mieszkanie zapuścił absolutnie. Bywał w nim rzadko i nic go juŜ właściwie nie 
obchodziło. I tak będzie musiał je niedługo opuścić, bo nie starczy mu na wynajem i na 
opłaty. Kilka razy próbował sprzątać, ale gdy ciągnął za sobą odkurzacz, ten przewracał się na 
boki, wreszcie za którymś razem zawarczał i zamilkł, chyba na amen, w kaŜdym razie Adam 
wyrzucił go na śmietnik. 
   – To sup... świetnie, Ŝe będę z wami mieszkać. O ile się dostanę. Mam dla Paw... dla was... 
dla ciebie przesyłkę od rodziców. 
   Wewnątrz znaleźli kilka serwetek z ręcznie i misternie haftowanymi wzorami, 
przedstawiającymi owocowe krzewy. 
   – Imponujące! – zawyrokował Michał. 
   A pod spodem dwie ksiąŜki. „Tryptyk rzymski” i „Homoseksualizm – co warto o nim 
wiedzieć”. 
   – CzyŜby twoi rodzice uwaŜali, Ŝe czegoś jeszcze o homoseksualizmie nie wiemy? 
   – Są starzy, juŜ się nie zmienią – mruknął Paweł. 
   Michał ruchem półkolistym celnie posłał obie ksiąŜki do kąta. 
   – Kto się napije kawy? – spytał, wstając od stołu. 
    
   Potem nastąpiły chwile marudzenia, włóczenia się z kąta w kąt, popijania kawy. Adam lubił 
to zawieszenie Ŝycia, gdy dopiero przyzwyczajał się do myślenia i odsuwał na bok wszelkie 
powinności, imperatyw bycia aktywnym. I widział, Ŝe chłopcy juŜ się niecierpliwią, juŜ by 
chcieli ujarzmić czasoprzestrzeń, juŜ oddają się złudzeniu, Ŝe od nich coś zaleŜy, Ŝe zmieniają 
ś

wiat chociaŜby na swoją drobną miarę naszej małej gejowskiej stabilizacji. Nie, proszę, 

jeszcze nie. Jeszcze nie odchodźcie, jeszcze nie działajcie, jeszcze pobądźcie ze mną, pijąc 
kawę i popatrując z ukosa. MoŜe pofiglujemy znowu, moŜe się nawet spuścimy i będzie nam 
dobrze, zobaczycie. 
   Ale oni przebierają nogami, Paweł krząta się po kuchni, Michał musi przygotować papiery. 
Dzień ma swoje wymagania w rytmie muzyki z działu „Nowe Brzmienia”, którą Michał 
uparcie kupuje, by zgodnie z jej dźwiękami ustalić prawidła praktycznego istnienia. Ani za 
bardzo w górę, ani za bardzo w dół. Teraz to, teraz to, teraz to, potem to, potem to, potem to 
i tak w nieskończoność, gdyby się dało. 
   Adam próbuje za wszelką cenę powstrzymać byt. PrzecieŜ nie ma bytu, jest bytowanie. 
Jeszcze chwilkę, jeszcze pomarudźmy, zanim się rozpierzchniemy. I Paweł jakby odgadł jego 
myśli, wraca na fotel z filiŜanką w ręku, podczas gdy Michał siedzi juŜ przed komputerem 
i szuka korzystnych ofert. 
    
   – Cześć, jestem Paulina – powiedziała Paulina 

background image

   Kamila odetchnęła z ulgą. Więc jednak nie jest to świat bez kobiet, no tak, przecieŜ geje 
lubią kobiety, nie, to kobiety lubią gejów, och, a jeśli to lesbijka i czegoś będzie ode mnie 
chciała, ale jaki wspólny interes mogą mieć lesbijka i dwóch gejów? Trzech gejów i lesbijka? 
I Helena? Głupio jej. Naprawdę nie chciała. Nie opowiada się za Ŝadną ze stron. Rodzice są 
juŜ starzy i biedni, ale ona przecieŜ dopiero zaczyna, przyjechała do obcego miasta, zdana na 
łaskę swojego brata i jego... kochanka? faceta? przyjaciela? Jak to ująć, jakby to powiedzieć, 
nie spotkała się dotąd z czymś takim osobiście. Choć taki jeden kolega z klasy to był 
podejrzany. To dziwaczne mieć brata pedała, brata geja, wstydliwe właściwe, nie mówiła nic 
koleŜankom, w domu teŜ nic nie mówią. Trzeba być tolerancyjnym. Ona wie, Ŝe takie rzeczy 
się zdarzają. Ona nie ma nic przeciwko, lubi Michała, naprawdę. Nie jest juŜ dzieckiem, 
naprawdę, wszystko jej moŜna powiedzieć. Rodzice nie powiedzieli jej niczego, tylko, Ŝeby 
na siebie uwaŜała i miała baczenie na Pawła, modliła się za niego i tak dalej. Jak szpieg. 
Dlaczego Michał tym papieŜem o ścianę? Tak być nie moŜe. Ona nie rozumie. Ale 
mieszkanie mają zajebiste. Jakaś moralność być musi. Teraz egzaminy, to najwaŜniejsze. Jest 
nowoczesna, głosowała w referendum za Unią. 
   I by pokryć zmieszanie, wycałowała Paulinę. 
   – Obie mamy strasznie pretensjonalne imiona, nie uwaŜasz? – zaśmiała się uwodzicielsko 
Paulina, wciąŜ ściskając jej rękę. 
   Kamila niedokładnie wiedziała, co to znaczy pretensjonalne. 
   – Moje jest po wujku Kamilu, ale twoje super. 
   Paweł stał na parapecie i klął, mocując się z Ŝabką. Źle ułoŜone zasłony wkurwiały go tak 
samo jak tępota prawicowców. Adam wspiął się na palce i dopytywał, czy mu czegoś nie 
podać. 
   – Wszystko się, kurwa, wali w tym domu. Zaraz zejdę. Zaraz zwariuję. 
   – Kiedy masz następny egzamin? – ciągnęła Paulina konwersację. 
   – Jutro. śebym zdała. Na pewno nie zdam. MoŜe odpytasz mnie z historii? – Kamila 
próbowała jej wcisnąć kartkę z pytaniami. 
   Paulina nieco się speszyła. 
   – Chętnie, ale, wiesz co, po kolacji. Teraz za duŜe zamieszanie. 
   – Trochę w prawo, trochę w lewo i prosto, z całej siły... – Adam patrzył Pawłowi na ręce. 
   Michał wyłonił się z kuchni. 
   – Adamie, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Tak przynajmniej mawiała moja 
nauczycielka od rosyjskiego, która sama była nie lepsza od faszyzmu. Witaj, Paulino. Drinka? 
   – A jakŜe! To, co zwykle. 
   – Kocie, złaź stamtąd natychmiast. Paulina chce drinka. I jak ci się podoba moja 
szwagierka? 
   – To ja moŜe nakryję do stołu. – Kamila uczyniła w tył zwrot. 
   Rany, ale wyskoczył z tą szwagierką! Zapadnę się pod stół ze wstydu. 
   – Bardzo cię proszę. – zezwolił Michał – Talerze są w kuchni, pierwsza szafka na lewo. 
Zapamiętaj to sobie na przyszłość. 
   – Pomijając tuszę, jesteście nader do siebie podobni z siostrą. – zauwaŜyła Paulina, gdy 
całowała zziajanego Pawła. 
   – Zwłaszcza gusta erotyczne nam się pokrywają. 
   Z kuchni nie było odzewu. 
   Kamila przyniosła talerze, za nią Adam niósł sztućce. 
   – Te? 
   Michał podszedł do Adama i pogładził go protekcjonalnie po szyi. 
   – Te. 
   – Jesienią, gdy Kamila zamieszka z nami na stałe... 
   – Jeśli zdam... 

background image

   – Zdasz. Gdy zamieszka z nami na stałe, będziesz musiała się nią zaopiekować, Paulino. Jak 
kobieta kobietą. Pokazać, zaznajomić, wprowadzić w pewne kręgi. 
   Paulina oparła się o Pawła i nieznacznie ziewnęła. 
   – Nie ma sprawy. Siostry naszych braci są naszymi siostrami. 
    
    
11. 
    
   Adam wymówił mieszkanie i doznał takiej satysfakcji, jaką mieć musieli bohaterowie 
greckich tragedii i sam Chrystus, gdy wypełniło się przeznaczenie. A nie mówiłem!. 
Kochanek, MąŜ, praca, teraz mieszkanie, w którym spędził dziesięć chyba szczęśliwych lat. 
To się tak ładnie domykało, idźcie ofiara spełniona. I on teŜ czuł się spełniony, 
dowartościowany, niemal boski dzięki swoim wyrzeczeniom, rezygnacji bez walki, 
poświęceniu nadaremno, no bo niby komu i w jakiej sprawie miałby darować swoje 
cierpienia. Ok, nie cierpienia, a niedogodności, kłopoty, uciąŜliwości, niepowodzenia, jak 
zwał, tak zwał, najwaŜniejsze było to ciepełko, które czuł w podbrzuszu z okolicami, gdy 
dekonstruował przestrzeń, w której Ŝył był, niszczył alfabetyczny porządek ksiąŜek, które 
jeszcze przed chwilą stały na półce, zwijał dywaniki, usuwał kwiaty, rozkładał łóŜko, osobno 
materac, osobno deski, osobno pościel i części metalowe, nic nie zostanie, nawet 
wspomnienia, choć po co te egzaltacje i słowa ekstremalne, ale bez nich w ogóle nie ma 
o czym mówić, tylko płacz i lamenty, którymi oddawali się MąŜ i rodzice, gdy jego rozpierała 
pasja: 
   – Jaka szkoda, jak smutno, co ty teraz ze sobą zrobisz? 
   Powrót na łono był wykluczony, mimo Ŝe oczywiście zaproponowali, wręcz nakłaniali, 
z obawą i nadzieją, bo będzie ciaśniej, ale pod kontrolą. Warszawa teŜ odpadała. Nie po to 
likwidował, by teraz zaczynać da capo, w kawalerce, w nowym mieście i ze starym starym. 
Nie, Adam spakował rzeczy do kartonów, część poupychał po znajomych piwnicach, a resztę, 
te trochę przedmiotów nieustannego uŜytku, zabrał ze sobą, do Pawła i Michała, którzy 
uŜyczyli mu lokum na lato. 
   Parę dni później wyjechali na miesięczne wakacje, do wiejskiego domku w Toskanii, 
którego im z kolei uŜyczał zagraniczny znajomy. Po raz pierwszy Adam rozstawał się z nimi 
na tak długo. Zostawili mu trochę grosza, kazali karmić Helenę, która obraziła się śmiertelnie 
na taki obrót rzeczy i tylko od czasu do czasu syczała na swojego opiekuna z parapetów 
i koszy. Adam rozkoszował się swoją przestronną pustelnią, lubił myśleć, Ŝe oto Ŝyje teraz jak 
dobrze sytuowany eremita, poza społeczeństwem, poza zgiełkiem, poza normami, poza 
kulturą i poza tradycją. Częściej próbował oglądać telewizję, ale wzrok mu się ześlizgiwał 
z kolejnych programów. Coś chciał czytać, po polsku, po angielsku, trzeba szlifować język, 
lecz narracyjne komplikacje i werbalne pułapki wprowadzały go w stan irytacji, której sobie 
nie Ŝyczył, bo była zakłóceniem buntowniczej prostoty jego Ŝywota. Poza, poza... 
   Prawdziwy raj wzruszeń odkrył w popowych przebojach minionych dekad. Nagły 
imperatyw („To imperatywy mogą być nagłe?” – zastanawiał się Krzyś przez telefon) kazał 
mu kupić w Empiku całe naręcza płyt z dawnymi, niezapomnianymi i to wcale nie dlatego, 
nie tylko dlatego, Ŝe były tanie. „KaŜdy ma taką magdalenkę, na jaką go stać.” – skomentował 
Krzyś wybór Adama. A ten pławił się, płakał, śmiał do rozpuku, wspominał pacholęctwo 
przed telewizorem z festiwalem opolskim, wspominał małolata, fana Anny Jantar i lubił 
myśleć, Ŝe się wyróŜnia w swoich gustach i nie swoich apartamentach, Ŝe słucha muzyki 
wyjątkowej, choć dobrze wiedział, jak popularne są teraz lata 70. i 80. ubiegłego wieku 
w dyskotekach, do których juŜ nie chodził, ale jemu przecieŜ nie chodziło o kilka taktów do 
podrygiwania, jego wiązała z tymi piosenkami więź mistyczna, no egzystencjalna, 
powiedzmy, więź dziecięcych zachwytów i przeŜytych doświadczeń, które dodawały 

background image

mistycznej, no egzystencjalnej, głębi tym wszystkim wielkim damom, co tańczą same, 
Małgośkom, windom do nieba, nawet parostatkom, Juliom i mnie. 
   W spiŜarni Adam odkrył długi ciąg butelek po wodzie grodziskiej, wypełnionych 
czerwonym płynem wskazującym na alkohol. Przypomniał sobie, Ŝe kiedyś Michał objaśniał 
mu pochodzenie tej kolekcji – było to wino świętej pamięci dziadka, odziedziczone i nieco 
zlekcewaŜone przez wnuka. Co wieczór, skrupulatnie wychylał kilka szklanek cienizny 
domowej roboty, po czym słał P. i M. SMSy w stylu: upilem sie winem dziadka i nic nie 
poradze na to ze tesknie. Raz na pięć-sześć wiadomości dostawał odpowiedź: Badz dzielny. 
Toskania piekna. Wina znakomite, chlopcy wysmienici. Jak Helena?. 
    
   Krzyś połknął garść tabletek nasennych, a na szafce obok łóŜka połoŜył kartkę: „Skończyły 
mi się antydepresanty. Pozdrawiam. K.” Adama zbudził wczesnym rankiem telefon od 
roztrzęsionego Kuby. Pobiegł do szpitala, ale Krzyś nie był jeszcze zdatny do uŜytku. Dnia 
następnego jednak czysty, schludny i wyspany czytał w sześcioosobowej sali ksiąŜkę 
o skomplikowanym tytule. My-ster-ium con-iunctio-nis – odcyfrował Adam. 
   – Chciałeś popełnić samobójstwo? 
   – O BoŜe! I ty wymagasz ode mnie jednoznaczności!? Uchylam to pytanie. Przychodzą tu 
róŜni tacy w białych kitlach i pytają mnie, jakie mam problemy i czy nie sądzę, Ŝe Ŝycie jest 
piękne. 
   – Stolec był? – zapytała pielęgniara, która właśnie stawiała znaczki na karcie Krzysia. 
   – I to jaki! Traktują tu mnie jak potępionego. A ten w rogu – Krzyś wskazał podbródkiem 
na chrapiącego męŜczyznę z wąsem – dzisiaj rano modlił się za mnie, słuchając Radia 
Maryja. Myślałem, Ŝe się zabiję. 
   – No, ale musiałeś mieć jakieś powody? 
   Krzyś popatrzył na Adama z politowaniem. 
   – Skarbie, moje powody nie są nawet w połowie tak ciekawe jak ta ksiąŜka, która skądinąd 
jest strasznie nudna. Umówmy się: ja wrócę do lektury, a ty w tym czasie podumasz nad moją 
psyche. 
   – Mógłbym Ci jakoś pomóc? 
   Krzyś zmierzył Adama od stóp do głów. 
   – Nie, nie mógłbyś. Ale, dzięki, będę o tobie pamiętał. A co w ogóle u ciebie, kiedy wracają 
twoi właściciele? 
   – Za dwa tygodnie. No, sam nie wiem... 
   – Kiedy wracają? 
   – Nie, czy mnie... kochają... 
   – O! Z pewnością. 
   – Czy im nie zawadzam... 
   – O! Z pewnością. Teraz z pewnością nie. Jesteś poŜyteczny, pilnujesz mieszkania. 
   – Bo ja nie wiem, czy to ma sens... 
   – Pilnowanie mieszkanie? 
   – Nie, to wszystko... 
   – Chyba powinniśmy zamienić się miejscami. Jak ten wąsacz zaraz nie przestanie chrapać, 
to mu pomieszam na skali. 
   – Trzeba być tolerancyjnym – mruknął staruszek z łóŜka obok, czytający „Claudię” – 
Wycieli mu pół Ŝołądka. 
   – Mam nadzieję, Ŝe na cele charytatywne. A wie, pan, Ŝe moja znajoma była tak nałogową 
słuchaczką Radia Maryja, Ŝe nie rozstawała się z nim nawet podczas ablucji? 
   – Aha? – staruszek powiercił się na łóŜku. 

background image

   – Raz odbiornik wpadł jej do wanny. Akurat zaŜywała kąpieli z pianką. Zdaje się, Ŝe teraz 
odmawia dziesiątki za Ojca Dyrektora u jego najwyŜszych przełoŜonych. Pewien nie jestem, 
bo dawno nie miałem od niej Ŝadnych wieści. 
   – Być albo nie być? – mruknął staruszek, zanim znowu pogrąŜył się w „Claudii”. 
   – Nie być. Ale bez przesady. Popatrz, Adasiu, Kubuś, przyszedł. Blady jesteś, Kubusiu. 
Przyniosłeś mi świeŜą piŜamkę? 
   Kubuś poprawił Krzysiowi pościel, wmusił w niego jogurt, przebrał go, a nawet próbował 
uczesać. 
   – Dość! Nie moŜesz mnie całkiem pozbawiać wizerunku samobójcy. Kubusiu, poniewaŜ 
pewno nie wrócę dzisiaj na noc do domu, moŜe byś się zajął Adasiem? Siedzi tu taki 
bezpański. Pocieszycie się nawzajem w nieszczęściach. 
   – Stary, nie kombinuj! – Kubuś pokręcił głową. 
   – Nie jestem nieszczęśliwy – Adam zaprotestował – Jestem... 
   – Nie róbcie, jak chcecie. Zobacz, Kubusiu, dali mi cały zestaw prozaków. I takie tabletki, 
i takie pigułki, i takie niebieskie. Czyli cel osiągnąłem. Kubusiu, zabierz mnie do domu, bo 
twój Krzyś umrze tu z nudów. 
    
   Gdy Paweł wrócił z bułkami i dŜemem na śniadanie, Michał chodził po pokoju. 
   – Krzyś przedawkował środki nasenne. 
   – O kurwa! 
   – Nic mu nie jest. Dzwoniłem do niego przed chwilą. 
   – I... 
   – Kazał mi spadać na piękne toskańskie drzewa. 
   – Przypadek czy premedytacja? 
   – Nie znasz Krzysia? Nie zostawia rzeczy przypadkowi. 
   Tu naprawdę było pięknie. I takie sprawy, jak przedawkowanie środków nasennych, 
wydawały się dalekie i Ŝałosne. Paweł nawet by o tym nie pomyślał. A co dopiero Michał! 
   – Dobrze, Ŝe nic mu się nie stało. Na pewno nic? 
   – Nie, nic się nie zmieniło. Tak przynajmniej brzmiał przez telefon. 
   Zjedli śniadanie na świeŜym powietrzu. 
    
   Adam patrzył na palce u nóg. Dotąd jakoś mało uwagi poświęcał tej części swojego ciała, 
moŜe i słusznie, bo brzydkie te palce były. Krzywe i niezborne, dwa duŜe rozrośnięte ponad 
miarę, dominujące i sterczące, oddzielone od reszty na szerokość kciuka, z dziko pleniącym 
się paznokciem, który kilkakrotnie zdzierano Adamowi w dzieciństwie. Lewy? Prawy? Nie 
pamiętał. Oba wyglądają dziś szkaradnie. 
   Reszta palców uciekała chaotycznie na boki, poskręcana i skarłowaciała, rozkraczona, 
duŜym palcem zastraszona, bez szans na wolność i piękno. Chyba będę musiał mieć seks 
w skarpetkach. – martwił się Adam. śe teŜ akurat teraz to wyszło na jaw, gdy poruszony 
przypadkiem Krzysia, postanowił zacząć uŜywać Ŝycia. Gdy ktoś mnie weźmie frontalnie 
i uniesie mi nogi do góry, ujrzy te palce. Nie umkną jego uwadze. Nie umkną. 
   Oderwał wzrok od palców i wyjrzał przez okno. Gdzieś tam w dole gniła Polska. 
   A jednak przemógł się i odwaŜył pójść do nowootwartego klubu Selekcja, o którym 
wyczytał w necie. Nietrudno było trafić, bo lokalizację miał klub przednią. śadnego 
wchodzenia od tyłu, za węgłem, Ŝadnych tajnych dzwonków, samo centrum, drzwi pyszne, 
wielgachne, wrota po prostu, nieustępliwe. A za nimi na stołku barowym siedział równie 
wielgachny bramkarz i czytał opowiadania Borowskiego. Dobrnął do końca akapitu nim 
uniósł łysą głowę i zza zsuniętych na nos okularów obrzucił Adama spojrzeniem. Popatrzył 
mu w oczy i zajrzał w zęby. Syntetyczna twarz selekcjonera wyraŜała głęboki sceptycyzm, ale 

background image

koniec końców machnął ręką jak policjant na skrzyŜowaniu, gdy migocze zółte światło. 
Adam wszedł. 
   Nim jeszcze oślepił go bezwstyd dancingowego decorum, Ŝyrandole z płatków srebra 
roziskrzone niczym błyszczyk na wargach wokalistek ABBY, juŜ mdłał z wraŜenia. Znad 
baru mrugał do niego lewym oczkiem trójwymiarowy Chrystus, który po chwili zmienił się 
w „Ostatnią wieczerzę”. Adam oparł się zdruzgotany o ścianę ciachniętą wałkiem w kwieciste 
wzory. Takie u mojej babci były, w tamtym stuleciu – i to wspomnienie wywołało nową falę 
spazmów. W warach cały skąpany zsuwał się powoli po tynku, zanim jednak omsknął się 
fundamentalnie głos konferansjera podziałał na niego jak sole trzeźwiące. 
   – Heya! To ja! – mówił z podium ktoś, kto mógłby być Bradem Pittem – Uciszcie się! 
Muzyka stop! 
   Barman wyłączył klubowy cover przeboju „Orkiestry dęte”, a bramkarz, który oderwał się 
był od lektury, wyrzucił za drzwi jednego z głośniej rozmawiających gości. Reszta zamilkła. 
   – Posłuchajcie! Posłuchamy zaraz kolejnego występu w ramach występów z cyklu „Geje 
nie gęsi”. Wystąpi Gay Kwartet Smyczkowy „Czworokąt”, który zagra wow! wow! nago coś, 
co mam tu zapisane. 
   Z kieszeni na sutku wyciągnął złoŜoną w kosteczkę kartkę. 
   – Pierwsze pięć minut z trzeciego kwartetu Szostakiewicza, dalej środkowe trzy minuty 
z siódmego kwartetu tego samego i na ostatek, ostatnie dwie minuty z trzynastego kwartetu. 
Razem będzie dziesięć minut. Tylko pamiętajcie lalunie, Ŝe nie wolno dotykać instrumentów! 
   Konferansjer zszedł, a z czarnej dziury w ścianie wyszło czterech golasów ubranych tylko 
w muszki. Czy ten od wiolonczeli ma największego? – ciekaw był Adam, ale niewiele mógł 
dojrzeć przez ścisk i dym. Nastroiwszy smyczki, chłopcy zaczęli grać i to ich granie 
panowało teraz niepodzielnie nad salą. Macając wzorek z wałka, Adam wymacał w końcu 
dark room, w który wślizgnął się cichaczem. Ktoś podąŜył za nim i juŜ wkrótce zwierali się 
i rozwierali do rytmu. Gdy zaskowyczała ostatnia nuta w ostatnim kwartecie, obaj wystrzelili 
równocześnie. 
   – Jak unisono! – pomyślał Adam, choć nie bardzo wiedział, co to znaczy. 
    
   Wychodził z darkroomu powoli i ostroŜnie, rozglądając się bacznie, czy ktoś go nie 
obserwuje. Ale publika piszczała, gwizdała i biła brawo muzykom, domagając się na bis 
„Śmierci i dziewczyny”. Adam chciał więc po omacku wycofać się z areny, gdy nagle wyrósł 
przed nim brunet z uśmiechem pełnym białych zębów. 
   – Sono italiano. I am italian boy. 
   I poklepał Adama po ramieniu. 
   BoŜe, czy to z nim przed chwilą? – Adam był w panice i postanowił na wszelki wypadek 
nie poruszać tego tematu. 
   – How do you like here? – zapytał, bo niby co innego miał powiedzieć? 
   – Here different. I am from Venezia. You know, many water? 
   Adam coś sobie przypomniał. 
   – Aschenbach. 
   – No Bach. Vivaldi. 
   – Tadzio. 
   – Piacere. Giovanni. 
   Miał juŜ ze czterdziechę. Przynajmniej w tym świetle. Mimo to był przystojny jak Włoch. 
Adam pomyślał z ulgą, Ŝe dobrze wybrał w darkroomie, nic nie widząc. 
   – What are you doing here? – zapytał, bo o co miał zapytać? 
   – Here? Fucking. 
   – No here, but here. In Poland. 
   – Nothing. Vacation. 

background image

   – You have beautiful country. 
   – You have not, but I like. 
   – How long... 
   – Not enough for you? 
   – No, how long you stay? 
   – Two days I fly. Fly away. 
   Pili piwo i Adam postanowił się zemścić. A co! A tak! Oni tam we Włoszech bez niego, to 
on u nich z Włochem bez nich. NaduŜyje. Wykorzysta. Zbruka. Dozna pikatnej przygody, by 
teŜ mieć co opowiadać z wypiekami na twarzy. Albo milczeć, sugerując słodki i straszny 
sekret, tak jak milczał, sugerując, przed swoimi kolegami z pracy. Byłej pracy. A jeśli to 
oszust, złodziej, gwałciciel? Trudno. Tym gorzej. Tym lepiej. Znajdą go rozprutego, 
w wypatroszonym mieszkaniu, bez śladów, bez motywów, bez podejrzanych, bo nikt go 
w tym klubie nie zna, nie rozpoznaje, nie zapamięta, nikt nie zwraca uwagi, Ŝe właśnie 
wychodzi z nieznajomym, z którym się zapierdoli na śmierć. Za-pier-doli. Taka moja dola! 
Za-pier-doli! – pijany Adam sylabizował w myślach ten i inne wulgaryzmy. 
   Helena, jak zwykle, była rozsądna. Zastąpiła im drogę, próbując nie wpuścić do domu 
cudzoziemca. 
   – O, honey! 
   Gdy Włoch chciał ją pogłaskać, dziabnęła go pazurem. 
   – Blood? – roześmiał się Adam – Let me suck! 
   I zaczął ssać krwiący palec gościa. Pewno jeszcze ma AIDS, więc umrę na całego – cieszył 
się, ssając. 
   Seks był dziki i wymęczony. Byli juŜ trochę zuŜyci po przejściach w klubie, ale pręŜyli się 
na wszystkie strony. 
   – You like it, Tadzio? You like it? – dopytywał się Włoch. 
   Dobrą godzinę trwało nim obu udało się spuścić. 
   Z Adama wyciekła cała buńczuczność. Poczuł się znowu malutki i przestraszony. I winny. 
Ach, jakŜe winny! Jak mógł im to zrobić? Wpuścić intruza do ich mieszkania, do ich 
gniazdka, które powierzyli jego kurateli, bo mu ufają, bo go kochają, a nawet jeśli nie 
kochają, to on ich kocha i zdradza haniebnie, bez klasy, w ich własnej sypialni, w naszej 
sypialni, bez wstydu, jak peerelowska dziwka, co puszczała się z dewizowcami „Ok, ok, nic 
nie wiem, nic nie wiem.” – przypomniał sobie stary przebój Bajmu i wreszcie zrozumiał, co 
musiała czuć Beata Kozidrak, śpiewając go. Powinien zaŜądać pieniędzy. Dziesięciu euro na 
wiecznej hańby pamiątkę. Nosić je na swoim pustym, zdradliwym sercu. Chrystus ze wstydu 
musiał się schować w zboŜu, bo nie było go widać. Adam przeniósł wzrok na ścianę boczną, 
obwieszoną słonecznymi, wakacyjnymi fotkami Michała i Pawła. Uśmiechali się na tych 
zdjęciach, ale teraz, w nikłym świetle nocnej lampki, był to dla Adama uśmiech złowieszczy 
i starotestamentowy. Zwłaszcza Ŝe na paru fotografiach Paweł nosił brodę. 
   – You must... My mother come... – coś tam próbował powiedzieć Włochowi. 
   Ale Włoch wcale nie zamierzał zostawać. Ubrał się, kissnął Adama na goodbye i wyszedł. 
   Adamowi majaczyła się Wenecja, w której przecieŜ nigdy nie był. Ściany pokoju pękały 
z gniewu, zalewając go coraz doszczętniej. A on nie mógł wypłynąć na szerokie wody 
kanałów i tylko jego duŜe palce od nóg, poskręcane i zwyrodniałe, wystawały nad 
powierzchnię. „Gondolierzy znad Wisły, barkami woŜą piach”. 
   Nad ranem był nie tylko skacowany, ale teŜ rozpalony i zlany potem. 
   Zmierzył temperaturę. Miał 39, 4. 
    
    
12. 
    

background image

   Rodzice chcą mi dać pieniądze, bym mogła wyjść na prostą. A ja nie chcę. Nie chcę 
dowodu miłości ani długu wdzięczności. Opanowałam przestrzeń, poustawiałam na półkach 
ksiąŜki i płyty, moje ksiąŜki i moje płyty. Zamykam się w sobie. Niczego nie poŜyczać, 
niczego nie brać, bo to uzaleŜnia. Wystarczy mi ten upokarzający kredyt, po co jeszcze 
mieszać w swoje Ŝycie najbliŜszych? Dadzą ci pieniądze i poczują się znowu przy władzy. 
Będą przyjeŜdŜać, kręcić nosem, coś przewieszą, coś posprzątają. Koniec, zamykam drzwi, 
mam własny pokój z kuchnią i obciąŜoną hipoteką. Ale obciąŜoną na mnie, na moje imię 
i nazwisko. Nie wybierałam ani imienia, ani nazwiska, ani miejsca pochodzenia, wybrałam to 
miejsce, ten pokój, tak poniekąd, w ramach moŜliwości finansowych i dostępnej oferty na 
rynku. 
   Poklepują mnie w pracy po plecach, gratulują, dopytują się, kiedy ich zaproszę, pokaŜę. 
A takiego! Jakby mieli prawo uczestniczyć w moim Ŝyciu tylko dlatego, Ŝe przypadkiem 
zostaliśmy zatrudnieni przez tego samego pracodawcę. To on jest tym Panem Bogiem, 
w imieniu którego gromadzimy się co dzień. Tą instancją, która czyni z jednostek 
społeczność. To powołując się na jego rzekome przyzwolenie, jedni torturują drugich piłką 
noŜną i sądzą cię według najniŜszych wspólnych mianowników. Sram na tę społeczność! Nie 
pozwalam się sądzić, nie pozwalam się oceniać, nie znoszę piłki noŜnej, ale milczę. 
   – Trzeba walczyć – wbijają mi do głowy rodzice niemal na kaŜdym spotkaniu – Nie 
załamywać się. śycie jest cięŜkie. śycie jest piękne. śycie jest takie, siakie, owakie. 
   Trzeba. Dlaczego trzeba? Mam w dupie walkę. Oto jedno ze wspaniałych osiągnięć 
demokracji – moŜna mieć w dupie, co się chce. LeŜę na łóŜku i słucham drugiego koncertu 
fortepianowego Bartoka. Słucham głośno, nie udaje mi się jednak zagłuszyć dźwięku 
spłuczki. Przebija się przez najbardziej wymyślne, najbardziej doniosłe i donośne pasaŜe, nie 
daje o sobie zapomnieć, uderza kontrapunktem w kontrapunkty Bartoka, wali pianistę po 
łapach. Tak ci się tylko zdaje, Ŝe jesteś u siebie, dziewczyno. Nie myśl, Ŝe jesteś taka 
wyjątkowa. Nie ty jedna srasz, masz słuchać naszego gówna. 
   Dzisiaj jakiś staruch, moŜe od tej spłuczki, widać zasiedziały tu od lat, przepuścił mnie 
protekcjonalnie w drzwiach, gdy wracałam z pracy: 
   – Wchodź, wchodź! – powiada i szerokim gestem udziela mi swej łaski. Pewno zaraz by 
chciał skontrolować, zajrzeć do środka, juŜ słyszę te szepty przekazywane z piętra na piętro. 
„Nowa się wprowadziła, sama mieszka, bez faceta, młoda, ładna, a jeśli dziwka?”. 
   Sama się śmieje z tego, co myślę. Wpadłam w obsesję, moŜe faktycznie brakuje mi faceta, 
on mnie obroni, ustawi, będzie moim alibi, a ja jego, Ŝe nie jest pedałem ani Ŝadnym takim. 
PomoŜe mi się zresocjalizować, a ja go dopełnię jako ta połowica. Damian byłby dobry. Niby 
hetero, choć przecieŜ jest w nim miękkość, uprzejmość, niezdarność, niepewność. Zaraz 
pomyślę – opiekuńczość. Zadzwonić do niego? Wreszcie powinniśmy pójść do łóŜka, mieć 
seks i schluss. Teraz, gdy doprowadziłam rzeczy do jako takiego ładu, jako tako swojego, 
przydałoby się pozbawić mieszkanie dziewictwa (który to raz będzie pozbawiane 
dziewictwa?). Przysunąć świeŜo pomalowanym ścianom, zmiąć dopiero co wypraną pościel, 
zbrukać prześcieradło, podłodze teŜ się naleŜy nauczka za to cyklinowanie i usuwanie pyłu, 
który zaparł się w szczelinach. 
   Nie, nie zadzwonię. Za duŜo ambarasu. Powoli rzeczy tracą ostrość, Bartok zamiast jątrzyć 
tłumi, gniew przechodzi mi we współczucie. JuŜ nie mam za złe rodzicom, Ŝe się nie 
zbuntowali, Ŝe byli posłuszni, Ŝe nie wyjechali gdziekolwiek, choćby do większego miasta. 
Rezygnuję z sądzenia ich. Ciekawe, czy mnie ktoś kiedyś będzie sądził? Czy ktoś będzie miał 
mi za złe swoje nieudane Ŝycie? Muszę ich tu zaprosić. Siądą tam na sofie, a ja popatrzę na 
nich z czułością, która niedługo potem zmieni się w irytację. Będą doradzać, wypytywać się, 
stłumią jakąś pretensję, ale przecieŜ nigdy nie staniemy się partnerami. Nigdy nie dojdziemy 
do porozumienia, choć oni się starają, i ja się staram, nadaremno, za późno na zmianę statusu 

background image

rodzice-dzieci, pudełko z ciastkami twardymi jak kutas mojego kochanka, przechodzi 
z pokolenia na pokolenie i to ja powinnam wyrzucić je na śmietnik. 
   Adam został sam w mieszkaniu chłopców. Powinnam do niego zadzwonić, zaprosić, 
wspólnie spędzić z nim czas, choć denerwuje mnie tą swoją miękkością, niezdarnością, 
niepewnością. Zadzwonię później. Na razie poszłam sama na „Czas religii” (och, na „Lekcję 
religii”, kto wymyślił ten polski tytuł z pretensjami do absolutu?). Ojcowie i matki kuszą 
swoje dzieci – uznaj naszą świętość, a dostąpisz zaszczytów, zyskasz spokój i pewność. Tylko 
wypowiedz: „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego i Syna Jego Jedynego”. Jedynego. CóŜ 
więc ma powiedzieć jedyna córka? Czy córki teŜ muszą wierzyć w syna? Piszą ci, którym ten 
film się podobał, Ŝe ateista potrzebuje wiary. śe chce jej zaprzeczyć i nie jest w stanie. 
Niewiary ciągle się trzeba zapierać. Tłumaczyć się – wcale nie jestem taki niewierzący, na 
jakiego wyglądam. Dlaczego trzeba wierzyć? Co wiara im zapewnia poza społeczną 
akceptacją? Co im ułatwia, upraszcza? Śpią lepiej czy gorzej? W dzieciństwie przed 
zaśnięciem odmawiałam modlitwę do anioła stróŜa, mówili na religii, Ŝe to zabezpieczenie na 
wypadek śmierci w grzechu we śnie. Odmawiałam, ale potem moje myśli znowu były 
nieczyste i znowu mówiłam, znowu prosiłam, by jednak nie odchodził i zechciał zawsze przy 
mnie stać. I tak aŜ do utraty świadomości. śadnego faceta tak nie prosiłam, jak jego wówczas. 
Stać. Teraz to mi się jednoznacznie kojarzy. Widzieliście anioła stróŜa ze stojącym? No, 
w kaŜdym razie, jeśli chodzi o wiarę w siebie, to od dawna jestem ateistką. I taką juŜ 
pozostanę. 
   Pójdę na terapię. Nie, pójdę po tabletki. śadna tam gruźlica, AIDS czy SARS. Depresja 
rządzi. Piszą o niej w Wyborczej. Podobno ten megaloman Krzyś próbował z jej powodu 
popełnić samobójstwo. Chłopcy mają jakiegoś znajomego psychiatrę, spotkałam go u nich 
kiedyś na kolacji. Znajomy nie weźmie duŜej kasy, więc teŜ nie będzie próbował dociekać 
zbyt głęboko. O! To dobry pomysł. Zainwestuję w swoje leczenie pieniądze, których nie 
mam. 
   Zadzwoniłam do Adama. Niechętnie. On teŜ był niechętny. Wcale nie chciał się ze mną 
spotykać. Mówi, Ŝe jest chory, a ja wiem, Ŝe po prostu chce być sam. Tak jak ja. Ale poszłam 
go nawiedzić. Bo chorych trzeba nawiedzać, prawda? Jako ta zmora nawiedziłem. 
   – Nie wiem, co mi jest – powiada – raz jestem słaby, raz jestem silny. 
   TeŜ mi nowina! 
   – To idź do lekarza. – mówię. 
   – Nie, juŜ mi lepiej. Chłopcy wracają. MoŜe to z nerwów? 
   MoŜe. A moŜe ta czyściutka, wysterylizowana, letnia atmosfera tego mieszkania tak na 
niego działa? Tak go osłabia? Powinien się chłopak hartować w ostrzejszym klimacie. Jakby 
się tego mojego pyłu nawdychał, to by dopiero się wzmocnił. Co nas nie zabije, to nas 
wzmocni. Ale jego by zabiło. Jego wszystko zabija. Ducha w nim zabija. I chyba mu z tym 
zabijaniem dobrze. 
   – Rozglądasz się za czymś? Za jakąś pracą? 
   – Nie! – wyraźnie się przestraszył – Na razie czekam, aŜ chłopcy wrócą. A ja wrócę do sił. 
   – Zazdroszczę ci – mówię i wiem, co mówię – TeŜ bym chciała być utrzymanką, metresą. 
Jak ty. Ale to juŜ nie te czasy dla kobiet. Zawłaszczacie nasze role społeczne! Zająłeś moje 
miejsce! – śmieję się głośno i serdecznie. 
   Adam jednak tylko smutno wykrzywia usta. 
   – Przepraszam. 
   – Och, wyluzuj! Jako gej masz prawo do odpoczynku po wiekach dyskryminacji. Ja sobie 
dam radę. Od stuleci daję sobie radę. 
   Adam zrywa się z krzesła. 
   – Taki jestem niegościnny, ale chyba wciąŜ nie czuję się jak u siebie w domu. 
   Mam tu gdzieś pierniki, do tej herbaty. Trochę stare. 

background image

   I tak sobie podjadamy te twarde pierniki w kształcie serc. Tyle nas łączy. 
    
    
13. 
    
   Wyściskawszy się, zanieśli bagaŜe do mieszkania. Dla Pawła powrót z pobytu oznaczał 
przemieszczenie się z obcości, którą przez te kilka tygodni oswoił prowizorycznie, w swojską 
obcość, którą musi oswajać od nowa. Wkurwiało go to, bo przecieŜ był u siebie w domu. 
Postawił walizki w przedpokoju i ruszył w stronę kuchennego okna. 
   – A kto tu tak zawinął? – zadał pytanie retoryczne, poprawiając roletę. 
   Ta uwaga, ten jeden gest przywrócił mu poczucie równowagi. Teraz juŜ był pewien, Ŝe jest 
u siebie w domu. Zaczął się bacznie rozglądać. Michał witał się czule z Heleną 
   – Nareszcie coś, co lubię głaskać. We Włoszech nikt się z tobą nie mógł równać. 
   Adam nieco zawstydzony krąŜył między chłopcami. 
   – Jesteście głodni? Coś zrobię. Kupiłem chleb, ser, warzywa, róŜne drobiazgi. Zjecie coś? 
   Michał połoŜył mu dłoń na ramieniu. 
   – Daj spokój. Zjedliśmy po drodze. Przede wszystkim muszę się... 
   Nie dokończył i zniknął za drzwiami łazienki. Adam uświadomił sobie, Ŝe Michał w ogóle 
nie mówi głośno o czynnościach związanych z urządzeniami sanitarnymi. Nie mówi: „idę 
zrobić siku”, „muszę wziąć prysznic”, „umyję głowę”, „ogolę się” – choć dbanie o higienę to 
priorytet w rozkładzie jego zajęć. Zawiesza głos, daje do zrozumienia, znika dyskretnie. 
Potem się wyłania – czysty, niepokalany, aseptyczny. Święty Michał z wód. Znowu się 
objawił. Adam poczuł się słabo. 
   – To moŜe ja... 
   Nie dokończył, bo zemdlał. 
    
   Usiedli przy stole. Stał na nim chleb, obok chleba masło, obok masła konfitury z truskawek, 
obok konfitur marynowana papryka w miseczce, oliwki, ser Ŝółty i plasterki pomidorów na 
talerzyku. Jedli jajka, trochę na twardo, trochę na miękko. Za oknem świeciło słońce. Z kąta 
dobiegała muzyka łagodna, leniwa, nieinwazyjna, niczego nie narzucająca. Chyba z jakiegoś 
filmu, Adam chciał nawet zapytać, co to, ale w sumie, po co było mu to wiedzieć. Pili kawę, 
sok pomarańczowy i niewiele mieli sobie do powiedzenia. To nie szkodzi, nie ma potrzeby. 
Obecność starczy za komunikację. 
   Adam patrzył na Pawła i Michała, widział w ich twarzach napięcie, niecierpliwość. 
Roztargnienie, z jakim sięgali po ser czy oliwkę. Jednak przyjemność bytowania 
obezwładniała, trzymała ich przy stole i łagodziła lęk przed stratą czasu. To były te momenty, 
w których coś się zaczynało klarować. Adam nie wiedział co, nie umiał tego nazwać ani 
pojąć, przecieŜ był tylko ekspracownikiem agencji reklamowej czy teŜ ubezpieczeniowej. 
W innym miejscu, w innym czasie zmagałby się z tym nadmiarem, któremu jego ignorancja 
nie potrafiła stawić czoła. Teraz jednak strach przed nieznanym ustąpił miejsca uldze 
poznania, które było tuŜ tuŜ. Błogości doświadczenia, którego był integralną częścią, na 
równych prawach, po kres tego posiłku. Sytuacja określiła świadomość Adama, gdy 
rozsmarowywał konfitury. Nieistotne, czy Paweł i Michał zgadzali się z jego interpretacją 
sytuacji, grunt, Ŝe nie mieli nic przeciwko, byli teraz bierni i ulegli, tacy się przynajmniej 
wydawali. MoŜe to tylko chwila słabości, moŜe podstęp, zbieranie sił przed atakiem na to, co 
jest, by było to, co ma być, co utwierdzi ich istnienie tak mocno osadzone w rzeczywistości. 
Ach, skąd! To przecieŜ rzeczywistość tak mocno siedzi w ich istnieniu, nie rozpuści się jej 
w kawie ani w soku pomarańczowym. Adam się zaniepokoił, bo wątpliwości przybierały na 
sile, za chwilę zaczną dewastować sytuację, choć wciąŜ sobie na to nie zasłuŜyła. Chwila, 
następny łyk, jeszcze jedna kromka, jeszcze jedno milczenie, jeszcze jeden dowcip rzucony 

background image

złośliwie i Ŝyczliwie, by cała trójka mogła się roześmiać jednocześnie. Nawet Helena 
zamknęła oczy i juŜ ich nie obserwowała. 
    
   Choroba całkowicie odseparowała Adama od łoŜa chłopców. LeŜał w pokoju, który 
tymczasowo był jego pokojem, a za parę tygodni stanie się pokojem Kamili. LeŜał i nic nie 
wiedział. Lekarz z pogotowia teŜ nic nie wiedział. 
   – To chyba jakieś letnie osłabienie. Na słońcu nie przebywać. Witaminy łykać. Jak poczuje 
się pan lepiej, to proszę się zgłosić na badania ogólne. 
   Ale ogólnie to Adamowi nic nie było. Było mu jakoś szczególnie, tylko za cholerę nie 
potrafił powiedzieć, jak. 
   Paweł doglądał go troskliwie. Przynosił tabletki i rosołki. 
   Kiedyś nad ranem uniósł kołdrę. 
   – O, widzę, Ŝe szybko wracasz do zdrowia! Nie moŜesz się tak ekscytować w tym stanie. 
Myśl o polskich politykach, to ci opadnie. 
   Adam nie chciał jeszcze myśleć o najgorszym. 
   Wstał, umył się i ubrał. 
    
   Kilka dni później sączyli drinki. Zapadał zmierzch. 
   – Rozglądałeś się za pracą, jak nas nie było? – Paweł pociągnął ze słomki. 
   – Tak, oczywiście. Ale wiesz, Ŝe nie jest teraz łatwo. 
   Adam kłamał. Nie rozglądał się za pracą. Wcale nie chciał pracować. Chciał nie musieć 
pracować. 
   – śadnych perspektyw? Ani tutaj? Ani w Warszawie? Nic? 
   – Nic. Nic nie świta. Rozpuściłem wici. Nic. Recesja wciąŜ. 
   Paweł westchnął i odłoŜył szklankę. 
   – Trzeba będzie jakoś temu zaradzić. Musisz zacząć zarabiać, bo inaczej skończysz 
w przytułku. Rozumiesz, w połowie września wprowadza się Kamila. Chyba bez sensu 
mieszkać razem na kupie. Rozumiesz, więzy krwi... 
   – ... są silniejsze niŜ więzy spermy – wykończył Michał, który przeglądał jakiś zachodni 
magazyn. 
   Paweł roześmiał się z zakłopotaniem. 
   – Nie o to chodzi, tylko... JuŜ jej obiecaliśmy. I byłoby głupio... 
   – Tak, oczywiście. Rozumiem. 
   Michał uniósł głowę. 
   – Wydajmy Adama za mąŜ. Znajdźmy mu dobrą, majętną partię, która weźmie go na swego 
członka. 
   – AleŜ ja juŜ mam męŜa! 
   – Obawiam się, Ŝe się trochę zdeza... zdezy... tfu! zdezukta... zdezuakta... zdezauk... 
zdezaktualizował, uff! 
   Adam się stropił. Nie wiedział, czy chce ponownie wychodzić za mąŜ. Było mu dobrze, jak 
jest. Byłoby mu dobrze, jak jest, gdyby wiedział, Ŝe chłopcom teŜ jest dobrze. Domyślał się 
jednak, Ŝe nieco juŜ im przeszkadza. Intymność pokryła się rutyną. Nawet udało mu się na 
chwilę wrócić do ich łóŜka, ale seks występował coraz rzadziej. Michał w ogóle nie brał 
w nim udziału. Nie dalej jak wczoraj w nocy wyciągnął rękę w kierunku Adama. Zanim 
jednak ten zdąŜył poczuć dreszcz na widok zbliŜającego się dotyku, dłoń Michała minęła górą 
jego ramię i pogłaskała Helenę, która zwinęła się na kołdrze. Adam zasnął zawiedziony. 
   – Tylko jak to rozegrać? PrzecieŜ nie damy ogłoszenia w internecie. 
   – Skoro juŜ mamy być swatkami, to zróbmy wieczorek zapoznawczy. Zaprosimy 
znajomych wolnych singli, zapowiemy, Ŝeby kaŜdy singiel przyprowadził innego singla. 
Pooglądają się, porozmawiają, pomacają i moŜe dzięki temu uszczęśliwimy nie tylko Adama? 

background image

   – A co my będziemy z tego mieli? 
   – Dozgonną wdzięczność, Pawełku. Czego jeszcze się spodziewasz? 
   – Jak zwykle seksu. I ciekawej konwersacji. 
   – Wyłącznie jako skutek uboczny. Pamiętaj, Ŝe cel jest matrymonialny. Zapowiemy jasno 
i wyraźnie, Ŝe szukamy partnera dla Adama, przyjdą więc tylko ci, którzy mają powaŜne 
zamiary. – Michał wrócił do oglądania pisma. 
   Swaty, swaty... Adam oswajał się w myślach z tym śmiesznym, staromodnym słowem 
i nawet kilka razy uśmiechnął się w duchu. Więc jednak chcą się go pozbyć, chcą jego dobra, 
wyrzucają go, troszczą się o niego. Na pewno nie będą go stręczyć byle komu. Wybierze 
sobie faceta, dogadają się, przecieŜ wie, jak się układać, ma doświadczenie w byciu parą, jest 
solidny, w miarę przystojny i inteligentny, Ŝaden przystojniak i intelektualista, ale swoją 
wartość zna. Będzie dobrze. PrzecieŜ nie moŜna tak ciągle być trzecim. TeŜ się juŜ męczy. 
Powinno się być chociaŜ drugim. Pierwszym. Jedynym. 
   Paweł klasnął w dłonie. 
   – To jest pomysł! Trzeba ustalić skład i menu. Zrobię im sałatkę z brokułami. 
    
    
14. 
    
   Byłam u Kotta. Doktora Artura, lekarza psychiatry. Za wstawienictwem chłopców. Nawet 
mnie trochę pamiętał, choć Michał twierdził, Ŝe nie ma pamięci do kobiecych twarzy. 
   – Jestem Kott – powiedział Kott – Przez dwa „t”. Jak Gott po niemiecku. 
   Posadził mnie na sofie, przyniósł wino czerwone i sery. Miły człowiek po czterdziestce 
o zmęczonej twarzy. Nie miałam najmniejszego zamiaru zwierzać mu się ze swojego Ŝycia, 
więc tylko krótko oznajmiłam, Ŝe nie ma ono sensu, Ŝe jestem zmęczona i zestresowana, Ŝe 
brak mi perspektyw, a dla lepszego efektu rzuciłam parę myśli samobójczych. Kott popatrzył 
na mnie z zawodowym zrozumieniem i orzekł, zgodnie z oczekiwaniami, Ŝe cierpię na 
depresję, a właściwie na inną rzecz, która od „d” się zaczyna, nie zapamiętałam nazwy. Wyjął 
pliczek recept i zapisał tabletki na miesiąc, swoją drogą, cholernie drogie, bo juŜ je 
wykupiłam. Taka d... to dopiero luksus! 
   Gdy postawił wszystkie stemple i złoŜył podpis, rozsiadł się wygodnie w fotelu, dzierŜąc 
w dłoni kieliszek wina. I to on zaczął mi się zwierzać. 
   – Tia, tia... Moje Ŝycie erotyczne przedstawia się fatalnie. Znasz Zbyszka? Nie znasz? On 
był kiedyś narzeczonym Piotra, tego biologa, który miał romans z Michałem, ale nie tym 
Michałem, tylko Michałem polonistą, a potem krótko był z Andrzejem, zwanym Dyrektorem, 
który tak dramatycznie zerwał z Jakubem, Ŝe teraz się do siebie nie odzywają, bo Jakub był 
szalenie zazdrosny, więc Andrzej mu na złość się puszczał, na przykład z Robertem, którego 
powinnaś znać, bo on pracuje w gazecie czy w radiu i ma trzyletnią córkę, i kręcił z Rafałem 
tym od Telekomunikacji, który był chyba wtedy na kolacji z Robertem, innym Robertem, 
przyjacielem Mariusza, z którym raz się przespałem, Ŝeby go pocieszyć po rozstaniu 
z Wojtkiem, słynnym fotografem. Nadal nie? No, w kaŜdym razie rozstaliśmy się parę 
miesięcy temu. On mnie bardzo szanował, zawsze powtarzał, Ŝe nie chce mi przeszkadzać, Ŝe 
ja mam pracę naukową i muszę mieć spokój. Naprawdę, nie mogę powiedzieć, tia, tia... Ale, 
rozumiesz, ja wtedy kończyłem właśnie terapię na wyleczenie się z narcyzmu i ta jego 
powaga naprawdę była chwilami męcząca. Więc powiedziałem mu w styczniu, nie w grudniu, 
tak jeszcze przed Sylwestrem, Ŝe moŜe dalibyśmy sobie urlop. Jest bardzo do mnie 
przywiązany, często przychodzimy, nadal mamy seks. Tylko ja juŜ jestem w tym wieku, sama 
rozumiesz, Ŝe chciałbym się budzić koło faceta, który będzie wciąŜ tym samym facetem, tia, 
tia... Potem nawinął się taki Grzegorz, małolat, studiował nauki polityczne, studiuje cały czas, 
wyrzucili go z pracy, gdzie był barmanem, więc go przygarnąłem i mu płaciłem. Ha, ha, nie 

background image

za seks, nie myśl sobie, zresztą był bardzo stremowany w tych sprawach i dopiero po dwóch 
miesiącach znajomości udało mi się ściągnąć mu bokserki. Orgazm to razem przeŜyliśmy 
moŜe ze dwa razy. Był jakby moim sekretarzem, kupował mi bilety na pociąg, gdy jechałem 
gdzieś na sympozjum. Ale go odprawiłem, rozumiesz, tia tia... Bo on traktował mnie jak ojca, 
jak profesjonalistę, był ze mną, Ŝeby się zwierzać ze swoich problemów, myślał, Ŝe mu zrobię 
terapię. Nie był ze mną dla mnie, ale ze mną, bo jestem psychiatrą. To nie fair, ja tego nie 
lubię, ja się nie nadaję na mentora, musi być ten element partnerstwa. No i rozumiesz, teraz 
jest ten Sebastian, tia, tia... Nocuje tu często i tak jakoś zdąŜyłem się do niego przyzwyczaić, 
coś do niego czuję, choć czuję, Ŝe mnie wykorzystuje. Jest doktorantem na chemii, więc 
mieszka w hotelu akademickim, ale właściwie tutaj mieszka. Tylko Ŝe on mnie nie chce, 
mówi, Ŝe nie ma między nami chemii, chociaŜ jest seks. Rozumiesz, taka przyjacielska 
samopomoc seksualna. Ciągle analizuję i coraz mniej z tego rozumiem. Mam potworną 
depresję. Nie wiem, co robić. 
   Przeprosiłam go na chwilę i poszłam siku. Jego łazienka zdecydowanie wymaga remontu. 
Siedziałam na sedesie wpatrzona w ogromny liszaj tuŜ nad wanną, pełen zacieków i zbutwień. 
Przypominał ścianę z fotografii Saudka. Im dłuŜej na niego patrzyłam, tym bardziej 
nachodziła mnie ochota, by nie podciągać majtek, przeciwnie, zrzucić całą resztą 
i podemonstrować swoją nagość na tle tej ohydy, dotknąć jej koniuszkami palców 
i nabrzmiały sutkami, otrzeć się włosami na górze i na dole, moŜe nawet polizać. Tylko przed 
kim ja mam się popisywać? Nawet lustra tu nie było. Pociągnęłam za spłuczkę, która wypadła 
z kolein. Woda leciała i leciała, potem zaczęła kapać chimerycznie i bezbarwnie, jakby 
nieubłaganie uchodziły ze mnie wszystkie siły. Tkwiłam na klapie – ani wyjść, ani się wspiąć 
do rezerwuaru. Doktor zapukał. 
   – To nic, to nic. Muszę wreszcie wezwać hydraulika. Zabawne, prawda, ma się znajomych 
gejów profesorów, gejów dziennikarzy, nawet gejów dentystów, ale Ŝeby tak jakiegoś geja 
hydraulika albo geja ślusarza, co? Miałem kiedyś seks z dorabiaczem kluczy. Ani przed, ani 
po nie było o czym gadać, w łóŜku był jednak wyborny. Tia, tia... Ciało wyrobione, kutas 
piękny, wielki, nie widziałaś takiego, aŜ się bałem, jak mi wsadzał. Tylko głupi. Rozumiesz, 
ja potrzebuję kogoś, z kim moŜna chociaŜ trochę porozmawiać. JuŜ nawet nie o nowych 
psychotropach czy końcu historii. Choćby o filmie. Jak pójdziemy razem do kina. Ja nie mam 
czasu chodzić do kina, ale jeśli, to Ŝeby. Połączenie fiuta z intelektem. To chyba niemoŜliwe 
znaleźć kogoś takiego. Ten Sebastian, gdyby on jednak, to bym się zdecydował z nim zostać. 
A on mnie nie chce. Przez niego muszę ciągnąć konkurs na narzeczonego. 
   Dopiłam wino. WłoŜyłam receptę do kalendarza. Zamówiłam taksówkę. Zapytałam 
doktora, ile mu płacę za wizytę. Uścisnął mi rękę. 
   – Daj spokój. Rozmowa z tobą bardzo mi pomogła. 
   Dostałam buzi na do widzenia. Pojechałam do domu. Kręciło mi się w głowie. W taksówce 
wysłałam SMS do Michała: wedlug dr artura mam LEKKA depresje tez cos! 
    
    
15. 
    
   Adam stał przed lustrem i się bał. Oto mieli przyjść po niego, do niego i pytanie brzmiało, 
czy wygląda odpowiednio. Odpowiednio atrakcyjnie. Czy to, co ma na sobie jest tym, co 
mieć powinien, czy dokonał właściwego wyboru, by dokonać wyboru, by samemu zostać 
wybrany. Wybrańcem. Wybrankiem. To kolejne po swatach słowo, które łaskotało go swym 
zamierzchłym dźwiękiem. Słowo z myszką. Raczej z kotem. Chłopcy obiecali mu pięciu 
panów, z którymi nie miał jeszcze przyjemności. Schudł trochę czy się łudzi? Obcisły t-shirt? 
Widać mu brzuch. Helena patrzy na niego z pogardą. Luźna koszula marszczona, z szerokim 
kołnierzem, rozpinana na klacie? Wystają mu siwe włosy. MoŜe je zgolić? MoŜe w ogóle 

background image

wydepilować się do chuja włącznie? Znając dzisiejsze trendy na pewno będą mu mieli za złe 
nadmiar owłosienia, gdy pójdą do łóŜka. I z miłości nici. 
   Wpatrując się w siebie, Adam popadał w przygnębienie. To nie jest to, co chciałbym 
zobaczyć i pewnie inni teŜ zobaczą to, co widać, a nie to, co on chciałby, Ŝeby oni zobaczyli. 
Rozczarują się z pewnością. A jeśli przyjdą same stare dupy? Wtedy on się rozczaruje, bo 
chociaŜ nie jest rasistą w sprawach wieku, to przecieŜ jakieś granice być muszą. Trochę 
starszy tak, opiekuńczy tak, byle jeszcze do rzeczy. Zresztą, na co on liczy w jego wieku? 
Powinien się cieszyć, jeśli w ogóle. Bradem Pittem juŜ nie będzie (Brad Pitt teŜ juŜ długo nie 
będzie Bradem Pittem, ha, ha!), ale ma inne zalety. Chyba. Przy stole ich nie pokaŜe, niech 
się domyślą. Spodnie wąskie czy te luźne białe? Białe, nie, coś się na nie wyleje, będzie 
plama. Majtki. NajwaŜniejsze rzeczy najpierw. Ma tylko stare Calvina Kleina, chyba juŜ są 
nie trendy? Nie stać go na inne. PoŜyczyć od Michała? Ale by się wzdrygnął. Trudno niech 
będą te z tęczowym paskiem. Taki dowcip, jeśli będzie, będą inteligentny, inteligentni 
i zauwaŜy, zauwaŜą. A więc majtki z tęczowym, spodnie czarne dŜinsy i szary t-shirt, nieco 
mniej obcisły. MąŜ powiedziałby, Ŝe nie szary, tylko stalowy. Dostrzega te niuanse 
w kolorach. Przeciętnie, ale elegancko. Skromnie a z klasą. Tylko jeszcze przeciągnąć ręką po 
włosach, świeŜo od fryzjera. Ręce mu się pocą. Uśmiech, luz, swoboda, urok osobisty, 
kokieteria... BoŜe, skąd on zna takie prehistoryczne słowa? Nie lękaj się, Paweł jest z tobą, 
właśnie wszedł, on cię poprowadzi. 
   – Gotowy? Wyglądasz prześlicznie. 
   Prześlicznie? TeŜ nieźle. 
   Paweł pogładził Adama po koszulce w okolicy lewego sutka. 
   – Czas na zaloty. Absztyfikanci zaraz się zlecą. 
   Adam oblał się rumieńcem. 
   – Spłoniłeś się, skarbie. Daj buzi i chodź. 
   Paweł wziął jego dłoń i zawiódł na pokoje, gdzie Michał wiązał czerwoną serwetę na szyjce 
butelki wina za czterdzieści trzy pięćdziesiąt. W wazonie stały leśne goździki przechodzące 
od bieli przez róŜe do purpury i fioletu. Nina Simone śpiewała: „He doesn’t know but he 
needs me”. 
   – Nie potrzebuję pomocy, idźcie czyhać na gości – Michał posłał im uwaŜny uśmiech znad 
sztućców. 
   I siedzieli tutaj: pracownik sieci komórkowej – lat dwadzieścia dziewięć, pan doktor – lat 
czterdzieści dwa, kierownik banku – lat trzydzieści cztery, sekretarz redakcji popularnego 
tygodnika – lat trzydzieści, doktorant z polonistyki – lat dwadzieścia siedem. Nie oceniaj ich, 
Adamie, po tym, co robią, ale po tym, jakimi są ludźmi. Ten od komórek łysieje, za to jest 
niezmiernie szczupły. Wystroił się w garnitur i gada słodko, jakby cały czas miał do czynienia 
z klientami. Odwrotnie doktorant, widać po nim, Ŝe biedny. Strój pomięty, rozgląda się 
z roztargnieniem, wyciąga cienkiego papierosa z ust przesadnym, nieco zmanierowanym 
gestem. Pali papierosy – minus. Ruchliwy wdzięk duŜego dziecka – plus. Psychiatra patrzy na 
Adama smutnym, zmęczonym wzrokiem wiernego, skrzywdzonego psa. To wzruszające. 
Kierownik banku jest z nich wszystkich najlepiej zrobiony. Króciutko ostrzyŜony, 
wypielęgnowane dłonie, ruchy oszczędne, połyskliwy t-shirt. Pewno chodzi po modnych 
lokalach i podpatruje, jak się nosić. Sekretarz siedzi trochę z boku, wydaje się, Ŝe ma 
wszystko w dupie. Pewno się tylko wydaje. To moŜe za niego się wydać? Nie jest super 
przystojny, ale OK. Delikatne włosy prawie do ramion, okrągłe okulary. Zapuścił bródkę, 
która dodaje mu odrobiny tajemniczości. Paweł genialnie gotuje, ta lasania ze szpinakiem 
otwiera perspektywy rozkoszy. 
   – Czy wy teŜ macie tak beznadziejnie, Ŝe musicie wcześnie rano wstawać i tłuc się 
autobusem do pracy? – zapytał znienacka sekretarz 
   – Ja nie! – pochwalił się Adam. 

background image

   – Ja tak! – ponuro przytaknął psychiatra 
   – Ja poniekąd – ripostował kierownik – Mam samochód. 
   – Wcześnie rano? W tygodniku? – zdziwił się Michał. 
   – Nasza głupia szefowa ustaliła zebrania na ósmą trzydzieści. 
   – A po co? 
   – Skąd ja mam wiedzieć? Robimy przecieŜ bezwartościowy szmatławiec. 
   – Właśnie, moŜe byśmy porozmawiali o wartościach. – zaapelował doktorant 
   – Czyich wartościach? 
   – O ile zostałem dobrze poinformowany, to zebraliśmy się tutaj, Ŝeby stworzyć wartość. 
Znaleźć swoją drugą połowę. 
   – Drugą połowę? – ponownie zdziwił się Michał – Nie wyglądasz, jakby było ciebie 50 
procent. 
   – Mogę Ci w czymś pomóc? – komórkowiec połoŜył doktorantowi rękę na przedramieniu. 
   – Niektórzy to mają dobrze. Sami mogą sobie wszystko wylizać. – zaśmiał się sekretarz, 
patrząc, jak Helena gładzi języczkiem futerko. 
   – AleŜ ja mówię powaŜnie! – oburzył się doktorant – Proszę, niech kaŜdy wymieni swoje 
trzy zalety i trzy wady. 
   – No, my chyba jesteśmy out of competition – zauwaŜył Michał i wsunął Pawłowi język do 
ucha. 
   – Oj, kotku, przestań! Wiesz, Ŝe mam łaskotki. – Paweł chichocząc, podskoczył na krześle. 
   – Pracowitość, punktualność, profesjonalizm. Trzy razy „p”. Wady pokaŜę ci na osobności 
– komórkowiec zsunął dłoń na nadgarstek doktoranta. 
   – Moje zalety i wady? – zasępił się Adam. Podniósł rękę, chcąc się podrapać w głowę. Ale 
zawadził o kieliszek z czerwonym winem, które czym prędzej rozlało się zatokami, 
cieśninami i przesmykami pomiędzy zebranych. Adam chwycił solniczkę i potrząsnął nią 
rozpaczliwie. Na próŜno. Plama była zbyt wielka jak na białe drobinki, niechętnie wypadające 
z trzech dziurek. 
   – Dajcie spokój! – machnął ręką Michał – Poleje się Waniszem i śladu nie będzie. 
Podstawową zaletą Adama jest jego gorliwa bierność. A wadą? Bo ja wiem? Chyba grzech 
pierworodny. Poza tym świetnie gotuje i znakomicie sprząta. To nieprawda, ale tak trzeba 
teraz mówić. 
   – A moją największą zaletą jest to, Ŝe mam duŜo pieniędzy – oznajmił kierownik banku. 
   – A ja duŜą wiedzę – dorzucił psychiatra. 
   – Ja nie mam ani zalet, ani wad. Jestem człowiekiem bez właściwości – mruknął sekretarz. 
   – Misiu, to nie ta epoka! 
   – Nie traktujecie mnie serio – zezłościł się doktorant – Podczas gdy ja chciałbym dotrzeć do 
sedna. 
   – Od strony dobra czy piękna? 
   – Prawdy! Teraz powiedźcie, na czym wam w Ŝyciu zaleŜy najbardziej? 
   – śeby na świecie nie było wojen – zapalił się Paweł. 
   – Tia, tia... I miłości. Znaczy, Ŝeby miłość właśnie była. Na świecie. 
   – A moja szefowa poszła się jeb... gonić. 
   – śeby ciągle mieć duŜo pieniędzy. 
   – Adamowi najbardziej zaleŜy na mnie, a mnie, Ŝeby się wygodnie ułoŜyć w łóŜku – rzucił 
Michał, pałaszując sernik. 
   – U mnie to zaleŜy od taryfy... to jest od chwili. W tej chwili najbardziej zaleŜy mi, Ŝeby się 
z tobą przespać – komórkowiec objął doktoranta. 
   – No dobrze – skapitulował ten ostatni – to powiedz chociaŜ, co najbardziej lubisz w seksie? 
   – Brawo! Wygląda na to, Ŝe mamy pierwszą parę szczęśliwców. Proponuję uczcić to 
zgodnym „Alleluja”! 

background image

   – W seksie najbardziej lubię, jak mi partner gryzie sutki. 
   – A ja, jak mi liŜe... rimming. 
   – Wzajemny oral. 
   – Wysoko podnieść nogi. 
   – Pogryźć napletek. 
   Doktor się rozmarzył. 
   – Penisy w ogóle są śliczne, prawda? 
   – Zgadzam się z tobą w całej rozciągłości. 
   – Kurwa, i gadaj tu z kimś o pryncypiach – doktorant opadł. 
   – Skoro nalegasz. Dlaczego – Michał zwrócił się do komórkowca – tak szybko chcesz iść 
z naszym młodym przyjacielem do łóŜka? Co w nim dojrzałeś? 
   – Jest taki zasadniczy i zadziorny. Na pewno będzie stawiał opór. A ma bardzo zgrabny 
tyłek. 
   – Podli, zepsuci, cyniczni... – głos doktoranta słabł coraz bardziej – Jaka jest miara waszego 
człowieczeństwa? 
   – Osiemnaście centymetrów – komórkowiec pocałował doktoranta w usta. 
   Wzięli się za taniec przytulany. Michał prowadził Adama, Paweł kierownika, doktorant 
komórkowca. W tle sączyło się „Gdy mi ciebie zabraknie” Ludmiły Jakubczak spowite 
westchnieniami psychiatry i sekretarza, którzy jako jedyni nie poprosili się do tańca. 
   – Co słychać? 
   – Ach! 
   – Jak leci? 
   – Eeee... tam! 
   – Jak się miewasz? 
   – Tia, tia... 
   – Który? Zdecydowałaś się juŜ? – szepnął Michał do Adama 
   – śądzę budzi we mnie kierownik. Ale przecieŜ nie powinienem się kierować Ŝądzą. 
   – Prześpij się z nim. Rano przyjrzysz mu się w lepszym świetle. 
   – Coś więcej moŜesz o nim powiedzieć? 
   – Ma duŜo pieniędzy, to się zgadza. Załatwił nam kredyt na korzystnych warunkach. Poza 
tym jest skrupulatny, nieczuły i zadowolony z siebie. Zna niedokładnie parę języków i lubi się 
nimi popisywać w sytuacjach intymnych. 
   – Raczej ksiąŜę niŜ Kopciuszek? 
   – Zdecydowanie macocha. Spróbuj, moŜe Cię olśni. 
   Zmiana melodii. Teraz „Szeptem”. 
   – Lecisz na Adama? – Paweł przytulił się mocniej do kierownika 
   – Wolę bardziej semickie typy. Ale nie pogardzę. Coś więcej moŜesz o nim powiedzieć? 
   – To dobry chłopak. Więc i ty bądź dla niego dobry. 
   – Dobrze. 
   Pomimo ciemnej nocy sytuacja była jasna i klarowna. Psychiatra i sekretarz wzięli osobne 
taksówki, Michał został z Pawłem, komórkowiec powiózł doktoranta, Adam wylądował 
u kierownika, który zaczął go rozbierać, zanim jeszcze weszli do przedpokoju. 
    
   – Chcesz z nami porozmawiać o swojej przyszłości, Adamie? 
   – Jeśli macie chwilę czasu... 
   – Jak Ci było? 
   – Dobrze nie pamiętam, bo za duŜo wypiłem. Technicznie chyba byłem do niczego. 
   – Będą z tego dzieci? Jest jakaś nadzieja? 
   – No, wątpię. Wiecie, on był rano niezadowolony, Ŝe jeszcze leŜę w jego łóŜku. 
   – A ty dostrzegłeś w nim coś, czego nie widziałeś po ciemku? 

background image

   – Ma pryszcze na plecach i bliznę po wyrostku. 
   – Dajmy pokój bankowcowi. Jesteś po prostu kolejnym na jego koncie. Doktor Artur 
dzwonił. 
   – Doktor Kott? 
   – Tak, przeprosił, Ŝe był wczoraj tak niemrawy. Ale nie przywykł do roli pacjenta-petenta. 
Spodobałeś mu się. Jest tobą zainteresowany. Mówił, Ŝe na oko spełniasz kryteria. Dałem mu 
numer twojej komórki. 
   – A co wy o tym sądzicie? 
   – Och, lekarza zawsze warto mieć pod ręką. MoŜe związek z nim nie przyniesie ci tak 
doraźnych i wymiernych korzyści jak romans z kierownikiem banku, ale w perspektywie 
starości, chorób, śmierci... 
   – Ze śmiercią to chyba przesada? 
   – Dlaczego? KtóŜ trafniej od lekarza stwierdzi zgon? Nie grozi ci pochowanie Ŝywcem. Nie 
zapominaj teŜ, Ŝe doktor Artur jest psychiatrą. Co prawda, nie jesteś juŜ w wieku poborowym, 
ale nigdy nie wiadomo, na co w tym kraju przyda się zaświadczenie o odchyleniu od normy. 
   – Boję się, Ŝe będzie mi siedział w głowie. 
   – Odwrotnie. To on będzie cię miał na głowie. Gdyby ci jednak zawracał głowę, to wtedy 
wymyśl sobie duszę. Tam psychiatra nie wejdzie. 
   – ZwaŜ ponadto, Ŝe doktor Artur ma stałą klientelę, mocną i ugruntowaną pozycję 
w zawodzie, czyni postępy w pracy naukowej. Niedawno kupił sobie mieszkanie i przymierza 
się do kupna samochodu. 
   – To jeszcze nie ma samochodu? 
   – Późno zrobił prawo jazdy. Musiał się najpierw wyleczyć z fobii motoryzacyjnych. O! 
W i tej kwestii moŜe być dla ciebie wzorem do naśladowania. Ludzie, Adamie, zawsze będą 
ś

wirować. 

   – I zawsze będą potrzebować straŜników swego świra. 
   – To jak, zostaniesz jego Lancelotem? 
   – Michale, Pawle, jesteście ze mną? 
   – Jesteśmy. GdzieŜ mielibyśmy być? 
    
    
16. 
    
   Biorę i czekam. Podobno zaczynają działać dopiero po dwóch tygodniach. Jeszcze tydzień, 
nie osiem dni, dziewięć i ogarnie mnie coś na kształt euforii. Będę działać, kochać, wierzyć, 
wielbić, szaleć, zachwycać się... Przebieram nogami z podniecenia. Jeszcze dziewięć dni. Na 
razie apatia. Wrzucam coś na kompakt, Ŝeby jakoś wypełnić sobie czas oczekiwania. 
   Fascynuje mnie Glenn Gould. Jego skupienie. I oddalenie. Jak mruczy sam do siebie, 
obojętny na cały wszechświat, pochłonięty wyłącznie rozpracowywanie nut. I to wcale nie 
w poszukiwaniu absolutu, przeciwnie – odrębności. Fasycynuje mnie, ale nie potrafię się na 
nim skupić. Wykańcza mnie nadmiar bodźców. Gdy go zapuszczam, zaraz przed otwarte 
okno wdziera się jazgot ulicy: śmigają samochody, trzaskają drzwi i drzwiczki, wyją 
autoalarmy, łomocze rytmiczne gówno, ryczą blokersi. Jak w wierszu romantycznym: Szli 
krzycząc kurwa kurwa. 
   Wczoraj na imprezie gazetowej. Zła byłam na siebie, Ŝe tam poszłam. Ta sama beznadzieja, 
co w redakcji. Ten sam zestaw tematów i wrzasków, dodatkowo wzmocnionych przez wódę. 
Upchane po kątach siedziały moje koleŜanki. Miłe, kulturalne niewiasty. „Wariatki, no 
wariatki!” – krzyczała jedna, bo wreszcie obejrzała „Godziny”. Inna poprosiła mnie, Ŝebym 
jej w kilku słowach streściła spektakle Lupy, bo tyle o nim piszą w prasie. Ze szklanką 
w dłoni i spuszczonym wzrokiem przechadzała się między nami sekretarka, długonoga 

background image

i długowłosa, tajna kochanka szefa. Szef poza tym ma oficjalną kobietę, z którą mieszka, byłą 
Ŝ

onę, z którą się procesuje, trójkę dzieci własnych i dwójkę oficjalnej kobiety. KaŜdej 

niedzieli leci do katedry na mszę, a raz w miesiącu spoŜywa kolację z kurią biskupią. 
Zawstydzający banał. 
   Chyba miałam nadzieję spiknąć się z Damianem, ale olał i nie przylazł. Po dwóch 
godzinach postanowiłam więc dobrze się bawić. Przysposobiłam sobie jednego z naszych 
staŜystów, który, zdaje się, miał stereotypową nadzieję, Ŝe seks ze mną coś mu załatwi. 
Zabrałam go do siebie, bo na samą myśl o powrocie rannym autobusem skądś tam wszystko 
mi opadało. Gdy jechaliśmy taksówką, przypomniałam sobie, Ŝe pościel na łóŜku leŜy 
skołowana i nieświeŜa, nie zmieniam jej od tygodni, bo i po co, dla kogo. Miałam tę pościel 
przed oczami i coraz większa ogarniała mnie panika, jak chłopaczek zareaguje, gdy ujrzy. Jak 
się skrzywi, jak minie mu ochota albo pomyśli sobie coś. I juŜ w tej taksówce byłam na niego 
zła, Ŝe mu się moja pościel nie podoba, Ŝe źle mu wygląda, Ŝe mu śmierdzi mną. 
   Wbiegłam pierwsza do mieszkania, jakoś poprawiłam to i owo na łóŜku, koc narzuciłam. 
Nastawiłam Goulda. A on, ten praktykant, uśmiecha się słodkawo i pyta: „Nie masz czegoś 
bardziej współczesnego?”. Wtedy nie wytrzymałam. Rzuciłam w niego kluczami i wrzeszczę: 
„Ty pierdolony dyletancie! Całe wasze pokolenie to kretyńscy ignoranci. Banda 
barbarzyńców. Zamulona generacja nic. Nic was nie interesuje, na niczym się nie znacie, nic 
nie czujecie, nic nie rozumiecie. Debile, kutafony, homofoby, manekiny, chamy, skiny, 
popłuczyny”. On stoi blady i juŜ wie, Ŝe niczego dzisiaj w nocy nie załatwi, i pyta mnie, czy 
moŜe chociaŜ zamówić taksówkę. „A zamawiaj sobie, jebany kurduplu”. Tego ostatniego to 
nawet ja nie rozumiem, bo chłopak wysoki, postawny, umięśniony. „Sorry” – rzucił, szklankę 
porzucił i uciekł. 
   Oczywiście się poryczałam. Oczywiście, waliłam pięścią w poduszkę i tę jego szklankę 
jeps! o ziemię. Północ była i dzwonię do Pawła. Nie, lepiej do Michała, potrzebuję czegoś 
zimnego na to moje wkurwienie. 
   Odebrał zaspany. Wyrzygałam mu się w słuchawkę, a on zrobił zdziwiony głos: 
   – Chcesz powiedzieć, Ŝe właśnie zaprzepaściłaś szansę na dobry fuck? 
   – Pierdolić fuck. Chodzi o moje Ŝycie. O całą naszą zasraną kulturę. O zjednoczoną Europę. 
O świat. O Boga. O śmierć. O cywilizację śmierci. O miłość. O ludzkość. O jednostkę. O... 
O... O... 
   – O co tyle hałasu? Paulinko, powiedz mi, skarbie, co wybierasz? Być z kimś albo nie być 
z kimś? 
   Oto jest itd. 
   Wyszłam na balkon. Chłopiec stał pod mym oknem i rozglądał się za taksówką, która 
najwyraźniej nie chciała przyjechać. 
   – Hej! – krzyknąłem. 
   Odwrócił się przestraszony. 
   – Hej! Przepraszam. Wracaj na górę. Złe mnie napadło. 
   – Nie wierzę. 
   – Mówię Ci. Naprawdę. Wracaj. Będziemy mieć fajny seks. 
   Paru ciekawskich wyjrzało przez okna. Gdzieś nade mną wychyliła się cała rodzina 
wielopokoleniowa. 
   – Odgryziesz mi głowę w kluczowym momencie. 
   – Z pustego i Salome nie naleje – roześmiałam się hałaśliwie jak na sobotnią noc przystało – 
No chodź! Obiecuję być czuła i mało elokwentna. 
   Ociągał się nieco, rozglądał na boki, ale taksówka nie nadjeŜdŜała. 
   Umyłam twarz, poprawiłam makijaŜ i nastawiłam Macy Gray. 
   – Czy dość współczesne? Nie nazbyt czarne? – zapytałam, gdy wszedł. 
   – Nie jestem rasistą. Mam uprzedzenia tylko w stosunku do wieku. 

background image

   – Oh! Macy! Chcesz szklankę wody przed? 
   – A nie masz czegoś mocniejszego? 
   – 60 kanałów telewizji kablowej. 
   – W takim razie poproszę niegazowaną. 
   – Przegotowaną czy z kranu? 
   – Obie. 
   Gdy juŜ przebrnęliśmy przez grę wstępną, praktykant szepnął mi do ucha: 
   – Nie sądzisz, Ŝe powinienem załoŜyć gumkę? 
   – Nie zniosę Ŝadnych tworzyw sztucznych w moim wnętrzu. 
   – Wołałbym się ubezpieczyć. 
   – Nie jestem pieprzoną agencją ubezpieczeniową! 
   Chuć go zmogła. Mieliśmy nie bezpieczniejszy seks. 
   Wszystko razem trwało nieco ponad godzinę. Ekskochanek umył się, ubrał i zapytał: 
   – Czy mogę znowu spróbować zamówić taksówkę? 
   – AleŜ bardzo cię proszę. 
   Dałam mu buzi na wychodne. Tym razem się udało. Przyjechała taksówka i powiozła go 
gdzie bądź. 
   Stanęłam przed lustrem, odwinęłam się z kołdry: 
   – No, Keirą Knightley to ty juŜ nie będziesz! – pomyślałam. 
   Zasnęłam. Śniło mi się Ŝe spadł śnieg w sierpniu, a ja sikam ryŜem. 
    
    
    
17. 
    
   – Tak się cieszę, Ŝe przyjąłeś moje zaproszenie. 
   Niebo nie podzielało uczuć doktora. Padało. 
   – Napijesz się piwa? 
   – A ty się napijesz? 
   – Napiję. 
   – To ja teŜ się napiję. 
   – Jakie wolisz? 
   – A jakie ty wolisz? 
   – No, jakie będzie... 
   – To ja wolę, jakie ty wolisz. 
   – Czyli... dwa razy to samo, tia, tia... 
   Doktor oddalił się do bufetu. Adam miął serwetkę. Szumiało wokół. 
   – śywiec. Lubisz? 
   – Nie jestem pewien. Raczej nie lubię piwa. 
   – Oj, to mogłem ci zamówić coś innego. 
   – Nie ma sprawy. Przyzwyczaję się. Twoje zdrowie, doktorze. 
   Stuknęli się szklankami. Piwo ściekło im po palcach. 
   Cisza, jeśli nie liczyć szumu. 
   – Więc jesteś bezrobotny? 
   – Mhm.. 
   – I nie masz gdzie mieszkać? 
   – Tak. 
   – Ty jesteś bezrobotny, a ja jestem samotny. Moje Ŝycie erotyczne przedstawia się fatalnie... 
(patrz monolog, str. 64-65). 
   Gdy skończył, skończyło się teŜ piwo. 

background image

   – Jeszcze jedno? 
   – Ja teŜ nie wiem, co robić. MoŜe ja postawię? 
   – Jesteś bezrobotny. Nie wypada, Ŝebyś stawiał. Zróbmy więc coś razem. MoŜe być znowu 
ś

ywiec? 

   – MoŜe być. Wszystko jedno. Co? 
   Doktor nie odpowiedział, bo zamawiał. Barman nie spieszył się z laniem, ciecz ciurkała do 
szklanki. Adam czuł, Ŝe chce mu się spać i nie chce mu się myśleć. Szum przycichł w jego 
uszach, sceneria całkiem straciła na znaczeniu. Jakbyś patrzył na obraz i ocięŜale, ze 
zdziwieniem odkrywał, Ŝe jesteś jego bohaterem. 
   – Za naszą przyszłość! Oby... przyszła, tia, tia... 
   Stuknęli i sączyli. 
   – Przeanalizujmy sytuację. Daję dach nad głową i opiekę. Mam tytuł naukowy. Zapewniam 
bezpieczeństwo. Jestem doświadczony i inteligentny. Znam znanych ludzi. Jestem 
wegetarianinem. Jestem wyrozumiały i wartościowy. To chyba duŜo? Chyba trochę 
wniósłbym, prawda? To jest coś, co? Nie byle co, co? Tia, tia, tia, tia. Deal? Adamie? Jak się 
na to zapatrujesz, Adamie? 
   Adam kiwnął głową znad szklanki. Zapatrywał się w paseczki na koszulce doktora. Ładne 
paseczki, takie cieniutkie i smukłe, delikatnie załamujące się na sutkach. 
   – MoŜe i ty powinieneś coś łykać? Zajmę się tobą, zbadam, zdiagnozuję, zaklasyfikuję. Jeśli 
chcesz mnie sprawdzić, to zapraszam teraz do siebie. PokaŜe ci moje płyty, moje ksiąŜki, 
moje rośliny, moje łóŜko, moje zdjęcia, moich byłych, moją kolekcję słoników, moje 
pornosy. Ugotuję coś dobrego. Bo ja świetnie gotuję. 
   – Jak Paweł. 
   – Chyba Ŝe wolisz wariant bardziej romantyczny. Dzisiaj tylko mały pocałunek, jutro 
potrzymamy się za ręce. Nie chcę przecieŜ urazić twoich uczuć i przyzwyczajeń. Z moim 
jednym byłym dopiero po pół roku wylądowaliśmy w łóŜku. On był zresztą strasznym 
hipochondrykiem. Ciągle się domagał, Ŝeby coś mu zapisywać, a ja z tej miłości wydzierałem 
kolejne recepty. Taki byłem dobry. Jestem nadal, nie myśl sobie tia, tia... Dobroć to moja 
główna wada, wszyscy mi to powtarzają. Wszyscy mnie wykorzystują, taki pewno mój los do 
samej śmierci. O czym mówiłem? A! Ale jak juŜ się zdecydował i jak nie chorował, to 
potrafiliśmy... 
   Adamowi zdawało się, Ŝe coś do niego powoli wraca falami. Ach! To rzeczywistość. 
Raptem zabolał go hałas, który rzucił mu się do uszu. 
   – Arturze! 
   – ... na zlewozmywaku. Tak? 
   – Chcesz mnie posiąść? 
   – Tia, tia... Czyli... mówisz... pytasz... Tak. 
   – Szybko? Jeszcze dzisiaj? 
   – W sumie... Tak. 
   – To na co czekamy? Chodźmy stąd. Do ciebie. 
    
   Rezultat był zadowalający. Adam czuł się dobrze zerŜnięty. Zamierzał wyświadczyć 
doktorowi tę samą przysługę, ale mocodawca zapadł w drzemkę, zmęczony pieprzeniem. 
Adam wysmyknął się z jego ramion. OstroŜnie, by nie obudzić gospodarza, zsunął z siebie 
kołdrę i o mały włos nie stąpnął na kubek z sokiem winogronowym, którym raczył się przed 
stosunkiem. Kubek przewrócił się bezwolnie i wylał zawartość na puszysty, jasny dywan. 
   – O! – ucieszył się Adam – juŜ zaznaczam swoją obecność. 
   Jak wtedy, podczas swatów. Wino przemienione w sok. 
   Pomknął na palcach do łazienki, gdzie znalazł jakąś szmatę. Gdy rosił ją gorącą wodą, jego 
wzrok zwrócił uwagę na wstrętny wykwit ponad baterią. Cały w brązach i gniciach, obnaŜony 

background image

do gołego tynku, fantazyjnie zakręcony, wilgotny i szorstki zarazem. Adam dotykał go 
najpierw opuszkami, potem przycisnął do niego całą dłoń. JuŜ wiedział, co mu przypomina – 
gigantyczną plamę po spermie. Ślad prehistorycznego wytrysku, z którego narodziły się 
wszystkie męskie rozkosze tego świata. Zbutwiał, sczezł, ale zamiast zblednąć, wyparować, 
rozrasta się wzdłuŜ, wszerz i w głąb, zmienia swoje kontury i faktury. Jest tu. Adam wzruszył 
się, jakby był pierwszym gejem na świecie, wyłaniającym się z rozwartego otworu wanny, 
z gorących źródeł, którymi strzelała kanalizacja. I wspomniał, jak wieki temu, na kolonii, 
chłopiec rzekł do niego, stojąc pod prysznicem i wskazując rurę z kurkami – „To chuj, to jaja, 
a teraz zrobię wytrysk”. Zdecydowanym ruchem odkręcił wodę, która trysnęła na niego 
z wysoka. Mały Adam wpatrywał się urzeczony, aŜ chłopiec wrzasnął: „Co się gapisz, 
pedale?!” i roześmiał się szyderczo. To był początek. Wygnanie z raju, z którego pozostał 
obleśny zaciek. A moŜe raj zawsze był tylko obleśnym zaciekiem? A moŜe raj jest dopiero 
przed nim? 
   Adam wrócił ze szmatą do sypialni. Doktor Artur otworzył leniwie oczy i zapytał: 
   – Coś się stało? 
   – Wylałem sok. Muszę zetrzeć. 
   – Zostaw. Jeszcze przyjdzie na to czas. 
   I wciągnął go do łóŜka ciepłego i przepoconego. I oplótł kończynami. Adam widział 
burzowe chmury i niekończący się ciąg blokowych dachów. 
    
   Michał namawiał Pawła do zostania w domu, choć się juŜ odszykowali. 
   – Muszę odbębnić przyjęcie u tej idiotki. Jest waŜna w radiu, więc trzeba jej trochę w dupę 
powłazić. Poza tym juŜ obiecałem, Ŝe przyjdziemy. 
   – Podejmijmy spontaniczną decyzję i nie idźmy. PrzecieŜ i bez nas party się odbędzie. 
   – Nienawidzę spontaniczności. Spontaniczne jest chamstwo. 
   – A seks? – pytał z cienia Adam. 
   – W seksie spontaniczny jest tylko wzwód. Reszta to cięŜka robota. Podjąłeś decyzję? 
   – Muszę, prawda? ZbliŜa się wrzesień. 
   – Dobrze by było, Ŝebyś się do dwudziestego przeprowadził. Kurwa, mam dość tego 
wszystkiego. Musimy tam pójść i koniec. W tej marynarce wyglądam jak kretyn. 
   – Co za róŜnica, skoro idziemy do idiotki? 
   Michał nie miał z kreacją najmniejszych problemów. Od pięciu minut stał gotowy do 
wyjścia, strzepując pyłki z czarnej aksamitnej marynarki. Usiadł, załoŜył nogę na nogę – obie 
były odziane w równieŜ czarne spodnie przeplatane delikatnymi, srebrnymi nitkami na 
granicy widoczności – i z powściąganym zniecierpliwieniem patrzył na miotającego się po 
mieszkaniu Pawła. Rozjaśnione farbą, jakby Ŝółte pasemka Michałowych włosów 
przewodziły świetlne kosmyki, które spadały z lampy nad stołem, by następnie zlecieć na 
wypolerowane czubki butów, odbić się od nich i objąć całą postać, nadając jej lekko 
fosforyzujący fason. Gdyby Adam dotknął teraz Michała, pewnie połechtałby go prądzik od 
czubków do czubków. 
   Paweł zamazywał się w ruchu. Przystawał co chwila, by poczekać na samego siebie i znowu 
gnał się niepokojem. 
   – Kocie, doprawdy! Wierzysz, Ŝe będą tam jakieś towary godne tej krzątaniny? 
   – Akurat! Szef działu reklamy, który udaje, Ŝe nie jest pedałem i najgłośniej zachwala 
kobiece wdzięki. 
   – Przyhamuj więc. Wystarczy, Ŝe wyciągniesz koszulę ze spodni i od razu zyskasz na 
seksappealu. Chodźmy wreszcie. Bo jak nie wyjdziemy, to nie dojdziemy, a jak nie 
dojdziemy, to nie wrócimy. A ja chciałbym juŜ wrócić. 
   Adam zamknął za nimi drzwi. Nie ma wyjścia. Musi podjąć decyzję. Musi podjąć tę 
decyzję. Podjął. 

background image

    
   Parę dni później zostali sami, bo Paweł pojechał do rodziców wyszykować Kamilę. Adam 
segregował swoje ubrania, układał je starannie w walizkach, by po chwili zburzyć 
tymczasowy ład, zmienić kwalifikację, posegregować raz jeszcze, ułoŜyć na nowo i... Michał 
stanął w drzwiach. 
   – Idzie jesień, budzi się Ŝycie gejowskie. Dostałem mejl od Wiktora, Ŝe dzisiaj pierwsze 
powakacyjne spotkanie. Pójdziemy, co? Tyle wspomnień, tyle mu zawdzięczamy. Ciekawe, 
ku jakim zwycięstwom tym razem nas poprowadzi? 
   – Tam, gdzie wtedy? – Adam przełknął ślinę – W tej klitce? 
   – Dokładnie w tym samym miejscu. W oficynie. Wejście dla słuŜby. Kamerdynerzy historii 
wchodzą na jej salony. Pójdę załoŜyć coś wymownego. 
   Michał musiał być w bardzo dobrym humorze. Całą drogę dowcipkował, stawał przed 
wystawami i głośno się śmiał z eksponowanej tam miernoty. Kupił nawet Adamowi lody, 
które wręczył z niewybrednym dowcipem, Ŝe ma sobie polizać zanim doktor mu zabroni. 
Rozluźniony, kordialny, w zadziwiająco niedoprasowanym czerwonym t-shircie, znowu się 
zdawał Adamowi prawdziwym księciem z bajki. Gejem Kajem, który umknął z zamku Króla 
Ś

niegu. Więc i Adam odzyskał swobodę ruchów, zapomniał o segregacji i o tym, co 

nieuchronne. Dotrzymywał kroku, rechotał przy wystawach, dotykał ramienia Michała. MoŜe 
go pocałować w policzek? Bez przesady! 
   Na podwórzu Ogólnoświatowej Organizacji śmierdziało rozkładającymi się odpadkami. 
Jakieś dzieciaki przy trzepaku patrzyły na nich ciekawie. Michał niczym złośliwy boŜek 
pokazał im język i czmychnął do klatki. Byli spóźnieni dwadzieścia minut, dlatego teŜ 
ostroŜnie uchylili drzwi, by nie przeszkadzać zgromadzonym. Ale w salce ciasnej i niskiej 
siedział tylko zgarbiony Wiktor. Uśmiechnął się na ich widok, jakby przez łzy. 
   – Wchodźcie, wchodźcie. Będziemy zaczynać. 
   – A gdzie inni? – zapytał Michał – W toalecie? 
   – MoŜe... jeszcze.. – Wiktor pokręcił głową. – Są... gdzie... indziej... 
   Adam skonstatował, Ŝe Wiktor nie ciągnie juŜ queerowo „e”. Teraz się zacina. 
   – WciąŜ na wakacjach? 
   Wiktor znowu pokręcił głową. 
   – Są... z moim.. byłym.. 
   Adam parsknął śmiechem. Wiktor popatrzył na niego z wyrzutem. 
   – Wszyscy... Prawie... wszyscy... 
   – Takie ma wzięcie? 
   – Zrobił mi... na... złość... ZałoŜył... konkurencyjną organizację... I wszystkich... zaprosił... 
na dziś. 
   – A o nas zapomniał! Ordynus! Jak się nazywa? 
   – Wiesiek 
   – Organizacja! 
   – Międzynarodowe... Stowarzyszenie... Gejów... i Lesbijek... Na... Rzecz... Gejów... 
i Lesbijek.. 
   – Oryginalnie. 
   – Urok... nowości... A ja... – głos Wiktora łamał się coraz bardziej – przygotowałem tyle... 
ulotek... o... związkach... partnerskich. 
   – Weźmiemy kilka, Ŝebyś nie był stratny. Wiktorze! – Michał ścisnął mu dłoń – Nie martw 
się! Uszy i członki do góry! To dopiero początek sezonu. Jeszcze mu pokaŜemy. Nasza 
będzie wiktoria. Nasze będą flagi i sztandary. Nasza będzie duma. Jeszcze nas zobaczą! 
I wrócą tu skomląc i liŜąc, i jęcząc, i prosząc, i Ŝebrząc. O łaskę, o laskę, o namiastkę. 
W stringach, w kajdankach, w piórach, skórach, garniturach, woalach i czarnych szalach. 
Wiesiek i Rysiek, i Maniek, i Zdzisiek, i Czesiek, i Heniek, i Janek i Zenek... 

background image

   – To ja moŜe zrobię kawy – zaoferował się Adam 
   – Dla mnie, proszę, herbata – Wiktor pociągnął nosem. 
   Resztę wieczoru spędzili, obrabiając dupę znajomym. Zwłaszcza tym, którzy mieli dzisiaj 
przyjść. 
   Michał wyszedł z zebrania rozpromieniony. Adam truchtał za nim, skwapliwie reagując na 
kaŜdy jego wybuch śmiechu. 
   – Myślisz, Michale, Ŝe Wiktor stracił sens Ŝycia? śe mu się świat zawalił? Co zrobi bez 
swojej organizacji? 
   – Wróci do striptizu. 
   – Albo nie wytrzyma i zapisze się do konkurencyjnej organizacji. 
   – MoŜe się połączą po legalizacji związków partnerskich? Będziemy mieć Ogólnoświatową 
Organizację Międzynarodowego Stowarzyszenia Gejów Lesbijek Do Zwalczania 
Dyskryminacji i PomnaŜania Demokracji Na Rzecz Gejów i Lesbijek. Jak to jest w skrócie? 
   – I czy dostaną cyrograf, czyli... certyfikat? 
   – Exactly. Tacy jak Wiktor bez certyfikatu Ŝyją niepewnie. 
   Gdy wrócili do domu, Michał natychmiast otworzył butelkę wina. 
   – Napijesz się, prawda? 
   Gdzie by śmiał zaprzeczyć?! 
   Lecz wszedł juŜ do pokoju, juŜ ujrzał pootwierane walizki i ułoŜone w nich rzeczy, juŜ 
sobie przypomniał. Śmiech Michała cichł, zamierał. 
   Usiedli na kanapie blisko siebie. Pili wino i oglądali jakąś komedię w telewizji. Była 
zabawna, jak mógł się domyślić z reakcji Michała. 
   – No, dobrze. Idę do... I kładę się spać. Bardzo jestem zmęczony. 
   Michał przeciągnął się rozkosznie i ruszył w stronę łazienki. Jeszcze się zatrzymał i zapytał: 
   – To był fajny dzień, prawda? 
   Adam skinął głową. 
   – Prawda. śeby było więcej takich dni. 
   Michał podszedł do Adama i zmierzwił mu włosy. 
   Adam zapamięta ten gest do końca Ŝycia. 
    
    
    
18. 
    
   Na grillu smaŜą się kiełbaski, które kiedyś były świniami. Podniosłam wzrok. Krzyś 
roznieca ogień. Paweł układa papierowe talerze. Michał opiera się o samochód. Kubuś całuje 
Adama, który ściska rękę swojego MęŜa. Wszyscy bohaterowie romansu. Prawie wszyscy. 
Brakuje Heleny i tego nowego misia Adama – Kotta. 
   – Które to urodziny, stworzenie moje? – pyta Krzyś, dorzucając węgielków. 
   – Chrystusowe. 
   – To naleŜy ci się zmartwychwstanie. 
   Dałam Adamowi w prezencie scrabble. Od chłopców dostał toster i sokowirówkę, od 
Krzysia ksiąŜkę „365 sposobów na udane przyjęcie”. MąŜ przywiózł bukiet róŜ i album na 
zdjęcia. Wieje, jest wilgotno. Trzeba podsycać ogień. 
   – Pawle – mówię do Pawła – to moŜe teraz, skoro Adam idzie na swoje, ja zajmę jego 
miejsce? 
   Paweł zastyga z papierowym talerzem w ręku. 
   – Ale przecieŜ masz swoje mieszkanie, a u nas Kamila... 
   – Nie, nie myślałam o mieszkaniu. Skąd! Mieszkałabym u siebie. 
   – Chcesz wpakować nam się do łóŜka? 

background image

   – Nie, to teŜ nie. Tak tylko mówię o symbiozie, wspólnocie czy jakoś inaczej. 
   – PrzecieŜ jesteśmy w symbiozie od lat. Ty z nami, my z Tobą. Chyba jest dobrze, tak jak 
jest? 
   – Tak, dobrze, ale. 
   – Kubuś pochwalił mi się dzisiaj, Ŝe dawno temu miał seks z twoim doktorem. NieprawdaŜ, 
Kubusiu? – głos Krzysia wdarł się w naszą cichą konwersację. 
   Paweł pocałował mnie w czółko. 
   – Pogadamy jutro. Albo kiedy indziej. Wszystko jest moŜliwe. 
   Kubuś uśmiecha się na wspomnienie. 
   – Muszę się wam pochwalić, Ŝe za miesiąc wyjeŜdŜam na stypendium do Nowego Jorku – 
chwali się MąŜ – Tym bardziej się więc cieszę, Ŝe oddaje Adama w dobre ręce, mam nadzieję. 
   – Dobre jak dobre, ale z pewnością zręczne. NieprawdaŜ, Kubusiu? 
   Michał zapala papierosa. BoŜe, nigdy nie widziałam cię z papierosem. Albo kiedyś? No tak, 
presja świeŜego powietrza. 
   – Stary, chodź mi tu pomóŜ z tym pierdolonym grillem. To ty wpadłeś na pomysł, Ŝeby się 
zabawiać na łonie natury. A ja się wam chwaliłem, Ŝe poznałem smakowity duet muzyków? 
Pianista i wiolonczelista. Chyba wykonamy jakieś trio. 
   – Krzysiu, ty zawsze chciałbyś grać pierwsze skrzypce – Michał strzepuje popiół. 
   – Bo lubię machać smyczkiem. 
   – Wiolonczelista? – Adam coś sobie zaczyna przypominać – Blond włosy całe w lokach? 
   – No! I wraŜliwość Janka Muzykanta. 
   – Widziałem go w kwartecie. Ma fajny sprzęt. 
   – Wkrótce go wykorzystam. – Krzyś ściska szczypcami kiełbaskę, Ŝe aŜ tłuszcz tryska. 
   – Brakuje serwetek – martwi się Paweł. 
   – Zamiast narzekać, zamieszaj sałatę. Zaraz przyjedzie ten wegetarianin i będzie się gorszyć 
kiełbasą. Trzeba mu czymś usta zapchać. 
   Popatruję na nich i doświadczam błogiego uczucia zbędności. Nie mieszam sałaty, nie 
rozkładam sztućców, nie strzegę ognia. Nie będę kochanką Ŝadnego z nich. Tak. Tak jest 
dobrze. 
   – Paulino, a gdzie się podziali twoi heterycy? Mogłabyś nam jakichś przyprowadzić. 
   – Są zajęci sobą. 
   – JakieŜ to bezpłodne! śeby nam tylko nie wyginęli. 
   – Ciekawe, ile osób u mnie na wydziale wie, Ŝe jestem? – zastanawia się MąŜ – Stosuję 
zasadę „don’t ask, don’t tell”. Studenci na pewno plotkują. Myślicie, Ŝe powinienem się 
zdeklarować? Być dumnym? 
   – Z twoją figurą jest z czego. Szkoda tylko, Ŝe to wyłącznie figura retoryczna. Wiesz co, 
przyjadę kiedyś do Warszawy i zrobię Ci outing we wszystkich językach świata. Adasiu, 
pozwolisz? 
   – Ja tu juŜ nie mam nic do gadania, Krzysiu. 
   Wreszcie nadjeŜdŜa doktor i przywozi Adamowi wielkiego pluszowego Ŝółwia. 
   – Błądziłem. Kilkakrotnie pytałem o drogę. Ale byłem uparty. Oj, kiełbaski! Fuj! Tia, tia... 
Straciłem coś istotnego? 
   – Wiele lat temu. Krzyś jestem. Spałeś kiedyś z moim męŜem. 
   – Hm... Tia, tia... Chyba nie masz mi tego za złe? 
   – Skąd! TeŜ z nim sypiam czasami. Masz tu talerz sałaty. Na zdrowie. Kubusiu, skoro są juŜ 
wszyscy, to pokaŜ gościom naszą posiadłość w budowie. Opowiedz, ile co kosztowało i jakie 
zrobiliśmy postępy. 
   Idziemy ostroŜnie, bo ziemia podmokła, błotnista. Surowe cegły, kwadratowe otwory bez 
szyb robią wraŜenie zimnej, abstrakcyjnej konstrukcji. Trudno uwierzyć, Ŝe to dom, ciepłe 
pojęcie na solidnym fundamencie. W tej brudnej, chropowatej przestrzeni, która podobno ma 

background image

być sypialnią, nie ma niczego, co kojarzy mi się z sypialnią. śadnych obskurnych zwiastunów 
Ŝ

ycia. Zmęczenia materii, z którą borykałam się w mojej klitce. Tylko nieoswojony brud 

i chaos wznoszenia. Wpadam w panikę, choć wydaje z siebie okrzyki podziwu. 
   Adam został z Krzysiem. Pomaga mu sprzątać. 
   – Tylko nie mów mi, Ŝe go nie kochasz. 
   – Kiedy właściwie... 
   – Weź to na rozum. I spryskaj się OFFem, bo cię komary Ŝrą. 
   – Powiedz mi, gdzie popełniłem błąd. Dlaczego nie mogę z nimi być? 
   – Skarbie, bo ty nie masz kompetencji, Ŝeby być. Nie potrafisz przekraczać swoich 
uwarunkowań. Cały wyczerpujesz się w zwyczajnych duchowych potrzebach. Miłości, 
bezpieczeństwa, normy. Traktujesz Ŝycie jak przeznaczenie sterowane palcem opatrzności 
wetkniętym w twój tyłek. Tymczasem to, co czujesz w swoich wnętrznościach nie jest 
Ŝ

adnym członkiem Ŝadnego boga. 

   Krzyś wkładał do plastikowego worka resztki. 
   – CzyŜbyś z winy komunistyczno-katolickiej tresury tak rozpaczliwie i nieudolnie szukał 
idei w doświadczeniu? Nie, ty się nie nadajesz na wspólnika rozkoszy. Ty moŜesz być co 
najwyŜej męŜem, Ŝoną, dzieckiem, kochankiem, konkubiną albo utrzymankiem. Nie dziwię 
się, zwaŜywszy na obecną recesję, Ŝe chłopcy postanowili zredukować koszta. Zresztą, oni, 
podobnie jak ja, nie ufają tym, którzy nie mają pieniędzy ani pracy. śywimy burŜuazyjne 
przekonanie, Ŝe biedacy sami sobie zgotowali ten los. Ale nie wpadaj w rozpacz. Serca 
chłopców są równie wielkie jak ich łóŜko. Jeszcze nie raz uda ci się w nim wylądować. 
Wyglądałeś krzepiącego happy endu, a to nie ta konwencja. 
   – To koniec więc naprawdę? 
   – Powiada Pismo: niech Ŝywi nie tracą nadziei na sequel. 
   Pójdę na spacer. TuŜ obok jest las, a w nim ścieŜek wiele. Pokręcę się trochę i wrócę. Teraz 
zostawię ich samych. Wydaje mi się, Ŝe jestem w ciąŜy. 
    
   Nic się juŜ nie zdarzy. Nie, przeciwnie – teraz dopiero będzie się zdarzać. Ale Ŝeby to się 
stało, Adam musi odejść. DłuŜej nie da rady, późna godzina. Paweł obrócił się wokół własnej 
osi. Michał jest skupiony. Porządek rzeczy wymaga posłuszeństwa. Jeśli wypiją jeszcze jedną 
kawę, to się nie wyrobią. Tak więc, Adam musi odejść. Helena nareszcie odetchnie z ulgą. 
Pozwolił się uwieść na pokuszenie, niech juŜ nie kusi więcej. Zastanawia się, czy odwrócić 
głowę, popatrzeć błagalnie lub chociaŜ pomachać na do widzenia. Odrzuca pokusę. Nie 
zabierze ze sobą Ŝadnego obrazu. 
    
   Paweł nastawił „J’ai perdu mon Eurydice”. 
   – AleŜ Callas to potwornie śpiewa! Bóstwa bywają potworami. 
   – Adamie! – zawołał Michał. 
   Jednak się odwrócił. CzyŜby nie wszystko stracone? 
   – Zapakowałem Ci pyszny quiche z brokułami. I trzy słoiki ogórków kiszonych – Paweł 
podał mu torbę. – Dobry rocznik. Zadzwoń i powiedz, jak smakowało. 
   Ucałował go w oba policzki. 
   – Dzięki, Ŝe z nami byłeś. – Michał odstawił na bok Helenę, którą trzymał na rękach. – 
Nasz świat bez ciebie nie będzie juŜ ten sam. Choć pozostanie taki sam. 
   Michał padł Adamowi w ramiona. 
   Przesadzam. Uściskał go serdecznie. 
    
    
19. 
    

background image

   Adam otworzył oczy. Doktor stał na nad nim z tacą w dłoniach, wymyty, wypolerowany, 
pachnący. RozłoŜył przed Adamem śniadanie i połaskotał go pod brodą. 
   – Muszę lecieć do pracy. Czuj się jak u siebie. PrzecieŜ jesteś u siebie. Jeśli będziesz miał 
z czymś problemy, jakieś pytania, to dzwoń. Najlepiej na komórkę. Wrócę koło ósmej. Nie 
ma nic w lodówce na obiad, zjedz na mieście albo kup coś w sklepie. No, pa. 
   Adam zjadł. Wstał. Umył naczynia. Pokręcił się po mieszkaniu ściśniętym przez nadmiar 
nie rozpakowanych jeszcze gratów, a zarazem wciąŜ pustym, gołym, ubogim. Wyszedł na 
balkon. Kilku pijanych meneli kręciło się przed sklepem spoŜywczym. Ktoś rozmawiał 
w budce telefonicznej. Przeszła kobieta pchając skrzypiący wózek z dzieciakiem w środku. 
Sprzedawca warzyw wkładał do plastikowej siatki seler. 
   Wrócił do pokoju. Zamknął balkon. Przeszedł się tam i z powrotem po przekątnej. 
Przystanął w swej wędrówce. Skoro tu jest, to ma być. Skoro ma być, to potrzeba na to 
dowodu. Musi dokonać. Czegoś, co go przywiąŜe. Jak chłopa do ziemi. Co? Czego? 
   Rozejrzał się po metrach kwadratowych. 
   Poszedł do łazienki, nie było go kilka minut. Tylko szumiała woda ostrym płynąca 
strumieniem. Wrócił, niosąc miskę pełną po brzegi. Zatopiona w pianie kołysała się szmata. 
   Adam uklęknął. Ale jeszcze wstał. Powiódł palcem po grzbietach płyt. Wyciągnął jedną 
z nich. Marlena Dietrich – ona jest jakimś boŜyszczem pedałów? Spojrzał na tytuły utworów, 
nic mu nie mówiły, nie znał niemieckiego. Włączył płytę. 
   Ich weiss nicht zu wem ich gehore... 
   Adam zaczął szorować podłogę.