background image

Roger Zelazny

Kraina Przemian

( PrzełoŜyła Małgorzata Pacyna )

background image

ROZDZIAŁ I

Siedmiu męŜczyzn pobrzękiwało kajdankami, do 

których przymocowano łańcuchy. KaŜdy łańcuch 

przytwierdzony był do osobnego kołka wystającego z 

wilgotnej ściany kamiennej komnaty. W maleńkiej 

niszy, na prawo od wejścia płonęła słabo lampka 

oliwna. Tu i ówdzie z wysokich ścian zwisały puste 

łańcuchy i kajdany. Podłogę pokrywała brudna 

słoma, zewsząd dolatywał silny odór. Wszyscy 

męŜczyźni nosili długie brody, ubrania ich były w 

strzępach. Blade twarze Ŝłobiły głębokie bruzdy. 

Oczy utkwili w drzwiach. Przed nimi tańczyły lub 

migotały w powietrzu jaskrawe kształty, przenikały 

przez potęŜne mury i pojawiały się w przeróŜnych 

miejscach. Niektóre z nich były czystą abstrakcją, 

inne przypominały przedmioty naturalne - kwiaty, 

węŜe, ptaki, liście - stając się w zasadzie ich 

niedoskonałą kopią. Z końca lewego rogu uniósł się i 

odpadł bladozielony wir strząsając na podłogę tabuny 

karaluchów. W chwilę potem rozległo się w słomie 

chrobotanie i mysia gromada przystąpiła pędem do 

background image

uczty. Gdzieś zza drzwi doleciał niski śmiech,  ktoś  

zbliŜał  się  do  nich  nieregularnym krokiem.

Młody  męŜczyzna  o  imieniu  Hodgson,  który - 

gdyby nie brud i wychudzenie       byłby nawet 

przystojny, strząsnął z oczu długie, kasztanowe włosy, 

oblizał  wargi  i  wbił  wzrok  w  błękitnookiego 

męŜczyznę po prawej stronie.

- Tak szybko?   - mruknął chraphwie. 

- Trwało  to  dłuŜej  niŜ ci  się zdaje - odparł 

ciemnowłosy męŜczyzna. - Obawiam się, Ŝe nadszedł 

czas na jednego z nas.

Jasnowłosy młodzieniec zaszlochał cicho. Dwaj 

pozostali rozmawiali szeptem.

W drzwiach pojawiła się wielka, purpurowo-

szara, szponiasta dłoń. Kroki umilkły, rozległ się 

cięŜki oddech przerywany głośnym chichotem. Otyły, 

łysy męŜczyzna stojący po lewej stronie Hodgsona 

wydał z siebie przeraźliwy wrzask.

Ogromna, niewyraźna postać wśliznęła się przez 

drzwi, jej oczy - lewe w kolorze Ŝółtym, prawe w 

kolorze czerwieni - chłonęły światło migoczącej 

lampy. Chłodne powietrze komnaty oziębiło się 

background image

jeszcze bardziej, gdy stwór pochylił się, uderzając 

kopytem wykręconej do tyłu lewej nogi w przykrytą 

słomą kamienną posadzkę, podczas gdy szeroka, 

płetwowata stopa cięŜkiej, pokrytej łuskami nogi 

prawej przekroczyła próg. Wyciągnięte do przodu 

długie, silnie umięśnione ramiona dotknęły podłogi, 

szpony przesunęły się po posadzce. Monstrum 

spojrzało na skazańców, a otwór w prawie trójkąt-

nym pysku przybrał kształt uśmiechu, odsłaniając 

szereg Ŝółtawych zębów.

Stwór przeszedł na środek komnaty i zatrzymał 

się. Spadł na niego deszcz kwiatów, a on udając 

irytację odsunął je na bok. Był całkowicie po-

zbawiony owłosienia, miał twarde jak skóra ciało 

pokryte łuskami w najbardziej nieoczekiwanych 

miejscach. Nie sposób było określić jego płci. Jego 

język wysunięty do przodu miał ciemnoczerwoną 

barwę i rozwidlone końce.

Zakuci w kajdany męŜczyźni zamilkli i zamarli 

w nienaturalnym bezruchu, kiedy zaczął błądzić po 

nich swymi dziwacznymi oczami - raz, i drugi...

Nagie poruszył się z niezwykłą szybkością. Sko-

background image

czył do przodu, a jego prawa łapa wysunęła się 

gwałtownie, chwytając grubasa, który wrzasnął przed 

chwilą. Paszcza potwora zacisnęła się na jego szyi, 

krzyk umilkł. MęŜczyzna próbował walczyć przez 

chwilę, ale stracił siły i zginął w uścisku.

Podnosząc głowę potwór zarechotał i oblizał 

wargi. Jego wzrok spoczął na miejscu, z którego 

pochwycił swą ofiarę. Wolnym ruchem przeniósł swój 

cięŜar na lewą stronę, a prawą łapą sięgnął po rękę, 

która wciąŜ wisiała w kajdanach przy ścianie. Na 

leŜące na podłodze szczątki nie zwrócił najmniejszej 

uwagi.

Odwrócił się i powlókł się w kierunku wyjścia 

pogryzając po drodze kość. Zdawał się nie zauwaŜać 

błyszczącej ryby, która płynęła w powietrzu, ani teŜ 

innych obrazów pojawiających się, to znów 

znikających nad nim, pod nim, obok niego ścian 

ognia, smukłych jak igła drzew, potoków błotnistej 

wody, połaci topniejącego śniegu...

Pozostali więźniowie przysłuchiwali się głuchym, 

miarowym odgłosom jego kroków. W końcu Hodgson 

odchrząknął.

background image

-  Oto mój plan... - zaczął.

* * *

Semirama przykucnęła na kamiennej krawędzi 

lochu i opierając się na jej brzegu pochyliła się do 

przodu. Długie, czarne włosy miała starannie upięte, 

a dziesiątki złotych bransoletek błyszczało na jej 

bladych rękach w nikłym świetle. Miała na sobie 

Ŝółty, skąpy strój. Pomieszczenie wypełnione było 

ciepłem i wilgocią. Z wydętych ust wydobyła się seria 

szczebiotów. W róŜnych miejscach lochu niewolnicy 

wsparli się na swych łopatach i wstrzymali oddech. 

Kilka kroków za nią, po prawej stronie stał Baran o 

Trzech Dłoniach - wysoki, pękaty męŜczyzna; kciuki 

wsunął za wysadzany ćwiekami pas, a obrośniętą 

głowę pochylił na bok, jakby nie zrozumiał znaczenia 

wydanego dźwięku. Utkwił wzrok w jej na wpół 

obnaŜonych pośladkach, tam teŜ koncentrowały się 

jego myśli.

Jaka szkoda, Ŝe jest ona tak niezbędna przy tej 

operacji i ani trochę nie zwraca na mnie uwagi 

pomyślał. - Szkoda, Ŝe muszę traktować ją z sza-

background image

cunkiem i uprzejmością, zamiast, powiedzmy, zuch-

wale i z przemocą. Praca z nią byłaby o wiele 

łatwiejsza, gdyby była brzydka. Tak czy inaczej, 

przyjemnie na nią popatrzeć, a być moŜe pewnego 

dnia...

Zakołysała się na piętach i przerwała szczebiot, 

który wypełnił cuchnącą komnatę. Baran zmarszczył 

nos, gdy wraz z ciągiem powietrza dotarł do niego 

nieprzyjemny zapach. Wszyscy trwali w oczekiwaniu.

Loch wypełniły głębokie odgłosy pluskania, a 

głuchy łomot wstrząsnął podłogą. Niewolnicy cofnęli 

się pod ścianę. Spod sklepienia zaczęły opadać ogniste 

płatki. Otrzepując swój strój, Semirama zanuciła 

wysokim głosem. Ognisty deszcz ustał natychmiast i 

coś w głębi lochu zaćwierkało w odpowiedzi. 

Komnata oziębiła się wyraźnie. Baran westchnął.

- Nareszcie... - wymamrotał.

Przez długi czas dźwięki dochodzące z lochu nie 

ustawały. Semirama natęŜyła się, by odpowiedzieć lub

je przerwać. Jednak starania jej okazały się daremne, 

gdyŜ obce dźwięki unosiły się nadal, zagłuszając 

odgłosy, które wydawała. W ciągu kilku chwil 

background image

przyszło kolejne uderzenie, nad lochem uniósł się 

jęzor ognia, zamigotał i zgasł. W złocistej poświacie 

pojawiła się na moment twarz - długa, skręcona, 

przepełniona bólem. Semirama wycofała się z lochu. 

Komnatę wypełnił dźwięk przypominający uderzenie 

wielkiego dzwonu. Nagle spadły na nich setki Ŝywych 

ropuch, skacząc wpychały się do lochu i wdrapywały 

się na wysokie kopce ekskrementów, w których 

pracowali niewolnicy, a następnie umykały odległym 

wyjściem. TuŜ obok spadła na ziemię bryła lodu 

wielkości dwóch męŜczyzn.

Semirama uniosła się powoli, zrobiła krok w tył i 

odwróciła się w stronę niewolników.

- Nie przerywajcie pracy - nakazała.

MęŜczyźni zawahali się. Baran rzucił się do 

przodu i chwycił za najbliŜsze ramię i udo. Uniósł 

jednego z łudzi do góry i pchnął go z całej siły przed 

siebie, w głąb lochu. Krzyk, który nastąpił, nie trwał 

długo.

- Zakopcie to ścierwo! - ryknął Baran.

Pozostali w pośpiechu wracali do roboty, kopiąc 

gwałtownie w cuchnących hałdach i wyrzucając 

background image

odchody na brzeg mrocznego otworu.

Baran odwrócił się nagłe, gdy poczuł na 

ramieniu dłoń Semiramy.

- W przyszłości panuj nad sobą! - napomniała go. 

- Siła robocza jest kosztowna.

Otworzył usta, zamknął je i skinął głową.

Kiedy mówiła, zanikały cięŜkie pluski, milkły 

trele.

- Z drugiej  strony,  on  prawdopodobnie z 

zadowoleniem  przyjął  tę zmianę. - Na jej  pełnych 

ustach pojawił się uśmiech.  Poprawiła strój.

- Co tym razem miał do powiedzenia? 

- Chodź - nakazała.

OkrąŜyli loch, minęli stertę topniejącego lodu i 

sklepionym przejściem dostali się do niskiej galerii. 

Dziewczyna podeszła do szerokiego okna i zatrzymała 

się, podziwiając błyszczący we mgłę poranek. PodąŜył 

za nią, stanął obok splatając na plecach dłonie.

-  I co?  - spytał w końcu. - Co Tualua miał do 

powiedzenia?

Ale ona nadał przypatrywała się migocącym 

kolorom i zmieniającym się w serpentynach mgły 

background image

skałom.

-  On jest całkowicie irracjonalny - odezwała się.

-   A nie wściekły?

- Od czasu do czasu. To przychodzi i odchodzi. 

Ale nie w tym rzecz. To cecha jego natury. Ten 

gatunek zawsze miał Ŝyłkę do szaleństwa.

- Przez wszystkie te miesiące tak naprawdę nie 

próbował nas ukarać? 

Uśmiechnęła się.

- Nie bardziej niŜ zwykłe - powiedziała. - Ale jego 

podopieczni zawsze dbali o jego zwyczajową niechęć 

do gatunku ludzkiego.

-  Jak mu się udało ich złamać? 

- Szaleństwo wyzwała jakąś siłę i zmienia pogląd 

na sprawę.

Baran postukał nogą.

- Jesteś ekspertem, jeśli chodzi o Starszych 

Bogów i ich krewnych - stwierdził. - Jak długo to 

moŜe potrwać?

Potrząsnęła głową.

- Trudno powiedzieć. To moŜe trwać bez końca. 

MoŜe skończyć się w tej chwili albo za jakiś czas.

background image

- A my nic nie jesteśmy w stanie zrobić, by... 

przyśpieszyć jego regenerację?

- MoŜe uświadomi sobie swój własny stan i 

zaproponuje jakieś lekarstwo. To się czasami zdarza.

- W dawnych czasach miewałaś z nimi podobne 

problemy?

- Tak, i sposób postępowania był taki sam. 

Muszę regularnie z nim rozmawiać, próbując dotrzeć 

do jego drugiego ja.

- A  tymczasem - odezwał  się  Baran - on moŜe  

nas  wszystkich  zabić  samą  swą  magiczną 

wściekłością.

- Niewykluczone. Musimy mieć się na baczności.

Baran prychnął.

- Na baczności? Jeśli obróci się przeciwko nam, 

nie będziemy w stanie niczego zrobić, nawet stąd 

czmychnąć. - Tu wykonał posuwisty gest w kierunku 

okna. - Co mogłoby przedostać się przez tak 

opustoszałą krainę?

- Więźniowie.

- To było kiedyś, gdy działanie nie było tak silne. 

Czy chciałabyś się tam dostać?

background image

-  Gdyby nie było innego wyjścia - odparła. 

- A  lustro - podobnie jak  pozostała  magia - nie 

działa właściwie - ciągnął. - Nawet Jelerak nie moŜe 

nas dosięgnąć.

- MoŜe ma w tej chwili inne zmartwienia. KtóŜ to 

wie?

Baran wzruszył ramionami.

- Tak czy inaczej - powiedział - skutek jest taki 

sam. Nic się stąd nie wydostanie, nic tu nie dotrze.

-  Ale załoŜę się, Ŝe wielu próbuje się dostać. Dla 

kaŜdego czarownika to miejsce jest prawdziwą 

gratką.

- Byłoby, gdyby moŜna było przejąć nad nim 

kontrolę. Oczywiście nikt z zewnątrz nie ma pojęcia, 

gdzie tkwi błąd. To byłby ryzykowny krok.

-  Jednak mniej ryzykowny dla tych 

znajdujących się w środku, prawda?

Oblizał wargi i utkwił w niej wzrok.

- Nie jestem pewien, czy cię rozumiem... 

W tej chwili ze stajni wyszedł jeden z 

niewolników i minął ich pchając taczki wypełnione 

końskim nawozem. Semirama zaczekała, aŜ zniknie.

background image

- Obserwuję cię - rzekła. - Potrafię czytać w 

twoich myślach, Baran. Czy naprawdę uwaŜasz, Ŝe 

mógłbyś otrzymać to miejsce wbrew swemu panu?

- Semiramo, on się kończy. JuŜ stracił część swej 

mocy, a Tualua jest tego kolejnym przykładem. 

Jestem przekonany, Ŝe jest to moŜliwe, ale nie mógł-

bym uczynić tego w pojedynkę. Od wieków nie był 

tak osłabiony. 

Zaśmiała się.

- I ty mówisz o wiekach? O jego sile? Chodziłam 

po tym świecie, gdy był o wiele młodszy. Panowałam 

na Głównym Dworze Zachodu w Jandarze. Znałam 

Jeleraka, kiedy walczył z Bogiem. Czym wobec tego 

są te twoje stulecia?

- Ale Bóg przeklął go i oszpecił...

- On jednak przeŜył. Nie, realizacja twego 

marzenia nie byłaby łatwym zadaniem.

- Widzę - powiedział - Ŝe cię to nie interesuje. W 

porządku. Pamiętaj tylko, Ŝe istnieje ogromna 

róŜnica między marzeniem a czynem. A ja nigdy 

przeciwko niemu nie wystąpiłem.

- Nie ma potrzeby, bym informowała go o kaŜ-

background image

dym błahym słowie, które wypowiadamy - odrzekła.

Odpowiedział westchnieniem.

- Dzięki ci za to szepnął. - Ale byłaś królową. Czy 

nie pragniesz raz jeszcze takiej władzy?

- Władza mnie znudziła. Wdzięczna jestem 

za to, Ŝe Ŝyję po raz drugi. Jemu to zawdzięczam.

-  Wezwał  cię  tytko  dlatego,  bo  potrzebował 

kogoś, kto potrafi rozmawiać z Tualuą.

- Wszystko jedno...

Stali tak przez chwilę wyglądając przez okno. 

Mgły zniknęły, a ich oczom ukazały się mroczne 

kształty samousuwające się nad jaśniejącym, piasz-

czystym gościńcem. Baran przesunął dłonią w prawą 

stronę okna, a obraz przysunął się ku nim, aŜ znalazł 

się w odległości kilku kroków: dwóch ludzi z jucznym 

koniem zapadało się w ziemię.

- Ciągle nadchodzą - zauwaŜył Baran. - To 

czarownik i jego uczeń, mogę się załoŜyć...

Na ich oczach chmara czerwonych skorpionów, 

kaŜdy wielkości ludzkiego kciuka, pomknęła po 

piasku w kierunku poruszających się postaci. Widząc 

je zatapiający się męŜczyzna na przedzie wykonał 

background image

powolny, posuwisty gest. Wokół postaci wyłonił się 

krąg płomieni. Pająki zwolniły, cofnęły się i zaczęły 

krąŜyć po jego obwodzie.

- Tak. Teraz  zaklęcie  się  udało - pokiwał głową.

-  Czasami się udaje - odrzekła.  - Siły Tualui 

układają się w bardzo dziwaczne wzory.

Po chwili skorpiony rzuciły się w kierunku pło-

mieni, a ciała tych, które spłonęły, utworzyły mosty 

dla pozostałych. Tonący czarownik raz jeszcze uniósł 

dłoń i w płomiennym kręgu pojawił się drugi krąg. Po 

raz wtóry skorpiony poniechały na krótko ataku. I 

znów ruszyły na ogień pokonując kolejną przeszkodę. 

Tymczasem większość z nich przedzierała się przez 

piach, by dołączyć do pierwszej fali. Czarownik 

podniósł rękę i wykonał następny gest. Płomienie 

buchnęły na obrzeŜach trzeciego kręgu. W tym 

momencie falujące mgły zaćmiły cały widok.

- Do diabła! - rzucił Baran. - Akurat wtedy, gdy 

zaczynało być ciekawie. Jak myślisz, ile kręgów zdoła 

utworzyć?

- Pięć odpowiedziała. - Takie były jego 

moŜliwości.

background image

- Sam pomyślałem o czterech, ale być moŜe masz 

rację. Nastąpiło małe zakłócenie.

Gdzieś z oddali dochodził cichy, głuchy odgłos 

człapania.

- Jak to wyglądało? - zapytał po chwili.

- Co?

- Śmierć. A  potem  powrót  do  Ŝycia  po  tak 

długim czasie.  Nigdy o tym nie mówisz... 

Odwróciła wzrok.

- MoŜe myślisz, Ŝe ten czas spędziłam w jakimś 

straszliwym piekle? A moŜe w miejscu radości? śe to 

wszystko jest teraz dla mnie tajemnicze, nierealne? 

śe nic się nie wydarzyło? Po prostu pusta ciemność?

- Wszystko to przyszło mi kiedyś do głowy. A 

więc jak to było naprawdę?

- W  rzeczywistości  było  inaczej - odparła. 

Uległam licznym reinkarnacjom. Niektóre były 

bardzo ciekawe, inne raczej nudne.

- Naprawdę?

- Tak. W przeszłości byłam słuŜką w królestwie 

połoŜonym daleko na wschodzie i tam wkrótce 

zostałam sekretną faworytą króla. Kiedy Jelerak 

background image

przywrócił do Ŝycia moje prochy i natchnął je 

duchem, tamta biedna dziewczyna postradała zmysły. 

Mogę jedynie dodać, Ŝe stało się to w najmniej 

odpowiednim momencie - gdy radowała się piesz-

czotami władcy.

Przerwała na moment.

- Ale on nigdy tego nie zauwaŜył - zakończyła.

Baran przesunął się, aby spojrzeć jej w twarz. 

Śmiała się.

-  ZauwaŜyłeś to. Tak. Cieszę się, Ŝe jestem tu być

moŜe jedyną osobą, która wie coś na temat tych 

złoŜonych spraw.

-  Dziwka! - parsknął. - Zawsze pełna drwin. 

Nigdy nie dajesz jasnych odpowiedzi!

Odgłos nadchodzących kroków wzmógł się.

- Patrz! Widać teraz wyraźnie! Zakreśla juŜ 

szósty krąg!

Baran zaśmiał się po cichu.

- Oto i on. Z trudem porusza ręką. Nie wiem, czy 

uda mu się wpisać w kolejny krąg. MoŜliwe, Ŝe 

zapadnie się, zanim do niego dotrą. Zdaje się, Ŝe 

grzęźnie teraz szybciej.

background image

- Raz jeszcze spowija go mgła! Nigdy się nie 

dowiemy...

Odgłos stąpania wzmógł się, a oni zdąŜyli obrócić 

się, by ujrzeć purpurowego stwora o przekrzywio-

nych oczach i z łapami wyciągniętymi w kierunku 

komnaty, którą przed chwilą opuścił.

- Nie wchodź tam! - krzyknęła w mabrahoring. - 

Baran! Zatrzymaj go! Nie będę odpowiedzialna za to, 

co się stanie, jeśli demon przeszkodzi Tualui! Jeśli to 

miejsce zostanie oderwane...

-  Stop! - wrzasnął Baran wykonując obrót. 

Ale demon trzymając przy pysku podejrzany 

przedmiot pochylił się nad kupą nawozu i popędził w 

głąb jaskini.

Moment później tuŜ przed nim otwarła się pusta 

przestrzeń wydając dźwięk przypominający roz-

rywające się sukno, odkrywając niewielki skrawek 

absolutnej ciemności. Demon zatrzymał się i przypadł 

do ziemi.

W ciemnym otworze coś się poruszyło. Wynurzy-

ła się z niego niezwykłe biada dłoń. Demon drgnął, by 

zrobić unik i wycofać się, ale dłoń była szybsza. 

background image

Wystrzeliła w górę, chwyciła go za szyję i uniosła nad 

podłogą. Wykonała kolejny ruch, a ciemna przestrzeń 

popłynęła nad kopcem, przez jaskinię, za wrota i 

wzdłuŜ galerii.

ZbliŜyła się do Barana i Semiramy opuszczając 

stwora u stóp męŜczyzny. Następnie Dłoń zniknęła w 

ciemnościach, a towarzyszył temu rozdzierający 

dźwięk. Po chwili powietrze znowu było spokojne.

Semirama z trudem chwytała powietrze. Nie 

mogła znieść widoku ludzkiej nogi, zŜartej do połowy, 

którą demon trzymał w swej łapie.

-  Znowu był u więźniów! - wrzasnęła. - Poznaję 

ten tatuaŜ! To Joab, gruby czarownik ze Wschodu.

Baran kopnął skulonego potwora w zadek.

-  Nie  wchodź  do  tej  komnaty! Trzymaj się z 

dala od lochu! - krzyknął w języku mabrahoring, 

groŜąc pięścią. - Jeśli po raz wtóry zbliŜysz się do tego 

miejsca, spadnie na ciebie gniew Dłoni!

Kopnął ponownie, powalając potęŜnego stwora 

na ziemię. Potwór zaczął łkać, ściskając kurczowo 

nogę.

- Rozumiesz?

background image

- Tak - zaskomlał w tym samym języku.

-  Zatem pamiętaj moje słowa -  i znikaj mi z 

oczu!

Demon pognał w kierunku, z którego przybył. 

- Ale więźniowie... -wtrąciła Semirama.

-  Co z nimi? - zapytał Baran.

- On nie moŜe uwaŜać ich za swoją prywatną 

spiŜarnię.

- A dlaczego nie?

- W ręce Jeleraka muszą być oddani bez usz-

czerbku, by osobiście wymierzył im sprawiedliwość.

- Wątpię. Nie są aŜ tak waŜni. A jeśli chodzi o 

ścisłość, to trudno mu będzie wymierzyć gorszą karę.

- Mimo  wszystko...  oni są praktycznie jego 

więźniami. Nie naleŜą do nas. 

Baran wzruszył ramionami.

- Wątpię,  aby  kiedykolwiek  wyznaczył  nam 

takie zadanie. A jeśli do tego dojdzie, biorę na siebie 

pełną odpowiedzialność. 

Przerwał, a po chwili dodał:

- Nie jestem pewny, czy w ogóle powróci. A ty? 

Odwróciła się, by ponownie spojrzeć na mroczny 

background image

krajobraz za oknem.

- Nie  mam  pojęcia. A jeśli o to chodzi, nie 

wydaje mi się, by miało to jakieś znaczenie, przy-

najmniej w tej chwili.

-  A czym ta chwila róŜni się od pozostałych?

-  Jest zbyt wcześnie. Tym razem nie ma go 

dłuŜej niŜ poprzednio.

-  Oboje wiemy, Ŝe coś przytrafiło mu się w Ark-

tyce.

`

- Bywał juŜ w gorszych opałach. Jestem 

pewna. Byłam tam wcześniej, pamiętasz?

- Przypuśćmy, Ŝe nigdy nie powróci?

- To  akademickie  pytanie,  o  ile  Tualua  nie 

odzyska świadomości.

Oczy Barana zabłysły i zamrugały.

- A jeśli jutro twój pupilek wróci do zdrowia?

- Zaczekaj zatem do jutra!

Baran prychnął, odwrócił się na pięcie i maje-

statycznie podąŜył tam, gdzie zniknął potwór. W tym 

czasie Semirama zaczęła liczyć na palcach. 

Zatrzymała się na sześciu. W jej oczach pojawiły się 

łzy.

background image

* * *

Kraj był górzysty, dokoła roztaczała się bujna, 

wiosenna roślinność. Meliash siedział na niewielkim 

pagórku, oparty o stok piecami. Przed nim stała 

wbita w ziemię hebanowa róŜdŜka. Patrzył 

nieruchomo w dal. tam gdzie mgły, zaróŜowione 

światłem porannego słońca, przepływały nad za-

czarowaną krainą, odsłaniając coraz to nowy widok. 

Był barczystym męŜczyzną o brązowych włosach. 

Jego pomarańczowe szaty były zadziwiająco bogate 

jak na miejsce i okoliczności. Szyję zdobił złoty 

łańcuch, na którym wisiał błękitny kamień w kolorze 

jego oczu. Za nim kręcili się po obozowisku dwaj 

słudzy przygotowując poranny posiłek. Wolno 

pochylił się do przodu i połoŜył patce na róŜdŜce. 

Nadał patrzył bezmyślnie w przestrzeń. Raz po raz 

przenosił wzrok na wirujące mgły i kołyszące się fale 

cieni. W końcu zamarł w bezruchu i nasłuchiwał. Po 

chwili szepnął coś cicho i czekał. Odegrał tę scenę 

kitka razy, a następnie wstał i ruszył w stronę 

obozowiska.

background image

- Przygotuj dodatkowe nakrycie do śniadania - 

nakazał słuŜącemu ale jadła ma być dla kilku osób. 

Niech będzie gorące. Zapowiada się ciekawy dzień.

MęŜczyzna odburknął coś, ale wysypał warzywa 

z worka i zaczął je obierać. Potem podał je drugiemu, 

który wkroił je do rondla.

- Dodaj trochę mięsa.

-  Ale zapasy  się  kończą - odezwał się mały 

człowieczek z wyblakłą brodą.

- Zatem któryś z was musi dziś zapolować.

- Nie podobają mi się te lasy - zabrał głos drugi - 

chudy męŜczyzna o ostrych rysach i bardzo ciemnych 

oczach moŜna tu pewnie spotkać wilkołaka albo 

jakiegoś zabłąkanego złoczyńcę.

- Te lasy są bezpieczne - zapewnił Meliash. 

NiŜszy męŜczyzna zaczął kroić mięso.

- Kiedy przybędzie twój gość?  -  zapytał. 

Meliash wzruszył ramionami i odszedł, kierując 

się ku wzgórzu za obozowiskiem.

- Nie potrafię ocenić, ile czasu zajmie mu podróŜ. 

Ja...

Coś się poruszyło i tuŜ przed nim, obok 

background image

krzywego drzewa pojawił się zielony but. Potem 

drugi...

Stanął i podniósł głowę. Wysoka postać odwró-

cona była tyłem do słońca...

-  Dzień dobry - powiedział, zasłaniając przed 

słonecznym  blaskiem  oczy.        Jestem Meliash, 

straŜnik Zakonu w tym sektorze.

- Wiem - padła odpowiedź. - Witam cię, 

Meliashu!

Postać  ruszyła  bezszelestnie. Szczupła kobieta o 

jasnych włosach i jasnej cerze, o zielonych oczach i 

delikatnych rysach, odziana była w płaszcz, pas, 

czarną bluzę i bryczesy. Miała na sobie skórzaną 

kamizelkę, a głowę jej zdobiła przepaska w kolorze 

butów. U pasa wisiały czarne, cięŜkie rękawice, 

krótki miecz i długi sztylet. W lewej ręce trzymała 

lekki łuk bez cięciwy, wykonany z czerwonego 

drzewa, którego Meliash nie był w stanie nazwać. 

Rozpoznał jednak cięŜki, czarny pierścień z zielonym 

deseniem, który miała na drugim palcu. Nie czekając 

na rozpoznawczy znak Zakonu, klęknął na jedno 

kolano i pochylił głowę.

background image

-  Pani Marinty... - szepnął.

-  Wstań, Meliashu - odezwała się. - Jestem tu w 

sprawie, w której posłuŜysz za świadka. Mów do mnie 

Arlata.

-  Chciałbym cię od tego odwieść, Arlato - rzekł, 

podnosząc się - ryzyko jest ogromne.

- Podobnie jak i zysk - odpowiedziała. 

- Zjedz ze mną śniadanie - zaproponował - a coś 

ci o tym opowiem.

- JuŜ  jadłam - powiedziała, kierując się ku 

obozowisku - ale chętnie z tobą porozmawiam.

Dotarli do drewnianego stołu po południowej 

stronie ogniska i usiedli na ławie.

-  Czy mogę juŜ podawać? - spytał  młodszy 

sługa.

- Napijesz się herbaty? - zaproponował Meliash.

- O, tak. 

Kiwnął na słuŜącego.

- Dwie herbaty.

Zanim napój zaparzono, nalano do filiŜanek i 

przyniesiono, siedzieli w milczeniu, patrząc na zachód 

i obserwując spowitą w mgły Krainę Przemian.

background image

Gdy delektowała się herbatą, on równieŜ pod-

niósł swą filiŜankę i pociągnął łyk.

-  Dobra, zwłaszcza w tak chłodny poranek.

-  Świetna na kaŜdy poranek. Doskonały napar. 

Dziękuję. Dlaczego chcesz udać się do tego miejsca, 

pani?

- Dlaczego? W nim tkwi moc.

-  O ile wiem, posiadasz juŜ znaczną moc, nie 

mówiąc juŜ o bogactwach o bardziej przyziemnym 

charakterze.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

- Myślę, Ŝe masz rację. Ale moc zaklęta w tym 

niezwykłym miejscu jest ogromna. Przejąć władzę 

Starszego... MoŜesz nazwać mnie idealistką, ale to 

mogłoby dać tyle dobra. Byłabym w stanie uwolnić 

świat od wielu nieszczęść.

Meliash westchnął.

- Dlaczego nie moŜesz być tak samolubna jak 

pozostali? - zapytał. - Wiesz przecieŜ, Ŝe część mojej 

pracy tutaj polega na zniechęcaniu do takich wypraw.

Ale w tym przypadku twoja determinacja nie ułatwia 

mi zadania.

background image

- Znam stanowisko Zakonu. Twierdzisz, Ŝe 

Jelerak moŜe powrócić w kaŜdej chwili. Obecność 

intruzów moŜe wywołać incydent, w który zamie-

szany zostanie cały Zakon. Jesteś świadkiem bez 

skazy, podobnie jak czterech innych przypisanych do 

tego miejsca. Aby zadowolić Zakon składam 

przysięgę, Ŝe działam na własną odpowiedzialność. 

Czy to wystarczy?

- Technicznie, tak. Ale nie do tego zmierzałem. 

Nawet jeśli uda ci się przedrzeć, zamek ma swój 

własny system obronny. Agenci władcy są praw-

dopodobnie postawieni w stan pogotowia. A poza 

wszystkim, powaŜnie wątpię, aby ktoś ze Starszych 

zmuszony został do czynienia dobra, kiedy uda ci się 

przejąć nad zamkiem kontrolę. Są zepsuci do szpiku 

kości i najlepiej zostawić ich w spokoju. Pani, wróć 

do Krainy Elfów. Okazuj miłosierdzie w prostszy 

sposób. UwaŜam, Ŝe nawet jeśli ci się uda, przegrasz.

- Wszystko to słyszałam juŜ wcześniej - stwie-

rdziła - i dokładnie to przemyślałam. Dzięki za twą 

troskę, ale jestem zdecydowana. 

Meliash pociągnął łyk herbaty.

background image

- Próbowałem odezwał się w końcu. - Jeśli 

cokolwiek ci się tutaj stanie, pośpieszę ci z pomocą. 

Ale niczego nie mogę obiecać.

- O nic nie prosiłam.

Dokończyła herbatę i wstała.

- Ruszam. 

Meliash podniósł się z miejsca.

- Po co ten pośpiech? Jeszcze wcześnie. Później 

będzie ciepłej i widniej. A moŜe nadejdzie jeszcze 

jakiś śmiałek. We dwójkę będziecie mieli większą 

szansę.

- O nie! Bez względu na to, co to jest, nie mam 

zamiaru się z nikim dzielić.

- Jak sobie Ŝyczysz. Chodź, odprowadzę cię na 

skraj kręgu.

Ruszyli przez obozowisko w kierunku miejsca, 

gdzie trawa była coraz rzadsza. Kilka kroków dalej 

listowie bieliło się trupią bielą.

- Proszę - rzekł wykonując gest dłonią. - Około 

dwóch mil szerokości, prawie w kształcie koła. 

NajwyŜsze miejsce w zamku, gdzieś pośrodku. Pięciu 

przedstawicieli Zakonu stacjonuje na jego obwodzie 

background image

w równych odległościach od siebie - ich zadaniem jest 

badanie skutków, udzielanie porad i obserwacja. Jeśli 

będziesz musiała uŜyć czarów, przekonasz się, Ŝe nie 

osiągniesz zamierzonego efektu. Moc ich będzie rosła 

i malała, moŜe całkowicie zaniknie, moŜe coś ją 

zakłócić. Być moŜe otoczą cię stwory nieszkodliwe lub 

przeciwne, moŜe pochłonie cię sam krajobraz. 

Trudno przewidzieć, jak wyglądać będzie twoja 

podróŜ. Nie wierzę jednak, aby komukolwiek się to 

udało. A gdyby nawet tak było, nic się przez to nie 

zmieniło.

- Przypisujesz to wewnętrznym obrońcom?

- To bardzo prawdopodobne. Wydaje się, Ŝe sam 

zamek pozostaje nienaruszony.

- Oczywiście - odpowiedziała, patrząc mu w oczy 

- ale nie moŜna wyciągać Ŝadnych wniosków, patrząc 

jedynie na stan zamku. W niczym nie przypomina on 

innych budowli.

- Nigdy nie miałem pewności, choć być moŜe 

tkwi w tym jakaś prawda. Bractwo, a właściwie 

Zakon, właśnie to sprawdza.

- CóŜ, doskonale to wiem. Mogłam oszczędzić ci 

background image

kłopotów. Czy wiesz, kto nim zawiadywał, kiedy to się 

stało?

- Tak. Ktoś o imieniu Baran o Trzech Dłoniach. 

Był członkiem Zakonu i cieszył się powaŜaniem do 

chwili, kiedy przeszedł na stronę Jeleraka.

- Słyszałam o nim. Wydaje się, Ŝe jest jednym z 

tych, którzy sami sięgają po władzę, gdy tylko 

nadarzy się okazja.

- Być moŜe próbował i taki był tego skutek. Sam 

nie wiem.

- Myślę, Ŝe wkrótce się tego dowiem. Masz dla 

mnie jakąś radę?

- Nie bardzo. Przede wszystkim, musisz za-

stosować jakieś zaklęcie ochronne.

- To juŜ zostało zrobione.

- W czasie swej podróŜy zwracaj uwagę na fale 

zakłóceń. Będą krąŜyć wokół ciebie, na zewnątrz, 

nabierając siły. W zaleŜności od intensywności mogą 

przepływać obok od jednego do trzech razy. Ich 

tempo to tempo przybrzeŜnych fal oceanu w 

pogodnym dniu. Wraz z nimi wszystko będzie się 

zmieniać, a największe zagroŜenie ich czarów przy-

background image

płynie na ich grzbiecie.

- Jak długo mogą trwać?

- Nie byliśmy w stanie tego określić. Mogą 

zdarzyć się długie okresy ciszy, mogą pojawić się 

gwałtownie jedna po drugiej. Zjawiają się bez 

ostrzeŜenia.

Zamilkł, a ona rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. 

Odwrócił głowę.

- Tak? - spytała.

- Gdybyś została pokonana - odezwał się - gdybyś 

nie mogła się wycofać tub posunąć się naprzód, gdyby 

nie udała ci się przeprawa, byłbym wdzięczny, gdybyś 

zechciała skorzystać z jednego ze środków 

pozostających do dyspozycji Zakonu i poinformowała 

mnie o wszystkich szczegółach. 

Spojrzał na stojącą obok róŜdŜkę.

- Kiedy śmierć zajrzy mi w oczy, a będę mieć 

jeszcze siłę, w twoich archiwach pozostanie jakiś ślad 

- odrzekła. - A moŜe wykorzystasz to w inny sposób, o 

ile dotrze do ciebie moje przesłanie.

- Dziękuję - ich oczy spotkały się. - Mogę jedynie 

Ŝyczyć ci duŜo szczęścia.

background image

Odwróciła się tyłem do Krainy Przemian i za-

gwizdała cicho trzy razy.

Meliash odwrócił się i ujrzał białego konia ze 

złotą grzywą, który wybiegł z lasu za obozowiskiem. 

Z wysoko uniesionym łbem ruszył w ich stronę.

Meliash wstrzymał oddech na widok przepięk-

nego stworzenia.

Kiedy koń podbiegł do dziewczyny, przytuliła się 

do jego łba i przemówiła doń w języku Elfów. Potem 

szybko wskoczyła na jego grzbiet i po raz wtóry 

spojrzała na Krainę Przemian.

- Ostatnia fala pojawiła się przed wschodem 

słońca - rzucił - przez jakiś czas wszystko widać było 

bardzo wyraźnie za tymi dwoma pomarańczowymi 

szczytami po prawej stronie. Za chwilę ujrzysz je, tak 

mi się przynajmniej zdaje.

Zaczekali, aŜ lekki wiatr rozwiał mgły, a ich 

oczom ukazały się wyraźnie pierwsze skaliste wierz-

chołki.

- Spróbuję - zadecydowała. 

- Lepiej ty niŜ ktokolwiek inny. 

Pochyliła się do przodu i szepnęła coś cicho. Koń 

background image

zatopił się w bladej krainie. Po kilku chwilach 

zniknęli z pola widzenia.

Meliash zawrócił w kierunku obozu, dotykając 

po drodze ciemnej róŜdŜki. Zatrzymał się nagle, 

przeciągnął po niej palcami, zmarszczył brwi i przy-

kucnął.

Otworzył skórzany mieszek przywiązany do pa-

sa, wyciągnął zeń mały, Ŝółtawy kryształ, uniósł go ku 

górze i wypowiedział kilka słów. Z jego głębi 

wydobyła się twarz starca z długą brodą.

- Tak, Meliashu? - dotarły do niego słowa. 

- Mam dziwne wibracje - oświadczył. - A ty? Czy 

nadchodzi kolejna fala?

Stary męŜczyzna potrząsnął głową.

- Nic takiego nie ma u mnie miejsca. Nie. 

- Dziękuję. Wywołam Tarbę. 

Wypowiedział jeszcze jakieś słowa, twarz starca 

zniknęła, a na jej miejscu pojawiła się głowa ciemno-

skórego męŜczyzny w turbanie.

-  Co słychać w twoim sektorze? - zapytał. 

- Spokojnie - odparł Tarba.

-  Czy sprawdzałeś ostatnio swoją róŜdŜkę?

background image

-  Mam ją tu przy sobie. I nic. 

Porozumiał się jeszcze z pozostałymi straŜnikami 

- starszym męŜczyzną o wystających szczękach i 

jasnobłękitnych oczach oraz młodzieńcem o pooranej 

zmarszczkami twarzy. Ich odpowiedzi były takie 

same.

Wkładając kryształ do sakiewki, po raz wtóry 

ogarnął wzrokiem Krainę Przemian, ale Ŝadna nowa 

fala nie nadpłynęła. Dotknął swej róŜdŜki i doszedł do 

wniosku, Ŝe wibracje, które tak go niepokoiły, 

zniknęły.

Wrócił do obozowiska, zasiadł za stołem, podparł 

się pięściami i przymknął oczy.

-  Czy zjesz teraz śniadanie? - spytał młodszy 

sługa.

- Niech się jeszcze gotuje - odrzekł Meliash. - 

Przynieś mi jednak więcej herbaty.

Po chwili rozlał trochę napoju na blat stołu i 

palcami zaczął nakreślać jakieś wzory. Zamek, a 

więc... Wokół niego pentagram straŜników, zatem... 

Wydobywające się na zewnątrz spiralne fale, 

powstające przede wszystkim na zachodzie...

background image

Na rysunku pojawił się cień, więc podniósł 

wzrok. Obok niego stał ciemnowłosy młodzieniec 

średniego wzrostu, o ciemnych oczach i uśmiechu 

przylepionym do ust. Miał na sobie Ŝółtą tunikę i 

czarne, futrzane getry. Pas i klamra jego płaszcza 

wykonane były z brązu. Nosił krótką i starannie 

przystrzyŜoną brodę. Gdy napotkał wzrok Meliasha, 

kiwnął głową i uśmiechnął się.

- Wybacz. Nie słyszałem twoich kroków - 

odezwał się Meliash.

Spojrzał na słuŜących, ale ich  uwaga skupiona 

była na czymś innym.

-  Ale wiedziałeś o mym przybyciu?

- Z grubsza. Zwą mnie Meliash. Jestem tu 

straŜnikiem Zakonu.

- Wiem. Jestem Weleand z Murcave. Pragnę 

przemierzyć Krainę Przemian i uzyskać prawo do 

Zamku Wieczności, który leŜy w jej środku.

- Wieczności...?

-  Niektórzy z nas znają jego nazwę. 

Wymienili między sobą znak Zakonu.

- Usiądź - poprosił Meliash. - Zjedz ze mną 

background image

śniadanie. Ciepły posiłek dobrze ci zrobi.

- Dziękuję, ale nie. Jadłem juŜ.

- Czarkę herbaty?

- Wolę nie tracić czasu. Wybrałem długą drogę.

- Obawiam się, Ŝe niewiele ci o niej mogę 

opowiedzieć.

- Wiem wszystko, co na ten temat wiedzieć 

powinienem - odpowiedział Weleand. - Chciałbym 

jedynie zasięgnąć wieści, jak duŜy panuje na niej 

ruch.

- Jesteś dziś drugi. Pełnię tu słuŜbę od dwóch 

tygodni. Będziesz dwunastym, który chce przemie-

rzyć ten szlak. Nasze archiwa mówią o trzydziestu 

dwóch takich śmiałkach.

- Czy któremuś z nich się udało?

- Nie wiem.

- Świetnie.

- Przypuszczam, Ŝe nie uda mi się zmienić twoich 

planów?

- Jestem pewien, Ŝe zobowiązany jesteś do 

takiego postępowania. Ale czy ktokolwiek cię po-

słuchał?

background image

- Nie.

- Masz zatem odpowiedź.

- Doszedłeś do wniosku, Ŝe moc, którą moŜna 

zdobyć, warta jest ryzyka. Co byś z nią zrobił, gdyby 

ci się udało?

Weleand pochylił głowę.

- Co bym zrobił? - szepnął. - Naprawiłbym 

wszystkie krzywdy. Przemierzyłbym cały świat 

wzdłuŜ i wszerz, walcząc z niesprawiedliwością i 

nagradzając cnotę. Uczyniłbym z tej krainy lepsze 

miejsca do Ŝycia.

-  A jaki miałbyś z tego zysk? 

- Satysfakcję.

- No, cóŜ. Myślę, Ŝe o to chodzi. Tak, oczywiście. 

Naprawdę nie chcesz herbaty?

- Nie. Muszę juŜ ruszać. Chcę zdąŜyć przed 

zapadnięciem mroku.

- A zatem powodzenia.

- Dzięki. Ale chwileczkę, czy wśród tych trzy-

dziestu dwóch, o których wspomniałeś, znajdował się 

wysoki męŜczyzna w zielonych butach, podróŜujący 

na metalowym rumaku? 

background image

Meliash pokręcił przecząco głową.

- Nie. Nikt taki się tu nie pojawił. Jedyne buty 

Elfów jakie widziałem, nosiła kobieta - i to nie tak 

dawno.

- A któŜ to mógł być?

- Arlata z Marinty. Naprawdę? To ciekawe. 

- Zapomniałem, skąd pochodzisz.

- Murcave.

- Obawiam się, Ŝe nie znam.

- To małe hrabstwo, daleko na wschodzie. Mam 

swój mały udział w uczynieniu tego miejsca 

szczęśliwym.

- Oby takim pozostało - stwierdził Meliash. -

Metalowy rumak, mówisz?

- Tak.

- Nigdy takiego nie widziałem. Myślisz, Ŝe moŜe 

tu nadjechać?

- Wszystko jest moŜliwe.

- A czym jeszcze się on wyróŜnia?

- Jestem pewien, Ŝe to jeden z naszych tajemnych 

braci, biegły w Sztuce. Gdyby mu się udało, trudno 

sobie wyobrazić, jakie szkody mógłby wyrządzić.

background image

- Zakon nie będzie decydował, kto moŜe podjąć 

się tej próby.

- Wiem. Ale nikomu nie wolno rezygnować z 

udzielenia dobrych rad wskazówek, jeśli wiesz, o co 

mi chodzi.

- Myślę, Ŝe wiem, Weleandzie.

- ... a na imię ma Dilvish.

- Będę pamiętał.

Na twarzy Weleanda pojawił się uśmiech. 

Sięgnął po bogato zdobioną laskę, która stała oparta o 

drzewo. Meliash nie zauwaŜył jej wcześniej.

- Muszę juŜ ruszać. śyczę ci dobrego dnia, 

straŜniku.

-  Nie masz Ŝadnego wierzchowca ani zwierzęcia 

pociągowego?

- Moje potrzeby są niewielkie.

- Szczęśliwej podróŜy. Weleandzie. MęŜczyzna 

odwrócił się i pośpieszył w stronę

Krainy Przemian. Nie spojrzał za siebie. Po 

chwili Meliash wstał i popatrzył, jak znika we mgle.

background image

ROZDZIAŁ II

Hodgson napręŜył łańcuchy. Wrzynały się w jego 

dłonie i kostki, choć w ciągu miesiąca, który spędził w 

więzieniu, stracił na wadze odpowiednią ilość 

kilogramów. DuŜym palcem prawej nogi rysował linię 

na piaszczystej posadzce, łącząc ją z linią wyrytą 

przez sąsiada z boku. Następnie wygiął się i zawisł w 

łańcuchach, z trudem chwytając oddech.

Po przeciwnej stronie, obok wejścia, Odil - który 

był niŜszy od pozostałych - w podobny sposób starał 

się namalować figurę w swojej części diagramu.

- Pośpiesz się! - krzyknął czarnoksięŜnik Derkon, 

który wisiał po prawej stronie Hodgsona. - Chyba 

zbliŜa się jeden z nich.

Dwaj pomniejsi magowie, przykuci do tej samej 

ławy pod ścianą z lewej pokiwali głowami.

- Być moŜe powinniśmy to ukryć - zasugerował 

jeden z nich. - Odil wie, dokąd prowadzi jego część 

diagramu.

- Tak - potwierdził Hodgson, naciągając po-

nownie mięśnie. - Ukryjcie to diabelstwo!

background image

Wyciągnął stopę i lekko wsunął kępkę słomy w 

środek diagramu.

- Ale delikatnie! Niczego nie zniszczcie! Pozostali 

przyłączyli się do niego, wkopując wiązki słomy 

pokrywające podłogę do swoich sektorów. Odil 

narysował kolejną kreskę w swej figurze. Komnata 

wypełniła się niesamowitym, błękitnym blaskiem, a 

blady ptak, którego nie było tam wcześniej, miotał się 

między ścianami, aŜ w końcu znalazł wyjście i 

odleciał.

Blask złagodniał, Derkon mruczał coś pod no-

sem, a Odil wyrysował kolejny znak.

- Chyba coś słyszę - odezwał się ktoś stojący po 

lewej stronie, blisko drzwi.

Wszyscy zamilkli, nasłuchując; zza komnaty do-

biegł cichy brzęk.

- Odil - odezwał się szeptem Hodgson - błagam 

cię...

Mały człowieczek szarpnął ponownie. Pozostali 

ruszyli się, by ukryć wzór. Na zewnątrz usłyszeli 

sapanie. Odil namalował parę równoległych linii, 

druga była dłuŜsza od pierwszej, a potem ostroŜnie 

background image

nakreślił linię prostopadłą. Gdy skończył, opuściły go 

siły, a twarz zraszały mu kropelki potu.

- Zrobione! - oświadczył Derkon. - Jeśli znaki nie 

zostały zamazane, moŜemy spróbować. 

- Dasz sobie z tym radę? - spytał go Hodgson.

- To będzie moja pierwsza przyjemność od 

chwili, gdy tu przybyłem - odparł i zaczął cicho 

intonować wstępne zaklęcie.

DuŜo czasu upłynęło, zanim cokolwiek się 

wydarzyło. Wszyscy wpatrywali się w puste łańcuchy, 

w których zakuty był wcześniej męŜczyzna imieniem 

Joab, a za nimi rozciągała się mroczna ściana. 

Derkon zakończył pierwszy etap swego dzieła i nie 

mruŜąc nawet swych jasnych oczu wpatrywał się 

nieprzytomnie w jakiś niewidoczny punkt. Hodgson 

pochylił się w jego stronę, mrucząc coś pod nosem, 

jakby próbował przekazać mu część swej energii. 

Pozostali przyjęli podobną postawę.

W drzwiach pojawił się niespodziewanie potwór, 

który natychmiast rzucił się na przywiązanego 

naprzeciwko Hodgsona. Miał czerwone ciało, gruby 

ogon, kościstą posturę; łeb wieńczyły mu jelenie rogi, 

background image

czerwone oczy miotały błyskawice, ciemne szczęki 

miał szeroko rozwarte.

Gdy tylko dotknął środka ukrytej płaszczyzny, 

wydał z siebie przeszywający ryk i cisnął się naprzód, 

jakby zmagając się z niewidzialną ściana. Lśniące 

zęby widoczne w stałym grymasie zazgrzytały głośno.

Derkon wypowiedział tylko jedno słowo, zdecy-

dowanie, bez emocji.

Potwór zajęczał i pogrąŜył się w ciemności. Jego 

ciało zaczęło marszczyć się, jakby trawiły je niewi-

doczne płomienie. Wykrzywiając twarz w przera-

źliwym grymasie, zmagał się sam z sobą. Nagle 

pojawił się oślepiający błysk i stwór zniknął.

Wszyscy odetchnęli zgodnym chórem. Po chwili 

pojawiły się uśmiechy.

- Udało się... - rozległ się szept.

Derkon odwrócił się do Hodgsona i skinął głową, 

jakby oddawał mu dworski hołd.

- Całkiem  niezłe  jak  na  białego  maga. Nie 

myślałem, Ŝe to moŜe się udać.

- Sam nie byłem tego pewny - odparł Hodgson.

- Świetne widowisko - odezwał się ktoś po jego 

background image

lewej stronie.

- Mamy skuteczną pułapkę na demona - rzekł 

drugi.

- Skoro teraz zapewniliśmy sobie na jakiś czas 

przetrwanie - powiedział Hodgson -musimy 

opracować plan ucieczki i zadecydować, co potem.

- Ja chcę się jedynie stąd wydostać, zerwać z tym 

wszystkim i wrócić do domu - zabrał głos Vane 

stojący bliŜej ławy. - WciąŜ próbuję zaklęć, które 

znam, by wydostać się z kajdan i wyjść na wolność. 

Ale Ŝadne z nich tu nie działa.

Siedzący po jego lewej stronie Galt pokiwał 

twierdząco głową.

- Podobnie jak wy, od tygodni miaŜdŜę najsłab-

sze ogniwo w mym łańcuchu, bo nic innego się nie 

udaje - stwierdził Galt. - Zrobiłem juŜ pewien postęp, 

ale zanosi się na to, Ŝe potrzeba jeszcze kilku tygodni, 

by całkowicie pękł. Rozumiem, Ŝe nikt nie zna 

lepszego rozwiązania?

- Ja nie - odpowiedział Odil.

- Zdaje się, Ŝe jesteśmy ograniczeni do metod 

fizycznych - doszedł do wniosku Derkon. - Wszyscy 

background image

musimy nadał trzeć łańcuchy, dopóki nie przyjdzie 

nam do głowy jakiś lepszy pomysł.

- A jeśli wymyślimy coś albo uda nam się zerwać 

kajdany, co potem? - zauwaŜył słusznie Hodgson. - 

Czy powinniśmy uciekać? Czy moŜe mamy pozostać 

tutaj?

CzarnoksięŜnik Lorman - najstarszy - milczał 

przez długą chwilę w ciemnym rogu komnaty. W 

końcu przemówił, a jego głos przypominał rechot 

Ŝaby.

- Tak. Musimy spróbować wyzwolić się z łań-

cuchów metodami fizycznymi. Fale Tualui niweczą 

działanie magii. Nadal jednak musimy stosować 

czary, bo od czasu do czasu Tualua odpoczywa i 

wtedy powstają krótkie przerwy, w których moŜe 

nam się udać. Nasze połoŜenie względem jego lochu 

nie jest korzystne. Jego moc dociera tutaj, zanim 

zaczyna się wirowanie. Są jednak miejsca w tym 

zamczysku wolne od jego ingerencji - na przykład 

długa galeria obok lochu.

- Skąd o tym wiesz? - zapytał Derkon.

- Moc, która blokuje nasze czary, nie pozbawiła 

background image

mnie zdolności wyczuwania pewnych rzeczy na 

innych płaszczyznach - odparł starzec. - Tyle właśnie 

dostrzegłem - a nawet więcej.

- To dlaczego nic nie mówiłeś wcześniej?

- A co by nam to dało? Nie potrafię przewidzieć, 

kiedy nastąpi przerwa w przypływie, ani jak długo 

będzie trwała.

- Gdybyś ostrzegł nas, kiedy nastąpi przerwa, 

moglibyśmy przynajmniej wypróbować naszych za-

klęć - mruknął Hodgson.

- A co potem? Wydawało  mi  się,  Ŝe  tak  czy 

inaczej jesteśmy potępieni.

- Mówisz o tym w czasie przeszłym - zauwaŜył 

Derkon.

-Tak.

- A zatem ujrzałeś coś, co pozwała ci mieć 

nadzieję?

- MoŜe.

- Lormanie, twoja zdolność widzenia jest o wiele 

lepsza od naszej - oświadczył Hodgson. - Będziesz 

musiał nam o tym opowiedzieć.

Stary mag uniósł głowę. Jego Ŝółtawe oczy 

background image

utkwione były w niewidzialnym punkcie.

- Jest takie mistrzowskie zaklęcie bardzo 

skuteczne od wieków - które poniekąd scala to 

miejsce.

- Zaklęcie Tualui? - zapytał Vane. 

Lorman pokiwał przecząco głową.

- Nie. To nie jego dzieło. Być moŜe wymyślił je 

sam Jelerak. Tego nie wiem. Nie rozumiem go. 

Przeczuwam po prostu jego istnienie. Jest bardzo 

stare i w jakiś sposób wiąŜe to miejsce.

- Jak moŜe nam pomóc, skoro nie jesteś pewien, 

jaką spełnia funkcję?

- NiewaŜne, czyje rozumiemy. Co byście zrobili, 

gdyby w tej chwili opadły z was kajdany?

- Poszlibyśmy do domu - odpowiedział Vane.

- Tak po prostu przez bramę? Pieszo? A iłu 

straŜników, niewolników, zombich i demonów za-

mieszkuje to miejsce? Nawet gdy uda wam się ich 

ominąć, czy sprawi wam przyjemność spacer przez 

Krainę Przemian?

- Raz ją przemierzyłem - stwierdził Vane.

- Jesteś teraz słabszy.

background image

- To prawda. Wybacz. Ciągnij dalej. Jak to 

mistrzowskie zaklęcie moŜe nam pomóc?

- Nie moŜe. Ale jego brak - tak.

- Złamać zaklęcie, którego nie jestem pewien - 

zaklęcie, które wszystko wiąŜe? - spytał Derkon.

- Tak właśnie.

- Jeśli się uda, moŜe zniszczyć nas wszystkich. 

MoŜe, ale nie musi. Jeśli nie uczynimy niczego, to 

zginiemy z pewnością.

- Jak mamy się do tego zabrać? - zagadnął 

Derkon. - Aby je zniszczyć, musimy poznać jego 

charakter.

- Wystarczy prosty, lecz zdecydowany czar. 

Gdybyśmy przedarli się do tej galerii i połączyli nasze 

wysiłki...

- A co właściwie przeciw niemu skierujemy? - 

zadał pytanie Hodgson.

- Coś, co tuŜ obok przepływa z niezwykłą mocą - 

emanację samego Tualui.

- Powiedzmy, Ŝe się uda - zabrał głos Derkon - i 

Ŝe mistrzowskie zaklęcie zostanie przekreślone. Czy 

zdajesz sobie sprawę, jakie mogą być tego skutki?

background image

- Miejsce to znane jest w starych przekazach 

jako Zamek Wieczności - odezwał się Lorman. - 

śaden człowiek nie zna jego pochodzenia ani wieku. 

Podejrzewam, Ŝe to jest właśnie to zaklęcie ochronne. 

Gdy zostanie złamane, czuję, Ŝe to miejsce rozpadnie 

się wokół nas, przemieni się w kurz i Ŝwir.

- A jak nam to pomoŜe? - spytał Galt.

- Nie byłoby juŜ zamku, z którego trzeba uciekać 

-jedynie gruzy i zamęt. Tualua przyjąłby na siebie 

cały podmuch zwrotny, gdyŜ to właśnie jego moc 

byłaby skierowana przeciw mistrzowskiemu zaklęciu. 

MoŜe go to wystarczająco osłabić, a emanacje znikną. 

Kraina Przemian wróciłaby do dawnej świetności, a 

nasze czary zadziałałyby znowu. Ruszymy, 

przygotowani, by stawić czoła normalnym 

wyzwaniom.

- Przypuśćmy zagadnął Hodgson Ŝe zamiast 

ogłuszyć Tualuę, doprowadzimy go do wściekłości? A 

jeśli zacznie niszczyć wszystko wokół siebie?

Na twarz Lormana zawitał niewyraźny uśmiech. 

Wzruszył ramionami.

- Świat uboŜszy będzie o sześciu czarowników- 

background image

rzekł. - Oczywiście, ryzyko istnieje. Pomysł o innym 

rozwiązaniu.

- UŜywasz liczby pojedynczej - ciągnął Derkon. - 

Istnieje kilka rozwiązań.

- Jeśli masz jakiś lepszy plan, zapoznaj mnie z 

nim.

- W tej chwili nie mogę zaoferować niczego 

lepszego - oświadczył Derkon. - Gdybyśmy mieli się 

uwolnić, moŜemy uŜyć zaklęcia, o którym wspo-

mniałeś, by złamać zaklęcie mistrzowskie. ZałóŜmy, 

Ŝe wszystko potoczy się tak, jak myślisz - przeŜyjemy, 

a Tualua zostanie pozbawiony mocy - wtedy ucieczka 

nie ma sensu. Zdobędziemy godną pozazdroszczenia 

pozycję - pół tuzina czarowników, zjednoczonych i 

pełnych sił z bezradnym Starszym u naszych stóp. 

Bylibyśmy głupcami, gdybyśmy nie skrępowali go 

przy pierwszej okazji, tak jak kaŜdy z nas pierwotnie 

planował. Faktycznie nasze szansę na sukces byłyby 

całkiem niezłe.

Lorman przeŜuwał w ustach kosmyk wąsa.

- Sam teŜ myślałem o takim toku wydarzeń - 

odezwał się w końcu - i nie mam Ŝadnych racjonal-

background image

nych zastrzeŜeń. A mimo to mam silne przeczucie, Ŝe 

najlepszą rzeczą, jaką moŜemy zrobić, jest czmychnąć 

stąd, gdzie pieprz rośnie. Nie potrafię przewidzieć 

natury zagroŜenia, jeśli tu pozostaniemy, ale pewien 

jestem, Ŝe będzie ono bardzo powaŜne.

- Przyznajesz jednak, Ŝe to tylko przeczucie, 

obawa...

- Bardzo silna. 

Derkon spojrzał na pozostałych.

- Co wy na to? - spytał - jeśli się wydostaniemy - 

sięgamy po nagrodę czy uciekamy?

Odil oblizał wargi.

- Jeśli spróbujemy i przegramy - odezwał się - 

zginiemy, albo jeszcze gorzej.

- Prawda odparł Derkon. Ale kiedyś wszyscy 

staliśmy w obliczu tej samej decyzji, kiedy 

indywidualnie rozwaŜaliśmy przybycie w to miejsce i 

wszyscy tu dotarliśmy. Zgodnie z moim planem nasza 

pozycja będzie silniejsza, kiedy się zjednoczymy.

- Do chwili obecnej nie zdawałem sobie sprawy z 

wielkości mocy Tualui - odrzekł Odil.

- To tylko zwiększa nagrodę, gdy nam się uda.

background image

- Racja... 

Spojrzał na Vane'a.

- To nie jest warte takiej próby - oświadczył 

Vane.

Gdy to mówił, Galt pokiwał głową.

- Hodgson?

Hodgson popatrzył na kaŜdego z nich, zdając 

sobie sprawę Jak istotny będzie jego wybór. Derkon 

był uznanym uczniem najciemniejszych faz sztuki. 

Podobnie było kiedyś z Lormanem, ale ten w star-

szym wieku coraz częściej się wahał. Pozostali 

stanowili szary, obojętny tłumek, który nie pojmował 

istoty Sztuki. Jedynie Hodgson określił się jako 

wyznawca białego trendu.

- Plan twój ma zalety - zwrócił się do Derkona. - 

Ale jeśli nam się uda, cele nasze będą odmienne. 

Inaczej będziemy chcieli wykorzystać tę moc. 

Następna walka rozpęta się między nami samymi.

Derkon uśmiechnął się.

- Konflikty między nami mogą wystąpić w kaŜ-

dej sytuacji - zauwaŜył. - A przynajmniej teraz mamy 

okazję wszystko omówić, by nie działać pochopnie.

background image

- Wcześniej czy później pojawi się jakaś kwestia 

sporna.

- Takie jest Ŝycie - rzucił Derkon, wzruszając 

ramionami. - Musimy rozwiązywać nasze problemy, 

jak tylko się pojawią.

- Co oznacza, Ŝe jeśli przejmiemy kontrolę, tylko 

jeden z nas będzie się nią wystarczająco długo cieszyć.

- To nie musi się wydarzyć... 

- Ale się wydarzy. Wiesz, Ŝe tak będzie. 

- CóŜ... Co naleŜy uczynić? 

- Są bardzo wiąŜące przysięgi, które mogą 

chronić nas przed sobą oświadczył Hodgson.

Gdy wypowiadał te słowa zauwaŜył, Ŝe twarz 

Odila pojaśniała podobnie zareagowali Vane i 

Lorman. Obserwując te reakcje Derkon powstrzymał 

się od szyderstwa.

- Zanosi się na to. Ŝe jest to jedyny sposób, by 

zapewnić pełną współpracę - odezwał się po chwili. - 

śycie będzie przez to mniej ciekawe, ale z drugiej 

strony, moŜe nieco dłuŜsze. 

Zaśmiał się.

- Dobrze. Zgadzam się, jeśli taka będzie wola 

background image

pozostałych.

Galt skinął głową.

- A zatem zaczynajmy, zadecydował.

* * *

Semirama weszła do Komnaty Lochu. Brązowe 

kopce były o wiele mniejsze. Łopaty stały oparte o 

najbliŜszą ścianę. Niewolnicy opuścili wcześniej 

Komnatę. Baran przebywał w gabinecie Jeleraka, 

próbując odtworzyć ze zbutwiałych tomów zapom-

niane zaklęcie.

Wolno ruszyła na skraj lochu. TuŜ pod nim 

błyszczała nieruchoma talia wody. Raz jeszcze 

rozejrzała się po komnacie. Potem pochyliła się do 

przodu i wydała z siebie ostry, wibrujący dźwięk.

Z mrocznej powierzchni wynurzyły się ostroŜnie 

długie macki. Po chwili coś odpowiedziało jej w tym 

samym, egzotycznym języku.

Zaśmiała się cichutko i przysiadła na skraju 

szczeliny, spuszczając w dół nogi. Zanuciła serię 

ćwierkotów, milknąc od czasu do czasu, nadsłuchując 

odpowiedzi. Długa macka uniosła się ku górze, 

background image

opierając się delikatnie na jej  nodze.  Pieszcząc ją, 

wynurzyła się coraz bardziej.

* * *

Arlata z Marinty wolno jechała na swym wierz-

chowcu. Gdy tylko minęła pomarańczowe szczyty, 

wzmógł się wiatr i od czasu do czasu ze wzmoŜoną 

siłą zarzucał jej płaszcz na twarz i krępował ruchy 

ramion. W końcu ściągnęła go pasem. Kaptur 

nasunęła nisko na twarz, osłaniając oczy, i przewią-

zała go mocno. Wokół niej rozwiewały się mgły, ale 

widoczność, zamiast się poprawiać, stawała się coraz 

gorsza, gdyŜ tumany kurzu i piachu unosiły się ku 

górze. Kraina zaczęła nabierać brązowej barwy, więc 

postanowiła znaleźć schronienie pod niską krawędzią 

pomarańczowej skały.

Oczyściła swój strój z ziaren piachu. Jej wierz-

chowiec parsknął i pogrzebał nogą w ziemi. Wokół 

rozległa się seria delikatnych dźwięków dzwonka.

Spojrzała w dół i dostrzegła coś błyszczącego u 

podnóŜa skały. Zaintrygowana zeskoczyła z konia i 

sięgnęła po kawałek, który tęŜał najbliŜej końskiego 

background image

kopyta. Podniosła złamany kwiat z Ŝółtego szkła i 

utkwiła w nim wzrok.

W tym momencie zawodzenie wiatru przeszło w 

śmiech. Podnosząc wzrok Arlata ujrzała ogromną 

twarz uformowaną z piaskowego wiru unoszącego się 

tuŜ przed jej kryjówką. Wielkie, przepastne usta 

wykrzywione były w niezwykłym grymasie. Oczodoły 

wypełniała czarna pustka. Wstając zauwaŜyła, Ŝe 

twarz od podbródka do czoła zmieszanego z 

wirującym kurzem przewyŜszała ją znacznie. 

Wypuściła z rąk szklany kwiat,  który rozbił się u jej 

stóp.

- Kim jesteś? - zapytała.

W odpowiedzi wycie wiatru wzmogło się jeszcze 

bardziej, oczy zwęziły się, a usta przybrały kształt 

koła. Wydawało się, Ŝe teraz wszystkie dźwięki 

wydobywają się z nich niczym z komina.

Chciała zakryć uszy, ale coś ją powstrzymało. 

Twarz ruszyła w jej kierunku. Była całkiem prze-

zroczysta. Zostawiła za sobą coś błyszczącego. Arlata 

przywołała swe zakiecie ochronne i zaczęła 

przepędzać stwora.

background image

Twarz rozpadła się na kawałki i został po niej 

tylko wiatr.

Arlata wsiadła na konia i zaczerpnęła łyk napoju 

ze srebrnej flaszki, która zwisała z prawej strony 

delikatnego, zielonego siodła. W chwilę później była 

juŜ w drodze. Minęła drucianą klatkę, z której wy-

stawała prawa ręka i głowa skrystalizowanego 

szkieletu wystawionego na działanie szalonych 

wichrów.

Przedarła się przez rzekę ognia i ponownie za-

trzymała się u podnóŜa Ŝelaznej ściany.

* * *

- Podaj do stołu! - zaŜądał Meliash. - Jestem 

głodny.

Sam zasiadł na ławie i zaczął spisywać wydarze-

nia minionego ranka w swym dzienniku. Słońce stało 

juŜ wysoko, dzień był upalny. TuŜ nad jego głową 

para brązowych ptaszków wiła swe gniazdo. Kiedy 

przyniesiono strawę, odsunął dziennik i zabrał się do 

jedzenia.

Kończył właśnie drugi półmisek, gdy poczuł 

background image

wibracje. PoniewaŜ w Krainie Przemian nie były one 

niczym niezwykłym, nie przerwał jedzenia i zanurzył 

kawał zwykłego chleba w tłustym sosie. Dopiero gdy 

ptaki uciekły w popłochu, a wibracje przeszły w serię 

regularnych dźwięków, podniósł wzrok, otarł wąsy i 

popatrzył w tym kierunku. Na wschód. Zbyt mocne 

jak na końskie kopyta, a jednak...

To były uderzenia kopyt. Wstał. Pozostali 

podeszli cicho do obozowiska, ale taka dyskrecja nie 

była konieczna. Ktokolwiek to był, przedzierał się 

przez leśne poszycie niczym ślepa niszczycielka siła. 

śadnej delikatności, ani krzty finezji...

Dostrzegł mroczną postać między drzewami, 

która zbliŜając się do obozowiska, zwolniła kroku. 

Ogromna. Bardzo potęŜna jak na konia...

Dotknął kamienia zawieszonego na szyi i zrobił 

krok naprzód.

Nagłe mroczna postać zatrzymała się, nadal 

pozostając w ukryciu drzew. Kiedy Meliash zobaczył 

jeźdźca zeskakującego z cienistego rumaka, ruszył ku 

niemu w ciszy. MęŜczyzna kierował się duŜymi 

krokami w stronę obozu, bezszelestnie...

background image

Meliash stanął i zaczekał, aŜ wynurzy się z lasu. 

Był wysoki, szczupły, jasnowłosy; płaszcz i buty miały 

kolor zieleni. Gdy się zbliŜył, na rozpoznawczy znak 

odpowiedział przeciw-gestem, który nie był w uŜyciu 

od stuleci. Meliash rozpoznał go tylko dlatego, Ŝe 

jedną z jego pasji była historia. 

- Zwą mnie Meliash - odezwał się.

- A mnie Dilvish. Jesteś straŜnikiem na zakaza-

nym terenie?

Meliash uniósł brew i uśmiechnął się.

- Nie wiem, skąd przybywasz - rzekł- ale nikt nas 

tak nie nazywa od pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu 

łat.

- Naprawdę? - zdziwił się jego rozmówca. - Czym 

teraz jesteśmy?

- Zakonem.

- Zakonem?

- Tak. Krąg Czarodziejów, Czarowników i 

CzarnoksięŜników spowodował takie zamieszanie, Ŝe 

w końcu nazwa została zmieniona. Obecnie nie 

wypada uŜywać starych określeń.

- Będę pamiętał.

background image

- Czy chciałbyś zjeść ze mną posiłek?

- Cudownie -  wykrzyknął Dilvish. - To była 

długa podróŜ.

- Skąd? - zapytał Meliash, gdy ruszyli w kie-

runku obozu i stołu.

- Z wielu miejsc. Ostatnio z dalekiej Północy. 

Przysiedli na ławie, a wkrótce podano strawę. 

Meliash zabrał się ochoczo do jedzenia, jakby od 

dawna nie miał nic w ustach. Dilvish nie pozostawał 

w tyle.

- Twoje słowa, twój strój i wygląd - odezwał się 

Meliash, kiedy skończyli - świadczą o rodowodzie 

Elfów. Wiem jednak, Ŝe twoi rodacy nie mieszkają na 

Północy.

- Sporo podróŜuję.

-  ... i zdecydowałeś się tu przyjechać, by sięgnąć 

po moc.

- Jaką moc? 

Meliash opuścił łyŜkę i bacznie przyglądał się 

jego twarzy.

- Nie Ŝartujesz? - szepnął po chwili.

-Nie.

background image

Meliash zmarszczył brwi i podrapał się po skro-

niach.

- Obawiam się, Ŝe nie całkiem cię rozumiem -

rzekł. - Czy przybyłeś tu, aby odbyć podróŜ do zamku 

znajdującego się - wykonał gest ręką -w środku tego 

pustkowia?

-  Zgadza się - odpowiedział Dilvish, odłamując 

kolejny kawałek chleba. Meliash wyprostował się.

- Czy wiesz, po co tu jestem? 

- Myślę,  Ŝe  po  to,  by  zahamować  działanie 

zaklęcia,  które  wywołało  to  zjawisko        - padła 

odpowiedź. - By powstrzymać działanie zaklęcia.

-  Dlaczego uwaŜasz, Ŝe to wszystko przez 

zaklęcie?

Teraz zakłopotał się Dilvish. W końcu wzruszył 

ramionami.

-  A czy moŜe być coś innego? - odparł. - Jelerak 

został ranny juŜ wcześniej - na Północy. Przybył tu, 

by wylizać swe rany. Ukuł to zaklęcie, by broniło go, 

aŜ odzyska pełnię sił. To moŜe być nieśmiertelne 

zaklęcie. Bractwo - o, przepraszam - Zakon nie chce, 

aby wymknęło się spod kontroli, gdyby miał tam 

background image

wyzionąć ducha. I to dlatego tu jesteśmy. Tak 

przynajmniej myślę.

- To ma sens - odparł Meliash. - Ale jesteś w 

błędzie. Rzeczywiście to miejsce jest jedną z jego 

warowni. Gdzieś w środku Ŝyje jeden ze Starszych - 

pradawny krewny Starszych Bogów o długich 

mackach. Na imię ma Tualua. Jelerak przez długi 

czas sprawował nad nim kontrolę, wykorzystując 

jego moc do swych własnych celów. Nie wiemy, czy 

Jelerak jeszcze tam przebywa. Wiemy tylko, Ŝe 

Tualua najwyraźniej postradał zmysły a jeśli wierzyć 

tradycji, stan ten nie jest niczym niezwykłym dla jego 

rodzaju. Obecnie jego zajęcie stanowi wpatrywanie 

się w Krainę Przemian.

-  Jak moŜesz być tego tak pewny?

- Zakon zdołał ustalić, stosując wyrafinowane 

środki, Ŝe zjawisko, którego byłeś świadkiem, wynika 

z emanacji istoty magicznej samej w sobie, a nie z 

jakiegoś określonego zaklęcia. W dzisiejszych czasach 

zdarza się to bardzo rzadko, dlatego powołaliśmy te 

placówki.

- Nie jesteś tu po to, by je kontrolować w razie, 

background image

gdyby się uwolniło i stało się zagroŜeniem na szerszą 

skalę?

- Oczywiście, to takŜe.

- Nie jesteś tu po to, aby uŜyć go jako pułapki na 

Jeleraka?

Meliash poczerwieniał.

- Zakon zawsze zajmował neutralne stanowisko 

w stosunku do Jeleraka - oświadczył.

- A jednak nie pozwoliłeś mu na powrót do 

Lodowej WieŜy, trzymając przeciwko niemu w re-

zerwie Ridleya.

Meliash przybrał srogą minę i uwaŜnie spojrzał 

na Dilvisha. Nagle zanurzył prawą dłoń w przepast-

nych szatach i wydobył garść złotego pyłu, którym 

cisnął w kierunku Dilvisha. Ten, rozpoznawszy ową 

substancję, stał nieruchomo, uśmiechając się.

- AŜ tak bardzo się denerwujesz? - zauwaŜył. - 

Widzisz, Ŝe zachowuję mą postać. Jestem tym, kim 

jestem a nie Jelerakiem w przebraniu.

- A zatem skąd wiesz o wydarzeniach w Lodowej 

WieŜy?

- Jak juŜ wspomniałem,  bawiłem  ostatnio na 

background image

Północy.

- To zdarzyło się na Północy - ciągnął Meliash - 

działo się bez wiedzy Zakonu. Było dziełem grupy 

indywidualnych jego członków, którzy działali na 

własną rękę. W tej sprawie równieŜ pozostajemy 

neutralni.

Dilvish parsknął śmiechem.

- Oszczędzając siły na coś powaŜniejszego? - 

spytał.

- Niezwykłe trudno jest zorganizować grupę 

pełnych temperamentu indywidualistów, którzy 

zajęliby stanowisko w jakiejś sprawie. Mówisz tak, 

jakbyś sam nie naleŜał do nas. No właśnie, przeka-

załeś mi bardzo stary znak - znak, który wyszedł juŜ z 

obiegu.

- Nie było mnie przez długi czas. Ale kiedyś 

natęŜałem do Bractwa, zajmując dobre, choć po-

mniejsze stanowisko.

- Nadał mnie zadziwiasz. Chcesz przejechać 

przez ten niebezpieczny teren, by dotrzeć do niebez-

piecznego miejsca. KaŜdy, kto wybrał się w tę podróŜ, 

uczynił to w nadziei, Ŝe moŜe uda mu się pokonać 

background image

Tualuę - bo nie panuje juŜ nad swymi zmysłami, bo 

Jeleraka tam nie ma lub jest zbyt słaby, aby się 

bronić. Władza nad tym magicznym jestestwem 

rzeczywiście dałaby ogromną moc. A jednak nie o to 

ci chodzi?

- Nie - padła odpowiedź.

- To juŜ coś. Czy obraŜę cię, pytając, jaki jest 

twój cel? Prowadzę takie badania...

- Przybyłem, by zabić Jeleraka. 

Meliash utkwił w nim wzrok.

- Jeśli nie chcesz odpowiadać, nie będę, oczywi-

ście, cię zmuszał - zaczął.

- JuŜ odpowiedziałem rzekł Dilvish, podnosząc 

się z miejsca. - Jeśli on tam jest, stawię mu czoła. Jeśli 

nie, wyśledzę jego miejsce pobytu i spróbuję znowu.

Odwrócił się w stronę lasu.

- Dzięki za posiłek - rzekł. 

Poczuł na ramieniu dłoń Meliasha.

- Wierzę ci - usłyszał. - Ale nie jestem pewien, czy

zdajesz sobie sprawę, co cię czeka. ZałóŜmy, Ŝe uda ci 

się przedrzeć, znajdziesz się w środku i gdzieś go 

dopadniesz. Nawet osłabiony, jest 

background image

najniebezpieczniejszym czarownikiem na świecie. 

Rozerwie cię na strzępy, zamieni w pył, zaczaruje, 

wypędzi. Nikt, kto stanął w obliczu jego gniewu, nie 

przeŜył.

- JuŜ doświadczyłem jego gniewu,  teraz chcę, 

Ŝeby on doświadczył mojego.

- Trudno mi w to uwierzyć. 

Dilvish strząsnął dłoń Meliasha.

- Wierz lub nie. Wiem, co mam robić. 

- Myślisz, Ŝe magia Elfów okaŜe się wystar-

czająca?

- Być moŜe mam coś silniejszego.

- Co? - zapytał Meliash, ruszając za nim.

- Powiedziałem wszystko, co było konieczne - 

odparował Dilvish. - Raz jeszcze dziękuję za 

poczęstunek. Muszę juŜ ruszać.

Meliash zatrzymał się, patrząc, jak gość znika w 

lesie. Wydawało się, Ŝe dobiegło stamtąd kilka słów - 

poznał głos Dilvisha. Odpowiedzi, które padły, miały 

o wiele niŜszy ton. Z lewej strony usłyszał cięŜki 

tupot, a przez moment dostrzegł Dilvisha 

dosiadającego wielkiej, czarnej bestii. W tej właśnie 

background image

chwili padł na nią promień światła - zdała się być cała 

ze stali.

Uderzenia stały się bardziej gwałtowne. Otoczyli 

obozowisko i ruszyli w kierunku Krainy Przemian.

Wróciwszy do stołu Meliash pogrzebał w skó-

rzanej sakiewce. Zasiadł na ławie, wyciągnął kryształ 

i połoŜył go przed sobą na woreczku. Mówił coś cicho 

i zdecydowanie. Zaczekał chwilę, potem powtórzył te 

same słowa. Po chwili przerwy zaczął od nowa.

Zanim skończył, kryształ pojaśniał, ukazując 

długą, chudą twarz pokrytą zmarszczkami, przy-

ozdobioną bielą z góry i dołu. Czarne, przebiegłe oko 

mrugało obok martwego bielma. Twarz przybrała 

srogą minę. Usta poruszyły się. Meliash usłyszał: 

Tak?

- Czy przeszkodziłem ci, Rawk?

- W rzeczy samej - odezwał się jego rozmówca, 

oglądając się za siebie. - Czego chcesz?

- Sprawa Zakonu. To, czym się teraz zajmuję...

- Wymaga sprawdzenia archiwów.

- Obawiam się, Ŝe tak. Rawk westchnął.

- W porządku. Ona to sprawdzi. Co chcesz 

background image

wiedzieć?

Meliash uniósł dłonie. Wykonał gest.

- Był kiedyś przeciw-znak na nasz sygnał roz-

poznawczy - powiedział.

- Wszystko było wtedy o wiele młodsze - padła 

odpowiedź. - Pamiętam...

- Jeśli przypomnisz sobie dokładnie, kiedy ten 

znak był uŜywany, chcę, abyś sięgnął do archiwum i 

sprawdził listę wszystkich członków z tego okresu. 

Sprawdź, czy mieliśmy brata o imieniu Dilvish -Elfa. - 

Jednego z niŜszych kręgów. Jeśli tak, czy popadł w 

jakąś skrajność? Czy jest tam jakaś wzmianka o 

metalowym koniu czy podobnej bestii? Chciałbym 

wiedzieć o nim wszystko.

Rawk  wyczarował  gęsie  pióro,  zamachał  nim i 

coś pośpiesznie zapisał.

- Dobrze. Zrobię to i wrócę do ciebie.

- Jeszcze coś.

- Tak.

- Jeśli  juŜ  się  za  to  bierzesz,  sprawdź  przy 

okazji, co mamy na temat naszego obecnego członka - 

Weleanda z Murcave.

background image

Znów gęsie pióro.

- Zrobię to. Ten pierwszy zabrzmiał jakoś 

znajomie. Nie wiem dlaczego.

- Dowiedzmy się zatem.

- Jak wygląda sytuacja na zewnątrz? 

- Nic się nie zmieniło.

- Świetnie.  MoŜe się ustabilizuje. 

- Mam wraŜenie, Ŝe nie. 

- Zatem powodzenia. 

Kryształ pociemniał.

Meliash schował go i podąŜył przed siebie, by 

spojrzeć na krainę spowitą mgłami, które prze-

słaniały zamek. Samotny jeździec na jakimś cięŜkim i 

czarnym zwierzęciu odjeŜdŜał w dal, znikając za 

horyzontem.

background image

ROZDZIAŁ III

Black zatrzymał się. Dilvish wyjrzał spod 

zielonego szala, który okalał połowę jego twarzy, 

połoŜył prawą dłoń na rękojeści miecza i odwrócił 

głowę.

- Co się stało? - zapytał.

- Nic. To coś mniej namacalnego - odpowiedział 

rumak.

- Czy to coś, czym powinienem się zająć.

- Nie.  Wykryłem drobne fale rzeczywistości 

napływające w naszym kierunku. Musimy zaczekać. 

To szybko przejdzie obok nas.

- Co by się stało, gdybyśmy nie zaczekali?

- Pozostałby z ciebie jedynie popiół.

- Zaczekamy. To dobrze, Ŝe wyczuwasz takie 

rzeczy.

- W takim miejscu jak to moje umiejętności nie 

muszą być przecieŜ doskonałe. Wiesz przecieŜ, Ŝe to 

nie są zwyczajne czary.

- A zatem Meliash miał rację?

- Tak. To emanacje istoty magicznej.

background image

- Tytko jedna osoba moŜe je poznać?

- Tak mówią...

Dilvish poczuł nagły przypływ ciepła, a 

krajobraz przed nim zafalował i zachwiał się. Po 

chwili wiatr ucichł, a powietrze stało się bardziej 

przejrzyste. Dilvish dostrzegł błyszczące iglice, 

ciemne, przesuwające się kształty, skrawki błękitnej 

ziemi tub skały, szybujące w powietrzu piaskowe 

stwory, fontanny krwi - wszystko w oddali, wszystko 

w ułamkach sekund - i nie był w stanie stwierdzić, czy 

było to złudzenie czy rzeczywistość. Po chwili fala 

minęła. Wiatry ciągnące za sobą tumany kurzu 

zatarły cały widok.

- Przytul się do mnie mocno! - wykrzyknął 

Black.

Pomknęli naprzód z niewyobraŜalną szybkością.

- Po co ten pośpiech? - zawołał Dilvish, gdy 

przemierzali martwą z gorąca krainę, ale jego słowa 

pochwycił wiatr i poniósł gdzieś dalej.

Nabierali prędkości, aŜ Dilvish musiał przechylić 

się nisko i zacisnąć z całej siły oczy. Wiatr był teraz 

jednym potęŜnym ryzykiem. Po jakimś czasie zupe-

background image

łnie ucichł.

Dilvish zaczął wspominać wcześniejsze przygody, 

które przeŜył od chwili powrotu - od piekielnych ogni 

do wilgotnej, zielonej krainy, w której zmierzch 

zmagał się z tęczą. Zdawało mu się, Ŝe słyszy śpiew 

przy akompaniamencie starego instrumentu, 

pradawną pieśń, którą zapomniał dawno temu. 

Śpiewała drobna, jasnowłosa kobieta o zielonych 

oczach. Dookoła roztaczał się zapach dzikich 

kwiatów...

Wycie wiatru wdarło się w jego myśli. Zwalniali. 

Podniósł głowę. Po chwili otworzył oczy.

Wspinali się pod górę, a kroki Blacka stawały się 

coraz wolniejsze. Wkrótce przystanęli na szczycie 

wzgórza pod świecącym niebem. Wiatr ucichł. 

Dookoła przesuwała się mgła, tworząc w niektórych 

miejscach białą kipiel. Wydawało im się, Ŝe stoją na 

wyspie otoczonej morzem piany. Daleko przed nimi 

wznosił się Zamek Wieczności, maleńki jak szkic w 

róŜu, lawendzie, szarości i półcieniach - w ukośnym 

świetle poranka.

- Po co ten pośpiech? - zapytał Dilvish.

background image

- Fal było więcej - padła odpowiedź. - Musiałem 

się przedostać, zanim kolejna z nich dotarła do tej 

strefy.

-  Ach tak. Zatem moŜemy tu chwilę odpocząć i 

wybrać najlepszą trasę.

- Ale nie za długo. Ten wierzchołek moŜe zaraz 

wybuchnąć, stając się błotnistym wulkanem. Wy-

brałem juŜ kolejny etap naszej podróŜy, niezbyt 

jednak długi. Myślę, Ŝe podczas schodzenia trzeba się 

trzymać prawej strony. Tam będzie najjaśniej. 

Dilvish poczuł wibracje dochodzące z dołu.

- Lepiej będzie, jak zaraz ruszymy. 

- Przyjrzyj się Zamkowi Wieczności - odparł 

Black, patrząc przed siebie.

Dilvish ponownie skierował wzrok w tamtą stro-

nę.

- Miejsce wyrwane z czasu - ciągnął Black. -

Zawsze pragnąłem go zobaczyć.

Podziemne wstrząsy stały się coraz silniejsze.

- Och... Black...

- Zbudowany przez Starszych Bogów w jakimś 

tajemniczym celu; ma, jak powiadają, okrąŜać cały 

background image

czas;  zmienny,  tak  słyszałem,  ale niezniszczalny...

- Black?

- Co takiego?

- Ruszaj!

- Wybacz mi - powiedział. - Zachwyciłem się. 

Estetyka.

Opuszczając łeb, Black zanurzył się we mgłę 

otaczającej stok. Jego oczy Ŝarzyły się niczym węgle. 

Ziemia trzęsła się teraz miarowo, a przed sobą Dilvish 

spostrzegł pojawiające się szczeliny, które poszerzały 

się w mgnieniu oka. Wydobywały się z nich słupy 

dymu i mieszały z mgłą. Dokoła nich znów hulał 

wiatr, ale nie był tak silny jak poprzednio.

Skacząc między potęŜnymi głazami w kształcie 

kostek, w sposób bardzo niezwykły jak na konia, 

Black zjechał wolno na prawą stronę, tam gdzie teren 

był bardziej płaski, a mgła opadała miarowo. Dotarł 

do nich huk potęŜnej eksplozji, a z nieba spadł deszcz 

gorącego błota. Jednak tytko nieliczne krople zdołały 

ich dosięgnąć.

- W przyszłości - zauwaŜył Dilvish - wołałbym 

trzymać się z data od takich rzeczy.

background image

- Przepraszam - bąknął Black. - Przerwano mi w 

tak pięknym momencie.

Przeskoczył przez płot z płomieni, które wy-

strzeliły w górę tuŜ przed nim, i przez jakiś czas 

galopował wzdłuŜ czarnej, wrzącej rzeki, przez 

kanion, w którym wrzaski, zbyt przeraźliwe, by 

uznać je za ludzkie, wypełniały powietrze. Nad 

brzegiem rzeki kołysały się czarne kwiaty, sycząc i 

prychając. Drobiny światła unosiły się nad czarną 

wodą i odpływały w dat, by eksplodować cichymi 

trzaskami i wydobywać z siebie niezdrowy odór 

pośród fontanny iskier. Ziemia drŜała nieprzerwanie, 

a ciemna woda wylewała się z brzegów, plamiąc skały 

i piasek smolistą powłoką. Jakiś skrzydlaty stwór o 

małpiej twarzy przeleciał nad nimi. Był wielkości 

ogromnego ptaka, wydobywał z siebie przedziwne 

piski, szpony miał rozcapierzone. Dilvish ciął go 

kilkakrotnie, ale stwór wymykał się spod ostrza. W 

końcu zbyt blisko podleciał do łba Blacka. Ten zionął 

weń ogniem, rzucił ofiarę na ziemię i rozdeptał.

Rzeka zniknęła w wypełnionej parą grocie, którą 

przeszywało echo szlochów. Ziemia rozstąpiła się 

background image

niespodziewanie, Black przeskoczył rozpadlinę. Ze 

zgrzytem zwarła się tuŜ za nimi, a z lewej strony 

spadła na nich lawina piachu i kamieni. W odległej 

gardzieli kanionu jarzyły się błękitne ognie. Dilvish 

owinął się szczelnie płaszczem, a Black przyśpieszył 

kroku. Gdy tak pędzili, Dilvish trząsł się z zimna, a 

nie z upału, którego oczekiwał. Spojrzał w dół. 

zauwaŜył, Ŝe zarówno on, jak i Black przybrali 

intensywną kobaltową barwę. Poczuł, jak jego 

zesztywniałe kończyny stają się coraz bardziej kru-

che.

- To minie! Za chwilę będzie po wszystkim! - 

krzyknął Black.

I rzeczywiście, wszystko minęło gdzieś na 

wysokości spowitego w Ŝółtej chmurze nasypu, ale 

chwila ta trwała dość długo. Stali teraz trzęsąc się w 

ochronnym kręgu, wzniesionym przez Blacka. 

Zarówno barwa, jak i poczucie odrętwienia powoli 

mijały. Wiatr w tym miejscu był bardzo słaby. 

Dilvish poruszał palcami i pomasował ręce i ramiona.

- To była ta łatwiejsza część - odezwał się Black.

- Mam nadzieję, Ŝe to Ŝart. 

background image

Black zarysował ziemię kopytem.

- Nie odparł. Obawiam się, Ŝe bliŜej środka 

emanacje są silniejsze.

- Czy masz jakiś specjalny plan ataku w tej 

strefie?

- NałoŜyłem na nas wszystkie zaklęcia ochronne, 

jakie znam - powiedział - i jest to jedyna linia obrony. 

Tualua jest znacznie silniejszy ode mnie i kaŜde 

bezpośrednie z nim zetknięcie moŜe je stłumić. Muszę 

liczyć na mój refleks, szybkość oraz naszą wspólną 

siłę i pomysłowość.

- Tego właśnie się obawiałem.

- Jak dotąd słuŜyły nam dobrze.

- Zatem dlaczego kręcimy się dookoła?

- Nie kręcimy się. 

- Myślę, Ŝe tak.

Black uniósł łeb i spojrzał przez mgły. Ziemia 

pod nimi wydawała się wystarczająco twarda, ale...

- Chyba coś się dzieje - przyznał w końcu. - 

Wydaje mi się, Ŝe skała, która jest najdalej, zmienia 

swe połoŜenie. Zaryzykuję maleńkie zaklęcie. Być 

moŜe nie zadziała, moŜe zemści się na nas albo jego 

background image

skutek będzie odwrotny od zamierzonego. Chciałbym 

wzniecić wiatr, aby rozjaśnić krajobraz - muszę 

spojrzeć na naszą sytuację z lepszej perspektywy.

- Ruszaj!

Dilvish przywiązał się i czekał. Black mruczał coś 

w mabrahoring. Błędna lawina, która ich zalewała, 

ucichła, na parę chwil obrała jednolity kierunek i 

zniknęła. Minęło kilka minut i z prawej strony 

nadleciał silny wicher. Black zamilknął. Teraz obaj 

stali nieruchomo wpatrzeni przed siebie.

Powoli pogrąŜony we mgle nasyp zaczął 

poruszać się w lewą stronę. W jego głębi pojawiło się 

słabe, migające światełko. Migocące plamy stawały 

się coraz cieńsze, ale płynąca para natychmiast je 

pochłaniała.

Na ich oczach wszystko to zerwało się z uwięzi i 

odpłynęło w dal, odsłaniając ciemny krajobraz pod 

słonecznym niebem...

Zdawało się, Ŝe porusza się wszystko wokół 

odległego zamku, który stał odsłonięty, cały w 

łososiowych i pomarańczowych barwach. Tylko 

niektóre rzeczy poruszały się szybciej od pozosta-

background image

łych...

Posuwali się w prawo. Krajobraz roztaczający 

się tuŜ przed nimi równieŜ płynął w prawą stronę, 

wzniesienia znajdujące się dalej dryfowały szybciej. 

Jednak widniejące na horyzoncie błyszczące skały i 

szkliste drzewa gnały w stronę lewą. 

- Nie rozumiem - zaczął Black.

Ziemia zmarszczyła się. Teren, na którym od-

poczywali, niski i płaski, wznosił się teraz ku górze. 

Dilvish, będąc wyŜej od Blacka, zauwaŜył to pierwszy 

i zrozumiał.

- O BoŜe! - wykrzyknął.

Przed nimi w oddali pojawił się ogromny, 

okrągły otwór. Dokoła niego owijał się krajobraz i 

tworząc spiralę wkręcał się do środka; obdarzone 

niezwykłą plastycznością skały i krzaki, kłody 

drewniane i odpadki ciągnęły do tej potęŜnej, czarnej 

dziury, wirowały nad nią, by w końcu zniknąć nad jej 

brzegami wraz z całą powierzchnią ziemi.

- To wygląda jak wodny wir... - zauwaŜył 

Dilvish, odwracając głowę i spoglądając za siebie.

Tam takŜe wszystko poruszało się w przeciwnym 

background image

kierunku. Tylko...

- Przynajmniej jesteśmy bliŜej zewnętrznej kra-

wędzi niŜ środka - stwierdził. - Ale zmykajmy stąd 

szybko.

Black cofnął się i wzniósł przednie nogi. Po 

chwili opadł cięŜko na ziemię i zwrócił łeb ku północy.

Ruszył, przełamując krąg, który ich osłaniał.

- To moŜe nam pomóc - odezwał się. - Unosimy 

się na zachód w kierunku obracającego się brzegu. Do 

czasu, kiedy opuścimy ten niespokojny teren, 

zbliŜymy się nieco do naszego celu. 

Przyśpieszył kroku.

- Brzmi to obiecująco - zauwaŜył Dilvish ale 

zastanawiam się...

- Nad czym?

- Kiedy zbliŜymy się do krawędzi, do miejsca, 

gdzie kończy się ta platforma, a zaczyna twardy 

grunt...

- Tak. Wiem, o czym myślisz. 

Black poruszał się jeszcze szybciej.

- Ta czarna, kręta linia przed nami... - zauwaŜył 

Black, przyśpieszając. - Wydaje się, Ŝe ziemia tam 

background image

wrze.

Popędzili w kierunku ciemnej wstęgi. Mijały ich 

pojedyncze pasma mgieł. Do ich uszu dotarł niski, 

przeszywający ryk.

- To chyba jest wystarczająco szerokie. 

- Tak.

Dosięgały ich wibracje. Przed nimi kipiała rzeka 

kruszonych skał i ziemi, skwiercząc jak wrząca fosa. 

Gdy podjechali bliŜej, dźwięki stawały się coraz 

głośniejsze. Teren zaczął się obniŜać, kołysać się i 

Black zatrzymał się w odległości piętnastu kroków od 

miejsca, w którym zaczynało się wrzenie.

Dilvish zeskoczył z konia i wolno ruszył naprzód. 

Zachwiał się, ale odziane w elfie buty stopy poruszały 

się z niesamowitą precyzją, pomagając mu utrzymać 

równowagę. Przez centrum turbulencji przemknęła 

wielka kłoda, poruszając się na szczycie 

horyzontalnej lawiny. Uderzyła w wolno posuwający 

się kamień. Z głuchym łoskotem ustawiła się pionowo 

i na jego oczach rozpadła się w drzazgi. Dilvish 

pochylił się i podniósł kamień wielkości ludzkiej 

głowy. Rzucił go przed siebie. Podskoczył kilka razy, 

background image

zanim wyładował na grzbiecie silnej fali powietrza. 

Dilvish odczekał chwilę, dopasowując swój krok do 

wyniosłości terenu. Potem chwycił kolejny głaz i z 

tym samym efektem powtórzył swój wyczyn. Zrobił 

krok naprzód. Obok niego przeleciało kilka 

większych kamieni. Spojrzał w górę, w lewą stronę, 

tam, gdzie wzdłuŜ horyzontu przesunął się z lewa na 

prawo zamek. Po dwóch kolejnych krokach 

przystanął.

- MoŜe ci się uda - zawołał Black - jeśli 

wybierzesz odpowiedni moment. Ja będę uwaŜał na 

kamienie, które ułatwią ci przejście i zawołam cię. 

Elfie buty poniosą cię same.

Dilvish kiwnął głową i odwrócił się.

- Nie - odezwał się, dosiadając rumaka. -Musimy 

trzymać się razem.

- To za daleko, abym zdołał przeskoczyć.

- Zatem poczekamy,  aŜ pojawi  się coś więk-

szego.

- To ryzykowne. Ale to chyba jedyne wyjście. 

Niech będzie.

Black ponownie stanął na tylnych nogach i spoj-

background image

rzał w górę rzeki.

- Nie widzę nic odpowiedniego. 

Zrobił pełen obrót.

- Widzę teren, który opuściliśmy. Znajduje się 

znacznie bliŜej tego otworu.

- A ja widzę, jak zbliŜa się wielki głaz. 

Black  obrócił się i  stanął na czterech  nogach. 

Zamek pojawił się teraz przed nimi i przesunął się 

powoli w prawą stronę.

- Chwyć mnie mocno - polecił Black. - Jeśli 

upadnę, spróbuj zeskoczyć ze mnie i idź pieszo!

Black ustawił się naprzeciw ciemnej i mruczącej 

rzeki gruzu. Ziemia pod nimi wznosiła się, to znów 

opadała. Dilvish pochylił się i aŜ do bólu zacisnął nogi.

Odwrócił głowę w lewą stronę. Usłyszał z daleka 

potęŜny grzmot przypominający śmiech olbrzyma. 

Dostrzegł spadający z nieba deszcz płomieni, 

znikający gdzieś za horyzontem. Teraz Zamek 

Wieczności lśnił niczym ametyst. Ziemia zakołysała 

się łagodnie. Rozległ się dźwięk potęŜnego gongu 

uderzonego kilkakrotnie. Po nim nastąpił głośny 

trzask, jak gdyby rozpadła się ściana pełna okien. 

background image

Ciemna rzeka płynęła z łoskotem i hukiem.

- Oto jest - obwieścił Black.

Dilvish dojrzał na wpół wynurzony głaz, z tru-

dem pokonujący zakręt, posuwający się w ich 

kierunku...

Spróbował ocenić jego szybkość. Zamknął oczy i 

otworzył je po chwili. Obok przewinęło się pasemko 

mgły.

- Teraz! - wrzasnął Black.

Po chwili gnali przed siebie. Dilvish pomyślał, Ŝe 

ruszyli za wcześnie. Wydawało się, Ŝe kamień pojawił 

się na moment, by za chwilę zanurzyć się jeszcze 

bardziej. Jego powierzchnia nie gwarantowała 

punktu oparcia nawet najbardziej zręcznym 

stopom...

Szybowali w powietrzu.

Podświadomie Dilvish ponownie przymknął 

oczy. Zaszczekał zębami. Czuł, jak ciało Blacka 

skręca się, miał wraŜenie, Ŝe zsuwają się, spadają.

Otworzył oczy i zdał sobie sprawę, iŜ raz jeszcze 

szybują w powietrzu. Zacisnął szczękę.

Uderzyli w twardą powierzchnię i pędzili dalej. 

background image

Dilvish wyprostował się i odetchnął, zdając sobie 

sprawę, Ŝe przez cały czas wstrzymywał oddech.

Znajdowali się na południowy zachód od zamku i 

gnali przez skalistą równinę, wśród dymiących 

szczelin.

Black przystanął, gdy wspięli się na kamienisty 

pagórek, i spojrzał za siebie.

- Nieźle - rzekł. - Nie byłem pewien.

Za  moment  ruszył  w  stronę  dalszych  stoków, 

trzymając się prawej strony.

- Zastanawiam się, gdzie to wszystko przepada - 

mruknął Dilvish.

- Co?

 

- Te śmieci wciągane w dziurę.

- Myślę, Ŝe zostaną wyrzucone w innym miejscu - 

odparł Black, przyśpieszając kroku, gdy dotarli na 

piaszczysty teren.

- Pokrzepiająca myśl.

Gdy tytko dotknęli piaszczystej przestrzeni, roz-

legł się jakiś szelest. Małe, czarne, ruchliwe istoty 

pojawiły się niespodziewanie; Dilvish dostrzegł je 

podświadomie. Wyrastały wokół niczym nieprze-

background image

rwane chwasty. Piasek przed nimi zakołysał się, a na 

jego powierzchni pojawiły się większe i zwinniejsze 

wersje tych istot, wijąc się ku górze.

- To pałce! - wykrzyknął Dilvish, sam do siebie.

Black nie zareagował, pędząc dalej, kiedy potęŜ-

ne, purpurowe dłonie próbowały ich dosięgnąć, 

kołysząc się i wysuwając się wyŜej. Deptał po nich, a 

jego metalowe kończyny wyrywały się z ich uścisków, 

podczas gdy stawały się coraz wyŜsze, dłuŜsze, 

pokryte włosami niczym łodygi. Dilvish poczuł, jak 

coś ociera się o jego prawą stopę. Chwycił miecz i 

zaczął wymachiwać nim w dół, obcinając zachłanne 

palce, które podeszły za blisko. Black spuścił łeb i 

zionął ogniem, paląc przed sobą ziemię. W kotlinach 

unosiła się mgła, ale zatrzymywała się przy gruncie. 

Pod jasnobłękitnym niebem powietrze było czyste, 

jedynie na zachodzie unosiło się kilka kłębów chmur. 

Zamek, stojący teraz nieco bliŜej, błyszczał, jak 

gdyby ogień słonecznego światła odbijał się we 

wszystkich szybach.

Dilvish spływał kroplistym potem, tnąc mieczem 

na obie strony i ścinając dłonie, które wyrastały 

background image

przed nim jak las. ZbliŜyli się do skraju pola, gdzie 

ziemia zapadała się gwałtownie za niską, wydmową 

granicą. Kiedy podjechali bliŜej, ziemia napęczniała, 

a najpotęŜniejsza dłoń próbowała się z niej uwolnić. 

Dilvish zauwaŜył, Ŝe kroki Blacka stają się coraz 

dłuŜsze, a kości pod jego kopytami chrupią i pękają z 

trzaskiem. Ostatni odcinek przelecieli prawie w 

powietrzu. Black trzymał łeb wysoko w górze, a jego 

ognie straciły na siłę. Ogromna dłoń wyrosła na 

środku drogi.

Dilvish wiedział, co się stanie, zanim opuścili 

ziemię i zatoczyli łuk w powietrzu. Black przy-

szykował się do skoku, a dłoń ogromniała. Dilvish ciął 

w najbliŜsze palce, czując jak ostrze napotyka opór i 

zatapia się głęboko. Ręka zacisnęła się nagle w zwartą 

pięść, ustępując im całkowicie z drogi. Krwawiący 

kikut palca upadł na ziemię i potoczył się w dół 

wydmy.

ZjeŜdŜali ze stoku. Jego krawędź była bardziej 

stroma niŜ się spodziewali. Dilvish zesztywniał, 

widząc twardą, gładką i lśniącą powierzchnię, zanim 

kopyta Blacka stuknęły w ziemię. Był to bok 

background image

wielkiego, kulistego zagłębienia, na dnie którego 

parowała spokojna sadzawka. Powietrze wypełniały 

opary siarki, a w Ŝółtawej wodzie pływało coś, co 

przypominało rozkładający się ludzki tułów i inne 

skrawki, niegdyś prawdopodobnie wypełnione 

Ŝyciem.

Kiedy uderzyli w połyskującą powierzchnię, ko-

pyta Blacka wyśliznęły się spod niego i Dilvish 

przewrócił się na lewą stronę. Podskoczył unikając 

zmiaŜdŜenia, cofnął się i stoczył w dół, trzymając w 

dłoni miecz.

Elfie buty dotknęły powierzchni. Dilvish odzy-

skał równowagę. Wysunął lewą rękę i przerzucił ją 

nad prawym ramieniem, obejmując lewy bok Blacka.

Black zsuwał się nadał, Dilvish poczuł, Ŝe za 

chwilę pękną mu golenie. Zaparł się stopami, schował 

miecz do pochwy, przekręcił się i obiema dłońmi 

chwycił Blacka. Ten pociągnął go za sobą i Dilvish 

zwalił się jak długi.

Raz jeszcze poruszył stopami, odzyskując czucie, 

przykucnął, nie wypuszczając Blacka z uścisku. 

Tymczasem przednie kopyta Blacka poruszyły się 

background image

gwałtownie, tworząc wyŜłobienia. Głową naprzód 

wierzchowiec ześlizgiwał się w stronę sadzawki.

Dilvish przesuwał swój uścisk, zmieniając kolej-

no dłonie, po lewym boku i grzbiecie Blacka, aŜ 

wreszcie złapał go za szyję. Nie zatrzymał się do 

momentu, kiedy znalazł się przed swym zsuwającym 

się ogierem. Jego elfie buty zaciskały się przy kaŜdym 

kroku, gdy tylko próbował podtrzymać napierający 

cięŜar. Ramiona i uda napięły się do granic 

wytrzymałości, kości trzeszczały, ale Black zaczął 

zwalniać, ruchy jego przednich kończyn stały się 

bardziej stabilne, a siła kaŜdego nacisku staranniej 

ukierunkowana.

Odór sadzawki narastał draŜniąc jego nozdrza. 

Dilvish spojrzał za siebie i dostrzegł, Ŝe przebyli 

większą część stoku. Nie obejrzał się ponownie, lecz 

podwoił swe wysiłki na rzecz utrzymania równowagi.

Prawe przednie kopyto Blacka zapadło się i 

utknęło, rysując głęboko gładką powierzchnię, z 

której wydobył się potęŜny deszcz szklanych 

cząsteczek. Po chwili utknęło jego lewe kopyto, a 

Dilvish dźwignął się z całej siły. Black stanął na obu 

background image

nogach, choć jego zad wlókł się po ziemi. Próbował 

ruszyć się, grzebiąc ostatecznie w podłoŜu. Dilvish 

chwycił go za szyję, zaparł się nogami, napręŜając się 

to w przód, to ku górze.

Black zatrzymał się, podniósł zad i zastygł w bez-

ruchu. Dilvish powoli odpoczywał, złapał głęboki 

oddech i zakasłał, gdy niezdrowe opary wdarły się do 

płuc.

- Nie rób ani jednego kroku w tył - ostrzegł 

Black.

- Dilvish spojrzał za siebie.

W miejscu oddalonym o krok zachlupotały cicho 

pieniste wody. Dilvish wzdrygnął się. ZauwaŜył, Ŝe na 

środku sadzawki rzeczywiście unosiły się resztki 

ludzkiego ciała. Tu i ówdzie widać było gołe kości. Tu 

woda była nieco ciemniejsza. Widział, jak ciało 

rozkłada się na jego oczach. Odwrócił wzrok.

- Co teraz? - spytał Black. - Nie znam Ŝadnego 

zaklęcia, które pomogłoby w sytuacji takiej jak ta.

Dilvish uśmiechnął się słabo i rzucił okiem na 

szlak, który przebyli.

background image

- Nie moŜemy się zastanawiać. Musimy wybrać 

trudniejszy wariant - zauwaŜył. - Pozwól mi zbadać tę 

gładką powierzchnię.

Oderwał powoli dłoń od szyi Blacka, wypros-

tował się i wyciągnął miecz. Zrobił kilka kroków w 

lewo, uniósł miecz i zamachnął się, przeszywając 

gładką, pochyłą taflę. Ostrze zagłębiło się na kilka 

cali, a wokół pojawiły się liczne rysy na szerokość 

dłoni.

- To moŜe się udać - obwieścił Dilvish - jeśli 

zrobię kilka punktów oparcia, moŜe zdołasz się 

obrócić i podnieść.

- Uczyń to - odezwał się Black - a ja postaram się 

znaleźć własne punkty oparcia. W tej chwili czuję się 

lekko zawieszony w powietrzu.

- Tak - odparł Dilvish, kaszląc. - Nie rób nic, co 

wymaga ruchu.

Odwrócił się i ponownie zaatakował stok. Posy-

pały się odpadki.

Po kilku minutach posiekał torowisko długości 

ośmiu stóp, kierując się w prawo od Blacka.

- I jak to wygląda? - zapytał.

background image

- Kiedy się wydostanę, poczuję się podniesiony 

na duchu i ciele - odparł Black. - Przypuszczam, Ŝe 

najlepiej będzie, jeśli ruszymy po linii prostej, w 

prawo.

- Chyba masz rację - odpowiedział Dilvish, 

chowając miecz i stając po lewej stronie Blacka. - 

Będę wypychał cię ku górze. Najpierw prawe kopyto.

Chwycił Blacka i otoczył ramieniem jego szyję.

- Powiedz, kiedy będziesz gotów!

Bardzo ostroŜnie Black uniósł prawe kopyto i 

wyciągnął je, powoli obracając ciało. Postawił nogę 

na odległej ścieŜce i przeniósł nań cały cięŜar swego 

ciała.

- Teraz kolej na prawdziwy test.

Podniósł lewą nogę. W mgnieniu oka Dilvish 

poczuł narastający opór. Kiedy Black wyprostował 

kończynę, Dilvish napiął wszystkie mięśnie. Oddech 

palił mu nozdrza. Powoli kończyna lądowała na 

pobliskiej ścieŜce. CięŜar jednak nie ustawał. Black 

unosił właśnie tylnią lewą nogę i próbował postawić 

ją w pustym zagłębieniu. Gdy tylko mu się udało, 

poruszył prawą nogą.

background image

- Jeszcze dwa kroki... - szepnął, przesuwając 

prawą tylną nogę na ścieŜkę.

- Teraz...

Dilvish podtrzymywał ześlizgującego się rumaka, 

próbującego stanąć na ścieŜce. Black zrobił kilka 

kroków naprzód, a Dilvish westchnął, zakasłał i 

wyciągnął się.

- Dobrze - powiedział Black. - Dobrze. 

Dilvish obwiązał szalem nos i usta, stając z boku 

Blacka, między nim a sadzawką. Black przesuwał się 

w stronę ścieŜki.

- Co teraz? - spytał Dilvish.

- Nie bój się! Patrz.

Prawe przednie kopyto Blacka mignęło w 

powietrzu, drąŜąc potęŜną dziurę w lśniącej tafli. 

Lewe kopyto wylądowało nieco wyŜej. Podciągnął się 

i znowu poruszył lewą nogą. Wkrótce jego tylne nogi 

znalazły się w wyŜłobionych zagłębieniach.

- Muszę ci podziękować - odezwał się, przesu-

wając w przód kopyto.

Dilvish  oparł  prawą  dłoń  na  grzbiecie  Blacka 

i dopasował się do jego wolnego kroku.

background image

- Chyba niebo pociemniało podczas naszego 

pobytu na dole - zauwaŜył.

- Emanacje są teraz bardzo silne - stwierdził 

Black. - Ale nie czuję, aby w tę stronę płynęły jakieś 

zmienne fale.

- Co to znaczy?

- Prawie wszystko.

Gdy tak posuwali się ku górze, niebo stawało się 

coraz ciemniejsze, oblane szarzejącym światłem. Po 

kilku minutach usłyszeli krótki, przeraźliwy pisk 

dochodzący z góry, a po krawędzi zsuwała się 

mroczna postać, wysoko, po lewej stronie.

- AleŜ to człowiek! - wykrzyknął Black. 

Palce Dilvisha wylądowały na biodrach.

- Tutaj! - wrzasnął.

Zerwał pas i rzucił przed siebie, a dzięki 

cięŜarowi masywnej sprzączki pas wylądował 

dokładnie na drodze spadającego człowieka. Obok 

przeleciał długi kij, uderzając Dilvisha w ramię.

- Łap! - ryknął.

MęŜczyzna obrócił się i chwycił lewą ręką za pas 

tuŜ nad sprzączką. Dilvish zebrał siły i przekręcił się, 

background image

podczas gdy ten drugi ześlizgiwał się obok.

- Nie puszczaj! - krzyknął męŜczyzna, ściskając 

pas, gdy jego ciało zatoczyło łuk.

- Nie mam zamiaru tracić dobrego pasa po to 

tylko, by ujrzeć człowieka w kwaśnym dole - odparł 

Dilvish przez zaciśnięte zęby, czując teraz cięŜar tego 

drugiego. - Poza tym ściemnia się i niewiele bym 

zobaczył - stwierdził, wyciągając męŜczyznę i 

chwytając go za rękę.

W dole, nad sadzawką pojawił się zielonkawy 

błysk, a po chwili uniosła się oślepiająca fontanna 

iskier.

- Moja laska! - zajęczał męŜczyzna, spoglądając 

przez ramię. - Moja laska! Nie masz pojęcia, ile 

zawierała sztuczek, jakie siły w sobie mieściła!

- ZałoŜę się, Ŝe twoje Ŝycie jest więcej warte - 

zauwaŜył Dilvish, zawiązując sobie na szyi pas i 

chwytając męŜczyznę za rękę.

Na powierzchni sadzawki, która przybrała teraz 

zieloną barwę, pojawiły się ogromne bąble, a opary 

przyprawiały o zawrót głowy.

MęŜczyzna zdobył się na uśmiech.

background image

- Oczywiście masz rację - stwierdził, a jego buty 

zsuwały się w dół, gdy tylko próbował odzyskać 

równowagę. W jednej chwili z jego ust posypał się 

stek wyzwisk. Dilvish słuchał z podziwem, gdyŜ nawet 

w czasach swej słuŜby wojskowej nie znał nikogo, kto 

mógłby mu dorównać.

- Zdołałeś przekląć bogów, o których zapomnieli 

nawet kapłani zauwaŜył z trwogą w głosie, w czasie 

gdy męŜczyzna zrobił małą przerwę i zakasłał. - 

Tylko Sztuce zawdzięczam to, Ŝe mogę cię stąd 

wyciągnąć. Nie próbuj się podnosić. Pociągnę cię tam, 

gdzie czeka mój rumak.

Dilvish przeciągnął męŜczyznę przez stok; uno-

sząc jego rękę okrytą Ŝółtą materią i przerzucając ją 

przez ramię, pomógł mu dosiąść Blacka. TuŜ za nimi, 

w zmąconej sadzawce, rozległa się seria drobnych 

eksplozji.

- Nie próbuj szukać jakiegoś oparcia - poradził 

Dilvish. - Pochył się, a my cię zawieziemy. Niech 

twoje stopy wloką się po ziemi.

MęŜczyzna patrzył przez chwilę na Dilvisha i 

skinął głową.

background image

Dilvish i Black przystąpili do wspinaczki. Po 

ciemnym niebie przesuwały się pasemka mgieł. Stok 

pod ich stopami zadrŜał łagodnie, a w sadzawce 

nastąpił kolejny wybuch. Black zatrzymał się w po-

łowie drogi i zaczekał do końca eksplozji.

- To właśnie twoja laska - zwrócił uwagę Dilvish.

MęŜczyzna zazgrzytał zębami i coś mruknął.

Kopyta Blacka zazgrzytały na szklistej powierz-

chni.

- To było jak umowa z uczciwym bankierem 

odezwał się w końcu męŜczyzna. Przez łata 

inwestowałem w nią moc, nawet gdy nie było takiej 

potrzeby. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe bez niej zamek 

będzie trudniejszy do zdobycia.

- To smutne - stwierdził Dilvish. - Dlaczego tak 

bardzo zaleŜy ci na zamku?

MęŜczyzna rzucił mu krótkie spojrzenie.

Podchodzili do granic, przystając kilkakrotnie 

po drodze i czekając, aŜ miną sporadyczne wstrząsy 

dochodzące z dołu. Kiedy Dilvish spojrzał za siebie, 

ujrzał jedynie deszcz zielonej piany, która sięgała 

jednej trzeciej zagłębienia. Tu powietrze było bar-

background image

dziej przejrzyste, a z północnego zachodu wiał lekki 

wiatr.

Równym krokiem przeszli ostatni odcinek i 

dotarli do grani. Kiedy stanęli na trwałym gruncie, 

Dilvish opuścił szał na szyję i odpiął pas. Black 

wypuścił smugę dymu. MęŜczyzna, którego uratowali, 

czyścił swe czarne, futrzane sztylpy. Stali teraz 

naprzeciw zamku, który wyglądał niczym atramen-

towa statuetka na tle ciemnego nieba. Słońce świeciło 

słabym blaskiem jak unoszący się w przestworzach 

księŜyc.

- Jeśli nie stłukłem lub nie zgubiłem moich 

manierek, napijemy się wina i wody - powiedział 

Dilvish, obchodząc Blacka z prawej strony.

- Doskonale.

- Zwą mnie Dilvish.

- A ja jestem Weleand z Murcave i zaczynam 

zastanawiać się nad tym miejscem.

- Co masz na myśli?

- Myślałem, Ŝe Tualua, który tam Ŝyje, dostał 

kolejnego ataku szaleństwa - tu zrobił gest ręką - i 

dokonał tego wszystkiego dzięki swej nieokiełznanej 

background image

energii i marzeniom.

- Chyba tak.

- Nie.

- A zatem?

- Nie wszystkie urojenia są śmiertelne - nawet 

jego. Nie wszystkie są wyrafinowane. Ten pas wokół 

zamku wydaje się być starannie zaplanowaną serią 

śmiertelnych pułapek ochronnych, a nie pijanym 

urojeniem ograniczonego pół-boga.

Dilvish podał mu manierkę, a ten pociągnął z 

niej długi łyk.

- Dlaczego i jak jest to moŜliwe? - zapytał.

Weleand opuścił manierkę i zaśmiał się.

- Znaczy to, przyjacielu, Ŝe ktoś przejął juŜ tam 

władzę. Stworzył to wszystko, by trzymać nas z 

daleka do czasu, kiedy umocni swe panowanie.

Dilvish uśmiechnął się.

- Albo gdy odzyska swą moc - rzekł. - Zmęczony, 

ranny Jelerak równieŜ mógł zbudować taką obronę, 

by osaczyć swych wrogów.

Weleand pociągnął kolejny łyk i przekazał 

manierkę. Otarł usta dłonią i pogłaskał się po 

background image

brodzie. Być moŜe jest tak, jak mówisz, ale...

- Co?

- Ale ja uwaŜam inaczej. To prastare sztuczki. 

Zaczerpnąłby mocy i wrócił do zdrowia. Potem nie 

miałby potrzeby takich szaleństw.

Dilvish napił się z butelki i powoli skinął głową. 

- To moŜe być prawda, o ile nie jest krańcowo 

wyczerpany albo nie stracił panowania nad rzeczy-

wistością. To nic nowego, Ŝe uczeń występuje przeciw 

swemu mistrzowi.

Weleand utkwił wzrok w zamku.

- Znam tytko jeden sposób, aby dowiedzieć się, 

kto w nim panuje - odezwał się w końcu.

Wsunął dłonie w kieszenie sztylp i zaczął 

wędrówkę w kierunku zamczyska. Dilvish wsiadł na 

Blacka i wolno ruszył za nim. Pochylił się do przodu i 

szepnął jedno słowo:

- WraŜenia.

-Ten człowiek - odparł cicho Black - moŜe być 

bardzo potęŜnym białym czarownikiem udającym 

kogoś groźnego. Z drugiej strony, moŜe być tak 

czarny jak moja skóra nie wierzę, aby był kimś 

background image

pośrednim. Pewny jestem jego mocy.

Gdy tak jechali, wzmógł się wiatr, a z ziemi 

uniosły się mgły. Posuwali się w kierunku skalnego 

lasu pełnego wysokich, bielonych kamieni o 

nieregularnych kształtach. Kiedy do niego wjechali, 

umilkły odgłosy na sypkim proszku pokrywającym 

ziemię, który od czasu do czasu unosił się wokół nich 

niczym śnieŜna zamieć. Szalejący wśród skalistych 

wieŜ wiatr śpiewał wysokim, drŜącym tonem. W cie-

niach monolitów dzwoniły szklane kwiaty. Weleand 

cięŜkim krokiem posuwał się naprzód, lekko 

przygarbiony. Dookoła szczytów wiły się serpentyny 

bladych mgieł. Gdzieś w powietrzu pojawiły się małe 

punkciki białego i pomarańczowego światła, które 

wirowały i przeszywały przestrzeń lotem strzały. To 

wszystko przypomniało Dilvishowi jego ostatnią 

wyprawę ku dalekiej północy, choć tu temperatura 

nie była tak niska. Dwadzieścia kroków przed nim 

powiewał brązowy płaszcz Weleanda. Nagle 

męŜczyzna zatrzymał się, obrócił się w prawą stronę i 

wybuchnął śmiechem.

Dilvish podjechał bliŜej i wybałuszył oczy. W gó-

background image

rze kamiennej ścieŜki, pokrytej częściowo rzadkim 

pyłem, widniała zawilgocona, człekopodobna postać 

wsparta na obu kolanach i prawej ręce; lewa dłoń 

była uniesiona, a na pociągłej twarzy malowało się 

zdumienie. Dilvish zbliŜył się nieco i zauwaŜył, Ŝe 

pozorna wilgoć była w rzeczywistości jednolitym, 

szklanym połyskiem z delikatnym odcieniem błękitu. 

Dostrzegł teŜ, Ŝe spodnie tej postaci spuszczone były 

do kolan.

Dilvish pochylił się do przodu i dotknął wyciąg-

niętej dłoni.

- Szklany monument człowieka załatwiającego 

swą naturalną potrzebę? - odezwał się.

W odpowiedzi usłyszał chichot Weleanda.

- On nie był kiedyś szklanym pomnikiem - rzekł 

Weleand. - Spójrz na jego twarz! Gdybyśmy mieli 

kawałek mosięŜnej płytki, moglibyśmy wyryć napis: 

,,Złapany z opuszczonymi spodniami, kiedy powiały 

wichry".

- Znane ci są te zjawiska? - spytał Dilvish.

- Eliminacja czy wichry?

- Mówię powaŜnie. Co się tu wydarzyło?

background image

- Zdaje się, Ŝe Tualua - lub jego pan - włączył do 

swych zapasów bardziej kruche aspekty trans-

formującego wichru. Na początku świata wichry 

takie były zjawiskiem powszechnym - oddech 

pijanego bóstwa? - i pozostawiły  tak  osobliwe 

artefakty,  które czasami  odkopywane są na pus-

tyniach Południa. Bywają niekiedy zabawne - jak ten 

lub jak para odkryta pod Kaladeshem, obecnie 

znajdująca się w kolekcji Lorda Hyelmota z 

Kubadabu. Napisano o tym kilka ksiąŜek - dziś nie 

ma ich w obiegu - które katalogują...

- Dość! - wykrzyknął Dilvish. - Czy moŜna coś 

zrobić dla tego biedaka?

- Nie, zaraz powieje kolejny wicher i 

retransformuje go. To mało prawdopodobne. Jeśli 

chcesz mieć jakąś pamiątkę, nie krępuj się. On jest 

bardzo kruchy. O tu, pokaŜę ci.

Wyciągnął dłoń w kierunku ucha postaci. Dilvish 

złapał go za przegub.

- Nie. Niech tak zostanie. 

Weleand wzruszył ramionami i opuścił rękę.

- Przynajmniej pocieszający jest fakt, Ŝe ktoko-

background image

lwiek za tym stoi, ma poczucie humoru zauwaŜył. 

Odwrócił się na pięcie, wsunął ręce do kieszeni i 

ruszył przed siebie.

Dilvish i Black kroczyli za nim. Mijały długie 

chwile, wokół dryfowały światła wiatr nieprzerwanie 

ciągnął swą pieśń.

- Black! Skręcaj w lewo!

- Co się stało? 

- Rób, co mówię!

Black skręcił natychmiast, prześlizgując się mię-

dzy dwiema bladymi iglicami, okrąŜając trzecią. 

Stanął.

- W którą stronę?

- W lewo. Jeszcze bardziej. Ujrzałem to w blasku 

światełka. Chyba to widziałem... Teraz prosto przed 

siebie, potem w prawo. Z powrotem.

Przemykali się wśród cieni. Weleand zniknął im 

z oczu. Z góry spłynęło światło, minęło ich, tran-

sformując groteskowy, skalisty stos w coś innego, 

lśniącego i jasnego...

- Na Boga! - wrzasnął Dilvish, zeskakując na 

ziemię i rzucając się w tamtym kierunku. - To 

background image

niemoŜliwe...

Pochylił się jeszcze bardziej, wbijając wzrok w 

cień, który okalał postać. 

- To...

Wyciągnął dłoń i ostroŜnie, niezwykle delikatnie 

dotknął twarzy i przesunął po niej palcami. 

Przepłynęło koło nich następne światełko, skacząc to 

w górę, to w dół, drgając bez końca. Black, który 

prawie zawsze w takich momentach stał nieruchomo, 

przestępował teraz z nogi na nogę.

Światełko uspokoiło się i raz jeszcze poszybowało 

ku górze.

- ...ona! - złapał oddech Dilvish, kiedy blask padł 

na pieszczoną przez niego twarz.

Upadł na kolana i kilkakrotnie pokłonił się. 

Potem uniósł wzrok, zmarszczył brwi i zmruŜył oczy.

- Ale jak to moŜliwe tutaj - po tyłu tatach? 

Black  mruknął  coś  niewyraźnie  i  posunął  się 

w przód.

- Dilvishu - powiedział - co to takiego? Co się 

stało?

- W poprzednim Ŝyciu, zanim rzucono na mnie 

background image

klątwę - zaczął swą opowieść Dilvish -zanim... 

Kochałem elfią damę - Feverę z Miraty. Stoi tu przed 

nami. Ale jak to moŜliwe? Minęło tyle czasu, a ta 

Kraina Przemian jest świeŜej daty... A ona się nie 

zmieniła. Ja... Nie rozumiem. Co to za szalony 

wybryk losu spotkać kogoś, wobec kogo porzuciło się 

wszelką nadzieję właśnie tutaj, zamarzniętą na wieki? 

Zrobiłbym wszystko, by ją odzyskać.

Kiedy tak mówił, punkcik światła odpłynął, choć 

tuŜ obok padł snop bladego, księŜycowego blasku. 

Pozostałe światła dryfowały w oddali, a w ich stronę 

posuwał się przedziwny cień.

- Wszystko? Czy powiedziałeś wszystko? - 

usłyszał głęboki, znajomy głos Weleanda.

MęŜczyzna podszedł bliŜej, w pół-świetle wydał 

się jeszcze wyŜszy. Stanął w środku trójkąta utwo-

rzonego przez Dilvisha, Blacka i posąg.

- Myślałem, Ŝe powiedziałeś kiedyś, iŜ nic nie 

moŜna uczynić - odezwał się Dilvish.

- To prawda, w normalnych warunkach - od-

powiedział Weleand i dotknął zamarzniętego ra-

mienia kobiety, która stała, trzymając rękę na uździe 

background image

lśniącego rumaka, i patrzyła przed siebie. - Ale biorąc 

pod uwagę twą niezwykłą ofertę...

Jego lewa dłoń wystrzeliła w powietrze i wylądo-

wała na szyi Blacka.

Black wydał z siebie jęk, stanął dęba, a w oczach 

rozpaliły się ognie. Ręka Weleanda przesunęła się po 

jego piersi i zatrzymała się na drŜącej nodze.

- Znam cię! - wrzasnął Black, a z jego pyska 

wystrzeliła mała błyskawica, padła z dala od 

Weleanda i zwęgliła kawałek ziemi.

Black zamarł w bezruchu, a ognie w jego oczach 

wygasły. Skórę pokrywał mu teraz szklisty blask. 

Dziewczyna westchnęła i upadła obok konia. Rumak 

zarŜał cicho i poruszył kopytem.

Weleand natychmiast minął Blacka, spojrzał na 

Ŝywy obraz i chwytając rogi swego płaszcza pochylił 

się w ukłonie.

- Według Ŝyczenia - odezwał się z uśmiechem. - 

Jeden moŜe zająć miejsce drugiego. Lordzie Dilvishu 

- a w tym przypadku byłem w stanie dorzucić konia 

tej damy. Sam tego chciałeś. Jak mówią, przysługa za 

przysługę...

background image

Dilvish rzucił się ku niemu, ale męŜczyzna uniósł 

się nagle w górę, niczym na wietrze i pofrunął w 

stronę skalistych wieŜ. Jego rozłoŜony płaszcz 

przypominał wielkie, ciemne skrzydło. Weleand 

skierował się na północny wschód i zniknął z widoku.

Dilvish podszedł do Blacka, który stał na tylnych 

nogach niczym posąg z czarnego lodu, i wyciągnął ku 

niemu dłoń. Black zakołysał się i runął.

background image

ROZDZIAŁ IV

Baran z Blackwold przechadzał się po małej 

komnacie. Na stole pod ścianą leŜało kilka starych 

ksiąg. Wszystkie przedmioty osobistego uŜytku leŜały 

rozrzucone na podłodze, a on spacerując nie 

spoglądał na ziemię.

W wykutej z Ŝelaza misternej ramie wisiało 

długie zwierciadło o szarawym blasku. Rama pokryta 

była figurkami ludzi i zwierząt zmagających się z 

dziką naturą. W głębi zwierciadła unosił się 

wydłuŜony, złoto-pomarańczowy kształt, niczym ryba 

w cienistym stawie. Nie było to odbicie Ŝadnego z 

przedmiotów znajdujących się w pokoju.

- Nakazuję ci mówić odezwał się niskim głosem 

Baran. - Miałeś wielką szansę zbadać mechanizm 

działania zwierciadła. Opowiedz mi o tym!

Zza szkła doleciał go dźwięczny, prawie radosny 

głos.

- To jest bardzo skomplikowane. 

- Wiedziałem o tym wcześniej.

- Chcę powiedzieć, Ŝe wiem, jak działa, ale nie 

background image

rozumiem jego skutków, uŜyte zaklęcia są niezwykle 

wyrafinowane.

Zdawało się, jakby postać wypływała na 

powierzchnię. Stawała się coraz większa. Odwróciła 

się. Ciało przesłonięte miała lśniącą, wydłuŜoną 

głową, która wyciągała się tak, by wypełnić całe 

lustro trójkątne oczy, skóra pokryta złotą łuską, małe 

usta nad drobnym, szpiczastym podbródkiem; pod 

szerokim czołem wyrastały trzy niewielkie róŜki, 

ukryte nieco w miękkiej, falującej grzywie piór i pło-

mieni.

- Proszę, uwolnij mnie! - padła prośba. - To 

przechodnia brama z jednego miejsca w drugie. Nic 

więcej nie mogę ci powiedzieć.

Baran  stanął, podniósł głowę i splótł ręce na 

plecach. Popatrzył i uśmiechnął się.

- Spróbuj - rzekł. - Spróbuj opisać mi jego 

mechanizm obronny. KaŜdy straŜnik, którego w nim 

osadziłem, by strzegł jego działania, znikał po kilku 

dniach. Dlaczego?

- Trudno mi nawet przypuszczać. Obecnie za-

klęcia znajdują się w stanie uśpienia, czekając na 

background image

właściwy klucz. A jednak wydaje się, Ŝe z jego głębi 

dobywa się jakiś ruch, jakby poruszono coś bardzo 

lodowatego, by oczyściło zablokowaną drogę.

- Czy ty potrafisz ją zablokować? 

- Tak.

- Co byś zrobił, gdyby pojawiła się taka lodowa 

istota?

- Gdybym tu był, broniłbym się przed nią 

własnym ogniem.

- Czy taka obrona byłaby skuteczna?

- Nie mam pojęcia.

- Proszę, nie wnikaj juŜ w ten aspekt zaklęcia i 

powiedz mi, jak je zniszczyć.

- Niestety! To za głęboko.

- Zaklinam cię na wszystkie imiona, które cię tu 

sprowadzają, pozostań w głębi zwierciadła. Nie 

pozwól, aby ktokolwiek lub cokolwiek dotarło do tego 

miejsca lub je opuściło. Broń się z całych sił i mocy 

przed lodową istotą, gdyby tylko chciała cię zniszczyć 

albo wypędzić.

- A zatem nie uwolnisz mnie?

- Jeszcze nie tym razem.

background image

- Błagam cię: rozwaŜ swą decyzję. Tu jest bardzo 

niebezpiecznie. Nie chcę skończyć tak jak inni, którzy 

juŜ nie Ŝyją.

- Chcesz mi powiedzieć, Ŝe zwierciadło nie moŜe 

być blokowane przez dłuŜszy czas?

- Boję się, Ŝe tak właśnie jest.

- A zatem wytłumacz mi pewną zagadkę, jako Ŝe 

uwaŜają cię za mędrca: nie tak dawno temu, w 

Lodowej WieŜy, ktoś o imieniu Ridley zdołał 

zablokować zwierciadło, takie jak to, na zawsze. W 

jaki sposób udało mu się pokonać jego moc?

- Nie wiem. MoŜe wykorzystał straŜnika o wiele 

potęŜniejszego ode mnie, aby uŜył swej energii 

przeciwko działaniu lustra.

- To niewykonalne. UŜyta moc musiałaby być 

przeogromna a jego umiejętności niezwykle 

wyrafinowane. 

- A jednak tak się mogło stać. Nawet w moim 

królestwie słyszy się o kimś takim.

Baran potrząsnął głową.

- Nie wierzę, by takie zdolności i moc były w jego 

zasięgu. Kiedyś go znałem.

background image

- Ja nie. 

Baran wzruszył ramionami.

- Słyszałeś mój rozkaz. Pozostań we wnętrzu i 

blokuj działanie klucza. Jeśli zginiesz, zadanie to 

przejmie twój następca. MoŜe brakuje mi takich 

zdolności lub mocy, lecz w nadmiarze znajdę takich 

jak ty.

- Nie moŜesz tego zrobić! - zaskomlał. 

Dookoła rozległo się ogłuszające łkanie.

- Milcz! Wracaj w głąb i rób, co ci nakazałem.

Twarz zawirowała, skurczyła się i zniknęła, 

stając się punkcikiem zwierciadła. Baran zaczął 

zbierać swe magiczne instrumenty i chować je do 

skrzyń, komód i szuflad.

Kiedy pokój został uprzątnięty, przyniósł kosz i 

nocnik z ozdobnej szafy stojącej przy małym okienku. 

Umieścił oba przedmioty przed lustrem i jednym 

kopnięciem ustawił przy nich niewielką ławkę. 

Przeszedł przez komnatę i odryglował drzwi.

- Ty - odezwał się, otwierając je. - Wchodź!

Młody niewolnik odziany w bezbarwną tunikę, 

sztylpy i sandały wszedł bokiem do pokoju, roz-

background image

glądając się niepewnie.

Kiedy Baran dotknął jego ramienia, skulił się ze 

strachu.

- Nie skrzywdzę cię, jeśli wykonasz zadanie. 

Przygotowałem wszystko dla twej wygody.

Pociągnął go w stronę ławki.

- W koszu znajdziesz jedzenie i wodę. Jest teŜ 

nocnik, gdyŜ pod Ŝadnym pozorem nie wolno ci 

opuszczać tego miejsca.

Młody męŜczyzna pokiwał szybko głową.

- Spójrz w to lustro i powiedz mi, co widzisz.

- Pokój, panie. I nas...

- Spójrz głębiej. Jest tam coś, czego nie ma tutaj.

- Masz na myśli ten mały, jasny punkcik, 

poruszający się w tyle?

- Dokładnie. Nie moŜesz spuścić go z oka. Gdy 

tylko zniknie, musisz przyjść do mnie i powiedzieć mi 

o tym natychmiast. Nie wolno ci zasnąć - później 

przyślę drugiego niewolnika, aby cię zastąpił, zanim 

dopadnie cię zmęczenie. Rozumiesz?

- Tak, panie.

- Masz jakieś pytania?

background image

- A jeśli nie będzie cię w komnatach?

- Zostawię tam swojego człowieka. On będzie 

wiedział, gdzie mnie szukać. Jeszcze coś?

- Nie, panie.

Baran podszedł do szafy i wyjął szczotkę i 

naręcze dywaników. Wracając rzucił je na ziemię, 

pod stopy sługi.

-  A teraz, młodzieńcze, wbij sobie w głowę moje 

słowa, jeśli marzy ci się doŜyć starości i umrzeć we 

śnie. Mało prawdopodobne, aby przechodziła tędy 

królowa. Gdyby jednak tak się stało, w Ŝadnym 

wypadku nie wolno ci zdradzić, po co tu jesteś i kto 

cię tu zostawił. Chwyć te dywaniki, szczotkę, udawaj 

zmieszanego. Powiedz, Ŝe wyznaczono cię do 

sprzątania tego miejsca. Gdyby zadawała więcej 

pytań, odpowiedz, Ŝe znalazłeś tu jedzenie i nie 

mogłeś opanować głodu. Jasne?

MęŜczyzna ponownie kiwnął głową. 

- Ale czy ona nie ukarze mnie za to, panie?

- Wszystko jest moŜliwe - odparł Baran - ale to 

nic w porównaniu z cierpieniem, które cię czeka, jeśli 

piśniesz choć słówko. Jeśli spełnisz moje polecenie, 

background image

nagrodzę cię, oferując lepsze zajęcie.

Panie! 

Baran poklepał go po ramieniu.

- Niczego się nie bój! Wątpię, by tędy prze-

chodziła.

Baran podszedł do stołu, zamknął księgi, wsadził 

je pod pachę i wyszedł, gwiŜdŜąc pod nosem.

* * *

Semirama, zastanawiając się, jak wygląda świat 

za murami Zamku Wieczności, za granicami Krainy 

Przemian, przechadzała się po komnatach i 

kruŜgankach, by w końcu powrócić do własnych 

apartamentów. Usadowiła się na futrzanym kopcu 

pokrywającym stertę poduszek i utkwiła wzrok w 

gmatwaninie płaskorzeźb wyrytych w hebanowej 

ścianie po drugiej stronie pokoju. Z kosza ustawio-

nego po lewej stronie wydobywał się aromatyczny 

dym. Większość ścian pokryta była arrasami obra-

zującymi sceny dworskie i myśliwskie. Okna kom-

naty, a było ich sześć, charakteryzowały się wąskim, 

podłuŜnym kształtem. Na kamiennej posadzce leŜały 

background image

skóry zwierzęce. Ogromne, baldachimowe łoŜe z 

ciemnego drzewa ozdobione było licznymi rzeźbami. 

Semirama przesunęła palcami po naszyjniku

i oblizała dolną wargę. Usłyszała szuranie sanda-

łów ktoś nadchodził z komnaty ukrytej za ciemnym 

parawanem.

Z prawej strony parawanu wyjrzała tęga, prosta 

kobieta o siwych włosach będących świadectwem jej 

średniego wieku.

- Pani? - zapytała. - Zdawało mi się, Ŝe słyszę twe 

kroki.

- Rzeczywiście, Lisho.

- Czy mogę ci coś przynieść tub zrobić coś dla 

ciebie?

Przez kilka chwil Semirama zastanawiała się w 

ciszy.

- Mały kieliszek czerwonego wina z... Bildeshu? 

Nigdy nie pamiętam, skąd ono pochodzi. Wiesz, które 

lubię - rzekła.

Lisha weszła do komnaty i podeszła do kredensu 

ustawionego przy przeciwległej ścianie. Rozległ się 

brzęk szkła. Wkrótce powróciła z umieszczonym na 

background image

srebrnej tacy kieliszkiem, który postawiła na małym 

stoliku, z prawej strony Semiramy. 

- Coś jeszcze, pani? - zapytała. 

- Nie. Myślę, Ŝe to wszystko. 

Podniosła kieliszek i pociągnęła zeń łyk.

- Lisho, czy byłaś kiedyś zakochana? 

Kobieta zaczerwieniła się i spuściła oczy.

- Chyba tak. Raz. To było bardzo dawno temu.

- Co się wydarzyło?

- Zabrali go na wojnę. Zginął podczas swej 

pierwszej bitwy.

- Co zrobiłaś?

- Pamiętam, Ŝe długo płakałam. Postarzałam się.

- Czy wiesz, Ŝe dawno, dawno temu byłam 

królową w mieście, które juŜ nie istnieje? śe Jelerak 

wezwał mnie z krainy umarłych, gdyŜ moja rodzina 

poznała język Starszych, a on potrzebował tłumacza, 

kiedy jeden z jego poddanych zaczął postępować w 

nieco dziwny sposób?

- Słyszałam o tym. Byłam tu w dniu, kiedy cię 

wezwał. Tego wieczoru zobaczyłam cię po raz 

pierwszy. Przyprowadzili cię do mnie, wciąŜ po-

background image

grąŜoną we śnie, abym się tobą zaopiekowała. Minęły 

trzy dni, zanim otworzyłaś oczy, zanim przemówiłaś.

- Tak długo? Nie miałam o tym pojęcia. Po 

tygodniu biedny Jelerak odjechał i zostawił nas na 

pastwę losu. Minęło tyle miesięcy...

- Biedny Jelerak?

Semirama obróciła się i marszcząc czoło uwaŜnie 

przyjrzała się swej słuŜącej.

- Twoja reakcja jest dla mnie zagadką. To juŜ 

nie po raz pierwszy. On zawsze był dobrym człowie-

kiem. Zachowujesz się, jakbyś nie była tego pewna.

Lisha dotknęła palcami swojej szarfy. Jej oczy 

błądziły gdzieś w przestrzeni.

- Jestem tu tytko sługą.

- Ale dlaczego wszyscy reagują podobnie? Po-

wiedz mi.

- Ja... słyszałam, Ŝe przed laty był, jak juŜ 

powiedziałaś...

- Ale juŜ nie jest? 

Lisha skinęła głową.

- Dziwne... co czas potrafi zrobić z nami - sze-

pnęła Semirama. - Wiele o nim słyszałam, nawet 

background image

przed śmiercią. Jednak nigdy w to nie wierzyłam. 

Byłam zbyt zajęta myślami o innym męŜczyźnie, aby 

zwracać uwagę na takie rzeczy. Mój małŜonek 

zajmował się swymi konkubinami, a moje serce 

naleŜało do kogoś innego...

Lisha pojaśniała na twarzy i spojrzała w oczy 

swojej pani.

- Tak... - odezwała się Semirama, spoglądając na 

wzór zdobiący hebanowy parawan i podniosła do ust 

kieliszek.

- Kochałam męŜczyznę z rodu Elfów - tego, który 

udał się do Shoredan i pokonał potęŜnego Pierwszego, 

Hohorgę. Nawet Jelerak nie był w stanie stawić mu 

czoła. Na imię miał Selar. Zginął po wykonaniu 

zadania...

- Pani, ja... słyszałam o nim.

- Powinnam była równieŜ się zabić, ale nie 

zrobiłam tego. śyłam potem przez kitka lat. 

Znalazłam pocieszenie w ramionach innych 

kochanków. Umarłam we śnie. Gdy teraz o tym 

myślę, zdaje mi się, Ŝe nie była to czysta gra. 

Podejrzewam mojego męŜa, Randela. Byłam słaba - 

background image

zaśmiała się. - Gdybym wiedziała, Ŝe powrócę na ten 

świat, z pewnością bym to uczyniła.

Przeciągnęła się i westchnęła.

- MoŜesz odejść, Lisho. 

Kobieta nie poruszyła się.

- Pani, chyba nie... nie myślisz o zrobieniu sobie 

jakiejś krzywdy, prawda? 

Semirama uśmiechnęła się.

- Na Boga, nie. Minęło zbyt wiele czasu, aby taki 

gest miał jakieś znaczenie. JuŜ nie jestem tamtą 

dziewczyną. Zmęczyły mnie nieco inne sprawy i 

dlatego przypomniałam sobie głupie, młodzieńcze 

tata. Idź juŜ i niczego się nie bój. Chciałam się tytko 

komuś zwierzyć. To wszystko.

Lisha skinęła głową i odwróciła się.

- Wezwij mnie, gdy będziesz czegoś potrzebować!

- Dobrze.

Odprowadziła wzrokiem wychodzącą kobietę. Po 

chwili raz jeszcze dotknęła naszyjnika, unosząc mały, 

oktagonalny medalion o niebieskawym odcieniu, 

inkrustowany ciemnym srebrem. Otworzyła go i 

popatrzyła na wyryty wewnątrz portret.

background image

Przedstawiał on twarz młodego męŜczyzny 

długie, jasne włosy, ostre rysy, przenikliwe oczy, 

krótka broda. Biła z niego siła lub determinacja 

widoczna w układzie brwi i ust.

Przez moment wodziła po nim wzrokiem, przyło-

Ŝyła do ust, zamknęła i opuściła na szyję. Dopiła wino.

Wstała, przeszła po komnacie, zbierając po dro-

dze drobne przedmioty i przekładając je w inne 

miejsce. Skierowała się ku drzwiom, wyszła na 

korytarz i po krótkim wahaniu ruszyła przed siebie.

Ponad godzinę włóczyła się po komnatach i 

wzdłuŜ kruŜganków, schodami w górę, schodami w 

dół, nie spotykając Ŝywej duszy. Od czasu do czasu 

trafiała na pozostawione pod jej pieczą chwilowe 

wizje - jak w jednej z komnat, która zamieniona 

została w podwodną grotę, sala, przez którą 

przewalał się huragan, korytarz zablokowany lodową 

bryłą, ciemna dziura w powietrzu prowadząca 

donikąd i wytwarzająca dźwięki egzotycznej muzyki. 

W pewnym miejscu jej droga usłana była kwiatami, 

innym razem pokrywały ją stada ropuch. W głównej 

sali szalała burza, w przedsionku padał delikatny, 

background image

błękitny deszcz.

Krok po kroku czuła, jak jej stopy zmieniają 

kierunek, prowadząc ją w stronę komnaty Lochu.

Nie miała jednak nastroju do rozmowy z Tualuą, 

nawet o czasach, które juŜ minęły.

- Czy jestem ostatnią osobą na tym świecie 

zastanowiła się, nie po raz pierwszy - która potrafi z 

nim rozmawiać?

Przeszła wzdłuŜ kruŜganków otaczających jego 

komnatę. Stanęła, spoglądając w górę i w dół. Z 

prawej strony dostrzegła jedynie ciemną przestrzeń, 

jak gdyby noc przedwcześnie pokryła kopułą odległe, 

skaliste pola. Po stronie lewej ziemia była w ciągłym 

ruchu, falowała niczym gorący wulkan, unosiła się ku 

górze, zmieniała barwy. Mgły gromadziły się na 

wschodzie, tworząc wielką, Ŝółtą ścianę.

Podeszła bliŜej i siadła na szerokim parapecie, 

plecy wsparła na poduszce. W dole nie widać było 

Ŝadnych oznak Ŝycia.

-  Jak wyglądają teraz miasta? - zadumała się. - 

Jak bardzo się zmieniły?

background image

* * *

Meliash, pogrąŜony nad swymi zapiskami, bar-

dziej poczuł, niŜ usłyszał, Ŝe ktoś zawołał jego imię. 

OdłoŜył pióro i wygrzebał swój kryształ.

Ten rozjaśnił się natychmiast, a w jego wnętrzu 

ukazała się twarz Rawka, na której matował się nikły 

uśmiech.

- Czy przeszkadzam? - zapytał starzec.

- Nie.

- Szkoda. Mam coś dla ciebie. W naszej Księdze 

Znaków znalazłem datę rozpoznania tego sygnału. 

Było to ponad dwieście łat temu. Sprawdzając akta z 

tego samego okresu, natrafiłem jedynie na jedną 

osobę o imieniu Dilvish, która natęŜała do Bractwa - 

był pół-Elfem, z Rodu Selara, pomniejszy adept, 

zdaje się, Ŝe był Ŝołnierzem. Myślę, Ŝe kiedyś go 

spotkałem. Wysoki męŜczyzna.

- Mam przeczucie, Ŝe to on. Co jeszcze?

- Kilka lat później  zniknął z naszych  kronik. 

Bez przyczyny. Z pewnością coś się za tym kryje. Nie 

mogę sobie jednak przypomnieć co. 

- Spróbuj.

background image

- Starałem się. Ale to poza moim zasięgiem.

- A co z tym drugim?

Współczesne archiwa mówią o niejakim 

Weleandzie z małego zachodniego miasteczka 

Murcave. Drugorzędny mag. Cieszy się powaŜaniem.

- O niezwykłej sile perswazji, w jedną tub drugą 

stronę.

- Nie. Jest szary. 

- A Dilvish? 

- TeŜ.

- Czy masz jeszcze coś na temat któregoś z nich?

- Jedynie moją ciekawość. Czy mógłbyś mi 

wyjaśnić, o co właściwie chodzi?

Meliash przechylił się w tył i zaczął porządkować 

swe uczucia, wraŜenia i idee. Potem rzekł powoli:

- Moim zadaniem jest sprawdzenie wszystkiego 

niezwykłego, a typowego dla... poprzedniego 

gospodarza tego zamku. A teraz, ten Dilvish jest 

jedyną osobą, która tędy przejechała, mówiąc, Ŝe nie 

pragnie ukrytej tam mocy. Tak naprawdę 

oświadczył, Ŝe jego jedynym celem jest zabicie... 

byłego pana zamczyska. PrzecieŜ nie zmyślał.

background image

- Wielu chciałoby się na nim zemścić. 

- Oczywiście. Ale Dilvish był jedynym, który 

mówił o tym głośno. Wiedział teŜ, co wydarzyło się w 

Lodowej WieŜy...

- To w naszym Zakonie nie jest juŜ sekretem.

- Prawda. Ale wspomniał o swej ostatniej wy-

prawie na daleką Północ. 

Rawk potargał swą brodę.

- Nie rozumiem, do czego zmierzasz. Nie wydaje 

mi się, abym słyszał o kimś trzecim zamieszanym w tę 

sprawę.

- AleŜ czyŜ Ridley nie miał siostry?

- Tak. Ślicznotka. O imieniu Reena. Sama jest 

członkiem Zakonu.

- Chyba dotarły do mnie wieści, iŜ uciekła, nie 

sama...

- To brzmi logicznie.

- Czy moŜemy to jakoś sprawdzić?

- Tak. Wielu naszych członków obserwowało ten 

konflikt z zacisza własnych kryjówek. Być moŜe 

niektórzy wiedzą coś więcej.

- Czy zechcesz to dla mnie zbadać?

background image

- Nie potrafię sobie wyobrazić, czego to dowie-

dzie.

- Ani ja, w tej chwili. Mam jednak przeczucie, Ŝe 

coś się za tym kryje.

- W porządku. Przepytam kitka osób i przekaŜę 

ci wszystkie informacje. Ale jaką rolę odgrywa w tym 

Weleand?

- Nie wiem. Przybył tu wcześniej i ostrzegł mnie 

przed przyjazdem Dilvisha, insynuując, Ŝe jest więcej 

niŜ szary i nie naleŜy mu ufać.

- Najprawdopodobniej  porachunki  osobiste. 

Wrócę, kiedy coś będę wiedział. Jego wizerunek 

zniknął.

Meliash wyczyścił kryształ rękawem i schował 

go. Wstał i przeszedł po obwodzie Krainy Przemian. 

Zatrzymał się, splótł ręce na piecach i utkwił wzrok w 

czarnej powierzchni, która pojawiła się na 

południowym-zachodzie.

* * *

Dilvish skoczył w bok, podtrzymując ramieniem 

Blacka i chroniąc go przed upadkiem na ziemię.

background image

- Co to? Co się dzieje? - usłyszał cichy, prawie 

znajomy, kobiecy głos.

- PomóŜ mi! - wrzasnął Dilvish, napinając 

mięśnie i nie spoglądając na dziewczynę, która 

właśnie odgarniała włosy z twarzy. - On nie moŜe 

upaść! Pospiesz się!

Za moment stała juŜ przy nim, opierając się 

plecami o lewy bok Blacka.

- Stormbird, podejdź tu spokojnie - odezwała się 

w języku Elfów.

Biały koń ruszył w ich kierunku.

- Dookoła - wskazała głową, przesuwając się ku 

Dilvishowi.

Rumak podszedł od tyłu i obrócił się.

- Twój grzbiet, tam gdzie było moje ramię oprzyj 

się!

Koń poruszył się i wziął na siebie część cięŜaru 

Blacka. Dziewczyna spojrzała na Dilvisha i przeszła 

na wspólny język:

- I co teraz? - spytała.

- W dół, na ziemię, bardzo ostroŜnie, Ŝeby nie 

rozbił się na kawałki odpowiedział Dilvish w języku 

background image

Elfów, po raz pierwszy od wielu lat.

Przyglądała mu się bacznie przez moment i 

skinęła głową.

Minęło kilka minut i Black legł na ziemi.

- Nie rozumiem, co się dzieje szepnęła 

dziewczyna. Jeszcze przed chwilą stałam tam, teraz 

jest noc, a ty pojawiasz się znikąd, podpierając 

posąg... to chyba nie jest koń?

- Nie odpowiedział Dilvish, obracając ku niej 

głowę. - Nie. Fevero. To nie jest koń w dokładnym 

tego słowa znaczeniu.

Podniosła wzrok i zmruŜyła oczy. 

- Kim jesteś? - spytała. 

- Nie poznajesz mnie?

- Jestem Arlata z Marinty. Fevera to imię mojej 

babki.

- ...  z Rodu Mirata? - padło kolejne pytanie.

- Zgadza się. Kim jesteś? 

- Czy ona jeszcze Ŝyje?

- Być moŜe. Odjechała kitka łat temu do krainy 

Twilitów. Zdaje się, Ŝe znasz mój ród, ale...

- Wybacz mi. Jestem Dilvish z Rodu Selara. 

background image

- Ty? Jesteś tym, o którym powiadają, Ŝe przed 

wiekami zamieniony został w kamień? - Ten sam.

- Czy to prawda?

- śe byłem kamieniem? Moje ciało, tak. Ale moja 

dusza była gdzie indziej. Sama jeszcze przed chwilą 

byłaś posągiem. Nie z kamienia, lecz z jakiejś szklistej 

substancji - jak mój rumak.

- Nie rozumiem.

- Ja teŜ nie. CzarnoksięŜnik imieniem Weleand 

przywrócił cię do Ŝycia, przenosząc w jakiś sposób 

czar na Blacka. Czy znasz tego maga?

- Weleand? Nie, nigdy o nim nie słyszałam. 

Byłam więc posągiem?

- Ty i twój rumak. Staliście tam - wskazał ręką. - 

Nie pamiętasz, jak to się stało?

- Nic a nic - pokręciła głową. - Pamiętam jedynie, 

Ŝe zsiadłam tu z konia, by chwilę odpocząć przed 

dalszą podróŜą. Dotknęłam ziemi, kiedy wiatr zawył 

na osobliwą nutę. Uderzył we mnie jak fala i 

przypomniałam sobie, Ŝe zrobiło się niezwykłe zimno. 

Potem usłyszałam twój głos i wydało mi się, iŜ budzę 

się z omdlenia lub głębokiego snu. Przykro mi, Ŝe to 

background image

twój rumak zapłacił cenę za moje przebudzenie.

- Nie było większego wyboru. 

- Gdybym mogła coś zrobić... 

- Nie mów tak! Ja teŜ uŜyłem podobnych słów i 

wywołałem to całe zamieszanie. Gadaj tak dalej, a  

pojawi  się  Weleand  i  przywróci  ci  poprzednią 

postać. Spojrzał w niebo. Śledziła jego wzrok.

- Jaki dziwny księŜyc - odezwała się. 

- To słońce.

- Co?

- To nie jest  prawdziwa  noc. Ciemność jest 

nienaturalna - wyciągnął dłoń. - A zamek stoi po tej 

stronie. 

Odwróciła się.

- Nic nie widzę.

- Wierz mi na słowo.

- Co teraz zrobimy? - spytała. - Studiowałam 

Sztukę, ale nie znam sposobu, aby przywrócić... to do 

Ŝycia - wskazała na Blacka. -  Co  to takiego?

- To długa historia - odparł Dilvish. - Stało się. 

Nie mam pojęcia, co czynić. Nie mogę go tutaj 

zostawić i nie mogę pozwolić, abyś odjechała sama.

background image

W tym momencie z zamroŜonego gardła Blacka 

odbiło się echem jedno słowo:

- Jedź! - parsknął.

Dilvish obrócił się, klęknął i połoŜył głowę obok 

głowy Blacka.

- Słyszysz! Potrafisz mówić! - krzyknął. - Czy jest 

coś, co mogę dla ciebie zrobić?

Serce uderzyło mu kilkanaście razy i głos Blacka 

rozległ się ponownie:

- Jedź!

Dilvish podniósł się z ziemi i podszedł do Arlaty.

- Zazwyczaj myśli to, co mówi - oświadczył ale 

teraz ja sam czuję się paskudnie. Trudno przewidzieć, 

jakie nieszczęścia mogą się wydarzyć i zagrozić mu 

jeszcze bardziej.

- Ale skoro mówi, znaczy, Ŝe posiada inteligencję 

- i jakąś moc, nieznaną naszemu rodowi, pozwalającą 

mu przemawiać w tych warunkach.

-I jedno i drugie - odrzekł Dilvish. - To magiczna 

istota. Wie o rzeczach, które są mi nieznane. Potrafi 

wykryć emanacje Tualui, zanim uderzy fala - teraz 

zastanawiam się, czy właśnie przed tym mnie 

background image

ostrzegał.

- A zatem co powinniśmy zrobić?

- Myślę, Ŝe powinniśmy postąpić tak, jak mówi - 

opuścić to miejsce.

Dilvish odwrócił się i wyciągnął rękę.

- Wsiadaj na konia i ruszaj w kierunku zamku. 

PodąŜę za tobą pieszo.

- Jestem pewna, Ŝe Stormbird udźwignie nas 

oboje - przemówiła łagodnie do konia, który podszedł 

bliŜej. - Wskakuj!

- Opóźnię twą podróŜ - rzucił Dilvish. 

Potrząsnęła głową.

- Razem mamy większe szansę. Jestem pewna. 

Wskakuj!

Dilvish wykonał polecenie, Arlata usiadła za nim. 

Poprowadziła Stormbirda na północny-zachód, a gdy 

odjeŜdŜali, Dilvish popatrzył w tył na Blacka, który 

leŜał niczym bryła lodu.

Niebo zaczęło ciemnieć, a blade słońce świeciło 

coraz słabszym blaskiem. Pędzili przez kilka minut, 

mijając w biegu dwa lśniące posągi ludzkie. Dilvish 

nie poświęcił im zbyt wiele czasu, zdąŜył jednak 

background image

stwierdzić, Ŝe Ŝaden z nich nie był Weleandem.

Odległości między upiornymi skamielinami sta-

wały się coraz większe. Warstwa pyłu grubiała, a do 

ich uszu docierały odgłosy kopyt Stombirda.

Niespodziewanie śpiewy wiatru umilkły. Przed 

nimi, w oddali, pojawił się ogromny, otwarty teren, 

na którym ziemia była ciemniejsza i lekko prąŜ-

kowana. Stormbird przyśpieszył kroku, a po chwili 

poczuli ostrą wibrację, po której nastąpiła potęŜna 

eksplozja. Na kilka sekund niebo rozjaśniło się jak w 

dzień, i znowu pociemniało.

Dalej droga pojaśniała po raz wtóry, tym razem 

dzięki małym, ognistym płatkom, które spadały 

niczym śnieg.

Najpierw opadały tylko przed nimi i po prawej 

stronie, ale po chwili były juŜ wszędzie, więc Dilvish 

rozpostarł swój płaszcz, okrywając nim siebie i 

Arlatę. Stormbird zarŜał radośnie, skulił uszy i 

pogalopował w stronę ostatnich szczytów.

- Te  błyski  przed  nami!    -  wykrzyknął 

Dilvish. - Czy to woda?

Odpowiedź Arlaty zatopiła się w serii eksplozji, 

background image

które rozległy się z tyłu i nad nimi. Spadające płatki 

były coraz liczniejsze i coraz większe.

- Te ostatnie dźwięki przypominały jakiś śmiech 

- zawołała Arlata.

Dilvish, uwaŜając na płaszcz, odwrócił się. Płoną-

ca figura człowieka z grzywą płomiennych włosów 

wyrosła przed bladą, kamienną krainą, którą właśnie 

opuścili. Postać ta trzymała w prawej dłoni, 

uniesionej wysoko ku górze, ogromny puchar ognia, z 

którego spadały świecące liście.

- Masz rację! - wrzasnął Dilvish. - To Ŝywioł  -    

największy,  jaki  kiedykolwiek  widziałem!

- Czy moŜesz coś z tym zrobić?

- Nigdy nie byłem dobry w Ŝywiołach, z wyją-

tkiem tych ziemskich. Wygląda jednak na to, Ŝe przed 

nami jest woda.

- To prawda.

Skręcili w prawo. Płaszcz Dilvisha tlił się ze 

wszystkich stron. Poczuł, jak pali się końskie włosie. 

Stormbird wydał kilka ostrych, przeciągłych dźwię-

ków.

- Bóg jeden wie, co jest w tej wodzie - zauwaŜyła 

background image

dziewczyna, kiedy podjechali bliŜej. Woda była 

ciemna i migocąca, odbijała odległe światła. - Ale nie 

moŜe być nic gorszego niŜ spalenie Ŝywcem.

Dilvish nie odezwał się ani słowem, ale deptał 

płatki, które spadały dokoła nich. TuŜ obok rozległa 

się kolejna seria salw śmiechu. Dilvish spojrzał w 

górę i zauwaŜył, Ŝe Ŝywioł unosił się dokładnie nad 

nimi. Kiedy tak patrzył, Ŝywioł ustawił puchar 

pionowo i wylał z niego nieprzerwany strumień ognia 

niczym złocisty miód.

- Na koń! On to wszystko wyrzuca! Prosto na 

nas! - zawołał.

Arlata wezwała Stormbirda, a koń zmobilizował 

swe wszystkie siły, skacząc niczym wielki, biały kot ze 

śnieŜnych pól. Ognie spadały juŜ poza nimi i 

rozpryskiwały się. Dilvish chwycił swe długie 

rękawice i zaczął okładać Stormbirda po ogonie, w 

miejsca, gdzie pojawiły się płomienie.

Wokół nich rozbryzgiwała się woda, koń zwolnił 

kroku, a Dilvish poczuł, Ŝe ma nogi mokre aŜ do 

kolan. Wsadził rękawice za pas, pochylił się do 

przodu i narzucił na plecy płaszcz. Ognisty deszcz 

background image

ustał.

PrzejeŜdŜali przez wodę, która nie zmieniała 

swej głębokości, a nawet stawała się coraz płytsza, 

choć dno było coraz ohydniejsze. Nie zmącone i 

bardzo zimne. Kiedy Dilvish obejrzał się, zauwaŜył, 

Ŝe Ŝywioł wycofał się do nieruchomego kamiennego 

lasu i tylko jego falista, płonąca grzywa i świecące 

ramiona widoczne były z oddali.

Nie potrafił zrozumieć odczucia, Ŝe coś jest nie w 

porządku, dopóki nie zauwaŜył, Ŝe choć ognie zgasły, 

świat nie był ciemniejszy niŜ przedtem. Zdawało się 

nawet, Ŝe jaśnieje. Popatrzył na niebo i dostrzegł, Ŝe 

księŜycowe słońce rozjaśniło się. Spojrzał przed siebie 

i zauwaŜył, Ŝe teren przed nim błyszczał pełnym 

światłem. Powierzchnia wody pokryta była perłową 

zasłoną. Świat przy kaŜdym zapadającym się kroku 

rozwidniał się. Spowity w mgłach Zamek Wieczności 

wynurzył się w całej swej okazałości przed nim, a 

jego okna przypominały ciemne oczy potęŜnego 

owada.

- Widzę brzeg! - obwieściła Arlata. - To juŜ 

niedaleko. Stormbird moŜe odpocząć...

background image

Po raz pierwszy Dilvish zdał sobie sprawę z 

bliskości ich ciał.

- Byłeś Ŝołnierzem, prawda? - spytała. 

- Przez pewien czas.

- Nie tylko w dawnych czasach. W ostatnich 

kilku latach miałeś pewne zadanie do wykonania.

- Tak, wygraliśmy i to mnie zadowoliło. Po 

ostatniej bitwie wypowiedziałem osobistą wojnę. 

Czasami ją przerywam, zabieram się do 

jakiejkolwiek pracy, uzupełniam swe zapasy i 

zaczynam od nowa.

- Czego poszukujesz?

- Człowieka, który zamienił mnie w kamień i 

zesłał do Piekieł.

- A któŜ to taki? 

Dilvish wybuchnął śmiechem.

- A po co podróŜowałbym przez ten koszmar? To 

człowiek, którego zamek stoi tuŜ przed nami.

- Jel... stary czarownik? Słyszałam, Ŝe nie Ŝyje.

- śyje - jeszcze.

- A zatem nie walczymy o moc Tualui? 

- MoŜesz mieć Tualuę. Zostaw mi jedynie jego 

background image

pana.

- Oczywiście chcesz go zabić.

- Oczywiście.

- Być moŜe tracisz czas. Zanim tu przybyłam, 

zasięgnęłam informacji. Zdaniem Wishlara z 

Marshes, nie ma go tutaj. MoŜe nawet nie Ŝyje.

- Wishlar nadal Ŝyje? Znałem go, gdy byłem 

chłopcem. Czy nadal przebywa w Ban-Selar?

- Tak, choć tereny te przejęte zostały przez 

Orleta Vargesha i nie nazywa się ich dawnym 

imieniem. Och... to była twoja rodzina, prawda?

- Tak. Kiedy uporam się z tym problemem, 

chciałbym wyjaśnić jego pretensje. Jeśli spotkasz tego 

- Orleta - przede mną, przekaŜ mu moje słowa.

- Dilvish, jeśli ten, którego szukasz, znajduje się 

w zamku, moŜesz juŜ nigdy nie powrócić do domu.

- Z pewnością masz rację. Ale będę szczęśliwy, 

jeśli uda mi się zabrać go ze sobą.

- Często słyszałam, Ŝe nienawiść jest samobójs-

twem. Teraz w to uwierzyłam.

- Jeśli mi się powiedzie, jestem pewien, Ŝe 

przyniesie to wiele dobrego innym ludziom i mnie 

background image

samemu.

- A jeśli nie, czy nadal jesteś zdecydowany? Tak.

- Jasne.

Stormbird zwolnił kroku, gdy zbliŜyli się do 

brzegu.

- Czarownik o takiej mocy mógłby zniszczyć cię 

jednym spojrzeniem - stwierdziła.

- Black był po to, by mi pomagać. Spotkałem go 

w Piekle. Ale nawet bez niego wiem, Ŝe Jelerak jest 

teraz słabszy niŜ kiedykolwiek. Mam ze sobą broń, 

która wystarczy do wykonania zadania.

Stormbird wydał długi, rŜący dźwięk i stanął, z 

trudem chwytając powietrze.

- Zamęczyliśmy go do granic wytrzymałości - 

odezwała się zeskakując na ziemię. - Poprowadźmy 

go do brzegu.

- Oczywiście - odparł Dilvish. Przerzucił nogę i 

zsunął się z siodła. - Trzeba go natrzeć, dam mu swój 

płaszcz. MoŜemy odpocząć przez chwi... 

RŜenie nie ustawało. Koń szamotał się teraz, a na 

pysku pojawiła się piana.

- Ja...

background image

Dilvish zapadł się w muł.  Próbował wyciągnąć 

stopę, na darmo.

- O, nie! Przebyłam taki szmat drogi - 

powiedziała, wpatrując się w jasne słońce 

oświetlające wyraźny, piaszczysty brzeg, nad którym 

kołysały się trawy, gdzie w polu falowały zagony 

niebieskich i czerwonych kwiatów.

Pochyliła głowę i Dilvish posłyszał jej szłoch.

- To nieuczciwe - szepnęła. 

Dilvish szarpnął swym ciałem, schylił się do 

przodu i oplótł ją ramionami.

- Co robisz?

Pociągnął, podniósł się. Powoli zaczęła wstawać. 

Woda wokół nich zamuliła się. Na jej powierzchni 

pojawiły się bąble. Zapadał się coraz bardziej, ale 

unosił ją nad sobą.

- Złap Stormbirda - nakazał, robiąc skręt ciałem. 

- Wchodź na niego!

Wyciągnęła ramiona, złapała rumaka za grzywę 

lewą ręką, prawą przerzuciła przez grzbiet. Tonąc 

Dilvish wypchnął ją w górę i przed siebie. Wciągnęła 

się na koński grzbiet, przerzuciła nad nim zabłoconą i 

background image

mokrą nogę, wyprostowała się.

- Odpocznij. Zregeneruj swe siły - nakazał 

Dilvish - a potem płyń do brzegu!

Powiedziała coś do Stormbirda i pogłaskała go. 

Szamotanina ustała. Stanął nieruchomo. Dziewczyna 

przechyliła się nieco i chciała dotknąć Dilvisha. 

Odległość jednak była zbyt duŜa.

- Nie da rady - westchnął. - W ten sposób mi nie 

pomoŜesz. Ale gdy znajdziesz się na brzegu... widzisz 

te drzewa po lewej stronie? UŜyj miecza. Obetnij 

długą gałąź. Rzuć ją w moim kierunku.

- Dobrze - zgodziła się, rozpinając płaszcz. 

Zamilkła, przyglądając mu się przez chwilę.

- Być moŜe, gdybyś złapał jeden róg, mogłabym 

cię stąd wyciągnąć.

- Albo ja wciągnąłbym cię do środka. Nie. Zrób 

to z brzegu. Chyba mam pod sobą stały grunt.

- Czekaj... A jeśli potnę płaszcz i powiąŜę jego 

kawałki? Mógłbyś chwycić jeden koniec i zawiązać go 

pod pachami. Popłynęłabym do brzegu z drugim 

końcem, a potem wyciągnęłabym cię na powierz-

chnię.

background image

Dilvish wolno skinął głową.

- To moŜe się udać. 

Dobyła miecza i pocięła długi płaszcz na pasy.

- Przypominam sobie teraz, Ŝe juŜ o tobie 

słyszałam - rzekła - o człowieku, który Ŝył dawno, 

dawno temu. To dziwne uczucie widzieć cię tutaj, 

pamiętając, Ŝe kochałeś moją babkę.

- Co o mnie słyszałaś?

- Śpiewałeś, tworzyłeś poezję, tańczyłeś, polo-

wałeś. Nikt by nie przypuszczał, Ŝe zostaniesz 

pułkownikiem w Armiach Wschodu. Dlaczego od-

szedłeś, wybierając takie Ŝycie? Czy to przez moją 

babkę?

Dilvish uśmiechnął się lekko.

- A moŜe to było zamiłowanie do włóczęgi? Albo 

jedno i drugie? - stwierdził. - To było tak dawno. 

Pamięć mnie zawodzi. Dlaczego pragniesz mocy, 

która kryje się w tym skalnym gmachu przed nami?

- Dzięki niej mogłabym uczynić wiele dobra. 

Świat pełen jest zła, które musi być naprawione.

Skończyła cięcie i schowała miecz. Zaczęła wią-

zać pasy materii.

background image

- Ja teŜ tak kiedyś myślałem - odezwał się 

Dilvish. - Próbowałem nawet naprawiać wyrządzone 

zło. Ale świat się nie zmienił.

- Jesteś tu, by znowu spróbować.

- MoŜe... Ale nie mogę okłamywać sam siebie. 

Moje uczucia nie są tak szlachetne. Jest to bardziej 

sprawa zemsty niŜ chęć oczyszczenia tego świata ze 

wszelkiego zła.

- Zemsta moŜe być słodsza, jeśli pomyślisz o tym 

drugim.

Dilvish zaśmiał się chrapliwie.

- Nie. Moje uczucia nie są tak łagodne. Nie chcesz

nawet ich poznać. Słuchaj, gdyby udało ci się zdobyć 

moc, której szukasz, to to, co spróbujesz z nią zrobić, 

odmieni cię...

- Tak myślę. Mam nadzieję.

- Ale nie całkiem tak, jak się spodziewasz. Jestem 

tego pewien. Niełatwo jest odróŜnić dobro od zła lub 

je rozdzielić. Popełnisz wiele błędów.

- A ty jesteś pewien tego, co robisz?

- To co innego. I nie zawsze mi się to podoba. 

Czuję jednak, Ŝe muszę to zrobić, choć nie wpływa to 

background image

na mnie najlepiej. Być moŜe chciałbym śpiewać i 

tańczyć - kiedy się stąd wydostaniemy. Zawrócić i 

pognać do domu.

- Pojedziesz ze mną? 

Dilvish odwrócił głowę.

- Nie mogę. 

Uśmiechnęła się, zwijając skrawki materiału.

- W porządku. Wszystko powiązane. Łap za 

koniec.

Rzuciła mu węzełek. Chwycił go, przeciągnął pod 

pachą, wokół pleców i pod drugą pachą. Związał go 

na piersiach.

- Dobrze - pochwaliła, splatając drugi koniec na 

talii i przewieszając miecz przez plecy. - Kiedy oboje 

znajdziemy się na brzegu, jedno z nas moŜe popłynąć 

z powrotem i załoŜyć linę na Stormbirda. Wtedy 

wyciągniemy go oboje. Mam nadzieję.

Pochyliła się do przodu i po raz wtóry przemówi-

ła do konia, gładząc go po szyi. Rumak parsknął, 

podrzucił głowę, ale nie ruszył z miejsca.

- W porządku - rzekła, podciągając stopy i 

przykucając na grzbiecie Stormbirda. Aby utrzymać 

background image

równowagę, jedną ręką chwyciła go za grzywę.

Zwolniła uścisk i wyprostowała ramiona. 

- Teraz! - krzyknęła.

Ręce poleciały do przodu, nogi wyprostowały się. 

Przecięła wodę w potęŜnym skoku, sięgając prawie 

brzegu, zanim zdąŜyła wykonać jakikolwiek ruch.

Po chwili zamachała rękoma. Podniosła głowę i 

zaczęła wstawać. Nagłe wrzasnęła: - -- Tonę!

Dilvish pociągnął za słabo napiętą linę, która ich 

łączyła, wciągając dziewczynę do wody. Stała juŜ po 

kolana w błocie, zapadając się gwałtownie.

- Nie ruszaj się - nakazał Dilvish, napręŜając linę. 

- Chwyć koniec obiema rękami.

Złapała linię i pochyliła się w przód. Miarowym, 

wolnym ruchem, Dilvish zaczął ją holować. Przestała 

tonąć i jeszcze bardziej schyliła głowę.

Nagłe rozległ się krótki, ostry dźwięk. Lina pękła 

i dziewczyna upadła na twarz.

- Arlata!

Próbowała wydostać się na powierzchnię. Włosy 

i twarz umazane miała w błocie. Dilvish usłyszał jej 

szloch, kiedy zaczęła tonąć ponownie. Zaklął cicho, 

background image

trzymając w dłoniach zerwaną linę.

background image

ROZDZIAŁ V

- Panie, proszę, jak mogę odpoczywać, skoro 

wskakujesz i wyskakujesz z łóŜka z tak irytującą 

częstotliwością? - powiedziała ciemnooka dziewczyna 

o jasnych włosach.

- Wybacz mi - poprosił Rawk, odgarniając jej 

włosy i głaszcząc po policzku. - To znowu sprawa tego 

przeklętego Zakonu. Ciągle myslę o archiwach, które 

muszę sprawdzić. Zaglądam do nich i niczego nie 

znajduję, rezygnuję, i tak od nowa.

- A co to za problem?

- Mhm. Nic takiego, w czym mogłabyś mi pomóc, 

kochanie - połoŜył szponiastą dłoń na jej ramieniu. - 

Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej o facecie 

imieniem Dilvish.

- Dilvish Oswobodziciel, bohater spod Portaroy? 

- spytała. - Ten, który wezwał zaginione legiony z 

Shoredan do ponownej obrony miasta?

- Co? Co ty mówisz? Kiedy to było?

- Ponad rok temu, tak myślę. Znany teŜ jako 

Dilvish Przeklęty w ludowej balladzie - ten, którego 

background image

Jelerak zamienił w posąg na kilkaset lat?

- Na Boga! 

Rawk wyprostował się.

- Teraz przypominam sobie sprawę posagu 

stwierdził. - To  właśnie  ten  fakt  nie  dawał  mi 

spokoju! Oczywiście...

Szarpnął za brodę, przeciągnął językiem po pień-

kach zębów.

- Nie do wiary! - odezwał się w końcu. - Ta 

sprawa jest bardziej złoŜona niŜ mi się zdawało. 

Zastanawiam się zatem, co taki Weleand mógł mieć 

przeciwko takiemu człowiekowi. Jeśli moŜna 

nawiązać z nim jakiś kontakt, muszę go o to zapytać. 

Być moŜe uda mi się wszystko wyjaśnić, zanim złoŜę 

ostateczny raport.

Przechylił się i przeciągnął ustami po policzku 

dziewczyny.

- Dziękuję ci, gołąbeczku. 

Wstał z łoŜa powiewając nocną koszulą i wyszedł 

z komnaty.

Popędził w stronę wielkiej biblioteki Zakonu, ku 

bliŜej nieokreślonemu meblowi. Zaczął gmerać w je-

background image

dnej z szuflad. Po chwili wstał, trzymając w dłoniach 

kopertę z wypisanym napisem ,,Weleand".

Otwierając ją zauwaŜył, iŜ zawiera pasmo 

siwych włosów złączonych kroplą czerwonego wosku.

Wyjął je i przeniósł na stojący w rogu czarny 

stół. Tam połoŜył je obok Ŝółtej, kryształowej kuli. 

Usiadł i spojrzał przed siebie. Poruszając ustami, 

dotknął palcami białych kosmyków.

Po chwili kryształ pokrył się mgłą. Jakiś czas się 

to utrzymywało. Rawk zaczął powtarzać imię „We-

leand". W końcu kuła rozjaśniła się. Z wnętrza 

przyglądał mu się łysiejący męŜczyzna o Ŝylastej 

twarzy. Zdawało się, Ŝe brakuje mu tchu. 

- Tak? - zapytał.

- Jestem Rawk, Archiwista Zakonu - przedstawił 

się Rawk. - Przepraszam, Ŝe niepokoję cię w trakcie 

tak Ŝmudnego przedsięwzięcia, ale jest coś, co 

mógłbyś nam wytłumaczyć.

MęŜczyzna zmarszczył brwi.

- śmudnego przedsięwzięcia - zdziwił się. - To 

tylko maleńkie zaklęcie...

- Nie musisz być taki skromny.

background image

- ... interesujące głównie tych, którzy praktykują 

czary zwierzęce. Oczywiście, jestem dumny z efektów, 

jakie wywiera na świerzb.

- Świerzb?

- Świerzb.

- Ja... CzyŜ nie przebywasz teraz u podnóŜa 

Kannais w zmiennej strefie, obok Zamku Wieczno-

ści?

- Leczę teraz chore konie w stajni, tu - w 

Murcave. Czy to jakiś Ŝart?

- Jeśli tak, to my padliśmy jego ofiarą, a nie ty. 

Czy wiesz coś o człowieku imieniem Dilvish, dosia-

dającym metalowego rumaka?

- Znam tylko jego dobre imię - odparł Weleand. - 

Mówi się, Ŝe odegrał istotną rolę w jednej z 

granicznych wojen pod Portaroy, o ile dobrze 

pamiętam. Nigdy go nie spotkałem.

- I nie rozmawiałeś ostatnio z przedstawicielem 

Zakonu o imieniu Meliash?

MęŜczyzna zaprzeczył głową.

- Wiem, kto to taki, ale i jego nigdy nie 

widziałem.

background image

- Ach, zatem nas oszukano. Nie wiem, kto to 

zrobił. Dzięki, Ŝe poświęciłeś mi swój czas. Prze-

praszam za kłopot.

- Zaczekaj! Chcę przynajmniej wiedzieć, o co 

chodzi.

- Ja teŜ. Ktoś - jakiś człowiek biegły w Sztuce - 

wykorzystał ostatnio twe imię. Daleko na Południu. 

Nie jest zbyt przychylnie nastawiony do Dilvisha, 

który takŜe tam przebywa. Nie mogę powiedzieć, 

abym rozumiał, o co tu chodzi.

Weleand pokiwał głową.

- Najprawdopodobniej są rywalami - stwierdził - 

a ten, który wykorzystuje moje imię, nie ma z 

pewnością uczciwych zamiarów. Daj mi znać, co z 

tego wyniknie, dobrze? Cieszę się dobrą sławą i nie 

chcę, by cokolwiek ją splamiło.

- Uczynię to z pewnością. Powodzenia ze świe-

rzbem.

- Dzięki.

Kryształ pociemniał znowu, ale Rawk wciąŜ 

wpatrywał się w jego głębiny, próbując uporząd-

kować swe myśli. W końcu wstał i wrócił do łóŜka.

background image

* * *

Wspominając minione czasy i marząc o jasnym 

świecie na zewnątrz, Semirama obserwowała Krainę 

Przemian. Nadchodził czas kolejnej fali o ogromnej 

siłę niszczenia - która się miała przez nią przetoczyć. 

Semirama uśmiechnęła się. Wszystko odbywało się 

zgodnie z planem. Gdyby się udało, mogłaby wyrwać 

się stąd, by podziwiać nowe wcielenie świata. Jakie 

stroje są teraz w modzie? - zastanowiła się.

W dole ujrzała dwie postaci na koniu wynurzają-

ce się z ciemności i rozbryzgujące niemrawe wody 

zdradliwej sadzawki.

Po co tu jadą? - pomyślała. - Nic się tu nie 

zmieniło, a zatem muszą wiedzieć, Ŝe wszyscy ich 

poprzednicy przegrali. Skąpstwo i głupota - doszła do 

wniosku. JuŜ za jej Ŝycia zanikły wszelkie szlachetne 

odruchy. A jednak...

Koń stanął, tuŜ przy brzegu. Dwaj Ŝądni mocy 

poszukiwacze o mało co nie opuścili na zawsze tego 

świata.

Leniwie pochyliła się do przodu i przesunęła 

background image

dłonią po oknie, wypowiadając zaklęcie pobudzenia, 

kierując je w stronę pary na koniu.

Scena zmieniła się gwałtownie, a Semirama zro-

biła kitka dziwacznych min. Po raz kolejny dotknęła 

okna i szepnęła kitka słów w melodyjnej tonacji.

Elfia dziewczyna była dość pospolitej urody. 

Smukła blondynka z Marinty lub Miraty. Ale 

męŜczyzna...

- Selar! - z trudem zaczerpnęła powietrze, 

dotykając gardła. Szeroko otworzyła oczy. - Selar...

Dziewczyna zsiadła z konia. MęŜczyzna uczynił 

to samo. 

- Nie!

Semirama podniosła się. Pięści miała mocno 

zaciśnięte. Obie postacie stały teraz w wodzie, 

szarpiąc się. I jeszcze coś...

Zmienna fala! Nadchodziła!

Odwróciła się i pobiegła w stronę Komnaty 

Lochu, ćwierkając po drodze frazy w języku Star-

szych. Kiedy weszła do zadymionego pokoju, za-

uwaŜyła, Ŝe demon Barana, którego poskromiła juŜ 

wcześniej, czaił się w rogu ogryzając kość.

background image

Rzuciła kilka pojedynczych słów w mabrahoring, 

a on skulił się. Dotarła do skraju lochu i wydała z 

siebie trzy wibrujące nuty. Po kilku chwilach 

powtórzyła je. Z mrocznej powierzchni wyłonił się 

ciemny, niewyraźny kształt i skręcił się powoli. 

Wydobył z siebie jedną, dźwięczną nutę. Odpowie-

działa złoŜoną arią, a usłyszała bardzo krótki ton.

Westchnęła, a na jej twarzy zawitał uśmiech. 

Wymienili jeszcze kilka nut. Po chwili obok niej 

pojawiła się długa macka, a ona wzięła ją w ramiona. 

Stała tak przez moment, nieruchomo, a jej ciało 

zaświeciło delikatnym blaskiem.

Kiedy z poŜegnalnym dźwiękiem wypuściła ją z 

rąk i odwróciła się, wyglądała na wyŜszą i silniejszą, 

wzrok miała dziki. Gdy zbliŜyła się do demona, jej 

oczy miotały błyskawice. Demon wypuścił kość i 

przykucnął, kiedy wskazała na niego palcem. Jego 

krzywe oczy były w ciągłym ruchu.

- Tam - powiedziała, wskazując na galerię, którą 

właśnie opuściła. - Chodź ze mną!

Wykonał polecenie, ale gdy tylko minęli bramę, 

zaczął biec susami. Po raz drugi podniosła palec, z 

background image

którego wystrzelił ogień i otoczył demona. W tej 

chwili jej niezwykła emanacja osłabła.

Demon stanął i zaszlochał. Skrzywiła palec i pło-

mienie zniknęły.

- Rób to, co ci kaŜę - krzyknęła, podchodząc 

bliŜej. - Jasne?

Demon padł przed nią na twarz, chwycił ja 

delikatnie za prawą kostkę i postawił jej stopę na 

swojej głowie.

- Doskonale - stwierdziła. - JuŜ na początku 

naleŜy dokładnie zdefiniować wzajemne zaleŜności. 

Postawiła stopę na ziemi.

- Wstawaj. Chcę, abyś towarzyszył mi do samego 

okna. Jest tam coś, co musisz zobaczyć.

Wróciła na swój dawny punkt obserwacyjny i 

spojrzała w dół. Dziewczyna grzęzła teraz na brzegu, 

a męŜczyzna nadal pozostawał w wodzie, przy koniu, 

zanurzonym po szyję. Dziewczyna zapadła się po pas.

- Czy widzisz tego człowieka w zielonej chuście, 

obok konia? - spytała.

Kiedy demon chrząknął twierdząco, rzekła:

- Chcę go.

background image

Wyciągnęła dłoń i połoŜyła ją na głowie po-

tworka.

- Pamiętaj, nie wolno ci spocząć, zanim nie 

uratujesz go i sprowadzisz tutaj, Ŝywego i bez jednej 

rany.

Demon zrobił krok w tył.

- Ale... ja... teŜ utonę - burknął, drŜąc na całym 

ciele. - Ja... nie lubię... wody - dodał. Wybuchnęła 

śmiechem.

- Współczuję ci - rzekła. - Ale zdaje się, Ŝe 

potrzeba nam czegoś trwalszego.

Ruszyła w głąb galerii, po której przesuwały się 

taczki i wózki wypełnione odchodami ze stajni. 

Zlustrowała wzrokiem komnatę i skierowała się na 

łewo.

Machając chusteczką, schyliła się, rozłoŜyła ją na 

ziemi i wypełniła garściami zeschniętej gleby. Kiedy 

w środku chusteczki wyrósł pokaźny kopiec, połoŜyła 

na jego czubku swój palec. Upiorne światło opuściło 

ją. Ponownie nabrała ludzkiego wyglądu, była teraz 

mniejsza, bardziej zwyczajna. Z piaszczystej 

piramidy wypływało słabe światełko.

background image

Uniosła rogi chusteczki i zawiązała je na supeł. 

Wstała i pokazała zawiniątko demonowi.

- Słuchaj - nakazała. - Musisz to zabrać ze sobą. 

Gdy dotrzesz do miejsca, w którym zaczynają się 

ruchome piaski, rzuć to przed siebie. Zastygną na 

znaczną głębokość, więc przejdziesz po nich bez 

trudu. Zrób to samo z wodą, a pojawi się lodowy 

most, który ułatwi ci drogę. Nie obawiaj się, nic się 

nie stanie, o ile będziesz działał szybko. Proszek nie 

będzie tak skuteczny w przypadku istot Ŝywych. A 

jednak roztropniej mieć go przy sobie. Trzymaj! 

Szponiasta dłoń chwyciła węzełek.

- Jeśli będzie się opierał i nie zechce ci towarzy-

szyć - dodała - moŜesz pozbawić go przytomności 

ostrym uderzeniem o tutaj, w kość tuŜ za uchem. 

UwaŜaj, abyś nie roztrzaskał mu czaszki. Pamiętaj, Ŝe 

chcę go Ŝywego i bez obraŜeń. 

Odwróciła się.

- A teraz chodź ze mną! Wyruszysz z małego 

saloniku przy głównej komnacie. Ten teren musi być 

pusty o tej porze dnia. Spieszmy się.

W zamku i jego otoczeniu nie działo się teraz nic 

background image

osobliwego. Semirama straciła swój blask.

* * *

Baran zamówił potęŜny posiłek do swych apar-

tamentów i czekając nań, przechadzał się wolnym 

krokiem. Raz jeszcze pomyślał o Semiramie, tym 

razem jak o swej powiernicy i źródle informacji o 

Jeleraku niŜ jak o swej przyszłej kochance. Wspiął się 

na trzecie piętro, postał przez moment pod drzwiami, 

poprawił szaty i zapukał.

Drzwi otworzyła Lisha.

- Czy jest twa pani? - zapytał. 

Lisha zaprzeczyła głową.

- Wyszła. Nie jestem pewna dokąd i kiedy wróci.

Baran zastanowił się przez chwilę.

- Gdy wróci - odezwał się powtórz jej, Ŝe 

wpadłem, aby dokończyć dyskusję, która moŜe 

okazać się poŜyteczna.

- Zrobię to, panie.

Wyszedł. Na posiłek trzeba było jeszcze trochę 

poczekać.

Wspiął się po schodach, docierając do sali, w któ-

background image

rej przed zwierciadłem siedział wyprostowany nie-

wolnik.

- Jakieś zmiany? - zapytał. 

- Nie, panie. To wciąŜ tam jest. 

- Bardzo dobrze. Zamknął  za  sobą  drzwi,  

doszedł  do  schodów i ruszył w dół. Zachichotał przez 

chwilę, a potem zmarszczył czoło.

Jeśli zdołam zagrodzić dostęp draniowi na wy-

starczająco długi czas i przejmę kontrolę nad Tualuą, 

to potem wpuszczę go i rzucę mu wyzwanie. Jeśli się 

nie pojawi, sam go znajdę. Kiedy juŜ go pokonam, 

nawet Zakon drŜeć będzie na widok mego cienia. 

Przypuszczam, Ŝe mógłbym ich wszystkich zetrzeć na 

proch. Choć moŜe nie... Nawet on tego nie próbował. 

Z drugiej strony, oni mają swe zwyczaje. MoŜe o to 

chodzi. Zastanawiam się, czy polubiłbym rządzenie tą 

grupą...?

Zatrzymał się i oparł o balustradę. Rozejrzał się 

po przestronnym pokoju o wysokich ścianach. Wokół 

pełno było drzwi róŜnej wielkości, prowadzących 

donikąd; przedsionków zatapiających się w nicości, a 

pośrodku sterczała wyschnięta fontanna. Podobnie 

background image

jak w przypadku wielu innych rzeczy w tym zamku, 

nigdy nie zdołał odgadnąć jej przeznaczenia. Zdał 

sobie sprawę, Ŝe Jelerak wie o sprawach, o których 

on, Baran, nigdy się nie dowie. W tym momencie 

przeraził się, poczuł zawrót głowy i cofnął się od 

balustrady.

A jeśli ona juŜ wie? Jeśli Semirama posiada juŜ 

klucz, panuje nad mocą i jedynie bawi się moim 

kosztem - udając, Ŝe istnieje jakaś przeszkoda w 

nawiązaniu kontaktu?

Zaczął schodzić po schodach, opierając się dłonią 

o ścianę, z odwróconą od balustrady twarzą.

KtóŜ to mógł wiedzieć? Ona jest z pewnością 

jedyną istotą na tym świecie, która potrafi zrozumieć 

tę mowę. Nawet Jelerak nie znał jej zbyt dobrze. Nie 

miał takiej potrzeby. Zawsze korzystał ze swych 

zaklęć, by kontrolować potwora. AŜ ten wpadł w szał. 

Gdyby go rozumiał, potrafił z nim rozmawiać, nie 

musiałby uŜywać potęŜnych, skomplikowanych 

czarów, aby ją tu sprowadzić. Wstrętny, śliski potwór 

babrający się w odchodach. Z pewnością się nimi 

Ŝywi. To rodzinne. Kapłani i kapłanki Starszych. 

background image

Musieli wiedzieć coś, o czym my nie mamy pojęcia, 

nawet czarownicy. Podstępni i nikczemni, jak ich 

pupilki. I ich moce teŜ. Nie doprowadzaj jej do szału, 

zanim nie będziesz pewien. MoŜe rzucić cię 

potworowi na poŜarcie.

Przylgnął do ściany.

A jeśli juŜ wie, przejęła kontrolę, to na co 

czekać? Jeśli tak się stało, to gra idzie o wysoką 

stawkę. Czy była ostatnią z rodu? Muszę to 

sprawdzić. Ogarniają mnie dziwne myśli... Dlaczego 

ona, skoro mógł wezwać kaŜdego z tej rodziny? Znał 

ją w dawnych czasach, dlatego. Zastanawiam się, jak 

dobrze ją znał. Nigdy nie myślałem, aby ten staruch 

mógł dosiąść czegoś innego niŜ miotły, ale przecieŜ 

kiedyś i on był młody... Teraz ona udaje się we 

wszystkie właściwe miejsca. Musiała sprawować silną 

władzę. Chciałbym ją kiedyś zadziwić Dłonią... A 

moŜe to kiedyś razem robili i dlatego wybrał ją...?

Trafił na podest, skręcił, stanął i wzruszył ramio-

nami.

Jakie strome schody. Ciemno. Od lat nie byłem 

w takiej sytuacji, choć...

background image

Przysiadł na górnym schodku, spuścił w dół 

stopy, opuścił się niŜej, znów obsunął stopy. Twarz 

miał mokrą, zęby mocno zaciśnięte.

Nie mogę, od kiedy spadłem z drzewa, matko! 

Dlaczego teraz? Minęło tyle czasu... Nie chcę, aby 

ktoś się teraz pojawił i zobaczył mnie...  Och,  nie 

chcę!

Cal po calu zsuwał się w dół po schodach.

Pomysł o czymś innym, to pomoŜe...

Poruszał nogami, rękami, siedzeniem; i jeszcze 

raz w dół...

ZałóŜmy, Ŝe to prawda? Przypuśćmy, Ŝe przejęła 

kontrolę i teraz czeka tylko na powrót starego , 

kochanka? śe te wszystkie działania to bzdura? Dla 

mojego dobra? Codziennie coraz dalej wysuwam 

szyję. Ona się uśmiecha, kiwa głową i bałamuci mnie. 

Ale kiedy wróci Jelerak, wyć będę w otchłaniach 

Piekieł... A jeśli...

Następny krok. I jeszcze jeden. Dotknął 

policzkiem ściany. Oddychał z trudem.

Nie mogę go wpuścić, póki jestem silny. Ale jak? 

Postawić podwójne straŜe przy zwierciadle? Zastawić 

background image

pułapki i nastraszyć go? Wpuścić go, a potem 

natychmiast zniszczyć? To moŜe się nie udać. W ten 

sposób ja teŜ przegram. Musi być jakieś inne 

wyjście... Co za wspaniały czas na jedno z tych 

zaklęć! Minęło tyle lat...

WciąŜ posuwał się w dół. Oczom jego ukazał się 

kolejny podest.

Oczywiście, to nie takie proste. Mogę jedynie 

zgadywać. Mógł wybrać ją spośród królowych 

Piekieł... Prawdopodobnie tak było... Z drugiej strony 

wzgardziła mną kilkakrotnie. Nie zrobiłaby tego, 

gdyby nie była mu wierna.

Trzy szybkie kroki. Krótka przerwa na odpoczy-

nek.

Gdybym wiedział, Ŝe tai jakąś tajemnicę, 

zmusiłbym ją do mówienia. Potem dostałbym wszyst-

ko... Jakie to dziwne! To miejsce jest tak spokojne! 

Dopiero teraz to zauwaŜyłem... Co to moŜe być?

W pośpiechu pokonał ostatnie stopnie, wstał, 

wspierając się na balustradzie.

Pójdę spojrzeć na ten wielki, ohydny loch - za-

decydował. - Jelerak zdaje się być wszędzie.

background image

Puścił barierkę i słaniając się na nogach ruszył w 

stronę galerii.

A potem smaczna kolacja. Muszę sobie to wszy-

stko poukładać.

* * *

Meliash przysiadł na szczycie pagórka w 

znacznej odległości od obozowiska i podziwiał 

roztaczający się widok. Kraina Przemian przestała się 

przeobraŜać. Mgły rozpłynęły się, ucichł wicher, a 

krajobraz zamarł w bezruchu. Widział teraz rozległy, 

pusty teren, zamarznięte, wykrzywione kształty. 

Gdzieś w oddali wyrastał zamek jego ostra sylwetka 

lśniła w zachodzącym słońcu. Bezskutecznie starał się 

dostrzec jakikolwiek ślad ruchu.

Zadecydował, iŜ naleŜy powiadomić o tym prze-

łoŜonego - Holruna - a gdyby był nieobecny, innego 

członka Rady. Jednak warto by mieć coś więcej do 

przekazania, a nie goły fakt, Ŝe zawirowania ustały. 

Gdyby tylko potrafił wytłumaczyć tę ciszę...

Niechętny był wyprawie w pojedynkę, w obawie, 

aby nawałnica nie rozpoczęła się nagle od nowa. Nie 

background image

była to kwestia tchórzostwa lub przesadnej ostroŜ-

ności. Do tych zadań nigdy nie wybierano ludzi 

bojaźliwych, impulsywnych ani zbyt ostroŜnych. 

NajwaŜniejsze było utrzymanie posterunków. Wła-

ściwy dobór straŜników pomagał powstrzymać 

najgwałtowniejsze ataki z zewnątrz i hamować 

wszelkie próby przekroczenia granic, które utworzyli 

wokół posiadłości. StraŜników dobierano pod 

względem ich poczucia obowiązku i gotowości 

wykonywania najtrudniejszych zadań. Meliash nie 

miał ochoty odjeŜdŜać zbyt daleko od miejsca, w 

którym umieszczono czarną róŜdŜkę.

Westchnął i sięgnął po kryształ. Nadszedł czas, 

by poinformować Holruna. Być moŜe coś zasugeruje.

Być moŜe sama Rada ruszy się, by spenetrować 

to miejsce, na tym czy innym poziomie, i dokona 

szybkiego rozpoznania. Wątpił jednak, aby 

przystąpili do tego natychmiast. Nadal pozostali 

przewraŜliwieni na punkcie wszystkiego, co pachniało 

Jelerakiem...

Polerując kryształ zastanawiał się, co stało się z 

tymi, których przepuścił do środka. Być moŜe jeden z 

background image

nich przedarł się i wywołał ten... bezruch.

UłoŜył bursztynową kute na kolanach i spojrzał 

w nią. Wnętrze jej było juŜ zmącone. Próbował 

oczyścić swój umysł i skoncentrować się, ale to było 

bardzo trudne. Poczuł ból głowy. Porzucił próbę 

nawiązania kontaktu. W jednej chwili kryształ 

rozjaśnił się i stary Rawk wyszczerzył zęby do 

Meliasha.

- Masz bardzo zatroskaną minę, synu. Coś cię 

trapi?

- Być moŜe - padła  odpowiedź. - Tak czy inaczej 

widzę wszystko w krysztale. Czy masz coś dla mnie?

- Chyba tak, bo moja pani wykopała mnie 

właśnie z łoŜa, abym ci o tym powiedział. Czy musimy 

się na to godzić?

- Mądry człowiek moŜe zmienić utarty bieg 

rzeczy, ale to nie musi dać dobrego efektu. Jaka jest 

jej wiadomość?

- Po pierwsze, muszę ci przekazać, Ŝe człowiek, 

który przejeŜdŜał przez twój posterunek i rzekomo 

nazywał się Weleand, kłamał. Rozmawiałem z pra-

wdziwym Weleandem wcześniej. Jest stajennym w 

background image

Murcave i zajmuje się chorymi końmi. Po drugie, 

istnieje prawdopodobieństwo, iŜ twój Dilvish jest tym,

którego Jelerak przemienił w głaz w czasach, których 

nie sięgają nasze stare archiwa. Przypuszcza się, Ŝe 

ostatnio powrócił do Ŝycia, odznaczając się w 

granicznej bitwie pod Portaroy i budząc legiony z 

Shoredan, by w ten sposób pomóc miastu. KrąŜy 

nawet o nim pieśń. Zaśpiewała mi ją, zanim wyrzuciła 

mnie z pościeli. Pieśń wspomina o metalowym 

rumaku i napomyka o nieustającej walce z 

czarownikiem.

- Cieszę się, Ŝe jej wysłuchałeś.

- To była porywająca pieśń. A teraz, jeśli 

pozwolisz...

- Czekaj. Co o tym myślisz?

- Och, chyba ma rację. Zazwyczaj się nie myli. 

Choć jej podejrzenia są troszeczkę melodramatyczne.

- Chciałbym je jednak usłyszeć. 

Rawk wytarł ślinę z kącika ust.

- CóŜ, jestem pewien, Ŝe się uśmiejesz. Mnie to 

rozbawiło. Ona uwaŜa, Ŝe Weleand to Jelerak w 

przebraniu, który próbuje przedrzeć się do własnego 

background image

zamku, bo jest zbyt osłabiony obraŜeniami, których 

doznał na Północy. Nie pozwalają mu one na uŜycie 

potęŜnej siły.

- A skąd ona wie, co wydarzyło się na Północy? 

- Mówię przez sen. Wszystko jedno - dziewczyna 

twierdzi, Ŝe Jelerak wie o pościgu Dilvisha. Dlatego 

cię przed nim ostrzegał, mając nadzieję, Ŝe 

zatrzymasz jego wroga. I co byś zrobił z taką 

dziewczyną?

- Zaproponuj jej swą pracę -  zasugerował 

Meliash.

- Myślisz, Ŝe coś w tym jest?

Takiej moŜliwości nie moŜna odrzucić. Jeśli 

rzeczywiście coś w tym jest, to uwaŜam, Ŝe... CóŜ. Kto 

wie? Podziękuj jej w moim imieniu. Tobie teŜ 

dziękuję.

- Cieszę się, Ŝe się na coś przydałem. A propos... 

- Tak?

-  Jeśli spotkasz tego Dilvisha, powiedz mu, Ŝe 

zalega z płatnościami.

Rawk zakończył rozmowę, a Meliash odwrócił 

wzrok w kierunku wieŜ Zamku Wieczności. Teraz 

background image

potrzebował informacji o tym miejscu. Choć w tej 

chwili nie było na to czasu.

* * *

Melbriniononsadsazzersteldregandishfeltselior 

rzadko wykorzystywany był przez ziemskich adep-

tów, gdyŜ uŜycie imienia demona niezbędne było w 

obrzędach zobowiązujących go do niewolniczej pracy. 

Wystarczyło przeoczyć jedną sylabę a magik 

opuszczający z uśmiechem krąg odkrywał, Ŝe demon 

uśmiecha się równieŜ.

Potem, zostawiając artystycznie rozrzucone 

szczątki wokół magicznego kręgu, demon powracał 

do piekielnej krainy, ciągnąc za sobą małą pamiątkę 

po zabawnym interludium.

Jednak na nieszczęście 

Melbriniononsadsazzersteldregandishfeltseliora, 

Baran o Trzech Dłoniach pochodził z Blackwold, w 

którym posługiwano się skomplikowanym, 

aglutynacyjnym językiem. Dlatego znalazł się na 

słuŜbie mieszkańców Zamku Wieczności - 

niebezpiecznie osadzonego artefaktu ziemskiego, 

background image

który przeraŜał go bardziej niŜ cokolwiek w jego 

własnej ojczyźnie. To dlatego teraz schodził ostroŜnie 

w dół stoku przez wypaczony krajobraz, z misją, w 

kierunku tego lepkiego terenu, którego do tej pory 

unikał, na Ŝądanie kobiety, której bał się nade 

wszystko, ze względu na towarzystwo, w którym 

przebywała. Dlatego tym bardziej obawiał się 

poraŜki, bardziej niŜ wywrotki i nadweręŜenia swych 

krzywych nóŜek, zadziwiająco dopasowanych do 

osobliwych warunków jego małego legowiska w tym 

niezwykłym miejscu. Jego przekleństwa brzmiały jak 

najpoboŜniejsze strofy przetłumaczone na 

mabrahoring. I właśnie teraz miotał przekleństwa, 

gdyŜ droga stała się skalista i stroma. Ścisnął mocniej 

chusteczkę, powtarzając otrzymane instrukcje. 

ZbliŜył się do spokojnej juŜ sadzawki, na powierzchni 

której sterczeli jacyś ludzie i koń niczym szachy na 

błękitnym blacie stołu.

Miał przyprowadzić jej człowieka. Tak. 

MęŜczyznę. Trochę dalej...

Minął drzewa i miejsce, gdzie zaczynała się 

plaŜa. Ruszył jej brzegiem. Gdy znalazł się 

background image

naprzeciwko uwięzionych ludzi, stanął, by rozwiązać 

chusteczkę. Ludzie dostrzegli go i zaczęli krzyczeć coś 

do siebie. Zastanowił się, kogo będzie mógł poŜreć 

człowieka czy konia.

Przypomniał sobie niecierpliwy głos Semiramy i 

doszedł do wniosku, Ŝe rozsądniej będzie zrezyg-

nować z tej przyjemności.

Wygrzebał garść lodowego pyłu i rzucił go przed 

siebie na plaŜę. Piasek zmarszczył się i pękł. Zbadał 

teren, stwierdził, Ŝe utrzyma jego cięŜar i ruszył 

przed siebie.

ZbliŜając się do dziewczyny wyszczerzył zęby i 

stanął. Nie był w stanie jej ominąć. Drogę zagradzał 

mu jakiś niewidzialny mur. Wyciągnął swe czułki w 

kilku kierunkach i w końcu zrozumiał, Ŝe chronią ją 

zaklęcia skuteczne w promieniu sześciu stóp. Przeklął 

w mabrahoring i chwycił kolejną garść piachu, by 

znaleźć okręŜne przejście. Pragnął jedynie 

maleńkiego kąska z jej prawego ramienia. Rzucił 

przed siebie ziarenka, minął dziewczynę, posypał 

piachem wodę i wsłuchał się w gwałtowne trzaski. 

TuŜ przed nim pojawił się lodowy most. Zatrzymał się

background image

niespodziewanie, wysuwając czułki. Zaniepokoiło go 

połoŜenie ramion męŜczyzny. Choć wiedział, Ŝe to 

niemoŜliwe, jego twarz zdała mu się dziwnie 

znajoma...

Aha! Wykrył metal. MęŜczyzna trzymał ukryty 

pod wodą miecz.

Chwycił następną porcję piachu i zawahał się. 

Gdyby zamroził męŜczyznę w tej pozycji, musiałby go 

potem rozmrozić. Nie warto było próbować, 

zwłaszcza, Ŝe pani czekała na szybką dostawę.

Sypnął garść lśniących ziaren w lewą stronę, a te 

zakreśliwszy w powietrzu łuk, spadły obok męŜ-

czyzny, poza zasięgiem jego dłoni uzbrojonej w ost-

rze. Przesunął się do przodu, ostroŜnie stąpając po 

twardej juŜ powierzchni, raz jeszcze rzucił piachem, 

tym razem za plecy męŜczyzny. Patrzyli sobie w oczy, 

w tej twarzy...

- Ciesz się, hieno! - powiedział męŜczyzna w 

mabrahoring. - Czołgaj się dalej. Jestem prawie twój, 

ale to nie koniec. Jeszcze nie. Jedno potknięcie, a 

poślę cię tam, gdzie twe miejsce. Spójrz w dół! Lód 

pęka!

background image

Demon zatrzepotał gwałtownie kończynami, 

przechylił się i upadł, podparł się wyciągniętą łapą, 

rzucił męŜczyźnie pełne wściekłości spojrzenie i wstał.

- Dobra robota - przyznał. - Z radością 

poŜarłbym twe serce. Świetnie władasz językiem. Czy 

znasz Tel Talionis?

- Owszem.

Tym bardziej szkoda. Z przyjemnością bym z 

tobą pokonwersował.

Powiedziawszy to, przeskoczył na koniec lodowe-

go mostu i znalazł się za plecami męŜczyzny. Zgodnie 

z instrukcją, walnął go rogiem w kość za uchem.

Gdy ten osunął się w przód, demon chwycił go za 

włosy, a potem złapał go pod pachami i pociągnął ku 

górze. Woda pociemniała, a na jej powierzchni 

pojawiły się bańki powietrza. Przerzucił ciało przez 

plecy, odwrócił się i ruszył brzegiem płazy, wciąŜ 

szczerząc zęby.

Dziewczyna, posługując się językiem Elfów, rzu-

cała za nim błagania i przekleństwa. Mijając ją, 

demon poŜądliwie spojrzał na jej ramię. Było tak 

blisko, a jednocześnie tak bardzo daleko...

background image
background image

ROZDZIAŁ VI

Gdy tylko demon wyszedł, by wykonać zadanie, 

Semirama zadzwoniła po słuŜących. Kiedy pierwszy z 

nich pojawił się w przedsionku głównej komnaty, 

posłała go po pozostałych i nakazała wrócić im ze 

ścierkami, dzbanami wody, opatrunkami, jadłem, 

winem, suchymi szatami i łękami na zimny kompres, 

zwracając baczną uwagę na pośpiech oraz dyskrecję.

Wszystko to niebawem wniesiono i ułoŜono na 

kanapie pokrytej jasnymi jedwabiami Wschodu, 

kiedy wszedł demon, trzymając na ramieniu Dilvisha. 

Słudzy wycofali się w popłochu.

- UłóŜ go na kanapie - nakazała, a potem 

zwróciła się do słuŜby: - Ty oczyścisz jego buty i 

spodnie z błota. Ty przyniesiesz mi kompres, a ty 

otworzysz wino.

Demon opuścił Dilvisha na sofę i stanął po 

drugiej stronie komnaty. Semirama wpatrywała się w 

twarz męŜczyzny, potem wolno siadła przy nim i 

połoŜyła jego głowę na kolanach. Nie odwracając 

wzroku, wyciągnęła prawą rękę i rzekła:

background image

-  Przynieś mi wilgotną ściereczkę.

Prawie natychmiast polecenie zostało wykonane. 

Zaczęła obmywać mu twarz, przesuwając opuszkami 

palców po jego brwiach, policzkach, brodzie.

- Myślałam, Ŝe juŜ nigdy cię nie zobaczę - sze-

pnęła - a jednak wróciłeś.

- Kompres - dodała głośniej, rzucając ściereczkę 

na podłogę.

Sługa podał opatrunek.

Odwracając głowę Dilvisha, znalazła miejsce, w 

które został uderzony. Rzuciła demonowi wściekłe 

spojrzenie, rozłoŜyła i ponownie złoŜyła opatrunek, 

przykładając go za uchem.

- Oczyść jego pochwę miecza i sprzączkę u pasa. 

A ty polej ten opatrunek winem i podaj mi.

Ocierała usta ściereczką, kiedy do komnaty 

wszedł Baran.

- Co tu się dzieje? - zaŜądał wyjaśnień. - Kim jest 

ten człowiek?

Semirama podniosła gwałtownie wzrok; oczy 

miała szeroko otwarte. SłuŜba odsunęła się. W stra-

chu przed językowymi umiejętnościami Barana, 

background image

Melbriniononsadsazzersteldregandishfeltselior 

przykucnął w rogu pokoju.

- Dlaczego pytasz, to jeden z wielu, którzy tu 

przybyli - rzekła - w poszukiwaniu, przypuszczam, 

mocy.

Baran parsknął chrapliwym śmiechem i zrobił 

krok naprzód. Rękę połoŜył na rękojeści sztyletu 

wsadzonego za pas.

- Dobrze, pokaŜmy mu tę moc, wyrzucając go 

stąd i pozbywając się kolejnego kłopotu.

- Przybył do nas Ŝywy - oświadczyła stanowczo. - 

NaleŜy go zachować dla twego pana. Niech on 

zdecyduje.

Baran stanął w miejscu, analizując własne myśli. 

Ale za moment znów wybuchnął śmiechem.

- Dlaczego demon nie moŜe poŜreć go teraz? - 

zaproponował. - Po co męczyć tego biedaka spacerem 

do izby tortur?

- Co masz na myśli? - spytała.

- Z pewnością musisz wiedzieć, skąd oni biorą te 

smakołyki, którymi tak się delektują?

Zakryła usta dłonią.

background image

- Nigdy o tym nie myślałam. Więźniowie? 

- Właśnie.

- Ale tak być nie powinno. My jesteśmy ich 

straŜnikami.

Baran wzruszył ramionami.

- To ogromny zamek w tym brutalnym świecie.

- Demony naleŜą do ciebie - zauwaŜyła. -

Przemów do nich.

Ogarnął go śmiech, ale gdy dostrzegł wyraz jej 

oczu, momentalnie poczuł dotknięcie mocy, której nie 

był w stanie pojąć. Pomyślał o niej i Jeleraku, co 

przyprawiło go o kolejny zawrót głowy.

- Zrobię to - obiecał, spoglądając raz jeszcze na 

męŜczyznę.

- Wiesz, dlaczego tu jestem? - zapytał. - Spa-

cerowałem przez galerię. Zostawiłaś okno nakiero-

wane na sadzawkę. Dziwię się, dlaczego ratowałaś 

męŜczyznę, pozostawiając na pastwę losu dziewczynę. 

Jest przystojny, prawda?

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów 

Semirama zaczerwieniła się. Widząc to, Baran uśmie-

chnął się.

background image

- To wstyd tak ich marnować - dodał.

Zwrócił się do demona.

- Wracaj nad sadzawkę polecił w mabrahoring. 

Przyprowadź mi kobietę. Mnie teŜ przyda się trochę 

relaksu.

Demon uderzył się w piersi i skłonił się, aŜ jego 

łeb dotknął posadzki.

- Panie, chroni ją przed takimi jak ja pewne 

zaklęcie - oświadczył. - Nie mogłem się do niej zbliŜyć.

Baran zmarszczył czoło. Po raz pierwszy 

przywołał w myślach obraz Arlaty.

- Dobrze. A zatem sam po nią pójdę - rzekł.

Przeszedł przez komnatę i gwałtownym ruchem 

otworzył drzwi. Na ścieŜkę prowadziło siedem 

płaskich stopni. Szybkim krokiem zszedł na dół i 

ruszył w stronę skraju zbocza, po którym wcześniej 

schodził demon.

Słońce kryło się na zachodzie i tuŜ przed nim 

pojawiły się długie cienie, układające się w wielki 

płaszcz zmierzchu na stromej, skalistej drodze. Baran 

przeszedł kilka kroków, do miejsca, w którym stok 

opadał gwałtownie.

background image

Od zawietrznej strony dotarł do potęŜnej skały, 

stanął do niej tyłem i spojrzał w dół. Patrzył jak w 

hipnozie. Zamruczał zaklęcie, ale nie zadziałało. 

Zdawało mu się, Ŝe krajobraz przed nim faluje.

- To nie był dobry pomysł - burknął, dysząc 

cięŜko - ...nie. Do diabła z nią. Nie jest tego warta.

A jednak stał tam nadał, przylepiony do skały. 

Kamienie przybrały teraz ostrzejsze rysy, wydawały 

się sięgać po niego.

Na co czekam? Wracaj i powiedz, Ŝe szkoda 

zachodu...

Prawa stopa drgnęła mu nerwowo. Zamknął 

oczy i wciągnął głęboko powietrze. Jego poŜądanie i 

wściekłość minęły. Raz jeszcze pomyślał o dziew-

czynie uwięzionej w dole. Jej twarz napawała go 

niepokojem. I to nie dlatego, Ŝe była piękna...

Mała iskierka szlachetności, która, mógłby przy-

siąc, była mu obca lub zgasła przed wieloma laty, 

zamigotała w jego sercu. Otworzył oczy i wzdrygnął 

się, spoglądając w dół.

- W porządku, do diabła! Wydostanę ją. 

Stanął na ścieŜce i ruszył.

background image

Nie jest tak złe, jak wygląda. A jednak...

Zszedł około czterdziestu stóp, zanim skręcił w 

bok; stanął, oparł się na skale z lewej strony i z tej 

pozycji mógł dokładnie obserwować sadzawkę.

Patrzył przez kilka chwil w tym kierunku, zanim 

zanotował w pamięci widoczną przed nim scenę.

Dziewczyna zniknęła. Koń teŜ.

Parsknął śmiechem. Nagle umilkł. No cóŜ... cóŜ...

Zawrócił i cięŜkim krokiem ruszył w górę.

- ... do diabła z nią.

* * *

Kiedy Baran powrócił do bawialni, dostrzegł, Ŝe 

prawie nic się nie zmieniło. MęŜczyzna pozostawał 

nieprzytomny, ale jego twarz nie była juŜ taka blada.

Semirama odwróciła głowę i uśmiechnęła się.

- Szybko wróciłeś, Baran. 

Kiwnął głową.

- Było juŜ za późno. Zniknęła. Wraz z koniem, 

jeśli o to chodzi...

- Pociesz się jakąś niewolnicą. 

Podszedł bliŜej.

background image

- Ten człowiek pójdzie teraz do lochów - 

stwierdził. - Masz rację. Musimy go tu przetrzymać, 

czekając na decyzję mistrza.

- Najpierw chciałabym się upewnić, Ŝe ją podej-

mie - rzekła.

W tej chwili Dilvish wydał ciche westchnienie.

- Proszę - odezwał się z uśmiechem Baran. - On 

Ŝyje. Wy tam, osły, postawcie go na nogi i za mną.

Semirama podniosła się i stanęła bliŜej Barana 

niŜ zazwyczaj.

- Doprawdy, Baran, moŜe będzie lepiej, jeśli 

zaczekamy nieco dłuŜej.

Uniósł prawą dłoń na wysokość jej piersi i nagłe 

pstryknął palcami.

- Lepiej dla kogo? - spytał. - Nie, kochanie. Jest 

więźniem jak pozostali. Musimy wypełnić naszą 

powinność i przechować go w bezpiecznym miejscu. 

To był twój pomysł.

Spojrzał na słuŜących, którzy wzięli Dilvisha pod 

pachy i podnieśli go. Głowa zwisała mu nieprzyto-

mnie, stopy ciągnęły się po ziemi.

- Tędy - krzyknął, ruszając ku drzwiom. - Sam 

background image

będę czynił honory domu.

Semirama podreptała za nim.

- Pójdę z tobą - odezwała się - aby upewnić się, Ŝe 

sobie poradzi.

- Nie moŜesz oderwać od niego oczu, co? 

Nie odpowiedziała i wyszła za nimi z pokoju, 

przechodząc przez wielką komnatę. Jej oczy błądziły 

przez moment po dziwacznych ozdobach i meblach 

nadających sali unikalny wygląd - potęŜne, szklane 

drzewo, które zwisało odwrócone z sufitu; gobeliny 

przedstawiające młodzieńców o białych włosach 

spiętych z tyłu, damy z niemoŜliwie wysokimi 

kokami, w pofalowanych spódniczkach; bogato 

zdobione i inkrustowane stoły; rzeźbione krzesła, 

wyściełane tylko w nielicznych miejscach, z 

kolorowymi medalionami zdobiącymi materię; długie 

zwierciadła; kafelki układające się na posadzce w 

niezwykły wzór; długie, cięŜkie zasłony; przedziwny 

mebel z klawiaturą, wydający muzyczne dźwięki przy 

kaŜdym naciśnięciu klawisza.

W tej komnacie było coś nienaturalnego, mimo 

Ŝe całe miejsce było przedziwne. Przechodząc przez 

background image

nią czasami, Semirama dostrzegała w głębi 

zwierciadeł odbicia ludzi lub przedmiotów, których 

nie było - przemykały, zanikały - widziała je zbyt 

krótko, aby je rozpoznać. Pewnej nocy usłyszała 

dochodzące z tej sali odgłosy muzyki, śmiech i 

paplaninę w obcym języku, którego nie potrafiła 

rozpoznać. Zamierzając przyłączyć się do zabawy 

albo zniszczyć hordę nadprzyrodzonych intruzów za 

pomocą dwóch wyciągniętych palców, zbiegła po 

schodach, wzdłuŜ korytarza i wkroczyła do komnaty. 

Muzyka umilkła. Sala była pusta. Ale w 

zwierciadłach stali w pół-ruchu ludzie ubrani w 

piękne, róŜnorodne stroje. Wszyscy odwrócili ku niej 

wzrok. Uwagę jej przyciągnął wysoki, prawie 

znajomy męŜczyzna w jasnym mundurze, z barwną 

szarfą przewieszoną przez pierś. Porzucił swą 

partnerkę i posłał Semiramie uśmiech. Ta zawahała 

się przez moment, a potem spróbowała przejść przez 

lustro, by stanąć obok niego. W mgnieniu oka Ŝywy 

obraz zniknął, lustro opustoszało, podobnie jak 

komnata, jej wyciągnięte ramiona i umysł wróŜki. 

Gdy zapytała Tualuę, ten albo nie wiedział, co się 

background image

stało, albo zupełnie się tym nie przejął. Ten zamek - 

powiedział jej - wznoszący się dostojnie nad cudowną 

sadzawką, istniał zawsze i zawsze istnieć będzie. Jest 

w nim wiele osobliwych rzeczy, wiele niezwykłych 

rzeczy się tu wydarzyło. Nie robiło to na Tualui 

Ŝadnego wraŜenia.

Kiedy opuścili wielką komnatę, z klawiatury 

wydobyły się cztery dźwięki, choć nikogo przy niej 

nie było. Baran stanął, spojrzał za siebie, rzucił okiem 

na klawisze, wzruszył ramionami i poszedł dalej.

Semirama kroczyła za nimi aŜ do przedsionka. 

Nieprzytomny męŜczyzna jęknął znowu, a ona 

wyciągnęła rękę i chwyciła go za przegub, stwier-

dzając z ulgą, Ŝe puls był teraz mocny.

- ...nie rusz go - nakazał Baran, dostrzegając jej 

gest.

Znajdujący się za nimi 

Melbriniononsadsazzersteldregandishfeltselior 

wrzasnął i rzucił się w kierunku drugiego wyjścia. W 

lustrze zauwaŜył coś, co go przeraziło.

Skierowali się ku klatce schodowej prowadzącej 

w dół, do komnaty pod zamkiem. Przy wejściu Baran 

background image

postawił latarnię i zapalił ją od najbliŜszej pochodni. 

Następnie trzymając ją w górze wkroczył w mroczną 

niszę, nie zwaŜając na sporadyczne zawroty głowy.

Gdy stąpali po schodach, więzień zaczął wyka-

zywać oznaki przebudzenia, kręcąc głową i próbując 

stanąć na nogi. Semirama pochyliła się, by dotknąć 

jego policzka.

- Wszystko będzie dobrze, Selarze - szepnęła. - 

Wszystko będzie dobrze.

Usłyszała chichot Barana.

- Czy potrafisz wywiązać się z takiej obietnicy, 

kochanie? - spytał.

MoŜe on tylko udaje? - przeszło jej przez myśl. 

Doszedł do siebie, zbiera siły, aby wyrwać się i 

przepaść w ciemnościach? Baran jest silny i uzbro-

jony, a Selar nawet nie wie, gdzie jest. A jeśli ucieknie 

teraz, Baran rozpocznie poszukiwania, które go 

zabiją. Jak mu powiedzieć, aby zaczekał, aby trzymał 

się podstępu i pozostał więźniem?

Schody skończyły się i skręcili w lewo. Wokół 

panowała mroczna ciemność przesycona lodowatym, 

wilgotnym powietrzem. W świetle latarni szara, 

background image

kamienna ściana migotała łagodnie, a po jej 

powierzchni spływały kropelki wody.

W jej czasach znana była historia Corbryanta i 

Thyseldy - dziewczyny, która musiała udawać 

straŜniczkę swego ukochanego, by uratować mu 

Ŝycie.

Zastanowiła się, czy historia ta nadal jest popu-

larna, czy Baran w ogóle o niej słyszał. Była to 

opowieść z krainy Elfów... Czy Baran rozumiał ich 

język - mowę niezwykłe trudną, nie podobną do tych, 

które znała, lub o których wiedziała?

Wyciągnęła dłoń i dotknęła prawego ramienia 

Dilvisha. Ramię napręŜyło się.

- Znasz losy Corbryanta? - zapytała szybko i 

cicho w tym języku.

Zapanowało długie milczenie. 

- Tak - odezwał się. 

- To ja i ty - rzekła.

Poczuła, jak jego mięśnie wiotczeją. Miała na-

dzieję, Ŝe liczył kroki i zakręty. Uścisnęła mu ramię i 

puściła je.

Minęli serię poprzecznych korytarzy, z głębi 

background image

których wydobywały się gwałtowne mlaski i 

chrząkania. W jednym z nich odgłosy dochodzące z 

prawej strony stawały się coraz głośniejsze. Baran 

podniósł głowę i zatrzymał się. Opuścił latarnię na 

ziemię.

Tak szybko, Ŝe nie była pewna, co się stało. 

Gromada ryjkowatych, świniopodobnych istot słu-

sznego wzrostu, przebiegła obok nich na tylnych 

łapach, sapiąc i dysząc cięŜko. Niektóre z nich 

dźwigały poduszki i gliniane dzbany. Gdy zniknęły w 

oddali, zaintonowały monotonny śpiew.

- Te małe bękarty są teraz w pełnym składzie - 

zauwaŜył Baran. - Niektórym zawsze się udaje 

przedrzeć się na górę i zakłócić mój spokój w 

bibliotece.

- Mnie nigdy nie przeszkadzały - odpowiedziała. 

- Ale kiedyś czytałam w pokoju. Małe, groteskowe 

stworki...

- ZałoŜę się, Ŝe są bardzo smakowite. A to 

przypomina mi, Ŝe właśnie stygnie moja kolacja. 

Chodź...

Ruszył dalej, w końcu dotarł do obszernej kom-

background image

naty, w której płonęła jedna pochodnia, jedna topiła 

się, a z dwóch innych pozostał jedynie popiół w 

ściennych zagłębieniach. Podniósł dwie świeŜe 

pochodnie z wiązki stojącej przy murze, zapalił je i 

zawiesił w pustych zagłębieniach. Skierował swe 

kroki do przejścia po lewej stronie. 

- Podaj mi kajdany! - nakazał.

Przy stercie pochodni stał stojak z kajdanami i 

półka z kłódkami. Niewolnik stojący po lewej stronie 

Dilvisha wyciągnął rękę i ściągnął pęto łańcuchów. 

Semirama podeszła do niego i wybrała z półki kilka 

kłódek.

- Poniosę je - oświadczyła. - Masz juŜ pełne ręce.

MęŜczyzna kiwnął głową, przewiesił kajdany 

przez lewe ramię i ruszył dalej. PodąŜyła za nimi, do 

komnaty, w której do krzywych ścian przykuci byli 

Hodgson, Derkon, Odil, Vane, Galt i Lorman. 

Zdawało się, Ŝe wcześniej był tu jeszcze jeden...

Baran uniósł latarnię i schylił się w stronę 

pustych łańcuchów i pokrytej zakrzepłą krwią ściany, 

w stronę miejsca, w którym wisiał gruby czarownik 

trawiony właśnie przez demona.

background image

- Tam - polecił. - Przykujcie go do tego koła.

Pozostali więźniowie obserwowali tę scenę w mil-

czeniu, zamarli w bezruchu po wejściu Barana.

Niewolnicy na wpół nieśli, na wpół prowadzili 

Dilvisha do wskazanego miejsca przy ścianie. 

Przeciągnęli łańcuchy przez potęŜną obręcz przykutą 

do muru, nie zwracając zupełnie uwagi na tych, 

którzy juŜ wisieli wzdłuŜ wilgotnych kamieni.

- Teraz dokładnie wiesz, gdzie go szukać w razie 

potrzeby - zakpił Baran - jeśli nie masz nic przeciw 

takiej widowni.

Odwróciła się i jednym spojrzeniem przeszyła 

Barana.

- JuŜ dawno temu przestałeś być zabawny - 

stwierdziła. - Stałeś się wulgarny i więcej niŜ 

odraŜający.

Powiedziawszy to, podeszła do miejsca, w 

którym niewolnicy opasywali ciało Dilvisha 

łańcuchami. Podała im kłódki, a oni umocowali je we 

właściwym miejscu. Semirama zamknęła kaŜdą z 

nich, a Baran poszedł jej śladem sprawdzając ich 

zatrzaski.

background image

Kiedy sprawdził ostatnią, mruknął z zadowole-

niem. Wstając potrząsnął kajdanami, rzucił 

Semiramie ukradkowe spojrzenie i uśmiechnął się 

chytrze. 

- Robią sporo hałasu - zauwaŜył. - Jeśli tu 

przyjdziesz, cały zamek będzie wiedział, gdzie cię 

szukać.

Semirama przykryła usta dłonią i ziewnęła.

-  Zapiera ci dech, co?

Dziewczyna uśmiechnęła się i odwróciła głowę w 

stronę Dilvisha.

- Czy to chciałeś zobaczyć? - rzekła do Barana.

Objęła Dilvisha i pocałowała w usta, 

przyciskając się doń całym ciałem.

Mijały sekundy, Baran zaczął krąŜyć nerwowo. 

Niewolnicy odwrócili wzrok.

W końcu puściła go ze śmiechem.

- Oczywiście, jestem namiętnie do niego przy-

wiązana, do tego nieznajomego, który przybył tu jako 

intruz, aby nas okraść - oznajmiła.

Odwróciła się gwałtownie i poklepała Dilvisha. 

- Bezczelny drań! - stwierdziła z wściekłością.

background image

Dumnym krokiem opuściła celę, nie oglądając się 

za siebie.

Baran rzucił spojrzenie Dilvishowi i wyszczerzył 

zęby. Podniósł latarnię ze skalnego występu i wyszedł 

z komnaty, za nim podąŜyli niewolnicy.

Semirama krąŜyła wokół wylotu korytarza.

- Wiedziałem, Ŝe zaczekasz na światło - zauwaŜył 

Baran, podchodząc bliŜej.

Nie odpowiedziała.

- Nie masz pojęcia, jakie to było dziwne - po-

wiedział, dotrzymując jej kroku.

- Pocałunek? - spytała zakłopotana. - Naprawdę, 

Baran...

- Sposób, w jaki pielęgnowałaś tego prostaka - 

odparł.

- Nie chciałam, by umarł - odpowiedziała. 

- Teraz czy potem? Dlaczego nie?

- Jest zagadką...  pierwszym Elfem, który tu 

dotarł. To niezwykli ludzie. Zazwyczaj trzymają się 

razem. Niektórzy mówią o nich „aroganci". Myś-

lałam, Ŝe twój pan ubawi się, poznając cel jego 

podróŜy.

background image

- Niektórzy mówią o nich „pechowcy" 

oświadczył Baran. - Mogą być niebezpieczni.

- TeŜ o tym słyszałam. Ten jest pod dobrym 

zamknięciem.

- Kiedy wszedłem i zobaczyłem, w jaki sposób 

zajmujesz się tym intruzem - oczywiście, zdener-

wowałem się...

- Czy starasz się przeprosić mnie za te wszystkie 

złośliwe uwagi?

Baran wolnym krokiem ruszył wzdłuŜ korytarza, 

a jego ciało migotało w świetle łatami.

- Tak - zabrzmiał jego głos.

- Świetnie - powiedziała, podąŜając za nim. - Nie 

tak, jak zasługuje na to królowa, ale niewątpliwie nie 

potrafisz zrobić tego lepiej.

Baran chrząknął, nie przerywając marszu. I do 

tej pory nie wiadomo, czy zamierzał rozwinąć swe 

przeprosiny, bo zatrzymał się gwałtownie, a jego 

pomruki zatopiły się w fali głośniejszych dźwięków.

ObniŜył latarnię i przywarł plecami do ściany. 

Semirama i niewolnicy poszli w jego ślady. Hałas w 

poprzecznym korytarzu narastał.

background image

Nagłe obok nich przebiegły niewyraźne postaci. 

Jedenaście świniopodobnych stworów z błyszczącymi 

kłami zatopiło się w mroku. Odziane były w tuniki z 

długimi rękawami ozdobione dziwacznymi cyframi. 

Jeden z nich trzymał pod prawą łapą ludzką czaszkę.

- Stygnie moja kolacja - oznajmił Baran, 

podnosząc latarnię. - Wyjdźmy stąd!

Kilka minut potem wchodzili po długich scho-

dach. TuŜ przy szczycie pojawiła się mroczna postać. 

Baran podniósł latarnię.

Jak tylko ukazała się twarz, Baran wrzasnął:

- Myślałem, Ŝe zostawiam cię po to, abyś 

obserwował lustro. Co tu robisz?

- Drugi sługa powiedział mi, Ŝe jesteś w pod-

ziemiach, panie. Światełko, które miałem śledzić, 

zniknęło!

- Co takiego? Tak szybko? Muszę natychmiast 

znaleźć zastępstwo. Doskonale. Jesteś wolny.

- Czekaj! - nakazała Semirama. 

Niewolnik spojrzał na nią i serce jego przepełniło 

się przeraŜeniem.

- O którym lustrze mówisz? - spytała, wchodząc 

background image

na ostatni stopień. - Z pewnością nie o tym z 

północnego pokoju na górze, w Ŝelaznej ramie?

MęŜczyzna zbladł.

- Tak, Wasza Wysokość - bąknął - o tym samym.

Baran zgasił latarnię i postawił ją na półce. 

Odwrócił się do Semiramy z niewyraźnym uśmie-

chem. Dziewczyna wyprostowała się, a w jej oczach 

płonęły ognie. Zdawał sobie sprawę ze znaczenia 

gestu, jaki właśnie wykonywała jej lewa ręka, choć 

nigdy nie podejrzewał jej o taką moc.

- Zaczekaj, Pani! Powstrzymaj się! - krzyknął. - 

To nie to, co myślisz! Pozwól mi wszystko wyjaśnić!

Zastanowił się, czy zdąŜy przywołać Trzecią 

dłoń, zanim dokończy swój gest. Zawahała się.

- A zatem mi powiedz. 

Odetchnął.

- Próbując rozwiązać zagadkę zablokowanego 

lustra - zaczął - wysłałem do jego wnętrza ducha, by 

zbadał uszkodzenia astralne. Miałem zamiar 

porozmawiać z nim, by poznać rozmiar zniszczeń. 

Kazałem temu człowiekowi prowadzić obserwacje, 

gdyby zdarzyło się coś niezwykłego. Właśnie usły-

background image

szałaś jego raport. Powinienem natychmiast się tam 

udać i ustalić, co się dzieje. To moŜe być niezbędna 

wskazówka, jeśli chcemy otworzyć lustro raz jeszcze.

Opuściła dłoń.

- Tak - rzekła - musisz iść. Daj mi znać, czego się 

dowiedziałeś.

- Oczywiście. Zrobię to. 

Odwrócił się i zaczął biec.

Semirama obrzuciła wzrokiem dwóch 

niewolników, którzy prowadzili Dilvisha, i 

niewolnika, który przyniósł wiadomość dla Barana.

- Co tak sterczycie? - warknęła. - Wracajcie do 

swych zajęć albo do swoich kwater.

Odeszli w pośpiechu. Patrzyła za nimi, aŜ 

zniknęli jej z oczu. Wtedy zawróciła i ruszyła przez 

ogromną komnatę, kierując się do przejścia 

wychodzącego na północno-południowy korytarz.

Komnata topiła się w mroku, gdyŜ zachodziło 

słońce, a jej jedyne okna umieszczone były wysoko, 

na zachodniej ścianie. Przechodząc przez salę, do-

strzegła z lewej strony nieznaczny ruch. W lustrze 

ujrzała postać jasnowłosego męŜczyzny stojącego 

background image

przy białym filarze. Ani męŜczyzny, ani filaru nie by-

ło w komnacie. Zatrzymała się i wybałuszyła oczy.

Był to męŜczyzna, którego widziała tamtej nocy 

podczas niewidzialnego przyjęcia. Stał teraz samo-

tnie, w zielonych szatach i z uśmiechem na twarzy. 

Wtedy zdawała się nie dostrzegać, jak bardzo był 

przystojny, jak bardzo przypominał...

Uniósł dłoń i skinął na nią. Szkło zalśniło i od-

niosła wraŜenie, Ŝe moŜe przez nie przejść i stanąć 

obok niego.

Wzruszyła ramionami, pokręciła głową, odwza-

jemniając uśmiech. Niestety, śpieszyła się...

Opuszczając komnatę, pobiegła korytarzem, mi-

jając przypadkowego sługę, który zapałał światło w 

lichtarzyku i wysokich świecznikach. Posuwała się w 

cieniu, aŜ dotarła do galerii, która prowadziła wzdłuŜ 

budynku i do Komnaty Lochu. Przystanęła, by raz 

jeszcze spojrzeć przez okna, na miejsce, w którym 

zauwaŜyła go po raz pierwszy.

Sadzawkę widać było bardzo wyraźnie, a dziew-

czyna i koń rzeczywiście zniknęli. Czy ona coś dla 

niego znaczyła? Semirama zdumiała się, wyciągając 

background image

dłoń, by odwrócić zaklęcie.

W sadzawce przeglądały się góry, część zamku i 

zachodzące słońce. Gładki pas plaŜy jaśniał bielą; na 

stoku wyrastały pojedyncze, ciemne skały.

Przez moment zdawało jej się, Ŝe widziała szybki 

ruch w dole, daleko z prawej strony.

Zawahała się, a następnie zmieniła ogniskową 

okna, przesuwając ją nieco i przybliŜając tym samym 

stok. Przyglądała mu się uwaŜnie przez chwilę, ale 

ruch nie powtórzył się.

Uśmiechnęła się delikatnie, zadowolona, Ŝe nie 

zaskoczyła kolejnego poszukiwacza przygód. Jej 

przedsięwzięcie wymagało pośpiechu - do takiego 

wniosku doszła przestawiając szybę. Krajobraz 

odpłynął w dal.

Odeszła od okna i popędziła wzdłuŜ galerii. 

Piasek chrupał pod jej sandałami. Poczuła 

charakterystyczny odór tego miejsca. Kiedy weszła 

do sali, otoczyło ją wilgotne ciepło lochu.

Podeszła bliŜej, siadła na krawędzi i wydała 

głośny okrzyk. Mijały minuty i choć powtórzyła go 

kilkakrotnie, nie otrzymała odpowiedzi.

background image

Nie było w tym nic dziwnego, gdyŜ często od-

dawał się medytacjom, wyłączając część swej świa-

domości ze świata zewnętrznego. Miała jednak 

nadzieję, Ŝe nie wpadał właśnie w jeden ze swych 

okresowych stanów uśpienia. Nie byłaby to od-

powiednia dla niego pora na takie przedsięwzięcie.

Powtórzyła swój okrzyk. Istniały jeszcze inne 

wytłumaczenia, ale wołała o nich nie myśleć. 

Pochyliła się do przodu i dodała nutę usilnej prośby.

W pewnej chwili poczuła jego obecność w swym 

umyśle - zbliŜał się, zbierał siły i był bardzo 

zaniepokojony. Zdecydowała się na czysto psychiczne 

porozumienie, ale nic się nie wydarzyło. Jedynie woda 

zmętniała jeszcze bardziej. Czekała, czas mijał, a on 

się nie pojawiał. Spływały po niej fale róŜnych wraŜeń 

zmysłowych czarne, wrogie istoty niczym nietoperze 

unosiły się z lochu - muskały ją delikatnie, bardziej 

dla zabawy i z ciekawości, która typowa była dla tego 

miejsca.

- Co się dzieje? - spytała, wydając ćwierkające 

dźwięki, jak to zwykłe czyniła.

Nie otrzymała odpowiedzi, ale fale wraŜeń i emo-

background image

cji narastały. Atmosfera tego miejsca stawała się 

coraz bardziej posępna i groźna. Nagłe wszystko 

zmieniło się w mgnieniu oka, zapanował radosny 

nastrój przeszyty nutą triumfu. Dźwięk ten stawał się 

coraz głośniejszy, potworki zostały zmiecione i 

zepchnięte na dalszy plan. Woda zawirowała 

ponownie i kawałek bezkształtnej, mrocznej istoty 

przebił powierzchnię, a wokół niego unosiła się 

mglista, perłowa poświata. Przewijały się przez nią 

rozmazane wzory, zniekształcając poruszające się pod 

nimi cielsko.

- Siostro, kochanko i  kapłanko, pozdrawiam cię 

ze wszystkich miejsc, w których Ŝyję - usłyszała 

zwyczajowe powitanie w tym samym języku.

- Ja ciebie teŜ, ta, która przebywa w tym 

miejscu. Tualuo, bracie Starszych. Jesteś zatroskany. 

Jaka jest tego przyczyna? Powiedz mi.

- Królowo tego miejsca, Semiramo, to bolesny 

cykl wzrostu właściwy memu rodowi. Jestem spok-

rewniony z ciemnością i światłem, posiadam obie 

natury.

- My takŜe, Tualuo.

background image

- Ach, ale ludzie potrafią łączyć je ze sobą w 

ciągu Ŝycia. śycie jest przez to o wiele prostsze.

- Nie jest wolne od problemów.

- Ale nasze przynosi eony rekryminacji; wzaje-

mnego obwiniania się za miniony cykl, w którym 

rządziła przeciwstawna natura - aŜ do czasu, kiedy 

nadejdzie ten oczekiwany, niemoŜliwy dzień połą-

czenia obu natur i będziemy gotowi na spotkanie z 

naszymi bliskimi, daleko od tego piekła polaryzacji.

Ogarnął ją głęboki smutek i nie mogła powstrzy-

mać się od łez. Z wody wysunęła się macka, bardzo 

nieśmiało, a jej koniuszek musnął stopę dziewczyny.

- Nie uŜalaj się nade mną, dziecino. Zapłacz 

raczej nad losem ludzkości. Bo gdy zapadnie nade 

mną ciemność, a juŜ Ŝałuję tych dni, moc moja 

opanuje tę krainę, przydając cierpienia ludziom - 

ratuj się, gdyŜ jesteś moją sługą. Musisz nabrać sił i 

być bystra, twarda i chłodna jak poranna gwiazda - i 

ja będę silniejszy niŜ kiedykolwiek wcześniej. Cały 

świat zadrŜy w posadach jak dawniej, gdy moi 

przodkowie z alternatywnego cyklu walczyli o duszę 

człowieka.

background image

- Czy moŜna jakoś temu zaradzić? - spytała.

- Mogę to powstrzymać i zrobię to, tak długo jak 

potrafię.

- A co z Jelerakiem i długiem, który wszyscy z 

twego rodu wobec niego zaciągnęli?

- Dług został spłacony, Semiramo, dawno temu. 

A on nie jest juŜ tym samym męŜczyzną, którego 

kiedyś znałaś.

- O czym ty mówisz?

- Zmienił się. Być moŜe i on ma swą jasną i 

ciemną naturę.

- Trudno mi w to uwierzyć, choć dotarły do mnie 

liczne pogłoski. JuŜ dawno temu słyszałam, Ŝe był 

chory przez długi czas, przez łata po upadku 

Hohorgi...

- MoŜe najuprzejmiej byłoby powiedzieć, Ŝe 

nigdy nie powrócił do zdrowia.

- Kiedy mnie tu wezwał, traktował z całym 

szacunkiem...

- Oczywiście. Potrzebował cię. Posiadasz nie-

zwykłe umiejętności - jak na istotę ludzką. I jest 

jeszcze coś...

background image

- Bardzo Ŝałuję - ciągnął - Ŝe wkrótce będzie nas 

tyle łączyć, mnie i jego.

- Przewróciłeś mój świat do góry nogami -  

rzekła.

- Przykro mi, ale nie potrafię przewidzieć, kiedy 

nastąpi we mnie przemiana. Nadal będę ci pomagał 

we wszystkim, czego zechcesz, najlepiej jak potrafię i 

tak długo, jak to będzie moŜliwe. 

Wyciągnęła dłoń i pogłaskała jedną z macek.

- Czyja mogłabym ci jakoś pomóc...

- Nie - odpowiedział. - śaden śmiertelnik nie 

moŜe mi pomóc. To śmieszne, ale w okresie 

przejściowym zwariuję na jakiś czas. Odeślę cię z 

powrotem, zanim to nastąpi, do miejsca, które 

przeznaczyłem dla ciebie - poza czasem i przestrzenią, 

pełnego radości. Moje drugie ,,ja" niewątpliwie 

przywoła cię, kiedy potrzebne będą twe usługi.

- Zasmuca mnie to, co mówisz.

- Mnie takŜe. Porozmawiajmy zatem o tym, co 

cię tutaj sprowadziło.

- Sprawa jeszcze bardziej się zagmatwała - po-

wiedziała - przez to, co od ciebie usłyszałam. Baran 

background image

majstruje coś przy zwierciadle. Umieścił w jego 

wnętrzu co najmniej jednego ducha. Drugiego 

prawdopodobnie instaluje w nim teraz...

- Nie zwaŜam na przyziemne sprawy, o ile ty mi 

nie kaŜesz. Powiedz mi zatem, kim jest Baran i 

dlaczego niepokoi cię to, co wyczynia z lustrem.

- Baran to ciemny, cięŜki męŜczyzna, który 

czasami mi towarzyszy.

- Ten, który robi sztuczki dłonią?

- Tak, rządca Jeleraka w tym zamku. A lustro - z 

komnaty w północnej wieŜy jest środkiem transportu 

dla Jeleraka, i przenosi go z jednej posiadłości do 

drugiej. Pewien czas temu Jelerak został ranny w 

pojedynku z drugim czarownikiem. Myśleliśmy, Ŝe tu 

przybędzie, a wtedy błagałabym cię o moc, która go 

uzdrowi. Kiedy oczekiwaliśmy na jego przybycie, 

wielu innych, którzy uznali go za zmarłego lub 

wyczerpanego, próbowało szturmować to miejsce, by 

potem wykorzystać cię do własnych celów.

Obok dziewczyny przepłynęła drobna fala roz-

bawienia.

- To właśnie wtedy zrozumiałam powód, dla 

background image

którego Jelerak przywrócił mnie do Ŝycia - abym 

pomogła ci w czasie letniego osłabienia...

- Mój pierwszy, od wieków, moment szaleństwa. 

Do tego czasu przekazywałem mu moc, zawsze, kiedy 

o to prosił, by mógł wyświadczyć przysługi, o których 

wspomniałaś. Nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje. 

Ja teŜ nie.

- I ja nie. Choć przypomniałam sobie kilka 

starych, mrocznych zaklęć, nigdy nie byłam w takiej 

sytuacji. Ale gdy przybyło tu kilku intruzów, 

pomyślałam, Ŝe będzie lepiej, jeśli w pełnej 

świadomości ponownie zaczarujesz tę krainę, by ich 

odstraszyć. Wiedziałam, Ŝe nie powstrzyma to 

Jeleraka, który zawsze mógł wykorzystać do podróŜy 

swe lustro. Przedstawiłam Baranowi plan działania, 

ale jego intencje były irytujące. Dałam mu do 

zrozumienia, Ŝe sytuacja jest trudniejsza niŜ zeszłego 

tata i tytko ja potrafię się z nią uporać. Ten podstęp 

dał mi nad nim większą władzę. Przez cały czas 

byłam pewna, Ŝe lustro znajduje się w dobrym stanie. 

Teraz nie jestem tego pewna. UwaŜam, Ŝe mógł je 

blokować przez cały ten czas.

background image

-  Dlaczego miałby to zrobić?.

- Kiedy wprowadziłeś tę krainę w stan wrzenia, 

całkowicie zagrodzony został dostęp do zamku, 

pozostało jedynie lustro. Gdy znalazł sposób na 

blokadę zwierciadła, byliśmy odizolowani od świata, 

a Jelerak nie mógł wrócić, by zregenerować swe siły. 

Jestem przekonana, iŜ Baran upodobnił się do 

najeźdźców. Pragnął zatrzymać to miejsce dla siebie, 

szukając sposobów, aby przejąć nad tobą kontrolę.

- Czy nie zdaje sobie sprawy, Ŝe słuŜyłem 

Jelerakowi z własnej woli, a nie pod przymusem - Ŝe 

przez te lata ludzkie poczynania nic dla mnie nie 

znaczyły?

- Nie, nigdy mu tego nie powiedziałam. Im mniej 

wie, tym lepiej.

- A zatem na czym potęga problem?

- Nie jestem pewna. Na początku przychodziłam, 

by prosić cię o otwarcie lustra i zabezpieczenie go 

przed wszelkimi próbami jego zamknięcia. Chodziło o 

to, aby powrócił Jelerak, pokrzepił się i we właściwy 

sposób zajął się Baranem. Ale teraz, po tym, co 

opowiedziałeś mi o Jeleraku, brakuje mi słów.

background image

- Odblokowanie lustra jest proste, ale nie mógł-

bym obiecać, Ŝe pozostanie otwarte, gdyby opętało 

mnie kolejne szaleństwo.

- ... a potem chciałam cię prosić, abyś wznowił 

emanacje i raz jeszcze wstrząsnął tą krainą - by 

utrzymać z dala nieproszonych gości i dać Jelerakowi 

szansę powrotu przez zwierciadło. Miało to 

przekonać Barana, Ŝe nadal nie dajesz się kont-

rolować. Wtedy zostawiłby mnie w spokoju, nie 

Ŝądając, abym uczestniczyła w tym bezowocnym 

przedsięwzięciu.

- A teraz?

- A teraz muszę wybierać między jednym złem a 

drugim. Sama nie wiem. Baran nie jest tak mądry i 

lubi mnie. Z pewnością mogłabym go kontrolować. A 

jednak nadal mam poczucie lojalności względem 

Jeleraka. NiewaŜne, co o nim myślisz - zawsze 

traktował mnie z szacunkiem.

- Bez względu na sytuację, wszystko będzie od 

ciebie zaleŜeć.

- Oczywiście, z wyjątkiem respektowania mojej 

pozycji. Na dworze w Jandarze nie był obcym 

background image

przybyszem.

- MoŜe to prawda, a moŜe nie, ale ja myślałem o 

czymś bardziej osobistym.

Zesztywniała. Potem wybuchnęła śmiechem.

- Nie, w to nie mogę uwierzyć. Jelerak? Zawsze 

postępował jak mnich. Oddawał się wyłącznie Sztuce.

- Mógł wezwać kaŜdego z twego znakomitego 

rodu, aby ze mną porozmawiał.

- Prawda.

- Jego pierwsza miłość to władza i dominacja nad 

ludzką duszą. A mimo to istnieją dwa ludzkie uczucia, 

których nie zdołał się pozbyć - braterskie 

przywiązanie do kapłanów z Babrigore i miłość do 

samego siebie. Ty zawsze byłaś niedostępną królową i 

kapłanką.

- Dobrze to ukrywał.

- Ale nie przed Tualuą - ja przejrzałem jego 

serce i pragnienia - nawet te, z których sam nie zdaje 

sobie sprawy. Jest powód, dla którego ci o tym 

opowiadam. Moja energia kruszy się i chciałbym 

zaspokoić własne potrzeby, zanim rozpadnie się w 

proch. Kiedy tak ze sobą rozmawiamy, jednym okiem 

background image

spoglądam na linie przeszłości. Widzę czarną plamę, 

której nie potrafię rozszyfrować. Myślę, Ŝe jest w coś 

wmieszany poza tym punktem. Moim pierwszym 

zamiarem było wysłanie cię w miejsce, które 

specjalnie przygotowałem dla twego bezpieczeństwa.

Jej myśli skupiły się wokół męŜczyzny w kaj-

danach.

- Nie pójdę.

- Ja teŜ to wiedziałem. Dlatego opowiedziałem ci 

o ludzkiej słabości czarownika. W najlepszym razie to 

rzecz bardzo ulotna. Nawet on jest jej tylko częściowo 

świadomy i nie do końca ją rozumie. Przestrzegam 

cię, abyś na to nie liczyła, choć w czarnej godzinie 

wiedza ta moŜe być przydatna.

Przytuliła się do macki.

- Tualua! Tualua! Być moŜe jesteś silniejszy niŜ 

myślisz. Czy nie moŜesz stanąć do walki z ciemną 

mocą i pokonać jej?

Atmosfera stała się ponura i pełna zamyślenia.

- To, według mego rozumienia - odezwał się w 

końcu Tualua - nie jest mój model. Próbuję i będę 

próbował. Obawiam się jednak, Ŝe moje starania 

background image

wytwarzają jeszcze większą siłę.

- Nie poddawaj się. Wytrzymaj tak długo, jak 

potrafisz. Wezwij Starszych Bogów, swych krewnych, 

jeśli będziesz musiał!

Piwnicą wstrząsnął wybuch śmiechu.

- Miejsce, do którego jestem przykuty, juŜ 

dawno zostało opuszczone przez mych znakomitych 

przodków. Tam, wysoko, nie usłyszą mnie. Nie, 

musimy przygotować się do próby, a ja powinienem 

znowu zająć się ludzkimi sprawami- gdyŜ spłatają się 

z moimi. Słuchaj mnie uwaŜnie, bo czuję nad-

chodzący atak szaleństwa...

* * *

Parująca woda w wyłoŜonym jaskrawymi płyt-

kami stawie Holruna sięgała mu do ramienia, a 

powietrze wypełniał aromat egzotycznych kadzideł. 

Jego twarz była kanciasta, a oczy - na wpół zamknięte 

- ciemne, ciekawe świata i pełne wyrazu. Usta, nawet 

zamknięte, układały się w lekko złowieszczy uśmiech. 

Pochylił się do przodu, kiedy jedna z jego nałoŜnic 

klęknęła za nim i zaczęła masować mu ramiona. 

background image

Druga faworyta podała mu chłodny napój w 

rzeźbionym, zakrzywionym rogu wymarłego 

drapieŜnika. Pociągnął łyk, oddał róg, przeciągając 

koniuszkami palców po dłoni dziewczyny.

Gdy usłyszał wezwanie kryształu, zaklął cicho i 

przesunął ręką po czuprynie niesfornych, brązowych 

włosów, rezygnując z posług drugiej kobiety. 

Odwrócił się w stronę ogromnej kuli umieszczonej w 

ścianie i ozdobionej mozaiką delikatnych płytek w 

formie potęŜnego oka. Skupił całą swą uwagę i w 

źrenicy pojawił się obraz Meliasha.

- Przepraszam, Ŝe cię niepokoję - zaczął Meliash.

- Tak to bywa, gdy jest się najmłodszym człon-

kiem Rady. Przypuszczam, Ŝe ma to swe zalety, jeśli 

chcesz coś zdobyć. Te stare, trzęsące się mumie nie 

mogą się nawet zdecydować na załatwienie własnych 

potrzeb. Ktoś musi im od czasu do czasu wsadzić w 

tyłek gorący pogrzebacz, a wówczas wybór pada na 

mnie. Jak sprawy w Sangaris? Ja...

- W Kannais.

- Tak, Kannais. Wiesz, zazdroszczę ci tej pracy 

na świeŜym powietrzu. No cóŜ, sprawy administ-

background image

racyjne teŜ muszą być nadzorowane. 

Zatrzymał się nagłe i błysnął uśmiechem.

- Tak - odezwał się Meliash. - Zaszło tu ostatnio 

sporo zmian i Rada powinna zdawać sobie z nich 

sprawę. Dotarliśmy teŜ do bardzo ciekawej 

informacji. Prawdę mówiąc, jestem pewien, iŜ nad-

szedł czas, aby Rada podjęła działania w sprawie 

bezpośrednio dotyczącej Jel...

- Pomału! Pomału! - Holrun stał juŜ z pod-

niesioną dłonią, a jego masaŜystka w pośpiechu 

poprawiała szaty na jego ramionach. - Czasem 

wydaje mi się, Ŝe nawet sklepienie niebieskie ma uszy 

oraz inne przydatki. Pozwól mi przenieść się na drugi 

kryształ. Nie uwierzyłbyś,  jakie zaklęcia ochronne 

posiada. Niebawem wezwę cię znów. Pomachał ręką i 

Meliash zniknął. 

Holrun wolno opuścił basen i załoŜył sandały. 

Wyszedł z groty i ruszył w dół spadzistego tunelu, 

podnosząc dwa pałce do ust, wygwizdując głośny, 

piskliwy dźwięk. Po obu stronach tunelu, na pasie z 

białego kamienia zabłyszczało blade światełko.

Z uśmiechem skręcił za rogiem i wszedł do 

background image

komnaty w kształcie litery L wykutej w kamieniu na 

dwóch poziomach. Pstryknął palcami, a w niszy 

zatliły się kłody drewna, przez szczelinę unosił się 

dym, osłonięty nieco pomarańczowymi stalaktytami, 

wokół których długie łańcuchy wyrzeźbionych figur 

transmitowały erotyczne impulsy w postaci potęŜnych 

spiral. Grube świece w wysokich stojakach 

zamigotały pełnią Ŝycia, odsłaniając ładny tęcz 

zagracony pokój pełen magicznego sprzętu uŜywa-

nego przez ponad trzydzieści narodów i plemion. 

KaŜde widoczne miejsce na posadzce, sklepionym 

suficie i beczkowych ścianach pokryte było magicz-

nymi symbolami.

Natychmiast skierował się ku półce po lewej 

stronie, zdjął małą szkatułkę z cytrynowego drzewa i 

przeniósł ją na stojak w rogu, obok kominka. 

Posuwając nogą po dywaniku w geometryczne wzory, 

przyciągnął niski stołek przykryty szarym futrem. 

Otworzył szkatułkę i wyjął zadymiony, prawie czarny 

kryształ i postawił go obok. Usadowił się na stołku, 

zaczerpnął powietrza, wypuścił je i powiedział jedno 

słowo: 

background image

- Meliash!

Kryształ rozjaśnił się nieco i w jego głębi 

pojawiła się niewyraźna sylwetka Meliasha. - I jak? - 

zapytał.

- Twój głos jest bardzo oddalony - padła cicha, 

ćwierkająca odpowiedź.

- Nic na to nie poradzę. Zaklęcia ochronne gniotą 

nas ze wszystkich stron, jak wierzyciele na pogrzebie. 

Ale mów swobodnie. CóŜ takiego ma zrobić Rada w 

sprawie Jeleraka?

-  Jestem pewien, Ŝe tego ranka przejeŜdŜał tędy 

w przebraniu, a teraz próbuje  przedrzeć się do 

zamku.

- O, cholera. To przecieŜ jego dom. Jeśli powrót 

do domu jest czymś najgorszym, na co go stać, nie 

rozumiem gdzie...

- Nie rozumiesz. Jest teraz słabszy niŜ kiedykol-

wiek wcześniej. Gwarantuję ci, Ŝe próbuje się tam 

dostać, by wykorzystać jedno ze swych największych 

źródeł mocy, by odzyskać siły. Ale jego szansę są 

nikłe - zwłaszcza jeśli Tualua przechodzi właśnie 

kolejny atak szaleństwa, typowy dla jego rodu. A tak 

background image

właśnie jest. Potem... 

Holrun pomachał dłonią.

- Czekaj. Wszystko to brzmi bardzo interesująco, 

ale nie mam pojęcia, do czego zmierzasz. Nawet 

wyczerpany, moŜe być groźnym przeciwnikiem. 

Przeprowadzono szereg sekretnych badań i wróŜb na 

temat skutków, jakie mogą przynieść starcia i 

konflikty z tym magiem.

- Wiesz, czego są warte - zauwaŜył Meliash. - 

Prędzej czy później ten człowiek zniszczy albo obali 

całą organizację, tak jak uczynił to z niektórymi 

czarownikami. Wiem, Ŝe ma wśród nas całą rzeszę 

popleczników. Ty teŜ to wiesz. Wkrótce będziemy 

musieli się nim zająć, a uwaŜam, Ŝe teraz jest po temu 

najlepsza sposobność. Sam słyszałem, jak mówiłeś, Ŝe 

chcesz, aby stało się to za twego Ŝycia.

- Tak, nie przeczę. Ale powiedziałem to nieofic-

jalnie i prywatnie. Rada jest ciałem bardzo konser-

watywnym. Dlatego przez lata prowadziła względem 

niego politykę uników.

- Jest coś jeszcze - oświadczył Meliash. 

- Mianowicie...

background image

- Dziś rano przybył tu jakiś człowiek z wyraźnym 

zamiarem zabicia Jeleraka.

Holrun prychnął.

- To wszystko? - zapytał. - A wiesz, ilu juŜ 

próbowało? Jak niewielu zdołało się do niego zbliŜyć? 

Nie, tak czy inaczej, ta informacja nie jest wiele 

warta.

- Na imię miał Dilvish i dosiadał metalowego 

rumaka. Niedawno dowiedziałem się, kim jest.

- Dilvish Przeklęty? On tam jest? Jesteś tego 

pewien? Pół-Elf? Wysoki? Jasny? W zielonych bu-

tach?

- Tak. Kiedyś naleŜał do Zakonu...

- Wiem, wiem! Dilvish! Na Boga! Nie chcę, aby 

zginął, będąc tak blisko celu. Był moim bohaterem z 

dzieciństwa Pułkownik Wschodu. A kiedy powrócił z 

Piekła... On go dostanie, wiesz? Gdybym sam miał 

wybierać zamachowca, nie szukałbym dalej. Dilvish...

- Więc pomyślałem, Ŝe jeśli Zakon chce uniknąć 

bezpośredniej konfrontacji, mógłby po prostu pomóc 

temu człowiekowi, trzymając się z dala konfliktu.

Holrun nie patrzył na niego. Oczy jego wpat-

background image

rywały się w przestrzeń.

- Co o tym sądzisz? - spytał Meiiash.

- Opowiedz mi o tym miejscu. Jak wygląda?

- Zakłócenia ustały. Kraina wokół niego jest 

spokojna. Widzę z oddali zamek. W jego murach 

płoną pochodnie. Mapa wnętrz powinna znajdować 

się w archiwum. Muszę to sprawdzić u Rawka. 

Rządcą Jeleraka w tym zamczysku jest Baran z 

Blackwold, nie najgorszy czarownik...

- Czy jest w tym miejscu coś osobliwego. Stare 

zamczyska mają swe historie.

- Historia tego zlewa się z legendą. UwaŜany jest 

za najstarszą budowlę na świecie, starszą od rodzaju 

ludzkiego. Podobno jest nawiedzony. Przypuszcza się, 

Ŝe ma jakieś powiązania ze Starszymi Bogami.

- Jeden z tych, co? W porządku, słuchaj. Wzbu-

dziłeś me zainteresowanie. Zatrzymaj to dla siebie i 

nie rób nic głupiego. Natychmiast przedstawię to na 

nadzwyczajnej sesji Rady. Spróbuję przekonać ich do 

zmiany polityki. Ale nie oczekuj zbyt wiele. 

Większość z nich nie spostrzegłaby szansy, nawet 

gdyby ta podeszła i ugryzła ich w siedzenie. Wrócę do 

background image

ciebie, gdy czegoś się dowiem, a potem zastanowimy 

się, co dalej.

Zerwał połączenie, wstał, popatrzył przez chwilę 

w ogień i przeszedł przez komnatę.

- Cholernie gorąco! 

Pstryknął palcami i światła zgasły.

background image

ROZDZIAŁ VII

Dilvish słyszał ich śmiech, ich dowcip. „Pocału-

nek śmierci" - te słowa przewijały się najgłośniej. Nie 

zwracał na nie uwagi, ale drŜał cały, wisząc w 

kajdanach. Jego myśli pogrąŜone były w chaosie 

odrodzonych wspomnień. Ból głowy minął. Wszystko, 

co zrobiła ta kobieta, zadziałało z zaskakującą 

sprawnością. Ból, który mu teraz dokuczał, miał 

charakter psychiczny, wywołany dotknięciem de-

mona. Wrócił myślami do Krainy Cierpienia i 

wspomnienia, które kiedyś wyrzucił z siebie na 

zawsze, spłynęły na niego niczym wrząca lawa.

Po jakimś czasie zrozumiał, gdzie jest i dlaczego, 

i miejsce bólu zajął gniew. Starał się skoncentrować 

swą uwagę; powiodło się. Dotarły do niego ich słowa:

- ...trzeba ratować tego łowcę demonów. Kiedy 

go tu wciągali, prawie wszystko starli.

- Czy zdołasz go dosięgnąć? Przez jakiś czas nie 

moŜemy na niego liczyć.

- Spróbuję.

- Odil, będziesz musiał wyciągnąć się raz jeszcze.

background image

Przez lekko domknięte oczy Dilvish przyjrzał się 

współwięźniom. Nie rozpoznał Ŝadnego z nich, ale 

przysłuchując się ich rozmowie i widząc wzór, który 

rysowali, zrozumiał, Ŝe wszyscy byli czarownikami, 

ich wygląd sprawiał wraŜenie, iŜ przebywali tu jako 

więźniowie dosyć długo.

Całkowicie otworzył oczy. śaden z nich tego nie 

zauwaŜył; tak bardzo pochłonięci byli swą pracą. 

Baczniej przyjrzał się rysunkowi. Okazał się on 

prostą odmianą bardzo podstawowego wzoru, po-

znawanego przez większość uczniów w pierwszym 

roku nauki. Z rozpędem wyciągnął stopę w zielonym 

bucie i uzupełnił brakujący motyw.

- Patrzcie! Kochaś odzyskał świadomość! - 

zawołał jeden z nich. Kiedy głowy zaczęły obracać się 

w jego stronę, dodał:

- Jestem Galt, a to Vane. 

Dilvish kiwnął głową, a pozostali ciągnęli:

- ...Hodgson.

- ...Derkon - usłyszał z lewej.

- ...Lorman - padło z prawej. 

- ...Odil.

background image

- A ja jestem Dilvish - przedstawił się. 

Derkon obrócił gwałtownie głowę w jego kierun-

ku i spojrzał mu w oczy.

- Pułkownik Dilvish? Byłeś pod Portaroy? - 

spytał.

- Ten sam.

- Ja teŜ tam byłem.

- Przykro mi, ale nie przypominam sobie... 

Derkon wybuchnął śmiechem.

- Byłem po przeciwnej stronie, w Korpusie 

Czarowników - rzucając silne zaklęcia, które miały 

doprowadzić do twej poraŜki. Okazałeś się 

niewdzięczny i wygrałeś, a ja straciłem swą prowizję.

- Nie mogę powiedzieć, abym tego Ŝałował. Po co 

rysujecie te pułapki na całej podłodze?

- Demony myślą, Ŝe to przeklęte miejsce jest 

spiŜarnią. Przychodzą tu od czasu do czasu i poŜerają 

nas,

- A zatem to dobra myśl. Czy wszyscy jesteście 

tutaj za to samo?

- Tak - rzekł Derkon.

- Nie - odezwał się Hodgson. 

background image

Dilvish uniósł brew.

- On jedynie stawia metafizyczną tezę - wyjaśnił 

Derkon.

- Moralną - poprawił Hodgson. - Z róŜnych 

powodów pragnęliśmy mocy tego miejsca.

- Ale wszyscy jej pragnęliśmy - zauwaŜył Derkon 

z uśmiechem. - Wszyscy byliśmy na tyle dobrzy lub 

po prostu sprzyjało nam szczęście, Ŝe przedarliśmy się 

do zamku, i na tym koniec. - Tu uniósł dłoń, 

dramatycznie szczękając kajdanami. - Moje zaklęcia 

wyrwały się spod kontroli i stanąłem twarzą w twarz 

z Baranem. Wtedy zaatakował mnie swą trzecią 

dłonią.

- Trzecią ręką?

- Tak. Wyhodował sobie na drugiej płaszczyźnie 

dodatkowy mechanizm. W razie potrzeby sprowadzi 

go tutaj. Jeśli się stąd wydostaniesz i napotkasz go, 

pamiętaj, Ŝe ta dłoń moŜe być szybsza niŜ wzrok.

- Będę pamiętał.

- A gdzie twój metalowy rumak? 

Dilvish zadumał się.

- Niestety, spotkało go to, co mnie kiedyś. 

background image

Zamienił się w posąg.

Skinął głową w nieokreślonym kierunku.

- Gdzieś tam... 

Hodgson chrząknął.

- Który kraniec Sztuki preferujesz? - zapytał.

- Moje zainteresowanie Sztuką ograniczało się 

ostatnio do minimum było bardziej praktyczne niŜ 

techniczne - padła odpowiedź. 

Hodgson zaśmiał się po cichu.

- A zatem mogę spytać, w jakim celu masz 

zamiar wykorzystać moc Starszych, jeśli przejmiesz 

nad nią kontrolę?

- Nie przyjechałem tu w poszukiwaniu mocy - 

odparł Dilvish.

- A więc po co? - spytał Lorman.

- Po Jeleraka z krwi i kości - Ŝeby raz na zawsze 

się z nimi poŜegnał.

W piwnicy rozległy się cięŜkie westchnienia.

- Naprawdę? - odezwał się Derkon. 

Dilvish kiwnął głową.

- Dzielny lub głupi albo jedno i drugie. Jest 

jednak coś niezwykłego w tym wygórowanym i da-

background image

remnym przedsięwzięciu. Podziwiam cię. Niestety, nie 

będziesz miał okazji spróbować.

- To się jeszcze okaŜe burknął Dilvish. 

- Powiedz mi - nalegał Hodgson - gdzie leŜy twa 

największa moc w Sztuce. PotęŜne czary musisz 

pokonywać czymś więcej niŜ groźnym spojrzeniem i 

mieczem. Jaki kolor ma twa podstawowa siła?

Dilvish pomyślał o Straszliwych Zaklęciach, któ-

re prawdopodobnie jako jedyny na ziemi znał 

wszystkie.

- Czarny jak Loch, z którego się wywodzi, 

niestety - odpowiedział.

Derkon i Lorman zachichotali, gdy to mówił.

- Zatem  jest  nas  trzech  wśród  siedmiu,  nie-

którzy reprezentują kolor szary - rzucił Derkon. - Nie 

jest źle.

- Nie uwaŜam się w pełni za czarownika - szepnął 

Dilvish.

W tym momencie zaśmiali się wszyscy.

- To tak, jakbyś był trochę nieŜywy, trochę w 

ciąŜy, co?

- Kto obudził legiony z Shoredan?

background image

- Gdzie zdobyłeś tego metalowego wierzchowca? 

- Jak dotarłeś do zamku?

- Czy te elfie buty nie są czarodziejskie?

- Dzięki za pomoc przy budowie pułapki na 

demona.

Dilvish wyglądał na zmieszanego.

- Nigdy nie postrzegałem tego w ten sposób - 

bąknął. - Być moŜe prawdą jest to, co mówicie... 

Znowu parsknęli śmiechem.

- Jesteś rzeczywiście niezwykły - oświadczył w 

końcu Derkon. - Ale jak moŜna inaczej pokonać 

czarną magię, jak nie tym samym?

- Białą magią! - krzyknął Hodgson. 

Szarzy wyśmiali obu.

- Wołałbym skorzystać z naturalnej broni, jeśli 

to moŜliwe.

Zaśmiali się wszyscy.

- Przeciw niemu?

- Nigdy nie podejdziesz wystarczająco blisko.

- Przede wszystkim naleŜy myśleć o własnej 

wygodzie.

- Jak mucha na ogiera...

background image

- Kropla wody na wielkiej pustyni...

- ...wyprawiłby cię na tamten świat.

- MoŜe tak - stwierdził Dilvish - a moŜe nie. 

- Po raz pierwszy od naszego pojmania - 

oświadczył Derkon - dostarczyłeś nam trochę uciechy. 

Podobnie jak większość naszych dyskusji i ta 

niewątpliwie pozostanie dyskusją akademicką.

- Idźmy dalej w tym kierunku -  zaproponował 

Dilvish. - Co planujecie po wydostaniu się stąd?

- A dlaczego uwaŜasz, Ŝe mamy jakiś plan - 

spytał Galt.

- Cicho! - ostrzegł go Vane.

- W kaŜdym więzieniu, w którym przebywałem, 

zawsze były jakieś plany - odparł Dilvish.

- Skąd mamy wiedzieć, Ŝe nie jesteś zama-

skowanym Jelerakiem bawiącym się z nami w ciu-

ciubabkę?

- Pół tuzina czarowników, wszystkich odcieni, nie 

potrafi stwierdzić, czy ktoś uległ transformacyjnemu 

zaklęciu?

- W tym miejscu nasze czary nie działają - a w 

tym przypadku przebranie moŜe nie mieć nic 

background image

wspólnego z magią.

- Spokój! - nakazał Derkon. - Ten człowiek nie 

jest Jelerakiem.

- Skąd to wiesz? - spytał Odil.

- Bo spotkałem Jeleraka i Ŝadne ziemskie prze-

branie nie jest w stanie go zmienić. A jeśli chodzi o 

przebranie magiczne - pewnych rzeczy nie da się 

zmienić. Jestem nie tylko czarownikiem, pozostaję 

równieŜ wraŜliwy na wpływy psychiczne. Lubię tego 

człowieka. Jeleraka nigdy nie lubiłem.

- Opierasz się na odczuciach?

- Osoby wraŜliwe ufają swym odczuciom. 

Jelerak praktykuje Czarną Sztukę - rzucił

Hodgson. - A mimo to nie lubiłeś go?

- A czy wszyscy pisarze muszą się lubić? Wszyscy 

Ŝołnierze? Wszyscy kapłani? Czy lubisz wszystkich 

białych magów? To tak jak wszędzie. Doceniam jego 

talent i dokonania, ale osobiście mnie denerwuje.

- W jaki sposób?

- Nigdy nie spotkałem człowieka, który kochałby 

zło dla samego zła.

- To dziwne, Ŝe potępia to ktoś taki, jak ty.

background image

- Dla mnie Sztuka jest celem, a nie środkiem. Ja 

jestem niezaleŜny.

- To splami twą reputację.

- To juŜ mój problem. Dilvish zadał pytanie. Czy 

ktoś na nie odpowie?

- Ja - zabrał głos Hodgson. - Nie, nie ma planu 

wydostania się stąd. Ale jeśli nam się uda, ceł mamy 

wspólny. Zamierzamy udać się do nienaruszonej 

strefy i połączyć nasze moce, aby skanalizować 

emanacje Tualui i przerwać obronne zaklęcie wiszące 

nad tym miejscem. Jesteś mile widziany w naszym 

gronie.

- Jakie będą tego skutki? - spytał Di!vish.

- Nie mamy pewności. Być moŜe miejsce to 

rozpadnie się w proch i w zamieszaniu zdołamy się 

stąd wydostać.

- Kamienie na kamieniach przetrwają - rzekł 

Dilvish. - Najprawdopodobniej miejsce to zestarzeje 

się w sposób naturalny. Muszę odrzucić wasze 

zaproszenie, gdyŜ gdy tytko opuszczę to miejsce, 

czekają na mnie inne sprawy. 

Galt parsknął.

background image

- Przypuszczam, Ŝe stanie się to niebawem? - 

mruknął.

- Tak, ale muszę wiedzieć, czy któryś z was 

widział Jeleraka. Czy on tu jest? Gdzie mieszka?

Zapanowało milczenie. Dilvish rozejrzał się po 

pokoju, ale kaŜdy z męŜczyzn pokręcił przecząco 

głową.

- Gdyby tu był - oświadczył Odil - nikt z nas by 

juŜ nie Ŝył, albo jeszcze gorzej.

- Jeśli chodzi o jego mieszkanie - odezwał się Galt

- nasza wiedza w tym względzie jest nieco 

ograniczona.

- Kim była ta kobieta - spytał Dilvish. - Kto mnie 

tu przyprowadził? Znowu rozległ się śmiech.

- Nawet jej nie znasz? - zdziwił się Vane. - To 

Królowa Semirama - pani starego Jandaru - 

poinformował go Hodgson - przywołana z prochów 

przez samego Jeleraka, aby mu słuŜyć.

- Słyszałem ballady i legendy o jej urodzie, 

przebiegłości... - powiedział Dilvish. - Trudno 

uwierzyć, Ŝe naprawdę tu jest, Ŝywa, dzięki mocy tego 

człowieka. Mówiono, Ŝe jeden z moich przodków był 

background image

jej kochankiem.

- KtóŜ to mógł być? - zastanawiał się Hodgson.

- Sam Sełar.

W tym momencie Lorman zaczął łkać i potrząsać 

łańcuchami.

- Niestety! Niestety! To znów się zaczyna, a ja nie 

wiedziałem, Ŝe się skończyło! Jesteśmy przeklęci 

podwójnie. Mieć taką szansę i wypuścić ją z rąk! Jaka 

szkoda.

- O co chodzi? - zapytał go Hodgson.

- Przegraliśmy! Jesteśmy zrujnowani! A to było 

takie proste!

- Co, co takiego?

- Ale stary czarownik pogrąŜył się w rozpaczy, a 

następnie zaczął przeklinać. TuŜ nad nimi, w mro-

cznej przestrzeni pojawiła się chmura i spadł z niej 

jasnoniebieski śnieg.

- Czy ktoś wie, o czym on opowiada? 

Pokręcili przecząco głowami.

Lorman uniósł kościsty palec, wskazując na 

nienaturalną zamieć śnieŜną.

- Tam! Tam! - wrzasnął. - Znowu się zaczęło! 

background image

Czułem, jak zaczynają się emanacje! Ustały na 

pewien czas, a my nie zwróciliśmy na to uwagi!

- Mogliśmy wtedy wykorzystać nasze czary! 

Mogliśmy się stąd wydostać!

Zazgrzytał resztkami swych zębów.

* * *

Drzwi saloniku wychodzące na główną komnatę 

otworzyły się wolno na oblany szarzejącym światłem 

świat. Pod górną framugą pojawiła się potęŜna głowa 

pokryta czarnymi, kręconymi włosami i potęŜnie 

umięśniony męŜczyzna wkroczył do pokoju.

ObnaŜony do połowy, miał na sobie krótki 

niebiesko-czarny zwój spięty skórzanym pasem, z 

którego zwisał potęŜny miecz. Wolno obrócił głowę, 

podniósł ją i poruszył nozdrzami. Bezszelestnie 

stąpając na koturnach, podszedł do pokrytego 

smugami błota łoŜa, a następnie ruszył w głąb 

komnaty. Jego oczy miały kolor rozŜarzonego 

błękitu; broda, podobnie jak włosy, zwijała się w 

długie loki.

Stanął przed drzwiami z prawej strony i wolno je 

background image

uchylił. Zajrzał do głównej sali. Zwisające z sufitu 

szklane drzewo płonęło czymś, co nie było ogniem. 

Posadzka lśniła jak tafla stawu. Gdzieś z bliska 

dobiegało tykanie. Lustrzane ściany odbijały nie-

skończoność. Kichnął, wdychając stęchłe powietrze, i 

wkroczył do środka. W komnacie nie było nikogo.

Kiedy wchodził, z lewej strony usłyszał dźwięk 

kurantów. Rzucił się w przód z ogromną szybkością, 

niezwykłą jak na człowieka jego postury, skręcił, 

zrobił duŜy krok i wyciągnął miecz.

Dźwięk kurantów powtórzył się, a dochodził z 

wysokiej, wąskiej szkatuły stojącej w niszy, z prawej 

strony drzwi, które właśnie otworzył. W górnej swej 

części szkatuła posiadała okrągłą tarczę z wy-

malowanymi dwunastoma liczbami, a umieszczone na 

niej dwie strzałki rozchodziły się w przeciwnych 

kierunkach. Kuranty dzwoniły nadał. Podszedł bliŜej, 

przyglądając się badawczo mechanizmowi 

widocznemu przez zdobioną szybę. Liczył uderzenia, 

a jego duŜe usta wykrzywiły się w uśmiechu. Po 

siedmiu uderzeniach nastąpiła cisza i wtedy pojął, co 

było źródłem tykania. Dostrzegł, Ŝe mniejsza strzałka 

background image

znajduje się na liczbie siedem. Przyjrzał się 

wizerunkom słońca i księŜyca we wszystkich fazach, 

wyrytym i wymalowanym na tarczy. Nagle zrozumiał 

funkcję konstrukcji i z trudem opanował zachwyt nad 

jej prostotą i elegancją. Wsunął cicho ostrze do 

pochwy i odszedł.

Komnata zmieniła się, a moŜe zmieniło się tytko 

oświetlenie? Zdawała się teraz ciemniejsza, bardziej 

groźna i miał wraŜenie, Ŝe niewidoczne oczy obser-

wują jego ruch po wypolerowanej posadzce. Zapach, 

który poczuł jeszcze w bawialni, zmieszał się z jakimś 

innym, a tego nie mógł juŜ wytrzymać.

Nad jego głową trzasnęło i zamigotało ogromne 

światło. Wokół tańczyły cienie, a w lustrach...

Lustra. Grubą, owłosioną dłonią przetarł oczy. 

Przez chwilę zdawało się, Ŝe w lustrze po prawej 

stronie pojawiło się coś, czego nie było w komnacie - 

wielka, czarna plama o dziwnym kształcie. 

Zniknęła, ale kiedy posuwał się do przodu, oczy 

miał utkwione w miejscu, w którym ją ujrzał.

Nieprzyjemny zapach stawał się coraz intensyw-

niejszy...

background image

Wydawało się, Ŝe cały zamek zatrząsł się lekko 

nad jego głową...

Światło zakołysało się, a cienie raz jeszcze zatań-

czyły wokół...

W pewnej chwili z przedziwnego mebla stojącego 

po drugiej stronie sali wydobyły się dźwięki muzyki...

Czarna plama pojawiła się ponownie, ukryta 

częściowo za kolumną, która po tej stronie lustra 

niczego nie zakrywała...

Ruszył zawzięcie przed siebie, ignorując 

wszystko z wyjątkiem zapachu. (Czy gobelin w 

tamtym rogu nie zatrzepotał lekko?)

Czarna postać wysunęła się zza odbitej w lustrze 

kolumny. Stanął i utkwił w niej wzrok.

Była to potęŜna bestia w kształcie konia, o ciele z 

metalu, która stanęła dęba, wyrzuciła głowę i 

spojrzała na niego. Miał wraŜenie, Ŝe słyszy jej 

śmiech.

Wybałuszył oczy ze zdumienia, a na jego twarzy 

oszołomienie mieszało się z niewiarą, gdyŜ bestia 

zbliŜała się w jego kierunku. Skręciła jednak gwał-

townie i zaczęła naśladować jego wejście do komnaty, 

background image

zatrzymując się nawet przy zegarze umieszczonym w 

niszy. Kiedy stanęli ramię przy ramieniu, spojrzała 

mu w twarz.

Nagle jej oczy zamigotały i rozŜarzyły się, a z 

nozdrzy uniosła się smuga dymu.

Bestia pochyliła łeb i skłoniła się. Z pyska buch-

nęły płomienie, rozlewając się po całej komnacie i 

wypełniając lustrzaną ścianę.

MęŜczyzna uniósł dłoń i odwrócił się.

Lustra na przeciwległej ścianie równieŜ stanęły 

w ogniu. Jasność stała się oślepiająca. A jednak nie 

było gorąco, nie rozległ się Ŝaden dźwięk...

Czarna bestia zniknęła za ścianą ognia, a jednak 

męŜczyzna miał dziwne przeczucie, Ŝe szkło pęknie w 

kaŜdej chwili i metalowy potwór wyłoni się ponownie 

i rzuci się do ataku.

Duszna atmosfera starej magii panowała dokoła. 

Nie był w stanie stwierdzić, czy tworzył ją jeden ze 

Starszych, ukryty gdzieś w pobliŜu, czy teŜ była 

częścią samej struktury zamczyska.

Odrywając wzrok od ściany, ruszył przed siebie. 

Gobeliny zafalowały ponownie. Wiedział juŜ, Ŝe kryje 

background image

się za nimi coś wielkiego. Udał się w ich kierunku.

Nie zdąŜył jednak do nich dojść, kiedy coś je 

odsunęło, a spod materii wyjrzały nań krzywe oczy 

demona.

- Patrząc na te ognie pomyślałem, Ŝe wysyłają 

mnie do domu - zamruczał. - A to tylko zwykły 

śmiertelnik - nawet nie jeden z tych, których nie 

wolno mi skrzywdzić.

Wysunął długi, rozwidlony język i oblizał wargi. 

- Kolacja! - mlasnął.

MęŜczyzna stanął jak wryty i pochwycił rękojeść 

miecza.

- Mylisz się - odpowiedział w tym samym języku 

- Melbriniononsadsazzersteldregandishfeltseliorze. Te 

płomienie były juŜ tu w dniu, w którym się wyklułeś.

- Jak to jest, bracie małp, Ŝe znasz moje imię, a 

ja nawet nie wiem, kim jesteś?

- Mylisz się - powtórzył męŜczyzna - i wrócisz do 

domu. Ale zanim odejdziesz, szepnę ci odpowiedź na 

twe ostatnie pytanie, a wtedy mnie poznasz.

Rozpiął pas i opuścił go wraz z pochwą i 

mieczem na podłogę.

background image

Kiedy demon zbliŜył się, muzyka stała się bar-

dziej szalona, a płomienie kontynuowały swój taniec. 

Wyszedł mu na spotkanie z szerokim uśmiechem na 

ustach.

- ZałóŜmy, Ŝe na imię ci człowiek - powiedział 

demon i skoczył na niego.

- Mylisz się - odparł męŜczyzna, - uskakując 

przed kłapiącymi kłami, powstrzymując ostre pazury 

i chwytając demona.

W mgnieniu oka stali się złoŜoną plątaniną 

kończyn. Upadli na podłogę i zaczęli się toczyć. Z 

płomieni spoglądały na nich szeroko otwarte oczy.

* * *

Holrun zawiesił zwierciadło na gołej ścianie, 

między biurkiem a kominkiem, zakrywając tym 

samym sześćdziesiąt osiem tajemniczych ruchów i 

symboli. Potem wsparł się na stosie poduszek, 

wyciągnął swą wodną fajkę, zwolnił rytm serca, 

napiął i rozluźnił mięśnie. Mijały chwile. OdłoŜył na 

bok ustnik i pomyślał o tym, czego dowiedział się na 

posiedzeniu Rady, kiedy wszyscy unosili się 

background image

bezcieleśnie w powietrzu nad Kannais, rozprawiając 

o Zamku Wieczności. Jelerak zainstalował system 

zwierciadeł, który ułatwiał przemieszczanie między 

warowniami. NaleŜałoby zdobyć dostęp do któregoś z 

luster i dokładnie poznać jego zaklęcie, aby, tak jak 

on, wykorzystać ten system. Sam zamek otoczony był 

twardą, ciemną aurą, która całkowicie chroniła go 

przed psychiczną penetracją. Był zbyt daleko i 

bezpośredni dostęp fizyczny nie był moŜliwy. Ponadto 

kraina roztaczająca się wokół mogła w kaŜdej chwili 

rozpocząć swój szalony taniec. Holrun zanotował w 

pamięci widok i atmosferę tego miejsca. Gdy 

powrócił do powłoki cielesnej zostawionej w 

komnacie, sprawdził w swych opasłych tomach 

wszelkie wzmianki o działaniu luster. 

Po raz wtóry uwolnił swą duszę, by powrócić w 

to samo miejsce. Na moment Zamek Wieczności 

zamigotał w dole, potęŜny i złowrogi. Jego psychiczna 

osłona była wciąŜ bardzo mocna, ale pojawiały się 

miejsca za miejscami - płaszczyzny, gdzie rzeczy-

wistość ograniczała się do zwykłej wizji... Przesunął 

się na płaszczyznę czystej energii, ale droga została 

background image

zablokowana. Nie miał teŜ dostępu do pierwotnego 

miejsca czystych form. Z większym niŜ wcześniej 

wysiłkiem dostał się na płaszczyznę esencji. 

Nareszcie...

Cała konstrukcja zamku była bardzo osobliwa, 

jedna z najdziwaczniejszych rzeczy, jakie kiedykol-

wiek widział. Nie marnował jednak czasu na spisy-

wanie cudów. Postanowił zlokalizować zwierciadło, 

które stało gotowe do przeglądu w miejscu zwanym w 

ziemskim świecie wieŜą północną.

ZbliŜył się doń ostroŜnie, wyszukując w jej po-

bliŜu nienaturalnych esencji.

Natknął się na samotnego męŜczyznę, a z tej 

płaszczyzny dostrzec moŜna było esencję trzeciej 

dłoni. A więc to był Baran. No! Dobrze!...

Ujrzał zaklęcie i przeniósł się na płaszczyznę 

struktur. Tam czuł się swobodniej. Nagle przemieniła 

się w serie połączonych linii o róŜnych barwach. 

Wszystkie z nich pulsowały, a krople energii prze-

skakiwały na chybił trafił ze złącza na złącze.

Ciekawe. Ktoś jeszcze, ukryty na płaszczyźnie 

energii, obserwował to zjawisko.

background image

Holrun cofnął się nieco i przyjrzał się intruzowi. 

Gdyby tak mógł zlokalizować dla niego punkt wyjścia 

- ile czasu i wysiłku - nie mówiąc juŜ o ryzyku, moŜna 

by zaoszczędzić. Nie podobało mu się to niewyraźne 

niebieskie zjawisko zwinięte w spiralę, schowane za 

rogiem. Sprawdził je ostroŜnie i stwierdził, Ŝe stykało 

się z czymś, a jednak pozostawało niezaleŜne...

* * *

Po dokładniejszym zbadaniu okazało się, Ŝe jego 

współtowarzysz w poznawaniu zaklęcia był jednym z 

tych nieuchwytnych, cislunarnych pierwiastków o 

bezkształtnej, ognistej postaci, gdy tylko znajdą się na 

jego płaszczyźnie. Tym razem był to pulsujący na 

czerwono badawczy haczyk. Kilkakrotnie zlustrował 

krańce zaklęcia, nie nawiązując kontaktu z klatką 

linii. Jednak widać było, Ŝe za kaŜdym razem 

zwalniał swą prędkość w tym samym ostrym kącie.

KaŜda linia, którą postrzegał, przedstawiała oso-

bną część zaklęcia, wyraŜoną słowem lub gestem. 

Moc, która je wypełniała, znajdowała się oczywiście 

w posiadaniu samego Jeleraka i pochodziła albo z 

background image

jego istoty albo ze świętej ofiary. Holrun miał 

trudności z określeniem sekwencji, w jakiej od-

twarzała się struktura na jego własnej płaszczyźnie - 

to trudne zadanie, gdyŜ początek struktury nie był 

dostrzegalny; nie tak jak w pracy neofity lub 

czeladnika, którym obce byłoby zamiłowanie do 

tajemnicy. Było to niezwykle złoŜone dzieło i Holrun z 

trudem krył podziw dla technicznej sprawności tego 

człowieka.

Haczyk zwolnił w innym miejscu w kącie 

poniŜej, jakby nagle przyciągnięty przez nieznaną siłę 

- potem ruszył dalej i ponownie zatrzymał się w 

ostrym rogu. Holrun obserwował biernie, co się 

dzieje. Mógł wyrwać się juŜ teraz, nie zwaŜając na 

zastosowane zaklęcie. Niebezpieczeństwo miało 

przyjść później. Lepiej pozwolić pierwiastkowi na 

wstępne ryzyko.

Ten znów zalśnił w jednym z kątów, prawie się 

zatrzymując, a wtedy Holrun skoncentrował całą swą 

uwagę na tym miejscu.

Tak. W czasie odpływu jednej z pulsacji był 

pewien, Ŝe wykrył cienką jak pajęczyna linię niena-

background image

turalnego spoiwa, przez które moŜna by przepro-

wadzić mikrolin percepcji. JednakŜe pierwiastek nie 

wziął tego pod uwagę i powrócił do ostrego kąta, w 

którym skończył swą wędrówkę.

Obserwował uwaŜnie, pewny tego, co nastąpi.

Haczyk wyciągnął swój ostry koniec, nawiązał 

kontakt i przesłał w to miejsce psychiczne naciski. 

Niczym rozwinięta spręŜyna jasnoniebieski straŜnik 

przeskoczył do przylegającego kąta. Haczyk walczył 

przez moment o swą wolność, a następnie zamarł w 

bezruchu. Zaczął się kurczyć, a po chwili został 

całkowicie pochłonięty.

Błękitna spręŜyna odpłynęła i zatrzymała się, 

pulsując teraz jeszcze jaskrawszą barwą. Po kilku 

uderzeniach przyłączyła się do innego kąta i dodat-

kowa światłość, jaką z niego wyssała, odprowadzona 

została do struktury samego zaklęcia. Oddaliła się 

ponownie i znieruchomiała niewyraźne, błękitne 

zjawisko.

Holrun podkradł się bliŜej. Widział wcześniej, 

jak pierwiastek blokował zaklęcie i dokładnie je 

analizował. Rysy, które na początku uznał za część 

background image

konstrukcji, zamigotały i zgasły w otwarte obszary 

wprowadzone zostały kliny, które ograniczały wszelki 

dostęp, gdy tylko zaklęcie wezwane było do działania. 

Obserwując ich przemieszczenia, pomyślał o 

osobniku, który wprowadził pierwiastek na arenę. 

Kiedy tylko zorientował się, Ŝe pierwiastek zniknął, 

juŜ stwarzał odpowiednie warunki, aby przywołać 

następny, by mógł kontynuować badania i blokadę.

Na powierzenie nowego zadania potrzebował 

dodatkowego czasu. A to umoŜliwiało Holrunowi 

swobodę działania bez Ŝadnych zakłóceń.

O ile, oczywiście, ktoś inny nie uŜyłby zaklęcia w 

tym samym czasie. Wtedy Holrun byłby zniszczony.

Przesunął się na niŜszy kąt. Jedyne, co mu 

pozostało, to określenie kierunku, w którym podąŜało 

zaklęcie. Stanął przed dwoma wyborami.

Wybór błędny przekreśliłby wszystko, 

całkowicie unieruchamiając lustro - pomyślał, 

filtrując ponownie czar.

Jedna linia była cieńsza od drugiej i wskazywała 

na wysoki ton głosu czarownika, który wydał ten 

dźwięk. Zazwyczaj zaklęcie rozpoczynało się niskim 

background image

tonem, a kończyło się wysokim. Były jednak wyjątki. 

W tym przypadku kaŜda z linii mogła reprezentować 

przygotowawczy gest. ZbliŜył się jeszcze bardziej i 

nawiązał chwilowy kontakt z grubszą linią.

Niebieska spirala zaświeciła w jego stronę, ale 

zanim nadleciała, zdąŜył się wycofać, zabierając ze 

sobą cenną informację: linia odpowiedziała na 

połączenie! A zatem, to było słowo, a nie gest.

Patrzył i czekał, aŜ spirala uspokoi się. Tym 

razem opadała bardzo powoli, aŜ w końcu odpłynęła 

badając po drodze większe kąty.

Gdyby wszedł do zaklęcia z właściwej strony, 

byłby bezpieczny, gdyŜ na czas operacji strukturalnej 

jej czujność zostałaby osłabiona. Pozostało tylko 

jedno zagroŜenie - ktoś uruchomiłby zaklęcie w 

chwili, gdy Holrun badał je od środka.

Spirala osunęła się ponownie, a on zagrał na 

cieńszej linii, cofając się natychmiast.

Niebieskie zjawisko zareagowało w przewidywa-

ny sposób, ale zignorował to, przetwarzając dodat-

kową informację, którą właśnie zdobył: było jeszcze 

jedno echo, zaczynało się i kończyło słowem.

background image

WciąŜ nie mógł stwierdzić z całą pewnością, 

które ramię kąta oznaczało początek, a które koniec -

poza przypuszczeniem dotyczącym niŜszego tonu. 

Cofnął się i ogarnął wzrokiem całe zaklęcie, starając 

się zapamiętać ogólne wraŜenie całej konstrukcji. 

Poszukał w pamięci podobnych zjawisk, rozwaŜył je i 

doszedł do końcowego wniosku, Ŝe musi polegać 

wyłącznie na subiektywnych uczuciach, które właśnie 

w nim narastały.

Ruszył do przodu i spenetrował końcówkę cień-

szej linii. Nie dostrzegł uderzenia jasnoniebieskiego 

zjawiska, gdyŜ poruszał się juŜ w obrębie systemu 

zaklęcia.

Gdy usłyszał pierwsze słowo zrozumiał, Ŝe jego 

przypuszczenie było słuszne. Wszędzie rozbrzmiewał 

typowy dźwięk.

Rozpoczął wędrówkę po zaklęciu, notując wraŜe-

nia kaŜdego gestu zawartego w kaŜdym słowie, 

zapisując je wszystkie w pamięci. Gdy dotarł do 

końca, przeskoczył nad przepaścią i rozpoczął kolejne 

okrąŜenie. Tym razem chodziło o wraŜenie ogólne, a 

nie szczegóły. I jeszcze raz...

background image

Podziwiał pomysłowość konstrukcji, zdając sobie 

sprawę, iŜ któregoś dnia sam będzie potrzebował 

podobnego środka transportu. W tych czasach nie 

widywało się takich magicznych statków...

Jeszcze jedno okrąŜenie...

Teraz obserwował wszystko niezwykle uwaŜnie, 

szukając precyzyjnie właściwego miejsca do ataku...

Aha!

Siódmy człon zakończył się twardą spółgłoską i 

od niej teŜ zaczął się człon ósmy. Podobnie było w 

przypadku dwudziestego trzeciego i dwudziestego 

czwartego słowa. Przeszedł przez nie po raz drugi. 

Cezura między parą siedem-osiem była trochę 

dłuŜsza.

Podczas kolejnej rundy stanął i wprowadził w 

szczelinę miękkie ,,t". Nawet gdyby Jelerak zechciał 

sprawdzić własne Ŝakiecie, dźwięk ten nie zostałby 

wykryty między parami spółgłosek. Następnie 

odpłynął od swego osobliwego pierwiastka, tworząc 

prosty system pod-zaklęć, w którym wszystkie linie 

były równoległe i nakładały się na istniejące elementy 

czaru. Skończył, po raz kolejny przemierzył zaklęcie, 

background image

niczego nie skreślając. W czasie następnego okrąŜenia 

uaktywnił „t" i przeniknął przez swój własny system. 

Doskonale. Pod-zaklęcie wykorzystało rdzeń systemu 

Jeleraka, ale połączenie powinno działać.

Przesączył energię z własnej istoty przez skon-

struowany system, oŜywił go i w myślach zagrał na 

nosie niebieskiemu zjawisku. Nagle cała konstrukcja 

znikła, a Holrun znalazł się we własnym zwierciadle, 

obserwując swą leŜącą postać.

Opuścił lustro, zmniejszył tempo swych wibracji 

i otworzył oczy. Przeciągnął się, a na jego twarzy 

pojawił się uśmiech. Udało się - bez pozostawienia 

Ŝadnych śladów.

Wstając, przeciągnął się raz jeszcze, pomasował 

czoło i skronie, przetarł oczy. Ziewnął, sięgnął po 

czarny kryształ i postawił go przed sobą. Zdołał 

jednak zebrać swe siły, skupić uwagę i wypowiedzieć 

imię Meliasha.

Obraz pojawił się natychmiast. 

- Witaj - powiedział. - Jak leci? 

- Holrun! Co się stało? To trwało tak długo! 

- Pracowałem nad tą cholerną konstrukcją. 

background image

Opowiem ci teraz o zwierciadle Jeleraka...

- Jego transportowym zwierciadle? 

- Dokładnie. Właśnie załoŜyłem pułapkę na 

zaklęcie chroniące to lustro w zamku.

- Pułapkę?

- Tak. Jeśli na drodze nie pojawi się ten diabelski 

pierwiastek, lustro zadziała tak, jak on zechce, tyle 

razy, ile sobie zaŜyczy. Nie będzie nawet wiedział, Ŝe 

mam dostęp do zaklęcia, zwierciadła, zamku w kaŜdej 

chwili.

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

- To sekretna technika mojego pomysłu.

- Co zamierzasz z tym zrobić? 

Holrun ziewnął.

- Będę wiedział, kiedy się obudzę. Teraz muszę 

wziąć kąpiel i zdrzemnąć się. Umieram ze zmęczenia.

- Ale to oznacza, Ŝe przekonałeś Radę do 

podjęcia pewnych działań.

- Daj spokój, Meliashu! PrzecieŜ wiesz dosko-

nale. Wszystko, co od nich uzyskałem - zresztą 

przypadkowo - to informacja, Ŝe istnieją jakieś lustra. 

Oni nie tknęliby Jeleraka nawet uzbrojoną rękawicą.

background image

- A zatem, kto upowaŜnił cię do załoŜenia 

pułapki na zaklęcie?

- Nikt. Zrobiłem to z własnej woli.

- Nie będziesz miał kłopotów, jeśli się dowiedzą?

- Nie jako osoba prywatna. Pod koniec posie-

dzenia, na znak protestu zrezygnowałem z uczest-

nictwa w Radzie.

- Przykro mi.

- Och, to nie po raz pierwszy. Wybacz, muszę 

odpocząć, zanim zacznę działać. Do widzenia.

Wyłączył kryształ, włoŜył go do szkatułki i pod-

szedł do drzwi. Wychodząc, pstryknął palcami, nie 

oglądając się za siebie.

* * *

W pierwszej chwili Semirama zignorowała puka-

nie do drzwi. Ale kiedy się powtórzyło, a Lisha nie 

pojawiła się, aby je otworzyć, wstała ze swej hałdy 

futer i poduszek, i przeszła przez pokój.

- Kto tam?

Uchyliła drzwi i nie widząc nikogo, otworzyła je 

na całą szerokość. Korytarz był pusty.

background image

Zamknęła drzwi i wróciła do swego miękkiego, 

wonnego gniazdka, ze starym winem i wspomnie-

niami. Przez chwilę zdawało się, Ŝe zamigotało 

powietrze, a gobeliny i zasłony zatrzepotały, jakby 

przez zamknięty pokój powiał lekki wiatr.

- Pani moja, Semiramo, królowo. Jestem tutaj. 

Rozejrzała się wkoło, nikogo nie widząc.

- Tutaj.

Ciemnowłosy męŜczyzna w Ŝółtej tunice i fu-

trzanych sztylpach patrzył na nią z prawej strony 

łoŜa. Głowę miał pochyloną. Uniósł ją i uśmiechnął 

się.

- Kim, kim jesteś? - odezwała się.

- Twoim sługą - Jelerakiem. - Musiałem załoŜyć 

przebranie, aby się tu dostać. Mam nadzieję, Ŝe je 

aprobujesz. Ten strój bawi mnie.

- Rzeczywiście - rzekła, uśmiechając się szybko. - 

Kiedy przybyłeś?

- Przed chwilą - odparł. - Przyszedłem tu od 

razu, by przekazać wyrazy szacunku i poznać naturę 

trudności z naszym Starszym.

- W tej chwili - stwierdziła - trudność polega na 

background image

tym, Ŝe całkowicie postradał zmysły.

- Aha! A jak długo ten stan się utrzymuje? - 

spytał, obserwując ją bacznie.

- Od około pół godziny. Przewidział to i poin-

formował mnie. Byłam z nim, kiedy zaczął się atak.

- Rozumiem. Ale kraina wokół jest wzburzona 

jego emanacjami od dłuŜszego czasu. Jak moŜna to 

załagodzić?

- Och podniosła kielich, pociągnęła łyk, a głową 

wskazała na kredens. Proszę, poczęstuj się, jeśli masz 

ochotę.

- Dziękuję. Rzadko sobie folguję. 

Skinęła głową na znak zrozumienia.

- Zrobił to na moje polecenie.

- To wyjaśnia zastosowaną technikę. Tak my-

ślałem, Ŝe stoi za tym ludzki umysł. Czy moŜesz mi 

wyjaśnić, dlaczego?

- By powstrzymać śmiałków, którzy chcieli się tu 

przedrzeć w czasie twej nieobecności. Zaczęli być 

nieznośni.

- Uderzyło to takŜe we mnie.

- PrzecieŜ miałeś lustro.

background image

- Lustro nie funkcjonowało.

- Dopiero dziś wieczorem zaczęłam coś podej-

rzewać po rozmowie z Baranem. Nakazałam Tualui 

wyjaśnić wszystko, zanim oszalał. CzyŜ nie w ten 

sposób się tu dostałeś?

Zaprzeczył z uśmiechem na ustach.

- Musiałem wybrać trudniejszy sposób. Czy 

chcesz powiedzieć, Ŝe Baran planuje coś, co jest 

niezgodne z moim interesem?

- Nie jestem pewna. Być moŜe próbuje naprawić 

je dla ciebie i usunąć zakłócenia.

- Zobaczymy. Czy problem Tualui oznacza to, co 

myślę?

- Do głosu dochodzi ciemna strona jego natury, 

ale próbuje ją pokonać.

- Hmm. Ma pecha, w takim stanie będzie musiał 

się bardzo starać. Zbyt duŜy egotyzm będzie 

towarzyszył skądinąd godnym pochwały sentymen-

tom. Moim pierwszym zadaniem musi być przy-

wrócenie go do zdrowia, a potem on pomoŜe mi 

zebrać utracone siły.

- Czy w ogóle moŜesz mu pomóc - nie mówię o 

background image

tymczasowej uldze?

- Niestety, pani, nie. Bo kto moŜe odnieść 

zwycięstwo nad jego ciemniejszą stroną natury? Nie 

wiesz, gdzie mógłbym szybko znaleźć jakąś dziewicę?

- Nie... MoŜe któraś z młodszych sług... Po co ci 

ona?

- Aby doprowadzić naszego Starszego do po-

rządku, potrzebna jest jakaś nudna, ludzka ofiara. 

Gdybym był w lepszej formie, nie myślałbym o tym, 

ale teraz jest to konieczne. Nie martw się, mogę uŜyć 

zaklęcia lokalizującego dziewice. Właściwie powi-

nienem juŜ się do tego zabrać. Odchodzę, pani.

- Adieu, Jeleraku.

- Być moŜe później będę cię potrzebował jako 

tłumacza.

- Zostaję tutaj. Doskonale.

Podszedł do drzwi, otworzył je, uśmiechnął się, 

skinął głową i wyszedł.

Semirama bawiła się kielichem, zastanawiając 

się, czy zwierciadło jest juŜ czyste i jak daleko 

mogłoby zabrać jedną osobę lub kilka osób.

background image

* * *

Dilvish popatrzył na współwięźniów i kiedy 

Lorman przestał łkać, zapytał:

- Czy któryś z was wie, gdzie mógłbym zdobyć 

broń, jak tylko się stąd wydostanę?

Niektórzy zachichotali, ale Hodgson potrząsnął 

głową.

- Nie. Nie mam pojęcia, gdzie jest zbrojownia - 

rzekł.

- Będziesz musiał się rozejrzeć - poradził Derkon. 

- Powodzenia. A propos, mogę wiedzieć, jak 

zamierzasz się stąd wyrwać?

Dilvish uniósł dłoń do ust i opuścił ją. Dotknął 

kłódki. Usłyszeli chrobot, a potem trzask.

- Klucz! - wrzasnął Galt. - On ma klucz! 

- I za chwilę będzie o tym wiedział cały zamek, 

jeśli się nie uciszysz! - skarcił go Hodgson. - Skąd go 

masz, Dilvishu?

- Podarunek od damy - odpowiedział. - Był to 

najbardziej pamiętny pocałunek, jaki kiedykolwiek 

otrzymałem.

Otworzył drugą kłódkę i zrzucił kajdany.

background image

- Czy myślisz - zapytał Derkon - Ŝe ten klucz 

moŜe pasować do innych zamków?

- Trudno powiedzieć - rzucił Dilvish i schylił się, 

rozwiązując spętane nogi. Wyprostował się i kopnął 

łańcuchy.

- Masz, spróbuj!

Derkon chwycił klucz i włoŜył go do jednego z 

zamków.

- Nic z tego, psiakrew. MoŜe ten...

- Daj go tutaj, Derkon! MoŜe pasuje do mojego!

- Tutaj!

- Pozwól mi spróbować!

Derkon wypróbował go we wszystkich zamkach 

po kolei, podczas gdy Dilvish masował nadgarstki i 

kostki. W końcu burknął coś i podał klucz 

Hodgsonowi.

Na półce w korytarzu było kilka kluczy zauwaŜył 

Dilvish, kiedy Hodgson próbował bezskutecznie 

otworzyć kłódkę.

Dilvish odwrócił się i ruszył do drzwi.

- Czekaj! Czekaj!

- Nie odchodź!

background image

- Przynieś je!

- Przynieś je!

Opuścił piwnicę, a ich krzyki przeszły w 

przekleństwa.

Na środku pokoju unosił się bladoŜółty wir 

powietrza, a całe miejsce przepełnione było wonią 

róŜnorodnych, aromatycznych zapachów. W po-

wietrzu zmaterializowała się gromada Ŝab, które 

spadły na wyściełaną słomą posadzkę i rozpoczęły 

swe harce.

Wir przepłynął przez komnatę i zawisł w 

drzwiach.

Po chwili pojawiła się za nim jakaś postać, która 

przerzuciła przez niego pęk kluczy. Spadły na skalny 

stopień między Vane'em a Galtem. Zapadła krótka 

cisza, potem nastąpiły ostre szepty. Postać wycofała 

się. Wir nabrał zielonej barwy. śaby rozpoczęły swój 

śpiew.

Dilvish wyciągnął ze ściennego kinkietu pochod-

nię i ruszył, odtwarzając w pamięci szlak, po którym 

go ciągnęli. Nie zwracał uwagi na poprzeczne tunele, 

pełne interesującego ruchu, choć zdawało mu się, Ŝe 

background image

w jednym z nich usłyszał z daleka swoje imię, 

wypowiedziane niskim, grzmiącym głosem. W końcu 

dotarł do właściwej przecznicy, skręcił w lewo. 

Pochodnia migotała w ciemności, po ścianach spły-

wała woda, a coś cięŜkiego i twardego jak skóra 

sterczało z sufitu, pulsując cicho jak oddech. Skręcił 

ponownie w korytarz prowadzący na prawo. Nagle 

stanął przy kolejnym skrzyŜowaniu i spojrzał w obie 

strony. Czy ta przecznica była tu wcześniej?

Wszystko do tej pory się zgadzało, ale gdy wtedy 

schodzili ze schodów, był na wpół przytomny, a 

później...

ZwilŜył w ustach lewy palec, odkładając pochod-

nię.

Podniósł palec do góry i poczuł chłodny prąd 

powietrza przesuwający się z lewej strony w prawo. 

Chwycił pochodnię i ruszył w tym kierunku.

Dwadzieścia kroków i znów musiał wybierać 

między lewą odnogą a prawą. Lewa zdała się być 

znajoma, poszedł więc w tę stronę.

Wkrótce znalazł się u podstawy schodów. Tak. 

To była właściwa droga.

background image

Skręcił.

Wspinał się wolno przez mrok, gdy w górze 

ukazały się rozświetlone drzwi. Po lewej stronie miał 

ścianę, po stronie prawej nie było nic.

Zanim dotarł na szczyt, zgasił pochodnię o ścianę 

i wyrzucił, gdyŜ widoczny pokój jaśniał pełnym 

blaskiem. Z prawego rogu dobiegała cicha muzyka.

Ruszył wolno, spojrzał w tamtą stronę. Nikogo 

nie było, ale...

Coś tęŜało obok rozdartego gobelinu. Kafelki 

wokół lśniły ciemną wilgocią.

Przyjrzał się dokładnie ścianom, mając nadzieję 

na znalezienie jakiejkolwiek broni.

Nic. Tylko lustra, odbijające komnatę i jej od-

bicia jedno w drugim.

Istota na podłodze nie drgnęła. Mokra plama 

wokół niej wydawała się większa.

Podszedł bezgłośnie do ciemnej kupy. I zamarł. 

Był to demon ten sam, który przyszedł po niego do 

obrzydliwej pułapki w sadzawce jego ciało było 

zgniecione niczym miękki owoc, skręcone i połamane.

Nie zbliŜył się. Stał tak patrząc i zastanawiając 

background image

się. Po chwili zrobił krok do tyłu. Do jego nozdrzy 

dotarł odór posoki demona. Spojrzał przez ramię na 

komnatę. WzdłuŜ niej widać było szerokie wejście, po 

stronie prawej stały małe drzwi, a na jej końcu - 

potęŜne, podwójne wrota. Poczuł się nieswojo. Nie 

miał ochoty przejść przez komnatę.

TuŜ przed nim, obok demonicznych szczątków 

po lewej stronie gobelinu, dostrzegł wyjście i częś-

ciowo otwarte drzwi. OkrąŜając z dala martwego 

potwora, ruszył w tym kierunku.

Za drzwiami panowała cisza i mrok. Pchnął je 

mocno, przeszedł, a one powoli wróciły do dawnej 

pozycji. Wydały przy tym skrzypiący dźwięk.

Przeszedł przez wąski korytarz. Obok niego 

przepływały welony fioletowych mgieł, którym to-

warzyszył dźwięk szklanych kurantów i zapach 

skoszonej trawy. Minął pomywalnię, spiŜarnię, małą 

sypialnię i oktagonalną komnatę, w której płonął 

błękitny ogień nad gwieździstą płytą z róŜowego 

kamienia. Wszystkie pomieszczenia były puste.

W końcu korytarz rozwidlał się. Z lewej strony 

usłyszał jakieś odgłosy, zatrzymał się i nadsłuchiwał. 

background image

Słowa były niewyraźne i przytłumione. Zaryzykował 

spojrzenie w tamtą stronę.

Nikogo nie dojrzał. Dźwięki dobiegały praw-

dopodobnie zza otwartych drzwi, których wiele było 

wzdłuŜ korytarza.

Ruszył w tym kierunku, trzymając się blisko 

ściany, szukając jakiegoś przedmiotu, jakiejś kryjó-

wki, gdyby nagle ktoś wyszedł z pokoju. Nic się 

jednak nie wydarzyło, choć teraz odgłosy były 

wyraźne i odniósł wraŜenie, Ŝe zbliŜa się do pomie-

szczeń dla słuŜby.

Minęło kilka minut, zanim usłyszał coś cieka-

wego.

- ...mówię ci, Ŝe wrócił - odezwał się gruby męski 

głos.

- Tylko dlatego, Ŝe na jakiś czas ustały zawiro-

wania? - spytał kobiecy głos.

- Właśnie. Dlatego mógł przejść. 

- To dlaczego nikt go nie widział?

- A dlaczego ma się pokazywać takim jak my? 

Jest teraz zapewne na górze z Baranem lub królową, 

albo z obojgiem.

background image

Choć podsłuchiwał jeszcze przez kilka dobrych 

minut, nie usłyszał nic, co miałoby dodatkową 

wartość. Z pewnością mówili o Jeleraku, a „na 

górze" oznaczało wyŜsze piętro. Dilvish przesunął się 

bokiem, zawrócił i ruszył w drugim kierunku.

Przez piętnaście minut krąŜył ostroŜnie wokół, 

zanim wszedł na pierwszy stopień. Odczekał długą 

chwilę, posłuchał, a następnie popędził na górę.

Korytarz na piętrze był szeroki, wyściełany dy-

wanami i obwieszony wystawnymi gobelinami. 

Dilvish ruszył w poszukiwaniu broni, jakiegoś 

odgłosu. Doszedł do okna. Stanął.

Na zewnątrz przewijały się Ŝółte mgły, odsłania-

jąc to skrywając wzburzony krajobraz oświetlony 

światłem księŜyca i sporadycznymi jęzorami ognia, 

nad którym unosiły się i opadały niebiesko-białe 

diamentowe kształty, niczym bezskrzydłe, 

nieopierzone ptaki szybujące na falach powietrza. W 

mgnieniu oka wyrastały ciemne, potęŜne wzgórza, 

inne opadały gwałtownie. Od czasu do czasu migotały 

błyskawice, potem nastąpiły grzmoty. Teraz miejsce 

to wyglądało o wiele groźniej niŜ podczas jego 

background image

wędrówki. Pomyślał o Blacku, Arlacie i czarowniku 

Weleandzie. Zdawało się, Ŝe z nich wszystkich przeŜył 

jedynie przeklęty mag.

Odwrócił wzrok od widoku drŜącego świata i 

podąŜył korytarzem, dochodząc do następnej klatki 

schodowej wyłoŜonej dywanami. Ciągnęła się z dołu 

ku górze. Dilvish skręcił i zaczął wspinaczkę. Na 

ścianie przy podeście wisiała para potęŜnych 

halabard. ZbliŜył się, chwycił dwiema rękami ręko-

jeść jednej z nich, podniósł, potrząsnął głową i 

ostroŜnie odłoŜył broń.

Za cięŜka. Zmęczyłby się, taszcząc taki cięŜar ze 

sobą.

Ruszył dalej. Ciepły wiatr owiał mu twarz, a 

ściany zachwiały się lekko. TuŜ przed nim zawirował 

błotnisty potok i w jego stronę popędziła ściana wody. 

Rzucił się do ucieczki, ale woda znikła, zanim zdąŜyła 

go dosięgnąć. Ściany i podłoga były suche, kiedy 

dotarł do końca korytarza, jedynie kilka ryb 

trzepotało dokoła.

Za rogiem jednak ujrzał kałuŜe. Z jednej z nich 

wyrosła upiorna ręka trzymająca miecz, ale Dilvish 

background image

zrobił duŜy krok naprzód i odepchnął ją. Ramię 

natychmiast znikło, a miecz zaczął topnieć. Wyko-

nany był z lodu. Dilvish wrzucił go do kałuŜy i 

odszedł.

WzdłuŜ korytarza dostrzegł wiele drzwi - nie-

które były częściowo uchylone, niektóre były za-

mknięte. Przy kaŜdych zatrzymywał się, nadsłuchu-

jąc. Zaglądał przez te, które stały otworem. Następnie 

powrócił do pierwszych, które były zamknięte, i 

nacisnął klamkę. Nie drgnęły, podobnie jak drugie i 

trzecie.

Przeszedł na koniec korytarza, gdzie niskie scho-

dy skręcały ukośnie w lewą stronę. Szybko wspiął się 

po stopniach. Tam sufit był bardzo niski, ale dywany 

i arrasy znacznie wystawniejsze. Z wąskiego okienka 

rozchodził się widok na część zamczyska. Zdawało 

się, Ŝe na blankach murów obronnych przesuwają się 

upiorne postacie. W tym korytarzu nie zauwaŜył 

Ŝadnych drzwi, pobiegł więc schodami w górę. Skręcił 

w lewo i dotarł do wysokiego hallu, mocniej 

oświetlonego i umeblowanego z większym 

przepychem niŜ te poprzednie.

background image

Pierwsze drzwi na prawo zamknięte były na 

klucz, ale drugie okazały się otwarte. Zawahał się, 

kiedy lekko puściły pod jego naporem. Był intuicyjnie 

przekonany, Ŝe ktoś za nimi stoi.

Zastanowił się przez moment i podjął stanowczą, 

decyzję. Gdyby Jelerak był w środku, a wszystko inne 

by zawiodło, Dilvish zdecydowany był uŜyć swej 

ostatecznej broni - Straszliwych Zaklęć, które 

zniszczyłyby zamek i wszystko, co znajdowało się w 

nim wraz z nim samym. Płomienie nie zgasłyby, póki 

wszystko w zasięgu zaklęcia nie obróciłoby się w 

proch i popiół.

Otworzył jednym pchnięciem drzwi i wszedł do 

środka.

- Selarze! Przyszedłeś! - krzyknęła Semirama i 

padła mu w ramiona.

background image

ROZDZIAŁ VIII

PotęŜny męŜczyzna o kręconych włosach i bro-

dzie, z otwartą raną na lewym ramieniu, ciągnącą się 

przez klatkę piersiową aŜ do Ŝeber, skradał się 

tunelami pod Zamkiem Wieczności, trzymając w 

dłoniach ogromny miecz. Pokonując ciemności 

odrąbał w jednym z przejść ohydne, twarde jak skóra 

monstrum, które spadło na niego cicho z góry. Nadal 

poruszał się w mroku, a źrenice jego oczu rozszerzyły 

się do nienaturalnych rozmiarów. Jego przekleństwa 

dziwnie przypominały przekleństwa 

Melbriniononsadsazzersteldregandishfeltseliora, 

którego napotkał w hallu na górze. Były znacznie 

głośniejsze, choć dawały ten sam efekt. Klął, gdyŜ z 

powodzeniem szedł za zapachem w głąb tuneli, aŜ do 

momentu kiedy natknął się na hordy 

świniopodobnych istot, które całkowicie pogmatwały 

zapachowy wzór. Zgubił się i zaczął wędrować bez 

celu w nadziei, iŜ znowu trafi na właściwy szlak.

Najbardziej rozwścieczyło go to, Ŝe z pewnością 

widział przed chwilą swego pana, przemykającego się 

background image

chodnikiem. Wykrzyknął nawet jego imię, ale 

odpowiedzi nie usłyszał. Gdy dotarł do tego miejsca, 

męŜczyzna zniknął z widoku. Przez jakiś czas 

udawało mu się iść jego tropem, ale napotkany 

świński zapach zmieszał się z jego zapachem i cał-

kowicie go pochłonął.

Dotarł do poprzecznego tunelu, skręcił w lewo, i 

jeszcze raz w lewo. Wybór taki nie miał Ŝadnego 

znaczenia. Chodziło o to, by posuwać się do przodu. 

Wcześniej czy później... 

Głosy!

Odwrócił się. Nie. Dochodziły z przodu, a nie z 

tyłu.

Ruszył szybkim krokiem, a one stawały się coraz 

głośniejsze. Wypatrzył kolejne skrzyŜowanie tuneli i 

stanął pośrodku. Obracał się powoli, aŜ dostrzegł 

chodnik prowadzący na prawo. 

Tak.

Był tam zakręt, załamanie. Stamtąd dochodziły 

odgłosy, poruszali się tam jacyś ludzie. Bez większego 

pośpiechu szedł za dźwiękiem. Przed nim zamigotało 

małe światełko.

background image

Ominął zakręt i zobaczył łudzi. Nadchodzili z 

lewej strony poprzecznym chodnikiem, a prowadzący 

ich męŜczyzna trzymał w górze pochodnię. Było ich z 

pół tuzina, łącznie ze staruszkiem. Nie rozumiał ich 

słów, ale wyglądali na szczęśliwych. Wszyscy mieli na 

sobie łachmany, a gdy podszedł bliŜej, poczuł, Ŝe 

bijący od nich odór był bardzo intensywny, jakby 

przebywali przez długi czas w zamknięciu, bez 

urządzeń sanitarnych.

Skrył się w mroku, czekając, aŜ przejdą. Stał w 

tym tunelu przez długi czas, a następnie ruszył w 

kierunku, z którego przyszli.

Po chwili znalazł się w duŜej komnacie, w której 

dopalała się ostatnia pochodnia. Z lewej strony, na 

półce, wisiały kajdany i kłódki. W rogach poutykane 

były zakurzone narzędzia tortur.

Przeszedł przez izbę, dotarł do otwartych drzwi. 

W unoszącym się w powietrzu zapachu poczuł ten, 

którego szukał. Towarzyszył mu juŜ od jakiegoś 

czasu, ale w tym miejscu był silniejszy, a za drzwia-

mi... 

Zatrzymał się w progu i spojrzał dokoła. Kom-

background image

nata była pusta. W środku dopalały się pochodnie. Z 

obręczy zawieszonych na ścianach zwisały kajdany. 

Na posadzce leŜały kłódki.

Ruszył naprzód i znowu stanął.

Podłoga...

Wyciągając miecz, rozgarniał kępki sitowia i sło-

my. Pod nimi rozciągało się coś dziwnie znajomego...

Zaparło mu dech i zaszokowany cofnął się. Na 

czoło wystąpił mu pot, a z ust wydobyły się 

przekleństwa.

Szarpnął ostrzem i wsadził je do pochwy.

Zawrócił i skierował swe kroki w stronę koryta-

rza, idąc za silnym zapachem pozostawionym przez 

ludzi. Wątpił, aby świniopodobne potworki mogły go 

całkowicie stłumić.

* * *

Jelerak stanął przed małą, mosięŜną miseczką 

umieszczoną na trójnogu. Tliło się w niej siedem-

naście składników o róŜnym stopniu przykrego 

zapachu. Wstęgi gryzącego dymu unosiły się w górę, 

zwijały się, a jego aromat był całkiem przyjemny. 

background image

Wypowiedział kitka słów, a potem zaczął powtarzać 

je w szybkim tempie. Miseczka zatrzeszczała i 

wystrzeliła z niej przypadkowa iskra.

Więź została nawiązana, a między nim i 

obiektem jego zainteresowania zaczęło się tworzyć 

subtelne napięcie psychiczne.

Gdy doszedł do końca, powtórzył swą mowę, 

jeszcze głośniejszym tonem i w szybszym tempie, 

skrzenie i trzaski w miksturze ustały. Gdy ponownie 

zbliŜył się do końca, rozłoŜył szeroko ramiona, zamarł 

w bezruchu i wyrzucił z siebie ostatnie słowa tonem 

zbliŜonym do wrzasku.

Dym zawirował przez chwilę, a substancja w mi-

seczce, która nabrała jednolitego, wiśniowego blasku, 

zamigotała jaskrawym światłem i wyemitowała 

świetlany puls. Światełko zawisło w powietrzu, 

przyjmując kształt szkarłatnej litery początku runi-

cznego słowa ,,dziewica".

Gdy się uspokoiło, Jelerak wydał krótkie 

polecenie i błyszczący znak odpłynął powoli. Opuścił 

ramiona, napięcie minęło. Przykrył miseczkę i po-

dąŜył za światełkiem, przez bramę, korytarzem w dół.

background image

Płynęło na wysokości oczu, niczym jasny promyk 

na wędrownym wietrze, słoneczko róŜowy Ŝagiel na 

ciemnym morzu. Jelerak kroczył za nim, z uśmie-

chem w lewym kąciku ust.

Wiło się w labiryncie korytarzy w kierunku 

południowym, zapadając się w pierwszą napotkaną 

klatkę schodową. Z rękoma w kieszeniach, Jelerak 

zbiegł po schodach na parter. Bez wahania światełko 

skręciło w lewą stronę. Jelerak ruszył za nim.

Minęli enklawy jasności i dotarli do miejsca, w 

którym paliło się słabe światło. Jego cień malał i rósł, 

podwajał się i skręcał - od wielkoluda do rogatego 

karła. Ziewnął dyskretnie, mijając cebrzyk z 

niewyrośniętym, poskręcanym drzewem był to jego 

rywal, czarownik, którego zamienił juŜ dawno temu i 

zesłał na niego robactwo. Przechodząc zerwał liść. Na 

łodydze pojawiła się kropla krwi.

Obok przeleciał nietoperz, nurkując w pobliŜu w 

geście powitania. Na skalnych występach kołysały się 

pająki, a szczury dotrzymywały mu towarzystwa.

W końcu litera minęła sklepione przejście i wpły-

nęła do głównej komnaty, gdzie jej blask został 

background image

odbity, zanim wkroczył Jelerak. Po chwili wszystkie 

zwierciadła nabrały czarnej barwy.

Poprowadziło go przez salę i zatrzymało się 

przed głównym wejściem. Jelerak zmarszczył brwi i 

stanął za nim. Wypowiedział hasło, a litera 

przesunęła się na prawo i przepłynęła przez drzwi 

bocznego pokoiku. Przez moment Jelerak słyszał 

głośne tykanie wielkiego zegara.

Przeszedł przez pogrąŜony w mroku pokój i 

przystanął przed mniejszymi drzwiami we frontowej 

ścianie.

WciąŜ zachmurzony, Jelerak otworzył drzwi i 

wyjrzał na zewnątrz. Litera odpłynęła. Teren wokół 

zamku pozostawał nieruchomy, ale w oddali ziemia 

falowała i skręcała się, słychać było ostre wybuchy a 

wśród siarkowych mgieł dryfowały złowrogie ognie. 

KsięŜyc stał juŜ wysoko, w topazowej masce. 

Rozproszone gwiazdy były teraz mniejsze, bardziej 

odległe...

Jelerak wyszedł na zewnątrz; ziemia trzęsła się 

lekko pod stopami. Litera sunęła juŜ w kierunku 

iluzorycznego szlaku wiodącego wśród skał, do 

background image

miejsca, gdzie była kiedyś sadzawka, a teraz wznosiło 

się małe wzgórze.

Zimny wiatr rozwiewał mu płaszcz, gdy pędził 

Ŝwawym krokiem aleją wyłoŜoną głazami.

U podnóŜa stoku litera poszybowała na prawo, 

przez nieregularne, ostro ukształtowane zbocze. 

Jelerak wahał się przez moment i rozpoczął wspina-

czkę.

Trzymając się blisko stoku światełko posuwało 

się na południe. Po chwili niespodziewanie zniknęło.

Jelerak przyśpieszył kroku i ujrzał je ponownie. 

Poruszało się wokół wielkiego głazu, a potem zawisło 

w powietrzu przed skalną rozpadliną. Z otworu 

wynurzyło się nikłe światło.

Podszedł bliŜej i w jego blasku widział wszystko 

dokładniej. Jeszcze kilka kroków i Ŝar złowrogiego 

ognia oślepił go. Lśniący run krąŜył dokoła, jakby 

obawiał się wejść do środka. Jelerak wypowiedział 

kolejne słowo i litera zniknęła w otworze.

Ruszył jej śladem, ale run zaginął ponownie za 

zakrętem z lewej strony. Jelerak skręcił równieŜ, ale 

gwałtownie zatrzymał się i wytrzeszczył oczy.

background image

Drogę zagradzała mu ściana ognia - ciemno-

czerwone płomienie, prawie oleiste, splatały i roz-

platały się ze sobą, ciche, trawiące pustkę, roz-

taczające wokół słaby odór siarki. Run znieruchomiał 

powtórnie, kilka kroków przed ogniem. Jelerak 

posunął się w przód, uniósł ręce i rozłoŜył dłonie. 

Zatrzymał się w odległości stopy od kurtyny ognia i 

zaczął kreślić nimi małe kręgi, w górę i w dół, w lewo 

i w prawo.

- To nie czar Starszego, kochanie - zwrócił się do 

litery. - Nie emanacja, ale zaklęcie wypowiedziane w 

dobrej wierze, czar niezwykle osobliwy. A jednak... 

Wszystko ma jakieś słabości, prawda? - dodał, 

zaginając gwałtownie palce i wyrzucając przed siebie 

dłonie. W jednej chwili rozsunął je na boki, a 

płomienie rozstąpiły się jak rozdarty gobelin. Po kolei 

poruszał kaŜdą ręką, pokręcił nadgarstkami i 

pstryknął palcami.

Ognie pozostały na miejscu. Litera przemknęła 

obok niego.

Ruszając do przodu, Jelerak ujrzał śpiącego 

białego konia i złotowłosą dziewczynę pogrąŜoną we 

background image

śnie. To właśnie ją wyrwał dla Dilvisha ze szklanej 

pułapki. Litera przysiadła na brwiach dziewczyny i 

zgasła.

Klęknął, pochylił głowę, by przyjrzeć się jej 

baczniej. Następnie wyciągnął dłoń i poklepał ją po 

twarzy.

Otworzyła oczy.

- Co...? Kto...?

Napotkała spojrzenie Jeleraka i znieruchomiała.

- Odpowiedz na moje pytanie - rzekł.- Po raz 

ostatni widziałem cię wśród lśniących wieŜ z 

męŜczyzną o imieniu Dilvish. Jak się tu dostałaś?

- Gdzie ja jestem? - szepnęła.

- W jaskini, na stoku przy zamku. Droga do niej 

została zagrodzona przez bardzo interesujące zaklęcie 

ochronne. Kto je nałoŜył?

- Nie wiem - odparła. - Nie mam pojęcia, skąd się 

tu wzięłam.

Spojrzał jej głęboko w oczy.

- Czy jest coś, co pamiętasz, zanim się przebu-

dziłaś?

- Tonęliśmy w błocie - przy brzegu sadzawki.

background image

- My? Kto jeszcze był z tobą?

- Mój koń Stormbird - odpowiedziała, wycią-

gając rękę i głaszcząc śpiące zwierzę po szyi.

- Co się stało z Dilvishem?

- Przechodził przez sadzawkę razem z nami i tam 

teŜ utknął - ciągnęła. - Ale pojawił się demon i uwolnił 

go. Potem zniknęli za wzgórzem.

- Wtedy widziałaś go po raz ostatni? 

- Tak.

- Czy zabrano go do zamku? 

Potrząsnęła głową. 

- Tego nie widziałam.

- Co stało się potem?

- Nie wiem. Obudziłam się tutaj. Przed chwilą. 

- To zaczyna być nudne - oznajmił Jelerak, 

podnosząc się. - Wstawaj i chodź ze mną.

- Kim jesteś? 

Wybuchnął śmiechem.

- Kimś, kto potrzebuje twych specjalnych usług. 

Tędy!

Wskazał kierunek, z którego przybył. 

Zacisnęła usta i wstała.

background image

- Nie - oświadczyła. - Nie ruszę się stąd, dopóki 

nie powiesz mi, kim jesteś i czego ode mnie chcesz.

- Nudzisz mnie - rzucił i uniósł dłoń. 

W tym samym czasie podniosła swoją w geście 

przypominającym jego gest.

- Ach! Więc znasz się trochę na Sztuce.

- Jestem pewna, Ŝe przygotowałam się dobrze. 

- Śpij! - nakazał nieoczekiwanie, a dziewczyna 

zamknęła oczy. Zakołysała się. - Teraz otwórz oczy i 

rób dokładnie, co ci kaŜę: Idź za mną!

- Wystarczy tej demokracji - dodał i odwrócił się. 

Dziewczyna ruszyła za nim.

Wyprowadził ją w noc, stromą dróŜką do szlaku, 

w świetle zmiennej krainy.

* * *

Szli za Lormanem, a Lorman śledził emanacje. 

Przeszli przez zaciemnioną klatkę schodową i tylną 

część komnaty. Zatrzymali się, by spojrzeć z przera-

Ŝeniem i zachwytem na szczątki martwego, demoni-

cznego dręczyciela, a potem ruszyli wzdłuŜ wąskiego 

przejścia, skręcając na jego końcu w prawo.

background image

Minęli klatkę schodową i udali się na front 

budowli, kierując się na północ.

- Zaczynam to czuć - szepnął Derkon do 

Hodgsona.

- Co? - spytał Hodgson.

- Nastrój ogromnego szaleństwa. Uczucie po-

tęŜnej mocy, którą to coś wyrzuca z siebie, wstrząsa-

jąc całą krainą. Ja... to jest przeraŜające.

- Przynajmniej to uczucie mogę z tobą dzielić. 

Odil nie odzywał się. Galt i Vane, trzymając się 

za ręce, zamykali pochód. Ściany zamigotały, w nie-

których miejscach stały się przezroczyste, a w ich 

głębi wiły się upiorne kształty. Wokół nich unosiły się 

kłęby zielonego dymu, doprowadzając ich do 

wymiotów. Z otworu w suficie obserwowała ich 

ogromna, owłosiona twarz. Zniknęła po chwili w 

błysku ognia i salwie śmiechu.

Przez pierwsze okno, do którego dotarli, ujrzeli 

Krainę Przemian, w której szkielety jeźdźców dosia-

dały szkieletów końskich w oparach dymu wirującego 

na niebie.

- ZbliŜamy się! - zakrakał Lorman zbyt głośno.

background image

Dotarli w końcu do galerii, w której długi szereg 

okien pozwalał na postrzeganie róŜnorodnych 

aspektów zmieniającego się krajobrazu. Sama galeria 

była pusta i cicha, wolna od nienaturalnych zakłóceń, 

których byli świadkami podczas długiej wędrówki. 

Kiedy się w niej znaleźli, ogarnęło ich specyficzne 

uczucie, którego Derkon doznał juŜ wcześniej.

- To tu, prawda? - zapytał.

- Nie - odparł Lorman. - Trochę dalej. Tam śpi 

szalony Tualua, wysyłając swe koszmary senne, by 

niszczyły świat. Zdaje się, Ŝe istnieją jeszcze dwie 

boczne galerie. Ta, wysunięta bardziej na północ, 

moŜe być najlepsza dla celów naszej operacji. 

Oznacza to, Ŝe musimy przejść przez jego komnatę, 

aby tam dotrzeć. Jeśli nam się uda, droga przed nami 

będzie wolna.

- Jeśli nam się uda i przeŜyjemy - zapytał Odil - 

czy spróbujemy go zabić w czasie wstrząsu, który 

nastąpi?

- Nie chciałbym zmarnować takiej mocy... - rzekł 

Vane.

- ...skoro tyle juŜ przeszliśmy - dodał Galt.

background image

- Przysięgaliśmy uczciwość - zachichotał Lor-

man.

- Oczywiście - potwierdził Derkon. 

Hodgson pokiwał głową.

Jak długo mam coś do powiedzenia - rzucił - 

część z niej będzie właściwie wykorzystana.

- W porządku - oświadczył drŜącym głosem Odil.

Ruszyli galerią, zwalniając przy oknach, by rzu-

cić okiem na ognisty zamęt. Dotarli do Komnaty 

Lochu i trzymając się przy ścianie ruszyli w głąb. Z 

dala usłyszeli pojedynczy plusk.

Spojrzeli po sobie, przesuwając się tyłem do 

ściany. Nikt się nie odezwał. Dopiero, gdy minęli 

Komnatę i doszli do wejścia odległej galerii, uświa-

domili sobie, Ŝe przez cały czas wstrzymywali oddech. 

W pośpiechu przeszli przez nią i skryli się za 

pierwszym napotkanym rogiem, tracąc Komnatę z 

widoku. Znaleźli się w mrocznej, obszernej alkowie, 

której okna wychodziły na wypełniony lawą 

krajobraz Krainy Przemian.

- Dobrze - obwieścił Lorman, krąŜąc wokół. - Tu 

emanacje są silne. Musimy utworzyć krąg. Chodzi o 

background image

ich zogniskowanie. Ja zajmę się jego 

ukierunkowaniem. Nie. Hodgson - stań tam! Ty 

wypowiesz ostatnie słowa Odczarowania. Najlepiej, 

jeśli zrobi to biały czarownik. Derkon, tam! KaŜdy z 

nas wykona jakieś zadanie. Przydzielę je za chwilę. 

Staniemy się soczewką. W tamtą stronę, Odil.

Jeden za drugim, sześciu czarowników zajęło 

swoje miejsca w blasku płonącej krainy. Bezgłowe 

widmo i pięć innych upiorów wleciało przez okno, a 

ostatni z nich walił w bęben w takt erupcji 

dobiegających z dołu.

- Czy to dobry omen czy zły? - zapytał Vane'a 

Galt.

- Podobnie jak w przypadku większości omenów 

- odparł Vane - trudno to stwierdzić, a potem jest juŜ 

za późno.

- Bałem się, Ŝe to powiesz.

- Słuchajcie mnie uwaŜnie - nakazał Lorman. - 

Oto wasze zadania...

* * *

Dilvish podparł się na ramieniu. Nad nim uśmie-

background image

chała się Semirama.

- Synu Selara - rzekła - bez względu na wszystko, 

warto było cię spotkać i poznać. Jesteś tak do niego 

podobny.

Poprawiła pościel i ciągnęła:

- Nie znoszę myśli, Ŝe muszę wierzyć w to 

wszystko o Jeleraku, który zawsze był przyjacielem. 

Ale na długo przed twym przybyciem zaczęłam coś 

podejrzewać. Tak, okrucieństwa były na porządku 

dziennym, nawet w moich czasach i przywykłam do 

nich. Nic mnie nie wiąŜe z tym czasem i miejscem.

- Teraz - usiadła. - Teraz czuję, Ŝe nadszedł czas, 

aby wyjechać i rzucić go na pastwę losu. Niebawem i 

Starszy zwróci się przeciwko niemu. Będzie zbyt 

zajęty, aby nas ścigać. Transportowe zwierciadło jest 

juŜ czyste. Chodź, uciekniemy przez nie. Z twoim 

mieczem i mocą, którą posiadam, wkrótce 

zdobędziemy całe królestwo. 

Dilvish wolno pokiwał głową.

- Mam spór z Jelerakiem, który musi być 

rozstrzygnięty, zanim opuszczę to miejsce - odezwał  

się. - A mówiąc o mieczach, mógłbym z któregoś 

background image

skorzystać?

Pochyliła się, obejmując go ramionami.

- Dlaczego musisz być tak podobny do swego 

przodka?- szepnęła. - Ostrzegałam Selara, by nie 

jechał do Shoredan. Wiedziałam, co się stanie. A teraz

ty... W ten sam sposób pędzisz na spotkanie śmierci... 

Czy cały twój ród jest przeklęty, czy to ja mam 

pecha?

Uścisnął ją i rzekł:

- Muszę.

- On powiedział to samo, w podobnej sytuacji. To 

tak, jakbym czytała tę samą, starą ksiąŜkę.

- Mam nadzieję, Ŝe obecne wydanie  będzie miało 

lepsze zakończenie. Nie utrudniaj mi zadania.

- To zawsze mogę zrobić - odparła z uśmiechem - 

jeśli będziemy razem. A gdy juŜ ci się uda, czy 

zabierzesz mnie ze sobą?

Popatrzył na nią w blasku niezwykłego światła, 

które wpadało przez tylne okna i jak jego przodek 

sprzed stu lat obiecał:

- Tak.

Kiedy wstali z łoŜa i poprawili stroje, Semirama 

background image

posłała Lishę po broń. Wypili wina, a myśli dziew-

czyny znów skierowały się ku Jelerakowi.

- Spadł - odezwała się - z bardzo wysoka. Nie 

proszę cię o przebaczenie dla niego, ale pamiętaj, Ŝe 

nie zawsze był taki jak teraz. Przez jakiś czas 

przyjaźnił się nawet z Selarem.

- Przez jakiś czas?

- Pokłócili się później. O co - nigdy się nie 

dowiedziałam. Ale wtedy tak właśnie było.

Dilvish oparł się o słupek baldachimu i utkwił 

wzrok w kielichu.

- Przychodzą mi do głowy dziwne myśli - po-

wiedział.

- Jakie?

- Gdy się spotkaliśmy, pokonał mnie na miejscu, 

uśpił, zabrał ze sobą moją duszę-jakby go tam nie 

było. Zastanawiam się... Czy to moje podobieństwo 

do Selara spowodowało, Ŝe był wyjątkowo okrutny?

Potrząsnęła głową.

- KtóŜ to moŜe wiedzieć? Zastanawiam się, czy 

on potrafi wytłumaczyć wszystkie swoje postępki.

Pociągnęła łyk wina i potrzymała je w ustach.

background image

- A ty potrafisz? - spytała, połknąwszy napój. 

Dilvish uśmiechnął się.

- A czy ktokolwiek to potrafi? Wiem wystar-

czająco duŜo, aby uspokoić swe sumienie. Wiedzę 

doskonałą pozostawiam bogom.

- Jesteś wspaniałomyślny - zauwaŜyła. 

Ktoś zastukał cicho do drzwi.

- Tak? - zawołała. 

- To ja. Lisha. 

- Wejdź!

Kobieta weszła do komnaty, trzymając pakunek 

owinięty zielonym szalem. 

- Znalazłaś?

- Kilka. W pokoju na górze, który pokazał mi 

jeden ze słuŜących.

Rozwinęła szal i ich oczom ukazały się trzy 

miecze.

Dilvish skończył pić i odstawił kielich. Podszedł 

bliŜej i po kolei podniósł kaŜdy z nich. 

- Ten jest dobry do zabawy.

OdłoŜył go na bok.

- Ten ma dobrą rękojeść, ale tamten jest cięŜszy, 

background image

a jego czubek jest lepszy. Ten natomiast jest 

ostrzejszy...

Zamachał obydwoma mieczami, włoŜył oba do 

pochwy i zdecydował się na drugie ostrze. Odwrócił 

się i przytulił Semiramę.

- Zaczekaj - polecił. - Przygotuj wszystko na 

szybką podróŜ. Kto wie, jak się to wszystko potoczy?

Pocałował ją i ruszył ku drzwiom. 

- śegnaj - rzekła.

Kiedy wyszedł na korytarz, ogarnęło go osobliwe 

uczucie. Do jego uszu nie dotarł Ŝaden trzask ani 

drapanie, które słyszał tu wcześniej. Wokół panowała 

nienaturalna cisza i bezruch - napięcie i drganie, jak 

milczenie między uderzeniami potęŜnego dzwonu. 

ZagroŜenie i niebezpieczeństwo przemykały obok 

niego niczym elektryczne istoty; wpadł w panikę, ale 

pokonał ją podświadomie, wyciągając do połowy 

nowy miecz i zaciskając na nim dłoń.

* * *

Baran po raz siódmy wymówił zaklęcie i usiadł 

na podłodze między swymi przyrządami i instrumen-

background image

tami. Z oczu spłynęły mu łzy rozpaczy, pociekły po 

obu stronach nosa i zatopiły się w wąsach.

Dlaczego dziś mu nic nie wychodziło? Siedem 

razy przywołał pierwiastki, ładował je i wysyłał w 

lustro Jeleraka. Prawie natychmiast kaŜdy z nich 

ginął. Coś nie pozwalało zapieczętować zwierciadła. 

Czy to był sam Jelerak, przygotowujący się do 

powrotu? CzyŜ nie miał zamiaru pojawić się nagle, 

wyjść z ram, wpatrując się w niego swymi starymi, 

nieruchomymi oczami, odczytując kaŜdy sekret jego 

duszy, przenikając ją na wylot?

Baran zaszlochał. To niesprawiedliwe dać się 

złapać na zdradzie, tuŜ przed pomyślnym zakoń-

czeniem. W kaŜdej chwili...

Ale Jelerak nie pojawił się za szkłem. A zatem 

nie był to koniec świata. Być moŜe to jakaś inna siła 

odpowiedzialna była za zniszczenie jego pierwiast-

ków.

Ale jaka?

Wyrzucił z umysłu wszelkie uczucia i zmusił się 

do myślenia. Jeśli to nie Jelerak, to ktoś inny. Kto?

Oczywiście, inny czarownik. PotęŜny. Ten, który 

background image

stwierdził, Ŝe nadszedł czas, aby tu przybyć i przejąć 

władzę...

Mimo to z lustra wciąŜ spoglądała tylko jego 

twarz. Na co czekał ten drugi?

Intrygujące. Irytujące. Jeśli to obcy, czy moŜna z 

nim ubić interes? - zastanawiał się. Znał to miejsce. 

Sam był znakomitym czarownikiem... Dlaczego nic 

się nie wydarzyło?

Przetarł oczy. Wstał. To był bardzo nieudany 

dzień.

Podszedł do małego okienka i wyjrzał na ze-

wnątrz. Minęło kilka chwil, zanim zdał sobie sprawę, 

Ŝe coś nie jest w porządku; i kilka następnych, zanim 

zrozumiał co. Kraina Przemian przestała się 

zmieniać. Ziemia tliła się, ale trwała nieruchomo pod 

pędzącym księŜycem. Kiedy to nastąpiło? Z pew-

nością niedawno...

Taka przerwa oznaczała kolejny zastój w 

świadomości Tualui. Odpowiedni czas, by wkroczyć i 

przejąć kontrolę. Musiał zejść na dół, złapać tę 

dziwkę-królową i zaciągnąć ją do Lochu - zanim ktoś 

przejdzie przez lustro i uprzedzi go. Pędząc przez 

background image

pokój, zerknął na wiąŜące zaklęcie, które naszkico-

wał.

Gdy dotarł do drzwi, poczuł dziwne napięcie, a 

wraz z nim zawrót głowy, tak silny jak nigdy dotąd.

- Nie teraz! Nie!

Ale gdy szeroko otworzył drzwi i pobiegł w kie-

runku schodów, wiedział, Ŝe tym razem było to coś 

innego. Coś więcej niŜ powrót starych lęków, coś - 

ostrzegawczego, do czego szykowały się nawet jego 

wcześniejsze zaklęcia. Zdawało się, Ŝe cały zamek 

wstrzymywał oddech przed monumentalnym 

zjawiskiem, które miało lada moment nastąpić. śe to 

przeczucie nadchodzącego zła nawiązało kontakt z 

potęŜnym Tualuą, doprowadzając go do chwilowego 

spokoju. śe...

Stanął na ostatnim stopniu, spojrzał w dół i za-

drŜał. W tej sekundzie coś w nim pękło.

Zacisnął zęby, wyciągnął rękę i zrobił pierwszy 

krok...

* * *

Olbrzymie, pradawne budowle o wspaniałym 

background image

wyglądzie nie są zazwyczaj dziełem człowieka. Zamek 

Wieczności nie był pod tym względem wyjątkiem, 

jako Ŝe większość sędziwych grodów wiąŜe swe 

powstanie z architektoniczną działalnością bogów i 

pół-bogów. Masywna struktura Kannais przerastała 

je wszystkie i przez wieki spełniała wszelkie moŜliwe 

funkcje - królewskiego pałacu i więzienia, burdelu i 

uniwersytetu, klasztoru i porzuconego legowiska 

wampirów. Mówiono, Ŝe zamek zmieniał swój kształt, 

aby przystosować się do potrzeb swych 

uŜytkowników - natchniony był duchem minionych 

wieków, niektórzy, odwracając oczy i wykonując gest 

odpędzający złe siły, szeptali, Ŝe stanowił relikt z 

czasów, kiedy Starsi Bogowie stąpali po ziemi, 

miejsce ich kontaktu ze światem, zabawką, 

instrumentem, lub moŜe nawet dziwnie Ŝyjąca istotą, 

ukształtowaną przez te siły wyŜsze, których 

przenikliwość umysłu przerastała rozum ludzkości - 

którą błogosławili lub przeklinali z nutą zaŜenowania 

i ciekawości, która stała się zaląŜkiem duszy - ród 

ludzki prześcignął włochatych mieszkańców drzew, 

uwaŜanych przez niektórych za jego krewnych. 

background image

Zamek zaadaptowany został do celów znanych 

najlepiej temu genialnemu ludowi, któremu słuŜył za 

siedzibę, zanim te istoty nie poznały szczęścia 

wyŜszego rzędu, zostawiając za sobą niedojrzałe 

owoce własnej ingerencji w sprawy zadowolonych 

małp. Według niektórych metafizyków gmach został 

ukształtowany na bezczasowej płaszczyźnie, z 

substancji duchowej, toteŜ nie stanowił części tego 

prostackiego świata, do którego został 

przetransportowany. W równej mierze składał się z 

dobra i zła oraz ich bardziej interesujących 

odpowiedników, miłości i nienawiści, połączonych z 

pięknem, które było zarówno złowrogie, jak i 

radosne. Zawładnął aurą tak chłonną jak psychiczna 

gąbka i równie wnikliwą; Ŝywy, tak jak moŜe być 

Ŝywy człowiek z funkcjonującą jedynie częścią prawej 

półkuli mózgowej, zawieszony w przestrzeni i czasie 

aktem woli, niedoskonałej, bo podzielonej, a jednak 

przewyŜszający wszystkie ziemskie niestałości, z 

wszystkich pozaziemskich przyczyn, których 

metafizyk nie miałby ochoty wymieniać po raz drugi.

W opinii bardziej pragmatycznych teoretyków 

background image

wszystko to było błędne. Stare budowle mogły 

pokrywać się patyną czasu, nawet te wyjątkowo 

dobrze skonstruowane, a atmosfera panująca w nich 

zaleŜała od fizycznych lub psychicznych wraŜeń 

dominujących w ich murach - zwłaszcza tych 

usytuowanych na terenach górskich i wystawionych 

na działanie czynników meteorologicznych. 

Oczywiście, jeśli tacy ludzie zamieszkiwali to miejsce, 

zachowywało się ono zgodnie z ich oczekiwaniami, 

podobnie jak zewnętrzny świat. Taka była jego 

wraŜliwość.

Wypełniony czarownikami i demonami, stano-

wiąc rezydencję Starszego, zamek zmienił się pono-

wnie. Wywołano inne aspekty jego natury.

Stanął teraz przed próbą obnaŜenia swej praw-

dziwej natury, gdyŜ rzucono wyzwanie niedoskonałej 

woli, na której bazował. Rozpoczęła się walka między 

dobrem a złem.

background image

ROZDZIAŁ IX

Nucąc pod nosem, Jelerak pochylił się głęboko 

do przodu, pchając na niskiej pochylni taczkę, 

zwaŜając, by nie wyrzucić po drodze jej zawartości. 

PogrąŜona w transie Arlata z Mariny leŜała rozciąg-

nięta w wózku. Jej nogi przywiązane były rzemie-

niami do drąŜków, a ręce zwisały swobodnie po obu 

stronach, ściągnięte w dół, przymocowane do po-

stronków przy kole. Pod ramionami upchane miała 

liczne worki, które zapewniały właściwe ułoŜenie 

Ŝeber. Suknia jej była rozpięta, a na ciele widniała 

czerwona, przerywana linia, rozdzielająca na pół 

górną część brzucha w okolicach mostka. Na 

wierzchu leŜała grzechocząca torba z przyrządami.

Poruszał się wzdłuŜ korytarza wschodnio-

zachodniego, prowadzącego do Komnaty Lochu, a za 

nim gnała jazgocąca wesoło gromada gryzoni. 

Powietrze stawało się coraz cieplejsze i bardziej 

wilgotne, a odór tego miejsca był juŜ intensywny. Z 

uśmiechem na twarzy przepchnął taczkę przez 

ostatnie metry cienia i mijając niskie wrota, wszedł 

background image

do komnaty.

Przemierzył pokrytą odchodami podłogę, usta-

wiając taczkę dokładnie przy wschodnim krańcu 

lochu. Wyprostował się, przeciągnął i ziewnął, zanim 

otworzył torbę i wyciągnął z niej trzy długie drąŜki i 

klamrę, które pośpiesznie złoŜył w trójnóg. Postawił 

go na podłodze, przed taczką, a na jego szczycie 

umieścił swą ulubioną miseczkę mosięŜną. Z 

zawieszonego na prawym drąŜku małego, dziur-

kowanego wiadra wyjął tlący się węgiel drzewny i 

wrzucił go do środka. Dmuchnął, aŜ jego oczom 

ukazał się radosny blask, a następnie dorzucił z kilku 

woreczków jakiś proszek i zioła, które wytworzyły 

gęsty, mdły dym o słodkawym zapachu, wolno 

unoszący się dokoła.

Kiedy zanucił ponownie, ze swych kryjówek 

wyszły szczury i rozpoczęły na bruku swój taniec. 

Jelerak wydobył z torby krótki, szeroki, trójstronny 

nóŜ i sprawdził jego czubek i ostrza kciukiem. 

Przystawił ostrze na początku linii zaczynającej się 

między róŜowymi piersiami Arlaty, uśmiechnął się, 

skinął głową i połoŜył go na brzuchu dziewczyny. 

background image

Następnie wyciągnął pędzel i kilka maleńkich, 

zaplombowanych naczynek. Potrząsnął torbą, ułoŜył 

ją na posadzce, otworzył jedno naczyńko i przy-

klęknął.

Nietoperze przelatywały obok i pikowały w dół, 

podobnie jak ręka Jeleraka, która pewnym, do-

świadczonym ruchem zaczęła malować 

skomplikowany wzór o czerwonej barwie.

W pewnej chwili ogarnął go niespodziewany 

chłód, a szczury przerwały swój taniec. Piski i jazgot 

umilkły. Nastąpił moment głębokiej ciszy, 

wprowadzający straszne napięcie. Zdawało się, Ŝe 

jakiś dźwięk, wysoko ponad granicą słyszalności, 

wolno obniŜał swój ton, by wkrótce przejść w krzyk 

nie do zniesienia.

Uniósł głowę i nadsłuchiwał. Spojrzał na loch. 

Oczywiście, kolejne, nienaturalne deklamacje Star-

szego. Wszystko przebiegnie pomyślnie, kiedy wyrwie 

serce dziewczyny i niczym oliwę przeleje jej siły 

Ŝyciowe w mętne wody umysłu Starszego - przy-

najmniej na jakiś czas. Wystarczy, aby uzyskać 

pomoc, której sam potrzebował w postaci stałej i 

background image

ukierunkowanej energii. Potem...

Zastanowił się, w jaki sposób mógłby zginąć taki 

potwór jak ten. Biorąc pod uwagę stan rzeczy, 

zajęłoby to trochę czasu. Wkrótce Tualua miał stać 

się niebezpieczny, nie tylko dla reszty świata, ale dla 

niego, Jeleraka, szczególnie.

Oblizał wargi na myśl o bitwie, która wkrótce się 

rozpocznie. Wiedział, Ŝe nie wyjdzie z niej bez 

szwanku, ale zdawał sobie sprawę, Ŝe jeśli zdoła 

pozbawić Starszego energii Ŝyciowej, jego moc 

osiągnie poziom, jakiego nigdy nie miała - na miarę 

bogów. Wtedy mógłby stawić czoło samemu 

Hohordze...

Oblicze pociemniało mu na myśl o 

wcześniejszym wrogu, a potem panu i władcy. Przez 

sekundę pomyślał o Selarze, który oddał swe Ŝycie w 

walce z tą potęŜną istotą.

Niezwykłe jego rysy przetrwały przez wieki na 

twarzy człowieka, którego posłał do Piekła, czło-

wieka, który w jakiś sposób zdołał wyrwać się z tego 

odraŜającego miejsca, człowieka, który uratował go 

przed Krainą Przemian, podobnie jak Selar, który 

background image

wyciągnął go z Przepaści Nungen - Selar, który 

zdobył względy Semiramy... A Dilvish mógł przeby-

wać gdzieś w pobliŜu Jeleraka dlatego potrzebował 

pełni swych sił natychmiast. W Ŝyłach Dilvisha 

płynęła krew bohaterów i po raz pierwszy doznał 

uczucia strachu.

Nie przerwał pracy nad budową rytualnego dia-

gramu. Przerwał jednak nucenie i otworzył kolejne 

naczyńko z pigmentem, kiedy pierwsze zostało 

wyczerpane.

Po chwili usłyszał słaby dźwięk unoszony w nie-

naturalnej ciszy przez błądzący prąd powietrza. 

Przypominał męski chór intonujący nieznośnie zna-

jomą pieśń. Zatrzymał się w połowie ruchu, usilnie 

starając się uchwycić, jeśli nie słowa, to przynajmniej 

ogólny motyw.

Zogniskowane zaklęcie. Bardzo standardowe... 

Ale kim byli? I na czym próbowali się zogni-

skować?

Spojrzał na prawie ukończony diagram. Nad-

miar magicznych operacji na tym samym terenie nie 

przynosił korzyści. Czasami nakładały się na siebie. 

background image

Jednak w tym momencie z bólem serca zostawiał swe 

niedokończone dzieło, tak bliskie zakończenia. 

Wykonał szybką mentalno-duchową sztuczkę, 

przeprowadził kalkulację potencjału, dokonał bilansu 

sił.

To nie powinno mieć Ŝadnego znaczenia. W tym 

miejscu przepływ energii byłby tak niewielki, Ŝe nie 

miałby Ŝadnego wpływu na jego dzieło, nawet w 

najbliŜszej odległości.

Zaczął malować ponownie, z wściekłością zacis-

kając usta. Po zakończeniu dzieła chciał nauczyć ten 

przeklęty chór, Ŝe istnieje los gorszy od śmierci. 

Wyliczył kilka takich przypadków, by się uspokoić i 

nieco rozbawić. Kiedy wymalował ostatnią część, 

wstał, przyjrzał się swemu dziełu i stwierdził, Ŝe było 

dobre.

Cofnął się, odłoŜył przybory do malowania i 

wkroczył we właściwy sposób na malunek. Poruszał 

się w kierunku południowym od taczki na prawo od 

Arlaty. Z miseczki unosiły się dym i para. Przetarł 

czoło, wypowiedział kilka magicznych słów, schylił się 

i podniósł rytualny sztylet.

background image

Nietoperze i szczury wznosiły swe pląsy, a 

Jelerak zaczął wydawać instrukcje tworzące zaklęcie 

i poświęcił nóŜ, który miał natchnąć je Ŝyciem. W 

komnacie rozległy się grzmoty, a po suficie przebiegł 

jakiś trzask.

Uniósł ostrze i wypowiedział kilka słów, za-

głuszając brzmiące w oddali głosy - - a moŜe zamilkły 

z własnej woli?

Smuga dymu spłaszczyła się nieco i przepłynęła 

przez jego wzór jak wścibski wąŜ. Ze ścian dochodziło 

potęŜne skrzypienie. Supersłyszalny przypływ, który 

wyczuł wcześniej, zdawał się wybuchać pełnym 

głosem. Ścisnął mocniej ostrze i wygłosił jedenaście 

słów jękliwym tonem.

Po chwili znieruchomiał i zadrŜał, słysząc własne 

imię wypowiedziane przez brodatego męŜczyznę, 

który przechodząc przez sklepione przejście musiał 

pochylić głowę.

- Tu jesteś,  Jeleraku,  powinienem  wiedzieć, 

gdzie cię szukać znalazłem cię w otoczeniu ropuch, 

nietoperzy, węŜy, pająków, szczurów i obrzydliwych 

oparów, przy ogromnej sadzawce odchodów, kiedy 

background image

szykujesz się do wyrwania serca tej dziewczynie!

Jelerak opuścił sztylet.

- To są moi ulubieńcy - odezwał się z uśmiechem 

- a ty, prostaku, do nich się nie zaliczasz!

Gdy skierował ostrze w stronę stojącego w 

drzwiach wielkoluda, sztylet zaczął Ŝarzyć się 

piekielnym światłem.

Po chwili ognie na noŜu zgasły, a jedyne światło 

w komnacie ściemniało, gdy wycie osiągnęło stopień 

słyszalności - przeszywający dźwięk, który trwał i 

trwał, rzucając obu męŜczyzn na podłogę. Nawet 

potęŜny Tualua musiał walczyć z tym hałasem w 

swym lochu. Wycie osiągnęło takie stadium, w 

którym wszyscy, którzy je słyszeli, ogłuchli, zanim 

padli nieprzytomni.

W końcu w martwej komnacie pojawiło się blade 

światełko. Promieniało coraz bardziej, potem zgasło i 

odpłynęło.

Za moment zajaśniało ponownie...

* * *

Hodgson obudził się z silnym bólem głowy. LeŜał 

background image

przez jakiś czas, przypominając sobie zaklęcie, które 

mogłoby mu pomóc. Jednak jego urządzenie myślowe 

było nieco powolne. Usłyszał jęk i ciche łkanie. 

Otworzył oczy.

Alkowę wypełniało łagodne światło. Rozjaśniło 

się wyraźnie, gdy rozejrzał się dokoła. Obok leŜał 

stary Lorman. Głowę miał odwróconą, a z jego 

otwartych ust spływała kałuŜa kiwi. Nie oddychał. 

Derkon leŜał rozwalony kilka metrów dalej. To jego 

jęk usłyszał Hodgson. Odil oddychał, ale był wyraźnie 

nieprzytomny.

Odwrócił głowę w lewą stronę, skąd dobiegało 

łkanie.

Vane siedział oparty o ścianę i trzymał na ko-

lanach głowę Galta. Twarz Galta stęŜała w agonii. 

Jego bezsilne mięśnie świadczyły o niedawnej śmierci. 

Vane spojrzał na niego, kołysząc się lekko. CięŜko 

oddychał, a oczy miał pełne łez.

Blask nabrał intensywności światła dziennego.

PoniewaŜ nie mógł zrobić juŜ nic dla Lormana i 

Galta, przeczołgał się obok pierwszego i przycupnął 

przy Derkonie. Obejrzał jego głowę i znalazł 

background image

czerwoną opuchliznę na czole, z lewej strony.

Przyszło mu do głowy krótkie, lecznicze zaklęcie. 

Powtórzył je trzykrotnie nad swym towarzyszem, aŜ 

ustały jego jęki. Własny ból głowy równieŜ minął 

wraz z zaklęciem. Światło stawało się coraz słabsze.

Derkon otworzył oczy. 

- Udało się? - zapytał.

- Nie wiem - odparł Hodgson. - Nie jestem 

pewien, jakie będą skutki.

- Mam pomysł - oświadczył Derkon podnosząc 

się, przecierając głowę i szyję. -MoŜemy sprawdzić to 

w ciągu minuty.

Rozejrzał się wokół. Przeszedł na drugą stronę i 

kopnął Odila w bok.

Odil przekręcił się na plecy i spojrzał na niego.

- Obudź się, póki masz jeszcze szansę - nakazał 

Derkon.

- Co... Co się stało?

- Nie wiem. Galt i Lorman nie Ŝyją. Spojrzał w 

kierunku okna, wytrzeszczył oczy, potarł je dłonią i 

pędem ruszył w jego kierunku.

- ChodźŜe tutaj! - wrzasnął.

background image

Hodgson rzucił się za nim. Odil wciąŜ próbował 

się podnieść.

Hodgson dotarł do okna właśnie wtedy, gdy 

słońce znikało za górami na zachodzie. Niebo 

wypełniały krąŜące drobiny światła.

- Najszybszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek 

widziałem - zauwaŜył Derkon.

- Zdaje się, Ŝe kręci się całe niebo. Popatrz na 

gwiazdy!

Derkon wychylił się na zewnątrz.

- Ziemia się juŜ uspokoiła - oznajmił. 

Z nieba za wzgórzami wytoczyła się pęknięta 

biała kula.

- Czy mi się przywidziało? Przypomniało mi to 

księŜyc - stwierdził Hodgson.

- Nie do wiary! - krzyknął Odil, zataczając się i 

przechylając się przez parapet. Przestworza wypeł-

niły się bladym światłem, a gwiazdy zniknęły w od-

dali.

- Nie czuję się najlepiej.

- Z pewnością - przerwał mu Derkon. - Po-

trzebowałeś całej nocy, aby się podnieść.

background image

- Nie rozumiem.

- Spójrz - Derkon wykonał ruch dłonią i wskazał 

na cienie, które wirowały wokół kaŜdego wzniesienia 

terenu, a pęczniejące chmury rozpadały się na 

kawałki.

Po niebie przemknęła jak kometa kula ognista.

- Myślisz, Ŝe nabiera szybkości? - spytał 

Hodgson.

- Prawdopodobnie. Tak. Tak myślę. Słońce 

skryło się za wzniesieniami i znów zapanowała 

ciemność.

- Stoimy tu przez cały dzień - powiedział do 

Odila Hodgson.

- Na Boga! Co myśmy zrobili? - spytał Odil, nie 

odrywając oczu od wirujących przestworzy.

- Przerwaliśmy zaklęcie zabezpieczające Zamek 

Wieczności - odpowiedział Hodgson. - Teraz juŜ 

wiemy, co to było.

- I dlaczego to miejsce zwane było Zamkiem 

Wieczności - dodał Derkon.

- Co zrobimy? Spróbujemy połączenia?

- Później. Najpierw poszukam czegoś do jedzenia 

background image

- oświadczył Derkon, odchodząc. - JuŜ od wielu dni...

Po chwili pozostali odwrócili się i ruszyli za nim. 

Vane wciąŜ kołysał się lekko, głaszcząc czoło Galta. 

Minęła kolejna noc.

* * *

Dilvish przebudził się na cięŜkim, jaskrawym 

dywanie, ściskając w prawej dłoni miecz. Nie mógł jej 

otworzyć. Wolno wsadził ostrze do pochwy i potarł 

rękę. WytęŜył umysł, by przypomnieć sobie, co się 

stało.

Usłyszał jakiś wrzask. Tak. Zawodzenie z bólu i 

złości. Przystanął przed na wpół otwartymi drzwiami 

komnaty - tej komnaty? - kiedy usłyszał lament.

Wyprostował się i przez otwarte drzwi obser-

wował zachodnie okno holu i okno wschodnie, na 

odległej ścianie pokoju, po prawej stronie. Dostrzegł 

bardzo osobliwe zjawisko. Okno po stronie prawej 

zajaśniało, podczas gdy okno lewe pogrąŜone było w 

mroku. Po chwili okno prawe pociemniało, a 

rozbłysło lewe. Za moment lewe okno zaciemniło się 

znowu. W chwilę później rozjarzyło się okno prawe i 

background image

sekwencja powtórzyła się. Siedział nieruchomo, 

zginając od czasu do czasu rękę. Zjawisko powtórzyło 

się jeszcze kilkakrotnie.

Nagle podniósł się i podszedł do okna wschod-

niego, by ujrzeć niebo ozdobione niezliczoną ilością 

koncentrycznych kręgów. Po paru minutach zniknęły 

przed wieŜą ognia, która wyrosła na wschodzie 

między niebem a ziemią.

Potrząsnął głową. Zdawało mu się, Ŝe sama 

ziemia juŜ się uspokoiła. Co to była za sztuczka? 

Dzieło jego wroga? A moŜe coś innego?

Odwrócił się, przeszedł przez drzwi i znowu 

znalazł się w holu. Z lewej strony za rzędem okien 

zabawa w jasność-ciemność trwała dalej. Kiedy 

spojrzał za siebie, nie widział juŜ drzwi, które właśnie 

minął, a jedynie pusty kawałek muru.

Szedł dalej, kierując się do kolejnego przejścia 

skręcającego na prawo od korytarza, którym się 

posuwał. Znalazł się u podnóŜa schodów wyściełanych

ciemnowiśniowym dywanem i ogrodzonych po obu 

stronach drewnianymi poręczami.

Wolno ruszył w dół. Pokój wypełniały wyściełane 

background image

meble, a obrazy, jakich w Ŝyciu nie widział, opra-

wione były w szerokie, zdobione złotem ramy.

Zrobił kilka kroków. Kiedy połoŜył dłoń na 

oparciu jednego z krzeseł, w górę uniosły się tumany 

kurzu.

Skręcił w prawo i przeszedł pod drewnianym 

sklepieniem. Drugi pokój podobny był do pierwszego; 

wyłoŜony boazerią, tak samo umeblowany. Kiedy 

wchodził, usłyszał cichy syk.

Mały kominek zapłonął lekkim ogniem. Na 

niskim, okrągłym stoliku obok paleniska stała butelka 

wina, kawałek sera, bochenek chleba i kosz z 

owocami. MoŜe zatrute? Kolejna sztuczka nie-

przyjaciela?

Podszedł bliŜej, ułamał odrobinę sera, powąchał i 

wziął do ust. Następnie zasiadł za stołem i rozpoczął 

ucztę.

Jedząc, rozglądał się bacznie dokoła, ale nikogo 

nie zauwaŜył, nic niepokojącego. A jednak czuł w 

komnacie czyjąś obecność, dobroczynną, chroniącą 

go i Ŝyczącą mu jak najlepiej. Uczucie to było tak 

silne, Ŝe wyszeptał „Dzięki ci", przegryzając kolejny 

background image

kęs. Nagle płomienie skoczyły wysoko w górę, 

zaskwierczał ogień. Ogarnęła go przyjemna fala 

gorąca.

Podniósł się, spojrzał za siebie i z przeraŜeniem 

stwierdził, Ŝe przejście, przez które dostał się do 

pokoju zniknęło. Ściana ta pokryta była teraz 

boazerią, a na niej wisiał jeden z tych dziwacznych 

obrazów - zatopiony w słońcu las - na którym 

wszelkie detale zamazane były pędzlem umoczonym 

w cięŜkich barwnikach.

- W porządku - odezwał się - kimkolwiek jesteś, 

myślę, Ŝe jesteś nastawiony do mnie przyjacielsko. 

Nakarmiłeś mnie i mam przeczucie, Ŝe jest takie 

miejsce, do którego chciałbyś mnie zaprowadzić. W 

tych murach muszę być bardzo ostroŜny, ale skłonny 

jestem ci zaufać. Wyjdę przez jedyne drzwi, które 

widzę. Prowadź, a ja pójdę za tobą!

Skierował się do drzwi i opuścił pokój. Znalazł 

się w długim, mrocznym i wysokim holu. Dostrzegł 

wiele drzwi, ale delikatne światełko zamigotało tylko 

w jednych. Ruszył w tę stronę, a światełko oddaliło 

się. Minął krótki korytarz i dotarł do podobnego, jak 

background image

poprzedni, holu. Tym razem ognik zabłyszczał w 

przejściu daleko po lewej stronie. Przeciął hol i 

pomaszerował jego śladem.

Napotkał korytarz prowadzący z prawa na lewo. 

Światełko zawisło w oddali, po lewej stronie. Ruszył 

za nim.

Po kilku zakrętach, jego droga przeszła w 

szeroki, niski korytarz z regularnym szeregiem 

wąskich okien wzdłuŜ bliŜszej ściany. Zawahał się 

przez moment, spoglądając na boki.

Nikłe światełko przemknęło obok i wzięło kurs 

na prawo. Gdy tylko pognał za nim, zamrugało z 

dala. Ruszył jego śladem, ale gdy znalazł trop, ognik 

zgasł.

Z okien obserwował scenę, w której płynące 

chmury zatraciły swą wyrazistość, a niebo przybrało 

zielonkawą barwę. Wąska wstęga jaskrawej Ŝółci 

utworzyła łuk nad horyzontem niczym uchwyt 

gorejącego kosza.

Dilvish popędził do przodu, a światło za oknami 

zapulsowało nieśmiało.

To był bardzo długi korytarz łączący się z 

background image

następnym galerią o szerokich oknach z prawej 

strony, które dawały pełniejszy obraz osobliwego 

nieba nad krainą, w której długotrwałe burze 

przeszły niczym migotanie, drzewa pulsowały 

zielenią, złotem, ziemia - bielą i czernią, a 

gdzieniegdzie trzepotały skrawki zieleni. Znów była 

to Kraina Przemian, ale w sposób całkowicie 

odmienny od swych poprzednich wcieleń. To, co 

kiedyś było rozpoznawalnym zgrzytem, teraz 

stanowiło jednostajny szum.

Poczuł jakiś dziwny odór i zdumiał się na widok 

brudnego szlaku, który biegł środkiem podłogi. Przed 

sobą dostrzegł ogromną, wysoką komnatę i zbliŜając 

się doń, mimowolnie zwolnił kroku. Ogarnęło go 

przeczucie czegoś złego. Miał wraŜenie, Ŝe 

pomieszczenie to przepojone jest mroczną, złowrogą 

aurą, jakby Ŝyło w nim coś nostalgicznego, ponurego i 

zawiedzionego, czekając i czekając na moment uŜycia 

swego unikalnego zła. ZadrŜał i dotknął rękojeści 

miecza, coraz bardziej zwalniając kroku w pobliŜu 

sklepionego przejścia.

Poczuł, Ŝe kieruje się w lewą stronę. Przywarł do 

background image

ściany i posuwał się bokiem, aŜ dotarł do ciemnego 

rogu, tuŜ przed wejściem.

Prześliznął się do przodu, ściskając broń i zajrzał 

do komnaty. W pierwszej chwili, w mroku nie 

zobaczył nic, ale gdy oczy przyzwyczaiły się do 

wewnętrznego światła, odkrył w środku wielkie, 

mroczne zagłębienie. Na skraju, po lewej stronie 

dostrzegł coś; mały przedmiot, którego nie był w 

stanie rozpoznać. Przez sekundę zamigotało nad nim 

światełko, które śledził wcześniej, ale zgasło w 

mgnieniu oka i nadal nie wiedział, na co wskazywało. 

Przesłanie jednak było wyraźne i miało formę 

nakazu.

Wahał się przez moment, gdy z mroku uniosła 

się smukła macka i zaczęła szukać czegoś na skraju 

krawędzi, w miejscu, które obserwował. Oblał go 

zimny pot, ale zmusił się do wejścia. Zielone buty 

bezgłośnie dotykały bruku.

* * *

Baran potrząsnął głową, wypluł kawałek zęba, 

przełknął. Ślina miała smak krwi. Splunął jeszcze 

background image

kilka razy i zakasłał. Jego lewe oko było częściowo 

przymknięte. Kiedy je potarł, zaczęła opadać z niego 

ciemna, mazista substancja. UwaŜnie przyjrzał się 

swej dłoni. Zaschnięta krew. I jeszcze to głucho 

tętniące, na wpół odrętwiałe miejsce...

Podniósł palce i przyłoŜył ich koniuszki do czoła. 

Ból rozpoczął się od nowa. Pokręcił głową w obie 

strony. LeŜał na boku, na szczycie schodów. A więc 

tak to wygląda, gdy cię wreszcie dorwie...

Przesunął swe cielsko, gotując się do powstania, 

ale natychmiast przewrócił się z bólu w tył, opadając 

na lewe ramię i nogę. Do diabła! - pomyślał. Lepiej, 

Ŝebym się nie połamał! Nie znam Ŝadnego zaklęcia na 

połamane kości...

Próbując jeszcze raz, wyprostował się na prawej 

dłoni i zdołał usiąść, wyprostowując nogi przed siebie. 

Lepiej, coraz lepiej...

Wolno masował nogę, aŜ wróciło mu czucie. Ból 

nie minął, ale kości nie były połamane. I dopiero 

wtedy spróbował wykorzystać swe czarodziejskie 

sztuczki. Po kilku ruchach nóg ból stał się coraz 

słabszy, aŜ w końcu przeszedł w sporadyczne rwanie. 

background image

Następnie skoncentrował się na skórze głowy, 

powtarzając działanie z tym samym skutkiem.

Przesunął dłonią po ramieniu i gdy ścisnął 

delikatnie lewe przedramię, poczuł przepływający 

przezeń ból.

W porządku.

OstroŜnie, bardzo ostroŜnie, wcisnął swą lewą 

dłoń między szeroki pas a opasły brzuch. Powtórzył 

ćwiczenie i ból zniknął. Wstał uwaŜnie z podłogi, 

opierając się prawą ręką o ścianę. Opuścił głowę i 

przez dobrą minutę dyszał cięŜko.

W końcu wyprostował się, przeszedł kilka kro-

ków, stanął i rozejrzał się dokoła. Coś było nie tak. Po 

lewej stronie powinna być ściana, a nie marmurowa 

balustrada. Zmierzył ją wzrokiem. Ciągnęła się na 

odległość ośmiu-dziesięciu kroków, aŜ do szczytu 

szerokiej klatki schodowej. Dalej zaczynała się 

znowu.

Spojrzał przez poręcz. Oczom jego ukazał się 

wielki, długi pokój o kamiennych ścianach, po-

grąŜony w mroku. Zdobiły go fantazyjne gzymsy i 

rzeźbione kapitele na szczycie Ŝłobionych pilastrów. 

background image

W niektórych miejscach stały jakieś meble, a 

pośrodku leŜał ciemny, wąski, lecz długi chodnik.

Przechylił się jeszcze bardziej, opierając się o 

balustradę. Po wcześniejszym zawrocie głowy nie 

było śladu. Być moŜe wyleczył go upadek. Być moŜe 

ostrzegał przed upadkiem...

Dziwne, jakie to dziwne... Poruszał oczami. Kie-

dyś nie było tu tego pokoju. Nigdy nie widział takiej 

komnaty, ani w Zamku Wieczności, ani gdziekolwiek 

indziej. Co się stało?

Jego wzrok zawędrował w odległy róg po lewej 

stronie. Zamarł. Za szeregiem wysokich krzeseł, w 

mroku, stało coś potęŜnego, nieruchomego i czarnego, 

wbijając weń spojrzenie. Widział wyraźnie, gdyŜ 

utkwione weń oczy lśniły czerwienią w ciemności.

Gardło miał ściśnięte. Tłumił w sobie krzyk, 

który mógł lada moment przerodzić się w histerię. 

Bez względu na to, co to było stało przed wielkim 

czarownikiem.

Podniósł dłoń i wezwał ciszę, która miała poprze-

dzić nadchodzącą burzę.

Kiedy powtarzał zaklęcie, wypowiadając tylko 

background image

kluczowe jego słowa, między koniuszkami palców 

zaczęło skakać słabe światełko. Ściągnął palce, a jego 

ręka przybrała kształt stoŜka w świetle, które wokół 

rozprowadzała. Kiedy rozciągnął palce, utworzyła się 

między nimi pofalowana ku dołowi płaszczyzna 

iluminacji, jaśniejąca ku górze i poruszająca się po 

łuku. Wróciła do pierwotnej pozycji, tworząc 

jaśniejącą ogniem kulę. Baran wpuścił do niej słowo-

hasło i rzucił nią prosto w mrocznego intruza.

Siejąc iskry i płonąc w locie, kula płynęło wolno 

do celu.

Ciemna postać ani drgnęła, nawet gdy kula 

podpłynęła bliŜej. Zanim osiągnęła swój cel, światło 

rozbiło się na kawałki i zgasło. Baran usłyszał 

melodyjny głos dobiegający z tamtej strony: 

- Tak postępują wrogowie. Nieładnie.

Po chwili postać obróciła się i zniknęła za bocz-

nymi drzwiami z pośpiesznym stukotem.

Baran wolno opuścił dłoń, a potem uniósł ją 

natychmiast do ust i zakaszlał. Nędzna kreatura! Kto 

go tu wezwał? Czy to moŜliwe, Ŝe powrócił sam 

Jelerak?

background image

Odszedł od balustrady i podąŜył ku schodom.

Kiedy był juŜ na dole, zbadał dokładnie tajem-

niczy róg. Na pokrytej kurzem posadzce dostrzegł 

ślad kopyta.

* * *

Holrun zaklął i przewrócił się na brzuch, 

naciągając na głowę poduszkę i mocno ją 

przyciskając.

- Nie! - wrzasnął. - Nie! Mnie tu nie ma! Precz!

LeŜał nieruchomo, przysłuchując się biciu włas-

nego pulsu. Stopniowo napięcie mijało. Ręka spadła 

mu z poduszki. Odzyskał miarowy oddech.

Niespodziewanie ciało zesztywniało ponownie.

- Nie! - zapiszczał. -Jestem tylko biednym, nic nie 

znaczącym czarownikiem, który próbuje zasnąć! 

Zostaw mnie w spokoju, do diabła!

Potem nastąpił pomruk i zgrzytanie zębów. Na-

gle wysunął szybko rękę i wyciągnął inkrustowaną 

kością słoniową szufladę wbudowaną w łoŜe. Po-

szperał przez chwilę i wyjął z niej mały kryształ.

UłoŜył się na plecach, podparł poduszką i zastygł 

background image

w pozycji półleŜącej. Przetoczył kilkakrotnie lśniącą 

kulę po brzuchu i popatrzył na nią na wpół otwar-

tymi, spuchniętymi oczyma. Minęło sporo czasu, 

zanim pojawił się w niej jakiś obraz.

- Niech się to skończy - zamamrotał. - Niech 

pozna ryzyko transformacji na niŜszy poziom Ŝycia, 

najgorsze choroby, swędzące hemoroidy i taniec 

świętego Wita. Niech pozna demonicznych oprawców, 

plagę szarańczy i sól w ropiejących ranach. Niech...

- Holrunie - odezwał się Meliash - to waŜne.

- Mam nadzieję. Jestem bardziej zmęczony niŜ 

królewska kurtyzana w czasie rewolucji. Czego 

chcesz?

- Jego juŜ nie ma.

- Świetnie. Komu był potrzebny? Podniósł rękę, 

aby przerwać połączenie i zatrzymał się.

- Czego juŜ nie ma?

- Zamku.

- Zamku? Całego przeklętego zamku? Tak.

Milczał przez chwilę. Potem podniósł się, 

przetarł oczy i przeczesał włosy.

- Opowiedz mi o tym - poprosił - najprościej, jak 

background image

potrafisz.

- Kraina Przemian jakiś czas przestała się zmie-

niać. Ale potem wszystko zaczęło się od nowa, 

bardziej szalenie niŜ kiedykolwiek wcześniej. Zająłem 

dogodne miejsce do obserwacji. Po chwili wszystko 

się uspokoiło. Zamek zniknął. Kraina pogrąŜona jest 

w bezruchu, a wzgórze świeci pustką. Nie wiem, co się 

stało. Nie wiem, jak się to stało. I na tym koniec.

- Czy myślisz, Ŝe Jel... Ŝe to on mógł go poruszyć? 

Jeśli tak, dlaczego? A moŜe to sprawka Starszego?

Meliash pokręcił głową.

- Znów rozmawiałem z Rawkiem. Zebrał więcej 

danych. Istnieje stara tradycja, Ŝe dane miejsce jest 

wieczne, jeśli zakotwiczone jest w czasie i porusza się 

razem z nim. Gdyby kotwica została podniesiona, 

odpłynęłoby rzeką wieczności.

- Poetyczne jak diabli, ale co to oznacza? 

- Nie mam pojęcia.

- Myślisz, Ŝe tak właśnie się stało?

- Nie wiem. MoŜe.

Do diabła!

Holrun pomasował skronie, westchnął, podniósł 

background image

kryształ i zsunął nogi na brzeg łoŜa.

- W porządku - burknął. - W porządku. Muszę 

się tym zająć. Zaszliśmy juŜ tak daleko. Wpierw 

jednak muszę się umyć i coś zjeść. Rozmawiałeś z 

innymi straŜnikami?

- Tak. Ale nie mają nic do dodania ponad to, co 

sam zobaczyłem.

- Dobrze. Obserwuj to miejsce. Wezwij mnie 

natychmiast, gdy stanie się coś niezwykłego.

- Z pewnością. Czy zamierzasz poinformować o 

tym Radę?

Holrun wykrzywił twarz i przerwał połączenie, 

zastanawiając się, czy i Radę moŜna by odkotwiczyć i 

rzucić w fale wieczności.

* * *

Vane przestał łkać, ale przez długi czas siedział 

zamyślony. Nie patrzył na Galta, lecz na kalejdoskop 

jasności i ciemności na niebie za oknem. W końcu 

drgnął.

UłoŜył delikatnie Galta na podłodze i wstał. 

Nachylił się i przerzucił nieruchome ciało przyjaciela 

background image

przez ramię.

Ruszył przed siebie, wyszedł z alkowy, spojrzał 

na prawo, skrzywił się i skręcił w lewo. Wolno 

poruszał się wzdłuŜ galerii, aŜ dotarł do niskich 

schodów prowadzących ku górze, w lewo. Wspiął się 

po nich, badając ukradkiem krótki korytarz 

wypełniony otwartymi drzwiami.

Idąc wolniej i ostroŜniej, sprawdzał pokoje. Nie 

było w nich nikogo. Drugi i trzeci były sypialniami, 

pierwszy - bawialnią.

Wszedł do trzeciego i pochylając się, szarpnął 

jedną ręką narzutę. UłoŜył Galta na łoŜu i poprawił 

ciało. Nachylił się nad nim, pocałował i zakrył zwłoki.

Odwrócił się i nie patrząc w tył, opuścił komnatę, 

zamykając drzwi.

Skierował się na prawo, dotarł do końca koryta-

rza, gdzie niskie sklepienie wychodziło na wąskie 

schody wijące się w dół.

Ruszył nimi, by za moment znaleźć się w jadalni 

- po jednej stronie długiego stołu leŜały cztery 

nakrycia. Na przodzie stał koszyk z chlebem. Chwycił 

go i zaczął jeść. Na tacy, pod serwetą leŜały kawałki 

background image

mięsa. Rzucił się na nie z wilczym apetytem. Gliniany 

garnek pełen był wina, które wypił prosto z naczynia. 

Po skończonym posiłku okrąŜył stół i odwrócił się w 

stronę, z której przybył.

Schody zniknęły. W miejscu przejścia widniała 

solidna ściana. PrzeŜuwając resztki jedzenia, pod-

szedł bliŜej i postukał w mur. Ściana nie wydała 

głuchego dźwięku. Wzdrygnął się i odszedł kilka 

kroków. To miejsce...

Odwrócił się i pognał przez podwójne drzwi w 

końcu pokoju. Korytarz był szeroki, podobnie jak 

schody, do których prowadził. Ozdobiony był 

jedwabiem i stalą, na podłodze leŜał zielony dywan. 

Sięgnął po najlepsze, na pozór, ostrze wiszące na 

ścianie; krótki, nieco cięŜki, obosieczny miecz o pro-

stej rękojeści. Kiedy wziął go w dłonie i zamachnął 

się, stwierdził, Ŝe drzwi, którymi wyszedł z jadalni, 

zniknęły równieŜ, a w ich miejscu pojawiło się okno, 

przez które wpadało delikatne, perłowe światło.

Zawrócił z obranej drogi i spojrzał przez szybę. 

W miejscu, gdzie nigdy wcześniej nie wznosiło się 

Ŝadne wzgórze, zapadał się masyw górski. Niebo 

background image

przybrało teraz jednostajną, trupio białą barwę. Nie 

było na nim ani słońca, ani gwiazd, jakby róŜnorodne 

odcienie iluminacji zlały się w jedną całość. 

Srebrzysta masa poruszała się w przód i w tył, 

zatrzymywała się i znów rozpoczynała swój ruch. 

Minęło nieco czasu, zanim zorientował się, Ŝe była to 

nadpływająca woda. Oderwał się od okna i poszedł 

ku schodom.

Zwalczył panikę, której się poddał, a jej miejsce 

zajęła nienawiść do zamku i wszystkiego, co się w nim 

znajdowało. Gdy znalazł się juŜ na dole, przeszedł 

przez przedpokój urządzony w stylu, którego nie 

rozpoznał, a przecieŜ szczycił się wiedzą w tej 

dziedzinie. Jego wędrówka skończyła się na progu 

głównej komnaty.

Pomieszczenie było puste. Pamiętał je, gdyŜ tu go 

przyprowadzili niewolnicy zamku po pojmaniu na 

zboczach. Ciągnęli go i Galta przed rządcą, Baranem, 

obrzucali obelgami, by na koniec uwięzić w 

podziemiach. Wspominając ten dzień, zacisnął dłoń 

na rękojeści miecza. Pomaszerował dalej, minął hol, 

przekroczył cięŜkie wrota i skierował się ku bawialni 

background image

z małym przejściem do zewnętrznego świata.

Podszedł, zwolnił, a na jego twarzy odmalowało 

się zdumienie. Wysoki, drewniany przedmiot z 

okrągłą tarczą otoczoną cyframi wydawał przenik-

liwy, kwilący dźwięk. Chcąc przyjrzeć się mu do-

kładniej dostrzegł, iŜ w okręgu znajduje się kuliste, 

pulsujące pole. Nie potrafił określić jego charakteru 

ani mechanizmu, choć nie wydawało się groźne. 

Postanowił nie wtrącać się do nieznanej magii i 

przeszedł obok, wkraczając do bawialni.

Podbiegł do drzwi, połoŜył na nich dłoń i 

zawahał się. Na zewnątrz działy się osobliwe rzeczy. 

Ale to samo moŜna było powiedzieć o zjawiskach za-

chodzących wewnątrz.

Poruszył klamką i otworzył drzwi.

Do jego uszu dotarł wrzask, niczym wycie silnego 

wiatru. Wszędzie, gdzie okiem sięgnął, płynęła woda. 

Nie było jednak widać fal i kręgów, które pojawiają 

się w wartkim nurcie. Być moŜe była to delikatnie 

rozpylona mgiełka, unosząca się w powietrzu...

Wyciągnął miecz i wbił go w wilgotny tuman. Po 

kilku sekundach wyszarpnął go z powrotem.

background image

Jego koniuszek całkowicie pokrywała mgła. Kie-

dy dotknął rudawego brzegu, który wciąŜ trzymał się 

metalu, ten zamienił się w proch pod dotykiem 

palców i opadł. Ogłuszający pisk nie ustawał. Niebo 

nadal stanowiło nieprzerwaną, opalizującą prze-

strzeń.

Zamknął drzwi i przekręcił klamkę. Odwrócił się 

do nich tyłem. Opanowało go drŜenie.

* * *

Semirama spakowała klejnoty i stroje, w których 

ją pochowano, do małego zawiniątka stojącego przy 

łóŜku. Przeszła się po sypialni, zastanawiając się, co 

jeszcze warto zabrać ze sobą? Kosmetyki? 

Ktoś zapukał do drzwi. Była blisko, więc ot-

worzyła je sama.

W progu uśmiechał się do niej Jelerak.

- Och! 

Poczerwieniała.

- Potrzebuję twojej pomocy językowej 

oświadczył.

Z szyi zwisała mu para róŜowych okularów. Z 

background image

długiej, wąskiej torby zawieszonej u pasa wystawał 

grzbiet szkarłatnej róŜdŜki. Skłonił się i gestem 

wskazał drogę na lewo, w kierunku holu.

- Proszę, chodź ze mną! 

- Tak... Oczywiście.

Zrobiła krok i ruszyła z nim we wskazanym 

kierunku. Spojrzała przez okno na perłowe niebo nad 

nie kończącym się morzem.

-  Jakieś kłopoty? - zapytała po chwili. 

- Tak. Było zakłócenie - odparł.

Nagle w górze coś poruszyło się gwałtownie i dał 

się słyszeć stukot kopyt.

- PotęŜny, ciemnowłosy męŜczyzna przerwał mi 

w środku dzieła - wyjaśnił.

- Czy to spowodowało ten ...spazm? I wszystkie 

pozostałe efekty?

Potrząsnął głową.

- Nie, ktoś uwolnił zaklęcie zabezpieczające i nie 

jesteśmy juŜ częścią normalnego przepływu czasu.

- Myślisz, Ŝe uczynił to Tualua? A moŜe ktoś 

obcy?

Zatrzymał się, by wyjrzeć przez kolejne okno. 

background image

Morze wycofało się całkowicie, a na ich oczach 

wyrastały pasma gór.

- Nie wierzę, aby Tualua był w stanie to zrobić. 

Myślę, Ŝe ten przybysz był tak samo zdziwiony jak ja. 

Ale zanim straciłem przytomność, wejrzałem w jego 

duszę. Był czymś pierwiastkowym, demonicznym, a 

jego ludzka postać przybrana została tylko na chwilę. 

Dlatego uciekłem od razu, kiedy wróciła mi 

przytomność - aby odzyskać pewne ukryte narzędzia.

Przesunął kciukiem po róŜdŜce.

- To moja broń w walce z takimi, jak on. Jestem 

pewien, Ŝe juŜ coś takiego widziałaś, dawno temu... 

Straciła oddech. Całe niebo zapłonęło lśniącą 

purpurą i przeszło w oślepiającą biel. Zakryła oczy i 

spojrzała w bok, ale juŜ zaczęło się ściemniać. 

- Co... co to było?

Jelerak odsunął dłoń od oczu.

- Prawdopodobnie koniec świata - mruknął. 

Patrzyli, jak niebo ciemnieje, aŜ w końcu 

nabrało przydymionego, Ŝółtawego  koloru.  Taka 

barwa utrzymała się. Jelerak odwrócił się.

- W kaŜdym razie - ciągnął ten drugi zniszczył 

background image

moje oryginale metody uspokojenia Tualui. Dlatego - 

tu dotknął okularów - potrzebuję ich. Kiedyś 

potrafiłem oczarować go wzrokiem, głosem, ale teraz 

muszę zasilać swe spojrzenie. Wezwij go, kaŜ mu się 

podnieść, abyśmy przez moment mogli na siebie 

popatrzeć!

- A co z tym, który dokonał zniszczenia? Muszę 

odzyskać pełnię sił, znaleźć go i wyrównać rachunki!

Ruszył, a Semirama starała się dotrzymać mu 

kroku.

- A zatem jesteśmy w pułapce - szepnęła. -Nawet 

jeśli ci się uda, co stanie się z nami?

Zaśmiał się chrapliwie.

- Nawet wiedza ma swe granice - rzekł. - Z 

drugiej strony wierzę, Ŝe wszelka pomysłowość jest 

niezmierzona. Zobaczymy.

Sunęli dalej, weszli na schody, skręcili.

- Jeleraku - zapytała. - Skąd wzięło się to 

miejsce?

- I tego teŜ się dowiemy - padła odpowiedź. - Nie 

wiem tego na pewno, choć zaczynam wierzyć, Ŝe ono - 

niejako - Ŝyje. 

background image

Skinęła głową.

- Sama miałam niezwykłe przeczucia. Jak myś-

lisz, po czyjej stronie to stoi?

- Chyba po własnej.

- Jest potęŜne, prawda?

- Wyjrzyj przez jakiekolwiek okno. Tam działa 

zbyt wiele potęŜnych mocy. Nie podoba mi się to. 

Kiedyś moja wola uzaleŜniła się od większej mocy...

- Wiem.

- ...i nie pozwolę, aby się to powtórzyło. To byłby 

koniec nas obojga i wielu innych.

- Nie rozumiem.

- Jeśli moja wola zostanie złamana, twoje ciało 

obróci się w proch, z którego cię stworzyłem. Inne 

rzeczy, które zaleŜą ode mnie, zginą równieŜ.

Wzięła go pod ramię.

- Musisz być ostroŜny. 

Wybuchnął śmiechem.

- Walka ledwie się zaczęła. 

Ścisnęła go mocniej.

- Ale podróŜ moŜe dobiegać końca. Patrz! 

Wskazała na okno, przez które widać było bardzo 

background image

blady słoneczny łuk na oblanym szarzejącym 

światłem niebie.

Poczuła, jak Jelerak sztywnieje.

- Pośpiesz się! - nakazał.

Przy kolejnym zakręcie spojrzała za siebie i zo-

baczyła jedynie gładki mur.

background image

ROZDZIAŁ X

Kiedy Dilvish przemykał się po północno-

wschodnim skraju komnaty, obraz stał się 

wyraźniejszy - przewrócone palenisko, czarny kształt, 

ruchoma macka, pół-naga dziewczyna na taczce, 

blado lśniące ślady kopyt...

Najciszej jak potrafił, schował miecz do pochwy, 

czując, Ŝe i tak byłby bezuŜyteczny wobec posiadacza 

takiej macki. Lepiej mieć swobodne ręce, zdecydował 

i chwycił szybko za taczkę. W tej samej chwili macka 

przesunęła się po kole. Dilvish uniósł taczkę i odjechał 

na bok. Macka umknęła po cichu. W wodach poniŜej 

pojawiły się fale. Dilvish wycofał się.

Nagle macka wyskoczyła nad krawędź lochu i 

uniosła się na wysokość dwukrotnie przewyŜszającą 

jego wzrost. Dilvish obrócił się gwałtownie. Macka z 

głośnym plaśnięciem wylądowała w miejscu, w 

którym znajdowałby się Dilvish, gdyby nie zmienił 

kierunku. Zaczęła dziko kołysać się wokół. Był jednak 

poza jej zasięgiem i stał juŜ blisko wschodniego 

przejścia. Obrócił taczkę i popędził w tym kierunku. 

background image

Plaśnięcia nie ustały.

Dopiero teraz, uciekając, miał moŜliwość przyj-

rzeć się swemu pasaŜerowi. Wciągnął powietrze i 

stanął, opuszczając pojazd i obchodząc go dookoła. 

Pierś Arlaty unosiła się wolno. Przykrył ją suknią i 

przyjrzał się jej twarzy.

- Arlata?

Nie drgnęła. Głośniejszym tonem powtórzył jej 

imię. Nie zareagowała. Lekko poklepał ją po policzku. 

Głowa obsunęła się na bok i tam pozostała.

Podźwignął taczkę i ruszył. Pierwsze pomiesz-

czenie, do którego dotarł, było rupieciarnią pełną 

róŜnych narzędzi. Przeszedł dalej, sprawdzając na-

stępne. Pokój czwarty był bieliźniarką, pełną po-

składanych zasłon, narzut, kołder, dywaników i rę-

czników. Wepchnął Arlatę do środka i rozwiązał 

rzemienie. Za samotnym, maleńkim oknem zami-

gotała czerwona smuga. Przeniósł dziewczynę na stos 

bielizny i przykrył ją rozłoŜonym kocem.

Zamknął za sobą drzwi, wpadł na korytarz i 

wybałuszył oczy. Był doskonale oświetlony, a cała 

jasność dochodziła zaledwie z kilku małych okienek. 

background image

W blasku raz jeszcze spostrzegł ślady kopyt. Poszedł 

za nimi i dotarł do miejsca, w którym szlak przecinał 

się z wyściełanym korytarzykiem. Tu ślady się 

urywały. Stał przez moment niezdecydowany. 

Wzruszył ramionami i skręcił w lewo. Przed sobą 

miał długą, prostą i oświetloną drogę, ale nagle 

zdarzyło się coś dziwnego. Sześć kroków przed nim 

powietrze zamigotało, pociemniało i nastąpiła dymna 

fuzja. Nieoczekiwanie wyrosła przed nim kamienna 

ściana.

Parsknął śmiechem.

- W porządku - mruknął.

Zrobił w tył zwrot i pomaszerował w stronę 

drugiej części korytarza, sprawdzając po drodze swój 

miecz.

* * *

Odil, Hodgson i Derkon obŜerali się w spiŜarni, 

którą spotkali po drodze.

- Co to jest, u diabła? - zapytał Derkon, 

wskazując na udziec barani wiszący w świetliku, 

który niespodziewanie przybrał kolor płonącej czer-

background image

wieni.

Pozostali spojrzeli w tym kierunku, ale czerwień 

zgasła, pozostawiając za sobą lekką poświatę.

- Czy to poŜar? - zastanowił się Odil. Jasność 

zniknęła, a po niej przyszedł mrok.

- Mniej więcej - odparł Hodgson.

- Nie rozumiem - powiedział Odil. 

- Wszystko na zewnątrz dzieje się niezliczoną 

ilość razy szybciej niŜ normalnie.

- I jakoś nam się udało - zerwaliśmy zaklęcie 

zabezpieczające? '

- Chyba tak.

- A ja myślałem, Ŝe to tylko rozwali mury lub coś 

w tym rodzaju.

Derkon zaśmiał się.

- Opuszczając to miejsce teraz, z pewnością 

zginiemy! Znajdziemy się na odludnej pustyni 

pozostawieni na poŜarcie potworom - albo jeszcze 

gorzej...

Derkon wybuchnął śmiechem raz jeszcze i podał 

mu butelkę.

- Trzymaj. Musisz się napić. Zaczynasz fanta-

background image

zjować...

Odil odetkał flaszkę i pociągnął głęboki łyk.

Co mamy robić? - spytał. - Jeśli nie moŜemy się 

stąd wydostać...

- Dokładnie. Jest jakieś inne wyjście? Czy pa-

miętasz nasz pierwotny zamiar?

Odil, który właśnie podnosił butelkę, by po-

ciągnąć następny łyk, opuścił ją i szeroko otworzył 

oczy.

- Mamy udać się do tego stwora i spróbować go 

związać? Tylko nas trzech? W takim stanie?

Hodgson pokiwał głową.

- Jeśli nie uda nam się wyleczyć Vane'a - lub 

znaleźć Dilvisha - pozostanie nas trzech.

- Nawet gdy zwycięŜymy, co nam to da? 

Hodgson spuścił wzrok. Derkon zamruczał.

- Być moŜe nic - odezwał się - ale zanosi się na to, 

Ŝe jedynie Starszy posiada moc, która jest w stanie 

odwrócić to, co się dzieje - i odesłać nas z powrotem.

- Jak to zrobimy?

Derkon wzruszył ramionami i spojrzał na 

Hodgsona, prosząc go wzrokiem o radę. Kiedy jednak 

background image

jej nie otrzymał, oświadczył:

- CóŜ, pomyślałem, Ŝe modyfikacja i kombinacja 

kilku najsilniejszych zaklęć wiąŜących, jakie znam...

- One są przeznaczone dla demonów, prawda? - 

dociekał Odil. - A ten stwór nie jest demonem.

- Nie, ale zasada wiązania jest taka sama w 

kaŜdym przypadku.

- Zgadza się. Ale normalne Imiona Mocy nie 

zadziałałyby w przypadku Starszego. Musiałbyś 

cofnąć się do Starszych Bogów po niezbędną ter-

minologię.

Derkon poklepał się po udzie.

- Świetnie! Zmusiłem cię do myślenia! - krzy-

knął. - Opracuj stosowną listę Imion, podczas gdy ja 

zajmę się modyfikacjami. Połączymy je ze sobą, gdy 

tylko się tam dostaniemy i zwiąŜemy staruszka na 

supły.

Odil potrząsnął głową. 

- To nie takie proste...

- Spróbuj!

- Ja pomogę - odezwał się Hodgson, dostrzegając 

zwątpienie Odila. - Nie widzę innego wyjścia.

background image

Porozmawiali jeszcze przez moment, kończąc 

jedzenie, a Derkon poskładał zaklęcie. W końcu 

stwierdził:

- Nie warto odkładać tego na później. 

Pozostali przytaknęli.

Opuścili spiŜarnię i stanęli.

- Przyszliśmy z tej strony - rzekł Hodgson, 

marszcząc brwi i kładąc rękę na ścianie po prawej 

stronie. - Prawda?

- Tak mi się wydawało - szepnął Derkon, 

spoglądając na Odila, który skinął głową.

- Racja. Jednak - tu odwrócił się w lewo. - 

Pozostało nam teraz tylko to przejście.

Ruszyli w tę stronę. 

Hodgson odkaszlnął.

- Coś wyraźnie odsuwa nas od wyznaczonego 

celu - odezwał się, kiedy przechodzili przez szeroki, 

niski hali. - Albo wrócił Jelerak i zabawia się naszym 

kosztem, albo Starszy jest świadom naszych intencji i 

próbuje nas od siebie oddalić. W tym przypadku...

- Nie - zaprotestował  Derkon. - Jestem 

wystarczająco wraŜliwy, by czuć, Ŝe kryje się za tym 

background image

coś innego.

- Co?

- Nie mam pojęcia, ale nie jest do nas przychylnie 

nastawione.

Opuszczając hali i biorąc kolejny zakręt, doszli 

do małej niszy. Tam, na cięŜkim, drewnianym stole 

leŜały trzy miecze róŜnej długości, kaŜdy z pochwą i 

pasem.

- Coś takiego - zdziwił się Derkon. - ZałoŜę się, Ŝe 

kaŜdy z nas będzie miał z nich poŜytek.

- Takie miecze zawsze są przydatne - zauwaŜył 

Odil. Podszedł do stołu i zebrał je.

* * *

Czarna postać przedarła się przez mury 

obronne, błyszcząc oczami pod bladym, pokrytym 

sadzą, Ŝółtawym niebem. Wyciągnęła głowę i 

zmierzyła wzrokiem pulsujący krajobraz piachu i 

kamieni. Dokoła wyły surowe wichry.

- Przybyłem - odezwał się głos o dziwnym 

brzmieniu - do tego miejsca, gdzie moŜemy poroz-

mawiać. Pomogę ci.

background image

- MoŜe... - rozległo się dokoła.

- Jak to „moŜe"?

- Ten człowiek myśli, Ŝe jesteś demonem, braci-

szku.

- Niech tak myśli. My mamy inne problemy.

- Prawda. Poprzestańmy na Sforze Psów Goń-

czych.

- Nie rozumiem.

- Tym bardziej musisz uwaŜać.

* * *

Baran zbliŜył się do progu głównej komnaty 

lekko kulejąc. Wszystkie przejścia za nim zamknęły 

się, a Ŝadne inne nie stało otworem. Baran ujrzał 

Vane'a w tym samym momencie, co Vane jego. 

Zawahał się. Vane nie..

Wymachując mieczem, rzucił się na niego z prze-

kleństwem na ustach.

Gdy przebiegł połowę drogi, usłyszał za sobą 

rozdzierający hałas. W powietrzu ukazało się czarne 

V, a z niego wysunęła się potęŜnych rozmiarów dłoń. 

Chwyciła go w pasie, uniosła w górę i rzuciła przez 

background image

salę. Podskakując i ślizgając się, wylądował na 

podłodze. Pokryte rdzą ostrze wypadło mu z ręki. 

Dłoń porwała go znowu i cisnęła o lustrzaną ścianę, 

pod którą upadł bez ruchu. Kiedy Baran sztywno 

wkroczył do sali, Dłoń zawisła w powietrzu. Vane 

obrócił ku niemu głowę i cicho westchnął.

Wolno zaciskając się w pięść, Dłoń sunęła w stro-

nę Vane'a.

- To Vane!

- A tam Baran! Łap go!

Wzrok Barana poszybował w kąt sali, gdzie 

pojawiły się trzy postacie. Rozpoznał swych byłych 

więźniów, zauwaŜył, Ŝe są uzbrojeni. Pędem rzucili się 

ku niemu, a w lustrach po obu stronach odbijały się 

ich biegnące wizerunki.

Baran sięgnął po miecz; odwracając się do 

napastników, ale trzymał go nadal luźno przy 

prawym boku. Lewą rękę nadal miał zatkniętą za 

pasem.

Wielka Dłoń, wymierzona w Vane'a, rozwarła 

się i poszybowała w powietrzu w kierunku 

nadchodzących ludzi. Widząc ją, Odil pochylił głowę, 

background image

zamachnął się, lecz chybił. Trafiła w Derkona, 

wytrącając go z równowagi i przewracając na 

Hodgsona. Obaj męŜczyźni padli jak kłody. Dłoń 

natychmiast zawróciła i pognała za Odilem, 

zakrzywiając palce i zginając kciuk.

Odil właśnie sięgnął Barana, trzymając uniesione 

ostrze, gdy coś zaatakowało go z tyłu, unosząc w 

miaŜdŜącym uścisku nad ziemią. Z nosa pociekła mu 

krew, Ŝebra pękły z trzaskiem, kiedy spadł na 

posadzkę, raniąc się w palec.

Nagle, z prawej strony, Baran spostrzegł zielony 

błysk. Był to nowy więzień, wokół którego Semirama 

zrobiła tyle zamieszania...

Dłoń szarpnęła, zaciskając się gwałtownie; Odil 

wydał krótki, bulgocący jęk, zanim osłabł w jej 

objęciach, wypuszczając miecz. Dłoń rzuciła się w 

przód, otworzyła się i zgruchotane ciało Odila 

potoczyło się ku Dilvishowi.

Dilvish uskoczył, nie przerywając marszu, gdy 

ciało mignęło obok i z głuchym odgłosem upadło za 

nim. Teraz jednak Dłoń pędziła ku niemu.

Dilvish dostrzegł, Ŝe Hodgson i Derkon wstają na 

background image

nogi, a Vane leŜący po drugiej stronie komnaty 

wykonuje powolne ruchy. Wiedział jednak, Ŝe Ŝaden z 

nich nie będzie w stanie przyjść mu z pomocą. 

Uchylając się przed Dłonią i robiąc przewrót w 

przód, przejrzał swój magiczny arsenał w po-

szukiwaniu jakiejś broni. Kiedy jego zielone buty 

uderzyły w posadzkę, natychmiast podniósł się na 

nogi. Zakręcił uniesionym mieczem i trafił w mały 

palec mknącej Dłoni.

Dłoń skręciła się. Palec, z którego kapała jasna 

ciecz, uderzył w podłogę i potoczył się.

Baran podniósł ostrze i cofnął się. Dłoń wypros-

towała się, opadła i zamachnęła się posuwistym 

ruchem na Dilvisha.

Dilvish przeskoczył ją i ciął mieczem, gdy go 

mijała, trafiając w tylną część kciuka. Przykucnął na 

ziemi, a obok pojawili się Derkon i Hodgson.

- Rozejdźcie się - nakazał. - Walcie ją ze 

wszystkich stron! Rozdzielcie się!

Dłoń zawisła w zamachu, gdy z trzech stron 

uderzyły w nią trzy ostrza. Dilvish podbiegł bliŜej i 

zadał cięcie. Zamierzyła się na niego, ale uskoczył w 

background image

tył. Przy kaŜdym swym ruchu napotykała uderzenie 

Hodgsona i Derkona. Zmiotła ich jednak, a wtedy 

rzucił się na nią Dilvish, zadając kolejne cięcie. Z 

ponad tuzina ran dobywał się dym.

Wycofując się, Dilvish zauwaŜył w lustrze peł-

zającego Vane'a z mieczem w ręku.

Ocknąwszy się Derkon znów trafił w Dłoń, a 

Dilvish poszedł jego śladem. W tym momencie jednak 

Dłoń poszybowała w powietrze i znalazła się poza ich 

zasięgiem. Widząc, Ŝe Baran zamierza zaatakować ich 

z góry, Dilvish w mgnieniu oka uniósł ostrze. 

Pozostali postąpili podobnie. Wtedy właśnie Dilvish 

postanowił skorzystać ze swej magicznej broni. 

Jednostajnym tonem zaczął wypowiadać pradawne 

słowa. Było to jedno z mniej znaczących Straszliwych 

Zaklęć, które tę arenę zdarzeń miało pogrąŜyć w 

absolutnej, niezgłębionej ciemności na cały dzień. 

Dilvish usłyszał jednak, jak Derkon stracił na chwilę 

oddech, podsłuchawszy formułę.

Dłoń krąŜyła wokół, wykonując manewry mylą-

ce. Nagle komnata wypełniła się ponurym wes-

tchnieniem, któremu towarzyszył gwałtowny spadek 

background image

temperatury. Gdy Dilvish skończył swe słowa, światło 

zaczęło rozpływać się w szeregu fal. 

Ogarnęła ich zupełna ciemność.

- Łapcie go! - szepnął Dilvish i ruszył pędem. Z 

wyciągniętym przed sobą mieczem, skierował się w 

miejsce, w którym stał Baran. Usłyszał opadający 

szelest i padł plackiem na ziemię. Szelest umilkł. 

Podniósł się z trudem i popędził dalej. TuŜ koło niego 

ktoś głęboko wciągał powietrze. Odgłos nie powtórzył 

się, a on sam nie był pewien, z której strony 

dochodził. Usłyszał łoskot krótkiego starcia. Derkon i 

Hodgson rzucali przekleństwami. Najwyraźniej 

wpadli na siebie w biegu.

Rozległ się następny szelest i głuchy odgłos gdzieś 

z tyłu. Dłoń plasnęła w podłogę.

Baran mógł juŜ przesunąć się w prawo, lewo lub 

w tył. Ruch w tył doprowadziłby go z łatwością w kąt 

komnaty. Zdawało się, Ŝe lewa strona oferuje 

największy stopień swobody, więc Dilvish skręcił w tę 

stronę i ruszył, wymachując mieczem.

Mógłby przysiąc, Ŝe od strony bawialni dobiega 

nikłe światełko. Ale to nie było moŜliwe. Straszliwe 

background image

Zaklęcie stłumiło wszelkie źródła jasności.

A jednak światło jaśniało coraz bardziej.

Niewyraźne kształty stały się widoczne. Coś było 

nie tak. Nie słyszał o Ŝadnej mocy, która mogłaby 

złamać straszliwe zaklęcie. Mimo to blask wkradał się 

wolno do komnaty.

Wysoko w górze, niczym upiór, miotała się Dłoń. 

Jeszcze kilka chwil, a spadnie nań ponownie. Wodził 

dokoła oczami. Dostrzegł jakiś ruch. Postacie 

skulonych ludzi. Ale nie wiedział, kim są.

Nagle dotarły doń odgłosy kolejnej bójki, ale ta 

zakończyła się krótkim wrzaskiem. Krzyki powtó-

rzyły się. Dochodziły z góry, nieco z prawa. Tak! 

Tam!

Dwie postaci walczyły na podłodze. Dilvish pod-

kradał się ostroŜnie, a wrzask rozległ się znowu.

Ciemność opadła. Coś w górze przyciągnęło jego 

uwagę. Dłoń, teraz juŜ dokładnie widoczna, zaciskała 

się i otwierała. Jej ruchy stały się gwałtowniejsze, 

kilkakrotnie opadała i wznosiła się ku górze.

Spojrzał w dół. PotęŜne cielsko Barana przy-

gniatało ciało Vane'a. Tępe ostrze Vane'a było do 

background image

połowy zatopione w szyi przeciwnika. śaden z nich 

nie dawał oznak Ŝycia, ale właśnie nadlatywała Dłoń.

Wyciągając palce, wsunęła się pod pierwszą, 

nieruchomą postać. DrŜąc, uniosła Barana w 

powietrze. Dilvish dopiero teraz dostrzegł miecz 

Barana wystający z piersi Vane'a.

Trzęsąc się miarowo, Dłoń wznosiła się wyŜej w 

jaśniejącym blasku. Czarne V kontrastowało z 

jasnością. Po chwili Dłoń wsunęła się w szczelinę, 

zabierając ze sobą Barana.

Dilvish i pozostali obserwowali powolny odwrót, 

aŜ na widoku pozostały jedynie trzy masywne 

koniuszki palców. Ale i one zniknęły po chwili w 

zamykającej się z łoskotem szczelinie.

W mgnieniu oka zauwaŜyli wokół jakieś porusze-

nie. Dilvish odwrócił się i zobaczył serię gigantycz-

nych twarzy wyglądających z szeregu luster na 

ścianach - czarne, czerwone Ŝółte, blade; niektóre 

prawie ludzkie, inne w niczym nie przypominające 

twarzy człowieka; niektóre rozbawione, kilka pogo-

dnych, pozostałe pochmurne; wszystkie skąpane w 

supernaturalnym świetle, a ich spojrzenia zbyt silne, 

background image

by je odwzajemnić. Odwrócił wzrok i w jednej chwili 

wszystkie zniknęły. Do komnaty wróciło Ŝółte światło 

w swym najsilniejszym blasku.

Otrząsnął się i potarł oczy, zastanawiając się, czy 

pozostali ujrzeli to samo.

- W tym pokoiku była kanapa - usłyszał, jak 

Hodgson zwraca się do Derkona.

- Tak.

Schował miecz i ruszył za nimi, gdy wynosili 

ciało Vane'a z komnaty. Kiedy ułoŜyli go na kanapie, 

zerwał kotarę, pociągnął ją i rzucił na szczątki 

Vane'a. Potem skierował się w głąb komnaty.

- Dilvish. Zaczekaj.

Stanął, a dwaj pozostali zbliŜyli się do niego. 

- Trzymamy się razem? - zapytał Derkon. 

- Fizycznie, przez jakiś czas - odpowiedział 

Dilvish. - Ale nadal muszę załatwić własne sprawy, a 

teraz prawdopodobnie są groźniejsze niŜ kiedyś.

- Och - bąknął Derkon. - A potem jak zamierzasz 

się stąd wydostać?

Dilvish potrząsnął głową.

- Nie wiem - rzucił. - Być moŜe nie będę w stanie.

background image

- Brzmi to strasznie defetystycznie...

Podłoga wpadła w wibracje. Zdawało się, Ŝe 

kołyszą się ściany, a z wnętrzności zamczyska dobywa 

się potęŜny jęk. Przez pokój przepłynęły upiorne 

kształty, przechodząc przez lustro albo ścianę. 

Światło uspokoiło się nieco. Derkon ścisnął ramię 

Hodgsona, kiedy zamek zatrząsł się po raz ostatni. Po 

chwili wszystko wróciło do równowagi.

Całe miejsce pogrąŜyło się w ciszy, ale wkrótce 

przerwało ją - bardzo delikatnie - tykanie wielkiego 

zegara.

- Tutaj zawsze się coś dzieje, no nie? - zauwaŜył 

Derkon, szczerząc zęby.

PotęŜne wrota na końcu sali zaskrzypiały, jakby 

pchnięte silnym podmuchem wiatru. Dilvish jak 

zahipnotyzowany wolno odwrócił się w tym kierunku.

- Zastanawiam się - powiedział - czy to juŜ się 

skończyło.

Ruszył w drogę powrotną, a po chwili wahania 

pozostali pośpieszyli za nim.

Kiedy byli na środku komnaty, usłyszeli łomot, 

po którym nastąpił łoskot dobiegający z zewnątrz. 

background image

Stawał się coraz głośniejszy, jakby zbliŜał się do nich, 

a potem nagle ucichł. Drzwi zaskrzypiały raz jeszcze.

Dilvish nie zatrzymywał się, minął zegar i wszedł 

do bawialni. Nie spojrzał na ciało leŜące na kanapie, 

lecz podszedł do drzwi, ściskając rękojeść miecza.

- Wychodzisz na zewnątrz? - zapytał Hodgson.

- Chcę zobaczyć.

Dilvish otworzył drzwi i mroźny powiew wiatru 

wpadł do wnętrza. Znajdowali się w samym środku 

wielkiej, bladej równiny, otoczonej pasmem mglis-

tych, miedzianych gór, które zlewały się z szarzeją-

cym niebem. Minęło kilka chwil, zanim zorientowali 

się, iŜ skurczony krąŜek o słomkowej barwie, 

zawieszony nad horyzontem, musi, jako jedyne źródło 

światła, być resztką słońca. Nad jego trzema 

średnicami jaśniały gwiazdy. Przestrzeń nad górami 

po lewej stronie przeciął deszcz meteorów. śółta 

chmura pyłu uniosła się, opadła, znowu wzleciała w 

górę, zawirowała i zginęła. Hodgson zakaszlał. 

Powietrze miało cierpki, metaliczny posmak.

Nagle nad równiną wyrosła para gigantycznych 

skał, odbiły się kilkakrotnie od podłoŜa i zamarły w 

background image

bezruchu. Minęło co najmniej pół minuty, zanim 

rozległ się łoskot. W tym czasie z przestworzy 

wypadła masywna, czerwona łapa, poderwała je w 

górę i trzasnęła jak piorun nad głowami widzów.

Dilvish wpatrując się w mgły, przesunął wzro-

kiem po jej rudym ramieniu, a po kilku sekundach 

bacznej obserwacji rozróŜnił zarys klęczącego kolosa, 

o niewyraźnej ludzkiej sylwetce, poprzez którą 

migotały gwiazdy. Włosy pełne miał meteorów. Ręka 

kolosa uniesiona była na niewyobraŜalną odległość w 

niebo, zaciśnięta pięść drŜała. I właśnie wtedy 

sześcienny kształt skał przemówił Dilvishowi do 

wyobraźni.

Odwrócił wzrok. Jego oczy - przyzwyczajone juŜ 

do skali przedmiotów i długości fal - nie miały 

kłopotu z odróŜnieniem innych monolitycznych 

zjawisk - wielkiej, czarnej postaci z głową opartą na 

jednej dłoni. Jej dwie ręce złoŜone byty na piersiach, 

a palce czwartej ręki gładziły południowo-wschodnie 

szczyty gór, na których spoczywała; zagadkowej 

białej postaci z jednym okiem i jednym ziejącym 

oczodołem, wspartej na kiju wystającym poza słońce i 

background image

w sflaczałym kapeluszu pełnym złocistych gwiazd; 

pogrąŜonej w wolnym tańcu kobiety o wielu 

piersiach; kobiety z głową szakala; wirującej wieŜy 

ognia...

Dilvish spojrzał na swoich towarzyszy, którzy 

wytrzeszczali oczy z wyrazem niewypowiedzianego 

lęku na twarzy.

Kości do gry potoczyły się znowu, a wokół nich 

uniosły się tumany kurzu. Niebiańskie postaci 

pochyliły się ku przodowi. Czarna wyszczerzyła zęby 

i wyciągnęła łapę, by pochwycić kości. Czerwona 

wysunęła się i znikła. Dilvish zatrzasnął drzwi.

- Starsi Bogowie... - odezwał się Hodgson. - 

Nigdy nie myślałem, Ŝe będzie mi wolno na nich 

spojrzeć...

- Jak myślisz - spytał ostroŜnie i z lękiem Derkon 

- o co oni grają?

- Nie jestem wtajemniczony w sprawy bogów -

odparł Dilvish. - Nie mam pewności. Ale czuję, Ŝe 

powinienem zakończyć swe zadanie jak najszybciej.

Usłyszeli potęŜny łomot, a wielkie wrota w środ-

ku zaskrzypiały znowu.

background image

- Panowie, wybaczcie... - rzekł Dilvish, odwrócił 

się i opuścił pokój.

Hodgson i Derkon popatrzyli po sobie przez 

moment i popędzili za Dilvishem.

- Idziecie ze mną? - spytał Dilvish, ujrzawszy ich 

obok siebie.

- Mimo wszystkich tych niebezpieczeństw, o 

których wspomniałeś, uwaŜam, Ŝe teraz będziemy 

bezpieczniejsi trzymając się razem - oświadczył 

Derkon.

- Ja teŜ tak myślę - dodał Hodgson. - Ale czy 

mógłbyś nam powiedzieć, dokąd się udajemy?

- Nie mam pojęcia - burknął Dilvish - ale mam 

zamiar zaufać duchowi tego miejsca, bez względu na 

to, kim jest. Chętnie oddam się pod jego opiekę. Być 

moŜe nasze cele są podobne.

- A jeśli to sam Jelerak, prowadzący cię do 

zguby?

Dilvish zaprzeczył głową.

- Jestem pewien, Ŝe Jelerak nie zatrzymałby 

widowiska, by nakarmić mnie wspaniałym jadłem, 

które otrzymałem po drodze.

background image

Weszli do tylnego przejścia, które pokonał wcze-

śniej, wracając z połoŜonego niŜej obszaru. Drzwi 

wciąŜ skrzypiały, ale korytarz miał zaledwie jedną 

czwartą swej poprzedniej długości. Po jego prawej 

stronie nie było Ŝadnego skrętu, a po lewej brakowało 

pomieszczeń dla niewolników. Pokój pogrąŜony w 

niebieskim blasku zniknął na dobre. Ściany wyłoŜone 

były ciemną boazerią, a okna w drewnianych 

framugach posiadały osobliwe urządzenia 

zaciemniające. Całość zdobiły firanki z białej ko-

ronki.

Weszli po drewnianych schodach. Na ścianach 

wisiało znacznie więcej obrazów w osobliwym, 

jaskrawym i sugestywnym stylu, które Dilvish za-

uwaŜył juŜ wcześniej.

Z zewnątrz dobiegł ich stukot toczących się kości 

i tytaniczne salwy śmiechu.

Wzięli kolejny zakręt i znaleźli się w jednej z 

galerii, środkiem której biegł długi chodnik. Okna 

przybrały tu bardziej prostokątne kształty, ale ściany 

i posadzki pozostały z kamienia.

- Czy czujesz, jak to miejsce się kurczy, kiedy po 

background image

nim krąŜymy? - spytał Hodgson.

- Tak - odparł Dilvish, spoglądając wstecz. - 

Wydaje się zmieniać w coś innego. Czy zauwaŜyliście, 

Ŝe nie mamy Ŝadnej moŜliwości wyboru drogi? Teraz 

jest to bardzo wyraźne.

Przed sobą Dilvish usłyszał serię przedziwnych 

świergotów. Stanął w miejscu. Hodgson i Derkon 

uczynili to samo, podnieśli ręce i zamachali nimi 

dokoła. Coś blokowało drogę.

Powietrze zamigotało. Stało się nieprzezroczyste, 

aŜ w końcu pociemniało. Dilvish poczuł, Ŝe opiera się 

o kamienny mur.

Skręcił. Powietrze zamigotało sześć kroków za 

nim. Wraz z innymi podąŜył w tę stronę. Zjawisko 

powtórzyło się. Tylko jedno okno dostarczało światła 

do ich niespodziewanej celi. Krótki rzut oka 

wystarczył, by stwierdzić, Ŝe dostęp do pozostałych 

okien na gładkiej ścianie zewnętrznej był niemoŜliwy.

- A mówiłeś - zauwaŜył Derkon - Ŝe ufasz 

duchowi tego miejsca.

Dilvish burknął coś pod nosem.

- Musi być tego jakaś przyczyna! - warknął.

background image

- Czas - szepnął Hodgson. - Myślę, Ŝe to czas. 

Przybyliśmy za wcześnie.

- Na co? - spytał Derkon.

- Dowiemy się, kiedy zniknie ten mur.

- Naprawdę myślisz, Ŝe zniknie?

- Oczywiście. Ściana przednia zatrzymuje nas 

przed dalszym marszem, a mur tylny nie pozwala 

nam się wycofać.

- Interesująca uwaga.

- Więc proponuję, abyśmy stanęli przodem do 

frontowej ściany i byli gotowi na wszystko.

- To, co mówisz, ma jakiś sens - przyznał Dilvish, 

prostując się i biorąc do ręki miecz.

Ponownie usłyszeli kości rzucane przez bogów, 

którym towarzyszył śmiech. Ale tym razem śmiech 

nie ustawał i stawał się coraz głośniejszy, aŜ zatrząsł 

wszystkimi ścianami. Teraz było jasne, Ŝe dobiegał z 

góry.

Ściana zamigotała i zniknęła, a w tej samej 

chwili tuŜ za nią rozległy się jęki i trzaski. 

Wystarczyło krótkie spojrzenie, by Dilvish stwierdził, 

Ŝe tylny mur nie poruszył się.

background image

Gdy tylko droga stanęła otworem, ruszyli przed 

siebie. Stanęli jednak po kilku metrach, zmroŜeni 

widokiem kolejnego pomieszczenia.

Niezliczone ilości gumiastych macek rozłoŜonych 

na brzegu otworu podtrzymywały stwora, który 

podciągnął się nieco ku górze. Na północno-

wschodnim skraju lochu stał męŜczyzna znany 

Dilvishowi jako Weleand. Oczy zasłonięte miał 

rudymi okularami. Za nim dojrzał Semiramę. Nie 

ruszała się, gdyŜ podobnie jak jej towarzysz wpat-

rywała się w uniesioną postać Tualui. Nagle nad ich 

głowami rozłupał się dach i przez szczelinę wdarły się 

gigantyczne palce. Skrzywiły się i chwytając kawałek 

dachu, zgniotły go jednym ruchem i odrzuciły na bok. 

PotęŜne belki rozpadły się, a oczom wszystkich 

ukazało się gwiaździste niebo. Na jego tle wzniosła się 

olbrzymia postać kobiety o wielu piersiach, a od jej 

ciała biło nienaturalne światło. Ponownie wyciągnęła 

dłoń przez otwór, który zrobiła i delikatnie, prawie 

czule, chwyciła groteskową istotę skuloną nad 

otworem. Podniosła ją w górę i ostroŜnie pociągnęła 

przez zygzakowatą szczelinę. 

background image

- Nie! - wrzasnął Jelerak, ściągając okulary, 

które zawisły mu na szyi i rzucił ku górze pełne 

wściekłości spojrzenie. - Nie! Oddaj go! Potrzebuje 

go!

Czarownik okrąŜył pędem otwór i dotarł do jed-

nej ze zwalonych belek, która sięgała górnej szczeliny.

Chwycił się mocno i rozpoczął wspinaczkę.

- Mówię ci, zwróć go! - darł się. - Nikt nie okrada 

Jeleraka! Nawet bogini!

Stając w połowie drogi, wyciągał róŜdŜkę i skie-

rował ją w otwór.

- Powiedziałem, stój! Oddaj go!

Dłoń wycofywała się powoli. Jelerak wykonał 

jeden ruch i z czubka róŜdŜki wybuchnął biały 

płomień, oblewając dłoń z boku.

- To on jest Jelerakiem! - wykrzyknął Dilvish i 

pobudzony do działania, skoczył przed siebie.

Dłoń zatrzymała się, ale Jelerak wspinał się 

nadal, zbliŜając się do rozbitego dachu.

Dilvish dopadł brzegu otworu i okrąŜył go.

- Sam wracaj, ty draniu! - ryknął. - Mam tu coś 

dla ciebie!

background image

W górze pojawiła się druga, masywna dłoń i 

zaczęła opadać w dół.

śądam, abyś mnie posłuchała! - darł się Jelerak 

i dopiero wtedy dostrzegł sięgające po niego rozwarte 

palce.

Uniósł swą róŜdŜkę i dłoń raz jeszcze skąpała się 

w białym świetle. RóŜdŜka nie potrafiła działać w 

Ŝaden inny, widoczny sposób, więc w mgnieniu oka 

wytrącona została z uścisku Jeleraka. Za moment on 

sam został pochwycony w pasie i uniesiony w pokryte 

szarym blaskiem niebo.

- On naleŜy do mnie! - krzyknął Dilvish, 

docierając do belki. - Zbyt długą drogę przebyłem, 

aby teraz z niego zrezygnować! Oddaj go!

Ale dłonie zniknęły juŜ z widoku, podobnie jak 

porwana przez nie postać.

Dilvish wyciągnął się, próbując wdrapać się na 

kłodę, kiedy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

- Nie dostaniesz go w ten sposób - odezwała się 

Semirama. - Czego chciałeś: sprawiedliwości czy 

zemsty?

- Jednego i drugiego! - zaryczał Dilvish. 

background image

- No to przynajmniej połowa twego Ŝyczenia 

została spełniona. On jest teraz w rękach Starszych 

Bogów.

- To nieuczciwe! - warknął Dilvish przez 

zaciśnięte zęby.

Nieuczciwe? - zaśmiała się. - I ty mówisz mi o 

uczciwości, mnie, która właśnie odnalazła odbicie 

dawnego kochanka; kiedy śmierć Jeleraka lub prze-

rwanie jego woli moŜe zakończyć mą egzystencję?

Dilvish odwrócił się, spojrzał na nią, potem w 

dal.

W górze rozległ się burzliwy śmiech, który 

umilkł po chwili.

Do komnaty wkroczyła Arlata z Blackiem.

Dilvish ujął dłoń Semiramy i padł przed nią na 

kolana. W tym momencie usłyszał stukot kopyt.

- Dilvishu, co się dzieje? - dobiegł go głos Blacka. 

- Nasz dostęp do tej komnaty został zablokowany, 

dopiero teraz mogliśmy wejść.

Dilvish spojrzał nań, puścił rękę Semiramy i po-

kazał na dach.

- JuŜ go nie ma. Weleand okazał się Jelerakiem - 

background image

ale Starsi Bogowie zabrali go ze sobą.

Black parsknął.

- Wiedziałem, kim jest. Prawie go miałem wcze-

śniej, gdy przybrałem ludzką postać.

- Co takiego?

- To zaklęcie, nad którym pracuję od czasu 

Ogrodu Krwi - uŜyłem go, by wyrwać się z posągu. 

Zachowałem świadomość po tym, jak Jelerak za-

mienił mnie w kamienny pomnik, by uwolnić Arlatę. - 

Skinął w stronę nadchodzącej dziewczyny i ciągnął 

dalej: - Rozpoznałem w nim Jeleraka w chwili, kiedy 

to robił. Gdy byłem wolny, poszedłem tą drogą. 

Znalazłem ją i jej konia, uratowałem ich. Musiałem 

rzucić na nią zaklęcie, by usunąć ją z pola widzenia. 

Pozostawiłem ją w jaskini na stoku wraz z zaklęciem 

ochronnym. A potem...

- Dilvishu, kim jest to niedorozwinięte dziecko? - 

przerwała Semirama.

Dilvish podniósł się, a Arlata pośpiesznie po-

prawiła swą poŜyczoną tunikę.

- Królowo Semiramo z Jandaru - zaczął - to 

Lady Arlata z Marinty, którą spotkałem podczas 

background image

podróŜy do tego miejsca. Uderzająco przypomina 

kogoś, kogo znałem bardzo dobrze dawno temu...

- Ta złośliwość nie robi na mnie Ŝadnego 

wraŜenia - oświadczyła Semirama z uśmiechem i 

wyciągnęła rękę, opuszczając jednocześnie dłoń. - 

Moje dziecko, ja...

Jej uśmiech zniknął. Szarpnęła dłoń i zasłoniła ją 

drugą ręką.

- Nie... - odwróciła się. - Nie!

Uniosła  dłonie, by zakryć twarz i popędziła 

wschodnim korytarzem.

- Co takiego zrobiłam? - zdziwiła się Arlata. - Nie 

rozumiem...

- Nic  takiego - wyjaśnił  Dilvish. - Nic. Zaczekaj 

tutaj!

Pobiegł korytarzem, przez który wcześniej pchał 

na taczce Arlatę. Tam zorientował się, Ŝe korytarz 

przemienił się w pustą alkowę z białymi, gipsowymi 

ścianami i drewnianymi schodami wiodącymi w dół, 

na prawo. W pośpiechu zbiegł po stopniach.

Pozostali ujrzeli cień przesuwający się nad 

głowami i wielkie, czarne ramię zsuwające się ku 

background image

dołowi. Derkon pognał do galerii północnej, by 

wyjrzeć przez najbliŜsze okno. Jego śladem ruszył 

Hodgson, potem dołączyła do nich Arlata. Black 

pochylił łeb, przyglądając się uwaŜnie rozwalonym 

kawałkom dachu.

Wychylając się przez okno, dostrzegli potęŜną 

czarną rękę płynącą wolno, bardzo wolno, w kie-

runku jednej z odległych ścian. Zdawało się, Ŝe stanie, 

zanim jej dotknie, lecz poczuli wokół wibracje i cały 

zamek zadźwięczał - pojedynczą nutą - jak ogromny 

kryształowy dzwon.

Przestworza rozpoczęły swój pląs, a ziemia prze-

sunęła się lekko. Patrząc w górę, dojrzeli czarną, 

uśmiechniętą twarz, ginącą stopniowo w oddali.

Słońce zanurzyło się na zachodzie.

Na Boga! - krzyknął Derkon. - Znowu się 

zaczyna.

W pobliŜu, z prawej strony, powietrze zaczęło 

migotać i gęstnieć.

* * *

Dilvish mknął schodami. Skręcił i zdezorien-

background image

towany przetarł oczy. Małe łukowe przejście u pod-

nóŜa schodów prowadziło na tył głównej komnaty, do 

miejsca, gdzie znajdowały się skrzypiące drzwi 

tylnego korytarza. Minął je w pośpiechu i na środku 

sali dostrzegł leŜące ciało Semiramy. 

Rzucił się w jej stronę, ale cała postać zdawała 

się zmieniać, kurczyć, nabierać kanciastych 

kształtów. Włosy miała juŜ zupełnie siwe. Rozsunięta 

suknia ukazywała pergaminową skórę i kontury 

kości.

Podszedł bliŜej, ale jakiś błysk powietrza zawie-

szony nad nią zmusił go do zwolnienia kroku. Przez 

moment poczuł straszliwą obecność istoty, którą 

widział zawieszoną nad lochem, zanim wyciągnięta z 

przestworzy ręka porwała ją ze sobą. Dostrzegł 

niewyraźny zarys Starszego, którego macki pełzły w 

stronę Semiramy. A jednak w tym geście nie było nic 

przeraŜającego. Przeciwnie. Zdawało się,  Ŝe stwór 

pragnie ukoić jej ból, przynieść nienaturalną ulgę. 

Obraz trwał tylko chwilę i trudno było stwierdzić, czy 

był wynikiem aberracji światła czy schorzenia 

siatkówki oka. Potem zniknął, a krucha postać na 

background image

posadzce obróciła się na jego oczach w proch. 

Kiedy stanął w tym miejscu, nie dostrzegł prawie 

nic. Nawet suknia rozłoŜyła się na drobne kawałki.

Jedynie...

Jego  uwagę  przyciągnął jakiś  ruch  po  lewej 

stronie Lustro.

Lustro...

Lustro nie odbijało juŜ otaczającej go głównej 

komnaty. Zamiast drugiego zwierciadła zawieszonego 

na przeciwnej ścianie, przedstawiało teraz szerokie, 

kręcone schody z białego kamienia, po których 

kroczyły wolno jakieś postaci. Kobietą była bez 

wątpienia Semirama, taka, jaką pamiętał, zanim 

zabrała ją śmierć. A męŜczyzna...

Przypominał kogoś znajomego, ale dopiero gdy 

odwrócił głowę i ich oczy spotkały się, Dilvish 

pomyślał, Ŝe mogliby być braćmi. MęŜczyzna był 

nieco potęŜniejszy od niego, chyba trochę starszy, ale 

rysy mieli identyczne. Na jego ustach pojawił się lekki 

uśmiech.

- Selar... - szepnął Dilvish.

Nagle powietrze wypełnił dźwięk przypominają-

background image

cy bicie wielkiego, kryształowego dzwonu. Na lustrze, 

niczym czarne błyskawice, pojawiły się rysy, a jego 

okruchy zaczęły spadać ze ściany. Cały zamek 

zatrząsł się i zafalował.

Dilvish zdąŜył jedynie zauwaŜyć obojętną wspi-

naczkę pary po schodach i ich przejście wśród 

ciemnoniebieskich kotar zawieszonych na tylnej 

ścianie. W chwilę potem i ten kawałek lustra rozbił 

się na podłodze. Semirama, trzymając swego part-

nera za prawe ramię, nigdy nie spojrzała wstecz.

Dilvish klęknął na jedno kolano i poszperał w 

prochu, który rozścielał się na posadzce. Podniósł z 

niej łańcuszek, z którego zwisał mały medalionik, i 

wsunął go do kieszeni.

background image

ROZDZIAŁ XI

- Tędy! - nakazał Black. - Pośpieszcie się! 

Przesuwamy się szybciej niŜ poprzednio!

Derkon, Hodgson i Arlata wrócili do komnaty.

- Co to takiego. Czarna Istoto? - spytał Derkon.

- Podejdź tu - padła odpowiedź. - Mam coś dla 

ciebie.

Derkon wykonał polecenie.

- Tam. - Black wskazał kopytem na czerwoną 

pręgę wśród drobnych kamieni. - Podnieś to!

Derkon przystanął i pochylił się.

- RóŜdŜka Jeleraka? - zapytał.

- Czerwona RóŜdŜka z Falkyntyne. Przynieś ją! 

Migiem!

Black odwrócił się i skierował się do alkowy, 

przez którą przeszedł Dilvish. Pozostali ruszyli za 

nim.

- Czarna Istoto - ciągnął Derkon. - Słucham tego, 

co mówisz. Ale co się dzieje? Dlaczego biegniemy?

- Ten pokój istnieje tylko dlatego, Ŝe my się w 

nim znajdujemy. Pomagamy temu domowi pozbyć się 

background image

dodatkowego skrzydła, opuszczając je...

- Domowi?

- Tym razem zdecydowano się na małą skalę. Ale 

najwaŜniejsze jest to, Ŝe niebawem nastąpi Wielki 

Wybuch. Dlatego na prośbę domu przyśpieszyliśmy 

kroku...

- Wybacz, Czarna Istoto - krzyknął Hodgson, 

kiedy minęli alkowę i zaczęli schodzić w dół schoda-

mi. - Ale ten Wielki Wybuch - czy masz na myśli...?

- Stworzenie wszechświata - dokończył - Black. - 

Tak. KrąŜymy cały czas dokoła. Tak czy inaczej, po 

wybuchu będziemy mijać niebezpieczną strefę 

zamieszkałą przez istoty, które mogą zadać nam wiele 

cierpień. Dom moŜe zatrzymać część z nich, ale 

niektóre...

Black opuścił ostatni stopień, gdy nastąpił wy-

buch.

Znikły wszystkie kolory, a świat stał się czernią i 

bielą, światłem i ciemnością. Hodgson spojrzał przez 

ciało stojącej przed nim dziewczyny - ciemny szkielet 

w jasnej powłoce. Dostrzegł stojącego przed nią 

Derkona. Dostrzegł migocące światełko duszy, 

background image

cudowne na tle czarnej geometrii, przez którą 

przeszli. Black był teraz czystą i wspaniałą taflą 

ognia, sunącą po podłodze do miejsca, w którym 

Derkon płonął w śmiertelnej pułapce.

- To kąty! - doleciał go głos Blacka. - Naj-

prawdopodobniej ukaŜą się w rogach komnaty! Nie 

uŜywajcie ostrych zakończeń swej broni, bo i tak 

okaŜą się nieskuteczne! Uderzajcie wygięciem ostrza, 

tnijcie po łuku - z wyjątkiem ciebie, Derkon! Ty 

musisz uŜyć róŜdŜki!

- Przeciwko czemu? Jak? - wrzasnął Derkon, 

kiedy coś kolorowego, o naturalnych kształtach 

wpadło do komnaty. Dostrzegł Dilvisha stającego 

przed nim, na środku. W dłoniach trzymał miecz. 

- Przeciwko Psom Gończym z Thandolos! Cze-

rwona RóŜdŜka posiada największą moc w rękach 

czarnego adepta. Nie ma w niej nic subtelnego. To 

jeden z najbardziej skutecznych instrumentów ma-

gicznych o niszczącym działaniu, jaki kiedykolwiek 

stworzono. Jej działanie opiera się wyłącznie na 

funkcjonowaniu woli. Wykorzystuje siły witalne jej 

posiadacza. Przeszedłeś przez Ogień Stworzenia, więc 

background image

i twoje siły zostały zregenerowane i buchają teraz 

silnym płomieniem! Stańmy razem na środku 

komnaty - w kręgu!

Kiedy dotarli do Dilvisha, oświetlenie powróciło 

do swej pierwotnej formy. Wysoko w górze błyszczał 

Ŝyrandol. Martwe ciało demona zniknęło. Sala 

wydawała się mniejsza niŜ kiedyś; na pustych, 

szarych ścianach wisiały lustra w skorupach. Ze 

swego miejsca nucił swoją pieśń wysoki zegar, a jego 

tarcza zmieniła się w migocącą plamę.

Hodgson zamruczał coś pod nosem, kiedy w ro-

gu, obok zegara zauwaŜył jakiś niewyraźny ruch. 

- Bogowie, których przywołujesz, jeszcze się nie 

narodzili - oświadczył Black.

Postać, która im się ukazała, miała ostre, kan-

ciaste kształty nie do zapamiętania, niczym roze-

rwany obwód elektryczny. Stwór stał wyprostowany 

w mroku, a wokół niego rozpływało się nieuchwytne, 

wilcze światło, zimne i zachłanne w pierwotnym 

głodzie, którego nic w nowym wszechświecie nie było 

w stanie zaspokoić. Tajemnicza postać skoczyła w 

przód.

background image

- UŜyj róŜdŜki! Zniszcz to! - nakazał Black. 

- Nie mogę z niej nic wykrzesać! - sapnął Derkon, 

trzymając przed sobą pałeczkę. Zaciskał mocno oczy i 

usta.

Dilvish wykonał mieczem łuk, tuŜ przed zbliŜają-

cym się stworem, a następnie powtórzył ten ruch 

kilkakrotnie, znacznie szybciej. Tajemniczy osobnik 

rzucił się na niego, stanął, wycofał się. Powietrze 

wypełnione było cięŜkim oddechem. Z tego samego 

rogu wyrwał się następny stwór i wpadając na całą 

czwórkę, uniknął konfrontacji ze swym towarzyszem 

i wykonującym łuk ostrzem. Arlata wydrapała na 

posadzce zakrzywioną linię, a czubek jej miecza 

pozostawał w ciągłym ruchu, gdy zajmowała tylną 

pozycję. Stwór popędził, by zaatakować ją z boku, 

więc Hodgson dokończył wydrapywania linii i rów-

nieŜ zamachał mieczem. Z rogu wypadł kolejny 

stwór, a Black, odwracając łeb zauwaŜył, Ŝe poja-

wiają się we wszystkich rogach, nawet w tych nad ich 

głowami.

Było ich coraz więcej i więcej, tworząc zwarty 

tłum podchodziły bliŜej, atakując, cofając się, kręcąc 

background image

głowami i kryjąc się. Natarły na Dilvisha z trzech 

stron. Derkon potrząsnął róŜdŜką, zamachał nią i 

rzucił przekleństwo.

Black parsknął i stanął dęba. Kiedy zbliŜył się, 

by rzucić się na Sforę oblegającą Dilvisha, w jego 

oczach zawirowały płomienie. Jego nozdrza wypluły 

wielkie krople ognia, które trafiły w kanciaste, 

miotające się kształty. Jeden z nich padł na ziemię i 

rozpoczął swą walkę. Następny uciekł w popłochu. 

Trzeci wskoczył mu na grzbiet. Znowu stanął na 

tylnych nogach, a ostrze Dilvisha przecięło intruza na 

pół. Zawył i stoczył się na podłogę. Dwaj inni 

zaatakowali Dilvisha.

Dilvish ciął jednego, a Black skoczył w przód i 

zionął jeszcze silniejszym płomieniem. W tym 

momencie rzuciło się na nich pięć stworów.

Nagle nastąpił potęŜny blask światła i Psy Goń-

cze rozpierzchły się na boki.

- Udało się! - obwieścił Derkon, ściskając 

Czerwoną RóŜdŜkę płonącą niczym gwiazda. - To 

było takie proste!

Wpierw skierował ją na Sforę znajdującą się 

background image

najbliŜej. Psy Gończe przetoczyły się przez całą 

komnatę. Niektóre wślizgnęły się do rogów i ślad po 

nich zaginął. Pozostałe tliły się w spazmach, zmie-

niając kształt. Te, które właśnie nadciągały - 

zsuwając się po murach, skacząc po posadzce - 

zatrzymały się, podreptały w miejscu i zmieniły się w 

syczące stada. Cała sala przepełniona była odgłosami 

ich oddechów.

W mgnieniu oka Derkon skierował róŜdŜkę na 

najbliŜsze stado, rozpędzając je i niszcząc. Pozostałe 

potwory zawyły i pognały ku niemu.

Dilvish i Black pośpieszyli, aby przyłączyć się do 

kręgu, podczas gdy Derkon wciąŜ trzymał pałeczkę 

wymierzoną w nadbiegające istoty. Po chwili on sam 

łapał z trudem oddech.

Hodgson trafił jedną z bestii, która przebiegała 

obok. Zasyczała, zrobiła krok w tył i wpadła nań 

ponownie. Dilvish ciął kolejnego potwora, Arlata 

zadała cios trzeciemu i czwartemu. Swymi metalo-

wymi kopytami Black wyrył na podłodze łuki i zionął 

w nie ogniem. Derkon machnął po raz wtóry róŜdŜką.

- Wycofują się! - chwytał cięŜko powietrze 

background image

Hodgson, podczas gdy Derkon zakreślał pałeczką 

szerokie łuki, a na jego twarzy malował się ból 

przemieszany z triumfem.

Psy Gończe dokonywały odwrotu. Zdawało się, 

Ŝe gdziekolwiek znajdował się jakiś kąt, wślizgiwały 

się do środka i ginęły. Śmiejąc się, Derkon ciskał w 

nich piorun za piorunem, obracając wszystko w pył. 

Dilvish wyprostował się. Hodgson pomasował sobie 

ramię, a Arlata uśmiechnęła się niewyraźnie.

Nikt nie przemówił, zanim nie zniknęły wszyst-

kie. Stali razem przez długą chwilę, ramię przy 

ramieniu, obserwując rogi sali, przesuwając wzro-

kiem po kątach.

W końcu Derkon opuścił róŜdŜkę, pochylił głowę 

i przetarł oczy.

- To bardzo wyczerpujące - odezwał się cicho.

Hodgson poklepał go po ramieniu.

- Dobra robota - pochwalił.

Arlata poklepała go po ręce. Dilvish podszedł 

bliŜej i zrobił to samo.

- Wszystkie uciekły - oznajmił Black - a teraz 

wracają pośpiesznie do swej krainy. Nasza prędkość 

background image

gwałtownie rośnie.

- Napiłbym się wina - odezwał się Derkon.

- Przewidziano i to - rzekł Black. - Zajrzyj do 

kredensu po tamtej stronie.

Derkon uniósł głowę. Dilvish obrócił się.

Szare przed chwilą ściany znów były białe, jakby 

pokryte gipsem. Na ścianie po lewej stronie wisiał 

rząd obrazów, na ścianie prawej - mały czerwono-

Ŝółty arras przedstawiający polowanie na dzika. TuŜ 

pod nim stał mahoniowy kredens. W nim pełno było 

butelek wina i innych trunków, niektórych niezwykle 

dziwacznych. Black wskazał na jedna z nich - nieduŜą 

flaszkę zawierającą bursztynową ciecz. 

- To coś dla takich jak ja - powiedział do 

Dilvisha. - Nalej trochę do tamtej srebrnej czary.

Dilvish odkorkował butelkę i powąchał ją. 

- Pachnie jak płyn do lampy - zauwaŜył. - Co to 

jest?

- Ten napój jest ściśle związany z sokiem demo-

nów i podobnie jak inne pozycje stanowi me 

naturalne poŜywienie. Nalej mi duŜo.

Po chwili Arlata obserwowała Dilvisha znad 

background image

swego kielicha.

- Wydaje się, Ŝe osiągnąłeś swój cel - zaczęła - o 

tyle, o ile.

- Tak przytaknął. Brzemię wielu lat zostało 

zdjęte. Ale... Nie tak to sobie wyobraŜałem. Nie 

wiem...

- PrzecieŜ ci się udało - stwierdziła. - Widziałeś, 

jak twój wróg opuszcza ten świat. A co do Tualui - 

przypuszczam, Ŝe lepiej mu będzie z samymi bogami, 

którzy uwaŜają go za swego krewniaka.

- Nie Ŝałuję jego zbawienia - rzekł Dilvish. - 

Dopiero teraz zaczynam sobie zdawać sprawę, jak 

bardzo jestem zmęczony. MoŜe to dobrze. Jestem 

pewien, Ŝe znajdziesz inne sposoby, by ulepszyć świat. 

Bez wykorzystywania potęŜnego niewolnika.

Uśmiechnęła się.

- Chciałabym tego - szepnęła - pod warunkiem, 

Ŝe kiedykolwiek znajdziemy drogę do naszego świata.

- Wrócić... - wymamrotał Dilvish, jakby ta myśl 

przyszła mu do głowy po raz pierwszy. - Tak. MoŜe to 

niezły pomysł...

- Co zrobimy? 

background image

Utkwił w niej wzrok.

- Nie wiem - odparł. - Jeszcze o tym nie 

myślałem.

- Tutaj! - krzyknął zza rogu Hodgson, który stał 

tam z Derkonem. - Chodźcie zobaczyć!

Dilvish opuścił kielich i postawił go na kredensie. 

Arlata uczyniła to samo. W głosie Hodgsona nie było 

ponaglenia, raczej podniecenie. PodąŜyli w stronę 

pokoju, w którym dwaj czarownicy stali przy oknie 

we wnęce. Tego pokoju nie było wcześniej. Jasność za 

oknem narastała. Stanęli obok i wyjrzeli na zewnątrz. 

Oczom ich ukazał się widok gwałtownie pulsującego 

krajobrazu, pokrytego duŜymi skrawkami zieleni, 

pod niebem przeciętym wielkim, błyszczącym złotym 

łukiem..

- Łuk słoneczny promienieje - zauwaŜył Derkon - 

i jeśli popatrzycie trochę dłuŜej, zauwaŜycie nikły 

jasno-ciemny motyw. To moŜe być znak, Ŝe 

zwalniamy.

- Wierzę, Ŝe masz rację - odezwał się po chwili 

Dilvish.

Hodgson odszedł od okna i machnął rękami.

background image

- Całe to miejsce uległo zmianie - powiedział. - 

Rozejrzę się dokoła.

- A ja nie - oświadczył Dilvish i wrócił do barku.

Pozostali ruszyli za Hodgsonem, z wyjątkiem 

Blacka, który uniósł pysk i odwrócił łeb.

- Jeszcze trochę namiastki soku demonów, jeśli 

łaska - poprosił.

Dilvish napełnił czarę, a sobie nalał kolejny 

kielich wina.

Black wypił i spojrzał na Dilvisha.

- Obiecałem ci pomóc - mówił wolno - dopóki nie 

pozbędziemy się Jeleraka.

- Wiem - odparł Dilvish.

- I co teraz? Co teraz?

- Nie wiem.

- Jest kilka moŜliwości.

- Na przykład?

- To niewaŜne. NiewaŜne. WaŜna jest tylko ta, 

którą wybiorę.

- A którą wybrałeś?

- Wszystko jak dotąd toczyło się bardzo cieka-

wie. Wstyd byłoby zakończyć to w tym miejscu. 

background image

Jestem ciekaw, co się z tobą stanie, teraz, kiedy ta 

wielka siła napędowa twego Ŝycia została usunięta.

- ...a reszta naszej umowy?

Nie wiadomo skąd, kawałek złoŜonego pergami-

nu, przypieczętowany czerwonym woskiem w 

kształcie kopyta, upadł między nimi na posadzkę. 

Black schylił się i dmuchnął. Pergamin zginął w 

płomieniach.

- Właśnie uniewaŜniłem nasz pakt. Zapomnij o 

nim.

Dilvish otworzył szeroko oczy.

- W Piekle spotyka się najbardziej przeklętych 

ludzi - rzekł. - Czasami mam wątpliwości, czy 

naprawdę jesteś demonem.

- Nigdy nie powiedziałem, Ŝe nim jestem. 

- I co dalej? 

Black wybuchnął śmiechem.

- Nawet nie wiesz, jak blisko jesteś prawdy. Nalej 

mi resztę tego napoju. Potem pójdziemy poszukać 

konia tej damy. 

- Stormbirda Arlaty?

- Tak. Część wzgórza podróŜowała razem z na-

background image

mi, zatem jaskinia wciąŜ powinna tam być. Jelerak 

zdołał się tam dostać i przyprowadzić ją. My moŜemy 

zrobić to samo i uratować konia... Dziękuję ci.

Black pochylił łeb i pociągnął kolejny łyk. 

Stojący w oddali zegar wydał kilka osobliwych 

dźwięków

I zaczął zwalniać.

* * *

W wielkim, oprawionym w Ŝelazne ramy lustrze, 

które nie odbijało wszystkiego, co znajduje się w 

pokoju, pojawiła się jakaś postać. Holrun wyjrzał na 

zewnątrz, badając wzrokiem małą komnatę. 

Zadowolony, Ŝe jest pusta, zrobił krok naprzód.

Miał na sobie miękką, skórzaną kamizelkę 

narzuconą na ciemną, tkaną koszulę z haftowanymi 

mankietami. Spodnie z ciemnozielonej satyny wpu-

szczone były w czarne buty z szerokimi cholewami; 

skórzany pas wysadzany był ćwiekami, a z jego 

prawej strony zwisała krótka, posrebrzana pochwa 

na miecz.

Gdy przechodził przez pokój, usłyszał jakieś 

background image

głosy. Podszedł bliŜej i skrył się za drzwiami.

- Jest teraz znacznie mniejszy - powiedział męski 

głos.

- Tak, wszystko się zmieniło - dodał ktoś inny.

- A mnie się nawet podoba - rzekł głos pierwszy.

- Szkoda, Ŝe nie ma tu nic godnego splądrowania 

- za nasz trud.

- Ja będę szczęśliwa, jeśli tylko się stąd wydo-

stanę - usłyszał głos kobiety. - WciąŜ mam na sobie 

przerywaną linię.

- Nie będzie z tym problemu - odpowiedział głos 

męski - jak tylko się zatrzyma. Myślę, niebawem.

- Tak. Ale gdzie?

- Gdziekolwiek. Wystarczy, Ŝe będziemy Ŝywi.

- O ile nie zatrzyma się na pustyni, lodowcu czy 

na dnie oceanu.

- Mam wraŜenie - dobiegł go głos dziewczyny - Ŝe 

on wie, dokąd zmierza i zmienia się, - by dostosować 

się do nowego miejsca.

- Zatem - zabrzmiał pierwszy głos męski -jestem 

pewien, Ŝe polubię je.

Holrun pchnął drzwi i wyszedł na korytarz. Tam 

background image

czekały na niego dwa wyciągnięte ostrza i czerwona 

róŜdŜka.

- A zatem rozumiem, Ŝe państwo nie są zainte-

resowani powrotem do domu? - odezwał się, 

podnosząc ręce. - Skieruj róŜdŜkę w drugą stronę, 

dobrze? - dodał. - Zdaje mi się, Ŝe ją poznaję.

- Ty jesteś Holrun - rzekł Derkon, opuszczając 

pałeczkę - członek Rady.

- Ex-członek - poprawił go Holrun. - A gdzie 

szef?

- Masz na myśli Jeleraka? - spytał Hodgson. - 

Myślę, Ŝe nie Ŝyje. W rękach Starszych Bogów.

Holrun mlasnął językiem i przeciągnął oczami 

po komnacie.

- Nazywacie to miejsce zamkiem? Nie wygląda 

mi to na Ŝaden zamek. Co z nim zrobiliście?

- Jak się tu dostałeś? - zadał pytanie Derkon.

- Lustro. Jestem ostatnią osobą, która docenia 

jego znaczenie. Czy wasza trójka - to wszystko, co 

pozostało w tym miejscu?

- Byli teŜ inni - słudzy i temu podobni - wyjaśnił 

Hodgson - ale chyba wszyscy zniknęli. Zbadaliśmy to 

background image

miejsce i nikogo nie znaleźliśmy. Tak więc jesteśmy 

tylko my, Dilvish i Black...

- Dilvish jest tutaj?

- Tak. Zostawiliśmy go na dole.

- Chodźmy. PokaŜcie mi drogę.

Schowali miecze i poprowadzili go do schodów.

Nieco w dole poczuli silny przeciąg. Kiedy dotarli

na parter, zauwaŜyli, Ŝe byłe podwójne drzwi zmie-

niły się w potęŜne, pojedyncze wrota. Przejście stało 

otworem. Na zewnątrz panowała noc, a gwiazdy 

poruszały się znacznie wolniej. Kiedy wstało słońce, 

popłynęło wartko, ale nie popędziło w przestworza. 

Zdawało się nawet zwalniać na ich oczach. Zanim 

dotarło na środek nieba, dom zatrząsł się i słońce 

zamarło.

- Jesteśmy tu - zauwaŜył Hodgson - bez względu 

na to, gdzie jest to ,,tu". Spojrzał na zewnątrz i 

zmierzył wzrokiem zielony krajobraz na tle 

zamglonych gór. - Nie jest źle - dodał.

- Jeśli lubisz zieleninę - burknął Holrun wy-

chodząc na próg i rozglądając się dokoła.

Nadchodzili Dilvish z Blackiem prowadząc bia-

background image

łego konia.

- Stormbird - wykrzyknęła Arlata i rzuciła się 

pędem, by uścisnąć rumaka.

Dilvish uśmiechnął się i podał jej lejce.

- Na boga! - zaniepokoił się Holrun. - Chcecie, 

abym przeprowadził konia do mego świętego 

przybytku?

Arlata odwróciła się. Jej oczy płonęły.

- Pójdziemy razem albo wcale.

- Niech się dobrze sprawuje - polecił Holrun, 

kierując się w stronę domu. - Chodźcie.

- Ja nie idę - oświadczył Hodgson.

- Co? - zdziwił się Derkon. - Chyba Ŝartujesz!

- Skąd. Tu mi się podoba.

- Nic nie wiesz o tym miejscu.

- Podoba mi się jego wygląd - jego atmosfera. 

Jeśli mnie rozczaruje, zawsze mogę skorzystać z 

lustra.

- Kto by pomyślał, jedyny biały czarownik, 

którego lubiłem... No, cóŜ. Powodzenia.

Wyciągnął rękę.

- Czy pozostali, którzy chcą opuścić to miejsce, 

background image

mają zamiar pójść ze mną? - spytał Holrun. - Czeka 

mnie dziś sporo pracy.

Weszli do domu. Black stąpał mniej pewnie niŜ 

zazwyczaj.

Holrun zawrócił, podczas gdy inni podeszli do 

schodów.

- A więc to ty jesteś Dilvishem? - zapytał. 

- Zgadza się.

- Nie wyglądasz na takiego bohatera, jakiego 

sobie wyobraŜałem. Powiedz, czy rozpoznajesz tę 

róŜdŜkę, którą niesie Derkon?

- To Czerwona RóŜdŜka z Falkyntyne.

- Czy on o tym wie?

- Tak.

- Niech to diabli!

- Dlaczego „Niech to diabli"?

- Chcę ją dostać.

- MoŜe mógłbyś się z nim dogadać.

- MoŜe. Naprawdę widziałeś, jak Jelerak znik-

nął?

- Niestety tak. 

Holrun potrząsnął głową.

background image

- Muszę poznać całą historię, jak tylko wrócimy, 

aby potem przekazać ją Radzie. MoŜe znów się do 

nich przyłączę. Teraz ich durna polityka nie ma 

znaczenia.

Weszli po schodach, zbliŜyli się do komnaty 

lustrem i wkroczyli do środka. Holrun Przyprowadził 

ich pod zwierciadło i oŜywił zaklęcie.

- śegnajcie - powiedział Hodgson.

- Trzymaj się - rzucił Dilvish.

Holrun wkroczył do lustra. Armata uśmiechnęła 

się i pomachała Hodgsonowi. Następnie wraz z 

Dilvishem przeprowadziła Stormbirda przez szklaną 

taflę. Za nimi ruszył Derkon i Black.

Przez moment rzeczywistość zafalowała, powiało 

chłodem. Pojawili się w komnacie Holruma.

- Wyprowadźcie go! - rozkazał natychmiast 

Holrun. - Wyrzućcie tego konia na korytarz! Nie 

potrzebuję małych, brązowych śladów na moich 

pentagramach. No dalej! Jazda! Derkon! - zaczekaj 

moment! Przyglądałem się tej róŜdŜce. Chciałbym ją 

mieć w swojej kolekcji. Co byś powiedział na zamianę 

- róŜdŜka za jedną z Zielonych RóŜdŜek z Omalskyne, 

background image

Maskę Chaosu i worek pyłu marzeń z Frilian?

Derkon odwrócił się i spojrzał na przedmioty, 

które Holrun wyciągnął z szuflad.

- Och nie wiem… - zaczął.

Black pochylił się ku przodowi.

- Zielona róŜdŜka jest fałszywa - rzekł do 

Holruna.

- O czym ty mówisz? Ona działa. Zapłaciłem za 

nią krocie. Patrz pokaŜę ci…

- Widziałem, jak orginał zniszczony został w 

Sanglasso tysiąc lat temu.

Holrun opuścił róŜdŜkę, którą właśnie zaczął 

malować w powietrzu ogniste diagramy.

- Bardzo dobra podróbka - dodał Black.- Ale 

mogę ci zaprezentować, jak ją sprawdzić.

- Do diabła! - zaklą Holrun. - Niech tylko dorwę 

tego faceta. Powiedział mi…

- Ten pas mocy Murii równieŜ jest sfałszowany.

- Podejrzewałem to. Posłuchaj, czy mogę 

zaproponować ci pracę?

- To zaleŜy, jak długo tu pozostaniemy. Jeśli nie 

ma miejsca dla konia…

background image

- Znajdzie się ! Na pewno! Zawsze bardzo 

lubiłem konie!...

Na zewnątrz, w słabo oświetlonym korytarzu 

Armata przyglądała się Dilvishowi.

- Jestem zmęczona - szepnęła.

Skinął głową.

- Ja teŜ. Co będziesz robić po odpoczynku?

- Wracam do domu - odpowiedziała. - A ty?

Potrząsnął przecząco głową.

- Długo cię nie było w Krainie Elfów, prawda?

Uśmiechnął się, kiedy pozostali wyszli z 

komnaty.

- Za mną - polecił Holrun. - Tędy. Potrzebuję 

gorącej kąpieli. Jadła. I muzyki.

- Prawda - odezwał się Dilvish, idąc za nim 

tunelem - bardzo długo. O wiele za długo.

W tyle Black parsknął coś, czego nikt nie 

zrozumiał. Przed nimi zajaśniało światło. Ściany 

dokoła rzucały błyski. Kierowali się ku własnemu 

lądowi i wytchnieniu, a gdzieś na świecie śpiewaly 

czarne gołębice.

background image

KONIEC