background image

Kłopoty w Hamdirholm

- Hop, hop! - gromkie wołanie niosło się po górskich turniach. 

- Hop,   hop!   Przybywa   Baugi,   syn   Fridleifa,   syna   Arngrima 

z klanu Hamdir! Baugi wraca do domu! Hop, hop!

Krasnolud odjął dłonie od ust i chwilę wsłuchiwał się w echo. 

Stał u stóp długich, pnących się ku górze schodów znikających 
za załomem skalnym, na którym wznosiła się samotna wieża. 

W końcu   odwrócił   się   do   dygoczącej   z zimna   postaci,   która, 
sądząc po jej wzroście, z pewnością nie należała do jego rasy 

i powiedział:

- Arien, już prawie jesteśmy w bezpiecznym miejscu. Jeszcze 

tylko Tysiąc Stopni... - przerwał, unosząc głowę, wpatrując się 
w błyski na wieży i nasłuchując. - Słyszysz? To Windswal, Ojciec 

Zimy, róg mego pradziadka Dolgthrasira, oby jego broda była 
długa niczym owe schody... Ruszajmy.

Kobieta ciężko podniosła się i wykorzystując włócznię niczym 

kostur, zaczęła się wspinać. Cała była szczelnie okutana w skóry 

i wełniane   derki.   Mimo   to   drżała   z zimna.   Towarzyszący   jej 
krasnolud   wydawał   się   przy   niej   niemal   nagi.   Miał   na   sobie 

jedynie   lnianą   koszulę,   skórzane   spodnie   i buty.   Blond   brodę 
zaplótł   w gruby   warkocz   przyozdobiony   złotymi   i srebrnymi 

pierścieniami, a włosy spiął skórzaną opaską nabijaną złotymi 
guzami.   W ręku   trzymał   bogato   zdobiony   młot,   a na   plecach 

niósł ciężki tobołek. Pomimo przenikliwego wiatru, jaki hulał na 
Tysiącu Stopniach krasnolud zdawał się  nie  odczuwać chłodu. 

Gdyby nie towarzysząca mu kobieta, Baugi biegiem przebyłby 
ostatni   odcinek   drogi   dzielący   go   od   Hamdirholmu, 

krasnoludzkiej siedziby.

Krasnolud   wsparł   kobietę   swym   mocarnym   ramieniem   i już 

o wiele   szybciej   zaczęli   posuwać   się   w górę.   Po   kilkuset 
stopniach schody przechodziły w półkę, by ominąć skalny dziób 

i skierować   się   prosto   ku   obwarowanemu   wejściu.   Podróżni 

zatrzymali   się   przed   masywną   bramą   osadzoną   w skale, 

a strzeżoną przez wieżycę. Kobieta mocniej zacisnęła dłoń na 
ramieniu krasnoluda i wzdrygnęła się. Tym razem nie z zimna.

- Baugi... - cichy szept dobiegł zza wełnianego szala, szczelnie 

opatulającego   jej   twarz.   Krasnolud,   do   tej   pory   radośnie 

spoglądający na samotną wieżę Hamdirholmu, spoważniał:

- Spokojnie, Arien. - Poklepał ją po drżącej dłoni. - Nic ci się 

nie stanie. Pamiętaj, że dla nich jesteś posłem, więc śmiało graj 
tę rolę. Chodźmy.

Ledwie   ponownie   ruszyli,   z nieba   zaczął   sypać   biały   puch. 

Wiatr   się   wzmagał,   a wraz   z nim   gęstniał   padający   śnieg. 

Pobliskie szczyty znikły w śnieżnej zadymce. 

- Dobrze, że zdążyliśmy - stwierdził krasnolud. - Będzie tak 

sypało przez kilka miesięcy. Przysuń się do ściany!

Powoli,   z mozołem,   oboje   podjęli   się   ostrożną   wspinaczkę. 

Z Hamdirholmu co chwilę odzywał się Windswal, którego czysty 
dźwięk   z trudem   przebijał   się   przez   dmący   wicher   zamieci. 

Wiatr   i śnieg   jakby   uparły   się,   by   oderwać   podróżnych   od 
względnie   bezpiecznych   schodów   i cisnąć   w,   zdawałoby   się, 

bezdenną   otchłań.   Wiele   wysiłku   kosztowało   dotarcie   do 
skalnego tarasu z bramą. Kobieta ostatkiem sił dowlokła się do 

masywnych wrót. Baugi załomotał młotem w stalowe odrzwia, 
w których po chwili uchyliła się furta. Podróżni szybko weszli do 

środka,   a wraz   z nimi   wpadł   tuman   śniegu.   Stali   w wielkiej, 
ciepłej   hali   rozświetlonej   ogniem   kilkunastu   węglowych 

palenisk, po której kręciło się wielu krasnoludów i paru ludzi. 
Kilku   niskich   brodaczy   z rykiem   rzuciło   się   na   powitanie 

Baugiego,   który   już   miał   problemy   z uwolnieniem   się   od 
uścisków odźwiernego.

Wyczerpana kobieta oparła się o wrota. Nie starała się nawet 

zrozumieć   chropowatej   krasnoludzkiej   mowy,   chociaż   trochę 

znała ten język. Czuła, że zaraz osunie się na posadzkę.

-   Baugi...   - zamiast   głośnej   prośby   z jej   ust   wydobył   się 

jedynie   szept.   Mimo   to,   jej   towarzysz   podróży   nadzwyczaj 
zwinnie pozbył się ściskających go brodaczy i przypadł do niej.

- Arien...
Kobieta   odwinęła   szal   ukazując   zsiniałe   wąskie   usta 

background image

i zaczerwieniony   zgrabny   nos.   W jej   ciemnych   oczach   pełgały 

płomyki ogni z palenisk.

- Jestem zmęczona... Muszę odpocząć.

-   Tak,   tak...   - powiedział   szybko   Baugi   i zwrócił   się   do 

otaczających go ziomków:

-   To   Arien,   poseł   z Równin.   Jest   wyczerpana   podróżą 

i potrzebuje   jakiegoś   ciepłego   kąta,   zanim   rozmówię   się 

z Dolgthrasirem.

Dopiero   teraz   krasnoludy   powitały   posła   i poprowadziły   do 

jednego z palenisk, gdzie z szacunkiem usadzono ją na skórach 
górskich kozic.

- Słuchaj - zaczął Baugi. - Muszę pogadać z pradziadkiem. On 

tu rządzi. W tym czasie staraj się nie zwracać na siebie uwa...

- Cooo???!!! - przerwał mu krzyk z drugiego końca hali, gdzie 

jeden z ludzi, gestykulując, rozmawiał z potężnie zbudowanym 

krasnoludem.   - Mam   tu   siedzieć   całą   zimę?!   Ani   mi   się   śni! 
Zrozum, Agnarze, jestem kupcem! Muszę dostarczyć towar na 

Równiny jeszcze zanim zacznie się zima!

- Zima już się zaczęła, nie trzeba było zapijać się na umór 

naszym spirytusem, tylko do drogi sposobić, kiedy czas był ku 
temu   - warknął   Agnar.   - Gdyby   nie   umowa   Hamdirholmu 

z królem Równin, miałbym w rzyci to, czy nie sczeźniesz zaraz 
za wrotami kopalni. Jednak jeśli coś się tobie stanie na naszym 

terenie   będziemy   musieli   zapłacić   wysoką   grzywnę.   W złocie. 
Rozumiesz, człecze! W złocie! A to się nam nie kalkuluje.

-   Mam   tu   siedzieć   bezczynnie,   gdy   na   Równinach   kwitnie 

handel!?   - płaczliwym   tonem   spytał   kupiec.   -   Nie   masz 

sumienia, Agnarze, a przecież też jesteś kupcem!

Krasnolud wzruszył ramionami:

-   Mówiłem   ci.   Chodzi   o złoto.   W interesach   nie   liczy   się 

sumienie,   tylko   złoto.   Koniec   gadania!   - I   odszedł   w stronę 

jedynego tunelu prowadzącego w głąb kopalni.

-   Agnarze!   - zawołał   za   nim   kupiec.   - Przecież   ja   tu   się 

zanudzę!

-   Znajdź   sobie   jakąś   dziewkę,   żeby   grzała   ci   łoże   w długie 

zimowe wieczory! - nie odwracając się, krzyknął krasnolud.

- Zostań tu i o nic się nie martw. Nie zdejmuj na razie tych 

szmat   - szeptał   Baugi   do   Arien.   - Postaram   się   wrócić   tak 

szybko, jak tylko się da. Pamiętaj, cokolwiek by się działo jesteś 
posłem.   Jesteś   nietykalna   - krasnolud   pogładził   sękatymi 

i szorstkimi   palcami   blady   policzek   Arien.   Uśmiechnęła   się. 
Baugi też wyszczerzył zęby i popędził za Agnarem.

Arien szczelniej opatuliła się skórami i wpatrzyła się w płonące 

węgle.

- Człowiek? - usłyszała nagle.
Podniosła   głowę   i ujrzała   kupca,   tego   samego,   który   przed 

chwilą kłócił się z Agnarem.

Mężczyzna uśmiechnął się i podrapał po podbródku.

- Hmm... I to kobieta. Pozwoli pani, że się dosiądę. - Usiadł 

tuż koło niej. - Nazywam się Bregor i jestem kupcem z Równin.

Arien nie odezwała się.
-   Nie   jest   pani   zbyt   rozmowna   - ciągnął   dalej   kupiec. 

- Chętnie   bym   pogwarzył   z kimś   mego   wzrostu,   a nie   z tym 
gburowatymi   pniaczkami.   - Roześmiał   się   głośno   i próbował 

objąć Arien. Odsunęła się.

- No, no, no... Po co od razu te fochy! - obruszył się Bregor. 

- Przed   nami   cała   zima   wśród   tych   pokurczów.   Warto   byłoby 
poznać się bliżej. - I lubieżnym gestem sięgnął do jej uda. Arien 

stanowczo odsunęła jego dłoń.

-   Gołąbeczko,   nie   opieraj   się.   - Bregor,   z obleśnym 

uśmiechem, objął Arien za szyję, przyciągnął do siebie i wsunął 
rękę   pod   skóry,   próbując   bezceremonialnie   ją   obmacywać. 

Bezskutecznie   starała   się   go   odepchnąć.   - Drżysz,   maleńka. 
Ogrzeję   cię   tak,   jak   tylko   potrafi   to   mężczyzna.   - Kupiec 

zacisnął dłoń na jej piersi.

Kobieta chciała uderzyć go w twarz, lecz zgrabnie przechwycił 

jej dłoń. Zaczęli się szarpać. Kupiec zerwał szal z głowy Arien 
i zamarł w pół ruchu. Potargane  długie, płowe  włosy nie były 

w stanie ukryć spiczastych uszu.

Bregor zerwał się, krzycząc piskliwie:

- Elf! Elf!
Arien   drżącymi   rękoma   próbowała   ukryć   swe   uszy   pod 

szalem. Na próżno. Wnet otoczyły ją krasnoludy. Słyszała tylko 
ich   głuche   powarkiwania   i wściekłe   sapanie.   Jeden   z nich 

background image

zamierzył się na nią trzonkiem topora i syknął:

- Elfia sucz!
Arien straciła przytomność.

 
***

 
Baugi   dogonił   swego   stryja   Agnara   i razem   udali   się   do 

kopalnianych   komnat   niedostępnych   dla   nikogo   spoza   klanu. 
Agnar oględnie wypytywał młodszego krewniaka o jego  pobyt 

na   Równinach   i przygody   które   go   spotkały.   Taktownie   nie 
poruszali tematu skarbów, jakie mógł przywieźć ze sobą Baugi. 

Wielowiekowa   praktyka   nakazywała   nie   interesować   stanem 
skarbca   innych   krasnoludów,   gdyż   nierzadko   powodowało   to 

zatargi,   kończące   się   wojnami   klanowymi.   Jedyne   co   Agnar 
wywnioskował   z wypowiedzi   Baugiego   to   fakt,   że   młody 

krasnolud przybył do kopalni z nie lada trofeum. Agnar, który 
obejrzał sakwy Baugiego i wydały mu się raczej mikre, począł 

zastanawiać   się,   co   mogą   kryć,   skoro   ten   tak   czule   mówi 
o swojej zdobyczy. Wielki klejnot? Ogromny samorodek złota? 

Piękna broń, a może wspaniale inkrustowany szyszak? Myśli te 
nie   dawały   mu   spokoju.   Zamilkł   więc,   nie   mogąc   otwarcie 

spytać o to bratanka. Przygryzł tyko wąsa i dalej posuwali się 
już bez słowa.

W końcu dotarli do Przedsionka, sali równie ogromnej, co hala 

przy   wejściowej   Bramie.   Baugi   z rozognionym   wzrokiem 

przyglądał się krzątającym się po niej krasnoludom. Ustawiano 
stoły,   znoszono   smażone   grzyby,   pieczone   tusze   szczurnic 

i mięso   górskich   kozic.   W misach   stały   potrawy   z glonów, 
mchów i alg, w antałkach ciemne i mocne piwa, a w omszałych 

flaszach   mocniejsze   trunki.   Słychać   było   gwar   i skrzekliwe 
połajania   niewiast.   Wyraźnie   trwały   przygotowania   do   jakiejś 

biesiady.

-   Baugi,   ty   leniu!   Bierz   się   do   roboty!   Trzeba   przytoczyć 

jeszcze trzy beczki dziadkowego piwa! A tak w ogóle, to gdzieś 
ty się szlajał?

Krasnolud odwrócił się w stronę, skąd dobiegał zrzędliwy głos. 

Stały   tam   trzy   krasnoludzkie   kobiety,   każda   w przepięknie 

zdobionej chuście na głowie.

-   Matki!   - krzyknął   z radością   i rzucił   się   witać   swoją 

rodzicielkę, babkę i prababkę. Kobiety nie kryły łez wzruszenia, 

oglądając go ze wszystkich stron i upewniając się, że wrócił cały 
i zdrów. W końcu nacieszyli się sobą i Baugi spytał, wskazując 

na kręcących się wokoło mieszkańców Hamdirholm:

- A z jakiej to okazji?

- Powraca wielki krasnolud - odpowiedziała babcia Hwedna.
- Kto?

-   Ty,   mój   syneczku   - z   matczyną   czułością   powiedziała 

Sygrun.

- Ja?
-   No,   no.   Dosyć   tego   pitolenia   - burkliwie   odezwała   się 

Prababcia   Yrsa.   - Jeszcze   jest   dużo   do   roboty.   Weź   Agnara 
i idźcie do piwniczki dziadka po beczki.

Stryj skulił się i skrzywił z niechęcią.
-   Coś   nie   tak,   Agnarze?   - Prababcia   wzięła   się   pod   boki 

i surowo   spojrzała   na   rosłego   krasnoluda.   - Wiem,   że   łatwiej 
i przyjemniej jest żłopać piwsko, niż je targać, ale ktoś to musi 

zrobić.

-   To   znaczy...   - Agnar   szukał   wyjścia   z zaistniałej   sytuacji. 

- To znaczy... A już nic! - uciął ze złością.

-   Zaraz   zabieramy   się   do   roboty,   prababciu,   tylko   najpierw 

muszę zobaczyć się z Dolgthrasirem - powiedział Baugi. - Gdzie 
go mogę spotkać? Przyprowadziłem posła z Równin i dobrze by 

było, żeby Pradziadek od razu się z nim zobaczył.

-   Jest   w Zielonym   Korytarzu   - pośpieszyła   z wyjaśnieniami 

babcia Hwedna.

-   Zielony   Korytarz?   To   chyba   jakaś   nowa   część   kopalni? 

- Baugi zmarszczył brwi.

Agnar ożywił się, widząc szansę uniknięcia ciągania beczek.

- Ja wiem, gdzie to jest! - wrzasnął tak głośno i ochoczo, że 

przestraszył Matki. - Chodź, zaprowadzę cię .- I z tryumfalnym 

uśmiechem pociągnął Baugiego za rękaw.

Prababcia Yrsa pokiwała głową:

-   Ktoś   będzie   musiał   odstawić   beczki   do   piwnic   po   uczcie. 

Chyba nawet wiem, kto - powiedziała, wyraźnie kierując swe 

background image

słowa do Agnara.

Agnar zmarkotniał, a Baugi parsknął śmiechem i nie czekając, 

aż Prababcia wymyśli jakąś nową pracę, ruszyli w dół, do trzewi 

kopalni.

Pochyłą sztolnią zeszli poziom niżej, na którym były siedziby 

poszczególnych rodzin. Z trudem się przebili, gdyż każdy chciał 
chociaż   uścisnąć   dłoń   Baugiego.   Zeszli   jeszcze   głębiej,   gdzie 

znajdowały się przeróżne warsztaty - od kuźni począwszy, a na 
złotniczych   zakładach   kończąc.   Poniżej   poziomu   warsztatów 

wybudowano w litej skale magazyny i skarbce zamożniejszych 
rodzin,  które  posiadały   tyle  kosztowności,  że  nie   mieściły  się 

one   w izbach   mieszkalnych.   Przed   każdym   takim   skarbcem 
stało   dwóch   strażników   i spod   krzaczastych   brwi   uważnie 

przyglądało   się   krążącemu   tłumowi.   A brodatych   postaci   było 
tutaj   bez   liku.   Wszędzie   toczono   beczki,   targano   spyżę,   a ze 

skarbców   wydobywano   co   piękniejsze   puchary,   kufle,   złote 
misy,   cudne   szaty   i piękne   ozdoby.   Korytarz   wypełniał   gwar 

rozmów,   śmiechy,   okrzyki   bólu   i przekleństwa,   gdy   któraś 
z beczek zahaczyła o czyjąś stopę. Tu powitaniom też nie było 

końca.   Po   jakimś   czasie   Baugiemu   i Agnarowi   udało   się 
przedrzeć   do   windy,   którą   zjechali   na   najniższe   poziomy,   do 

właściwej kopalni. Na samym dole, gdzie winda kończyła swój 
bieg, oba krasnoludy wzięły po pochodni i Agnar poprowadził do 

Zielonego Korytarza. Po kilkuset metrach zakrętów i mrocznych 
korytarzy   dotarli   do   grupki   umorusanych   i półnagich 

krasnoludów   z kilofami   i oskardami   w dłoniach.   Każdy   z nich 
miał   na   głowie   stalowy   hełm   ze   świeczką.   Wszyscy   patrzyli 

w skupieniu,   jak   stary   siwobrody   krasnolud   powoli   pracował 
dłutem   i młotem.   Agnar   i Baugi   dołączyli   do   grupki   i z 

nabożeństwem   obserwowali,   jak   Pradziadek   Dolgthrasir 
wydzierał skarby pramatce ziemi.

Dolgthrasir,   z twarzą   i brodą   pochlapaną   woskiem   kapiącym 

ze świecy, mamrotał do siebie:

-   Wiem,   że   tam   jesteś...   Czekasz   na   mnie...   Uwięziony 

w skale   od   tysięcy   lat...   Ja   cię   uwolnię...   Okiełznam   cię 
wiertłem,   dłutkiem   i pilnikiem...   Nadam   ci   kształt,   byś   lśnił 

i budził podziw... Byś był piękny...

Stary   krasnolud   przestał   mówić,   odłożył   narzędzia   i włożył 

rękę do niezbyt głębokiej wnęki.

-   Czuję   cię...   - zaczął   znowu.   - Dotykam...   Czuję   jak   bije 

twoje   dzikie   serce,   ale   ja   cię   okiełznam...   - Wyciągnął   dłoń 

z mrocznej czeluści i zawyrokował: 

- Jest tutaj. Bardzo duży diament. Ostrożnie poszerzcie otwór 

i wydobądźcie go. Ja muszę przywitać się z prawnukiem.

Dolgthrasir  uściskał  Baugiego,  obejrzał  go  od  stóp  do   głów 

i zaczął   wypytywać   o zdrowie,   przygody   i podróże.   Potem 
opowiedział   o sytuacji   w kopalni   i ostatnim   starciu   z klanem 

Sorli.

- Pradziadku - zaczął w końcu Baugi poważnym tonem. - Jest 

ktoś, kogo przyprowadziłem ze sobą. Jest to dla mnie bardzo 
ważna osoba...

- Dolgthrasir! Dolgthrasir! - ktoś nawoływał w korytarzach.
- Tutaj!

Do   korytarza   wpadł   zdyszany   krasnolud   i wyrzucił   z siebie 

jednym tchem:

- W hali przy Bramie schwytaliśmy elficę! To Baugi ją do nas 

wprowadził!

Baugi jęknął, a Dolgthrasir uważnie spojrzał na prawnuka:
- Mam nadzieję, że wszystko mi wyjaśnisz.

 
***

 
Związana   Arien   leżała   przy   jednym   z palenisk.   Otaczało   ją 

kilkanaście krasnoludów, które radziły co z nią zrobić. O dziwo, 
najwięcej do powiedzenia miał człowiek, Bregor.

- U nas, na Równinach - mówił z nienawiścią w głosie. - Takie 

dziwolągi   jak   ona   skazujemy   na   śmierć   głodową.   O ile   ktoś 

wcześniej nie zatłucze elfa kijem.

- Elfy to bitna rasa - zauważył jeden z krasnoludów. - Wątpię, 

by dały się bezkarnie zatłuc zwykłym kijem...

- Dlatego związujemy je i dajemy do zabawy dzieciom. My, 

ludzie, nie mamy czasu zajmować się zwyrodnialcami. A jak wy 
załatwiacie takie sprawy?

background image

- Zrzucamy w przepaść pod Bramą. Teraz wystarczy wyrzucić 

ją w szalejącą zamieć.

-   To   na   co   czekamy?   - Bregor   wyszczerzył   zęby 

w złowróżbnym uśmiechu. - Za Bramę ją!

-   Za   Bramę!   - podchwyciły   krasnoludy.   Kilku   podeszło   do 

elficy, lecz ta, usłyszawszy jakie mają wobec niej plany, zaczęła 
wierzgać i przeraźliwie wzywać Baugiego.

-   Stójcie!   - odezwał   się   jeden   ze   starszych   krasnoludów, 

Skekkel. - Według słów Baugiego to poseł. Poczekajmy lepiej na 

Dolgthrasira, niech on zadecyduje, co z nią zrobimy.

Część krasnoludów przyznała mu rację.

- To  elf! - wrzasnął Bregor  z szaleństwem  w oczach  i zaczął 

okładać   Arien   drzewcem   jej   własnej   włóczni.   Krasnoludy   nie 

pozostały bezczynne i przyłączyły się do kupca. Elfica kuliła się 
pod ciosami, które zdawały się padać zewsząd.

- Baugi... - szeptała opuchniętymi i pokrwawionymi wargami. 

- Baugi!

Nagle uderzenia ustały, a Arien usłyszała głos Baugiego:
- Co robicie?! Przecież to poseł!

- To elf! - wrzasnął Bregor. Krasnoludy podchwyciły:
- To elf! Zabić!

Gorące łzy pociekły po jej posiniaczonym policzku.
-   Najpierw   musicie   zabić   mnie!   - krzyknął   Baugi,   mocniej 

ściskając   stylisko   młota.   Gwar   ucichł.   - Odpowiadam   za   nią 
honorem!   A gdzie   wasz   honor,   ziomkowie!   Przyprowadzam 

posła, a wy chcecie zatłuc go kijami, jak zwykłą szczurnicę!?

- To nie poseł - powiedział spokojnie Dolgthrasir.

- Właśnie! - podchwycił Bregor. - To elf! Usiec zwyrodnialca!
Dolgthrasir   powoli  podszedł  do  kupca.   Zachlapana   woskiem 

twarz i broda krasnoluda wyglądała niczym maska demona.

-   Milcz,   człecze!   - parsknął   stary   krasnolud,   opluwając 

strzępkami   śliny   twarz   Bregora.   Kupiec,   chociaż   wyższy   od 
Dolgthrasira   cofnął   się   nieznacznie.   - Czy   pochodzisz   z rodu 

Hamdira, że rządzisz jego klanem? Ba, czy jesteś krasnoludem, 
że   śmiesz   decydować   o przyszłości   tego   gościa   w naszej 

kopalni? Jak śmiesz porywać się na kogoś z naszego klanu?

- Nie mam nic przeciwko Baugiemu... - tłumaczył się Bregor.

-   Nie   o Baugiego   tu   chodzi.   Podniosłeś   rękę   na   jego   żonę, 

a więc i na nas!

- Przecież to elfica... - cicho powiedział zbity z tropu Bregor.

-   Ta   elfica   to   żona   Baugiego!   - wykrzyczał   mu   w twarz 

Dolgthrasir. Krasnoludy spojrzały na siebie i zaraz podniósł się 
gwar zdziwionych głosów.

-   Zmilczcie,   bracia!   - Dolgthrasir   odwrócił   się   do   swoich 

ziomków. - Przyjdzie czas na wyjaśnienia! Powiedzcie mi tylko, 

czemu   posłuchaliście   człowieka,   a nie   Skekkela,   krasnoluda 
o najdłuższej brodzie i mądrości dorównującej mojej? Zaślepiła 

was nienawiść?

- Prawo ustanowione przez Hamdira mówi, że żaden elf nie 

ma prawa przekroczyć progu kopalni - hardo odezwał się Lofar, 
który zawsze starał się podkopać pozycję Dolgthrasira, marząc 

o przywództwie nad klanem.

Dolgthrasir podszedł do Lofara.

- Nie do końca, Lofarze, nie do końca. Prawo mówi, że nikt, ni 

człowiek,   ni   elf,   ni   krasnolud   z innego   klanu,   nie   ma   prawa 

przestąpić   progu   Przedsionka.   Elfica   zaś   posłusznie   czekała 
tutaj, w miejscu przeznaczonym dla obcych przybywających do 

naszej kopalni. Jeśli powołując się na prawo chcesz ją stracić, to 
trzeba byłoby wytracić wszystkich ludzi i obce krasnoludy, które 

odwiedziły naszą kopalnię. Czy to się nam opłaca? Pomyślcie, ile 
by było z tym roboty! Warto?

Zebrane przy Bramie krasnoludy zaczęły się zastanawiać nad 

ostatnim   pytaniem   Dolgthrasira.   Wymordowanie   wszystkich 

ludzi, głównie kupców, którzy odwiedzili kopalnię, sprawiłoby, że 
nikt nie pojawiłby się po towar. Trzeba byłoby sprowadzać towar 

na   dół,   na   Równiny,   co,   po   dodaniu   kosztów   transportu 
i robocizny, znacznie podniosłoby ceny krasnoludzkich wyrobów. 

To z kolei zmniejszyłoby popyt na wytwory kopalni. Poza tym 
dochodzi jeszcze głowizna za zamordowanych kupców. W złocie. 

Zanim jednak przyszłoby do płacenia grzywny, trzeba by tych 
wszystkich   ludzi   znaleźć.   Niewielu   z nich   przebywało   wokół 

krasnoludzkiego domiszcza.

Krasnoludy zaczęły parskać i kręcić głowami.

background image

- Czyli sprawę elficy mamy za sobą, tak?

Brodate twarze gorliwie przytaknęły.
Dolgthrasir wrócił spojrzeniem do Bregora.

-   Zostaje   nam   jeszcze   próba   zabicia   żony   mojego   wnuka. 

- Stary   krasnolud   uważnie   patrzył   na   kupca.   Człowiek   ciężko 

przełknął ślinę. - Jaka jest za to kara?

- Śmierć - powiedział cicho Skekkel.

- Śmierć - powtórzył, cedząc przez zęby, Baugi i utulił pobitą 

Arien.

- Śmierć! Śmierć! - zaczął skandować tłum. Bregor począł się 

wycofywać.

-   Zaraz,   zaraz!   - Wyskoczył   przed   człowieka   Lofar. 

- Pamiętajcie, że będziemy musieli zapłacić za jego głowę! Czy 

to się kalkuluje?

Klan Hamdira znowu zaczął myśleć. Sto piętnaście sztuk złota 

podzielić na...

- Ja zapłacę - szybko powiedział Dolgthrasir. - Mój prawnuk 

i jego żona są tyle warci.

- Śmierć! - zawył klan. Tłum porwał wierzgającego Bregora. 

Ktoś otworzył furtę, przez którą wpadł do hali tuman śniegu. Po 
chwili w przeciwną stronę poleciał Bregor. Zatrzaśnięto drzwi. 

  
***

 
 

- Baugi! Gdzie twoja żona?! - zawył Lofar, wznosząc do góry 

bogato zdobiony srebrem róg z piwem. Przedsionek wypełniony 

był bawiącymi się krasnoludami. Byli tu wszyscy oprócz tych, 
którzy   pełnili   straż   przy   Bramie.   Naczelne   miejsce   zajmował 

Dolgthrasir i jego małżonka Yrsa. Po jego prawej stronie zasiadł 
Baugi, przy którym stał pusty fotel przeznaczony dla jego żony. 

Arien spała w jednej z komnat Pradziadka, wcześniej troskliwie 
opatrzona przez matkę Baugiego. Po lewej stronie Pradziadków 

siedział   dziadek   Arngrim   wraz   z babcią   Hwedną.   Naprzeciwko 
Dolgthrasira   miejsce   zajmował   zasępiony   Fridleif,   jego 

małżonka, a matka Baugiego, Sygrun oraz stryj Agnar. Kolejne 
miejsca, na prawo i lewo od bezpośrednich potomków Hadrima 

zajęła   dalsza   rodzina,   a za   nią   szacowniejsi   przedstawiciele 

pozostałych rodów, między innymi Lofar i Skekkel.

Ojciec Baugiego zazgrzytał zębami i wychylił jednym haustem 

szklanicę spirytusu. Co za wstyd! Baugi, bezpośredni potomek 
Hamdira   ma   za   żonę   elficę!   Hańba!   A Pradziadek   nic   z tego 

sobie nie robi. Ba! Zdaje się nawet cieszyć! Hańba i wstyd!

- No! Gdzie jest elfica?! - ponaglał Lofar. Dziadek Baugiego, 

Arngrim, skrzywił się zniesmaczony. Kto by pomyślał? Mój wnuk 
ma żonę elficę. Elficę! No cóż. Młodzi często popełniają błędy. 

Baugi za jakiś czas zrozumie, że elf to nie partia dla krasnoluda. 
Taaak. Młodzi potrzebują dużo  czasu, by pojąć, że świat jest 

ułożony tak, a nie inaczej.

-   Baugi!   Chcemy   zobaczyć   twoją   żonę!   - nie   poddawał   się 

Lofar.   Dolgthrasir   uśmiechnął   się   do   samego   siebie.   Jego 
prawnuk przyprowadził żonę! I co z tego, że jest elfem. Przecież 

prapradziadek   Dolgthrasira,   Gotthorm,   poślubił   Bleik   ze 
znienawidzonego   klanu   Sorli.   Było   na   początku   trochę 

psioczenia i naigrywania się, ale w końcu wszystko się ułożyło. 
Pradziadek uśmiechnął się szerzej. Gdyby tak jeszcze udało się 

nawiązać   kontakty   handlowe   z elfami?   To   byłoby   coś!   Nawet 
gdyby   reszta   klanów   sprzymierzyła   się   przeciwko   Synom 

Hamdira, to i tak nie daliby rady elfom z Równin. Nie ma nic 
złego w tym, że jego prawnuk ma za żonę elficę. Ba! Kto wie, 

czy   nie   wyniknie   z tego   coś   dobrego.   Z drugiej   strony   to 
całkiem nietypowa historia, ten mariaż między Baugim i Arien, 

o którym już zaczynały krążyć legendy. Niektórzy twierdzili, że 
to   wszystko   wina   elfiego   maga,   jako   że   krasnoludy   spośród 

elfów najbardziej nienawidziły magów za ich niehonorową walkę 
- bez oręża w dłoni, a jedynie za pomocą czarów. Ów mag miał 

podobnież skazać Arien na związek z krasnoludem, co miało być 
karą za jej rozwiązłe życie. Pech chciał, że trafiło na Baugiego. 

Inni   mówili,   że   Baugi   zwariował   i porwał   elficę.   Jeszcze   inni 
z kolei   utrzymywali,   że   to   Arien   zauroczyła   krasnoluda   i przy 

pomocy   elfiej   magii   skradła   mu   serce.   Dolgthrasir   wiedział 
jednak, że to wszystko bzdury. Arien zmieniła pogardę, z jaką 

Baugi zwyczajem wszystkich krasnodludów darzył elfy, wpierw 
w niechętne uznanie, a później w gorące uczucie, zacząwszy od 

background image

tego, że dorównała mu w piciu. Ba! Omal nie przepiła! A żaden 

krasnolud   nie   zlekceważy   kogoś   o tak   mocnej   głowie   do 
trunków. Nawet jeśli będzie to elf. Początkowo krasnolud wpadł 

z tego   powodu   w gniew   i w   pijackim   szale   wyzwał   Arien   na 
pojedynek złodziei, który polegał na tym, że w ciągu jednego 

dnia i jednej nocy należało skraść jak najwięcej kosztowności. 
Baugi znowu przegrał, a o ich zakładzie głośno było na całych 

Równinach. Ciężko było  się przyznać Baugiemu przed samym 
sobą do tego, że szanował i podziwiał tę elficę, wszem przecież 

wiadomo,   że   podziw   i szacunek   to   szorstcy   kuzyni   miłości. 
Oboje cieszyli się już zasłużoną sławą niezrównanych złodziei, 

postanowili   więc   zawiązać   bandycką   spółkę,   przekonani,   że 
razem   dokonają   wielkich   czynów   i zdobędą   niezmierzone 

bogactwa,   a i   na   wieki   zapiszą   się   w pamięci   potomnych. 
Słuchając   opowieści   Baugiego,   Dolgthrasir   przypomniał   sobie, 

że   słyszał   od   kupców,   o tej   dziwnej   parze   nieuchwytnych 
rzezimieszków,   ale   nie   domyślał   się,   że   chodzi   tu,   między 

innymi,   o jego   wnuka!   Wiodąc   tak   niebezpieczne   życie, 
zmuszeni nieustannie na sobie polegać, Arien i Baugi stawali się 

sobie   coraz   bliżsi.   Nie   minęło   wiele   czasu,   a połączyła   ich 
przyjaźń.   A gdy   elfica   odkryła,   że   krasnolud   pod   maską 

grubiańskości   i barbarzyństwa,   kryje   wrażliwą   i piękną   duszę, 
narodziło się między nimi głębsze i silniejsze uczucie. Po jakimś 

czasie   zaczęło   im   się   robić   ciasno   na   Równinach,   w każdym 
niemal mieście  wisiały listy gończe z ich podobiznami,  a tam, 

gdzie   nie   wisiały   i tak   docierały   głośne   echa   wyczynów   tej 
niezwykłej pary. Trzeba było znaleźć jakąś kryjówkę i odpocząć. 

Elfy nie chciały ich widzieć u siebie, więc Baugi użył podstępu, 
żeby przemycić Arien do Hamdirholmu. Poślubiwszy ją, chciał 

ogłosić   swoje   małżeństwo   na   wielkim   wiecu   Synów   Hamdira, 
uprzedzając   wcześniej   jedynie   Dolgthrasira.   Nie   ma   nic 

ważniejszego   dla   krasnoluda   jak   tradycja.   A wedle   tradycji, 
żona krasnoluda to świętość i nietykalny skarb i na tym Baugi 

postanowił   się   oprzeć,   żeby   zapewnić   swej   ukochanej 
bezpieczeństwo. Jednak wydarzenia potoczyły się inaczej.

Baugi ponuro spoglądał na zasępionego ojca, siedzącego po 

przeciwnej   stronie   stołu.   Słyszał  żądania   Lofara   i wiedział,   że 

główny konkurent Pradziadka do przewodzenia klanowi Hamdira 

naigrywa się z niego.

- Wiesz dobrze, Lofarze - odezwał się w końcu - że moja żona 

została pobita między innymi przez krasnoludy z twojego rodu 
i nie może uczestniczyć w uczcie.

- No tak! - zaśmiał się gromko Lofar. - Zapomniałem, że elfy 

nie wytrzymują przyjacielskich poszturchiwań rodziny!

Lofar i jego partia gruchnęli śmiechem.
-   Dość!   - grzmotnął   pucharem   w stół   stryj   Agnar.   - Nie 

będziesz naigrywał się z mojej rodziny, szczurnicojebco!

Lofar   przez   chwilę   zastanawiał   się,   czy   wyzwać   go   na 

pojedynek.   Jednak   Agnar   był   największym   wojownikiem 
i jednym z większych bogaczy Hamdirholmu. Lofar nie czuł się 

na siłach sprostać stryjowi Baugiego w otwartej walce. Znalazł 
inny sposób, by dokuczyć rodzinie Dolgthrasira.

-   Stary   zwyczaj   mówi,   że   ten,   kto   przystępuje   do   Synów 

Hamdira,   musi  dowieść  w walce,   że   jest   godzien  być   jednym 

z nas. W przypadku kobiety robi to za nią jej rodzina.

- Arien ma rodzinę daleko na południu - odezwał się Baugi.

-   Niech   więc   sama   się   broni.   - Lofar   wyszczerzył   zęby 

w złośliwym uśmiechu.

- Cóż  za odwaga, Lofarze.  -Wzburzony Dolgthrasir  podniósł 

się. - Wyzywasz do pojedynku kobietę.

Lofar rozłożył ręce:
- Taki jest zwyczaj.

- Nie zga... - zaczął Dolgthrasir.
- Arien będzie walczyć - przerwał mu Baugi. - Jak tylko wyliże 

się   z ran,   udowodni,   że   jest   godna   przynależeć   do   Synów 
Hamdira.

W   głosie   syna  Fridleifa   było   tyle  pewności,   że  przez   chwilę 

Lofar zastanawiał się, czy dobrze postąpił i chciał się wycofać. 

Wszyscy   biesiadnicy   z uwagą   przysłuchiwali   się   słownej 
potyczce i teraz ich oczy wyczekująco wpatrywały się w Lofara. 

Gdyby   się   wycofał,   obwołano   by   go   tchórzem   i straciłby 
poważanie. Poza tym powołał się na stary zwyczaj, a z tradycją 

nie było żartów.

- Służę uprzejmie. - Uśmiechnął się i ukłonił.

background image

Gwar   rozmów   znów   rozbrzmiał   w Przedsionku.   Krasnoludy 

żywo   rozmawiały   o zapowiedzianym   pojedynku.   Baugiemu 
odeszła   ochota   do   ucztowania.   Wstał   i chciał   opuścić 

Przedsionek, jednak zatrzymał go Dolgthrasir, również wstając 
i szepcząc mu do ucha:

- Nie możesz odejść od stołu. Nie teraz, gdy Lofar tryumfuje. 

Chyba   nie   chcesz   dać   mu   poznać,   że   zepsuł   tobie   ucztę   - a 

głośno wzniósł toast:

- Za Baugiego i jego żonę!

-   Zdrowie!   - zagrzmiał   Przedsionek.   Tylko   Lofar   zażartował 

w swoim gronie i jego poplecznicy gromko zaśmiali się.

Baugi  kolejny  raz   zgrzytnął  zębami, ale   bez  zmrużenia  oka 

wychylił toast. Pradziadek usiadł, otarł brodę z resztek piwnej 

piany i zagadnął wnuka:

-   Powiedz   mi,   co   ty   widzisz   w tej   elficy?   Przecież   nie   ma 

nawet owłosionych nóg!

Baugi uśmiechnął się.

- Ma za to rozkoszny meszek pod nosem.
Dolgthrasir   parsknął   śmiechem   i zaczął   walić   pięścią   w stół 

z uciechy:

- Meszek, powiadasz!

 
***

 
Pod czujnym i troskliwym okiem Matek Arien szybko wracała 

do zdrowia. Co prawda sińce i opuchlizna już dawno zeszły, to 
jednak elfica nadal leżała w łożu, lecząc połamane i obtłuczone 

żebra.

-   Kochanie,   jesteś   strasznie   wychudzona   - zatroskała   się 

pewnego dnia Sygrun, zmieniając jej okłady. Początkowo Matki 
traktowały   Arien   jak   dziwoląga;   z rezerwą,   ukrywanym 

obrzydzeniem   i niechęcią.   Jednak   kiedy   odkryły,   że   elfica   tak 
jak i one krwawi, gdy przyjdzie jej czas i tak samo cierpi z tej 

przyczyny,   ich   stosunki   znacznie   się   polepszyły.   Co   prawda 
minęło jeszcze sporo czasu, zanim w pełni ją zaakceptowały, ale 

już nie przychodziły do chorej z obowiązku, a z czystej sympatii 
i troski.

- Ja? Wychudzona? - roześmiała się Arien. Chwyciła dwoma 

palcami skórę  na brzuchu, pokazując, jak grubą ma warstwę 
tłuszczu.   - Raczej   powiem,   że   przytyłam   na   waszym   wikcie, 

drogie Matki.

-   Eee,   tam!   - oponowała   Sygrun.   Faktycznie,   przy 

baryłkowatych sylwetkach krasnoludzkich kobiet wyglądała na 
chudą   szkapę.   - "Przytyłam   na   waszym   wikcie"!   Bajanie!   Nie 

wiem, co mój syn w tobie widzi. Nasi mężczyźni lubią, jak jest 
kobietę   za   co   złapać,   i z   przodu   i z   tyłu,   a ty   wyglądasz   jak 

stojak na kolczugę.

Arien   głośno   się   zaśmiała,   ale   zaraz   skrzywiła 

się . Niezrośnięte żebra dały o sobie znać szpilą bólu.

-   Wśród   elfów   ceni   się   smukłość   sylwetki.   Nasi   mężczyźni 

pragną   kobiet   subtelnych   i kruchych   kształtem,   a zarazem 
dorównujących   im   zręcznością   i gibkością.   A jeśli   już   do 

obłapiania przyjdzie, to nie w tym rzecz, żeby było za co złapać, 
Matko, ale by skóra była tak delikatna i gładka, żeby nie można 

już   było   obłapiania   przestać...   Dlatego   usuwamy   wszelkie 
owłosienie z ciała.

-   Wszelkie?   - Sygrun   przestała   na   chwilę   zakładać   nowy 

opatrunek.

-   No,   nie   wszystkie.   Włosy   na   głowie   zostawiamy.   - Arien 

dotknęła swojego warkocza, jakby chciała upewnić zaskoczoną 

Sygrun,   że   nie   chodzi   tu   o wąsy   czy   brodę.   -   Im   dłuższe 
i bardziej zadbane, tym większy podziw u nich wzbudzają.

- A z... no, wiesz...Stamtąd też?
- Zwłaszcza stamtąd - dobitnie oświadczyła Arien.

Sygrun skończyła ją opatrywać i wytrzeszczyła oczy:
- I jak to tak...Ani jednego włosa...?

- Ani jednego. Ani na nogach, ani pod pachami, ani na...tam. 

Zresztą,   sama   zobacz   - elfica   z pewnym   wysiłkiem   odrzuciła 

okrywające   ją   skóry,   odsłaniając   długie,   gładko   ogolone   nogi 
i łono.   Elfy   słynęły   ze   swej   frywolności   i nie   były   nadmiernie 

wstydliwe,   więc   Arien   nie   widziała   nic   zdrożnego   w takim 
obnażaniu się.

Krasnoludzka   kobieta   z przerażeniem   patrzyła   na   nagie, 

bezwłose ciało.

background image

-   Golicie   się...   - wydukała.   - Nawet   tam...   - wzdrygnęła   się 

i fuknęła:

-   Eee,   tam!   Elfie   bajanie!   Wszyscy   jesteście   od   urodzenia 

bezwłosi!

-   Pewnie   - rzuciła   Arien.   - A   krasnoludy   rodzą   się   na 

kamieniu.

- Na kamieniu? - zdziwiła się Sygrun i wybuchnęła śmiechem 

- Na kamieniu! Niepodobne!

Elfica chciała przykryć się skórami, ale Sygrun powstrzymała 

ją:

- Mogę dotknąć?

- Proszę bardzo - zezwoliła Arien. Sygrun przesunęła szorstką 

dłonią   po   jej   udzie.   Aksamitna   skóra   delikatnie   poddała   się 

naciskowi ręki.

- Przyjemne... - mruknęła cicho.

-   Mnie   też   miło...   - Elfica   mrugnęła   do   niej   okiem.   Sygrun 

szybko zabrała dłoń.

-   Bezeceństwa   prawisz!   - zbeształa   ją   i szybko   wyszła 

z komnaty, ścigana przez wesoły chichot elficy.

Na   następną   wizytę   u chorej   matka   Baugiego   przyszła 

w towarzystwie   dwóch   zaciekawionych   elficą   kobiet   z klanu 

Hamdira. Arien chętnie zaspokajała ich ciekawość i skwapliwie 
odpowiadając   na   pytania,   długo   prawiła   o balsamach 

ujędrniających skórę, przeróżnych sposobach upiększania ciała 
i przyjemnych   dla   węchu   pachnidłach.   Nawet   dała   im 

popróbować co poniektórych specyfików.

 

***
 

Pewnego   dnia   Kufnir   wracał   zmęczony   z nocnej   szychty 

w kopalniach Hamdirholmu. Wszedł do swojej komnaty i ryknął:

- Jeść!
- Wszystko masz na zapiecku! - odpowiedziała mu z sypialni 

żona   Gumni.   Krasnolud   zjadł   przygotowany   posiłek,   beknął 
przeciągle i zadowolony, przymykając oczy, rozparł się w fotelu, 

zastanawiając   się,   czy   już   teraz   uciąć   sobie   drzemkę,   czy 
jeszcze   uraczyć   się   pucharkiem   piwa.   Z błogości   wyrwał   go 

głęboki głos:

- Kochanie...
Kufnir otworzył oczy i w świetle płonącej lampy zobaczył niską 

postać   opierającą   się   o wejście   do   sypialni.   Stwór   miał 
zakrwawione wargi, zaczerwienione policzki, głęboko osadzone, 

niemalże   niewidoczne   przy   grubych,   smoliście   czarnych 
krechach   brwi,   a paskudną   twarz   otaczał   kołtun   sterczących 

dziko włosów.

-   Troll!   - wrzasnął  krasnolud,   porwał  swój   nieodłączny   młot 

i rzucił   się   na   potwora.   Troll,   pisnął   głosem   niesłychanie 
podobnym   do   głosu   żony   Kufnira,   Gumni   i skrył   się 

w pogrążonej w mroku sypialni. Krasnolud wpadł tam za nim. 
Po   chwili   dało   się   stamtąd   słyszeć   złorzeczenia,   odgłos 

wywracanych   sprzętów,   piski,   a w   końcu   dźwięk   rozbijanego 
glinianego dzbana i łomot padającego ciała. Zapadła cisza.

Z   sypialni   wyszedł  rzekomy   troll,   trzymając   w jednym   ręku 

ucho od dzbana, a drugą poprawiający natapirowane włosy.

-   Dureń!   - mruknęła   Gumni   - Dobrze,   że   nażarty   był,   to 

i wolniejszy. Jednak działają te barwniki... Co prawda, nie tak 

jak mówiła Arien, ale działają!

 

***
 

Zdrowo   podchmielony   Gripir   wracał   ze   swego   dyżuru 

w Przedsionku,   gdzie   wartował   przy   Bramie.   Z reguły   było   to 

odpowiedzialne zadanie, ale nie zimą, kiedy to do kopalni nie 
przybywali żadni kupcy ani inni podróżni, więc strażnicy zwykle 

uprzyjemniali sobie nudną służbę grzanym piwem i grą w kości.

Krasnolud   wszedł   cichutko   do   swojej   komnaty.   Odstawił   na 

stojak   topór.   Słaniając   się   i postękując,   ściągnął   przez   głowę 
kolczugę. Kiepsko mu szło do chwili, gdy przypomniał sobie, że 

nie   zdjął   hełmu,   wtedy   to   gładko   udało   mu   się   pozbyć   tego 
całego żelastwa, które nosił na sobie.

- To ty? - odezwała się z łoża jego żona.
-   No   - mruknął   i pomagając   sobie   różnymi   sprzętami 

domowymi, ściągał buty i spodnie. Dodał głośniej - I zaraz ci 
pokażę, jak się fedruje na przodku...

background image

Stanął w nogach łoża i wsunął rękę pod skóry, którymi była 

przykryta jego połowica, Alfhild. Wymacał coś obłego, gładkiego 
i miękkiego.   Coś,   co   w dotyku   było   dokładnie   jak   wężowa 

skóra...

"Żmija skalna!" - przemknęło mu przez głowę i wcale się nie 

zdziwił,   że   gad   jest   grubości   męskiej   kostki.   Albo   damskiej. 
Niewiele   myśląc,   zacisnął   dłoń   i szarpnął   mocno,   chcąc 

wyciągnąć   gadzinę   z kryjówki   wśród   skór.   Alfhild   wrzasnęła 
i usiadła na łóżku. "Ugryzła ją!"   Na jad  żmii skalnej  nie było 

odtrutki,   a ukąszony,   w wielkich   bólach,   niemal   natychmiast 
żegnał się z życiem. Widząc, że nie ma już ratunku dla żony, 

puścił gada, wskoczył na łóżko i zaczął wściekle deptać miejsce, 
w którym spodziewał się żmii. Pod stopami czuł miotające się 

cielsko. Żona nie przestawała krzyczeć z bólu i tłuc go rękoma. 
W końcu zepchnęła go z łóżka. Gripir chwycił to, co miał pod 

ręką, czyli stołek i przymierzył się do ciosu. W ostatniej chwili 
powstrzymał go krzyk Alfhild:

- Zwariowałeś?!
- Moja koziczko, ukąsiła cię skalna żmija... - bąknął.

- Jaka żmija?! Won, pijaku, spać do przedsionka! Omal żeś mi 

nóg nie połamał!

- Nic ci nie jest?
- Won!

Kompletnie   skołowany   Gripir   posłusznie   odstawił   stołek 

i podreptał   do   przedsionka.   Alfhild   zapaliła   łojową   świeczkę 

i zaczęła oglądać swoje świeżo ogolone nogi.

- Jak nic będą siniaki - mruknęła i sięgnęła po małą szkatułkę. 

- Może   ta   maść   ujędrniająca   od   Arien   pomoże...   A jak   nie 
pomoże, to na pewno nie zaszkodzi... Wariat! Jutro z nim się 

policzę... Pijaczyna!

 

***
 

- Co tam dzisiaj mamy? - spytał Pradziadek, szykując się do 

cotygodniowego rozpatrzenia problemów nurtujących kopalnię.

- Trzy sprawy - zaczął Skekkel. - Pierwszy jest Gripir.
Z   tłumu   krasnoludów   zebranych   w Przedsionku   wyszedł 

wezwany.

-   Moja   żona   ogoliła   nogi...   - Ledwo   zaczął,   a już   sala 

gruchnęła śmiechem.

- Cisza! - krzyknął Skekkel. - Mów!
- Wszystko przez żonę Baugiego, która, jak to elfica, nie ma 

owłosionych   nóg.   Moja   żona   również   zapragnęła   pójść   w jej 
ślady i pozbawiła się włosów na swoich nogach. Teraz wygląda, 

jakby chodziła na ogonach szczurnic...

- To moje nogi i mogę z nimi robić, co mi się żywnie podoba! 

- skrzekliwym głosem krzyknęła Alfhild, żona Gripira.

-   Widzisz,   Dolgthrasirze?   - prawie   płaczliwym   głosem 

powiedział Gripir. - I to jest jedyna odpowiedź, gdy próbuję jej 
wytłumaczyć,   że   tak   nie   uchodzi,   że   tradycja...   i w   ogóle. 

Bardziej mi się podobała z kępkami włosów na udach!

- Ale ja się źle czuję - znowu krzyknęła Alfhild - jak mi pchły 

po tych kępkach biegają!

- Gripirze - odezwał się Pradziadek. - Czy brak owłosienia jest 

czymś   hańbiącym?   Moja   prababcia,   Bleik   z klanu   Sorli,   miała 
owłosione tylko łydki. Czy przez to była kimś gorszym?

- No nie - mruknął Gripir. - Tylko, że moja żona ogoliła się 

jeszcze pod pachami...

- Jej wola. - Dolgthrasir bezradnie rozłożył ręce. - Alfhild jest 

wolną kobietą, a nie twoją niewolnicą. Pod względem tego, jak 

się nosi, nie możesz jej nic nakazać, ani zabronić. Nic na to nie 
poradzę. Mam tylko nadzieję, że jakoś się dogadacie.

Gripir   wrócił   do   tłumu,   skąd   przez   chwilę   słychać   było 

skrzeczenie Alfhild.

- Następny jest Agnar - zapowiedział Skekkel.
-   Właściwie   to   już   osądziłeś   moją   sprawę   przy   okazji   żony 

Gripira   - zaczął   Agnar   i na   chwilę   umilkł.   - Otóż   moja   żona, 
Angeyja, zaczyna nosić obcisłe stroje i zdaje mi się, że robi to 

pod wpływem Arien. Teraz wszyscy mężczyźni mogą spoglądać 
na jej ponętne beczułkowate kształty... Nie mówiąc już, jak to 

wpływa na młodzież...

-   To   nic!   - krzyknął   ktoś   z tłumu.   - Moja   zaczęła   się 

odchudzać!

- A moja zaczęła twarz pokrywać barwnikami!

background image

- Chcą nosić ozdoby na co dzień, tak jak Arien!

Dolgthrasir uniósł dłoń i krasnoludy ucichły.
- Nic na to nie poradzę! Są to sprawy rodzinne, które sami 

musicie rozwiązać.

-   Może   byś   porozmawiał   z Arien?   - nieśmiało   zaproponował 

Agnar.

- To mogę zrobić. Baugi, przyprowadź żonę.

Po   chwili   do   Przedsionka   weszła   wysoka   i smukła   elfica 

w obcisłym  stroju   i piękną  spinką,  upinającą  jej  długie  włosy. 

Kilku krasnoludów wzdrygnęło się, widząc jej lekko szpiczaste 
uszy. Alfhild szturchnęła Gripira i powiedziała, że chce podobną 

spinkę.

-   Arien,   dziecko   moje   -   zaczął   Dolgthrasir.   - Czemu 

namawiasz   nasze   kobiety,   by   porzuciły   tradycje   i stroje 
przodków?

Arien opuściła głowę.
-   Do   niczego   nie   nakłaniałam   krasnoludzkich   kobiet. 

Opowiedziałam tylko, jak noszą się elfy.

-   To   chyba   rozwiązuje   nasz   problem.   Od   czasu,   jak   Baugi 

przyprowadził   cię   do   naszej   kopalni,   jesteś   nieustannie 
w centrum   zainteresowania.   Proszę   cię,   żebyś   więcej   nie 

opowiadała   o elfach,   nabrała   trochę   ciała   i nosiła   się 
przyzwoicie. Dobrze?

- Może nie będzie potrzeby, by Arien zmieniała swój sposób 

bycia - odezwał się Lofar. - Czas już na pojedynek.

- To jest trzecia sprawa - wtrącił Skekkel.
Arien odwróciła się do wyzywającego ją krasnoluda.

- Kiedy tylko  zechcesz. Jutro? Dzisiaj? Zaraz? - powiedziała 

chłodno i bez entuzjazmu.

Lofar uśmiechnął się:
- Dzisiaj.

Do Przedsionka wbiegł zdyszany krasnolud i wysapał:
- Klan Sorlich nadciąga wschodnimi korytarzami!

W jednej chwili Przedsionek zawrzał i krasnoludy rzuciły się 

do swych komnat po broń.

- Po bitwie, Arien - rzucił Lofar.
- Po bitwie - odparła elfica i pobiegła po swoją włócznię.

 

***
 

- Sporo ich - ucieszył się Agnar, spoglądając na wchodzące do 

Zachodniej Sali zastępy klanu Sorli. - Ho, ho! Jest nawet sam 

Tyrfing! Będą jatki!

-   Arien,   naprawdę   musisz   walczyć?   - Baugi   z niepokojem 

spytał swą żonę.

Elfica uśmiechnęła się i pocałowała męża w czoło.

- Żeby potem w całej kopalni huczało, żem tchórz i nie jestem 

godna przystąpić do Synów Hamdira? Nic mi nie będzie.

- Martwię się, kochanie. To, że mnie pokonałaś w pojedynku 

złodziei,   nie   znaczy   wcale,   że   dasz   sobie   radę   w bitwie 

- mruknął Baugi, gładząc ją po twarzy.

- Niepotrzebnie, mój obrońco. - Arien namiętnie  pocałowała 

Baugiego. Wśród zebranych Synów Hamdira rozległy się gwizdy 
i okrzyki zachwytu.

-   Krwi!   - wrzasnął   Baugi,   próbując   zamaskować   swoje 

zakłopotanie.   Publiczne   okazywanie   uczuć   nie   leżało   bowiem 

w naturze krasnoludów.

- Krwi! - podjął cały klan.

Dolgthrasir podniósł dłoń i uciszył swych ludzi.
- Wystąp, Tyrfingu, ty koźli pomiocie! - zakrzyknął.

Z   szeregu   Sorlich   wystąpił   krasnolud   z czarną   jak   smoła 

brodą.

- Czego wrzeszczysz, szczurnicy łajno!
- Co cię sprowadza do naszej kopalni?

- To, co zawsze! Zima! A zima to czas wojen pod górami!
-   To   sprawmy   się   szybko,   bo   mam   jeszcze   dużo   roboty 

- ziewnął Dolgthrasir. - Naprzód! - wydał rozkaz swoim.

Oba   klany   z wrzaskiem   ruszyły   na   siebie   i starły   się, 

wzniecając   tumany  prastarego   kurzu.   Śmigały  młoty   i topory, 
błyskały   zęby   i wściekłe   oczy.   Przez   zgiełk   bitwy   przebił   się 

dźwięk rogu. To Tyrfing nawoływał do odwrotu.

- Już? - mruknął zawiedziony Angrim, którego siłą trzeba było 

odciągać od przeciwnika.

-   Stać!   Przerwa!   - zakomenderował   Tyrfing.   - Dolgthrasir, 

background image

pozwól na słówko!

Pradziadek wyszedł przed szereg i w połowie drogi spotkał się 

z wodzem wrogiego klanu. Tyrfing był wyraźnie wzburzony.

- Dolgthrasir, co tu się dzieje?! Znamy się tyle lat, a ty mi tu 

takie cuda wyprawiasz!

- O co ci chodzi? - spytał prawdziwie zdziwiony Pradziadek.
- No popatrz na pole bitwy. Większość rannych i zabitych to 

moi   ludzie,   a zawsze   było   po   równo!   To   najbardziej   krwawa 
bitwa od czasów, gdy Hamdir podstawił Sorliemu nogę...

- ...Hola, hola! To Sorli najpierw oblał Hamdira zupą...
-   Nieważne.   - Machnął   ręką   Tyrfing.   - Co   tu   się   dzieje? 

Wyjaśnij mi, bo ta bitwa przestaje się kalkulować.

Dolgthrasir   pogłaskał   swoją   brodę   i uśmiech   zrozumienia 

wypłynął mu na twarz:

- Już wiem! To wszystko przez Arien!

- Arien? - zmarszczył krzaczaste brwi Tyrfing. - To elfie imię...
- Tak, bo to elfica. Żona Baugiego...

Tyrfing   odskoczył   od   Dolgthrasira   i krzywiąc   się   wyszeptał 

z wyrzutem.

- Zadajecie się z elfami?
Pradziadek rozłożył ręce.

- Nic na to nie poradzę. Należy już do naszego klanu.
- Myślisz, że to przez nią?

Pradziadek przytaknął i wywołał elficę.
- Arien, córko, ile krasnoludów zatłukłaś?

- Pięciu, sześciu - popłynął słodki głos z mroków Zachodniej 

Sali. - Nie mogłam więcej, bo  przeciwnik unikał potem mojej 

włóczni.

Synowie   Hamdira   ryknęli   śmiechem   i obrzucili   klan   Sorli 

stekiem wyzwisk. Ci nie pozostali im dłużni.

-   Musisz   zabronić   jej   walczyć   - zdecydowanie   powiedział 

Tyrfing, gdy wrzawa ucichła.

-   Nie   mogę   - konfidencjonalnie   szepnął   Dolgthrasir.   - Jest 

wolną   kobietą   i jest   traktowana   jakby   urodziła   się   w klanie. 
Pozostała jej tylko formalność, pojedynek z Lofarem...

-   Lofar!   Ten   pieniacz   chce   z nią   walczyć?   - po   raz   kolejny 

zdziwił   się   wódz   Sorlich.   - Przecież   ten   kozi   bobek   nie   wie 

nawet, że młot bojowy trzyma się na końcu styliska, a nie przy 

samym obuchu!

Obaj wodzowie parsknęli śmiechem, ale zaraz poważne miny 

powróciły na ich twarze.

- Słuchaj, Dolgthrasirze - ponownie zaczął Tyrfing. - Musimy 

zatem   ogłosić   zawieszenie   broni,   dopóki   nie   będziemy   mieli 
swojego elfa, albo dwóch!

-   No,   no,   no!   Ręczę   ci,   że   jeden   wystarczy.   Dobra,   jak 

będziecie gotowi, to dajcie znak.

Tyrfing   przez   chwilę   drapał   się   w głowę   i sapał.   W końcu 

powiedział:

- Wiesz, nie chciałbym, żeby to wyglądało na tchórzostwo. Po 

prostu nam się to nie kalkuluje.

Pradziadek przyjacielsko poklepał go po ramieniu.
- Rozumiem. Wszystko rozumiem. Też jestem krasnoludem. 

Wyjaśnię całą sprawę swoim ludziom.

Obaj wodzowie odwrócili się do swoich ludzi i oznajmili:

- Rozejm!
 

***
 

- Wznoszę toast za zwycięstwo! - krzyknął Angrim. - Szkoda, 

że bitwa nie trwała dłużej, ale co tam! Zdrowie!

-   Zdrowie!   - ryknął   Przedsionek   wypełniony   krasnoludami. 

Chwilę było słychać gulgotanie, potem wielkie sapnięcie i trzask 

tłuczonych   szklanic.   Krasnoludy   z krzykiem   rzuciły   się   sobie 
w ramiona.

Arien wywinęła się z objęcia Baugiego i spoważniała.
- Czas na mnie.

- Co to znaczy, kochanie?!
-   Zapomniałeś,   głuptasie?   - Arien   uśmiechnęła   się.   - Mam 

zaległy pojedynek.

- Lofar - sapnął z wściekłością Baugi.

- Lofarze! - krzyknęła Arien w tłum. - Już czas!
Wywołany   krasnolud   zaczął   przepychać   się   w stronę   elficy. 

Zatrzymał się przed nią i wręczył puchar z winem.

-   Arien,   zapomnij   o pojedynku.   W bitwie   udowodniłaś,   że 

background image

jesteś żoną godną jednego z nas! Zapomnijmy o tym!

Arien zaczęła się zastanawiać:
-   No   nie   wiem,   czy   to   mi   się   kalkuluje...   Obraziłeś   moją 

rodzinę, przez ciebie zebrałam paskudne cięgi...

W miarę jak mówiła, Lofarowi znikał uśmiech 

-   Weź   ten   puchar.   - Wcisnął   w ręce   elficy   pięknie   zdobione 

złote naczynie.

Arien uśmiechnęła się i pocałowała Lofara w brodaty policzek. 

Lofar   uśmiechnął   się   z przymusem,   wycierając   miejsce   po 

pocałunku elficy.

-   Zdrowie!   - krzyknął   Dolgthrasir.   Fridleif,   ojciec   Baugiego, 

uśmiechnął się do siebie. Nie jest źle, jeśli Arien wydobyła od 
tego skąpiradła złoto, to może jeszcze coś będzie z tej elficy.

-   Cisza!   - zagrzmiał   Pradziadek.   - Mój   najmłodszy   prawnuk 

chciałby coś ogłosić. Cisza!

Na stół wskoczył Nid i z uśmiechem oznajmił:
- Wychodzę za mąż.

-   Chyba   żenisz   się   - krzyknął   do   brata   Baugi.   Przedsionek 

huknął śmiechem.

- Nie. Wychodzę za mąż.
Fridleif,   przeczuwając   najgorsze,   nalał   sobie   pełną   szklankę 

spirytusu.

-   Poznajcie   mojego   wybrańca,   którego   kocham   prawie   tak 

samo jak złoto! - tu Nid wskazał na niepozornego krasnoluda 
z króciutką brodą. - Oto Sprakki!

Krasnoludom,   włącznie   z Arien,   opadły   szczęki.   Nawet 

Pradziadek zmarszczył brwi.

Fridleif opróżnił szklanicę jednym haustem i jęknął:
- To już koniec...

 
 

 
sierpień - grudzień 2002

 

Wiosna w Hamdirholm

- No, chłopaki – zaczął Erp, wstając od stolika przy którym, 

wraz   z innymi   strażnikami   Bramy,   grał   w karty.   –   Już   świta. 
Czas otworzyć wrota.

„Chłopaki”,   czyli   trzech   brodatych   krasnoludów,   z niechęcią 

odłożyli   karty   i ruszyli   do   kołowrotu   otwierającego   Bramę 

Hamdirholmu. Erp otworzył boczną furtę i wyjrzał na zewnątrz. 
W tym roku wiosna przyszła wyjątkowo wcześnie. Dzień stawał 

się coraz dłuższy, pojawiły się pierwsze przebiśniegi, a zaraz za 
nimi   krokusy.   Czasem   jeszcze   sypnęło   śniegiem,   ale   szybko 

znikał   muskany   ciepłem   słonecznych   promieni.   Ognista   łuna 
wschodu   barwiła   na   różowo   jeszcze   ośnieżone   szczyty   gór. 

Powoli  wstawał dzień.

Strużka lodowatej wody spadła za kołnierz stojącego w furcie 

krasnoluda. Erp zaklął, ale bez złości. W sumie cieszył się, że 
ucichły zimowe wichury, a słońce, choć jeszcze nieśmiałe, topiło 

śnieg na szczytach gór. Znów będzie można powyciągać leżaki 
na   warcie   i trochę   się   poopalać.   Trudno   wprawdzie   mówić 

o klaustrofobii w przypadku krasnoluda, jednak Erp stęsknił się 
za  świeżym  powietrzem  i otwartą   przestrzenią.   Brama  zwykle 

pozostawała   zamknięta   przez   całą   zimę,   nie   tylko   z powodu 
braku kupców, ale właściwie dla ochrony przed srogą, górską 

zimą. 

Erp spojrzał w górę na krawędź nawisu skalnego nad Bramą 

i w porę uskoczył przed spadającą czapą mokrej, błotnistej brei, 
do   niedawna   będącej   jeszcze   śniegiem.   Im   słońce   wyżej   się 

wznosiło,   tym   więcej   strumyczków   wody   płynęło   po   skalnych 
ścianach otaczających wejście do kopalni.

Krasnolud z uśmiechem przeciągnął się, aż zatrzeszczały kości 

background image

i ryknął do „chłopaków”:

- Otwierać!
Zza   Bramy   dobiegły   sapnięcia   odźwiernych,   zazgrzytał 

łańcuch   i potężne   odrzwia,   zaczęły   się   powoli   rozchylać, 
z szurgotem i jękiem, jakby oburzone, że przerywa im się sen. 

Blask   poranka   wlewał   się   do   hali,   łapczywie   połykając   mroki 
kopalni z rzadka tylko rozświetlone kagankami i pochodniami.

Erp   skrzywił   się,   gdy   lewe   skrzydło   Bramy,   piszcząc 

przeraźliwie, z hukiem uderzyło w skalną ścianę, otwierając się 

przy tym na oścież. Krasnolud podszedł do skrzypiącej połowy 
wrót, obejrzał nadrdzewiałe po zimie zawiasy i mruknął:

- Trzeba naoliwić...
Tymczasem   pozostałe   krasnoludy   wyłaziły   przed   kopalnię 

ziewając i przeciągając się. 

-   Eeee,   szefie?   –   Erp   odwrócił   się.   Jeden   ze   strażników, 

osłoniwszy   dłonią   oczy   od   słońca,   nie   odrywał   wzroku   od 
Tysiąca Stopni. Po schodach wspinała się kilkuosobowa grupka 

ludzi. Erp skinął ręką, na co Krasnoludy rzuciły się po broń. Za 
wcześnie było jeszcze na kupców. Jak na razie rozmokłe szlaki 

Równin   wciąż   były   nieprzejezdne,   szczególnie   gdy   w grę 
wchodziły obciążone towarem wozy. 

- Kogóż to niesie... – wymruczał Erp – Zabiję go, jeśli znów 

zasnął – sklął czatownika na wieży, który już dawno powinien 

ostrzec wartowników przy Bramie o zbliżających się gościach. – 
Bolevark!   Pędź,   no,   na   wieżycę,   obudź   Sommarliego 

i sprawdźcie, czy nie ma tam kogo więcej za Dziobem.

Tysiąc   Stopni,   stanowiło   jedyną   drogę   do   Hamdirholm.   Ich 

pierwsza   część   prowadziła   od   podnóża   góry   do   tzw.   Dziobu, 
gdzie   wykute   w skale   schody   zakręcały   ostro   i pięły   się   już 

bezpośrednio do Bramy. Nad wejściem do kopalni wznosiła się 
wieża   czatowni,   wybudowana   tak,   by   można   było   z niej 

obserwować   zarówno   podnóże   Hamdirbergu,   czyli   Góry 
Hamdira, jak i bezpośrednie podejście pod Bramę. 

Bolevark posłusznie rzucił się do schodów prowadzących do 

wieży.

Kilkanaście spóźnionych nietoperzy wpadło do kopalni przez 

otwartą   Bramę,   kierując   się   do   tej   części   hali,   którą 

pozostawiono   niezagospodarowaną   właśnie   ze   względu   na 

upodobanie,   jakie   uparcie   żywiły   do   tego   miejsca   owe 
błoniastoskrzydłe   ssaki.   Czasami   tylko   kierowano   tam 

z obozowiskiem mniej lubianych kupców. Na moment powietrze 
wypełniło się wściekłym piskiem i łopotem. 

Po chwili z wieży zbiegł Sommarli, kiepsko udając, że wcale 

nie spał na warcie i zameldował:

-   Oprócz   tych   pięciu   na   schodach,   jeszcze   z dwudziestu 

zbrojnych konnych u podnóża.

-   Później   się   z tobą   policzę   –   mruknął   Erp   do   wartownika 

z czatowni, po czym zastanowiwszy się przez chwilę, podbiegł 

do wystającej ze ściany tuby i krzyknął w nią:

-   Uwaga,   uwaga!   Nadchodzi!   Koma   pięć,   w porywach   do 

dwudziestu!

Przybysze właśnie dochodzili do skalnej półki, gdy z wnętrza 

Hamdirholm   zaczęło   wysypywać   się,   raczej   bezładnie, 
kilkudziesięciu zaspanych krasnoludów. Wszyscy byli uzbrojeni 

w topory, miecze i tarcze. Co poniektórzy zdążyli nawet chwycić 
hełmy i skórzane lamelki, które teraz pospiesznie zakładali.

Erp   zatrzymał   swych   ziomków,   którzy   gromadnie   chcieli 

wybiec  przed   bramę.   Sam   wyszedł  przed   kopalnię,   stanął   na 

szeroko   rozstawionych   nogach   i biorąc   się   pod   boki,   uważnie 
przyglądał   się   nadciągającym   ludziom.   Nie   budzili   w nim 

zaufania.   Byli   to   rośli   mężczyźni,   w pełnym   rynsztunku, 
w kolczugach   i hełmach.   Niewątpliwie   żołnierze.   Ich   płaszcze, 

wszystkie w tym samym kolorze i tego samego kroju, podobnie 
jak spodnie i buty, były zachlapane  błotem. Pomimo  tego, że 

dość szybko wspinali się po schodach, nie brakło im oddechu 
i choć   z ich   twarzy   biło   zmęczenie,   widać   było,   że   to   efekt 

trudów   przebytych   w drodze,   w ciągu   dni   kilku,   czy   nawet 
kilkunastu, ale nie wspinaczki. Paru krasnoludów podbiegło do 

stojaków   i chwyciło   włócznie,   bardzo   skuteczną   broń   w walce 
z ludźmi.   Pozwalała   wyrównać   dystans.   Hamdirholmczycy 

ustawili   się   półkolem   w Bramie.   Spoglądali   na   przybyszów   z, 
raczej, zdecydowaniem niż z wrogością.

- Niezbyt miło witacie przedstawicieli Króla Morcara – zaczął 

jeden   z ludzi,   a jego   dłoń   spoczęła   niedbałym   ruchem   na 

background image

głowicy   miecza.   Pozostali,   niemalże   natychmiast,   uczynili   to 

samo.

- Króla Równin? Wasi królowie żyją tak krótko, że nie warto 

zapamiętywać ich imion, a z niezapowiedzianych gości, lubimy 
tylko kupców. Najlepiej ze złotem, a nie z wekslami - rzucił Erp.

- Co tu się dzieje? – przez krasnoludzką formację przepychał 

się   stary,   siwobrody   krasnolud.   Jako   chyba   jedyny   zdążył 

założyć kolczugę.

-   Mamy   gości,   Dolgthrasirze.   Żołnierze   Króla   Równin,   jak 

sądzę – odrzekł Erp nie spuszczając wzroku z ludzi.

- Pozdrawiam najstarszego Syna Hamdira – człowiek, ten sam 

który rozpoczął rozmowę, skłonił się  nisko, z szacunkiem, ale 
bez służalczości.

-   Aaaa,   witam   Willehada,   sierżanta   Gwardii   Królewskiej 

z Przygórza – Dolgthrasir uniósł prawą dłoń w geście powitania. 

–   Rozejdźcie   się   ziomkowie   –   powiedział   do   zebranych 
krasnoludów.   –   Gwardia   Królewska   nie   jest   w stanie   nam 

zaszkodzić   w czymkolwiek.   –   Część   krasnoludów   wróciła   do 
trzewi   kopalni,   reszta     zajęła   się   wiosennymi   porządkami, 

dziwując   się   ile   śmieci   nazbierało   się,   w zdawałoby   się,   nie 
używanym   przez   zimę   pomieszczeniu.   Co   i raz   któryś   ze 

sprzątających, po odnalezieniu pustej flaszy, znacząco mrugał 
do   strażników.   Co   prawda   na   straży   obowiązywał   zakaz 

spożywania wyskokowych trunków, lecz zimą nie przestrzegano 
go aż tak rygorystycznie.

Dolgthrasir zaprosił gwardzistów do środka, usadził ich przy 

jednym   ze   stołów   przy   których   zazwyczaj   prowadzono 

negocjacje   z kupcami.   Może   i krasnoludy   nie   były   ani   gładkie 
w obyciu,   ani   skłonne   do   dawania   czegoś   za   darmo,   jednak 

kiedy   uznały   kogoś   za   gościa,   to   zgodnie   z wielowiekową 
tradycją raczono go jadłem i napitkiem. Po chwili przyniesiono 

im   piwo,  smażone   grzyby  jaskiniowe  i owczy  ser.   Dolgthrasir, 
jak   nakazywał   zwyczaj,   pożywił   się   wraz   z gośćmi,   następnie 

wytarł usta oraz brodę i spytał:

- Co was sprowadza w nasze progi?

Sierżant,   znając   obyczaje   Hamdirholmczyków   i wiedząc,   że 

nigdy   im   się   nie   śpieszy,   cierpliwie   oczekiwał   na   to 

sakramentalne   pytanie.   Jakiekolwiek   próby   ponaglenia,   nie 

tylko   uraziłyby   gospodarzy,   ale   też   dałby   im   przyczynek   do 
lekceważenia   wykazujących   się   brakiem   cierpliwości   gości. 

Wedle   krasnoludów   jedynie   młodziki   i głupcy   okazywali   się 
zbytnią nerwowością.

- Ścigamy pewne stworzenie – zaczął żołnierz wzdychając. – 

Wampira...

-   W krasnoludzkiej   siedzibie?   A co   my   mamy   z tym 

wspólnego? – przerwał mu krasnolud.

- Zaraz, zaraz. Otóż Coleman, ten pieprzony wampir, wyssał 

krew   z pewnej   pięknej   damy,   córki   znaczącego   kupca 

z Przygórza, który jednocześnie zasiada w magistracie...

- Którego? – Dolgthrasir ponownie nie pozwolił mu dokończyć. 

Takie   informacje   zawsze   przydawały   się   w kontaktach 
handlowych.

- Czy to ważne? – Willehad skrzywił się.
- Dla nas bardzo.

- Sirica...
- Emma, czy Ethelburga?

- Co?
 - Z której wyssał juchę?

- Nie pamiętam imienia... Chyba ta młodsza...
- Emma. Żyje?

- W tym problem, że nie. W związku z tym kwalifikuje się to 

jako akt zabójstwa na rodzinie pracownika państwowego, jest 

więc ścigane z urzędu...

-   No   dobrze,   ale   co   my   mamy   z tym   wspólnego?   Chcecie 

żebyśmy   dali   Siricowi   upusty   przy   następnym   spotkaniu?   Nic 
z tego. Nie mieszamy interesów ze sprawami rodzinnymi.

Sierżant westchnął ciężko:
- Nie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wampir schronił 

się w waszej kopalni...

Dolgthrasir popatrzył na niego z politowaniem:

-   Widzisz   tu   jakiegoś   człowiekopodobnego   ktosia?   Oprócz 

was?

-   Meeeeeee!   –   z korytarza   prowadzącego   w głąb   kopalni 

wysypało   się   stado   owiec   i kóz.   Rogacizna   rozbiegła   się   po 

background image

ogromnej   hali.   Kilkanaście   zwierząt,   korzystając   z nieuwagi 

pastuchów,   natychmiast   wybiegło   poza   Bramę   i ochoczo 
przystąpiło   do   skubania   tej   odrobinki   zieleni,   którą   wiosna 

zapowiedziała   swe   nadejście.   Krasnoludy   odpowiedzialne   za 
wypas  ruszyły  za  nimi   i próbowały  zagonić  je   z powrotem  do 

halli celem policzenia stada przed wyjściem na pastwiska, co 
tylko wzmogło zamęt, gdyż napływające z wnętrza kopalni owce 

i kozy   usilnie   starały   się   wydostać   na   świeże   powietrze. 
Sprzątający   hallę   rzucili   się   do   ratowania   przed   zjedzeniem 

i stratowaniem   wyposażenia   ogromnej   sali.   Zaczęła   się 
chaotyczna   bieganina,   pełna   pobekiwań,   przepychanek, 

przekleństw i rumoru padających sprzętów.

-   Blacka   dupa!   –   sędziwy   krasnolud   zerwał   się   z siedziska 

i ryknął na młodą kozę próbującą podciągnąć ze stołu smażone 
grzyby:   -   Paszła   won!   Dawać   mi   tu   głównego   inżyniera!   – 

Zwierzę   popatrzyło   bez   emocji   na   wrzeszczącego   dwunoga 
i powróciło do niecnych ataków na niedokończony posiłek gości. 

Nie   zniechęciło   jej   kilka   mocnych   razów   wymierzonych   przez 
Willehada zbrojną rękawicą.

Zanim   pojawił   się   inżynier,   koza   zdążyła   zeżreć   smażone 

grzyby   i wypróżnić   się   na   posadzkę   hali.   Dolgthrasir   zsiniał 

z wściekłości.

- Słuchaj, no, Olwir – nadzwyczaj spokojnie tłumaczył swemu 

inżynierowi   krasnolud,   pokazując   coś   na     mapie   kopalni   – 
przygotuj   na   jutro   plany   drugiego   wyjścia   dla   zwierzaków... 

Powiedzmy   w tym   miejscu.   Potem   weźmiesz   tylu   ludzi   ile 
potrzeba i wykujecie to wyjście.

- Na jutro...? – Olwira przeraził ogrom czekającej go pracy.
- Na jutro, do diaska! I niech ktoś posprząta te gówna!

-   Wynoście   się!   –   rozeźlony   Dolgthrasir   zwrócił   się   do 

sierżanta   i jego   ludzi.   –   nie   ma   tu   żadnego   wampira!   Sami 

widzieliście,   ze   Bramę   otworzyliśmy   tuż   przed   waszym 
nadejściem!

- Ale on wszedł na Tysiąc Stopni!
- To może się z nich spier...spadł!

- Pozwól nam przeszukać halę...
-   Pradziadku?   –   do   Dolgthrasira   podszedł   jakiś   młokos 

z brunatną brodą, ledwo sięgającą brzucha.

- Czego?
- Hrei chce się z tobą widzieć. Mówi, że coś ważnego znalazł 

w najstarszych kronikach...

- To niech przyjdzie do mnie!

- Ale ta księga jest...
- Czekam na niego tutaj! – Dolgthrasir opadł na zydel i skrył 

twarz   w dłoniach.   Mamrotał   przy   tym   –   Co   za   dzień,   co   za 
dzień... A słońce dopiero wstało...

Sierżant chrząknął
Krasnolud podniósł głowę i spytał zmęczonym głosem:

- Ciągle tu jesteście?
- Chcemy przeszukać...

- Tak, tak, szukajcie sobie, ale potem wynosić mi się!

***

-   Są   tu   jakieś   wampiry?   –   spytał   cicho   Coleman,   wisząc 

pośród   innych   nietoperzy   głową   w dół   w wejściowej   hali 

Hamdirholm.  Odpowiedział mu tylko pisk.

-   Spodziewałem   się   tego   –   mruknął   do   siebie   wampir-

nietoperz, mocniej wpijając się pazurkami w skalną półkę. – Ale 
spytać zawsze można.

Potem   stwierdził,   że   zanim   rozejrzy   się   po   kopalni,   to 

zdrzemnie   się   trochę.   Był   bardzo   zmęczony   ucieczką   przed 

gwardzistami.

***

Z   wnętrza   kopalni   wciąż   napływała   niekończąca   się   struga 

rogacizny   zwiększając   zamęt   w halli.   Dolgthrasir   ze   zbolałą 

miną   obserwował,   jak   kilku   młodych   krasnoludów, 
odpowiedzialnych za wypas kóz i owiec, próbowało zapanować 

nad stale powiększającym się stadem. Grimbur, w tym tygodniu 
odpowiedzialny   za   żywca   w Hamdirholm,   po   zapędzeniu 

z powrotem   do   halli   rogatych   uciekinierów,   kazał   zamknąć 
Bramę,   żeby,   korzystając   z furty,   przeliczyć   stado. 

background image

W pomieszczeniu znów zapanował półmrok rozświetlany jedynie 

pochodniami i kagankami. Zdawało się, że mrok wzmógł chaos. 
Gdyby   Dolgthrasir   kiedykolwiek   widział   morze,   to   zaistniałą 

sytuację   mógłby   porównać   jedynie   do   sztormu.   Z bezsilnej 
wściekłości zaczął szarpać brodę.

Nieustanny   strumień   zwierząt   nagle   zaczął   się   kotłować. 

Przerażone   zwierzęta   tratowały   się   nawzajem   próbując   się 

wydostać   z wąskiego   gardła   Przedsionka.   Wyglądało   to   tak, 
jakby   jakaś   siła   z wnętrza   kopalni   nagle   zaczęła   na   nie 

napierać, zmuszając je do wzmożenia wysiłków przedostania się 
do hali.

Po chwili wyjaśniło się co było tego przyczyną.
Nadchodził   Hrei,   kronikarz   i badacz   starożytności 

Hamdirholmu. Przejście jednego krasnoluda nie powinno raczej 
wywołać, aż takiej paniki i ścisku wśród owiec i kóz. Jednak Hrei 

nie   przybywał   sam.   Towarzyszyło   mu   czterech   krasnoludów 
i całkiem   sporych   rozmiarów   wózek   na   którym   spoczywała 

największa   księga   jaką   Pradziadek   widział   w swoim   życiu. 
Potężne   tomiszcze,   jak   i jego   środek   transportu,   zdawały   się 

być   starsze   niż   wszystkie   tu   obecne   krasnoludy,   ludzie,   kozy 
i owce   razem   wzięte.   Dolgthrasir   zauważył,   że   foliał   i wózek 

opatrzone   były   prastarą   runą,   którą   kiedyś   sygnowały   się 
wszystkie   rody   krasnoludzkie   –   tymczasem   od   setek   lat 

używano   znaków   poszczególnych  klanów.   Księga  najwyraźniej 
pochodziła   z czasów,   kiedy   o Hamdirholm   jeszcze   nikt   nie 

słyszał.   Dolgthrasir   nie   zdążył   się   jednak   dokładnie   przyjrzeć 
tym wytworom swoich przodków, gdyż w jego kierunku, kopiąc 

na   lewo  i prawo   otaczające   go   zwierzaki,   z poczerwieniałą   od 
gniewu twarzą, parł sam Hrei.

-   Blacka   dupa...   -     po   raz   kolejny   tego   ranka   zaklął 

Pradziadek.

Kronikarz dotarł w końcu do najstarszego krasnoluda i grożąc 

mu palcem czarnym od inkaustu, wrzasnął:

-   Ty   mnie   nerwa   naruszył!   –   skutecznie   udało   mu   się 

przekrzyczeć otaczający go harmider. 

- Czego?! – nie dał się zastraszyć Pradziadek. – Musiałeś to 

wszystko tachać ze sobą? Widzisz, ze i tak nie ma tu miejsca? 

Uważaj żeby kozy ci nie zżarły książeczki.

Hrei sapnął, ale, o dziwo, uspokoił się trochę.
- Czy wiesz co to jest ta „książeczka” – zaczął pouczającym 

tonem.   –   To   księga   Pierwszego   Klanu!   Zabytek   na   skalę 
światową sprzed wielu tysięcy lat...!

-   Dobra,   dobra   –   przerwał   mu   Dolgthrasir   lekceważąco 

machając ręka, co u kronikarza wywołało kolejną falę gniewu. – 

Mów o co chodzi.

Badacz   starożytności   ponownie   ciężko   westchnął   i szybko 

wyrzucił z siebie:

- Prawdopodobnie pochodzimy od olbrzymów.

Twarz Dolgthrasira nie wyrażała niczego, potem pojawił się na 

niej wyraz zniechęcenia, a w końcu odezwał się:

- Wiesz? Nie mam dzisiaj nastroju na dowcipy...
- To nie żart! – Hrei ruszył do wózka z księgą, który powoli 

przebijał   się   przez   coraz   bardziej   gęstniejącą   masę   owiec 
i cicho, tak aby jego pomocnicy nie usłyszeli, zaczął wyjaśniać. 

– Ta księga, którą znalazłem w pewnej opuszczonej od dawna 
części Hamdirholm, zaczyna się od tych słów: „My, krasnoludy, 

wywodzimy   się   od   największej,   spośród   żyjących   stworzeń, 
istoty o imieniu Durin. Durin jest Ojcem naszym i jesteśmy przy 

nim   jako   te   dzieci.   On   nas   nauczał,   karcił   i przerastał 
wielkością.”

Dolgthrasir zmarszczył brwi:
- Hmmm, to jeszcze o niczym nie świadczy...

- Coś ci pokażę – przerwał mu Hrei i przewrócił pożółkłą kartę 

wielkiej księgi. Była tam ilustracja podpisana „Durin naucza swe 

dzieci”.   Pradziadek   długo   wpatrywał   się   w widniejące   na   niej 
postacie krasnoludów. Zwłaszcza jedną. Był nią, jak się domyślił 

z podpisu, Durin cztery razy większy od pozostałych.

- Kto wie o twoim odkryciu?

- Tylko ty i ja.
-   Niech   więc   tak   zostanie   dopóki   nie   wyjaśnimy   tej   całej 

sprawy. Wtajemniczę w to tylko jeszcze Baugiego, a co za tym 
idzie i Arien. Oboje bywali w szerokim świecie, mogą więc wiele 

wnieść do tej sprawy. Ej, ty! – Pradziadek krzyknął do jednego 
z pastuchów.   –   Sprowadź   mi   tu   Baugiego   i Arien!   Migiem!   – 

background image

krasnolud   zniknął   w Przedsionku,   z którego   coraz   rzadszą 

strugą wylewała się rogacizna.

Do Pradziadka przepchał się Willehad. Po raczej ponurej minie 

sierżanta można było wywnioskować, że nie znalazł nawet śladu 
wampira.

- Dolgthrasirze... – zaczął proszącym tonem.
-   Sierżancie   -   poirytowany   pradziadek   nie   dał   mu   po   raz 

kolejny   dojść   do   słowa.   -   Wy   macie   swoją   robotę,   ja   swoją 
i wierz   mi,   do   mojej   nie   należy   ganianie   za   wampirem   po 

okolicy   –   tylko   pamięć   o handlowych   kontaktach   z Królem 
Równin powstrzymywała Dolgthrasira od wywalenia uciążliwych 

ludzi na zbity pysk. 

-   Ależ   ja   nawet   o to   nie   proszę.   Jednak   gdybyście 

przypadkiem...

- Jakim przypadkiem, do kroćset! Toć sprawdzaliście i nie ma 

tu żadnego wąpierza!

- Ale mogliśmy..

- Przeoczyć? – przerwał mu Pradziadek z przekąsem. – Straż 

królewska dopuściłaby się przeoczenia?

Willehad zmieszał się wyraźnie.
- Nie, skąd – zaprzeczył jakoś tak bez przekonania. – Jednak 

wampir niewątpliwie przebywa tu gdzieś w okolicy. Może do was 
trafić.   Ba!   Może   nawet   wam   stada   w trakcie   wypasów 

poharatać.   – Nawet jeśli dla Pradziadka kozy i owce pętające 
się po hali, były niczym cierń w zadku, to dla sierżanta stały się 

źródłem   natchnienia.   Wyraźnie   odzyskał   rezon.   –   Wtedy   i w 
waszym interesie byłoby pozbycie się szkodnika.

-   Fakt,   to   nam   się   nie   kalkuluje...   –   mruknął   do   siebie 

Dolgthrasir. Ciągnął jednak tym samym tonem - Jeszcze tego 

nie było, żebyśmy pomocy u Króla Równin wyglądali – parsknął. 
– Nie takie szkodniki tępiliśmy. Jak się wampirzysko przypałęta, 

sami   sobie   poradzimy.   Co   najwyżej   może   nam   się   opłacić 
zawiadomienie was o tym. 

- Opłaci się – skwapliwie zapewnił się Willehad.
-   No   to   sprawę   sobie   wyjaśniliśmy.   Pozdrowienia   dla   Króla 

Równin   –   Dolgthrasir,   uważając   rozmowę   za   skończoną, 
a obecność   ludzi   w kopalni   za   zbyteczną,   odwrócił   się   do 

sierżanta plecami.

Willehad   przez   chwilę   patrzył   na   potężne   bary   Pradziadka, 

potem wzruszył ramionami. Zrobił co był w jego mocy. Zebrał 

więc ludzi i opuścił kopalnię. Gdy przechodził przez furtę, został 
skrzyczany   przez   Gimbura,   który   w ferworze   zliczania   stada 

wziął ich za barany.

Powoli   wracał   spokój,   kończono   liczyć   kozy   i owce, 

a krasnoludy   zaczęły   sprzątać   halę   z odchodów 
i powywracanych   sprzętów.   Ponownie   otwarto   Bramę   i słońce, 

które   już   stało   całkiem   wysoko   na   nieboskłonie,   na   moment 
wszystkich oślepiło. Światło dnia zdawało się oczyszczać hallę 

ze zwierzęcego zaduchu.

Kiedy Dolgthrasir odzyskał wzrok, koło niego stał już Baugi 

i jego   elfia   żona.   Arien   zmarszczyła   nos   i skrzywiła   się, 
rozglądając się ze zdziwieniem po zdemolowanej hali:

- Co tu tak śmierdzi? Co tu się stało?
-   Kozie   gówno   –   burknął   Pradziadek.   –   Właśnie   zaczął   się 

wiosenny   wypas.   Ale   nie   o tym   chciałem   porozmawiać   – 
i streścił im odkrycie Hreia.

Baugi   nie   chciał   początkowo   w to   uwierzyć,   dopóki   nie 

zobaczył   wpisu   w księdze   i ilustracji.   Arien   parskała   próbując 

nie   wybuchnąć   śmiechem.   Krasnoludy   wywodzące   się   od 
olbrzymów!   Pradziadek   spojrzał   na   nią   takim   wzrokiem,   ze 

natychmiast się uspokoiła.

- Co robimy? – zapytał Hrei.

-   Potrzebujemy   więcej   informacji   –   odpowiedział   Baugi.   – 

Gdzie znalazłeś tę księgę?

-   W starej   komnacie,   w Bezpańskich   Lochach,   niedaleko 

korytarzy klanu Sorlich...

-   Mówiłem   ci,   żebyś   się   tam   samotnie   nie   zapuszczał   – 

przerwał kronikarzowi Dolgthrasir.

Hrei wzruszył ramionami:
- Nie ma szans, żeby dowiedzieli się o mojej obecności. Poza 

tym w pojedynkę można w tej plątaninie korytarzy uciec nawet 
całemu klanowi. 

-   Wróćmy   do   księgi   –   zaczął   Baugi.   –   Sprawdziłeś   tę 

komnatę? Było tam coś jeszcze ciekawego?

background image

-   Ta   komnata   to   chyba   pracownia   kronikarza,   jest   tam 

mnóstwo manuskryptów, resztki regałów z księgami i mnóstwo 
przeróżnych śmieci.

-   No   to   musimy   się   tam   wybrać   –   wtrąciła   Arien.   – 

I przeszukać   dokładnie   całe   pomieszczenie.   Może   znajdziemy 

tam coś więcej na temat pochodzenia krasnoludów. Osobiście 
nie wierzę w tę teorię, że pochodzicie od olbrzymów. Kronikarz 

mógł coś przekręcić...

Hrei warknął wściekle, zły na siebie najbardziej, bo nie wpadł 

na   pomysł   dokładniejszego   przeszukania   komnaty   i wyrzucił 
z siebie:

-   Słuchaj   elfico!   Żaden   krasnoludzki   kronikarz   nie 

przebarwiałby   historii   swego   klanu!   Takie   coś   mogą   sobie 

praktykować elfy!

- Uspokójcie się! – Dolgthrasir uciął kłótnię zanim wybuchła 

na   dobre.   –   Natychmiast   ruszamy   do   Bezpańskich   Lochów. 
Tylko nasza czwórka. Łatwiej będzie nam unikać Sorlich. Daleko 

to?

- No, z pół dnia trzeba iść – odpowiedział kronikarz.

- Dobrze. Weźmiemy prowiantu na kilka dni i w drogę!

***

Coleman   obudził   się   i przeciągnął   rozkładając   błoniaste 

skrzydła. Przez chwilę zastanawiał się co go wytrąciło ze snu. 

Elf!   Zapach   elfa!   Nie   ma   smaczniejszej   krwi   ponad   elfią, 
zwłaszcza z młodego osobnika! Co za traf! Kto by pomyślał, że 

w tych ohydnych korytarzach spotka go taka niespodzianka. Na 
samo wspomnienie smaku elfiej krwi poczuł dojmujące ssanie 

w dołku.   Specjał.   Prawdziwa   ambrozja.   No   i niebagatelne 
walory odżywcze! Nic tak nie poprawia samopoczucia i kondycji 

jak   łyk   wiecznej   młodości.     Rozejrzał   się   po   hali   i w   końcu 
dojrzał   źródło   zapachu.   Arien   właśnie   wychodziła   z hali   do 

Przedsionka.   Towarzyszyło   jej   trzech   krasnoludów.   Coleman 
skrzywił   się   z niesmakiem.   Nie   znosił   krasnoludów   i była   to 

niechęć poniekąd uzasadniona. 

Wampir   oderwał   się   od   skały   i poszybował   za   nią.   Spod 

skalnego sklepienia miał doskonały widok na jasnowłosą elfkę, 

nie   mogła   mu   umknąć.   Skrzydlata   postać   nietoperza   miał 
niewątpliwie   swoje   zalety,   pozwalała   też   rozwiązać   niektóre 

palące kwestie higieny osobistej. I fizjologii. 

-   Pieprzone   nietoperze   –   mruknął   Gimbur,   wycierając 

colemanowe   odchody   ze   swojej   nowej   skórzanej   bluzy.   – 
Wytłukłbym tałatajstwo do ostatniego. 

- I nawzajem – szepnął mu w odpowiedzi wampir. – Poza tym 

sranie   na   podłogę   to   chyba   dla   was   nic   nowego   –   mruknął 

z mściwą  satysfakcją i odleciał w kierunku,  w którym oddalała 
się   elfka.   Wampir   śledził   swoją   ofiarę   czekając,   aż   zostanie 

sama.   W końcu   elf   opuścił   zatłoczone   korytarze   części 
mieszkalnej   i zagłębił   się   w rzadziej   uczęszczane   podziemia, 

nadal jednak miał towarzystwo. Coleman niestrudzenie za nim 
podążał, wypatrując stosownej okazji.

***

Początkowo małą wyprawę prowadził Dolgthrasir. Dopiero jak 

opuścili tereny klanu, przewodnictwo objął Hrei. Prowadził ich 
ostrożnie i po omacku. Nie używali pochodni, ażeby   ich blask 

nie ściągnął im na głowy jakiegoś patrolu Sorlich. Gdyby nie to, 
że   elfica   niezbyt   pewnie   poruszała   się   w czeluściach 

podziemnego labiryntu, posuwaliby się nawet całkiem szybko. 
Korytarze   były   coraz   bardziej   zaniedbane,   pełne   skalnych 

odłamków i rumowisk. Arien, wychowana w słonecznych lasach 
Równin,   czuła   się   nieswojo   w niezgłębionych   mrokach, 

natomiast   krasnoludy,   które   widziały   w ciemnościach   o wiele 
lepiej od niej, zdawały się nie okazywać żadnego lęku. Elficy 

wydawało się, ze krążą w kółko, jednak Baugi zapewniał, że tak 
nie jest.

-   Gdybyś   zlecił   oczyszczenie   tych   korytarzy   –   odezwał   się 

przyciszonym   głosem   Hrei.   –   to   byśmy   już   dawno   byli   na 

miejscu...

- Do kogo ta mowa? – burknął Dolgthrasir.

- Do ciebie, przywódco klanu.
- Gdybyś się wziął za handel, albo za górnictwo, a nie babrał 

background image

się w jakichś starych papierach, to nie musielibyśmy tędy łazić 

– zripostował całkiem głośno Pradziadek.

- Ćśśś! – uciszył rozmówców Baugi.

W końcu dotarli do pomieszczenia, gdzie Hrei odnalazł starą 

księgę i Dolgthrasir pozwolił zapalić lampy na olej skalny. Cała 

posadzka   zasłana   była   kruszącymi   się   przy   dotknięciu 
woluminami, gdzieniegdzie jeszcze przy ścianach zachowały się 

spróchniałe   regały,   jednak   większość   sprzętu,   podobnie   jak 
książki,   dawno   rozsypała   się   w proch.   Przystąpili   do 

przeszukiwania   komnaty.   Zaczęli   od   schowka   za   jednym 
z regałów   w którym  Hrei  znalazł wózek  z księgą.  Nic  tam  nie 

znaleźli,   więc   zabrali   się   do   gmerania   w stosach   kruchego 
papieru,   Pradziadek   uważnie   przyglądał   się   jednej   ze   ścian 

komnaty   i mruczał   pod   nosem:   „coś   tu   nie   gra,   coś   tu   nie 
gra...”.  W końcu podszedł do  niej i zaczął dokładnie   opukiwać 

swoim   nieodłącznym   młotkiem.   Skończywszy   swoje   badanie 
obwieścił głośno:

- Tu są chyba jakieś drzwi.
Wszyscy   przerwali   swe   dotychczasowe   czynności   i z 

ciekawością oglądali wskazaną przez Dolgthrasira ścianę. Baugi, 
niewiele   się   zastanawiając,   splunął   w dłonie,   chwycił   stylisko 

ciężkiego   młota   i zaczął   walić   w miejsce,   które   Pradziadek 
określił jako  ukryte  drzwi.  Echo   poniosło  starymi korytarzami 

głuchy odgłos łupania skały.

- Ciszej! – syknął Pradziadek.

- To jak, na Durina, mam rozwalić tę ścianę! – zdenerwował 

się Baugi.

Dolgthrasir nic nie odpowiedział, tylko wysłał Hreia na czaty. 

Praca bardzo powoli posuwała się do przodu. Kilka razy Baugi 

zamieniał się z Hreiem. W końcu udało się wybić dziurę na tyle 
wielką,   by   przecisnąć   przez   nią   rękę.   Hrei   i Baugi,   zmęczeni 

oparli się o ścianę.

- Musi być jakaś dźwignia – wysapał kronikarz.

- Jasne, że musi – odparł Pradziadek. – Tylko, że skoro są to 

ukryte drzwi, to i owa dźwignia również musi być ukryta...

Rozległ się  świst i w posadzkę  między  rozmawiającymi wbił 

się bełt kuszy. Wszyscy rzucili spojrzenie na półkę skalną, której 

wcześniej   nie   zauważyli,   a skąd   zdawał   się   nadlecieć   pocisk. 

Kilkanaście krasnoludów nakręcało tam kusze, szykując się do 
oddania salwy.

-   Klan   Sorlich!   Musi   być   tam   inne   wejście!   –   krzyknął 

Pradziadek   i pociągnął   Arien   pod   skałę,   gdzie   nie   sięgały 

pociski.

- Co robimy? – spytał kronikarz.

Pradziadek chwilę pomyślał:
-   Skokami   dostaniemy   się   do   wyjścia   z komnaty...   Gotowi? 

Kronikarzu, idziesz pierwszy.

Baugi, który miał jako drugi przebiec przestrzeń znajdującą 

się pod ostrzałem krasnoludów z galery, z przerażeniem patrzył, 
jak   Hrei   potyka   się   zaraz   po   starcie   i z   rozmachem   pada   na 

posadzkę. Natychmiast posypały się pociski. Nie zauważył, czy 
kronikarz się podniósł, gdyż ściana za nim usunęła się i tracąc 

równowagę pacnął na plecy w ciemnym korytarzu, który za nim 
się otworzył.

Arien   szarpnęła   Pradziadka   wskazując   na   otwarte   ukryte 

drzwi.   Dolgthrasir   jednak   nie   odrywał   wzroku   od   kronikarza, 

który   gramolił   się   z podłogi   pod   osłoną   pozostałości 
z połamanego   regału. Palcami ściskał przestrzelone ramie, ale 

rana   nie   wyglądała   na   poważną,   a sam   Hrei   robił   wrażenie 
wściekłego   raczej   niż   umierającego.   Pradziadek   sapnął   z ulgą 

i krzyknął do niego:

- Sprowadź posiłki! – Hrei tylko skinął głową i kryjąc się za 

rumowiskiem   sprzętów   i skalnymi   załomami   ruszył   w stronę 
Hamdirholm.   Ledwo   znikł   w czeluściach   Bezpańskich   Lochów, 

gdy   korytarz   prowadzący   do   komnaty   kronikarza   rozbłysnął 
refleksami pochodni. Pradziadek, już nie zwlekając, schronił się 

za sekretnymi drzwiami. Baugi zaparł się o kamienne odrzwia 
i z nie małym wysiłkiem je zatrzasnął. Nie zauważył nawet jak 

do korytarza w którym się schronili, przemknął nietoperz.

***

Coleman  przycupnął na małym  występie  skalnym  wzrokiem 

pożerając   elficę.   Drżał   cały   na   ciele   nie   mogąc   się   pozbyć 

background image

pragnienia   posmakowania   elfiej   krwi.   Musiał   się   napić. 

Wystarczyłby   choć   łyk   jeden,   by   na   długo   zapomnieć 
o zmęczeniu. No i jaka odmiana w jadłospisie. Ostatnio przyszło 

mu   żywić   się   byle   czym   właściwie.   Podłej   jakości   krew,   nie 
licząc tej kobiety za którą ścigali go królewscy, zaspokajała co 

najwyżej głód i pozwalała całkiem nie opaść z sił, ale jaka to 
ujma   dla   wampira   z klasą.   Teraz   wreszcie   miał   okazją 

zakosztować   godnego   napitku.   Jednak   dalej   czekał   na 
odpowiedni   moment   –   bał   się   tych   dwóch   krasnoludów.   No 

może   nie   bał,   ale   z pewnością   żywił   daleko   idącą   i poniekąd 
uzasadnioną niechęć.

***

Dolgthrasir  zerkał przez  dziurę  wykutą  w ukrytych  drzwiach 

na   wsypujących   się   do   komnaty   Sorlich.   Wrogi   klan   zaczął 
przeszukiwać   komnatę.   Wiedzieli,   że   uciekł   z niej   tylko   jeden 

krasnolud,   pozostawało   więc   kwestią   czasu   odnalezienie 
pozostałych. W końcu natrafili na skalne drzwi za którymi skryli 

się hamdirholmczycy. Pradziadek w porę uskoczył przed bełtem 
wysłanym   w dziurę.   Sorli   spróbowali   poszerzyć   otwór 

w drzwiach. Baugi i Pradziadek przeszkadzali im w tym jak tylko 
mogli. Nawet Arien, co jakiś czas, starała się „dziabnąć” swoją 

włócznią   każdego,   kto   nieopatrznie   zbliżył   się   do   otworu. 
W końcu   Sorli   zrezygnowali   ze   szturmowania   ukrytych   drzwi 

i przystąpili do szukania dźwigni pozwalającej im dostać się do 
swoich wrogów. I na tym polu ponieśli jednak porażkę. Rozłożyli 

się obozem w komnacie kronikarza, najwyraźniej dochodząc do 
wniosku, że wrogowie prędzej czy później sami wpadną w ich 

ręce.

- Co dalej? – spytał Baugi siadając koło Arien i opierając się 

o chropowatą ścianę mrocznego korytarza.

- Nic – odparł Pradziadek. – Czekamy na posiłki. Posiedźcie tu 

i popilnujcie drzwi. Ja sprawdzę dokąd prowadzi ten korytarz. 
Może jest stąd jeszcze inne wyjście.

Dolgthrasir wziął jedną z pochodni i ruszył w głąb korytarza. 

Arien i Baugi zostali sami.

***

-   Wreszcie!   –   zapiszczał   Coleman,   widząc   odchodzącego 

krasnoluda.   Wampirowi   z pragnienia   kręciło   się   w głowie. 

Potrząsnął   głową,   skupił   się   i spadł   w dół   na   szyję   Arien. 
Ogarnęła go czerwona gorączka – myślał tylko o krwi. Dopadł 

w końcu szyi elficy, wbił się w nią ostrymi ząbkami i zaczął ssać. 
Odpowiedział mu męski okrzyk, całkiem nie podobny w tonacji 

nawet   do   dźwięków   wydawanych   przez   przestraszone   elfy 
rodzaju żeńskiego.

Coleman   poczuł   smak   krwi.   Dobrej,   słodkiej   elfiej   krwi. 

Słodkiej?   Tfu!   Była   gorzka   i smakowała   jak   skrzep!   Otworzył 

oczy i zobaczył przed sobą brodatą twarz na której malowała się 
wściekłość.

-   O,   kylwa   –   mruknął,   nie   wypuszczając   swojej   ofiary 

z zębów,   i przełknął   ślinę,   a wraz   z nią   trochę   krasnoludzkiej 

krwi.

***
Baugi   właśnie   objął   Arien,   gdy   poczuł   bolesne   ugryzienie 

w rękę. Krzyknął i odskoczył od elficy jak oparzony. Przyglądał 
się swojemu przedramieniu na którym wisiał, uczepiony zębami, 

nietoperz.   Wydawało   się,   że   ten   latający   ssak   z błogości 
przymrużył   oczy   i ekstatycznie   zmarszczył   nos.   Krasnolud 

wyraźnie   czuł   jak   zwierzak   wysysa   z niego   krew.   Po   chwili 
nietoperz otworzył oczy, pisnął coś i potężny huk rozniósł się po 

korytarzu.

Zamiast   nietoperza   na   podłogę   osuwała   się   ludzka   postać. 

Baugi warknął, złapał za młot i zamierzył się na wampira. 

-   Zostaw   –   powstrzymała   go   Arien.   –   Zobacz   nawet   nie 

drgnie. Ciekawe co mu się stało. Ze strachu zemdlał? – Elfica 
pochyliła się nad wampirem oglądając go uważnie. – Najlepiej 

nie   wygląda.   Jakiś   taki   zmęczony   chyba...   i chudy   strasznie. 
Pewnie nie pił od dawna. – stwierdziła. 

-   Właśnie   się   pożywił   –   mruknął   Baugi   wskazując   dwie 

niewielkie ranki po kłach na swojej ręce. 

background image

Coleman powoli dochodził do siebie. Ostrożnie otworzył oczy 

i ujrzał   nad   sobą   elfią   i krasnoludzką   twarz.   Poczuł   zapach 
elfa... I chwilę później zapach krasnoluda, zapach krwi kapiącej 

z rozciętego zębami przedramienia. Paskudny wiercący w nosie 
zapach   wstrętnej   krasnoludzkiej   krwi.   Zasyczał   ze   wstrętem, 

wyszczerzając odruchowo kły.

Baugi pacnął go dłonią w czoło, tak od niechcenia.

-   No,   spokój!   –   mruknął   krasnolud.   –   Bo   cię   przyszpilę 

osikanym kołkiem.

Coleman zadrżał z obrzydzenia i co tu kryć, ze strachu. Leżał 

tu nagi pozbawiony swych mocy, a ten krasnolud znał jedyny 

skuteczny   sposób  na   definitywne   pozbawienie   życia   wampira. 
Tylko  nieliczni wiedzieli że osikowy kołek powoduje  jedynie  u 

wampirów   śpiączkę   voodoo,   trwającą   kilkaset   lat.   Natomiast 
osikany   kołek,   czyli   drewno   oblane   moczem   jest   śmiertelną 

bronią przeciwko krwiopijcom. Przebicie wampira takim kołkiem 
powodowało   natychmiastowe   zakażenie   krwi   i śmierć   na 

miejscu.   Od  krasnoludzkiej   krwi   chorował  długo   i uporczywie, 
szczyny   z pewnością   wyprawiłyby   go   na   tamten   świat. 

Właściwie to nawet kołek nie byłby potrzebny. Coleman jednak 
nie wiedział, że Baugi po prostu się przejęzyczył. 

- Hrei by się teraz przydał, zawsze ma kieszenie wypchane 

czosnkiem, ciągle żre to świństwo. Przydałaby się nam jedna 

albo   dwie   główki,   tak   na   wszelki   wypadek   –   Baugi   obrzucił 
Colemana   wrogim   spojrzeniem.   Wampir   usiadł   z wysiłkiem 

i oparł się o ścianę.

-   To   nie   główki   czosnku   tylko   kwiaty   –   powiedział,   tonem 

sugerującym, że powtarza tę informację po raz setny. – I nie 
szkodzą   wampirom   tylko   bardzo   nie   lubimy   tego   zapachu... 

A skoro   już   o tym   mowa,   czy   nie   zechciałbyś   może   opatrzyć 
sobie ręki?

Baugi   już   miał   na   końcu   języka   ciętą   ripostę 

o powstrzymywaniu   niewczesnych   apetytów,   kiedy   uświadomił 

sobie,   że   wampir   odwraca   od   niego   głowę,   z wyraźnym 
wstrętem   malującym   się   na   bladym   obliczu.   Ponad   wszelką 

wątpliwość nie miał ochoty na kolejny łyk krasnoludzkiej krwi. 
W oczach Baugiego błysnęło zainteresowanie. 

Dolgthrasir,   jak   tylko   usłyszał   huk,   wrócił   do   drzwi. 

Zauważając   gramolącego   się   z ziemi   wampira,   pokiwał   ze 
zrozumieniem głową:

- A więc to ty jesteś wampir Coleman...
-   We   własnej   osobie   –   przyznał   z rezygnacją   wampir   – 

Willehad z pewnością dotrzyma słowa o nagrodzie...

- Słyszałeś – to było raczej stwierdzenie niż pytanie.

- Wszystko.
-   Co   z nim   zrobimy?   –   przerwał   im   Baugi.   -   Mamy   dość 

kłopotów z klanem Sorlich – dodał znacząco. 

- Nie! Nie! Nie! – Coleman skulił się pod ścianą. 

-   O co   chodzi?   –   Baugi   pochylił   się   nad   wampirem   niby 

mimochodem   podsuwając   mu   pod   nos   wciąż   krwawiące 

przedramię.     –   Gadaj!   –   ponaglił.   Coleman   z wysiłkiem 
opanował kolejny dreszcz obrzydzenia. Wyglądał już na ciężko 

chorego.

- Jestem uczulony... – stęknął.

-   Na?   –   zapytał   Baugi,   choć   sam   doskonale   znał   już 

odpowiedź.

-   Na   krasnoludy...   –   westchnął   Coleman   ciężko   –   Zabierz 

rękę, proszę.

Baugi i Pradziadek wymienili spojrzenia.
-   Królewscy   podobnież   obiecali   złoto   za   jego   głowę   – 

przypomniał Baugi.

Dolgthrasir pochylił się nad wampirem:

- Powiedz mi, dlaczego nie mielibyśmy zabić cię od razu?
Coleman,   który   coraz   bardziej   odczuwał   skutki   łyknięcia 

krasnoludzkiej krwi, powiedział z wysiłkiem:

- Po pierwsze, za żywego wampira dostaniecie więcej złota. 

Po drugie, jak mnie zabijecie, to zostanie ze mnie tylko kupka 
popiołu,   co   nie   jest   wystarczającym   dowodem   na   zabicie 

wampira...

Pradziadek zmarszczył brwi. Willehad chciał go oszukać! Nie 

zapłaciłby   krasnoludom   wykręcając   się,   że   przynieśli   zwykły 
popiół! Zabicie wampira wyraźnie się nie kalkulowało.

-   Starczy   –   przerwał   Colemanowi.   -   Darujemy   ci   życie.   Na 

razie. Jak wrócimy do domu, zastanowię się co z tobą zrobić. 

background image

Teraz mam co innego na głowie. -   wampir odetchnął z ulgą, 

a Pradziadek   zwrócił   się   do   wszystkich.–   Chodźcie   za   mną 
odkryłem  komnatę  na  końcu korytarza. A ty –  zwrócił  się  do 

wampira   -   masz   być   grzeczny.   Z nami   może   i wygrasz,   ale 
z uczuleniem nie.

Arien   zajrzała   przez   dziurę   w kamiennych   drzwiach. 

Kilkunastu Sorlich siedziało spokojnie przy ognisku rozpalonym 

z resztek   mebli   zaśmiecających   komnatę   kronikarza.   Nic   nie 
zapowiadało, by się do czegoś szykowali.

Elf,   krasnolud   i wampir   ruszyli   za   Pradziadkiem.   Korytarz 

powoli rozszerzał się, aż łagodnie przeszedł w wykutą w skale 

salę. Cała czwórka, po omacku, bo lampy zostawili w komnacie 
kronikarza,   obeszła   najpierw   pomieszczenie   w poszukiwaniu 

dalszych   korytarzy.   Następnie   ostrożnie   zaczęli   badać   środek 
sali.   Tam   natknęli   się   na   ogromną   kamienną   figurę     .   Miała 

pokruszone   ręce,   ale   nadal   w niej   można   było   rozpoznać 
sylwetkę krasnoluda.

- Hmmm... Skądś to  znam... – Dolgthrasir  podrapał się po 

brodzie.

-   A co   widzicie?   –   spytała   Arien,   praktycznie   ślepa   w tych 

ciemnościach.

- Ogromny posąg, zdaje się, krasnoluda – odparł Baugi.
- Jak wielki? Jak ten z książki? – dopytywała się elfica.

Oba krasnoludy popatrzyły na siebie. Potem na rzeźbę.
- To jest ten sam posąg. – powiedział powoli Pradziadek.

 Teraz zrozumieli, że rycina z księgi przedstawiała hołd jaki ich 

przodkowie   oddawali   posągowi   Durina.   Pradziadek   znalazł 

nawet rozwiązanie, dlaczego zapis w kronice wyglądał tak, a nie 
inaczej.   Język   stosowany   przez   kronikarza   był   archaicznym 

protoplastą   współcześnie   używanego.   Obecne   krasnoludy 
określenia „największy” czy „wielkość” stosowały jedynie wobec 

fizycznych   rozmiarów   rozumnej   osoby   (krasnoluda,   elfa, 
człowieka, wampira itd. Oprócz trolli, które co prawda mówiły, 

ale nie były uznawane za inteligentne). Za czasów Pierwszego 
Klanu,   nie   było   żadnych   istot   rozumnych,   poza   samymi 

krasnoludami,   więc   określenie   „wielki”   stosowano   zamiennie 
z „potężny”.   Nie   trzeba   było   różnicować   wielkości   istot 

rozumnych. Oba krasnoludy odetchnęły z ulgą i zaczęły tańczyć 

z radości,   śmiejąc   się,   poklepując   po   ramionach   i targając 
nawzajem   za   brody.   Pierwszy   spoważniał   Pradziadek,   jakby 

zrozumiał, że takie zachowanie nie przystoi przywódcy Synów 
Hamdira.

- Zabiję Hreia – zgrzytnął tylko. – Panikarz.
W końcu wszyscy usiedli u stóp wykutego w skale pomnika. 

Coleman   przycupnął   na   uboczu,   wodząc   przestraszonym 
wzrokiem   po   tej   nietypowej   grupce.   Nic   nie   rozumiał. 

Krasnoludy wywodzące się od olbrzymów? Absurd!

Nie wiadomo jak długo tak trwali w bezczynności. Jako, że nie 

mieli   pochodni,   siedzieli   w mroku,   a to   sprawiło,   że   zatracili 
poczucie czasu. Baugi nawet przysnął na kolanach Arien.

Obudziło go szturchnięcie Pradziadka.
- Słyszysz? – nie wiadomo dlaczego szeptał Dolgthrasir. Baugi 

wsłuchał   się   w ciszę   sali.   Z korytarza   zdawały   się   dobiegać 
odgłosy walki. Krasnoludy chwyciły za broń. Arien po omacku 

odnalazła   swoją   włócznię.   Coleman   próbował   przybrać   swą 
prawdziwą demoniczną postać. Czuł się lepiej, ale wciąż był za 

słaby. Zanim jednak zdążyli cokolwiek zrobić wszystko ucichło.

- Dolgthrasir! – ktoś zawołał od strony korytarza. Wszyscy, 

łącznie z wampirem, rzucili się do wyjścia. Baugi chwycił dłoń 
swojej   żony   i pewnie   poprowadził   ciemnym   korytarzem, 

rozświetlanym   na   końcu   nikłym   światłem   przedostającym   się 
przez otwór wykuty w kamiennych drzwiach.

- Dolgthrasir! – usłyszeli już wyraźnie przy samej dziurze.
- Słyszę ciebie, Hreiu! – odpowiedział Pradziadek.

- Dzięki przodkom! Żyjecie!
- Żyjemy, żyjemy!

- Wyłaźcie stamtąd! 
-   Hmmm,   to   musicie   nas   wypuścić.   Zatrzasnęliśmy   wrota, 

a dźwignia jest tylko po waszej stronie.

- Gdzie?

- Któryś z odłamków skalnych uruchamia mechanizm drzwi. 

Odnajdźcie go!

Hrei   wydał   rozkazy   i po   chwili   kilka   krasnoludów   zawzięcie 

kopało wszystkie kamienie w okolicy ukrytych drzwi. Stojący na 

background image

czatach   stryj   Baugiego,   Agnar,   zawołał   Hreia,   by   go   zmienił. 

Kronikarz   biegiem   ruszył   do   wejścia   i potknął   się   o ten   sam 
kamień co wcześniej, podczas ucieczki przed klanem Sorlich.

Ukryte   drzwi   prawie   bezszelestnie   się   otworzyły.   Wampir, 

elfica i dwa krasnoludy wyskoczyli z lochu jakby ich kto gonił.

-   Nareszcie!   –   krzyknął   Baugi   i uściskał   swych   ziomków.   – 

Zmywajmy się stąd.

- A to kto? – spytał Agnar wskazując na Colemana.
-   Eeee...   –   zająknął   się   Baugi,   który   nie   chciał   objawiać 

tożsamości wampira. – Znaleźliśmy go w za ukrytymi drzwiami. 
Zatrzasnął się biedak jakiś czas temu.

Stryj   uważnie   przyjrzał   się   Colemanowi.   Wampir   faktycznie 

wyglądał   nienajlepiej,   jakby   spędził   co   najmniej   kilka   dni 

w ciemnościach,   bez   wody   i jedzenia.   W końcu   powiedział   do 
wampira:

- Będę miał cię na oku. Nie ufam ludziom, którzy szperają po 

krasnoludzkich kopalniach.

-W korytarzach pełno Sorlich– wrócił zdyszany Hrei. – ciężko 

będzie!

Dolgthrasir zaczął wydawać rozkazy:
-   Arngrim,   weź   kilkunastu   krasnoludów,   liny   i zajmijcie   tę 

galerię – nie  chciałbym znowu mieć nad sobą ich kuszników. 
Reszta ustawić się w szyku! Czemu jest nas tak mało?

- Lofar powiedział, że twoje wycieczki do Sorlich to nie jego 

sprawa   i nie   pozwolił   swoim   ludziom   ruszyć   z nami.   – 

odpowiedział   Fridleif,   ojciec   Baugiego.   Lofar   był   głównym 
kandydatem do zajęcia miejsca Pradziadka jako przewodzącego 

klanowi   Synów   Hamdira.   Wykorzystywał   więc   każdą   okazję, 
żeby podkopać autorytet Dolgthrasira.

Pradziadek zgrzytnął tylko zębami:
- No nic, damy radę.

Synowie   Hamdira   utworzyli   zwarty   szyk,   szykując   się   na 

przybycie Sorlich. Coleman skulił się przy ścianie, martwiąc się, 

że   podczas   tej   bitwy   może   zostać   zachlapany   krasnoludzką 
posoką, co niezbyt mu się podobało. I tak miał mdłości od tych 

kilku kropel krwi Baugiego. Arien stała za formacją krasnoludów 
z włócznią gotową do ataku.

Do komnaty kronikarza wszedł Tyrfing. Rozejrzał się po sali 

i bez strachu ruszył ku Hamdirholmczykom.

-   Witam   Dolgthrasirze   w moich   lochach!   –   zaczął,   szeroko 

rozkładając ramiona, jakby chciał uściskać swego wroga.

- To nie twoje lochy, to bezpańska część korytarzy – spokojnie 

zripostował Pradziadek.

- To ty tak uważasz – odpowiedział Tyrfing.

***

Coleman przestał słuchać tradycyjnych obelg rzucanych przez 

obu wodzów. Poczuł, że znikły mdłości, a jego wampirze moce 

powracają. Rozsądek kazał mu zmienić postać i zmykać, gdzie 
pieprz rośnie. Jednak nie wiedział jak potężne są te krasnoludy 

i czy zdoła im umknąć. Podjął decyzję.

- Panie Baugi – zaczął, bezczelnie klepiąc w hełm stojącego 

w pierwszym   rzędzie   krasnoluda,   który   już   zaczął   się 
gorączkować zbliżającą się bitwą. 

Krasnolud, wściekły (nikt nie lubi jak wali się go bez potrzeby 

w hełm) odwrócił się i warknął:

- Czego?
-   Panie   Baugi,   chciałbym   wam   jakoś   pomóc   w tej   bitwie, 

zasłużyć   na   przychylność   Pradziadka.   Tylko   błagam,   żeby   nie 
było krwi!

Baugi popatrzył na wampira, zastanowił się chwilkę i spytał:
- Potrafisz przyjmować inną postać niż nietoperz?

- Potrafię.
- Czy jest przerażająca?

- Jeszcze żadnej damy   nie udało mi się zbajerować pod tą 

postacią. Chyba jest.

- Dobrze. Słuchaj, zrobimy tak...

***

- Tyrfingu, a masz swojego elfa? – rzucił drwiąco Dolgthrasir. 

– Ostatnim razem przerwałeś walkę, bo stwierdziłeś, że ci się to 

background image

nie opłaca, dopóki nie będziesz miał swojego długouchego.

Wódz Sorlich zaśmiał się kpiąco:
- Pewnie, że mam – i na te słowa do sali zaczęli wsypywać się 

jego   wojowie.   Ustawili   się   w szyku.   Ostatni   wszedł   elf.   Był 
brudny i wychudzony, ale dumny, jak wszystkie elfy. Odszukał 

wzrokiem   Arien   i uśmiechnął   się   pogardliwie.   Arien   mocniej 
chwyciła swoją włócznię i splunęła w jego stronę. To na chwilę 

zmyło   z twarzy   tyrfingowego   elfa   wyraz   pogardy.   Widać   nie 
przywykł   do   tak   nieobyczajnego   zachowania   u   elfów.   W tym 

czasie Baugi przepchnął się do Pradziadka i coś mu szeptał na 
ucho.

-  Skończcie   pitolić!  –   wrzasnął Agnar,  jak  zawsze  skory  do 

bitki.   Z obu   stron   podniosły   się   głosy   popierające   inicjatywę 

stryja Baugiego.

Dolgthrasir   uniósł   dłoń,   na   znak,   że   jeszcze   chce   coś 

powiedzieć.

-   Hmm...   Nie   chciałbym,   Tyrfingu,   żebyś   posądzał   Synów 

Hamdira o brak honoru. Mamy w zanadrzu jeszcze jedną tajną 
broń. Demona.

Zarówno   wojowie   Hamdirholm   i klanu   Sorlich   popatrzyli   po 

siebie   ze   zdziwieniem.   Tyrfing,   obserwując   reakcje 

Hamdirholmczyków, doszedł do wniosku, że ich wódz blefuje. 
Cofnął się więc do swoich i dał rozkaz do ataku. Sorli, trzymając 

szyk, powoli ruszyli naprzód.

Dolgthrasir dał znak Colemanowi. Wampir, drżąc ze strachu, 

szepcząc   „bez   krwi,   bez   krwi”   niczym   litanię,   przyjął   postać 
nietoperza   i przefrunął   na   wolną   przestrzeń   między   dwoma 

klanami.

Opadł   na   zapyloną   podłogę.   Tylko   niektórzy   zauważyli   tam 

małego   nietoperza,   gdyż   Coleman   od   razu   przyjął   swoja 
prawdziwą postać.

Tuż przed Tyrfingiem, jakby z pod ziemi, wyrósł potężny, jak 

na   krasnoludzkie   standardy,   potwór   o błoniastych   skrzydłach 

i paszczy   najeżonej   szpiczastymi   zębiskami.   Klan   Sorlich 
zatrzymał się.

Coleman   odwrócił   się   do   Hamdirholmczyków   i cicho   spytał, 

jakby chciał się upewnić:

-   Panie   Baugi,   czy   jesteście   pewni,   że   na   tym   polega 

prowadzenie wojny?

Dolgthrasir   potaknął   głową,   a jego   wnuk   położył   palca   na 

ustach nakazując wampirowi ciszę.

  Tyrfing, czochrając brodę, obszedł dookoła przeistoczonego 

wampira   oceniając   jego   zdolności   bojowe.   Coleman   co   jakiś 
czas syczał groźnie, choć nie czuł się tak pewnie jak zdawał się 

wyglądać.   Wódz   Sorlich   skrzywił   się   i pokręcił 
z niezadowoleniem głową. Poprosił Pradziadka na słówko.

-   Dolgthrasir,   co   ty   odpierdalasz?!   –   mówił   zirytowany 

przyciszonym głosem. – To już drugi taki twój numer! Stawiasz 

nas w niezręcznej sytuacji. Wiesz ile się naszukaliśmy tego elfa? 
Całą   zimę!   Zdajesz   sobie   sprawę,   jak   moi   ludzie   źle   znoszą 

bezczynność? A ty, z tą swoją elficą, wstrzymałeś nasza jedyną 
zimową   rozrywkę!   A teraz   ten   demon!   Przybastuj   trochę!   To 

pierwsza zima od kilkuset lat, którą moi chłopcy przesiedzieli 
bezczynnie! Oni się nudzą! Wiesz jak wzrosła ilość gwałtów na 

rogaciźnie...?!

-   Przepraszam,   Tyrfing   –   odpowiedział   tłumacząc   się 

Dolgthrasir   i rozkładając   bezradnie   ręce.   –   Naprawdę   nie 
miałem zamiaru wdzierać do twojej części Bezpańskich Lochów. 

Chciałem tylko sprawdzić, czy pochodzimy od olbrzymów...

- Od olbrzymów... – cicho powtórzył Tyrfing i z politowaniem 

popatrzył na swego rozmówcę.

- Tak, od olbrzymów. Ta komnata kryje wiele tajemnic. Mogę 

ci je zdradzić jeśli nas puścisz wolno.

-   Od   olbrzymów?   –   ponownie   spytał,   tym   razem 

niedowierzająco, przywódca Sorlich.

- Tak, puść nas to powiem ci, gdzie znaleźć odpowiedź. Poza 

tym nie chciałbyś chyba wytracić swych ziomków przy starciu 
z tym demonem. Wiesz, że to diabelstwo, wykosiło połowę rady 

miejskiej   w Przygórzu.   Jest   cholernie   głodne,   bo   od  kilku   dni 
przeszukujemy   Bezpańskie   Lochy...   –   kłamał   jak   z nut 

Pradziadek.

-   Od   kilku   dni?   –   zdziwił   się   Tyrfing.   –   Mam   tu   wszędzie 

regularne   patrole   i dopiero   dzisiaj   wykryliśmy   was   w tej 
komnacie.   Co   prawda,   wcześniej   widywaliśmy   Hreia,   twego 

background image

kronikarza... Powiem ci w tajemnicy, że nawet podłożyliśmy mu 

parę ksiąg...

- A taką dużą, na wózku? – Dolgthrasir zmarszczył brwi.

-   To   też   nasza   robota   –   wyszczerzył   się   wódz   Sorlich.   Na 

chwilę   spoważniał,   a potem   zarechotał   głośno.   –   Olbrzymy... 

Nabraliście się na tą ilustrację?! Stąd te olbrzymy! Ta księga to 
stary   zbiór   bajek   mojego   praprawnuka,   przekazywana   od 

dawna   z pokolenia   na   pokolenie!   Buhahahaha!   Wielki 
Dolgthrasir dał się nabrać książce z bajkami!

Pradziadek   zgrzytnął   zębami   z wściekłości,   ale   spokojnie 

powiedział:

- Znaleźliśmy tego olbrzyma z ilustracji. Skamieniałego.
Tyrfing zgiął się w pół ze śmiechu:

- Nie może być! Ha, ha! To przecież bajki...
- Baugi – Dolgthrasir zwrócił się do swego prawnuka. – Co 

znaleźliśmy za ukrytymi drzwiami?

- Kamiennego Durina – odpowiedział niemal natychmiast mąż 

Arien.

Przywódca   Sorlich   spoważniał,   chociaż   oczy   jeszcze   mu   się 

śmiały.

- Żartujecie...

- Nie. W tej ukrytej komnacie jest skamieniały Durin. Mówię 

całkiem   poważnie.   Pozwól   nam   odejść,   a mój   demon   nie 

poszatkuje   twoich   ziomków.   Ja   ci,   natomiast,   zdradzę   jak 
otworzyć sekretne drzwi.

Tyrfing zastanawiał się chwilę.
- Dobrze. Możecie iść, ale obiecaj mi, że następnym razem nie 

będzie żadnych demonów. Tylko krasnoludy i po jednym elfie na 
każdy klan.

- Zgadzam się – odparł Dolgthrasir i poinstruował Tyrfinga jak 

ma znaleźć wejście do tajemnej komnaty.

-   Rozejm!   –   huknęli   w końcu   obaj   wodzowie.   Jęk   zawodu 

przetoczył   się   po   klanach.   Coleman   wrócił   do   swojej   postaci, 

Baugi natychmiast znalazł się przy nim i szepnął krótko:

- Nie stawiaj oporu, pamiętaj o uczuleniu.

Coleman   skrzywił   się   niemiłosiernie   na   samo   wspomnienie 

krasnoludzkiej krwi, ale posłusznie dał się skrępować.

 W czasie jak Hamdirholmczycy, w miarę spokojnie (nie licząc 

skrępowanego   Agnara,   który   za   wszelką   cenę   chciał   chociaż 
trzepnąć w ucho któregoś z wojów wrogiego klanu), opuszczali 

komnatę   kronikarza,   połowa   klanu   Sorlich   zawzięcie   kopała 
zaścielające   posadzkę   kamienie   w poszukiwaniu   dźwigni 

otwierającej skalne drzwi.

***

Colemana,   zaraz   po   powrocie   do   Hamdirholm,   zamknięto 

w celi, gdzie miał oczekiwać na decyzję Pradziadka. Oczywiście 
mógłby   bez   trudu   opuścić   swoje   więzienie,   był   przecież 

wampirem.   Powstrzymywała   go   jednak   pamięć   o królewskich 
zbrojnych, błąkających się najprawdopodobniej gdzieś w okolicy 

Góry   Hamdira.   I doświadczenie   przeżytych   kilkuset   lat,   które 
podpowiadało   by   nie   lekceważyć   przeciwnika,   nawet   jeśli 

przewyższa   się   go   wzrostem.   Te   przeklęte   pniaczki   mogły 
znaleźć sposób by mu zaszkodzić. Zrobił kilka kroków, ot tak, 

dla   uspokojenia   skołatanych   nerwów.   Kilka   zaledwie,   bo   na 
dłuższy   spacer   nie   było   tu   miejsca.   Pomieszczenie   było 

niewielkie,   do   tego   ponure,   a na   podłodze   walało   się   pełno 
niewielkich   białych   kłaczków,   niewiadomego   pochodzenia. 

Przejście Colemana posłało część z nich w powietrze. Obrócił się 
na   pięcie.   Ohydne   kłaczki   zawirowały.   Dmuchnął.   Kłaczki 

zatańczyły  dziko. W zasadzie  w niczym mu nie  przeszkadzały. 
Poza tym że wkurzały. Strasznie.

Kiedy jakiś czas później Gimbur otworzył drzwi celi, Coleman 

był całkowicie pochłonięty walką z białym szaleństwem. Polował 

na   kłaczki   w powietrzu,   na   lądzie   i w   wodzie,   jeśli   można 
zaliczyć do tego ostatniego żywiołu   kubek z wodą, z którego 

wampir cierpliwie je wyławiał. Akurat w tym momencie zwalczał 
śnieżnobiały   puch   w powietrzu,   próbując   nowo   obmyślaną 

metodę   likwidacji   tego   groźnego   przeciwnika.   Namierzał 
kłaczek, wyrzucał w jego kierunku rękę, następnie szybko cofał. 

Wir powietrza powstały po cofnięciu ręki zasysał kłaczek prosto 
do   jego   dłoni.   Krasnolud   przyglądał   się   temu   przez   chwilę 

background image

z wyrazem osłupienia na twarzy.

-   Te   wąpierz   –   odezwał   się   wreszcie.   –   Przestań   harce 

wyczyniać, chcesz jakiej szkody narobić?

Coleman zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na krasnoluda, 

potem   niezupełnie   przytomnie   popatrzył   wkoło.   Kłaczki 

wdzięcznie   opadały   na   podłogę   celi.   Nieco   skonfundowany 
wampir przestąpił z nogi na nogę.

- Czy jestem wolny? – zapytał uprzejmie.
- A bo ja wiem. – Gimbur wzruszył ramionami. – Pradziadek 

kazał cię przyprowadzić.

-   Ach   to   nie   pozwólmy   mu   czekać   -   Coleman   skwapliwie 

ruszył do wyjścia,. Przestąpiwszy próg odwrócił się i rozejrzał 
celi.   –   Chyba   nie   przyczyniłem   się   do   żadnych   szkód.   Co   to 

właściwie jest? – wskazał ręką na biały puch.

Gimbur   przechylił   się   do   tyłu,   spojrzał   uważnie   i pociągnął 

nosem.

- A bo ja wiem?! Musi być jakieś kłaczki – burknął.

Kiedy   wampira   przyprowadzono   przed   oblicze   Dolgthrasira, 

siedzącego   wraz   z krewniakami   za   suto   zastawionym   stołem, 

Pradziadek uśmiechnął się szeroko.

- Postanowiłem – zwrócił się do Colemana - traktować cię jak 

gościa i nie odsprzedawać gwardzistom. Pal licho złoto, w końcu 
pomogłeś nam wywinąć się cało i bez uszczerbku z rąk Tyrfinga. 

Nie   twierdzę,   że   nie   pokonalibyśmy   Sorlich,   ale   stracilibyśmy 
przy tym wielu dobrych rzemieślników i górników, a to się nam 

nie   kalkuluje.   Możesz   pozostać   u   nas   tyle   czasu   ile   chcesz. 
Siadaj więc i biesiaduj z nami!

Wampir,   uśmiechnął   się   z ulgą,   skłonił   dwornie,   zasiadł   na 

wolnym   miejscu   koło   Arien   i od   razu   zaczął   zabawiać   ją 

uprzejmą   rozmową   w taki   sposób,   w jaki   tylko   wampiry 
potrafią. Przyprowadzono mu dwie kozy, żeby nie siedział przy 

stole   o suchym   pysku.   Co   dziwniejsze,   krew   jednej   z nich, 
smakowała   mu   bardziej.   Nie   potrafił   wyjaśnić   dlaczego. 

Krasnoludy nie przyznały mu się, że owa koza została wcześniej 
napojona najlepszym winem z piwnic Pradziadka. 

Nie   wszyscy   jednak   brali   udział   w uczcie.   Lofar   ze   złością 

patrzył   na   bawiącego   się   Dolgthrasira.   Z jeszcze   większą 

wściekłością na Lofara patrzyli ci, którym Lofar nie pozwolił iść 

na ratunek Pradziadkowi. Dolgthrasir zdecydował, że faktycznie 
była   to   jego   prywatna   wycieczka   do   klanu   Sorlich,   więc 

świętować będą tylko ci, którzy z nim się wyprawili. Oczywiście 
zrobił to na złość Lofarowi.

Hrei   siedział   zasmucony   przy   stole.   Pradziadek   opowiedział 

mu   o swoim   odkryciu   w sekretnej   komnacie.   Jego   opinia 

znakomitego   historyka   i kronikarza   została   w oczach 
Dolgthrasira mocno podważona. Hrei obiecał sobie, że wróci do 

komnaty   kronikarza   i znajdzie   dowody   na   pochodzenie 
krasnoludów od olbrzymów, ale na razie upijał się na smutno.

Dolgthrasir   był   bardzo   dumny   ze   swego   dyplomatycznego 

osiągnięcia pokoju z klanem Sorlich i wystrychnięcia na dudka 

ich   wodza.   Jego   radość   potęgował   jeszcze   fakt,   że   uzyskał 
pewność, iż krasnoludy nie pochodzą od olbrzymów.

-   Colemanie!   –   zakrzyknął   do   wampira.   –   Opowiedz   nam 

jakąś historię z wielkiego świata! Nie daj się prosić!

Wampir początkowo opierał się, ale raczej dla zasady, a nie 

z niechęci do gospodarzy.

- Dobrze – zgodził się w końcu, przeprosił Arien, łyknął trochę 

krwi i zaczął swą opowieść. – Obecne tu kozy przypominają mi 

pewną   historię,   jaka   przydarzyła   się   mojemu   przyjacielowi 
Cleritusowi, kiedy odwiedził Lasy Broku...

Wszystkie   krasnoludy   chciwie   wsłuchały   się   w opowieść 

wampira, nie zdając sobie sprawy, że kolejne kłopoty zbliżają 

się wielkim krokami do Hamdirholm.

maj 2003

background image

Kolejne kłopoty w Hamdirholm

-   Nie,   nie,   nie!   I jeszcze   raz   nie!   –   Pradziadek   Dolgthrasir 

stanowczo   kręcił   głową.   –   Pacy,   to   że   jesteś   moim   bliskim 
krewniakiem,   nie   znaczy,   że   będziesz   do   mojej   kopalni 

wprowadzał   ludzi!   I to   w dodatku   po   to,   żeby   poznali   tajniki 
inżynierii krasnoludzkiej!

Rozmówca   Dolgthrasira,   krępy   krasnolud   o długiej   czarnej 

brodzie   przetykanej   siwizną,   westchnął   ciężko   i z   boleścią 

w głosie odezwał się:

- Druhu, bracie, krewniaku! Od tego zależy moje życie! Muszę 

ich podszkolić, choćby trochę, w krasnoludzkim fachu, inaczej 
pożegnam się z głową! Nie chciałbyś chyba, żeby krasnoludzki 

łeb zdobił bramę wjazdową pałacu Króla Równin!?

- Czy wiesz w jakiej stawiasz mnie sytuacji? – nie ustępował 

Pradziadek. – Musiałbym złamać prastare nakazy klanu...

- I tak już złamałeś. Elfica jest żoną Baugiego, krasnoluda, 

było   nie   było,   z twojego   rodu.   Jakiś   wampir   szlaja   ci   się   po 
korytarzach Hamdirholm...

- To były wyjątkowe sytuacje. Arien, jeszcze zanim przybyła 

była już właściwie członkiem naszego klanu, a Coleman i tak już 

wcześnie  łaził...latał jak szalony po  kopalni, że aż wszystkich 
mgliło.

- A czy moja prośba w obliczu tych dwóch zdarzeń jest czymś 

więcej niż uczyniłeś dla Arien i tego wampira, którzy nawet nie 

są twoimi krewniakami?

-   Dolgthrasir  ściągnął  brwi   i ostro   spojrzał  na   Pacego.   Znał 

swego kuzyna od oseska i wiedział, że raczej nie wygra z nim 
w słownych pojedynkach.

- Bierzesz mnie pod włos.
- Nie, po prostu wydaje mi się, że możesz to zrobić dla mnie, 

bez większych poświęceń. Zresztą, rozejrzyj się po Hamdirholm.

Wejściowa   hala   wyglądała   niczym   mrowisko.   Każdą   wolną 

przestrzeń zajmowały albo pakunki, albo grupki targujących się 
ludzi   i krasnoludów.   Gwar   rozmów,   pokrzykiwania   poganiaczy 

mułów,   teatralne   obwieszczenia   o próbach   oszukania 
i nieustanny   ruch.   Hala   stanowiła   miejsce   spotkania   sznura 

kupców z Równin wsypujących się przez Bramę i wąskiej stróżki 
krasnoludów   wynoszących   towary   z Przedsionka.   Pradziadek 

musiał nawet ustawić porządkowych na Tysiącu Stopni, ażeby 
sprawnie kierować ruchem.

- No i? – wzruszył ramionami Dolgthrasir.
-   Nie   widzisz?   Hamdirholm   stało   się   teraz   centrum   handlu 

z Równinami.   Wszystko   to   przez   zmiany   wprowadzone   przez 
ciebie.   Już   prawie   nikt   nie   chce   handlować   z innymi 

krasnoludami, a najbardziej ucierpiał na tym klan Sorlich.

Pradziadek podrapał się po głowie. Rzeczywiście Hamdirholm 

uzyskało   najwyższe   obroty   od   początków   założenia   kopalni 
przez Hamdira. Pierwszy raz zdarzyło się, żeby rzemieślnicy nie 

nadążali z produkcją.

-   Spójrz   tam   –   Pacy   wskazał   na   dwóch   kupców   z Równin 

zawzięcie targujących się ze sobą. – Ci dwaj nie przybyli, żeby 
handlować   z tobą   tylko   między   sobą!   Hamdirholm   staje   się 

ośrodkiem   kupieckim   do   którego   ściągają   wszyscy   co 
znaczniejsi kupcy, nie tylko z Równin!

Pradziadek   zastanawiał   się   głaszcząc   swoją   długą   srebrną 

brodę. Pacy miał rację. Niedawno Tyrfing z klanu Sorlich zarzucił 

mu,   że   Hamdirholmczycy   podebrali   wszystkich   klientów. 
Dolgthrasir drgnął.

- Zaraz, zaraz! Skoro oni nie handlują ze mną tylko między 

sobą,   i to   na   moim   terenie,   to   ja   z tego   nie   mam   żadnych 

zysków!

-   Wprowadź   wejściówki   –   machnął   ręką   Pacy.   –   Ci   dwaj 

inżynierowie...

-  Opłaty!  –  przerwał mu   Dolgthrasir.  –  Masz   rację!  Opłaty! 

Gimbur,   leć   no   do   podnóża   Tysiąca   Stopni,   wystaw   tam 
posterunek i każ pobierać opłaty od karawan – pół sztuki srebra 

od dziesięciu mułów. Tylko szybko, srebro nam ucieka!

- Pacy chytrze zmrużył oczy, wyczuwając szansę dla siebie.

background image

- Wiesz co? – zaczął niedbale, znowu oglądając halę. – Nie za 

długo pociągniesz z tym interesem. W takich warunkach...?

- W jakich warunkach?

- Masz za małą halę na porządne targowisko...
- Powiększymy!

- I co z tego? Dalej będzie to pobudowane dla krasnoludów, 

a nie dla ludzi, a przecież to ludzie spędzają tu więcej czasu niż 

krasnoludy. Zdziwiłbyś się jak niewygody odstręczają kupców.

Dolgthrasir kolejny raz podrapał się po głowie:

- Co radzisz?
- Musisz mieć halę przystosowaną dla ludzi, nie?

- Nie wiem, czy muszę, ale przydałoby się.
- Czyli musisz. Znasz się na ludzkim budownictwie?

- Nie znam się na tej partaninie.
-   Tak   się   składa,   że   mam   tu   pod   ręką   dwóch   fachowców, 

którzy   zrobią   ci   to   całkiem   za   darmo.   I zdobędziesz 
przychylność Króla Równin...

Oczy Pradziadka rozbłysły:
- Za darmo?!

- Nie stracisz na tym ani sztuki srebra.
Dolgthrasir chytrze przymrużył oczy:

- Musi być w tym jakiś haczyk!
- Nie ma żadnego haczyka! – Pacy w obronnym geście uniósł 

obie   dłonie.   –   Oni   ci   wyremontują   i powiększą   halę,   ty   ich 
nauczysz   podstaw   krasnoludzkiego   budownictwa,   wiesz, 

wykuwanie korytarzy, zdobnictwo i takie tam duperele.

Pradziadek   ponownie   pogładził   się   po   brodzie.   Niemal   było 

widać jak w jego głowie przesypuje się srebrna mamona.

- Zgoda! Dawaj ich.

Pacy uśmiechnął się szeroko, co można było poznać jedynie 

po zmianie układu jego gęstej brody.

- Już, już! Czekają przed Bramą!
Po   chwili   wrócił   z dwoma   ludźmi,   stadkiem   owiec   i trzema 

psami. Jeden z inżynierów, oprócz lekko odstających uszu nie 
wyróżniał   się   niczym   szczególnym.   Drugi,   wysoki   i chudy, 

z siwymi włosami ciekawie rozglądał się po hali.

Pradziadek przyjrzał im się badawczo:

- Ty, ten wysoki... – zapytał szeptem Pacego. – To na pewno 

człowiek?

- Na pewno.

- Z takimi długimi łapami...?
Teraz i Pacy przyjrzał się chudemu.

- Faktycznie, łapska ma długie. Pewnie wyciągnęły mu się od 

noszenia   cegieł.   To   Jałowczyk.   Ten   mniejszy   nazywa   się 

Kiwaczek.

Dolgthrasir przez chwilę patrzył nieufnie na obu inżynierów.

-   Skekkel!   –   zawołał   na   starszego   krasnoluda,   niewiele 

ustępującego   mu   wiekiem   i długością   brody.   –   zaopiekuj   się 

tymi dwoma. Budujemy coś teraz?

- Nie licząc zwykłych prac na wyrobiskach, to jedynie drugie 

wyjście dla trzody. Jedną trzecią roboty mamy już za sobą.

- Dołącz ich do ekipy.

Skekkel wybałuszył oczy:
- Ale to jest po drugiej stronie korytarza, w Przedsionku...

-   Niech   pomagają   przy   robotach.   Wiąże   się   z nimi   pewna 

wielce   dochodowa   transakcja.   Odpowiadasz   za   nich   głową. 

Nocują   w Hali,   nie   dopuszczaj   ich   do   rzemieślników,   ani   do 
właściwych części kopalni. Masz nie spuszczać z nich oka!

-   Gimbur!   –   Pradziadek   zawołał   krasnoluda,   który   właśnie 

wrócił   ze   świeżo   wystawionego   punktu   opłat.   –   oznacz   owce 

Pacego i zapędź na turnie...

- W życiu! – oburzył się Pacy.

- Co w życiu?
- To stadko to moi jedyni przyjaciele!

-   Przyjaźnisz   się   z owcami?   Czy   ty   trochę   jesteś   nie   ten, 

tego...?

Pacy zmieszał się.
- A ty nie przyjaźnisz się z elficą i wampirem?

- To co innego, owce to zwierzęta...
- Zwierzęta!!?? – wybuchł Pacy. – Są inteligentniejsze niż t... 

– w ostatniej chwili ugryzł się w język.

- No kto? – szczerze zainteresował się Dolgthrasir.

- Niż...niż... twoje owce!
Argument ten raczej nie przekonał Pradziadka:

background image

- Może jeszcze mają imiona?

-   Ażebyś   wiedział!   –   zaperzył   się   Pacy.   –   Te   trzy   tryki   to 

Pacek,   Jebaczek   i Tygrynio,   te   dwie   kotne   to   Czupakabra 

i Ogrodniczka...

-   Dość!   –   wrzasnął   poirytowany   Dolgthrasir.   –   Zabieraj   się 

z tymi   swoimi   kumplami   do   środka!   Są   puste   zagrody   po 
naszych owcach wypędzonych na zieloną trawkę...

-   Do   zagrody!?   –   podskoczył   Pacy.   –   A ty   trzymasz   Arien 

i wampira w zagrodzie...?

-   Won!   –   rzucił   Pradziadek   wskazując   na   jedyny   korytarz 

prowadzący   do   wnętrza   kopalni   i dodał   niemal   płaczliwym 

głosem: - Czy ja zawsze muszę użerać się o te owce?!

-   Niewdzięcznik!   –   mruknął   Pacy   i pokazał   język 

Dolgthrasirowi.   Gęsty  zarost   pozwolił  mu  ukryć  ten  obraźliwy 
gest,   choć   wywalił   go   na   całą   długość.   –   Załatwiam   mu 

darmowych inżynierów, a ten tutaj... – reszta jego  monologu 
utonęła   w pobekiwaniach   trzody   zaganianej   przez   psy   do 

Przedsionka. – Morda, nie podgryzaj Czupy!

Pradziadek   wyszedł   przed   Bramę   zaczerpnąć   świeżego 

powietrza.   Właśnie   się   przeciągał   patrząc   jak   kolejni   kupcy 
schodzą po Tysiącu Stopni, gdy usłyszał melodyjny głos:

- Och, wreszcie Cię znalazłem Dolgthrasirze.
-   Pradziadek   odwrócił   się   i ujrzał   wampira,   a za   nim   Hreia, 

kronikarza klanu.

- Czego? – burknął niezadowolony.

-   O,   mamy   dziś   zły   humor?   –   Coleman   uśmiechnął   się 

uprzejmie. – Polecam pijawki.

-   Pijawki?   –   Dolgthrasir   zmarszczył   brwi.   –   Na   zły   humor? 

Myślisz, że odciągną złą krew?

- Nie, mój drogi przyjacielu – westchnął wampir. – Należy im 

się   pozwolić   przyssać   do   ciała,   niech   się   napiją   do   granic 

możliwości.   Trochę   boli,   ale   o to   właśnie   chodzi.   Potem 
odrywamy   je   i rzucamy   o ścianę.   Fajnie   pękają   i zostawiają 

ciekawe czerwone ślady. Obniża to poziom stresu.

-   Żebym   ja   cię,   pijawo...   –   warknął   cicho   Pradziadek. 

Chrząknął i bardzo uprzejmie spytał: - Czym mogę służyć?

-   Otóż   –   zaczął   Coleman   –   wpadłem   na   pewien   pomysł. 

W podzięce za hojną gościnę, chciałbym coś zrobić dla waszej 

kopalni.   Dostarczyliście   mi   wielu   wrażeń,   pomimo   waszego 
nieobycia   i braku   dworskich   manier.   Te   cudowne   górskie 

powietrze, niezapomniane  widoki... I ten wasz  niepowtarzalny 
kunszt,   że   o cudownych   ucztach   nie   wspomnę.   Och, 

wspomniałem?  No  cóż...Jest  tu  tak  cudownie,  nawet  pomimo 
braku   kobiet   z którymi   mógłbym   poflirtować   i oddać   się 

gorącym   namiętnościom.   I te   owce!   Co   za   smak!   Musicie   je 
karmić żubrówką, ten ziołowy aromat...

- Do rzeczy, wąpierzu!
- ...te cudownie zdobione komnaty, system wind...

- On chce namalować historię naszego klanu – nie wytrzymał 

w końcu Hrei.

Coleman zgromił wzrokiem kronikarza:
- To było bardzo nieuprzejme z twojej strony, Hreiu. Właśnie 

miałem do tego dojść...

- A maluj sobie – Dolgthrasir machnął ręką.

- Naprawdę? Mogę? A gdzie? – ożywił się wampir.
- Choćby na tamtej ścianie Hali.

- Och, dziękuję! Dziękuję! To będzie cudowny obraz! Zacznę 

od sportretowania otoczenia Hamdirholmu. Ostre nagie szczyty, 

turnie z owcami...

- Żadnych owiec! – zdenerwował się Pradziadek, - Odpieprzcie 

się od owiec! Nienawidzę owiec...

- Dobrze, dobrze... – mruczał odciągany przez Hreia wampir.

- Blacka dupa! – syknął Dolgthrasir. – Tęsknię już za zimą.

***

Skekkel   zaprowadził   obu   inżynierów   do   nowego   korytarza 

wykuwanego   przez   krasnoludy.   Kiwaczek   i Jałowczyk   uważnie 
obserwowali poszczególne grupy górników odpowiedzialnych za 

łupanie skały, odgruzowywanie. Wcześnie poznali prostą pompę 
dostarczającą   powietrze   na   przodek   i rzemieślników   od   razu 

kładących posadzkę i glazurę w nowym korytarzu. Wszystko to 
wywarło na nich spore wrażenie. Jednak kiedy przyglądali się 

background image

właściwemu   wykuwaniu   korytarza,   kręcili   z niezadowoleniem 

głowami.

- My byśmy zrobili to szybciej i lepiej – powiedział w końcu do 

Skekkela Kiwaczek.

- Jak? – spytał z powątpiewaniem stary krasnolud.

- Prochem – wyszczerzył się Jałowczyk, a oczy mu dziwnie się 

zaświeciły.

- I pomyślunkiem – dodał Kiwaczek.
-   Tak?   –   Skekkel   dalej   im   niedowierzał.   –   To   zróbcie   – 

prychnął.

Kiwaczek pokazał krasnoludom w którym miejscu mają wykuć 

otwory   pod   ładunki,   a Jałowczyk   zacierając   ręce   poszedł 
przygotować proch.

***

-   Nie,   nie,   nie   –   Hrei   kręcił   głową   przed   ubranym   w biały 

fartuch   i uzbrojonym   w pędzel   Colemanem,   stojącym   na 
drabinie. – Historia nie lubi niedopowiedzeń. Pomysł z dymkami 

nad   postaciami   jest   bardzo   dobry   i należy   go   wykorzystać 
i jestem za tym, żeby umieścić oryginalne słowa Hamdira, które 

wypowiedział po wylaniu na niego zupy przez Sorliego.

- To jest sztuka – cierpliwie tłumaczył Coleman wskazując na 

malowidło i pusty dymek nad Hamdirem. – Obraz niesie w sobie 
wystarczający   bagaż   emocjonalny,   a słowa   stanowią   jedynie 

dodatek,   uzupełnienie.   To   rysunek   odpowiada   za   emocje. 
Wyraźnie   widać,   że   Hamdir   jest   zdenerwowany   całym 

zajściem...

- Ale...

- Namaluje mi pan jakiś landszafcik? – spytał wampira kupiec, 

który od jakiegoś czasy przyglądał się powstawaniu fresku.

-   Przykro  mi   –   odpowiedział   mu  uprzejmie   Coleman.  –  nie 

zajmuje się malowidłami małoformatowymi.

- Ale... – podjął kronikarz marszcząc brwi. – Ale Hamdir nie 

miał przy sobie żadnego bagażu. Nigdzie się nie wybierał.

Wampir wywrócił oczami:
- To taka przenośnia...

- Wiem co to jest bagaż! – obruszył się Hrei. – Wiem, że służy 

do przenoszenia różnych rzeczy!

- A taki widoczek mojej letniej farmy na całą ścianę? – znowu 

wtrącił się kupiec.

-   Dobry   człowieku   –   odparł   Coleman.   –   Nie   zajmuję   się 

malowaniem widoczków. Jestem artystą i tworzę sztukę.

-   W historii   o początkach   Hamdirholmu   nie   wspomina   się 

o żadnym bagażu! – uparcie obstawał przy swoim kronikarz.

- Zapomnijmy o bagażu. Nie ma i nie będzie żadnego bagażu. 

Nie chcę po prostu przenosić emocji na słowa – od tego jest 
obraz.

- Nie ma bagażu, a ty dalej mówisz o przenoszeniu. Więc jak 

to jest?

Coleman zmełł przekleństwo i ciężko przełknął ślinę, próbując 

się uspokoić.

-   A mój   portret   namaluje   pan?   Taki   na   całą   ścianę?   – 

dopytywał się niewzruszenie kupiec. – Bardzo dobrze zapłacę.

- Wampir złowrogo popatrzył na kupca:
- Po pierwsze, nie stać pana na mnie, a po drugie to goń się 

burasie! – końcówkę zdania wykrzyczał.

- Dobra, dobra – mruczał kupiec odchodząc. – Wielki artysta, 

a głupiego portretu namalować nie potrafi...

- Ja ci dam portret... – Coleman zaczął złazić z drabiny. – Jak 

cię maznę, to cię zemgli, łachmyto!

- Dzień dobry! – miły dziewczęcy głos powstrzymał artystę 

przed dalszym potokiem przekleństw.

-   Och,   pani   Arien!   –   Wampir   momentalnie   uspokoił   się 

i zatrzymał się w połowie drabiny. – Właśnie kończymy pierwszy 
obrazek z historii Hamdirholmu...

- Co z tym bagażem!? – irytował się Hrei.
- Z jakim bagażem? – zainteresowała się Arien.

Coleman skrzywił się.
-   Zastosowałem   pewne   określenie,   którego   prostacki   umysł 

naszego kronikarza nie jest w stanie ogarnąć. Chodzi o to, że 
Hrei   chce   zamieścić   pewne   słowa   o silnym   zabarwieniu 

emocjonalnym w dymku Hamdira, które zostały wypowiedziane 
po   zajściu   z Sorlim.   Jednak   nijak   one   nie   pasują   do   mojej 

background image

koncepcji artystycznej.

- A co Hamdir powiedział? – dopytywała się kronikarza elfica.
- „Zajebię skurwysyna!” – dokładnie zacytował Hrei dumny ze 

słów   swego   praprzodka.   –   Zwrot   ten   na   stałe   wpisał   się   do 
słownika Hamdirholmczyków.

-   Nie   wątpię   –   mruknął   z niesmakiem   Coleman.   –   Sztuka 

jednak nie przepada za wulgaryzmami.

Arien wzruszyła ramionami:
-   To   przedstaw   to   za   pomocą   obrazków.   Wiesz,   coś   co 

oddałoby te słowa: zaciśnięta pięść, czaszka, czy też piorun. – 
i odeszła.

Kronikarz i malarz patrzyli przez chwile na siebie.
- Dobre – pokiwał z uznaniem Hrei. – Pięść, czaszka, piorun – 

określałyby porywczy charakter Hamdira, a jego słowa z owej 
uczty i tak wszyscy znają.

-   Dobre?   Dobre?!   –   gorączkował   się   Coleman.   –   To   jest 

świetne!   Obraz   w obrazie!   Genialne!   A ile   w tym   emocji!   – 

i przystąpił do wypełniania dymku.

***

-   Człowieku!   Po   cholerę   mi   końskie   zbroje!   –   mocno 

gestykulując  Pradziadek  rozmawiał  z kupcem  z Równin.  –   Nie 

przesadzasz trochę?! Widziałeś kiedyś krasnoludzką kawalerię? 
Rob, weź się w garść i traktuj mnie jak handlowego partnera, 

a nie jak jakiegoś naiwniaka!

- Zawsze możesz odsprzedać je dalej.

-   Po   jakim   czasie?   To   mi   się   w ogóle   nie   kalkuluje.   Muszę 

gdzieś je złożyć... Ile tego jest?

- Dwadzieścia pełnych kompletów.
-   Dwadzieścia?!   Wiesz   jaka   to   powierzchnia   magazynowa? 

Hamdir sam wie, kiedy to opylę...

- Dobra, zostawmy końskie zbroje. Może chciałbyś mniejsze? 

Nie   myślałeś   o stworzeniu   baraniej   jazdy?   Mogę   przygotować 
dwadzieścia takich zbroi w dwa miesiące...

-   Dziadek   poczerwieniał   na   twarzy   i coś   zagulgotało   mu 

w gardle:

-   Won!   –   wypluł   w końcu   z siebie.   –   Won!   Żadnych   owiec, 

baranów,   tryków,   jagniąt!   Won   mi   z kopalni!   Nie   chcę   cię   tu 
więcej widzieć!

Rob   posłusznie   zwołał   swoich   ludzi,   zebrał   objuczone   muły 

i ruszył do wyjścia.

Dolgthrasir   finalizował   właśnie  intratną  transakcję   na  zakup 

przypraw korzennych, gdy kątem oka ujrzał znajomą postać.

- Co ci mówiłem, Rob? Nie chcę cię widzieć w mojej kopalni. 

Przynajmniej do czasu, aż nie zmienisz profesji na taką, która 

nie będzie miała do czynienia z owcami.

- Jesteś skazany na moje towarzystwo. Przed Bramą stoi jakiś 

skalny   troll   i nikogo   nie   wypuszcza   z kopalni.   Ani   nikogo   nie 
wpuszcza.

Pradziadek wytrzeszczył oczy na kupca,
- Żartujesz?

- Nie, naprawdę. Idź sprawdź.
Zaraz   po   tych   słowach   do   Dolgthrasira   podbiegł   młody 

krasnolud.

- Mamy kłopoty...

- Troll?
- Tak.

- Już idę.
Dolgthrasir,  wraz   z resztą obecnych  w hali  przeciskał  się  do 

Bramy. W Bramie stał najeżony włóczniami szereg krasnoludów 
z grotami   wycelowanymi   w potężną,   skale   podobną   postać, 

z wielkim   kulfoniastym   nosem.   Troll   zajmował   jedną   czwartą 
półki   przed   wejściem   do   kopalni.   Humanoid   stał   nieruchomo 

świdrując oczyma ludzi i krasnoludy.

-   Spokojnie,   chłopaki   –   powiedział   Pradziadek   wychodząc 

przed Bramę. Stanął na szeroko rozstawionych stopach, wziął 
się   po   boki   i krzyknął:   -   Trollu,   blokujesz   wejście   do   mojej 

kopalni i przeszkadzasz nam w interesach!

- Vika urwać głowa! – zachrzęścił troll w języku krasnoludów 

i małym kroczkiem posunął się do przodu.

- Stój, trollu! – Dolgthrasir wysunął przed siebie dłoń, jakby 

tym   gestem   chciał   powstrzymać   kilkukrotnie   od   niego 
większego potwora. – Zamknijcie Bramę – rzucił za siebie do 

background image

swoich ziomków. – Zostawcie tylko otwartą furtkę.

Krasnoludy rzuciły się wykonać zadanie. Solidnie naoliwione 

po zimie mechanizmy wrót prawie bezszelestnie zamykały obie 

połowy Bramy.

Troll znowu podszedł bliżej i zahuczał wskazując na kopalnię:

- Vika iść!
- Vika nigdzie nie iść – pokręcił przecząco głową Pradziadek. – 

Vika iść tam – i wskazał na schody.

Troll zachrzęścił coś w swoim języku i ryknął:

- Vika iść! Vika urwać głowa... – troll zastanowił się chwilę – 

Vika urwać głowa Vika!

Brama   zatrzasnęła   się   z hukiem,   opadły   sztaby   blokujące 

odrzwia, szczęknęła otwierana furtka z której wyjrzał Erp:

- Dawaj, Pradziadek!
- Tak, tak – kiwał głową Dolgthrasir. – Urwij sobie ten durny 

łeb, Vika!

Troll   zagulgotał,   uniósł   swoje   długaśne,   skamieniałe   ręce 

i rzucił się na Bramę:

- Urwać głowa!

Pradziadek czmychnął od kopalni. Zamknięto furtkę i wszyscy 

obecni   z przerażeniem   wpatrywali   się   w Bramę   oczekując,   że 

w każdej chwili padnie pod wściekłymi ciosami trolla. Odrzwia 
jednak wytrzymały.

Dolgthrasir zwrócił się do zebranych:
-   Drodzy   przyjaciele   i wy,   kupcy!   Okazuje   się,   że   jesteśmy 

uwięzieni   na   czas   nieokreślony   w mojej   przytulnej   kopalni. 
Ręczę   jednak,   że   nie   na   długo.   Dołożymy   wszelkich   starań, 

ażeby jak najszybciej udrożnić zejście na Równiny. Póki co, nie 
przerywajmy naszych interesów, ten troll, to tylko przejściowe 

trudności...

Coś   huknęło   w głębi   kopalni,   zatrzęsła   się   posadzka,   a z 

powały hali posypały się drobinki skał i spłynęły obłoczki kurzu. 
Wszyscy rzucili się na ziemię.

- Co do... – zaklął Pradziadek dźwigając się z kolan i ruszając 

do   Przedsionka   z którego   zaczął   wypływać   tuman   pyłu.   – 

Tąpnięcie?

-   Ja   w takich   warunkach   nie   mogę   tworzyć!   –   darł   się 

Coleman,   ustawiając   drabinę   z której   przed   chwilą   spadł 

i masując siedzenie. Z troską spojrzał na swoje dzieło i łzy mu 
napłynęły do oczu. – No nie! Kurz osiądzie na świeżej farbie 

i zmieni kolorystykę!

Dolgthrasir   i Erp,   kaszląc   i zasłaniając   usta   przed   kurzem 

przebijali   się   przez   korytarz   łączący   Hallę   z Przedsionkiem 
w którym widoczność wciąż była bliska zeru. Przeszli na drugą 

stronę,   gdzie   w opadającym   pyle,   stał   Skekkel   z inżynierami 
z Równin oraz krasnoludy pracujące przy nowym wyjściu.

- Dużo huku i pyłu – mówił właśnie Skekkel. – Ciekawe jak 

z efektywnością.

-   Zaraz   się   przekonamy   –   odpowiedział   mu   z uśmiechem 

Jałowczyk.

- Co tu się dzieje, u diaska!? – ryknął Pradziadek otrzepując 

się z kurzu.

Skekkel chrząknął, odkaszlną, splunął i powiedział:
- Ludzkie metody wykuwania chodnika.

-   Ludzkie?!   –   ponownie   wydarł   się   Dolgthrasir.   –   Czyś   ty 

zwariował,   Skekkel?!   Pozwalasz,   żeby   ludzie   wykuwali   nam 

chodnik?! Te patałachy najwyżej mogą gruz wynosić...

-   Wypraszam   sobie!   –   uniósł   się   Kiwaczek.   –   Skończyłem 

Akademię Morską w...

- To co się pchasz do gór!? -  warknął Erp. – Przepraszam. – 

dodał pod surowym spojrzeniem Pradziadka, który zaraz huknął 
na Kiwaczka: - To co się pchasz do gór!?

-   Spokojnie,   panowie   –   wtrącił   się   Jałowczyk.   –   Najpierw 

zobaczmy efekty, potem możemy porozmawiać.

Okazało się, że dzięki technice inżynierów pojawiły się nowe 

trzy metry korytarza.

-   Budowaliśmy,   budowaliśmy   i wysadziliśmy!   –   powiedział 

Kiwaczek tryumfalnie patrząc na Dolgthrasira.

- Fajnie było! – dodał Jałowczyk.
Pradziadek   podrapał   się   w brodę   i z   wyraźną   niechęcią 

pochwalił obu inżynierów.

Skekkel był bardziej wylewny:

-   No,   no   panowie   –   cmokał   z zadowoleniem.   –   Nie 

spodziewałem   się.   Dzięki   tej   metodzie   możemy   przekuć 

background image

korytarz   w dwa   dni   i mieć   bezpośrednie   dojście   do   owiec   już 

pojutrze. Co o tym myślisz, Dolgthrasirze?

Pradziadek myślał nad czymś intensywnie. W końcu zaczął się 

śmiać tak głośno, aż z brody sypał mu się skalny pył:

- Możemy na tym zarobić! – obściskiwał nic nie rozumiejących 

inżynierów. – I to dużo! Tylko, żeby ten troll cały czas siedział 
pod Bramą!

- Jaki troll? – spytał Erpa Skekkel. Ten pokrótce wyjaśnił mu 

zajście sprzed wejścia do kopalni.

-   Już   mówię   –   uprzedził   następne   pytanie   Skekkela 

Pradziadek. – Mamy w Halli uwięzionych kilkudziesięciu kupców, 

nie? Muszą coś jeść, nie? A my mamy owce i będziemy mieć 
drugie wyjście, nie? Będziemy im sprzedawać nasze owce! I to 

za grube pieniądze!

- Zaraz, zaraz – wtrącił się Erp. – Kupcy to cwaniaki. Zaraz 

wyczują, że coś nie tak i będą gotowi pomrzeć z głodu, żeby nie 
dać nam zarobić.

-   To   będziemy   udawać!   Wzmocnisz   straże   przy   Bramie, 

będziesz   robił   wycieczki   przez   furtkę,   tak   na   chwilę,   i wracał 

z rannymi!   –   Dolgthrasir   coraz   bardziej   zapalał   się   do   tego 
pomysłu.

- Mam za mało ludzi – pokręcił głową Erp. – Większość jest 

w Bezpańskich   Lochach   z Agnarem,   Baugim   i Lofarem.   Nie 

możemy stamtąd zabrać naszych. Tyrfing... – urwał.

-   Fakt   –   zasępił   się   Pradziadek.   -   Tyrfing   stał   się   ostatnio 

bardzo   wojowniczy,   przez   te   nasze   niesnaski   w sprawach 
handlowych. Weź, więc, część krasnoludów stąd. Tu i tak jest 

teraz mniej do roboty. Zaraz pogadam jeszcze z tymi dwoma. – 
wskazał głową na Kiwaczka i Jałowczyka.

Inżynierowie   głupio   się   uśmiechali   nie   rozumiejąc 

krasnoludzkiego i myśląc, że Pradziadek cieszy się z ich roboty. 

Dolgthrasir   nie   wyprowadzał   ich   z błędu,   a wręcz   przeciwnie, 
obiecał im, że  jak w ciągu  jednego  dnia  przekują wyjście, to 

nawet im co nieco zapłaci. Kiwaczek i Jałowczyk ochoczo zabrali 
się do pracy.

***

W   Hali   zapanowały   minorowe   nastroje.   Zbliżał   się   wieczór 

i nic   nie   wskazywało   na   to,   że   coś   miałoby   się   zmienić 
w związku   z zaistniałą   sytuacją.   Kupcy   w mniejszych 

i większych grupkach dyskutowali o ostatnich wydarzeniach, co 
chwilę popatrując na Bramę, przy której warował silny oddział 

krasnoludów.   Przed   chwilą   ludzie   byli   świadkiem   pierwszej 
wycieczki   Hamdirholmczyków   za   Bramę.   Ledwo   Synowie 

Hamdira wyskoczyli, rozległ się ryk trolla i zaraz wycieczkowicze 
wrócili   prowadząc   dwóch   rannych.   Erp,   wściekły   kręcił   się 

pomiędzy Bramą i czatownią, wykrzykując rozkazy i wysyłając 
gońców do wnętrza kopalni. Krasnoludy, w oczach ludzi, robiły 

co   mogły.   W końcu   większość   z kupców   położyła   się   spać, 
rozkładając się po całej Hali.

- No, pięknie to wygląda – powiedział z samozadowoleniem 

Coleman z dala oglądając swoją pracę oświetlaną rozdygotanym 

blaskiem   dwóch   oliwnych   lamp.   Ta   część   w której   pracował 
wampir,   została   odgrodzona   od   reszty   Hali,   gdyż   artystę 

strasznie irytowali gapie.

-   No   tak,   ja   przestaję   tworzyć,   to   oni   przestają   kuć   – 

mruknął, nie słysząc już dochodzącego zza ściany kucia. Kopnął 
zwiniętego w kłębek na podłodze kronikarza: - Wstawaj, Hrei! 

Na dzisiaj koniec.

Krasnolud ciężko dźwignął się na nogi i coś tam pomrukując 

ruszył   za   wampirem.   Doszli   do   Przedsionka,   skąd   echo 
przyniosło okrzyki krasnoludów.

Zaraz   potem   potężny   wybuch   wstrząsnął   Halą,   która 

momentalnie wypełniła się kłębami pyłu. Hrei i Coleman padli 

na posadzkę ogłuszeni eksplozją.

-  Uchylić  furtę! –  rozległ się  donośny  głos Erp.  –  Wyrzucić 

przed bramę pochodnie! To powinno powstrzymać przez chwilę 
trolla przed atakami.

Troll, jakby na potwierdzenie tych słów, zaryczał.
-     Co   się...   co   się...   –   powtarzał   nieprzytomnie   Coleman, 

podnoszony przez Hreia.

-   Musi   co   strop   się   zawalił,   w tej   części   Hali,   gdzie   robiłeś 

background image

malunek – wysapał kronikarz. – Niby takie chuchro, a waży...

- Malunek...? Zawalił...? – bełkotał wampir. – Zawalił?! – jego 

twarz nabrała bardziej przytomnego wyrazu. – Mój malunek! – 

krzyknął wyrywając się Hreiowi i popędził do swojego fresku.

Kurz co prawda jeszcze nie opadł do końca, widać już jednak 

było,   jak   wielkie   szkody   poczyniła   eksplozja.   Zamiast   fresku 
widniała teraz ogromna czarna dziura. Wampir padł na kolana 

w gruzie   zaścielającym   podłogę   hali   i zaczął   rzewnie   płakać. 
Hrei stanął za nim i nic nie mówił.

W   nowopowstałej   dziurze   pojawiło   się   kilka   postaci 

z pochodniami i obaj usłyszeli:

- Budowaliśmy, budowaliśmy i wysadziliśmy!
- Fajnie było!

Coleman powoli podniósł głowę i zobaczył dwóch inżynierów 

z dumą oglądających efekty swojej pracy. Jeden z nich radośnie 

pomachał do wampira.

- Fajnie było?! – powiedział zmienionym głosem artysta. Jego 

postać zaczęła rosnąć. Hrei upadł uderzony czymś ogromnym 
i błoniastym,   co   wyłoniło   się   z pleców   wampira.   Wampir, 

przyjąwszy   swą   prawdziwą   postać,   rozłożył   swe   potężne 
skrzydła   i zaryczał.   Czerwone   oczy   słały   wściekłe   błyski, 

a długie pazury zaciskały się kurczowo raniąc jego dłonie.

Przebudzeni   kupcy,   myśląc,   że   to   demon   wyrwał   się 

z piekielnych   łańcuchów,   rozłupał   ścianę   i wdarł   się   do   Hali, 
zerwali się w panice i rzucili do Bramy.

- Gdzie! – warknął na nich Erp, który już widział Colemana 

w tej postaci w Bezpańskich Lochach i obecny pokaz nie zrobił 

już   na   nim   tak   wielkiego   wrażenia.   Zastanawiał   się   tylko,   co 
mogło   sprowokować   spokojnego   do   tej   pory   krwiopijcę   do 

przeistoczenia.

Kupcy   nie   zareagowali   i dali   parli   do   Bramy.   Erp   dał   znak 

swym ludziom – ci pikami odgrodzili ludzi od wyjścia.

-   Przedsionek!   –   krzyknął   któryś   z kupców.   Fala   ludzi 

zawróciła i rzuciła się do wąskiego korytarza prowadzącego do 
trzewi   kopalni.   Stojący   tam   dwaj   wartownicy,   cofnęli   się   do 

Przedsionka, by stamtąd bronić dostępu do kopalni.

Tymczasem przeobrażony Coleman wyciągając swe szponiaste 

łapy, powoli posuwał się w kierunku zmartwiałych z przerażenia 

inżynierów. Przed Kiwaczkiem i Jałowczykiem pojawiła się krępa 
postać, która zdawała się osłaniać ich swoim ciałem.

-   Spokój,   wąpierz!   –   krzyknął   Dolgthrasir.   Coleman   nie 

zareagował   i dalej   szedł   w kierunku   inżynierów.   Pradziadek, 

wyrwał przypięty do pasa nóż i głęboko zaciął się w przedramię. 
Krew spłynęła na gruzowisko.

- Poznajesz to, krwiopijco!? – syknął chlapiąc krwią w zębaty, 

nietoperzopodobny pysk wampira. Ten wzdrygnął się i cofnął. – 

Krasnoludzka krew! – Pradziadek chlapnął dokładnie w rozwartą 
paszczę   syczącego   Colemana.   Wampir   zawył   i zaczął   się 

kurczyć.   W końcu   powrócił   do   ludzkiej   postaci   i skulił   się   na 
podłodze. Drżał na całym ciele. Zaraz przypadł do niego Hrei i z 

wyrzutem spojrzał na Dolgthrasira:

- To przez tych dupków – wskazał na inżynierów. – Wysadzili 

jego malowidło.

Wściekły Pradziadek, rzucił krótkie spojrzenie na dwójkę ludzi, 

pogroził   im   palcem,   mruknął,   że   jeszcze   z nimi   pogada 
i popędził uspokoić kupców.

Inżynierowie   ciężko   usiedli   na   gruzowisku,   ze   strachem 

obserwując   drżącego   Colemana,   który   powoli   dochodził   do 

siebie.

- Co się stało? – spytał w końcu cichym głosem.

- Trochę się zdenerwowałeś – wyjaśnił Hrei.
- Mocno?

Kronikarz wskazał na przerażonych inżynierów.
- Mocno – sam sobie odpowiedział wampir.

Wrócił Pradziadek.
-   Tym   razem,   panowie,   dość   mocno   nabroiliście   –   zaczął 

z wyrzutem.   –   Zdenerwowaliście   mojego   wampira,   a jest   to 
nieludź   wyjątkowo   spokojny,   wystraszyliście   kupców, 

zniszczyliście   połowę   Hali   i malunek   naszego   artysty.   No 
i zszargaliście   dobre   imię   Hamdirholmu,   moje   i wszystkich 

Synów Hamdira. Kto jest za to odpowiedzialny? No kto?

- Ja tylko nawiercałem otwory... – bronił się Kiwaczek, patrząc 

na Jałowczyka.

- Nie wiedziałem, że jesteśmy tak blisko Hali... – tłumaczył 

background image

się równocześnie Jałowczyk.

-   Czeka   was   za   to   surowa   kara   –   pokiwał   ze   smutkiem 

Skekkel.

-   Drodzy   nasi   goście!   –   wszyscy   zwrócili   się   w stronę 

krasnoluda stojącego w otoczeniu kilku owiec na środku hali. – 

Mieliście   właśnie   okazję   zapoznać   się   z jedną   z atrakcji,   jaka 
was będzie czekać już jesienią!

- Co ten dureń bredzi?! – Dolgthrasir ze wściekłą miną szedł 

do Pacego, który dalej kontynuował swą przemowę:

-   Już   za   kilka   miesięcy   zostanie   w Hamdirholm   otwarty 

luksusowy  hotel,  z tysiącami  atrakcji!   Będą  to   między innymi 

wywiady   z wampirem,   wycieczki   i wspinaczka   wysokogórska 
i wyścigi   szczurnic.   A za   rok   jedyny   i niepowtarzalny   skansen 

krasnoludzki! Po raz pierwszy w dziejach będzie można ujrzeć 
skrywane tajemnice krasnoludzkich kopalni!

- Zamknij się! – syknął do niego Pradziadek.
-   Wszystko   ci   zaraz   wyjaśnię   –   odpowiedział   mu   szeptem 

Pacy. Kupcy z powątpiewaniem patrzyli na mówcę. – Będziemy 
potrzebować   swoich   przedstawicieli   we   wszystkich   większych 

miastach Równin – to możecie być wy! Będziemy potrzebowali 
ludzkiego   wyposażenia   dla   naszego   cudownego   hotelu   –   to 

również możecie dostarczyć wy!

Kupcy nadal sceptycznie patrzyli na oba krasnoludy.

- I tylko wy będziecie mieli na to koncesję! – zakończył Pacy. 

– Prawda, Dolgthrasirze?

- Chwileczkę – warknął Pradziadek. – Chodź, no, na stronę.
Oczy   wszystkich   obecnych,   krasnoludów   i ludzi,   były   teraz 

zwrócone na Pradziadka, który gniewnie i półgłosem rozmawiał 
ze   swoim   krewniakiem.   W miarę   jak   Pacy   mu   coś   tłumaczył, 

twarz najstarszego z Synów Hamdira rozjaśniała się. W końcu 
Dolgthrasir zwrócił się do kupców:

-   Prawda!   Już   dzisiaj   zaczynamy   budowę   naszego   hotelu! 

Podajcie   swoje   nazwiska   Skekkelowi,   on   jutro   wyda   wam 

koncesje. Powiadam wam, to będzie interes waszego życia!

Kupcy,   podekscytowani,   zaczęli   głośno   rozmawiać   między 

sobą.   W końcu  wszyscy  jak  jeden  mąż   zgłosili  się   do  nic  nie 
rozumiejącego Skekkela.

-   Wszystko   ci   potem   wyjaśnię   –   powiedział   mu   Pradziadek 

i wrócił do inżynierów.

-   Nie   będę   was   karał   –   oznajmił   wielkodusznie.   Jałowczyk 

i Kiwaczek   odetchnęli   z ulgą.   –   Zostawcie   ten   korytarz   na 
później. Za to wybudujecie dla mnie hotel.

- Hotel? – zdziwili się ludzie.
- Tak, w tej wnęce, którą tak ładnie zrobiliście, będzie jego 

fasada.   Wybudujecie   mi   go   i jesteśmy   kwita   –   spojrzał   na 
Colemana. – Ale u wąpierza to pewnie macie przesrane. I nie 

pomoże   wam   nawet   to,   że   pozwolę   mu   ozdobić   mój   hotel 
malowidłami.

Dziwny błysk pojawił się w oczach wampira.
- Oj, tak – powiedział tylko złowrogo. – Nie lubię was, buce.

- No to do roboty. Opracujcie najpierw plany. Skekkel wam 

w tym pomoże. Ja muszę zająć się tym trollem sprzed bramy...

- Jakim trollem? – zaciekawił się Pacy. Dolgthrasir streścił mu 

całą historię. – Wcześniej był mi na rękę. Miałem uwięzionym 

kupcom   sprzedawać   nasze   owce   na   żarcie.   Teraz   jest   już 
zbyteczny. Chce po coś wejść do kopalni, ale nie mówi dobrze 

w naszym języku, ani w żadnym innym poza swoim.

- Ja znam język trolli.

- To czemu nic nie mówiłeś?! – rozeźlił się Pradziadek.
- Bo nie pytałeś – wzruszył ramionami Pacy.

- Jak cię zaraz... Zasuwaj za Bramę!
- Już, tylko odstawię swoje owieczki...

- Znowu te pieprzone owce...!
-   Uwaga!   Uwaga!   –   rozległ   się   głos   z tuby   na   ścianie.   – 

Nadchodzi Tyrfing! Zbiórka w pełnym uzbrojeniu w Wychodku! 
Powtarzam...

- Blacka dupa! – zaklął Dolgthrasir. – Nawet nocy nie można 

spokojnie   przespać!   Wszyscy   do   Wychodka!   Zostają   tylko 

podstawowe   straże,   ja   i Skekkel!   Erp,   ty   też   przydasz   przy 
Tyrfingu.   Póki   mnie   nie   będzie,   dowództwo   obejmuje   Agnar. 

Aha, i pilnuj Lofara. Może znowu wykręcić jakiś numer. Gdzie, 
baranie?!   –   huknął   na   jakiegoś   kupca   co   również   pędził   do 

Przedsionka. – Jesteś krasnolud? Nie? To spie...sznie się oddal! 
Chodź, Pacy, pogadamy z trollem.

background image

Trzymając pochodnie, we dwójkę, wyszli za Bramę. Troll coś 

zachrzęścił w swojej mowie.

-   Żżażżużższżk   –   odpowiedział   mu   Pacy.   Troll   znowu   mu 

odpowiedział.

Rozmawiali   tak   przez   chwilę,   a Pradziadek   po   raz   pierwszy 

patrzył na swego kuzyna z podziwem.

- No, to już wszystko wiem – westchnął w końcu Pacy.

- Skąd znasz język trolli?
Pacy   rozejrzał   się,   czy   nikogo   poza   nimi   i trollem   nie   ma 

w okolicy.

- Pracowałem kiedyś jako ochroniarz w przygórskim burdelu 

„Bizzarre”. To burdel dla ludzi, ale były tam trolle, elfy, owce 
i inne stwory różnej płci. Wiesz co oni tam wyprawiali?

Pradziadek szeroko otworzył buzię:
- Z trollem...też?

- A jak! Mieli nawet tresowane pchły, które siadały na...
- Nie kończ – skrzywił się Dolgthrasir. – Mów o co mu chodzi – 

wskazał głową na cierpliwie czekającego trolla.

- Nie mu, tylko jej.

- Jej?
- Nie poznałeś, że Vika, to żeńskie imię?

- Nieważne. No i?
-   Bardzo   ważne,   bo   Vika   ściga   swojego   męża.   Narobił 

dzieciaków i alimentów nie chce płacić...

- I ona podejrzewa, że ten mąż jest tutaj? W mojej kopalni?

- Tak.
- Absurd! Co za świat! Jak komuś coś zginie, jakiś wampir, 

czy troll, to wszyscy walą do mnie!

- Bo wszyscy wiedzą, że w twojej kopalni zbierają się różne 

dziwactwa...

- Dobra. I co ja mam zrobić?

- Pozwól jej przeszukać swoją kopalnię.
- Co!? Mam wpuścić trolla do Hamdirholmu?!

Pacy tylko popatrzył na Dolgthrasira i skierował się do furtki.
Trollica ryknęła, a Pradziadek spytał:

- Gdzie idziesz?
Pacy odwrócił się:

- To jedyny sposób. Ona się stąd nie ruszy. Jest w ciężkiej 

sytuacji finansowej i bardzo  są  jej potrzebne  te  alimenty.  Jej 
najstarszy   syn   idzie   we   wrześniu   pierwszy   raz   do 

kamieniołomów. Wiesz ile kosztuje wyprawka dla małego trolla?

Pradziadek popatrzył na ciemną sylwetkę Viki, rysującą się na 

tle różowiącego się już nieba i w końcu machnął ręką.

-   Niech   otwierają   Bramę.   Ostrzeż   tylko   wszystkich,   żeby 

znowu nie było paniki.

Pacy załomotał w furtkę i przekazał polecenia Dolgthrasira.

- Vika iść – Pradziadek skinął na trollicę. Vika drgnęła, jakby 

nie   dowierzała,   że   wolno   jej   przekroczyć   próg   Hamdirholmu. 

Krasnolud jeszcze raz skinął na nią. Wrota Bramy otworzyły się 
zachęcająco. Vika weszła do środka oprowadzana przez Pacego.

***

- Tak to jest z Dolgthrasirem, kiedy jest potrzebny to go nigdy 

nie ma – Lofar, ostrzący swój topór w Wychodku, czyli ostatniej 
komnacie   Hamdirholmu   przed   Bezpańskimi   Lochami, 

wykorzystywał   każdą   okazję,   żeby   podkopać   pozycję 
Pradziadka.

-   Zamknij   się   –   mruknął   Agnar.   –   Dolgthrasir   robi   więcej 

w ciągu dnia dla kopalni niż ty zrobiłeś przez całe życie.

- Ale tu go nie ma –  nie dawał za  wygraną Lofar.  – Dupa 

z niego, a nie dowodzący.

- Jeszcze słowo – wtrącił się Baugi – a zmasakruję ci buźkę. 

Zbierz  swoich   ludzi   i ustaw   ich   koło   wojów  Erpa.   Słyszysz   te 

bębny? Tyrfing jest już blisko...

Lofar patrzył przez chwilę z nienawiścią na Baugiego. W końcu 

poprawił topór i poszedł wydać rozkazy swoim krasnoludom. Był 
ku   temu   już   najwyższy   czas,   bo   korytarz   prowadzący   do 

Bezpańskich Lochów rozświetliły pochodnie Sorlich. Na ich czele 
kroczył z pewną miną sam Tyrfing. Jego krasnoludy wysypały 

się na swoją stronę Wychodka. Przywódca Sorlich przypatrywał 
się Hamdirholmczykom szukając wśród nich Pradziadka. W tym 

czasie   z obu   stron   sypały   się   obelgi.   W końcu   Tyrfing   uciszył 
swoich ludzi uniesieniem dłoni  i zakrzyknął:

background image

- Gdzie Dolgthrasir?

- Jestem, jestem – wysapał Pradziadek przepychając się przez 

swoich wojów. – Czego chcesz? Mamy wiosnę, a to bardzo zły 

czas na wojnę. Odrywasz nas od handlowania.

- To jest właśnie przyczyna dla której zbrojnie się pojawiam 

o tak   nietypowej   porze   roku.   Bruździsz   nam   coraz   bardziej, 
odbierasz klientów i nie dajesz zarobić. Dość tego!

- Nikogo ci nie odebrałem. Kupcy wolą handlować ze mną, bo 

oferuję im korzystniejsze warunki...

- To nieuczciwe!
-   W handlu,   na   wojnie   i miłości   wszystkie   chwyty   są 

dozwolone.

Tyrfing uśmiechnął się złowrogo:

- Sam tego chciałeś! Wszystkie chwyty, powiadasz? Nie widzę 

tu twego demona, ani elficy. Za to ja mam dzisiaj niespodziankę 

dla twoich wojów.

W korytarzu za plecami Tyrfing poruszyło się coś ogromnego 

i potężny okrzyk bojowy trolla zahuczał w komnacie.

***
-   Widzisz?   Nie   ma   tu   twojego   Oblafa,   ani   żadnego   innego 

trolla – Pacy kończył oprowadzać Vikę po Hamdirholm.

Zasmucona   trollica   przykucnęła   i skryła   swą   brzydką   twarz 

w dłoniach. Płakała. Pacy stał koło niej nie wiedząc co ma robić.

Z trzewi Góry Hamdira dobiegł ryk trolla.

Vika uniosła głowę i wsłuchała się w cichnące echo.
-   Oblaf!   –   powiedziała   w języku   trolli   i popędziła   w stronę 

Wychodka, a Pacy za nią.

***
Troll   Tyrfinga   rzucił   się   na   Hamdirholmczyków.   Ci   dzielnie 

przyjęli pierwszy impet natarcia, choć ich szereg wygiął się, ale 
nie   pękł.   Troll   zamachnął   się   swoim   sękatym   i twardym   jak 

skała   ramieniem,   uderzenie   wyrwało   kilka   krasnoludów   z linii 
i rzuciło ich na ścianę. Z Hamdirholm dobiegł kolejny ryk trolla. 

Do   Wychodka   wpadła   Vika.   Rozrzucając   na   boki   krasnoludy 
Dolgthrasira   dopadła   trolla   Sorlich   i zaczęła   go   okładać 

pięściami. Tyrfing, widząc, że jego plan spalił na panewce dał 

rozkaz do ataku. Hamdirholmczycy również ruszyli. Dwa klany 
starły się ze sobą wśród porykiwań trolli, szczęku oręża, trzasku 

łupanych tarcz.

Vika wyciągnęła w końcu Oblafa z bitewnej zawieruchy i wciąż 

go okładając pędziła do wyjścia z Hamdirholm.

Hamdirholmczycy   bardzo   powoli   zdobywali   przewagę   nad 

Sorlimi.   Tyrfing   zauważył   to   i zaczął   wycofywać   swój   oddział. 
Synowie   Hamdira   jeszcze   bardziej   naparli.   W końcu   Tyrfing 

zadął w róg co oznaczało rozejm. Obie grupy odstąpiły od siebie 
ciężko dysząc. Na posadzce między nimi leżało kilkanaście ciał, 

a praktycznie wszyscy żywi mieli większe lub mniejsze rany.

- To jeszcze nie koniec, Hamdirholmczyku – wysapał Tyrfing 

ocierając krew z rozciętego czoła.

- Koniec – odpowiedział mu Pradziadek. – To była najbardziej 

krwawa   bitwa   w historii   naszych   starć.   Pokazałeś   nam   jak 
bardzo klanowi Sorlich zależy na odzyskaniu swoich kontaktów 

handlowych. Od dzisiaj będziemy dzielić się kupcami pół na pół. 
Dość rozlewu krwi.

Tyrfing pokiwał głową.
- Niech więc i tak się stanie.

Oba klany pozbierały swoich rannych i zabitych i rozeszły się 

do   swoich   kopalni.   Dolgthrasir   zastanawiał   się   czy   wydawać 

ucztę.   Nie   miał   zbyt   dobrego   humoru.   Agnar   miał   połamane 
żebra,   a Baugi   lewą   rękę.   Z ich   strony   zginęło   siedmiu 

krasnoludów, wielu było  ciężko rannych i przez jakiś czas nie 
będą zdolni do pracy. A to niezbyt pasowało Pradziadkowi. Nie 

w sezonie.

Pradziadek pokręcił ze smutkiem głową. Źle się działo. Widział 

to   po   twarzach   Hamdirholmczyków.   Odnieśli   zwycięstwo,   to 
prawda,   ale   jakim   kosztem.   I ta   ugoda   z Tyrfingiem. 

Hamdirholmczycy potrzebowali jednak tej uczty.

-   Ziomkowie!   –   krzyknął.   –   Dzisiaj   wieczorem   wyprawimy 

ucztę   w Hali!   Uczcimy   nasze   zwycięstwo!   Będziemy   też 
świętować rozpoczęcie budowy hotelu!

Jego   obwieszczenie   nie   wywołało   silniejszej   reakcji,   poza 

kilkoma uśmiechami.

background image

- Będziemy pili na mój koszt! – dodał Dolgthrasir.

Hamdirholmczycy przyjęli jego decyzję z aplauzem. Nawet ci 

ciężej ranni wiwatowali.

***

Jałowczyk, siedzący przy stole kupców, poczuł jak coś spada 

mu na ramię. Przeciągnął w tamtym miejscu ręką i skrzywił się 
z obrzydzeniem wyczuwając pod palcami kleistą maź.

- Psiakrew! – zaklął i powiedział do Kiwaczka. – Od jakiegoś 

czasu   regularnie   obsrywają   mnie   nietoperze.   I tylko   mnie, 

nikogo więcej.

Kiwaczek   wzruszył   ramionami   i wrócił   do   konwersacji 

z kupcem.

Coleman zachichotał, co objawiło się nietoperzowym piskiem. 

Poleciał do Przedsionka, gdzie zmienił postać na ludzką i wrócił 
do Hali. Zasiadł koło zasępionego Pradziadka, którego pocieszał 

Pacy:

-   Po   co   ci   kupcy?   Zobaczysz,   że   jak   otworzysz   hotel   to 

całkowicie   przejdziesz   na   turystykę.   Jest   bardziej   dochodowa 
i nie   jest   tak   uciążliwa   jak   handel.   Nie   musisz   się   użerać 

z kupcami,   martwić   się   o powierzchnię   magazynową,   śledzić 
rynek.   W przypadku   turystyki   leżysz   do   góry   brzuchem, 

a srebro samo ci spływa do sakiewki.

- Oby tak było – mruknął wciąż niezadowolony Dolgthrasir.

- I tak będzie. Zobaczysz. Tak ci się spodoba ten interes, że 

pomyślisz   o założeniu   sieci   hotelowej.   Wyobrażasz   to   sobie? 

Hotel w każdej kopalni...ba! W każdym większym mieście! I to 
srebro spływające do Hamdirholmu workami...

W   miarę   jak   Pacy   roztaczał   przed   nimi   wizję   bogactwa, 

Pradziadek   coraz   bardziej   odzyskiwał   humor.   W końcu   huknął 

pięścią w stół, podniósł puchar i zawołał gromkim głosem:

- Zdrowie Hamdirholmu i jego gości!

-   Zdrowie!   –   odpowiedzieli   radośnie   biesiadnicy.   Niewielu 

z nich,   tak   jak   Dolgthrasir,   zastanawiało   się   teraz   nad 

przyszłością. 

Coleman opuścił stół i udał się do Przedsionka. Tam przybrał 

postać   nietoperza   i chichocząc   poleciał   napaskudzić 

Jałowczykowi do wina.

Sierpień 2003

background image

Dolgthrasir i Baugi

 

Dolgthrasir   wyszedł   z Przedsionka   do   pogrążonej   w mroku 

halli.   Co   prawda   świt   już   od   jakiegoś   czasu   różowił   stoki 

Hamdirbergu,   Góry   Hamdira,   to   jednak   Brama   krasnoludzkiej 
kopalni wciąż pozostawała zamknięta. A nie powinna. Zwłaszcza 

teraz,   w sezonie   letnim,   gdy   do   Hamdirholmu   ściągnęło   całe 
mrowie kupców i część halli dla nich przeznaczona wypełniona 

była śpiącymi ludźmi po brzegi. 

Pradziadek   z niezadowoleniem   zmarszczył   brwi.   Nie   martwił 

go   zaduch   jaki   pojawił   się   w halli,   jako   krasnolud 
przyzwyczajony był do różnych zapachów. Bardziej zirytowało 

go złamanie porządku dnia – Brama powinna od kilku godzin 
stać otworem.

- Ktoś tu dostanie po dupie za to niedopatrzenie – mruknął 

i skierował się w stronę wejścia na czatownię, gdzie obozowali 

strażnicy.

-   Hej...!?   –   zaczął,   widząc   krzątającego   się   Erpa,   dowódcę 

hamdirholmskiej  straży  i przerwał pociągając  nosem.   –  Co   tu 
tak   śmierdzi?   Erp,   do   diaska,   otwórz   Bramę!   Nie   idzie   tu 

wytrzymać!

- To właśnie zza Bramy tak wali od jakiegoś czasu – rozłożył 

bezradnie ręce krasnolud. – Wyglądałem przez furtę, ale smród 
tak mnie zemglił, że omal się nie porzygałem.

Dolgthrasir podszedł do Bramy  i fuknął z obrzydzeniem:
- Śmierdzi zgniłym mięsem!

- Powiedziałbym nawet, że trupem – usłużnie podpowiedział 

mu Erp.

- Budź wszystkich – zarządził Pradziadek. – Słońce już wstało, 

zobaczymy   kto   nam   tu   jakąś   zdechłą   świnię   podrzucił.   Nie 

możemy   siedzieć   tu   tak   zamknięci,   interesy   nam   uciekają. 

Jestem   pewien,   że   przez   ten   smród   i zamkniętą   Bramę 

straciliśmy kilku dobrych kupców.

-   Wstawać   psubraty   i śmierdziele!   –   wydarł   się   na   swoich 

podwładnych Erp. – Raz! Raz! Raz!

- Ciszej! Pobudziłeś kupców! – skarcił go Dolgthrasir widząc 

poruszenie   wśród   śpiących   do   tej   pory     handlowców.   -   Na 
cholerę nam to całe towarzycho przy tej śmierdzącej sprawie!

Krasnoludzcy   strażnicy   ustawili   się   w karnym   szyku,   Erp 

dokonał przeglądu i złożył raport o gotowości Dolgthrasirowi.

- Dobrze. Otwieraj, tylko ostrożnie – Pradziadek wskazał na 

wrota Hamdirholmu. – A ty tu czego? – spytał nadchodzącego, 

wyraźnie zaspanego, Colemana.

-   Bo   twoi   ludzie,   pardon   Dolgthrasirze,   twoje   krasnoludy   – 

poprawił się wampir – czynią nadzwyczaj wiele hałasu. Przerwali 
mi błogi sen – dodał z wyrzutem i zaczął węszyć. Wzdrygnął się 

– Nie, to niemożliwe... Tutaj...?

Erpowi podwładni odsunęli sztaby zamykające Bramę i powoli 

otwierali   wrota.   Odór   gnijącego   mięsa   buchnął   ze 
zwielokrotnioną   siłą.   Nawet   jaskrawe,   poranne   słońce   jakby 

przygasło od smrodu.

Dolgthrasir,   Erp   i krasnoludy   z przerażeniem   patrzyli   na 

stojące przed wejściem postacie.

- Toż to... – wydukał Pradziadek.

- Martwiaki! – wykrzyknął z radością wampir, który przezornie 

pozostał w cieniu. – Ambrozja!

-   Te,   wąpierz?   –   Dolgthrasir   z niesmakiem   popatrzył   na 

Colemana. – Chyba za długo  wisiałeś do góry nogami z tymi 

latającymi myszami, co? Ambrozja?! Toż to syf niemiłosierny!

- O, wypraszam sobie... – odezwał się jeden z martwiaków, 

taki już całkiem nieźle nadgniły.

-   Chwileczkę   –   Pradziadek   podniósł   dłoń   powstrzymując   go 

w pół zdania.  – Zaraz  się  z wami  oblecę.  Teraz  gadam  z tym 
porąbanym wąpierzem. Jaka ambrozja, drogi Colemaniku?

Wampir, któremu oczy skrzyły się dziwnym blaskiem, oblizał 

się ze smakiem:

- No, martwiaki, ambrozja. Nie ma nic lepszego do wypicia niż 

płyny ustrojowe martwiaka.

background image

- Błee...! Przepraszam – mruknął niewyraźnie Erp ocierając 

usta i pobiegł po szmatę.

- Ależ... – martwiak w oburzeniu tak wytrzeszczył oczy, że aż 

jedna   gałka  wysunęła  mu   się   z oczodołu  i zawisła   na  nerwie. 
Nieumarły zgrabnie włożył ją na swoje miejsce. Widać było, że 

nie pierwszy raz mu się to zdarzyło.

- Spokój! – warknął Dolgthrasir. – A ty się tłumacz, zboczku, 

bo zaraz wyrzucę cię z kopalni na zbity pysk! – Coleman skulił 
się. – Przecież dla was, wampirów, krew martwego człowieka to 

śmiertelna trucizna!

-   I tu   jest   właśnie   haczyk!   –   rozpromienił   się   wąpierz.   – 

Martwiaki są martwe, ale nie są martwe, nie!?

- No tak.

- No właśnie!
Pradziadek podniósł się na palcach i złapał Colemana za poły 

jego nienagannie czystego surdutu:

- Słuchaj, no, siorbaczu juhy! Jak zaraz mi nie wyjaśnisz o co 

ci chodzi, to najpierw zapakuję cię do tamtej karafki z rżniętego 
kryształu   górskiego,   potem   wystawię   cię   w niej   na   to   piękne 

słoneczko   i z   przyjemnością   popatrzę   jak   się   zamieniasz 
w popiół, twoja egzaltowana mać! Gadaj!

-   Już,   już   –   naburmuszony   wampir   poprawiał   zmięty 

potężnymi łapskami krasnoluda materiał. – O, i guzik urwany... 

Butonierka przesunięta...

Dolgthrasir ryknął i zapienił się.

- Chodzi o to – szybko zaczął mówić Coleman – że nie ma dla 

wampira   niczego   smaczniejszego   niż   płyny   ustrojowe 

martwiaków. Do czego by to przyrównać...? Już wiem! Dla nas, 
to   co  mają w sobie  martwiaki,  jest  niczym zsiadłe  mleko  lub 

maślanka dla was!

Pradziadek zamyślił się.

- Hmm, tak – powiedział z satysfakcją. – To mi wystarcza. 

Słucham?   –   tu   zwrócił   się   do   niecierpliwie   drobiącego 

martwiaka.

-   Nazywam   się   Leofric   i reprezentuję   grupę   inwestorów 

z pobliskiego cmentarza, tego na Przygórzu.

- Tak?

- Słyszeliśmy, że wasza kopalnia stawia hotel z krasnoludzkim 

skansenem i chcielibyśmy przyłączyć się do waszej inicjatywy.

- Eee... – Dolgthrasir podrapał się po głowie. – Jak to sobie 

wyobrażacie?

-   Otworzylibyśmy   knajpę   dla   martwiaków   „I   żywy   stąd   nie 

wyjdzie   nikt”.   Wietrzę   w tym   bardzo   dobry   interes,   gdyż 
w całym Przygórzu nie ma ani jednego lokalu dla nieumarłych! 

Ba, w całym świecie nie ma ani jednego! Wyobrażasz sobie to 
pan?!   Ani   jednego!   A ile   jest   cmentarzy,   grobowców, 

starodawnych kurhanów? No ile?

Pradziadek chwilę się zastanawiał:

- Dużo?
- Pan się mnie pyta czy dużo!? Mnóstwo! W samym Przygórzu 

mamy   ponad   trzysta   obiektów   cmentarnych   ze   średnią 
trzydziestu nieumarłych na każdym! Co daje nam dziewięciuset 

potencjalnych   klientów!   Dziewięciuset!!   A są   to   dane   sprzed 
dwóch   lat!   I co   pan   na   to?   Słyszy   pan   dźwięk   tego   srebra 

przesypującego   się   przez   kościane   rączki   wprost   do   pańskiej 
kieszeni?

- O tak, słyszę – Pradziadkowi błysnęły oczy. 
  -   Idźmy   jednak   dalej.   Moglibyśmy   też   stworzyć   parki 

tematyczne.   Przykładowo   „Grobowiec   gier”,   a w   nim   gra 
w kości, czy też wyścigi chabet. Tudzież ogródki zabawowe dla 

dzieci   „Cmentarzyk”.   Chciałbym   zauważyć,   że   nasz   cmentarz 
należy do ZMW „Truchło”.

- Czyli?
-   Związek   Martwiaków   Wolnomularzy   „Truchło”,   organizacji, 

która   w swych   szeregach   ma   samych   największych   kupców 
świata   nieumarłych.   ZMW   to   z kolei   odgałęzienie   PZPN, 

Ponadwyznaniowego Zrzeszenia Przedsiębiorczych Nieumarłych. 
Ja osobiście należę do przygórskiego penclubu. Stanowimy więc 

awangardę potężnej i zasobnej w złoto instytucji.

-   Hmm,   musiałbym   się   zastanowić   nad   tym   wszystkim   – 

Pradziadek podrapał się w brodę. – Przyznam się szczerze, że to 
brzmi dość obiecująco.

- Możemy poczekać na twoją decyzję – odparł szybko Leofric. 

– Najlepiej w środku. Niektórzy z nas mają wrażliwe na słońce 

background image

skórę i wnętrzności...

-   Ten...   tego...   –   krygował   się   Dolgthrasir.   –   Jakby   to 

powiedzieć...Śmierdzicie?

- Nie śmierdzielibyśmy aż tak, gdyby ktoś nas w nocy wpuścił 

do środka.

- To czemu nie pukaliście?
- Pukaliśmy, ale... zresztą, Edghar zaprezentuj.

Jeden   z najbardziej   zmartwionych   martwiaków,   znaczy   się 

szkielet,   podszedł   do   wrót   i zastukał   w nie   kościanymi 

knykciami.   Rozległo   się   cichutkie   puk!   puk!,   jak   gdyby   ktoś 
uderzał paznokciem o stół.

- No tak... – Pradziadek pokiwał głową ze zrozumieniem. – 

A nie mogliście załomotać pięścią?

Edghar wskazał na swoją drugą rękę, a właściwie to jej kikut 

i powiedział:

- Za mocno uderzyłem i połamała się.
- Woleliśmy więcej nie ryzykować – dodał Leofric.

-   No   dobrze   –   westchnął   Pradziadek.   –   Widzicie   tamtą 

ogromną dziurę w skale, gdzie w przyszłości stanie nasz hotel? 

Tam   jest   najciemniej   i najchłodniej.   I zróbcie   coś   z tym 
smrodem! Ponakrywajcie się jakimiś szmatami, czy czymś!

Martwiaki   przez   chwilę   naradzały   się   ze   sobą,   aż   w końcu 

Leofric nieśmiało spytał:

-   Czy   możemy   też   dostać   parę   beczek   waszego   piwa? 

Chcielibyśmy   powspominać   stare   czasy   z tamtego   świata   – 

a widząc   niewyraźną   minę   Pradziadka   dodał   szybko   – 
oczywiście za wszystko zapłacimy!

- Zaraz, zaraz – mruknął Pradziadek próbując dojrzeć któż to 

wspina się po Tysiącu Stopni. – Jestem chwilowo zajęty, potem 

kogoś przydzielę, kto będzie się wami zajmował.

Coleman chrząknął:

-   Ja   mogę   się   nimi   zająć   –   i przesłał   całusa   Leofricowi. 

Martwiaki cofnęły się z obrzydzeniem.

- Dobrze – odparł trochę roztargnionym głosem Dolgthrasir, 

wciąż   uważnie   obserwując   nadchodzącą   grupę   uzbrojonych 

ludzi zakutanych po uszy w futra, choć słońce stało już całkiem 
wysoko.  –  Kogóż  to   diabli   niosą...   Barbarzyńcy?   Chyba   nie... 

A jednak! Erp! Do broni! Nadciągają barbarzyńcy! Do broni!

Zaraz   też   Coleman,   podszczypując   Leofrica   i z   lubością 

oblizując   palce,   zaprowadził   martwiaki   na   miejsce   ich 

spoczynku.   Kupcy,   rozbudzeni   obecnością   nieumarłych 
i ostrzegawczym   krzykiem   Pradziadka   przesunęli   się   w głąb 

jaskini.

Dolgthrasir, wraz ze strażnikami Bramy, milcząc, czekał przed 

wejściem   do   kopalni   na   budzących   grozę   w całym   Przygórzu 
barbarzyńców.   Na   ich   czele   szedł   potężny   wojownik   o gęstej 

ciemnej brodzie, przybrany w kolczugę, baranicę i złoty szłom 
z końską   kitą.   Przy   pasie   miał   ogromny   miecz,   a na   plecach 

okrągłą   tarczę.   Wszyscy   mieli   ponure   i zawzięte   miny,   lekko 
zamglony   wzrok   i ciężki   chód.   Kiedy   weszli   na   półkę   przed 

Bramą i zatrzymali się  przed Pradziadkiem, zasłaniając swymi 
sylwetkami wejście do kopalni, zdawało się, że zaszło słońce, 

tak byli potężnie zbudowani.

Dolgthrasir   obejrzał   ich   sobie   dokładnie,   bez   cienia   lęku 

i zauważył, że dwóch z nich niesie bezwładne ciało wojownika. 
Barbarzyńcy   usadzili   go   opierając   plecami   o wrota   Bramy 

i zmierzyli wzrokiem stojące im na drodze krasnoludy.

-   Sądząc   po   waszych   kotwicach   i hakenkrojcach   –   zaczął 

Pradziadek – jesteście barbarzyńcami z dalekiej Północy.

Wódz przybyszów tylko mruknął potakująco.

-   Martwy?   –   spytał   Dolgthrasir   wskazując   na   ich 

nieprzytomnego towarzysza.

Wódz bezgłośnie zaprzeczył.
- Więc ranny...

-   Nie   –   barbarzyńca,   lekko   bełkocząc,   po   raz   pierwszy   się 

odezwał. – Pijany.

-   Wam   też   niewiele   do   tego   stanu   brakuje   –   rzucił   Erp.   – 

Śmierdzicie skwaśniałym piwskiem na odległość.

-   Taki   fach   –   wzruszył   bezradnie   ramionami   wódz, 

rozchybotanym   wzrokiem   i niezbyt   płynnym   ruchem   głowy 

przesuwając spojrzenie z Pradziadka na dowódcę straży. – A my 
właśnie w sprawie pijaństwa...

- Nic u nas nie dostaniecie, powsinogi, żebraki i pijanice! – 

burknął Dolgthrasir.

background image

Trochę czasu trwało zanim wódz barbarzyńców skoncentrował 

swą   uwagę   z powrotem   na   przywódcy   krasnoludów.   Uniósł 
wskazujący palec w pouczającym geście, marszcząc brwi, jakby 

dopiero co owego palucha zauważył. Skupił wzrok na paluchu, 
co objawiło się potężnym zezem, potem potrząsnął głową kilka 

razy.   Jego   gałki   oczne   wróciły   na   swoje   miejsce,   a on   sam 
grożąc Pradziadkowi zaczął mówić:

- Te, te, brodacz! Uspokój się! Masz tu do czynienia z byle 

nie...   niebywa...   z nie   byle   jakimi   barbarzyńcami!   Ja   sam 

jestem   z wykształcenia   archeologiem!   Ten   tu   Waleczniak   to 
politolog. Tamten, co się zowie Przemór, to prawnik, podobnie 

zresztą   jak   Jorgsen.   Kurgan   ma   syna,   co   do   którego   jest 
pewien,   że   to   jego   syn.   Liber   to   wyklawyfi... 

wyklyfik...wykwalifikowany inżynier...

- Dobra, dobra! Skończ już   – machnął ręką Pradziadek. – 

Jeszcze mi się tu zaplujesz...

Wódz barbarzyńców warknął i położył rękę na mieczu. Jego 

ludzie   cofnęli   się   trochę,   mocniej   ściskając   styliska   toporów. 
Krasnoludy Erpa zacieśniły szyk i lekko pochyliły włócznie. Obie 

strony doceniały swój bojowy kunszt i nie  było pewności, kto 
mógłby zwyciężyć w tym starciu.

Dolgthrasir i wódz mierzyli się chwilę wzrokiem, zaraz jednak 

barbarzyńca gruchnął potężnym śmiechem, aż echo poniosło się 

pod powałą jaskini budząc nietoperze.

-   Lubię   cię,   brodaczu!   –   i Pradziadek   zniknął   w potężnych 

ramionach   niedźwiedziego   uścisku   człowieka.   –   Nazywam   się 
Jaro i przewodzę tej bandzie niezrównanych zabijaków.

- A ja nazywam się Dolgthrasir. Ten tu obok to Erp. Co was 

sprowadza? – Dolgthrasir wywinął się z jego objęć.

-   Tak,   tak,   co   nas   sprowadza...   Potrzebujemy   kilku   twoich 

beczek piwa. Słyszeliśmy, że jest najlepsze w okolicy...

- Nic za darmo – stanowczo powiedział Pradziadek.
- Oczywiście, oczywiście. W zamian ofiarujemy wam rogi.

- Jakie? Takie do picia, czy do grania?
Jaro   z zakłopotaniem   podrapał  się   po   hełmie,   jego   drużyna 

zaczęła pogwizdywać i grzebać butami w pyle skalnej półki.

- No, mów – Pradziadek uniósł jedną brew wietrząc w całym 

tym interesie jakieś oszustwo.

-   Właściwie,   to   te   rogi...   –   Jaro   zaczął   się   plątać 

w wypowiedzi.   –   ...to   my   ich   jeszcze   nie   mamy...   Wiesz, 

przeprowadzamy   obecnie   badania   rynkowe,   mające   na   celu 
ustalić   jaki   fragment   naszej   działalności   budzi   największe 

zainteresowanie   klientów.   No   i wyszło   nam,   że   jest   wielkie 
zapotrzebowanie   na   rogi...   A jakie,   to   jeszcze   nie   wiemy. 

W najbliższym czasie przeprowadzimy kolejne badania.

-   Czyli   że,   żadnych   rogów   nie   macie?   –   upewnił   się 

Pradziadek.

- No, nie mamy jeszcze, ale... – głupio uśmiechnął się Jaro.

- ...ale zawsze możemy przyprawić je na miejscu. – dorzucił 

jeden z barbarzyńców.

-   Co   wy   tu   jeszcze   chędożyć   chcecie   za   naszymi   plecami 

nasze białki?! – obruszył się Dolgthrasir. – I jeszcze mam wam 

za   to   zapłacić   w piwie?!   Poszli   won,   bo...   bo...   baranami 
poszczuję! Ale już, precz mi z oczu!

Wódz skrzywił się nieznacznie, ale z godnością poprawił swoją 

baranicę,   obciągnął   i wygładził   kolczugę   i dystyngowanym 

tonem zwrócił się do swych ludzi:

- Panowie! Wychodzimy! Z chamstwem interesów prowadzić 

nie będziemy!

Barbarzyńcy dumnie, acz trochę chwiejnie, zaczęli schodzić po 

schodach odprowadzani bacznym wzrokiem Dolgthrasira.

- Kto to? – spytała stojąca za plecami Pradziadka Arien.

-   Mordercy,   łupieżcy,   podpalacze,   gwałciciele,   złodzieje. 

Barbarzyńcy.   Z wyższym   wykształceniem,   ale   zawsze 

barbarzyńcy.   Coś   ostatnio,   córko,   często   wychodzisz   na 
powierzchnię.

Wysoka elfica spojrzała na Pradziadka ze smutkiem w oczach:
-   Tęsknię   za   domem,   otwartymi   przestrzeniami,   za   swoim 

ludem...

- Nie układa się wam ostatnio z Baugim? – Dolgthrasir ciężko 

wzdychając przeszedł od razu do rzeczy.

Arien   delikatnie   pogłaskała   stroskanego   Pradziadka   po 

ramieniu.   Normalnie   krasnolud   by   się   obruszył   na   taką 
poufałość, zwłaszcza przy obcych, a do tego ludziach, jednak do 

background image

Arien miał słabość.

-   Nie,   niestety   nie.   Baugi   spędza   cały   czas   w podziemiach, 

rzadko się widzimy. A jeśli już, to jest tak zmęczony, że nawet 

nie mamy chwili dla siebie.

-   Baugi   ma   odpowiedzialne   zadanie   –   zaczął   tłumaczyć 

prawnuka Dolgthrasir. - Musi pilnować Lofara przy jego pracach 
nad   oczyszczeniem   w Bezpańskich   Lochach   traktu   łączącego 

z klanem Sorlich. Lofar, choć Hamdirholmczyk, to jednak bydle 
w krasnoludzkiej   skórze.   Jest   w stanie   spoufalić   się 

z Tyrfingiem, wodzem Sorlich i zerwać tę cienką nić pokoju jaka 
ostatnio połączyła Hamdirholmczyków i Sorlich. I zrobi to tylko 

po to, żeby podważyć moją pozycję przywódcy Hamdirholmu.

- Rozumiem to, ale ja też mam swoje potrzeby.

Pradziadek westchnął ciężko, przysiadł na zydelku i ściągnął 

futrzaną czapę:

- Czasami mam dość tego wszystkiego. Czy ta kopalnia musi 

być ostoją wszystkich świrów na Przygórzu? Dzisiaj pojawiły się 

zbzikowane martwiaki, chcące otworzyć u nas parki tematyczne 
i domy...   cmentarze   gier.   Zaraz   po   nich   banda   pijanych 

barbarzyńców,   która   właściwie   sama   nie   wiedziała   co   chce. 
I jeszcze małżeństwo mego wnuka przeżywa kryzys. Gdyby nie 

to,   że   już   dawno   posiwiałem   ze   starości,   to   od   czasu   twego 
pojawienia   się   w kopalni,   musiałbym   posiwieć   z cztery   razy. 

Odnoszę   wrażenie,   że   ktoś   się   nami   bawi.   Ktoś,   jakiś   bóg, 
demiurg,   Hamdir   go   wie...,   ktoś   wrzuca   do   mojej   kopalni 

przeróżne istoty, czy też wydarzenia i ma dziki ubaw patrząc jak 
próbuję   wykaraskać   się   z tych   kłopotów.   A ja   mam   tego 

powyżej   uszu!   Mam   dość   rzucania   mi   kłód   pod   nogi   i tego 
ciągłego pilnowania, czy wszystko gra!

Arien   pochyliła   się   nad   krasnoludem   i patrząc   mu   w oczy 

powiedziała:

- Pradziadku, jesteś największą i najmędrszą osobą jaką było 

mi dane do tej pory poznać. Twoja rodzina, to najprzyzwoitszy 

ród   jaki   znam.   Twoja   kopalnia   to   potężne,   nienagannie 
działające podziemne miasto. Wszystko to dzięki tobie, twojej 

pracy i uporowi.

Pradziadek popatrzył na elficę z wdzięcznością:

-   Dziękuję,   Arien.   Tego   właśnie   potrzebowałem,   żeby   ktoś 

mnie   docenił,   mnie   i moją   pracę.   Jeszcze   raz   ci   dziękuję... 
I mam nadzieję, że między tobą a Baugim wszystko się znowu 

ułoży.

Elfica   uśmiechnęła   się   smutno   patrząc   z tęsknotą   na 

majaczące w oddali równiny.

- Bardzo bym chciała, Pradziadku. Bardzo – i Arien wyszła za 

Bramę.

Pradziadek zapatrzył się w jej plecy. Po chwili wzdrygnął się 

i parsknął z niezadowoleniem:

- Elfi urok! – otrząsnął się z myśli, że elfy są najpiękniejsze, 

kiedy są smutne.

***

Arien   powoli,   jak   automat,   schodziła   po   Tysiącu   Stopni. 

W głowie  miała pustkę. Otarła zaczerwienione od płaczu oczy 

i pociągnęła nosem. Doszła do Dziobu, gdzie schody zakręcały, 
kryły   się   za   skałą   i prościutko,   jak   ostrze   miecza,   biegły   do 

samego podnóża Hamdirbergu. Przez chwilę patrzyła w dół, na 
posterunek krasnoludów, gdzie Hamdirholmczycy pobierali myto 

od kupców wędrujących do kopalni. Pradziadek kazał również 
wybudować   tam   stajnię   dla   tych   wierzchowców,   które   nie 

podołają   wędrówce   po   stromych   Tysiącu   Stopniach.   Właśnie 
jeden z podróżnych zdawał swego konia koniuszemu.

  „Samotny   jeździec?   Bez   orszaku?   Wozów   z towarem?” 

Wzruszyła ramionami.

-   Co   mnie   to...   –   szepnęła   i spojrzała   w mroczną   czeluść 

kopalni.   Jej   ciało   przebiegł   dreszcz.   Mrok,   to   było   to   co 

najbardziej jej dokuczało w Hamdirholmie. Póki Baugi miał czas 
dla   niej,   nie   odczuwała   niechęci   do   tego   najmniej 

odpowiedniego   dla   elfa  środowiska.   –   To  nie   moje   miejsce  – 
westchnęła i przypomniała sobie złociste lasy swojej ojczyzny, 

Alvheimu, zielone polany upstrzone różnokolorowym kwieciem, 
poziomki słodkie od słońca i drzewa, miriady drzew.

Minęła ją grupka mozolnie wspinających się, po raz drugi tego 

dnia,   barbarzyńców.   Nie   obyło   się   bez   uszczypliwych 

background image

i sprośnych   uwag.   Zmilczała   je,   właściwie   to   nawet   ich   nie 

słysząc.

-   Skały,   skały,   skały   –   mruczała   siadając   na   krawędzi 

schodów,   tak,   że   jej   nogi   swobodnie   zwieszały   się   nad 
przepaścią. – Skały i karłowate drzewa... sękate jak krasnoludy. 

To nie moje miejsce. Nic mnie tu nie trzyma - Nawet Baugi, jej 
krasnolud,   teraz   wiecznie   zalatany,   nieobecny.   Coraz   bardziej 

krasnoludzki...   inny   niż   wtedy   kiedy   go   poznała.   Skryty   za 
murem, skałą jaką krasnoludy maskowały swoje uczucia.

-   Gdzie   jesteś,   mój   Baugi?   –   zaszlochała   kryjąc   twarz 

w dłonie.

-   Proszę   –   smukła   dłoń,   elfia   dłoń,   podała   jej   pięknie 

wyhaftowaną   chusteczkę,   pokrytą   finezyjnym   wzorami.   Elfimi 

wzorami.

Arien, nie odwracając się, szybko wytarła oczy rękawem bluzy 

z miękko wyprawionej skóry jelenia. Ręka z chusteczką cofnęła 
się.

-   Zachowuje   się   pani,   jak   nie   przymierzając,   krasnolud   – 

znów ten głos, piękny dźwięczny jak... jak lasy Alvheimu. Znów 

stanęły jej przed oczyma widoki z rodzinnych stron – Elfy nie 
wstydzą   się   łez.   Nazywam   się   Cenred.   Pozwoli   pani,   że   się 

przysiądę.

Arien   milczała   zauroczona   wspomnieniem.   Bała   się   nawet 

rzucić okiem na przybysza, aby czar nie prysnął. Czuła nawet 
zapach   elfiego   lasu.   Nie,   tak   las   nie   pachnie.   Tak   pachną 

perfumy   z elfiego   lasu.   W końcu   zmusiła   się   by   spojrzeć   na 
swego niespodziewanego towarzysza.

Cenred   był   czystej   krwi   elfem.   I tak   jak   elfy   nosił   się 

z godnością,   przybrany   w niebieski   płaszcz   z kapturem,   teraz 

odrzuconym na plecy. Spod takiej samej jak miała Arien jeleniej 
bluzy   wystawały   nienagannie   białe,   szerokie,   koronkowe 

mankiety koszuli z materiału tak delikatnego, że nie mógł być 
on   dziełem   śmiertelnika.   Strój   uzupełniały   wysokie   buty   do 

konnej jazdy przyozdobione srebrnymi klamrami.

Cenred odgarnął długie, czarne włosy zmysłowym, starannie 

wypracowanym gestem.

- Maniery równie, pani, masz krasnoludzkie.

Arien drgnęła:

- Przepraszam... Jestem trochę zaskoczona obecnością pana 

tutaj... Nazywam się Arien...

-   Zaskoczona?   –   Elf   odwrócił   się   w jej   stronę.   Miał   czarne 

oczy, błyszczące tą tak dobrze kiedyś jej znaną przedwieczną 

mądrością Nieśmiertelnych. Ostatni raz widziała takie oczy wieki 
temu... Wieki? Ledwie pół roku. Niby nie tak dawno, a jednak 

wydawało się, że minęły lata.

- Tak – odpowiedziała, nie mogąc oderwać spojrzenia od jego 

regularnych   rysów   twarzy.   –   Pan   raczej   nie   wydaje   się   być 
zaskoczony obecnością elfiej kobiety w krasnoludzkiej kopalni.

-   Nie   –   zaśmiał,   ale   zaraz   spoważniał.   –   Nie   jestem 

zaskoczony. W końcu przybyłem na twoje wezwanie, pani.

- Moje?
- Tak, twój krzyk... płacz twojej duszy tęskniącej za domem 

dobiegł na skrzydłach wiatru aż do Alvheimu.

- I pan przybył specjalnie dla mnie?

- Tak. Przyjechałem zabrać panią do domu.
Arien   patrzyła   przez   chwilę   na   niego   z niedowierzaniem. 

W końcu wybuchła płaczem i wtuliła się w jego ramiona. Poczuła 
ulgę   przemieszaną   z niepewnością.   Jedzie   do   domu!   Do 

Alvheimu!   Do   złotozielonych   lasów...!   Ale   Baugi...   Baugi   to 
krasnolud,   mądry   krasnolud.   Co   najmniej   tak   mądry   jak 

Dolgthrasir. Na pewno zrozumie, wszystko zrozumie.

Kiedy to sobie powiedziała nadeszło odprężenie, spłynęło z jej 

duszy jak brud krasnoludzkiej kopalni.

***

- Co tu znowu tak śmierdzi? – Pradziadek głęboko wciągnął 

powietrze w nozdrza.

- To ja, Dolgthrasirze.
Krasnolud odwrócił się i zobaczył Leofrica. Martwiak wyglądał 

na lekko zamroczonego, nawet nie poprawił gałki ocznej, która 
wypadła mu z oczodołu.

-   A to   ty...   Jeszcze   nie   zastanawiałem   się   nad   twoją 

propozycją.

background image

-   Nie   śpieszmy   się   –   Leofric   machnął   ręką.   –   Przychodzę 

w innej sprawie...

- Tak?

- Dolgthrasirze! Dolgthrasirze! – do rozmawiających podbiegł 

jeden ze strażników Bramy. – Barbarzyńcy wracają!

Pradziadek zgrzytnął zębami:
- Psubraty! Chodźmy. Zobaczmy czegóż znowu chcą.

- Ale moja sprawa nie cierpi, za przeproszeniem, zwłoki!
- Spokojnie, trupku, jak się nie ugadam z barbarzyńcami, to 

będziemy mieli tu, za przeproszeniem, same zwłoki.

W   Bramie   stał   Jaro   i jego   kompania.   Trzymali   dumnie 

uniesione   głowy,   jednak   cały   efekt   dostojności   psuła   ich 
chwiejna postawa.

- Czego? – Dolgthrasir nawet nie silił się na uprzejmość.
-   Zapomnieliśmy   Olafa   –   Wódz   barbarzyńców   wskazał   na 

swego pijanego drużynnika, który nieprzytomny siedział oparty 
się   o wrota   bramy   –   trwał   dokładnie   w tej   samej   pozycji 

w jakiej   barbarzyńcy   zostawili   go   podczas   ostatniej   wizyty.   – 
A co do tych rogów...

- Nie chcę żadnych rogów! Zabierzcie swego druha i fora ze 

dwora! Erp, chodź no tutaj! Jak ty pilnujesz porządku, co?! Ten 

pijany   barbarzyńca   przeleżał   tu   całe   południe,   a ty   go   nie 
zauważyłeś?! Jak tak może być?!

- Mam za mało ludzi – krasnolud zrobił niewinną minę. – Nie 

jestem w stanie ogarnąć tego całego harmidru.

- Później się tobą zajmę - Dolgthrasir machnął ręką i zwrócił 

się do cierpliwie czekającego Leofrica; - Tak?

-  Otóż  mamy  problemy  z piciem  –  szybko  wyrzucił z siebie 

martwiak.

-   Następni...   pijani   barbarzyńcy,   martwiaki   z problemem 

alkoholowym...co jeszcze? W czym masz problem, trupku?

- Osobiście nie mam... I nie nazywaj mnie trupkiem, proszę... 

To takie pretensjonalne. Jak już mówiłem, nie mam problemu 

z piciem – mogę swobodnie upić się do nieprzytomności. Jednak 
inni, zwłaszcza ci co są martwi od dłuższego czasu i przybrali 

już formę szkieletów, wyraźnie przeciekają.

- Przeciekają? – zdziwił się Pradziadek.

- No tak. Wlewają w siebie piwo, a ono spływa na podłogę. Ja 

tam mam jeszcze trochę tkanki i płynów ustrojowych, więc piwo 
trochę   we   mnie   poprzebywa...   ale   taki   Edghar,   kompletny 

szkielet...   znaczy   się   nie   do   końca   kompletny,   bo   przecież 
utracił rękę podczas pukania w Bramę. No więc Edghar, i paru 

mu   podobnych   siedzi   w kącie   i płacze,   bo   nie   może   się 
narąbać... Wszystko z niego wycieka!

- No i co ja mam zrobić? – Pradziadek pogłaskał swą długaśną 

brodę.

- No... nie wiem. Problem jest, powiedziałbym nawet, natury 

turystycznej.   Jeśli   otworzymy   jakąś   knajpę   dla   martwiaków, 

a liczyliśmy,   że   owa   knajpa   stanowić   będzie   trzon   naszych 
zysków,   to   odpadnie   nam   spora   część   klienteli.   Wszak 

społeczność nieumarłych w większości składa się ze szkieletów!

- No tak – Pradziadek zasępił się. – To poważny problem.

Jaro,   który   cały   czas   przysłuchiwał   się   tej   rozmowie, 

chrząknął znacząco.

- A ty tu czego jeszcze stoisz? – prychnął Dolgthrasir.
-   Chyba   znalazłem   rozwiązanie   waszego   problemu   – 

tryumfalnie powiedział wódz barbarzyńców.

-  Tak?   Ciekawe?   –  ironicznie   spytał  Dolgthrasir.  –  Rozłupać 

czerepy i po kłopocie?

- Taki pomysł pojawił mi się w pierwszej chwili, owszem. Nie 

powiem,   że   nie   –   przyznał   się   Jaro.   –   Ale   po   głębszym 
zastanowieniu   doszedłem   do   wniosku,   że   da   się   tę   sprawę 

załatwić inaczej. Otóż trzeba zorganizować łaźnie piwne!

-   Ależ   ty   durny   –   Pradziadek   pokiwał   z niedowierzaniem 

głową. – „Łaźnie piwne!” I co? Może te biedne szkielety mają 
leżeć w piwsku aż zgniją, co?

- Świetny pomysł! – zapalił się Leofric. – Będą się nasączać 

przez kości! Ustawimy wielkie kadzie z piwem i szkielety będą 

się   w nich   namaczać!   Kości   wchłoną   alkohol   z piwa,   i taki 
martwiak   będzie   narąbany,   że   hej!   Genialne!   Muszę   zaraz 

wypróbować to na Edgharze!

-   No,   no   –   krasnolud   z uznaniem   popatrzył   na   wodza 

barbarzyńców. – Masz ty czasami łeb na karku, jak nie myślisz 
o przyprawianiu rogów.

background image

- Oj, rzadko, ale się zdarza – powiedział skromnie speszony 

Jaro i zaczął bawić się tuniką.

-   Erp!   –   krzyknął   Dolgthrasir.   –   Daj   no   tym   barbarzyńcom 

beczułkę piwa!

Barbarzyńcy   mlaszcząc  jęzorami  serdecznie  podziękowali   i z 

beczułką   oraz   wciąż   nieprzytomnym   kompanem   Olafem 
powędrowali w dół Tysiąca Stopni.

- Jeszcze coś, Dolgthrasirze – zagaił Leofric wpychając gałkę 

oczną   na   swoje   miejsce.   –   Czy   możesz   zrobić   coś   z tym 

wampirem,   z tym   Colemanem?   –   imię   wypowiedział 
z nieukrywanym obrzydzeniem.

- A cóż takiego ten wąpierz wyprawia? – szczerze zdziwił się 

Pradziadek.

-   No,   łazi   za   nami.   Podszczypuje,   spija   nasze   wydzieliny, 

cmoka i w ogóle. Najgorsze jest to, że jak czasami pijemy, to 

z nas   wyciekają   różne   rzeczy   –   rozumiesz,   nie   jesteśmy   tak 
szczelni jak wy, żywi – i on to zlizuje...

- Zlizuje?! – wzdrygnął się Pradziadek.
- Tak... I jeszcze mówi do nas czule.

- Obrzydlistwo! Przyślij go tu do mnie, pogadam z nim. O!? 

Baugi! A co ty tu robisz?

Baugi,   umorusany   jak   nieboskie   stworzenie   i zasapany   jak 

troll   po  liczeniu  do   dziesięciu,   wyszedł  właśnie   z Przedsionka. 

Wychylił podany mu przez strażnika Bramy róg piwa, oblewając 
się przy tym obficie, wytarł posklejaną kurzem brodę jednym 

pociągnięciem brudnego rękawa i zaczął mówić:

-   Lofar   chce   nas   wykiwać.   Podsłuchałem   jak   się   dogaduje 

z Sorlimi. Namówił ich na kolejną wojnę...

- Tyrfing nie pójdzie na to – Pradziadek stanowczo pokręcił 

głową.

-   Tyrfing   leży   nieprzytomny   po   ukąszeniu   skalnej   żmii. 

Bogowie jedynie wiedzą, czy się wyliże... Sorlimi rządzi teraz 
rada i to z nią dogadywał się Lofar.

- Niedobrze – zasępił się Dolgthrasir. – Co planują?
- Jutro chcą uderzyć na Bramę...

- Od zewnątrz?! Tego jeszcze nie było!
- Lofar tak to obmyślił. W czasie ataku będzie w Bezpańskich 

Lochach przy odbudowie traktu – nie chce, żeby ten atak z nim 

kojarzono.   Przybędzie   dopiero   po   wszystkim,   żeby   wykazać 
nieudolność twoich rządów.

- Cwana bestia – Pradziadek nerwowo ciągał brodę. – Trzeba 

coś wymyślić... Na razie wracaj do Lochów, żeby nie wzbudzić 

podejrzeń.

- Podeślę ci paru krasnoludów – zgodził się Baugi.

- Nie! Nie możemy robić nic, co mogłoby świadczyć o tym, że 

znamy jego plany.

- Nie dasz rady! Masz tylko Erpa i jego strażników!
- Nie przejmuj się – Dolgthrasir roześmiał się dość nerwowo. 

– Już coś wymyślę, nie z takich opałów wyciągałem już naszą 
kopalnię.

- Rób jak uważasz – wzruszył ramionami Baugi. – Jeśli jednak 

coś   pójdzie   nie   tak,   pierwszy   wbiję   mu   sztylet   w plecy. 

Chciałbym jeszcze tylko zobaczyć się z Arien. Gdzie ona jest?

-   Moja   krew!   A co   do   twojej   żony,   to   znowu   poszła   na 

Przygórze. Ciężko jej jest.

- Wiem – zmartwił się krasnolud. – Mnie też jest ciężko. Cały 

czas pocieszam się, że to już niedługo. 

***

Baugi   pędził   ogromnymi,   jak   na   krasnoluda,   susami   po 

Tysiącu Stopni. Dogonił pijanych barbarzyńców i trzymał się za 

nimi w odpowiedniej odległości, nie chcąc wyprzedzać z racji ich 
chwiejnego   kroku.   Przeciskanie   się   koło   tej   zataczającej   się 

gromady,   groziło   długim   lotem   w dół   przepaści   i niechybną 
śmiercią. Cierpliwe i powoli posuwał się za nimi.

Barbarzyńcy   minęli   Dziób   i Baugi   dopiero   teraz   ujrzał  Arien 

i Cenreda. Stali przytuleni do siebie przepuszczając Jara i jego 

ludzi.

- Arien... – wydukał zaskoczony ich widokiem.

Jego żona odsunęła się powoli od przystojnego elfa. Cenred 

zdawał się z niechęcią wypuszczać ją ze swoich ramion.

background image

- Baugi... – mówiła. – Zrozumiesz... Pogodzisz się...

Do krasnoluda właśnie dotarło, że traci swą kobietę.
- Nie zrozumiem... – wycharczał przez zaciśnięte zęby. Już nie 

patrzył na nią. Wzrok miał wbity w dumnie stojącego elfa.

-   Zrozumiesz   –   Arien   płakała.   –   Jesteś   mądry,   tak   jak 

Dolgthrasir...

- Nie chcę zrozumieć – jego głos z trudem przecisnął się przez 

wielką   kluchę   jaka   uciskała   gardło.   Wzrokiem   mierzył   się 
z elfem.

Cenred,   ze   złożonymi   na   piersi   ramionami,   z kpiącym 

uśmieszkiem odwzajemniał spojrzenie krasnoluda:

-   To   on?   –   prychnął   z pogardą.   –   To   dla   tego   brudnego 

pniaczka, tego pokurcza, siedziałaś, o pani, w tej dziurze?

Baugi   sapnął   z wściekłości.   To   było   coś   czego   najbardziej 

nienawidził   w elfach.   Tego   ich   nieuzasadnionego   poczucia 

wyższości,   traktowania   reszty   myślących   stworzeń   jak 
poślednich, ułomnych istot. Arien była inna. Choć teraz nie był 

tego do końca pewien.

Czerwona   mgła   przesłoniła   mu   oczy,   świat   zawirował. 

Wyciągnął swój nieodłączny młot zza pasa, ujął jego trzonek, aż 
zbielały mu knykcie, zgrzytnął zębami i ruszył do przodu.

Arien stanęła mu na drodze.
-  Nie, Baugi  –  błagała  go  przez  łzy.  – Proszę...Pan  Cenred 

zaprowadzi mnie do domu...

Zatrzymał się.

-   Do   domu?   –   obejrzał   się   za   siebie   na   Hamdirholm.   – 

Myślałem, że dom tam gdzie serce..., że..., że tu jest twój...

Elfica pokręciła głową.
- Nie, mój dom jest w lasach Alvheimu... Dzisiaj to do mnie 

dotarło, mój mężu.

- Mężu? – słabo powiedział Baugi i opuścił bezradnie młot. – 

Mężu!?   Elfia   żona,   elfi   urok!   –   dokończył   z wściekłością, 
odwrócił się na pięcie i pobiegł w górę Tysiąca Schodów.

- Baugi!! – krzyknęła za nim.
- Zostaw go, pani – Cenred podszedł do niej od tyłu i położył 

ręce   na   jej   ramionach.   -   To   tylko   krasnolud.   Te   pniaczki   nie 
wiedzą co to są wyższe uczucia.

Arien odwróciła się do niego ze złością:

-   Przestańcie,   panie   Cenredzie!   Ten   pniaczek,   jak   go 

nazywasz,   mój   mąż,   pokochał   mnie   szczerze   i prawdziwie, 

wbrew   swojej   rasie,   wbrew   całemu   światu!   Jego   lud, 
w przeciwieństwie   do   mojego,   przyjął   mnie   pod   swój   dach 

i traktował jak jedną ze swoich! A ty twierdzisz, że nie stać go... 
ich na wyższe uczucia!?

Elf cofnął się przepraszając.
Baugi biegł po stopniach, a grube łzy zostawiały jasne ścieżki 

na jego brudnej twarzy, zamieniając kopalniany kurz w błoto.

„To tylko krasnolud.” – dźwięczało mu w uszach.

***

Pradziadek   z niepokojem   patrzył   jak   Baugi,   pokonany 

i rozgoryczony wracał do kopalni.

-   Baugi...   –   zaczął,   ale   przerwał   widząc   znajome   postaci 

wspinające  się  po  Tysiącu Stopni.  – Czegoż oni znowu  chcą? 

Później, synu, porozmawiamy.

Baugi   ciężko   westchnął,   pokiwał   głową   i poszedł   do 

Przedsionka.

-   Czegóż   znowu   tutaj   chcecie?   –   zakrzyknął   Pradziadek   do 

wspinających się po raz trzeci tego dnia barbarzyńców.

-   Chcemy   zdać   beczkę!   –   odkrzyknął   buńczucznie   Jaro.   – 

I odebrać kaucję!

- Co wyście tam sobie ubzdurali w tych zakutych pałach? U 

nas nie ma kaucji za beczki!

Barbarzyńcy dotarli do półki.

- A gdzie Olaf? – zainteresował się Dolgthrasir.
Jaro rozejrzał się po swoich druhach. Ci wzruszyli ramionami 

w geście jednej wielkiej  niewiadomej.

- Znowu go zapomnieliśmy – wódz machnął ręką i zachwiał 

się   dość   ostro.   Całe   szczęście,   że   znalazł   oparcie   w swojej 
drużynie. Barbarzyńcy postawili go do pionu, wtedy ryknął: - 

Dawaj mi piwa, bo ci spalę tę budę!

- Rozejrzyj się dookoła, pacanie! Co mi spalisz? Skały, góry, 

background image

Tysiąc Stopni? To jest kopalnia, rozumiesz, k o p a l n i a. To 

takie   domostwo   krasnoludów   wykute   w skale.   Powiedz   mi, 
barbarzyńco po szkole wyższej, czy skała się pali?

- Tak – twardo odpowiedział Jaro. – Węgiel.
- A co my tu mamy? – Pradziadek wskazał na jaskinię.

- Piaskowiec – podpowiedział jeden z barbarzyńców, widząc, 

że ich wódz nie ma zielonego pojęcia z jakiej skały zbudowany 

jest Hamdirberg.

- No właśnie. Piaskowiec się ni w ząb nie pali.

- Tak – potulnie zgodził się Jaro, by po chwili ryknąć: - Dawaj 

piwo, bo spalę ci tę budę!

- Widzę, że się nie odczepicie...
-   Nie   odczepimy   się   –   przytaknął   ze   szczerym   uśmiechem 

Jaro.

Dziadkowi zaświtał pewien pomysł:

- Mam więc dla was propozycję dobrze płatnej pracy.
-   Za   pieniądze   zrobimy   wszystko   oprócz   mycia   się   i picia 

wody.

- Dobrze, bardzo dobrze, bo to  robota w sam raz dla was. 

Zatrudniam was jako ochronę Halli.

Jaro zastanawiał się chwilkę, w końcu wybełkotał:

- Chwileczkę, musimy to przegłosować.
- Przegłosować? – zdziwił się Dolgthrasir. – Przecież jesteś ich 

wodzem!

-   Tak   –   przytaknął   Jaro   –   ale   nasz   ustrój   to   demokracja 

wojenna.   Musimy   przegłosować   każdą   ważną   decyzję   tyczącą 
się naszej grupy.

Barbarzyńcy   zebrali   się   w kręgu,   chwilę   dyskutowali,   nawet 

szarpali się. Nastąpiło wreszcie głosowanie i Jaro obwieścił:

- Zgadzamy się!
- Świetnie! – uradował się Pradziadek. – Wasze obozowisko 

znajdować się będzie chwilowo obok delegacji martwiaków. Erp 
wdroży was w obowiązki. Dostaniecie beczkę piwa na wieczór 

i trochę rogacizny na wieczerzę.

***

Edghar,   który   właśnie   wyszedł   z piwnej   kąpieli,   czuł 

przyjemne   zawroty   pod   czaszką.   Gdyby   dysponował   jeszcze 
skórą i mięśniami twarzy, nawet uśmiechnąłby się z lubością, a, 

co   trzeba   podkreślić,   śmiech   wśród   nieumarłych   to   rzadkość. 
Martwiak   usiadł   z dala   od   swoich   towarzyszy,   przy   ognisku 

najbardziej   wysuniętym   w stronę   Bramy.   Ogień   powoli 
rozgrzewał   jego   kości,   sprawiając,   że   Edghar   zapadał 

w błogostan. W końcu, znużony obserwacją kopalnianego życia, 
położył się na boku i zasnął. Nie obudził się nawet wtedy kiedy 

do jego ogniska dosiedli się barbarzyńcy Jara, zatrudnieni teraz 
jako   uzupełnienie   straży   Erpa.   Zresztą   ludzie   też   nie   zwrócili 

uwagi na kupkę kości – w całej Halli poniewierały się kościane 
resztki posiłków.

-   Zostaw   tę   beczkę!   –   warknął   Jaro   widząc   jak   Jorgsen 

grzebie przy szpuncie. – Zajmij się lepiej oprawieniem tej kozy.

-   Nie   będziemy   już   dzisiaj   pić?   –   z niedowierzaniem   spytał 

Jorgsen.

-   Słyszałeś,   co   powiedział   ten   stary   krasnolud.   Jutro   skoro 

świt   mamy   być   na   nogach   –   spodziewają   się   wizyty 

nieproszonych gości. Nie ma żadnego picia. Najeść się do syta 
i spać.

Barbarzyńcy   z niechęcią   odstąpili   od   piwa   i zabrali   się   za 

przygotowywanie posiłku.

Po chwili podszedł do nich Dolgthrasir:
- Nie widzieliście gdzieś tutaj wąpierza?

- Wąpierza?
- Tak, taki ciemnowłosy goguś wystrojony w surdut. Dziwnie 

mówi..., znaczy się, nie przeklina.

-   A,   o tego   ci   chodzi.   Siedzi   przy   tamtym   ognisku,   z tymi 

najbardziej śmierdzącymi truposzami.

-   Gdzieżby   indziej...   –   mruknął   Pradziadek   idąc   w stronę 

Colemana. – Wąpierz! Chodź no tu na chwilkę?

Coleman z prawdziwym żalem zabrał rękę z ramienia Lefrica. 

Szef martwiaków odetchnął z ulgą.

-   Tak,   Pradziadku?   –   zapytał   przymilnie   podchodząc   do 

krasnoluda.

- Są skargi na ciebie.

background image

-   Na   mnie?!   –   Wampir   momentalnie   stał   się   przykładem 

niewinności.

- Tak, podszczypujesz martwiaki. I tego... liżesz ich i...tfu!... 

spijasz   ich   pozostałości.   Czy   ty   czasem   nie   jesteś   jakimś 
negrofilem?

- Negrofilem...? Nie mam nic przeciwko czarnym, ale żeby tak 

od   razu...   z nimi...   –   Coleman   podejrzliwie   patrzył   na 

Pradziadka,   zastanawiając   się   o co   krasnoludowi   chodzi. 
W końcu klepnął się w czoło. -  A! Chodzi ci o nekrofilię! Nie, nie 

jestem nekrofilem. Jestem... – tu wampir przygryzł wstydliwie 
wargę. – Jestem... Ciężko mi się do tego przyznać...

- No, mówże! – denerwował się Pradziadek.
-   Jestem   nekrolikiem   -   wyrzucił   jednym   tchem   Coleman 

i uśmiechnął się smutno.

- Kim?!

-   Nekrolikiem.   Wampirem   uzależnionym   od   krwi   i wydzielin 

martwiaków.   Kiedyś   było   gorzej.   Teraz   już   jest   lepiej.   Byłem 

parę   razy   na   odwyku,   utrzymuję   kontakty   ze   swoją   grupą 
wsparcia...   No   i,   najważniejsze,   jestem   świadom   tego,   że 

jestem nekrolikiem...

-   Taaaak?   I to   cię   upoważnia   do   obłapiania   i podpijania 

naszych gości? – zirytował się Dolgthrasir.

- Czasami nie wytrzymuję – wampir podrapał się w głowę. – 

A tu   tyle   takich   znakomitych   kąsków   chodzi.   Popatrz   na 
tamtego   szczuplaczka,   Hygeburha,   jaki   zadbany!   Ciało   po 

czternastu   latach   leżenia   w ziemi   traci   swą   miękką   tkankę, 
a ten ma już za sobą ponad dwadzieścia lat bycia nieumarłym 

i jest   nawet   całkiem,   całkiem   szczelny.   –   Oczy   rozmarzonego 
wampira zaszkliły się. - Jak sobie pomyślę o tym co tam w nim 

się sfermentowało przez te lata...

-   Przestań!   –   przerwał   mu   Pradziadek   walcząc   z odruchem 

wymiotnym. – Jesteś... jesteś chory!

- Przecież wiem! I jestem świadomy tego, że jestem chory! 

Nie uciskaj mnie!

- Co ci nie przeszkadza w ślinieniu się na widok Leofrica i jego 

nieumarłych! Ale ja to zaraz skończę! Zabieraj swoje manatki, 
jutro pójdziesz do Bezpańskich Lochów pomagać Baugiemu.

- Jak to... – próbował oponować Coleman.

- Bez gadania!
Wampir mrucząc coś pod nosem pozbierał swoje rzeczy, rzucił 

ostatnie tęskne spojrzenie na Leofrica i poszedł do Przedsionka. 
Zmęczony   po   całym   dniu   pracy   Pradziadek   obszedł   Hallę, 

sprawdzając czy Brama jest zamknięta, a krasnoludy Erpa na 
swoich stanowiskach. Widząc jak barbarzyńcy, objadłszy całego 

barana   do   kości,   grzecznie   śpią     Dolgthrasir   nawet   się 
uśmiechnął.   Wszystko   zdawało   się   być   w porządku.   Jednak 

świadomość   tego,   że   jutro   przed   tą   Bramą   staną   zastępy 
Sorlich, czarną chmurą wisiała nad siwowłosą głową krasnoluda. 

Pradziadek westchnął i ciężko powlókł się do Przedsionka.

***

Rankiem,   wśród   barbarzyńców   pierwszy   obudził   się   Buła. 

Dzień   zaczął   od   poszukiwania   jedzenia.   Buła   słynął   wśród 

barbarzyńców   ze   swego   niespożytego   apetytu   i ogromnych 
ilości strawy jaką był zdolny pochłonąć.

-   Wszystko   zjedli...   –   chrząkał   szperając   wśród   resztek 

wczorajszego barana. – Wszystko!

W końcu wyciągnął większą kość i oglądając ją zdecydował:
- Trza wyssać szpik.

Toporem   rozłupał   wzdłuż   kość   i widząc   jej   puste   wnętrze 

zaklął:

-   Musiałem   akurat   trafić   na   jakąś   starą!   A tak   smakowicie 

wyglądała!

- Coś ty zrobił! – krzyknęła do niego gromada kości w której 

właśnie przed chwilą grzebał.

- Ja?! – Buła poderwał się. – A tak w ogóle to kto mówi?
Kupa kości poruszyła się i już po chwili przy ognisku siedział 

martwiak Edghar.

-   Zniszczyłeś   moją   nogę!   –   oskarżycielsko   wskazywał   na 

barbarzyńcę kościaną ręką. – I chciałeś z niej wyssać szpik!

Buła z przerażeniem patrzył na rozłupany piszczel:

- Ej, może to się da jakoś naprawić...
-   Naprawić?!   Jak   ty   to   sobie   wyobrażasz?!   –   krzyczał 

background image

martwiak. – Skleisz to krochmalem?

-   No,   można   wstawić   piszczel   barana...   Jest   zdecydowanie 

świeższy  od  pańskiego.  Zresztą  przymierzmy...  O,  pasuje  jak 

ulał!

- Pasuje? Pasuje?! – gorączkował się Edghar oglądając swą 

nową   kończynę.   –   Rzeczywiście   pasuje...   I nie   jest   taka 
krucha... Coś podobnego! Niebywałe! Może sobie nawet dorobię 

rękę! – i pobiegł z krzykiem do innych nieumarłych.

-   Co   tu   się   dzieje?   –   zainteresował   się   obudzony   krzykami 

Jaro.

- Eee... nic. Właśnie zarządziłem pobudkę, bo już świta.

- Świetnie! – uradował się wódz barbarzyńców. - Wstawać!
Kiedy   Dolgthrasir   wszedł   do   Halli,   barbarzyńcy   czekali   już 

w pełnym rynsztunku.

- No, panowie! – Pradziadkowi od razu poprawił się humor na 

widok   karności   oddziału   Jara.   –   Może   i dużo   pijecie,   ale 
sumienni również jesteście. Bardzo dobrze! To co zabieramy się 

do   roboty?   Erp!   Ty   i twoja   straż   zostajecie   w odwodzie!   Jaro 
otwieraj Bramę!

Dwóch ludzi rzuciło się do odrzwi, reszta ustawiła się w szyku, 

tarcza przy tarczy.

- Równaj! – darł się Jaro na swoich.
Brama   otwarła   się   na   całą   swoją   szerokość.   Oczom 

barbarzyńców i Hamdirholmczyków ukazał się oddział Sorlich.

Jaro, niewiele myśląc, dał rozkaz:

- Naprzód! Równo! Raz! Raz! – i ściana tarcz powoli jęła się 

przesuwać w stronę klanu Sorlich. Sorli, zdziwieni, patrzyli po 

sobie, ale dalej trzymali szereg. Nie dość, że to nie krasnoludy 
na   nich   szły   tylko   ludzie,   to   jeszcze   nie   było   zwyczajowej 

wymiany bluzgów.

- Stój! – doniosły krzyk Pradziadka zatrzymał barbarzyńców. 

Przed   ścianę   tarcz   wyszedł   Dolgthrasir,   złapał   się   pod   boki 
i krzyknął:

- Co was tu sprowadza, moi przyjaciele?
W   szeregach   Sorlich   powstało   lekkie   zamieszanie,   w końcu 

wypchnięto jednego z krasnoludów.

-   Nazywam   się   Beoric...   –   przedstawił   się   krasnolud, 

niepewnie miętosząc w rękach skórzaną czapkę.

-   Witaj   zatem   Beoricu!   –   Pradziadek   zamknął   Sorliego 

w niedźwiedzim   uścisku.   –   Przybyliście   na   wspólne   manewry 

naszych sił? Chyba wspominałem o tym Tyrfingowi? Dobrze, że 
was   wysłał.   Właśnie   szkoliłem   nową   straż   Hamdirholmu, 

barbarzyńców.   To   najlepsi   wojownicy   w tej   części   Przygórza. 
Przyłączycie się do nas?

- Eee... – krasnolud obejrzał się za siebie szukając pomocy 

w swych ziomkach. – Tak... Po to przybyliśmy...

I o to chodzi! Gdzie jest mój wąpierz? – Pradziadek rozejrzał 

się. - A jest. Dobra, zróbmy więc tak...

***

Baugi z wściekłością patrzył na plecy Lofara, marząc o tym by 

zatopić   w nich   swój   nóż.   Właśnie   przybył   posłaniec   z Halli 
z wiadomością   iż   Pradziadek   broni   się   ostatkiem   sił   przed 

nagłym atakiem Sorlich. Lofar, świetny gracz, nie pozwolił sobie 
na najdrobniejszy nawet uśmieszek tryumfu. Jednak Baugiemu 

nie umknęło westchnienie ulgi spiskowca. Wszystko szło według 
jego planu.

Lofar wydał rozkaz powrotu do Halli. Pędem przemknęli przez 

Bezpańskie   Lochy   i część   kopalni   skąd   czerpano   surowce. 

Dopiero   na   górze,   na   poziomie   mieszkalnym,   Lofar   zwolnił 
trochę,   zarządził   ewakuację   kobiet   i dzieci   na   dolne   poziomy 

kopalni. Jako osobę odpowiedzialną za ucieczkę w głąb kopalni 
zrobił Arien. Baugi starał się nie zauważać swej żony, chociaż ta 

usilnie   próbowała   dostać   się   do   niego   i zamienić   choć   parę 
zdań. Zabezpieczywszy ten poziom, wszyscy zdolni do noszenia 

broni, ruszyli za Lofarem na powierzchnię. Jak tylko zbliżyli się 
do Przedsionka, z mrocznego korytarza prowadzącego do Halli, 

dobiegły   ich   krzyki   i rwetes.   Przyspieszyli   kroku,   przebiegli 
przez Przedsionek i wpadli do jaskini.

W Halli panował chaos. Kupcy biegali tam i z powrotem, na 

podłodze   leżały   poprzewracane   sprzęty   i towary,   a w   Bramie 

cisnął się tłum krasnoludów.

- Sorli! – warknął stryj Baugiego, Agnar, i ruszył naprzód, a za 

background image

nim kilku innych krasnoludów.

- Stać!
Krasnoludy zatrzymały się.

- Linia! – padła kolejna komenda Lofara.
Uformowano linię i Lofar dał znak żeby zadąć w róg. Głuchy 

dźwięk   długo   wybrzmiewał   w Halli.   Sorli   ustawili   się   w końcu 
w karnym szyku.

Baugi   nigdzie   nie   zauważył   Hamdirholmczyków,   ani 

walczących,   ani   martwych.   Zaniepokoiło   go   to.   Lofarowi   to 

jednak   zdaję   się   nie   przeszkadzało   i nie   zawracał   sobie   tym 
głowy. Wyszedł przed swój oddział i zakrzyknął:

- Z kim mogę rozmawiać?
- Ze mną – ze strony Sorlich wyszedł Beoric. Ruszyli przed 

siebie i spotkali się pośrodku Halli.

- Wszystko zgodnie z planem? – zaczął cicho Lofar.

- Niezupełnie... – przełknął ciężko ślinę Beoric.
-   Jak   to   niezupełnie?   –   wystraszył   się   Lofar.   –   Dorwaliście 

Pradziadka? Zabiliście go, czy tylko schwytaliście?

- Nic z tych rzeczy...

- Przecież mieliście miażdżącą przewagę!
-   On   nas   przechytrzył,   Lofarze.   Wynajął   barbarzyńców, 

zaprosił   nas   do   wspólnych   manewrów...przecież   wciąż 
obowiązuje traktat handlowy z Tyrfingiem. Te manewry to tylko 

przykrywka   mająca   ciebie   sprowokować.   Było   ich   więcej... 
zagraliśmy więc tak jak nam kazał Dolgthrasir...

-   Wszystko   słyszałeś,   Colemanie?   –   zza   szeregów   Sorlich 

wyszedł Pradziadek.

Baugi   i reszta   krasnoludów   z Bezpańskich   Lochów,   choć 

niewiele rozumiała, to mimo wszystko odetchnęła z ulgą, widząc 

swego przywódcę w doskonałej formie.

Bezszelestnie krążący nad głowami Beorica i Lofara nietoperz 

siadł na posadzce jaskini i przemienił się w Colemana.

Wszyściutko – powiedział złowrogo wampir. – Co do joty.

Lofar jęknął krótko.
-   Ziomkowie!   –   Dolgthrasir   wyszedł   na   środek   Halli.   –   Ten 

tutaj   Lofar   uknuł   spisek   przeciwko   wszystkim 
Hamdirholmczykom i naszej kopalni. Nakłonił tych oto Sorlich, 

ażeby   złamali   traktat   jaki   zawarłem   z Tyrfingiem   i wszczęli 

przeciwko nam wojnę. Dzięki jednak czujności mego prawnuka 
Baugiego  udało  nam się przejrzeć ten spisek i go udaremnić. 

Jaką   jednak   mamy   pewność,   że   Lofar   nie   powtórzy   tego 
w przyszłości?

Oskarżony   stał   z otwartymi   ustami,   całkowicie   zaskoczony 

obrotem sytuacji.

- Chciałbym  więc powołać sąd – kontynuował Pradziadek – 

który   tu   i teraz   osądzi   Lofara   i zadecyduje   co   z nim   dalej 

począć.   Przypominam,   że   do   sądu   potrzebne   są   trzy   osoby. 
Kogo widzicie jako sędziów?

Podniosła   się   wrzawa,   krasnoludy   zawzięcie   ze   sobą 

dyskutowały,   w końcu   przez   harmider   dały   się   przebić 

głośniejsze krzyki:

-   Skekkel!   Skekkel!   –   i już   po   chwili   cała   Halla   zaczęła 

skandować   imię   najmędrszego,   zaraz   po   Dolgthrasirze, 
krasnoluda. Skekkel wyszedł z tłumu i gestem ręki podziękował.

- Jeden sędzia jest! – obwieścił Dolgthrasir. – Kto jeszcze?!
-   Hrei!   Hrei!   –   wywołany   kronikarz   z dumą   dołączył   do 

Skekkela.

Przy trzecim sędzi Hamdirholmczycy nie byli już tak zgodni. 

Po długich targach wybrano w końcu Agnara.

Klan   Sorlich   opuścił   Hallę   czekając   przed   Bramą   na   rozwój 

sytuacji. Dolgthrasir nie pozwolił im jeszcze odejść, chcąc mieć 
w zanadrzu niepodważalnego świadka jakim był Beoric.

Sąd  zaczął  rozprawę.   Przed   obliczami   sędziów,   pod  eskortą 

barbarzyńców, stanął z opuszczoną głową, przegrany Lofar.

-   Lofarze   –   zaczął   Skekkel.   –   Czy   przyznajesz   się   do 

spiskowania przeciwko Dolgthrasirowi? Czy przyznajesz się, że 

namawiałeś   Sorlich   do   najazdu   na   swoją   rodzinną   kopalnię, 
swój dom? Czy przyznajesz się, że przez te namowy dążyłeś do 

zerwania   traktatu   pokojowego   jaki   łączy   od   niedawna   nasze 
dwa   klany?   Pamiętaj,   że   Dolgthrasir   dysponuje   trzema 

świadkami: Baugim, Colemanem i Beoric’iem. Pamiętaj też, że 
wszyscy widzieli jak umawiałeś się z klanem Sorli tu, w tej Halli.

Lofar   podniósł   głowę,   otworzył   usta   jakby   chciał   coś 

powiedzieć. W ostatniej chwili powstrzymał się. Znowu opuścił 

background image

głowę i pokręcił nią z rezygnacją.

-   Przyznaję   się   do   wszystkiego   –   oświadczył   głośno.   Halla 

wybuchła   wrzawą,   wszyscy   pomstowali   przeciwko   Lofarowi. 

„Śmierć   zdrajcy!”,   „Do   przepaści   z nim!”,   dało   się   słyszeć. 
Najgłośniej zaś krzyczeli ci którzy do tej pory popierali Lofara.

Sąd   przez   chwilę   się   naradzał.   W końcu   Skekkel   wstał, 

chrząknął i obwieścił:

-   Lofarze!   Za   to   co   uczyniłeś   winnyś   ponieść   śmierć...   – 

krasnoludy zawyły w aprobacie. – Jednak, jako że przyznałeś 

się do winy i wykazujesz skruchę, sąd łagodzi wyrok... – Halla 
zagrzmiała okrzykami niezadowolenia.

-   Cisza!   –   krzyknął   Agnar,   największy   wojownik   spośród 

Hamdirholmczyków.   W jaskini   ucichło.   Skekkel   podziękował 

Agnarowi skinieniem głowy i mówił dalej:

-   Sąd   w trójosobowym   składzie,   czyli   ja,   Skekkel,   Hrei 

i Agnar, w imieniu Synów Hamdira, skazuje ciebie, Lofarze, na 
wieczne wygnanie, bez prawa powrotu do Hamdirholm...

Lofar   padł   na   kolana   i płacząc   błagał   o litość.   Skekkel 

niewzruszenie kontynuował:

-   Każdy   kto   cię   spotka   w kopalni   Hamdirhom,   a bierze   ona 

początek na Tysiącu Stopni, ma prawo zabić cię bez dalszych 

konsekwencji.   Jesteś   banitą,   Lofarze.   Twoja   rodzina   może 
pozostać, lub udać się na wygnanie razem z tobą. Od naszej 

decyzji nie ma odwołania. Wyrok wykonać natychmiast.

Krasnoludy   zawyły,   rzuciły   się   na   Lofara   i wyprowadziły   go 

z kopalni.

Dolgthrasir poprosił o ciszę:

-   Drodzy   ziomkowie!   Chciałbym   przede   wszystkim 

podziękować klanowi Sorlich, który okazał wiele zrozumienia dla 

naszych   spraw   i chętnie   z nami   współpracował.   Chciałbym 
również podziękować naszej nowej straży, barbarzyńcom Jara, 

którzy   również   wykazali   się   słuszną   postawą   podczas   tego 
całego zajścia. Na koniec, w związku z tym, że wszystko dobrze 

się skończyło zarządzam wielką, wspólną ucztę!

Gromki okrzyk radości zatrząsł kopalnią.

-   Chciałbym   również   na   nią   zaprosić   –   podjął   po   chwili 

Pradziadek   –   naszych   najnowszych   współpracowników, 

martwiaki   z Przygórza,   dowodzone   przez   Leofrica.   Od   jutro 

nawiązujemy ścisłą współpracę!

Tym   razem   okrzyk   radości   ze   strony   krasnoludów   był 

nieporównywalnie   skromniejszy.   Za   to   nieumarli   zaczęli 
wiwatować.   Niektórzy,   tak   jak   przykładowo   Edghar,   zaczęli 

nawet podrzucać swoim głowami.

Wnet   wszyscy   zasiedli   do   stołów,   które   nie   wiadomo   skąd 

pojawiły się w Halli. Zaraz też kobiety, które wróciły już z głębi 
kopalni, rozniosły strawę. Piwo i krasnoludzki spirytus zaczął lać 

się   strumieniami.   Głównie   cieszono   się   z bezkonfliktowego 
zakończenia starcia. Martwiaki cieszyły się na poczet przyszłej 

współpracy   z Hamdirholmem.   Barbarzyńcy,   zadowoleni   ze 
swojej nowej pracy pili na umór. Całą kopalnię ogarnął nastrój 

radości. Jednak nie wszyscy się dobrze bawili. Była para, elfica 
i krasnolud,   niegdyś   bardzo   bliska   sobie.   Teraz   siedząc   ramię 

w ramię   nie   zamienili   ze   sobą   słowa..   Za   to   oboje   mieli   łzy 
w oczach.

***

Rankiem,   po   uczcie,   Arien   wyszła   z Przedsionka.   Rzuciła 

wypchane sakwy na ziemię i otarła pot z czoła. Nie spodziewała 
się, że tylko szpargałów może nazbierać się w ciągu pół roku 

obecności w kopalni. Rozejrzała się po jaskini.

Dookoła  rozstawionych  stołów,  bądź   też   na  samych   stołach 

spali   pijani   barbarzyńcy.   Kupcy,   którzy   również   uraczyli   się 
hamdirholmskim   samogonem   i piwem,   spali   w swojej   części 

Halli.   Tylko   Erp,   ze   swoją   strażą,   czuwali   przy   korytarzu 
prowadzącym   do   Czatowni.   Przy   Bramie   zobaczyła   Baugiego. 

Krasnoludy ze straży przyjaźnie kiwnęły jej głową, kiedy szła 
w stronę swego męża i przezornie odsunęli się od Bramy, nie 

chcąc krępować ich swoją obecnością.

- Porozmawiaj ze mną – Arien podeszła do opartego o otwartą 

furtę Bramy krasnoluda.

-   O czym?   –   zmęczonym   głosem   spytał   Baugi.   –   Twój 

przewodnik waruje na ciebie przy Dziobie od samego świtu. Nie 
pozwól mu czekać, jeszcze się rozmyśli...

background image

- Spałeś?

- Nie.
- Z mojego powodu?

-   Czy   to   ma   teraz   jakieś   znaczenie?   –   Baugi   wzruszył 

ramionami.

- Dla mnie ma. Martwię się o ciebie.
Krasnolud spojrzał na nią. Zaraz jednak odwrócił się.

- Kiedy... – zaczął łamiącym się głosem. Odchrząknął i pewnie 

dokończył. – Kiedy przestałaś mnie kochać?

- Nigdy. Wciąż cię kocham.
- Kłamiesz. Coraz bardziej zaczynam wierzyć, że byłem dla 

ciebie tylko egzotyczną przygodą, odskocznią. Wy elfy musicie 
jakoś ratować się przed nudą nieśmiertelnego życia.

- Jak możesz tak mówić – sapnęła ze złością.
- Mogę, choćby przez pamięć tego co nas łączyło. Albo raczej 

tego złota, jakim była moja miłość do ciebie, bo twoje uczucie 
to raczej tombak.

- Nie, to nie tak. Od jakiegoś czasu nam się nie układało. Nie 

było   cię   przy   mnie   kiedy   cię   potrzebowałam...   Sama   pośród 

obcych...

- Pniaczków? – wyrzucił z siebie krasnolud.

- Nigdy tak nie myślałam o krasnoludach! Owszem, jesteście 

nieokrzesani, ale to dodaje wam uroku. Naprawdę was szanuję.

- Więc zostań.
„On   mnie   prosi!   W życiu   nie   słyszałam   o krasnoludzie 

proszącym o miłość. On prosi!”

- Nie mogę, gasnę tu.

-   Odchodzisz   z tym   wypacykowanym   elfem   okrywając   mnie 

hańbą i wstydem...

Arien zawrzała gniewem:
- Taka jest więc twoja prawdziwa miłość?! Ja się nie liczę? 

Moje   odczucia   się   nie   liczą?   Ważny   jesteś   tylko   ty  i ta   twoja 
zasrana kopalnia, tak?!

- Nie – odpowiedział jej spokojnie. – po prostu chwytam się 

wszystkich   sposobów,   by   cię   utrzymać   przy   sobie.   Myślałem 

sobie, że jeśli prawdziwie mnie kochasz, to zostaniesz ze mną, 
choćby   tylko   dlatego,   żeby   mnie   nie   ośmieszyć   przed   mymi 

ziomkami.

- Baugi, kocham cię jak nikogo w mym życiu. Jednak musimy 

się rozstać. Zrozum to. Wiesz, co? Pojedź ze mną.

Krasnolud przez chwilę się zastanawiał.
- Nie mogę...

- No widzisz...
- ... zwłaszcza teraz, kiedy wypędziliśmy Lofara. Pradziadek 

to   ciężko   przeżywa  i muszę   przy  nim   być.  Zresztą,  już   masz 
przewodnika, możliwe, że nowego oblubieńca...

- Przestań!
- Nie zauważasz jak cię pożera wzrokiem?

-   Nawet   jeśli   już,   to   wiesz   jakie   my,   elfy,   mamy   do   tego 

podejście.

- My elfy... Kiedyś byliśmy my, Arien i Baugi. Teraz są „my 

elfy” i „wy krasnoludy”.

- Widocznie to było chore uczucie... – rzuciła złośliwie.
- Nie było chore, póki było wielkie.

- Ale coś się skończyło...
- Skończyło się.

- Odwiedzę cię kiedyś.
- Nie – Baugi szybko odwrócił się i podszedł do elficy. Podniósł 

głowę i popatrzył jej w oczy. – Nie waż się wracać! Każda myśl, 
każde   wspomnienie   o tobie   będzie   dla   mnie   męką.   Każdego 

dnia będę rozważał dlaczego tak się stało, każdej nocy będę się 
bił   z myślami,   że   straciłem   coś   najważniejszego   w życiu,   coś 

niepowtarzalnego. Jeśli cię znowu zobaczę, ta płonna nadzieja, 
ta   ułuda,   że   jeszcze   będziemy   kiedyś   razem...   –   krasnolud 

zacisnął zęby, co jednak nie powstrzymało łez. – To wszystko 
będzie   odżywać...   A nie   chcę   tego.   Choć   z drugiej   strony 

wszystko we mnie się do ciebie rwie. Arien...

Elfica   kiwnęła   tylko   głową   nie   mogąc   wykrztusić   przez 

ściśnięte gardło ani jednej sylaby.

- Kiedy już odejdziesz... pozwól mi wciąż ciebie kochać. Tak 

dla samego siebie, po cichutku.

Elfica nic nie odpowiedziała tylko mocno go przytuliła całując 

w policzek. Trwali tak chwilę w uścisku – elf i krasnolud.

-   Jesteś   jeszcze!   –   rozległ   się   Przedsionka   gromki   głos 

background image

Pradziadka. – Myślałem, że cię już nie zastanę.

Arien   podeszła   do   Dolgthrasira.   Stary   krasnolud   miał   oczy 

pełne łez.

-   Nie   chciałam   cię   budzić   po   tej   suto   zakrapianej   uczcie   – 

nieporadnie spróbowała zażartować.

Dolgthrasir   wywinął   się   z jej   objęć   i huknął   w głąb 

Przedsionka:

- Ej, tam?! Guzdrało!
Z korytarza wyszedł młody zaspany krasnolud prowadząc na 

uwięzi dwie dorodne owce objuczone jakimiś pakunkami.

- To twoje – powiedział do Arien Baugi.

-   Skekkel   by   mnie   zabił   –   dodał   Pradziadek   -   gdybym   nie 

dopełnił formalności rozwodowych.

Arien z otwartą buzią patrzyła na zwierzęta.
-   Zgodnie   z naszym   prawem,   jeśli   kobieta   odstępuje   od 

związku za przyczyną męża, przysługuje jej odszkodowanie.

- Ale... To nie wina Baugiego... – próbowała wyjaśnić.

Stary krasnolud przerwał jej uniesieniem dłoni:
- Baugi uważa, że to jego wina, a ja przychylam się do jego 

opinii.   Pamiętaj,   że   jesteś   pełnoprawnym   członkiem   naszego 
społeczeństwa,   przysługuje   ci   więc   całkowite   odszkodowanie. 

Jedź już, córko. Niech się stanie, co się ma stać.

Krasnoludy odprowadziły oszołomioną Arien do  furtki. Elfica 

sztywno przestąpiła jej próg i powoli ruszyła w dół, gdzie czekał 
na   nią   Cenred.   Była   już   w połowie   drogi   do   Dziobu,   kiedy 

odważyła się odwrócić.

Przed furtą stały dwie niskie, przysadziste figury. Pomachała 

im. Nie odpowiedziały.

***

Dolgthrasir objął ramieniem wnuka i ciężko westchnął:
- I po elfie w Hamdirholm. Nie przejmuj się synu, tego kwiata 

pół   świata   –   zakończył   i wrócił   do   kopalni,   skąd   po   chwili 
dobiegł jego donośny głos:

-   Erp,   do   cholery!   Słońce   już   wysoko,   a Brama   jeszcze   nie 

otwarta! I obudź no Jara i jego ludzi! Niech zaczną zarabiać na 

siebie!

Baugi patrzył jak para elfów znika za załomem skalnym.
- Nie, Pradziadku – powiedział cicho. – Taki kwiat jest tylko 

jeden, tak jak jeden jest  kwiat paproci co kwitnie raz w roku. 
Ona   jest   tym   kwiatem,   a ja   krasnoludem.   Jestem   tylko 

krasnoludem.

background image

Zmiany

Stary   krasnolud   wyminął   Dziób   w połowie   Tysiąca   Stopni. 

Zatrzymał   się   na   chwilę,   z dłoni   zrobił   daszek   nad   oczyma 

i spojrzał   w górę,   w czeluść   jedynej   pieczary   Hamdirbergu 
zwanej Ustami Hamdira. Westchnął ciężko i poprawił długą siwą 

brodę,   tak   długą,   że   aż   musiał   owijać   się   nią   kilkukrotnie 
w pasie.   Mocniej   chwycił   wyślizgany   kostur   i z   ciężkim 

sapnięciem   ruszył   dalej.   Powoli,   krok   za   krokiem, 
z determinacją tak charakterystyczną dla krasnoludzkiego ludu, 

wspinał się do szeroko otwartej Bramy Hamdirholmu. Będąc tuż 
przed  skalną   półką  z wejściem  do  kopalni,  przystanął  jeszcze 

raz i mruknął:

- Tak, to tutaj – i podjął dalszą wędrówkę.

-   Hola,   staruszku!   –   Kiedy   próbował   przekroczyć   próg 

Hamdirholmu, zatrzymał go rosły barbarzyńca. – Dokąd to tak 

się śpieszycie, hę?

-   Nie   widzę   żadnych   towarów   –   podjął   drugi   człowiek 

obchodząc krasnoluda. – Nie macie nawet trzosa ze złotem. Na 
handel żeście tu nie przybyli. Czego tu szukacie, dziadku?

Starzec spojrzał na nich hardo:
- A co to za czasy, że wstępu krasnoludowi do krasnoludzkiej 

kopalni bronią ludzie, co?

-   Wynajęto   nas   do   ochrony   tej   kopalni   -   odpowiedział   mu 

wyższy z barbarzyńców.

- Źle  się dzieje  w państwie krasnoludzkim  – pokręcił głową 

z niezadowoleniem krasnolud i usiłował poczynić krok naprzód. 
Drogę zagrodził mu potężny dwuręczny topór.

-   Zadałem   tobie   pytanie,   krasnoludzie   –   nie   ustępował 

strażnik.

- Muszę się zobaczyć z Dolgthrasirem.
Ludzie niewzruszenie blokowali wejście do kopalni.

-  Pradziadek  nie   będzie   zadowolony,   jeśli  nie   pozwolicie   mi 

wejść   –   powiedział   z naciskiem   krasnolud.   –   Zauważcie,   że 

moja broda jest znacznie dłuższa od brody Dolgthrasira, więc 
winien jest mi posłuszeństwo. On, cały Hamdirholm i wszyscy 

którzy mu służą.

Wyższy   barbarzyńca   wzruszył   ramionami,   a drugi   strażnik 

zabrał topór i burknął:

- Macie rację, dziadku. Proszę, droga wolna.

Krasnolud, ciężko wspierając się na kosturze i coś gniewnie 

mrucząc, wszedł do Hamdirholmu.

-   Za   cholerę   się   nie   łapię   z tym   krasnoludzkim   prawem   – 

warknął   wyższy   barbarzyńca.   –   Wiem   jak   obchodzić   się 

z ludźmi,   wiem   jak   z elfami...   Ba!   Wiem   nawet   jak 
z martwiakami...

-   Z tymi   ostatnimi,   Waleczniaku   –   przerwał   mu   drugi 

barbarzyńca   –   obchodzi   się   bardzo   prosto   –   w łeb   i po 

smrodzie!

-   Tak   się   obchodzi   z niezaprzyjaźnionymi   martwiakami. 

Jestem pewien, że gdybyś tak postąpił z tym poselstwem, co to 
rankiem   odjechało   na   swój   cmentarz,   to   Dolgthrasir 

z pewnością   osobiście   by   porachował   ci   wszystkie   kości, 
Kurganie.

Kurgan   ściągnął   hełm,   potarł   się   po   spoconym   karku 

i podrapał po głowie:

- Co prawda, to prawda. Jesteś mądrzejszy ode mnie, brachu.
- Mądrzejszy? – zaśmiał się półgębkiem Waleczniak. – Nie, po 

prostu   mam   większe   doświadczenie   i wiedzę.   Ot   i cała   moja 
tajemnica!

- Gorąco... – sapnął Kurgan wkładając z powrotem hełm. – 

Widzisz,   Waleczniaku,   pokończyliśmy   różne   akademie,   mamy 

w głowach   różne,   mniej   lub   bardziej   potrzebne,   wiadomości, 
a tych najważniejszych dla naszego fachu nie mamy. Przydałaby 

się dla nas taka wyjątkowa uczelnia, taka nasza, barbarzyńska 
akademia.

Waleczniak zmarszczył brew pod złotym szłomem i mruknął:
- Barbarzyńska akademia...

- Ano – pokiwał głową Kurgan. – Popatrz, no, na tych dwóch 

inżynierów,   co   to     Dolgthrasirowi   hotel   stawiają.   Coś   tam 

background image

mierzą, liczą, rysują dziwne linie na pergaminie... Jak dla mnie 

to   to   jest   bardzo   tajemnicze   i niezrozumiałe...   A oni?   Rach, 
pach, ciach i wszystko wiedzą! Wiedzą, jakiej cegły użyć, gdzie 

dziurę w skale wyrąbać. Wiedzą, bo dokładnie w tym zawodzie 
zostali   wyuczeni.   A my?   Jaro   to   badacz   zeszłych   dziejów, 

Jorgsen   biegły   jest   w prawie,   tyś   wyuczon   jak   z ludźmi 
i nieludźmi gadać – i gdzie tu miejsce na barbarzyństwo? Nie 

przeczę, że ta wiedza przydaje nam się czasami, ale powiem ci, 
Waleczniaku,   że   ten   nasz   fach   to   partactwo.   Nic   nie   wiemy 

o barbarzyństwie... no, oprócz ciebie, oczywiście. Przydałoby się 
nam jakieś studium pomagisterskie z barbarzyństwa...

-   Masz   ty   rację,   Kurganku   –   przytaknął   mu   Waleczniak.   – 

Posiedź   no   tu   chwilkę,   a ja   skoczę   do   Jara   i powiem   mu   co 

żeśmy tu umyślili.

- Teraz? Na służbie?

- Ano teraz, bo nam ta myśl umknie i nic z tego nie będzie. 

My, barbarzyńcy, powinniśmy pielęgnować chwile, kiedy mądre 

myśli   nam   do   głowy   przychodzą.   I dzielić   się   nimi   z innymi 
barbarzyńcami. Im więcej barbarzyńców ten pomysł z akademią 

pozna, tym większa szansa, że nam ta myśl spod hełmów nie 
ucieknie.

Kurgan   leniwie   spojrzał   na   skapane   w późnoletnim   słońcu 

Tysiąc Stopni:

- Idź, brachu, idź. Nie widać, żeby kto tu do nas lazł. Tylko 

uwiń się szybko.

Waleczniak   kiwnął   głową,   odłożył   swój   dwuręczny   topór 

i ruszył w głąb jaskini. Przecisnął się przez ludzko-krasnoludzki 

tłum kupców, zawzięcie zachwalający swe towary i dopchał się 
do   skromnego   obozu   barbarzyńców.   Tu   zatrzymał   się 

skonfundowany.   Większość   z jego   drużyny   odsypiała   nocną 
szychtę, ale ich wódz, Jaro, trwał wpatrzony w małe ognisko. 

Wyglądał tak, jakby myślał - co zbiło z tropu Waleczniaka. Nie 
wiedział, czy przerwać wodzowi ten mozolny proces, czy też nie. 

W końcu wszyscy barbarzyńcy cenili sobie momenty w których 
zdarzało im się nad czymś zastanawiać.

- Wodzu – zdecydował się w końcu.
Jaro   oderwał   oczy   od   płomieni   i półprzytomnie   spojrzał   na 

swego drużynnika. Waleczniak przez moment zastanawiał się, 

czy   aby   jego   wodzowi   takie   głębokie   zamyślenie   nie 
zaszkodziło, ale już po chwili Jaro wyostrzył wzrok i huknął:

- Co to za opuszczanie stanowiska?! Poza tym nie widzisz, że 

myślę... że, myślałem!?

Waleczniak   odetchnął   z ulgą,   widząc   że   wszystko   jest 

w porządku i zaczął:

- Ja właśnie w tej sprawie...
- Opuszczenia warty? Potrącę ci z żołdu!

- Nie, chodzi mi o myślenie...
- Ty też myślałeś dzisiaj? – Jaro był wyraźnie zaskoczony.

- Tak... I Kurgan też myślał.
Wódz zerwał się i zaczął nerwowo obchodzić ognisko:

-   Niedobrze,   niedobrze   –   mruczał,   szarpiąc   się   za   ciemną 

brodę.   –   A jak   to   jest   zaraźliwe?   Drużyna   mi   się   sypnie... 

O czym myśleliście?

- Myśleliśmy o naszym dokształceniu...

-   O czym!?   –   Jaro   przypadł   do   Waleczniaka   i złapał   go   za 

kolczugę, aż kółeczka zachrzęściły.

- Wiem, wiem, że to głupi pomysł... ale zastanawialiśmy się 

nad powołaniem akademii dla barbarzyńców...

- Nie!! – wrzasnął z przerażeniem Jaro. – Nie!!
- No to po sprawie – Waleczniak oklapł. – Przyszedłem tylko 

podzielić się tą myślą. Zrobiłem tak jak wódz kazał...

-   Nie   o to   chodzi,   chłopie!   –   Jaro   uśmiechnął   się   szeroko 

puszczając   swego   drużynnika.   –   O tym   samym   przed   chwilą 
myślałem!

- Nie!! – tym razem to Walczak wrzasnął i złapał swego wodza 

za tunikę. Po chwili jednak zorientował się, że tak nie uchodzi 

i odskoczył od Jara – Przepraszam...

Wódz   zdawał   się   tego   całego   zajścia   nie   zauważyć.   Znowu 

zaczął   nerwowo   chodzić   dookoła   ogniska,   potykając   się   przy 
tym o nogi śpiących barbarzyńców:

-   Coś   w tym   musi   być...   coś   musi   być...   –   mamrotał 

czochrając swą bujną czuprynę. Zatrzymał się nagle i krzyknął: 

- Tak! Zakładamy akademię barbarzyństwa!

Waleczniakowi opadła szczęka. Myślenie myśleniem, ale tak 

background image

szybkie przejście do czynów? Waleczniak pamiętał, że trzy razy 

zachodzili   do   Hamdirholmu,   zanim   zdali   sobie   sprawę,   że 
właściwie to chcieliby się zatrudnić w tej kopalni. A tu? Trochę 

myślenia   i bach!   Jest   decyzja!   Myślenie   ma   jednak   potężną 
moc.

- Wodzu – przypomniał coś sobie. – Umowa z Dolgthrasirem...
- Tym się już nie przejmuj – uspokoił go Jaro. – Swoją robotę 

odwaliłeś, resztą zajmie się twój wódz. Nie myśl już o tym – 
powiedział   to   tak   jakby   jego   drużynnikowi   często   się   to 

zdarzało.

Waleczniak   wzruszył   ramionami   i odetchnął  z ulgą.  Myślenie 

jest interesujące, ale to nie na jego głowę. Całe szczęście, że 
wódz   się   tym   zajmie,   a on   będzie   mógł   spokojnie   dokończyć 

wartę przy Bramie.

Wracając,   z szacunkiem   minął   starego   krasnoluda,   którego 

wcześniej zatrzymał z Kurganem przy bramie. Starzec właśnie 
zagadywał   dwójkę   inżynierów   ślęczących   nad   stołem 

kreślarskim.

- Przepraszam, gdzie znajdę Dolgthrasira?

- Nie ma go w Halli, jest gdzieś w kopalni – odpowiedział mu 

nie odrywając wzroku od planów chudy i wysoki Jałowczyk.

- Jak go znajdę?
- Poszukaj Agnara, jego wnuka. On dzisiaj odpowiada za ten 

cały bajzel. Gdzieś tu się kręci – Kiwaczek poprawił opadające 
mu na nos okulary.

- Dziękuję – stary krasnolud poczłapał w tłum kupców.
- Psia krwia! – zaklął Jałowczyk odskakując od kreślarskiego 

stołu pełnego projektów hamdirholmskiego hotelu. Na jednym 
z rysunków   fasady   budynku   piętrzyła   się   całkiem   spora   kupa 

nietoperza. – Uwzięły się, czy co...

Kiwaczek pokręcił z niezadowoleniem głową:

-   Musisz   coś   z tym   zrobić.   Poproś   wampira.   Potrafi   gadać 

z tymi latającymi szczurami.

Jałowczyk,   mrucząc   coś   pod   nosem,   zawzięcie   wycierał 

odchody  z rysunku.  Ledwo  skończył,   gdy  spod  powały   jaskini 

spadła kolejna porcja nietoperzowej kupy.

-   Mam   tego   dość!   –   nie   wytrzymał   w końcu.   -   Idę   do 

wampira!

Minął kolorowy i rozgadany tłum kupców, potykając się przy 

tym   o wszelakie   dobra   jakie   zalegały   podłogi   Hamdirholm. 

Ścigany   przekleństwami   przebiegł   korytarz   łączący 
z Przedsionkiem   i stanowczym   krokiem   ruszył   do   kwatery 

wampira.

- Cholera mnie strzeli! – mruczał do siebie. – Szlag trafi! Co 

te latające myszy sobie myślą?! Że ja to co?! Jakiś poligon do 
strzelania z kulek gnoju! Ba, żeby to chociaż kulki były...! To 

jakaś maź! Drzyzgawica!

Bez pukania, z hukiem otwieranych na oścież drzwi, wpadł do 

komnaty wąpierza.

-   Coleman!   –   ryknął   i stanął   zamurowany.   Jeszcze   przed 

chwilą   widział   pod   sufitem   fruwającego   nietoperza,   jednak 
w mgnieniu   oka,   latający   ssak   dosłownie   spłynął  na  podłogę, 

powiększając swe rozmiary i stając się...

- Coleman! – powtórzył inżynier. Tym razem wycedził to imię 

przez   zęby,   a każda   sylaba   wprost   ociekała   nienawiścią.   – 
Zagadka wyjaśniona!

Coleman stał spokojnie oglądając swoje paznokcie:
- Ale o co chodzi? – zapytał dystyngowanym tonem, unosząc 

prawą   brew   i mrucząc   do   siebie.   –   Oh,   muszę   poczyścić 
pazurki...

Jałowczyk   poczerwieniał   na   twarzy,   widząc   pozerstwo 

wampira.

- Ty zębaty gnoju! Co ci zrobiłem, że obsrywasz mnie całym 

dniami,   spokojnie   jeść   i pracować   nie   dasz!?   Dlaczego   mnie 

męczysz?! – wymachiwał rękoma.

- „Co ci zrobiłem?” – Coleman przygarbił się i wyciągnął swoje 

szponiaste   dłonie,   jakby   zamierzał   skoczyć   na   inżyniera 
i rozszarpać   na   miejscu.   –   „Co   ci   zrobiłem?”   –   przedrzeźniał 

Jałowczyka,   by   w końcu   wykrzyczeć   piskliwym   głosem   – 
Zniszczyłeś moje dzieło! Nawet nie przeprosiłeś!

- Jakie dzieło? – zbity z tropu Jałowczyk zmarszczył czoło.
- Przepraszam – do komnaty zajrzał stary krasnolud, którego 

Jałowczyk poznał przy Bramie. – Gdzie znajdę Dolgthrasira?

Wampir   wyprostował   się   i z   uśmiechem   uprzejmie 

background image

odpowiedział:

- Oh, Dolgthrasir powinien gdzieś tutaj się kręcić. Jak go nie 

widać,   to   pewnie   Baugi,  jego  prawnuk,  wie,   gdzie   go  można 

znaleźć. Chętnie bym panu pomógł, ale jestem dość zajęty.

Starzec   zamknął   drzwi,   odwracając   tym   na   chwilę   uwagę 

Jałowczyka.  Kiedy  człowiek   ponownie   spojrzał  na  Colemana, 
ten   wrócił   do   swej   poprzedniej   postawy   i nic   już   w jego 

wizerunku nie przypominało pracownika informacji turystycznej.

- Moje dzieło! – podjął, tym razem sycząc, wąpierz. – Historia 

powstania Hamdirholm! Wielka epopeja na skale! Nowatorskie 
podejście do tematu z wykorzystaniem nowego środka przekazu 

– rysunku z dialogiem!

-   A,   mówisz   o tych   bohomazach   –   machnął   lekceważąco 

inżynier. – Daliśmy za dużo materiałów wybuchowych...

-   Bohomazy!!??   –   wampir   zadygotał   z niedowierzania 

i wytrzeszczył   oczy   w zdziwieniu.   Zaraz   jednak   przymrużył   je 
złowieszczo   i zatarł   ręce.   –   Dawno   nie   ssałem   ludzkiej   krwi 

i znowuż bym jej posmakował. Chodź no tu, ptaszyno! Choćby 
Dolgthrasir miał mnie za to zakuć kajdany, to z przyjemnością 

wyssę cię do cna! Chodź no tu!

Jałowczyk   przełknął   ciężko   ślinę   i spoglądając   przerażonym 

wzrokiem   na   zbliżającego   się   wąpierza,   po   omacku   zaczął 
szukać gałki drzwi. W końcu znalazł ją.

- No to ja lecę... – wydukał chrapliwie i tak jak powiedział, tak 

zrobił – zdawało się, że jego długie nogi nie dotykają skalnej 

podłogi, tak szybko zmykał. Coleman z rykiem rzucił się za nim. 
Doskoczył   jednak   tylko   do   otwartych   drzwi   i zamknął   je 

z głuchym łomotem.

- Co za buc – westchnął ciężko, odwracając się do komnaty. – 

Bukłak na krew, zdenerwuje tylko porządnego krwiopijcę i sobie 
pójdzie. Muszę się uspokoić, muszę się uspokoić! Muszę...

Rozejrzał się po komnacie, zawrócił do drzwi i założył na nie 

ciężką   sztabę.   Jeszcze   raz   dokładnie   rozejrzał   się   po   swoim 

siedlisku, skierował ku wielkiej szafie i ze skrzypieniem otworzył 
jej   podwoje.   Szeptał   do   siebie   coś   podniecony,   by   w końcu 

wykrzyknąć:

-  O tak,  o tak!  Purpura  będzie  świetnie   grać  z futerkiem!  – 

i wyciągnął   z przepastnych   głębin   mebla   gorset,   delikatne 

pończoszki   i jedwabne   majteczki.   Ściągnął   swoje 
dotychczasowe   ciuchy   i zaczął   wdziewać   na   siebie   damską 

bieliznę. Bełkotał przy tym:

- O tak, tak... I figi... I te pończoszki... Będę musiał zamówić 

jeszcze kilka kompletów... Gorsecik... Szlag by to! Jak ja mam 
to założyć samemu? Zapnę tylko tyle ile się da,  a reszta  niech 

wisi! Ale za to peniuarek... Pierwsza klasa! Lustro, gdzie jest 
lustro!?

Potykając   się   o porozrzucaną   po   sali   garderobę,   dotarł   do 

zajmującego całą wysokość ściany kryształowego lustra. Chwilę 

mierzył się krytycznym wzrokiem. Coś mu tu nie pasowało, czuł 
niedosyt   i czegoś   mu   brakowało.   Nie,   no   wszystko   jest   na 

miejscu! Peniuar, gorset, figi, pończoszki...

-   Buty!   –   krzyknął.   –   Cholera   jasna,   buty!   –   rzucił   się 

z powrotem do szafy i wysunął jedyną dolną szufladę. Oczy mu 
błysnęły,   a na   bladej   twarzy   pojawił   się   uśmiech   radości.   – 

Czarne! Do purpury tylko czarne!

Szybko   wzuł  zgrabne  buty  na   obcasie  i wrócił  przed  lustro. 

Chwilę rozkoszował się swoim widokiem w tym niecodziennym 
jak  na  wampira wdzianku. No!  Teraz było  dobrze! Oblizał się 

lubieżnie:

- Trzy – czte – ry! – i zmienił postać w demona. Wyrastające 

z pleców potężne skrzydła uniosły do góry peniuar, by w końcu 
rozerwać go na strzępy. Gorset chwilę trzeszczał, opierając się 

potężniejącej klatce piersiowej. Najpierw puściły haftki w jego 
górnej   części   –   zaraz   potem   te   dolne   posypały   się   na 

przeciwległą ścianę, a opinający go do tej pory strój wystrzelił 
w stronę lustra omal go nie rozbijając.

Coleman   –   demon   oglądał   swoją   postać   w całej   krasie,   ze 

strzępkami   peniuaru   na   ramionach   i skrzydłach,   z porwanymi 

pończochami na włochatych, potężnie umięśnionych nogach i z 
kopytami   w rozerwanych   damskich   butach.   Trzasnęły 

rozpadające   się   obcasy   i demon   opadł   kilka   centymetrów.   Po 
ciele   wampira   przebiegł   dreszcz   rozkoszy.   Ta   siła!   Ta   moc 

destrukcji!

Demon ryknął potężnie, aż zatrzęsła się skalna powała. Zaraz 

background image

też   wampir   wrócił   do   swej   ludzkiej   postaci   i lekko 

przestraszonym wzrokiem rozejrzał się po komnacie.

- No nieźle, bracie – powiedział do siebie z niezadowoleniem. 

– Co cię opętało, że jeszcze musiałeś ryknąć. Nigdy do tej pory 
się to nie zdarzało! To pewnie przez tego Jałowczyka... I jakby 

co, to na niego zwalę winę!

W głębi serca jednak czuł, że to nie inżynier był przyczyną 

takiego wybuchu emocji.

***

Agnar   zatrzymał   się   wpół   kroku,   słysząc   ryk   Colemana. 

Zresztą,   wszystkie   otaczające   go   krasnoludy   przerwały   na 

chwilę swe zajęcia i spojrzały w głąb korytarza.

- Pieprzony wampir! – sarknął.

-   Przepraszam   –   zwrócił   się   do   niego   stary   krasnolud 

o brodzie dłuższej nawet od brody Pradziadka.

- Tak, ojcze? – z pełnym szacunkiem odpowiedział Agnar.
Starzec  zagubionym  wzrokiem  rozejrzał się   po   otaczającym 

go tłumie krasnoludów.

-   Widzę,   że   ty   masz   tu   najdłuższą   brodę.   Szukam 

Dolgthrasira,   a na   razie   skierowano   mnie   do   Baugiego.   Nie 
wiesz gdzie mogę go znaleźć?

-   Baugiego?   Hmmm...   Powinien   gdzieś   być   w dolnej   części 

kopalni.

- Mógłbyś mnie do niego zaprowadzić?
Agnar   westchnął   ciężko.   Miał   tyle   spraw   na   głowie,   pod 

nieobecność Pradziadka, który gdzieś znikł. A tu czekał na niego 
przy   bramie   Willehad   z królewskimi   strażnikami,   który   znowu 

przybył   dowiedzieć   się   co   z poszukiwanym   przez   niego 
wampirem.   Pradziadek   polecił   Agnarowi,   ażeby   ten   wręczył 

sierżantowi straży łapówkę, co by raz na zawsze uwolnić się od 
tego służbisty.

-   Tak,   ojcze,   tylko   muszę   załatwić   coś   przy   Bramie. 

Przejdziesz się ze mną?

-   Chyba   nie   mam   wyjścia   –   odparł   starzec   i natarczywie 

spojrzał   w oczy   Agnara.   Ten   poczuł   jakby   coś   delikatnie,   ale 

stanowczo wwiercało się w jego duszę. Zadrżał.

- To nie ty – pokręcił z rezygnacją stary krasnolud.
-   Słucham,   ojcze?   –   Agnar   zamrugał   oczami   jakby   właśnie 

wydostał się spod silnego uroku.

-   Nieważne,   idźmy   już.   Im   szybciej   spotkam   się 

z Dolgthrasirem, tym lepiej. Ruszajmy!

Agnar,   skłonił   się   i ruszył   przodem.   W głowie   miał   dziwny 

szum.

„To nie ty.”

***

Willehad, wraz ze swymi ludźmi, spokojnie czekał przy Bramie 

na pojawienie się kogoś kompetentnego do rozmowy z nim. Nie 
za bardzo lubił wizyty w Hamdirholmie, a przyczyną tego były 

właśnie   „pniaczki”,   jak   pogardliwie   nazywano   w dolinie 
krasnoludy. I nic dziwnego, bo Hamdirholmczycy nie dawali zbyt 

wielu powodów do sympatii. Zawsze wyniośli, chciwi i pełni buty 
wobec   ludzi,   ale   to   nie   dziwiło   wcale   Willehada   –   w końcu 

krasnoludy należały do jednej z najstarszych ras, a do tego byli, 
w ludzkiej skali, niezwykle długowieczni.

„Odbębnić   ten   patrol   i do   domciu”   –   ziewnął   sierżant.   Bez 

większego   zainteresowania   rozglądał   się   po   zatłoczonym 

Przedsionku, w którym przeważała masa ludzkich kupców, choć 
gdzieniegdzie   zauważył   też   kręcące   się   martwiaki.   Szybko 

odwracał jednak od nich wzrok, bojąc się, że wśród chodzących 
trupów zauważy jakąś znajomą twarz. Co prawda martwiaki nie 

pamiętały   tego   kim   były   za   życia   (chyba,   że   ktoś   im   o tym 
powiedział),   ale   żywych   zawsze   przechodziły   ciarki,   gdy 

napotykali   zzombiałego   krewnego.   Dlatego   władca   doliny 
zabronił nieumarłym pojawiać się wśród ludzi.

Willehad wzruszył ramionami. Nic go nie obchodziło, że kręciły 

się   tutaj trupy. Hamdirholm  nie  podlegał  jurysdykcji  władców 

doliny   i rządził   się   własnymi   prawami.   A to,   że   krasnoludy 
chciały   pomóc   mu   przy   schwytaniu   tego   wampira,   było   z ich 

strony czystą uprzejmością.

Z   korytarza   wiodącego   z czeluści   kopalni   wyszedł   właśnie 

background image

Agnar   w towarzystwie   wiekowego   krasnoluda   i wyraźnie 

kierował się w stronę sierżanta.

- Ruszcie dupy! – krzyknął Willehad do swoich ludzi, którzy 

porozsiadywali się dookoła, bądź gawędzili z pilnującymi wejścia 
do kopalni barbarzyńcami. Jego patrol szybko zebrał się wokół 

swego dowódcy.

- Tak, sierżancie? – zagaił go Agnar mało uprzejmie. – Czego 

tu   się   znowu   kręcicie?   Nie   widzisz,   że   mamy   tu   mnóstwo 
roboty?

- Jak tam interesy? – spytał niezrażony Willehad.
Agnar popatrzył na niego spod byka.

-   A gówno   cię   to   obchodzi   –   otrzymał   odpowiedź,   ale   bez 

jakiejś specjalnej złośliwości ze strony krasnoluda.

- Ano nic, chciałem być tylko miły – uśmiechnął się sierżant. – 

Przejdźmy   od   razu   do   rzeczy.   Przybyłem   dowiedzieć   się   co 

z moim wampirem.

- Nie ma go! – parsknął krasnolud. – I nigdy go nie było!

- Ekhm... Dochodzą mnie plotki, że jednak się u was ukrywa.
- Sierżancie, pozwólcie na stronę – Agnar pociągnął człowieka 

za   kubrak   w kierunku     Bramy.   Kiedy   znaleźli   się   na   skalnej 
półce   przed   Bramą   i kupiecki   gwar   z Przedsionka   przycichł, 

krasnolud podjął: – Mam tu dla was sakiewkę od Dolgthrasira 
z nieoszlifowanymi   drogocennymi   kamieniami   i drugą,   pustą. 

Weźcie   je   sobie,   pierwsza   jest   wasza,   do   drugiej   po   drodze 
zabierzcie   popiół   z jakiegoś   ogniska.   Tą   drugą   przekażecie 

waszemu władcy, jako dowód, że wampir zginął. Jest umowa?

Willehad   przełknął   ciężko   ślinę.   Uczciwość   walczyła   w nim 

z chciwością, a ciężki mieszek pełny, nawet nie oszlifowanych, 
diamentów to spory majątek. Jednak służba... Rozejrzał się po 

skalnej półce:

-   Tak   nie   można,   mości   krasnoludzie...   –   zaczął   i przerwał 

napotykając   wzrok   stojącego   w Bramie   starego   krasnoluda, 
który   zdawał   się   go   przeszywać   na   wskroś.   Dopadło   go 

zniechęcenie. Przecież tak naprawdę to miał dość tej roboty, to 
nie było to o czym marzył – uganianie się za jakimiś wampirami 

i pilnowanie   porządku.   Podjął   decyzję:   -   ...ale   i tak   miałem 
odejść ze straży. To nie jest to co chciałbym robić i nigdy tego 

nie lubiłem.

Agnar   podrapał   się   w brodę.   Nie   spodziewał   się   aż   takiej 

szczerości człowieka wobec krasnoluda.

- Tak naprawdę, Agnarze – kontynuował sierżant. – To w głębi 

duszy   jestem   poetą,   romantykiem.   Cała   ta   walka,   ściganie 

przestępców,  wojskowy  porządek  mierzi  mnie   i przytłacza.   Po 
prostu   duszę   się   pod   tymi   epoletami   oficera...   Dzięki   tej 

sakiewce, będę mógł zacząć robić to co lubię i być jednocześnie 
niezależnym. Chętnie zgodzę się na wasz układ.

Krasnolud,   zakłopotany,   podrapał   się   po   głowie   i z   oporami 

sięgnął   po   mieszek   z klejnotami.   Czuł   dziwną   niechęć   do 

oddania   temu   człowiekowi   tych   kosztowności.   Nie   miał   nic 
przeciwko   Willehadowi,   ale   coś   w środku   mówiło   mu,   że   to 

niesprawiedliwe. Oto ten ludź ma dostać za nic tyle diamentów! 
A on, Agnar, wnuk Dolgthrasira, jego prawa ręka, na każdy taki 

diament   musiał   ciężko   zapracować.   To   niesprawiedliwe! 
Przemógł   się   w końcu   i rzucił   sakiewkę   Willehadowi   ciężko 

wzdychając.

- Dziwnie się czuję... – powiedział cicho. – Taki nieswój...

- Ze mną też jest coś nie tak... – pokręcił głowa sierżant. – 

Czuję   też   wewnętrzny   spokój,   jakbym   znalazł  w końcu   swoją 

drogę. Żegnaj, krasnoludzie. Drużyna do mnie!

Agnar   patrzył   przez   chwilę   jak   patrol   straży   schodzi   po 

Stopniach. Patrzył tak na Willehada dopóki ten nie zniknął za 
Dziobem.   Patrzył   na   niego   z zazdrością.   Oto   człowiek,   który 

w końcu odnalazł siebie i zaczyna robić to co lubi i chce robić. 
Pewnie   zdobędzie   sławę   i poważanie.   A on,   Agnar?   Zawsze 

będzie w cieniu dziadka. To niesprawiedliwe! Gdzie jest sława, 
gdzie bogactwo!?

-   Czy   teraz,   ziomku   –   jego   rozmyślania   przerwał   stary 

krasnolud – zaprowadzisz mnie do Baugiego?

-   Tak,   ojcze   –   westchnął   Agnar.   Ruszyli   przez   kolorowy 

i gwarny tłum kupców. Agnarowi nie dawała spokoju myśl, że 

jego   obecne   życie   nie   jest   tym,   czym   powinno   być.   Nie   ma 
w nim   przepychu   i uwielbienia   tłumów.   Za   mało   jest   w nim 

szacunku   dla   takiego   krasnoluda   jak   on!   Nie   chciał   władzy, 
chciał tylko  poważania  i sławy,  a to,  z racji  piastowanej  przez 

background image

niego funkcji, należało mu się jak nic!

Weszli   do   korytarza   prowadzącego   z Przedsionka   do 

właściwego   Hamdirholm,   mijając   jednego   z krasnoludzkich 

górników   obnoszącego   się   z pięknym,   ciężkim   i złotym 
łańcuchem.

Agnar zadrżał. Ten łańcuch! Jak nazywał się ten krasnolud... 

Bjarni! Bjarni otrzymał go od Dolgthrasira, za odkrycie bogatej 

żyły   złota!   Nikt   jednak   nie   wspomniał,   że   to   Agnar   wskazał 
górnikom w którym miejscu mają zacząć kuć nową sztolnię.

„To mój łańcuch!” – Agnar zacisnął pięści. – „To mój łańcuch 

i przynależna mi chwała! Trzeba zrobić z tym porządek!”

-   Baugi!   –   zakrzyknął   Agnar   widząc   prawnuka   Dolgthrasira 

rozmawiającego   z kronikarzem   Hreiem.   –   Dobrze,   że   cię 

znalazłem! Ten szacowny ojciec – tu wskazał na drobiącego za 
nim staruszka – szuka Dolgthrasira.

Baugi   i kronikarz   skłonili   się   przed   dostojeństwem   brody 

starego krasnoluda.

- Niestety nie wiem, gdzie on może być – młodszy krasnolud 

rozłożył bezradnie ręce.

- Pradziadek robi inspekcję korytarzy – wtrącił Hrei. – Tam 

musicie go szukać.

Stary krasnolud chrząknął:
-   Nie   chciałbym   nadużywać   waszej   gościnności   i marnować 

waszego czasu... Czy ktoś mógłby mnie do niego zaprowadzić? 
Mam do niego dość poważną sprawę.

- Służę swoją pomocą – ponownie ukłonił się Baugi. – Później 

dokończymy rozmowę – powiedział do Hreia. – Chodźmy!

Zostawili Hreia i Agnara, a sami ruszyli w głąb kopalni. Minęli 

poziom   mieszkalny   i zeszli   na   dół   do   magazynów   i skarbca 

Hamdirholmu. Szli powoli z racji wieku starego krasnoluda, jak 
i tłoku jaki panował na tym poziomie. Wszędzie, pod bacznym 

okiem krasnoludów strzegących rodowych skarbców, kręcili się 
Hamdirholmczycy dźwigający wszelkiego rodzaju dobra.

- Widzę, chłopcze, że coś cię trapi? – zagaił rozmowę starzec.
- Ano tak, ojcze – westchnął Baugi.

- Sprawy sercowe?
Baugi zatrzymał się zaskoczony:

- Skąd wiesz...?

Stary   krasnolud   uśmiechnął   się,   choć   dało   się   to   tylko 

zauważyć po zmianie kształtu obfitej brody i wąsów.

-   W twoim   wieku   tylko   takie   problemy   szczerze   zaprzątają 

głowę.

- Tak, masz rację. Niczego mi nie brak. Mam sławę i bogactwo 

jakie zdobyłem w dolinach. Mam cudowną rodzinę, a dzięki niej 

odpowiednią   pozycję   w kopalni.   Mam   gdzie   spać   i co   jeść. 
A jednocześnie   czuję   niedostatek,   brak...   trudno   powiedzieć 

czego.   Drugiej   osoby?   Kogoś   kogo   można   kochać   ze 
wzajemnością? Marzę... – młody krasnolud przerwał zagryzając 

wargę. Co go podkusiło? To nie w jego stylu paplanie, jak stara 
baba, obcym o swoich problemach.

- Marzysz? – natarczywie spytał starzec. Baugi nagle spojrzał 

w oczy swego towarzysza i ujrzał bezmiar i potęgę jego myśli. 

Nagle zapragnął powiedzieć wszystko co leżało mu tak długo na 
sercu.

- Wiesz, ojcze. Byłem ożeniony z elfią kobietą...
- Ach, to o tobie rozprawia cała dolina! – Przerwał mu starzec. 

– Mów! – machnął ręką. Minęli Wychodek i krętymi schodami 
zaczęli schodzić do sztolni. Już teraz było można usłyszeć suchy 

stukot kilofów i oskardów.

- Tak, z elfią kobietą. Bardzo kochaliśmy się i było to uczucie 

wsparte naszą odmiennością jak i tym, że zawsze przynajmniej 
jedno   z nas   mieszkało   we   wrogim   dla   siebie   środowisku.   Bo 

prawda jest taka, że im bardziej odmiennym jest partner, tym 
głębsze uczucie. Kochamy go za to jakim jest naprawdę, a nie 

za to jakim go sobie wymarzyliśmy, rozumiesz?

Stary   krasnolud   kiwnął   głową.   Zeszli   na   najniższy   poziom 

kopalni   i na   chwilę   zmuszeni   byli   przerwać   swoją   rozmowę 
z racji   stukotu   górniczych   narzędzi   i turkotu   taczek 

z pokruszoną   skałą   w kółko   kursujących   wąskim   korytarzem. 
Kiedy   wyminęli   sztolnie,   zatrzymali   się   na   krótki   odpoczynek 

przed   bogato   zdobionym   portykiem   prowadzącym   do 
Bezpańskich Lochów.

Starzec   posilał   się   powoli   jedząc   owczy   ser   przegryzany 

ciemnym   chlebem   i zapijany   zwykłą   wodą.   Robił   to 

background image

z namaszczeniem   charakterystycznym   starszym,   którzy 

niejedno   już   przeżyli.   Żując   twardy   chleb   stary   krasnolud   ze 
skupieniem   przyjrzał   się   ostatniemu   kawałkowi   sera. 

Potrząsając nim powiedział:

-   Musimy   go   opatentować,   żeby   nam   nikt   nie   podebrał 

receptury   tego...   hmm...   jak   go   nazwać?   Oscypka?   Tak! 
Oscypek   to   dobra   nazwa!   –   i z   lubością   włożył   ser   do   ust. 

Przeżuł   go   dokładnie   i połknął.   Zapił   wodą,   zmoczył   szmatkę 
i dokładnie wytarł swoją długą i siwą brodę. Cmokając i dłubiąc 

w zębach spytał cierpliwie czekającego Baugiego:

- Mówiłeś coś... (cmok!) ... o miłości.

- A tak ojcze – westchnął ciężko Baugi i zaczął grzebać butem 

w żwirze zalegającym  posadzkę. – Mówiłem o miłości do tej... 

jak jej tam...

-   Nhe   hudawaj,   he   nhe   phamiętah   hej   imhenia   –   stary 

krasnolud   dłubał   w zębach.   –   Psia   krwia!   Gdyby   nie   dziury 
w zębach to bym się nawet najadł! – wyciągnął spory kawałek 

chleba i odrzucił go na posadzkę. – Ale mów. Nie wierzę, ze nie 
pamiętasz jej imienia. Nie, gdy w taki sposób mówisz o uczuciu 

do niej.

Młody krasnolud uśmiechnął się smutno:

- Pamiętam, pamiętam, ale chciałbym zapomnieć. Zapomnieć 

nie dlatego, że jej nie kocham... kochałem, ale dlatego, żeby 

nie cierpieć, żeby nie myśleć o tych wspaniałych chwilach jakie 
spędziliśmy   razem   i o   jeszcze   wspanialszych   jakie   mogły   być 

naszym udziałem w przyszłości.

- Więc jak miała na imię?

- Arien – szybko odpowiedział Baugi jakby chciał to mieć za 

sobą. – I była piękną kobietą.

- Nie tęsknisz za nią?
-   Nie...   –   zaczął   młody   krasnolud   kręcąc   przecząco   głową. 

Machnął jednak ręką i zduszonym głosem wyrzucił – Bardzo... 
Za nią... i za tymi jej otwartymi przestrzeniami.

Starzec zachichotał cicho. Baugi spojrzał na niego zdziwiony.
- Co w tym śmiesznego?! – obruszył się.

Jego sędziwy towarzysz otarł łzy z oczu:
-   Bo   wy   młodzi   zawsze   potraficie   komplikować   sobie   życie. 

Rozumiem, że odeszła, tak? Odeszła, bo tęskniła za otwartym 

przestrzeniami, tak? Zrozumiałe, jak to elfy... Ty z kolei czujesz 
się   bardzo   mocno   związany   z Hamdirholmem.   Pewnie  na   tyle 

mocno, że nie miałeś dla niej za dużo czasu, ani nie zgodziłeś 
się   z nią   odjechać.   Eh,   kobiety   same   w sobie   są   nieznośne, 

a kobiety – elfy to już podwójnie! Rozwiązanie tego problemu 
jest proste! Macie u podnóża Tysiąca Stopni swój posterunek? 

Niech cię Pradziadek tam obsadzi – będziesz nim dowodził...

- Ale tu jestem bardzo potrzebny! – zaoponował Baugi.

- Ty? Tu potrzebny? Przecież niedawno wróciłeś z dolin i jak 

do tej pory Pradziadek dawał sobie świetnie radę bez ciebie. Po 

prostu   boisz   się   zmian,   chłopcze.   Z drugiej   jednak   strony 
bardzo ją kochasz. I to cię męczy, rozrywa wpół, szarpie... Tak, 

tak... Rozstania są jak małe śmierci. Po każdym z nich umiera 
cząstka   nas.   Czasami   udaje   się   nam   załatać   powstałą   dziurę 

kawałkiem nowego siebie, czasami nie. Tak czy siak, rozstania 
zmieniają nas, w większym czy mniejszym stopniu.

-   Nie   boję   się   zmian   –   mruknął   Baugi.   –   ani   tym   bardziej 

śmierci, a zwłaszcza małej, jak nazywasz rozstanie.

Starzec  zachichotał i wyciągnął z fałd  swego   płaszcza starą, 

wysłużoną fajkę. Nabijając ją mówił:

- Eh, młodość. W pewnym wieku zrozumiesz, że strach przed 

śmiercią, czy też jego brak nie zmienia faktu, że umrzesz. Jeśli 

nie boisz się zmian, to czemu nie ruszysz za tą... no...

- Arien.

- ...właśnie, Arien, i nie spróbujecie dojść do porozumienia? 

Możesz   też   siedzieć   w Hamdirholmie   i pozwolić   by   tęsknota 

powoli cię zabijała. Coś ci powiem – jeśli krasnolud zakochał się 
w elficy   ze   wzajemnością,   to   nie   jest   zwykłe   uczucie,   to   coś 

potężnego, ponadczasowego, ba! ponadświatowego!

- To znaczy?

- To znaczy, że waszym uczuciem nie kierujecie już wy, ale 

siły stojące nad wami. Teraz ruszajmy, bo nigdy nie dotrzemy 

do Dolgthrasira.

Baugi pomógł wstać starszemu od siebie krasnoludowi, a po 

jego twarzy błąkał się nieśmiały uśmieszek.

background image

***

- ...i żądam natychmiastowego ukarania wampira Colemana! 

Albo usunięcia go z kopalni! – kończył swą perorę Jałowczyk. 
Hrei   zdawał   się   w ogóle   nie   słuchać   tego   co   mówił   człowiek, 

tylko tępo wpatrywał się w chudy, wskazujący palec inżyniera, 
który   w tym   przypadku   służył   jego   właścicielowi   jako   batuta 

nadająca rytm wypowiadanym słowom.

- Już? – westchnął kronikarz.

- Już! I co zamierzacie z tym fantem zrobić? – człowiek wziął 

się   pod   boki   i wyczekująco   wychylił   się   do   przodu   złowrogo 

górując nad krasnoludem.

- Nic – odparł Hrei i błyskawicznie pacnął Jałowczyka w czoło 

– Komar – powiedział pokazując zabitego owada.

Inżynier   poczerwieniał   na   twarzy,   sapnął   i wyrzucił   z siebie 

potok   niezrozumiałych   słów.   Hrei   odsunął   się   od   silnie 
gestykulującego Jałowczyka i zmarszczył brwi próbując wyłapać 

sens wypowiedzi swego rozmówcy. W końcu zrozumiał w czym 
rzecz.

- Taaak?! Nie będziesz tu nas szantażował! Mam po dziurki 

w nosie twojego hotelu, zasrany architektoniczny artysto! Jak ci 

się nie podoba to fora ze dwora!

-   Cooo!?   –   Jałowczyk,   już   teraz   fioletowy   na   twarzy, 

spazmatycznie zaciskał pięści. – Jak się do mnie odzywasz, ty..., 
ty... pniaczku!

Krasnolud   już   otworzył   usta   żeby   odpowiedzieć   butnemu 

inżynierowi, gdy nagle   wypuścił z siebie powietrze, przyklapł 

trochę i zaczął grzebać przy pasku spodni.

- Co robisz? – zmarszczył brwi zbity z tropu Jałowczyk.

- To co Coleman! – portki zsunęły się krasnoludowi do kostek, 

a on sam wypiął w stronę człowieka owłosiony tyłek i stękając 

dodał: - Sram na ciebie!

Tym razem Jałowczyk zbladł, zawrócił się na pięcie i bez słowa 

odszedł do Przedsionka, mamrocząc coś pod nosem.

- Co robisz? – ponownie usłyszał kronikarz.

- Sram na Jałowczyka! – rzucił przez zęby.
- Ale jego już tu nie ma.

Hrei wyprostował się i obejrzał przez ramię. Faktycznie, siwa 

czupryna   inżyniera,   górująca   nad   krasnoludzkimi   głowami, 
niknęła właśnie w korytarzu prowadzącym do Przedsionka. Za 

to przed nim stał krasnolud Lodbrok.

-   I ch...   cholera   z nim...-   mruknął   kronikarz   zapinając 

spodnie.   –   Co   potrzeba,   Lodbroku?   –   zwrócił   się   do 
zagadującego go krasnoluda.

-   Przychodzę   z tym   do   ciebie,   bo   nie   mogłem   znaleźć   ani 

Pradziadka,   ani   Baugiego.   Chciałem   zgłosić   kra...khm... 

zaginięcie mojego hełmu, co go zdobyłem na jednej z wypraw.

- Eh, pewnie jakiś dzieciak wziął do zabawy... – machnął ręką 

Hrei.

-   Tu   chodzi   o złoty   hełm,   jaki   z Agnarem   zdobyliśmy   na 

wyprawie na Równiny.

Hrei   gwizdnął.   Kiedy   chodziło   o złoto,   i to   w aspekcie 

kradzieży, kończyły się żarty. Przyłapany na kradzieży krasnolud 
najczęściej, czasami nawet bez sądu, żegnał się z życiem.

- Dlaczego jak coś się dzieje poważnego, to zawsze trafia na 

mnie? – mruknął kronikarz, a głośniej zapytał: - Opowiedz mi 

o tym hełmie coś więcej.

***

Bezpańskie   Lochy,   sieć   jaskiń,   korytarzy   i podziemnych   sal, 

wijących się pod górą Hamdirberg, były areną odwiecznych walk 

między   klanem   Sorlich,   a Synami   Hamdira.   Właściwie   każda 
komnata,   czy   jaskinia   mogłaby   opowiedzieć   o jakimś   starciu, 

ucieczce, czy pogoni. Ale tylko jedna mogła opowiedzieć rzecz 
niezwykłą.

Była   to   mała   salka,   leżąca   w centrum   całego   podziemnego 

kompleksu.   Niczym   nie   odróżniała   się   od   dziesiątek   jej 

podobnych, no chyba, że za wyróżnik wziąć wijący się jak żmija 
skalna   korytarz,   który   do   niej   prowadził.   I przy   tym   właśnie 

korytarzu zatrzymali się na odpoczynek Baugi i staruszek.

Młodszy   krasnolud   usiadł   na   podłodze   i z   bezradnością 

pokręcił głową:

- Naprawdę nie wiem, gdzie może być Pradziadek. Zeszliśmy 

background image

całe Bezpańskie Lochy uznawane przez nas za nasz rewir. Dalej 

nie śmiałbym się zapuszczać, i tak rozejm z Tyrfingiem jest dość 
kruchy.

Stary krasnolud przez chwilkę kiwał w zadumie głową.
-   Tyrfing   jest   dalej   wodzem   Sorlich?   –   zmarszczył   brwi 

intensywnie nad czymś się zastanawiając.

- Tak.

Staruszek   nie   czekał   nawet   na   odpowiedź,   tylko   bacznie 

rozglądał się po głównym  korytarzu. Trochę dłużej skupił się na 

mrocznym   wejściu   do   korytarzyka,   przy   którym   odpoczywał 
Baugi,   by   zdecydowanym   krokiem   wejść   w czarną   otchłań. 

Baugi  poderwał się  i idąc za starym  krasnoludem przyświecał 
mu   pochodnią.   Wąskie,   wykute   w skale   przejście,   wiło   się 

kilkoma ostrymi zakrętami.

Idący przodem krasnolud zatrzymał się nagle i śpieszący za 

nim   Baugi   wpadł   mu   na   plecy.   Staruszek   nakazał   ciszę 
i pozostanie na miejscu, a sam wszedł w kolejny zakręt, niknąc 

z oczu młodszemu kompanowi. Po chwili wrócił:

- Zostaw tu pochodnię.

Baugi zrobił jak mu kazano. Po omacku przeszli parę ostrych 

zakrętów   i dopiero   teraz   Baugi   usłyszał   odgłosy   swobodnej 

rozmowy.   Jednocześnie   w drugim   końcu   korytarza   zobaczył 
pomarańczową poświatę, a w powietrzu wyczuł fajkowy dym. Po 

chwili   znaleźli   się   w jasno   oświetlonej   niewielkiej   salce.   Nie 
widział źródła światła zza pleców swego przewodnika, ale za to 

głosy wydały mu się znajome.

-   Dalej   potajemnie   spotykacie   się   na   hnefataftl?!   –   głos 

starego krasnoluda zagrzmiał jak lawina. Baugi wyszedł w sam 
raz zza jego pleców, by zobaczyć jak dwóch, ćmiących fajeczkę 

graczy podskakuje  zaskoczonych. Baugi też nie potrafił ukryć 
zaskoczenia.

W tajemniczej salce, w samym środku Bezpańskich Lochów, 

na   cotygodniową   partyjkę   hnefataftl   i ćmieniu   fajeczek 

spotykało   się   dwóch   najbardziej   zawziętych   wrogów   pod 
Hamdirbergiem.

- Baugi! – krzyknął Pradziadek Dolgthrasir.
- Idrottir! – zawtórował mu Tyrfing.

 

***

Hrei nerwowo krążył po swojej komnacie. Sytuacja w kopalni 

stawała   się   coraz   bardziej   napięta.   Ledwo   parę   godzin   temu 

miał   do   czynienia   z pojedynczym   zaginięciem   wielce 
wartościowego   przedmiotu,   gdy   teraz   stało   przed   nim   trzech 

wściekłych krasnoludów, którym również zginęły kosztowności.

Kronikarz zatrzymał się i wskazał na jednego z krasnoludów:

- Olwirze! Co tobie zginęło?
- W sumie nie mi, tylko żonie. Zginęła wysadzana rubinami 

kolia, co to uzyskałem ją na Równinach.

- Dobrze, Sprakki!

Zniewieściały   krasnolud,   przynoszący   wstyd   całemu 

Hamdirholmowi   partner   życiowy   Nida,   brata   Baugiego,   ukrył 

twarz w dłoniach i rzewnie zapłakał:

- Pierścieeeeeń z diameeeentem! Prezent od Nidaaaa!

-   Uspokój   się   –   Hrei   z niesmakiem   patrzył   na   płaczącego 

krasnoluda. – Grimbur?

-   A mi   zginęła   złota   laska   pasterska,   co   to   ją   Agnar 

z pastorału przerobił...

Hrei   przerwał   mu   uniesieniem   dłoni.   Szarpiąc   brodę   zaczął 

intensywnie  myśleć –   w jego  umyśle   zaświeciła  się   alarmowa 

pochodnia,   znak,   że   znajduje   się   blisko   rozwiązania   całej 
zagadki.   Czuł,   że   ociera   się   o tajemnicę   tych   wszystkich 

zaginięć, gdy przerwał mu histeryczny krzyk Sprakkiego.

- Żądam przeszukania całej kopalni! – młody krasnolud tupiąc 

krzyczał   piskliwie.   –   Trzeba   zamknąć   Bramę   i wszystko 
sprawdzić!   Ja   chcę   swój   pierścieeeeeeeń!   –   znowu   zaczął 

płakać.

- Hm, to byłby słuszny krok – zgodził ze Sprakkim Olwir. – 

Potencjalny sprawca wciąż może być w kopalni.

- Skąd taka myśl? – spytał się Hrei.

-   Skoro   złodziej   okrada   nas   dopiero   od   kilku   godzin, 

a jednocześnie wie co grozi za kradzież, to nie będzie ryzykował 

dla   zaledwie   kilku   przedmiotów...   Przynajmniej   ja   bym   nie 
ryzykował...

background image

Pozostałe krasnoludy spojrzały na Olwira z nienawiścią.

- Chłopaki... No co wy... Myślicie, że ja...- zaczął się cofać, 

pod naporem złowrogich spojrzeń. Nic tak bardziej nie mogło 

zirytować krasnoluda jak kradzież jego złota i kosztowności.

-   Dość!   –   huknął   kronikarz.   –   Wy   trzej,   jako   głowni 

zainteresowani, powołani zostajecie do komisji, która przeszuka 
cały Hamdirholm! Zaczniecie od swoich komnat! – krasnoludy 

spojrzały   na   niego   z wyrzutem,   a Grimbur   już   otworzył   usta, 
żeby coś powiedzieć.

-   Bez   dyskusji!   Ja   w tym   czasie   polecę   barbarzyńcom 

zamknąć Bramę i przeszukać cały Przedsionek! Do roboty!

Krasnoludy,   nieufnie   patrząc   na   siebie,   opuściły   komnatę 

Hreia.   Kronikarz   westchnął   ciężko,   zdjął   ze   ściany   ciężki 

masywny klucz i ważąc go w ręku, myślał, że oto nadszedł ten 
czas kiedy we własnej kopalni będzie zmuszony zamknąć swoją 

komnatę.

Chwilę   później   przepychał   się   jednym   z korytarzy   do 

Przedsionka.

- Skekkelu! – zawołał do  sędziwego  krasnoluda, który miał 

brodę prawie tak samo długą  jak Dolgthrasir. – Dobrze, że cię 
spotkałem! Pradziadek jeszcze nie wrócił?

Skekkel pokręcił głową.
- Nie widziałem ani jego, ani Baugiego.

- Trudno, odznaczasz się tutaj najdłuższą brodą, a przez to 

i nadzwyczajną   mądrością,   a ja   właśnie   potrzebuję   twojej 

pomocy   w pewnej   bardzo   trudnej   sprawie.   Chodźmy   do 
Przedsionka, po drodze o wszystkim ci opowiem.

Hrei w sam raz skończył swą opowieść, gdy znaleźli się przy 

Bramie.

-   Zamknąć   kopalnię!   –   natychmiast   wydał   rozkaz.   Dwaj 

barbarzyńcy   spojrzeli   na   siebie,   wzruszyli   tylko   ramionami 

i wykonali polecenie.

Potężne   wrota   bezszelestnie   odcinały   kopalnię   od 

zewnętrznego   świata.   W miarę   jak   w ogromnej   pieczarze 
Przedsionka   zwanej   też   Ustami   Hamdira,   robiło   się   coraz 

ciemniej,   gwar   handlujących   kupców   z całego   świata   również 
przycichał.

W   końcu   Brama   zamknęła   się   z potężnym   łomotem. 

Krasnoludy jęknęły – na palcach jednej ręki można było policzyć 
sytuacje   wymagające   zamknięcia   Bramy   w ciągu   dnia,   zanim 

zacznie   się   zima.   Hamdirholmczycy   i ich   krasnoludzcy 
pobratymcy   wiedzieli,   że   wydarzyło   się   coś   bardzo   ważnego. 

Ludzcy kupcy,  którzy  o obyczajach  Hamdirholmu  nie   wiedzieli 
nic, ale czuli rosnące w powietrzu napięcie, trwożliwie ze sobą 

rozmawiali. Zaraz mrok rozświetliły pochodnie, lampy i kaganki, 
dołożono drewna i węgla do płonących w głębi pieczary ognisk. 

Zrobiło się jaśniej i gwar zaczął znowu narastać.

Erp, dowódca straży Hamdirholmu, na rozkaz Skekkela zadął 

w róg. W jaskini zapadła cisza.

Hrei wskoczył na jedną z beczek:

-   Nie   będę   owijał  w bawełnę   –  zaczął.   –  W ciągu   ostatnich 

kilku   godzin   moim   ziomkom   zginęło   parę   cennych   rzeczy! 

Z tego co podejrzewamy, to złodziej jeszcze nie opuścił kopalni, 
więc zarządził przeszukanie całego Hamdirholm!

Zebrani   w Ustach   Hamdira   zaczęli   ze   sobą   gorączkowo 

rozmawiać.

- Cisza! – huknął Jaro, przywódca brabarzyńców.
- My, krasnoludy – podjął Hrei – bardzo poważnie traktujemy 

kradzież   swego   mienia.   I to   w dodatku,   kradzież   z naszych 
domostw. Nasze  prawo przewiduje  dla takiego  złodzieja tylko 

jedną karę – śmierć! Pozostańcie więc tam gdzie jesteście, nie 
przemieszczajcie się i spokojnie czekajcie aż Skekkel, ja, bądź 

Erp   nie   przeszukamy   was   i waszych   bagaży.   Niech   nikt   nie 
wykonuję   gwałtownych   ruchów,   nie   biega,   nie   krzyczy   – 

jesteśmy wystarczająco rozsierdzeni złodziejem wśród nas, by 
wszelki opór, czy próby ucieczki karać bez litości. Nawet jeśli 

później ten ktoś okaże się niewinny.

Hrei zeskoczył z beczki, a zebrany tłum zaszumiał.  Wszyscy 

jednak   pozostali   na   swoich   miejscach.   Erp   i Skekkel 
w towarzystwie   barbarzyńców   zabrali   się   za   dokładne 

przetrząsanie   sali   i zebranych   w niej   kupców.   Kolejnymi 
sprawdzającymi byli Hrei wraz z Jarem i Waleczniakiem. Grupy 

wmieszały się w zaskoczony tłum.

background image

***

-   Cała   ta   nasza   wojna   jest   całkowicie   pozbawiona   sensu   – 

tłumaczył się Tyrfing gestykulując dymiącą fajką. – Nie możemy 
jednak jej zaprzestać, bo jest już naszą tradycją – nienawiścią 

przekazywaną z pokolenia na pokolenie, prawda Dolgthrasirze?

Pradziadek kiwnął parę razy głową i ciężko westchnął:

-   I ja   mam   dosyć   tych   podchodów   i starć   w lochach.   Mam 

dość przelewania, było, nie było, braterskiej krwi. Teraz mamy 

na   szczęście   rozejm,   rozbudowujemy   kopalnię,   zwiększyliśmy 
wpływy z handlu – to wszystko odwraca uwagę, przynajmniej 

Hamdirholmczyków, od  zwyczajowego  ciągania się   za kubraki 
z Sorlimi. Co będzie później? Pewnie znowu zaczniemy ganiać 

się z toporami pod Hamdirbergiem.

Baugi   nie   mógł   uwierzyć   własnym   oczom   i uszom.   Jego 

własny   Pradziadek   spokojnie   palący   fajkę   z największym 
wrogiem   Hamdirholmu   i do   tego   rozgrywający   z nim   właśnie 

partyjkę hnefatftl?

- Pradziadku, jak możesz tak... tak bezczynnie siedzieć przy 

naszym odwiecznym przeciwniku?

Dolgthrasir   ponownie   ciężko   westchnął   i odpowiedział 

pytaniem na pytanie:

- A jak ty mogłeś ożenić się z elfem?

- To nie to samo – obruszył się Baugi.
- To samo, to samo. To jest to samo, co budowanie hotelu 

w Przedsionku, to samo co wizyty martwiaków u nas. To jest 
niczym innym jak wąpierz swobodnie łażący po naszej kopalni 

i obsrywajacy   ludzkich   inżynierów...   To   są   zmiany,   chłopcze. 
Ogromne   zmiany   jakie   zaczęły   się   w Hamdirholm,   ba,   może 

nawet na świecie!

Zapadła   cisza,   przerywana   tylko   pyknięciami   fajek   obu 

wodzów. Idrottir pokiwał ze zrozumieniem głową:

- Masz rację, Dolgthrasirze. Zmiany zbliżają się ogromnymi 

krokami,   nieuchronne,   czasami   coś   niszczące,   innym   razem 
budujące. I ja też przyszedłem tu w dość nietypowej sprawie, 

ale o tym w drodze powrotnej do Hamdirholm. Czuję, że zdrowo 
namieszałem w twojej kopalni Dolgthrasirze. Ruszajmy!

***

- Panie Hreiu – zagadnął wódz barbarzyńców, gdy podchodzili 

do następnej grupy kupców.

- Tak? – burknął kronikarz.

-   My   byśmy   chcieli...   no   tego...   –   niemrawo   zaczął   Jaro 

drapiąc się po bujnej czuprynie. – jak by to powiedzieć...

-   Akademię   barbarzyńców   założyć!   –   próbował   wspomóc 

swego wodza Waleczniak i zaraz zasyczał z bólu, gdy pancerna 

rękawica Jara wylądowała na jego szczęce.

Hrei stanął jak wryty.

- Że co? – zdziwił się.
-   Chcielibyśmy   odejść   ze   służby   u   was   –   wyrzucił   z siebie 

w końcu   barbarzyńca.   –   Chcielibyśmy   zająć   się   szeroko 
zakrojoną akcją na rzecz edukacji wśród takich barbarzyńców 

jak my.

-   Tfak,  tfak!   –   poparł  swego   wodza  Waleczniak,   pracowicie 

rozcierając szybko narastającą opuchliznę. 

Kronikarz przerzucał wzrok z jednego na drugiego. W końcu 

skrzywił się i machnął ręką:

- Kocopoły prawicie!

-   Kiedy   to   prawda!   –   zaperzył   się   Jaro.   –   Wszyscy   mamy 

wyższe wykształcenie i lata doświadczenia w fachu barbarzyńcy! 

Nudzi   już   nam   się   to   łażenie   po   świecie   i barbarzenie!   Czas 
przekazać swą wiedzę następnemu pokoleniu!

-   Ja   tam   władny   nie   jestem,   by   za   służby   was   zwolnić   – 

przyjdzie   Dolgthrasir,   to   się   tym   zajmie!   Teraz   do   roboty, 

obiboki! Gdzież to jest Agnar? Przydałby mi się... – przerwał 
marszcząc czoło usilnie nad czymś myśląc.

-   Kontynuować   przeszukiwania!   Mam   coś   pilnego   do 

załatwienia! – Hrei zniknął w tunelu prowadzącym do kopalni. 

Będąc   już   w tunelu   prowadzącym   do   trzewi   Hamdirholmu, 
wiedział, że coś jest nie tak. W miarę jak zbliżał się do wyjścia, 

gwar   w kopalni   narastał.   Wypadł   z wąskiego   przejścia   i ujrzał 
przed sobą rozwścieczony tłum, który skandował:

background image

- Śmierć!

- Złodziej!
- Za Bramę z nim!

Kronikarz przepchnął się w sam środek całego zajścia i ujrzał 

tam   wymachującego   pałką   Agnara,   który   bronił   się   przed 

agresywnym   tłumem.   Stryj   Baugiego   miał   skrwawione   czoło 
i porwane   ubranie.   Ciężko   dyszał   odpędzając   rozwścieczone 

krasnoludy   próbujące   odebrać   mu   broń.   Przypominał   lwa 
broniącego się przed stadem hien.

-   Spokój!   –   huknął   Hrei.   –   Co   tu   się   dzieje!?   –   i zdzielił 

kułakiem najbliższego skandującego krasnoluda. Ten przewrócił 

się pod nogi Agnara. Tłum powoli uspokajał się.

-   Mów!   –   kronikarz   wskazał   na   Olwira.   Olwir   rzucił 

nienawistne   spojrzenie   Agnarowi,   wziął   parę     głębszych 
oddechów i zaczął:

- Ten tu krasnolud okazał się złodziejem!
- Nie jestem złodziejem! – zaperzył się Agnar. – Te wszystkie 

rzeczy są moje! To ja je zdobyłem bądź wykonałem, nie wy! To 
moje rzeczy, jak i sława przynależna mi z ich posiadania! Wara 

wam od nich! – pogroził tłumowi pałką.

Tłum   zaczął   znowu   krzyczeć   i napierać   na   samotnego 

krasnoluda. Hrei próbował bezskutecznie uspokoić zebranych.

- Skekkel! – ktoś zakrzyknął w końcu. – Skekkel idzie! Cisza!

Gawiedź   uspokoiła   się   robiąc   przejście   statecznemu 

krasnoludowi o brodzie dorównującej długością Pradziadkowej.

Skekkel stanął przed jeszcze bardziej obszarpanym Agnarem.
-   Agnarze!   Czy   przyznajesz   się   do   kradzieży   kolii   Olwira, 

pierścienia Sprakkiego, złotej laski Grimbura i hełmu Lodbroka?

- Te wszystkie rzeczy są moje! Sam je wykonałem, bądź sam 

złupiłem! Nie przyznaję się do kradzieży – po prostu odebrałem 
co moje! – tłum zaszemrał, ale ucichł widząc podniesioną dłoń 

Skekkela: 

- Dobrze, nie przyznajesz  się  więc. Lodbroku, jak wszedłeś 

w posiadanie tego hełmu?

Lodbrok chrząknął:

-   Khm...   Byłem,   na   wyprawie   z Agnarem   i innymi... 

Uzyskałem go podczas podziału łupów...

-   Ale   to   ja   zdarłem   go   z łba   tego   ludzkiego   pomiotu!   – 

przerwał mu krzycząc Agnar.

- Tak, to prawda – przyznał mu racje Lodbrok. – Tylko, że 

przed   wyprawą   zawarliśmy   umowę   w obliczu   kronikarza 
o równym   podziale   łupów.   Mnie   przypadł   ten   hełm   i trochę 

innych drobiazgów.

- Możesz przynieść tą umowę?

- Oczywiście – Lodbrok zniknął w tłumie.
- Olwirze, skąd masz kolię do której rości sobie prawo Agnar?

- Otrzymałem ją od niego samego za udział w jednej z jego 

wypraw.   Była   to   zapłata   za   zbrojną   służbę   u   niego...   Mam 

odpowiednią umowę.

- Przynieś ją – polecił Skekkel, a Agnar wycedził przez zęby:

-   Własnoręcznie   pozyskałem   złoto   i diamenty   do   tej   kolii 

i własnoręcznie   ją   wykonałem,   więc   jest   moja!   A ty,   Olwirze, 

otrzymałeś zapłatę pod postacią łupów!

Olwir, który już był w tłumie wykonując polecenie Skekkela, 

odwrócił się i krzyknął:

- Podczas tej wyprawy każdy uzyskiwał prawo własności do 

tego co sam zrabował! To też jest zapisane w umowie, a umowa 
poręczona przez Hreia!

Tłum zafalował z gniewu. Wedle słów poszkodowanych wina 

Agnara była niezaprzeczalna. Wrócił Lodbrok z umową. Skekkel 

przeczytał ją uważnie dwa razy i obwieścił:

- Jest tak jak mówił Lodbrok!

Tłum milczał. Nie było gorszej hańby niż krasnolud okradający 

swój   klan.   Jeden   z Synów   Hamdira   splunął   pod   nogi   Agnara 

i warknął:

- Przyniosłeś wstyd całemu Hamdirholmowi... Niech imię twe 

będzie przeklęte na wieki!

Wrócił Olwir i wręczył swoją umowę Skekkelowi. Ten zagłębił 

się w jej lekturę.

Skończył i uniósł do góry doklument:

- Ta umowa potwierdza również słowa Olwira! Nie potrzebuję 

więcej   dowodów   na   winę   Agnara,   niech   jego   imię   będzie 

przeklęte! Bracia, jaką karę ponosi ten, kto łakomi się na dobra 
swych ziomków?

background image

- Śmierć...

- Śmierć...
- Śmierć... – popłynął złowrogi szept.

-   Tak   jest,   bracia!   Śmierć   poprzez   wyrzucenie   za   Bramę! 

Niniejszym,   zgodnie   z prawem   Hamdirholmu   skazuję   tego   tu 

Agnara na...

-   Powstrzymajcie   się   na   moment   druhowie!   –   z końca 

korytarza   dobiegł   zebranych   głos   Dolgthrasira.   –   Są   pewne 
okoliczności łagodzące!

Tłum rozstąpił się przed Pradziadkiem, Idrottirem i Baugim.
-   Dowody   wyraźnie   przemawiają   przeciwko   Agnarowi   – 

Skekkel zmarszczył brwi.

- Nie umniejszam twych umiejętności sądowniczych, bracie – 

Pradziadek poklepał go po ramieniu. – Wszyscy znamy jednak 
Agnara   jako   sumiennego   i sprawiedliwego   krasnoluda 

i dziwnym, przynajmniej dla mnie, jest jego zachowanie. A dla 
was?

Krasnoludy z niechęcią przyznały mu rację.
-   Skąd   więc   ta   nagła   zmiana   w tobie,   Agnarze?   –   zapytał 

winowajcę wprost Lodbrok.

Agnar wzruszył ramionami pogodzony ze swoim losem:

-   Cokolwiek   bym   nie   powiedział,   Hamdirholm   już 

zdecydował...

- Pozwólcie – przerwał mu Dolgthrasir – że ja dam odpowiedź 

za  mego  wnuka!  Po  pierwsze, to  wyrok jeszcze  nie  zapadł – 

Skekkel   nie   skończył   go   wygłaszać.   Po   drugie   to   chciałbym 
przedstawić wam przyczynę całego zajścia – tu odsunął się na 

bok odsłaniając  stojącego za nim krasnoluda:

- Oto Idrottir!

Krasnoludy pootwierały z wrażenia zarośnięte buzie. Oto stał 

przed nimi legendarny   Idrottir, Pan Marzeń. Ostatni z wielkich 

magów   i filozofów   krasnoludzkiego   ludu.   Mistrz   pisania   run 
i najstarszy krasnolud na świecie. Żywa legenda.

Idrottir chrząknął:
-   Znacie   mnie   pewnie   wszyscy   z opowieści   i wiecie   jakimi 

mocami   też   dysponuję.   Jedną   z nich   jest   spełnianie,   a raczej 
przyczynianie   się   do   spełnienia   marzeń.   Pewnie   wielu   z was 

poczuło   się   dzisiaj   nieswojo,   zapragnęliście   zmian   w swoim 

życiu...

-   Faktycznie   –   podrapał   się   po   głowie   Coleman   na 

wspomnienie swej porannej przemiany w demona – trochę mnie 
nawet emocje poniosły.

  -   Agnarze,   przepraszam,   że   tak   zbrodniczo   wpłynąłem   na 

ciebie   –   ciągnął   dalej   Idrottir.   -   Znam   cię   z opowieści 

Dolgthrasira i wiem, żeś prawym krasnoludem. Wierzę też, że 
gdyby nie mój wpływ na ciebie, to nigdy byś nie dopuścił się tak 

haniebnych   występków.   Moja   to   wina,   wstawiam   się   więc   za 
tobą,   Agnarze.   Najpierw   jednak   powiedz   publicznie,   co   ci   na 

sercu leży, odkryj swe marzenia, a pewien jestem, ze Skekkel 
złagodzi swój wyrok.

Wszyscy spojrzeli na oskarżonego. Ten przygarbił się i opuścił 

głowę:

-   Zawsze   żyłem   w cieniu   mego   dziadka,   Dolgthrasira,   choć 

jestem największym wojownikiem w Hamdirholmie. To na niego 

spływają największe zaszczyty, a ja zawsze mam do wykonania 
najgorszą   robotę.   Każde   zwycięstwo   nad   Sorlimi   to   zasługa 

przypisywana   memu   dziadkowi,   choć   to   ja   mam   największą 
liczbę   ściętych   łbów   na   koncie...   –   Agnar   podniósł   głowę 

i spojrzał prosto w oczy Pradziadkowi – nie mam do ciebie o to 
żadnego   żalu,   ojcze.   Wiem,   że   jesteś   jednym   z największych 

krasnoludów   tego   świata.   I najmądrzejszym.   Chciałbym... 
Marzę po prostu o tym, byś czasem zauważył mnie, to co robię, 

podziękował,   wsparł   dobrym   słowem.   Tylko   tyle.   Chcę   tylko 
należnej mi sławy... Tego co mi się po prostu należy...

Zebrane krasnoludy patrzyły jak oniemiałe na Agnara. Rzadko 

zdarzało   się,   żeby   krasnolud   publicznie   aż   tak   obnażał   swe 

uczucia. Dolgthrasir podszedł do Agnara i uściskał go:

-   Wnuku...   synu,   nigdy   cię   nie   chwaliłem   i nigdy   cię   nie 

ganiłem,   bo   jesteś   ideałem   krasnoluda   i nie   potrzebujesz   ani 
jednego,   ani   drugiego...   Przynajmniej   tak   uważałem. 

Przepraszam   cię   za   wszystko,   przepraszam   za   to   do   czego 
doprowadziłem...

Skekkel chrząknął:
- Prawo jest prawem. Widzę w tym okoliczność łagodzącą i to 

background image

dość   znaczącą,   jednak   nie   zmywa   to   z Agnara   zarzutu 

złodziejstwa.   Dokonał   tego   haniebnego   czynu   i musi   ponieść 
karę. Jesteś gotowy na wyrok, Agnarze?

Agnar powoli kiwnął głową. Dolgthrasir objął go ramieniem.
-   Agnarze!   Udowodniono   ci   poczwórną   kradzież,   za   co 

przewidywaną   karą   jest   śmierć!   Jednak,   że   zaistniały   tu 
sytuacje łagodzące, a za ciebie wstawiły się dwa najzacniejsze 

krasnoludy na tym świecie, skazuję cię na wieczystą banicję!

Agnar   przymknął   powoli   oczy.   Zebrane   krasnoludy   smutno 

pokiwały głowami.

- Wykonanie wyroku pozostawiam Dolgthrasirowi.

-   Zezwalam   Agnarowi   na   zamieszkanie   u   podnóża 

Hamdirbergu,   u   stóp   Tysiąca   Stopni.   Zezwalam   mu   na 

wchodzenie   na   Tysiąc   Stopni.   Może   swobodnie   porozumiewać 
się   z Hamdirholmczykami,   handlować   z nimi   i wyprawiać   się 

z nimi. Jednak zabraniam mu przekraczania progu Bramy pod 
karą śmierci.

- Ja ze swej strony – podjął Idrottir – chcę wykupić od Olwira, 

Sprakkiego, Grimbura i Lodbroka skarby, które Agnar uważa za 

swoje   i przekazać   mu   je   w prezencie.   To   moje 
zadośćuczynienie,   za   wprowadzenie   tego   okropnego 

zamieszania.

Tłum   zakrzyknął   radośnie.   Idrottir   podniósł   rękę   –   zebrani 

ucichli.

-   Przybyłem  tu   jednak   w innej  ważnej  sprawie.   I chciałbym 

wykorzystać to, że jesteście tu wszyscy zebrani! Od kilku lat 
poszukuję   pewnego   filozofa,   krasnoludzkiego   filozofa.   Filozofa 

w którym widzę swego zastępcę! Jego ślad zaprowadził mnie aż 
do tej kopalni. Czy jest pośród was autor „Pielgrzymki do celu” 

i „Opowieści   bez   końca”?   –   Idrottir   z nadzieją   patrzył   na 
krasnoludy.

Nikt się nie odezwał.
- Jestem pewien, że to ktoś z Hamdirholmczyków! – zachęcał. 

–   Nie   wstydzić   się!   Czeka   was   sława,   ba,   może   nawet 
przerośnie moją!

Krasnoludy rozglądały się po sobie. Nikt jednak nie zgłosił się.
Idrottir zmarkotniał:

-   Jednak   się   myliłem...   To   nieprawdopodobne...   On   musi 

pochodzić z Hamdirholm.

- Można się rozejść – obwieścił Dolgthrasir. Krasnoludy wróciły 

do   swoich   obowiązków.   W korytarzu   pozostał   tylko   Agnar, 
Idrottir i Pradziadek.

- Przepraszam, synu – mruknął Dolgthrasir.
Agnar uśmiechnął się smutnie i wzruszył ramionami:

- Stało się, dziadku... Kiedy mam opuścić kopalnię?
- Jutro, Agnarze. Dzisiaj będziesz moim gościem.

- I ja ruszę jutro – z ciężkim westchnieniem obwieścił Idrottir. 

– Taka długa droga i... i nic. 

***

Karczma   huczała   od   gwaru   zebranych   gości.   Chudy   jak 

szczapa i blady jak mąka szynkarz uwijał się między ławami. 
I choć właściwie poruszał się biegiem między stolikami, to jego 

czoła nie zrosiła żadna kropla potu. Stali bywalcy podśmiewali 
się z niego, że któreś z jego rodziców musiało być martwiakiem, 

bo   nie   możliwe   jest   żeby   karczmarz   był   tak   niewiarygodnie 
chudy, blady i w ogóle się nie pocił.

Szynkarz wracał właśnie za kontuar, gdy zatrzymał go jeden 

z klientów.

- To co zawsze, Borgu.- powiedział krasnolud wyjmując fajkę 

z ust.

- Tak jest, panie Lofarze – odparł usłużnie chudzielec i rzucił 

krótkie   spojrzenie   na   leżącą   przed   krasnoludem   zamkniętą 

księgę. „Opowieści bez końca. Tom XIV”, odczytał szybko tytuł, 
zaraz   go   zapomniał   i znikł   za   kontuarem.   Po   chwili   wrócił 

z dzbanem piwa.

Lofar wziął tęgi łyk, skrzywił się i mruknął:

- Daleko mu do hamdirholmskiego... – strzyknął przez zęby 

śliną na podłogę, otworzył księgę i zaczął pisać.

***

background image

Dolgthrasir i wąpierz stali na półce przed Bramą i patrzyli za 

odchodzącymi. Pradziadek z żalem, a Coleman z satysfakcją.

Właśnie   do   Dziobu   dotarł   Jałowczyk   i Kiwaczek.   Pierwszy 

z nich odwrócił się i pogroził kopalni. Coleman zaśmiał się cicho 
i zatarł ręce.

- Dopiąłeś w końcu swego – Pradziadek przenikliwie patrzył 

na   wąpierza.   –   Masz   z głowy   gwardzistów   króla   Morcara 

i Jałowczyka.   My   za   to   mamy   gigantyczną   dziurę   w ścianie 
z zaczątkiem jakiejś paskudnej ludzkiej budowli.

-   Oh,   poradzimy   sobie   –   beztrosko   rzucił   Coleman.   –   Nie 

gniewasz się, że przeze mnie odszedł Jałowczyk?

- Zawsze uważałem – wzruszył ramionami Dolgthrasir  – że 

ludzkie   budownictwo   jest   do   dupy.   Albo   budują   za   szybko 

i partaczą, albo powoli i gówno im z tego wychodzi.

Inżynierowie   znikli   za   skalnym   załomem.   Teraz   do   dziobu 

dotarła futrzana masa najeżona po zęby wszelaką bronią. Byli 
to barbarzyńcy żywo dyskutujący o akademii barbarzyństwa.

-   O,   jeden   spadł...   –   wskazał   na   szybujące   w dół   ciało 

w niedźwiedzim futrze.

- Kłócą się o kształt tej ich akademii – warknął Pradziadek. – 

Nie idzie z nimi wytrzymać tak są rozochoceni tym pomysłem. 

Trza było ich zwolnić ze służby, bo i tak ją sobie odpuszczali.

Barbarzyńcy skryli się za Dziobem.

Idące za nimi trzy krasnoludy zatrzymały się, żeby ostatni raz 

spojrzeć na Usta Hamdira.

- Bywaj Idrottirze – pomachał im Dolgthrasir cicho mówiąc do 

siebie. – Bywaj Agnarze, przynajmniej ty będziesz dość blisko. 

Bywaj,   a może   żegnaj   Baugi...   Może   znajdziesz   swoją   miłość 
i szczęście...

- Powiem szczerze, że zaskoczyła mnie decyzja Baugiego – 

przyznał   się   zamyślony   i wpatrzony   w dal   wąpierz.   –   Ruszyć 

miedzy elfy w poszukiwaniu elfiej żony, zostawić to wszystko, 
dla jakiejś kobiety...

-   Mnie   nie   zaskoczyła   –   burknął   Pradziadek.   „Ciekawe,   czy 

jeszcze go zobaczę” – pomyślał, a głośno rzucił:

- Zmiany, Colemanie, zmiany.

Stali tak wpatrzeni w znikające na Tysiącu Stopni postaci. Zza 

dziobu wychynęła karawana – długi łańcuch mułów poganiany 

przez ludzi.

- O! – ucieszył się wąpierz. – Jadą moje ciuszki!

Dolgthrasir przyjrzał się prowadzącemu karawanę mężczyźnie 

o trochę zniewieściałych ruchach.

- Przecież to Borut od damskich fatałaszków...
Coleman chrząknął:

- Handluję z nim trochę... Właściwie to dopiero zaczynam... 

mam dobrego klienta w... Kitaju? Tak, w Kitaju...

Pradziadek   pokręcił   z niedowierzaniem   głową   i schronił   się 

w cieniu Ust Hamdira, bo wstające słońce ostro zaczynało już 

przygrzewać.

-   To   nie   jest   tak   jak   myślisz...   –   trajkotał  Coleman.   –   Ten 

kupiec   z Kitaju,   to   mój   stary   znajomy...   I on   zbiera   takie 
egzotyczne, damskie ciuchy... wiesz, kolekcjoner... a ja się na 

tym świetnie znam...

W cień Bramy wkicał różowy królik. Stanął słupka, zastrzygł 

słuchami   i zdawał   się   rozglądać,   szukając   kogoś   lub   czegoś. 
Dojrzał   wciąż   gadającego   Colemana,   pokiwał   radośnie 

różowiutkim omykiem i odważnie pomknął za wąpierzem.

background image

Harna

Erp, gdy tylko ujrzał tą całą zbieraninę ludzi i nieludzi przy 

Bramie,   wiedział,   że   będą   kłopoty.   Chwiejący   się   dziadek 
zdający   się   być  pod   wpływem  środków   odurzających,  stojący 

obok   niego   elf   zawzięcie   pracujący   pilniczkiem   nad   swoim 
paznokciami,   to   byli   pierwsi   jacy   rzucili   się   przywódcy 

hamdirholmskiej   straży   w oczy.   Reszta   była   jeszcze   bardziej 
dziwna,   zwłaszcza   te   cztery   sztuki   dzieciaków   we   włochatych 

bamboszach,   biegających   dookoła   dorosłych   wydawała   się   co 
najmniej... niepokojąca? „Tak, to dobre słowo, niepokojąca”  - 

pomyślał   Erp.   Chociaż   kiedy   przeniósł   wzrok   na   potężnego 
człowieka   z ogromną   brodą,   to   stwierdził,   że   ten   gość   jest 

o wiele   bardziej   niepokojący.   Właściwie   to   był   niepokojąco 
niepokojący. Kolejny z przybyszów, w porównaniu z resztą, był 

całkiem normalny. I to również zaniepokoiło Erpa... Chociaż nie, 
raczej   zaintrygowało.   Tak,   próbował   sobie   wszystko   w głowie 

poukładać   strażnik:   tych   dwóch   wysokich   –   dziwni,   te   cztery 
dzieciaki   ganiające   się   wokół  całej   grupki   –   niepokojące,   ten 

szeroki   w barach   –   niepokojąco   niepokojący   i ten   ostatni   – 
intrygujący...   Chwileczkę!   Tam   jeszcze   ktoś   stał!   Ostatnia, 

dziewiąta   postać,   niska   i krępa   wydała   się   być   taka... 
krasnoludowata? Całkiem jak...

- Gimli? – spytał sam siebie z niedowierzaniem strażnik. – Jak 

Hamdira   kocham!   Toż   to   najprawdziwszy   Gimli!   –   i rzucił   się 

przywitać dalekiego krewniaka.

-   Dobrze   cię   widzieć   zdrowym,   Erpie!   –   Gimli   odwzajemnił 

mocarny uścisk przywódcy straży.

Erp   odsunął   kuzyna   na   długość   ramion   i przyjrzał   mu   się 

dokładnie:

-   Widzę,   że   i tobie   niczego   nie   brakuje   –   jeszcze   raz   się 

uściskali.

-   A twoi   towarzysze   to   kto?   –   strażnik   Hamdirholmu 

nieznacznie   kiwnął   głową   w stronę   wciąż   stojących   w Bramie 
gości.

Gimli westchnął ciężko, ale uśmiechnął się zaraz:
-   To   wędrowna   trupa   sztukmistrzów.   Jestem   ich 

ochroniarzem...

- Trupa sztukmistrzów, powiadasz – Erp chwile ciągał za swą 

długą brodę. – A co oni potrafią?

- Ten elf to znany linoskoczek, a nazywają go Golasem, bo jak 

wciśnie   się   w ten   swój   obcisły   strój,   to   wygląda   jakby   nagi 
biegał po tej cienkiej lince. Przy okazji, elf to elf, ale to koleś 

z największymi   jajami   jakie   żem   widział   na   świecie... 
Oczywiście sądząc po konturach przebijających spod tego jego 

wdzianka.

-   Ten   wielki   brodaty   barbarzyńca,   to   Borostwór,   siłacz 

w naszej   ekipie.   I to   niezły,   naprawdę!   Obok   niego,   ten 
mniejszy ludź, to Paragon – żongler nad żonglerami. Następny 

w kolejności,   ten   w tym   dziwacznym   kapeluszu,   to   Gandzialf, 
spec   od   fajerwerków,   ale   nie   wiem   jakiej   klasy.   Jestem   już 

z nimi   ładnych   parę   lat,   ale   jeszcze   żem   nie   widział   jego 
popisów, taki cały czas naprany chodzi...

-   A te   dzieciaki   w bamboszach,   co   latają   dookoła   nich?   – 

przerwał mu Erp wodząc wzrokiem za wirującymi nieustannie 

wokół całej grupki małymi postaciami.

- To nie dzieci, to niziołki, względnie hobbity. Takie dziwaczne 

stwory mniejsze niż ludzie, a wiekowe jak my. Teraz przypaliły 
sobie fajkowego ziela i latają jak szalone... To jeszcze nic! Jak 

se Gandzialf z nimi przyjara, to dopiero jest jazda!

- No i czym one się zajmują? – spytał Erp marszcząc brwi.

- Obcinają sakiewki oglądającym przedstawienie.
-   A jak   się   nazywają?   –   strażnik   sprawdził,   czy   swoją 

sakiewkę ma jeszcze na miejscu.

- Dildo,  Maverick, Peleryn Tłuk i Dziamdzia.

- Dość oryginalnie...
- Nieprawdaż?

background image

Erp jeszcze raz dokładnie zlustrował całą ósemkę.

- No i co was do nas sprowadza? – ciężko westchnął.
Gimli przysunął się bliżej i czujnie rozglądając się szepnął:

- Musimy się ukryć.
- Przed kim? – drgnął zaskoczony przywódca strażników.

Gimli skrzywił się:
- Od kilku tygodni drepcze za nami sekta... sekta talkistów..., 

czy jakoś tak? No i wyobraź sobie, oni wierzą w jakieś pisma 
jakiegoś Talka. No i łażą za nami, łażą i mówią  nam co mamy 

robić.

- To znaczy? – nie za bardzo wszystko załapał Erp.

- No, mówią przykładowo, że mam się przyjaźnić z całą moją 

ekipą, a najbardziej z tym elfem, z Golasem...

-   Nie   może   być!   Z elfem!   –   wykrzyknął   zaskoczony 

Hamdirholmczyk.

Gimli popatrzył na niego z uśmiechem politowania:
- Co ty mi tu... „Z elfem! Nie może być!” – przedrzeźniał Erpa. 

–   A wasz   Baugi   to   co?   Pies?   Posuwał   elficę,   że   jej   tylko   te 
spiczaste uszy się wiwały, a potem to się jeszcze z nią ochajtał! 

A ty   mi   tu   wielkie   gały   robisz   jak   wspomnę   o przyjaźni 
z elfem... Golas zresztą nie jest taki zły... gdyby tylko jaja miał 

mniejsze   od   moich   to   bym   tą   przyjaźń   jeszcze   przecierpiał, 
a tak duma nie pozwala...

- Ty mi tu z Baugim nie wyjeżdżaj! – zaperzył się Erp. – On 

już z elficą nie jest, a jej pośród nas też już nie ma! A ty sam 

nie pamiętasz błędów młodości, hę? Jak żeś po pijaku wyciurlał 
całe stado owiec, a temu baranowi to żeś chciał ustami...

-   Stare   czasy!   –   przerwał   mu   Gimli   machając   lekceważąco 

ręką. – Pijany byłem i spragniony kobiety...

- I faceta chyba też...
- Starczy tych wspominek. Nic mi do Baugiego i jego elficy. 

Nic też tobie  do moich  chuci. Talkiści siedzą  nam na ogonie, 
lada chwila się tu zjawią. Nie ukryjesz nas?

Erp chwilę szarpał brodę, patrząc na niestrudzenie biegające 

niziołki.

- Dobra, póki co wmieszajcie się w kupców. Jest ich tu trochę 

dzisiaj, tak że nie będziecie mieli z tym problemu. Dolgthrasir 

podejmie potem decyzję co z wami zrobić.

Gimli   uśmiechnął   się   szeroko   i uściskał   kuzyna.   Wrócił   do 

swojej trupy i zaraz cała gromadka wmieszała się w rozgdakany 

tłum kupców ze wszystkich stron świata. Tymczasem Erp posłał 
jednego ze swoich krasnoludów po Pradziadka.

Czekając na Dolgthrasira, patrzył oparty o Bramę na górską 

panoramę.   Wysokie   góry   z pobielonymi   wiecznym   śniegiem 

szczytami, zielone doliny poznaczone pazurami rzek i strumieni, 
futro   lasów   okrywające   stoki     -   wszystko   to   zalane   letnim 

słońcem.

Erp westchnął ciężko:

- Czy w tej kopalni nie może być spokoju?

***

Pradziadek   siedział,   za   pustym   teraz,   biesiadnym   stołem. 

Przed nim stała opróżniona   miska baraniego gulaszu. Mruczał 

dłubiąc drzazgą w zębach:

-   Ludno   tu,   a jednako   pusto   jakoś...   Harmider   dookoła,   a i 

spokój...   gwarno,   ale   i cisza   taka   jakaś...   –   rozejrzał   się   po 
głównej   sali   Hamdirholmu.   Dookoła   niego   wrzała   praca,   no 

może   nie   wrzała,   ale   spokojnie   gotowała   się.   Dolgthrasir 
z zadowoleniem   zauważył,   że   nikt   się   nie   kręci   bez   celu, 

wszyscy raźnym krokiem podążają ku wyznaczonym zadaniom. 
A to górnicy spieszyli do swych sztolni, a to złotnik z tobołkiem 

pełnym   swych   drogocennych   wyrobów   przepychał   się   przez 
stadko   owiec   i kóz   pędzone   właśnie   na   górskie   hale. 

Kawalerowie   podszczypywali   panny.   Żony   pocałunkami,   bądź 
ciosami rondli odprawiały swych mężów do pracy, a te stateczne 

krasnoludy, które już nie musiały pracować grały w karty ćmiąc 
fajeczki. – Jednym słowem, nuda... – westchnął Pradziadek. – 

Jałowczyk   obrażony   zmył  się,   Arien  wróciła   do   swoich,   Baugi 
powędrował   za   nią,   Lofar   wygnany,   Agnar,   syn   mój,   też... 

Z Sorlimi   spokój.   –   uśmiechnął   się   do   siebie.   –   Po   prostu 
sielanka...

background image

Sięgał właśnie po dzbanek piwa, gdy z trzewi Hamdirholmu 

rozległ się przeraźliwy ryk.

-   A,   jest   jeszcze   wąpierz,   psia   jego   jucha!   –   Pradziadek 

opróżnił dzbanek jednym haustem. Cmoknął z zadowoleniem – 
lepiej, znacznie lepiej. – Beknął trochę za głośno i rozejrzał się, 

czy w okolicy nie ma jego małżonki, Prababci Yrsy. Dała by mu 
w kość, gdyby dowiedziała się, że już od samego rana zaczyna 

piwkowanie.   Odetchnął   z ulgą   nie   widząc   nigdzie   w pobliżu 
niesamowicie rzucającej się w oczy żółtej chusty swej małżonki. 

Zaraz jednak oklapł – w jego stronę zmierzał wąpierz. Coleman 
był   wyraźnie   czymś   poirytowany,   gdyż   dopiero   teraz   dopinał 

ostatnie   guziki   swojej   pięknej   koszuli   z żabotami,   koronkami 
i tylko sam bóg wampirów wie jeszcze z czym. Dość nietypowe 

zachowanie jak na wampira, który bardzo mocno dbał o swój 
wizerunek zewnętrzny. To jego dzisiejsze rozchełstanie można 

by nawet uznać za oznakę poważnego niechlujstwa.

- Z tym psiajuchą też trzeba zrobić porządek – powiedział do 

siebie   krasnolud,   a głośniej   zakrzyknął   –   Hola,   krwiopijco! 
Cożeś taki wzburzony?

Coleman   zauważył  Pradziadka   i zaraz   skierował  się   do   jego 

stołu.   Był   wyraźnie   rozdygotany   emocjonalnie,   a jego 

przekrwione   oczy   głosiły   całemu   światu,   że   nie   spędził   zbyt 
spokojnej nocy.

-   Pijaną   owieczkę?   –   zaproponował   Dolgthrasir   sięgając   po 

kolejny dzban piwa dla siebie. – Zaraz każę którąś spoić...

- Nie pijam przed południem! – z godnością i wyrzutem odparł 

wampir. Niesforny kosmyk opadł mu na czoło, a jego końcówka 

boleśnie ukłuła w jedno z przekrwionych oczu.

- Co jeszcze... – syknął z bólu krwiopijca.

-   Widzę,   że   coś   cię   niesamowicie   rozsierdziło   –   zagaił   dla 

grzeczności Pradziadek. – Giezło na wierzchu nosisz, włosy nie 

ułożone...

Wampir złapał się za głowę:

- Aż tak to widać?! Na Hamdira, jestem skończony! Koszmar 

wraca  do   mnie  już   za  dnia!     Znikąd   otuchy,  znikąd   pomocy! 

Sam jestem na tym okrutnym świecie! I przyjdzie mi sczeznąć 
tu   w samotności!   –   poderwał   się   z ławy   i wskoczył   na   stół. 

Okoliczne krasnoludy przerwały na chwilę swoje zajęcia i cisza 

zapadła   w sali.   Nie   licząc   cmokania   fajek   głuchych,   starych 
krasnoludów,   którzy   nieświadomi   całego   zajścia   dalej   grali 

w karty.   –   Demony   przeszłości   wnet   przybędą   po   mnie 
i pochłoną mnie, jak owe czarne chmury nawałnicy co zżerają 

niebieskie   słoneczne   niebo!   Ziemia   rozstąpi   się   i przepadnę 
w nicość, a wraz ze mną i świat mój, bo przecież jak ja umrę, to 

i świat   umrze!   Może   tylko   jesteście   moim   złudzeniem, 
wytworem mego umysłu...

- Biada nam! – przerwał mu pojedynczy szloch gdzieś z głębi 

sali i wszyscy wrócili do swoich zajęć.

-   Wąpierz,   nie   tragamady...   drakagi...   nie   gadaj   głupot!   – 

rozsierdził się Pradziadek ściągając Colemana ze stołu. – Mów 

co się stało!

Wampir usiadł na ławie zrezygnowany:

- To mój koniec... A ty, Pradziadku, kiedy mnie już nie będzie, 

dokończysz moją opowieść... opowieść o moim życiu zapisaną 

krwią...

-   Przestań   żesz   bredzić   nadęty   owcossaczu!   –   wrzasnął 

czerwony z wściekłości Dolgthrasir, po raz kolejny przerywając 
monotonię pracy w głównej sali Hamdirholmu. – Do roboty! – 

warknął na przyglądające mu się krasnoludy. – A ty, wąpierz, 
mów co ci na wątrobie leży!

Coleman   wziął   kilka   głębokich   oddechów   i nagle   wyrzucił 

z siebie:

- Mam koszmary! Śni mi się łurzowy kłulik...
- Łu..., że co? – zmarszczył się Pradziadek.

- Łurzowy kłulik!
- A co to, na cztery tysiące beczek rozlanego piwa, jest!?

-   Ma   cztery   łapy,   miękkie   futerko,   długie   uszy,   kica   i jest 

różowy...

- Taki... różowy królik?
- Tak! Nie... To znaczy, on wygląda jak różowy królik, ale to 

tak naprawdę jest łurzowy kłulik!

- Czyli śni się tobie różowy królik, tak? – Dolgthrasir próbował 

w jakiś sposób ogarnąć tragedię wampira. – To nie jest chyba 
takie straszne... Wręcz przeciwnie, to bardzo miły sen...

background image

-   „Miły   sen”?   –   wampir   poderwał   się   z ławy.   –   Czyś   ty 

zwariował?   Wiesz   co   on   w tym   śnie   robi?   Radośnie   kica, 
poruszając małym noskiem z wąsikami! Do tego czasem staje 

słupka, albo tak śmieszne drapie się w uszy tylnią łapą! I cały 
czas jest różowy! I co ty na to? Dalej uważasz, że to miły sen?!

Pradziadek patrzył przez chwilę na wampira jak na wariata. 

I prawdę mówiąc to w tej chwili za takiego go uważał.

-   Taaaak...   –   odpowiedział   powoli,   licząc   się   z nagłym 

wybuchem wampira. – Ten twój łurzowy kłólik robi wszystko to 

samo co zwykłe króliki. Różni się tylko kolorem i nazwą, tak?

- O to, to, to! – uradował się wampir. - Sedno sprawy! Jest 

różowy i nazywa się łurzowy  kłulik!

Pradziadek   zaczął   głaskać   się   po   brodzie.   Coś   zaczęło   mu 

świtać:

- Czy ten różowy królik coś dla ciebie znaczy?

Teraz z kolei wampir patrzył na Pradziadka jak na idiotę:
- Heloł, przecież to łurzowy kłulik! Wszyscy chyba wiedzą, że 

kicający łurzowy kłólik to zapowiedź śmierci!

- Hmm, dla nas znaczy coś całkiem odmiennego – szczęśliwe 

potomstwo... Zaraz, zaraz, to gdyby śnił się tobie taki martwy, 
spuchnięty,   nie   za   bardzo   już   różowy   królik,   to   co   by   to 

znaczyło?  

Oczy Colemana zwęziły się:

- Ty bydlaku! – wycedził obnażając kły. - Zabiłbyś takie miłe, 

małe zwierzątko... Potwór!

- Chwileczkę! – krasnolud uniósł dłonie w obronnym geście. – 

Przecież   to   sytuacja   wymyślona!   Owszem,   zabiłbym,   gdybym 

był głodny...

- Barbarzyńca! – wampirem wstrząsnęło obrzydzenie.

Pradziadek oklapł zrezygnowany:
- To ja już nic nie rozumiem. Sen z różowym, przemiluśnym 

królikiem   to   koszmar,   a zabicie   takiego   królika,   bo   jest   się 
głodnym to obrzydliwe barbarzyństwo. O co chodzi?

- Nie rozumiesz?! – wrzasnął poirytowany wampir. – Przecież 

one się nam śnią!

-   No   i?   Śnią   nam   się   również   owce,   góry,   ludzie,   skarby 

nieprzebrane i Hamdir wie co jeszcze... co się stało?

Wampir   stał   przed   nim   z wytrzeszczonymi,   wielkimi, 

przekrwionymi oczyskami, z gębą otwartą na oścież i próbował 
złapać tchu. Na pierwsze wrażenie wyglądał jakby mu w serce 

wbił   kołek   jego   najlepszy   przyjaciel.   Na   drugie   wrażenie 
wyglądał jak kompletnie zaskoczony wampir.

- To... to... – zaczął dukać. – To wam się jeszcze śni coś poza 

łurzowymi kłulikami?

- Właściwie to śni się nam wszystko, a wam co? Same króliki? 

–   Pradziadek   parsknął   śmiechem,   ale   zaraz   spoważniał,   bo 

wampir powoli skinął głową.

-   Same   króliki...?   –   z niedowierzaniem   upewnił   się   jeszcze 

Dolgthrasir.

-   Tak   –   odpowiedział   ciężko   przełykając   ślinę   Coleman.   – 

Muszę usiąść. Mój świat legł w gruzach...

Przez chwilę milczeli. Ciszę przerwał Pradziadek:

- A jak macie sprośne sny, to co się dzieje?
- To te kłuliki... one tak szybko...

- Nie kończ. Rozumiem.
Cisza.

- To znaczy... – tym razem pierwszy odezwał się Coleman. – 

To znaczy, że tylko wampirom śnią się wyłącznie kłuliki?

- Na to wygląda – westchnął Pradziadek. – I co ten sen dla 

was, wampirów, znaczy?

-   Tak   jak   mówiłem,   poważne   zmiany   w życiu,   najczęściej 

prawdziwą   śmierć...   –   odpowiedział   mu   półprzytomnie   wciąż 

zdruzgotany wampir. – Potrzebuję nowego łóżka, szafki nocnej. 
I nocnika.

- Hmm, co?
-   Koszmar   przeszedł   w jawę   –   mówił   powoli   wampir 

wpatrzony   niewidzącym   wzrokiem   w skałę   naprzeciwko.   – 
I obudziłem   się,   a łurzowy   kłulik   siedział   mi   na   klacie   i tak 

śmiesznie   ruszał   tym   pyszczkiem.   Przestraszyłem   się 
i zmieniłem postać w demona... Meble do wymiany.

-   Dobrze,   żeś   się   nie   zesrał   –   warknął   poirytowany 

Pradziadek. Strasznie nie lubił niespodziewanych wydatków.

-   A właśnie,   pościel   też   –   wampir   zerknął   na   krasnoluda 

z przestrachem. – Tamta... eee... porwała się.

background image

-   Pradziadku?   –   przy   ich  stole   pojawił   się   młody   krasnolud 

służący   w straży   przy   Bramie.   –   Przybyło   poselstwo 
martwiaków.

-   Martwiaków?!   –   Coleman   ożywił   się.   O ile   tak   można 

powiedzieć o martwym wampirze.

Dolgthrasir  wyciągnął palca w jego stronę i krwiopijca zaraz 

opadł:

- Dobra, dobra. Pójdę posprzątam swoją komnatę...
Pradziadek   wziął   niedokończony   dzbanek   piwa   i ruszył   za 

strażnikiem.

- Dużo ich tam jest, Brodarze?

-   Nie   –   wzruszył   ramionami   młodzieniec.   –   Ale   są   z nimi 

krasnoludy. Dokładnie to jeden...

- Krasnoludy... – Dolgthrasir podrapał się po głowie. – Tego 

jeszcze nie było...

Wyszli z Przedsionka do hali z Bramą. Pomimo wczesnej pory 

ruch   panował   tu   całkiem   spory   –   już   stały   pierwsze   kramy 

krasnoludów,   w tym   również   budy   Sorlich.   Rozkładali   się   też 
pierwsi   ludzcy   kupcy,   a spora   ich   liczba   kręciła   się   po   całej 

pieczarze. Gdzieś tam w najdalszym kącie jaskini słychać były 
skoczne   melodie   wygrywane   na   flecie   zagłuszane   co   chwilę 

przez okrzyki rozentuzjazmowanego tłumu.

-   A tam   co   się   dzieje?   –   zainteresował   się   Pradziadek 

wyciągając   szyję   i próbując   dojrzeć   coś   w mrocznym   kącie 
ledwo rozświetlanym przez pochodnie.

- To wędrowna trupa, jacyś znajomi Erpa.
- Podatek opłacili?

- Opłacili, opłacili.
Doszli   do   Bramy,   gdzie   dowódca   hamdirholmskiej   straży 

odprawiał   właśnie   kolejną   karawanę.   Pradziadek   przyjrzał   się 
przybyszom i zmarszczył brwi.

-   Co   oni   tacy   wszyscy   pękaci,   pryszczaci   i mają   te   dziwne 

szkła na nosach? – zagadnął Erpa.

- To są talkiści, jakaś nowa sekta. To co mają na nosach to 

okulary – pomagają im w czytaniu...

- Handlują książkami? – Dolthrasir wskazał na trzymane przez 

talkistów   książki.   Każdy   z nich   miał   co   najmniej   jedną, 

a niektórzy nawet trzy.

- Nie – konfidencjonalnie szepnął Erp. – Nazywają to Trylogią 

i są tam spisane słowa ich Mistrza...

- Czemu mówicie między sobą po ludzku? – przerwał im jeden 

z talkistów,   który   już   od   jakiegoś   czasu   bacznie   się   im 

przyglądał.

- A niby jak mamy rozmawiać? – zdziwił się Pradziadek.

-   Po   krasnoludzku   –   dołączył   się   drugi   talkista   poprawiając 

okulary. Postukał palcem w swoją książkę. – Musicie rozmawiać 

po krasnoludzku. Tak napisał Mistrz.

- Przecież rozmawiamy!

-   Nie   –   stanowczo   zaprzeczył   ten   pierwszy.   –   Mówicie 

w naszym języku, więc mówicie po ludzku. Ludzie mają swój 

język, krasnoludy swój, a elfy swój. Tak napisał Mistrz.

- Ale my nie znamy innego języka oprócz tego którym teraz 

się posługujemy!

- To nie jesteście krasnoludami.

Pradziadka aż zatkało:
- Nie jesteśmy?

- Nie jesteście. Tylko ci, którzy trzymają się słów Mistrza są 

prawdziwymi krasnoludami, ludźmi, czy też elfami. Cała reszta 

to popłuczyny po Mistrzu...

- Jak?! – oburzył się Erp. – Że ja niby jestem popłuczyny?! 

Jak ci zaraz tym toporkiem powyciskam te wszystkie pryszcze, 
to staniesz jedną wielką, dymiącą górą flaków!

- Krasnoludy tak się nie wyrażają! – dołączył kolejny talkista, 

a zaraz po nim następni:

- Właśnie!
- I nie wypasają owiec!

- O, to to!
-   I u   mistrza   nie   było   żadnej   kopalni   co   by   nazywała   się 

Hamdirholm!

- To tak po prawdzie – Pradziadek wziął się pod boki – to jak 

się nazywa to miejsce w którym obecnie się znajdujecie? I kim 
jesteśmy my?!

Tolkiści popatrzyli po sobie i zaczęli wszyscy mówić na raz:
- No, na pewno to nie jest kopalnia, bo za uboga... No i wy 

background image

nie jesteście krasnoludami, bo nie mówicie po krasnoludzku... 

I waszych imion nie zapisał Mistrz...

- Patrzcie! – ktoś krzyknął  z tłumu. – Drużyna pierścienia!

Banda   pryszczatych   okularników   potoczyła   się   w stronę 

jaśniej   oświetlonej   części   jaskini,   skąd   dobiegała   skoczna 

muzyka i widać było jakiś wzmożony ruch.

Dolgthrasir z nienawiścią patrzył za oddalającym się tłumem 

talkistów. W końcu odwrócił się do Erpa, który poczerwieniały 
na twarzy drżał z wściekłości.

Pradziadek nabrał powietrza:
- Wyrzuć ich stąd pod najmniejszym pretekstem – wysyczał. 

– Brodarze prowadź do martwiaków.

***

Coleman, zamyślony skubiąc dolną wargę, wracał do swojej 

komnaty. Nie zwracał uwagi na potrącające go krasnoludy tak 

był   skupiony   na   odkryciu   jakie   przed   chwilą   dokonał 
w rozmowie   z Dolgthrasirem.   Innym   śnią   się   różne   sny!   Nie 

tylko króliki, czy też łurzowe kłuliki, ale coś całkowicie innego!

- To musi być niesamowite doznanie... – mruknął do siebie 

zatrzymując   się   przed   drzwiami   do   swojego   schronienia. 
Spojrzał okute stalą drewniane wrota i skulił się ze strachu. „A 

co jeśli to stworzenie, które rano tak się mościło na mojej piersi 
tylko czyha, by na mnie skoczyć zaraz po wejściu i... i... zechce 

się   przytulić?”   Coleman   zadrżał   z obrzydzenia   na   samą   myśl 
o przytuleniu   się   do   puchatego,   cieplutkiego,   milutkiego 

zwierzątka.

- Nie, nie wejdę tam – jednak mimo wszystko położył rękę na 

klamce i ostrożnie uchylił zaglądając w mrok komnaty:

- Jest tam kto? – spytał nieśmiało i zaraz oczyma wyobraźni 

ujrzał tabuny łurzowych kłulików kryjących się w ciemnościach 
jego sypialni marzących tylko o tym, by się do niego przytulić. – 

Nie!   –   krzyknął   zdjęty   zgrozą   i z   hukiem   trzasnął   drzwiami. 
Przez chwilę walczył ze zmianą postaci w demona, by w końcu 

z cichym  jękiem   zamienić   się   w nietoperza  i chwiejnym  lotem 
pofrunąć ku Przedsionkowi.

W pustym korytarzu przed komnatą Colemana początkowo nic 

się   nie   działo.   Potem   zza   drzwi   wampirzej   sypialni   dobiegło 
głuche   stuknięcie,   a klamka   delikatnie   drgnęła.   Zaraz   też 

łupnięcie   powtórzyło   się   i klamka   wyraźnie   się   poruszyła. 
Jeszcze jedno uderzenie i drzwi uchyliły się. Znowu zapanował 

spokój.

Drzwi   drgnęły,   jakby   ktoś   z wielkim   wysiłkiem   próbował   je 

otworzyć i na korytarz wyskoczył różowy królik.

Stanął słupka śmiesznie wyciągając łepek i węsząc. Opadł na 

cztery łapki i nieśpiesznie ruszył tropem wampira.

***

Coleman   początkowo   fruwał   bez   celu   po   kopalni,   gdy 

uświadomił sobie, że jest głodny. Skierował się więc ku owczym 

zagrodom, zaraz jednak przypomniał sobie, że do Hamdirholmu 
przybyła   delegacja   martwiaków.   Uśmiechnął   się   na   myśl 

o galaretowatej   substancji   jaka   spoczywała   w żyłach 
nieumarłych   i zaraz   spoważniał.   Pradziadek   zabije   go,   jeśli 

jeszcze raz skosztuje zombiaka, ale przecież Coleman nie chce 
wcale spożywać krwi martwiaków – usprawiedliwiał się w duchu 

wampir. – Coleman chce tylko popatrzeć! I nic więcej! No może, 
trochę powąchać... Ale nic poza tym!

Nietoperz   zmienił   swój   chybotliwy   lot   i skierował   się   ku 

wyjściu z kopalni.

***

Tłum   gapiów   z ciekawością   przyglądał   się   wyczynom 

żonglującego   Paragona,   który   nie   przerywając   swej   sztuczki 
wdrapywał się na ramiona Borostwora. Wysoko nad trupą, na 

linie   spacerował   elf   Golas   odważnie   prezentując   wszystkim 
zebranym swoje pierwszorzędne cechy płciowe.

- Elfy nie mają takich dużych jaj – pisnął jeden z talkistów. – 

Hej, a co ty tu robisz niziołku!

Przyłapany na gorącym uczynku hobbit wzruszył ramionami:
-   Opierdalam   wam   sakiewkę,   mości   panie!   –   i już   chciał 

background image

umknąć, gdy otoczył go zwarty tłum pryszczatych okularników:

- Hobbity się tak nie wyrażają! – zaczęły sypać się uwagi.
- I nie kradną!

- Niziołki to dobre istoty i wszelkie zło jest im obce!
-   Ale   ja...-   skulił   się   przytłoczony   nienawiścią   tolkistów 

Dziamdzia.

- Żadnego ale! Niziołki są miłymi stworzeniami, domatorami 

i brzydzą się jekimkolwiek przestępstwem! Lubią palić fajkowe 
zielę...

- No, ale fajkowe ziele kosztuje... – próbował tłumaczyć się 

hobbit.

-   Wcale,   że   nie   kosztuje!   Hobbity   same   uprawiają   fajkowe 

ziele w Hobbitonie...!

- Gdzie? – zdziwił się niziołek. – Ja jestem z Wlazłych...
Otaczający   złodziejaszka   talkiści   rzucili   się   do   wertowania 

swoich ksiąg.

-   Nie   ma   takiej   miejscowości!   –   oznajmili   w końcu 

tryumfalnie.

- No, ale tam się urodziłem!

Tłum pryszczatych okularników zadrżał:
- Nie wolno podważać nauk Mistrza! Jak w Trylogii czegoś nie 

ma, to znaczy, że tego nie ma! Hobbity nie kradną, bo nigdzie 
nie ma o tym wzmianki! A jeśli ty kradniesz, a jesteś hobbitem, 

to   działasz   wbrew   naukom   Mistrza   i nie   masz   prawa   do 
istnienia...!

- Co tu się dzieje? – Gimli przepychał się przez zbiegowisko. 

Tolkiści szybko rozsypali się po jaskini, nadal jednak kręcąc się 

w pobliżu wciąż grającej przedstawienie trupy.

Na   podłodze,   w pozycji   embrionalnej,   leżał   spazmatycznie 

płacząc  Dziamdzia.  Krasnolud  posadził  go  i przytulił  do  siebie 
głaszcząc skręconą czuprynę:

- Nie... ma... mnie... – łkał niziołek tocząc grube łzy.
- Co oni ci zrobili... – cedził przez zaciśnięte zęby Gimli. – Co 

oni ci zrobili...

***

Wampir,   kierując   się   ku   wyraźnemu   zapachowi   martwiaczej 

krwi,   minął   Bramę   i skalnym   korytarzem   pofrunął   do   Dziobu 

nad   Tysiącem   Stopni.   Po   drodze   spotakał   wspinających   się 
Dolgthrasira   i Brodara.   Trzymając   się   nieco   z tyłu   za 

krasnoludami   dotarł   do   Dziobu   i stojącej   na   niej   wieży 
wartowniczej.

Pradziadek   wszedł   do   całkiem   sporego   pomieszczenia   dla 

strażników   Hamdirholmu   i poprosił   obecne   tam   krasnoludy 

o przeniesienie się poziom wyżej. Coleman zawisł pod powałą 
i drżąc   z pożądania   wbijał   swoje   nietoperze   ślepia   w dwie 

okutane   płaszczami   i zakapturzone   postaci.   Martwiaki 
przybywały   do   Hamdirholmu   po   kryjomu,   żeby   swoją 

obecnością nie straszyć kupców.

Dziadek zasiadł przy ustawionym po środku stole, przesunął 

na bok topór i lunetę robiąc przed sobą miejsce i westchnął:

- Cóż to do nas was sprowadza?

Wyższa  postać drgnęła  i wysunęła  się  do  przodu zdejmując 

kaptur.

-   Pozdrowienia,   Dolgthrasirze   –   całkiem   wyraźnie   jak   na 

nadgniłego trupa, przywitał się martwiak.

-   A,   witam,   witam   Leofricu!   –   uśmiechnął   się   Pradziadek 

podnosząc się i kłaniając.

- Przejdźmy od razu do rzeczy...
- To lubię! – powiedział Dolgthrasir.

- Otóż mamy pewien problem – zaczął nieśmiało nieumarły, 

a Pradziadek   zmarszczył   brew.   –   Konsultowałem   się   ze 

Związkiem   Martwiaków   Wolnomularzy   i nie   było   żadnego 
problemu   co   do   potwierdzenia   naszego   biznesplanu 

i zatwierdzenia środków finansowych na nasze projekty. Jako, 
że tych środków było stanowczo za mało, to musiałem zwrócić 

się do naszej organizacji-matki PZPN...

- Czego?

-   Ponadwyznaniowego   Zrzeszenia   Przedsiębiorczych 

Nieumarłych... No, a w PZPN okazało się, że istnieje ogromne 

lobby przeciwne inwestycjom w Hamdirholm...

- A co oni mają przeciwko krasnoludom! – Pradziadek huknął 

background image

pięścią w stół.

-   Nie   przeciwko   krasnoludom   –   odezwała   się   druga   postać 

podchodząc do  stołu i również     ściągając kaptur. – Przeciwko 

Hamdirholm.

Przed   Dolgthrasirem   stał   krasnolud-martwiak.   Jego   szarą 

twarz przyozdabiała rzadka broda, która gdzieniegdzie odpadła 
wraz   z mięsem   od   policzków.   Pozbawione   gałek   ocznych 

oczodoły beznamiętnie „wpatrywały” się w Pradziadka.

Dolgthrasir   aż   wysunął   się   ponad   stołem   chcąc   dokładnie 

przyjrzeć się nowemu rozmówcy:

- Dziadunio...? – spytał w końcu z niedowierzaniem.

-  A co  sobie   myślisz,  łachudro!  –  warknął  zombiak.  –  Twój 

osobisty   przodek!   Dziadek   dokładnie!   A jednocześnie   prezes 

PZPNu!

-   I Dziadunio   występuje   przeciwko   mnie!   –   oburzył   się 

Pradziadek. – Rodzina przeciwko  rodzinie!? To już jest czyste 
chamstwo!

-   Chamstwo?!   –   zaperzył   się   krasnolud-martwiak.   Z jego 

prawego   oczodołu   wypełzł   biały   robak   i wijąc   się   nadawał 

kolorytu twarzy Dziadunia – Rodzina przeciwko rodzinie?! Osz, 
ty! Ciesz się, że nie mogę gwałtownych ruchów wykonywać, bo 

bym ci zaraz dupsko skroił, dzieciaku!

- O, wypraszam sobie! – obruszył się Dolgthrasir. – Jestem 

starszy   od   ciebie,   kiedy   ty,   dziadku,   umierałeś!   I mógłby 
dziadek, jak do mnie mówi, zabrać tą larwę z oka! A w ogóle, to 

co dziadek się na mnie drze!?

Dziadunio sięgnął do swojego oczodołu, uchwycił wijącego się 

robala   i wepchnął   go   sobie   do   ust.   Pradziadek   skrzywił   się 
z niesmakiem.

- Ano drę się, – już spokojniej zaczął kontynuować krasnolud-

martwiak   –   bo   nie   mogę   patrzeć   jak   rujnujesz   dziedzictwo 

Hamdira...

- Że co...? – Dolthrasir, aż przysiadł z wrażenia.

-   To,  że   Baugi   ohajtał  się   z Elficą,   to   nic.   To,  że   wpuściłeś 

wampira  poza  Przedsionek,   to   też     nic.   To,  żeś  zawarł  pokój 

z Sorlimi,   to   należy   ci   się   nawet   pochwała.   Ale   to,   że   się 
z ludźmi układasz, jakieś hotele dla nich w sercu Hamdirholmu 

budujesz i kupczysz z nim w Przedsionku, to już znieść tego nie 

mogę! – Dziadek huknął pięścią w stół, aż skrawki martwego 
mięsa z jego ręki rozprysły się na wszystkie strony.

- To nie tak... – próbował bronić się krasnolud.
- Jeszcze nie skończyłem! Wygnałeś swojego syna...

- Należało mu się! – zaoponował Dolgthrasir – Nic to, że moja 

rodzina! Sprawiedliwość jest sprawiedliwością!

- ...może i miałeś pod tym względem rację. Wygnałeś Lofara, 

fakt, że uzurpator jakich mało, ale przy okazji wielce użyteczny! 

Poza   tym...  poza  tym...   Poza  tym,   to  mi  się  w ogóle   nic   nie 
podoba w twoich rządach! Dlatego nie poprę biznesplanu ZMW 

i nie wesprę środkami z PZPN.

- A nie popieraj – wzruszył ramionami Doltghrasir. – Mam już 

tego   wszystkiego   dość!   Od   jakiegoś   czasu   wszystko   się   wali 
w tej kopalni, ludzcy inżynierowie porzucili swoją robotę, bo im 

wampir, co ma koszmary z różowymi królikami, srał do zupy... 
Mój   ukochany   wnuk   gania   za   jakąś   elficą,   mój   syn   żyje   na 

wygnaniu,   po   środku   kopalni   mam   wielka   dziurę   z którą   nie 
wiadomo co mam zrobić...

-   Ej,   chłopie   –   łagodnie   odezwał   się   Dziadunio.   W jego 

oczodole   znowu  zaczął  wić   się   robak  –   nie  poddawaj   się!   Po 

prostu   martwię   się   o ród   Hamdira,   chociaż   już   jestem   tylko 
martwiakiem!   Chciałbym   by   wszyscy   Hamdirholmczycy   żyli 

w dostatku, ale nie kosztem odwiecznych praw i niepotrzebnych 
zmian.   Nie   akceptuję   tego   co   tu   robisz...   tych   wszystkich 

kupców...,   barbarzyńców   stojących   na  straży  kopalni...   To   po 
prostu   nie   po   naszemu,   nie   po   krasnoludzku!   Jeszcze   więcej 

zmian wprowadzisz i nic nie zostanie z Hamdirholmu – upodobni 
się   do   jeszcze   jednego   miasta   na   Równinach   i straci   na 

atrakcyjności! Jeśli uda nam się dojść do konsensusu...

- Eee, czego?

-   ...   porozumienia,   to   wesprę   cię   cała   potęgą   martwego 

świata.   Pod   jednym   warunkiem   Hamdirholm   musi   pozostać 

krasnoludzkim miejscem. A teraz oprowadź mnie po kopalni... 
Już tak dawno tu nie byłem.

-   Fakt,   ostatni   raz   Dziadunia   to   stąd   nogami   do   przodu 

wynosili.   Mógłby   Dziadunio   znowu   zabrać   tego   robaka 

background image

z oczodołu, bo ona tak na mnie dziwnie... łypie. I tego drugiego 

co z nosa wygląda. Dziękuję.

Coleman   oderwał   się   od   powały   i oblizując   się   poleciał   za 

Dolgthrasirem i dwoma martwiakami.

 

***

-  Jak  widzisz, Dziaduniu –  kończył swój  obchód po  kopalni 

Dolgthrasir – wstrzymaliśmy prace przy hotelu, od kilku tygodni 

dziura przysłonięta jest tym płótnem żaglowym – tu Pradziadek 
pochylił się do resztek ucha swego zmarłego przodka i krzywiąc 

się   od   smrodu   rozkładu   jaki   bił   od   ciała   Dziadunia   dodał:   - 
Właściwie to nigdy prace nad hotelem się nie rozpoczęły. Między 

innymi   dlatego   wyrzuciłem   ludzkich   inżynierów.   -   Dolgthrasir 
nie   czuł   potrzeby   wdawania   się   w szczegóły,   że   Jałowczyk 

i Kiwaczek   sami   zrezygnowali   z pracy.   -   Nie   ma   też 
barbarzyńców, sami sobie świetnie radzimy z ochroną. Nie ma 

też elficy – jest niemalże jak za twoich czasów.

Dziadunio   rzucił   szybkie   spojrzenie   swemu   rozmówcy. 

Spojrzenie było tak szybkie, że kilka czerwi nie utrzymało się 
w pustych oczodołach krasnoluda-martwiaka i posypało  się  na 

posadzkę Hamdirholmu:

- Ty mi tu oczodołów pierdołami nie zamydlaj! Nie widzę też 

Baugiego, a i ci ludzcy kupcy niesamowicie się panoszą...

-   Ano   widzisz,   Dziaduniu   –   Pradziadek   uśmiechnął   się 

tryumfująco – Chcemy całe  to tałatajstwo na dół, pod Tysiąc 
Stopni   przenieść.   No   i Baugi   został   wysłany   z misją,   co   by 

środki finansowe od Króla Równin ściągnąć...

- Co?! - zaperzył się Dziadunio. - To ty prawnuka na żebry żeś 

do   ludzi   wysłał?!   A co   to,   rodziny   nie   masz,   że   do   zwykłych 
śmiertelników po pożyczkę musisz się udawać?!

- Ale przecież – Dolgthrasir zrobił niewinną minę - Dziadunio 

sam powiedział, jeszcze niedawno, że pieniędzy nam nie da, bo 

jest   przeciwko   Hamdriholm...     Prawda   Leofricu?   -   zapytany 
bezradnie  rozłożył  ręce i pokręcił głową na znak, że  on w tej 

dyskusji udziału nie bierze

- Bzdury gadasz! - tupnął krasnolud-martwiak. - Nic takiego 

nie   powiedziałem!   Zawsze   całym   sercem   wspierałem 

Hamdirholm, bo to przecież moja rodzina!

- Ale... - oponował Dolgthrasir.

- Nie ma żadnego „ale”! Ściągaj tu z powrotem Baugiego, ja 

zaraz   wracam   na   cmentarz   i przysyłam   tobie   kwoty   o jakie 

prosiłeś.   Pod   jednym   warunkiem   -     cała   inwestycja   będzie 
budowana   u   podnóża   Hamdirbergu,   a nie   w samym 

Hamdirholmie!

-   O to   mi   cały   czas   chodziło,   Dziaduniu!   –   Dolgthrasir   już 

wyciągał ramiona, żeby przygarnąć krasnoluda – martwiaka, ale 
sobie uświadomił, że bliższy kontakt cielesny z przodkiem może 

owego   przodka  dość skutecznie  uszkodzić. Więc tylko  klasnął 
z radością.

-   Leofricu   –   Dziadunio   zwrócił   się   do   swego   martwego 

towarzysza. - przygotuj odpowiednią dokumentację...

Załopotały błoniaste skrzydła i coś brunatnego przylepiło się 

do karku Dziadunia. To Coleman, nie mogąc znieść już głodu, 

rzucił   się   na   krasnoluda   –   martwiaka.   Nietoperz   zdążył   tylko 
głośniej pisnąć z rozkoszy i rozległo się dość głośne „puffff!” Za 

plecami   Dziadunia   klęczał   przerażony,   walczący   z utratą 
przytomności Coleman – już w ludzkiej postaci.

- To krasnolud... - zdążył tylko powiedzieć. Jego oczy zapadły 

sie w głąb czaszki i wampir osunął sie na kopalnianą posadzkę. 

Zaraz też wokół leżącego zebrał sie tłumek gapiów.

- Cholerny owcossacz! - zirytował się Pradziadek. - Jeszcze mi 

tu zaraz wykituje, cholerny alergik!

- Co to?! Kto to?! - dopytywał się zdezorientowany Dziadunio, 

a z   nakłucia   powstałego   po   zębach   nietoperza   –   wampira 
ciekawsko zaczęły wyglądać czerwie.

-   A to,   Dziaduniu   –   wysyczał   nerwowo   drepcząc   dookoła 

Colemana Dolgthrasir - nasz wampir Coleman.

- Czemu mnie zaatakował? – Dziadunio mimowolnie przetarł 

się   po   karku   rozgniatając   przy   tym   kilka   niezadowolonych 

z tego faktu robali.

-   Jest   nałogowcem   jeśli   chodzi   o krew...   hm...   o to   coś   co 

maja w sobie martwiaki. Przy okazji jest też uczulony na krew 
krasnoludów.

background image

- Przepuśćcie mnie! Jestem dyplomowanym lekarzem! - przez 

zebrany tłum przeciskał się jeden z talkistów. Dopadł leżącego 
Colemana   i przyłożył   palce,   wskazujący   i serdeczny,   do   szyi 

wampira.   Przez   chwilę   starał   się   wyczuć   tętno.   W końcu 
obwieścił grobowym głosem:

- Brak tętna... Nie żyje...
- Mądrala – burknął pod nosem Dolgthrasir, a głośno rzucił.- 

Pewnie, że nie żyje! Jest przecież wampirem!

- Wampirem? - talkista rzucił sie do swojej książki i zaczął ją 

wertować. Wczytał się w tekst, przerzucił kilka kartek i znowu 
pochłonęła go literatura.

- No i? - przerwał mu Dziadunio.
-   Co   „no   i”?   -   zaskoczony   talkista   spoglądał   zza   swoich 

wielkich   okularów   na   martwiaka,   który,   w obecności   tłumu 
niekrasnoludów skrył swe oblicze pod kapturem.

- No i jak możemy go uleczyć?
Człowiek spojrzał na Colemana:

- Jego? Jego przecież nie ma...
-   Jak   to   nie   ma?   -   Dolgthrasir   szturchnął   butem   nogę 

wampira. - A to co, kupka gnoju?

-   W Trylogii   nie   ma...   W dziełach   Mistrza   nie   ma   żadnej 

wzmianki o wampirach, Hamdirholm, złodziejach-niziołkach...

-   Zaraz,   zaraz   –   Pradziadek  podrapał  się   po   głowie   –   czyli 

wasz Mistrz to taki twórca światów, tak? I on według was ustala 
zasady rządzące światem, tak?

- Tak! – uradował się talkista, szczęśliwy, że ktoś go w tym 

świecie   w końcu   zrozumiał.   -   Nasz   Mistrz   stworzył 

niepodważalny   kanon   wszystkich   fantastycznych   światów! 
Każde zakłócenie, nieścisłość czy też specjalne przeinaczenie to 

policzek w twarz naszemu Mistrzowi!

Dolgthrasir   przez   dłuższą   chwile   wpatrywał   się 

w rozpromienionego  talkiste,  aż  uśmiech na  twarzy  człowieka 
zaczął przygasać.

-   Mam   takie   dziwne   wrażenie   –   bardzo   powoli   zaczął 

Pradziadek   –   że   ten   świat   w którym   obecnie   się   znajdujemy, 

został stworzony przez jakiegoś innego Mistrza... Mistrza to za 
dużo powiedziane. - Dolgthrasir uniósł głowę i zaczął krzyczeć 

pod   powałę   hamdirholmskiej   jaskini.   -   Raczej   przez   jakiegoś 

imbecyla-żartownisia co mi tu co i rusz zsyła jakichś debili i w 
ogóle nie stara się uszanować mojej pracy! A wy – tu skierował 

się   do   talkisty   –   zaraz   zmiatać   z mojej   kopalni!   I z mojego 
świata też!

-   O,   wypraszam   sobie!   -   talkista   podniósł   się   otrzepując 

spodnie i poprawiając okulary. -   Zapłaciliśmy całą stawkę za 

pobyt   tutaj,   więc   mamy   prawo   siedzieć   tutaj   tak   długo   jak 
kupcy!

- Chyba, że wcześniej coś przeskrobiecie... Co u diaska?! - 

Dolgthrasir   zmarszczył   brwi   i skierował   wzrok   w nogi   tłumu. 

Zamigotało coś tam różowego...

Przed   szereg   ciekawskich   wykicał   królik.   Różowiutki   jak 

poranek nad jeziorem w lecie.

- Cofnąć się! - wrzasnął Dolgthrasir. - Wszyscy do tyłu! To 

przeraźliwy   potwór   z koszmarów   wampira!   To   ŁURZOWY 
KŁULIK!

Tłum ani drgnął. Królik stanął słupka i węsząc wyciągał szyję. 

Opadł   na   przednie   łapki   i małymi   skokami   ruszył   ku   wciąż 

leżącemu wampirowi.

- To nie żarty, do kroćset! - pieklił się Pradziadek. - W tył, jeśli 

wam życie miłe! – i sam powoli zaczął się wycofywać. Reszta 
tłumu poszła za jego przykładem.

Różowy   królik,   a właściwie   to   łurzowy   kłulik   dotarł   do 

bezwładnej dłoni Colemana, obwąchał ją przez chwile, znowu 

stanął   słupka   i delikatnie   oparł   się   na   ramieniu   wampira.   Po 
czym jednym susem znalazł sie na klatce piersiowej Colemana.

- A więc to prawda... - wyszeptał Dolgthrasir, wystarczająco 

głośno, by to usłyszał stojący koło niego Dziadunio.

- Co jest prawdą? - pociągnął za rękaw Pradziadka krasnolud-

zombiak.

- To co wąpierz cały ranek trajkotał. O swojej nieuchronnej 

śmierci,   którą   mu   wyśnił   ów   łurzowy   kłul.   Wszystko   się 

zgadza...   Nie   ma   sensu   walczyć   z przeznaczeniem.   Żegnaj, 
druhu – Pradziadek otarł łezkę w kąciku oka. - Byłeś upierdliwy 

jak mało kto, ale i tak cię lubiłem...

Łurzowy   kłul   chwilę   mościł   się   na   piersi   wampira.   Wokół 

background image

całego zajścia zapadła cisza. Tylko z oddali niósł się handlowy 

gwar   kopalni.   Różowe   stworzenie,   wciąż   strzygąc   wąsami, 
zbliżało swój pyszczek do ust Colemana. W chwili kiedy wszyscy 

z przerażeniem   patrzyli   na   stykające   się   usta   zwierzęcia 
i wąpierza, nastąpił błysk, huk i pęd powietrza powalił na ziemię 

zebranych   wokół   wampira   gapiów.   Kiedy   podnieśli   się 
i pozbierali,   z niedowierzaniem   patrzyli   na   miejsce,   gdzie 

jeszcze   przed   chwilą   leżał   wampir   z siedzącym   mu   na   piersi 
różowym królikiem.

- Co u diaska... - sapał gramoląc się Dolgthrasir. - Kim, na 

wszystkie demony Nilfhelfu, jesteś?!

Siedząca okrakiem na Colemanie naga kobieta, wciąż patrząc 

w zastygłą twarz wampira odpowiedziała wesoło:

-   Hej,   jestem   Harna,   eteryczna   smoczyca!   A wasz   wampir 

wyzwolił mnie właśnie z czaru!

- Skąd żeś tu sie wzięła? - dopytywał się Dziadunio. - I gdzie 

jest ten różowy, mały  futrzak?

Harna   radośnie   podskoczyła   na   wampirze.   Jej   piersi 

podskoczył równie radośnie co jej właścicielka. Tłum jęknął.

-   Ten   różowy   futrzak   to   ja!   -   krzyknęła   przeciągając   się 

z lubością Harna. Jeden z mężczyzn zemdlał.

- Żeś różowa to nie da się ukryć, ale futrzak to przeszłość. 

Chociaż nie wszędzie... Okryj się, niewiasto, bo twe wybujałe 

kształty przyprawią o szał wszystkich zebranych tu facetów. Bez 
względu   na   rasę   -   powiedział   Pradziadek,   zdejmując   płaszcz 

i podchodząc do nagiej kobiety.

Harna narzuciła płaszcz na ramiona i zaczęła opowiadać:

- Dawno temu, pewien smok-czarnoksiężnik, obrażony za to, 

że  odrzuciłam  jego   zaloty zamienił  mnie  w łurzowego  kłulika, 

a jedynym  sposobem  na  zrzucenie  zaklęcia  uczynił  pocałunek 
wampira! Niezła heca, co? - smoczyca z tryumfem rozejrzała się 

po nic nie rozumiejącym tłumie. Tylko Pradziadek uśmiechnął 
się   na znak,  że  pojmuje  absurd  sytuacji. Harna  zaczęła więc 

kierować swe słowa do Dolgthrasira: - Ciężko jest w obecnych 
czasach znaleźć wampira, a jeszcze ciężej znaleźć chętnego do 

pocałowania łurzowego kłulika... Jesteśmy przecież koszmarami 
wampirów!   Przekicałam   wiele   mil,   odwiedziłam   wiele   zamków 

i miast   -   bezskutecznie,   aż   w końcu   usłyszałam,   że 

w Hamdirholm ukrywa się pewien wampir. No to wkicałam tu...

-   A właśnie   –   odezwał   się   jak   zawsze   pragmatyczny, 

Pradziadek. - Nie opłaciłaś wejściowego.

- Nie mam czym – Harna w szczerym geście  odsłoniła swe 

nagie   ciało.   -   Jestem   goła   i wesoła.   -   Pradziadek   przymrużył 
oczy   i przełknął   ślinę.   Gdzieś   za   nim,   w tłumie,   znowu 

o posadzkę łomotnęło bezwładne ciało.

- Nic to... Mów dalej i okryj się szczelnie, bo... bo się jeszcze 

nam tu przeziębisz – Pradziadek przetarł spocone czoło.

- Co tu więcej opowiadać – wzruszyła ramionami smoczyca. - 

Próbowałam tego mego wampirka – tu z czułością spojrzała na 
leżącego   jak   kłoda   Colemana   –   pocałować   we   śnie,   ale 

ostatnimi czasy stał się bardzo czujny i rzadko sypiał, a jak już 
zasypiał,   to   z otwartymi   oczyma.   W końcu   go   jednak 

przydybałam   i kic!   -   płaszcz   Harny   zawirował   w pląsach 
odsłaniając   to   i owo.   –   Oto   jestem,   ja,   Harna,   eteryczna 

smoczyca!

-   Dobrze,   dobrze   –   powiedział   Pradziadek   biorąc   smoczycę 

pod ludzką postacią pod ramię. - Chodźmy do Przedsionka, tam 
wszystko   sobie   dopowiemy...   Hej,   Erp,   weź   kilku   chłopaków 

i zanieście Colemana do jego komnaty! Mam nadzieję, że mu 
niedługo przejdzie...

*** 

- I jak z nim? - spytał Dolgthrasir przysiadając na łóżku przy 

wciąż   nie   dającym   oznak   życia   wampirze.   Na   krześle,   u 

wezgłowia   łoża,   siedział  Hrei,   który   oprócz   funkcji   kronikarza 
kopalni   pełnił   również   czasami   obowiązki   lekarza.   Z kolei 

w nogach   Colemana   siedziała   zatroskana   o zdrowie   wąpierza 
Harna.

- Od dwóch dni bez zmian – pokręcił z rezygnacją głową Hrei. 

-   Żadnych   oznak   życia,   żadnego   rozsypywania   się   w pył, 

żadnych procesów gnilnych... Nie wiem co mu jest, ani jakie 
lekarstwo mam mu zaaplikować.

-   Niedobrze,   niedobrze   –   zmartwił   się   Pradziadek.   -   Tym 

razem przesadziłeś, owcossaczu...

background image

-   Co   słychać   w kopalni?   -   spytał   kronikarz   poprawiając 

poduszkę pod Colemanem.

- Eee, tam – machnął zniechęcony Dolgthrasir. - Ci tolkiści 

dają   się   nam   mocno   w kość.   Co   prawda   żadnej   szkody   nie 
czynią, więc i wyrzucić ich z Hamdirholmu za bardzo nie można. 

Marudzą za to niemiłosiernie..., krew mnie już zalewa! I do tego 
jeszcze to wampirzysko...

Harna zaszlochała kryjąc twarz w dłoniach.
- Dziecko! - Pradziadek przyskoczył do niej. - Dziecko, co się 

stało?

-   Tak   mi   go   szkoda   –   wyszeptała   eteryczna   smoczyca 

ocierając oczy rękawem swej pięknie haftowanej lnianej sukni. - 
Tyle chciałam mu powiedzieć... podziękować... A teraz leży tu 

zimny...

- Zimny to on był zawsze... - wtrącił Hrei.

- Jak długo ona przy nim siedzi? - spytał Dolgthrasir. Harna 

dalej szlochała mu w ramię.

- Od początku – odpowiedział kronikarz.
Pradziadek   wziął   w swoje   sękate   dłonie   drobniutką   twarz 

Harny:

- Dziecko, musisz odpocząć...

Eteryczna smoczyca zaprzeczyła kręcąc głową.
- Kochanie  – nie ustępował Pradziadek.  -  Musisz  odpocząć. 

Nic tu po tobie. Prześpisz się trochę, a jemu w tym stanie ani 
nie pomożesz swoją obecnością, ani nie zaszkodzisz, gdy cię tu 

nie będziesz. Kto wie, może kiedy obudzisz się, to przywita cię 
jego   uśmiech.   Zresztą,   obiecuję,   że   jak   tylko   otworzy   oczy, 

zaraz po ciebie poślę.

- Naprawdę? - Harna przetarła załzawione oczy.

- Słowo krasnoluda! No, idź już!
- Tylko się z nim pożegnam...

Smoczyca przysiadła u wezgłowia wampira, smukłymi palcami 

pogładziła bladą dłoń Colemana. Odgarniając kosmyk czarnych 

włosów z jego czoła pochyliła się jakby chciała złożyć pocałunek 
na   zimnych   ustach.   Zawahała   się   na   moment,   by   po   chwili 

ucałować chorego.

Pradziadek widząc całe zajście, pomyślał sobie, że kończy się 

szczęśliwe   życie   kawalerskie   Colemana.   Ktoś,   kto   z taką 

czułością   całuje   umarlaka   nie   wypuści   zbyt   łatwo   ze   swych 
zgrabnych   łapek   swej   zdobyczy.   Zresztą   oboje   do   siebie 

pasowali.   On,   wampir   z charakterem,   artystyczną   duszą, 
szarmancki,   z królewskim   drygiem...   Ona,   cielesna   choć 

sprawiająca wrażenie eterycznej, zwiewna, niezwykle kobieca, 
świadoma   swojej   wartości   –   podobnie   zresztą   jak   Coleman. 

„Tak,   idealna   para.”   -   uśmiechnął   się   do   siebie   Dolgthrasir 
i porozumiewawczo mrugnął do Hreia. Ten również odpowiedział 

uśmiechem. Stare krasnoludy wiedziały co tu się kroi.

Smoczyca   z niechęcią   wypuściła   dłoń   wampira 

i zdecydowanym krokiem ruszyła do drzwi. Kiedy położyła rękę 
na klamce dobiegł ją głos Pradziadka:

- Harna... - i było w tym głosie coś, co kazało jej się odwrócić.
Dolgthrasir siedział w nogach łóżka i z uśmiechem wpatrywał 

sie w chorego. Smoczyca powędrowała za wzrokiem krasnoluda. 
Widząc otwarte oczy wampira, zakryła usta dłonią i rzuciła się 

w stronę łoża.

-   Żyjesz!   Ty   żyjesz!   -   obsypała   go   pocałunkami.   -   Tak   się 

martwiłam! Ty żyjesz!

Zszokowany   Coleman   dość  biernie   przyjmował  te  wszystkie 

wyrazy czułości.

- Ekhm... - chrząknął wampir między pocałunkami. - Czy ja 

panią znam? Z całym szacunkiem, ale nie godzi się być aż tak 
frywolnym   wobec   obcego   mężczyzny.   Nie   to,   że   mam   coś 

przeciwko   kobiecym   względom...   Po   prostu   poznanie   pani 
imienia, jak i zasadności  pani zachowania, sprawiłoby dla mnie 

przyjemność porównywalną z tą jaką teraz pani zaznaje...

-   „Ten   ssak   jest   niereformowalny”   -   pomyślał   wzdychając 

Pradziadek. - „Tą małą czeka jeszcze mnóstwo pracy.”

- To ja! – zakrzyknęła smoczyca radośnie podrygując na łóżku 

–   Harna!   Eteryczna   smoczyca   co   zaklęta   była   w łurzowego 
kłulika! I ty mnie odczarowałeś!

-   Łurzowy   kłulik...?   -   Coleman   na   wpół   usiadł   na   łóżku.   - 

Odczarowałem?

- Tak! - i Harna znowu rzuciła się na wampira, chcąc go po raz 

kolejny wycałować.

background image

-   Proszę   się   do   mnie   nie   zbliżać!   -   powstrzymał   ją 

wysuniętymi przed siebie otwartymi dłońmi Coleman. - Proszę 
zostawić mnie w spokoju!

Smoczyca   zamarła   w pół   ruchu,   a jej   uśmiech   powoli   gasł. 

Zerwała   się   z łóżka,   wygładziła   wymiętoloną   suknię 

zdecydowanym   ruchem   i skłoniwszy   się   rzekła   oficjalnym 
tonem:

- Bardzo pana przepraszam za moje zachowanie, górę wzięły 

emocje,   a tak   nie   powinno   się   stać.   Chciałam   tylko   panu 

podziękować za przywrócenie mi mej właściwej postaci. Mam 
wobec   pana   niesłychany   dług   i jeśli   tylko   będzie   pan   czegoś 

potrzebował,   będę   zobowiązana   udzielić   panu   pomocy. 
Oczywiście   wszystko   w granicach   przyzwoitości!   Żegnam!   - 

Harna odwróciła się na pięcie i zamaszystym krokiem ruszyła do 
wyjścia,   a burza   jej   kasztanowych   włosów   ledwo   za   nią 

nadążała.   Otworzywszy   drzwi,   smoczyca   tupnęła   ze   złością, 
a wychodząc, w geście bezsilności, pokazała wampirowi język.

Oba krasnoludy z politowaniem popatrzyły na Colemana.
- No co? - wąpierz zdawał się być wzorem niewinności.

- Już jak coś palniesz... - powiedział z rezygnacją Hrei.
- Co palniesz?! Co palniesz?! - zirytował się wampir. - Przecież 

to jest potwór z moich koszmarów!

- Chciałbym mieć tylko takie koszmary – odparł Pradziadek. - 

Choć   jest   za   chuda   jak   na   me   gusta,   to   jest   w niej   coś 
niezwykle   istotnego   dla   prawdziwego   mężczyzny   –   ogromne 

pokłady kobiecości. Niczym  nie  skażonej kobiecości.  Ona jest 
czysta niczym diament, bez żadnej rysy czy pęknięcia.

-   Ja   tam   niczego   nie   zauważyłem   –   nadąsał   się   wampir 

krzyżując ramiona i ostentacyjnie patrząc na sufit.

-   Idiota   –   warknął   Hrei.   Coleman   tylko   syknął   wściekle.   - 

A krągłe  biodra zauważyłeś, hę?  Bo  ja tak i na pierwszy  rzut 

oka widać, że jeszcze nie rodziła... A nogi widziałeś? Co prawda 
kompletnie  łyse, ale  za to  umięśnione  i foremnie  zbudowane. 

A talia... Talia o której mogą marzyć tylko osy! No i cycki! Tam 
to dopiero drzemie potęga! Gdybyś mógł mieć dzieci, to byś nie 

musiał martwić się o pokarm dla osesków!

- Z tymi cyckami to przesadziłeś – wtrącił się Dolgthrasir.

- A co? - zaperzył się kronikarz. - Nie są piękne?!

- Są, oczywiście że są. Tylko te dzieci... A jużci każdy facet 

myśli   o karmieniu   dzieci   jak   porządny   cyc   zobaczy...   Jużci! 

Szybciej,   sam   by   chciał   zanurzyć   się   między   te   półkule   i z 
błogim uśmiechem umościć się między nimi...

- Mam dość tych waszych soczystych opisów! – poderwał się 

na   równe   nogi   wampir.   -  To   jest   mój  koszmar   i nikt   nie   jest 

w stanie go zrozumieć!

-   Koszmar...   -   parsknął   Hrei.   -   Koszmar   o złotym   głosie 

i pąsowych ustach stworzonych do całowania...

- WON!! - Wampir pokazał obu krasnoludom drzwi. - Won mi 

stąd zanim nie zmienię się w demona!

Krasnoludy sarkając ruszyły ku wyjściu:

- A oczy... żywe, wilgotne i wielkie jak ślepia kozicy podczas 

rui...

-   A te   włosy...   zdrowe   i długie   niczym   grzywa   dobrze 

zadbanego konia...

Coleman zawył demonicznym głosem, ale postaci nie zmienił:
- Won mi z tymi animalistycznymi porównaniami! Wy w ogóle 

nie potraficie rozróżnić koszmaru od pięknej kobiety!

Drzwi   właśnie   domykały   się,   gdy   w szparze   między   nimi 

a futryną pojawiła się głowa Dolgthrasira:

- Moja teściowa to dopiero był koszmar! Pewnego razu...

Jego   opowieść   przerwał   ryk   demona,   który   wypełnił   całą 

komnatę.   Zaszeleściły   gigantyczne   błoniaste   skrzydła,   a o 

podłogę zachrobotały pazury.

- Dobra, dobra. Po co te nerwy... - Pradziadek domknął drzwi.

Wampir wrócił do ludzkiej postaci i usiadł zmęczony na łóżku. 

Ciężko było mu się do tego przyznać, ale krasnoludy miały rację 

– Harna była niezwykle powabną kobietą. „A to co mnie w niej 
interesuje” - mówił sobie Coleman. - „To jedynie ciało. Tak ciało! 

Zresztą nawet to ciało mnie do końca nie interesuje... Przecież 
ona jest koszmarem z moich snów! Fakt, że w pięknej postaci, 

ale to jest koszmar i nic tego nie zmieni!”

Uważając, że sprawę Harny ma już za sobą, wampir wygodnie 

rozłożył się na swym łóżku i próbował zasnąć. Jednak jego myśli 
nieustannie   wracały   do   smoczycy.   A nawet   mu   się   ona 

background image

przyśniła. Pląsająca nago na łące. Nie był tego pewien, ale i on 

chyba tam z nią był...

*** 

Dolgthrasir  siedział zasępiony w Przedsionku. Popijając piwo 

co i raz ciężko wzdychał. Wciąż nie mógł pozbyć się talkistów, 

a ci   cały   czas   panoszyli   się   po   otwartej   części   kopalni.   Ci 
sekciarze,  jak  nazywał  ich   Coleman,  nie   chcieli  odejść   nawet 

wtedy, gdy Hamdirholm opuszczali kuglarze Gimlego – zresztą 
bardzo szczęśliwi, że ta grupa upierdliwców nie będzie łazić już 

za nimi. A talkiści... Talkiści zakazali nawet już przeklinać, „bo 
Mistrz   o niczym   takim   nie   pisze”.   Pradziadek   ponownie 

westchnął.   Ktoś   kto   dosiadł   sie   do   niego   po   prawej   stronie 
westchnął również.

-   Co   tam,   Colemanie?   –   Zagaił   Pradziadek   nawet   nie 

sprawdzając   kto   to.   Cała   kopalnia   wiedziała,   że   od   wypadku 

z martwiakami   coś   leży   na   wampirzej   duszy,   o ile   Coleman 
takową posiadał. - Ciężko jet walczyć z nałogiem?

- Eee, tam – wampir machnął ręką. - Z tego martwiaczego 

nałogu to skutecznie mnie wyleczył twój Dziadunio.

- To co ci tam w żyłach zalega, hę?
Wampir znowu westchnął, ale zmilczał.

-   Milczysz,   choć   zazwyczaj   gadatliwy   jesteś   niebywale   – 

dedukował   Dolgthrasir.   -   A skoro   milczysz,   to   coś   ukrywasz. 

A jak   coś   ukrywasz,   to   coś   co   boisz   się   okazać.   A jak   boisz, 
bądź wstydzisz się pokazać, to muszą być to emocje. Musisz 

więc jednak przyznać, że Harna wpadła ci w oko, co?

Coleman powoli wypuścił powietrza zanim odpowiedział:

- Skąd Pradziadek wie, że to o kobietę chodzi?
-  Ha!   Widzisz  –   zaczął  dziadek  nabijając  fajkę   –  faceci  nie 

lubią gadać o miłości, ani ją okazywać, tym bardziej publicznie. 
Łatwo   jest   jednak   rozpoznać   zakochanego   faceta   –   łazi   taki 

osowiały   po   kopalni,   wzdycha,   czasami   palnie   jakiś   wierszyk, 
czy też cytat, dla niepoznaki o śmierci. Innym razem spędza pół 

nocy   patrząc   na   oświetlone   księżycem   góry.   No   i kręci   się 
w miejscach, gdzie najczęściej przebywa obiekt westchnień.

- To wszystko prawda – zgodził się z krasnoludem wampir. - 

Problem jest jeszcze taki, że obiekt westchnień traktuje takiego 
delikwenta bardzo oschle...

-   Dziwisz   się?   Odrzuciłeś   wdzięczność   pięknej   i wrażliwej 

kobiety,   a to   nie   byle   co.   Harna   otworzyła   się   przed   tobą, 

szczerze   martwiąc   się   o twój   stan   zdrowia,   a ty   nazwałeś   ją 
koszmarem ze swoich snów. To ją srodze zabolało i zamknęło 

przed tobą podwoje jej serca.

- Co mam zrobić? – Coleman znowu westchnął.

-   Nic,   a jednocześnie   wiele.   Być   przy   niej,   okazując   w ten 

sposób, że ci na niej zależy. Nie możesz się jednak narzucać – 

żadnych prezencików, przeprosin czy propozycji schadzek. Ona 
musi   się   przyzwyczaić   do   twojej   obecności,   do   tego   że   stale 

koło niej jesteś. No i musisz świecić przykładem i być szczerym. 
Znaczy się... masz mówić to co ona chce usłyszeć – każdą inna 

szczerość   kobiety   tolerują   w znacznie   ograniczony   sposób. 
Kiedyś w końcu pęknie... Jeśli cos do ciebie czuje, to na pewno 

pęknie.   Jeśli   nie...   To   przynajmniej   będziesz   miał   zajęcie   na 
jakiś czas i nie będziesz się uganiał za martwiakami!

Coleman skrzywił się na wspomnienie tamtego wydarzenia:
-   Skończyłem   już   z tym   nałogiem.   Teraz   napawa   mnie 

obrzydzeniem.

-   Musisz   jeszcze   coś   wiedzieć   –   podjął   poprzedni   temat 

Pradziadek. - Istnieje  duże prawdopodobieństwo, ze to  dzięki 
smoczemu... jej pocałunkowi wróciłeś do żyw... nieżywych.

Coleman zagryzł wargę:
-  To   niejako   zmienia  postać  rzeczy.  Zawdzięczam  jej  życie, 

a zachowałem się jak ostatni cham i prostak. Muszę odzyskać 
jej względy!

-   Tylko   powoli.   Miłość   to   wojna   –   większość   czasu   na   niej 

spędzonego to czekanie na ruch przeciwnika.

-  Mam!  Mam!  -  do  Przedsionka wpadł,  niczym  wiatr  halny, 

Erp.

- Co masz?
- Mam rozwiązanie naszego programu z talkistami!

- Ciekawe! - ożywił się Pradziadek.
- Podpowiedział mi to Gimli zanim nas opuścił. Otóż... - i tu 

background image

Erp   wdał   się   w szczegóły   swojego   planu.   Gdy   skończył 

Dolgthrasir pokiwał głową z uznaniem:

-   Sprytne!   O ile   się   Harna   zgodzi.   Zawołaj   mi   ją   tu   zaraz, 

drogi Erpie!

Dowódca   hamdirholmskiej   straży   zniknął   w korytarzu 

prowadzącym do Bramy.

-   Hmm,   to   ja   może   sobie   pójdę.   Nie   chcę   Harnie   zbytnio 

w oczy sie rzucać.

-   Idź,   idź   –   Dolgthrasir   łyknął   piwa   i pogwizdując   zaczął 

nabijać fajkę.

*** 

- Wasze kolczugi też  nie są prawdziwe  – jeden z talkistów, 

z miną   znawcy,   strofował   przy   Bramie   Erpa.   -   Powinny   być 
z mithrilu i ty, jako osoba znaczna w tej kopalni powinieneś ją 

nosić.

- A co to jest ten mithril?

-   Eeee...   To   taka   niezwykle   wytrzymała   stal...   w kolorze 

srebra.

- W kolorze srebra? - zdziwił się krasnolud. - Nie może być 

w kolorze   srebra!   Coś   albo   jest   srebrne,   albo   nie   jest.   Jak 

można uzyskać kolor srebrny bez srebra?

- Można coś posrebrzyć...

-   No   to   i tak   dalej   mamy   do   czynienia   ze   srebrem, 

nieprawdaż? Albo coś jest srebrne, albo nie srebrne i koniec!

Talkista machnął ręką:
- W ogóle się na chemii nie znacie!

-  Ale  za to  mamy najprawdziwszego   smoka! -  zaperzył się 

Erp.

- Taaa, już to widzę! - zaczął podkpiwać człowiek. - Pewnie 

podróba, jak wszystko tutaj!

- Nie! Jak Hamdira kocham! - zaklął się krasnolud. - Widzisz 

tamtą   ciężką   sztorę   i dwóch   krasnoludów   bacznie 

obserwujących   wszystkich   w pobliżu?   O tam   śpi,   ten   smok... 
Kiedyś  dwóch   ludzkich  inżynierów   spieprzyło  robotę   i nastąpił 

zawał, który odsłonił jaskinię, a w nim śpiącego smoka!

- I co? - zapytał podniecony tolkista – pożarł was?
- Tak, całą kopalnię! - sarkastycznie odpowiedział mu Erp. - 

A my     tu   jesteśmy   duchami!   Oczywiście,   że   nie   pożarł, 
ponieważ   wiemy   jak   się   obchodzić   z uśpionym   smokami!   Nie 

wolno podbierać im skarbów, a skarbów to ma on ci mnóstwo! 
I dlatego   te   dwa   krasnoludy   pilnują   tej   zasłoniętej   kotarą 

jaskini.

Talkista zamyślił się i potarł ręką szczękę:

- Coś w tym jest... Mistrz wspominał o podobnym zachowaniu 

smoków... A,  chwileczkę! Jak sie nazywa ten smok?

- Jakoś tak dziwacznie... - Erp w zamyśleniu podrapał sie za 

uchem. - Jakoś tak dziwacznie, po smoczemu... O! Nazywał się 

Smaug! Tak, Smaug!

Talkista pobladł:

-   Macie   tu   Smauga...   Nie   jakąś   mierną   podróbę,   tylko 

prawdziwego smoka... Macie Smauga... i jego skarby!

-   Ćśśś,   nie   krzycz!   -   dowódca   straży   rozejrzał   się   czujnie 

dookoła. - Nie wszyscy muszą o tym wiedzieć!

- Tak, tak! - poprał go  człowiek. - Masz  rację! To  powinno 

pozostać  w sekrecie!  Jeszcze   ktoś  by  chciał  obudzić  Smauga, 

a to   może   skończyć   się   tragedią!   Ekhm...   czy   mógłbym   go 
zobaczyć?

- No nie wiem – powątpiewająco pokręcił głowa strażnik. - 

Odwiedzanie smoka jest surowo zakazane...

-   Dam   ci   koszulkę   z Harry   Porterem   –   talkista   wyciągnął 

z plecaka   koszulkę   z podobizną   jakiegoś   chłopaka   siedzącego 

na   miotle.   Erp   zauważył,   że   ten  chłopak   miał   na   nosie   takie 
same szkiełka co wszyscy talkiści. Za to prawie w ogóle nie miał 

pryszczy i był  szczupły. „Pieprzeni sekciarze!”  - pomyślał Erp, 
a głośno powiedział:

-   No   dobra,   za   koszulkę   mogę   ci   pokazać.   Chodźmy!   - 

krasnolud   poprowadził   człowieka   przez   całą   Hallę. 

Przecisnąwszy się przez tłum stanęli przed dwoma strażnikami 
kotary. Erp kazał talkiście poczekać w oddaleniu, a sam zamienił 

kilka słów z pilnującymi krasnoludami, po czym zlustrowawszy 
najbliższe   otoczenie   skinął   ponaglająco   na   talkistę.   Człowiek 

background image

przełknął ślinę i sprężystym krokiem podszedł do kotary.

- Wskakuj! - syknął jeden ze strażników.
Talkista   posłusznie   bryknął   za   sztorę.   Tam   spotkała   go 

ciemność. Człowiek przez chwilę czekał, aż oczy przyzwyczają 
się do mroku. Chwilę później, gdy z mrocznych czeluści  zaczęły 

wyłaniać się kształty, do uszu talkisty dobiegło ciche sapnięcie. 
Człowiek   po   omacku   ruszył   przed   siebie.   W mroku,   kilka 

metrów   przed   nim   zamajaczyły   się   pagórkowate   kontury. 
Talkista   skierował   się   właśnie   ku   temu   ciemnemu   pagórkowi, 

gdy nogą trafił w jakieś metalowe naczynie, które z brzękiem 
potoczyło się przed siebie. Pagórek wyraźnie na chwilę spęczniał 

i rozległo   się   głośne   syknięcie.   Zaraz   potem   wzniesienie 
otworzyło złote oczy.

Talkista   zsikał   się   w spodnie.   Złota   poświata   delikatnymi 

promieniami oświetliła potężny pysk i nozdrza smoka, a także 

fragment ogromnej hałdy skarbów na której spoczywał. Intruz 
smoczego   legowiska   przełknął   ślinę   i zamarł   w bezruchu.   Po 

chwili   złote   ślepia   zamknęły   się   i poświata   zniknęła.   Talkista 
odetchnął i powolutku zaczął się cofać do kotary.

- I jak? – spytał go Erp po opuszczeniu smoczego leża. Zaraz 

jednak dodał, widząc zmoczone spodnie talkisty - Ooo, chyba 

żeś zobaczył smoka...

- O tak – niepewnie wydukał człowiek. - Widziałem i to było 

niesamowite przeżycie...

- Tylko cicho sza! Nikomu ani słowa! - pogroził mu palcem 

krasnolud.

- Oczywiście!

Erp   patrzył   za   odchodzącym   i zostawiającym   mokre   ślady 

talkistą,   który   zmierzał   dokładnie   w stronę   obozu   swych 

pobratymców. Tam gorączkował się chwile z kilkoma talkistami, 
którzy   z mieszaniną   strachu   i ciekawości   spoglądali   w stronę 

kotary.

Erp uśmiechnął się.

Przynęta chwyciła.

*** 

Późnym   wieczorem,   kiedy   juz   zmrok   zapadł   na     zewnątrz 

kopalni,   a ciemności   w Halli   ledwo   rozjaśniało   kilka   małych 
ognisk,   do   dwóch   krasnoludów   pilnujących   spokoju   smoka, 

podszedł Erp i zagaił:

- Chłopaki, nie macie ochoty napić się miodziku?

- A chętnie – odparł jeden ze strażników. - Nic się chyba nie 

stanie   jak   na   chwileczkę   przejdziemy   się   do   Bramy.   I tak 

wszyscy w okolicy śpią.

Trzech   krasnoludów   skierowało   się   do   wejścia   do   kopalni 

i tam, przy otwartych wrotach, zasiedli nad beczułką miodu.

Przy   kotarze   skrywającej   smoka   przez   chwilę   nic   się   nie 

działo. Zaraz jednak rozległy się szepty, a od pobliskiej ściany 
oderwało   się   kilkanaście   postaci   i truchcikiem   podbiegło   do 

sztory.

- Przygotujcie latarki i aparaty! - ktoś szepnął. - Wchodzimy 

na trzy!

Postaci  odliczyły do   trzech  i wpadły  za kotarę.  Spod  kotary 

zaczęło   się   wydobywać   nikłe,   sztuczne   światło,   a co   chwilę 
dołączał do niego zimny błysk.

-   Jak   Boga   kocham,   to   prawdziwy   Smaug!   -   rozległy   się 

podniecone głosy.

- Jaki wielki!
- I ile ma skarbów!

-   O,   i jest   kolczuga   z mithrilu!   A nie...   to   jakaś   szmata   do 

podłogi...

- Zostaw to, bo obu...
Zza   kotary   rozbrzmiał   potężny   ryk   smoka.   Zadrżały   ściany 

i posypał   się   kurz   ze   sklepienia.   Śpiący   kupcy   poderwali   się 
z legowisk.

- Za późno! - pisnęli talkiści. - W nogi!
Zza   kotary   wysypała   się   chmara   postaci.   Potykając   się 

i przewracając pomknęła ku Bramie. Zanim dotarli do wyjścia, 
już wśród przerażonych kupców pojawiły się krasnoludy:

Spokojnie   panowie,   to   tylko   naszemu   wampirowi   śnią   się 

różowe króliki – wyjaśniały rzeczowo. - Znacie Colemana? No, 

to   ten   sam!   Ten   co   go   kilkanaście   dni   temu   zemgliło   po 
martwiaczej krwi... Taki tam dziwak... Piwka?

background image

Talkiści   wpadli   na  półkę   przed   Bramą   i zaczęli   po   schodach 

zbiegać   na   łeb,   na   szyję.   Dwóch   z nich   nie   wyrobiło   się   na 
początku schodów i z krzykiem runęło w przepaść. Od Dziobu 

oderwała   się   skrzydlata   postać   i zapikowała   za   spadającymi. 
Natomiast z Bramy wyskoczyła z okrzykiem przerażenia kobieta 

w długiej   zwiewnej   szacie,   odbiła   sie   od   skraju   półki   i już 
w locie, przy akompaniamencie przerażającego huku zamieniła 

się w skrzydlatego smoka. Ze świstem błoniastych skrzydeł gad 
zanurkował   w przepaść.   Talkiści   wrzasnęli   głośniej   i zdwoili 

wysiłki, niemal turlając się w dół.

Kiedy   schody   opustoszały,   z otchłani   przy   Bramie   z ciężkim 

łopotem   skrzydeł   wychynął   demon   trzymający   w łapach 
człowieka.   Położył   go   delikatnie   na   półce,   zmienił   postać 

w człowieka i bez przytomności osunął się obok uratowanego. 
Do obu leżących rzuciły się z pomocą krasnoludy. Kiedy tylko 

dopadli   Colemana   i talkistę,   w półkę   wbiła   się   ogromna   łapa, 
a na   niej   podciągnął   się,   pomagając   sobie   skrzydłami,   smok. 

Delikatnie położył kolejnego zemdlonego talkistę i zamienił się 
w Harnę. Ta rzuciła się ku nieprzytomnemu Colemanowi:

- Panie wampir! Panie wampir! Co panu?!
-   Jest   wyczerpany   –   wyjaśniał   jeden   z krasnoludów 

otrzeźwiających   talkistę.   -   Wywindował   na   górę   ciężar   równy 
swojemu,   co   nawet   dla   prawdziwego   demona   jest   nie   lada 

wyczynem, a co dopiero dla wampira co się ostatnio żywił tylko 
i wyłącznie krwią owiec. Dzielny z niego chłop!

-   Wiem.   –   parsknęła   Harna.   -   Byle   ćwoka   bym   sobie   nie 

wybierała!

Słysząc   to   Coleman   nieznacznie   się   uśmiechnął,   objął 

ramieniem   Harnę,   przyciągnął   ją   do   siebie   i namiętnie 

pocałował. Zebrane krasnoludy zaczęły gwizdać i pohukiwać.

Kiedy   oderwał   od   niej   usta,   Harna   przez   chwilę   pozostała 

w błogim   uniesieniu   z rozanielonym   uśmiechem   na   twarzy 
i zamkniętymi oczyma. Zaraz jednak ogarnęła się i z wyrzutem 

spojrzała na wampira:

-   Jak   pan   śmie!   -   podnosząc   się   zaczęła   go   besztać.   -   To 

chamskie   zachowanie   i niegodne   dżentelmena...   -   przerwała 
i przez   chwilę   patrzyła   na   uśmiechniętego   Colemana. 

Westchnęła z rezygnacją i rzuciła mu się w ramiona wpijając się 

w jego  usta swoimi. Znowu rozległy  się  gwizdy i pohukiwania 
zebranego tłumu.

Całujący   w końcu   oderwali   się   od   siebie,   a zdyszana   Harna 

podniosła się i fuknęła:

-   Tak   nie   uchodzi!   -   zawróciła   się   na   obcasie   i z   kiepsko 

skrywanym uśmiechem tryumfu weszła do kopalni.

Widzący całe zajście Dolgthrasir roześmiał się głośno i pokazał 

wampirowi wyciągnięty ku górze kciuk. Coleman odpowiedział 

mu tym samym gestem.

-   Co   robimy   z tymi   dwoma?   -   spytał   Pradziadka   Erp, 

wskazując na nieprzytomnych talkistów.

- Znieście ich na dół, do naszych stajni. Jak wrócą do siebie 

dajcie   im   po   srebrniku   i życzcie   dobrej   drogi.   Widzisz, 
Colemanie?   -   Dolgthrasir   zwrócił   się   do   wampira.   -   Co   ma 

wisieć, nie utonie! Jeśli jesteście sobie pisani, to wcześniej czy 
później się spikniecie.

- Co racja, to racja! - powiedział podekscytowany wąpierz. - 

Lecę do niej!

- Gdzie!? - złapał go za koszulę krasnolud. - Czyś ty zgłupiał?! 

Spokojnie! To na razie pierwsza bitwa, tak zwane rozpoznanie 

bojem!   Nie   możesz   od   razu   rzucać   całych   sił.   Wiesz,   że 
przeciwnik   jest   tobą   zainteresowany,   to   teraz   musisz   trochę 

pomanewrować, otoczyć go, zmiękczyć jego obronę... Jeszcze 
kupa roboty przed tobą!

- Ale mi się tak bardzo chce... - jęknął Coleman.
- I dobrze! - zdecydowanie kiwnął głową Pradziadek. - Bardzo 

dobrze! Docenisz ją kiedy usidlisz, tę babkę! A tak? Ot jeszcze 
jedna miłostka! Facet musi czuć, że zdobywa kobietę!

- Eh – ciężko westchnął wampir. - Zdaje się, że rozumiem...
- Świetnie!

-   Dolgthrasirze!   Dolgthrasirze!   -   w stronę   oświetlonej 

pochodniami Bramy zmierzał   Hrei otoczony wianuszkiem żywo 

gestykulujących krasnoludów.

-   Co   tam,   mości   kronikarzu,   słychać?   -   radośnie   odparł 

Pradziadek.

- Ano, widzisz mam problem! Teraz po tej całej inscenizacji 

background image

z Harną   jako   smokiem,   trzeba   rozdzielić   wypożyczone   od 

naszych   ziomków   i złotników   kosztowności.   No   i są   tu   w tych 
zapiskach   pewne   niezgodności   –   Hrei   zaczął   wertować   swoje 

notatki.   -   O tu,   przykładowo,   niejaki   Svart   dostarczył   pięć 
srebrnych kufli, a on sam twierdzi, że siedem, bo dwa jeszcze 

doniósł   później.   A tu   Altar   –   dał   dwa   łańcuchy   złote,   a ma 
pokwitowanie tylko na jeden.

Pradziadek pokręcił głową z rezygnacją:
-   To   się   nigdy   nie   skończy...   -   mruknął,   a głośno   dodał   – 

Chwilunia,   mości   państwo,   przejdźmy   do...   hm...   leża   smoka 
i tam, powoli wszystko wyjaśnimy.

Coleman   usiadł   na   skraju   półki   i spuścił   nogi   w przepaść. 

Głęboko wciągnął powietrze. Pierwszy raz od kilkuset lat czuł że 

na prawdę żyje.

Dobrze jest być zakochanym.

Dobrze jest być zakochanym ze wzajemnością!

lipiec 2008

Zapach kobiety

Arien   i Cenred   wędrowali   już   kilkanaście   dni.   Na   noc 

zatrzymywali się w przydrożnych karczmach, bądź zaglądali do 

niewielkich miasteczek, jakich pełno było na Równinach. Teraz 
dojeżdżali   do   Blasku   Poranka   –   jednej   z ludzkich   stolic.   Całe 

Równiny,   aż   po   Alfheim,   usiane   były   dziesiątkiem   większych 
i mniejszych państewek, rządzonych przez, mniej lub bardziej 

przychylnych   elfom   ludzkich   królów.   Im   jednak   bardziej 
zagłębiali   się   w Równiny   tym   łaskawiej   spoglądano   na   elfie 

szpiczaste uszy i mniej okazywano im wrogości.

Jadący   obok   Arien   Cenred   nucił   pod   nosem   jakąś   ckliwą 

melodię. Elficę intrygował jej rodak. Był co prawda niezwykle 
skryty,   jednak   w stosunku   do   niej   szarmancki   i uwodzicielski. 

Do   tej  pory  nie  dowiedziała   się  z jakiego   rodu  pochodził,  ani 
nawet   jakiego   był   stanu.   Nie   pamiętała   też,   żeby   gdzieś   go 

wcześniej   widziała.   Ona   sama   wywodziła   się   z bocznej   gałęzi 
jednej   z książęcych   rodzin.   Sądząc   po   światowym   obyciu 

Cenreda i wykształceniu, to i on musiał się wywodzić z kręgów 
zbliżonych do książęcych. Czemu jednak ukrywa to przed nią? 

Tajemnica   pochodzenia   Cenreda   przyćmiewała   trochę   radość 
z powrotu na Równiny i do domu. Była jednak niczym wobec 

tęsknoty za Baugim.

Elfica   spojrzała   na   białe   mury   Blasku   Poranka.   Zachodzące 

słońce skrzyło się na dachach wież i domów tego największego 
i najbogatszego   na   Równinach   miasta   ludzi.   To   tam   ciągnęli 

wszyscy   kupcy,   rzemieślnicy   i artyści,   a za   nimi   złodzieje, 
mordercy   i awanturnicy   wszelkiego   autoramentu.   To   tu 

przybywały   młode   elfy   chcące   zdobyć   sławę   i bogactwo,   jak 

background image

i zaznać światowego życia. W tym samym celu przybywały tu 

też krasnoludy. Tu też spotykały się te dwie niezbyt przychylne 
sobie nacje i żyły razem, w mniejszej lub większej zgodzie. Tu 

też mogły się w sobie  zakochać. Tak jak ona i Baugi.

Trakt którym wędrowali właśnie łączył się z szeroką, wyłożoną 

brukiem   drogą,   ciągnącą   się   aż   do   bram   miasta.   Dwaj   elfi 
jeźdźcy   wmieszali   się   w wielorasowy   tłum   bogatych 

podróżników   jadących   na   osiołkach,   koniach   i wozach, 
przetykany   wędrującym   pieszo   gminem.   Całej   tej   kolumnie 

towarzyszyły   pokrzykiwania   woźniców,   jęczenie   osi   wozów, 
parskanie   zwierząt   i gwar   rozmów   prowadzonych   w setkach 

języków.

-   Ciekawe,   czy   znajdziemy   jakąś   porządną   gospodę...   – 

Cenred z obrzydzeniem kopnął jednego z ludzi, który za blisko 
podszedł  do jego  konia.  – Nie chciałbym spać w stajni z tym 

motłochem.

Arien   skrzywiła   się.   Zapomniała   jak   butne   są   elfy   i jak 

wysokie   mniemanie   mają   o sobie.   W chwilach   jak   ta,   elfica 
przypominała sobie jak Cenred traktował i nazywał Baugiego, co 

skutecznie zamazywało obraz jej towarzysza jako kulturalnego 
elfa.   Dochodziła   też   do   wniosku,   że   „pniaczek”,   jak   określał 

Baugiego elf, był kulturalniejszym i bardziej obyty ze światem 
niż obecny jej towarzysz podróży.

- Znam jedną karczmę, gdzie na pewno dostaniemy pokój – 

odpowiedziała.

- To tam żeś spędzała najmilsze chwile z tym swoim pnia... 

krasnoludem? – uśmiechnął się kpiąco Cenred.

Arien, oczarowana osobą elfa, już na początku opowiedziała 

mu   historię   swego   dość   nietypowego   małżeństwa.   Byłego 

małżeństwa.   Cenred   nie   komentował   jej   przeżyć,   jednak 
w miarę oddalania się od Hamdirholmu coraz częściej podkpiwał 

sobie z jej związku. I to też coraz mniej jej się podobało.

-   Tak   –   odpowiedziała   z ciężkim   westchnięciem.   Baugi. 

Tęskniła   za   nim   i łapała   się   na   myśleniu   o nim   częściej   niż 
chciała przyznać. Brakowało jej tego krasnoludzkiego spokoju, 

uśmiechu zza gęstej brody, czułości. Brakowało jej wszystkiego 
co zostawiła w lochach Hamdirholm, choć za samą kopalnią nie 

tęskniła.   Jednocześnie   cieszyła   się   z zieleni   i otwartych 

przestrzeni, jakie ostatnio  przemierzyła z Cenredem. Odgoniła 
wspomnienia, czując jak w gardle rośnie ciężka klucha.

Minęli bramę z grupką strażników nie zwracających uwagi na 

wlewający się do miasta tłum.

- Prowadź, o pani – Cenred znowu stał się szarmancki.
Kpina,   buta   i szarmancja.   Najprostsza   charakterystyka   jej 

towarzysza podróży.

Zaraz   za   bramą   ściągnęła   wodze   w prawo   i wierzchowiec 

posłusznie ruszył wzdłuż  muru. Minęli kilka rozpadających się 
domów   oddzielonych   od   siebie   wąskimi   uliczkami   z których 

sączył   się   zgniły   odór   rozkładającej   się   żywności.   Arien 
z satysfakcją zauważyła, że Cenred przytknął do nosa zwiewną 

chusteczkę.

- To chyba twoja pierwsza podróż na Równiny? – zagadnęła 

krzywiącego się elfa.

- Przemierzyłem więcej krain niż ty... – wściekle rzucił Cenred 

zapominając o swojej roli amanta. Zaraz jednak dodał usłużnie 
– O, pani.

-   Jeśliś   tyle   świata   zwiedził,   to   musiałeś   zaznać   smrodu 

ludzkich miast.

-   Nie   musiałem   –   prychnął   ze   złością   jej   towarzysz.   – 

Zatrzymywałem się tylko w najlepszych, nierzadko królewskich 

dworach... – zamilkł, pojąwszy, że powiedział o jedno zdanie za 
dużo.

Arien zajechała mu drogę i patrzyła mu w oczy, póki ten nie 

opuścił wzroku.

- Cenredzie, jesteś elfem wysokiego rodu, bo nawet dla mnie, 

a pochodzę   z książęcej   linii,   rzadko   który   ludzki   dwór   stoi 

otworem, i nie chcesz się do tego przyznać. Gardzisz mężem 
moim i jego ludem, jak żaden inny elf. Poniekąd gardzisz też 

i mną.   Czego   ode   mnie   chcesz,   elfie?   Wątpię   w twoją 
rycerskość,   wątpię   w twoją   bezinteresowną   pomoc...   Czego 

chcesz?

Cenred prychnął i ściągnął wodze chcąc ominąć wierzchowca 

Arien.   Ta   błyskawicznie   wyciągnęła   sztylet   z buta   i przytknęła 
do jego gardła, jednocześnie drugą ręką łapiąc za uzdę   jego 

background image

wierzchowca.

-   Nie   traktuj   mnie   jak   nic   nie   rozumiejącego   podlotka!   – 

warknęła.

Gdzieś uciekła jego pewność siebie i Cenred patrzył na nią ze 

strachem. W końcu wydusił:

- Jedźmy do karczmy, tam wszystko wyjaśnię.
Arien uśmiechnęła się tryumfująco, schowała nóż do cholewy 

buta,   zawróciła   konia   i ruszyła   w stronę   widocznego   w oddali 
brudnego szyldu.

- A jeśli jeszcze raz usłyszę docinki tyczące się mego męża, 

upuszczę   ci   krwi   jak   zarzynanemu   prosiakowi!   –   rzuciła   za 

siebie.

Cały   urok   Cenreda,   jako   bohaterskiego   rycerza   i zdobywcy 

serc niewieścich, znikł jak ręką odjął. Arien nabrała pewności, 
że   towarzyszący   jej   elf,   to   typowy   arystokrata,   wychowany 

w poczuciu własnej wartości i niechęci wobec niższych stanów. 
Do tego okazał się tchórzem. Baugi, gdyby to jemu przyłożono 

nóż do gardła nie okazałby cienia strachu.

Arien coraz mniej podobała się decyzja powrotu do domu.

***

-   Blask   Poranka   –   powiedział  z sentymentem   Baugi.   Miasto 

w którym   zakochał   się   w Arien.   Jego   oczy   zaszkliły   się 
wspomnieniami.

- Ekhm – chrząknął po chwili towarzyszący mu stryj Agnar. – 

Może   byśmy   ruszyli   dupska   i chociaż   dzisiejszą   noc   spędzili 

w jakimś   porządnym   zajeździe?   Im   bliżej   nocy,   tym   trudniej 
będzie znaleźć wolne miejsca.

- Masz rację, stryju – Baugi pogonił uderzeniami pięt swojego 

muła.   Podróżowali   ze   sobą   od   samych   stóp   Hamdirbergu   – 

Agnar dołączył do Baugiego, gdyż, będąc banitą, i tak nie miał 
gdzie się podziać. Przez jakiś czas towarzyszył im też Idrottir, 

prastary,   krasnoludzki   mędrzec.   Zniknął   jednak   pewnej   nocy 
ruszając w swoją drogę.

- Blask Poranka – powtórzył Baugi. – To tu poznałem Arien, to 

tu   posmakowałem   pierwszych   przygód,   pierwszego   pocałunku 

i przelałem pierwszą krew...

Agnar zaśmiał się głośno:
- Zaiste, musisz być z rodu Hamdira – tylko my rozczulamy 

się   w takim   samym   stopniu   nad   pierwszym   zbliżeniem,   co 
unurzaniem topora w posoce!

Baugi   uśmiechnął   się.   Z nadzieją   spoglądał   na   skrzące   się 

w promieniach   zachodzącego   słońca   mury   miasta.   Z nadzieją, 

bo liczył, że w Blasku Poranka dogoni Arien i tego bufoniastego 
elfa. Chciał właśnie tutaj spotkać swoją byłą żonę, by w miejscu 

ich pierwszej miłości zacząć wszystko od początku.

-   Znam   tu   jedną   gospodę   z noclegiem   –   zagaił   Baugi, 

skręcając   zaraz   za   bramą   w lewo.   –   Nazywa   się   „Wiklinowy 
Człowiek”.   Tam   przenocujemy,   napijemy   się   porządnego   piwa 

i miodu, rozejrzymy się...

Agnar mruknął z zadowoleniem:

- Czyste łóżko i miód! Niczego więcej mi dzisiaj nie trzeba!

***
-   Usiądźmy   sobie   przy   kominku   –   Cenred   wskazał   swej 

towarzyszce   jeden   z bujanych   foteli   stojący   naprzeciw 
wygaszonego paleniska. - Zaraz każę w nim rozpalić.

Elf uchylił drzwi komnaty i krzyknął w głąb karczmy:
- Hola, człecze, trza nam tu w kominku napalić! I dajcie tu 

dzban najlepszego wina!

- Jużci lecę! - dobiegło z dołu.

-   Czy  jest   jeszcze   coś,   moja   królowo?   -   Cenred   skłonił  się 

dworsko.

-   Przestań   mydlić   mi   oczu   tymi   farmazonami   –   parsknęła 

Arien.   -   Już   na   pierwszy   rzut   okaz   widać,   żeś   nie   z tych   co 

rozkazy wykonują, ale z tych co je wydają. Przejdź do rzeczy!

- Jak sobie życzysz – Cenred z westchnięciem usiadł w drugim 

fotelu.   W jego   głosie   nie   było   już   cienia   służalczości.   -   Moje 
wyjaśnienia   będą   krótkie.  Mój   ród   to   Vik   de   Rien'owie.   Masz 

pewnie   świadomość,   że  jesteśmy   najbogatszym  rodem,  który 
jednak nie zasiada w naszej Radzie Starszych.

- Tak, wiem o tym.
- Twój ród, Vik de Molzar, to stara nobilitowana, choć biedna, 

background image

rodzina o długich politycznych tradycjach...

Rozległo się pukanie i do komnaty wpadł zdyszany karczmarz 

z omszałą flaszą na tacy. Jeszcze w drzwiach  skłonił się szybko 

kilka   razy   i błyskawicznie   dopadł   stolika   między   siedzącymi 
elfami.   Postawił   na   nim   wino   i piękne   szklanice   z rżniętego 

szkła. Cenred cmoknął z zadowoleniem. W tym samym czasie 
pachołek   karczmarza,   przygnieciony   ciężarem   olchowego 

drewna,   powoli   sunął   do   kominka.   Karczmarz,   widząc 
powolność swego sługi, przypadł do niego i posłał mu kopniaka 

w zadek. Chłopak wypuścił naręcz drewna tuż przed kominkiem. 
Cenred   zaniósł   się   głośnym   śmiechem,   a karczmarz   pogonił 

precz pachołka i osobiście zajął się rozpalaniem ognia.

Arien   z obrzydzeniem   patrzyła   na   swego   rodaka.   On 

naprawdę lubił poniewierać innych ludzi.

-   Tak   jak   mówiłem   wcześniej   –   Cenred   wrócił   do   rozmowy 

jednocześnie   nalewając   wino.   -   Twoja   rodzina   to   jeden 
z zacniejszych politycznie rodów i jej poparcie bardzo nam de 

Rienom się przyda, a precyzyjniej mówiąc to ja najbardziej na 
tym skorzystam.

-   I jakie   jest   w tej   intrydze   moje   miejsce?   -   wzruszyła 

ramionami Arien. - Mam przekonać mój ród, by ciebie poparł? 

A może jestem kartą przetargową? - kpiąco skończyła.

- To drugie – spokojnie odpowiedział Cenred łykając wino.

- Co?! - Arien poderwała się z fotela. - Jeśli myślisz, że dzięki 

pojmaniu mnie uzyskasz coś od Vik de Molzar'ów, to się grubo 

mylisz!

- Pojmaniu!? - roześmiał się elf – Nie było mowy o pojmaniu! 

Twoja   rodzina   postawiła   jeden   warunek,   jeśli   chodzi   o ich 
poparcie   dla   mojej   sprawy:   mam   odebrać   cię   pniaczkom 

i sprowadzić do Alvheimu!

Arien opadła zszokowana na siedzisko. Jej własny ród kupczył 

nią jakby była niewolną. A wszystko to dla politycznego dobra.

- Najgorsze w tym jest to, że – znowu podjął Cenred – będę 

musiał pojąć cię za żonę... - skrzywił się z wyraźną niechęcią. - 
Ciebie, zbrukaną przez łapska jakiegoś pniaczka!

Elfica spięła się by rzucić się mu do gardła, gdy odezwał się 

karczmarz:

-   Ekhm,   w kominku   już   napalone.   Czymś   mogę   jeszcze 

państwu służyć?

- Tak człecze  –  podniósł się elf. - Porozmawiamy o tym na 

dole.

Wyszli obaj pozostawiając wściekłą i rozgoryczoną Arien.

Po tym co usłyszała od Cenreda chciałaby już na zawsze być 

sama. Nie miała już szans   powrotu do Hamdirholmu, ani na 

ponowne   zobaczenie   swego   krasnoluda...   Przecież   sama   go 
odrzuciła   wracając   do,   jak   jej   się   wydawało,   wspaniałego, 

wielkiego   świata.   Miała   zostać   żoną   Cenreda,   bo   tak   chciała 
polityka   największych   elfich   rodów.   Miała   być   jego   żoną, 

ponieważ   była   ostatnią   szansą   na   przejęcie   władzy   przez 
Cenreda   w Radzie   Starszych   elfów.   Teraz   zrozumiała   jak 

ogromne pragnienie władzy drzemie w tym mężczyźnie, skoro 
zgodził się poślubić „zbrukaną” elficę. Miała być jego przepustką 

do świata naprawdę wielkiej polityki, miała otworzyć drogę do 
tytułu   księcia   i sprawić,   że   przy   następnej   elekcji   na   Księcia 

Rodów,  to  on  dostanie  najwięcej  głosów.  Miała  być  bezwolną 
kukłą,   klaczą   rozrodczą,   żyjącą   w cieniu   swojego   przyszłego 

męża, który do niej nie żywił żadnych uczuć, poza jednym - 
czystą nienawiść. Wiedziała też, że nic lepszego nie czeka ją ze 

strony jej własnego rodu, jak i wszystkich elfów. Była dla nich 
renegatem, a to, że stanie się żoną najpotężniejszego z elfów 

tylko pogorszy jej sytuację.

Arien zaszlochała. „Baugi, mój Baugi”, myślała – „Wiele bym 

dała   za   możność   powrotu   do   ciebie...   Zniosłabym   nawet 
mroczne   i wilgotne   korytarze   Hamdirholmu...   Nie   doceniałam 

tego  co  daje mi twój lud –  szacunek i możność decydowania 
o własnym   losie.   Nie   doceniałam   twojej   miłości,   żaru   uczucia 

skrytego   pod   krasnoludzkim   sposobem   bycia   –   pragnęłam 
pochwał i komplementów pod moim adresem, zapominając, że 

są   to   najczęściej   rzeczy   powierzchowne   i płytkie...   Baugi,   co 
mam robić?”

Właśnie, co zrobiłby Baugi na jej miejscu? Czy siedziałby tu 

i smarkał w rękaw, użalając się nad sobą? A może rozpołowił by 

łeb Cenredowi swym toporem?

Przypadła   do   drzwi   i szarpnęła   za   klamkę.   Zamknięte!   Ten 

background image

bydlak potraktował ją jak niewolnicę i zamknął, by nie uciekła.

Spojrzała na okno prowadzące na ulicę.
Nawet jeśli ucieknie, to gdzie pójdzie? Znowu będzie żyła tak 

jak   tuż   przed   spotkaniem   z Baugim?   Baugi...   Jej   myśli   wciąż 
wracały do jej krasnoluda. Nie było nikogo innego na świecie, 

kto   dawałby   jej   takie   poczucie   bezpieczeństwa,   a ona   go 
odrzuciła.

Zawsze może wrócić do domu. Do Hamdirholm.
Arien   podskoczyła   do   okna,   otworzyła   je   i wyjrzała   na 

zewnątrz.   Już   miała   przerzucić   nogi   przez   parapet,   gdy 
zachrobotał klucz w zamku i do pokoju wszedł Cenred. Widząc 

elficę   przy   otwartym   oknie,   wyciągnął   zza   pasa   drewnianą 
pałkę:

- Wybierasz się gdzieś, pani? - podchodził do niej ostrożnie. - 

Arien,   wiem   jak   jesteś   niebezpieczna.   Zanim   po   ciebie 

wyruszyłem, prześledziłem dokładnie  twoją przeszłość i wiem, 
że   razem   ze   swoim   krasnoludem   tworzyliście   tu,   w Blasku 

Poranka,   najsłynniejszą   parę   rzezimieszków,   przyjmujących 
zlecenia od wszystkich i na wszystkich. Były tam morderstwa, 

kradzieże,   porwania   dla   okupu,   wymuszenia   i zastraszenia. 
Wiem też, że nikt nie znał waszych imion, gdyż zwracaliście się 

do  siebie  per  „kochanie”. Stąd  też  wziął się  wasz  przydomek 
„Para   Kochanków”,   czy   też   „Kochankowie”.   Jesteś   najbardziej 

docenianym   przeze   mnie   przeciwnikiem   z jakim   miałem 
przyjemność, więc wyjrzyj przez to okno i nie patrz tylko w dół, 

ale również rzuć okiem w obydwie strony tej wąskiej uliczki.

Arien   zrobiła   tak   jak   jej   kazał.   Przy   obu   wylotach   alejki, 

w mikrym   świetle   ulicznych   lampionów,   majaczyło   po   kilka 
wysokich postaci z włóczniami.

-   To   elfy   –   wyjaśnił   Cenred.   -   Najlepsi   z najlepszych 

wojowników.   Gwardia   przyboczna   miejscowego   ambasadora 

Alvheimu, który jest moim bardzo dobrym przyjacielem. I który 
niezbyt cię lubi, po pewnej akcji, Kochanków.

Arien przypomniała sobie gorącą noc w Blasku Poranku i pałac 

ambasadora,     kiedy   to   pierwszy   raz   spotkała   Baugiego. 

Uśmiechnęła się złośliwie na wspomnienie dawnych czasów:

-   Trochę   przetrzebiliśmy   gwardzistów   ambasadora 

i zgarnęliśmy niezgorszy łup – Cenred nie musiał wiedzieć, że 

o tą zdobycz  później posiekała się z Baugim.

- Też mile wspominam opowieść o tym, jak to dziwaczna para 

ograbiła   najlepiej   strzeżony   dom   w mieście,   jednak   mój 
przyjaciel czerwienieje i zgrzyta zębami na samą myśl o was. 

Dlatego z niesamowitą radością udostępnił mi ów pałac, gdzie 
pod jego miłą opieką spędzisz dzisiejszą noc.

Elfica zmarszczyła brwi:
- Chcesz mnie uwięzić?

-   Nic   z tych   rzeczy,   moja   pani!   Chcę   tylko   zapewnić 

bezpieczeństwo! Hej, chłopcze! - Krzyknął Cenred na pokornie 

czekającego pachołka. - Zabierz klamoty tej pani.

-   Arien,   pani,   zapraszam   –   skłonił   się   szarmancko   ze 

złośliwym uśmiechem na twarzy. Elfica przez chwilę patrzyła na 
niego   z nienawiścią.   W końcu   westchnęła   i uśmiechnęła   się 

czarująco,   dygnąwszy   przy   tym   z gracją   co   wyraźnie   zbiło 
z tropu   Cenreda.   Wyszli   z komnaty   i po   starych,   wysłużonych 

schodach zeszli na dół, do głównej sali biesiadnej. Tam czekało 
na nich czterech elfich gwardzistów. Otoczyli ją ścisłym szykiem 

i bez   słowa   ruszyli   do   wyjścia.   Nawet   najmniej   błyskotliwy 
umysł mógł dojść do wniosku, że ucieczka spod takiej obstawy 

jest raczej niemożliwa. Arien westchnęła ciężko i z opuszczoną 
głową, niczym więzień, ruszyła do drzwi wyjściowych.

Ledwie   elfy   opuściły   „Wiklinowego   Człowieka”,   a w   kącie 

karczmy,   pod   oknem,     poruszyła   się   niewysoka   postać. 

Zdmuchnęła   świeczkę,   naciągnęła   kaptur   na   głowę,   a leżącą 
przed   nim   księgę   schowała   do   przepastnej   torby.   Szybko 

podeszła   do   drzwi   przez   które   przed   chwilą   wyszła   Arien 
w obstawie,   odwróciła   się   na   chwilę   i wypadła   na   zewnątrz. 

Jednak   ta   chwila   wystarczyła   by   ci   bardziej   spostrzegawczy 
mogli zauważyć wystającą spod kaptura krasnoludzką brodę.

Jednym   z tych   spostrzegawczych   był   karczmarz.   Przecierał 

właśnie   blat,   gdy   na   dźwięk   skrzypiących   drzwi   uniósł   głowę 

i spojrzał   w kierunku   wejścia.   Wtedy   też   rozpoznał 
w wychodzącym   krasnoluda,   który   od   jakiegoś   czasu 

przesiadywał w jego karczmie. Jednak co innego zaprzątało mu 
głowę.   „Hmm...   -   zastanawiał   się.   -   Skąd   znam   tą   elfią 

background image

dziewkę? Skoro pochodzi z wysokiego rodu Vik de Molzar i ma 

zostać   żoną   tego   de   Riena,   to   pewnie   z jakichś   uroczystości 
państwowych. No i ta eskorta ambasadora Alvheimu...”

Trzasnęły wejściowe wrota zamknięte przeciągiem. Oberżysta 

podskoczył:

- Co do diaska... - burknął.
- Karczmarzu! - dwa krasnoludy ściągnęły z głów kaptury. - 

przed   wejściem   masz     uwiązane   muły.   Możesz   posłać   kogoś, 
żeby się nimi zajął?

Oberżysta chuchnął jeszcze raz w szklankę   i odstawił ją na 

półkę.

- Rozgośćcie się, waszmościowie! - wskazał im z uśmiechem 

jeden   ze   stołów.   Karczma   dzisiejszego   wieczoru   nie   był   zbyt 

zapchana, więc każdy srebrnik napawał go radością. Karczmarz 
dłużej   przyglądał   się   młodszemu   z nich.   Skądś   znał   tego 

krasnoluda... - Sam się zajmę waszymi wierzchowcami...

- Wierzchowce to zbyt wielkie określenie na te chabety... - 

wtrącił krasnolud o dłuższej brodzie.

- ... bo elfy na chwilę podebrały mi pachołka.

Krasnoludy spojrzały po sobie:
- Elfy?

Ano tak! - odparł karczmarz wychodząc zza kontuaru. Znowu 

zaskrzypiały drzwi i do środka oberży wtoczyło się kilku lekko 

podpitych   rzemieślników.   -   Jużci   do   was   się   przysiądę,   tylko 
gości obsłużę i waszymi mułami się zajmę.

Krasnoludy zasiadły do wskazanego stolika i z wystawionego 

tam dzbana nalały sobie po kubku kwaśnego mleka.

Baugi z niechęcią rozglądał się po „Wiklinowym Człowieku”.
-   Kiedy   tylko   pojawiam   się   w ludzkich   osiedlach   od   razu 

pochmurnieję i tracę dobry humor.

- Tjaaaa... – zgodził się z nim Agnar, nalewając sobie kolejną 

porcję   skwaśniałego   mleka.   -   Coś   w tym   jest.   Ludzie   mają 
tendencje do niesamowitego samoumartwienia się. Poza tym są 

chorobliwie chciwi...

Baugi popatrzył na swojego stryja z niedowierzaniem:

-   I kto   to   mówi?   A kogo   niby   wyrzucono   z kopalni   za 

chciwość?

-   Nie   o to   chodzi   –   kontynuował   niespeszony   Agnar.  -     My 

mamy   w naturze   nadmierne   zainteresowanie   błyskotkami... 
Właśnie,   błyskotkami!   Nas   tak   naprawdę   interesuje   tylko 

drogocenny   kruszec   i kamienie   szlachetne,   bo   w tym   jest 
piękno,   które   my   dostrzegamy   i które   potrafimy   wydobyć   na 

światło   dzienne.   Ludzie,   natomiast,   lubują   się   w bogactwie 
wszelkiego rodzaju. I to jest takie płytkie... Nawet posiadanie 

pięknej, młodej żony to u nich odpowiednik bogatego, pełnego 
zbytków życia.

-   Wydaje   mi   się,   że   trochę   przesadzasz,   stryju,   z tymi 

kobietami. Wiadomym jest jednak, że im piękniejsza kobieta, 

tym   bardziej   bogatego   faceta   szuka   i nie   ma   w tym   nic 
dziwnego   –   każdy   chce   żyć   w dostatku,   a nie   klepać   biedę. 

A piękne   kobiety   wychodzą   z założenia,   że   im,   z racji   urody, 
przysługuje   wszystko   co   najlepsze.   Trochę   chore   myślenie 

oparte   na   kulcie   samego   siebie,   co   dość   przypomina   elfy. 
Zresztą, cały rodzaj ludzki bardziej dąży do elfiego przepychu 

i dostojeństwa, niż do naszej prostoty i skromnego stylu bycia. 
Owszem mamy niezmierzone skarby, pewnie więcej tego jest 

niż u ludzi i elfów razem wziętych, ale  gromadzimy je po to, 
żeby   było   na   czym   oko   zawiesić,   a nie   co   by   stały   się 

narzędziem   do   zdobycia   i utrzymania   władzy.   Tak,   ludzie 
zdecydowanie dążą ku elfiemu stylowi życia.

- I tu się z tobą zgodzę – kiwnął głową Agnar. - U ludzi, tak 

jak   u   elfów,   jest   wszystko   na   pokaz   i niesamowicie   wiele 

sztuczności.   Dlatego,   kiedy   krasnolud   wchodzi   miedzy   ludzi, 
zaraz   zwiesza   nos   na   kwintę,   gdyż   krasnoludy   raczej   nie 

potrafią udawać i są niezwykle szczere. Za co ludzie i elfy mają 
ich za niesamowitych gburów i chamów. - Stryj Baugiego zaczął 

się nerwowo rozglądać po sali. - Napijmy się jakiegoś piwa, czy 
innego normalnego trunku, bo od tego mleka to jakieś głupie 

tematy nam do głowy przychodzą...

- To może ja coś postawię?

Podchodzący do ich stolika krasnolud zsunął kaptur.
-   Lofar!   -   zakrzyknęli   wspólnie   Baugi   i Agnar.   Zaraz   też 

poderwali się z miejsc, by uściskać swego rodaka.

- Choć łachudra z ciebie wielka – śmiał się Agnar – to i tak 

background image

szczęściem jeszcze większym jest spotkać na obczyźnie swego 

klanowego ziomka! Choćby był, tak jak ja, banitą! 

- Też cię wygnano? - zdziwił się Lofar i ze smutkiem machnął 

ręką. - Ciężko jest żyć na obczyźnie, z dala od bliskich.

- Jak tylko odnajdę Arien i namówię do powrotu to wymyślimy 

coś,   byście   byli   blisko   Hamdirholm   nie   łamiąc   jednocześnie 
nakazu banicji.

- A właśnie, Arien. - Lofar rozsiadł się wygodnie na ławie obok 

Agnara i skinął na pachołka co się właśnie pojawił w karczmie. 

Ten zaraz przyniósł im dzban piwa i świeże kubki. - Widziałem 
ją tu dosłownie niecałą godzinę temu.

- Widziałeś ją?! Tu?! - poderwał się podekscytowany Baugi. - 

Miałem rację, że tu się zatrzymaliśmy! Rozmawiałeś z nią?! Jak 

wyglądała?! Natychmiast za nią ruszamy!

- Spokojnie – usadził go Lofar. - Sprawa nie jest tak prosta 

jakby   się   mogło   wydawać.   Kiedy   widziałem   ją   tutaj,   nie 
sprawiała   wrażenia   zadowolonej,   a raczej   wręcz   przeciwnie   – 

była wyraźnie zasmucona i raczej wyglądała jakby z tymi elfami 
szła pod przymusem...

- Chyba z elfem... - przerwał mu marszcząc brwi Agnar.
-   Nie,   z elfami.   W asyście   pięciu   rosłych   elfów   opuściła   tę 

karczmę   i nie   wyglądało   to   jakby   byli   jej   świtą...   raczej   tak 
jakby ją eskortowali. Wydało mi się to dość podejrzane, więc 

ruszyłem za nimi. Na głównej ulicy dołączyło do nich kolejnych 
ośmiu gwardzistów ambasadora Alvheimu...

- Ambasador Alvheimu! - jęknął zdruzgotany Baugi.
-   Dokładnie.   Arien   zaprowadzono   pod   tą   silną   strażą   do 

ambasady.

- O co chodzi z tym ambasadorem? - zainteresował się Agnar.

- Stara historia – Baugi bawił się drewnianym kubkiem. - To 

tam poznałem Arien. Akurat mieliśmy dwa oddzielne zlecenia na 

tą   samą   robotę,   a że   gwardziści   ambasad   alvheimskich   to 
najlepsi   elficcy  wojownicy,  to   połączyliśmy,  na  ten  jeden  raz, 

nasze siły i zaczęła się ostra rąbanka. Strasznie mnie wkurzało, 
że   Arien   jest   ode   mnie   lepsza   w walce,   chociaż   i ja   to   nie 

ułomek w tej kwestii. W pewnym momencie ten nasz konkurs 
wymknął   się   nam   spod   kontroli   i wyrżnęliśmy   całą   załogę 

ambasady.

- Brawo! - klasnął Agnar. - Moja krew!
- Złupiliśmy co tam trzeba było i przyszliśmy tutaj podzielić 

łupy.   Oczywiście   piwo   lało   się   strumieniami,   a Arien   potrafi 
wypić   jak   niejeden   krasnolud,   co   mnie   też   wkurzyło 

niemiłosiernie. No i się pobiliśmy... Tak na ostro. Potem razem 
leżeliśmy w takim jednym przytułku lecząc przez tydzień nasze 

rany. I tak się zbliżyliśmy do siebie. Resztę historii już znacie. - 
Baugi  uderzył pięścią w stół. -  Na Hamdira! Nie  możemy tak 

siedzieć tu bezczynnie!

-   Na   wszystkich   ludzkich   bogów!   -   wykrzyknął   karczmarz 

wpatrując   się   szeroko   rozwartymi   oczyma   w Baugiego.   -   Już 
wiem   skąd   znam   waszmości!   I tę   elficę!   Wyście   są 

Kochankowie! Najsłynniejsza para od czarnej roboty!

- Zmilcz człecze! - huknął Agnar rozglądając się na boki. - 

I siadaj tutaj!

Oberżysta   usłużnie   przysiadł   się   do   ich   stolika   i zaczął 

trajkotać:

- Teraz wszystko sobie przypominam! Ile to lat temu było? 

Rok?   Dwa?   Jak   żeście   nagle   zniknęli   bez   śladu...   A teraz 
wracacie już rozwiedzeni na stare śmieci...

-   Skąd   wiesz,   że   jesteśmy   rozwiedzeni?   -   podskoczył   jak 

oparzony Baugi.

- Skąd wiem... skąd wiem... Jestem karczmarzem, a sprawą 

karczmarza jest wiedzieć wszystko co się dzieje na jego ulicy! 

Jesteś   rozwiedzeni,   ponieważ   pana   była   małżonka 
w najbliższym czasie bierze ślub z tym dostojnym elfem! Dzisiaj 

słyszałem to od nich na własne uszy!

Baugi zamarł zaskoczony z otwartymi ustami.

-   A nie   kręcisz   mi   tu,   człecze   –   Lofar   groźnie   spojrzał   na 

karczmarza.

-   Jak   złoto   kocham,   jest   tak   jak   mówię!   -   przysięga   na 

kruszec w zupełności krasnoludom wystarczyła.

Baugi oparł czoło na dłoniach:
- Parę tygodni starczyło, by o mnie zapomniała... Widocznie 

nie byłem nikim ważnym dla niej, a jej słowa o wielkim uczuciu, 
miłości   po   wsze   czasy,   to   zwykłe   mydlenie   oczu   było...   A ja 

background image

dałem   się   tak   w to   wszystko   wrobić!   Wystarczył   jeden 

przystojny   elf   z wysokiego   rodu   i krasnolud   poszedł 
w odstawkę!   Wiem,   że   nie   jestem   piękny   nawet   na   ludzkie 

standardy, ale myślałem, że łączy nas coś więcej niż fizyczność. 
Eh,   co   tu   dużo   mówić...   W końcu   należymy   do   dwóch 

odmiennych ras. Krasnolud nigdy nie zrozumie elfa i odwrotnie. 
Chyba możemy wracać do domu...

- Czekaj, czekaj! - zastopował go Lofar. - Przecież wyraźnie 

widziałem, że Arien nie była zbyt uradowana, gdy opuszczała tę 

karczmę  –   nie  wyglądała  jak  szczęśliwa  narzeczona.  Może   to 
małżeństwo jest wymuszone?

- Bo tak jest! – wtrącił karczmarz – sam wyraźnie słyszałem, 

że   to   sprawa   polityczna.   Ten   Vik   de   Riena,   chce   zasiąść 

w Radzie Starszych elfów. Potrzebuje do tego poparcia Vik de 
Moczarów. Warunkiem poparcia było wyrwanie tej elficy z rąk 

krasnoludów   i ożenienie   się   z nią.   Ta   dama   nie   była   zbyt 
szczęśliwa, kiedy o tym usłyszała...

Baugi uśmiechnął się szeroko:
- Więc jest jeszcze szansa, że mnie kocha!

Dwa   pozostałe   krasnoludy   odwróciły   się   z niesmakiem.   Nie 

było   w dobrym   guście   publiczne   obnoszenie   się   z uczuciami. 

W dodatku z tak kobiecymi uczuciami jak miłość.

-   Dosyć   tej   paplaniny!   -     Agnar   zacisnął   pięść,   aż 

zatrzeszczały kości. - Czas dać wycisk tym elfim wymoczkom! 
Wychylmy kufle za powodzenie naszej sprawy!

*** 

- Zostawię cię samą, moja droga – Cenred skłonił się dworsko 

i wyszedł   cichutko   zamykając   drzwi.   Arien   rozejrzała   się   po 

komnacie w której ją umieszczono. Gdyby nie to, że czuła się 
jak więzień, to nawet by jej się tu podobało – wszystko było 

urządzone   z elfim   przepychem   i przywodziło   na   pamięć   jej 
rodzinny dom. Nie potrafiła się jednak zachwycać ani pięknym 

łożem   z baldachimem,   ani   zgrabną   toaletką   z kryształowymi 
lustrami,   ani   stołem   zastawionym   owocami,   przystawkami 

i trunkami   z całego   świata.   Wciąż   miała   w pamięci   słowa 

Cenreda   tyczące   się   jej   przyszłości.   Z wściekłością   porwała 
salaterkę z owocami i gruchnęła nią o drzwi. Zaraz się otworzyły 

i stanął w nich jeden z gwardzistów:

- Czymś pani służyć?

Zbyła go ruchem ręki. Zanim zniknął za drzwiami przyszedł 

jej do głowy pewien pomysł.

- Chwileczkę... - powiedziała zmysłowo, kocim krokiem idąc 

w stronę obszernego łoża. Gwardzista wychylił się zza drzwi i z 

tajemniczym uśmiechem spytał:

- Tak?

-   Dużo   was   tam   jest?   -   spytała   Arien   zmysłowo   głaszcząc 

jedwab   posłania   i delikatnie   przygryzając   paznokieć.   -   Uh, 

gorąca noc – rozchyliła bluzkę i pogłaskała się po szyi.

Gwardzista wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi.

-   Usiądź   tu,   panie   –   Elfica   poklepała   łóżko.   -   Dotrzymaj 

towarzystwa biednej damie, co już niedługo  zaznawać będzie 

tylko męża.

Elf podszedł bliżej, a jego oczy lśniły dziwnym blaskiem. Arien 

wzięła   jego   dłoń   i pociągnęła   na   łoże   koło   siebie.   Zwiewnie 
przeciągnęła   opuszkami   palców   po   twarzy   gwardzisty 

i namiętnie   spojrzała   w zimne   oczy   elfa.   Zimne?   To   już 
nieistotne...

Błyskawicznym   ruchem   wyciągnęła   zza   pasa   elfa   nóż 

i podniosła do ciosu. Zimne oczy nadal wpatrywały się w nią, 

tym razem tryumfująco, a silny uścisk na jej dłoni dzierżącej 
nóż sprawił, że syknęła  i wypuściła ostrze. Zaraz  też potężne 

uderzenie dłonią zamroczyło ją na chwilę i rzuciło na łoże.

- Masz pecha, szmato – wysyczał z odrazą jej strażnik. - Cała 

gwardia Nimnelbusa składa się z mężczyzn inaczej patrzących 
na związek między dwoma facetami...

Arien pojęła swoją pomyłkę i zaśmiała się głośno:
- Nic dziwnego, że między elfami nie mogłam znaleźć sobie 

chłopa,   skoro   wszyscy,   zdaje   się   porządni,   okazywali   się 
ciotami! Nic dziwnego, że daliśmy wam ostatnim razem, jako 

Kochankowie, wycisk! Skoro na treningach walczycie damskimi 
sakiewkami...

background image

Nie   skończyła,   gdy   potężny   cios   pięścią   pozbawił   ją 

przytomności.

*** 

- No to jak wchodzimy? - gorączkował się Agnar.
- Spokojnie, stryju. Chociaż to elfy, to mają nad nami sporą 

przewagę   –   uspokoił   swego   krewnego   Baugi   wpatrując   się 
w dwóch gwardzistów pilnujących wejścia do elfiej ambasady. - 

Po   Arien   wyruszyło   dwunastu,   tak,   Lofarze?   Ten   Vik   de   Rien 
musiał   znać   naszą   przeszłość   i dlatego   wziął   aż   tylu   ludzi... 

Pewnie   wszystkich   tych,   którzy   nie   pełnili   akurat   wachty. 
Zazwyczaj   mamy   trzy   wachty,   czyli   na   czynnej   służbie   jest 

sześciu   wartowników...   I to   by   się   zgadzało!   Dwóch   przy 
bramie,   dwóch   od   strony   ogrodu   i dwóch   w środku!   Dobrze, 

mamy teraz  północ... Za cztery godziny powinna być zmiana 
i akurat wtedy przypadnie   najgorsza, tak zwana psia wachta. 

Wtedy uderzymy!

*** 

Arien powoli otworzyła lewe  oko. Prawe, pomimo wysiłków, 

nie chciało poddać się jej woli i nadal pozostało zamknięte, do 

tego   dało   o sobie   znać   ostrym   bólem.   Elfica   krzywiąc   się 
jęknęła. Od tego grymasu rozbolała ją cała twarz. Dotknęła jej 

delikatnie – była jednym wielkim sińcem. Przejechała językiem 
po   zębach   –   kilka   się   ruszało,   ale   wszystkie   były   na   swoich 

miejscach.

Musiałaś podpaść Friensowi, z reguły nic nie ma do kobiet – 

odezwał   się   głos   zza   jej   pleców.   Arien   powoli   odwróciła   się 
czując ból w żebrach.

- Nimnelbus... - wyszeptała.
-   We   własnej   osobie   –   siedzący   w niedbałej   pozie 

srebrnowłosy   elf   skinął   nieznacznie   głową.   -   Trochę   czasu 
minęło   od   naszego   ostatniego   spotkania.   Trzeba   było   mnie 

wtedy   zabić,   oszczędziłabyś   sobie   bólu.   Tego,   którego   już 
doświadczyłaś,   jak   i tego,   który   zaraz   ci   zaofiaruję.   Wraz 

z poniżeniem.

-   Wystarczającym   poniżeniem   jest   bijący   mnie   pedał...   - 

ochrypłym głosem odrzekła Arien.

-   A właśnie...   Gdyby   nie   drugi   gwardzista,   pilnujący   twojej 

komnaty, pewnie Friens  zatłukł by ciebie na śmierć...

- Wystarczy ciocie wspomnieć o damskiej sakiewce, to zaraz 

wpada   w szał   –   Arien   próbowała   pogardliwie   wydąć   wargi, 

jednak ból sprawił, że tylko ponownie się wykrzywiła.

- Tu nie o jego odmienność chodziło... - Nimnelbus zamyślił 

się.   -   Moi   gwardziści   to   profesjonaliści,   nie   dają   się   łatwo 
sprowokować,   nawet   takim   obraźliwym   pitoleniem...   Musiało 

być   coś   jeszcze...   -   pochylił   się   nad   elficą   i Arien   poczuła 
zniewalający zapach jego   perfum.  -  Wiesz, że któreś z was, 

Kochanków,   posiekało   tutaj   jego   brata?   O tak,   widzę   to   po 
twoich   oczach...   Nie   omieszkałaś   mu   wspomnieć   o swojej 

ostatniej   wizycie   tutaj.   Widzisz   twój   brak   tolerancji   wobec 
innych orientacji seksualnych nie ma tu żadnego znaczenia...

-   Jestem   tolerancyjna   –   spokojnie   odpowiedziała   Arien.   - 

Tolerancja nie znaczy, że mam kogoś lubić za to, że jest inny. 

Tolerancja jest wtedy kiedy nie rzucasz się z nożem na kogoś 
kto   ci   nie   odpowiada.   Ja   po   prostu   nie   lubię   ciot,   ani 

kogokolwiek innego kto leje mnie do nieprzytomności. Nie lubię 
ich   tak   samo   jak   podstarzałych   elfich   samców   pożerających 

mnie   wzrokiem   i śliniących   się   na   widok   najmniejszego 
odsłoniętego skrawka mego ciała.

Nimnelbus   uśmiechnął   się   smutno,   próbując   ją   pocałować 

w posiniaczone czoło. Arien odchyliła nieznacznie głowę. To była 

jedyna   forma   obrony   przed   zakusami   ambasadora   na   jaką 
pozwoliło   jej   obolałe   ciało.   Mężczyzna   odgarnął   tylko 

zakrwawiony loczek z jej czoła:

- Oj,  Arien, Arien! Twoje ciało, choć młode,  gibkie i wprost 

idealne do igraszek, kompletnie mnie nie pociąga... To znaczy 
pociąga mnie, ale w troszeczkę w inny sposób... -   ambasador 

przeciągnął   palcem   po   opuchniętym   policzku   kobiety.   Arien 
zacisnęła   zęby,   żeby   nie   syknąć   z bólu.   Nimnelbus   zaczął   jej 

szeptać słodkim, rozmarzonym głosem do ucha - Lubię sobie 
wyobrażać co robię z twoim ciałem, za pomocą noży,  obcęgów, 

background image

rozżarzonych do białości gwoździ... Nawet nie z całym ciałem, 

tylko z twoimi częściami intymnymi... O tak...

Arien zadrżała i odruchowo podkuliła nogi.

- Nie odważysz się... - wyszeptała przeklinając w duchu swoją 

wyobraźnię. - Baugi... Cenred... Cenred cię zabije!

- O nie, moja słodka... - głos Nimnelbusa niczym jad sączył 

się   do   jej   ucha.   -     Twoje   cierpienie   jest   zapłatą   za   pomoc 

Cenredowi w przewiezieniu ciebie do Alvheimu...

Arien   przymknęła   swe   jedyne   nieopuchnięte   oko,   żeby 

powstrzymać   łzy.   Jak   ona   nienawidziła   tego   świata...   Świata 
ludzi,   elfów   i wielkiej   polityki.   Nienawidziła   tej   chłodnej 

kalkulacji,   radości   z cierpienia   innych.   W tym   momencie 
tęsknota zabolała ją mocniej niż wszystkie rany zadane przez 

Friensa.

- Płaczesz...- kontynuował ambasador. - Przestań, oszczędzaj 

łzy na mój występ... Wiesz, że twój przyszły mąż pozwolił mi 
zrobić z tobą co tylko zechcę? Tak! Z małymi tylko wyjątkami: 

nie mogę cię okulawić, oszpecić twarzy i dłoni. Masz się bowiem 
na przyszłość dobrze prezentować. Powiedział też, że nie chce 

mieć   z tobą   żadnego   potomstwa,   bo   brzydzi   się   kimś,   kto 
penetrowany   był   przez   jakiegoś   pniaczka...   Już   ja   mu   to 

załatwię...   Nigdy   nie   będziesz   miała   dzieci,   a na   samo 
wspomnienie o uciechach cielesnych będziesz dostawać torsji... 

O tak, moja miła...

Arien zaszlochała. Nimnelbus odciągnął jej bezsilne dłonie od 

opuchniętej twarzy i silnym powrozami przywiązał jej ręce i nogi 
do słupów podtrzymujących baldachim.

-   A teraz   –   położył   się   koło   niej   opierając   głowę   na   jej 

naciągniętym sznurem ramieniu. - A teraz dokładnie opowiem, 

jak się zabawimy...

Arien załkała.

*** 

Szczęknęła rozbita o bruk butelka.

Gwardzista pilnujący wejścia do elfiej ambasady podskoczył 

i spojrzał w kierunku skąd dobiegł go dźwięk tłuczonego szkła. 

Wąska   uliczka   zahuczała   od   rubasznego   śmiechu   i z   mroku, 

w światło oliwnych latarni, wytoczył się chwiejny szereg trzech 
krasnoludów.

-   Kobiety...   -   bełkotał   środkowy   holowany   przez   swoich 

pobratymców   –   co   ty   na   to?   -   zwrócił   się   zadumany   do 

wszystkich   i do   nikogo.   -   Kto   je   stworzył?   Zresztą,   nieważne 
kto, to i tak był pieprzony geniusz! Te włosy... - tu westchnął 

ciężko   z tęsknotą,   może   bardziej   z rozmarzeniem,   podniósł 
głowę chcąc spojrzeć w nocne niebo. Oczy na chwile uciekły mu 

w głąb   czaszki,   zaraz   jednak   wróciły   i krasnolud   kontynuował 
swoją przemowę. - Mówią, że włosy to wszystko... - spojrzał na 

swoich   kompanionów.   -   Czy   zanurzyłeś   kiedyś   nos   w takiej 
burzy   włosów   i marzyłeś,   żeby   zasnąć   na   zawsze?   Albo   ich 

wargi...   Gdy   dotykają   twoich,   są   jak   łyk   wina   po   przebyciu 
pustyni... A cycuszki!  - mówca pokręcił głową. - Duże i małe... 

Mrugają do ciebie jak pełne światła oczy... A nogi..., - grupka 
pijanych   krasnoludów   zatrzymała   się   o kilka   kroków   od 

rozbawionych monologiem elfich gwardzistów - ... nieważne czy 
są   jak   greckie   kolumny,   czy   jak   nogi   od   starego   klawesynu. 

Ważne   jest   to   coś   między   nimi!   Muszę   się   napić!   -   chwiejny 
pochód znowu ruszył. Kiedy cała grupa zrównała się z bramą 

ambasady   i była   dokładnie   między   dwoma   elfami,   środkowy 
krasnolud znowu podjął niedokończoną myśl - Tak, panie Lofar, 

na tym świecie jest tylko jedno ważne słowo... - zatrzymali się, 
a elfy   nastroszyły   swe   spiczaste   uszy   chcąc   usłyszeć   puentę. 

-   ...cipka!   -   dokończył   środkowy   krasnolud.   Jego   kompani 
odskoczyli od niego i jednym susem znaleźli się przy obydwu 

elfach   zatapiając   w ich   klatkach   piersiowych   noże.   Wąskie 
ostrza rozsunęły kółka kolczug i po jelec zagłębiły się w sercach 

elfów.

-   Świetna   robota,   panowie!   -   sapnął   Baugi   ciągnąc   truchło 

jednego ze strażników za bramę ambasady.

-   O tych   kobietach...   -   Agnar   złapał   za   nogę   drugiego 

martwego strażnika. - Sam to wszystko wymyśliłeś?

- Nie – odpowiedział jego bratanek. - Usłyszałem w pewnej 

sztuce.   Dobrze,   teraz   zajmiemy   się   tymi   w ogrodzie.   Nie 
chciałbym,   żeby   ktoś   nam   wbił   nóż   w plecy.   -   spojrzał   na 

background image

ciemną fasadę ambasady. Tylko w holu paliły się oliwne kaganki 

–   Stryju!   Ty   okrążysz   budynek   z prawej   strony   i zlikwidujesz 
wszystkich którzy pojawią się na twojej drodze. My z Lofarem 

obejdziemy ambasadę z drugiej strony.

Agnar, bez słowa zniknął w ciemnościach.

Baugi   i Lofar   ostrożnie   posuwali   się   wzdłuż   ścian   budynku. 

Dotarli na drugą stronę ambasady i Baugi ostrożnie wyjrzał za 

rogu. Przed sobą miał spory podjazd wysypany żwirem, środek 
którego zajmowała sadzawka dookoła której stały oliwne lampy. 

Na ogrodowym patio stały dwa elfy – jeden z nich był wyraźnie 
wzburzony.

- To ta suka zabiła mi brata! - gorączkował się jeden z nich. - 

Jeszcze chwila i zatłukł bym ją na śmierć.

- Nie spodobało by się to ani Cenredowi, ani Nimnelbusowi. 

I tak porządnie ją pokancerowałeś.

Baugi  zazgrzytał zębami. Ktoś śmiał podnieść rękę  na jego 

żonę!   Chciał   już   bez   namysłu   ruszyć   na   gwardzistów,   gdy 

powstrzymała go ręka Lofara na ramieniu.

-   Spokojnie!   -   szepnął   starszy   krasnolud.   -   Załatwimy   ich 

sposobem.

Lofar   znalazł   spory   kamień   i rzucił   na   podjazd.   Kamień 

z chrzęstem poturlał się po żwirze.

- Co to...? - oba elfy odwróciły się błyskawicznie.

- Zostań tu! - rzucił ten, który pobił Arien. - Sam to sprawdzę 

– i ruszył w kierunku gdzie upadł rzucony przez Lofara kamień.

Baugi   pokazał   palcem,   że   zajmie   się   oprawcą   Arien, 

a Lofarowi wskazał drugiego strażnika. Krasnolud kiwnął głową, 

że zrozumiał. Poczekali kiedy strażnik zrówna się z nimi i obaj 
w ciszy wybiegli zza węgła.

Lofar, który miał dalej do pozostającego na patio elfa, martwił 

się,   że   ten   zdąży   podnieść   alarm.   Zaskoczony   elf   patrzył   na 

szarżującego krasnoluda i dopiero po chwili opuścił halabardę. 
Lofar zaklął w myślach – nie będzie łatwo pokonać, bez tarczy, 

elfa   uzbrojonego   w długą   broń   drzewcową.   Już   dobiegał 
w zasięg   halabardy,   gdy   elf   ugiął   się   pod   ciężarem,   jakby 

dopiero teraz zauważył, że ma do pleców przytroczony ciężki 
worek,   a po   chwili   legł   jak   długi   z siedzącym   mu   na   plecach 

Agnarem,   który   raz   za   razem   wbijał   mu   w plecy   nóż.   Lofar 

odwrócił   się   błyskawicznie   chcąc   pójść   z pomocą   Baugiemu. 
Widząc, że jego druhowi nic nie grozi powoli ruszył ku niemu.

-   Starczy   –   mruknął   widząc,   że   z głowy   elfiego   strażnika 

została tylko miazga kości, mózgu i skórzanego hełmu. Baugi 

akcentując każde rąbnięcie toporem wycedził przez zaciśnięte 
zęby:

- Ten – chlast! - skurwiel – chlast! - bił – chlast! - moją – 

chlast! - żonę – chlast!

-   Baugi!   -   krzyknął   Lofar.   -   Może   teraz   jakiś   inny   dupek 

maltretuje Arien?

Krasnolud   przerwał   rąbaninę   i odwrócił   się   do   swego 

kompana.   Twarz   Baugiego   przykrywała   maska   krwi,   mięsa 

i mózgu zabitego elfa. - Idziemy! - warknął.

***

- Na początek zajmiemy się twoimi cycuszkami – powiedział 

lubieżnie Nimnelbus siedząc okrakiem na przywiązanej do łoża 

Arien.   Rozerwał   jej   bluzkę   i ostrym   srebrnym   nożykiem 
delikatnie pociągnął między jej piersiami. Elfica, czując zimną 

stal, krzyknęła szarpiąc się. - Oh, szkoda, że nie mogę zobaczyć 
twego pięknego lica wykrzywionego strachem. Friens za bardzo 

ją zmasakrował.

Przy drzwiach komnaty rozległy się krzyki i szczęk oręża.

- Co do... - zerwał się ambasador. Zeskoczył z łoża i w tym 

samym momencie przez wyłamane drzwi do środka wpadł jeden 

z elfich   gwardzistów.   Zaraz   za   nim   pojawiła   się     niewysoka 
postać i potężnym ciosem topora rozpołowiła leżącemu czaszkę. 

Bryzgnął   mózg   i krew   ochlapując   wszystko   w promieniu   kilku 
kroków.

Dwa kolejne krasnoludy wbiegły do komnaty.
- Pod ścianę! - warknął jeden z nich do Nimnelbusa.

-   To   atak   na   dyplomatę!   -   krzyknął   piskliwie   ambasador.   - 

Straże!

Agnar   podskoczył   do   elfa   i styliskiem   topora   zadał   potężny 

cios   w splot   słoneczny.   Nimnelbus   sapnął   i opadł   na   kolana 

background image

próbując złapać dech.

-   Leż   tu,   kurwo!   -   Agnar   stanął   przy   nim   okrakiem.   - 

I zapomnij o swych gwardzistach! Wszyscy są martwi!

- Co oni ci zrobili... - gorączkowo pytał się Baugi rozcinając 

więzy krępujące Arien. - Co te bydlaki ci zrobiły...

Uwolniona elfica, uśmiechając się przez łzy, pogłaskała swego 

krasnoluda po twarzy.

-   Baugi...   -   wyszeptała   tylko.   -   Mój   Baugi...   -   i straciła 

przytomność.

- Lofar! - krzyknął Baugi. - Leć do karczmy! Sprowadź nasze 

muły!

- Nie szybciej byłoby wziąć powóz ambasadora?
- A dasz radę przyporządzić do niej konie!?

-   Ja   nie   dam   rady!?   -   żachnął   się   krasnolud   i zniknął   za 

wyważonymi   drzwiami   komnaty.   Baugi   zeskoczył   z łoża 

i przyniósł ze stołu miskę z wodą. Jedwabną chustką przemywał 
delikatnie twarz swojej ukochanej.

- Co z nim? - Agnar kopnął leżącego ambasadora.
- Zabawimy się z nim trochę – spokojnie odpowiedział Baugi 

nie   przerywając   swych   czynności.   -   Przywiąż   go   do   słupów 
baldachimu. Zaraz ci pomogę.

***

Do komnaty wpadł Lofar:

- Powóz stoi od strony ogrodu! Koło stajni odkryłem koszary 

gwardii ambasadora – wszyscy spali, więc zabarykadowałem im 

drzwi i podłożyłem zewsząd ogień!

- Świetna robota! - odparł Baugi odwracając się. - Zabierzcie 

Arien do powozu. Jak skończę to do was dołączę.

=   Pośpiesz   się,   już   świ...   -   przerwał   Lofar   widząc 

przywiązanego   do   baldachimu   ambasadora.   Uda   nagiego   elfa 
spływały krwią, a policzki miał czymś wypchane. U stóp stołka 

na   którym   stał   Baugi   leżało   zakrwawione   elfie   ucho..   - 
Okaleczyłeś go?! To nie po naszemu! Nie po krasnoludzku..

- Zeżarł już swoje jajka. Teraz oprzytomniał nieco i możemy 

bawić się dalej – Baugi odciął wiszącemu na powrozach elfowi 

drugie   ucho,   które   z plaśnięciem   opadło   na   podłogę. 

Torturowany   tylko   jęknął.   -   Już   nie   usłyszysz   rozkosznego 
krzyku kobiety... Robię to co robią ludzie i elfy w swoim świecie. 

Staję się częścią ich gry, która ma dość proste zasady – żeby 
osiągnąć   sukces   musisz   być   większym   skurwysynem   niż   cała 

reszta.

-   Wiesz,   że   to   co   teraz   robisz   wywoła   wojnę   między   nami 

i elfami? Dolgthrasir nie będzie zadowolony...

- Dlatego – odparł Baugi zabierając się za nos Nimnelbusa. - 

Gdy zaniesiecie Arien do powozu, Agnar zajmie się zbieraniem 
wszystkiego  co drogocenne.   Jest tu trochę tego dobra, więc 

Pradziadek powinien być szczęśliwy.

- Nie będzie, jeśli na nas ruszy cała elfia potęga. Nie damy 

rady stawić czoła wszystkim rodom...

- Odzyskanie mnie dla elfów – odezwał się słaby głos Arien, 

która   powróciwszy   do     przytomności,   od   kilku   chwil 
przysłuchiwała się rozmowie krasnoludów – to prywatna sprawa 

de Rienów. Żaden inny ród go nie poprze.

- A skąd niby będą wiedzieć, że to co tu zrobiliśmy nie było 

atakiem na Alfheim? - spytał Agnar.

-   Zostawię   list   karczmarzowi   w „Wiklinowym   Człowieku”. 

Niech umyślnym  prześle  go  do Alvheimu  i odda w ręce Rady. 
Wszystko   w nim   wyjaśnię.   Dajcie   mi   tylko   papier   i pióro   – 

zmęczonym głosem poprosiła elfica.

- Jak się czujesz, kochanie? - Baugi przypadł do swojej żony.

-   Znacznie   lepiej,   mój   drogi   –   elfica   uśmiechnęła   się 

nieznacznie.   -   Musisz   mu   to   robić?   -   wskazała   na   jęczącego 

Nimnelbusa.

- Tak – hardo odpowiedział krasnolud. - Niech się cały świat 

dowie, że nie wolno zadzierać z Synami Hamdira. Jesteś gotowa 
do drogi?

Elfica skinęła głowa:
- Nie zapomnijcie tylko o liście.

Agnar i Lofar delikatnie podjęli elficę z łóżka i znieśli na dół.
Baugi wrócił do ambasadora.

- Skoro  nie potrafisz uszanować kobiety – szybkim cięciem 

odciął mu nos – nigdy nie poczujesz jej zapachu... Nigdy też 

background image

żadnej nie ujrzysz...Nie poczujesz jej smaku...

***

Cenred, na czele swojej straży przybocznej, która czekała na 

niego   kilka   wiorst   od   Blasku   Poranka,   podjechał   do   bramy 
ambasady.   Zdziwiło   go,   że   nie   było   przy   niej   gwardzistów 

Nimnelbusa, ale pomyślał sobie, że może za to winić pobliski 
pożar gorejący gdzieś tam po drugiej stronie nimnelbusowego 

ogrodu. Przed głównym wejściem zsiadł z konia i części swych 
ludzi kazał sprawdzić co się dzieje przy pożarze. Sam wbiegł do 

dworku i zdecydowanym krokiem ruszył na piętro. Widząc krew 
ściekającą po schodach skrzyknął resztę swoich ludzi i ostrożnie 

piął się dalej. Na szczycie, rozciągnięty na podłodze leżał jeden 
ze strażników.

-   Panie!   -   dobiegło   go   z dołu.   Cenred   wychylił   się   przez 

balustradę.   W głównym   hallu   stał   jeden   z jego   ludzi   wysłany 

wcześniej   do   pożaru.   -   Na   podjeździe   od   strony   ogrodu   leży 
dwóch   naszych   usieczonych!   Jeden   zmasakrowany 

niemiłosiernie!

De Rien zaklął szpetnie:

- Wracajcie  do swoich zadań! - wydał rozkaz, a sam ruszył 

pędem   do   apartamentu,   gdzie   zostawił   Arien.   Zwolnił   kroku 

widząc   rozłupane   drzwi   do   jej   komnaty.   Powoli,   z mieczem 
w ręku, podchodził do zniszczonych odrzwi. Najpierw zobaczył 

nogi   strażnika   rozciągnięte   na   połamanych   drzwiach.   Potem 
resztę jego ciała i głowę zmiażdżoną potężnym ciosem topora.

- Zasrane pniaczki! - wydusił z wściekłością.
Podskoczył   do   skrwawionej   postaci   wiszącej   na   słupach 

baldachimu.   Uniósł   za   włosy   głowę   nieszczęśnika,   który 
zacharczał cicho. Beznosa, bezucha i bezoka twarz wydała mu 

się znajoma.

- Nimnelbus! - krzyknął zaskoczony. Ambasador próbował coś 

powiedzieć. Jednak zamiast  wyraźnej mowy z jego ust wypadł 
tylko ochłap mięsa.

Cenred wybiegł z komnaty zostawiając okaleczonego elfa na 

pastwę losu.

- Za mną! - krzyknął do swych elfów i pędem puścił się po 

schodach.

***

-   Powiedz   mi,   Baugi,   dlaczego,   gdy   zawsze   stykam   się   ze 

światem   elfów   i ludzi,   czeka   mnie   ból   i cierpienie?   -   spytała 
Arien   w podskakującej   bryczce.   Pędzili   na   złamanie   karku 

w stronę gór. Wcześniej zajechali do „Wiklinowego Człowieka”, 
gdzie   przekazali   list   do   Rady   i suto   opłaciwszy   karczmarza 

ruszyli   ku   gościńcowi.   Słońce   właśnie   pojawiło   się   na 
horyzoncie, więc bramy Blasku Poranka stały już otworem. Bez 

problemu,   bo   któż   by   chciał   zatrzymać   pędzący   powóz 
ambasadora Alvheimu, przemknęli przy grodowej straży i dalej 

nie zwalniając mknęli ku Hamdirholm.

-   Nie   wiem,   kochanie   –   pokręcił   głową   siedzący   przy   niej 

Baugi.   -   Ludzie   to   młoda   rasa,   ledwo   co   wykształcona,   ale 
prężna i ambitna. Mnóstwo jest w niej zwierzęcych cech, a te, 

zmieszane z inteligencją i pragnieniem podbicia całego świata, 
stworzyły bezlitosną maszynę co po trupach i cierpieniu innych 

za wszelka cenę chce osiągnąć swój cel. Mój świat, krasnoludy 
i twój,   elfy,   powoli   odchodzi   zdominowany   przez   człowiecze 

plemię. Jesteśmy ulepieni z innej gliny, inne rzeczy są dla nas 
ważne i dlatego, chyba, nasze spotkania z ludźmi   kończą się 

tak, a nie inaczej. Nie dotrzymujemy ludzkiemu światu kroku, 
dostajemy   więc   bęcki...   Czemu   zwolniliśmy?   -   krasnolud 

odsunął kotarę i spytał siedzących na koźle Lofara i Agnara.

- Musimy dać wytchnąć koniom – odparł Agnar. - Nie ma co 

liczyć,   że   ten   de   Rien   tak   łatwo   odpuści,   musimy   się   liczyć 
z pościgiem. I tak nie mamy raczej większych szans, ale to nie 

znaczy, że sami musimy się mu podkładać.

- Baugi, czy... - podjęła znowu Arien. Jej jedyne otwarte oko 

wyrażało niepokój. - Baugi, czy krasnoludzkie prawo przewiduje 
anulowanie rozwodu?

Krasnolud spoważniał.
- Nie – westchnął ciężko. - Czemu pytasz?

background image

- Kocham cię, Baugi. - jej zdrowe oko zaszkliło się łzami. - 

Zawsze cię kochałam. Tylko... tylko zżerała mnie tęsknota za 
Równinami.

- Wiem, moja droga. Nie można jednak dwa razy wejść do 

tego samego strumienia. Kiedy się rozstaliśmy, byłem na ciebie 

wściekły.   Potem   byłem   wściekły   na   siebie   –   ot,   dałem   się 
podpuścić   elficy,   która   chciała   zabawić   się   z uczuciami 

krasnoluda, sprawdzić, czy pod tą brodą i prostackim obyciem 
pniaczka   może   kryć   się   jakieś   uczucie   inne   od   oddania   swej 

kopalni, kosztownościom i chęciom do hucznej zabawy. Potem 
zobaczyłaś, że to nie to, że są pewne rzeczy dla mnie równie 

ważne  jak   ty,  czasami,  chwilowo, nawet  ważniejsze...  Jednak 
w każdym momencie,  kiedy nie  było  cię  przy mnie  myślałem 

o tobie   i to   dawało   mi  siłę.   Wiedziałem,  że  czekasz   na  mnie, 
kiedy łaziłem po sztolniach Hamdirholmu, czy też wypełniałem 

zadania   polecone   przez   Pradziadka.   Wiedziałem,   że   jesteś 
gdzieś   tam,   czekasz...   że   mam   do   kogo   wrócić...   I kiedy 

jestem... byłem przy tobie, to nie liczyło się nic poza tobą, poza 
nami...   Tak   bardzo   się   różnimy...   Nie   chodzi   tu   o krasnoludy 

i elfy, ale o kobiety i mężczyzn, nie ważne jakiej są rasy. Nam, 
mężczyznom, ciężko jest zrozumieć miłość kobiety. Myślimy, że 

jest taka jak nasza – chwile uniesienia, trochę romantycznych 
momentów,   a reszta   to   przyjaźń,   taka   prawdziwa   niemalże 

męska, tylko bez chlania piwska i dziwacznych pomysłów... Wy, 
kobiety,   inaczej   to   odbieracie.   Wam   potrzebna   jest   nasza 

obecność,   nie   na   chwilę,   ale   cały   czas.   Potrzebna   wam   jest 
pewność, że jesteśmy w pobliżu, że nie jesteście same – to daje 

wam poczucie bezpieczeństwa. I za to jesteście gotowe oddać 
wszystko – siebie, swoje szczęście, poświęcenie. Wszystko byle 

czuć   się     bezpieczne.   Kiedy   znikamy   wam   z pola   widzenia, 
zaczynacie czuć się nieswojo, zaczynają się w waszych głowach 

kłębić różne głupie myśli. „Poszedł, pewnie minie zostawi. Nie 
jestem dla niego zbyt dobra, skoro tak często zostawia mnie 

samą. Dlaczego nie ma go przy mnie? Pewnie jestem za gruba, 
mam za małe piersi.” i tym podobne.   Jeśli my, faceci, w porę 

tego  nie  zauważymy i nie  wybijemy wam tego  z głowy, to  te 
myśli zabiją związek. Tak jak zabiły nasz.

- Czemu tak nie rozmawialiśmy wcześniej? - po spuchniętym 

policzku Arien pociekła łza. - Kiedy byliśmy razem.

Baugi wzruszył ramionami:

- Nie było takiej potrzeby. To jedna sprawa. Druga sprawa to 

to, że dopiero rozstanie uświadomiło, przynajmniej mi, jaka to 

wielka strata. Żyć bez ciebie...

- Kochasz mnie? - cichutko spytała elfica.

Baugi popatrzył przez okno powozu i uśmiechnął się do siebie. 

W tym   uśmiechu   nie   było   jednak   radości,   a raczej   wielkie 

pokłady smutku:

- Czy podróż za tobą i obcięcie jajek elfiemu ambasadorowi 

nie jest wystarczającym dowodem moich uczuć?

-   Nie   odpowiedziałeś   na   moje   pytanie   –   nie   dawała   za 

wygraną Arien.

- Nam krasnoludom ciężko jest składać takie wyznania. Tak, 

kocham cię, Arien.

Powóz powoli toczył się po gościńcu. Słychać było tylko głuchy 

stukot kopyt i stłumione  rozmowy krasnoludów siedzących na 
koźle.

-   Co   z nami   będzie?   -   przerwała   ciszę   Arien.   -   Skoro   nie 

możemy do siebie wrócić, to po co mnie szukałeś?

-   Fakt,   nie   możemy   odwołać   rozwodu...   –   odparł   Baugi 

klękając przed elficą.

- Co ty robisz?! - Arien poderwała się, pomimo bólu w klatce.
- ... ale zawsze możemy zawrzeć ślub – dokończył krasnolud. 

Widać   było,   że   niezbyt   zręcznie   czuł   się   na   kolanach.   - 
Wyjdziesz powtórnie za mnie?

- Co... jak...? - Arien opadła na miękkie poduchy powozu. - 

Baugi...

-   Mam   wszystko   zaplanowane   –   szybko   zaczął   mówić 

krasnolud.   -   Zamieszkamy   u   podnóża   Tysiąca   Stopni...   Na 

pewno Pradziadek znajdzie tam dla mnie jakieś zajęcie...

- Tak.

- ... Ty co dnia będziesz się budzić widząc Równiny, ja będę 

miał   blisko   do   kopalni.   Na   dole   również   zamieszka   Lofar 

i Agnar...

- Tak!

background image

- Jako wygnańcy nie mogą wkraczać do kopalni... Co?!

- TAK!
-   Znaczy   się,   że   wyjdziesz   za   mnie?   -   dopytywał   się 

uradowany krasnolud.

-   Jeśli   jeszcze   raz   będę   musiała  powiedzieć  „tak”,   to  twoja 

twarz   będzie   wyglądać   tak   jak   moja!   -   warknęła,   udając 
rozzłoszczoną, Arien. - Kocham cię, mój krasnoludzie i nigdy nie 

przestałam   cię   kochać.   -   ujęła   jego   dłoń   i mocno   ścisnęła.   - 
W moim   stanie   nie   możemy   sobie   pozwolić   na   żadne   inne 

czułości. To musi poczekać aż... aż do nocy poślubnej!

Baugi jęknął:

- Ale przecież już byliśmy razem!
Teraz   jednak   jesteśmy   przed   ślubem   i trzeba   zachować 

porządek rzeczy.

Krasnolud coś tam mruczał pod nosem.

- I jeszcze jedno, nie mam tego odszkodowania, co to dał mi 

je Pradziadek przy  rozstaniu. Wszystko zostało u Cenreda.

-   Nic   to   –   machnął   ręką   uradowany   Baugi.   -   Co   z tym 

zrobiłaś, to twoja sprawa, ale wiano...

- Co „wiano”?
- No, wiano będzie podwójne...

- Jak to podwójne!? - oburzyła się elfica.
-   Jesteś   rozwódka   –   rozłożył   ręce   krasnolud.   -   Czyli   byłaś 

używana...

- Jak to „używana”? - elfica, pomimo bólu, podparła się na 

łokciach.

- No, poprzedni mąż cię używał...

- Ale to przecież byłeś ty!
- Nic na to nie poradzę. Tamten stary związek to przeszłość. 

Teraz jest nowa sprawa – ty i ja bierzemy ślub...

-   Ślubu   nie   będzie!   -   warknęła   Arien   odwracając   głowę   do 

ściany powozu.

-  Jak  to   nie  będzie!?   -  Baugi  podniósł  się   z kolan.  -  Co  ty 

mówisz, kochanie?

- Nie będzie i już! Nie wyjdę za kogoś, kto już wcześniej był 

używany!

- Kto był wcześniej używany? - zdziwił się Baugi. - Ja byłem 

wcześniej używany?! Wypraszam sobie!

Arien odwróciła się do niego i z błyskiem w oku, dźgając go 

w okrytą kolczugą klatkę piersiową, powoli powiedziała:

- Baugi, synu Fridleifa, który jest synem Arngrima, który był 

synem Dolgthrasira, jesteś rozwodnikiem! Byłeś używany przez 

swoją żonę! A ja biorę tylko świeży towar! Ślubu nie będzie!

- Ależ dusieczko...

- Nie!
- Co cię ugryzło?!

- NIE!
- Już dobrze, dobrze! Nie będzie podwójnego wiana!

- Kocham cię, mój krasnoludzie!
- I ja ciebie...

- Co mnie?
Baugi westchnął:

- I ja ciebie też kocham... Jesteście niemożliwe...
Zza kotary wychynęła głowa Agnara:

- Jak tam, Arien, okiełznałaś tego ogiera?
- Ano – odparła uśmiechnięta elfica. - Mój ci on!

-   No   i dobrze.   Sporo   elfów   dzisiaj   narżnęliśmy   dla   ciebie. 

Kompletnie   by   się   to   nam   nie   kalkulowało,   gdybyś   go   nie 

chciała.

-  Nie  mogę  sobie  wyobrazić jak oni  ten,  tego...  ze   sobą  – 

rzucił półgłośno powożący  Lofar.

- Słyszałam!

- Zmarnowałoby się, gdybyś nie słyszała...
- W konie! - wrzasnął nagle Agnar widząc tumany kurzu, za 

nimi, daleko na gościńcu. - Pościg!

Lofar   zaciął   batem   konie.   Powozem   zaczęło   rzucać   kiedy 

zaczął nabierać prędkości.

-   Byle   do   lasu!   -   krzyczał   Agnar   przez   zagłuszając   tętent 

kopyt   i skrzypienie   wozu.   -   może   zgubimy   ich   w jakiejś 
przecince!

Pędzili   polami   z nadzieją   wyglądając   linii   lasu.   Początkowo 

pościg   wyraźnie   się   zbliżał,   jednak   po   rozwinięciu   pełnej 

prędkości   ambasadorskiego   powozu,   zdał   się   trwać   w stałej 
odległości. Zaraz też jednak coraz szybciej zaczął ich doganiać.

background image

Pełnym rozpędem wpadli do lasu i choć było to niebezpieczne, 

Lofar dalej poganiał konie. Mieli szczęście, że leśny dukt biegł 
w miarę   prosto,   bez   żadnych   ostrzejszych   zakrętów.   Gałęzie 

drzew opętańczo tłukły w budę powozu.

Po   kolejnym,   nieco   ostrzejszym   łuku,   Lofar   nagle   ściągnął 

wodze   i przesunął   dźwignię   hamulca.   Powozem   szarpnęło, 
a Agnara rzuciło na zadek jednego z koni. Wóz zatrzymał się, 

a z   budy   dobiegły   jęki   postękiwania   poobijanych   Arien 
i Baugiego.

- Zwariowałeś! - darł się gramolący się z konia Agnar! - Po co 

hamujesz! Jedź dalej!

-   Nigdzie   nie   pojedziecie!   -     sprzed   powozu   dobiegł   ich 

stanowczy pisk.

'Bardziej stanowczo!' - doleciało z lasu.
-   Nigdzie   nie   pojedziecie   –   znowu   zabrzmiał,   tym   razem 

bardziej zbasowany pisk.

'Lepiej. Dalej!' - pochwalił las.

Lofar wychylił się z kozła. Przed sobą miał kilku młodzieńców 

ubranych   w zwierzęce   skóry   z maczugami,   cepami   i inszą 

prymitywną bronią.

- Poproszę o kasę! – zapiszczał kolejny  z młodzików.

'”Poproszę”?!'   -     zirytował   się   las..   -   'I   do   tego   takim 

głosikiem?! Siadaj, pała! Zaraz wam pokażę jak to się robi!'

Na drogę wyskoczył rosły barbarzyńca, grzmotnął ogromnym 

dwuręcznym toporem o gościniec i ryknął:

-   Wyskakuj   z kasy,   knypku!   -   odwrócił   się   do   młodzików 

i ciszej dodał – Tak to się robi!

-   Ja   ci   dam   „wyskakuj”!   -   wrzasnął   rozwścieczony   Agnar 

zsuwając   się   na   brzuchu   z konia.   -   Jak   ci   przyłożę,   to   sam 

wyskoczysz, ale z gaci, bo jak będziesz spieprzał to ci własne 
gówno w majtach przeszkadzać będzie!

- Ups! Krasnoludy... - zorientował się barbarzyńca. Odwrócił 

się   do   młodzików:   -   W przypadku   krasnoludów   negocjacje 

w sprawie   kasy   odbywają   się   całkiem   odmiennie.   Nie 
przechodzimy od razu do sedna sprawy, tylko najpierw pytamy 

się   o zdrowie.   Po   uzyskaniu,   zazwyczaj   burkliwej   odpowiedzi, 
całkowicie rezygnujemy z dalszych roszczeń finansowych...

- Co ty mi tu z jakimś pitu-pitu wyjeżdżasz!? – Stryj Baugiego 

zaczął   wymachiwać   swoim   toporem.   -   Gdybym   miał   więcej 
czasu, to bym was wszystkich porachował, ale tak to zmykać mi 

stąd! Za nami jest trochę elfów ich możecie obrabować!

Barbarzyńca   podrapał   się   w czoło   zsuwając   ciężką   futrzaną 

czapę na tył głowy:

- Ten powóz mnie zmylił... Gdybym wiedział, że to krasnoludy 

w życiu   bym   nie   podjął   się   rabowania.   Pracowałem   trochę 
w Hamdirholm i wiem, że kasa to u was drażliwy temat...

-   W Hamdirholm...?   Zaraz,   zaraz...   Znam   cię!   Ty   jesteś 

barbarzyńca Waleczniak!

- Ano ja....
- To  ja, Agnar! Z nieba nam spadłeś! Dużo masz tam tych 

swoich barbarzyńców?

- Całą klasę I B, trzydzieści osób...

- Dawaj ich tu!

***

Cenred,   na   czele   swej   gwardii   przybocznej   tryumfująco 

uśmiechnął   się   wpadając   do   lasu   w ślad   za   powozem 

z krasnoludami.   Tutaj   pniaczki   będą   musiały   zwolnić,   albo 
rozbiją się na którymś z zakrętów. A nawet jak porzucą powóz, 

to błyskawicznie wyłapie ich w lesie.

Minęli w pełnym galopie kilka zakrętów i choć zady ich koni 

pokryły się już pianą, dalej kontynuowali pościg. Za kolejnym 
przywitała ich niemała niespodzianka.

-   Trzymać   szyk!   -   darł   się   skryty   w niedźwiedzim   futrze 

barbarzyńca.   Zanim   stała   karna   linia   złożona   z wojów 

uzbrojonych we włócznie i tarcze.

Elf, hamując  swego   wierzchowca,  z niedowierzaniem patrzył 

na   stojącą   przed   nim   formację.   Skąd   tu   się   wzięli   ci 
barbarzyńcy?

-   Naprzód!   -   wydał   komendę   dowodzący   barbarzyńcami 

Waleczniak. Ściana tarcz zafalowała i przesunęła się do przodu - 

Raz! Równo! Raz! Raz!

Z   tyłu,   za   manewrującymi   barbarzyńcami,   stał   powóz 

background image

ambasadora a na jego koźle, przyjaźnie machając ręką, siedział 

Baugi.

Cenred   zaklął   pod   nosem   oceniając   szanse   szarży   swego 

oddziału.   Lepiej   nie   ryzykować.   Był   wciśnięty   między   zakręt, 
a zbliżających się pieszych – nie zdążyłby przejść do pełnego 

galopu, a tylko w ten sposób mógłby przebić się przez formację 
włóczników. Jedyny sposób to spieszyć swoich wojów i podjąć 

walkę linią. I tak zamierzał zrobić. Już miał wydać rozkaz, gdy 
Waleczniak podał nową komendę:

- Łucznicy! Salwą przed konie!
Brzęknęły cięciwy i kilka strzał wbiło się w piaskową drogę tuż 

przed  konnicą  Cenreda.  Reszta  zaświstała  pośród  stłoczonych 
elfich   jeźdźców.   Zakwiczał   raniony   koń,   zastukały   trafione 

pociskami pancerze.

De Rien ryknął wściekle i dał znak do odwrotu. Sam krzyknął 

w stronę Baugiego:

- To jeszcze nie koniec, pniaczku! Arien jest moja! Nikt nie 

stanie mi na drodze do władzy i sławy! Stawimy się z całą elfią 
potęgą u stóp Hamdirbergu!

- Zapraszamy! - odkrzyknął Baugi.
Elf   zawrócił   w miejscu   konia   i poganiając   go   nachajką 

popędził za swoją gwardią.

-   Świetna   robota,   Waleczniaku!   -   do   barbarzyńcy   podbiegł 

Agnar. - Widzę, że akademia działa pełną parą...

- Chwileczkę – przerwał mu Waleczniak. - Klasa I B do mnie! 

W szeregu zbiórka! Morgan, przestaniesz ty się tam taczać po 
tym   lesie?!   Znowu   pijany,   czy   co...   Dzielnie   się   sprawiliście, 

wojowie. Osobiście was pochwalę u Ojca Dyrektora Jarosława. 
Poza   łucznikami!   Jak   mówię   PRZED   konie,   to   PRZED,   a nie 

W konie, blacka dupa! Jako, że efekt i tak był wyśmienity, to 
łaskawie   nie   wspomnę   o tych   niedociągnięciach   Ojcu 

Dyrektorowi. Możecie się rozejść, zbierać grzyby, maliny i inne 
poziomki...   Morgan,   zostaw   ten   bukłak   łachudro!   Zaraz 

dostaniesz   pałę...   pałą!   Wszyscy   normalnie   piją,   tylko   ten 
zawsze musi się sponiewierać...

Barbarzyńska młodzież rozsiadła się po obu stronach drogi, 

żywo komentując ostatnie wydarzenia.

- Świetnie sobie radzisz z tym młodzikami – zaczął Baugi. - 

Dużo ich tam macie w tej akademii?

- Oj będzie z dziesięć klas, na razie tylko pierwszy rocznik. 

Cztery   klasy   o profilu   ogólnym,   dwie   humanitarnym,   dwie 
macz.-fiz....

- Macz.-fiz.? - zaciekawił się Agnar.
- Profil maczugo-fizyczny, tak jak ta klasa, I B, zajmuje się 

rozbojem po lasach... I dwie o profilu biologiczno-chemicznym 
z naciskiem na wsobne gazy bojowe...

- Wsobne gazy bojowe?
-   Bąki,   piardy,   pot,   odór   z gęby   i takie   tam.   Ogólnie 

śmierdzenie po barbarzyńsku.

- Aha, to pewnie macie też jakieś praktyki, nie?

-   A mamy,   mamy...   To   znaczy   chcielibyśmy   mieć,   ale   -   tu 

Walczniak   rozłożył   bezradnie   ręce.   -   nikt   nie   chce   nas   na   te 

praktyki wziąć. Wiecie, mamy słaby public relation...

- Że co?

- No, kiepski wizerunek. Nie lubią nas.
- My was lubimy – Baugi przyjacielsko poklepał Waleczniaka 

po   ramieniu.   -   I dlatego   całkiem   za   darmo   będziecie   mogli 
odbyć u nas w Hamdirholm praktyki. Wiecie, pełny obóz i straże 

wokół niego, patrole, jakieś bitwy...

- Naprawdę?! - uradował się barbarzyńca-belfer. - Świetnie? 

A ile klas?

- Cała akademia.

- Cała?! - zdziwił się Waleczniak. - Za darmo?
- Za darmo. Od zaraz.

- Wchodzimy w to! Zaraz pchnę umyślnego do Ojca Dyrektora 

z dobrą nowiną!

***

Dolgthrasir   kończył   właśnie   wysłuchiwać   raportu   Gimbura 

tyczącego się stanu liczebnego owiec, co zawsze wprawiało go 

w zły   nastrój,   gdy   ze   strażnicy   na   Dziobie   zbiegł   jeden 
z obserwatorów i wydyszał:

background image

- Zbliża się elfi powóz w obstawie barbarzyńców.

- Dużo ich?
- Będzie z trzy dziesiątki.

-  Zgromadź  tu całą  straż  i ściągnij  z wyra Hreia. Nigdy  nie 

wiadomo co planują ostrousi.

Obserwator popędził w głąb kopalni.
Po   chwili   przy   jednym   ze   skrzydeł   ogromnej   Bramy   zaczęli 

zbierać się wojowie Hreia.

- Co się dzieje, Pradziadku? - spytał Dolgthrasira Coleman.

-   Elfy   idą.   Z barbarzyńcami   –   spokojnie   odpowiedział 

krasnolud.

- To ja pójdę po Harnę – i również pobiegł do Przedsionka.
- Jasne, że pójdziesz – mruczał Pradziadek idąc do Bramy. - 

Przecież bez niej żyć nie możesz...

Stanąwszy   przed   strażą   Hamdirholmu,   chrząknął   znacząco. 

Zebrani   wojowie   przerwali   swe   rozmowy   i spojrzeli   na   niego 
wyczekująco.

- Nadchodzą ostrousi wraz z silną obstawą. Niby nie mamy 

żadnej wojny z elfimi rodami, ale lepiej zawczasu pianę z piwa 

zdmuchnąć,   niż   potem   z białym   wąsem   chodzić.   Tak   więc, 
spokojnie, bez żadnej agresji, ale czujnie.

-   Pradziadku!   Pradziadku!   To   Baugi!   =   przybył   kolejny 

posłaniec z Dziobu.

- Co Baugi?
- To Baugi przybył w tym powozie... I Agnar i Lofar... Zresztą, 

twój Prawnuk już tu idzie.

Dolgthrasir   wyszedł   przed   Bramę   i cierpliwie   wyczekiwał 

Baugiego. Nie można było po nim poznać, czy się cieszy, czy 
martwi.   Stał   na   skalnej   półce   spokojnie   wypatrując   swego 

Prawnuka.

Baugi w końcu wdrapał się po Tysiącu Stopni.

- Witaj w domu, synu – uściskał go Pradziadek. - Odnalazłeś 

elficę?

- Tak, Pradziadku.
- To dobrze. Wszystko z nią w porządku?

- Nie bardzo. Elfy ją pokiereszowały...
- To niedobrze...

- Ale załatwiliśmy tych, którzy byli za to odpowiedzialni...

- Bardzo dobrze.
-   I obcięliśmy   jaja   jednemu   z nich.   Ambasadorowi   Blasku 

Poranka...

-   Niedobrze.   Elfie   rody   ruszą   z całą   potęgą   –   wyraźnie 

zmartwił się Pradziadek.

- Załatwiłem nam kilkuset barbarzyńców do pomocy...

- Nieźle... - Dolgthrasir był dalej niepocieszony.
-   Ale   chyba   tylko   jeden   Ród   na   nas   pójdzie.   Arien   to   tak 

załatwiła.

- Dobrze... - na twarzy Pradziadka pojawił się nikły uśmiech.

- I mamy bogate łupy.
- Bardzo dobrze – szerzej uśmiechnął się stary krasnolud.

- Pradziadku, żenię się!
-   Z kim?!   Głupie   pytanie...   Świetnie!   -   rozpromienił   się 

Dolgthrasir.

-   Arien   jako   wiano   wnosi   ten   elfi   powóz   i dwa   przedniej 

jakości konie zaprzęgowe.

-   Rewelacja!   -     Pradziadek   przygarnął   Baugiego.   -   Jestem 

z ciebie   taki   dumny!   Prawdziwy   z ciebie   Syn   Hamdira!   Mój 
prawnuk   znowu   się   żeni!   -   Dolgthrasir   odwrócił   się   do 

zebranego w Bramie tłumu krasnoludów.

- Wiwat! Sława mu! - rozdarło się kilkadziesiąt gardeł.

- Czy coś nas ominęło? - Przez tłum przedzierał się Coleman 

z Haną.

-   Baugi   się   żeni!   -   krzyknął   Pradziadek.   -   A przepraszam, 

Baugi. Oto Harna, eteryczna smoczyca, oblubienica Colemana...

-   Wypraszam   sobie!   -   równocześnie   oburzył   się   i wampir 

i smoczyca.

- Ha, ha, ha! - zaśmiał się Pradziadek klepiąc się po udach. - 

Nawet gadacie razem! Już dajcie spokój, gołąbeczki, przecież 

macie się ku sobie!

Wąpierz i Harna spłonili się, ale swych dłoni nie puścili.

- Szykować Hallę! - rozporządził Dolgthrasir.
- Nie, nie, Pradziadku – szybko zaoponował Baugi. Chcemy 

ślub wziąć na dole u podnóża Tysiąca Stopni. Dzięki temu stryj 
Agnar i Lofar również będą mogli w nim wziąć udział. No i chcę 

background image

tam zamieszkać...

- Nie może być! - zmarszczył brwi Dolgthrasir.
- Pomyśl, Pradziadku. Cały handel chcesz przenieść na dół, 

prawda? Przyda się więc tam  twój osobisty wysłannik, co nie? 
Ty tu sobie spokojnie zajmiesz się kopalnią, a ja, Agnar i Lofar 

zajmiemy się całą resztą. Poza tym chcę tam zamieszkać, bo 
Arien niezbyt dobrze czuje się w zamkniętych pomieszczeniach.

Dolgthrasir   uważnie   patrzył   na  Prawnuka,   a na  jego  twarzy 

pojawiał się coraz szerszy uśmiech.

-   Świetnie   to   sobie   umyśliłeś.   Nie   widzę   żadnych 

przeciwwskazań   żeby   stało   się   tak   jak   chcesz.   Jednak 

przygotowanie uroczystości na dole trochę potrwa.

-   I bardzo   dobrze!   -   ucieszył   się   Baugi.   -   Arien   potrzebuje 

czasu, żeby dojść do siebie. Jest naprawdę w kiepskim stanie.

-   Niech   tak   będzie!   -   zgodził   się   Pradziadek.   -   Jednak 

zaręczynowa uczta musi się odbyć! Dawać beczki z piwem do 
Halli! Zarzynać owce! Piec szczurnice! Mój prawnuk powrócił!

-   Dołączę   do   was   później,   teraz   muszę   spieszyć   do   swej 

nowej narzeczonej – Baugi wykręcił się z uścisku Pradziadka.

„Dobrze   jest   znowu   być   w domu”   -   pomyślał   zbiegając   po 

Tysiącu   Stopni   i wciąż   słysząc   radosny   gwar   dobiegający 

z Hamdirholm.

Czerwiec – sierpień 2008

Ourobouros

Gęsta   mgła  z wolna  podnosiła   się   z Równin,   tuż   u   podnóża 

Góry Hamdira, odsłaniając pobojowisko. Wszędzie leżały ciała 

krasnoludów i ludzi, zastygłe w dziwacznych pozach. Na wpoły 
złożony   płócienny   daszek,   porozbijane   stoły,   pobite   naczynia 

i domowe   sprzęty   znaczyły   bojowy   szlak   największego   wroga 
Hamdirholmu.

Z   oparów   wychynęła   postać   korpulentnego   barbarzyńcy, 

brudna i poszarpana. Powolnym, chwiejnym krokiem dotarła na 

pole bitwy, gdzie rozejrzała się po leżących zwłokach i kręcąc 
z niedowierzaniem   głową   ruszyła   dalej.   Minęła   stosy   ciał 

i dotarła do potężnej beczki. Barbarzyńca zanurzył w niej głowę 
i pił łapczywie. Skończył gasić pragnienie, otarł ociekające wąsy 

i brodę i jeszcze raz rozejrzał się po pobojowisku.

- Kiedyż to cholerne wesele się skończy... - westchnął ciężko 

i ponownie zanurzył głowę w kadzi z piwem.

- MOOOOORGAN!

Pijący   podskoczył   i zakrztusił   się   mocnym,   krasnoludzkim 

trunkiem. Zaczął pić jeszcze  łapczywiej.

- Morgan, łachudro! - z mgły wyłonił się kolejny, chudy jak 

szczapa,   barbarzyńca.   Zdecydowanym   krokiem   szedł   ku 

pijącemu.

Część ciał na pobojowisku poruszyła się:

- Musisz tak drzeć się o poranku!?
- Bogowie, jak mnie łeb boli...

- Wody, wody...
Leżący zaczęli z wolna podnosić się. Część z nich trzymała się 

za   obolałe   głowy,   innymi   targały   poranne   torsje.   Paru 
niewidzącym   wzrokiem   rozglądało   się   po   otoczeniu,   wyraźnie 

zastanawiając się skąd tu się wzięli.

background image

Waleczniak   złapał   za   ucho   pijącego   i wyciągnął   jego   głowę 

z kadzi.

- Morgan, pijusie niemyty, czemuś opuścił swoje stanowisko!

Zapytany   bezskutecznie   próbował   skoncentrować   wzrok   na 

swoim rozmówcy:

-   Melduję...   hep!...   psorze,   że   swoją   służbę   skończyłem 

wczoraj o zachodzie słońca! Mam teraz czas wolny i mogę robić 

z nim co tylko zechcę! A chcę się ponownie urżnąć, gdyż jest to 
najlepsza rzecz jaką potrafię zrobić...

-   Morganie   –   spokojnie   odparł   Waleczniak   –   pragnę   cię 

poinformować, że już jest południe i właśnie zaczęła się twoja 

służba wartownicza...

- Ale moja kolejna wachta miała być jutro – z rozbrajającym 

uśmiechem powiedział Morgan.

-   Twoje   jutro   przerodziło   się   już   w dzisiaj!   -   rozdarł   się 

Waleczniak, powodując tym chór  jęków  próbujących dojść do 
siebie biesiadników.

-   Nie   może   być!   -   wytrzeszczył   przekrwione   oczy   elew 

Akademii Barbarzyńców. - Ktoś mi ukradł jeden dzień!

- Za to zyskałeś jeszcze jedną wachtę! - krzyknął Waleczniak.
- Litości... - dobiegł z pobojowiska błagalny ton. - Krzyczcie 

sobie gdzie indziej...

-   Przepraszam.   Tak   więc,   Morganie,   ruszaj   na   swoje 

stanowisko!

-   Mogę   jeszcze   łyczka...?   -   młody   barbarzyńca   z tęsknotą 

zerknął na kadź z piwem.

- Nie! Poza tym jesteś już zwolniony z zajęć pijaństwa i już 

teraz   otrzymujesz   z tego   przedmiotu   notę   celującą!   Rozkaz 
wykonać!

Morgan   westchnął   ciężko,   obrócił   się   na   pięcie   i powłócząc 

nogami poczłapał w coraz rzadszą mgłę. Mijając powywracane 

stoły potknął się i plasnął w kałużę rozlanego piwa.

- Stacja trzynasta, Morgan upada po raz trzeci – skomentował 

widzący to wydarzenie inny barbarzyńca.

-   Dobrze,   że   cię   widzę,   dyżurny   I-szej   G   –   zwrócił   się   do 

komentującego Waleczniak. - Zbierz swoją klasę i poustawiajcie 
te stoły. Zaraz I-sza H zaczyna zajęcia. Aha, widzę, że wszyscy 

z twojej klasy leżą wciąż nieprzytomni. To dobrze - zaliczyliście 

pijaństwo na pięć. Oprócz ciebie. Ty masz czwórkę – trzymasz 
się na nogach.

- Tak jest, psorze!
Na Tysiącu Stopni, zza Dziobu, wyszedł Dolgthrasir. Zatrzymał 

się   na  chwilę   fachowym  wzrokiem  oceniając  miejsce   biesiady 
i uśmiechnął się promiennie – To jest wesele!

Zszedł na dół wydając rozkazy idącym za nim krasnoludom:
-   Napełnijcie   misy   wodą   –   kto   chce   niech   się   umyje. 

Poprawcie   zadaszenie.   Przetrzeć   stoły,   wyzbierać   pobite 
naczynia   i dać   nową   zastawę!   Przytoczcie   też   nowe   beczki 

z piwem.   I owczy   bulion!   Po   takim   chlaniu   trza   naszym 
biesiadnikom gorącej tłustej zupy!

Pradziadek   przechadzał   się   po   miejscu   biesiady   witając   się 

z gośćmi   i pytając,   czy   dobrze   się   bawili   i czy   czegoś   nie 

potrzebują.   Wszyscy   chwalili   świetną   imprezę,   choć   niektórzy 
byli bladzi, wręcz zieloni, tak ich gnębił kac.

-   Dolgthrasirze,   Dolgthrasirze!   -   w stronę   Pradziadka   biegł 

jeden   z krasnoludów.   -   Mamy   problem   z Dziaduniem 

i Leofriciem!

-   Już   idę!   -   stary   krasnolud   ruszył   w stronę   gdzie 

wczorajszego   wieczoru   biesiadowały   martwiaki.   Stanął   przy 
kadzi   z rozcieńczonym   piwem   w którym   pływały   dwa   wzdęte 

ciała, dookoła których leniwie kołysłay się zgniłe kawałki mięsa.

- No ładnie – podrapał się po głowie. - Dziadunio schlał się 

przez nasączanie do nieprzytomności. Podobnie Leofric. Nic to! 
Wyciągnijcie   ich   ostrożnie,   żeby   nie   pogubili   resztek   ciała 

i połóżcie na tamtej skałce, żeby wyschnęli. I obracajcie ich co 
jakiś czas, co by równo im się schło. Opróżnijcie też kadź, bo 

ktoś jeszcze, przez te pływające robaki, pomyśli, że to tequila.

Goście zasiedli ponownie do stołów, gdzie podano tłusty rosół. 

Początkowo   w ciszy   spożywano   posiłek,   zaraz   jednak   kiedy 
biesiadnicy  poczuli,  że   ich  żołądki  znowu zaczynają  pracować 

pomiędzy miskami z zupą pojawiły się pierwsze kufle z piwem. 
Impreza   ponownie   nabierała   rozpędu.   Co   poniektórym,   wciąż 

odczuwającym skutki wczorajszego pijaństwa, zaserwowano sok 
z cytryny   i pomidorów,   paskudny   w smaku,   ale   za   to 

background image

błyskawicznie stawiający na nogi.

Od   strony   obozu   barbarzyńców   zbliżał   się   Waleczniak 

z kolejną   klasą.   Zatrzymali   się   przy   stołach   i profesor   wydał 

komendę:

-   I-sza   H!   Do   pijaństwa   przystąp!   Macie   cztery  godziny   na 

całkowite   urżnięcie   się.   Premiowane   będzie   zgaśnięcie   a la 
Conan, z głową w talerzu jak i obrzyganie sąsiada! Wykonać.

Hałastra   młodych   barbarzyńców   z niesamowitą   gorliwością 

rzuciła się realizować szkolne zadanie.

Waleczniak podszedł do Pradziadka i spytał:
- Kiedy planujecie główny punkt imprezy, czyli ślub?

- Jak tylko  pojawią się  ostatni  goście. Czekamy jeszcze  na 

Sorlich,   Idrottira   i Pacego   z tym   swoim   nieodłącznym   stadem 

baranów...

- Baranów?! Baranów?! - rozległo się za plecami Dolgthrasira.

-   Witaj,   Pacy!   -   Pradziadek   rzucił   się   w ramiona   swego 

kuzyna.   -   Mówiąc   „barany”   miałem   na   myśli   twoją   dalszą 

rodzinę, a nie tę trzódkę, którą, jak zawsze, przyprowadziłeś ze 
sobą.

-   No,   myślę   sobie   –   uśmiechnął   się   zza   gęstej   brody   Pacy 

i przyjaźnie   poklepał   Pradziadka.   -   Sorli   też   będą?   A nie 

wojujemy z nimi?

- Stare dzieje – machnął ręką Hamdirholmczyk i poprowadził 

go   do   stołu   sadzając   między   byłym   kapitanem   straży 
Willehadem,   a Jarosławem,   Ojcem   Dyrektorem   Akademii 

Barbarzyństwa, a obecnie najbardziej skacowanym barbarzyńcą 
pod   biesiadnym   namiotem.   -   Jest   jedna   rzecz,   która   może 

pogodzić zwaśnione krasnoludy – wspólny interes...

- A właśnie, co z moim hotelem? - zaciekawił się Pacy.

Pradziadek   przez   chwilę   zastanawiał   się   co   odpowiedzieć 

kuzynowi, żeby go nie obrazić. W końcu odparł:

- Nie ma i nie będzie. To był durny pomysł. Hotel dla ludzi 

w środku kopalni...? Ale wiesz co? Możemy go postawić tutaj, 

bo   też   i tutaj   przenosimy   cały   handel   –   mam   dość   tego 
harmidru   jaki   robią   ci   wszyscy   obcokrajowcy.   Paszła   won!   - 

warknął Dolgthrasir na jedną z owiec Pacego.

- Czupakabra, nie przeszkadzaj – spokojnie przegonił swego 

zwierzaka Pacy.

-   Nie   może   być!   -   zdziwił   się   Dolgthrasir   widząc   jak   owca 

spokojnie odchodzi, by paść się parę kroków dalej. - Posłuchała 

się!

- Bo z nimi trzeba grzecznie, wtedy to i one są grzeczne – 

Pacy głośno  wysiorbał  miseczkę  baraniego rosołu  i sięgnął po 
kufel   piwa.   -   Mówisz,   ze   hotelu   nie   będzie...   -   cmoknął 

z niezadowoleniem.   -   Nigdy,   brachu,   nie   miałeś   smykałki   do 
prowadzenia interesów.

Dolgthrasir zacisnął zęby, ale nic nie powiedział. Gdyby Pacy 

nie był jego rodziną, to by zaraz zdzielił go przez łeb. Bardzo 

łatwo jest obrazić krasnoluda twierdzeniem, że nie zna się na 
obrocie pieniądza.

- A własnie... Co z tym inżynierami od króla Równin?
-   A srały   na   nich   nietoperze!   –   warknął   tylko   Pradziadek 

i odszedł od stołu.

- Chcesz, waszmość, posłuchać mego poematu? - zagadnął 

Pacego Willehad, który porzucił kapitański wikt na rzecz poezji.

- A o czym? - odbeknął mu krasnolud.

- O zachodzie słońca, górach, połoninach, owcach...
- O owcach? Bardzo chętnie – Pacy nalał sobie kolejny kufel 

i rozsiadł się wygodnie na ławie.

***

- To może wjadę na koniu? - niewinnie spyta swej ukochanej 

Baugi.

- Na koniu? - zdziwiła się Arien. - A czemuż to?

Krasnolud   z rozrzewnieniem   patrzył   jak   elfica   rozczesuje 

swoje długie blond włosy. Południowe słońce, wpadające przez 

otwarte   drzwi   świeżo   pobudowanej   chaty,   szpilami   promieni 
zdawało się pomagać jej w tej czynności.

Baugi westchnął:
- A bo ja taki niski jestem...

Arien   przerwała   rozczesywanie   i odwróciła   się   do   niego 

marszcząc brwi:

background image

- Co ty kombinujesz?

-  No   wiesz... Jak idę  koło  ciebie,  to  wyglądam jak  jakaś... 

kaczka. Taki pokurcz... A na koniu, to jesteśmy niemal równi 

sobie...

- Baugi, skarbie – Arien pogładziła go po zarośniętej twarzy. - 

my   jesteśmy   sobie   równi.   Kocham   cię   takiego   jakim   jesteś 
i mam gdzieś różnicę wzrostu. Tyle razem przeszliśmy, że taka 

błahostka   nie   powinno   nam   sprawiać   żadnego   problemu   – 
pocałowała go w policzek.

- No tak... Głupi jestem.
- Poza tym jak to by wyglądało – kontynuowała elfica. - Ty na 

koniu, ja przy tym koniu, jak jakaś niewolnica...

-   Tak   nie   może   być   –   zdecydowanie   powiedział   Baugi.   - 

Wejdziemy normalnie.

Arien uśmiechnąła się do siebie. Teraz, kiedy wrócili do siebie, 

ich   związek   wyglądał   inaczej,   dojrzalej.   Dużo   ze   sobą 
rozmawiali i spędzali ze sobą więcej czasu niż przed wyjazdem 

Arien   z Cenredem.   Elfica   spochmurniała.   Cenred   obiecał,   że 
wróci   po   nią   ,   a ona     wiedziała,   że   dotrzyma   słowa.   Kiedy 

przypominała o tym Baugiemu, czy też Dolgthrasirowi, ci tylko 
uśmiechali się tajemniczo i mówili, żeby niczym się nie martwiła 

–  po weselu  się zobaczy. Jednak  od powrotu do Hamdirholm 
minęło   już   grubo   ponad   dwa   miesiące,   a nie   widziała,   żeby 

Synowie  Hamdira   w jakiś   szczególny   sposób  szykowali   się   do 
nieuniknionego starcia z elfami.

-   Wszyscy   goście   już   są?   -   spytała   swego   przyszłego 

małżonka, chcąc odgonić pochmurne myśli.

- Kuzyn Pacy już dojechał. Nie ma jeszcze Idrottira i Sorlich. 

Ci   co   mają   najbliżej  zawsze   pojawiają   się   ostatni...   -     Baugi 

przerwał słysząc dobiegającą z zewnątrz wrzawę i dęcie w rogi. 
Podskoczył do drzwi.

- O, jest już Tyrfing ze swoimi ludźmi!
- Nie boisz się, że znowu się pobiją? - spytała Arien układając 

włosy.

- Nie – Baugi się roześmiał. - Te nasze bitwy były sposobem 

na   zabicie   zimowej   nudy.   Przecież   to   nasi   pobratymcy   i tak 
naprawdę, to nigdy nie byliśmy sobie wrogami Dużo było w tym 

pyskówki i przepychanek, ale nikt nigdy nie chciał sobie zrobić 

krzywdy.

- Dopóki ja się nie pojawiłam. I wąpierz.

- Początkowo wprowadziliście trochę zamieszania, jako nowe 

elementy w naszej zabawie, ale kiedy już wszyscy oswoili się 

z waszą   obecnością   to   wszystko   wróciło   do   normy.   Teraz 
z Sorlimi   jesteśmy   wspólnikami   i nasza   handlowa   działalność 

przynosi nam więcej korzyści niż starcia pod górami. No i teraz 
mamy więcej roboty, więc się nie nudzimy.

- Wciąż martwi mnie Cenred – powiedziała nagle Arien.
Baugi podszedł do niej i połozył ręce na jej ramionach.

- Nie martw się – powiedział pewnym głosem. - Pradziadek 

wie   co   robi.   Dziś   jest   nasz   dzień   i nic   nie   powinno   nam   go 

paskudzić.

Arien pogłaskała go po dłoni:

- Nie martwię się kiedy jesteś przy mnie.

***

- To ty! - Siedzący na ławie przy stole Lofar, usłyszał krzyk. 

Odwrócił się:

- Co ja? -   zaskoczony spytał sędziwego krasnoluda z długą 

siwą brodą owiniętą kilkukrotnie w pasie. - Tyś... Idrottir?

- Ano ja! - stary krasnolud usiadł na wolnym miejscu jakie od 

razu zrobiły mu młodsze krasnoludy. Nalano mu pucharek piwa. 

Starzec ledwo zmoczył usta i zaczął mówić do zaintrygowanego 
Lofara. - Ty jesteś autorem „Pielgrzymki do celu” i „Opowieści 

bez końca”!

- Jestem – odparł zdezorientowany Lofar.

- W końcu cię znalazłem! - uradował się Idrottir. - Więc jedna 

tutaj się skrywałeś – wskazał na Hamdirberg.

-   Nie,   byłem   na   wygnaniu.   I tam   spisałem   swoje   myśli   – 

właśnie w „Pielgrzymce do celu” i czternaście tomów „Opowieści 

bez końca”...

- Czternaście! - podskoczył Idrottir.  - To  czemu  mam tylko 

background image

dziewięć?

Lofar skrzywił się:
- Mam problemy z wydawcą. Zalega mi z honorarium za tom 

ósmy. I dziewiąty też.  Wiesz jak to wydawcy...

- Wiem, wiem – Idrottir  pokiwał ze  zrozumieniem głową. - 

Sam miałem swojego czasu z nimi problemy. Trzeba wiedzieć 
jak z nimi się obchodzić. Wiesz, co? Mogę być twoim agentem 

i przejąć na siebie wszelkie negocjacje z wydawcami. 

- Naprawdę!? - początkowo ucieszył się Lofar, zaraz jednak 

posmutniał. - No nie wiem... Będziesz miał czas, żeby chodzić 
za   moimi   sprawami?   Jesteś   przecież   strasznie   zajętym 

krasnoludem...

-   Bzdura,   chłopcze!   -   krzyknął   Idrottir.   -   Będę   twoim 

najlepszym agentem! - tu przymrużył chytrze oczy. - ale nie za 
darmo!

- Wiedziałem, że musi być jakiś haczyk...
- W zamian za to zostaniesz moim uczniem... Jesteś wielce 

obiecującym młodzieńcem.

- Ja!? - wybałuszył oczy zaskoczony Lofar. - Twoim uczniem? 

To...   to....   wielki   zaszczyt   dla   mnie!   Nie   wiem   tylko   czy 
podołam, ale naprawdę się cieszę.

- I ja się cieszę, że przyjąłeś moją propozycję – Pan Marzeń 

wzniósł kufel. - Wypijmy za to!

-   Idrottir,   wszyscy   na   ciebie   czekają,   a ty   tu   piwkem   się 

opijasz!?   -     Do   skrytej   płóciennym   daszkiem   biesiadnej   ławy 

zbliżał się Dolgthrasir. Idrottir wyszedł zza stołu i uściskał się 
z nim mówiąc:

- Witaj, witaj druhu! A mówiłem, że macie w Hamdirholmie 

wielkiego myśliciela i filozofa?

- A któż to?
- Lofar, bracie! Lofar!

Dolgthrasir spojrzał z szacunkiem na wygnańca:
- No, Lofarze, nie spodziewałem się tego... Gratuluję jednak 

z całego serca, ze znalazłeś w końcu swoją drogę – Pradziadek 
uścisnął   prawicę   szczęśliwego   nowego   ucznia   Idrottira,   a do 

Pana Marzeń powiedział:

-   Wiesz,   że   dzisiaj   mamy   ceremonię   zaślubin.   Jesteś 

przygotowany, żeby ją poprowadzić?

- Kiedy tylko zechcesz.
-   Świetnie!   -   Pradziadek   sięgnął   po   najbliższy   dzbanek 

z piwem:

- Sława Idrottirowi!

- Sława! Sława! - wydarła się blisko setka gości.
- Sława Dolgthrasirowi! -  podjął Pan Marzeń.

- Sława! Sława! - zahuczało znowu pod daszkiem.
-   Sława   Hamdirholczykom!   -   podniósł   się   Tyrfing   z klanu 

Sorlich. - Niech nic nie zakłóci  naszej przyjaźni!

- I wzajemnie! - dopowiedzieli Synowie Hamdira.

- Sława! Sława!
- Zdrowie państwa młodych! - poderwał się Agnar.

- Zdrowie!
-   Eh...   -   ciężko   podniósł   się   Jaro   wyraźnie   zmęczony 

prowadzeniem zajęć z pijaństwa. - Sława... Sława mi!

- I gościom! Sława! - odkrzyknęli,  śmiejąc się, zebrani pod 

daszkiem weselnicy.

Jako,   że   po   każdym   toaście   spełniany   był   puchar,   to   wielu 

biesiadników zaczęło odczuwać skutki morderczego tempa picia. 
Pradziadek kazał dotoczyć kolejne beczki, a sam zwrócił się do 

zebranych:

- Kochani! Idrottirze, Panie Marzeń! Tyrfingu, wodzu Sorlich! 

Jarze, Ojcze Dyrektorze Akademii Barbarzyńców! I wy wszyscy 
którzy   uświetniacie   swoją   obecnością   tą   uroczystość!   Dzisiaj 

mój prawnuk, Baugi i jego wybranka, Arien, wstąpią w związek 
małżeński   według   krasnoludzkiego   obrządku!   Jako,  że   Fridleif 

i Arngrim,   ojciec   i dziad,   pana   młodego,   wraz   ze   swymi 
rodzinami   ruszyli   jakiś   czas   temu   w świat   szukając   sobie 

nowego   miejsca   i nie   mamy   od   nich   żadnych   wieści,   chociaż 
wierzę,   że   wiedzie   im   się   pomyślnie,   ja   wystąpię   w roli   ojca 

Baugiego!

Zewsząd   podniosły   się   okrzyki   aprobaty.   Pradziadek   uniósł 

dłonie na znak, że jeszcze nie skończył. Gawiedź ucichła.

-   Jako,   że   Arien,   przyszłej   żony   Baugiego,   wyrzekła   się 

rodzina,   a jej   właśni   ziomkowie,   chcieli   z niej   uczynić 
niewolnicę... - zebrani ze smutkiem pokiwali głowami. Wszyscy 

background image

już słyszeli o przygodach jakie spotkały ostatnio narzeczonych 

w Blasku   Poranka.   -   ...   prosiłbym   aby   Tyrfing   wystąpił   w roli 
ojca panny młodej!

Znowu podniosła się wrzawa, która zaraz ucichła gdy powstał 

Tyrfing. Wódz Sorlich skłonił się i odparł:

- Wielki to zaszczyt dla mnie i naszego klanu! W przeszłości 

stoczyliśmy z wami, Synami Hamdira, setki bitew pod górami 

i raczej wobec siebie nie byliśmy zbyt mili. Jednak od jakiegoś 
czasu   nasza   współpraca   bardzo   dobrze   nam   się   układa 

i zaczynam wierzyć w to, że możemy być zgodnymi sąsiadami. 
Ba!   Możemy   być   bardzo   dobrymi   przyjaciółmi!   Dlatego   tym 

bardziej   cenię   sobie   prośbę   Dolgthrasira   i z   przyjemnością   ją 
spełnię! Niech ten ślub przypieczętuje naszą przyjaźń! W końcu 

założyciele naszych klanów byli braćmi!

Wielka wrzawa podniosła się przy stołach. Wszyscy ściskali się 

ze   wszystkimi,   a najbardziej   cieszyli   się   Synowie   Hamdira 
i Dzieci Sorli. Niektórzy płakali, inni z dumą  pokazywali swoim 

niedawnym   wrogom   blizny   pozostałe   po   starciach   pod   Górą 
Hamdira. Wszyscy jednak śmiejąc się przepijali do siebie.

- W końcu – mruczał do siebie Idrottir -  i moje marzenie się 

spełniło...   Ach   żeby   wszystkie   klany   tak   łatwo   dały   się 

pogodzić...

Kiedy entuzjazm opadł, Pradziadek dał znak, że jeszcze chce 

coś powiedzieć:

-   Na   godzinę   przed   zachodem   słońca   rozpocznie   się 

ceremonia   zaślubin.   Proponuję   więc   udać   się   teraz   na 
spoczynek   pod   specjalny   daszek,   gdzie   rozścieliliśmy   nasze 

najprzedniejsze skóry i odpocząć trochę...

Pomruk   dezaprobaty   poniósł   się   wśród   gości.   Dolgthrasir 

kontynuował niewzruszenie:

-   ...   gdyż   wieczorem   czeka   nas   wielka   uczta   z niezliczoną 

ilością   trunków,   w tym   najprzedniejszego   miodu   z Równin 
i prawdziwego krasnoludzkiego spirytusu! Oczywiście, kto chce 

może   dalej   kontynuować   zabawę.   Jednak   ostrzegam,   że 
najlepsze dopiero przed wami! No i w końcu pojawią się białki! 

Wszystkich zapraszam na wieczór! 

Goście pokiwali ze zrozumieniem głowami. Część wychyliła do 

końca swoje rogi i kufle i chwiejnym krokiem skierowali się pod 

wymieniony daszek, gdzie zalegli na miękkich baranich skórach. 
W końcu   przy   stołach   zostało   tylko   kilku   maruderów.   No 

i oczywiście I-sza H, która w tragicznym już stanie kończyła swe 
zajęcia z pijaństwa.

Pradziadek,   który   teraz   doglądał   przygotowań   do   głównej 

uczty, kręcił się pod biesiadnym daszkiem, pomagając i wydając 

polecenia. Miał tu ponad trzystu gości więc musiał dopilnować, 
żeby wszystko było zapięte na ostatni guzik.

Do Dolgthrasira podszedł Kurgan:
- Otrzymaliśmy sygnał, że elfy są mniej niż o dwa dni drogi 

od Hamdirbergu. Ich zwiadowcy już tu są...

-   Oczywiście   pozwoliliście   im   zobaczyć   co   tu   się   dzieje?   - 

spytał stary krasnolud.

- Jest tak jak przykazałeś.

-   Świetnie!   Wszystko   idzie   zgodnie   z planem!   -   klasnął 

w dłonie Pradziadek. - Pewnie będą chcieli nas przydybać jutro, 

po uczcie, licząc, że nas zaskoczą. Czeka ich niespodzianka – 
armia   skacowanych   i wściekłych,   że   ktoś   im   przeszkadza 

w ucztowaniu krasnoludów! No i będą zmęczeni po całonocnym 
marszu! Dużo ich jest?

- Będzie z cztery setki. Sama konnica.
-   Dobrze.   Weź   kilka   swoich   klas,   niech   przyszykują   piki. 

Zmieciemy ich z powierzchni ziemi!

***

Słońce wyraźnie wędrowało ku zachodniemu horyzontowi, gdy 

weselnicy zebrali się na łące u stóp Hamdirbergu. Pojawił się też 
Dziadunio i Leofric, którzy zdążyli już wystarczająco przeschnąć 

i wraz ze swoim przybocznym pocztem martwiaków stali w dość 
sporej   odległości   od   reszty   gości.   Do   ich   smrodu   gnijącego 

mięsa   dołączył  jeszcze   niezbyt   miły   odór   wietrzejącego   piwa. 
Zebrani   ustawili   się   w okrąg   pośrodku   którego   stał   Idrottir, 

Dolgthrasir i strojnie ubrany Baugi. Czekali na pannę młodą.

-   Wiesz,   że  wasze   potomstwo  będzie  mułami?   -  powiedział 

background image

nagle Idrottir patrząc na Baugiego.

- Mułami? - oburzył się pan młody. - Z całym szacunkiem dla 

twojej brody, Idrottirze, ale to było chamskie. Jeżeli masz coś 

przeciwko naszemu związkowi, to nie ma tu dla ciebie miejsca... 
- coraz bardziej denerwował się Baugi.

Pan Marzeń uśmiechnął się przepraszająco:
- Źle się wyraziłem. Cieszę się z twojego ślubu jak mało kto 

i popieram go całym sercem. Chodzi mi o to, że dzieci z tego 
związku, jako krzyżówka dwóch gatunków, będą bezpłodne. Tak 

jak   muły,   zrodzone   z osła   i konia.   Chciałbym   żebyś   był 
świadomy, że na twoich dzieciach skończy się twoja linia, Baugi. 

Twój syn, bądź córka, owoc miłości twojej i Arien, nie będzie 
mógł mieć następców.

-   Tak,   myślałem   o tym   –   smutno   odpowiedział   młody 

krasnolud. - Jednak kocham tę kobietę bardziej niż swoje życie. 

Chcę by była moją żoną. Chcę mieć z nią dzieci, choćby były 
koślawe   i brzydkie,   choćby   na   nich   miała   skończyć   się   moja 

linia.

Pan Marzeń pokiwał głową ze zrozumieniem:

- Jest jednak szansa. Stare podania o tym mówią...
Idrottir nie skończył, zagłuszyło go granie rogów.

- Zaczyna się – powiedział Pradziadek.
Od   strony,   gdzie   stała   chata   Baugiego   i Arien   nadchodził 

pieszy   orszak   nad   którym   górowała   postać   panny   młodej 
z rozwianym   blond   włosem   i wiankiem   polnych   kwiatów   na 

głowie.

Krąg gości rozstąpił się i na plac wszedł uśmiechnięty Tyrfing 

ze świtą prowadząc za rękę Arien. Serce Baugiego zabiło żywiej, 
gdy   ujrzał   swoją   oblubienicę.   Arien   przybrana   była   w prostą 

lnianą sukienkę przetykaną złotymi nićmi, specjalnie uszytą dla 
niej przez Prababcię Yrsę, która teraz z dumą patrzyła na swoje 

dzieło. W zachodzącym słońcu złote nici skrzyły się przy każdym 
ruchu   elficy,   a jej   długie   proste   włosy   zlewały   się   z pozłotą. 

Stroju   uzupełniały   skórzane   buty   elfiej   roboty,   z barwionej, 
mięciutkiej sarniej skóry, prezent od Agnara. Zrabowany zresztą 

ze skarbczyka Nimnelbusa. Na suknię, Arien miała narzucony 
zwiewny,   jedwabny   sarafan   spięty   na   wysokości   piersi 

zapinkami  w kształcie   żółwiowych  skorup.   Na  szyi  zaś wisiały 

złote i srebrne łańcuszki z filigranowymi ozdobami – wszystko 
to było krasnoludzkie rękodzieło. Jedynie fibula spinająca pod 

szyją   suknię   pochodziła   od   alvheimskich   jubilerów.   Baugi 
rozpoznał, że była to ta sama fibula w której Arien brała z nim 

pierwszy ślub w Blasku Poranka.

Orszak  panny  młodej  stanął przed Baugim.  Tyrfing  wyszedł 

parę kroków w stronę Pradziadka:

-   Dolgthrasirze!   Przywódco   klanu   Hamdira!   Ty,   który   jesteś 

dzisiaj ojcem Baugiemu! Ty, który chcesz wyswatać go z moja 
przybraną   córką,   Arien!   Czy   wciąż   chcesz   wytrwać   w swym 

słowie i dać błogosławieństwo mej córce i twemu synowie, aby 
dalej żyli wspólnie jako jedna rodzina?

- Tyrfingu! - odparł donośnym głosem Pradziadek. - Ty, który 

rządzisz Synami Sorli! Moja decyzja pozostaje w mocy i niczego 

bardziej nie pragnę niż uszczęśliwić mego syna, Baugiego, ręką 
twej córki!

- Dobrze – poważnie odparł Tyrfing. - Wiem, że syn twój to 

dzielny   wojownik,   pracowity   rzemieślnik,   krasnolud   obyty   ze 

światem, który nie raz udowodnił, że potrafi sprostać różnym 
przeciwnościom i zadbać o swój ród. Wierzę, że tak samo dbać 

będzie o Arien, córkę moją, która pochodzi z zacnego rodu, jest 
piękną   i pracowitą   kobietą.   Do   tego   sprawnie   posługuję   się 

bronią, czego doświadczył i mój klan!

Tłum zachichotał.

-   Chcesz   ją   oddać   swemu   synowi   –   kontynuował 

niewzruszenie   Tyrfing.   -   Nie   wiem   jednak   ile   jest   warta   dla 

ciebie Arien? I jak ważny jest dla ciebie ten ślub!

Dolgthrasir chrząknął i odparł:

-   Dam   ci   tuzin   owiec   i tryka.   Dorzucę   do   tego   płaszcz 

z przedniej   wełny   obszyty   sobolim   futrem   i dwieście   sztuk 

srebra.

Tyrfing milczał.

Dolgthrasir znowu chrząknął, tym razem bardziej nerwowo:
- Dam ci jeszcze srebrną zastawę elfiej roboty...

Tyrfing tylko podniósł brwi.
Dolgthrasir nerwowo rozejrzał się i powiedział konspiracyjnym 

background image

szeptem:

- Tyrfing, zrujnujesz mnie! Przecież to nawet nie jest twoja 

córka!

Arien mrugnęła porozumiewawczo do Baugiego.
-   Sam   żeś   powiedział,   że   mam   być   jej   ojcem   –   równie 

konspiracyjnie odpowiedział wódz Sorlich. - Kto jak kto, ale ja 
dobrze znam wartość Arien. Parę razy dała nam wycisk. Płać!

Zebrany tłum zaczął szmerać.
- Ale...

- Płać! - wycedził przez zaciśnięte zęby Tyrfing. - Dawno to się 

ciągaliśmy za kolczugi  po korytarzach? Płać, albo z wesela nici! 

I naszej przyjaźni też!

Pradziadek poczerwieniał:

- Ty pierd...
Z tłumu wyszedł Agnar:

- Ja od siebie dorzucę to co mi sprezentował Idrottir! Hełm, 

kolię, pierścień i złotą laskę!

- A ja – wysunął się Skekkel – złoty puchar z królewskiego 

dworu! Niech sobie nie myślą, że Hamdirholmczycy to biedaki!

-   Sygnet!   -   Hrei   ściągnął   ozdobę   z palca   i rzucił   pod   nogi 

Tyrfingowi.   W ślad   za   kronikarzem   poszła   reszta   Synów 

Hamdira. Każdy z nich ściągał co miał najcenniejszego na sobie 
i rzucał   przed   wodza   Sorlich,   któremu   z każdą   chwilą   rzedła 

mina.

-   Dobra,   dobra   –   powiedział   w końcu   i dla   rozładowania 

napięcia   zażartował:   -   Za   tyle   bogactw   oddałbym   Baugiemu 
jeszcze swojego syna...

- To ja chętnie! - piskliwie krzyknął Nid, inaczej zorientowany 

seksualnie   brat   Baugiego.   Stojący   koło   Nida   Sprakki,   jego 

chłopak,   posłał   mu   sójkę   po   żebro   i ostentacyjnie,   z fochem, 
odwrócił głowę. Weselnicy zanieśli się od śmiechu.

Tyrfing i Pradziadek, śmiejąc się, rzucili się sobie w ramiona 

pieczętując w ten sposób świeżo zawartą umowę.

Kiedy   wszyscy   się   uspokoili   Idrottir   wziął   za   ręce   Arien 

i Baugiego:

- Formalności zostały dopełnione. Teraz wszystko  zależy od 

młodych. Czy zgadzacie się z wolą ojców, byście stali się jedną 

rodziną?

- Zgadzamy się – odpowiedzieli razem młodzi.
Idrottir wzniósł  potężny róg:

- Niech ten miód będzie tak słodki jak wasze wspólne życie! 

Niech   ten   róg   przyniesie   wam   obfitość,   bogactwo   i mnóstwo 

dzieci! Niech słońce, które właśnie zachodzi zawsze jasno świeci 
tam, gdzie podążacie! - przepił do młodych, a młodzi następnie 

przepili   między   sobą.   Kiedy   skończyli,   Idrottir   zdjął   z głowy 
Arien wianek i rzucił go daleko poza tłum:

-   Zostało   wam   tylko   udowodnić   wasze   zaślubiny   czynem! 

Przynieście derki!

- O co chodzi z tymi derkami? - spytała zaniepokojona Arien.
- To nasza noc poślubna – szelmowsko uśmiechnął się Baugi.

- Gdzie?! Tutaj?! Przy wszystkich gościach?! - przeraziła się 

elfica.

-   To   jest   główny   punkt   ceremonii   –   wyjaśniał   krasnolud.   - 

Pokładziny. Nie musimy tego robić, wystarczy, że przykryjemy 

się derkami i będziemy udawać.

- Nie podoba mi się to – Arien była wyraźnie niezadowolona. - 

Poczochram   fryzurę   i pogniotę   kieckę!   Na   własnym   weselu 
wyglądać będę jak ostatnia łachudra!

Przyniesiono pięknie zdobione derki i rozścielono przed nimi. 

Baugi podniósł jeden z koców i narzuciwszy Arien na ramiona 

wskazał na trawę:

- Zapraszam!

Elfica   fuknęła,   ale   posłusznie   położyła   się   na   wskazanym 

miejscu.   Baugi   uczynił   to   samo.   Okryli   się   szczelnie   kocem 

i Baugi spytał:

- Nie jest chyba tak źle, co? Te koce są wystarczająco duże, 

żeby skrywać wszystkie nasze harce.

Arien zachichotała:

- Nawet mi się podoba.
Zebrani na zewnątrz zaczęli krążyć dookoła skrytych państwa 

młodych, klaszcząc i pohukując, a między gośćmi pojawiły się 
pierwsze dzbany z miodem. Kobiety zaintonowały jakąś wesołą 

pieśń. Po chwili dołączyli do nich mężczyźni. Potem odśpiewano 
kolejną, i kolejną. Wszystko trwało na tyle długo, że goście już 

background image

sobie   ładnie   podchmielili,   kiedy   spod   derki   wyskoczył  półnagi 

Baugi   z okrzykiem   tryumfu.   Za   nim   spłoniona   poprawiała   się 
Arien.

Rozradowany tłum zaczął wiwatować i gwizdać.
-   Zapraszam   teraz   wszystkich   do   stołu!   Pijcie   i jedzcie, 

a umiaru   nie   miejcie,   żeby   gospodarzy   i ich   przodków   nie 
urazić!

Głodni   goście   hurmem   ruszyli   do   uginających   się   od   jadła 

i napitków   stołów.   A była   tam   pieczona   dziczyzna,   wędzone 

szynki   sarnie,   gulasze   baranie,   smażone   szczurnice   – 
krasnoludzki   przysmak,   dzikie   ptactwo   w całości   zapiekane 

w glinie   i mnóstwo   kiełbas   wędzonych,   parzonych   i surowych. 
Były   nawet   ryby   morskie,   rzadkość   na   Przygórzu.   Do   zapicia 

były   kompoty   ze   wszystkich   owoców   znanych   na   Równinach, 
wina   z Alvheimu,   piwa   począwszy   od   lekkich   lagerów,   a na 

ciężkich   i ciemnych   porterach   kończąc.   Z trunków   uraczyć 
można było się przeróżnymi nalewkami na spirytusie, syconym 

miodem   w dziewięciu   smakach,   bardzo   mocną   samogonką 
z chrzanu, no i oczywiście słynnym krasnoludzkim spirytusem. 

Na   deser   były   słodkie,   miodowe   kołacze,   serniki,   jabłeczniki, 
placki ze śliwkami, karmelizowane jabłka i orzechy smażone na 

miodzie. Wielu gości widziało te pyszności pierwszy raz w życiu, 
nic   więc   dziwnego,   że   początek   uczty   okraszony   był   tylko 

cmokaniem   i zachwytami,   a na   toasty   nie   miał   nikt   czasu. 
Jedzącym   przygrywała   mała   kapelka   pod   przewodnictwem 

Willehada,   który   co   i rusz   śpiewał   ckliwe   ballady   własnego 
autorstwa.

Baugi   i Arien,   szczęśliwi,  siedzieli   na  honorowych  miejscach 

za   sąsiadów   mając   Idrottira,   Pradziadka,   Pacego 

i Hamdirholmczyków   z jednej   strony,   a Tyrfinga   z Sorlimi 
z drugiej. Dalej, przy stołach ustawionych w podkowę ucztowała 

reszta gości. Martwiaki miały do wyboru kilka balii wypełnionych 
różnymi alkoholami z których już skwapliwie korzystały cmokają 

i klekocząc kośćmi z zadowolenia.

Kiedy wszyscy najedli się do syta posypały się   toasty, a na 

łące   pojawiły   się   pierwsze   roztańczone   pary.   Nawet   Arien 
i Baugi pląsali ze wszystkimi we wspólnym kole. Kiedy zaczęło 

się zmierzchać zapalono kolorowe lampiony i oliwne lampy, co 

pozwoliło bez przeszkód bawić się dalej.

W   samym   środku   zabawy   nagle   ucichła   kapela   i pośród 

zaskoczonych tańczących pojawił się Coleman z Harną. Ukłonili 
się i wąpierz powiedział:

- Dzisiaj nasi przyjaciele, Baugi i Arien, powtórnie, oficjalnie 

stali   się   parą.   Chcielibyśmy,   wraz   z Harną,   uczcić   ten   dzień 

podniebnym tańcem, który pilnie ćwiczyliśmy aż do tej chwili. 
Proszę o zrobienie nam miejsca, gdyż musimy zmienić postać.

Biesiadujący dołączyli do tancerzy stojących przed daszkiem.
- Coleman i Harna odeszli od siebie, dygnęli przed zebranymi 

i potężny huk rozdarł powietrze. Patrzący, przestraszeni nagła 
przemianą,   krzyknęli   krótko.   Przed   nimi   stał   czarny   demon-

Coleman   i połyskująca   eteryczna   smoczyca-Harna.   Załopotały 
skrzydła   i obydwoje   wzbili   się   w powietrze   ku   zachodzącemu 

słońcu.

Harna pomknęła prosto ku zachodowi słońca, które czerwienią 

zalewało   nieboskłon.   Coleman   wyprysnął   w górę,   aż   stał   się 
małym   punkcikiem,   który   zaraz   zaczął   rosnąć,   aż   w końcu 

przyjął   postać   pikującego   demona.   Zebrani   z przerażeniem 
patrzyli jak wąpierz niczym kamień pędzi na własną zgubę ku 

ziemi.   Kobiety   skryły   twarz   w ramionach   mężczyzn,   którzy 
z fascynacją patrzyli jak Coleman bezwładnym lotem opada na 

łąkę.   Demon   przed   samą   ziemią   rozłożył   skrzydła   i zaczął 
wychodzić   ze   swobodnego   spadania.   Weselnicy   jęknęli, 

przekonani,   ze   ta   sztuczka   mu   się   nie   uda,   jednak   wąpierz 
musnął tylko swymi łapami łąkę upstrzoną polnymi kwiatami i z 

krzykiem tryumfu przeleciał nad zebranymi i znowu poszybował 
w górę.   Na   gości   z nieba   opadły   zerwane   przez   niego   kwiaty 

i łodygi traw. Widownia zaczęła wiwatować.

Coleman   wzlatywał   coraz   wolniej,   jakby   tracił   siły,   w końcu 

zawisł   w pozycji   stojącej   z szeroko   rozłożonym   skrzydłami, 
a jego   postać   rozświetliła   aureola.   To   wróciła   Harna,   która 

zawisła za nim, również z rozłożonymi skrzydłami, a przez jej 
eteryczne ciało przebijały się promienie słońca. Publika jęknęła 

z zachwytu. Smok, delikatnie wachlując skrzydłami, pozostał na 
miejscu,   a demon   wzbił   się   sporo   ponad   niego   i zaczął   silnie 

background image

łopotać swymi błoniastymi skrzydłami. Smoczyca wydmuchnęła 

w stronę   Colemana   dwie   strugi   ognia,   które   dotarły   na 
wysokość Colemana niemalże otaczając go z dwóch stron, lecz 

zawirowania powietrza wytwarzane przez wąpierza sprawiły, że 
ogniste   strugi   zakotłowały   się   i połączyły   pod   Colemanem 

tworząc gigantyczne, płonące serce. 

Baugi spojrzał na swoją żonę. Arien miała łzy w oczach. Wziął 

ją   za   rękę.   Elfica   szybko   przetarła   oczy,   uśmiechnęła   się 
i powiedziała łamiącym się głosem:

-   To   najpiękniejsza   chwila   jakiej   doświadczyłam   w życiu. 

Kocham cię.

- I ja cię kocham – odparł krasnolud. Pocałowali się.
Zmęczony, ale szczęśliwy Coleman opadł na ziemię, zmienił 

postać   i ciężko   dysząc   oparł   się   o kolana.   Zaraz   otoczył   go 
wianuszek gości.

- No, chłopie – Dolgthrasir pokręcił głową z uznaniem. -  Już 

teraz rozumiem czemu tak we dwoje znikaliście przez ostatnie 

dwa tygodnie. Piękny pokaz. Trochę krótki, ale rozumiem, że 
był bardzo wymagający.

- Pod postacią demona – wydyszał wąpierz - ledwo potrafię 

latać,   a co   dopiero   takie   sztuczki   wyczyniać.   Co   innego   jako 

nietoperz...

- Patrzcie! - ktoś krzyknął wskazując na niebo.

Harna   kontynuowała   taniec.   Powolnym   lotem,   kręcąc   się 

wokół własnej osi przeleciała przed publiką. Kule ognia, które 

cały   czas   puszczała   z nozdrzy   utworzyły   wokół   niej   spiralny 
korytarz. Nagle  smoczyca wywinęła  się i pomknęła  wyżej. Na 

odpowiedniej   wysokości   zaczęła   krążyć   całkiem   jakby   chciała 
złapać   w paszczę   swój   ogon.   Kręciła   się   coraz   szybciej 

i szybciej, aż w końcu nie można było rozróżnić jej kształtów. 
Wtedy   dookoła   niej   pojawił   się   płomienny   okrąg.   To 

wydmuchiwane przez nią strugi ognia tworzyły zewnętrzne koło 
w którym   wirowała   eteryczna   smoczyca.   Harna   przyspieszyła 

jeszcze   bardzie   poszerzając   okrąg,   a jednocześnie   i zaczęła 
lekko zmieniać wykonywaną przez siebie akrobacje. Krąg zaczął 

się zniekształcać, aż w końcu stał się płonącym sercem. Goście 
zaczęli bić brawa i przekrzykiwać się.

Harna   przerwała   swój   taniec   i pomknęła   wysoko   między 

chmury, gdzie znikła z pola widzenia.

Właśnie wtedy ostatecznie zaszło słońce.

Wszyscy   nadal   patrzyli   na   mroczniejące   niebo.   Po   dłuższej 

chwili,   nie   widząc   żadnej   aktywności   smoczycy,   grupkami 

wracali do stołów.

- Co się dzieje? - spytał Colemana Pradziadek.

- Nie wiem – odparł zaniepokojony wąpierz. - Tego nie było 

w ogóle   w planach.   Wraca!   -   wskazał   na   coraz   bardziej 

jaśniejący złoty punkt na ciemnym niebie.

Świetlista kropka rosła, rosła i rosła. W końcu zamieniła się 

w ognistą kulę, która pędziła prosto na daszek weselników. To 
ogień   wydmuchiwany   przez   Harnę   otoczył   ją   przybierając 

kształt   płonącego   pocisku.   Smoczyca,   tak   jak   wcześniej 
Coleman,   mknęła   na   spotkanie   ziemi,   tyle   że   z większą 

prędkością. Kiedy była już bardzo blisko daszku przestała ziać 
ogniem   i rozłożyła   skrzydła.   Wyhamowała   nad   samą   ziemia 

i zmieniła postać. Opadła parę kroków przed Colemanem i już 
dobiegła do wąpierza, składając na jego ustach pocałunek.

Tłum zaczął wiwatować i klaskać.
- Co to było? - spytał zaskoczony Coleman.

-   Taniec   godowy   eterycznych   smoków   –   odparła   Harna 

uśmiechając się znacząco.

- Godowy... Dla kogo?
Uśmiech Harny znikł niczym zdmuchnięty płomień świecy.

-   Dla   ciebie   –   warknęła,   odwróciła   się   zamaszyście 

i wściekłym krokiem ruszyła ku Tysiącu Stopni.

-   Wąpierz,   ale   ty   durny   jesteś...   -   Dolgthrasir   popatrzył 

z wyrzutem na wampira.

- Ale co...? - Coleman dalej nic nie rozumiał.
-   Gówno!   Leć   za   nią!   Właśnie   ci   się   oświadczyła 

w najpiękniejszy z możliwych sposobów!

- Mi?!

- Tobie! Jeśli ją kochasz, to masz teraz ostatnią szansę, by 

być z nią. Leć, jeszcze nie wszystko stracone!

Coleman stał przez chwilę z otwartą gębą, by zerwać się do 

biegu.

background image

Pradziadek obserwował go jak dogania smoczycę i jak ta go 

odtrąca,   wyraźnie   nie   chcąc   wiedzieć   co   ma   do   powiedzenia. 
Doszli   do   Stopni,   na   których   Harna   przysiadła   i skryła   twarz 

w dłoniach.   Coleman   usiadł   koło   niej,   coś   żywo   tłumacząc. 
W końcu uklęknął przed nią, delikatnie odciągnął jej ręce, coś 

powiedział i pocałował nieporadnie w policzek.

Harna   uśmiechnęła   się   promieniście   i rzuciła   mu   się   na 

ramiona przewracając oboje.

Pradziadek uśmiechnął się do siebie:

- Zuch chłopak! - pogwizdując wesoło wrócił do biesiadników 

spośród których nikt nie zauważył całego zajścia.

Baugi,   szczęśliwy,   siedział   za   stołem   obserwując   bawiących 

się   gości.   Co   i rusz   podchodzili   do   niego   składając   życzenia 

i przepijając.   Siedząca   obok   niego   Arien   trajkotała 
z krasnoludzkimi   kobietami,   trzymając   cały   czas   na   jego 

kolanie.

Baugi roześmiał się głośno widząc finał drużynowych zapasów 

w kole. Stryj Agnar, ku niebywałej uciesze gawiedzi, a z czego 
najbardziej śmiał się Dziadunio, podniósł jakiegoś barbarzyńcę 

i rzucił   prosto   na   stół.   Mebel   wytrzymał,   ale   za   to   zmiotło 
z niego  całą  zastawę.  Agnar   przeskoczył przez  blat  w ślad  za 

rzuconym przeciwnikiem. Wstali po chwili przyjaźnie klepiąc się 
po ramionach i śmiejąc się do rozpuku. Zapasy były skończone. 

Na   łąkę   wybiegli   specjalnie   zamówieni   na   tą   uroczystość 
kuglarze i zaczęli prezentować swoje sztuczki.

-   Wszyscy   świetnie   się   bawią,   nieprawdaż?   -   zagaił   go 

dosiadający się Idrottir.

-   Tak.   To   najpiękniejszy   dzień   w moim   życiu   –   westchnął 

z lubością Baugi.

- Zobacz, synu, jak to jest. Ponad rok temu pojawiłeś się tutaj 

z młodą   elfią   żoną   i wszystko   zaczęło   się   w Hamdirholm 

zmieniać. Jednak dzisiaj znowu ożeniłeś się i właściwie wróciłeś 
punktu wyjścia. Nie ma kupców w Halli, nie ma ludzkiego hotelu 

w środku kopalni. Jest niemalże tak jak przed twoim wyjazdem 
na   Równiny.   Historia   zatoczyła   koło.   Jak   Ourobouros,   wąż 

połykający własny ogon...

-   Tak   –   zgodził   się   z nim   młodszy   krasnolud.   Zamyślony 

wpatrywał   się   w pląsający   tłum.   -   Wszystko   wróciło   do 

poprzedniego stanu. Z paroma wyjątkami – mam kilku nowych, 
niesamowitych   przyjaciół.   I paru   świeżych   wrogów.   Wiesz   co, 

Idrottirze? Kiedy teraz myślę nad tym wszystkim, to wydaje mi 
się, że gdzieś na początku tej historii popełniłem błąd, którego 

konsekwencją   był,   między   innymi,   wyjazd   Arien   i nasze 
rozstanie. Żeby moje... nasze życie powróciło do normy, trzeba 

było je zburzyć i zbudować od nowa – ale już porządnie, tak jak 
powinno być. I teraz w końcu udało się to zrobić. Wreszcie jest 

tak jak powinno być.

Idrottir z tajemniczym uśmieszkiem pokiwał głową:

-   Mądrze   powiedziane,   synu.   Bardzo   mądrze.   Czasami 

pewnych rzeczy nie da się naprawić – wtedy trzeba je zrobić od 

początku.   -   krasnolud   przyjacielsko   poklepał   Baugiego   po 
ramieniu i podnosząc się powiedział:

- No, na mnie czas. Za stary jestem na całonocne hulanki. 

Poza tym – przy tych słowach Idrottir konspiracyjnie pochylił się 

do pana młodego – Cenred jest już blisko. Ty też odpocznij. Kto 
wie,   może   jutrzejszy   poranek   przywita   nas   dęciem   bojowych 

rogów.

Baugi kiwnięciem głowy pożegnał staruszka, a sam zatopił się 

w myślach.

Weselicho trwało w najlepsze.

***

Cenred jechał na czele swojego oddziału uśmiechając się do 

siebie.   Oto   nadchodził   dzień   jego   chwały   i choć   osamotniony 
w swojej walce, a wszystko to za sprawą listu Arien do Rodów, 

jedzie   po   zwycięstwo,   które   da   mu   władzę   nad   wszystkimi 
elfami.

Obejrzał się za siebie na długą nitkę elfich jeźdźców. Miał tu 

trzy   setki   doborowej   jazdy   jego   własnego   Rodu   i tyleż   samo 

ludzkich najemników jakich zwerbował po drodze na wieść, że 
krasnoludy najęły barbarzyńców.

Uśmiech   na   twarzy   elfa   poszerzył   się   jeszcze   bardziej,   gdy 

przypomniał sobie o pniaczkach nieświadomych nadciągającego 

background image

zagrożenia.   Cenred,   chcąc   wykorzystać   dzisiejsze   osłabienie 

przeciwnika   po   wczorajszym   ucztowaniu,   zdecydował   się   na 
całonocną   jazdę.   Jego   ludzie,   choć   zmęczeni,   mogli   teraz 

wykorzystać element zaskoczenia, no i 

-   Panie   –   odezwał   się   jeden   ze   zwiadowców.   De   Rien,   po 

wczorajszym   wybadaniu   przeciwnika,   był   tak   pewien 
zwycięstwa, że  dzisiaj nawet nie wysyłał swoich czujek. - Za 

tym   pagórkiem   jest   Tysiąc   Stopni   prowadzących   do 
Hamdirholmu. Właśnie przed schodami ucztują krasnoludy.

Cenred podniósł rękę zatrzymując swój oddział. Ucichł chrzęst 

kolczug i dzwonienie końskich uprzęży. Z rzadka parsknął tylko 

koń.

- Rozwinąć szyk! - zakomenderował. Stojący za nim jeźdźcy 

rozjechali się  na boki, tworząc linię  z de Rienem  pośrodku. - 
Najemnicy naprzód!

Ludzka   piechota   truchtem   wysypała   się   przed   konnicę. 

Cenred, chcąc oszczędzić swoich ludzi, zamierzał na pierwszy 

ogień rzucić najemników. Po cichu nawet liczył na to, że sama 
piechota odwali za niego całą robotę.

-   Atakujecie   na   mój   wyraźny   rozkaz!   Musimy   wykorzystać 

element zaskoczenia, wtedy to starcie będzie równie łatwe jak 

spacer po lesie! Naprzód!

Ława zakutych w stal wojów ruszyła, z mozołem wspinając się 

na trawiasty pagórek.

- Panie – znowu odezwał się zwiadowca. - Może podskoczę na 

górę i obadam teren?

Cenred machnął lekceważąco ręką:

-   Znam   ja   krasnoludy   dość   dobrze   i wiem   jak   potrafią 

ucztować.   I chociaż   już   południe,     to   pewnie   wszyscy   śpią 

pijani. Nie ma czym się przejmować.

- Skoro tak twierdzisz, panie – zwiadowca skłonił się.

Piechota dotarła na szczyt pagórka, zatrzymała się widząc coś 

w dole i jej dowódcy zakłopotani patrzyli na Cenreda.

- Co jest? Czemu stoicie? - krzyknął elf.
- Musisz to sam zobaczyć, panie – odpowiedział dowodzący 

najemnikami Teit

Cenred   wjechał   na   pagórek   i tryumfujący   łuk   uśmiechu   na 

jego twarzy zastąpiła kreska wściekłości.

W   dolinie   stał   równy   szyk   krasnoludów   i ich   sojuszników. 

W samym   centrum   formacji   znajdował   się   sztandar 

Hamdirholmu   pod   którym   stał   Dolgthrasir   w otoczeniu   straży 
przybocznej   składającej   się   w większości   z jego   bliskich 

krewniaków   i wspieranej   przez   martwiaki   Leofrica,   Arien 
i Colemana.   Po   prawej   stronie   Pradziadka   stali 

Hamdirholmczycy   pod   wodzą   Agnara,   a jeszcze   dalej   Sorli 
dowodzeni   przez   Tyrfinga.   Lewą   flankę   sił   Hamdirholmu 

stanowili   barbarzyńcy   pod   wodzą   Ojca   Dyrektora   Jarosława. 
Wspierała ich jeszcze, na razie pozostająca pod ludzką postacią, 

Harna.

Linią   barbarzyńców   nagle   coś   wstrząsnęło.   Zaraz   potem 

dreszcz   przebiegł   pod   sztandarem   Hamdirholmu   i niczym 
błyskawica   pomknął   przez   oddziały   krasnoludów.   Potężny   ryk 

wściekłości   wyrwał   się   z piersi   obrońców   Hamdirholmu.   Było 
w nim tyle gniewu, że najemnicy Teita zrobili krok w tył.

- Co to było przed chwilą? - zmarszczył brwi Cenred.
Wódz   najemników   z przerażeniem   patrzył   na   zgromadzone 

w dolinie siły:

- Oni wszyscy się zrzygali... No to jesteśmy w dupie! Odwrót! 

-   jego   najemnicy   zaczęli   się   odwracać   chcąc   opuścić   oddział 
Cenreda.

Elf   przyłożył   miecz   do   gardła   Teita.   Elfi   jeźdźcy   również 

wyciągnęli broń i podjechali parę kroków bliżej.

- Stój, człecze! - warknął Cenred. - Albo idziecie do boju, albo 

rozniesiemy   was   na   kopytach   naszych   koni!   I mów   skąd   ta 

twoja nagła decyzja o ucieczce?

Teit parsknął pogardliwie:

-   Szybciej   sprzymierzymy   się   z krasnoludami   niż   będziemy 

walczyć z nimi gdy są w takim stanie. Twierdziłeś, że świetnie 

znasz krasnoludy, a mimo to nie wiesz o jednej bardzo istotnej 
zasadzie toczenia bojów z pniaczkami. Nigdy nie walcz z nimi, 

gdy są na kacu. Nie dość, że się kiepsko czują, to jeszcze ich 
jedynym   marzeniem   jest   zdobycie   kufla   piwa.   Potrafią   to 

wykorzystać   wodzowie   skierowując   ich   całą   wściekłość   na 
przeciwnika. A kac tych tutaj musi być gigantyczny. Mówiłeś, że 

background image

przydybiemy   ich   śpiących   po   weselu.   Jeśli   to   faktycznie   było 

wesele   to   musieli   pić   kilka   dni.   Widziałeś   jak   cała   linia   się 
zrzygała? Sterczą tu pewnie od samego rana, czekając na nas. 

Słońce   nie   było   dla   nich   miłosierne,   a do   tego   jedynym 
środkiem   gaszenia   pragnienia   była   pewnie   woda.   Nie   myślą 

teraz o niczym innym tylko o tym swoim piwie. I wiedzą, że im 
szybciej   skończą   z nami,   tym   szybciej   to   piwo   dostaną.   Nie 

spodziewaj   się   więc   litości   tylko   pierwotnej   wściekłości 
graniczącej z bitewnym szałem. Nie u kilku wojowników, ale u 

wszystkich. Walka z nimi to samobójstwo.

Cenred roześmiał się:

- Przeceniasz ich. Moja jazda zmiecie te karły jedną szarżą. 

Zwłaszcza   jak   zmiękczycie   ich   obronę.   Ty   zaś   zostaniesz   ze 

mną. Nie  chciałbym żebyś przeszedł na  ich stronę.  Pamiętaj, 
jeden nieodpowiedzialny ruch twoich ludzi, a twój łeb zawieszę 

na swojej lancy. Przekaż to swoim ludziom, a ja ci przydzielę 
paru   elfów   do   „ochrony”.   Tylko   racz   im   nic   nie   mówić 

o skacowanych   krasnoludach.   To   mogłoby   osłabić   ich   morale. 
Ruszaj!

Teit patrzył na Cenreda z nienawiścią. Odwrócił się jednak do 

swoich   najemników   i przekazał   mu   słowa   elfa.   Rozległ   się 

pomruk niezadowolenia wśród ludzi. Mimo to ponownie ustawili 
szyk.

***

- Psiakrwia! - klął Pacy ocierając usta z wymiocin. - Mówiłem, 

że wystarczy aby tylko jeden się zrzygał to ruszy wszystkich! 

Skończmy   z nimi   i wracajmy   do   ucztowania!   Jeszcze   godzina 
o wodzie i w brzuchu zalęgną mi się żaby.

-   Ciii!   -   syknął   Baugi   widząc   wyjeżdżającego   przed   swoje 

oddziały Cenreda. - zdaje się, że ten zadufany w sobie elf chce 

pogadać. Mam iść? - spytał Pradziadka.

Dolgthrasir, przystrojony w uskrzydlony złoty hełm w którym 

walczył jeszcze Hamdir u zarania dziejów, skinął tylko głową.

Baugi ruszył w stronę elfa mówiąc:

- Widzę żeś, Cenredzie Vik de Rien, w końcu zaszczycił swą 

obecnością  moje   wesele   z Arien.   Trochę  za  późno   jednak,   bo 
właśnie dzisiaj rano się skończyło. No i chyba za dużo rodziny 

ze   sobą   ściągnąłeś.   Prawo   gościnności   prawem,   ale   co   to   za 
gość, co z orężem na ucztę przychodzi. I spóźnia się do tego. 

Jednak,   jeśli   odłożysz   broń   i odeślesz   swoich   zbrojnych,   to 
znajdzie się dla ciebie miejsce przy naszym stole!

- Twoje zaroszenie to dla mnie obelga! - parsknął elf. - Nie 

przybyłem tu na twoje wesele, ale po należną mi Arien, której 

rękę przyobiecała mi jej rodzina!

- Arien ma już męża.

-   Po   dzisiejszej   bitwie   zostanie   wdową,   więc   nawet   pod 

względem prawnym wszystko będzie się zgadzało. Mówię wam 

ostatni raz – oddajcie Arien, a wszystko zakończy się pokojowo!

- Nie! - Baugi splunął pod końskie kopyta.

-   Niech   więc   będzie   co   ma   być   –   Cenred   zawrócił   konia, 

a Baugi   ruszył   do   swoich.   Krasnoludy   i ich   sprzymierzeńcy 

zaczęli tłuc w tarcze i wrzeszczeć co sił w płucach. Najemnicy 
Cenreda stali ponurzy jakby oczekiwali na wyrok śmierci.

Elf wjechał między nich i zakrzyknął:
- Podwajam stawkę! Co ja mówię: potrajam!

Wojownicy   Teita   spojrzeli   po   sobie   i zakrzyknęli   ochoczo, 

również tłukąc w tarcze.

Cenred uśmiechnął się do dowódcy najemników:
-   Odpowiednia   motywacja   jest   w stanie   u   każdego   obudzić 

zapał.

- Sprytny jesteś, ostrouchy – powiedział spokojnie człowiek. - 

Teraz   moi   ludzie   będą   walczyć   jak   wilki,   co   jeszcze   bardziej 
rozwścieczy   naszego   przeciwnika.   Pewnie   nikt   nie   zostanie 

z nich żywy. Twoje podniesienie stawki nic tu nie znaczy.

Cenred tylko uśmiechnął się złośliwie:

- Naprzód!
Linia ludzi, falując na nierównym stoku, powoli ruszyła przed 

siebie.   Hamdirholmczycy   wydali   okrzyk   radości   i z   jeszcze 
większą   energią   zaczęli   uderzać   w tarcze.   Kiedy   najemnicy 

znaleźli   się   w połowie   drogi,   z szeregu   krasnoludów 
i barbarzyńców   zaczęli   wypadać   ogarnięci   szałem   wojownicy. 

background image

Uzbrojeni   w potężne   dwuręczne   topory   z wielkim   impetem 

wbijali   się   w nacierających   siejąc   tam   śmierć   i spustoszenie. 
Natarcie siłą rzeczy zatrzymało się – najpierw trzeba było się 

pozbyć natrętnych niczym osy berserkerów. A nie przychodziło 
to z łatwością. Szaleńcy przypadali do ściany tarczy rąbiąc gdzie 

popadnie,   wyrywając   brodami   swoich   toporów   tarcze   z rąk 
najemników i walcząc wściekle, bez opamiętania. Już na całej 

linii nacierających trwał śmiertelny bój z berserkerami, którzy 
nieczuli na  rany i ciosy,  wyjąc niczym zwierzęta, dość  mocno 

trzebili nacierających. Temu bitewnemu zgiełkowi towarzyszyły 
krzyki   i łomotanie   tarcz,   wsparte   teraz   graniem   bitewnych 

rogów   i ponurym   brzmieniem   wojennych   bębnów.   W końcu 
natarcie   ruszyło   dalej,  pozostawiając  za sobą  posiekane   ciała 

kilku   berserkerów   otoczone   wianuszkiem   martwych 
i dogorywających. Żaden z ogarniętych szałem wojowników nie 

wrócił   o własnego   szeregu.   Krasnoludy   wyły   z wściekłością, 
barbarzyńcy gryźli swoje tarcze, martwiaki grzechotały kośćmi 

–   wszystko   to   sprawiło,   że   wielu   najemników   utwierdziło   się 
teraz   w przekonaniu,   że   walczą   z piekielną   hordą,   a nie   ze 

śmiertelnym przeciwnikiem.

Obie   linie   spotkały   się   w końcu   ze   sobą   i huk   setek 

zderzających   się   tarcz   zagłuszył   na   chwilę   wojenne   werble. 
Szczęknęły miecze, zagruchotały o tarczę topory, zadźwięczały 

rozłupywane hełmy.

Cenred   z lubością   patrzył   na   wrzące   stalą   miejsce   bitwy. 

Krasnoludy nie cofnęły się ani na krok i twardo odpierały ataki 
wroga. Za to skrzydła linii barbarzyńców wyraźnie odchyliły się 

do   tyłu.   Uczniowie   Akademii   Barbarzyństwa   nie   byli   w stanie 
sprostać   wprawionym   w wielu   bitwach   najemnikom.   Jedynie 

centrum, gdzie był sztandar barbarzyńców w otoczeniu starych 
wyjadaczy   ze   straży   przybocznej   Ojca   Dyrektora   Jarosława, 

utrzymywało swoją pozycję, a nawet nieznacznie posuwało się 
w głąb   linii   wroga,   co   groziło   rozerwaniem   szyku   Akademii. 

Mając   tego   świadomość,   Jaro   nakazał   cofnięcie   się   swoje 
gwardii, chcąc przegrupować się i wesprzeć skrzydła.

Elfi   dowódca   zdecydował   się   wykorzystać   osłabienie   lewej 

flanki   przeciwnika.   Jedna   trzecia   jazdy   Vik   de   Riena   opuściła 

lance   i nabierając   prędkości   stoczyła   się   z pagórka.   Do 

bitewnego zgiełku dołączył tętent stu koni.

***

Dolgthrasir   spokojnie   stał   pod   swoim   sztandarem   wydając 

polecenia.   Jego   prawa   flanka,   złożona   z samych   krasnoludów 
Hamdirholmu i Sorli, dzielnie odparła atak najemników i teraz 

sama   przechodziła   do   kontrataku.   Tą   stroną   bitwy   nie 
przejmował się w ogóle – wiedział, że dowodzący tam Agnar, 

choć podatny na bitewny szał, spokojnie sobie poradzi. Centrum 
też   trzymało   się   dzielnie,   wspierane   przez   uskrzydlonego 

Colemana co dwoił i troił się latając nad walczącymi, wyrywając 
pojedynczych   wojów   i rozrywając   ich   w pół   w powietrzu, 

zalewając   potokami   krwi   nacierających.   Morale   najemników, 
mających przed sobą martwiaki Leofrica oraz doborowy oddział 

Hamdirholmczyków,   do   tego   jeszcze   non   stop   zalewanych 
z nieba potokami krwi kompanów, błyskawicznie spadało  i już 

tylko   chwile   dzieliły   od   momentu   w którym   przyboczni 
Dolgthrasira wsiądą na karki uciekających ludzi Teita.

Za   to   lewe   skrzydło   niepokoiło   Pradziadka   coraz   bardziej. 

Młodzi adepci Akademii nie dali rady skutecznie przeciwstawić 

się   starym   wygom   Teita   i linia   pękła   dokładnie   na   styku 
martwiaków   i barbarzyńców.   Sytuacja   zaczynała   być   groźna. 

Martwiaki, choć dzielnie stawały, już były oskrzydlane. Podobnie 
prawa   strona   barbarzyńców.   Pradziadek   musiał   wysłać 

Leofricowi na pomoc cały swój poczet sztandarowy, zostawiając 
przy sobie jedynie chorążego. Dopiero gdy Baugi, Arien, Pacy 

i paru innych wsparli martwiaki, sytuacja została opanowana.

Dolgthrasir   z niepokojem   patrzył   na   pagórek   i stojącą   tam 

elfią jazdę. Na miejscu Cenreda wysłał by teraz część konnych 
by   wesprzeć   najemników   i całkowicie   rozbić   barbarzyńców. 

Kiedy tylko ta myśl przebiegła mu po głowie, od zwartej grupy 
elfów   oderwała   się   sporo   część   ich   siły   i runęła   w stronę 

barbarzyńców,   chcąc   jedną   szarżą   zetrzeć   w proch   zarówno 
swoich najemników, jak i uczniów Akademii.

background image

-   Harna!   -   krzyknął   do   eterycznej   smoczycy   wskazując   na 

atakującą   jazdę.   Harna   kiwnęła   głową   i zamieniła   się 
w górującego nad polem bitwy smoka. Poderwała się potężnymi 

skrzydłami młócąc powietrze.

Cenred z przerażeniem patrzył na startującego smoka. Harna 

zatoczyła koło nad bitwą i zapikowała prosto na szarżujące elfy. 
Konnica,   która   już   docierała   do   linii   walki,   została   pokryta 

morzem ognia. Zakwiczały konie i podniósł się wrzask żywcem 
płonących   elfów.   Smok   zawrócił   i splunął   parę   razy   ogniem 

poprawiając   pierwszą   salwę.   Z płonącego   kotła   zaczęły 
wymykać się zajęte płomieniami elfy i konie. Uciekinierów smok 

wyłapywał   i roztrzaskiwał   rzucając   ich   po   całym   zasnutym 
czarnym dymem polu. Po chwili ogień przygasł, a wiszący nad 

bitwą smok, łopocząc skrzydłami rozganiał dym.

Kiedy   opadł,   Cenred   nie   mógł   uwierzyć   własnym   oczom. 

Spośród jego najemników pozostali tylko ci walczący z Sorlimi 
i Hamdirholmczykami.   Centrum   właśnie   odrywało   się   od 

przeciwnika uciekając gdzie popadnie. Po jeździe, którą wysłał 
na pomoc walczącym z barbarzyńcami nie było śladu. Pozostały 

tylko   spalone,   pokurczone   i dymiące   resztki   ciał.   Uczniowie 
Akademii właśnie wyrzynali ostatnie grupki najemników.

A wszystko to za sprawą jednego smoka, który szykował się 

teraz na główne siły Cenreda. Vik de Rienowi nie pozostało nic 

innego   jak   tylko   doprowadzić   do   bliskiego     zwarcia 
z przeciwnikiem – smok nie będzie mógł wtedy razić ogniem, 

bojąc się, że spali również swoich. Musiał wszystko postawić na 
jedna kartę.

Elf, nie wiele myśląc, dał sygnał do ostatniego ataku, który 

miał   się   skupić   na   sztandarze   Hamdirholmu,   gdzie   jak 

podejrzewał   znajdował   się   Baugi   i Arien.   Chciał   dopaść   ich, 
porwać elficę i umknąć z pola bitwy wykorzystując zamieszanie 

powstałe   przy   szarży.   Tylko   to   go   interesowało,   za   nic   miał 
szarżujących z nim pobratymców.

Ruszyli   z kopyta   błyskawicznie   zmniejszając   dystans   do 

przeciwnika. Smok wyskoczył im na spotkanie. Cenred skulił się 

w siodle   jakby   to   miało   go   uchronić   przed   morderczymi 
płomieniami. Ogromny cień przemknął nad nim, a elf poczuł na 

plecach ognisty żar. Obejrzał się za siebie. Gorąca struga minęła 

go   o długość   konia,   zmiotła   jadącego   za   nim   wojownika 
i złotoczerwonym szlakiem naznaczyła jadące za nim elf. Znów 

nad polem bitwy podniósł się krzyk płonących żywcem i kwik 
ogarniętych ogniem koni. Cenred rzucił okiem w górę oceniając, 

czy smok zdąży uderzyć jeszcze raz, zanim jego jazda zmiesza 
się z Hamdirholmczykami. Nie zdąży.

Elf   poprawił   chwyt   lancy   i przytulił   się   do   końskiego   karku. 

Przed   sobą   widział   pstrokatą   linię   tarcz   z ukrytymi   za   nimi 

brodatymi   twarzami.   Dalej,   w głębi   krasnoludzkiego   tłumu, 
dumnie   powiewał   proporzec   Hamdirholmu   –   młot   uderzający 

w kowadło w otoczeniu iskier. Tam był jego cel.

Kiedy   od   krasnoludów   dzieliło   go   kilka   końskich   długości, 

brodaci   wojownicy,   jak   na   komendę   pochylili   się   i podnieśli 
z ziemi długie piki. Coś w duszy Cenreda jęknęło  przeczuwając 

najbliższe   chwile.   De   Rien   przeklął   siebie   za   niedocenienie 
przeciwnika. Teraz pozostało mu tylko zginąć zabierając ze sobą 

Arien i Baugiego. Bitwa dla elfów była już właściwie skończona.

Wysunął   stopy   ze   strzemion   szykując   się   do   zeskoku.   Piki 

wbiły się w ciało jego konia, on sam szybkimi cięciami odgarnął 
następne   celujące   bezpośrednio   w niego.   Koń   zarył   pyskiem 

w ziemię tuż przed linią krasnoludów. Cenred wskoczył na siodło 
padajacego   wierzchowca,   odbił   się   od   końskiego   grzbietu 

i poszybował   nad   zaskoczonymi   Hamdirholmczykami.   Wpadł 
w stłoczone   krasnoludy   przygniatając   kilku,   przetoczył   się   po 

nich   i błyskawicznie   poderwał   dźgając   jednocześnie   kogo 
popadnie.   Nie   spotkał   się   z większym   oporem,   choć   dookoła 

trwała   zacięta   walka.   Cała   linia   była   teraz   skupiona   na 
dogorywającej szarży elfiej jazdy. Kwiczały nadziewane na piki 

konie,   pękały   hełmy   i trzaskały   elfie   zbroje   miażdżone 
krasnoludzkimi   młotami.   Wszystko   to   przy   wtórze   krzyków, 

błagań o litości i jęków rannych. Zwarty szyk konnicy pękł na 
kilka   części,   większość     bojowych   rumaków   zginęła   i teraz 

toczyła   się   walka   wręcz.   Barbarzyńcy,   przegrupowawszy   się 
najpierw,   uderzyli   z lewej   strony,   Hamdirholmczycy   i Sorli 

oskrzydlali   już   niedobitki   najemników   spychając   je   w stroną 
zdruzgotanej konnicy. Jeszcze parę chwil i cała armia Cenreda 

background image

zostanie zamknięta w kotle.

De Rienowi wystarczył tylko moment, żeby uswiadomić sobie 

w jak   tragicznej   sytuacji   znajduje   się   jego   armia.   Postanowił 

więc niezwłocznie zająć się swoim pierwotnym planem zabicia 
Baugiego   i Arien.   Przynajmniej   tyle   mógł   zrobić   dla   swojej 

własnej   satysfakcji,   gdyż   o realizacji   pierwotnego   planu 
odebrania Arien nie miał już co myśleć. Mozolnie, ale skutecznie 

zaczął   wyrąbywać   sobie   drogę   do   sztandaru   z młotem 
i kowadłem.   Oślepiony   rządzą   zabicia   pary   młodych,   nie 

przejmował   się   właściwie   parowaniem   ataków   wrogów,   tylko 
parł  przed   siebie.   Przebił  się   przez  tłum   wrogów   i znalazł  się 

kilkadziesiąt kroków od sztandaru niedaleko którego zauważył 
kilku krasnoludów i Arien. Zawył wściekle i biegiem ruszył w ich 

stronę.

Na spotkanie wybiegły mu dwie niskie postaci. Jedną z nich 

był Baugi, co niezwykle ucieszyło Cenreda. Elf najpierw dopadł 
drugiego, uzbrojonego w całkiem spory topór krasnoluda, który 

wyprzedził   prawnuka   Dolgthrasira.   Nie   bawiąc   się   w żadną 
szermierkę, de Rien wykorzystał moment, gdy krasnolud unosił 

swój   oręż   do   ciosu   i błyskawicznym   wyrzutem   ciała   zagłębił 
końcówkę swego długiego miecza w gardle atakującego.

- Pacy! - krzyknął Baugi dobiegając do walczących i gradem 

ciosów   zasypując   elfa.   Pacy,   charcząc   i krztusząc   się   obficie 

płynącą   z rany   posoką   opadł   na   kolana,   a potem   plasnął 
w kałużę własnej krwi.

Chwilę trwała bezmyślna młócka. Zaraz jednak Baugi ochłonął 

i odskoczył  od przeciwnika  ciężko  dysząc. Cenred wyszczerzył 

się:

- Widzę, że już zabiłem kogoś ważnego dla ciebie. Nie martw 

się,   niedługo   i ty   do   niego   dołączył,   a potem   wyślę   za   tobą 
żonę.

Baugi, oszczędzając oddech, nic nie odpowiedział tylko powoli 

krążył   dookoła   swego   przeciwnika.   De   Rien   ruszył   do   ataku, 

wiedząc,   że   każda   sekunda   działa   teraz   na   korzyść 
krasnoludów.   Zasypał   Baugiego   gradem   ciosów.   Krasnolud 

bronił się tarczą, czekając na błąd przeciwnika, by przejść do 
kontrataku.   Jednak   Cenred,   mniej   zmęczony   od   Baugiego, 

walczył na tyle uważnie, że krasnoludowi nie pozostawało nic 

innego jak tylko pilnowanie, by przez jego osłonę nie przedarł 
się   żaden   cios.   De   Rien,   wyczuwając   osłabienie   przeciwnika, 

kopnął w jego tarczę, chcąc go przewrócić. Baugi, rozrzucając 
ramiona, poleciał w tył i cudem tylko utrzymał się na nogach. 

Tyle   jednak   wystarczyło   Cenredowi,   by   natychmiast 
wyprowadzić potężny cios mieczem na głowę krasnoluda. Baugi 

w ostatniej   chwili   cofnął   się,   lecz   cios   i tak   dotarł   do   jego 
kościanego   hełmu   rozłupując   go   niczym   skorupę   orzecha, 

rozcinając   do   kości   czoło,   wyłupując   mu   oko   i na   wylot 
rozorując policzek.

Baugi bezgłośnie padł na plecy. Krzyknęła za to Arien. Cenred 

stanął nad krasnoludem z uniesionym mieczem. Widząc jednak 

jakie   spustoszenie   poczynił   jego   ostatni   cios,   zrezygnował 
z dobicia przeciwnika, by zając się nowym.

-   Teraz   ty,   krasnoludzka   szmato!   -   krzyknął   z paskudnym 

uśmiechem   do   nadbiegającej   Arien.   Uzbrojona   we   włócznię, 

swoją   ulubioną   broń,   wzburzona   śmiercią   swego   małżonka 
przypadła do Cenreda i zaczęła go punktować szukając okazji 

do zadania ostatecznego pchnięcia.

W głowie elficy kłębiło się tysiące myśli. Najważniejszą z nich 

było  przeświadczenie, że  jej Baugi,  ukochany  Baugi nie  żyje. 
Kiedy   kątem   oka  widziała   zmasakrowaną  twarz   swego   męża, 

z trudem tłumiła szloch. I tak miało  to się skończyć? Jednym 
szczęśliwym wieczorem w ich nowym małżeństwie? Po to tyle 

przeszli, żeby jakiś zasrany elf o przerośniętej ambicji jednym 
ciosem   wszystko   skończył?   To   niesprawiedliwe!   Przecież 

wygraliśmy tę bitwę!

Krążyli   wokół   siebie   niczym   wilki.   Cenred   mijając   tarczę 

Baugiego podniósł ją zyskując dodatkową ochronę.

Arien prychnęła niczym dzika kotka i wyskoczyła  do przodu 

zasypując tarczę Cenreda gradem ciosów. Mierzyła w jej górną 
krawędź,   wiedząc,   że   elfy   używające   podłużnej   tarczy 

mocowanej do przedramienia, kompletnie nie potrafią używać 
okrągłej   tarczy   z imaczem   pośrodku,   skrytym   za   stalowym 

umbem.   Cenred   popełniał   podstawowy   błąd   trzymając   tarczę 
bardzo blisko siebie. Nie miał też odpowiedniej siły w ręce, żeby 

background image

swoją   osłonę   utrzymać   w odpowiedniej   płaszczyźnie.   Elfica 

pukała grotem włóczni w tarczę tuz nad umbem i widząc jak po 
każdym,   nawet   niezbyt   silnym   ciosie   górna   krawędź   tarczy 

niebezpiecznie   wychyla   się   w stronę   twarzy   Cenreda,   zaczęła 
uderzać   w tarczę   coraz   wyżej.   Arien   wyczekała   odpowiedni 

moment i z całą siłą pchnęła w górną krawędź tarczy. Siła była 
na   tyle   spora,   że   wyłupiła   drewnianą   drzazgę,   a samą   tarczę 

obróciła w dłoni Cenreda  niemal do poziomiu. Nie to jednak był 
najważniejsze.   Tarcza,   swoją   okutą   stalą   krawędzią   bardzo 

silnie   uderzyła   w podbródek   elfa,   przecinając   go   na   wylot 
i odsłaniając   zęby.   Na   to   czekała   tylko   Arien.   Poświęcając 

wszystko na ten jeden atak zrobiła potężny krok, wiedząc, że 
po   tym  pchnięciu  nie  utrzyma  już   równowagi,  wbiła   włócznię 

w brzuch   Cenreda.   Elf   wrzasnął   i spazmatycznie   machnął 
mieczem,   jakby   chciał   przegonić   siedzącą   mu   na   trzewiach 

muchę. Trafił w drzewce włóczni, której szeroki i długi na  łokieć 
grot cały schowany był w ranie. To uderzenie wystarczyło, żeby 

powalić   Arien,   ale   jednocześnie   wyrwało   jej   oręż   z rany 
Cenreda.   Skutki   tego   były   dla   elfa   tragiczne.   Krasnoludzkie 

włócznie,   wzorowane   na   broni   stosowanej   przez   półdzikich 
wojowników   z Północy,   oprócz   tego,   że   miały   bardzo   długie 

groty,   to   również   krawędzie   tych   grotów   były   ostre   niczym 
klinga miecza. Tym sposobem Cenred otworzył sobie trzewia, 

z których teraz wysypywały sino-różowo-białe jelita. Elf odrzucił 
tarczę, przyłożył rękę do rany i czując swoje wnętrzności zaklął 

szpetnie.   Zaraz   jednak   przytknął   miecz   do   szyi   próbującej 
podnieść się Arien.

- Moje rany są na pewno śmiertelne, więc nie mam za dużo 

czasu.   Cieszę   się   jednak,   że   pozbawiłem   was   oboje   życia. 

Pozdrów Baugiego – i uniósł miecz do ciosu. Wtedy, jakaś ręka 
wyłoniła   się   zza   jego   pleców,   chwyciła   za   czoło   i odciągnęła 

głowę   do   tyłu.   Druga   sprawnym,   wyćwiczonym   ruchem, 
poderżnęła mu gardło.

Zaskoczony Cenred opuścił miecz niemal zabijając Arien, lecz 

ta   uderzeniem   dłoni   wytrąciła   oręż   elfowi,   przetoczyła   się   na 

bok i z niedowierzaniem patrzyła na całe zajście.

De   Rien   obrócił   się   i widząc   podrzynacza   próbował   coś 

powiedzieć.   Nasiliło   to   tylko   strugi   krwi   wypływające 

z rozciętego gardła.

- To za moich ludzi – wycedził przez zęby Teit. Cenred pochylił 

się   do   przodu,   oparł   głowę   o pierś   dowódcy   najemników 
i czepiając   się   jego   stroju,   jakby   to   miało   utrzymać   go   przy 

życiu, osunął się martwy na ziemię.

Arien   otrząsnęła   się   z szoku   i na   czworaka   podpełzła   do 

swojego   męża.   Uniosła   jego   zakrwawioną   głowę   i własnym 
rękawem ocierała mu z krwi twarz płacząc:

- Baugi, czemu mnie zostawiłeś?! Czemu?! Jak ja sobie teraz 

sama poradzę! - przetarła jego lico odsłaniając dziurę po lewym 

oku   i potężne   rozcięcie   na   czaszce   odsłaniające   kość.   Jego 
policzek  był  również  w opłakanym  stanie,  Zaszlochała   jeszcze 

głośniej   i znowu   zaczęła   ocierać   jego   twarz   z wciąż 
napływającej krwi.

Krasnolud   jęknął   otworzywszy   jedyne   oko   i próbował   coś 

powiedzieć,   jednak   z jego   ust   poleciała   tylko   strużka   krwi 

i niezrozumiałe   dźwięki.   Uniósł   więc   dłoń   i pogłaskał   twarz 
swojej   elficy   jakby   chciał   jej   powiedzieć   żeby   się   niczym   nie 

martwiła.

- Ty żyjesz! Żyjesz! - elfica przygarnęła go do siebie, a on 

delikatnie poklepał jej dłoń.

- Spokojnie kobieto – ktoś stanowczo odsuwał ją od męża. 

Idrottir skinął na dwóch krasnoludów z noszami. - Nic mu nie 
będzie – poza piękną blizną i brakiem oka. Kiedy widziałem ten 

cios elfa z daleka, myślałem że już po nim. Całe szczęście, że to 
był miecz, a nie topór, więc chłopak ma szansę przeżyć... Zaraz 

jednak   pomyślałem,   że   po   takim   uderzeniu   mogły   zajść 
nieodwracalne   zmiany   w mózgu.   Jak   widać,   pamięta   jednak 

ciebie.   Może   mieć   co   najwyżej   tylko   kłopoty   z mową. 
Zabierzemy go do waszej chaty i przygotuję zioła – tu rozejrzał 

się po polu bitwy. - Dużo ziół. Walka jest skończona.

Arien dopiero teraz zauważyła jaki tłum zgromadził się wokół 

nich.   Zniknął   gdzieś   przywódca   najemników,   ale   byli   za   to 
wszyscy;   krasnoludy,   martwiaki   z Dziaduniem   na   czele, 

barbarzyńcy, Harna, Coleman, Dolgthrasir i wielu innych.

-   Świetne   wesele!   -   cieszył   się   skrwawiony   Tyrfing.   - 

background image

znakomite trunki, świetne jadło, tańce! No i było komu w mordę 

przyłożyć. - Posmutniał zaraz jednak: - szkoda tylko, że tylu 
naszych zginęło... Agnar stracił nogę...

-   Leofric   rozdeptany   na   miazgę...   -   dodał   Dziadunio 

wyskubując wyłażące mu z ręki larwy.

-   Z moich   uczniów   –   powiedział   nadchodzący   Waleczniak   – 

ledwo   dwie   klasy   uzbieram,   ale   ci   którzy   przeżyli   od   razu 

otrzymują promocję... Oż, kurwa! Myślałem, że ten też padł... 
Morgan,   szujo,   ty   znowu   pijesz?   A kolegów   opatrzyć   to   nie 

łaska?   Zapieprzaj   do   Libera,   on   kieruje   szpitalem   polowym! 
I rzuć ten bukłak... Rzuć, powiedziałem!

-   Tak   –   zaczął   Idrottir   delikatnie   układając   Baugiego   na 

noszach. - Często bywa, że aby powstało coś nowego i pięknego 

ktoś lub coś musi umrzeć.

-   Pacy...   -   przypomniała   sobie   Arien   i wzrokiem   odszukała 

zwłoki   kuzyna   Dolgthrasira.   Klęczał   przy   nich   już   Pradziadek 
płacząc.

Arien ruszyła wraz z noszami do domu. Patrzyła na pole bitwy 

zaścielone   martwymi   i rannymi.   Czuła   się   winna   temu 

wszystkiemu.   Przecież   to   z jej   powodu   zgasło   tyle   żywych 
istnień.

Westchnęła ciężko.
Zaraz   jednak   pomyślała,   że   może   na   to   spojrzeć   z innej 

strony. Oto ma w końcu rodzinę, która gotowa jest poświęcić 
dla niej wszystko, by ja chronić.

Uśmiechnęła się do siebie.
I ma Baugiego.

***

Minęło dziewięć miesięcy. Kupcy przenieśli się z samej kopalni 

do   podnóża   Hamdirbergu,   a Hamdirholm   właściwy   zaznał 
w końcu   spokoju.   Pradziadek   rządził   w kopalni   po   staremu, 

narzekając na owce i kozy, chociaż przygarnął do siebie stadko 
jakie pozostało po Pacym. Niektórzy nawet twierdzili, że bardzo 

zżył   się   ze   zwierzakami,   czemu   Dolgthrasir   stanowczo 

zaprzeczał.   Okulawiony   w Bitwie   pod   Stopniami   Agnar 
zamieszkał   w osadzie   kupców,   jak   teraz   roboczo   nazywano 

prężnie rozwijające się miasteczko i pomagał Baugiemu, który 
był   w nim   zarządcą.   Baugi   doszedł   do   siebie   po   trzech 

miesiącach leżenie w łóżku, choć pozostała mu paskudna blizna 
na czole i policzku oraz wyłupione oko. Dzięki temu wzbudzał 

strach   i respekt   u   wszystkich   kupców.   Nie   przeszkodziło   to 
jednak   w zostaniu   przybranym   ojcem   dla   Colemana   na   jego 

ślubie z Harną. A weselicho było jeszcze ciekawsze niż Baugiego 
i Arien. Pijane smoki są gorsze od pijanych krasnoludów. Był też 

jeszcze   jeden   powód   tak   hucznego   świętowania.   Baugi 
wykorzystał   chwilę   i oświadczył   wszystkim   gościom,   że   jego 

żona jest w ciąży. Z ich własnych wyliczeń wynikało, że dziecię 
poczęte   zostało   podczas   publicznych   pokładzin   na   ślubie. 

Uradowało to wszystkich, ale zaniepokoiło przyszłych rodziców. 
Ile będzie trwała ciąża? Czy dziecko z tak mieszanego związku 

urodzi się zdrowe? Czy nie będzie zdeformowane?

Przynajmniej na jedno pytanie już uzyskali odpowiedź, gdy po 

około   dziewięciu   miesiącach,   dzisiejszego   ranka,   do   Arien 
przywołano akuszerki.

Baugi   niecierpliwie   krążył   przed   domem   w którym   rodziła 

Arien.   Siedzący   na   ławeczce   przed   chatą   Dolgthrasir,   Idrottir 

i Agnar wodzili za nim wzrokiem.

-   Usiądźże!   -   zirytował   się   Pradziadek.   -   Takie   łażenie   nie 

pomoże ani tobie, ani jej. Łyknij piwa...

Baugi   pokręcił   przecząco   głową,   zatrzymał   się   myśląc   nad 

czymś i strzelił opaską na oku, co od czasu ozdrowienia było u 
niego oznaką wielkiego zdenerwowania. Z chałupy dobiegł krzyk 

Arien. Baugi podbiegł do drzwi łomocząc w nie:

- Wpuście mnie! Chcę się zobaczyć z Arien!

Drzwi uchyliły się na chwilę i pojawiła się w nich twarz Yrsy 

i zaraz z wnętrza chaty chlusnęła struga wody. Baugi odskoczył, 

zaraz jednak przypadł do prababci. Ta odepchnęła go mówiąc:

- Siedź ty na dupie, już ty swoje zrobiłeś. Jedyne do czego 

zdolni są faceci... Zbrzuchacić niewiastę... A jak jakaś cięższa 
robota, to od razu do nas, kobiet. Wypierz, poszyj, zrób obiad, 

background image

drewna nanieś, dziecko urodź... Siedź tu, Baugi, i pozwól żeby 

teraz   ona   dokończyła   dzieła,   bo   wam,   chłopom,   to   rodzenie 
dzieci nigdy nie wychodziło. Albo po prostu się wykręcacie... – 

i trzasnęła   drzwiami  coś  tam   jeszcze   mamrocząc  pod  nosem. 
Z wnętrza chałupy znowu zaczęły dobiegać krzyki Arien.

- Rób jak Yrsa każe – pokiwał głową Pradziadek. - W takich 

chwilach kobiety strasznie nerwowe są, bo my przy tej robocie 

to   samą   przyjemność   mamy,   a całość,   że   tak   powiem   prac, 
spoczywa na kobiecym łonie. A jeszcze jak mamy do czynienia 

z pierworódką...  - machnął ręką – Szkoda gadać!

Baugi przysiadł i znowu strzelił z opaski na oku.

Przed   chatą   wylądował   smok   i demon.   Zmieniwszy   postać 

Coleman i Harna zasypali zebranych przed chatą gradem pytań. 

Czy   już?   Jak   idzie?   Czy   matka   zdrowa?   Jak   długo   jeszcze? 
Uzyskawszy odpowiedzi na te i inne pytania również usiedli na 

ławeczce   w ciszy   wsłuchując   się   w coraz   głośniejsze   krzyki 
rodzącej.

- Wiem co czujesz – zaczął Coleman. - My z Harną też się 

martwimy co wyjdzie z naszego związku. Czy aby nie będzie to 

jakiś... - tu wampir zamilkł.

- Potwór? - dokończył Baugi. - Też tego boimy się.

Dolgthrasir   parsknął,   Idrottir   uśmiechnął   się   tajemniczo, 

a Agnar wybuchnął:

-   Te,   wąpierz,   daj   ty   spokój   z tym   gdybaniem!   Co   ma   się 

urodzić,   to   się   urodzi!   I tyle!   A wam   to   pewnie,   krwiopijco, 

wyjdzie mysz ziejąca ogniem...

Krasnoludy   parsknęły   śmiechem.   Sytuacja   rozładowała   się 

trochę.

- Albo nietoperz srający ognistymi kulami... - rzucił krztusząc 

się   Dolgthrasir.   Harna,   znając   poczucie   humoru   krasnoludów 
i wiedząc,   że   tak   naprawdę   wszyscy   tutaj   zebrani   są   ich 

przyjaciółmi,   również   zachichotała.   Jedynym   zachowującym 
powagę został Coleman:

- To nie jest śmieszne...
-   ...srający   do   zupy   Jałowczyka!   -   ryknął   śmiechem   Agnar 

i spadł   z ławki.   Teraz   nie   wytrzymał   nawet   Coleman   i już   po 
chwili cała szóstka śmiała się do rozpuku.

Jęknęły   drzwi   i stanęła   w nich   Yrsa.   Śmiech   ucichł   jakby 

nożem przeciął. Prababcia wzrokiem odszukała Pana Marzeń:

- Można prosić do środka?

-   Urodziło   się?   Zdrowe?   Z Arien   wszystko   w porządku?   - 

podskoczył do niej Baugi.

Yrsa popatrzyła na niego i powiedziała tylko:
-   Urodziło   się.   Proszę   Idrottirze   –   znowu   trzasnęły   za   nią 

drzwi.

-   Niedobrze,   niedobrze   –   Baugi   ponownie   zaczął   nerwowo 

chodzić. Reszcie też mina zrzedła.

Po   chwili   drzwi   do   chaty   znowu   się   otworzyły   i prababcia 

zaprosiła wszystkich do środka. Na łożu leżała zmęczona Arien 
tuląc   do   piersi   noworodka.   W kącie   dwie   akuszerki   pakowały 

szybko swoje rzeczy. Elfica uśmiechnęła się. Baugi przypadł do 
niej:

- Zdrowa jesteś?
Kiwnięcie głową.

- A dziecko?
-   Też   zdrowe   –   odparła   elfica   przygasając   nieco.   -   Tylko... 

tylko.. jest nieco inne, ale i tak je kocham. I chcę je wychować. 
Ty możesz dokonać wyboru – patrzyła na niego z mieszaniną 

strachu i nadziei.

- Oczywiście, że razem go wychowamy... - wybełkotał nie na 

żarty przestraszony Baugi. - Przecież kocham cię i zamierzam 
zostać z tobą do końca życia...

- Skąd wiesz, że to chłopak? - spytała Yrsa. Wszyscy zrobili 

minę jakby strzelili gafę. No tak, nikt nie spytał się nawet o płeć 

dziecka,   tylko   wszystkich   interesowało   czy   noworodek   jest 
zdrowy.

- Nie chcesz go zobaczyć? - spytała już spokojniejsza Arien.
- Czy...? czy...? - dukał Baugi patrząc na zawiniątko na jej 

piersi i wystający z niego czubek głowy.

- Czy jest straszny? Dla mnie nie jest.

-   Sam   się   przekonaj  –   życzliwie   uśmiechał  się   Idrottir.   Ten 

uśmiech uspokoił Baugiego, który delikatnie rozwinął zawój ze 

swoim synem. Wstrzymał oddech, zaraz jednak z ulgą wypuścił 
powietrze:

background image

- Jest inny, ale milusi! Ma nogi po mnie, takie krzywe...

-   Ale   nieowłosione   –   dodała   Arien.   -   I nie   ma   zarostu   na 

twarzy...

- I ostrych uszu też nie... Ma za to kępki włosów na głowie...
-   Jest   trochę   inne   od   naszych   dzieci...   –   powiedział   Baugi 

podnosząc noworodka i prezentując go swym przyjaciołom.

- I od naszych, elfich... - dodała Arien.

- Bo to ludzki noworodek – rzucił od niechcenia Idrottir.
- Ludzki?! - zapytali wszyscy zebrani. Baugi najpierw patrzył 

z oburzeniem   na   Pana   Marzeń.   Potem   wzrok   pełen   wyrzutu 
przeniósł na swoją żonę. Ta z otwartymi ustami wpatrywał się 

w głosiciela tej niespodziewanej informacji.

-   Tak   –   odparł   Idrottir.   -   Żeby   wszystkich   uspokoić   -   Nie 

doszło tu do żadnej zdrady. Podejrzewałem, że taki będzie efekt 
krzyżówki   krasnoluda   z elfem.   I otrzymałem   tego 

potwierdzenie.   Tak   wiele   tysięcy   lat   temu   powstał   człowiek. 
Legenda,   którą   bardzo   dawno   temu   słyszałem   od   swojego 

mistrza, mówi że... Właśnie, gdzie jest Lofar, mój uczeń?

- Dogląda owiec na Przygórzu – odparł Pradziadek. - Nabawiły 

się jakiejś niestrawności.

-   Nieważne.   Legenda   ta   mówi,   zresztą   ślady   o niej   zostały 

skrupulatnie   zatarte   przez   obie   rasy,   że   gdy   pierwszy   raz 
spotkały   się   ze   sobą   elfy   i krasnoludy,   to   wyprawiły   wielką 

wspólną   ucztę.   Na   uczcie,   jak   to   na   uczcie   swawole,   alkohol 
i inne harce. No i potem, po dziewięciu miesiącach, urodziły się 

dzieci – dzieci inne niż elfy i krasnoludy. Później okazało się, że 
dzieci   te,   po   osiągnięciu   dorosłości,   mogą   się   również 

krzyżować.   Tak   powstała   nowa   rasa,   a że   odziedziczyła   po 
swych stwórcach najgorsze cechy, nadano im nazwę ludzi. Już 

tłumaczę   skąd   to   się   wzięło...   Otóż   dzieci   owe   były   bardzo 
krnąbrne i nieposłuszne, często więc trzeba było je karcić i prać, 

czyli „lać gdzie popadnie”. Powiedzenie te weszło na stałe do 
naszego języka i uległo skróceniu. Od tej pory wobec tych dzieci 

stosowano   karę,   którą   zwano   „lu   dzie   popadnie”.   Potem   już 
zaczęto   nawet   na   nie   mówić   „dzieci   lu   dzie   popadnie”, 

a w końcu ostała się tylko forma „lu-dzie”, ludzie.

- Czemu nasze rasy przestały żyć ze sobą? - spytała Arien.

- Przez dzieci, przez ludzi – odpowiedział Idrottir. - Ludzie byli 

od początku źli. Nie wszyscy, co prawda, ale jak już znalazł się 
jakiś   zły,   to   potrafił   wyrządzić   ogromne   krzywdy,   któe 

przyćmiewały   osiągnięcia   reszty.   Obie   starsze   rasy   obwiniały 
siebie   nawzajem   o dostarczenie   ludziom   tych   najgorszych 

genów.   W końcu   doszło   do   wojny   między   nami   i elfami, 
wynikiem której był niejako rozwód. Obydwie rasy przestały dla 

siebie   istnieć   i podświadomie   ziały   do   siebie   nienawiścią. 
Wymazano też wszystkie zapiski głoszące, że elfy i krasnoludy 

przyjaźniły się... I nie tylko. Tak jest do dzisiaj.

- Nieważne jaki będzie mój syn, krnąbrny czy nie, i tak go 

wychowamy najlepiej jak potrafimy! - powiedział Baugi. Arien 
uśmiechnęła się i mocniej ścisnęła jego rękę. Chatka wybuchła 

wiwatami.

- To ja idę szykować ucztę! - obwieścił Pradziadek zapraszając 

wszystkich do wyjścia i chcąc by Baugi przez chwilę sam pobył 
ze swoją żoną.

Na odchodne Idrottir szepnął Baugiemu:
- Uczta na której spłodzono pierwszych ludzi odbyła się tutaj, 

w Hamdirholm.

-   Ourobouros...   -   cicho   powiedział   po   chwili   Baugi.   Stary 

krasnolud poklepał go w ramię i wyszedł. Zza drzwi dobiegł głos 
Colemana:

-   Idrottirze,   a co   powstanie   z,   hmm,   mojej   krzyżówki 

z Harną?

- Harpie – pewnie odpowiedział Pan Marzeń.
- Harpie?

- Tak, harpie. Takie głupie, półdzikie, latające stworzenia...
- ... co srają do zupy ludzkim inżynierom! - ryknął śmiechem 

Agnar.

-   Gorzej!   -   zawtórował   mu   Pradziadek.   -   Srają   do   własnej 

zupy!

- Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne. Pytałem się jednak na serio.

-   Nie   wiem,   wąpierze.   Takiej   krzyżówki   jeszcze   nie 

widziałem...

-   Może   powstanie   nowy   rodzaj   smoka...   –   rozmarzył   się 

Coleman.

background image

- Tak, srający do zupy...

Baugi   i Arien   śmiejąc   się   słuchali   przekomarzań   swych 

przyjaciół.   Teraz,   kiedy   opadły   już   wszystkie   troski   związane 

z narodzinami   dziecka,   byli   naprawdę   szczęśliwymi   rodzicami. 
Byli też dumni, że dzięki nim znowu połączyły się dwie potężne 

rasy.

- Naszego syna nazwiemy Hamdir, dobrze? - spytał Baugi.

- Dobrze, Hamdir  de Molzar  – uśmiechnęła się. Noworodek 

poruszył się skupiając na sobie uwagę młodych rodziców.

Historia zatoczyła pełne koło.
Wąż pochwycił swój ogon.

Historia została opowiedziana.

KONIEC

sierpień 2008