background image
background image

ANN MAJOR 

Szaleństwo Honey 

background image

PROLOG 

Dlaczego tak trudno jest powiedzieć, że się przepra­

sza? Przyznać, że popełniło się błąd? zastanawiała się 

Honey, wspinając się po wspaniałych, marmurowych 

schodach wiodących do posiadłości Huntera Wyatta. 

Znajdowała się na Pacific Heights, w eleganckiej 

dzielnicy miasta, z okazałymi rezydencjami zbudowany­

mi na stromych zboczach wzgórza. Hen, w dole, blado­

różowa gęsta mgła snuła się wokół Golden Gate Bridge. 

Złotych Wrót San Francisco. 

Tego wiosennego, pięknego wieczoru powietrze było 

przesycone zapachem jaśminu. Na ciemniejącym niebie 

zaczynały ukazywać się gwiazdy. Honey rozejrzała się 

wokoło. Urok krajobrazu i wkomponowanych weń rezy­

dencji dorównywał wszystkiemu, co otaczało zawsze jej 

ojca. 

Stanęła przed drzwiami rodzinnego domu, niepewna 

przyjęcia. 

Lekko zadrżała. Wieczór był chłodny. Powinna była 

ubrać się cieplej. W kretonowej bluzce i zielonych 

szortach zrobiło się jej zimno. Wiedziała, że ojcu nie 

spodoba się ani ten jej strój, ani plastykowe botki, które 

miała na nogach. Ani tym bardziej zielony pilśniowy 

kapelusz o szerokim rondzie. Hunter Wyatt zawsze miał 

za złe córce, że odziedziczyła po matce artystyczną, 

cygańską naturę. 

Drżącymi palcami dotknęła dzwonka. Drgnęła, usły­

szawszy ostry dźwięk. Nerwowo rzuciła okiem za siebie. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

U stóp schodów stała Bomba. Zdezelowany, zielony 

samochód, którym tu przyjechała. Miała ochotę zbiec na 

dół i uciec, podobnie jak trzynaście lat temu, kiedy to 

wyrwała się spod tyranii ojca. Wyszła za mąż za młodego 

wagabundę i prowadziła życie, którego ojciec nie ap­

robował. 

Kiedy Hunter Wyatt wydziedziczył Honey, specjalnie 

się tym nie przejęła. Przynajmniej początkowo. Dopiero 

po śmierci męża zaczęła pojmować, że życie z Mikiem 

było raczej buntem przeciw ojcu i światu bogaczy niż 

egzystencją z wyboru. 

Tak więc teraz zjawiła się na Pacific Heights, bo 

postanowiła pogodzić się z ojcem. 

Ponownie nacisnęła dzwonek. Drzwi otworzyła drob­

na Japonka ubrana w biały strój. 

- Nazywam się Cecilia Rodri... to znaczy Cecilia 

Wyatt - przedstawiła się Honey. - Jestem córką pana 

Wyatta. 

Twarz gospodyni, którą Honey widziała po raz pierw­

szy w życiu, nie wyrażała żadnych emocji. Zapewne 

jednak Japonka była niemile zaskoczona wyglądem 

gościa. Córka pana domu powinna być zgrabna, ładna 

i elegancka. Jednym słowem: idealna. Podobnie jak jej 

ojciec, człowiek pod każdym względem doskonały, któ­

rego zawsze otaczała sama doskonałość. 

- Jestem tutaj nauczycielką - Honey zaczęła niepo­

trzebnie wyjaśniać. Nie, nie tutaj, powinna sprostować. 

Nie w tej enklawie ludzi bogatych, lecz w małej, 

ufundowanej z prywatnych środków szkole dla ubogich 

dzieci, mieszczącej się w jednej z najgorszych dzielnic 

San Francisco. Drzwi otworzyły się szeroko. 

- Proszę wejść do środka - powiedziała gospodyni. 

Honey weszła. Minęła barwny surrealistyczny fresk, 

namalowany przez jej matkę w ostatnich dniach nie­

szczęśliwego małżeństwa, i weszła do przestronnego 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

pokoju o białych ścianach i meblach oraz złoconych 

ramach licznych rozmieszczonych tu luster. 

W tym domu wiele się zmieniło, pomyślała. Hunter 

Wyatt miał trzy żony. Matka Honey była drugą z nich. 

Wszystkie dzieci, a było ich troje, wbrew woli ojca, 

opuściły rodzinny dom. 

Zimny i bezosobowy wystrój pokoju podkreślały 

marmury, dywany i sztukaterie. Z samego środka sufitu 

zwisała ogromna złota klatka. Znajdowała się w niej biała 

papuga kakadu. 

Pokój sprawiał wrażenie martwego. Nie kojarzył się 

z miejscem do życia. Na jedną ulotną chwilę Honey 

przypomniała sobie jego dawny wygląd, z czasów gdy 

była małym dzieckiem. 

Ze względu na bardzo wysokie okna i doskonałe 

oświetlenie wnętrza matka Honey uprosiła męża, by 

pozwolił jej urządzić tu pracownię malarską. Honey 

pamiętała do dziś zapach terpentyny i widok kolorowych 

plam farby rzuconej na rozstawione płótna. Wraz z bra­

tem Ravenem uwielbiała przyglądać się pracy matki. Jej 

studio stanowiło dla dzieci prawdziwy azyl. Tutaj kryły 

się przed despotycznym ojcem. 

Honey podeszła do klatki. Wyciągnęła w górę rękę. 

Piękna śnieżnobiała papuga ożywiła się i zaczęła wydawać 

radosne odgłosy, skubiąc palce wsunięte między pręty. 

Na marmurowych schodach w rogu pokoju pojawiła 

się zjawiskowo piękna kobieta. 

Astella, macocha Honey, nie straciła nic ze swej 

nieziemskiej urody. Miała na sobie powiewną suknię 

z białego jedwabiu. Jedyną ozdobę stanowił gruby złoty 

naszyjnik. Zawsze, gdy tylko się pokazała, skupiała na 

sobie uwagę zebranych. Miała królewski wygląd. 

- Witaj, Cecilio. Twoja wizyta jest dla mnie za­

skoczeniem. - Głos Astelli brzmiał zimno i mało przyjaź­

nie. - Siadaj proszę. Czuj się jak we własnym domu. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

Jak we własnym domu? Co za przykre żarty! Od 

chwili, w której tu nastałaś po śmierci mojej matki, 

przestał to być mój dom, z goryczą pomyślała Honey. 

- Pięknie urządziłaś to wnętrze - przyznała po chwili. 

Mówiła szczerze. Rzeczywiście było imponujące. 

- Sama wiesz, że twój ojciec po wszystkich i po 

wszystkim spodziewa się doskonałości. - Wzrok Astelli 

przesunął się po zniszczonym kapeluszu Honey, nienowej 

bluzce i szortach. Aż do plastykowych botków. 

- To prawda - odrzekła Honey. - Dlatego ożenił się 

z tobą. 

- Miło, że tak mówisz. - Astella nadal przyglądała się 

pasierbicy. - Nie powinnaś skrywać włosów. Są ładne. 

Ani nosić takich wzorzystych bluzek... 

- Wiem o tym. Od śmierci Mike'a przybyło mi kilka 

kilogramów. Codziennie przyrzekam sobie, że natych­

miast rozpocznę dietę. 

- Powinnaś uprawiać ćwiczenia fizyczne. 

- A kiedy mam znaleźć na to czas? Zwłaszcza teraz, 

pod koniec roku szkolnego? To najgorsza pora. 

- Wcale nie musisz pracować zawodowo - spokojnie 

stwierdziła Astella. 

- Oczywiście, że muszę - żachnęła się Honey. 

- Och, przemawia przez ciebie ta twoja ukochana 

niezależność. Uparłaś się, żeby samej utrzymywać Maria 

i dowieść nam wszystkim, że nie potrzebujesz ani 

pomocy, ani rodowego nazwiska. Przecież w każdej 

chwili możesz odesłać chłopca do babki. 

Usłyszawszy uwagi na temat małego pasierba, Honey 

natychmiast się najeżyła. 

- Babka go nie rozumie - odparła przez zaciśnięte zęby. 

- Ty jesteś tylko macochą... 

- Astello... 

- Mam propozycję. Jedźmy na zakupy. Pomogę ci 

skompletować lepszą garderobę. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

- I oczywiście droższą. Nie będzie mnie na nią stać. 

- Nie przejmuj się. Wesprę cię finansowo. 

- O, nie. - Wzrok Honey powędrował w stronę foyer 

i zatrzymał się na barwnym fresku. - Cieszę się, że 

zostawiłaś to malowidło. 

- Twoja matka była wielką artystką. Ten fresk jest 

uznawany za arcydzieło. 

Dlatego tylko tu pozostał, z goryczą pomyślała Honey. 

Ojciec zaczął doceniać pracę matki dopiero wtedy, kiedy 

wyrobiła sobie nazwisko i stała się znana. 

Astella wyjęła z wazy białą różę i zaczęła obracać ją 

w palcach. 

- Czy nigdy nie męczy cię ustawiczne dbanie o to, 

żeby ojciec był szczęśliwy i zawsze miał wszystko, czego 

zapragnie? - zapytała Honey macochę. 

- Może byłoby inaczej, gdybym miała jakieś talenty... 

- Astella zaczęła odruchowo obrywać płatki róży. - Ko­

bieta o mojej pozycji społecznej wcale nie musi robić 

własnej kariery zawodowej. 

W powietrzu zawisło milczenie. 

- Wiem, że nie chcesz mnie widzieć. Tutaj, w tym 

domu - zaczęła Honey. 

- Tak - przyznała Astella. - Ze względu na twoją 

postawę. Zawsze denerwowałaś ojca. Zaczepiałaś go. 

Udawałaś, że jesteś kimś znacznie lepszym od niego. 

- Rzeczywiście? - zdziwiła się Honey. 

- Przepraszam, nie powinnam w ogóle nic mówić na 

twój temat - w pośpiechu wycofała się macocha. - Wi­

dzisz, Hunter bardzo się zmienił - dodała poważnym 

głosem, z którego przebijał niepokój. - Nie powinien się 

denerwować. 

- Czy coś się stało? 

- Znów ma kłopoty z sercem. Ostatnio życie nie 

szczędziło mu stresów. 

- Mnie też. Ale nie mogę znieść dłużej tego, że 

background image

10 

SZALEŃSTWO HONEY 

mieszkamy w tym samym mieście i nawet przez telefon 

z sobą nie rozmawiamy. O ojcu wiem tylko tyle, ile 

wyczytam w gazetach. 

- Powinnaś pomyśleć o tym wcześniej. 

- Miałam własne życie. Astello, pozwolisz mi zo­

baczyć się z ojcem? 

- Tak. Za chwilę. Czekał na telefon. O, słyszę, jak 

właśnie dzwoni. Hunter powinien zaraz tu być. Poczekaj, 

pójdę po niego. 

Astella wyszła. Honey zaczęła nerwowo chodzić po 

pokoju. Z chwilą gdy znalazła się w tym domu, poczuła 

się znów dzieckiem. Nieszczęśliwym i zbuntowanym. 

Stanęła przy uchylonym oknie. Znad basenu dobiegł ją 

nagle rozzłoszczony głos ojca. Otworzyła drzwi, wyszła 

na taras i zatrzymała się, niepewna, co robić dalej. 

Hunter Wyatt podniósł wzrok i zobaczył córkę. Miał 

poważną twarz i ściągnięte rysy. Honey wyprostowała się 

i pomachała ojcu. Zobaczyła, jak jego twarz nagle się 

wykrzywia w okropnym grymasie. 

Na wargach Honey zamarł uśmiech, którym chciała 

obdarzyć ojca. 

Hunter Wyatt odłożył słuchawkę i zrobił krok w stronę 

córki. Nagle podniósł do piersi obie ręce, zgiął się i zsunął 

do basenu. 

O Boże! Znów atak serca! Na mój widok, z przeraże­

niem pomyślała Honey. 

Z okna dobiegł ją przenikliwy jęk Astelli. 

Córka rzuciła się w stronę ojca. 

- Wezwij pogotowie! - krzyknęła głośno do ma­

cochy. 

Hunter Wyatt leżał w wodzie. Nieruchomo. Twarzą 

w dół. W ciągu sekundy Honey znalazła się w basenie. 

Przyciągnęła ojca na płyciznę. 

Był tak ciężki, że wraz z Astellą i z gospodynią 

z trudem wyciągnęły go na brzeg i odwróciły na wznak. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

11 

Nie wyczuła tętna. 

Przyłożyła ucho do twarzy ojca. 

- Nie oddycha! - jęknęła. 

Nabrała głęboko powietrza i zaczęła robić sztuczne 

oddychanie. W regularnych odstępach czasu naciskała 

pierś ojca, modląc się, żeby jak najszybciej otrzymał 

fachową pomoc. Wydawało się jej, że minęły wieki, 

zanim usłyszała przenikliwe zawodzenie karetki pokonu­

jącej wysokie wzgórze. Odetchnęła z ulgą. 

Kiedy ambulans zatrzymał się i wyskoczyli z niego 

biało ubrani ludzie, zmęczona opadła na trawę. Nierucho­

mym, tępym wzrokiem patrzyła, jak walczą o życie jej 

ojca. Miał ziemistą twarz. Nadal był nieprzytomny. 

Astella przyniosła ręczniki i biały dres gimnastyczny 

męża. 

- Przebierz się w suche rzeczy. W łazience - powie­

działa do Honey. Widząc nieprzytomny wzrok dziew­

czyny, dodała ostro: - Pospiesz się, na litość boską! 

Honey wstała i jak automat skierowała się w stronę domu. 

Kiedy wróciła ubrana w za duży dres, z mokrymi 

włosami owiniętymi ręcznikiem, nosze z nieprzytomnym 

ojcem sanitariusze wsuwali do karetki. Zaczęła biec w jej 

stronę, gdy nagle usłyszała dzwonek bezprzewodowego 

telefonu, który ojciec zdążył odłożyć na bok przed 

upadkiem. 

Podniosła aparat. 

- Chcę mówić z Wyattem - odezwał się szorstki 

męski głos. - Odłożył słuchawkę kilka minut temu. Potem 

linia była zajęta. 

W pierwszej chwili Honey nie zwróciła uwagi na ostry 

ton rozmówcy. 

- Przepraszam. Pan Wyatt nie może podejść teraz do 

telefonu - powiedziała cicho. 

- Co to znaczy: nie może? - wykrzyknął mężczyzna 

do słuchawki. - Niech pani powie temu łajdakowi... 

background image

12 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Temu łajdakowi? - z niedowierzaniem w głosie 

powtórzyła Honey. - Ten... łajdak miał przed chwilą atak 

serca. A kto mówi? 

- Niech mu pani powie, żeby przestał się zgrywać 

i udawać, że coś mu się stało! Nie z J.K. Cameronem takie 

numery! Mnie nie nabierze! 

Biegnąc w stronę karetki Honey rozglądała się za 

bezpiecznym miejscem, w którym mogłaby zostawić 

telefon. Położyła go na skrzynce listowej i przycisnęła 

klapą. 

Po chwili znalazła się w ambulansie. Mój Boże, 

pomyślała, jak bezlitośnie i okrutnie zachował się ten 

obcy człowiek, z którym przed chwilą rozmawiała! 

Honey była wstrząśnięta. Popatrzyła na ojca. Miał sine 

wargi i twarz jeszcze bardziej szarą niż poprzednio. 

Zastanawiała się, czy jeszcze żyje. 

- Niech pani lepiej usiądzie i zapnie pas - poradził 

jeden z sanitariuszy. 

Honey zajęła miejsce obok Astelli. 

Kiedy karetka zaczęła zjeżdżać serpentyną po stro­

mych zboczach wzgórza, Honey ogarnęło uczucie cał­

kowitej bezradności. Nie potrafiła pomóc ojcu. Czy 

umrze przeświadczony, że jego córka jest pełna wad 

i nadal zbuntowana przeciwko światu, a zwłaszcza 

przeciw niemu? 

Honey zapomniała o przykrym incydencie z J.K. 

Cameronem. Wiedziała tylko jedno. Że jeśli ojciec 

umrze, do końca życia będzie za to obwiniała siebie. 

Nigdy nie zrobiła niczego, żeby zadowolić tego człowie­

ka. Stawała zawsze po stronie matki, ciągle się buntowała 

i wyszła za mąż za nieodpowiedniego mężczyznę. Przede 

wszystkim dlatego, żeby dopiec ojcu. Pokazać mu, że jest 

ulepiona z gliny lepszej niż on i że w życiu kieruje się 

motywami wyższego rzędu. 

Upłynęło parę lat od chwili poślubienia Mike'a, zanim 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

13 

Honey dowiedziała się, że właśnie tej nocy, której uciekła 

z domu, jej ojciec miał pierwszy atak serca. 

Nigdy nie odezwał się do córki. I ona też nigdy się 

z nim nie skontaktowała. Nawet wtedy, kiedy w wyniku 

trzęsienia ziemi rozpadł się w gruzy jego hotel. 

Tak, gdyby Hunter Wyatt nie odzyskał przytomności 

i teraz zmarł, byłoby to niezaprzeczalnie jej winą. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Przepełniony nienawiścią, Joshua K. Cameron szedł 

szybko białym szpitalnym korytarzem. Potrącał ludzi 

i nawet się nie silił, aby ich przeprosić. 

Był pełen nienawiści do jednego, jedynego człowieka. 

Huntera Wyatta. Mając zaledwie jedenaście lat, po­

przysiągł mu zemstę. To pragnienie stało się motorem 

jego życia. Sprawiło, że zrobił wszystko, by z dziecka 

ulicy stać się człowiekiem sukcesu. 

Dziś nienawiść do Huntera Wyatta, podsycana przez 

wszystkie ubiegłe lata, osiągnęła takie rozmiary, że 

Joshui wydawało się, iż zaraz spadną mu na głowę 

szpitalne sufity. 

W białym tunelu, który go otaczał, pojawił się migaw­

kowy obraz z dzieciństwa. Mały, przerażony chłopiec 

trzymał się kurczowo spódnicy matki i szeroko rozwar­

tymi ze strachu oczyma obserwował dużą pielęgniarkę 

wręczającą matce plastykową torebkę z widocznymi 

w niej jakimiś drobnymi przedmiotami. Było to wszystko, 

co pozostało po ojcu. 

Cholera. Od tamtego koszmarnego dnia stopa Joshui 

nie postała nigdy w żadnym szpitalu. Był przekonany, że 

najgorsze wspomnienia zostały pogrzebane. Ale nie. 

Wróciły. Raniły serce jak ostre kawałki lodu. Ze zdwojo­

ną siłą powracał dawny ból. 

Na czole mężczyzny spieszącego szpitalnym koryta­

rzem pojawiły się kropelki potu. Rozluźnił krawat. 

Wydawało mu się, że zaraz się udusi. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

15 

Musiał się opanować. Wziął głęboki oddech. Poprawił 

węzeł krawata i energicznym krokiem zaczął iść jeszcze 

szybciej niż poprzednio. 

Zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami poczeka­

lni przed oddziałem intensywnej terapii i przez chwilę 

wpatrywał się we własne odbicie na lśniącej, metalowej 

powierzchni. 

Zobaczył czarne połyskliwe włosy, zimne niebieskie 

oczy, twardy zarys ust i szczęki. Kobiety uważały go za 

niezwykle przystojnego i atrakcyjnego mężczyznę. Szyb­

ko jednak przekonywały się, że jest człowiekiem bez 

serca, niezdolnym do jakichkolwiek odczuć. 

Miał na sobie elegancki ciemny garnitur szyty u sławnych 

londyńskich krawców z delikatnej, miękkiej wełny kosztują­

cej majątek. Jedwabna koszula i krawat były kupione przy 

Rodeo Drive, w najdroższych butikach świata. Joshua nosił 

swe piękne stroje z taką swobodą, jakby się w nich urodził. 

Nikt nie byłby w stanie odgadnąć, że jako dziecko chodził 

w łachmanach po najbardziej zakazanych zakątkach miasta. 

Joshua w równym stopniu nienawidził teraz wytwor­

nego mężczyzny, jak i małego ulicznika. Szarpnął klamkę 

i z rozmachem otworzył szeroko drzwi. 

Hunter Wyatt musiał być człowiekiem niezwykle 

naiwnym, jeśli sądził, że uda mu się uciec i ukryć 

w szpitalnym łóżku! pomyślał z pogardą. 

Znalazł się w poczekalni. Panował w niej bezruch. 

W pierwszej chwili sądził, że jest pusta. Dopiero potem 

zobaczył nieforemną, przysadzistą młodą kobietę. Była 

pochylona nad stolikiem i przeglądała leżące na nim 

czasopisma. 

Joshua podszedł do biurka nieobecnej recepcjonistki. 

Wziął bezceremonialnie do ręki wykaz pacjentów z od­

działu intensywnej terapii i zaczął go przeglądać. Nie 

zważając na napis zakazujący wejścia, otworzył wewnęt­

rzne drzwi prowadzące na oddział. 

background image

16 

SZALEŃSTWO HONEY 

W tej chwili usłyszał za plecami cichy, lecz wyraźny 

głos: 

- Proszę się zatrzymać! Tam nie wolno nikomu 

wchodzić! 

Joshua odwrócił się, rozzłoszczony. Jak jakaś kobieta 

śmie zwracać mu uwagę! 

Zobaczyła jego nieprzyjazną minę. 

- Przepraszam - powiedziała. 

- Kim pani jest? - warknął. 

Podszedł bliżej i zaczął przyglądać się mało atrakcyj­

nej nieznajomej. 

Rozkasłała się i zaczęła głośno kichać. 

Ale ta baba jest przeziębiona, pomyślał. 

- Nazywam się Ho... to znaczy Cecilia... - zaczęła 

niepewnie. 

- A co to mnie obchodzi? - znów warknął grubiańsko. 

- Pani tu pracuje? 

- Nie. Podobnie jak pan jestem osobą odwiedzającą 

chorego. 

Joshua popatrzył z niechęcią na mówiącą. Wyglądała 

okropnie. Ubrana w dres gimnastyczny za duży co 

najmniej o dwa numery, przypominała beczkę. Na głowie 

miała biały turban zrobiony z ręcznika. Nie widział 

koloru jej włosów, lecz gotów był się założyć, że są 

podobnie brzydkie jak wszystko w tej kobiecie. Nie znosił 

niechlujnych bab. Był zły na siebie. Po co w ogóle dał się 

wciągnąć do rozmowy? 

Zsunęła okulary na nos i zaczęła mu się przyglądać. 

Teraz zobaczył dalsze szczegóły. Rozmazany makijaż. 

Ślady łez. Już zabierał się do wyjścia z poczekalni, kiedy 

kątem oka zobaczył, że kobieta lekko się uśmiecha. Tak, 

to nie było przywidzenie. Obdarzała go ciepłym, przyja­

cielskim uśmiechem. 

Przed chwilą płakała, pomyślał. Ale jest dzielna. 

Bardzo dzielna. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

17 

Nie poddawała się. Zupełnie jak on. 

Stwierdzenie tego faktu nie podniosło jednak wartości 

młodej kobiety w oczach Joshui. Interesowały go zupeł­

nie inne przedstawicielki odmiennej płci. Piękne, sławne 

i bogate. Tylko takie damy wchodziły w grę. 

Niemniej jednak ta nieciekawa, niepozorna kobieta 

ujęła go swym uśmiechem. Przeciągnął dłonią po wło­

sach. 

- Martwi się pan o kogoś - powiedziała miękkim, 

ciepłym głosem. 

Zacisnął bezwiednie pięści. Ta kobieta w jakiś niepo­

jęty sposób zaczynała przyciągać jego uwagę. Odczuwał 

boleśnie jej ogromny smutek. I w jakimś równie niepoję­

tym sensie go rozumiał. 

- Jak pan się nazywa? - zapytała spokojnie. Jej głos 

brzmiał przyjaźnie. Nie było w nim ani śladu kokieterii. 

- Mam na imię Joshua. 

Co, do diabła, z nim się dzieje? Nigdy, od wczesnego 

dzieciństwa, nikt tak się do niego nie zwracał. Mówiono 

J.K. lub po prostu Cameron. Ale Joshua? Nigdy! 

- Gdzie recepcjonistka? - zapytał krótko, starając się 

rozproszyć sentymentalne uczucia, które wywoływała 

w nim kobieta. 

- Sprawdza, co się dzieje z moim ojcem - odparła 

spokojnie. - Wróci za chwilę. Widzę, że panu się spieszy. 

Przykro mi, że musi pan czekać. 

- To nic takiego - warknął zirytowanym głosem, 

mimo że wcale nie był zdenerwowany. 

- Jestem tu od dłuższego czasu. Może będę w stanie 

panu pomóc? Który pacjent pana interesuje? 

- Hunter Wyatt. 

- Mój ojciec? - spytała z nagłym ożywieniem. - Jest 

pan pierwszym z jego przyjaciół, który się tu zjawił. Nie 

sądziłam, że jakiś mu jeszcze pozostał - dodała ze 

spuszczonymi oczyma. 

background image

18 

SZALEŃSTWO HONEY 

Joshua stanął jak wryty. Niesamowite! To była córka 

Huntera Wyatta! 

- Chyba rzeczywiście ma niewielu przyjaciół - przy­

znał. 

- Przypomina mi pan ojca. 

- Co takiego? 

Joshua ze złością spojrzał na kobietę i ruszył w jej 

kierunku. Zrobił dwa kroki i uderzył kolanem o stolik, 

zrzucając na ziemię stos czasopism, papierki po cukier­

kach i książkę pt.: Jak bezpowrotnie zrzucić pięć kilo 

nadwagi"? 

Kiedy ukląkł, żeby podnieść to, co spadło, strącił na 

ziemię pudełko z chusteczkami do nosa i plastykową 

popielniczkę. 

- Cholera! — zaklął. 

- Niech pan się nie przejmuje - miękkim głosem 

poradziła kobieta. 

Zebrał czasopisma i rzucił je na stolik. 

- W porządku. To wystarczy - oceniła spokojnie. 

I w tym momencie dotknęła go ręką. 

Jej palce były tak delikatne jak uśmiech, którym 

przedtem go obdarzyła. Ciepłe i serdeczne. Dotknęła go, 

aby pocieszyć. Był to przyjazny gest. 

Miłe odczucie, uzmysłowił sobie Joshua. 

Z największym wysiłkiem odsunął się nieco. Usiadł 

obok kobiety. Musiał to zrobić, gdyż ogarnęła go dziwna 

słabość. 

- Cieszę się, że pan tu jest - ciągnęła. - Wspo­

mniałam, że przypomina mi pan ojca. Obaj jesteście 

twardzi i silni. Muszę uczciwie przyznać, że znienawidzi­

łam u ojca te cechy. Teraz nie mam już mu nic za złe. 

Dałabym wszystko, żeby odzyskał przytomność! Od 

wielu godzin siedzę tutaj sama. 

- Musi być pani ciężko - mruknął. 

Zrobiło mu się ogromnie żal tej kobiety. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

19 

I zupełnie niespodziewanie dla siebie wziął ją w ra­

miona, żeby pocieszyć. 

- Tak. Jest mi ciężko - szepnęła tuż przy jego 

policzku. - Jeśli ojciec umrze... Widzi pan, będzie to 

oznaczało, że ja go zabiłam. 

Odsunął się i spojrzał zdumiony na kobietę. 

- Co takiego? 

- Od lat nie utrzymywaliśmy żadnych stosunków. 

Dziś zjawiłam się u ojca po raz pierwszy. Pragnęłam 

pojednania. A on, gdy tylko mnie zobaczył, dostał ataku 

serca. Stracił przytomność. Próbowałam go ratować. 

Wyciągnęłam z basenu. 

Joshua przypomniał sobie nagle jej głos przez telefon. 

Zrozpaczony. I własne, jakże brutalne słowa. 

- Dlatego jest pani tak bardzo przeziębiona i ma pani 

dreszcze - stwierdził. Dopiero teraz poczuł zapach 

chlorowanej wody z ręcznika, który miała zawiązany na 

głowie. - Cecilio, to nie była pani wina - powiedział. 

- Oczywiście, że moja! Ojciec był mną głęboko 

rozczarowany. I ja miałam do niego żal. Przede wszyst­

kim dlatego, że natychmiast po śmierci matki ponownie 

się ożenił. Brat uciekł z domu, a ja zostałam. I bez 

przerwy przeciwstawiałam się ojcu. Robiłam mu na złość. 

- Przeszłość się nie liczy. 

Do kobiety nie dotarły słowa Joshui. Mówiła dalej: 

- Macocha odradzała mi spotkanie z ojcem. Ale czy 

kiedykolwiek jej posłuchałam? - Głos Honey się załamał. 

Joshua otarł lekko dłonią jej policzek. Miał ochotę 

dotknąć także warg, ale w ostatniej chwili się po­

wstrzymał. 

- Mówili, że do arterii wpuszczą mu małe baloniki. 

Lub będą operować na otwartym sercu. Ojciec był zawsze 

taki silny... W domu nazywaliśmy go człowiekiem 

z żelaza. 

- Aha - bąknął Joshua. Nie wiedział, co powiedzieć. 

background image

20 SZALEŃSTWO HONEY 

- A teraz w każdej chwili może umrzeć! 

Zaczęła drżeć. Objął ją mocniej. 

- Zabiłam ojca - powtórzyła. 

- Nie. 

Przytulił ją do siebie. Dopiero teraz się przekonał, że 

wcale nie jest gruba. Miała drobne, sprężyste ciało. 

Joshua nie pamiętał, kiedy po raz ostatni pocieszał 

jakąś kobietę. Nie pocieszał nawet Heather. Własnej 

córki. Choć nastolatce uścisk ojca z pewnością czasami 

by się przydał. 

Tylko jeden, jedyny raz w życiu sam pragnął pociesze­

nia. W szpitalu. Od matki. Ale ona sama była zbyt 

załamana śmiercią męża, by pocieszać dziecko. 

W szpitalnej poczekalni kobieta płakała teraz niemal 

bezgłośnie na jego ramieniu. Oprzytomniała dopiero 

wtedy, kiedy przez głośnik zaczęto wzywać jakiegoś 

lekarza. Spłoniona, odsunęła się od Joshui. 

- Bardzo przepraszam. Nie powinnam opowiadać 

panu tych wszystkich rzeczy. 

- Widocznie było to pani potrzebne. 

- Wiem, że jest pan przyjacielem ojca. Ale... ale 

proszę nic mu nie wspominać o naszej rozmowie. 

- Odsunęła się jeszcze dalej. 

Joshua miał już dość. Raptownie podniósł się z miejs­

ca. Nie wiadomo czemu rozczuliła go ta kobieta. Córka 

Huntera Wyatta! Sam ten fakt wystarczał, aby ją zniena­

widzić. 

Otworzyły się drzwi poczekalni i do środka weszła 

recepcjonistka. 

- Panno Wyatt - zwróciła się do Honey - matka pani 

wyszła tylnymi drzwiami. Może pani teraz na chwilkę 

zajrzeć do ojca. Śpi. Nie będzie wiedział, że pani była 

u niego. 

Kobieta uśmiechnęła się z wdzięcznością do pielęg­

niarki. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

21 

- Dziękuję. 

- Proszę się pospieszyć. Jeśli lekarz przyłapie panią 

u ojca, będę miała kłopoty. Mogę stracić pracę. 

Honey zwróciła się do Joshui: 

- Panu też dziękuję. Za to, że był pan dla mnie tak 

miły i dobry. 

Gdyby Cecilia Wyatt znała prawdę, nigdy by mu nie 

podziękowała! 

Wziął ją za rękę. 

Pierwsza przerwała uścisk. 

Recepcjonistka spojrzała na Joshuę. 

- Czym mogę panu służyć? - zapytała. 

- W tej chwili niczym, dziękuję. - Odetchnął głęboko 

i wyprostował ramiona. - Przyjdę później. 

- Powiem ojcu, że był pan u niego w szpitalu 

- odezwała się Honey. 

- Dobrze. - Nie wiedział, co powiedzieć. Dziwnie 

poruszony i zdenerwowany, chyłkiem wycofał się z sali. 

Tak szybko szedł korytarzem do wyjścia, jakby go ktoś 

gonił. Nie czekając na windę, zbiegał schodami prze­

skakując po dwa stopnie naraz. Nie wytrzymał psychicz­

nego napięcia. Nagle oparł się o ścianę i objął rękoma 

głowę, starając się za wszelką cenę zablokować obraz 

wydobyty z pamięci. 

Miał przed oczyma przestraszonego, ciemnowłosego 

chłopca, stojącego na miękkich nogach przed biurkiem 

wszechpotężnego Huntera Wyatta. Chłopak wykrzyknął 

z rozpaczą: 

- Zabiłbym pana, gdybym miał broń! 

Joshui nadal dźwięczał w uszach głośny śmiech 

Huntera Wyatta. 

- Nie potrafiłbyś tego zrobić, chłopcze - zabrzmiał 

jego tubalny głos zza biurka. - A wiesz, dlaczego? Bo 

jesteś nikim. Tchórzem i nieudacznikiem. Podobnie jak 

twój ojciec. 

background image

22 

SZALEŃSTWO HONEY 

Joshua poprzysiągł sobie wówczas, że nigdy w życiu 

nie będzie tchórzem i nieudacznikiem. I nie okaże żadnej 

słabości. 

Dotrzymał danego sobie słowa. Aż do dziś. Do chwili, 

w której w jakiś niepojęty sposób ujęła go młoda kobieta, 

spotkana w szpitalnej poczekalni. 

Joshua siedział w barze. Ze wstrętem patrzył na 

następną wypijaną whisky. Alkohol był mu dziś potrzebny. 

Bez przerwy myślał o Cecilii Wyatt. Zalazła mu za skórę. 

Im więcej o niej myślał, tym trudniej było mu przypomnieć 

sobie, jak wygląda. Jest niska czy wysoka? Jakie ma oczy? 

A włosy? Na żadne z tych pytań nie umiał odpowiedzieć. 

W stosunku do tej kobiety miał poczucie winy. Zadał 

jej ból. 

Podobnie jak on teraz, postąpił niegdyś ojciec tej 

kobiety. Zranił go do żywego. 

Joshua usiłował otrząsnąć się z przykrych myśli. Co go 

właściwie opętało, że zaczął myśleć o takich rzeczach? 

Był człowiekiem twardym i bezkompromisowym. Przez 

całe życie budował własne finansowe imperium. I przez 

całe życie myślał o tym, że pewnego dnia będzie mógł 

użyć swego bogactwa do unicestwienia Huntera Wyatta. 

Ten człowiek w pełni zasługiwał na to, żeby go 

zniszczyć. Ale dlaczego teraz Joshua zaczynał mieć nagle 

opory? Odpowiedź na to pytanie była nieoczekiwana: bo 

Cecilia była przekonana, że to ona zabiła ojca. 

Dla Joshui ból tej kobiety stał się rzeczą bardzo istotną. 

Wręcz namacalną. Był identyczny jak jego własny ból, 

przed laty, kiedy jako mały chłopiec czekał z matką 

w szpitalu, drżąc o los ojca. 

Zły na siebie za okazywaną słabość, Joshua nie­

świadomie sięgnął znów po whisky. Nie miał jednak 

ochoty na alkohol. Ze złością odsunął od siebie ponownie 

napełnioną szklankę. Wstał i wyszedł z baru. 

background image

SZALEŃSTWO HONEV 23 

W uszach dźwięczał mu rozbawiony głos Huntera 

Wyatta: „Jesteś nikim. Tchórzem i nieudacznikiem. 

Podobnie jak twój ojciec". 

Znalazłszy się przed budynkiem, skierował kroki 

w stronę swego sportowego wozu. Zza wycieraczki 

wyciągnął kwit parkingowy i podarł go na drobne 

kawałki. Pełen wewnętrznej złości usiadł za kierownicą. 

Wiedział, że musi wykończyć Huntera Wyatta. Musi 

zapomnieć o jego córce. I uwolnić się spod jej przedziw­

nego wpływu, który sprawił, że wprost uciekł ze szpitala, 

na miękkich nogach, podobnie jak przed laty z gabinetu 

wszechpotężnego i okrutnego Huntera Wyatta. 

Hunter Wyatt był jego wrogiem. 

A więc wrogiem była także kobieta spotkana w szpital­

nej poczekalni. 

Joshua dodał ostro gazu i nie patrząc na nic, włączył się 

w ruch uliczny. 

Rozległy się klaksony. Towarzyszył im przeraźliwy 

pisk hamulców. Za sobą Joshua usłyszał trzask roz­

bijanego zderzaka, a także okrzyki i przekleństwa. Jakiś 

mężczyzna stojący na skrzyżowaniu notował numer 

sportowego wozu, który wprowadził na jezdni gigantycz­

ne zamieszanie i stał się śmiertelnym zagrożeniem. 

Do diabła z tym wszystkim! Mam to w nosie! 

Joshua gnał jak szalony. Był w stanie myśleć tylko 

o Hunterze i Cecilii. 

Jedno było więcej niż pewne. Kiedy unicestwi tego 

człowieka, zniszczy także jego córkę. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Co się z nią stało? Czy zupełnie zwariowała? 

Okazała się nielojalna w stosunku do zmarłego męża 

i przejęła się twardym, zgorzkniałym mężczyzną, który 

przed chwilą opuścił szpitalną poczekalnię. 

Joshua. Kiedy tak ruszył ostro w jej stronę, wyglądał na 

człowieka groźnego i bez skrupułów. I nagle stało się coś 

dziwnego. Zobaczyła w jego oczach odbicie własnego bólu. 

Kiedy wziął ją w ramiona, poczuła, jak wiele ich z sobą 

wiąże. W ciągu paru sekund stali się bratnimi duszami. 

Honey wyczuła, że zachowanie się Joshui w stosunku 

do niej nie leży w jego charakterze. Od takich ludzi jak on, 

twardych i bezlitosnych, uciekała przez całe życie. Jej 

serce spoczęło w grobie wraz z Mikiem. Najpoczciwszym 

człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znała. 

Idąc za pielęgniarką w stronę pokoju ojca, Honey 

zastanawiała się, kim jest Joshua. Nie znała nawet jego 

nazwiska. 

Hunter Wyatt leżał na łóżku otoczony przeróżnymi 

rurkami i przewodami łączącymi jego ciało z aparaturą 

zainstalowaną w pokoju. Oddychał w sposób sztuczny. 

Na widok nieprzytomnego ojca Honey ścisnęło się 

serce. Ponownie ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Zbliżyła 

się do łóżka i ujęła bezwładną dłoń chorego. Zamknęła 

oczy i modliła się, żeby wyzdrowiał. Żeby podniósł 

wzrok i zwymyślał ją za brzydki i nieodpowiedni strój 

oraz za niewłaściwie postępowanie. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

25 

Poczuła nagle, że palce chorego zaciskają się lekko na 

jej ręce. 

Poruszył się lekko. 

Honey zobaczyła, że otworzył oczy. Był przytomny. 

Patrzył na nią spokojnym wzrokiem. 

Pochyliła się nad leżącym. 

- Tato - powiedziała. - Był tu jeden z twoich 

przyjaciół. Joshua... 

Szare oczy Huntera Wyatta rozszerzyły się nagle. 

Poruszył nerwowo palcami. Honey zobaczyła, że jego 

wzrok jest pełny tak dobrze jej znanej nienawiści. 

Z niespodziewaną siłą wyrwał rękę z dłoni córki. 

Z urządzeń monitorujących podstawowe czynności 

organizmu zaczęły dobiegać ostrzegawcze brzęczenia. 

Nastąpiło zakłócenie rytmu serca. Twarz chorego zrobiła 

się purpurowa. 

W stronę łóżka Huntera Wyatta rzuciły się pielęgnia­

rki. Za nimi podeszła Astella. 

Do Honey dotarł ostry głos macochy: 

- Chodźmy stąd. Kiedy odzyska przytomność, nie 

powinien zobaczyć cię przy łóżku. 

Astella wzięła za ramię zrozpaczoną pasierbicę i wy­

prowadziła z pokoju. 

W życiu Honey nie zmieniło się nic. Ojciec nienawi­

dził jej nadal. Nawet na łożu śmierci. 

Siedziały przy plastykowym stoliku w szpitalnej ka­

wiarni. Na szyi Astelli połyskiwały piękne brylanty. 

Honey piła powoli dietetyczną colę. Obie kobiety mil­

czały. Jak zwykle, atmosfera między nimi była napięta. 

Uroda Astelli rzucała się w oczy. Ludzie w kawiarni nie 

mogli oderwać od niej wzroku. Stanowiła trofeum Huntera 

Wyatta. Jedną z wielu zdobyczy, które zgromadził podczas 

długiego, pełnego sukcesów życia. Matka Honey, która 

stała się słynną malarką, też była takim trofeum. 

background image

26 

SZALEŃSTWO HONEY 

Swego czasu Astella pracowała w sieci konkurencyjnych 

hoteli. Była bardzo zdolna, pracowita i ambitna. Szybko 

otrzymała w pełni zasłużone kierownicze stanowisko. 

Zalety młodej kobiety zauważył Hunter Wyatt i odebrał ją 

rywalom. Potem zaczął zazdrościć jej umiejętności zawodo­

wych. Pięknej żonie po ślubie nie pozwolił dłużej pracować. 

- Chcesz coś zjeść? - zapytała Astella pasierbicę. 

- Nie - odparła Honey. 

- Oprócz cukierków nic przecież nie jadłaś od chwili, 

w której Hunter... 

Honey obracała nerwowo obrączkę na palcu. Wreszcie 

przestała i położyła rękę na stoliku. 

- Powinnam podziękować ci, że przyszłaś na pogrzeb 

Mike'a - odezwała się po chwili. 

- Przyszłam, bo twój ojciec był jak zawsze zajęty. 

- Jak zawsze. - Honey zacisnęła wargi. - Nie liczy­

łam na to, że się zjawi. Wiem, co sądził o Mike'u, naszym 

małżeństwie i o Mario. Nie byliśmy rodziną, którą 

mógłby się chwalić wobec przyjaciół i znajomych. 

- Cecilio... 

- Miałaś rację. Ciągle mam do niego żal. Astello, 

żałuję, że wczoraj do was przyszłam. 

- Gdyby nie ty, Hunter już by nie żył. Uratowałaś mu 

życie. 

- Zobaczył mnie. I dlatego dostał ataku serca. 

Zdumionym wzrokiem Astella popatrzyła na pa­

sierbicę. 

- Niemożliwe. Kiedy to się stało, Hunter odebrał 

właśnie telefon od J. K. Camerona. To on zdenerwował 

twego ojca, a ty uratowałaś mu życie. Zachowałaś zimną 

krew. Nie potrafiłabym tak się zachować. Twój ojciec 

żyje tylko dlatego, że do niego przyszłaś. 

Czy to, co mówi Astella, może być prawdą? za­

stanawiała się Honey. Przypomniała sobie ostry głos 

mężczyzny usłyszany przez telefon. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

27 

- Powiedz mi coś o tym człowieku - poprosiła 

macochę. 

- Od dłuższego czasu Hunter miał duże kłopoty. 

Bruździł mu groźny rywal w interesach. Niejaki Joshua 

K. Cameron postanowił zniszczyć twego ojca. 

- Kto?! Joshua?! - Głos Honey uwiązł w gardle. 

- Ten człowiek zaczął wykupywać majątek Huntera. 

Ściągać akcje dostępne na rynku. Wygląda na to, że ma 

z twoim ojcem jakieś zadawnione, osobiste porachunki. 

- Kim... kim jest ten człowiek? - zbielałymi wargami 

spytała Honey. 

Astella otworzyła torbę, wyciągnęła z niej numer 

jakiegoś czasopisma i podała Honey. 

- Weź. Przeczytaj. Tu jest cały artykuł na temat tego 

człowieka. Musiał chyba przekupić wydawcę, żeby jego 

zdjęcie znalazło się na okładce - dodała z goryczą. - Jest 

właścicielem konkurencyjnej sieci hoteli. To potentat 

finansowy. Ma także kasyna, linię lotniczą, ziemię i Bóg 

wie co jeszcze. 

- Joshua... - Honey niemal jęknęła na widok znajomej 

twarzy ciemnowłosego mężczyzny patrzącego na nią 

z okładki czasopisma. Sfotografowano go, gdy stał na 

dachu wieżowca, który zbudował. Wyglądał niezwykle 

arogancko. Jakby cały świat do niego należał. 

- Cecilio, czy coś ci się stało? Znasz tego człowieka? 

- zapytała Astella, widząc dziwną minę pasierbicy. 

- Nie. To znaczy... właściwie go nie znam. Przyszedł 

dziś do szpitala... 

- W złych zamiarach. 

- Ale... ale był dla mnie miły. 

Piękne rysy Astelli nagle skamieniały. 

- To niemożliwe. On nienawidzi twego ojca. Musi 

także nienawidzić ciebie. Jako córki Huntera. 

- Dlaczego? 

- Nie znam żadnych szczegółów. Wiem tylko, że jako 

background image

28 

SZALEŃSTWO HONEY 

młody chłopak Cameron wdarł się do biura twego ojca 

i groził, że go zabije. 

- Jeśli tak bardzo nienawidzi ojca, to czemu do tej 

pory nie spełnił swej groźby? 

- Nie mam pojęcia. Hunter twierdzi, że to tchórz. 

- Dlaczego tata nigdy mi o nim nie mówił? 

- Nie byłaś w dobrych stosunkach z ojcem. 

Honey pochyliła głowę. Znów ogarnęło ją poczucie 

winy. Wzięła do ręki czasopismo i zaczęła przeglądać 

artykuł o Cameronie. Kilka fragmentów tekstu poświęco­

no pięknym kobietom w jego życiu. Były też fotografie 

ślicznej Simone. Niesamowicie szczupłej i zgrabnej, 

ubranej w obcisłą suknię wyszywaną cekinami. 

W ramionach Joshui ta kobieta prezentuje się doskona­

le, pomyślała Honey. 

- Ładna dziewczyna - powiedziała Astella, wskazu­

jąc zdjęcie Simone. - Miał bardzo bogatą żonę. A ko­

chanki co najmniej urodziwe. 

Honey zmusiła się, żeby dalej czytać artykuł. Okazało 

się, że Joshua wychował się w tej samej okropnej 

dzielnicy, w której znajdowała się teraz jej szkoła. 

Dojechała do opisu wytwornej, czteropiętrowej rezy­

dencji Camerona na Telegraph Hill. Zamieszczono foto­

grafie jego kolekcji dzieł sztuki. Od dłuższego czasu 

toczył walkę z Nell Strohm, która od lat miała własny dom 

na Telegraph Hill, z wynajmowanymi apartamentami. 

Nell była przyjaciółką Honey. Poznały się wiele lat 

temu, w bursie, do której wysłały je ich rodziny. Z tekstu 

artykułu wynikało, że Cameron chce zburzyć dom należą­

cy do Nell, bo zasłania mu widok na zatokę. Wyglądało na 

to, że Nell i jej lokatorzy nie mają żadnych szans. 

Honey ze złością zamknęła czasopismo. Jak to się 

stało, że wczoraj znalazła się w ramionach tego brutala? 

Powinna od razu poczuć do niego niechęć. Intuicja jej nie 

ostrzegła. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

29 

Wiedział, kim ona jest. I udawał, że jej współczuje. 

Joshua K. Cameron był złym, bezwzględnym człowie­

kiem, który mógł zniszczyć wszystko, co tylko zechciał. 

Ktoś powinien go powstrzymać. 

Honey podniosła głowę. Zwróciła się do Astelli: 

- Musimy powstrzymać tego człowieka. 

- W jaki sposób? Twój ojciec być może teraz umie­

ra... Cameron to twardy orzech do zgryzienia. Nikt nie da 

mu rady. 

- Zaczniemy działać od razu - stanowczym tonem 

powiedziała Honey. - Natychmiast wrócisz do pracy. 

- Ja? To niemożliwe. Miałam zbyt długą przerwę. 

- Nie szkodzi. Byłaś świetna. Jak mało kto znasz się 

na hotelarstwie. Szybko sobie ze wszystkim poradzisz. 

- Hunter zabronił mi pracować. 

- Sama przed chwilą mówiłaś, że... że jest chory. 

- Honey nie mogły przejść przez usta słowa, że ojciec 

umiera. - A ja zajmę się panem Cameronem. Osobiście 

- dodała. - Wymyślę jakiś sposób, aby go powstrzymać. 

- Hunter nigdy mi tego nie wybaczy. 

- Ani mnie. 

- Jesteś przyzwyczajona do jego gniewu. Nie zmartwi 

cię też konflikt między mną a mężem. 

- Astello, jeśli nie zaczniemy od razu działać, ojciec 

umrze, a ty bez grosza przy duszy znajdziesz się na bruku. 

- Od kiedy to przejmujesz się moim losem? 

- Nie chcę utracić ojca. 

- Już nie masz ojca. Opuściłaś go trzynaście lat temu. 

- Astello, zrozum, że musimy natychmiast zacząć 

współdziałać. To nasza jedyna szansa. - Honey rzuciła 

okiem na okładkę czasopisma, z której patrzył na nią J.K. 

Cameron. - Musimy go powstrzymać. Za wszelką cenę. 

Cała dyrekcja firmy J. K. Camerona i jego prawa ręka, 

prawnik Johnny Midnight, zostali ściągnięci do szefa na 

background image

30 

SZALEŃSTWO HONEY 

nadzwyczajne posiedzenie. Zgromadzili się teraz wszys­

cy w jego eleganckim biurze i spokojnie czekali na to, co 

powie. 

Przyjął ich stojąc w niedbałej pozie obok modelu 

gigantycznego hotelu, który jedno z jego przedsiębiorstw 

w Ameryce Południowej miało wybudować w Brazylii. 

Był zły z powodu opóźnień występujących podczas 

realizacji projektu. Członkowie dyrekcji skupili się przy 

oknach, z wysokości czterdziestego piętra podziwiając 

roztaczający się u ich stóp wspaniały widok miasta 

i zatoki. Czekali na pierwszy ruch szefa. 

Wszyscy byli ubrani w przepisowe ciemne garnitury. 

Jedynie Johnny Midnight miał na sobie niekonwencjonal­

ny strój: czarną skórzaną kurtkę i dżinsy. Ten absolwent 

słynnego wydziału prawa Uniwersytetu Stanforda był tak 

znakomitym prawnikiem, że mógł sobie na to pozwolić. 

Rozumne, przenikliwe oczy tego przystojnego mężczyz­

ny były zwrócone w stronę szefa. 

- Johnny, musimy wreszcie zbudować ten hotel. 

Opóźnienia zbyt wiele nas kosztują - zniecierpliwionym 

głosem odezwał się Cameron. 

- Też jestem tego zdania - odparł prawnik. - Co robimy 

z siecią hoteli Wyatta? Wczoraj na giełdzie odnotowano 

spadek wartości ich akcji. Czy mam kupić ich więcej? 

- Mówiłem, żebyś się wstrzymał. Nie zmieniaj tema­

tu. Teraz rozmawiamy o Rio. 

- W porządku. - Głos Johnny'ego Midnighta brzmiał 

spokojnie i beznamiętnie. 

Joshua zauważył jednak napięcie na twarzy prawnika. 

Wiedział, że inteligentny i przebiegły Johnny Midnight 

potrafi czytać w jego myślach. Teraz wyczuwał, że jego 

szef coś szykuje. Znał go lepiej niż ktokolwiek inny. 

- Czego chcesz, J.K.? Powiedz, o co ci chodzi? 

- zapytał obojętnie Johnny Midnight. Wzruszył ramiona­

mi, dając do zrozumienia, że temat mało go obchodzi. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

31 

Joshua jego jedynego darzył zaufaniem. Traktował jak 

przyjaciela. Pod każdym względem Johnny zawsze go 

przewyższał. Dosłownie, bo był słusznego wzrostu. Na 

studiach odnosił sukcesy w lekkoatletyce. Uwielbiała go 

Heather, córka Joshui. Johnny Midnight pod każdym 

względem był lepszy od swego szefa. Zwłaszcza w inte­

resach oraz w oczach kobiet i dzieci. 

Jeden jedyny raz Johnny'emu Midnightowi się nie 

powiodło. Z kobietą. Z Lacy. 

- Powiedz, czego chcesz - powtórzył. 

Zanim Joshua zdążył odpowiedzieć, na biurku ode­

zwał się brzęczyk telefonu. W głośniku było słychać głos 

Ticii: 

- Panie Cameron, znów dzwoni pani Cecilia Wyatt. 

Zdziwiony Johnny Midnight ściągnął brwi. 

- Wiem, że nie powinnam panom przerywać - ciąg­

nęła sekretarka - ale pani Wyatt dzwoni już po raz 

piętnasty. Gdy tylko odłożę słuchawkę, natychmiast 

znów słyszę jej głos. 

Joshua odwrócił się bokiem do Johnny'ego, tak żeby 

przyjaciel nie dostrzegł wyrazu jego twarzy. 

- Mimo pozornej miękkości jest twarda jak ojciec 

- mruknął pod nosem głośno, tak że Johnny cicho się 

roześmiał. 

- Wiedziałem, że chodzi o kobietę. Jeśli ze względu 

na Cecilię Wyatt nie chcesz, żebym nadal kupował 

akcje... 

- Nie chcę! - warknął Joshua. Schwycił słuchawkę. 

- Ticio, połącz mnie z panią Wyatt - polecił sekretarce. 

- Odwrócił się do prawnika. - Johnny, zarządź przerwę 

w naszym zebraniu. Na czas tej rozmowy niech wszyscy 

stąd wyjdą. 

Johnny Midnight skinął głową i wykonał polecenie. 

Sam pozostał jednak w gabinecie szefa. Wziął do ręki 

dokumenty dotyczące brazylijskiego projektu i zaczął je 

background image

32 

SZALEŃSTWO HONEY 

przeglądać. Było widać, że znacznie bardziej interesuje 

go jednak telefoniczna rozmowa. 

- Panie Cameron, czy to pan? - słodkim głosem 

spytała Honey. 

Joshua zaczął żałować, że Johnny został w pokoju. 

- Tak. To ja - odparł oficjalnym tonem. 

- Joshua, bardzo dziękuję, że zgodził się pan ze mną 

rozmawiać. 

Joshua. Dźwięk własnego imienia wypowiedzianego 

ciepłym, miękkim głosem sprawił, że przez jego ciało 

przebiegła iskra. 

- Słucham. O co pani chodzi? - warknął. 

Po drugiej stronie pokoju Johnny Midnight rozsiadł się 

wygodnie na fotelu, wyciągając nogi. Nadal udawał, że 

z zainteresowaniem przegląda trzymane w ręku doku­

menty. 

- Poznaliśmy się wczoraj w szpitalnej poczekalni 

- mówiła dalej Honey. - Być może pan mnie nie 

pamięta... 

Do dziś świetnie pamiętał, co odczuł pod wpływem 

lekkiego dotyku jej ręki. Wolałby o tym zapomnieć. Na 

samą myśl o tym robiło mu się gorąco. Ponadto był zły, bo 

wiedział, że Johnny uważnie przysłuchuje się rozmowie. 

- Kobieta przysadzista, w pogniecionym białym dre­

sie. Bez makijażu. Jak mógłbym zapomnieć kogoś takie­

go? - odparł złośliwie. 

Gumka, którą się bawił, rozciągając w palcach, nagle 

wystrzeliła jak z procy, uderzając w twarz Johnny'ego. 

- Oj! -jęknął prawnik. Poderwał się na równe nogi, 

trzymając rękę przy policzku. 

- Przepraszam. - Joshua poprosił go gestem, żeby 

z powrotem zajął miejsce w fotelu. 

- Przyjmuję przeproszenie - powiedziała Honey. 

- Nie mówiłem tego do pani - niegrzecznie odparł 

Joshua. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 33 

Johnny chrząknął znacząco i zabrał się znów do 

przeglądania dokumentów. 

- Och. Od takiego człowieka jak pan nie powinnam 

spodziewać się przeprosin. 

Milczał. 

- Wczoraj nie miałam pojęcia, kim pan jest - ciągnęła 

Honey. 

- Zdawałem sobie z tego sprawę. 

- Pozwoliłam sobie oprzeć głowę na pańskim ramie­

niu. Szukałam pociechy... Musiał pan wziąć mnie za 

idiotkę. 

- Nie. - Mimo wszystko Joshua obchodził się łagod­

nie ze swą rozmówczynią. 

- Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego zamierza pan 

zniszczyć mego ojca. 

- Niech pani jego o to zapyta. 

- Nie mogę. Jest zbyt chory. 

- Pani Wyatt, muszę kończyć rozmowę. Jestem czło­

wiekiem bardzo zajętym. 

- A więc powiem, o co mi chodzi. Krótko i uprzejmie. 

- Krótko w zupełności wystarczy. 

- Niech pan da spokój mojemu ojcu. 

- Tego nie zrobię. 

- Proszę. 

- Prośbą nic się u mnie nie wskóra. 

- A czym? 

- Czyżby zamierzała pani ofiarować diabłu swą du­

szę? 

- Powiedzmy, że chcę. - Głos Honey przeszedł 

w cichy, gardłowy szept. - Zrobię wszystko, żeby 

uratować ojca. 

- Przykro mi, ale pani propozycja mnie nie interesuje. 

- Skłamał. Natychmiast zdał sobie z tego sprawę. - Pani 

Wyatt, ciała kobiet, pięknych kobiet, niewiele dla mnie 

znaczą. 

background image

34 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Mówi pan o Simone? 

Skąd, do diabła, wie o Simone? zastanawiał się 

zaskoczony. 

- Skupu dusz nie prowadzę. A co do ciała... - nie 

dokończył. Zawiesił głos. 

- Pan mnie źle zrozumiał - powiedziała zirytowana. 

- Pani Wyatt, oświadczały mi się kobiety znacznie 

bardziej ponętne niż pani. 

Od strony fotela, na którym siedział Johnny, dobiegł 

głośny szelest przerzucanych kartek papieru. 

- O, jestem o tym przekonana. 

- To złośliwość czy komplement? - zapytał. 

- Stwierdzenie faktu. Nic więcej. Czy mógłby pan 

przerwać wykupywanie naszych akcji na dziewięćdzie­

siąt dni? 

- Dlaczego miałbym to zrobić? Mają teraz bardzo 

niską cenę. 

- Bo pański prawnik, niejaki Midnight, bezpodstaw­

nie psuje nam opinię. 

- Myli się pani. 

- Mój ojciec jest chory. 

- To jego sprawa. Kiedy tylko będę miał w ręku 

wystarczającą liczbę akcji, sam rozpuszczę pogłoskę, że 

zamierzam was wykupić. Wtedy dopiero pójdą w górę. 

Od razu będę mógł zrobić na tym dobry interes. 

- Mój ojciec umrze, jeśli nie da mu pan spokoju. 

Joshua poczuł coś w rodzaju wyrzutów sumienia. 

Szybko wziął się w garść. 

- Wobec tego przyspieszę przejęcie kontroli nad 

waszymi hotelami - poinformował Honey ostrym tonem. 

- Czy dla pana pieniądze to wszystko? 

- Z ojcem pani mam osobiste, zadawnione pora­

chunki. 

- Czy bardzo go pan nienawidzi? 

To pytanie Joshua zbył milczeniem. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

35 

- Wczoraj... wczoraj sądziłam, że jest pan przy­

zwoitym człowiekiem. 

- Pozory mylą. - Poczuł, jak pot występuje mu na 

czoło. Nie chciał wracać myślami do poprzedniego 

dnia. 

- Panie Cameron, proszę... 

- Pani Wyatt, proszę darować sobie te uprzejmości. 

Nie robią na mnie żadnego wrażenia. 

Kiedy miękkim głosem zaczęła go błagać, nie wy­

trzymał napięcia. Odłożył słuchawkę. 

Zaraz potem telefon znów się odezwał. Joshua włączył 

go odruchowo. 

Głos rozmówczyni brzmiał teraz nieprzejednanie 

i twardo. 

- W tej sytuacji nie będę pana o nic prosić - oświad­

czyła. - Jeśli ojciec umrze, pan nigdy nie dostanie jego 

hoteli. Sama tego dopilnuję. 

- Pani zamierza mi się przeciwstawić? - spytał 

zdziwiony. 

- Tak. Zrobię wszystko, by wyrównać rachunki. 

- Groźby? Pani mnie rozśmiesza. Leżała pani jeszcze 

w pieluchach, kiedy ja zajmowałem się interesami. 

- Jest pan aroganckim, egoistycznym i zarozumiałym 

łajdakiem. - Tym razem Honey była górą. Pierwsza 

odłożyła słuchawkę. 

Joshua zamyślił się. Wiedział, jak czcze są pogróżki tej 

kobiety. Była słaba i niedoświadczona, lecz - musiał to 

przyznać - odważna i dzielna. Zachowywała się jak 

kociak, który przeciwstawia się lwu. W walce z nim pani 

Wyatt nie miała żadnych szans. 

W tym momencie zobaczył podchodzącego do biurka 

Johnny'ego Midnighta. Wzrok prawnika był jeszcze 

bardziej wymowny niż zwykle. 

- Co ci chodzi po głowie? - zapytał Joshua. Był lekko 

speszony. 

background image

36 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Sam jeszcze nie wiem. Może coś cholernie inte­

resującego. 

Kiedy Johnny Midnight wpadał na jakiś pomysł, był to 

zazwyczaj pomysł bardzo dobry, a prawnik trzymał się go 

uparcie. 

Joshua podniósł słuchawkę. 

- Ticio. Zapamiętaj sobie to, co teraz powiem. Nigdy 

więcej żadnych telefonów od pani Wyatt. 

- Dlaczego? - z podejrzanym błyskiem w oku zapytał 

Johnny. - Dlaczego? - powtórzył. - Czyżby telefony od 

pani Wyatt były dla ciebie zbyt kłopotliwe, aby sobie 

z nimi poradzić? - zaatakował szefa. 

Rozzłoszczony Joshua odwrócił głowę. To przede 

wszystkim upór Johnny'ego sprawił, że stał się on tak 

doskonałym prawnikiem. Równocześnie jednak ów upór 

powodował, że jako przyjaciel Johnny potrafił być 

facetem piekielnie denerwującym. 

- Kup tyle akcji Wyatta, na ile nas stać - polecił mu 

Joshua. - I wreszcie zostaw mnie samego. 

Johnny Midnight nawet nie ruszył się z miejsca. 

Podniósł głowę i zaczął się głośno śmiać. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Pozbądź się chłopaka. Niech Mario wraca do babki. 

Do własnej rodziny. Rzuć tę bezsensowną pracę w szkole. 

Wprowadź się z powrotem do domu. Aha, i jeszcze jedno. 

Pamiętaj, masz trzymać się z daleka od Camerona. Jeśli 

mnie nie posłuchasz, to cię wydziedziczę. 

Palce Honey stojącej nieruchomo przy oknie zacisnęły 

się kurczowo na rąbku zasłony. Patrzyła na basen. Na 

miejsce, w którym trzy tygodnie temu ojciec miał atak 

serca. 

- Tato, wydawałeś mi podobne polecenia trzynaście 

lat temu. I nic z tego nie wyszło... 

Hunter Wyatt przyłożył rękę do piersi, tak jakby 

poczuł ból serca. 

- A więc nadal chcesz zachowywać się jak obca mi 

osoba i nie zamierzasz mnie słuchać? 

- Tato, stosunki między nami zostały już ustalone. Po 

co więc je zmieniać? 

W obszernej sypialni zapadła cisza. 

Honey odeszła od okna i zaczęła przechadzać się po 

pokoju. 

Ojciec obserwował ją z niechęcią. 

- Dlaczego nigdy nie włożysz na siebie czegoś 

atrakcyjnego? - zapytał. - Skąd, do diabła, wytrzasnęłaś 

ten ohydny zielony kapelusz? 

- Kupiłam go na pchlim targu. Prawda, że od razu 

wpada w oko? - odparła ze sztucznym ożywieniem, 

udając zadowolenie ze swego osiągnięcia. 

background image

38 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Dlaczego zawsze zakrywasz włosy, podobnie jak 

twoja matka? 

- Właśnie dlatego, że ona to robiła. 

- Nie chciała zabrudzić ich farbą. 

- Może przestanę nosić nakrycia głowy. Jeszcze nie 

wiem, co postanowię. 

- Jesteś nieznośna i uparta. 

- Tato, jak sądzisz, po kim odziedziczyłam te cechy? 

Zanosiło się na gigantyczną kłótnię. 

Na szczęście, w tej właśnie chwili do sypialni wsunęła 

się Astella. Honey była niemal pewna, że macocha 

podsłuchiwała pod drzwiami. 

Podobnie jak Honey, była ubrana do wyjścia. Wygląda­

ła ślicznie. Złote włosy ściągnęła w węzeł upięty na karku. 

Miała na sobie biały jedwabny kostium o prostym kroju. 

- Dostałaś wypieków na twarzy - powiedziała do 

pasierbicy. - Jest tu za gorąco. Otwórz okno. Wpuść 

trochę świeżego powietrza. - Żeby odwrócić uwagę męża 

od Honey, zaczęła przekazywać mu wskazówki dotyczą­

ce sposobu zażywania leków i diety. Powtórzyła wszyst­

kie skargi pielęgniarki. 

- Ten babsztyl to prawdziwa jędza - ze złością 

mruknął Hunter. 

- O tobie, kochanie, pani Compton wyraża się jeszcze 

gorzej. 

- Powinienem wyrzucić natychmiast tę babę, ale i tak 

lada dzień, gdy wrócę do pracy, nie będzie mi potrzebna. 

- To nie... 

Rozmowa przeszła na sprawy firmy. 

- Stell - ostrzegł żonę Hunter Wyatt - trzymaj się 

z dala od mego biura, bo zniszczysz to, co z takim trudem 

tworzyłem przez całe życie. 

Astella rzuciła niespokojnie spojrzenie w stronę Ho­

ney, gestem prosząc ją o wsparcie. Układ, który zawarły, 

nie miał mocnych podstaw. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

39 

- Astella musi mi pomóc - oświadczyła Honey. 

— Sama nie dam rady rozprawić się z Cameronem. 

- Do licha, mówiłem przecież, żebyś tego łajdaka 

zostawiła w spokoju. 

- Tato, wierz mi, nienawidzę go bardziej niż ty. 

- Kiedy tylko pomyślała o Joshui, ogarniała ją bezsilna 

wściekłość. - Nie zdążyłam ci jeszcze powiedzieć, że 

w zeszły czwartek, kiedy usiłowałam wejść do niego na 

rozmowę, kazał strażnikom wyrzucić mnie z budynku. Na 

ulicy zrobiło się zbiegowisko, bo potraktowano mnie jak 

zwykłą kryminalistkę. 

- Całą tę scenę obserwowaliśmy na ekranie telewizo­

ra - powiedziała Astella. - Widzieliśmy, jak w biurze 

Camerona zakuwali cię w kajdanki. Akurat był u nas 

burmistrz z wizytą. 

- Boże! -jęknęła Honey. - Burmistrz też to widział? 

- Chyba się nie zorientował, że chodzi o ciebie. Było 

widać tylko tył twojej głowy. 

- Nic dziwnego, że zjawili się reporterzy. Cameron 

ściągnął cały oddział policji. Pchnęli mnie na ścianę, tak 

jakbym kogoś zamordowała lub co najmniej obrabowała 

bank. Siedziałabym teraz za kratkami, gdyby nie pojawił się 

prawnik Camerona, niejaki Midnight. Oświadczył, że jeśli 

obiecam, iż przestanę nachodzić jego szefa, to zdejmą mi 

kajdanki i puszczą wolno. Cameron to potwór. - Na samo 

wspomnienie upokorzenia, którego doznała przez tego 

człowieka, Honey aż poczerwieniała. 

- Łajdak - przyznała spokojnie Astella. - Ale, na 

szczęście, zwolnił ostatnio tempo wykupywania akcji 

naszej firmy, mimo że w wyniku jego niecnych manipula­

cji stoją teraz tak nisko, jak nigdy. 

Astella nie kierowała się emocjami. Myślała przede 

wszystkim kategoriami kobiety interesu. Zwróciła się do 

męża: 

- Musiałam zwolnić z pracy sporo osób w hotelu. 

background image

40 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Nie wiesz, co robisz! - warknął. - Podobnie jak 

Cameron. To facet bez ikry. Za miękki, aby dać nam radę 

i przejąć hotele. 

Honey przypomniały się zimne jak lód, niebieskie 

oczy i szeroka, zaciśnięta szczęka. 

- Tato, chyba się mylisz w ocenie tego człowieka 

- powiedziała cicho. 

- Wiem, że to tchórz! 

- Kochanie. - Do rozmowy wtrąciła się Astella. 

Przyjęła inną taktykę. - Mamy słabe punkty. Zbyt 

rozbudowaną administrację. Musimy unowocześnić stru­

kturę firmy. Zwiększyć znacznie promocję, do której 

przywiązywaliśmy za małe znaczenie. Straciliśmy wiele 

udziałów. Przepadają następne. Jesteś chory... 

- Umrę, jeśli wy obie zajmiecie się firmą! - ryknął 

Hunter. - Od żadnej z was nie chcę pomocy. Nigdy jej nie 

potrzebowałem i potrzebował nie będę. 

Astella uklękła przy łóżku. Hunter odepchnął rękę, 

którą wygładzała atłasowe pokrycie kołdry. Nadal 

z wściekłością patrzył na obie kobiety. 

- Zostawimy cię teraz samego, kochanie - łagodnym 

tonem oświadczyła Astella. - Będziesz mógł spokojnie 

wypocząć. - Złapała Honey za rękę i pociągnęła ku 

drzwiom. 

- Nie dam się nabrać na słodkie słówka! - zdążył 

jeszcze wykrzyknąć chory, zanim opuściły pokój. 

Kiedy wyszły z domu i znalazły się przy samochodzie 

Honey, Astella wybuchnęła: 

- Widzisz, co zrobiłaś? Hunter mnie też teraz zniena­

widzi! 

- Boisz się stawić mu czoło? Przecież nie jest w stanie 

prowadzić interesów. Musisz to robić ty. 

Astella zagryzła wargi. 

Honey poprawiła kapelusz na głowie. 

- Jest mi przykro, że zawsze denerwuję ojca i po-

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

41 

garszam sprawę. Ale, Astello, nie mogę odstąpić od tego, 

co postanowiłam. 

- Chyba... chyba masz rację - przyznała macocha. 

- Świetnie sobie radzisz z zarządzaniem hotelem. 

Przykro mi, że dotychczas ci nie pomagałam, nie zrobi­

łam nic pożytecznego - z westchnieniem powiedziała 

Honey. - Na razie mam na głowie szkołę i mnóstwo 

związanych z nią problemów. Gdy tylko skończą się 

lekcje, będę miała dużo wolnego czasu. 

- Co zamierzasz robić? 

- Cameron nie chce rozmawiać ze mną w biurze, więc 

będę musiała zastosować odmienną taktykę. Udam kogoś 

innego i w ten sposób go podejdę. 

- Zwariowałaś? Cameron bez trudu cię rozpozna! 

Przecież rozmawialiście w szpitalu. Zaatakujesz go tak, 

jakby zrobił to ojciec, i jeszcze pogorszysz naszą sytua­

cję. 

Honey otworzyła drzwi Bomby - swego zdezelowane­

go, zielonego samochodu - i odwróciła się bokiem do 

Astelli. 

- Sporo myślałam na ten temat. Jestem przekonana, że 

Cameron mnie nie rozpozna. Zmienię swój wygląd. 

- Pamiętaj, że to człowiek bardzo niebezpieczny. 

- Dobrze o tym wiem. Od kajdanków bolą mnie. 

jeszcze przeguby rąk. 

Astella popatrzyła z niesmakiem na nieśmiertelny 

zielony kapelusz tkwiący na głowie pasierbicy. 

- Twój ojciec ma rację. Wyglądasz w tym okropnie. 

- A więc podsłuchiwałaś pod drzwiami! 

- Jeśli chcesz zwieść Camerona, musisz całkowicie 

zmienić wygląd. Stać się zupełnie inną kobietą. Honey, 

zdaj się na mnie. Pomogę ci się przeobrazić, dobrać 

odpowiednią garderobę. 

Honey zawahała się na chwilę. Poczuła się niewyraź­

nie. To, że miała uatrakcyjnić swój wygląd dla tego 

background image

42 

SZALEŃSTWO HONEY 

wstrętnego mężczyzny, w jakimś sensie uwłaczało jej 

godności. 

- Przecież obie mamy współdziałać i trzymać sztamę 

- przypomniała Astella. - Nie złapiesz rekina, jeśli nie 

znęcisz go apetycznym kąskiem. 

- A więc będę przynętą. - Na wspomnienie zimnych 

oczu drapieżnika w ludzkiej skórze Honey aż dostała 

dreszczy. - Zgoda. Ale uprzedzam, Astello, że cię 

wymęczę. Będziemy chodziły godzinami po sklepach. 

Przymierzę dwadzieścia strojów, aby wreszcie znaleźć 

ten, w którym będę wyglądała najlepiej. 

Kilku mężczyzn oderwało wzrok od kart potraw na 

widok elegancko ubranej młodej kobiety, którą kelner 

prowadził do stolika. Odsunął dla niej krzesło przy oknie. 

W nowej skórze i w wytwornej restauracji Honey 

czuła się nieswojo. Usiadła przy stoliku na wskazanym 

miejscu i popatrzyła w dół. Widok z wysokości czternastu 

pięter przyprawił ją o zawrót głowy. 

Spojrzała na kelnera. 

- Wolę przesiąść się tam - wskazała krzesło po 

przeciwnej stronie stolika. * 

- Bardzo proszę, madame. Nasi goście lubią za­

zwyczaj ten widok... 

Kiedy odwracała głowę od okna, promienie słońca 

wpadające przez szybę rozpaliły płomienie na jej wło­

sach. Z rudej szopy nie pozostało nic. Honey miała teraz 

na głowie piękną, stylową fryzurkę pazia. 

Obok stolika przeszła drobna, elegancka brunetka. 

Honey podniosła się z krzesła. 

- Nell... 

Młoda kobieta odwróciła głowę. Jej oczy rozszerzyły 

się ze zdziwienia. 

- Honey, to ty? Zupełnie cię nie poznałam! Wstań, 

proszę. Niech ci się przyjrzę. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 43 

Honey wstała. Nadal czuła się nieswojo. 

- Zeszczuplałaś. 

- Nie. To zasługa ciemnego koloru. 

- Wyglądasz elegancko. 

- Astella pomogła mi dobrać garderobę. 

- Twoje włosy wyglądają wprost cudownie! 

- Fryzjer podciął je i uczesał zgodnie ze wskazówka­

mi Astelli. Czuję się tak, jakbym była w obcej skórze. 

- Makijaż, uczesanie i przepiękny ciemnozielony 

kostium zamiast wytartych dżinsów i workowatej bluzki. 

- Nell usiadła przy stoliku. - Czy ta twoja niesamowita 

metamorfoza oznacza, że zamierzasz zmienić stosunek 

do rodziny i otoczenia? Że wreszcie zaczynasz prowadzić 

próżniacze życie, jak przystało rozpuszczonej córce 

bogatego tatusia? 

Honey uśmiechnęła się do' przyjaciółki. 

- Ten zielony kostium kupiłam na wyprzedaży. Na 

resztę też mnie było stać. Nadal będę żyła z tego, co 

zarobię. 

- A więc zupełnie nie rozumiem, skąd to nagłe 

przeobrażenie. Chodzi o mężczyznę? Nową miłość 

w twym życiu? Jeśli mnie pamięć nie myli, Mike zmarł 

już chyba trzy lata temu. 

- Dwa - poprawiła Honey. Czuła się winna zdrady 

pamięci męża. - Kieruje mną nie miłość, lecz uczucie 

przeciwstawne. Coś w rodzaju nienawiści. 

- To fascynujące - roześmiała się Nell. - Interesujący 

mężczyzna? 

- Tak. Ale nie w tym sensie, który masz na uwadze. 

Jest interesujący, ponieważ może stać się niebezpieczny. 

- Przeciwieństwo Mike'a? 

- Można by tak go określić. Zły człowiek. Łajdak. 

- Łajdak? A więc ktoś w sam raz dla ciebie - zażar­

towała Nell. - Zawsze uważałam, że Mike nie jest dla 

ciebie odpowiednim mężczyzną. 

background image

44 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Myliłaś się. 

- Nie. Jeśli uważasz, że był dla ciebie odpowiedni, to 

dlaczego po wyjściu za mąż tak bardzo się zmieniłaś 

i zaniedbałaś? 

- Nie wiem. 

- Teraz widzę niezwykłą poprawę w twoim wy­

glądzie. Sprawił to, jak sądzę, nieodpowiedni mężczyzna. 

- Nell, daj spokój... 

- Przepraszam. 

Na chwilę przy stoliku zapadła cisza. 

- Honey, twój telefon bardzo mnie zaintrygował. 

- Czytałam w prasie, że masz poważne kłopoty ze 

swoim domem na Telegraph Hill, bo jakiś zwariowany 

sąsiad zaczął rozrabiać. Wystraszył administratora, który 

zrezygnował z pracy. Wygląda na to, że potrzebny ci ktoś, 

kto tam zamieszka i będzie zarządzał budynkiem. Zgła­

szam się na ochotnika. 

- Gotowa do boju? - zaśmiała się Nell. 

- Tak. 

Nell skinęła na kelnera. Zamówiła dobre wino. 

- Honey, przecież pracujesz na przeciwległym krańcu 

miasta. 

- I, powinnaś od razu dodać, nie mam żadnego 

doświadczenia w administrowaniu budynkami mieszkal­

nymi. Ale za to jestem wolna przez całe wakacje. 

I poważnie zabrałam się już do rzeczy. Wypożyczyłam 

z biblioteki odpowiednią profesjonalną literaturę i za­

częłam intensywnie się dokształcać. Mieszkańcy twojego 

domu nie będą chyba gorsi niż dzieciaki, z którymi mam 

na co dzień do czynienia w szkole. 

- Moi lokatorzy to najwięksi ekscentrycy i najbar­

dziej wymagający ludzie w całym San Francisco. 

- Potrafię poradzić sobie z trudnymi ludźmi. 

- Jak cię znam, pewnie ich nawet polubisz. 

- A więc twoja odpowiedź jest pozytywna? 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

45 

Nell powoli sączyła wino. 

- Chyba tak. Ale tylko do chwili, w której znajdę 

kogoś odpowiedniego. Z doświadczeniem i kwalifikac­

jami. Na razie nie mam nikogo. Jestem w trudnej 

sytuacji. 

Zjawił się kelner. Nell zamówiła jedzenie. Langustę 

i inne wyszukane, a zarazem smaczne potrawy. 

- Jak czuje się twój ojciec? - zapytała po odejściu 

kelnera. 

- Zachowuje się nieznośnie. Co jest oznaką, że chyba 

zdrowieje. Ale przez najbliższe sześć tygodni nie wolno 

mu nawet zajrzeć do biura. 

- Wreszcie jesteście razem. 

- W pewnym sensie. I pewnie nie na długo. 

- Nie rozumiem. 

- Ojciec ma potężnego wroga, który chce wykończyć 

go finansowo. Puścić z torbami. To wróg, którego nic nie 

powstrzyma. Dlatego ja muszę zacząć działać. 

- Kim jest ten człowiek? - spytała zaciekawiona Nell. 

Honey wyciągnęła z torebki numer czasopisma z ar­

tykułem o Joshui. 

- Twoim słynnym sąsiadem na Telegraph Hill. 

- Mówisz o J.K. Cameronie? O tym draniu, który 

uparł się, że kupi mój dom i zburzy go? Honey, nie... 

- Nell, pogardzam tym facetem, możesz mi wierzyć. 

Lecz muszę go poznać. Osobiście. 

- Zamierzasz uwieść Camerona? 

- Skąd ci to przyszło do głowy? Postradałaś zmysły? 

- Dlaczego więc zmieniłaś aparycję? Ta fryzura, 

nowy strój... 

- Miesiąc temu Cameron widział mnie w szpitalu. 

Muszę więc zrobić wszystko, żeby mnie sobie nie 

przypomniał. Na szczęście, wyglądałam wtedy okropnie. 

Byłam bez makijażu. Miałam na nosie duże okulary 

przeciwsłoneczne, a na głowie ogromny turban z ręcz-

background image

46 

SZALEŃSTWO HONEY 

nika. Byłam ubrana w stary dres gimnastyczny ojca. 

Jednym słowem, wyglądałam jak tłuste straszydło. 

- Honey, nie uda ci się oszukać tego człowieka. Jest 

cholernie bystry i cwany jak lis. 

- Obie znamy się przecież od dziecka, a ty przecież 

ledwie mnie poznałaś. 

Nell popatrzyła na przyjaciółkę. 

- Jeśli nawet nie odgadnie, kim jesteś, i uda ci się 

nawiązać z nim bliższy kontakt, to i tak pomysł z wprowa­

dzeniem się do mojego domu jest całkowicie pozbawiony 

sensu. Może nawet popsuć ci wszystko. Cameron niena­

widzi każdego, kto tam mieszka. Oferował mi gigantycz­

ną cenę za sprzedaż budynku. Odmówiłam. Na pienią­

dzach mi nie zależy. Chodzi o kilku lokatorów. To 

uroczy, starzy ludzie, którzy mieszkają tam od lat. Jeśli 

Cameron kupi dom, wyrzuci ich na bruk. 

- Jaki on właściwie jest? - spytała Honey. 

- Nie wiesz? - zdziwiła się Nell. 

- Chodzi mi o jakieś... szczegóły. 

- Jest bezlitosny i egoistyczny. Ostrzegam, bez skru­

pułów pożera kobiety. 

- Jakoś sobie z nim poradzę. Pamiętaj, że wychowy­

wałam się w domu podobnego osobnika. 

- Dziewczyno, Cameron to człowiek bez żadnych 

zasad! Prześpi się z tobą, a pięć minut później wykończy 

twego ojca. 

Honey sięgnęła po serwetkę. 

- Próbowałam porozmawiać z panem Cameronem, 

ale to się nie udało. Wstęp do jego biura jest dla mnie 

zakazany. Nie mamy wspólnych znajomych, u których 

mogłabym go spotkać, więc tylko ty, Nell, możesz dać mi 

szansę. 

- Moja droga, facet pożre cię na śniadanie, a na lunch 

weźmie już sobie inną kobietę. Ma córkę, którą wysłał do 

szkoły z internatem, zaraz po tym, jak opuściła go żona. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

47 

- Nell, zatrudnij mnie jako administratorkę. 

- Będzie ci bardzo ciężko. Dom jest stary, z 1906 

roku. Był wybudowany zaraz po trzęsieniu ziemi. W po­

bliżu brak miejsc do parkowania. Ludzie zabijają się 

o nie. Lokatorzy to dziwacy. Mario i jego kolesie walący 

w bębny nie będą pasowali do tego środowiska. 

- A jeśli obiecam solennie, że bębny zamilkną, to czy 

dasz mi tę pracę? 

- Tak. 

- Dziękuję! Nigdy ci tego nie zapomnę! 

- Nie jestem pewna, czy dobrze robię. Ale muszę 

natychmiast kogoś zatrudnić. Mam podbramkową sytua­

cję. 

Honey przypomniała sobie najpierw lodowaty wzrok 

Joshui, a zaraz potem... ciepło bijące z jego ciała, kiedy 

w szpitalu trzymał ją w ramionach. 

- Och, Nell! - jęknęła. - Ja też jestem w podbram­

kowej sytuacji! 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Tego ranka Honey obudziła się z bijącym sercem. 

Czekało ją trudne zadanie. Dziś miała przeprowadzić się 

do domu Nell, aby stanąć twarzą w twarz z jej sąsiadem, 

Joshuą Cameronem. 

Honey bardzo obawiała się tego spotkania. 

Bomba, równie niechętnie jak jej właścicielka, poko­

nywała teraz z trudem ostatni stromy odcinek podjazdu na 

Telegraph Hill. Honey wcisnęła mocniej pedał gazu. 

Silnik zakasłał i po chwili zgasł. Samochód zaczął tyłem 

staczać się w dół drogi. 

Taksówkarz jadący tuż za Honey zaczął głośno trąbić. 

W ostatniej chwili udało się jej zatrzymać Bombę i ustrzec 

przed zderzeniem z jadącym za nią samochodem. 

Union Street była ulicą bardzo stromą. Honey zawsze 

miała kłopoty z pokonaniem wzniesienia. Dzisiaj jednak 

zadanie, które stało przed Bombą, okazało się trudniejsze 

niż zazwyczaj. Właścicielka zdezelowanego samochodu 

załadowała go bowiem po brzegi stosem pudeł. Z książ­

kami, pracami uczniowskimi i kuchennymi naczyniami. 

Honey wiozła także pękniętą gitarę Maria, no i oczywiś­

cie Klawego Faceta. Kot, zamknięty w klatce stojącej na 

podłodze samochodu, nie wyglądał na zachwyconego 

podróżą. 

Honey przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zapalił 

bez trudu, lecz gdy tylko dotknęła nogą pedału gazu, 

ponownie zgasł i samochód znów zaczął się cofać w dół 

stromej ulicy. Taksówkarz trąbił jak szalony. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

49 

Wszystkie dalsze próby zmuszenia Bomby do jazdy 

pod górę spełzły na niczym. W geście pełnym rozpaczy 

Honey wyrzuciła ręce przed siebie, pokazując taksów­

karzowi, że ma awarię, lecz on - zamiast pomóc - wy­

przedził ją i krzycząc coś po włosku, wygrażał pięścią. 

Klawy Facet, podróżujący do tej pory dość spokojnie, 

zaczął głośnym miauczeniem wyrażać swoje niezadowo­

lenie. 

Honey westchnęła. Jeszcze raz uruchomiła silnik. 

Postanowiła trzymać samochód przez chwilę na luzie, 

a dopiero potem znów spróbować ruszyć pod górę, 

aby pokonać strome wzniesienie. Wepchnęła do ust 

kawałek czekoladowego batonika, nie bacząc na ko­

nieczność pozbycia się nadwagi. Żałowała, że terminu 

przeprowadzki do domu Nell nie przesunęła o tydzień. 

Wtedy byłoby już po zakończeniu roku szkolnego 

i miałaby spokojniejszą głowę. 

Przez pełne trzy minuty grzała silnik na luzie. Potem 

cisnęła papierek po zjedzonym batoniku na podłogę 

samochodu i włączyła pierwszy bieg. 

Ruszyła. 

Z największym trudem, żółwim tempem udało się jej 

wyjechać na górę. 

Skręciła w Montgomery Street. Poniżej, na zboczu 

wzniesienia, zobaczyła różowy, wysoki dom Joshui. 

Daleko w dole połyskiwały niebieskie wody Zatoki San 

Francisco. 

Mam cholernego pecha, pomyślała. Dość wąska ulica, 

na którą wjechała, była zawsze gęsto zastawiona par­

kującymi samochodami. Dzisiaj, jak na złość, dokładnie 

przed wejściem do domu Nell znajdowało się piękne 

wolne miejsce, w sam raz dla Bomby! Honey nie 

zamierzała z niego korzystać. 

Pojechała kawałek dalej i zatrzymała samochód w in­

nym miejscu. Absolutnie niedozwolonym. Przed domem 

background image

50 

SZALEŃSTWO HONEY 

Joshui Camerona. Świadomie zablokowała wjazd do jego 

garażu. 

Rzuciła okiem na swoje odbicie w lusterku i ode­

tchnęła z ulgą. Była pewna, że ten wstrętny mężczyzna 

nie rozpozna w niej nieapetycznej dziewczyny, którą 

miesiąc wcześniej zobaczył w szpitalnej poczekalni. 

Wysiadła szybko z wozu. Obeszła go, podniosła maskę 

silnika i jednym zdecydowanym ruchem odłączyła prze­

wód prowadzący do cewki. Zamknęła maskę, zerknęła 

niespokojnie w stronę okien domu Joshui i zaczęła 

beztrosko pogwizdywać. 

Walka została wypowiedziana. 

Honey wkroczyła na wojenną ścieżkę. 

Wytarła ręce, wyciągnęła z torebki kawałek czystego 

papieru i na masce samochodu nabazgrała notatkę dla 

Joshui. Wyjaśniła, gdzie ma jej szukać, w razie gdyby 

chciał wyjechać z domu lub wjechać do garażu. Zatknęła 

kartkę za wycieraczkę. 

Klawy Facet znów zaczął miauczeć, kiedy Honey 

znalazła się na słynnej Filbert Steps i wraz z innymi rzeczami 

zaczęła znosić go w klatce po drewnianych, stromych 

schodach, z których korzystali zazwyczaj mieszkańcy domu 

należącego do Nell. Stał on na zboczu wzgórza, otoczony 

bujną zielenią. Klawy Facet po raz pierwszy w życiu będzie 

mógł spokojnie buszować po okolicy, nie narażony na to, że 

zaraz po wyjściu z domu przejedzie go jakiś samochód. 

Honey szła schodami w dół. Stawiając ostrożnie stopy 

w wytwornych, nowych, zielonych pantofelkach na wy­

sokich obcasach, kątem oka dojrzała miejscowego kota 

wychylającego się zza krzewu róży. Klawy Facet powitał 

go miauczeniem. Jeśli nowe mieszkanie na Telegraph 

Hill będzie dla niej niedogodne ze względu na niepokoją­

cą bliskość domu Joshui Camerona, to przynajmniej jej 

kot będzie miał tu idealne warunki bytowania, pomyślała 

Honey. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

51 

Zatrzymała się przed wejściem do domu i jeszcze raz 

zerknęła na posiadłość Joshui. Miał rację twierdząc, że 

budynek Nell zasłania mu częściowo widok na zatokę. 

Wreszcie Honey znalazła się w mieszkaniu. Składało 

się ono z trzech pokoi. Wypuściła kota z klatki i zaczęła 

oglądać wnętrze, w którym miała spędzić najbliższe 

miesiące. 

Nie wyglądało najlepiej. Było zapuszczone, umeb­

lowane zniszczonymi sprzętami. Wzięła do ręki ścierecz-

kę do kurzu. Kiedy przejechała nią po okiennej ramie, 

ściągnęła warstwę odpadającej farby. Machnęła ręką na 

wstępne porządki. Postanowiła posłać sobie łóżko. 

Mieszkanie, które ostatnio zajmowała, było o wiele 

wygodniejsze. Dwukrotnie większe. Teraz będzie im 

znacznie ciaśniej. Mario będzie musiał sypiać na tap­

czanie stojącym w saloniku. 

Zmieniając pościel, Honey zastanawiała się, jak uda 

się im mieszkać w zgodzie na tak niewielkiej powierz­

chni. Gdzie chłopiec będzie ćwiczył na gitarze? Gdzie 

znajdzie miejsce na parkowanie motocykla? Gdzie będzie 

przyjmował kolegów? Jak uda mu się przeżyć trzy 

miesiące bez grania na bębnie? 

Honey podeszła do okna. Słońce zaszło za dach domu 

Joshui. Przyszły jej nagle na myśl jego słowa, kiedy pytał 

ją, czy decyduje się sprzedać swą duszę diabłu. Miał na 

myśli wówczas, oczywiście, nie duszę kobiety, lecz jej 

ciało. 

Przypomniała sobie także miłe i obezwładniające 

uczucie, które ogarnęło ją, gdy znalazła się w silnych 

ramionach Joshui Camerona. Była przekonana, że w tam­

tej krótkiej chwili nawiązała się między nimi mocna nić 

porozumienia. Zaraz potem jednak Joshua zaczął za­

chowywać się dziwnie. Nie chciał nawet rozmawiać z nią 

przez telefon. Był arogancki. Niegrzeczny. A potem, 

kiedy nakazał policji zatrzymać ją przed swym biurem, 

background image

52 

SZALEŃSTWO HONEY 

zabraniając wejścia do środka, okazał się potwornie 

brutalny. 

Kim w rzeczywistości był Joshua Cameron - czło­

wiek, który w stosunku do córki znienawidzonego czło­

wieka w jednej chwili potrafił być dobry i serdeczny, 

a zaraz potem nieczuły i okrutny? 

Honey zadrżała. Zaczęła się bać. Chyba jeszcze nigdy 

w życiu nie była tak przerażona. Ale klamka zapadła. 

Odwrotu nie było. Za późno, by mogła się wycofać. 

Stawanie w szranki z Joshuą Cameronem i walkę z tym 

niebezpiecznym, bezkompromisowym mężczyzną moż­

na by z powodzeniem przyrównać do skoku w najgłębsze 

i najzimniejsze wody Zatoki San Francisco i poszukiwa­

nia rekina ludojada. 

Na myśl o czekającej konfrontacji Honey zrobiło się 

słabo. Powzięła jednak decyzję i już się nie cofnie. 

Chodzi przecież o rzecz najważniejszą. O los ojca. 

Rozbolała go głowa. Jak zawsze, kiedy rozmawiał 

z córką, a ona użalała się na swą elitarną szkołę, w której 

nauka kosztowała majątek. Tym razem jednak kłopot był 

większy niż zwykle. Joshua oparł się o ścianę. Żałował, że 

nie miał włączonej automatycznej sekretarki. Nie musiał­

by teraz rozmawiać z Heather. 

- Tato, wcale nie słuchasz tego, co do ciebie mówię 

- strofowała go dziewczyna. - Wyrzucili mnie ze szkoły! 

- Heather, porozmawiam z panią Stanton. 

- To nie ma sensu. Jeśli nawet znów zdołasz udob­

ruchać ją, obiecując następną sowitą dotację na rzecz 

szkoły, i tak tutaj dłużej nie zostanę. Nie znoszę tych 

bogatych bachorów. Działają mi na nerwy. Są rozwyd­

rzone i... 

Joshui stanęły przed oczyma własne nędzne szkoły, do 

których musiał uczęszczać. Na samo to wspomnienie 

ogarnęła go wściekłość. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

53 

- Rozwydrzone? Kto to mówi? - ze złością zapytał 

córkę. 

- Musisz zaraz po mnie przyjechać. - Głos Heather 

był ostry i miał nakazujące brzmienie. 

- Nie mogę. Jestem umówiony na szóstą. Mam ważne 

spotkanie. 

- A ja to co? Nie jestem ważna, tatuśku? 

- Oczywiście, że jesteś - przez zaciśnięte zęby odparł 

Joshua. 

Na linii zapanowała nagle głucha cisza. Heather 

odłożyła słuchawkę. 

Och, te przeklęte nastoletnie dzieciaki! Gdyby tylko 

można było je zabutelkować jak wino, odłożyć na półkę 

i poczekać, aż dojrzeją! Joshua westchnął głośno. 

Ze złością rzucił słuchawkę. Wyszedł z pokoju i zbiegł 

po spiralnych schodach. 

Nastawił alarm przeciwwłamaniowy. Potem otworzył 

drzwi prowadzące do garażu i nie zapalając światła 

wsunął się za kierownicę swego sportowego, niskiego 

wozu. Odetchnął głęboko, usiłując się uspokoić po 

rozmowie z córką. Johnny Midnight umiał z nią roz­

mawiać. Miał z dziewczyną lepszy kontakt niż jej własny 

ojciec. 

Jedną ręką uruchomił automatyczne otwieranie drzwi 

garażu, a drugą wykręcił numer Johnny'ego Midnighta na 

telefonie komórkowym. 

- Słuchaj - powiedział, jak zwykle nie tracąc czasu na 

powitanie - Heather wyrzucono ze szkoły. Musisz jechać 

i zabrać ją stamtąd. 

- A co ze spotkaniem w brazylijskich sprawach? 

- zapytał prawnik. 

- Będę musiał poradzić sobie bez ciebie. Umiesz 

lepiej dogadać się z Heather niż ja. 

- Jesteś jej ojcem - przypomniał Johnny. 

- Kiepsko sobie radzę w tej roli - przyznał Joshua. 

background image

54 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Oprócz Heather niczego więcej ci nie zazdroszczę. 

- Jedź więc po nią. 

- Z największą przyjemnością. 

- Wiem, że sam powinienem... 

- Kiedy załatwisz brazylijskie interesy, zaprosisz ją 

na kolację. Pozwolisz Heather samej wybrać restaurację. 

Będzie zachwycona. 

- Dzięki, Johnny. Jestem twoim dłużnikiem. 

- Nie ma o czym mówić. 

- Aha, jeszcze jedno. Kiedy będziesz jechał z Hea­

ther, nie pędź jak wariat. - Joshua wcisnął guzik telefonu 

i przerwał połączenie. W rozmowach z Johnnym Midnigh-

tem nigdy nie używał żadnych zwrotów grzecznościo­

wych. 

Drzwi otwierały się powoli. Do wnętrza garażu prze­

dostał się strumień dziennego światła. Joshua włączał 

właśnie silnik, gdy nagle zauważył jakiś samochód 

zaparkowany na podjeździe. Wielki, niezgrabny i poma­

lowany na tak obrzydliwie krzykliwy zielony kolor, że na 

sam widok robiło się niedobrze. 

- Co, do jasnej cholery... 

Zdezelowany, stalowy potwór całkowicie blokował 

mu wyjazd z garażu. Miał pokraczną sylwetkę, karoserię 

stanowiącą skrzyżowanie chevroleta z buickiem. 

Za wycieraczką ohydnego samochodu tkwiła jakaś 

kartka. 

Joshua chętnie zepchnąłby z drogi tę stojącą przed nim 

kupę złomu, gdyby nie fakt, że była pewnie tak ciężka jak 

czołg Shermana. 

Wysiadł z wozu i wziął do ręki kartkę. 

- Honey Rodriguez - odczytał głośno. 

Do diabła, kim jest ta kobieta? Numer mieszkania, 

który zapisała, wskazywał na to, że jest nową administ-

ratorką w znienawidzonym przez niego domu. A więc 

nowym przeciwnikiem. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

55 

Ze złości Joshua Cameron aż zgrzytnął zębami. 

Zajrzał przez szybę do środka zielonego samochodu. 

Był zapchany po brzegi dużymi pudłami. Ta kobieta tu się 

sprowadza. 

Będzie mieszkała w jego bezpośrednim sąsiedztwie. 

Uśmiechnął się ironicznie. Jeśli będzie dziś bardzo 

gburowaty i da porządnie w kość tej babie, to może od 

razu weźmie nogi za pas i szybko stąd się wyniesie. Po 

rozmowie z córką musiał wyładować na kimś całą 

zgromadzoną złość. 

Podszedł do wejścia i wspiął się na drewniane schody. 

Usłyszał miękki kobiecy głos śpiewający popularną, 

melodyjną pieśń miłosną. 

Niektórzy ludzie nie mają nic do roboty, pomyślał ze 

złością. Podniósł głowę i zobaczył młodą kobietę o buj­

nych, apetycznych kształtach. Ubrana w zielone szorty 

i zielone szpilki, śpiewając, pokonywała z gracją strome 

stopnie. Emanowała z niej radość życia. Była całkowicie 

na luzie. Wesoła i beztroska. 

Joshua zaczął jej się przyglądać i nagle poczuł, że krew 

szybciej krąży mu w żyłach. Atrakcyjna niewiasta nie 

była mu obca. Miała w sobie coś znajomego. 

Czyżby znał tę kobietę? 

Nie, nigdy nie widział jej na oczy. Był o tym 

przekonany. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Josbua Cameron uważnie przyglądał się kobiecie. Już 

na pierwszy rzut oka stwierdził, jaki jest jej ulubiony 

kolor. Miała zielone szorty. Zielone pantofle. I... zielony 

samochód! 

Wiedział, kogo ma przed sobą. Honey Rodriguez! 

Z przyjemnością patrzył na atrakcyjną kobietę. Miała 

obfite kształty. Takie, jakie lubił. Ogarnęło go pod­

niecenie. Niemal zapomniał, że ma natychmiast roz­

prawić się z właścicielką samochodu, który blokował mu 

wyjazd z garażu. 

Przestała śpiewać. Idąc pod górę nagle uklękła obok 

krzewu róży i ujęła w dłonie pachnące żółte kwiecie. 

Każdy jej ruch był powolny, pełen zmysłowego wdzięku. 

Promienie słońca rozjaśniały rude włosy. Oprócz szortów 

miała na sobie bluzkę tej samej barwy. Bawełnianą, 

z długimi rękawami. W uszach połyskiwały długie 

kolczyki. Miała obfity biust i krągłe biodra, lecz wąską 

talię. I zgrabne nogi. 

- Przepraszam - odezwał się znienacka, stając u wy­

lotu schodów. - Czy pani jest nową administratorką domu 

Nell? 

Na dźwięk tych słów aż podskoczyła nerwowo. Pod­

niosła głowę i spojrzała w górę. Nagle na jej twarzy 

ukazał się uśmiech. Promienny. Rozbrajający. 

Joshua ponownie odniósł wrażenie, że ta kobieta nie 

jest mu obca. Jej rysy nie były ładne w konwencjonalnym 

znaczeniu tego słowa. Ożywienie malujące się na sym-

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

57 

patycznej twarzy sprawiało jednak, że mogła zafascynować 

mężczyznę. Z całej postaci emanowało coś szczególnego. 

Joshua nie potrafił oderwać od niej wzroku. Zauważył 

miękkie, pełne wargi i delikatną, jedwabistą skórę. Kiedy 

przeciągnęła nerwowo językiem po zaschniętych war­

gach, poczuł ból w okolicy lędźwi. Było to zdumiewające 

doznanie. Nie do wiary, zareagował fizycznie na widok 

tej kobiety! 

Kiedy podeszła bliżej, nie miał już żadnych wątpliwo­

ści co do jej uroku. Była apetyczna. I podniecająca. Aż za 

bardzo. Nie lubił kobiet tak bardzo działających na 

męskie zmysły. 

- Zadałem pani pytanie - odezwał się ponownie. 

- Słyszałam. Tak. Jestem Honey Rodriguez - odparła 

spokojnie. Głos miała łagodny, lekko drżący. 

Joshui spodobała się jego miękkość. Nadal nie spusz­

czał wzroku z kobiety. Nabrała powietrza do płuc 

i odruchowo przeciągnęła ręką po głowie. Patrzył na 

czerwone ogniki igrające w słońcu na pięknych, rudych 

włosach. Zaczęła w nim topnieć nagromadzona złość. 

- Czy to pani samochód? - zapytał. 

- Ma pan na myśli Bombę? 

Ta nazwa pasowała świetnie do kupy złomu, która 

znajdowała się przed jego garażem. 

- Nie wolno było pani tam parkować. 

- Znalazł pan moją kartkę? 

Zsunęła nieco ciemne okulary i ponad nimi spo­

jrzała na swego rozmówcę, krzywiąc zgrabny nosek. 

Gotów był przysiąc, że zna ten gest! Zobaczył na chwilę 

jej oczy. Były równie piękne jak włosy. Wyraziste i duże, 

zielone, okolone długimi rzęsami. Lekko skośne. W źre­

nicach tańczyły wesołe iskierki. 

Joshua wyobraził sobie tę kobietę leżącą w łóżku, 

z nogami owiniętymi wokół jego ciała i oczyma roz­

palonymi pożądaniem. 

background image

58 

SZALEŃSTWO HONEY 

Zatrzymała się tuż obok. 

Nie, nie jest w moim typie, uznał. Wolał zawsze 

bardziej wyrafinowane i powściągliwe kobiety. 

- Czyżbym zablokowała panu wyjazd z garażu? 

- zapytała z niewinną miną. - Jeśli tak, to przepraszam. 

Zaraz uruchomię silnik i przestawię samochód w inne 

miejsce. 

Na wargach kobiety igrał znów lekki uśmiech, który 

go tak bardzo pociągał. Znad nieco opuszczonych ciem­

nych okularów ponownie popatrzyły na Joshuę pełne 

uroku zielone oczy. 

Zupełnie nie wiadomo czemu stracił nagle całą pew­

ność siebie. Męczyła go przy tym natrętna myśl, że zna tę 

kobietę. Nie, to niemożliwe, uznał wreszcie. Takich oczu 

ani włosów nie potrafiłby zapomnieć. 

- Było mi miło pana poznać, panie... - zawiesiła głos. 

- Cameron - dorzucił. 

- Lubię znać sąsiadów. 

- A ja staram się zawsze ich unikać. 

- Zawsze? 

Honey roześmiała się i wyciągnęła dłoń. Zgrabną. 

Małą i miękką. Lekko drżącą. 

Joshua zignorował wysuniętą rękę, mimo że miał 

wielką ochotę dotknąć skóry kobiety. Zauważył, że się go 

boi. Postanowił więc potraktować Honey Rodriguez 

lepiej, niż początkowo zamierzał. 

Ma czas. Poczeka. Odegra się później, gdy pozna 

więcej słabych punktów i wad tej kobiety. 

- Nell ostrzegała mnie przed panem - odezwała się po 

chwili. 

- Proszę zabrać samochód - polecił uprzejmym, lecz 

stanowczym tonem. Było widać, że ma już dość roz­

mowy. 

- Dobrze, już dobrze, niech pan się nie gniewa 

- poprosiła Honey. Ruszyła powoli w stronę garażu. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

59 

W krótkich szortach szerokie biodra kołysały się 

podniecająco. Odwróciła się i uśmiechnęła. 

- Pójdzie pan ze mną? 

Nabrała pewności siebie, zauważył. 

Nie czekając na odpowiedź, usiadła za kierownicą 

Bomby. Włączyła silnik. Nie zapalił. Spróbowała drugi 

raz. I trzeci. Bezskutecznie. 

Joshua podbiegł do zielonego samochodu. Szarpnął za 

klamkę i otworzył drzwi. 

- Do diabła, co pani wyrabia! Akumulator się wyładu-

je! 

- A może pan spróbuje uruchomić mój samochód? 

- spytała, nie podnosząc głowy. 

Zrobiła mu miejsce za kierownicą. Niewielkie. Nie 

mogła odsunąć się na większą odległość, gdyż na przed­

nim siedzeniu także leżały pudła. . 

Joshua wsiadł do środka. Jego ręka przypadkowo 

musnęła ramię kobiety. Poczuł znajomy dreszcz pod­

niecenia. Odetchnął jednak z ulgą, kiedy szybko się 

odsunęła. 

- Powinna pani lekko wcisnąć nogą gaz. O, tak 

- pouczył. Czuł na sobie spojrzenie zielonych oczu. 

Z nogą na pedale gazu przekręcił kluczyk w stacyjce. 

Silnik nadal nie zapalał. - Coś jest nie w porządku 

- stwierdził ponuro. 

- To fakt - potwierdziła Honey. 

Pociągnął dźwignię otwierającą maskę silnika i wy­

siadł. Jeden rzut oka wystarczył, żeby zobaczyć, dlaczego 

samochód nie dawał się uruchomić. 

- Grzebała tu pani? - zapytał ostrym tonem. 

Milczała. Tylko jej oczy rozszerzyły się jeszcze 

bardziej. Znów Joshua dostrzegł w nich strach. Pochylił 

się i założył na swoje miejsce odłączony przewód. 

- Powinien teraz zapalić - oświadczył, zatrzaskując 

maskę silnika. - Obluzował się jeden przewód. 

background image

60 SZALEŃSTWO HONEY 

- Bardzo panu dziękuję. 

Joshua zorientował się nagle, że kobieta zdążyła już 

wyładować jakieś pudła i postawić je obok samochodu. 

- Co pani wyczynia? - zapytał zirytowanym głosem. 

- Proszę nic nie wyjmować. I natychmiast opuścić to 

miejsce. Muszę zaraz wyprowadzić swój wóz z garażu. 

Spieszę się na umówione spotkanie. 

Honey cofnęła się szybko. Zahaczyła wysokim ob­

casem o nierówność terenu i straciła równowagę. Padając 

na ziemię, puściła pudło, które trzymała przed sobą. 

Rozsypana zawartość zaczęła staczać się po stromym 

podjeździe w kierunku Joshui. Zanim zdążył uskoczyć 

w bok, jakaś duża i ciężka puszka z rączką zrobioną z byle 

jak skręconego drutu uderzyła go w kostkę. 

- Och! -jęknął. 

Honey powoli podniosła się z ziemi. 

Wyswobodził nogawkę ze zwoju drutu, przy okazji 

rozrywając spodnie. 

- Bardzo mi przykro! - powiedziała Honey na widok 

tego, co się stało. 

Podeszła do Joshui. 

- Czy zawsze jest pani taka niezdarna? - zapytał. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Tak - odparła. - Zawsze. Wtedy, kiedy ktoś krzyczy 

na mnie. 

Słowa te wywołały w nim poczucie winy. Zupełnie 

bezsensowne w tej sytuacji. 

Honey dotknęła jego nogi. Odciągnęła brzeg spodni 

i zaczęła przyglądać się kostce. 

Dotyk jej dłoni sprawił, że oddech Joshui stał się 

szybki i nierówny. 

Przytrzymał rękę Honey. 

- Wszystko w porządku. Nic mi się nie stało - oświad­

czył szorstkim głosem. 

- To dobrze. Czy zauważył pan, że podarły się 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

61 

spodnie? - zapytała zaniepokojonym tonem. - Proszę się 

nie martwić. Odkupię panu ubranie... 

- Nie będzie pani na to stać. 

- Ja... 

- Nie ma o czym mówić - warknął, ucinając dyskusję. 

Pomógł Honey zbierać rozrzucone rzeczy. Podniósł 

z ziemi jakąś zieloną szmatkę. Po chwili zorientował się, że 

trzyma w ręku biustonosz. Koronkowy, cienki jak mgiełka. 

Honey podniosła wzrok i spojrzała na Joshuę. 

- Uwielbiam zielony kolor - stwierdziła, jakby gwoli 

wyjaśnienia. 

Bez słowa wpychał do pudła pozbierane rzeczy. Kiedy 

podawała mu stos ręczników, spotkały się ich dłonie. 

Tym razem Honey się nie odsunęła. 

Muszę jej wreszcie kazać, żeby zabrała stąd ten 

przeklęty samochód i natychmiast się wyniosła, po­

stanowił. 

- Pomogę pani zanieść do domu te rzeczy - powie­

dział nieoczekiwanie dla siebie. 

Doszli do drzwi mieszkania. 

- To pudło, które pan niesie, powinno znaleźć się 

w sypialni. Proszę pójść za mną. 

Weszli do małego pokoju. 

- Gdzie postawić? 

- Na łóżku. 

- Dobrze. 

Narzuta też była zielona, podobnie jak koronkowy 

biustonosz, który przed chwilą Joshua trzymał w ręku. Na 

środku łóżka leżał ogromny szary kot. Miał na szyi 

zieloną obrożę. 

- Zwierzę też ubiera pani na zielono - zauważył. 

- Mówiłam już panu, mam słabość do tego koloru. 

Jestem ponadto okropnie roztrzepana. I przepadam za 

czekoladkami, długim leżeniem w wannie w niedzielne 

popołudnia oraz... 

background image

62 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Ja także lubię czekoladę. - Nie spuszczając wzroku 

ze swej rozmówczyni, dodał: - Jest pani bardzo ładna. 

Odwróciła głowę. 

Stary, co ty wyczyniasz? Zwolnij tempo, upomniał 

samego siebie Joshua. 

Położył pudło na łóżku. Ugięło się pod ciężarem. 

Obudziło to kota. Poruszył się leniwie, przeciągnął 

i zaczął pomrukiwać. 

- Zakłóciliśmy mu odpoczynek - stwierdził Joshua. 

- Aha, widzę, że zauważył pan kota. Poznajcie się. 

Ma pan przed sobą Klawego Faceta. - Honey dokonała 

prezentacji. 

Szare duże zwierzę i mężczyzna popatrzyli niechętnie 

na siebie. Joshua nie znosił kotów, lecz nie zamierzał do 

tego się przyznać. 

- Dziękuję za pomoc - odezwała się Honey. - Wcale 

się jej po panu nie spodziewałam. - Zamilkła na chwilę. 

- Jest pan... jest pan inny, niż sądziłam. 

Znów miał przed oczyma zielony biustonosz tej 

kobiety. Zapragnął nagle rzucić ją na zielone łóżko 

i posiąść. Kochać się z nią długo i namiętnie. 

Honey musiała chyba odczytać myśli Joshui, bo 

odsunęła się szybko, wycofała z sypialni i wyszła przed 

dom. 

Dogonił ją, gdy znalazła się na werandzie. 

- Tutaj mieszkał poprzedni administrator domu Nell 

- stwierdził. 

- Teraz zajmę jego miejsce. Tylko na lato. 

- Nie dotrwa tu pani do końca sezonu. Zamierzam 

kupić tę ruinę i natychmiast ją zburzyć. 

- A co stanie się z lokatorami? 

- Niech robią, co chcą. To nie mój interes. - Joshua 

odwrócił głowę, aby uniknąć przenikliwego wzroku Honey. 

- Ale mój - stwierdziła miękkim głosem. - Obchodzi 

mnie los tych ludzi. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

63 

- Niech pani da spokój i przestanie mi się przeciw­

stawiać. - Spojrzał na nią ponurym wzrokiem. - Żaden 

opór na nic się nie zda. Miażdżę ludzi, którzy stają mi na 

drodze. 

Zobaczył nagły, ostry błysk zielonych oczu, a zaraz 

potem sztywny, wymuszony uśmiech kobiety. 

- A więc w jaki sposób trzeba się przed panem 

bronić? - zapytała spokojnie. 

- Nie ma takiego sposobu - odparł z brutalną szczero­

ścią. 

Nie odezwała się, lecz znów rozbłysły na chwilę jej oczy. 

- Cieszę się, że już to sobie wyjaśniliśmy - dodał. 

- A może uda mi się przekonać pana do zmiany 

stanowiska? Czy nie przyszło to panu do głowy? 

- O co pani chodzi? - Pytanie Joshui do złudzenia 

przypominało warknięcie. 

- Wydaje mi się... - zaczęła niepewnie - wydaje mi 

się, że w gruncie rzeczy, gdzieś głęboko, w środku, nie 

jest pan aż tak złym człowiekiem, za jakiego chce pan 

uchodzić. Powiedziano mi, że zatruł pan życie dotych­

czasowym administratorom domu Nell i zmusił ich do 

porzucenia pracy. 

- O co pani właściwie chodzi? - ponowił pytanie. 

- Postanowiłam jak najszybciej poznać osobiście 

Joshuę Camerona. I dlatego rozmyślnie zaparkowałam 

samochód przed pańskim garażem. 

- Co takiego?! 

Uśmiechnęła się lekko. 

- Chciałam poznać pana. 

- Rozumiem. Żeby zatruć mi życie. 

- Obiecuję solennie, że powstrzymam pańskie zapę­

dy. Metody, które pan stosuje, są do luftu. Nie jest pan 

nadczłowiekiem. Ma pan podobne słabości jak inni 

ludzie. I podobne obawy. 

- Nic pani nie wie o mnie. 

background image

64 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Wiem więcej, niż panu się wydaje. - Honey 

nabierała śmiałości. - Każdy człowiek czegoś się obawia, 

panie Cameron. Nawet... - urwała, drżąc lekko. Jej 

spojrzenie prześlizgnęło się po ciemnej, pobrużdżonej 

twarzy stojącego obok mężczyzny. - Nawet tak bez­

względny jak pan. Despota i tyran. 

- Uważa mnie pani za despotę i tyrana? - zapytał, 

zachowując spokój. 

- Sam pan przed chwilą potwierdził moje domysły. 

Nell też jest o panu takiego zdania. Ja... ja jednak 

uważam, że potrafi pan być dobry i miły, jeśli zechce. 

- A pani postanowiła tak mną manipulować, żebym 

okazał się dobry i miły? Czy stało się to pani życiowym 

powołaniem? 

- Nie chodzi o manipulowanie. To niewłaściwe okre­

ślenie. 

- Przecież to jasne, że się nie zmienię. Tego pani nie 

sprawi. 

W promieniach nisko stojącego na niebie słońca włosy 

Honey zaczęły płonąć. Jej pełne, zmysłowe usta były 

wygięte w kuszącym uśmiechu. 

Joshua poczuł, że brak mu powietrza. Musiał ode­

tchnąć głęboko. 

- Ma pani źle w głowie. 

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Wyglądała tak ponęt­

nie, że nie potrafił dłużej rozmawiać spokojnie. Dusił się, 

brakowało mu słów. 

Co gorsza, nagle uprzytomnił sobie, że zdążył już 

polubić tę kobietę. 

Mimo że była jego przeciwnikiem. Administratorką 

znienawidzonego domu, który zamierzał zmieść z powie­

rzchni ziemi. 

Ponadto Honey Rodriguez była biedna. Dobrze wie­

dział, co to ubóstwo i na co stać ludzi, którzy chcą zdobyć 

pieniądze. Z tego powodu uganiało się za nim wiele 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

65 

kobiet. Wiedział świetnie, dlaczego to robią, i nie dawał 

się wykorzystywać. Był zawsze górą. Porzucał kochanki, 

kiedy tylko przyszła mu na to ochota. 

- Jesteśmy przeciwnikami - przypomniała Honey. 

Kosmyk przepysznych, rudych włosów opadł jej na 

policzek. Wyglądała ślicznie. 

Joshua nie mógł oderwać wzroku od wydatnych, 

zmysłowych ust. 

- Kobieto, jeśli masz choć trochę oleju w głowie, 

bierz nogi na pas i uciekaj. Ze mną nie wygrasz. Nigdy. 

Zapamiętaj to sobie. Raz na zawsze - powiedział ostrze­

gawczym tonem. 

- Wiem, że czasami zachowuję się głupio - przyznała 

Honey. - Ale dostałam tutaj pracę i muszę robić to, co do 

mnie należy. 

Nagle poczuła, że traci rezon. Potężna sylwetka 

stojącego obok mężczyzny działała przytłaczająco. Rzu­

ciła nerwowo okiem w stronę Filbert Steps. Postanowiła 

uciekać. Ruszyła szybko w stronę drewnianych schodów, 

lecz Joshua był szybszy. 

Złapał ją za nadgarstki i przycisnął do ściany budynku. 

- Przecież powiedział pan, żebym uciekała - używa­

jąc wybiegu, tłumaczyła zdyszanym głosem. 

Kobiety garnęły się do niego. Były łatwe. Czasami 

nawet musiał się od nich opędzać. Teraz jednak ogarnęło 

go jakieś dziwne, dotychczas nie znane uczucie. Ujawnił 

się instynkt posiadania. 

- Jesteś zbyt ponętna, by ci się oprzeć - powiedział, 

nie puszczając Honey. 

Zacisnęła pięści i zaczęła energicznie odpychać nimi 

Joshuę. W pociemniałych zielonych oczach rozbłysła złość. 

Przycisnął Honey mocno do siebie. Dotykał jej teraz 

prawie całym ciałem. Ogarnęło go silne podniecenie. 

Opanował je szybko i spokojnym głosem zwrócił się do 

kobiety uwięzionej w jego ramionach: 

background image

66 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Nie bój się, Honey. Nie zrobię ci krzywdy. 

Przestała się wyrywać. Znieruchomiała. 

Milczeli oboje. 

Szorstkim palcem przeciągnął po jej policzku. 

- Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z taką 

kobietą jak ty - stwierdził spokojnie. 

W oczach Honey ukazał się nagły strach. Jak zahip­

notyzowana patrzyła na usta Joshui przybliżające się do 

jej warg. Kiedy ją pocałował, powoli założyła mu ręce na 

ramiona i objęła go za szyję. 

Wsunął język w głąb lekko rozwartych, zmysłowych 

ust. Smakowały wyśmienicie. Ta kobieta była fascynują­

ca. Emanowała radością życia. Miała w sobie niezwykłą 

świeżość. Od jednego pocałunku krew zaczęła w nim 

szybko krążyć i palić jak ogień. 

Chciał natychmiast posiąść tę kobietę. Wnieść do 

mieszkania, rozebrać do naga i rzucić na łóżko. Wiedział, że 

ma zachwycające ciało. Znacznie ładniejsze niż wszystkie 

wypielęgnowane i eleganckie kobiety o figurach jak 

z żurnala, z którymi sypiał od lat, kiedy tylko zechciał. 

Mimo że aż drżał z podniecenia, wypuścił jednak 

apetyczną zdobycz. Pozwolił Honey wyswobodzić się 

z jego objęć. 

Do diabła, co się z nim dzieje? Jeszcze nigdy tak się nie 

czuł przy żadnej kobiecie. Honey Rodriguez rozbudziła 

go. Ożywiła zmysły. Odetchnął głęboko. 

- Co to było? - zapytał spokojnym głosem. 

Pod zaszokowaną Honey z wrażenia ugięły się nogi. 

Oparła się o ścianę i roześmiała. Nerwowo, histerycznie. 

- To był przejaw zwierzęcego pociągu fizycznego 

- odparła lekko. - Nigdy nie wierzyłam, że coś takiego 

w ogóle istnieje. 

To było znacznie więcej niż tylko zwierzęcy pociąg 

fizyczny, uznał Joshua. 

- Niebezpieczna zabawa - mruknął pod nosem, prze-

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

67 

suwając lekko palcem po rozchylonych wargach Honey. 

Oboje zadrżeli. 

- Panie Cameron - odezwała się po chwili -jest pan 

ostatnim człowiekiem, do którego chciałabym odczuwać 

jakikolwiek pociąg. 

- Sympatyczna z pani kobieta - warknął z ironią. 

- Wiem, co taki człowiek jak pan myśli teraz o mnie. 

- Taki człowiek jak ja... - powtórzył. Ogarnęła go 

złość. Zarówno na Honey, jak i na Nell, która z pewnością 

obgadała go i zrobiła z niego potwora. 

- Nigdy w życiu nie odczuwałam czegoś podobnego. 

- Ja też - przyznał. 

Patrzył na Honey i mimo złości, która go ogarnęła, 

nadal jej pragnął. 

- Nie chcę, żeby się to powtórzyło - oświadczyła 

mocnym głosem. 

- Podobnie jak ja. - Odgarnął kosmyk włosów opada­

jących na czoło. - Jeśli ma pani choć odrobinę rozsądku, 

będzie pani trzymała się z dala ode mnie. 

- Dlatego, że ma pan nieszlachetne zamiary? 

- Nic, co mnie dotyczy, nie jest szlachetne. Zapamię­

taj to sobie, Honey Rodriguez. 

- Czy zawsze ostrzega pan kobiety, żeby trzymały się 

z daleka? - zapytała. 

- Nie. Znajdź sobie na lato inne zajęcie. I wynoś się 

stąd. Natychmiast. 

- To niemożliwe. 

- Uprzedzam, że zawsze osiągam to, czego zechcę. 

Teraz pragnę ciebie. Ale nie jesteś w moim typie, więc 

zainteresowanie twoją osobą okaże się pewnie krótko­

trwałe. 

- Mówił pan, że się spieszy. Na jakieś spotkanie. 

Przepraszam, że tak długo pana zatrzymywałam. 

- Nic złego się nie stało. Wręcz przeciwnie. - Uśmie­

chnął się krzywo. 

background image

68 SZALEŃSTWO HONEY 

Honey poszła w stronę schodów. Zaraz za nią ruszył 

Joshua. 

Kiedy schodzili wzdłuż stromego zbocza, zrobił coś 

bardzo dziwnego. W pewnej chwili pochylił się i zerwał 

z krzaka żółtą różę, tę samą, którą przedtem podziwiała 

Honey, i wręczył jej. 

- Nie powinien pan zrywać kwiatów - upomniała go 

Honey drżącym głosem. - Szybko więdną. Niech inni 

ludzie także cieszą się ich widokiem. 

- Zrywałem w życiu wiele kwiatów, których nawet 

dotykać nie należało - powiedział, wykrzywiwszy wargi. 

- Robiłem to tylko dla własnej przyjemności. Nigdy dla 

cudzej. 

Honey milczała. Wyczuła, że Joshua ma na myśli nie 

tylko kwiaty. 

- Pani Rodriguez, czy naprawdę sądzi pani, że czło­

wiek może się zmienić? - zapytał nagle. 

- Tak. Pod warunkiem, że sam tego zechce - odparła 

z przekonaniem. 

- W przeciwieństwie do mnie nie jest pani cyniczna. 

- I to mi odpowiada. 

Znów zachował się nietypowo dla siebie. Z obcą 

kobietą zaczął prowadzić rozmowę na dość osobiste 

tematy. 

- Przed naszym spotkaniem - odezwał się po chwili 

- kiedy znalazłem kartkę za wycieraczką samochodu 

należącego do pani, byłem przygnębiony. 

- Zakłóciłam panu spokój? 

- Nie o to chodzi. Dzisiaj usunięto ze szkoły moją 

nastoletnią córkę za nieodpowiednie zachowanie - grobo­

wym głosem obwieścił Joshua. 

- Dzieciakom to się zdarza - skomentowała Honey. 

- Byłem dumny jak paw, gdy Heather znalazła się 

w tak renomowanej szkole. Dzisiaj jednak, po tym, co tam 

zrobiła, miałem ochotę skręcić jej kark - wyznał ponuro. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

69 

- To normalna reakcja rodzica. Szybko przestanie pan 

gniewać się na córkę. I niech pan będzie pobłażliwy 

i serdeczny. I dowie się, co ją trapi. 

Doszli do samochodu. Honey usiadła za kierownicą 

Bomby. 

- Nie potrafię rozmawiać spokojnie z córką - mówił 

dalej Joshua. - Mam z nią kiepski kontakt. Niewiele czasu 

spędzamy razem. - Spojrzał na swą rozmówczynię. 

- Wygląda pani na osobę, która dobrze radzi sobie 

z dzieciakami. Mnie wychowywała ulica. Dlatego teraz 

za wszelką cenę usiłuję dać córce to wszystko, czego sam 

nigdy nie miałem. A ona tego nie docenia i pozwala sobie 

na różne wybryki. 

- Normalna reakcja nastolatków - stwierdziła Honey. 

- Panie Cameron, powinien pan koniecznie nawiązać 

kontakt psychiczny z dzieckiem i zaufać mu. A ponadto 

dobrze je traktować. To bardzo ważne. Nie wolno 

rozkładać rąk i rezygnować. 

- Nigdy się nie poddaję. 

Honey uruchomiła silnik i spojrzała na swego roz­

mówcę. 

- Ja też nie - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. 

- Mam nadzieję, że przyjęła pani do wiadomości 

ostrzeżenie i będzie się trzymała ode mnie z daleka. 

- Do zobaczenia, panie Cameron - powiedziała spo­

kojnie. 

- Proszę mówić mi po imieniu - zaproponował 

ciepłym głosem. 

- A więc do zobaczenia, Joshua - powtórzyła miękko. 

Ogarnęła go nagle fala szczęścia. Nie potrafił oprzeć 

się pokusie. Była zbyt silna. Wsunął głowę do samochodu 

i zbliżył usta do warg Honey. Całował delikatnie, lecz 

zaborczo. 

Po chwili odsunęli się od siebie. Teraz oboje obawiali się 

siebie i własnych reakcji jeszcze bardziej niż poprzednio. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Johnny, daj mi wykaz nieszczęśliwych wypadków, 

które ostatnio wydarzyły się na budowie. - Joshua 

Cameron stał na górnym pomoście wznoszonego przy 

hotelu wieżowca. Zręcznie przesadził ogrodzenie z siatki 

i popatrzył w dół na zniszczoną ścianę i uszkodzony 

dźwig. 

- Dzięki Bogu, ludziom nic się nie stało - odparł 

Johnny Midnight. - Mieliśmy cholernie dużo szczęścia. 

Kiedy opadł wysięgnik, robotników już w pobliżu nie 

było. Właśnie skończyli pracę. 

Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie bez słowa. W ich 

oczach odmalowała się ulga. 

Godzinę później, siedząc za biurkiem, Joshua usiłował 

śledzić rozmowę prawnika i architekta o bieżących 

sprawach budowy. Skupienie uwagi przychodziło mu 

z trudnością. Co gorsza, stan taki trwał od dłuższego 

czasu. Od tygodnia. 

Gdy obaj mężczyźni opuścili gabinet, wstał powoli zza 

biurka i podszedł do okna. Rozciągał się przed nim 

wspaniały widok. W mgle podnoszącej się z wód Pacyfi­

ku niknął Golden Gate Bridge. Tęsknym wzrokiem 

Joshua spoglądał na pływające żaglówki. Zapragnął 

znaleźć się na morzu. Chciał poczuć na twarzy ostry 

powiew zimnego, słonego wiatru. Nigdy jednak w środku 

tygodnia nie pozwalał sobie na żadne rozrywki. 

Teraz czuł się źle. Zdesperowany, przeciągnął palcami 

po włosach. W swym przeszklonym, wspaniałym gabine-

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

71 

cie poczuł się nagle jak w klatce. Brakowało mu powiet­

rza. Od tygodnia, to znaczy od dnia, w którym na jego 

drodze stanęła Honey Rodriguez, bez przerwy o niej 

myślał. Od tamtej pory nie mógł znaleźć sobie miejsca. 

Nie potrafił skupić się na żadnej pracy. 

Nową administratorkę sąsiedniego domu widział tylko 

raz. Od pamiętnego, pierwszego spotkania unikała go 

starannie. Robiła dokładnie to, co jej zalecił. Trzymała się 

z daleka. 

Do licha, dlaczego ciągle myślał o tej kobiecie? Jej 

uśmiech prześladował go całymi godzinami. Czemu nie 

potrafił skoncentrować się na pracy? Dlaczego od tygo­

dnia jeździł po całym Telegraph Hill i przyglądał się 

zaparkowanym samochodom, wypatrując dużego, dziwa­

cznego, zielonego wozu? Czyżby zwariował? I dlaczego 

przez cały czas miał dziwne przeświadczenie, że już 

wcześniej spotkał tę kobietę? 

Musiał mieć naprawdę źle w głowie, że dopuścił 

do tego, by Honey Rodriguez bez przerwy zaprzątała 

jego myśli. Miał ciężki tydzień. Wypadek i kłopoty 

techniczne przy rozbudowie hotelu. Trudności przy 

sfinalizowaniu brazylijskiego projektu. Przejmowanie 

hoteli Wyatta też szło jak po grudzie. Dzisiaj do­

wiedział się, że żona Huntera uniemożliwiła mu wykup 

dalszych akcji firmy i że on swego pakietu nie zwię­

kszy. 

Był zaskoczony, że niedoświadczona w interesach 

pani Wyatt zdobyła się na odważne posunięcie. Jakim 

cudem zdobyła dodatkowe pieniądze, znalazła partnera 

i sfinansowała zakup w Vegas podupadającego hotelu 

z kasynem? Joshua zachodził w głowę, jak to się stało. 

Miał jednak małe szanse, żeby poznać odpowiedź na 

nurtujące go pytania. Sam był już właścicielem mak­

symalnej liczby kasyn, na jaką zezwalały przepisy. Nie 

mógł więc przejąć żadnego hotelu Wyatta, chyba że 

background image

72 

SZALEŃSTWO HONEY 

sprzedałby wcześniej któreś ze swych świetnie pro­

sperujących kasyn. 

A więc ekspansja Joshui została zastopowana. I to 

przez kogo? Przez kobietę! Groźby Cecilii, córki Huntera 

Wyatta, zaczynały się spełniać. 

Na dodatek, własna córka dawała mu coraz dotkliwiej 

do wiwatu. Zmieniała życie w prawdziwe piekło. Od 

kiedy Johnny Midnight przywiózł Heather ze szkoły na 

stałe do domu, złościła się i bez przerwy przeciwstawiała 

ojcu. Ze wszystkiego robiła problemy. Jeszcze większe 

niż wtedy, kiedy opuściła ją matka. 

Przed dwoma dniami Joshua nie wytrzymał i skrzy­

czał córkę za to, że całymi nocami siedzi przed telewi­

zorem. Doszło do głośnej awantury. Nie mógł spokoj­

nie patrzeć na postępowanie dziewczyny. Sypiała do 

południa, słuchała okropnej muzyki lub rozmawiała 

godzinami przez telefon. I w ten sposób spędzała czas. 

Kiedy zaproponował, że zatrudni ją w firmie, odmówi­

ła. 

Zgnębiony Joshua postanowił posłać Heather do let­

niej szkoły. Zgodziła się po długich namowach, stawiając 

warunek, że ona sama wybierze miejsce nauczania. 

Oczywiście, postąpiła bezsensownie. Zdecydowała się 

pójść do pierwszej z brzegu, kiepskiej szkoły. Tylko 

dlatego, że znajdowała się w pobliżu domu. Heather 

lubiła chodzić po okolicy i nawiązywać znajomości 

z przeróżnymi ludźmi mieszkającymi w sąsiedztwie. 

Joshua odpędził przykre myśli o córce. Wrócił do 

biurka i ponownie usiłował skoncentrować się na pracy. 

Nie udało się skończyć jej przed siódmą. Zły, wepchnął 

do teczki rysunki konstrukcyjne modernizowanego hote­

lu i pojechał do domu. 

Zjadł samotnie marną kolację. Przeszedł potem do 

gabinetu i zabrał się do pracy. Zanim przeczytał kilka 

sprawozdań, w drzwiach pokoju stanęła Heather. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

73 

- Tato, wiem, że nie chcesz mnie widzieć - zaczęła 

smutnym głosem. 

Podniósł wzrok znad dokumentów rozłożonych na 

biurku i popatrzył na córkę. Z długimi, przetłuszczonymi, 

opadającymi na ramiona włosami, w czarnej bawełnianej 

koszulce i czarnych szortach wyglądała okropnie. Joshua 

nie znosił dziewcząt ubranych na czarno. Heather nie 

miała za grosz dobrego smaku. 

Potrzebna jej matka, pomyślał. Zrobiłaby coś z ubra­

niem, z okropnymi włosami. Pomogłaby także córce 

w innych dziewczyńskich sprawach. 

- Wiem, że ci przeszkadzam - powtórzyła Heather od 

progu. 

- Usiłuję pracować - wyjaśnił kwaśno, ledwie panu­

jąc nad ogarniającym go rozdrażnieniem. 

- Od kiedy odeszła mama, ciągle ci zawadzam. - Usta 

dziewczynki wygięły się w podkówkę. - Jestem niepo­

trzebna. 

Joshua zacisnął zęby. On sam czuł się podobnie, ale 

przecież nie mógł przyznać się do tego córce. Milczał. 

Odłożył ołówek i przeciągnął palcami po włosach. 

- Powiedz, dlaczego mama mnie zostawiła, urodziła 

nowe dziecko i w ogóle nie chce mnie u siebie widzieć? 

- nadal pytała rozżalona Heather. 

Do diabła, przecież Monika uciekła z innym mężczyz­

ną! 

Pełne goryczy słowa córki wywołały nową falę złości 

Joshui na żonę. 

- Tato... - dziewczynka nie dawała za wygraną. 

- Na litość boską, daj mi wreszcie spokój! - warknął. 

- Przestań zadawać pytania na temat matki. 

- Nigdy nie chcesz o niej rozmawiać. 

Popatrzył bez słowa na córkę. 

- Tato, a czy ty kiedykolwiek kochałeś mamę? - za­

pytała. 

background image

74 

SZALEŃSTWO HONEY 

Odsunął się z krzesłem od biurka. Wstał. Przeszedł 

przez pokój. Otworzył szerokie drzwi i wyszedł na 

przestronny balkon. Poczuł na twarzy powiew zimnego 

powietrza, przesyconego solą i niosącego zapach mo­

rza. 

Zacisnął ręce na balustradzie. Heather przywołała 

bolesne wspomnienia związane z byłą żoną. Prawda była 

gorzka. Z Moniką ożenił się dla pieniędzy oraz ze 

względu na jej wysoką pozycję społeczną i rozległe 

rodzinne koneksje. Postawił na swe małżeństwo i starał 

się być dobrym mężem. Żoną jego została jednak roz­

puszczona, zepsuta dziewczyna, która miała za nic 

ambitnego, pracowitego chłopaka z niskich sfer i dawała 

mu to ciągle do zrozumienia. Kariera życiowa była dla 

nich czymś ważnym, lecz oboje pojmowali ją inaczej. 

Monika nie mogła zrozumieć, dlaczego Joshua zaharo-

wuje się na śmierć, mimo że mają pieniądze. 

Bez przerwy wytykała mu brak czasu i chęci uczest­

niczenia w przyjęciach, niedostatek towarzyskiej ogłady, 

dorobkiewiczostwo i wiele innych rzeczy. Ich drogi 

szybko się rozeszły. Zaraz po urodzeniu się córki. 

Monika rzuciła Joshuę dla mężczyzny z wyższych 

sfer. Pochodzącego z jej środowiska i mającego dobre, bo 

stare pieniądze. 

- W przeciwieństwie do ciebie on ma prawdziwą 

klasę - rzuciła w twarz mężowi, pakując walizki do 

bagażnika. - Ty nadal jesteś nikim. Może kiedyś się 

przekonasz, że pieniądze to nie wszystko. 

Heather wyszła na balkon i stanęła obok ojca. 

Joshua westchnął głęboko. Monika odeszła. Założyła 

nową rodzinę. A on sam musi zapomnieć o przeszłości 

i zacząć prowadzić spokojne życie. Heather nie zamierza­

ła rezygnować. 

- Tato, dlaczego mama od nas odeszła? - ponowiła 

pytanie. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

75 

- Ze względu na mnie - mruknął ze złością. - Uważa­

ła, że śmierdzę rynsztokiem, w którym wyrosłem. 

- Nie mogła tak o tobie pomyśleć! - Heather stanęła 

w obronie matki. - A dlaczego ty nie zachowujesz się 

jak... jak prawdziwy ojciec? Johnny Midnight jest dla 

mnie o wiele lepszy! 

Bo nie umiem postępować z dzieciakami, przyznał 

w myśli Joshua. Johnny jest inny. On potrafi. 

- Bywasz dla mnie opryskliwy i przykry. Zawsze. 

- Heather dalej oskarżała ojca. 

- Do diabła, a czy wiesz, jakie ja mam z tobą kłopoty? 

- wybuchnął. - Ile muszę znosić przez ciebie? 

- Tato, nie chcę sprawiać ci przykrości. Ale proszę, 

nie usuwaj mnie ze swego życia. Pragnę być blisko ciebie. 

Po policzku Heather potoczyła się łza. 

Dziewczynka pragnęła teraz znaleźć ukojenie w ra­

mionach ojca. Lecz zgorzkniały Joshua nadal stał bez 

ruchu i tępym wzrokiem patrzył na córkę. 

Cofnęła się, zaczęła głośno łkać, a potem odwróciła się 

i wybiegła z pokoju. 

- Heather! - znękanym głosem zawołał Joshua. 

Ruszył za córką w dół schodów. Wpadła do swego 

pokoju i z hukiem zatrzasnęła drzwi. Nie było sensu iść 

teraz do Heather. Joshua był kiepskim ojcem i zdawał 

sobie z tego sprawę. Nagle pomyślał o Honey Rodriguez. 

Ta kobieta na pewno potrafiła postępować z dzieciakami. 

Miła i współczująca, z pewnością umiałaby cierpliwie 

wysłuchiwać zwierzeń. 

Do diabła z tą kobietą! Miał jej za złe, że od spotkania 

przed domem na Telegraph Hill unikała go jak ognia. 

Podszedł do biurka i popatrzył tępo na rozłożone 

rysunki techniczne. Nie potrafił myśleć o pracy. Marzył 

tylko o jednym. Żeby znów zobaczyć Honey. 

Rozzłościła go ta myśl. Zaklął głośno. Wyszedł znów 

na balkon. Spojrzał w dół stromego zbocza. Pod jego 

background image

76 

SZALEŃSTWO HONEY 

stopami ciągnęły się ogrody. Na drewnianych schodach 

przy rozłożystej palmie dostrzegł obejmującą się parę. 

Powoli przesunął wzrok i zatrzymał go na budynku 

należącym do Nell. Odszukał okna Honey. 

Paliło się u niej światło! Na ten widok serce pod­

skoczyło Joshui do gardła. 

Wstrzymał oddech, kiedy zaraz potem w oknie ukaza­

ła się jej sylwetka. Zdawało mu się, że patrzy na jego dom. 

I w ciemnościach odkryła właściciela. Po chwili zaciąg­

nęła zasłonę. 

Joshua nadal nie spuszczał wzroku z oświetlonego 

okna. Przejrzysta zasłona umożliwiała śledzenie ruchów 

kobiety znajdującej się w pokoju. Po chwili jej postać 

stała się znów dobrze widoczna. 

Honey Rodriguez zamierzała iść spać. Stojąc przy 

oknie, zaczęła się rozbierać. 

Joshua widział, jak ściąga bluzkę i rzuca beztrosko na 

podłogę. Potem powoli, leniwie przeciąga szczotką po 

włosach. Chwilę później rozpięła biustonosz. 

Na widok niczym nie skrępowanych piersi Joshua 

zaczął tracić zmysły. Aż do bólu pragnął dotknąć ak­

samitnej skóry półnagiej kobiety. Mignął mu przed 

oczyma ponętny zarys jej brzucha i kształtne, pełne 

biodra. Samo wspomnienie pocałunku, który przed tygo­

dniem złożył na wargach Honey, sprawiło, że przeszył go 

ostry dreszcz. 

Chciał krzyknąć. Pragnął zawołać do stojącej przy 

oknie kobiety i usłyszeć jej głos. Pragnął rozmowy. 

Honey Rodriguez była mu teraz niezbędna. 

Oprzytomniał dopiero wtedy, kiedy zgasiła światło. 

Nie miał po co dłużej stać na balkonie. Wszedł do pokoju 

i popatrzył na telefon stojący na biurku. Zadzwonić? 

Joshua wahał się przez chwilę. Potem zacisnął palce na 

słuchawce. Wysunął szufladę i wyjął wąski, czarny notes. 

Wykręcił numer. Ale należący nie do Honey Rod-

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

77 

riguez, lecz do Simone, aktualnej kochanki. Umówił się 

z nią na następny wieczór. Miał nadzieję, że zbliżenie 

seksualne pozwoli mu zapomnieć o kobiecie, której 

naprawdę pragnął. 

Spotkanie z kochanką okazało się fiaskiem. Fatalnym 

zakończeniem kiepskiego tygodnia. Po kolacji Joshua nie 

poszedł z Simone do łóżka, lecz oświadczył jej, że muszą 

się rozstać. Następnego ranka polecił sekretarce kupić 

diamentowy naszyjnik i z pożegnalnym bilecikiem wy­

słać Simone. 

Zadzwoniła od razu po otrzymaniu kosztownego 

prezentu. Bez żadnych podziękowań zapytała lekko 

rozbawionym głosem: 

- Kim jest ta szczęśliwa dziewczyna? 

- Heather wróciła na stałe do domu. 

- Nie mam na myśli twojej córki. 

- To o co ci chodzi? 

- Ostatnio się zmieniłeś. Stałeś się inny niż poprzed­

nio. Jestem pewna, że to wpływ jakiejś kobiety. Czyżby 

tym razem trafiła kosa na kamień? - Odkładając słuchaw­

kę Simone wybuchnęła głośnym, gardłowym śmiechem. 

W poniedziałek rano Joshua raźnym krokiem wszedł 

do gabinetu, przysięgając sobie, że już nigdy więcej 

żadna kobieta nie zakłóci mu spokoju ducha. Gdy 

znalazł się za biurkiem, rzucił okiem na zegarek. 

Johnny Midnight się spóźniał. Mieli obaj przedys­

kutować sprawy związane z przejęciem firmy Wyatta. 

Z sekretariatu dobiegał rozbawiony głos sekretarki. 

Był to znak, że Johnny się zjawił. Zawsze był miły dla 

kobiet. Sam jednak od lat nie miał stałej partnerki i żył 

samotnie. 

Prawnik z wesołą miną wszedł do gabinetu. W ręku 

trzymał szklankę coli z lodem. Na widok ponurej miny 

szefa natychmiast spoważniał. Odstawił drinka na stolik. 

- Spóźniłeś się - warknął Joshua. 

background image

78 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Przyskrzynił mnie gliniarz. Musiałem zapłacić 

mandat i wysłuchać długiego kazania. - Johnny zdjął 

skórzaną kurtkę i rzucił na oparcie krzesła. Odwrócił się 

do młodego chłopaka stojącego w drzwiach. - Podejdź. 

Nie bój się. Pan Cameron jest już po śniadaniu, więc cię 

nie zje - zażartował. 

Chłopak był wysoki. Brudny i nędznie ubrany. Trzy­

mał ręce w kieszeniach i patrzył spode łba. Wyglądał 

okropnie. Miał podbite oko, przeciętą wargę i spuchnięty 

policzek. 

- To jest Tito Pascale - przedstawił go Johnny. 

- Pracuje u nas. Jest świetnym spawaczem. Mieszka w tej 

samej dzielnicy, z której się wywodzimy. 

- A co to mnie obchodzi? - warknął Joshua. - Mów 

wreszcie, do diabła, po co go tu przyprowadziłeś. 

- Tito prosi o parę dni zwolnienia. Zachorowała mu 

matka. 

- Prowadzę firmę, a nie instytucję charytatywną. Na 

budowie mamy opóźnienia. Wiesz dobrze, Johnny, że 

takich próśb nie uwzględniam. 

- To bardzo ważna sprawa! - wybuchnął nagle 

dotychczas milczący chłopak. - Panie Cameron, są mi 

potrzebne dwa dni urlopu. Lubię moją pracę i bardzo ją 

cenię. Nie chcę jej stracić. Ale moja matka... 

- Nie wciągaj w to matki - upomniał go Joshua. 

- Biłeś się. Wpadłeś w jakieś tarapaty. O co naprawdę 

chodzi? 

Tito Pascale popatrzył na obu mężczyzn zgnębionym 

wzrokiem. 

- Nie mogę panu powiedzieć. To sprawa osobista. 

Panie Cameron, proszę o pomoc. Niech pan mi zaufa. 

- Nie mam zwyczaju pomagać nikomu. - Głos szefa 

firmy zabrzmiał nieprzyjaźnie. 

- Taki bogacz jak pan już dawno zdążył zapomnieć, co 

to bieda! - wybuchnął nagle zdenerwowany Tito Pascale. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 79 

Joshua poczuł na sobie palące, nienawistne spo­

jrzenie młodego człowieka. 

- Nie - powiedział cicho. - Nie zapomniałem. 

- Panie Cameron, w ciągu dwu dni muszę znaleźć 

nowy kąt dla matki. Ojczym znów ją pobił. Znacznie 

dotkliwiej niż mnie. Zabrał nam cały dobytek. A teraz 

zagroził, że wróci z bronią i zabije matkę. Za wszelką 

cenę muszę powstrzymać tego drania! 

Joshua odwrócił się powoli w stronę chłopaka. 

- Dobrze. Pomogę ci - powiedział. Wyciągnął książe­

czkę czekową. - Masz dwa dni urlopu. I trochę pieniędzy. 

Ale nie wolno ci zrobić żadnego głupstwa. - Podał 

wypisany czek zdumionemu chłopcu. - Pamiętaj, to tylko 

pożyczka. 

- Dziękuję, panie Cameron! Obiecuję, oddam wszyst­

ko! 

- Masz trzymać się z daleka od wszelkich rozrób. 

Oszołomiony chłopak skinął głową i ruszył do wyjś­

cia. 

Joshua zwrócił się do Johnny'ego: 

- Odnajdź ojczyma Tita i przyprowadź do mnie tego 

łajdaka. 

- Zrobi się. - Prawnik uśmiechnął się szeroko. 

- Co tak cię bawi? - podejrzliwie zapytał Joshua. 

- Twoja reakcja - odparł Johnn. 

- Przecież to do ciebie chłopak przybiegł, żeby prosić 

o pomoc, bo masz miękkie serce. Dlaczego więc sam się 

tym nie zająłeś? Po co go tutaj przyprowadziłeś? 

Johnny upił łyk coli. Udał, że nie słyszy pytania. 

- Ciepło dziś - stwierdził. - Cały lód roztopił się 

w szklance. 

- Gadaj wreszcie, czemu, do diabła, sprowadziłeś go 

tutaj! 

- Robiłem eksperyment, który potwierdził moje do­

mysły. - Johnny odstawił drinka. - Zmieniłeś się, stary. 

background image

80 SZALEŃSTWO HONEY 

I to od chwili, w której poznałeś córkę Wyatta. Stałeś się 

bardziej miękki. 

- Miękki? - z niesmakiem powtórzył Joshua. - Prze­

cież nie obchodzą mnie inni ludzie. 

- Szkoda - ze smutkiem skomentował Johnny wypo­

wiedź szefa. 

- Twierdzisz, że złagodniałem? Szybko wrócę do 

normy. 

- Zostań taki, jaki teraz jesteś. Podoba mi się to nowe 

wcielenie. Ale zachodzę w głowę, w jaki sposób udało się 

pannie Wyatt tak bardzo zaleźć ci za skórę. Widziałeś ją 

przecież zaledwie jeden raz. I to tylko w szpitalu. 

- Cecilia Wyatt nie ma z tym nic wspólnego. 

- A więc kto? - zapytał zdziwiony Johnny, nie licząc 

na to, że usłyszy jakieś zwierzenia. 

Tym razem się pomylił. 

Joshua zrobił dziwną minę. 

- Poznałem kogoś - wyznał niepewnym głosem. 

- Świetnie! 

- Fatalnie! 

- Kim jest ta kobieta? 

- Sąsiadka. Nowa administratorka domu Nell. Ma rude 

włosy. - Joshua nabrał powietrza. - Tylko raz ją widziałem 

- dodał szybko. - Ale to babka bez klasy. Nie w moim typie. 

- Joshua, natychmiast dzwoń do niej i zaproponuj 

randkę. 

- Nie! 

- No to daj mi jej numer, sam zatelefonuję i się z nią 

umówię. Jeśli chodzi o damskie towarzystwo, jestem 

mniej wybredny. 

- Nie dam ci jej numeru. Trzymaj się z dala od tej 

kobiety! - warknął Joshua. 

Nie miał za grosz poczucia humoru. Także teraz. 

W jego głosie zdumiony Johnny wyczuł nutę zazdrości. 

Roześmiał się głośno i szklanką coli wzniósł toast. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 81 

- Twoje zdrowie, staruszku. Założę się, że tym razem 

się nie wywiniesz. Wpadłeś w sidła tej kobiety. 

- Daj mi święty spokój! Idź do diabła! 

Rozbawiony Johnny wstał, wziął kurtkę i przerzucił ją 

przez ramię. Był gotów do wyjścia. 

- Koniecznie do niej zadzwoń! - zawołał od drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Co za koszmarny pech! Dlaczego właśnie dzisiaj 

Bomba do reszty odmówiła posłuszeństwa? 

Bliska łez, Honey wzięła do ręki wytłuszczoną słucha­

wkę telefonu stojącego na brudnej ladzie w warsztacie 

samochodowym. Usłyszawszy wyrok z ust mechanika, 

była bliska załamania się na dobre. Fun Lu, który stale 

opiekował się Bombą, za jej uruchomienie zażądał tym 

razem aż pięciuset dolarów! 

Musiała zadzwonić do domu. Do Maria. Wystukała 

numer. Długo czekała, zanim chłopak raczył podnieść 

słuchawkę. Kiedy wreszcie to zrobił, najpierw usłyszała 

walenie w bęben, a dopiero potem beznamiętny, znu­

dzony głos pasierba. Powiedziała mu o awarii samo­

chodu. 

- Nic mamy pięciuset dolarów - dodała Honey. 

Dlaczego, u licha, usiłowała się tłumaczyć przed chłopa­

kiem? Żył przecież własnym życiem. Dla niego liczyły 

się tylko dziewczyny, muzyka, motocykl, praca i szkoła. 

Dokładnie w takiej kolejności. - Przyjedź po mnie do 

warsztatu. Natychmiast - poleciła, odkładając słuchawkę, 

zanim Mario zdążył zaprotestować. 

Zniechęcona przeciwnościami losu, podeszła do sa­

mochodu. Spod Bomby wystawały tylko obszarpane 

nogawki dżinsów i brudne tenisówki mechanika. 

- Fun Lu, czy naprawa musi rzeczywiście tak drogo 

kosztować? - spytała. - Pięćset dolców to kupa forsy. Nie 

mam tyle - dodała zgnębiona. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

83 

- Nie będzie pięciuset dolarów, nie będzie samochodu 

- stwierdził lakonicznie Chińczyk. 

- Nie będzie samochodu! Nie będzie samochodu! 

- zaczęła skrzeczeć papuga. Klatka z ptakiem, wyjęta 

z popsutego wozu, stała na podłodze w warsztacie. 

Honey pochyliła się i pstryknęła palcem w wygięty 

pręt klatki. 

- Zamknij się, Szmaragd! - nakazała niesfornemu 

stworzeniu. 

O dziwo, nastroszony ptak tym razem posłuchał 

i zamilkł. 

Mechanik wysunął się spod samochodu. 

- No to co? Mam go robić czy nie? - zapytał. 

Honey musiała szybko powziąć decyzję, ale nie mogła 

się skupić. Była ogłuszona panującym wokół jazgotem. 

Z radia stojącego w jednym końcu warsztatu dochodziły 

przeraźliwie głośne dźwięki rock and rolla. Pomiesz­

czenie było ciasne, zagracone i brudne. Cuchnęło smarem 

i benzyną. 

Otworzyła nerwowo torebkę i wyciągnęła książeczkę 

czekową. Właściwie nie musiała jej sprawdzać. Wiedziała, 

jak kiepsko przedstawiają się jej finanse. Z torebki 

wypadło na ziemię czasopismo. Kiedy Honey pochyliła 

się, żeby je podnieść, z fotografii na okładce popatrzyły na 

nią lodowate, niebieskie oczy Joshui Camerona. 

Wstrząsnął nią ten widok. Z trudnością opanowała 

emocje, które wywoływał w niej ten mężczyzna. Zwinęła 

magazyn i wepchnęła go do torebki. Z wrażenia zapomnia­

ła sprawdzić w książeczce stan swego konta. 

- No, dobrze, Fun Lu. Reperuj samochód - zdecydo­

wała z ciężkim westchnieniem. 

Zadowolony Chińczyk obdarzył klientkę szerokim 

uśmiechem. 

Podniosła z ziemi klatkę z papugą i wyszła przed 

garaż. Musiała tu czekać na przyjazd Maria. 

background image

84 

SZALEŃSTWO HONEY 

Mimo woli zaczęła myśleć o Joshui. Zadając sobie 

wiele trudu, przeniosła się na Telegraph Hill nie po to, by 

przed nim uciekać. Dlaczego więc przez pełne dziesięć dni 

parkowała samochód u stóp wzgórza i pracowicie pięła się 

za każdym razem w górę stromymi, drewnianymi schodami 

- po to tylko, żeby go nie spotkać? 

Czyżby obawiała się Joshui Camerona? 

Zaniepokoił ją fakt, że wcale nie był potworem, za 

jakiego poprzednio go uznawała. Najgorsze jednak było 

to, że w tym mężczyźnie pociągało ją dosłownie wszyst­

ko. Zarówno jego wady, jak i zalety. Bezwzględność 

i łagodność. Wystarczyło, aby ją pocałował, a już 

zapragnęła na zawsze pozostać w jego ramionach! To 

było niesłychane! 

Po śmierci Mike'a zamknęła się w sobie. Zaczęła 

prowadzić pustelniczy tryb życia. Kontemplując, a zara­

zem idealizując przeżyte z mężem chwile, nie była wobec 

siebie szczera. Teraz, w obecności Joshui Camerona, 

poczuła się nagle swobodna. Nieokiełznana. Odrodzona. 

Odmłodzona. Wystarczyło, że ją pocałował, a natych­

miast zdała sobie sprawę z tego, jak ponure i puste 

wiedzie życie. 

Honey miała wykryć słabe strony Joshui Camerona. 

Zamiast tego z bolesną ostrością ujawniła własne. Nie 

tylko jej ojcu groziło teraz niebezpieczeństwo ze strony 

tego bezlitosnego i groźnego człowieka. 

Był uwodzicielem. Z łatwością zdobywał kobiety. 

Honey postanowiła sprawdzić na własnej skórze tę jego 

umiejętność. Aby pomóc ojcu, musiała sama zaryzyko­

wać. 

Smętne myśli przerwał ryk nadjeżdżającego motocyk­

la. 

Potężna maszyna zatrzymała się tuż przed Honey, 

wzbijając w górę tuman kurzu, żwir i śmieci oraz 

wprawiając papugę w śmiertelne przerażenie. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

85 

Dwie nastolatki w kusych spódniczkach patrzyły 

z zachwytem na Maria. 

- Po co te głupie popisy? - warknęła Honey. 

Rozpuszczony chłopak nawet nie spojrzał na nowe 

wielbicielki. Ściągnął kask i uśmiechnął się szeroko, 

zachwycony reakcją, jaką wywołał jego efektowny i głoś­

ny przyjazd. Był ślicznym chłopcem. Niepospolitą urodę 

odziedziczył po matce, która była Włoszką. Świetnie 

wiedział, jak duże wrażenie jego wygląd robi na dziew­

czynach. 

- Czemu przyjechałeś tak późno? - spytała Honey. 

- Wpadłem po drodze do sklepu. - Rozpiął suwak 

skórzanej kurtki i zza pazuchy wyciągnął pomiętą papiero­

wą torbę. - Chcesz coś przegryźć? Jesteś głodna? 

Na widok świeżutkiego, pachnącego rogalika Honey 

napłynęła ślinka do ust. 

- Zjadłem trzy - stwierdził. Nie było w tym nic 

dziwnego. Od dziecka miał wilczy apetyt. 

- Jak tam w szkole? - zagadnęła. 

Spuścił wzrok. 

- Byłeś na lekcjach? 

- Opuściłem tylko angielski - mruknął pod nosem. 

- Mario, jak możesz! - Honey zamilkła. Wiedziała, że 

na nic się nie zdadzą żadne połajanki. - Ruszamy do 

domu. Ale pamiętaj, masz jechać ostrożnie. Powoli 

- nakazała. - Ze względu na Szmaragda. 

Mario odetchnął z ulgą. Dziś mu się upiekło. Minęło 

go kazanie. Podał Honey kask. 

- Będę jechał wolniej także ze względu na ciebie 

- dodał z uśmiechem. - Czy każesz mi znów zatrzymać 

się na samym dole, a potem zasuwać na piechotę po tych 

koszmarnych schodach? 

Honey usadowiła się za Mariem. Jedną ręką objęła go 

w pasie. W drugiej trzymała klatkę z papugą. 

- Dziś zatrzymamy się przed domem - zdecydowała. 

background image

86 

SZALEŃSTWO HONEY 

- No, no, postanowiłaś wreszcie stawić czoło potęż­

nemu Cameronowi. - W głosie chłopaka przebijał wyraź­

ny podziw. - Jesteś bardzo dzielna. 

Mario ma rację, pomyślała Honey. Jestem odważna. 

Także dlatego, że zdecydowałam się wsiąść na ten 

cholerny motocykl. 

Potężna czarna maszyna wyprzedziła z rykiem silnika 

niski, sportowy wóz Joshui Camerona, jadącego w górę 

po stromej Union Street. 

- Co za kretyni! - warknął do córki. - Przecież te 

szczeniaki się pozabijają! Zresztą dla wszystkich stano­

wią zagrożenie. 

Zabrał Heather po lekcjach ze szkoły. Podjechali 

potem pod sklep spożywczy, żeby kupić coś na kolację. 

Dziewczyna siedziała milcząca i naburmuszona. Miała za 

złe ojcu, że nie pozwolił zaprosić jej do domu na weekend 

jednej z koleżanek. 

Potężny motocykl zatrzymał się na czerwonych świat­

łach. Joshua stanął obok. Heather z ciekawością zaczęła 

przyglądać się młodocianemu kierowcy. Z chodnika 

jakaś nastolatka machała mu ręką. 

- Pewnie też chciałaby się z nim przejechać - głośno 

skomentowała Heather gest dziewczyny. - Nic dziwnego, 

facet jest super... 

Czy ta smarkata wygaduje takie bzdury tylko dlatego, 

żeby go drażnić? zastanawiał się Joshua. Przecież nie 

miała w ogóle pojęcia, jak okropni i niebezpieczni są tacy 

młodzi gangsterzy rozbijający się na motorach. Z trudem 

zmusił się, żeby nie skomentować uwag córki. 

- Tato... - zaczęła. 

Joshua nie słuchał. Byli o kilka przecznic od domu. 

Mimo woli zatrzymał wzrok na dość obfitych kształtach 

pasażerki potężnego motocykla. 

Była ubrana w zielone szorty. Spod czarnego kasku 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

87 

wymykały się kosmyki jej rudych włosów, poruszające 

się na wietrze. Miała na sobie zieloną koszulkę, 

ściśle przylegającą do ciała. Joshua ze zdumieniem 

zobaczył nagle, że dziewczyna na motocyklu trzyma 

w jednym ręku klatkę z jakimś dużym, barwnym 

ptakiem. 

Taka wariacka jazda powinna być zabroniona. I pew­

nie jest, pomyślał Joshua. 

Zapaliło się zielone światło. Motocyklista i jego 

pasażerka ruszyli ostro pod górę. Kiedy skręcali w Mont­

gomery Street, zapiszczały opony. 

Po chwili Joshua wykonał ten sam manewr. Podjeż­

dżając pod dom, ku nieopisanemu zdumieniu zoba­

czył, że potworna maszyna zatrzymała się tuż obok jego 

własnego garażu! 

Najpierw zsiadła dziewczyna. Ostrożnie postawiła na 

ziemi klatkę z ptakiem. Musiała ścierpnąć podczas jazdy, 

gdyż teraz przeciągała się i powoli rozprostowywała 

plecy. Potem zdjęła ochronny kask. 

Wokół jej głowy rozsypała się chmara rudych włosów. 

Jarzyły się w popołudniowym słońcu. Dopiero teraz 

Joshua poznał, kogo ma przed sobą. 

Spotkały się ich oczy. 

Ale ze mnie głupiec, uznał. Powinienem od razu się 

domyślić, kto wjeżdża na Telegraph Hill na tym choler­

nym motorze! 

Honey Rodriguez. Zatopił spojrzenie w jej zielonych 

oczach. Wydawała się poruszona przypadkowym spot­

kaniem i jakby trochę wystraszona jego widokiem. Po 

dłuższej chwili z trudem oderwał wzrok od spłonionej 

kobiecej twarzy. 

Poczuł się okropnie. Jakby ktoś zdzielił go obuchem 

przez głowę. A więc tak miały się sprawy! Honey 

Rodriguez ma młodocianego kochanka! Chodzi do łóżka 

ze szczeniakiem! Ta myśl zdruzgotała Joshuę. Z furią 

background image

88 

SZALEŃSTWO HONEV 

wcisnął przycisk automatu służącego do otwierania 

drzwi. Chciał jak najszybciej znaleźć się w garażu. 

Sypia z młodym gangsterem. A przecież mogła mieć 

mnie, pomyślał, lecz zaraz potem uznał, że nie wchodziło 

to w ogóle w rachubę. W każdym razie zadawała się 

z bezczelnym smarkaczem. Karygodny to występek. Nie 

do darowania. 

Młody motocyklista zdjął kask. Miał długie, lśniące 

włosy. Był opalony lub miał bardzo śniadą cerę. I świetnie 

zbudowany. Nie mógł mieć więcej niż jakieś dwadzieścia 

dwa lata. 

- Tato - po długim milczeniu ponownie odezwała się 

Heather. Joshua niemal zapomniał o obecności córki. 

- Śliczny chłopak, prawda? - Nie odrywała wzroku od 

zgrabnej sylwetki towarzysza Honey Rodriguez. - Cieka­

wa jestem, gdzie oni mieszkają. 

Chłopak oglądał uważnie motocykl. Heather zaczęła 

gwałtownie machać mu ręką. Kiwnął jej głową, po czym 

podniósł z ziemi klatkę z ptakiem, wolną rękę położył na 

ramieniu Honey i oboje podążyli w dół Filbert Steps. 

Na widok spojrzenia, jakim szczeniak obrzucił Heat­

her, równocześnie władczym ruchem gładząc szyję swej 

towarzyszki, Joshua aż zazgrzytał zębami. 

Garaż stanął wreszcie otworem. Samochód znalazł się 

w środku. Joshua błyskawicznie wcisnął przycisk zamy­

kający drzwi pomieszczenia i groźnym tonem zwrócił się 

do córki: 

- Zostaw w spokoju tego chłopaka. Widziałaś prze­

cież, że ma już dziewczynę. 

- Ale ona jest dla niego za stara - zauważyła Heather. 

- Masz rację - cicho mruknął Joshua. 

Z kuchennego okna można było obserwować zatokę. 

Joshua miał stąd dobry widok także na okno sypialni 

należącej do Heather. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

89 

W stronę zatoki nawet nie spojrzał. Nie zwracał także 

większej uwagi na steki położone na rozgrzanym ruszcie ani 

na dwa ziemniaki włożone do kuchenki mikrofalowej. Ani 

on, ani Heather nie lubili w ten sposób przygotowanych 

kartofli, ale oboje byli kiepskimi kucharzami i tylko na takie 

jedzenie własnej produkcji było ich stać. 

Joshua ze złością oderwał wzrok od okna sypialni 

Honey i podszedł do szafki, żeby zrobić sobie drinka. 

Potrzebował czegoś mocnego. Czystej whisky z lodem. 

Dużo whisky, mało lodu. Butelkę, którą wyciągnął teraz 

z szafki, dostał kiedyś w prezencie. Częstował tą whisky 

gości, sam rzadko kiedy pozwalał sobie na szklaneczkę 

alkoholu. 

Z pierwszego piętra docierała do Joshui przeraźliwie 

głośna muzyka. Na ogół nie znosił takich hałasów, dziś 

jednak szalony rytm jazgotliwych dźwięków korespon­

dował ze znacznie szybszym niż zwykle rytmem jego 

serca. 

W sypialni Honey zapaliło się światło. Stała przy oknie, 

mając obok siebie młodego kochanka. Odwróciła się w jego 

stronę. W tym geście było wiele czułości. Potem długo 

rozmawiali z wyraźnym ożywieniem. Widok ich sylwetek 

doprowadzał Joshuę do białej gorączki. 

Czy ten cholerny szczeniak mieszka razem z tą 

kobietą? Jak mogła do tego dopuścić! 

Wychylił szklankę do dna i nalał sobie następną, 

równie solidną porcję whisky. Wypił ją jednym haustem. 

Poczuł, jak pali go pusty żołądek. Joshua miał uraz na 

punkcie alkoholu. Przypominał mu poczynania ojca. To 

wszystko, co w domu wyprawiał po pijanemu, zanim do 

siebie strzelił. 

W sypialni Honey nadal było widno. Co pewien czas 

Joshua dostrzegał sylwetki krążących postaci. Światło 

zgasło dopiero późno w nocy. Do tej pory Joshua zdążył 

spalić na ruszcie oba steki i wypić zbyt wiele whisky. 

background image

90 SZALEŃSTWO HONEY 

Kiedy szedł po schodach do swego pokoju, czuł się 

okropnie. 

Było mu niedobrze. Bardzo niedobrze. Stan ten doty­

czył zarówno duszy, jak i ciała. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Następnego ranka Joshua czuł się jeszcze gorzej. 

Z gigantycznym kacem zasiadł do pracy. Wziął do ręki 

filiżankę mocnej kawy, gazetę, a także grube akta sprawy 

sieci hoteli Wyatta, i wyszedł na balkon. 

Kiedy Heather przebywała w internacie, w soboty 

jeździł systematycznie do biura. Teraz zaczął pracować 

w domu. 

Wczoraj wieczorem, tuż po kolacji, zjawiła się kole­

żanka Heather, mimo że Joshua zabronił córce zapraszać 

gości na weekend do domu. Ojciec dziewczyny podwiózł 

ją pod dom, wystawił z samochodu walizkę i od razu 

odjechał. Joshua wypił zbyt wiele, nie mógł więc odwieźć 

koleżanki córki do domu. Heather postawiła na swoim, 

wygrywając z ojcem następną batalię. 

Joshua usiadł przy balkonowym stoliku i zaczął 

przeglądać gazetę. Jego uwagę przyciągnął tytuł na 

pierwszej stronicy: 

„Sam Douglas zastrzelony". 

Senator Sam Douglas był mężem Lacy. Kobiety 

będącej jedyną miłością w życiu Johnny'ego Midnighta. 

Śmierć Douglasa może wiele zmienić, uznał Joshua. 

Pomyślał ciepło o Lacy. Może jednak nie była tak 

wyrachowana, jak twierdził Johnny, i rzeczywiście ko­

chała Sama. 

Artykuł był poświęcony opisowi zasług Douglasa 

w senacie, a także wstępnym ustaleniom śledztwa doty­

czącego jego nagłej śmierci. Przesłuchiwano także Co-

background image

92 

SZALEŃSTWO HONEY 

le'a, upośledzonego umysłowo syna senatora. Na końcu 

artykułu znalazła się wzmianka, że na finansach Sama 

Douglasa położył łapę fiskus. Istnieją bowiem pode­

jrzenia dotyczące niewłaściwego sposobu wydatkowania 

pieniędzy z funduszu na kampanię wyborczą senatora. 

Joshua postanowił skontaktować się z wdową i ofiaro­

wać jej pomoc. Wiedział, że kiedy Johnny o tym usłyszy, 

będzie wściekły. Postanowił nie liczyć się z jego zdaniem 

i wesprzeć Lacy, z którą przed laty się przyjaźnił. 

Odłożył gazetę i zaczął przerzucać obszerne materiały 

dotyczące sieci hoteli Wyatta. Ziewnął. Johnny był 

cholernie pracowity i solidny. Przeczytanie przygotowa­

nych przez niego papierów potrwa pewnie cały dzień. 

W domu panował spokój. Heather i jej koleżanka były 

już na nogach, mimo że do późna w nocy słuchały 

muzyki. Do Joshui dotarł teraz z kuchni smakowity 

zapach pieczonych czekoladowych ciasteczek i rozpro­

szył jego chmurne myśli. 

Przepadał za tymi ciasteczkami. Na myśl, że Heather 

piecze je z samego rana, specjalnie dla niego, na twarzy 

Joshui pojawił się uśmiech. Z trudem wrócił do prze­

rwanej pracy. 

Kilka minut później od strony Filbert Steps dobiegły 

go jakieś przeraźliwe okrzyki i głośne trzaski. Joshua 

odstawił filiżankę i wychylił się przez poręcz balkonu. 

Oczom jego ukazała się przedziwna scena. Po drew­

nianych schodach zsuwało się z łoskotem otwarte pudło 

od gitary. Gonił je ten sam chłopak, którego widział na 

motorze, skaczący po trzy stopnie naraz. 

Joshuę rozbawił ten widok. Upił łyk kawy. Dopiero 

teraz zobaczył, że na werandzie przed mieszkaniem 

Honey domu leżą ciężarki do ćwiczeń gimnastycznych, 

wielka gitara i bębny. Szczeniak wprowadzał się do niej! 

Ten fakt rozjuszył Joshuę. Dlaczego? Czyżby był o nią 

zazdrosny? Przecież sam oświadczył wprost tej kobiecie, 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

93 

że nie chce jej już więcej oglądać. Ale to nie była prawda. 

Bez znaczenia był fakt, że Honey Rodriguez do niego nie 

pasowała. Podniecały go jej oczy, ciało i płomienne 

włosy. Pragnął mieć ją wyłącznie dla siebie. A teraz 

pewnie leżała sobie w łóżku i czekała na przyjście 

chłopaka. 

W bezsilnej złości Joshua zacisnął zęby. Już miał 

wziąć dokumenty i przejść do wnętrza domu, kiedy nagle 

na stoliku zobaczył dużego kota. Tłuste zwierzę, które 

musiało dostać się na balkon po przeciwpożarowych 

schodkach, usadowiło się na dokumentach Joshui! Na­

stroszyło sierść i miauknęło głośno. 

Joshua wyciągnął rękę, aby zrzucić kota ze stołu, kiedy 

nagle usłyszał perlisty śmiech córki, dochodzący spod 

domu. 

Jednym skokiem znalazł się przy poręczy balkonu. 

Zobaczył, jak Heather i jej koleżanka stukają do drzwi 

Honey. Ubrane w kuse spódniczki, niosły tacę ze świeżo 

upieczonymi ciasteczkami! 

Długowłosy chłopak wszedł powoli na werandę. Puste 

pudło od gitary postawił obok bębnów i poczęstował się 

czekoladowym smakołykiem. Najpierw wziął jedno cias­

teczko, lecz zaraz potem sięgnął po następne. Zjadł kilka. 

Miał, jak widać, cholerny apetyt. Pochylił się w stronę 

dziewcząt i coś im powiedział, tak że zaczęły głośno 

chichotać. Otworzył drzwi i zaraz potem cała wesoła 

trójka zniknęła w drzwiach mieszkania. 

Scena ta przyprawiła Joshuę o paroksyzm złości. 

Niech Honey puszcza się z młodocianym, pomyślał. To 

w gruncie rzeczy nie powinno go obchodzić. Ale nigdy 

nie dopuści do tego, aby jego własna córka uganiała się za 

takim łobuzem. Miał teraz tylko jedno wyjście. Musiał 

pójść po Heather. 

Zastukał głośno. Tuż przy nodze ujrzał kota. Nie­

słychane, tłusta bestia miała czelność leźć za nim! 

background image

94 

SZALEŃSTWO HONEY 

Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich Honey. 

Na widok gościa zrobiła zdziwioną minę. Przywitała go i, 

jakby spłoszona, cofnęła się za próg. 

Joshua poczuł się dziwnie nieswojo. Zobaczył na 

ramieniu Honey dużą zieloną papugę z czerwonymi 

piórkami na łebku. 

Pani domu trzymała w ręku kawałek czekoladowego 

ciasteczka. Wyglądała tak świeżo i tak zachwycająco, że 

Joshua niemal zapomniał o celu swojej wizyty. 

- Przyprowadziłeś Klawego Faceta - stwierdziła. 

- Widziałam, jak wdrapywał się do ciebie po przeciw­

pożarowych schodkach. A to jest Szmaragd - przed­

stawiła gościowi papugę. - Był bardzo chory - dodała, 

spoglądając czule na ptaka. - Bardzo źle zniósł dzisiejszą 

podróż. 

Joshua zapałał nagłą sympatią do nastroszonej, zielo­

nej papugi. Jak widać, nie tylko on sam nie znosił 

motocyklisty i jego wyczynów! 

- Gotowałam Szmaragdowi jego ulubione jedzenie. 

Fasolkę, kukurydzę... - ciągnęła Honey. 

Z ręki swej pani papuga wyjęła resztkę czekoladowego 

ciasteczka. Honey uśmiechnęła się do ptaka, a potem 

spojrzała na gościa. 

- Co cię tu sprowadza? - spytała. - Mieliśmy przecież 

trzymać się z dala od siebie. 

- Nie zjawiłem się w celach towarzyskich - stwierdził 

ponuro. 

W oczach Honey dojrzał niepewność, a nawet dziwny 

lęk. 

- Wpuszczę kota do środka i już mnie nie ma 

- powiedziała szybko. 

Joshua przytrzymał drzwi, które chciała za sobą 

zamknąć, i wszedł do mieszkania. Poczuł zapach świeżej 

farby. 

- Przyszedłem po córkę - oświadczył z ponurą miną. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

95 

Honey oparła się o ścianę. 

- Dziewczynki zachowały się bardzo sympatycznie 

-powiedziała. - Starym zwyczajem z własnymi wypieka­

mi przyszły powitać nowych sąsiadów. Nie ma ich 

w domu. Wyciągnęły Maria na spacer. 

- Maria? - warknął Joshua. - Jakiego Maria? 

- Rodrigueza. 

- Co takiego? Nosicie oboje to samo nazwisko? 

- zapytał zaskoczony. Dopiero teraz na palcu Honey 

dostrzegł obrączkę. 

- Matka Maria była Włoszką - wyjaśniła. - A ojciec 

Hiszpanem. 

- Jesteś żoną tego... tego chuligana? - pytał dalej 

Joshua. 

Wybuchnęła śmiechem. 

- Nie bądź śmieszny. Przecież to jeszcze dzieciak, 

mimo że wygląda dorośle. 

- A więc żyjecie z sobą? 

Do Honey dotarł wreszcie sens natarczywego wypyty­

wania. 

- Myślisz, że Mario i ja... - urwała. Spłonęła rumień­

cem. 

- Chłopczyk będzie niegrzeczny! - wrzasnął nagle 

Szmaragd, nadal siedzący na jej ramieniu. - Chłopczyk 

będzie niegrzeczny! 

- Wybacz. - Honey rzuciła się w stronę klatki. - Kiedy 

to mówi, muszę natychmiast posadzić go na patyku 

i podłożyć gazetę, bo... bo stanie się nieszczęście. 

- Czemu z tobą mieszka? - Joshua wszedł w głąb 

pokoju. 

Stała teraz odwrócona do niego plecami. 

- Masz na myśli papugę? Mówiłam ci już, że lubię 

domowe zwierzęta. 

- Nie, do diabła, nie chodzi o ptaka. Pytam o Maria. 

Dlaczego z tobą mieszka? 

background image

96 

SZALEŃSTWO HONEY 

- To mój pasierb. Jest od lat pod moją opieką 

- odparła powoli. - Mój mąż, to znaczy jego ojciec, zmarł 

dwa lata temu. Mario był trudnym dzieckiem. Gdybym 

się nim nie zajęła, wylądowałby na ulicy. Wiem, że 

wygląda okropnie. Jak młody chuligan. Marzy teraz 

o tym, aby zostać gwiazdą rocka. Ale jeśli machnie się 

ręką na motocykl i długie włosy, wytrzyma grę na bębnie 

i zniesie towarzystwo jego kolesiów, to... to się okaże, że 

chłopiec jest w porządku. To dobry dzieciak. 

- Co robiliście oboje wczoraj w nocy w twojej 

sypialni? - pytał dalej Joshua. 

- Podglądałeś? 

- Co robiliście? - Głos gościa zabrzmiał ostrzej. 

- Przekonaj się sam! - wykrzyknęła Honey. Gwał­

townym ruchem otworzyła drzwi do sypialni. 

W pokoju unosił się przykry zapach mokrej farby. 

Joshua zobaczył świeżo pomalowane ściany, framugi 

okienne i parapety. Podłoga była zasłana warstwą gazet. 

Jego złość zaczynała powoli topnieć. 

- Odnawialiście mieszkanie? 

Honey bez słowa zamknęła drzwi do sypialni. 

- Jesteś za młoda na jego macochę. 

- Byłam za młoda, kiedy poślubiłam Mike'a. 

Usłyszawszy te słowa, Joshua poczuł się nieswojo. 

Zrozumiał, że wyszedł na idiotę. Źle ocenił tę kobietę. 

Powinien szybko pożegnać się i wynieść. 

- Mario interesuje się dziewczętami wyłącznie w jego 

wieku - mówiła Honey. - Sądzę, że nam obojgu należą się 

od ciebie przeprosiny. - Podeszła nieco bliżej. - Przypisu­

jesz mi wyłącznie złe cechy. Od samego początku. 

Natychmiast to zauważyłam. 

Nie zaprzeczył ani też nie przeprosił za krzywdzące 

posądzenia. 

- Jesteś ostatnim człowiekiem, po którym spodziewa­

łabym się moralizowania. - Honey stanęła obok Joshui. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

97 

Poczuł zapach jaśminowych perfum. - Posiadanie przez 

kobietę młodszego od siebie kochanka jest dla ciebie 

rzeczą gorszącą? 

- Wcale się nie zgorszyłem - skłamał, stojąc nadal ze 

spuszczoną głową. 

- A więc czemu wtargnąłeś tutaj z taką miną, jakbyś 

zaraz chciał mnie zamordować? 

- Martwiłem się o córkę. 

- Przyszedłeś tylko i wyłącznie z jej powodu? I wcale 

nie interesowało cię to, co wczoraj robiłam z Mariem 

w sypialni? 

- Daj spokój. Przestań przypierać mnie do muru. 

Zamierzałem trzymać się z dala od ciebie. Sama wiesz, że 

do siebie nie pasujemy. 

- Wiem - cicho przytaknęła. 

Joshua nagle poczuł nieprzeparty pociąg fizyczny do 

stojącej obok kobiety. Miejsce zazdrości zajęło pożąda­

nie. 

Zesztywniała, kiedy jej dotknął. 

- Odpręż się - poprosił. - Zrelaksuj. 

- Przy tobie to nie jest możliwe - szepnęła. 

Bez słowa Joshua przygarnął Honey do siebie. 

- Bardzo pragnęłam cię zobaczyć - wyznała. - Czasa­

mi spoglądam w twoje okna. 

- Przepraszam. Za to, co powiedziałem. I zrobiłem. 

- I za to, co o mnie pomyślałeś - dodała szeptem. 

- I za to, co pomyślałem - powtórzył. 

Przesunęła ręką po policzku Joshui. Kiedy ucałował 

rozwartą dłoń, drgnęła tak silnie, jakby poraził ją prąd. 

- Pewnie spotykasz się stale z jakąś piękną dziew­

czyną - stwierdziła matowym głosem. 

- Już nie - odparł. 

- Dlaczego? 

- Straciłem ochotę. 

- Co jej powiedziałeś? 

background image

98 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Po prostu: żegnaj. 

Milcząc, przez dłuższą chwilę Honey nie spuszczała 

surowego, oskarżycielskiego wzroku z twarzy gościa. 

- Nie patrz na mnie z takim wyrzutem. Nie zrobiłem 

krzywdy tej dziewczynie. To był tylko zwykły flirt. Nic 

więcej. 

- Szybko zmieniasz partnerki. 

- Taki już jestem. Niczym nie interesuję się długo. 

Czy ma to dla ciebie jakieś znaczenie? 

- Tak. Ma. Podobnie jak sporo innych rzeczy. 

- Mam sobie wiele za złe. - Z ust Joshui padło 

nieoczekiwane dla niego wyznanie. Wziął się jednak 

szybko w garść. Postanowił wreszcie wyjść. - Kiedy 

zjawi się Heather, powiedz jej, żeby wracała do domu. 

Honey skinęła głową. 

- Nie musisz się martwić o nią i o Maria. Twoja córka 

nie jest w jego typie. Nie zrozum mnie źle - dodała 

szybko. - Chodzi mi tylko o to, że mój pasierb woli 

bardziej wyrafinowane dziewczyny. 

Joshua był już blisko drzwi, kiedy dobiegł go głos 

Honey. 

- Czy pojawiła się w twym życiu jakaś nowa kobieta? 

- zapytała znienacka. 

Odwrócił się szybko. Zarumieniła się pod wpływem 

jego wzroku. Zainteresowanie się Honey jego osobą było 

oczywiste. Joshua nie potrafił powstrzymać się od uśmie­

chu. 

- Tak - odparł. 

- Jaka ona jest? 

- Na swój sposób urocza. I ponętna. 

- Kim jest ta szczęśliwa wybranka? 

Przypomniały mu się słowa Simone. 

- Naprawdę nie wiesz? 

Błyskawicznie znalazł się przy Honey. Dotknął lekko 

jej ręki. Zapragnął ją pocałować, rozebrać i namiętnie 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

99 

pieścić, ale coś powstrzymywało go przed zbyt pospiesz­

nym działaniem. 

- Czy lubisz pływać żaglówką? - zapytał. - W klubie 

jachtowym trzymam łódkę. Ale czemu jesteś taka smut­

na? Czy nadal myślisz o mężu? I dlatego nie chcesz... 

Oczy Honey nagle pociemniały. Zatrzepotały rzęsy. 

- Od śmierci Mike'anie było w moim życiu żadnego 

mężczyzny - wyznała. - Jest jednak więcej powodów, dla 

których nie powinniśmy się spotykać - dodała z pochmur­

ną miną. 

Joshua uniósł lewą dłoń Honey i uważnie obejrzał 

obrączkę. 

- Masz rację - mruknął, puszczając jej rękę. - Nie 

powinienem ci nic proponować. 

Gdy tylko wymówił te słowa, poczuł żal, A w sercu 

pustkę. 

Wyszedł. Na dworze poczuł na twarzy powiew zim­

nego, wilgotnego powietrza. Skierował kroki w stronę 

drewnianych schodów. 

Ogarnęło go przygnębienie. Jeszcze nigdy nie doznał 

podobnego uczucia. Do bólu pragnął Honey Rodriguez. 

Oświadczywszy, że nie chce się z nim widywać, ta 

kobieta zadała mu cios prosto w serce. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Joshua podszedł do okna, żeby sprawdzić, czy chudy 

dzieciak, któremu dał parę groszy, pilnuje jego spor­

towego wozu. 

Znajdował się w nowym mieszkaniu Tita Pascale. 

Otoczenie było okropne. Brudne i nędzne. Niebezpiecz­

ne. Zamieszkane przez męty społeczne. Właśnie w tej 

dzielnicy się wychował. Co podkusiło go, żeby w ogóle tu 

przyjeżdżać? Gdy wjechał w wąskie, zaśmiecone ulice, 

powrócił dawny strach. Że za rogiem czyha wróg. 

Chłopak od niego silniejszy, który odbierze wszystko 

i dotkliwie pobije. 

Przed oczyma Joshui przesuwały się jak w kalejdo­

skopie obrazy z dzieciństwa, cały koszmar życia od 

chwili śmierci matki. Rodziny zastępcze i domy dziecka, 

ucieczki i ukrywanie się po parkach. Czy kiedykolwiek 

uda mu się pozbyć tych ponurych wspomnień? 

Przyjechał zobaczyć nowe mieszkanie Tita Pascale 

i jego matki. Właśnie je odnowili. Wyglądało zupełnie 

przyzwoicie. Było małe, lecz czyste. I nie było w nim 

człowieka, którego tak bardzo się obawiali. Joshua 

pożyczył młodemu robotnikowi pieniądze na farbę i nie­

zbędne meble. Odbył stanowczą rozmowę z ojczymem 

Tita. Dał mu możliwość pracy w Vegas i pieniądze na 

bilet, zakazując powrotu do San Francisco. 

Odszedł od okna. 

- Czas na mnie - powiedział do gospodarzy. Na ich 

twarzach widniały radość i duma z nowego mieszkania. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

101 

- Nigdy nie zapomnimy tego, co zrobił pan dla nas 

- ze łzami w oczach dziękowała matka Tita, ściskając 

dłoń Joshui. 

Z zażenowaniem przyjmował wyrazy wdzięczności 

tych ludzi. 

- Jeśli będziesz miał jakieś kłopoty, zgłoś się natych­

miast do mnie - zwrócił się do młodego człowieka. - Nie 

wolno ci wdawać się w żadne bójki. I, tak jak obiecałeś, 

musisz zapisać się do szkoły wieczorowej. 

- Dobrze, panie Cameron - odpowiedział chłopak. 

Joshua wyszedł na schody. Były brudne i spróchniałe. 

Ze ścian odłaziła farba. Kiedy był już na parterze, 

zobaczył przebiegającego szczura. 

Zagłębiony w ponurych rozmyślaniach, znalazł się po 

chwili na obskurnej ulicy. I nagle, ku swemu najwięk­

szemu zdumieniu, ujrzał majestatycznie nadjeżdżający 

dobrze znany zielony samochód. Właścicielka Bomby, 

siedząca za kierownicą dziwacznego pojazdu, szukała 

miejca do parkowania. 

Joshua stanął jak wrośnięty w ziemię i patrzył. Dopiero 

po chwili ocknął się i puścił biegiem za powoli poruszają­

cym się samochodem. 

Czy ta kobieta upadła na głowę? Po co wybiera się do tak 

niebezpiecznej dzielnicy? Na szczęście, jechała tak wolno, 

że bez trudu ją dogonił. Położył rękę na przednim błotniku. 

Na jego widok gwałtownie zahamowała. Kiedy otworzył 

drzwi wozu od strony miejsca dla pasażera, ze środka 

wypadła jakaś książka. Podręcznik do chemii. Joshua zdążył 

złapać go w powietrzu i rzucił na tylne siedzenie. Było 

zawalone pudłami pełnymi książek i prac uczniowskich. 

Wśród tych rupieci siedziała Honey. Wyglądała prze­

ślicznie. 

- Do diabła, co ty tu robisz? - wrzasnął Joshua. 

- Dlaczego nie zablokowałaś od wewnątrz drzwi samo­

chodu? 

background image

102 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Cześć - powitała go spokojnie. - Miło cię widzieć. 

- Zadałem pytanie - warknął ze złością. 

Z podniesioną głową popatrzyła wyniośle na intruza. 

- Odwożę do szkoły resztę rzeczy. Nie mieszczą się 

w moim nowym mieszkaniu. 

- Gdzie jest ta szkoła? 

- Niedaleko. Zaraz za rogiem. 

- Uczysz tutaj? - Nie posiadał się ze zdumienia. 

- Przecież to bardzo niebezpieczna dzielnica! 

- Nie jest tak źle, jak się wydaje. W tej szkole pracuję 

już dziesięć lat. W pobliżu mieszka wielu przyzwoitych 

ludzi. 

Joshua skrzywił się. 

- Ja tu się wychowałem. 

- Potwierdza to tylko moje słowa - powiedziała 

z uśmiechem. 

- Odwiozę cię na miejsce - zaproponował. 

- O, nie. Tego by tylko brakowało! 

Nie zważając na protesty, Joshua otworzył drzwi od 

strony kierowcy i wepchnął się do środka, tak że Honey 

musiała przesunąć się dalej. Uruchomił silnik. 

- Powinnaś zawsze zamykać drzwi. Jesteś bardzo 

nieostrożna - gderał. 

Poczuł zapach jaśminu i bliskość tej kobiety. Nie tylko 

Honey była w niebezpieczeństwie! 

- Musisz pracować w tak okropnej dzielnicy? Po co 

w ogóle uczyć te bachory? - zadawał prowokacyjne pytania. 

- Ktoś musi im pomóc - spokojnie odparła Honey. 

- Pokazać, jak się wyzwolić i rozpocząć inne życie. 

- Stąd nie ma ucieczki. Nic nie wskórasz - powiedział 

powoli. 

- A ty? Przecież się stąd wydostałeś. 

- Ja? 

- Tak. Powiodło ci się w życiu. Jesteś człowiekiem 

sukcesu. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

103 

- Prawdę mówiąc, wcale się nie wyzwoliłem. Nadal 

uciekam. I nienawidzę tamtych czasów, a to uczucie 

wciąż mi towarzyszy. 

Honey wskazała piętrowy, czerwony budynek. 

- To moja szkoła. 

- Miłość nie istnieje. W przeciwieństwie do nienawi­

ści - ciągnął Joshua. - Staram się w życiu brać wszystko, 

co można, i nie dawać nic. To moja dewiza. Pogardzam 

słabymi ludźmi. Takimi, jacy tu mieszkają. A oni, gdyby 

tylko mogli, rozprawiliby się ze mną. 

- Chyba nie wierzysz w to, co mówisz - stwierdziła 

Honey. 

Och, ta kobieta jest idealistką! jęknął w duchu Joshua. 

Z kimś takim jak ona nie da się dyskutować. 

- Pewnie w gruncie rzeczy nie jesteś tak bezlitosny 

i twardy w stosunku do innych - mówiła dalej. - Może 

masz podobne obawy jak wszystkie te dzieciaki, które tu 

uczę. Pragniesz miłości, poczucia bezpieczeństwa i... 

Miała rację. Pragnął tych rzeczy. W każdej minucie 

swego życia. Zawsze. Lekko, jakby z wahaniem Honey 

dotknęła ramienia Joshui. 

- Może dla ciebie nie jest jeszcze za późno - szepnęła. 

Schwycił ją za rękę. 

- I kto ma dać mi to wszystko? - zapytał z goryczą. 

- Ty? Przecież wiem, że chcesz jak najszybciej się mnie 

pozbyć. 

- Gdybyś nie był bez przerwy tak dokuczliwy i przy­

kry, może byłoby inaczej... - Honey pochyliła się 

w stronę Joshui. - Czas na mnie. Muszę cię pożegnać. 

Mam dużo pracy. Sądzę, że ty też. 

- Chcesz zbawiać świat, który ja unicestwiam. - Pod­

niósł głowę i z cynicznym wyrazem twarzy popatrzył na 

otaczające ich rudery. - Wygląda na to, że radzę sobie 

znacznie lepiej niż ty. - W oczach Joshui błyszczał gniew. 

- Słuchaj - zaczęła spokojnie Honey - poddać się 

background image

104 

SZALEŃSTWO HONEY 

w życiu jest bardzo łatwo. Mógłbyś się zmienić, gdybyś 

tylko zechciał. Decyzja zależy tylko od ciebie. Pozbądź 

się uprzedzeń i nienawiści. Zaniechaj zemsty. Jestem 

głęboko przekonana, że potrafisz zmienić swój stosunek 

do świata. Na pozytywny. 

W tej chwili Joshua był daleki od jakichkolwiek myśli 

o nienawiści i zemście. Pragnął tylko jednego. Wziąć 

w ramiona siedzącą obok kobietę. 

Z trudem opanował narastające pożądanie. 

- Moja droga - zaczął protekcjonalnie - na świecie 

żyją tylko dwa gatunki ludzi. Zwycięzcy i pokonani. Jedni 

wygrywają, drudzy przegrywają. Przestań tracić czas na 

pomoc słabym, bo to i tak nic nie da. 

- A do jakiego gatunku ludzi ty się zaliczasz? - spyta­

ła cicho. 

Popatrzył na Honey ponurym wzrokiem. Był wściekły 

na siebie za to, co jej obiecał. Że przestanie się nią 

interesować. Opacznie zrozumiała spojrzenie Joshui. 

- Skąd u ciebie aż taki pesymizm? - spytała. - Co 

komu szkodzi, że niektórzy ludzie pragną uszczęśliwiać 

świat? 

- Nie ma w tym nic złego. Ale to okrutne nabijać 

głowy małych uliczników różnymi bajdami i mrzonkami. 

Przecież te dzieci nigdy nie znajdą się wśród zwycięzców. 

- Dlaczego ty zdecydowałeś się wyrwać ze swego 

otoczenia? 

- Motorem była nienawiść. Moimi krokami kierowała 

nienawiść do konkretnego człowieka. Postanowiłem go 

zniszczyć. Aby to uczynić, musiałem wiele osiągnąć. 

Zdobyć odpowiednie środki. 

Honey nagle pobladła. Zaczęła drżeć na całym ciele. 

- Muszę już iść. Żegnaj - szepnęła. 

Wiedział, że ta kobieta chce odejść na zawsze. 

I dobrze, pomyślał, oszukując sam siebie. Do diabła 

tam dobrze! 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

105 

Pomógł jej wysiąść z wozu. 

- Głuptasku, czy naprawdę sądzisz, że zostawię cię 

samą w takim otoczeniu? 

- Joshua, idź już sobie. Proszę. Nie chcę więcej cię 

widzieć. Zwłaszcza po tym, jak... - Była teraz blada jak 

ściana. Mówiła oschłym tonem. - Muszę wnieść do klasy 

cały ten bagaż i gdzieś go upchnąć. Zajmie mi to sporo 

czasu. Jesteś z pewnością zbyt zajęty mszczeniem się na 

reszcie świata, żeby znaleźć wolną chwilę i pomóc 

naiwnej idealistce. 

- Znajdę wolną chwilę. - Wyjął z rąk Honey duże 

pudło. 

- Zrozum, naprawdę zależy mi na tym, żebyś sobie 

poszedł. 

- Przecież powiedziałem, że nie zostawię cię samej. 

- Zawsze wygrywasz, co? - W oczach Honey pojawi­

ły się błyski gniewu. 

- Tak. Jeśli na czymś mi zależy - odparł spokojnie. 

Wzięła następne pudło i ruszyła w stronę wejścia do 

szkolnego budynku. 

Ponad godzinę zajęło im przenoszenie i układanie 

w klasie książek i papierów. Kiedy skończyli, zmęczona 

Honey usiadła na chwilę przy biurku. Joshua poszedł do 

holu napić się wody. 

Popełniła duży błąd. Podążyła za nim. 

Gdy z wdziękiem pochylała się nad strumieniem wody 

spływającej do porcelanowej muszli, promienie słońca 

zabłąkane w ciemnym wnętrzu rozpaliły do czerwoności 

jej rude włosy. Widok ten oszołomił i do reszty podniecił 

Joshuę. 

Objął znienacka Honey i szepnął jej do ucha: 

- Umów się ze mną. 

Usiłowała się wyswobodzić. Bezskutecznie, bo trzy­

mał ją mocno. 

- Mówiłeś, że nic mi przy tobie nie grozi. 

background image

106 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Jeśli będzie to jedyne kłamstwo, które kiedykolwiek 

padnie między nami, to możemy sobie pogratulować. 

Będziemy znacznie szczęśliwsi niż większość innych par 

- szepnął. 

- Nie jestem w twoim typie. Wiem, że lubisz szczupłe 

kobiety... 

- To nieprawda! - obruszył się Joshua. - Lubię ciebie 

taką, jaka jesteś. Dobrze mi z tobą. Aż za bardzo. 

- A ja cię nie chcę. 

- Jestem zbyt zarozumiały, aby w to uwierzyć. 

Roześmiał się głośno i puścił Honey. 

Bez słowa wróciła do klasy. Zabrała z biurka torebkę 

i notes. Właśnie wychodziła, kiedy Joshua zagrodził jej 

drogę. 

Spotkały się ich oczy. Wzrok mówił wiele. Prawie 

wszystko. 

- Joshua, nie... 

- Tak. 

- Nie teraz. Nie tutaj. 

- Teraz. Tutaj. 

Cofnęła się w głąb klasy, aż za biurko. 

- Już mi nie uciekniesz. 

Podszedł i mocno ją objął. Przygarnął władczo do 

siebie. 

Usiłowała się wyrwać. 

- Joshua, puść mnie natychmiast! Co robisz? Zwario­

wałeś? 

Nie posłuchał. 

- Mówiłem ci przecież, że nie będziesz tu bezpieczna 

- odpowiedział żartem. 

- Zależy ci tylko na tym, żeby przespać się ze mną 

- rzuciła mu w twarz. 

- A co w tym złego? - roześmiał się cynicznie. 

Honey ponownie zaczęła się wyrywać. Podnieciło go 

to jeszcze bardziej. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

107 

- Jesteś obrzydliwy! Twoja postawa życiowa jest nie 

do przyjęcia! Nie chcę cię więcej oglądać! - wykrzykiwa­

ła. 

- A ty, w przeciwieństwie do mnie, jesteś człowie­

kiem szlachetnym? Uważasz się za niewiniątko? Mam co 

do tego poważne wątpliwości. - Usta Joshui znajdowały 

się tuż obok warg Honey. - Pociągają cię moje wady. 

Ciemne strony charakteru - dodał z krzywym uśmie­

chem. 

- Nie. - Traciła oddech. 

- Nie? - Roześmiał się głośno. - Twoje serce bije jak 

szalone. Znacznie mocniej niż moje. Moja pani, nie jesteś 

świętoszką, za jaką pragniesz uchodzić. Podobam ci się. 

Jesteśmy do siebie podobni... 

- Puść mnie. 

- Jeśli tak bardzo lubisz zbawiać ludzi, ocal jeszcze 

jedną grzeszną duszyczkę. Mam na myśli, oczywiście, 

siebie. 

- Nie chcę cię więcej widzieć! 

- Czyżby? - Joshua był już pewny zwycięstwa. 

W oczach Honey dostrzegł pożądanie. - Pozwól, że ci nie 

uwierzę. Gdybyś naprawdę nie chciała mnie więcej 

widzieć, po ostrzeżeniu nie zamieszkałabyś na moim 

wzgórzu. 

- Twoje wzgórze? Twoje? Jesteś arogancki, zarozu­

miały i... - Zabrakło jej słów. 

- Nigdy nie twierdziłem, że jestem ideałem. 

- Proszę, przestań... - Honey wpiła palce w ramiona 

Joshui. Próbowała odepchnąć go od siebie. Poczuła 

jednak, że opuszczają ją siły. 

- Powinnaś uciec wcześniej. Straciłaś ostatnią szansę. 

A ja zawsze osiągam to, czego pragnę. Teraz mam ochotę 

na ciebie - powiedział zdecydowanym tonem. 

Usiłowała odwrócić głowę, lecz ją przytrzymał. Po 

chwili usta Joshui znalazły się na wargach Honey. 

background image

108 

SZALEŃSTWO HONEY 

Całował mocno i władczo. Żądał całkowitego poddania 

się. I odniósł sukces. 

Pocałunek trwał w nieskończoność. 

- Joshua! -jęknęła półprzytomna Honey. - To się dla 

mnie źle skończy, ale już nie panuję nad sobą... 

- Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy - obiecał. 

Przesunęła nieśmiało palcami po kruczoczarnych wło­

sach Joshui. Zamknął ją w ramionach i, roznamiętniony, 

całował natarczywie. Potem rozchylił bluzkę i zaczął 

przesuwać językiem po pełnych, gorących piersiach. 

Szeptał do ucha Honey takie słowa, jakich nigdy nie 

mówił żadnej kobiecie. 

- Boję się - powiedziała cichutko. 

To dziwne, ale on sam też się bał. 

Oparci o gładką taflę dużej, czarnej tablicy, wiszącej 

na ścianie, zsunęli się na podłogę. Joshuę ogarnęło 

prawdziwe szaleństwo. 

Musiał zdobyć tę kobietę. Pokonać. Posiąść. Na 

zawsze. 

Od razu. Na zimnej, kamiennej posadzce. 

- Nigdy tak się nie czułam przy żadnym mężczyźnie 

- wyznała Honey. Jej oczy jaśniały przedziwnym blas­

kiem. - Lękam się ciebie, lecz jeszcze bardziej boję się, że 

już nigdy nie będę miała podobnych doznań. Nie chcę ich 

stracić. Wiem, że to czyste szaleństwo! 

Samemu wykorzystywać innych albo dać się wykorzy­

stywać. Innej możliwości nie ma, przypomniał sobie 

Joshua swoją życiową dewizę. 

Widok jasnych oczu Honey rozczulił go do głębi. 

Przesunął dłonie z jej ramion na piersi i lekki dreszcz 

rozkoszy, której doznała, sprawił mu ogromną przyjem­

ność. 

Od strony ulicy rozległy się głośne dziecięce okrzyki. 

Jacyś chłopcy zaczęli uderzać piłką o ścianę budynku. 

Joshua szarpnął bluzkę Honey tak silnie, że odpadł 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

109 

guzik. Patrząc, jak toczy się po podłodze, Joshua uzmys­

łowił sobie nagle własne karygodne postępowanie. Leżał 

na twardej i zimnej posadzce, na którą pociągnął za sobą 

dziewczynę. Dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo znisz­

czone jest biurko Honey i krzesło, na którym zwykła 

siedzieć. Zatrzymał na chwilę wzrok na wystrzępionych 

brzegach wielkiej mapy świata, wiszącej na przeciwległej 

ścianie klasy. 

Honey Rodriguez była idealistką. W tym oto nędznym 

pomieszczeniu zbawiała świat. Nauczała biedne dzieci, 

bo chciała im pomóc. I Joshua podziwiał ją za to. 

Podniósł urwany guzik i, zatopiony głęboko w myś­

lach, obracał go w palcach. Z całą wyrazistością uprzyto­

mnił sobie teraz własne cyniczne postępowanie. 

Z zachwytem patrzył na Honey. Nieregularny oddech 

unosił jej kształtne piersi. Wyglądała prześlicznie. I bar­

dzo niewinnie. 

Ogarnęła go fala czułości. Równocześnie jednak prag­

nął posiąść tę kobietę. Od razu, na zimnej, kamiennej 

posadzce. Ale nie potrafił, gdyż znaczyła już dla niego 

zbyt wiele. Więcej niż był w stanie pojąć, że jest to 

w ogóle możliwe. 

Pocałował Honey. Najpierw mocno, potem delikatnie 

i czule. Kiedy objęła go kurczowo, zrozumiał, że jest 

podniecona tak bardzo, jak on sam. Wykazał słabość 

zupełnie nietypową dla siebie. Nie miał serca brać tej 

kobiety w tak okropnych warunkach, na szkolnej pod­

łodze. 

Nieświadoma myśli Joshui, zaczęła odpinać mu guziki 

koszuli. Powstrzymał jej dłoń. A potem odsunął się na 

bezpieczną odległość i zwinął w kłębek na ziemi, zacis­

kając pięści z niemocy i bólu. 

Gdyby teraz się przysunęła, gdyby dotknęła go i za­

częła mówić, nie zdołałby się już powstrzymać. Straciłby 

resztki panowania nad sobą. 

background image

110 

SZALEŃSTWO HONEY 

Honey uniosła głowę i oparła się o ścianę. Półprzytom­

na, rozżalonym wzrokiem spoglądała na Joshuę. Drżący­

mi palcami powoli zapinała bluzkę i przygładzała potar­

gane włosy. 

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, zerwała się z podłogi 

i pędem wybiegła z klasy. 

Ucieka ode mnie tak szybko, jakby obawiała się 

o własne życie, pomyślał Joshua. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Honey obawiała się Joshui. Rozbudził jej zmysły 

i sprawił, że była gotowa na każde szaleństwo. Upłynęły 

już ponad dwie godziny od ucieczki ze szkolnego 

budynku, a nadal nie mogła się uspokoić. Na samo 

wspomnienie żenującej sceny na podłodze robiło się jej 

niedobrze. 

Nawet w czterech ścianach własnego mieszkania czuła 

się zagrożona. Obawiała się zarówno Joshui, jak i samej 

siebie. Wiedziała, że pamięć o miłości zmarłego męża już 

jej nie wystarczy. Chciała od życia otrzymać znacznie 

więcej. 

Pragnęła Joshui. Odczuwała potrzebę ułagodzenia 

jego wewnętrznego gniewu i bólu, wyzwolenia w nim 

tego, co najlepsze. I... kochania się z tym zdumiewającym 

mężczyzną. Marzyła o tym, aby doznać obezwładniające­

go uczucia oddania się bez reszty. 

Dlaczego tak dziwnie zachował się w szkole? Czy 

pocałunki Joshui stanowiły tylko ostrzeżenie? Dał jej 

jeszcze jedną, ostatnią szansę ucieczki? 

Było zwykłe letnie popołudnie. Mgła rozproszyła się 

i niebieskie wody zatoki połyskiwały w promieniach 

słońca. Pod oknem osłoniętym żaluzją papuga czyściła 

sobie pióra. Jej poczynania obserwował uważnie duży 

kot. Na werandzie Mario stroił gitarę. Miał niebawem 

zaśpiewać Heather i Tinie, jednej z jego koleżanek, 

skomponowaną przez siebie piosenkę. 

Honey zastanawiała się, jak to jest w ogóle możliwe, 

background image

112 

SZALEŃSTWO HONEY 

że pożąda mężczyzny, który pragnie zniszczyć jej ojca. 

Który z rozmysłem, świadomie unicestwi także i ją, kiedy 

się dowie, z kim naprawdę ma do czynienia. 

Zaparzyła herbatę i z pełną filiżanką przeszła do 

sypialni. Spojrzała w okno i zobaczyła Joshuę stojącego 

na balkonie. 

Kiedy ją spostrzegł, wycofał się w głąb mieszkania. 

Zrobiła to samo. 

Mario zaczął śpiewać. Miękki baryton wzniecił w ser­

cu Honey jeszcze większy ból. Miała ochotę kazać 

chłopcu zamilknąć, lecz nie mogła zrobić tego ze względu 

na Heather. Zdążyła polubić dziewczynkę. Wiedziała, że 

tęskni do matki, odczuwa samotność i że są jej potrzebni 

prawdziwi przyjaciele. Honey uznała, że nie może nawią­

zywać zbyt bliskiego kontaktu z dziewczynką, która 

powinna bardziej zaprzyjaźnić się ze swoją matką. 

Im dłużej Honey zastanawiała się nad swoim po­

stępowaniem, tym bardziej była z siebie niezadowolona. 

Cały pomysł z okłamywaniem Joshui od początku był 

bezsensowny. A co będzie, kiedy prawda wyjdzie na jaw? 

Nad odpowiedzią na to pytanie wolała się nawet nie 

zastanawiać. 

Uznała, że pomysł z przeprowadzką na Telegraph Hill 

też był nieudany. Powinna wziąć słuchawkę i zaraz 

zawiadomić Nell, że rezygnuje z posady. A zaraz potem 

wrócić na stare śmieci i jak najszybciej skończyć całą tę 

niebezpieczną grę. 

Zadzwonił telefon. Gdy tylko Honey usłyszała w gło­

sie Joshui nutę niepewności, natychmiast stopniały jej 

dopiero co powzięte postanowienia dotyczące ucieczki 

z Telegraph Hill. 

- Nie odkładaj słuchawki - poprosił. 

Czekała spokojnie na to, co Joshua powie. 

- Przepraszam za dzisiejsze popołudnie - odezwał się 

po dłuższej chwili milczenia. - Źle cię potraktowałem. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY  1 1 3 

- Ja również nie mam powodu do zadowolenia z włas­

nego postępowania. 

- To, co się stało, było wyłącznie moją winą. Widzia­

łem, jak bardzo byłaś wstrząśnięta, zanim wybiegłaś 

z klasy. 

- Już jestem spokojna - skłamała. 

- Honey, chcę się z tobą zobaczyć. Musimy poroz­

mawiać. Wypłyńmy razem na zatokę. Na jachcie bę­

dziesz bezpieczna. Jest duży i w czasie rejsu będę zajęty, 

bo popłyniemy bez załogi. 

Tak więc Joshua znów prosi mnie o spotkanie, 

uzmysłowiła sobie Honey. Staczała wewnętrzną walkę. 

- To chyba kiepski pomysł - powiedziała z lekkim 

wahaniem. 

- Pewnie masz rację. - W głosie Joshui zabrzmiało 

rozczarowanie. 

- Miałam właśnie zamiar zadzwonić do Nell i zawia­

domić ją, że rezygnuję z posady administratorki na 

Telegraph Hill. 

- A więc to tak - odezwał się z wyrzutem. - Zamie­

rzasz odejść. W chwili, w której zaczęłaś robić postępy. 

- Postępy? Co masz na myśli? - spytała. 

- Nikt nie miał na mnie takiego wpływu, jak ty. 

Nigdy. 

- Z naszej znajomości nie wyniknie nic dobrego. Ani 

dla ciebie, ani tym bardziej dla mnie. 

- Być może. Ale nigdy się o tym nie przekonamy, jeśli 

stąd się wyprowadzisz. - Joshua zawahał się na chwilę. 

- Już chyba się zmieniłem. Dzięki tobie. 

- Zmieniłeś się? Co masz na myśli? - spytała zdzi­

wiona Honey. 

- Stałem się nieco... lepszy. Parę dni temu pomogłem 

młodemu pracownikowi. Sprawiło mi to wyraźną przyje­

mność. Teraz pomagam dawnej dobrej znajomej, która 

właśnie straciła męża. Musi utrzymać siebie i dziecko. 

background image

114 

SZALEŃSTWO HONEY 

Ma kłopoty finansowe. Będzie na razie pracowała jako 

piosenkarka w jednym z moich klubów hotelowych, 

potem załatwię jej coś lepszego. A wczoraj przeprosiłem 

moją byłą żonę za sposób, w jaki ją traktowałem. 

I powiedziałem, że Heather bardzo do niej tęskni. Zaraz 

potem zadzwoniła do małej. 

Honey nerwowo obracała obrączkę na palcu. 

- Joshua, to przecież... 

- Powziąłem nawet decyzję - ciągnął niewzruszenie 

- że nie będę dążył do wyburzenia domu Nell. Nie muszę 

mieć widoku na zatokę. Wygrałaś więc, moja pani. 

Możesz tu zostać. 

- Przecież chciałeś mnie się pozbyć. 

- Zmieniłem zdanie. Miałaś rację mówiąc, że jestem 

egoistą i zarozumialcem, uważając to wzgórze za swoją 

własność i nie licząc się z innymi ludźmi. 

- Przecież, jak twierdzisz, nigdy nie rezygnujesz 

z tego, na czym ci zależy. Skąd więc ta nagła zmiana? 

- Sama mówiłaś, że każdy człowiek może ulec 

metamorfozie. 

- Uległeś? 

- Jeśli wyprowadzisz się z Telegraph Hill, nigdy się 

o tym nie przekonasz. 

- A jeżeli zostanę...? - zawiesiła głos. Obrączka 

zsunęła się jej z palca. 

- Nie mogę nic ci obiecać. Wiem tylko, że zależy mi 

na tobie. I na tym, co o mnie myślisz. 

- Nie powinnam słuchać takiego gadania... Trudno 

w nie uwierzyć. 

- Honey, wypłyńmy jachtem na zatokę. 

Miała na to ogromną ochotę. 

- Zgoda. - Otworzyła szufladę i wrzuciła do niej 

zdjętą z palca obrączkę. 

- Wobec tego umawiamy się na sobotę. - Odłożył 

słuchawkę. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

115 

Honey dotknęła dłońmi policzków. Była przerażona 

własnym postępowaniem. Jak mogła umawiać się z takim 

człowiekiem jak Joshua Cameron, który nie uznawał 

żadnych jej ideałów? Człowiekiem, który okaże się 

okrutny i bezwzględny także w stosunku do niej, kiedy 

stwierdzi, że Honey Rodriguez nie istnieje. Że jest tylko 

Cecilia Wyatt. 

Joshua nadal nie mógł uwierzyć we własne szczęście. 

Honey znajdowała się na jachcie! Wypłynęli razem na 

zatokę. Obserwował kierunek wiatru i ciągle rzucał 

bezwiednie okiem na jej odprężoną twarz. Chyba najbar­

dziej ze wszystkiego pociągał go uśmiech tej kobiety. 

Było w nim coś znajomego. Nadal nie mógł oprzeć się 

temu wrażeniu. 

Była urodzoną żeglarką. Tak jak Joshua uwielbiała 

pływanie. Korzystała z każdej okazji, żeby znaleźć się na 

wodzie. 

W przeciwieństwie do innych jego partnerek wcale nie 

czuła się onieśmielona elegancją klubu jachtowego 

i przepychem zakotwiczonych łodzi. 

Ubrana w żółte sztormowe ubranie Joshui, opierała się 

o burtę, a mokry wiatr targał jej włosy. Gdy jakaś wysoka 

fala rozbryzgiwała się w pobliżu, Honey, uciekając przed 

lodowatym, słonym prysznicem, odskakiwała w głąb 

pokładu i wybuchała perlistym, wesołym śmiechem. 

Od strony wody widok na San Francisco był przepięk­

ny. Na jednym krańcu zatoki okalające ją tam wzgórza 

wyglądały tak, jakby wynurzały się wprost z oceanu. Na 

przeciwległym brzegu, w słońcu stojącym nisko na 

niebie, różowiły się wysokie, smukłe wieżowce. 

Zaczął wiać zimny wiatr. Pociemniały wody oceanu. 

Podobnie jak aura, nastrój Joshui wyraźnie się pogorszył. 

- Czas wracać! - zawołał od steru. - Zrobiło się 

późno. 

background image

116 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Chciałabym, żebyśmy mogli zostać tu na zawsze! 

- rozmarzonym głosem odkrzyknęła Honey. 

Wykonali zwrot i zaczęli płynąć w stronę brzegu. 

W promieniach zachodzącego słońca wieżowce okalają­

ce zatokę stały się czerwone, podobnie jak fale. Widok 

był niesamowity. Wydawało się, że jacht płynie przez 

morze ognia. 

Joshua też niechętnie wracał na ląd. Na wodzie zawsze 

czuł się lepiej, swobodniej. Dlatego zaproponował Honey 

żeglarską wyprawę. 

- To był piękny dzień - powiedziała. Z toni połys­

kującej czerwienią wyskoczył delfin. Na ten widok 

Honey roześmiała się głośno, a potem z rozpromienioną 

twarzą zwróciła się w stronę Joshui. 

Patrzył na nią uważnie. Teraz wiedział na pewno, że 

już kiedyś spotkał tę zdumiewającą kobietę. Ale gdzie? 

Kiedy? Na te pytania nie potrafił odpowiedzieć. 

- Spójrz, tam jest jeszcze jeden! - zawołał po chwili. 

Oczom Honey ukazała się zgrabna sylwetka drugiego 

delfina. 

- Kiedy byłem mały, jeździłem na rowerze do przy­

stani i przyglądałem się bogatym dzieciom wyruszającym 

z rodzicami na żeglarskie wyprawy. Nawet nie przyszło 

mi wtedy do głowy, że kiedyś będę miał własny jacht. 

- Jest śliczny. 

- Tak. Ma doskonałą konstrukcję. Kadłub z włókna 

szklanego tnie wodę jak brztwa. 

- Pięknie wykończony - chwaliła dalej Honey. - Wszy­

stkie drewniane elementy są idealnie wypolerowane. 

- Sam je konserwuję. Lubię pracę na łodzi. To 

wspaniały relaks. 

Już wcześniej wyjaśnił Honey znaczenie zainstalowa­

nych na jachcie supernowoczesnych przyrządów ułat­

wiających nawigację. Przyznał się, że miał ochotę wyru­

szyć w rejs dookoła świata. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

117 

- To prawdziwe szczęście, że lubisz żeglarstwo, a nie 

na przykład wysokogórską wspinaczkę. 

- Dlaczego? - zapytał Joshua. 

- Mam lęk wysokości - odparła Honey. 

Czy naprawdę jest dla niej ważne, że mają wspólne 

zainteresowania? pomyślał. 

- Ta łódź jest jedyną kupioną przeze mnie rzeczą, 

która daje mi prawdziwe zadowolenie. Siadam przy 

sterze i wszystkie problemy zostawiam na brzegu. 

- Może powinieneś żeglować częściej. - Twarz Ho­

ney nagle spochmurniała. 

- Rozumiem. Jeśli nawiązujesz do incydentu w szko­

le... - zaczął. 

- Nie. - Przysunęła się bliżej i przyłożyła palce do ust 

Joshui. - Chcę cieszyć się tą chwilą. 

On też tego pragnął. Przycisnął dłoń Honey do swego 

policzka i przytrzymał. 

- Nie miałbym pretensji, gdybyś nie zgodziła się ze 

mną wypłynąć. 

- Zależało mi na ponownym spotkaniu - wyznała 

drżącym głosem, z którego przebijał strach. 

- Osobie o idealistycznym stosunku do życia chyba 

trudno zrozumieć takiego człowieka jak ja. 

- Sam powiedziałeś, że nie jestem święta. 

- W porównaniu ze mną... 

- Przedtem byłeś bliższy prawdy. Chcę, aby ludzie 

uważali mnie za anioła. 

Pokazał Honey dwa wieżowce. Własne. Spodobały się 

jej ich smukłe sylwetki. 

- A to jest następny hotel. Właśnie go modernizuję. 

- Joshua popatrzył w innym kierunku.- Widać stąd już 

dobudowaną, wysoką część budynku. 

- Piękny. Bardzo nowoczesny - pochwaliła Honey. 

- Robi ogromne wrażenie. 

- Do tej pory koncentrowałem się prawie wyłącznie 

background image

118 

SZALEŃSTWO HONEY 

na zarabianiu pieniędzy. - Joshua spojrzał na siedzącą 

obok kobietę. Jej zdumiewający uśmiech bez przerwy go 

podniecał. Teraz, kiedy się zjawiła, zmieni się wszystko, 

pomyślał. - Będzie lepiej, jeśli przestanę gadać - dodał. 

- Dlaczego? Chcę więcej wiedzieć o tobie - zaprotes­

towała Honey. - W jaki sposób stałeś się właścicielem 

tego modernizowanego hotelu? 

- Wykupiłem akcje, a potem przejąłem go - mruknął. 

- W ten sam sposób zdobędę jeszcze tamten. - Wskazał 

ręką wysoki budynek. 

Wzrok Honey zatrzymał się na hotelu Wyatta. Ze­

sztywniała. Zacisnęła zbielałe palce. 

Joshua nie zauważył jej reakcji. Z niespodziewaną 

mocą wróciły prześladujące go od lat straszne wspo­

mnienia. Jako jedenestolatek bawił się dziecinną lokomo­

tywą, kiedy nagle ciszę deszczowego, niedzielnego po­

ranka rozdarł głośny strzał. Przestraszony chłopiec zbiegł 

po wąskich schodach i na widok ojca, dubeltów­

ki i rozbitej butelki po whisky, leżących w kałuży krwi, 

zaczął strasznie krzyczeć. Rzucił zabawkę, wybiegł 

z domu i pędem puścił się w stronę kościoła, żeby 

sprowadzić do domu matkę. 

Pamiętał okropności szpitala, pogrzeb i własny ból, 

gdy matka - po śmierci męża - przestała troszczyć się 

o cokolwiek, nawet o własne dziecko. Joshua pamiętał 

jeszcze jedną straszną scenę. Jak przerażony, na miękkich 

nogach, podchodził do ogromnego biurka Huntera Wyat­

ta i prosił o pomoc. Nadaremnie. Do dziś miał jeszcze 

w uszach ostry, drwiący śmiech tego człowieka. Człowie­

ka, który rzucił mu wtedy prosto w twarz, że - podobnie 

jak ojciec-alkoholik - jest i będzie nikim. Zerem. 

W oczach Joshui pojawiły się zimne błyski. 

- Przejmę hotele Wyatta i sprzedam je lub wybu­

rzę, jeden po drugim, tak że nic po nich nie zostanie. 

- Wykupujesz akcje? 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

119 

- Tak. W gruncie rzeczy zależy mi na zniszczeniu nie 

budynków, lecz samego Wyatta. 

- Dlaczego? - zdławionym głosem spytała Honey. 

- Z zemsty. Jako młody chłopak poprzysięgłem sobie, że 

go zabiję. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim zrozumiałem, 

że to nie jest żadne wyjście. Lepiej mścić się powoli. 

- Dlaczego pragniesz zemsty? Co złego zrobił ci ten 

człowiek? Chcesz go zniszczyć? A pomyślałeś o jego 

rodzinie? O żonie? O dzieciach? 

- Oni mnie nic nie obchodzą. 

- Przecież to są istoty ludzkie. Podobnie jak ty. 

- Honey odsunęła się od Joshui. - Zostaw w spokoju 

Huntera Wyatta - powiedziała z naciskiem. 

- Co ty wygadujesz?! Oszalałaś? 

- Zrób to nie dla mnie, lecz dla samego siebie... 

- W szeroko rozwartych, przerażonych oczach młodej 

kobiety Joshua zobaczył ból. - Daj spokój temu człowie­

kowi - powtórzyła. - Zajmij się własnym życiem. 

- Nie wiesz, o co prosisz! - wykrzyknął głośno. 

Dopiero po chwili uprzytomnił sobie, że nie powinien 

reagować tak ostro i obnażać się przed swą towarzyszką. 

Honey Rodriguez była przecież miłą, słodką kobietką, 

altruistycznie nastawioną do całego świata, niezdolną 

pojąć skutków nienawiści wyrytej w psychice człowieka. 

Pewnie przeraził ją, tak szczerze przyznając się do swych 

odczuć i zamierzeń. Otworzył usta, żeby wyjaśnić Honey, 

dlaczego nigdy nie zrobi tego, o co ona go prosi, gdy nagle 

odezwał się na jachcie pokładowy alarm radarowy. 

Znajdowali się na kolizyjnym kursie z gigantycznym 

jachtem, który z wielką szybkością pruł wprost na nich, 

zdając się w ogóle nie dostrzegać niewielkiej łodzi! 

Joshua zobaczył nagle przed sobą wysoką ścianę 

wody. Zacisnął ręce na sterze. 

Potężna fala zastopowała żaglówkę. Łódź przechyliła 

się na bok. Przez pokład zaczęła przelewać się woda. 

background image

120 

SZALEŃSTWO HONEY 

Potężny jacht płynął nadal wprost na nich! 

Gdy do Joshui dotarła myśl, że zaraz zostaną staranowani, 

wziął Honey w ramiona, żeby osłonić ją własnym ciałem. 

W ostatniej sekundzie sternik wielkiego jachtu zo­

baczył, co się dzieje. Wykonał spóźniony manewr. 

Kolos przepłynął tuż obok. Dzieliły ich centymetry. 

Cudem uniknęli katastrofy. 

Joshua puścił Honey i długo patrzył na odpływający 

jacht. Ci dranie musieli być pijani lub naćpani! pomyślał 

z gniewem. 

Niewiele brakowało, a zabiliby załogę małej łodzi. To 

znaczy jego i Honey. Na myśl, że mogło stać się jej coś 

złego, zrobiło mu się ciemno przed oczyma. 

Zapomniał o Hunterze Wyatcie. 

Włączył automatycznego pilota i wyciągnął ręce do 

Honey. 

Jak przerażone dziecko wtuliła się w ramiona Joshui. 

- Trochę się zlękłam - przyznała się cicho. 

Czuł, jak drży w jego objęciach. On sam też trząsł się 

jak galareta po tym niesamowitym przeżyciu. 

- Już po wszystkim - szepnął. - Pierwszy raz w życiu 

przydarzyło mi się coś takiego. Ale udało się nam 

uratować. Jesteśmy zdrowi i cali. 

- Zdrowi i cali - szczękając zębami powtórzyła 

Honey. Nadal tuliła się do Joshui. 

Poczuł przypływ pożądania. Z trudem się opanował. 

Rozwarł ramiona i puścił Honey. 

- Opowiedz teraz coś o sobie - poprosił, zmieniając 

temat. 

- Co chcesz wiedzieć? 

- Wszystko. Zacznij od samego początku. Jestem 

przekonany, że byłaś ślicznym dzieckiem. 

Fala spowodowana przez przepływającą w pobliżu 

inną łódź zakołysała jachtem. Joshua przytrzymał Honey 

i pomógł jej zachować równowagę. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

121 

- Nieznośnym. 

- Biednym? 

- Nie. Bogatym. Mieliśmy domy, służbę, jachty 

i samochody. 

- A więc byłaś szczęśliwa. 

- Nie. - Spojrzała uważnie na Joshuę. - Powinieneś 

wiedzieć, że pieniądze to nie wszystko. Mogą nie mieć 

większego znaczenia. 

- Mają, jeśli się ich nie posiada. 

- Umarła mi matka - ciągnęła Honey. - Ojciec ożenił 

się ponownie. Mój brat bardzo to wszystko przeżył. 

A ojciec, zamiast mu pomóc, przyczynił się do tego, że 

chłopak opuścił dom. Tata nie zwracał na mnie uwagi 

albo znęcał się nade mną. 

- W jaki sposób? 

Joshui wydawało się, że w oczach Honey ponownie 

zobaczył strach. 

- Wolę o tym nie mówić. - Przez chwilę milczała. 

- Kiedy brat odszedł, byłam nieszczęśliwa. Nie udało mi się 

go odszukać. W stosunku do ojca i macochy przyjęłam 

buntowniczą postawę. Wyszłam za mąż - rozmyślnie - za 

człowieka, którego ojciec nie akceptował. Z tego powodu 

zostałam wykluczona z rodziny. Do śmierci Mike'a żyłam 

dość szczęśliwie. Później zaczęły się kłopoty wychowawcze 

z Mariem. Ponownie usiłowałam odszukać brata. Bezskute­

cznie. Żadnego śladu. Jakby zapadł się pod ziemię... 

- Co było potem? 

- Zatrzymałam Maria przy sobie. Może dlatego, że 

przypomina mi brata, którego ignorował ojciec. Był zbyt 

zajęty robieniem pieniędzy i zaspokajaniem zachcianek 

swojej młodej żony. Czasami myślę, że większość do­

tychczasowego życia spędziłam na próbach naprawiania 

krzywd powstałych w dzieciństwie. 

- Od śmierci ojca moje życie stało się wendetą 

- wtrącił Joshua. 

background image

122 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Dlaczego? 

Znów przypomniał sobie ojca leżącego w kałuży krwi. 

- To było dawno temu - powiedział z goryczą. -I nie 

powinno już mieć żadnego znaczenia. 

- Ale ma. 

- Tak. Ojciec był dla mnie dobry. Wciąż przeżywam 

jego śmierć. 

- Może energiczniej powinieneś zwalczać przykre 

wspomnienia. Twój ojciec nie chciałby, żebyś przez całe 

życie cierpiał z jego powodu. 

Joshua popatrzył na Honey. 

Wyglądała uroczo. Pociągająco. 

- Nie umiem pozbyć się goryczy. Latami tkwi we 

mnie i przeżera od wewnątrz jak kwas. 

Wyciągnął rękę i dotknął głowy Honey. Nie mógł się 

powstrzymać. 

- Joshua, musisz wyplenić w sobie złe uczucia. 

I zastąpić je dobrymi - powiedziała przytłumionym 

głosem. 

- To trudne. - Ręka, którą gładził włosy Honey, nagle 

znieruchomiała. - A zresztą jeśli tak postąpię, przestanę 

odczuwać cokolwiek. Stanę się pusty. 

- Nie chcesz kochać...? 

W głosie Honey wyczuł rozgoryczenie i ból. 

- Miłość jest jak hak wbity w serce. Wcześniej 

czy później rozerwie je na strzępy - oświadczył po­

nuro. 

- Dlaczego chciałeś spotkać się ze mną? - spytała 

półgłosem. 

- Bo bardzo cię pragnę. - Wpił palce w ramiona 

Honey i przyciągnął ją do siebie. 

- A więc nic się nie zmieniło. - Westchnęła głęboko. 

- Czemu chcesz komplikować coś, co jest bardzo 

proste i co nam obojgu może sprawić przyjemność? 

- Joshua, nie potrafię żyć tak jak ty, sycąc się 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

123 

nienawiścią. - Przesunęła lekko palcami po jego poli­

czku. 

- Może wcale nie będziesz musiała żyć w taki sposób. 

- Aż sam się zdziwił, słysząc przekonanie w swym głosie. 

- Jestem ci potrzebna tylko na jedną noc lub na dwie. 

To chciałeś powiedzieć? 

Kiedy nie zaprzeczył, oczy Honey zasnuły się mgłą. 

Odjęła dłoń od twarzy Joshui. 

- Jeśli to jest twoja najlepsza oferta, więcej do mnie 

nie dzwoń. Nigdy. 

Roześmiał się gardłowo, nieprzyjemnie. 

- Pożądasz mnie tak samo, jak ja ciebie. 

- Tak - przyznała spokojnie. - Ale za każdym razem, 

kiedy mnie dotykasz, wbijasz hak w moje serce. A ja mam 

dość cierpienia. Puść mnie. Proszę. 

Brać albo być branym, przypomniał sobie Joshua. 

Zacisnął ręce wokół talii Honey. 

Usiłowała się wyswobodzić. 

- Och, skąd u ciebie ten straszny egoizm i aż taka 

brutalność? Uważasz, że jesteś jedynym pokrzywdzonym 

człowiekiem na świecie? Przez całe życie łaknęłam 

miłości. Po śmierci matki i zniknięciu brata poczułam się 

ogromnie samotna. 

On też był samotny. 

- Przecież wyszłaś za mąż - mruknął. 

- Tak. Ale, niestety, nie potrafiłam pokochać Mike'a. 

Mimo że był człowiekiem bardzo dobrym i przyzwoitym. 

-

 Do diabła, przestań wreszcie porównywać mnie ze 

swoim szlachetnym mężem! - Joshua miał ochotę roze­

rwać sztormowy kombinezon Honey, przyprzeć ją do 

ściany i całować tak mocno i długo, aż zacznie błagać, 

żeby ją posiadł. 

- Joshua, mówiąc o kochaniu, nie miałam na myśli 

wyłącznie miłości do człowieka idealnego. Sądzę, że 

ciebie potrafiłabym pokochać. Jeśli jednak nie chcesz 

background image

124 

SZALEŃSTWO HONEY 

wykrzesać z siebie choć odrobiny uczucia, bądź tak dobry 

i pozwól mi odejść. 

On ma być dobry? Roześmiał się oschle. 

Brać albo być branym. Wykorzystywać albo być 

wykorzystywanym. Oto dewiza życiowa Joshui Camero­

na. 

Bez zbędnych słów przyciągnął Honey do siebie 

i z zapamiętaniem zaczął całować mocno i namiętnie, 

domagając się pełnej uległości. 

Jacht zakołysał się na falach. 

- Puść mnie - poprosiła Honey. 

Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale gdy zobaczył 

jej przerażone oczy, zdał sobie sprawę z tego, że nie 

powinien w tej sytuacji stosować swoich zasad. 

Stało się coś przedziwnego. W niewytłumaczalny 

sposób dobroć tej kobiety złagodziła jego nienawiść. 

Lekko rozluźnił uścisk. Honey błyskawicznie wyrwała 

się i schroniła pod pokładem, gdyż zaczęła się bać Joshui. 

Niech teraz sam, bez jej pomocy, steruje i męczy się 

z żaglami, wprowadzając łódź do przystani, postanowiła. 

Zaszło słońce. Zapanowała ciemność. Joshua zapalił 

światła pozycyjne. Było mu coraz zimniej. Po pewnym 

czasie poczuł, że przemarzł. Na wskroś. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Przez dwa tygodnie ciągnące się w nieskończoność 

Honey ani razu nie widziała Joshui. Myślała o nim bez 

przerwy. 

Ten dzień był jeszcze gorszy niż poprzednie. Mario 

nieumyślnie wypuścił z mieszkania papugę. Po długich 

poszukiwaniach Honey odnalazła Szmaragda. Siedział 

wysoko na gałęzi jabłonki i nie miał najmniejszej ochoty 

wracać do domu. 

Trzeba było złapać papugę przed zapadnięciem zmro­

ku. Do wykonania tego zadania Honey przygotowała 

specjalny sprzęt. Najpierw wyciągnęła drabinę. Potem 

zabrała z domu klatkę, narzutę na łóżko i parę rękawi­

czek. Zaniosła to wszystko pod drzewo. Niestety, brako­

wało jej jednej, najważniejszej rzeczy: siatki. Zawieru­

szyła się gdzieś przy przeprowadzce. 

Honey oparła drabinę o pień jabłonki. Wątłe drzewo 

rosło tuż przy stromej krawędzi wysokiego wzgórza. 

Kiedy spoglądało się w dół, jadące samochody wyglądały 

jak dziecinne zabawki. 

Honey weszła na pierwszy szczebel drabiny. Zatrzęsły 

się gałęzie. Wystraszona papuga z wrzaskiem przeniosła się 

na inny konar. Honey stanęła na drugim szczeblu drabiny 

i spojrzała w dół. Miała pod sobą przepaść. Zakręciło się jej 

w głowie. Tymczasem Szmaragd nie próżnował. Rozpoczął 

działania obronne. Zaczął bombardować wrogie siły 

kawałkami jabłek. Tej amunicji miał pod dostatkiem. 

Skrzeczał przy tym przeraźliwie. Honey zrobiło się słabo. 

background image

126 

SZALEŃSTWO HONEY 

Mario zostawił Tinę na werandzie i podszedł do 

jabłonki. Papuga obrzuciła go natychmiast porcją ogryz-

ków. 

- Przytrzymaj drabinę - poleciła Honey roześmiane­

mu chłopcu. 

Usłyszeli dzwonek telefonu. Mario pobiegł do do­

mu. Honey została na drabinie. Za każdym razem, gdy 

tylko spoglądała w dół, dostawała zawrotu głowy. 

Wrócił Mario. 

- Do ciebie. - Podał Honey bezprzewodowy aparat. 

Zeszła z drabiny i stanęła pod drzewem. 

- Cecilio, kochanie, nie zgadniesz, co się stało 

- z ożywieniem mówiła Astella. - Dzwonił Joshua 

Cameron. Obiecał, że odsprzeda nam wszystkie swoje 

akcje hoteli Wyatta. Po niskiej cenie. Takiej, jaką 

będziemy w stanie zapłacić. 

- Nie do wiary! - zdumiała się Honey. - Dwa 

tygodnie temu błagałam go o to. Odmówił. 

- Widocznie zmienił zdanie. Może zrobił to pod 

twoim wpływem. 

Serce Honey zabiło żywiej. Czyżby Joshua uczynił to 

dla niej? 

- Wygrałyśmy, Cecilio - z tryumfem oświadczyła 

macocha. - Kończ swoją grę. I wracaj do rodzinnego 

domu. Ojciec jest chyba z ciebie zadowolony. Nakazuje 

ci zerwać natychmiast wszelkie kontakty z Cameronem. 

Przenosząc się do domu, możesz zabrać ze sobą Maria 

- dodała wspaniałomyślnie. 

- A co będzie, jeśli Joshua zmieni zdanie? - spytała 

Honey. 

- Nie zmieni. Chyba że odkryje twoją prawdziwą 

tożsamość. Musisz szybko opuścić Telegraph Hill, bo 

wszystko popsujesz. 

Mam rozstawać się z Joshuą? z żalem pomyślała 

Honey. Teraz, gdy, być może, zaczynało mu na niej 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

127 

zależeć? Cała jej radość nagle się ulotniła. Odniesione 

zwycięstwo miało gorycz piołunu. 

- Masz chyba rację - smutnym głosem powiedziała 

do Astelli. 

- Czemu się nie cieszysz? - zapytała zdumiona 

macocha. - Powinnaś szaleć z radości! Jestem przeko­

nana, że ojciec wybaczy ci mieszanie się w jego spra­

wy. 

Kiedy Astella skończyła rozmowę, Honey odrucho­

wo spojrzała w górę. W oknach Joshui na piętrze 

zaciągnięto zasłony. Już nigdy go nie zobaczę, pomyś­

lała zgnębiona. Od strony stoku dobiegły ją odgłosy 

kroków. Po drewnianych schodach szedł w dół jakiś 

mężczyzna. Joshua! 

Miał na sobie czarne spodnie i czarną, jedwabną 

koszulę. Z jego oczu promieniowała serdeczność. Honey 

odetchnęła z ulgą. Miała ochotę rzucić się w ramiona tego 

wspaniałego mężczyzny. 

Była szczęśliwa? Miała już to, czego pragnęła? 

Nie. Wprawdzie ojciec darował teraz łaskawie, po 

latach, istnienie Mike'a, ale nigdy nie wybaczy uczucia do 

Joshui. 

Spojrzała mu w oczy i wszystko inne przestało się 

liczyć. Istniał tylko on. 

- Chyba przyda ci się pomoc - stwierdził. - Mam 

siatkę. 

- Jesteś genialny! - wykrzyknęła. 

Mario wrócił do Tiny. Heather, która nadeszła chwilę 

po ojcu, dołączyła do młodych na werandzie. Honey 

i Joshua zostali sami pod drzewem. 

- Brakowało mi ciebie - powiedział. 

W zielonych oczach Honey zapaliły się zalotne iskie­

rki. 

- Nie patrz tak na mnie. Przekonałaś się już, że to 

niebezpieczne. 

background image

128 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Och, Joshua, i pomyśleć, że chciałam, żebyśmy się 

więcej nie spotykali... 

- Rozumiem twoje rozterki. - Jego głos brzmiał teraz 

miękko. - Kiedy jestem z tobą, przeżywam prawdziwe 

piekło. Lecz gdy cię nie ma, jest jeszcze gorzej. 

Honey przytrzymała drabinę. Joshua wdrapał się po 

niej wysoko na drzewo i złapał papugę. 

Trzej turyści idący właśnie Filbert Steps nagrodzili ten 

wyczyn głośnymi brawami. Joshui udało się zarzucić 

siatkę na Szmaragda w chwili, gdy ptak rozpostarł już 

skrzydła i szykował się do lotu na wysoką sosnę. Potem, 

omotany, awanturował się głośno i miotał jak szalony. 

W mieszkaniu Honey wypuściła uciekiniera. Papuga 

usiadła na swojej żerdzi i tęsknym wzrokiem patrzyła na 

jabłonkę. 

- Należy ci się moja dozgonna wdzięczność. Nie 

wiem, jak dziękować - zwróciła się Honey do Joshui. 

- Nie wiesz, co zrobić? Daj mi jeszcze jedną szansę 

- powiedział poważnym tonem. - Jesteś wspaniała. 

Dobra, miła, uczciwa... 

Z twarzy Honey odpłynęła krew. 

- Jest coś, co muszę ci powiedzieć - szepnęła zbiela­

łymi wargami. 

- Zrobisz to kiedy indziej. Teraz nie psujmy sobie 

nastroju. Długo czekaliśmy na taką chwilę. Zbyt długo... 

Miał rację. 

Usta Joshui spoczęły na wargach Honey. Całował ją po 

swojemu. To znaczy mocno i zachłannie. Podniecająco. 

Wprost z windy weszli do hotelowego baru, znaj­

dującego się na pięćdziesiątym piętrze. Honey, wsparta 

na ramieniu Joshui, miała na sobie jedwabną, zieloną 

suknię. Płonęły jej policzki i błyszczały oczy. Wiedziała, 

że ten wieczór zapamięta na zawsze. 

Ujrzała nagle wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę, 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

129 

idącego w ich kierunku. Rozpoznała go bez trudu. Johnny 

Midnight trzymał pod pachą plik dokumentów, a w ręku 

szklankę whisky, w której pobrzękiwały kostki lodu. 

Spojrzał znacząco na nadgarstki Honey. Na wspo­

mnienie ich pierwszego spotkania krew uderzyła jej do 

głowy. 

- A to niespodzianka - powiedział z uśmiechem 

i zwrócił się do Joshui: - Przejrzyj te papiery przed 

rozmową z panią Wyatt. 

Honey w milczeniu patrzyła na obu mężczyzn. Parali­

żował ją strach. 

- Dziękuję, że je przyniosłeś - odparł Joshua. - Omó­

wimy wszystko jutro z samego rana. 

Johnny nie ruszał się z miejsca. 

- Nie przedstawisz mnie swojej znajomej? - zapytał. 

- Johnny Midnight, mój prawnik. Honey Rodriguez. 

- Miło mi poznać panią. - Johnny Midnight skłonił 

lekko głowę i ujął lodowatą dłoń młodej kobiety. Usiło­

wała szybko wyswobodzić rękę, lecz ją przytrzymał. - To 

na pewno pani jest nową sąsiadką szefa. 

- Nie umizguj się, Johnny - warknął Joshua. - Pani 

Rodriguez jest wyłącznie moją znajomą. Zupełnie wyjąt­

kową osobą. 

- Już zdążyłem to zauważyć. - Przystojny prawnik 

wzruszył lekko ramionami. - Zapraszam was na drinka. 

Och, tylko nie to, pomyślała przerażona Honey. 

Popatrzyła z obawą w ciemne oczy Johnny'ego Midnigh-

ta. 

- Masz ochotę czegoś się napić, Honey? - zapytał 

Joshua. 

W milczeniu skinęła głową. 

- Od chwili poznania pani mój szef bardzo się zmienił 

- odezwał się Johnny, patrząc jej prosto w oczy. 

Usiedli przy stoliku. Honey opuściła wzrok i wzięła 

Joshuę za rękę. Spojrzał na nią z czułością. 

background image

130 

SZALEŃSTWO HONEY 

Scena ta nie uszła uwagi Johnny'ego.Zamówił drinki. 

- Kiedy szef się przyznał, że ma nową przyjaciółkę, 

do głowy mi nie przyszło, iż to może być pani - odezwał 

się po chwili. - To znaczy kobieta podobna do pani 

- poprawił się szybko. 

Honey była blada jak ściana. Zrobiła nerwowy ruch 

ręką i potrąciła wysoką świecę palącą się na stoliku. 

Zanim świecznik się przewrócił, złapał go Johnny. 

- Droga pani, niebezpiecznie jest igrać z ogniem 

- stwierdził cierpkim tonem. Zdmuchnął płomień świecy. 

- Ledwie ubłagałem Honey, żeby tu dziś ze mną 

przyszła, a ty ją straszysz - z wyrzutem powiedział 

Joshua. 

- Nie miałem takiego zamiaru - tłumaczył się Mid­

night. 

- Ona wie, że jest bezpieczna. Nie musi się mnie 

obawiać - dodał Joshua. 

- Może wobec tego powinna bać się samej siebie 

- padł enigmatyczny komentarz ze strony Johnny'ego. 

- Do licha, co ty wygadujesz? O co ci chodzi? 

Prawnik zbył milczeniem pytanie Joshui i nachylił się 

do Honey. 

- Cameron to facet bardzo niebezpieczny. Trzeba 

grać z nim w otwarte karty - powiedział ostrzegawczym 

tonem. 

Spojrzała na niego wylękniona. Z przerażenia odjęło 

jej mowę. 

Widząc, co dzieje się z Honey, Joshua się rozzłościł. 

- Co to wszystko ma znaczyć? - Objął dziewczynę 

ramieniem. - Czy wy się znacie? - zapytał pode­

jrzliwie. 

- Nie... - Honey nie mogła teraz wyjawić mu prawdy 

o sobie. 

- Zatańczysz? - zapytał Joshua, gdy zaczęła grać 

orkiestra. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

131 

- Chętnie - odparła, zadowolona, że odejdzie od 

stolika i napięta atmosfera rozluźni się. 

Wpatrzeni w siebie, tańczyli powoli, w rytm sen­

tymentalnej melodii. Pożądali się jak nigdy przedtem. 

Joshua pociągnął Honey w ciemny koniec sali. Pod­

niósł jej rękę do ust. 

Przeszył ją nagły dreszcz. Czy człowiek tak bez­

względny jak Joshua Cameron naprawdę potrafi się 

zmienić? 

- Lękasz się mnie? - zapytał. 

- Staram się ciebie nie bać - odparła z wymuszonym 

uśmiechem. 

- Ciągle mi się zdaje, że już wcześniej gdzieś się 

spotkaliśmy. Jestem tego niemal pewny. 

Honey odwróciła wzrok. Zaczęła drżeć. 

- Może w poprzednim życiu - odrzekła drętwymi 

wargami. 

- Nie - zaprzeczył. - W tym. 

- Przecież w żaden sposób nie potrafiłabym cię 

zapomnieć -powiedziała wymijająco, lecz zgodnie z pra­

wdą. 

- Ja też nie. I to jest zdumiewające. Nie przejmuj się, 

kiedyś na pewno sobie przypomnę. - Dotknął ustami 

warg Honey. 

Zwyciężyło pragnienie zbliżenia. Honey zarzuciła 

ręce na szyję Joshui. Chciała być z nim. Teraz. Za­

wsze. 

- Chodźmy stąd. - Pociągnął ją do wyjścia. 

Właśnie w barze zaczynał się występ pięknej, złoto­

włosej kobiety. 

- Dobrze śpiewa - powiedziała Honey, gdy znaleźli 

się w pustej windzie. Chciała skierować rozmowę na 

neutralne tematy. 

- Tak. To Lacy. Stara znajoma. Przedstawię was 

kiedyś sobie, ale teraz załatwiam jej wyjazd z kraju. 

background image

132 

SZALEŃSTWO HONEY 

Swego czasu Lacy była wielką miłością Johnny'ego 

Midnighta. 

- I co się stało? 

- To co zwykle. - Głos Joshui był przesycony 

goryczą. - Rzuciła go dla bogatego mężczyzny. Dla 

ówczesnego szefa Johnny'ego. Wiedziała, że Johnny nie 

ma za grosz zaufania do Sama Douglasa i uważa go za 

nieuczciwego człowieka. Zdradziła mojego przyjaciela. 

- W jaki sposób? 

- Okłamała. A teraz on ją nienawidzi. Sama za­

mordowano, urząd podatkowy zamroził jego finanse, 

a Lacy jest przekonana, że morderca męża zamierza zabić 

także i ją. Pomagam jej wyjechać z kraju, nie mówiąc nic 

o tym Johnny'emu. 

- Dlaczego? 

- Już ci mówiłem. Pała nienawiścią do Lacy. 

- Czy... czy bardzo go okłamała? Czy to było coś 

strasznego? 

- Johnny tak uważa. A liczą się tylko jego odczucia. 

Honey wcisnęła się w ciemny kąt windy. Bała się, że 

Joshua odczyta z jej twarzy, że ona też kłamie. Powinna 

mu wyjawić, kim jest naprawdę. Walczyła z narastającą 

paniką. 

Joshua wyczuł niepokój Honey. Przyciągnął ją do 

siebie i mocno pocałował. 

Uniosła rękę i położyła na jego ramieniu. 

- Kocham cię - szepnęła. 

Joshua przycisnął Honey do piersi. Nie potrafił wydo­

być z siebie ani słowa. Wargi błądzące po jej szyi były 

delikatne i gorące. 

O Boże, muszę powiedzieć mu prawdę! pomyślała 

z westchnieniem. Lecz kiedy głodne męskie wargi od­

nalazły jej usta i pocałunki stały się bardziej namiętne, 

uprzytomniła sobie, że nie potrafi tego zrobić. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Joshua wracał na Telegraph Hill, brawurowo prowa­

dząc sportowy wóz. Zatrzymał go przed garażem. Wyłą­

czył silnik. Pchnął Honey na skórzane siedzenie, natarł na 

nią całym ciałem i wpił się w jej usta. 

- Heather wyjechała do matki - powiedział. 

Uruchomił automat otwierający drzwi. W garażu 

otoczyła ich ciemność. Byli wreszcie sami. Znów zaczął 

pieścić Honey. Czuła narastające w nim szaleństwo. 

- Chodźmy na górę - szepnął. 

Półprzytomni, objęci, stanęli w holu u stóp spiralnych 

schodów. Honey popatrzyła na strumień księżycowego 

światła wlewającego się przez okno. W srebrzystej 

poświacie wiszące na ścianach obrazy nagle ożyły, 

sprawiając niesamowite, złowrogie wrażenie. Honey 

ogarnął lęk. 

Wróciła też świadomość. Stał przy niej Joshua Came­

ron. Wróg jej rodziny. Wszystko, co stało się od chwili, 

w której go poznała, było czystym szaleństwem. 

Nie odrywał wzroku od pobladłej twarzy Honey. 

- Ogromny ten twój dom - powiedziała. - Czuję się 

w nim nieswojo. 

- Przeżywałem tu ciężkie chwile - powiedział cicho. 

- Też byłam samotna - wyznała. - Od wielu lat. 

- Teraz masz mnie - oświadczył z naciskiem. Przyga­

rnął Honey do siebie i zaczął całować. Upłynęło sporo 

czasu, zanim znów się odezwał: - Moja sypialnia mieści 

się na czwartym piętrze. Mamy, na szczęście, windę. 

background image

134 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Nie będzie nam potrzebna. - Honey wbiegła na 

schody. Zatrzymała się na podeście pierwszego piętra 

przed wspaniałą rzeźbą nagiej kobiety. 

- Piękna - szepnęła. 

- Tak - przyznał Joshua, stając tuż obok. - I zmys­

łowa. Nigdy nie widziałem tak namiętnej kobiety. 

Przycisnął Honey do barierki przy schodach. Rozpiął 

sukienkę. Miękki jedwab zsunął się bezszelestnie na 

podłogę. 

Kiedy Joshua zaczął się jej przyglądać, ze śmiechem 

pochyliła się i zdjęła pantofle. Dalej biegła po schodach boso. 

Zdyszani, znaleźli się wreszcie na ostatnim piętrze. 

U ich stóp znajdowały się spiralne schody. 

- Nie boisz się? - zapytał Joshua. - Mówiłaś, że masz 

lęk wysokości. 

- Postanowiłam zacząć prowadzić niebezpieczne ży­

cie. Jest znacznie ciekawsze. 

Dotknął ramiączek biustonosza i zsunął je na krągłe 

ramiona. 

- Nie zrobię ci krzywdy - szepnął. 

Och, z pewnością zrobisz, pomyślała. Być może nawet 

mnie zniszczysz. Ale dla Honey dzisiejszego wieczoru 

liczyło się tylko pożądanie, które owładnęło nią bez 

reszty. Mimo że Joshua był człowiekiem, który tylko brał, 

nic w zamian nie dając. Mimo że przed takimi ludźmi jak 

on zawsze uciekała. Dostrzegł wahanie w oczach Honey 

i odczytał je właściwie. Na jego wargach ukazał się pełen 

goryczy uśmiech. 

Gdy przysunęła się i zarzuciła mu ręce na ramiona, 

przez chwilę stał nieruchomo. Potem popatrzył badawczo 

w szeroko rozwarte, zielone oczy. Oprócz zwątpienia 

i obawy dojrzał w nich coś jeszcze: czułość. Poruszyło go 

to do głębi. 

Bez słowa zaczął się rozbierać. Po chwili oboje, nadzy, 

leżeli obok schodów na puszystym dywanie. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

135 

To, co się działo potem, w niczym nie przypominało 

Honey żadnych dotychczasowych doznań. Było czymś 

nadzwyczajnym. Cudownym. Teraz wiedziała już na 

pewno, czego chce od życia. 

Pragęła Joshui. Joshui. Joshui. Niczego więcej. 

Kiedy osiągnęła szczyt uniesienia, owinęła ręce wokół 

jego szyi i na męskiej piersi zdusiła krzyk rozkoszy. 

Potem, gdy ze szczęścia zaczęła łkać bezgłośnie, 

trzymał ją mocno, blisko siebie. Zastanawiał się, czy nim 

też wstrząsnęło ostatnie przeżycie. Gdyby nawet tak było, 

nie przyznałby się do tego. Nawet przed samym sobą. 

Honey wiedziała, że Joshua miał wiele kobiet. Że być 

może wcale nie zmieni swego stosunku do życia i pozo­

stanie człowiekiem bezlitosnym dla słabszych. I kiedy 

dowie się, kim ona jest, jego sympatia przerodzi się 

w nienawiść. 

Gdy zasnął, leżała długo z otwartymi szeroko oczyma. 

Nad ranem ubrała się po cichu i wyszła. Była zroz­

paczona. Wiedziała, że kiedy Joshua dowie się, iż ma do 

czynienia z Cecilia Wyatt, na zawsze odwróci się od niej. 

Spojrzawszy na ogromny szmaragd skrzący się na 

czarnym aksamicie w wytwornej witrynie sklepu jubilera, 

Joshua natychmiast zdecydował się na zakup wspaniałe­

go klejnotu. Kartą kredytową zapłacił gigantyczną sumę, 

nie mrugnąwszy nawet okiem. Spieszył się na spotkanie 

z Astellą Wyatt, ale kiedy jego wzrok padł na leżący 

w witrynie pierścionek, wiedział, że musi go natychmiast 

mieć. 

Zazwyczaj kupował kobietom biżuterię jako prezent 

pożegnalny. Tym razem miało być inaczej. Przede 

wszystkim dlatego, że miał do czynienia z wyjątkową 

kobietą. Przypomniał sobie doznania ubiegłej nocy 

i znów poczuł przypływ pożądania. Honey Rodriguez 

miała na niego niesamowity wpływ. Wiedział, że nie 

background image

136 

SZALEŃSTWO HONEY 

może bez niej żyć. Zawładnęła nie tylko jego ciałem, lecz 

także duszą. W niewytłumaczalny dla siebie sposób 

uwolnił się od nienawiści, która kierowała jego dotych­

czasowym życiem. Przepełniało go teraz inne uczucie. 

Jakie? Nieważne, jak je nazwać. W każdym razie Joshua 

Cameron wiedział, że poprosi Honey, aby została jego 

żoną. 

Tak więc, idąc na spotkanie z Astellą Wyatt, niósł 

w kieszeni zaręczynowy pierścionek. Miał też przy 

sobie akta, które dał mu Johnny. Przed odsprzedaniem 

pliku akcji hoteli Wyatta musiał wyjaśnić kilka szcze­

gółów. 

Zatrzymał się na schodach prowadzących do głów­

nego wejścia ogromnego hotelu. Na masztach powiewały 

flagi z emblematem Wyatta. Joshua nie był w stanie 

podnieść wzroku i spojrzeć na znienawidzone chorągie­

wki, które nadal będą zdobiły wytworną fasadę im­

ponującego budynku. Hotelu, będącego niegdyś dumą 

jego ojca. 

To Hunter Wyatt doprowadził go do bankructwa. 

Przejął hotel. Zrujnował rodzinę Cameronów. Ale Joshua 

postanowił przestać o tym myśleć i nie szukać zemsty. 

Dzięki Honey Rodriguez stał się innym człowiekiem. 

To ona prosiła go, aby nie doprowadzał do bankructwa 

Huntera Wyatta. 

Podchodził do drzwi wejściowych hotelu, gdy nagle 

zobaczył na pobliskim parkingu dziwaczny, znajomy 

zielony samochód, jak zwykle krzywo ustawiony przez 

właścicielkę. 

To była Bomba Honey Rodriguez. Uradowany, zapo­

minając o umówionym spotkaniu, zbiegł po schodach 

i ruszył w stronę wozu. Jak zwykle, nie był zamknięty. 

I jak zwykle wypełniony mnóstwem rzeczy. Po ślubie 

będzie chyba musiał zatrudnić ze dwóch ludzi do zamy­

kania drzwi wozu Honey i włączania alarmu, pomyślał. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

137 

Uśmiechnął się na widok leżących na przednim siedzeniu 

kilku papierków po czekoladowych batonikach. 

Upłynął czas, na jaki Honey zostawiła samochód. 

Joshua wrzucił do parkometru następne monety. Zaczął 

przechadzać się wokół samochodu. Właścicielki nigdzie 

w pobliżu nie było. 

Postanowił, że zaraz po rozmowie z Astellą Wyatt 

wróci na parking i poczeka na Honey. Marzył o chwili, 

w której się jej oświadczy. 

Znów znalazł się na hotelowych schodach. I nagle 

ujrzał przed sobą idącą w dół Honey. Zobaczyła go 

i zatrzymała się. Była blada. Wyglądała na przestraszoną. 

Zastanawiał się, dlaczego. 

Uniosła okulary przeciwsłoneczne i uśmiechnęła się 

ciepło. Tym swoim wspaniałym, niepowtarzalnym 

uśmiechem, który tak zachwycał Joshuę. 

Dziś jednak uśmiech ten sprawił, że Joshua Cameron 

stanął jak wryty. Zamarło mu serce. Nagle uzmysłowił 

sobie, skąd zna stojącą przed nim kobietę i kim ona 

naprawdę jest! 

Miał przed oczyma szpitalną poczekalnię, nieatrakcyj­

ną dziewczynę z turbanem na głowie, leżące przed nią 

papierki po czekoladowych batonikach i jej ciepły 

uśmiech. To była Cecilia Wyatt. 

Stała teraz przed nim. 

Czemu wcześniej nie przypomniał sobie tamtej sceny? 

Dlaczego wcześniej nie odkrył oszustwa? 

Honey podeszła do Joshui, lecz on się cofnął. Nie 

uścisnął wyciągniętej ręki, która zawisła w powietrzu. 

Ta kobieta bezwstydnie go oszukała! Zmieniła wy­

gląd. Zbliżyła się do niego. Z całą premedytacją uwiodła. 

Wszystko, co robiła, było z góry ukartowane. A on -jak 

ostatni idiota - dał się podejść, okłamać, omamić. I, co 

najgorsze, zakochał się w tej podłej, wyrachowanej 

kobiecie! 

background image

138 

SZALEŃSTWO HONEY 

Schwycił ją za ramię. 

- Joshua, co się stało? - spytała zdziwiona. 

- Pytasz, co się stało? - wybuchnął gniewem, przy­

pierając ją do ściany hotelowego budynku. - Ty mi to 

powiesz, Cecilio! 

Zamknęła oczy. Przez jej bladą twarz przebiegł skurcz 

bólu. 

Joshua był nieprzytomny z wściekłości. Ta kobieta 

okazała się lepsza od niego. Wygrała! 

- Spisałaś się znakomicie! - wykrzyknął z furią. 

- Twoje wczorajsze wieczorne przedstawienie było popi­

sem aktorskim najwyższej klasy! 

Spod okularów Honey pociekły łzy. 

- To nie tak, Joshua! Nie tak! Kocham cię! Naprawdę! 

- Kłamiesz! - wykrzyknął z rozdartym sercem. Bo 

teraz wiedział już na pewno, że miłość tej kobiety była 

jedyną rzeczą, jakiej w życiu pragnął. Gardził nią, lecz 

jeszcze bardziej pogardzał samym sobą. - Mówisz to 

tylko dlatego, żeby osiągnąć swój cel - dodał z goryczą. 

- Byłem durniem, sądząc, że jesteś wyjątkową kobietą. 

Lepszą od innych. 

Zdjęła okulary. Miała zalaną łzami twarz. W ogrom­

nych zielonych oczach widniał bezmiar bólu. 

Joshua wcisnął Honey teczkę z papierami. 

- Powiedz tym, którzy cię na mnie nasłali, że z umo­

wy nici. Akcji nie oddam. Aha, jeszcze jedno. - Sięgnął 

do kieszni i wyjął aksamitne pudełko. - Mam coś dla 

ciebie. Mały prezent. Kiedy przestaję sypiać z kobietą, 

zawsze daję jej coś kosztownego na pamiątkę. Tym razem 

wydałem więcej niż zwykle. - Oczy Joshui płonęły 

gniewem. - Ale nie żałuję. Bo w pełni zasłużyłaś na taki 

prezent, Honey. 

Dziewczyna zbladła jak płótno. 

Przywarł do niej twardy wzrok Joshui. Ta kobieta 

okazała się groźnym przeciwnikiem. Wykorzystała go. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

139 

Oszukała. Zniszczyła. A on? A on mimo to nadal jej 

pożądał. 

- Mylisz się co do mnie. Wczoraj chciałam powie­

dzieć ci prawdę, ale się bałam. Pozwól sobie wszystko 

wyjaśnić. 

- Mam dość twych kłamstw. Zniszczę twego ojca. 

Ale tak naprawdę - głos Joshui przeszedł w jadowity syk 

- to mam teraz ochotę zniszczyć ciebie. - Odwrócił się 

i odszedł. 

- Joshua! - zawołała. 

Pełen rozpaczy głos ranił mu serce. Odejście od tej 

kobiety i pożegnanie jej na zawsze okazało się najtrud­

niejszą rzeczą w dotychczasowym życiu Joshui Camero­

na. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Joshua przeżywał udrękę. Taką, jakiej jeszcze nigdy 

nie doznał. Od dwóch dni się nie golił. Nie pracował. 

Jedyne, co robił, to pił, lecz whisky rozdrażniała go 

jeszcze bardziej. 

Ciągle myślał o Honey, to znaczy o Cecilii Wyatt. Im 

więcej pił, tym bardziej jej pożądał. Johnny'emu Midni-

ghtowi, który miał nieszczęście odwiedzić szefa w chwili, 

gdy jego wściekłość osiągnęła apogeum, polecił znisz­

czyć rozdzinę Wyattów. Z Cecilią na czele. 

Johnny wyjął butelkę z rąk Joshui, poszedł do łazienki 

i całą jej zawartość wylał do umywalki. 

- Nie będziesz krzywdził dziewczyny dlatego, że się 

w niej zakochałeś - oświadczył po powrocie do pokoju. 

Joshua podszedł do barku i otworzył następną butelkę. 

- Odmawiasz wykonania polecenia? Wobec tego 

wyrzucam cię z pracy. 

- O, nie. To ci się nie uda. Sam się zwalniam. Nie będę 

patrzył dłużej na twoje szaleńcze wyczyny. Najpierw 

Cecilia chciała porozmawiać z nami w biurze. Nie 

dopuściłeś do tego. Wezwałeś gliny. Dziewczyna chciała 

bronić swojej rodziny i bardzo to się jej chwali. 

- Martwisz się o moje sprawy sercowe - syknął ze 

złością Joshua - ale dlaczego nie zabierzesz się do 

uporządkowania własnych? Przecież nadal kochasz Lacy. 

Teraz, gdy Sam Douglas nie żyje, facet, który go 

uśmiercił - prawdopodobnie psychicznie chory syn sena­

tora, Cole - chce dosięgnąć także ją i dzieciaka. Wszyst-

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

141 

kie pieniądze Sama zostały zamrożone. Lacy została bez 

grosza. Pomogłem jej zdobyć fałszywy paszport i bilety 

lotnicze do Brazylii. A ty co? W ogóle się nią nie 

zainteresowałeś. 

Johnny Midnight zrobił się blady jak ściana. 

- Ma to, na co zasłużyła. Dobrze jej tak - wycedził 

przez zaciśnięte zęby. 

- Źle osądzasz Lacy. Mylisz się co do niej. 

- Nie. Myliłem się co do ciebie. 

Zacietrzewieni mężczyźni patrzyli na siebie z nie 

ukrywaną wściekłością. Dopiero kiedy Johnny jak szalo­

ny wybiegł z domu, Joshua nieco oprzytomniał. Dziś on 

rozpoczął odwieczną kłótnię z przyjacielem. Pijany, 

z trudem zszedł po schodach. Kiedy dotarł do frontowych 

drzwi, czerwony wóz Johnny'ego już ruszał z podjazdu. 

Joshua patrzył, jak znika za zakrętem. 

Ogarnęły go wyrzuty sumienia. Po jakimś czasie 

zadzwonił do Johnny'ego, ale nie zastał go ani w biurze, ani 

w domu. Poczuł się nagle zupełnie osamotniony. Opuścił go 

jedyny przyjaciel.Z całą siłą powróciły dawne obawy i lęki. 

Wrócił do sypialni. Stanął przy oknie i pociągnął 

whisky z butelki. Dom był nieprzytulny. Szary i zimny. 

Nie było to miejsce odpowiednie dla dziecka, więc wysłał 

Heather na jakiś czas do Moniki. 

Popatrzył na dom, w którym zamieszkała Honey. To 

ona była przyczyną jego udręki. Powinna wynieść się stąd 

jak najszybciej. Zejść mu z oczu i przestać go dręczyć. 

Pociągnął następny łyk. I w tej chwili rozległ się 

dzwonek u drzwi. 

Nawet się nie ruszył. Jeśli ktoś czegoś od niego chce, 

niech zatelefonuje. A włączona na stałe automatyczna 

sekretarka zarejestruje rozmowę. Dźwięk dzwonka roz­

legł się ponownie. Pewnie wrócił Johnny, żeby dalej 

bronić Cecilii Wyatt, pomyślał Joshua. Był w tak złym 

nastroju, że nie chciał oglądać go na oczy. 

background image

142 

SZALEŃSTWO HONEY 

Podszedł do magnetofonu i nastawił muzykę. Tak 

głośno, żeby zagłuszyła uporczywe dzwonienie do drzwi. 

Drgnął gwałtownie, kiedy kawałek skały uderzył 

w szybę. Rozbił ją i wpadł do pokoju, uruchamiając 

system alarmowy zabezpieczający dom. Rozwścieczony 

Joshua, bez koszuli na grzbiecie i w starych dżinsach 

rzucił się w kierunku schodów. 

U ich stóp, pośrodku holu, stała Honey. Miała za­

krwawiony nadgarstek. W ręku trzymała kawałek rozbitej 

szyby. Mówiła cicho, wystraszonym głosem: 

- Joshua, wyłącz alarm. To tylko ja. 

- Ani mi się śni. Niech przyjadą gliny i rozprawią się 

z tobą, wstrętna włamywaczko. 

- Znów kajdanki? O, nie. - Podeszła do urządzenia 

alarmowego i wcisnęła cyfry kodowe. Syrena zamilkła. 

Joshua przechylił się przez poręcz schodów. 

- Do diabła, jak ci się to udało? 

- Patrzyłam, jak wyłączasz alarm. - Uśmiechnęła się. 

Po swojemu, urzekająco. Była szczupła, wręcz chuda. Jak 

mogła tak zmienić się na niekorzyść zaledwie w ciągu 

tygodnia? Miała ziemistą twarz i cienie pod oczyma. 

Rude włosy straciły połysk. W brzydkiej kwiecistej 

bluzce wyglądała jak niechlujna, lecz bardzo ponętna 

Cyganka. 

- Czego chcesz? - warknął. 

Zaczęła wchodzić po schodach. 

- Joshua, zależy ci przede wszystkim na tym, aby 

zniszczyć mnie, a nie ojca. Chciałeś mnie mieć na jedną 

noc lub dwie. Więc dobrze. Możesz przespać się ze mną. 

Pod warunkiem, że dasz spokój mojemu ojcu. 

Obrzucił ją wyzywającym spojrzeniem. 

- Przecież już cię miałem. Proponujesz transakcję, ale 

teraz jesteś mniej atrakcyjna niż przedtem. Skąd to 

przekonanie, że mam jeszcze ochotę na ciebie? 

- Czuję to. Wiem, że nadal mnie pragniesz. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

143 

Patrzył na miękką bluzkę opinającą jej piersi. Na 

przylegającą do ud spódnicę. Widok ten sprawił, że 

krew zaczęła krążyć mu szybciej w żyłach. Aż do bólu 

pragnął, żeby Honey podeszła bliżej. Ta kobieta miała 

rację! Nadal jej pragnął! To było czyste szaleństwo! 

Przed tygodniem odkrył, kim ona naprawdę jest. Te 

siedem dni było prawdziwym piekłem. 

- Idź sobie - warknął. Przed oczyma miał nagie ciało 

Honey. 

Weszła na górę i stanęła przed Joshuą. Jakże pragnął ją 

objąć! Zamiast to zrobić, wycofał się do sypialni. 

- Jeśli masz choć trochę zdrowego rozsądku, to zaraz 

stąd wyjdziesz. 

- Nie mam wyboru - odparła łamiącym się głosem. 

- Gram o najwyższą stawkę. 

On też robił to samo. 

- Chcesz zemsty - ciągnęła - więc będziesz ją miał. 

Weź mnie. Wykorzystaj. Zniszcz. I zapomnij o całej 

sprawie. 

Nigdy nie będzie w stanie zapomnieć o tej kobiecie. 

Zapach jaśminowych perfum do reszty oszołomił Joshuę. 

Chwycił Honey za ramiona i rzucił na łóżko. Opadł 

ciężko na nią, niemal miażdżąc kruche ciało. Miała 

gładką, ciepłą skórę. Wyglądała tak pięknie... 

- Wiesz, dlaczego tak bardzo cię nienawidzę? - zapy­

tał ostro. 

- Co to ma za znaczenie? 

W Joshuę wstąpiło szaleństwo. Nienawidził tej kobie­

ty, lecz równocześnie jej pragnął. 

- Hunter Wyatt zabił mojego ojca! - wykrzyknął 

z pasją. - Przejął nasz wspaniały hotel. Zrujnował moją 

rodzinę. Zabrał wszystko. Od tamtej pory ojciec zaczął 

pić. Znęcał się nade mną i nad moją matką. Pewnego dnia, 

pijany, zaczął czyścić strzelbę. Wypaliła mu prosto 

w twarz. A może było to samobójstwo? Nie wiem i nigdy 

background image

1 4 4 SZALEŃSTWO HONEY 

się tego nie dowiem. - Joshua zamilkł. Po dłuższej 

przerwie znów zaczął mówić łamiącym się głosem: - To 

ja... ja znalazłem wtedy ojca. Miałem jedenaście lat. 

Byłem przekonany, że zginął z mojej winy. Bo wielokrot­

nie modliłem się, aby umarł i przestał się znęcać nad 

nami. 

- Och, Joshua, biedaku... - powiedziała Honey łagod­

nie i czule. 

Przez całe życie marzył o czułości, serdeczności 

i miłości. To, że ta kobieta udawała teraz współczucie, 

rozdrażniło go jeszcze bardziej. 

- Twój ojciec zrujnował mojego. Dlatego go straci­

łem. Potem zmarła matka. Hunter Wyatt zamienił moje 

życie w prawdziwe piekło. A teraz, po latach, zjawiłaś się 

ty, żeby dokończyć jego dzieło. 

- Nic o tym nie wiedziałam! -jęknęła Honey. - Tak 

bardzo mi przykro. Za siebie. Za ojca. Nie chciałam 

zrobić ci krzywdy. - Dotknęła policzka Joshui, lecz on 

szorstkim ruchem odepchnął jej rękę. - Ale najbardziej 

mi przykro z innego powodu - dodała. - Głęboko boleję 

nad tym, że krzywdzisz sam siebie. 

- Kłamiesz! - wykrzyknął. - Wcale ci na mnie nie 

zależy! 

Nie mógł już dłużej słuchać oszukańczych słów tej 

kobiety. Ale jej pragnął. Tak bardzo, że na odwrót było za 

późno. Zerwał z siebie dżinsy. Obnażył Honey, od­

rywając guziki bluzki, i rzucił ją na łóżko. 

Przez cały czas leżała nieruchomo, obserwując go 

pełnymi lęku oczyma. 

- Dotknij mnie - zażądał nagle. - Wiesz, jak sprawić 

mi przyjemność. I ponownie udawaj, że to lubisz. 

Usiłowała się wyrwać, lecz trzymał ją mocno. Po 

chwili położyła rękę na jego skórze i zaczęła ją gładzić 

kolistymi, łagodnymi ruchami. Zaczął jęczeć z rozkoszy. 

Po twarzy Honey popłynęły łzy. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

145 

Odepchnął pieszczącą go dłoń i przycisnął usta do jej 

warg. Już dłużej nie potrafił znęcać się nad tą kobietą 

i nienawidzić jej. 

Do ucha Honey zaczął szeptać czułe słowa. Scałowy-

wał łzy spływające po policzkach. Pieścił ją powoli 

i delikatnie. Tak długo, aż sama poprosiła, aby ją wziął. 

Rozmyślnie opóźniał jej ekstazę. Wreszcie wszedł 

w nią, rozszalałą i dziką. Jeszcze cudowniejszą niż 

poprzednio. Wiedział, że będzie kochał ją do końca życia. 

Kiedy było po wszystkim, znów odczuł cały koszmar 

rzeczywistości. Cecilia Wyatt. Córka zabójcy jego ojca. 

Każde słowo tej kobiety musiało być kłamstwem. A każ­

dy pocałunek dobrze odegraną rolą. Niech ona nie myśli, 

że dał się omotać do końca! 

- Cecilio, idź do domu. Jesteś dobrą aktorką, ale nie 

doskonałą. Twemu ojcu nie daruję. 

Z ust Honey wydarł się jęk rozpaczy. 

Joshua odwrócił się tyłem i leżał bez ruchu tak długo, 

aż sobie poszła. Teraz dom znów był pusty, a jego 

właściciel - samotny. Jeszcze nieszczęśliwszy niż przed­

tem. Panująca wokół cisza doprowadzała go do szaleńst­

wa. 

Zadzwonił telefon. Rozmowę zarejestrowała automa­

tyczna sekretarka. Po chwili odezwał się jeszcze raz. 

Joshua poczuł nagle, że powinien go odebrać. 

- To był straszny wypadek... - mówiła jakaś obca 

kobieta. - Samochód spadł... Ponad godzinę wydobywa­

no go ze środka. Trzeba było ciąć karoserię... 

Do Joshui dotarł wreszcie sens makabrycznej wiado­

mości. Johnny Midnight był w szpitalu. Umierający. 

Joshua wiedział, że to z jego winy. Poczuł, że musi 

mieć teraz przy sobie Honey. Zadzwonił. Usłyszawszy 

jego głos, bez słowa odłożyła słuchawkę. Na linii zapano­

wała głucha cisza. 

Nie umiał przebaczyć tej kobiecie, mimo że wiedział, 

background image

146 

SZALEŃSTWO HONEY 

iż nie potrafi dłużej żyć bez niej. A teraz było już za 

późno. Odeszła. Na zawsze. Odpędził ją od siebie. 

Podobnie jak Johnny'ego Midnighta, który z jego winy 

teraz umiera. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

- Tam nie wolno wchodzić! 

Wchodzę, zdecydował szybko Joshua. Niech diabli 

wezmą wszystkie idiotyczne szpitalne zakazy! 

Mimo oporu ze strony personelu, wdarł się na salę, 

potrącając tacę z wysterylizowanymi instrumentami, 

które rozsypały się po posadzce. 

Zobaczył Johnny'ego. Z twarzą szarą i nieruchomą 

leżał na pokrwawionych noszach w ostrym świetle lamp. 

Widok ten zdruzgotał Joshuę. 

Lekarze rozmawiali z pielęgniarkami przyciszonym 

głosem, w pośpiechu przygotowując pacjenta do operacji. 

Joshua uprzytomnił sobie, że jeszcze nigdy nie widział 

przyjaciela tak bardzo bezradnego. 

Johnny miał ściągnięte rysy twarzy. Wokół zapadniętych 

oczu utworzyły się sine kręgi. Miał złamany nos, pokaleczone 

i opuchnięte wargi. Na czole widniała krwawa podłużna rana. 

Pielęgniarka goliła mu głowę. Miał mieć zaraz opera­

cję mózgu. 

Joshua poczuł się fatalnie. A kiedy ktoś z personelu 

szpitala wcisnął mu do rąk mały plastykowy woreczek, 

w którym znajdowały się sygnet i zegarek Johnny'ego, 

zrobiło mu się niedobrze. Czoło pokrył zimny pot. Ugięły 

się nogi. Poczuł się tak słaby, że pielęgniarka musiała 

pomóc mu wrócić do poczekalni. 

Mijały godzina za godziną. Joshua stracił poczucie 

czasu. Koszmarne sceny z dzieciństwa zlewały się w jed-

background image

148 

SZALEŃSTWO HONEY 

ną całość z tym, co ostatnio przeżywał. Zawsze jednak 

- czy we wczesnej młodości, czy każdego następnego 

dnia - był przy nim jedyny, wypróbowany przyjaciel. 

Johnny Midnight. 

Zawsze. Aż do dziś. 

To Johnny pokazał mu, jak walczyć. Nauczył, jak 

przetrwać. Był jedynym człowiekiem, który rozumiał 

rozterki i ból Joshui i pomagał mu się z nich otrząsnąć. 

Byłoby straszne, gdyby ostatnią walkę o duszę Joshui 

jego najlepszy przyjaciel miał przypłacić życiem! 

Joshua wiedział, że nie był wart takiego przyjaciela, 

jakim był Johnny. Kochał zarówno jego, jak i Honey. 

Kochał także córkę, która już dłużej nie chciała z nim 

mieszkać. To jego wady sprawiały, że niszczył ludzi, którym 

był bliski. Teraz zrobiłby wszystko, żeby znaleźć się na 

miejscu Johnny'ego. I móc umrzeć zamiast przyjaciela. 

Do poczekalni wsunęła się po cichu jakaś kobieta. 

Joshua rozpoznał w niej Lacy. Przyprowadziła z sobą 

chudziutkiego dziewięciolatka o ciemnych włosach i cza­

rnych jak węgiel oczach. 

Na zmęczonej twarzy Lacy malowało się przerażenie. 

Nic dziwnego, ostatnio żyła w ciągłym strachu o życie 

własne i synka. Miała do czynienia z bardzo niebezpiecz­

nym przeciwnikiem. Cole Douglas był człowiekiem 

nieobliczalnym. 

- Powinnaś być już w drodze do Brazylii - upomniał 

ją Joshua. 

- Przed samym odlotem usłyszałam o wypadku John­

ny'ego. Nie mogłam... nie potrafiłam opuścić go w takiej 

sytuacji... - Dotknęła lekko ramienia synka. - A to jest Joe 

- szepnęła. - Jeszcze go nie widziałeś. 

Joshua spojrzał w czarne jak węgiel oczy chłopca. 

Były idealnym odbiciem oczu jego rodziciela. A więc 

Johnny Midnight, nic o tym nie wiedząc, miał syna! 

- Za późno, żeby powiedzieć mu o synu - szepnął do 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

149 

Lacy, wskazując wzrokiem chłopca. - Jest ciągle nie­

przytomny. Lekarze obawiają się, że nigdy już się nie 

obudzi. - Joshua oparł głowę na dłoniach i oddał się 

rozpaczy. 

Do szpitalnej poczekalni wdarło się różowe światło 

świtu. Joshua siedział nieruchomo. Drętwy i obolały. 

Spojrzał na zegarek. Od chwili rozpoczęcia operacji 

Johnny'ego upłynęło ponad pięć godzin. 

Był sam w poczekalni. Lacy sprowadziła synka na dół 

do szpitalnej kantyny, żeby go nakarmić. 

Ktoś otworzył drzwi od strony korytarza. Joshua 

podniósł głowę. Zobaczył tylko aureolę rudych włosów, 

bo reszta postaci znajdowała się w cieniu. 

Honey podeszła bliżej. 

- Joshua... - zaczęła niepewnie. 

- Odejdź - mruknął. Równocześnie jednak gotów 

był paść przed nią na kolana i błagać, żeby została. 

Dlaczego ta kobieta znów obdarza mnie tym swoim 

niesamowitym uśmiechem? Czy nie zdaje sobie sprawy 

z tego, jakie ten uśmiech robi na mnie wrażenie? pomyślał 

zgnębiony. 

Nie posłuchała i zbliżyła się do Joshui. 

- Do diabła, skąd wiedziałaś, że tu jestem? - mruknął. 

- Dzwoniła do mnie Heather. 

- Nie powinna. 

- Przepraszam za wczorajsze najście. Nie wiedziałam 

o wypadku Johnny'ego. Co z nim? 

- Marnie. Nadal jest na stole operacyjnym. 

- Przeżyje. To silny człowiek. 

- Nawet najtwardsi mają ludzkie słabości. Posłuchaj 

mnie, proszę. Idź do domu. Nie jesteś tu potrzebna. Chcę 

zostać sam. 

Z ust Honey wydobył się jęk. 

- Wiem. 

background image

150 

SZALEŃSTWO HONEY 

Joshua zamilkł. W pomieszczeniu zapanowała cisza. 

Drzwi bloku operacyjnego otworzyły się nagle i do 

poczekalni weszła młoda, elegancka, rudowłosa kobieta. 

Doktor Lescuer. Lekarka, która operowała Johnny'ego. 

- Dlaczego, do diabła... - warknął Joshua, lecz szybko 

zamilkł, widząc ogromne zmęczenie malujące się na jej 

twarzy. 

- Dwukrotnie miał zapaść. Ale jakoś go wyciągnęliś­

my. Dostał krew. Z mózgu usunęliśmy odłamki kości 

i metalu. Miał niesamowite szczęście. Gdyby tkwiły 

nieco głębiej, nie udałoby się nam go uratować lub 

uszkodziłyby podstawowe funkcje mózgu. Jeśli pan 

Midnight przeżyje tę noc, jego szanse będą rosły. Sama 

operacja udała się bardziej, niż się spodziewaliśmy, ale... 

- Ale co? 

- Sądzimy, że mózg nie doznał poważniejszych obra­

żeń, lecz... 

- Lecz co? 

- Pacjent może mieć poważne kłopoty. Prawdopodo­

bnie wystąpi dezorientacja, a nawet amnezja lub inne 

powikłania. Nie sposób z góry przewidzieć wszystkich 

skutków wypadku. 

O Boże, Johnny ma szanse przeżyć! pomyślał z ulgą 

Joshua. Teraz tylko to się liczyło. I Lacy będzie mogła 

być razem z nim. 

Kiedy doktor Lescuer opuściła poczekalnię, Joshua po 

raz pierwszy spojrzał na Honey. Była blada, miała 

podkrążone oczy. 

Znów uprzytomnił sobie, że stracił ją na zawsze. 

- Dziękuję, że przyjechałaś - powiedział szorstkim 

głosem. 

- Już wychodzę. Dłużej zostać nie mogę - odparła. 

- Ojciec wpadł w szał, kiedy się dowiedział, dokąd... 

- Nie narażaj się na kłopoty z mojego powodu - rzekł 

sztywno. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

151 

- Żegnaj, Joshua. 

Kiedy znalazła się tuż przy drzwiach, zapytał jeszcze: 

- Dlaczego tu się zjawiłaś? 

- Och... - Po twarzy Honey pociekły łzy. Znów zrobił 

jej wielką przykrość. Podniosła umęczoną twarz. - Wiem, 

że nie jestem ci potrzebna. Zrozumiałam, dlaczego mnie 

nienawidzisz. 

Nie mógł dopuścić do tego, żeby odeszła na zawsze. 

Powoli podniósł się z krzesła. 

- Byłem idiotą. Kocham cię, Honey. 

- To niemożliwe... 

- Uwierz mi! Kocham cię. Bardzo. I jest mi przykro 

z powodu wielu rzeczy. Ciągle raniłem twe uczucia. 

Kłóciłem się z Johnnym, gdy stawał w twojej obronie. 

Dziś wyprowadziłem go z równowagi i dlatego jechał 

nieuważnie. Mało brakowało, a byłby zginął w wypadku. 

- Johnny i ja też nie jesteśmy bez winy... 

- Oboje staraliście się mi pomóc. - Joshua westchnął 

i przyciągnął Honey do siebie. - Jesteś ładna... 

- Ale nie śliczna... 

- Dla mnie jesteś jedyną kobietą na świecie, która się 

liczy. 

- Nigdy nie będę miała figury modelki. Nie będę 

nosiła obcisłych sukienek wyszywanych lśniącymi ceki­

nami. 

- Kiedy jesteś naga, wyglądasz cudownie. Zamiast 

cekinami, obsypię cię szmaragdami. W łóżku... 

- Chcę od ciebie tylko miłości. - Honey całym ciałem 

przywarła do Joshui. 

Dobrze mu było z tą kobietą. Przesunął ręką po jej 

włosach i lekko dotknął policzka. 

- Nie miałem pojęcia, że kiedyś będzie mi na czymś 

tak bardzo zależało - szepnął. 

- Na czymś? - W jej oczach pojawiły się figlarne 

błyski. 

background image

152 

SZALEŃSTWO HONEY 

- Na kimś - poprawił się szybko. - Chyba zakocha­

łem się w tobie od pierwszego wejrzenia. Zmieniłaś mój 

stosunek do życia. Dzięki tobie zbliżyłem się do córki. 

Twoja miłość wyrwała mnie z mroku. Po tylu latach życia 

w ciemności... 

- Nie mogę cię stracić. Za bardzo mi na tobie 

zależy. Przyszłam dlatego, że musiałam cię zoba­

czyć. 

- A co na to twój ojciec? 

- Och, przestałam przejmować się tym, czy mi prze­

baczy. W każdym razie Astella jest po mojej stronie. 

Spróbuje go przekonać. Kocham cię tak bardzo, że nie 

odejdę z żadnego powodu. Teraz wiem wreszcie, na czym 

mi naprawdę w życiu zależy, i nie dbam o akceptację ze 

strony otoczenia. Jest to wspaniałe uczucie. Wyzwolenia. 

Wolności. Joshua, pragnę być z tobą. Nawet chęć od­

szukania mego zaginionego brata, Ravena, zeszła na plan 

dalszy. 

Joshua milczał. Nie potrafił znaleźć właściwych słów. 

Oddał duszę tej kobiecie. Jedynej, którą w życiu 

pokochał. 

Pocałował Honey. 

Trwali tak razem, przytuleni do siebie. Szczęśliwi. 

Zakochani. 

background image

EPILOG 

Trzy miesiące po wypadku Johnny'ego Midnighta 

i cztery tygodnie po ślubie Honey z Joshuą dotarła do niej 

niezwykła przesyłka. Było to akurat w pierwszą sobotę po 

powrocie nowożeńców z podróży poślubnej na Hawaje. 

Pakunek był dość duży. Owinięty w błyszczący papier. 

Jaskrawozielony. W ulubionym odcieniu Honey. 

Rozpoznała natychmiast pismo brata. Niestety, na 

opakowaniu nie było adresu zwrotnego. 

Skąd wiedział, że wyszła za mąż i gdzie mieszka? 

Dlaczego wcześniej się nie odezwał? 

Spalała ją ciekawość. Ale z otwarciem przesyłki 

postanowiła zaczekać do przyjścia gości. Dziś wspólnie 

z Joshuą urządzali przyjęcie na cześć Johnny'ego, który 

po powrocie ze szpitala zabrał do swego domu na łodzi 

Lacy i Joe'ego. 

Kiedy tylko wszedł, zebrani szampanem wznieśli toast 

za jego pomyślność. Honey rozwinęła otrzymany paku­

nek. 

Oczom jej ukazało się płótno nie widziane od lat. 

Obraz, który wyszedł spod pędzla jej matki. Przed­

stawiał dwójkę małych dzieci: dziewczynkę i chłopca. 

- To była jej ostatnia praca przed śmiercią - wyszep­

tała wzruszona Honey do męża. - Raven wiedział, że 

uwielbiam ten obraz. Też go lubił, bo utrwalono na nim 

nasze ostatnie radosne wspólne chwile. - Jeszcze raz 

starannie obejrzała opakowanie. - Nie ma żadnej kartki. 

Nie napisał nic. Ale teraz przynajmniej wiem, że mój brat 

background image

154 

SZALEŃSTWO HONEY 

żyje. Może kiedyś zechce nas odwiedzić. Na razie będę 

miała was troje. Ciebie, Heather i Maria. 

Do gospodarzy podszedł Johnny. Uniósł pełny kieli­

szek. 

- Za wasze zdrowie - powiedział z uśmiechem. 

- A zwłaszcza za twoje, Honey. Uczyniłaś rzecz wielką. 

Coś, o co walczyłem przez wiele lat. Niestety, bez­

skutecznie. 

- Co masz na myśli? - zapytał Joshua. 

- Honey uratowała twoją duszę. - Johnny ponownie 

wzniósł toast. - Niech wasze szczęście trwa wiecznie. 

- Twoje też. - Joshua podniósł kieliszek. - Modli­

łem się o taki dzień jak dzisiejszy. Żebym mógł cię 

zobaczyć w moim domu w towarzystwie Lacy i Joe'ego. 

Twarz Johnny'ego nagle spochmurniała. Niechętnym 

wzrokiem spojrzał w stronę Lacy, stojącej w drugim 

końcu pokoju. 

- Oni jeszcze w pełni do mnie nie należą. 

- Dlaczego? - spytał Joshua. 

- Wiele by mówić - odparł wymijająco Johnny. 

- Kiedy byłeś z Honey na Hawajach, tutaj działo się 

wiele. Zeszłej nocy Cole Douglas włamał się na łódź 

i śmiertelnie przestraszył Lacy. Zatrzymała go policja. 

Czekam na telefon w tej sprawie. Poza tym są jeszcze inne 

sprawy. Życie nie jest proste... 

Kilka minut później, po telefonie z policji, Johnny 

wraz z Lacy i Joe'em opuścili przyjęcie. Zamyślony 

Joshua z niepokojem spoglądał na wychodzących. 

Parę godzin później, kiedy wraz z Honey znaleźli się 

sami w sypialni, zapytał: 

- Czy zauważyłaś, że Johnny był w złym nastroju? 

Między nim a Lacy chyba nie układa się dobrze. 

- Nadal ją kocha - odparła, zdejmując szmaragdowe 

kolczyki. - Przez cały wieczór nie spuszczał z niej 

wzroku. 

background image

SZALEŃSTWO HONEY 

155 

- Ale rzucał Lacy ponure spojrzenia. 

- To się zdarza nie tylko jemu. - Honey roześmiała się 

wesoło. - Zobaczysz, że się pojednają. Stanie się tak, jak 

z nami. 

- Zakochani zawsze znajdą sposób na pozbycie się 

kłopotów - stwierdził sentencjonalnie Joshua, przyznając 

rację żonie. 

- Stajesz się romantykiem? - zapytała ze śmiechem. 

- Hej, a kto nauczył mnie wierzyć, że miłość potrafi 

zdziałać cuda? - Joshua też się roześmiał. - W każdym 

razie Lacy wróciła. Oboje przeżyli piekło, ale zanim 

Johnny w pełni ją zaakceptuje, musi upłynąć trochę czasu. 

- Zgasił światło. Z otwartego okna wdarło się do pokoju 

rześkie nocne powietrze, niosące zapach kwiatów z ogro­

du. - Chodź tutaj - powiedział. - O Johnny'ego będziemy 

martwić się później. Teraz pora na pokazową lekcję 

o potędze miłości. - Joshua zdjął słuchawkę z widełek 

i schował ją pod poduszkę. 

Honey wsunęła się naga do łóżka. Joshua wziął ją 

w ramiona i ustami odszukał jej wargi. Jak zawsze, miał 

gorące ciało, a jego pocałunki były oszałamiające. 

To, co nastąpiło potem, stało się szaleństwem, ogar­

niającym zarówno ciało, jak i duszę. 

A kiedy było już po wszystkim, szczęście trwało nadal. 

Bo przez całą noc trzymał Honey w ramionach. Nasyco­

ną, a zarazem spragnioną jego wiecznej miłości.