background image

L

UCY

 M

AUD

 M

ONTGOMERY

C

ZARY

 M

ARIGOLD

T

ŁUMACZYŁA

 M

AGDALENA

 K

OZIEJ

–O

STASZKIEWICZ

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 

ANGIELSKIEGO

 M

AGIC

 

FOR

 M

ARIGOLD

background image

R

OZDZIAŁ

 

PIERWSZY

J

AKIE

 

WYBRAĆ

 

IMIĘ

?

1

Dawno, dawno  temu  (trzeba   przyznać,  że  to  jedyny  właściwy  początek   opowieści,   bo 

brzmi romantycznie i bajkowo) wszyscy przedstawiciele klanu Lesleyów z Harmony zebrali 
się w Świerkowej Kępie, by jak co roku świętować urodziny Starej Babci. A także po to, by 
nadać imię dziecku Lorraine. To wołało o pomstę do nieba — jak wyraziła się patetycznie 
ciotka   Nina   —   żeby   kochane   maleństwo   od   czterech   miesięcy   pozostawało   bezimienne. 
Jednak   —   cóż   było   robić,   skoro   biedny   Leander   zmarł   nagle   na   dwa   tygodnie   przed 
narodzinami córeczki, a nieszczęsna Lorraine chorowała potem całymi miesiącami? Zresztą 
nadal nie odzyskała sił. Ponoć w jej rodzinie było paru gruźlików…

Ciotka Nina właściwie wcale nie była ciotką, w każdym razie żadnego z Lesleyów. Była 

po   prostu   kuzynką.   Lesleyowie   mieli   jednak   zwyczaj   nazywać   „ciotkami”   i   „wujami” 
wszystkich,   którzy   byli   za   starzy,   by   młodzież   zwracała   się   do   nich   po   imieniu.   W   tej 
opowieści co chwila będą pojawiać się jacyś „przyszywani” wujowie i „przyszywane” ciotki 
— obok tych autentycznych. Nie zamierzam przerywać opowiadania, by wyjaśniać, kto zacz. 
To nieważne. Wszyscy byli Lesleyami lub wstąpili z nimi w związki małżeńskie — i tylko to 
się liczyło. Urodzić się Lesleyem to tyle, co mieć w żyłach błękitną krew. Nawet potomstwo 
ich kotów posiadało szlachetny rodowód.

Lesleyowie przepadali za dzieckiem Lorraine. Wszyscy bowiem kochali Leandra, a była to 

jedyna   sprawa,   w   której   wykazywali   zgodność.   Poza   tym   w   Świerkowej   Kępie   przez 
trzydzieści lat nie urodzi się żadne dziecko. Stara Babcia nie raz stwierdzała ponuro, że stary, 
dobry ród wymiera. Gdyby nie śmierć Leandra i długotrwała choroba Lorraine, przyjście na 
świat małej panienki wywołałoby szalony za chwyt. Gdy nadeszły urodziny Starej Babci, 
Lesleyowie   mieli   pretekst,   by  dać   upust   długo   powstrzymywanej   radości.   Co  do   imienia 
jeszcze żadne z dzieci Lesleyów nie otrzymało go, zanim wszyscy krewni nie wypowiedzieli 
się na ten temat. W ich mniemaniu wybór właściwego imienia był o wiele ważniejszy niż sam 
chrzest. Zwłaszcza w przypadku dziecka pozbawionego ojca, dziecka, którego matka była 
wprawdzie słodką istotą, lecz — sami rozumiecie — pochodziła z Winthropów!

Świerkowa Kępa — odwieczna siedziba Lesleyów, gdzie mieszkały Stara i Młoda Babcia, 

pani Leandrowa z dzieckiem oraz Salome Silversides — położona była na wybrzeżu, na tyle 
daleko od miasteczka Harmony, że jej otoczenie można uznać za wiejskie. Miły, przysadzisty 
domek z otynkowanej na kremowo cegły był tak gęsto obrośnięty winoroślą, że wyglądał 
raczej   jak   pagórek   z   bluszczu.   Ten   dom   zdawał   się   mówić:   „A   teraz   sobie   odpocznę”. 
Naprzeciw znajdowała się piękna Zatoka Harmony, z której dobiegał pomruk fal. Zatoka była 
tak blisko, że jesienią sztormy spryskiwały wodą morską schody wejściowe i inkrustowały 
szyby w oknach. Na tyłach domu sad wspinał się na wzniesienie. Z wielkiego świerkowego 
lasu porastającego wzgórze dobiegały ciche westchnienia.

Urodzinowy   obiad   spożywano   w   pokoju   Starej   Babci,   bowiem   dwa   lata   temu   babcia 

oświadczyła   spokojnie   i   pogodnie,   że   zmęczyło   ją   wstawanie   przed   śniadaniem   i   praca 
pomiędzy posiłkami.

— Przez resztę życia zamierzam być obsługiwana — stwierdziła. — Wystarczy, że przez 

dziewięćdziesiąt lat służyłam innym.

„I   rozstawiałaś   ich   po   kątach”   —   dodali   w   duchu   Lesleyowie.   Nie   śmieli   jednak 

powiedzieć tego na glos, gdyż czasami wydawało się, że uszy Starej Babci słyszą na milę. 
Pewnego razu wuj Ebenezer mruknął pod nosem jakąś uwagę na jej temat. Znajdował się 

background image

wówczas sam w piwnicy, była północ i wiedział, że w domu nie ma żywej duszy. Następnej 
niedzieli  Stara Babcia  wypomniała  mu  jego słowa. Powiedziała,  że Lucyfer  wszystko  jej 
powtórzył. Lucyfer to kot Starej Babci.

Wówczas wuj Ebenezer przypomniał sobie, że kiedy wypowiadał fatalne słowa, jego kot 

siedział na worku kartofli.

Bezpieczniej było więc nie mówić nic na temat Starej Babci.
Jej długi, bladozielony pokój, zwany pokojem ogrodowym, leżał w południowej części 

domu i miał szklane drzwi prowadzące wprost do ogrodu. Ściany pokoju były obwieszone 
fotografiami panien młodych, które wstąpiły w związki małżeńskie w rodzinie Lesleyów w 
ciągu   ostatnich   sześćdziesięciu   lat.   Większość   z   nich   miała   olbrzymie   bukiety,   cudowne 
welony i treny. Była tam i fotografia Clementine, pierwszej żony Leandra, która zmarła przed 
sześciu laty wraz z nie ochrzczoną jeszcze córeczką. Stara Babcia kazała umieścić wizerunek 
naprzeciw łóżka, tak by mogła mieć go wciąż przed oczami. Bardzo lubiła Clementine, w 
każdym razie zawsze dawała to odczuć Lorraine.

Przyjemnie   było   patrzeć   na   tę   fotografię   —   Clementine   Lesley   odznaczała   się   wielką 

urodą. Nie nosiła stroju panny młodej, gdyż zdjęcie zrobiono tuż przed ślubem. Znane było w 
rodzinie   jako   „Clementine   z   lilią”.   Stała,   oparłszy   kształtne   ramiona   na   piedestale,   a   w 
szczupłej,   doskonale   ukształtowanej   dłoni   (piękno   jej   rąk   stało   się   w   rodzinie   wręcz 
przysłowiowe) trzymała lilię, w którą wpatrywała się z powagą. Stara Babcia powiedziała 
kiedyś   Lorraine,   że   pewien   artysta   o   międzynarodowej   sławie,   goszczący   w   Świerkowej 
Kępie, wykrzyknął na widok tej fotografii:

— Cóż za subtelność! W takie dłonie mężczyzna może bez lęku złożyć duszę!
Lorraine   westchnęła   wówczas   i   spojrzała   na   swe   drobne,   mało   powabne   ręce.   Jednak 

Leander całował niegdyś czubki jej palców i powiedział… — ale Lorraine nie powtórzyła 
tego Starej Babci. Może gdyby to zrobiła, zyskałaby jej sympatię.

W rogu pokoju, koło łóżka stał zegar babci, który od pięciu pokoleń obwieszczał swym 

biciem   pogrzeby   i   wesela,   odjazdy   i   powroty,   towarzyszył   powitaniom   i   rozstaniom. 
Wiekowy   zegar   przywiózł   ze   Szkocji,   sto   czterdzieści   lat   temu,   ojciec   męża   babci   — 
Lesleyowie   szczycili   się   pochodzeniem   od   pierwszych   osadników   na   Wyspie   Księcia 
Edwarda. Zegar był nadal niezwykle punktualny, a Stara Babcia co wieczór wstawała z łóżka, 
by go nakręcać. Zrobiłaby to nawet w chwili śmierci.

Jej drugi skarb znajdował się w przeciwległym rogu pokoju. Była to szklana szkatuła z 

Alicją, słynną lalką Skinnerów, z których pochodziła matka Starej Babci. Tak więc lalka nie 
miała nic wspólnego z tradycją Lesleyów, lecz każde dziecko w tej rodzinie chowało się w 
nabożnym   lęku   przed   Alicją   i   znało   jej   historię.   Siostra   matki   Starej   Babci   straciła   swą 
jedyną, trzyletnią córeczkę i potem miała trochę „nie po kolei” w głowie. Kazała wykonać 
woskową podobiznę dziecka, trzymała lalkę zawsze przy łóżku i rozmawiała z nią jak z żywą 
istotą.   Kukła   była   ubrana   w   śliczną   haftowaną   sukienkę,   która   należała   do   zmarłej 
dziewczynki, a na nóżce miała jeden z jej trzewiczków. Drugi tkwił w woskowej rączce, 
gotowy do włożenia na gołą stopę wystającą spod muślinowych  falbanek. Lalka była  tak 
realistyczna,   że   Lorraine   zawsze   wzdrygała   się   na   jej   widok.   Salome   Silversides   miała 
wątpliwości, czy powinno się trzymać coś takiego w domu, tym bardziej że Lazarre, francuski 
parobek, twierdził, że stara dama traktuje lalkę jak relikwię, a nawet się przed nią modli. 
Jednak  Lesleyowie   byli   niejako   dumni   z   Alicji.   Żadna   z   rodzin   zamieszkujących   Wyspę 
Księcia   Edwarda   nie   mogła   pochwalić   się   posiadaniem   takiej   osobliwej   rzeczy,   więc 
wyróżniało   to   Lesleyów   spośród   pozostałych   rodów.   Turyści   po   powrocie   do   domów 
opisywali historyczną ciekawostkę w lokalnych gazetach.

Rzecz jasna, w urodzinowych obchodach brały także udział koty. Lucyfer i Wiedźma z 

Endoru. Oba miały aksamitnie czarne futro i wielkie okrągłe oczy. Świerkowa Kępa znana 
była z rasy czarnych kotów o topazowych oczach. Ich potomstwu nie pozwalano rozpierzchać 

background image

się po świecie, lecz starannie dobierano opiekunów.

Lucyfer   był   ulubieńcem   Starej   Babci.   Ten   dystyngowany,   subtelny   kot   był   wprost 

nieodgadniony, otaczała go aura tajemnicy. Kocica, choć nosiła miano Wiedźmy z Endoru, w 
porównaniu z Lucyferem była wręcz pospolita. Salome dziwiła się skrycie, że babcia nie bała 
się Sądu, nadając kotom takie imiona. Salome lubiła „swoje domowe koty”, ale wpadła w 
furię, gdy wuj Klon powiedział kiedyś:

— Salome Silversides, z takim imieniem sama powinnaś być kotem! Gładką, mruczącą, 

syjamską kotką!

— Jestem przekonana, że wcale nie przypominam kota — odparła w najwyższym stopniu 

urażona Salome.

Wuj Klon przyznał jej rację.
Stara Babcia, dziewięćdziesięciodwuletnia dama zamierzająca dożyć setki, była drobną, 

pomarszczoną staruszką o błyszczących czarnych oczach. To, co mówiła i robiła, podszyte 
było   jakąś   chochlikowa   —   tą   złośliwością.   Rządziła   klanem   Lesleyów   i   wiedziała   o 
wszystkim, co się w nim dzieje. O ile przestała „służyć”, o tyle niewątpliwie nie przestała 
„rozstawiać po kątach”. Tego dnia siedziała wsparta o purpurowe poduszki, a jej twarz okalał 
przybrany białymi falbankami czepek. Z apetytem zajadała obiad i przeżuwała w myślach 
różne, nie nadające się do wypowiedzenia na głos, słowa na temat swoich synowych oraz żon 
wnuków i prawnuków.

2

Młoda Babcia, osoba zaledwie sześćdziesięcioletnia, siedziała na honorowym miejscu przy 

długim   stole.   Była   to   wysoka,   przystojna   dama   o   bystrych,   stalowoniebieskich   oczach   i 
siwych włosach, którą Stara Babcia uważała za nieco impertynencką smarkulę. Nie miała w 
sobie nic z typowej babci — w czepeczku, z robótką ręczną na podołku. W purpurowej, 
aksamitnej sukni ozdobionej koronkowym kołnierzykiem wyglądała raczej jak majestatyczna 
księżna. Suknia liczyła sobie już osiem lat, lecz cokolwiek Młoda Babcia przywdziewała, 
sprawiało   wrażenie   ostatniego   krzyku   mody.   Większość   obecnych   na   obiedzie   Lesleyów 
uważała, że Młoda Babcia nie powinna zdejmować żałoby,  nawet z okazji urodzinowego 
przyjęcia. Ale ona dbała o ich opinię równie mało, co Stara Babcia. Pochodziła z Blaisdellów 
— z tych „upartych Blaisdellów”, a był to ród o tradycjach dorównujących lesleyowskim.

Lorraine   siedziała   po   prawej   stronie   Młodej   Babci,   a   obok   niej   stała   kołyska   z 

niemowlęciem. Z powodu dziecka osoba Lorraine bezsprzecznie nabrała znaczenia, jakiego 
nigdy wcześniej jej nie przyznawano. Wszyscy Lesleyowie byli mniej lub bardziej przeciwni 
„drugiemu wyborowi” Leandra. Ułagodził ich jedynie fakt, że wybranka była córką pastora. 
Nieśmiała,   ładniutka   dziewczyna   nie   wyróżniała   się   niczym   poza   burzą   lśniących, 
jasnozłotych   włosów.   Miała   wrażliwą   twarz   i   niezwykle   łagodne,   szaroniebieskie   oczy   o 
długich rzęsach.

Czarna suknia odejmowała Lorraine lat i podkreślała jej kruchość. Wreszcie młoda kobieta 

zaczynała   czuć   się   choć   trochę   szczęśliwa.   Ramiona,   które   w   nocnej   ciszy   natrafiały   na 
pustkę, teraz miały kogo utulić. Pola i wzgórza otaczające Świerkową Kępę, tak jałowe i 
mroźne, gdy jej malutka królewna przyszła na świat, teraz tryskały złotem i zielenią, usiane 
były kwiatami, a sad i ogród wprost buchały cudownymi zapachami. Lorraine nie mogła być 
całkiem nieszczęśliwa — wiosną, z takim cudownym, niezwykłym dzieckiem.

Niemowlę leżało w starej kołysce, która niegdyś służyła jego dziadkowi i ojcu. Było to 

śliczne   maleństwo   o   zuchwałym   podbródku,   rączkach   subtelnych   jak   kwiat   jabłoni   i 
niebieściutkich oczach. Na jego ustach błąkał się arogancki, pełen wyższości uśmiech, jaki 
mają   dzieci,   zanim   zapomną   te   wszystkie   cudowne   rzeczy,   które   wiedzą   na   początku. 

background image

Lorraine prawie nie jadła obiadu, gdyż  raz po raz patrzyła  na dziecko i pogrążała się w 
rozmyślaniach.   Czy   ta   kruszyna   będzie   kiedyś   roztańczoną   dziewczyną   o   gwiaździstych 
oczach, panną młodą w bieli, matką? Lorraine przeszedł dreszcz. Nie trzeba wybiegać myślą 
tak daleko w przyszłość. Ciocia Anne wstała, przyniosła szal i czule otuliła nim ramiona 
młodej   matki.   Lorraine   dosłownie   tajała   z   gorąca   w   czerwcowym   upale,   ale   wolała 
wysiedzieć   w   szalu   do   końca   obiadu,   niż   urazić   uczucia   cioci   Anne.   Taka   właśnie   była 
Lorraine.

Po lewej ręce Młodej Babci siedział wuj Klondike, przystojny, tajemniczy i nieobliczalny 

przedstawiciel   klanu   Lesleyów.   Miał   proste,   szerokie   brwi,   błyszczące,   niebieskie   oczy, 
grzywę   kasztanowych   włosów   i   rudozłotą   brodę,   o   której   pewna   sentymentalna   dama   z 
Harmony, w wieku nieokreślonym, powiedziała, że przywodzi jej na myśl „tych dawnych, 
wspaniałych wikingów”.

Wujek   Klondike   miał   właściwie   na   imię   Horacy,   lecz   od   kiedy   powrócił   z   Jukonu   z 

kieszeniami   pełnymi   złota,   znany   był   jako   Klondike

*1

  Lesley.   Był   czcicielem   Boga 

Wędrowców i ofiarował mu wiele bujnych, cudownych lat.

Klondike,   jeszcze   jako   uczeń   szkoły   powszechnej,   lubił   wskazywać   różne   miejsca   na 

mapach i mówić: „Pojadę tam”. I dopiął swego. Stał na najdalej wysuniętym na południe 
cyplu cejlońskim, siedział na stupach

*

 buddyjskich na krańcach Tybetu. Krzyż Południa był 

mu przyjacielem; słuchał słowiczego śpiewu w ogrodach Alhambry; poznał na wskroś Indie i 
przemierzył   Chiny;   błądził   samotnie   po   arktycznych   pustkowiach.   Mieszkał   w   wielu 
miejscach, ale żadnego nie uznawał za swój dom. To święte miano zachował podświadomie 
dla zielonej górskiej doliny, gdzie się urodził.

Wreszcie,   nasyciwszy   się   wszystkim,   wrócił   do   domu,   by  do   końca   swych   dni   wieść 

przykładny żywot przedstawiciela klanu Lesleyów. Jakby na potwierdzenie swych zamiarów 
przystrzygł  brodę i wąsy.  Szczególnie  jego wąsy były wcześniej wręcz skandaliczne.  Ich 
końce sięgały koniuszka brody. Gdy ciotka Anne spytała kiedyś wuja z rozpaczą w głosie, 
dlaczego, na litość boską, nosi takie wąsiska, odparł, że gdy jest mu zimno, owija je sobie 
wokół uszu. Rodzina obawiała się bardzo, że nadal będzie je nosił, gdyż wuj Klon łączył w 
sobie krew Lesleyów i Blaisdellów. Zdecydował się jednak skrócić zarost, lecz nigdy, bez 
względu   na   modę,   nie   zrezygnował   z   niego   zupełnie.   Ale,   choć   kładł   się   wcześnie   spać 
przynajmniej   raz   w   tygodniu,   nadal   żarliwie   korzystał   z   uciech   życia,   więc   rodzina   w 
skrytości ducha bała się go, jak również sprośnych aluzji i cynicznych uwag, które wygłaszał. 
Szczególny lęk budził Klon w cioci Ninie od dnia, kiedy oświadczyła mu z dumą, że mąż 
nigdy jej nie okłamał.

— Och, biedna kobieto… — powiedział wtedy wuj Klon pełnym współczucia tonem.
Nina   domyślała   się,   że   za   tą   uwagą   kryje   się   jakiś   żart,   ale   zupełnie   nie   mogła   go 

odgadnąć.   Choć   należała   do   W.C.T.U.

*

  oraz   I.O.D.E.

*

,  a   także   miała   wiele   wspólnego   z 

innymi kombinacjami alfabetycznymi, trudno jej było połapać się w dowcipach wuja Klona.

Klondike Lesley znany był ze swej niechęci do kobiet. Ostentacyjnie szydził z miłości, 

szczególnie z miłości od pierwszego wejrzenia, którą nazywał horrendalną bzdurą. Mimo to 
krewni przez wiele lat usiłowali go ożenić. Byli przekonani, że Klondike’owi potrzebna jest 

1

*

 Klondike — kanadyjskie terytorium autonomiczne na Jukonie, na granicy z Alaską, gdzie w latach 1897 

— 1898 panowała „gorączka złota” (przyp. tłum.)

* Stupa — typ budowli religijnej, głównie buddyjskiej, w formie kopca, pełniącej funkcję relikwiarza (przyp. 

tłum.)

* W.C.T.U. — Women’s Christian Temperance Union — czyli Chrześcijańskie Stowarzyszenie Kobiet na 

Rzecz   Abstynencji,   założone   w   Kanadzie   w   roku   1874;   nazwa   „przekręcona”   została   przez   satyryków   na 
Women’s Connubial Temperance Union, czyli Stowarzyszenie Kobiet na Rzecz Wstrzemięźliwości Małżeńskiej 
(przyp. tłum.)

*  I.O.D.E — Imperiał of Daughters of Empire — kobieca organizacja patriotyczna i filantropijna, której 

motto brzmiało: „jedna flaga, jeden tron, jedno Imperium”, założona w 1900 r. w Kanadzie (przyp. tłum.)

background image

dobra żona, która napędzi mu trochę rozumu do głowy. Z właściwą sobie otwartością polecali 
mu wiele świetnych partii, ale Klondike’a Lesleya nie sposób było zadowolić.

— Katherine Nichols?
— Przyjrzyj się, jakie ma grube pęciny.
— Emma Goodfellow?
— Jej matka miała zwyczaj miauczeć w kościele, ilekroć pastor powiedział coś, co było jej 

nie w smak. Nie mogę ryzykować, to może być dziedziczne.

— Rose Osborn?
— Nie znoszę kobiet o grubych rękach.
— Sara Jennet?
— Jajko bez soli.
— Lottie Parks?
— Nadaje się na przystawkę, lecz nie na danie główne.
— Ruth   Russell?   —   pytanie   wypowiedziane   triumfalnym   tonem,   gdyż   w   tej   kobiecie 

żaden rozsądny mężczyzna nie doszukałby się wady.

— Dziwaczka. Kiedy nie ma nic do powiedzenia, nie odzywa się wcale. Podejrzana cecha 

jak na kobietę.

— Dorothy Porter?
— Robi wrażenie w blasku świec. Nie sądzę jednak, by równie dobrze prezentowała się 

przy śniadaniu.

— Amy Ray?
— Bez przerwy pomrukuje, mruga, łasi się i wyciąga pazurki. Miła kotka, ale ja nie jestem 

myszą.

— Agnes Barr?
— Zamiast modlitw recytuje formułki Couego

*

!

— Olive Purdy?
— Ostry język, humory, łzy. Daruję sobie, piękne dzięki.
Nawet Stara Babcia przyłożyła rękę do swatania, lecz bez powodzenia. Była na tyle mądra, 

że nie usiłowała narzucać Klonowi jakiejś konkretnej kandydatki — jeszcze żaden Lesley nie 
ożenił się z dziewczyną, którą mu wybrała rodzina. Stara Babcia miała swoje własne sposoby. 
Jednak w odpowiedzi usłyszała jedynie:

— Najszybciej podróżuje się w pojedynkę.
— Masz rację — odparła Stara Babcia. — Jeśli żyje się po to, by szybko podróżować.
— To nie ja mam rację. Czyżbyś nie znała Kiplinga, babciu?
— Co znowu za Kipling? — spytała Stara Babcia.
Wuj Klon nie wdawał się w wyjaśnienia.  Powiedział tylko, że pisane mu jest umrzeć 

kawalerem, a przed przeznaczeniem nie ma ucieczki.

Owszem, Stara Babcia nie znała Kiplinga, lecz mimo to nie brakowało jej rozumu.
— Czekałeś zbyt długo i straciłeś apetyt — osądziła przenikliwie.
Lesleyowie   dali   wreszcie   spokój   ze   swataniem   nieznośnego   kuzyna.   Klon   pozostał 

kawalerem i miał podły zwyczaj wysyłania telegramów z „wyrazami szczerego współczucia”, 
ilekroć któryś  z przyjaciół się żenił. Za to siostrzeńcy i siostrzenice, a zwłaszcza dziecko 
Lorraine, które wuj wprost ubóstwiał, mięli z jego kawalerskiego stanu same korzyści.

Tak więc Klon siedział przy stole — nieżonaty, beztroski, zadowolony — i przyglądał się 

wszystkim z uśmiechem pełnym rozbawienia.

Już na początku kolacji Lucyfer wskoczył mu na kolana. Ten kot raczył zadawać się z 

niewidoma osobami, lecz — jak „wyjawił” Wiedźmie z Endoru — Klondike Lesley miał na 
niego sposoby. Karmił Lucyfera kąskami z własnego talerza, a Salome (obecna przy stole, 

*  Emile   Coue   (1857   —   1926)   —   francuski   chemik   i   psychoterapeuta,   zwolennik   leczenia   metodą 

autosugestii (przyp. tłum.)

background image

jako daleka kuzynka Jane Lyle, która poślubiła przyrodniego brata Lesleya) uważała, że to 
obrzydliwe.

3

Nadszedł czas, by porozmawiać trochę o dziecku, i wuj William–zza–zatoki po wsze czasy 

okrył się hańbą, mówiąc z powątpiewaniem:

— Ona nie jest… hm… zbyt ładna, jak sądzicie?
— Dobrze to rokuje na przyszłość — stwierdziła cierpko Stara Babcia. Nie odzywała się 

dotąd,   wyczekując   sposobnej   chwili,   jak   czujny   kot.   —   Ty   byłeś   bardzo   ładnym 
niemowlęciem,  chociaż  miałeś   na  głowie  niewiele   więcej   włosów  niż   obecnie   —  dodała 
złośliwie.

— Uroda to fatalny dar. Lepiej, by jej nie miała — westchnęła ciocia Nina.
— To dlaczego nacierasz się co wieczór kremem, jesz surową marchewkę, by mieć ładną 

cerę, i farbujesz włosy? — spytała Stara Babcia.

Nina nie miała pojęcia, skąd babcia wiedziała o marchewce. Przecież ona nie miała kota, 

który doniósłby o tym Lucyferowi.

— Jesteśmy  tacy,  jakimi   stworzył  nas  Bóg  —  stwierdził  świętoszkowatym   tonem   wuj 

Ebenezer.

— W takim razie niektórych  z nas  nieźle  spartaczył  — odpaliła  Stara  Babcia,  patrząc 

znacząco na olbrzymie uszy wuja Ebenezera i białe frędzle bokobrodów, które nadawały mu 
wygląd   owcy.   Stara   Babcia   pomyślała   sobie   jednak,   że   bez   względu   na   to,   kto   jest 
odpowiedzialny za uszy Ebenezera, to nie fair winić Boga za jego bokobrody.

— Jej   dłonie   mają   dość   szczególny   kształt,   nieprawdaż?   —   nie   dawał   za   wygraną 

William–zza–zatoki.

Ciocia Anne pochyliła się i ucałowała jedną z rączek.
— Istotnie. To ręka artystki — orzekła.
Lorraine   spojrzała   z   wdzięcznością   na   ciocię   Anne,   a   wuja   Williama–zza–zatoki 

nienawidziła żarliwie przez całe dziesięć minut.

— Nie urodzenie stanowi o szlachetności — powiedział wuj Archibald, który odzywał się 

z rzadka i tylko po to, by wygłosić jakąś maksymę.

— Powiedz mi, proszę, Archibaldzie — odezwała się figlarnym tonem Stara Babcia — czy 

kiedy śpisz, też masz taką uroczystą minę?

Zapadła cisza. Ciocia Mary Martha–zza–zatoki, jedyna osoba znająca odpowiedź na to 

pytanie, nie żyła od dziesięciu lat.

— Ładna czy nieładna, bez wątpienia będzie miała długie rzęsy — powiedziała ciocia 

Anne, wracając do bezpieczniejszego tematu rozmowy. Nie chciała pozwolić Starej Babci, by 
dla własnej uciechy rozpętała kłótnię rodzinną w tak krótkim czasie po śmierci Leandra.

— Niechaj więc Bóg ma mężczyzn w swojej opiece — powiedział ponuro wuj Klon.
Ciocia Anne zastanawiała się, dlaczego babcia chichocze pod nosem, aż łóżko podryguje. 

Pomyślała również, że wuj Klon, obdarzony niestosownym poczuciem humoru, nie powinien 
uczestniczyć w poważnych zgromadzeniach rodzinnych.

— Tak czy owak, musimy jej nadać ładne imię — powiedziała szybko ciocia Flora. — 

Wstyd po prostu, że tak długo musiała na to czekać, jak żadne dziecko Lesleyów. No, babciu, 
ty powinnaś ją nazwać. Co proponujesz?

Stara Babcia miała już trzy imienniczki, wiedziała więc, że dziecko Leandra nie będzie 

nosiło jej imienia.

— Nazwijcie ją sobie, jak chcecie — odparła obojętnie. — Za stara jestem, by się tym 

kłopotać. Kłóćcie się sami.

background image

— Ale chcielibyśmy twej rady — wyrwało się niefortunnie cioci Leah, do której Stara 

Babcia   poczuła   niedawno   odrazę.   Przy   powitaniu   spostrzegła   bowiem,   że   Leah   ma 
pomalowane paznokcie.

— Nie dam wam żadnej rady, gdyż jej nie mam. Posiadam jedynie odrobinę mądrości, a 

t e g o  nie mogę dać. Tak samo jak nic nie poradzę, gdy kobieta ma pospolity nos.

— Czy   pijesz   do  m o j e g o   nosa?   —   spytała   zadziornym   tonem   ciocia   Leah.   Często 

mawiała, że jest jedyną osobą w rodzinie, która nie boi się babci.

— Uderz w stół, a nożyce się odezwą — odpaliła Stara Babcia. Z pełną pogardy miną 

zapadła się w poduszki i zaczęła sączyć ze smakiem herbatę. Policzyła się z Leah za ten jej 
manicure.

Na specjalne życzenie Stara Babcia spożyła obiad wcześniej, by móc teraz przyglądać się 

wszystkim   podczas   posiłku.   Chciała,   by   czuli   się   nieswojo.   O,   jak   dobrze   było   znowu 
sprawiać im przykrość. Musiała być taka dobra i uważająca przez cztery miesiące. Cztery 
miesiące żałoby to zupełnie wystarczy. Zdawało jej się, że minęły cztery wieki!

Lorraine westchnęła. Wiedziała, jakie imię chce nadać dziecku. Wiedziała też, że nigdy nie 

odważy się tego powiedzieć. A gdyby nawet, i tak nie przystaliby na jej propozycję. Gdy 
wchodzi się do takiej rodziny jak Lesleyowie, trzeba ponosić konsekwencje. To okropne, 
kiedy nie można nadać imienia własnemu dziecku, kiedy nie jest się nawet pytanym o zdanie 
w tej sprawie. Gdyby żył Lee, wszystko byłoby inaczej. Lee wcale nie był podobny do swych 
krewnych — może nie licząc Klona — kochał rzeczy niezwykłe, piękno i śmiech… Lecz jego 
śmiech  tak nagle  ucichł. Niebiańskie  żarty na pewno są bardziej  pieprzne, od kiedy Lee 
przybył do nieba. Jakże wściekłby się na to czci godne konklawe mające nadać imię jego 
dziecku!   Zaraz   by   z   nimi   zrobił   porządek!   Lorraine   wiedziała,   że   pozwoliłby   jej   samej 
nazwać córeczkę.

— Ja jestem zdania — zaatakowała znienacka grobowym głosem pani Davidowa Lesley 

— że dziecko powinno nosić imię pierwszej żony Leandra.

Pani Davidowa i Clementine były bardzo zaprzyjaźnione. Ale cóż za imię, Clementine! 

Lorraine znowu wstrząsnął dreszcz i natychmiast tego pożałowała, bo po minie cioci Anne 
mogła się spodziewać na swych ramionach drugiego szala.

Wszyscy zwrócili oczy na fotografię dziewczyny z lilią.
— Biedna Clementine — westchnęła ciocia Stella takim tonem, że Lorraine natychmiast 

poczuła, iż nie powinna była zajmować miejsca biednej Clementine.

— Pamiętacie, jakie miała piękne kruczoczarne włosy? — spytała ciocia Marcia.
— A jakie śliczne ręce — dodała cioteczna babka Matylda.
— Umarła tak młodo… — westchnęła ciocia Josephine.
— Była uroczą dziewczyną — dorzuciła cioteczna babka Elizabeth.
— Urocza dziewczyna — uroczą dziewczyną, ale grzechem byłoby skazywać niewinne 

dziecko na takie imię — odezwał się wuj Klon.

Cała rodzina, z wyjątkiem pani Davidowej, była mu wyraźnie wdzięczna za tę uwagę, a 

szczególnie Młoda Babcia. To imię po prostu było nieodpowiednie, mimo uroku Clementine. 
Chociażby ze względu na starą okropną piosenkę Oh, my darling Clementine, którą chłopcy 
lubią ryczeć wieczorami na drodze. Nie, to nie imię dla Lesleyówny.

Pani Davidowa wpadła w złość. Nie tyle z powodu odrzucenia jej pomysłu, lecz dlatego, 

że wuj Klon próbował ją przedrzeźniać. To było naprawdę podłe z jego strony. Przecież już 
dawno przestała seplenić.

— Może jeszcze farszu? — spytała łaskawie Młoda Babcia.
— Nie, dziękuję. — Pani Davidowa postanowiła nie brać żadnych dokładek, by w ten 

sposób   zamanifestować   swoje   niezadowolenie.   Później   zemściła   się   jeszcze   okrutniej, 
pozostawiając   na   talerzu   dwie   trzecie   puddingu,   wiedziała   bowiem,   że   przygotowała   go 
Młoda   Babcia.   (Młoda   Babcia   nie   spała   w   nocy,   zastanawiając   się,   czy   rzeczywiście   z 

background image

puddingiem było coś nie tak. Pozostali mogli go przecież zjeść tylko z grzeczności).

— Można by jej nadać  imię  po ojcu, gdyby  nie  brzmiało  ono Leander  — powiedział 

cioteczny dziadek Walter. — Na przykład Roberta, Georgina, Johanna, Andrea, Stephanie, 
Wilhelmina…

— Albo Davidena — dorzucił wuj Klon, ale cioteczny dziadek Walter go zignorował.
— Z takiego imienia jak Leander nic się nie da zrobić. Po co go tak nazwałaś, Marian?
— Jego dziadek dał mu to imię na cześć człowieka, który przepłynął Hellespont — odparła 

z   przyganą   Młoda   Babcia,   chociaż   trzydzieści   pięć   lat   temu   przepłakała   całą   noc, 
dowiedziawszy się, jak okropnie będzie się nazywało jej dziecko.

— Można ją nazwać Hero — powiedział wuj Klon.
— Kiedyś mieliśmy psa o tym imieniu — rzekła Stara Babcia.
— Leander nie powiedział ci przed śmiercią, czy wybrał jakieś imię? — spytała ciocia 

Nina.

— Nie — odparła drżącym głosem Lorraine. — Miał niewiele czasu, by… powiedzieć 

cokolwiek.

Wszyscy  spojrzeli   z wyrzutem   na Ninę.  Uważali,  że  jej   pytanie  było  ze  wszech  miar 

nietaktowne.  Lecz  czego  można  się spodziewać po kobiecie,  która wypisuje  wierszydła  i 
kramarzy nimi po całym kraju? Ostatecznie można by jej wybaczyć — i puścić w niepamięć 
— samo p i s a n i e . W końcu Lesleyów cechowała tolerancja, a każdy ma jakieś słabości. Ale 
żeby s p r z e d a w a ć  te wiersze!

— Chciałabym dać jej na imię Gabriela — nie zrażała się Nina.
— W rodzinie Lesleyów nigdy nie było takiego imienia — powiedziała Stara Babcia.
No właśnie.
— Najwyższy   czas,   żebyśmy   wprowadzili   jakieś   nowe   imiona   —   orzekła   poetka 

buńczucznie, a napotkawszy mur nieprzyjaznego milczenia, wybuchnęła płaczem. Nina miała 
zwyczaj płakać z byle powodu. Leander przezywał ją Panią Chlipą.

— No, no, uspokój się — mruknęła Stara Babcia. — Bez wątpienia w każdej atmosferze 

— przyjemnej lub nieprzyjemnej — możemy wymyślić dziecku imię. Niech ci się nie zdaje, 
Nino, że ułatwiasz sprawę robiąc z siebie męczennicę.

— A jakie jest pani zdanie, panno Silversides? — spytał wuj Charlie któremu nie podobało 

się, że Salome jest — w jego odczuciu — ignorowana przez wszystkich.

— Och,  to   co  j  a  myślę,   nie   ma  żadnego   znaczenia.   Ja  się  nie  liczę   odparła   Salome, 

ostentacyjnie nakładając sobie na talerz pikle.

— Ejże, ejże, należy pani do rodziny — przypochlebiał się jej wuj Charlie, który twierdził, 

że umie postępować z kobietami.

— No cóż — powiedziała nieco łagodniej Salome, gdyż od dłuższego czasu nie mogła się 

już doczekać, kiedy wtrąci swoje trzy grosze. — Zawsze byłam zdania, że najelegantsze są 
imiona zakończone na „ina”. Ja wybrałabym więc imię Rosalina.

— Bądź też Evangelina — powiedział cioteczny dziadek Walter.
— Może Eglantyna — dorzuciła z zapałem ciocia Marcia.
— Albo Żelatyna — dodał skwapliwie wuj Klon. Zapadła cisza.
— Juno to takie ładne imię — odezwała się kuzynka Teresa.
— Przecież jesteśmy prezbiterianami — przypomniała Stara Babcia.
— No to może Robinette — zasugerował wuj Charlie.
— Jesteśmy Anglikami — skwitowała Młoda Babcia.
— Yvonne to takie romantyczne imię — powiedziała ciocia Flora.
— Imiona nie muszą być romantyczne — stwierdził wuj Klon. — Bohaterowie najbardziej 

tragicznego   i   niezwykłego   romansu,   jaki   znałem,   zwali   się   Silas   Twingletoe   i   Kezia 
Birtwhistle.   Ja   tam   uważam,   że   dzieci   w   ogóle   nie   powinno   się   nazywać.   Lepiej   je 
numerować, a jak dorosną, niech same sobie wybierają imiona.

background image

— Nie wiesz, co to być matką, drogi Horacy — orzekła Młoda Babcia.
— Nawiasem   mówiąc,   w   Charlottetown   jest   Yvonne   Clubine,   która   prowadzi   sklep   z 

dezabilami — oświadczyła ciocia Josephine.

— Dezabilami?  Jeżeli   masz   na myśli   bieliznę,   to  mów  tak  od  razu  — burknęła   Stara 

Babcia.

— Juanita to ładne i niepospolite imię — podpowiedział John Eddy Lesley–zza–zatoki. — 

J–u–a–n–i–t–a.

— Nikt by nie wiedział, jak to się pisze i wymawia — stwierdziła ciocia Marcia.
— Sądzę… — zaczął wuj Klon, lecz ciocia Josephine weszła mu w słowo.
— Ja myślę…
— Place aux dames  — mruknął pod nosem wuj Klon. Ciocia Josephine była pewna, że 

rzucił jakieś przekleństwo, lecz zignorowała go.

— Ja myślę, że dziewczynka powinna dostać imię jednej z naszych misjonarek. To wstyd, 

że choć są w rodzinie trzy misjonarki, żadna nie ma imienniczki — nawet jeśli są to tylko 
dalekie kuzynki. Proponuję, byśmy nazwali małą Harriet, na cześć najstarszej.

— Przecież to byłby afront wobec Ellen i Louise — zauważyła ciocia Anne.
— No   cóż   —   zaczęła   Młoda   Babcia   wyniośle.   Mówiła   takim   tonem,   gdyż   nikt   nie 

zaproponował, aby dać dziecku j e j  imię. — Nazwijcie ją więc Harriet Ellen Louise Lesley. 
Wówczas żadna daleka kuzynka nie dozna afrontu.

Propozycja   ta   spotkała   się   z   ogólnym   uznaniem.   Lorraine   wstrzymała   odech   i   z 

niepokojem spojrzała na wuja Klona. Jednak kto inny pospieszył jej na ratunek.

— A czy zastanowiliście się, jakie miałaby wówczas inicjały

*

? — zachichotała złośliwie 

Stara Babcia.

Gdy to zrobili, o misjonarkach nie było już więcej mowy.

4

— Sylvia   to   piękne   imię   —   zaryzykował   wuj   Howard,   którego   pierwsza   miłość   tak 

właśnie się nazywała.

— Nie   można   dać   jej   tego   imienia   —   rzekła   zaszokowana   ciocia   Millicent.   — 

Zapomniałeś,   że   Sylvia   stryjecznego   dziadka   Marshalla   oszalała?   Zakończyła   życie, 
wrzeszcząc wniebogłosy. Ja sądzę, że imię Bertha byłoby bardziej odpowiednie.

— Przecież   jest   jakaś   Bertha   w   rodzinie   Johna   C.   Lesleya–zza–zatoki   —   powiedziała 

Młoda Babcia.

John C. był  dalekim  krewnym,  wyrzuconym  przez klan poza nawias. Imię  Bertha nie 

wchodziło więc w rachubę.

— Czy nie byłoby ładnie nazwać ją Adela? — spytała ciocia Anne. — Adela jest naszą 

jedyną wybitną powinowatą. Słynną autorką…

— Zanim   moja   wnuczka   zostanie   imienniczką   tej   pani,   chciałabym   poznać   zagadkę 

śmierci jej męża — stwierdziła surowo Młoda Babcia.

— Nonsens, mamo! Nie podejrzewasz chyba Adeli…
— A jednak w owsiance b y ł  arszenik — przerwała posępnie Młoda Babcia.
— Ja   wam   powiem,   jakie   imię   nadać   dziecku   —   odezwała   się   ciocia   Sybilla,   która 

wyczekiwała   na   odpowiednie   nastawienie   psychiczne   swoich   krewnych.   —   Theodora! 
Miałam  w   nocy widzenie.   Obudziło  mnie  uczucie  przenikliwego  chłodu  na  twarzy.  Cała 
byłam   pokryta   gęsią   skórką.   I   wtedy   usłyszałam   głos,   który   wyraźnie   wymówił   imię 
Theodora. Zaraz po przebudzeniu zapisałam je w swoim dzienniku.

* H.E.L.L. — heli (ang.) — piekło (przyp. tłum.)

background image

John Eddy Lesley–zza–zatoki wybuchnął gromkim śmiechem. Sybilla przez wiele tygodni 

myślała potem o nim z nienawiścią.

— Chciałabym — rzekła drżącym głosem przemiła cioteczna babka Matylda — aby dano 

jej imię mojej zmarłej córeczki.

Pięćdziesiąt lat minęło od śmierci dziewczynki, lecz Matylda wciąż żyła wspomnieniami. 

Lorraine kochała ciocię Matyldę i chciałaby sprawić jej radość. Ale nie mogła przecież dać 
swej małej na imię Emmalinza.

— To przynosi nieszczęście, gdy nadaje się dziecku imię zmarłej osoby — stwierdziła 

kategorycznie ciocia Anne.

— Dlaczego by nie nazwać jej Jane? — wtrącił szybko wuj Peter. — Moja matka miała tak 

na imię. Jest dobre, niewyszukane i sensowne. Można je zdrabniać odpowiednio do wieku: 
Jenny, Janie, Janet, Jeannette, Jean i Jane dla siedemdziesięciolatki.

— Och, zaczekajcie z tym, aż umrę, p r o s z ę  — jęknęła Stara Babcia. — To imię zawsze 

przypominałoby mi Jane Putkammer.

Nikt nie wiedział, kim była owa Jane Putkammer, ani dlaczego Stara Babcia nie chciała o 

niej słyszeć. Ponieważ nikt o to nie zapytał — a przystąpiono właśnie do deseru — Stara 
Babcia wyjaśniła im tę zagadkę.

— Po   śmierci   mojego   męża   przysłała   mi   list   kondolencyjny   pisany   czerwonym 

atramentem!

Tak więc dziecku udało się nie zostać Jane. Lorraine czuła ogromną wdzięczność do Starej 

Babci. Jakie to szczęście, że na świecie istnieje czerwony atrament!

— Doprawdy,   śmieszą   mnie   zdrobnienia,   ciekawe,   czy   używano   ich   w   biblijnych 

czasach… — zastanawiał się głośno wuj Klon. — Czy Jonatana nazywano Jo? Czy na Króla 
Davida wołano Dave? I wyobraźcie sobie matkę Melchizedeka, wołającą go po imieniu.

— On nie miał matki — oświadczyła triumfalnie pani Davidowa i natychmiast wybaczyła 

wujowi   Klonowi.   Ale   na   Młodą   Babcię   wciąż   była   obrażona,   więc   pudding   pozostał   na 
talerzu.

— Dwadzieścia   lat   temu   Jonatan   Lesley   ofiarował   mi   książkę   zatytułowaną  Życie 

pozagrobowe  —   powiedziała   Stara   Babcia   z   zadumą   w   głosie.   —   I   wiedzie   żywot 
pozagrobowy już osiemnaście lat, a ja wciąż jeszcze jestem na tym świecie.

— Można by sądzić, że zamierzasz żyć wiecznie — przemówił po raz pierwszy wuj Jarvis, 

który   siedział   dotąd   w   ponurym   milczeniu.   Żywił   nadzieję,   że   dziecko   Leandra   jest 
wyjątkowe, a w takim razie jakież znaczenie miało jego imię?

— I owszem — zachichotała Stara Babcia na złość Jarvisowi, którego miała za nadętego 

starego osła.

— Do niczego nie doszliśmy w kwestii imienia dla dziecka — jęknął zdesperowany wuj 

Paul.

— A może pozwolimy Lorraine nazwać jej dziecko — powiedział nagle wuj Klon. — Czy 

wybrałaś już jakieś imię, moja droga?

Lorraine   znowu   zaparło   dech.   Oczywiście!   Chciała   nazwać   córeczkę   Marigold.   W 

dzieciństwie miała przyjaciółkę o tym imieniu. Była to zresztą jej jedyna przyjaciółka. Ta 
cudowna, ujmująca, kochana istota opromieniła nieszczęśliwe dzieciństwo Lorraine pięknem, 
tajemnicą, czułością. I umarła. Och, gdyby mogła nazwać swoje dziecko — Marigold! Jednak 
już sobie wyobrażała, jakie zgorszenie wywołałoby w rodzinie to głupie, dziwaczne imię. 
Stara Babcia, Młoda Babcia — nie, one nigdy by na to nie przystały. Cała odwaga Lorraine 
ulotniła się w pełnym rezygnacji westchnieniu.

— N–nie — szepnęła bezradnie. Och, gdyby Lorraine nie była żałosnym tchórzem!
A ta okropna Stara Babcia od razu wszystkiego się domyśliła. „Kłamie — pomyślała. — 

Ma imię, lecz boi się powiedzieć głośno. Clementine to umiała walić prawdę w oczy i stawiać 
na swoim”.

background image

Stara Babcia spojrzała na Clementine, wieczyście zapatrzoną w lilię. Zapomniała już, że 

umiejętność stawiania na swoim i walenia prawdy w oczy — również w oczy Starej Babci — 
pewnego razu nie przypadła jej do gustu. Jednak Stara Babcia lubiła ludzi mających własne 
zdanie — o ile już nie żyli.

Stara Babcia zaczynała się nudzić. Tyle zamieszania o jakieś imię. Czy to nie wszystko 

jedno, jak nazwą złotowłose maleństwo? Z ciekawością przyjrzała się twarzyczce śpiącego 
dziecka.   Miało   włosy   Lorraine,   lecz   podbródek,   czoło   i   nos   Leandra.   Pozbawione   ojca 
dziecko z tą głupią Winthropówną w roli matki!

„M u s z ę  żyć na tyle długo, by mnie zapamiętała — pomyślała Stara Babcia. — Żyć długo 

to tylko kwestia wytrwałości. Marian nie ma wyobraźni, a Lorraine ma jej aż nadto. Ktoś 
musi dać temu dziecku parę życiowych  rad, bez względu na to, czy będzie latawicą, czy 
madonną”.

— Gdyby to był chłopiec, nie mielibyśmy kłopotu z nadaniem mu imienia — powiedział 

wuj Paul.

Przez dziesięć minut wykłócali się o to, jakie też imię daliby chłopcu. Gdy zaczęło już być 

naprawdę gorąco, ciocia Myra głośno jęknęła.

— Obawiam się, że zbliża się jeden z moich okropnych bólów głowy — oświadczyła 

omdlałym głosem.

— Cóż poczęłyby biedne kobietki, gdyby nie wynaleziono bólu głowy? — spytała Stara 

Babcia. — To najwygodniejsza choroba pod słońcem.  Może zacząć  się nagle i minąć  w 
dogodnym momencie. I nikt; nam nie udowodni, że symulujemy.

— Jestem pewna, że nikt nie męczy się tak jak ja — westchnęła Myra.
— Owszem   —   stwierdziła   Stara   Babcia,   dostrzegłszy   szansę   wypuszczenia   kolejnej 

zatrutej   strzały.   —   A   wiesz,   co   ci   dolega?   Masz   przemęczony   wzrok.   W   twoim   wieku 
powinnaś już dawno nosić okulary.

— Dlaczego nie możesz wyleczyć się z tych bólów głowy? — spytał wuj Paul. — Czy 

radziłaś się lekarza?

— A kogóż mam się poradzić, skoro biedny Leander leży w grobie? — jęknęła Myra. — 

Nie wiem, co rodzina Lesleyów pocznie bez niego. Chyba przyjdzie nam wszystkim umrzeć. 
Doktor   Moorhouse   pije,   zaś   doktor   Stackley   jest   ewolucjonistą.   Czy   mam   rozumieć,   że 
chcecie posłać mnie do lekarza — kobiety?!

Och, naturalnie, że nie! Nikt z rodziny Lesleyów nie poszedłby do lekarki. Doktor M. 

Woodruff Richards praktykowała w Harmony od dwóch lat, ale żaden Lesley, nawet na łożu 
śmierci, nie zwróciłby się do niej o poradę. Równie dobrze można popełnić samobójstwo! 
Nawiasem   mówiąc,   kobieta   —   lekarz   była   wstrząsającą   zapowiedzią   zmian,   których   nie 
sposób tolerować. Jak powiedział z oburzeniem stryjeczny dziadek Robert: „Kobiety robią się 
o wiele za inteligentne!”.

Najbardziej sarkastycznie wyrażał się o lekarce w Harmony Klondike Lesley. Nazywał ją 

babochłopem. Klondike nie uznawał bowiem niekobiecych kobiet małpujących mężczyzn. Bo 
to „ni pies, ni wydra”, jak mawiała Młoda Babcia.

A   jednak   rozmowa   o  lekarce   ciągnęła   się   jeszcze   długo.   Nawet   przy  kawie.   Nikt   nie 

powrócił do tematu dziecka. Wszyscy byli nieco urażeni, bo ani Stara Babcia, ani Młoda 
Babcia, ani Lorraine nie poparły żadnego głosu w tej sprawie. Tak więc goście rozeszli się do 
domu, a wielki problem pozostał nie rozwiązany.

— Tego właśnie się spodziewałam! Jak zwykle — strzępienie języków i nic więcej — 

stwierdziła Stara Babcia.

— To   było   do   przewidzenia.   W   końcu   dziś   piątek   —   powiedziała   Salonie,   zmywając 

naczynia.

No to po aferze  — orzekł Lucyfer, gdy na tylnej werandzie wraz z Wiedźmą z Endoru 

dyskutowali nad talerzem resztek z kurczęcia, smakowitych kości i kuperków. —  Dziecko 

background image

wciąż nie ma imienia, ale za to my mamy święto. Posłuchaj, jak mruczę.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DRUGI

K

ONIEC

 

RODZINNYCH

 

WAŚNI

1

Przez kilka tygodni stosunki w rodzinie Lesleyów były dość napięte. Jak się wyraził wuj 

Charlie,   wszyscy   „zadarli   ogony”.   Ciotka   Sybilla   odmawiała   przyjmowania   pokarmów 
(mówiła, że „pości”), Stell i Teresa, afektowane siostry, tak się pokłóciły na wiadomy temat, ż 
przestały   ze   sobą   rozmawiać.   Pomiędzy   wujem   Thomasem   a   ciotką   Katherine   wybuchła 
kłótnia małżeńska, bo ciotka chciała zasięgnąć rady co do imienia u duchów, podczas seansu 
spirytystycznego. Obadiah Lesley, który przez trzydzieści lat nie zamienił słowa ze swą żoną, 
tak ją złajał za pomysł nazwania dziecka Consuelą, że na trzy dni wyniosła się do matki. 
Burza wisiała w powietrzu. Myrę łupało w szyi częściej niż kiedykolwiek. Wuj William–zza–
zatoki   przysiągł,   że   nie   będzie   grał   w   warcaby,   dopóki   dziecko   nie   otrzyma   imienia. 
Wiedziano też, że ciocia Josephine każdego dnia o stałej porze modli się w tej intencji. Nina 
właściwie bez przerwy płakała, przestała nawet handlować poezją, zaś wuj Paul uznał to za 
zły omen. Młoda Babcia zachowywała pełne urazy milczenie. Stara Babcia wciąż chichotała, 
aż łóżko się trzęsło. Salome i koty nie dawali nic po sobie poznać, choć Lucyfer trzymał ogon 
opuszczony do półmasztu. Wszyscy odnosili się chłodno do Lorraine. Wyglądało na to, że 
dziecko Leandra nigdy nie otrzyma imienia.

I wówczas na wszystkich padł cień. Pewnego dnia mała królewna ze Świerkowej Kępy 

okazywała dziwny niepokój i zaczęła gorączkować. Nazajutrz było jeszcze gorzej. Trzeciego 
dnia   wezwano   doktora   Moorhouse’a   —   pierwszy   raz   od   wielu   lat   Lesleyowie   musieli 
sprowadzić lekarza, gdyż przez trzy pokolenia zawsze był jakiś doktor Lesley w Świerkowej 
Kępie. Teraz, gdy Leander odszedł, zostali wydani na pastwę losu.

Doktor Moorhouse był dobrej myśli. — Nie ma żadnych powodów do obaw. Za dzień, 

dwa dziecko wydobrzeje — stwierdził.

Ale   nie   wy  dobrzało.   Pod   koniec   tygodnia   rodzina   była   już   poważnie   zaniepokojona. 

Doktor   Moorhouse   przestał   bagatelizować   stan   małej   pacjentki   i   przychodził   dwa   razy 
dziennie. Lecz z dnia na dzień cień się pogłębiał. Dziecko traciło na wadze i wkrótce została z 
niego tylko skóra i kości. Przy kołysce siedziała strapiona Lorraine z wyrazem oczu, który 
trudno   było   znieść.   Każdy   proponował   inne   lekarstwo,   lecz   nie   obrażał   się,   gdy   go   nie 
stosowano. Sprawa była  zbyt  poważna. Rodzina zaczęła  ostentacyjnie  unikać Niny,  która 
pewnego   dnia   spytała   Lorraine,   czy   mała   nie   ma   przypadkiem   pierwszych   symptomów 
paraliżu dziecięcego. Ciocia Marcia wpadła w przerażenie, bo usłyszała nocą wycie psa. Gdy 
zaś Flora powiedziała,  że znalazła na czystym  obrusie zagniecenie  w kształcie rombu  — 
nieomylny znak, że ktoś umrze tego roku — została zwymyślana przez Klondike’a. Jednak 
wybaczono mu, bo uznano, że ze zgryzoty nie potrafi nad sobą zapanować.

Doktor   Moorhouse   wezwał   doktora   Stackleya,   który,   choć   ewolucjonista,   miał   opinię 

dobrego pediatry. Po długiej konsultacji zmieniono sposób leczenia, ale stan małej pacjentki 
nie uległ poprawie. Klondike przywiózł więc z Charlottetown innego specjalistę, który — 
przybierając mądre miny i zacierając ręce — oświadczył, że doktor Moorhouse zrobił już 
wszystko, co w ludzkiej mocy. Dodał jeszcze, że dopóki tli się życie, dopóty jest nadzieja, 
zwłaszcza w przypadku dzieci.

— Ich witalność jest czasem wręcz zadziwiająca — stwierdził z powagą, jakby dokonał 

wielkiego odkrycia.

Wobec   takiego   obrotu   sprawy   cioteczny   dziadek   Walter,   który   od   trzydziestu   lat   nie 

chodził do kościoła, złożył Panu Bogu przyrzeczenie, że powróci tam, jeśli dziecko wyżyje. 

background image

Stryjeczny   dziadek  William–zza–zatoki  zaczął   znów   grywać   w  warcaby,   stwierdzając,  że 
lepiej złamać śluby przed śmiercią dziecka niż potem. Teresa i Stella pogodziły się, gdy tylko 
mała zachorowała, zaś w obliczu zagrożenia lody pomiędzy Thomasem a Katherine stajały 
zupełnie. Thomas powiedział jej, aby zwróciła się o pomoc do okrągłego stolika czy „innego 
draństwa”, byle to coś pomogło. Również stary kuzyn James T., uważany za czarną owcę i 
nie   tytułowany   wujem   nawet   przez   najbardziej   tolerancyjnych   przedstawicieli   rodu   — 
pewnego wieczora odwiedził Salome.

— Czy wierzysz w moc modlitwy? — spytał gorączkowo.
— Oczywiście, że tak — odparła z oburzeniem.
— A zatem  m ó d l   s i ę ! Ja nie praktykuję, więc nie ma sensu, bym się modlił. Lecz ty 

módl się jak cholera!

2

Wreszcie   nadszedł   ten   straszny   dzień,   gdy   doktor   Moorhouse   powiedział   delikatnie 

Lorraine, że nic więcej nie jest już w stanie zrobić. Po jego wyjściu Młoda Babcia spojrzała 
na Starą Babcię i powiedział zniżonym głosem:

— Chyba trzeba wynieść kołyskę do pokoju gościnnego.
Lorraine wybuchnęła płaczem. Te słowa równały się wyrokowi śmierci. W Świerkowej 

Kępie,   tak   samo   jak   u   Murrayów   w   Błękitnych   Wodach,   istniał   zwyczaj   przenoszenia 
umierających do wolnego, nie zamieszkanego pokoju.

— Zanim ją tam przeniesiecie, zróbcie jeszcze jedną rzecz — powiedziała gwałtownie 

Stara Babcia. — Moorhouse i Stackey uznali przypadek za beznadziejny. Lecz oni, razem 
wzięci, nie mają więcej rozumu niż jeden półgłówek. Poślijcie po tego doktora–kobietę.

W Młodą Babcię jakby piorun strzelił. Odwróciła się do wuja Klona, który, zakrywszy 

dłońmi wynędzniałą twarz, siedział przy kołysce.

— Słyszałam,   wyobraźcie   sobie,   że   ona   jest   bardzo   mądra.   Podobno   proponowano   jej 

wspaniałą posadę w montrealskim szpitalu dziecięcym, ale wolała zwykłą praktykę.

— O tak, wezwijcie ją — wyszeptał Klon, który odchodził już od zmysłów, lecz w głębi 

duszy wciąż miał nadzieję. — W czasie burzy każdy port dobry. Dziecku nie może już nikt 
zaszkodzić.

— Czy mógłbyś po nią pójść, Horacy? — spytała niemal pokornie Młoda Babcia.
Klondike Lesley wstał z trudem i wyszedł z domu spełnić polecenie. Nigdy jeszcze nie 

widział   doktor   Richards,   jedynie   z   daleka   lub   gdy   mijała   go   swym   małym   eleganckim 
samochodem.

Zastał ją w gabinecie. Wyszła mu na spotkanie z poważną miną.
Miała drobną, chłopięcą twarz o szerokich ustach i prostych brwiach, okoloną ciemnymi 

lokami.   Była   niezbyt   ładna,   lecz   intrygująca.   Niesforny   kosmyk,   który   opadał   na   czoło, 
nadawał jej dziewczęcy wygląd, pomimo że ukończyła już trzydzieści pięć lat. Co za urocza 
twarz! Te wystające kości policzkowe! Te przepastne szare oczy! I te śliczne, roześmiane, 
szczodre   usta!   Oszołomiony   Klondike   przypomniał   sobie   nagle   pewne   zdanie   ze   szkółki 
niedzielnej: „Ona przez wszystkie dni swego życia będzie mu czyniła jedynie dobro, nigdy 
zła.

Ich oczy spotkały się zaledwie na ułamek sekundy, lecz lata całe nie zdziałałyby więcej. 

Porywająca kobieta spotkała nieczułego na wdzięki płci pięknej mężczyznę i stało się to, co 
nieuniknione. Mogłaby sobie mieć grube kostki — choć nie miała — i matkę miauczącą na 
cały kościół, dla Klondike’a Lesleya było to bez znaczenia. Przywodziła mu na myśl to, co 
piękne — współczucie, dobroć, wspaniałomyślność — i kobietę, która nie boi się starzeć. 
Miał przedziwną chęć złożyć głowę na jej piersi i rozpłakać się jak mały chłopiec, który się 

background image

skaleczył. A ona pogłaskałaby go po włosach ze słowami: „Nic się nie stało, bądź dzielny, 
wkrótce się zagoi, kochanie”.

— Czy przyjdzie pani zbadać mą siostrzenicę? — usłyszał swój błagalny głos. — Doktor 

Moorhouse zrezygnował już z leczenia. Bardzo ją wszyscy kochamy. Jeśli umrze, jej matka 
tego nie przeżyje. Czy przyjdzie pani?

— Oczywiście — odparła doktor Richards.
No i przyszła. Mówiła niewiele, ale wydała kilka drastycznych zaleceń odnośnie diety i 

spania. Obu babciom aż dech zaparło, gdy kazała wynieść kołyskę dziecka na werandę. Dzień 
w dzień, przez dwa tygodnie słychać było w Świerkowej Kępie jej lekkie, spokojne kroki. 
Lorraine, Salome i Młoda Babcia wstrzymywały oddechy przy każdym słowie lekarki.

Stara Babcia widziała ją tylko raz. Na początku. Kazała Salome „wprowadzić doktora–

kobietę”,   po   czym   przez   kilka   minut   obie   panie   przyglądały   się   sobie   w   milczeniu. 
Nieruchome, słodkie, szare oczy wpatrywały się bez lęku w świdrujące czarne oczyska.

— Gdyby mój syn ciebie spotkał na swej drodze, kazałabym mu zaraz się z tobą ożenić — 

powiedziała w końcu Stara Babcia i zachichotała.

Uśmieszek na ustach doktor Richards rozkwitł w uśmiech. Obejrzała wszystkie radosne 

panny młode w obłoczkach tiulu.

— Ale wyszłabym za niego tylko wtedy, gdybym chciała — odparła.
Stara Babcia znów zachichotała.
— Nie  wątpię…  — rzekła.  I już nigdy więcej  nie  nazwała  jej  „doktorem–kobietą”.  Z 

właściwym sobie namaszczeniem tytułowała ją „doktor Richards” — choć niedługo.

Klondike odwoził i przywoził doktor Richards do Świerkowej Kępy, jej samochód był 

bowiem w naprawie. W owym czasie nikt jednak nie zwracał na Klona specjalnej uwagi.

Po dwutygodniowej kuracji Lorraine zaczęło się wydawać, że cień na wymizerowanej buzi 

dziecka już się nie pogłębia.

Po kolejnych kilku dniach twarzyczka rozjaśniła się zupełnie! Po upływie trzech tygodni 

doktor Richards oznajmiła rodzinie, że życiu dziecka nic już nie zagraża. Lorraine zemdlała, 
Młoda Babcia z chwiała się ze wzruszenia, a Klondike stracił panowanie nad sobą i płakał jak 
chłopiec.

3

W kilka dni później odbyło się następne spotkanie rodzinne, mniejsze od poprzedniego i 

mniej oficjalne. Obecni byli tylko „prawdziwi” wujowie i „prawdziwe” ciotki. I nie zdarzyło 
się to w piątek, jak zauważyła z ulgą Salome.

— Mała musi natychmiast dostać imię — stwierdziła autorytatywnie Młoda Babcia. — 

Czy dociera do was to, że mogła umrzeć bezimienna?

Pod wrażeniem tych strasznych słów Lesleyowie długo milczeli. Każdy bał się wywołać 

kolejny spór w tak krótkim czasie po koszmarze ostatnich tygodni. Kto wie, może to była kara 
za ich kłótnie?

— Ale jak ją nazwiemy? — spytała ciocia Anne nieśmiało.
— Nie ma się nad czym  zastanawiać — rzekła Stara Babcia. — Okazalibyście czarną 

niewdzięczność, nie nadając małej imienia kobiety, która ocaliła jej życie.

Lesleyowie popatrzyli po sobie. Proste, wzruszające, oczywiste rozwiązanie…
— Ale Woodruff? — westchnęła ciocia Marcia.
— Ma   jeszcze   inne   imię,   nieprawdaż?   —   żachnęła   się   Stara   Babcia.   —   Spytajcie 

Horacego, co oznacza owo „M”. Głowę daję, że jest świetnie zorientowany.

Wszyscy spojrzeli na Klondike’a.
Klondike wyprostował się i odrzucił do tyłu swą bujną czuprynę. Ten moment był tak 

background image

samo dobry jak każdy inny, by oświadczyć rodzinie to, co i tak wkrótce trzeba by powiedzieć.

— Jej pełne nazwisko brzmi Marigold Woodruff Richards, ale za kilka tygodni będzie 

brzmiało Marigold Woodruff Lesley.

I to jest to  — podsumował Lucyfer, gdy — wraz z Wiedźmą z Endoru — o zachodzie 

słońca chłeptał mleko pod ławką. Jego ton zdradzał, że godzi się z tym, co nieuniknione.

Co o niej sądzisz? — spytała Wiedźma nieco wyniośle.
O, ma swoje zalety — przyznał Lucyfer. — 1 jest dość całuśna.
Wiedźma z Endoru, która miała swój rozum, zaczęła lizać czarne łapki i nie powiedziała 

ani słowa. Wolała pozostać przy własnym zdaniu.

background image

R

OZDZIAŁ

 

TRZECI

K

WIETNIOWA

 

OBIETNICA

1

Wieczorem,   w   dniu   dziewięćdziesiątych   ósmych   urodzin   Starej   Babci,   na   ciemnych 

schodach słychać było śmiech. Oznaczało to, że Marigold, która miała już lat sześć i uważała 
świat za czarujący, tańczyła sobie na dole. Zwykle najpierw słyszało się Marigold, a potem 
dopiero ją widziało. Rzadko też stąpała powoli. Ta wesoła istota wolała biegać lub tańczyć. 
Ciocia   Marigold   nazywała   ją   „dzieckiem   o   śpiewającym   sercu”.   Jej   obecność   zawsze 
poprzedzał śmiech. Zarówno Młoda Babcia, jak i mama, a także Salome i Lazarre uważali ten 
perlisty   śmiech,   rozbrzmiewający   echem   po   zbyt   okazałych   i   majestatycznych   pokojach 
Świerkowej Kępy, za najpiękniejszy dźwięk na świecie. Mama często o tym mówiła, zaś 
Młoda Babcia nigdy nie przyznała się, że też tak myśli. Tym właśnie się różniły.

Marigold przykucnęła przed drzwiami frontowymi na szerokich, nierównych stopniach z 

piaskowca i oddała się przemyśleniom czy też — jak mawiała droga, zachwycająca ciocia 
Marigold   —   zaczęła   „wyczarowywać   sobie   różne   rzeczy”.   Marigold   zawsze   trochę 
czarowała.

Już w wieku lat sześciu uważała to za cudowne zajęcie — „intelesujące”, jak mawiała po 

dziecinnemu. Podchwyciła to słówko od cioci Marigold i od tej pory, przez całe życie, miała 
dzielić rzeczy na interesujące oraz nieinteresujące. Niektórzy ludzie oczekują, by ich życie 
było szczęśliwe, pozbawione kłopotów albo uwieńczone sukcesem Marigold. Lesley będzie 
pragnęła jedynie tego, by było interesujące. Już teraz śledziła chciwie wszelkie podniosłe i 
trywialne sceny dramatu zwanego życiem.

Tego dnia odbyło się przyjęcie urodzinowe Starej Babci i Marigold dobrze się bawiła, 

szczególnie   w   spiżarni,   o   czym   wiedziała   tylko   Salome.   Młoda   Babcia   umarłaby   z 
przerażenia, gdyby wiedziała, ile babeczek ze śmietaną zjadła jej wnuczka.

Teraz   jednak   Marigold   była   zadowolona,   że   jest   sama   i   może   sobie   podumać.   Młoda 

Babcia uważała, że dziewczynka myśli o wiele za dużo jak na tak małą istotę. Nawet mama, 
która okazywała zrozumienie swej córeczce, czasami podzielała tę opinię. Gdy dziecko ma w 
głowie różne dziwne rzeczy, nie może wyjść mu to na dobre. Jednak po przyjęciu wszyscy 
byli zbyt zmęczeni, by przejmować się Marigold i jej myślami, tak więc mogła pogrążyć się 
na długo w rozkosznej zadumie. Marigold, jak zapewniłaby was poważnie, „rozmyślała nad 
przeszłością”.  Bez  wątpienia  jest  to najbardziej  odpowiedni  temat  do przemyśleń  w  dniu 
urodzin, nawet cudzych. Trudno powiedzieć, czy myśli  te zadowoliłyby Młodą Babcię, a 
nawet mamę. Ale obie ich nie znały. Dawno, dawno temu, gdy Marigold miała tylko pięć i 
pół roku, wywołała przerażenie w swej rodzinie — a przynajmniej w jej babcinym odłamie — 
mówiąc   podczas   wieczornej   modlitwy:   „Dziękuję   ci,   dobry   Boże,   że   tak   to   wszystko 
urządziłeś, że nikt nie wie, co myślę”. Od tamtej pory Marigold zmądrzała na tyle, by nie 
mówić   podobnych   rzeczy   na   głos.   Ale   nadal   uważała   w   skrytości   ducha,   że   dobry   Bóg 
postąpił bardzo mądrze, pozwalając ludziom zachowywać myśli tylko dla siebie. Marigold 
nienawidziła, gdy ludzie „pakowali jej się z kaloszami do duszy”, mówiąc słowami wujka 
Klona.

Ale, zdaniem Młodej Babci, Marigold nie zachowywała się, jak przystało na nieodrodną 

latorośl Lesleyów. „Wychodzą z niej cechy Winthropów” — mruczała pod nosem. Wszystkie 
zalety wnuczki przypisywała Młoda Babcia krwi Lesleyów i Blaisdellów. Wszystko co złe i 
niepojęte   —   było   dziedzictwem   Winthropów.   Chociażby   ten   jej   zwyczaj   gapienia   się   w 
przestrzeń z rozanielonym wyrazem twarzy. Co ona tam takiego widzi? I jakim prawem? A 

background image

gdy   zapytało   się   ją,   o   czym   myśli,   odpowiadała:   „O   niczym”.   Albo   zadawała   jakieś 
dziwaczne pytanie, na które nie sposób było odpowiedzieć, na przykład: „Gdzie byłam, zanim 
zostałam sobą?”.

Niebo nad głową Marigold miało cudowny odcień zgaszonego fioletu. Wiatr, który omiatał 

wcześniej   pola   koniczyny,   teraz   delikatnie   czochrał   porośniętą   bluszczem   ścianę   domu. 
Marigold bardzo lubiła się temu przyglądać. Każdy wiatr uważała za swego przyjaciela — 
nawet ten dziki, zimowy wicher, co przejmująco dął nad zatoką.

Kule   wieńczące   piorunochrony,   które   sterczały   w   szeregu   na   szczycie   stodoły   pana 

Donkina po drugiej stronie drogi, wyglądały jak srebrne, zaczarowane planety,  płynące w 
poświacie   na   tle   ciemny«   drzew.   Światła   po   drugiej   stronie   zatoki   pobłyskiwały   wzdłuż 
okrytego   cieniem   brzegu.   Marigold   uwielbiała   patrzeć   na   portowe   światła,   napawały   ją 
niewymownym   zachwytem.   Wybujałe   krzaki   spirei,   kwitnące   po   obu   stronach   schodów 
(Stara Babcia zawsze nazywała je wieńcami oblubienic, zbywając pogardliwym prychnięciem 
nazwy z zielnika), wyglądały w mroku jak bliźniacze zaspy śniegu. Rosnący za spichrzem na 
jabłka stary kolczasty żywopłot, którego sadzonki przywieziono ze Szkocji w zamierzchłej 
dla Marigold  przeszłości,  był  równie  biały jak spirea  i roztaczał  wokół  intensywną  woń. 
Świerkowa   Kępa   przesycona   była   w   każdym   miejscu   słodkimi,   ożywczymi   zapachami. 
Ludzie odkrywali tu ze zdziwieniem, że na świecie istnieje jeszcze kapryfolium. W cieniu 
bzów   kryły   się   zachwycające   bladozłote   werbeny,   a   wzdłuż   ścieżki   wyłożonej   cegłami, 
wydreptanymi prze wiele stóp, rosły dumne, białe irysy. Marigold wiedziała, że tam, w dali 
chlupocze   zamglone   morze,   z   lubością   obmywając   wygładzone   przez   wiatr   wydmy. 
Maleńkie, śliczne poletko koniczyny pana Donkina, otoczone wianuszkiem brzóz, było takie 
z a d o w o l o n e .   Marigold   zawsze   zazdrościła   panu   Donkinowi   tego   spłachetka   zieleni. 
Myślała sobie, że poletko jest bardzo szczęśliwe, będąc poletkiem, i że za nic w świecie nie 
chciałoby być czymś  innym.  Tuż nad polem wisiała śliczna szara chmurka, która powoli 
różowiała jak rumieniąc się kwakierka

*

. Wszystkie drzewa wokoło szeptały w mroku ja starzy 

przyjaciele, z wyjątkiem samotnych, nietowarzyskich topoli.

Salome śpiewała z pasją w spiżarni, gdzie zmywała naczynia. Śpię wała bez przerwy, choć 

nie umiała śpiewać, a Marigold lubiła jej słuchać, szczególnie o zmierzchu. „Czy spotka–a–
my się nad rze–eką, nad pię–ę–kną, pię–ę–kną rzeką?” — zawodziła Salome. I Marigold 
widziała   tę   piękną   rzekę,   podobną   do   wód   zatoki   przed   Świerkową   Kępą.   W   młodym 
świerkowym   zagajniku   tuż   za   spichrzem   grał   na   skrzypcach   Lazarre   —   na   starych 
skrzypcach,  które  jego  pra–pra–pra–pradziadek   przywiózł   z  Grand   Pre.   Może   Evangeline 
tańczyła przy ich dźwiękach? Marigold znała historię Evangeline od cioci Marigold. Właśnie 
w tej chwili Młoda Babcia, mama, ciocia Marigold i wujek Klon roztrząsali w pokoju Starej 
Babci różne rodzinne sprawy. Stara Babcia utrzymywała  zawsze, że trochę plotek dobrze 
wpływa   na   trawienie.   Marigold   miała   przy   sobie   wszystkich,   których   kochała.   Z 
zadowoleniem objęła ramionami śniade kolana i pogrążyła się w rozmyślaniach.

2

Marigold, przeżywszy na świecie swoje sześć lat, zdołała poznać dotychczas jedynie port 

Harmony   i   Świerkową   Kępę.   Cały   klan   kochał   ją   i   rozpieszczał,   choć   niektórzy   krewni 
czasami sztorcowali brzdąca dla jego dobra. Marigold też kochała swych krewnych — nawet 
tych, których  nienawidziła,  kochała  jako członków  swej rodziny.  Kochała też Świerkową 
Kępę. Miała takie szczęście, że urodziła się właśnie tu! Tego wieczora zdawały się sennie 
przepływać przez jej świadomość wszystkie rzeczy ważne i błahe, przeszłość i teraźniejszość 

* Kwakrzy: sekta protestancka założona w połowie XVII w. przez G. Foxa w Anglii, rozpowszechniona w 

USA. Kwakrzy nie uznają kapłaństwa, kultu zewnętrznego, służb wojskowej, różnicy stanów, a także rozrywek.

background image

— splątane ze sobą.

Wszystko ją urzekało — gołębie kołujące nad starym spichrzem na jabłka, sam spichlerz, 

stareńki, z wieżyczką i wykuszowym oknem, zupełnie takim, jakie mają kościoły. Pod oknem 
zaś rósł rządek śmiesznych świerczków kanadyjskich.

— Spójrz   no   tylko   na   te   świerczki   —   powiedział   kiedyś   wujek   Klon.   —   Czyż   nie 

wyglądają   jak   stojące   w   szeregu   stetryczałe   nauczycielki,   które   unoszą   palec   i   strofują 
rozbrykanych uczniów?

Od tej pory Marigold zawsze mijała świerczki z mieszaniną lęku i zachwytu. A jeśli nagle 

j e j  pogrożą palcem? Chybaby umarła… ale to byłoby „interesujące”.

Nie tylko świerczki otaczała aura tajemniczości. Weźmy choćby ten krzak bzu za studnią. 

Czasami był tylko krzakiem bzu. Lecz o zmierzchu lub o świcie stawał się staruszką, która 
pochyla   się   nad   szydełkową   robótką.   A   świerk   rosnący   na   wybrzeżu?   O   zmroku   i   w 
sztormowi zimowe dni wyglądał zupełnie jak wiedźma z rozwianym włosem, wychylająca się 
znad brzegu. Były jeszcze drzewa, które potrafiły mówić — Marigold je słyszała. „Chodź, 
chodź!”   —   wołały   zawsze   sosny   rosnące   po   prawej   stronie   ogrodu.   „Mamy   ci   coś   do 
powiedzenia” — szeptały klony przy bramie. „Spójrz tylko na nas” — zawodziły białe brzozy 
rosnące   wzdłuż   drogi.   Posadziła   je   Młoda   Babcia,   gdy   jako   panna   młoda   przybyła   do 
Świerkowej Kępy. A te topole, które majestatycznie stały na straży starego domu? Nocami 
wiatr błąkał się pomiędzy nimi jak potępiony duch. W ich konarach słychać było śmiech 
elfów i jakieś niespokojne jęki. Mówcie sobie, co chcecie, lecz Marigold nic nie uwierzyłaby, 
że te topole to tylko zwykłe drzewa.

Ogród wychodził na bladoniebieską zatokę, zamykała go biała brama. Rosły w nim piękne 

kwiaty i hasały kocięta — mali wędrowcy, którzy oddawani byli w czyjeś ręce lub znikali w 
tajemniczych okolicznościach. To miejsce miało czar starych ogrodów, w których niegdyś 
śmiały się i szlochały piękne kobiety. Z każdym zakątkiem czy dróż związana była jakaś 
rodzinna historia, a Marigold znała je niemal wszystkie. Jeżeli nie dowiedziała się o czymś od 
Młodej Babci i my, opowiedziała jej Salome, a czego nie usłyszała od Salome, dowiedziała 
się od Lazarre’a.

No i ta droga za bramą, jedna z uroczych, czerwonych  dróg wyspy.  Dla Marigold — 

czerwona, długa droga tajemnicy. Po prawej biegła w dół, ku wietrznym morskim połaciom u 
wejścia do portu i tam się kończyła. „Jakby morze ją odgryzło” — myślała Marigold. Z lewej 
strony droga wiła się przez zarośniętą paprociami kotlinę, aż na cienisty szczyt  stromego 
wzgórza porośniętego małymi świerkami, które skwapliwie pięły się w górę, jakby chciały 
nadążyć za dużymi drzewami górującymi na szczycie. Potem droga biegła dalej, do świata 
położonego za wzgórzem, gdzie był kościół, szkoła i wieś Harmony. Marigold kochała drogę 
na wzgórzu, gdyż pełno tam było zajęcy. Za każ dym razem, gdy się tamtędy szło, spotykało 
się parę kochanych stworzonek. W sercu Marigold było miejsce dla wszystkich zajęcy tęgi 
świata. Dręczyło ją straszne podejrzenie, że Lucyfer łapał małe zajączki i je  z j a d a ł . Ten 
mroczny   koci   sekret   ujawnił   Lazarre,   gdy   pewnego   razu   wściekał   się   z   powodu 
spustoszonych grządek kapusty. „Cholerne zające! — wrzeszczał. — Żeby tak Lucyfer zeżarł 
je co do jednego!” Od tej pory Marigold traktowała Lucyfera inaczej, choć oczywiście wciąż 
go kochała. Nigdy nie przestawała kochać — i nienawidzić — jeśli już raz zapałała którym 
tych uczuć.

— Ona ma w i e l e  z Lesleyów — twierdził Klon.
Zatokę, wraz z cichymi, tajemniczymi statkami, które przypływały i odpływały, Marigold 

kochała najbardziej ze wszystkiego, co ją otaczało. Bardziej nawet niż cudowną zieloną kępę 
świerków na wzgórzu, której dom zawdzięczał nazwę. Kochała zatokę, gdy tańczyły po niej 
leniwe fale. Lubiła, gdy była gładka jak błękitny jedwab, albo gdy wiosenne ulewy przędły 
lśniące nici deszczu pod napływającymi od wschodu chmurami. Kochała port, gdy rozkwitał 
światełkami na tle niebieskawego letniego zmierzchu, a dzwon kościoła anglikańskiego na 

background image

przeciwległym brzegu zatoki bił cicho i słodko. Uwielbiała też, gdy mgliste miraże zmieniały 
przystań w zaklęty port z zaczarowanej krainy. Kochała zatokę, gdy w jesiennych zachodach 
słońca była udrapowana w purpurowe fale i gdy srebrzyste żagle .wypływały z portu, kiedy 
cudownie objawiał się brzask. Najbardziej jednak kochała wody przystani w późne, spokojne 
popołudnia,   gdy   rozpościerały   się   niby   olbrzymie,   lśniące   zwierciadło,   a   blade,   tęczowe 
barwy przypominały świat odbity w bańce mydlanej. Tak przyjemnie i dziwnie było stanąć 
nad   brzegiem   i   widzieć   tam,   w   dole,   drzewa  odbite   w   wodzie   koronami   w   dół,  a   także 
przepastne błękitne niebo. A gdyby tak runąć nagle w to niebo? Czy przeleciałoby się na 
drugą stronę?

Marigold kochała również spowite w purpurę wzgórza, kołyszące zatokę do snu — te 

rozległe,   ciemne   wzniesienia,   co   śmiały   się   i   wabiły,   lecz   przechowywały   jakiś   sekret, 
którego nie chciały zdradzić.

— Co jest za tymi wzgórzami, mamo? — spytała raz Marigold.
— Wiele   rzeczy   —   cudownych   i   takich,   co   mogą   złamać   serce   —   odparła   mama   z 

westchnieniem.

— Kiedyś wybiorę się tam i odnajdę je wszystkie — zapewniła z przekonaniem Marigold.
Wówczas mama westchnęła ponownie.
To, co kryło się naprzeciw portu, „za zatoką”, też miało dla Marigold nieodparty urok. 

Zdawało się jej, że tam wszystko jest inne. Nawet mieszkańcy tych okolic nosili fascynujący 
przydomek „zza–zatoki”, który — gdy dziewczynka była bardzo mała — brała za „żabiooki”.

Marigold odwiedziła raz owe wymarzone wydmy z wujkiem Klonem i ciocią Marigold. 

Zabawili tam długo, aż zatopione słońce wypiło całe różane światło z błękitnej czaszy nieba, 
a zmierzch przedarł się przez huk i białą wrzawę przybrzeżnych fal. Był przypływ i morze 
dudniło   zwycięskiego   marsza.   Marigold   wpadłaby   w   przerażenie,   gdyby   nie   ściskała 
szczupłej, smagłej dłoni wujka Klona. Jednak stać; z nim na skraju straszliwej otchłani było 
prawdziwą rozkoszą.

Oprócz zatoki Marigold kochała wielki świerkowy las na wzgórzu, j choć była tam tylko 

dwa razy w życiu.

Od kiedy sięgała pamięcią, świerkowe wzgórze miało dla niej niesłychany urok. Siadywała 

na   schodkach   wiodących   do   pokoju   Starej   Babci   i   wpatrywała   się   weń   tak   długo   i 
uporczywie,   że   Młoda   Babcia   niepokoiła   się   nieraz,   czy   z   dzieckiem   jest   „wszystko   w 
porządku”. W rodzinie Winthropów, dwa pokolenia wstecz, zdarzył się półgłówek.

Wzgórze było takie wysokie… Kiedyś, dawno temu, Marigold sądziła, że gdyby weszła na 

sam szczyt, mogłaby dotknąć nieba. Właściwie nadal była o tym przekonana. Na wzgórzu 
mieszkały tylko zające i wiewiórki — i może jeszcze „zielone ludziki”, o których opowiadały 
Lazarre. Za to za wzgórzem rozciągała się Ukryta Kraina. Marigold i zdawało się, że zawsze 
ją tak nazywała, zawsze o niej wiedziała. Była to piękna, cudowna Ukryta Kraina. Marigold 
tak bardzo chciała ją i ujrzeć, po prostu wspiąć się na sam szczyt góry i popatrzeć. A jednak, 
gdy   mama   pewnego   dnia   spytała,   czy   chce   pójść   z   nią   na   szczyt   wzgórza,   Marigold 
wzdrygnęła się i wykrzyknęła:

— Och, mamo, ono jest takie wysokie! Gdybyśmy weszły na samą górę, byłybyśmy ponad 

wszystkim! Wolę zostać wśród tych rzeczy na dole.

Mama śmiała się i żartowała sobie z córeczki, ale pewnego popołudnia, zaledwie dwa 

miesiące później, Marigold odważyła  się sama wejść na szczyt. Pokusa okazała się nagle 
silniejsza   od   strachu.   Nie   było   w   pobliżu   nikogo,   kto   mógłby   dziewczynce   zakazać   czy 
zawołać ją do domu. Przemierzyła dzielnie długie, skryte w trawie schody z płaskich głazów, 
przecinające ogród. Zatrzymała się przy pierwszym stopniu, by ucałować na dobranoc jeden z 
żonkili,   których   pełno   rosło   wokół.   W   oddali,   nad   świerkami   wisiały   śliczne   różowawe 
chmurki. Odbijały barwę zachodu, lecz Marigold sądziła, że świecą tak, gdyż spoglądają na 
Ukrytą Krainę — krainę, którą i ona zaraz ujrzy, o ile nie opuści jej odwaga. A opuści ją na 

background image

pewno, gdy tylko  się  ściemni.  Musi zdążyć  na  szczyt  i  z powrotem  przed zapadnięciem 
zmroku. Dzielna osóbka wbiegła po schodach i podeszła do omszałego płotu, przy którym 
rosło siedem smukłych topól. Jednak nie otworzyła wykoślawionej, zielonej furtki. Nie mogła 
przemóc się, by wejść do świerkowego zagajnika. Lazarre opowiedział jej raz pewną historię 
o świerkowym lesie. Może to był ten sam las? Otóż, gdy stary Fidele ścinał tam drzewo tępą 
siekierą, zaklął ze złością: „Niech mnie diabli porwą, jeśli nie wyrzucę tej cholernej siekiery 
do stawu!”.

— I diabli go wzięli — zapewnił z przekonaniem Lazarre.
— Czy ktoś to widział? — spytała Marigold, wybałuszywszy oczy ze zdziwienia.
— Nie, ale były ślady racic na ziemi wokół drzewa — stwierdził Lazarre. — A zresztą 

sama powiedz, gdzie by się podział Fidele, gdyby to nie była czarcia sprawka? Nikt go nie 
widział od tamtej pory!

Tak więc świerkowy zagajnik to nie miejsce dla Marigold. Za dnia wcale nie wierzyła, że 

diabeł porwał Fidele, ale po zachodzie słońca nie jest się już takim śmiałkiem.  Marigold 
wcale nie miała ochoty zobaczyć diabła, choć myślała sobie, że to mogłoby być interesujące.

Pobiegła   więc   wzdłuż   płotu   aż   do   krańca   ogrodu,   gdzie   kończył   się   zagajnik.   Jakże 

chłodna i aksamitna była młoda trawa. Czuło się, że jest zielona. Jednak w Ukrytej Krainie 
będzie   jeszcze   zieleńsza,   „żywozielona”,   jak   głosi   jeden   z   hymnów   Salome.   Marigold 
przelazła przez dziurę w płocie, przebiegła przez rżysko pana Donkina i gorliwie, z ufnością 
zaczęła wypatrywać Ukrytej Krainy.

Patrzyła tak przez dobrą chwilę, po czym do oczu napłynęły jej łzy, a usta zaczęły drżeć. 

Prawie rozbeczała się na głos, gdyż gorycz zalała jej duszę.

N i e   b y ł o   ż a d n e j   U k r y t e j   K r a i n y !
Przed oczami Marigold rozciągały się jedynie pola, farmy z domami i stodołami, zagajniki 

— ten sam widok, co wzdłuż drogi do Harmony.

Ani   śladu   wymarzonej   sekretnej   krainy.   Marigold   odwróciła   się;   by  pobiec   do   domu, 

znaleźć mamę i wypłakać się, wypłakać! Nagle z stygła w bezruchu i z odmienioną twarzą 
wpatrzyła się w zachód słońca nad zatoką.

Nigdy   jeszcze   nie   widziała   jej   w   całej   okazałości,   a   ten   zachód   słońca   odznaczał   się 

wyjątkową urodą, choć wszystkie zachody na wyśpi były cudowne. Marigold zapatrzyła się w 
jeziora żywego złota, w niesamowitą czerwień i jabłkową zieleń nieba, w zabarwioną na 
różow wodę, purpurowe dale morskie i poczuła, że tonie w ekstazie pod wrażeniem tego 
piękna.   Ach,   więc  t a m   była   Ukryta   Kraina,   za   lśniącymi   wzgórzami,   za   przylądkiem 
przecinającym   rozświetlone   morze   u   wejścia   do   zatoki,   za   wymarzonym   miastem   o 
perłowych   bramach,   pełnym   wieżyc   i   iglic.   Nie   utraciła   jej.   Jakże   była   niemądra,   wy 
obrażając sobie, że jest tuż za wzgórzem. Naturalnie, że nie mogła być tak blisko domu. 
Poczucie straszliwego zawodu i jeszcze dotkliwsze niż rozczarowanie gorycz utraty zniknęły 
w tej jednej chwili zupełne go zachwytu nad światem. Teraz już w i e d z i a ł a .

Zapadał zmierzch. Dostrzegła światełka Świerkowej Kępy zapalające się w panującym w 

dole   mroku.   Spomiędzy   świerków   wypełzła   noc.   Marigold   spojrzała   nieśmiało   w   tym 
kierunku   —   i   wówczas,   zza   kępy   paproci   na   skraju   lasu,   pomachała   do   niej   Biała 
Dziewczynka. Marigold odpowiedziała jej tym samym gestem, zanim dostrzegła, że była to 
jedynie obsypana białym kwiatem gałąź dzikiej śliwy, poruszana wiatrem. Wbiegła do sadu i 
puściła się pędem po kamiennych stopniach, by już za chwilę spotkać mamę w drzwiach do 
pokoju Starej Babci.

— Och, mamo, tak miło wrócić do domu, gdy pora spać — szepnęła, chwytając kochaną, 

ciepłą dłoń.

— Gdzie byłaś, moje dziecko? — spytała surowo Młoda Babcia.
— Na wzgórzu.
— Nie wolno ci tam chodzić samej o tej porze — powiedziała Młoda Babcia.

background image

Pewno, że nie wolno! Ale ten jeden raz jej się udało! I widziała Ukrytą Krainę.
Ponownie wybrała się na wzgórze z mamą, wiosną następnego roku, gdy poszły zbierać 

mącznice.   Spędziły   czas   bardzo   przyjemnie,   odkryły   nawet   źródełko,   którego   nie   tknięte 
ludzką stopą brzegi porastał paprociowy gąszcz. Było delikatnie zamglone, skryte w cieniu, 
wprost prześliczne. Marigold rozchyliła krzaki paproci i wystawiła ciekawie głowę. Ujrzała 
własną twarz. Nie, to była, oczywiście, twarz Małej Dziewczynki mieszkającej w strumieniu, 
która w księżycowe noce wychodziła z wody i tańczyła. Marigold nie miała pojęcia o greckiej 
mitologii   czy   anglosaskich   legendach,   lecz   dziecięce   serce   potrafi   pięknie   interpretować 
naturę, bez względu na czas i miejsce, a Marigold od urodzenia wiedziała rzeczy, które na 
zawsze pozostaną ukryte przed mądralami i sceptykami.

Spacerowały   z   mamą   po   uroczych   ścieżkach   poprzecinanych   sękatymi   korzeniami. 

Znalazły parę brzóz o gładkich pniach. Chodziły po mchu tak aksamitnym, że zadowoliłby 
królewskie stopy. Mama powiedziała, że później zakwitną na wzgórzu dzwoneczki, lilie i 
dzikie storczyki, zaś na polankach pojawią się poziomki.

— Jak dorosnę, będę tu przychodzić codziennie — powiedziała Marigold. Przypomniała 

sobie ten tak odległy wieczór, aż sprzed roku, gdy widziała przez chwilę Białą Dziewczynkę. 
To nie mogła być gałąź śliwy. Może któregoś dnia znowu się spotkają…

3

Lucyfer   grasował   w   okolicach   kępy   pasiastych   traw   i   co   pewien   czas,   z   jakichś 

tajemniczych przyczyn, dawał w nią nura. Wiedźma z Endoru uprawiała swą czarną magię na 
białym   słupku   przy   bramie.   Oba   koty   były   starsze   od   Marigold,   nic   dziwnego   więc,   że 
uważała je za niezwykle sędziwe. Lazarre podzielił się z nią swym przeświadczeniem, że 
będą żyły tak długo, jak Stara Dama.

— One gadają jej wszystko, wszystko — zapewniał Lazarre. — Widziałem, jak siedziały 

na jej łóżku ze zwieszonymi ogonami i gadały z nią niby dobrzy chrześcijanie. Jak ta cała 
Wiedźma złapie mysz, zaraz niesie ją pokazać Starej Damie. Uważaj, co robisz przy tych 
kociskach. Nie chciałbym być na miejscu tego, co by je ukrzywdził. Czego one nie wiedzą, 
wiedzieć nie warto.

Marigold  kochała   oba  koty,   lecz  trochę  się  ich  bała.   Więcej   radości  sprawiało   jej  ich 

potomstwo. Puszyste zwierzaczki wysypiały się na rozgrzanej słońcem trawie albo buszowały 
po podwórku i ogrodzie. Hebanowe, puchate kuleczki. Chociaż, niestety, nie wszystkie były 
hebanowe.   Pętające   się   tu   i   tam   łaciate   lub   pręgowane   kociaki   napawał   wujka   Klona 
poważnymi   wątpliwościami   co   do   prowadzenia   się   Wiedźmy.   Miał   jednak   na   tyle 
przyzwoitości,   by   zachować   te   podejrzenia   dla   siebie,   a   Marigold   pasiaste   kocięta   lubiła 
najbardziej i nie dręczyły jej żadne złowieszcze przeczucia na ich temat. Stworzonka o tak 
słodkich pyszczkach nie mogły mieć nic wspólnego z diabłem, bez względu na to, co robili 
ich rodzice.

Lazarre skończył grać i ruszył w stronę domu — małej chaty w doli nie, gdzie czekała na 

niego czarnooka żona i szóstka czarnookiej dzieci. Marigold patrzyła za nim, kiedy szedł 
przez pole, niosąc jakieś czerwone zawiniątko i pogwizdując wesoło, co czynił zawsze gdy 
nie grał na skrzypcach. Szedł z pochyloną głową, przygarbiony gdyż zawsze tak się spieszył, 
że   głowa   i   ramiona   wyprzedzały   stopy.   Marigold   bardzo   lubiła   Lazarre’a;   służył   w 
Świerkowej   Kępie   jeszcze   przed   jej   urodzeniem,   stanowiąc   dla   niej   tym   samym   cząstkę 
świata, który zawsze był i będzie. Lubiła nagły, serdeczny błysk jego czarnych oczu, białe 
zęby   i   ogorzałą   twarz.   Był   zupełnie   inny   niż   Phidime   Gautier,   potężny  kowal   z   Doliny, 
budzący w Marigold przerażenie swymi spiczastymi czarnymi wąsami, na których można by 
powiesić kapelusz. Krążyły o nim pogłoski, jakoby co drugi dzień pożerał niemowlęta. Ale 

background image

Lazarre był inny — dobry, łagodny i wesoły.

Marigold była pewna, że on nikomu nie robi krzywdy. Doszły ją wprawdzie słuchy, że 

zabija świnie, ale Marigold w to nie wierzyła. Wiedziała, że Lazarre nie mógłby zabić świń, 
przynajmniej tych, któret znała osobiście.

Potrafił  rzeźbić  cudowne koszyczki  z pestek śliwek  i zwijać  zaczarowane  rogi  z kory 

brzozowej, i zawsze wiedział, co się dzieje w każdej fazie księżyca. Marigold bardzo lubiła z 
nim rozmawiać, choć, gdyby mama i babcie wiedziały, o czym to czasami gawędzili, szybko 
położyłyby   temu   kres.   Bowiem   Lazarre,   który   głęboko   wierzył   w   czary,   wiedźmy   i 
wszelkiego   rodzaju   duchy,   żył   w   świecie   fantazji,   a   Marigold   rozkosznie   cierpła   skóra 
podczas słuchania jego opowieści. Nie wierzyła we wszystkie, ale musiała uwierzyć w to, co 
przytrafiło się Lazarre’owi osobiście. Widział na przykład swą babcię, która w środku nocy 
stanęła przy jego łóżku, gdy tymczasem znajdowała się o czterdzieści mil od Świerkowej 
Kępy. Nazajutrz zaś przyszła wiadomość, że staruszka zmarła.

Tej nocy Marigold zaczęła krzyczeć z przerażenia, gdy mama chciała zabrać lampę z jej 

pokoju.

— Och, mamo, nie wpuszczaj tu ciemności! Tak się boję wielkiej ciemności! — zawołała.
Nigdy wcześniej nie bała się zasypiać po ciemku, więc mama i Młoda Babcia nie mogły 

pojąć, co jej się stało. Wreszcie poszły na kompromis i zostawiły lampę w pokoju mamy oraz 
otwarte drzwi. By znaleźć się u Marigold, trzeba było przejść przez pokój mamy. Przyćmione, 
złote światło stanowiło pewne pocieszenie. Jeśliby jacyś ludzie — znajdujący się czterdzieści 
mil stąd — stanęli w środku nocy przy jej łóżku, mogłaby przynajmniej ich widzieć.

Czasami, w księżycowe  wieczory,  Lazarre  grał na skrzypcach w ogrodzie, a Marigold 

tańczyła.  Nikt nie potrafił  grać na skrzypcach tak jak Lazarre.  Nawet Salome  musiała  to 
przyznać, acz niechętnie.

— To po prostu anielska muzyka, ot co — stwierdziła kiedyś z uroczystym dystansem, 

słuchając czarownych dźwięków niewidzialnego grajka z ogrodu. — Pomyśleć tylko, że ten 
prosty francuski chłopak tyle potrafi. Mój dobry, pracowity brat przez całe życie próbował 
nauczyć się grać na skrzypcach i nigdy mu się to nie udało. A ten cały Lazarre robi to ot tak 
sobie. Jego granie nawet mnie niemal porywa do tańca.

— To istotnie zakrawa na cud — orzekł wujek Klon.
Jednak Młoda Babcia powiedziała Marigold, że spędza z Lazarre’em zbyt dużo czasu.
— Ale ja go bardzo lubię, więc chcę widywać go na tym świecie tak często, jak tylko się 

da — wyjaśniła Marigold. — Salome mówi, że on nie może iść do nieba, bo jest Francuzem.

— To   bardzo   niegodziwe   i   głupie   ze   strony   Salome   wygadywać   takie   rzeczy   — 

powiedziała   surowo   Młoda   Babcia.   —   Francuzi   też   idą   do   nieba,   jeśli   zachowują   się 
przyzwoicie — dodała, ale bez przekonania.

4

Salome weszła do pokoju ogrodowego z filiżanką herbaty przeznaczoną dla Starej Babci. 

Gdy uchyliła drzwi, dziewczynka usłyszała, jak ciocia Marigold mówi:

— Warto by pójść na cmentarz w niedzielę.
Marigold   aż   podskoczyła   z  zachwytu.   Każdej   wiosny,   w   którąś   niedzielę,   mieszkańcy 

Świerkowej Kępy odwiedzali cmentarzyk na zachodnim wzgórzu i kładli kwiaty na grobach 
bliskich. Szli z nimi tylko wujek Klon i ciocia Marigold. Marigold uwielbiała chodzić na 
cmentarz, a szczególnie na grób ojca. Towarzyszyło  jej niemiłe  przekonanie, że powinna 
odczuwać smutek, tak jak mama i Młoda Babcia, ale nigdy jej się to nie udawało.

To   był   taki   uroczy   zakątek.   Gładki   szary   głaz   stał   pomiędzy   młodymi   jodełkami, 

zazielenionymi przez wiosenne odrosty, a duży krzew spirei niemal zakrywał grób i machał 

background image

setkami białych dłoni w powiewach wiatru, który układał wysokie trawy w fale. Na całym 
cmentarzu rosły krzaki spirei. Salome je lubiła. „Z nimi jest tu weselej” — zwykła mawiać. 
Marigold nie wiedziała, czy cmentarz jest wesoły, ale go kochała. Zwłaszcza gdy był przy 
niej   wujek   Klon.   Marigold   przepadała   wprost   za   nim.   Był   taki   zabawny.   Miał   takie 
interesujące powiedzonka. I tak cudownie mówił: „Gdy byłem na Cejlonie” albo „Gdy byłem 
na Borneo”, niby ktoś, kto powiada: „Kiedy byłem w Charlottetown” albo „Gdy wybrałem się 
na   drugą   stronę   zatoki”.   Czasami   też   rzucał   fascynujące   przekleństwa   —   przynajmniej 
Salome nazywała je przekleństwami, choć wcale tak nie brzmiały — na przykład: „A niech to 
trzy mądre małpy!”. Tajemnicza sprawa! Co to za jedne, te mądre małpy? Nikt nie rozmawiał 
z Marigold tak jak wujek Klon. Opowiadał jej cudowne historie o dawnych bohaterskich 
czasach i wspaniale odmalowywał własne przygody. Choćby ta niezwykła opowieść, kiedy 
zabłądził w nocy na rogatce pomiędzy Gold Run i Sulphur Valleys w Klondike. Albo ta o 
wyspie na dalekim północnym morzu. Leżały na niej stosy kłów morsów, jakby wszystkie 
morsy przybywały tam umierać. Wujek opowiadał też Marigold dowcipy. Zawsze potrafił ją 
rozśmieszyć,  nawet na cmentarzu, gdyż  wymyślał  dla niej zabawne historyjki o ludziach, 
których imiona wyryte były na nagrobkach, i Marigold miała wrażenie, że wszyscy ci ludzie 
gdzieś nadal żyją. Jej ojciec również. Po co więc ich opłakiwać? Po co wzdychać, jak to 
zwykle   robiła   Salome,   gdy   zatrzymywała   się   przy   grobie   pani   Amos   Reekie.   Mówiła 
wówczas:

— Ileż filiżanek herbaty z nią wypiłam!
— Czyż nie wypijesz ich jeszcze więcej w niebie? — nieopatrznie spytała pewnego razu 

Marigold, tuż po wysłuchaniu jakiejś opowiastki wujka Klona.

— Na litość boską, nie, drogie dziecko! — odparła zaszokowana Salome. Choć w głębi 

duszy przyznała, że byłoby niezwykle przyjemnie móc napić się w niebie dobrej herbatki ze 
starą znajomą.

— Tam pije się chyba wino, prawda? — drążyła temat Marigold. — Tak mówi Biblia. Nie 

sądzisz, że filiżanka herbaty byłaby bardziej s t o s o w n a  niż wino?

Salome   też   była   tego   zdania,   lecz   nie   potwierdziła   przypuszczeń   Marigold,   by   nie 

demoralizować jej młodego umysłu.

— Są tajemnice, których my, zwykli śmiertelnicy, nie jesteśmy w stanie pojąć — odparła 

uroczyście.

Wujek Klon miał trzecią lokatę w sercu Marigold. Na pierwszym miejscu była oczywiście 

mama, a na drugim ciocia Marigold, ze swymi ślicznymi, szerokimi ustami o uniesionych w 
górę kącikach, które sprawiały wrażenie, że zawsze się uśmiecha, nawet gdy była smutna. Ta 
trójca zajmowała świątynię serca Marigold, bardzo ekskluzywną małą świątynię, zamkniętą 
przed wieloma osobami, które rościły sobie do niej prawo.

Marigold często zastanawiała się, do kogo chce być podobna, gdy dorośnie. Bywało, że 

chciała   przypominać   mamę.   Jednak   mama   za   bardzo   pozwalała   sobie   dokuczać.   Coraz 
częściej dziewczynka dochodziła do wniosku, że chce być taka jak ciocia Marigold, która 
potrafiła powiedzieć to, co miała  do powiedzenia, i robiła to w jakiś szczególny sposób. 
Marigold rozpoznałaby powiedzonka cioci, nawet gdyby utonęły w owsiance. Wystarczyło, 
jak ciocia rzuciła: ..Ładny dziś mamy dzień”, a miało się wrażenie, że nikt inny o tym nie wie 
i że odkryto właśnie przed nami jakąś cudowną tajemnicę. Gdy zaś jadło się u cioci kolację — 
niewiasta ta bez trudu umiała namówić na drugą dokładkę.

5

Marigold nie była pewna, jakie miejsce w jej sercu zajmują babcie. Wiedziała, że powinna 

je kochać, ale… Już w wieku sześciu lat odkryła, że nie można kochać kogoś na zawołanie.

background image

Młoda Babcia nie była taka zła. Była — rzecz jasna — stara, lecz ta jej przyprószona 

siwizną, spokojna starość była na swój sposób równie piękna jak młodość. Marigold czuła, że 
tak jest, na długo przedtem nim potrafiła rzecz ująć w słowa. Miała wiele podziwu dla Młodej 
Babci.

Za to Stara Babcia… Wydawała się Marigold tak niewiarygodnie stara, że aż nieludzka. 

To, że kiedyś się urodziła, było tak samo nie dc pomyślenia, jak to, iż kiedykolwiek umrze. 
Marigold cieszyła się, że nie musi zbyt często bywać w pokoju Starej Babci. Dzieciom — tym 
„wiecznym utrapieńcom”, jak je nazywała — nie wolno było zakłócać jej spokoju.

Jednak od czasu do czasu Marigold musiała tam chodzić. Gdy coś zbroiła, kazano jej za 

karę siedzieć na stołeczku w pokoju ogrodowym. Była to straszliwa kara, o wiele gorsza, niż 
sądziły mama i Młoda Babcia, które miały się za bardzo wyrozumiałe. Marigold siedziała 
więc na stołeczku i zdawało jej się, że mijają całe wieki. Stara Babcia, wsparta o poduszki, 
wpatrywała się w nią, nawet nie mrugnąwszy okiem. Bez słowa. I to właśnie było okropne.

Gdy zdarzało jej się odezwać, to jeszcze pogarszało sprawę. Potrafiła być taka ironiczna! 

„Jejku, jejku, aż się gotuje w małym rondelku” — wycedziła, gdy udało jej się raz rozzłościć 
dziewczynkę. Marigold długo zżymała się na myśl o tym upokorzeniu. Rondelek też coś!

Nie było sensu starać się ukryć czegokolwiek przed tą straszną Starą Damą, która potrafiła 

przejrzeć każdego i wszystko na wylot.

Gdy Marigold próbowała ją kiedyś oszukać, usłyszała:
— Nie jesteś prawdziwą Lesleyówną. Lesleyowie nigdy nie kłamią.
— Och,   czyżby!   —   zawołała   Marigold,   która   wiedziała   swoje.   Stara   Babcia 

nieoczekiwanie   wybuchnęła   śmiechem.   Czasami   była   zadziwiająca.   Gdy   pewnego   dnia 
Marigold  zaszyła  się  w  pokoju gościnnym,  by  przymierzać  kapelusze   obecnych   w  domu 
gości, wieczorem w pokoju ogrodowym odbyła się narada rodzinna. Mama i Młoda Babcia 
były wstrząśnięte, lecz Stara Babcia nie pozwoliła ukarać dziewczynki.

— Sama   kiedyś   zrobiłam   to   samo,   ale   mnie   nie   nakryli   —   powiedziała   szeptem   do 

Marigold i zachichotała. Śmiała się też, gdy Młoda Babcia zadała Marigold niemądre pytanie, 
na które — na dobrą sprawę — nie ma odpowiedzi:

— D l a c z e g o  jesteś taka zła?
— Bo to bardziej interesujące, niż być dobrą — odpowiedziała Marigold z nadąsaną miną.
Gdy   Marigold   opuszczała   pokój,   drepcząc   za   wzburzoną   Młodą   Babcią,   Stara   Babcia 

przywołała ją do siebie.

— Może to jest bardziej interesujące, ale raczej nie bądź taka, ponieważ pochodzisz z 

Lesleyów — wyszeptała i położyła drobną, pokrytą niebieskimi żyłkami dłoń na jej ramieniu. 
—   Gdy   Lesleyowie   są   źli,   mają   złe   samopoczucie.   Sumienie   ich   dręczy.   Nie   ma   sensu 
unieszczęśliwiać się tylko po to, by być złą.

Marigold przychodziła do pokoju ogrodowego w niedzielne poranki, by recytować Starej 

Babci fragmenty z Biblii i pytania katechetyczne. Biada jej, gdy opuściła choć słowo. A z 
powodu zdenerwowania zawsze to robiła, nawet kiedy przed wejściem do pokoju babci znała 
tekst znakomicie. Poza tym, posyłano ją do tego pokoju, gdy musiała przyjąć lekarstwa. Stara 
Babcia była jedyną osobą w Świerkowej Kępie, która potrafiła zmusić Marigold do połknięcia 
pigułek. Ona nie miała z tym żadnego kłopotu.

— Nie   wykrzywiaj   twarzy   w   ten   sposób,   nie   cierpię   brzydkich   dzieci   —   mówiła.   — 

Otwieraj buzię!

Marigold otwierała.
— Wsadź to do buzi. — Pigułka trafiała do ust.
— Połknij. — Marigold jakoś połykała lekarstwo.
Wówczas Stara Babcia sięgała ręką gdzieś za łóżko i wyciągała pełną garść słodziutkich 

rodzynków.

Nie zawsze była nieprzystępna. Czasami pokazywała Marigold wielką rodzinną biblię — 

background image

swego rodzaju Złotą  Księgę,  gdzie wpisywano  imiona  wszystkich  przedstawicieli  klanu i 
przechowywano   pożółkłe   wycinki   prasowe.   Czasami   opowiadała   dziewczynce   o   pannach 
młodych, których podobizny zdobiły ściany, i o plecionkach z włosów.

Brązowe, złote i czarne loki niezliczonych Lesleyów, którzy odeszli na zawsze, wyglądały 

jak niesamowite, nie płowiejące nigdy pąki i kwiaty.

Stara Babcia mówiła różne dziwne rzeczy, a Marigold niezmiernie lubiła te niezwykłe 

opowieści.   Mama   i   Młoda   Babcia   były   nimi:   zazwyczaj   wstrząśnięte,   lecz   Marigold 
zatrzymywała słowa Starej i Babci w pamięci, by móc nad nimi potem rozmyślać, choć często 
nie wszystko rozumiała. Słowa Starej Babci raczej nie odnosiły się do rzeczy, które Marigold 
znała   ze   swego   skromnego   doświadczenia.   Za   to   powróciły   do   niej   po   latach.   W   wielu 
trudnych sytuacjach przychodziły jej nagle na myśl i ratowały przed popełnieniem jakiegoś 
błędu.

Jednak Marigold  zawsze oddychała  z  ulgą, gdy zamykały  się za nią  drzwi do pokoju 

ogrodowego.

6

Choć miała dopiero sześć lat, Marigold doświadczyła już wielu namiętności, dzięki którym 

życie bywa bujne, straszne bądź wspaniałej zarówno gdy ma się lat sześć, jak i szesnaście lub 
sześćdziesiąt. Prawdopodobnie przyszła na świat ze świadomością, że gdy się pochodzi i z 
Lesleyów, jest się „kimś lepszym”. Jednak po raz pierwszy odczuła w pełni dumę rodową, 
kiedy pewnego dnia odbyła rozmowę z małą May Kemp z Hollow.

— Czy ty c o d z i e n n i e  myjesz twarz? — spytała z niedowierzaniem May.
— Tak — odparła Marigold.
— Nawet jeśli to nie jest konieczne?
— Naturalnie. Ty tak nie robisz?
— A skąd — rzuciła pogardliwie May. — Ja myję twarz tylko wtedy, gdy jest brudna.
Wtedy właśnie Marigold pojęła różnicę pomiędzy kastą Lesleyów a innymi ludźmi, co na 

próżno usiłowała jej wbić do głowy Młoda Babcia za pomocą licznych kazań.

A wstyd? O, poznała go dobrze, wypiła ten puchar do samego dna. Czy kiedykolwiek uda 

jej się zapomnieć podwieczorek — z udziałem dwóch pastorów z żonami — gdy wsunęła się, 
czerwona i zdyszana, na swoje miejsce, przepraszając za spóźnienie?

— Nic  nie mogłam  poradzić,  mamo  — tłumaczyła  się Marigold.  — Pomagałam  Kate 

Blacquierre zaprowadzić krowy pana Donkina do wodopoju i musiałyśmy gonić tę cholerną 
jałówkę!

Marigold od razu spostrzegła, że palnęła coś strasznego. Powiedziały jej to zastygłe  z 

przerażenia  twarze członków  rodziny.  Jeden z pastorów osłupiał, drugi z trudem skrywał 
uśmiech. Ale dlaczego? Co ona takiego powiedziała?

— Marigold,  czy mogłabyś  odejść od stołu  i pójść do swego pokoju?  — powiedziała 

mama, która wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać.

Nieszczęśliwa Marigold zrobiła, co jej kazano, choć nie miała pojęcia, o co chodzi. Jednak 

wkrótce się dowiedziała.

— Ale Kate tak właśnie powiedziała — tłumaczyła Marigold płaczliwym głosem. — Kate 

powiedziała, że ma  ochotę przetrącić tej cholernej  jałówce wszystkie  cholerne kości. Nie 
sądziłam, że „cholerny” to przekleństwo.

Przeklęła przy pastorze! Ba! W obecności dwóch pastorów i ich żon! Marigold myślała, że 

tego   nie   przeżyje.   Gorąca   fala   wstydu   zalewała   ją   na   samo   wspomnienie.   Nie   miało 
znaczenia, że nie pozwolono jej spotykać się więcej z Kate. I tak jej na Kate nie zależało. Ale 
okryć   hańbą   siebie,   mamę   i   nazwisko   Lesleyów!   Gdy   kiedyś,   z   czcią   i   lękiem,   spytała 

background image

dziedzica z Charlottetown: „Przepraszam, czy pan jest Bogiem?”, tak się z niej śmiano, że 
czuła się straszliwie upokorzona. Ale ta historia z pastorami była jeszcze gorsza! W dodatku 
nie mogła pojąć, dlaczego „cholerny” to przekleństwo. Nawet Stara Babcia, która zaśmiewała 
się do łez z gary prawnuczki, nie potrafiła jej tego wyjaśnić.

Demon   zazdrości   też   się   upomniał   o   Marigold.   W   skrytości   ducha   była   zazdrosna   o 

Clementine — dziewczynę, która była pierwszą żoną ojca i obok której został pochowany na 
wzgórzu, pod krzakami spirei. Marigold była zazdrosna ze względu na matkę. Ojciec należał 
kiedyś   do   Clementine.   Może   więc   teraz   znów   do   niej   należy?   Czasami   Marigold   była 
całkowicie owładnięta tą absurdalną zazdrością. Gdy wchodziła do pokoju Starej Babci i 
widziała piękny portret Clementine na ścianie, czuła, że go nienawidzi. Miała ochotę zerwać 
go i podeptać.; Lorraine wpadłaby w przerażenie, poznawszy uczucia córki. Jednak; Marigold 
czujnie strzegła swej tajemnicy i wciąż nienawidziła Clementine, a zwłaszcza jej pięknych 
rąk. Uważała, że mama dorównuje Clementine urodą. Zawsze współczuła dziewczynkom, 
których matki były brzydkie. Poza tym jej mama miała przepiękne stopy. Wujek Klon nieraz 
powtarzał, że nie spotkał żadnej innej kobiety o takich zgrabnych stopkach i kostkach. Ale 
zgrabne kostki nie liczyły się zbytnio u Lesleyów. Nie wypadało o nich nawet mówić, mimo 
iż modne: ówcześnie suknie bezwstydnie je odsłaniały. Jednak ręce miała mama niezbyt ładne 
—   były   za   szczupłe,   za   małe   —   i   czasami   Marigold   czuła,   że   nie   zniesie   widoku   rąk 
Clementine. Zwłaszcza gdy ktoś z rodziny się nimi zachwycał. Stara Babcia ciągle o nich 
napomykała, jakby wyczuwała zazdrość Marigold i chciała się z nią drażnić.

— Wcale   nie   sądzę,   że   była   taka   znów   ładna   —   powiedziała   kiedyś   Marigold, 

doprowadzona do ostateczności.

Stara Babcia uśmiechnęła się.
— Clementine Lawrence była pięknością, moja droga. Nie taką bezbarwną istotą jak… jak 

ta jej siostra z Harmony.

Marigold była przekonana, że Stara Babcia zamierzała powiedzieć i ,jak twoja matka”, 

więc poczuła,  że nienawidzi  Clementine,  jej  rąk i wiecznie  żywej  białej  lilii  zajadlej niż 
zwykle.

Smutek? Żal? Ależ tak, serce omal jej nie pękło, gdy zdechł ukochany szary kotek. Nie 

przypuszczała, że coś, co ona kocha, może j umrzeć.

— Czy wczorajszy dzień poszedł do nieba, mamo? — spytała ze szlochem następnego 

dnia.

— Nno… myślę, że tak — odpowiedziała mama.
— Wobec tego nie chcę iść do nieba! — wybuchnęła Marigold. — Nie chcę już nigdy 

spotkać tego strasznego dnia!

— Prawdopodobnie spotkasz jeszcze o wiele gorsze — zauważyła na pocieszenie Młoda 

Babcia.

A co do strachu — czyż Marigold nie znała go od zawsze? W jednym z wcześniejszych 

wspomnień   widziała   siebie   siedzącą   w   mrocznym,;   zamkniętym   saloniku   —   za   karę,   że 
rozlała trochę puddingu na najlepszy obrus Młodej Babci. Nie mogła pojąć, jak taka mała 
ilość   puddingu   mogła   zalać   taki   kawał   serwety,   niemniej   wylądowała   w   saloniku, 
koszmarnym pokoju, w którym igrały niesamowite pasy światłocienia. Gdy przycupnęła przy 
drzwiach, w półmroku dostrzegła coś strasznego. Wszystkie krzesła w pokoju zaczęły nagle 
tańczyć   wokół   stołu,   a   korowodowi   przewodził   wielki   bujany   fotel   wypchany   końskim 
włosiem.   Za   każdym   razem,   gdy   fotel   przebiegał   galopem   obok   Marigold,   składał   jej 
przesadnie   ugrzeczniony   ukłon.   Marigold   zaczęła   nagle   przeraźliwie   wrzeszczeć   i 
natychmiast zabrano ją z ciemnego pokoju — z niesmakiem, ponieważ nie była w stanie 
znieść tak łagodnej kary.

— Wychodzą z niej cechy Winthropów — stwierdziła zjadliwie Młoda Babcia.
Lesleyowie i Blaisdellowie mieli więcej odwagi. Marigold nigdy nie powiedziała, co ją tak 

background image

wystraszyło.  Wiedziała,  że nikt by jej nie uwierzył.  Jednak zawsze wstrząsał nią dreszcz 
trwogi, gdy wchodziła do saloniku. Wolałaby raczej skonać, niż usiąść na bujanym fotelu.

Poznała także żądzę zemsty. Zdarzyło się to w sierpniu. Matka May Kemp przyszła, by 

zrobić porządek w spichrzu na jabłka, i przyprowadziła ze sobą May. Marigold i May przez 
jakiś czas bawiły się wesoło w niby — domku pod krzakami porzeczek. Taki domek jest 
cudowny, gdyż siedząc na podłodze można zajadać” się rubinowymi owocami rosnącymi na 
jego   ścianach.   Nagle   May   oznajmiła,   że   „oko   by   oddała”   za   zobaczenie   słynnej   lalki 
Skinnerów. Marigold weszła dzielnie do pokoju ogrodowego, by spytać Starą Babcię, czy 
może przyprowadzić May i pokazać jej lalkę. Staruszka spała, spała naprawdę, nie udawała, 
że śpi, co jej się często zdarzało. Marigold odwróciła się, zamierzając wyjść, gdy jej wzrok 
padł na Alicję. Alicja wyglądała tak ślicznie i urzekająco, zupełnie jakby p r o s i ł a  o trochę 
zabawy. Kierowana nagłym impulsem, Marigold podbiegła do szklanej szkatuły, otworzyła ją 
i wyjęła Alicję. Wysunęła nawet pantofelek z rączki, w której tkwił przez lata, i włożyła go na 
stopę lalki.

— Aleś  ty  odważna!   —  powiedziała   z  podziwem   May,   kiedy  Marigold   zjawiła  się  w 

porzeczkach, przyciskając do siebie Alicję.

Jednak Marigold straciła całą śmiałość, kiedy po pewnym czasie pojawiła się przed nimi 

Salome, groźna i wyniosła w nowej drojetowej sukni barwy śliwkowej i wykrochmalonym 
białym fartuchu. Bez słowa zaciągnęła Marigold przed oblicze Starej Babci.

— Powinnam wiedzieć, że coś się święci, bo było zbyt cicho — powiedziała Salome. — 

We   dwie   tam   były,   a   ONA   siedziała   na   krześle   jak   na   tronie.   Podawały   JEJ   czerwone 
porzeczki na liściach sałaty i całowały JEJ ręce. Włożyły JEJ na głowę koronę z kwiatów, a 
na stopę oba JEJ trzewiki. O mało nie padłam, gdy to zobaczyłam. Nie wyjmowano JEJ z tej 
szklanej szkatuły, od kiedy jestem w Świerkowej Kępie

— Dlaczego postąpiłaś tak niegodziwie? — spytała gniewnie Stara Babcia.
— Chciała, by ją kochano — zaszlochała Marigold. — Tak długo nikt jej nie kochał.
— Mogłabyś zaczekać, aż umrę, zanim się do niej dobierzesz. Wtedy będziesz sobie ją 

„kochała” do woli.

— Ale ty będziesz żyła wiecznie — zaszlochała Marigold. — Lazarre tak mówi. Poza tym 

nie zrobiłam jej żadnej krzywdy.

— Mogłaś ją potłuc na drobne kawałki.
— Och nie, nie mogłabym przecież jej skrzywdzić kochaniem.
— Nie jestem tego taka pewna — mruknęła pod nosem Stara Babcia wyjawiając jedną z 

prawd, które Marigold miała zrozumieć dopiero w dwadzieścia lat później.

Stara Babcia, rozsierdzona nie na żarty, postanowiła, że Marigold ma przez trzy dni jadać 

samotnie  w  kuchni. Dziewczynka  była  bardzo rozgoryczona,  gdyż  kara wydawała  jej  się 
wyjątkowo poniżająca.

I znów wypadało się cieszyć, że Bóg tak wszystko urządził, żeby inni nie wiedzieli, co się 

myśli.

Gdy   Marigold   kładła   się   do   łóżka   owego   fatalnego   wieczoru,   była   zdecydowana   nie 

odmówić wszystkich modlitw. Mianowicie — pominąć fragment dotyczący Starej Babci.

— Pobłogosław mamę, Młodą Babcię i Salome — powiedziała, po czym podniosła się z 

klęczek i położyła do łóżka, z namaszczeniem ustawiwszy buty blisko siebie, aby nie czuły 
się samotnie. Robiła ta każdego wieczoru. Nie zmrużyłaby oka, gdyby jej buty stały z dala od 
siebie i tęskniły za sobą przez calutką noc.

Jednak nie mogła zasnąć, wszelkie wysiłki spełzły na niczym. Na późno starała się liczyć 

owce przeskakujące przez płot. Właściwiej wcale nie zamierzały skakać. Odwracały się przy 
samym płocie i robiły do niej miny — do złej dziewczynki, która nie chciała pomodlić się za 
babcię — staruszkę. Marigold uporczywie zmagała się przez godzinę ze swym Lesleyowskim 
sumieniem. Potem wstała z łóżka, uklękła i powiedziała:

background image

— Pobłogosław, proszę, mamę, Młodą Babcię, Salome i każdego, kto potrzebuje Twego 

błogosławieństwa.

To bez wątpienia obejmowało również Starą Babcię. Na pewno można więc teraz iść spać. 

Jednak nadal nie mogła zasnąć. Tym razem Marigold poddała się po półgodzinnej walce.

— Pobłogosław, proszę, mamę,  Młodą Babcię, Salome  — i możesz też pobłogosławić 

Starą Babcię, jeśli chcesz.

No tak. Nie ustąpi już ani o krok.
Lecz w piętnaście minut później Marigold znowu wyskoczyła z łóżka.
— Pobłogosław, proszę, mamę, Młodą Babcię, Salome i Starą Babcię. Amen.
Teraz owce zaczęły skakać. Coraz szybciej i szybciej, aż zlały się w długi, biały strumień. 

Marigold zasnęła.

7

Wschodziły gwiazdy. Marigold uwielbiała się im przyglądać, choć gdy ujrzała je po raz 

pierwszy   w   życiu,   okropnie   się   wystraszyła.   Obudziła   się,   kiedy   mama   wysiadała   z 
samochodu wujka Klona, który odwiózł ją do domu po wizycie w South Harmony. Marigold 
uniosła głowę, spojrzała w ciemność i zawołała:

— Mamo, niebo spłonęło! Zostały same iskierki!
Ależ wszyscy się śmiali, a jej było tak wstyd! Później wujek Klon nauczył ją różnych 

rzeczy o gwiazdach i znała nazwy Betelgeuse, Rigel, Saiph czy Alnita, choć nie potrafiła ich 
dobrze wymówić.

Och, wiosna była taka śliczna. W wiosenne dni zatoka zmieniała się w rozedrganą, lśniącą 

połać błękitu, sad był usiany fiołkami, a noce spowijała gwiezdna pajęczyna.

Zresztą wszystkie pory roku były piękne. Latem na zagonkach na wzgórzu czerwieniły się 

truskawki,  krople  deszczu  w  płatkach   dzikich   róż miały  słodki  smak,   wokół  roznosił  się 
rozkoszny   zapach   świeżo   skoszonej   trawy,   księżyc   w   pełni   rozsiewał   piękne   cętki   pod 
drzewami w sadzie, a wielkie pola stokrotek po drugiej stronie zatoki były białe jak śnieg.

Jednak Marigold najbardziej lubiła jesień. Wówczas Dziadzio Wiatr z jej ukochanej bajki 

dął   w   swą   trąbkę   nad   zatoką,   a   lśniące,   czarne   wrony   siadywały   jedna   obok   drugiej   na 
płotach. Z osik rosnących przy zielonej bramie sypały się żółte liście, a rankiem trawę w 
sadzie pokrywał jedwabisty szron. Wieczorami snuły się dymy z ognisk, w których Lazarre 
palił liście, i świeżo zorane pola na wzgórzu lśniły rudawo na tle ciemnych świerków. Zaś 
pewnej nocy szło się spać, gdy świat był nudny i ponury, a po przebudzeniu zastawało się go 
w cudownej bieli. To zima dotykała go w ciemnościach i przemieniała zupełnie.

Marigold   kochała   też   zimę,   kiedy   to   tajemnicza   cisza   zalegała   na   białych,   zalanych 

księżycowym światłem polach, a burzowe niebo; miało dziwny urok. Wielkie czarne koty 
skradały   się   tajemniczo   po   skrytych   w   mroku   polankach,   na   których   cienie   drzew   były 
piękniejsze   niż   same   drzewa.   Stogi   siana   na   podwórzu   pana   Donkina   wyglądały   jak 
przygarbieni starcy o białych włosach. Pastwiska, zielonozłote w czerwcu, teraz były zimne i 
białe, a ponad śniegiem sterczały duchy: kwiatów. Marigold zawsze było żal tych martwych 
łodyżek. Miała ochotę szepnąć im: „Wiosna nadejdzie”.

Zimowe poranki były interesujące, bo śniadanie jadano przy świecach. Zimowe wieczory 

miały   wiele   uroku,   gdy   na   zewnątrz   ł   wiatr,   usiłując   wedrzeć   się   do   Świerkowej   Kępy. 
Szarpał   pazurami   drzwi,   wył   straszliwie,   a   Marigold   odczuwała   rozkoszne   dreszcze. 
Wichrowi nigdy nie udawało się dostać do środka. Tak przyjemnie było siedzieć w ciepłym, 
jasnym  pokoju, z kotami  wygrzewającymi  się przed kominkiem  i słuchać miłego turkotu 
kołowrotka Salome. A potem pójść do łóżka w pokoiku mamy,  dostać słodkie całusy na 
dobranoc, wtulić się w miękkie kremowe koce i słuchać burzy szalejącej na dworze. Tak, 

background image

świat   był   cudownym   miejscem,   chociaż   diabeł   od   czasu   do   czasu   porywał   ludzi,   którzy 
przeklinali.

background image

R

OZDZIAŁ

 

CZWARTY

M

ARIGOLD

 

JEDZIE

 

Z

 

WIZYTĄ

1

Marigold, po raz pierwszy w swym niedługim życiu, wybierała się na „prawdziwą”, jak 

mówiła, wizytę. To znaczy jechała do wujka Paula, gdzie miała przenocować, bez mamy i bez 
Młodej   Babci.   Na   tym   właśnie   polegała   dla   Marigold   „prawdziwość”   owej   wizyty. 
Interesująco było pojechać gdzieś z Młodą Babcią, i z mamą było interesująco, a do tego 
przyjemnie, lecz pojechać gdzieś samodzielnie, o, Marigold czuła się z tego powodu dorosła i 
niezwykle dzielna.

Poza tym, nigdy jeszcze nie była u wujka Paula, a wiele rzeczy chciała tam zobaczyć. 

Choćby „wodny ogród”, o którym wiele się mówiło w rodzinie. Marigold nie miała zielonego 
pojęcia, co to takiego. Była tam też szklana gablotka z wypchanymi kolibrami. A najbardziej 
interesująco zapowiadała się perspektywa  ujrzenia szkieletu  w szafie. Słyszała,  jak wujek 
Paul o nim mówił, i miała nadzieję, że zdoła choć rzucić nań okiem.

Wujek Paul nie należał do tych „zza–zatoki”, więc nie otaczał go nimb tajemniczości, w 

przeciwieństwie do kuzynów mieszkających w pobliżu Ukrytej Krainy. Wujek mieszkał tylko 
u wylotu zatoki, ale w odległości sześciu mil od Świerkowej Kępy, więc zapowiadała się 
prawdziwa podróż. Marigold lubiła wujka Paula, choć lękała się nieco ciotki Flory. Lubiła 
także Franka.

Frank   był   młodszym   bratem   przyrodnim   wujka   Paula.   Miał   kręcone   czarne   włosy   i 

„romantyczne” szare oczy. Marigold usłyszała to określenie od cioci Niny. Nie wiedziała, co 
to znaczy, ale podobały jej się oczy Franka. Miał też łagodny uśmiech, przyjemny głos, który 
ładnie modulował. Marigold obiło się o uszy, że zamierzał poślubić Hildę Wright. A potem, 
że się nie żeni. Później, że sprzedał farmę i wybiera się w jakieś tajemnicze strony pod nazwą 
„Zachód”. Lazarre powiedział Salome, że Hilda „wystrychnęła go na dudka”. Marigold i tego 
określenia   nie   rozumiała,   ale   i   tak   znienawidziła   Hildę   za   to,   że   zrobiła   Frankowi   coś 
podobnego. Zresztą nigdy nie przepadała za Hildą, chociaż to kuzynka — siódma woda po 
kisielu — jako że miała prababkę z Blaisdellów. Była ładną, bladą dziewczyną o rudych 
włosach   i   ustach,   które   nigdy   Marigold   się   nie   podobały.   Takie   uparte   i   pełne   goryczy. 
Chociaż bardzo ładne, gdy się uśmiechały. Marigold niemal lubiła Hildę, kiedy ta się śmiała.

— Ta para jest zbyt uparta — powiedział Lazarre do Salome. — Hilda mówi, że to Frank 

ma pierwszy się odezwać, a Frank powiada, że prędzej diabli go wezmą.

Marigold było przykro, że Frank udaje się na Zachód, który w jej pojęciu był czymś poza 

krańcem  czasu i  przestrzeni.  Cieszyła  się więc,  że spotka  kuzyna  podczas  wizyty.  Frank 
pokaże jej kolibry i wodny ogród. Da się uprosić i pozwoli jej rzucić okiem na szkielet. 
Posadzi ją sobie na kolanach i będzie opowiadał zabawne historyjki, a może nawet zabierze 
na przejażdżkę nowym powozem zaprzężonym w czarną kobyłkę Jenny. Marigold uważała, 
że to o wiele przyjemniejsze odjazdy samochodem.

Naturalnie, przykro było jej rozstawać się z mamą choćby na jedną noc, a także zostawić 

nowego   kodaka.   Ale   pojechać   na   prawdziwą   wizytę!   Marigold   spędziła   cały   tydzień   w 
radosnym oczekiwaniu, wyobrażając sobie, jak to będzie.

2

background image

To   był   koszmar,   po   prostu   koszmar.   Poza,   oczywiście,   podróżą   do   celu,   cudowną 

przejażdżką   z   wujkiem   Klonem   i   ciocią   Marigold.   Jechali   bowiem   po   leśnych   drogach 
przesyconych intensywnym aromatem, jaki wydzielają paprocie w gorące letnie popołudnie. 
Gdy   tylko   Marigold   została   sama,   zaczął   się   koszmar.   Nie   wiedziała,   że   to   tęsknota   za 
domem, wiedziała tylko, że jest nieszczęśliwa od stóp po czubek głowy i że wszystko budzi w 
niej rozczarowanie. Co jej po gablotce z kolibrami, skoro nie można o nich z nikim pomówić? 
Nawet wodny ogród nie wzbudził zainteresowania Marigold, a do tego jeszcze nigdzie nie 
było   widać   tego   osławionego   szkieletu.   Najbardziej   rozczarował   ją   Frank,   bo   prawie   nie 
zwracał na nią uwagi. Poza tym tak się zmienił! Był gburowaty, w ogóle się nie uśmiechał i 
miał upiorny wąsik, który wyglądał jak plama sadzy nad górną wargą. To właśnie o ten wąsik 
pokłócili się z Hildą, ale nikt poza nimi dwojgiem o tym nie wiedział.

Na kolację Marigold zjadła bardzo mało. Każdy kęs z trudem przechodził jej przez gardło, 

ledwie skosztowała orzechowego ciasta z bitą śmietaną. Ciocia Flora, która zrobiła je na cześć 
Marigold, nigdy jej tego nie darowała. Po kolacji dziewczynka wyszła z domu i oparłszy się o 
bramę, patrzyła ze smętną zadumą na długą, tajemniczą, czerwoną drogę, która wiodła do 
domu. Och, gdyby tylko mogła  tam się znaleźć,  być  z mamą.  Zachodni wiatr wichrzący 
trawy, wieczorne nawoływania drozdów, wydłużone cienie drzew padające na łany złocistej 
pszenicy — wszystko sprawiało jej ból, gdy mamy nie było w pobliżu.

„Nigdy nie jest tak, jak się człowiek spodziewa” — myślała ponuro.
W domu też pewnie już wszyscy są po kolacji. Babcia tka na poddaszu, Salome nalewa 

kotom mleka, a mama…

Marigold pognała do cioci Flory.
— Ciociu Floro, ja muszę natychmiast wracać do domu, proszę, p r o s z ę !
— Nonsens, moje dziecko — odparła cierpko ciotka. — Nie kapryś. Marigold zaczęła się 

zastanawiać,   dlaczego   nigdy   wcześniej   nie   zauważyła,   że   ciocia   Flora   ma   taki   wielki, 
haczykowaty nos.

— Och, proszę, zawieźcie mnie do domu! — błagała rozpaczliwie.
— Nie  możesz  dziś  wieczór  wrócić  do  domu   — żachnęła  się  niecierpliwie   ciotka.  — 

Mamy zepsuty samochód. Dokucza ci samotność? Pewnie jesteś zmęczona. Najlepiej będzie, 
jeśli pójdziesz do łóżka. Frank odwiezie cię jutro, o ile nie będzie padać. No chodź, w domu 
kładziesz się o siódmej, prawda?

„W domu kładziesz się o siódmej”. Ale w  d o m u  leży się we własnym łóżku, z pokoju 

mamy sączy się światło, a cudowna, złota, puszysta kula układa się, mrucząc, na pościeli, aby 
wreszcie zwinąć się w kłębek. Marigold czuła, że nie wytrzyma tego dłużej.

— Och, ja chcę do domu, do domu — szlochała.
— Nie zamierzam  znosić tych  fanaberii — orzekła surowo ciocia Flora. Była  znana z 

godnej podziwu stanowczości w traktowaniu dzieci. — Nie będziesz przecież robić z siebie 
beksy. Zabiorę cię na górę i pomogę się rozebrać.

3

Marigold leżała samotnie w wielkim pokoju, w łożu oddalonym całe mile od podłogi, na 

wpół oszalała  z przerażenia  i całkowicie  oszalała  z nieznośnej tęsknoty za domem.  Było 
ciemno, a ciemność zdawała się wręcz namacalna. Marigold nigdy wcześniej nie zasypiała po 
cierny ku. Zawsze dodawało jej otuchy przyjazne światło z pokoju mamy. Czasami mama 
nawet z nią zostawała, czekając, aż zaśnie, choć Młoda Babcia nie pochwalała tego. Marigold 
bała się prosić ciocię Florę, by nie gasiła światła. Ciocia opatuliła ją kołdrą i powiedziała, że 
ma być grzeczna.

— Zamknij oczy i zaraz zaśnij. Zanim się obejrzysz, będzie ranek, a wtedy pojedziesz do 

background image

domu.

Potem   wyszła,   zamykając   za   sobą   drzwi.   Ciocia   Flora   pochlebiała   sobie,   że   umie 

postępować z dziećmi.

Marigold nie mogła zasnąć w ciemności. Zdawało jej się, że miną lata, nim przyjdzie 

poranek, o ile w ogóle przyjdzie.

„Nikt mnie tutaj nie kocha” — myślała z goryczą.
Czarne godziny ciągnęły się w nieskończoność. Marigold zdawały się stuleciami.
Jak   ten   wiatr   wyje   wokół   domu!   Dziewczynka   uwielbiała   wiatr,   kiedy   była   u   siebie, 

zwłaszcza o tej porze roku, gdy jej przytulne łóżeczko stawało się jeszcze milsze. Ale czy ten 
tutaj   nie   był   przypadkiem   owym   koszmarnym   wiatrem,   który   Lazarre   nazywał   „kurzawą 
duchów”?  „Wieje o tej  porze roku, gdy zmarli  wychodzą  sobie na trochę  z grobów” — 
powiedział kiedyś Lazarre.

Czy to właśnie ta pora? A ta klapa w suficie, którą Marigold zauważyła, zanim ciocia Flora 

zgasiła   światło?   Pewnego   razu   Lazarre   opowiadał   straszną   historię   o   tym,   jak   widział 
przerażającą twarz „z długimi, owłosionymi uszami”, patrzącą na niego z góry przez taką 
właśnie klapę.

W pokoju była też szafa ścienna. Czyżby to właśnie ta ze szkieletem? A jeśli drzwi się 

otworzą, a on wypadnie… Albo wyjdzie! Może będzie klekotał kośćmi — wujek Paul mówił, 
że czasami tak robi. A co z tym oswojonym szczurem, którego wujek trzyma w stodole? A 
jeśli został przyniesiony tej nocy do domu i szwenda się po pokoju? Czy to nie on gdzieś tam 
chrobocze?

Czy Marigold ujrzy jeszcze kiedyś swój dom? A jeśli mama umrze przed świtem? Albo 

będzie padać deszcz — przez cały tydzień — i nie odwiozą Marigold do domu? Wiedziała, że 
ciocia Flora nie lubi błocić karoserii nowego samochodu. Czy to nie piorun właśnie uderzył?

Był to jedynie łoskot obładowanych wozów, przetaczających się z towarem przez długi 

most nad East River, znajdujący się w pobliżu domu, lecz Marigold o tym nie wiedziała. 
Wiedziała tylko, że zaraz zacznie wrzeszczeć, że nie wytrzyma  ani minuty dłużej w tym 
dziwnym łóżku, w ciemnym, nawiedzonym pokoju. Co t o  było? Dziwne drapanie w okno! 
Och, to pewnie ten diabeł z opowieści Lazarre’a! Przybył, by zabrać złe dziecko. Bo dziecko 
nie zmówiło  modlitwy przed  snem.  Marigold  też nie  zmówiła…  Była  zbyt  pogrążona  w 
rozpaczy i tęsknocie za domem, by o tym pamiętać. Nie mogła zmówić modlitwy teraz, ale 
mogła usiąść w łóżku i zacząć wrzeszczeć jak opętana.

I tak właśnie zrobiła.

4

Wrzask   wyrwał   ciocię   Florę   i   wujka   Paula   z   głębokiego   snu,   w   jakim   pogrążyli   się 

wreszcie po całym dniu ciężkiej pracy. Marigold przestała wydzierać się dopiero, gdy wpadli 
pędem do jej pokoju.

— Cała się trzęsie — stwierdził wujek Paul. — Musi być jej zimno.
— Wcale mi nie zimno — powiedziała Marigold, szczękając zębami.
— Ale muszę jechać do domu.
— Słuchaj, Marigold, bądź rozsądną dziewczynką — uspokajała stanowczym tonem ciocia 

Flora. — Jest jedenasta w nocy. Nie możesz te raz jechać do domu. Chcesz rodzynków?

— Chcę do domu — powtórzyła Marigold.
— Kto   ośmiela   się   budzić   starego   niedźwiedzia,   co   mocno   śpi?   —   powiedział   Frank, 

wchodząc do pokoju. Właśnie miał się położyć, gdy usłyszał wrzaski Marigold. — Masz, 
siostrzyczko, czekoladową myszkę. Wsadź ją sobie do buzi i nie otwieraj już tej pułapki.

To   była   śliczna   myszka   z   kremowym   nadzieniem   —   przysmak,   za   którym   Marigold 

background image

przepadała.   Jednak   w   tym   momencie   ów   specjał   kojarzył   jej   się   jedynie   z   osławionym 
szczurem wujka Paula.

— Nie chcę, chcę do domu — upierała się.
— Może przynieść jej kotka — poddał myśl zdesperowany wujek Paul.
— Nie chcę kotka — zawodziła Marigold. — Chcę do domu.
— Podaruję ci mój kieliszek do jajek z kolorowej porcelany, jeżeli będziesz grzeczna do 

samego rana — błagała ciocia Flora, zapominając o swej stanowczości.

— Nie chcę żadnych kieliszków. Chcę do domu.
— No to idź — powiedział wujek Paul, tracąc wreszcie cierpliwość. — Drogi są dobre.
Jednak ciocia Flora pojęła, że Marigold jest na granicy histerii. Ponieważ stanęła wobec 

perspektywy borykania  się z roztrzęsionym  dzieckiem,  ulotniła  się cała jej surowość. Od 
początku nie pochwalała zachcianki Paula, by przywozić Marigold. Teraz mała stosuje jakieś 
zagrywki Winthropów — o ile to była zagrywka.

— Najlepiej   będzie,   jeśli   Frank   zaprzęgnie   konia   i   odwiezie   ją   do   domu.   Jeszcze   się 

rozchoruje od tego płaczu.

— Marigold to wielkie niemowlę i doprawdy wstyd mi za nią — powiedział wujek Paul.
Ta   druzgocząca   opinia   miała   dręczyć   Marigold   w   przyszłości,   ale   w   danej   chwili 

obchodziło ją jedynie, że wujek kazał Frankowi zaprzęgać.

— Tego to już za wiele! — gderał Frank na odchodnym.
Ciocia Flora pomogła szlochającej Marigold ubrać się, a wujek Paul był tak zły, że nawet 

nie powiedział  dziewczynce  do widzenia. Ciotka pożegnała  się z nią bardzo oschle. Gdy 
mama   całowała   Marigold   przed   wyjazdem,   wyszeptała   jej   do   ucha:   „Kiedy   będziesz 
odjeżdżać, nie zapomnij podziękować cioci Florze za urocze chwile, jakie u niej spędziłaś”. 
—   Jednak   Marigold   sądziła,   że   te   słowa   nie   są   teraz   zbyt   odpowiednie,   więc   nic   nie 
powiedziała.

— Przestań wreszcie beczeć — rozkazał Frank, sadzając ją w powoziku. — Słowo daję, 

teraz rozumiem Heroda.

Frank był wściekły i opryskliwy. Cały dzień ciężko pracował w polu i wcale nie miał chęci 

na dwunastomilową przejażdżkę, a wszystko przez kaprys głupiej dziewczynki. Boże, co za 
utrapienie  z tymi  dziećmi!  Cieszył  się, że nigdy nie  będzie  ich miał.  Marigold z trudem 
opanowała szlochanie. Ale wreszcie jechała do domu. Nic poza tym nie miało znaczenia. 
Frank poganiał swą czarną klacz i nie odzywał się ani słowem, ale Marigold wcale się tym nie 
przejmowała.

W   połowie   drogi   skręcili,   pozostawiając   za   sobą   dom   Martina   Richardsa.   Był   to 

staroświecki biały domek, na którego straży stały wysokie topole, a alejkę wiodącą do drzwi 
zdobił splątany gąszcz różanych krzewów.

— Popatrz, Frank! — krzyknęła Marigold. — Coś się dzieje z tym domem!
Frank spojrzał, zawołał „O, mój Boże!”, zatrzymał konia, wyskoczył z powoziku, wpadł na 

podwórze   i   zaczął   walić   w   drzwi.   Wówczas   otworzyło   się   okno   i   Marigold   ujrzała 
wychylającą się z niego dziewczynę. Była to Hilda Wright, która widocznie nocowała u swej 
kuzynki, Jean Richards. Frank też ją zauważył.

— Dom płonie! — zawołał. — Budź ich szybko, nie ma czasu do stracenia.
Potem nastąpiło burzliwe i niezwykle interesujące pół godziny. Na szczęście klacz Franka 

była nauczona, by stać w miejscu nawet bez przywiązywania, więc Marigold mogła siedzieć 
w powozie i napawać się ciekawym widokiem. Dom nagle rozbłysł światłami. Mężczyźni 
pospieszyli po wiadra i drabiny. W świetle latarni gigantyczne, groteskowe cienie omiatały 
budynki gospodarskie. Psy zanosiły się szczekaniem. Wszystko to było doprawdy zajmujące.

Ogień wkrótce ugaszono; okazało się, że dach kuchenny zajął się od iskry. Po stłumieniu 

pożaru Marigold ujrzała Franka i Hildę, stojących bardzo blisko siebie przy jednej z topoli.

Marigold, siedząc w powozie, rozkoszowała się nagłymi podmuchami wiatru. Noc wcale 

background image

nie była burzowa, lecz wietrzna i gwiaździsta. Jakie wyraźne były te gwiazdy. Marigold miała 
ochotę   je  policzyć,   ale  nie  ośmieliła   się  tego   zrobić.   Lazarre   powiedział  jej,  że   jak  ktoś 
próbuje liczyć gwiazdy, pada trupem na miejscu. A gdyby tak nagle gwiazda spadła ci do 
stóp… Przypuśćmy, że spada ich wiele. I gonisz za gwiazdami po łąkach… wzgórzach… i 
wydmach. Dopóki nie nazbierasz całego naręcza…

Frank i Hilda podeszli razem do powozu. Hilda niosła małą latarnią a czerwony jedwabny 

szal,   który   miała   narzucony   na   głowę,   łopot   wokół   twarzy   dziewczyny   jak   purpurowy 
płomień. Gorycz zniknęła z jej ust. Frank też był radosny.

— Siedziałaś tu cały czas samiuteńka i nie pisnęłaś ani słowa. No proszę. A Jenny nawet 

nie jest przywiązana. No, dzielna z ciebie dziewczyna. Wcale się nie dziwię, że tęskniłaś za 
domem i bałaś się spać w tej wielkiej stodole, którą Flora nazywa pokojem gościnny Raz dwa 
podrzucę cię do domu. Dobranoc, słoneczko.

„Słoneczko” nie odnosiło się do Marigold, lecz do Hildy, która dostała jeszcze całusa, a 

potem pochyliła się i uścisnęła dłoń dziewczynki.

— Cieszę się, że tęskniłaś za domem — szepnęła. — Ale mam nadzieję, że już nigdy nie 

będziesz musiała tęsknić.

— Domyślam się, że Frank nie pojedzie na Zachód — odszepnęła Marigold.
— Jeśli nawet, to pojadę razem z nim. Pojadę za nim na koniec świata — odpowiedziała 

cicho Hilda.

— Słuchaj, kochanie,  przeziębisz  się — przerwał  delikatnie  Frank. Biegnij  do domu  i 

pośpij jeszcze. Przyjadę jutro wieczorem. A ter muszę zawieźć tę kruszynę do domu. Dzięki 
jej małpim harcom twego wuja ocalał.

Frank był tak miły i zabawny przez pozostałą część drogi, iż Marigold niemal zrobiło się 

żal, kiedy wreszcie przybyli na miejsce. W Świerkowej Kępie wszyscy już byli w łóżkach, ale 
mama nie spała.

Od razu zeszła na dół i chwyciła Marigold w objęcia, gdy usłyszała — nieco okrojoną ze 

szczegółów   —   relację   Franka.   O   Hildzie   wcale   nie   wspomniał,   ale   serdecznie   uściskał 
Marigold na pożegnanie i wsunął jej w dłoń dwie czekoladowe myszki.

— Teraz pewnie zjesz te dwa maleństwa z miłą chęcią — powiedział.
Marigold, bezpieczna w swym łóżeczku, z kotem śpiącym u nóg, zjadła myszki i zapadła 

w sen, zastanawiając się, czy diabły porwą Franka, bo przecież odezwał się pierwszy do 
Hildy.

background image

R

OZDZIAŁ

 

PIĄTY

W

ROTA

KTÓRE

 

LUDZIE

 

NAZYWAJĄ

 

ŚMIERCIĄ

1

A jednak Stara Babcia nie dożyła stu lat — ku rozczarowaniu wszystkich przedstawicieli 

klanu, którzy chcieli chełpić się tym, że komuś z rodziny „stuknęła setka”. McAllisterowie–
zza–zatoki mieli na swym koncie stuletnią ciotkę i zadzierali nosa z tego powodu. To było nie 
do zniesienia, że w czymkolwiek górowali nad Lesleyami. Przybyli ze Szkocji zaledwie trzy 
pokolenia wstecz, a Lesleyowie — pięć.

Jednak śmierć nic sobie nie robiła z rywalizacji klanów i nawet „wola życia” Starej Babci 

nie pomogła. Babcia zaczęła gwałtownie gasnąć po przyjęciu z okazji dziewięćdziesiątych 
ósmych urodzin i nikt nie spodziewał się, że przeżyje kolejną zimę. Nikt prócz Marigold, dla 
której było nie do pomyślenia, że Stara Babcia kiedyś w ogóle umrze.

Wraz z wiosną staruszka niespodziewanie odzyskała siły.
— Może jednak wytrzyma — powiedziała pani Kemp do Salome.
Lecz ta pokręciła głową.
— Nie, z nią już koniec. To jak ostatni błysk świecy. Tak bym chciała, by dożyła setki. Nie 

mogę znieść myśli, że stara Christine McAllister, która przez ostatnie dziesięć lat życia była 
ślepa, głucha i miała tyle rozumu co niemowlę, dożyła stu lat, a seniorka Lesleyów, w pełni 
władz umysłowych, ma umrzeć, mając dziewięćdziesiąt dziewięć.

Marigold — która stanęła właśnie w progu pralni — aż dech zaparło. 1 Czyżby Stara 

Babcia miała umrzeć — czy to możliwe? Nie, nie — możliwe. Niemożliwe. Marigold miała 
zamęt w głowie. Nie chodziło o to, że darzyła Starą Babcię szczególną miłością. Jednak ona 
była zawsze. A kiedy ktoś, kto był zawsze, znika, przeżywa się szok. Ma się wtedy uczucie, 
jakby na niczym nie można było polegać.

Marigold   zdążyła   już   nieco   oswoić   się   z   myślą   o   śmierci   Starej   Babci,   dlatego   była 

spokojniejsza,  gdy w  sobotę  jak zwykle  pukała  do jej  drzwi. Babcia  siedziała  wsparta  o 
różowe poduszki i zaciekle dziergała błękitny kaftanik dla nowego prawnuka z Wybrzeża. Jej 
spojrzenie było bystre i świdrujące jak zawsze.

— Siadaj — powiedziała. — Nie mogę słuchać Biblii, dopóki nie skończę liczyć oczek.
Marigold usiadła i zaczęła przyglądać się pannom młodym. Nie chciała patrzeć na portret 

Clementine,   ale   nie   potrafiła   się   temu   oprzeć.   Splotła   z   całej   siły   ręce   i   zacisnęła   usta. 
Nienawistna, nienawistna Clementine, która miała dłonie piękniejsze od dłoni mamy! I to 
wieczne rozmarzenie, z jakim uśmiechała się do lilii, jakby wszystko inne było bez znaczenia. 
Gdyby tylko miała taki zażenowany, afektowany uśmiech jak inne panny młode, Marigold 
mogłaby ją mniej nienawidzić. One przejmowały się tym, co ludzie pomyślą. Clementine 
wcale.   Była   taka   pewna   siebie,   pewna,   że   posiada   ojca   Marigold,   tak   pewna   swej 
nieskazitelnej   urody,   że   nie   dbała   o   opinię   innych.   Wiedziała,   że   ludzie   nie   mogą   się 
powstrzymać,   by  na  nią  nie   patrzeć,  i   podziwiają  ją,  nawet  gdy nienawidzą.  Marigold  z 
trudem oderwała oczy od fotografii i wlepiła je w obrazek przedstawiający anioła, wiszący 
nad łóżkiem Starej Babci. Promienna istota z długimi białymi skrzydłami i aureolą złotych 
włosów szybowała w blasku zachodzącego słońca. Czy Stara Babcia umrze? A jeśli tak, czy 
potem będzie wyglądać jak ów anioł? Żywa wyobraźnia Marigold nie sprostała tej wizji.

— O czym myślisz? — spytała Stara Babcia tak niespodziewanie i obcesowo, że Marigold, 

zanim zdążyła  ugryźć  się w język,  wypowiedziała  pytanie,  które chodziło  jej właśnie po 
głowie.

— Czy po śmierci babcia zostanie aniołem?

background image

Stara Babcia westchnęła.
— Tak przypuszczam. Ale to będzie nudne. Kto ci powiedział, że mam umrzeć?
— Nikt… — zająknęła się Marigold. — Tylko… tylko…
— Przestań kręcić — rozkazała staruszka.
— Pani Kemp powiedziała, że to szkoda, że prababcia nie może dożyć setki, skoro udało 

się to Chris McAllister.

— Od   kiedy   to   Lesleyów   porównuje   się   z   McAllisterami?   —   spytała   Stara   Babcia   z 

oburzeniem. — McAllisterowie, też coś! I czy ktoś przypuszcza, że Chris McAllister  ż y ł a 
przez ostatnie dziesięć lat? Była bardziej martwa, niż ja będę, leżąc sto lat w grobie! Zresztą 
ona nigdy nie była żywa. A co do umierania, nie mam zamiaru tego robić, zanim nie będę 
gotowa. Po pierwsze, zamierzam skończyć kaftanik. I co tam jeszcze powiedziała pani Kemp? 
Nie żeby mnie to specjalnie obchodziło. Przestało mnie już ciekawić życie. Teraz jestem 
ciekawa jedynie śmierci. A jednak z tej Kemp zawsze była zabawna diablica.

— Powiedziała jeszcze, że niemowlę Lawsonów nie wyżyło,  pani Gray–zza–zatoki ma 

raka, a młody Sam Marr — zapalenie ślepej kiszki,!

— Cóż za wesołe nowiny! Śniło mi się ostatniej nocy, że poszłam do nieba, ujrzałam tam 

starego Sama Marra i tak mnie to rozwścieczyło, że aż się obudziłam. Też pomysł — Sam 
Marr w niebie.

Stara Babcia z pasją pogroziła drutem niepozornej, skulonej pannie młodej, która zdawała 

się zupełnie ginąć w otaczających ją obłokach tiulu i satyny.

— Dlaczego nie chce babcia, żeby on był w niebie? — spytała Marigold.
— Właściwie  sama nie wiem. Nie to, żebym  go nie lubiła.  Po prostu… on jakoś  n i e 

p a s u j e  do nieba. Nie miałby tam nic roboty.

Marigold miała trudności z wyobrażeniem sobie tego, że Stara Babcia p a s u j e  do nieba.
— Nie chciałaby chyba babcia, by znalazł się… w innym miejscu?
— Naturalnie, że nie. Biedny, nieszkodliwy safanduła Sam. Wciąż strzykał wokół śliną z 

przeżutym tytoniem. Sztuka plucia była jedyną rzeczą, z której mógł być dumny.

Przerobiła   cały   rządek   oczek,   nim   odezwała   się   ponownie.   W   tym   czasie   Marigold 

pielęgnowała w sobie uczucie nienawiści do Clementine.

— A jednak przykro mi było, gdy stary Sam Marr umarł… — powiedziała nagle Stara 

Babcia.   —   A   wiesz   dlaczego?   Był   ostatnią   żyjącą   osobą,   która   pamiętała   mnie   młodą   i 
urodziwą.

Marigold spojrzała na Starą Babcię. Czy ta brzydka staruszka mogła kiedykolwiek być 

młoda i ładna? Stara Babcia wyczytała powątpiewanie z jej spojrzenia.

— Nie bardzo w to wierzysz… Tak, dziecko, moje włosy były ognistorude, a ramiona 

stanowiły chlubę rodziny. Żaden Lesley nie ożenił się z brzydulą. Niektóre z nas były głupie, 
zdarzały się sekutnice, ale nigdy nie uchylałyśmy się od najważniejszego obowiązku kobiety 
— cieszyć oczy mężczyzny. Niewątpliwie mężczyźni z rodu Lesleyów wiedzą, jak wybierać 
żony. Podejdź tu, niechże ci się przyjrzę.

Marigold zbliżyła się do łóżka. Stara Babcia ujęła ją pod brodę kościstą dłonią, uniosła jej 

głowę i przyjrzała się badawczo.

— Hmmm…  Włosy Winthropów  — zbyt  jasne, ale może  ściemnieją.  Niebieskie oczy 

Lesleyów, uszy Blaisdellów… zbyt wcześnie, by stwierdzić, po kim masz nos… moja cera. 
No, dzięki Bogu, sądzę, że „ujdziesz w tłoku”. — Stara Babcia zachichotała, jak zwykle, gdy 
używała nowoczesnych określeń.

Marigold opuściła jej pokój w pogodniejszym nastroju. Była przekonana, że Stara Babcia 

ani myśli umierać.

background image

2

Babcia czuła się coraz lepiej. Siedziała w łóżku i robiła na drutach. Widziała każdego, kto 

przybył   do   domu,   i   chętnie   wdawała   się   w   pogawędki.   Prowadziła   długie   narady   z 
Lucyferem. Dopilnowała, by w nowej jedwabnej sukni Młodej Babci nie zabrakło wysoko 
zapinanego kołnierzyka. Przyzwała do siebie Lazarre’a i zbeształa go, dowiedziawszy się, że 
po pijanemu podbił żonie oko.

— Stara pani nie umrze — powiedział potem zgnębiony Lazarre. — Tam jest miejsce 

tylko dla jednego władcy.

Pewnego   wieczoru   ciocia   Harriet   z   Charlottetown   wydawała   przyjęcie   na   cześć   swej 

szwagierki, a Młoda Babcia i mama wybierały się tam samochodem wujka Klona. Planowały 
powrócić dopiero przed trzecią w nocy. W domu miała zostać Salome. Stara Babcia czuła się 
zadziwiająco dobrze i była bardzo ożywiona. I wówczas w ostatniej chwili Salome wezwano 
do umierającej ciotki w South Harmony. Młoda Babcia w jedwabnym przepychu i mama, 
która w sukni z zielonej krepy wyglądała jak smukła lilia, przyszły do pokoju ogrodowego.

— W tej sytuacji naturalnie nie możemy jechać — powiedziała z żalem Młoda Babcia, 

której bardzo zależało na przyjęciu; wspomniana szwagierka była jej przyjaciółką z młodych 
lat.

— A to dlaczego? — prychnęła Stara Babcia. — Naturalnie, że pojedziecie. Ani mi się 

ważcie zostawać w domu z mego powodu. Skończyłam kaftanik i mam zamiar umrzeć dziś w 
nocy o trzeciej, ale jeszcze nie powód, byście miały nie pojechać na przyjęcie, nieprawdaż?

Młoda   Babcia   nie   przejęła   się   zbytnio   słowami   Starej   Babci.   Uznała   je   za   jeden   z 

typowych żartów staruszki.

— Czy czujesz się gorzej? — rzuciła zdawkowo.
— To wtedy, gdy czuję się doskonale, coś jest nie tak — odparła enigmatycznie Stara 

Babcia.  — Nie ma  sensu, abyście  z mego  powodu zostawały w  domu.  Jak będę  czegoś 
potrzebowała, Marigold mi przyniesie. Mam nadzieję, że zjadłyście sutą kolację. U Harriet 
wiele   nie   dostaniecie.   Jej   zdaniem   głodzenie   gości   jest   wyrazem   skromności   gospodyni. 
Specjalnie za dużo nalewa do filiżanek — żeby nie zostało miejsca na śmietankę. Dzbanek 
śmietanki wystarcza jej na nie wiem jak długo.

— Nie jedziemy tam po to, by jeść — oświadczyła z godnością Młoda Babcia.
— No pewnie. Tak czy owak — jedźcie. Macie mi potem opowiedzieć wszystko o tym 

przyjęciu. To będzie zabawne. Teraz chcę zaznać trochę radości, a nie troski. Zwróćcie uwagę 
na to, czy Grace i Marjory już się do siebie odzywają. I czy Kathleen Lesley wyskubała sobie 
brwi. Słyszałam, że zamierzała to zrobić przed wyjazdem do Nowego Jorku. Zobaczcie też, 
czy Louisa włożyła tę ohydną, różową sukienkę z żorżety w zielone robale. Może uda wam 
się wylać na nią odrobilnę kawy…

— Jeśli sądzisz, że będzie lepiej, byśmy zostały… — zaczęła Młoda Babcia.
— Marian Blaisdell, jeśli natychmiast nie opuścisz tego pokoju, rzucę czymś  w ciebie. 

Klon już trąbi. Wiecie, że nie lubi czekać. Zabierajcie się stąd obie i przyślijcie Marigold. 
Niech dotrzyma mi towarzystwa, nim pójdzie spać.

Stara Babcia odprowadziła wzrokiem Młodą Babcię i mamę, a w jej czarnych  oczach 

czaiło się coś dziwnego.

— Nie może znieść myśli, że umrę, bo już nie będzie wtedy więcej Młodą Babcią. Nie 

spieszno   jej   do   tego   awansu   —   powiedziała   do   Marigold,   gdy   ta   z   niechętną   miną 
przydreptała do pokoju. — Weź swoją książkę z obrazkami i usiądź przy mnie, dziecko. Chcę 
trochę pomyśleć. Potem będę ci miała parę rzeczy do powiedzenia.

— Tak, proszę babci. — Marigold zawsze mówiła „Tak, proszę babci” do Starej Babci i 

„Tak, babciu” do Młodej Babci. Usiadła posłusznie, acz niechętnie. Był śliczny wiosenny 

background image

wieczór.   Sylvia   na   pewno   czekała   już   przy   Zielonej   Bramie.   Postanowiły   odprawić   tego 
wieczoru   zupełnie   nowe   czary   wokół   Białej   Fontanny.   A   teraz   Marigold   będzie   musiała 
spędzić cały wieczór ze Starą Babcią, która nawet się nie odzywa, tylko leży z zamkniętymi 
oczyma. Czyżby spała? Jeśli tak, to może Marigold pobiegnie na chwilę do Zielonej Bramy, 
by wyjaśnić Sylvii, dlaczego nie może z nią pójść. W przeciwnym razie Sylvia może się 
obrazić.   Czarodziejskie   Wrota   stały   otworem   tuż   koło   krzesła,   na   którym   siedziała 
dziewczynka — mogła się przez nie wymknąć i za minutkę być z powrotem.

— Czy babcia śpi? — szepnęła ostrożnie.
— Zamknij się, oczywiście, że śpię — warknęła Stara Babcia. Marigold westchnęła i dała 

za wygraną. Bóg jeden wie, co Sylvia sobie pomyśli. Pewnie już nigdy więcej nie przyjdzie. 
Marigold   odwróciła   delikatnie   krzesło,   tak,   by   siedzieć   tyłem   do   Clementine,   i   zaczęła 
przyglądać   się   innym   pannom   młodym;   tym   z   lat   sześćdziesiątych   —   w   krynolinach   i 
kapelusikach   z   wystającym   z   przodu   rondem,   z   lat   siedemdziesiątych   —   w   turniurach   i 
polonezach, tym z lat dziewięćdziesiątych — z bufiastymi rękawami i spódnicami w kształcie 
dzwonu — i tym  z początku wieku — w wąziutkich spódnicach i wielkich  kapeluszach. 
Naturalnie Marigold nie wiedziała, z jakich lat pochodzą fotografie. Wszystkie należały do tej 
legendarnej  epoki  przed  jej narodzeniem,  kiedy ludzie  nosili  przeróżne  absurdalne  stroje. 
Jedynie   Clementine   nie   wyglądała   śmiesznie   —   z   ramionami   okrytymi   koronką,   gładko 
zaczesanymi   włosami   i   tą   niezwykłą   lilią.   Marigold   co   i   rusz   kątem   oka   spoglądała   na 
fotografię Clementine, jakoś nie mogła się powstrzymać. To tak jak z bolącym zębem — 
chcąc nie chcąc się go dotyka. Ale nie odwróci się, by na nią patrzeć, o nie!

3

— Co tak wlepiasz oczy w Clementine?  — spytała  Stara Babcia, która siedziała  teraz 

wyprostowana w łóżku. — Urodziwa, prawda? Najładniejsza ze wszystkich panien młodych 
w rodzinie Lesleyów. Ta karnacja, wyraz twarzy i czarujące gesty cudownych dłoni. Szkoda, 
że… — Stara Babcia przerwała nagle. Marigold była przekonana, że chciała powiedzieć: 
„Szkoda, że umarła”.

Stara Babcia odrzuciła koce i zsunęła swe drobne stopy z łóżka.
— Podaj   mi   moje   ubranie   i   pończochy   —   rozkazała.   —   Są   tam,   w   górnej   szufladzie 

komody. Czarna jedwabna suknia wisi w szafie. Prunelowe pantofle są w błękitnym pudełku. 
No, pospiesz się.

— Chyba   babcia   nie   zamierza   wstać?   —   spytała   Marigold,   której   dech   zaparło   ze 

zdziwienia. Nigdy nie widziała Starej Babci na nogach. Nie przypuszczała, że w ogóle może 
jeszcze chodzić.

— Zamierzam wstać i przespacerować się po ogrodzie — odpowiedziała Stara Babcia. — 

Rób, co ci mówię, i nie gadaj. Postępowałam, jak mi się podobało, zanim się urodziłaś, i tego 
wieczoru także zrobię to, na co mam ochotę. Dlatego wysłałam je na to przyjęcie. No, zwijaj 
się!

I Marigold się „zwijała”. Przyniosła ubranie, czarną jedwabną suknię, prunelowe pantofle i 

pomogła Starej Babci włożyć to wszystko. Zresztą babci nie trzeba było tak bardzo pomagać. 
Stała teraz z dumną miną, wsparta o wezgłowie łóżka.

— Przynieś   mi   jeszcze   mój   czarny   jedwabny   szal   i   jedną   z   lasek   ze   starego   zegara. 

Spacerowałam po tym pokoju co noc, gdy wszyscy już spali — by utrzymać sprawność — ale 
nie wychodziłam z domu przez dziewięć lat.

Marigold, czując się jak we śnie, przyniosła szal i laskę i ruszyła za Starą Babcią przez 

Czarodziejskie   Wrota,   a   potem   po   niewysokich   stopniach   schodów.   Tu   Stara   Babcia 
zatrzymała   się   i   rozejrzała   wokół.   Księżyc   jeszcze   nie   wzeszedł,   ale   za   świerkami 

background image

porastającymi   wzgórze   rozsnuła   się   już   srebrzysta   poświata.   Po   zachodniej   stronie,   za 
brzozami,   widniała   delikatna,   złocista   smużka.   Trawę   pokryła   zimna,   przejrzysta   rosa. 
Wiedźma z Endoru obrzucała obelgami kogoś znajdującego się za spichrzem na jabłka. Stara 
Babcia pociągnęła nosem.

— Och, ten słonawy zapach morza! Jak dobrze poczuć go znowu. I kwitnące jabłonie. 

Zapomniałam już, jak wiosną wygląda świat. Czy ta stara kamienna ławka stoi nadal pod 
cedrem?   Zaprowadź   mnie   tam.   Chcę   jeszcze   raz   zobaczyć,   jak   księżyc   wschodzi   nad 
świerkami.

Marigold ujęła Starą Babcię za rękę, po czym obie weszły do ogrodu, ulubionego zakątka 

Marigold. To był zachwycający, niezwykły stary ogród, gdzie rosły, przemieszane ze sobą, 
jabłonie,   jodły   i   sosny.   Pomiędzy   drzewami   znajdowały   się   klomby.   Gąszcz   słodkiej 
koniczyny, białej i pachnącej, kępy różowych i fioletowych dzwonków, mięty i bylicy bożego 
drzewka.   Wielkie   pąsowe   róże.   Wiał   tam   wonny   wietrzyk.   W   porzeczkowych   krzewach 
mieszkały elfy, a Zielone Ludki kryły się w starym buku…

Gdy   Marigold   ze   Starą   Babcią   zmierzały   ku   wielkiemu,   rozłożystemu   cedrowi,   który 

górował   nad   kępą   kwitnących   spirei,   w   ogrodzie   słychać   było   dziwne,   jakby   pełne 
oczekiwania  szmery.  Marigold pomyślała,  że to kwiaty wyczekują  niecierpliwie  wschodu 
księżyca.

4

Stara Babcia z ciężkim westchnieniem opadła na kamienną ławkę. Siedziała tam bez ruchu 

i   bez   słowa,   a   Marigold   zdawało   się,   że   trwa   to   bardzo   długo.   Księżyc   wzeszedł   nad 
świerkowym   zagajnikiem   i   ogród   uległ   przemianie.   Teraz,   w   księżycowym   świetle, 
przypominał   zaczarowane   miejsce,   a   Marigold,   dzięki   swej   niezwykłej   wrażliwości, 
odczuwała jego urok na wiele lat wcześniej, nim potrafiła go określić słowami. Wszystko 
zdawało się inne niż za dnia. Marigold jeszcze nigdy nie była w ogrodzie o tak późnej porze. 
Lilie wznosiły w górę swe śnieżne kielichy, a kamienne schody jaśniały w srebrzystobiałej 
poświacie   miesiąca.   W   krystalicznym   powietrzu   snuł   się   zapach   bzów.   Za   ogrodem 
rozciągały się kochane, znajome pola, teraz przemienione w mgliste, tajemnicze przestworza 
księżycowego światła. Z oddali i biegał pomruk morza.

A Stara  Babcia wciąż trwała  pogrążona w marzeniach.  Czyżby  widziała twarze,  które 

dawno przykryła ziemia — teraz znów pełne życia? Czy dane jej było słyszeć tupot stóp i 
głosy, których nikt poza nią nie słyszał? Kto przyzywał ją zza jodeł? Marigold poczuła, że 
dreszcz przebiega jej po plecach. Nabrała przekonania, że nie są w ogrodzie same.

— Jak ci się tu siedzi? — odezwała się wreszcie Stara Babcia.
— Całkiem miło — odpowiedziała zaskoczona Marigold.
— To   dobrze   —   powiedziała   staruszka.   —   To   świetny   sprawdzian   —   sprawdzian 

milczenia. Jeżeli możesz siedzieć z kimś w ciszy przez pół godziny i jest ci „całkiem miło”, to 
znaczy, że możecie zostać przyjaciółmi. Jeśli nie — nigdy nimi nie zostaniecie, nie ma co 
próbować. Przyprowadziłam cię tu z dwóch powodów, Marigold. Po pierwsze, by udzielić 
paru życiowych rad, które mogą ci się przydać. Po drugie, miałam umówione spotkanie z 
przeszłością. Nie jesteśmy tu same moje dziecko.

Tak, Marigold wiedziała o tym. Przysunęła się nieco bliżej babci.
— Nie  bój  się,  dziecko.  Duchy,   które  tu  spacerują,  to  przyjazne,   domowe  duchy.  Nie 

zrobią   ci   krzywdy.   Wywodzą   się   z   tej   samej   rasy   i   krwi   co   ty.   Czy   wiesz,   że   dziwnie 
przypominasz   pewne   dziecko,   które   zmarło   siedemdziesiąt   lat   przed   twym   narodzeniem? 
Siostrzenicę mego męża. Żadna żyjąca istota już jej nie pamięta — jej urody… niezwykłego 
czaru. Lecz ja pamiętam. Masz jej oczy i usta. I tę zdolność wsłuchiwania się w głosy, które 

background image

jedynie   ty   słyszysz.   Zastanawiam   się,   czy   to   błogosławieństwo,   czy   przekleństwo.   Moje 
dzieci   bawiły   się   w   tym   ogrodzie…   potem   wnuki…   i   prawnuki.   Tyle   małych   duchów! 
Pomyśleć tylko, że w tym domu było niegdyś czternaścioro dzieci, a teraz jesteś jedynie ty.

— To nie moja wina — powiedziała Marigold, która poczuła się tak, jakby Stara Babcia ją 

o to obwiniała.

— To niczyja wina, tak jak nie było czyjąś winą, że twój ojciec zmarł na zapalenie płuc, 

zanim się urodziłaś. Świerkowa Kępa będzie pewnego dnia należeć do ciebie, Marigold.

— Naprawdę? — zdziwiła się Marigold. Jakoś nigdy jej to nie przyszło do głowy.
— I musisz zawsze ją kochać. Miejsca wiedzą, kiedy są kochane — tak samo jak ludzie. 

Widziałam   domy,   które   miały   złamane   serca.   Ten   dom   i   ja   zawsze   byliśmy   dobrymi 
przyjaciółmi. Pokochałam go od pierwszej chwili, gdy przybyłam tu jako panna młoda. To ja 
zasadziłam większość spośród tych drzew. Pewnego dnia musisz wyjść za mąż i zapełnić 
znów te stare pokoje. Ale nie za wcześnie, nie zbyt młodo. Ja wyszłam za mąż w wieku lat 
siedemnastu, a mając trzydzieści sześć zostałam już babcią. To było okropne. Czasami mi się 
zdaje,   że   zawsze   byłam   babcią.   Mogłam   wyjść   za   mąż   nawet   mając   szesnaście.   Ale 
postanowiłam zaczekać, póki nie skończę robić na drutach narzuty we wzór liści jabłoni. 
Twój pradziadek odszedł w takiej furii, że nie wiedziałam, czy w ogóle jeszcze wróci. A 
jednak wrócił. Alec był wówczas jeszcze chłopcem. Dwoje dzieciaków — oto kim byliśmy. 
Dwoje młodych  głuptasów. Tak wszyscy o nas mówili. A jednak byliśmy mądrzejsi, niż 
jestem teraz. Wiedzieliśmy rzeczy, których już nie wiem. Zabawiłam tu zbyt długo. Nie rób 
tego, Marigold — nie żyj tak długo, aż zostanie z życia tyle, co kot napłakał. Nikt nie będzie 
żałował, kiedy umrę.

— Ja będę! — zawołała Marigold i naprawdę tak myślała. To przecież będzie straszne — 

Świerkowa Kępa bez Starej Babci. Jak świat będzie mógł dalej istnieć?

— Nie o taki żal mi chodzi — powiedziała Stara Babcia. — Zresztą nawet tobie nie będzie 

przykro przez długi czas. Czy to nie dziwne? Niegdyś bałam się śmierci. Była mym wrogiem, 
teraz jest przyjaciółką. Czy wiesz, Marigold, że przez ostatnie trzydzieści lat nikt nie zwracał 
się do mnie po imieniu? Wiesz, jak mam na imię?

— Nnie… — przyznała Marigold. Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że Stara Babcia w 

ogóle posiada jakieś imię.

— Edith. Wiesz, mam dziwny kaprys, chcę znów usłyszeć, jak ktoś mówi do mnie po 

imieniu. Tylko raz. Zrób to, Marigold.

Marigold znowu aż dech zaparło. To było straszne. Czyste świętokradztwo. Równie dobrze 

można by kazać komuś zwrócić się po imieniu do samego Pana Boga.

— Powiedz   cokolwiek,   byle   co,   wymień   tylko   moje   imię   —   niecierpliwiła   się   Stara 

Babcia.

— Nie wiem… nie wiem, co mam powiedzieć… Edith — wyjąkała Marigold. Zabrzmiało 

to strasznie. Stara Babcia westchnęła.

— To nie ma sensu. To nie jest moje imię, kiedy je tak wymawia. Naturalnie, nie mogło 

być inaczej. Powinnam była to przewidzieć. Wybuchnęła nagłym śmiechem. — Marigold, tak 
chciałabym być na własnym pogrzebie. Ale miałabym uciechę! Przybędzie cały klan, łącznie 
z jakimiś tam dalekimi kuzynami. Będą siedzieli i mówili o mnie te uprzejme, dobre, nudne 
rzeczy, które zwykle się mówi takich okazjach. Jedyną prawdziwą rzeczą, jaką powiedzą, 
będzie że miałam wspaniały organizm. Zawsze się to mówi, kiedy jakiś Lesley dociągnie do 
osiemdziesiątki. Marigold — Stara Babcia miała upodobanie do przeskakiwania z tematu na 
temat — co tak naprawdę myślisz o tym świecie?

— Myślę, że jest bardzo interesujący — odparła natychmiast zaskoczona Marigold, która 

jednak wiedziała dokładnie, co myśli o świecie.

Stara Babcia wbiła w nią wzrok, po czym parsknęła śmiechem.
— Trafiłaś w samo sedno. „Choć wszystkie języki zamilkną, a prorocy odejdą na zawsze” 

background image

—   widowisko   ludzkiego   życia   toczy   się   dalej.   Nigdy   nie   miałam   dość   oglądania   go. 
Przeżyłam   niemal   całe   stulecie   i   teraz,   gdy   wszystko   już   poza   mną,   najbardziej   jestem 
wdzięczna za to, że zawsze uważałam, iż świat i ludzie są interesujący. Tak, warto żyć. Ilu 
chłopcom zawróciłaś w głowie, Marigold?

— Zawróciłam w głowie? — nie zrozumiała dziewczynka.
— Nie masz żadnej sympatii? — wyjaśniła Stara Babcia.
— Oczywiście, że nie, jestem na to za mała — odpowiedziała skonsternowana Marigold.
— Czyżby? Ja miałam w twoim wieku dwie sympatie. Czy możesz sobie wyobrazić mnie 

jako siedmioletnią dziewczynkę, w której podkochuje się dwóch chłopców?

Marigold spojrzała w roześmiane i złagodzone przez światło księżyca czarne oczy Starej 

Babci i po raz pierwszy dotarło do niej, że nie zawsze babcia była stara. Tak, mogła nawet 
kiedyś być Edith.

— Ściśle rzecz biorąc, już jako sześcioletnia panienka miałam sympatię — stwierdziła 

triumfalnie Stara Babcia. — Za moich czasów dziewczęta miały sympatie od urodzenia. Mały 
Jim Jakiśtam — zapomniałam jego nazwiska, jeśli je w ogóle znałam — maszerował trzy 
mile, żeby mi kupić lizaka. Miałam zaledwie sześć lat, lecz wiedziałam, co to oznacza. Jim 
nie   żyje   od   osiemdziesięciu   lat.   Był   też   niejaki   Charlie   Smith.   Miał   dziewięć   lat. 
Przezywaliśmy go Żabią Gębą. Nigdy nie zapomnę jego wielkich, okrągłych oczu, którymi 
wgapiał się we mnie, gdy zapytał: „Czy mogę być twoją sympatią?”, i jak wyglądał, gdy 
chichocząc odparłam: „Nie”. Wiele było tych „nie”, zanim w końcu powiedziałam „tak”. — 
Stara Babcia zaśmiała się na to wspomnienie, radośnie jak nastolatka.

— To pradziadek pierwszy usłyszał „tak”, prawda? — spytała Marigold.
Stara Babcia kiwnęła głową.
— Tak,   ale   parę   razy   mało   brakowało,   a   byłoby   inaczej.   Gdy   miałam   piętnaście   lat, 

oszalałam na punkcie Franka Listera. Rodzina nie lubiła go, więc namawiał mnie, żebym z 
nim uciekła. Zawsze żałowałam, że tego nie zrobiłam. Ale gdybym się na to zdecydowała, też 
bym żałowała. O mały włos nie wyszłam za Boba Clancy’ego — a teraz pamiętam o nim 
jedynie to, że raz po pijanemu wymalował swojej matce całą kuchnię syropem klonowym. 
Kochał się we mnie też Joe Benson. Powiedziałam mu, że jest wspaniały. Są mężczyźni, 
którym   wystarczy   to   powiedzieć,   aby   ich   zdobyć   —   ale   czy   warto   zabiegać   o   takiego 
mężczyznę? Peter March był miłym chłopakiem. Przepowiadano mu, że umrze na suchoty, i 
błagał mnie, bym za niego wyszła i dała mu choć rok szczęścia. Pomyśleć tylko, co by było, 
gdybym uległa. Poprawiło mu się i dociągnął do siedemdziesiątki. Nigdy nie ryzykuj w ten 
sposób   z   żywym   mężczyzną,   Marigold.   Peter   ożenił   się   potem   z   Hildą   Stuart.   Ładna 
dziewczyna, ale zbyt nieśmiała. Ilekroć wydała więcej niż pięć centów tygodniowo, Peter 
dostawał nerwobólów. Zawsze siedział przede mną w kościele, a ja miałam wówczas szaloną 
ochotę pacnąć go w tę jego łysą czaszkę, bowiem na samym czubku głowy miał plamkę w 
kształcie muchy.

— Czy pradziadek był przystojny? — spytała Marigold.
— Przystojny? Każdy był przystojny sto lat temu. Nie wiem, czy był przystojny… Wiem 

tylko, że był mój, od chwili gdy po raz pierwszy na niego spojrzałam. To wydarzyło się na 
przyjęciu. Przyszedł na nie z Janet Churchill. Sądziła, że ma go w garści. Znienawidziła mnie 
potem. Miałam tego wieczoru złote pantofelki, które były za ciasne. Zsunęłam je, siedząc 
przy   stole,   by   trochę   sobie   ulżyć.   Jednego   z   pantofelków   nigdy   już   nie   znalazłam. 
Wiedziałam, że to sprawka Janet. Zabrałam jej kawalera, i to bez trudu. Była czarnowłosą 
pięknością — o wiele ładniejszą dziewczyną ode mnie, ale — jak to się mówi — „trzymała 
wszystkie swoje towary na wystawie”. A bez tajemnicy nie ma romansu. Zapamiętaj to sobie, 
Marigold.

— Czy zamieszkaliście tu z pradziadkiem zaraz po ślubie?
— Tak. Zbudował Świerkową Kępę i sprowadził mnie tu. Byliśmy ze sobą szczęśliwi. 

background image

Oczywiście od czasu do czasu kłóciliśmy się. A raz nawet mnie przeklął. Odpowiedziałam 
mu tym samym. Przeraził się nie na żarty i nigdy już więcej ze mną nie zaczynał. Najgorzej 
pokłóciliśmy   się,   gdy   wylał   mi   zupę   na   fioletową   jedwabną   suknię.   Zawsze   byłam 
przekonana, że zrobił to umyślnie, bo nie lubił tej sukni. Od czterdziestu lat twój pradziadek 
spoczywa na cmentarzu w South Harmony, ale gdyby był tu teraz, z chęcią spoliczkowałabym 
go za tę sukienkę.

— Co mu za to babcia zrobiła? — spytała Marigold, wiedząc doskonale, że Stara Babcia 

zawsze odpłacała pięknym za nadobne.

Stara Babcia zaczęła tak się śmiać, że aż dostała zadyszki.
— Powiedziałam mu, że skoro zniszczył mi suknię, pójdę w niedzielę do kościoła w samej 

halce. I zrobiłam to.

— Och, doprawdy… — Marigold pomyślała sobie, że babcia posunęła się za daleko.
— Och, miałam na wierzchu długi jedwabny płaszcz. Twój pradziadek zorientował się 

dopiero, gdy znaleźliśmy się w naszej ławce. Kiedy usiadłam, poły płaszcza się rozchyliły i 
wtedy dojrzał halkę — była jaskrawozielona. Ale miał minę! Pamiętam ją dobrze. — Stara 
Babcia aż zatrzęsła się z uciechy. — Wolno zasłoniłam halkę. Nie sądzę jednak, aby mój 
towarzysz wiele skorzystał wtedy z tego nabożeństwa. Gdy msza dobiegła końca, ujął mnie 
pod ramię i zaprowadził wprost do powozu. Nie pozwolił nawet trochę poplotkować przed 
kościołem. Nie odzywał się przez całą drogę do domu. Prawdę mówiąc, więcej nie wspomniał 
o tym słowem, ale do końca życia nie cierpiał zielonego koloru. A to był mój kolor. Gdy tuż 
po   tym   zdarzeniu   kupiłam   sobie   zieloną   suknię,   podarował   naszej   starej,   grubej   praczce 
identyczną. Więc naturalnie nie mogłam nosić swojej i nigdy już nie odważyłam się sprawić 
sobie zielonej sukni. Trzeba było się nieźle nagłowić, żeby postawić na swoim, mając do 
czynienia z twoim pradziadkiem. Ale to była jedyna poważna kłótnia, jaką mieliśmy, choć 
przez parę lat sprzeczaliśmy się o chleb. Zawsze chciał go kroić grubo, a ja cienko. Popsuło 
nam to wiele posiłków.

— Dlaczego każdy nie mógł kroić sobie tak, jak chciał?
Stara Babcia zachichotała.
— Bo łatwiej jest ustąpić komuś, gdy chodzi o sprawy poważne, niż kiedy spór toczy się o 

głupstwa. Oczywiście wkrótce daliśmy z tym spokój, bo urodziło się nam tak dużo dzieci, że 
pojawił się problem z nastarczeniem chleba dla rodziny, i nie było już ważne, jak się go kroi. 
Jednak   do   końca   życia   zdarzało   mu   się,   że   prychał   widząc,   jak   kroję   piękną,   cieniutką 
kromkę, albo ja po prostu nie mogłam się powstrzymać, by nie chrząknąć z dezaprobatą na 
widok kromki grubej na cal.

— Ja tam lubię cienkie kromki — powiedziała Marigold, sympatyzując ze Starą Babcią.
— Ale   jeśli   wyjdziesz   za   mężczyznę,   który   lubi   grube   —   a   teraz   wiem,   że   każdy 

prawdziwy mężczyzna takie lubi — pozwól mu kroić grubo chleb od samego początku. Nie 
czepiaj się głupstw, Marigold. Nie zaprzątałam już sobie głowy kromkami chleba, gdy twój 
pradziadek   zakochał   się   w   swojej   kuzynce   Mary   Lesley.   Zawsze   flirtowała   z   każdym 
mężczyzną,   jaki   się   jej   nawinął.   Żadnemu   nie   przepuściła.   Nie   była   zbyt   ładna,   lecz 
zachowywała się jak królowa, więc ludzie mieli ją za taką. To dobra sztuczka, Marigold. 
Możesz ją sobie zapamiętać. Ale nie flirtuj. Wtedy zawsze robi się krzywdę — sobie albo 
komuś innemu.

— A czy babcia nigdy nie flirtowała? — spytała Marigold z szelmowskim błyskiem w 

oku.

— Owszem. Dlatego właśnie mówię ci, byś tego nie robiła. Jeśli chodzi o resztę — bierz, 

co ci zsyła Bóg. To były dla mnie trudne chwile, kiedy twój pradziadek interesował się Mary. 
Ale wrócił. Oni zazwyczaj wracają, jeśli ma się na tyle rozsądku, by spokojnie czekać. A ja, 
dzięki Bogu, miałam. Załamałam się tylko raz, na weselu Charliego Blaisdella. Alec siedział 
w kącie i przez cały wieczór rozmawiał z Mary. Wybiegłam z domu i przeszłam sześć mil 

background image

ubrana jedynie w cienką wieczorową suknię i satynowe pantofelki. To był marzec. Powinnam 
była umrzeć z zimna, lecz przeżyłam w niezłym zdrowiu dziewięćdziesiąt dziewięć lat. A 
Alec   wcale   się   wtedy   nie   przejął   mym   zniknięciem!   Myślał,   że   wróciłam   do   domu   z 
towarzystwem Abe Lesley. No cóż, odzyskał rozum, gdy Mary rzuciła go dla kogoś nowego. 
Nie   mogę   powiedzieć,   bym   darzyła   ją   po   tym   wszystkim   sympatią.   Była   z   niej   zresztą 
straszna intrygantka, zawsze gotowa rozjątrzyć dla zabawy dawną zazdrość.

Z   resztą   rodziny   byłam   w   bardzo   dobrych   stosunkach,   choć   większość   moich 

powinowatych nie grzeszyła rozumem. Matka Aleca nie pochwalała tego, że mieliśmy liczną 
rodzinę. Mówiła, że przez to Alec musi harować jak wół. Dwukrotnie urodziłam bliźniaki, 
żeby jej zrobić na złość, ale tak w ogóle układało nam się dobrze. Brat Aleca, Sam, był 
przeraźliwym nudziarzem. Nie przydarzyło mu się w życiu nic interesującego. Nawet się nie 
zakochał.   Zmarł   mając   sześćdziesiąt   lat,   we   śnie.   Straszliwie   złościło   mnie,   że   ktoś   tak 
marnuje życie. Natomiast Paul — drugi brat Aleca — był czarną owcą. Zawsze upijał się na 
wszelkich   uroczystościach.   Upił   się   też   na   ślubie   Ruth   Lesley   i   wywrócił   dwa   ule   przy 
spichrzu   na   jabłka,   właśnie   wtedy,   gdy   nadchodził   orszak   weselny.   To   był   najbardziej 
zwariowany ślub, w jakim uczestniczyłam. Nigdy nie zapomnę starego pastora Wooda, który 
gnał po tych schodach — bo ślub odbywał się u nas, w Świerkowej Kępie — ścigany przez 
pszczoły. Co tu mówić o duchach!

Stara Babcia śmiała się do łez.
— Biedna Ruth. Strasznie ją te pszczoły pożądliły, wyglądała, jaki miała ospę. Mądra to 

ona zresztą  nie  była.  Gdy chciała  poprosić  męża  o jakiś  drobiazg,  zawsze  przy ludziach 
zarzucała  mu  ręce na szyję.  Ależ on się robił czerwony i wściekły!  I zawsze odmawiał. 
Można się było spodziewać, że z czasem Ruth nabierze rozumu, ale gdzie niektóre kobiety 
nigdy nie mądrzeją. Pamiętaj, żebyś rozumnie obchodziła się z mężczyznami, Marigold.

— Niech mi babcia opowie jeszcze jakieś historie — prosiła gorąco Marigold.
— Moje  dziecko,   mogłabym  opowiadać   przez  całą  noc.  Ten  ogród  jest  pełen  różnych 

historii. Przy tamtej rosochatej jabłoni Bess Lesley zrobiło się słabo, gdy Alexander McKay 
niespodziewanie jej się oświadczył. Za moich czasów kobietom „robiło się słabo”, w czasach 
twej babci — kobiety „mdlały”. Teraz nie robią ani jednego, ani drugiego. A szkoda, bo tracą 
niezłą   zabawę.   Alexander   sądził,   że   Bess   nie   żyje,   że   zabił   ją   swym   bezceremonialnym 
zachowaniem.   Zastaliśmy   go   przy   niej   na   klęczkach,   rwącego   sobie   z   głowy   włosy   i 
wydzierającego się na całe gardło. Uważał, że postąpiłam brutalnie, wylewając na Bess pełen 
kubeł wody. Ale to poskutkowało: natychmiast przyszła do siebie. Miała loki robione na 
papiloty i uróżowione policzki, więc wyglądała jak półtora nieszczęścia, z mokrymi strąkami 
wokół twarzy i cerą koloru łojowej świeczki. Miała za to wspaniałą figurę. Wydaje mi się, że 
dzisiejsze dziewczęta wyglądają jak patyki. Alexander pochwycił ją w ramiona i błagał o 
przebaczenie. Wybaczyła mu i wyszła za niego — ale mnie nigdy nie wybaczyła. Jeśli już 
mówimy o duchach — w tym domu były kiedyś tajemnicze drzwi. Zawsze znajdowało się je 
otwarte, choćby nie wiem jak dokładnie były wcześniej zamknięte.

— Czy naprawdę babcia w to wierzy?
— Naturalnie. Zawsze wierz w takie przypadki. W przeciwnym razie nie będziesz miała 

żadnej   uciechy   z   życia.   Im   więcej   jest   rzeczy,   w   które   potrafisz   wierzyć,   tym   bardziej 
interesujące — jak ty to mówisz — jest życie. Co zaś tyczy się duchów, mieliśmy w rodzinie 
jeszcze  jeden niezwykły  dom — Gartha  Lesleya–zza–zatoki.  Dom  był  nawiedzony przez 
białego kota!

— Białego kota? Dlaczego?
— Nie wiadomo. Ale wciąż tam się kręcił. Garthowie byli z niego dumni. Wielu ludzi go 

widziało. Ja także. Widziałam białego kota, który myl sobie pyszczek na schodach.

— Ale czy to był kot — duch?
— Ta znowu swoje. Wolę wierzyć, że tak właśnie było. Inaczej nie mogłabym twierdzić, 

background image

że kiedykolwiek widziałam prawdziwego ducha. W tym kącie ogrodu, gdzie rosną trzy sosny, 
Hilary i Kate Lesley umówiły się, że powiedzą szczerze, co naprawdę o sobie myślą. Sądziły, 
że to będzie zabawne — ale przestały potem odzywać się do siebie. Kate była raz zaręczona 
ze   swym   dalekim   kuzynem,   Benem   Lesleyem–zza–zatoki.   Zaręczyny   zostały   zerwane   i 
kiedyś, dużo później, znalazła swoją fotografię w albumie jego matki, przystrojoną rogami i 
wąsami. Wynikła z tego powodu straszliwa rodzinna awantura. Koniec końców Kate wyszła 
za Dave’a Ridleya. Właściwie nieszkodliwy był z niego chłopina, choć miał okropny zwyczaj 
wyjadania na przyjęciach lukru, z talerzyka żony. Kate chyba to nie przeszkadzało — nie 
cierpiała lukru — ale ja zawsze miałam ochotę napchać mu lukrem pełne usta, żeby nigdy już 
nie miał na niego ochoty. Siostra Bena, Laura, została porzucona przez Turnera Reeda. Ożenił 
się   z   Josie   Lesley   i   kiedy   tylko   młodzi   małżonkowie   zjawili   się   w   kościele   w   pierwszą 
niedzielę po ślubie, Laura Lesley też tam przyszła. Włożyła suknię w której miała iść do 
ślubu; usiadła obok Bena. Alec powiedział, że powinno się ją wytarzać w smole i pierzu, ale 
mnie się podobała jej odwaga. Kawałek tej sukni wszyłam potem w moją jedwabną narzutę, 
która leży w zielonej skrzyni na poddaszu. Chcę, żeby była twoja, tak samo jak pierścionek z 
perłą.   Twój   pradziadek   znalazł   tę   perłę   w   ostrydze   w   dniu   naszych   zaręczyn   i   kazał   ją 
oprawić. Została wyceniona na pięćset dolarów. Zapisałam ci ją w testamencie, więc inni nie 
będą mogli się o nią handryczyć ani ci jej odebrać. Edith–zza–zatoki od lat i ma chrapkę na tę 
perłę.   Uważa,   że  powinna  ją  dostać,   bo  pierwsza   została  moją   imienniczką.  Nie   wie,  że 
zawdzięcza mi o wiele więcej! Gdyby nie ja, w ogóle nie pojawiłaby się na tym świecie. To ja 
wyswatałam jej rodziców. W swoim czasie niezła była ze mnie swatka. Właściwie oni wcale 
nie chcieli się pobierać, ale potem byli bardzo szczęśliwi. Niemniej jednak, Marigold, nigdy 
nie pozwól, by ktoś ci wybierał męża.

Stara   Babcia   milczała   przez   chwilę.   Być   może   dumała   o   wielu   innych,   dawnych   i 

zapomnianych historiach miłosnych w rodzinie. Wiatr kołysał drzewami i cienie tańczyły jak 
szalone. Czy były to tylko cienie…?

— Pod tamtą jabłonią lubiłam siadywać na pogawędki z Annabel i Lesley — odezwała się 

prababcia zmienionym głosem. Łagodnym;  i czułym.  — Kochałam Annabel. Była jedyną 
kobietą   w   rodzinie   Lesleyów,   jaką   naprawdę   kochałam.   Urocza   istota.   Jedyna   znana   mi 
kobieta, która umiała dochować sekretu, która po przeczytaniu paliła list, jeśli się ją o to 
prosiło. Można było przed nią otworzyć serce. Naucz się dotrzymywać sekretów, Marigold. 
Annabel   była   też   sprawiedliwa.   Naucz   się   tego,   Marigold.   Być   sprawiedliwym   to 
najtrudniejsza rzecz na świecie. Ja nigdy nie byłam…  O wiele łatwiej było mi okazywać 
wspaniałomyślność.

— Mogłabym siedzieć tu przez całą noc i słuchać, jak mi babcia opowiada o tych ludziach 

— wyszeptała Marigold.

Stara Babcia westchnęła.
— Niegdyś mogłam nie spać przez całą noc, rozmawiać, tańczyć, a potem śmiać się o 

wschodzie słońca. Ale teraz jestem na to za stara. Muszę zostawić więc moje duchy i wracać 
do pokoju. Tak sobie myślę, że nie mam co narzekać na swoją rodzinę. Nigdy nie zdarzył się 
u  nas   prawdziwy  skandal.   Chyba   że   uznamy   za   skandal   tę   starą   aferę   z   mężem   Adeli   i 
arszenikiem.   Zauważ,   że   gdy   wspomina   się   o   książkach   Adeli,   mówi   się   o   niej   „nasza 
krewna”. Natomiast, gdy mowa o tajemniczej owsiance, nazywa się Adelę „daleką kuzynką”. 
Nie, żebym  kiedykolwiek wierzyła,  że mogła to zrobić. Marigold, czy wybaczysz  mi, że 
wmuszałam w ciebie te wszystkie pigułki?

— Och, wyszło mi to tylko na zdrowie — zapewniła gorliwie Marigold.
Stara Babcia zachichotała.
— Właśnie za takie rzeczy należy prosić o wybaczenie. Ale nie proszę, byś wybaczyła, że 

kazałam   ci   się   nauczyć   tych   wszystkich   wersetów   z   Biblii.   Kiedyś   będziesz   mi   za   to 
wdzięczna. To zadziwiające, jakie piękne słowa można tam znaleźć. „Gdy wszystkie gwiazdy 

background image

zaranne   uderzą   w   śpiew”.   Albo   słowa,   które   wygłosiła   Rut   do   Noemi

*

  Chociaż,   tak 

naprawdę,   zawsze   mnie   złościły,   gdyż   żadna   z   moich   synowych   nie   powiedziała   mi   nic 
podobnego. No cóż, wszystkie już odeszły, poza Marian. Najwyższy czas, bym i ja odeszła.

Marigold  czuła   wielki  żal,   że  Stara  Babcia  musi  umrzeć   właśnie  teraz,  gdy  naprawdę 

zbliżyły   się   do   siebie.   Poza   tym   Marigold   miała   coś   na   sumieniu…   —   Babciu…   — 
wyszeptała. — Ja… ja robiłam do babci różne miny, kiedy babcia nie patrzyła.

Stara Babcia pogładziła koniuszkiem palca okrągły policzek Marigold.
— Jesteś pewna, że ich nie widziałam? Widziałam, i to często. Gdy byłam w twoim wieku, 

wykrzywiałam się jeszcze bardziej. Cieszę się, że żyłam na tyle długo, iż mnie zapamiętasz, 
mała Marigold. Ja opuszczam ten padół — ty zaczynasz życie. Żyj radośnie, moje dziecko. 
Nie zważaj na stare tradycje. W czasach, gdy zdjęcia królowych ukazują się w reklamach, 
tradycja nic nie znaczy. Ale trzymaj się zasad, prowadząc grę zwaną życiem. Nic na tym nie 
stracisz, bo koniec końców życia nie da się oszukać.

I nie przejmuj się zbytnio tym, co ludzie powiedzą. Przez całe lata miałam ochotę zrobić 

pewną   rzecz,   lecz   powstrzymywała   mnie   myśl   o   tym,   co   powiedziałaby   moja   kuzynka 
Evelina. W końcu zrobiłam tę rzecz. A Evelina powiedziała: „Nie sądziłam, że Edith ma tyle 
odwagi”. Rób, co ci się żywnie podoba, Marigold, jeśli tylko będziesz mogła potem w lustrze 
spojrzeć sobie w twarz. No, to wszystko, co miała do powiedzenia. Ale czy nie gadałam na 
próżno? Popełnisz własne błędy i, jak my wszyscy, będziesz się na nich uczyć. Podaj mi laskę 
dziecinko. Cieszę się, że wyszłam na dwór. Nie śmiałam się od lat, dopiero dziś się ubawiłam, 
wspominając biednego pastora Wooda i pszczoły.

— Ale ja często słyszałam śmiech babci — powiedziała z niedowierzaniem Marigold.
— Natrząsanie się z ludzkich błędów to nie śmiech — powiedziała Stara Babcia.
Ruszyła   przez   ogród,   wspierając   się   lekko   na   łasce.   Przy   furtce   zatrzymała   się   i   — 

obejrzawszy za siebie — posłała pocałunek niewidzialnym duchom. Księżycowa poświata 
zamieniła jej oczy w klejnoty.  Czarny szal, owinięty wokół głowy,  wyglądał jak lśniące, 
czarne włosy. Nagle zniknęły wszystkie lata dzielące teraźniejszość od przeszłości. To była 
Edith — Edith w złocistych pantofelkach i jaskrawozielone halce.

— Och, Edith, już wiem, jak wyglądałaś! — wyrwało się Marigold.
— O, teraz me imię zabrzmiało jak należy — powiedziała Stara Babcia. — Ofiarowałaś mi 

chwilę młodości, Marigold. A teraz znów jestem stara i zmęczona. Bardzo zmęczona. Pomóż 
mi wejść na schody.

5

— Czy mogę babci pomóc się rozebrać?
— Nie,   nie   mam   życzenia   umierać   w   koszuli   nocnej   —   powiedziała   Stara   Babcia, 

wdrapując się na łóżko i naciągając na siebie ozdobną narzutę. — Mam zamiar zerwać też z 
pewną tradycją. Nie umrę w pokoju gościnnym.  Jestem głodna. Mam ochotę na jajko na 
maśle. Ale ty nie umiesz tego zrobić. Czy to nie żałosne? Mam ochotę zjeść sadzone jajko na 
łożu śmierci i nie mogę.

Stara Babcia zachichotała — był to jej dawny, złośliwy chichot. Edith z ogrodu znów okrył 

cień minionego stulecia.

— Przynieś mi szklankę mleka i bułeczkę upieczoną przez Salome. Ona robi najlepsze 

bułeczki na świecie. Możesz jej to powiedzieć po mojej śmierci. Póki żyję, nie dam jej tej 
satysfakcji.

* … gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim 

narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem. — Księga Rut, 1,16. Cyt. za Biblią Tysiąclecia, Wydawnictwo 
Pallottinum, Poznań — Warszawa 1980 (przyp. tłum.)

background image

Marigold pobiegła do kuchni, podekscytowana sekretnym zamierzeniem. Chciała usmażyć 

Starej Babci jajko. Nigdy wcześniej nie smażyła jajek, ale setki razy widziała, jak Salome 
przyrządzała je dla Lazarre’a. I udało się doskonale! Wniosła do pokoju ogrodowego, na 
osobistym talerzu Starej Babci złoto–biały krążek, ze złocistą, chrupiącą bułeczką Salome.

— Ach,   cóż   z   ciebie   za   dziecko!   —   zawołała   prababcia,   wspierając   się   wygodnie   na 

poduszkach. — Jest wyborne — powiedziała, zajadając z rozkoszą. — Masz prawdziwy smak 
Lesleyów. My umiemy dozować przyprawy. A teraz przynieś mi Lucyfera. Mam temu kotu 
parę rzeczy do powiedzenia. A ty musisz iść do łóżka. Już dwunasta.

— Mam teraz zostawić babcię?
Marigold nie przykładała żadnej wagi do słów prababci o umieraniu. Uznała je za typowe 

babcine gadanie… Umierający nie włóczą się po ogrodach ani nie jedzą jajek na maśle. Ale 
pomyślała, że może powinna zostać ze Starą Babcią do powrotu mamy i Młodej Babci.

— Oczywiście, że masz mnie zostawić. Wszystko ze mną dobrze i będzie dobrze. Nie ma 

żadnego powodu, dla którego miałabyś tu siedzieć. Zgaś światło i postaw mi wodę na stoliku.

Marigold   przyniosła   czarnego,   ciepłego   Lucyfera,   którego   wyciągnęła   z   drewutni,   i 

napełniła wodą szklankę Starej Babci.

— Czy babcia chciałaby coś jeszcze?
— Tak, ale tego nie możesz mi przynieść. Mam ochotę na wino z mleczów, które robiła 

Eliza, siostra Aleca. Tylko ona umiała robić takie wino, lecz zmarła sześćdziesiąt lat temu. 
Jeszcze dzisiaj czuję jego smak — było jak płynne światło słońca. No, idź już…

Marigold   zostawiła   Starą   Babcię   popijającą   widmowe   wino   z   mleczów,   z   Lucyferem 

mruczącym tajemniczo u jej boku. Tak też zastały ją mama i Młoda Babcia, gdy wróciły o 
trzeciej nad ranem. Lucyfer spał, ale Stara Babcia leżała zastygła w bezruchu, z dziwnym, 
pełnym mądrości uśmiechem na ustach. Jak gdyby osiągnęła najwyższą wiedzę i nadal się 
śmiała, lecz już nie natrząsała, jak niegdyś, z ludzkich niedoskonałości.

— Nigdy sobie tego nie wybaczę! — zaszlochała Młoda Babcia, która już więcej nie miała 

być M ł o d a .

6

Zaciągnięto   story.   Na   drzwiach   zawieszono   fioletową   wstęgę,   Lesleyowie   wchodzili   i 

wychodzili, przybierając stosowny wyraz twarzy. Marigold czuła się straszliwie, bezmiernie 
osamotniona.

I nagle przestała wierzyć, że Stara Babcia nie żyje. Ta drobna, biała jak kość słoniowa 

istota w wielkiej, obstawionej kwiatami trumnie, to nie była ona. To nie była Edith ze starego 
ogrodu. Ona nadal żyła i śmiała się — jeśli nie w sadzie, to gdzieś indziej. Chociażby w 
niebie, które musiało stać się zupełnie innym miejscem od chwili, gdy pojawiła się w nim 
Stara Babcia.

background image

R

OZDZIAŁ

 

SZÓSTY

W

E

 

WŁADZY

 

PSA

1

Pewnego wrześniowego poranka Marigold przebudziła się wcześniej niż zwykle (kiedy 

niebo   na   wschodzie   rozbłysło   promieniami   słońca),   bo   tego   dnia   szła   do   szkoły.   Nie 
wiedziała, czy ma się martwić, czy cieszyć, czuła tylko ogromną ciekawość i nieco strachu. 
Postanowiła nie dać po sobie poznać, że się boi. Po pierwsze, była  przekonana, że Stara 
Babcia pogardzałaby nią za to, a miała ona po śmierci większy wpływ na Marigold niż za 
życia. Po wtóre, Marigold czuła w głębi duszy, że mama była nią rozczarowana po tej nocy u 
wujka Paula. Naturalnie zdarzyło się to całe wieki temu, gdy Marigold miała zaledwie sześć 
lat. Teraz miała lat siedem i za nic nie mogła okazać strachu.

Marigold   leżała   uszczęśliwiona   w   łóżku   i   spozierała   w   okno.   Jej   dwa   płowozłote 

warkoczyki  o zakręconych  koniuszkach leżały rozrzucone na poduszce. Kochała to okno, 
gdyż mogła widzieć stąd ogród i świerkowy zagajnik. Mogła leżeć sobie w łóżku i patrzeć na 
wierzchołki świerków kołysane przez poranny wiatr. Zawsze, gdy się budziła, tkwiły ciemne 
na błękitnym tle. Gdy szła spać, odprawiały czary z gwiazdami albo księżycową poświatą. 
Kochała też swoje drugie okno, bo widziała przez nie zatokę i mogła sięgnąć wzrokiem dalej, 
gdzie rozpościerał się zamglony błękitny obłok — jej umiłowana Ukryta Kraina.

Marigold była przekonana, że nikt na świecie nie ma takiego kochanego pokoiku jak ona. 

Pokoiku, do którego można wejść tylko przez pokój mamy. To dawało jej zawsze poczucie 
bezpieczeństwa. Bowiem noc, nawet gdy ma się już siedem lat, jest porą dziwną, acz piękną.

Kto   wie,   co   dzieje   się   w   ciemnościach   wokół   domu?   Krążą   tam   niesamowite   bestie; 

Marigold dobrze o tym wie, gdyż je widziała. A może także wałęsają się wokół drzewa i 
gadają ze sobą? Dlaczegóż by ta sosna, co zawsze wyciąga ramiona do klonu, nie miała 
przejść przez ogród i pochwycić  Marigold?  Dwa świerki–starowinki  w dzień  rozdzielone 
spichrzem na jabłka, nocą stykają się głowami. Rządek brzóz wzdłuż płotu granicznego z 
panem Donkinem tańczy to tu, to tam. Być może smukły buczek ze świerkowego zagajnika 
za stodołą, który trzymał się na uboczu i był uważany przez świerki za zarozumialca, uciekł 
od   nich   na   trochę   i   swawoli   ze   swymi   kuzynami.   Świerki   kanadyjskie   o   wyglądzie 
nauczycielek,   co   grożą   srogo   palcem   przestraszonym   chłopcom,   przechadzają   się 
majestatycznie   i   wygrażają,   komu   popadnie.   O,   bez   wątpienia   wszystko   to   jest   bardzo 
interesujące, lecz Marigold cieszyła  się, że gdyby ktoś z tej ca redy chciał wspiąć się na 
schody i wejść do jej pokoju, mama by go złapała.

Powietrze wibrowało od muzyki elfów. Och, to był cudowny świat, zwłaszcza ta część, w 

którą   wkraczało   się   przez   Czarodziejskie   Wrota   i   Zieloną   Bramę.   Dla   innych   ludzi   ten 
skrawek ziemi był tylko ogrodem i „wielkim świerkowym zagajnikiem” na wzgórzu. Nikt nie 
miał pojęcia o cudownych rzeczach, które tam się kryły. Ale owe cuda można było odnaleźć 
tylko   wtedy,   gdy   przekroczyło   się   Czarodziejskie   Wrota   i   Zieloną   Bramę.   I   trzeba   było 
wypowiedzieć   Zaklęcie.   To   był   bardzo   ważny   element   czarów.   Dopiero   gdy   się 
wypowiedziało Zaklęcie, zjawiała się Sylvia.

Babcia — już nie Młoda ani Stara, lecz po prostu babcia — nie była zadowolona z Sylvii. 

Nie pojmowała, dlaczego mama w ogóle zgadza się na nią. Uważała wymysł Marigold za 
absurdalny, oburzający i niechrześcijański.

— Mogłabym   zrozumieć   podobne  oddanie,   gdyby   chodziło   o  istotę   z  krwi  i  kości   — 

stwierdziła raz oschłym tonem. — Ale wymyślona koleżanka… to przekracza moje pojęcie. 
To nawet nie nonsens. To po prostu grzech.

background image

— Niemal   wszystkie   samotne   dzieci   mają   takich   wymyślonych   towarzyszy   zabaw   — 

przekonywała Lorraine. — Ja też miałam. I Leander również. Często mi o nich opowiadał. 
Jako  mały   chłopiec  miał  trzech  koleżków.   Nazwał  ich   pan  Ponk,  pan  Urt  i  pan   Jiggles. 
Pierwszy mieszkał w studni, drugi w dziupli starej topoli, a pan Jiggles „szwendał się tu i 
tam”.

— Leander nigdy mi o tym nie wspominał — powiedziała babcia.
— Słyszałam też, że kiedy miał sześć lat, przybiegł zdyszany i zawołał: „Och, mamo, gonił 

mnie »byk na niby« i ledwie mu uciekłem!”.

— Tak, dostał za to ode mnie niezłą burę i musiał iść spać bez kolacji — przyznała babcia. 

— Bo po pierwsze, miał zakazane biegać w upalny dzień, a po drugie, nigdy nie tolerowałam 
wymysłów.

„Wcale się nie dziwię, że nie mówił ci o panu Ponku i spółce” — pomyślała Lorraine. Ale 

nie powiedziała tego na głos, nie śmiałaby.

— Sama Sylvia nie budzi moich największych oporów — ciągnęła babcia. — Chodzi o te 

ich wspólne przygody, o których Marigold nam opowiada. Wygląda na to, że naprawdę w nie 
wierzy. Ten „taniec wróżek”, który rzekomo widziały. Wróżki! Przez to wszystko boi się spać 
po   ciemku.   Zapamiętaj   sobie   moje   słowa,   Lorraine,   takie   zabawy   nauczą   ją   kłamstwa   i 
udawania. Powinnaś natychmiast położyć temu kres, mówiąc jej po prostu, że nie ma żadnej 
Sylvii i że nie pozwalasz jej więcej na to oszustwo wobec samej siebie.

— Nie   mogę   jej   tego   powiedzieć   —   sprzeciwiła   się   Lorraine.   —   Pamiętasz,   jak   się 

przejęła, gdy pani ze szkółki niedzielnej stwierdziła, że jej nieżyjący kotek nie ma duszy? 
Marigold była przez tydzień chora ze zmartwienia.

— Ja też byłam chora niemal tydzień, po tym jak mnie wystraszyła tego ranka, gdy ty 

pojechałaś do miasta. Wymknęła się z łóżka i poszła na wzgórze, by bawić się z Sylvią o 
wschodzie słońca — powiedziała surowo babcia. — Nigdy nie zapomnę strasznego uczucia, 
jakie mną owładnęło, gdy weszłam do jej pokoju i zobaczyłam puste łóżko. Tuż po tym 
porwaniu w Brunswick!

— Naturalnie, nie powinna była tego robić — przyznała Lorraine. — Poszła z Sylvią na 

wysokie wzgórze, bo zamierzała „złapać słońce”, gdy zza niego wyjdzie.

— Mówisz   tak,   jakbyś   sama   wierzyła   w   istnienie   Sylvii,   Lorraine   —   prychnęła   z 

oburzeniem babcia. — To wszystko jest jakieś nienormalne. Musi być coś nie w porządku z 
dzieckiem, które tak lubi samotne,. Sądzę, że ona jest nawiedzona. Pamiętasz ten piknik ze 
szkółki nic dzielnej? Marigold wcale nie chciała  pójść. Powiedziała, że woli bawić się z 
Sylvią.   To   było   nienormalne!   Albo   jak   odmawiała   wieczór   modlitwę   i   prosiła   Boga,   by 
pobłogosławił mamę, babcię i Sylvię! Byłam zaszokowana. A ta historia, którą uraczyła nas 
w zeszłym tygodniu, że widziała trzy olbrzymie słonie, maszerujące po świerkowym wzgórzu 
i pijące w świetle księżyca z Białej Fontanny — którą to nazwą określa, jak przypuszczam, 
strumień.

— To akurat mogła być prawda — zaoponowała nieśmiało Lorraine. — Wiesz, że właśnie 

wtedy słonie uciekły z cyrku w Charlottetown, a znaleziono je w South Harmony.

— Gdyby trzy słonie paradowały po Harmony, ktoś musiałby je widzieć oprócz Marigold. 

Nie, ona wymyśliła to sobie. Krótko mówiąc, Lorraine, powiadam ci bez ogródek — jeśli 
pozwolisz dziecku postępować tak dalej, ludzie pomyślą, że brak jej piątej klepki.

To byłoby straszne, zarówno dla babci, jak i mamy. Mieć dziecko niespełna rozumu to 

prawdziwa hańba. A jednak mama nie chciała niszczyć pięknego świata marzeń stworzonego 
przez Marigold.

— Któregoś  dnia wyznała  — nie dawała za wygraną  babcia — iż dowiedziała  się od 

Sylvii, że „Bóg jest starszym panem o miłym wyglądzie”. Żeby dziecko uczyło się takich 
rzeczy od koleżanki!

— Teraz ty mówisz tak, jakby Sylvia istniała naprawdę — stwierdziła złośliwie Lorraine. 

background image

Jednak babcia ją zignorowała.

— Dobrze, że wkrótce Marigold idzie do szkoły. Zapomni o tej całej Sylvii.
Do szkoły było pół mili i babcia postanowiła odwieźć tam Marigold owego pierwszego 

dnia. Dziewczynka miała wrażenie, że nigdy nie wyruszą w drogę, ale w Świerkowej Kępie 
nie było zwyczaju się spieszyć. Wreszcie jednak wyjechały. Marigold miała na sobie nową 
niebieską sukienkę, a lunch zapakowano jej do koszyczka. Salome wyładowała go szczodrze 
ślicznymi  kanapeczkami w kształcie serca i ciasteczkami w kształcie zwierzątek, a mama 
wsunęła trochę ulubionych marmoladek Marigold w niebieskim jak jajko drozda dzbanuszku 
do śmietanki, z obtłuczonym uszkiem, który Marigold tak lubiła mimo uszczerbku, a może 
właśnie z jego powodu. Wiedziała, iż dzbanuszek czuł, że jest kochany.

Był   wrzesień   i   dzień   też   iście   wrześniowy.   Marigold   rozkoszowała   się   jazdą,   mimo 

dziwnego niepokoju zrodzonego z podejrzeń, że mania pochlipuje za krzewem woskownicy 
rosnącym na tyłach domu. Wszystko było dobrze, dopóki dziewczynka nie zobaczyła Psa. 
Siedział na schodach domku starego pana Plaxtona, a na ich widok rzucił się do bramy, po 
czym   zaczął   gnać   wzdłuż   ogrodzenia,   szczekając   jak   opętany.   Był   to   dość   duży   pies   o 
krótkiej, brązowej sierści, sterczących uszach i z czarną łatą na końcu ogona. Marigold była 
pewna, że rozszarpałby ją na kawałki, gdyby ją tylko dopadł. A przecież w przyszłości będzie 
musiała chodzić tędy sama!

W szkole dość jej się podobało, choć zdecydowanie nie wzbudzili sympatii Marigold mali, 

rozchichotani   chłopcy.   Przyjemnie   było   znaleźć   się   w   centrum   zainteresowania;   starsze 
dziewczynki robiły z jej powodu wiele szumu. Spierały się o to, z kim Marigold ma siedzieć, i 
rozstrzygnęły wreszcie tę kwestię ciągnąc słomki.

Po lekcjach odebrał ją Lazarre. Gdy jechali do domu, Pies się nie pojawił. Marigold była 

uszczęśliwiona i myślała sobie, że w szkole jest bardzo miło.

2

Następny dzień już nie był taki miły. Tym razem mama odprowadzała Marigold do szkoły 

i z początku dziewczynkę wszystko cieszyło. Przy furtce pana Plaxtona nie było Psa, za to po 
przeciwnej stronie drogi pojawiło się należące do wdowy Turner stado gęsi z gąsiątkami i 
wielkim gąsiorem. Gąsior ów podbiegł do ogrodzenia i zaczął straszliwie syczeć. Marigold 
trochę się wystraszyła, ale nie powiedziała o tym mamie, z którą tak rozkosznie było iść 
drogą. W końcu gąsior to nie to co pies. Marigold prawdopodobnie zapomniała już wszystko, 
czego nauczyła się wczoraj w szkole, ale zawsze pamiętać będzie figlarne zakręty wąskiej 
dróżki, wesołe kępy nawłoci u zbiegu pól, zwieszające się nad zakrętem gałęzie jodły, długie 
fale sunące przez pole pszenicy pana Donkina i białe chmurki, żeglujące buńczucznie ponad 
zatoką.  Droga pięła  się po czerwonawym  wzgórzu, gdzie  na poboczu  rosły wykąpane  w 
nocnym deszczu paprocie.

Potem mama i Marigold przeszły przez strumień, nie po moście z bali, lecz po ślicznym 

kamiennym   mostku,   i   mogły   popatrzeć   sobie   na   perłowe   pióropusze   wirów   wokół 
zanurzonych w wodzie przybrzeżnych traw. Następnie wkroczyły do uroczego lasku, gdzie 
gałązki   balsaminy   rozbrzmiewały   muzyką,   a   fioletowawe   cienie   usiane   były   plamkami 
słońca; zaraz z niego ruszyły, by znaleźć się na czarodziejskiej ścieżce obok płotu i stąpać po 
kobiercu z mchu, który wiódł prawie do samego zielonego zakątka, gdzie stał biały budynek 
szkolny.   Marigold   byłaby   całkiem   szczęśliwa,   gdyby   tylko   potrafiła   zapomnieć   o   Psie   i 
Gąsiorze.

Nie, tego dnia nie było już tak przyjemnie w szkole. Starsze dziewczynki nie zwracały na 

Marigold   szczególnej   uwagi.   Zjawiła   się   bowiem   inna   nowa   uczennica   o   zadziwiająco 
złotorudych lokach i to ona skupiała na sobie całe zainteresowanie.

background image

Nauczycielka posadziła Marigold z małą nieznajomą dziewczynką, Sarah Miller. Wcale się 

Marigold nie podobała. Nie lubiła także tego obrzydłego chłopaczyska siedzącego w drugim 
rzędzie, które albo żuło gumę, albo wykrzywiało się do Marigold. Gdy chłopak żuł, ruszały 
mu  się uszy,  a gdy się wyszczerzał,  wyglądał  jak jakiś diabeł.  Na przerwie podszedł  do 
Marigold, ale ona odwróciła się do niego plecami. To utwierdziło go w przekonaniu, że trzeba 
szybko przytrzeć rogów tej smarkatej Lesleyównie.

— Lepiej   poproś   mamusię,   by   codziennie   odprowadzała   cię   do   szkoły   —   powiedział 

szyderczym tonem. — Bo inaczej pies starego Plaxtona zje cię na śniadanie. Pożarł już troje 
ludzi…

— Pożarł? — Marigold mimowolnie odwróciła się przodem do chłopaka. Myśl  o psie 

wciąż nie dawała jej spokoju.

— Nawet kości nie zostawił, jak słowo daję. Wśród tych zjedzonych była dziewczynka 

mniej więcej w twoim wieku. Psy zawsze wyczuwają, gdy ktoś się ich boi.

Marigold owładnęło na krótko dziwne uczucie, coś jakby chłód i mdłości. Ale szybko 

pomyślała sobie, że Stara Babcia zaraz by się rozprawiła z tym bezczelnym chłopakiem.

— Nie sądzisz chyba, że j a  boję się psów, choćby było ich nawet tysiąc! — odcięła się.
— Jesteś mocna w gębie jak wszyscy Lesleye — nie dawał za wygraną jej dręczyciel. — 

Inaczej zaśpiewasz, panno Zarozumialska, gdy ten pies wbije ci zęby w łydkę.

Marigold wcale nie czuła się pewna siebie. A kiedy spytała Sarah Miller, czy gęsi gryzą, i 

ta odparła: „Tak. Nasz stary gąsior kiedyś rzucił się na mnie, przewrócił mnie i pogryzł” — 
stwierdziła, że życie jest za trudne.

Jak tu dotrzeć bezpiecznie do domu? Nikt z klasy nie wracał tą samą drogą, co ona. Pan 

Donkin nie miał dzieci, pan Plaxton, pan Ross i wdowa Turner także nie. Dzieci Lazarre’a i 
Phidime’a   chodziły   do   francuskiej   szkoły   „na   wschodzie”,   gdzie   Marigold   umieszczała 
dawniej w marzeniach swą Ukrytą Krainę.

Na szczęście przyjechał wujek Klon i odwiózł ją do domu samochodem. Gąsior syczał, a 

Pies wdrapywał się na furtkę i ujadał jak oszalały. To było naprawdę bardzo hałaśliwe psisko. 
Marigold nie zdradziła się słowem ze swoimi obawami. Nie dopuszczała myśli, że wujek 
Klon mógłby ją uznać za tchórza. Omówiła całą sprawę z Lucyferem, który właściwie nie 
miał wyrobionego zdania na temat psów.

Nigdy   nie  miałem   z  nimi   do  czynienia  —  przyznał.  —  Ale  słyszałem,  że  pewien   pies 

znieważył jednego z mych przodków.

Podczas wieczornych pacierzy Marigold modliła się żarliwie, aby Psa nie było nazajutrz 

przy furtce.

3

Mama chciała odprowadzić Marigold do szkoły, lecz babcia powiedziała:
— Nie ma co tak się z nią cackać. Musi od razu przywyknąć do tego, że będzie chodzić 

sama. W czasie drogi nic jej nie grozi.

— A samochody?
— Rano jeżdżą rzadko. Poza tym Marigold musi nauczyć się chodzić poboczem i nigdy 

nie przechodzić na drugą stronę.

Marigold wcale się nie bała samochodów. Uwielbiała patrzeć, jak śmigają w fioletowym 

zmierzchu,   z   wielkimi,   złotymi   oczami   niczym   księżyce,   albo   zakręcają   przy   bramie   i 
odprawiają   dziwne   czary   światłami,   omiatając   blaskiem   drzewa   i   kwiaty.   Nawet   za   dnia 
samochody wydawały się jej interesujące. Jednak brązowe psy wielkości lwa i olbrzymie, 
syczące gąsiory to co innego. Przez całą noc nie zmrużyła oka, bo myślała właśnie o nich. A 
jeśli Boga naprawdę nie ma?! Stary kuzyn Malcolm–zza–zatoki twierdził, że Bóg nie istnieje. 

background image

Jeśli Pies tam będzie, co stanie się, jeżeli furtka okaże się otwarta? Albo jeśli Pies przeskoczy 
przez płot i ją zje, co do jednej kosteczki? Nikt nigdy by się nie dowiedział, co się z nią stało. 
Przypomniała sobie tę okropną historię, usłyszaną od Lazarre’a, o psie, który rzucił się komuś 
do gardła i rozdarł mu „ałurtę”. A co będzie, jeśli jej rozszarpie tę „ałurtę”?

Tego ranka modliła się bardzo żarliwie. Była przerażona, ale mimo to nie zapomniała, że 

przyszła kolej na zieloną sukienkę. Włożyła więc tę nielubianą sukienkę, bo nie chciała, by ta 
czuła się zaniedbywana. Z trudem przełknęła coś na śniadanie, po czym wyszła na drogę. Z 
drżącym sercem ściskała koszyczek w ręku.

— Nie boisz się iść sama, kochanie? — spytała mama, całując ją na pożegnanie.
— O, nie — skłamała gładko Marigold. Mama nie może niczego wiedzieć, ani nawet się 

domyślać.

— Nie,  n i e   b ę d ę   się   bała   —   szepnęła   wyzywająco   do   całego   świata.   —   Jestem 

p e w n a , że Bóg nie pozwoli, by Pies tam był. Jestem o tym p r z e k o n a n a .

Rozchmurz się — powiedział Lucyfer, który siedział na słupku przy furtce i mrugał do niej 

topazowymi  oczami. —  Pies jest tylko psem. Wypręż  pierś i prychnij na niego. Byle kto 
potrafi ujadać zza płotu.

Tego dnia spacer drogą nie dostarczał Marigold żadnych rozkosznych przeżyć, chociaż 

jodły gwizdały sobie wesoło na wichrowymi wzgórzu, a cielaczki pana Donkina stojące w 
paprociach patrzyły na nią figlarnie aksamitnymi oczami. Gdy zbliżyła się do zagrody pana 
Plaxtona, zobaczyła, że Pies siedzi na schodach. Poczuła ciarki na całym ciele, lecz szła dalej. 
Była pewna, że Stara Babcia też by tak zrobiła. Pies rzucił się do furtki, po czym pędził 
ujadając wzdłuż płotu. Szczekał jak szalony. Czyżby w i e d z i a ł , że Marigold się go boi?

Przez cały czas w szkole było jej trochę słabo, nie mogła nawet wmusić w siebie kanapki. 

Odczuwała   gorycz.   Bóg   nie   wysłuchał   jej   modlitwy.   Bardzo   możliwe,   że   stary   kuzyn 
Malcolm   ma   rację.   Naturalnie,   że   się   nie   mylił!   Gdy   Marigold   wracała   do   domu,   znów 
spotykając Psa przy furtce, świat nie znał już Boga i niepodzielnie królował na nim koszmar.

4

Marigold przez cały tydzień żyła w tym świecie i w pełni zakosztowała owego koszmaru. 

Jednak wolałaby umrzeć, niż przyznać się do strachu przed babcią i mamą. Mogłaby zwierzyć 
się cioci Marigold, lecz ta akurat wyjechała. Dziewczynka straciła ochotę na zabawę z Sylvią 
i nie poruszyły jej nawet narodziny nowych kociąt. Dzień w dzień Pies gnał do furtki i ścigał 
ją wzdłuż ogrodzenia z Wściekłym Ujadaniem. Wszystko, co wiązało się z Psem, Marigold 
wyobrażała sobie wypisane wielkimi literami. Kiedyś wreszcie — była o tym przekonana — 
Pies przeskoczy płot.

Pewnego deszczowego dnia była pewna, że go nie spotka, ale był tam, jazgotliwszy niż 

zwykle.

— Obyś zdechł — szepnęła zajadle Marigold. Jednak nie była w stanie pomodlić się o jego 

śmierć,   choć   raz   próbowała.   Czuła,   że   nawet   pies   ma   swoje   prawa.   Nadal   odmawiała 
pacierze, nie sądziła jednak, aby na coś się zdały.

I oto pewnego dnia Pies rzeczywiście przeskoczył płot.

5

— Mała niepokojąco chudnie i blednie — martwiła się mama. — Prawie nic nie je na 

śniadanie. Na pewno ta długa droga do szkoły jest dla niej zbyt wyczerpująca.

background image

— Ja w jej wieku miałam do szkoły dwie i pół mili — powiedziała babcia, która także 

trapiła się Marigold, ale nie chciała dać za wygraną. — Jak inaczej dostanie się do szkoły? 
Nie można przecież codziennie jej odwozić.

— Dręczą ją w nocy koszmary, wcześniej to się nie zdarzało — upierała się mama. — 

Wczoraj w nocy krzyczała z przerażeniem, że „to” ją złapało. A czy zauważyłaś, jak rzadko 
się teraz śmieje?

— Zauważyłam, że nie włóczy się po wzgórzu za tą całą Sylvią, a to już dobrze — odparła 

z   satysfakcją   babcia.   —   Zabronię   jej   biegać   w   szkole   na   przerwach,   bo   to   jest   właśnie 
przyczyna jej wyczerpania.

Nie   było   potrzeby   wydawać   takiego   zakazu.   Marigold   była   w   szkole   tak   cichutka   i 

spokojna,   że   dzieci   uważały   ją   za   głupią,   zaś   nauczycielka   —   za   wzorową,   choć   tępą 
uczennicę. Sprawiała wrażenie, że nie jest w stanie spamiętać połowy tego, co się do niej 
mówi. Jakżeby inaczej, skoro nawet tego nie słyszała, sparaliżowana ze strachu na myśl o 
powrocie do domu i spotkaniu z Psem. Najgorzej, że z czasem wcale nie było jej łatwiej — 
wręcz przeciwnie. Marigold czuła, że dłużej już nie wytrzyma. Wkrótce załamie się i wyzna 
prawdę, a wszyscy dowiedzą się, jaki z niej tchórz.

Pies jak zwykle siedział na schodach i jak zwykle rzucił się ku niej z ujadaniem. Lecz oto 

Marigold struchlała z innego jeszcze powodu. Gęsi wdowy Turner wyszły na drogę! Łaziły 
wszędzie wokół, a gdy Marigold zbliżyła się, Wielki Gąsior rzucił się ku niej ze wściekłym 
sykiem, rozpostarłszy skrzydła. Marigold upuściła książkę, koszyczek i zaczęła krzyczeć.

Wówczas Pies przeskoczył  przez płot. Wyglądało to tak, jakby przeleciał nad nim bez 

żadnego wysiłku. I właśnie w chwili, gdy Marigold oczekiwała, że zostanie połknięta żywcem 
albo poczuje kły na „ałurcie”, ujrzała, że pies gna za gąsiorem. Oburzony gąsior zawrócił i 
zaczął pędzić w niebywałym jak na takie ptaszysko tempie do dziury w płocie, przez którą 
wydostał się na drogę. Potem pies zagonił do dziury resztę stadka i ruszył zwycięskim kłusem 
ku Marigold. Gdy skoczył na nią, niemal zwalając dziewczynkę z nóg, od razu wiedziała, że 
nie ma się czego bać. Pies pląsał wesoło wokół niej, co chwila zatrzymując się, by radosnym 
szczekaniem obwieścić swą przyjaźń. Marigold stwierdziła ze zdumieniem, że był to tylko 
wyrośnięty   szczeniak.   A   całe   to   ujadanie   i   bieganie   za   nią   wynikało   z   chęci   zawarcia 
znajomości. Nic dziwnego, że Bóg nie wysłuchał jej modlitw.

Przez całą drogę pies maszerował raźno u jej boku, a od czasu do czasu lizał ją po ręku 

albo podnosił pełen zachwytu pysk i szczekał radośnie. Wyglądał na najszczęśliwszego psa na 
świecie, właśnie dlatego, że był z Marigold. Odprowadził ją do samej szkoły, a gdy wracała 
po południu do domu, już bez cienia lęku podeszła do furtki i pocałowała go, wciskając buzię 
pomiędzy sztachety. — Tak mi przykro, że cię nienawidziłam i modliłam się, by cię tu nie 
było — powiedziała.

Cóż znaczy odrobina niechęci pomiędzy przyjaciółmi? — odparł Pies. — Gąsior nie będzie 

ci więcej dokuczał. Już ja tego dopilnuję, ślicznotko.

Tego wieczora w Świerkowej Kępie znów rozbrzmiewał dziecięcy śmiech. Świat zmienił 

się na powrót w miłe miejsce, gdzie wszyscy są uśmiechnięci i weseli. Marigold zjadła sowitą 
kolację, po czym pobiegła na wzgórze do Sylvii, co wcale nie spodobało się babci. Od tego 
czasu wcześniej wyruszała do szkoły, by mieć czas pobawić się trochę z Psem. Ten bowiem, 
gdy odkrył, że może z łatwością przeskoczyć płot, robił to codziennie rano i po południu, łasy 
na pieszczoty Marigold i kąski z jej koszyczka.

Marigold odczuwała słodycz zwycięstwa dlatego, że nie wyjawiła nikomu, jak bardzo się 

bała. Wydawało jej się, że zmyła z siebie hańbę, którą okryła się podczas pamiętnej wizyty u 
wujka Paula. Jednak teraz, gdy się już nie bała, opowiedziała o wszystkim mamie, gdyż nie 
znosiła mieć przed nią sekretów. Lorraine była wstrząśnięta, gdy zdała sobie sprawę, jak 
długo ta mała istota cierpiała w milczeniu i samotności.

— Wcale nie uważam cię za tchórza, kochanie. Myślę, że byłaś  bardzo dzielna, skoro 

background image

chodziłaś tamtędy, chociaż tak strasznie się bałaś.

— Gdybym miała wybierać sobie mamę, wybrałabym ciebie — szepnęła Marigold. Świat 

znów był piękny, a wszystkie wiatry przyjazne.

A nie mówiłem? — mruknął Lucyfer.
— Zawsze będę lubiła koty trochę bardziej od psów — zapewniała Marigold. — Ale Pies 

pana Plaxtona to Piękny Pies.

Nie ma takich — stwierdził Lucyfer, który musiał mieć ostatnie słowo.

background image

R

OZDZIAŁ

 

SIÓDMY

Ś

MIECH

KTÓRY

 

UMILKŁ

1

Gdy Marigold obudziła się w pewien sobotni, czerwcowy poranek, oczy aż śmiały jej się z 

radości. Nie mogła się nacieszyć, że urodziny Sylvii przypadają właśnie w czerwcu. Miały 
zamiar urządzić sobie urodzinowy piknik w świerkowym zagajniku nad strumyczkiem o nie 
tkniętych ludzką stopą brzegach. Będzie to ich sala bankietowa, z wysokimi świerkami w roli 
kolumn. Dostaną posypane cukrem pud ciasteczka, na których będą literki „M” albo „S” 
wypisane   różowym  lukrem.  Będzie  też  cudowny  torcik   z  „M”  i   „S”  splecionymi  razem, 
obsypany wiórkami kokosowymi. Mama upiekła go specjalnie z okazji urodzin Sylvii. Mama 
to   prawdziwa   przyjaciółka,   można   na   niej   polegać.   Za   to   babcia…   lecz   Marigold   nie 
zamierzała w ten cudowny poranek myśleć o babci i jej niechęci do Sylvii. Łąki zaróżowił 
brzask   bezkresne   niebo   urzekało   swym   czarem,   drzewka   czereśni   okryły   się   bielą,   a   na 
wzgórzach tańczył wiatr.

„Wiosna   jest   taka   cudowna”   —   pomyślała   Marigold   z   błogim   uśmiechem,   po   czym 

wyskoczyła z łóżka i zaczęła się ubierać.

Mama i babcia siedziały już przy śniadaniu. Babcia, jak zwykle majestatyczna, w koronie 

siwych włosów, wyrażała niezadowolenie spojrzeniem swych stalowoniebieskich oczu. Nie 
pochwalała   pomysłu   z   piknikiem   urodzinowym,   tak   samo   jak   nie   aprobowała   Sylvii.   W 
skrytości ducha bardzo liczyła na to, że Marigold skończy z tą bzdurą, gdy pójdzie do szkoły. 
Jednak Marigold już od roku była uczennicą, a wyglądało na to, że ma większego bzika na 
punkcie Sylvii niż przedtem.

— Musimy jej powiedzieć, że jutro wyjeżdżasz do sanatorium — stwierdziła babcia.
— Och, nie dziś — powiedziała błagalnym tonem Lorraine. — Darujmy jej jeszcze jeden 

szczęśliwy dzień. Powiemy jej jutro rano.

Lorraine   przeszła   w   marcu   ciężkie   przeziębienie   i   nie   całkiem   wydobrzała.   Ciocia 

Marigold   orzekła,   że   na   razie   to   nic   poważnego,   ale   zaleciła   kilkumiesięczny   pobyt   w 
sanatorium.

Wystraszyła babcię i Lorraine o wiele bardziej, niż należało, lecz ciocia Marigold miała 

swój rozum. Wiedziała, że Lorraine jest osłabiona i wycieńczona, że potrzebuje prawdziwego 
wypoczynku, a nigdy nie zazna go w Świerkowej Kępie czy podczas odwiedzin u krewnych. 
Wiedziała także, że Lorraine nie opuści Marigold, jeśli nie uzna tego za konieczne. Dlatego 
taką właśnie postawiła diagnozę.

— Wyjeżdżasz jutro po południu — nalegała babcia. — Będzie miała zbyt mało czasu, by 

się oswoić z tą myślą.

— Och, tylko nie dzisiaj! — błagała uparcie Lorraine.
Babcia   westchnęła   ciężko.   Jak   tu   nie   ulec   kobiecie,   która   nazajutrz   wyjeżdża   do 

sanatorium, nawet jeśli uważa się jej prośbę za wyjątkowo głupią. Nagle zjawiła się Marigold, 
z różaną twarzyczką  jaśniejącą szczęściem, i zaczęła  zajadać owsiankę ze swej ulubionej 
niebieskiej miseczki. Prawdziwą owsiankę. Babcia twardo przy tym obstawała. Nie jakieś tam 
mieszanki zbożowe udające owsiankę.

— Czyż   to   nie   cudownie,   że   urodziny   Sylvii   przypadają   w   czerwcu?   —   szczebiotała 

Marigold. — Ona także kończy osiem lat. Jesteśmy niemal bliźniaczkami, prawda, mamo? 
Dziś tak rozkosznie spędzimy czas! Po pikniku mamy zamiar odnaleźć echo, które mieszka 
hen, daleko, w górzystym kraju.

— Nie oddalaj się zbytnio, abyś  nie spóźniła się na obiad — upomniała ją babcia. — 

background image

Ostatniej soboty przyszłaś za późno.

Marigold   rzuciła   babci   dość   pogardliwe   spojrzenie.   Czyż   ona   nie   pojmowała,   że   w 

baśniowej krainie, za Czarodziejskimi Wrotami, nie istnieje coś takiego jak czas?

— Myślę,   że   będę   bała   się   wracać,   gdy   zapuścimy   się   zbyt   daleko   —   zwierzyła   się 

Marigold mamie. Od czasu historii z Psem Marigold nie miała oporów, by przyznawać się do 
strachu. Niestety, Pies należał już do dalekiej, pięknej przeszłości. Zimą pan Plaxton sprzedał 
go jakiemuś człowiekowi mieszkającemu po drugiej stronie zatoki. Marigold, która swego 
czasu życzyła zwierzakowi śmierci, każdego ranka czuła ucisk w gardle, gdy w drodze do 
szkoły   przechodziła   obok   domu   pana   Plaxtona.   Nienawidziła   go   za   to,   że   oddał   Psa,   i 
rozpaczliwie   tęskniła   za   przyjaznym,   rozszczekanym   stworzeniem,   które   na   jej   widok 
przeskakiwało ochoczo przez płot. Koniec końców Bóg wysłuchał jej modlitw, choć nieco za 
późno, myślała z goryczą. Doszła do wniosku, że musi uważać, o co się modli…

— Ale Sylvia nie będzie się bała — ciągnęła dalej Marigold. — Ona niczego się nie boi… 

— Usiłowała podać jakiś przykład świadczący o odwadze Sylvii. — Gdyby chciała, mogłaby 
nawet pójść do domu pastora Johna! — stwierdziła triumfalnie.

„Sama  widzisz, co ona plecie!”  — zatelegrafowały stalowoniebieskie  oczy babci, lecz 

mama tylko się roześmiała.

— Jakiego   dżemu   nałożyć   ci   do   babeczek,   kochanie?   —   spytała.   Śliwkowego   czy 

agrestowego?

— Śliwkowego,   mamo!   Sylvia   najbardziej   lubi   śliwkowy   —   odpadała   Marigold,   choć 

sama przepadała za agrestowym.

Gdy koszyk piknikowy został wyszykowany, Marigold raźnym kroczkiem pomaszerowała 

do pokoju ogrodowego, lecz natychmiast pojawiła się z powrotem.

— Przepraszam, gdzie jest klucz od drzwi prowadzących do ogrodu? — spytała.
— Na moim biurku — odparła babcia. — Wyjdź bocznymi drzwiami.
Marigold   spojrzała   z   wyrzutem   na   babcię,   zastanawiając   się,   czy   ona   sama   po 

siedemdziesiątce też tak zgłupieje.

— Wiesz, że muszę wyjść przez drzwi ogrodowe, babciu. To Czarodziejskie Wrota.
— Biegnij na górę i weź sobie ten klucz, kochanie — powiedziała łagodnie mama.
Babcia prychnęła pod nosem,  lecz wyglądała  na zadowoloną. Zaświtała jej bowiem w 

głowie pewna myśl.

Marigold,  nie zdając  sobie  z tego  sprawy,  wzięła  klucz i  weszła  przez  Czarodziejskie 

Wrota do Krainy Spełnionych Marzeń, którą pozbawieni wyobraźni ludzie nazywają starym 
ogrodem. Potem dotarla do kamiennych schodków prowadzących do Zielonej Bramy. Rosło 
tam siedem smukłych topól, które zamieniały się w nimfy, ilekroć Marigold i Sylvia bawiły 
się w pobliżu. Marigold weszła przez furtkę, zamknęła oczy, a po wypowiedzeniu Zaklęcia 
otworzyła je. Od razu ujrzała Sylvię — jej ciemne włosy falowały na wietrze, oczy miała 
rozmarzone, a śnieżnobiałe dłonie i stopy ginęły wśród subtelnych  cieni  rzucanych  przez 
topole. Marigold skoczyła ku przyjaciółce z okrzykiem radości.

— Pomyśleć tylko, że kiedyś wzięłam cię za gałąź kwitnącej śliwy! — zaśmiała się.

2

Babcia wprowadziła swój pomysł w życie dopiero w kilka dni po wyjeździe Lorraine. 

Musiała przecież zaczekać, aż Marigold dojdzie do siebie po rozstaniu z matką. Nigdy nie 
postępowała   okrutnie   —   przynajmniej   świadomie.   Z   początku   dziewczynka   myślała,   że 
przenigdy się nie oswoi z nową sytuacją. Sama się zdziwiła, że już pierwszego dnia potrafiła 
się roześmiać, myślała, że nie zrobi tego aż do powrotu mamy. Ale Sylvia opowiadała takie 
zabawne rzeczy… Poza tym codziennie nadchodził list od mamy — taki ciekawy i pełen 

background image

miłości. I oto nagle pewnego ranka…

— Babciu, poproszę o klucz do Czarodziejskich Wrót — powiedziała Marigold.
Babcia zmierzyła ją zimnym spojrzeniem.
— Zamknęłam te drzwi i tak już będzie zawsze — oświadczyła  stanowczo. — Często 

zdarza mi się zapomnieć zamknąć je na noc, a to niebezpieczne.

— Ależ, babciu! — wykrzyknęła Marigold. — Ja m u s z ę  mieć ten klucz. W i e s z , że nie 

mogę spotkać się z Sylvią, jeśli nie przekroczę Czarodziejskich Wrót.

— Wobec tego musisz wytrzymać bez tych spotkań — stwierdziła niewzruszona babcia.
Marigold nawet nie próbowała prosić czy przymilać się. Wiedziała, że nic nie wskóra. 

Babcia pochodziła z „tych upartych Blaisdellów”, jak mawiała Salome. Dziewczynka odeszła, 
z twarzą odartą z uśmiechu, a babcia patrzyła za nią z wyrazem triumfu w oczach. Pomyślały 
że wreszcie położy kres tym wszystkim bzdurom.

Tak też się stało. Marigold spróbowała raz odnaleźć Sylvię. Wyszła z domu frontowymi 

drzwiami,   przeszła   przez   ogród   i   Zieloną   Bramę.   Zamknęła   oczy,   a   po   wypowiedzeniu 
Zaklęcia otworzyła je.

Sylvii nie było.
Marigold z ciężkim sercem powlokła się z powrotem do domu.
Przez tydzień była osowiała — według określenia babci. Salome wybrała się na wakacje 

(czyniła to niezmiernie rzadko), więc babcia, chcąc zrobić Marigold przyjemność, pozwalała 
jej pomagać w kuchni. Dziewczynka mogła łupać włoskie orzechy i wyjmować pesteczki z 
winogron, kroić skórkę cytryny, a nawet ubijać jajka. Jednak Marigold sprawiała wrażenie, że 
nic jej nie cieszy. Wiele czasu spędzała na werandzie. Siedziała w wielkim fotelu, patrząc na 
zatokę, a na jej twarzyczce nie było śladu uśmiechu.

Pewnego wieczoru babcia  odkryła,  że Marigold położyła  się do łóżka nie zmówiwszy 

pacierzy. Wstrząśnięta, kazała jej natychmiast wstać i pomodlić się. Gdy Marigold wróciła 
potem do łóżka, posłała babci smutne, ale wyzywające spojrzenie.

— Moja dusza wcale się nie modliła — szepnęła.
Gdy minął kolejny tydzień, babcia zaczęła martwić się o Marigold. Z dzieckiem działo się 

coś niedobrego, zaczęło blednąć i chudnąć.

— To przez te upały — tłumaczyła sobie babcia. — Jak zrobi się chłodniej, wszystko 

będzie w porządku.

Babcia nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że Marigold tęskni za Sylvią. W jej pojęciu 

absurdem byłoby sądzić, że dziecko może cierpieć z powodu utraty wymyślonej przyjaciółki.

Pojechała do Harmony i kupiła Marigold wspaniałą lalkę — prawie tak dużą i śliczną jak 

Alicja. Marigold podziękowała, pobawiła się nią trochę, po czym odłożyła w kąt.

— Dlaczego nie lubisz swojej lalki? — spytała babcia surowo.
— To bardzo ładna lalka — odparła dziewczynka obojętnie. — Ale nic jest żywa. A Sylvia 

była.

Pierwszy raz od tamtej chwili wspomniała o Sylvii.
— Co za niewdzięcznica z ciebie! — obruszyła się babcia, zmarszczywszy gniewnie brwi.
Marigold westchnęła. Było jej przykro, że babcia uważa ją za niewdzięczną. Ale zbytnio 

się tym nie przejęła. Nic nie miało teraz dla niej znaczenia. Budząc się rano, nie odczuwała 
już żadnej radości. Dzwoneczki w sadzie umilkły, nie pamiętała już języka róż. Dni wlokły 
się w nieskończoność, a noce — samotne, czarne, straszne noce, gdy okiennice łomotały 
przerażająco,  a wiatr  zawodził  samotną  pieśń w  wierzchołkach  drzew  wokół Świerkowej 
Kępy — te noce były jeszcze gorsze. Została tylko wielka, bezbrzeżna, bolesna samotność. 
Nie było słodkiego lekarstwa matczynych pocałunków. Nie było Sylvii.

Pewnego wieczoru Marigold usłyszała muzykę dobiegającą z oddali.
— Myślę, że to Sylvia śpiewa na wzgórzu — powiedziała, gdy babcia spytała ją ostro, w 

co się tak wsłuchuje.

background image

Babcia była na siebie zła, bo od razu pomyślała o głupim starym przesądzie Salome, że 

anioły śpiewają dzieciom, które mają wkrótce umrzeć. Teraz babcia zaniepokoiła się już na 
dobre. Z wnuczki została dosłownie skóra i kości. Przez cały miesiąc babcia nie słyszała 
śmiechu   Marigold   i   prześladowała   ją   jej   smutna   twarzyczka.   Co   robić?   Nie   można   było 
martwić Lorraine.

Babcia   kupiła   Marigold   śliczną   sukienkę   ze   srebrzystego   jedwabiu   i   naszyjnik   z 

bladozielonych paciorków. Nikt w całej rodzinie Lesleyów nie miał tak pięknego naszyjnika. 
Marigold włożyła go, z obowiązku podziękowała babci, po czym poszła na werandę i zasiadła 
jak zwykle w fotelu. Babcia pozwalała robić Marigold, co chciała, z wyjątkiem tej jedynej 
rzeczy, która naprawdę miała dla dziewczynki znaczenie. Jednak babci ani przez myśl nie 
przeszło, że t o ma znaczenie.

Marigold mizerniała z dnia na dzień, a babcia odchodziła od zmysłów.
— Gdyby tak żona Horacego była w domu! — szeptała bezradnie.
Jednak wujek Klon i ciocia Marigold wyjechali nad morze, więc babcia wezwała doktora 

Moorhouse’a   —   zresztą   bardzo   dyskretnie,   aby   Lorraine   o   niczym   się   nie   dowiedziała. 
Doktor stwierdził, że dziecku nic nie dolega. Powiedział, że jest trochę osłabione z powodu 
upałów i że potrzebuje dużo snu, jedzenia i świeżego powietrza. Zapisał też jakieś pastylki. 
Marigold łykała je równie posłusznie, jak kiedyś, pod okiem Starej Babci, ale wcale nie czuła 
się lepiej.

— Niedługo będę już spać w pokoju gościnnym,  prawda, babciu? — spytała pewnego 

wieczoru.

Pomarszczona twarz babci wydała się nagle jeszcze starsza.
— Nie   bądź   niemądra,   kochanie.   Wcale   nie   umrzesz,   wkrótce   wyzdrowiejesz   — 

powiedziała bardzo łagodnie babcia.

— Ale ja wcale nie chcę wyzdrowieć — odrzekła Marigold. — Kiedy umrę, nie będę już 

potrzebowała klucza, by przejść na drugą stronę Czarodziejskich Wrót.

Tej nocy babcia nie mogła zasnąć. Przypomniało jej się, co powiedziała kiedyś o Marigold 

cioteczna babka, Elizabeth. „Jest zbyt radosna, aby żyć. To jakaś nieziemska radość”.

Lecz   Elizabeth   była   starą   pesymistką.   Zawsze   przepowiadała   komuś   śmierć.   Raz   na 

dziesięć   przypadków   jej   przepowiednia   się   sprawdzała.   Nie,   nie   ma   co   się   martwić   o 
Marigold.   Dziecko   jest   zdrowe.   Choć   słabe   i   wrażliwe   —   jak   Lorraine.   Gdy   zrobi   się 
chłodniej, Marigold wróci apetyt.

A jednak babcia nadal nie mogła zasnąć. Doszła do wniosku, że jeśli stan Marigold nie 

ulegnie szybko poprawie, trzeba będzie sprowadzić Lorraine.

3

Doktor Adam Clow, profesor psychologii jednego ze znanych uniwersytetów, gawędził z 

babcią, siedząc na werandzie Świerkowej Kępy. Wpatrywał się przy tym w zamglony błękit 
zatoki,   który   kojarzył   mu   się   z   piękną,   nie   uwiecznioną   na   mapach   krainą,   gdzie   mógł 
odnaleźć wszystkie minione wiosny. W ciszy słychać było subtelne odgłosy — przyjazny 
szept drzew, pojękiwanie fal, ulotne westchnienie wiatru. Od strony drogi, gdzie stał dom 
Lazarre’a,   dobiegały   czarodziejskie   dźwięki   skrzypiec   niewidzialnego   muzyka,   zaś   od 
schodów — pomrukiwanie zwiniętych w kłębek czarnych kotów. Te koty — nie poddające 
się zmianom, pozbawione wieku stworzenia — musiały być w Świerkowej Kępie od zawsze i 
będą tam po wsze czasy. Ciekawe, jak wygląda świat w oczach kota — zastanawiał się doktor 
Clow. Mimo rozległej wiedzy psychologicznej nie miał o tym pojęcia.

Doktor   Clow   był   starym   przyjacielem   babci   i   ta   wizyta   stanowiła   dla   niej   wielkie 

wydarzenie. Nie było na świecie człowieka, z którego zdaniem liczyłaby się bardziej niż ze 

background image

zdaniem Adama. Mówił do niej po prostu „Marian”, bo wciąż pamiętał ją jako „tę ładniutką 
panienkę Blaisdell”.

Adam   Clow   był   człowiekiem   wyjątkowym.   Ten   przystojny,   starszy   pan   wiódł   tak 

szlachetne   życie,   że   wprost   biło   od   niego   duchowe   piękno.   Jego   ciemne   oczy   jaśniały 
miękkim blaskiem, a na szczupłej, pomarszczonej twarzy o delikatnych rysach malowało się 
rozmarzenie.   Uśmiech   miał   radosny   i   młodzieńczy,   a   jego   usta   zdradzały   siłę,   czułość   i 
poczucie humoru.

Każdego   roku   przyjeżdżał   w   te   strony,   by   posłuchać   szeptu   świerków   na   rodzinnych 

wzgórzach. Choć wszyscy jego krewni i przyjaciele, poza Marian, odeszli na zawsze — tu 
nadal był jego „dom”. Bo tak jak dawniej, w fioletowe wieczory, o północy w świetle gwiazd, 
a także wczesnym świtem, mruczały tutaj i wzdychały u brzegów zatoki morskie fale. Ze 
wszystkich   ludzi,   którzy   niegdyś   słuchali   ich   szumu   razem   z   nim,   została   tylko   Marian 
Blaisdell — wytworna Marian, dostojna jak królowa. Mógł z nią rozmawiać o urokliwych 
domach, których już nie było, roześmianych dziewczętach z minionych czasów i dawnych 
letnich dniach, przepojonych słodyczą i czarem. Zachwycał się piękną werandą obrośniętą 
dzikim winem i z lubością wpatrywał się w kobietę, która umiała starzeć się z wdziękiem.

— No cóż,  wózek  inwalidzki  i  kleiki   to  jeszcze  nie  dla  mnie   — stwierdziła  babcia   z 

satysfakcją.

Rozmawiali   o   dawnych   i   współczesnych   czasach,   patrząc   na   księżyc   wschodzący   nad 

starymi, znajomymi polami. Doktor Clow opowiadał babci wszystkie dowcipy, jakie tylko 
przyszły mu na myśl. Był jedyną osobą na świecie, która zachowywała się przy Marian tak 
swobodnie. I wreszcie stało się. Babcia — dumna, pełna rezerwy babcia — opowiedziała mu 
wszystko o Marigold. Dziewczynka spała teraz w swym  pokoiku ze łzami zastygłymi  na 
rzęsach. Doktor Clow  nie  wzbudził w niej  zainteresowania.  Gdy zobaczyła  go na progu, 
pomyślała, że jest pewnie taki sam jak babcia i że dawno zapomniał, którędy wiedzie droga 
do Krainy Czarów.

Babcia m u s i a ł a  się komuś zwierzyć. Przyjazd Adama uznała za zrządzenie losu. Zawsze 

bez trudu mówiła mu o różnych rzeczach, choć dzisiaj… Ze zdziwieniem stwierdziła, że 
dzisiaj   niewiarygodnie   trudno   było   jej   powiedzieć   Adamowi   o   historii   z   kluczem   do 
Czarodziejskich Wrót.

— Wygląda na to, że ona n i e   c h c e  wyzdrowieć — zakończył; bezradnie swą opowieść.
— „Jakże żyć z raną w duszy?” — wyrecytował cicho Adam Clow.
— Nie rozumiem — powiedziała babcia z urazą w głosie. — Myślę że… jestem bardzo 

dobra dla Marigold.

— A  j a   myślę — stwierdził stanowczo Adam Clow — że Marigold umiera, gdyż ma 

złamane serce.

Babcia już chciała stwierdzić, że to jakieś banialuki, ale ugryzła się w język. Nie posądza 

się o bajdurzenie profesorów psychologii.

— Nie   chcesz   chyba   powiedzieć,   że   ona   rozchorowała   się,   ponieważ   nie   może   już 

widywać tej całej Sylvii?!

Doktor Clow złączył koniuszki smukłych palców.
— Sądzę, że mógłbym  długo rozwodzić się na temat  neurozy spowodowanej zakazem 

kontaktów z przyjaciółką — powiedział. — Ale daruję — to sobie. Po prostu radzę ci, abyś 
czym prędzej zwróciła Marigold ten klucz.

— Ależ, Adamie! Czy to aby słuszne — popierać te jej… wymysły?
— To nie wymysły. Dla niej — to prawda. Marigold widzi rzeczy, które pozostają dla nas 

niewidzialne.   Jest   królową   w   pięknej   Krainie   Czarów   i   Wyobraźni.   Nie   próbuje   nikogo 
oszukiwać. Ma cudowny dar kreowania własnego świata. Jeszcze ma ten dar. Bo wkrótce, 
gdy dorośnie, utraci go na zawsze i tak jak my pogrąży się w szarej rzeczywistości. Czy nigdy 
tego nie przeżyłaś, Marian?

background image

Nie, nigdy. Babcia westchnęła cicho — i dała za wygraną. Doktor Clow wstał z fotela.
— No, pora na mnie. Jak na starszych państwa, trochę się zasiedzieliśmy.
— Przykro mi, że musisz iść pieszo do Harmony — powiedziała babcia. — Nasz koń 

okulał i nie można go zaprzęgać, a Horacy wyjechał, więc jego samochód…

— Nie lubię jeździć samochodami po ciemku. W samochodzie nie czuje się czaru nocy, 

która ogarnia wszystko wokół. Mam ochotę się przejść. To utrzymuje mnie w formie. Do 
widzenia, Marian, do przyszłego roku. Jutro muszę wracać do pracy.  Gdyby przyszło mi 
zrzucić „ziemską powłokę”, zanim nadejdzie kolejne lato, zachowam dla ciebie moje dowcipy 
i opowiem ci je na tamtym świecie. W końcu, nic nie daje tyle zadowolenia co stara przyjaźń, 
prawda, Marian? A wracając do Marigold — powinniśmy się cieszyć, że dla tego dziecka 
świat nadal jest młody i pełen czarów. Bo tak naprawdę strasznie się nam zestarzał.

4

Nazajutrz rano, po śniadaniu, babcia bez słowa położyła klucz obok niebieskiej miseczki 

Marigold. Marigold podniosła na nią pełne niedowierzania oczy.

— Och, babciu! Mogę… mogę?!
— Tak   —   odpowiedziała   babcia   oschle.   Pomimo   pięknych   słówek   Adama,   nie   była 

zachwycona,   że   musi   ustąpić   tej   smarkuli   Marigold.   Na   dobitkę   Lucyfer   mrugał   do   niej 
bezczelnie żółtym okiem, jakby nieźle ubawił się tą całą aferą.

Przez chwilę Marigold stała bez ruchu, promieniejąc szczęściem. Wyglądała tak, jakby 

spadł  na nią deszcz  radości.  Rzuciła się pędem do pokoju ogrodowego, przebiegła  przez 
Czarodziejskie Wrota, murawę ogrodu. Zdawać by się mogło, że sama Atalanta rzuciła czar 
na jej stopy. Potem przeszła przez Zieloną Bramę i zatrzymała się na chwilę, niemal z lękiem. 
A jeśli Sylvia… Zamknęła oczy i wypowiedziała Zaklęcie.

5

Babcia stanęła o zmierzchu w Czarodziejskich Wrotach. Za świerkowym gajem widoczna 

była   blada   księżycowa   poświata.   Wielkie   gałęzie   śliw   tańczyły   poruszane   zachodnim 
wiatrem. Dochodził też nie słyszany od dawna dźwięk — śmiech Marigold, która żegnała się 
z Sylvią przy Zielonej Bramie.

background image

R

OZDZIAŁ

 

ÓSMY

„T

O

1

Mama wróciła już do domu, z rumieńcami na policzkach, wypoczęta i zdrowa. Tymczasem 

Marigold wybierała się do Błękitnej Plaży, gdzie miała gościć od piątkowego wieczoru do 
niedzieli, innymi słowy — przez weekend, choć w Świerkowej Kępie jeszcze nie przyjęło się 
to określenie. Marigold z wielu powodów była zachwycona perspektywą wyjazdu. Przede 
wszystkim dlatego, że miała spotkać się z Nancy, fascynującą, rudowłosą Nancy o piwnych 
oczach.   Będą   bawić   się   razem   pięknym   serwisem,   przechowywanym   w   małym, 
kwadratowym kredensie ze szklanymi drzwiczkami. Nie koniec na tym. Marigold miała także 
spędzić  dwie noce w niezwykłym  pokoju Nancy.  Była  tam toaletka  z różowym  obiciem, 
przykryta   falbaniastym,   białym   muślinem,   turkusowoniebieski   dzbanek   i   miska   o 
żłobkowanych brzegach oraz tapeta ścienna w pawie. Będą z Nancy zwierzać się sobie z 
cudownych  sekretów, o których  nikt na świecie  nie ma  pojęcia. Dom cioci  Stelli  stoi w 
pobliżu torów, więc Marigold czeka jeszcze przyjemność oglądania przejeżdżających w nocy 
pociągów. Z tymi swoimi światłami wyglądają jak ogromne smoki ziejące ogniem i dymem.

Jakby tego było mało — w sobotnie popołudnie miało się odbyć przyjęcie u Lily Johnson, 

mieszkającej naprzeciw domu cioci Stelli. Marigold została na nie zaproszona i dostała nawet 
z tej okazji śliczną, nową sukienkę.

Trzeba też dodać, że Błękitna Plaża znajdowała się w magicznej strefie „za zatoką”, gdzie 

o zachodzie słońca rozciągały się zamglone brzegi skryte w bladozłocistym zmierzchu. Kto 
wie, może tym razem uda jej się dotrzeć do Błękitnego Przylądka i zobaczyć, co znajduje się 
za nim?  Ujrzeć  Ukrytą  Krainę,  o której  marzy przez  całe  życie.  Nigdy nie  ośmieliła  się 
spytać, co jest za Błękitnym Przylądkiem, w obawie, że usłyszy, iż są tam takie same jak po 
tej   stronie   zatoki   czerwone   zakola   oraz   cyple   otoczone   niebieską,   jedwabistą   wodą.   Bez 
wątpienia   tam   musi   być   coś   więcej.   Wystarczy   tylko   dotrzeć   do   odległego,   skrytego   w 
fioletowawej mgle przyczółka „zaczarowanej krainy”, o której mówiła ciocia Marigold.

Dopóki   Marigold   nie  w i e d z i a ł a ,   że   takie   miejsce   nie   istnieje,   mogła   hołubić   swe 

marzenie.

Zależało jej na wizycie w Błękitnej Plaży także z tego względu, że chciała wymazać z 

pamięci wszystkich hańbę, którą okryła się trzy lata wcześniej, gdy tak okropnie zachowała 
się u wujka Paula. Wujek Paul przy każdym spotkaniu dokuczał jej z tego powodu, a ciocia 
Flora   wciąż   żywiła   do   niej   urazę,   choć   oboje   musieli   przyznać,   że   gdyby   nie   naganne 
zachowanie   Marigold,   dom  Martina   Richardsa   spłonąłby  doszczętnie,   zaś   Frank  Lesley   i 
Hilda Wright pewnie nigdy by się nie pobrali. A jednak Marigold wiedziała, że zachowała się 
wtedy źle, i pragnęła zmienić wyobrażenie o sobie.

Patrząc z werandy Świerkowej Kępy, mogła dostrzec po drugiej stronie zatoki trzy stojące 

w szeregu domy. Trzy białe punkciki, odległe zaledwie o sześć mil w linii prostej, lecz aż o 
piętnaście, gdy jechało się tam wokół przylądka. Dziewczynka myślała z zachwytem, że jeśli 
wujek Klon zdąży wrócić z wybrzeża do piątkowego wieczoru, przewiezie ją na drugą stronę 
zatoki swą nową motorówką.

Środkowy biały punkcik to właśnie dom cioci Stelli. Kryje w sobie wiele niespodzianek, 

jak owe domy widywane w snach, domy, w których wciąż odkrywa się nowe, niezwykłe 
pokoje.   Stoją   tam   lampy   o   szklanych   kloszach   i   knotach   z   czerwonej   flaneli.   W 
zachwycającym, dzikim ogrodzie sękate, stare jabłonie chylą gałęzie nad gąszczem białej, 
rozsiewającej   słodką   woń   koniczyny,   kępami   mięty   i   bylicy   bożego   drzewka,   krzewami 

background image

kapryfolium i czerwonych róż, a zielona od mchu ścieżka wiedzie do obrośniętych bluszczem 
drzwi.   O   tak,   Błękitna   Plaża   jest   czarującym   miejscem   i   Marigold   przez   cały   tydzień 
poprzedzający wizytę nie mogła z emocji spać i prawie nic nie jadła.

Naturalnie, jak to zwykle bywa, owa beczka miodu miała w sobie i łyżkę dziegciu. Weźmy 

choćby ciocię Stellę, której Marigold zawsze trochę się bała i która nie była właściwie żadną 
ciocią,   lecz   kuzynką.   Miała   pełną   tragizmu,   pomarszczoną   twarz,   a   o   dawnej   urodzie 
świadczyły jedynie jej wielkie, ciemne oczy. Zawsze chodziła ubrana czarno, we wdowim 
welonie, i nigdy, przenigdy się nie uśmiechała. Marigold przypuszczała, że kobieta, której 
mąż zaledwie w kilka minut po ślubie pada rażony gromem, nie może się śmiać… Jednak 
zastanawiała się, co by było, gdyby ją spotkało coś podobnego. Chyba od czasu do czasu — 
oczywiście po upływie iluś tam lat — nie mogłaby powstrzymać się od uśmiechu. Tyle rzeczy 
na świecie zasługiwało na uśmiech.

W   dodatku   ciocia   Stella   była   małostkowa,   nawet  b a r d z o   małostkowa,   pomimo 

romantycznej   aury,   jaka   ją   otaczała.   Okruszek   na   dywanie   mógł   stać   się   powodem 
całodziennej niedyspozycji, a mucha i suficie przyprawiała ciocię o straszliwą migrenę. Jeśli 
ktoś   zrobił   plamę   na   obrusie,   mierzyła   go   takim   spojrzeniem,   jakby  naraz   zła   wszystkie 
dziesięć przykazań. Marigold wiedziała, że musi zachowywać się niezwykle poprawnie w 
Błękitnej Plaży, aby nie splamić honoru Świerkowej Kępy.

O wiele bardziej dziewczynka lubiła łagodną kuzynkę Teresę, obdarzoną jakimś kocim 

powabem. Teresa była siostrą cioci Stelli, ale nigdy nie nazywano jej ciocią, bo jakoś to do 
niej nie pasowało. Potrafiła zachowywać się jak mała dziewczynka, jednak tylko wtedy, gdy 
nie było w pobliżu ciotki Stelli, co zdarzało się niestety bardzo rzadko.

Wreszcie   trzeba   wspomnieć   o   Beulah,   siostrze   Nancy.   Obie   dziewczynki   były 

siostrzenicami   ciotki   Stelli,   córkami   jej   zmarłej   siostry.   Chociaż   Marigold   przepadała   za 
Nancy, niemal tak jak za Sylvią, Beulah nie lubiła wcale. Ani trochę. W głębi duszy była 
przekonana, że Beulah jest jak wredny,  mściwy kot. W końcu to ona kiedyś  naumyślnie 
wepchnęła Marigold w krzaki rzepu, to ona powiedziała, że mama była rozczarowana, iż 
Marigold nie urodziła się chłopcem. Marigold nigdy nie ośmieliła się zapytać o to mamy, w 
obawie, że potwierdzą się słowa Beulah. Jednak tkwiły one boleśnie w jej sercu tak samo, jak 
nienawiść do Clementine.

2

Marigold wyglądała jak spod igły, gdy — z nową sukienką i najlepszą koszulą nocną w 

torbie — wyruszała ze Świerkowej Kępy. W takim też stanie przybyła do Błękitnej Plaży, 
akurat   w   porze   kolacji,   do   której   zaraz   zasiadła   wraz   z   domownikami.   Ciocia   Stella 
przywitała dziewczynkę uprzejmie, choć jak zawsze w jej głosie pobrzmiewała uprzykrzona 
skarga. Kuzynka Teresa ucałowała małą, mrucząc jak kot, Nancy wyściskała ją gorąco, nawet 
Beulah raczyła podać jej rękę i musnąć ustami policzek.

Marigold była głodna, a kolacja zapowiadała się wspaniale. Niebieskie spodeczki były 

szczodrze  wypełnione  malinami,  a do sporej  porcji śmietany,  nalanej  przez ciocię  Stellę, 
kuzynka   Teresa   dołożyła   jeszcze   odrobinę.   Nancy,   siedząca   po   przeciwnej   stronie   stołu, 
uśmiechała się Marigold radośnie. „Czekaj no tylko, aż znajdziemy się w łóżkach. Mam ci 
t y l e  do opowiedzenia!” — zdawały się mówić jej oczy.

Pomimo obecności Beluah, cioci Stelli i koszmarnie nienagannego porządku, jaki panował 

wokół, Marigold poczuła dziki przypływ szczęścia. Była zbyt szczęśliwa. Bogowie tego nie 
lubią.

I wtedy — stało się.
Marigold siedziała w miejscu, gdzie słońce roztaczało swój wieczorny blask, rozjaśniając 

background image

jej   złociste   włosy.   Nagle   ciocia   Stella   pochyliła   się   do   przodu   i   wbiła   wzrok   w   głowę 
Marigold.   W   jej   oczach   pojawił   się   wyraz   głębokiego   przerażenia.   Zaczerpnęła   tchu   i 
spojrzała   ponownie.   Potem   popatrzyła   na   Teresę,   schyliła   się   i   zaczęła   szeptać   coś   z 
ożywieniem.

— Niemożliwe — powiedziała kuzynka Teresa.
— Sama zobacz — ponagliła ciocia Stella.
Kuzynka Teresa wstała z miejsca i obszedłszy stół zbliżyła się do osłupiałej Marigold, 

która domyślała się, że wydarzyło się coś okropnego, lecz pojęcia nie miała co. Była tak 
poruszona, że — o zgrozo! — wylała herbatę na spodek.

— O mój Boże! — jęknęła kuzynka Teresa, bynajmniej jednak nie z tego powodu. — Cóż 

my poczniemy? Co robić?!

Wpadła chyba na jakiś pomysł, bo nagle Marigold poczuła na głowie lekkie dotknięcie. 

Potem kuzynka Teresa wybiegła z pokoju, a gdy za chwilę wróciła, wyglądała, jakby miała 
zaraz zemdleć.

— Sądzisz, że może ich być więcej? — spytała ciocia Stella grobowym głosem.
— Nie w i d z ę  ich więcej — odparła Teresa.
Beulah parsknęła szyderczo, a Nancy posłała Marigold współczujące spojrzenie.
— Co się ze mną dzieje? — zawołała Marigold.
Nikt nie zwrócił na to uwagi.
— Czy   mamy  g r z e b y k ?   —   spytała   zażenowana   kuzynka   Teresa.   Ciocia   Stella 

stanowczo zaprzeczyła ruchem głowy.

— Nigdy nie miałyśmy. Nie było takiej potrzeby, dzięki Bogu. Marigold nie mogła się 

połapać, o co właściwie chodzi. Dlaczego twierdzą, że w Błękitnej Plaży nie ma grzebieni, 
skoro sama widzi ich pełno — po jednym w każdej sypialni i jeden w kuchni.

— Ja mam grzebyk w torbie — oświadczyła z zapałem.
Ciocia Stella popatrzyła na nią uważnie.
— Grzebyk? Chcesz przez to powiedzieć, że przysłali cię tu w i e d z ą c  o…
— Nie   o   taki   grzebień   chodzi   —   szepnęła   kuzynka   Teresa.   —   Och,   Stello,   co   my 

poczniemy?

— Przede wszystkim  musimy trzymać  ją z dala od Beulah i Nancy.  Zaprowadź ją do 

pokoju gościnnego, Tereso, niech tam posiedzi, zanim się naradzimy, co robić. Idź z Teresą, 
dziecko, ale już! I nie zbliżaj się do łóżka. Siądź na zydelku koło okna. Jeśli nie skończyłaś 
kolacji, weź sobie kawałek ciasta albo ciasteczko.

Marigold nie chciała ciasta ani ciasteczek. Chciała się wreszcie dowiedzieć, co się z nią 

dzieje.   Nie   ośmieliła   się   spytać   o   to   ponownie   cioci   Stelli,   lecz   na   schodach   zaczęła 
molestować   kuzynkę;   Teresę,   by   wyjaśniła   jej   przyczynę   obelżywego   i   pełnego   pogardy 
traktowania. Marigold nie użyła, rzecz jasna, tych słów, lecz tak właśnie czuła.

— Ciii — szepnęła nerwowo kuzynka Teresa, jakby ściany wokół miały uszy. — Im mniej 

się o TYM mówi, tym lepiej. Oczywiście nie sądzę, abyś w czymś zawiniła. Ale to wprost 
okropne!

3

Marigold została sama w pokoju gościnnym. Była upokorzona, wystraszona i trochę zła, 

gdyż Lesleyowie znani są ze swego temperamentu, a sposób, w jaki ją potraktowano, był 
oburzający. Jakiż nienawistny uśmieszek dostrzegła na twarzy Beulah! Marigold podeszła do 
zmatowiałego lustra i badawczo przyjrzała się swojej twarzy oraz gładko uczesanej główce. 
Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Dlaczego więc ciocia Stella patrzyła na nią z 
taką zgrozą?

background image

Marigold uznała, że na pewno zapadła na jakąś straszliwą chorobę. Tak, bez wątpienia. Na 

przykład trąd. Co będzie, jeśli jest chora na trąd albo ospę? Albo tę straszną rzecz, którą 
wujek   Klon   nazywał   beztrosko   T.B.

*

  Słyszała   też   o   jakimś   „dziedzicznym”   schorzeniu 

Lesleyów. Agatha Lesley na to umarła. Coś z sercem. Jednak TO miało najwyraźniej związek 
z głową. Marigold zaczęła się zastanawiać, czy choroba okaże się śmiertelna i ile życia jej 
pozostało. Myślała z rozrzewnieniem, że jest zbyt młoda, by umierać. Och, jeśli jest aż tak 
źle, musi jak najszybciej wrócić do domu. Czarująca Błękitna Plaża była teraz miejscem, z 
którego trzeba jak najprędzej się wydostać. Biedna mama, jak bardzo się zasmuci…

Marigold   zdała   sobie   nagle   sprawę,   że   ciocia   Stella   i   kuzynka   Teresa   rozmawiają   w 

saloniku znajdującym się pod pokojem gościnnym. Przy oknie, w podłodze znajdował się 
mały okratowany otwór. Marigold wiedziała, że nie wolno podsłuchiwać, ale czuła, że istnieją 
wyjątki   od   każdej   reguły.   Musiała   przecież   się   dowiedzieć,   co   dzieje   się   z   jej   głową. 
Ostrożnie   położyła   się   na   szmacianym   dywaniku   i   przyłożyła   ucho   do   ciepłej   kratki. 
Stwierdziła, że słychać całkiem nieźle, z wyjątkiem tych chwil, gdy ciocia Stella, w nagłym 
przypływie przerażenia, zniżała głos. Wówczas cichy szmer stawał się nie do zniesienia i 
dziewczynkę opadały czarne myśli.

— Nie   możemy   puścić   jej   na   przyjęcie   —   stwierdziła   ciocia   Stella.   —   Jeszcze   ktoś 

zobaczy! Jak świat światem nic takiego nie zdarzyło się nikomu z Lesleyów!

— Owszem, zdarzyło się Charlotte Lesley, kiedy zaczęła chodzić do szkoły.
Charlotte  Lesley już nie żyła.  Marigold ciarki  przeszły po plecach.  No tak, na pewno 

zmarła na TO.

— Dan też to miał — ciągnęła kuzynka Teresa. — Pamiętasz Dana?
— Chłopiec to co innego. Poza tym  wiesz, co z niego wyrosło — żachnęła się ciocia 

Stella.

C o  wyrosło z Dana? Marigold dałaby wszystko, by się dowiedzieć.
— Taka hańba — usłyszała  Marigold po kolejnej, wypełnionej  szmerami  przerwie. — 

Trzeba ją będzie ogolić do gołej skóry — biadoliła kuzynka Teresa. — Choć przypuszczam, 
że mogłybyśmy spróbować zdobyć grzebyk…

— Nie kupię czegoś takiego na oczach ludzi — stwierdziła kategorycznie ciocia Stella.
— A gdzie ją przenocujemy? — jęknęła Teresa. — Nie możemy jej raz odwieźć do domu. 

Czy będzie spać w pokoju gościnnym?

— Nie, nie, tylko nie tam. Nie byłabym już nigdy pewna tego łóżka. Musimy ulokować ją 

w pokoju Annabel.

— Ale Annabel tam umarła — zaprotestowała kuzynka Teresa.
— Marigold o tym nie wie — powiedziała ciocia Stella.
No  cóż,   Marigold   właśnie   się  dowiedziała.   Nie   obchodziło   jej   jednak   wcale,   ile   osób 

zmarło w pokoju Annabel. Martwiła się tylko tym, że nie będzie mogła spać razem z Nancy. 
Rozczarowało ją to o wiele boleśniej niż zakaz pójścia na przyjęcie.

— Może nie ma ich więcej? — powiedziała z nadzieją w głosie kuzynka Teresa.
— Na pewno ma — orzekła posępnie ciocia Stella.
I nagle Marigold olśniło. Zarazki! Tak, z pewnością chodzi o te tajemnicze, straszliwe 

stworzenia,   o   których   mówiła   kiedyś   ciocia   Marigold.   A   zatem   była   —   kim?   —   aha, 
nosicielem zarazków. Zarazków, których prawdopodobnie nigdy się nie pozbędzie. Zostanie 
wyrzutkiem   społeczeństwa!   Drobna   twarzyczka   dziewczynki   ściągnęła   się   z   przerażenia, 
jakby owiał ją nagle mroźny podmuch.

Ciocia Stella i kuzynka Teresa wychodziły właśnie z saloniku. Marigold wstała z podłogi i 

przycupnęła   żałośnie   pod   oknem.   Czuła,   jakby   lata   całe   minęły   od   popołudnia,   gdy 
opuszczała dom, taka szczęśliwa i beztroska, zupełnie nieświadoma, że ma TO. Spojrzała 
przez   okno.   Daleko,   na   horyzoncie,   tam   gdzie   kończy   się   świat,   sunął   po   morzu   mały, 

* T.B. — tuberculosis, czyli gruźlica (przyp. tłum.)

background image

samotny stateczek. Samotna, czerwona droga okrążała Błękitną plażę, ginąc w mroku. Dął 
samotny, czarny wiatr. Marigold zawsze czuła, że wiatry mają różne kolory, a ten był bez 
wątpienia czarny.  Wszystko było czarne. Nici z przyjęcia,  nici z upragnionej rozmowy z 
Nancy. Nic, tylko zarazki.

4

Marigold spała, czy też raczej — nie spała w pokoju Annabel. Wcale nie czuła lęku, choć z 

sufitu spozierała na nią czarna, złowieszcza  klapa. Czymże  jednak były jakieś  tam klapy 
przeznaczone dla duchów, diabły i różne inne strachy w porównaniu z koszmarem TEGO? 
Zaczęło padać i jodłowe gałęzie waliły w okna. Koce, które kuzynka Teresa zapobiegliwie 
położyła   na   łóżku,   jako   że   czerwcowa   noc   była   chłodna,   cuchnęły   naftaliną.   Gdyby   tak 
Marigold mogła znaleźć się teraz we własnym łóżku, w pachnącej pościeli! Myślała, że ta noc 
już nigdy się nie skończy.

Śniadanie  musiała   zjeść  sama,   przy  stoliku   w  kuchennym  kącie.  W   pewnej  chwili  do 

kuchni wślizgnęła się Nancy i przycupnęła obok Marigold.

— Nie dbam o to, że j e  masz, kocham cię tak samo jak przedtem — zapewniła lojalnie.
— Nancy Walker! Natychmiast wyjdź stamtąd! — dobiegł zza drzwi ostry głos Beulah. — 

Ciocia Stella powiedziała, że masz się do niej nie zbliżać! Nancy wybiegła z kuchni, zanosząc 
się płaczem.

— Och, tak mi ciebie żal! — rzuciła Beulah pod adresem Marigold. Trudno było znieść 

złośliwy uśmieszek Beulah, a jeszcze bardziej jej litość. Marigold powlokła się smętnie do 
pokoju Annabel, gdzie zastała łóżko odarte z całej pościeli. Przez okno dostrzegła kuzynkę 
Teresę, krzątającą się nad baliami w pralni, i Nancy, która przechodziła właśnie na drugą 
stronę   drogi.   Niosła   do   Johnsonów   wielki   pęk   fioletowych   i   żółtych   irysów,   by   pomóc 
udekorować dom na przyjęcie.

Po przeciwnej stronie zatoki widać było zamgloną plamkę — kochaną Świerkową Kępę, 

ukochany dom. Gdyby tylko mogła się tam znaleźć! Jednak ciocia Stella zapowiedziała, że 
odwiozą ją dopiero po przyjęciu. Do Błękitnej Plaży podpełzały mgły,  powoli ogarniając 
zatokę, odległy brzeg ze Świerkową Kępą, a wreszcie — cały świat. Dziewczynka była we 
wszechświecie sama, sama ze swą straszną, tajemniczą hańbą. Hart ducha opuścił wreszcie 
biedną Marigold Lesley. Załamała się i wybuchnęła płaczem.

Wieczorem kuzynka Teresa odwiozła ją do domu. I znów wracała z wizyty okryta hańbą. 

Gdy przybyły do Świerkowej Kępy, okazało się, że mama wyjechała. Wybrała się z wizytą do 
kogoś   w   South   Harmony,   sądząc,   że   Marigold   wróci   dopiero   w   niedzielę   wieczorem. 
Marigold poczuła, że tego już nie zniesie.

Kuzynka Teresa zaczęła szeptać coś babci na ucho.
— Nie może być! — wykrzyknęła poirytowana babcia.
— Znalazłyśmy jedną — stwierdziła z przekonaniem kuzynka Teresa.
Jedną — ale c o  to właściwie jest? Och, gdyby Marigold wiedziała!!
— Tylko jedną? — Z tonu babci wynikało, że Stella robi z igły widły.
— Czy masz… grzebyk? — spytała szeptem kuzynka Teresa.
Babcia skinęła wyniośle głową. Zabrała Marigold do swego pokoju na górę i bezlitośnie 

wyczesała ją dziwacznym grzebyczkiem, jakiego Marigold nigdy w życiu nie widziała. Potem 
sprowadziła ją na dół.

— Nic nie ma — orzekła oschłym tonem. — Stelli musiało się ubrdać.
— Widziałam na własne oczy — odparła nieco opryskliwie kuzynka Teresa. I odjechała 

urażona.

Niepocieszona Marigold usiadła na schodkach werandy. Nie ośmieliła się spytać o nic. 

background image

Babcia   była   poirytowana,   a   w   takich   razach   zamykała   się   w   sobie.   Zresztą   zdołała   już 
wpędzić dziewczynkę w poczucie winy. Marigold zdawało się, że uczyniła coś straszliwie 
hańbiącego, niegodnego Lesleyów, choć nadal nie miała bladego pojęcia, co takiego zrobiła i 
za co ponosiła odpowiedzialność. Och, gdyby tak mama była w domu!

Wówczas   przyjechała   ciocia   Marigold   —   prawie   tak   dobra,   tak   łagodna,   czuła   i 

rozumiejąca   jak   mama.   Po   rozmowie   z   babcią   przyszła   do   Marigold   i   powiedziała   ze 
śmiechem:

— A więc twoja wyprawa skończyła  się „gręplowaniem”  włosów? Nic się nie martw, 

skarbie! Zdaje się, że była tylko jedna.

— Ale  c o ?   —   spytała   żarliwie   dziewczynka.   Czuła,   że   dłużej   nie   zniesie   tego 

koszmarnego napięcia. — Ciociu Marigold, błagam cię, powiedz, co się stało z moją głową?

— Kochana dziecinko, nie chcesz chyba powiedzieć, że nie wiesz? — zdumiała się ciocia.
Marigold skinęła głową, a jej oczy przypominały mokre bratki.
— M u s z ę   się   wreszcie   dowiedzieć   —   powiedziała   z   rozpaczą.   Ciocia   Marigold 

wyjaśniła jej wszystko.

— To   może   się   przytrafić   każdemu   dziecku,   które   chodzi   do   szkoły   —   zakończyła 

pocieszająco.

— Phi, i to wszystko? — zdziwiła się Marigold. — Pewnie nabawiłam się TEGO, gdy 

przedwczoraj zamieniłam się na kapelusze z tą nową dziewczynką.

Miała ochotę krzyczeć ze szczęścia. Czy niebo było kiedykolwiek tak rozgwieżdżone jak 

tego wieczoru? A sierp księżyca, otulony mgłą — taki śliczny? A te pląsające światła po 
drugiej stronie zatoki? Na drodze pies Lazarre’a i pies Phidime’a, najgłośniej jak tylko mogły, 
dawały wyraz swym uczuciom. W świerkowym zagajniku mieszkała Sylvia. Było zbyt późno, 
by ją teraz odwiedzić, ale Marigold zrobi to rano. Posłała w stronę wzgórza całusa. Nie jest 
nosicielem   zarazków.   Nie   ma   trądu.   Ciocia   Stella   narobiła   zamieszania   z   powodu   takiej 
drobnostki.   Marigold   pomyślała   z   goryczą   o   przyjęciu,   sukience,   której   nie   miała   okazji 
włożyć, straconych dwóch nocach z kochaną Nancy.

— Ciocia Stella jest… — zaczęła ciocia Marigold, ale wnet ugryzła się w język, myśląc o 

lojalności, którą trzeba wpajać młodemu pokoleniu.

— Starą wariatką — dokończyła Marigold słodko, acz dobitnie.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DZIEWIĄTY

B

OŻE

 N

ARODZENIE

 

U

 L

ESLEYÓW

1

U   Lesleyów  istniała   tradycja  uroczystych  zjazdów   rodzinnych   w  czasie  Świąt   Bożego 

Narodzenia, a tego roku taki zjazd miał się i być w Świerkowej Kępie. Zdarzało się to po raz 
pierwszy w życiu Marigold, więc z radością wyczekiwała świąt. Będąc Lesleyówną z krwi i 
kości, kochała, sama o tym nie wiedząc, wszystkie zwyczaje, wierzenia, przesądy i sentencje 
dotyczące   starego   klanu.   Były   one   niewzruszone   jak   prawo.   Stanowiły   cząstkę   tego 
„interesującego” świata, w którym żyła. Ten świat nigdy nie nudził Marigold, obdarzonej — 
niby talizmanem — mocą nadawania blasku szarej rzeczywistości. Zdaniem cioci Marigold, 
dziewczynka widziała nie tylko rzeczy, lecz; że ich dusze.

Rozpoczęły   się   przedświąteczne   przygotowania.   Babcia,   i   Salome   pracowały   jak 

niewolnice, szorując Świerkową Kępę od piwnic aż po strych. Ostatni tydzień przeznaczono 
na gotowanie. Mierzeniu, ważeniu, mieszaniu  wprost nie było  końca! Mama  uważała,  że 
poczynają sobie za rozrzutnie, lecz tym razem babcia nie liczyła z kosztami.

— Znam   wiele   rzeczy,   które   stawały   się   modne   albo   wychodziły   z   mody,   lecz   dobre 

jedzenie to rzecz ponadczasowa — zawyrokowała.

Marigold rozpływała się z zachwytu, gdyż pozwolono jej pomagać w przygotowaniach. 

Jak   przyjemnie   było   ubijać   pianę   z   białek   aż   chwili,   gdy   nie   wylewała   się   z   miseczki 
przekręconej do góry dnem. A ile było zabawy z łuskaniem orzechów! Babcia przygotowała 
wielką   salaterkę   kremu   Devonshire,   a   mama   babeczki,   które   ozdobione   gałązkami 
ostrokrzewu, miały być podawane z gorącym leguminowym nadzieniem, jako że chłodnych 
babeczek  w Świerkowej Kępie nie  uznawano. Było  też ciasto z trzydziestu  trzech  jaj  — 
ekstrawagancja,   na   którą   pozwalano   sobie   w   Świerkowej   Kępie   tylko   z   okazji   zjazdów. 
Salome napiekła całe pudło swoich słynnych „hop — smaczków” — rozkosznych, pękatych 
ciastek z rodzynkami,  polanych  lukrem i posypanych  różowymi  cukiereczkami.  Marigold 
wiedziała, że Salome przygotowywała hop — smaczki z myślą o niej i innych dzieciach.

Poza  tym  Marigold  musiała   wyuczyć   się  recytacji.  Przemówienia,  piosenki  i  recytacje 

składały się na tradycyjny program zjazdów świątecznych. Spotkanie odbywało się zwykle w 
salonie, po kolacji, gdy gospodynie sprzątały i zmywały talerze. Ciocia Marigold wyszukała 
dla dziewczynki uroczy fragmencik, a mama uczyła ją odpowiedniej gestykulacji i modulacji 
głosu. Marigold miała po raz pierwszy w życiu wystąpić publicznie i bardzo chciała dobrze 
wypaść. Była zresztą przekonana, że jej się to uda. Znała swój „kawałek” tak świetnie, że 
mogłaby recytować go stojąc na głowie, a przy każdej kwestii, jak na zawołanie, nasuwał jej 
się odpowiedni gest, całość zaś wieńczył pełen gracji dyg, którego mama uczyła ją z takim 
poświęceniem. Beulah miała być także obecna i Marigold była przekonana, że wspomniany 
dyg po prostują dobije.

Wreszcie nadszedł wielki świąteczny dzień. Za oknami było szaro, szalał sztorm. Śnieg 

zapełnił  opustoszałe  gniazda  na klonach i otoczył  smutną,  czarną zatokę łąkami  bieli.  W 
domu   zaś   panowała   wesołość   i   niepowtarzalny   świąteczny   nastrój.   Balustradę   schodów 
oplatały zielone girlandy, na oknach wisiały szkarłatne wieńce. Wielki kredens zamienił się w 
rozkoszną górę smakołyków. Ubito śmietanę do bananowego ciasta, rozpalony piec kuchenny 
wyśpiewywał swój bukowo–klonowy poemat, a Salome szarogęsiła się jak nigdy. Łóżko w 
pokoju gościnnym wyglądało tak ładnie, że aż żal było pozwolić komuś tam spać. Poduszki 
obleczono w nowe, szydełkowe poszewki babci, a mama umieściła pod nimi płaskie woreczki 
z   lawendą.   Choinka   stojąca   w   holu   była   obwieszona   ślicznymi   czerwonymi,   złotymi, 

background image

niebieskimi i srebrnymi bombkami, jakby nadmuchanymi przez wróżki. Wszyscy ubrali się 
odświętnie — mama włożyła brązową aksamitną suknię i bursztynowe kolczyki, babcia swą 
najlepszą suknię z czarnego jedwabiu, którą ozdobiła cudownym szalem z purpurowej krepy. 
Przez cały rok ów szal, owinięty w perfumowaną bibułkę, spoczywał w najniższej szufladzie 
komódki   w   pokoju   gościnnym.   Wyjmowano   go   tylko   z   okazji   uroczystości   rodzinnych. 
Nawet Lucyfer miał nową, szkarłatną, jedwabną wstążeczkę na szyi, co uważał za przejaw 
czczej próżności i zakłócanie jego spokoju ducha.

Marigold   uznała,   że   jak   dotąd   dzień   Bożego   Narodzenia   był   cudowny.   Dostała   od 

wszystkich prześliczne prezenty. Nawet Lazarre coś jej podarował. Była to mysz ze lśniącego 
metalu, z miękkim aksamitnym grzbietem, poduszeczką do igieł. W skrytości ducha Marigold 
uważała, że mysz jest raczej ohydna, wyglądała, jakby była… niezdrowa. Ale by nie ranić 
uczuć   Lazarre’a,   dziewczynka   oczywiście   nie   dała   nic   po   sobie   poznać.   Kolejny   raz 
pomyślała, jakim błogosławieństwem jest to, że ludzie nie znają myśli swych bliźnich.

3

Patrzenie z okna pokoju Salome na przybywających gości sprawiało, Marigold nie lada 

przyjemność.  Ukryta  za liśćmi bluszczu i petunii, tworzącymi  zielony parawan, czuła się 
bezpiecznie, ponieważ nikt jej tam nie widział. Nie mogła jej też przyłapać babcia, która 
„filowanie” na gości uważała za szczyt złego wychowania. Może i miała rację, ale trudno 
było zrezygnować z tak interesującego zajęcia. Z samochodów, powozów i łodzi wysiadali 
właśnie ludzie — zdziwiliby się, ile wie o nich Marigold, którą nadal uważali za malutkie 
dziecko.

Choćby taki syn wuja Petera, Pete, który dolał swojej cioci do wina whisky i kompletnie ją 

upił. Wyglądał tak niewinnie i gapowato, że nikomu nie przyszłoby do głowy, iż jest zdolny 
do podobnych żartów. Jednak nigdy nic nie wiadomo. Weźmy choćby ciocię Katherine, która 
— jak twierdził wujek Klon — jest wiedźmą i nocą zamienia się w szarego kota. Marigold 
właściwie już w to nie wierzyła, lecz lubiła zabawiać się tą myślą. Ciocia Katherine naprawdę 
wygląda jak szara kotka.

Szczególnie, gdy włoży na siebie szare palto lamowane szarym futerkiem. Lecz jej różana, 

uśmiechnięta twarz wcale nie jest wiedźmowata. Jednakże wujek Klon twierdzi, że wiedźmy 
o niewinnym wyglądzie są właśnie najgorsze.

Oto nadchodzą razem aleją wujkowie Mark i Jeny. Kiedyś pokłócili się w czasie Świąt 

Bożego Narodzenia i wujek Mark pociągnął  wujka Jerry’ego  za nos. Lata upłynęły,  nim 
zaczęli ponownie ze sobą rozmawiać, lecz wyglądało na to, że teraz są w świetnej komitywie. 
Przybyła  już nawet stara ciocia Kitty — bardzo daleka kuzynka — w towarzystwie wuja 
Jarvisa i cioci Marcii. Kiedyś wychyliła się z pierwszej ławki na galerii kościoła w Harmony, 
by zobaczyć, kto siedzi na dole, i spadł jej z głowy czepek. Omal nie wypadła przez barierkę, 
desperacko starając się go złapać. Na szczęście stary pan Peasely przytrzymał ciotkę Kitty za 
spódnicę. Przystrojony kwiatami i pawimi piórami czepeczek był dość ekstrawagancki, więc 
jego lot wywołał nie lada sensację, zwłaszcza że złośliwym zrządzeniem losu czepek ów 
wylądował wprost na łysej głowie Ełdera Beamisha. Rodzina Beamishów i rodzina cioci Kitty 
(Marigold nie pamiętała jej nazwiska) nigdy specjalnie się nie lubiły, a ten incydent jeszcze 
pogorszył sprawę. Ciocia Kitty kuśtykała teraz aleją, wsparta na lasce, i wyglądała bardzo 
dystyngowanie.   Wujek   Klon   twierdzi   jednak,   że   w   swoim   czasie   szalona   z   niej   była 
dziewczyna.

Ciocia Clo rzeczywiście jest ciocią któregoś z Lesleyów, choć Marigold nigdy nie pamięta 

czyją. Nie lubi jej, tak samo jak wujek Klon, który utrzymuje, że Clo jest zbyt szpetna, by 
żyć.

background image

— Pod skórą jest na pewno godna miłości — powiedziała kiedyś ciocia Marigold, będąca 

świeżo po lekturze Kiplinga.

— Niech więc ją zdejmie, u licha! — odpalił wujek.
Martin,   syn   wuja   Archibalda,   i   jego   żona   Jenny   z   powodu   notorycznych   kłótni   są 

przedmiotem   żartów,   choć   ciocia   Marigold   twierdzi,   że   w   przerwach   między   kłótniami 
kochają  się  wystarczająco   mocno,  by je  zrekompensować.   Marigold  widziała,   jak  Martin 
zostawił samochód przy bramie, po czym stanął pod sosną, przyciągnął Jenny do siebie i 
zaczął ją całować. Jednak potem, przy stole, jeszcze przed końcem obiadu, obrzucali się, ku 
zgorszeniu   całej   rodziny,   okropnymi   wyzwiskami.   Marigold,   słuchając   zaskakujących 
epitetów, myślała o owym długim pocałunku pod sosną. Czyż taki pocałunek nie jest wart 
wielu gorzkich słów?

Oto Ciocia Sybilla, która „wdała się w spirytualizm”. Marigold wie, w czym rzecz, ale 

słowo to kojarzy jej się mgliście ze spirytusem. A jednak ciocia Sybilla nie wygląda na kogoś 
t a k i e g o .

Śmiech wuja Charlesa grzmi w całym ogrodzie, z boku zaś idzie George Lesley. Wszyscy 

mówią,   że   źle   skończy.   Spekulacje   dotyczące   owego   „fatalnego   końca”   są   niezwykle 
interesujące.   George   Lesie   ma   poślubić   Mary   Patterson.   George   podoba   się   Marigold. 
„Szkoda, że nie zaczeka, aż dorosnę — myślała. — Jestem pewna, że wolałby mnie od Mary, 
która wcale nie jest zabawna. Ja jestem, i to bardzo, jeśli nie dręczy mnie sumienie”.

Ponury wuj Jarvis, któremu czarna broda nadaje srogi wygląd, nie czyta żadnych książek 

poza Biblią i każdej napotkanej osobie od razu „wykłada kwestie religijne”. Ciotka Honorata 
ma przykurcz na twarzy, gdyż kiedyś ją zawiało. Złożyła śluby, że nigdy nie wyjdzie za mąż, 
lecz   wujek   Klon   twierdzi,   że   „nie   były   one   konieczne”.   Wielkie   uszy   wuja   Obadiaha 
wyglądają jak odstające klapki. Wuj Dan ma szklane oko i sądzi, że nikt o tym nie wie. A 
wreszcie zjawili się wuj Milton, ciocia Charlotte i ciocia Nora. Gdy przed trzydziestoma laty 
wuj Milton porzucił ciocię Norę i zamiast z nią ożenił się z ciocią Charlotte, Nora przyszła na 
ich ślub we wdowim stroju! A teraz idą sobie razem aleją, rozmawiając przyjaźnie o pogodzie 
i reumatyzmie.

Przyglądanie się tym wszystkim ludziom z ukrycia było naprawdę przyjemne, lecz wkrótce 

Marigold  zapłaci  za  tę  przyjemność;  będzie   bowiem  musiała  wejść  wreszcie  do  salonu i 
przywitać się z gośćmi. Lękając się tej próby, przylgnęła trwożliwie do mamy.

— Kiedy wchodzisz do pokoju pełnego ludzi, nie myśl,  że wszyscy patrzą właśnie na 

ciebie. Musisz się tego nauczyć — powiedziała babcia.

— Ale oni patrzą właśnie na mnie — odparła Marigold, którą aż dreszcz przeszedł ze 

strachu. — Wszyscy patrzą, zastanawiając się, ile urosłam od ostatniego razu, kiedy mnie 
widzieli, do kogo jestem teraz i podobna. Ciocia Josephine powie, że nie jestem tak wysoka 
jak Gwennie, kiedy była w moim wieku. Dobrze wiesz, że tak powie.

— Nawet jeśli, to przecież nie umrzesz z tego powodu — stwierdziła babcia.
— Musisz zachowywać się jak dama — szepnęła Lorraine.
Nie   bądź   tchórzem  —   słowa   Starej   Babci   dobiegły   gdzieś   z   daleka,   z   zalanego 

księżycowym światłem ogrodu.

Tak, Stara Babcia umiała czynić cuda. Marigold przebyła koszmarny ceremoniał powitalny 

z podniesioną głową i tak zaróżowionymi policzkami, że nawet ciocia Josephine uznała, iż 
dziewczynce poprawiła się cera.

Do „wielkiej” kolacji nakryto w pokoju ogrodowym i już na pierwszy rzut oka było widać, 

że w Świerkowej Kępie nie minęły stare dobre czasy,  gdy nie dbano wcale o racjonalne 
odżywianie. Marigold jadła wraz z innymi dziećmi w jadalni i bardzo się z tego cieszyła. W 
pokoju ogrodowym zawsze była tak zaabsorbowana nienawiścią do Clementine, że jedzenie 
nie sprawiało jej żadnej przyjemności. Salome, która czuwała nad ich stołem, dopilnowała, by 
dzieci dostały dużo sosu i, oprócz puddingu, po kawałku ciasta bananowego. Nawet wuj Pete 

background image

był zadowolony, choć zazwyczaj przy świątecznych kolacjach twierdził, że zjadłby dwa razy 
więcej. Słowem — wszystko było wspaniale do chwili, gdy obiad dobiegł końca i rozpoczęły 
się przygotowania  do występów  w salonie. Wówczas  to Marigold zupełnie podupadła na 
duchu i nie pomógł jej nawet cień Starej Babci.

Wstała, by zacząć recytację, i nie mogła sobie przypomnieć ani słowa. Wydawało się jej, 

że patrzą na nią tysiące twarzy, i nie pamiętała nawet tytułu. Zawsze potem twierdziła, że to 
przez Pete’a, który tuż przed wywołaniem jej imienia, szepnął za jej plecami: „Nie umyłaś 
uszu”.   Wiedziała,   że   umyła,   ale   słowa   te   wyprowadziły   ją   z   równowagi.   Stała   więc 
oszołomiona, rozgorączkowana, czując na całym ciele gęsią skórkę. Gdyby tak mama mogła 
podpowiedzieć jej choćby pierwsze zdanie! Jednak mamy nie było w pobliżu. Był za to Pete i 
szczerzył zęby w uśmiechu, i Beulah, która mierzyła kuzynkę pogardliwym spojrzeniem, nie 
posiadając się z radości. I współczująca Nancy.

Marigold przymknęła powieki, rozpaczliwie starając się zapomnieć o wszystkich wokół, i 

natychmiast ujrzała w wyobraźni zadziwiające rzeczy. Broszka z kameą cioci Emmy, kryjąca 
w swym wnętrzu kosmyk włosów wuja Neda, urosła do gigantycznych rozmiarów, ciocia 
Emma zaś była do niej przypięta. Wuj Jerry, o długim nosie, zmienił się w słoniątko będące 
na rauszu, ciotka Pete’a zaczęła tańczyć jak szalona, ciocia Katherine w postaci szarego kota 
wskoczyła na miotłę, ciocia Kitty wypadła za barierkę w pogoni za czepkiem, ciocia Clo 
zdjęła skórę, wuj Obadiah zamienił się w karzełka z parą olbrzymich uszu, zaś wuj Dan miał 
tylko jedno wielkie oko, którym nieustannie mrugał na Marigold…

Oszołomiona Marigold otworzyła oczy i… powróciła do rzeczywistości. Jednak nadal nie 

mogła przypomnieć sobie tego pierwszej zdania.

— Cóż to, kość ci stanęła w gardle? — spytał wuj Paul.
— Kot jej odgryzł język — szydził Pete.
— Dobre chęci, lecz nic więcej — dorzucił z dobrodusznym uśmiechem wuj Charlie.
Beulah zachichotała. Tego już było za wiele. Marigold wypadła z pokoju, rzuciła się ku 

schodom,   przebiegła   przez   sypialnię   mamy   i   zatrzasnęła   drzwi   do   swego   pokoju.   Potem 
zwinęła się w kłębek na łóżku, drżąc ze wstydu i upokorzenia.

Spędziła tak całe popołudnie. Mama, babcia i Salome były zbyt zajęte, by troszczyć się o 

nią. Nancy szukała jej, lecz nie mogła znaleźć. Marigold łkała w poduszkę, zastanawiając się, 
co o niej mówią. Ciekawe, czy poczułaby się lepiej, gdyby wiedziała, że nawet o niej nie 
myśleli. Uważała za tragedię coś, o czym inni zdążyli już zapomnieć.

Goście   odjechali,   gdy   zapadł   różowoliliowy   zmierzch.   Marigold   leżała,   słuchając 

prychających silników samochodów i brzęczących dzwoneczków u sań, a potem znużonego 
wietrzyku,   który  szlochał   samotnie   w   winorośli.   Ten   wietrzyk   zbłaźnił   się   pewnie   przed 
wielką rodziną Wichrów i teraz ośmielał się jedynie szeptać.

Wreszcie   do   Marigold   przyszedł   ktoś,   kto   potrafił   jeszcze   patrzeć   na   świat   oczyma 

dziecka.

— Och, ciociu Marigold, ja z… zhańbiłam siebie i… i wszystkich Lesleyów… — łkała 

dziewczynka.

— Wcale nie, kochanie. Trema to nic hańbiącego. Każdemu się zdarza. Gdy ja pierwszy 

raz   miałam   wystąpić   publicznie,   język   stanął   mi   kołkiem   i   rozbeczałam   się   —   tak, 
rozbeczałam się na oczach  wszystkich  i mój  tata musiał  mnie  zdjąć z podwyższenia.  Ty 
przynajmniej zeszłaś na własnych nogach. Marigold nie mogła tak od razu przestać płakać. 
Usiadła jednak i wytarła nos.

— Och, ciociu Marigold, naprawdę?
— Tak. Tato powiedział: „Rozczarowałaś mnie”, a ja na to: „Najgorsze, że rozczarowałam 

również siebie”.

— Ja właśnie tak się czuję — wyszeptała Marigold. — A ta Beulah…
— Nie przejmuj się takimi jak ona; spotkasz ich w życiu jeszcze wiele. Takich ludzi należy 

background image

ignorować. Z Beulah byłaby świetna pułapka na myszy,  lecz nigdy,  przenigdy w świecie 
Beulah   nie   będzie   wyglądać   tak   ślicznie   i   słodko   jak   ty,   gdy   stałaś   tam   wtedy   z 
wystraszonymi niebieskimi oczkami. A gdy je zamknęłaś…

— Och,   widziałam   prześmieszne   rzeczy,   ciociu   Marigold!   —   zawołała   dziewczynka, 

wybuchając perlistym śmiechem. Przemyślnie przemycone pochlebstwo cioci Marigold od 
razu   podniosło   dziewczynkę   na   duchu.   Tak,   biedna   Beulah   rzeczywiście   jest   okropnie 
brzydka. Och, i jak miło być z kimś, kto rozumie i kocha. Nic już nie wydawało się Marigold 
haniebne. Niczego już nie żałowała. Jeszcze im kiedyś pokaże!

Do pokoju wkroczyli Lucyfer i Salome z talerzem „hop–smaczków”.
— Uratowałam kilka dla ciebie — powiedziała Salome. — Pete miał na nie chrapkę, ale 

dostał w łapkę. Już się więcej nie odważy zakradać cichcem do m o j e j  spiżarni.

Chyba mogą już zdjąć tą idiotyczną wstążką — odezwał się Lucyfer, któremu z irytacji aż 

drżały wąsy. — Psu nie przeszkadza to, że robi z siebie głupka, ale z uczuciami kota należy 
się liczyć.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DZIESIĄTY

„P

OSTRZYŻYNY

1

— Sylvia obcięła włosy na pazia — powiedziała zaczepnym tonem Marigold.
Babcia pociągnęła znacząco nosem. Zawsze tak robiła na wzmiankę, o Sylvii, choć od 

czasu   wizyty   doktora   Clowa   nie   wspomniała   słowem   na   jej   temat,   zaś   klucz   do 
Czarodziejskich Wrót zawsze tkwił w zamku.

— No cóż, t y   nie obetniesz włosów, wybij to sobie z głowy — powiedziała. — Kiedyś mi 

podziękujesz.

Ale teraz Marigold nie czuła wdzięczności.  W s z y s t k i e   dziewczynki  strzygły się na 

pazia.   I   Nancy,   i   Beulah   —   która   naśmiewała   się   z   długich   „ogonków”   Marigold   —   i 
koleżanki ze szkoły, a nawet zahukana pomoc domowa pani Donkin. Jednak ona, Marigold 
Lesley   ze   Świerkowej   Kępy,   miała   być   beznadziejnie   staroświecka,   bo   tak   postanowiła 
babcia.   Mama   zgodziłaby   się   pewnie   na   pazia,   nawet   gdyby   w   głębi   ducha   opłakiwała 
jedwabiste loki swojej córki, które napawały ją dumą. Ale babcia nie, nigdy.

— Nie wiem, czy powinnyśmy tak postąpić — powiedziała babcia lecz wcale nie miała na 

myśli fryzury Marigold. — Jeszcze nigdy nie zostawała w domu sama. A jeśli coś się stanie?

— Tu się nigdy nic nie dzieje — orzekła Marigold z posępną miną. Wiedziała, że mówi 

nieprawdę. Przecież wciąż zdarzało się coś interesującego i pięknego. Ale tego dnia Marigold 
miała chandrę. Nie pozwolono jej jechać na złote wesele ciotecznej  babki Jean, gdyż  jej 
wnuki miały odrę. A Marigold tak chciała zobaczyć złote wesele!

— Na kolację możesz sobie wziąć, co tylko zechcesz — powiedziała babcia. — Pamiętaj 

tylko,   żeby   nie   ruszać   ciasta   czekoladowego.   Jest   przeznaczone   na   jutrzejszą   herbatkę   z 
misjonarzami. I nie ścinaj moich killarneyskich róż. Zamierzam udekorować nimi stół.

— Baw się dobrze, słoneczko — szepnęła mama. — Może zaprosisz Sylvię na herbatę? W 

kamionce są pączki i mnóstwo „hop–smaczków”.

Jednak   Marigold   nie   rozchmurzyła   się,   słysząc   tę   miłą   wiadomość.   Po   raz   pierwszy 

pomyślała z niechęcią o Sylvii, swej zaczarowanej przyjaciółce, z którą przeżyła całe trzy lata 
marzeń.

— P r a w i e  żałuję, że nie ma tu prawdziwej dziewczynki, z którą mogłabym się bawić — 

powiedziała do siebie, stojąc przy furtce i patrząc, jak babcia, mama i Salome oddalają się 
drogą, stłoczone w po — woziku. Biedna mama. Niemal zwisała z krańca ławeczki.

2

Może to był Zaczarowany Dzień. Może mroczna Wiedźma z Endoru, która przycupnęła 

właśnie na słupku przy furtce, rzuciła jakiś czar? Kto wie? W każdym razie, gdy Marigold 
spojrzała na drugą drogę — tę biegnącą wzdłuż brzegu zatoki do dużego Hotelu Letniego nad 
wydmami — zobaczyła dziewczynkę, której obecności dopiero co sobie zażyczyła. Stała tuż 
obok i uśmiechała się od ucha do ucha.

Marigold wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Nigdy przedtem nie widziała tej dziewczynki 

ani żadnej innej podobnej do niej. Nieznajoma była mniej więcej w wieku Marigold, może o 
rok starsza. Miała rysy jakby rzeźbione w kości słoniowej, szerokie czerwone usta, podłużne 
zielone oczy i brwi wygięte niczym ciemne skrzydła. Nie nosiła żadnego nakrycia głowy, a 

background image

jej kruczoczarne włosy były ślicznie podcięte na pazia, co Marigold niezwłocznie i z żalem 
zauważyła.   Dziewczynka   miała   na   sobie   dziwną,   elegancką   sukienkę   w   kolorze   świeżej 
zieleni, przyozdobioną tu i ówdzie purpurowym haftem. Jej dłonie były niezwykle szczupłe, 
białe i bardzo piękne. Marigold spojrzała machinalnie na swoje opalone ręce i poczuła wstyd. 
Ale… nieznajoma miała odsłonięte kolana. Marigold nigdy jeszcze nie zetknęła się z taką 
modą, więc zrobiła ona na niej wstrząsające wrażenie, jakiego z pewnością doznałaby babcia, 
znalazłszy się na jej miejscu.

Kimże   była   nieznajoma?   Zjawiła   się   tak   niespodziewanie,   tajemniczo.   Pod   każdym 

względem różniła się od dziewczynek z Harmony.

— Kim   jesteś?   —   spytała   obcesowo   Marigold,   lecz   zaraz   pomyślał   że   zabrzmiało   to 

niegrzecznie.

— Jestem sobą — odparła nieznajoma z uśmiechem.
Marigold odwróciła się wyniośle. Lesleyówna ze Świerkowej Kępy nie pozwoli byle komu 

stroić z siebie żartów.

Jednak dziewczynka w zieleni szybciutko okrążyła  Marigold i znów stanęła naprzeciw 

niej.

— Jestem księżniczka Varvara — powiedziała. — Zatrzymałam się w tamtym hotelu z 

ciocią Clarą. Mój wuj jest Księciem Cavendish i Gubernatorem Kanady. Składa wizytę na 
wyspie, a dziś wszyscy brali się do Cavendish, gdyż nazwa tej miejscowości pochodzi od 
nazwiska pra–pra–pradziadka mojego wuja. Wszyscy, oprócz mnie i cioci Clary, która ma 
straszną migrenę. Mnie nie zabrali, bo w Cavendish panuje odra. Wpadłam w taką złość, że 
uciekłam. Chciałam nastraszyć ciocię nie na żarty. Jest łagodna jak baranek, ale potworna z 
niej tyranka. Zniewala mnie. Dlatego, jak tylko położyła się z tym swoim bólem głowy i 
zaczęła ją obsługiwać Olga — wymknęłam się z pokoju. Chociaż przez ten jeden dzień będę 
robić, co mi się żywnie podoba. Dość mam już tego niańczenia.

— Jakieś   bajki   mi   opowiadasz   —   zniecierpliwiła   się   Marigold.   —   Wcale   nie   jesteś 

księżniczką. Nie ma żadnych księżniczek na Wyspie Księcia Edwarda. Zresztą, gdybyś była 
księżniczką, nie ubrałabyś się w ten sposób.

Varvara   wybuchnęła   śmiechem.   Był   tak   zaraźliwy,   że   Marigold   musiała   trzymać   się 

mocno w ryzach, by nie zawtórować nieznajomej! Jednak nie roześmiała się. Nie można się 
śmiać, gdy ktoś stroi sobie z nas żarty.

„To pewnie jedna z tych Amerykanek mieszkających w hotelu — pomyślała Marigold. — 

Uważa, że byłoby zabawnie  nabrać taką małą  prowincjuszkę jak ja. Ale nie uda jej się! 
Księżniczka z kolanami na wierzchu, też coś! Tylko dzieci Lazarre’a biegają tak ubrane!”

— A jak twoim zdaniem powinna być ubrana księżniczka? — spytała Varvara. — Może w 

aksamitną suknię i koronę? Głuptas z ciebie. Ja jestem księżniczką. Mój ojciec był rosyjskim 
księciem i zabito go w czasie rewolucji. Mama jest Angielką, siostrą księcia. Mieszkamy 
teraz w Anglii, a do Kanady przyjechałam z ciocią Clarą w odwiedziny do wuja.

— Wiesz, ja też potrafię nieźle zmyślać — powiedziała Marigold. Naszła ją nagła ochota, 

by opowiedzieć tej dziewczynce o Sylvii, ale… Varvara wzruszyła ramionami.

— No dobrze. Nie musisz mi wierzyć. Po prostu chcę się z kimś pobawić. Choćby z tobą. 

Jak się nazywasz?

— Marigold Lesley.
— Ile masz lat?
— Dziesięć. A ty? — Marigold nie miała ochoty dać się dłużej wypytywać.
— Och, jestem w odpowiednim wieku. No, zaproś mnie do siebie. Chcę zobaczyć, gdzie 

mieszkasz. Czy twoja mama pozwoli nam się razem bawić?

— Mama i babcia pojechały na złote wesele cioci Jean — wyjaśniła Marigold. — Salonie 

też została zaproszona, gdyż jej matka była przyjaciółką cioci Jean. Jestem sama.

Nieznajoma zarzuciła nagle Marigold ręce na szyję i wycałowała ją w oba policzki.

background image

— Ale cudownie! Bawmy się więc. Bądźmy tak niegrzeczne, jak nam się podoba. Czy 

wiesz, że cię kocham? Jesteś taka śliczna. Jesteś ładniejsza ode mnie, a ja jestem najładniejsza 
spośród małych księżniczek europejskich.

Marigold   zdębiała.   Małe   dziewczynki   nie   powinny   mówić   takich   rzeczy.   Nawet   jeśli 

pomyślą sobie czasem coś w tym rodzaju… na przykład, włożywszy na siebie najładniejszą 
błękitną sukienkę i zerknąwszy w lustro… Jednak Varvara ciągnęła dalej:

— Z tymi złocistymi włosami wyglądasz jak święta z witraża. Ale dlaczego nie obcięłaś 

ich na pazia?

— Babcia mi nie pozwala.
— To obetnij nie zważając na nią.
— Nie znasz mojej babci.
Marigold   nie   mogła   się   zdecydować,   czy  lubi   tę   roześmianą,   prowokującą   istotę.   Bez 

wątpienia była interesująca. A poza tym coś się wreszcie działo. Czy powiedzieć jej o Sylvii, 
zabrać na wzgórze? Nie, jeszcze nie czas. Można się przecież pobawić w miłym domku pod 
krzakami porzeczek.

— Jakie śliczne miejsce! — zawołała Varvara. — Ale jak się bawisz tutaj tak zupełnie 

sama?

— Udaję,   że   jestem   Lady   Gloriana   Fitzgerald,   siedzę   w   saloniku   i   wydaję   polecenia 

służbie.

— Och, pozwól mi być twoją służącą. To musi być bardzo zabawne. No, mów, co mam 

robić. Może zamieść podłogę?

Marigold   bez   trudu   wynajdywała   Varvarze   rozmaite   zajęcia.   Jeszcze   pokaże   tej   małej 

jankesce, kto tu jest naiwny i co to znaczy być Marigold Lesley ze Świerkowej Kępy!

3

Bawiły się tak przez jakiś czas, bardzo wesoło, a gdy im się sprzykrzyło, poszły obejrzeć 

świnie,   które   Varvara   uznała   za   „komiczne   j   zwierzęta”.   Potem   zbierały   maliny   za 
chlewikiem.   Varvara   cały   czas   opowiadała   wspaniałe   historyjki,   a   Marigold   doszła   do 
wniosku,   że   nowa   znajoma   zmyśla   naprawdę   pierwszorzędnie.   W   pewnym   momencie 
zauważyły, że mają na sobie pełno rzepów. Nie było to przyjemne.

— Co byś pomyślała, gdybym powiedziała teraz „cholera”? — spytała poirytowana tymi 

rzepami Varvara.

Marigold nie odezwała się ani słowem; odpowiedź malowała się na jej twarzy.
— No, dobrze, powiem tym samym tonem „pantera” i to też przyniesie mi ulgę. Co to za 

jagody? Zjedz parę, a jak się nie otrujesz, ja też spróbuję. Wiesz, są na świecie czarodziejskie 
jagody. Wystarczy je zjeść, by zobaczyć wróżki i z nimi rozmawiać. Szukam tych jagód przez 
całe życie.

— Ale to nie te. Te są trujące — powiedziała Marigold. — Kiedyś się ich najadłam i 

s t r a s z n i e   się   pochorowałam.   Pastor   modlił   się   za   mnie   w   kościele   —   zakończyła   z 
wyższością.

— Kiedy j a  byłam raz chora, modlił się za mnie arcybiskup Canterbury — powiedziała 

Varvara.

Marigold pożałowała, że nie zrobiła z pastora chociaż przewodniczącego Zgromadzenia.
— Usiądźmy lepiej na ławeczce w ogrodzie i powyciągajmy te rzepy — zaproponowała 

Varvara. — Możemy w tym czasie pobawić się w , ja widzę”. W tej grze wygrywa ten, kto 
zobaczy   bardziej   niesamowite   rzeczy.  J a   widzę   porcelanowego   kota   z   diamentowymi 
wąsami, który przechadza się po trawniku.

— J a   widzę skrzydlatego niedźwiedzia — powiedziała Marigold, która czuła, że potrafi 

background image

widzieć   równie   cudowne   rzeczy,   jak   jakaś   dziewczynka   ze   Stanów   podająca   się   za 
księżniczkę.

— Ja widzę pięć aniołów siedzących na tej jabłoni.
— A ja widzę trzy szare małpki przycupnięte na sękatym konarze. Za nimi zaś wschodzą 

cztery księżyce.

Varvara ściągnęła czarne brwi i popatrzyła na rywalkę wilkiem. Nie lubiła zostawać w 

tyle.

— Widzę diabła, który siedzi w kucki w twoim ogrodzie, z ogonem zarzuconym na plecy.
Marigold zrzedła mina. Czuła, że nie potrafi zobaczyć nic bardziej zadziwiającego.
— Wcale go nie widzisz! — zawołała. — Ten… ten osobnik nigdy nie przychodzi do 

n a s z e g o  ogrodu. Varvara wybuchnęła pogardliwym śmiechem.

— Pewnie, że nie, bo gdyby przychodził, to miejsce byłoby bardziej interesujące. Czy 

wiesz — dodała poufnym tonem — że modlę się za niego codziennie?

— Modlisz się za niego? Za n i e g o !?
— Tak. Bo mi go żal. Wiesz, myślę, że on nie zawsze był diabłem. Czasami bardzo cierpi. 

Na pewno zżera go tęsknota za domem, pragnie być znowu aniołem. No, pozbyłyśmy się tych 
rzepów. Co teraz będziemy robić?

Marigold   znów   pomyślała   o   zabawie   z   Sylvią,   lecz   ponownie,   z   jakichś   niejasnych 

powodów, odłożyła swoje zwierzenia na później.

— Postrzelajmy z kartoflanych kulek. To świetna zabawa — zaproponowała.
— Nie wiem, jak to się robi. Co to są kartoflane kulki?
— Pokażę ci. Takie zielone, podobne do maleńkich jabłuszek. Nadziewa się je na koniec 

witki, bardzo szybko kręci się nią w powietrzu i kartoflana kulka leci hen! daleko. Wczoraj 
wieczorem wcelowałam prosto w twarz Lazarre’a. Ojej, ale był wściekły!

— Kto to jest Lazarre?
— Nasz francuski parobek.
— Ile macie służby?
— Tylko Lazarre’a. Salome nie jest właściwie służącą, to nasza daleka kuzynka.
— Przed rewolucją mieliśmy na służbie pięćdziesięciu ludzi — powiedziała Varvara. — I 

ośmiu ogrodników. Nasza rezydencja była jak marzenie. Ledwie ją pamiętam. Wuj też ma 
wspaniałe posiadłości, ale mnie się podoba twój ogródek i ten domek w porzeczkach. Czyż to 
nie   pyszna   zabawa   —   wyjadać   porzeczki   ze   ścian   własnego   domu?   No,   gdzie   te   twoje 
kartoflane kulki?

— O tam, na polu pana Donkina. Musimy pójść przez sad, potem, wzdłuż płotu i…
— Dlaczego nie tędy? — spytała Varvara, wskazując bladozielone łany owsa.
— Nie ma tu ścieżki — odparła Marigold.
— To ją zrobimy — stwierdziła Varvara i wprowadziła słowa w czyn. Poszła prosto przez 

owies. Marigold ruszyła za nią, choć wiedziała, że nie powinna, i modliła się w duchu, by pan 
Donkin niczego nie zauważył.

Varvara uznała, że strzelanie z kartoflanych kulek to najwspanialsza zabawa, jaką zna. 

Przy okazji przewróciła się kilkanaście razy w kartoflisko i doprowadziła swą sukienkę do 
koszmarnego stanu, ubłociwszy ją gliną mokrą od porannego deszczu. Poplamiła też sobie 
twa   i   ręce   sokiem   z   kartoflanych   kulek,   przypominała   więc   teraz   raczej   żebraczkę   niż 
księżniczkę.

— Jeszcze   nigdy   w   życiu   nie   byłam   naprawdę   brudna.   To   miłe   —   powiedziała   z 

zadowoleniem.

4

background image

Varvara uparła się, że pomoże przygotować kolację, choć Marigold wolałaby już zostać 

sama. Jednak Varvara była zdecydowana postawić na swoim i oczywiście to zrobiła. Gdy 
pomagała nakrywać do stołu, zauważyła:

— Taką samą filiżankę miała kiedyś ciocia Clara. Ale pewnego razu jej mąż wpadł we 

wściekłość, złapał filiżankę za ucho i odgryzł z niej kawałek.

No tak. Oto dowód, że Varvara nie jest wcale księżniczką. Wuj księżniczki nigdy by nie 

zrobił czegoś t a k i e g o . Phidime to i owszem, odgryzł raz kawałek szklanego kubka, który 
należał do jego żony. Był to zresztą jej jedyny cenny kubek, podarek od chlebodawczyni.

Varvara   poszła   nawet   z   Marigold   do   pokoju   gościnnego,   by   ukroić   kawałek   keksu. 

Marigold zdecydowała bowiem, że skoro ma gościa, musi podać trochę ciasta. Babcia zawsze 
tak robiła. Keks przechowywano w pudle pod łóżkiem — gładziutko zaścielonym, strasznym 
łóżkiem z pokoju gościnnego, gdzie umarło tyle osób. Keksy przechowywano tam jeszcze za 
czasów, gdy dzieci babci były małe. Robiono tak właśnie dlatego, że pokój gościnny był 
jedynym miejscem, w którym dzieci nie ośmielały się myszkować.

— Och! — pisnęła Varvara. — Czy to piernat? Prawdziwy piernat?
— Owszem.
Varvara   dała   dzikiego   susa   i   wylądowała   na   samym   środku   łóżka,   po   czym   zaczęła 

podskakiwać jak szalona na słynnej szydełkowej narzucie babci.

— Zawsze chciałam zobaczyć piernat. Myślałam, że już ich nie ma na świecie. Marigold 

była przerażona. To święte łóżko z pokoju gościnnego! Co by babcia na to powiedziała!

— Na tym łóżku skonało wielu członków naszej rodziny, oprócz Starej Babci — wyznała.
Varvara zbladła i pospiesznie zsunęła się z łóżka.
— Dlaczego nie uprzedziłaś mnie o tym, smarkulo! — krzyknę w podnieceniu.
— Nie jestem smarkulą — powiedziała Marigold.
— Oczywiście, że nie! — Varvara znowu wyściskała ją i wycałowała. Marigold wprawiło 

to w zakłopotanie. Lesleyowie nie byli tacy wylewni.

Potem Varvara wypatrzyła w spiżarce czekoladowe ciasto i uparła się, że chce je mieć na 

kolację. Koniecznie.

— Wykluczone — stwierdziła Marigold. — Babcia wyraźnie powiedziała, że nie wolno mi 

go tknąć.

Varvara tupnęła nogą ze złością.
— Nic mnie nie obchodzi, co powiedziała  twoja babcia. I tak zjem. Uwielbiam ciasto 

czekoladowe, a zawsze pozwalają zjeść najwyżej dwa cienkie kawałki. Zanieś ciasto na stół. 
Natychmiast.

— Nie będziemy jeść tego ciasta — oświadczyła z naciskiem Marigold. Wyglądała w tym 

momencie jak miniaturowe wydanie babci. — Mamy keks i „hop–smaczki”.

— Nie chcę żadnych „hopków”. Pytam po raz ostatni — jemy to ciasto czy nie?!
— A ja po raz ostatni odpowiadam, że nie jemy.
Varvara zacisnęła pięści.
— Gdybym była moją babcią, kazałabym cię zachłostać knutem na śmierć…
— A gdybym ja była moją babcią, przełożyłabym cię przez koła i wyłoiła ci porządnie 

skórę — odparła nieustraszona Marigold.

Varvara nagle ochłonęła i wycedziła wyniośle:
— Jeśli nie pozwolisz mi zjeść czekoladowego ciasta na kolację wdrapię się na dach tego, 

jak ty to mówisz, spichrza na jabłka i zeskoczę stamtąd na ziemię.

— Nie myśl, że mnie nastraszysz — prychnęła pogardliwie Marigold.
Varvara odwróciła się bez słowa i wyszła. Skonfundowana Marigold ruszyła za nią. Ona 

na pewno blefowała. Nie może tego zrobić. Przecieżby się zabiła. Nawet tak dzika istota nie 
zdobędzie się na coś podobnego.

Varvara wspięła się zwinnie po drabince. Po chwili stała już na dachu.

background image

— Czy teraz pozwolisz mi zjeść to czekoladowe ciasto?! — zawołała.
— Nie — odparła stanowczo Marigold.
Varvara skoczyła. Marigold krzyknęła, przerażona, i zacisnęła powieki. Gdy je po chwili 

otwierała, spodziewała się ujrzeć na ścieżce pogruchotane, martwe ciało. Tymczasem Varvara 
była  żywa. Zwisała z gałęzi sosny rosnącej obok spichrza i wrzeszczała wniebogłosy.  W 
czasie skoku jej sukienka nadęła się niczym balon i zaczepiła o grubą gałąź.

Roztrzęsiona Marigold dopadła do drzewa.
— Och, możesz zjeść ciasto czekoladowe, możesz zjeść, co tylko zechcesz! — zawołała.
— Ale jak ja mam stąd zejść? — jęknęła Varvara, której gniew i upór wyparowały gdzieś 

pomiędzy niebem a ziemią.

— Przyniosę drabinę. Myślę, że jej dosięgniesz… — powiedziała Marigold.
Varvarze udało się jakoś zleźć po drabince, choć jej sukienka była w opłakanym stanie.
— Gdy mówię, że coś zrobię, to zrobię — oświadczyła chłodno.
— Spójrz tylko na swoją sukienkę — martwiła się Marigold.
— Ja jestem ważniejsza od sukienki — ucięła Varvara.
Gdy Marigold szła ponownie do spiżarki, drżała na całym  ciele. A gdyby tak Varvara 

naprawdę   spadła   i   roztrzaskała   się   na   kamieniach?   Babcia   mówiła,   że   te   dziewczyny   ze 
Stanów są zdolne do wszystkiego. Teraz Marigold nie miała co do tego wątpliwości.

— Popatrz, jak pięknie udekorowałam stół — powiedziała Varvara z dumą w głosie.
Marigold popatrzyła. Killarneyskie róże babci tkwiły w artystycznym nieładzie w wielkim, 

zielonym koszu. O tak, Varvarze nie brakowało dobrego smaku.

— Babcia nie pozwoliła mi zerwać nawet jednej z tych róż — jęknęła Marigold.
— Przecież nie zerwałaś, prawda, kochany osiołku? Powiesz jej, że j a  to zrobiłam.

5

Do prawdziwej kłótni doszło dopiero po kolacji. Bo sama kolacja upłynęła  w całkiem 

przyjemnej atmosferze. Varvara była taka zabawna i interesująca, poza tym opowiadała takie 
zajmujące rzeczy o podobiźnie królowej Wiktorii wiszącej w jadalni.

— Czyż ona nie wygląda jak stara kucharka z koronkową firanką na głowie? — spytała 

wskazując wizerunek królowej.

Był   to   w   istocie   koszmarny   portret,   przysłany   niegdyś   jako   „suplement”   do   gazety 

montrealskiej. Doczekał się ramek w setkach lojalnych domów, jak wyspa długa i szeroka. 
Przedstawiał dobrą królową z szeroką błękitną wstęgą na piersiach i w koronie wysadzanej 
brylantami, z których najmniejszy był wielkości włoskiego orzecha. Z korony spływała na 
twarz tudzież biust królowej wspomniana wyżej  koronkowa firanka. Widać było  tylko tę 
firankę i brylanty dosłownie wszędzie — w uszach, na szyi, piersi i dłoniach. Właściwie 
Marigold miała mniej więcej takie samo jak Varvara zdanie na temat portretu i nawet raz je 
wyraziła  na głos. Tylko raz. Babcia popatrzyła  wówczas na nią, jak gdyby dopuściła się 
zdrady stanu, i powiedziała dobitnie:

— T o   j e s t   k r ó l o w a   W i k t o r i a ! — Jakby Marigold tego nie wiedziała.
Jednak Marigold nie zamierzała pozwolić na to, by jakaś dziewczyna ze Stanów natrząsała 

się z rodziny królewskiej.

— Nie sądzę, abyś  mogła  mówić w ten sposób o  n a s z e j   królowej — powiedziała  z 

wyższością.

— Głupia, przecież ona była ciotką mojej mamy — odpaliła Varvara.
— Mama dobrze ją pamięta. Nie miała za grosz urody, ale jestem na, że nie wyglądała aż 

tak. Jeśli z tego portretu wnioskujesz, powinny ubierać się księżniczki, wcale się nie dziwię, 
że nie uważa mnie za jedną z nich. Marigold, to czekoladowe ciasto jest przepyszne!

background image

Varvara zjadła już prawie połowę tego ciasta, przy każdym kęsie obsypując je nowymi 

komplementami.   Marigold   pomyślała   z   zadowoleniem,   że   wypieki   ze   Świerkowej   Kępy 
smakują każdemu, nawet udawanym księżniczkom. Varvara niewątpliwie była miła. Dawała 
się lubić. Marigold postanowiła, że zaraz po kolacji, gdy zmyje naczynia, przeprowadzi ją 
przez Czarodziejskie Wrota oraz Zieloną Bramę i przedstawi Sylvii.

Jednak, gdy posprzątała już w kuchni i wyszła do ogrodu, zobaczyła, że Varvara znęca się 

nad   jej   ropuchą,   oswojoną   ropuchą,   która   mieszkała   pod   krzewem   żółtej   róży   i   znała 
Marigold. Marigold była pewna, że tak jest. A ta wstrętna dziewczyna dźgała ropuchę ostrym 
kijem, zapewne raniąc ją dotkliwie.

— Przestań! — zawołała Marigold.
— Ani mi się śni. To zabawne. Mam zamiar zadźgać ją na śmierć.
Marigold rzuciła się ku dziewczynce i wyrwała jej kij z ręki. Połamała go na kawałki, 

pokazując osóbce, która wprosiła się do jej domu, czym jest prawdziwy gniew Lesleyów.

— Nie waż się więcej tknąć mojej ropuchy! — powiedziała stanowczo. — Nic mnie nie 

obchodzi, jaką groźbę tym razem wymyślisz. Możesz sobie skakać ze spichrza, rzucać się do 
studni albo wprost do morza. Ale mojej ropuchy nie zabijesz, panno k s i ę ż n i c z k o !

Trudno wyrazić słowami, z jaką pogardą Marigold wypowiedziała słowo „księżniczko”. 

Varvara   natychmiast   wpadła   w   straszny   gniew.   Wyglądała   jak   rozwścieczone   zwierzę. 
Szczerzyła zęby i wybałuszała oczy. Jej włosy zdawały się sypać iskrami.

— Świnia! Wesz! Pchła! — warczała. — Kretynka! Bydlę! — Och, ileż jadu było w tych 

wyzwiskach! — Beksa! Smarkula!

Owszem, Marigold płakała, ale ze złości. Rosyjskie księżniczki, prawdziwe czy udawane, 

nie mają monopolu na gniew.

— Masz twarz jak małpa! — krzyknęła Marigold.
— Wyrwę ci uszy z korzeniami! — wycedziła Varvara z szatańskim uśmiechem.
Rzuciła się na Marigold, pociągnęła ją za włosy i spoliczkowała. Jeszcze nigdy w życiu 

Marigold nie została tak sponiewierana. Ona, Marigold Lesley! Chwyciła Vavarę za nos i 
wykręciła z całej siły. Varvara zawyła wściekle i odskoczyła na bok.

— Ty… ty… myślisz, że możesz robić mi coś takiego! Mnie?!
— A czyż nie zrobiłam? — spytała triumfalnie Marigold.
Varvara rozejrzała się wokół. Na ławeczce leżały ogrodowe nożyce babci. Dziewczynka 

zawyła jak demon i skoczyła ku nim. Zanim Marigold zdążyła uciec czy uchylić się, usłyszała 
dziwny chrzęst, potem drugi — i w pięknej dłoni Varvary znalazły się dwa obcięte jasnozłote 
warkocze.

— Och!   —   krzyknęła   Marigold,   chwytając   się   rękami   za   głowę.   Nagle   Varvara   się 

roześmiała. Jej krótki atak szału minął bez śladu.

Rzuciła na ziemię nożyce, złociste warkocze i czule objęła Marigold.
— Ucałujmy się na zgodę. Nie pozwólmy, aby taki drobiazg po nam cały dzień. Powiedz, 

że mi wybaczasz, najdroższa!

„Najdroższa” przytaknęła półprzytomnie, choć wcale nie miała takiego zamiaru. Ta dzika 

dziewczyna, która to śmiała się, to drwiła w żywe oczy, miała tysiąc wad, ale i wielki urok 
osobisty. Nie sposób było jej nie wybaczyć.

Jednak Marigold była prawie zadowolona, gdy zobaczyła mamę i babcię wjeżdżające na 

podwórze.

— Co to? Jak to?! — zaczęła babcia, wytrzeszczając oczy na Marigold.
— Ja to zrobiłam — wtrąciła stanowczym  tonem obdarta, ubrudzona i zaczerwieniona 

Varvara. — Proszę jej za nic nie winić. To wszystko moja sprawka. Ucięłam jej warkocze, bo 
byłam wściekła, ale cieszę się, że to zrobiłam. Teraz musi jej pani pozwolić przyzwoicie 
wyrównać włosy. Poza tym to j a  zjadłam ciasto czekoladowe, zerwałam róże i skakałam po 
piernatach. Nie wolno jej za to karać. Niech pani pamięta!

background image

Babcia machinalnie zrobiła krok w stronę dziewczynki. Księżniczka Varvara stanęła w 

obliczu największego zagrożenia, jakie spotkało ją w całym królewskim życiu.

— Kim jesteś? — spytała babcia.
I usłyszała to samo, czego wcześniej dowiedziała się Marigold. Tylko że babcia uwierzyła 

w słowa Varvary. Wiedziała o wizycie wicekróla na Wyspie Księcia Edwarda, a poza tym 
przeglądała ostatni numer pisma „Patriot”, w którym zamieszczono zdjęcie Varvary.

Zamilkła   więc.   Nie   wolno   przecież   dawać   bury   krewnej   królowej   Wiktorii   i   córce 

rosyjskiego księcia. Nie wolno. Lecz, ach, gdyby tak było można!

Nagle przed bramą zatrzymał się samochód. Młody mężczyzna i stara dama wysiedli z 

auta i ruszyli aleją. Dama była wysoka, siwowłosa, a na jej palcach pobłyskiwały brylanty. 
Miała pociągłą twarz, długi nos i zapewne nigdy nie grzeszyła urodą, lecz w jej przypadku 
było to raczej bez znaczenia.

— To ciocia Clara i książę Percy — szepnęła Varvara do Marigold. — Widzę, że cala aż 

kipi ze złości, a jest jej całkiem sporo. Upiecze mnie na wolnym ogniu!

Marigold   zdrętwiała   z   przerażenia.   Dotarła   do   niej   straszliwa   prawda,   że   Varvara 

rzeczywiście jest księżniczką.

A ona pociągnęła ją za nos!
Wspaniała dama minęła Varvarę, nie zaszczyciwszy jej ani jednym spojrzeniem. Zresztą 

właściwie na niczym nie zatrzymywała wzroku, choć miało się wrażenie, że ogarnia całość, 
widzi nawet zabłocone strzępy sukienki Varvary i jej brudną twarz.

— Przykro mi, że moja mała niegrzeczna siostrzenica sprawiła paniom tyle kłopotu — 

powiedziała do babci.

— To żaden kłopot dla nas — odparła babcia z królewską gracją. — Żałuję, że nie było 

mnie   w   domu   tego   popołudnia   —   dodała,   w   nadzwyczajny   sposób   łącząc   prawdę   z 
wymogami grzeczności.

Wielka dama odwróciła się do Varvary.
— Chodź, moja droga — powiedziała słodkim i łagodnym tonem.
Varvara zignorowała ją i serdecznie objęła Marigold.
— Gdybyś była z cukru, od razu bym cię zjadła. Przyrzeknij, że zawsze będziesz mnie 

kochać  — tak długo jak trawa  rośnie,  a woda płynie  — nawet jeśli już nigdy mnie  nie 
zobaczysz. Przyrzekasz?

— O tak, przyrzekam — wyjąkała szczerze Marigold. Bardzo to było dziwne, ale czuła, że 

mimo wszystko kocha i będzie kochać Varvarę z całym oddaniem.

— Ten dzień dał mi tyle  z a d o w o l e n i a ! — powiedziała Varvara. — Tego nikt mi nie 

odbierze. Wcale nie miałam zamiaru zabijać twojej starej ropuchy. Poza tym masz wreszcie 
podstrzyżone włosy. Możesz podziękować za to mnie i Bogu.

Tanecznym krokiem oddaliła się w stronę furtki, posyłając babci całusy.
— Śmiej   się,   Marigold,   śmiej   się!   —   zawołała   władczym   tonem,   znalazłszy   się   przy 

samochodzie. — Lubię pozostawiać ludzi z uśmiechem na ustach.

Marigold zdołała przywołać na twarz cień uśmiechu, a Varvara wywinęła koziołka, po 

czym   wskoczyła   na   tylne   siedzenie.   Książę   Percy   uśmiechnął   się   do   mamy.   Mama   była 
bardzo ładną kobietą.

— Niepoprawny czorcik — powiedział.

6

— Sądzę,   że   księżniczki   to   zbyt   męczące   towarzystwo   dla   ciebie   —   oświadczyła   ze 

spokojem babcia po wysłuchaniu relacji Marigold. —Chyba jednak twoja wymyślona Sylvia 
jest odpowiedniejszą koleżanką.

background image

Marigold też tak myślała. Przebiegła radośnie przez zastygły w cichym rozmarzeniu ogród, 

by spotkać zmierzch wypełzający ze świerkowego zagajnika. Potem popędziła do Sylvii, swej 
przyjaciółki,   która  wraz   z  nią  podziwiała   blask  gwiazd   i  księżycową   poświatę,  która   nie 
szarpała za włosy, nie biła po twarzy ani nie prowokowała do takich czynów, przyjaciółki, 
która czekała skryta w cieniu za Zieloną Bramą. Marigold znowu była bardzo zadowolona z 
jej towarzystwa. Babcia miała zupełną rację. Księżniczki są zbyt… zbyt… męczące.

Cieszyła się, że nie powiedziała Varvarze o Sylvii. I że nie pokazała jej tłustych szarych 

kociaczków w spichrzu. Kto wie, czy księżniczce nie przyszłoby do głowy łapać je za ogony.

Marigold   wiedziała,   że   nigdy   nie   zapomni   Varvary,   w   której   wnętrzu,   jak   w 

czarodziejskim   tyglu,   mieszały   się   radość   i   gniew.   Czuła   też   w   głębi   duszy   dziwny, 
zaprawiony goryczą żal.

Dawniej lubiła bawić się w „Księżniczkę, która przyszła na herbatkę”. I oto rzeczywiście 

przyszła, lecz Marigold nie zdawała sobie z tego sprawy. Bo Varvara wcale nie przypominała 
księżniczki. Jak chciwie pożerała z talerza jedzenie i jak głośno przy tym mlaskała!

Marigold była uboższa o jedno złudzenie.
Tymczasem w Świerkowej Kępie mama, płacząc cicho, chowała do kufra złote warkocze. 

Babcia z kamiennym  wyrazem twarzy opasała  się fartuchem i zaczęła  przyrządzać  nowe 
ciasto czekoladowe. Salome przeliczywszy „hop–smaczki” zastanawiała się, jak to możliwe, 
aby dwie dziewczynki zjadły aż tyle w czasie jednego popołudnia. Marigold nigdy nie miała 
dużego apetytu. „Założę się, że tę całą księżniczkę będą dziś w nocy skręcać boleści” — 
myślała mściwie.

Lucyfer i Wiedźma z Endoru dyskutowali zaś pod ławeczką na temat przewrotnej natury 

rzeczy.

Powiadam ci — rzekł Lucyfer — dzisiejsze księżniczki nie umywają się do tych ze starych, 

dobrych czasów.

background image

R

OZDZIAŁ

 

JEDENASTY

N

IEŁATWO

 

BYĆ

 

DOSKONAŁĄ

1

Była tylko jedna osoba na świecie, której Marigold nienawidziła — oprócz oczywiście 

Clementine, ale o niej trudno powiedzieć, by należała do tego świata. Ta osoba to Gwendolen 
Vincent   Lesley.   Pod   tym   imieniem   figurowała   w   Biblii   rodzinnej   i   żyła   na   ustach   cioci 
Josephine,   inni   znali   ją   jako   Gwennie,   córkę   „wuja”   Luthera   Lesleya,   mieszkającego   na 
wschód   od  Świerkowej   Kępy,   w   Wiklinowym   Wzgórzu   Gwennie   była   daleką   kuzynką   i 
Marigold nigdy jej nie widziała. A jednak pałała do niej nienawiścią — wstając z łóżka i 
kładąc się spać, za dnia i w nocy, na co dzień i od święta. Przyczyną owej nienawiści była 
ciocia Josephine.

Ciocia Josephine, właściwie także tylko daleka kuzynka, była wysoką damą o surowym 

wyglądzie, wystającym podbródku i świdrujących czarnych oczach. Marigold wydawało się 
zawsze,   że   oczy   przeszywają   ją   na   wylot,   a   wujek   Klon   nazywał   je   rentgenowskimi. 
Mieszkała w Charlottetown — kiedy bywała w domu — co jednak nieczęsto się zdarzało. 
Ciocia Josephine była panną, nie żadną tam „panną na wydaniu” czy „niezamężną kobietą”, 
lecz   klasyczną  s t a r ą   panną.   Lazarre   zwykł   mawiać:   „żyje   z   krewnych”,   a   przez   to 
kanibalistyczne określenie rozumiał, że ciocia Josephine woli jeździć po domach krewnych, 
niż siedzieć we własnym. Szczególnie zaś przepadała za Świerkową Kępą i przyjeżdżała tu 
tak często,  na ile  tylko  pozwalały względy przyzwoitości.  Za każdym  razem wychwalała 
Gwendolen  Vincent  Lesley pod niebiosa;  o Marigold nie  powiedziała  zaś  nigdy dobrego 
słowa. Gdy ujrzała Marigold po raz pierwszy, zlustrowała ją skrupulatnie i rzekła:

— No cóż, bez wątpienia masz nos swego ojca.
Marigold   wprawdzie  nie   zdawała   sobie  sprawy,   że  nos   był  najbrzydszym  fragmentem 

twarzy   ojca,   lecz   pojęła   jasno,   iż   ciocia   Josephine   wcale   nie   próbuje   prawić   jej 
komplementów.

— Gwendolen   Lesley   ma   taki   śliczny   nosek   —   ciągnęła   ciocia   Josephine,   która 

przyjechała wprost z wizyty u Lutherostwa. — Po prostu klasyczny grecki nos. Zresztą ona 
wszystko ma piękne. Nigdy w życiu nie widziałam tak ślicznego dziecka. A charakter ma 
równie   udany   jak   twarzyczkę.   Poza   tym   jest   bardzo   mądra,   w   ostatnim   semestrze   była 
najlepsza z dwudziestki uczniów w klasie. Pewnego razu pokazała mi anioła na obrazku w 
swej ulubionej książce — historiach biblijnych — i powiedziała: „Oto mój ideał, ciociu”.

Któż   nie   znienawidziłby   Gwendolen   po   takich   słowach?   A   to   był   dopiero   początek. 

Podczas   kolejnych   wizyt   w   Świerkowej   Kępie   ciotka   Josephine   bez   przerwy   paplała   o 
niezliczonych przymiotach Gwendolen Vincent Lesley.

Okazało się, że to dziewczę jest tak sumienne, iż zapisuje sobie w dzienniczku każdy 

bezczynnie spędzony dzień, a potem modli się odprawiając pokutę. Nigdy, od czasu swych 
narodzin, nie przysporzyło nikomu żadnych trosk. Co roku, od kiedy zaczęło uczęszczać w 
Dniu Pańskim do przykościelnej szkółki (ciocia Josephine nie używała słowa „niedziela”), 
dostaje dyplom honorowy.

— To takie uduchowione dziecko — rozpływała się w pochwałach ciocia Josephine.
— Czy podskoczyłoby, gdyby ukłuć je znienacka szpilką? — spytała Marigold.
Babcia   zmarszczyła   brwi,   w   oczach   mamy   błysnęło   owo   karygodne,   nielesleyowskie 

rozbawienie. Ciocia Josephine zmierzyła Marigold lodowatym spojrzeniem.

— Gwendolen nigdy nie pozwala sobie na zuchwałość — powiedziała z naganą w głosie.
Wkrótce wyszło też na jaw, że Gwendolen przed zaśnięciem zawsze powtarza w myślach 

background image

pieśni   kościelne.   Nieszczęsna   Marigold,   która   ten   czas   spędzała   na   wyobrażaniu   sobie 
upojnych   przygód,   znowu   odczuła,   jak   wielka   przepaść   dzieli   ją   od   kuzynki.   Poza   tym 
Gwendolen Vincent zawsze zjadała to, co jej podano, lecz nigdy nadmiernie dużo.

— W życiu nie spotkałam dziecka, któremu tak obce byłoby łakomstwo — stwierdziła 

ciocia Josephine.

Zmieszana Marigold zaczęła się zastanawiać, czy ciocia spostrzegła trzeci z kolei kawałek 

ciasta na jej talerzu.

Do tego wszystkiego Gwendolen była „praktyczna”. Marigold wiedziała, co to znaczy. 

Praktyczna to taka, co ugotowałaby zupę z róż, gdyby tylko mogła.

Gwendolen nie ścięła włosów na pazia.
— Ma takie wspaniałe, gęste, drugie, lśniące loki — powiedziała ciocia Josephine. Chętnie 

dodałaby lokom jeszcze więcej przymiotników gdyby tylko przyszły jej na myśl.

Babcia, która nie aprobowała krótkich włosów, spojrzała z pogardą na gładką fryzurkę 

Marigold.

Marigold nie wiedziała dotąd, czym jest zazdrość o konkretną żyjącą osobę, lecz poznała 

teraz to dręczące uczucie. Och, jakże nienawidziła tej całej Gwendolen Vincent Lesley — tej 
anielskiej,   uduchowionej   istoty,   tej   prymuski!   Marigold   przypomniała   sobie   z   satysfakcji 
kartkę   na   Boże   Narodzenie   od   kuzynki   —   prymuska   nie   wiedziała   najwyraźniej,   że 
„życzenia” nie pisze się przez „rz”.

Gwendolen   Vincent   była   schludna.   Była   odważna,   nie   bała   się   piorunów   (o   tym 

dowiedziała  się Marigold, gdy słysząc  grzmot  przypadła  do kolan mamy).  Zawsze robiła 
d o k ł a d n i e  to, co je kazano.

— Słyszysz, Marigold? — powiedziała babcia.
Nigdy nie trzaskała drzwiami (Marigold właśnie to zrobiła). Jak na swój wiek, doskonale 

gotowała. Nigdy nie spóźniała się na posiłki.

— Słyszysz, Marigold? — powiedziała mama.
Nigdy nie gubiła swoich rzeczy. Myła zęby po każdym posiłku. Nie używała slangowych 

wyrażeń.   Nie   przerywała,   gdy   inni   mówili.   Nie   robiła   błędów   gramatycznych.   Miała 
doskonałe   uzębienie   („trójki”?   Marigold   były   trochę   krzywe).   Nie   zachowywała   się   jak 
trzpiot (Marigold właśnie bujała się na furtce). Nie była zbyt ciekawska (a Marigold zadawała 
wiele różnych pytań). Zawsze kładła się wcześnie i wcześnie wstawała, bo wiedziała, że tak 
należy postępować, aby zachować zdrowie, stać się mądrym i bogatym.

— No, w to już na pewno nie uwierzę — burknęła nieuprzejmie Marigold. — Phidime 

przez całe życie zrywa się o piątej rano, a jest najuboższym człowiekiem w Harmony.

I wtedy okazało się, że Gwendolen nigdy nie pyskuje.
Tylko raz Marigold przemknęła przez głowę myśl, że dorównuje niedościgłej Gwendolen 

— gdy ciocia Josephine opowiadała, jak kuzyneczka wstała w środku nocy i zeszła po ciemku 
po schodach, by wpuścić do domu biedne, zmarznięte, nieszczęśliwe kociątko, miauczące na 
ganku. Ale już po chwili ciocia Josephine opisywała, patrząc przy tym znacząco na dłonie 
Marigold, w jakiej czystości Gwendolen utrzymuje swoje paznokcie.

— Jej   paluszki   wieńczą   takie   śliczne,   białe   półksiężyce   —   zachwycała   się   ciocia 

Josephine.

No cóż, Marigold półksiężyców nie posiadała.
— Krótko   mówiąc   —   stwierdziła   ciocia,   chęć   nigdy   nie   wyrażała   się   zwięźle   — 

Gwendolen to doskonała mała dama.

Tym zdankiem dopiekła Marigold do żywego.
„Mam tego po dziurki w nosie” — pomyślała dziewczynka ze złością. Po raz pierwszy 

odważyła się użyć — choć tylko w myślach — tego nowo poznanego wyrażenia. Jednak 
słowa te nie oddawały w pełni uczuć, jakie żywiła Marigold do „doskonałej małej damy”. 
Najgorsze   ze   wszystkiego   było   uporczywe,   dręczące   uczucie   zazdrości.   Marigold   też 

background image

chciałaby mieć w rodzinie tak świetną opinię.

I oto Gwendolen miała przybyć z wizytą do Świerkowej Kępy. Luther napisał do babci, że 

chciałby, aby jego mała córeczka przyjechała do Harmony i poznała krewnych. Szczególnie 
zależało mu na tym, by odwiedziła Świerkową Kępę, gdzie Luther spędził w młodości tyle 
wesołych   chwil.   Babcia   skrzywiła   się   nieco   na   wzmiankę   o   „wesołych   chwilach”   —   bo 
dobrze pamiętała niektóre z nich — ale wysłała bardzo serdeczne zaproszenie.

Ciocia Josephine, której wizyta w Świerkowej Kępie właśnie dobiegała końca, wyraziła 

głośno nadzieję, że jeśli Gwendolen zatrzyma się dłużej, Marigold nauczy się od niej, jak 
powinna zachowywać się dobrze ułożona dziewczynka. Pod nieobecność Marigold babcia 
odparłaby naburmuszonym tonem, że jej wnuczka zachowuje się bardzo ładnie i jest ogólnie 
lubiana. Mogłaby również dodać, że Luther Lesley był swego czasu strasznym łobuzem, zaś 
Annie   Vincent   uchodziła   za   największą   trzpiotkę   na   wyspie,   więc   co   najmniej   dziwnym 
wydaje się fakt, że taka para dochowała się świętej córki.

Jednak Marigold b y ł a  obecna, więc babcia musiała spojrzeć nią surowo i powiedzieć:
— I ja mam taką nadzieję.
Marigold,   która   ze   zranioną   duszą   poszła   szukać   pociechy   wesołych,   różowych   malw 

rosnących za szarozielonym spichrzem i jabłka, nie usłyszała, jak babcia mówi do mamy:

— Dzięki Bogu, już po wszystkim. Przez najbliższe trzy miesiące nie grozi nam najazd tej 

starej wariatki.

Ciocia Josephine „lubi, gdy koty są na swoim miejscu” — powiedział Lucyfer. — Znam 

ludzi tego rodzaju.

2

A   potem   przyjechała   Gwendolen   Vincent   Lesley.   Tego   ranka   Marigold   wstała   bardzo 

wcześnie,   aby   odpowiednio   się   przygotować   na   przyjęcie   damy.   Zamierzała   być   równie 
nienaganna, anielska i uduchowiona jak Gwendolen, choćby miała to odchorować. Zabolało 
ją, kiedy mama powiedziała błagalnie:

— Proszę   cię,   postaraj   się   zachowywać   miło,   gdy   Gwennie   u   nas   będzie.   —   Jakby 

Marigold nie zachowywała się miło, gdy Gwennie u nich nic niema.

Przez chwilę poczuła grzeszne pragnienie, by powitać gościa pacyną z błota. Ale tylko 

przez   chwilę.   Nie,   będzie   grzeczna,   i   to   nie   tak   po   prostu   grzeczna,   lecz   przerażająco, 
nadzwyczajnie, anielsko grzeczna.

I oto spotkały się. Gwendolen sztywno wyciągnęła smukłą, nieskazitelną dłoń. Marigold 

obrzuciła niespokojnym spojrzeniem swoje paznokcie — dzięki Bogu czyste, choć mowy nie 
ma o żadnych białych półksiężycach. O tak, Gwendolen w istocie była piękną i nienaganną 
damą. Nic nie można było jej zarzucić. Po prostu nic.

Miała owe słynne, tyle razy opisywane przez ciocię Josephine, kasztanowe loki, okalające 

delikatną, uduchowioną twarz, wielkie, łagodne, błękitne oczy i piękne łuki brwiowe, perłowe 
ząbki   i   prosty   grecki   nosek,   usta   jak   pączek   róży,   różowe   uszka   ładnie   przylegające   do 
główki,   anielski   wyraz   twarzy   i   bardzo   słodki   głosik.   Marigold   zastanawiała   się,   czy   to 
zazdrość każe jej myśleć, że troszeczkę za słodki.

Marigold mogłaby wybaczyć Gwendolen urodę, lecz nie mogła znieść jej beznadziejnie 

doskonałych   manier.   A   musiała   znosić   przez   cały   koszmarny   tydzień.   Dziewczynki   „nie 
przypadły sobie do gustu”, jak by to wyraził wujek Klon. Ach, jakie były grzeczne! Babcia 
zaczęła skłaniać się ku teorii, że może jednak dobry przykład na coś się zdaje.

A zanudziły się prawie na śmierć.
Marigold myślała smętnie, jak pysznie mogłyby spędzać czas, gdyby Gwendolen nie była 

taka potwornie nienaganna, a ona nie musiała jej dorównywać. Mogłyby przecież huśtać się 

background image

na gałęziach jabłoni, bawić się w porzeczkowym domu, buszować na sianie w starej stodole, 
łazić po świerkowym zagajniku, brodzić w strumieniu, zbierać małże na plaży, wymyślać 
bzdurne wierszyki, zwierzać się sobie z sekretów przed zaśnięciem. Ale nie było żadnych 
sekretów   —   grzeczne   dziewczynki   ich   nie   posiadają.   A   Gwendolen   przypuszczalnie 
powtarzała sobie przed snem kościelne pieśni.

Pewnej nocy nadeszła straszliwa burza. Marigold postanowiła nie okazać, jak bardzo się 

boi. Gwendolen stwierdziła spokojnie, że błyskawice nie pozwalają jej zasnąć, i ukryła głowę 
pod kołdrą. Marigold nie poszła w jej ślady, bo przecież Gwendolen mogłaby pomyśleć, że 
ona robi to z powodu strachu. Mama podeszła do drzwi i spytała:

— Boisz się, kochanie?
— Ani trochę — odparła dzielnie Marigold, mając nadzieję, że ani mama, ani Gwendolen 

schowana pod kołdrą nie usłyszą, jak bardzo drży jej głos.

— Czyż burze nie są zabawne? — spytała Gwendolen rankiem.
— No   pewnie   —   przytaknęła   z   entuzjazmem   Marigold.   Najtrudniej   było   dorównać 

Gwendolen przy posiłkach. Maniery przy stole były słabym punktem Marigold, bo zawsze 
jadła w pośpiechu, by czym prędzej zająć się swymi sprawami. Teraz tkwiła przy stole tak 
długo,   jak   tylko   mogła.   Dzięki   temu   pozostawało   mniej   czasu   spędzenia   w   nudnym 
towarzystwie Gwendolen i zastanawiania się i jakąś odpowiednią i dostatecznie uduchowioną 
rozrywką. Gwendolen jadła powoli, nienagannie posługując się sztućcami, najwyraźniej biła 
czerstwe pieczywo, mówiła „przepraszam”, gdy zachodziła potrzeba, i pytała: „Czy mogę 
prosić o masło, ciociu Lorraine?”. Marigold załatwiała to dwoma słowami: „Mogę masła?”.) 
Och, jakie byłoby cudowne, gdyby Gwendolen choć raz uroniła jedną kroplę sosu ną obrus!

Pewnego wieczoru wybrały się z babcią do kościoła na spotkanie z misjonarzem. Marigold 

wcale nie chciała jechać, lecz Gwendolen tak się do tego paliła, że babcia wzięła je ze sobą, 
choć nie pochwalała obecności małych dziewczynek na wieczornych spotkaniach. Spacer do 
kościoła sprawił Marigold niebywałą przyjemność. Zaczął ją nawet dręczyć niepokój, czy 
uduchowiona osoba ma prawo aż tak się cieszyć. Ale białe chmurki, żeglujące po zalanym 
księżycowym   światłem   niebie,   były   takie   urocze,   cienie   świerków   na   drodze   takie 
fascynujące, owce na srebrnych pastwiskach tak perłowobiałe, a cała pachnąca letnia noc taka 
przyjazna i kochana! Jednak, gdy Marigold rzekła nieśmiało do Gwendolen: — Czyż świat po 
ciemku nie jest piękny? — ta odparła:

— W lecie nie martwię się tak bardzo o pogan, lecz, och, cóż oni p o c z n ą , gdy zrobi się 

chłodno?

Marigold   co   miesiąc   uczciwie   ofiarowywała   na   rzecz   pogan   jedną   dziesiątą   swego 

skromnego kieszonkowego, choć wcale nie się o ich los. Znowu odczuła z goryczą, że jest 
gorsza od Gwendolen Vincent.

Jednak tego wieczoru modliła się:
— Boże, spraw, bym była dobra, lecz nie tak bardzo jak Gwen, gdyż ona nigdy z niczego 

się nie cieszy.

— Dziewczynki doskonale się rozumieją — powiedziała któregoś dnia babcia. — Nawet 

ani razu się nie posprzeczały. Nie spodziewałam się, że wizyta Gwennie może być aż tak 
udana.

Mama   przytaknęła   —   lepiej   było   zawsze   zgadzać   się   z   babcią   —   ale   miała   dziwne 

wrażenie, że dziewczynki nie rozumieją się wcale. Jednak nie potrafiła wyjaśnić dlaczego.

Pewnego ranka babcia i mama musiały pojechać do Harmony. Babcia miała przymiarkę 

nowej sukni z czarnej satyny, a mama wizytę u dentysty. Zamierzały zostać w miasteczku 
prawie   całe   przedpołudnie.   Salome   wyjechała   już   poprzedniego   dnia   wieczorem,   gdyż 
wezwano ją do chorej kuzynki.  Jednak Gwendolen była  tak grzeczna,  zaś Marigold taka 
odmieniona, że panie nie obawiały się zbytnio zostawiać dziewczynek samych. Tuż przed 
odjazdem babcia powiedziała:

background image

— Pamiętajcie, żeby żadna z was nie ważyła się wytknąć głowy poza furtkę.
Po dziś dzień nie wiadomo, dlaczego babcia to powiedziała. Marigold przypuszcza, że było 

to przeznaczenie. Furtka miała już dziesięć lat i nikt jeszcze nie próbował wytykać przez nią 
głowy.   Wysokie   solidne   drzwi   zrobiono   z   połączonych   na   krzyż   metalowych   prętów.   W 
Świerkowej Kępie nie uznawano lichych furtek z drucianej siatki. Marigold nigdy nie wpadła 
na taki wspaniały pomysł, by przeciskać głowę pomiędzy prętami. Teraz też nawet o tym nie 
pomyślała.

Jednak   gdy   tylko   babcia   i   mama   zniknęły   z   pola   widzenia,   ten   ucieleśniony   ideał, 

Gwendolen, która była dziwnie cicha przez cały ranek, oświadczyła stanowczo:

— Mam zamiar wytknąć głowę poza furtkę.
Marigold nie mogła uwierzyć własnym uszom. Grzeczna, posłuszna Gwendolen!
— Ta stara nie będzie mi dłużej rozkazywać — dodała dziewczynka, po czym zeszła po 

schodkach i ruszyła aleją.

Oszołomiona Marigold popędziła za nią.
— Och, nie, Gwennie, proszę cię, nie rób tego! — błagała. — To może być niebezpieczne, 

otwory są takie małe. Co zrobisz, gdy głowa ci tam utknie?

W odpowiedzi Gwendolen wsadziła, a właściwie z trudem wepchnęła głowę w jeden z 

prostokątów utworzonych przez pręty.

— No! — sapnęła triumfalnie. Gęste loki opadły jej na twarz, i w jednej chwili sprawdziło 

się niejasne przeczucie, jakie ogarnęło Marigold przy śniadaniu. Gwendolen miała brudne 
uszy!

— Och, wyciągnij stamtąd głowę, proszę cię, Gwennie — błagała Marigold.
— Zrobię to, jak mi się spodoba, panno Grzecznotko. Niedobrze mi już od tej grzeczności 

i mam zamiar to sobie odbić. Nic mnie nie obchodzi, jak bardzo cię to zdziwi. Czekaj no 
tylko, zobaczysz, co jeszcze zrobię!

Marigold   świat   zawirował   przed   oczyma   i   dopiero   straszny   wrzask   przywołał   ją   do 

rzeczywistości.

— Och, nie mogę wyciągnąć głowy! Nie mogę! — krzyczała Gwendolen.
Ciągnęła głowę rękami, kręciła nią, wiła się jak piskorz — wszystko na nic.
Marigold wystraszyła się nie na żarty. Przelazła na drugą stronę furtki i zaczęła pchać 

uwięzioną głowę, lecz spowodowało to jedynie głośniejsze wrzaski Gwendolen. Wyglądało 
na to, że dziewczynka bardzo cierpi.

Trzeba przyznać, że była istotnie w paskudnym położeniu. Mocno pochylona do przodu, 

poczuła straszliwy ból w plecach i nogach. Oświadczyła nawet, iż krew spływa jej do głowy, 
więc wkrótce na pewno umrze. Marigold, drżąc z przerażenia, spytała łamiącym się głosem:

— Czy myślisz, że… pomoże modlitwa?
— Modlitwa, modlitwa! Lepiej idź po kowala, pomoże bardziej niż wszystkie modlitwy na 

świecie   razem   wzięte!   Niedobrze   mi   się   robi   od   tych   twoich   lamentów!   —   syknęła 
uduchowiona Gwendolen.

Kowal! Phidime Gautier! Marigold zdrętwiała. Śmiertelnie bała się Phidime’a, który ciągle 

żuł  tytoń  i  strzykał  śliną  gdzie   popadło.  Wprawdzie  nie  bardzo  wierzyła   w  tę  historię   o 
pożeraniu niemowlaków, lecz wciąż była pod jej wrażeniem. Phidime Gautier, ten wściekły 
gbur, przepędzał wszystkie dzieci kręcące się przy kuźni. Czuła, że nigdy nie zdobędzie się, 
by tam pójść.

— Spróbuję chwycić cię w pasie i mocno pociągnąć… — zaproponowała zdławionym 

głosem.

— Tak, i urwać mi głowę! — warknęła Gwendolen. Jeszcze raz szarpnęła się rozpaczliwie, 

ale bez skutku; przy okazji o mało nie zmiażdżyła sobie ucha. Nagle zaczęła wydzierać się jak 
szalona.

— Nie   zniosę   tego   dłużej!   —   jęczała   w   przerwach   pomiędzy   wrzaskami.   —   Nie 

background image

wytrzymam! Och, umieram, umieram!

Marigold nie mogła się już wahać. Ruszyła pędem do kuźni. Krzyki Gwendolen Vincent 

były coraz słabsze. Czyżby Gwennie umarła? A może nie miała już siły krzyczeć?

— Cóż   to,   zostawiłaś   ciasto   w   piekarniku?!   —   zawołał   wujek   Jed   Clark   na   widok 

biegnącej dziewczynki.

Marigold   nie   odpowiedziała.   Starczyło   jej   tchu   jedynie   na   to,   by   dobiec   do   kuźni   i 

zdyszanym głosem wyłuszczyć sprawę.

— Rany boskie — mruknął Phidime, splunął na gwóźdź w podłodze i niespiesznie zaczął 

rozglądać się za pilnikiem. Nigdy nie widział potrzeby, by się spieszyć. A Gwennie mogła już 
skonać!

Wreszcie Phidime wygrzebał skądś pilnik i ruszył drogą, skradając się niczym ponury, 

czarny wilkołak. Gwendolen nie skonała. Świadczyły o tym jej krzyki.

— Dobra, koniec tych wrzasków — burknął Phidime.
Długo   piłował   pręt   i   wcale   nie   próbował   robić   tego   delikatnie.   W   końcu   potargana   i 

wymięta Gwendolerf Vincent została uwolniona. Zdawało jej się teraz, że ma głowę trzy razy 
większą niż normalnie.

— Nie rób więcej takich głupot — przestrzegł Phidime.
— Stary cap! — rzuciła mściwie Gwendolen.
Marigold zaparło dech ze zdziwienia. To ma być dama? Uduchowiona? Nie mówiąc już o 

tym, że kowalowi należy się zwykła wdzięczność!

— Trzymaj język za zębami, smarkulo — burknął Phidime na odchodnym.
Gwendolen pokazała mu język.
Gdy Marigold ochłonęła z wrażenia, wpadła w złość. Spojrzała na Gwendolen i wycedziła 

bardzo nielubiane przez wszystkich pytanko:

— A nie mówiłam?
— Och, morda w kubeł!
To było nieprzyzwoite. „Zamknij się” — to co innego, Marigold często słyszała w szkole, 

jak chłopcy tak mówili.

— Nic mnie nie obchodzi, co teraz czujesz, panno Grzecznotko. Mam już po uszy starania 

się, by ci dorównać. Nikomu by się to nie udało. Niech tam ciocia Josephine gada sobie, co 
chce. Ja się poddaję.

— Ciocia Josephine?!
— A tak, ciocia Josephine! Gdy przyjeżdża do Wiklinowego Wzgórza, nic, tylko pieje na 

twoją cześć.

— Na moją cześć? — wyjąkała Marigold.
— Jasne.   Podaje   mi   ciebie   jako   wzór.   Wiedziałam,   że   cię   znienawidzę,   i   wcale   nie 

chciałam tu przyjeżdżać — wolałam pojechać tam, gdzie dzieje się coś ciekawego — ale tata 
mi kazał. Wtedy postanowiłam, że będę taką damą jak ty. Co za okropny tydzień!

— Mnie natomiast ciocia Josephine ciebie opisywała jako ucieleśniony ideał, doskonałą 

damę. I ja też próbowałam ci dorównać — westchnęła Marigold.

Patrzyły przez chwilę na siebie i wreszcie zrozumiały, co zaszło. Gwendolen wybuchnęła 

śmiechem.

— Nie mogłam znieść tego ani dnia dłużej. Dlatego wetknęłam głowę pomiędzy pręty.
— Ciocia Josephine powiedziała mi, że przed zaśnięciem recytujesz w myślach pieśni, że 

raz pokazałaś jej w książce anioła, swój ideał, że…

— Cały czas ją nabierałam. Tak łatwo daje się oszukać!
To było, rzecz jasna, niegodziwe. Sympatia Marigold do kuzynki z każdą chwilą coraz 

bardziej rosła.

— Doprowadzała mnie do szału tymi pochwałami na twój temat. Chciałam jej pokazać, że 

nie jesteś jedyną świętą na świecie.

background image

— Czy   naprawdę   chciałaś   pójść   wtedy   do   kościoła   i   słuchać   tego   misjonarza?   — 

zainteresowała się Marigold.

— Jasne. Liczyłam, że powie coś o ludożercach i że będę mogła się w nich bawić po 

powrocie do domu — wyjaśniła rezolutnie Gwennie.

To dopiero było nikczemne! Och, jak Marigold kochała Gwennie!
— Zmarnowałyśmy cały tydzień — stwierdziła ponuro.
— Nie   szkodzi.   Nadrobimy   to   w   tym   tygodniu   —   zapewniła   złowieszczym   tonem 

Gwendolen Vincent.

Babci nie dane było nigdy pojąć, co odmieniło tak dziewczynki. I nigdy nie zapomniała 

owego drugiego tygodnia wizyty.

To dopiero chytra sztuka — mawiała zawsze Salome, ilekroć ktoś wspomniał potem o 

Gwendolen Vincent.

Nie każdy jest taki święty, na jakiego wygląda  — zauważył Lucyfer, który zawsze miał 

wrażenie,  że jego ogon był  w niebezpieczeństwie,  gdy w pobliżu kręciła  się Gwendolen, 
pomimo jej rzekomej świętości.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DWUNASTY

M

ARIGOLD

 

SIĘ

 

BAWI

1

— Nie, nie będę tego jadła! O mało nie zdechłam przez to tłuste żarcie, które wpychałyście 

mi przez cały tydzień.

Tak brzmiała deklaracja niepodległości ogłoszona przez Gwendolen przy kolacji. Babcia, 

która nie zauważyła jeszcze, co się stało z furtką (Phidime bardzo sprytnie ją zadrutował), 
zaczęła się zastanawiać, co dzieje się z Gwennie.

— Powinnaś jeść zarówno tłuste, jak i chude kawałki — stwierdziła surowo.
Gwennie pokazała babci język. Marigold doznała szoku, stwierdziwszy, że można zrobić 

coś takiego i nie paść trupem na miejscu. Babcia nie odezwała się ani słowem. Cóż miała 
powiedzieć?  Jednak   przyszło  jej   na  myśl,   że  dziecko  Annie  Vincent  wdało  się   w  matkę 
bardziej, niż przypuszczała. Babcia nigdy by się do tego nie przyznała, lecz była niemal tak 
samo jak Marigold zmęczona perfekcyjnym chowaniem Gwennie. Dlatego też postanowiła 
nie zauważać sów dziewczynki.

W   trakcie   kolejnych   dni   wielokrotnie   udawała   ślepotę.   W   przeciwnym   bowiem   razie 

musiałaby, urągając nakazom gościnności i narażając się na dozgonny gniew Annie Vincent, 
złoić skórę jej latorośli albo, odesłać ją do domu. Sławetny spokój Świerkowej Kępy został 
unicestwiony. Dzień pozbawiony dreszczyku był dla Gwendolen dniem straconym.

Marigold   bawiła   się   dobrze,   choć   miała   pewne   zastrzeżenia   do   Gwennie,   której   nie 

obchodziły wcale  książki  ani kociaki  i która nie miała  pojęcia  o driadach  mieszkających 
wśród buków czy duchach wiatrów, nadlatujących w sztormowe noce znad zatoki. Marigold 
nie przyszłoby do głowy powiedzieć Gwennie o Sylwii czy zdradzić jej sekretne ścieżki w 
zaczarowanych gajach. Jednak Gwennie okazała się dobrą koleżanką. Dziewczynki bez trudu 
wynajdowały sobie różne zabawy, a poza tym Gwennie była taka śmieszna! Ciągle kogoś 
„małpowała” i w dodatku z dużym powodzeniem. Bardzo to było zabawne, choć miało się 
niemiłe wrażenie, że wystarczy się odwrócić, by samemu paść ofiarą żartów. Gdy pewnego 
razu Gwennie wylała zupę na jedwabną suknię pani doktorowej Emsley, małpując sposób, w 
jaki spożywał zupę stary doktor — przyprawiła biedną Marigold o atak grzesznej wesołości, a 
babcię o wybuch niepohamowanego gniewu.

Zabawa to oczywiście przyjemna rzecz. Jednak Gwennie naśmiewała się z wielu rzeczy, 

które   Marigold   nauczono   czcić,   i   chichotała   w   chwilach,   gdy   powinna   okazywać 
uszanowanie.   Wspólne   wyjścia   do   kościoła   były   okropne.   Gwennie   mówiła   bez   przerwy 
prześmieszne rzeczy o obecnych tam ludziach, a przecież to niegodziwe śmiać się w kościele, 
choćby cichutko. Czasami Marigold nie mogła się powstrzymać. Chichotała tak, że aż ławka 
się trzęsła, a babcia piorunowała ją wzrokiem.

A jednak Marigold nie pozwoliła Gwennie ochrzcić kociąt, choć kuzynka uważała, że to 

będzie „pyszna zabawa”. Przygotowała nawet miseczkę z wodą i inne niezbędne akcesoria. 
Chciała   udawać   księdza,   zaś   Marigold   miała   trzymać   kociaki   do   chrztu.   Ale   Marigold 
postawiła na swoim. Żadnego chrzczenia kotów — i koniec.

— Babcia by na to nie pozwoliła — orzekła.
— W nosie mam twoją babcię — stwierdziła Gwennie.
— A ja nie — powiedziała Marigold.
— Po prostu boisz się jej — prychnęła pogardliwie kuzynka. — Zbierz się na odwagę!
— Odwagi  mi   nie  brak  — odpaliła  Marigold.  —  Nie  pozwolę   ochrzcić  kociaków  nie 

dlatego, że boję się babci, lecz dlatego, że tak się nie godzi.

background image

— Wiesz,   co   robię   w   domu,   kiedy   rodzice   mi   się   sprzeciwiają?   Po   prostu   zaczynam 

wrzeszczeć na całe gardło, aż w końcu dają za wygraną.

— Babci nie udałoby ci się z a w r z e s z c z e ć  — oświadczyła dumnie Marigold.
Gwennie   dąsała   się   przez   cały   wieczór,   a   Marigold   było   przykro,   gdyż   naprawdę   ją 

polubiła.   Jednak   są   rzeczy,  których   się   nie   robi.   Do   takich   właśnie   należy   koci   chrzest. 
Rankiem Gwennie oświadczyła kuzynce, że jej przebacza.

— Nie chcę, byś mi wybaczała — żachnęła się Marigold. — Nie zrobiłam nic złego. Nie 

potrzebuję twego przebaczenia.

— Ale ja ci je daję. Nie zabronisz mi — oświadczyła świętoszkowatym tonem Gwennie. 

— A teraz wymyślmy jakąś nową zabawę. Te stare już mi się znudziły. Czy miałaś w życiu 
taki dzień, kiedy robiłaś w s z y s t k o , na co ci przyszła ochota?

— Nie — przyznała Marigold.
— Dzisiaj będziemy więc robić, co nam się spodoba. Na co tylko mamy ochotę.
— Na co ty masz ochotę? Czy też — na co j a  mam ochotę? — dopytywała się trzeźwo 

Marigold.

— Na co j a mam ochotę — postanowiła Gwennie. — Jestem gościem, więc p o w i n n a ś 

na wszystko się zgodzić. No, chodź, nie bój się, że każę ci chrzcić kociaki. Święte rzeczy 
wyłączymy z zabawy, skoro jesteś taka przeczulona na ich punkcie. Posłuchaj, co mam miar 
zrobić. Wprost mnie skręca na myśl o tym jagodowym winie. Poprosiłam wczoraj babcię, by 
dała mi spróbować, ale powiedziała, że to nie jest dla małych dziewczynek. Lecz ja mam na 
nie chrapkę. Wykradnę zaraz butelkę i strzelimy sobie po kieliszku. Potem odstawię wino na 
miejsce i nikt się o niczym nie dowie.

Marigold doskonale wiedziała, że nie powinny tego robić. Ale wypić jagodowe wino to nie 

to samo, co ochrzcić kocięta. Poza tym był pewna, że Gwennie i tak nie ustąpi. Wreszcie — 
Marigold   w   głębi   duszy   sama   marzyła   o   spróbowaniu   wina.   Nigdy   jej   nie   dano   nawet 
kropelki,   co   uważała   za   podłość.   Wino   jagodowe   babci   cieszyło   się   zasłużoną   sławą,   a 
wieczorami goście zawsze byli częstowani ciastem i owym trunkiem.

Babcia, mama  i Salome zrywały właśnie w sadzie jabłka. To była  dobra okazja i, jak 

powiedziała Gwennie, nikt pewnie nie zauważy, że ubyły dwa kieliszki wina. Trzeba tylko 
wepchnąć butelkę w ciemny kąt spiżarki.

W   jadalni   zalegał   chłodny   cień.   Wiosną   położono   na   ścianach   nowe   tapety,   a   mama 

powiesiła   właśnie   kremowe   koronkowe   firanki,   które   falowały   lekko   w   powiewach 
sierpniowego wietrzyku. Na stole pyszniła się wspaniała ozdoba — błękitny ptak, przysłany 
babci aż z Vancouver przez ciocię Dorothy. Obok stał wazon z purpurowymi ostróżkami. Na 
oparciu krzesła wisiała świeżo wyprana, biało — niebieska perkalowa sukienka Salome.

Marigold przystanęła, by szepnąć coś ostróżkom, zaś Gwennie popędziła do spiżarki i 

zjawiła się po chwili z butelką w ręku.

— Korek jest okręcony drutem — stwierdziła. — Muszę skoczyć do spichrza po szczypce. 

Ty tu zaczekaj, a jak usłyszysz, że ktoś nadchodzi, szybko odstaw butelkę do spiżarki.

Nikt nie nadchodził, więc Marigold napawała się szkarłatnymi refleksami rzucanymi przez 

butelkę. Nie mogła się doczekać, kiedy pozna wreszcie smak wina. Naprawdę zabawnie było 
mieć przy sobie kogoś, kto ośmielał się grać babci na nosie.

Po   drodze   do   spichrza   Gwennie   natknęła   się   tylko   na   Lazarre’a.   Lazarre,   który   miał 

niepochlebną opinię o przodkach Gwennie, od razu się domyślił, że coś się święci.

— Gdy ta mała wygląda jak aniołek, wiadomo, że jakieś diabelskie figle jej w głowie — 

mruknął. Jednak nie odezwał się do niej słowem. Pomyślał, że skoro trzy kobiety nie mogą 
upilnować jednego dziecka, to jemu nic do tego.

— Korkociąg   też   przyniosłam   —   powiedziała   Gwennie,   zręcznie   odkręcając   drut 

szczypcami.

W chwilę później korkociąg okazał się już niepotrzebny. Inne narzędzia również.

background image

W pierwszym momencie dziewczynki nie bardzo wiedziały, co zaszło. Usłyszały jakby 

wystrzał z pistoletu — i oto stały pośrodku jadalni, patrząc na siebie oszalałym wzrokiem. W 
butelce  pozostało  niewiele  wina  jagodowego, bowiem  jego pokaźna  ilość  znalazła  się na 
suficie… ścianach… nowych firankach… sukience Salome… na ozdobie stołowej… twarzy 
Gwennie…   i   ślicznej   lnianej   sukience   Marigold!   Gwennie   dowiedziała   się   całkiem 
niespodziewanej   rzeczy   o   winie   jagodowym.   Przepadała   za   „dreszczykami”,   a   ten   jeden 
moment dostarczył jej wrażeń na całe tygodnie.

Na krótką chwilę zastygła z przerażenia, po czym chwyciła Marigold za rękę.
— Chodź szybko — syknęła. — Ściągaj tę sukienkę, przebierz się, prędko!
Marigold dała się zawlec na górę. Była przerażona! Salome mówiła, że jagodowych plam 

niczym nie można wywabić! Jednak Gwennie nie dała jej czasu na rozmyślania. Zdarła z niej 
poplamioną sukienkę, wrzuciła ją do szafy, w pośpiechu narzuciła Marigold przez głowę inną 
— starą i wypłowiałą. Potem, nie przejmując się plamami na własnej sukience, starła sobie 
jagodowe wino z twarzy ręcznikiem mamy.

— Chodź! — rozkazała, ciągnąc Marigold za rękę.
— Dokąd biegniemy? — spytała Marigold, gdy pędziły drogą.
— Wszystko   jedno!   Musimy   się   ulotnić.   Wrócimy   dopiero,   jak   zrobią   porządek   z   tą 

jadalnią. Zabiłyby nas, gdybyśmy były w pobliżu, kiedy to odkryją. Zjawimy się w domu 
wieczorem. Może nie będą już takie wściekłe i jakoś nam się upiecze. Chciałabym zamienić 
się w muchę siedzącą na suficie w chwili, gdy babcia ujrzy ten pokój!

— Nie   możemy   być   cały   dzień   poza   domem.   Nie   mamy   nic   do   jedzenia   —   jęknęła 

Marigold.

— Będziemy   żywić   się   jagodami,   korzonkami   i   czymś   tam   jeszcze…   —   oświadczyła 

Gwennie. — Jak Cyganki mieszkające w lesie. Pomyśl tylko, co za frajda!

— Podwieźć was? — spytał ktoś nagle.
Był   to   pan   Abel   Derusha   zwany   Zielarzem.   Jechał   na   swoim   wozie   z   podwójnym 

siedzeniem. Jak zwykle był z gołą głową, a obok biegł jego pies Guzik.

2

Zielarz był jedną z niewielu romantycznych postaci, jakimi mogła się poszczycić okolica 

portu. Mieszkał na cyplu, lecz znano go we wszystkich sąsiednich osadach, przynajmniej 
ludziom wydawało się, że dobrze go znają, podczas gdy tak naprawdę było akurat na odwrót.

Za młodu Abel Derusha pilnie studiował, bo chciał zostać pastorem. Gdy jednak oskarżono 

go o herezję, zmuszony był porzucić naukę. Powrócił do domu, zamieszkał na cyplu ze swą 
niezamężną siostrą Tabby i zbudował sobie wóz, którym przewoził zioła. Wkrótce zyskał 
przydomek „Zielarza”. W lecie objeżdżał całą wyspę, zbierając lecznicze rośliny, które potem 
— także w postaci wywarów — sprzedawał. Zarabiał na tym psie pieniądze, lecz wystarczało 
mu z siostrą na życie. Zbieranie ziół usprawiedliwiało upodobanie Abla do życia na wolnym 
powietrzu. Marigold uważała, że jest „interesujący”, i często myślała sobie, jak cudownie 
byłoby przejechać się jego czerwonym wozem. Pozostawała pod urokiem Abla, choć niewiele 
wiedziała o jego losach — zaledwie tyle, co zdołała usłyszeć, gdy Salome rozmawiała o nim z 
panią Kemp.

— Abel   Derusha   zawsze   był   lekkomyślny.   Nigdy   nie   przejmował   się   swą   niedolą   i 

nieszczęściami,   tak   jak   inni   ludzie.   Wydaje   mi   się,   że   odkąd   włóczy   się   po   kraju   w 
poszukiwaniu ziół, gadając z tym swoim starym rudym psem, którego traktuje jak człowieka, 
nic go nie obchodzi. Choć nie martwił się nawet wtedy, gdy zabronili mu zostać pastorem. 
Powiedział, że Bóg mieszka wszędzie, w lasach i w kościołach. Abel wdał się w rodzinę 
matki,   Courteloesów.   Jest   taki   niezaradny,   wiecznie   z   głową   w   chmurach.   Derusha’owie 

background image

zawsze się go wstydzili. O nie, to nie jest recepta na życie.

Tak, masz rację, poczciwa i zacna Salome. To nie jest recepta na życie w twoim świecie, 

lecz może istnieją inne światy, gdzie receptę ową tworzy się według innych wzorców. Abel 
Derusha   żył   w   jednym   z   takich   światów,   który   znajdował   się   poza   zasięgiem   wzroku 
zapobiegliwych   farmerów   znad   zatoki.   Marigold   znała   ten   świat,   choć   wiedziała,   że   nie 
sposób   żyć   w   nim   przez   cały   czas,   tak   jak   Abel.   Jednak   można   tam   czuć   się   bardzo 
szczęśliwym. Abel Derusha był najszczęśliwszym człowiekiem, jakiego znała.

Miał tak krótki podbródek, że jego twarz sprawiała wrażenie kwadratowej. Nosił długą, 

jedwabistą, rudą brodę oraz dziwaczne, sterczące, zadzierzyste wąsy, które wcale do niej nie 
pasowały.   Bez   wątpienia   był   brzydki,   lecz   Marigold   uważała,   że   to   miła   brzydota.   Miał 
piękne, czyste, niebieskie oczy, które świadczyły o tym, że zachował dziecięce serce. W lesie 
przybiegały do niego rude wiewiórki, i wołał po imieniu wszystkie okoliczne psy.  Kiedy 
przyjeżdżał do Świerkowej Kępy — co rzadko mu się zdarzało, gdyż był wybredny przy 
wyborze  miejsca popasu — siedział  na swym  czerwonym  wozie i godzinami  gawędził z 
Lazarre’em, Salome, mamą i babcią, którzy zatrzymali się, by z nim porozmawiać. Nigdy 
jednak nie wchodził do domu. Gdy kiedyś po jego odjeździe Lazarre wzruszył ramionami i 
stwierdził   ze   wzgardą,   że   „temu   facetowi   brakuje   piątej   klepki”,   Salome   poinformowała 
Lazarre’a, w ramach solidarności z przedstawicielem tej samej nacji, że Abel Derusha więcej 
zapomniał, niż on, Lazarre, kiedykolwiek wiedział.

Abel obiecał kiedyś, że zabierze Marigold na przejażdżkę, i dziewczynka czekała na to z 

utęsknieniem, choć wiedziała, że babcia nigdy by jej nie pozwoliła z nim jechać. I oto teraz 
miały przez calutki dzień robić z Gwennie, co im się spodoba, zaś Zielarz proponował im 
podróż swoim czerwonym wozem.

— Jasne   —   zgodziła   się   natychmiast   Gwennie.   Marigold,   pomimo   swych   skrytych 

pragnień, ociągała się.

— Dokąd jedziesz? — spytała.
— Och, wszystko jedno — odpowiedział Abel beztrosko. — Tak po prostu zaglądam w 

różne kąty i zastanawiam się, jakbym urządził ten świat, gdyby to ode mnie zależało. Jeśli 
chcecie zabrać się ze mną, małe kózki, to proszę bardzo.

— Ale w domu nie będą wiedzieli, co się z nami stało — powiedziała z powątpiewaniem 

Marigold.

— Za to będą wiedzieli, co się stało z jadalnią — zachichotała Gwennie. — No, Marigold, 

bądź dobrą kumpelką.

— Marigold ma rację — powiedział Zielarz. — Nie trzeba martwić tych, co się martwią. 

Ja tam nigdy się niczym nie trapię. Właśnie nadchodzi Jim Donkin. Poproszę go, by wpadł do 
Świerkowej Kępy i powiedział, że ten dzień spędzicie ze mną. Gdzieś po drodze zjemy obiad, 
a na kolację pojedziemy do mnie. Wieczorem odwiozę was do domu. Co wy na to?

Tylko   Zielarz   mógł   wpaść   na   taki   pomysł.   Abel   nie   widział   powodu,   dla   którego 

dziewczynki   nie  miałyby  udać  się  na  przejażdżkę,  skoro tego   chciały.  Przecież  Pan  Bóg 
stworzył ten piękny dzień dla ludzi lubiących przebywać pod gołym niebem. Gwennie była 
zdecydowana jechać, a Marigold nie mogła oprzeć się myśli, że wyprawa będzie interesująca.

Tak więc poproszono Jima Donkina o przekazanie wiadomości do Świerkowej Kępy, zaś 

dziewczynki   ulokowały   się   na   tylnym   siedzeniu   czerwonego   wozu,   wśród   pachnących 
zbiorów Abla. Wóz pędził drogą, a one były zachwycone. Marigold postanowiła zapomnieć o 
katastrofie z winem jagodowym. W końcu to robota Gwennie, a Gwennie nie zabiją, bo jest 
gościem. Teraz czeka je złocisty dzień, który zdawał się ofiarowywać im nawet pulsujące 
życiem  powietrze.  Może  Marigold  miała   tę  samą   żyłkę  do  włóczęgi   co  wujek  Klon?  W 
każdym   razie   w   skrytości   ducha   uważała,   że   perspektywa   podróży   z   Zielarzem   jest 
zachwycająca. Zawsze wiedziała, że go polubi.

— Którędy pojedziesz? — spytała Gwen.

background image

— Którędy   mi   się   zachce   —   odparł   Zielarz,   rzucając   pogardliwe   spojrzenie   na 

przejeżdżający samochód. — Patrzcie na to brzdąkadło, obrazę pięknego dnia. Nie wiem, po 
co one w ogóle istnieją na świecie. Albo te samoloty. Gdyby Bóg chciał, abyśmy latali, dałby 
nam skrzydła.

— A czy Bóg chciał, abyś zajeżdżał tę biedną starą szkapę, skoro dał ci nogi? — spytała 

zuchwałym tonem Gwennie.

— Tak, bo dał jej cztery nogi, a mnie dał tylko dwie — odparł Abel. Był tak z siebie 

zadowolony, że chichotał przez całą milę. Skręcił w boczną czerwoną drogę. Była wąska i 
wiodła   wzdłuż   płotów,   przy   których   rosły   stokrotki,   potem   obok   bramek   z   żerdzi, 
schowanych   pod   świerkami,   kamiennych   grobli   obrośniętych   gąszczem   ziół,   gdzie   Abel 
uwielbiał   buszować,   krętych   strumyczków   i   skrytych   w   lesie   polanek.   Okolica   była 
prześliczna i dzika, a Zielarz zabawiał dziewczynki opowiastkami na temat każdego skrawka 
ziemi, wyrażając się przy tym jak wykształcony człowiek — którym w istocie był — choć 
czasami używał też żargonu ze swego dzieciństwa.

Dziewczynki  były  zachwycone,  słysząc  makabryczną  historyjkę  o dole  w ziemi,  gdzie 

znaleziono  ciało  zamordowanej  kobiety,  i o pewnym  zakręcie,  na którym  ukamienowano 
wędrownego kaznodzieję.

— Za co go ukamienowali? — spytała Gwen.
— Za   głoszenie   prawdy,   a   w   każdym   razie   za   głoszenie   tego,   co   za   prawdę   uważał. 

Zawsze tak robią — kamienują albo krzyżują głosicieli prawdy.

— Zdaje się, że ty także chciałeś zostać pastorem? — Gwen opętał demon ciekawości.
— To był  pomysł  Tabby,  mnie  nigdy na tym  nie zależało,  nie na tyle,  by opłacać  to 

kłamstwem. Widzicie ten dom w kotlince? Mieszkał tam pewien człowiek, który zawsze po 
przebudzeniu odmawiał modlitwę, a potem wstawał z łóżka i kopał żonę.

— Dlaczego ją kopał?
— Otóż to. Nie wiadomo. Może sądził, że tak należy mówić „amen”.
— Nooo, mnie by nie kopnął po raz drugi — powiedziała Gwennie.
— Wierzę. — Zielarz uśmiechnął się do niej przez ramię. — A to stara siedziba Malloyów. 

Mieszkał w niej krasnoludek. Powiadają, że Malloyowie przywieźli go z Irlandii, zawieruszył 
się bowiem w meblach. Pewnie to i prawda. Nigdy nie słyszałem o rodzimych krasnalach na 
Wyspie Księcia Edwarda.

— Kto to jest krasnoludek? — spytała zaintrygowana Marigold.
— Taki zaczarowany ludzik w czerwonym  ubranku i spiczastej czapeczce. Jeśli się go 

zobaczy, a potem nie spuszcza z oka, zaprowadzi do miejsca, gdzie zakopany jest garniec ze 
złotem. Jimmy Malloy raz go zobaczył, lecz na sekundę odwrócił wzrok i wówczas ludzik 
zniknął. Jednak po tym spotkaniu okazało się, że Jimmy umie strzyc uszami. Przynajmniej 
tyle miał z niego korzyści.

— Jaką korzyść można mieć z ruszania uchem?
— O, niewielu ludzi to potrafi. J a  owszem. Spójrzcie.
— Och, powiedz mi, jak to się robi! — zawołała Gwennie.
— Do   tego   po   prostu   trzeba   mieć   talent   —   powiedział   uroczyście   Zielarz.   —   A   tam 

mieszka Tom Squirely. Szczyci się tym, że nie ma ani centa. A dlaczego? Bo nikt nie chce mu 
pożyczyć.

— Słyszałam, jak Lazarre to samo mówił o tobie — stwierdziła zuchwale Gwennie. — Nie 

rzuca się kamieniami, gdy mieszka się w szklanym domu…

— A to dlaczego? I tak ktoś rzuci kamieniem w twój dom, więc już lepiej samemu się 

zabawić. Na tym wzgórzu mieszka CC. Vessey. Niezły gość, przynajmniej nie taki skąpiec 
jak jego ojciec. Gdy zmarła żona starego Vesseya, bez jego wiedzy pochowano ją z małą złotą 
broszką. Kiedy się o tym dowiedział, poszedł w nocy na cmentarz, rozkopał grób i otworzył 
trumnę, by odzyskać tę broszkę. Zaczekajcie tu chwilkę. Muszę wpaść do kapitana Simonsa. 

background image

Chciał, żebym przywiózł mu południowo — zachodni wiatr. Muszę powiedzieć, że dziś mi 
się nie udało, lecz przyślę go jutro.

— Myślisz, że on naprawdę sprzedaje wiatry? — spytała szeptem Marigold.
— Nie — rzuciła pogardliwie Gwennie. — Przejrzałam na wylot tego twojego Zielarza. 

Ma nie po kolei w głowie. Ale jest bardzo zabawny i opowiada świetne historie. Choć w tego 
krasnoludka nie wierzę.

— Ach tak? — odezwał się Zielarz, który niespodziewanie wynurzył się zza ich pleców. 

Spojrzał na Gwennie ze współczuciem. — Sama nie wiesz, ile tracisz, nie wierząc w takie 
rzeczy. Ja kręcę się tu i tam i wierzę we wszystko — a zabawę mam przy tym przednią.

— Lazarre mówi, że leń z ciebie — skomentowała Gwennie.
— O  nie,  nie jestem leniwy.  Raczej  zadowolony.  Jestem największą  ropuchą  w mojej 

własnej   kałuży,   więc   wcale   mnie   nie   martwi,   że   w   jakichś   innych   kałużach   są   większe 
ropuchy. Jestem panem samego siebie. Spójrzcie no tam. Może wpadniemy do babci Phin. 
Dawno już jej nie widziałem. Przy odrobinie szczęścia pozwoli, by Lily poczęstowała nas 
obiadem.

Gwen i Marigold zlustrowały podejrzliwie dom, przed którym przystanął Zielarz. Chałupa 

była w opłakanym stanie i stanowczo zbyt wiele z jej szyb zastępował pakowy papier. Furtka 
dyndała  smętnie  na jednym  zawiasie, zaś  podwórko było  zarośnięte  ostami  i wrotyczem. 
Starucha siedząca na dziwacznej werandzie nawet z daleka nie wyglądała zachęcająco.

— Nie   podoba   mi   się   tu   —   szepnęła   Gwen.   —   Mam   nadzieję,   że   nie   nabawimy   się 

świerzbu.

— Co to takiego?
— Marigold, czy ty o niczym nie masz pojęcia?
Marigold   pomyślała   w   uniesieniu   o   wielu   cudownych   rzeczach,   o   których   —   w 

przeciwieństwie do Gwennie — miała pojęcie. Jednak powiedziała tylko:

— Akurat o tym nie mam.
— Więc proś Boga, aby zawsze tak było — stwierdziła Gwen przemądrzale. — Ja wiem, 

czym  jest świerzb. Zaraziłam się od jednego dziecka ze szkoły, które mieszkało w takim 
domu jak ten. Fuu! Wciąż tylko smalec i siarka — można skonać.

— No, chodźcie już i przestańcie szeptać — ponaglił Zielarz. — Babka Phin tego nie lubi. 

Nie chcecie chyba wypróbować na sobie jej ciętego języka. Ma osiemdziesiąt siedem lat, ale 
jest żywa w każdym calu.

3

Pod względem fizycznym babka Phin niezupełnie była „żywa w każdym calu”, gdyż nie 

potrafiła samodzielnie  się poruszać. Jak poinformowała  później swych gości, cierpiała  na 
„poraliż”  bioder.  Jednak władze umysłowe  jej  nie opuściły.  Wygląd  miała  porażający — 
śnieżnobiałe   włosy   układały   się   w   eteryczne   loczki   wokół   jej   trupio   bladej   twarzy,   zaś 
zielonobłękitne   oczy   rzucały   dzikie   błyski.   Nadal   posiadała   własne   zęby,   które   jednak 
odbarwiły się i przypominały zwierzęce kły. Gdy rozciągała wargi w uśmiechu, wyglądała jak 
wilczysko. Nosiła czerwoną perkalową bluzkę i suto marszczoną spódnicę z samodziału w 
czerwono — czarną kratę, a na głowie miała rurkowany wdowi czepek, zawiązany ciasno pod 
brodą. Widać było, że od niepamiętnych czasów pozostawała bosa. Lubiła przesiadywać na 
werandzie,   skąd   mogła   wrzeszczeć   na   całe   gardło   i   wygrażać   drugim   czarnym   kijem 
wszystkim i wszystkiemu, co wzbudzało jej niechęć bądź niezadowolenie. Marigold słyszała 
o babci Phin, lecz nie spodziewała się, że kiedykolwiek ją zobaczy. Teraz, drżąc z ciekawości 
i lęku, podążała ścieżką za Zielarzem i rozmyślała nad tym, jak bardzo stare kobiety różnią się 
od siebie. Weźmy choćby Starą Babcię, Młodą Babcię i tę starowinę.

background image

— Ale heca — powiedziała babka Phin.
— Cieplutki dziś mamy dzień, pani Phin — stwierdził Zielarz.
— Nie wątpię, że kiedyś  trafisz w gorętsze miejsce — odpaliła babka. — Ja zaś będę 

siedziała w niebiosach na moim wysokim krześle i śmiała się z ciebie. Już zapomniałeś, że 
ostatnim razem, jak tu byłeś, twój pies mnie ugryzł?

— Tak, biedny zwierzak strasznie to odchorował — powiedział srogim tonem Zielarz. — 

Dopiero co wydobrzał, więc ani mi się waż pozwolić, by znów cię ugryzł.

— Przegadałbyś samego diabła — zachichotała z podziwem babka. — No, chodźcie tu, 

chodźcie.   Na   wasze   szczęście   mam   dziś   dobry   humor.   Nieźle   się   ubawiłam,   patrząc   na 
kondukt pogrzebowy doktora Ramsaya. Dziesięć lat temu orzekł, że został mi zaledwie rok 
życia. Przedstaw mi swoją rodzinkę!

— Panna Marigold Lesley ze Świerkowej Kępy i panna Gwennie Lesley z Wiklinowego 

Wzgórza.

— Aaa, ze Świerkowej Kępy.  Pracowałam tam za młodu. Ze starszej pani była  niezła 

bigotka. Tego lata gościła tam wasza ciotka Adela. Wyglądała jak anioł, ale ludzie powiadali, 
że otruła swego chłopa.

— Ona wcale nie jest naszą ciotką, lecz daleką kuzynką — sprostowała Gwen. — Poza 

tym wcale nie otruła męża.

— Dobrze, dobrze, co się tak przejmujesz? Przecież powinno się wytruć połowę mężów na 

świecie. Miałam czterech, więc sporo wiem o tych gagatkach. Siadajcie wszyscy na podłodze 
werandy i pomajtajcie sobie nogami, nim obiad będzie gotów. Domyślam się, że po to tu 
przyszliście. Lily, Lily!

W   odpowiedzi   na   wrzask   babci   pojawiła   się   w   drzwiach   wysoka,   chuda   kobieta   o 

niechlujnym wyglądzie i posępnej twarzy.

— Mamy gości na obiedzie, Lily, szacowne towarzystwo ze Świerkowej Kępy. Nakryj stół 

serwetą i podaj placek z żab. I koniecznie  zaparz herbatki szurum–burum. Zawołaj  T.B., 
niech   porozmawia   z   dziewczynkami.   Lily   jest   dzisiaj   nie   w   humorze   —   stwierdziła   z 
promiennym uśmiechem staruszka, gdy Lily wyszła. — Dałam jej rano po uszach za to, że 
zostawiła mydło w wodzie.

— Toż ona ma już po sześćdziesiątce. Daj spokój! — zaoponował Zielarz.
— Racja. Zadawałby się, że w tym wieku powinna mieć trochę rozumu — powiedziała 

babka, udając, że opacznie zrozumiała jego słowa. — Ale niektórym nigdy nie przybywa 
oleju w głowie. Choćby tobie. Kiedyś byłeś młodym głupcem, a teraz stary dureń z ciebie. 
Smutna sprawa. T.B., chodźże no tu, zabawiać nasze damy.

T.B. przywlókł się niechętnie i kucnął obok Gwennie. Miał takie jak jego babka zielone, 

złośliwe oczy i zmierzwioną czuprynę. Marigold wcale na niego nie zważała, pochłonięta 
okropnymi wyobrażeniami na temat placka z żab. I tej herbatki szurum–burum. Przeraziła ją 
jeszcze bardziej niż placek z żab, bo nie mogła się domyślić, co to takiego. Gwennie, która 
przepadała za towarzystwem chłopców, od razu nawiązała bliższą znajomość z Timothym 
Beniaminem   Phinem,   w   skrócie   T.B.,   i   zaczęła   przerzucać   się   z   nim   niecenzuralnymi 
wyrażeniami. T.B. dowiedział się od razu, że Gwennie „nie zadziera nosa”, choć pochodzi „z 
tych świętoszków Lesleyów”, więc T.B. może nie przebierać w słowach, gdy z nią rozmawia. 
Gdy padło „niech to szlag”, Gwennie spytała chichocząc:

— Ależ  T.B., nie  boisz się, że  trafisz  w takie  jedno złe  miejsce,  jak będziesz  tak się 

wyrażał?

— Tere–fere — rzucił pogardliwie. — J a  nie wierzę w niebo w piekło. Jak umierasz, to 

koniec z tobą.

— A nie chciałbyś nadal żyć?
— Nie. To wcale nie jest zabawne — stwierdził młody mizantrop. — Poza tym — jak 

słyszałem — w niebie jest potwornie nudno.

background image

— Gdybyś tam kiedyś był, nie mówiłbyś tak — wtrąciła Marigold.
— A t y tam byłaś?
Marigold pomyślała o Ukrytej Krainie, świerkowym wzgórzu i Sylvii.
— Tak — odparła.
T.B. obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Ta cała Marigold nie była wprawdzie ani taka 

ładna, ani tak „klawa” jak Gwennie, lecz było w niej coś, co powstrzymało go od udzielenia 
odpowiedzi, jaką uraczyłby Gwen.

— Kłamiesz — stwierdził uprzejmie.
— Zachowuj się! — huknęła babka, przerywając na chwilę rozmowę z Zielarzem. — Ani 

mi się waż zarzucać damom, że kłamią.

— Och, przymknij się! — odpalił T.B.
— Nie bądź taki miodousty! — powiedziała babka.
T.B. wzruszył ramionami i odwrócił się do Gwen.
— Przez cały dzień dokucza cioci Lily za to, że zostawiła w misce z wodą mydło. Kiedyś 

w dodatku ją biła, ale  j a   zrobiłem z tym porządek. Nie pozwoliłem znęcać się dłużej nad 
cioteczką Lily.

— Jak ją powstrzymałeś? — dopytywała się Gwennie.
— Ostatnim razem, gdy palnęła ciocię, pogryzłem ją — oświadczył ze spokojem T.B.
— Powinieneś częściej ją gryźć, skoro to takie skuteczne — zachichotała Gwennie.
— Nie ma rzeczy, dla której warto by było aż tak się męczyć. — T.B. wyszczerzył zęby w 

uśmiechu. — Babka jest okropnie łykowata. Gdy się mnie nie czepia, ja też nic do niej nie 
mam. Ale w zeszłym tygodniu dała mi w pysk. Za to, że się upiłem.

— Kłamiesz — prychnęła Gwennie.
A jednak T.B. nie kłamał. Okazało się, że upił się w ramach eksperymentu.
— Chciałem tylko zobaczyć, jak to jest. Okropnie się rozczarowałem. Po prostu zrobiłem 

się śpiący, więc się położyłem. Mogłem to równie dobrze zrobić bez picia. Więcej się nie 
upiję, nie ma obawy. Nie warto. Nigdy nie jest tak, jak człowiek sobie wyobraża. Ten świat to 
nudna stara dziura.

— Wcale nie! — wtrąciła się znowu babka. — Świat jest wściekle interesujący.
Marigold pomyślała, że przynajmniej ten pogląd babki Phin podziela bez zastrzeżeń. W 

pewnym sensie dziewczynka świetnie się bawiła. Zetknęła się ze stylem życia, o którego 
istnieniu nie miała pojęcia, ale uważała, że jest interesujący, i to „wściekle interesujący”, jak 
powiedziała staruszka.

Wyglądało   na   to,   że   babka   Phin  i   Zielarz   również   dobrze   się   bawią,   mimo   drobnych 

utarczek słownych.

— Chodzisz do baptystów, tak? — warknęła babka. — Nooo, skoro tak, to twój pies trafi 

do nieba prędzej od ciebie. Ja nie przestąpiłabym progu tego kościoła. Należę do kościoła 
episkopalnego — zawsze tak było i będzie, po wsze czasy, amen.

— Nie sądzę, abyś choć raz w życiu widziała, jak wygląda w środku kościół episkopalny 

— szydził Zielarz.

— Ukręciłabym ci za to nos, gdybym mogła go dosięgnąć — odpaliła babka. — Idź, idź do 

tych swoich baptystów! Ty synu zająca o małpiej twarzy. Będę tu siedzieć i wyobrażać sobie, 
jak się smażysz w piekle.

Nagle zwróciła się do Marigold.
— Gdyby ten cały Zielarz był taki bogaty, jak jest biedny, patrzyłby na nas wszystkich z 

góry. Powiadam ci, on jest niesamowicie dumny.

— Obiad gotowy! — zawołała ponuro ciocia Lily.
— Chodź, pomożesz mi wejść do środka — zakomenderowała babka, sięgając po swój 

czarny kostur. — Jedynie to, że mogę coś czasem przekąsić, trzyma mnie przy życiu.

Zanim   Zielarz   zdążył   podać   babce   szarmanckim   gestem   ramię,   przez   bramę   wjechał 

background image

lśniący   samochód   z   wykwintnie   ubranymi   pasażerami   i   zatrzymał   się   przed   werandą. 
Kierowca wychylił się, aby o coś spytać, lecz babka, skulona niczym tygrys szykujący się do 
skoku, nie dała mu rzec ani słowa. Chwyciła, co miała pod ręką — traf chciał, że był to 
stojący   na   ławeczce   talerz   z   resztkami   bekonu   w   zawiesistym   sosie   —   i   rzuciła   tym   w 
kierowcę. Chybiła jednak, i talerz wylądował wprost na kolanach damy ubranej w modną, 
jedwabną   suknię.   Potem   rozległy   się   mrożące   krew   w   żyłach   wrzaski   babki   Phin.   Na 
przyjezdnych posypały się złorzeczenia, a najbardziej stonowane z nich brzmiały: „Obyście 
zawsze czegoś szukali i nie mogli znaleźć” i „Oby przez siedem lat męczył was świerzb!”, i 
„Oby pogniły wam wszystkie ziemniaki! Będę się o to modlić!”.

Oszołomiony kierowca wycofał samochód za bramę i ruszył pełnym gazem przed siebie. 

Gwen piszczała  z  uciechy, Zielarz uśmiechnął się szeroko, a Marigold robiła wszystko, by 
odczuwać zgorszenie.

Babka była w szampańskim humorze.
— Uff, od razu mi lepiej. Takie draki przedłużają mi życie.  Po gębie tego draba było 

widać, że jego dziadek powiesił się w stajni. No, chodźcie na obiad. Gdybyśmy się was 
spodziewały,   zabiłybyśmy   naszego   starego   koguta.   I   tak   już   czas   na   niego.   Ale   mamy 
przecież placek z żab, no nie?

Ku   uldze   Marigold   i   rozczarowaniu   Gwennie   nie   było   żadnego   placka   z   żab,   tylko 

smażona   szynka,   ziemniaki   i   dżem   jagodowy   (który   budził   w   Marigold   raczej   ponure 
skojarzenia). Przy obiedzie panował nuda, gdyż ciotka Lily siedziała naburmuszona, Babka 
zajadała, głośno ciamkając, zaś Zielarz nie odzywał się ani słowem. To było jedno z jego 
dziwactw — w zamkniętych pomieszczeniach stawał się małomówny.

— Nie potrafię pozbierać myśli ani mówić, gdy osaczają mnie ściany — wyjaśnił kiedyś 

Salome.

Po obiedzie Zielarz zapłacił za posiłek butelką ziołowego specyfiku na „poraliż” babki, ta 

zaś pożegnała ich łaskawie, mówiąc:

— Przykro mi, że odjeżdżacie, a nie przyjeżdżacie.
Potem   przyciągnęła   Marigold   do   siebie,   a   dziewczynce   przemknęła   przez   głowę 

koszmarna myśl, że babka chce ją pocałować. Marigold wiedziała, że gdyby do tego doszło, 
nie byłaby już potem sobą. Jednak babka Phin wyszeptała tylko:

— Gwennie ma więcej wigoru, ale ty bardziej mi się podobasz. Jesteś jak wiosna.
Nikt chyba nie spodziewałaby się po starej babce Phin tak miłego komplementu.

4

Posuwali się wzdłuż brzegu krętej rzeczki, płynącej w kierunku cypla. W oddali widać 

było niebieskawy port, za nim zaś słoneczne wydmy i zamgloną zatokę. Zielarz machnął 
posępnie batem w tę stronę.

— Poezja zniknęła stąd na zawsze — powiedział, bardziej do siebie niż do dziewczynek. 

— Kiedy byłem mały, w ciepły pogodny dzień cała zatoka była upstrzona białymi żaglami. 
Teraz pływają po niej tylko motorówki, a w nich nie ma krztyny romantyzmu. Nasz świat jest 
wyzuty z romantyzmu… — pokręcił ponuro głową.

Jednak dla Marigold, patrzącej na świat oczyma młodości, wszystko otaczała romantyczna 

aura. Co do Gwennie, ta przejmowała się jedynie swym pustym żołądkiem.

— Ojejku, ale jestem głodna — jęknęła. — Wcale się nie najadłam u babci Phin. Gdzie 

zjemy kolację?

— W   mojej   chałupie   —   odparł   Zielarz.   —   Właśnie   tam   jedziemy.   Tabby   coś   nam 

przygotuje. Po kolacji odwiozę was do domu — o ile pogodzie dopisze humor. Te pogoduchy 
nie wróżą nic dobrego. Jutro spadnie na nas deszcz psów i kotów.

background image

Marigold   zaczęła   się   zastanawiać,   co   to   właściwie   są   „pogoduchy”,   ale   zaraz   o   nich 

zapomniała, bo pogrążyła się w rozmyślaniach na temat deszczu psów i kotów. To by dopiero 
była   interesująca   sprawa   —   powódź   kociaków   z   jedwabistymi   uszkami   i   tłuściutkich 
szczeniaczków.

Chałupa   Zielarza   znajdowała   się   na   krańcu   leśnej   drogi,   w   odległym   zakątku,   nad 

czerwonawym brzegiem zatoki. Abel nie lubił żyć w pobliżu innych śmiertelników. Biały 
domek zdawał się wtulać w gąszcz krzewów i kwiatów. Wokół rosło pełno drzew — Zielarz 
za nic by ich nie wyciął — zaś na parapecie siedziały rządkiem cztery koty o topazowych 
ślepiach. Wyglądały jak wycięte z czarnego aksamitu podług tego samego szablonu.

— To potomkowie Świerkowej Kępy — powiedział Zielarz, wysadzając dziewczynki z 

wozu. — Twoja Stara Babcia dała mi ich praprababcię. Witajcie w mych skromnych progach, 
młode damy. Hej, Tabby, mamy gości na kolacji. Przynieś nam po szklance wody.

— O Boże, czy na kolację dostaniemy tylko szklankę wody? — wyszeptała Gwen.
Marigold   nic   nie   odpowiedziała,   gdyż   była   pochłonięta   wpatrywaniem   się   w   Tabby 

Derushę, o której tyle słyszała. Salome mawiała, że Tabby „ma hyzia”. Ponoć była jeszcze 
większą heretyczką niż jej brat, gdyż w ogóle nie wierzyła w Pana Boga. Ciągle się śmiała i 
rzadko opuszczała dom.

Była   bardzo   tęga,   ubrana   w   sukienkę   w   jaskrawoczerwone   prążki.   Miała   okrągłą, 

pozbawioną  wyrazu   twarz,  ale  jej  rude  włosy były  zachwycająco  bujne,  a w  niebieskich 
oczach krył się ten sam, co w oczach brata, dziecięcy wyraz. Gdy przyniosła dziewczynkom 
wodę, obdarzyła je miłym uśmiechem.

— No to siup, co do kropli! — rozkazał Zielarz. — Każdy, kto przybywa do mego domu, 

musi od razu wypić całą szklankę wody. Ludzie nie piją nawet połowy tego, co powinni. 
Gdyby pili, nie musieliby tyle wydawać na lekarzy. Pijcie, mówię wam!

Marigold wcale nie miała pragnienia, więc trudno jej było opróżnić „siup, co do kropli” 

pokaźną szklanicę. Gwendolen wychyliła tylko połowę swojej.

— Co do kropli — powtórzył surowo Zielarz.
— Proszę bardzo! — powiedziała Gwennie i chlusnęła resztę wody Zielarzowi w twarz.
— Ależ Gwennie! — krzyknęła z naganą Marigold.
Panna Tabby wybuchnęła śmiechem, a Zielarz stał sobie spokojnie i trzeba przyznać, że 

wyglądał dość komicznie z ociekającymi wodą bokobrodami.

— Przynajmniej nie będę już musiał myć twarzy — powiedział i na tym się skończyło.
„Jak to się dzieje, że Gwennie wszystko uchodzi na sucho? — zastanawiała się Marigold. 

— Czy to dlatego, że jest taka śliczna?”

Było jej wstyd z powodu zachowania Gwennie. Być może i Gwen trochę się wstydziła — 

o ile znała w ogóle takie uczucie — bo przy stole zachowywała się grzecznie. Strzeliła tylko 
jedną gafę, pytając z zaciekawieniem, czy to prawda, że Tabby nie wierzy w Boga.

— Dopóki mogę się śmiać ze wszystkiego, radzę sobie bez Boga — odparła zagadkowo 

Tabby. — Gdy nie będę mogła się śmiać, nie pozostanie mi nic innego, jak w Niego wierzyć.

Kolacja była pyszna — dostali mnóstwo bułeczek cynamonowych, placek z jabłkami i 

chlebek z rodzynkami, zaś Zielarz opowiadał różne zabawne historyjki. Jednak gdy później, 
wróciwszy z dworu, stwierdził, że zanosi się na deszcz, więc dziewczynki muszą zaczekać do 
rana z odwiezieniem do domu, nie było wcale przyjemnie.

— Ale my musimy wrócić! — zawołała Marigold. — Och, proszę, błagam, niech pan nas 

odwiezie, panie Derusha.

— Nie   mogę   was   odwieźć,   a   potem   jechać   z   powrotem   czternaście   mil   w   ulewnym 

deszczu. Cieszę się z tego, co posiadam, ale cóż, jestem biedakiem. Nie stać mnie na powóz. 
Mój parasol jest cały w dziurach. Nic wam nie będzie, jak tu zostaniecie. W domu wiedzą, 
gdzie jesteście, więc nie będą się martwić. Wiedzą też, że u nas jest czysto. Twoja babcia 
sama tu kiedyś nocowała, siedem lat temu, gdy zaskoczył ją deszcz. Idźcie spać, a zanim się 

background image

obejrzycie, nastanie ranek.

5

— Wiem, że nie zasnę w tym koszmarnym domu — burknęła Gwen, rozglądając się z 

pogardą po maleńkiej sypialni.

Dostrzegała jedynie  nierówną podłogę przykrytą  okrągłym,  gałgankowym  dywanikiem, 

lichą toaletkę z pękniętym lustrem, wyszczerbiony dzbanek i miednicę, poplamiony, spękany 
sufit, staroświeckie, szydełkowe koronki przy poszewkach. Marigold widziała coś więcej — 
roztaczający   się   z   okna   widok   na   zatokę,   wprost   oszałamiającą   w   dzikim   blasku 
zachodzącego   przed   burzą   słońca.   Była   zmęczona   i   przekonana,   że   robienie   tego,   co   się 
żywnie   podoba,  wcale   nie  jest  znowu takie  zabawne.  Jednak  czarowny  widok za  oknem 
odrodził   w   niej   żądzę   romantycznych   przygód.   Dlaczego   Gwen   widziała   tylko   same   złe 
strony? Marudziła już przy kolacji. Właściwie wcale nie jest dobrą koleżanką.

— Jeśli wiatr zmieni kierunek, na zawsze zostanie ci taki wyraz twarzy.
— Och, nie bądź taką dowcipnisia — prychnęła Gwen. — Stary Abel powinien odwieźć 

nas do domu. Przecież sam obiecał. Boję się spać pod jednym dachem z Tabby Derushą. Od 
razu widać, że ma fioła. Może zakraść się w nocy i zadusić nas poduszką.

Marigold też zaczęła obawiać się Tabby, gdy zapadł zmrok. Jednak powiedziała tylko:
— Mam nadzieję, że Salome nie zapomni nakarmić kotów.
— A ja mam nadzieję, że w tym łóżku nie ma pluskiew. To całkiem możliwe. — Gwen 

obrzuciła łóżko nieprzychylnym wzrokiem.

— Och, na pewno nie. Wszędzie jest tak czysto — przekonywała Marigold. — Zmówmy 

pacierz i kładźmy się spać.

— Dziwię się, że nie boisz się modlić po tym, jak nakłamałaś T.B., że byłaś w niebie — 

stwierdziła kwaśno Gwen, która miała ochotę i odbić sobie na kimś swoje niezadowolenie.

— To wcale nie było kłamstwo… nic nie rozumiesz…! — zawołała wzburzona Marigold. 

— Bo Sylvia…

Urwała   nagle.   Jak   dotąd,   nie   powiedziała   Gwennie   o   Sylvii.   Gwen   żywiła   niejasne 

podejrzenie, że Marigold ma jakiś sekret związany ze świerkowym zagajnikiem, i co jakiś 
czas próbowała ciągnąć ją za język. Gdy Marigold wyrwało się teraz to nieszczęsne zdanie, 
Gwen natychmiast zaatakowała:

— Sylvia?! Masz jakiś sekret związany z Sylvią, kimkolwiek ona jest! Jesteś wredna i 

wstrętna, że mi nie powiedziałaś. Przyjaciółki zwierzają się sobie z tajemnic!

— Nie ze wszystkich. Nie mam zamiaru opowiedzieć ci o Sylvii, choćbyś nie wiem jak 

prosiła. Mam prawo do swoich sekretów.

Gwen cisnęła butem o ścianę.
— Dobra! Laski bez. Myślisz, że mi zależy na tych twoich ohydnych sekretach? I tak znam 

jeden z nich! Jesteś zazdrosna o Clementine Lawrence!

Marigold   oblała   się   rumieńcem.   Skąd,   u   licha,   Gwennie   o   tym   wie?   Przecież   nie 

wspomniała jej słowem o Clementine.

— Ha! — Gwennie zachichotała złośliwie. Musiała znaleźć ujście dla swego gniewu i 

podręczyć kogoś, a miała pod ręką tylko Marigold. — Co, myślałaś, że nie wiem? Przede mną 
nic się nie ukryje! Ojejku, ale miałaś kwaśną minę, gdy chwaliłam jej portret! Że też jesteś 
zazdrosna o nieżyjącą już kobietę, której nie widziałaś na oczy! Nigdy nie słyszałam o czymś 
tak głupim!

Marigold   zżymała   się,   słuchając   słów   Gwennie,   a   najbardziej   zabolało   ją   to,   że   były 

prawdziwe. Zapiekła nienawiść do Clementine narastała z każdym dniem. Marigold chciałaby 
przestać   jej   tak   nienawidzić,   przeżywała   przecież   prawdziwe   katusze.   Myśl,   że   Gwennie 

background image

odkryła jej słabość, też była torturą.

— Nie dziwota — ciągnęła Gwen. — Pierwsza pani Leandrowa była o niebo ładniejsza od 

twojej matki. Jasne, że twój ojciec bardziej ją kochał. Moja mama mówi, że wdowcy żenią się 
ponownie   tylko   po   to,   by   mieć   gospodynię   domową.   Mogłabym   godzinami   patrzeć   na 
fotografię Clementine. Jak dorosnę, sfotografuję się w takiej samej pozie, tak samo upnę 
włosy i będę wpatrywała się w lilię. Na pewno nigdy nie obetnę włosów na krótko. To takie 
pospolite.

— Księżniczka Varvara też miała krótkie — odpaliła Marigold.
— Rosyjskie księżniczki się nie liczą.
— Jest spokrewniona z królową Wiktorią.
— To ona tak twierdzi. Nie masz co zadzierać przy mnie nosa, Marigold Lesley, tylko z 

tego powodu, że odwiedziła cię księżniczka. Jestem… demokratką!

— Wcale nie. Demokraci są tylko w Stanach!
— No, w każdym razie jestem takim kimś, kto za nic ma królów i królowe, zapomniałam, 

jak to się nazywa. A jak już rozmawiamy o polityce, zamierzam zostać konserwatystką. Sir 
John Carter jest o wiele przystojniejszy od naszego liberała.

— Nie  możesz  zostać  konserwatystką!  — zawołała  Marigold, oburzona  tą wywrotową 

ideą. — Przecież, przecież… urodziłaś się liberałką!

— To się jeszcze okaże. No! — Gwen zdjęła ubranie i wcisnęła na siebie kusą, bawełnianą 

koszulkę   nocną,   wygrzebaną   skądś   przez   Tabby.   —   Czas   na   modlitwę.   Dość   już   mam 
klepania w kółko tego samego paciorka. Mam zamiar wymyślić sobie coś nowego.

— Myślisz,   że   to   bezpieczne?   —   spytała   z   powątpiewaniem   Marigold,   wychodząc   z 

założenia, że gdy jest się w nieznanym miejscu, lepiej trzymać się wypróbowanej modlitwy i 
sprawdzonych poglądów politycznych.

— Czemu nie? Już wiem, co zrobię. Powiem twoją modlitwę, tę, co wymyśliła dla ciebie 

ciocia Marigold.

— Nie wolno ci! — zawołała Marigold. — To jest moja własna, osobista modlitwa.
— Samolubna świnia — orzekła Gwen.
Marigold nie odezwała się ani słowem. Może i było to samolubne. Ale Gwennie i tak 

zrobi, co jej się spodoba. Już Marigold znała swą kuzynkę! Wiedziała, że ukochana modlitwa 
zostanie sponiewierana na zawsze, jeśli wypowie ją ta diablica z Wiklinowego Wzgórza.

Gwennie uklękła,  zezując na Marigold. W ostatniej  chwili zmiękło jej serce. Nie była 

przecież znowu taka zła. Ale skoro zapowiedziała, że wymyśli nową modlitwę, nie zamierzała 
się wycofywać. Odkryła jednak, że wcale nie tak łatwo ją wymyślić.

— Dobry Boże — zaczęła powoli — proszę cię… och, proszę cię, nigdy nie pozwól, abym 

miała takie brodawki jak Tabby Derusha. O chleb codzienny się nie troszcz, jestem pewna, że 
mi go nie zabraknie, ale błagam, daj mi mnóstwo puddingu, ciasta i dżemu. I pobłogosław, 
proszę, wszystkich, którzy na to zasługują. No! Załatwione! — oświadczyła, wskakując do 
łóżka.

— Jestem pewna, iż Bóg pomyśli sobie, że to śmieszna modlitwa — stwierdziła Marigold.
— A nie sądzisz, że On też chce się czasem trochę pośmiać? — spytała Gwennie. — Tak 

czy siak, to moja własna modlitwa. Nikt mi jej nie wymyślał. Ojejku, Marigold, a jeśli w 
łóżku jest gniazdo myszy? Przecież to siennik.

Ależ tej Gwennie okropne rzeczy przychodziły do głowy! Dziewczynki zdmuchnęły lampę 

i w pokoju zapanował mrok. Od domu dzieliło je aż czternaście mil. Deszcz zaczął bębnić w 
małe okienka. Czy Tabby Derusha rzeczywiście „miała fioła”?

— Abel przysyła wam trochę jabłek.
Gwennie, mówiąc jej własnymi słowami, „zawyła ze strachu”. Przy łóżku stała Tabby. Jak 

ona się tu znalazła, wcale jej nie słyszały! To wprost niesamowite. Gdy Tabby odeszła, nie 
odważyły się jeść jabłek, w obawie, że wiją się w nich robaki.

background image

— Co tak węszy pod drzwiami? — spytała szeptem Gwen. — Jak sądzisz, może Abel 

Derusha zamienił się w wilka?

— To Guzik! — prychnęła drwiąco Marigold.
Ucieszyła się, gdy usłyszała wreszcie pochrapywanie Gwennie. Zanim Marigold zasnęła, 

znowu zjawiła się Tabby Derusha, cicha jak cień, tym razem ze świeczką w ręku. Pochyliła 
się nad łóżkiem. Marigold, zmartwiała z przerażenia, zacisnęła powieki i wstrzymała oddech. 
Czy zostaną zamordowane? Zaduszone poduszkami?

— Kochane dzieciaczki — powiedziała Tabby Derusha, ujmując w palce lśniący loczek 

Gwennie. — Włosy miękkie jak jedwab, słodkie twarzyczki, śliczne, kochane dziewuszki.

Marigold   poczuła   na   policzku   dotknięcie   delikatne   jak   muśnięcie   płatka   róży.   Tabby 

zachwycała   się  dziewczynkami   jeszcze   przez  parę  minut,  po  czym  odeszła   bezszelestnie. 
Marigold już się nie bała. Poczuła się tak swojsko i bezpiecznie, jak W swym błękitnym 
pokoju w Świerkowej Kępie. Właściwie dzień, był interesujący. I Gwen też jest w porządku. 
Nie ukradła jej modlitwy. Marigold jeszcze raz powtórzyła ją cichutko — p i ę k n ą  modlitwę, 
którą kochała za to, że jest taka piękna, i dlatego, że ciocia Marigold wymyśliła ją specjalnie 
dla niej. Potem zasnęła.

6

— Przez całą noc nie zmrużyłam oka — zaklinała się Gwen.
— Nie szkodzi, nadszedł nowy ranek, śliczny nowy ranek — powiedziała Marigold.
Deszcz   ustał.   Dął   południowo—zachodni   wiatr,   który   Zielarz   przyobiecał   kapitanowi 

Simonsowi. Gnał przed sobą chmury. O plażę ocierały się mruczące, niebieskie fale. Niebo po 
wschodniej stronie było srebrnoróżowe, trawa porastająca wysokie, czerwonawe urwiska — 
taka zielona i mokra. Nad zatoką zawisła mleczna mgła. Potem wschodzące słońce rozdzieliło 
ją i utkało w tęczę. Przepłynął pod nią statek, pozostawiając za sobą lśniącą ścieżkę. Marigold 
pomyślała, że świat nigdy nie zdawał jej się tak piękny.

— Co ty wyprawiasz? — spytała Gwen, niecierpliwie wkładając kolejne części garderoby. 

Była zła, gdyż Guzikowi udało się jednak wedrzeć do sypialni i wyspać na jej sukience.

— Myślę, że… myślę, że się modlę — odparła Marigold rozmarzonym głosem.

7

Wujek Klon zajechał samochodem, zanim zdążyły zjeść śniadanie.
— Czy w Świerkowej Kępie bardzo się na nas wściekają? — spytała rzeczowo Gwennie. 

Nie przepadała za wujkiem Klonem. Nie była w stanie połapać się w jego dowcipach.

— Opatrzność czuwa nad dziećmi i pomyleńcami — powiedział miękko wujek Klon. — 

Jim Donkin dopiero późnym wieczorem przypomniał sobie, że miał przekazać wiadomość. 
Tak im ulżyło, gdy dowiedziały się, gdzie jesteście, że sprawa jadalni poszła w zapomnienie. 
Na drugi raz nie zasadzaj się na jagodowe winko, gdy jest purpurowe, panno Gwen.

— Dobrze, że jesteśmy już za duże na lanie — szepnęła Gwen, kiedy ujrzała twarz babci.
No, ja myślę — przyznał Lucyfer.

background image

R

OZDZIAŁ

 

TRZYNASTY

P

RZYMIERZE

 

Z

 

DUCHEM

1

Wybryk   z   winem   jagodowym   był   bez   wątpienia   skandaliczny.   W   Świerkowej   Kępie 

naradzano się nawet skrycie, czy nie odesłać Gwennie do domu. Jednak zaniechano tego 
pomysłu, a Gwennie nigdy się nie dowiedziała, że były na nią takowe zakusy. Babcia doszła 
do wniosku, że nie można obrażać Luthera i Annie, choć — w samej rzeczy! — dziwiła się tej 
Josephine. Tak naprawdę nie odesłano Gwennie, gdyż wszyscy ją lubili, mimo — a może z 
powodu — jej diabelskich wybryków.

— Zabawne połączenie psotki z podfruwajką — powiedział wujek Klon, który lubił draki.
— Cholerna łobuzica — gderał Lazarre, ale leciał na każde jej skinienie.
— Dziecko Belzebuba — fukała Salome, lecz w starej kamionce zawsze miała pełno hop 

— smaczków dla Gwennie.

Gwen potrafiła być diablątkiem lub aniołkiem — zależnie od humoru — ale nigdy nie 

zadzierała nosa z powodu swej urody. Odziedziczyła szczodrość serca po Annie Vincent i tak 
samo   jak  Luther  Lesley nie  potrafiła  nigdy nosić  w  sobie  urazy.   Z  Marigold  kłóciły  się 
okropnie, lecz równocześnie bawiły się tak znakomicie, że ich sprzeczki były właściwie bez 
znaczenia. Jednak Gwennie miała jadowity język i kiedy się wściekała, rzucała słowa, które 
raniły   duszę   —   tak   jak   tamte,   o   Clementine.   Portret   Clementine   nadal   wisiał   w   pokoju 
ogrodowym, choć większość wyblakłych panien młodych z kolekcji Starej Babci odesłano na 
strych i skazano na zapomnienie. A ona wisiała, w zielonkawej pomroce, z tą swoją twarzą 
koloru kości słoniowej, splotem lśniących włosów, pięknymi, bladymi dłońmi i ocienionymi 
długimi rzęsami oczyma, które błagalnie wpatrywały się w lilię. Marigold czuła, że mniej by 
ją nienawidziła, gdyby Clementine spozierała z portretu jak inne panny młode — wprost i 
nieco   arogancko.   Wtedy   można   by   było,   napotkawszy   jej   wzrok,   odeprzeć   to   obojętne 
spojrzenie; spojrzenie, które zdawało się mówić, że to, co myślisz i czujesz, cała twoja osoba 
— to wszystko jest bez znaczenia. O, dla innych Clementine Lesley mogła sobie nie żyć, lecz 
dla   Marigold   była   dręcząco   obecna   wśród   żywych.   Poza   tym   dziewczynka   wiedziała,   że 
ojciec ożenił się z mamą jedynie po to, by mieć w domu gospodynię. Jego serce zawsze 
należało do owej pogardliwej Damy z Lilią. Gwennie, która odkryła sekretną ranę w duszy 
Marigold, co i rusz sypała na nią sól, piejąc pochwały przed portretem Clementine.

Marigold   pocieszała   się   nadzieją,   że   gdyby   Clementine   dożyła   starości,   byłaby   taką 

potworną grubaską, jak jej mieszkająca w Harmony matka. W samym miasteczku lub jego 
okolicach mieszkało wielu Lawrence’ów i, jak przebąkiwano tu i tam, wszyscy mieli za nic 
mamę Marigold, choć zachowywali się wobec niej nad wyraz grzecznie. Marigold dobrze o 
tym wiedziała, jak i o wielu innych rzeczach, o których znajomość dorośli jej nie posądzali, a 
za każdym razem, gdy spoczął na niej wzrok starej pani Lawrence, czuła, że nie ma prawa do 
istnienia. Gdyby tylko zdobyła pewność, że Clementine na starość upodobniłaby się do matki, 
nie byłaby o nią zazdrosna.

Pani   Lawrence   była   śmieszną   damulką,   a   śmieszni   ludzie   nigdy   nie   budzą   zazdrości. 

Szczyciła się swoim podobieństwem do królowej Wiktorii i ubierała się stosownie do tego 
faktu. Miała trzy podbródki, bujne łono i nieszkodliwy, acz irytujący zwyczaj pozostawiania 
wszędzie   po   sobie   szpilek   do   włosów.   Jej   ulubionym   słowem   był   przymiotnik 
„chrześcijański” i stanowczo nie znosiła, gdy ktoś dawał jej do zrozumienia, że jest stara albo 
gruba. Zawsze nosiła broszkę z kosmykiem włosów Clementine i kiedy mówiła o swej córce 
— a czyniła to nieustannie — uderzała w płaczliwy ton. Jednakże pani Lawrence miała też 

background image

wiele zalet i, jak mawiał wujek Klon, poczciwa z niej była dusza.,

Marigold widziała zaś jedynie jej wady i słabostki, gdyż tylko tego chciała dopatrzeć się w 

matce Clementine. Uwielbiała, gdy wujek Klon żartował sobie z bzika pani Lawrence na 
punkcie butów jej dzieci. Podobno kolekcja bucików, pantofelków i trzewiczków, które cała 
jej   czwórka   nosiła   od   zarania   dziejów,   zajmowała   cały   pokój.   Ów   bzik   był   całkowicie 
nieszkodliwy, więc Marigold nie powinna tak głupio się z niego natrząsać. Ale czyż zazdrość 
ma coś wspólnego ze zdrowym rozsądkiem?

2

Syn wuja Petera, Royal, ożenił się i przywiózł swą wybrankę do Harmony. Wyróżniała się 

ponoć niezwykłą urodą, nawet ciocia Josephine przyznała, że jeszcze nigdy nie widziała „tak 
rozkosznej panny młodej”. Jak to było w zwyczaju, urządzano na cześć nowej pani Lesley 
rozmaite   rodzinne   spotkania,   a   tym   razem   wujek   Klon   i   ciocia   Marigold   postanowili 
zorganizować z tej okazji „bal przebierańców”. Gdy babcia i mama omawiały przy kolacji 
planowane przyjęcie, Marigold wydało się ono bardzo interesujące, a Gwennie niezwykle 
kuszące. Obie pragnęły się tam znaleźć, ale wiedziały, że zaraz po odjeździe mamy i babci 
muszą iść do łóżek.

— I bądźcie grzecznymi dziewczynkami — powiedziała babcia groźnie.
— Wcale nie jest zabawne być grzeczną dziewczynką — odparła nadąsana Gwennie. — 

Nie rozumiem, dlaczego nie możemy pojechać na to przyjęcie.

— Nie zostałyście zaproszone — poinformowała ją mama Marigold.
— Jesteście za małe, by bywać na przyjęciach — dodała babcia.
— Niedługo przyjdzie na was czas — pocieszała Salome.
Wujek   Klon   przyjechał   po   panie   samochodem,   już   ubrany   w   kostium   —   wspaniały, 

kwiecisty płaszcz z aksamitu, należący chyba niegdyś do jakiegoś zamorskiego władcy — w 
pudrowanej   peruce   i   z   prawdziwym   mieczem.   Spod   płaszcza   wystawały   mu   mankiety   i 
koronkowy żabot. Mama i babcia nie przebrały się wprawdzie, lecz starsza pani wyglądała 
bardzo okazale w swych aksamitach, a mama ślicznie — w brązowej sukni z brokatu i w 
perłach. Marigold miała rozkoszne uczucie, że wszystko jest trochę jak z bajki, i żałowała, iż 
nie może pójść na wzgórze opowiedzieć o tym Sylvii. Od przyjazdu Gwennie nie widziała 
Sylvii   ani   razu   i   czasami   wprost   usychała   z   tęsknoty   za   przyjaciółką.   Jednak   nigdy   nie 
przekroczyła progu Czarodziejskich Wrót. Gwennie po prostu nie mogła dowiedzieć się o 
istnieniu Sylvii.

— No,   dzieciaki,   marsz   do   łóżek!   —   zakomenderował   wujek   Klon,   uśmiechając   się 

złośliwie, bo doskonale wiedział, jak bardzo nie mają na to ochoty.

— Nie nazywaj mnie dzieciakiem! — wrzasnęła wściekła Gwennie.
Gdy   samochód,   warcząc   głucho,   zniknął   w   mroku,   usiadła   bez   słowa   na   schodkach 

werandy. Milczenie Gwennie było czymś zupełnie niespotykanym, lecz Marigold sprawiło 
przyjemność.   Cieszyła   się,   że   może   sobie   posiedzieć   i   pomarzyć   w   ślicznym   półmroku, 
podczas   gdy   Lucyfer,   niby   czarny   demon,   buszował   w   klombach.   Właściwie   nie   był   to 
Lucyfer z czasów Starej Babci. Tamten odszedł już na zawsze, tam, gdzie trafiają dobre kotki. 
Kocur, który go zastąpił, był łudząco podobny do swego poprzednika; tak bardzo, że po paru 
tygodniach   wszyscy   mieli   wrażenie,   jakby   nic   się   nie   zmieniło.   Przez   Świerkową   Kepę 
przewinęła się cała procesja Lucyferów i Wiedźm. Wszystkie kociska były bardzo podobne i 
nawet Phidime i Lazarre uważali, iż to są ciągle te same dwa koty — diabły Starej Damy.

Zjawiła się Salome, która zdążyła już wydoić krowy.
— Idę do łóżka — powiedziała. — Głowa mnie boli. Na was też już czas. W spiżarce 

macie lemoniadę i ciasteczka.

background image

— Lemoniada i ciasteczka! — prychnęła Gwennie wzgardliwie, gdy Salome weszła do 

domu, pozostawiając dwie psotnice bez opieki. — Lemoniada i ciasteczka! A oni tam, na 
przyjęciu, będą opychali się lodami, sałatkami i ciastami!

— Nawet nie ma co o tym myśleć — westchnęła Marigold. — Jest dziewiąta. Chodźmy 

spać.

— Spać! J a  idę na przyjęcie.
Marigold wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
— Na przyjęcie?! Nie wolno ci tego zrobić.
— Może i nie wolno, ale mam zamiar to zrobić. Wszystko sobie przemyślałam. Po prostu 

pójdziemy i już. To tylko mila, dojdziemy bez trudu. Przebierzemy się w jakieś kostiumy, 
więc jak nas ktoś zauważy, pomyśli, że też jesteśmy z przyjęcia. W tych kufrach na strychu 
jest mnóstwo ciuchów. Ja sama zrobię dla nas maski. Nie będziemy wchodzić do środka, 
popatrzymy sobie tylko przez okna, jak się wszyscy bawią i jak są poprzebierani.

Znajomość   z   kuzyneczką   miała   tak   zgubny   wpływ   na   Marigold,   że   dziewczynka   nie 

odczuła nawet krztyny wyrzutów sumienia. O tak, to byłoby interesujące! Straszliwie korciło 
ją, żeby zobaczyć tę „rozkoszną pannę młodą” i te wspaniałe kostiumy. Słyszała, że Pete miał 
się przebrać za diabła. Powściągała ją tylko myśl, czy ujdzie im to na sucho.

— A jeśli przyłapie nas babcia? — spytała.
— W nosie mam twoją babcię. Zresztą, nie przyłapie, a jeśli nawet, to co? Nie zabije nas 

przecież. Miejże trochę fantazji!

Marigold   fantazji   nie   brakowało,   więc   po   dziesięciu   minutach   dziewczynki   były   na 

strychu. Podkradały się tam cichcem, by nie usłyszała ich Salome, która zaszyła się już w 
swym   przykuchennym   pokoju.   W   świetle   świec   strych   robił   dość   upiorne   wrażenie,   a 
Marigold po raz pierwszy odwiedziła to miejsce po zapadnięciu zmroku.

Z   gwoździ   wbitych   w   krokwie   zwisały   pęki   suszonych   ziół   i   gęsich   skrzydeł,   motki 

przędzy i znoszone płaszcze. Przy oknie stały krosna, na których babcia tkała czasem koce, a 
w kącie stareńkie pianino — krążyła legenda, że grywa na nim widmowa dama. Pod ścianą 
zaś   tkwił   kufer   z   jedwabnymi   sukniami;   w   nich   to   właśnie   niegdyś   tańczyły   wesołe 
dziewczęta. Marigold nigdy do niego nie zaglądała, lecz Gwennie najwyraźniej była świetnie 
zorientowana   co   do   jego   zawartości.   Marigold   pomyślała   sobie,   że   pewnie   Gwennie 
myszkowała kiedyś na strychu. I owszem, przyszła tam pewnego deszczowego dnia, gdy nikt 
nie wiedział, gdzie się podziała. Znała zawartość wielkiego kufra, ale tak samo jak Marigold 
nie miała pojęcia, że leżąca na samym wierzchu mała sukienka ze zwiewnej zielonej krepy, 
usiana stokrotkami i przyozdobiona satynowym paskiem ze sprzączką z kryształu górskiego, 
należała do Cłementine. Marigold wiedziała tylko, że Clementine została pochowana w swej 
sukni ślubnej, zaś stara pani Lawrence zabrała resztę pięknych sukien córki. Tę zieloną jednak 
przeoczyła. Pierwsza pani Leandrowa miała widocznie swoje powody, by ją zachować, więc 
sukienka pozostała w kufrze, do którego zapakowano ją przed laty.

— O, to coś dla ciebie — orzekła Gwen. — Ja przebiorę się za wróżbitkę. Włożę ten 

purpurowy płaszcz z kapturem i będę trzymać w ręku talię kart. Wiesz, wszystko jest tu w 
komplecie — jakby ktoś nosił już to kiedyś na balu.

Marigold muskała z zachwytem paseczek szmaragdowej barwy. Uwielbiała satynę.
— Nie mogę się w nią ubrać — powiedziała z powątpiewaniem. — Jest na mnie o wiele za 

duża.

— Wkładaj   —  poleciła  Gwen.  —  Dopasuję  ci   ją.  Znam  się   na  tym;   mama   mówi,  że 

urodzona   ze   mnie   krawcowa.   Zejdźmy   do   naszego   pokoju,   bo   jeszcze   Salome   usłyszy 
skrzypienie podłogi.

Marigold   włożyła   stokrotkową   sukienkę   ze   ślicznymi,   koronkowymi   rękawkami   i 

okrągłym   dekoltem.   O   tak,   sukienka   była   urocza,   chociaż   staroświecka   i   wygnieciona. 
Marigold była wysoka jak na swoje dziesięć lat, Clementine zaś — niska i drobna, ale i tak 

background image

sukienka wydawała się za długa i zbyt luźna. Jednak pomysłowa Gwennie dokonała cudu. 
Skróciła sukienkę za pomocą agrafek i ukryła je pod bukiecikami stokrotek, które wypruła ze 
starego kapelusza; pasowały nad podziw dobrze do stokrotek na sukni.

— A   teraz   włóż   jakieś   ładne   pantofelki   i   różowe   jedwabne   pończochy   — 

zakomenderowała Gwen, obficie spryskując oba kostiumy wodą fiołkową mamy Marigold. 
— Muszę jeszcze zrobić dla nas maski.

Zrobiła je z wdowiego welonu Starej Babci, który bez ceregieli pocięła na kawałki. Potem 

włożyła czerwone pończochy i sporządziła dla siebie „różdżkę” z uchwytu starej parasolki. 
Jeden koniec różdżki ozdobiła srebrną bombką choinkową, a drugi, ten zakrzywiony, okręciła 
japońskim wężem ze szkarłatnego papieru. Trzeba przyznać, że znała się na magii, swoistej 
magii. Marigold nie mogła wyjść z podziwu dla jej pomysłowości. W kilka minut później 
dwie zamaskowane postaci — jedna w zielonym, druga w czerwonym stroju — wymknęły się 
cichcem   ze   Świerkowej   Kępy   i   żwawo   ruszyły   ciemną   drogą   wiodącą   do   Harmony. 
Tymczasem Salome spała snem sprawiedliwego, zaś Lucyfer informował właśnie Wiedźmę z 
Endoru, że woli być potępiony, niż jeszcze raz pozwolić tej małej diablicy z Wiklinowego 
Wzgórza prowadzić się po podwórzu za tylne łapy.

Marigold   nie   bała   się   ciemności,   gdy   była   w   czyimś   towarzystwie,   więc   spacer   do 

miasteczka   sprawił   jej   wielką   przyjemność.   Noc   była   bajecznie   piękna,   w   przydrożnych 
paprociach szeptały do siebie jakieś skrzaty. Dlaczego chmury tak gnały przez skąpane w 
księżycowym blasku niebo? Czyżby spieszyły na tajemniczą podniebną schadzkę? Czasem 
jakiś zajączek czmychnął z rozjaśnionej srebrną smugą drogi. Marigold prawie żałowała, że 
już dotarły do miasteczka.

Na ich szczęście dom wujka Klona stał na przedmieściu, więc nie musiały szwendać się po 

ulicach.   Przemknęły   szybko   boczną   ścieżką,   przecisnęły   się   przez   szparę   w   ligustrowym 
żywopłocie, śmiało przecięły trawnik i stanęły pod oknem sali, w której odbywały się tańce. 
Było otwarte, a story odsłonięto, więc dziewczynki miały doskonały widok.

Marigold   zaparło   dech   z   zachwytu.   Cóż   za   bajeczna   scena!   Po   raz   drugi   w   życiu 

pomyślała, że to całkiem przyjemne być dorosłym. Pamiętała dobrze, kiedy po raz pierwszy 
przyszła jej do głowy ta myśl. Dawno temu, gdy miała zaledwie sześć lat, przycupnęła na 
otomanie w pokoju gościnnym i patrzyła na wyfiokowaną osiemnastoletnią kuzynkę, która 
szła na bal. Pomyślała, że ona dopiero za dwanaście lat będzie taka, i jęknęła głucho.

— Co ci jest, kociaczku? Brzuszek boli?
— Nie… tylko… tak długo trzeba czekać, aż się dorośnie… — westchnęła Marigold.
— Krócej niż myślisz — rzuciła mimochodem babcia, która właśnie przechodziła przez 

hol. W tej chwili Marigold ponownie miała uczucie, że dorosłość zbyt długo każe na siebie 
czekać.

Sala tonęła w różowawym świetle, które sączyło się z ogromnego chińskiego lampionu 

zawieszonego pod sufitem. Na parkiecie wirowali tancerze w pięknych strojach; widać było, 
że humory wszystkim dopisują. Z trawnika od frontu i z ogrodu na tyłach domu dobiegały 
stłumione śmiechy.  Pies cioci  Marigold, który zaszył  się w budzie, wył  rozdzierająco do 
wtóru muzyce. Co za kwiaty! Co za światła! Muzyka! Suknie! Większość młodzieży nosiła 
maski, ale dorośli mieli przeważnie odsłonięte twarze. Marigold cieszyła się z tego, bo mogła 
ich rozpoznać i zobaczyć, kto jest jak ubrany. Ciocia Anne miała na sobie jedwabną suknię w 
kolorze bursztynu, obleczoną w szarą koronkę. Marigold jeszcze nigdy nie widziała cioci w 
takiej krasie! Kuzynka Jen przyozdobiła głowę brylantowym diademem. Była też kuzynka 
Barbara (jak zwykle leciały jej oczka w pończochach) i kuzynka Madge, najlepsza tancerka w 
rodzinie. Jej pantofelki potrafiłyby chyba same przetańczyć całą noc. Ciocia Emma miała 
swoją zwykłą fryzurę à la Pompadour. A oto i wuj Percy, który dopiero po trzech miesiącach: 
zauważył,  że jego żona obcięła włosy na krótko. Stary wuj Nathaniel z imponującą siwą 
grzywą   włosów   wyglądał,   jak   mawiał   wujek   Klon,   niczym   lew,   który   po   pożarciu 

background image

chrześcijanina   cierpi   na   niestrawność.   W   udekorowanym   palmami   rogu   pokoju   siedziała 
ciocia   Marigold,   a   obok   niej   śliczna   osóbka   bez   maski.   Była   ubrana   w   bladoróżową 
szyfonową   suknię,   haftowaną   srebrną   nicią,   i   miała   upięte   kunsztownie   złociste   włosy. 
Marigold od razu domyśliła się, że jest to owa „rozkoszna” młoda żona, i wprost nie mogła 
oderwać od niej oczu. Warto było przyjść choćby po to, by ją ujrzeć!

Mama  tańczyła,  a babcia  siedziała  pod ścianą,  nic sobie  nie robiąc z tych  wszystkich 

fokstrotów i tang. Obok niej rozsiadła się stateczna wdowa w fiołkoworóżowej satynowej 
sukni ozdobionej broszką, która kryła w środku włosy Clementine. Widok pani Lawrence 
zwarzył humor Marigold. Właśnie miała zamiar odejść od okna, gdy odezwała się Gwen:

— No, napatrzyłyśmy się, co? Teraz zakradniemy się pod okna jadalni, zobaczymy, co jest 

na kolację.

Jednak okno w jadalni było zasłonięte, więc nie mogły nic zobaczyć.
— No to wejdziemy do środka — powiedziała Gwen.
— Och, myślisz, że to bezpieczne?
— Jasne. Spójrz na tych przebierańców. Nas też nikt nie rozpozna. Mam zamiar zobaczyć 

wszystko, co się da, i prysnąć.

Tak więc weszły do środka i rzeczywiście nikt nie zwrócił na nie uwagi. Stół prezentował 

się tak okazale, że przez długą chwilę gapiły się nań z zapartym tchem. Marigold jeszcze 
nigdy w życiu nie widziała tak pięknie zastawionego stołu, tak cudownych ciast i ciasteczek, 
wykwintnych   kanapek,   estetycznie   podanych   potraw.   W   Świerkowej   Kępie   wydawano 
godziwe przyjęcia, lecz ta olśniewająca wytworność była dla dziewczynki czymś  nowym. 
Gwen stwierdziła z niezadowoleniem, że nie da się niczego „podwędzić”, gdyż przy stole 
kręci się dużo kelnerek. Tak więc, gdy napatrzyły się do syta, pociągnęła Marigold za rękę i 
szepnęła:

— Chodź, jeszcze raz zajrzymy do tamtego pokoju, a potem wiejemy.
Jak   dotąd   wszystko   szło   gładko.   Rozzuchwalone   powodzeniem   dziewczynki   śmiało 

przeszły przez hol i stanęły w drzwiach sali balowej. Na parkiecie było teraz niewiele par. 
Ciepła  sierpniowa noc  skusiła  wielu  tancerzy do wyjścia  na  zalany księżycową  poświatą 
trawnik.   W   sali   pozostali   głównie   starsi   goście.   Pani   Lawrence   bardziej   niż   zwykle 
przypominała dzisiaj królową Wiktorię, gdy z omdlewającą miną poruszała wielkim starym 
wachlarzem ze strusich piór. Wuj Percy telefonował z aparatu stojącego w końcu holu i jak 
zwykle   straszliwie   się   wydzierał.   Marigold   parsknęła   śmiechem,   przypomniawszy   sobie 
właśnie krążącą w rodzinie anegdotę na jego temat.

— Co to za wrzaski? — spytał pewnego razu klient w biurze wuja Percy’ego.
— O, to tylko pan Lesley rozmawia ze swą żoną, która przebywa w Montague — odparł 

młody wspólnik wuja.

— Zamiast wydzierać się przez całą szerokość wyspy, niech lepiej skorzysta z telefonu — 

doradził klient.

Gwen zrobiła krok w stronę kuzynki, by spytać, czemu Marigold trzęsie się ze śmiechu, i 

wówczas wydarzyło  się coś strasznego. Gwennie nastąpiła na piłeczkę, zawieruszoną pod 
frędzlami portiery. Dziewczynka potknęła się i z rozdzierającym wrzaskiem runęła na parkiet, 
pociągając za sobą Marigold, której chwyciła  się odruchowo. Marigold zdołała  jakoś  nie 
upaść, lecz ślizgając się na wywoskowanym parkiecie, dotarła aż do pani Lawrence i klapnęła 
na   podłogę   u   jej   stóp.   Pani   Lawrence   właśnie   zaczęła   wyłuszczać   babci,   ile   to   już   razy 
przechodziła grypę. W chwilę później wpadła w histerię, a sala zapełniła się ludźmi. Marigold 
podniosła się z podłogi i stała w miejscu, oszołomiona. Gwen nadal leżała na parkiecie, lecz 
wkrótce podszedł do niej wujek Klon, podniósł ją, po czym zerwał z jej twarzy maseczkę.

— Wiedziałem, że to ty — powiedział i zawlókł ją do Marigold, z której twarzy też ktoś 

zdążył już zdjąć maskę.

— Marigold! — krzyknęła przerażona mama.

background image

Nikt   nie   patrzył   na   dziewczynki,   gdyż   w   centrum   zainteresowania   wciąż   była   pani 

Lawrence.

— Sukienka   Clementine,   sukienka   Clementine!   —  piszczała   histerycznie,   zanosząc   się 

szlochem. — Miała ją na sobie… gdy przyszła powiedzieć mi… że właśnie… zgodziła się 
wyjść za… Leandra Lesleya! Nie myślałam, że pozwolisz, Lorraine… aby twoja córka… tak 
mnie obraziła!

— Ależ ja nie mam z tym nic wspólnego! Naprawdę — mama z trudem powstrzymywała 

łzy.

— Śmierć   Clementine   złamała   mi   serce,   a   teraz…   budzić   te   bolesne   wspomnienia… 

właśnie tu… to okropne! Nie powinnam była przychodzić! Miałam takie złe przeczucie… 
jedno z tych najgorszych… — Obecni z trudem wychwytywali poszczególne słowa z potoku 
jęków i szlochów.

— Proszę się uspokoić, pani Lawrence. Oto woda, dobrze pani zrobi — powiedziała ciocia 

Marigold.

— Uspokoić się? Jak mam się uspokoić, przecież prawie mnie to zabiło! W naszej rodzinie 

często zdarza się niespodziewana śmierć… Och, Lorraine, zajęłaś jej miejsce… lecz twoja 
córka mogła przecież zostawić w spokoju tę sukienkę, jej świętą sukieneczkę…

— Gdybym tylko wiedziała! — krzyknęła Marigold.
Chciało jej się płakać, ale nie zamierzała pozwolić sobie na łzy przy ludziach. Czyż Stara 

Babcia nie powiedziała kiedyś, że Lesleyówna nie płacze na oczach świata? Jednak Marigold 
pojęła jasno, że mama musi się przez nią strasznie wstydzić. Wszystko wokół przestało być 
nagle romantyczne i tajemnicze. Dziewczynka czuła się teraz jak niegrzeczne, durne dziecko, 
które przyłapano na karygodnych figlach.

Pani Lawrence zawodziła dalej jak oszalała.
— Zaprowadźmy ją na górę — powiedziała ciocia Marigold. — Rzeczywiście ma słabe 

serce, więc obawiam się…

— O,   Clementine,   Clementine!   —   rozpaczała   pani   Lawrence.   —   Pomyśleć   tylko,   że 

nosiłaś tę sukienkę będąc wśród nas… I to okropne dziecko… Lorraine! Jak mogłaś!

Gwen, która dotychczas była oszołomiona rozwojem wypadków, teraz niespodziewanie 

wyrwała się wujkowi Klonowi i rzuciła ku pani Lawrence.

— Zamilcz, puszczyku! — ryknęła ze złością. — Słyszałaś przecież, że ciocia Lorraine i 

Marigold   nie   mają   z   tym   nic   wspólnego!   To   ja   znalazłam   tę   zapleśniałą   sukienczynę   i 
kazałam Marigold ją włożyć. Wbij to sobie wreszcie do tej szurniętej głowy i przestań robić z 
igły widły! Tak, gap się, gap! Wiem, masz ochotę usmażyć mnie na wolnym ogniu i obedrzeć 
ze skóry, ale ja mam cię w nosie, ty stara, tłusta krowo! — I Gwennie pstryknęła palcami 
przed samym nosem znieważonej królowej Wiktorii.

Pani   Lawrence,   przekonawszy   się,   że   istnieje   ktoś,   kto   potrafi   ją   zakrzyczeć,   ucichła. 

Wstała z miejsca, zrzucając na podłogę deszcz szpilek, a całe jej bujne ciało wprost trzęsło się 
ze złości. Wspierając się na cioci Marigold i wujku Percym, ruszyła wolno ku schodom.

— No tak, trzeba patrzeć przez palce na różne wyskoki dzieci — pochlipywała. — Cieszę 

się, że to nie twoja wina, Lorraine. Bo przecież niczym sobie na to nie zasłużyłam…

— Droga pani Lawrence, niech pani nie będzie już zła… — błagała Lorraine.
— Zła! Ależ skąd! Po prostu mam złamane serce. Gdybyż Bóg…
— Boga lepiej w to nie mieszać — wtrąciła Gwen.
— Cicho bądź! — ofuknął ją wujek Klon.
Wówczas Gwen odchyliła głowę do tyłu i zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Zlecieli się 

wszyscy pozostali goście — ludzie tłoczyli się w sali, holu, zaglądali przez okna. Marigold 
poczuła się, jakby spoczęły na niej oczy całej ludzkości.

— Czy mógłbyś nas odwieźć do domu, Horacy? — spytała znużonym głosem babcia. — 

Jestem zmęczona, a to zajście niemal mnie wykończyło. Chcesz zostać na kolacji, Lorraine?

background image

— Och nie, skądże — odparła Lorraine, walcząc z napływającymi do oczu łzami.
Gdy   siedziały   już   na   tylnym   siedzeniu   samochodu,   zgnębiona   Marigold   zaniosła   się 

płaczem,   a   wkrótce   zawtórowała   jej   niespokojna   o   swoją   skórę   Gwen.   Wujek   Klon, 
natomiast, zaczął ryczeć ze śmiechu, więc babcia upomniała go.

— Horacy, uważaj, jak jedziesz. Dziwię się, że możesz się śmiać. Doprawdy, koszmarna 

afera. Że też musiało to dotyczyć akurat pani Lawrence!

— Wyjdzie  jej na zdrowie — stwierdził  wujek Klon. — Nie sądzę, aby kiedykolwiek 

usłyszała o sobie tyle słów prawdy. To było rewelacyjne!

Gwen przestała chlipać i nastawiła uszu. „Właściwie wujaszek Klon jest całkiem miły” — 

pomyślała.

— A jednak musiała przeżyć szok, ujrzawszy tak niespodziewanie sukienkę Clementine — 

powiedziała babcia. Lecz dlaczego miała taki dziwny głos? Czy to możliwe, by babci też 
chciało się śmiać? Czyżby więc próbowała powstrzymać się od śmiechu? — Wiesz przecież, 
Horacy, jak uwielbiała Clementine…

— Clementine była świetną dziewczyną — powiedział wujek Klon. — Zawsze ją lubiłem. 

I dobrze o niej świadczy, że nie dała przewrócić sobie w głowie takiej durnowatej matce.

— Była śliczna. Pamiętam ją w tej sukience. Wszyscy wychwalali jej cerę i dłonie — 

wspominała babcia.

— O tak, dłonie to Ciem miała piękne — przyznał wujek Klon. — Szkoda, że nie można 

tego powiedzieć o jej stopach.

— To nie była jej wina, że takie urosły — przywołała go do porządku babcia.
— Oczywiście, że nie. Ale Stwórca naprawdę nie poskąpił na nie materiału — zachichotał 

wujek Klon. — Wcale się nie dziwię, że starsza pani zachowała wszystkie buty Clementine 
— szkoda przecież wyrzucać tyle dobrej skóry. Clem tylko raz w życiu pokłóciła się nie na 
żarty.  Z   Emmy   Carberry.  Emmy   wychodziła   za   mężczyznę,   którego   nie   aprobowali   ani 
Carberry’owie, ani Lawrence’owie. „Za nic w świecie nie chciałabym być w twojej skórze” 
— stwierdziła surowo Clem. „Nie grozi ci to, kochanie, przecież byś w nią nie weszła” — 
zapewniła Emmy, przystawiając swoją stopkę do długachnej stopy Clem. Rzecz jasna, Clem 
nigdy jej tego nie darowała.

W   tej   właśnie   chwili   w   biednej,   znękanej,   pochlipującej   Marigold   nastąpiła   nagła 

przemiana.   Zazdrość   przeszła   jej   jak   ręką   odjął   —   w   każdym   razie   zazdrość   o 
C l e m e n t i n e .   C l e m e n t i n e   m i a ł a   d u ż e   s t o p y ! A stópki mamy nawet wujek Klon 
uważał   za   szczyt   doskonałości.   Zapłakana   Marigold   uśmiechnęła   się   do   siebie   w 
ciemnościach. O tak, teraz mogła sobie pozwolić na współczucie dla Clementine.

— Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie powinienem obedrzeć cię ze skóry — 

powiedział wujek Klon, wysadzając Gwen z samochodu.

— Bo cię rozśmieszyłam — odparła filuternie dziewczynka.
— Ty szelmo! — rzekł Klon.
Babcia nie odezwała się ani słowem. Bo czy warto strzępić sobie język dla Gwen? Równie 

dobrze można próbować utopić rybę. Zresztą i tak Gwennie miała nazajutrz wyjechać. Poza 
tym babcia cieszyła się w głębi duszy, że ktoś dał wreszcie Caroline Lawrence po nosie.

— No, to już po środzie, zaczął się czwartek — stwierdziła Gwen. — Mogli nam chociaż 

dać coś na ząb — gderała, włażąc do łóżka. — Szkoda, że nie podwędziłam tego talerzyka z 
tartinkami. Czy widziałaś kiedyś coś równie śmiesznego jak ta rycząca stara smoczyca? Ale 
się przymknęła, co? Mam nadzieję, że jeszcze tej nocy porwie ją diabeł. Właściwie cieszę się, 
że   już   wyjeżdżam,   Marigold.   Wprawdzie   ani   mi   się   śniło,   że   cię   tak   polubię,   po   tych 
obmierzłych pochwałach, jakie słyszałam z ust cioteczki Jo. Jednak twoja babcia dała mi do 
wiwatu.

— Nie modlisz się? — upomniała ją Marigold.
— Nie ma sensu budzić Boga o tej porze — mruknęła sennym głosem Gwen.

background image

Zanim Marigold skończyła pacierze, Gwen spała jak suseł. Marigold powiedziała Panu 

Bogu, że jest mu bardzo wdzięczna. Nie za to, rzecz jasna, że Clementine miała duże stopy, 
lecz za to, że okropne uczucie nienawiści i zazdrości uleciało z jej małego serduszka. Cóż to 
była za ulga! Rankiem Marigold dostała od mamy burę.

— Pani Lawrence mogła umrzeć na atak serca — powiedziała. — Pomyśl tylko, jakbyś się 

wtedy czuła. Dowiedziałyśmy się dziś, że przez całą noc przeraźliwie płakała — dodała, w 
obawie, że Marigold nie zdaje sobie sprawy, jak okropnie postąpiła.

— Nie ma co się martwić — stwierdziła Salonie. — Starszej pani dobrze to zrobiło. Kiedy 

sobie pomyślę o tym jej muzeum butów… albo o tym, że uważa się za podobną do królowej 
Wiktorii! Tak czy siak, jestem zadowolona, że to czarcie nasienie wyjeżdża dziś wieczorem. 
Przyda   mi   się   parę   chwil   spokoju.   Po   trzytygodniowej   wizycie   Gwen   czuję   się   jak 
przepuszczona   przez   maszynkę   do   mięsa.   Niech   Bóg   ma   w   opiece   jej   rodzinę,   kiedy   ta 
pannica dorośnie.

Amen — powiedział Lucyfer, wymownie machnąwszy ogonem.
Tego wieczoru Gwennie odjechała do domu.
— No, nareszcie możemy poczuć się jak u siebie — stwierdziła Salome, lecz raczej bez 

przekonania. I nawet nie ofuknęła Lazarre’a, gdy ten stwierdził ponuro:

— Wydaje się, jakby ktoś umarł w tym domu…
Do Świerkowej Kępy powrócił spokój. Zmąciła go tylko pewna poplamiona atramentem 

pocztówka, która nadeszła następnego dnia rano. Była zaadresowana do babci. „Zapomniałam 
Ci powiedzieć — pisała Gwen — że jakiś czas temu jedna z Twoich najlepszych srebrnych 
łyżeczek wpadła mi w szparę w podłodze spichrza. Sądzę, że wyjmiesz ją bez trudu, gdy 
wczołgasz się pod tę podłogę”.

Przez   pierwsze  dwa  dni  po  wyjeździe   Gwennie   Marigold   bardzo  za   nią  tęskniła,  lecz 

trzeciego już znacznie mniej. Przyjemnie bowiem było znów znaleźć się sam na sam z Sylvią. 
Miło jest śmiać się i psocić, ale nie można przecież robić tego bez przerwy. Marigold czuła 
się   jak   ktoś,   kto   po   wielu   dniach   gwałtownej   wichury   delektuje   się   ciszą.   Aksamitne 
twarzyczki bratków wychylały się ku niej z półmroku, a ukochane drzewa znów były jej 
przyjaciółmi. Gdy zamknęła za sobą Zieloną Bramę, wstąpiła w inny świat — gdzie można 
czuć się szczęśliwym i miło spędzać czas, nie robiąc wcale rabanu wokół siebie. Odwróciła 
się i spojrzała na obrośnięty winoroślą dom i widniejącą za nim zatokę. Świat pogrążył się w 
ciszy, w której słychać było jedynie pieśń wiatru. Zielone, pokryte rosą łąki pana Donkina 
osnuł łagodny cień.

— Gdyby   przyszło   mi   wybierać   miejsce   urodzenia,   wybrałabym   Świerkową   Kępę   — 

szepnęła Marigold, wyciągając ramiona, jakby chciała objąć dom — to piękne, stare miejsce, 
które stworzyło tyle rąk i pokochało tyle serc.

Duch Clementine przestał już ją prześladować. Gdy dziewczynka wybrała się na cmentarz, 

ukradkiem położyła kwiatek na jej grobie. Biedna, śliczna Clementine. Marigold nie zależało 
już na tym, by odepchnąć ją od ojca. Wiedziała, że nie ożenił się z mamą tylko po to, by mieć 
gospodynię.  Opowiedziała  bowiem  mamie  historię  swej  nienawiści,  która  wywołała  tyleż 
śmiechu co łez.

— Ja nigdy nie byłam zazdrosna o Clementine — powiedziała mama. — Gdy się pobierali, 

byli   niemal   dziećmi   i   rzeczywiście   twój   tata   bardzo   ją   kochał.   Lecz   to   mnie   obdarzył 
dojrzałym uczuciem. Ja to po prostu wiem.

Marigold nie zżymała się już ze złości przed portretem Clementine. Mogła spokojnie mu 

się   przyglądać,   przyznając,   że   Clementine   była   pięknością.   Jednak   raz   stwierdziła   z 
satysfakcją:

— Dobrze, że nie widać ci stóp!

background image

R

OZDZIAŁ

 

CZTERNASTY

G

ORYCZ

 

W

 

SERCU

1

— Oto nadszedł nowy dzień — powiedziała Marigold, pogodna jak jutrzenka.
Gdy szła do szkoły tego ranka, okraszonego barwami jesieni, rozpierało ją szczęście. W 

takie dni, jak ten, czuła się uskrzydlona. Kochała październik w jego purpurowym przepychu, 
gdy zwarzone przymrozkiem liście wyglądały niczym zastygłe płomyki, zaś rosnące wzdłuż 
drogi astry przypominały nuty fioletowej piosenki. Jeszcze bardziej kochała październik, gdy 
pogrążał się w ciszy brązowych pół, otoczonych  skrytymi  w cieniu fałdami wzgórz znad 
zatoki. Wieczorami rozchodziła się miła woń palonych przez Lazarre’a liści. Zbierano jabłka i 
zanoszono je do spichrza, gdzie miały pozostać do pierwszych mrozów. Potem ładowano je 
do beczułek i gromadzono w piwnicy.

Gdy Marigold przechodziła przez szkolny dziedziniec, kilka dziewczynek zachichotało na 

jej widok. Zignorowała je. Właściwie czuła się w szkole samotna. Nie miała żadnej bliskiej 
koleżanki, a gdy wprowadzono pojedyncze ławki, jej szansę na zaprzyjaźnienie się z kimś 
zmalały   jeszcze   bardziej.   Żadne   z   dzieci   nie   wracało   ze   szkoły   tą   samą   drogą   co   ona. 
Wprawdzie   nie   kłóciła   się   z   koleżankami   i   na   przerwach   bawiła   się   jak   wszyscy,   lecz 
wyczuwało się, że ma z dziećmi ze szkoły niewiele wspólnego, co z kolei budziło ich niechęć. 
Nazywały ją „zarozumialską”, choć Marigold wcale nie zadzierała nosa.

Z biegiem lat poczucie wyobcowania narastało. Nieraz Marigold dumała smętnie, że miło 

byłoby mieć taką przyjaciółkę od serca, o jakich się czytuje w książkach, nie kapryśnego 
gościa jak Varvara czy Gwennie. Takie wciągają twe życie w dziki, kolorowy wir, po czym 
fikają,  jakby  nigdy  nie   istniały.   Ponieważ   Marigold   nie   mogła   znaleźć   sobie   prawdziwej 
przyjaciółki  w szkole w Harmony,  a z natury trudno ją było  zadowolić, wolała pozostać 
samotna. Zawsze przecież miała Sylvię, choć ta nie zdawała się już tak realna jak kiedyś. 
Czar nadal działał, lecz nie miał dawnej mocy.

Tego   ranka   Marigold   wyczuła   w   atmosferze   szkolnej   coś   dziwnego.   Nie,   to   nie   było 

złudzenie. Dziewczynki szeptały po kątach i gapiły się na nią z ciekawością, a nawet odrobiną 
złośliwości.   Marigold   czuła   to   przez   całe   przedpołudnie   i   podczas   przerwy,   lecz   aż   do 
południa nie dowiedziała się niczego szczególnego. Dopiero wówczas, gdy dzieci z klasy 
usiadły   w   kole   pośród   okrytych   kożuchem   paproci   świerkowych   pieńków,   nad   brzegiem 
strumienia,   który   szemrał   w   pobliżu   szkoły,   pękła   tama   milczenia.   —   Czy   lubisz   pana 
Thompsona, Marigold? — spytała Em Stanton, chichocząc.

Marigold zaczęła się zastanawiać, dlaczego, u licha, padło nazwisko nowego pastora, który 

przybył   do   Harmony   na   wiosnę.   Niespecjalnie   interesowała   się   kwestią   wyboru   nowego 
duszpasterza,  choć dorosłych  sprawa ta bardzo zajmowała.  Trudno było  znaleźć  następcę 
pana Henry’ego, który przez trzydzieści lat piastował funkcję pastora w Harmony,  i „był 
święty, o ile tacy w ogóle chodzą po tej ziemi”.

— Każdej   niedzieli   sześciokrotnie   wzruszał   mnie   do   łez   —   wzdychała   panna   Amelia 

Martin. — Miałam nadzieję, że to właśnie on mnie pochowa. Zawsze myślałam, jak cudownie 
byłoby, gdyby modlił się na mym pogrzebie.

— Boże, ześlij nam kogoś równie dobrego jak pan Henry — modliła się ciocia Kitty na 

pierwszym zebraniu parafialnym po przejściu pastora na emeryturę. — Choć wątpię, Boże, 
abyś mógł to uczynić.

Nikt   nie   uważał,   by   pan   Thompson   był   „równie   dobry”,   jednak   wydawał   się 

najodpowiedniejszy ze wszystkich kandydatów.

background image

— To dobry kaznodzieja — stwierdziła Salome. — Szkoda tylko, że wdowiec. Ożeni się z 

jakąś kobietą z parafii i to go zepsuje. — Po namyśle dodała pocieszająco: — Ale cieszę się, 
że właśnie jego wybrano. Lubię przystojnych pastorów.

Pan Thompson miał córeczkę mniej więcej w wieku Marigold — pulchniutką, rumianą 

Jane, która chodziła do szkoły w miasteczku, bo tam właśnie mieściły się kościół i plebania. 
Marigold widywała Jane właściwie tylko w szkółce niedzielnej, gdzie były w tej samej klasie. 
Dziewczynka zawsze umiała na pamięć zadane fragmenty z Biblii, wiersze i, jak przystało na 
córkę pastora, płynnie odpowiadała na pytania z katechizmu, lecz — zdaniem Marigold — 
nie wydawała się przez to bardziej interesująca. Co do pana Thompsona, Marigold myślała o 
nim z sympatią, lecz zaprzątał jej umysł tylko wtedy, gdy gościł w Świerkowej Kępie. Lubiła 
zwłaszcza wesoły, całkiem nie kaznodziejski błysk, jaki miał w oku. Dlaczego jednak Em 
Stanton niespodziewanie zainteresowała się jej uczuciami wobec pana Thompsona? Marigold 
doznała niepokojącego wrażenia, jakby mroźny wietrzyk ochłodził sekretne zakątki jej duszy.

— Bardzo lubię pana Thompsona — oświadczyła krótko.
Em   znowu   zachichotała   irytująco,   po   czym   wymieniła   spojrzenia   z   pozostałymi 

dziewczynkami.

— To świetnie — powiedziała znacząco.
Spodziewały   się,   że   Marigold   spyta,   niby   dlaczego   „świetnie”,   ale   spotkało   je 

rozczarowanie. Marigold odgryzła kęs hop–smaczka i zaczęła go przeżuwać.

— Chciałabyś, by został twym ojczymem? — spytała przebiegle Velma Church.
Marigold szybko odłożyła  nie dojedzone ciasteczko do koszyka i wybałuszyła  oczy ze 

zdumienia.

— To ty nic nie wiesz?
— Niby co mam wiedzieć? — wymówiła pobladłymi ustami.
— No, że twoja mama za niego wychodzi.
Marigold   nie   wiedziała,   co   się   stało   z   nią   —   a   może   z   całym   światem.   Czy   została 

spoliczkowana? Czy zdarto z nieba słońce?

— Nie wierzę… — jęknęła bezradnie.
— Wszyscy tak mówią — triumfowała Em. — Sądziłyśmy, że ty na pewno już wiesz. To 

śmieszne,   że   mama   ci   nic   nie   powiedziała.   On   przecież   bez   przerwy   przesiaduje   w 
Świerkowej Kępie.

To była, rzecz jasna, przesada. Jednak Marigold uświadomiła sobie z przerażeniem, że 

ostatnio pan Thompson rzeczywiście odwiedzał je bardzo często. Wprawdzie babcia miała 
lekki atak bronchitu, jednak nawet gdy Salome zapadła na zapalenie płuc, pan Henry nie 
przebywał tak często w ich domu. Popatrzyła z rozpaczą na Em.

— Słyszałam, że mają się pobrać jeszcze przed nadejściem wiosny — dorzuciła Fanny 

Collins.  —  Twoja  mama  była   z  nim   ostatnio   w  Summerside,  wybierali  razem  tapety   na 
plebanię. Ciotka Lindy ich widziała.

— Ale cię urządzą — powiedziała Sally McLean.
— Po ślubie będziesz musiała nazywać się Marigold Thompson — dodała Lula Nelson.
— Wyślą cię do szkoły z internatem, zobaczysz — syknęła Dot Church.
Marigold nie reagowała na te zjadliwe uwagi. Siedziała bez ruchu, zupełnie oszołomiona. 

Och, gdybyż tylko mogła znaleźć się teraz z dala od tych wstrętnych dziewuch i stawić temu 
wszystkiemu czoło w samotności!

— Moja   mama   mówi,   że   twoja   matka   w   ogóle   nie   nadaje   się   na   żonę   pastora   — 

oświadczyła Velma.

— Za bardzo się stroi i jest zbyt rozrzutna — dodała Em.
— Ciocia Beth twierdzi, że jego pierwsza żona była najpiękniejszą kobietą, jaka chodziła 

po świecie — powiedziała Pet Dixon.

— To dziwne, że twoja matka chce poślubić przybysza z Nowej Szkocji — powiedziała 

background image

Janet Irving.

— Stara dama pewnie nieźle jej dała w kość — powiedziała Pet.
— Moja   mama   mówi,   że   pani   Leandrowa   tej   jesieni   jakoś   dziwnie   nabrała   życia   — 

powiedziała Lula.

Rozległ   się   dzwonek   i   krąg   złośliwych   twarzy   zniknął.   Marigold   powlokła   się   za 

dziewczynkami do szkoły. Nogi miała jak z ołowiu, a dusza, tak uskrzydlona rankiem, ciążyła 
jej straszliwie. Świat pogrążył się w mroku. Czyż  t o  może być prawdą? Niemożliwe! Lecz 
nagle Marigold przypomniała sobie jeszcze jedną okropną scenę.

— Pani Lesley ma już pewne zobowiązania — powiedziała Salome w zeszłym tygodniu, 

zamykając drzwi przed nosem namolnemu agentowi ubezpieczeniowemu.

O tak, więc to jednak prawda.
— Jak myślisz, Salome, czy Bóg bywa złośliwy? — spytała tego wieczora Marigold.
— Co   ty   wygadujesz?   —   obruszyła   się   Salome.   —   Nie   wolno   zadawać   takich 

niegodziwych pytań. Zupełnie jakbym słyszała Gwen.

— Przepraszam. Ale powiedz, czy On robi ludziom na złość? — nie dawała za wygraną 

Marigold.

— Pewnie, że nie — powiedziała Salome. — To diabeł jest złośliwy. Co się z tobą dzieje? 

Źle wyglądasz. Może się przeziębiłaś?

Owszem, Marigold czuła się źle. Tak, jakby chłód przetrawił jej chorą duszę. Wydarto jej 

wszystko. I nawet nie mogła porozmawiać o swej udręce z mamą.

2

Gdy Marigold dowiedziała się o stopach Clementine, sądziła, że na zawsze wyzbyła się 

uczucia zazdrości. I nagle wpadła w szpony zazdrości dziesięć razy silniejszej. T a m t o  było 
niepokojem duszy.  T o   zaś — torturą serca. Chyba nigdy w życiu Marigold nie była tak 
głęboko nieszczęśliwa,  jak w ciągu tych  dwóch miesięcy po rozmowie  nad strumieniem. 
Wszystko   podsycało  jej  podejrzenia,  wzbudzało   zazdrość.  Była  przepełniona   nienawiścią. 
Tak bardzo nienawidziła pana Thompsona, że nic nie sprawiało jej radości. Nienawidziła 
nawet biednej, niewinnej Jane Thompson. Czy Jane będzie nazywała mamę matką? Jeszcze 
czego!

Gdy   nadszedł   listopad   ze   swymi   ponurymi   zmierzchami,   Marigold   poczuła   się   nagle 

dorosła i stara. W chłodne, przepełnione żalem, bezksiężycowe noce wiatr żałobnie szeleścił 
zwiędłymi   liśćmi   i   wył   na   zszarzałych   polach.   W   kątach   ogrodu,   pod   płotem,   sterczały 
zasmucone,   szare   duchy   nawłoci.   Wiele   razy   w   chłodne,   listopadowe   wieczory   światła 
samochodu pana Thompsona błyskały wesoło przy bramie. Marigold miała uczucie, że odtąd 
już wiecznie będzie listopad. Słowo „jutro” miało kiedyś dla niej tyle czaru! Teraz mogło 
przynieść tylko jeszcze więcej goryczy.

Nienawidząc pana Thompsona, Marigold odczuwała bolesną satysfakcję. Była przekonana, 

że zawsze nienawidziła tego człowieka. Lucyfer od początku go nie cierpiał, a już koty znają 
się   na   ludziach!   Teraz   Marigold   doszukiwała   się   w   pastorze   samych   wad.   Przypomniała 
sobie, co powiedział kiedyś Lazarre o jakimś Francuzie, który zhańbił swój naród.

— Nie chcesz chyba, by go powiesili! — przeraziła się Salome.
— O, nie, lepiej niech wykręci się od stryczka — przyznał Lazarre. — Ale chciałbym, 

żeby zatruli mu życie!

To   słowo   najtrafniej   wyrażało   uczucia   Marigold   względem   pana   Thompsona.   Nie 

chciałaby go ujrzeć na szubienicy, lecz ucieszyłaby się, gdyby ktoś „zatruł mu życie”.

Za   spichrzem   rósł   wybujały,   wyschnięty   oset   szkocki.   Ileż   niewymownej   satysfakcji 

dostarczyło   Marigold   nazwanie   go   „wielebnym   Thompsonem”,   a   następnie   wycięcie   i 

background image

spalenie   owego   ochrzczonego   badyla.   Gdy   patrzyła,   jak   pan   Thompson   popija   herbatę, 
żałowała,   że   nie   jest   ona   zatruta.   Nie   aż   tak   bardzo,   by  go   zabić,   o   nie.   Wystarczyłaby 
odrobina  trucizny  — żeby strasznie  się  rozchorował  i  nie  miał   już  ochoty na  żeniaczkę. 
Pewnego razu, gdy rozzłościł się z powodu czyjegoś zachowania w kościele i walnął pięścią 
w stół, Marigold szepnęła bezgłośnie do mamy: „Ale będziesz miała mężulka!”.

Najchętniej   przestałaby  chodzić  do  kościoła,  lecz   ponieważ  nie  mogła  tego  zrobić,   na 

nabożeństwach   rzucała   pastorowi   gniewne   spojrzenia.   Gdy   przychodził   z   wizytą, 
przemieniała się w uosobienie pogardy. Lecz on tego nawet nie zauważał! Przeważnie nie 
pamiętał  nawet, jak ona ma  na imię,  i  nazywał  ją Daffodil

*

. Raz, gdy chciał  ojcowskim 

gestem  pogłaskać ją po głowie,  Marigold  odskoczyła,  rzucając niegrzecznie:  „Nie jestem 
kotem!”.   Kazano   jej   go   potem   za   to   przepraszać.   W   Świerkowej   Kępie   nie   rozumiano, 
dlaczego Marigold czuje do pastora taką odrazę.

— Przecież  on wygłasza  takie piękne  kazania — powiedziała  Salome  z wyrzutem.  — 

Potrafi wycisnąć mi z oczu łzy.

— Cebula też potrafi — rzuciła ze złością Marigold.
A jednak, gdy Em Stanton powiedziała, że zdaniem jej „papcia” pan Thompson ma płytki 

umysł, Marigold spiorunowała ją wzrokiem. Skoro mama zamierza poślubić pastora, trzeba 
stanąć w jego obronie.

— Dobrze, już dobrze — mruknęła Em na odchodnym.  — Nie wiedziałam, że tak go 

lubisz. Przez myśl mi nie przeszło, że można lubić i niebieskonosa

*

.

— Wcale nie jest niebieskonosem — żachnęła się Marigold, zresztą nie miała pojęcia, co 

to słowo oznacza.

— A właśnie, że jest! Twój wujek Klon mi to powiedział, jak kiedyś podwoził mnie do 

szkoły.   Gdy   przejechał   obok   nas   pastor,   rzekł:   „Te   niebieskonosy   zawsze   przekraczają 
dozwoloną prędkość”. Na co ja: „To pan Thompson jest niebieskonosem?”, a wujek mówi: 
„Jeszcze jakim!”. Sama więc widzisz!

— Ale kto to jest ten niebieskonos? — dopytywała się zdenerwowana Marigold. Chciała 

znać prawdę, nawet najgorszą.

— No…   tak   za   bardzo   to   nie   wiem,   ale   chyba  u z a l e ż n i o n y   —   powiedziała   Em 

niepewnie.   —   Vera   Church   też   tak   przypuszcza.   Wiesz,   jakie   to   straszne?   Uzależnieni 
wszędzie wokół widzą potworne gęby. Są zdolni do wszystkiego, a w dodatku są strasznie 
przebiegli. Na początku nikt ich o nic nie podejrzewa, a potem to już nie potrafią ukryć, że się 
odurzają. Wówczas trzeba ich o d i z o l o w a ć .

Odizolować! A cóż to znaczy? Jednak Marigold nie pytała już Em o nic więcej. Każda 

nowa odpowiedź rzucała na całą sprawę jeszcze gorsze światło. Jednak, jeśli pana Thompsona 
trzeba będzie odizolować, niechże stanie się to, zanim poślubi mamę.

Tymczasem   coraz   częstsze   wizyty   pana   Thompsona   w   Świerkowej   Kępie   przynosiły 

Marigold samą udrękę. Pastor znowu zabrał mamę do Summerside, by pomogła mu wybrać 
tapety. Pewnego wieczoru przyszedł do mamy i powiedział:

— Chciałbym poradzić się ciebie co do tego trzeciego migdałka Jane.
Zamknęli się razem w pokoju ogrodowym. Marigold błąkała się po holu jak niespokojny 

duch. Co działo się za tymi zamkniętymi drzwiami? Rozbolało ją gardło, ale czyż mama się 
tym przejmowała? Ani trochę! Tylko migdałki Jane ją obchodziły!

Gdy nie działo się nic, co sprawiało jej ból, zadręczała się wyobrażeniami. Czy po ślubie 

mamy będzie musiała opuścić kochaną Świerkową Kępę? A może mama pozostawi ją pod 
opieką babci, tak jak matka Millie Graham? Nikt już nie wyjdzie jej na spotkanie, gdy będzie 
wracała  ze szkoły,  nikt nie będzie stał w  drzwiach o zmierzchu  i wołał w  ciemność,  by 

* daffodil — znaczy po angielsku żonkil, zaś marigold — nagietek (przyp tłum.).
* bluenose — dosł. „niebieski nos” (ang.) — popularne określenie mieszkańca Nowej Szkocji, jak również 

osoby niezwykle purytańskiej (przyp. tłum.)

background image

Marigold wracała do domu. Nikt nie siądzie przy jej łóżku, nie porozmawia z nią przed snem. 
Chociaż teraz te rozmowy przed zaśnięciem  wcale nie były takie  jak dawniej. Pomiędzy 
mamą a Marigold zawisła kurtyna obcości.

Lorraine martwiła się, że córka zaczyna się od niej odsuwać (może dorastając nabiera 

właściwej Blaisdellom powściągliwości?). Nie mogła zdobyć się na to, by spytać Marigold, 
dlaczego tak się zmieniła. Bała się, że w ten sposób przypieczętuje tę zmianę. Gdy ciocia 
Anne zaprosiła Marigold do siebie, a mama zgodziła się na ten wyjazd, Marigold niemal 
błagała, by jej tam nie wysyłano, choć wcześniej chciała jechać. Ale co by było, gdyby mama 
wzięła ślub pod jej nieobecność? Może właśnie dlatego chciała ją wysłać do cioci Anne? 
Mogłoby się zdarzyć, że nie nosiłyby nawet tego samego nazwiska! Jakie to byłoby straszne, 
gdyby ludzie mówili: „O, to Marigold Lesley, wiecie, córka pani T h o m p s o n ”.

Może nawet nazwaliby ją Marigold Thompson! Czuła, że tego by nie zniosła. Och, będzie 

taka nie chciana. Czyż ktoś — albo coś — nie może temu wszystkiemu zapobiec?

Zaczęła się zastanawiać, czy wskórałaby coś modlitwa. Lecz nie, oczywiście nie ma sensu 

modlić się o pokrzyżowanie planów pastora. Gwen powiedziała kiedyś, że gdy chce postawić 
na swoim, skacze w miejscu, wrzeszcząc na całe gardło. Ale Marigold nie widziała się w tej 
roli. Zresztą nawet gdyby zaczęła wrzeszczeć i nawet gdyby przybiegły ze strychu wszystkie 
panny młode, Clementine oderwałaby wreszcie wzrok od lilii, a Stara Babcia wyskoczyła z 
portretu w pokoju ogrodowym — mama i tak wyszłaby za pana Thompsona. Mama, która tak 
ślicznie rozkwitła tej jesieni. Zanim Marigold poznała straszliwą prawdę, cieszyła się, gdy 
ludzie mówili: „Jak ładnie Lorraine wygląda!”. Teraz wydawało jej się to obelgą.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, a Marigold snuła się po Świerkowej Kępie ze 

smutną twarzyczką.

— Zmizemiałaś mi, kochanie — powiedziała mama z niepokojem.
— Za to Jane Thompson ma sporo ciałka — rzuciła Marigold z rozdrażnieniem.
Mama   uśmiechnęła   się.   Pomyślała,   że   Marigold   jest   zazdrosna   o   różanolicą   Jane,   bo 

pewnie jakaś pani w rodzaju ciotki Josephine wychwalała Jane pod niebiosa. Mamie zdawało 
się, że wszystko rozumie a Marigold była przekonana, że to o n a  rozumie. Tymczasem brak 
zrozumienia dzielił je coraz bardziej, jak coraz głębsze, coraz bardziej rozlewne wody.

Czy to ostatnie Święta, jakie spędzi z matką? W Wigilię poszły ja zwykle na cmentarz. 

Marigold z zaciekłością kruszyła liście z wieńca ostrokrzewu leżącego na grobie ojca. Ona 
nie zapomniała o tacie, nawet jeśli mama już go nie pamięta.

— Nigdy nie nazwę g o  ojcem, choćby mieli mnie zabić — szlochała.

3

Tego roku zjazd rodzinny odbywał  się u cioci Marcii. Babcia nie mogła  pojechać, bo 

bronchit znów się odezwał, zaś mama nie chciała jej zostawić. Marigold ucieszyła się więc, że 
nie jadą. Nie miała nastroju na huczne spotkania rodzinne.

Po   południu   Salome   kazała   Lazarre’owi   zaprząc   dwukółkę.   Zamierzała   pojechać   do 

miasteczka i odwiedzić starych znajomych. Zabrała ze sobą Marigold. Dziewczynka włóczyła 
się   po   ulicach,   podczas   gdy   Salome   plotkowała   z   przyjaciółkami.   Dzień   był   pogodny   i 
przyjemny. Wiatr zapadł w sen w świerkowych lasach za południowymi krańcach Harmony, 
a wielkie płatki śniegu spływały majestatycznie na ziemię. Coś pchnęło Marigold w stronę 
plebanii. Czy mama tam wkrótce zamieszka? Co za ohydny, kwadratowy dom, bez choćby 
jednego drzewka w pobliżu. Bez prawdziwego ogrodu. Tylko parę grządek, na których ryje 
jakaś świnia!

Właśnie dobrała się do pasternaku. No i co z tego, niech się dobiera! Już Marigold na 

pewno o tym nie powie panu Thompsonowi. Niech sobie sam pilnuje swojego pasternaku. 

background image

Skręciła z rozmysłem w główną ulicę. Jednak natychmiast zawróciła. Skoro mama ma tu 
wiosną zamieszkać, pasternak będzie jej potrzebny, przecież przepada za nim.

Marigold ruszyła stanowczo chodnikiem ku schodkom, a potem podeszła do drzwi. Tam 

zastygła   na   parę   minut,   jakby   ktoś   zamienił   ją   w   kamień.   Drzwi   były   otwarte.   I   drzwi 
prowadzące z holu do pokoju również stały otworem. Pokój był nie umeblowany, zaśmiecony 
ścinkami pozostawionymi przez robotników, którzy kładli tapety w piękne kwiaty. W pokoju 
tym   stał   pan   Thompson   i   daleka   kuzynka   Marigold,   Ellice   Lesley   z   Summerside. 
Dziewczynka dobrze znała „ciocię Ellice”. Była to pulchna kobietka, która nigdy nie liczyła 
kalorii i zazwyczaj miała włosy ułożone w lśniące, karbowane loki przypominające ślady na 
piasku pozostawione przez fale. Ciotka Ellice nie była zbyt ładna, lecz, jak mawiał stary pan 
McAllister — „bardzo, bardzo pożyteczna”. Poza tym była zamożna. Teraz też wyglądała 
bogato. Miała na sobie elegancki kapelusz i obszerny pluszowy płaszcz z wielką czerwoną 
różą przypiętą do kołnierza. I całowała się z panem Thompsonem!

Marigold odwróciła się i bezszelestnie wycofała z plebanii. Zdążyła jednak usłyszeć, jak 

pan Thompson mówi:

— Moja kiciu! — A Ellice na to:
— Mój ty słodki!
Świnia   nadal   ryła   grządkę   z   pasternakiem.   A   niechaj   sobie   ryje,   skoro   pastor   całuje 

kobietę, której całować nie powinien — kobietę, która ma cerę koloru łojowej świeczki i nogi 
jak serdelki, oczy zaś bez wyrazu i takie jakieś płaskie, jakby były przyklejone do twarzy. I do 
tego nazywa ją „kicią”!

Marigold przez wzgląd na matkę kipiała takim oburzeniem, że nie zaczekała nawet na 

Salome   i   w   śnieżnej   zadymce   popędziła   do   Świerkowej   Kępy.   Mama,   zatopiona   we 
wspomnieniach,   siedziała   w   pokoju   ogrodowym   przed   kominkiem,   na   którym   buzował 
wesoło ogień.

— Mamo!   —   krzyknęła   Marigold,   z   trudem   łapiąc   z   wściekłości   oddech.   —   Pan 

Thompson całuje ciocię Ellice na plebanii. Całują się!

— I cóż w tym złego? — spytała mama z rozbawieniem.
— Więc ty — wcale się tym nie przejmujesz?
— A dlaczego miałabym się przejmować? Za dwa tygodnie biorą ślub.
Marigold zamarła i wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
— A ja myślałam… że to… t y  masz zamiar wyjść za niego…
— Ja! Ależ kochanie, skąd ci taka bzdura przyszła do głowy?
Marigold gapiła się na mamę bez słowa. Dziewczynce zaszkliły się oczy i wielkie łzy 

spłynęły jej po policzkach.

— Marigold   —   mama   objęła   ją   i   posadziła   sobie   na   kolanach.   —   Czyżbyś   czuła   się 

zawiedziona, że nie wychodzę za pana Thompsona?

Zawiedziona!
— Jestem szczęśliwa, mamo, taka szczęśliwa! — szlochała Marigold. — Tak się bałam, że 

to zrobisz!

— Więc to dlatego tak dziwnie zachowywałaś się wobec pastora! Marigold, czemu po 

prostu mnie nie spytałaś?

— Nie mogłam się na to zdobyć. Bałam się usłyszeć, że to prawda.
Lorraine   Lesley przytuliła   mocno   córeczkę.  Rozumiała,   jak  bardzo  Marigold  cierpiała, 

więc nie śmiała się teraz z jej płonnych obaw.

— Kochanie, gdy ktoś kochał twego ojca, nie mógłby pokochać już nikogo więcej. A ja go 

kochałam. Teraz mam wspomnienia o nim — i ciebie. To mi wystarcza.

— Mamo…   —   szepnęła   Marigold.   —   Czy   byłaś   zawiedziona,   że   nie   urodziłam   się 

chłopcem?

— Nigdy. Ani przez chwilę. Chciałam, żebyś była dziewczynką. Twój ojciec także tego 

background image

pragnął. Mówił, że w Świerkowej Kępie tak dawno nie było małej dziewuszki.

Marigold siedziała nieruchomo, z twarzyczką przytuloną do policzka mamy. Wiedziała, że 

to jedna z tych chwil, które zostają w pamięci na zawsze.

4

Pan   Thompson   okazał   się   przemiłym   człowiekiem!   Takim   wesołym   i   przyjaznym! 

Marigold   miała   nadzieję,   że   świnia   nie   zeżarła   na   plebanii   całego   pasternaku.   Bardzo 
współczuła pastorowi, że nie i trafiła mu się mama, lecz pocieszało ją to, że Ellice Lesley 
świetnie nadaje się na jego żonę. Była przecież „pożyteczna”. A żona pastora powinna być 
pożyteczna.   Jane   była   taka   kochana!   Jak   cudownie   jest   nie   odczuwać   już   do   nikogo 
nienawiści! Marigold znów zbratała się z życiem.

Śnieg przestał prószyć. Wielki, okrągły, srebrzysty księżyc wznosił się nad zaśnieżonym 

wzgórzem. Dół na polu pana Donkina, wypełniony latem błękitną wodą, zamienił się w białe, 
okrągłe   wgłębienie,   jakby   jakaś   olbrzymka   wcisnęła   w   ziemię   swój   palec.   Na   śniegu   w 
ogrodzie kładły się piękne, niebieskawe cienie. Świat był prześliczny, a życie pełne uroku! 
Tego dnia gazeta doniosła o narodzeniu królewskiego syna w Europie i syna milionera w 
Montrealu. O wiele bardziej interesującym, nie odnotowanym przez prasę, wydarzeniem były 
narodziny trzech kociąt Wiedźmy z Endoru. A jutro Marigold pójdzie na wzgórze i znów 
spotka się z Sylvią.

background image

R

OZDZIAŁ

 

PIĘTNASTY

P

OWOŁANIE

1

Gdyby Marigold mogła wyjawić, co sobie pomyślała, gdy dowiedziała się od mamy, iż 

tego wieczoru musi pójść na prelekcję misjonarki, powiedziałaby, że już na samą myśl o tym 
ogarnęła ją nuda. Trzeba przyznać, że jak na dziewczynkę mającą aż trzy kuzynki w misjach 
zagranicznych, wykazywała godną potępienia obojętność wobec pracy misyjnej.

Marigold zaplanowała sobie, że spędzi wieczór z Sylvią, i nie i miała ochoty zamieniać 

uroczych chwil w towarzystwie przyjaciółki na „nudne, głupie, marne spotkanie misyjne”. 
Przymiotniki   są   Marigold,   nie   moje,   lecz   nie   wińcie   jej   za   to,   bo   przecież   niewiele 
jedenastoletnich panienek (oprócz tych z kart pamiętników misjonarek) zdaje sobie sprawę z 
konieczności   nawracania   pogan.   W   pojęciu   Marigold   misje   zagraniczne   były   domeną 
dorosłych oraz pastorów, z tego też względu wcale nie poświęcała im uwagi. Nie rozumiała 
więc, dlaczego ciągnie się ją do kościoła i każe wysłuchiwać przemowy jakięjś misjonarki. 
Raz już była na podobnym spotkaniu — wówczas gdy poszła z Gwennie. Dziwny, ogorzały 
pan w okularach przemawiał z ogromnym przejęciem, ale był straszliwie nudny. Marigold 
uznała,  że to  jedno spotkanie  jej  zupełnie  wystarczy.  Jednak babcia  nie  mogła  pójść, bo 
dokuczał jej reumatyzm, zaś Salome otarła boleśnie nogę. Mamie bardzo zależało na tym, by 
być   na tej   prelekcji.  Podobno miała  wystąpić  jej   dawna koleżanka  szkolna.  Wzięła  więc 
Marigold dla towarzystwa. Dziewczynka nie protestowała, gdyż dla mamy poszłaby wszędzie 
—   choćby   na   spotkanie   misyjne.   Tak   więc   z   rezygnacją   wlokła   się   drogą,   cudownie 
oświetloną przez gwiazdy, i rozmyślała o nowej sukience z morelowej żorżety, którą mama, 
mimo wzgardliwie wydętych ust babci, obiecała jej sprawić na przyjęcie urodzinowe Willi 
Rogers.

Marigold   przeżyła   pierwszy   szok   już   wtedy,   gdy   misjonarka   wstała,   by   rozpocząć 

prelekcję. Czyż ta cudowna istota może być misjonarką? Marigold nigdy w życiu nie widziała 
tak zachwycająco pięknej kobiety. Cóż za dziwne, ciemne, fascynujące oczy! I kremowobiała 
cera, co nie zna palących promieni indyjskiego słońca! A ta korona złotorudych włosów! Cóż 
za   prześliczne   ręce,   wysunięte   teraz   w   stronę   słuchaczy,   które   zdają   się   mieć   jakąś 
magnetyczną moc przyciągania. I ten urzekający, pełen patosu i niewysłowionego uroku głos! 
Co za śliczna biała suknia, przepasana bladobłękitną wstążką spływającą do samej ziemi!

Nie minęło dziesięć minut prelekcji doktor Violet Meriwether, gdy Marigold całą duszą 

zapragnęła zostać misjonarką na najdalszym krańcu Ziemi. Nie mogła wyjść ze zdumienia, że 
nie widać aureoli nad głową tej ślicznej kobiety.

Cóż za poruszające przemówienie! Jak mogła sądzić, że misje zagraniczne to nuda? Teraz 

porwał ją potok pięknych słów i przeniósł w sferę, o której istnieniu nie miała pojęcia. Była 
tam mowa o poświęceniu, młodziutkich wdowach idących z mężami na stos, koralowych 
wybrzeżach Indii, a wszystko tworzyło fascynującą, pociągającą wizję. A nawet więcej — 
było to wezwanie. Zanim doktor Violet dobrnęła do połowy prelekcji, Marigold, siedząca jak 
urzeczona w ławce, w której od wieków zasiadali Lesleyowie, postanowiła poświęcić swe 
życie pracy misyjnej.

Nawrócenie było niespodziewane, lecz całkowite. Marigold poczuła, że na zawsze odcina 

się od swego dawnego życia — starych znajomych, niegdysiejszych marzeń. Nie była już 
durną,   niegodziwą   dziewczynką,   która   godzinę   temu   człapała   niechętnie   na   spotkanie   z 
misjonarką, a myśli jej zaprzątała jakaś tam morelowa sukienka i widmowa przyjaciółka ze 
wzgórza. Koniec z tym. Została namaszczona, wyróżniona. Przez resztę życia będzie stąpać 

background image

po świetlistej, wiodącej na wyżyny drodze, którą wskazała jej doktor Violet. Pewnego dnia 
może nawet zostanie doktor Marigold Lesley. Pomyśleć tylko! Kiedyś zastanawiała się, kogo 
chce przypominać, kiedy dorośnie. Mamę? Nie, ona pozwalała zbytnio się wykorzystywać; 
każdy nią rządził. Marigold już nie miała żadnych wątpliwości: chce być dokładnie taka, jak 
doktor Violet Meriwether.

Dziewczynka   poczuła   przypływ   nienawiści   do   Em   Church   za   to,   że   chichotała   za   jej 

plecami.   Pogardliwym   spojrzeniem   zmierzyła   też   cztery   dorosłe   córki   Eldera   MacLeoda. 
Dlaczegóż  to nie zajmowały się pracą misyjną?  Niemal  spaliła  się ze wstydu,  gdy nagle 
kichnęła, i to aż trzy razy i dokładnie w chwili, gdy doktor Violet skierowała żarliwy apel do 
młodych dziewcząt. Dlaczego w kościele nie znalazła się ani jedna, która odpowiedziałaby na 
to wezwanie: „Otom jest”. Marigold pragnęła zerwać się na nogi i wyrzec te słowa, lecz nie 
mogła   opanować   kichania   i   wielka   chwila   przepadła,   zaś   doktor   Meriwether   zajęła   swe 
miejsce.

Potem przemawiał krótko pan Thompson. Jego słowa nie były wcale tak fascynujące jak 

słowa doktor Meriwether, lecz jedno zdanie poruszyło do głębi rozbudzoną duszę Marigold. 
Powiedział,   że   misjonarka   powinna   być:   spokojna,   pogodna,   cierpliwa,   taktowna, 
samodzielna, zaradna i głęboko religijna. Marigold zakarbowała sobie w pamięci każdą z tych 
cech. Czekało ją wiele trudu, lecz, w uniesieniu, wierzyła, że wszystkiemu podoła. Od razu 
zacznie się przygotowywać  do swego życiowego zadania. Idąc pomiędzy ławkami, czuła, 
jakby   płynęła   w   powietrzu.   Och,   jakże   głupia   i   niegodziwa   pozostawała   do   czasu   tego 
cudownego wieczoru! Teraz jej twarz zwrócona była — jak wyraziła się doktor Meriwether 
—   „ku   wyżynom”,   odległym,   jaśniejącym   wyżynom   powołania   i   poświęcenia.   Marigold 
przeszył dreszcz ekstazy.

Tommy Blair szedł drugim przejściem pomiędzy ławkami. Marigold nienawidziła go od 

owego  dnia,  gdy  na  pierwszej   stronie  swego  elementarza   ujrzała   kleksy  i wypisane  ręką 
Tommy’ego kulfony: „Ta książka to jedno, a moja piącha — drugie, spróbuj ukraść książkę, a 
rozkwaszę ci nos”.

Jednak musi mu wybaczyć — misjonarka przebacza każdemu. Posłała więc Tommy’emu 

promienny   uśmiech,   on   zaś,   gdy   tylko   wyszedł   z   kościoła,   pochwalił   się   koleżkom,   że 
Marigold Lesley się w nim zakochała.

2

Marigold   nie   mogła   powiedzieć   mamie   o   swym   chwalebnym   postanowieniu,   bo 

zmartwiłoby ją ono ogromnie. Gdyby ojciec żył, to co innego. Ale teraz Marigold była dla 
niej wszystkim. Już samo utrzymanie swojego zamiaru w tajemnicy dziewczynka uważała za 
ofiarę.   Nawet   do   głowy   jej   nie   przyszło   zwierzać   się   babce.   Jednak   od   razu   zaczęła 
przygotowywać się do swej życiowej misji. Mama i babcia czuły, że „coś wisi w powietrzu”, 
ale nie miały pojęcia, na czym polega zmiana. Nie wiadomo, czy sądziły, że Marigold jest 
spokojna, pogodna, cierpliwa, taktowna i tak dalej, ale bez wątpienia uważały, że zachowuje 
się dziwnie.

— Nie wiem, o co chodzi tym razem, ale i to minie — stwierdziła babcia z rezygnacją.
Mama   jednak   trochę   się   martwiła.   Coś   chyba   jest   nie   w   porządku,   skoro   Marigold 

oświadczyła, że woli nie mieć nowej morelowej sukienki, gdyż stara zupełnie jej wystarczy. 
Nie chciała nawet iść na urodziny Willi Rogers, ale babcia nalegała na to, w obawie, że Roger 
— sowie mogą się obrazić. Marigold poszła więc, mimo wewnętrznego buntu, i zniżała się do 
poziomu innych dziewczynek, współczując im w duchu, że czeka je takie nudne, banalne 
życie.   Litowała   się   też   nad   Algie   Rogersem,   którego   matka   ślubowała,   że   syn   zostanie 
pastorem, choć Algie pragnął nade wszystko być cieślą. Jakże odmienna była jego dola od jej 

background image

wspaniałego   losu,   który  sama   wybrała!   —   Jejku,   ale   Marigold   Lesley  zadziera   nosa!   — 
stwierdziła Willa Rogers.

Marigold zrezygnowała z noszenia pierścionka z brylancikiem, który ofiarowała jej ciocia 

Marigold na ostatnie urodziny. Czuła, że ludzie namaszczeni nie powinni nosić brylantów. 
Wujek Klon chciał jej kupić parasolkę z pasiastego jedwabiu, o którą tylekroć błagała, lecz 
Marigold   odmówiła   łagodnie,   acz   stanowczo   i   poprosiła,   by   w   zamian   ofiarował   jej 
konkordancję

*

. Wujek śmiał się z tego trochę, lecz spełnił prośbę. Nie miał pojęcia, co za 

czary uprawia Marigold tym razem, lecz widział, że czerpie ona z tego ogromną satysfakcję.

O, tak! Jak rozkosznie było zrezygnować z nowych wstążek do kapelusza, których tak 

niegdyś pragnęła, i pójść w starym kapeluszu ślub kuzynki Nellie. Kiedyś Marigold bardzo 
ekscytowała   się   ślubami.   „Kto   wie…   Kiedy   dorosnę…”   —   myślała.   Lecz   to   była   już 
przeszłość. Nie wolno jej teraz nawet dopuszczać myśli o zamążpójściu. Marigold miała taką 
naturę, że wszystkiemu poświęcała się bez reszty. Postanowiła dążyć  do doskonałości. W 
świętym uniesieniu zmywała naczynia, ubijała jajka, a nawet pieliła ogródek.

Czytywała teraz wyłącznie literaturę misyjną i ślęczała nad książkami z biblioteki przy 

szkółce   niedzielnej.   Zafascynował   ją   zwłaszcza   opasły   brązowy   tomik   —   biografia 
misjonarki,   która  „przygotowywała  się”  do  swojej  roli   od szóstego  roku życia.   Marigold 
poczuła, że straciła wiele bezcennych lat. Postanowiła koniecznie je nadrobić. Udało jej się 
nawet — choć tylko jeden raz — wstać o piątej rano, by czytać Biblię i modlić się. Jak to 
świetnie   wypadnie   w   pamiętniku!   Wspomniana   wyżej   misjonarka   wstawała   tak   wcześnie 
przez całe życie, począwszy od dnia szóstych urodzin. No tak, ale ona nie miała babci. A to 
zasadnicza różnica.

Jedynym   naprawdę   bolesnym   wyrzeczeniem   było   zaniechanie   spotkań   z   Sylvią.   Na 

początku Marigold sądziła, że nie potrafi się na to zdobyć. Jednak musiała. Poświęcenie nie 
okazałoby się prawdziwe, jeśli nie pociągałoby za sobą cierpienia. Tak powiedziała doktor 
Violet. Marigold ze łzami w oczach wytłumaczyła to Sylvii. Czy było to tylko złudzeniem, 
czy rzeczywiście  drwiący chichot ze świerkowego zagajnika dobiegł ją w  ogrodzie? Tak 
jakby Sylvia nie uwierzyła w jej zapewnienia…

Marigold   usiłowała   zapełnić   lukę,   jaka   powstała   w   jej   życiu   po   zerwaniu   z   Sylvią, 

wyobrażając sobie, jak jeździ na grzbietach słoni i, ryzykując życiem, ratuje przed stosem 
młodziutkie   wdowy.   Wprawdzie   doktor   Violet   nie   wspominała   nic   o   ujeżdżaniu   słoni,   a 
jedynie o prozaicznym samochodzie, zaś pan Thompson zapewnił, że wdów się już nie pali. 
Ale na pewno robiono im coś równie okropnego. Marigold zagłuszyła swą tęsknotę za Sylvią, 
ratując całe tuziny wdów. O, tak, wujek Klon miał rację twierdząc, że dziewczynka znalazła 
bardzo satysfakcjonujące zajęcie.

Czasami  Marigold   cierpiała   katusze   zastanawiając   się,  czy  zdoła  publicznie  odmawiać 

modlitwę.   By   jakoś   do   tego   przywyknąć,   mówiła   cicho   „amen”,   ilekroć   pan   Thompson 
powiedział w kazaniu coś, co ją poruszyło. Poza tym trudno jej było się zdecydować, jaką 
misję wybierze. Całymi dniami wahała się pomiędzy trzęsieniem ziemi w Japonii a wężami w 
Indiach, dopóki nie wpadła jej w ręce książka o trędowatych. To było to! Będzie nawracać 
trędowatych.   Tymczasem   babcia   wpadła   w   okropną   złość,   gdyż   Marigold   nie   podlała 
geranium. Nie mogła wytłumaczyć babci, że zapomniała, bo właśnie była zajęta ratowaniem 
ludności   indyjskiej   wioski   przed   śmiercią   głodową.   Na   burę   zareagowała   jednak   bardzo 
spokojnie i łagodnie. Zadziwiająco łagodnie.

3

*  konkordancja — alfabetyczny spis wyrazów i sentencji zawartych w Biblii, z dokładnym  wskazaniem 

miejsca, w którym się znajdują (przyp. tłum.)

background image

Przez pierwszych parę tygodni przygotowania do misji szły dobrze i sprawiały Marigold 

wiele satysfakcji. Potem zapragnęła tego, co Aleksander Wielki nazwałby „nowymi krajami 
do   podboju”,   a   doktor   Violet   Meriwether   „szerszym   polem   służby   misyjnej”.   Bohaterka 
ulubionych przez Marigold dzienników zwykła odwiedzać chorych i potrzebujących pomocy, 
niosąc im pocieszenie. Dziewczynka czuła, że powinna robić to samo. Kogo by tu odwiedzić? 
O ile dobrze wiedziała, akurat teraz w okolicach Świerkowej Kępy nikt nie chorował, nie 
słyszała też, by ktoś potrzebował pomocy. Chyba że pani Delagarde… Cóż za olśnienie! Pani 
Delagarde, która przywdziewa tylko czarne suknie i ma taką smutną twarz; która nigdy i 
nigdzie nie wychodzi, przechadzając się jedynie całymi dniami po swym ogromnym ogrodzie 
w South Harmony.

Kiedyś   Marigold   słyszała,   jak   ktoś   powiedział,   że   pani   Delagarde   „ma   nierówno   pod 

sufitem”.   Nie   wiedziała   właściwie,   co   to   znaczy,   ale   była   przekonana,   że   osoba   o   tak 
zatroskanej twarzy potrzebuje pocieszenia. Marigold pójdzie więc do niej i… no właśnie, co? 
Poczyta jej Biblię, jak ta misjonarka z pamiętnika? Nie bardzo to sobie wyobrażała. Po prostu 
pójdzie   zobaczyć   się   z   nią,   a   potem   wszystko   jakoś   się   ułoży.   W   pamiętnikach   takie 
zamierzenia zawsze się udawały. Marigold wśliznęła się przed wyjściem do swego pokoju, by 
zmówić modlitwę. Była to żarliwa, z serca płynąca modlitwa, którą dziewczynka okrasiła 
jednak   szczodrze   wyrażeniami   zaczerpniętymi   z   pamiętników   misjonarki.   Potem   cichcem 
wymknęła się na dwór, gdzie zapadał już przepojony zapachami zmierzch.

Gdy Marigold stanęła przed furtką pani Delagarde, naprzeciw posępnego domu, którego 

bryła rysowała się czarno na tle zachodu słońca, poczuła panikę. Misjonarka musi jednak 
sama dawać sobie wszystkim radę. Nie może wpadać w popłoch. Marigold, z pogodnym 
uśmiechem na ustach, ruszyła alejką obsadzoną z obu stron żonkilami. Pani Delagarde stała 
wśród   złocących   się   w   półmroku   lilii,   na   tle   bursztynowego   nieba   i   ciemnych   wzgórz 
widocznych w oddali. Jej wielkie, dziwne, ciemnoszare oczy wpatrywały się nieprzytomnie w 
przestrzeń.

Zachowanie   milczącej   damy   wprawiło   Marigold   w   osłupienie.   Na   jej   widok   bowiem 

smutna twarz kobiety zajaśniała radością, a ona sama wyciągnęła ręce przed siebie i zaczęła 
iść   w   stronę   Marigold.   Wspomnienie   tych   długich,   białych,   błagalnych   rąk   miało   potem 
prześladować dziewczynkę całymi tygodniami.

— Delight, Delight… wróciłaś więc do mnie — powiedziała pani Delagarde.
Marigold   pozwoliła   jej   ująć   swe   dłonie,   objąć   się,   a   nawet   ucałować   w   czoło.   Nagle 

odczuła dziwny lęk. Pani Delagarde wciąż zachowywała się dość osobliwie… i w mgnieniu 
oka wciągnęła Marigold do domu. Co ona takiego mówiła — tak szybko, żarliwie, tym swoim 
dziwnym głosem?

— Często widziałam, jak szłaś przede mną… lecz nie patrzyłaś w moją stronę… Nigdy na 

mnie nie zaczekałaś. Lecz teraz wróciłaś, Delight. Więc przebaczyłaś mi jednak. Czyś mi 
przebaczyła, Delight?

— O tak, tak! — krzyknęła Marigold. W tej chwili odpowiedziałaby twierdząco na każde 

pytanie.  Zresztą  sama  nie  wiedziała,  co  mówi.   Nie  była   już  dzielną   misjonarką,  ambitną 
kandydatką   na   bohaterkę   autobiografii;   była   struchlałą   dziewczynką,   zamkniętą   w   domu 
dziwnej kobiety.

Twarz pani Delagarde znów zajaśniała szczęściem.
— Chodź do swego pokoju, Delight. Cały czas czekał na ciebie. Wiedziałam, że pewnego 

dnia do mnie powrócisz — kiedy odbędę już swą karę.

Powlokła Marigold na schody, potem przez hol, aż do rzeczonego pokoju. Był to duży, 

mroczny pokój o czterech wielkich oknach. W półcieniu rysowało się przepastne białe łóżko, 
na którym coś leżało. Marigold poczuła, że włosy stają jej dęba. Czyżby to była…?

— To twoja lalka, Delight — powiedziała pani Delagarde, uśmiechając się szeroko. — 

Zatrzymałam ją dla ciebie. No, weź ją, pobaw się. Chcę zobaczyć, jak się bawisz, Delight. 

background image

Tak dawno tego nie widziałam. Wszystkie twoje sukienki też są przygotowane. Spójrz tylko!

Otworzyła  drzwi szafy i Marigold ujrzała wykwintne sukienki, które skojarzyły jej się 

makabrycznie z żonami Sinobrodego.

— Proszę pani, czy mogę już iść do domu? — wydusiła drżącym z przerażenia głosem. — 

M–myślę, że mama na mnie czeka, późno już…

Na bladej twarzy pani Delagarde pojawił się na krótko wyraz niepokoju, który natychmiast 

ustąpił miejsca chytremu uśmieszkowi.

— Ależ ty jesteś w domu — uspokajała. — Jesteś moim dzieckiem, choć opuściłaś mnie 

na tak długo, Delight. To było doprawdy okrutne. Nie będę jednak na ciebie krzyczeć — już 
nigdy. Wróciłaś więc. Nigdy już nie wolno ci mnie opuścić. Odnajdę twego ojca i powiem, że 
wróciłaś. Po tym jak odeszłaś, przestałam odzywać się do niego. Ale teraz już mogę z nim 
mówić. Och, Delight!

Marigold wymknęła się z wyciągniętych ku niej ramion.
— Proszę, niech mi pani pozwoli odejść — błagała z rozpaczą. — Ja nie jestem pani małą 

Delight, naprawdę. Nazywam się Marigold Lesley. Droga pani Delagarde, niechże mi pani 
pozwoli pójść do domu!

— Ach,   więc   nadal   gniewasz   się   na   mnie…   —   powiedziała   zbolałym   głosem   pani 

Delagarde.   —   Dlatego   tak   mówisz.   Oczywiście,   że   jesteś   Delight!   Myślisz,   że   nie 
poznałabym twych złocistych włosów? Jesteś na mnie zła, bo zbiłam cię w przeddzień twego 
odejścia. Więcej już tego nie zrobię, nie musisz się mnie bać, kochanie. Powiedz jeszcze raz, 
że mi przebaczyłaś, moja słodka…

— O tak, tak! — Gdybyż tylko pani Delagarde pozwoliła jej wyjść!
Lecz ona padła przed Marigold na kolana.
— Teraz,   kiedy   wróciłaś,   będziemy   takie   szczęśliwe!   Pocałuj   mnie!   Na   tak   długo 

odwróciłaś ode mnie swą twarz, złotowłosa Delight!

Błagała tak żarliwie, że Marigold, mimo przerażenia, nie potrafiła jej odmówić. Pochyliła 

się i ucałowała panią Delagarde — na co kobieta oplotła ją ramionami i obsypała gradem 
pocałunków.

Marigold wyrwała się i rzuciła w kierunku drzwi. Jednak nimdo nich dobiegła, dogoniła ją 

pani Delagarde. Odepchnęła dziewczynkę na bok i z dziwnym chichotem wyśliznęła się na 
korytarz. Marigold usłyszała dźwięk przekręcanego w zamku klucza.

Została więźniem obłąkanej. Teraz rozumiała, co znaczyły  słowa: „pani Delagarde ma 

nierówno pod sufitem”.

Co   począć?   Nikt   nie   wie,   że   tu   przebywa.   Jest   sama   w   koszmarnym,   mroczniejącym 

pokoju   o  zasłoniętych   oknach.   Ze   strasznymi   sukienkami   zmarłej   Delight   w   szafie.   Z   tą 
potworną   lalką   leżącą   na   łóżku,   wyglądającą   jak   trup.   Z   wielką   mufką   z   czarnego 
niedźwiedziego futra, tkwiącą na stojaku koło łóżka. Co to za przeraźliwą historię opowiadał 
Lazarre   o   tych   wielkich,   staroświeckich   mufkach   z   niedźwiedziej   skóry?   Aha,   że   tak 
naprawdę to są wiedźmy, które w księżycowe noce tańczą na śniegu. Tej nocy też świecił 
księżyc — jego nikły blask już zakradł się do pokoju. A jeśli mufka zacznie tańczyć?!

Marigold z trudem stłumiła okrzyk. Mogłaby usłyszeć ją pani Delagarde i powrócić do 

pokoju.   A   to   byłoby   straszniejsze   nawet   od   mufki–wiedźmy.   Marigold   bała   się   choćby 
poruszyć, w końcu jednak; była się na to, by na palcach obejść wszystkie okna. Były zabite 
gwoździami.   Zresztą   za   nimi   ciągnął   się   jedynie   nagi,   stromy   mur   —   żadnej   szansy   na 
ucieczkę. Przez jedno z okien ujrzała światła Świerkowej Kępy. Czy stęsknili się już za nią? 
Czy jej szukali? Niestety, nie przyjdzie im do głowy, by zajrzeć właśnie tutaj.

Marigold usiadła w przepastnym, obitym kretonem fotelu stojącym przy oknie — byle 

dalej od łóżka i mufki. Przesiedziała tam całą chłodną, niesamowitą, bezkresną noc. Nikt nie 
przyszedł. Na początku panowała przeraźliwa cisza, jakby cała Ziemia zastygła w milczącym 
bezruchu.   Potem   światło   księżyca   znikło,   zerwał   się   wiatr,   a   okna   zaczęły   przeraźliwie 

background image

stukotać. Marigold była pewna, że mufka się poruszyła. Sukienki w szafie zaszeleściły. Dwa 
razy słyszała czyjeś kroki w korytarzu.

Potem nadszedł pochmurny ranek okraszony krwistoczerwonym wschodem słońca. Okna 

wychodziły na zielone, rozległe pola. Nie było sposobu, by przyciągnąć czyjąś uwagę, nie 
było jak uciec. Umrze tu pewnie z głodu, a mama nawet nie dowie się, jaki los spotkał jej 
córkę. Za każdym razem, gdy słyszała kroki na korytarzu, wstrzymywała oddech w obawie, 
że ucichną tuż przy drzwiach. Nie czuła wprawdzie głodu, lecz coraz bardziej chciało jej się 
pić. Wpadła w dziwne odrętwienie. Myślała z rezygnacją, że wkrótce umrze, ale wcale nie 
wydawało jej się to takie straszne. Bała się tylko powrotu pani Delagarde.

I   znów   nadszedł   wieczór…   zaświecił   księżyc…   swarliwy   wicher   szarpał   winorośl   za 

oknem, która rzucała niespokojne, pląsające cienie na pokój i mufkę z niedźwiedziej skóry. 
Chyba  mufka  się poruszyła  — tak! — poruszyła  się! Nagle Marigold wpadła w histerię. 
Zaczęła wrzeszczeć jak opętana, przebiegła przez pokój i dopadła do drzwi. Otworzyły się tak 
niespodziewanie, że niemal się przewróciła. Być może przez cały czas były otwarte, mimo iż 
słyszała   przekręcanie   klucza   w   zamku   —   teraz   jednak   nie   była   w   stanie   się   nad   tym 
zastanawiać.   Przebiegła   korytarz,   ruszyła   pędem   po   schodach,   a   potem   —   na   wolność. 
Przestała   biec   dopiero,   gdy   znalazła   się   w   holu   Świerkowej   Kępy,   gdzie   pełno   było 
przerażonych i zdenerwowanych ludzi. Marigold spostrzegła bladą, zatroskaną twarz mamy, a 
potem — po raz pierwszy w życiu — zemdlała.

— Dobry Boże — powiedział wujek Klon. — Oto i ona!

4

Następny dzień spędziła Marigold w łóżku. Mama cały czas siedziała przy niej, a babcia 

przychodziła co chwila i bardzo musiała się starać, by nadać swojej twarzy surowy wygląd — 
widać było, że odczuwa ulgę z powodu odnalezienia się wnuczki. Marigold opowiedziała o 
wszystkim, co ją spotkało, i poznała historię pani Delagarde. Biedna pani Delagarde straciła 
przed rokiem córeczkę i wówczas postradała zmysły. Godzinami siedziała u boku zmarłej 
dziewczynki, błagając, by przemówiła do niej choć słowem. Nie mogła zapomnieć, że — w 
przeddzień   niespodziewanej   śmierci   Delight   —   sprawiła   jej   lanie.   Nie   mogła   wybaczyć 
swemu mężowi, że wyjechał akurat wtedy, gdy córka zachorowała, i nie miał kto sprowadzić 
w czasie burzy doktora.

— Biedna, nieszczęśliwa kobieta, godna współczucia — powiedziała mama. — Ale ty też 

przeżyłaś straszne chwile, kochanie!

— Jest jeszcze parę innych osób, które przeżyły straszne chwile — stwierdziła ponuro 

babcia. — Pani Donkin była przekonana, że o zmierzchu widziała cię w samochodzie, w 
towarzystwie   dwóch   panów   o   podejrzanym   wyglądzie.   Poza   tym   zniknęła   łódź   Toffa 
LeClerca, więc sądziliśmy, że zniosło cię na szerokie wody. Przeczesano całą okolicę, by cię 
znaleźć, moja panno!

— Chyba nie nadaję się na misjonarkę, mamo — zaszlochała Marigold, gdy babcia już 

wyszła. — Wcale nie byłam dzielna… ani pogodna… ani zaradna…

Mama, pełna współczucia i zrozumienia, utuliła serdecznie córkę.
— Wspaniale jest być misjonarką, kochanie. Gdy dorośniesz i odczujesz takie powołanie, 

nikt   nie   stanie   ci   na   przeszkodzie.   A   jeśli   chcesz   się   do   tego   przygotować,   ucz   się   jak 
najwięcej, zdobądź solidne wykształcenie, a przede wszystkim żyj tak szczęśliwie i wesoło, 
jak   tylko   potrafi   mała   dziewczynka.   W   dzieciństwie   doktor   Violet   Meriwether   była 
najweselszą trzpiotką i łobuziarą, jaką znałam.

Ciocia Marigold kazała swej imienniczce zostać przez tydzień w łóżku. W dniu, w którym 

pozwolono już Marigold wstać, mama weszła z uśmiechem do jej pokoju.

background image

— A jednak okazało się, że twoje misjonarskie wysiłki nie poszły tak całkiem na marne — 

powiedziała. — Lekarz pani Delagarde twierdzi, że jej stan uległ znacznej poprawie. Przestała 
mówić bez przerwy o Delight i wybaczyła swemu mężowi. Doktor Ryan utrzymuje, że jego 
pacjentka zaczyna przejawiać zdrowy rozsądek, a jest nawet nadzieją, że odzyska go w pełni, 
jeśli wywiezie się ją w inne, pozbawione smutnych skojarzeń otoczenie. Podobno powiedziała 
mu, że jej „wybaczono”, i zdaje się, że to przekonanie uleczyło jakąś ranę w jej duszy.

— Hmmm — mruknęła babcia, łagodniej niż zwykle.
— Czyż to nie dziwne, że wcale nie wróciła wtedy do pokoju? — spytała Marigold.
— Prawdopodobnie zapomniała o tobie, jak tylko znikłaś jej z oczu.
— A tak się bałam, że wróci. Cały czas mi się zdawało, że słyszę jej kroki. Dlatego nie 

odważyłam się podejść do drzwi. A one wcale nie były zamknięte, choć jestem pewna, że 
słyszałam zgrzyt klucza w zamku.

— Czasami zamki się zacinają.
— Głupio że tak siedziałam myśląc, że jestem zamknięta, a mogłam po prostu sobie wyjść. 

W ogóle zachowałam się głupio… Lecz jednak…

Marigold   westchnęła.   Ponieważ   przez   całe   trzy   tygodnie   czuła   się   namaszczona   i 

wyróżniona, powrót do trywialnego życia — niegodnego kart autobiografii — był przykry.

Ale perspektywa posiadania nowej sukienki w kolorze morelowym znów wydawała jej się 

zachęcająca. Poza tym na wzgórzu czekała Sylvia która potrafiła wybaczyć swej przyjaciółce 
krótką rozłąkę.

background image

R

OZDZIAŁ

 

SZESNASTY

„J

EDNA

 

Z

 

NAS

1

— Jutro wyruszam w podróż — oświadczyła Marigold Sylvii. — Czuję się bardzo ważna z 

tego powodu.

Marigold nieczęsto wyjeżdżała z domu. Babcia patrzyła na to niechętnie, a mama rzadko 

zdobywała się na odwagę, by mieć odmienne zdanie. Poza tym Marigold niespecjalnie paliła 
się do składania wizyt, które wiązały się z koniecznością samotnego nocowania poza domem. 
Do tej pory dziewczynka odbyła zaledwie dwie takie wizyty — u Paula i u ciotki Stelli — 
lecz żadna z nich nie była udana. Na wspomnienie „tego” Marigold nadal drżała ze wstydu i 
oburzenia. Poprzysięgła sobie, że już nigdy nie odwiedzi ciotki Stelli.

Ale wizyta u cioci Anne to, rzecz jasna, co innego. To była jej ukochana ciocia. Tak więc, 

gdy przyjechała kiedyś do Świerkowej Kępy, i oświadczyła, że „chce wypożyczyć Marigold 
na trochę”, Marigold ucieszyła się, że babcia nie miała żadnych obiekcji.

Babcia doszła do wniosku, że dziewczynka powinna zobaczyć trochę świata, skoro ma 

głowę nabitą różnymi bzdurami w rodzaju Sylvii. Mimo opinii doktora Clowa — który nie 
odwiedził już więcej Świerkowej Kępy, gdyż wyprawił się w tajemniczą podróż poza kres 
czasu;   i   przestrzeni   —   babcia   uważała,   że   to   ciągnie   się   jednak   zbyt   długo.   Pewne 
zachowania, które można tolerować u ośmiolatki, u jedenastolatki stają się niepokojące. Anne 
i Charles byli rozsądnymi ludźmi, choć Anne okazywała dzieciom zbytnią pobłażliwość i 
babcia przewidywała, że Marigold powróci do domu ze zrujnowanym żołądkiem.

Ale pogodnych oczekiwań Marigold nie przyćmiły żadne troski. Ciocia Anne była kobietą 

o wesołych oczach, która zwykła mawiać: — Zajrzę do spiżarki, może znajdzie się tam jakiś 
smaczny  kąsek.  Trudno  nie  uwielbiać   takiej   osoby.   Możliwe   więc,  że  obawy babci  były 
uzasadnione. Babcia musiała jednak zadowolić się przyrzeczeniem, które wymogła na Anne, 
że   Marigold   codziennie   rano   dostanie   talerz   prawdziwej   owsianki.   Skoro   ten   warunek 
zostanie spełniony, mogła żywić nadzieję, że wnuczka przeżyje jakoś resztę dnia.

Tak więc Marigold pojechała do Bezkresnych Pól i pokochała je od pierwszego wejrzenia. 

Wiekowy, szary dom stał nad samym brzegiem morza — prawdziwego, cudownego morza, a 
nie jakiejś tam cichej, zamkniętej  przez ląd zatoki. Dom zbudowano na cyplu. Na tyłach 
budynku   była   stroma,   porośnięta   jedliną   górka,   a   wokół   niego   rosły   smukłe,   srebrzyste 
brzozy. Sadzonki leciwego już żywopłotu z głogu przywieziono niegdyś z kraju przodków — 
tajemniczej zamorskiej krainy, skąd pochodził ród Lesleyów. Ogród otaczający domostwo był 
bardziej   jeszcze   fascynujący   niż   ten   ze   Świerkowej   Kępy,   gdyż   miał   niepowtarzalny 
nadmorski   urok.   Pomiędzy   domem   a   górką   ciągnął   się   wyłożony   kamieniami   rów 
odpływowy, nad brzegami którego pyszniły się wybujałe malwy. A jaki śliczny okazał się ów 
sześciokątny   pokoik   „na   wieży”,   gdzie   można   było   leżeć   w   nocy,   podziwiając   gwiazdy 
mrugające między gałęziami jodeł! Dzięki tym wszystkim zaletom, a także wujkowi, który 
znał   się   na   żartach,   i   cioci,   która   pozostawiała   dużo   swobody,   Bezkresne   Pola   były 
wymarzonym miejscem na wakacje.

A przede wszystkim była tam Mats mieszkająca na sąsiedniej farmie. Na chrzcie dano jej 

imię Martha, lecz wszyscy zdążyli już o tym zapomnieć. Była pulchną, wesołą dziewuszką o 
szarych, okrągłych oczach, miała bujne, kasztanowe, nie strzyżone loki, piegowatą, skorą do 
śmiechu twarz, a do tego jeszcze — szczodrą mamę, która piekła pyszne ciasta. Przez cały 
tydzień Mats i Marigold bawiły się i psociły do woli, jak przystało na normalne dziewczynki 
pozbawione babcinego nadzoru. Marigold naprawdę zżyła się z Mats i razem wiodły pełne 

background image

harmonii i radości życie — dopóki nie zjawiła się Paula. Paula bowiem natychmiast zajęła 
centralne miejsce na scenie — tak zwykły czynić dziewczynki w rodzaju Pauli.

2

Wszystko zaczęło się w szkółce niedzielnej. Lesleyowie byli, rzecz jasna, prezbiterianami, 

lecz kościół prezbiteriański znajdował się w odległości trzech mil od Bezkresnych Pól, więc 
Marigold   wysłano   do   pobliskiego,   białego   kościółka   baptystów,   który   otaczały   piękne, 
zielone   świerki.   Marigold   była   nim   zachwycona,   pomyślała,   że   sprawia   miłe,   przyjazne 
wrażenie.   Miała   na   sobie   nową,   śliczną   zieloną   sukienkę   z   haftowanym   kołnierzykiem, 
elegancki biały kapelusik ozdobiony zieloną wstążką i rękawiczki z p r a w d z i w e j  koźlęcej 
skóry. Mats nie znała uczucia zazdrości, więc rozpierała ją duma, że jej koleżanka nosi takie 
wytworne rękawiczki. Pozostałe dziewczynki ze szkółki rzucały Marigold i Mats zawistne 
spojrzenia.

Wszystkie z wyjątkiem tej jednej. Siedziała osobno i czytała Biblię. Gdy Marigold i Mats 

usiadły przy niej, wstała, by zmienić miejsce. Nie zrobiła tego z dumą czy pogardą, lecz jak 
namaszczona istota, która odruchowo unika kontaktu z pospolitym światem.

— A cóż to — obruszyła się Mats — czy nie jesteśmy godne siedzieć koło ciebie, Paulo 

Pengelly?

Paula odwróciła się i spojrzała na nie — a raczej tylko na Marigold. Mats zdawała się 

całkowicie ignorować. Marigold wpatrzyła się w Paulę jak urzeczona. Była to dziewczynka 
może   o   rok   starsza,   wysmukła   niby   trzcina,   o   drobnej,   smagłej   twarzy   i   żarliwych, 
orzechowych oczach. Na ramiona spływały jej jedwabiste, ciemne warkocze. Miała wydatne 
kości policzkowe i czerwone, wąskie usta. Dziewczynka była bez kapelusza, nędznie ubrana, 
a Biblia, którą dramatycznymi gestem szczupłych rąk tuliła do piersi, nie wyglądała na nową. 
Paula   nie   była   ładna,   ale   jej   twarz   miała   szczególny   wyraz.   Słowo   „interesująca”   nie 
oddawało w pełni wrażenia, jakie wywoływała, lecz Marigold nie znała wówczas jeszcze 
określenia   „fascynująca”.   Nie  mogła,   oderwać   wzroku  od   Pauli,   której   oczy  zdawały  się 
widzieć rzeczy niedostrzegalne dla innych — takie, jakie każdy gorąco pragnie ujrzeć. Paula 
przywiodła jej na myśl obraz wiszący nad biurkiem cioci Marigold, który przedstawiał świętą 
odzianą w biel i pogrążoną w ekstazie.

— Nie, nie jesteście tego godne — wyrzekła Paula z taką mocą, że Marigold przeszedł 

dreszcz. — Bo nie jesteście chrześcijankami. Jesteście ofiarami gniewu bożego.

— Wcale nie! — zawołała oburzona Mats. Jednak Marigold poczuła, że Paula może mieć 

rację. Jakoś trudno było nie wierzyć w jej słowa. Marigold nie chciała być ofiarą gniewu 
bożego. Chciała być taka jak Paula, pragnęła tego aż do bólu.

— Jesteśmy tak samo dobre jak ty — ciągnęła Mats.
— Być dobrym to za mało, niegodziwe dziecię — odparła Paula. — Pokój z tobą.
— Co ona gada? — szepnęła zalęknionym głosem Mats, gdy Paula się odwróciła. Zaczęła 

się zastanawiać, czy istotnie jest taka niegodziwa. Nigdy tak o sobie nie myślała, lecz Paula 
Pengelly p o t r a f i ł a  narzucać swoje zdanie.

— Mówi, żebyś siedziała cicho — wyjaśniła dziewczynka, która przechodziła obok ich 

ławki. — Paula ma „powołanie religijne”, jak jej ojciec. Nie wiedziałaś?

Cokolwiek   miała   Paula,   Marigold   chciała   mieć   to   samo.   Przez   całą   lekcję   w   szkółce 

niedzielnej  tylko   tego  pragnęła,  wpatrując   się  w  uduchowiony  profil  Pauli  ujęty  w   ramę 
gładziutko zaczesanych  włosów. Babcia i mama były bez wątpienia chrześcijankami, lecz 
nigdy nie obudziły w Marigold takich uczuć, jakie w ciągu paru chwil obudziła Paula. Swego 
czasu Marigold uważała za świętą Gwennie, lecz ta cała niby — świętość tylko działała jej na 
nerwy.  T e r a z   to co innego. Marigold została w kościele na nabożeństwie, bo Mats była 

background image

baptystką.   Paula   siedziała   naprzeciw   niej,   w   bocznej   ławce.   Zanim   rozpoczęło   się 
nabożeństwo, Paula cały czas czytała Biblię. Potem utkwiła nieruchome spojrzenie w jednym 
z wykuszowych okienek. „Och, żeby być taką cudowną i świętą istotą!” — myślała z żarem 
Marigold. Poczuła naraz głęboki smutek i przypływ uczuć religijnych. Nigdy jeszcze nie dane 
jej było doznać czegoś tak podniosłego, nawet gdy słuchała doktor Violet Meriwether. I oto 
nagle   Paula   oderwała   wzrok   od   okna   i   utkwiła   w   Marigold   zniewalające,   mistyczne 
spojrzenie. Jej oczy mówiły „chodź” i Marigold czuła, że musi iść — choćby na kraj świata, 
choćby jeszcze dalej.

Po nabożeństwie Paula podeszła wprost do Marigold.
— Czy pragniesz iść wraz ze mną drogą krzyżową? — spytała uroczyście. Paula miała 

talent   dramatyczny   — co  chyba  w  dużej   mierze   czyniło  ją tak  fascynującą,  i  mówiła  w 
szczególny sposób, jakby zatajała wiele rzeczy, o których wie. Słuchacz pragnął za wszelką 
cenę i kryć te niewysłowione tajemnice.

— Jeśli chcesz, przyjdź jutro na spotkanie pod samotną sosnę morzem.
— Czy Mats też może przyjść? — spytała lojalnie Marigold.
Paula obrzuciła Mats łaskawym spojrzeniem.
— Czy pragniesz iść do nieba? — spytała.
— N–no tak, ale jeszcze nie teraz — zająknęła się zmieszana Mats.
— Sama widzisz — Paula spojrzała znacząco na Marigold. — Ona nie jest Jedną z Nas. 

Wiedziałam, że ty nią jesteś, gdy tylko cię ujrzałam.

— Ja też jestem! — krzyknęła Mats, która nie mogła znieść poczucia, że jest odrzucona. 

— Bo oczywiście chcę pójść do nieba.

— Wobec tego musisz zostać świętą — orzekła nieugiętym głosem Paula. — Tylko święci 

idą do nieba.

— Można mieć z tego uciechę? — jęknęła Mats.
— U c i e c h ę ?!   Chodzi   o   zbawienie   duszy!   Wolisz   mieć   „uciechę”   i   trafić   potem   w 

miejsce… o którym strach nawet mówić? — spytała głucho Paula.

— O nie, ależ skąd! — Mats stała się potulna i pełna dobrej woli — przynajmniej na razie.
— Wobec tego — do jutra, o dziewiątej, pod samotną sosną — powiedziała Paula.
Już   sam   ton,   którym   wypowiedziała   słowa   „samotna   sosna”,   wywoływał   tajemniczy 

dreszczyk i dawał poczucie, że jest się namaszczonym. Marigold i Mats wróciły do domu; 
pierwsza podekscytowana i pełna oczekiwań, druga pełna wątpliwości.

— Pauli to zawsze coś strzeli do głowy — gderała Mats. — Ostatniego lata przeczytała 

„Rob Roya” i wymyśliła, że my, dziewczynki, utworzymy klan, będziemy nosić spódniczki w 
szkocką kratę i szkockie godło — osty. Oczywiście ona została wodzem klanu. Chwilami to; 
było całkiem zabawne. Nie sądzę, aby ta religijna zabawa była równie udana.

— To nie jest żadna zabawa — obruszyła się Marigold.
— Może i nie. Ale nie znasz jeszcze Pauli Pengelly.
Marigold czuła, że wręcz przeciwnie, zna Paulę lepiej niż wszyscy. Nie mogła doczekać 

się poniedziałkowego spotkania pod sosną.

— Stary Pengelly, jej ojciec, był kiedyś pastorem — opowiadała Mats. — Jednak zrobił 

coś   okropnego   i   zakazali   mu   dalej   nim   być.   Myślę,   że   dużo   pił.   On   jest…   —   tu   Mats 
popukała się znacząco  w czoło, jak to robili  u niej  w domu  dorośli.  — Nadal wygłasza 
kazania w stodołach i tym podobnych miejscach. Ja śmiertelnie się go boję, ale powiadają, że 
to bardzo dobry człowiek i że zrobiono mu krzywdę. Paula i jej ojciec mieszkają w tym 
domku po drugiej stronie cypla. Domem zajmuje się ciotka Pauli, bo jej mama od dawna nie 
żyje. Niektórzy mówią, że Paula ma w sobie indiańską krew. Nigdy nie jest ubrana jak należy, 
wszystko ma pozapinane na agrafki — tak mówi moja mama. Czy naprawdę wybierasz się na 
ten cypel jutro rano?

— Oczywiście.

background image

— No cóż, to ja chyba też muszę — westchnęła Mats. — Ale wydaje mi się, że skończyły 

się dla nas dobre czasy.

3

Wreszcie nadszedł poniedziałek i oczekiwane spotkanie pod samotną sosną, choć Marigold 

myślała, że nigdy się już tego nie doczeka. Przy śniadaniu oświadczyła cioci Anne i wujkowi 
Charlesowi, dokąd się wybiera, na co wuj spojrzał pytająco na żonę. Gdy Marigold oddaliła 
się nieco, spytał:

— Co ta diablica w dziewczęcej skórze wymyśliła tym razem? Marigold sądziła, że wujek 

ją   ma   na   myśli,   więc   zaczęła   się   zastanawiać,   czym   zasłużyła   sobie   na   miano   diablicy. 
Przecież zachowywała się bez zarzutu. Jednak zapomniała o tych błahostkach, gdy dotarła z 
Mats pod samotną sosnę, gdzie czekała już Paula. Wciąż była skupiona, wciąż pogrążona w 
ekstazie. Oświadczyła, że przez całą noc nie zmrużyła oka.

— Nie mogłam spać… myślałam o tych wszystkich ludziach, których czeka zagłada…
Marigold od razu poczuła się okropnie z tego powodu, że tak dobrze spała. Zgodnie z 

poleceniem Pauli, usiadła wraz z Mats na trawie. Paula wygłosiła przemowę, na którą złożyły 
się strzępy kazań jej ojca. Jednak Marigold o tym nie wiedziała i zachwyciła się Paulą jeszcze 
bardziej niż poprzednio. Natomiast Mats była podenerwowana. Paula nie dała im skryć się w 
cieniu,   musiały   siedzieć   w   prażących   promieniach   słońca   —   to   dobre,   jeśli   ma   się   taką 
różową buzię jak Lesleyówna, albo tak smagłą jak Pengelly. Jednak obawiam się, że w tej 
sytuacji Mats bardziej trapiła się piegami niż zbawieniem duszy.

— A   teraz   —   Paula   zawiesiła   tragicznie   głos,   po   czym   zakończyła   z   żarem   —   obie 

zadajcie   sobie   następujące   pytanie:   „Czy   jestem   dzieckiem   Boga,   czy   też   dzieckiem 
szatana?”.

— Nie jestem żadnym tam dzieckiem szatana! — oburzyła się Mats. Lecz Marigold opadły 

wątpliwości. Oczarowana przemową Pauli, nie potrafiła ustalić, kim właściwie jest.

— A co, jeśli… — zaczęła niepewnie.
— Trzeba okazać skruchę. Kajać się za grzechy!
— Och, ja nie mam żadnych grzechów, więc nie muszę się kajać — stwierdziła z ulgą 

Mats.

— Nie możesz iść do nieba, jeśli nie grzeszyłaś, bowiem wówczas nie możesz okazać 

skruchy i uzyskać przebaczenia — powiedziała nieubłagana Paula.

Ta teologiczna pułapka wprawiła Mats w osłupienie. Tymczasem hipnotyczne spojrzenie 

Pauli spoczęło na Marigold.

— Co według ciebie jest grzechem? — spytała nieśmiało Marigold.
— Czy kiedykolwiek czytałaś historie, które nie były prawdziwe? — spytała Paula.
— T–tak… i… — Marigold odnalazła bolesną rozkosz w tym wyznaniu — i sama też 

wymyślałam takie historie.

— Chcesz powiedzieć, że k ł a m a ł a ś ?
— O, nie, to nie były kłamstwa… to znaczy…
— Skoro historie nie były prawdziwe, to znaczy, że były to kłamstwa.
— No… może. Poza tym myślałam o różnych rzeczach, gdy wuj Charles modlił się przed 

posiłkami…

— O jakich rzeczach? — spytała Paula.
— Myślałam… o drzwiach namalowanych na obrazie, który wisiał przede mną na ścianie. 

Marzyłam, żeby je otworzyć, wejść do tamtego domu, zobaczyć, jacy ludzie tam mieszkają…

Paula machnęła ręką. W końcu, co to miało za znaczenie, że Marigold wymyślała jakieś 

dziwactwa, gdy Charles Marshall odmawiał pacierze? Cóż znaczyła jego modlitwa? Paulę 

background image

zajmowały jedynie sprawy naprawdę istotne.

— Czy kiedykolwiek jadłaś mięso?
— No jasne… czy to jest…
— Niegodziwość!   Straszna   niegodziwość!   Poświęcać   jakieś   życie   tylko   po   to,   by 

zaspokoić swój apetyt! Hańba!

No, rzeczywiście, hańba! Marigold wiła się ze wstydu. Nie mogła znieść pogardliwego 

spojrzenia Pauli. Gdy Paula spostrzegła, że Marigold się wstydzi, natychmiast złagodniała.

— Nic nie szkodzi. Przecież nie wiedziałaś. Ja także jadłam mięso — aż do zeszłej wiosny. 

Wtedy bowiem dostałam okropnej wysypki. Wiedziałam, że to kara za jakieś złe uczynki. Za 
jedzenie   mięsa   —   ojciec   tak   powiedział.   Powiedział,   że   dotknął   mnie   palec   boży. 
Przyrzekłam   więc,   że   nigdy   już   nie   tknę   mięsa.   Och,   jakże   dręczyło   mnie   sumienie. 
Cierpiałam katusze.

Głos  Pauli   był  nabrzmiały  bólem.  Gdy zerwała   się  na nogi  i  stanęła   pod starą  sosną, 

wyglądała   jak   prawdziwa,   namaszczona   kapłanka.   Marigold   poczuła,   że   poszłaby   za   nią 
choćby na stos.

— No to co robimy? — spytała ta nieznośnie przytomna Mats.
— Utworzymy zgromadzenie, którego celem będzie dbałość o zbawienie naszych dusz i 

świata   —   odparła   Paula.   —   Wszystko   już   sobie   przemyślałam.   Będziemy   się   nazywały 
Zapalone Lampy. Doskonała nazwa, prawda? Ja będę zarządzać tym zgromadzeniem, a wy 
musicie robić, co każę. Będziemy wiodły tak piękne życie, że wszyscy otoczą nas podziwem i 
zapragną do nas dołączyć. Codziennie będziemy tak dobre, jak do tej pory byłyśmy tylko w 
niedziele (w tym momencie Mats jęknęła głucho). Ale nasze zgromadzenie będzie elitarne. 
Może do niego należeć tylko ten, kto gotów jest zostać męczennikiem.

— Co więc my mamy robić? — spytała z westchnieniem Mats. Nie potrafiła wyrzec się 

towarzystwa Marigold, ale też nie czuła się powołana, by zostać męczennicą.

Paula pozwoliła sobie usiąść.
— Po pierwsze, nie wolno nam  n i g d y   jeść więcej niż to konieczne. Żadnego mięsa, 

puddingu, ciasta…

— Ale ja muszę jeść choć trochę! — zawołała żałośnie Marigold. — W przeciwnym razie 

ciocia pomyśli, że jestem chora, i odeśle mnie do domu.

— Dobrze, ale nie wolno brać żadnych dokładek. — Paula była nieugięta.
Złożyły   ślubowanie.   Marigold   z   udręką   myślała   o   pysznych   kruchych   babeczkach   z 

truskawkami, które ciocia Anne obiecała dnia na deser.

— Nie wolno nam czytać ani mówić rzeczy, które nie są szczerą prawdą.  N i g d y   nie 

wolno zmyślać.

Marigold westchnęła, lecz po chwili otrząsnęła się dzielnie po tym ciosie.
— Nigdy nie wolno nam nosić biżuterii i koniec z głupimi zabawami.
— A czy możemy bawić się choć trochę? — spytała błagalnie Mats.
— Bawić   się!   Podczas   gdy   musimy   przygotować   się   na   spotkanie   z   wiecznością?   Ty 

możesz się bawić, ale j a  nie zamierzam tego robić.

— Skoro bawić się nie wolno, co w takim razie będziemy robić? — spytała  pokornie 

Marigold.

— Pracować. Na świecie jest tyle do zrobienia!
— Zawsze staram się w miarę  swych  możliwości  pomagać  cioci  Anne. Lecz co mam 

robić, gdy już wykonam całą pracę?

— Medytować.   Ale   z   czasem   znajdziemy   sobie   wiele   zajęć.   No,   Mats,   jeśli   się   w   to 

angażujesz, to całą duszą. M u s i s z  ponieść ofiarę. Musisz być nieszczęśliwa, bo inaczej nie 
będziesz   dobra.   Ani   na   chwilę   nie   wolno   ci   zapomnieć   o   tym,   że   jesteś   grzesznicą.   Na 
świecie,   który   pogrążony   jest   w   grzechu   i   niedoli,   nie   można   być   religijnym   i   zarazem 
szczęśliwym. Musimy żyć tak, jak nakazuje obrane przez; nas miano. Ilekroć nasza lampa 

background image

zagaśnie, będziemy pokutować.

— Niby jak? — spytała Mats.
— Och,   na   różne   sposoby.   Na   przykład   wczoraj   włożyłam   sobie   pod   sukienkę   ostre 

kawałki żwiru, tylko dlatego, że miałam ochotę na dokładkę przy obiedzie. Można też klęczeć 
na grochu. Albo pościć. Ja poszczę dość często. I wiecie co, dziewczynki? Podczas postu 
słyszę głosy wołające mnie po imieniu. — Twarz Pauli promieniała dziwnym, nieziemskim 
światłem, czym już całkowicie podbiła Marigold. — Wiem, że to anioły wskazują mi moje 
życiowe powołanie, dają znak, że jestem wybrana.

Mats odnosiła niejasne wrażenie, że trudno im będzie żyć według zasad narzuconych przez 

Paulę. Zamierzała jednak zgłębić to zagadnienie do końca.

— Powiedziałaś   nam,   czego   robić   nie   wolno   —   stwierdziła.   —   A   teraz   powiedz,   co 

musimy robić.

— Odwiedzać chorych…
— Nie cierpię chorych — mruknęła buntowniczo Mats. A Marigold przeszedł dreszcz na 

wspomnienie wizyty u pani Delagarde. Czuła, że Paula wcale by się pani Delagarde nie bała.

— Codziennie czytać Biblię, modlić się wieczorem i rano…
— Niby po co mam modlić się rano? W dzień niczego się nie boję — zaoponowała Mats.
Paula zignorowała ją i zwróciła się do Marigold. Instynkt podpowiadał jej, że to obiecująca 

neofitka. Z Mats nic nie będzie — zawsze tylko gada jak jakaś głupia papuga.

— Musimy też rozdawać broszurki religijne, ojciec ma ich pełno, i pytać ludzi, czy są 

chrześcijanami. Możesz spytać o to waszego parobka, Mats.

— Zaraz   by   rzucił   pracę,   a   ojciec   chyba   by   mnie   zabił   —   powiedziała   zmieszana 

dziewczynka.

— No,   dobra,   jesteśmy   zorganizowane   —   stwierdziła   Paula.   —   Powtarzajcie   za   mną: 

„Otośmy Zapalone Lampy i póki trawa rośnie, a woda płynie, niechaj tak pozostanie”.

— Ojej — skrzywiła się Mats. Ale bez zająknienia złożyła przysięgę, czerpiąc pociechę z 

myśli, że nieraz już składała takie wieczyste przysięgi. Ich żywot trwał tak długo, póki nie 
wyczerpał się zapał Pauli.

— A teraz — powiedziała Paula na zakończenie — módlmy się. — Po czym, złożywszy 

białe dłonie i utkwiwszy oczy w niebiosach, zaintonowała modlitwę, a modliła się tak pięknie 
i żarliwie, że Marigold poczuła się uwznioślona.

Nawet Mats była pod wrażeniem.
„Może i będzie z tego jakaś heca — pomyślała. — Szkoda tylko, że Paula nie postanowiła 

odbywać pokuty zimą, to najodpowiedniejsza pora na umartwianie się”.

4

Z czasem jednak Mats stwierdziła smętnie, że nie ma mowy o żadnej hecy. Znalazła się w 

stowarzyszeniu Zapalonych Lamp, ale nie czuła się jedną z nich. Jak przewidywała, trudno 
było   dorównać   Pauli.   Przynajmniej   jej   było   trudno,   gdyż   Marigold   robiła   to   niejako 
naturalnie. Jej oczy wyglądały jak roziskrzone gwiazdy i była tak niebywale dobra, że aż 
ciocia Anne zaczęła się martwić. To znaczy — dobra z pozoru. Marigold wiedziała, że w 
głębi duszy jest grzeszna. Paula jej to powiedziała. Teraz Marigold była już całkowicie we 
władzy tej smagłej dziewczynki  i uważała  ją za najcudowniejszą, najświętszą istotę, jaka 
kiedykolwiek chodziła po ziemi. Bez przerwy bolała nad tym, że nie może jej dorównać. 
Paula   tak   często   pościła   —   o   czym   dobitnie   świadczyła   jej   blada,   uduchowiona   twarz   i 
podkrążone oczy. Marigold nie mogła pościć — nie znalazłoby to zrozumienia u krewnych. 
Jedyne  co  mogła   zrobić,  to  odmawiać  dokładek   i  „przekąszania”.  Potem  zaś   wiła  się  ze 
wstydu, gdy Paula oświadczała wyniośle:

background image

— Od wczorajszego ranka nie tknęłam jedzenia.
Marigold   nie   mogła   też   rozdawać   pożółkłych   ze   starości   broszurek   religijnych.   Paula 

robiła to po każdym niedzielnym nabożeństwie (Mats nie — bo stanowczo odmówiła).

— Możecie   zabawiać   się   w   męczennice,   jeśli   taka   wasza   wola   —   powiedział   wujek 

Charles. — Nie pozwolę jednak, Marigold, byś naprzykrzała się ludziom jak ta cała Paula 
Pengelly!

Paula naprzykrzała się! Ta ofiarna święta istota, która była szczęśliwa, mogąc ubrać się na 

nabożeństwo w spłowiałą sukienkę; która znała na pamięć całe rozdziały z Biblii. I to wcale 
nie te interesujące, ale… nudne, jak na przykład — Księgę Liczb albo Księgę Kapłańską. 
Przecież Paula nie bawi się wcale, nawet nie gra w kamyki, choć kiedyś przepadała za tą grą 
—  uważa,   że   w   zabawie   tkwi   zło.   Może   całą   noc   opłakiwać   swe  grzechy,   podczas   gdy 
Marigold potrafi wycisnąć zaledwie parę łez, a potem — o hańbo! — zasypia jak kamień. 
Paula nigdy się nie śmieje — w religii nie ma miejsca na śmiech, nawet jeśli wujek Charles 
mówi takie rzeczy, że aż człowieka skręca ze śmiechu. Paula nigdy nie robi czegoś, na co ma 
ochotę, gdyż jeśli coś się lubi, to nieomylny znak, że to jest złe. Jak można mówić, że Paula 
naprzykrza się ludziom? Marigold była wściekła na wujka Charlesa.

— U cioci Anne jest cudownie — westchnęła. — Ale tak ciężko być tu religijnym. Pauli 

jest chyba łatwiej, ojciec jej w tym nie przeszkadza.

Marigold   zdążyła   już   bowiem   poznać   ojca   Pauli.   Została   zaproszona   do   jej   domu   na 

herbatę i została tam na noc. Dostąpiła wielkiego zaszczytu, którego ciotka Anne nie potrafiła 
właściwie docenić.

Paula   mieszkała   w   szarym   domu   po   drugiej   stronie   cypla.   Mały,   pochylony   domek 

wyglądał tak, jakby zamierzał się położyć. Miał powykrzywiane okiennice, a po wejściu do 
środka Marigold przekonała się, że dawno już nikt w nim nie sprzątał. Na kolację były tylko 
orzechy, jabłka, ciemny chleb i parę zatęchłych herbatników. Zresztą Marigold i tak nie była 
w stanie nic jeść — struchlała bowiem z przerażenia na widok pana Pengelly. Był to wysoki 
starzec, który miał długie, siwe włosy, imponującą siwą brodę, orli nos i oczy, które płonęły 
w jego wychudłej twarzy jak kocie ślepia w ciemności. Nie odezwał się do dziewczynek 
nawet słowem, a Paula wyjaśniła, że złożył kolejny ślub milczenia.

— Czasami nie odzywa się przez cały tydzień — oświadczyła z dumą. — To taki dobry 

człowiek.   Kiedyś   ciocia  Em   przygotowała   pudding  na   kolację  bożonarodzeniową.  Był   to 
bardzo mały pudding, lecz ojciec chwycił za garnek i wyrzucił wszystko na dwór. Jednak 
nawet on nie jest tak dobry jak stryjeczny dziad Josiah. By sprawić radość Bogu, tak długo 
zapuszczał paznokcie, aż były długie jak ptasie szpony.

Marigold zaczęła się zastanawiać, dlaczego takie paznokcie miałyby sprawić Bogu radość, 

ale natychmiast surowo zganiła się za swoje grzeszne myśli.

Spały   w   dusznym,   przechodnim   pokoju,   gdzie   okno   z   pękniętą   szybą   przysłaniały 

wyblakłe   różowe   firanki,   a   lampa   wyglądała   na   nie   mytą   od   wieków.   Wezgłowie 
dziwacznego drewnianego łóżka przylegało do stukającego co chwila okna.

— Zimą   wiatr   nawiewa   mi   śniegu   na   poduszkę   —   powiedziała   Paula.   W   jej   oczach 

zapłonął żar męczeństwa, gdy uklękła na grochu i zaczęła się modlić.

Deszcz bębnił o szyby. Marigold zapragnęła nagle znaleźć się w pokoiku na poddaszu w 

Bezkresnych Polach. Tak się złożyło, że tej nocy Paula nie spędzała na rozpamiętywaniu 
swych grzechów. Spała jak kłoda. I c h r a p a ł a . Marigold całą noc przeleżała bezsennie.

Śniadanie. Owsianka nie osolona. Paula spaliła grzankę. Serweta była brudna. Marigold 

dostała wyszczerbiony kubek. Zaczęła pić chciwie i ponad miarę. To była dobra sposobność 
do odprawienia pokuty. Pokuty za pewne myśli, które przychodziły jej do głowy. Nie na 
temat Pauli. Paula, pomimo chrapania, nadal lśniła w tym nędznym otoczeniu niby gwiazda 
wznosząca   się   nad   nieczystym   ziemskim   padołem.   Marigold   odczuwała   dla   niej   głęboki 
szacunek. Poświęcanie się i wszystkie wyrzeczenia sprawiały jej dziwną radość. Odmówiłaby 

background image

sobie wszystkiego, byle nie narazić się na pogardliwy uśmieszek Pauli. Nie potrzebowała 
nagrody. Wystarczyły jej słowa, które Paula wypowiedziała tonem kapłanki zwracającej się 
łaskawie do nowicjuszki:

— Gdy tylko cię ujrzałam, wiedziałam, że jesteś Jedną z Nas.
Ciocia Anne i wujek Charles nie mogli pojąć zachowania Marigold.
— Ta   diablica   Pengelly   potrafi   omamiać   dziewczynki   —   złościł   się   wuj   Charles.   — 

Marigold jest nią wprost zauroczona, no i tymi jej „zabawami”. — Pocieszam się jednak, że 
jeśli będzie się to ciągnąć powrocie do domu, stara pani Lesleyowa raz — dwa zrobi z tym 
porządek.

5

Marigold spędzała większość czasu na wymyślaniu sposobów odbywania pokuty za swe 

najróżniejsze przewinienia.  Niełatwo  było  bowiem wynaleźć  stosowną pokutę, czyli  taką, 
którą można odbyć pod okiem cioci Anne. Nawet kiedy Paula i Marigold wpadły wreszcie na 
jakiś pomysł — Mats bez ogródek oświadczyła, że nie chce mieć z tym nic wspólnego — 
okazywało się, że Marigold dana pokuta wydaje się całkiem przyjemna, bo jest interesująca.

— Skoro znajdujesz w tym przyjemność, to nie jest pokuta — stwierdzała Paula.
Szczególnie   jedna   „pokuta”   wryła   się   Marigold   w   pamięć.   Zapowiadała   się   naprawdę 

groźnie.   Obie   z   Mats,   zdaniem   Pauli,   wypadły   bowiem   ze   stanu   łaski   —   o   ile   Mats 
kiedykolwiek   była   w   tym   stanie.   A   nastąpiło   to   wówczas,   gdy   Marigold   zaproszono   na 
kolację do domu Mats — i nie mogła się oprzeć pokusie…

Mama Mats była znakomitą kucharką. Upiekła cztery różne rodzaje ciast. Traf chciał, że 

były to przysmaki Marigold, mianowicie: ciasto bananowe z bitą śmietaną, kruchy placek z 
truskawkami,   tort   daktylowy   i   rolada   nadziewana   galaretką.   Marigold   zjadła   po   kawałku 
każdego ciasta i aż d w a  kawałki placka. Wiedziała, że postępuje źle — zarówno z punktu 
widzenia swojej mamy, jak i w pojęciu Pauli — jednak siedząca obok Mats zajadała, aż jej się 
uszy trzęsły, a jej mama mówiła ciągle z wyrzutem:

— Ależ ty nic nie zjadłaś, dziecinko. Cóż więc było robić?
Po kolacji dorwały się z Mats do żurnala i wybierały sobie suknie które będą nosić, gdy 

dorosną. Miara ich niegodziwości przebrała się gdy poszły do służbówki i skakały na łóżku 
parobka, przy czym porobiły mu dołki w sienniku. Ale i tak spał pewnie lepiej niż Marigold 
którą   przez   całą   noc   męczyła   niestrawność   i   koszmarne   sny.   Zdawało   by   się,   że   to 
wystarczająca  kara za  grzechy.  Jednak Paula  była  innego zdania.  Bo Marigold,  dręczona 
wyrzutami sumienia, wyznała wszystko Pauli.

— Jesteś faryzeuszką — stwierdziła zbolałym głosem Paula.
— O, nie, ja tylko… — jęknęła Marigold i przerwała. Nie powie przecież: „Mats i jej 

matka   kazały   mi   jeść”,   bo   to   nieprawda.   Zajadał:   z   wielką   chęcią   i   teraz   musi   dźwigać 
brzemię swych grzechów. Czyż by na zawsze zhańbiła się w oczach Pauli?

— Postąpiłaś bardzo niegodziwie — powiedziała Paula. — Twa lamp prawie zagasła i 

musisz odbyć szczególnie ciężką pokutę, by zmaza swe winy.

Marigold odetchnęła z ulgą. Nie została więc odrzucona! Jasne, że odbędzie pokutę. Ale 

jak tu wymyślić taką, która okaże się odpowiednio surowa i możliwa do wykonania? Paula 
wymyśliła.

— Spędzisz całą noc na dachu werandy — powiedziała. — To będzie prawdziwa pokuta.
O, tak, i to jeszcze jak prawdziwa! Gdy była z kimś, Marigold nie bała się ciemności, ale 

sama wprost trzęsła się ze strachu. Zresztą bardzo się tego wstydziła. Babcia oświadczyła 
kiedyś surowo, że jedenastoletnia dziewczynka nie może zachowywać się jak małe dziecko, a 
poza tym Marigold była pewna, że Stara Babcia gardziłaby nią tchórzostwo. Jednak do tej 

background image

pory nie udało się jej przezwyciężyć te lęku.

Przerażała   ją   więc   myśl   o   spędzeniu   nocy   na   dachu   werandy,   niemniej   przyrzekła   to 

zrobić.

Przynajmniej pod jednym względem zrealizowanie tego pomysłu wydawało się łatwe. Z 

maleńkiego pokoiku na poddaszu można było dostać się drzwiami wprost na dach werandy, 
gdzie  stał metalowy stelaż  łóżka.  Marigold  musiała  tylko  zaczekać,  aż  wszyscy w  domu 
zasną, a potem wynieść na zewnątrz materac i pościel.

Zrobiła to — oblewając się zimnym potem — po czym wśliznęła się do łóżka, drżąc ze 

strachu jak liść osiki.

— Nie będę się ciebie bać — szepnęła śmiało do nocy.
A   jednak   się   bała.   Czuła   instynktowny,   irracjonalny   lęk,   znany   ludzkości   od   zarania 

dziejów.   Lęk   przed   ciemnością   i   poruszającymi   się;   cieniami,   przed   niewidzialnym 
niebezpieczeństwem czającym się w mroku. Noc zdawała się skradać przez sosnowy zagajnik 
za domem, niby jakaś żywa istota, która zamierza rzucić się na Marigold. Wszędzie wokół 
ciemność, ciemność w górze i w dole. Co kryje się w tym mroku?…

Dziewczynka miała ochotę schować głowę pod kołdrą, lecz tego; nie zrobiła. To byłoby 

uchylanie się od pokuty. Leżała więc i patrzyła w niebo — ten straszliwy ocean gwiazd, 
które, jak powiedział jej wujek Klon, były słońcami oddalonymi o miliony milionów mil od 
Ziemi. Zdawało się, że cała planeta zamarła w ciszy. Czekała… ale na co? A jeśli wszyscy na 
świecie już nie żyją? A jeśli ona jest jedyną żywą istotą, jaka pozostała w tej straszliwej 
ciszy?!

I nagle — trudno jej określić, czy stało się to parę minut, czy kilka godzin później — coś 

się   zmieniło.   Już   nie   odczuwała   strachu.   Usiadła   i   rozejrzała   się   wkoło.   Popatrzyła   na 
aksamitny,   rozgwieżdżony,   pełen   cieni   świat.   Nagły   powiew   wiatru   poruszył   gałęziami 
świerków   rysującymi   się   wyraźnie   na   tle   nieba.   Wody   zatoki   srebrzyły   się   w   blasku 
wschodzącego   księżyca.   Drzewa   w   ogrodzie   szeptały   jak   starzy   przyjaciele.   Ze   wzgórza 
płynął zapach rozgrzanych letnią nocą paproci.

— Przecież ja lubię ciemność — szepnęła do siebie Marigold. — Jest przyjemna, dobra i 

taka… przyjazna. Nie sądziłam, że może być tak piękna.

Wyciągnęła   ku   niej   ręce.   Ciemność   wydała   jej   się   wszechogarniającą,   pełną   miłości 

Obecnością.   Marigold   położyła   się   i   całkowicie   poddała   jej   urokowi,   pozwalając   swym 
myślom wybiec daleko, aż za Mleczną Drogę. Nie chciała zasnąć, lecz wkrótce zapadła w 
sen. Obudziła się, gdy blady, bezwietrzny świt nadpełzał na Bezkresne Pola. Senne wydmy 
były   liliowe,   błękitne   i   złote.   Wysoko   nad   głową   Marigold   przepływały   śliczne   chmury, 
muśnięte właśnie przez promyki wschodzącego słońca. Niżej, w ogrodzie, widać było krople 
rosy srebrzące się na pąkach róż. W zamglonym świetle poranka owce wuja Charlesa, które 
pasły się nad strumieniem, zdawały się perłowobiałe i puszyste. Marigold jeszcze nigdy nie 
widziała świata w takiej krasie — był tak niepokalany i pełen nadziei, jak raj o poranku. 
Westchnęła z lubością. Owładnęło nią mistyczne poczucie szczęścia.

Paula zjawiła się zaraz po śniadaniu, by sprawdzić, czy Marigold rzeczywiście spędziła 

noc na dachu werandy.

— Wyglądasz na zbytnio zadowoloną — powiedziała z wyrzutem.
— Na samym  początku to była pokuta, a potem spanie na dachu zaczęło sprawiać mi 

przyjemność — przyznała uczciwie Marigold.

— Zbyt wiele rzeczy sprawia ci przyjemność — powiedziała Paula z rozpaczą w głosie. — 

Pokuta przestaje być pokutą, jeśli sprawia przyjemność.

— Nic   na   to   nie   poradzę,   że   lubię   wiele   rzeczy,   a   w   dodatku   cieszę   się   z   tego   — 

oświadczyła Marigold w nagłym przypływie zdrowego rozsądku. — Dzięki temu życie jest 
bardziej interesujące.

background image

6

Marigold   szła   na   pocztę,   by   wysłać   list   cioci   Anne.   Było   śliczne   popołudnie.   Świat 

wydawał się niezmiernie piękny, pomimo iż zamieszkiwały go setki milionów grzeszników. 
Gdy Marigold przechodziła obok zagrody Mats, zobaczyła, że dziewczynka gra samotnie w 
kamyki   pod   starą   jabłonią.   Mats   niedawno   właśnie   zeszła   na   złą   drogę   i   powróciła   do 
zgubnych   przyzwyczajeń   —   potwierdzając   tym   samym,   że   nie   jest   „Jedną   z   Nich”. 
Pomachała zapraszająco do Marigold, lecz ta potrząsnęła tylko głową i pokornie ruszyła w 
dalszą drogę.

Nieco dalej czerwonawa droga ostro skręcała i za owym zakrętem stał biały domek panny 

Luli   Jacobs.   Sławetne   ostróżki   panny   Luli,   rosnące   przy   białym   parkanie,   wznosiły   swe 
kielichy niby błękitne pochodnie. Marigold zatrzymała się na chwilę, by rozkoszować się ich 
pięknem. Chętnie weszłaby do ogródka, bo żyła  w wielkiej przyjaźnił z panną Lula, lecz 
wiedziała, że nie ma jej teraz w domu, gdyż przebywała właśnie u ciotki Anne w Bezkresnych 
Polach.

Pomiędzy łodyżkami ostróżek Marigold mogła dojrzeć okno spiżarki. Nagle spostrzegła 

jeszcze coś. Z okna wychynęła ciemna głowa, rozejrzała się wokół, po czym zniknęła. W 
chwilę   później   Paula   Pengelly   ześliznęła   się   zręcznie   z   parapetu   i   oddaliła   się   w   stronę 
świerkowego zagajnika za domem panny Luli. Paula trzymała w rękach ciasto — całe ciasto 
— i łapczywie je pożerała!

Marigold   oniemiała.   Poczuła   nagle   straszliwe   rozczarowanie.   Paula   upiekła   to   ciasto 

specjalnie na jutrzejsze spotkanie Koła Gospodyń. Było nadziewane rodzynkami i orzechami 
i polanę karmelowym lukrem. Przed wyjściem Marigold słyszała, jak panna Lula mówiła o 
tym wypieku cioci Anne.

A Paula je ukradła!
Paula — Zapalona Lampa, Paula — święta, namaszczona istota! Zagorzała zwolenniczka 

postów i samoudręczenia, Paula, do której przemawiały nieziemskie głosy! Ukradła ciasto i 
zażerała się nim, nie dzieląc się z nikim!

Marigold, idąc na pocztę, cierpiała z powodu doznanego zawodu i czuła wściekłość, że tak 

dała się omamić. „Nic nie jest takie jak jeszcze parę minut temu — i nigdy już nie będzie” — 
myślała: posępnie. Słońce nie świeciło tak jasno jak przedtem, niebo straciło swój błękit, 
kwiaty — wyblakły. Zachodni wiatr, szemrzący w trawie, i szalone, radosne pląsy liści osiki 
— wszystko sprawiało Marigold ból.

Jej   ideał   został   zbrukany.   A   tak   wierzyła   w   Paulę.   Wierzyła   w   jej   noce   spędzone   na 

czuwaniu,   wierzyła   w   jej   wyrzeczenia.   Z   rozgoryczeniem   pomyślała   o   tych   wszystkich 
dokładkach, których sobie odmówiła.

Po powrocie do Bezkresnych Pól zaczęła od razu grać w kamienie. I pozwoliła sobie na 

szaloną orgię wyobraźni, po tych wszystkich tygodniach, kiedy to owładnięta pragnieniem 
wyrzeczeń, nie wybiegała nawet myślą do Ukrytej Krainy. Z satysfakcją przypomniała sobie, 
że ciocia Anne piecze na kolację szarlotkę.

Paula zastała ją przy zabawie i obrzuciła pełnym wyrzutu spojrzeniem zaczerwienionych 

oczu. Marigold pomyślała z pogardą, że tym razem oczy Pauli poczerwieniały na pewno nie z 
powodu postu. Raczej wskutek niestrawności.

— A więc w ten sposób ktoś o nieśmiertelnej duszy traci bezcenny czas? — zganiła ją 

Paula.

— Odczep się od mojej duszy! — zawołała z wściekłością Marigold. — Pomyśl lepiej o 

cieście biednej panny Luli!

Paula aż podskoczyła, a jej twarz oblał rumieniec.
— Co masz na myśli?! — zawołała.

background image

— Widziałam cię — odparła Marigold.
— Mam cię pociągnąć za nos? — krzyknęła rozdzierająco Paula.
— Tylko spróbuj — odrzekła wyniośle Marigold.
Nagle Paula osunęła się na szary kamień i wybuchnęła płaczem.
— Po co robisz tyle zamieszania z powodu takiej drobnostki? — szlochała.
— To ma być drobnostka? U k r a d ł a ś  ciasto.
— Taką miałam chętkę na kawałek ciasta. Ja n i g d y  go nie dostaję. Ojciec nie pozwala 

cioci Em piec niczego słodkiego. Dzień w dzień na śniadanie, obiad i kolację w kółko to samo 
— owsianka i orzechy. A to ciasto wyglądało tak pysznie. Też byś się na nie skusiła. Panna 
Lula ma ich pod dostatkiem. Ona uwielbia je piec.

Marigold popatrzyła na Paulę i przeszła jej cała złość, a z oczu zniknął wyraz pogardy. 

Mała, grzeszna Paula była taka ludzka, taka jak inne dziewczynki, taka jak ona. Marigold nie 
czuła już dla niej czci, lecz przypływ czułości.

— Nieważne — powiedziała serdecznie. — Myślę, że cię rozumiem. Ale nie mogę być już 

dłużej Zapaloną Lampą, Paulo.

Paula szybko otarła łzy.
— Chyba mi na tym nie zależy. Dosyć już miałam tej całej pobożności.
— Myślę, że niewłaściwie podeszłyśmy do tej sprawy — stwierdziła Marigold nieśmiało. 

— Ciocia Marigold mówi, że pobożność to prostu miłość do Boga, ludzi i świata.

— Może i tak — zgodziła się Paula i uklękła, bynajmniej nie po to, by się modlić. — 

Wiesz, przynajmniej raz najadłam się ciasta do syta. Zagrajmy w kamyki, zanim zjawi się 
Mats. Zawsze psuje wszystko tym swoim trajkotaniem. Ona naprawdę nie jest „Jedną z Nas”.

background image

R

OZDZIAŁ

 

SIEDEMNASTY

N

IE

 

SAMYM

 

CHLEBEM

1

Salome   szykowała   się   do   wyjazdu   na   cały   dzień   do   Charlottetown,   a   robiła   to   z 

ociąganiem, gdyż miała koszmarny sen. Śniło jej się mianowicie, że przyszło czternaście osób 
na kolację i nie było im co podać poza zimnymi gotowanymi ziemniakami.

— Więcej w tym prawdy niż fantazji — zapewniała Salome babcię. — W domu nie ma 

żadnych wypieków poza bułką z rodzynkami. Takie sny nie nawiedzają mnie ot tak sobie. Do 
tego jeszcze Wiedźma z Endoru myje sobie pyszczek obok spichrza.

W Świerkowej Kępie panował utarty zwyczaj, że w spiżarce zawsze musiało być świeże 

ciasto. Babcia i mama spaliłyby się ze wstydu, gdyby zjawili się niespodziewani goście, a w 
domu zabrakłoby ciasta. W Europie mogły upadać królestwa, w Indiach mógł szaleć głód, a 
Chiny   mogła   pustoszyć   rewolucja;   liberałowie,   konserwatyści,   republikanie   i   demokraci 
mogli ponosić sromotne klęski, lecz tak długo, jak pudełko na ciasto i kamionka na ciasteczka 
były pełne — w Gileadzie nie brakło balsamu

2

.

A jednak wkrótce miała się zdarzyć ta, zdawałoby się niewiarygodna, rzecz. Poprzedniego 

wieczoru   przybyły   z   Summerside   trzy   samochody   pełne   gości.   Wprawdzie   gdy   goście 
przyjechali, było ciasto w spiżarce, ale po ich odjeździe nie zostało ani kawałka. Nic więc 
dziwnego, że Salome była strapiona.

— Zdarzyło mi się już piec ciasta — powiedziała babcia sarkastycznym tonem. — A pani 

Leandrowa również to potrafi.

Gdy   babcia   tytułowała   Lorraine   w   obecności   Salome   „panią   Leandrową”,   Salome 

wiedziała, że ma to na celu przywołanie jej do porządku.

— Wiem dobrze, że nie jestem w Świerkowej Kępie jedyną osobą, która zna się na kuchni 

—   odrzekła   Salome   z   godnością.   —   Sądzę   jednak,   że   skoro   moim   obowiązkiem   jest 
zaopatrywanie spiżarni, nie mogę zaniedbywać tej powinności z powodu czczych rozrywek 
osobistych. Nie jestem taka jak moja szwagierka Rose. Ta po prostu wstydu nie ma. Gdy na 
podwieczorku zjawiają się niespodziewani goście, biegnie pożyczyć ciasto od sąsiadów! Nie 
mogę pojąć, co takiego John widział w tej kobiecie, że aż się z nią ożenił.

— Jedź   i   baw   się   dobrze,   Salome   —   powiedziała   uprzejmie   Lorraine,   wiedząc,   że 

wyliczanie przez Salome wad Rose może ciągnąć się w nieskończoność. — Zasłużyłaś na 
odpoczynek. Babcia i ja prędko zapełnimy spiżarkę.

Niestety! Ledwie Salome zniknęła za zakrętem, a mama wyjęła miskę, by przygotować 

ciasto, zjawił się Jim od wuja Jacka — „skrwawiwszy ostrogami rumaka boki, z płonącym 
licem”   —   jak   by   powiedziano   w   starym   poemacie.   Stryjeczny   dziadek   William   Lesley 
właśnie   umierał,   a   przynajmniej   tak   mu   się   zdawało.   Prosił,   by   babcia   i   Lorraine,   żona 
Leandra, przyjechały się z nim zobaczyć i to niezwłocznie, jeśli chcą go zastać przy życiu.

To była istna tragedia.
— Jeszcze nigdy nie opuściłam domu, nie zostawiwszy ani kawałka ciasta w spiżarni — 

powiedziała babcia udręczonym głosem, zawiązując czepek pod brodą.

— Na pewno nikt dziś nie przyjedzie — jęknęła mama, równie zatroskana jak babcia. 

Doprawdy, stryjeczny dziadek wybrał sobie wielce niestosowną chwilę na umieranie!

— Nie zapomnij nakarmić kotów! — upomniała babcia swoją wnuczkę. — I nie włócz się 

2 „Czy nie ma już balsamu w Gileadzic?” — tzn. czy nie ma pomocy dla ludu mojego? Wyjątek z Księgi 

Jeremiasza 8, 22. Cyt. za Biblią Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań — Warszawa 1980  ( przyp. 
tłum.)

background image

po pastwisku pana Donkina. Wygnał tam wołu.

— To nie żaden wół, tylko byk.
Babcia  prędzej  by umarła,  niż wymówiła  na głos  słowo „byk”.  Odjeżdżając  z Jimem, 

zastanawiała się ze smutkiem, ku czemu zmierza obecne młode pokolenie. Ale nie martwiła 
się, że Marigold zostaje sama  w domu.  Dziewczynka  miała już jedenaście lat. Była  taka 
wysoka   jak   na   swój   wiek!   Kiedyś   sięgała   głową   tylko   do   krzaka   róży,   potem   przerosła 
dzwonki, a teraz nawet wybujałe floksy.

Marigold bardzo lubiła zostawać czasem sama w domu. Czuła się ważna, stojąc na jego 

straży.   Zamiotła   kuchnię,   po   czym   przygotowała   obiad   dla   siebie   i   Lazarre’a.   Potem 
nakarmiła koty, pozmywała naczynia i napisała list do Pauli.

I wówczas nastąpiła katastrofa. Przed furtką zatrzymał się samochód, z którego wysiadło 

siedem osób i ruszyło wśród szpalerów malw. Wyglądało na to, że goście zamierzają zostać w 
Świerkowej Kępie przez cały dzień. Osłupiała Marigold, która przyglądała się przybyszom 
przez   okno,   przypomniała   sobie,   że   poznała   ich   na   pogrzebie   jednego   z   krewnych   dwa 
tygodnie wcześniej. Babcia zaprosiła ich wówczas serdecznie do swojego domu. Był wśród 
przybyłych daleki kuzyn z Los Angeles — Marcus Carter z żoną, synem i córką, kuzynka 
Olivia Peake z Vancouver, a do tego jeszcze bardzo daleki krewny, doktor Palmer z Knox 
College w Toronto, z żoną.

A w Świerkowej Kępie nie było ciasta!
Marigold postanowiła  wziąć się w garść. Z wdziękiem,  którego nie powstydziłaby się 

mama, powitała na progu gości.

— Ciocia Marian i Lorraine wyjechały? W takim razie chyba nie zostaniemy! — zawołała 

do pozostałych kuzynka Marcella Carter, która miała pociągłą, szczupłą twarz, długi, wąski 
nos i zacięte usta.

— Ależ skąd, musicie zostać na kolacji! — stwierdziła rezolutnie Marigold.
— Masz dla nas coś dobrego? — zaśmiał się kuzyn Marcus. On z kolei miał kwadratową 

twarz, spiczaste wąsiki i nastroszone białe brwi. Marigold uznała, że go nie lubi, i ucieszyła 
się w duchu, że nie musi tytułować go wujkiem.

— O,   wiem,   że   spiżarnia   w   Świerkowej   Kępie   jest   zawsze   świetnie   zaopatrzona   — 

powiedziała z uśmiechem pani Palmer. Marigold pomyślała, że w tej gładkiej sukni z szarego 
jedwabiu wygląda jak miła kotka.

— No to daj nam coś na ząb — powiedział kuzyn Marcus. — Jedliśmy wprawdzie obiad w 

pewnym miejscu, gdzie było owszem, wykwintnie, ale niewielka to pociecha dla żołądka.

— Marcus… — powiedziała z wyrzutem kuzynka Marcella.
— Tak było. A teraz, Marigold, dam ci ćwierćdolarówkę za buziaka.
Kuzyn   Marcus   był   jowialnym   jegomościem.   W   jego   pojęciu   tego   rodzaju   dowcipy 

świadczyły o uprzejmości i sympatii. Marigold jednak o tym nie wiedziała, więc poczuła się 
urażona. Zadarłszy brodę na modłę księżniczki Varvary, oświadczyła lodowatym tonem:

— Moje pocałunki nie są na sprzedaż.
Goście wybuchnęli śmiechem. Jack Carter powiedział:
— Ona rezerwuje swoje całusy dla mnie, tato.
Znowu wybuch śmiechu. Marigold spojrzała na Jacka z wściekłością. Nie lubiła chłopców 

—   wszystkich   chłopców.   A   Jacka   znienawidziła   od   pierwszego   wejrzenia.   Miał   około 
trzynastu  lat,  twarz jak księżyc  w  pełni,  proste płowe włosy z przedziałkiem  pośrodku i 
okulary,   których   spozierały   wyłupiaste   oczy,   niby   odlane   z   niebieskiej   porcelany.   W 
normalnych okolicznościach Marigold z przyjemnością i łatwością starłaby go na proch. Nie 
na darmo przez cztery lata ścierała sobie pazurki na Tommym Blairze. Jednak w Świerkowej 
Kępie pani domu nie może żadnemu z gości uczynić afrontu.

— Tak czy siak — ma usta, które przyjemnie byłoby całować — stwierdził kuzyn Marcus 

jeszcze bardziej jowialnie niż poprzednio.

background image

2

Marigold zostawiła gości w pokoju ogrodowym i pobiegła do spiżarni. Z emocji brakło jej 

tchu,   lecz   wiedziała   dokładnie,   co   trzeba   zrobić.   Z   poprzedniego   dnia   zostało   mnóstwo 
gotowanego kurczaka i szynki, słoje z dżemem były pełne jak zwykle, znalazło się też dużo 
śmietany do ubicia. Ale skąd wziąć gorące biszkopty? Muszą być gorące biszkopty i ciasto!

Gdyby Marigold ktoś zapytał, czy umie gotować, mogłaby odrzec sprytnie, jak uczynił to 

stryjeczny dziadek Malcolm, kiedy spytano go, czy umie grać na skrzypcach.

— Trudno przewidzieć, nigdy nie próbowałem…
Marigold też nigdy nie próbowała bardziej skomplikowanych kuchennych zajęć! Umiała 

ugotować ziemniaki i usmażyć jajka, lecz na tym kończyły się jej kulinarne dokonania. Ale 
właśnie   zamierzała   spróbować,   co   potrafi.   Miała   do   dyspozycji   książkę   kucharską 
Świerkowej Kępy i to, co zostało jej w głowie, gdy wielokrotnie pomagała w kuchni Salome i 
mamie, nie mogąc się doczekać, kiedy będzie jej wolno robić wszystko samodzielnie.

Złożyła umączone dłonie nad miską do ucierania ciasta.
— Kochany   Boże,   chyba   poradzę   sobie   z   biszkoptami,   ale   przy   cieście  m u s i s z   mi 

pomóc.

Potem wzięła się za odmierzanie, mieszanie i ubijanie. Jak na złość, wkrótce zjawił się 

Jack. Uwielbiał drażnić się ze wszystkimi, więc zaczął zaraz dokuczać Marigold, nieświadom, 
że   choć   chronią   go   uświęcone   zwyczaje   Świerkowej   Kępy,   i   tak   naraża   się   na 
niebezpieczeństwo.

— Koszmarny ze mnie typ — oświadczył. — Wrzucam zdechłe koty do studni. A co by 

było, gdybym tak wrzucił twojego?

— Zawołałabym Lazarre’a i kazała poszczuć cię tą nową świnią — odparła pogardliwie 

Marigold i z furią wbiła jajko do ciasta.

Jack oniemiał z wrażenia. Cóż to za dziewczyna!
— Dopiero co chorowałem na odrę — pochwalił się. — Miałaś kiedyś odrę?
— Nie.
— Świnkę?
— Nie.
— Ja miałem świnkę, koklusz, szkarlatynę, ospę wietrzną i zapalenie płuc. Świetnie się 

zarażam. Miałaś którąś z tych chorób?

— Nie.
— A czy w ogóle miałaś jakąś chorobę? — spytał Jack pogardliwie.
— Owszem — odparła Marigold, przypominając sobie jedną z diagnoz cioci Marigold. — 

Pokrzywkę.

Jack wgapił się w nią z szacunkiem i podziwem.
— Jejku! Czy to groźne?
— Nieuleczalne — zełgała Marigold.
— Zaraźliwe? — Jack odsunął się na bezpieczną odległość.
— Ty nie mógłbyś  się zarazić. — Marigold powiedziała to w sposób, który wcale nie 

przypadł Jackowi do gustu. Cóż ona sobie wyobraża? Że ma coś, czego on nie może mieć?

— Słuchaj no, nie bądź taka ważna! — warknął z wściekłością. — A zresztą masz garbaty 

nos, i tyle!

Dziewczynka   oblała   się   purpurą   po   czubek   znieważonego   nosa.   Jednak   tradycja 

zwyciężyła. Marigold darowała Jackowi życie.

„Niech no tylko spotkamy się z dala od Świerkowej Kępy, spytam, kto ci sprawił takie 

uszy” — pomyślała, odmierzając proszek do pieczenia.

background image

— O czym myślisz? — spytał Jack, urażony jej milczeniem.
— Wyobrażam sobie, jak byś wyglądał w trumnie — wycedziła.
To dało Jackowi do myślenia! Zaczął się zastanawiać, czy bezpiecznie jest przebywać w 

towarzystwie dziewczyny, która wyobraża sobie takie rzeczy. Gdyby jednak teraz wyszedł, 
znaczyłoby to, że przyznaje się do porażki.

— Za pięć minut pocałuję cię — zapowiedział z demonicznym uśmieszkiem i spojrzał na 

zegar.

Marigold wzdrygnęła się i przymknęła oczy.
— Spróbuj tylko, a powiem wszystkim przy kolacji, że wyglądasz jak rozkoszny bobasek.
To uraziło Jacka do żywego. Miał ochotę wyjść z kuchni i znaleźć się jak najdalej od tej 

irytującej istoty, lecz postanowił przypuścić atak z innej strony.

— Współczuję chłopakowi, za którego wyjdziesz.
— Nie   martw   się,   razem   z   twoją   żoną   będą   mogli   ubolewać   nad   swym   losem   — 

powiedziała Marigold.

— No, no, oszczędzaj język — wycedził Jack.
— To przecież mój język.
— Myślisz, żeś taka bystra, co?
— Nie myślę,  lecz jestem o tym  przekonana — odpaliła  Marigold, zaciekłe mieszając 

ciasto.

— W końcu jesteś tylko kobietą — stwierdził bezczelnie Jack.
— Słyszałam, że kiedyś przypiąłeś ścierkę do płaszcza pastora — rzuciła Marigold, lecz 

gdy tylko to powiedziała, zrozumiała, że popełniła błąd. Jack był dumny z tego wyczynu.

— Co porabiacie, moje diabełki? — spytał kuzyn Marcus, zaglądając do kuchni. — O, 

widzę,   Marigold,   że   przepadasz   za   chłopakami.   Chodź,   Jack.   Lazarre   pokaże   nam   sad 
jabłkowy.

Jack z przyjemnością opuścił Marigold, ona również odetchnęła, że zniknął jej z oczu. 

Lecz   czy  ciasto  się  uda?   Ten   wstrętny  chłopak   tak  ją  rozpraszał!   Czy  nie   zapomniała   o 
proszku do pieczenia?

Ciasto   udało   się   znakomicie.   Koniec   końców   Marigold   była   Lesleyówną,   a   poza   tym 

istniała jeszcze Opatrzność — czy też szczęśliwy traf, jak kto woli. Ciasto było niezwykle 
wykwintne   —   puszyste,   z   bitą   śmietaną   i   półksiężycami   pomarańczy   —   specjał,   jakim 
częstowano w Świerkowej Kępie jedynie wybranych gości. Biszkopty na szczęście również 
się udały.

Marigold nakryła stół obrusem z mereżką i podała najlepszą porcelanę babci. Dopełniła też 

pozostałych domowych rytuałów. Szynka była pokrojona na cieniutkie plasterki, półmisek z 
kurczakiem   przyozdobiony   natką   pietruszki,   ciasto   spoczywało   na   białej   paterze 
obramowanej wianuszkiem porcelanowych różyczek, a woda w szklankach była orzeźwiająco 
chłodna.

3

Marigold — uśmiechnięta, wytworna pani domu — usiadła przy stole, by stawić czoło 

oczekującej   ją   próbie.   Czuła   pulsowanie   krwi   nawet   w   koniuszkach   palców.   Żeby   tylko 
opanować drżenie rąk! By poczuć się pewniej, zaparła się nogami o krzesło. Kuzyn Marcus 
starał się, jak tylko mógł, zbić Marigold z pantałyku, zaklinając ją, by nie napełniała zbyt 
szczodrze filiżanek herbatą — jak czyniła to skąpa ciotka Harriet — bo wówczas nie starczało 
miejsca na śmietankę. Doktor Palmer nałożył sobie tyle  kurczaka, że Marigold oblała się 
zimnym potem w obawie, że nie wystarczy mięsa dla wszystkich. Pani Palmer życzyła sobie 
herbatę ze śmietanką, lecz bez cukru, pan Palmer z cukrem, ale bez śmietanki, kuzyn Marcus 

background image

pił z jednym i drugim, zaś kuzynka Marcella bez dodatków. Kuzynka Olivia piła bawarkę. 
Trudno było spamiętać te wszystkie szczegóły, ale Marigold z prawdziwą przyjemnością i 
elegancją spytała Jacka, czego on sobie życzy do picia; aż poczuł się speszony. Wreszcie 
każdy dostał upragniony napój, a kurczaka wystarczyło dla wszystkich.

Jack przez jakiś czas się nie odzywał, tylko łapczywie zajadał, jednak Marigold pomyślała 

z ulgą, że kolacja dobiega końca i wszystko poszło dobrze, Jack powiedział:

— No,   Marigold,   gotować   to   ty   potrafisz.   Jeśli   przyrzekniesz,   zawsze   będziesz   mnie 

oczekiwać w domu z ciepłymi papuciami, wrócę tu, gdy dorosnę, i ożenię się z tobą.

— Nie wyszłabym za ciebie…
— Zaraz, zaraz, kaczuszko — przerwał jej Jack, denerwująco chichocząc. — Czekaj, aż ci 

się oświadczę.

— Ach, więc flirtowaliście sobie w kuchni! — zaśmiał się Marcus.
Jack uśmiechnął się od ucha do ucha.
— Marigold tak rozkosznie się przytula, tato.
Właściwie nie miał zamiaru tego powiedzieć, tak tylko mu się wyrwało, gdyż starał się być 

błyskotliwy. Marigold dosłownie dostała gęsiej skórki.

— Wcale nie… to znaczy, skąd możesz wiedzieć!
— No, no,  wcześnie  zaczynacie…   — powiedział  kuzyn   Marcus, udając,  że  gorszą  go 

obyczaje współczesnej młodzieży.

Nagle jakiś czorcik podszepnął Marigold iście diabelskie słowa.
— Mały Jack zwierza nam się ze swych marzeń — oświadczył chłodno.
Ten ,,Mały Jack” był według Jacka chwytem poniżej pasa. Chłopie nie odważył się już 

pisnąć ani słówka i dopiero przed samym wyjazdem odzyskał tupet.

— Jaki śliczny księżyc — powiedziała Marigold, bardziej do siebie niż do odjeżdżających 

gości, którzy siedzieli już w samochodzie.

— Szkoda, że nie wiesz, jakie mamy księżyce w Los Angeles! — powiedział chełpliwie 

Jack.

— Co   tak   naprawdę   o   nim   myślisz?   —   spytał   kuzyn   Marcus   teatralnym   szeptem, 

szturchając Marigold pod żebra.

Marigold przypomniała sobie, jak Salome mówiła, że — zdaniem Rose — tym, co nadaje 

życiu smak, jest możliwość dręczenia mężczyzn.

— Myślę, że Mały Jack nie jest taki głupi, na jakiego wygląda — stwierdziła łaskawie.
— Dobrze powiedziane! — wykrzyknął kuzyn Marcus i ryknął śmiechem.
Jack poczerwieniał z wściekłości. Gdy samochód odjeżdżał, Mariold stała dumnie przy 

furtce.

— Nie pojmuję, dlaczego niektóre dziewczynki lubią chłopców — mruknęła do siebie.

4

Gdy babcia i mama wróciły — nieco rozdrażnione, że stryjeczny wuj William Lesley nie 

raczył umrzeć po tym całym zamieszaniu, które sprawił, lecz niespodziewanie ozdrowiał — 
zasypały   Marigold   gradem   pytań.   Wiedziały   już   o   wizycie,   gdyż   spotkały   na   drodze 
samochód kuzyna Marcusa.

— Marigold,   czy   ty  u p i e k ł a ś   ciasto?   —   spytała   babcia.   —   Kuzynka   Marcella 

dopominała się o przepis.

— Tak — odparła Marigold.
Babcia odetchnęła z ulgą.
— Dzięki   Bogu.   Gdy   usłyszałam,   że   poczęstowałaś   ich   ciastem,   obawiałam   się,   że 

pożyczyłaś je od pani Donkin — jak Rose.

background image

— A nie zapomniałaś położyć owoców z? zalewy?
— Nie.
— A czy aby na pewno nie rozlałaś herbaty na spodki?
— Na pewno.
W maleńkim pokoiku na górze mama serdecznie przytuliła Marigold.
— Kochanie, można na tobie polegać! Obie z babcią czułyśmy się s t r a s z n i e , dopóki nie 

dowiedziałyśmy się, że goście dostali ciasto!

background image

R

OZDZIAŁ

 

OSIEMNASTY

C

ZERWONY

 

ATRAMENT

 

CZY

…?

1

Marigold uważała, że świat jest czarujący o każdej porze roku. Ale szczególnie piękny 

wydawał  jej się we wrześniu, kiedy wzgórza błękitniały,  nad brzegiem  zatoki  złociły się 
rżyska, zaś kotlinki zapełniały się szeleszczącymi liśćmi. Marigold czuła, że w jesieni jest coś 
przeznaczonego wyłącznie dla niej i że musi to odkryć. Zgłębianie owych tajemnic czyniło 
wrzesień i październik zaczarowanymi miesiącami.

Oczywiście we wrześniu zaczynał się rok szkolny. Jednak Marigold bardzo źle zniosła w 

tym roku sierpniowe upały, więc mama, babcia i ciocia Marigold, która przypominała sobie o 
swym medycznym  wykształceniu, ilekroć wujek Klon jej na to pozwalał, postanowiły, że 
Marigold rozpocznie naukę w szkole kilka tygodni później.

Potem nadszedł list od cioci Irene Winthrop, która prosiła, by Marigold odwiedziła ją i 

wujka Maurice’a. Irene była siostrą mamy, lecz Winthropowie i Lesleyowie nie przepadali za 
sobą. Babcia stwierdziła niechętnie, że jej zdaniem Marigold lepiej zrobi pobyt w domu.

— Pozwoliłyśmy   jej   odwiedzić   ciotkę   Anne   —   powiedziała   mama.   —   Irene   uważa 

pewnie, że teraz przyszła kolej na nią.

Mama,   może   przez   nieśmiałość,   a   może   dlatego,   że   była   zbyt   dobrą   dyplomatką,   nie 

powiedziała głośno, że jej zdaniem Marigold powinna odwiedzać również rodzinę matki, nie 
tylko krewnych ojca. Jednak babcia i tak zrozumiała, o co chodzi, i nie zgłaszała już dalszych 
zastrzeżeń co do wyjazdu wnuczki. Tak więc Marigold pojechała do wujka Maurice’a i cioci 
Irene, którzy mieszkali na Sowim Wzgórzu. Ta nazwa fascynowała Marigold. Każda nazwa, 
w której występowało słowo „wzgórze”, była piękna, lecz Sowie Wzgórze brzmiało wprost 
czarodziejsko.

Ciocia Irene i wujek Maurice w skrytości ducha obawiali się, że Marigold będzie czuć się 

samotnie i tęsknić za domem.

Ale dziewczynce nawet nie przyszło to do głowy, gdyż Sowie Wzgórze zachwyciło ją od 

pierwszej  chwili.  Było  to romantyczne  miejsce  na zboczu  wysokiego  pagórka,  u którego 
podnóża skryła się wśród drzew wioska. Wyżej rozpościerał się las, skąd w nocy dobiegał 
wesoły, lecz niesamowity zarazem  śmiech. W dali widać było inne pagórki, zachodzące na 
siebie   niczym   zielone   fale.   Twarz   wuja   Maurice   była   rumiana   i   promienna   i   Marigold 
przyszło na myśl, iż takie jasne oblicze mogłoby rozpogodzić najbardziej ponury dzień. A 
ciocia Irene była taka jak mama. Tylko śmiała się częściej, bo przecież nie była wdową. No i 
nie mieszkała z babcią.

Co wieczór Marigold pisała długi list do mamy,  w którym  relacjonowała, jak spędziła 

dzień. Każdego ranka szła sama drogą, by wrzucić list do skrzynki. W sąsiedztwie mieszkała 
Amy Josephs, dziewczynka o pucołowatej, opalonej twarzyczce, więc Marigold miała z kim 
się   bawić.   Amy   była   córką   brata   wujka   Maurice’a,   czyli   na   dobrą   sprawę   powinowatą 
Marigold. Bawiło im się razem całkiem dobrze, bo Amy zdawała się mieć chociaż mgliste 
pojęcie   o   tym,   co   Marigold   ma   na   myśli,   zachwycając   się   śmiechem   dzwoneczków   i 
stokrotek.

Z wioski przychodziły jeszcze dwie dziewczynki, koleżanki Amy. One także przypadły 

Marigold do gustu. Żadna z nich nie była wprawdzie tak dobrą towarzyszką zabaw jak Sylvia, 
lecz Marigold tłumiła tę myśl, gdyż zaczynała czuć się nieswojo uświadamiając sobie, że woli 
wymyśloną koleżankę od prawdziwych. To był jednak fakt.

background image

Jedna z koleżanek Amy, niska grubaska, nazywała się bardzo romantycznie — June Page

*

. 

Włosy miała tak płowe, że loki Marigold lśniły przy nich jak złota przędza. Caroline Chrysler, 
córka misjonarza, przyjechała z Indii. Caroline też była całkiem miła, choć trochę męcząca, 
gdyż zapewniała w kółko, że zostanie misjonarką, jako „namaszczona jeszcze w kołysce”. 
Miała ciemne włosy, ziemistą cerę i nie pozwalała nazywać się Carrie — uznając to za zbyt 
frywolne imię j dla misjonarki. Marigold, która niegdyś też wierzyła, że jej powołaniem jest 
nawracanie pogan, nie oceniała zbyt  surowo zachowania Caroline. Tak więc dziewczynki 
miło   spędzały   czas,   całkiem   nieświadome,   co   jedna   o   drugiej   myśli.   Każdy   nowy   świt, 
wstający nad jesienną wyżyną, rozpoczynał interesujący, rozkoszny dzień.

Rozkoszna była nawet niedziela. Marigold uwielbiała schodzić j z ciocią Irene i Amy do 

położonego w dole kościółka na wieczorne nabożeństwa. Najpierw szło się przez pola, a 
potem   kawałek   drogą.   Ciocia   Irene   zawsze   zabierała   ze   sobą   latarnię,   bowiem   gdy 
wychodziły; z domu, zapadał dopiero rześki, stalowobłękitny zmierzch, lecz zanim dotarły do 
kościoła, było już ciemno. Latarnia wywoływała z mroku rozedrgane olbrzymie cierne. Kiedy 
szły   wzdłuż   pastwiska   dla   owiec,   Marigold   zachwycała   się   chłodną   trawą   pod   stopami, 
cichymi, niesamowitymi westchnieniami dobiegającymi z wysokich drzew, uwielbiała słodką, 
dziką   woń,   którą   przynosił   wiatr,   i   eteryczny   śmiech   potoku   skrytego   wśród   gałązek 
balsaminy. Wdychała zapach skoszonej koniczyny, a nad jej głową lśniła Mleczna Droga. 
Ponad rżyskami  widać było zamglone gwiazdy.  Jak na niedzielę, było to zbyt  dojmujące 
uczucie szczęścia.

Ciocia Irene prawie się nie odzywała, a Marigold i Amy mówiły szeptem.
— Ciekawe, czy Hip Price będzie dziś w kościele — powiedziała Amy.
— Kto to jest Hip Price? — spytała Marigold.
— Syn pastora. Tak naprawdę nazywa się Howard Ingraham Price, ale wszyscy zwą go 

Hip — od jego inicjałów. Jest bardzo mądry. Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś, kto tyle wie 
— oceniła Amy z perspektywy swego doświadczenia, liczącego lat jedenaście i pół. — A w 
dodatku jest taki odważny! Z narażeniem życia uratował tonącą dziewczynkę!

— Kiedy?
— Zanim tu przyjechał z ojcem; są w naszej parafii dopiero od zeszłej wiosny. Mówi, że 

potrafi   bić   się   jak   dziki   kot.   Dostał   dyplom,   bo   nauczył   się   na   pamięć   całego   Małego 
Katechizmu.

Mariogold znużyła ta litania zalet cudownego młodzieńca.
— Jak on wygląda?
— Jest przystojny. Ma oczy jak archanioł — zapewniła żarliwie Amy.
— Skąd wiesz, widziałaś kiedyś archanioła? — spytała nieustępliwa Marigold.

2

Chór śpiewał właśnie „Radość światu”, a Marigold rozmyślała o „Tidalu, królu narodów”, 

o   którym   właśnie   czytał   pastor.   To   miano   zawsze   ją   fascynowało,   było   w   nim   coś 
tajemniczego. Tidal, król narodów — brzmiało o wiele wspanialej niż Tidal, król jednego 
państewka.   Tak   triumfalnie.   Olśniewająca   była   owa   postać   króla   rządzącego   setkami 
podbitych narodów. Nagle Marigold ujrzała Hipa i zapomniała natychmiast o Tidalu.

Siedział   naprzeciwko,   w   narożnej   ławce,   i   bez   przerwy   się   na   nią   gapił.   Marigold 

próbowała uciec wzrokiem, lecz nie mogła się oprzeć — jej oczy powracały ku narożnej 
ławce i spotykały jego spojrzenie. Oczy tyle potrafią powiedzieć w ciągu jednej sekundy! 
Marigold czuła się bardzo dziwnie.

* June — po angielsku: czerwiec; page — posłaniec, paź (przyp. tłum.)

background image

O tak, był przystojny. Niczym wysmukły książę z bajki. Jego kasztanowe loki lśniły w 

blasku lampy, złotawa opalenizna pokrywała rumiane policzki, a ciemnoniebieskie oczy były 
takie romantyczne! Marigold myślała, że umrze ze wstydu i upokorzenia, bo nagle starsza 
pani siedząca za nią podała jej miętówkę. Marigold musiała ją przyjąć i gdy odwracała się, 
jeszcze raz spojrzała na Hipa. Nie włożyła miętówki do ust, lecz ściskała w spoconej dłoni i 
wydawało jej się, że Hip wszystko widzi i gardzi nią za to, że jest takim dzieckiem, któremu 
trzeba dawać cukierki, by nie wierciło się w kościele. Marigold nigdy nie wybaczyła cioci 
Lucy Bates, choć ta uważała, że zachowała się bardzo uprzejmie wobec córeczki Lorraine 
Winthrop.

Gdy Marigold na drżących nogach wstała, by odśpiewać ostatni hymn, twarz paliła ją pod 

hipnotycznym spojrzeniem Hipa. Była przekonana, że uwaga wszystkich ludzi obecnych w 
kościele skupiona była wyłącznie na nim.

Bez   wątpienia   nie   myliła   się   co   do   jednej   osoby.   Caroline,   którą   spotkała   na   ganku, 

powitała ją nieco chłodno.

— Widziałaś Hipa Price’a? — spytała.
— A który to? — zdziwiła się Marigold jak prawdziwa kobieta, umiejąca udawać w miarę 

potrzeby.

— Ten chłopak w narożnej  ławce.  Widziałam,  jak się na ciebie  gapił. Zawsze tak się 

wpatruje w nowe dziewczyny.

„Sprytna sztuka” — pomyślała Marigold, bynajmniej nie pod adresem Hipa. ;
Amy zostawała na noc u June, więc Marigold wracała tylko z ciocią Irene. Choć właściwie 

nie   tylko.   Aż   do   bramy   pastwiska   towarzyszyła   im   smukła   postać   z   czapką   zsuniętą 
zawadiacko na tył głowy, krocząca dumnie drugą stroną drogi i gwiżdżąca melodię „Długi, 
długi szlak”. Marigold wiedziała, że to Hip Price, wiedziała też, że na plebanię, położoną po 
przeciwnej   stronie   kościoła,   idzie   się   inną   drogą.   Zadziwiające,   ile   wiedzą   czasem 
jedenastoletnie panienki! Odczuła niemal ulgę, gdy zeszły wreszcie z drogi i ruszyły pod 
górę, na przełaj przez pola.

Gdy tak szły, Marigold nie myślała o urokach rozgwieżdżonej nocy, wietrze hulającym 

wśród drzew ani o psotnych cieniach rzucanych przez latarnię. Nie powiem wam, o czym 
myślała. Odnotuję tylko, że nazajutrz przypaliła całą blachę ciastek, których miała pilnować, 
tylko   dlatego,   że   myślała   na   ten   sam   temat.   Ciocia   Irene   rozgniewała   się   nie   na   żarty. 
Lesleyówna  ze Świerkowej Kępy nie może być  tak roztargniona!  Jednak Marigold miała 
błyszczące   oczy,   na   jej   ustach   igrał   marzycielski   uśmiech   i   wcale   nie   przejmowała   się 
ciastkami.

3

Przez następne trzy tygodnie życie zdawało się Marigold barwne jak tęcza. Miała cudowny 

sekret — sekret, którego nikt nie znał. Nawet w listach do mamy, której pisała „wszystko”, 
nie   wspominała   słowem   o   Hipie.   Wynagradzała   jej   to   dodatkową   linijką   przesyłanych 
całusów.

Rankiem, który nastąpił po pamiętnym niedzielnym wieczorze, Marigold poszła na skraj 

alejki, by zostawić w skrzynce list do mamy,  i znalazła tam list zaadresowany do siebie. 
Poczuła rozkoszny dreszcz. Usiadła wśród nawłoci pod przyjaznym świerczkiem i przeczytała 
ową epistołę. Okazała się cudowna. Możecie spytać Marigold. On napisał, że jest piękna! 
Czasami  ktoś przebąkiwał o tym,  że jest ładna. Ale piękna! Cóż to ma za znaczenie, że 
zamiast anioł napisał „aniął”? To takie podchwytliwe słowo. Każdy mógłby się pomylić. Poza 
tym wiadomo, że ortografia w listach miłosnych nie ma najmniejszego znaczenia. Podpisał 
się „szczerze kochający”, z mnóstwem zakrętasów. Było nawet w postscriptum „całuję”.

background image

Policzki   Marigold   płonęły.   Gdy   wróciła   do   domu,   ciocia   Irene   pomyślała   nawet,   iż 

dziewczynka odzyskuje nadwątlone letnią porą siły. Tej nocy Marigold spała z listem Hipa 
pod poduszką. A rankiem czekał już na nią w skrzynce następny list! Hip pytał w nim, czy 
wybiera   się   na   czwartkowe   przyjęcie   do   June   Page   i   czy   włoży   wówczas   tę   niebieską 
sukienkę, którą miała w kościele. Wcześniej Marigold zastanawiała się nad tym, w której z 
dwóch „odświętnych” sukienek jest jej bardziej do twarzy i — o zgrozo — omal nie wybrała 
zielonej! Hip napisał też: „Gdy księżyc będzie dziś wschodził, pomyśl o mnie, a ja pomyślę o 
Tobie…”.   Marigold   odszukali   w   almanachu   dokładny   czas   wschodu   księżyca.   Wschody 
księżyca na Sowim Wzgórzu były doprawdy cudowne, piękniejsze niż w Świerkowej Kępie. 
Czyż jakikolwiek znany jej chłopiec wpadłby na taki pomysł? Przenigdy!

Na   przyjęciu   Hip   podszedł   do   Marigold   i   spytał,   czemu   nie   odpisuje   na   jego   listy. 

Marigold powiedziała, że chyba nie może tego robić bez wiedzy cioci Irene.

— Ale nie masz nic przeciwko temu, abym ja je pisał? — spytał czule i posłał Marigold 

takie   spojrzenie,   jakby   od   jej   przyzwolenia   zależało   jego   życie.   Dziewczynka,   cała   w 
rumieńcach, wyznała, że się zgadza. Wówczas Hip powiódł wokół wzrokiem zdobywcy. Gdy 
poproszono go o recytację, zadeklamował płomiennie „Casablanca”, a wyglądał przy tym 
pięknie i dzielnie jak nieśmiertelny bohater. Marigold zaświtała wówczas straszliwa myśl: czy 
on też sądzi, że jest taki piękny i dzielny? Prędko zdusiła w sobie to przykre podejrzenie.

Hip był  po prostu czarujący.  Przez cały czas na przyjęciu  używał  takich  dowcipnych, 

modnych powiedzonek, w rodzaju „super”, „trele–morele” albo „a to ci heca!” i sprawdzał, 
czy Marigold podziwia jego błyskotliwość. Potem odprowadził ją do domu — choć dołączył 
do niej dopiero po drodze, biegnąc na przełaj. Przy bramie Sowiego Wzgórza ucałował jej 
dłoń. Marigold czytała o młodych rycerzach, którzy mieli podobny zwyczaj, ale nie sądziła, 
że ją spotka kiedyś taki zaszczyt!

Z   zapartym   tchem   słuchała,   jak   Hip   opowiadał   jej   o   swych   bohaterskich   wyczynach. 

Pewnego   razu   uratował   dziewczynkę   przed   pewną   śmiercią   w   płomieniach   (Amy 
najwyraźniej coś pokręciła), potrafił wspinać się na wierzchołki słupów telegraficznych, a 
nawet   w   pojedynkę   zatrzymał   zaprzęg   rozpędzonych   koni,   marzyła   mu   się   też   walka   z 
żądnymi krwi tygrysami. Co do węży morskich, macie na to słowo Hipa — jadły mu z ręki.

— Nie wierzę, że robił te wszystkie niezwykłe rzeczy, którymi bez przerwy się chwali — 

powiedziała raz Amy z pogardą.

Marigold   wiedziała,   dlaczego   Amy   to   mówi.   Była   po   prostu   zazdrosna.   Taka   sama 

zazdrość kazała Caroline powiedzieć, że kiedy Hip; miał cztery lata, ugryzł swoją siostrę, a do 
tego jeszcze otworzył  na’ oścież bramę starego pana Simona, żeby świnie weszły mu do 
ogrodu. Marigold nie wierzyła ani jednemu słowu.

Doznawała bardzo dziwnego uczucia, gdy ktoś wymawiał imię Hipa. Wielkie wrażenie 

robiły na niej kazania pana Price’a — jego ojca. Znienawidziła Toma Ainswortha za to, że 
spał na nabożeństwach. Dane jej było przeżyć pełen bolesnego uniesienia dzień, gdy wraz z 
Amy zostały zaproszone na plebanię na podwieczorek. To było nie — wysłowione szczęście 
— jeść przy tym samym stole co Hip, podczas gdy za oknem szeleścił klon, na którym ponoć 
wyryte były ich inicjały. Jakże głęboko poczuła się urażona, gdy matka Hipa zbeształa go za 
to, że trzyma łokcie na stole i mówi z pełną buzią!

Każdego ranka czekała ją romantyczna przechadzka do skrzynki, w której znajdowała list 

— zachwycający list! Lecz czasami Marigold się zdawało, choć nie przyznawała się do tego 
przed sobą, że bardziej lubi listy Hipa niż jego samego.

W jednym z listów nazwał ją swą królewną. I napisał to szczególne zdanie czerwonym 

atramentem   lub   własną…   Lecz   czy   to   możliwe…?   Pewnie.   Marigold   słyszała   o   takich 
przypadkach.

Żal jej było wszystkich innych dziewczynek, zwłaszcza namaszczonej Caroline, i myślała 

o Hipie nie tylko wówczas, gdy wschodził księżyc.

background image

— Jesteś inna niż wszystkie — powiedział któregoś dnia Hip. Jaki on był inteligentny!

4

Prawdziwa miłość ma swoje wzloty i upadki, nawet gdy kocha się, mając jedenaście lat. 

Nadszedł więc straszliwy dzień, w którym Marigold niemal pokłóciła się z Hipem.

Dzięki   Netcie   Carol   Marigold   poznała   wstydliwą   tajemnicę   Em   Dawes.   Otóż   Em 

mieszkała w miasteczku u ciotki, ponieważ jej rodzice się rozwiedli. Niestety, to była prawda! 
Netta dowiedziała się o tym w Halifaxie i kazała Marigold przysiąc, że nikomu nie zdradzi 
sekretu. Dziewczynka złożyła uroczystą przysięgę.

Jednak Hip, który miał nosa do sekretów, wyczuł, że Marigold coś przed nim ukrywa, i 

zaczął namawiać ją usilnie, by mu o wszystkim powiedziała.

Marigold bardzo chciała podzielić się z nim tajemnicą, czuła, że serce jej pęknie, jeśli tego 

nie zrobi. Ale przecież złożyła przyrzeczenie. Lesłeyowie nie łamią danego słowa. Hip wpadł 
we wściekłość, gdy odkrył, że — o dziwo — nie może zmiękczyć Marigold. Kiedy jednak 
gniew   nie   zdał   się   na   nic   (poza   tym,   że   Marigold   zmienił   się   wyraz   twarzy),   chłopiec 
posmutniał   i   zaczął   jej   robić   wyrzuty.   Stwierdził,   że   wcale   go   nie   lubi,   skoro   nie   chce 
wyjawić, o czym tak szeptały z Netta. — Jak mi nie powiesz, pójdę się utopić — zapewnił 
żarliwie. — Gdy ujrzysz mnie martwym, pożałujesz, żeś mi nie powiedziała!

Trzeba przyznać, że Hip trochę się przeliczył, gdyż Marigold wcale nie uwierzyła w jego 

pogróżkę. Wytrwała w zamiarze zachowania tajemnicy, nie zważając na dalsze błagania.

Lecz oto nazajutrz, gdy rozeszła się wieść, że Hip Price zniknął, nie wiadomo gdzie jest i 

nikt nie może go znaleźć, Marigold wpadła w rozpacz. Czyżby Hip utopił się sądząc, że 
Marigold go nie lubi? Nie mogła znieść tej przerażającej myśli. Jakie to straszne — żyć w 
poczuciu, że ktoś się przez nią utopił!

— Wczoraj w nocy jakiś pies wył pod moim oknem — załkała Amy. — Mama mówi, że 

to zapowiedź śmierci.

— To było psisko Leniwego Murphy’ego. Nie sądzisz chyba, że ten pies może się znać na 

takich sprawach — zaoponowała Marigold. Była i oburzona, że Amy płacze. Jakim prawem 
beczała z powodu Hipa? Marigold nie mogła płakać, tak wielkie było jej przerażenie.

— Jego matka jest przekonana, że został porwany — powiedziała’ Amy, szukając suchego 

miejsca na chusteczce. — Przez cały dzień co chwila mdleje. Ale podobno widziano Hipa, jak 
płynął rzeką w tej starej, dziurawej łajbie Shanty’ego George’a. Shanty mówi, że to pewna 
śmierć. Och, chyba przez całą noc nie zmrużę oka.

Potem zjawiły się Caroline i June — także we łzach, co nie wpływało zbyt korzystnie na 

ich wygląd. Ani na ich usposobienie.

— Nie rozumiem, dlaczego płaczesz, June Page — rzuciła zjadliwym tonem Caroline. — 

Przecież on nie był synem twojego pastora. Jesteś baptystką.

— Mam   takie   samo   prawo   do   płaczu   jak   ty   —   odcięła   się   June.   —   Hip   był   moim 

przyjacielem, wyjątkowym przyjacielem. Cenił mnie najbardziej ze wszystkich dziewcząt na 
Sowim Wzgórzu, setki razy mnie o tym zapewniał. Powiedział, że jestem inna niż wszystkie. 
Właśnie że będę płakać. Nie zabronisz mi tego!

Bladą twarz Caroline zalał niestosowny rumieniec.
— Hip naprawdę mówił ci to wszystko? — spytała dziwnym tonem.
Marigold czuła, jakby zamieniono ją w przysłowiowy słup soli.
Amy włożyła chusteczkę do kieszeni.
— Jasne. I nawet o tym pisał. Od tygodni każdego dnia dostaję od niego list.
— Ja także — powiedziała Caroline.
June przestała raptownie płakać i spiorunowała wzrokiem Caroline.

background image

— Nieprawda.
— Prawda. Mogę ci pokazać. Poza tym mówił mi, że jestem inna niż wszystkie znane mu 

dziewczęta i że za mną szaleje.

— Mnie napisał to samo.
Spojrzały po sobie. Żadna nie uroniła już ani jednej łzy z powodu Hipa — nie uroniłyby, 

nawet gdyby Hip spoczywał na samym dnie rzeki.

— Czy kiedykolwiek pocałował cię w rękę? — dopytywała się Caroline.
— I nie tylko — powiedziała znacząco June i obleśnie zachichotała.
Marigold machinalnie wytarła rękę o ubranie. W jednej chwili wróciła jej jasność myśli. 

Była zadowolona, że nie mogła płakać. Na jej twarzy nie było śladów po łzach. Dumnie, z 
zimną krwią — jak przystało na Lesleyównę — wysączyła do dna kielich goryczy.

June znowu zaczęła zanosić się płaczem — tym razem z żalu nad sobą.
„Page’owie nie mają krztyny dumy” — pomyślała z pogardą Marigold.
— Nazwał mnie swoją królewną — szlochała June. — Powiedział, że mam koronę ze 

złotych włosów!

Żeby nazwać złotymi włosami te pakuły na jej głowie! Czy widział kto kiedy królewnę z 

nosem jak gruda ziemi! Coś podobnego!

Caroline nie płakała. Wyglądała jednak bardzo żałośnie. Ona też występowała w listach 

jako królewna.

— A mnie powiedział, że mam słodkie, prowokujące spojrzenie — licytowała się.
Te wyblakłe, okrągłe jak spodki oczy mają rzucać słodkie i prowokujące spojrzenia?! To 

wszystko prawda, co mówiono o Hipie! To prawda, że zostawił otwartą na oścież bramę 
starego Simona. I że pogryzł siostrę. O tak, gryzł ją nawet często! Nie ma wątpliwości.

— Był  po prostu niegodziwym,  fałszywym,  zdradliwym wężem — powiedziała z furią 

June. — I mam nadzieję, że naprawdę się utopił!

— Kto  by przypuszczał,  że  syn  pastora  jest  zdolny do  czegoś   takiego  —  powiedziała 

posępnie   Caroline.   Jej   zdaniem   fakt,   że   winowajca   jest   synem   pastora,   był   szczególnie 
przerażający. Komuż można zaufać, jeśli nie synowi duchownego?

— Tacy są najgorsi — stwierdziła June. — Możesz go sobie wziąć.
— Wcale go nie chcę! — rzekła wyniośle Caroline, przypominając sobie wreszcie, że jest 

namaszczona.

Kiedy odeszły, Amy spojrzała niepewnie na Marigold.
— Nie chciałam mówić tego tym  d w ó m , ale ja też dostawałam listy od Hipa. Śliczne 

listy. Nie wierzę, że nie były szczere. To znaczy okłamywał, rzecz jasna, t a m t e  dwie, lecz 
jeśli chodzi…

— Okłamywał   wszystkie   —   ucięła   Marigold.   —   I   niech   ci   się   nie   zdaje,   że   utonął. 

Niedługo się zjawi, cały i zdrowy. Idę napisać list do mamy.

Napisała   więc   do   mamy,   zatajając   jednak   niektóre   szczegóły.   Wpierw   jednak   spaliła 

paczkę   listów   miłosnych   od   tego   uczniaka.   Czuła,   jakby   zamieszano   ją   w   jakieś   brudne 
sprawki. I nagle strasznie zapragnęła usiąść na nabrzeżu w Świerkowej Kępie, patrzeć na 
przypływające statki i poczuć na twarzy czysty, świeży powiew bryzy znad wydm. Och, jakże 
nienawidziła Hipa Price’a!

Nagle przypomniała sobie słowa Starej Babci, że najtrudniej jest; być sprawiedliwym.
— Chyba jestem tak samo winna jak Hip — przyznała szczerze. Zdołała jednak zachować 

szacunek dla samej siebie dzięki temu, że nie zdradziła Hipowi sekretu.

5

Hip rzeczywiście wrócił nazajutrz, cały i zdrowy. Wybrał się na całodniową przejażdżkę z 

background image

synem   Leniwego   Murphy’ego,   który   był   domokrążcą.   Gdy   byli   o   osiemnaście   mil   od 
Sowiego   Wzgórza,   koń   im   okulał,   a   nigdzie   w   okolicy   nie   znaleźli   telefonu.   Tak   więc 
poszukiwania przerwano, pani Price doszła do siebie po licznych omdleniach, zaś Hip udał się 
prosto na Sowie Wzgórze, by spotkać Marigold. Bardzo niefortunnie akurat tego dnia ubrał 
się w szkocką spódniczkę. Nogi miał cienkie jak patyki.

— Przejdźmy się nad strumień — wyszeptał.
— Dziękuję, Howardzie — odparła Marigold.
Hip nie wiedział o tym, że gdy ktoś wymówi prawdziwe imię czarodzieja, czar pryska. 

Wiedział jednak, że coś jest nie tak, gdyż Marigold wyglądała jak ucieleśnienie pogardy.

— Co się stało? Chyba wcale się nie cieszysz, że wróciłem? A ja myślałem o tobie cały 

czas.

— O June i Caroline także myślałeś? — spytała Marigold ze słodką minką.
Po raz pierwszy od czasu ich znajomości Hip stracił rezon.
— A więc wypaplały! — powiedział. — Chciałem tylko sprawdzić, jak bardzo są naiwne. 

Z tobą to co innego — słowo — one nie dorastają ci do pięt.

— Myślę, że najlepiej będzie, jeśli pójdziesz do domu — rzuciła Marigold sarkastycznie. 

— Mama pewnie martwi się o ciebie. Gotowa jeszcze znowu zacząć mdleć. Żegnaj. — Potem 
odeszła sztywnym, królewskim krokiem, nie oglądając się za siebie.

Hip nie utopił się z rozpaczy, że Marigold nie wyjawiła mu sekretu. Jednak dla niej był nie 

tylko martwy, był, jak to mówią Francuzi, „zabity na śmierć”.

„On wcale nie jest interesujący,  jest nawet mniej  interesujący niż Jack” — pomyślała 

Marigold w przypływie olśnienia.

Zdawało jej się, że od wyjazdu z domu minęły lata. Na końcu tej długiej, czerwonawej 

drogi czekała mama, Sylvia i Świerkowa Kępa. Marigold poczuła się oczyszczona.

— Myślę, że był to tylko czerwony atrament — powiedziała do siebie.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DZIEWIĘTNASTY

N

AWRÓCENIE

1

Wizyty Marigold u cioci Anne, a potem u cioci Irene zapoczątkowały nową erę. Babcia 

stwierdziła ponuro:

— Teraz   wszyscy   będą   ją   chcieli   —   i   ta   przepowiednia   bardzo   szybko   się   spełniła. 

Wkrótce upomniała się o Marigold ciocia Marcia z Zielnego Zakątka.

— Skoro odwiedziła Anne i Irene Winthrop, to i do nas powinna przyjechać. Nie spędziła 

nawet jednej nocy pod naszym dachem, a przecież to dziecko mego ukochanego brata — 
dodała z wyrzutem.

Tak więc babcia z miną „a nie mówiłam?” i mama, której wyraz twarzy mówił, jak ja 

wytrzymam bez Marigold?”, zgodziły się na kolejną wizytę.

— Jarvis jest taki… dziwny — powiedziała babcia do mamy.
Babcia   nie   lubiła   Jarvisa,   choć   był   jej   zięciem.   Zresztą   nikt   w   rodzinie   za   nim   nie 

przepadał. Opowiadano, że raz wstał w środku nocy, bo zapomniał postawić kropkę nad „i” w 
liście,   który   napisał   wieczorem.   Jak   wyraził   się   wujek   Klon,   „Jarvis   miał   skłonności   do 
przesady”.

Marigold nie wiedziała tego, z czego zdawali sobie sprawę dorośli członkowie rodziny — 

otóż nad wujem Jarvisem zawisło widmo szaleństwa. Nie wiedziała, co miał na myśli wujek 
Klon  mówiąc,   że  Jarvis  traktuje   wszechświat   zbyt  poważnie.  W  każdym  razie  nigdy  nie 
zauważyła,  by Jarvis  się uśmiechał.  A kiedy pewnego razu  spytał  ją, czy kocha  Boga, i 
odpowiedziała twierdząco, miała potem dziwne uczucie, że skłamała, bo jej Bóg nie był na 
pewno Bogiem, o którego pytał Jarvis. Wiedziała też, że nie lubi wuja Jarvisa. Kochała go, 
rzecz   jasna  —  przecież   trzeba   kochać   swych  krewnych  —  ale  go  nie   lubiła,  ani   trochę. 
Zawsze budził w niej lęk. Nie zdawała sobie sprawy, jak wygląda twarz fanatyka, wiedziała 
tylko, że wuj ma wysokie, wypukłe czoło, głęboko osadzone oczy o bezwzględnym wyrazie, 
surowe, bezlitosne usta i ohydny zwyczaj szczypania się w nos. Miał też bujną, czarną brodę, 
której nigdy nie przycinał, bo uważał, że byłoby to niezgodne z Biblią i wolą Boga.

Wuj Jarvis wiedział wszystko o woli Boga — a przynajmniej tak sobie wyobrażał. Gdy 

ktoś nie szerzył wiary na jego modłę, nie miał szans dostać się do nieba. Jarvis spierał się z 
każdym rozmówcą, a właściwie przytłaczał go dogmatami. Marigold była małą płotką, więc 
mogła przemknąć się przez oka jego teologicznej sieci, gdyż właściwie nie zwracał na nią 
uwagi. Czasami zastanawiała się jednak, czy wujowi Jarvisowi byłoby dobrze w niebie. Nie 
miałby na kogo się oburzać, a poza tym mieszka tam ten straszliwy Bóg, który nienawidzi, 
gdy ktoś jest choć trochę szczęśliwy.

Jednak Marigold cieszyła się z perspektywy kolejnej wizyty. Wujek Jarvis i ciocia Marcia 

również mieszkali „za–zatoką”, która to nazwa zawsze brzmiała dla Marigold czarodziejsko. 
Poza tym dziewczynka przepadała za ciocią Marcią, bo ciocia miała spokojne błękitne oczy i 
wyznawała tylko  jeden dogmat: „każdy lubi, gdy się go od czasu do czasu rozpieszcza”. 
Specjalnością cioci Marcii były wypieki, szczególnie rozsławiło jej imię pyszne ciasto pod 
nazwą   „do   góry   nogami”,   ale   przepis   na   nie   trzymała   w   wielkiej   tajemnicy.   Marigold 
wiedziała, że u cioci Marcii będzie jej dobrze. Przecież nie grozi jej nieustanne towarzystwo 
wuja Jarvisa. Choćby nie wiadomo jakie bezeceństwa wyprawiano pod dachem jego domu, 
musi przecież kosić zboże i wykonywać inne prace w gospodarstwie.

Tak więc Marigold pojechała do Zielnego Zakątka. Na farmie stał stary dom z niskim 

podstrzeszem, otoczony ciemnymi  świerkami i ogrodem, który sprawiał wrażenie, że Bóg 

background image

jednak czasem się uśmiecha. Był to, rzecz jasna, ogród cioci Marcii. Jedynym zajęciem z 
dziedziny ogrodnictwa pociągającym Jarvisa było przycinanie świerczków, rosnących wzdłuż 
płotu ogradzającego podwórze od drogi. Wuj Jarvis znajdował prawdziwą przyjemność w 
unicestwianiu   nożycami   zbuntowanych,   wiosennych   pędów.   Równie   chętnie   niszczyłby 
każdego, kto wyznawał inną niż on doktrynę.

Marigold   została   ulokowana   w   pokoju,   w   którym   było   olbrzymie   łóżko   i   małe, 

kwadratowe okienko z widokiem na zwieńczone srebrnymi grzebieniami fale zatoki. Dostała 
też śliczną miseczkę na owsiankę — tak śliczną, że nawet owsianka wydawała się smaczna. A 
ciasto „do góry nogami” przechodziło najśmielsze wyobrażenia.

Wuj   Jarvis   nie   naprzykrzał   jej   się   swym   towarzystwem,   choć   niepokoił   posępnymi 

modlitwami.

„Czy trzeba tak jęczeć, gdy rozmawia się z Bogiem?” — zastanawiała się dziewczynka. Jej 

własne modlitwy były raczej pogodne. Może to źle?

Tylko niedziele okazały się nieprzyjemne. Wuj Jarvis przypominał Marigold człowieka z 

pewnej bezecnej opowiastki wujka Klona. Osobnik ów powiesił swego kota, bo ośmielił się 
złapać w niedzielę mysz. Gdy w pierwszą niedzielę pobytu Marigold w Zielnym Zakątku wuj 
Jarvis usłyszał jej śmiech, oświadczył surowo, że pod żadnym pozorem nie wolno śmiać się w 
niedzielę w jego domu.

„Takie rzeczy możesz wyczyniać w bezbożnej Świerkowej Kępie” — zdawały się mówić 

jego oczy.

2

Wkrótce po przyjeździe do Zielnego Zakątka Marigold znalazła sobie przyjaciółkę. Przed 

upływem tygodnia miała wrażenie, jakby znały się z Bernice Willis przez całe życie. Ciocia 
Marcia spodziewała się raczej, że Marigold zaprzyjaźni się z Babe Kennedy z sąsiedniej 
farmy, która mieszkała o wiele bliżej niż Bernice. Babe miała zresztą na to wielką ochotę. 
Jednak z przyjaźnią jest jak z całowaniem — wybiera się tego, kto bardziej się podoba. A 
Babe nie spodobała się Marigold. Była to ładna laleczka o lśniących, jasnorudych włosach, 
wścibsko   spoglądających   wodnistozielonych   oczach   i   irytującym   chichocie,   który 
doprowadzał Marigold do furii. Nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Jej serce wybrało 
Bernice — była to pierwsza prawdziwa przyjaciółka Marigold, pierwsza mogąca równać się z 
Sylvią.

Bernice mieszkała w odległości pół mili od Zielnego Zakątka, ze zdziwaczała starą ciotką, 

„w domu za świerkowym młodniakiem”. To określenie intrygowało Marigold. „Świerkowy 
młodniak” — zachwycające miejsce! Jakież cudowne sekrety musiały tam się kryć!

Bernice   była   brzydka,   lecz   inteligentna.   Miała   długie   włosy   mysiej   barwy   i   wielkie, 

przyjazne, szare oczy spozierające ze szczupłej, piegowatej twarzy — twarzy, która zdawała 
się być stworzona do śmiechu, choć zwykle była smutna. Jej rodzice nie żyli i Bernice nie 
miała chyba żadnych krewnych poza wspomnianą ciotką dziwaczką. Większość dziewcząt z 
Ladore   (nawet   zaczarowane   miejsca   „zza–zatoki”   musiały   mieć   jakieś   nazwy)   nie   lubiła 
Bernice.

Jednak ona i Marigold mówiły tym samym językiem, miały takie same upodobania. Mogły 

jeść zupę z księżycowej poświaty i nie czuć wcale głodu — przynajmniej przez jakiś czas. 
Obie rozumiały mowę wiatru i potrafiły słuchać jego opowieści. Obie lubiły delikatne jak 
jedwab kocięta i jodłowe zagajniczki ośmielające się zbiegać nad sam brzeg zatoki, na której 
wodach   tańczyły   małe   fale.   Wzruszał   je   śpiew   ptaka   siedzącego   na   sztachecie   płotu   w 
Zielnym Zakątku, a wieczorami wyobrażały sobie podróże na księżyc. Każdy dzień potrafiły 
zmienić w wesołą przygodę.

background image

— Przekonasz się, że ona wcale nie jest taka dobra, jak myślisz — powiedziała Babe ze 

złowieszczym uśmiechem.

Marigold stwierdziła w duchu, że przez Babe przemawia zazdrość.

3

I   oto   pewnej   nocy   pozwolono   dziewczynkom   przenocować   razem.   Były   zachwycone, 

szczególnie, że miały spać na pięterku małego białego spichlerza stojącego na polance usłanej 
zielonym kobiercem mchu i porośniętej brzozami. Ileż w tym romantyzmu!

A było to tak. Ciocia Marcia powiedziała, by Marigold zaprosiła Bernice do Zielnego 

Zakątka na nocleg. Jednak wkrótce po jej przyjściu zjechały z Charlottetown dwa samochody 
pełne gości. Trzeba było ich gdzieś ulokować. Mały dom pękał w szwach. Przyjezdni zajęli 
również   pokój   Marigold.   Dlaczego   więc   dziewczynki   nie   miałyby   przenocować   na 
czyściutkim stryszku w spichlerzu, skoro wrześniowa noc jest taka ciepła? Ciocia Marcia 
przygotowała im tam wygodne posłanie. Żeby tylko się nie bały!

Bać się?! Bernice i Marigold śmiały się z obaw cioci. Pomysł spania w spichlerzu od razu 

im się spodobał. Ponieważ zamarudziły tego wieczoru aż do dziesiątej — maszerowały teraz 
w księżycowej poświacie wśród brzóz, z koszulami nocnymi pod pachą i wielkimi kawałkami 
szarlotki w garściach. Ciocia Marcia pozwalała objadać się w nocy szarlotką. Może chciała w 
ten sposób umilić nieco życie j u boku ponurego wuja Jarvisa? Dziewczynki napiły się wody 
z zachwycającego, obłożonego kamieniami źródełka, które wuj nazywał stajenną studnią, po 
czym  wdrapały się na stryszek.  Deski na stryszku były wyszorowane do białości.  Ciocia 
Marcia   przygotowała   posłanie   na   podłodze   —   przyniosła   z   domu   śliczną   białą   kołdrę   z 
wyszytym   wzorem   w   czerwone   wschodzące   słońca.   Zostawiła   też   na   beczułce   zapaloną 
świecę, nie odważywszy się dać dziewczynkom lampy naftowej.

Zaryglowały drzwi, żeby było jeszcze romantyczniej, i zdmuchnęły świecę, bo przyjemniej 

rozbierać się w świetle księżyca.

Gdy już miały się położyć, Marigold poczyniła owo szokujące odkrycie.
— No to zmówmy pacierze, a potem właźmy pod kołdrę i nagadajmy się za wszystkie 

czasy — powiedziała Marigold. — Możemy gadać dziś w nocy, ile tylko chcemy, nikt nie 
będzie walił w ścianę, by nas uciszyć.

Bernice odwróciła się od okna, skąd jeszcze przed chwilą podziwiała — widoczny ponad 

wierzchołkami brzóz — skrawek zatoki skąpanej w księżycowym świetle.

— Ja nigdy się nie modlę — oświadczyła spokojnie. Marigold zaparło dech ze zdziwienia.
— Ale dlaczego, Bernice Willis? To niegodziwe. Nie boisz się, że Bóg cię ukarze?
— Nie ma żadnego Boga — powiedziała Bernice. — Nie będę się modliła, skoro w Niego 

nie wierzę.

Marigold wytrzeszczyła na nią oczy. Coś takiego zostało powiedziane, a spichlerz stoi jak 

dotąd, i pełna niewiary Bernice stoi sobie jak gdyby nigdy nic — w białym świetle księżyca.

— Ale… Bernice… Bóg na p e w n o  istnieje…
— A skąd wiesz?
— Mama mi powiedziała — odparła Marigold, chwytając się pierwszego argumentu, jaki 

w tym oszołomieniu przyszedł jej na myśl.

— O tym, że istnieje święty Mikołaj, też ci powiedziała, prawda? — zadrwiła Bernice. — 

Wiesz, ja chciałabym wierzyć w Boga, ale nie

mogę.
— Dlaczego? — spytała bezradnie Marigold.
— Bo…   bo   ja   nie   mam  n i k o g o .   Tylko   ciotkę   Harriet,   która   jest   zresztą   taką 

przyszywaną ciotką i ani trochę mnie nie lubi. Rodzice nie żyją, a ona nawet nie chce ze mną 

background image

o nich pomówić. Miałam kotka, ale mi zdechł, a ciotka nie pozwoliła mi wziąć drugiego. Co 
do modlitw, to kiedyś się modliłam. Kiedyś, jak byłam mała, ciotka Harriet wysłała mnie do 
sklepu.   Wiał   przeraźliwie   zimny   wiatr.   Uklękłam   wówczas   na   drodze   za   świerkowym 
zagajnikiem i poprosiłam Boga, by ogrzał trochę wiatr, zanim wyjdę ze sklepu. Nie zrobił 
tego — wiatr był jeszcze zimniejszy i dął mi prosto w twarz. A kiedy mój kotek zachorował, 
prosiłam Boga, by go uzdrowił. Ale kotek zdechł. Wtedy zrozumiałam, że Boga nie ma. Bo 
przecież, gdyby On istniał, nie pozwoliłby, aby mój kotek zdechł. To była jedyna istota, którą 
mogłam kochać. Od tamtej pory przestałam się modlić. Oczywiście muszę klękać, gdy ciotka 
Harriet odmawia pacierze. Ale wtedy po prostu klęczę i robię brzydkie miny do Pana Boga.

— Dopiero co powiedziałaś, że w niego nie wierzysz! — zawołała Marigold.
— No cóż — Bernice nie dała się zbić z tropu — robię miny do idei Boga.
„A więc o to chodziło Babe” — pomyślała z goryczą Marigold.
— No i  spójrz  na  mnie  —  dodała  Bernice   buntowniczo.  — Spójrz tylko,  jaka  jestem 

brzydka. Jakie mam wielkie usta. Dlaczego Bóg zrobił ze mnie taką brzydulę? Babe Kennedy 
mówi, że mam twarz jak małpa.

— Wcale nie. A poza tym jesteś bystra — zaprotestowała Marigold.
— Chcę być ładna — upierała się Bernice. — Wówczas może ludzie by mnie lubili. Ale 

nie wierzę w Boga i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej.

Marigold wstała z westchnieniem rezygnacji i zarzuciła Bernice ręce na szyję.
— Nie szkodzi. J a  cię kocham. Bez względu na to, czy wierzysz w Boga, czy też nie. Ale 

chciałabym, byś wierzyła. Wtedy jest o wiele przyjemniej żyć.

— Nasza przyjaźń nie potrwa długo — powiedziała Bernice i spuściła głowę. — Coś się 

na pewno zdarzy i ciebie także mi odbierze.

— Nic nie może się zdarzyć — Marigold rzuciła wyzwanie losowi. — Oczywiście, będę 

musiała niedługo wrócić do domu — ale będziemy do siebie pisywać. I poproszę mamę, by 
zaprosiła cię do Świerkowej Kępy. Na zawsze już pozostaniemy przyjaciółkami.

Bernice pokręciła przecząco głową.
— Nie. Coś się wydarzy. Zobaczysz. To jest zbyt dobre, by mogło trwać.
Nagle Marigold znowu szarpnął niepokój.
— Bernice, skoro nie wierzysz w Boga, jak możesz się spodziewać, że pójdziesz do nieba?
— Nie spodziewam się tego. I wcale tego nie chcę — odpowiedziała wyzywająco Bernice. 

—   Ciotka   Harriet   czytała   mi   fragment   z   Biblii   opisujący   niebo.   Wszędzie   tylko   mury   i 
bramy… znienawidziłabym takie miejsce.

— Ale czyż nie byłoby lepsze niż… niż…
— Piekło? Nie. Nie musisz przynajmniej udawać, że ci się tam podoba. Ale w piekło także 

nie wierzę.

— Bernice, to ty wcale nie wierzysz w to, co mówi Biblia?
— W ani jedno słowo. Cały czas jest tam mowa o Bogu, a Boga przecież nie ma. To 

wszystko… bajdy.

Owa deklaracja wydała się Marigold jeszcze straszniejsza niż przyznanie do niewiary w 

Boga.   Bóg   był   niewidzialny   i   odległy,   lecz   Biblia   znajdowała   się   w   zasięgu   ręki. 
Dziewczynka   westchnęła   ponownie   i   uklękła,   by   zmówić   modlitwę.   Klęcząc   tak,   obok 
niewierzącej Bernice, która stała niewzruszona przy oknie, poczuła się bardzo osamotniona. 
Jednak modliła się za nią cicho.

— Proszę cię, kochany Boże, spraw, by Bernice odzyskała wiarę w Ciebie. Błagam, spraw, 

by uwierzyła, że jesteś.

4

background image

Następnego   dnia   przy   obiedzie   Marigold   popełniła   życiowy   błąd.   Gdy   ciocia   Marcia 

spytała, czemu jest taka zmartwiona, westchnęła i odparła, że nie tyle martwi się, co żal jej 
Bernice.

— Bo ona nie wierzy w Boga. To musi być straszne.
— Co takiego? — wykrzyknął wuj Jarvis. — Powiedziałaś, że Bernice Willis nie wierzy w 

Boga?

— Tak mówi — przyznała ponuro Marigold.
— Biedne dziecko — powiedziała ciocia Marcia.
— Biedne? Raczej niegodziwe! — zagrzmiał wuj Jarvis. — Skoro nie wierzy w Boga, nie 

wolno ci się z nią bawić, Marigold!

— Ależ, Jarvis! — zaoponowała ciocia Marcia.
— Powiedziałem   wyraźnie   —   wuj   Jarvis   dźgnął   ziemniak   widelcem,   jakby   próbował 

zakłuć dzidą niewiernego. — Biada tym, co beztroskie wiodą życie w Syjonie. W tym domu 
przestrzega się dziesięciu przykazań.

— Och, Jarvis, pamiętaj, że to biedne dziecko nie ma nikogo, kto by je uczył. Ta stara 

dziwaczka…

— Zamilcz, Marcio. W chrześcijańskim kraju jest mnóstwo okazji, by nauczyć się, że Bóg 

istnieje. Czyż to biedne dziecko nie uczęszcza do szkółki niedzielnej? Czyż nie chodzi do 
kościoła? Poza tym Harriet Caine jest żarliwą chrześcijanką. Nie ma wątpliwości, że Bernice 
nauczano prawdy. Po prostu nie należy do wybranych. Jest więc zbyt grzeszna, byś się z nią 
mogła bawić, Marigold. Ja przecież nie podaję ręki doktorowi Clarke’owi, bo powiedział, że 
wierzy w istnienie dwóch Izajaszów. Czy sądzisz, że będę tolerował niewiarę?

Ciocia Marcia wiedziała, że Jarvis jest nieugięty, a Marigold przeczuwała, że nie sposób 

go ubłagać. Zaczęła płakać, choć zdawała sobie sprawę, że łzy nie zmiękczą wuja Jarvisa.

— Och, wujku, czy… jeśli Bernice zacznie wierzyć w Boga, będę mogła się z nią bawić?
— Tak, ale nie wcześniej. — Wuj Jarvis szarpnął mocno za swój nos, po czym odszedł od 

stołu, a jego czarna broda niemal zjeżyła się z oburzenia. Tego dnia wuj Jarvis cierpiał na 
nękający go często ból głowy, więc był bardziej zasadniczy niż zazwyczaj. Ciocia Marcia 
chciała mu dać aspirynę, by złagodzić migrenę, ale Jarvis odmówił. Branie aspiryny było 
otwartym sprzeciwianiem się woli bożej. Skoro Bóg zsyła ból, trzeba go znieść.

Ciocia Marcia próbowała pocieszyć Marigold, lecz sama nie miała nadziei, że wuj zmieni 

zdanie.

— Och, gdybym trzymała język za zębami! — jęknęła Marigold.
— Tak byłoby mądrzej — przyznała ze smutkiem ciocia Marcia. Żyjąc trzydzieści lat u 

boku Jarvisa, nauczyła się przemilczać pewne sprawy.

Marigold nie mogła zapomnieć smutnej twarzy Bernice, gdy oznajmiła jej, że wuj Jarvis 

zabrania im się razem bawić.

— A nie mówiłam? Wiedziałam, że coś się musi zdarzyć — powiedziała drżącymi ustami.
— Och, Bernice, nie mogłabyś  u d a w a ć , że w Niego wierzysz? — spytała niepewnie 

Marigold. Wgłębi duszy wiedziała, że to nie byłoby w porządku, że zdobyta tą drogą przyjaźń 
okazałaby się zatruta już w zalążku. Bernice także o tym wiedziała.

— Nie mogę, Marigold. Nawet dla ciebie. To na nic.
— Bernice, jeśli odkryjesz… kiedyś… że jednak w Niego wierzysz, powiedz mi o tym, 

dobrze? Wtedy znowu będzie nam wolno się przyjaźnić. Przyrzeknij.

Bernice przyrzekła.
— Ale to niemożliwe. Czyż  to, co się stało, nie jest kolejnym dowodem? Gdyby Bóg 

istniał, wiedziałby, że teraz jeszcze bardziej poczuję, że On nie istnieje.

W następnym tygodniu Marigold doskwierała samotność. Straszliwie tęskniła za Bernice, a 

do tego jeszcze ta wstrętna Babe węszyła wokół i triumfowała.

— Uprzedzałam cię. Wiedziałam od dawna, że Bernice nie wierzy w Boga. Założę się, że 

background image

On w końcu ześle na nią karę.

— Ona   przynajmniej   nie   mówi   „sepulkarna”   zamiast   „sepulkralna”   —   odcięła   się 

Marigold, mając na myśli wers o świętej kaplicy, który Babe odczytała poprzedniego dnia w 
szkółce niedzielnej.

Babe spąsowiała.
— Nie sądzę, aby nawet panna Jackson wiedziała, jak to się wymawia. Niedobrze mi się 

robi, gdy cię słucham, Marigold Lesley. Jesteś wściekła, bo twoja ukochana Bernice wcale nie 
jest takim ideałem, za jaki ją miałaś.

— Wcale nie jestem wściekła — powiedziała Marigold ze spokojem. — Po prostu żal mi 

ciebie. To musi być straszne — być tobą.

Co wieczór Marigold modliła się rozpaczliwie o to, by Bernice się nawróciła. Jednak nie 

wierzyła, że jej modlitwy zostaną wysłuchane. Próbowała nawet poradzić się w tej sprawie 
pastora, gdy ten przyszedł do Zielnego Zakątka na kolację.

— E   tam,   każdy   wierzy   w   Boga   —   machnął   ręką   pastor,   gdy   próbowała   nieśmiało 

przedstawić mu kwestię, nie wspominając, kogo ona dotyczy.

Marigold  wpadła  nawet  na  rozpaczliwy  pomysł,   by odmówić  przyjmowania  posiłków, 

dopóki wuj Jarvis nie pozwoli jej bawić się z Bernice. Jednak coś jej mówiło, że nic by tym 
nie wskórała. Wuj Jarvis kazałby po prostu cioci Marcii odesłać ją do domu.

Tymczasem na wzgórzu dojrzały jeżyny,  a w walącej się stodole (wuj Jarvis zbyt  był 

zajęty teologią, by naprawiać swe budynki gospodarcze) stał kosz pełen rozkosznych kociąt. 
Jaka szkoda, że Bernice nie mogła cieszyć się tym wszystkim tylko dlatego, że nie wierzyła w 
Boga!

5

— A ja wiem coś o Bernice Willis, wiem coś o Bernice Willis! — skandowała triumfalnie 

Babe Kennedy, kołysząc się na palcach i piętach na progu spichlerza i uśmiechając się niczym 
kot z Cheshire.

Marigold   spojrzała   na   nią   pogardliwie   przez   ramię.   Właśnie   urządzała   sobie   w   kącie 

kredens i ustawiła w nim poobtłukiwane naczynia.

— Czego niby się dowiedziałaś? — spytała.
— Tobie nie powiem — zapiała Babe. — Za to powiem Bernice. Jak spotkałam ją dziś po 

południu w sklepie, dałam jej do zrozumienia, że coś wiem, ale chciałam, żeby miała nad 
czym  myśleć. Zaraz się dowie tylko pójdę zanieść jej ciotce jaja od pani Carter. To jest 
okropne — najokropniejsza rzecz, o jakiej słyszałaś. Zobaczysz. Dowiesz się, gdy wszyscy 
się dowiedzą. No to cześć, muszę lecieć. Chyba nadchodzi burza.

Marigold   jednym   susem   doskoczyła   do   Babe,   chwyciła   ją   za   ramię,   wciągnęła   do 

spichlerza, nie zważając na koszyk z jajkami, zatrzasnęła i zaryglowała drzwi, po czym oparła 
się o nie.

— A teraz gadaj, o co chodzi, dość tej zabawy — powiedziała.
Nie na darmo Marigold była Lesleyówną. Babe poddała się z miejsca. Najpierw zacisnęła 

swe wąskie usta, potem rzekła:

— Proszę   bardzo.   Ojciec   Bernice   Willis   żyje.   Siedzi   w   więzieniu   w   Dorchester,   za 

kradzież.

— Nie… nie wierzę.
— To prawda, słowo daję. Podsłuchałam, jak doktorowa Keyes z Charlottetown mówiła o 

tym mojej mamie. Pracował w banku i… zdefraudował pieniądze, dostał za to dwanaście lat 
więzienia. Jego żona zmarła, bo ponoć serce pękło jej z żalu, choć doktorowa twierdzi, że to 
zachcianki tej kobiety pchnęły go do kradzieży. Ciotka Harriet zabrała Bernice, gdy ona była 

background image

jeszcze bardzo mała, i wychowała ją w przekonaniu, że ojciec nie żyje.

Marigold nie chciała w to wierzyć. Jednak, wbrew jej nadziejom, była to chyba straszliwa, 

nieubłagana prawda.

— Rety, jak dobrze, że nigdy nie bawiłam się z Bernice — triumfowała Babe. — Córka 

przestępcy! Pomyśl tylko, jaką będzie miała minę, kiedy się dowie!

— Och, Babe… — Marigold zniżyła się do tego, by błagać Babe Kennedy. — Nie możesz 

jej o tym powiedzieć. Proszę… proszę, nie rób tego!

— A  właśnie  że  powiem!   Zdławię  tę  jej   dumę.   Bernie  nosi  głowę tak  wysoko,  jakby 

pochodziła z uczciwej rodziny!

— Gdyby   zamienić   cię   w   ropuchę,   przybrałabyś   wreszcie   swą   prawdziwą   postać!   — 

krzyknęła z wściekłością Marigold.

Babe zaśmiała się pobłażliwie.
— Nic dziwnego, że ci to dopiekło. Myślałaś, że nikt prócz Bernice nie jest godzien, by się 

z tobą bawić! Tak, panno Lesley, teraz możesz już schować różki. Powiem wszystko Bernice, 
i to zaraz. I tak musi się dowiedzieć — ojca wkrótce wypuszczą. A ja chcę mieć frajdę z tego, 
że powiem jej pierwsza. Pomyśl tylko, jaką zrobi minę. No, otwieraj drzwi i wypuść mnie!

Marigold z rezygnacją otworzyła drzwi.
To było straszne — wprost straszne. Nie ma już nadziei, że Bernice kiedykolwiek uwierzy 

w Boga. Marigold czuła, że trudno ją za to winić. „Pomyśl, jaką zrobi minę…” Marigold 
wyobraziła sobie, jaki wyraz odmaluje się na tej kochanej, piegowatej, wrażliwej twarzyczce, 
gdy Babe wyjawi okropną prawdę. A Babe oczywiście to zrobi. Tak lubi mówić o przykrych 
rzeczach.   Czyż   nie   powiedziała   Kitty   Houseman,   że   wkrótce   umrze?   Czyż   nie   doniosła 
nauczycielce, że Sally Ford ukradła ołówek Jane McKenzie?

— Gdybym tak mogła dotrzeć do Bemice, zanim zrobi to Babe — powiedziała do siebie 

Marigold.  —  Skoro  m u s i   się  o  tym   dowiedzieć,  łatwiej   to  zniesie,   gdy  ja  jej  powiem. 
Mogłabym pójść Dolną Drogą — pani Carter mieszka na Górnej — i wówczas zyskałabym 
trochę na czasie. Ale jest ciemno i zbiera się na deszcz…

Marigold zadrżała. Nie bała się chodzić po ciemku znajomą drogą. Jednak obca droga to 

co innego…

Zbiegła po schodach spichlerza, przecięła brzozową polankę i wkrótce znalazła się się na 

Dolnej Drodze. Musi dotrzeć do Bernice przed Babe. Jak niesamowita i opustoszała zdawała 
się ta droga, gdy niespodziewanie błyskał blady księżyc, który co rusz wyłaniał się spoza 
chmur! Pogrążone w melancholii psy naszczekiwały do siebie ze skrytych w mroku farm. W 
opłotkach zawodził żałośnie wiatr. Coś spoglądało na Marigold czerwonymi ślepiami spod 
krzaka. A te drzewa! W dzień Marigold była za pan brat ze wszystkimi drzewami świata. 
Jednak w ciemności potrafiły przybierać tak niezwykłe kształty! Oto na polu Johna Burnhama 
czaił się do skoku wielki lew. Olbrzymi, diaboliczny kogut kroczył po sztachetach płotu. Zza 
furtki łypał na Marigold dziwaczny staruszek–elf. Na zakręcie przykucnął diabeł. Cała droga 
pełna   była   straszydeł.   Marigold,   zlana   zimnym   potem,   dotarła   wreszcie   do   domu   za 
świerkowym młodniakiem i wpadła do małej kuchni, gdzie — na szczęście — zastała Bernice 
samą.

— Bernice — powiedziała, z trudem łapiąc oddech. — Babe tu idzie, by ci coś powiedzieć. 

Coś… strasznego. Chciałam ją powstrzymać, ale mi się nie udało.

Bernice spojrzała na Marigold zalęknionymi, szarymi oczyma.
— Wiedziałam,  że  coś   jej  chodzi   po głowie,  bo  zapytała   dziś   po południu,  gdzie   jest 

pochowany mój ojciec. Powiedziałam, że w Charlottetown. A ona na to: „Idź i zobacz, czy 
jest tam jego grób”. O chodzi? Powiedz mi, wolę dowiedzieć się od ciebie.

— Och, nie mogę, Bernice, nie mogę! — zawołała zrozpaczona Marigold. — Myślałam, 

że się na to zdobędę, ale teraz nie potrafię…

— M u s i s z  — oświadczyła dziewczynka.

background image

Marigold, z wahaniem i płaczem, opowiedziała w końcu o wszystkim, po czym ukryła 

twarz w dłoniach.

— Jestem taka szczęśliwa… — szepnęła Bernice.
Marigold podniosła głowę. Bernice promieniała, oczy miała jaki gwiazdy.
— Szczęśliwa?
— Tak… nie rozumiesz? Jednak mam k o g o ś . Tak strasznie było myśleć, że nie należę 

do nikogo. A tata będzie mnie  p o t r z e b o w a ł , gdy wyjdzie z więzienia. Tyle będę mogła 
dla niego zrobić! Och, Marigold, teraz już wierzę w Boga! Żałuję, iż mówiłam, że w Niego 
nie wierzę. Oczywiście, że Bóg istnieje! Kocham go — kocham wszystkich ludzi! Wcale mi 
nie przeszkadza, że jestem biedna i brzydka, bo mam tatę, którego mogę kochać.

Marigold   zdawała   się   oszołomiona,   ale   jedno   zdanie   dotarło   całkowicie   do   jej 

świadomości.

— Och, Bernice… skoro wierzysz w Boga… wuj Jarvis pozwoli nam się znowu bawić!
— No proszę, co ja widzę! — Wściekła, rozczarowana Babe stała w drzwiach. — A więc 

dlatego błagałaś, żebym jej nie mówiła! Sama chciałaś to zrobić.

— Otóż to! — Marigold objęła Bernice i spojrzała wyzywająco na Babe. — I zrobiłam, jak 

chciałam. Możesz wracać do domu, Wredna Pannico! Nie jesteś tu mile widziana.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DWUDZIESTY

K

ARA

 

DLA

 B

ILLY

EGO

1

— Potrafię rzucać urok — oświadczył złowieszczo Billy. — Budzę w ludziach lęk.
— Jeżeli zamierzasz wygadywać bzdury, nie zostaniemy przyjaciółmi — rzekła chłodno 

Marigold. — Gdy będziesz rozsądny, możemy się razem dobrze bawić.

Billy — nikt poza ciocią Min nie nazywał go Williamem — przyjrzał się tej dziwnej 

Marigold i postanowi być rozsądny. Z mieszanymi uczuciami przyjął zapowiedź cioci Min, że 
Marigold Lesley przyjeżdża na tydzień do Wichrowej Górki.

Po   pierwsze   —   był   wściekły.   Nie   chciał,   by   jakaś   dziewucha   kręciła   się   po   domu   i 

wszędzie wtykała nos. Po wtóre — był dość zadowolony. Spodziewał się bowiem, że się 
zabawi, robiąc jej na złość, i da dziewczynie niezłą nauczkę. Teraz jednak okazało się, że 
Marigold o lśniących włosach, niebieskich oczach i pełnych gracji ruchach przypadła mu do 
gustu. Aby to wyrazić i potwierdzić, zwierzył jej się ze wszystkich trosk, gdy wieczorem 
siedzieli na schodach spichlerza. Marigold słuchała tego jednym uchem i okazując kuzynowi 
współczucie,  myślała   jednocześnie  o  swoich  sprawach.  Tak  już  robią  kobiety wszystkich 
czasów, choć mężczyźni nie zawsze zdają sobie z tego sprawę.

Marigold nie bardzo rozumiała, dlaczego Billy tak nie cierpiał mieszkać u cioci Min. Jej 

się tu raczej podobało. Billy jednak uważał że ciocia Min jest zbyt surowa, lecz zdaniem 
Marigold jej reżim był zaledwie łagodną formą reżimu babci.

Choć Marigold, zwyczajem Lesleyów, nazywała ją ciocią Min, tak naprawdę była dla niej 

tylko   kuzynką.   Ciocia   Min   była   natomiast   autentyczną   ciotką   Billy’ego,   jako   żona 
przyrodniego   brata   jego   ojca.   Tak   więc   Marigold   i   Billy   mogli   uważać   się   za   dalekich 
kuzynów.

To   była   pierwsza   wizyta   Marigold   u   cioci   Min   i   ostatnia   zaplanowana   tej   jesieni.   W 

następnym tygodniu dziewczynka miała podjąć naukę.

Marigold bardzo polubiła Wichrową Górkę. Podobał jej się przestronny dom umeblowany 

dziwnymi   antykami.   Zachwycały   ją   zgromadzone   tam   ładne   przedmioty,   a   zwłaszcza 
niezwykłe indyjskie muszle, które przywiózł ongiś mąż cioci Min (był marynarzem), i gablota 
z wypchanymi papugami, na której stał model żaglowca.

Ciocia   Min   przestrzegała   surowej   diety,   dlatego   też   babcia   chętnie   wysłała   do   niej 

Marigold. Rzeczywiście na jej stole nie uświadczyło się żadnych frykasów. Ciocia była nieco 
niezrównoważona, potrafiła z nagła powiedzieć coś przykrego i wsławiła się tym, że trzaskała 
drzwiami. Jednak pewne rzeczy rekompensowały jej wady. Na przykład: ciocia zawsze pytała 
Marigold niedbałym tonem, co sobie życzy do herbaty. No, a przede wszystkim — uwielbiała 
koty. Mnóstwo cudownych kotów wylegiwało się na parapetach, wygrzewało się w słońcu na 
ogrodowych ścieżkach, polowało w stodole. Przynajmniej raz w życiu Marigold czuła, że 
może mieć tyle kotów, ile zapragnie. Co do Billy’ego, koty były dla niego jedynie celem 
ataków.

Zdaniem Marigold Billy wyglądał  bardzo zabawnie.  Miał okrągłą jak księżyc  twarz o 

różowej   cerze,   wielkie   niebieściutkie   oczy,   grzywę   gęstych   żółtych   włosów   i   usta   tak 
szerokie, że zdawały się ciągle rozciągnięte w uśmiechu. Był pierwszym chłopcem, jakiego 
polubiła.

Hip? Nie, ona nigdy nie lubiła Hipa. To było coś zupełnie innego.
Ze   współczuciem   wysłuchała   opowieści   Billy’ego   o   łańcuchu   nieszczęść,   jakie   go 

spotkały. Pomyślała, że kuzyn ma prawo skarżyć się na swój los.

background image

Okazało się, że wcale nie chciał przyjechać do cioci Min. Jego mama nie żyła i mieszkał z 

ojcem w pensjonacie, gdzie czuł się całkiem znośnie, bo był razem z tatą. Jednak ojciec 
musiał pojechać w interesach do Ameryki Południowej, dlatego Billy przebywał u cioci Min.

— Do luftu to wszystko — biadolił Billy. — Chciałem jechać do cioci Nory, to moja 

prawdziwa ciocia, siostra mamy. Ciocia Nora jest wspaniała. Ciasto dzieli zawsze na sześć 
kawałków. A ciotka Min na osiem, pewnie zauważyłaś? U cioci Nory można robić, co się 
chce. Nie trzeba siedzieć jak trusia i cały czas być grzeczniutkim. Ciocia Nora nie jest taką 
starą zrzędą.

— Rzeczywiście, ciocia Min ma swoje dziwactwa — przyznała Marigold, myśląc o tym, 

jak pięknie wygląda skrawek zatoki niebieszczący się u wylotu alei w sadzie.

— Dziwactwa! Słuchaj, ja c o d z i e n n i e  muszę myć twarz i co chwila szorować zęby. No 

i zdrowo się odżywiać. Powinnaś spróbować bułeczek z malinami, które piecze ciocia Nora!

— Na pewno są pyszne — zgodziła się Marigold, która zresztą tęskniła za smakołykami 

Salome.

— Pomyśl tylko, jak byłoby mi tam dobrze. Nie musiałbym zachowywać się poważnie, no, 

może tylko w niedzielę, ale jakoś bym to zniósł. Mógłbym chodzić boso, zjeżdżać z dachu 
chlewika i jeść wszystko, choćby hot–dogi. Tuż za bramą cioci jest kiosk z hot–dogami.

Billy aż jęknął. Cierpiał katusze na myśl o rozkosznym życiu, które mógłby wieść u cioci 

Nory, zwłaszcza w porównaniu z gorzką egzystencją u cioci Min.

— Dlaczego twój tata nie pozwolił ci pojechać do cioci Nory? — spytała Marigold.
— Sam nie wiem. Może wbił sobie do głowy, że ciocia Min się obrazi? Ostatniego lata 

byłem u cioci Nory, więc ciocia Min uważała, że teraz jej kolej. I to wcale nie dlatego, że 
mnie lubi. Ma jakieś głupie poczucie obowiązku wobec ojca. Uważa też, że u cioci Nory jest 
okropnie, bo ona jest uboga. Sądzi, że nie byłoby mi tam dobrze. — Billy znowu jęknął. — 
Dobrze!   Nigdzie   nie   bawiłem   się   tak   świetnie,   jak   u   cioci   Nory.   Każdego   wieczoru 
zaganiałem indyki do spania. Włóczyłem się, gdzie chciałem, i nikt mnie nie pytał, dokąd idę. 
Wracałem   do   domu   dopiero   na   noc.   Tutaj   ledwie   wytknę   nos   za   furtkę,   a   już   słyszę: 
„William,   gdzieś   ty   się   podziewał?”,   „William,   czy   wytarte   buty?”.   Nawet   koty   muszą 
wycierać łapy przed wejściem.

— No, teraz to już przesadziłeś — powiedziała Marigold z wyrzutem
— Ale na pewno nie przesadzę mówiąc, że nie wolno mi tu nawę rzucić kamieniem — 

odparł Billy wyzywająco. — To nie do wytrzymania, ot co! Miliony kotów wokół i nie wolno 
rzucić kamieniem choćby w jednego. Rzuciłem wprawdzie raz, pierwszego dnia, fundując 
temu jej staremu żółtemu Tomowi przygodę życia. Potem przez tydzień musiałem słuchać 
ględzenia   ciotki   i   codziennie   czytać   rozdział   Biblii.   Już   wolałbym   dostać   w   skórę.   Ona 
wymyśla dla mnie tyle różnych kar, że nigdy nie wiem, czego się spodziewać. A byłaś przy 
tym, gdy opowiadała pani Kent, jak wyglądałem jako niemowlę? Ona tak zawsze. Ciocia 
Nora nigdy nie mówi takich rzeczy. Ani nie całuje mnie na dobranoc. Ciocia Min chyba 
uważa to za swój obowiązek.

Billy wsadził ręce do kieszeni i spoglądał wilkiem na wszystko dokoła. Jednak po tych 

wyznaniach   samopoczucie   miał   znacznie   lepsze.   Pozostała   tylko   jedna   bolączka   do 
omówienia, ta najgorsza.

— Jednak zniósłbym to wszystko, gdyby nie niedziele — powiedział. — Nienawidzę tutaj 

niedzieli — to gorsze niż trucizna.

— Ale dlaczego?
— Bo muszę pisać streszczenia.
— Co to takiego?
— No, jak wracam z kościoła, muszę zapisać wszystko, co zapamiętałem z kazania. A jak 

zapamiętam zbyt mało — o rany! Ona mówi, że jej dzieci zawsze pisały streszczenia. Założę 
się, że i tobie każe to robić.

background image

Marigold   po   chwili   namysłu   uznała,   że   nie   ma   nic   przeciwko   temu.   To   może   być 

interesujące. Interesujące, jeśli chodzi o j e d n ą  niedzielę; jednak biedny Billy musiał to robić 
co tydzień.

— Nic nie szkodzi — uspokajała go Marigold. — Do niedzieli daleko. Mamy mnóstwo 

czasu na zabawę.

Billy uznał, że Marigold to świetna dziewczyna.

2

Wreszcie jednak przyszła niedziela. Upłynął bowiem cały tydzień, podczas którego Billy 

nie wzdychał nawet za ciocią Norą. Ale Marigold miała wrócić we wtorek do domu. Billy 
prędzej dałby się rozerwać na strzępy przez dzikie konie, niż przyznać, że jest mu z tego 
powodu przykro.

Lecz oto nadeszło niedzielne popołudnie — pora nabożeństwa. Billy i Marigold mieli iść 

na nie sami, gdyż ciocia jechała do Charlottetown, by spotkać się z przyjaciółką, która bawiła 
w mieście tylko przejazdem.

— Przykro mi, że nie mogę iść do kościoła — powiedziała. — Dziś kazanie wygłosi pan 

Harvey Nelson, przyjechał specjalnie w tym celu. No, ale trudno. Kolację zostawiłam wam w 
spiżarce.   Bądźcie   grzeczni.   Marigold,   dopilnuj,   by   Billy   zachowywał   się   przyzwoicie, 
dobrze? Słuchajcie kazania bardzo uważnie. Dziś wieczorem napiszecie streszczenia. Twoje 
ma być lepsze niż w ostatnią niedzielę, Billy.

— I co, nie mówiłem? — triumfował Billy po wyjściu ciotki Min. — Uprzedzałem, że też 

będziesz musiała pisać!

Marigold   nie   miała   mu   za   złe   jego   kpiącego   tonu.   Billy   zachowywał   się   bardzo 

przyzwoicie. Przecież to było okropne ze strony ciotki, że kazała Marigold mieć go na oku. 
Dlaczego ludzie nie rozumieją prostych, oczywistych rzeczy?

— O ho–ho, aleście się wystroili! — zaśmiał się zza płotu Davy Dixon, gdy szli drogą.
Davy był piegowaty, miał zadarty nos, gołą głowę, bose stopy i tylko tyle ubrania na sobie, 

ile wymagały względy przyzwoitości. Wyglądał bardzo wesoło i beztrosko — jak wszyscy 
Dixonowie. Ciocia Min nie znosiła tej rodziny. Nie pozwalała Billy’emu i Marigold chodzić 
do nich się bawić, choć mieszkali bardzo blisko od jej domu.

— Chcecie jechać na piknik? — spytał Davy.
— Jaki piknik?
— Piknik   Dixonów.   —   Davy   uśmiechnął   się   szeroko.   —   To   rocznica   ślubu   naszych 

rodziców.   Już   dwanaście   lat   są   razem   i   jeszcze   tego   nie   żałują.   Bierzemy   nasz   nowy 
samochód i jedziemy na wydmy. Mamy kosz takiego żarcia, że gały wyjdą wam na wierzch. 
Mniam — mniam. Mama powiedziała, żeby was zaprosić. Wie, że wasza ciocia wyjechała, i 
nie chce, abyście czuli się samotnie.

Marigold nabrała ochoty na ten piknik. U siebie lubiła chodzić na nabożeństwa, ale była 

pewna, że nie spodoba jej się nabożeństwo w tutejszym kościele. Duży, smagany wiatrem 
bury gmach z długą i ostrą iglicą nie wyglądał przytulnie. Poza tym nikogo tam nie znała. 
Przejażdżka samochodem na wydmy była kuszącą propozycją. Ale, rzecz jasna, nie mogli z 
niej skorzystać. A co na to Billy?

— Pojadę, jeśli pożyczysz mi tę książkę, wiesz, „Skrzydlaty skarbczyk”.
— Billy! — oburzyła się Marigold.
— Dobra — zgodził się Dave. — To książka ciotki Janey, ale jej tam wszystko jedno.
— No to jadę — powiedział stanowczo Billy. — A ty, Marigold?
— Ojej, pamiętaj, że dziś niedziela — jęknęła błagalnie Marigold, która aż rwała się, żeby 

jechać. — Co powie na to ciocia Min?

background image

— Nie dowie się. Mam pewien plan. No, chodź, zabawimy się.
— Billy, nie mówisz chyba poważnie…
— Jasne, że tak. Jak chcesz, to idź sobie do kościoła i przyklej się na całe popołudnie do 

wypolerowanej ławki.

— Musicie się szybko decydować — przynaglił Dave. — Lizzie czeka.
Marigold błyskawicznie oceniła sytuację. Nie pójdzie sama do obcego kościoła. A jak 

samotnie czułaby się w domu po powrocie! No i te cudowne wydmy, fale, wiatr od morza…

— Jadę — westchnęła bezradnie.
— Wiedziałem, że nie brak ci fantazji, równa z ciebie dziewczyna! — zachwycał się Billy. 

— Skoczymy tylko do domu zrzucić niedzielne łachy, to potrwa sekundę, Dave.

W kilka minut później gnali do Dixonów na skróty, przez pachnące pole koniczyny. W 

innych okolicznościach Marigold czułaby się uskrzydlona. Teraz jednak było jej ciężko na 
duszy. Postanowiła nie dać niczego po sobie poznać. Billy pogardzałby nią, gdyby odkrył, że 
przejmuje się łamaniem nakazów ciotki.

„Nowy samochód” Dixonów okazał się używanym, rozklekotanym fordem. Wtarabanili 

się do niego całą gromadą i z łomotem ruszyli wyboistą, wąską drogą w kierunku wydm. 
Marigold siedziała na kolanach pani Dixon — otyłej, podstarzałej damy, która szczebiotała 
wesoło   i   bardzo   niegramatycznie   —   co   nawet   Billy   zauważył.   Dziewczynka   myślała,   że 
zanim dotrą do wydm, stary grat wytrzęsie z niej wszystkie kości.

Zapowiadało się piękne popołudnie. Polly Dixon była ładną, miłą dziewczynką i Marigold 

od razu ją polubiła. Zjeżdżały z wydm, robiły babki z piasku i kopały w nim studnie. Zbierały 
muszelki i kąpały się w małej przybrzeżnej zatoczce, gdzie woda była ciepła i miała barwę 
turkusu. Bawiły się w różne gry z chłopakami, ganiały się z nimi i śmiały wesoło. A jednak, 
tak w głębi duszy, Marigold wiedziała, że wcale się dobrze nie bawi. Udawała tylko przed 
samą sobą, że tak jest.

Nawet obiad, na który z zawstydzeniem, lecz łakomie wyczekiwała po tygodniowej diecie 

cioci Min, przyniósł dziewczynce rozczarowanie. Jedzenia było w bród, ale pani Dixon w 
ogóle   nie   znała   się  na   kuchni.   Marigold   zjadła   parę   kanapek   z   czerstwego   chleba,   kilka 
ciasteczek,   które   czuć   było   sodą,   i   kawałek   gąbczastego   ciasta   cytrynowego.   Miała 
przeświadczenie, że połknęła też niechcący dwa świerszcze, które ugrzęzły w bezach. Jednak 
Billy uważał, że „żarcie było ekstra”.

— Chciałbym  zjeść więcej, ale już nie mogę — westchnął, pochłaniając ostatni kawał 

ciasta pokrytego lukrem i jaskrawymi, czerwono–żółtymi cukiereczkami.

3

— Świetnie   było,   no   nie?   —   powiedział   beztrosko,   wciągając   w   płuca   powietrze 

przesycone zapachem siana, gdy wracali przez łąkę do domu.

— A   gdy   ciocia   każe   ci   pokazać   streszczenie,   to   też   będzie   świetnie?   —   spytała 

sarkastycznie Marigold. Billy wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Zaraz napiszę. Ten „Skrzydlaty skarbczyk” to zbiór kazań. Kiedy cię jeszcze tu nie 

było,  przeczytałem  parę całkiem  niezłych,  gdy wpadłem  kiedyś  do Dixonów. Napiszemy 
streszczenie jednego z nich i ciocia Min się nie pozna.

— O   nie!   —   zawołała   Marigold.   —   Możesz   sobie   robić,   co   chcesz,   ale   ja   nie   będę 

oszukiwać.

— Chcesz nas wydać? — spytał ze złością Billy, który aż pobladł z strachu.
— Nie… Powiem ciotce, że nie umiałam napisać streszczenia.
— Nie da ci kolacji.
— Trudno — westchnęła żałośnie Marigold, kładąc sobie rękę na brzuchu. — I tak jeszcze 

background image

czuję w żołądku to okropne cytrynowe ciasto.

Billy udał się do pokoiku, który ciocia Min zwała szumnie biblioteką. Uważał, że streścić 

kazanie,   które   ma   się   czarno   na   białym   przed   sobą,   to   pestka.   Gdy  ciocia   Min   wróciła, 
wszystko było gotowe. Marigold oświadczyła, doskonale naśladując ton swej babci, że nie 
potrafiła  napisać streszczenia.  Ciocia  zmierzyła  ją wzrokiem,  lecz nic nie powiedziała.  Z 
posępnym uśmiechem wzięła od Billy’ego obszerny rękopis, a po chwili zmarszczyła groźnie 
brwi.

— Harvey Nelson mówił takie rzeczy?! — oburzyła się.
— A czy coś jest nie tak?! — zawołał Billy.
— To herezja, czysta herezja! Ten człowiek jest na pewno adwentystą. Nigdy nie czytałam 

takich bredni! Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by już nigdy nie dostał zaproszenia do 
naszego kościoła. Byłam mu przychylna, bo jest zaręczony z Dovie Smclair, która jest moją 
daleką kuzynką. Jednak to skandaliczne kazanie zmienia postać rzeczy.

Ciotka Min z oburzeniem opuściła pokój, pozostawiając Billy’ego jego myślom na temat 

zawiłości i pułapek egzystencji.

— Jak myślisz, o co tu chodzi? — szepnął z rozpaczą.
— Nie wiem — odparła poruszona Marigold. — Wiem jednak, że skoro pan Nelson jest 

zaręczony z Dovie Sinclair, musi otrzymać kolejne zaproszenie. Dovie jest moją nauczycielką 
ze szkółki niedzielnej i nie pozwolę, by z naszej winy przeżyła rozczarowanie.

— Spróbuj tylko mnie wydać! — wrzasnął Billy. — Nie wtrącaj się do tego. Może ciotka 

ochłonie albo dowie się od kogoś, że on wcale nie mówił tych rzeczy.

Na pobladłej twarzy Marigold pojawił się tragiczny grymas.
— Nie licz na to — stwierdziła dziewczynka. — Będzie mówić, że on wypacza doktrynę, 

nie wyjaśniając, dlaczego tak sądzi. Znasz przecież ciotkę Min. Trzeba jej powiedzieć, jak 
było, i ja to zrobię. Nie musisz iść ze mną, jeśli się boisz.

— Boję się, ale pójdę. Nie sądzisz chyba, że zostawię cię w tej sytuacji? — powiedział 

lojalnie Billy. — Poza tym, to wszystko przeze mnie. To ja cię namówiłem. Skoro ciocia Min 
ma poznać prawdę, musi i o tym wiedzieć.

Nic dziwnego, że Billy dał się lubić.

4

W pół godziny później Billy i Marigold siedzieli na schodkach przed spichlerzem. Mieli 

już za sobą fatalną rozmowę i, mówiąc delikatnie, nie należała ona do przyjemnych.

Dla Marigold była równie przykra, jak dla Billy’ego, choć ciotka Min wybaczyła jej od 

razu, uznając, że Billy sprowadził ją na złą drogę. Być może ciotka nie chciała narażać się 
kuzynkom ze Świerkowej Kępy. To Billy stał się kozłem ofiarnym  jej nieposkromionego 
gniewu. Powiedziała mu, że okrył hańbą swe imię i kazała zostać na dworze, póki nie obmyśli 
jakiejś kary.

Gdyby nie troska o Billy’ego, dziewczynka czułaby się całkiem szczęśliwa. Tak cudownie 

było znowu być w zgodzie z samą sobą. Oby tylko kara dla Billy’ego okazała się niezbyt 
sroga!   Marigold  mogłaby  wówczas   do  woli  sycić   się  pięknem  tego   wieczoru.   Podziwiać 
złociste   dolinki   u   podnóży   opromienionych   przez   zachodzące   słońce   wzgórz,   ścieżkę 
księżycowego światła na wodach zatoki, po której mógłby sunąć jakiś wymarzony statek, 
rozszeptane topole, kremowo — zielone pólko kwitnącej gryki, sosenki za studnią, podobne 
do wielkich, mruczących kotów, słodkiego kodaka o zadziornej mordce, który miauczał pod 
zydlem do dojenia krów…

— Jak sądzisz, co ona wymyśli? — spytała szeptem. Temat był przy kry, lecz jednocześnie 

interesujący.

background image

— Och, pewnie każe mi przez tydzień chodzić w dziewczyńskim fartuchu — jęknął Billy. 

— Kiedyś już tak mnie urządziła na dwa dni. To była kara za to, że włożyłem starszemu 
Johnny’emu do kieszeni skorupki od orzeszków ziemnych. Na spotkaniu parafialnym. Mówię 
ci — Billy parsknął śmiechem — ale było zabawnie! Wyciągnął chustkę z kieszeni w samym 
środku modlitwy, a skorupki poleciały na wszystkie strony, jedna nawet trafiła pastora w nos.

Marigold wyobraziła sobie tę scenę i również wybuchnęła śmiechem. Billy pomyślał ze 

smutkiem, że we wtorek Marigold odjedzie już do domu. Gdyby tak mogła być przy nim, 
łatwiej byłoby znieś karę, jaką zgotuje ciotka. Co prawda to Marigold wpakowała go w tę 
kabałę, ale nie miał do niej żalu. Była dobrym kumplem.

Księżyc stał już wysoko na niebie. Zdawał się odpoczywać na czubku smukłej topoli na 

wzgórzu, gdy od strony podwórza nadciągnęła ciocia Min. Z jej sztywnej postaci emanował 
gniew obrażonego majestatu. Spojrzała z pogardą na Billy’ego, po czym przemówiła łagodnie 
i ze smutkiem w głosie. Gdy ciocia trzaskała drzwiami, rzucała kąśliwe uwagi albo patrzyła 
ze złością, nikt się tym nie przejmował. Kiedy jednak uśmiechała się tak dziwnie i słodko 
oraz mówiła cichym, beznamiętnym tonem, trzeba było mieć się na baczności. Oznaczało to 
bowiem ciszę przed burzą.

— Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że zachowałeś się bardzo źle? — spytała ciotka.
— Tak… — bąknął Billy.
— Postanowiłam… — ciocia zrobiła znaczącą pauzę.
Billy zamarł. Cóż za piekielną karę wymyśliła ciotka Min? Marigold ujęła swą chłodną 

dłonią rękę chłopca, by dodać mu otuchy.

— Nie  czuję  się na  siłach  dłużej  ponosić  odpowiedzialności  za  ciebie   — oświadczyła 

swoim najłagodniejszym głosem ciotka. — Dlatego też zdecydowałam, że jutro odeślę cię do 
cioci Nory.

background image

R

OZDZIAŁ

 

DWUDZIESTY

 

PIERWSZY

B

 

KOBIETĄ

1

Na Świerkową Kępę padł nowy czar. Babcia uroczyście oznajmiła, że Marigold wolno się 

bawić z Sidneyem Guestem. Rzecz jasna, babcia za nic nie nazwałaby go Budge’em, jak 
robili to wszyscy. Jego matka pochodziła z Randolphów w Charlottetown, więc został uznany 
za stosownego towarzysza zabaw Lesleyówny z Harmony. Pan Guest kupił farmę Donkina, a 
Budge zamieszkał w najbliższym sąsiedztwie Świerkowej Kępy.

Jak   powiedziała   babcia,   był   chłopcem   miłym   i   dobrze   wychowanym.   Raczej   chudy   i 

kościsty, miał jasne włosy i piękne szare oczy. Jedyną rzeczą, jakiej się babcia obawiała w 
związku z nową znajomością, było to, że dzieci mogą się struć jakimiś roślinami podczas 
swych licznych wędrówek. Nie był to lęk bezpodstawny, bo rzeczywiście mimo napomnień, 
jedli albo próbowali jeść wszystko, co im wpadło w ręce.

Marigold nigdy, nie licząc tych upojnych trzech tygodni z Gwen, nie miała w Świerkowej 

Kępie  kogoś,  z  kim   mogłaby   się  bawić.   Nie  darzyła,   jak  wiadomo,  szczególną  sympatią 
żadnej dziewczynki z Harmony, a chociaż pisała opasłe liściska do Gwen, Pauli i Bernice, 
widywała   je   bardzo   rzadko.   Być   może,   jak  przypuszczała   zmartwiona   mama,   zażyłość   z 
Sylvią sprawiła, że Marigold miała trudności w zawieraniu nowych przyjaźni. Mama zawsze 
broniła   Sylvii   przed   babcią,   która   nie   wszystko   rozumiała.   Jednak   ostatnio   zaczęła   się 
zastanawiać, czy postępowała rozsądnie. Nie wolno przecież dopuścić, by tajemniczy urok 
wyimaginowanej przyjaciółki odebrał Marigold chęć do, tak cennych przecież, kontaktów z 
rówieśnikami. Marigold miała już dwanaście lat. Jej złociste włosy nabrały ciemniejszego 
odcienia  i   nareszcie   nauczyła  się  wymawiać  bezbłędnie   słowo  „interesujący”.   Najwyższy 
więc czas, by wyrosła z tej dziecinady.

Tak   więc   Lorraine   ucieszyła   się,   gdy   na   początku   wakacji   Guestowie   kupili   farmę 

Donkina, a Marigold i Budge od razu przypadli sobie do gustu. Marigold była zdziwiona, że 
potrafi naprawdę polubić jakiegoś chłopca. Nie lubiła żadnego kolegi ze szkoły. Tolerowała 
wprawdzie Billy’ego, lecz szybko puściła w niepamięć tę znajomość. Kuzyna Jacka wprost 
nie znosiła. Co zaś do Hipa, z jego powodu na jakiś czas znienawidziła wszystkich chłopców. 
Jednak Budge różnił się od znanych jej do tej pory chłopaków.

Życie Marigold stało się ekscytujące. By zdobyć uznanie Budge’a, robiła rzeczy, o których 

wcześniej by jej się nie śniło. Raz, gdy poszli nad potok łowić pstrągi, wykazała się wielką 
klasą: w ogóle nie brzydziła się robaków. Budge uznał w głębi duszy, że Marigold prawie 
dorównuje   chłopakom,   ale   nie   powiedział   jej   tego.   Brodzili   w   wodzie   pod   mostem, 
wdrapywali   się   na   sam   szczyt   wielkiej   stodoły   Guestów.   Bawili   się   w   piratów   na   starej 
zielonej łodzi pod nazwą „Daisy Dean”, porzuconej na wybrzeżu. W burtę wetknęli czarną 
flagę,   uszytą   ze   starej   jedwabnej   spódnicy   Salome,   z   malowaną   białą   czaszką   i 
skrzyżowanymi piszczelami. W owej łodzi odbywali zadziwiające wyprawy w poszukiwaniu 
złota, sławy i przygód. Mieli swoje hasło i tajemny sygnał. Z kamieni zbudowali palenisko, 
na którym piekli małże i ziemniaki.

Dzięki Budge’owi Marigold mogła poznać wszystkie piękne miejsca nad zatoką, gdzie 

nigdy nie odważyłaby się wybrać samotnie. Dotarli nawet na ów schowany w szarej mgle 
kraniec   świata   zwany   ujściem   zatoki.   Tam   odkryli   srebrzystoliliowe   wydmy   porośnięte 
zrudziałymi od soli trawami, wśród których szemrał wiatr. Nikomu nie powiedzieli o swoim 
odkryciu. Tak samo jak o tym, że zaskoczył ich przypływ i musieli wdrapać się na stromy 
brzeg, po czym wracać do domu przez podmokłe łąki. To był ich sekret; sekret podszyty 

background image

poczuciem   winy   i   triumfu.   Mieli   jeszcze   inny   —   kiedyś   o   zmierzchu   ułożyli   z   drewna 
wyrzuconego   przez   morze   ogromny   stos   i   rozpalili   ognisko.   Oboje   wiedzieli,   że   dorośli 
zabraniają   palić   ogień,   ale   zakaz   ten   wcale   nie   popsuł   im   zabawy.   Wręcz   przeciwnie. 
Zakazana,   potajemna   zabawa   zawsze   ma   niepowtarzalny   urok.   Nieraz   całymi   dniami 
przebywali na bagnach pełnych  żab, gdzie miał swe leże pewien szacowny smok i gdzie 
grasowały niedźwiedzie grizzly.

Marigold panicznie bała się żab, lecz nie zdradziła się z tym przed Budge’em. Raz nawet, 

by wzbudzić podziw przyjaciela, odważyła się nieść na patyku martwego węża. Nauczyła się 
mówić „psiakość”, ale nigdy nie mogła zmusić się do powiedzenia „psiakrew”, choć to było 
przecież prawie to samo. Czuła, że Budge nie lubi dziewcząt, które mówią „psiakrew”.

Nie mogła też nauczyć się gwizdać na źdźble trawy, ale potrafiła coś, czego nie umiał 

Budge. Robiła śliczne torebeczki z grubych liści. Budge’owi nigdy nie udała się ta sztuka, w 
ostatniej   chwili   zawsze   za   mocno   przyciskał   liść   kciukiem.   Tak   więc   została   zachowana 
równowaga i wzajemny szacunek. Gdy Budge oparł się o gorące drzwiczki pieca, a miał na 
sobie   dziurawe   portki,   Marigold   nie   pytała   go   potem,   jak   goją   się   jego   oparzenia.   Kto 
pielęgnuje przyjaźń, musi postępować z taktem.

Budge lubił kodaka Marigold, Popsa., zaś Marigold kochała jego psa, Dixa. Nie potrafiła 

jednak dzielić się z nikim Sylvią. Nawet z Budge’em. Chłopak domyślał się, że Marigold ma 
jakiś sekret związany ze świerkowym zagajnikiem na wzgórzu, i czasami próbował nakłonić 
ją do mówienia. Jednak ona nie chciała mu nic powiedzieć. Jeszcze nie teraz. Nie powiedziała 
o Sylvii żadnej ze swych koleżanek, nawet Bernice, mimo iż wielokrotnie ją kusiło. Sylvia 
należała   tylko   do   niej.   Chociaż   —   Marigold   przyznawała   to   przed   sobą   ze   smutnym 
westchnieniem — Sylvia nie była już taka jak niegdyś. Nie była tak żywa, taka rzeczywista. 
Zmiana ta zaszła niepostrzeżenie, a Marigold nie zdawała sobie sprawy,  że czarodziejską 
przyjaźń   z   dawnych   lat   przyćmiła   znajomość   z   Budge’em.   Marigold   była   jednak   nadal 
przywiązana do Sylvii. Wzięła sobie do serca to, co pewnego wieczora w ogrodzie usłyszała z 
ust cioci Marigold:

— Trwaj przy swoich marzeniach tak długo, jak potrafisz. Bo marzenia są nieśmiertelne. 

Czas nie może ich zniweczyć ani odebrać im świeżości. Możesz zmęczyć się rzeczywistością, 
ale nigdy marzeniami.

— To   chyba   bolesne,   gdy   człowiek   otrząsa   się   z   marzeń   —   powiedziała   nieśmiało 

Marigold. — Kiedy wracam tu przez Zieloną Bramę, zawsze przeraża mnie myśl, że tak 
naprawdę nie ma żadnej Sylvii, że jest moim wymysłem.

— Radość  marzyciela   opłaca   jego  ból   —  rzekła   ciocia.  Wiedziała,  że   skoro  Marigold 

zaczęła nazywać Sylvię marzeniem, dziewczynka jest już o krok od smutnego przebudzenia.

Wciąż   jednak   prawie   codziennie   Marigold   wymykała   się   przez   Czarodziejskie   Wrota, 

przechodziła przez Zieloną Bramę i wzywała Sylvię. A Sylvia zawsze się zjawiała. Lecz nie 
była już taka jak niegdyś.

Marigold powiedziałaby Budge’owi o wymyślonej przyjaciółce, ale nie była pewna, jak on 

to przyjmie. Miał w swej naturze coś, co pozwalało jej sądzić, że rozumiałby Sylvię. Od czasu 
do czasu mogła się o tym  przekonać. Gdy czuli się znużeni wędrówkami i zabawami  w 
piratów, siadywali na nabrzeżu i patrzyli na żagle statków rozpływających się w ciemnościach 
niczym   widma.   W   takich   chwilach   Budge   recytował   nieśmiało   swoje   dziwne   wiersze. 
Marigold uważała, że są piękne. Budge znał również ten cudowny dreszcz, który przebiega po 
plecach, gdy otwiera się nową książkę. Poza tym wspaniale opowiadał. Marigold wolała jego 
ociekające krwią chłopięce historie od swoich pastelowych dziewczęcych fantazji. Choćby 
opowieść o wilczej skórze, która spoczywała na podłodze w saloniku Guestów, a w nocy szła 
polować, łypiąc czerwonymi ślepiami. Kiedy Marigold pierwszy raz usłyszała tę historię, była 
tak rozkosznie podekscytowana, że nie mogła zasnąć. Wydawało jej się, że potwór przeciął 
drogę i węszy po ogrodzie, włazi po schodach… Z wrażenia aż wrzasnęła na całe gardło i 

background image

uspokoiła się dopiero w ramionach mamy.

2

Lecz potem… Austinowie kupili dom Burnaby’ego i zamieszkali w nim. Tad Austin był w 

wieku Budge’a. I Marigold została porzucona. Rzec by można: „historia stara jak świat”.

Rodzice Tada, z jakichś niejasnych przyczyn, uznali za stosowne ochrzcić go imieniem 

Romney,   lecz   nazywali   go   zawsze   Tad.   Tad   wyglądał   całkiem   sympatycznie,   miał 
pucołowatą, miłą twarz o śniadej cerze. Jednak Marigold, która ze zrozumiałych względów 
nie potrafiła dopatrzeć się w nim niczego atrakcyjnego, uważała, że jego okrągłe, wyłupiaste 
oczy przypominają wielkie śliwki rosnące na drzewie przy spichrzu.

Świat wydał jej się nagle pusty i zimny. Zawsze zwierzała się ze swych trosk mamie. Ale o 

tym, co czuła w tej chwili, nie potrafiła z nikim rozmawiać. Nawet z mamą. A już na pewno z 
babcią.   Gdy   strapiona   Marigold   przysiadła   o   zmierzchu   na   schodkach,   babcia   rzuciła   z 
humorem:

— „Zamiast wzdychać — poślij po niego. A jak się nie zjawi — poszukaj innego!”
Posłać, też coś! Marigold wolałaby umrzeć, niż choćby kiwnąć palcem w celu odzyskania 

Budge’a. Pal go licho! Wyobrażała sobie, jaka będzie wyniosła, dumna i nieubłagana, gdy 
Budge powróci, i myśl ta dawała jej wiele satysfakcji. Tak przynajmniej dziewczynka czuła w 
tej chwili.

„Może gdy umrę, wtedy będzie mu przykro — pomyślała posępnie. — E tam, pokażę 

Budge’owi,   pokażę   wszystkim,   że   mam   go   w   nosie”.   —   Podśpiewując   jak   skowronek, 
podniosła się lekko z ziemi i poszła do kuchni. Wpadła na pomysł, by zrobić cukierki.

Kiedy jednak były gotowe, nie miała kogo nimi poczęstować. Prawie wszystkie oddała 

Lazarre’owi, by zaniósł swoim dzieciakom.

Przez  kolejnych   parę  tygodni  Marigold  czuła   się,  jakby  żyła   na  przerażającej   pustyni. 

Zdawało jej się, że Budge i Tad umyślnie afiszują się przed nią swoją przyjaźnią.

Tymczasem prawda była taka, że wcale o Marigold nie myśleli. Pewnego dnia urządzili 

nawet przedstawienie, które za centa mogli oglądać wszyscy chłopcy z Harmony,  ale nie 
dziewczynki. Co za podłość!

Budge i Tad wciąż trzymali się razem. Łowili ryby w strumieniu. Tropili zakopane przez 

piratów   złoto.   Odbywali   spotkania   przemytników   w   jaskini   na   wybrzeżu,   którą   odkryła 
Marigold. Gdy wybrali się na poszukiwanie kociaków w stodole Guestów, Marigold poczuła, 
że już dłużej tego nie wytrzyma. Tak bardzo cieszyła się kiedyś, że gdy kocięta przyjdą na 
świat, odnajdzie je razem z Budge’em. To złamało jej dumę. Jakże bardzo pragnęła szukać z 
przyjacielem kociąt w mrocznej, pachnącej sianem stodole!

Nie mogła już dłużej udawać. Postanowiła odzyskać Budge’a. Bez niego życie stawało się 

nie do zniesienia. Ale jak to zrobić? Wiedziała tylko, że nie może starać się o niego zbyt 
otwarcie, tak podpowiadał jej instynkt. Pamiętała też słowa Starej Babci.

— Jeśli będziesz gonić za mężczyzną, to ci ucieknie. Każdy ucieka, gdy jest ścigany. To 

tkwi w naszej naturze.

Tak więc Marigold postanowiła nie biegać za Budge’em. Lecz jak w takim razie miała go 

odzyskać?

„A może powinnam się modlić?” — zastanawiała się. Szybko zdecydowała jednak, że 

nawet nie będzie próbować.

— Nie chcę, by wrócił do mnie za sprawą Boga. Chcę, by zrobił to z własnej woli — 

stwierdziła.

W nagłym przypływie natchnienia pomyślała o Sylvii. Powie mu o niej. Przecież zawsze 

tego chciał. To może go skłonić do powrotu.

background image

Właśnie  tego popołudnia szczęśliwym  trafem  Salome  wysłała  Marigold do Guestów  z 

jakimś   poleceniem.   Budge   siedział   na   schodkach   i   wkładał   robaki   do   cynowej   puszki. 
Wprawdzie   na   powitanie   posłał   Marigold   wesoły   uśmiech,   lecz   patrzył   na   nią   jakby 
niewidzącymi oczyma. Nigdy nie przeszło mu przez myśl, że obszedł się z Marigold podle. 
Po prostu na jakiś czas przestała się dla niego liczyć.

— Mam ci coś do powiedzenia — wyszeptała dziewczynka.
— Tak, a co? — spytał Budge obojętnym tonem.
Marigold przysiadła się do niego i opowiedziała mu wszystko o Sylvii. O Czarodziejskich 

Wrotach i Zielonej Bramie. Krainie Motyli i Zaklęciu. Gdy tak opowiadała, miała dziwnie 
nieprzyjemne   wrażenie,   że   dopuszcza   się   zdrady.   Czuła,   że   wyzbywa   się   czegoś   bardzo 
cennego.

No i doczekała się nagrody!
— To jakieś straszliwe brednie — stwierdził Budge.
Marigold wstała i odeszła bez słowa. Już n i g d y  nie odezwie się do Budge’a Guesta! Nie 

chce mieć nic wspólnego z żadnym chłopakiem. Wszyscy są ulepieni z jednej gliny. Wróci do 
Sylvii   —   kochanej,   zaniedbywanej   Sylvii.   Wróci   natychmiast!   Przeszła   więc   przez 
Czarodziejskie   Wrota,   pokonała   porośnięte   paprociami   zbocze   i   Zieloną   Bramę. 
Wypowiedziała Zaklęcie…

Sylvia nie przyszła!
Marigold bezradnie rozglądała się wokół. Ze wzruszenia drżały usta. Nie było Sylvii. Już 

nigdy się nie zjawi. Dziewczynka czuła, straciła ją na zawsze. Czy dlatego, że opowiedziała o 
niej Budge’owi. Czy też dlatego, że Marigold stała się nagle zbyt dorosła i zbyt mądra, by 
wierzyć w Krainę Czarów? Czy „bramy z kości słoniowej i złota, o których czasem śpiewała 
mama, zawarły się za nią na wieki? Marigold osunęła się w paprocie i płakała gorzkimi łzami. 
Być może były to najbardziej gorzkie łzy, jakie wylała w całym swoim życiu. Jej piękne 
marzenia obróciły się wniwecz. Któż z nas tego nie przeżył?

3

A następnego dnia przyszedł do niej Budge. Był oburzony i chciał się przed kimś wyżalić. 

Tym   kimś   okazała   się   wzgardzona   i   pełna   wzgardy   Marigold,   która   jeszcze   tej   nocy 
poprzysięgła sobie, że jeśli Budge Guest kiedykolwiek się do piej odezwie, popamięta ją na 
całe życie.

Budge i Tad „pożarli się” ze sobą, bo pożarły się ich psy.
— Mój   pies   wygrał   —   powiedział   łamiącym   się   głosem   Budge.   —   I   wtedy   Tad   się 

wściekł. Nazwał Dixa parszywym kundlem.

— To z zazdrości — szepnęła Marigold. — On ma paskudny charakter. Mówiła mi to 

pewna dziewczyna, która zna go od dawna.

— Wyzwałem go na pojedynek, ale on powiedział, że jestem baba i ani mu się śni ze mną 

walczyć.

— Nie chciał, bo wiedział, że oberwie jeszcze gorzej niż ten jego pies — rzuciła z pogardą 

Marigold. Ale pogardę czuła już tylko do Tada.

— Nie chciał się bić, jednak wciąż mnie obrażał. Powiedział, że noszę s z ł a f m y c ę ! No, 

jak byłem mały, to nosiłem, ale…

— Wszystkie dzieci noszą szlafmyce — wtrąciła szybko Marigold
— Powiedział też, że jestem tchórzem i że bałbym się pójść w nocy na cmentarz.
— No   to   obejdźmy   cały   cmentarz   dziś   w   nocy   i   niech   zobaczy!   —   poddała   ochoczo 

Marigold.

— Nie, może innym razem — zaprotestował szybko Budge. — Przemokłabyś. Jest rosa.

background image

Marigold nie posiadała się ze szczęścia. Budge troszczył się o nią! Przynajmniej tak jej się 

zdawało.

— Powiedział jeszcze, że jego dziadek ma bokobrody, a mój nie. Czy dziadek p o w i n i e n 

mieć bokobrody?

— O wiele bardziej  a r y s t o k r a t y c z n i e   jest ich nie  mieć  — stwierdziła  stanowczo 

Marigold.

— Gadał jeszcze, że nie mam tatuażu i nie wytrzymałbym bólu przy tatuowaniu. Zawsze 

się obnosi z tym swoim wężem, którego wujek marynarz zafundował mu na ramieniu.

— No i co z tego, że ma tatuaż? — spytała Marigold. Przypomniała sobie, jak wyraziła się 

babcia o tym wężu. — To barbarzyństwo tak się oszpecać. Czemuś mu tego nie powiedział?

— Wciąż mnie przedrzeźniał i śmiał mi się w nos.
— To wstrętne — przyznała Marigold.
— Nazwał mnie diabelskim szczeniakiem.
— Nie   miałabym   nic   przeciwko   temu,   gdyby   ktoś   tak   mnie   nazwał   —   oświadczyła 

Marigold. Diabelskie szczenię — to brzmiało dla niej zawadiacko i romantycznie.

Było jeszcze coś gorszego.
— Powiedział, że zachowuję się „nie–jak–dama”.
Tym stwierdzeniem Budge zabił Marigold ćwieka. Nie mogła przecież zapewniać go, że 

zachowuje się jak dama.

— Trzeba było mu powiedzieć, że ma wyłupiaste gały i żre jak nosorożec — stwierdziła 

tylko chłodno.

Budge przestał wreszcie biadolić. Rozsadzał go gniew i miał straszliwe uczucie, że za 

chwilę wybuchnie płaczem.  Jednak towarzyszyło  temu  cudowne przeświadczenie,  że jeśli 
nawet to zrobi, Marigold go zrozumie i nie okaże pogardy. Cóż za klawa z niej dziewczyna! 
Warta więcej niż milion Tadów Austinów.

Budge zdołał powstrzymać łzy, ale nigdy nie zapomniał, jak bezpiecznie się czuł w tamtej 

chwili w towarzystwie Marigold.

— Nie chcę mieć z Tadem nic wspólnego — oświadczył posępnie. — Słuchaj, dam ci 

jednego szarego kociaka, dobra? Mogę ci jutro przynieść.

— O tak, przynieś! — powiedziała Marigold. — Wiedźma ma tego lata tylko czarne.
Siedzieli   tak   sobie   z   godzinę,   jedli   jabłka   i   było   im   razem   bardzo   dobrze.   Marigold 

zdawało się, że różyczki na krzaku rosnącym  przy schodkach są nutkami piosenki, którą 
wyśpiewuje jej serce. Dawne czary znów zaczęły działać. Marigold zapytała Budge’a, czy 
opowiedział Tadowi o Sylvii.

— Pewnie,   że   nie.   Przecież   to   twój   sekret   —   stwierdził   szlachetnie   Budge.   —   Nie 

zdradziłem mu też naszego hasła ani sygnału. To n a s z  sekret.

Umówili   się,   że   nazajutrz   Budge   przyniesie   kociaka,   a   potem   wybiorą   się   razem   na 

poszukiwanie Świętego Graala w świerkowym zagajniku. I Budge odszedł.

— Nigdy nie zapomnę tego wieczoru — powiedziała Marigold.
Utracona radość znów zawitała do jej życia.

4

Jednak rankiem Marigold poczuła się tak, jakby zeszłego wieczoru wcale nie było. Gdy 

bowiem wyskoczyła ochoczo ze swego niebiesko–białego łóżka, wciągnęła na siebie ubranie i 
wybiegła radośnie na ganek, wprost nie mogła uwierzyć własnym oczom!

Oto Tad i Budge szli sobie drogą w najlepszej zgodzie, niosąc wędki i puszki na robaki, za 

nimi zaś biegły truchcikiem psy. One rówinież zdążyły się już pogodzić.

Marigold   nie   odpowiedziała,   gdy   Budge   pomachał   do   niej   wesoło   wędką   i   zawołał 

background image

„cześć”. Jej serce, przed chwilą przepełnione radością, teraz wydawało się ciężkie jak ołów i 
zimne jak głaz…

Było to bardzo smutne przedpołudnie. Przysłano jej ze sklepu nową jedwabną sukienkę w 

kolorze brzoskwiniowym, ale Marigold nawet na nią nie spojrzała. Porzucone dziewczę ze 
zbolałą duszą nie zważa na błahostki tego świata.

Niech no tylko Budge Guest spróbuje jeszcze raz przyjść do niej po pociechę!
Budge   przyszedł   po   południu,   lecz   wcale   nie   szukał   pociechy.   Trzymał   za   pazuchą 

rozkosznego, pachnącego sianem kociaka w prążki, był uśmiechnięty i zadowolony. Marigold 
przyjęła go chłodno i z wielką rezerwą.

— Co cię ugryzło? — spytał Budge.
— Nic — odparła Marigold.
— Słuchaj no — powiedział z wymówką w głosie Budge — przyszedłem, by szukać z 

tobą Graala. Jeśli nie masz ochoty, powiedz od razu. Tad chce, żebyśmy poszli nad zatokę.

Przez chwilę duma walczyła zajadle w sercu Marigold z pewnym innym uczuciem. I to 

inne uczucie wygrało.

— Oczywiście, że chcę szukać Graala — powiedziała dziewczynka.
Nie znaleźli wprawdzie Graala, lecz natrafili na bardzo cenną babciną filiżankę z różowej 

porcelany, która zaginęła dwa lata temu na jakimś pikniku rodzinnym w świerkowym lasku. 
Filiżanka była nietknięta, bo przeleżała w szczelinie kamiennej grobli. Uradowana babcia dała 
im w nagrodę cały talerzyk hop–smaczków. Za znalezienie Graala na pewno nie dostaliby 
ciasteczek.

5

Wkrótce Budge poszedł do domu. Był umówiony na wieczór z Tadem. Marigold usiadła 

na schodkach werandy. Żółtawe pasmo nieba ponad ciemnymi wzgórzami wyglądało bardzo 
samotnie. Fale dudniące o odległy brzeg też zdawały się samotne. I Marigold była samotna — 
pomimo wesołego popołudnia, które spędziła z Budge’em.

Ciocia Marigold wychodząc zauważyła zatroskaną twarz dziewczynki. Usiadła przy niej 

cicho.   Ciocia   nie   miała   dzieci,   rozumiała   je   jednak   lepiej   niż   niejedna   matka.   Była 
spostrzegawcza i mądra. Bez trudu nakłoniła Marigold do zwierzeń. Nawet jeśli ją rozbawiły, 
nie dała tego po sobie poznać.

— Nie możesz oczekiwać, że będziesz miała Budge’a tylko dla siebie, jak Sylvię. Nasz 

ziemski pałac miłości ma wiele komnat i wielu mieszkańców. Budge będzie zawsze do ciebie 
wracał. Dajesz mu coś, czego Tad nie może mu dać. Będzie po to przychodził, zobaczysz. 
Jednak musisz umieć dzielić się nim z innymi. My, kobiety, zawsze się z kimś dzielimy.

Ciocia podniosła się i odeszła, a Marigold siedziała jeszcze trochę na schodkach, lecz nie 

była już nieszczęśliwa. Na ustach dziewczynki błąkał się marzycielski uśmiech. Kociak od 
Budge’a mruczał na jej kolanach. Otulił ją mrok. Od świerkowego zagajnika nadleciał wiatr 
— rabuś, by porwać wonie kwiatów z ogrodu. Wzdłuż pogrążonej w półmroku ścieżki złociły 
się nagietki. Gwiazdki mrugały pomiędzy gałęziami jodeł; światła portowe po obu stronach 
przystani też przypominały gwiazdy. Właśnie wzeszedł księżyc, który pozostawił na wodzie 
wąską smugę połyskującą niczym jedwabna suknia.

Tak, musi się dzielić Budge’em z innymi. Dawne czary przestały działać. Zniknęły na 

zawsze razem z Sylvią, Ukrytą Krainą i wszystkimi ukochanymi, słodkimi, lecz jakże już 
spłowiałymi marzenia dzieciństwa. A jednak Marigold dostała coś w zamian. Teraz mogła 
sobie pozwolić na okazywanie strachu. Nie musi już polować na w ani łapać żab. Koniec 
udawania, że lubi te ohydne, wijące się stwory. Przestała być rywalką chłopaka. Odnalazła 
siebie.

background image

„Zawsze będę na niego czekała, zawsze będzie mógł do mnie wrócić” — pomyślała.


Document Outline