background image

CAROLE   BUCK

Melodia na czas kochania

Przełożyła Agnieszka Kobylińska

Tytuł oryginału Simply Magic

background image

ROZDZIAŁ 1

Noc  była  upalna.  Z  apartamentu  poniżej  dobiegały  natarczywe  dźwięki 

muzyki.

Bębny, które naśladowały rytm uderzeń serca.

Fleyt  swoimi  nie  skoordynowanymi  dźwiękami  chciały  przyspieszyć 

krążenie krwi słuchaczy.

Muzyka nie była głośna, ale jej niepokojący, egzotyczny rytm wybijał ją ze 

snu.  Codzienne  hałasy;  syreny  straży  pożarnej  czy  ryk  rock  and  rolla  z  głośno 
nastawionego radia, były znajome i nie przeszkadzały jej. Ale to…

Śpiew? Czy ktoś teraz śpiewał?

Brooke odwróciła się na plecy i zatkała uszy. Niewiele to jednak pomogło. 

Wprawdzie  muzyka  była  przytłumiona,  lecz  wciąż  natarczywa.  Brooke  miała 
wrażenie, jakby wsączała się w nią wszystkimi porami ciała!

Spojrzała  w  sufit,  próbując  opanować  zdenerwowanie,  wywołane  tą 

niesamowitą melodią. Muzyka rozbrzmiewała dopiero pół godziny, a irytacja, jaką 
wyzwalała, narastała z każdą minutą.

Brooke  wiedziała,  że  nie  uda  jej  się  zdrzemnąć.  Po  pierwsze  była 

przemęczona po pełnym napięcia weekendzie u rodziny w Connecticut. Na domiar 
złego w Bostonie, podobnie jak i w pozostałej części Nowej Anglii, panował nie-
zwykły  jak  na  tę  porę  roku  upal,  a  klimatyzacja  w  sypialni  nie  działała.  Ten 
fizyczny  i  psychiczny  dyskomfort  był  trudny  do  przezwyciężenia.  Do  tego 
wszystkiego jeszcze ta niepokojąca muzyka…

Brooke  spojrzała  na  budzik,  stojący  na  małym  stoliku  przy  łóżku.  Minęła 

północ,  a  następnego  ranka  musiała,  jak  zwykle,  być  w  pracy!  Wiedziała,  że  jej 
szef  w  Instytucie  Wildinga  do  spraw  Badań  Ziemi  (WIWE)  był  bardzo 
wyrozumiały, lecz nawet on nie tolerował pracowników, którzy w godzinach pracy 

background image

zasypiają za biurkiem.

Siedem  miesięcy  temu,  kiedy  przyjechała  do  Bostonu,  właśnie  szef 

zaproponował  jej  mieszkanie  w  tym  przepięknym  apartamencie  w  Cambridge. 
Kiedyś był to dom jednorodzinny, lecz właściciel (prawdopodobnie to on włączył 
tę  muzykę)  dokonał  w  nim  przeróbek  i  wynajął  pierwsze  piętro,  zatrzymując  dla 
siebie mieszkanie na parterze.

Od pierwszej chwili Brooke podobał się ten elegancki, utrzymany w starym 

stylu dom. Wysokość czynszu mile ją zaskoczyła. Wiązały się z tym jednak pewne 
obowiązki. W czasie nieobecności właściciela, osoba wynajmująca piętro musiała 
opiekować się całym domem, wraz z przylegającym doń urokliwym dziedzińcem.

Nawet przy takiej klauzuli Brooke nie wahała się ani przez moment. Jak się 

okazało,  jej  obowiązki  związane  z  domem  nie  były  w  ogóle  uciążliwe.  Musiała 
wprawdzie  dbać  o  zajmowane  przez  siebie  mieszkanie,  lecz  raz  w  tygodniu 
przychodziła sprzątaczka, która sprawnie radziła sobie z utrzymaniem czystości w 
pozostałej  części  domu.  Gdy  zachodziła  potrzeba,  dwaj  kilkunastoletni  chłopcy  z 
sąsiedztwa kosili trawę, grabili uschnięte liście lub odgarniali śnieg - wszystko to 
za umiarkowaną opłatą.

Jedynymi  obowiązkami  Brooke  były  wizyty  na  poczcie  i  odbiór  listów 

nadchodzących do właściciela. Otrzymała klucze do drzwi frontowych, więc mogła 
zostawiać przesyłki w mieszkaniu na parterze.

Początkowo  Brooke  zastanawiała  się,  dlaczego  korespondencji  do  doktora 

Archimedesa Xaviera „Meade” O’Malleya nie dostarczano bezpośrednio do domu. 
Po pierwszej wizycie na poczcie przestało ją to dziwić.

Właściciel domu otrzymywał tygodniowo więcej listów niż niejedna osoba w 

ciągu  całego  życia.  Wyglądało  na to,  że  O’Malley  prowadził  korespondencję  w 
wielu  językach  z  wieloma  osobami  z  różnych  państw.  Prenumerował  również 
około tysiąca gazet i czasopism, wśród których znajdowały się zarówno poważne 
pisma naukowe, jak i popularne brukowce. Te ostatnie, zapewne dla ochrony przed
ciekawskimi, pakowane były w brązowy papier.

Po siedmiu miesiącach sortowania poczty nadchodzącej do pana O’MaIleya, 

której  nie  mogła  przecież  zostawiać  bezładnie  pod  drzwiami,  Brooke  miała 
wrażenie, że trochę poznała już tego człowieka. Oczywiście w Instytucie słyszała o 
nim wiele plotek, z których może jedna czwarta była prawdziwa. Ale gdyby choć 
część z tych opowieści o jego niesamowitych wyprawach była prawdą…

Wiedziała, że specjalizował się w etnobotanice, wiedzy łączącej antropologię 

background image

z  nauką  o  roślinach.  Spędził  wiele  lat  w  Amazonii,  badając  znajomość  roślin 
leczniczych  wśród  Indian  i  zastosowanie  ich  we  współczesnej  terapii.  Kiedy  się 
wprowadzała,  powiedziano  jej,  że  Meade  przebywa  właśnie  w  amazońskiej 
dżungli, skąd miał powrócić pod koniec sierpnia.

Brooke  usiadła  i  zniecierpliwiona  odgarnęła  kosmyk  blond  włosów, 

opadających  jej  na  ramiona.  Do  końca  sierpnia  w  amazońskiej  dżungli,  tak? 
Według kalendarza do sierpnia pozostały jeszcze dwa miesiące.

Właściwie  można  się  tego  było  po  nim  spodziewać.  Najprawdopodobniej 

właściciel  wrócił  przed  oznaczonym  terminem.  I  był  teraz  na  dole  i  włączył  tę 
muzykę, jakby celowo chcąc doprowadzić ją do szału.

Niespodziewanie  dźwięki bębna  i  fletu  przeszły  w  tonację  inną,  bardziej…

erotyczną.

* * *

Miała  tego  dość!  Odrzuciła  prześcieradło,  tłumacząc  sobie,  że  nagłą 

nadwrażliwość skóry wywołał wyłącznie upał i nic innego.

Długimi  szczupłymi  nogami  dotknęła  dywanu.  Nie  miała  zamiaru  całą  noc 

wysłuchiwać najnowszej listy przebojów jakiejś prymitywnej kultury. Postanowiła 
zejść na dół i powiedzieć swemu gospodarzowi, co o tym myśli. Dobry Boże, ten 
człowiek był chyba źle  wychowany, że nawet nie przyszło  mu do głowy przyjść, 
przedstawić  siei  poinformować  o  swym  powrocie!  Nie  była  nawet  w  stanie 
wyobrazić  sobie  przyczyny,  dla  której  wrócił  w  środku  nocy.  Może  zbyt  długo 
przebywał w towarzystwie łowców głów?

Brooke  ponownie  odgarnęła  włosy.  Doznała  szczególnego,  przyjemnego 

wrażenia pieszczoty na szyi i ramionach.

Nie! Świadomie przełamała ogarniające ją rozleniwienie. Gorąco potęgowało 

jej  zmęczenie.  Jasne,  że  czuła  się  trochę  niedysponowana.  Absurdem  byłoby 
doszukiwać się w tym jakichkolwiek doznań erotycznych.

To  było  więcej  niż  absurd.  Brooke  Livingstone,  dwudziestoośmioletnia 

kobieta,  która  nie  potrafiła  zaspokoić  tęsknoty  męża  przez  ostatnie  pół  roku 
małżeństwa!  Przez  cały  ten  czas  nie  czuła  pogłębiającego  się  uczucia  fizycznej 
oziębłości, które było przyczyną niepowodzenia. To niemożliwe, aby jakaś muzyka 

background image

mogła ją tak odmienić.

To, czego teraz potrzebowała, to mocny, długi sen.

Brooke  sięgnęła  po  seledynowe  kimono,  leżące  na  podłodze  przy  łóżku. 

Wiedziała  dokładnie,  jak  rozmawiać  z  doktorem  A.X.  O’Malleyem.  Zamierzała 
być  szalenie  uprzejma,  lecz  stanowcza.  Miała  zamiar  wyraźnie  dać  mu  do 
zrozumienia, że…

Muzyka zmieniła się ponownie. O, nie! Flety zamilkły i ktoś - coś? - zaczął 

śpiewać. Brooke nie próbowała nawet odgadnąć, w jakim języku. Bez względu na 
to,  o  czym  opowiadała  pieśń,  była  pewna,  że  nie  ma  w  niej  rymów  „gniew”, 
„śpiew”, „drzew” i „zew”. Była to najbardziej niepokojaca melodia, jaką słyszała. 
Musiała przerwać tę niesamowitą muzykę.

Archimedes  Xavier  „Meade”  O’Malley  krążył  po  pełnym  książek  i  dzieł 

sztuki salonie swego mieszkania jak uwięziona dzika pantera. Prymitywna muzyka 
z  nowoczesnego  magnetofonu  świetnie  oddawała  ogarniające  go  uczucie 
niepokoju.

Może  nawet  zbyt  dobrze.  Może  powinien  włączyć  coś  bardziej 

uspokajającego.  Na  przykład  Mozarta.  Świętej  pamięci  Sebastian  Browning, 
nauczyciel  i  osoba,  po  której  odziedziczył  zarówno  ten  dom,  jak  i  wiedzę, 
wielokrotnie powtarzał, że słuchanie Mozarta jest lekarstwem na prawie wszystkie 
emocjonalne dolegliwości.

Meade  był  w  pełni  świadomy  odczuwanego  zdenerwowania.  Zawsze  po 

powrocie z podróży miał wrażenie pewnego nieprzystosowania. Było to wynikiem 
zmęczenia,  częściowo  szoku  kulturowego  i  czegoś  jeszcze,  czego  nawet  nie 
próbował określić. Wiedział, że za dzień lub dwa poczuje się znów jak w domu, a 
przynajmniej będzie mu znów wygodnie we własnej skórze. Do tego czasu musi po 
prostu pogodzić się z uczuciem obcości i niedopasowania.

Meade  przybył  na  lotnisko  Logan  sześć  godzin  temu.  Tym  razem  nie 

uprzedzał  nikogo  o  swym  powrocie.  Przy  odprawie  celnej  trafił  na  wyjątkowo 
podejrzliwego  urzędnika.  Przewidując,  że  zarówno  jego  wygląd,  jak  i  zawartość

background image

bagaży niejednokrotnie powodowała trudności na każdym dużym lotnisku świata, 
nie powinien być zaskoczony takim przyjęciem. Mimo wszystko było to irytujące.

W końcu, dzięki interwencji pewnego kontrolera, który pamiętał go z jednej

z  poprzednich  podróży,  zaoszczędzono  mu  upokarzającej  rewizji  osobistej  i 
pozwolono  wreszcie  przekroczyć  granicę.  Po  pospiesznym  wrzuceniu  rzeczy  do 
toreb i oziębłym „do widzenia” ze strony celników, złapał taksówkę do Bostonu.

Po  krótkim namyśle  zrezygnował  z  wizyty u  rodziców.  „Będzie  na  to  czas 

rano” - pomyślał. Nie chodziło nawet o to, że rodzina nic go nie obchodziła, ani też 
on  ich;  wręcz  przeciwnie.  W  tym  stanie  ducha  nie  był  przygotowany  na  czułe 
powitanie rodziny.

Meade  wiedział  z  wielokrotnych  doświadczeń,  że  jego  pojawienie  się  na 

progu rodzinnego domu zapoczątkowałoby huczne przyjęcie. Jego matka najpierw 
by  się  rozpłakała  i  przytuliła  go  do  piersi,  po  czym  ruszyłaby  do  telefonu,  aby 
zaprosić  jego  siostry  -  bliźniaczki  Kathleen  i  Mary  Marga-ret,  a  także  każdego 
kogo  by  sobie  przypomniała.  Ojciec  również  by  się  rozpłakał  i  przytulił  go,  a 
potem zaproponowałby mu coś do picia. Po kilku minutach rozległyby się dzwonki 
do  drzwi  i  w  domu  zaroiłoby  się  od  osób  z  klanów  Petrakis  i  0’Malley.  I  znów 
kolejne pocałunki, uściski, drinki i jedzenie...

Drinki.  O,  Boże.  Już  sama  konieczność  picia  wystarczyła,  by  odwlec 

moment spotkania z rodziną. Podczas pobytu w dżungli zdarzało mu się pić jeden z 
najsilniejszych  trunków  świata,  ale  była  to  tylko  ciekawość  badacza.  No  dobra, 
może  nie  tylko.  Zdarzyły  się  dwie,  no  może  trzy  sytuacje,  gdy  skosztował 
podsunięty napój w obawie, że odmowa mogłaby śmiertelnie urazić gospodarzy, co 
łączyło się z niebezpieczeństwem.

W każdym bądź razie, zdarzyło mu się próbować alkohol, w porównaniu z 

którym  bimber  wydawał  się  zaledwie  soczkiem,  Ale  nic  nie  powodowało 
większego  kaca  niż  wychylane  na  przemian  szklaneczki  whisky  i  ouzo.  A  tego 
oczekiwano  po  nim  w  czasie  wszystkich  spotkań  rodzinnych.  Musiał  przecież 
manifestować swą przynależność i pochodzenie -zarówno greckie, jak i irlandzkie.

Pomyślał nagle o butelce wina i zapasach jedzenia, które zgromadził. Może 

powinien  otworzyć  wino  i  napić  się  kieliszek  dla  odprężenia.  Ale  nie  był  o  tym 
przekonany.  Prawdę  powiedziawszy,  nie  miał  ochoty  ani  na  picie  w  samotności, 
ani też w towarzystwie rodziny.

Meade zatrzymał  się  i  przeciągnął,  próbując  zmniejszyć  napięcie  w 

mięśniach  szyi  i  ramion.  Przeczesując  palcami  gęste,  czarne  jak  sadza  włosy, 
rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na stertach korespondencji, ułożonych na 

background image

wytartym  perskim  dywanie  przed  kominkiem.  Niejaki  B.  Livingstone,  którego 
nazwisko wypisane było starannym pismem na skrzynce pocztowej, odwalił kawał 
dobrej roboty.

Osiem miesięcy temu,  gdy Meade  wyruszał na organizowaną przez  WIWE 

wyprawę  do  Ameryki  Południowej,  mieszkanie  piętrze  było  puste.  Poprosił 
wówczas  Davida  Quincy,  dyrektora  Instytutu,  o  znalezienie  odpowiedniego
lokatora.  Meade  darzył Davida  pełnym  zaufaniem,  mimo  że  poprzedni  lokator 
mieszkał tu  ze swym ulubionym wężem boa o wdzięcznym imieniu Urszula. Nie 
chodziło  o  uprzedzenia  Meade’a  wobec  węży.  Urszula  była  jednym  z 
najokazalszych przedstawicieli rodziny Boidae z jakim się zetknął i bardzo ją lubił. 
Niestety,  miała  zwyczaj  wygrzewania  się  na  wypolerowanym  parkiecie  w  hallu. 
Kobieta,  z  którą  Meade  był  wówczas  związany,  panicznie  bała  się  wszelkich 
gadów. 

Oczywiście,  że  przez  pewien  czas  żałował  rozstania.  Ale,  mimo  że  lubił 

Jeanne,  nie  łączyła  ich  miłość,  Prawdę  mówiąc,  gdy  rozstali  się,  czuł,  że  jego 
matka  była  bardziej  rozczarowana  niż  on  sam.  Meade  przypuszczał,  że  fakt,  iż 
mając trzydzieści pięć lat, był wciąż kawalerem, stanowił dla jego matki wieczne 
zmartwienie.

B. Livingstone. Barney? Benjamin? Bob? Po przyjeździe z lotniska zapukał 

na  wszelki  wypadek  do  drzwi  mieszkania  na  piętrze,  mimo  że  światła  były 
zgaszone.  Nie  było  odpowiedzi.  Zszedł  na  dół,  wziął  prysznic,  ogolił  się  i 
zdecydował wyjść do miasta, aby coś zjeść. Wrócił po półtorej godziny i ponownie 
wszedł na górę. Przez moment wydawało mu się, że słyszy jakiś dźwięk, lecz nikt 
nie zareagował na pukanie do drzwi. Wzruszył ramionami i wrócił do siebie.

B. Livingstone. Bradley? Bernard?

Meade przyjrzał się uważnie korespondencji, próbując odgadnąć cokolwiek 

ze  sposobu  jej  ułożenia.  To,  że  nowy  lokator  miał  zamiłowanie,  a  może  nawet 
obsesję na punkcie porządku, wydawało się oczywiste. A fakt, że przesyłki zostały 
poukładane  tak  uważnie,  wskazywał,  że  B.  Livingstone  może  być  dociekliwym 
facetem.  Hm...  może  naukowcem.  Tak.  Specjalistą  w  jakiejś  ścisłej  dziedzinie. 
Zapewne  znakomity  w  laboratorium,  lecz  mający problemy  z  realnym życiem. A 
wygląd fizyczny? Niski? Szczupły? A może przeciwnie - wysoki i przygarbiony?

Okulary. Mógłby się założyć...

Jego rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi. Meade zamarł na ten dźwięk i 

poczuł,  jak  powracają  przyzwyczajenia  nabyte  w  dżungli.  Adrenalina  zaczęła 
szybciej krążyć w żyłach.

background image

Rozległo się kolejne pukanie, tym razem natarczywe. 

-  Już  idę  -  zawołał  ostro  Meade  i  podszedł  do  drzwi.  Odsunął  zasuwę  i 

otworzył.

Ostatnią rzeczą, której się spodziewał, była stojąca przed nim piękna kobieta. 

Była  szczupła,  ubrana  w  jakąś  jedwabną  szatę.  Strój  ten,  w  kolorze  wiosennych 
liści,  niczym  kochanek  obejmował  wdzięcznie  okrągłości  jej  ciała.  Miała  długie, 
rozpuszczone  włosy  koloru  promieni  słonecznych.  Wyraz  jej  owalnej  twarzy 
przypominał  niewinność  Madonny.  Tylko  usta  były  inne.  Ich  kształt  i  barwa 
dojrzałych wiśni przywodziły na myśl ziemskie namiętności. Oczy miała  zielone, 
ozdobione długimi rzęsami, wzrok uważny. Można się było w nich zagubić,

Meade przyglądał się stojącej przed nim osobie,

Z  plotek  krążących  po  Instytucie  wynikało,  że  Meade  jest  współczesnym 

Casanovą.  Brooke  domyślała  się  więc,  że  będzie  przystojny.  Nie  była  jednak 
przygotowana  na  spotkanie  mężczyzny  będącego  połączeniem  rozbójnika 
morskiego z greckim bogiem!

Brooke  miała  pięć  stóp  i  siedem  cali  wzrostu,  a  on  przewyższał  ją  o 

przynajmniej  sześć  cali.  Był  szczupły,  potężnie  zbudowany  i  odziany  jedynie  w 
zniszczone szorty koloru

Kręcone  włosy  wyglądały  tak,  jakby  od  miesięcy  nie  widziały  fryzjera. 

Opalenizna  twarzy  miała  ciepłą  barwę  i  uwydatniała  kości  policzkowe.  Brooke 
widywała  podobnie  zniewalające  oblicza  u  marmurowych  rzeźb  starożytnych  -
Ateńczyków. Ale żaden z tych potężnych posągów nie miał oczu w kolorze morza 
w  pogodny  dzień.  Każda  kobieta  mogłaby  utonąć  z  radości  w  tych  błękitnych, 
błyszczących głębiach.

Brooke patrzyła niemal zauroczona.

Meade  nie  wiedział,  jak  długo  tak  stali,  patrząc  na  siebie.  Miał  wrażenie, 

jakby powietrze w pokoju było naelektryzowane, zupełnie jak po burzy.

Ostre  dźwięki  bębnów  przerwały  muzykę.  Taśma  zatrzymała  się,  wydając 

ledwie  słyszalny  trzask.  Po  kilku  sekundach...  minutach...  milczenia  Meade 
odezwał się pierwszy.

- B. Livingstone, jak przypuszczam? - spytał.

„B. Livingstone,  jak przypuszczam?” Boże, nie pamiętał  już kiedy ostatnio 

użył tak pospolitego wyrażenia. 

background image

Brooke zamrugała.

- Ja... Proszę? - odparła niepewnym głosem. Czuła zupełny mętlik w głowie.

-  Nieważne  -  odpowiedział  ponuro,  -  To  taki  stary  dowcip.  Nie  warto  go 

powtarzać.

- Stary dowcip? - Brooke ponownie zamrugała, próbując zebrać myśli. - To 

znaczy... to, co pan powiedział... to przypuszczenie, że nazywam się Livingstone?

- Tak jest - skinął głową i uśmiechnął się, - Przepraszam. Pewnie słyszała już 

pani wiele żartów na ten temat.

- Właściwie nie - zaprzeczyła Brooke. - Livingstone to jest... było nazwisko 

mojego męża. To znaczy, to wciąż jest jego nazwisko. Moje również. Zatrzymałam 
je po tym, jak... rozumie pan... my... - poczuła, że się rumieni. - My... rozwiedliśmy 
się - skończyła sucho.

Zapadła  cisza,  w  czasie  której  Brooke  zwymyślała  się  w  duchu  za  swe 

zmieszanie. Zawsze uważała, że życie osobiste jest wyłącznie jej prywatną sprawą. 
Wszystko,  co  wiązało  się  z  trwającym  sześć  lat  małżeństwem  traktowała  jak 
tajemnicę; zaczęło się wspaniale, a zakończyło fatalnie. I oto stała tutaj, zdradzając 
temu prawie nagiemu mężczyźnie swoje najbardziej bolesne przeżycia.

Brooke  wyprostowała  się,  czując  sztywnienie  kręgosłupa.  Skrzyżowała 

ramiona.  Nie  była  pewna,  czy  gest  ten  miał  oznaczać  ochronę  siebie,  czy 
odepchnięcie Meade’a. Czuła po prostu instynktowną potrzebę odgrodzenia się od 
świata.

- Przykro mi - powiedział Meade.

Nie  podjął  tematu,  i  to  nie  z  braku  zainteresowania  tą  kobietą;  wręcz 

przeciwnie.  Wiedział  jednak  dużo  na  temat  mowy  ciała,  aby  właściwie  odczytać 
gest ZAKAZ WSTĘPU. To nie był moment na zadawanie pytań.

Napotkał jej niepewne spojrzenie i dał jej do zrozumienia, że może mu ufać. 

W jej oczach zauważył niepokojące cienie.

Pomyślał o lasach podzwrotnikowych, które tak niedawno opuścił.

Brooke zaczęła się powoli odprężać.

- Jestem... jestem Brooke Livingstone - przedstawiła się. Z ulgą zauważyła, 

że jej głos brzmiał prawie naturalnie.  - Mieszkam na górze.

background image

Brooke. Meade pomyślał, że prostota tego imienia bardzo do niej pasowała.

- Brooke  Livingstone  -  powtórzył,  wyciągając  dłoń.  -  Jestem  Archimedes 

Xavier O’MalIey.

Brooke odruchowo podała mu rękę. Poczuła silny uścisk męskich palców.

- Miło... mi pana poznać, doktorze 0’Malley - powiedziała Brooke, próbując 

ignorować ogarniające ją podniecenie.

Dotyk jej dłoni stał się dla Meade’a niezwykłym przeżyciem. Miała gładką 

skórę i był gotów się założyć, że pachnie cudownie.

-  Po  prostu  Meade  -  poprawił  ciepłym  głosem.  Jego  zalśniły.  -  Wszyscy 

nazywają mnie Meade. O ile nie wolisz… - powiedział kilka słów w egzotycznie 
brzmiącym dialekcie.

Brooke  zaczerpnęła  głęboko  powietrze,  usiłując  zapanować nad  emocjami. 

Co się z nią działo? I dlaczego?

- Proszę? - spytała ostrożnie, z niechęcią uwalniając dłoń.

Uśmiechnął się szeroko, sprawiając wrażenie niesfornego chłopca.

-  Tak  nazywali  mnie  tubylcy,  wśród  których  ostatnio  przebywałem  -

wyjaśnił.  Czuł  przemożną  chęć  ponownego  dotknięcia  jej  dłoni,  lecz  postanowił 
nie kusić losu. A przynajmniej jeszcze nie teraz.

- Rozumiem - odpowiedziała niepewnie Brooke.

- To oznacza „olbrzymi przybysz o skórze jak podbrzusze ropuchy”.

Brooke nie mogła opanować śmiechu.

- Och, oczywiście. Tak właśnie myślałam - odparła.

Jakiś  głos  ostrzegł  ją,  że  rozmowa  przybiera  niepokojący obrót.  Stoi  w 

drzwiach mieszkania półnagiego mężczyzny, którego dopiero co poznała, sama w 
nocnym stroju, i gawędzi jakby… cóż, sama nawet nie potrafiła określić.

Meade po raz pierwszy znajdował się w takiej sytuacji. Brooke Livingstone 

wywarła na nim znacznie większe wrażenie niż ktokolwiek wcześniej. Czuł, że jest 
w tym coś więcej niż tylko zauroczenie.

- To  było  tylko  tłumaczenie  tych  słów  -  powiedział,  mierzwiąc  włosy.  -

Może  masz  ochotę  wstąpić  na  chwilę?  Nie  uważasz,  że  musimy  śmiesznie 

background image

wyglądać, gdy tak stoimy w progu?

- Ach... - zawahała się.

- Proszę... Brooke? - przyglądał się jej w napięciu. Spuściła na chwilę wzrok.

- W porządku - zgodziła się. - Ale tylko na parę minut.

- Jasne - cofnął się, by ją przepuścić.

Zapach jej skóry podrażnił jego zmysły. Jej biodra, podkreślone jedwabiem 

szlafroka, przypomniały jego wcześniejsze domysły co do płci lokatora.

- Rzeczywiście, B, Livingstone - mruknął pod nosem.

- Proszę? - spytała Brooke, odwracając się w jego stronę.

-  Słucham?  Och  -  uświadomił  sobie,  że  musiała  słyszeć, jak  wymawiał  jej 

nazwisko. - Myślałem tylko... sądziłem, że jesteś kimś innym.

Brooke nie wiedziała, jak zareagować na tę dość dziwną uwagę. On też nie 

był taki, jak myślała.

- Naprawdę? - odparła po chwili. - A czego oczekiwałeś?

- Prawdę  mówiąc,  faceta  imieniem  Barney  lub  Benjamin  -  przyznał  z 

uśmiechem.

- Słucham? - spytała Brooke po namyśle.

- Widziałem inicjały na skrzynce pocztowej i przypuszczałem... - przerwał, 

coś  sobie  przypominając.  -  Poczta!  O  mój  Boże!  Przepraszam.  Powinienem 
podziękować  ci  za  zajęcie  się  przez  te  wszystkie  miesiące  moją  korespondencją. 
Bardzo jestem ci wdzięczny. Mam nadzieję, że nie był to dla ciebie duży kłopot.

- O, nie - zapewniła go Brooke. Zawahała się przez moment, by powrócić do 

przerwanego wątku. - A więc... przypuszczałeś, że B. Livingstone to mężczyzna?

- Między  innymi  to  -  odparł,  wzruszając  ramionami.  - Powiedzmy,  że 

popełniłem błąd, wyciągając wnioski jedynie na podstawie skąpych przesłanek.

- Czy robi ci to jakąś różnicę? - Brooke zmarszczyła brwi.

- Co? Stwierdzanie faktów na podstawie niepełnych informacji?

- Nie - potrząsnęła przecząco głową - to, że nie jestem mężczyzną.

background image

Oczywiście,  nie  była  również  w  pełni  kobietą,  lecz  Archimedes  Xavier 

0’Malley nic o tym jeszcze nie wiedział. To był jej sekret. Jej i Petera. Nie miała 
zamiaru dzielić się z nikim tą tajemnicą. Z nikim i nigdy.

Przez  moment  Meade  zastanawiał  się,  czy  Brooke  nie  próbuje  z  nim 

flirtować.  Jej  pytanie  brzmiało  jak  zachęta.  Kiedy  już  miał  odpowiedzieć  w 
podobnym tonie, dostrzegł w wyrazie jej oczu coś, co go powstrzymało.

Ona wcale z nim nie flirtowała. Była zaniepokojona. Ale dlaczego, na Boga?

- Nie - odpowiedział. - To nie jest żaden problem.

Nastąpiła  chwila  niezręcznej  i  pełnej  wyczekiwania  ciszy.  Brooke  miała 

świadomość, że Meade ją obserwuje. To powodowało wzbierające w niej uczucie 
niepewności  i  dziwnego  podniecenia.  Zaczerwieniła  się  i  spojrzała  w  bok, 
odgarniając z czoła blond włosy. 

Meade uświadomił sobie, że się w nią wpatruje. Poczuł zawrót głowy, jakby 

był pod wpływem narkotyku.

-  Przepraszam.  -  Co  było  w tej  kobiecie, że pozostawał  pod  jej urokiem?  -

Nie wiem, co się ze mną dzieje. To chyba z powodu różnicy czasu. Lot z Brasilii 
do Bostonu jest... ach - rozłożył ręce.

Brooke spojrzała na niego. 

- Może powinnam już iść - powiedziała. - Z pewnością jesteś zmęczony po 

podróży. Nie zdawałam sobie sprawy... - uczyniła krok w stronę drzwi.

- Nie! - krzyknął Meade, chcąc ją zatrzymać. Czubkami palców dotknął jej 

ramienia i poczuł przebiegający go dreszcz.

Spojrzał w jej rozszerzone zielone oczy, w których odbijało się zdziwienie, i 

wiedział, że doznała podobnego wrażenia, co on... ale wydało mu się, że się tego 
obawia. Czemu?

- Proszę  - powiedział stanowczo. -  Nie możesz  odejść, dopóki nie powiesz 

mi, co cię tu sprowadziło.

- Co  mnie... Och, tak!  To ta  muzyka  -  wyjaśniła  niezręcznie. -  Chciałam  z 

tobą... o tym porozmawiać.

Gdy do niego dotarł wreszcie sens jej słów, poczuł się jak idiota.

- Do diabła. Przepraszam. Nigdy bym się tak nie zachował, nie wiedziałem, 

background image

że ktoś jest u góry. Byłem tam dwukrotnie…

- Byłeś? - przerwała Brooke. - Kiedy?

- Pukałem dość głośno...

- Nie wątpię - zapewniła go. - Ale nie było mnie przez weekend...

- Nie było cię? - zdziwił się.

- Byłam  u  rodziny  w  Connecticut  -  wyjaśniła  Brooke,  usiłując  się  nie 

skrzywić.  Dlaczego  matka  i  starsza  siostra  nalegały  na  ponowne  roztrząsanie 
nieudanego  małżeństwa?  I  dlaczego  opowiadały  jej  o  byłym  mężu  i  jego  nowej 
żonie? - Musiałam wrócić wkrótce potem, jak pukałeś po raz pierwszy, a za drugim 
razem  byłam  pod  prysznicem  -  przerwała,  marszcząc  brwi.  -  Ty  pewnie  też  nie 
słyszałeś, jak pukałam do drzwi...

- Widocznie nie było mnie w domu. Wyszedłem po zakupy - odpowiedział.

- Ach - twarz Brooke rozpogodziła się, gdy wszystko zostało wyjaśnione. -

Innymi słowy: dobre intencje, zły czas.

- Dokładnie tak. Mimo to, przepraszam. Zazwyczaj nie nastawiam muzyki na 

pełny  regulator,  zwłaszcza  o  pierwszej  w  nocy.  Czułem  napięcie  po  podróży  i 
pomyślałem  sobie,  że  trochę  muzyki  mogłoby...  -  wykonał  gest  ręką,  obejmując 
wzrokiem całą jej postać. - Jeszcze raz przepraszam. Z pewnością cię obudziłem.

- Właściwie nie obudziłeś - powiedziała Brooke, dotykając paska szlafroka.-

Nie  spałam  jeszcze.  Byłam  zmęczona  po  podróży.  A  potem,  no  cóż,  potem 
usłyszałam  muzykę  - spojrzała  na  niego  z  ukosa.  -  Słuchałeś  tego,  żeby  się 
odprężyć?  -  spytała  z  powątpiewaniem,  pamiętając  o  niepokoju  wywołanym  tą 
muzyką.

-  Niezupełnie - przyznał.  - Trudno  jest...  właściwie  nie  wiem,  dlaczego 

wybrałem  właśnie  tę  kasetę.  Jeszcze  raz  przepraszam.  -  Przerwał  na  chwilę.  -  A 
wracając  do  zakupów,  o  których  wspomniałem.  Mam  w  lodówce  butelkę  wina  i 
zmierzałem ją otworzyć, gdy usłyszałem twoje pukane. Może uda mi się namówić 
cię na kieliszek?

-  Nie,  jest  już  zbyt  późno  -  grała  na  zwłokę,  podnosząc  rękę  i  odgarniając 

włosy za uszy. - Rano muszę iść do pracy...

- Tylko jeden kieliszek. Na pewno pomoże ci zasnąć. 

Brooke zawahała się chwilę, w końcu zgodziła się. 

background image

- Tylko jeden kieliszek - podkreśliła. 

-  Umowa  stoi  -  uśmiechnął  się  radośnie,  a  w  kącikach  oczu  pojawiły  się

siateczki drobnych zmarszczek. - Czuj się jak usiebie. - Odwrócił się i wyszedł do 
kuchni.

Brooke spostrzegła na jego lewym ramieniu skomplikowany rysunek czarno-

czerwonego  tatuażu.  Ciekawe  w  jakich  okolicznościach  powstał?  Teraz,  gdy 
poznała  już  Medea’a  O’Malleya,  Brooke  przestawała  wątpić  w  prawdziwość 
wszystkich  opowieści  krążących  po  Instytucie.  Mogła  teraz  uwierzyć  w  każdą  z 
nich - i w wiele jeszcze innych. 

Brooke  rozejrzała  się  wokół.  Kiedy  po  raz  pierwszy  znalazła  się  w  tym 

pokoju,  była  zdziwiona  jego  wyglądem.  Zgromadzono  w  nim  niezliczone  ilości 
przedmiotów  artystycznych,  pochodzących  z  różnych  kultur,  tak  odległych 
współczesnemu  człowiekowi.  Były  tam  przepiękne,  choć  dziwaczne,  maski  i 
rzeźby.  Włócznie  i  tarcze.  Kusze  i  wyroby  z  pereł,  i  wiele  innych,  których 
przeznaczenie  trudno  było  ustalić.  Mnóstwo  książek  i  oprawionych  w  srebrne 
ramki fotografii. Mimo to pokój sprawiał wrażenie przytulnego.

-  Proszę  bardzo  -  wesoło  powiedział  Meade,  podając  jej kieliszek  białego 

wina. Wszedł bardzo cicho do pokoju.

Brooke drgnęła lekko na dźwięk jego głosu.

-  Dziękuję  -  odparła,  biorąc  kieliszek  i  wypijając  pospiesznie  łyk  wina.  -

Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że podziwiałam twoje zbiory.

- Oczywiście,  że  nie  -  odrzekł  szczerze.  Pijąc  powoli  swoje  wino, 

przypatrywał  się  uważnie  gościowi.  Delikatny  bukiet  zmrożonego  chardonnay 
doskonale  pasował  do  atmosfery  wywołanej  wizytą  Brooke.  Uznał,  że  na  nową 
lokatorkę patrzy się z przyjemnością. Była niewątpliwie atrakcyjną kobietą, ale jej 
charakter wzbudzał jego większe zaciekawienie.

Brooke przymknęła oczy. Ponownie uświadomiła  sobie, że Meade oceniają 

swoim wzrokiem. Peter również przyglądał się jej bez słów. Doszukiwał się w niej 
wad i na Boga, udawało mu się znaleźć ich dość dużo. Potrafiła zrozumieć, aż za 
dobrze,  dlaczego  tak  z  nią  postąpił.  Peter  twierdził,  że  zawiodła  go  pod  każdym 
względem:  jako  żona,  a  także  jako  kobieta...  Doszło  wreszcie  do  sytuacji,  że 
przyjęła jego sposób myślenia.

Bo faktycznie go zawiodła...

Brooke wypiła kolejny łyk wina. Zlizała kilka kropli z dolnej wargi.

background image

- To  jest  niezwykły  pokój  -  skomentowała,  rozglądając  się.  -  Kiedy 

przyszłam  tu  po  raz  pierwszy  z  twoją  korespondencją,  odniosłam  wrażenie,  że 
wchodzę do muzeum.

- Szkoda, że nie byłaś tu przed śmiercią profesora Browninga - odpowiedział 

jej Meade. - Większość swej kolekcji zapisał muzeum. To co tu zostało, to głównie 
jego osobiste pamiątki.

- Część z tych rzeczy to z pewnością twoje zbiory - Brooke chętnie podjęła 

ten temat, ponieważ bardzo ją interesował i był względnie bezpieczny. - Wiem, że 
odziedziczyłeś ten dom po profesorze. Ale mimo wszystko...

- Te maski tancerzy są moje - przyznał. - Tamte totemy również. Interesuje 

mnie magia plemienna.

- Magia?  -  powtórzyła.  Zastanowiła  się,  jakby  coś  sobie  przypomniała. -

Chyba słyszałam... ktoś kiedyś w Instytucie wspomniał,  że pokazujesz kanibalom 
sztuczki karciane. 

Meade zachichotał, potrząsając głową.

- Znam kilka  sztuczek - przyznał. - Czasami  wykorzystałem je,  pracując w 

terenie. Prawdę mówiąc, wywierało to większe wrażenie, niż gdybym wymachiwał 
moją  rozprawą  doktorską.  A  co  do  zabawiania  rzekomych  kanibali...  -  ponownie 
potrząsnął głową. - Jedno z plemion, wśród których przebywałem, upiekło kiedyś 
na ruszcie kilku hiszpańskich zakonników. Ale ponieważ zdarzyło się to parę wie-
ków  temu.  chyba  nie  ma  sensu  dziś  im  tego  wypominać.  W  końcu,  jeśli  zbadać 
rodowód każdego, kto wie, co można by znaleźć.

- Na przykład kościotrupy w spiżarni? - delikatnie podsunęła Brooke.

- Dokładnie tak - zgodził sic Meade, a jego oczy rozbłysły z zadowolenia. -

Kościotrupy  w  spiżarni...  podoba  mi  się  to.  Masz  coś  przeciwko  temu, żebym  je 
kiedyś użył w mojej publikacji?

-  Nie,  o  ile  w  przypisach  podasz  źródło  -  odcięła  się  Brooke.  Czuła  się  z 

Meade’em coraz swobodniej. Nie była pewna, czy powinna się z tego cieszyć.

- Źródło... - zmarszczył ciemne brwi. - Czekaj chwilę. Mówiłaś coś na temat 

Instytutu. Czy to znaczy, że pracujesz w WIWE?

Brooke potrzasnęła głową.

- Jestem asystentką Davida Quincy. Ale poza tym mam jeszcze wiele innych 

background image

obowiązków. Mam dyplom z anglistyki i pewne umiejętności wydawnicze jeszcze 
z  czasów  uniwersyteckich,  więc  zajmuję  się  również  korektą  przygotowanych 
monografii.

-  Hm  -  uniósł  brwi.  -  Innymi  słowy,  jesteś  w  pewnym sensie  moim 

wydawcą?

Pytanie zabrzmiało częściowo żartobliwie, częściowo pieszczotliwie. Brooke 

doszła do wniosku, że bezpieczniej będzie nie odpowiadać.

- Wspomniałeś przed chwilą profesora Browninga - podjęła po chwili. - Tak 

wiele o nim słyszałam. To musiał być fascynujący człowiek.

Nie  był  to  najfortunniejszy  sposób  zmiany  tematu,  jednakże  nie 

zaprotestował.

- Sądzę, że słowo „fascynujący” jest właściwe - odparł.

- Byłeś jego studentem?

- Tak, od dwunastego roku życia.

- Co  takiego?  -  Brooke  była  zaskoczona.  Wprawdzie  wszyscy  uważali 

Archimedesa O’Malleya za niezwykle zdolnego człowieka, ale nigdy nie słyszała, 
żeby rozpoczynał studia w wieku dwunastu lat!

- To znaczy miałem tyle lat, gdy go poznałem - wyjaśnił Meade. - Mój ojciec 

ma,  a  właściwie  miał,  bo  przeszedł  już  na  emeryturę,  przedsiębiorstwo  robót 
elektrycznych.  Któregoś  dnia  zabrał  mnie  do  pracy,  na  czwarte  piętro  Muzeum 
Botanicznego. Zdecydowałem się na samodzielne zwiedzanie i nagle znalazłem się 
w  laboratorium  profesora  Browninga.  Kiedy  zobaczyłem  tam  porozrzucane 
włócznie i dmuchawki, zacząłem ich dotykać. Właśnie podniosłem kamienny grot, 
gdy usłyszałem głos mówiący z brytyjskim akcentem: „Młody człowieku, trucizna 
tam  umieszczona  zabija  jaguara  w  ciągu  kilku  sekund.  Proszę,  spróbuj  być 
ostrożny”. - Dwa ostatnie zdania Meade wypowiedział z teatralnym akcentem.

- I co... co zrobiłeś?

- Oczywiście,  że  byłem  bardzo  ostrożny  -  zapewnił  ją  z  uśmiechem.  -

Próbowałem zachować spokój, ale byłem przerażony.

- Każdy by był! - powiedziała Brooke, wyobrażając sobie tę scenę. - Czy tam 

naprawdę była trucizna?

- Jasne, że tak - potwierdził. - Kurara. Profesor Browning zrobił mi wykład o 

background image

tym.  Gdy  już  opanowałem  strach,  zacząłem  zadawać  pytania.  -  Meade  przerwał, 
przywołując miłe wspomnienia. - Nie sądzę, aby profesor oczekiwał ode mnie, że 
porzucę  szkołę  i  zjawię  się  u  niego  następnego  dnia,  ale  to  właśnie  zrobiłem. 
Czułem się jak ryba złapana na haczyk. On był... jedyny w swoim rodzaju.

- Te zdjęcia... wszystkie są jego? - Brooke podeszła do stolika przy kominku. 

- Muszę przyznać, że od razu mnie zaciekawiły.

Pochyliła się nieco, chcąc przyjrzeć się dokładniej jednej fotografii. Przy tym 

ruchu rozchyliły się lekko poły jej szlafroka, odsłaniając dekolt. Meade pospiesznie 
wypił łyk wina i odwrócił wzrok.

- Ta  kobieta  to  Gabriela  Browning,  żona  profesora  -  wyjaśnił,  czując,  jak 

widok niemal obnażonych piersi powoduje przyspieszone bicie jego serca. - Była 
od  niego  dużo  młodsza.  Zginęła  w  wypadku  samochodowym,  gdy  profesor
przebywał za granicą. Profesor Browning... przeżył to bardzo ciężko.

Brooke delikatnie pogładziła palcami ramkę, w którą oprawiony był ślubny 

portret.  Ze  zdjęcia  emanowało  życie  i  miłość.  Nic  nie  mogła  na  to  poradzić,  ale 
zazdrościła  tej  młodej  parze.  Czy  ona  i  Peter  kiedykolwiek  tak  wyglądali?  Czy 
podobnie czuli…?

Po  chwili,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  robi,  Brooke  odstawiła 

kieliszek i podniosła ze stołu jedną z kamiennych figurek. Była dziwnie ciężka jak 
na swoją wielkość. Ciężka i ciepła w dotyku.

- Co…? - zastanowiła się głośno.

-  Pochodzi  z  terenów,  gdzie  teraz  jest  Kolumbia  -  powiedział  swobodnym 

głosem Meade. - To figurka bogini płodności. Według dawnych wierzeń pomagała 
kobietom w zajściu w ciążę.

Płodność.

Brooke poczuła obejmujący ją chłód.

-  Och  -  powiedziała,  przyglądając  się  małemu  posążkowi  i  widząc 

brzemienność w okrągłych kształtach.

Figurka płodności.

- Brooke? - spytał Meade.

Powoli i ostrożnie odłożyła statuetkę na miejsce. Chciała rzucić rzeźbę tak, 

aby roztrzaskała się o podłogę. Wiedziała jednak, że to i tak nic by nie pomogło. 

background image

Nic nie może jej pomóc.

- Brooke? Nic ci nie jest?

- Wszystko w porządku - skłamała.

ROZDZIAŁ 2

Brooke  chciała  o  tym  nie  myśleć,  lecz  jej  wysiłki  okazywały  się 

bezskuteczne. Statuetka płodności.

Skrzywiła się na widok swego odbicia w lustrze i wpięła kolejną wsuwkę we 

włosy.  Statuetka  płodności!  Dlaczego  zainteresowała  się  właśnie  tą  figurką?  W 
mieszkaniu  O’Malleya  było  tak  wiele  innych.  Po  raz  tysięczny  chyba  zadawała 
sobie to samo pytanie. Jaki przekorny instynkt to spowodował?

Jej  najgorętszym  marzeniem  było  posiadanie  męża  i  dzieci.  Kiedyś 

wydawało się to możliwe do osiągnięcia, ale ten czas minął.

Swego  przyszłego  męża,  Petera  Livingstone,  poznała  na  pierwszym  roku 

studiów.  Pobrali  się  w  miesiąc  po  jej  dyplomie.  Miała  na  sobie  białą  suknię  z 
koronki,  ozdobioną  kwiatem  pomarańczy,  tak  konwencjonalną,  że  druhny  aż 
żartowały  z  niej.  Ale  jej  to  nie  przeszkadzało.  Była  wierna  tradycji  i  dawnym 
wartościom. Ślub z ukochanym mężczyzną, wspólne tworzenie domu - to znaczyło 
dla niej wszystko. 

Oboje pragnęli tego samego. Wciąż pamiętała żarty na temat zajścia w ciążę 

już w czasie miesiąca miodowego. W głębi ducha pragnęła tego.

Miodowy miesiąc się skończył, a ona nie była w ciąży.

Podobnie po dwóch latach małżeństwa. Naciski ze strony jej i jego rodziców 

rozpoczęły się zaraz po drugiej rocznicy ślubu. Obie strony coraz częściej pytały, 
kiedy i oni będą mogli cieszyć się z własnych wnuków.

background image

Konsultacja  ze  specjalistą  do  spraw  płodności  wypłynęła  od  Brooke. 

Propozycja ta rozgniewała początkowo Petera. Poczuł się urażony, tak jakby jego 
męskość została w ten sposób zakwestionowana. Ta pierwsza poważna kłótnia od-
słoniła  inne oblicze Petera. Jednak zgodził się  na badania. Lekarz przedstawił im 
wyniki  analiz  w  sposób  niezwykle  taktowny  i  delikatny.  Nie  powiedział  wprost 
„To  twoja  wina,  Brooke”,  lecz  dla  niej  tak  to  właśnie  zabrzmiało.  I  takie  samo 
oskarżenie ujrzała w oczach męża.

Była  gotowa  na  każde  poświęcenie.  Badania  przez  innych  lekarzy.  Testy. 

Leki.  Nawet  na  operację.  Przeszła  wiele  upokorzeń.  Lecz  nikt  i  nic  nie  było  w 
stanie jej pomóc.

Ich małżeństwo zaczęło się rozpadać. Nagle to kalendarz dyktował terminy 

współżycia.  Zalecenia  lekarzy  rządziły  sposobem,  w  jaki  kochali  się  z  Peterem. 
Zabrakło  spontaniczności.  Zaniechali  czułej  gry  wstępnej,  tak  cenionej  przez 
Brooke. Seks stał się przykrym obowiązkiem, wypełnianym na zimno, bez radości. 
Potem  Peter  zaczął  ją  lekceważyć.  Początkowo  żartował  tylko  wtedy,  gdy  byli 
sami. Po pewnym czasie zauważyła, że postępuje tak i w obecności innych. Nabrał 
zwyczaju mówić, że to nie jego należy winić za to, że nie są normalną rodziną.

Brooke  nie  wiedziała,  kiedy  zdradził  ją  po  raz  pierwszy.  Była  jednak  tego 

pewna.

Koniec nastąpił w dniu szóstej rocznicy ślubu. Peter wrócił do domu późno, 

lekko  wstawiony.  Spytała  go,  gdzie  był,  na  co  odpowiedział  jej  z  bezczelną 
szczerością.

„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć dlaczego? Bo jestem mężczyzną, a ty 

nie możesz mi dać tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz dać mi syna i nie potrafisz 
dać mi satysfakcji w łóżku! Jesteś nie tylko bezpłodna, ale także oziębła!”

Ten wieczór, a także rozwód, który nastąpił wkrótce, załamały Brooke. Lecz 

w ciągu ostatniego roku udało jej się pozbierać. Przyjazd do Bostonu, choć trochę 
się  go  obawiała,  miał  być  dla  niej  zmianą  na  lepsze.  Tak  było  do  chwili,  kiedy 
usłyszała  tę niepokojącą muzykę. I  poznała tego przystojnego faceta. I  wzięła do 
ręki tę przeklętą…

Dźwięk dzwonka do drzwi oderwał Brooke od rozpamiętywania przeszłości.

- Brooke? - spytał męski głos. Kolejny dzwonek.

- Brooke?

- Tak… już otwieram - zawołała.

background image

Brooke rzuciła okiem na swe odbicie w lustrze i wyszła i łazienki. Gdy szła, 

obcasy  wieczorowych  sandałów  zastukały  o  podłogę.  Aby  się  uspokoić, 
zaczerpnęła głęboko powietrza, po czym otworzyła drzwi.

Sądziła,  że  ujrzy  ucywilizowaną  postać  nocnego  znajomego,  a  tymczasem 

ujrzała wytwornego mężczyznę w garniturze od Savile Row z olbrzymim bukietem 
kwiatów.

- Meade? - spytała zaskoczona.

- Czyżbym  wczoraj  zachowywał  się  aż  tak  nieokrzesanie? -  Meade  uniósł 

brwi.

-  Nieokrzesanie?  -  powtórzyła  Brooke, próbując  zapanować nad  emocjami. 

Nie  było  to  takie  proste.  - Nie,  nie!  Oczywiście,  nie.  Tylko,  tylko  ty... po  prostu 
inaczej wyglądasz. 

Rzeczywiście  inaczej,  pomyślała.  Jego  zbyt  długie,  ciemne  włosy  zostały 

starannie  ostrzyżone.  Wyglądał  inaczej,  jak  kandydat  na  okładkę  pisma  dla 
biznesmenów, a nie jak ktoś, co większość ostatniego roku spędził w dżungli!

Meade  uśmiechnął się, odsłaniając  swe  białe  zęby,  kontrastujące  z  opaloną 

na brąz skórą.

- Ty także wyglądasz inaczej, Brooke - powiedział cicho, przyglądając jej się 

błyszczącymi, błękitnymi oczami.

Miała  na  sobie  prostą  koktajlową  sukienkę,  uszytą  z  lejącej  się  bladożółtej 

tkaniny.  Blond  włosy  upięła  w  kok,  uszach  i  na  szyi  lśniły  perły.  Całość  była 
niezwykle elegancka. Mimo to Meade miał wrażenie, że Brooke wygląda tak samo 
prowokująco, jak w stroju, który pamiętał z ich pierwszego spotkania.

Brooke poruszyła się nieznacznie, przesuwając palcami po sznurze pereł na 

szyi. Była pod wrażeniem tego nowego obrazu Meade’a.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić? - spytała po chwili krępującego milczenia.

Meade  uśmiechem  dał  jej  do  zrozumienia,  że  pytanie  zostało  zręcznie 

sformułowane.

- Cóż, po pierwsze możesz przyjąć to! - odparł.

„To”  oznaczało kwiaty, które  trzymał  w  ręku.  Podał  je Brooke, wykonując 

przy tym lekki ukłon.

background image

- Ale... ale dlaczego? - spytała, wyciągając dłoń po bukiet. - Nie rozumiem.

- Jako podziękowanie za pocztę i przeprosiny za muzykę.

- Och, nie... - zaprotestowała.

- Proszę - przerwał jej, podnosząc rękę. - Nie mów mi, że nie powinienem 

tego robić.

- Bo nie musiałeś - odrzekła szybko. - To było niepotrzebne, ale bardzo miłe. 

Nie musiałeś- powtórzyła stanowczo, po czym jej twarz rozjaśnił radosny uśmiech. 
Spojrzała na wspaniały bukiet, następnie na Meade’a. - Ale cieszę się. Dziękuję.

- Drobiazg.

- Powinnam  włożyć  je  do  wody  -  powiedziała,  zastanawiając  się,  czy  nie 

wpatruje  się  zbyt  natrętnie  w  Meade’a.  Urok  jego  błękitnych  oczu  był 
zniewalający. - Czy masz ochotę wstąpić na parę minut?

- Chętnie.

- Albo nie... właściwie to wychodzę.

- Nie ma problemu. Ja także.

- Och - Brooke odwróciła się, czując niepokój. A więc taki był powód jego 

niezwykłego przeobrażenia. Wychodził.

- Brooke - zaczął Meade, po czym przerwał, spoglądając na dekolt z tyłu jej 

sukni.  Rozcięcie  sięgało  łopatek.  Ten  widok,  a  także  bezbronność  jej  odkrytego 
karku sprawiły, że poczuł, jak robi mu się gorąco.

- Tak? - spytała Brooke, obracając się do niego.

W czasie  godzin,  które  upłynęły  od  ich  pierwszego  spotkania,  Meade 

usiłował  sobie  wytłumaczyć,  że  wrażenie,  jakie  wywarła  na  nim  Brooke, 
spowodowane było trwającą prawie rok abstynencją seksualną. Od czasu wyjazdu z 
Bostonu  nie  był  z  żadną  kobietą,  była  to  sprawa  wyboru  a  nie  braku  okazji.  To 
zrozumiałe, że przy spotkaniu z każdą atrakcyjną kobietą powinien zareagować w 
taki sposób. 

Niekonsekwencją  tego  rozumowania  było  to,  że  po  powrocie  wstąpił  na 

chwilę  do  swego  biura  na  uniwersytecie.  Spotkał  tam  niezwykle  ponętną  swoją 
byłą studentkę. Jej widok nie wzbudził w nim żadnej reakcji. Nawet gdy dała mu 
jasno  do  zrozumienia,  że  gdyby  tylko  zechciał,  to  ona  byłaby  chętna,  nie  czuł 

background image

nawet cienia pożądania.

- Meade? - spytała niepewnie Brooke. - Czy coś jest nie tak?

Jej  spojrzenie  wywołało  w  nim  dziwny  dreszcz.  Wyglądał  - niemalże  na... 

zagniewanego.

- Coś  nie  tak?  -  powtórzył.  Przeczesał  palcami  włosy,  przeklinając  się  w 

duchu za swój brak opanowania. - Nie, wszystko jest w porządku. Jestem tylko... 
tylko - wzruszył ramionami. - To nic takiego.

- Jesteś pewien? - zmarszczyła czoło. Poczuła, że pragnie go dotknąć. Ukoić 

to, co go gnębi, cokolwiek to jest. Brooke nie wierzyła w siebie.

- Całkowicie - Meade zdobył się na beztroski uśmiech.

- Cóż, może mogłabym coś ci zaproponować?

„Na przykład wrzucić mi do spodni wiadro lodu?” - odparł w duchu.

- Nie, dziękuję - powiedział głośno. - Proszę, Brooke, zajmij się kwiatami.

-  Dobrze  -  zgodziła  się  po  chwili.  -  Może  usiądziesz?  Za minutę  będę  z 

powrotem.

Nie było jej trzy lub cztery minuty, lecz Meade nie protestował. Połowę tego 

czasu  spędził  na  uspokajaniu  swoich  zmysłów,  a  resztę  na  rozglądaniu  się  po 
salonie. Pokój urządzony był w angielskim, wiejskim stylu, świadczącym o dobrym 
smaku gospodyni. Kolorystyka - krem, złoto i zieleń - była delikatna i spokojna. W 
pokoju panował ład, czego  można się  było domyślać po  sposobie, w jaki Brooke 
zajęła się pocztą. Meade czuł, że był to dom, a nie tylko wynajęte na pewien czas 
mieszkanie.

-  Meade,  one  są  takie  piękne  -  powiedziała  Brooke,  wracając  do  pokoju. 

Ułożyła  kwiaty  w  prostym,  owalnym  wazonie  ze  szkła,  który  ustawiła  nad 
kominkiem. - A jak pachną! - zanurzyła nos w aksamitnych płatkach.

W sposobie, w jaki traktowała bukiet, było coś zmysłowego. Meade, czując 

narastające napięcie, szybko zmienił temat.

- Ładnie się tu urządziłaś - powiedział, siadając w fotelu przy kominku.

Brooke zwróciła się z uśmiechem w jego stronę.

- Dziękuję - powiedziała. -  To  mieszkanie  jest  przepiękne  -  wykonała  gest 

ręką. - Zakochałam się w nim, gdy weszłam tu po raz pierwszy.

background image

- Daniel też o tym wspominał.

- Pan Quincy? - Brooke była zdziwiona. - Kiedy z nim rozmawiałeś?

Daniel  Quincy  dowiedział  się  o  powrocie  Meade’a  dopiero  dziś  rano, 

właśnie od niej. Nie mówił nic, co...

- Wstąpiłem  do  WIWE  kilka  minut  po  piątej  -  odpowie  dział  Meade.  -

Miałem nadzieję, że cię zastanę, ale już wy szłaś. Skończyło się na wypiciu kilku 
drinków z Danielem.

Daniel  był  bardziej  hojny w  serwowaniu  maltańskiej  whisky  z  prywatnych 

zapasów,  niż  w  informacjach  o  swej  asystentce.  Meade  zdobył  zaledwie  dwie 
informacje od starszego pana - to, że małżeństwo Brooke trwało sześć lat, i to, że 
jej życie towarzyskie nie było intensywne.

Meade  miał  wrażenie,  że  dowiedział  się  więcej  o  Brooke  Lvingstone  w 

czasie ich pierwszego spotkania, niż Daniel Quincy w ciągu siedmiu miesięcy.

- Rozumiem - odrzekła wolno Brooke, siadając na sofie na wprost kominka. 

Nie było nic dziwnego w tym, że jej nazwisko padło podczas rozmowy gospodarza 
z  pracodawcą.  Natomiast  nie  było  dla  niej  zrozumiałe,  dlaczego  Meade  swe 
pierwsze kroki skierował właśnie do Instytutu.

- Powiedziałeś, że pojechałeś do Instytutu, żeby zobaczyć się ze mną, nie z 

panem Quincy? - spytała.

- Chciałem zaprosić cię na kolację.

Brooke otworzyła szerzej oczy i poczuła, że się rumieni.

- Na kolację? Dzisiaj?

- Taki miałem zamiar, dopóki nie dowiedziałem się od Daniela, że jesteś dziś 

wieczorem zajęta. Obowiązki służbowe.

- Masz  na  myśli  przyjęcie  u  Amandy  Wilding?  -  spytała  rozbawiona. 

Sformułowanie  „obowiązki  służbowe”  było  wyjątkowo  trafne,  lecz  nie  powinna 
żartować z kobiety, która przekazała milion dolarów na rzecz WIWE.

- Dokładnie - potwierdził Meade i pochylił się nieco. - To spowodowało, że 

musiałem zmienić mój początkowy plan. Czy masz coś przeciw temu, żebym był 
twoją eskortą?

-  Eskortą…!?  Meade!  Masz  zamiar  wedrzeć  się  na  przyjęcie  u  Amandy 

background image

Wilding?

Krążyły plotki, że taka próba została już raz w przeszłości podjęta. Nie było 

jednak  do  końca  wiadomo,  czy  nieproszony  gość  został  zneutralizowany  przez 
jakieś pozaziemskie siły, czy też po prostu aresztowany pod zarzutem włamania.

Meade roześmiał się szelmowsko.

- Co?  Miałbym  ryzykować,  że  zostanę  zawleczony  do  więzienia  czy 

zamieniony w słup soli? - zażartował.

- A więc jak...

- Nie  muszę  się  tam  wdzierać.  Po  rozmowie  z  Danielem zadzwoniłem  do 

Amandy  i  powiedziałem  jej,  że  wróciłem  już  z  brazylijskiej  dżungli  i  tęsknię  za 
jakąś imprezą.

- I  co  ona  na  to?  -  Jego  słowa  brzmiały  niedorzecznie. A  mimo  to  Brooke 

była przekonana, że tak właśnie było.

- Och, powiedziała, że wątpi, by jej przyjęcie było imprezą, w czasie której 

mógłbym się zabawić tak, jak tego pragnę, ale żebym mimo to wpadł.

Brooke roześmiała się.

- Mówisz poważnie? - spytała.

Meade skinął głową, ciesząc się na widok iskierek rozbawienia, tańczących 

w zielonych oczach dziewczyny.

- Mniej więcej. Słuchaj, chodzę na te przyjęcia od czasu studiów. One są jak 

marzenie  antropologa.  Czysty  rytuał  plemienny.  A  poza  tym  naprawdę  lubię 
Amandę Wilding. Poznaliśmy się dzięki profesorowi Browningowi. Miał zwyczaj 
mówić,  że  gdyby  Amanda  urodziła  się  w  innej  epoce,  zostałaby  królową  lub 
księżną.

-  A  ja  spotkałam  się  z  opinią,  że  gdyby  urodziła  się  w  innym  stuleciu, 

spalono by ją na stosie jako czarownicę.

- Tak. Ci ludzie są towarzystwem wzajemnej adoracji, które czasem zaczyna 

prowadzić między sobą otwartą wojnę - przyznał kwaśno Meade. - Ale wracając do 
mojej  propozycji:  czy  uczynisz  mi  ten  zaszczyt  i  pozwolisz  mi  być  dziś  twoją 
eskortą?  Nie  musisz  się  obawiać.  W  przeciwieństwie  do  wrażenia,  jakie  mogłaś 
odnieść dziś rano, potrafię zachowywać się w towarzystwie.

background image

- Nie  rozumiem - powiedziała po chwili Brooke, szczerze zaskoczona tym, 

co przed chwilą usłyszała. Dwa ostatnie zdania zabrzmiały niemal żartobliwie.

- Mam na myśli to, w jaki sposób opuściłaś moje mieszkanie... - zaczął.

W  głowie  Brooke  zabłysło  czerwone  światełko  alarmu.  Boże!  Była 

całkowicie  pewna,  że  udało  się  jej  ukryć  niepokój,  jakiego  doznała,  podnosząc 
figurkę  płodności.  Odłożyła  tę  rzecz  spokojnie  i  ostrożnie,  nie  upuszczając  na 
podłogę. I odczekała dobre pięć minut, zanim przeprosiła i wyszła, zamiast uciec w 
panice z mieszkania Meade’a.

-  Myślisz,  że  to  z  twego  powodu?  -  spytała.  Trochę  ją  deprymowało,  że 

zauważył jej zdenerwowanie i zmieszanie, nawet jeśli błędnie je sobie tłumaczył. 

Meade wstał i przesunął dłonią po szyi.

-  Mam  zwyczaj  szybko  wracać  do  normalności  -  przyznał  po  kilku 

sekundach.  - Czasem  trochę  trwa,  zanim  przypominam  sobie  dobre  maniery.  -
Spojrzał  na  nią.  -  Jeśli  uczyniłem  cokolwiek...  powiedziałem  cokolwiek...  -
rozpostarł bezradnie ramiona.

- Nie, nie. - Brooke potrząsnęła przecząco głową. - To nie chodzi o to, że coś 

powiedziałeś  lub  zrobiłeś.  Naprawdę  -  przerwała,  zastanawiając  się  nad 
przekonującym wyjaśnieniem. Nie  mogła… nie chciała powiedzieć mu prawdy. -
Po prostu nagle poczułam, że jestem okropnie zmęczona i musiałam się położyć -
dokończyła. - Przykro mi, jeśli odniosłeś wrażenie, że byłam nieuprzejma. 

-  Nie  byłaś.  -  Meade  nie  był  pewien,  jakie  odniósł  wrażenie…  i  dlaczego. 

Ale miał zamiar poznać przyczyny. 

Brooke wstała, pragnąc zakończyć już temat. 

- Może wypiłam zbyt wiele wina? - zastanowiła się, poprawiając sukienkę.

Może, lecz Meade miał co do tego poważne wątpliwości. Widział, jak wypiła 

cztery, może pięć łyków chardonnay. 

- Jesteś pewna,  że nie powiedziałem ani  nie zrobiłem nic  go, co mogło cię 

urazić? - nalegał. 

- Całkowicie.

Przez kilka następnych sekund Meade wpatrywał się delikatną twarz Brooke. 

Dziewczyna przechyliła lekko głowę, spokojnie wytrzymując jego spojrzenie. 

background image

W  swym  życiu  Meade  nauczył  się  wielu  rzeczy.  Wiedział,  kiedy  należy 

nalegać,  a  kiedy  być  cierpliwym.  Teraz  czuł  instynktownie,  że  powinien  być 
cierpliwy.

-  Cóż,  w  takim  razie  -  powiedział  wreszcie  -  czy  zechcesz  pójść  razem  ze 

mną na przyjęcie do Amanda Wilding?

- Tak - odparła po prostu Brooke.

Półtorej godziny później Brooke stała samotnie, obserwując zgromadzonych 

ludzi. Meade miał rację. To był czysty rytuał plemienny. Spojrzała w przeciwległy 
kraniec  pokój  gdzie  Meade  zajęty  był  rozmową  z  Amandą  Janaway  Wilding. 
Siwowłosa  starsza  pani  zagarnęła  go  jakieś  dwadzieścia  minut  temu.  Wygłosiła 
przy  tym  dość  złośliwą  uwagi  twierdząc,  że  jak  na  kogoś,  kto  spędził  osiem 
miesięcy  w  dżungli,  Meade  wygląda  nadspodziewanie  korzystnie.  Zareagował 
natychmiast, przepraszając za to, że wszystkie swoje przepaski na biodra oddał do 
pralni  chemicznej.  Po  tym  wyjaśnieniu  groźna  dama  z  szacownego  bostońskiego
rodu zaśmiała się głośno. Następnie, po wygłoszeniu kilku uprzejmych uwag pod 
adresem Brooke, uprowadziła Meade’a ze sobą.

Brooke  zdawała  sobie  sprawę,  że  wiele  osób  uważało  Amandę  Wilding  za 

osobę apodyktyczną. Za każdym razie gdy starsza pani wykonywała swoje władcze 
rundy  po  Instytucie,  dziewczyna  sama  czuła  nieodpartą  potrzebę  złożenia
dworskiego  ukłonu.  Meade  zaś...  Cóż,  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  aby 
ktokolwiek mógł go onieśmielić.

Potrafiła  jednak  wyobrazić  go  sobie  w  przepasce  na  biodrach.  Obraz  ten 

wywołał  w  niej  silne  podniecenie.  Brooke  zacisnęła  palce  wokół  wysmukłej, 
kryształowej nóżki kieliszka. Zaczerpnęła głęboko powietrza i zamknęła na chwilę
oczy, próbując odpędzić tę wizję.

- A  więc  -  zabrzmiał  tuż  za  nią  cichy,  niski  głos  -  poznałaś  wreszcie 

O’Malleya. I co o nim sądzisz?

Brooke otworzyła szeroko oczy.

-  Jazz!  -  wykrzyknęła,  odwracając  się  w  kierunku  kobiety,  z  którą 

zaprzyjaźniła się zaledwie sześć miesięcy temu. - Co... Nie sądziłam, że cię tu dziś 

background image

spotkam!

Jazz  O’Leary  Wilding  uśmiechała  się  szeroko.  Jej  olbrzymie  szare  oczy 

zalśniły radośnie.

-  Cóż,  oczekiwana  czy nie,  jestem tutaj  i  nie  sposób  mnie  nie  zauważyć. -

Kpiącym,  lecz  niezmiernie  czułym  spojrzeniem  zerknęła  w  dół.  Była  w 
zaawansowanej ciąży. 

Przez  moment  Brooke  poczuła  przypływ  znajomych  uczuć.  Smutek... 

zazdrość... złość. Oczywiście, że cieszyła się razem z Jazz. Przez ostatnie miesiące 
w  pewien  sposób  uczestniczyła  w  radości  przyjaciółki.  Mimo  to,  gdzieś  w  głębi 
duszy, słyszała wciąż powtarzające się pytanie: „Dlaczego to nie ja?”

- Czy… czy Ethan jest tu z tobą? - spytała szybko, szukając wzrokiem męża 

Jazz, wysokiego, dystyngowanego bankiera.

Nie  chciała,  aby  jej  twarz  zdradziła  to,  co  tak  bardzo  starała  się  ukryć.  Jej 

przyjaciółka  - jak  Brooke  przekonała  się  już  niejednokrotnie  -  była  niezmiernie 
wrażliwa na cierpienia innych ludzi.

Brooke  poznała  Ethana  w  biurze  Daniela  Quincy,  załatwiając  formalności 

związane  z  hojną  darowizną  Amandy  Wilding  na  rzecz  Instytutu.  W  czasie 
prowadzonej rozmowy Brooke wspomniała, gdzie mieszka. Ethan odpowiedział, że 
zna dobrze zarówno dom, jak i właściciela, Meade’a O’Malleya. 

Jazz potrząsnęła głową, jej rudozłota czupryna loków zawirowała.

- Ethan jest w Kalifornii. W przerwach pomiędzy rozmowami telefonicznymi 

z  moim  ginekologiem  negocjuje  z  Japończykami  warunki  utworzenia  nowego 
konsorcjum  inwestycyjnego  -  jej  twarz  przybrała  figlarny  wyraz.  -  Szczerze
mówiąc, cieszę się, że coś poza dzieckiem go interesuje. Zawsze sądziłam, że będę 
szczęśliwa, jak ktoś otoczy mnie troską. Ale Ethan tak przesadza, że doprowadza 
mnie do szału!

- On się o ciebie niepokoi, Jazz - odrzekła Brooke. - To jest… to normalne.

- I  ja  go  za  to  kocham  -  przyznała  rudowłosa,  wygładzając  delikatnie 

turkusowy  jedwab  sukienki  opinającej  brzuch.  -  Wciąż  jednak  muszę  mu 
przypominać, że jestem silniejsza niż... och! - nagle wstrzymała oddech.

- Jazz?

- Ach... przepraszam - Jazz oddychała nierówno, jakby chciała się roześmiać.

background image

- Dobrze się czujesz? Dziecko ma się wkrótce urodzić…

- Dopiero za dwa tygodnie. Nic... nic mi nie jest. To tylko. .. to naprawdę nic 

takiego.

- Może powinnaś usiąść - zaproponowała Brooke.

- Chyba tak - zgodziła się Jazz.

Brooke odstawiła kieliszek i poprowadziła przyjaciółkę do kanapy, stojącej 

we  względnie  cichym  końcu  salonu.  Przeciskanie  się  przez  tłum  nie  było  rzeczą 
prostą, podobnie jak usadowienie Jazz.

- O, Boże - westchnęła żartobliwie Jazz. - Czuję się jak wieloryb wyrzucony 

na plażę! - Ostrożnie poprawiła się.

- Czy  jest  coś,  co  mogłabym  zrobić?  -  spytała  Brooke,  widząc  bladość  na 

twarzy Jazz. Usiadła obok.

- Nie... nie - zapewniła ją Jazz. Oddychała przez nos, wypuszczając następnie 

wolno powietrze. - Mam... Nic mi nie jest, naprawdę. A więc, mów. Kiedy Meade 
wrócił?

-  Wczoraj  wieczorem  -  automatycznie  odparła  Brooke,  przyglądając  się  z 

troską przyjaciółce. - Przyleciał z... czekaj! Skąd wiesz, że wrócił?

- Widziałam was razem, kiedy wturlałam się tu przed chwilą. Zamierzałam 

właśnie podejść do was i przywitać się, kiedy Amanda na mnie napadła.

- Ach  -  Brooke  mimowolnie  spojrzała  w  miejsce,  gdzie  ostatnio  widziała 

Meade’a. Zauważyła go natychmiast.

Teraz,  gdy  upłynęło  trochę  czasu,  odniosła  wrażenie,  że  zmiany  dotyczyły 

tylko  jego powierzchowności.  Mimo  pewnej  łagodności  w  zachowaniu  i  ubiorze, 
było w nim coś  bardzo... żywiołowego. Pasował do otoczenia, a jednak był inny. 
Jego wysoka, atletyczna sylwetka emanowała energią i czujnością.

-  To  dziwne  -  zastanawiała  się  Jazz  -  sądziłam,  że  Meade  miał  wrócić 

dopiero w sierpniu.

- Tak miało być - odparła Brooke, wpatrzona wciąż w przeciwległy kraniec 

pokoju. - Ale skończył swoje badała wcześniej, niż zakładał.

Przez chwilę rozmawiały o pobycie Meade’a w Amazonii.

- Hm... Cóż, Ethan twierdził zawsze, że Meade jest szybki.

background image

Brooke spojrzała ostro na przyjaciółkę.

- Co masz na myśli? - spytała, rumieniąc się nieznacznie.

- Cóż, po pierwsze zrobił magisterium w ciągu zaledwie trzech lat - zaśmiała 

się Jazz. Przechyliła głowę, jej oczy zalśniły. - A co, według ciebie, mogłam mieć 
na myśli? - spytała niewinnie.

- Nic… nic - Brooke przesunęła palcami po sznurze pereł, czując się trochę 

zażenowana.

-  Tak,  jasne.  No,  Brooke,  od  miesięcy  słuchałaś  opowieści  o  bostońskim 

wcieleniu Indiany Jonesa. Teraz, gdy go już zobaczyłaś, co o nim sądzisz?

Po  dziesięciu  minutach,  gdy  Meade  do  nich  dołączył,  obie  kobiety 

zaśmiewały się „niezwykle dyskretnie”. Przypominało to chichoty, które przed laty 
słyszał u sióstr bliźniaczek.

- No, no, no, pani Wilding - przerwał im, przypatrując się z nieukrywanym 

zainteresowaniem figurze  Jazz - nawet nie  muszę  pytać, co  robiłaś przez ostatnie 
osiem miesięcy.

- Meade!  -  wykrzyknęła  radośnie  Jazz,  patrząc  na  niego  z uśmiechem.  -

Chętnie bym  wstała i  uściskała cię,  ale nie  ma  w  pobliżu  dźwigu,  który by  mnie 
podniósł…

- Nie ma problemu - Meade pochylił się i ucałował ją w oba policzki. Jego 

przyjaźń z  Ethanem  Wildingiem trwała od  czasów college’u, natomiast Jazz  znał 
krócej. Darzył ją jednak niekłamanym podziwem. Wyprostował się, potrząsając z 
szacunkiem głową. - Mój Boże, Jazz - powiedział miękko. - Wyglądasz…

-  Monstrualnie?  Kolosalnie?  -  podpowiedziała  kokieteryjnie.  -  Tak  jakbym 

odżywiała się za dwanaścioro?

- Chciałem  powiedzieć,  pięknie  -  uśmiechnął  się  Meade.  I,  mimo  że  Jazz 

zignorowała to określenie, Brooke wiedziała, że Meade mówił szczerą prawdę.

background image

Kilka  godzin  później Brooke  oceniła,  że spędzili  w  trójkę  jakieś piętnaście 

minut. W pewnym momencie Jazz przeprosiła ich i wyszła do toalety. Wprawdzie 
przy  wstawaniu  wsparła  się  na  ramieniu  Meade’a,  lecz  na  propozycję  pomocy 
potrząsnęła przecząco głową.

Jednocześnie  pojawił  się  przy  nich  jakiś  brodaty  nieznajomy,  który  zaczął 

ściskać  Meade’a  tak  czule,  jakby  ten  był  jego  dawno  nie  widzianym  synem. 
Dostrzegając rezerwę w zachowaniu Meade’a, Brooke domyśliła się, że traktuje on 
brodacza  jak dalekiego  kuzyna, z którym wolałby się  nie  spotykać.  W trakcie  tej 
sceny  Brooke  zagadnęła  jedna  z  licznych  przyjaciółek  Daniela  Quincy.  Okazało 
się,  że  pisze  książkę,  i  była  ciekawa  szczegółów  przygotowań  do  jej  opub-
likowania.

Wreszcie  ta  sama  fala  ludzi,  która  najpierw  rozdzieliła  Brooke  i  Meade’a, 

złączyła ich ponownie.

- Proszę  -  powiedział  Meade,  zdejmując  dwa  kieliszki  szampana  z 

błyszczącej, srebrnej tacy trzymanej przez kelnera. Jeden podał Brooke. - Pewnie 
potrzebujesz tego tak samo jak ja.

Brooke  podziękowała  uśmiechem  i  wypiła  łyk  musującego  napoju. 

Rozejrzała się wokół i zauważyła, że tłum gości zaczął się przerzedzać. Pomyślała, 
że Meade być może chciałby…

Meade wydał się czytać w jej myślach.

-  Jestem  gotów  do  wyjścia,  o  ile  tobie  to  też  odpowiada -  powiedział, 

wypijając duży łyk szampana.

- Umie pan czytać w myślach, doktorze O’Malley? - spytała swobodnie.

- Tylko  niektórych  i  dotyczących  pewnych  tematów,  pani  Livingstone  -

odparł. Pragnąłby bardzo dowiedzieć się, o czym myślała kilka minut wcześniej, w 
czasie rozmowy z przystojnym facetem, który nosił krawat znanego uniwersytetu.

- A więc?

- Myślę, że wyjście stąd to doskonały pomysł - odpowiedziała uczciwie, po 

czym zamarła, przypominając sobie o czymś. - Kiedy ostatnio widziałeś Jazz?

- Nie  widziałem  jej  od  chwili,  gdy  poszła  do  toalety - potrząsnął  głową 

background image

Meade.

- Ja też nie widziałam jej od tamtej pory.

- Może  postanowiła  wrócić  do  domu.  Wydawało  mi  się,  że  była  już 

zmęczona.

- Jestem pewna, że przed wyjściem pożegnałaby się z nami.

- Jest  tylko  jeden  sposób,  aby  się  o  tym  przekonać  -  powiedział  Meade, 

odstawiając swój kieliszek.

- Tak, oczywiście, doktorze O’Malley - odpowiedział lokaj Amandy. - Mam 

wrażenie,  że  widziałem  młodą  panią  Wilding  wchodzącą  do  gabinetu  jakieś 
dwadzieścia minut temu. Mówiła coś na temat telefonu do Kalifornii.

Drzwi do gabinetu były zamknięte. Meade spojrzał na Brooke i zastukał dwa 

razy, następnie zaczął kręcić rzeźbioną w brązie gałką.

- Jazz? - spytał cicho, otwierając drzwi.

Jazz  siedziała  przy  masywnym,  mahoniowym  biurku.  Ściskała  kurczowo 

słuchawkę  telefonu,  a  drugą  rękę  przyłożyła  płasko  do  brzucha.  Jej  twarz  była 
blada jak ściana.

-  Dzwoniłam  do  Ethana,  aby  wracał  jak  najprędzej  do domu.  Czuję,  że 

dziecko  się  wkrótce  urodzi  -  powiedziała półprzytomnie.  -  Ale  tam  jest  straszna 
burza, lotnisko jest zamknięte, a on uwięziony w San Francisco.

Meade i Brooke spojrzeli na siebie, odzywając się jednocześnie:

- Jazz…

- Jazz...

Jazz otworzyła szerzej swe szare oczy.

- Pomocy... - jęknęła.

background image

- Jak... jak długo? - spytała Jazz.

Meade wziął do ręki zwilżoną tkaninę, którą przykładał do spoconego czoła 

rodzącej. Przez moment czuł pokusę starcia potu z własnej twarzy. Miał wrażenie, 
jakby  w  czasie  ostatnich  siedmiu  godzin  wypocił  z  siebie  przynajmniej  pięć 
kilogramów.

- Trochę  ponad  dwie  godziny  -  odpowiedział  uspokajająco,  patrząc  na 

wiszący  na  ścianie  zegar.  Dochodziła  siódma  rano.  W  myśli  podziękował 
niebiosom za zmianę pogody, która umożliwiła start prywatnego samolotu Ethana z 
lotniska w San Francisco. Powinien dolecieć do Bostonu pięć minut po dziewiątej. 
Wszystko wskazywało na to, że zdąży, zanim żona urodzi ich pierwsze dziecko.

- Trochę  ponad  dwie  godziny?  -  powtórzyła  przerażonym  głosem  Jazz,  jej 

rozszerzone  tęczówki  przybrały  barwę  zachmurzonego  nieba.  -  To  znaczy,  że 
poród trwa dopiero dwie godziny? - Przy dwóch ostatnich słowach podniosła głos, 
a ciałem wstrząsnął dreszcz.

- Ależ  nie,  Jazz  -  uspokajała  ją  Brooke,  pochylając  się,  aby  pogładzić 

wilgotne  włosy  przyjaciółki.  -  Meade  myślał,  że  pytasz  o  to,  kiedy  przyjedzie 
Ethan.

- Tak myślał? 

Brooke skinęła głową.

- Wszystko przebiega doskonale, Jazz.

Jazz odetchnęła głęboko, wypuszczając partiami powietrze.

-  Och...  dzięki  Bogu  -  westchnęła,  odprężając  się  w  widoczny  sposób. 

Zamknęła na moment oczy.

Brooke spojrzała pytająco na Meade’a. Odwzajemnił się ciepłym uśmiechem 

i  kiwając  lekko  głowa,  ułożył  wargi  w  kształt  słowa  „dziękuję”.  Poczuła,  jak  jej 
usta układają się do odpowiedzi na to nie wypowiedziane podziękowanie.

Początkowo  Brooke  sądziła,  że  nie  będzie  w  stanie  spełnić  prośby  Jazz. 

background image

Przebrała się w jałowy fartuch, wypełniła wszystkie polecenia personelu szpitala i 
powiedziała  sobie,  że  jest  gotowa.  Jednak  po  otwarciu  drzwi  do  sali  porodowej,
gdzie umieszczono Jazz, chciała się wycofać.

Coś czego Brooke nie potrafiła nazwać, dodało jej siły, by przekroczyć próg 

i zaproponować wszelką pomoc, na jaką tylko było ją stać.

Jazz jęczała, oddychając głośno przez nos.

- Świetnie, Jazz, znakomicie - dodawał jej otuchy Meade. W miarę upływu 

czasu  Brooke  zauważyła  zmianę  w  sposobie,  w  jaki  wypowiadał  słowa.  Mówił 
teraz 

uspokajająco, 

prawie 

zmysłowo, 

głosem 

matowym, 

niemalże 

hipnotyzującym, a mimo to pełnym siły. - Nie walcz ze skurczami, poddaj się im. 
Świetnie.  Wiem,  że  to  boli,  ale  doskonale  sobie  radzisz.  Naprawdę  doskonale. 
Dobrze,  już  po  szczycie.  Teraz  się  odpręż,  zrelaksuj,  Tak,  jak  to  wcześniej
ćwiczyłaś… o, właśnie tak.

Jazz wypuściła ustami powietrze.

- Ten  już  minął  -  wykrztusiła  - jeszcze  tylko  sześćdziesiąt  milionów  do 

końca.

- Nie więcej niż pięćdziesiąt dziewięć milionów, obiecuję - zaśmiał się.

-  Świetnie  sobie  radzisz,  Jazz  -  powiedziała  czule  Brooke.  Widząc  jak 

rodząca  przełyka  ślinę,  podała  jej  kostkę  lodu,  wyjętą  z  naczynia  stojącego  na 
stoliku przy łóżku. Jazz zaczęła ssać z widoczną ulgą.

- Hm...

- Lepiej? - spytała miękko Brooke.

- Hm... - skinęła głową rudowłosa. Uniosła się lekko. - Jak dobrze.

„Lepiej  niż  dobrze  -  pomyślał  Meade,  obserwując  Brooke  spełniającą  nie 

wypowiedziane prośby Jazz. - Znacznie lepiej”.

Pamiętał strach na twarzy Brooke, gdy wchodziła do sali porodowej. Przez 

moment  myślał,  że  przyczyną  było  zwykłe  zdenerwowanie.  On  sam,  na  myśl  o 
tym,  co  ich  czekało,  czuł,  jak  żołądek  podjeżdża  mu  do  gardła.  Zdenerwowanie 
Brooke wynikało z czegoś zupełnie innego, znacznie bardziej osobistego. Pamiętał, 
jak  otworzył  usta,  chcąc  coś  powiedzieć.  Lecz  zanim  zaczął  mówić,  zobaczył 
zmianę  zachodzącą  w  twarzy  Brooke,  tak  jakby  siłą  woli  oddalała  od  siebie 
wszelkie  obawy.  Skinęła  mu  spokojnie  głową  i  uśmiechnęła  się  uspokajająco  do 

background image

Jazz.

- Och... aaa - wydawało się, że Jazz usiłuje wciągnąć do płuc całe powietrze 

znajdujące się w sali.

- Dobrze,  dobrze  -  Meade  zareagował  natychmiast,  dodając  jej  otuchy 

cichym  głosem.  Tę  technikę,  widząc  jej  zadziwiającą skuteczność,  przejął  kiedyś 
od plemiennego szamana. Wpatrując się w twarz Jazz, pochylił się, aby zgodnie z 
zaleceniem  pielęgniarki  pomasować  brzuch  rodzącej.  Jego  dłoń  napotkała  rękę 
Brooke.  Dotknięcie  palców  Meade’a  sprawiło,  że  na  moment  zacisnęła  dłoń. 
Trwało  to  sekundę  i  zaczęła,  zgodnie  z  wcześniejszym  zamiarem,  uciskać  deli-
katnie  brzuch  Jazz.  Meade  nie  cofnął  dłoni  i  masowali  razem,  pomagając  Jazz 
znieść kolejny skurcz.

A potem kolejny...

I kolejny...

Po pewnym czasie Brooke przestała zdawać sobie sprawę, gdzie kończy się 

jej rola, a zaczyna Meade’a. Wydawało się jej, że wszystko robili razem.

- To... boli - krzyknęła Jazz, usiłując wstrzymać od dech.

Brooke  zacisnęła  wargi  i  spojrzała  na  ścienny  zegar.  Było  dziesięć  po 

dziewiątej.  Meade  wyszedł  kilka  minut  wcześniej.  W  drzwiach  minął  się  z 
pielęgniarką,  która  zbadała  rodzącą  i  wyszła,  informując,  że  poród  przebiega 
prawidłowo i że lekarz zjawi się wkrótce.

- Świetnie sobie radzisz, Jazz - powiedziała Brooke, próbując naśladować ton 

głosu,  jakim  przez  ostatnie  godziny  przemawiał  Meade.  -  Wiem,  że  ci  ciężko... 
wiem,  że  to  boli.  Ale  pamiętasz,  co  mówiła  pielęgniarka?  Im  silniejsze  skurcze, 
tym prędzej dziecko się urodzi.

- Nie wcześniej... niż Ethan...

- Nie, nie. Już jedzie. Zaraz tu będzie. 

Brooke  przetarła  czoło  wierzchem  dłoni.  Czuła  ogarniające  ją  znużenie  i 

niepokój. Widziała, że skurcze są coraz intensywniejsze, a Jazz, w miarę nasilania 
się bólu, stawała się coraz bardziej niespokojna.

Dobrze,  że  przynajmniej  dźwięk  z  monitora,  do  którego  podłączono  Jazz, 

wskazywał  na  silne,  zdrowe  bicie  serca  dziecka.  Wcześniej  odgłos  pracy 
urządzenia  doprowadzał  Brooke  do  szału,  ale  teraz  brzmiał  uspokajająco.  Jazz 

background image

chwyciła dłoń Brooke i ścisnęła z całej siły.

- Och... och... och...

- Świetnie, doskonale - Brooke zareagowała, krzywiąc się mimo woli z bólu.

- Boję  się  - jęknęła  Jazz.  Jej  szare  oczy  nie  były  już  tak  radosne  jak 

przedtem.

- Wiem, rozumiem. Ale  nie powinnaś się bać  - powiedziała Brooke, wolną 

ręką  wycierając  pot  z  czoła  i  szyi  Jazz. - Radzisz  sobie  świetnie,  po  prostu 
doskonale. - Zastanowiła się, czy Meade też zaczynał się już czuć jak zdarta płyta, 
powtarzająca wciąż te same słowa otuchy.

- Nie  -  Jazz  potrząsnęła  głową,  oddychając  coraz  płycej.  - Potem...  Zła... 

matka.

Dopiero po chwili Brooke zorientowała się, co Jazz miała na myśli. Poczuła 

ogarniające  ją  uczucie  czułości.  Jazz  nigdy  nie  opowiadała  dużo  o  swym 
dzieciństwie, lecz nawet z tych niewielu informacji wyłaniał się los nie chcianego 
dziecka, które dorastając, zostało zranione wielokrotnie.

- Nie, Jazz, nie - zaprzeczyła spiesznie Brooke. 

Rysy twarzy rodzącej wyostrzyły się.

- Może... och... może - nalegała.

- Jazz,  nie!  -  odpowiedziała  stanowczo,  niemalże  gwałtownie  Brooke. 

Pochyliła  się  nad  przyjaciółką,  próbując  spojrzeć  jej  w  oczy.  -  Urodzisz  piękne 
dziecko i będziesz wspaniałą matką! Pomyśl tylko o tych dzieciach z ośrodka dla 
nieletnich.  Pomyśl  o  nich.  Dzieci,  których  życie  rozpada  się  w  proch,  a  ty 
pomagasz  im  znowu  się  odnaleźć.  Kochasz  je,  nauczasz.  Sama  widziałam,  jak 
wspaniale  sobie  z  nimi  radzisz.  I  tak  samo  będzie  z  twoim  dzieckiem.  Twoim 
dzieckiem.  Z  tym,  dla  którego  teraz  tak  ciężko  pracujesz  -  przerwała  na  chwilę, 
czując,  jak  do  oczu  napływają  jej  łzy.  Przełknęła  ślinę.  -  Wszystko  będzie  w 
porządku, Jazz. W porządku...

- W porządku? - spytała słabo Jazz, patrząc jej w oczy.

- Nawet  lepiej  niż  w  porządku  -  oświadczył  Meade  głosem  ochrypłym  po 

wielu  godzinach  mówienia.  Słyszał  słowa  Brooke,  gdy  ta  z  całą  żarliwością 
przekonywała  Jazz  o  jej  powołaniu  do  macierzyństwa.  Intensywność  uczuć 
brzmiących  w  jej  słowach  poruszyła  go  w  sposób,  którego  nie  potrafił 

background image

wytłumaczyć.

- Ethan? - Jazz usiłowała się podnieść,

Meade zbliżył się do łóżka.

- Już wylądował. Jest w drodze do szpitala. Sądzę, że Amanda zorganizowała 

policyjną eskortę, czekającą na niego na lotnisku. Ethan zaraz tu będzie... tak jak i 
twoje dziecko.

- Tak jak twoje dziecko - powtórzyła Brooke.

Drzwi  do  sali  porodowej  otworzyły  się  i  wszedł  Ethan  Wilding  w 

towarzystwie lekarza i dwóch pielęgniarek.

Jazz,  będąc  właśnie  w  szczycie  skurczu,  wyszlochała  imię  męża.  Brooke 

obserwowała,  jak  Ethan  Wilding  podszedł  do  żony.  Słyszała,  jak  wymawiał  jej 
imię - raz, potem drugi i trzeci. Widziała, jak dotykał jej policzka.

I  nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  dla  niej  i  Meade’a  nie  było  miejsca  w  tym 

pokoju. Już nie. Poczuła, jak silne męskie ramię obejmuje ją. Po chwili podniosła 
wzrok i spojrzała w oczy Archimedesa Xaviera 0’Malleya. Wciąż było w nim coś z 
rozbójnika  morskiego,  pomyślała  Brooke,  przyglądając  się  wyostrzonym  rysom 
twarzy.  Może  grecki  bóg?  Nie.  Emocje,  odbijające  się  w  niebieskich  oczach 
Meade’a świadczyły, że jest on jak najbardziej człowiekiem.

Poczuła, jak silniej zacisnął palce wokół jej ramienia. Przytulił ją mocno do 

siebie.

- Meade? - spytała.

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek nas tu jeszcze potrzebował - odparł.

background image

ROZDZIAŁ 3

Dopóki  Meade  jej  tego  nie  powiedział,  Brooke  nie  zdawała  sobie  nawet 

sprawy, że zaczęła płakać.

- Wszystko jest w porządku - zapewnił ją cicho, wycierając opuszkiem palca 

łzę  toczącą  się  po  bladym  policzku  dziewczyny.  Poczuł,  że  zadrżała  pod  jego 
dotknięciem.  W  spojrzeniu  jej  zielonych,  zachmurzonych  teraz  oczu  widać  było 
lekkie zakłopotanie.

- Co... co? - spytała, jakby nie rozumiejąc, dlaczego ją dotyka. Stali w jasno 

oświetlonym  i  tętniącym  życiem  korytarzu  szpitalnym.  Kontrast  z  atmosferą 
panującą na sali porodowej przyprawiał ją o zawrót głowy.

-  Płaczesz,  kochana -  powiedział  Meade,  wycierając  delikatnie  kolejną łzę. 

Poczuł pod palcami gładkość jej skóry.

Wypowiedział  te  pieszczotliwe  słowa  w  tak  naturalny  sposób,  że  Brooke 

była zaskoczona. Nie rozumiała ich treści. Nagle pojęła ich sens. Uniosła dłoń do 
policzka.  Rzeczywiście  płakała.  Twarz  miała  mokrą  od  łez,  z  czego  nie  zdawała 
sobie nawet sprawy.

- Przepraszam... - wyjąkała, mrugając oczami i przełykając ślinę. Otarła łzy i 

nieelegancko pociągnęła nosem. - Nie... nie wiedziałam...

- Wszystko w porządku, rozumiem.

- Zazwyczaj nie... - zaczęła, pragnąc się wytłumaczyć. Nie  miała zwyczaju 

płakać  publicznie.  -  To  znaczy,  nie  mogę...  -  potarła  pięściami  oczy,  próbując 
opanować emocje.

- Wszystko jest... - odwróciła na chwilę głowę, czując ogromne zmęczenie.

Meade  dwoma  palcami  ujął  podbródek  Brooke  i  skierował  jej  twarz  ku 

górze.  Jego  niebieskie  oczy  miały  teraz  kolor  bezchmurnego,  nocnego  nieba. 
Ujrzała w nich łączące ich w sali porodowej uczucie wspólnoty.

- Rozumiem - powtórzył ochryple Meade, cofając dłoń.  - Wierz mi, Brooke, 

naprawdę  rozumiem.  To,  co  przeżyliśmy,  jest...  -  przerwał,  próbując  znaleźć 
właściwie  słowa  na  pisanie  tego,  przez  co  przeszli.  Radosne?  Wyczerpujące?
Niezapomniane?  Niepowtarzalne?  Każde  z  tych  słów  tylko  częściowo  oddawało 
przeżyte chwile, lecz żadne nie było właściwe.

background image

- To było... niesamowite. - Zdawał sobie sprawę z banalności słów, ale nic 

innego nie przychodziło mu na myśl.

Brooke zachichotała.

- Niesamowite - zgodziła się. - Czuję się jak... jak... sama już nie wiem, jak 

się czuję!

- Ja  osobiście  czuję,  że  przydałby  mi  się  dwunastogodzinny  sen - Meade 

zaśmiał się gardłowo. Chciał objąć Brooke i pocałować, ale nie zrobił tego.

Nie, powiedział w duchu, jeszcze nie. Ale już wkrótce, już niedługo.

- Sen?  -  zażartowała  Brooke,  ocierając  po  raz  ostatni  policzki.  Łzy  na  jej 

twarzy wyschły. - Czyżbyś był zmęczony?

- Tylko  troszkę  -  odrzekł  Meade,  patrząc  w  stronę  drzwi  sali  porodowej. 

Brooke spojrzała w tym samym kierunku. - Wiem, że to, co przeżyliśmy dzisiejszej 
nocy, było najłatwiejszą częścią tej całej zabawy.

- To znaczy?

- To taki stary żart - uśmiechnął się. - Przy porodzie jest tak wiele pracy...

Żart był rzeczywiście stary i wcale nie taki zabawny, lecz Brooke zaczęła się 

śmiać.  Miała  wrażenie,  że  staje  się  lekka  jak  bańka  mydlana.  Gdyby  ktoś  jej 
powiedział,  że  szpitalny

korytarz  został  właśnie  wypełniony  gazem 

rozweselającym, uwierzyłaby bez zastrzeżeń.

Uczuła zawrót głowy i prawie straciła równowagę, zataczając się  prosto na 

wózek  z  posiłkami. Meade  zauważył w  porę  niebezpieczeństwo  i  złapał ją,  by  w 
ostatniej  chwili  zapobiec  katastrofie.  Niezdarny  młody  człowiek  popychający 
metalowy  pojazd  zdziwił  się,  co  ci  dwoje,  wyglądający  na  pacjentów  oddziału 
psychiatrycznego, robią na położnictwie. Minął ich i poszedł dalej.

Brooke śmiała się z całego zajścia. Chciała podziękować swemu wybawcy, 

lecz nie mogła powstrzymać śmiechu. Spojrzawszy na Meade’a, zauważyła, że i on 
krztusi się ze śmiechu.

Kiedy  wreszcie  uspokoili  się,  oparli  o  ścianę  korytarza,  próbując  odzyskać 

równowagę.

- Och... Boże... - Brooke usiłowała odzyskać oddech.

- Tak...  -  zgodził  się  Meade,  rozczesując  palcami  włosy.  Przez  moment 

background image

zastanawiał  się,  czy  taka  reakcja  mogła być  spowodowana  niedotlenieniem. 
Pamiętał, że  już doświadczył  podobnego uczucia  lekkości. Było  to  w  czasie jego 
pierwszej  podróży  do  Meksyku  z  profesorem  Browningiem.  Oczywiście  zdawał 
sobie  sprawę  z  wysokości,  na  jakiej  przebywali.  Ale,  podobnie  jak  inni 
szesnastoletni  chłopcy,  był  w  swej  naiwności  przekonany,  że  wszelkie  fizyczne 
słabości  dotykają  wyłącznie  innych,  nigdy  jego.  Niestety,  sam  przekonał  się,  jak 
bardzo się mylił.

Meade  głęboko  zaczerpnął  powietrza.  Oddychał  powoli  i  czuł  puls 

powracający  stopniowo  do  normy.  W  ciągu  ostatnich  dziesięciu  godzin  przebyli 
daleką drogę. Wszystko zaczęło się od ludzkiego dramatu, aby zakończyć na ataku 
histerycznego  śmiechu.  „Cóż  to  była  za  podróż!  -  pomyślał,  zwracając  się  do 
Brooke. - I cóż za towarzyszka…”

Brooke poczuła na sobie przepełnione czułością spojrzenie Meade’a. Wyraz 

jego błękitnych oczu spowodował, że chęć do śmiechu minęła jej bezpowrotnie.

- Byłaś wspaniała tam, przy Jazz - powiedział niskim głosem Meade.

-  Ja?  -  policzki  dziewczyny  zarumieniły  się.  Starając  się  choć  trochę 

opanować,  potrząsnęła  głową.  Przy  tym  ruchu  włosy  uwolniły  się  z 
przytrzymujących  je  spinek,  a  na  czoło  opadł  jeden  kosmyk.  Odgarnęła  go 
niecierpliwie.  -  Nie,  to  byłeś  wspaniały!  Sposób,  w  jaki  pomagałeś  Jazz. 
Znajdowałeś  odpowiednie  słowa,  aby  dodać  jej  otuchy.  To  było  tak…  tak…  to 
znaczy, to co zrobiłeś...

Meade uciszył tę niezbyt składną, choć przepełnioną uczuciem wypowiedź, 

przykładając dwa palce do ust dziewczyny.

- To, co my zrobiliśmy - poprawił. - Byliśmy tam oboje, Brooke, razem.

Dotyk jego palców był przelotny jak muśnięcie. W innym miejscu i o innym 

czasie być może obawiałaby się emocji, które w niej wzbudzał. Ale tutaj, teraz, po 
tym wszystkim co razem przeszli, upajała się swymi odczuciami. Wydawało się jej, 
że wszelkie obietnice mogą się spełnić z tym właśnie mężczyzną.

-  Razem  -  powtórzyła,  wymawiając  to  słowo  tak,  jakby  rozkoszowała  się 

jego  brzmieniem.  -  Stworzyliśmy  niezły  zespół,  prawda?  -  ponownie  przeczesała 
włosy.

- Stworzyliśmy wspaniały zespół - uśmiechnął się Meade.

- Niech będzie - zgodziła się. - Wspaniały zespół. - Przerwała i zamyśliła się. 

Przypomniał  jej  się  moment,  gdy  Ethan  Wilding  wszedł  do  sali  porodowej  i 

background image

podszedł do Jazz. Ethan i Jazz wyrażali to, o czym Brooke zawsze marzyła, czego 
pragnęła.

- Brooke?  -  spytał  Meade,  widząc  smutek  na  twarzy  dziewczyny.  -  Co  się 

dzieje?

- Myślałam o Ethanie i Jazz - westchnęła. - Tak się cieszę, że zdążył. Kiedy 

wszedł do sali porodowej... sposób, w jaki patrzył... to było... było... - głos jej się 
urwał. Pewnych rzeczy nie sposób wyrazić.

-  Wiem,  widziałem.  Mieć  możliwość  towarzyszenia ukochanej  kobiecie  w 

chwili,  gdy  tą  rodzi  nowe  życie,  któremu  się  dało  początek...  -  potrząsnął  w 
zachwycie głową. - To musi być najwspanialsze uczucie na świecie.

Brooke  usłyszała  w  jego  głosie  tęsknotę,  prawie  zazdrość.  Aż  za  dobrze 

rozumiała to pragnienie, które Meade w tak oczywisty sposób odczuwał. Spojrzała 
w  bok,  czując  napływające  do  oczu  łzy.  Odrzuciła  głowę  do  tyłu  i  przymknęła 
oczy. Nie będzie znowu płakać.

- Zmęczona? spytał Meade, wpatrując się w jej profil. Smutek widoczny na 

twarzy dziewczyny sprawił mu ból.

Brooke spróbowała wziąć się w garść. Otworzyła oczy i napotkała pytające 

spojrzenie Meade’a.

- Trochę - przyznała.

- A więc, może powinniśmy znów pomyśleć o powrocie do domu?

- Znów? - zaczęła, nieco zaskoczona. Wreszcie zrozumiała, co miał na myśli. 

Nim znaleźli Jazz, wybierali się przecież do domu. - Tak, chyba tak - zaskoczyło ją 
uczucie niechęci, jakie brzmiała w jej słowach.

Meade  spojrzał  na  zielone,  sterylne  niegdyś  ubranie.  Bawełniany  materiał 

był niemiłosiernie wygnieciony. Bluza z krótkim rękawem nosiła ślady potu.

- Jak sądzisz, gdzie mogą być nasze rzeczy? - spytał.

- Może  w  pokoju  pielęgniarek  -  odpowiedziała  powoli  Brooke.  -  Ale  nie 

jestem… - nagle  uświadomiła  sobie  powód  swojej  niechęci.  Położyła  dłoń  na 
ramieniu Meade’a. - Czy koniecznie chcesz wracać do domu? - spytała.

Meade milczał, zaskoczony uściskiem drobnych palców.

- A ty? - odezwał się wreszcie.

background image

- Nie - odparła Brooke. - Nie, nie chcę. Jeszcze nie teraz. Chcę poczekać na 

urodzenie dziecka. Czy to… czy to nie wydaje ci się grupie?

Meade  powoli  uśmiechnął  się.  Przykrył  dłoń  Brooke  swoją  ręką  i  uścisnął 

lekko.

-  Nie,  to  wcale  nie  jest  głupie  -  powiedział  szczerze.  -  Może  znajdziemy 

jakieś spokojne miejsce, żeby poczekać?

Żadne z nich nie miało ochoty siedzieć w pokoju dla przyszłych ojców.  W 

końcu  znaleźli  brązową  kanapę  w  małej  niszy  w  pobliżu  pokoju  pielęgniarek. 
Kanapa  była  brzydka  i  niewygodna,  lecz  Brooke  to  nie  przeszkadzało.  Była 
szczęśliwa,  mogąc  wreszcie  gdzieś  usiąść,  i  nawet  nie  zwróciła  uwagi  na  to,  że 
siedzenie ugięło się pod nią jak stary zużyty hamak.

- Ach... - jęknęła, opierając się.

Meade usiadł obok. Poczuł nagle, że zapada się głęboko, i z kanapy wydobył 

się dźwięk przypominający ludzkie westchnienie. Miejsce nie było zbyt wygodne, 
ale nie zwracał na to uwagi.

Meade usiadł wygodniej i wyciągnął nogi.

- Och,  nie!  -  zawołała  nagle  Brooke.  Wyprostowała się,  a  w  oczach  widać 

było przerażenie. - O, mój Boże!

- Co się stało?

-  Jak  mogłam  zapomnieć!  Powinnam  przecież  być  w  pracy.  Pan  Quincy 

będzie się zastanawiał...

- Nie, nie będzie - przerwał jej Meade. - Kiedy po raz ostatni wychodziłem z 

sali  porodowej,  żeby  sprawdzić  co  z  Ethanem,  zadzwoniłem  przy  okazji  do 
Daniela.  Wyszedł  z  przyjęcia  wcześniej,  więc  pomyślałem  sobie,  że  warto  go  o
wszystkim zawiadomić. Prosił, żeby ci przekazać, że masz dziś wolny dzień.

-  Och...  -  chwilę  trwało,  zanim  sens  tych  słów  dotarł  do  dziewczyny.  -

Dziękuję.

- Proszę  bardzo  -  dłonią  masował  mięśnie  karku,  pragnąc  pozbyć  się 

nieznośnego uczucia napięcia.

- Nie sądzisz, że powinniśmy zadzwonić do Amandy Wilding?

-  To  nie  jest  potrzebne  -  odparł  sucho  Meade.  -  Jedna  z  pielęgniarek 

background image

powiedziała mi, że sam ordynator jest w starym kontakcie ze starszą panią.

- Niesamowite - Brooke uniosła brwi.

- Można  się  było  tego  spodziewać,  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  najnowsze 

skrzydło szpitala nosić będzie imię Wildingów.

- To prawda - przyznała Brooke.

Wokół  panował  spokój.  Wszędzie  były  porozrzucane  kubki  po  kawie  i 

popielniczka  pełna  niedopałków,  pozostałość  po  innych  oczekujących,  ale 
przynajmniej nikt się obok nie kręcił.

- Jak sądzisz, długo jeszcze? - spytała Meade’a.

- Co? Zanim Jazz urodzi?

- Tak.

- Hmm... - Meade potarł brodę. Świeży zarost, jak papier ścierny, podrażnił

jego palce. - No cóż, w tej materii nie jestem specjalistą, ale wyglądało mi na to, że 
gdy  Ethan  przyjechał,  zaczynały  się  właśnie  skurcze  parte.  Podobno  jest  to 
najgorszy moment  porodu, ale nie trwa zbyt długo. Więc... może jeszcze godzina 
do półtorej, biorąc pod uwagę, że to pierwsza ciąża...

- Jak na kogoś, kto nie jest specjalistą, dużo wiesz - skomentowała Brooke.

- To osmoza - wzruszył ramionami Meade.

- Co?

-  Moje  siostry,  Kathleen  i  Mary  Margaret  mają  razem  pięcioro  dzieci. 

Nasłuchałem się już dosyć rozmów o porodach.

-  Aha  -  sądząc  po  jego  postępowaniu  z  Jazz,  wiele  się  nauczył  z  tych 

opowieści.

- A  poza  tym,  mam  pewne  doświadczenie  w  położnictwie.  Dokładnie  dwa 

tygodnie  po  moich  dziewiętnastych  urodzinach  byłem  świadkiem  porodu.  -
Skrzywił się, ujawniając, że pozostawiło to w nim raczej mieszane uczucia.

- Naprawdę? - kolejne doświadczenie Archimedesa 0’Malleya, o którym nie 

wiedziała. - Jak to było?

- W  małej  wiosce  panamskiej,  położonej  tuż  nad  brzegiem  rzeki. 

Uczestniczyłem  w  wyprawie  profesora  Browninga  na  przełęcz  Darien,  jakieś 

background image

kilkaset  mil  przez  lasy  podzwrotnikowe  i  bagna  w  północno-wschodniej  części 
kraju.  Trudno  nazwać  to  miejsce  rajem  na  ziemi.  W  każdym  bądź  razie,
siedzieliśmy wszyscy w kantynie i odgadywaliśmy skład gulaszu, który podano na 
kolację. I wówczas do chaty przyszła Indianka z plemienia Kuna. Trzymała się za 
brzuch  i  jęcząc  upadła  na  podłogę.  Właściciel  chciał  ją  od  razu  wyrzucić,  ale 
profesor powstrzymał go i dał mu pieniądze. Następnie powiadomił nas chłodno, że 
w  pobliżu  nie  ma  żadnego  lekarza,  a  kobieta  właśnie  rodzi,  więc  my  będziemy 
musieli jej pomóc.

- I co... zrobiliście to?

- Hm... nasze zadanie sprowadzało się głównie do nieprzeszkadzania naturze. 

Dzięki Bogu, kobieta wiedziała, jak powinna postępować. Później okazało się, że 
było  to  jej  piąte  dziecko.  Profesor  Browning  przeczytał  w  swoim  czasie 
wystarczająco  dużo  podręczników  medycyny,  aby  wiedzieć,  co  się  dzieje.  Co  do 
reszty naszej grupy; niejaki pan Macho od razu zemdlał, dwie inne osoby zajęły się 
gotowaniem wody natomiast ja…

- Tak? - zniecierpliwiła się Brooke. - A ty?

- Cóż,  ja  pewnie  uciekłbym  stamtąd  od  razu,  gdyby  kobieta  nie  chwyciła 

mnie  za  rękę  i  nie  trzymała  tak  mocno,  jakby  ściskała  los  z  główną  wygraną  -
wyznał  Meade.  -  Co  to  był  za  uścisk!  Gdy  dziecko  przyszło  wreszcie  na  świat, 
zaczerpnęło  powietrza  i  zaczęło  wrzeszczeć,  jakby  ktoś  obierał  je  ze  skóry,  ja 
miałem całkiem pokaźny siniak. I wtedy zrozumiałem, co to znaczy rodzić dziecko.

- Tak... mogę sobie wyobrazić.

Meade wyprostował się. Kanapa wydała kolejne jęknięcie.

- A co z tobą?

Przez  krótką,  przerażającą  chwilę  Brooke  myślała,  że  pytanie  dotyczy  jej 

odczuć podczas rodzenia dziecka.

- Co ze mną?

Meade powstrzymał ziewnięcie.

- Czy kiedykolwiek pomagałaś przy porodzie?

- Och, nie - szybko zaprzeczyła. - Nigdy.

W  brzmieniu  jej  głosu  było  coś,  co  sprawiło,  że  Meade  przyjrzał  się  jej 

uważnie.  Przypomniał  sobie  strach  na  twarzy  dziewczyny,  gdy  stała  w  drzwiach 

background image

sali  porodowej.  Najwidoczniej  sprawy  związane  z  porodem  sprawiały  jej  przy-
krość.

- Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że  robiłaś  to  pierwszy  raz  -  powiedział 

łagodnie, chcąc ukoić jakoś ten ból. - Tak jak już mówiłem, byłaś wspaniała.

Powoli wyczerpali wszystkie obojętne tematy i zamilkli.

Meade  prawie  spał,  gdy  poczuł  na  ramieniu  głowę  Brooke.  Jego  ciało 

zareagowało  gwałtownie.  Przez  kilka  sekund  nie  pamiętał,  gdzie  jest  i  kto  jest 
obok. Wreszcie odzyskał świadomość.

- Hm... - zamruczała Brooke, poruszając się lekko.

- Brooke?    zapytał.

Znów się poruszyła. Przytuliła się mocniej, a on poczuł przyspieszone bicie 

serca.  Mrucząc  coś  pod  nosem,  dziewczyna,  jak  kotka  w  koszyku,  mościła  się 
wygodniej. Meade poczuł, jak jej piersi musnęły jego ramię.

- Brooke? - powtórzył.

Była  już  wtulona  w  jego  ciało.  Nieartykułowane  dźwięki,  które  z  siebie 

wydawała,  brzmiały  jak  zaproszenie.  Meade  ponownie  poczuł  dotyk  jej  piersi, 
których sutki zaczynały powoli twardnieć. Przechyliła głowę, jej włosy opadły na 
jego szyję i poczuł delikatne łaskotanie w podbródek.

Meade jęknął przez zaciśnięte zęby, zażenowany twardniejącą w spodniach 

męskością. Budziło się w nim pożądanie. Brooke wywierała nań taki wpływ, nawet 
gdy spała!

- Hm… - westchnęła dziewczyna, wyraźnie zadowolona z pozycji, w jakiej 

wreszcie się ułożyła. Przestała poruszać się niespokojnie.

Meade  zmusił  się  do  głębokiego  wdechu,  poczym  powoli  wypuścił 

powietrze.  Następnie  dokonał  kolejnego  głębokiego  wdechu  i  bardzo  powoli 
wypuścił powietrze. „Myśl o wszystkim, tylko nie o tym, co  masz poniżej pasa”, 
nakazał sobie.

Po kilku próbach opanowania instynktu objął Brooke ramieniem i delikatnie 

zmienił  jej  pozycję  na  nieco  mniej  prowokującą.  Dziewczyna  wydała  pomruk, 
świadczący o zadowoleniu. Pochyliła głowę, a kosmyk włosów opadł jej na twarz. 
Meade  ostrożnie  ujął  pukiel  włosów  i  gładząc  go,  odsunął z  czoła.  Spojrzał  na 
śpiącą Brooke. Policzki jej się zaróżowiły, rozchyliła na moment  wargi, ukazując 

background image

koniuszek języka. Boże, jaka była piękna, a on tak bardzo jej pożądał. I to nie tylko 
fizycznie. Pragnął czegoś więcej niż tylko rozkoszy erotycznej…

Przypomniał sobie muzykę, której zaledwie dwa dni temu słuchał. Muzykę, 

która  sprawiła,  że  Brooke  przyszła  do  niego. „Melodie  na  czas  kochania” 
poinformował go muzyk, od którego dostał tę kasetę. „Melodie na czas kochania”. 
A naprawdę muzyka towarzysząca miłości i ceremonii zawarcia małżeństwa. 

Meade przymknął oczy. Miłość? Małżeństwo? 

Pomyślał  o  tym,  co  łączyło  Sebastiana  i  Gabrielle  Browning.  O  tym,  co 

wciąż trwało między jego rodzicami. Miłość... małżeństwo… dzieci?

Pomyślał o Ethanie i Jazz Wilding. 

Otworzył oczy i po raz kolejny spojrzał na Brooke. Parzył tak na nią, dopóki 

nie zmorzył go sen.

Meade ocknął się na dźwięk chrząknięcia. Gdy otworzył oczy, stał przed nim 

radośnie uśmiechnięty Ethan Wilding. 

- Ethan! - wykrzyknął Meade.

„Czy to trzęsienie ziemi?” - pomyślała Brooke, zastanawiając się, dlaczego 

tak  cudownie  ciepła  i  wygodna  poduszki  pod  policzkiem  porusza  się  nagle. 
Dziewczyna otworzyła oczy. Świadomość miejsca, gdzie się znajduje, otrzeźwiła ją 
jak zimny prysznic.

- Meade,  co...?  -  zaczęła,  próbując  usiąść.  Włosy  opadły  jej  na  oczy. 

Odgarnęła je i wtedy dostrzegła trzecią osobę.

- Ethan!

- Tak  się  rzeczywiście  nazywam  -  z  grymasem  na  twarzy  przyznał  Ethan. 

Brooke  widziała  go  takim  po  raz  pierwszy.  Pomimo  rozczochranych  włosów 
zachował swą bostońską elegancję.

Meade wstał, lecz w jego ruchach nie było zwykłego, kociego wdzięku.

- Co z Jazz? - spytał.

- Matka i syn czują się doskonale - padła dumna odpowiedź.

- Jazz... Jazz ma syna? - spytała Brooke, poprawiając niezgrabnie ubranie. I 

ona także wstała z kanapy. W innej sytuacji byłaby zażenowana, że ktoś widział ją 
śpiącą  w  ramionach  mężczyzny,  którego  znała  zaledwie  od  dwóch  dni.  Jednak 

background image

wobec nowiny o narodzinach syna Ethana nie miało to żadnego znaczenia.

-  Siedem  funtów  i  sześć  uncji  -  brzmiała  odpowiedź.  - Rude  włosy  jak  u 

matki. Wygląda, jakby ktoś posmarował mu głowę marmoladą.

- Moje gratulacje - ciepło powiedział Meade, wyciągając rękę.

- Dziękuję -  odparł  Ethan,  potrząsając  dłonią  Meade’a.  -  Nie  tylko  za 

serdeczne słowa… - zwrócił się do Brooke. - Tobie też dziękuję.

- Tak się cieszę - odparła serdecznie.

- Miło mi to słyszeć - Ethan przerwał na moment, patrząc to na Brooke, to na 

Meade’a.  -  To,  co  oboje  zrobiliście  dla  Jazz...  -  zaczął  powoli,  usiłując  znaleźć 
właściwe słowa. - To było... sam nie wiem, jak to wyrazić.

- Nie musisz wygłaszać przemówień, Ethan - przerwał mu Meade. Spojrzał 

na Brooke. - Cieszymy się, że mogliśmy choć trochę pomóc.

-  Jasne  -  zgodziła  się.  Napotkała  spojrzenie  Meade’a  i  uśmiechnęła  się.  -

Tak, bardzo się cieszymy.

Nastąpiła  chwila  ciszy.  Wszelkie  słowa  wydawały  się  zbędne.  Wreszcie 

Meade ziewnął szeroko. Po chwili Brooke uczyniła to samo.

- Długa noc? - spytał z lekką ironią Ethan.

- Można  by  tak  powiedzieć  -  zaśmiał  się  Meade.  Następnie  otoczył 

ramieniem Brooke. - Czy istnieje możliwość zobaczenia młodej matki?

- Niestety - z żąłem pokręcił głową Ethan. - Śpi. Dla niej była to też długa 

noc.

- A co z dzieckiem? - spytała Brooke, zakrywając dłonią usta przy kolejnym 

ziewnięciu. Bezwiednie oparła głowę na ramieniu Meade’a.

- Jest razem z Jazz. Gdy wychodziłem, spał jak kamień.

-  Cóż,  w  tej  sytuacji  będziemy  musieli  wrócić  tu  później  -  odparł 

filozoficznie Meade. - Wybraliście już imię?

- Obrady trwają - zażartował Ethan. Po chwili spoważniał. - Słuchajcie, musi 

przecież być coś, co mógłbym dla was zrobić. Proszę. Cokolwiek.

Brooke i Meade wymienili spojrzenia.

background image

- Napiłabym się kawy - powiedziała dziewczyna.

- I mógłbyś pomóc nam w odnalezieniu ubrań - dodała.

- Przydałby się też jakiś samochód. Szofer Amandy przywiózł nas tutaj, ale 

już dawno odjechał.

- Kawa, ubrania, samochód - powtórzył Ethan. - Myślę, że da się załatwić.

Godzinę  później  Brooke  Livingstone  stała  u  stóp  schodów  holu  domu 

Archimedesa Xaviera  O’Malleya.  Dziewczyna  spojrzała  na  swego  gospodarza  z 
sennym uśmiechem.

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  powiedziałeś  Ethanowi,  że  nie  ma  potrzeby 

nadania  ich  synowi  naszych  imion  -  powiedziała.  -  Sądzę,  że  Livingstone 
Archimedes Wilding brzmi niezwykle wytwornie.

- Ale nie tak, jak Archimedes Livingstone - odparł. Pomieszczenie skąpane 

było w południowym słońcu. Promienie przenikały przez włosy Brooke, oświetlały 
i  pieściły  jej  twarz.  -  W  każdym  bądź  razie,  biedne  dziecko  dopiero  w  szkole 
średniej może nauczyłoby się poprawnie wymawiać swoje imię i nazwisko.

- Cóż, coś w tym jest. - Brooke oparła się o pięknie rzeźbioną poręcz. Bawiła 

się  sznurem pereł  na szyi. Wiedziała, że powinna iść już do siebie, ale wciąż nie 
mogła się zdecydować. Jeszcze nie.

Coś się z nią działo. Nie. Coś zaczęło się od tej muzyki.

I wtedy zrobiła to, na co miała ochotę od chwili, gdy ujrzała Meade’a po raz 

pierwszy.  Podniosła  rękę  i  dotknęła  jego  twarzy.  Przesunęła  czubkami  palców 
wzdłuż silnie zarysowanej linii policzka i brody, poznając dotykiem kości szczęki i 
napiętą  skórę  twarzy.  Zobaczyła,  jak  oczy  mężczyzny  ciemnieją  i  wyrażają 
oczekiwanie.

Meade chwycił rękę dziewczyny. Pochylił głowę i dotknął wargami wnętrza 

jej delikatnej dłoni. Czuł, że Brooke wstrzymała oddech.

background image

- Dlaczego?  -  szepnęła.  Nie  była  pewna,  czy  oznacza  to  odpowiedź  na 

pytanie „Dlaczego ja?” czy „Dlaczego ty?” czy może „Dlaczego teraz?”.

- Nie wiem - niemal ostro odpowiedział Meade, po czym wziął ją w ramiona.

Wyczuł jej krótkie wahanie, po czym przytuliła się do niego  całym ciałem. 

Zanim  jednak  zdążył  spytać  o  cokolwiek,  dziewczyna  wspięła  się  na  palce  i 
przywarła  do  jego  ust.  Meade  pochylił  lekko  głowę  i  objął  jej  wargi  swoimi. 
Przesunął rękę wzdłuż ciała,  jakby badając miękkość tkaniny, aż znalazł miejsce, 
gdzie  kończył  się  żółty  materiał  sukienki,  odsłaniając  delikatną  skórę.  Zanurzył 
palce we włosach Brooke.

Ogarnęło  ją  nieodparte  pożądanie.  Nieświadomie  poruszyła  biodrami. 

Usłyszała jęk Meade’a.

Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  co  zrobiła.  I  z  tego,  na  co  miała  ochotę.  Na 

myśl o tym zadrżała. 

Nie może... nie może... nie może. 

Meade czubkiem języka pieścił wargi. Był zaskoczony, gdy dziewczyna nie 

odpowiedziała na jego pieszczoty. 

Nie mogła... czy mogła...

Jeśli nic nie zrobi, będzie rozczarowany. Lecz jeśli zrobi... Wciąż pamiętała 

złośliwą odpowiedź Petera napytanie, dlaczego ją zdradził.

„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć dlaczego? Bo jestem mężczyzną, a ty 

nie możesz mi dać tego, czego potrzebuję! Nie potrafisz dać mi syna i nie potrafisz 
dać mi satysfakcji w łóżku! Jesteś nie tylko bezpłodna, ale także oziębła!” 

Obawa  kolejnej  kompromitacji  powstrzymała  ją  przed  oddaniem  się 

pożądaniu.  Poniżenie  i  ból  wyniesione  z  małżeństwa  okazały  się  silniejsze.  Nie 
mogła.

Dziewczyna zamarła i zaczęła odsuwać się od Meade’a. Chciał ją zatrzymać, 

pokonując niewytłumaczalny opór. Wiewał również, że może się to okazać jednym 
z największych błędów jego życia.

I  wtedy  ją  puścił  i  cofnął  się  o  krok.  Brooke  zagryzła  wargi.  Splatała  i 

rozplatała  palce.  Nie  wiedziała,  czy  została  właśnie  uwolniona,  czy  odrzucona. 
Zaczęła  szukać  w  twarzy  Meade’a  złości,  a  może  zrozumienia.  Znalazła  jedynie 
pożądanie i pytania bez odpowiedzi. Wiele, wiele pytań.

background image

- Tak mi przykro, Medea - zaczęła po chwili. - Ale znam cię zaledwie… to 

jest… to  wszystko dzieje się dla mnie zbyt szybko.  - Zastygła w oczekiwaniu na 
jego reakcję. Pamiętała okrutne słowa Petera, gdy odrzuciła jego awanse.

Meade  słyszał  rozpacz  w  jej  głosie  i  widział  bezradność  w  zielonych, 

szeroko otwartych oczach. Bała się. Lecz czego? Jego? Siebie? Ich obojga?

Być może on także czegoś się obawiał. Siebie samego. Jej. Ich obojga.

Meade uśmiechnął się z trudem i pogładził czule policzek dziewczyny.

- Oboje znamy się tyle samo, kochana. Jeśli więc to wszystko toczy się dla 

ciebie zbyt szybko, cóż, wobec tego musimy trochę zwolnić.

ROZDZIAŁ 4

Następny tydzień był najdziwniejszy w życiu Brooke.

Te siedem dni, jeden po drugim, mijały jak w kalejdoskopie. Ciągłe zmiany, 

fascynujące wydarzenia. Czasem Brooke miała wrażenie, że zaczyna już rozumieć 
to wszystko i wtedy przychodził moment, w którym cały świat wydawał się inny.

W tygodniu  widywali się  z Meade’em dość  często w Instytucie. Raz zjedli 

razem  obiad,  dwa  razy  poszli  na  kolację.  Z  jej  inicjatywy  spędzili  sobotnie 
popołudnie  na  zwiedzaniu  szkółki  drzew.  Ich  wzajemny  stosunek  przypominał 
przyjaźń  a  nie  romans.  Brooke  była  zadowolona  z  towarzystwa  Meade’a.  Nie 
zgadzali  się  w  wielu  sprawach,  ale  znacznie  więcej  ich  łączyło.  Mieli  podobne 
poczucie humoru i z łatwością znajdowali okazję do śmiechu. 

Cały czas czuła jednak nastrój oczekiwania. Przypadkowe muśnięcie palców 

powodowało  przyspieszone  bicie  serca.  Krótkie  spotkanie  ich  oczu,  a  serce 
zaczynało łomotać.

Pod  koniec  tygodnia,  gdy  Brooke  wróciła  po  pracy  do  domu,  zastała 

background image

Archimedesa Xaviera O’Malleya w swej sypialni.

Już wchodząc po schodach, słyszała głosy dobiegające z otwartych drzwi jej 

mieszkania.  Poczuła  dziwne,  drobne  mrowienie,  gdy  rozpoznała  jeden  z  głosów. 
Drugiego  nie znała.  Należał  do  starszego  człowieka  i  można  było  w  nim słyszeć 
siady akcentu irlandzkiego.

-  …nie  próbuję  ci  narzucać  sposobu  postępowania  - niecierpliwie  mówił 

drugi  głos.  -  Bóg  jeden  wie,  że  zarówno  twoja  matka,  jak  i  ja  pozwalaliśmy  ci 
zawsze  postępować  według  własnej  woli.  Nawet  gdy  oznaczało  to  wyjazd  do 
miejsc,  których  nie  byliśmy  w  stanie  znaleźć  na  mapie!  Ale  przez  cały  ten  czas 
pragniemy, abyś się ustatkował, chłopcze. Twoja matka i ja nie stajemy się…

- …młodsi - dopowiedział Meade. Brooke miała wrażenie, że w jego głosie 

słychać  zarówno  miłość,  jak  i  rozdrażnienie.  -  Wiem.  W  ciągu  całej  naszej 
rozmowy  przynajmniej  sześciokrotnie  udało  ci  się  wspomnieć  o  emeryturze  i 
zniżkach dla rencistów. Ale muszę ci coś powiedzieć, ojcze. To, co mówisz, byłoby 
znacznie bardziej wiarygodne, gdybyś nie wspomniał o tym, że mama zdecydowała 
się na ćwiczenia aerobiku i karate, a ty zastanawiasz się nad kupnem motocykla.

- Do diabła! - przekleństwu towarzyszyło  parsknięcie. - Zgoda. A więc ani 

twoja  matka,  ani  ja  nie  jesteśmy  jeszcze  gotowi  na  przeniesienie  się  do 
miejscowości  dla  emerytów  na  Florydzie.  To  jednak  nie  zmienia  faktu,  że 
powinieneś już mieć rodzinę.

- Przecież mam.

- Ale twoją własną!

Brooke  doszła  już  prawie  do  drzwi  prowadzących  do  sypialni.  Czuła  się 

niezmiernie  skrępowana  po  usłyszeniu  ostatniej  kwestii.  Zawahała  się,  ale 
przypominając sobie, że to przecież jej mieszkanie, weszła do środka.

Ujrzała  Meade’a  i  krzepko  wyglądającego  starszego  pana,  naprawiających 

klimatyzację. Nie mogła się zorientować, czy właśnie rozbierali urządzenie, czy też 

background image

montowali je z powrotem. Ale pracowali tak fachowo, że nie ulegało wątpliwości, 
że wiedzą doskonale, co robią.

Meade  ubrany  był  tylko  w  sprane  dżinsy.  Popołudniowe  słońce  wpadające 

przez okno uwydatniało muskulaturę jego ciała. Czarno-czerwony tatuaż na lewym 
ramieniu sprawiał rudziej niesamowite wrażenie.

- Nadejdzie taki dzień - mówił spokojnie Meade, sięgając po śrubokręt. - Są 

rzeczy, których nie należy przyspieszać. Potrzebuję trochę czasu, żeby…

- Trochę czasu, na brązową spluwaczkę ciotki Boonie! Chcę mieć wnuki! -

padła zdecydowana odpowiedź. - Podaj mi ten sworzeń, dobrze? Dziękuję. Jeszcze 
kilka minut, a to urządzenie zacznie znów działać.

- Masz już pięcioro wnucząt.

-  Tak,  i  gorąco  kocham  każde  z  nich.  A  zwłaszcza  tego  ośmioletniego 

łobuza,  Kevina.  Ale  oni  noszą  nazwiska  Morelli  i  Cunningham.  Nie  O’Malley. 
Mężczyzna chce, aby jego nazwisko trwało nawet po jego śmierci.

- Cóż,  jeśli  o  to  chodzi...  -  Meade  przerwał  nagle,  jakby  wyczuwając 

obecność Brooke. Spojrzał przez ramię i wstał. - Brooke! - powitał ją uśmiechem.

- Dzień  dobry  -  odparła,  powstrzymując  chęć  poprawienia  włosów.  -

Naprawiacie mój klimatyzator?

- Pamiętasz,  kiedy  rano  poprosiłaś  mnie  o  adres  jakiegoś  warsztatu, 

odpowiedziałem, że przyprowadzę kogoś, kto się tym zajmie.

- Ach  tak.  -  Rano,  wychodząc  do  pracy,  wpadła  na  Meade’a,  który  wracał 

właśnie  z  długiego  i  intensywnego  biegu.  Widok  jego  oblanego  potem  ciała 
przypominał o zepsutej klimatyzacji… i o wielu jeszcze innych rzeczach. - Ale nie 
sądziłam, że to właśnie ty zechcesz…

- Zrób to sam, a będzie dobrze zrobione - powiedział starszy pan, wstając i 

wycierając  ręce  w  spodnie.  -  Ponieważ  ja  się  za  to  zabrałem,  będzie  zrobione 
dobrze,  a  w  dodatki  za  darmo.  Jestem  Francis  O’Malley,  ojciec  młodego 
O’Malley’a.

- Miło mi pana poznać, panie O’Malley - uprzejmie odpowiedziała Brooke. 

Mężczyźni nie byli do siebie podobni. Francis O’Malley był o dobrych kilka cali 
niższy od syna, lecz zbudowany solidnie jak dąb. Miał krótkie, stalowosiwe włosy, 
które kiedyś musiały być rude. Jego ciemne, szaro-granatowe oczy patrzyły na nią 
uważnie. Brooke wyciągnęła rękę.

background image

- Jestem Brooke Livingstone, lokatorka pańskiego syna.

- Cieszę się, że panią poznałem - odparł ojciec Meade’ a, obejmując jej palce 

tak delikatnie, jakby były zrobione z kruchej, chińskiej porcelany. - Proszę się nie 
obawiać, wiemy co robimy. Mam wieloletnie doświadczenie w pracy elektryka.

- Tak, wiem - przytaknęła Brooke. - Meade mi wspominał.

- Aha - Francis O’Malley uniósł brwi z widocznym zadowoleniem. - A więc 

rozmawialiście już o rodzicach? To dobrze. Proszę mi teraz powiedzieć parę słów o 
sobie.

- Meade - powiedziała stanowczo Brooke - naprawdę nie miałam nic przeciw 

tym wszystkim pytaniom twojego ojca. Wierz mi.

- Cieszę  się,  że  przynajmniej  jedno  z  nas  nie  miało  nic  przeciw  temu  -

odpowiedział Meade, wypijając duży łyk piwa. Była już prawie ósma trzydzieści. 
Siedzieli w pobliskiej pizzerii. Byli już tu tego wieczoru, gdy urodziło się dziecko 
Jazz i Ethana. - Sherlock Holmes w najgorszym wykonaniu.

- Jest  naprawdę  czarujący  -  zaprzeczyła  Brooke.  Nie  chodziło  tylko  o

poprawienie  samopoczucia  Meade’a,  myślała  tak  naprawdę.  Wprawdzie  Francis 
O’Malley  był  jednym  z  najbardziej  ciekawskich  mężczyzn,  jakich  kiedykolwiek 
spotkała, lecz przy tym był tak sympatyczny i życzliwy wobec niej, że nie czuła się 
urażona jego dociekliwością. Prawdę mówiąc, ku jej zaskoczeniu, pytania te nawet 
jej schlebiały.

- Czarujący? Wobec tego, przesłuchanie przez hiszpańską inkwizycję to dla 

ciebie przyjemny sposób na spędzenie popołudnia?

- Meade!

Westchnął i odkroił kawałek pizzy.

- Przepraszam - powiedział. - Kocham mojego ojca. To jeden z najbardziej 

życzliwych i wielkodusznych ludzi, jakich znam. Ale czasami - Boże! Są chwile, 

background image

kiedy zarówno on, jak i moja matka wydają się opętani jedną ideą.

- Masz na myśli ponaglenia co do ożenku i założenia rodziny, tak?

- A więc się zorientowałaś?

- Prawdę  mówiąc,  usłyszałam  część  waszej  rozmowy, gdy  wchodziłam  po 

schodach - przyznała Brooke, podnosząc do ust kawałek pizzy.

Twarz Meade’a stała się na moment  skupiona, jakby usiłował przypomnieć 

sobie o czym dokładnie rozmawiali z ojcem zanim zorientował się, że Brooke stoi 
w drzwiach.

- Cóż,  jest  niezwykle  bezpośredni,  gdy  rozmawiamy  sami -  powiedział  i 

wypił kolejny łyk piwa.

- Czy ty... - zaczęła i przerwała. Nie. To było zbyt osobiste pytanie.

Meade odstawił swój kufel i spojrzał na nią uważnie.

- Zapytaj - poprosił cicho. - Cokolwiek to jest. Zapytaj.

Potrząsnęła głową.

- To nie moja sprawa.

- Skąd ta pewność?

- Skąd? Po prostu wiem i tyle! - spuściła wzrok i zaczęła wpatrywać się w 

swoją pizzę.

Meade pochylił się i ujął jej podbródek, zmuszając do podniesienia głowy.

- Posłuchaj. Tydzień temu powiedziałaś, że nie znasz mnie zbyt dobrze.

-  To niezupełnie tak - Brooke poczuła, że się rumieni.

- Ale ja to tak odczytałem. Uwierz mi, rozumiem. Coś wydarzyło się między 

nami  wtedy,  gdy  rodziła  Jazz.  Do  diabła,  bądźmy  uczciwi.  Doznaliśmy  czegoś 
cudownego już wtedy, gdy otworzyłem drzwi wtorkowej nocy i zobaczyliśmy się 
po raz pierwszy. Nie wiem, co to było. Nie umiem tego wyjaśnić. Czuję to zawsze, 
gdy patrzę na ciebie, dotykam cię, a nawet wtedy, gdy myślę o tobie...

- Meade  -  napięcie  w  jego  głosie  powodowało,  że  zaczęła  drżeć.  Nawet 

gdyby chciała, nie mogłaby wstać.

- I tak samo jest z tobą… prawda? - było to raczej żądanie potwierdzenia, niż 

background image

pytanie.

Brooke nie odpowiedziała.

- Prawda? - poczuła silniejszy uścisk palców, którymi trzymał jej podbródek. 

Zdała sobie sprawę, że nie przestanie pytać, dopóki nie uzyska odpowiedzi.

Brooke przesunęła końcem języka po wargach.

- Tak - przyznała po chwili. - Ale... to wciąż dzieje się zbyt szybko, Meade. 

Tak mi przykro.

Meade  przyglądał  się  jej  w  napięciu,  jakby próbując  rozwiązać  wyjątkowo 

skomplikowaną zagadkę. Przesunął delikatnie palcami wzdłuż jej szyi.

- Brooke, nigdy nie bój się prawdy - powiedział.

- A więc o co chciałaś spytać? - to pytanie padło ponownie, gdy wracali już 

do domu.

- O co chciałam spytać? - powtórzyła zaskoczona Brooke.

- O to, co jak mówiłaś, nie jest twoją sprawą. Tam, w pizzerii.

- Och. O to - Brooke kopnęła kamyk leżący na chodniku i wsłuchiwała się w 

odgłos, jaki wydawał, tocząc się przeć nimi.

- Tak.  O  to  -  potwierdził.  Jej  powściągliwość  budziła  zainteresowanie  i 

irytację jednocześnie. - O co chciałaś zapytać?

Brooke zwróciła głowę w jego stronę i na twarz opadł jej kosmyk włosów. 

Odgarnęła go niecierpliwie.

-  Jesteś niezwykle wytrwały - zauważyła.

background image

- Określenie „uparciuch” jest bardziej na miejscu. Faktycznie jestem uparty.

W czasie ostatniego tygodnia Meade zauważył, że Brooke unika odpowiedzi 

na  bardziej  osobiste  pytania.  Nie  wynikało  to  ze  skromności.  Brooke  miała  swe 
tajemnice.  Meade  gotów  był  założyć  się  o  swój  doktorat  i  etat  wykładowcy  na 
uniwersytecie, że prawie wszystkie wiązały się z jej małżeństwem.

Coś  więcej  niż  pożądanie,  irytował  się,  gdy  przypominał  sobie  ich 

pocałunek.  Brooke  wyzwoliła  się  wówczas  z  jego  ramion,  cała  drżąca  z 
oczekiwania... i oporu. Jej twarz wyrażała zaskoczenie, smutek i pragnienie. Była 
jak  płomień,  drgający  na  skutek  gorąca  i  pokusy.  Ale  przy  pocałunku  prawie  w 
ogóle nie rozwierała warg.

-  Meade?  -  Dźwięk  głosu  Brooke  wyrwał  go  z  zamyślenia.  Zdał  sobie 

sprawę,  że  zatrzymali  się.  Meade  zaczerpnął  powietrza  i  próbował  zebrać  myśli. 
Wcisnął  ręce  do  kieszeni  dżinsów.  Spojrzał  na  Brooke.  Dziewczyna  przyglądała 
mu  się  z  niepokojem.  Poczuł  chęć  ukojenia  tego  lęku  i  wygładzenia  zmarszczek 
wywołanych wewnętrznym napięciem.

-  Lepiej  zadaj  wreszcie  to  pytanie,  Brooke  -  powiedział,  usiłując  nadać 

swemu głosowi swobodne brzmienie. - Jeśli tego nie zrobisz, całą pozostałą część 
nocy  spędzę  na  zgadywaniu.  Jestem  pewien,  że  to,  co  wymyślę,  będzie  znacznie
gorsze, niż to, o co chcesz zapytać. 

Zamrugała oczami i westchnęła.

- W porządku - odpowiedziała. - Chciałam…  chciałam tylko wiedzieć, czy 

myślałbyś o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci, gdyby twoi rodzice tak na to nie 
nalegali.

- Och - uniósł brwi.

- Mówiłam, że to nie moja sprawa!

-  Nie,  nie  -  zaprzeczył.  Chciał  jej  powiedzieć,  że  jeśli  o  niego  chodzi, 

wszystko, co  chciałaby o nim wiedzieć, to jej sprawa.  Ale powstrzymał  się.  - To 
tylko dlatego, że od pewnego czasu... - zaśmiał się gorzko. - Moja matka zwykle 
zadaje mi tego typu pytanie.

- Nie musisz odpowiadać…

- Wiem, że  nie muszę - zapewnił ją. - Chcę.  Myślę, że  to  presja  rodziny 

powoduje,  że  nie  spieszę  się  tak  z  narzeczeństwem.  Oczywiście,  oni  pragną 
wyłącznie mojego dobra. Ale… - wzruszył ramionami.

background image

- Ale to wciąż jest presja - dokończyła Brooke, niemalże do siebie.

- Dokładnie tak - zgodził się Meade.

Po chwili podjął temat. 

- Ale, prawdę mówiąc, gdybym rzeczywiście pragnął się ożenić, zrobiłbym 

to  bez  względu  na  rodziców.  Nie,  to,  że  wciąż  jestem  samotny  jest  w  głównej 
mierze  spowodowane  pracą,  a  także…  cóż,  chyba  można  by  to  nazwać  zbyt 
wygórowanymi wymaganiami.

- Zbyt wygórowanymi…?

- Hm - przytaknął. Jeszcze nigdy nie wypowiedział tego głośno, lecz tkwiło 

to  gdzieś  w  podświadomości,  od  kiedy  przyglądał  się  Brooke,  śpiącej  w  jego 
ramionach  wtedy,  w  szpitalu.  -  Wiele  osób,  które  znam,  twierdzi,  że  znają  tylko 
nieszczęśliwe  małżeństwa.  Czytają  statystyki  mówiące  o  ilości  rozwodów  i 
dochodzą  do  wniosku,  że  i  tak  nie  mają  szans.  Mówią:  „Po  co  zawracać  sobie 
głowę?”  Ale  większość  małżeństw,  które  ja  znam,  jest  naprawdę  udanych.  Gdy 
patrzę na moich rodziców, na to, co było między profesorem a Gabrielle. Na moje 
siostry i ich mężów…

- Na Ethana i Jazz - cicho dopowiedziała Brooke.

- Na  Ethana  i  Jazz -  powtórzył. -  W każdym  bądź  razie, nie  mam  zamiaru 

ograniczać się do  minimum w pożyciu  męża i  żony. To takie proste. Czy też  tak 
skomplikowane, zależy, jak na to spojrzeć.

Rozmowa  urwała  się.  Dalej  spacerowali.  Meade  spojrzał  przelotnie  na 

Brooke. Wydawała się zamyślona.

- A jaka jest twoja rodzina? - spytał z ciekawością.

Rozmawiali  ze  sobą  wielokrotnie  w  ciągu    ubiegłego  tygodnia,  lecz  znał 

bardzo  mało  szczegółów  z  jej  życia.  On  sam  mówił  o  sobie  wiele,  nawet  nie 
pytany, mając nadzieję, że spowoduje to jej otwarcie się.  Nie okazało się  to zbyt 
skuteczne.

Brooke  zamrugała.  Zawahała  się  na  moment  i  Meade  spostrzegł,  jak  jeden 

kącik jej ust unosi się nieznacznie.

- Czyżbyś nie słuchał, jak odpowiadałam napytania twojego ojca? - spytała 

niewinnie.

- Co?… ach!

background image

-  Cofnęliśmy  się  daleko  w  przeszłość,  aż  do  moich  przodków,  którzy 

przypłynęli do Ameryki na „Mayflower” - żartowała z niego.

-  Tak,  no  cóż  -  zaśmiał  się  Meade.  -  W  porządku.  Przyznaję,  że  nie 

słuchałem  zbyt  uważnie.  Byłem  zajęty  zastanawianiem  się  nad  tym,  jak  zmusić 
ojca do milczenia i wyprosić go za drzwi tak, aby go nie urazić.

- To było niewykonalne - zaśmiała się Brooke.

- W końcu też zdałem sobie z tego sprawę. Dlatego powiedziałem mu o tym

później,  i  że  powinien  wracać  na  kolację.  W  każdą  środę  matka  przygotowuje 
mussakę  i  staje  się  niezwykle  rozdrażniona,  gdy  nie  może  jej  podać  na  stół 
punktualnie o wpół do siódmej. A wracając do twojej rodziny…?

- Cóż,  chyba  wspominałam  ci,  że  mam  jedną  siostrę.  Ojciec  pracuje  w 

ubezpieczeniach. Myśli o przejściu na emeryturę, ale jak na razie nic w tej sprawie 
nie robi. Matka gra w golfa i udziela się w organizacjach charytatywnych. Oni są 
bardzo mili. I dobrzy.

- Czy oni... namawiali cię do małżeństwa?

Przez  moment  nie  był  pewien,  czy  Brooke  zdecyduje  się  na  odpowiedź. 

Wreszcie potrząsnęła głową.

- Nie. Sama to zrobiłam.

- Nie rozumiem?

- Nigdy nie zależało mi na karierze. Och, w szkole szło mi całkiem nieźle i 

podobała mi się moja praca. Ale zawsze, nawet gdy byłam dzieckiem, pragnęłam 
wyjść za mąż… mieć dzieci. Niestety… - jej głos załamał się - niestety, nie zawsze 
można dostać to, czego się pragnie.

-  A  twój  mąż  -  to  znaczy,  twój  były  mąż  -  Meade  zdawał  sobie  sprawę  z 

tego, że wkracza na niebezpieczny teren, ale musiał podjąć ryzyko.

Brooke  spojrzała  pod  nogi.  Blond  włosy  opadły  jej  na  ramiona  i  zasłoniły 

twarz.  Meade  z  trudem  opanował  pokusę  odgarnięcia  ich  i  zobaczenia,  jakie 
uczucia chciała ukryć. -„Powoli” - upomniał samego siebie. - „Obiecałeś jej, że nie 
będziesz się spieszył”.

-  Peter  także  nie  otrzymał  tego,  czego  pragnął  -  słowa  te  wypowiedziała 

głosem tak bezbarwnym, jak szkło.

background image

Nawet kładąc się spać, Meade wciąż zastanawiał się  nad ostatnim zdaniem 

Brooke. Oczywiście mogła mieć na myśli wiele różnych rzeczy, ale gdzieś w głębi 
duszy czuł, że istnieje tylko jedno wytłumaczenie sprzeczności, które obserwował 
w niej od początku ich znajomości. Meade nie pamiętał już, kiedy po raz pierwszy 
usłyszał powiedzenie, że j nie ma zimnych kobiet, lecz tylko nieudolni mężczyźni. 
Nie  było  to  istotne.  Ważne  natomiast  było,  że  uważał  to  sformułowanie  za 
niezwykle trafne.

Kobieta,  która  opiekowała  się  Jazz  z  taką  czułością,  nie  była  z  pewnością 

oziębła.  Kobieta,  która  przy  pomocy  jednego  spojrzenia  czy  przypadkowego 
dotknięcia  sprawiała.  nawet  nieświadomie,  że  krew  się  w  nim  burzyła,  nie  była 
oziębła.

Brooke Livingstone była pełna ciepła. Lecz wydawało się, że sama nie zdaje 

sobie z tego sprawy.

A co do jej byłego męża…

Meade spostrzegł, że zacisnął dłonie w pięści. Czuł, że Peter Livingstone był 

nie tylko nieudolny. Meade czuł, że ten drań był celowo okrutny.

ROZDZIAŁ 5

-  To  wprost  nie  do  wiary,  ile  Jonathan  urósł  w  ciągu  dwóch  tygodni  -

powiedziała  Brooke,  wchodząc  z  Jazz  do  zbudowanej  z  piaskowca  rezydencji 
Wiidingów. - Wydawał się tak drobny tam, w szpitalu. Ale teraz... - zawahała się,

background image

przypominając sobie swoje  odczucia, gdy kołysała w ramionach  słodko pachnące 
maleństwo.

- Cóż, od urodzenia je za troje. Aż dziw bierze, że nie jest jeszcze większy. 

Ethan nazywa go Prosiaczkiem.

- Naprawdę? - zabawnie było wyobrazić sobie jednego z najpoważniejszych 

bankierów Bostonu, zachowującego się jak zakochany tatuś.

- Słowo - potwierdziła Jazz. - Kiedy nie wydaje dźwięków takich jak guuu 

czy  gaaa,  czy  też  nie  czyta  w  Wall  Street  Jurnal  o  notowaniach  giełdowych 
przedsiębiorstw produkujących pieluchy i odżywki. Dla mnie Jonathan wygląda jak 
Gumiś.

- Jazz! - Brooke wybuchnęła śmiechem.

- Oczywiście,  że  gdyby  miał  zęby,  nazywałabym  go  „Szczęki”  -  mówiła 

śmiertelnie poważnym głosem Jazz, a w oczach igrało rozbawienie.

-  To  oburzające,  mówić  w  ten  sposób  o  moim  chrześniaku  - oświadczyła 

Brooke.

- Chyba naprawdę lubisz tego aniołka, prawda’? - zażartowała Jazz.

- No cóż… On jest… jest taki piękny - powiedziała Brookes serdecznie. „A 

ty jesteś taka szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa” dodała w duchu.

Z twarzy Jazz znikła łobuzerska mina.

- Tak, to prawda - przyznała, po czym przechyliła lekko głowę i przez kilka 

sekund  przyglądała  się Brooke.  - Tak  się  cieszę,  że  zarówno  ty,  jak  i  Meade 
zgodziliście się zostać rodzicami chrzestnymi - powiedziała.

- Och, tak się cieszę, że mnie o to poprosiłaś!

Brooke  była  wzruszona,  gdy  Jazz  poruszyła  tę  sprawę  już  na  początku 

wizyty. Poczuła się również nieco dziwnie, gdy Jazz w naturalny sposób łączyła jej 
osobę z Meade’em.

- Kogóż innego moglibyśmy o to poprosić? - kontynuowała przyjaciółka.

- Nie wiem… może kogoś z rodziny Ethana? - zaproponowała Brooke.

- Nie - odparła stanowczo Jazz. - Spójrz sama. Casey i Laura byli świadkami

na  naszym  ślubie,  a  ty  i  Meade  byliście  przy  narodzinach  Jonathana.  Chcemy, 
abyście  w  czwórkę  stali  przy  naszym  synu  w  dniu  jego  chrztu.  A  co  do  rodziny 

background image

Ethana,  nie  jest  tajemnicą,  że  obchodzą  mnie  tylko  jego  rodzice,  a  oni  aprobują 
naszą decyzję. A jeśli jego siostry, czy któryś z Wildingów poczuje się urażony… -
Jazz wzruszyła ramionami - Ethan mówi, że oni już tak długo traktują świat z góry, 
że przestali do niego należeć.

Brooke  uśmiechnęła  się.  Poznała  kiedyś  siostry  Ethana  i  już  po  krótkim 

spotkaniu miała ich dosyć.

- W porządku - powiedziała - to naprawdę jest dla mnie ważne.

- Po  tym,  co  zrobiłaś… -  zaczęła  Jazz,  lecz  przerwała,  słysząc  głośne 

uderzenie pioruna. Spojrzała w okno. - Mój Boże, ależ leje! - wykrzyknęła.

Brooke również wyjrzała. Gdy jechała do Jazz, niebo było zasnute chmurami 

i  od  czasu  do  czasu  mżyło.  Teraz  na  dworze  było  ciemno  i  woda  lała  się 
strumieniami.

- Nie możesz wyjść w taką pogodę - powiedziała Jazz.

- Kochanie, to tylko deszcz. Nie roztopię się przecież.

- To  wygląda  okropnie.  Powinnaś  poczekać,  dopóki  się  nie  przejaśni.  Już 

wiem, zostań na kolację! Możesz przecież zadzwonić do Meade’a…

- Do Meade’a? - spytała zdziwiona Brooke. - Dlaczego miałabym do niego 

dzwonić?

Jazz spojrzała na nią zaskoczona.

- Dlatego, że jeśli tego nie zrobisz, będzie się o ciebie niepokoił. Już pewnie 

to robi.

- Jazz  - uśmiechnęła się  lekko Brooke. - Nie wiem, co… Meade  O’Malley 

nie kontroluje moich wyjść i powrotów. Tak się tylko złożyło, że mieszkamy pod 
tym samym dachem… to znaczy jesteśmy przyjaciółmi, oczywiście. Ale on i ja nie 
jesteśmy… - przerwała, po czym spytała niemal oskarżycielskim tonem: - Czyżbyś 
sądziła, że nas łączy coś więcej?

Później  Brooke  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  powinna  być  zaskoczona 

odpowiedzią  Jazz.  Wiedziała  przecież,  że  według  Jazz  na  bezpośrednie  pytanie 
należy udzielić jasnej odpowiedzi.

- Hm - najprościej w świecie odparła Jazz.

- No cóż… - Brooke nie mogła złapać tchu - a więc nie!

background image

Jazz  nic  nie  odpowiedziała.  Słychać  było  tylko  kolejne  uderzenia  pioruna. 

Brooke  przypomniała  sobie  słowa  Meade’a  sprzed  tygodnia,  które  pragnęła 
wyrzucić z pamięci.

„Coś  wydarzyło  się  między  nami  w  czasie  nocy  porodu  Jazz.  Do  diabła, 

bądźmy uczciwi. Doznaliśmy czegoś cudownego już wtedy, gdy otworzyłem drzwi 
wtorkowej  nocy  i  zobaczyliśmy  się  po  raz  pierwszy.  Nie  wiem,  co  to  było.  Nie 
umiem tego wyjaśnić. Czuję to zawsze, gdy patrzę na ciebie, dotykam cię, a nawet 
wtedy, gdy myślę o tobie…”

Wtedy wymówiła jego imię.

„I tak samo jest z tobą, prawda?” To było raczej stwierdzenie, nie pytanie.

Nic na to nie odpowiedziała.

„Prawda?”

„Tak, ale… to wszystko toczy się zbyt szybko”.

- Brooke? - głos przyjaciółki wyrwał ją z zamyślenia.

- Ja. To nie jest zupełnie prawda - przyznała po chwili. - To, że między nami 

nic nie ma.

- Wiem. - Jazz uśmiechnęła się łagodnie.

- Ale  nie  jesteśmy…  to  nie  jest  tak,  jak  sobie  myślisz  - szybko  dodała 

Brooke. Ponownie uderzył piorun, - A właściwie, co ty o tym myślisz? - spytała.

Jazz  zastanowiła  się  przez  dłuższą  chwilę,  zanim  odpowiedziała.  Kiedy 

odezwała się, w jej głosie brzmiała pewność.

- To coś specjalnego.

Brooke przez chwilę przyglądała się kroplom deszczu uderzającym o szybę.

- To trwa dopiero trzy tygodnie… - szepnęła.

- Mówisz zupełnie jak Meade.

Brooke spojrzała na przyjaciółkę,

-  To  znaczy,  że  on… że  wy  o  mnie  rozmawiacie?  -  Wiedziała,  że  Meade 

odwiedził Jazz, ale nie mówił nic o…

- Pytał mnie o ciebie, gdy wpadł tu wczoraj, aby zobaczyć dziecko.

background image

- A co  mu  powiedziałaś? - dopytywała  się  Brooke. Nie znosiła, gdy ludzie 

roztrząsali jej problemy. Wystarczyło, że działo się tak w jej małżeństwie.

- Nic,  czego  by  już  nie  wiedział.  Że  byłaś  mężatką.  Że  rozwiodłaś  się.  Że 

można ci ufać. - Jazz zmarszczyła nos. - I nic o tym, że nie masz do mnie zbytniego 
zaufania - dodała po chwili.

Niewiele  brakowało,  a  Brooke  otworzyłaby  serce  przed  przyjaciółką.  Lecz 

bała  się,  że  gdy  już  zacznie  mówić,  nie  będzie  mogła  przerwać.  Chciała  tego 
uniknąć.  Peter,  opowiadając  wszem  i  wobec  ich  najintymniejsze  przeżycia  i 
problemy  małżeńskie,  zranił  ją  głęboko.  Przyjeżdżając  do Bostonu,  Brooke 
postanowiła, że już nigdy nie pozwoli sobie na otwartość ani szczerość.

Było jeszcze jedno. Bała się, że gdy Jazz dowie się, że nie może mieć dzieci, 

ich przyjaźń skończy się. Dla Brooke mały Jonathan Wilding był zarówno źródłem 
radości, jak i bólu i chciała ukryć to przed przyjaciółką.

- Jazz - zaczęła, czując ucisk w gardle - ja…

- W  porządku,  Brooke  -  szare  oczy  Jazz  były  pełne  zrozumienia  -  nie 

zmuszam innych do zwierzeń wtedy, gdy tego nie pragną. Czasem taka rozmowa 
pomaga  a  czasem  nie.  Chcę  tylko,  abyś  wiedziała,  że  jestem  twoją  przyjaciółką, 
która zawsze cię wysłucha.

- Wiem. To jedna z niewielu rzeczy, których jestem całkowicie pewna.

- A więc - zostajesz na kolacji, przyjaciółko? - Jazz powtórzyła wcześniejsze 

zaproszenie.

- Nie, nie mogę. Ale dziękuję - Brooke przecząco potrząsnęła głową.

- Jesteś pewna?

- Całkowicie. Spójrz - popatrzyła w stronę okna - myślę, że deszcz przestaje 

padać. Wiesz, jakie są te letnie burze. Nigdy nie trwają zbyt długo.

- Nie  masz  ani  płaszcza  ani  kapelusza  -  powiedziała  Jazz  - jeśli  wyjdziesz 

teraz,  na  pewno  przemokniesz  i  przeziębisz  się…  O  mój  Boże,  zachowuję  się 
zupełnie jak matka, prawda?

- Przecież jesteś matką - z uśmiechem powiedziała Brooke. - Zapomniałaś mi 

powiedzieć,  że  nie  mam  kaloszy.  Pamiętam,  jak  moja  matka  nalegała  zawsze, 
żebym w czasie deszczu nosiła gumowce.

-  Hm… - Jazz  zamyśliła  się,  jakby chciała  zapamiętać  tę  informację.  -  No 

background image

dobrze, a co z parasolką? Pozwól przynajmniej, że pożyczę ci parasolkę.

Brooke otworzyła torebkę.

- Wszystko w porządku, Jazz. Mam ją tutaj. Matka przypominała również o 

noszeniu parasolki.

W  pewien  sposób  Brooke  była  nawet  wdzięczna  niebiosom  za  złą  pogodę. 

Przy takiej burzy dojazd do domu wymagał większej uwagi i mogła choć na chwilę 
nie myśleć o Meadzie.

W  ślimaczym  tempie  przejechała  przez  most.  Uderzenia  błyskawic 

rozjaśniały  ciemnoszare  niebo.  Odgłosy piorunów  przypominały  brzmienie  sekcji 
perkusji z Uwertury Rok 1812 w wykonaniu Boston Pop Orchestra.

„Wiesz, jakie są te letnie burze” - zamruczała, parodiując swoją wcześniejszą 

wypowiedź.  Zmrużyła  oczy,  usiłując  dojrzeć  drogę  przed  sobą  -  „…nigdy  nie 
trwają zbyt długo”. Jakby na te słowa deszcz nieco zmalał. Dziękując Bogu choć za 
to, Brooke skręciła w Broadway. Jeszcze tylko kawałek…

Trzy przecznice  od  domu  silnik  nagle  zakrztusił  się  i  zgasł.  Brooke  nie  od 

razu zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje. Udało się jej skręcić i zatrzymać przy 
krawężniku.

-  O  nie,  proszę,  nie  rób  mi  tego!  -  protest  w  jej  głosie  zmieszany  był  z 

błaganiem. - Przecież zostałeś wyregulowany zaledwie miesiąc temu, pamiętasz?

Przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Silnik  zawarczał  kilka  razy  i  zamilkł. 

Spróbowała ponownie. Tym razem rozległo się tylko prychnięcie,

-  No,  dobra,  samochodzie  -  powiedziała  i  potrząsnęła  głową.  -  Dam  ci 

jeszcze  jedną  szansę.  -  Po  raz  kolejny  prze  kręciła  kluczyk,  naciskając  przy  tym 
pedał gazu i wierząc, że w przysłowiu „Do trzech razy sztuka” tkwi choć odrobinę 
prawdy.

Trzeci raz okazał się niepowodzeniem. Silnik wydał z siebie jedynie krótką 

czkawkę.

-  Świetnie!  -  wykrzyknęła  dziewczyna,  uderzając  dłonią  kierownicę.  Na 

zewnątrz krzaki tłukły o szybę samochodu. - Po prostu świetnie!

Przez  moment  zastanawiała  się,  co  robić,  myślała,  że  ulewa  ucichnie.  Ale 

nagle deszcz uderzył ze zdwojoną siłą.

-  Nie  możesz  siedzieć  w  samochodzie  przez  całą  noc  - powiedziała  sobie, 

background image

obliczając w myśli odległość dzielącą ją od domu. - To tylko trzy przecznice. Nie 
utoniesz przecież. Tak, zniszczysz swoje najlepsze spodnie i bluzkę, którą miałaś 
na sobie zaledwie dwa razy… ale nie utoniesz.

Już  po  dwudziestu  sekundach  od  wyjścia  z  samochodu  była  całkowicie 

przemoknięta.  Gdy  mijała  drugą  przecznicę,  silny  podmuch  wiatru  najpierw 
odwrócił, a następnie wyrwał jej z rąk parasolkę.

W  połowie  drogi  przez  trawnik  otaczający  dom,  Brooke  pośliznęła  się  i 

upadła, lądując na kolanach i dłoniach. Przy upadku otworzyła się jej torebka i cała 
zawartość wysypała się na rozmokłą ziemię. Brooke pomyślała sobie, że być może 
utonięcie nie było najgorszym z możliwych rozwiązań.

- Czuję…  czuję  się  jak  zmokła  kura  -  żałośnie  wyjąkała  Brooke,  próbując 

opanować dreszcze wstrząsające jej ciałem.

- To musiała być niezwykle zdesperowana kura - odparł żartobliwie Meade, 

prowadząc ją do swego mieszkania.

- Dzię… dziękuję, Meade - odpowiedziała, szczękając zębami.

Meade  usłyszał  stukanie  do  drzwi  frontowych  i  wpuścił  ją  do  środka. 

Zatoczyła  się  i  niemal  padła  mu  w  ramiona,  mamrocząc  coś  o  zepsutym 
samochodzie  i  zgubionych  kluczach.  Przez  chwilę  był  przerażony,  zanim  nie 
spostrzegł, że była przemoknięta i zziębnięta, a nie poważnie ranna.

-  Dlaczego  jest  tu  tak  ciemno?  -  spytała Brooke,  usiłując odgarnąć  z  czoła 

mokry kosmyk włosów. Na jej policzku została smuga błota.

- Wysiadła elektryczność - wyjaśnił. - Słuchaj. Idź teraz do łazienki i zdejmij

te mokre ubrania, dobrze? Ja w tym czasie przyniosę ci z góry coś suchego.

- Nie wejdziesz tam. Moje klucze… kiedy upadłam… - dziewczyna zatrzęsła 

się z zimna.

- Wiem. Mówiłaś, że wszystko wypadło z twojej torebki. Ale nie martw się. 

background image

Jestem przecież gospodarzem, pamiętasz? Mam zapasowe klucze.

- Och. - Zielone oczy wydawały się ogromne w jej bladej twarzy.

-  Łazienka  jest  tam  -  Meade  położył  ręce  na  wąskich  ramionach  Brooke  i 

skierował ją w lewo. - Idź już.

Gdy patrzył, jak ociekając wodą, szła przez pokój, zastanowił się, czy zdaje 

sobie  sprawę,  iż  przemoczone  ubranie  opina  jej  ciało  jak  druga  skóra.  Widział 
wyraźnie każdy szew bielizny, którą miała na sobie.

Po półgodzinie Brooke wyszła z łazienki, czując się znacznie lepiej niż przed 

wejściem. Otulona była zapinanym na zamek brzoskwiniowym szlafrokiem. Twarz 
miała czystą, bez śladu błota i makijażu, a włosy zaczesane palcami do tyłu.

Gdy weszła do salonu, Meade wstał i odłożył notatki, które przeglądał.

- Odżyłaś? - spytał, przyglądając się jej umytej twarzy.

- Tak,  dziękuję  -  dziewczyna  skinęła  głową,  rumieniąc  się  lekko  pod  jego 

bacznym spojrzeniem. - Wzięłam prysznic i umyłam włosy. Mam nadzieję, że nie 
masz  nic  przeciw  temu.  -  Rozejrzała  się  wokół.  Kilka  lamp  naftowych 
umieszczonych w różnych kątach pokoju rzucało przytłumione światło.

- Nie, jasne, że nie - zapewnił ją z uśmiechem. - Słuchaj, w kuchni parzy się 

właśnie herbata. Usiądź, a ja przyniosę filiżanki.

Brooke  patrzyła  na  niego,  gdy  wychodził  z  pokoju  tym  swoim  kocim, 

sprężystym krokiem, po czym usadowiła się na jednej z kanap. Na niskim stoliku 
wśród  nagromadzonych  tam  posążków  zobaczyła  rzeźbioną  figurkę,  która  tak
utkwiła  jej  w  pamięci.  Spojrzała  w  bok,  wycierając  dłonie  o  szorstką  tkaninę 
szlafroka, starała się zapomnieć o statuetce.

- Pani  herbata,  madam  -  oświadczył  Meade,  wracając  z  kuchni.  W  jednej 

ręce niósł barwny, wypalany kubek, a w drugiej ręcznik i niewielki słoik.

- Ach… dziękuję - odpowiedziała Brooke, biorąc kubek. - Jak zagotowałeś?

- Palnik turystyczny.

-  Tak,  oczywiście.  -  Brooke  poczuła  się  trochę  głupio,  że  nie  pomyślała  o 

tym  sama.  -  Powinnam  była  pamiętać,  że  jesteś  przyzwyczajony  do  życia  bez 
elektryczności.

-  Cóż,  powiedzmy,  że  nauczyłem  się  sztuki  przetrwania  w  nieco  bardziej 

background image

prymitywnych warunkach niż obecne.

Brooke  wypiła  łyk  parującego,  jasnobrązowego  naparu.  Poczuła  delikatny, 

nieco egzotyczny smak.

- Hm.  Jakie  to  wspaniałe.  Co  to  za  herbata?  -  upiła  kolejny  łyk,  próbując 

odgadnąć skład.

- To mieszanka ziołowa - odpowiedział Meade, siadając ze skrzyżowanymi

nogami u jej stóp. Po chwili dodał: - Plus pokaźna porcja Napoleona.

- Zioła... i brandy - powtórzyła Brooke, wypijając nieco większy łyk. Poczuła 

nagle  przyjemne  ciepło  w  żołądku.  - Receptura,  którą  poznałeś,  ucząc  się  sztuki 
przetrwania w prymitywnych warunkach? - zasugerowała żartem.

- Niezupełnie  -  zaśmiał  się  Meade,  rozkładając  na  kolanach  przyniesiony 

ręcznik.  -  Nauczyłem  się  tego  od  studenta,  z  którym  dzieliłem  pokój  na  letnim 
kursie w Oxfordzie. Był on pół-Chińczykiem, pół-Francuzem.

- Pół… -  Brooke  zamrugała  oczami,  zdając  sobie  nagle  sprawę  z 

niecodziennego  miejsca,  które  zajmował  Meade.  - Co  robisz  na  podłodze?  -
spytała.

- Zauważyłem zadrapanie na twojej lewej nodze. Mam tu coś na to.

- Och…  nie  musisz… - Przerwała  Brooke,  zaskoczona.  Ona  sama,  dopóki 

nie  zaczęła  zdejmować  z  siebie  zabłoconych,  mokrych  ubrań,  nie  zdawała  sobie 
sprawy, że upadek na dziedzińcu spowodował otarcia na skórze, a nowe rajstopy są 
do wyrzucenia. - To nic takiego, Meade. Naprawdę.

- Nie przeszkadzaj - odpowiedział cicho, unosząc nieco szlafrok.

Powiedział  to  tak  stanowczo,  że  Brooke  zrezygnowała  z  wszelkich 

protestów.  Otwierając  słoik  z  antyseptyczną  maścią,  Meade  przyglądał  się 
zadrapaniom.  Jej  ocena  skaleczenia  była  właściwa.  Mimo  wszystko,  po  prawie 
dwudziestu latach doświadczeń w terenie wiedział, że nie należy lekceważyć nawet 
najdrobniejszej  ranki.  Widział  kiedyś,  jak  jeden  z  jego  towarzyszy  niemal  stracił 
rękę, gdy skaleczenie dłoni zostało ocenione jako „nic groźnego” i zaniedbane, w 
wyniku czego wywiązała się poważna infekcja.

- Może trochę piec - ostrzegł, zanurzając palce w słoiku.

Gdy  Meade  zaczął  nakładać  maść,  Brooke  rzeczywiście poczuła  lekkie 

pieczenie.  Szybko  jednak  zapomniała  o  tym,  czując  wzdłuż  łydki  dotyk  dłoni 

background image

Meade’a. Wstrzymała oddech.

- Przepraszam  -  powiedział  Meade,  czując  pod  palcami  napięte  mięśnie. 

Uniósł  wzrok,  zaniepokojony  tym,  że  mógłby  sprawić  jej  ból.  Patrzyła  na  niego 
szeroko otwartymi oczami, rozchylając nieco wargi. - Brooke…?

- Wszystko w porządku - odparła szybko. - Ja… to… to rzeczywiście trochę 

piecze.

Pokiwał  głową  i  schylił  się,  by  skończyć  nakładanie  maści.  Gdy  patrzył  w 

twarz Brooke, ujrzał ten sam grymas co wówczas, gdy pocałował ją pierwszy raz.

W  ciągu  ostatniego  tygodnia  całował  ją  kilkakrotnie.  I  za  każdym  razem 

przekonywał  się,  że  miał  rację,  oceniając  tak  a  nie  inaczej  fizyczną  stronę  jej 
małżeństwa. Jej instynktowne reakcje zaskakiwały zmysłowością. Meade nigdy nie 
próbował  zatrzymać  Brooke,  gdy  zaczynała  się  od  niego  odsuwać.  To,  czego  od 
niej oczekiwał, musiało wyjść od niej.

- Proszę  -  powiedział  cicho,  delikatnie  wcierając  ostatka  porcję  maści  w 

skórę łydki. Puścił jej nogę. - Skończone.

- Dziękuję - odparła dziewczyna, zasłaniając się ponownie połą szlafroka.

- Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  -  odrzekł  wstając.  Przez  kilka  chwil 

przyglądał  się  jej  w  milczeniu.  -  Masz  ochotę  zostać  na  kolacji?  -  spytał  nagle, 
przeciągając  ręką  po  włosach.  Nigdy  nie  postąpi  wbrew  jej  woli,  ale  będzie  się 
starał być blisko niej.

Brooke uniosła podbródek, aby móc mu spojrzeć w oczy.

- Czy  jeśli  zostanę,  nauczysz  mnie  sztuki  przeżycia  w  prymitywnych 

warunkach? - spytała, lekko unosząc brwi.

- Możemy rozpocząć szkolenie. - Meade wyciągnął do niej rękę, ukazując w 

uśmiechu białe, odcinające się od opalonej skóry zęby.

background image

ROZDZIAŁ 6

- Francuski  chleb,  wino  i  brie -  wyliczała  Brooke  jakieś  dwie  godziny 

później, badając rozsypane na podłodze resztki pozostałe po pikniku. Westchnęła, 
udając, że się nad czymś zastanawia, i zwróciła się do Meade’a. - Nie chciałabym 
niczego  krytykować,  ale  to  niezupełnie zgadza się  z  moim  wyobrażeniem o  tym, 
czym jest prymityw.

- Tak,  zauważyłem,  jak  wiele  cię  kosztowało  zmuszenie  się  do  zjedzenia 

trzeciej porcji pasztetu - zauważył. Powaga jego głosu kontrastowała z uśmiechem.

- No cóż - Brooke wytarła wargi papierową serwetką. - Przyznam, że byłam 

głodna. To walka z żywiołem wzmogła apetyt.

- Walka z żywiołem? - powtórzył, unosząc brwi. - Poprzednio mówiłaś coś 

na temat huraganu.

- Uświadomiłam sobie właśnie, że o tej porze roku nie występują huragany -

odparła,  wzruszając  ramionami.  W  czasie  przygotowania  posiłku  opowiedziała 
Meade’owi  o  dramacie  swej  odysei.  Zachęcał ją,  zadając  absurdalne pytania,  i  w 
efekcie  jej  opowieść  była  mieszaniną  przedwojennego  serialu  przygodowego  z 
filmem przyrodniczym.

-  Aha.  Słusznie  -  Meade  skinął  głową,  następnie  zaczął  wsłuchiwać  się  w 

szalejącą  na  dworze  nawałnicę.  -  Wiesz,  to  może  być  monsun  -  zasugerował 
żartobliwie.

- Monsun? - Brooke powtórzyła z niedowierzaniem w głosie. - Słuchaj, moja 

znajomość  meteorologii  jest  zapewne  ograniczona  tylko  do  tego,  kiedy  należy 
chronić  się  przed  deszczem,  ale  nawet  ja  wiem,  że  w  stanie  Massachusetts  nie 
występują monsuny.

- Od  każdej  reguły  zdarzają  się  wyjątki  -  odparł.  - W  ostatnich  latach 

nastąpiło wiele anomalii pogodowych.

- Które są spowodowane dziurą w warstwie ozonowej, prawda?

- Możliwe - przyznał prostując się.

Brooke widziała, jak jego muskuły prężą się pod białym pulowerern i ciemne 

włosy  na  jego  piersi.  Sięgnęła  po  kieliszek  stojący  na  podłodze  i  wypiła  resztę 
wina.

background image

Po chwili Meade odezwał się ponownie.

- Wiesz,  chyba  masz  rację.  Pasztet  nie  jest  zbyt  prymitywnym  daniem. 

Chyba powinniśmy upiec w kominku parówki.

- Powiedziałeś przecież, że jedyne parówki, jakie masz w domu, zostały już 

dawno  posiekane  i  zapakowane  do  puszek  ze  spaghetti  w  sosie  pomidorowym!  -
zarzuciła mu Brooke.

- Bo  to  rzeczywiście  są  jedyne  parówki,  jakie  mam  w  domu.  Ale  pomyśl 

tylko, jak wspaniałe byłoby wyławianie ich z zimnego spaghetti.

- Hm...

- Moglibyśmy udawać, że poszukujemy pędraków.

- Meade! - Zmięła serwetkę i rzuciła w niego. Odbił ją jak lotkę przy grze w 

kometkę.

- Zbyt prymitywne, tak? - zażartował, puszczając do niej oko.

- Tylko tego można spodziewać się po kimś, kto gromadzi w kuchni zapasy 

puszek ze spaghetti i stosy chrupek.

- Spokojnie, spokojnie. Powiedziałem ci przecież, że trzymam to dla moich 

siostrzeńców.

- Hm - odparła Brooke, siadając wygodniej i bawiąc się kosmykiem włosów. 

- Ciekawa jestem... ciekawa jestem, co jedli na kolację Jazz i Ethan.

- Och, z pewnością coś niezwykłego - odpowiedział. - Na przykład ślimaki. -

Przypatrywał się uważnie dziewczynie. - Może powinnaś była zostać i przekonać 
się - zaproponował cicho. Wspomniała wcześniej, że została zaproszona na kolację, 
ale nie wyjaśniła, dlaczego nie przyjęła tej propozycji.

- Nie. Chciałam wrócić do domu - powiedziała po chwili, wciąż bawiąc się 

włosami.  Wiedziała, że  Meade  ją  obserwuje.  Zawsze  to  wiedziała.  Podobnie,  jak 
zawsze wiedziała. gdy robił to Peter. Ale tym razem było inaczej.

Meade  O’Malley  sprawiał,  że  w  jego  obecności  może  sobie  bezpiecznie 

pozwolić na słabość. Dotykać... i być dotykaną. Nie tylko fizycznie, ostatni tydzień 
nauczył ją wiele: ale również emocjonalnie.

- Brooke?

Spojrzała  na  niego.  Dystans  między  nimi  zmniejszył  się  niepostrzeżenie. 

background image

Siedzieli  teraz  w  odległości  kilkunastu  centymetrów.  Na  tyle  blisko,  by  móc 
dotknąć... na tyle blisko, by zostać dotkniętą.

- Jazz sądziła, że powinnam do ciebie zadzwonić, gdy bym zdecydowała się 

zostać u niej na kolacji.

Meade uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach nie było śladu wesołości.

- Mógł  z  tym  być  pewien  kłopot.  Ulewa  zalała  przewody  telefoniczne  -

powiedział.  -  Ale  oczywiście,  byłbym  spokojniejszy,  wiedząc,  gdzie  jesteś. 
Zacząłem zastanawiać się około piątej trzydzieści, a martwić kwadrans po szóstej.

- Ona… Jazz sądziła, że tak będzie.

- A ty?

Brooke zwilżyła wargi koniuszkiem języka.

- Myślałam, że nie odnotowujesz wszystkich moich wyjść i powrotów.

- Czyżbyś próbowała sprowokować mnie do prawienia komplementów?

-  Och,  nie!  - zaprzeczyła.  Coś  w  jego  wzroku  spowodowało,  że  się 

zarumieniła. - Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego…?

- Proszę, już w porządku. Wierzę ci. - Naprawdę jej wierzył. Przez ostatnie 

dwa  tygodnie  poznał  ją  na  tyle,  aby  zdawać  sobie  sprawę  z  wrażliwości 
dziewczyny. - Pozwól, że to ja cię spytam. Czy ty znasz moje wyjścia i powroty?

Brooke  uniosła  rękę  do  piersi,  w  tradycyjnym  kobiecym  geście  obrony, 

zupełnie tak, jakby chciała zasłonić swą naróść. Zaskoczyła ją prostota tego pytania 
i jej chęć udzielenia odpowiedzi.

- Wiem, kiedy tu jesteś - szepnęła po chwili, czując jak czerwieni się. - I… i 

wiem, kiedy cię nie ma.

Meade  zaczerpnął  głęboko  powietrza.  Nie  oczekiwał  takiej  szczerości. 

Nawet na nią nie liczył. Słowa Brooke oszołomiły go niczym afrodyzjak. Odczekał 
kilka sekund, starając się uspokoić. I odpowiedział jej z równą uczciwością.

- Tylko  raz  nie  wiedziałem,  że  jesteś  w  domu.  To  było  tej  nocy,  gdy 

wróciłem z Brazylii. Od tamtej pory…

Uniósł  prawą  rękę  i  przesunął  nią  wzdłuż  policzka  i  brody  dziewczyny. 

Opuszkiem  kciuka  pogładził  jej  usta,  delektując  się  ich  delikatnością.  Rozchyliła 
lekko wargi. Jego dotknięcie spowodowało, że zadrżała.

background image

- Od  tamtej  pory,  nawet  gdy  cię  nie  widzę,  nie  słyszę,  nie  czuję  zapachu 

twoich  perfum,  zawsze  wiem,  kiedy  jesteś  w  domu  -  kontynuował.  -  Czuję  cię, 
Brooke. Czuję cię.

-  Medea… -  drżącym  głosem  zaczęła  Brooke,  Podniecenie  wywołane  jego 

dotykiem przenikało każdy nerw jej ciała.

- Chcę się z tobą kochać - powiedział głębokim głosem. Siła jego pożądania 

spowodowała, że głos  mu się  załamywał. -  I  wiesz o  tym,  prawda?  Wiedziałaś o 
tym od początku.

Brooke zawahała się.

„Nigdy nie wstydź się szczerości” - powiedział kiedyś.

- Tak - wyszeptała.

- Chcę się z tobą kochać teraz. Dzisiejszej nocy.

Dziewczyna  poruszyła  się  nieznacznie.  Wydało  się  jej,  że  czas  stanął  w 

miejscu.

- Powiedz mi, czego pragniesz. Proszę. - Meade chwycił w dłonie jej twarz, 

muskając palcami delikatną skórę,

Patrzyła  prosto  w  jego  oczy.  Już  kiedyś  pytano  ją  o  jej  pragnienia,  lecz 

wówczas nie wierzyła, by jej odpowiedź miała jakiekolwiek znaczenie. Tym razem 
było inaczej.

„Nigdy nie wstydź się…”

- Brooke? 

„…szczerości”.

- Chcę się z tobą kochać, Meade. Teraz. Dzisiejszej nocy. 

I to była prawda.

background image

Meade poprowadził Brooke do sypialni. Pokój był niewielki, umeblowany z 

niemalże  spartańską  prostotą.  Znajdowało  się  w  nim  kilka  książek  i  prostych 
sztychów  przedstawiających  rośliny,  I  nic  więcej,  żadnych  niepotrzebnych 
sprzętów.  Nieład,  tak  wszechobecny  w  pozostałej  części  mieszkania,  został  za 
drzwiami.

Meade  postawił  na  drewnianej  komódce  przyniesioną  z  salonu  lampę. 

Sypialnia wypełniła się delikatną poświatą. Brooke, drżąc, stanęła w kręgu światła i 
przyglądała się Meade’owi szeroko otwartymi  oczami. Meade  zbliżył się do niej. 
Uniósł  ręce  i  dotknął  jej  opadających  na  ramiona  włosów.  Zagłębił  palce  w 
jedwabiste sploty. Stał tak blisko, że był pewien, iż Brooke słyszy silne uderzenia 
jego serca.

- Nie bój się - powiedział miękko. Czuł promieniujące nawet przez szlafrok 

ciepło jej ciała i odurzający zapach świeżo umytej skóry.

Brooke odrzuciła głowę. Była to chwila ofiarowania i przyjmowania.

- Nie boję się - odparła. Przeżywała wiele stanów ducha.  ale strach nie był 

jednym z nich.

Meade  nie  zdawał  sobie  nawet  sprawy,  jak  bliski  był  załamania.  Z  wielką 

ulgą przyjął jej słowa.

- Brooke, o mój Boże. Brooke - jęknął.

Wtedy ją pocałował.

Dotyk  jego  warg  był  słodki  i  parzący.  Brooke  poddała  się  bez  wahania, 

ulegając  czarowi  jego  męskości.  Rozchyliła  wargi.  Chwilę  później  poczuła 
szorstkość języka. Ten smak przepełniłjej usta.

„Tak… o tak. Proszę…” - pomyślała.

Gdy się  rozdzielili,  dziewczyna oddychała płytko.  Patrzyła  na  Meade’a jak 

urzeczona i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że przód szlafroka rozchylił się 
prawie do pępka. Chłodne powietrze owiało jej rozgrzaną skórę. Poczuła, jak sutki 
zaczynają twardnieć.

-  Moja kochana… - wyszeptał Meade. Delikatnie wsunął ręce pod szlafrok. 

Palcami poznawał szczupłość bioder, wgłębienie wąskiej talii i krągłość odkrytych 
piersi. Tak wiele razy wyobrażał sobie tę chwilę…

Brooke  nie  potrafiła  być  prowokacyjna.  Była  zbyt  mało  pewna  siebie,  aby 

background image

przejmować  inicjatywę.  Lecz  śmiały  dotyk  dłoni  Meade’a  sprawił,  że  przeszłe 
doświadczenia wydały się jej nieistotne. Meade miał na sobie pulower wpuszczony 
w obcisłe dżinsy. Wystarczyło kilka ruchów, by pozbyć się okrycia.

Już przy pierwszym dotyku przez ciało Meade’a przebiegł dreszcz. Przestał 

na moment oddychać. Pod ciepłą, gładką skórą rysowały się silne mięśnie. Brooke 
przesunęła ręce wyżej, odkrywając owłosienie jego piersi.

Brooke nie wiedziała, ile czasu poświęciła na tę pieszczotę. Nie zauważyła, 

kiedy Meade zsunął z jej ramion szlafrok.

-  Chcę  cię  zobaczyć  -  ochryple  powiedział  Meade.  -  Teraz.  -  Zsunął  niżej 

okrywający  ją  materiał,  po  czym  odsunął  dłonie  i  pozwolił  zadziałać  prawu 
ciążenia.  Szlafrok  upadł  na  podłogę,  układając  się  miękko  wokół  jej  szczupłych 
kostek.

Po  chwili Brooke cofnęła się  o krok  i dopiero  wtedy przestraszyła się. Nie 

był  to  strach  przed  Meade’em.  Raczej  strach  przed  sobą…  przed  brakiem 
doświadczenia.

Naprawdę chciała się z nim kochać. Tutaj. Tej nocy. Była szczera, gdy mu to 

mówiła.  Ale  to  nie  była  cała  prawda.  To,  czego  naprawdę  pragnęła,  to  dać  mu 
rozkosz. Ale obawiała się, że nie będzie umiała tego dokonać.

Kuszące  kędziory  włosów  na  jej  łonie  były  zaledwie  o  ton  czy  dwa 

ciemniejsze niż na głowie. Całe jej ciało, poza różowością sutek, było jak studium 
w kolorze kremu i miodu.

Przymknął  na  moment  oczy,  usiłując  złapać oddech,  jakby  w  pokoju  nagle 

zabrakło tlenu. Pożądanie zawładnęło nim całkowicie, domagając się spełnienia.

„Wolniej, do diabła. Wolniej!” - przykazał sobie.

-  Meade?  -  niepewnie  spytała  Brooke,  nie  umiejąc  wy  tłumaczyć  sobie 

napięcia, które w nim wyczuwała. Czyżby zrobiła coś nie tak?

Meade otworzył oczy.

-  Brooke,  jesteś  tak  piękna.  Tak  piękna.  Przy  tobie  czuję… -  potrząsnął 

bezradnie głową.

Brooke przesunęła czubkami palców po jego wargach.

- Mam nadzieję, że czujesz to samo co ja - wyszeptała. Nie pamiętała, kiedy 

cofnęła  się  ponownie,  aż  pod  kola  nami  wyczuła  brzeg  materaca.  Usiadła  i 

background image

czekała…

Meade  rozebrał  się  błyskawicznie  i  stanął  przed  nią  nagi  i  podniecony. 

Widząc wyraz oczu dziewczyny, wymówił pytająco jej imię.

Podobnie jak kilka minut wcześniej rękami, teraz odkrywała wzrokiem nagie 

ciało  Meade’a.  Gdy  ich  oczy  spotkały  się,  dziewczyna  uśmiechnęła  się.  W 
uśmiechu tym, choć nieco nieśmiałym, nie było widać nawet śladu obawy.

Leżeli przytuleni. Pocałował jej usta. Pieścił całe ciało. Objął dłońmi piersi, 

muskając opuszkami wrażliwe szczyty. Brooke jęknęła, gdy w miejscu, w którym 
przed  chwilą  błądziły  palce,  poczuła  smak  męskich  warg.  Ssał  i  kąsał,  najpierw 
jeden różowy pąk, potem drugi.

Pozwoliła  sobie  na  delektowanie  się  pieszczotami  Meade’a  To  było  takie 

proste, poddać się i być samolubną.

Lecz Brooke nie mogła sobie na to pozwolić. Pragnęła… chciała ofiarować 

choć część tego, co otrzymała.

Dać  mu  rozkosz,  a  jednak  miała  wrażenie,  że  sprawia  mu  ból.  Gdy  jej 

delikatne palce objęły twardy dowód jego pożądania, Meade znieruchomiał.

-  Och,  Brooke!  - jęknął.  Wydawało  się,  jakby  jej  imię  zostało  wyrwane  z 

jego gardła.

Cała się trzęsąc, Brooke cofnęła rękę. Poczuła przypływ wstydu i poniżenia.

- Przepraszam - wyjąkała.

Meade ujrzał bladość jej twarzy i wyraz bólu w oczach. Zdał sobie sprawę, 

że niewłaściwie odebrała jego reakcję. Przeklął samego siebie. Zareagował na  jej 
dotyk jak nowicjusz, który za chwilę osiągnie szczytowanie i zniszczy wszystko.

- Nie, nie kochana - powiedział gwałtownie, chwytając ją, zanim zdążyła się 

od niego odsunąć. - Nie. Wszystko - porządku. Po prostu pragnę cię. Nie potrafię 
nad  sobą  zapanować.  Kiedy  dotknęłaś  mnie  przed  chwilą… -  pochylił  głowę  i 
musnął ustami jej chłodne, zaciśnięte wargi. - To była nie tylko przyjemność. To 
była  wręcz  ekstaza.  Bałem  się,  że…  wszystko  toczyło  się  tak  szybko…  Zbyt 
szybko.

- Zbyt szybko? - powtórzyła Brooke, usiłując zrozumieć, co miał na myśli. 

Czy to możliwe, aby ona…

- Tak,  kochanie.  Tak  -  potwierdził  pospiesznie.  -  Pamiętasz  nasz  pierwszy 

background image

pocałunek? - powiódł czubkiem języka b zewnętrznej krawędzi jej warg.

- To znaczy… że podobało ci się, jak cię dotykałam? - na jej twarz powrócił 

rumieniec.

- O Boże, pragnę czuć znowu twoje dotknięcie - powiedział ze wzruszeniem 

w  głosie.  „I  pragnę  zabić  tego  drania,  przez  którego  uwierzyłaś,  że  ja,  czy  inny 
mężczyzna by to odtrącił” - dodał w duchu. - Ale jeszcze nie teraz. Nie musimy się 
spieszyć. Czas należy do nas. Powoli… nauczmy się siebie…

Usłyszał ciche westchnienie i poczuł, jak się rozluźniła. Poczekał chwilę, po 

czym wziął ją w objęcia.

Jedynym, najgłębszym pragnieniem Brooke było dać Meade’owi satysfakcję. 

Niczego nie pragnęła goręcej.

Wiedziała,  że  usiłował  nad  sobą  panować.  Widziała  napięcie  twarzy,  jego 

urywany oddech i wiedziała, że robi to tylko z myślą o niej.

Przecież nie było takiej potrzeby.

-  Proszę… -  powiedziała  błagalnie,  całując  i  pieszcząc  jego  ciało.  Potrafi 

sprawić mu przyjemność. Musi jej tylko na to pozwolić.

Meade pragnął, aby Brooke pożądała go tak, jak on jej. Wydawało mu się, że 

wreszcie tak się stało. I wtedy, jak przez mgłę dostrzegł, że coś jest nie w porządku. 
To tak, jakby ona…

- Brooke… - Boże drogi, jej kobiecy zapach i dotyk sprawiły, że zatracił się 

w pożądaniu. Podniecało go wszystko. Kusiła go każdym zakamarkiem ciała.

Poza…

Dręcząca niepewność kazała przesunąć dłoń z krągłości piersi niżej, wzdłuż 

płaskiego brzucha, obok płytkiego pępka, i dalej. Rozchyliła uda. Ostrożnie badał 
wilgotną miękkość, otoczoną trójkątem blond loków. Twarz mu stężała.

background image

Cokolwiek powodowało u Brooke tę gotowość, nie było to spontaniczne.

- Meade, proszę - szepnęła Brooke, wyczuwając jego nastrój i wątpliwości. 

Zaczęła całować jego szyję wokół miejsca, gdzie widać było bicie pulsu.

- Nie  chcę  sprawić  ci  bólu  -  mówił,  usiłując  ignorować  prowokujące 

ukąszenia jej zębów. Zdawał sobie sprawę ze swej siły i wielkości, był bliski utraty 
kontroli nad sobą. Jeśli nie była jeszcze gotowa na jego przyjęcie…

-  Nie  sprawisz  -  zapewniła  go.  -  Proszę…  teraz.  -  I  poruszyła  biodrami  w 

sposób znany już od czasów Adama i Ewy.

Meade  nie  był  w  stanie  już  dłużej  walczyć;  Z  jękiem  wziął  to,  co  mu 

ofiarowała.  Wkroczył  w  nią  jednym  ruchem  bioder.  Zetknięcie  jego  twardej 
męskości  z  jej  miękką  wilgotnością  sprawiło,  że  prawie  eksplodował.  W  jej 
wnętrzu  było  tak  ciasno,  że  był  zaskoczony.  Lecz  uścisk  jej  mięśni  wyzwalał 
rozkosz tak silną, że wręcz bolesną.

Pragnął,  aby  razem  osiągnęli  orgazm.  Zagryzł  wargi,  usiłując  za  wszelką 

cenę  nie  dopuścić  do  przekroczenia  tej  wątłej  granicy,  jaka  dzieliła  go  od 
całkowitego spełnienia.

Brooke  poruszyła  się  i  przesunęła  paznokciami  po  jego  umięśnionych 

plecach. Poczuła, jak z niej promieniuje niesamowite gorąco.

- Jeszcze… nie… - jęknął Meade, wczepiając się palca mi w prześcieradło. –

Brooke…  proszę,  tak  bardzo  pragnę,  żebyś  i  ty… -  W  jego  głosie  słychać  było 
zawiedzione na dzieje.

Aż  do  tego  momentu  Brooke  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że  Meade 

chce dać i jej radość spełnienia. Nigdy wcześniej nie przyszło jej na myśl, że mógł 
czerpać przyjemność również z dawania.

- Nie mogę… przepraszam…

Brooke wiedząc, że kochanek przegrywa walkę, udała uniesienie. I był to z 

jej strony akt miłości.

background image

Archimedes  Xavier  O’Malley  nie  był  pewien,  czy  pytanie:  „Czy  tobie  też 

było  dobrze?”  było  wywołane  męską  arogancją  czy  może  brakiem  poczucia 
bezpieczeństwa.  Na  podstawie  emocji,  które  w  przeszłości  prowokowały  go  do 
stawiania tego pytania, musiało to być kombinacją obydwu tych odczuć.

„Czy było ci dobrze?”

Powiedz mi, czy jestem tak dobry, jak myślę.

„Czy było ci dobrze?”

Tak się boję, że byłem niezgrabnym, samolubnym samcem. Powiedz mi, że 

to nieprawda!

Brooke nie była usatysfakcjonowana. Pragnęła, by wierzył, że i ona doznała 

rozkoszy,  lecz  Meade  wiedział,  że  to  nieprawda.  Nawet  w  chwili  całkowitego 
spełnienia,  w  momencie,  gdy  jego  umysł  nie  rejestrował  tego,  co  działo  się  z 
ciałem,  czuł,  że  ona  była  gdzieś  daleko.  A  teraz,  w  chwili  rozluźnienia,  opętany 
sprzecznymi uczuciami…

Brooke usiadła, zasłaniając piersi brzegiem prześcieradła. Włosy opadały jej 

w  nieładzie  na  ramiona,  zakrywając  twarz.  Meade  czuł  jej  napięcie  i  słyszał 
urywany oddech.

Dziewczyna  podkurczyła  nogi  i  wtuliła  głowę  między  kolana.  Nie  była  w 

stanie zebrać myśli. Zaspokoiła go przecież. Była tego pewna. A jednak…

Miała  nadzieję,  że  i  ona  osiągnie  orgazm.  Ale  teraz  czuła  wyłącznie 

niepokój. Co było z nią nie w porządku? Dlaczego nie mogła…

- Brooke?

Głos Meade’a przywołał ją do rzeczywistości. Zamarła pod dotykiem palców 

muskających jej ramiona. Poczuła, że za chwilę się rozpłacze.

Pragnęła… O Boże, pragnęła…

- Brooke  -  powtórzył  Meade  głosem,  w  którym  brzmiała  niepewność  i 

ponaglenie.

Odwróciła głowę w jego stronę. Szmaragdowe oczy mężczyzny były  pełne 

czułości. Dopiero po chwili zorientowała się, że to było do niej.

- Tak? - spytała. Nie oczekiwała czułości, nie teraz. 

background image

Meade  pogładził ją ponownie i  poczuł, jak zadrżała. Pozwól, powiedział  w 

duchu. To dla ciebie… i dla mnie.

- Pamiętasz naszą rozmowę w pizzerii? - spytał cicho.

Brooke nie spodziewała się tego pytania. Jednakże po chwili skinęła głową.

- A więc pamiętasz, co mówiłem o tym, że nie należy…

- …wstydzić się prawdy - dokończyła.

Meade  wiedział,  że  trafił  w  czułą  strunę,  choć  nie  zdawał  sobie  z  tego 

sprawy. Zawahał się, po czym kontynuował.

- Nigdy  nie  powinnaś  bać  się  mówić  prawdę.  Każdą  prawię.  O  tym,  co 

czujesz… lecz także o tym, czego nie czujesz.

- Ja… - nie była w stanie powiedzieć nic więcej.

- Nie  musisz  niczego udawać.  Nie ze mną. - Trzy ostatnie słowa wymówił 

bardziej stanowczo. Przełknął ślinę i dodał już łagodniej: - Nie ze mną. Ani teraz, 
ani nigdy.

Brooke  odwróciła  głowę,  czując  gorzki  smak  porażki.  Przez  moment 

zastanawiała  się,  czy  nie  zaprzeczyć  jego  słowom.  Zaprzeczyć,  że cokolwiek 
udawała. Lecz wiedziała, że nie może. Zresztą i tak by jej nie uwierzył.

- W  porządku  -  powiedziała  martwym  głosem.  -  Prawda.  I  tak  sam  to 

zauważyłeś. Nie jestem zbyt dobra w uprawianiu miłości. W seksie.

- To są dwie różne rzeczy, Brooke.

Uniosła głowę, zaskoczona, jak jej się wydało, okrucieństwem jego słów.

- W  porządku.  Nie  jestem  dobra  w  żadnej  z  tych  rzeczy  -  odpowiedziała 

ostro.  „A  ty  oczywiście  jesteś  ekspertem  w  obydwu  -  pomyślała  z  zazdrością.  -
Pewnie znasz setki kobiet…”

- Brooke - Meaae dojrzał cierpienie w jej oczach. Nie to miał na myśli, chciał 

tylko, żeby zrozumiała, iż to, co robili razem nie było…

- Chciałam… chciałam, żeby było ci dobrze - powiedziała z bólem w głosie. 

- Wiem, że nie…

- Wiesz…  -  już  nie  miał  żadnych  wątpliwości,  jak  musiała  być 

wykorzystywana przez pierwszego męża. Przez chwilę marzył o tym, by roznieść 

background image

tego  faceta  w  pył.  Odrzucił  jednak  od  siebie  krwiożercze  myśli  i  całą  uwagę 
poświęcił Brooke.

- Kochana - powiedział, zmuszając ją do odwrócenia głowy w jego stronę. -

Kochana, posłuchaj mnie, proszę. Naprawdę nie mogło mi być ani trochę lepiej. To 
niemożliwe. 

Powiedziała coś szeptem. Coś, co brzmiało jak pojedyncza sylaba, jak jego 

imię.

- To prawda! - wiedział, że nie wierzy w szczerość jego słów, bo wątpiła w 

siebie. - Naprawdę było mi dobrze. - Pozwolił, by wspomnienie przeżytej rozkoszy 
znalazło ujście w brzmieniu tych słów. I spojrzał wprost w jej oczy. - Ale tobie nie 
było dobrze, prawda - bardziej stwierdził, niż zapytał.

- To  nie  twoja  wina!  -  zaprzeczyła.  Nie  mogła  pozwolić  na  to,  by  winił 

siebie.

- Twoja też nie - odparł natychmiast głosem nie znoszącym sprzeciwu.

- Ale ktoś przecież musi... - zaczęła.

- Nie  -  przerwał  jej  łagodnie.  -  Brooke,  posłuchaj  uważnie.  To  był  dla  nas 

pierwszy  raz.  Początki nigdy  nie  są  łatwe.  Dwoje  ludzi  musi  razem odnaleźć  ten 
rytm, który będzie odpowiadał obojgu. Może w romansach wszystko udaje się przy 
pierwszym podejściu… ale w życiu… - potrząsnął głową.

Brooke przełknęła ślinę i spuściła wzrok.

- Nie mam… tylko raz wcześniej byłam z kimś innym - wyznała po chwili.

Meade nie był przygotowany na taką szczerość.

- Jeszcze nigdy… nigdy… - zawahała się i zaczerpnęła głęboko powietrza. -

Nie chciałam udawać. Naprawdę. Chciałam… To, co czułam, to, co sprawiłeś… -
tak bardzo chciała, by ją zrozumiał!

Meade  powoli  pogładził  nagie  ramiona.  Podpowiedział  jej  słowa,  których 

sama nie potrafiła znaleźć.

- Mam nadzieję, że czułaś to samo. Sprawiłaś, że uwierzyłem, iż może być 

nam razem dobrze. Naprawdę dobrze. Czy i ty tak myślisz?

Razem.

Brooke przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie, jej nagłe zafascynowanie 

background image

tym mężczyzną.  I przypomniała sobie łączącą ich  więź, gdy  w szpitalu pomagali 
Jazz przy porodzie. Razem.

-  Tak - szepnęła.  W  jej  głosie  zabrzmiał  ton  zaskoczenia,  podobnie  jak 

wtedy, gdy powiedziała mu, że nie czuje lęku.

Doskonale.

-  Ja  po  prostu  nigdy  wcześniej… -  próbowała  zapomnieć  o  przeszłych 

doświadczeniach,  aby  przyjąć  to,  co  obiecywała  przyszłość. - Meade,  nie  wiem, 
czy potrafię.

- Wiem,  że  potrafisz.  -  Dotknął  z  czułością  jej  warg.  - Zaufaj  mi…  zaufaj 

sobie.

I Brooke poczuła, że potrafi ufać.

Bardzo powoli Meade położył ją na materacu. Przeczesał palcami jej włosy. 

Pochylił  głowę  i  musnął  ustami  brwi.  Całował  jej  skronie,  czując  pod  wargami 
pulsowanie tętna. Kąsał płatki uszu. Całował delikatną skórę powiek, bladoróżowe 
policzki,  czubek  nosa.  Wreszcie  zajął  się  jej  ustami.  Poddawała  się,  gotowa  na 
przyjęcie pieszczoty. Po chwili poczuł na swych wargach dotknięcie jej języka.

Wodził  dłońmi po  wszystkich  zakamarkach  jej  ciała.  Pod Jotknięciem jego 

dłoni ciało poruszało się. radośnie. Przyjmowała pieszczoty i pragnęła następnych. 
Były w nich obietnice przyszłej rozkoszy.

Brooke  wydawało  się,  że  rozkwita.  Każdy  nerw  promieniował  nieznanym 

dotąd ciepłem. Opanowała ją tęsknota dawania i otrzymywania.

Smakowała jego wargi… słony aromat skóry. Całowała prężne ciało,  czuła 

mięśnie reagujące na każdą pieszczotę. Jęknęła, obejmując ustami twardy wzgórek 
jego męskiego sutka.

- Brooke…

Meade  objął  jej  biodra,  masował  palcami  ich  zwieńczenie.  Przesunął  ręce 

wyżej, aż do piersi i zaczął delikatnie drażnić różane pąki sutek. Krzyknęła, jakby 
sprawiał jej ból.

Potem  poczuła  jego  usta.  Zaczął  ssać  brodawkę.  Intensywność  pieszczot 

sprawiała, że Brooke jęknęła.

- Medea… proszę…

background image

Odczuwany  wcześniej  niepokój  przemienił  się  w  pożądanie.  Brooke  czuła 

potrzebę  poszukiwania,  przytulania,  dotykania…  Jak  przez  mgłę  zauważyła,  jak 
Meade przesunął się w dół jej ciała. Dopiero gdy poczuła gorący oddech na udach, 
zorientowała się, do czego zmierza. Zaskoczenie ustąpiło miejsca rozkoszy, której 
wcześniej nie znała, której nie oczekiwała.

Meade  przytrzymał  jej  biodra.  Pieścił  ją  bardzo  delikatnie.  Stopniowo 

przełamywał  jej  opór…  Brooke  była  rozgrzana  namiętnością.  Nie  chciała  jednak 
spłonąć w samotności. Sięgnęła w dół, zanurzając palce we włosy mężczyzny. Nie 
była pewna, czy będzie mogła powiedzieć choć słowo. Nie była pewna, czy będzie 
w stanie zaczerpnąć powietrza.

Meade uniósł głowę. Jego oczy rozświetlone były radością.

- Dobrze… razem… - nie potrafiła powiedzieć nic więcej.

Wystarczyło.

Meade przesunął się wyżej i posiadł ją. Pocałował usta dziewczyny. Brooke 

objęła  go  ramionami,  przytuliła  mocno.  Wbiła  paznokcie  w  jego  plecy,  czując 
bliskość orgazmu.

Całym sercem pragnęła dać mu rozkosz - i dała.

Całym sercem pragnął dać jej rozkosz - i dał.

Osiągnęli  razem  szczyt  i  nie  miało  już  znaczenia,  kto  komu  ofiarował 

rozkosz.

ROZDZIAŁ 7

Blask promieni słonecznych i pieszczota wzdłuż kręgosłupa obudziły Brooke 

następnego poranka.

- Hm… - westchnęła, poruszając się ociężale. Westchnęła ponownie, czując 

background image

na karku ciepło warg Meade’a.

Odwróciła się leniwie w jego stronę.

- Dzień dobry - przy witał ją cicho. Opierał się na łokciu, tylko trochę okryty 

prześcieradłem.  Włosy  w  nieładzie  opadły  mu  na  oczy.  Cień  zarostu  na  brodzie 
nadawał mu zawadiacki wygląd.

Przyglądał  się  jej  błękitnymi,  przepełnionymi  czułością  oczami.  Brooke 

miała wręcz ochotę zanurzyć się w ich głębiach.

-  Dzień  dobry  -  odpowiedziała,  odgarniając  mu  z  czoła  niesforny  kosmyk. 

Wskazującym  palcem  powiodła  wzdłuż  sinie  zarysowanej  linii  jego  nosa.  Nie 
mogła opanować chęci dotykania go.

Meade ujął jej dłoń i ucałował.

- Jak się czujesz? - spytał.

Sen  zostawił  na  policzkach  dziewczyny  różowy  ślad.  W  odpowiedzi  na 

pytanie  rumieniec  pogłębił  się.  Jednocześnie  w  oczach  Brooke  pojawił  się 
niezwykle kobiecy blask.

- Nie wiem - odparła. Czuła słodką ociężałość. Po raz pierwszy w życiu była 

świadoma swej kobiecości. - Nigdy wcześniej tak się  nie czułam. Czy rozumiesz 
coś z tego? - śmiała się zdziwiona.

- Tak,  oczywiście  -  zapewnił  ją  z  uśmiechem  Meade.  - Ja  także  po  raz 

pierwszy doświadczyłem tak silnych emocji.

- Naprawdę? - wstrzymała oddech.

- Naprawdę - zapewnił ją.

- Meade,  nigdy  nie  znałam… -  przerwała,  nie  potrafiąc  znaleźć 

odpowiednich słów. Jak mogła mu wyjaśnić to, czego dowiedziała się o sobie? O 
nim?

- Rozumiem - odpowiedział.

Brooke  przysłoniła  rzęsami  oczy,  czując  nieodpartą,  nieznaną  wcześniej 

potrzebę flirtowania.

- Jeśli żadne z nas wcześniej nie czuło nic podobnego…  czy to oznacza, że 

to dla nas jest drugi pierwszy raz?

background image

Prowokacyjne  pytanie  i  żartobliwy  blask  w  oczach  dziewczyny 

spowodowały, że serce Meade’a zabiło mocniej.

-  Coś  w  tym  rodzaju  -  potwierdził.  Opuścił  dłoń  w  dół    jej  ciała,  wzdłuż 

smukłej  szyi,  aż  do  piersi.  Sutki  Brooke  stwardniały  momentalnie,  reagując  na 
doznaną pieszczotę.  Zaczerpnęła powietrza.

- Och, Meade… - szepnęła.

Poczuł narastające pożądanie. Opadł na prześcieradło i zdał sobie sprawę, że 

nie musi o nic pytać. Brooke już na niego czekała.

- Brooke, musimy o czymś porozmawiać.

Brooke  uniosła  głowę,  którą  opierała  na  jego  piersi.  Przysłuchiwała  się 

rytmowi bicia jego serca, który powoli uspokajał się po spełnieniu.

-  Jedzenie?  -  spytała  z  nadzieją  w  głosie,  patrząc  na  budzik  stojący  przy 

łóżku. Włączono już prąd i zegar zaczął ponownie chodzić; niestety nie wskazywał 
właściwej  godziny.  Pustka  w  żołądku  dziewczyny  wskazywała  na  porę  obiadu, 
natomiast na zegarze była 6.30 rano.

Usta Meade’a skrzywiły się lekko, jakby zgadzał się z nią, że człowiek nie 

może żyć samą tylko miłością.

- Dojdziemy i do tego - obiecał.

- Może chodzi o naprawę mojego samochodu? - Brooke zmieniła pozycję i 

odgarnęła włosy na plecy.

- Do tego także dojdziemy. - Meade przesunął dłonie wzdłuż wdzięcznej linii 

jej nagich pleców. - To… to ważne.

background image

Brooke otworzyła usta, chcąc mu powiedzieć, że dla niej obie sprawy były 

ważne.  I  wówczas  zauważyła,  że  spoważniał.  Ochota  do  żartów  minęła.  Poczuła 
nagły przypływ niepokoju.

- Co to takiego? - spytała cicho.

Meade zauważył napięcie w jej głosie.

- Nie przedsięwziąłem żadnych środków ostrożności - powiedział wprost.

Po tych słowach Brooke poczuła, jak w gardle rośnie jej kula. Zacisnęła swe 

szczupłe palce. Zwilżyła wargi.

- Mówisz… o kontroli urodzin - powiedziała po chwili.

- O  zabezpieczeniu.  Nie  używałem  niczego,  nie  spytałem  ciebie,  czy… -

Potrząsnął głową, nie próbując się tłumaczyć. Nie zachował ostrożności, kochając 
się z kobietą, która tak wiele dla niego znaczyła, i to go niezwykle zmartwiło.

Brooke  spuściła  oczy  i  przełknęła  ślinę.  Kula  z  gardła  przesunęła  się  do 

żołądka.

Nieświadomie  Meade  dał  jej  szansę  na  powiedzenie  prawdy.  Wystarczyło 

tylko powiedzieć mu, że jego niepokój był zbędny, ponieważ i tak nie może zajść 
w ciążę. I tylko tyle.

Zaledwie kilka słów, lecz nie mogła się zdobyć na ich wypowiedzenie. Nie 

mogła. Nie chodziło tylko o pogardę, którą karmił ją Peter. Była pewna, że Meade 
nie  był  zdolny  do  takiego  okrucieństwa. Bała  się  jednak,  że  zacząłby litować  się 
nad  nią  i  współczuć.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  już  wielokrotnie  zdradziła  przed 
nim swe uczucia do dzieci. Gdyby teraz powiedziała mu, że nie może…

- Brooke? - Meade uniósł jej podbródek. - Kochanie, zdaję sobie sprawę, że 

to krępujące…

- Nie,  nie.  -  Potrząsnęła  głową.  Podjęła  już  decyzję.  Nie  mogłaby  znieść 

odkrycia swej ułomności. Nie jemu. I nie teraz.

-  Co  nie?  -  delikatnie  dopytywał  się  Meade,  usiłując  zrozumieć  wyraz  jej 

twarzy.

- Nie, to nie jest krępujące - powiedziała powoli. - Nie… i nie powinno być, 

Masz rację. To istotna sprawa. Ludzie… musimy myśleć o konsekwencjach.

- Myślę  tylko  o  tobie,  kochanie  -  odparł.  Słowa  brzmiały  czule,  choć 

background image

przebijało w nich zatroskanie.

- Wiem  -  odrzekła,  przesuwając  palcem  po  gęstych  włosach  porastających 

jego pierś. - Ale nie musisz się niepokoić o zabezpieczenie. Jestem bezpieczna.

- Bezpieczna? - wydawało się, że wstrzymał oddech.

- Biorę tabletki. - Przynajmniej to było prawdą. Lekarz przepisał jej tabletki 

antykoncepcyjne dla uregulowania cyklu miesiączkowego.

- Aha.

Brooke  odniosła  wrażenie,  że  w  jego  głosie  zabrzmiała  ulga.  Powiedziała 

sobie, że postąpiła właściwie. Po kilku chwilach opuściła głowę i ponownie oparła 
policzek  o  muskularną pierś Meade’a.  Poczuła  dotyk  jego  dłoni,  westchnęła  z 
zadowoleniem,  Ułożyła  się  wygodniej,  przytulając  do  niego  całym  ciałem. 
Przymknęła oczy.

„Postąpiłam właściwie”.

- Czy twój tatuaż ma jakieś specjalne znaczenie? - spytała ciekawie Brooke, 

gdy  w  kuchni  byli  zajęci  przygotowywaniem  omletów.  Następnym  punktem 
programu była naprawa samochodu.

- To  znak  surucucu  da  jucca  depico -  odparł  Meade,  siekając  pomidora 

szybkimi, zręcznymi ruchami.

- Co takiego? - Brooke spojrzała na niego pytająco, przerywając podwijanie 

rękawów  brzoskwiniowego  szlafroka.  Meade  miał  na  sobie  tylko  dżinsy.  Sprany 
materiał opinał  jego  wąskie  biodra  i  długie,  szczupłe  uda  tak,  że  dziewczyna 
zapomniała na moment o tatuażu.

background image

- To  wąż  południowoamerykański  -  wyjaśnił  Meade,  kończąc  krojenie  z 

precyzją godną chirurga.

- Wąż?  -  Brooke  oderwała  wreszcie  oczy  od  jego  ciała  i  dokończyła 

podwijanie rękawów. Zajęła się rozbijaniem jajek. - Czy jest niebezpieczny?

- Śmiertelnie. Jego jad atakuje centralny system nerwowy.

-  Czarujące  -  skomentowała  Brooke.  Zastanawiała  się  nad  ilością  jaj 

potrzebnych  do  przygotowania  posiłku  - sześć  czy  osiem?  Burczenie  w  żołądku 
pomogło jej w podjęciu decyzji. - Jak miło mieć coś takiego na ramieniu.

- Pewne plemiona indiańskie wierzą w niezwykłą moc tego symbolu.

- Och? - przypomniała sobie jego słowa o utożsamianiu ńę ze środowiskiem, 

w jakim aktualnie przebywał. - Czy dlatego kazałeś go sobie zrobić?

-  Źle  mnie  zrozumiałaś.  Studiuję  magię plemienną,  ale  nie  uprawiam  jej.  -

Meade spojrzał na nią z wyrzutem.

-  O,  nie  -  pokręciła  przecząco  głową.  -  Nie  to  miałam  na  myśli. 

Zastanawiałam  się  tylko,  czy  to  dla  ciebie  rodzaj  talizmanu.  No  wiesz,  jak  łapka 
królika czy coś w tym rodzaju.

-  Wierz  mi,  surucucu  da  jucca  depico  przebija  łapkę  królika.  Prawdę 

mówiąc, nie  pamiętam  dlaczego  kazałem  to  sobie  zrobić.  Dwanaście  lat  temu,  w 
czasie  karnawału  w  Rio  upiłem  się  z  przyjaciółmi.  Jeden  z  nich  obudził  się 
następnego  dnia,  mając  na  piersi  wytatuowany  symbol  Supermana; drugi  do  dziś 
nosi  na  hm…  zadku  serce  z  imieniem  dziewczyny,  o  której  nigdy  nie  słyszał. 
Właściwie miałem szczęście, że dostałem węża.

Dwa następne tygodnie były dla Brooke szalenie szczęśliwe. Ich wzajemna 

przyjaźń i pasja stworzyły związek, który wręcz zapierał dech w piersiach. Razem 
się śmiali i kochali…

background image

Wielokrotnie zastanawiała się nad tym, jak powiedzieć mu, że nie może mieć 

dzieci. Nie potrafiła znaleźć właściwego momentu, właściwych słów. Dwukrotnie 
już była blisko wyjawienia swej tajemnicy, lecz coś ją przed tym powstrzymywało.

Brooke  przekonywała  się,  że  nie  ma  to  znaczenia.  Dawała  mu  wszystko, 

czego  potrzebował…  czego  pragnął.  Czemu  miałaby  mówić  mu  o  czymś,  o  co 
nigdy nie pytał?

Lecz nie dawało jej to spokoju. Wreszcie postanowiła skorzystać z rozmowy 

na temat swego nieudanego małżeństwa.

Ku jej zaskoczeniu, Meade nie chciał o tym rozmawiać.

- Proszę  cię - powiedział, potrząsając głową. Po raz pierwszy widziała taki 

wyraz w jego oczach. Zacisnął pięści. - Nie.

- Ale… chcę tylko, żebyś wiedział…

- Wiem,  kochanie.  Uwierz  mi.  Wiem,  że  kochałaś  Petera  Livingstone  tak 

bardzo,  że  za  niego wyszłaś. Wiem,  że  później  zranił  cię  tak  mocno,  że  zaczęłaś 
wątpić  w swoją wartość jako kobiety. I wiem także, że gdybym go  kiedykolwiek 
spotkał,  pewnie  powybijałbym  mu  wszystkie  zęby.  Może  to  prymitywne,  ale  tak 
właśnie to czuję. I to jest również powód, dla którego nie chcę rozmawiać o twym 
małżeństwie. Przepraszam.

Brooke milczała, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.

- Instytut Wildinga, proszę się nie rozłączać - powie działa Brooke, gotowa 

do przyciśnięcia odpowiedniego guzika w swym aparacie.

- Wolałbym raczej nie rozłączać się z tobą - padła prowokacyjna odpowiedź.

- Meade? - spytała ochryple.

- Czy  w  twoim  życiu  jest  jeszcze  ktoś,  kto  w  ten  sposób  się  do  ciebie 

odzywa?

background image

Zaśmiała się, czując zmęczenie spowodowane intensywną pracą.

- Nie, o ile mi wiadomo, nie. Słuchaj, mógłbyś zadzwonić później? Mam na 

drugiej linii rozmowę z japońskim himalaistą, który powiedział mi właśnie, że nie 
chce  przylecieć  na  najbliższą  konferencję.  Nalega,  żebyśmy  zarezerwowali  mu 
miejsce na statku.

- Nie mów nic więcej. To Dobie Tanaka, prawda?

- Tak, a właściwie Tadeo Onoshi Tanaka - powiedziała Brooke, sprawdzając 

nazwisko w swych notatkach.

- Tak, to ten sam.

- Czyżbyś go znał?

- Tylko ze słyszenia. Nie przyleci, ponieważ ma lęk wysokości.

- Ma lęk… Meade, na Boga! Ten człowiek zdobywa najwyższe szczyty!

Z drugiego końca linii dobiegł chichot.

- Być  może  zaczął  to  robić,  aby  przezwyciężyć  strach.  To  kwestia 

zachowania twarzy.

- Twarzy. Wspaniale. To wszystko wyjaśnia. Słuchaj, musisz zaczekać.

- Jasne.

Pamiętając,  co  mówił  Meade, Brooke  udało  się  nie  użyć  wobec  rozmówcy 

określenia  „lęk  przestrzeni”.  Zanim  się  rozłączyli,  Tanaka  obsypał  ją 
komplementami  o  jej  kompetencji  i  umiejętności zrozumienia  problemów  innych 
ludzi.

Przycisnęła guzik w swym telefonie.

- Meade? - spytała niecierpliwie.

- Już skończyłaś?

- Co mogłabym dla ciebie zrobić?

- Przez  telefon?  Hm…  Cóż,  mogłabyś  powtórzyć  to,  co  powiedziałaś  mi 

ostatniej nocy.

-  Meade!  -  zaprotestowała.  Ostatniej  nocy  kochali  się  bez  opamiętania. 

Meade w niezwykle erotyczny sposób zachwycał się jej ciałem, a ona, ku swemu 

background image

zdumieniu, odpowiadała w podobny sposób.

- Cóż, a może w takim razie kilka tych seksownych, krótkich mruknięć?

-  Nie  mruczę… -  Brooke  zaczęła  protestować  z  oburzeniem.  Przerwała  na 

widok stojącego w drzwiach Daniela Quincy. Poczuła rumieniec oblewający twarz. 
-  Poczekaj  - powiedziała  do  słuchawki  i  zakryła  dłonią  mikrofon,  -  Tak,  panie 
Quincy?  -  spytała.  Starała  się  mówić  zwykłym,  urzędowym  tonem.  Z  trudem 
udawało się jej uspokoić oddech.

- Chciałem pani tylko powiedzieć, że wychodzę na obiad -poinformował ją, 

jak zwykle dystyngowany, dyrektor WIWE.

- Ach, tak. Dobrze. Dziękuję. Życzę smacznego.

- Dziękuję.  -  Dawid  Quincy  uniósł  brwi.  - Czy  rozmawia  pani  może  z 

Meade’em O’Malleyem?

- Tak - przyznała Brooke.

- Hm. Proszę go ode mnie pozdrowić. I proszę mu przekazać, że chciałbym 

zobaczyć  pozostałą  część  notatek  o  dorzeczu  Xingu,  kiedy  już  będą  gotowe.  -
Skinął  jej  głową  w  swój  charakterystyczny  sposób  i  zaczął  odwracać  się  do 
wyjścia.

- Tak,  oczywiście,  panie  Quincy  -  odpowiedziała  Brooke.  Poczekała,  aż 

starszy pan oddalił się, i dopiero wówczas odsłoniła słuchawkę. Jęknęła.

- Nie, nie - Meade  zaprzeczył, przeciągając  słowa. - To nie  taki  dźwięk 

miałem na myśli. Tamten przypominał bardziej…

- Przestań wreszcie! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że pan Quincy właśnie 

usłyszał,  jak  mówię o  mruczeniu?  I  wiedział, że  rozmawiałam z  tobą.  Bóg  jeden 
wie, co sobie pomyślał.

- Raczej  diabli  wiedzą.  W  dawnych,  dobrych  czasach  Daniel  cieszył  się 

opinią niezłego hulaki.

- Tak,  słyszałam  -  Brooke  spojrzała  w  paciorkowate,  szklane  oczy  sępa 

przytwierdzonego do ściany powyżej jej biurka. Wypchane ptaszysko było jedną z 
niezliczonych,  egzotycznych  czy  raczej  ekscentrycznych  dekoracji  siedziby 
WIWE. Wszystkie te egzemplarze, począwszy od niezwykle brzydkiego stojaka na 
parasole w kształcie słonia, aż po przepiękne liczydło z kości słoniowej i hebanu; 
od  grobowca  egipskiej  mumii  do  wojennego  nakrycia  głowy  Indian

background image

amerykańskich, były oznakami wdzięczności od ludzi, którzy od początku stulecia 
otrzymali moralne bądź finansowe wsparcie od Instytutu.

Początkowo  Brooke  była  lekko  poirytowana  widokiem  sępa,  nawet 

wypchanego, wiszącego nad jej głową. Z biegiem czasu oswoiła się jednak z tym 
widokiem.  Niestety  w  ciągu  ostatnich  tygodni  ptaszysko  zaczęło  linieć,  więc 
codziennie rano musiała zamiatać z biurka pęki czarnych piór.

- Brooke?

- Ach… tak. Przepraszam. Co chcesz, to znaczy, po co dzwonisz?

- Koniec z dwuznacznikami, tak? - zażartował, dając jej do zrozumienia, że 

wie doskonale, czemu użyła innego sformułowania.

Brooke nie mogła się nie uśmiechnąć.

- Proszę cię, Meade. Mam na biurku tonę papierów, które muszę jeszcze dziś 

przejrzeć. Jeśli chcesz umówić się na obiad…

- Właśnie po  to dzwonię.  Okazało się,  że aż do  jutra muszę opiekować się 

moim siostrzeńcem, Kevinem.

- Tak?

- To  długa  historia. Jego  siostra  urządza dziś  pierwszą  imprezę z  udziałem 

chłopców  i  ostatnią  rzeczą,  o  jakiej  marzy,  jest  młodszy  brat,  pętający  się  pod 
nogami.  Kevin  miał  spędzić  tę  noc  u  przyjaciela,  ale  coś  nie  wyszło.  Zazwyczaj 
albo moi rodzice albo Kathleen wzięliby go do siebie, lecz tym razem okazało się, 
że mają inne plany.

- A więc wujek Meade musi przybyć na ratunek?

-  Coś  w  tym  rodzaju.  Słuchaj,  wiem,  że  obiecałem  ci  kolację  w  małej, 

przytulnej  restauracji.  Ale  może  miałabyś  ochotę  spędzić  ten  wieczór  z 
chłopakami?

Brooke zawahała się. Nie chciała być intruzem.

- Jesteś pewien, że Kevin nie miałby nic przeciwko temu?

- Cóż, jesteś dziewczyną…

- Coś podobnego, Meade! Kiedy to zauważyłeś? - spytała słodko.

- Hm,  podejrzewałem  coś  od  samego  początku.  Ale  zorientowałem  się 

background image

dopiero wczoraj, gdy zobaczyłem cię pod prysznicem.

Brooke zadrżała na wspomnienie tamtych chwil, gdy kochali się obmywani 

strumieniami  wody.  Przez  moment  Brooke  znalazła  się  między  chłodną,  śliską 
ścianą  wyłożonej kafelkami kabiny a  mocnym, parzącym wręcz  ciałem Meade’a. 
Kontrast temperatur i rodzaj powierzchni był niesłychanie podniecający. Nigdy do 
tej pory nie wyobrażała sobie, że mogłaby…

- O, o to mi chodziło.

- Co?  -  stanowczo  musi coś  zrobić  z  tą skłonnością do  snucia erotycznych 

marzeń.  Ostatnio  w  trakcie  korekty  nowej  monografii  rozmarzyła  się  do  tego 
stopnia, że zaczęła nieświadomie rysować na marginesach.

- Dźwięk, który przed chwilą wydałaś. O takim właśnie mruczeniu mówiłem. 

- W głosie Meade’a słychać było rozbawienie.

- Ach, tak… Dobrze. No, nieważne. Mówiłeś coś na temat mojej kobiecości?

Meade zachichotał.

- W porządku. Już ani słowa więcej na temat mruczenia. Tak jak mówiłem, 

w  przypadku  Kevina fakt,  że  jesteś  kobietą,  nie  przemawia  na  twoją  korzyść. 
Jednak jest skłonny rozważyć ten problem. Ma osiem lat, więc stać go na to, zwła-
szcza, że przedstawiłem cię jako swoją przyjaciółkę. Chciałbym tylko uprzedzić cię 
o  dwóch  sprawach.  Po  pierwsze,  Kevin  zawsze  mówi  to,  co  myśli.  Po  drugie, 
według niego miły wieczór oznacza pójście na  jakiś film sensacyjny, a  potem na 
wyżerkę do najbliższego baru z hamburgerami. Czy więc masz ochotę przyłączyć 
się do nas? 

Brooke wybuchnęła śmiechem. 

- To propozycja nie do odrzucenia.

O  nieodpartym  uroku  - to  określenie  pasowało  do  ośmioletniego  Kevina 

Cunninghama.

background image

- A więc, jak ci się podobał film? - spytała go Brooke.  Siedzieli przy stoliku 

czekając, aż Meade przyniesie zamówione dania.

Kevin zmarszczył piegowaty nos.

- Niezły, poza tymi kawałkami z całowaniem. Można wytrzymać jedną taką 

scenę, bo jest czas na pójście do toalety czy kupienie prażonej kukurydzy. Ale nie 
trzy. Trzy to  o wiele za  dużo. Jasne, że zakończenie było dobre, jak wysadzili  w 
powietrze tę dziewczynę. - Uśmiechnął się do Brooke, pokazując szczerbę między 
zębami.

- Rozumiem - Brooke skinęła głową, usiłując powstrzymać śmiech.

- Bohater  też  był  niczego  sobie  -  kontynuował  Kevin.  -  Ale  nie  tak 

przystojny, jak wujek Meade. Wujek Meade jest kapitalny! Musi pani koniecznie 
zobaczyć, jaki wspaniały bęben przywiózł mi z Brazylii. Przed wyjazdem prosiłem 
go o skurczoną czaszkę, ale bęben jest dużo lepszy. Wie pani, że przyszedł kiedyś 
do  mojej  szkoły  i  miał  wykład?  To  było  wspaniałe!  Najpierw  pokazywał  sztuki 
magiczne. Takie jak ze znikającą monetą i z ogniem płonącym na końcach palców. 
A  potem  opowiedział,  jak  to  jest  być  naukowcem  i  studiować  rośliny w  dżungli. 
Powiedział,  że  niektóre  lekarstwa,  których  teraz  używamy,  w  rzeczywistości 
zostały  odkryte  przez  czarowników.  Nawet  siostra  Mary  Agnes  była  rod 
wrażeniem. Pozwoliła mu zostać całe przedpołudnie. Nie mieliśmy angielskiego.

- To  brzmi fantastycznie  - skomentowała Brooke. Szybko stało się dla niej 

jasne,  że  mały  Kevin  uwielbia wuja.  Zauważyła również  słabość  Meade’a wobec 
chłopca. Meade był dla Kevina kimś więcej niż tylko pobłażającym wujem.

Widziała,  jak  mały  reagował  natychmiast  na  jedno  słowo czy  skinięcie 

głowy. Akceptował bez protestów narzucaną dyscyplinę.

- Wujek Meade mówił, że pani też się trochę na tym zna - powiedział Kevin 

z  aprobatą  w  głosie.  -  Pracuje  pani  w  tym,  jak  to  się  nazywa,  w  Instytucie 
Wildmana, tak?

- Instytut  Wildmana  d/s  Badań  Ziemi  -  poprawiła  z  uśmiechem  Brooke.  -

Ludzie mówią na to w skrócie WIWE.

- WIWE -  powtórzył  chłopiec,  parskając  śmiechem.  Następnie  zmarszczył 

sterczące  brwi  i  spojrzał  ciekawie  na  Brooke.  -  Jest  pani  pierwszą  kobietą,  która 
zamieszkała w domu wuja - stwierdził.

- Naprawdę? - Brooke nie bardzo wiedziała, jak powinna zareagować na tę 

szczerość.

background image

- Tak - potwierdził. - Myślę, że to dlatego wszyscy ciągle o pani mówią.

- Wszyscy? - Brooke zesztywniała,

- Uhm  -  Kevin  ponownie  skinął  głową.  -  To  między  innymi  dlatego 

zgodziłem się, żeby wujek zabrał panią razem z nami do kina i na kolację. Żebym 
mógł poznać panią prędzej niż reszta. - Oczy chłopca zabłysły radością. - Ale się 
uśmieję, gdy inni dowiedzą się o tym. I moja głupia siostra. Sara. Mówiłem pani o 
tej  aferze,  którą  rozpętała,  bo  nie  chciała,  żebym  był  w  domu  w  czasie  tego  jej 
idiotycznego przyjęcia. I tak bym nie poszedł, nawet gdyby mnie zaprosiła. Ha! Na 
pewno oszaleje, gdy powiem jej, że panią poznałem. Mama też, założę się. I ciocia 
Kathleen. I może nawet babcia O’Malley!

Brooke miała wrażenie, że straciła wątek. Właściwie nawet kilka wątków.

- Dlaczego miałyby oszaleć? - zaczęła.

- Bo,  tak jak  już  mówiłem,  bardzo  się panią  interesują - poinformował  ją 

chłopiec,  pochylając  się  do  przodu.  - Wszystko  zaczęło  się  od  pani  spotkania  z 
dziadkiem O’Malleyem. Polubił panią. A pani jego też polubiła?

- Tak, jasne, że tak - przyznała Brooke. - Ale…

- To dobrze. - Chłopiec był wyraźnie zadowolony. - Babcię też można lubić. 

Ona jest trochę spokojniejsza niż dziadek, ale też fajna. W każdym bądź razie, jak 
już mówiłem, wszyscy bardzo się panią interesują. Jak mama mnie dziś przywiozła 
do wujka, to była trochę wścibska. Czasami tak się zachowuje, i wujek się wtedy 
śmieje. Ale dziś, myślę, że był trochę… O, wujek! Kupiłeś mi podwójne frytki?

- Podwójne  frytki  i  potrójną  porcję  ketchupu  -  odpowiedział  Meade, 

stawiając  na  stole  plastikową  tacę  z  jedzeniem.  Sam  usiadł  obok  Brooke, 
przysuwając się do niej na tyle blisko, że ich uda zetknęły się. - Jaki według ciebie 
byłem dzisiaj?

- Co?  -  Kevin  zmarszczył  czoło,  po  czym  rozchmurzył  się,  uświadamiając 

sobie, o co został zapytany. - Myślałem, że byłeś trochę zły, kiedy mama zaczęła 
wypytywać cię o panią Livingstone - odpowiedział otwarcie.

Meade spojrzał w kierunku Brooke.

-  Rozumiem -  powiedział.  Dziewczynie  wydawało się,  że usłyszała w  tych 

słowach ślad przeprosin. Z całą pewnością w jego oczach widać było zatroskanie.

- Powiedziałem pani Livingstone, że wszyscy są bardzo nią zainteresowani, 

background image

bo  mieszka  w  twoim  domu  -  kontynuował  pogodnie  Kevin.  -  Tak  jak  w  tamtą 
niedzielę,  kiedy  wszyscy  byliśmy  na  obiedzie  u  dziadków,  a  ty  wcześnie  wy-
szedłeś, pamiętasz? Nie mówiłem ci jeszcze o tym, ale kręciłem się koło kuchni i 
słyszałem,  jak  mama  i  ciocia  Kathleen,  i  babcia  rozmawiały  o  tobie  i  o  pani 
Livingstone.  Babcia  mówiła  coś  o  tym,  że  chce  zaprosić  panią  Livingstone  na 
kolację, a dziadek powiedział, że nie powinna tego robić, bo to byłoby wtrącanie 
się w nie swoje sprawy. A potem mówili o czymś, czego nie rozumiałem. A potem 
ciocia  Kathleen  mówiła  jakoś  dziwnie  o  tym,  że  jesteś  obieżyświatem,  który 
nigdzie nie może zagrzać miejsca. A wtedy wszedłem do kuchni i…

- Kevin  -  zaczął  Meade.  Brooke  zauważyła  rumieniec  na jego  opalonej 

twarzy. Nie była pewna, czy było to spowodowane irytacją, czy zakłopotaniem.

- No,  w każdym bądź  razie… - kontynuował  młody człowiek, przesuwając 

szklankę w stronę Brooke. - Tu jest woda dla pani. Chce pani trochę moich frytek? 
Mam ich dużo.

- O, dziękuję bardzo - odparła słabym głosem Brooke, zdając sobie sprawę, 

że jej twarz była bardziej zarumieniona niż zwykle.

- Kevin - spróbował ponownie Meade.

- Też  możesz  wziąć  trochę  moich  frytek  -  poinformował  go 

wspaniałomyślnie  chłopiec.  - W  każdym  bądź  razie  mama  się  strasznie 
zdenerwowała,  że  im  przeszkodziłem,  i  powiedziała,  że  mnie  zleje,  jeśli 
natychmiast  nie  wyjdę.  Widziałem,  że  nie  żartuje,  więc  poszedłem  się  bawić.  -
Wzruszył  ramionami  i  zaczął  odpakowywać  hamburgera.  -  Nic  więcej  nie 
słyszałem, wujku.

- Wujku - Meade mamrotał coś pod nosem.

-  Nareszcie  sami  -  dramatycznie  oznajmił  Meade  trzydzieści  sześć  godzin 

później. Siedział na sofie, trzymając Brooke na kolanach.

- Mmmm…  - Brooke  pochyliła  ku  niemu  głowę,  czując  we  włosach dotyk 

background image

jego  warg.  Delikatnie  kąsał  jej  szyję,  co  wywoływało  w  niej  dreszcze.  -  Bardzo 
polubiłam twoją siostrę - powiedziała.

Mary  Margaret  O’Malley  Cunningham  była  drobną,  niezwykle  energiczną 

rudowłosą  panią,  o  kilka  lat  starszą  od  brata.  Mimo  że  nie  było  między  nimi 
fizycznego  podobieństwa,  wyczuwało  się  jednak  silną  łączącą  ich  więź.  Równie 
oczywiste,  choć  nieco  zabawne  było  matczyne  traktowanie  Meade’a  przez  Mary 
Margaret.

- Cieszę się - odparł Meade. - Mam jeszcze jedną siostrę, zupełnie taką samą.

- Jak sądzisz, nie miała chyba nic przeciw temu, że Kevin zaprosił mnie na 

kolację w przyszłą sobotę?

- Chyba żartujesz. Można by przypuszczać, że to ona namówiła Kevina, aby 

cię  zaprosił.  Choć w  takim wypadku  powiedziałby pewnie  coś  w  rodzaju:  „Moja 
mama chciała, żebym zaprosił cię do nas, bo wtedy wszyscy mogliby cię wreszcie 
poznać”.

- Hm… -  odpowiedziała  Brooke.  Matka  Kevina  nie  ukrywała  swego 

zainteresowania jej osobą. I podobnie jak u Francisa O’Malleya ciekawość ta była 
zrównoważona niezwykłym urokiem osobistym. - Czy rozmawiałeś już o mnie ze 
swoją rodziną? - spytała.

Meade objął talię dziewczyny.

-  Powiedziałem  im,  że  jesteś  kimś  specjalnym - przyznał  uczciwie.  -

Powiedziałem im też, że jesteś damą, która nie lubi, gdy się ją popędza.

- Och. - Przysłoniła rzęsami oczy, zastanawiając się nad tymi słowami.

- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? - spytał po chwili.

-  Masz  na  myśli  to,  że  przyjęłam  zaproszenie  twojej  siostry?  -  Brooke 

odwróciła się w jego stronę.

Skinął głową.

- Wolałbyś, żebym odmówiła?

Wyraz błękitnych oczu Meade’a był ciepły i bezpośredni.

- Nie - odparł szczerze. - Chciałbym, abyś poznała resztę mojej rodziny. Są 

dla  mnie  bardzo  ważni.  Ale  wszyscy  naraz  mogą  być  trochę  męczący.  Nie  chcę, 
żebyś czuła się… skrępowana.

background image

- Przecież będziesz razem ze mną, prawda? - uśmiechnęła się Brooke.

- Oczywiście - obiecał.

- Więc nie będę się czuła skrępowana - odparła.

Meade  odniósł  wrażenie,  że  na  takie  słowa  można  było odpowiedzieć  w 

jeden, jedyny sposób. Przytulił Brooke do siebie i pocałował ją.

ROZDZIAŁ 8

Zapadał  zmierzch.  Niebo,  jeszcze  przed  chwilą  tak  przejrzyście  błękitne, 

teraz  przybrało  barwę  szaropurpurową.  Swawolny  powiew  poruszał  ciepłym, 
czerwcowym powietrzem. Meade i Brooke siedzieli, jak często o tej porze dnia. na 
porośniętej winoroślą werandzie domu, w którym mieszkali.

Brooke była oczarowana koronkową konstrukcją budowli już od chwili, gdy 

w  niej  zamieszkała.  Gdy  spytała  o  to  Meade’a,  dowiedziała  się,  że  Sebastian 
Browning kazał zbudować werandę jako prezent urodzinowy dla żony.

Któregoś dnia po powrocie z pracy zastała Meade’a siedzącego na werandzie 

i  słuchającego  Mozarta.  Przeglądał  stosy  publikacji  przysłanych  w  czasie  jego 
nieobecności.  Poprosił,  aby  z  nim  została,  na  co  z  ochotą  przystała.  Następnego 
wieczoru  zaproszeniu  towarzyszyła  propozycja  wspólnego  wypicia  butelki 
beaujolais. Następnym razem Brooke przyniosła ze sobą butelkę chablis i poduszki, 
na których można było usiąść.

Tydzień  po  ich  pierwszej  upojnej  nocy  Meade  sprawił  jej  niespodziankę, 

przygotowując kolację na świeżym powietrzu. Jedli przy stole przykrytym lnianym 
obrusem,  zastawionym  chińską  porcelaną,  kryształami  i  świecznikami.  Jak 
wiktoriańscy  odkrywcy,  według  Meade’a  żyjący  zgodnie  z  zasadą  wymagającą 
wieczorowego  stroju  do  każdego  posiłku,  nawet  spożywanego  w  samym  środku 
dżungli.

Później  tańczyli  przy  świetle  księżyca.  Brooke  była  oczarowana 

romantycznym nastrojem wieczoru…

background image

- A więc? - spytał Meade, obejmując prawym ramieniem plecy dziewczyny. 

- Co  naprawdę sobie pomyślałaś? - Wiedział,  że po  raz kolejny zadawał  to samo 
pytanie, lecz chciał się upewnić, że ten dzień nie tylko dla niego był udany.

Brooke zaśmiała się i odchyliła do tyłu, pocierając policzkiem o jego dłoń.

- Mówiłam ci przecież w samochodzie, gdy wracaliśmy do domu. Uważam, 

że twoja rodzina jest wspaniała. Ten dzień był cudowny.

Mówiła  prawdę.  Spotkanie  z  najbliższą  rodziną  Meade’a,  jego  rodzicami, 

dwiema  siostrami,  dwoma  szwagrami,  pięciorgiem  siostrzeńców  było  męczące, 
lecz niezwykle ciekawe. Ona sama wychowała się w rodzinie, w której goście byli 
witani  ukłonem  i  uprzejmym  uściskiem  dłoni.  Ten  dzień  natomiast  spędziła  w 
towarzystwie ludzi, którzy przyjęli ją niezwykle serdecznie.

- A  w  czasie  kolacji,  czy  nie  przeszkadzały  ci  wzmianki  o  pieczonych 

szczurach? - Meade bawił się kosmykiem jej włosów, okręcając go wokół palca.

- Ani  trochę - zapewniła  z  uśmiechem. - Żałuję tylko,  że  nie  udało  ci  się 

odpowiedzieć  na  pytanie  Kevina  o  to,  czy  szczurze  mięso  smakuje  podobnie  do 
kurczaka.

- Na Boga, nie mam pojęcia, skąd przyszło mu do  głowy, że kiedykolwiek 

jadłem szczury - Meade potrząsnął głową.

- Cóż,  być  może  wypływa  to  z  jego  przekonania,  że  robiłeś  w  życiu 

wszystko.

- Hm… - Trudno było stwierdzić, czy Meade ucieszył się, czy zaniepokoił jej 

słowami.

Brooke  milczała  przez  kilka  chwil,  myśląc  o  podziwie  małego  Kevina  dla 

Meade’a. Było to widać zarówno w oczach, jak i w brzmieniu głosu chłopca. Także 
dwaj  bliźniacy  siostry  Meade’a,  Kathleen,  mieli  w  swych  brązowych  oczach  ten 
sam  wyraz  głębokiego  uwielbienia.  Oczywiste  było,  że  wszyscy  trzej  chłopcy 
uważali swego wuja wręcz za idola.

Te  same  uczucia  wzbudzał  również  w  swych  nastoletnich  siostrzenicach. 

Obydwie dziewczynki, Alison Morelli i siostra Kevina Sara, wkraczały właśnie w 
okres  dojrzewania.  Były  wyraźnie  zaniepokojone,  a  jednocześnie  zafascynowane 
zmianami zachodzącymi  w  ich  organizmach.  Brooke obserwowała, jak delikatnie 
Meade odnosił się do ich problemów. Zachowywał się tak, jakby chciał przekonać 
dziewczynki,  że  nawet  jeśli  teraz  są  brzydkimi  kaczątkami,  to  wkrótce  czeka  je 
przemiana w piękne łabędzie.

background image

Rozpamiętywała  słowa  jego  ojca,  które  usłyszała  kilka  tygodni  wcześniej.

„Powinieneś założyć rodzinę. Swoją własną rodzinę”.

Francis  O’Malley  miał  rację.  Po  spędzeniu  całego  dnia  w  towarzystwie 

Meade’a, Brooke była tego pewna jak nigdy przedtem.

Meade  zaczął  gładzić  ramię  dziewczyny.  Biała,  niemalże  przezroczysta 

bluzka,  którą  miała  na  sobie,  była  wykończona  elastycznym  ściągaczem  wokół 
szyi. Mężczyzna powoli zsunął jedno ramiączko.

- Wiesz  -  powiedział  wreszcie  -  usłyszałem  fragment  rozmowy  w  kuchni 

między tobą a moimi siostrami.

- Tak?  - poczuła  chwilowy  niepokój.  Jedną  z  rzeczy,  o  których  wówczas 

rozmawiały,  był  stosunek  Meade’a  do  dzieci.  Zarówno  Mary  Margaret,  jak  i 
Kathleen wygłosiły wręcz hymny pochwalne na cześć brata. - Nauczyłeś się tego 
od Kevina?

- Czyżbyś miała zamiar dać im klapsa? - odparł.

- No cóż… - Brooke zaczęła rozważać i taką możliwość.

- Czyżbyś i ty zaczynała mieć jakąś obsesję?

- Obsesję? I to mówi ktoś, kto opowiadał paniom z klubu botanicznego, jak 

hodować afrodyzjaki w ogródku przydomowym?

Brooke  miała  wrażenie,  że  się  zarumienił.  Lecz  nie  była  tego  pewna  przy 

zapadającym zmroku.

- Co? - spytał. - Kto ci o tym powiedział?

- Twoja siostra, Mary Margaret.

-  Och,  na  Boga!  -  palcami  lewej  dłoni  rozczesał  włosy.  -  Co  jeszcze  ci 

powiedziała? Nie, nawet nie chcę wiedzieć.

Brooke odczekała chwilę, po czym spytała niewinnie:

- A zrobiłeś to?

- Co takiego?

- Opowiedziałeś paniom z klubu botanicznego o…

- Nie.

background image

- Nie?

Meade zamruczał coś pod nosem.

- No, niezupełnie - dodał wreszcie.

- Aha.

- Ktoś zaczął ten temat przy herbacie. Po moim wykładzie.

- Rozumiem - powiedziała niewinnie Brooke.

Meade jęknął.

- Posłuchaj,  jedna  z  tych  pań  powiedziała,  że  słyszała  jakoby  Panax 

schinseng, to znaczy żeń-szeń, może spowodować u jej męża pewnego rodzaju… 
hm…  powiedzmy,  większą  ochotę  na  te  rzeczy.  Wyjaśniłem  więc,  że  niektórzy 
ludzie wierzą, iż żeń-szeń ma dodatni wpływ na męską potencję. Powiedziałem jej 
również, że to tylko ciekawostka, nie poparta żadnymi badaniami.

- Och.

- Rozczarowana?

- Niezupełnie  -  odrzekła  Brooke.  Spojrzenie,  jakim  go  obdarzyła,  było 

prowokujące. - Żadne doświadczenia osobiste, tak?

- Nie z żeń-szeniem - uśmiechnął się.

Nastąpiła  chwila  ciszy.  Brooke  usiadła  wygodniej,  potrącając  przy  tym 

prawe udo Meade’a.

- Mówiłeś coś o siostrach? - przypomniała mu wreszcie.

W  końcu  nie  miało  to  takiego  znaczenia,  czy  słyszał  ich  rozmowę  o 

dzieciach. Znał uczucia sióstr wobec dzieci.

- Ach, rzeczywiście. - Delikatnie pieścił jej gładkie ramię. - Zdawało mi się, 

że słyszałem, jak rozmawiacie o… o zombie.

- Zom… -  powtórzyła  bezmyślnie,  po  czym  roześmiała  się.  -  Och,  tak. 

Pamiętasz, jak przysłałeś bliźniakom indiańskie naszyjniki z Brazylii?

Meade  zdziwił  się,  nie  widząc  żadnego  związku  między  jednym  a  drugim. 

Dostał  te  ozdoby  od  szamana  plemienia  Kamaiura.  Znał  on  wiele  sztuczek,  lecz 
umiejętność przeistaczania się w zombie nie była jedną z nich.

background image

- A więc - kontynuowała Brooke - chłopcy uznali widocznie, że naszyjniki 

mają moc przemieniania ich w zombie.

- Mówisz poważnie? - spytał z powątpiewaniem Meade.

- Oczywiście.  Kathleen  opowiadała,  że  przez  dwa  tygodnie  bliźniaki 

zabawiały  się  w  ożywione  duchy.  Wreszcie  znudzili  się  i  oznajmili,  że  czar  nie 
działa. Powiedziałam jej, że straciła wspaniałą okazję.

- Jaką?  Możliwość  zarobienia  forsy  za  sprzedaż  praw  autorskich  jakiejś 

wytwórni?

- Nie - zaśmiała się Brooke. - O ile się orientuję, każdy zombie ma nad sobą 

starszego zombie, prawda?

- Nie jestem specjalistą od voodoo.

- Być może. W każdym razie z artykułu, który czytałam, wynikało, że zombi 

powinien być posłuszny swemu władcy Powiedziałam więc Kathleen, że powinna 
oznajmić Joeyemu i Paulowi, że to ona jest tym władcą, a wówczas…

- Wówczas  musieliby  myć  ręce  i  sprzątać  swój  pokój  bez  protestów  -

dokończył  Meade  z  szelmowskim  grymasem.  -  Jesteś  niezwykle  przebiegła, 
kochanie.

- Robię, co mogę - powiedziała skromnie Brooke.

Było coraz ciemniej i Brooke błądziła palcami po koszuli Meade’a. Łagodny 

letni powiew poruszał bluszczem oplatającym werandę.

- Zauważyłem, że dużo rozmawiałaś z moją matką - Meade przerwał ciszę.

Brooke zatrzymała  rękę.  Ze wszystkich członków jego rodziny, największą 

sympatią  darzyła  jego  matkę.  Eleni  O’Malley  była  niewysoką,  silną  kobietą  o 
przyprószonych  siwizną  włosach  i  bystrych  oczach.  Dopóki  się  nie  uśmiechała, 
wyglądała  zupełnie  przeciętnie.  Ale  uśmiech  powodował,  że  stawała  się  piękna. 
Była  osobą  spokojną,  znacznie  spokojniejszą  niż  jej  mąż,  jak  słusznie  zauważył 
Kevin. W tym spokoju kryła się jednak siła i niezwykły urok.

- Brooke? - Meade przykrył dłoń dziewczyny.

- Jeśli  masz  na  myśli  rozmowę, którą  przeprowadziłyśmy,  gdy  ty  grałeś  w 

piłkę, to dyskutowałyśmy właśnie o tobie - odparła Brooke. Ich palce spotkały się.

- Tak?

background image

- Hm… powiedziała mi, że kiedy byłeś mały, często uciekałeś z domu.

- To prawda - powoli przyznał Meade. - Ale zawsze wracałem. A poza tym, 

to  właściwie nie były ucieczki.  Użyłbym raczej określenia „wyprawy badawcze”. 
Chciałem dowiedzieć się, co jest na zewnątrz.

- Twoja matka powiedziała, że dlatego pozwolili ci na podróże z profesorem 

Browningiem.  -  Eleni  O’Malley  mówiła  również,  że  chcieli  w  pewnym  sensie 
podzielić się swym synem z  człowiekiem, który nie  miał własnych  dzieci. - Ja…
niewielu rodziców byłoby stać na coś takiego.

- Miałem szczęście - odparł zwyczajnie Meade. - Dobrze trafiłem.

- Ona… - Brooke była zaskoczona. - Twoja matka użyła tego samego słowa.

- Jakiego? Szczęście?

- Tak. Powiedziała, że  ma szczęście, mając ciebie i twoje siostry. - Brooke 

była  zdziwiona  takim  stawianiem  sprawy.  Większość  matek,  które  znała,  nie 
myślała w taki sposób. Matki te kochały oczywiście swe dzieci; ale wszystkie uwa-
żały posiadanie potomstwa za rzecz oczywistą.

Meade  przesunął  dłoń  z  ramienia  na  policzek  Brooke  i  odwrócił  twarz 

dziewczyny tak, by mógł spojrzeć jej w oczy.

- Czasami wszystko się udaje - powiedział łagodnie. Po czym pochylił się i 

pocałował ją.

- Meade?

- Hm?

- Jest jeszcze coś…

- Wiem. Aaa… - ziewnął. - Przepraszam. Powinniśmy wejść do domu. Daj 

mi tylko kilka minut na odzyskanie siły.

Brooke  zaśmiała  się  lekko  i  pocałowała  go  w  szyję.  Poczuła  słony  smak 

potu.

- Nie. Jeśli chcesz, możemy tu spędzić całą noc. Zastanawiałam się tylko nad 

czymś, co powiedział Kevin.

Meade uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę. Zawsze marzył, że kocha się z 

piękną  kobietą  w  środku  podzwrotnikowego  lasu.  Miał  uczucie,  że  to  pragnienie 
może się spełnić.

background image

- Czy  to  coś,  co  może  zostać  użyte  przeciwko  mnie?  - spytał  żartem, 

muskając opuszkami ciało Brooke.

- Ja… hm… - Brooke przymknęła oczy, poddając się tej pieszczocie. Nagle 

ocknęła się. - O czym mówiłam?

Meade pokazał w uśmiechu śnieżnobiałe zęby.

- Zastanawiałaś się nad czymś, co powiedział Kevin.

- Ach, tak. Ja… kim jest Urszula?

Przez chwilę Meade był całkowicie zaskoczony. Dopiero po chwili dotarł do 

niego sens pytania.

- Ach,  Urszula  -  powiedział,  przypominając  sobie  żarty  Brooke  na  temat 

hodowli afrodyzjaków. - Tak. Mężczyzna, z którym była hm… związana, mieszkał 
kiedyś w mieszkaniu, które teraz zajmujesz.

-  Hm… -  Brooke  domyślała  się  tego.  -  Kevin  mówił,  że  on,  Paul  i  Joey 

czasami ją odwiedzali.

- Jasne. Urszula uwielbiała być adorowana.

- Mówił, że odwiedzali ją w twoim mieszkaniu.

- Zazdrosna?

Brooke  zastanowiła  się.  Czy  była  zazdrosna?  Tak,  oczywiście,  że  była. 

Wiedziała, że nie jest pierwszą kobietą w życiu Meade’a. I pogodziła się z tym. Ale 
Urszula była inna. Kevin rozpromienił się wręcz na jej wspomnienie.

- Jestem tylko ciekawa - powiedziała wreszcie. - Kevin wyrażał się o niej w 

pewien szczególny sposób.

- Był jednym z  jej największych wielbicieli. Nie  miał  nawet nic przeciwko 

temu, że lubiła go ściskać.

- Ściskać?

- Tak. Urszula była pod wieloma względami do ciebie podobna.

- Do mnie? - czegoś takiego nie spodziewała się usłyszeć.

- Taaak. Była niezwykle… zwinna - sięgnął niżej.

 Zwinna? - Brooke poczuła jego pieszczoty.

background image

- Wijąca się - powiedział powoli. Dotyk jego dłoni był jeszcze wolniejszy.

- Wi… wijąca się.

- Lśniąca.

- Lśniąca?

- Uwielbiała, gdy się ją dotykało…

Brooke zagryzła wargi, próbując powstrzymać jęk rozkoszy.

- Alison i Sara uważały, że była śliska. - Meade zniżył głos.

- Co? - Brooke odrzuciła do tyłu głowę i chwyciła jego przedramię.

- Oczywiście,  że  nie  była.  -  Pocałował  jej  podbródek.  - Jednak  była 

zimnokrwista.

- Zimno… - Brooke usiłowała złożyć te szczegóły w całość. Przypominało to 

próbę  skompletowania układanki  podczas  trzęsienia  ziemi.  -  Ty  chyba…  Meade! 
Mówisz o niej w taki sposób, jakby była wężem!

- Bo rzeczywiście nim była - uśmiechnął się szelmowsko.

Chrzest  małego  Jonathana  Wildinga  odbył  się  następnego  dnia,  późnym 

popołudniem.  Brooke  była  zdania,  że  chłopczyk  sprawował  się  wspaniale,  mimo 
donośnego  krzyku  w  najbardziej  podniosłym  momencie  uroczystości.  Było  to 
jednak całkowicie zrozumiałe i w związku z tym wybaczalne,

- Na pewno myślicie sobie, że wy zareagowalibyście ze stoickim spokojem, 

gdyby ktoś zbudził was, lejąc na głowę zimną wodę? - Brooke zwróciła się z tym 
pytaniem  do  Ethana  i  Meade’a.  Po  ceremonii  w  domu  Wildingów  odbywało  się 
skromne  przyjęcie.  Obydwaj  mężczyźni  wymieniali  żartobliwe  uwagi  na  temat 
silnych płuc małego Jonathana.

- Czy nie zachowałeś się podobnie wobec mnie w college’u? - Meade spytał 

background image

Ethana.

- Co? Zbudziłem cię, lejąc ci wodę na głowę? - usiłował sobie przypomnieć 

Ethan.  -  Wiesz,  chyba  masz  rację.  Zdaje  mi  się,  że  coś  takiego  wydarzyło  się  w 
czasie  sesji  po  pierwszym  semestrze.  Uczyłeś  się  przez  dwie  noce  i  nie  mogłem 
dobudzić cię na egzamin z literatury.

- I co? Zareagowałem z zimną krwią?

- Cóż, o ile mnie pamięć nie myli, prawie złamałeś mi nos.

- Ale na pewno nie wrzeszczałem - Meade wykonał obronny gest ręką.

- Nie, chyba nie - powiedział wolno Ethan, - Wydaje mi się, że to ja byłem 

tym, który wrzeszczał.

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni - zacytował Meade.

- O, czyżby? - Brooke usiłowała powstrzymać śmiech.

- A oto gwiazda dzisiejszego przedstawienia - ogłosiła Jazz, pojawiając się z 

synem.

- A  co  się  stało z  jego strojem koronacyjnym? -  spytał  Meade, obserwując 

swego chrześniaka. Niezwykle delikatnie pogładził pulchny policzek niemowlęcia.

- Masz  na  myśli  ubranie  do  chrztu,  ty  grecko-irlandzki  barbarzyńco?  -

zażartował z bostońską wyniosłością Ethan.

- Wszystko jedno. Szaty cesarskie. - Meade puścił oko do Brooke. - Cały ten 

biały kłąb materii, w który to biedne dziecko było zawinięte.

- Mówisz o tradycjach rodzinnych Wildingów - powiedziała Jazz z dumą w 

głosie. - Ethan też miał to kiedyś na sobie.

- Naprawdę? Ethan  w  dziedzicznych  koronkach? - Meade  uniósł  brwi.  W 

jego  głosie  brzmiała  ciekawość,  jakby  chciał  zobaczyć  zdjęcie,  upamiętniające 
tamto wydarzenie.

- Dziękuję ci, kochanie - sucho zwrócił się do żony Ethan.

- Zawsze do usług - odparła z filuternym uśmiechem, po czym spojrzała na 

Brooke. - Czy zechciałabyś potrzymać go przez chwilę?

-  Oczywiście.  -  Brooke  ostrożnie  wzięła  w  ramiona  śpiące  niemowlę  i 

przytuliła  je  do  siebie.  Przesunęła  palcem  po  meszku  rudoblond  włosów.  Nagle 

background image

chłopczyk  podniósł  delikatne  powieczki,  spojrzał  na  dziewczynę  ogromnymi, 
błękitnymi oczami, po czym ziewnął szeroko. Brooke uśmiechnęła się do malca i 
łagodnym głosem wyszeptała jego imię.

- Domyślam  się,  że  twój  pierworodny  będzie  nosił  wyłącznie  paciorki  i 

pióra,  a  chrzest  odbędzie  się  przez  zanurzenie  w  Amazonce?  -  zwrócił  się  do 
Meade’a Ethan, trącając go przy tym łokciem.

Meade  przyglądał  się  Brooke.  Jej  blond  włosy  zostały  gładko  zaczesane  i 

upięte w kok. Miała przepiękny profil. Zarys jej pełnych warg był tak uroczy, jak 
poranek w letni dzień.

„Tak”, pomyślał. „O tak”.

- Kto wie - odpowiedział przyjacielowi.

Gdy  wracali  do  domu,  Brooke  poczuła  dziwny  niepokój.  Po  drodze 

rozmawiali  niewiele.  Jej  towarzysz  wydawał  się spięty  i  nieobecny  myślami.  Po 
kilku nieudanych próbach nawiązania rozmowy Brooke zamilkła także. Może to i 
lepiej, pomyślała. O ile Meade doskonale maskował swoje uczucia, to z jej twarzy 
zawsze można było wszystko wyczytać. Dojechali wreszcie do domu.

- Skończyłam już czytać szkic twego wykładu - dziewczyna spróbowała po 

raz kolejny. - Może masz ochotę wejść?

- Jasne  -  zgodził się, kiwając  głową.  Ręce  trzymał w  kieszeniach spodni.  -

Pozwól tylko, że się przebiorę.

- OK.

Gdy  otwierała  drzwi,  zadzwonił  telefon.  Brooke  pobiegła  do  kuchni  i 

podniosła słuchawkę.

- Halo?

background image

- Brooke?

- Witam,  mamo  -  odpowiedziała,  niezbyt  zaskoczona.  Matka  dzwoniła  do 

niej prawie co tydzień. Brooke zsunęła buty i rozprostowała palce.

- Gdzie byłaś, kochanie? Od wielu godzin usiłuję się do ciebie dodzwonić.

- Byłam na chrzcie. Pamiętasz, mówiłam ci, że będę matką chrzestną.

- Och, tak. Rzeczywiście. Dziecka, któremu pomogłaś przy narodzinach.

- Zgadza się.

-  Wiesz,  Brooke,  myślałam  o  tym.  To  musiało  być  dla  ciebie  straszne 

przeżycie.

Mogła znieść współczucie, lecz nie litość. Matka nieustannie użalała się nad 

nią,  biedna  Brooke,  biedna  bezpłodna  Brooke.  To  był  jeden  z  powodów  jej 
wyjazdu z Connecticut.

-  Co  musiało  być  tak  straszne?  Pomoc  przy  narodzinach Jonathana,  czy 

zostanie  jego  matką  chrzestną?  -  Brooke zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  jest 
niesprawiedliwa, lecz nie mogła się powstrzymać przed złośliwością.

- Cóż, chyba jedno i drugie.

- Nie byłam sama, mamo.

- Mówisz o tym antropologu, z którym ostatnio mieszkasz?

- On jest etnobotanikiem. - Brooke postanowiła nie komentować określenia 

„mieszkasz”.

- Tak… tak. Czy on wie o tym, kochanie. To znaczy o twoim… problemie?

Brooke zacisnęła palce na słuchawce.

- Nie. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. On i ja… nie.

- Czy to jeden z tych mężczyzn, którzy nie chcą mieć dzieci?

- Mamo - pomyślała o tym, jak Meade zachowuje się w towarzystwie swych 

siostrzeńców  i  siostrzenic.  I  przy  Jonathanie.  Pomyślała  o  tym,  co  usłyszała 
poprzedniego dnia od jego siostry. O podsłuchanej rozmowie z ojcem.

- To robi różnicę, kochanie.

background image

- Wiem, że to robi różnicę! - wykrzyknęła Brooke. - Mamo, nie chcę o tym 

rozmawiać. Rozumiesz? Proszę, nie mówmy o tym.

Na drugim końcu linii zaległa cisza.

- Doskonale  -  powiedziała  wreszcie  matka.  -  Nie  będziemy  o  tym 

rozmawiać. Nie chciałam cię zdenerwować.

Brooke westchnęła.

-  Wiem,  mamo,  wiem. Nie  chciałam  cię  urazić.  To tylko… och, nieważne. 

Czy zadzwoniłaś z jakiegoś konkretne go powodu?

Kolejna chwila ciszy.

- Mamo?

- Nie jestem pewna, czy powinnam ci teraz o tym mówić.

- Oczywiście, że powinnaś - odparła, czekając w napięciu.

- Właściwie, to twoja siostra mi o tym powiedziała.

- Co się stało, mamo?

- Mówiła, że powinnaś dowiedzieć się o tym od kogoś z rodziny. Chodzi o 

Petera.

Brooke przełknęła ślinę i milczała przez kilka sekund.

- Co  z  Peterem?  -  spytała  wreszcie.  Nigdy  nie  powiedziała  matce  całej 

prawdy o przyczynach rozpadu ich małżeństwa.

- Jego żona jest w ciąży, kochanie.

Brooke po raz kolejny poczuła ukłucie w sercu. Zamknęła oczy.

- To kolejny dowód na to, że z  mojej winy nie  mieliśmy dzieci, prawda? -

odparła z goryczą. - Peter jest z pewnością bardzo, bardzo szczęśliwy.

- Brooke…

„Dlaczego? Naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego? Bo  jestem mężczyzną,  a 

ty  nie  możesz  dać  mi  tego,  czego  potrzebuję!  Nie  potrafisz  dać  mi  syna  i  nie 
potrafisz dać mi satysfakcji w łóżku! Jesteś nie tylko bezpłodna, ale także oziębła!”

To tylko część prawdy. Co do jednego Peter nie miał racji i Brooke wiedziała 

background image

o tym. Nie była oziębła.

Ale była…

- Brooke…

- Cieszę  się,  że  mi  o  tym  powiedziałaś,  mamo  -  uprzejmie  powiedziała 

Brooke. - Ale teraz muszę już kończyć.

- Cóż…

- Ucałuj tatę. Wkrótce do ciebie zadzwonię.

- Czy wszystko…

- Nic  mi  nie  jest, mamo.  Naprawdę.  Po prostu muszę kończyć. Czekam na 

kogoś.

- Cóż, jeśli jesteś pewna…

- Jestem. Dobranoc, mamo.

- Dobranoc, Brooke.

Brooke odłożyła słuchawkę. Cała się trzęsła ze zdenerwowania.

- Brooke?

Drżenie ustąpiło. To był głos Meade’a dochodzący z salonu.

- Jestem w kuchni - starała się zapanować nad swym głosem.

Meade  wszedł  w  chwilę  później.  Jego  widok  wstrząsnął  nią  tak  bardzo,  że 

prawie ugięły się pod nią kolana.

- Myślałam, że poszedłeś się przebrać - powiedziała.

Meade wciąż miał na sobie elegancki, granatowy garnitur.

Ten sam, co wówczas, gdy przyniósł jej kwiaty. Potrząsnął przecząco głową.

-  Doszedłem  do  wniosku,  że  to,  co  chcę  ci  powiedzieć,  wymaga  oprawy  -

powiedział poważnie.

Dziewczyna, wiedziona instynktem, oparła się o blat stołu.

- Co… co chcesz mi powiedzieć? - spytała.

background image

- Wyjdź za mnie, Brooke.

ROZDZIAŁ 9

„Wyjdź za mnie, Brooke”.

Cztery słowa. Cztery zwykłe słowa.

Brooke  miała  wrażenie,  jakby  cały  świat  zatrzymał  się.  Jej  serce  także 

przestało bić.

W pierwszej chwili czuła tylko radość.

Ale trwało to moment.

Jej  serce  zaczęło  znowu  bić.  Brooke  przypomniała  sobie  o  potrzebie 

oddychania.

- Wyjść za ciebie? - powtórzyła cicho. Nigdy nawet nie marzyła…

Nie, nieprawda. Marzyła, i to często!

Ileż razy przyglądała się temu mężczyźnie, gdy spał, i ukradkiem, gdy byli w 

towarzystwie, wyobrażając sobie. jak wyglądałoby ich wspólne życie.

Ileż razy, leżąc w jego ramionach, marzyła o wspólnej przyszłości, która nie 

będzie jej udziałem.

Ale on nigdy nie powiedział, nawet nie wspomniał...

I po raz kolejny Meade odgadł, gdzie biegną jej myśli.

-  Wiem  -  powiedział,  wykonując  gest  poddania  się  jakiejś  potężnej  sile. 

Brooke  przyglądała  się  jego  rękom,  zgrubieniom  opuszek,  długim,  mocnym 
palcom. Pamiętała ich dotyk. - Wiem, powinienem powiedzieć to delikatniej. Prze-

background image

bacz  mi,  kochana.  Nigdy  jeszcze  nie  zrobiłem…  nigdy  jeszcze  nie  czułem… -
potrząsnął głową, oczy mu błyszczały. - Wyjdź za mnie. Proszę. Wyjdź za mnie.

Zapadła cisza, którą przerwała Brooke. 

- Dlaczego?

Meade  przez  chwilę  wydawał  się  zaskoczony,  jakby  nie  był  pewny,  czy 

zrozumiał  pytanie.  Brooke  wpatrywała  się  w  małą  zmarszczkę  na  jego  czole.  I 
nagle rozchmurzył się.

- Ponieważ  cię  kocham  -  odpowiedział  z  prostotą.  -  Nigdy  ci  tego  nie 

mówiłem, prawda? Na Boga, a powinie nem. Kocham cię, Brooke. Chcę, żebyśmy 
byli razem. Mieli rodzinę. Możemy mieć wszystko, kochanie.

Podszedł  bliżej  i  objął  ją.  Przytulił  do  siebie  z  bezgraniczną  czułością. 

Brooke poczuła na skroni jego wargi, muśnięcie oddechu we włosach.

Wspólne życie. Rodzina. To były jego słowa.

-  Naprawdę  cię  zaskoczyłem  -  zamruczał  ze  skruchą.    Brooke  odniosła 

wrażenie, że w jego głosie słychać było  niepewność. - Przepraszam. Chciałem to
zrobić inaczej. Wracając z ceremonii, wchodząc po schodach, wciąż powtarzałem 
w  myślach  to,  co  chcę  ci  powiedzieć.  Ale  zamiast  tego,  po  prostu  wszedłem  i 
wyrzuciłem z siebie wszystko.

Brooke odwróciła głowę, pragnąc spojrzeć mu w oczy.

- Podjąłeś tę decyzję podczas chrztu? - spytała. - To wtedy…

Meade  pogładził  kciukiem  jej  plecy.  Nie  był  w  stanie  zapanować  ani  nad 

swymi dłońmi, ani nad głosem.

- To była sprawa nie tyle decyzji, co… przeświadczenia.  Myślę, że gdzieś w 

głębi  duszy  od  samego  początku  wiedziałem,  że  to  ty  jesteś  tą  kobietą,  którą 
zawsze  pragnąłem znaleźć,  choć zacząłem  już wątpić  w jej istnienie.  Ale dziś, w 
czasie chrztu, widząc cię z Jonathanem - to było jak objawienie. Sposób, w jaki go 
trzymałaś w ramionach, troska w twoich oczach. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, 
jak  pięknie  wówczas  wyglądałaś.  Cały  czas  myślałem  o  tym,  co  by  było,  gdyby 
Jonathan był naszym synem. Wyobrażałem sobie… na Boga, niewiele brakowało, a 
poprosiłbym cię o rękę właśnie tam.

- Meade…

- A wczoraj, gdy byliśmy u  moich rodziców… - pochylił głowę i ucałował 

background image

jej  wargi.  -  Wyjdź  za  mnie  -  nalegał  miękko,  obsypując  kąciki  jej  warg 
pocałunkami lekkimi, jak muśnięcie motyla. Brooke nie mogła powstrzymać jęku 
rozkoszy.

„Wyjdź za mnie” - brzmiały jego słowa.

„Bądź moją żoną, matką moich dzieci” - to właśnie miał na myśli.

Zaczerpnęła  głęboko  powietrza,  próbując  opanować  skutki  jego  pieszczot. 

Tlen wypełniający płuca zdawał się palić jej wnętrze.

- Nie mogę - wyszeptała sucho.

Miała  wrażenie,  że  dotarł  do  niego  tylko  dźwięk,  a  nie  treść  słów.  Meade 

uniósł  gwałtownie  głowę  i  spojrzał  jej  w  oczy.  Zatrzymał  ręce,  jeszcze  przez 
chwilę gładząc jej plecy.

- Co? - spytał.

- Nie mogę cię poślubić, Meade.

Zbladł pod opalenizną. Jego twarz wyrażała ból, jakby przed chwilą otrzymał 

silny cios.

- Dlaczego?

- Bo… - powinna mu powiedzieć. Powinna mu powiedzieć to teraz. A jeśli 

to zrobi?

Meade  nie  odrzuciłby  jej  w  taki  sposób,  jak  uczynił  to  Peter.  Była  o  tym 

przekonana. Nie, to, co by zrobił, byłoby gorsze, znacznie gorsze.

Powiedziałby  jej,  że  to  nie  ma  znaczenia.  Że  ją  kocha  i  mimo  wszystko 

pragnie  poślubić.  Że  posiadanie  dzieci  nie  jest  dla  niego  aż  tak  istotne. 
Powiedziałby jej to  wszystko. i być może  nawet sam by w to uwierzył... na jakiś 
czas.

Ale ona by w to nie uwierzyła.

Brooke doskonale wiedziała, jak bolesne jest marzenie o posiadaniu dzieci i 

niemożność  zrealizowania  tego  pragnienia.  Nie  mogła  świadomie  przenieść  tego 
bólu na mężczyznę, którego kochała. A kochała Meade’a O’Malleya.

Wcześniej nie przyznawała się do tego nawet przed sobą, ale teraz to do niej 

dotarło. Zakochała się w nim już w chwili, gdy go ujrzała po raz pierwszy. 

background image

- Brooke? 

- Meade, nie - powiedziała, potrząsając głową. - Nie mogę.

- Nie  mogę  to  jeszcze  nie  powód!  -  Bladość  jego  twarzy  ustąpiła  miejsca 

rumieńcowi gniewu.

- Proszę.

- Co, proszę? - zapytał. Z jego oczu leciały szafirowe skry. - Brooke, czy ty 

mnie kochasz?

Pytanie to prawie ją załamało.

- Tak, kocham cię! - Dobry Boże, nigdy nie sądziła, że stać ją będzie na tak 

silne uczucie w stosunku do kogokolwiek.

Zobaczyła, jak muskuły w jego szczupłej twarzy zadrgały.

- Kochasz  mnie  -  powtórzył  z  trudem.  -  Ale  niewystarczająco,  aby  mnie 

poślubić, czyż nie?

Brooke  nie  chciała,  aby  zobaczył  jej  twarz.  Pochyliła  głowę,  Z  jakiegoś 

niewiadomego  powodu  jej  pamięć  przywołała  wspomnienie  tamtej  nocy,  gdy 
usiłowała  wyjawić  mu  prawdę  o  sobie  i  swoim  małżeństwie,  a  on  ją  przed  tym 
powstrzymał.

Co mogła mu powiedzieć? Że kocha go zbyt mocno, aby go poślubić?

Meade chwycił dwoma palcami jej brodę tak, że musiała patrzeć mu w oczy.

- Czy tak jest? - spytał ostro. - Kochasz mnie wystarczająco na to, aby być 

moją  kochanką, lecz za  mało, aby  zostać żoną?  Kochasz mnie na  tyle  mocno, że 
możemy dzielić łóż ko, ale nie życie.

- Meade…

Puścił ją i cofnął się o krok. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.

- Do diabła, powiedz mi wreszcie, dlaczego?

- Nie mogę.

- To znaczy, że nie chcesz.

Zdesperowana, powiedziała pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy.

background image

- Byłam  już  kiedyś  mężatką… -  przerwała  na  widok  zaskoczenia  w  jego 

oczach.

- Czyżbyś  sądziła,  że  małżeństwo  ze  mną  będzie  podobne  do  tamtego?  -

spytał strasznym głosem. Zaklął wulgarnie i odwrócił się.

Zanim Brooke zorientowała się co zaszło, jego już nie było.

- Meade! - zawołała. O Boże, Boże, co ona takiego zrobiła!

Udało  się  jej  jakoś  dotrzeć  na  podest  piętra.  Meade  był  już  przy  drzwiach 

wyjściowych.

-  Meade!  -  Tym  razem  jego  imię  z  trudem  przedarło  się  przez  ściśnięte 

gardło.

Otworzył kopnięciem drzwi.

- Dokąd idziesz? 

Usłyszał, lecz nie odwrócił się.

- Byle dalej stąd - brzmiała odpowiedź.

Zatrzasnął za sobą drzwi z taką siłą, że cały dom zatrząsł się w posadach. W 

chwilę później Brooke usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu.

Tej nocy Meade nie wrócił do domu.

Brooke stała na schodach i czekała… czekała…

Z  początku  płacz  przynosił  jej  ulgę.  Łkała,  usiłując  ukoić  ból  i  poczucie 

winy, złość i rozpacz. Pomagało. Ale po kilku godzinach okazało się, że zabrakło 
jej łez. Czuła bolesną pustkę.

Cały dom zdawał się cierpieć wraz z nią.

background image

Wciąż  pamiętała  twarz  Meade’a,  gdy  spytał,  czy  małżeństwo z  nim będzie 

podobne do małżeństwa z Peterem.

Wciąż słyszała ten ból w jego głosie.

Wpatrywała się w drzwi wejściowe, wciąż słysząc huk. z jakim zatrzasnął je 

za sobą.

„Dokąd idziesz?”

„Byle dalej stąd”.

Przecież musiał wrócić.

Jeśli nie wróci… ona musi go odnaleźć.

Następnego  ranka  Brooke  zdecydowała  się  pójść  do  pracy.  Być  może, 

przekonywała samą siebie, być może Meade pojawi się w WIWE.

Zrobiła co tylko było w jej mocy, aby ukryć skutki bezsennej nocy. Lecz bez 

względu  na  to,  jak  grubą  warstwę  pudru  nałożyła,  jej  twarz  wciąż  była 
wymizerowana.

„Dokąd idziesz?”

„Byle dalej stąd”.

Usiłowała nie myśleć o tym, że dla Archimedesa Xaviera O’Malleya mogło 

to oznaczać każdy zakątek kuli ziemskiej. Każdy.

Próbowała o tym nie myśleć… ale weszła do jego mieszkania, by sprawdzić, 

czy  paszport  wciąż  leży  w  szufladzie.  Wiedziała  dokładnie,  gdzie  go  szukać. 
Któregoś dnia, gdy rozmawiali o jego podróżach, pokazywał jej ten dokument.

Leżał  tam  wciąż,  z  pozaginanymi  rogami  i  poplamionymi  stronami.  Pełen 

background image

egzotycznie  wyglądających  stempli  granicznych  i  zaświadczeń  o  szczepieniach. 
Dotknęła niebieską książeczkę z taką czułością, z jaką dotykała jej właściciela.

Notatka,  pomyślała.  Powinna  zostawić  notatkę,  na  wypadek,  gdyby  Meade 

wrócił,  a  jej  by  nie  było  w  domu.  Trzęsącymi  się  palcami  szukała  kartki  i 
długopisu. Napisała jego imię, potem trzy zdania i podpisała się.

Proszę, modliła się, czytając to, co napisała. Proszę.

Nagły dźwięk telefonu przestraszył ją tak, że prawie podskoczyła. Podniosła 

słuchawkę.

- Halo? - powiedziała i wstrzymała oddech.

- Halo? - usłyszała czysty, chłopięcy głos.

- Kevin? - Brooke ciężko wypuściła powietrze.

- Pani Livingstone? - chłopiec był zdziwiony i uradowany zarazem.

- Tak, to ja.

- Jak to się dzieje, że odebrała pani telefon u wujka?

- Słyszałam dzwonek, więc odebrałam.

- Macie ten sam numer telefonu?  To dlatego,  że mieszkacie w tym samym 

domu? - spytał po chwili przerwy.

- Nie, Kevin, nie.

- Och,  myślałem  tylko…  co?  Poczekaj  proszę  chwilę. - Z  drugiego  końca 

linii dochodziły jakieś niewyraźne dźwięki. - Wcale się nie narzucam, Saro! Wujek 
Meade mówił, że mogę do niego zadzwonić. Tak, tak powiedział. I mama też się 
zgodziła. Co? Rozmawiam z panią  Livingstone.  Hm?  Nie! Wynoś  się! Nigdy nie 
pozwalasz  mi…  no  dobrze,  OK.  zgoda  -  znów  niewyraźne  głosy.  -  Pani 
Livingstone?

- Tak, wciąż jestem.

- To była moja głupia siostra, Sara. Prosi, żeby panią pozdrowić.

- Pozdrów ją, proszę, ode mnie.

- Jasne.  To  znaczy,  o  ile  jeszcze  ze  sobą  rozmawiamy.  Wie  pani,  wujek

Meade mówił, że ja, Joey i Paul powinniśmy być wyjątkowo mili dla Sary i Alison, 

background image

bo przechodzą właśnie ten, jak to powiedzieć… okres dojrzewania. No, nie wiem. 
To  znaczy,  wujek  Meade  mówił,  że  to  jest  normalne,  że  one  się  tak  zachowują, 
ale… - Brooke niemalże widziała, jak jej mały rozmówca marszczy z niesmakiem 
piegowaty nos. - Nieważne. Chciałbym porozmawiać z wujkiem Meade’em.

Brooke wiedziała, że taka prośba padnie prędzej czy później.

- Nie ma go teraz w domu.

- O? Jak to?

- Wyszedł.

- Pobiegać? Czasami robi to w…

- Nie, nie pobiegać - przerwała szybko. Coś przyszło jej do głowy. - Czy…

czy mieliście na dzisiaj jakieś wspólne plany?

- Nie  -  padła  posępna  odpowiedź.  -  Ale  mówił,  że  moglibyśmy  się  gdzieś 

wypuścić w tym tygodniu. Byle nie w środę. W środę idę z tatą na baseball. Tata i 
ja mamy swoje męskie wyjścia, wie pani? Tyko on i ja. Bez Sary. Boja myślę, że 
ona  doprowadza  go  też  do  szału,  tylko  że  on  nie  może  jej  tego  powiedzieć,  bo 
wtedy  ona  mogłaby  dostać  tego  jakiegoś  kompleksu.  Co  za  głupoty! -  Chłopiec 
westchnął  ciężko.  -  Bzdury.  Szkoda,  że  wujka  nie  ma  w  domu.  Może  mu  pani 
powiedzieć, że dzwoniłem? To znaczy, jak wróci do domu. Proszę.

- Wychodzę  teraz  do  pracy,  ale  zostawię  mu  wiadomość,  dobrze?  -

odpowiedziała Brooke, usiłując mówić normalnym głosem.

- Jasne, w porządku. - Najwyraźniej spodobał mu się ten pomysł. - Niech mu 

pani napisze, że proszę go o telefon, dobrze? Dziękuję.

- Proszę bardzo.

- Proszę pani?

- Tak, Kevinie?

- Czy dobrze się pani czuje? Mówi pani takim dziwnym głosem.

Brooke  niespodziewanie  odkryła,  że  nie  udało  się  jej  jeszcze  wypłukać 

wszystkich łez. Wytarła palcami oczy.

- Nic  mi  nie  jest  -  skłamała,  mając  nadzieję,  że  mówi  to  z  większym 

przekonaniem niż kiedyś, w mieszkaniu Meade’a.

background image

Tego  dnia  Meade  nie  pokazał  się  w  WIWE,  byli  tam  jednak  jego  różni 

znajomi.  Brooke  próbowała, tak  dyskretnie,  jak  tylko  mogła, dowiedzieć się,  czy 
ktoś widział go od poprzedniej nocy. Niestety, bezskutecznie.

- Meade  O’Malłey?  -  odparł  któryś  z  uśmiechem  podziwu  i  lekkim 

wzruszeniem  ramion.  -  Aż  do  wczoraj  nie  wiedziałem  nawet,  że  wrócił  już  z 
Brazylii.  Przysięgam,  ten  facet  pojawia  się  i  znika  jak  klucz  wędrownych  gęsi. 
Tylko  że  klucz  gęsi  przemieszcza  się  według  pewnego  wzoru,  a  Meade…
Słyszałaś, jak kiedyś…

Brooke  słyszała  i  to  od  wielu  już  osób.  Początkowo  nie  wierzyła  w  te 

opowieści, ale teraz…

Zadzwoniła  do  niego  do  domu,  później  do  biura.  Powtarzała  te  czynności 

wielokrotnie.  I  za  każdym  razem  wsłuchiwała  się  w  nie  kończący  się,  regularny 
sygnał. Bez odpowiedzi.

„Dokąd idziesz?”

„Byle dalej stąd”.

-  Byle  dalej  ode  mnie  -  wyszeptała  z  rozpaczą,  po  raz  kolejny  odkładając 

słuchawkę. Było już popołudnie. Od cza su, gdy po raz ostatni go widziała, minęły 
prawie dwadzieścia cztery godziny.

Podniosła głowę i spojrzała na wypchanego sępa, wiszącego jak zwykle pod 

sufitem.  Złowieszczo  wyglądający  przykład  sztuki  anonimowego  rzemieślnika 
przypatrywał się jej uważnie swymi szklanymi oczami, kołysząc się lekko na swej 
uwięzi.

A  jeśli  coś  mu  się  stało?  -  spytała  samą siebie,  zagryzając  dolną  wargę.  A 

jeśli jest… ranny?

- Brooke?

background image

Dziewczyna  niemal  podskoczyła.  W  drzwiach  pokoju  stał  Daniel  Quincy, 

trzymając w ręku stertę papierów.

- Tak, panie Quincy? - spytała z niepokojem. Wiedziała, że już rano musiał 

zauważyć jej podkrążone oczy i  bladość twarzy. Ale,  poza narzekaniem na  temat 
ilości  unoszących  się  w  powietrzu  pyłków  kwiatowych,  nie  usłyszała  żadnego 
komentarza  dotyczącego  jej  wyglądu.  I  była  wdzięczna  star  szemu  panu  za 
delikatność.

Siwowłosy  mężczyzna  wszedł  do  pokoju  i  położył  na  biurku  trzymane  w 

ręku papiery.

-  To  wstępny  szkic  Meade’a  na  temat  dorzecza  Xingu  - wyjaśnił.  -  Gdy 

będzie pani miała wolną chwilę, prosiłbym o zrobienie dwóch kopii.

- Oczywiście - Brooke wstała z fotela.

- Proszę  mi  powiedzieć,  czy  miała  pani  swój udział  w  przygotowaniu tych 

materiałów?

- Cóż  -  nie  była  całkowicie  pewna,  czy  właściwie  zrozumiała  pytanie.  -

Meade  prosił,  żebym  to  przeczytała.  Zaproponowałam  wprowadzenie  kilku 
drobnych zmian - i tyle.

- Hm. Wydawało mi się, że zauważyłem wpływ pani zręcznego pióra.

- Dziękuję. - Komplement zaskoczył ją i wzruszył.

- Proszę bardzo. - Na twarzy Daniela Quincy zagościł cień uśmiechu, jakby 

starszy  pan  delektował  się  jakimś  miłym  wspomnieniem.  -  Pamiętam,  że  Gaby 
Browning często robiła korektę prac Sebastiana. I całe szczęście. Ten człowiek był 
geniuszem w terenie. Ale prawdę mówiąc, gdy musiał coś napisać, szło mu to jak 
po  grudzie.  Był  także  najgorszym  mówcą,  jakiego  kiedykolwiek  słuchałem.  -
Mówiąc te słowa, Daniel odwrócił się do wyjścia.

Brooke  pochwyciła  papiery  i  przycisnęła  je  do  piersi.  Poczuła  pieczenie  w 

gardle. Znała swego szefa na tyle dobrze, by wiedzieć, że jego ostatnie zdania były 
czymś więcej niż tylko przypadkową wzmianką.

- Proszę pana? - spytała.

- Tak? - spojrzał pytająco.

- Czy… czy rozmawiał pan dziś z Meade’em?

background image

Daniel Quincy zastygł na moment. Uniósł srebrne, krzaczaste brwi.

-  Nie,  moja  droga.  Niestety  nie.  Przykro  mi.  Ale  jestem  pewien,  że  się  do 

pani odezwie.

Brooke  wróciła  do  pustego  domu.  Obydwie  karteczki,  które  zostawiła 

przypięte do drzwi, były nadal, nietknięte i przez nikogo nie czytane.

Dziewczyna  przesiedziała  na  werandzie  kilka  długich  godzin,  patrząc  na 

zachodzące  słońce,  zastanawiała  się  co  robić.  Wciąż  obawiała  się,  czy  nie 
przytrafiło  mu  się  nic  złego.  Znalazła  się  w  takim  punkcie,  że  obchodziło  ją 
wyłącznie to, czy Meade był cały i zdrów.

No, może nie wyłącznie… ale to wystarczyłoby jej na początek.

Tak bardzo  go  kochała! Próbowała postępować tak, jak uważała, że będzie 

najlepiej. Ale w zamian…

Brooke  otoczyła  się  ramionami,  czując  chłód,  pomimo  panującego  upału. 

Coś nie wyszło. Coś się nie udało. Teraz gotowa była na każde poświęcenie, byle 
tylko to naprawić.

Wreszcie wstała i zadzwoniła do matki Meade’a.

Eleni O’Malley powiedziała jej, że nie miała od syna żadnej wiadomości od 

czasu, gdy się rozstali w niedzielę.

Brooke  niewiele  spała  tej  nocy,  choć  leżała,  tuląc  do  siebie  poduszkę 

przepojoną jego zapachem.

-  Czy…  czy  wie  pani,  gdzie  jest  Meade?  -  z  desperacją  w  głosie  spytała 

Brooke. 

Obie  kobiety  spotkały  się  następnego  dnia,  krótko  po  południu.  Eleni 

O’Malley  przyszła  do  Instytutu piętnaście  minut  wcześniej i  zaprosiła  Brooke  na 
lunch. Ta początkowo opierała się, lecz matka Meade’a nalegała.

background image

Starsza kobieta rozłożyła na kolanach papierową serwetkę.

- Nie - odpowiedziała. - Co zresztą nie jest niczym nie zwykłym.

Brooke  zagryzła  wargę  i  spuściła  wzrok.  Eleni  zaprosiła  ją  do  małej 

restauracji, w której podawano dania przygotowane na sposób domowy. Właściciel 
-  „kuzyn”,  jak  go  określiła,  powitał  je  z  otwartymi  ramionami,  i  to  dosłownie. 
Zamienił  z  Eleni  kilka  zdań  po  grecku,  a  następnie  poprowadził  obie  kobiety  do 
zacisznej  loży  w  tylnej  części  sali.  Po  chwili  przy  stoliku  pojawiła  się  kelnerka, 
przynosząc wino, pieczywo i nadziewane liście winorośli, po czym zniknęła, by się 
już więcej nie pojawić.

Brooke uniosła głowę.

- Gdyby pani wiedziała, czy powiedziałaby mi? - spytała.

W ciemnych oczach Eleni widać było nie skrywane współczucie.

-  Tak  -  odpowiedziała  po  chwili  i  uniosła  brwi  tak,  jak czynił  to  Meade.  -

Zdawało mi się, że miałyśmy mówić sobie po imieniu,

Brooke z roztargnieniem skinęła głową. Sięgnęła do koszyka z pieczywem i 

zaczęła łamać w palcach wyjętą bułkę.

- Eleni… tak… tak się  boję, że coś się  z nim stało  - wyznała. - To byłaby 

moja wina.

Eleni wyjęła pokruszoną bułkę z rąk Brooke.

- Do kłótni potrzeba dwojga - zauważyła cicho. Brooke wstrzymała oddech. -

Kiedy rozmawiałyśmy wczoraj, użyłaś słowa „nieporozumienie”. Myślę jednak, że 
zdarzyło się coś więcej.

Brooke wysypała z dłoni okruszki pieczywa. Zaufanie, którym od pierwszej 

chwili obdarzyła Eleni, pomogło jej mówić szczerze.

- On… Meade oświadczył mi się - powiedziała wreszcie.

- No i? - Eleni nie wydawała się zbyt zaskoczona.

- Odmówiłam.

- Nie kochasz go? - starsza pani zmarszczyła brwi.

W słowach tych nie było oskarżenia, lecz Brooke zareagowała defensywnie.

background image

- Oczywiście, że go kocham! - powiedziała gwałtownie, czując napływające 

do  oczu  łzy.  Zamrugała  gwałtownie,  usiłując  się  nie  rozpłakać.  -  Naprawdę  go 
kocham - powtórzyła bardziej miękko. - Kocham go tak bardzo…

- Ciii… -  uspokajająco  szepnęła  matka  Meade’a.  Brooke  wytarła  oczy 

papierową serwetką.

- Tak… tak mi przykro - wyjąkała.

-  Przeżywasz to  głęboko. Nie  ma za  co  przepraszać.  Miłość…  umiejętność 

kochania  to  błogosławieństwo.  Choć czasem  także  i  ciężar.  Proszę,  czy  możesz 
powiedzieć  mi, dlaczego  nie  chcesz  poślubić  mojego  syna?  -  Eleni  potrząsnęła 
głową.

Brooke zmięła serwetkę i odrzuciła ją na stół razem z kawałkami bułki.

- Ponieważ nie mogę dać mu tego, czego pragnie - od rzekła z determinacją.

Eleni była zaskoczona.

- Brookes…  -  zaczęła,  szukając  odpowiednich  słów.  -  Brooke,  widziałam 

was razem. Widziałam, w jaki sposób mój syn na ciebie patrzy, w jaki sposób ty 
patrzysz na niego.  Przez trzy tygodnie, zanim cię jeszcze poznałam, słyszałam, w 
jaki sposób o tobie mówił. I wiedziałam, że… myślę, że wszyscy wiedzieliśmy... -
przerwała i pochyliła się. - Cóż to takiego, czego nie możesz mu dać?

Brooke poczuła, że się rumieni, po czym blednie. Jak tu odpowiedzieć na to 

pytanie?

„Nigdy nie bój się mówić prawdy”.

Brooke  pamiętała,  kiedy  Meade  powiedział  te  słowa.  Tamtej  nocy  nie 

żałowała niczego…

-  Eleni,  nie mogę  dać twojemu  synowi dziecka  - powie  działa cicho. - Nie 

mogę… nie mogę mieć dzieci.

Starsza kobieta zadrżała, lecz nie odzywała się.

-  To  jeden  z  powodów  rozpadu  mojego  pierwszego  małżeństwa  -

kontynuowała Brooke. Zawahała się na moment.  - Ty… wiedziałaś, że byłam już 
zamężna?  -  spytała.  Jej  rozwód  był  jedną  z  niewielu  rzeczy,  o  których  nie 
rozmawiali z Francisem O’Malleyem w czasie ich pierwszego spotkania.

Eleni  wolno  pokiwała  głową.  Jej  zazwyczaj  słodki  głos  wydawał  się  teraz 

background image

przytłumiony.

- Tak, wiedziałam. Meade powiedział o tym Francisowi wiele tygodni temu. 

A Francis oczywiście powtórzył to mi. Lecz mój syn nie mówił nic, że…

- Nie mógł. Nie wiedział… nadal nie wie. W moim małżeństwie z Peterem 

były  także  inne  problemy.  Meade  doskonale  je  rozumiał.  Myślę,  że  w  pewien 
sposób  nawet  lepiej niż  ja  sama.  Lecz  wszystkie  te  problemy… -  potrząsnęła 
głową. - Niemożność zajścia w ciążę to tak osobista porażka. Posiadanie dzieci jest 
czymś naturalnym. Najbardziej oczywistym w świecie. A gdy dowiadujesz się, że 
to, co oczywiste, jest dla ciebie nieosiągalne…

Spojrzała na matkę Meade’ a. Na jej twarzy nie widać już było zaskoczenia. 

Jego miejsce zajęło zrozumienie.

- Meade pragnie mieć dzieci - kontynuowała. - Powiedział mi o tym.

- Pragnie również ciebie - odparła Eleni. - Powiedział ci o tym, prosząc, abyś 

została jego żoną.

- Ale nie wiedział o tym, że nie mogę…

- Myślisz, że gdyby wiedział, nie zaproponowałby ci małżeństwa? - Słowa te 

zabrzmiały jak wyzwanie.

- Ja…

- A gdyby było na odwrót? Gdybyś to ty wiedziała, że Meade nie może dać 

ci dziecka, którego tak pragniesz, a mimo to poprosiłby cię o rękę? Czy wówczas 
także byś mu odmówiła?

Brooke siedziała w milczeniu.

„O mój Boże” - pomyślała. - „Co ja zrobiłam!”

- Nie - odparła bez wahania.

To było jak objawienie. Brooke zdała sobie sprawę z tego, co uczyniła sobie 

i  Meade’owi.  Bała  się  jego  współczucia,  bo  sama  nie  przestawała  się  nad  sobą 
użalać. I bała się, bo w głębi duszy czuła, że zasługuje na to, by zostać odrzuconą.

Mówiła  sobie,  że  godzi  się  na  to.  Nie  godziła  się  z  niczym.  Pozwalała,  by 

świadomość  bezpłodności  kierowała  jej  życiem.  Miała  wręcz  obsesję  na  tym 
punkcie!

- Och, och, Eleni… - spojrzała na matkę Meade’a.

background image

- Wiem - czule odparła starsza pani. - Wiem. 

Brooke uwierzyła w to. Nie wiedziała dlaczego, lecz uwierzyła. 

- Jak…? - zaczęła.

- To teraz nie ma znaczenia - brzmiała stanowcza odpowiedź. - Ważne jest,

że ty to wiesz.

- Wiem, że muszę go odnaleźć. Muszę… muszę mu wyjaśnić, aby zrozumiał. 

- Brooke była gotowa na każde wyznanie. Na całą prawdę. Będzie się modliła, aby 
mogli potem zacząć wszystko razem.

- Uda ci się - zapewniła z uśmiechem Eleni. I dodała z figlarnym błyskiem w 

oczach:  - Lecz  najpierw  musisz  coś  zjeść.  Nie  polecam  mussaki.  Nie  potrafią  jej 
tutaj przyrządzić.

Po raz pierwszy od prawie dwóch dni Brooke wybuchnęła śmiechem.

Meade  O’Malley  siedział  w  salonie  swego  mieszkania  i  wpatrywał  się  w 

kartkę, którą znalazł przypiętą do drzwi, kiedy wrócił do domu.

„Meade, wybacz. Nie odchodź, proszę. Kocham cię”. I podpis - „Brooke”.

Uraza,  złość  i  zmieszanie  spowodowały,  że  nie  był  sobą,  kiedy  wybiegł  z 

domu,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi.  Nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  dokąd  się 
wybierał, wsiadając do samochodu - i niewiele go to obchodziło.

Przez  kilka  godzin  jeździł  po  ulicach  Bostonu,  aż  wreszcie  zaparkował 

samochód przy lotnisku. Spędził w poczekalni większą część nocy. Czuł na sobie 
pytające spojrzenia, lecz znowu, niewiele go to obchodziło.

O świcie pojechał do Cambridge, do Muzeum Botanicznego. Strażnik nocny, 

background image

z którym znali się od wielu lat, wpuścił go do środka bez zbędnych pytań.

Poszedł na czwarte piętro, do niewielkiego pokoju, który niegdyś zajmował 

Sebastian  Browning.  Jego  nauczyciel  i  przyjaciel  mieszkał  tam  przez  rok  po 
śmierci Gabrielle.

Przez  te  dwanaście  miesięcy  profesor  nie  robił  nic.  Odmówił  wszelkich 

dyskusji  na  temat  prac  badawczych,  prowadzonych  tuż  przed  śmiercią  żony. 
Któregoś dnia Medea zapytał go, co robił, zamknięty całymi dniami w pokoiku o 
powierzchni zaledwie kilku metrów kwadratowych.

- Siedziałem i zastanawiałem się, dlaczego - padła odpowiedź.

I  w  taki  właśnie  sposób  Meade  spędził  większość  minionych  trzydziestu 

sześciu  godzin.  W  końcu  doszedł  do  wniosku,  że  nie  znajdzie  tu  odpowiedzi  na 
wciąż powtarzane pytania.

I  wrócił  do  domu,  który  tak  gwałtownie  opuścił  przed  dwoma  dniami. 

Wrócił, i czekał na kobietę, która mogła wypełnić tę pustkę… i jego ramiona… i
jego serce.

„Przebacz mi”.

Wszystko. Przebaczyłby jej wszystko. Miał nadzieję, że i ona mu przebaczy.

„Nie odchodź, proszę”.

Nie miał zamiaru odchodzić. Ani też pozwolić jej odejść.

„Kocham cię”.

O, na Boga, oby to było prawdą. Nie chodzi o to, że nic więcej się nie liczy; 

po prostu nic innego nie liczyło się tak bardzo.

Później  zastanawiał  się,  jak  wytłumaczyć  swoje  postępowanie.  Słysząc 

samochód Brooke przed domem, po prostu wstał.

Bębny… naśladujące rytm uderzeń serca.

I śpiew. Czy ktoś śpiewał?

Brooke  usłyszała  dźwięki,  zanim  otworzyła  drzwi  wejściowe.  Gdy  już 

znalazła się wewnątrz, zorientowała się, że cała drży.

Drzwi mieszkania Meade’a były zamknięte.

background image

Podeszła i zapukała. Raz. Drugi…

Drzwi  otworzyły  się  i  Brooke  ujrzała  mężczyznę,  którego  kochała. 

Mężczyznę o oczach jak morze oświetlone słońcem.

Otworzył ramiona.

Archimedes Xavier O’Malley był w domu… a ona razem z nim.

ROZDZIAŁ 10

-  Jest  coś,  o  czym  muszę  ci  powiedzieć  -  odezwała  się Brooke.  Kaseta 

skończyła się już dawno. Żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Muzyka była teraz 
w nich, grała w ich umysłach i ciałach.

Dziewczyna  nie  wiedziała  nawet,  jak  dotarli  na  sofę  w  salonie.  Ich  drogę 

znaczyły  porozrzucane  buty,  jego  krawat,  jej  torebka,  jego  marynarka,  a  także 
kilkanaście spinek, które wypadły z jej włosów.

Meade  trzymał  ją  w  objęciach.  Widział  podkrążone  oczy  Brooke,  rezultat 

wyczerpania  i  smutku.  Blada,  gładka  skóra  jej  twarzy  wydawała  się  ściślej  niż 
niegdyś opinać policzki. W regularnych rysach ukochanej twarzy zauważył cienie, 
których wcześniej tam nie było.

Oprócz  oznak  stresu,  napięcia  i  nie  przespanych  nocy,  Meade  dostrzegł  jej 

nową  siłę  i  pewność  siebie.  To  tak,  jakby  nastąpiło  pogodzenie  tych  wszystkich 
sprzeczności, które w niej wyczuwał.

A  teraz,  po  gradzie  pocałunków  i  pieszczot,  powiedziała,  że  musi  mu  coś 

oznajmić.

- Cóż to takiego? - spytał niskim głosem,

background image

Brooke zaczerpnęła powietrza.

- Po pierwsze - kocham cię. Kocham cię całym sercem. Całym… wszystkim. 

I to, co zrobiłam w niedzielę, było konsekwencją tej miłości. Pewnego rodzaju… 
zbłąkanej miłości - dodała, widząc cienie w jego oczach. - Teraz już wiem. To, co 
zrobiłam  w  niedzielę,  było  takim  samym  błędem,  jak  to,  co  zrobiłam,  gdy 
kochaliśmy się po raz pierwszy.

- Brooke…

Potrząsnęła głową i położyła palec na jego ustach.

- Proszę, nie. Pozwól mi mówić. Kocham cię, Meade. I bez względu na to, co 

powiedziałam wtedy, chcę dzielić z tobą życie,

Więc  dlaczego?  -  nie  mógł  jej  o  to  zapytać.  Wiedział,  że  Brooke  musi 

powiedzieć to sama, bez ponaglania.

„Powoli”.

O to prosiła go od początku. W niedzielę nie rozmawiali spokojnie. Pozwolił, 

aby  zawładnęły  nim  emocje.  I  to  był  błąd,  olbrzymi  błąd.  Nie  miał  zamiaru  go 
powtarzać.

Brooke  przyglądała  się  jego  twarzy.  Wyglądał  na  wyczerpanego.  Linie  w 

kącikach  oczu  i  wokół  ust  były  głębsze  niż  wówczas,  gdy  widzieli  się ostatnio. 
Zmysłowe  wargi  zdradzały  napięcie.  Na  brodzie  i  policzkach  rysował  się  cień 
zarostu.

Powiedział  jej,  jak  spędził  ostatnie  dwa  dni.  Gdy  z  ulgą  zobaczyła,  że  jest 

cały  i  zdrowy,  przyszło  uczucie  gniewu.  Domagała  się  odpowiedzi  na  pytanie, 
gdzie był. Wyjaśnił jej to w kilku słowach. Choć mówił niewiele, zorientowała się, 
że cierpiał, tak jak ona.

Gdyby  tylko  mogła,  zaoszczędziłaby  mu  bólu.  Ale  to  było  niemożliwe. 

Dotknęła  opalonego,  szczupłego  policzka  Meade’a.  Zwrócił  do  niej  twarz, 
rozświetloną  teraz  blaskiem  bijącym  z  błękitnych  oczu.  Przycisnął  wargi  do 
wnętrza jej dłoni. Miała wrażenie, jakby cało wał ją prosto w serce.

Dopiero  po  kilku  sekundach  Brooke  była  w  stanie  cokolwiek  powiedzieć. 

Musiało minąć jeszcze kilka następnych, zanim jej głos był znów spokojny.

- Kiedy pytałeś, czy chcę cię poślubić - zaczęła - powiedziałeś, że pragniesz, 

byśmy stworzyli rodzinę. Powiedziałeś, że kiedy zobaczyłeś mnie z Jonathanem…

background image

że  marzyłeś o  takim  dziecku.  -  Pochyliła  lekko  głowę,  a  rozpuszczone włosy 
opadły jej na twarz. Spojrzała mu w oczy. - Nie mogę dać ci rodziny. Meade, ja nie 
mogę mieć dzieci.

- Nie  możesz… - nie do  wiary, to  była przyczyna  jej od mowy! - O Boże, 

czyżbyś myślała, że…

I wówczas przypomniał sobie swoje oświadczyny. Oczywiście, że mogła tak 

pomyśleć! Prawie każde słowo, które padło z jego ust w tamtą niedzielę, dotyczyło 
posiadania dzieci. Mówił o tym nawet zanim powiedział, że ją kocha.

Brooke zauważyła zmianę w wyrazie jego twarzy i zrozumiała, że czuje się 

winny. Nie mogła na to pozwolić.

- Meade,  nie  -  ponownie  dotknęła  jego  policzka.  -  Jeśli  pragniesz  mieć 

dzieci, powinieneś zostać ojcem. Tak wspaniale potrafisz zajmować się Kevinem i 
bliźniętami, i dziewczynkami. Masz… masz w sobie dar miłości.

- Ale…

- Wiem, jak to jest, kiedy pragnie się dzieci i nie może ich posiadać. Znam tę 

pustkę… i żal… i zazdrość. Próbuję zwalczyć w sobie te uczucia. Nie chcę, żeby 
dłużej dominowały nad moim życiem. Ale przede wszystkim… przede wszystkim 
nie chcę, żebyś i ty ich doświadczył.

- Brooke, kochana…

I  wówczas  Brooke  opowiedziała  mu  całą  historię  swego  małżeństwa  z 

Peterem.  Zawahała  się  raz  i  drugi,  lecz  nie  pominęła  niczego.  Opowiedziała  o 
wszystkim, także o rozmowie z jego matką.

- Ta  pierwsza  noc…  mój  Boże,  to  była  figurka  płodności,  która  tak  cię 

rozstroiła. To dlatego wyszłaś, prawda?

- To  była tylko  mała  cząstka tego  wszystkiego  - przyznała.  - Sprawiłeś,  że 

czułam się… nie zdawałam sobie nawet sprawy, że potrafię to czuć.

- A  kiedy  wchodziłaś  na  salę  porodową,  aby  pomagać  Jazz… -  Mógł 

wyobrazić sobie, jak było to dla niej trudne. Jednak zrobiła to.

- Skąd  mogłeś  wiedzieć? Nic  ci przecież nie  powiedziałam,  bo  wstydziłam 

się i bałam…

- A jednak próbowałaś mi powiedzieć, prawda? - Meade przypomniał sobie 

tamtą scenę. - Próbowałaś, lecz ja nie chciałem słuchać. Powiedziałem, że nie chcę 

background image

o tym wiedzieć.

- A  ja  nie  nalegałam  -  uczciwie  przyznała  Brooke.  - Wydawałeś  się  taki 

zagniewany…

- Było w tym więcej zazdrości, niż gniewu - przyznał.

- Zazdrość? - nie mogła w to uwierzyć. - Byłeś zazdrosny o Petera?

Skinął głową. Wstydził się tego, ale teraz mógł się do tego przyznać.

- Dlaczego? Jak mogłeś być zazdrosny o…

- Bo  go kochałaś. Wiem, co  on  ci zrobił. Ale  wcześniej, zanim zaczęło się 

między wami psuć, kochałaś go przecież.

Czy tak było rzeczywiście? Brooke powróciła myślami do tej pierwszej nocy 

w  mieszkaniu  Meade’a,  gdy  wzięła  do  ręki  zdjęcie  Gabrielle  i  Sebastiana 
Browningów. Chyba wówczas pojawiły się pierwsze wątpliwości.

- Być  może -  odpowiedziała  wolno. -  A być  może  kochałam  tylko tę  ideę. 

Pobrać  się  i  stworzyć  rodzinę,  której  tak  pragnęłam.  Ale  cokolwiek  do  niego 
czułam, och, to było nic w porównaniu z uczuciem, którym darzę ciebie. Kocham 
cię.

- Wystarczająco, aby mnie poślubić?

- Bardziej niż wystarczająco! - zapewniła go. Oczy jej błyszczały. - Ale czy 

ty chcesz tego? Wiesz już wszystko i nadal tego pragniesz?

- Z całej duszy.

- I… i nie ma to dla ciebie znaczenia, że nie mogę…

Meade  ujął  jej  ręce  jak  bukiet  kwiatów.  Uniósł  je  do  ust, pocałował.  Ich 

palce złączyły się.

- Ma znaczenie - przyznał szczerze. - Ma znaczenie, ponieważ jest to ważne 

dla ciebie. Kiedy ty cierpisz, ja cierpię także. Ale jeśli wydaje ci się, że jeżeli nie 
możesz  zajść  w  ciążę,  to  jesteś  mniej  kobieca,  czy  mniej  pożądana  -  o  nie, 
kochanie. Nie.

Meade  wziął  Brooke  w  ramiona.  Pieścił  mocnymi,  męskimi  wargami  jej 

pełne, pragnące usta. W pocałunku tym zawarte były przysięgi i obietnice.

Dłonie  Brooke  wędrowały  wzdłuż  jego  ramion  i  pleców,  by  wreszcie 

background image

zagłębić się we włosach.

- Jeśli tylko zechcemy, możemy mieć dzieci - matowym głosem powiedział 

Meade, podnosząc głowę. - Możemy je adoptować. Wiem, że obecnie jest to trochę 
trudniejsze  niż  kiedyś,  ale  wciąż  jeszcze  są  dzieci,  które  potrzebują  rodziców.  -
Zastanowił  się  nad  czymś.  -  Czy  przedtem,  czy  wtedy  zastanawiałaś  się  nad 
możliwością adopcji?

Brooke przesunęła końcem języka po obrzmiałych od pocałunku wargach.

- O tak, myślałam o tym. Byłam w wielu agencjach.  Miałam już wszystkie 

informacje  i  formularze.  Pokazywałam  je  Peterowi,  próbując  go  tym 
zainteresować. Ale on nigdy nie chciał o tym rozmawiać.

Przerwała,  nie  chcąc  myśleć  o  tamtych  wydarzeniach.  Reakcja  Petera  na 

propozycję adopcji była dla niej zbyt bolesna. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że 
miał kompleksy na punkcie swych umiejętności dawania rozkoszy.

- Brooke? - głos Meade’a przywołał ją do rzeczywistości. Widząc przelotny 

smutek  na  twarzy  dziewczyny  domyślił  się,  dlaczego  Peter  Livingstone  odrzucił 
propozycję adopcji.

- Peter  powiedział,  że  nie  mógłby kochać  cudzego  dziecka.  Powiedział,  że 

adopcja  byłaby  przyznaniem  się  do  winy.  -  Przez  kilka  sekund  patrzyła  na 
Meade’a. - A ty?

Coś  w  jego  silnych,  męskich  rysach  twarzy  spowodowało,  że  pomyślała  o 

Eleni O’Malley.

- Nie, nie czułbym się oszukiwany. Uważałbym, że mam szczęście.

- Szczęście? - powtórzyła, wiedząc, że nie przypadkiem użył tego słowa.

Kiedyś powiedział, że „miał szczęście”, trafiając na takich właśnie rodziców.

A jego matka mówiła, że „ma szczęście”, mając takie dzieci.

Czy to możliwe? Czyżby próbował jej powiedzieć…

Meade  obserwował,  jak  szmaragdowe  oczy  Brooke  powiększają  się.  I 

odpowiedział  na  pytanie,  które  w nich  dostrzegł, choć  czuł,  że  dziewczyna także 
już wie.

- Tak, zostałem zaadoptowany. Podobnie jak Kathleen i Mary Margaret.

- Zaadoptowany? To znaczy… że twoja matka nie może… nie mogła  mieć 

background image

dzieci? Czy to dlatego wiedziała tak wiele…

Potrząsnął głową.

- Nie wiem, czy to matka, czy ojciec nie mogli mieć dzieci. Nie jestem nawet 

pewien,  czy  oni  sami  wiedzą.  Oboje  ogromnie  pragnęli  mieć  dzieci,  i  było  im 
bardzo  ciężko  przez  kilka  pierwszych  lat  małżeństwa.  Dzieci  się  nie  rodziły; 
niewiele  brakowało,  a  doszłoby  do  separacji.  Ale  znaleźli  wspólne  rozwiązanie. 
Nie  wiem, dlaczego  wcześniej ci o tym nic nie powiedziałem. Bóg  jeden wie, że 
nie wstydzę się ani nie ukrywam tego, że zostałem zaadoptowany. Widzisz, jedną z 
rzeczy,  których  nauczyli  mnie  rodzice,  kiedy  dorastałem,  było  to,  że  płodzenie 
dzieci to wyłącznie fizjologia. Tworzenie rodziny to kwestia uczucia.

Na twarzy Brooke powoli wrócił uśmiech.

- Kochanie - powiedziała miękko - to potrafię.

Wyciągnęła rękę i z czułością przysunęła jego twarz do swojej.

Dla żadnego z nich nie był to pierwszy raz. Jednak gdy Meade wziął ją na 

ręce  i  zaniósł  do  sypialni,  Brooke  czuła,  że  wszystko  w  jakiś  cudowny  sposób 
zaczyna się od nowa.

Gdy zaczęła go rozbierać, ręce jej drżały. Odpięła po kolei guziki przy jego 

koszuli  i  odsłaniała  tors.  Masowała  dłońmi  odkrytą  pierś,  jakby  rozprowadzając 
cenny olejek.  Rozczesywała szczupłymi palcami  krótkie,  ciemne  włosy w  poszu-
kiwaniu  twardych  brodawek.  Paznokciami  zadrapała  lekko  sterczące  sutki  i 
poczuła, jak cały zadrżał w rozkoszy.

Meade delikatnie poodpinał drobne, perłowe guziczki przytrzymujące przód 

białej bluzki i, jakby odpakowując bezcenny dar, zsunął ją z ramion Brooke.

Przykrył  dłońmi  sterczące,  mocne  piersi.  Zaczął  je  masować  delikatnie, 

okrężnymi  ruchami.  Przylgnęła  do  niego,  pochylając  się  jak  wierzba  na  silnym 
wietrze.

Przesunął rękę niżej.

Rozpiął  guzik.  Potem zamek.  Szybkie  szarpnięcie i  lniana  spódnica wraz z 

jedwabną halką opadły na podłogę. Jeszcze tylko przejrzyste rajstopy i koronkowe 
majteczki w kolorze kości słoniowej chroniły jej ciało przed jego wzrokiem i do-
tykiem.

Meade przyklęknął. Kiedy wstał, Brooke nie miała na sobie nic. Rumieniec 

background image

podniecenia zabarwił jej policzki. Była piękna.

Brooke  sięgnęła  do  klamry  czarnego  skórzanego  paska.  Gdy  prowokująco 

przesunęła palcami po twardym kroczu, jego ciało wyprężyło się jak cięciwa łuku.

Gdy  wreszcie  się  rozdzielili,  zrzucił  z  siebie  spodnie  i  slipy.  Jego  ciało, 

skryte częściowo w półcieniu, zachwycało swą męskością. Silne mięśnie poruszały 
się pod opaloną skórą.

Brooke,  przytulona,  podniosła  głowę  i  spojrzała  na  niego  oczami  pełnymi 

miłości i pożądania. Zakrył jej usta.

Złączeni, osunęli się na łóżko.

Pocałunki.

Gwałtowne i parzące.

Wabiące... podniecające... nieskończenie erotyczne.

Brooke  trzymała  głowę  na  tej  samej  poduszce,  w  którą  wtulała  twarz 

poprzedniej bezsennej nocy. Rozchyliła bezwiednie wargi. Meade pieścił jej ciało 
gorącymi  ukąszeniami.  Potem,  z  niemalże  pierwotnym  krzykiem  pragnienia,  za-
władnął  słodyczą  jej  wyczekujących  ust.  Przyjęła  te  poszukiwania,  wydając  z 
siebie jęk rozkoszy.

Przesuwała  dłońmi  po  całym  ciele  kochanka.  Masowała  silne,  szerokie 

ramiona, prężne plecy, otoczyła dłońmi muskularne biodra i muskała paznokciami 
wgłębienie u podstawy kręgosłupa.

Ich  nogi  splotły  się.  Meade  wsunął  udo  pomiędzy  kolana  dziewczyny. 

Sprężyste  włosy otarły  się  o  jej delikatną  skórę.  Zacisnęła bezwiednie mięśnie  w 
niepohamowanym  spazmie  rozkoszy.  Poruszała  się  niespokojnie,  czując 
ogarniający ją żar, który docierał do każdej komórki jej wyczekującego ciała.

Pieścił  okrężnymi  ruchami  języka  jej  sutki,  powodując  niemalże  bolesną 

rozkosz. Objął wargami i zaczął ssać w zaborczym, pełnym pożądania rytmie.

Brooke była  w stanie  uczynić wszystko dla  swego kochanka, wszystko  mu 

oddać.  Wszystkie  bariery  zostały  przełamane.  Kochała  go…  Próbowała  mu  to 
powiedzieć,  lecz  z  jej  gardła  wydobył  się  tylko  jęk  rozkoszy.  Mogła  wymówić 
tylko jego imię. Więc powtarzała je wciąż.

I  nadszedł  moment,  gdy  nie  mogła  już  przedłużać  oczekiwania  spełnienia. 

Meade, zespolony z ruchami kochanki, wiedział, kiedy ten moment nastąpił. Ale to 

background image

ona  wprowadziła  jego  członka  w  siebie.  I  to  ona  znalazła  równowagę  między 
rozkoszą płynącą z dawania i otrzymywania.

W  ostatniej  chwili  Meade  przewrócił  się  na  plecy.  Leżała  teraz  na  nim, 

obejmując go szczupłymi, długimi udami.

Brooke poruszała się rytmicznie, opierając dłonie na zmiętym prześcieradle. 

Ochyliła  tułów,  pragnąc  jeszcze  większej  jedności  ich  ciał.  Poczuła  na  biodrach 
ręce Meade’a.

Widząc  pierwsze  oznaki  ogarniającej  dziewczynę  rozkoszy,  Meade  stracił 

kontrolę nad sobą.

- Meade! - Brooke zamknęła oczy i odrzuciła do tyłu głowę. - Och... och...

Świat rozpadł się na kawałki. Bez początku, bez końca.

Tworzyli jedność.

To była chwila prawdy.

I akt prawdziwej miłości.

- Tak bardzo  cię kocham - powiedziała Brooke wiele, wiele minut później. 

Policzek przytuliła do ręki opartej na nagim torsie kochanka.

- I ja cię kocham - odpowiedział, wodząc leniwymi ruchami dłoni po uroczej 

linii  jej  pleców.  Dziewczyna  przyglądała  mu  się oczami  o  barwie  zielonych, 
wiosennych liści. Linia jej pełnych, różanych warg była niezwykle kobieca.

Brooke westchnęła i przesunęła się nieco, ocierając o niego całym ciałem.

Wygięła w łuk stopę i dużym palcem zaczęła wodzić wzdłuż jego uda.

- Na kiedy ustalamy termin ślubu? - spytała.

- Hm... w jakiś czas po miodowym miesiącu.

background image

- A kiedy to nastąpi? - zaśmiała się.

- Myślałem,  że  już  go  zaczęliśmy  -  odparł.  W  jego  oczach  zalśniło 

rozbawienie.

Brooke zarumieniła się. Pochyliła głowę i ucałowała jego ramię.

- To znaczy... takie jest moje zdanie - powiedział ochrypłym głosem Meade. 

Palcami rozczesał jej jedwabiste włosy i zachichotał.

- Cóż, to brzmi nieźle - odparła.

- Dziękuję. - Chwycił ją mocniej i przesunął wyżej. Wargami znalazł miejsce 

na  jej  szyi,  gdzie  pod  skórą  wyczuwało  się  uderzenie  serca.  -  A  kiedy  ty  chcesz 
wziąć ślub? - spytał.

Brooke spojrzała mu w oczy, muskając palcem jego policzek.

- Chyba jutro nie będzie zbyt wcześnie?

- Chcesz  poczekać  trochę,  żeby  się  upewnić?  -  błysnął  w  uśmiechu 

śnieżnobiałymi zębami.

- Jestem  pewna  -  odparła.  -  Całkowicie  -  powiedziała  rozmarzonym,  lecz 

przy tym zdecydowanym głosem.

- I ja także.

Nastąpiła chwila ciszy, w której żadne słowa nie wydawały się konieczne.

- Czy możemy pobrać  się na  werandzie?  - spytała wreszcie Brooke, czując 

powracające podniecenie.

- Jeśli tylko zechcesz, możemy nawet spędzić tam miesiąc miodowy.

- Hm... - przepełniły ją wspomnienia.

- Zbyt prymitywne?

- O  nie,  wcale  nie.  -  Zastanowiła  się.  Przypomniała  sobie  pytanie,  które 

chciała już dawno zadać. - Skoro mówimy o prymitywizmie...

- Słucham.

- Muzyka tamtej nocy...

- Aha, podobała ci się?

background image

- Chciałabym wiedzieć, co to było.

- A jak sądzisz?

Językiem wypchnęła policzek i przesunęła palcami wzdłuż włosów Meade’a.

- Hm... hm...

- Próbujesz to zanucić, czy zastanawiasz się nad tytułem? - zażartował.

- Meade!

- Prawdę mówiąc, to specjalna składanka.

- Największe przeboje łowców głów?

- Niezupełnie.

- Ale blisko? - przesunęła rękę.

- Aha, tak... tak! - była blisko, a on stawał się coraz bardziej podniecony.

- Powiedz wreszcie.

I po chwili powiedział jej. Z rozbawieniem patrzył na jej rozszerzające się ze 

zdziwienia oczy i rumieniec wstydu na twarzy. Stanowiło to niezwykły kontrast z 
jej wcześniejszym zachowaniem.

- Melodia... na czas kochania - powtórzyła. - Czy to dosłowne tłumaczenie?

- Powiedzmy, kulturalne.

- Och...

- Zaskoczona?

-  Nie  -  zaprzeczyła  natychmiast,  po  czym  zastanowiła  się.  -  Prawdę 

mówiąc…

- Tak?

-  Już  wtedy,  tamtej  nocy,  pomyślałam  sobie  coś  takiego -  powiedziała 

powoli.  -  To  znaczy,  o  tej  muzyce.  To  znaczy, niezupełnie  pomyślałam...  raczej 
poczułam. Dlaczego dziś włączyłeś właśnie tę kasetę?

Meade  zaczerpnął  głęboko  powietrza,  zdając  sobie  sprawę,  że  nie  potrafi 

logicznie odpowiedzieć.

background image

- Ta muzyka w pewien sposób sprowadziła cię tu. Myślę… myślę, że miałem 

nadzieję, że dzięki niej powrócisz.

- Kiedyś mówiłeś, że nie wierzysz w magię plemienną - zwróciła mu uwagę.

- Powiedziałem ci, że jej nie praktykuję.

- Ale czy w nią wierzysz?

- Wierzę…  wierzę  w  cuda.  Mam  przy  sobie  taki  cud.  - Jego  oczy 

przepełnione były zachwytem. - Kocham cię, Brooke Livingstone. Kocham cię… 
kocham…

Dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.

- Meade?

- Tak?

- Sądzę, że powinieneś skopiować tę kasetę.

- Jedna kopia wystarczy?

- Hm... jedną należałoby schować do sejfu.

- Widzisz dla niej jakieś zastosowanie w przyszłości?

- Mm.  To  na  wszelki  wypadek.  Za  pięćdziesiąt  lat,  kiedy  będziemy 

obchodzić złote gody, orkiestra może nie umieć tego zagrać.

EPILOG

  

Zgodnie z aktem urodzenia, otrzymanym z agencji adopcyjnej, dziewczynka 

nazywała się Joy.

Według Brooke żadne inne imię nie byłoby bardziej odpowiednie.

Wróciła właśnie z pracy i zastała męża drzemiącego na łóżku. Ich półroczna 

córka spała na jego nagim torsie. Niemowlę rozpostarło szeroko ramiona i nogi, a 

background image

zawinięty w pieluszkę tyłeczek sterczał w górę. Srebrna niteczka śliny perliła się w 
kąciku różowych usteczek dziecka.

Brooke,  uśmiechając  się  do  siebie,  podeszła  cicho  do  łóżka  i  usiadła  na 

brzegu materaca. Zmierzwiła ciemne loki Joy, po czym położyła dłoń na wypiętej 
pupci. Miała właśnie zamiar wyszeptać imię Meade’a, gdy ten otworzył oczy.

- Jesteś w domu.

- Joy ma mokrą pieluchę - odpowiedziała, całując go.

- Jest w tym zadziwiająco dobra - odparł, krzywiąc się nieznacznie. Usiadł, 

przytrzymując dziecko. Dziewczynka poruszyła się i zmarszczyła buźkę, stając się 
na  moment  podobna  do  chochlika.  W  chwilę  później  uniosła  swe  niemal 
przezroczyste powieki. Oczy miała brązowe i okrągłe, zupełnie jak czekoladki.

- Dzień dobry - powiedziała czule Brooke. - Jak spędziliście dzień?

Joy ziewnęła szeroko.

- Dziękuję bardzo - zaśmiał się Meade. Przytrzymując dziecko ręką, wychylił 

się i pocałował żonę. - Zmienię jej pieluszkę, a ty się przebierz.

- Zgoda.

Po  pięciu  minutach,  gdy  Brooke  weszła  do  dziecięcego  pokoju,  ujrzała 

Meade’a stojącego przy łóżeczku i patrzącego z podziwem na Joy.

- Jest piękna, prawda? - zachwyciła się Brooke.

- Wdała się w matkę.

Brooke zaśmiała się ochryple.

- Przy pomocy pochlebstw umie pan wszystko załatwić, doktorze O’Malley.

- To nie pochlebstwa, kochanie. To prawda.

- Hm… zgoda - zadrżała, gdy przesunął palcami wzdłuż jej ciała. - Gdy Joy 

trochę  podrośnie,  muszę  koniecznie  ostrzec  ją  przed  Grekami,  którzy  obsypują 
dziewczęta gładkimi słówkami.

Tym razem on się zaśmiał. Brooke oparła głowę o jego ramię.

- I co dziś robiliście? - spytała.

- To  co  zwykle.  Spaliśmy.  Jedliśmy.  Odbijało  nam  się.  Moczyliśmy 

background image

pieluszki. Pojechaliśmy na uniwersytet i sprawiliśmy, że dziekan wydziału tatusia 
zamienił się w słup soli.

- Bardzo śmieszne.

- Wspaniałe - przerwał na moment. - Odrzuciłem propozycję stypendium w 

terenie.

- To znaczy, że nie wyjeżdżasz na lato? - Brooke spojrzała nań zaskoczona i 

zadowolona.

Meade potrząsnął głową.

- Nie musisz zostawać…

- Ale chcę.

-  Lecz...  -  Jasne,  że  perspektywa  jego  wyjazdu  nie  napawała  Brooke 

szczęściem,  ale  zdawała  sobie  sprawę,  że poślubiła  mężczyznę,  którego  praca 
polega między innymi na częstych wyjazdach.

- Kochanie, to zarówno dla mnie, jak i dla ciebie i Joy zapewnił ją. - Lubię 

uczyć.  I,  na  Boga,  mam  aż  za  dużo  pracy  w  laboratorium.  Poza  tym,  chciałbym 
wreszcie  skończyć  książkę.  -  Spojrzał  na  nią  prowokacyjnie.  -  Zakładając 
oczywiście, że uda mi się zadowolić mojego niezwykle wymagającego domowego 
wydawcę.

- Och? - Brooke uniosła delikatnie brwi.

- Ta kobieta jest nienasycona. Nie sposób ją zaspokoić.

- To brzmi okropnie.

- No, tego bym nie powiedział...

Pocałunek, początkowo delikatny, przerodził się w namiętny.

- Hm...  -  westchnęła  Brooke.  Przytuliła  się  do  niego,  opierając  się  na  nim 

całym ciężarem. - Może, gdybyś nie doprowadzał swego wydawcy do szału, praca 
nad książką posuwałaby się szybciej? - zasugerowała.

- Tak sądzisz?

- To  możliwe...  -  potarła  policzkiem o  jego  tors  i  objęła  go  w  pasie.  -  Nie 

będziesz tęsknił za dżunglą?

background image

-  Przez  dwadzieścia  lat  spędziłem  w  dżungli  prawie  każde  lato.  Prawdę 

mówiąc… -  przerwał,  usiłując  się  skupić.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jego 
instynktowna  potrzebna  poszukiwań,  „dowiadywania  się,  co  tam  jest”,  nigdy  nie 
zaniknie.  Ale  niepokój,  który  tak  długo  nim  rządził,  gdzieś  się  rozpłynął.  Ojciec 
miał  rację.  Meade  potrzebował  własnej  rodziny.  -  Może  się  starzeję  -  zauważył 
smutno.

- Starzejesz! - Brooke spojrzała na niego z oburzeniem. Zobaczyła iskierki w 

jego  oczach  i  zrozumiała,  że  tylko  żartował.  -  Trzydzieści  pięć  lat  to  jeszcze  nie 
emerytura, Archimedesie O’Malley! - oznajmiła śmiertelnie poważnie.

- Twoje słowa podnoszą mnie na duchu - odparł z uśmiechem.

- Co więcej, mężczyzna, który może... - wspięła się na palce i wyszeptała mu 

do ucha zakończenie zdania. - Czy sądzisz, że na to jesteś także za stary?

- Właściwie to brzmi niezwykle zachęcająco.

- Więc?

- Co więc? - zaczął łaskotać ją przez ubranie.

- Więc na co jeszcze czekasz? - spytała ochryple.

- Cóż, nie chciałbym działać zbyt szybko...

- M-Meade!

- Kocham cię, Brooke Livingstone O’MaIley - powiedział, po czym pochylił 

się, przełożył rękę pod kolanami dziewczyny i podniósł ją do góry.

To, co nastąpiło potem, było zdaniem Brooke czystą magią.