ZARĘCZYNY KMICICA
Pewnego razu był na śmudzi ród moŜny Billewiczów - od Mendoga się co prawda
wywodzący, ale w ostatnich czasach ograniczony juŜ tylko do panny Oleńki
Billewiczówny, jej ciotki, która nazywała się Kulwiec - Hippocentaurus i tak teŜ
wyglądała oraz do Kudłatego śmudzina.
Siedzieli sobie kiedyś w Wodoktach i przędli, odzywając się z rzadka a głupio, jak to
zwykle na świetej śmudzi.
- Pora by ci juŜ za mąŜ - mruknęła ciotka Kulwiecówna, usiłując trafić górną lewą
trójką na prawą dolną szóstkę w celu przegryzienia nitki.
- Ach, co teŜ ciotunia... - zasromała się panna i wykonała szereg czynności
przystojnych skromnej szlachciance, a mianowicie strzeliła oczkiem, tupnęła nóŜką,
zmierzwiła brewki, furknęła noskiem, złoŜyła ręce w małdrzyk, a buzię w ciup, ciup
natomiast złoŜyła na krześle, po czym parsknęła, fuknęła, puknęła, zaplotła kosę i
grzmotnęła Kudłatego śmudzina w pysk.
- Padłaś - powiedział Kudłaty śmudzin, spluwając do dzieŜy z pucitą, tą poŜywną
narodową potrawą, dobrą równieŜ do uszczel-iania okien i usztywniania złamanych
kończyn.
- Oj, pora ci, pora! - upierała się starucha. - A toć piećdziesiątka na karku.
- Trzydziestka! - pisnęła rozpaczliwie Oleńka, rozglądając się, czy kto nie słucha.
- Trzydziestka w dowodzie osobistym - zgodziła się ciotka - ale poprzednią datę
urodzenia pod swiatło odczytać moŜna, gdyŜ Kudłaty śmudzin nader niedbale ją był
wyskrobał - A Ŝeby cię! - krzyknęła pod adresem śmudzina i teŜ strzeliła go w pysk.
- MoŜe pan Kmicic się zjawi, któremu dziadek Herakliusz w testamencie swoim
mnie zapisał - szepnęła z nadzieją Oleńka.
- No, nie wiem, nie wiem, czy właśnie ciebie mu zapisał -pokręciła głową panna
Kulwiecówna. - Po mojemu, to on Kmicicowi konia deresza wałacha zapisał,
tuczarnię w Lubiczu natomiast miecznikowi Rośnienieskiemu, a ciebie to chyba
Jóźwie Butrymowi
Bez Nogi.
- I owszem - potwierdziła Oleńka - atoli Jóźwa Butrym, gdy mnie ujrzał
przypadkiem onegdaj rano wynoszącą śmieci do pojemnika, tedy zaraz poleciał do
pana Kmicica i powiedział, Ŝe chętnie się zamieni i zamiast mnie weźmie wałacha.
- A Kmicic się zgodził?
- Pijany był, to się zgodził.
- Ot, durny - podsumowała dyskusje ciotka i dalej wszyscy przędli w milczeniu.
A wtem coś zadzwoniło, zarŜało, wyrŜnęło w okno i do izby wleciał wraz z
okiennicą okutany w barany osobnik.
- A słowo stało się ciałem! - wykrzyknęły obie białogłowy.
- Padłaś - dorzucił z zainteresowaniem Kudłaty śmudzin.
Przybysz zaś podniósł się i powiedział trochę bełkotliwie:
- Dzień dobry. Jestem Staś Tarkowski!
- Bredzi... - szepnęła panna - Być moŜe oszalał z miłości? - dodała z nadzieja,
podczas gdy młodzian uchwyciwszy ciotkę Kulwiecównę za gardło wycharczał:
- Gdzie moja córuś jedyna? Oddaj mi Danuśkę, krzyŜacka zarazo!
- Paszoł won! - wyrzęziła ciotka i w odruchu samoobrony kopnęła go kościstym
kolanem w instynktowne miejsce.
Cios był widocznie skuteczny, gdyŜ szlachcic zawył, pobiegał chwilę w kółko,
uderzył się w czoło i rzekł:
- Jam jest Andrzej Kmicic!
- Nareszcie się przyznał! - mruknęła z satysfakcją ciocia.
Pan Andrzej odzyskując powoli kontenans, jął przyglądać się wszystkim obecnym,
aby zgadnąć, która z przytomnych mu osób ma być jego narzeczoną. Wreszcie z
kawalerską determinacją chwycił za ręce Kudłatego śmudzina i ku ognisku odwrócił,
tak nim jak
fryga zakręciwszy, a potem uderzył się po kontuszu i zakrzyknął:
- Jak mi Bóg miły, rarytet! Kiedy ślub?
- Padłaś - wyszeptał skromnie Kudłaty śmudzin, zakrywając swe małe oczka
wąsiskami i spoza nich zerkając figlarnie ku pięknemu rycerzowi.
- Pańska narzeczona tam oto stoi - rzekła surowo ciotka, wskazując panu
Andrzejowi Oleńkę.
- Jezus Maria... - jęknął chorąŜy orszański, pogrąŜony kresową urodą dziewicy.
- Wybacz waćpanno - wyjąkał - alem znał jej dziada, podkomorzego Herakliusza
Billewicza i nie mogę się nadziwić podobieństwu.
- Prawda, Ŝe istna z niej skóra zdarta z nieboszczyka? - zawołała z satysfakcją
Kulwiecówna.
- Oj, z nieboszczyka, z nieboszczyka...... - mruknął rycerz.
- Skóra zdarta, ale gdzieniegdzie wypchana! - zaŜartowała ciocia, popychając ich ku
sobie, a Kmicica równocześnie w dół, skutkiem czego rymnął z hukiem na kolana.
- Klęczy przed nią, o rękę prosi! - wrzasnęła triumfalnie stara dama.
- Wszyscy widzieli! - Tu sięgnęła za dekolt i pobłogosławiła młodą parę wydobytym
stamtąd wisiorkiem.
- Padłaś - powiedział zgorszony śmudzin - TaŜ to cycka!
- O, pardon - zarumieniła się Kulwiecówna - Myślałam, Ŝe szkaplerzyk!
I naprawiwszy omyłkę, nakreśliła w powietrzu krzyŜ, a po namyśle teŜ drugi -
prawosławny, bo na kresach nigdy nie było wiadomo, jakiej kto wiary.
- Ja bym i Gwiazdę Syjonu dorzucił - poradził Kudłaty śmudzin, spoglądając
badawczo na orli profil pana Andrzeja.
Zaś pan Andrzej, któremu przejaśniało się juŜ we łbie, gorączkowo kombinował, jak
by się tu wycofać ze świeŜo zawartego narzeczeństwa. "Nic inszego - myślał - jeno
muszę na pogardę onej panienki solidnie zapracować, w którym to celu chyba portrety
jej przodków postrzelam. Upitę spalę, Wołmontowicze wymorduję, panny Pacunelki
pogwałcę, a w końcu za Szwedy się zwiąŜe - to moŜe jej obrzydnę?"
I drapnąwszy z izby, jął realizować ów ambitny, ale jakŜe karkołomny program.
UCZTA W KIEJDANACH
Pewnego razu wybrali się na ucztę u Radziwiłła panowie rycerze - Kmicic,
Wołodyjowski, Zagłoba i Skrzetuski, który uciekł na Litwę z obozu między Piłą z
Ujściem, kiedy to pan Opaliński przeszedł na szwedzką stronę. Prawdę mówiąc,
wszyscy wtedy stamtąd uciekli, ale jeden pan Skrzetuski potrafił to uzasadnić
względami patriotycznymi, dzięki czemu chadzał w aureoli prawego syna zbolałej
ojczyzny. Dodajmy od razu, Ŝe dla uproszczenia akcji wprowadzamy tylko jednego
Skrzetuskiego i jednego Radziwiłła. Nasz Radziwiłł nazywa się Janusz Bogusław i
nosi się z polska po cudzoziemsku, kładąc kontusz na brabanckie koronki, a na
francuskie pludry wciągając juchtowe buty, obficie wymoszczone wiechciami z
angielskiego rajgrasu.
- Czołem, czołem panowie bracia! - zawołał chytrze Radziwiłł, aby ich skaptować do
swoich niecnych zamiarów. - Co tam w terenie? Jak nastroje, kurcza ich mać? - pytał
jowialnie, poklepując ich poufale, jak to zazwyczaj wojewoda, choćby i wileński.
Zaraz teŜ poczuli się swojsko i kaŜdy zapragnął popisać się przed księciem swoimi
dokonaniami, a mianowicie Skrzetuski tym, Ŝe się swego czasu ze ZbaraŜa
przekradał, Kmicic - Ŝe Chowańskiego podchodził, pan Wołodyjowski - Ŝe jest
pierwszą szablą
Rzeczpospolitej, a Zagłoba - Ŝe najdowcipniejszy we wszystkim chrześcijańskim
rycerstwie.
Radziwiłł słuchał, chwalił, z rzekomego podziwu ręce i oczy w górę podnosił, ale
zaraz opuszczał, aby ich objąć, co czynił z wewnętrznymi oporami, gdyŜ pan Zagłoba
cuchnął okowitą, a pan Skrzetuski nigdy się dobrze nie wywietrzył z onej kanalizacji
zbaraskiej, przez którą był się czołgał, a co więcej, tak sobie ów rodzaj podróŜowania
upodobał, Ŝe nie daj BoŜe, aby gdzie jakie błocko albo i gnojówkę zobaczył, tedy
zaraz tam hycał i krytą
Ŝ
abką w paskudztwie się babrał.
Na szczęście dano znać, Ŝe uczta juŜ gotowa, więc wszyscy przeszli do wielkiej sali,
w której juŜ siedzieli szwedzcy posłowie.
- Ten gruby, czerwony, to hrabia Loewenhaupt, a ten chudy, zielony, to baron von
Dudehoff - wyjaśnił pan Zagłoba.
- A ów siny, zakatarzony?
- A to moja narzeczona Oleńka Billewiczówna - wtrącił pan Kmicic, po czym dodał,
klepiąc się po szabli: - A jeśli się komu nie podoba, to uszy poobcinam!
- Bez uszu będzie jeszcze szpetniejsza - zauwaŜył pan Skrzetuski.
- No, to nie poobcinam - zgodził się Kmicic i przestał klepać szable.
Właśnie w tej chwili ksiąŜę Radziwiłł chciał zadzwonić buławą w kielich na znak,
Ŝ
e będzie przemawiał, ale skutkiem zdenerwowania uderzył w głowę księdza biskupa
Parczewskiego, który natychmiast zemdlał.
- Wody, wody! - zawołała wojewodzina wendeńska.
- Kumpotu...! - szepnął biskup, odzyskując przytomność. -Słuchamy, słuchamy! -
dodał uprzejmie.
- Mości panowie! - zawołał ksiąŜe. - Wielu spomiędzy was zdziwi to głosowanie, ale
pragnę zapytać, kto jest za tym, abyśmy przeszli pod panowanie króla Karola
Gustawa? Głosujemy przez podniesienie mandatu.
Wszyscy grzecznie podnieśli mandaty, tak jak ich przez długie lata uczono.
- Bardzo ładnie! - ucieszył się ksiąŜe. - A więc tylko dla czystej formalności spytam,
kto w takim razie jest za tym, aby pozostać pod władzą króla Jana Kazimierza?
Ten głupi formalizm spowodował, Ŝe wszyscy znowu podnieśli mandaty.
- Wszyscy do pierdla! - ryknął rozjuszony magnat i juŜ po chwili nasi znajomi
rycerze siedzieli w solidnym, kiejdańskim podziemiu.
- Głupio wyszło... - powiedział pan Zagłoba.
- To po co Ŝeś waść głosował? - spytał pan Skrzetuski.
- Wszyscy głosowali, to i jam głosował. A cóŜ to ja jakiś socjaldemokrata jestem,
czy co? A waść, panie Michale, to niby nie głosowałeś "za" ?
- Głosowałem z nawyku "za", ale wąsikami ruszałem "przeciw".
- Akurat komuś się chciało gapić w pańskie wąsiki! – zaśmiał się Kmicic, który teŜ z
nimi siedział wbrew temu, czego niektórzy czytelnicy oczekiwali.
Wtem do lochu wszedł tępogłowy oficer.
- Jestem Roch Kowalski - przedstawił się. - A to jest pani Kowalska - oświadczył,
pokazując zardzewiałą szable tkwiącą beznadziejnie w starej wysłuŜonej pochwie.
- JakŜe to tak? - zdziwili się więźniowie. - To z własną szabblą Ŝywiesz?
- A Ŝywię, a co mi tam? - odrzekł butnie Roch. - Jedyna to moja i najmilejsza
przyjaciółka! Hej - dodał marzycielsko pod adresem szabli - Ŝebyś ty tak jeszcze,
szelmo, gotować umiała!
- JeŜeli nie masz Ŝadnej inszej rodziny - wzruszył się pan Zagłoba - to mów mi wuju.
- A ja nie chce waści mówić "wuju" - zaperzył się Roch. - NajwyŜej mogę coś do
rymu - zaŜartował wulgarnie i powsadzał jeńców na wóz, Ŝeby ich zawieźć do Birz i
wydać Szwedom.
Wszyscy bardzo się tą wiadomości ucieszyli, a najbardziej pan Kmicic.
- Nie ma to jak u Szwedów - mówił - smacznie, porno i wytworno, a Szwedki duŜe
blondyny! Komm hier svenska Fleka, zrobimy człowieka! - zacytował popularne,
skandynawskie przysłowie.
- Święta to prawda - potwierdził cnotliwy pan Skrzetuski.
- Opowiadał mi o tym podkanclerzy koronny, pan Hieronim Radziejowski, któren
był tam na saksach i juŜ po trzech miesiącach wrócił własną gablotą sześciokonną, a
wcale się specjalnie nie napracował, tyle Ŝe po karczmach garnki zmywał, a nocami
po szpitalach nocniki wynosił, co dla polskiego dygnitarza, chwilowo od
nomenklatury odsuniętego, nie jest Ŝadną ujmą.
- Do Szweda, do Szweda! - zawołali z entuzjazmem rycerze na wieść o tych
wspaniałościach.
Ale, niestety, jak to u nas, popili się, zaczęli przebierać jeden za drugiego, a wreszcie
pan Zagłoba w mundurze Rocha Kowalskiego oświadczył, Ŝe on poprowadzi konwój.
I jak zaczął prowadzić, tak wszyscy wpadli w ręce skonfederowanych chorągwi i
musieli się do nich przyłączyć. A tak ładnie się zapowiadało.
ZAGLOBA HETMANEM
Pewnego razu skonfederowane przeciw Szwedom chorągwie zebrały się pod Białym
Stokiem. Na razie nie udało im się zorganizować Ŝadnej większej bitwy, gdyŜ nikt nie
chciał nikogo słuchać. Kiedyś nawet umówili się ze Szwedami, Ŝe się trochę pobiją,
ale
gdy się przed walką zebrali na naradę, to kaŜdy miał inne pomysły: jeden Ŝądał, Ŝeby
zacząć od szarŜy husarskiej, inny -Ŝeby okrąŜyć przeciwnika na tatarską modłę, a
jeszcze inny – Ŝeby najpierw teren dokładnie, po niemiecku ostrzelać. I długo to
trwało, aŜ wreszcie gdy wszystko uzgodnili i przybyli na umówione miejsce, to
Szwedów juŜ dawno nie było, bo zmarzli i odjechali do domu, a uprzednio popisali na
drzewach róŜne ordynarne uwagi, gdzie oni mają takie wojowanie.
- Wybierzemy sobie hetmana, to będzie porządek - powiedział pułkownik śeromski
- Mamy nawet zapasową buławę, którą kiedyś pan Rewera Potocki do Sapiehy w
karty przegrał, ale Sapiesze nijak było z dwiema buławami naraz wojować, gdyŜ ręce
obie miałby zajęte, a wiecie waszmościowie jako on w nosie rad dłubać...
- Wiemy, wiemy! - zawołało towarzystwo.
- No właśnie, dlatego teŜ ową wygraną buławę w Białym Stoku ostawił.
- No, to do wotów, do wotów! - zaproponował pułkownik Kotowski. - Ja, osobiście,
na pana Skrzetuskiego głosuje, któren jest wojownik wielki i doświadczony, a przy
tym ma piękną brodę i sześciu synów, co juŜ samo w sobie dostateczną stanowi
rękojmię.
- Nie wiem, co tu synowie do rzeczy mają - mruknął kwaśno Wołodyjowski, sam na
buławę hetmańską łasy - zwłaszcza, Ŝe dwaj najstarsi dziwnie do Bohuna podobni.
- To nie prawda! - wrzasnął oburzony Skrzetuski. - Nie dwaj, tylko jeden trochę
podobny, a to dlatego Ŝe Helena przestraszyła się Bohuna, gdy ją przydybał w barze, o
czem pan Zagłoba moŜe zaświadczyć!
- W barze czy w landarze, grunt Ŝe zdrowe gówniarze! - rzekł sentencjonalnie
Zagłoba, chcąc czym prędzej uciąć draŜliwy temat, szczególnie iŜ trzeci z kolei syn
państwa Skrzetuskich urodził się z bielmem na oku i od małego lubił sobie popić.
- To moŜe pan Kmicic hetmanem chciałby zostać? – spytał pułkownik Lipnicki
wysuwając szufladę, w której zalśniła pozłocista buława. Kmicic, jako Ŝe był
gorączka, skoczył po nią bez słowa, ale nie zdąŜył, gdyŜ Lipnicki szufladę zatrzasnął,
miaŜdŜąc dwa palce młodemu zagończykowi.
- Cha, cha, cha! Ale go splantował! - ryknęli oficerowie z właściwym ich zawodowi
poczuciem humoru.
- Wolej mi było zginąć! - lamentował Kmicic. - I jakŜe ja teraz pięć wódek w
knajpie na migi zamówię?
- To zamawiaj pół litra. To jest akurat pięć wódek. – Poradził Ŝyczliwie Lipnicki,
który nigdy długo urazy nie Ŝywił. - A teraz do wotów panowie, do wotów!
- Zagłoba, bracie, wysuń moją kandydaturę - błagał szeptem Wołodyjowski. - A ja za
to nikomu nie powiem, Ŝeś Burleja w ZbaraŜu nie usiekł!
- Pst! - Zagłoba rozejrzał się podejrzliwie. - Jak to, powiadasz, Ŝem go nie usiekł?
- A pewno, Ŝe nie. Przecie to ksiądz Muchowiecki monstrancją go zatłukł, ale bał się
przyznać do takowej profanacji.
- No dobrze... - zgodził się niechętnie Zagłoba i zaproponował pana Michała na
hetmana.
- Wołodyjowskiego? - skrzywił się Skrzetuski. - Pewnie Ŝe dobry z niego Ŝołnierz,
ale co z tego, gdy kurdupel.
- Nie jestem kurdupel - zapiał mały rycerz - Jestem średniego wzrostu. Prawda,
Jóźwa?
Jóźwa Butrym Bez Nogi, totumfacki i przyboczny Wołodyjowskiego, spojrzał
ponuro po obecnych i kładąc dłoń na rękojeści garłacza rzekł dobitnie:
- Pan pułkownik Wołodyjowski jest średniego wzrostu.
- Pewnie Ŝe średniego - przyznali wszyscy obłudnie.
Na to podstępny namiestnik śeromskiego, pan Jachowicz, spytał z pozorną
Ŝ
yczliwością:
- A któŜ wam te nogę tak galanto oberŜnął, mój ŜeŜ ty dzielny Jóźwo?
- TeŜ pan pułkownik Wołodyjowski! - odparł z uznaniem Jóźwa.-A to wtedy, gdy
swego słynnego, polskiego młynka ćwiczył szablą, a jam niechcący wszedł do izby.
- W takim razie pan Wołodyjowski liczy sobie równo metr trzydzieści sześć -
stwierdził z triumfem Jachowicz zmierzywszy protezę Jóźwy.
- No, to nie mamy kandydata! - zasmucił się śeromski. - Chyba... - dodał po chwili
namysłu - . . chyba Ŝebyśmy obrali pana Zagłobę...
- Nie ma zgody. Zagłoba to opój! - wrzasnął Kmicic, który dla zagłuszenia bólu w
zranionej ręce upił się tymczasem siwuchą.
- Nie tylko opój, ale i lubieŜnik! - dorzucił Skrzetuski.
- I jeszcze w dodatku blagier! - uzupełnił Wołodyjowski.
- Rochu, wuja ci obraŜają! - zapłakał Zagłoba.
- Kto wuja obraŜa, ten jakoby ojczyznę, matkę naszą obraŜał! -oświadczył Roch
Kowalski i muśnięciem potęŜnej pięści rozciągnął Wołodyjowskiego na podłodze.
- Jóźwa Butrym do mnie - rozkazał mały rycerz, - Soroka, bierz ich! - wybełkotał
Kmicic.
- Rzędzian, łubu-du! - zarządził Skrzetuski.
Zaczem wierni goryle utworzyli w pośrodku izby wirujące kłębowisko. Kurz
podniósł się z nie trzepanego dywanu i przysłonił walczących. Słychać było tylko
dopingujące okrzyki oficerów, straszliwe łomotanie jakoby młotów bijących w
kowadła i od czasu
do czasu okrzyki:
- AleŜ ty! No, no, no! Tylko nie po oczach! Gryziesz, chamie? - i tym podobne.
Wreszcie z podłogi dźwignął się zwycięski Roch Kowalski i chwyciwszy buławę
podął ją panu Zagłobie. Ów zaś ujął ją ostroŜnie, ucałował i wzniósłszy oczy w gore
rzekł:
- Za grzechy moje, przyjmuje! - Z którego to tekstu korzystał juŜ zresztą przed nim
Jarema Wiśniowiecki, a po nim Jarema Maciszewski. Zaraz teŜ zabrzmiało tradycyjne
"sto lat" i starzy towarzysze ruszyli hurmą z gratulacjami.
- I od czego, ojciec, zaczniesz swe rządy? - spytał poufale Skrzetuski, który
poprzednio był wprawdzie kandydaturze Zagłoby przeciwny, ale wybranemu w tak
demokratyczny sposób pierwszy rękę uścisnął.
- Zacznę od tego - odrzekł Zagłoba, bawiąc się od niechcenia buławą. - Zacznę od
tego, Ŝe postaram się sobie przypomnieć, kto mnie tu nazwał blagierem, świnią i
opojem.
PORWANIE RADZIWIŁŁA
Pewnego razu nasi rycerze doszli do wniosku, ze Szwedzi nie utrzymają się zbyt
długo w Polsce, gdyŜ nie mają Ŝadnych szans w starciu z tutejszą - ogromnie
rozbudowaną - administracją, która niby im się podporządkowuje i niby współpracuje,
ale równocześnie wciąga ich w swoje skomplikowane tryby i przepisy nie mające
odpowiednika w Ŝadnym innym kraju na świecie z wyjątkiem, być moŜe,
Kucowołoszy i niektórych pogranicznych prowincji cesarstwa chińskiego.
- Nie ma rady - powiedział pan Zagłoba. - Trzeba się jednak czymś zasłuŜyć Janowi
Kazimierzowi, bo jak wróci na stołek, to da nam takiego dubla, ze się nie pozbieramy.
Zastanówmy się jeno, co by mu sprawiło największą przyjemność?
- To moŜe ja porwę Radziwiłła - zaofiarował się Kmicic. – Dla mnie takowy
proceder to nie nowina, gdyŜ Chowańskiego nie jeden raz podchodziłem. Po prawdzie
ani razu nie podszedłem, chociaŜ na palcach podchodziłem, ale taki miał słuch ten
kacap, ze w ostatniej chwili odwrócił się do mnie z pyskiem: "A ty, szto? ". To ja
wtedy musiałem łgać, ze po zapałki przyszedłem. Radziwiłła jednak podejdę, gdyŜ
skutkiem nadciśnienia, w uszach tak mu szumi iŜ Szwedowie uŜywają go nawet jako
zagłuszczki do tłumienia haseł wolnościowych rozlegających się juŜ to tu, to tam, po
cale Polszcze!
Radziwiłł bawił aktualnie w Pilwiszkach, skąd rozsyłał po kraju listy, zawierające
mnóstwo ciekawych pomysłów dotyczących pozbycia się elementów antyszwedzkich.
W tym celu ksiąŜę doradzał: obmowę, intrygę, tortury, wkręcanie palców w kurki,
lewatywę z towotu, zatrzymanie na czterdzieści osiem godzin, pohukiwanie w
krzakach dla postrachu, a zwłaszcza podtruwanie konfederatów gotowymi wytworami
ówczesnego, niedoskonałego jeszcze przemysłu spoŜywczego. Na widok pana
Andrzeja wielki zdrajca
ucieszył się, byli bowiem spokrewnieni przez niejakiego Kiszkę. Pokrewieństwo
przez Kiszkę jest co prawda okręŜne, a moŜe się nawet okazać kłopotliwe, jednakŜe
pokrewieństwem pozostaje, co by się o nim nie mówiło.
- NajniŜsze swoje usługi jwmśc panu jkmśc psc tsc polecam! -zawołał grzecznie
Kmicic.
- A kogoŜ ja widzę? - zrewanŜował się Janusz Bogusław.
- ToŜ to mśc psc chor orsz z kisz kap!
Kmicic skłonił po polsku - do ziemi czapką, co prawda nie hetmańską, bo bez
czaplego za otokiem piórka, ale całkiem jeszcze porządną. KsiąŜę zaś ścisnął go za
głowę, a Kmicic księcia za kolano, co wprawiło Radziwiłła w nerwowy chichot. NuŜe
tedy pan Andrzej cmokać księcia po rękach, a ksiąŜę pana Andrzeja w ramie, aŜ
rozochocili się obaj i nieomal rozfiglowali.
- Poniedźwiadkujem się? - spytał magnat.
- Poniedźwiadkujem! - zawołał chorąŜy orszański.
Tu odstawili obaj ramiona od tułowi, a głowy przechylili na boki i jęli się okrąŜać
nawzajem jakoby dwa niedźwiedzie zazdrosne o jedna samice, aŜ wypatrzywszy
odpowiedni moment przypadli do siebie i pochwycili w mocarne objęcia, poklepując
jeden
drugiego po plecach i lędźwiach, śliniąc po policzkach i pomrukując z zadowolenia, a
który to ceremoniał odprawiwszy po trzykroć, odstąpili od siebie i stali, cięŜko dysząc
od miłego wysiłku.
- Co tam nowego i jksiaŜmści? - odezwał się wreszcie Kmicic. - Czy
jokswlklitwszmśc psc msc zdrów?
- Dziękuje, pchor wszmśc piecz woł z bur i kur piecz – odrzekł Radziwiłł. - Ze
zdrowiem u mnie nie bardzo, gdyŜ zgaga mnie piecze, choroba francuska zŜera, ślepa
kicha nawala, ciśnienie rozsadza, reumatyzmy jakieś łupią, a artretyzm ruchy hamuje,
chociaŜ z drugiej strony biegunka biegać przymusza.
- Ale poza tym? - spytał sugerująco pan Andrzej.
- Ale poza tym, wszystko w porządku! - odpowiedział automatycznie wielki zdrajca,
raz jeszcze potwierdzając stara prawdę, iŜ nie ma takiej wypowiedzi, jakiej nie moŜna
by uzyskać, formułując odpowiednio pytanie.
- Trochę świeŜego powietrza i jak ręką odjął - doradzał Kmicic, przypomniawszy
sobie, po co tu przybył. - Ot, mam tu na podwórku konia wielkiej krwi, któren
dziwnie pod siodłem chodzi. Czy nie zechciałbyś wkmśc psc ziu osobiście go
dosiąść?
- A i owszem! - zawołał łatwowierny ksiąŜę.
I obaj wyszli na podwórzec, gdzie wachmistrz Wierny Soroka trzymał nieduŜego,
grubokościstego kuca o wielkim łbie i niepewnej maści, przypuszczalnie ichtiolowej.
- Nie jest ci on szczególnie urodziwy... - kręcił nosem Radziwiłł, ale Kmicic
rozejrzał się dokoła, przytknął palec do warg i wyszeptał tajemniczo: - Pst, to jest koń
Przewalskiego!
- Jezus Maria! - zakrzyknął ksiąŜę i równieŜ zniŜając glos, spytał: - A kto to jest
Przewalski?
- Tego nie wiem - odrzekł szczerze pan Andrzej. - Ale gdym tego konia rabował...
Tfu, chciałem rzec gdym go kupował, tedy poprzedni właściciel, chociaŜ dobrze
wykrwawiony, zdołał mi wycharczeć przed skonaniem, ze jest to koń Przewalskiego.
- Dosiądźmy go tedy - Radziwiłł przełoŜywszy nogę przez kuca, znalazł się na jego
grzbiecie.
- Bierz go! - krzyknął straszliwym głosem pan Kmicic do swoich ludzi, którzy
uchwyciwszy z obu stron za cugle ruszyli Ŝwawym kurcgalopem. Księciu przez jakiś
czas stopy wlokły się po ziemi z obu stron malutkiego wierzchowca, aŜ wreszcie w
trosce o swe
nowe, holenderskie ciŜmy dal za wygrana i stanął obunóŜ na drodze, a konik bez
trudu wybiegł spod niego i wesoło poskakał za porywaczami.
- Zawracać po takiego syna! - rozkazał pan Andrzej, ale jego ludzie nie byli juŜ
zdolni do Ŝadnego działania, gdyŜ na widok ogłupiałego magnata, stojącego w
rozkroku i trzymającego kurczowo kawałek cugli, zaczęli tarzać się po łące w
konwulsjach śmiechu. Wreszcie i Kmicic - w porywie wesołości - runął na ziemie,
gubiąc przy okazji krócicę, która przy upadku wypaliła, osmalając i ogłuszając
właściciela. Zaraz tez wierny Soroka sklecić nosze kazał i zataczając się jeszcze ze
ś
miechu wiózł ukochanego dowódcę przez lasy głębokie, bo z tak przerobiona facjatą
wstyd było go ludziom pokazać. W Pilwiszkach natomiast pozostał rozkraczony
wielki zdrajca Radziwiłł, czym do reszty ośmieszył się w oczach szlachty, która od
tego dnia jęła go masowo odstępować, przechodząc do obozu prorządowego.
I to była autentyczna, patriotyczna zasługa pana Andrzeja, będąca rezultatem mądrej,
przemyślanej i przekonsultowanej z aktywem akcji. I nie jest waŜne, ze na początku
rycerzom o cos innego chodziło.
NajwaŜniejsze, ze im w ogóle cośkolwiek wyszło.
OBRONA CZĘSTOCHOWY
Pewnego razu pan Kmicic wędrując po Polsce z Wiernym Soroką i nie bardzo
wiernymi, ale nie tak tępymi jak Soroka Kiemliczami, wstąpił do karczmy w
Kruszynie i zamówił sobie słynny tamtejszy filet z morszczuka, a do tego wino
"Basztowe". Ledwie jednak
rozpoczął konsumpcję, gdy do jego stolika przysiedli się panowie Wrzeszczynowicz i
Lisola i zaczęli rozmawiać po niemiecku, Ŝeby nikt nie zrozumiał. Mówili, Ŝe
Szwedzi lada chwila mają obrobić skarbiec jasnogórski. Kmicic, który gadał po
niemiecku jako i po naszemu, prędziutko dokończył morszczuka, popił winem i
popędził do Częstochowy,
słusznie rozumując, Ŝe przy takim rabunku bandyci mogą w pośpiechu upuścić jakiś
cenny drobiaŜdŜek. Ledwie to jednak pomyślał, gdy odbiło mu się siarką tak mocno,
Ŝ
e aŜ zleciał z konia, a równocześnie coś zaczęło dzwonić i huczeć.
- Co z waszą wielmoŜnością? - spytał Wierny Soroka, pochylając się troskliwie nad
leŜącym.
- Z gęby zionę siarką, a w uszach mi dzwoni i huczy... -poskarŜył się młody rycerz.
- Dzwonią dzwony jasnogórskie - wyjaśnił Soroka - a huczy artyleria forteczna.
Widocznie ojczaszkowie na wszelki przypadek lufy sobie przedmuchują.
- A skąd siarka? - jęknął pan Andrzej i znowu beknęło mu się smrodliwie, Ŝe aŜ
konie przysiadły pod Kiemliczami.
- Ha! - zawołał w nagłym olśnieniu. - Nic inszego, jeno to musi być zapowiedź mąk
piekielnych, bom planował świętokradztwo!
- Jakich tam mąk piekielnych - mruknął sceptycznie stary Kiemlicz. - To te jabole
siarką zaprawiają, Ŝeby ich pokręciło!
Ale Kmicic juŜ tego nie dosłyszał, pędził bowiem w kierunku klasztoru, aby ostrzec
ojców paulinów i w ten sposób zmazać swój niedoszły grzech. Ksiądz przeor
Kordecki nie od razu uwierzył obcemu przybyszowi, ale ten wyspowiadał mu się kim
jest i prosił, aby mógł w klasztorze występować pod jakimś pseudonimem, a to na
wypadek, gdyby Szwedzi jednak wygrali i zaczęli szukać pomsty na przeciwnikach.
- Chwalebna to przezorność synu - odrzekł trochę cierpko zacny przeor - i nie będę
się jej przeciwiał, obierz sobie tedy miano od jakieś sprawy, którą najbardziej na tym
ś
wiecie ukochałeś.
A mówiąc tak, miał na myśli takie szczytne, choć przybrane nazwiska, jak np.
"Ojczyznowski Józef", "Mgr inŜ. Patryjotyczniak" i im podobne.
Kmicic myślał, myślał, a Ŝe najbardziej lubił baby, więc powiedział:
- MoŜe ja bym się nazywał Babiuch albo Babinicz?
- To juŜ lepiej Babinicz! - zakrzyknął Kordecki, Ŝegnając się odruchowo. - A teraz -
rozkazał - dalejŜe wszyscy opatrywać wały!
- My juŜ sobie opatrzylim! - zawołali chórem Kiemlicze, i kopnięci przez Soroke
wylecieli za bramę forteczną, gdzie się zresztą później okazali bardzo, a bardzo
przydatni.
Tymczasem nadciągał generał Miller i pod osłoną nocy usiłował podstępnie dostać
się do klasztoru, pukając z głupia frant w odrzwia bocznej furty.
- Wer da? - krzyknął doskonałą niemczyzną Kmicic, trzymający tam straŜ.
- Ist Herr Kordetzky zu Hause? - zapytał kulturalnie Miller, nadając swemu głosowi
miękkie brzmienie.
- Kordecki szlafen, und zi auch szlafen gejen, morgen curuk komen! - poradził pan
Andrzej.
- Aber ich habe keine Platz zum schlafen... - Ŝalił się chytry Ŝołdak. - Ach, wie kalt,
wie kalt... - zapłakał, kłapiąc naumyślnie zębami.
- Kalt? Kalt? - upewnił się Kmicic. - Glajch wird warm! – co mówiąc oblał
najeźdźców gorącym kapuśniakiem z wkładką, przyniesionym z klasztornej kuchni.
Łatwo pojąć jak potworną panikę wywołała ta akcja w obozie szwedzkim. Całe pułki
błąkały się w rozpaczliwym nieładzie do rana, biorąc często swoich za nieprzyjaciół i
niszcząc się wza-
jemnie. W ciemności krzyŜowały się trwoŜne okrzyki, jęki i paniczne pytania: "Ty,
jak się czyści plamy z kapuśniaku? "Korzystając z zamieszania, okoliczne chłopstwo
uzyskało nagle świadomość narodową i uderzyło na wraŜe magazyny, a obrońcy
wypadli za mury, nie dając nikomu pardonu. A potem wracali zdyszani, umazani
krwią jak wilcy, którzy uczynili rzeź owczarni.
U przechodu czekał na nich ksiądz Kordecki. Liczył ich i uśmiechał się dobrotliwie
na widok okrwawionych junackich twarzy, zesztywniałych od posoki wąsów i
dymiącej jeszcze od mordu broni, na którą buńczucznie ponasadzali urŜnięte
nieprzyjacielskie członki, a nawet ręce i nogi.
Jeden tylko pan Kmicic nie wracał. Umyślił sobie bowiem, iŜ korzystając z okazji da
drapaka z tej, zbyt jak na jego temperament świętobliwej, twierdzy, gdzie jedyna
dobrze widziana rozrywka było ćwiczenie się batoŜkami.
Przebrał się tedy młody rycerz za starą Ŝebraczkę Konstancję, Ŝyjącą dostatnio ze
zbierania butelek na ziemi niczyjej i skrzypiąc głośno stawami biodrowymi przemykał
się na zachód, gdy wtem ujrzał przed sobą jakiegoś człeka, który usiłował ukryć w
lufie ogromnej armaty tęgiego, śląskiego krupnioka, ukradzionego zapewne w czasie
bitewnego tumultu.
- Pan starosta Jaworowski! - wykrzyknął odruchowo Kmicic.
- Jam ci jest... - przyznał się starosta.
JakoŜ to on był. Ten potęŜny i piękny męŜczyzna najdłuŜej spośród magnatów
polskich pozostawał w szwedzkiej słuŜbie, o co niektórzy Ŝywili doń pretensje,
zwłaszcza Ŝe miał w przyszłości zostać królem polskim, dość znanym Janem Trzecim
Sobieskim. Obdarzony ogromnym apetytem i ponad miarę pazerny seksualnie,
nieczęsto miał w obozie szwedzkim okazję do zaspokojenia obu tych namiętności.
Teraz, nagle spadło mu jak z nieba jedno i drugie. Powiedziawszy więc dowcipnie
"Naści piesku kiełbasy! ", wsunął aluzyjnie krupnioka do armaty i ruszył w stronę
rzekomej Ŝebraczki Konstancji, podkręcając zalotnie wąsa. Pan Kmicic struchlał i
włosy stanęły mu dębem na głowie, zaś przed oczami stanęło straszne widmo
nierycerskiej śmierci. Zaraz teŜ zaczęli się ścigać wokół kolubryny, Sobieski cały w
lansadach, amorach i prysiudach, Kmicic zaś ze skromnie spuszczonymi oczami i
wysoko dla ułatwienia ucieczki podkasaną spódnicą. Stanęli wreszcie po obu
końcach gigantycznej lufy, dysząc cięŜko.
- Czego się boisz głupia? - perswadował starosta Jaworowski. - Czemu nie chcesz
iść na całość? I wpadając w tradycyjny styl kresowych zalotów zanucił od niechcenia:
Mołodyciu, mołodyciu
Szto wtikajesz, ja twij Hryciu,
Stara maty piszła spaty,
Chody meni pokuchaty, juhu!
Pan Andrzej zaś odśpiewał mu skromnie:
Ne choczu, ne choczu
Bo sobi zamoczu...
Nie dokończył i pisnąwszy cieńko, znowu rzucił się do ucieczki, ale zaraz runął na
ziemie, pociągając niechcący za sznurek od armaty. Ogromna kolubryna huknęła i
rozpadła się w kawałki, a masywny krupniok wyleciał z niej i zabiwszy po drodze
dwadzieścia pięć tysięcy nieprzyjaciół, bez jednego wyjątku heretyków, wpadł do
klasztoru. Bardzo dobrze, Ŝe do klasztoru, bo obrońcom kończyły się juŜ zapasy
Ŝ
ywności. Tymczasem pan Andrzej omdlał i dostał się do niewoli. Pomińmy
milczeniem ohydne praktyki, jakich się na nim dopuszczał właściciel prywatnego
roŜna, emerytowany pułkownik Kuklinowski. Wszyscyśmy winni wdzięczność
poczciwym Kiemliczom, którzy delikatnie ściągnęli Kmicica z okrutnego urządzenia,
a nadziali na nie paskudnego prywaciarza.
Pan Andrzej usiadł wygodnie przy ogniu. Jedną dłonią mierzwił w zamyśleniu swą
podgoloną, płową czuprynę, drugą zaś obracał od niechcenia roŜen z Kuklinowskim.
Nagle wstał, a za nim Kiemlicze.
- Co wasza miłość rozkaŜe? - spytał starszy, spoglądając z uwielbieniem na swego
dowódcę.
- Jedziemy na Śląsk! - powiedział Kmicic.
- Sprowadzić najjaśniejszego pana do kraju?
- Nie, uruchomić pierwszy na świecie grill przy dworze najjaśniejszego pana!
I czterej jeźdźcy skoczyli w ciemność, a na prymitywnym roŜnie skwierczał
pułkownik Kuklinowski, rozwścieczony, Ŝe to nie on pierwszy wpadł na ten pomysł.
Pewnego razu najjaśniejszy pan król Jan Kazimierz na pierwszą wieść o wkroczeniu
Szwedów uciekł do ziomkostwa na Śląsk Opolski i zaczął stamtąd słać uniwersały i
oświadczenia, Ŝe jest bardzo przywiązany do swego narodu i Ŝe ten naród powinien za
niego ginąć, bo to i ładnie, i patriotycznie. Apele te na wszelki przypadek podpisywał
nie jako król, jeno Kroll. Właśnie siedział nad kolejnym wstępniakiem, gdy do
komnaty wszedł pan Andrzej Kmicic i runął z hukiem do stop królewskich.
- Ratunku! - wrzasnął przestraszony monarcha, chowając się podprymasa
Leszczyńskiego, którego stale trzymał przy sobie, Ŝeby mieć kogo zapytać, co się
pisze przez samo "h", a co przez "u" otwarte.
- Uspokój się, Jasiu - perswadowała Maria Ludwika, wyciągając go spod sutanny. -
Ten pan nazywa się Babinicz i przyjechał namówić cię, Ŝebyś wracał do kraju.
- Nie chcę! Nie pojadę do kraju! - upierał się król, tupiąc nóŜkami. - Nikt mnie tam
nie lubi, magnaci mnie nie lubią, szlachta mnie nie lubi, chłopi mnie nie lubią, nawet
dzieci mnie nie lubią.
- Musisz wracać do kraju - tłumaczyła cierpliwie królowa. - PrzecieŜ jesteś królem i
powinieneś siedzieć na tronie z berłem i złotym jabłuszkiem w ręce.
- Z jabłuszkiem mogę - zgodził się wreszcie Jan Kazimierz. - Ale przecieŜ w kraju są
Szwedzi, którzy takŜe mnie nie lubią.
- Pan Babinicz mówi, Ŝe Szwedów wszędy biją - odezwał się kanclerz koronny, pan
Koryciński.
- Biją, biją! - potwierdził Kmicic. - Ja sam wracam z Częstochowy, gdzie siła
nadokazywałem i na roŜnie byłem przypiekany, skutkiem czego jestem częściowo
nadwęglony i nawet po trochu się kruszę, zwłaszcza gdy jadę na koniu truchtem.
- Niech kto obejrzy te rany jako dowód prawdy - rozkazał król.
- Ja to zrobię osobiście - zaofiarowała się królowa.
Usłyszawszy to dworzanie jęli dyskretnie chichotać po kątach, jeden drugiego
szturchać i szeptać sobie do uszu, aŜ wreszcie zdenerwowało to Jana Kazimierza,
szczególnie iŜ Kmicic i Maria Ludwika długo nie powracali. Skoczył młody
dworzanin Tyzenhaus i przyprowadził ich po małej chwili.
- No i co, no i co? - pytał niecierpliwie król. - Czy pan Babinicz ci pokazał?
- Pokazał... - odrzekła królowa, bawiąc się wachlarzem.
- I co? DuŜy uszczerbek na zdrowiu?
- Taki sobie... - mruknęła jej królewska mość, jakby czymś zdegustowana.
- A zatem wracamy do kraju! - zdecydował bohaterski monarcha.
- Proszę mi podać gumiaki.
Wyjechali wkrótce i jechali bardzo dziwną i okręŜną drogą, zaproponowaną przez
pana Sienkiewicza. Wszędy wychodziła im na spotkanie ludność zgrzebna i płowa.
Chyląc się do stop królewskich, wołała:
- A witajŜe nam, witaj, jasny gospodynie!
Kurpie przynosili miód z leśnych barci, Kaszubi smakowite dorsze i nototenie,
Poznaniacy oszczędne słowo poparcia, Łowiczanki zaś własnoręcznie utkane pasiaki,
aby było w co poubierać szwedzkich jeńców. Wreszcie z krzaków wyskoczył
Krakowiak cały w
ferezyjach, sukmanach i mosięŜnych brzękadełkach, z obłędem w oczach, bo mu kosę
na sztorc wywinęło, i zakrzyknąwszy po swojemu: "Oj, dana oj, dana!" puścił przed
orszakiem ogromnego pawia, aby gwardia królewska mogła pawimi pióry czapki
swoje na narodową
modłę przystroić.
- Widać, Ŝe wszystko ku lepszemu się obraca - mówił z rozjaśnionym obliczem. -
Wychodzimy z dołka! Trza jeno Szweda z ojczyzny miłej wypędzić, a tego bez
waszej pomocy nie uczynię. No, więc jak, pomoŜecie?
- DopomóŜ Bóg! - wołało wymijająco chłopstwo, pamiętając, Ŝe królowie bywają
dobrzy tylko w historycznych chwilach, gdy im ziemia spod nóg, a tron spod zadka
usuwa.
Tak dojechali aŜ do Tatr i zanurzyli się w jakąś szczelinę skalną, długą i prostą. Gdy
zaś byli juŜ w połowie, nagle krawędzie wąwozu zadrgały, poleciały z nich pnie
drzewne i okruchy skał, a jednocześnie rozległo się przeraźliwe wycie i okrzyki:
- Ciupagami psubratów!
- Górale! Górale - zaczęto krzyczeć w orszaku królewskim.
- Ojciec, prać? - spytali młodzi Kiemlicze.
- Wiać! - zakomenderował przytomnie stary Kiemlicz. Wiedział, Ŝe z góralami nie
ma Ŝartów, Ŝe gdy sobie popiją, czyli zawsze, tedy radzi ceprów rabują, król nie król,
Szwed nie Szwed, Niemiec nie Niemiec, choćby nawet i zachodni.
Zaraz teŜ orszak zawrócił i uciekł z powrotem na Śląsk, a na miejscu starcia pozostał
jedynie ogłuszony butelką młody rycerz. Znaleziono go dopiero wieczorem i
postawiono przed obliczem góralskiej milicji ludowej, czyli starego Wawrzka
DŜdŜownicy.
- Imię i nazwisko? - spytał rzeczowo Wawrzek.
- Zdziwi się pan - odrzekł pan Andrzej - ale jam nie Babinicz. Jam Kmicic... - to
rzekłszy, zwisł jak martwy na rękach milicjantów.
- Do Matysiaków! - zarządził roztropnie Wawrzuś DŜdŜownica.
LUBOMIRSKI - SHOW
Pewnego razu marszałek koronny ksiąŜę Jerzy Lubomirski postanowił ugościć
wygłodzonego na Opolszczyźnie Jana Kazimierza. Król otrzymawszy zaproszenie
zaczął lamentować, Ŝe nie ma co na siebie włoŜyć, bo wszystko mu się w podroŜy
wytarło. Molestował tedy swój nieliczny orszak o roŜne części garderoby, biegając po
kwaterach z okrzykami:
- Ługowski, masz jaki czysty podkoszulek? Wydźga, poŜycz skarpetki! Koryciński,
jak myślisz, wejdę w twoje spodnie?
Oni zaś migali się jak mogli, albowiem monarcha ów rzadko oddawał wypoŜyczoną
odzieŜ, a jeśli oddał, to w stanie godnym poŜałowania. Skombinowano w końcu
kostium, na który złoŜyły się lakierki kawalera Noyersa, białe pończochy zrabowane
przez wachmistrza Sorokę okolicznemu rabinowi, pluderki obcisłe, przefarbowane na
czarno z kalesonów kanclerza Korycińskiego, a podwiązane u kolan kokardami, aby
nie opadły oraz koszula z Ŝabotem, haftowana w złote kaczuszki i róŜowe kotki,
mocno woniejąca piŜmem, została bowiem zarekwirowana u pułkownika Wolfa,
męŜnego, chociaŜ zniewieściałego dowódcy najemnych dragonów, o którym
podwładni mawiali z miłością "Unsere deutsche Tante", czyli "nasza szkopska ciota".
Na wierzch wreszcie nałoŜył najjaśniejszy pan krótką, spacerową sutannę arcybiskupa
gnieźnieńskiego, zaś głowę przyozdobił jedną z peruk Marii Ludwiki, o długich,
angielskich lokach. Skompletowana garderoba, mocno wymięta w jukach i
zaplamiona w czasie pośpiesznych posiłków, wymagała przepierki.
Bystry pan Kmicic szybko zaimprowizował polową pralnie, wykorzystując do tego
celu rodzinę Kiemliczów.
- Ojciec, prać? - zapytali Kosma i Damian.
- Prać! - zarządził stary Kiemlicz. - Pfu! - skrzywił się trzymając ostroŜnie w palcach
cześć stroju królowej. - Skąd u najjaśniejszej pani takie zasrane reformy?
- No, no, no! Tylko nie zasrane reformy! - wrzasnął z okna karety Jan Kazimierz,
który właśnie pracował nad kolejnym etapem reformy, mającej ulŜyć chłopom, co
zamierzał ogłosić pierwszego kwietnia w katedrze lwowskiej, zapomniawszy, Ŝe to
prima aprilis,
co później odbiło się ujemnie na realizacji tejŜe reformy, a i kilku następnych.
Obsztorcowani Kiemlicze wzięli się do prania i w pół godziny wszystko było
czyściutkie, a pan Andrzej z zadowoleniem przeliczał honoraria pobrane za usługę.
Wtem naprzeciw królowi wyskoczył marszałek Lubomirski cały wysadzany
diamentami. Jedną ręką przytrzymywał królewskie strzemię, drugą zaś zerwał z
pleców wenecką delię i rzucił ją pod monarsze stopy, co od tygodnia mozolnie
trenował. Na ten widok wy-
leciały w powietrze tysiące czapek, a takŜe furgon z prochem trafiony wystrzeloną z
tej okazji racą.
- Panie marszałku - rzekł król. - Tobie restaurację będziem zawdzięczać!
- Miłościwy panie! - odpowiedział Lubomirski. - Restauracja gotowa na twoje
przybycie! - to mówiąc, wprowadził gościa do pięknie przyozdobionej restauracji
"Turystyczna" i usadził królana wywyŜszeniu dla orkiestry, przy osobnym stoliku.
Następnie klaśnięciem dłoni dał znak do rozpoczęcia występów. Prezentowały się
mnogie zespoły wojskowe, śpiewając pieśni patriotyczne specjalnie na te okazje
ułoŜone, a wykonywały je z tym większym zapałem, iŜ za najlepszy utwór pan
marszałek obiecał wręczyć pierścień, który miał na palcu. Pierwsi wystąpili husarze
pod buławą Rocha Kowalskiego i ryknęli gromko:
Zbudź się szlachcianko,
Popatrz kochanko,
W zachodnią stronę!
My z zagranicy,
Daj śliwowicy
W usta spragnione!
- Dziwnie piękna to pieśń - mówił Jan Kazimierz, ocierając oczy. - I bardzo trafnie
trudy naszego powrotu zostały w niej ujęte.Pewien tedy jestem, iŜ musiał ją napisać
jakiś zawodowy wojskowy.
- Jam to uczynił - przyznał Skrzetuski. - Patriotyzmy tak mię rozsadzały, iŜ
musiałem im dać jakowąś folgę! Oj, nie trzeba, nietrzeba... - zaczął rękami machać,
widząc, iŜ król wypisuje mu kwit do kasy państwowej. - ToŜ ja ze szczerego serca! –
tu zapłakał, kolana królewskie uścisnął i cenny papier porwawszy pobiegł z nim do
skarbca, gdyŜ późno juŜ było i okienko przed nosem mogli mu, nie daj BoŜe,
zatrzasnąć. Występy zaś trwały dalej, aŜ wygłodniali dworzanie zaczęli rozglądać się
niespokojnie, chrząkać, przełykać nerwowo ślinę, a nawet demonstracyjnie nadgryzać
paprocie i asparagusy, gęsto dla ozdoby na stołach poustawiane. Widząc to
Lubomirski, taktownie wyprosił artystów, wypychając ich własnoręcznie za drzwi, a
opornych kopiąc dyskretnie w zady. Potem porwał bogato rzeźbiony puchar i wychylił
go za królewskie zdrowie, a następnie palnął się cennym naczyniem w głowę,
doznając licznych, ale chwalebnych obraŜeń. Ten pełen godności, gospodarski gest
wywołał w sali ogromny entuzjazm. Hetmani, biskupi, jenerałowie i inni dygnitarze
powstali z miejsc i chwytając róŜne naczynia stołowe, rozbijali je na łbach sobie bądź
najbliŜej siedzącym. Nawet król jegomość uniósł oburącz ogromną wazę z grochówka
i podrzuciwszy ją, pozwolił aby roztrzaskała się na wielmoŜnym ciemieniu.
- Waza, wazę rozbił! Dobry to jest omen! - zawołał w proroczym natchnieniu
nuncjusz Widon, robiąc przejrzystą aluzję do faktu, Ŝe obaj przeciwnicy polityczni,
czyli Jan Kazimierz i Karol Gustaw, z tego samego, szwedzkiego rodu Wazów
pochodzili i prawdę mówiąc we miłej swej Szwecji mogli się byli tłuc. Woleli jednak,
jako zresztą i róŜni późniejsi wodzowie, na wygodnym polskim poligonie spory
załatwiać, ojczyzny własnej nie rujnując i nie zaśmiecając. Kiedy kadra kierownicza
tak wesoło zabawiała się, na dziedzińcu zamkowym i w przyległej Lubowli równieŜ
tłuczono co popadło. Celowali w tym zwłaszcza młodzi Kiemlicze rozbijając kolekcję
musztardówek. Wkrótce zapłonęły pierwsze domy, dając baraszkującym wygodne i
wyśmienite oświetlenie. W blaskach poŜarów uwijali się dzielni obrońcy ojczyzny,
zaś ciemne chłopstwo okoliczne stało wokół z rozdziawionymi gębami, mówiąc do
siebie w uniesieniu:
- Zaiste, prawda jest, iŜ Szwedowie tym ludziom się nie oprą, gdyŜ takowej
rozpierduchy, jako Ŝywo, nigdy uczynić nie potrafili!
OBLĘśENIE TYKOCINA
Pewnego razu nasi rycerze oblegali Tykocin, w którym – Ŝeby skutecznie
zredukować ilość roŜnych oblęŜeń - bronili się: król szwedzki, najemny Szkot
Hassling - Ketling of Elgin, porucznik chorągwi piatyhorskiej pan Charłamp oraz,
oczywiście, Janusz Bogusław Radziwiłł, który miał przy sobie Oleńkę, Ŝeby zrobić
tym na złość Kmicicowi.
- Dziś pański wielki dzień, panie Onufry! - mówił Wołodyjowski do Zagłoby. - Za
chwilę ma przybyć Karol Gustaw i ofiarować panu Zamojskiemu Lubelszczyznę w
dziedziczne władanie.
- To dlaczegoŜ to ma być mój wielki dzień? - spytał zdumiony Zagłoba.
- Jak to, zapomniałeś waść? - dziwili się rycerze. – PrzecieŜ na aktywie ustalono, iŜ
jako największy kawalarz we całym rycerstwie, masz w zamian zaofiarować królowi
szwedzkiemu Niderlandy.
- Musze sobie to zapisać! - zawołał pan Zagloba. - Co ja mu mam ofiarować?
- Niderlandy.
W tej chwili rozległo się pukanie.
- Kto tam? - spytał Skrzetuski, zaś potęŜny glos odrzekł:
- Najjaśniejszy król Szwedów, Gotów i Wandalów, wielki ksiąŜę Finlandii, Estonii,
Karelii, Bremy, Werdy, Szczecina, Pomerani, ksiąŜę Rugii, pan Ingrii, Wismarku i
Bawarii, hrabia Paladynu Reńskiego, Juliahu, Kliwii i Bergu!
- W porządku - rzekł Skrzetuski. - Właźcie wszyscy, a ostatni Ŝeby zamknął drzwi.
Wszedł Karol Gustaw, uginając się pod cięŜarem przysługujących mu tytułów.
- O, dobrze Ŝe pana widzę! - ucieszył się Zagloba, który chciał jak najprędzej
wywiązać się z powierzonego zadania.
- OtóŜ zostałem upowaŜniony, Ŝeby zaofiarować jego szwedzkiej mości Inflanty!
- To parsu topsze! - ucieszyła się szwedzka mość. - Właśnie o to chciałem prosić! - i
uradowany pobiegł do Tykocina, nucąc pod rozcapierzonym ze skandynawska wąsem
popularną piosenkę z okolic Sztokholmu:
Nie byda, nie byda,
Szpajzował rezyda,
nie chcą tego dreku,
Poszpajzuje szpeku!
- Idioto - powiedział Kmicic, pukając Zagłobę palcem w bielmo. - Miałeś mu dać
Niderlandy, a dałeś Inflanty. Oj, pociągnie się teraz ta wojna, pociągnie! - co rzekłszy,
stanął na czele swoich wiernych Tatarów i wybił po mordzie ich wodza - Akbah -
Ulana,
bez którego to zabiegu ów rasowy Azjata nie był w stanie zrozumieć Ŝadnego
rozkazu.
Zaraz tez poszli zagonem w ziemie elektorskie, rŜnąc tamtejszą ludność, na
szczęście heretycką, oraz gwałcąc i łupiąc, ale z rzadka tylko paląc, gdyŜ pan Andrzej
postanowił ograniczyć palenie.
Tymczasem w Tykocinie ksiąŜę Radziwiłł umyślił straszliwą zemstę na młodym
rycerzu, bezczeszcząc uwiezioną Oleńkę. Urządzał więc na jej cześć turnieje i festyny,
a raz nawet przebił rohatyną trabanta, co mu przyszło tym łatwiej, Ŝe trabant, jako
wiadomo, pokryty jest tekturą. Panna rada była tym siurpryzom. Atoli gdy jurny
magnat brał się do amorów, tedy uciekała mu po zamkowych komnatach, korytarzach
i wirydarzach, aŜ wreszcie właziła na solidny gdański regał, gdzie nie mógł jej
dosięgnąć, tylko nogami tupał, oczami przewracał i mawiał do zaufanego Sakowicza:
- Okrutna z tej panny regalistka!
Oblegający zasię czynili juŜ ostatnie przygotowania do szturmu, co szło im niezbyt
sporo na skutek niejasnych rozkazów pana kasztelana Czarnieckiego, któren za młodu
w gębę postrzelon, srebrna protezę kazał sobie wstawić, dzięki czemu brzękał bardzo
melodyjnie, ale niezbyt zrozumiale.
- Bzzzzzzzz zzzzz - rozkazał pan Czarniecki.
- Tak jest! - krzyknęli na wszelki wypadek rycerze, a na ten dowód subordynacji
rozjaśniło się oblicze ukochanego.
BITWA POD PROSTKAMI
Pewnego razu w lipcu Wołodyjowski, Skrzetuski, Kmicic i Zagłoba siedzieli nad
rzeczką, łowiąc ryby, mocząc nogi, a od czasu do czasu właŜąc do wody, bo upał był
tego dnia niezwykły. Wokół było słychać śpiew ptaków, a w oddali niezrozumiale
pokrzykiwania
kasztelana Czarnieckiego, który usiłował ich odnaleźć i skłonić do wojowania, ale na
szczęście byli dobrze ukryci wśród trzcin i oczeretów.
- Istny tu raj na ziemi - mruknął Skrzetuski, zakładając na haczyk robaka. -
Słoneczko grzeje, woda pluszcze, ptacy świergolą, a ryby biorą.
Pan Wołodyjowski spojrzał w rozmarzeniu na rzekę:
- WaŜki w słonku igrają - dorzucił - a wodą trupy spływają. Ani chybi wielka bitwa
musiała się gdzie odbyć. Hej, panie Zagłobo! - zawołał starego rycerza, który woził
się po rzecznejtafli na rozdętym szwedzkim rajtarze jakoby na dmuchanym pontonie.
- Więcej naszych spływa czy nieprzyjaciół?
- Fifty - fifty - odkrzyknął Zagloba, przypatrując się zwłokom. - Ot, graf Waldek
płynie, a tam pan Kotowicz, dalej Hassun - bej, który ordą dowodził... Jest i Izrael...
- A co ma do tego Izrael? - zdenerwował się pan Kmicic. - Ci, to muszą się wszędy
wepchać.
- Przecie to szwedzki jenerał, major o nazwisku Izrael – mitygował go pan
Skrzetuski.
- Pan podskarbi Gosiewski nadpływa! - wrzasnął Zagłoba, oddając mimowolnie
honory zasłuŜonemu dowódcy.
Za Gosiewskim nadpłynęli dwaj dowódcy regimentów piechoty, bracia Engel.
- Zaraz nadpłyną bracia Marx! - zaŜartował pan Wołodyjowski, ale, zamiast nich
nadpłynął Hassling - Ketling i dość nieoczekiwanie powiedział:
- Czołem waszmościom!
- Ketling, Ŝywiesz? - ucieszyli się rycerze.
- Yes - odrzekł oszczędnie, jak na Szkota przystało.
- No to czego z trupami pływasz? Chodź do nas i opowiadaj, gdzie ta bitwa się
rozegrała?
- Pod Prostkami - wyjaśnił Ketling, zdejmując i wykręcając swą kraciastą
spódniczkę i wystawiając na słonce swą szkocka kobzę.
- Pod Prostkami - prychnął pogardliwie Zagłoba - pod czym to się juŜ ludzie nie
biją! A powiedzŜe nam gościu miły, kto zwycięŜył?
- ZwycięŜyła słuszna sprawa - odrzekł Szkot, co niczego nie wyjaśniało, gdyŜ dla
pana Ketlinga coraz to insza sprawa stawała się słuszna, w zaleŜności od tego w czyje
wpadał ręce.
- Mówiąc krotko - upierał się Skrzetuski - Polacy wygrali czy Szwedzi?
- Tego nie wiem, gdyŜ od wielkiego upału będąc bliski apopleksji, roztropnie
upadłem prosto do wody i w miłym chłodziku juŜ trzy godziny dryfuję.
Pan Wołodyjowski popatrzył na niego surowo i rzekł:
- Nie milej ci było, taki synu, Ŝycie za wiarę prawdziwą postradać?
- Milej - zgodził się Ketling - gdybym wiedział z całą pewnością, która prawdziwa.
Po ojcu albowiem jestem luteraninem, jednak dla uzyskania spadku w Kurlandii
musiałem przejść na katolicyzm i juŜ chciałem w tym wytrwać, gdy mnie pod
Warszawa Tatarowie na arkan ucapili i właśnie głowę mi mieli toporkiem odrąbać,
gdy wtem cudownie nawrócony, na mahometanizm nagle przeszedłem i przez
kompanijnego mułłę na pniu zostałem ochrzczony.
- Obrzezany kozikiem, po muzułmańsku! - skrzywił się Kmicic.
- Gdy nad głową toporek, tedy furda pisiorek - odrzekł filozoficznie Ketling, chociaŜ
widać było, Ŝe boleje nad stratą.
- Nie martw się, waszeć - pocieszał Skrzetuski - nader wielkie jeszcze przed tobą
moŜliwości, gdyŜ skończywszy ze Szwedy uderzymy najpewniej na Kozaków,
wspierających Rakoczego, a w on czas być moŜe znowu w niewole popadniesz i na
prawosławie przejść będzie ci dane.
- Nie tylko - poparł Zagloba - A judaizm? A buddyzm? A Towarzystwo Krzewienia
Kultury Świeckiej? Byleś tylko do luterańskiej wiary nie nawracał, gdyŜ ich
ministrowie niemiecką mową się posługują, której Pan Bóg najpewniej nie znosi,
zwłaszcza iŜ modlitwy teŜ mają dziwaczne, zaczynające się przewaŜnie od słów: "Ich
melde gehorsam..."
- TakoŜ i przysłowia Niemcy mają nader głupie - dodał Wołodyjowski. - Co dziwne,
gdyŜ przysłowia są mądrością narodów, a jakaŜ dla przykładu moŜe być mądrość we
przesłowiu "Hände hoch"?
- Kapitan von Rössel płynie, mój dobry znajomy! - ucieszył się Zagłoba, wskazujac
zwłoki pozbawione głowy. - Muszę go obszukać, gdyŜ był mi winien dwieście
talarów za tajną informację wojskową, którą przedałem mu z drugiej ręki! - co
rzekłszy stary rycerz
skoczył raźno do wody.
- Miło tu, ale nudno - stwierdził Skrzetuski, zarzucając wędkę - a i ryba jakoś
przestała brać...
- Bierze, bierze! - zwrócił mu uwagę Kmicic, ukazując tańczący spławik. - I to jakaś
duŜa bestia. Pewnie karp albo i sum!
Zaczęli ciągnąć obaj, obserwując złowioną sztukę.
- Chyba sum, bo z wąsami!
- Z wąsami to lin. Sum natomiast bywa z jajami.
- A ten i z wąsami, i z jajami!
- Moim zdaniem, to jest pan Zagłoba! - zawołał Ketling.
- Nie, to na pewno sum! - upierał się Skrzetuski.
- No więc Zagłoba czy sum?
Pogodził ich pan Zagłoba, który wylazłszy z wody, ze złością wypluł haczyk i
powiedział stanowczo:
- Zagłoba sum!
JUBEL W UPICIE
Pewnego razu wszyscy nasi znajomi przyjechali do Upity, by wziąć udział w
uroczystym zakończeniu szwedzkiego potopu. Łyczkowie upiccy cieszyli się jak
dzieci, Ŝe to właśnie ich miasteczko ów honor spotyka, a juŜ szczególnie gorąco
oklaskiwali pana Andrzeja Kmicica, wybaczając mu wielkodusznie, iŜ nie tak dawno
wraz ze swą kompanią doszczętnie ich obrabował, a kilku na tamten świat wyprawił,
ale za to burmistrzowi i władzom miejskim po sto batoŜków kazał wrzepić, co zawsze
w Polsce wywoływało szczery entuzjazm, szczególnie gdy istniało podejrzenie, Ŝe
władza do władzy mocą czarów czynionych nad urną się dorwała. WjeŜdŜał tedy pan
Andrzej do Upity cokolwiek upity, a trochę i pobity przez septentrionów, z którymi
ostatnio wojował i którzy go tak urządzili, Ŝe kto inszy dawno byłby Panu duszę za
pokwitowaniem oddał. Zagłoba z Wołodyjowskim wprowadzili go więc pod ręce do
pięknie przystrojonej sali miejscowego Klubu Łyka i Rzemieślnika i usadzili przy
stole prezydialnym, tuŜ pod napisem "śmudzin potrafi".
- Dla mnie schabowy! - zarządził pan Andrzej, któremu stół kojarzył się wyłącznie z
karczmą.
- Uciszcie się! - zawołał Skrzetuski, pełniący funkcję przewodniczącego akademii, i
jął czytać referat królewski, pięknie gotykiem powielony: - "My, Jan Kazimierz, król
Polski, Wielki KsiąŜe Litewski, mazowiecki, pruski, etc, etc, etc. ..."
- Nie jąkaj się! - zwrócił mu uwagę Zagłoba.
- Kiedy tu tak pisze - wyjaśnił Skrzetuski i czytał dalej: ".. etc. etc. etc. wiadomym
czynimy, Ŝe pan Andrzej Kmicic, chorąŜy orszański, lubo w początkach potopu po
stronie szwedzkiej się opowiadał, przecie czynił to nie z Ŝadnej prywaty, ale z
najszczerszej ku ojczyźnie intencji..."
- Cha, cha, cha! - huknęli śmiechem zebrani, co słysząc chorągiew laudańska
czekająca na dziedzińcu i mająca wystąpić w części artystycznej, wkroczyła z
brzękiem ostróg, śpiewając trochę fałszywie, ale za to bardzo głośno:
- "Jam nie pański, nie hetmański jeno szlachcic jam laudański..."
- Won! Za drzwi! - krzyknął Skrzetuski. - To jeszcze nie teraz! - Po czym popił z
karafki i kontynuował czytanie referatu: "... który to rycerz następnie do Częstochowy
się udał, a stamtąd na Śląsk pojechał, skąd teŜ i do Warszawy przybył, a z której do
Prus Elektorskich się był udał, ale zaraz ku Siedmiogrodowi zawrócił..."
- A cóŜ on tak się szlajał za nasze pieniądze? – spytał zgryźliwie Jóźwa Butrym Bez
Nogi.
- Referat pan czytasz czy rozliczenie z delegacji? - wołano z sali.
Skrzetuski opuścił więc kilka kartek i trafił na zakończenie:
- "Reasumując, widać z tego jak na dłoni, iŜ pomieniony pan Kmicic wielkie i
nieocenione oddał osobie naszej usługi i walnie." - Tu Skrzetuski skłonił się i usiadł.
- Chwileczkę - zawołał Zagłoba. - Co to znaczy "oddał usługi i walnie"? Kogo on
niby walnie?
- MoŜe ciebie wreszcie walnie? - szepnęła Kulwiecówna do Oleńki.
- Ja kaŜdego mogę walnąć. Na mnie nie ma mocnych... - wymamrotał Kmicic,
podnosząc na chwile głowę.
- Aha! - ucieszył się pan Skrzetuski. - Mnie się kartki zlepiły dŜemem, a ja
myślałem, Ŝe to juŜ koniec! I rozdzieliwszy stronice koncerzem, czytał: - "... i walnie
przyczynił się do naszej Wiktorii nad królem szwedzkim, a zwłaszcza nad zdrajcą
Radziwiłłem..."
- Niech Ŝyje pan hetman Radziwiłł, wielki ksiąŜę litewski i wojewoda wileński! -
wrzasnął Rzędzian, któremu kazano zorganizować na balkonie trybunę entuzjastów,
ale zapomniano podyktować nowe hasła, więc poleciał starymi, sprzed kilku lat.
Na ten okrzyk laudańscy znowu wkroczyli ze śpiewem: "Jam nie pański, nie
hetmański jeno szlachcic jam laudański..."
Ponownie wyrzuceni za drzwi obrazili się i wyjechali złorzecząc. Mieli bowiem
jeszcze dzisiaj trzy chałtury w okolicznych zaściankach, a nazajutrz szkolniaka w
Wołmontowiczach.
- MoŜe ktoś chciałby zabrać głos w dyskusji? - próbował ratować sytuację
Skrzetuski.
JakoŜ i zgłosił się Kudłaty śmudzin, ale wyłącznie przez chytrość, aby dorwać się do
karafki stojącej na mównicy, z której teŜ od razu zdrowo pociągnął, stwierdziwszy
wszelako, Ŝe napił się wody, co było całkowitą nowością dla jego organizmu. Napluł
więc na podium i powiedział z oburzeniem:
- Padłaś! - i wrócił na miejsce, Ŝegnany gromkimi oklaskami.
- I tym miłym akcentem - włączył się przytomnie Skrzetuski - zakończymy chyba
dzisiejsza uroczystość...
- A cześć artystyczna? - dopraszali się zebrani.
Laudańskich wprawdzie juŜ nie było, ale sytuację uratowała Kmicicowa kompania,
która wcale nie wyginęła swego czasu w bójce z Butrymami, lecz została
zreanimowana przez panny Pacunelki, pod wpływem których charaktery dawnych
morderców i gwałcicieli stały
się dobrotliwe, obyczaje zaś wytworne. Tedy pan Jaromir Kokosiński, Pypką się
pieczętujący, wyrecytował dowcipny tren Kochanowskiego: "Wielkieś mi
uczyniła..." , a na bis własną Pypką dokładnie opieczętował. Zaś pan Ranicki, herbu
Suche Komnaty odśpiewał bardzo wdzięcznie utwór:
Wyruszyła w pole wiara,
Jeden z fuzją, drugi z brzytwą,
śeby Litwa, Ŝeby Litwa,
śeby Litwa była Litwą.
Dalej pan Rekuć-Leliwa odtańcował poloneza, co mu łatwo przyszło, gdyŜ jedną
nogę miał wprawdzie krótszą, ale za to drugą dłuŜszą. Następnie pan Uhlik na swym
legendarnym czekaniku grał przecudownie pawanę, zaś pan Zend udawał pawiana,
gdyŜ był to
znany imitator zwierząt, natchniony naśladowca wszelkiego boŜego stworzenia.
Wreszcie Oleńka Billewiczówna wygłosiła, napisany przez siebie wierszyk pod
tytułem: "Jędruś, ran twoich nie godnam całować, bo byś je musiał wpierw
dezynfekować."
- Bier ją, Jędruś! - zawołała szlachta. - Toć ŜeŜ ona tobie testamentem zapisana!
- Nie daj się nabrać! - buntował pana Andrzeja Zagłoba.
- Ta panienka w czasie wojny z rąk do rąk i z obozu do obozu przechodziła. Pewien
jestem, iŜ nosisz juŜ ogromne rogi, chociaŜ o tym nie wiesz.
- Przebóg! - zawołał Kmicic w olśnieniu. - To dlatego nawet najcięŜej poranion za
kaŜdym razem do zdrowia dochodziłem, bo jako mi mówili medycy, dusza we mnie
dziwnie rogata i przez te rogi nijak cielesnej powłoki opuścić nie mogła!
- Wybawicielko moja! - Runął na kolana i jął ściskać stopy narzeczonej, co trwało
dość długo, miała bowiem czterdziestego i czwartego numeru, według starego
normatywu sprzed wojny, bodajŜe trzydziestoletniej.
W mieście biły dzwony, a młodzi Kiemlicze bili młodych Butrymów. Kraj
przystępował do budowy wspólnego, europejskiego domu.
RYCERZE - epizod I
Rycerze: (na melodię "Barwny ich strój")
Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba
Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...
Oleńka:
Zwalczcie tę chuć, innych zadań przed wami jest siła,
Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.
Kmicic: Oto zamek wrednego zdrajcy, księcia Bogusława! Dajcie szpadel, koledzy,
zrobimy podkop i wykradniemy Oleńkę!
Wołodyjowski: Dobrze, ale najpierw pare haseł: "Gorze zdrajcy!"
Zagłoba: "Solidny podkop gwarancją sukcesu!"
Kmicic: "Ochrona dziewictwa . częścią ochrony środowiska naturalnego!"
Zagłoba: No, to do roboty!
Wołodyjowski: Jeszcze kilka sloganów, to nigdy nie zawadzi... Zaraz, co by tu? Aha:
"Przekroczymy plan podkopów!"
Kmicic: "Nie będzie Radziwiłł panien nieszczęśliwił!" No, to co, teraz juŜ moŜna?
Zagłoba: MoŜna. Zaczynaj, panie Michale, bo ja dziś na chorobowem!
Wołodyjowski: A ja na szkoleniowem, poniewaŜ piszę pracę magisterską na temat:
"Technika poruszania wąsikami jako substytut innych działań pozytywnych".
Zagłoba: W takim razie pan Kmicic musi zacząc podkop. Do pracy, panie Andrzeju,
my cię zdopingujemy!
Wołodyjowski: Dwóch dopingujących na jednego pracującego . jest to przyzwoita
ś
rednia krajowa.
Zagłoba: NuŜe do dzieła!
Wołodyjowski: Hej, rób!
Zagłoba: Raz - dwa, raz - dwa! (trzask)
Kmicic: Niestety, szpadel się złamał.
Wołodyjowski: No cóŜ, ekspedientka uprzedzała, Ŝe to III gatunek...
Kmicic: I co teraz? Oleńka w szponach Bogusława, któren nie wiadomo jaką krzywdę
jej czyni...
Wołodyjowski: Wiadomo, wiadomo...
Zagłoba: Wiecie co? Zaczekajmy do następnego odcinka, a nuŜ się coś wyjaśni?
Wołodyjowski: Właśnie, moŜe jakiś przechodzień zgubi łopatę?
Zagłoba: Albo moŜe Bogusław znudzi się Oleńką i sam ja ze zamku wykopsa?
Wszystko w ręku Boga! Szable w dłoń!
RYCERZE - epizod II
Rycerze: (na melodię "Barwny ich strój")
Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba
Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...
Oleńka:
Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,
Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.
Kmicic: No i co koledzy? Jedziemy, jedziemy, a Szwedów jakoś nie widać.
Wołodyjowski: Nie widać, bo ciemno. Pamiętam, jak Ŝeśmy kiedyś po ciemku
Tatarów pode śółtymi Wodami podchodzili, to teŜ Ŝeśmy ich nie widzieli, a oni nas
wyraźnie, poniewaŜ pan Skrzetuski niezwykle silnie był jonizował.
Zagłoba: Tak, tak, w tym rycerzu tyle cnót się nagromadziło, Ŝe się juŜ nie mieściło i
ze łba mu promieniowało. Przede bitwą pod Korsuniem całą noc przy tem blasku w
cwancygiera Ŝeśmy rŜnęli!
Kmicic: Zacny to był rycerz, ale ponad miarę szlachetny. Jak zaczął swoje komunały
wygłaszać, to nawet Bohun nie zdzierŜył i nawiał do Chmielnickiego, Helenę
Kurcewiczównę porzucając.
Wołodyjowski: Ten Skrzetuski to nawet sprawy męsko - damskie potrafił
uwznioślić! Pomnę, Ŝe gdy chciał Helenę na te rzeczy namówić, to zabrał ją do sadu i
powiada: "Ile razy kukułka nam kuknie, tylu synalków mieć będziem!" Wtedy my
razem z Rzędzianem na cyku będąc, jak nie zaczniemy kukać!
Zagłoba: No, jak dziś pamietam! Przy 12 kuku panna zbladła, a przy 36 powiedziała,
Ŝ
e nie jest pepeszą i w pysk pana Skrzetuskiego zaprawiwszy, razem ze mną w Dzikie
Pola uciekła!
Kmicic: Słynna to była ucieczka! Waszmość za puzonistę się był przebrał?
Zagłoba: Za lirnika, natomiast pannę przebrałem za niemowę. Hej, pomnę te noce
ukraińskie po barszczu ukraińskim, w tych jarach dniestrowych i w tych komyszach
na tych myszach jak Ŝeśmy się zaczęli walkonić, a tu wilcy nam wyją do wtóru, a tu
znowuŜ basiory, a tu upiory i strzygi!
Wołodyjowski: Najgorszy jest rezun z bizunem na bachmacie w oczeretach przy
chutorze za porohami z parchami po siwusze przy dziewusze z hołubcem w
hajdawerach!
Zagłoba: Pst! Koledzy! Zdaje się, Ŝe Szwedzi ciągną!
Kmicic: Ciągną na nas?
Zagłoba: Gdzie tam, wódę ciągną z gąsiora!
Kmicic: O, nie pozwolimy, aby najeźdźca majtek narodowy nam trwonił. Baczność,
panowie, szable w dłoń!
Zagłoba: No, nie jest najgorzej, mości panowie, ale nie jest i najlepiej!
Wołodyjowski: Średnio jest, panie Andrzeju, średnio. Niby tych Szwedów bijemy,
ale nie moŜemy ich wybić.
Zagłoba: Bo waść panie Michale, jako tępy słuŜbista, zbyt dosłownie rozkaz wybicia
do nogi wykonywasz i po nogach Szwedów bijesz, zamiast w łeb ich zaprawiać.
Kmicic: Ba, kaŜden Szwed olbrzym, a nasi Ŝołnierzykowie przewaŜnie kurduple,
więc do szwedzkiej głowy trudno im sięgnąć, szczególnie panu Michałowi...
Wołodyjowski: Ja juŜ nawet co którego rajtara gdzie spotkam, to specyjalną drabinkę
przenośną ustawiam i na nią wyłaŜę, ale przewaŜnie zanim wylezę, to on złośliwie się
oddala, jako idyjotę mnie na polu walki na drabinie zostawiając...
Kmicic: Bo na takiego trza zawołać "halt!"
Wołodyjowski: Ha?
Zagłoba: Nie "ha", tylko "halt". Szwedzi są do głupoty zdyscyplinowani i gdy
takowemu "halt" krzykniesz, jako wryty stać będzie!
Kmicic: Przedni to sposób i trza go wyprobować, panowie! Ustawiamy drabinę i
czekamy na Szweda... Dawajcie ją!
Wołodyjowski: O, tu będzie dobrze! (wlecze drabinę)
Zagłoba: A nie, nie, panie Michale. O tu będzie duŜo lepiej... (wlecze drabinę)
Wołodyjowski: (goni za nim) Oddaj, waść! To moja drabina!
Kmicic: Przestańcie się szarpać, waćpanowie, bo drabina trzeszczy... (trzask) No, tak,
drabinę mamy juŜ z głowy! A wszystko przez to nasze warcholstwo...
Zagłoba: Trochę przez warcholstwo, a trochę i przez złą jakość drabiny! Przecie to
bubel!
Wołodyjowski: O, tu jest metka, zobaczymy, kto to produkuje... Panowie! To w
ogóle nie jest drabina!
Rycerze: A co, a co?
Wołodyjowski: (czyta) Jest to właźnica pięcioszczeblowa, bojowa, przystawna,
ręcznie rŜnięta, ze spółdzielni stolarskiej "Rezun"
Kmicic: I co my teraz zrobiemy?
Zagłoba: Jak to co? Wstydu narobiemy tej spółdzielni na całą Polskę!
Wołodyjowski: Czekajcie, ja im przygadam: " Oj popraw się , popraw spółdzielnio
"Rezun"!
Kmicic: Ja wzywam z tego miejsca prezesa tej spółdzielni, Ŝeby się publicznie
wytłumaczył z tego brakoróbstwa.
Zagłoba: A ja powiem na niego fraszkę, czekajcie... Coś spółdzielnia "Rezun" ma
niedobry sezun, wyrabia kiepskie wyroby, widać tam sa brakoroby! Dobra, nie?
Wołodyjowski: Nie bardzo, ale drabina teŜ kiepska...
Rycerze: Grunt, Ŝeśmy załatwili sprawę. No, to teraz na Szweda, panowie! Szable w
dłoń!
RYCERZE - epizod III
Rycerze: (na melodię "Barwny ich strój")
Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba
Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...
Oleńka:
Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,
Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.
Kmicic: Oj niedobrze, koledzy, niedobrze! Pan Wołodyjowski nas porzucił i w
klasztorze u kamedułów się zamknął kędy mnichem ostać zamierza! Właśnie pan
Skrzetuski wieść o tym nam przywiózł.
Zagłoba: Na Boga, mów waszmość, panie Janie, co temu Michałowi odbiło, Ŝe w
kameduły poszedł?
Skrzetuski: Z Ŝalu to zrobił, poniewaŜ z Anusią Borzobohatą Ŝenić się zamierzał.
Kmicic: Prawdę mówiąc, panowie, to któŜ z nas z Anusią Ŝenić się nie zamierzał,
albo się nawet i nie Ŝenił? Ale Ŝeby z tego powodu mnichem ostawać?
Skrzetuski: Ba, aleć ona ducha Panu oddała!
Zagłoba: Rzecz to wykluczona, panna Anusia, i owszem, miała wykorkować ale
dopiero na początku "Pana Wołodyjowskiego"! A nie w połowie "Potopu"!
Skrzetuski: Słusznie waść prawisz, panie Zagłoba, atoli ostatnio wprowadzono
pewne korekty a poślizgi i przyspieszono zejście śmiertelne panny Borzobohatej, gdyŜ
później, gdy nawała turecka ruszy, pan Michał będzie od razu potrzebny panu
hetmanowi Dmochowskiemu i nie będzie miał głowy, aby rozpaczać!
Kmicic: A to nawet niegłupio, niegłupio! Widać, Ŝe tam u góry o wszystkim myślą i
dyrektywów nie Ŝałują.
Zagłoba: A lekką przynajmniej śmierć miała panna Anusia?
Skrzetuski: (rozbawiony) Leciutką, bo plan naglił i na dłuŜszą czasu nie było. Ot,
mrugnęła oczkami, strzepnęła rączkami i nóŜki bielusieńkie wyciągnęła, co jej zresztą
wiele czasu nie zajęło, gdyŜ dziwnie je miała króciutkie.
Zagłoba: Tak, tak, nie darmośmy ją w Łubniach Kaczorem Donaldem nazywali!
Głosik teŜ zresztą miała dość do niego podobny...
Kmicic: A pan Michał bardzo cierpiał?
Skrzetuski: TeŜ nie miał czasu. Ot wąsikami ruszył, zakrzyknął: "Anuś moja Anuś,
co ja bez ciebie pocznę", i hyc do klasztoru!
Zagłoba: JuŜ ja go stamtąd wydobędę, panowie, moja w tym głowa. Grunt, Ŝe póki co
pan Skrzetuski nas wspiera bo inaczej dałby nam Bogusław popalić! Ty jeszcze nie
wiesz, panie Janie, co to za numer i charakternik!
Skrzetuski: A co mi tam! Jam przecie pode Machnówką samego Burdabuta był
ukatrupił, to co mi tam Radziwiłł! (woła) Hej, jesteś tam gdzie, pieski synu?
Bogusław: (z daleka) A jestem, panie Skrzetuski. Potrzebuje pan czegoś?
Skrzetuski: (wystraszony) Nie, tak tylko sprawdzam... (szeptem) Panowie, on tam
faktycznie jest!
Kmicic: Ja bym radził gdzie indziej odjechać! Nie broń BoŜe, ze strachu, ale ze
względów taktycznych!
Zagłoba: Pst. Tak, z taktycznych, a takŜe samo aby mu zrobić fortel! Nie ma to jak
fortele! Zrobimy mu fortele, co?
Skrzetuski: Zrobimy, ale szybko, aby nas tu nie dopadł!
Zagłoba: Jezus, Maria, nie mów waść! Chodu, panowie!
RYCERZE - epizod IV
Rycerze: (na melodię "Barwny ich strój")
Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba
Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...
Oleńka:
Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,
Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.
Kmicic: Oj niedobrze, koledzy, niedobrze! ZnowuŜ były dwa dziwne znaki na niebie i
jeden na ziemi!
Zagłoba: Oj, to niedobrze... A co one sobą przedstawiały, panie Andrzeju?
Kmicic: Jeden, dla przykładu, przedstawiał krzyŜ czerwony, i do tego skośny, w
takiejŜ czerwonej otoczce, atoli na niebieskim polu!
Wołodyjowski: Biada nam, biada, był to zapewne dziwny znak całkowitego zakazu
zatrzymywania!
Zagłoba: Nic inszego, jeno pan kasztelan Czarniecki musiał go ustawić, gdyŜ
uporczywie twierdzi, iŜe za często się zatrzymujemy, a zbyt rzadko Szweda bijemy!
Kmicic: To jest właśnie wojna szarpana, ale nie ona prowadzi do decydujących
zwycięstw... Obecnie we zbrojnej rozprawie decyduje nie kawaleria, jeno artyleria!
Wołodyjowski: He, he, pomnę, jako pode Konstantynowem z artylerzystą Wurclem i
jeszcze dwoma oficyjerami we brydŜa Ŝeśmy akurat rŜnęli, aŜ tu za rzeką piki
kozackie się ukazały, a ksiąŜę Jeremi jak nie wrzaśnie do Wurcla: "StrzelajŜe,
waszmość, w te piki"! A Wurcel, durny, jak nie strzeli dupkiem pikowym spod króla,
a ja go asem! Oczywiście, leŜał bez jednej, a pan Skrzetuski bez drugiej, bo Bohun
mu ją porwał...
Skrzetuski: Porwać mi ją porwał, ale jej nie zdąŜył zbeszczeszczesz... zbeczeszcze...
Rycerze: Zczeczebeszcze...sczecześ...
Skrzetuski: Tfu! Splugawić jej nie zdąŜył, gdyŜ pan Zagłoba mu ja odebrał!
Zagłoba: Bądźmy ściśli, panie Janie, troszkę to on zdąŜył, alem ją zaraz potem z
onego plugastwa we Dnieprze własnoręcznie obmył, we czystą odzieŜ przebrał,
ś
ciągniętą zresztą z jednego jąkały...
Kmicic: Nie z jąkały, jeno z niemowy!
Zagłoba: Z jąkały, z jąkały, ja wiem lepiej! A potem nawet pannie Helenie szablą
włosy obciąłem!
Wołodyjowski: śe teŜ waść nie uszkodził jej przy tem!
Zagłoba: Prawdę mówiąc, gdym jej one włosy na pniu drzewa połoŜył i szablą się
zamachnął, to byłem wonczas cokolwiek pijany, wyjątkowo zresztą...
Rycerze: He, he, he! Wyjątkowo!
Zagłoba: I wszystko potrójnie widziałem. Machnę ci ja szablą, a głowka panny
Heleny hyc i turlu, turlu, turlu...
Skrzetuski: Zaraz! Co znaczy turlu, turlu? Przecie ja z Heleną juŜ od lat Ŝywię i
mamy sześciu synów.
Zagłoba: Objaśnię ci to, panie Janie, ale obiecaj, Ŝę się nie będziesz śmiał! OwóŜ,
obciąwszy pannie głowę, wielce się zdenerwowałem...
Kmicic: Człek na wojnie takie nerwy ma napięte, Ŝe byle co go wytrąca. I coś waść z
nią zrobił?
Zagłoba: A pochowałem.
Wołodyjowski: Pannę, czyli jej głowę?
Zagłoba: Obie pochowałem po krzakach, Ŝeby kto nie zobaczył, a potem zacząłem
dumać nad jakowymś fortelem.
Kmicic: Ha, ha, a jakiŜ tu fortel, gdy łeb urŜnięty?
Zagłoba: Aha . ha, ha! Łeb faktycznie urŜnięty, ale za to u mnie łeb nie od parady!
DalejŜe ja gonić tego jąkałę, com go przedtem ograbił. Złapałem, przebrałem i odtąd
jako pannę Kurcewiczównę ze sobą woziłem, gdyŜ dziwnie byli do siebie podobni.
Skrzetuski: Ha, ha! To dlatego Helena się jąka? Oj, bo ja pęknę! Hu, hu, hu!
Zagłoba: Oj, nieładnie, panie Janie. A obiecywałeś, Ŝe nie będziesz się śmiał!
Skrzetuski: Oj, kedy nie wytrzymam! Oj, trzymajcie mnie, koledzy, trzymajcie!
Rycerze: He, he, he! Ha, ha, ha! Hu, hu, hu!
Kmicic: Panowie! Nie ma to jak Dzikie Pola! Szable w dłoń, koledzy!
RYCERZE - epizod V
Rycerze: (na melodię "Barwny ich strój")
Rycerzy trzech - Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba
Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba...
Oleńka:
Zwalczcie tę chuć,innych zadań przed wami jest siła,
Musicie knuć, jak tu pozbyć się Radziwiłła.
Głosy: Oj, niedobrze, koledzy, niedobrze...
Kmicic: Noc ciemna i głucha, a w obozie szwedzkim nastrój chyba dobry, bo jakoweś
tańce tam się odbywają.
Zagłoba: Czekajcie, wezmę ja swoją lornetkę, tu nastawię...
Kmicic: No, i co tam widać?
Zagłoba: Oho! Ho, ho!
Kmicic: No! Co tam widać?
Zagłoba: Spojrzyj pan, panie Michale na własne oczy. No?
Głosy: Oho, ho, widać co?
Kmicic: Teraz ja popatrzę, teraz ja popatrzę.
Zagłoba: Jemu nie dawaj, bo serce snadnie pęknąć mu moŜe z Ŝalu.
Kmicic: No dawaj, ja popatrzę!
Zagłoba: Nie, nie...
Kmicic: Daj, popatrzę.
Wołodyjowski: Nie dla ciebie to widoki panie Andrzeju.
Zagłoba: Nie dla ciebie, lepiej tego nie oglądaj, rycerzu dzielny, ale nieszczęsny...
Kmicic: Koledzy, nie wygłupiajcie się! No, co ja tam mogę zobaczyć? Mogę
zobaczyć moją umiłowaną Oleńkę...
Zagłoba: Oleńkę, Oleńkę teŜ...
Kmicic: Co znaczy "teŜ"? A z kim jest ona, prócz niej i poza nią kto tam jest?
Wołodyjowski: Poza nią jest juŜ tylko ściana.
Zagłoba: Tak, poza nią ściana tylko, natomiast przy niej...
Kmicic: Zgaduję, Ŝe to Bogusław!
Wołodyjowski: Zgadł, zgadł! Jak mi Bóg miły!
Zagłoba: Pan to masz łeb do zgadywanek, panie Kmicic.
Wołodyjowski: PotęŜny łeb. Tak, w teleturniejech mógłby waść występować. Nasze
gratulacje, panie Andrzeju.
Zagłoba: i W. Daj pyska, stary. Daj pyska!
Kmicic: Dziękuję, koledzy, dziękuję...
Głosy: Nie ma za co.
Kmicic: ...fakt faktem, Ŝe umysł mam dzinie błyskotliwy co u nas, we świętej
ś
mudzi, duŜą jest rzadkością.
Głosy: O, tak!
Kmicic: O, ale co oni tam robią?
Zagłoba: No, jak by ci to eufemistycznie powiedzieć panie Andrzeju. Co, powiedzieć
mu Michale?
Wołodyjowski: A powiedz mu, waść, powiedz, niech się chłopisko uśmieje.
Zagłoba: OwóŜ, oni tam tańcują.
Kmicic: Tańcują! Dam ja temu Bogusławowi! Pies ŜeŜ z nim tańcował!
Zagłoba: MoŜe uprzednio pies, ale dzisiaj panna Oleńka.
Wołodyjowski: OtóŜ to!
Kmicic: Oj, ŜebyŜ tak chociaŜ usłyszeć, o czym rozmawiają.
Zagłoba: O, to nic prostszego! Przy dzisiejszej technice podsłuchu, panie Andrzeju.
Daj no waść kopię husarską. O, tam stoi kopia Rocha Kowalskiego. Podaj ją.
Kmicic: A po cóŜ do tego kopia?
Zagłoba: A po to, Ŝe kopia jest wewnątrz wydrąŜona.
Wołodyjowski: Pusta jest, pusta.
Zagłoba: Więć, gdy juŜ koniec kędy wsadzisz, kędykolwiek tedy przy drugim końcu
jako we głośniku wszystko słyszeć moŜesz.
Wołodyjowski: No, proszę. JuŜ podsłuch gotowy.
Zagłoba: Włącz waść, panie Michale.
(Do rycerzy dobiegają tony muzyki i strzępy rozmowy.)
Bogusław: O Freulein! O Freulein Billewicz...
Oleńka: Ja po amerykańsku ani w ząb!
Bogusław: (bełkocze coś po niemiecku)
Oleńka: O, o, o!
Wołodyjowski: Słyszycie, słyszycie?
Zagłoba: Ciekawa rzecz, waszmościowie, Ŝe muzykę słychać, a kapeli nie widać! Co
tak pięknie tam grać moŜe?
Wołodyjowski: Jest to zapewne jakowaś grecka grajszafa.
Kmicic: Jaka grajszafa, przecieŜ to Oleńka! Słyszę ją!
Wołodyjowski: JakŜe? Oleńka?
Kmicic: A Oleńka, Oleńka. Jej prawie zawsze we piersiach grało, a szczególnie w
jednej.
Zagłoba: To ja wiem. Nic inszego, jeno w onej panience tak gra krew rycerska. Pan
Sienkiewicz nieraz o tym napomykał, z tym, Ŝe zawsze równocześnie panna
rozdymała nozdrza. Zobaczcie, czy i ona ma rozdęte...
Kmicic: Dlatego tak rezonuje. No, hej, tu nic nie wystoimy, koledzy. Szable w dłoń!
Głosy:
Szable w dłoń! Hej szable w dłoń!
Łuki w juki, a krupy wziąć w troki.
Hajda na koń! OkaŜemy się godni epoki!
Ruszamy w bój, aby odbić Billewiczównę,
Bogusław zbój trallala...
WyŜ starców - I
Wszyscy: Oj niedobrze, niedobrze.
Azja: Naszej stanicy zagraŜa wyŜ starców, poniewaŜ dawno juŜ nie było Ŝadnej bitwy
i nikt jakoś ostatnio nie ginie.
Wołodyjowski: Oj!!! To bardzo niedobrze. Trzeba by, proszę pana, zorganizować
jakąś bitwę, w której wzięli by udział sami starcy i Ŝeby w niej chwalebnie wyginęli.
Zagłoba: I to bardzo łatwo moŜna urządzić, gdyŜ, jako donosi nasz wywiad, po
multańskiej stronie mają te same kłopoty, a nasz główny przeciwnik Azba-bej musi
poniektórych swoich Tatarzynów własnoręcznie na koń wsadzać, a to z racji ich
podeszłego wieku.
Basieńka: Ja na pańskim miejscu, panie Zagłobo, tak się do onej bitwy bym nie
garnęła, biorąc pode uwagę, Ŝeś sam starzec.
Zagłoba: Ja starzec?! Ja?! Koledzy patrzcie! O, znalazła się dziewica-piernik!!!
Basieńka: Michałku!! On mnie obraŜa!
Wołodyjowski: No no no, proszę pana. Tylko nie dziewica! Tylko nie dziewica!
Azja: Tako suponuję, panie Zagłobo, iŜ przystojniej by ci było paść w potrzebie, niźli
przejechać się na uwiąd starczy.
Zagłoba: Mnie tam mój uwiąd starczy - starczy i z nijakiej puli przyspieszeń
korzystać nie zamierzam, a ty kałmucka mordo sam się rozejrzyj za jakowymś
przytułkiem, gdyŜ wiadomo, iŜ prymitywne ludy wschodu dziwnie szybko się
starzeją, chłe chłe chłe.
Azja:Kęsim, kęsim, ale mi przysrał.
Basieńka: Świętą rację ma pan Zagłoba. Zwłaszcza kobiety wschodu ulegają zębowi
czasu, podczas gdy niewiasty północy wprost przeciwnie - zawsze świeŜutkie jak
rzepy, aŜe chciałoby się je schrupać.
Luśnia: Melduję uprzejmie, iŜe jaśnie panienka prawdę mówi, gdyŜ sam słyszałem w
nocy jako ją coś chrupało.
Wołodyjowski: A nie coś, nie coś, wy młocie jakiś, nie coś, jeno korniki ją, proszę
pana, chrupały, wziąwszy ją po ciemku jako przystawkę okolicznościową do
hebanowego tapczanu.
Basieńka: A to wszystko dlatego, Ŝe mam ciało tak jędrne jakoby hebanowe.
Zagłoba: HebaSTARE, chłe chłe chłe. Ale wracajmy do rzeczy. CóŜ my tedy
poczniemy z onym wyŜem starców?
Azja: W Ordzie Budziackiej widziałem ja kiedyś piaskownicę dla zdziecinniałych
dowódców, kędy mogli się bawić w róŜne gry strategiczne, ani sobie, ani nikomu
krzywdy przy tym nie czyniąc.
Wołodyj: To jest proszę pana myśl!!! Luśnia!!!
Luśnia: Tak jest!
Wołodyj: Weź no zaraz ze dwudziestu Linkhauzowych dragonów i nawieźcie piasku
na Jurkowe Pole.
Zagłoba: Tak!!! A jak tylko nawieziesz to mi zaraz powiedz, gdyŜ ja pierwszy ową
piaskownicę wypróbuję.
Basieńka: A nie, a nie. Ja pierwsza, bo damy mają pierwszeństwo.
Wołodyj: Ha ha - damy, proszę pana, damy. Pierwszeństwo ma zawsze komendant.
Azja: A nieprawda. GdyŜ komendant ostatni opuszcza stanicę tak jako kapitan swój
okręt.
Zagłoba: A ja juŜ tam biegnę!
Wołodyj: Nie, nie ja pierwszy!
Basieńka: Nie pchać się! Nie pchać się! Zagłoba, dokąd?
Zagłoba:Jak to dokąd - do piaskownicy.
Wołodyj:Łapać go, bo cały piasek sobie zabierze/
Wszyscy: Szable w dłoń!
WyŜ starców - II
Wszyscy: Oj, niedobrze koledzy, niedobrze.
Azja: Wybudowaliśmy specjalną piaskownicę dla zdziecinniałych dowódców, a pan
Hetman dobrodziej jakoś nie przybywa na otwarcie.
Wołodyjowski: Przyjedzie, proszę pana, przyjedzie. Oni dziwnie lubią takowe
okazyje. NajwaŜniejsze, czy wszystko przygotowane.
Luśnia: Melduję iŜe piaskownica gotowa. Wstęga wisi, dwudziestu dobrze wymytych
starych rycerzy czeka na uściśnienie hetmańskiej dłoni, a panna Basieńka we stroju
krakowskiem udaje miejscową organizacyję młodzieŜową.
Wołodyjowski: Aha. A co tu, proszę pana, robi ten wypchany koń?
Zagłoba: Jaki tam wypchany koń Michałku. PrzecieŜ to jest właśnie nasza Basieńka
w tym stroju krakowskim.
Wołodyjowski: Aha! A rzeczywiście. Przepraszam cię Basieńko, ale jakiś jestem
ostatnio, proszę pana, rozkojarzony. Daj, niechŜesz ja ucałuję te śliczne obwisłości.
Basieńka: Michałku! A ku ku. Ja jestem tutaj.
Wołodyjowski: Ach, a to co ja, proszę pana, ucałowałem?
Zagłoba: Chłe chłe chłe.
Wołodyjowski: Azja Tuchaj-bejowicz?! TyŜeś to!!!
Azja: Jam ci jest!!!
Wołodyjowski: To dlaczego mi nie zwrócisz uwagi, Ŝe cię pomyliłem z
hajduczkiem?
Azja: A bo lubię!!!
Wołodyjowski: A tfu!!! Świntuch, no!!! W tej chwili, proszę pana, marsz na odwach
i proszę się tam nasadzić na pal.
Azja: Odmawiam wykonania rozkazu, gdyŜ jestem tu dzisiaj zatrudniony jako
sprawozdawca "Poradnika zagończyka".
Wołodyjowski: Aha!!! Ano to siadajcie redaktorze. Czemu proszę pana stoicie?
Luśnia: Melduję uprzejmie, iŜe pan Hetman nadjeŜdŜają.
Wołodyjowski: Całość bacznosć! Wznosić okrzyki!! Redaktor Tuchaj-bejowicz
zaczyna sprawozdanie.
Wszyscy: Niech Ŝyje!!! Hura!!!
Azja: Halo halo!!! Halo halo!!! Z Chreptiowa mówi wasz sprawozdawca. Właśnie w
tej chwili pan Hetman zbliŜa się do nowej piaskownicy. Przy wejściu wita go
wspaniały wór, przepraszam chór . dobrze mówię . chór wojów. Wita Hetmana.
Wszyscy: Trzy, cztery!!!
Grajcie, grajcie nam organy
Dmuchać w trąby, w bębny tłuc
Jedzie Hetman nasz kochany
Jedzie nasz zwycięski wódz
Hetman, jedzie hetman...
Hetman: Błe, błe błe.
Azja: Tak tak, właśnie to jest typowe. Nasz Hetman nie lubi wielkiej pompy i
zadęcia, ten niezwykle skromny człowiek...
Hetman: Błe błe błe.
Wszyscy: Co on mówi?
Basieńka: On się pyta dlaczego nie ma orkiestry dętej.
Azja: Aha, tak więc ten niezwykle skromny człowiek jest, prawda, jak tu słyszymy,
niezwykle subtelnym melomanem.
Wszyscy: No to trzy, cztery!
... Hetman, jedzie Hetman...
Hetman: Błe, błe błe.
Wszyscy: Co on mówi?
Luśnia: Pan hetman pyta, gdzie jest ta piaskownica dla zdziecinniałych dowódców.
Luśnia: Tutaj ona jest!! Wasza WielmoŜność. Tutaj
Hetman: Błe, błe, błe.
Wołodyjowski:Pan Hetman zaŜądał, Ŝeby mu dać wiaderko i łopatkę.
Zagłoba: To my wszyscy do piaskownicy za naszym kochanym Hetmanem. Szable w
dłoń!! Wiaderka i łopatki!!!
Wszyscy: Szable w dłoń