background image

Philip K. Dick - Stowarzyszenie 

 

 
 
 

MEZCZYZNA  siedzial  na  chodniku,  sciskajac  w  rekach  zamkniete  pudelko.  Pokrywa  pudelka 
poruszyla sie niecierpliwie, napotykajac opór jego palców.  
-  No  juz  dobrze  -  mruknal  mezczyzna.  Pot  sciekal  mu  po  twarzy  grubymi  kroplami.  Z  wolna 
uchylil  pokrywe  i  przytrzymal  ja  palcami.  Ze  srodka  dobieglo  metaliczne  brzeczenie,  niskie 
uporczywe wibracje potegujace sie wraz z chwila, kiedy do srodka wtargnal blask slonca.  
Pojawila  sie  mala  glówka,  okragla  i  blyszczaca,  a  za nia nastepna.  Kolejno ze  srodka  wychynelo 
wiecej glówek, które wyciagajac szyje rozgladaly sie wokól.  
-  Bylem  pierwszy  -  powietrze  przeszyl  glosik  nalezacy  do  jednej  z  nich.  Miedzy  glówkami 
wywiazala sie chwilowa sprzeczka, po czym osiagnely porozumienie.  
Siedzacy  na  chodniku  mezczyzna  drzacymi  dlonmi  podniósl  metalowa  figurke.  Postawil  ja  na 
ziemi  i  nieudolnie  zabral  sie  do  nakrecania.  Figurka  przedstawiala  stojacego  na  bacznosc, 
krzykliwie  pomalowanego  zolnierza  z  bronia  i  w  helmie.  Kiedy  mezczyzna  przekrecil  klucz, 
ramiona zolnierzyka powedrowaly w góre i w dól. Wymachiwal nimi dziarsko.  
Chodnikiem  nadchodzily  dwie  pograzone  w  rozmowie kobiety.  Zerknely ciekawie na  siedzacego 
mezczyzne, pudelko oraz lsniaca figurke, która trzymal w reku.  
- Piecdziesiat centów - mruknal mezczyzna. - Kupcie dzieciakowi cos do...  
-  Czekaj!  -  zabrzmial  watly  metaliczny  glosik.  -  Nie  im!  Mezczyzna  urwal  gwaltownie.  Kobiety 
spojrzaly po sobie, pózniej na niego i na metalowa figurke. Pospiesznie podjely swoja wedrówke.  
Zolnierzyk  omiótl  bacznym  spojrzeniem  ulice,  samochody  oraz  ludzi  robiacych  zakupy.  Raptem 
zadrzal, wydajac z siebie niski podekscytowany chrobot.  
Mezczyzna przelknal sline.  
- Nie  ten  dzieciak - rzucil ochryplym glosem. Usilowal przytrzymac figurke, lecz metalowe palce 
bolesnie wpily sie w jego dlon. Chwycil oddech.  
- Kaz  im  sie zatrzymac!  -  zazadala piskliwie figurka. - Zmus ich, aby staneli! - Metalowa figurka 
odmaszerowala od niego i ze sztywno wyprostowanymi konczynami kroczyla po chodniku.  
Chlopiec i jego ojciec zwolnili kroku, patrzac na nia ciekawie. Siedzacy mezczyzna usmiechnal sie 
blado; obserwowal, jak figurka podchodzi do nich kolyszac sie z boku na bok i wyrzucajac rece na 
przemian w góre i w dól.  
- Prosze kupic cos dla chlopca. Niezrównany kompan. Dotrzyma mu towarzystwa.  
Ojciec  usmiechnal  sie,  sledzac  ruchy  manewrujacej  w  okolicach  jego  buta  figurki.  Zolnierzyk 
zderzyl sie z butem. Zaklekotal i brzeknal. Nastepnie znieruchomial.  
- Nakrec go! - wykrzyknal chlopiec.  
Jego ojciec podniósl figurke.  
- Ile?  
- Piecdziesiat  centów.  -  Sprzedawca wstal  chwiejnie, przyciskajac do siebie pudelko. - Dotrzyma 
mu towarzystwa. Rozbawi.  
Ojciec obracal w rekach figurke.  
- Na pewno go chcesz, Bobby?  
- Na pewno! Nakrec go! - Bobby siegnal po zolnierzyka. - Zrób, zeby chodzil!  

background image

- Kupuje - oznajmil ojciec. Siegnal do kieszeni i podal sprzedawcy banknot dolarowy.  
Umykajac spojrzeniem w bok sprzedawca niezgrabnie wydal mu reszte.  
Wszystko bylo tak jak nalezy.  
Figurka  lezala  spokojnie  zatopiona  we  wlasnych  myslach.  Okolicznosci  sprzegly  sie,  by 
doprowadzic  do  optymalnego  rozwiazania.  Dziecko  przeciez  moglo wcale  nie  chciec przystanac, 
zas  Dorosly  mógl  nie  miec  przy  sobie  pieniedzy.  Wiele  rzeczy  moglo  pójsc  nie  tak  jak  nalezy; 
nieznosna  byla  sama  mysl  o  nich.  Ale  wszystko  potoczylo  sie  bez  zarzutu.  Figurka  z 
zadowoleniem  spogladala  przed  siebie  ze  swojego  miejsca  w  tyle  samochodu.  Zatem  wnioski 
wysnute na podstawie pewnych oznak byly jak najbardziej poprawne: Dorosli sprawowali wladze i 
Dorosli  dysponowali  pieniedzmi.  Posiadali  wladze,  ale  ta  ich  wladza  uniemozliwiala  jakikolwiek 
kontakt  z  nimi.  Ich  wladza  oraz  ich  rozmiary.  Z  Dziecmi  sytuacja  wygladala  inaczej.  One  byly 
male,  dzieki czemu latwiej mozna  bylo  sie  z  nimi dogadac.  Wierzyly  w kazde slowo, a polecenia 
wykonywaly bez szemrania. Przynajmniej tak mówili w fabryce.  
Pograzona w slodkich marzeniach figurka lezala bez ruchu.  
 
SERCE CHLOPCA bilo  przyspieszonym  rytmem. Pobiegl  na  góre i z impetem otworzyl drzwi. 
Zamknawszy je, ostroznie podszedl do lózka i usiadl. Nastepnie przyjrzal sie temu, co spoczywalo 
w jego dloniach.  
- Jak sie nazywasz? - zapytal. - Jak ci na imie?  
Metalowa figurka nie odpowiedziala.  
- Przedstawie cie reszcie. Musisz poznac wszystkich. Spodoba ci sie tutaj.  
Bobby  odlozyl  figurke  na  lózko.  Podbiegl  do  szafy  i  wydobyl  z  niej  wypchany  karton  z 
zabawkami.  
-  To  jest  Bonzo  -  oswiadczyl.  Podniósl  bladego  pluszowego  królika.  -  I  Fred.  -  Obrócil  na 
wszystkie  strony  rózowa  gumowa  swinke,  aby  zolnierzyk  mógl  sie  lepiej  przyjrzec.  -  I  Teddo, 
rzecz jasna. To jest Teddo.  
Przyniósl  Tedda  na  lózko  i  polozyl  obok  zolnierzyka.  Teddo  lezal  w milczeniu  wlepiajac  w sufit 
spojrzenie szklanych oczu. Byl brazowym misiem, z kepkami slomy sterczacymi mu ze szwów.  
-  A  jak  ciebie  nazwiemy?  -  zastanowil  sie  Bobby.  -  Uwazam,  ze  powinnismy  zwolac  narade  i 
zadecydowac.  -  Urwal  w  zamysleniu.  -  Nakrece  cie,  zebysmy  wszyscy  mogli  zobaczyc,  jak 
chodzisz.  
Ulozywszy  figurke  twarza  w  dól  poczal  ja  skrupulatnie  nakrecac.  Kiedy  kluczyk  napotkal  opór, 
schylil sie i postawil figurke na podlodze.  
-  No  dalej  -  zachecil  Bobby.  Metalowa  figurka  stala  w  miejscu.  Naraz  zaczela  chrobotac  i 
brzeczec.  Ruszyla  po  podlodze  sztywno  wyrzucajac  konczyny.  Raptem  zmienila  kierunek  i 
pospieszyla w strone drzwi. Dotarlszy do nich, stanela. Wówczas obrócila sie do porozrzucanych 
wokól klocków i zaczela zrzucac je na sterte.  
Bobby  obserwowal  ja  z  zainteresowaniem.  Figurka  zmagala  sie  z  klockami  ukladajac  je  w 
piramide. Wreszcie wdrapala sie na sam szczyt i przekrecila klucz w zamku.  
Oszolomiony Bobby podrapal sie po glowie.  
- Czemus to zrobil? - zapytal. Figurka zeszla na dól i wsród szumów i brzeków przemaszerowala 
przez  pokój  w  strone  chlopca.  Bobby  i  pluszowe  zwierzeta  obrzucily  ja  spojrzeniami  pelnymi 
zdumienia i podziwu. Zblizywszy sie do lózka, przystanela.  
- Podnies mnie! - zazadala niecierpliwie watlym metalicznym glosikiem. - Szybciej! Nie siedz tak!  
Bobby wytrzeszczyl oczy. Mrugal, nie spuszczajac z niej wzroku. Pluszowe zwierzeta zachowaly 

background image

milczenie.  
- Jazda! - wrzasnal zolnierzyk.  
Bobby wyciagnal reke. Zolnierzyk ulapil ja z calej sily. Bobby krzyknal.  
-  Cicho  badz  -  nakazal  mu  zolnierzyk.  -  Postaw  mnie  na  lózku.  Mamy  do  przedyskutowania 
sprawy niezwyklej wagi.  
Bobby  umiescil  go  obok  siebie  na  lózku.  Wylaczajac  lekki  szum  mechanizmu  figurki,  w  pokoju 
panowala cisza.  
- Ladny pokój - przerwal milczenie zolnierzyk. - Bardzo ladny pokój.  
Bobby odsunal sie nieznacznie.  
- O co chodzi? - zapytal ostro zolnierzyk, obracajac sie ku niemu i patrzac w góre.  
- O nic.  
- Co jest? - Figurka spogladala na niego badawczo. - Chyba sie mnie nie boisz, co?  
Bobby wiercil sie niewyraznie.  
-  Bac  sie  mnie?  -  Zolnierzyk  parsknal  smiechem.  -  Jestem  po  prostu  malym  ludzikiem  z  metalu, 
zaledwie  szesc  cali  wzrostu.  -  Zanosil  sie  smiechem.  Nagle  urwal.  -  Sluchaj  no.  Mam  zamiar 
pomieszkac  tu  z  toba  przez  jakis  czas.  Nie  zrobie  ci  krzywdy;  tego  mozesz  byc  pewien.  Jestem 
przyjacielem - dobrym przyjacielem.  
Z lekkim niepokojem zerknal w góre.  
-  Ale  musisz  robic  to,  co ci  kaze.  Nie masz nic przeciwko temu,  prawda?  Teraz powiedz mi: ilu 
ich jest w twojej rodzinie?  
Bobby zawahal sie.  
- No juz, ilu? Doroslych.  
- Troje... Tatus, mama i Foxie.  
- Foxie? A któz to znowu?  
- Moja babcia.  
- Troje. - Figurka skinela glowa. - Rozumiem. Tylko troje. Ale inni bywaja tu od czasu do czasu? 
Czy jacys Dorosli odwiedzaja ten dom?  
Bobby potwierdzil skinieniem.  
- Troje to nieduzo. Troje nie stanowi problemu. Wedlug fabryki...  
Urwal.  
-  Dobrze.  Posluchaj  mnie.  Nie  chce,  abys  cokolwiek  im  o  mnie  wspominal.  Jestem  twoim 
przyjacielem, sekretnym przyjacielem. I tak ich by to nie zaciekawilo. Pamietaj, nie zamierzam cie 
skrzywdzic. Nie masz powodu do strachu. Bede tutaj mieszkal, tuz obok ciebie.  
Przeciagajac ostatnie slowa, pilnie lustrowal chlopca.  
-  Zostane  kims  w  rodzaju  prywatnego  nauczyciela.  Naucze  cie  wielu  rzeczy;  rzeczy,  które  masz 
robic  i  rzeczy,  które  masz  mówic. Wlasnie  tak, jak to  nauczyciele  maja w  zwyczaju.  Spodoba  ci 
sie to?  
Cisza.  
-  Oczywiscie,  ze  ci  sie  spodoba.  Rozpocznijmy  od  zaraz.  Byc  moze  chcialbys  wiedziec,  w  jaki 
sposób powinienes sie do mnie zwracac. Powiedziec ci?  
- Zwracac sie do ciebie? - Bobby spogladal na niego.  
-  Masz  mówic  do  mnie...  -  Figurka  spauzowala  z  wahaniem.  Nastepnie  odrzekla,  prostujac sie z 
duma: - Masz mówic do mnie: Panie Mój.  
Bobby podskoczyl, przyciskajac rece do twarzy.  
- Panie Mój - odparla niestropiona figurka. - Panie Mój. Tak naprawde to nie musimy zaczynac od 

background image

zaraz. Padam z nóg. - Przekrzywila sie na jeden bok. - Prawie zupelnie sie wyczerpalem. Prosze, 
nakrec mnie ponownie za godzine.  
Figurka zaczela sztywniec. Zerknela na chlopca.  
- Za godzine. Nakrecisz mnie, jak nalezy? Zrobisz to, prawda?  
Umilkla.  
Bobby powoli kiwal glowa.  
- Dobrze - mruknal. - Dobrze.  
 
BYL  WTOREK.  Otwarto  okno  i  cieple  swiatlo  sloneczne  przedostawalo  sie  do  srodka, 
zalewajac  pokój  swoim  blaskiem.  Bobby  wyszedl  do  szkoly;  pusty  dom  pograzony  byl  w  ciszy. 
Pluszowe zwierzeta lezaly na swoich miejscach w szafie.  
Pan Mój lezal podparty na komódce i wygladal przez okno, z luboscia oddajac sie lenistwu.  
Dolecial  go  cichy  brzeczacy  odglos.  Cos  malego  wlecialo  znienacka  do  pokoju.  Nieduzy  obiekt 
kolowal przez chwile w powietrzu, by zaraz osiasc na pokrywajacej komódke bialej serwecie, tuz 
obok metalowego zolnierza Byl to miniaturowy model samolotu.  
- Jak leci? - zapytal samolot. - Czy wszystko w porzadku jak do tej pory?  
- Tak - odparl Pan Mój. - A co z reszta?  
- Niewesolo, zaledwie garstka zdolala dotrzec do Dzieci.  
Zolnierzyk syknal bolesnie.  
-  Najwieksza  grupa  wpadla  w  rece  Doroslych.  A  to,  jak  sam  wiesz,  na  niewiele  sie  zda. 
Niezmiernie  trudno  jest  panowac  nad  Doroslymi.  Albo  sie  wylamuja,  albo  czekaja  chwili,  kiedy 
rozkreci sie sprezyna.  
- Wiem. - Pan Mój ponuro skinal glowa.  
-  Najprawdopodobniej  taki  stan  rzeczy  utrzyma  sie  przez  jakis  czas.  Musimy  byc  na  to 
przygotowani.  
- Jest jeszcze cos. Powiedz mi!  
- Szczerze mówiac, okolo polowa z nich zostala zniszczona, rozdeptana przez Doroslych. Jednego 
podobno  rozszarpal  pies.  Nie  ulega  watpliwosci,  ze  to  w  Dzieciach  cala  nasza  nadzieja. 
Przynajmniej na tym polu musimy wziac góre, to nasza jedyna szansa.  
Zolnierzyk  pokiwal  glowa.  Poslaniec  nie  mylil  sie.  Nigdy  powaznie  nie  brali  pod  uwage 
mozliwosci otwartego ataku przeciwko klasie rzadzacej, mianowicie Doroslym, jako realnej drogi 
do zwyciestwa. Ich rozmiary, wladza oraz ogromne kroki stanowilyby skuteczna ochrone. Wezmy 
na  przyklad  sprzedawce  zabawek.  Wielokrotnie  usilowal  sie  wylamac,  oszukac  ich  i  zniknac. 
Czesc  z  nich  musiala  byc  nieustannie  nakrecona,  by  miec  go  na  oku,  i  wciaz  wisiala  nad  nimi 
grozba dnia, kiedy zapomni porzadnie ich nakrecic, ludzac sie, ze...  
- Czy udzielasz Dziecku wskazówek? - zapytal samolot. - Przygotowujesz go?  
- Tak. Zrozumial, ze mam zamiar tu pozostac. Dzieci wlasnie takie sa. Jako rasa podlegla zostaly 
przyzwyczajone do bezwzglednego posluszenstwa; to wszystko, co sa w stanie zrobic. Jestem po 
prostu kolejnym nauczycielem, który wkroczyl w jego zycie i wydaje polecenia. Kolejnym glosem, 
mówiacym mu, ze...  
- Wszedles juz w druga faze?  
- Tak szybko? - zdumial sie Pan Mój. - Dlaczego? Czy ten pospiech jest wskazany?  
- Fabryka zaczyna sie niepokoic. Tak jak wspominalem, wiekszosc grupy ulegla zniszczeniu.  
-  Wiem.  -  Pan  Mój  kiwnal  z  roztargnieniem  glowa.  -  Oczekiwalismy  takiego  obrotu  sprawy. 
Bylismy  w  pelni  swiadomi  naszych  szans,  totez  snujac  plany  mocno  stalismy  nogami  na  ziemi.  - 

background image

Krazyl  tam  i  z  powrotem  po  komódce.  -  Bylo  oczywiste,  ze  wielu  wpadnie  w  ich  rece,  w  rece 
Doroslych.  Dorosli  przebywaja  wszedzie,  zajmuja  wszelkie  kluczowe  pozycje  oraz  istotne 
stanowiska. Na tym  polega cala ich polityka, na kontrolowaniu zycia spolecznego we wszystkich 
jego przejawach. Lecz jesli tylko przetrwaja te jednostki, które maja dostep do Dzieci...  
- Nie powinienes o tym wiedziec, ale oprócz ciebie pozostalo tylko troje. Zaledwie troje.  
- Troje? - Pan Mój spojrzal na niego oslupialy.  
-  Rozgromiono  nawet  tych,  którzy  dotarli  do  Dzieci.  Sytuacja  jest  rozpaczliwa. Wlasnie  dlatego 
zycza sobie, abys rozpoczal druga faze.  
Pan Mój zacisnal piesci, zas jego rysy sciagnely sie z metalowa zgroza. Pozostalo ich tylko troje... 
A grupa ta stanowila przedmiot tylu nadziei, tak wiele zlozyla na jedna szale, tak niepozorna, tak 
bardzo zalezna  od  pogody -  i  od  ponownego nakrecenia.  Gdyby  tylko  mogli byc wieksi! Dorosli 
to przy nich olbrzymi.  
No, ale Dzieci. W którym punkcie zawiedli? Co stalo sie z ta szansa, jedyna krucha szansa?  
- Jak to bylo? Co sie stalo?  
-  Nikt  nie  wie.  W  fabryce  huczy.  I  na  dodatek  wyczerpuja  im  sie  materialy.  Czesc  maszyn  jest 
popsuta  i  nikt  nie  potrafi  sie  za  nie  zabrac.  -  Samolot  podjechal  do  skraju  komódki.  -  Musze 
wracac. Wkrótce wpadne, by zobaczyc, jak sobie radzisz.  
Samolot  wzbil  sie  w  góre  i  wylecial przez  otwarte okno.  Oszolomiony Pan  Mój odprowadzil go 
wzrokiem.  
Co  sie  moglo  wydarzyc?  Przeciez  Dzieci  stanowily  ich  najmocniejszy  atut.  Wszystko  zostalo 
gruntownie zaplanowane.  
Nie dawalo mu to spokoju.  
 
WIECZÓR.  Chlopiec  siedzial  przy  stole  patrzac  niewidzacym  wzrokiem  na  podrecznik  do 
geografii. Odwracal kartki i krecil sie zasepiony. Wreszcie zatrzasnal ksiazke. Zsunal sie z krzesla i 
podszedl do szafy. Siegal wlasnie po wypchany karton, kiedy z komódki dobiegl go czyjs glos:  
- Pózniej. Potem sie z nimi pobawisz. Musimy omówic cos pilnego.  
Z apatyczna i znuzona twarza chlopiec odwrócil sie w strone stolu. Skinal glowa, po czym opadl 
na krzeslo i podparl rekami podbródek.  
- Nie jestes spiacy, prawda? - zapytal Pan Mój.  
- Wcale.  
-  Wobec  tego  posluchaj.  Jutro  po  lekcjach  masz  pójsc  pod  wskazany  adres.  To  niedaleko  od 
szkoly. Chodzi o sklep z zabawkami. Moze go znasz. Swiat Zabawek Dona.  
- Nie mam pieniedzy.  
-  To  bez  znaczenia.  Wszystko  zostalo  ustalone  z  góry.  Idz  do  Swiata  Zabawek  i  powiedz  temu 
czlowiekowi:  "Kazano  mi  stawic  sie  po  przesylke".  Zapamietasz?  "Kazano  mi  stawic  sie  po 
przesylke".  
- Co w niej bedzie?  
- Pewne narzedzia i kilka zabawek dla ciebie. Beda do mnie pasowac. - Metalowa figurka zatarla 
rece. - Ladne nowoczesne zabawki, dwa czolgi i karabin maszynowy. Plus czesci zamienne do...  
Na schodach rozlegly sie kroki.  
- Nie zapomnij - wtracil nerwowo Pan Mój. - Zrobisz to? Ta czesc planu jest niezwykle wazna.  
Pelen obaw zalamywal rece.  
 
CHLOPIEC  KONCZYL  wygladzac  szczotka  sterczace  kosmyki.  Nalozyl  czapeczke i podniósl 

background image

swoje  podreczniki.  Na  zewnatrz  poranek  szarzal  przygnebiajaco.  Miarowo  i  bezszelestnie  siapil 
deszcz.  
Nagle chlopiec z powrotem odlozyl ksiazki. Podszedl do szafy i siegnal do srodka. Zacisnal palce 
wokól nogi Tedda i wydobyl go z pudla.  
Chlopiec  usiadl  na  lózku  tulac  Tedda  do  policzka.  Trwal  tak  przez  dluzszy  czas  wraz  ze  swoim 
pluszowym misiem, niebaczny na cokolwiek innego.  
Ni  stad,  ni  zowad  zwrócil  sie  w  kierunku  komódki.  Wyciagniety  Pan  Mój  spoczywal  tam  w 
milczeniu.  Bobby  pospiesznie  odniósl  Tedda  do  kartonu.  Przeszedl  przez  pokój.  Kiedy  otwieral 
drzwi, metalowa figurka na komódce poruszyla sie.  
- Pamietaj o Swiecie Zabawek...  
Drzwi  zamknely  sie.  Pan  Mój  uslyszal  ciezkie  kroki  Dziecka  schodzacego  po  schodach  tupiac 
nieszczesliwie.  Nie  posiadal  sie  z  radosci.  Szlo  jak  z  platka.  Bobby  nie  chce  tego  robic,  ale  nie 
protestuje.  A  jak  tylko  narzedzia,  czesci  i  bron  bezpiecznie  dotra  do  srodka,  mozliwosc  porazki 
nie bedzie wchodzila w rachube.  
Moze  przejma  kolejna  fabryke.  Albo  nawet  lepiej:  sami  stworza  sztance  i  maszyny,  aby 
wyeliminowac  potezniejszych  Panów.  Tak,  gdyby  tylko  mogli  byc  wieksi,  chociaz  odrobine 
wieksi. Byli przeciez tak mali, tak niepozorni, zaledwie kilka cali wysokosci. Czy Stowarzyszenie 
skazane jest na niepowodzenie, na wymarcie wylacznie z racji tego, ze jego czlonkowie byli mali i 
watli?  
Ale przy wsparciu czolgów i broni! Jednak ze wszystkich pakunków skladowanych potajemnie w 
sklepie z zabawkami, ten jeden, wlasnie ten jeden mial byc...  
Uslyszal szmer.  
Pan Mój odwrócil sie gwaltownie. Teddo ociezale wylazil z szafy.  
- Bonzo - powiedzial. - Bonzo, idz pod okno. Jesli sie nie myle, to wlasnie tamtedy dostal sie do 
srodka.  
Pluszowy królik jednym skokiem wyladowal na parapecie. Przykucnal, wygladajac na zewnatrz.  
- Na razie nic.  
-  To  swietnie.  -  Teddo  kroczyl  w  strone  komódki.  Spojrzal  w  góre.  -  Maly  Panie,  zejdz  no  tu, 
prosze. Dosyc sie tam nasiedziales.  
Pan  Mój  wlepial  w  niego  oczy.  Fred,  gumowa swinka,  wychodzil z  szafy.  Posapujac  zblizyla sie 
do komódki.  
- Wejde do góry i sciagne go - oswiadczyl. - Nie zanosi sie na to, by sam raczyl zejsc. Bedziemy 
zmuszeni mu pomóc.  
-  Co  ty  wyprawiasz?  -  krzyknal  Pan  Mój.  Gumowa  swinka  szykowala  sie  do  skoku z uszami na 
plask przylegajacymi do glowy. - O co chodzi?  
Fred  skoczyl.  W  tym  samym  momencie  Teddo  zaczal  gladko  piac  sie  w  góre  po  uchwytach 
komódki. Bez trudu dostal sie na szczyt. Pan Mój zmierzal ku scianie, zerkajac na lezaca gleboko 
w dole podloge.  
- A wiec to spotkalo pozostalych - mruknal. - Teraz juz rozumiem. Czyhajaca na nas Organizacja. 
Wszystko jasne.  
Skoczyl.  
Kiedy zebrali pokruszone kawalki i wsuneli je pod dywan, Teddo powiedzial:  
- Ta czesc byla latwa. Miejmy nadzieje, ze pozostale nie okaza sie trudniejsze.  
- Co masz na mysli? - zapytal Fred.  
- Ten pakunek. Czolgi i bron.  

background image

-  Och,  damy  im  rade.  Pamietasz,  jak  pomagalismy  w  sasiedztwie,  kiedy  pierwszy  Maly  Pan, 
pierwszy, z którym mielismy do czynienia...  
Teddo wybuchnal smiechem.  
-  Wywiazala  sie  niezla  walka.  Byla  ciezsza  niz  ta  No  ale  przeciez  wspieraly  nas  pandy  z 
naprzeciwka.  
- Dokonamy tego raz jeszcze - stwierdzil Fred - Zaczyna mi to sprawiac niesamowita frajde.  
- Mnie równiez - dodal z okna Bonzo.