background image

 

CAROL WOOD 

 

Zdążyć 

przed jesienią 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

- 1 -

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Doktor Kate Ross spojrzała nerwowo na zegarek, a potem na mały zegar 

cyfrowy umieszczony w desce rozdzielczej samochodu. Trzynasta dwadzieścia. 

Jeszcze tylko dziesięć minut. Za godzinę będzie po rozmowie wstępnej w 

sprawie nowej pracy. Wieczorem, wiedząc już, na czym stoi, spokojnie pomyśli 

o przyszłości. 

Westchnęła cicho. 

To westchnienie nie uszło uwagi Angeli Lawrence prowadzącej małego 

niebieskiego fiata główną ulicą Milchester, niewielkiego miasteczka pod 

Londynem. 

- Wyglądasz wspaniale, Kate - powiedziała, żeby podnieść koleżankę na 

duchu. - Odpręż się. 

Kate uśmiechnęła się, choć jej wielkie błękitne oczy nadal zdradzały 

zdenerwowanie. Jakie to szczęście, pomyślała po raz nie wiadomo który, mieć 

taką oddaną przyjaciółkę jak Angie. 

Przyjaźniły się od lat szkolnych i choć ich drogi życiowe jakiś czas temu 

się rozeszły, wciąż pozostawały w ścisłym kontakcie. 

Angie, mając osiemnaście lat, poznała i poślubiła Nicka. Wkrótce potem 

na świat przyszedł ich synek, Philip, i Angie, chcąc nie chcąc, poprzestała na 

dyplomie szkoły pielęgniarskiej. 

Kate poszła na studia medyczne i od czasu ich ukończenia pracowała w 

południowym Londynie, gdzie obie się wychowywały.  

Angie, dyplomowana pielęgniarka, mieszkała wraz z rodziną w 

Oxfordshire. Kiedy ośrodek zdrowia w Milchester, w którym pracowała, zaczął 

szukać kogoś na zastępstwo, napisała do Kate, bo wiedziała, że ta nosi się od 

jakiegoś czasu z zamiarem zmiany klimatu. 

R S

background image

 

- 2 -

- Mówisz, że lekarz, który ma zająć miejsce doktora Withycombe'a, 

przyjeżdża z tej Afryki Południowej jesienią? - spytała Kate. - A więc 

potrzebują kogoś na sześć miesięcy? 

Angie skinęła głową. 

- Tak. Od maja do października. 

Kate zamyśliła się. Od zerwania zaręczyn upłynęły już dwa lata i czasami 

dziwiła się sama sobie, że chce jej się jeszcze myśleć o przyszłości - o 

przyszłości bez Juliana. Ja nie uciekam, wmawiała sobie, chcę tylko odciąć się 

definitywnie od tego, co było, i zacząć wszystko od początku. 

Milchester miało być pierwszym krokiem na tej nowej drodze. Byleby 

tylko korzystnie wypaść na rozmowie wstępnej. Pełny etat w ośrodku zdrowia 

na pewno przywróciłby jej wiarę w siebie. 

- Doktor Buchan przeprowadził już rozmowy z kilkoma kandydatami - 

podjęła Angie - i żaden nie przypadł mu jakoś do gustu. Ale nie przejmuj się, na 

niego dzisiaj nie trafisz. Z tobą będzie rozmawiał Glyn Withycombe, a to równy 

facet. 

- No to chwała Bogu! - Kate odetchnęła z ulgą. Angie roześmiała się. 

- Nie, doktor Buchan też jest w porządku, kiedy go się bliżej pozna, tylko 

że świata nie widzi poza pracą... no i chłopcami. 

- Chłopcami? - Kate ściągnęła brwi. 

- Mhm - mruknęła Angie, skupiona w tym momencie na prowadzeniu 

samochodu. - Bliźniaki. Mają po trzynaście lat. 

Doktor Buchan jest wdowcem i praktycznie sam ich wychowywał. 

Niektórzy uważają go za pracoholika... Nie da się ukryć, że bardzo się angażuje 

w pracę. - Angie wzruszyła ramionami i zmieniła temat. - Słuchaj, jeśli Glyn cię 

zatrudni, to pokój Philipa jest do twojej dyspozycji, dopóki nie znajdziesz sobie 

odpowiedniego lokum. 

- Dzięki, Angie, to bardzo miło z twojej strony. 

R S

background image

 

- 3 -

Kate uśmiechnęła się ciepło do przyjaciółki. Dom Angie był zawsze pełen 

dzieci. Nawet jej mało wymagający mąż, Nick, narzekał często na zbytnie 

zagęszczenie. Philip miał trzynaście lat, a jego siostra Miriam dziewięć. Kate nie 

widziała tam jakoś miejsca dla siebie, ale tym będzie się martwiła, jeśli 

przebrnie przez rozmowę wstępną i posadę będzie miała zapewnioną. 

Kilka minut później podjeżdżały już pod ośrodek zdrowia. Był to 

nowoczesny, murowany budynek sąsiadujący z dużym parkingiem należącym 

do wznoszącego się nieopodal hotelu „Pod Czerwonym Lwem". 

Angie zaparkowała samochód na jednym z wolnych miejsc 

zarezerwowanych dla pracowników ośrodka. 

- Wszystko pójdzie dobrze - zapewniła jeszcze raz przyjaciółkę, gasząc 

silnik. - Z doktorem Withycombe'em można się dogadać, jest solą tej ziemi. No, 

idź już. Ja pozbieram tylko swoje manatki i zaraz do ciebie dołączę. 

Kate kiwnęła głową, wzięła głęboki oddech i pchnęła duże szklane drzwi 

ośrodka. Czy doktor Withycombe okaże wyrozumiałość dla przypadłości, na 

którą ostatnio cierpiała? Lekarze nadal nie przyjmowali do wiadomości istnienia 

jednostki chorobowej o nazwie myalgic encephalomyelitis - w skrócie ME - 

zwanej popularnie syndromem chronicznego zmęczenia. 

Wygładziła nerwowo kremową bawełnianą spódnicę średniej długości i 

poprawiła niebieską bluzkę. Lśniące włosy koloru miodu miała ściągnięte do 

tyłu i splecione w warkocz, w uszach połyskiwały dwa maleńkie kolczyki 

wysadzane perłami. 

- Muszę lecieć! Dzisiaj piątek i mam zajęcia z rzucającymi palenie - 

wysapała Angie, przebiegając obok niej. - Wyglądasz uroczo, Kate. 

Powodzenia... I pamiętaj o uśmiechu - dorzuciła, i już jej nie było. 

Kate została sama pośrodku wielkiej poczekalni. Rozejrzała się wokół 

ciekawie. Naprzeciwko głównych drzwi znajdowała się rejestracja podzielona 

przepierzeniami na cztery wyposażone w komputery boksy. Do każdego 

okienka stała kolejka, zaś pacjenci, którzy zapisali się już do lekarzy, siedzieli 

R S

background image

 

- 4 -

pod ścianami na kolorowych, tapicerowanych ławeczkach i krzesełkach, roz-

mawiając między sobą półgłosem albo przeglądając barwne czasopisma. 

Kate zaczęła właśnie liczyć drzwi odchodzące od poczekalni, kiedy ktoś 

dotknął jej łokcia. Obejrzała się. Za nią stał wysoki, ciemnowłosy, gładko 

ogolony mężczyzna w eleganckiej szarej koszuli i o kilka tonów ciemniejszym, 

bezpretensjonalnym krawacie. Patrzył na nią z góry szarymi oczami, trochę 

skonsternowany jej przedłużającym się milczeniem. 

- Doktor Ross? - zapytał głębokim głosem. 

- Doktor Withycombe? - wybąkała i natychmiast zdała sobie sprawę, że to 

nie może być Glyn Withycombe. 

Ten mężczyzna miał trzydzieści kilka lat i daleko mu było do wieku 

emerytalnego. 

- Nie, jestem Buchan, jego wspólnik. Glyn jest dzisiaj niedysponowany. - 

Wyciągnął rękę i Kate uścisnęła ją machinalnie, przypominając sobie z 

przerażeniem niezbyt entuzjastyczną opinię Angie o człowieku, który teraz 

przed nią stał. - Na imię mi Ben. Pani ma na imię Kate, o ile się nie mylę? 

Kiwnęła głową. 

- Tak. - Wyswobodziła palce z silnego uścisku jego dłoni i przekrzywiła 

pytająco głowę. - Przykro mi z powodu doktora Withycombe'a. Mam nadzieję, 

że to nic poważnego? 

- Nie, nie w tym rzecz - zapewnił ją czym prędzej Ben Buchan. - 

Glynowie od tygodnia opiekują się wnukami. Nigel zabawiał się dziś rano 

wbijaniem gwoździ w parkiet i jednym z nich przedziurawił biegnącą pod 

podłogą rurę centralnego ogrzewania, co spowodowało małą powódź. 

- Oto uroki bycia dziadkiem - skomentowała z uśmiechem Kate. 

- Dzięki Bogu, mnie to w najbliższym czasie nie grozi... - Urwał, bo w 

tym momencie zawołała go jedna z rejestratorek. Spojrzał w jej kierunku i 

uniósł rękę na znak, że już idzie. - To nie potrwa długo - zwrócił się znowu do 

Kate. - Proszę usiąść, zaraz wracam. 

R S

background image

 

- 5 -

Kate była jednak zbyt zdenerwowana, by siadać. Rozejrzała się po pełnej 

pacjentów poczekalni i napotkała wzrok kobiety w pięknym czerwono-złotym 

sari. Uśmiechnęły się do siebie. Dwoje studentów w kącie sali rozmawiało w 

jakimś obcym języku, chyba po japońsku. Kilka kobiet w średnim wieku za-

jmujących jedną z ławeczek prowadziło przyciszonymi głosami ożywioną 

konwersację; bez wątpienia wymieniały się plotkami. 

- To może oprowadzę panią po ośrodku - zaproponował doktor Buchan, 

stając znowu obok niej. Gdy kiwnęła głową, dodał: - Mamy tu sześć gabinetów 

lekarskich, po jednym na każdego członka zespołu - oznajmił, otwierając przed 

nią drzwi prowadzące do długiego, wyłożonego dywanem korytarza. - W tym 

pierwszym po prawej przyjmuje Glyn. 

Kate zajrzała do dużego, dobrze wyposażonego, tonącego w zieleni 

gabinetu. Zrobił na niej wrażenie. 

- Kiedy siedem lat temu kupowaliśmy z Glynem ten budynek - podjął 

doktor Buchan, prowadząc ją dalej korytarzem - był o wiele za duży jak na 

nasze potrzeby. Potem jednak miasto się rozrosło. Rok później dołączyła do nas 

Meg James, niedługo potem Damian Stewart. Bal Chandra i Rupert Greaves 

zostali naszymi wspólnikami stosunkowo niedawno. Pracują tu od około półtora 

roku. 

Zwiedzili jeszcze piętro, gdzie mieściły się pomieszczenia biurowe, salka 

przeznaczona na spotkania personelu oraz magazyn, po czym doktor Buchan 

zaprosił Kate do swojego gabinetu. Usiadła na krześle przeznaczonym dla 

pacjentów, a on za biurkiem. 

- Glyn mówił mi, że zna pani Angie Lawrence jeszcze z czasów 

szkolnych - powiedział - i że pracowała pani dotychczas głównie w 

wielkomiejskich przychodniach. Jak zrozumiałem, miała pani też przerwę w 

pracy zawodowej z powodu złego stanu zdrowia. 

Kate skinęła głową. 

R S

background image

 

- 6 -

- Trzy lata temu, wkrótce po skończeniu dwudziestu ośmiu lat, 

stwierdzono u mnie ME - oznajmiła. 

- To musiał być dla pani cios - rzekł, marszcząc brwi. 

- Tak - przyznała - zwłaszcza że miałam właśnie zostać wspólniczką w 

przychodni, w której pracowałam. Jednak uznałam, że w zaistniałej sytuacji 

uczciwiej będzie odrzucić tę ofertę i zamiast zostać wspólniczką, złożyłam 

wymówienie. 

- Kiedy ponownie podjęła pani pracę? 

- Wiosną zeszłego roku. Wzięłam pół etatu w zastępstwie znajomej, która 

poszła na urlop macierzyński. 

- Ale to było tylko pół etatu? - upewnił się. 

- Tak - przyznała - chociaż często pracowałam dłużej, zastępując innych 

członków zespołu, kiedy ci szli na urlop albo na zwolnienie. 

Doktor Buchan zamyślił się głęboko i atmosfera w gabinecie zauważalnie 

się ochłodziła. 

- Innymi słowy - podjął w końcu wyraźnie niepewnym tonem - Milchester 

byłby pani pierwszym pełnym etatem od stwierdzenia ME. Nie sądzi pani, że za 

wcześnie na objęcie takiego odpowiedzialnego stanowiska? 

Cisza, jaka zapadła, wydała się Kate ogłuszająca. Odniosła wrażenie, że 

grunt pali jej się pod nogami. Ten mężczyzna uważa, że ona nie nadaje się do tej 

pracy i wcale nie próbuje tego ukrywać. 

Zmusiła się do spojrzenia mu w oczy i energicznie potrząsnęła głową. 

- Należę do nielicznego grona szczęśliwców - odparła stanowczym tonem 

- którym w stosunkowo krótkim czasie udało się pokonać ME. Jestem teraz 

zupełnie zdrowa i zapewniam pana, że gdybym miała co do tego jakiekolwiek 

wątpliwości, nie byłoby mnie tutaj. 

Lekarz zacisnął usta i zmierzył ją wzrokiem. 

- Praca w naszym ośrodku jest bardzo wyczerpująca - powiedział chłodno. 

- Zapewniamy naszym pacjentom całodobową opiekę i staramy się to robić jak 

R S

background image

 

- 7 -

najsolidniej. Wierzę, że czuje się pani w pełni wyleczona i podziwiam panią za 

chęć tak szybkiego powrotu do zawodu, ale wątpię, żeby Milchester było teraz 

dla pani miejscem najodpowiedniejszym. No i... - odchylił się na oparcie fotela - 

szkoda zdrowia dla posady, która nie gwarantuje pani większych perspektyw. Za 

pół roku przyjeżdża z Afryki mój kolega, który przejmie obowiązki doktora 

Withycombe'a. Potrzebujemy kogoś na zastępstwo tylko do października. 

Kate była zdruzgotana. Wyglądało to na grzeczną, lecz zdecydowaną 

odmowę. Skinęła powoli głową. 

- Tak, wiem, Angie mi mówiła. 

Żałowała teraz, że dała się namówić Angie do starania się o tę posadę. 

Wstała i wyciągnęła rękę. 

- Dziękuję, że poświęcił mi pan swój czas, doktorze Buchan - rzekła 

sztywno. 

- Mam na imię Ben - przypomniał, podnosząc na nią wzrok. 

- Już pani wychodzi? 

- Wydaje mi się, że niewiele zostało do dodania. Jego uśmiech wprawił ją 

w zdumienie. 

- Proszę siadać. Przepraszam, jeśli panią czymś uraziłem, ale chyba lepiej, 

żebyśmy na początek wyjaśnili sobie szczerze, na czym stoimy. 

- Na początek? - powtórzyła zdezorientowana. Zaczekał, aż usiądzie, a 

potem podjął: 

- Wiem, że ze swoimi kwalifikacjami przydałaby się nam pani bardzo, 

niepokoi mnie tylko ten ME, z którego dopiero niedawno się pani wyleczyła. 

- Od świąt Bożego Narodzenia nie miałam żadnych nawrotów! - 

zaprotestowała. Nie wiedziała już, czy doktor Buchan proponuje jej pracę, czy 

chce tylko podyskutować o ME. - Czuję się teraz zupełnie dobrze. 

Milczał przez chwilę, gładząc dłonią podbródek. Gdy Kate uznała, że nie 

zniesie tego dłużej i chciała znowu wstać, odezwał się: 

- Jest jeszcze jeden problem - powiedział. - Mieszkanie.  

R S

background image

 

- 8 -

Kate oniemiała.  

Czyżby to oznaczało, że jednak jest skłonny ją zatrudnić? Zdobyła się na 

wysiłek i wzięła się w garść. 

- Mieszkanie? Cóż... - zająknęła się - są chyba w Milchester jakieś 

agencje wynajmu mieszkań? 

Wzruszył bez przekonania ramionami. 

- Solidna jest tylko jedna. Lassiterowie... - Zawiesił na chwilę głos. - 

Może coś by pani u nich znalazła, ale wszystko, co jest w Milchester do 

wynajęcia, wygląda tak, jakby najlepsze czasy miało już za sobą. No nic, dam 

pani ich adres - westchnął i sięgnął po pióro. 

Oszołomiona Kate odetchnęła głęboko. 

- Mam przez to rozumieć, że przyjmuje mnie pan na to zastępstwo? 

Spojrzał na nią, przekrzywiając głowę. 

- Chyba się pani nie rozmyśliła? Kate na chwilę zaniemówiła. 

- Nnno... nie - wykrztusiła, kręcąc głową. Uśmiechnął się i podał jej 

karteczkę z adresem agencji. 

- Witamy w naszym ośrodku w Milchester, doktor Ross.  

Zamrugała zaskoczona.  

Dopiero po chwili dotarło do niej znaczenie tych słów. Przełknęła z 

trudem ślinę i chciała podziękować, ale w tym momencie zadzwonił telefon. 

Mężczyzna odebrał, a ona miała okazję ochłonąć i oswoić się z myślą, że jest 

teraz lekarzem ośrodka zdrowia w Milchester. 

- To mój syn - wyjaśnił Ben, odkładając słuchawkę. - Znowu zapomniał 

kluczy. - Otworzyły się drzwi. - Wejdź, Toby. To doktor Ross. - Wskazał na 

Kate. - Będzie zastępowała doktora Withycombe'a do przyjazdu doktora 

Neilsona. 

Toby Buchan miał takie same jak ojciec lśniące czarne włosy i 

srebrzystoszare oczy. Był mniej więcej wzrostu Kate, lecz przykrótkie rękawy 

kurtki świadczyły, że wciąż jeszcze rośnie. 

R S

background image

 

- 9 -

- Cześć - mruknął i wyciągnął rękę. 

- Cześć, Toby! - rzekła Kate, ściskając dłoń chłopca. Ben sięgnął do 

kieszeni, wyjął breloczek z kluczami i odczepił od niego jeden. 

- Proponuję, żeby pierwsze kroki skierowała pani do Lassiterów - 

powiedział, spoglądając na Kate. - To niedaleko, jakieś piętnaście minut 

spacerkiem stąd. 

- Idę w tamtą stronę - wtrącił Toby, biorąc od ojca klucz. - To po drodze 

do domu. Mogę pani pokazać, gdzie to jest. 

Dwadzieścia minut później Kate, wciąż podniecona pozytywnym 

wynikiem rozmowy wstępnej, wychodziła w towarzystwie Toby'ego z budynku 

ośrodka. Załatwienie formalności odbyło się nadzwyczaj sprawnie. Nie chciało 

jej się wierzyć, że wszystko już ma poza sobą i w poniedziałek o ósmej rano za-

czyna pracę. 

- Na pewno masz czas, Toby? - spytała idącego obok chłopca. - To nie 

takie pilne. I tak na jakiś czas zatrzymam się u pani Lawrence. Wizytę u 

Lassiterów mogę odłożyć do jutra. 

- U mamy Phila Lawrence'a? - ożywił się Toby. - Znam Phila. 

Chodziliśmy razem do podstawówki. 

- No proszę, jaki ten świat mały. 

Lody zostały chyba przełamane, bo Kate, nim się obejrzała, odpowiadała 

już na grad pytań. Nie, nie jest zamężna, do tej pory mieszkała i pracowała w 

Londynie, nie ma dzieci. Ta ostatnia informacja najbardziej zaintrygowała 

chłopca. 

- A pani rodzice? - spytał, kiedy zbliżali się do centrum miasteczka. - Oni 

też mieszkają w Londynie? 

Kate spoważniała i pokręciła głową. 

- Nie, Toby. Od dawna nie żyją. Zginęli w wypadku samochodowym, 

kiedy miałam pięć lat. 

- Pani też była w tym samochodzie? 

R S

background image

 

- 10 -

- Nie. Zostawili mnie wtedy u sąsiadki. 

Zatrzymali się i odwrócili do siebie. Toby upuścił szkolny plecak na 

ziemię i zmarszczył czoło. Jego następne pytanie trochę ją zaskoczyło. 

- A pamięta pani, jak wyglądali? 

Nie odpowiedziała od razu. Spróbowała przywołać z pamięci twarze 

matki i ojca. 

- Przyznam, że nie bardzo - powiedziała w końcu. - To było tak dawno, 

Toby, że nie jestem nawet pewna, czy pamiętam ich z natury, czy z fotografii. 

Wiem, że ojciec był bardzo wysoki i szczupły, a matka miała jasne włosy i 

niebieskie oczy. 

- Jak pani? 

- Tak - przyznała z uśmiechem. - Chyba tak. 

Toby podniósł z ziemi plecak, przerzucił go sobie przez ramię i ruszyli 

dalej. 

- A co było po wypadku? - spytał po paru krokach. 

- Nie miałam żadnej rodziny, trafiłam więc do sierocińca. Po jakimś 

czasie adoptowało mnie pewne małżeństwo lekarzy, którzy nie mogli mieć 

własnych dzieci. 

Toby słuchał jej w milczeniu i odezwał się dopiero kiedy zatrzymali się 

przed agencją Lassiterów. 

- Nasza mama też zginęła w wypadku - powiedział. - Na żaglówce. Bom 

uderzył ją w głowę, straciła przytomność i już jej nie odzyskała. Ja i Tom 

mieliśmy wtedy po cztery lata, a więc też nie bardzo pamiętamy, jak wyglądała. 

- Wzruszył ramionami i zerknął na oszkloną witrynę agencji. - Jeśli pani chce, to 

zaczekam tu na panią. 

Kate skinęła głową i weszła do agencji. Urzędniczka zapisała jej dane i 

dała dwa adresy, uprzedzając jednak z góry, że jej zdaniem żadna z tych kwater 

raczej nie będzie Kate odpowiadała. 

R S

background image

 

- 11 -

Dwadzieścia minut później okazało się, że miała rację. Stali przed 

okropną ruderą o obłażących z farby ramach okiennych i drzwiach. 

- Rany, ale ruina - orzekł Toby. 

Kate przemknęło przez myśl, że w porównaniu z posesjami, jakie spotkać 

można w niektórych dzielnicach Londynu, dom nie jest jeszcze taki straszny, ale 

też nie wyobrażała sobie mieszkania w czymś takim, choćby tylko przez sześć 

miesięcy. 

Drugi dom proponowany przez agencję był w jeszcze bardziej opłakanym 

stanie i Kate zaczęła tracić nadzieję. Może Ben Buchan miał jednak rację i 

znalezienie odpowiedniego lokum okaże się niemożliwe. Tymczasem nie mogła 

przecież mieszkać u Angie przez cały okres swojego pobytu w Milchester. Nie 

wypada. 

Z tych niewesołych refleksji wyrwał ją głos Toby'ego. 

- Pić mi się chce - oznajmił chłopiec. - Tu zaraz za rogiem jest boisko do 

krykieta i pawilon. Może wstąpimy? 

- Chętnie. 

Kate westchnęła i ruszyła za Tobym wąską uliczką. Widok ładnego 

edwardiańskiego pawilonu i ludzi wygrzewających się w słońcu na trawniku 

obok poprawił jej humor. Kupiła dwie mrożone lemoniady i wraz z Tobym 

usiedli na trawie w cieniu rozłożystego drzewa. 

Toby'emu rozwiązał się język. Opowiedział jej o pani Howard, 

gospodyni, która zajmowała się ich domem i mieszkała w przybudówce. 

Poinformował, że on sam, jego brat bliźniak Tom, Philip Lawrence i jeszcze 

jeden chłopiec nazwiskiem Peter Frost tworzyli w podstawówce nierozłączną 

grupkę przyjaciół, i że na boisku do krykieta, przy którym teraz siedzą, od-

bywało się kiedyś wiele meczów szkolnych drużyn. 

- Tom poszedł dzisiaj na trening squasha - ciągnął Toby, popijając 

lemoniadę - i zabrał klucz od domu. A pani Howard pojechała w odwiedziny do 

wnuków i wróci dopiero wieczorem. Ostatnio zgubiliśmy trzy klucze i tata 

R S

background image

 

- 12 -

trochę się zezłościł. Zapowiedział, że od teraz za każdy nowy klucz będziemy 

musieli płacić. 

Kate roześmiała się. Ten chłopiec dał się lubić i dobrze się czuła w jego 

towarzystwie. Rozstała się z Tobym na głównej ulicy i po paru minutach była 

już z powrotem na parkingu przed ośrodkiem. Angie wychodziła właśnie z 

budynku. 

Spotkały się przy samochodzie. 

- Zaczynam w poniedziałek - pochwaliła się Kate przyjaciółce, nie kryjąc 

podniecenia. 

Angie uściskała ją. 

- A nie mówiłam? Glyn to równy facet! 

- Wierzę na słowo, ale go dzisiaj nie było. Rozmawiałam z doktorem 

Buchanem. 

Angie gwizdnęła przez zęby. 

- No i jak było? 

Kate wsiadła do fiata i z westchnieniem ulgi zatrzasnęła za sobą 

drzwiczki. 

- No więc zatrudnił mnie, ale dał do zrozumienia, że jego zdaniem mogę 

nie podołać. 

- Coś takiego! - Angie, unosząc brwi, zapaliła silnik. - Wyobraź sobie, że 

jest starszym wspólnikiem, a my mimo to niewiele wiemy o jego przeszłości. 

Tyle tylko, że był kiedyś żonaty i żona umarła, kiedy chłopcy byli mali. Aha, 

jest jeszcze ten romans z Mary Graham! 

- Mary Graham? - powtórzyła powoli Kate. Angie kiwnęła głową. 

- Doktor Mary Graham. Pracuje w przychodni po drugiej stronie 

Milchester. Znają się od lat. Wszyscy mówią, że ślub za pasem. 

Kate poczuła dziwny ucisk w żołądku. 

- Czyli to coś poważnego? 

Angie uśmiechnęła się i zerknęła na nią spod oka. 

R S

background image

 

- 13 -

- A co? Spodobał ci się? Kate spłonęła rumieńcem. 

- Skąd - zaprzeczyła, lecz chyba zbyt pośpiesznie, bo brwi Angie znowu 

powędrowały w górę. - Pytam z ciekawości. 

- No to witaj w klubie! - Angie zachichotała i ku wielkiej uldze Kate 

skupiła się na prowadzeniu samochodu. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

W poniedziałek Kate ruszyła spod domu Angie o siódmej trzydzieści i za 

piętnaście ósma była już pod ośrodkiem. Zaparkowała między mercedesem a 

vauxhallem kombi. 

Lesley Shore, rejestratorka, którą poznała w piątek, otwierała właśnie 

główne drzwi. Była mniej więcej rówieśniczką Kate i miała rade, krótko obcięte 

włosy. Na widok Kate uśmiechnęła się serdecznie. 

- Dzień dobry, doktor Ross. Proszę wejść. Kawa już się parzy. 

- Dziękuję, Lesley. Jestem pierwsza? - Kate podeszła za Lesley do 

okienek rejestracji. 

- Nie, są już rejestratorki z porannej zmiany i Maureen Day, nasza 

dyrektorka, a z lekarzy doktor Buchan, bo miał przez cały weekend dyżur pod 

telefonem. Pan doktor Greaves i pani doktor James przychodzą dopiero o ósmej 

trzydzieści. 

Kate kiwnęła głową. 

- Czy potrafisz mi powiedzieć, jak wygląda mój rozkład dyżurów na ten 

tydzień? 

Lesley pokręciła głową. 

- Maureen nie wywiesiła jeszcze harmonogramu. Gdy to zrobi, przyniosę 

pani kopię. 

- Dziękuję, Lesley. 

R S

background image

 

- 14 -

Kate przeszła wolnym krokiem przez pustą o tej porze poczekalnię, 

otworzyła znajome drzwi i ruszyła ciągnącym się za nimi korytarzem. 

Zatrzymała się przed gabinetem Bena i zapukała cicho. Kiedy zza drzwi dobiegł 

jego głos, wzięła głęboki oddech i weszła do środka. 

Ben siedział za biurkiem i wpatrzony w monitor komputera przebierał 

palcami po klawiaturze. 

- Dzień dobry, Kate - powiedział, nie podnosząc na nią wzroku. - Usiądź, 

zaraz kończę. 

Gdy się uśmiechnął, w kącikach jego oczu pojawiła się siateczka 

drobnych zmarszczek. Kate trochę nerwowo wygładziła spódnicę 

bladobłękitnego letniego kostiumu i usiadła na krześle. 

Ben jeszcze przez chwilę stukał w klawisze, a potem odwrócił się od 

komputera i spojrzał na nią. 

- Toby mówił mi, że nic nie załatwiłaś u Lassiterów - powiedział. 

- Na razie nic - przyznała - ale dali mi jeszcze jeden adres. - Sięgnęła do 

torebki i wyjęła notes. - Wolnostojący dom z dwiema sypialniami w Hillsend. 

Ben ściągnął brwi. 

- Nie zawracałbym sobie tym głowy. W Hillsend nie jest ostatnio 

spokojnie. Połowa domów stoi pusta. 

- Naprawdę? - spytała z rozczarowaniem w głosie. - A więc miałeś rację. 

Trudno tu wynająć coś porządnego. Może spróbuję pod miastem. 

Pokręcił z powątpiewaniem głową. 

- Będziesz miała trudności z dojazdem do Milchester, kiedy wypadnie ci 

dyżur pod telefonem. - Zamilkł na chwilę i zamyślił się. Potem wstał powoli i 

wskazał na drzwi. - No nic, chodźmy teraz do gabinetu Glyna. Dzisiaj możesz w 

nim przyjmować, bo doktor Withycombe przez te dwa tygodnie, jakie pozostały 

mu do odejścia, będzie tak zwanym „wolnym strzelcem". 

Wprowadził ją do gabinetu przechodzącego na emeryturę lekarza i 

wskazał ruchem głowy biurko. 

R S

background image

 

- 15 -

- Znajdziesz tu chyba wszystko, co ci potrzebne - powiedział, wysuwając 

kolejno szuflady i przeglądając ich zawartość. 

- Rzuciłem okiem na listę twoich pacjentów, którzy zapisali się na wizytę 

w piątek i w sobotę. 

- Czy wiedzą, że trafią do mnie, a nie do doktora Withycombe'a? - 

spytała. 

- O, tak. Byli o tym informowani w rejestracji. 

Kate rozejrzała się z podziwem po dużym pokoju. Szerokie, zaopatrzone 

w pionowe żaluzje okna, wygodny, skórzany fotel obrotowy za biurkiem, w 

rogu nieodłączna kozetka. 

- Jeśli wszystko dobrze pójdzie... - Zawahał się. - To znaczy, jeśli na 

koniec powiedzmy przyszłego tygodnia uznasz, że praca u nas ci odpowiada... 

- Zapewniam cię, że ani mi w głowie dezercja - przerwała mu w pół słowa 

Kate, rumieniąc się. Najwyraźniej nadal wątpił, że da sobie radę. - Jestem 

przekonana, że się tutaj odnajdę - dorzuciła spokojniejszym już tonem. - Daj mi 

tylko trochę czasu i okaż nieco zaufania. 

- No więc dobrze... - wybąkał, odwracając wzrok. - Jeśli podoba ci się 

gabinet Glyna, to oczywiście możesz w nim pracować. Aha, w przerwie na 

lunch czeka cię spotkanie personelu. Będziesz miała okazję poznać cały zespół. 

Kate kiwnęła głową i odprowadziła wzrokiem wychodzącego Bena. 

Kiedy drzwi się za nim zamknęły, odetchnęła głęboko. 

Bez względu na to, co Ben Buchan o niej teraz myśli, postara się dowieść 

swojej wartości. 

Odczytała wskazanie termometru i spojrzała na siedzącego przed nią 

siedmiolatka. Był trzecim z długiej listy zapisanych do niej na ten dzień 

pacjentów. 

- Przestań się drapać, Sean! - Denise Markham rzuciła gniewne spojrzenie 

synkowi, który małymi paluszkami pocierał wysypkę na rękach. 

R S

background image

 

- 16 -

Kate podciągnęła koszulkę Seana i jej oczom ukazały się kolejne kolonie 

czerwonych plamek. 

- Od dawna to ma? - spytała, zerkając na matkę. Denise Markham 

wzruszyła ramionami. 

- Od jakichś czterech, pięciu dni. Najpierw pomyślałam, że to od słońca, 

bo ostatnio było gorąco. Ale dzisiaj rano zauważyłam, że ma te krostki również 

za uszami. Rozdrapał je w nocy. Może to pchły od kota? 

- Masz kotka? - spytała Kate, spoglądając z uśmiechem na Seana. - Jak się 

nazywa? 

- Kopeć - odparł malec. - Ale on nie ma pcheł. Kate kiwnęła głową i 

opuściła koszulkę chłopca. 

- Tak, Kopeć tu nie zawinił - zapewniła go, wracając za biurko. - Sean ma 

wietrzną ospę, pani Markham... 

Przerwało jej pogardliwe prychnięcie kobiety. 

- Przecież nie jest chory! 

- Owszem, może to tak wyglądać, ale ma podwyższoną temperaturę. 

Przepiszę mu paracetamol na zbicie gorączki. Swędzenie powinny złagodzić 

chłodne kąpiele i nacieranie roztworem galmanu. 

- I mówi pani, że to wietrzna ospa? - spytała z powątpiewaniem matka 

chłopca. - Nie słyszałam, żeby w szkole ktoś na nią ostatnio chorował. 

Kate skończyła wypisywać potrzebne recepty, wstała i wyszła zza biurka. 

- Proszę nie posyłać Seana do szkoły, dopóki nie odpadnie ostatni strupek. 

A więc przez siedem do dziesięciu dni. 

- Dziesięć dni?! Aż tyle? A co z moim młodszym synem, Markiem? Ma 

sześć lat. Czy mógł się od niego zarazić? 

- Całkiem możliwe. Dla bezpieczeństwa proszę obu położyć na tydzień do 

łóżek. 

- A nie może im pani przepisać jakichś antybiotyków? Kate zawahała się. 

R S

background image

 

- 17 -

- Jest lek o nazwie acyclovir, ale podaje się go tylko w wyjątkowych 

przypadkach. 

Matka chłopca ściągnęła brwi. 

- To mówi pani, że nie może, albo nie chce, przepisać mi lekarstwa na 

wysypkę Seana? 

- Proszę pani, wietrzną ospę przechodzi w dzieciństwie większość ludzi i 

jest to zupełnie normalne. O wiele groźniejsza jest dla osób, które zapadają na 

nią w późniejszym wieku, zwłaszcza dla kobiet w ostatnim okresie ciąży. 

- No a gdybym była w ciąży? - zapytała wyzywająco Denise. - Wtedy by 

im coś pani przepisała? 

- A jest pani w ciąży? 

- Nie. Ale pracuję i nie mogę brać zwolnień. Kate pokiwała głową. 

- Tak, rozumiem... 

- Nic pani nie rozumie - przerwała jej kobieta. - Łatwo pani doradzać, 

żebym ich nie posyłała do szkoły, a z kim ja ich zostawię? 

W tym momencie zadzwonił telefon. Gdy Kate sięgała po słuchawkę, 

Denise Markham wstała, chwyciła Seana za rękę i bez słowa ruszyła do drzwi. 

- Proszę chwileczkę zaczekać! - zawołała za nią Kate, zasłaniając 

mikrofon dłonią, ale Denise wyszła, trzaskając głośno drzwiami. 

W słuchawce rozległ się głos Lesley. Poinformowała Kate, że następny 

dyżur ma dzisiaj o czwartej po południu, a co do kolejnych to nie wiadomo, bo 

Maureen nie skończyła jeszcze harmonogramu. Kate podziękowała i odłożyła 

słuchawkę. Incydent z Denise Markham wyprowadził ją trochę z równowagi. 

Następną pacjentką była Sheila Dobson. Skarżyła się, że puchną jej stopy 

i ma przez to trudności z włożeniem butów, a kiedy już je włoży, cisną ją. Kate 

obejrzała stopy kobiety. Nie stwierdziła opuchlizny, zauważyła za to zaczątki 

tworzących się odcisków. 

- Może powinna pani zmienić numer obuwia - poradziła. 

R S

background image

 

- 18 -

- Całe życie noszę siódemkę i dotychczas mnie nie uwierały - obruszyła 

się pani Dobson. - Jeszcze kilka miesięcy temu były idealne. Może to przez te 

upały. 

- Skieruję panią do pedikiurzystki, może ona coś doradzi. Czy poza tym 

nic pani nie dolega? 

- Nie, tylko czasami boli mnie głowa. Chyba muszę zmienić okulary. Bo 

ja jestem księgową, pani doktor, i wzrok mi się coraz bardziej psuje od tego 

ślęczenia nad papierami. 

- Wie pani co? - rzekła Kate po chwili zastanowienia. - Proszę przyjść do 

mnie jeszcze raz po skonsultowaniu się z pedikiurzystką. Zobaczymy, czy 

czegoś nie przeoczyłyśmy. 

Zadzwoniła do Lesley i poprosiła ją o zapisanie pani Dobson na następną 

wizytę. Sama nie wiedziała, dlaczego to robi, ale coś jej się tu nie podobało i 

chciała jeszcze raz zobaczyć tę pacjentkę. 

O pierwszej zadzwoniła druga rejestratorka, Tina Wyle, z informacją, że 

nikt już nie czeka i że za chwilę rozpoczyna się spotkanie personelu. 

W sali posiedzeń Ben przedstawił jej Meg James, wysoką, dobrze 

zbudowaną, zadbaną kobietę w wieku około pięćdziesięciu lat. Podały sobie 

ręce. Meg zrobiła na Kate korzystne wrażenie, tak samo Rupert Greaves, 

rudowłosy kawaler po trzydziestce. Na sali byli też Angie, Glyn Withycombe i 

ciemnoskóry Bal Chandra. Maureen Day wniosła kanapki dostarczone z po-

bliskiej restauracji. 

Jako ostatni wszedł wysoki blondyn. Angie ścisnęła Kate za rękę. 

- To Damian - szepnęła jej na ucho. - Pamiętasz? Opowiadałam ci o nim. 

Straszny z niego kobieciarz. Założę się, że zaraz tu podejdzie. 

I rzeczywiście, Damian od razu do nich podszedł, by się przedstawić. 

Zaczęli rozmawiać, ale Kate zerkała co chwila ponad jego ramieniem na Bena 

Buchana gawędzącego w drugim końcu sali z kolegami. 

R S

background image

 

- 19 -

I nagle ich oczy się spotkały. Kate zaczerwieniła się jak nastolatka, serce 

zabiło jej szybciej. Nie była w stanie uciec ze wzrokiem w bok, trwało to całą 

wieczność. 

W końcu jej się udało. Spojrzała na Damiana, który patrzył na nią 

wyczekująco. Pewnie zadał przed chwilą jakieś pytanie i chciał usłyszeć 

odpowiedź. Z kłopotu wybawiła ją Angie, odpowiadając za nią. 

Kilka minut później podszedł do nich Ben i zwracając się do Kate, 

powiedział: 

- Wyjeżdżam zaraz na wizyty domowe - zerknął na zegarek - między 

innymi do dwojga pacjentów z przewlekłymi dolegliwościami. Dobrze by było, 

gdybyś pojechała ze mną. Jeśli zostaniesz kiedyś do nich wezwana, będziesz 

przynajmniej miała jakieś pojęcie o historii ich chorób. 

Czas do następnego dyżuru, który wypadał jej o czwartej, Kate zamierzała 

spędzić w swoim gabinecie na przeglądaniu notatek i organizowaniu sobie 

miejsca pracy, ale ton, jakim Ben wygłosił swą uprzejmą przemowę, nie 

pozostawiał wątpliwości, że propozycja jest z gatunku tych nie do odrzucenia. 

Pięć minut później stała już obok Angie w toalecie i patrzyła w lustro nad 

umywalką, zżymając się, że daje tak sobą dyrygować. Mimo wszystko był to jej 

pierwszy dzień i powinna mieć czas na przygotowanie się do popołudniowego 

dyżuru. 

Napotkała w lustrze wzrok Angie. 

- No i co myślisz o naszym Pięknym Damianie? - spytała Angie z 

przekornym uśmiechem. - Tylko bez wykrętów! 

- Tak go nazywacie? Piękny Damian? Angie kiwnęła głową. 

- Musisz przyznać, że przystojniak z niego. Kate roześmiała się. 

- Dla mnie wygląda nieszkodliwie, Angie. 

- Jego dwie byłe żony też tak myślały - powiedziała Angie i zachichotała - 

zanim się z nim rozwiodły. 

- Dwie? - Kate zrobiła wielkie oczy, udając przerażenie. 

R S

background image

 

- 20 -

- To ile on ma lat, na miłość boską? 

- Dobija do czterdziestki, dasz wiarę? Jest o dwa lata starszy od doktora 

Buchana. No ale Buchan ma bliźniaków na wychowaniu, a dzieci odciskają się 

na twarzy - jak to widać na załączonym obrazku. 

Słuchając jednym uchem trajkoczącej Angie, Kate poprawiła sobie 

makijaż. 

- Jest trochę podobny do Michaela Douglasa, nie uważasz? - spytała 

Angie, kiedy Kate chowała kosmetyczkę do torebki. 

- Tak, chyba tak - mruknęła Kate bez przekonania. 

Nie przyjrzała się dobrze twarzy Damiana, bo zbyt absorbował ją ktoś 

inny! 

- Ty mnie w ogóle nie słuchasz. - Angie znowu zachichotała, lecz szybko 

spoważniała. - Chyba nie myślisz wciąż o tym mydłku Julianie? 

- O Julianie? Skąd! - Dopiero teraz Kate uświadomiła sobie, że przez całe 

trzy ostatnie dni ani razu nie pomyślała o Julianie. Coś niebywałego! 

- Znajdziesz sobie kogoś innego, zobaczysz - powiedziała Angie. - Byleby 

to nie był Damian Stewart. 

Kate uśmiechnęła się. 

- Bez obawy, mężczyźni mi teraz nie w głowie. Angie położyła jej rękę na 

ramieniu. 

- Masz za sobą trudny okres, Kate. Nie doszłaś jeszcze do siebie. Bądź 

ostrożna, dobrze? 

- Dobrze, mamusiu - odparła Kate z udawaną powagą.  

Roześmiały się obie, lecz Kate musiała przyznać w duchu, że Angie ma 

rację. Nie doszła jeszcze do siebie po zerwaniu z Julianem, który był mężczyzną 

jej życia. Czuły, dobrze zarabiający, elokwentny. I chyba ją kochał. Kiedy się 

zaręczyli i zamieszkali razem, myślała, że ślub już niedługo. Jakże się myliła! 

Julian był prawnikiem i prowadził bogate życie towarzyskie. Kate przywykła do 

roli hostessy na wystawnych przyjęciach i wieczornych koktajlach, które 

R S

background image

 

- 21 -

wydawał. Z początku imponowało jej nawet i pochlebiało, że taki ktoś chce się z 

nią pokazywać publicznie. Szybko jednak okazało się, że ten tryb życia koliduje 

z jej pracą. 

Najbardziej obawiała się weekendów na łodzi motorowej Juliana 

zacumowanej na Tamizie. Pracowała w dużej przychodni zdrowia i często 

wypadały jej dyżury pod telefonem. Coraz częściej dochodziło do kłótni. 

Gwoździem do trumny stała się jej choroba. Nie mogła już błyszczeć na 

przyjęciach Juliana i ich związek zaczął się powoli rozpadać. 

Wzdrygnęła się, wspominając dzień, w którym Julian ni z tego, ni z 

owego oznajmił, że się wyprowadza. Od tamtego czasu minęły już dwa lata i 

dopiero teraz zaczynała dochodzić do siebie. W Milchester widziała szansę na 

powrót do zawodu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie perspektywa spędzenia 

tego popołudnia pod krytycznym okiem Bena Buchana. 

Kate ściągnęła brwi, kiedy Ben skręcił w długą ulicę, przy której po obu 

stronach stały brzydkie i zaniedbane budynki mieszkalne. 

- To Gower Estate, niezbyt okazała dzielnica - powiedział. - Sanjay i 

Maneka Sarkarowie spodziewają się pierwszego dziecka. Maneka jest w 

szesnastym tygodniu ciąży, a dwa razy już poroniła. Mieszkają w fatalnych 

warunkach. Winda w ich budynku jest przeważnie popsuta, a strome i 

zniszczone schody to istny koszmar. 

Pomazane sprayem ściany i stojące przy krawężnikach wraki 

samochodów robiły przygnębiające wrażenie. 

- Jest szansa, że Sanjay dostanie wkrótce mieszkanie w okolicach 

Heathrow - ciągnął Ben, kiedy zatrzymywali się pod wysokościowcem w 

północnej części dzielnicy. - Pracuje na lotnisku i złożył podanie o przydział 

lokalu służbowego. 

Nie zwracając uwagi na bezczelne zaczepki kilku wyrostków palących 

papierosy i pociągających piwo z puszek, weszli do budynku. Winda, jak to 

wykrakał Ben, nie działała. Wdrapali się cuchnącą klatką schodową na piąte 

R S

background image

 

- 22 -

piętro i zatrzymali przed pomalowanymi na niebiesko drzwiami mieszkania 

państwa Sarkarów. 

Ben zapukał i po chwili drzwi otworzył im młody mężczyzna, który 

szeroko uśmiechnął się na ich widok. 

- Doktor Buchan! Zapraszam, zapraszam. 

- To jest doktor Ross, panie Sarkar - wyjaśnił Ben. - Przyszła do nas na 

zastępstwo. 

- Bardzo mi miło, pani Ross. Może pozwolą państwo do sypialni... 

Na ścianach wąskiego korytarzyka, którym szli, Kate zauważyła 

egzotyczne wschodnie ryciny, niektóre naprawdę piękne. Maneka Sarkar, 

opatulona w szlafrok, leżała na podwójnym łóżku w małej sypialni. Nogi 

trzymała na poduszkach, na stopach miała gustownie wyszywane bambosze. 

- Dzień dobry, doktorze Buchan - powiedziała i zerknęła niepewnie na 

Kate. - Przepraszam, że nie otworzyłam państwu drzwi. Odpoczywałam. 

- Nic nie szkodzi - odparł Ben i wskazał na Kate. - To moja 

współpracowniczka, doktor Ross. - Przysiadł na łóżku i wyjął stetoskop. 

- Proszę usiąść, pani doktor. - Mąż Maneki podsunął Kate krzesło. 

- Państwo Sarkarowie od pięciu lat starają się powiększyć rodzinę - 

wyjaśnił Ben, dokładnie osłuchując przez stetoskop brzuch Maneki. 

- Pobraliśmy się, kiedy miałam siedemnaście lat i od początku chciałam 

mieć dzieci - dodała Maneka, spoglądając czule na męża. - Ale dotychczas nie 

mieliśmy jakoś szczęścia. Już dwa razy poroniłam i bardzo dbam o tę ciążę. Ma 

pani dzieci, doktor Ross? 

Kate pokręciła głową. 

- Niestety nie. 

Maneka spojrzała na lewą dłoń Kate. 

- O, przepraszam. Nie jest pani zamężna? Kate znowu pokręciła głową. 

- Nie. 

R S

background image

 

- 23 -

- Co cię zaniepokoiło, Maneko? - wtrącił szybko Ben, rzucając Kate 

przelotne spojrzenie. 

- Miałam straszne torsje, a wczoraj chwytały mnie kurcze - poskarżyła się 

Maneka. - Dziś rano odwiedził mnie doktor Chandra i powiedział, że dobrze by 

było, gdyby dla pewności i pan mnie zbadał. 

- Doktor Chandra jest z ciebie bardzo zadowolony - zapewnił ją Ben - ale 

uważa, że musiałaś się nadwerężyć, wymiotując. Po osłuchaniu cię jestem 

skłonny się z nim zgodzić. 

Maneka kiwnęła głową. 

- To całkiem możliwe. Tak mnie mdliło przez cały zeszły tydzień, że nic 

nie mogłam robić. 

Ben zakończył badanie i wstał. 

- Miejmy nadzieję, że te nudności same z czasem ustąpią - powiedział - a 

na razie spróbuj każdego ranka, jeszcze przed wstaniem z łóżka, zjeść suchy 

herbatnik i wypić filiżankę herbaty. To może pomóc. 

- Dziękuję, doktorze Buchan. - Maneka zerknęła na Kate. 

- Miło mi było panią poznać, pani doktor. Mam nadzieję, że jeszcze się 

zobaczymy. 

- Z pewnością. - Kate uśmiechnęła się i uścisnęła delikatną dłoń kobiety. 

Kiedy znaleźli się w samochodzie, Ben skreślił kilka notatek w karcie 

zdrowia pacjentki, a potem spojrzał pytająco na Kate. 

- Jakie są, według ciebie, szanse na to, że Maneka donosi tę ciążę? 

Zaskoczona pytaniem Kate chciała w pierwszej chwili odpowiedzieć, że 

ma za mało danych, aby wydać taką opinię, a w zgadywanki nie będzie się 

bawiła. Jednak napotkawszy wzrok Bena uświadomiła sobie, że on naprawdę 

czeka na jej opinię. 

- Gdyby warunki środowiskowe były lepsze, powiedziałabym, że bardzo 

duże - odparła z lekkim wahaniem. - Z tego, co zdążyłam dzisiaj zauważyć, jest 

zdrowa i dba o siebie, gorzej, że z powodu tej popsutej windy jest praktycznie 

R S

background image

 

- 24 -

uwięziona w domu. Niewiele tu można zaradzić, chyba żeby wcześniej położyć 

ją na oddział, co już pewnie rozważałeś. 

Ben pokiwał powoli głową. 

- Tak, próbowałem ją do tego namówić. Ale Maneka nie chce iść do 

szpitala. 

Kate wzruszyła ramionami. 

- Dziwne, jednak często przekonywałam się, że w takich przypadkach 

intuicja podpowiada pacjentkom najlepsze wyjście. Stres związany z pobytem w 

szpitalu może się okazać groźny dla ciąży. 

Ben wsunął kluczyk do stacyjki, ale go nie przekręcił. 

- Aha, jeszcze jedno - powiedział. - Nigdy nie wybieraj się do Gower 

Estate sama. Gdyby zdarzyło ci się odebrać stąd wezwanie, zawsze zadzwoń do 

mnie albo do któregoś z kolegów z zespołu. 

Kate zmarszczyła czoło. 

- To naprawdę konieczne? 

- Bezwzględnie - odparł krótko. 

- Skoro tak, to się dostosuję. 

Kate przyznawała w duchu, że owszem, zapuszczanie się do tej dzielnicy 

po zmroku mogłoby być ryzykowne, ale za dnia? Wolała jednak nie dyskutować 

na ten temat ze swym nowym kolegą. 

- Jedziemy teraz do Splinters Cottage - powiedział Ben, kiedy ruszyli. - 

Mieszka tam Hugh Conway z żoną Sarą. Hugh jest byłym wojskowym i cierpi 

na powstrząsowy rozstrój nerwowy, ale nigdy nie udało nam się ustalić 

przyczyny jego dolegliwości. Służył jako oficer w siłach specjalnych. Został 

przeniesiony w stan spoczynku, kiedy zaczął zdradzać objawy silnego stresu. 

- A więc nie pracuje? - spytała Kate, podczas gdy Ben wyjeżdżał wąską 

uliczką z Gower Estate. 

- Nie, zajmuje się teraz hodowaniem róż. Szczęśliwy człowiek. - Ben 

uśmiechnął się. - Za to pracuje Sara. W Londynie, w agencji reklamowej. Hugh 

R S

background image

 

- 25 -

leczy się u miejscowego psychiatry, Davida Brighta. Wydawało się, że zaczyna 

już dochodzić do siebie, dzisiaj rano Sara zamówiła telefonicznie wizytę. Nie 

mam pojęcia, o co chodzi. 

Zatrzymali się przed małym domkiem i wysiedli z samochodu. Ben 

zapukał. Otworzyła im atrakcyjna, trzydziestokilkuletnia kobieta o krótko 

przyciętych, jasnych włosach, ubrana w bawełnianą koszulkę i dżinsy. 

Weszli za Sarą Conway do małego, pełnego książek gabinetu, gdzie w 

fotelu siedział jej mąż. Zasłony w oknach były zaciągnięte, jednak nawet w 

panującym tu półmroku Kate zauważyła, że Hugh Conway wygląda źle. 

Miał na sobie brudną, rozchełstaną pod szyją koszulę, był nie ogolony i co 

chwila drżącą ręką przecierał wilgotne od potu czoło. 

- Przepraszam, że cię fatygowałem, Ben - powiedział, zdając się nie 

zauważać Kate - ale nie mogę w takim stanie prowadzić. 

Ben usiadł obok niego i zaczęli rozmawiać. Sara skinęła na Kate. Wyszły 

przez kuchnię do ogrodu za domem, w którym rosło mnóstwo róż. 

- Jakie piękne! - zachwyciła się Kate. - Jak cudownie pachną! Sara skinęła 

głową. 

- Hugh je pielęgnuje, to jego pasja i terapia. Kocha kwiaty i umie z nimi 

postępować. 

Ruszyły ścieżką biegnącą wśród róż. 

- Chciałam panią prosić o przekazanie tego Benowi - rzekła nagle Sara, 

zatrzymując się i wręczając Kate małą brązową buteleczkę. - Znalazłam to 

dzisiaj rano w szufladzie Hugh. To chyba tabletki nasenne, przynajmniej tak 

wyglądają. Ma ich w łazience spory zapas i myślałam do dzisiaj, że to jedyne 

tabletki nasenne w domu. Przez ostatnie kilka lat Hugh zażywał rozmaite leki. 

Mogę się mylić, ale zazwyczaj wiem o każdym lekarstwie, jakie jest w domu. 

Kate obróciła buteleczkę w rękach. 

- Nie ma etykiety. Czy przepisał je doktor Buchan? - Odkręciła zakrętkę i 

wysypała kilka tabletek na dłoń. 

R S

background image

 

- 26 -

- Nie. Leki na bezsenność Hugh dostaje od psychiatry. Kilka tygodni temu 

śnił mu się jakiś straszny koszmar, straszniejszy od tych, które zwykle miewa. 

Od tamtego czasu nie może się uspokoić. Poci się bez przerwy i ma dreszcze. 

Widać gołym okiem, że jest w głębokiej depresji i... - Sara szukała odpo-

wiednich słów. - Chyba nie myśli racjonalnie. Naturalnie, nie chodzę teraz do 

pracy. 

Kate przyjrzała się tabletkom i uznała, że Sara ma prawdopodobnie rację, 

podejrzewając, że to jakiś lek nasenny. 

- Mąż wie, że je pani znalazła? - spytała. Sara pokręciła głową. 

- Nie. Widzi pani, boję się, że on może zrobić coś głupiego, kiedy 

dostanie ataku. 

Kate schowała buteleczkę do kieszeni i obiecała Sarze, że jak najszybciej 

porozmawia w jej imieniu z Benem. Gdy wróciły do domu, Ben czekał w 

kuchni. 

- Dałem Hugh środek uspokajający - poinformował Sarę. - Chyba już 

zasnął. Ale zadzwonię do Davida Brighta i poproszę go, żeby jak najszybciej do 

was zajrzał. 

Sara kiwnęła głową i próbowała się uśmiechnąć. 

- Dziękuję ci, Ben. Rozmawiałyśmy właśnie z doktor Ross o... - Urwała, 

bo w tym momencie z gabinetu doleciał jakiś hałas. 

Drzwi otworzyły się i w progu stanął na chwiejnych nogach Hugh. Ben 

podszedł i poprosił go, by się położył, lecz Hugh uparł się, że nie zrobi tego, 

dopóki nie wyjdą. 

- Był dzisiaj bardzo rozkojarzony - oznajmił Ben, kiedy znaleźli się z 

powrotem w mercedesie i zapinali pasy bezpieczeństwa. - Obawiam się, że to 

nawrót choroby. A było już tak dobrze. 

Zaniepokojona Kate pokazała mu buteleczkę i powtórzyła to, co usłyszała 

od Sary. Po wyrazie twarzy Bena widać było, że się zdenerwował. 

R S

background image

 

- 27 -

Jechali jakiś czas w milczeniu. Przed zjazdem na Milchester Kate 

zerknęła na zegarek. 

- Mam jeszcze pół godziny do dyżuru - mruknęła. - Może wpadnę po 

drodze do Lassiterów spytać, czy mają mi coś nowego do zaproponowania. 

Wysadzisz mnie pod agencją? Wrócę do ośrodka pieszo. 

Pokręcił głową. 

- Mam lepszy pomysł. Nie czas teraz wdawać się w szczegóły. Spotkajmy 

się, kiedy skończysz dyżur. O szóstej, jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

Była tak zaskoczona tą propozycją, że się zgodziła. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Ostatni pacjent wyszedł z jej gabinetu za pięć szósta. Kate zebrała karty 

choroby i odniosła je do rejestracji. 

- Doktor Buchan wziął jeszcze dwóch dodatkowych pacjentów - 

poinformowała ją Hilly Lang, młoda rejestratorka z popołudniowej zmiany. - 

Skończy za jakieś piętnaście minut. 

Kate wróciła więc do swego gabinetu, żeby poprawić makijaż. Kiedy po 

piętnastu minutach weszła znowu do poczekalni, w rejestracji nikogo już nie 

było. Postanowiła zaczekać na zewnątrz. Usiadła na drewnianej ławeczce w 

ogródku, przymknęła powieki i wystawiła twarz na działanie ciepłego 

popołudniowego słońca. 

- Przepraszam, że cię tak długo przetrzymałem - usłyszała czyjś głos. 

Drgnęła i otworzyła oczy. Przy ławeczce stał Ben. 

- Jak minął dyżur? 

Uśmiechnęła się i zrobiła mu miejsce obok siebie. 

- Bez większych problemów. 

Pokiwał głową, usiadł i uśmiechnął się do niej. 

- Zastanawiasz się pewnie, o co chodzi. 

R S

background image

 

- 28 -

- Owszem, trochę mnie zaintrygowałeś. 

- Szczerze mówiąc, Kate, wątpię, żeby u Lassiterów znalazło się coś 

odpowiedniego dla ciebie - zaczął. - A nie chcę, żebyś brała byle co. 

Zdążyła już dojść do tego samego wniosku i pogodzić się z faktem, że 

przyjdzie jej chyba zadowolić się czymś w rodzaju domu, który oglądali z 

Tobym jako pierwszy. Milczała jednak. 

- Wydaje mi się również - ciągnął Ben - że nie ma sensu szukać czegoś do 

wynajęcia pod miastem. Miałabyś daleko do pracy i traciłabyś dużo czasu na 

dojazdy. - Urwał i popatrzył na nią. - W związku z tym - podjął po namyśle - 

chcę ci coś zaproponować, ale - podkreślam - ostateczna decyzja należy do 

ciebie... 

Spojrzała na niego z uwagą. Nie miała pojęcia, co to może być za 

propozycja. 

- A więc... - urwał znowu - jest pewne wyjście. Gołębnik. Spojrzała na 

niego zdezorientowana. 

- Gołębnik? Kiwnął głową. 

- To tylko dwa pokoiki z kuchnią i łazienką, pałacem tego nazwać nie 

można, ale... 

- Zaraz - przerwała mu ze śmiechem - trochę się pogubiłam. Co za 

gołębnik? Gdzie to jest? 

- Jak to, nie powiedziałem? Gołębnik to mieszkanko nad warsztatem na 

terenie mojej posesji. Przepraszam, powinienem był od razu wyjaśnić. 

Zawahała się. Nie miała pewności, czy dobrze zrozumiała. 

- Mieszkanko? Pewnie do czegoś je wykorzystujesz. 

- No, w pewnym sensie - przyznał. - Chłopcy trzymają tam swoje rzeczy. 

A ja korzystam z warsztatu na dole, ale ostatnio coraz rzadziej. - Wzruszył 

ramionami. - Jak już zaznaczyłem, jeśli cię to nie interesuje... 

R S

background image

 

- 29 -

- Ależ naturalnie, że interesuje. - Kate próbowała otrząsnąć się ze 

zdumienia. - To cudowna propozycja. Myślałam już, że będę musiała 

zamieszkać w którejś z tych ruder w pobliżu centrum miasta. 

- Gołębnik to też nic specjalnego, ale ciepło tam, przytulnie i stosunkowo 

nowocześnie. - Ściągnął brwi. - Będziesz go jednak musiała najpierw obejrzeć. 

Wpadnij w weekend, jeśli chcesz. Mam wolną sobotę. 

Umówili się na pierwszą po południu. Kate byłą ciekawa, ile czasu i 

wysiłku kosztowało go przemyślenie tej oferty, zanim ją złożył. 

Ben wstał, podniósł z ziemi torbę lekarską, lecz zaraz usiadł z powrotem. 

- Aha, jeszcze jedno. Dzwoniłem do Davida Brighta. Wpadnie do 

Conwayów jutro z samego rana. - Uśmiechnął się jakoś niepewnie. - No to do 

widzenia, Kate. 

- Do widzenia, Ben. 

Oddalił się w kierunku parkingu, a ona siedziała jeszcze kilka minut na 

ławeczce, zastanawiając się, co to wszystko może znaczyć. 

- Zaraz za starym miastem skręcisz na pierwszym skrzyżowaniu w lewo, 

w Deer Lane - tłumaczyła Angie w sobotni poranek, lustrując fachowym 

wzrokiem błękitną letnią sukienkę, którą na tę okazję włożyła Kate. - Ale 

uważaj, ulice odchodzą tam we wszystkich kierunkach i bardzo łatwo przeoczyć 

tę właściwą. 

- Nie martw się, trafię. - Kate uśmiechnęła się. - Doktor Buchan 

naszkicował mi trasę. 

Brwi Angie powędrowały w górę. 

- To do niego jedziesz? 

Kate zaczerwieniła się, odwróciła i szybko wyszła z domu z przykrą 

świadomością, że nieopatrznie obudziła ciekawość przyjaciółki. Jednak Angie 

nie dała się tak łatwo zbyć. Dogoniła ją przy furtce. 

- Wiesz, coś ci powiem - podjęła z całą powagą. - Doktor Buchan to 

straszny odludek. To do niego zupełnie niepodobne, że cię zaprosił. 

R S

background image

 

- 30 -

- Pewnie zrobiło mu się mnie żal. - Kate próbowała zbagatelizować całą 

sprawę, jednak Angie nie wyglądała na przekonaną. 

Jadąc później przez stare miasto, mimowolnie przyznała w duchu, że 

propozycją doktora Buchana jest tak samo zaskoczona jak Angie. Do głosu 

zaczynały dochodzić wątpliwości. Na przykład ten warsztat. Może Ben będzie 

się krępował z niego korzystać, kiedy ona zamieszka w Gołębniku? No i kwestia 

plotek, jakie niechybnie zaczną krążyć, kiedy się tam wprowadzi... 

Zatopiona w tych rozważaniach, zamiast zgodnie ze wskazówkami Angie 

na pierwszym skrzyżowaniu za starym miastem skręcić w lewo, pojechała 

prosto. Zorientowała się poniewczasie i zła na siebie zjechała na przydrożny 

parking, żeby pozbierać myśli. Jeszcze raz przeanalizowała mapkę, którą 

narysował jej Ben. Fakt, nie tędy droga. Zawróciła i na zaznaczonym na mapce 

skrzyżowaniu skręciła w prawo. Odetchnęła z ulgą na widok na wpół 

przesłoniętej liśćmi tabliczki z nazwą Deer Lane. 

Wkrótce potem skręcała już w wąski, wysadzany starymi drzewami 

podjazd posesji numer trzydzieści dziewięć. Nagle z krzaków wyskoczyli jej 

przed maskę dwaj chłopcy, wymachując rękami i wrzeszcząc: 

- Tędy, pani Ross! Tędy! - wołał ten w granatowej koszulce, chyba Toby, 

pewności jednak nie miała, bo obaj byli do siebie podobni jak dwie krople 

wody, tyle że drugi był w koszulce czerwonej.  

Kate opuściła szybę swojego volkswagena, żeby się z nimi przywitać, ale 

oni pobiegli ze śmiechem przed siebie. Pojechała za nimi. 

Po chwili na końcu podjazdu zobaczyła dom Buchanów. Była to 

zaniedbana, ale sprawiająca solidne wrażenie budowla w stylu wiktoriańskim. 

Przed frontowymi drzwiami leżało ogromne, zziajane czarne psisko. 

- Cezar jest zupełnie nieszkodliwy - usłyszała, zatrzymując samochód, i z 

ulgą uśmiechnęła się do podchodzącego Bena. Był w dżinsach i kraciastej 

koszuli. - Najwyżej będzie ci się plątał pod nogami. Widzę, że nas jednak 

R S

background image

 

- 31 -

znalazłaś. - Schylił się i zajrzał do środka przez otwarte okno. - Baliśmy się już, 

że zabłądziłaś. Chłopcy pobiegli cię szukać. - Otworzył drzwiczki. 

- Lepiej późno niż wcale - odparła ze śmiechem. - Jaki piękny dom! 

- Zmieniamy zdanie jesienią, kiedy toniemy pod stertami liści - 

powiedział i błysnął w uśmiechu równymi, białymi zębami. 

Kate wysiadła i ogarnęła dom wzrokiem. Ściany były obrośnięte gęstym, 

zielonym teraz bluszczem, który jesienią przybierał pewnie czerwoną barwę. 

- Myślę, że warto się przemęczyć te kilka tygodni - powiedziała cicho i 

Ben kiwnął głową. 

- Chodź, pokażę ci najpierw Gołębnik - zaproponował.  

Ruszyła za nim wysypaną drobnym żwirem ścieżką, która biegła pod 

zwisającymi nisko gałęziami buków. 

- Poprzedni właściciel zbudował ten garaż z kwaterą dla swojego szofera - 

wyjaśnił, kiedy ich oczom ukazał się miniaturowy domek ze spadzistym dachem 

i dwoma kwadratowymi oknami nad bramą garażu. - Musiał być z niego kawał 

ekscentryka. Miał klasycznego bentleya, który był miłością jego życia. Do 

mieszkania wchodzi się od tyłu. Za rogiem patrz pod nogi... Muszę wyrównać tę 

ścieżkę. 

Za węgłem Kate stanęła oko w oko z bliźniakami, ale nie potrafiła 

stwierdzić, który z nich to Toby. Ben dokonał natychmiast prezentacji i ledwie 

otworzył drzwi domu, chłopcy wpadli do środka i popędzili przodem schodami. 

Kate weszła za Benem na górę. 

- Kanapa, komódka, telefon... - wyliczał Ben, prowadząc ją przez mały, 

jasny salonik z oknem wychodzącym na korony drzew. - Mieszkanko jest 

niewielkie... - wzruszył ramionami - ale dobrze wyposażone. 

- Wynieśliśmy stąd wszystkie nasze bambetle - pochwalił się Toby, 

wysuwając kolejno wszystkie szuflady, by nie pozostać gołosłownym. 

- Prysznic nie działa! - obwieścił Tom, kiedy zajrzeli do łazienki. - I korek 

od wanny gdzieś się zapodział. 

R S

background image

 

- 32 -

- Trzeba tu jeszcze to i owo naprawić - sarknął Ben, łypiąc spode łba na 

syna - ale dzięki, że mi przypomniałeś o tym korku. 

Kate roześmiała się serdecznie. 

- Zapraszam cię teraz na lunch - powiedział Ben, kiedy schodzili na dół. - 

Zjemy na tarasie i będziesz sobie mogła przemyśleć, w co się pakujesz, 

wprowadzając się do domu, po którym buszuje dwójka przemądrzałych 

smarkaczy. 

Dziesięć minut później Kate siedziała już przy dużym, białym stole 

ogrodowym z kutego żelaza i raczyła się gorącymi ziemniakami w mundurkach 

z zimnym sosem serowym, które podsuwał jej Tom, oraz lemoniadą, której 

dolewał Toby. Nie spodziewała się takiego przyjęcia. Lunch upływał w sielskiej 

atmosferze, pośród żartów i wybuchów śmiechu. 

Po skończonym posiłku pomogła poznosić naczynia do kuchni. 

Załadowali wszystko do zmywarki i wrócili na taras. Chłopcy zaczęli grać w 

tenisa na trawiastym korcie, a Kate rozglądała się z podziwem po ogrodzie. 

- Od dawna tu mieszkasz? - zapytała. Przez twarz Bena przemknął cień. 

- Od kiedy chłopcy skończyli sześć lat - odparł po chwili milczenia. - Po 

powrocie z Afryki Południowej, gdzie moja żona i ja pracowaliśmy jako lekarze 

na rzecz pewnej organizacji charytatywnej, przez dwa lata mieszkaliśmy w 

Surrey. Po śmierci Pauli postanowiłem zacząć wszystko od nowa. Rozglądałem 

się za jakimś miejscem, gdzie chłopcy dobrze by się czuli i gdzie sam mógłbym 

praktykować. Milchester spełniało oba te warunki. 

- Toby i Tom urodzili się w Afryce Południowej? 

- Tak, to przepiękny kraj. Ale zbyt tęskniliśmy z Paulą za Anglią, żeby 

tam zostać na stałe. Po wypadku moi rodzice, którzy są na emeryturze i 

mieszkają w Christchurch, przyjechali do Surrey, żeby zająć się Tobym i 

Tomem. Chłopcy spędzają teraz po kilka tygodni w roku u dziadków w 

Christchurch. Ojciec zabiera ich na ryby, a mama strasznie rozpuszcza. 

R S

background image

 

- 33 -

- Toby mówił mi, że jego matka zginęła w wypadku na jachcie - rzekła 

cicho Kate. 

Ben pokiwał głową. 

- Bom spowodował pęknięcie czaszki. Zmarła w drodze do szpitala. - 

Przeciągnął się i wzruszył ramionami. - No, ale dość o nas. Opowiedz mi o 

sobie. 

Kate zaczęła opowiadać o swym nieudanym związku z Julianem. Ben 

słuchał z uwagą, nie odrywając oczu od jej twarzy. 

- Ojej, przepraszam - zreflektowała się w pewnej chwili, zerknąwszy 

odruchowo na zegarek. - Nie wiedziałam, że już tak późno. Zajęłam ci całe 

popołudnie. 

Uśmiechnął się. 

- Uratowałaś mnie. Gdyby nie ty, ganiałbym od paru godzin z rakietą po 

korcie. 

Kate wstała. 

- Tak czy owak, dziękuję ci jeszcze raz za propozycję zamieszkania w 

Gołębniku. Z chęcią ją przyjmę! 

- Bardzo się cieszę. 

Ben również wstał i spojrzał na nią srebrzystoszarymi oczami. Nie 

wiedzieć czemu Kate przeszedł dreszcz. 

Pożegnała się z nim i z bliźniakami, po czym wsiadła do volkswagena. 

Kiedy ruszała, przed dom zajechał land-rover i zaparkował po drugiej stronie 

mercedesa. We wstecznym lusterku Kate zobaczyła wysiadającą z niego 

atrakcyjną, ciemnowłosą kobietę w białym stroju tenisowym. 

Ben wyszedł jej na spotkanie. 

Po powrocie Kate podzieliła się z Lawrence'ami dobrą nowiną. Uczcili to 

uroczystą kolacją. Kiedy rodzina poszła spać, Kate i Angie usiadły w kuchni, by 

jeszcze chwilę porozmawiać. Kate napomknęła mimochodem o ciemnowłosej 

kobiecie, którą widziała u Bena. 

R S

background image

 

- 34 -

- Och, to była pewnie Mary Graham - orzekła Angie. - Efektowna, 

prawda? 

Kate kiwnęła obojętnie głową. Nie chciała, by Angie pomyślała sobie, że 

ją to interesuje. Angie jednak sama zaczęła opowiadać o Mary Graham, która, 

jak się okazało, była częstym gościem w przychodni. 

W końcu Kate zmieniła temat, lecz kładąc się spać, wciąż myślała o Mary 

Graham. 

W niedzielę rano spakowała się, pożegnała serdecznie z Angie, Nickiem i 

dziećmi, i ruszyła w drogę do posiadłości doktora Buchana. Bena nie było w 

domu. Pani Howard, która otworzyła drzwi, zaprosiła ją na filiżankę herbaty dla 

nabrania sił przed rozpakowywaniem. 

Usiadły przy kuchennym stole. 

- Pan Buchan zatrudnił mnie zaraz po tym, jak umarł mój mąż - 

opowiadała pani Howard, stawiając przed Kate talerzyk z ciastkiem 

ponczowym. - Szukał kogoś, kto zaopiekowałby się chłopcami, kiedy on będzie 

w pracy, i akurat ja się nawinęłam. Jeśli mam być szczera, to ta posada spadła 

mi jak z nieba. Co prawda córka, która ma czteroletnią dziewczynkę, namawia 

mnie od dawna, żebym przeniosła się do niej, do Oxfordu, jednak ja lubię być 

niezależna. 

Do kuchni wpadli jak burza bliźniacy, ale wystarczyło jedno spojrzenie 

pani Howard, by się uspokoili. Usiedli bez szemrania przy stole i zaczęli 

pałaszować ciastka. Pani Howard mrugnęła porozumiewawczo do Kate. 

- Pomożemy pani zanieść walizki - zaoferował się Tom, skończywszy 

swoje ciastko. 

- Chciałeś chyba powiedzieć: poprzeszkadzamy - mruknęła z uśmiechem 

pani Howard. 

Toby z Tomem wnieśli walizki Kate do Gołębnika, po czym wrócili we 

trójkę do kuchni na jeszcze jedną filiżankę herbaty i ciastko. 

R S

background image

 

- 35 -

- Niech pani przyjdzie na kolację - powiedział Toby, kiedy Kate w końcu 

wstała od stołu. 

- Tak, tak - poparła go pani Howard - to pani pierwszy wieczór tutaj i 

jestem pewna, że doktor Buchan sam by panią zaprosił. 

Kate jednak uprzejmie im podziękowała, wyjaśniając, że musi się jeszcze 

rozpakować, a to trochę potrwa. Nie chciała nadużywać gościnności 

gospodarzy. Pożegnawszy się z nie kryjącymi rozczarowania bliźniakami, 

wróciła do Gołębnika i zaczęła się urządzać w nowym domu. 

Gdy nazajutrz rano rozsunęła zasłony, mały salonik zalała złota powódź 

słonecznego światła. Zamrugała zaspanymi jeszcze oczami i nucąc pod nosem, 

poszła do kuchni zrobić sobie śniadanie. 

Tak dobrze nie czuła się od miesięcy. Włożyła obcisłą granatową 

spódnicę i brzoskwiniową bluzkę, a świeżo umyte włosy upięła w złocisty kok. 

W opalonej na jasny brąz twarzy błyszczały błękitne oczy. 

Zadowolona ze swego wyglądu, wzięła torebkę i torbę lekarską i poszła 

do zaparkowanego na podjeździe volkswagena. Mercedesa już nie było. W 

domu zaszczekał Cezar, z okna na piętrze pomachała do niej pani Howard. 

Chłopcy wyszli już pewnie do szkoły. 

W pracy była o wpół do dziewiątej. Ben już przyjmował. Nalała sobie 

kawy i poszła z filiżanką do swojego gabinetu. Pierwszą pacjentką okazała się 

Sara Conway. Wyglądała strasznie, miała podkrążone oczy i ziemistą, zmęczoną 

twarz. Nawet nie wspomniała o mężu. Przyszła w swojej sprawie. Uskarżała się 

na silne bóle miesiączkowe promieniujące aż do krzyża. 

Kate zbadała ją i stwierdziła, że Sara cierpi prawdopodobnie na 

endometriozę. 

- A cóż to takiego? - zapytała Sara, naciągając sweter. 

- Nie wiadomo, co dokładnie jest przyczyną tej choroby, ale przyjmuje 

się, że część upławów miesiączkowych, zamiast naturalną drogą opuszczać 

organizm, przedostaje się poprzez jajowody do miednicy. 

R S

background image

 

- 36 -

- I stąd te bóle? - spytała Sara. Kate kiwnęła głową. 

- Tak. Zalecałabym ci poddać się laparoskopii - badaniu jamy brzusznej. 

Przeprowadza się je pod znieczuleniem. 

Sara zachmurzyła się. 

- A jeśli wykaże, że to rzeczywiście endometrioza? 

- Cóż, specjalista może ci zalecić zażywanie leków hormonalnych albo 

nawet doustnych środków antykoncepcyjnych, żeby zapobiec menstruacji. 

Kobiety, które nie planują dzieci albo które zbliżają się do menopauzy, mogą też 

rozważyć poddanie się histerektomii. 

Sara zamyśliła się. 

- Z oczywistych przyczyn nie chcę mówić o tym Hugh. Ma swoje 

problemy. 

Kate pokiwała powoli głową. 

- Jak on się czuje? 

- W zeszłym tygodniu był u niego David Bright. - Sara wzruszyła 

niepewnie ramionami. - Zmienił mu lekarstwo i Hugh chyba się lepiej poczuł... 

ale po znalezieniu tych tabletek niczego już nie jestem pewna. David zapytał o 

nie Hugh i ten powiedział mu, że to jakieś przeterminowane tabletki nasenne 

sprzed lat. Mam nadzieję, że nie kłamał. 

Kate wolała tego nie komentować. 

- Postaram się jak najszybciej załatwić ci skierowanie na badania - 

powiedziała. 

- Dziękuję. - Sara wstała. - Cieszę się, że trafiłam wreszcie do lekarza 

kobiety. 

Kate uśmiechnęła się. 

- Jestem zawsze do twojej dyspozycji. 

Przed południem przyjęła też trzynastoletniego Petera Frosta. Był to 

chyba ten kolega, o którym mówił jej Toby. Towarzyszyła mu ciotka, Betty 

R S

background image

 

- 37 -

Mowbray, kobieta po czterdziestce. Kate dowiedziała się od niej, że rodzice 

Petera rozwiedli się przed rokiem. 

- Matka Petera, czyli moja siostra, przeprowadziła się z córką do Oxfordu 

- wyjaśniła Betty Mowbray, siadając obok siostrzeńca. - Starszy brat Petera 

mieszka z ojcem w Londynie, a Peter na razie z nami, ale ostatnio coraz częściej 

opuszcza szkołę. Wciąż jest taki zmęczony. 

Kiedy Kate spytała chłopca, jak się czuje, ten wzruszył tylko ramionami. 

Jego ciotka uniosła brwi i westchnęła znacząco. 

- Jestem jakiś obolały - mruknął w końcu Peter, pokazując na swoje nogi. 

- Często boli mnie też głowa i robi mi się niedobrze - dodał. 

- Mógłby spać na okrągło - dorzuciła ciotka. - Byliśmy u szkolnej 

pielęgniarki, ale nic to nie dało. Poradziła mu, żeby zajął się sportem. 

Kate przejrzała całą dokumentację chłopca. Nie znalazła w nich niczego 

niepokojącego, jeśli nie liczyć faktu, że w trakcie sprawy rozwodowej rodziców 

skierowano go do psychologa dziecięcego. 

- Peter, wyjdź i zaczekaj na mnie w poczekalni - rzekła pani Mowbray do 

siostrzeńca. - Chcę jeszcze zamienić parę słów z panią doktor. - Kiedy za 

chłopcem zamknęły się drzwi, kobieta pochyliła się nad biurkiem i zniżając 

konfidencjonalnie głos, powiedziała: - Uważamy z mężem, że to przez ten roz-

wód. Peter wyszedł na nim najgorzej z rodzeństwa. Jest bardzo wrażliwy. 

Kochamy go z mężem i nie mamy nic przeciwko temu, żeby mieszkał z nami, 

ale on przecież ma rodziców i powinien być z nimi. Według mnie całe to 

zmęczenie i obolałość biorą się z głowy. 

- Ma pani na myśli zaburzenia o podłożu psychosomatycznym? - spytała 

Kate. 

Pani Mowbray kiwnęła głową. 

- Coś w tym rodzaju. To się ciągnie od jakiegoś czasu. 

- A jest jakaś nadzieja, że Peter zamieszka z którymś z rodziców? - 

spytała Kate. 

R S

background image

 

- 38 -

- Na razie się na to nie zanosi. Jego siostra mieszka z matką, a starszy brat 

z ojcem gdzieś w Londynie. 

Kate, ściągając brwi, zajrzała znowu do dokumentów. 

- Czytam tutaj, że Peter przechodził ciężką grypę, kiedy miał jedenaście 

lat. 

Pani Mowbray pokiwała głową. 

- Owszem, i to od tamtego czasu tak z nim jest. Chłopiec, który nie ugania 

się za piłką i z byle powodu zalewa się łzami, nie jest, według mnie, zdrowy. 

Wcześniej miał fioła na punkcie piłki nożnej. 

- I mówi pani, że problemy zaczęły się od tej grypy? 

- Tak, chyba tak, chociaż przyznam szczerze, że dopiero teraz mi się to 

skojarzyło. 

Kate podjęła już decyzję. 

- Pani Mowbray, chciałabym przebadać dokładnie Petera i zapoznać się 

szczegółowo z jego historią choroby. Czy mogłaby pani przyprowadzić go do 

mnie jutro? 

Pani Mowbray zasępiła się. 

- No dobrze, ale po południu, bo dopiero o trzeciej kończę pracę. 

- W takim razie jesteśmy umówione. - Kate odprowadziła panią Mowbray 

do rejestracji i zapisała ją na wizytę na następny dzień. Wracając do gabinetu, 

natknęła się na Bena. 

- Chciałbym z tobą porozmawiać - burknął jakoś chłodno, nieprzyjaźnie. 

- To się dobrze składa, bo nie mam teraz żadnego pacjenta... - Urwała na 

widok kobiety w czerwonej bluzce, która w tym momencie pojawiła się w 

drzwiach korytarza. - Dzień dobry, pani Pearce! - zawołała do niej. 

Ben kiwnął głową pacjentce, mruknął do Kate, że wpadnie później, i 

zawrócił do swojego gabinetu. 

Pani Pearce rozsiadła się przed biurkiem Kate i wyśpiewała litanię swych 

dolegliwości. 

R S

background image

 

- 39 -

O pierwszej Kate postanowiła wyjaśnić, o co chodziło Benowi. Drzwi 

jego gabinetu były zamknięte, zapytała więc o niego w rejestracji. Jocylyn 

poinformowała ją, że pojechał odwiedzić chorego. Kiedy wrócił, dochodziła już 

trzecia. 

Siedział w swoim gabinecie i kiedy zapukała, podniósł wzrok. 

- Wejdź - rzucił krótko, i Kate już wiedziała, że przeczucie ją nie myliło. 

Coś się stało. 

Usiadła. 

- Jest taka sprawa... - zaczął Ben. - Jedna z naszych pacjentek, pani 

Denise Markham, poskarżyła się na ciebie Rupertowi Greavesowi, który w 

piątek wieczorem był z wizytą domową u jej młodszego syna, Marka. Stwierdził 

u niego wietrzną ospę i przepisał mu antybiotyk. Wtedy pani Markham powie-

działa, że przed tygodniem badałaś Seana, jej starszego syna, który też miał 

wietrzną ospę, i odmówiłaś przepisania mu antybiotyku. 

- Czy doktor Greaves zbadał również Seana? - zapytała Kate. 

- Nie, tylko młodszego z braci. 

- I po wizycie u mnie nie badał już Seana żaden inny lekarz? 

- O ile mi wiadomo, nie. 

- A więc świadczy to o tym, że Sean wyzdrowiał, tak jak się tego 

spodziewałam. Kiedy go badałam, miał tylko lekko podwyższoną temperaturę i 

na pewno nie kwalifikował się do podania antybiotyku. Powiedziałam pani 

Markham, że Mark mógł się już od niego zarazić i poradziłam, żeby przez jakiś 

czas nie posyłała chłopców do szkoły. Ta sugestia nie przypadła jej chyba do 

gustu, bo wstała i wyszła bez słowa, kiedy rozmawiałam przez telefon z Lesley. 

Ben siedział ze zwieszoną głową. 

- Porozmawiam z nią, kiedy przyjdzie tu następnym razem - mruknął w 

końcu. - Wygląda mi na to, że Rupert wysłuchał wersji tylko jednej strony. - 

Westchnął i odłożył długopis. - Ty twierdzisz, że Sean zgodnie z twoimi 

oczekiwaniami wyzdrowiał... 

R S

background image

 

- 40 -

Kate kiwnęła głową i wstała z krzesła. Była już przy drzwiach, kiedy coś 

jej się przypomniało. 

- Aha, jeszcze jedno... - zaczęła, odwracając się i spoglądając na Bena. - 

Miałam dzisiaj pacjenta, trzynastoletniego chłopca... Nazywa się Peter Frost. 

Zdaje się, że jest szkolnym kolegą Toby'ego. 

Ben poprawił się w fotelu. 

- Tak, zgadza się. 

- Jego ciotka twierdzi, że Peter od pewnego czasu wykazuje objawy 

nienormalnego zmęczenia, ma trudności z koncentracją i napady nudności. 

Podobno płacze z byle powodu i zasypia na stojąco. Zaczęło się to od grypy, 

którą przeszedł w wieku jedenastu lat. 

- Miał ostatnio robione badanie krwi? - spytał Ben, marszcząc brwi. 

Kate pokręciła głową. 

- Od tej grypy ani razu. Skieruję go na nie, kiedy jutro do mnie przyjdzie. 

- Masz jakieś podejrzenia? Kate kiwnęła głową. 

- Tak. To typowe symptomy ME. - Zawiesiła głos, ale widząc, że Ben 

czeka na ciąg dalszy, podjęła: - Według mnie Peter powinien się poddać 

długofalowej kuracji. Odchodząc stąd, chciałabym przekazać opiekę nad nim 

komuś, kto dalej go poprowadzi. 

- Na którą zapisany jest jutro Peter? 

- Na czwartą piętnaście po południu. Twoje godziny przyjęć kończą się o 

czwartej, więc będziesz mógł... 

- Obejrzeć twojego pacjenta? - podchwycił, i Kate skinęła głową. 

- Dobrze, postaram się wpaść - powiedział i wstał. Z ulgą dostrzegła na 

jego wargach cień uśmiechu. - A po zbadaniu tego Petera Frosta zrobimy sobie 

małą przerwę na herbatę - mruknął, kiedy wychodzili razem na korytarz. 

 

 

 

R S

background image

 

- 41 -

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Pierwszym z wieczornych pacjentów Kate był mężczyzna, któremu 

kosiarka do trawy o mało nie obcięła palców. Kate założyła mu prowizoryczny 

opatrunek i posłała go do szpitala na prześwietlenie. Ledwie wyszedł, do 

gabinetu zajrzała Lesley, anonsując kolejne poszkodowane. 

- Te dwie młode damy doznały poparzeń słonecznych - oznajmiła z 

kpiącym uśmieszkiem, podając Kate karty zdrowia dziewczyn - a jedna z nich 

twierdzi, że dodatkowo padła ofiarą osy. 

Kate uśmiechnęła się do nastolatki, która podtrzymywana przez koleżankę 

wkuśtykała do gabinetu. Okazało się, że dziewczyny spędziły cały dzień na 

miejskim basenie. Obie miały jasną karnację i w gorącym południowym słońcu 

spiekły się na raka. 

- I jeszcze osa mnie użądliła - poskarżyła się płaczliwie ta utykająca, 

osuwając się ze zbolałą miną na krzesło. Kate obejrzała spuchniętą kostkę. - 

Trochę loda skapnęło mi na nogę i osa się do niego przylepiła. Oj, jak boli! 

Kate zlokalizowała żądło tkwiące nadal pod pokrytą pęcherzami skórą. 

Usunęła je delikatnie pęsetką, uważając, by nie wycisnąć do rany zawartości 

woreczka jadowego. Dziewczyna przysięgała, że już nigdy, przenigdy nie 

spojrzy na lody. 

Co do poparzeń słonecznych, to Kate zaleciła obu nastolatkom obfite 

stosowanie galmanu i radziła kupić paracetamol na złagodzenie katuszy, jakie 

niechybnie przyjdzie im cierpieć przez całą noc. 

Po ich wyjściu spojrzała na zegarek i z zaskoczeniem stwierdziła, że już 

prawie za kwadrans ósma. Było po ósmej, kiedy wreszcie wyszła z ośrodka. 

Gdy dotarła do domu, była tak zmęczona, że tylko wzięła prysznic, nastawiła 

budzik i od razu położyła się spać. 

Po południu następnego dnia w jej gabinecie zjawił się znowu Peter Frost 

z ciotką. Pani Mowbray, do tej pory próbująca sobie radzić sama z problemem 

R S

background image

 

- 42 -

przechodzącego trudny okres siostrzeńca, była mile zaskoczona, że chłopcem 

zainteresowało się aż dwoje lekarzy. 

Badając Petera, Ben stwierdził lekko przyspieszone tętno. Ucisnął mięsień 

czwórgłowy. Peter jęknął i skrzywił się z bólu. Kate była już niemal pewna, że 

chłopiec padł ofiarą ME. 

Kiedy Peter z ciotką wyszli, Ben potarł brodę i marszcząc czoło, spojrzał 

na Kate. 

- Zgadzam się z tobą, że występujące u Petera symptomy mogą 

sugerować ME - mruknął. - Ustawiczne zmęczenie, zaburzenia neurologiczne i 

podwyższona wrażliwość na ból: tak, to by pasowało, ale weź też pod uwagę, że 

chłopiec jest w okresie dojrzewania, który u części nastolatków ma przebieg 

bardziej burzliwy niż u innych. 

- Przecież to zmęczenie nie jest normalne - zaprotestowała Kate. - Nawet 

w okresie dojrzewania. 

- Owszem, ale psycholog dziecięcy, u którego chłopiec się leczył, 

wysunął przypuszczenie, że jego stan może być skutkiem stresu wywołanego 

rozpadem rodziny. 

- To utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że Petera trzeba posłać na 

specjalistyczne badania - zaperzyła się Kate, rozczarowana sceptyczną postawą 

Bena. 

Milczał przez chwilę, a potem spojrzał jej w oczy. 

- Jak rozumiem, jesteś pewna, że występujące u Petera objawy 

usprawiedliwiają takie podejście. 

Kiwnęła zdecydowanie głową. 

- Tak, jestem. 

Ku jej zdziwieniu wzruszył lekko ramionami. 

- Dobrze. Rób jak uważasz. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. - Podszedł do 

drzwi, ale w progu odwrócił się jeszcze. - Aha, czy Maureen mówiła ci, że 

wyznaczyliśmy już datę przyjęcia pożegnalnego Glyna? Druga sobota czerwca. 

R S

background image

 

- 43 -

- Nie, nie mówiła mi - odparła Kate, zaskoczona nagłą zmianą tematu. 

- Mam zamiar urządzić je u siebie, w ogrodzie, jeśli pogoda na to 

pozwoli. Jeszcze jedno. Chłopcy zauważyli wczoraj wieczorem, jak podjeżdżasz 

samochodem pod dom i chcieli do ciebie wpaść, ale było już późno, więc im to 

odradziłem. Oni chyba coś kombinują. Nie daj im sobie wejść na głowę. 

Kate uśmiechnęła się. 

- Dzięki za ostrzeżenie. 

- Masz moje pozwolenie na spuszczenie ich ze schodów - dodał z 

uśmiechem. 

Napięcie, jakie się między nimi wytworzyło, wyraźnie opadło. Kate 

wyszła zza biurka i odprowadziła Bena do rejestracji. Zastali tam Damiana 

rozmawiającego z Maureen. 

- O, nasza piękna Kate! - Uśmiechnięty od ucha do ucha Damian ruszył 

ku niej z wyciągniętą ręką. - Co byś powiedziała na kieliszeczek czegoś 

mocniejszego w Czerwonym Lwie? Po pracy? - zapytał, nie próbując nawet 

zniżyć głosu. 

Jego protekcjonalny ton skojarzył się jej niemile z Julianem. Odmówiła 

uprzejmie i wróciła do gabinetu. 

W piątkowy wieczór ostatni pacjent wyszedł od Kate o wpół do siódmej. 

Dobrze się składało, bo od soboty wypadał jej dyżur pod telefonem. Wsunęła do 

kieszeni pager i wyszła pospiesznie z ośrodka z zamiarem wykorzystania reszty 

wieczoru na konieczne zakupy. 

Dziesięć minut później podjeżdżała już pod supermarket. Od wejścia do 

środka odstraszyły ją ogromne kolejki do kas i doszła do wniosku, że przeżyje 

jakoś na kanapkach. Nie zatrzymując się, wyjechała z parkingu i skierowała się 

w stronę domu. 

Miała już skręcić na podjazd, ale w ostatniej chwili przyhamowała, żeby 

przepuścić samochód wyjeżdżający z niego na drogę. Był to land-rover. Na 

R S

background image

 

- 44 -

tylnej kanapie siedzieli Toby i Tom. W kobiecie za kierownicą rozpoznała Mary 

Graham. Ich oczy na chwilę się spotkały. 

Kate podjechała pod dom i zaparkowała obok mercedesa. Przelotne 

spotkanie z Mary Graham wytrąciło ją trochę z równowagi. Próbowała 

pozbierać myśli. Może by jednak wrócić do supermarketu i zadać sobie trud 

zrobienia tych zakupów? Miała już z powrotem uruchomić silnik, kiedy zza 

domu wyszedł Ben. Sprawiał wrażenie rozluźnionego, miał na sobie lekką 

zieloną koszulę bez kołnierza i jasne letnie spodnie. Ręce trzymał w kie-

szeniach. 

- Cześć! - zawołał do niej, kiedy otwierała drzwiczki. - Minęłaś się z 

chłopcami. Zadzwoniła przyjaciółka rodziny i zaproponowała im przejażdżkę 

nowym land-roverem... Nie mogli przepuścić takiej okazji. 

Kate wysiadła z auta, rezygnując ostatecznie z zakupów na rzecz długiej 

kąpieli z dodatkiem pachnących olejków. 

- Wiem, widziałam ich - odparła obojętnie i uśmiechnęła się. - Nic się nie 

stało, na pewno spotkam się z nimi jutro. 

Ben wzruszył ramionami. 

- Nie dasz się skusić na kieliszek zimnego wina na tarasie? Słońce jeszcze 

dosyć mocno grzeje; moglibyśmy posiedzieć pół godzinki w spokoju, zanim 

wrócą. 

Kate odmówiła pod pretekstem, że chce się wykąpać i coś zjeść. 

Wycofała się pospiesznie do swego Gołębnika, gdzie zła na siebie samą stanęła 

pośrodku maleńkiego saloniku, zapatrzona w piękny letni wieczór za oknem. A 

mogła teraz siedzieć na tarasie i delektować się winem... 

Po raz pierwszy od miesięcy czuła ten specyficzny rodzaj zmęczenia. 

Była taka pewna, że po ME pozostało już tylko wspomnienie i z ufnością może 

patrzeć w przyszłość! Jednak siadając na kanapie uświadomiła sobie, że nie jest 

to chorobliwe zmęczenie, lecz uczucie zawodu, które ogarnęło ją, kiedy przed 

kilkoma minutami mijała się z land-roverem. 

R S

background image

 

- 45 -

Przywołała z pamięci twarz Mary Graham - ciemne, przenikliwe oczy, 

lśniące włosy i pewny siebie uśmiech. Odpędziła od siebie ten obraz, zrzuciła z 

nóg pantofle i zaczęła się rozbierać. Pięć minut później leżała już w pienistej 

kąpieli z nadzieją, że ciepła woda wyciągnie z niej przygnębienie. 

W weekendowy dyżur telefoniczny miała pełne ręce roboty. Wzywali ją 

przeważnie pacjenci z sensacjami żołądkowymi. 

Chłopcy wpadli do niej w poniedziałek wieczorem z pytaniem, czy nie 

zechciałaby wystąpić w roli sędziego w turnieju tenisowym, jaki chcieli 

urządzić dla dzieci, które przyjdą na przyjęcie Glyna Withycombe'a. Zgodziła 

się, a potem nie wytrzymała i spytała, jak było na przejażdżce. Tom zaczął jej 

opisywać całą wycieczkę. 

- Doktor Graham miała kiedyś męża - wtrącił Toby, kiedy brat urwał dla 

zaczerpnięcia oddechu - ale rok temu się z nim rozwiodła. 

- I teraz chyba podrywa tatę - dorzucił Tom z wymownym uśmiechem. 

Kate szybko zmieniła temat, zapowiadając sobie w duchu, że więcej nie 

poruszy kwestii znajomych i przyjaciół ich ojca. Resztę tygodnia postanowiła 

spędzić, koncentrując się na pracy. 

We wtorek jej uwagę przykuły znowu objawy występujące u Sheili 

Dobson. 

- Pedikiurzystka powiedziała, że z moimi stopami nic złego się nie dzieje 

- oznajmiła Sheila. - Po prostu mam sobie kupić większe buty. Ale proszę 

spojrzeć na moje dłonie. Musiałam przeciąć obrączkę ślubną, bo nie mogłam jej 

ściągnąć, a wrzynała mi się już w ciało. Najwyraźniej i palce mi się 

powiększyły. 

Kate obejrzała palce pani Dobson, ale te wyglądały całkiem normalnie. 

- A czy bóle głowy po zmianie okularów ustąpiły? - spytała. Sheila 

pokręciła głową. 

- Nie, wciąż mnie męczą. Powiedziałabym nawet, że są teraz jeszcze 

silniejsze. 

R S

background image

 

- 46 -

Zaniepokojona tą uwagą Kate skierowała pacjentkę na tomografię 

komputerową. Jeszcze tego samego dnia skonsultowała ten przypadek z Benem. 

- Wydaje mi się, że pani Dobson może cierpieć na akromegalię - 

powiedziała, sącząc kawę. 

Ben uniósł brwi. 

- Coś takiego! Kate kiwnęła głową. 

- Widziałam już taki przypadek, kiedy byłam na praktyce. Wyraźne 

powiększenie dłoni, stóp i szczęki. 

- Powiedziałaś jej to? - zapytał. Kate zawahała się. 

- Nie, jeszcze nie. Na razie skierowałam ją na tomografię. Zobaczymy, co 

wykaże. 

- Zobaczymy. Aha, z góry przepraszam za wszelkie hałasy, jakie mogą 

dochodzić jutro z domu - zmienił temat Ben. - Zaczynamy z chłopcami 

przygotowania do przyjęcia. 

- Mogę wam w czymś pomóc? - spytała odruchowo. Ku jej zaskoczeniu 

skwapliwie przyjął tę ofertę. 

- Ale nie chciałbym zajmować ci całej soboty - dodał po chwili 

zastanowienia. 

Wzruszyła ramionami. 

- Och, nie ma sprawy. I tak muszę dokonać inspekcji kortu, bo wybrano 

mnie na sędziego turnieju tenisowego juniorów. 

Roześmiali się oboje. 

W sobotni poranek słońce przesłaniała leciutka mgiełka, co zwiastowało 

upalny dzień. Kate odsunęła zasłony i otworzyła na oścież okna. Ogarniało ją 

coraz większe podniecenie. 

Z głównego domu od ósmej rano dobiegał łomot i stukanie młotków. 

Ledwie zdążyła włożyć szorty i górę od opalacza, kiedy do drzwi zapukał Toby. 

Przyszedł zapytać, czy nie ma czasem granatowej bawełnianej nitki, bo rozpruł 

sobie dżinsy. 

R S

background image

 

- 47 -

Po chwili siedział już na kanapie w samych spodenkach, a Kate zszywała 

rozdarte spodnie na swojej maszynie. 

- O dziesiątej przychodzą goście - oznajmił Toby. - Tata stawia już 

namiot, pod którym będą stoły z jedzeniem. Ale pani Howard nie wróciła 

jeszcze od córki i on nie wie, gdzie co ma stanąć. Pyta, czy nie przyszłaby pani 

pomóc... 

Kate kiwnęła głową, urwała nitkę i oddała chłopcu dżinsy. 

- Pozmywam tylko naczynia i zaraz z tobą pójdę. 

- Ekstra! - wykrzyknął Toby, wciągając spodnie. - Tata ma dwie lewe 

ręce, jeśli chodzi o przygotowywanie jedzenia i tego rodzaju rzeczy. Powiedział, 

że jeśli straci głowę, to ja z Tomem będziemy musieli robić kanapki. 

Kate roześmiała się. 

- W takim razie lepiej chyba będzie, jeśli pierwsze kroki skierujemy do 

kuchni. 

Wkrótce potem szli już razem przez trawnik. Kiedy wkraczali na ścieżkę 

prowadzącą w stronę głównego domu, o mało nie potrąciła ich dziewczynka na 

rowerze, za którą pędził, również na rowerze, Tom. 

- To Lisa - ożywił się Toby. - Mówiła, że może wpadnie dzisiaj rano. - I 

już go nie było. 

Kate została sama pośrodku ścieżki. Słysząc głośne walenie młotkiem 

dobiegające zza domu, postanowiła zajrzeć najpierw na taras. Ben, ubrany w 

szorty i bawełnianą koszulkę, mocował się z masztem namiotu. 

- Cześć... - sapnął na jej widok, i w tym momencie wielki kawał 

płóciennej płachty spadł mu na głowę. 

Kate, starając się ukryć uśmiech, pospieszyła na ratunek. 

- Pomóc ci w czymś? - zapytała, spoglądając na niego niewinnie, kiedy 

wydostał się spod fałd materiału. - Czy to może męska robota? 

Roześmiał się. 

- Bynajmniej. Zapał chłopców chyba trochę ostygł. 

R S

background image

 

- 48 -

Kate kiwnęła głową. 

- Mają gościa, i to ładnego. Ben przewrócił oczami. 

- Lisa Charwood, koleżanka ze squasha. Obawiam się, że rywalizują o jej 

względy. - Wskazał ruchem głowy na oklapły namiot. - Mogłabyś przytrzymać 

ten maszt, żeby się do końca nie zawaliło? Ja skoczę do domu po jakiś 

mocniejszy sznurek. 

Stanął tuż za nią, żeby pokazać jej, gdzie ma chwycić. Poczuła na karku 

jego oddech i przeszedł ją dreszcz. 

- Dasz radę? - spytał cicho, dotykając lekko jej pleców. 

- Dam... - wykrztusiła. - Idź już. 

Popatrzył na nią jakoś dziwnie, a potem odwrócił się i ruszył szybkim 

krokiem w kierunku domu. 

Oparła się czołem o maszt i oddychała głęboko. Co to ma znaczyć? Musi 

się opanować, zanim on wróci. 

- Gdzie tata? - zawołał zdyszany głos. Kate aż drgnęła, gdy zza węgła 

domu wypadł Tom. 

- W środku. Szuka sznurka do umocowania namiotu - powiedziała, 

usiłując zapanować nad drżącym głosem. 

Tom posłał jej zaintrygowane spojrzenie i wbiegł do domu. W chwilę 

potem w drzwiach pojawił się Ben z kłębkiem grubego sznurka w dłoni. 

- Dzwonili właśnie pierwsi goście. Są już w drodze, a pani Howard wciąż 

nie ma - powiedział, wyraźnie zdenerwowany. 

- To może ja ją na razie zastąpię - zaproponowała. 

- Byłbym ci bardzo wdzięczny - powiedział z westchnieniem ulgi. - W 

kuchni jest straszny bałagan... 

Uśmiechnęła się. 

- Spokojnie. Gdybyś tylko przejął ode mnie ten... - wskazała ruchem 

głowy na maszt. 

R S

background image

 

- 49 -

- Och, rzeczywiście! - Podskoczył i jego bliskość znowu przyprawiła Kate 

o dreszczyk. Puściła maszt i wbiegła przez tarasowe drzwi do kuchni. 

Kilka minut później zjawiła się Polly Glyn z dwiema kilkunastoletnimi 

córkami, Annabellą i Lindą. Pomogła Kate wynieść tace z daniami do 

zaimprowizowanego bufetu pod stojącym już namiotem, zaś dziewczynki zajęły 

się rozkładaniem na drewnianych stołach sztućców, talerzyków i serwetek. 

Pod dom zajechała taksówka, z której wysiadła czerwona ze 

zdenerwowania pani Howard. Przepraszała za spóźnienie i wyjaśniała, że 

autobus utknął w korku. Kate poradziła jej, by usiadła i ochłonęła przy herbacie. 

Kobieta, widząc, że poradzili sobie bez niej, odetchnęła z wyraźną ulgą. 

Kiedy wszystko było już gotowe, Kate wymknęła się do swego 

Gołębnika, żeby się przebrać. Włożyła długą do pół łydki, błękitną sukienkę bez 

rękawów, a lśniące złote włosy upięła w kok. Kiedy przeglądała się w lustrze, 

ktoś zapukał do drzwi. 

To był Toby, umyty, uczesany, w czystych dżinsach i białej koszulce. 

Uśmiechnął się nieśmiało, kiedy mu otworzyła. 

- Pomyślałem sobie, że po ciebie wpadnę. - Wzruszył ramionami. - 

Wszyscy już są. 

Kiedy szli przez trawnik, z głośników, które Ben wyniósł na taras, 

popłynęła muzyka. Goście stali w małych grupkach, rozmawiając z ożywieniem 

w promieniach słońca. 

Toby poszedł z Philipem i Miriam po rakiety tenisowe. Do Kate 

podbiegła Angie. 

- Wspaniale wyglądasz! - Przyjaciółka oglądała z podziwem sukienkę 

Kate. - Nowa? 

- Tak, kupiłam na wyprzedaży. - Kate uśmiechnęła się szelmowsko. - Kim 

jest ta ładna rudowłosa dziewczyna, która stoi z Rupertem? - spytała, wskazując 

ruchem głowy na grupę pod namiotem. 

R S

background image

 

- 50 -

- Ach, to Tessa Chandler - odrzekła Angie. - Dziewczyna, a raczej 

narzeczona Ruperta. Pracuje w Londynie i rzadko ma okazję się tu wyrwać. 

Zaręczyli się w Boże Narodzenie. 

- I kiedy przypada ten wielki dzień? 

- W październiku... tak mi mówiła Maureen. Urocza para, prawda? - 

Angie trąciła nagle Kate łokciem w ramię. - Spójrz tam... Widzisz to samo co 

ja? 

Kate pobiegła wzrokiem za spojrzeniem Angie i zobaczyła Bena ubranego 

w brązową koszulę i jasnobeżowe bawełniane spodnie. Rozmawiał z kimś, kogo 

zasłoniło na moment kilka osób idących przez trawnik. Kiedy odeszli, oczom 

Kate ukazała się atrakcyjna rozmówczyni Bena. Mary Graham miała na sobie 

obcisłe białe spodnie i białą jedwabną górę od opalacza na wąskich 

ramiączkach. 

- To doktor Mary Graham - mruknęła Angie. - Opowiadałam ci o niej. 

Kate pokiwała powoli głową. 

- Wiem... Ładna, prawda? 

- To oczywiste, że zagięła parol na Bena. Wystarczy na nich popatrzeć. 

Ale... - Angie przygryzła wargi i zmarszczyła czoło - wydaje mi się, że ona nie 

ma szans. Czy ktokolwiek, nawet ktoś tak ładny jak Mary, może konkurować ze 

wspomnieniem idealnej żony? - Widząc pytającą minę Kate, dodała: - No bo z 

jakiego innego powodu mężczyzna pozostawałby przez siedem lat samotny? Ja 

myślę, że on wciąż żyje przeszłością. 

Kate nie miała na to odpowiedzi. Patrzyła na Bena i Mary i zastanawiała 

się, czy Angie właściwie ocenia sytuację. Czy naprawdę nie ma kobiety, która 

zastąpiłaby Benowi Paulę? 

Otrząsnęła się z tych rozważań, kiedy z domu, wymachując rakietami 

tenisowymi, wybiegli bliźniacy i dzieci Angie. Wkrótce potem była już na 

korcie i wspomagana przez Annabellę i Lindę, sędziowała jak potrafiła mecz 

tenisowy. 

R S

background image

 

- 51 -

W godzinę później osunęła się na ogrodowe krzesło, by wysłuchać 

pożegnalnej mowy Glyna. Po skończonym przyjęciu pomogła pani Howard 

posprzątać. Dochodziła szósta, a ona wciąż tkwiła w kuchni, ładując coraz to 

nowe porcje brudnych naczyń do zmywarki. 

- Nie widać końca tego zmywania - powiedział Ben, stając obok niej z 

tacą wypełnioną filiżankami. Kate obejrzała się zaskoczona. Nie usłyszała, jak 

wchodził. Był, o dziwo, sam, bez Mary. Myślała, że Mary zostanie po przyjęciu. 

- Wszyscy już poszli - dorzucił, przestępując niepewnie z nogi na nogę. 

- Daj, pomogę ci... 

Gdy odebrała od niego tacę, ich oczy się spotkały. Nie patrząc na tacę, 

odstawiła ją na kuchenny blat, a wtedy Ben, jakby pod wpływem impulsu, wziął 

ją w ramiona i przyciągnął do siebie. Nie opierała się. Pochylił się bez słowa i 

pocałował ją. 

- Kate...? - mruknął, gładząc delikatnie palcami jej policzek. - Kate, ja... 

W tym momencie z korytarza dobiegł odgłos kroków i Kate odskoczyła 

od niego jak oparzona. W samą porę, bo kilka sekund później do kuchni 

wmaszerowała pani Howard. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 52 -

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Tego samego wieczoru, kiedy Kate zamierzała już położyć się do łóżka, 

zadzwonił telefon. Nie rozebrała się jeszcze, ale włosy miała rozpuszczone. 

- To ja - rozległ się w słuchawce głos Bena. - Nie obudziłem cię? 

- Nie, nie spałam jeszcze - odparła z wahaniem. 

- Mógłbym wpaść do ciebie na moment? Obiecuję, że nie zabawię długo. 

Od chwili, kiedy pani Howard o mały włos nie zaskoczyła ich w kuchni, 

nie mieli okazji porozmawiać w cztery oczy. Ona wymknęła się od razu do 

Gołębnika, a Ben wyszedł do ogrodu, by rozebrać namiot. 

- Dobrze, wpadnij - powiedziała i puls jej przyśpieszył. - Zaraz zejdę 

otworzyć ci drzwi. 

Ogarnęła szybko wzrokiem salonik, poprawiła poduszki na kanapie i 

zbiegła na dół, próbując pozbierać myśli. Odsunęła zasuwkę i uchyliła drzwi. W 

ciemnościach majaczyła sylwetka nadchodzącego Bena. Był w tych samych 

spodniach i koszuli co na przyjęciu. 

Spojrzał na nią niepewnie. 

- Przepraszam, że tak późno - mruknął, zamykając za sobą drzwi. 

Uśmiechnęli się do siebie i weszli na górę. Ben opadł na kanapę i 

przeczesał palcami włosy. 

- Napijesz się kawy albo czegoś innego? - spytała niepewnie Kate. 

- Dziękuję, opiłem się i objadłem dzisiaj za wszystkie czasy - powiedział 

z uśmiechem, nie odrywając wzroku od jej lśniących, spływających na ramiona 

włosów. - Chodź, usiądź przy mnie. Muszę z tobą porozmawiać. 

Wyciągnął rękę, i Kate serce o mało nie wyskoczyło z piersi. Podeszła 

powoli do kanapy, podała mu dłoń i usiadła. 

- Po pierwsze - zaczął z głębokim westchnieniem - nie podziękowałem ci 

jeszcze jak należy za to, co dla nas dzisiaj zrobiłaś. Bóg jeden wie, co by było z 

bufetem, gdyby nie ty. 

R S

background image

 

- 53 -

- Dobrze się bawiłam - mruknęła. 

Czyżby pocałował ją pod wpływem impulsu i teraz przyszedł za to 

przeprosić? Spróbowała wyczytać coś z jego oczu. Uśmiechał się, zupełnie 

jakby wiedział, o czym myśli. 

- A po drugie - podjął - chcę cię przeprosić za moje zachowanie w kuchni. 

Bóg mi świadkiem, nie zrobiłem tego z premedytacją... Wybaczysz mi? 

- Co mam ci wybaczyć? 

- Ślicznie dzisiaj wyglądasz, Kate. - Odchylił się na oparcie kanapy i 

przymknął oczy. - Wcale mi się nie chce stąd wychodzić. 

- Chłopcy wiedzą, gdzie jesteś? - spytała. Uśmiechnął się. 

- O dziesiątej poszli spać. Padali z nóg. 

- Jesteś z nich pewnie bardzo dumny. Kiwnął głową. 

- Owszem, jestem - przyznał - chociaż miewam chwile zwątpienia - 

dorzucił, wzruszając lekko ramionami. - Może jestem za mało stanowczy. 

Czasami wydaje mi się, że brak im kobiecej ręki. - Zawiesił głos. - Toby mówił 

mi, że twoi rodzice również zginęli. 

- W wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć lat. Na szczęście 

adoptowali mnie wspaniali ludzie. Nie żyją już oboje. Moja przybrana matka 

umarła, kiedy miałam dziesięć lat, a ojciec niedawno, tuż przed moim 

rozstaniem z Julianem. 

- Z Julianem? 

- To mój były narzeczony. 

- Aha, mówiłaś mi o nim. To przykre. 

- Stare dzieje. - Zamilkła i patrzyła przez chwilę na Bena. 

- No a ty? - spytała z wahaniem. - Nigdy nie myślałeś o ponownym 

małżeństwie? 

Uniósł brwi. 

- Nie miałem na to czasu. Po śmierci Pauli poświęciłem się całkowicie 

wychowaniu chłopców. 

R S

background image

 

- 54 -

- Pewnie ci było ciężko. 

- To była świadoma decyzja - powiedział po chwili milczenia. - I nie 

żałuję. 

Niespodziewanie ujął jej twarz w dłonie. 

- Och, Kate, pragnę cię, nawet nie wiesz jak - wyszeptał. 

- To silniejsze ode mnie. 

Zanim zdążyła zareagować, już ją namiętnie całował. Nie opierała się. 

Nagle drgnął, cofnął głowę i popatrzył na nią zamglonymi oczami. 

- Kate... to wariactwo! 

- Wiem - wyszeptała. - Wiem. 

- Bo co by było jutro? - zapytał cicho. - Jak spojrzelibyśmy sobie w oczy? 

Miał rację. Żałowaliby nazajutrz, gdyby teraz posunęli się za daleko, 

gdyby pod wpływem chwili zrobili coś szalonego. 

- Jesteśmy oboje zmęczeni - powiedział i wstał z kanapy. Spojrzał na nią z 

góry. W jego oczach malował się żal, gdy dodał: 

- Cholera, Kate, zapewniam cię, że w tej chwili niczego tak nie pragnę, 

jak zostać tu z tobą... 

Kate również wstała. Kolana miała jak z waty. Wygładziła machinalnie 

sukienkę. 

- Tak, lepiej już idź - wykrztusiła. 

- Zacznijmy jutro od początku - zaproponował, dotykając delikatnie jej 

włosów. - Krok po kroczku... Dobrze? 

Kiwnęła głową. 

- Dobrze. 

Uśmiechnął się i ruszył do drzwi. 

- Nie odprowadzaj mnie - rzucił przez ramię. - Sam trafię. Śpij dobrze, 

Kate. 

- Nawzajem, Ben. 

R S

background image

 

- 55 -

Kiedy trzasnęły drzwi na dole, Kate opadła na kanapę. Kręciło jej się w 

głowie. Nie zdawała sobie do tej pory sprawy, jak bardzo pragnie tego 

mężczyzny. Ale on dał dzisiaj wyraźnie do zrozumienia, że jest zadowolony ze 

swego dotychczasowego życia, że nie chce go zmieniać. Pewnie nawet dla 

kogoś takiego jak Mary Graham. 

Najrozsądniej byłoby zapomnieć o dzisiejszym incydencie i skupić się na 

pracy. 

Tak byłoby najrozsądniej... 

Następnego dnia, w niedzielę, miała dyżur pod telefonem. Kiedy przed 

południem, wezwana do pacjenta, wsiadała do swojego samochodu, w głównym 

domu panowała cisza, a mercedesa na podjeździe nie było. Najwyraźniej Ben 

pojechał gdzieś z chłopcami. 

Z wizyt u pacjentów wróciła późnym popołudniem. Dom zastała cichy, a 

samochodu Bena nadal nie było. 

Wieczorem wydawało jej się, że słyszy chłopców grających w tenisa, ale 

kiedy po jedenastej wyjeżdżała wezwana do gorączkującego dziecka, w domu 

było ciemno. 

W poniedziałek wcześniej niż zwykle wyruszyła do pracy, bo nie chciała 

spotkać się z Benem przed dyżurem. Nie była jeszcze do tego gotowa, 

potrzebowała trochę czasu na dojście do siebie. Pacjentów miała tego dnia bez 

liku. Szerzyła się jakaś infekcja wirusowa, a Rupert był na urlopie, zaś Bal 

Chandra, który sam padł ofiarą wirusa, leżał w łóżku. 

Tak więc na placu boju pozostali tylko Meg James, Ben i Kate. Z Benem 

spotkała się w poczekalni, kiedy zasłabła tam jakaś kobieta. Posadzili pacjentkę 

wspólnymi siłami z powrotem na krześle i Kate podała jej szklankę wody. 

- Tak tu duszno - tłumaczyła się słabym głosem kobieta. 

- Może wyprowadzić panią na powietrze - zaproponował Ben, 

uśmiechając się do Kate, kiedy na moment spotkały się ich oczy. 

R S

background image

 

- 56 -

Pod Kate ugięły się nogi, ogarnęło ją dziwne podniecenie. Żeby je jakoś 

zamaskować, podjęła się wyjść z pacjentką do ogrodu. Sama potrzebowała 

powietrza! 

Bena spotkała ponownie dopiero następnego dnia. Rejestracja przeżywała 

istne oblężenie, do każdego okienka stała długa kolejka pacjentów. Uśmiechnęli 

się do siebie w przelocie i rozeszli do swoich gabinetów. 

Toby odwiedzał ją w tym tygodniu dzień w dzień. Przychodził zaraz po 

szkole i gawędzili na rozmaite tematy, a najczęściej o Tomie i Lisie, z którą 

Tom spędzał ostatnio więcej czasu niż ze swoim bratem. 

- Co ojciec na to, że Tom spotyka się z Lisą? - spytała go pewnego dnia, 

zastanawiając się jednocześnie, czy to tylko urojenie, czy Ben rzeczywiście jej 

unika. 

- Nie wiem - burknął siedzący na skórzanym pufie Toby. 

- Rzadko go ostatnio widuję. - Przesunął małą glinianą figurkę na 

szachownicy. 

- Jest teraz bardzo zapracowany - powiedziała, bez powodzenia szukając 

ratunku dla swojego zaszachowanego króla. 

- To nie nowina - mruknął ponuro Toby. - Tak jest zawsze. Kate zerknęła 

na niego, zaskoczona tonem, jakim to powiedział. Czy jej się tylko wydawało, 

czy chłopiec rzeczywiście ma za złe ojcu, że poświęca mu zbyt mało czasu? 

Był piękny, letni poranek, kiedy spotkała się ponownie z Benem. 

Zamknęła Gołębnik i szła do volkswagena, a on wyłonił się zza rogu głównego 

domu i pomachał do niej. 

- Za wcześnie będziesz w pracy - zawołał wesoło. 

- A ty się spóźnisz - odparowała. 

Serce zabiło jej mocniej, kiedy stanął za nią, kładąc dłoń na dachu 

samochodu. Odruchowo poprawiła sobie fryzurę. 

- Powiedz mi, dlaczego nosisz je zawsze upięte do góry? - spytał z 

uśmiechem. 

R S

background image

 

- 57 -

- Co? Włosy? - Opuściła rękę i wzruszyła ramionami. - Sama nie wiem. 

Zawsze się tak czesałam. 

- Mnie podoba się bardziej, kiedy masz je rozpuszczone, kiedy spływają 

ci na ramiona... - Patrzył na nią rozbawiony jej zmieszaniem. - Tak jak wtedy, w 

sobotę, po przyjęciu pożegnalnym Glyna. 

Zaczerwieniła się. 

- Wydaje się, że to było tak dawno. Kiwnął głową. 

- Właśnie. Znowu spojrzeli sobie w oczy. Zrozumieli się bez słów. 

- Kate... - Chciał już wziąć ją za rękę, ale w tym momencie z okna domu 

wychyliła się pani Howard, żeby wytrzepać ścierkę do kurzu. 

Kate cofnęła się gwałtownie. 

- Czy Rupert dzisiaj wraca? - spytała szybko, by ukryć zakłopotanie. 

Ben skinął głową. 

- Tak. Może wreszcie wszystko wróci do normy. 

- Toby się ucieszy. 

- Tak? Z czego? - Spojrzał na nią zdziwiony. 

- Z tego, że zobaczy dziadków. Mówił mi, że zabierasz ich wkrótce na 

wakacje. 

- Ach, rzeczywiście. - Ben przeciągnął się. - Tak sobie pomyślałem... - 

Urwał. - W piątek jadę do Hugh Conwaya, a o ile wiem, ty masz wizytę u Sary. 

Może zabierzesz się ze mną? 

Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- Dobrze. 

- No to... do piątku? 

Kiwnęła głową. Ben wsiadł do mercedesa i trąbiąc na pożegnanie, ruszył. 

Kate wśliznęła się za kierownicę volkswagena i spojrzała we wsteczne lusterko. 

Zobaczyła tam czyjś roziskrzony wzrok. 

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że są to jej własne oczy. 

R S

background image

 

- 58 -

W piątek zrobiło się jeszcze cieplej. Meteorolodzy zapowiadali rekordowe 

upały. 

Na porannym dyżurze Kate miała komplet pacjentów. Przeważały 

oparzenia słoneczne, ukąszenia, użądlenia i krwotoki z nosa. O jedenastej 

trzydzieści Hilly przyniosła jej kawę. 

- Doktor Buchan chce się upewnić, czy po dyżurze jedzie z nim pani do 

chorego - powiedziała Hilly, spoglądając na nią dziwnie. - Do Conwayów. 

Podobno się umawialiście. 

- Tak, jadę. 

Po wyjściu Hilly Kate dłuższą chwilę nie mogła się skoncentrować. 

Wyraz oczu rejestratorki mówił sam za siebie. 

W końcu pozbierała jakoś myśli i do dwunastej przyjęła jeszcze kilku 

pacjentów. Potem sprzątnęła biurko i wyszła z gabinetu. 

Ben czekał już na nią na zewnątrz. Był w jasnej płóciennej marynarce i w 

ciemnych spodniach, czarne włosy miał zaczesane do tyłu. 

- No, nareszcie - rzekł z westchnieniem, otwierając przed nią drzwiczki 

mercedesa. 

- Trudny miałeś dyżur? - Kate, usadowiwszy się w wygodnym skórzanym 

fotelu, wygładziła spódniczkę. Odnosiła wrażenie, że są obserwowani z okien 

biura. 

- Lepiej nie pytaj. 

Wkrótce pędzili już szosą, zostawiając za sobą centrum miasteczka. 

- Wiesz - zaczął Ben, zerkając na nią - ostatnio czuję się nikomu 

niepotrzebny. Tom przy każdej okazji wymyka się z domu, żeby spotykać się z 

Lisą, a Toby przesiaduje wieczorami u ciebie. 

Kate roześmiała się cicho. 

- Przecież możesz przychodzić do mnie z Tobym.  

Kiwnął głową i nie odrywając oczu od drogi, powiedział: 

- Toby jest ostatnio jakiś przygaszony. Zauważyłaś?  

R S

background image

 

- 59 -

Wolała nie powtarzać mu treści swoich rozmów z Tobym, z których 

wynikało, że chłopiec czuje się odtrącony. 

- Może przechodzi trudny okres - odrzekła wymijająco. 

- A więc zauważyłaś? Zastanawiam się, czy to nie przez to, że Tom 

większość czasu spędza teraz z Lisą. A jeszcze niedawno byli nierozłączni. 

- Rozmawiałeś z Tobym? - spytała. Ben ściągnął brwi. 

- Nie było ostatnio czasu na rozmowę. No ale to w końcu mój problem. 

Nie będę ci nim zawracał głowy. 

Kate chciała powiedzieć, że chętnie by pomogła, ale nie zdążyła. 

Zatrzymywali się już przed domem Conwayów. Drzwi otworzyła im 

uśmiechnięta jak zwykle Sara, jednak Kate zauważyła od razu, że jest 

zdenerwowana i blada. Ben wszedł do Hugh, a Sara wyprowadziła Kate do 

ogrodu. Usiadły na ławeczce otoczonej wonnymi różami. 

- W przyszłym tygodniu idę na laparoskopię - oznajmiła Sara. - Nie 

powiedziałam jeszcze Hugh. Ostatnio lepiej się czuje i nie chcę go denerwować. 

- Chodzisz już do pracy? - zapytała Kate. 

- Boję się jeszcze zostawiać Hugh samego. To dziwne, że o tej porze roku 

ma zawsze skłonności do popadania w depresję. 

Kate wiedziała, że powstrząsowy stres, na jaki cierpi Hugh Conway, ma 

przypuszczalnie związek z którąś z jego zagranicznych misji wojskowych, ale 

dotychczas nie udało się ustalić, co konkretnie go wywołało. 

- Ben pierwszy rozpoznał u Hugh stres powstrząsowy - dodała Sara cicho. 

- To było z dziesięć lat temu. Mieszkaliśmy wówczas w Surrey, gdzie 

stacjonował Hugh, a Buchanowie wrócili właśnie z Afryki Południowej. Ben 

pracował w przychodni, w której leczył się Hugh. Hugh skarżył się wtedy na 

bóle żołądka. Lekarze wojskowi przebadali go na wszystkie strony i stwierdzili, 

że to wrzody. 

- Ale to nie były wrzody? - ni to spytała, ni stwierdziła Kate. 

R S

background image

 

- 60 -

- Nie. W końcu trafił do Bena i dopiero ten ustalił, że to szok 

powstrząsowy. Skierował go na terapię do swojego kolegi i dzięki Bogu 

koszmary zaczęły ustępować. Tak więc znamy się od lat, bardzo przeżyliśmy 

śmierć Pauli... - Sara urwała, bo w tym momencie dał się słyszeć pisk 

hamulców, a zaraz potem głośny łomot. - Boże, chyba wypadek na szosie! 

Obie kobiety zerwały się z ławeczki i przebiegły przez dom do 

frontowego ogródka. Ben już tam był. Osłaniając dłonią oczy, spoglądał w 

kierunku pobliskiego wiaduktu. 

- Nic stąd nie widać - powiedział do Kate. - Podjedźmy tam może i 

sprawdźmy, co się stało. 

Wsiedli szybko do mercedesa, a Sara wbiegła z powrotem do domu, by 

zadzwonić na pogotowie i na policję. Oglądając się, Kate zobaczyła jeszcze 

przez tylną szybę poszarzałą twarz Hugh wpatrzonego w wiadukt. 

Przy wjeździe na autostradę ruchem kierował już policjant. Ben zwolnił, 

opuścił szybę i zawołał do niego, że są oboje lekarzami. 

Zaparkowali na utwardzonym poboczu, tuż za wozem policyjnym. W 

poprzek jezdni stały dwa rozbite samochody. 

- Ty bierz biały! - krzyknął Ben, kiedy wysiadali z mercedesa. - Ja zajmę 

się tym po prawej. 

Kate kiwnęła głową i w tym momencie zauważyła, że daje jej znaki 

policjant stojący na skraju porośniętej trawą skarpy. Gdy podbiegła do niego, 

wskazał jej czerwoną furgonetkę, która stoczyła się w dół i wpadła na drzewo. 

Szybko zsunęła się tam po stromym zboczu. Z roztrzaskanego silnika 

wydobywała się z sykiem para, podłoże zasłane było okruchami szkła. Siła 

uderzenia wyrzuciła kierowcę, młodego mężczyznę, przez przednią szybę. Leżał 

na wznak, straszliwie pokaleczony, kilka metrów od swojego pojazdu. Chyba 

nie można mu już było pomóc. 

Kate, walcząc z podchodzącym do gardła żołądkiem, uklękła jednak przy 

nim, by poszukać oznak życia. 

R S

background image

 

- 61 -

- Nie zapiął pasa - westchnął stojący za nią policjant, kiedy otwierała 

torbę lekarską. - Czy oni kiedyś zmądrzeją? 

Kate zbadała mężczyznę i pokręciła powoli głową. Nie żył. Gdy wspinała 

się z powrotem na skarpę, słychać już było zawodzenie syren. To nadjeżdżały 

karetki pogotowia i wozy straży pożarnej. Podbiegła do białego samochodu. 

- Drzwiczki od strony kierowcy są zaklinowane - wysapał inny policjant, 

szarpiąc z całej siły za klamkę drzwiczek od strony pasażera. 

Kate zajrzała do środka. Za kierownicą siedziała młoda kobieta. Była 

nieprzytomna. Odrzucona do tyłu głowa opierała się o zagłówek. 

- Wcisnę się tam - rzuciła Kate do policjanta, któremu udało się wreszcie 

otworzyć drzwiczki. 

Nie zważając na jego ostrzeżenia i okruchy roztrzaskanej przedniej szyby 

na fotelu, wpełzła do środka. 

Szukając pulsu na nadgarstku, zauważyła krew tryskającą z uda kobiety. 

Zgarnęła z zakrwawionych dżinsów odłamki szkła, ściągnęła z siebie bluzkę, 

zwinęła ją w prowizoryczny tampon i ucisnęła nim ranę, by przyhamować 

upływ krwi. Dopiero teraz uważniej przyjrzała się twarzy kobiety i zmartwiała. 

To była Tessa, narzeczona Ruperta, którą poznała na przyjęciu pożegnalnym 

Glyna. 

Zaczekała, aż strażacy zdejmą z zawiasów pogięte drzwiczki i wytną 

deskę rozdzielczą przygniatającą nogi dziewczyny, po czym wstrzyknęła jej 

środek przeciwbólowy i zrobiła miejsce sanitariuszom, by wydobyli ranną z 

wraku samochodu. 

Kiedy patrzyła, jak nosze z nieprzytomną Tessą znikają we wnętrzu 

ambulansu, podszedł Ben i zarzucił jej na ramiona swoją płócienną marynarkę. 

- Dziękuję - mruknęła, spoglądając na niego z wdzięcznością. - Co z 

ludźmi z tamtego szarego samochodu? 

- Dwoje pasażerów ciężko rannych - powiedział posępnie. - Urazy głowy 

i kręgosłupa. Kierowca jest w szoku, ale chyba wyszedł z tego bez szwanku. 

R S

background image

 

- 62 -

Kate dotknęła jego ramienia. 

- Ben, ta kobieta w karetce to Tessa, narzeczona Ruperta. Wstrzymał 

oddech i popatrzył z niedowierzaniem na zatrzaskujące się drzwiczki 

ambulansu. 

- Tessa? Tessa Chandler? Jesteś pewna?  Kate kiwnęła głową. 

- Tak. 

- Co jej jest? 

Kate przestąpiła niepewnie z nogi na nogę. 

- Ma paskudnie rozharatane udo i rozbitą głowę. Nie jest też wykluczone, 

że doszło do krwotoku wewnętrznego. 

- Trzeba ją jeszcze dzisiaj przetransportować do Londynu. Zaraz 

zadzwonię do Bala... Ma teraz dyżur z Rupertem. 

Wrócili do mercedesa i Ben zatelefonował do ośrodka. Kate słuchała w 

milczeniu, jak przekazuje złe wieści. W końcu odłożył z westchnieniem 

słuchawkę. 

- Jeśli Rupert będzie chciał jechać do szpitala, przejmę jego pacjentów. 

Ale to, niestety, nie koniec złych wiadomości... - Urwał i ze stężałą twarzą 

przekręcił kluczyk w stacyjce. - U Conwayów odebrałem telefon. Toby pobił się 

z kimś w szkole. - Wzruszył ramionami i spojrzał na Kate. - Dyrektor go za-

wiesił. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 63 -

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

- Co zamierzasz w sprawie Toby'ego? - zapytała, kiedy wracali do 

Milchester. 

Milczący dotąd Ben wzruszył ramionami. 

- Naturalnie chcę się dowiedzieć, co dokładnie zaszło w szkole, ale za 

parę minut, o drugiej, zaczyna się dyżur Ruperta i muszę go zastąpić. 

Zadzwonię do dyrektora i powiem, że wpadnę, kiedy tylko będę mógł. 

Kate spróbowała się postawić na miejscu Toby'ego. Cokolwiek chłopiec 

przeskrobał - a nie wierzyła, by przyczyną zawieszenia była sama bójka - to 

czekanie na ojca jeszcze bardziej pogłębi jego frustrację. 

- Chętnie przejmę pacjentów Ruperta - oznajmiła. - Ty jedź po Toby'ego. 

Ben, nie odrywając oczu od drogi, pokręcił głową. 

- Dziękuję, ale zostaw to mnie. 

Kate westchnęła. Nie rozumiała, dlaczego Ben odrzuca takie oczywiste 

rozwiązanie, wolała jednak nie naciskać. Przez resztę drogi nie odzywali się do 

siebie. W ośrodku Bal poinformował ich, że Rupert, dowiedziawszy się o 

wypadku Tessy, pojechał natychmiast do szpitala. Kate weszła do swojego 

gabinetu, a w chwilę potem wpadła tam Lesley i wręczyła jej coś owiniętego w 

celofanową torebkę. 

- To zapasowa bluzka, którą na wszelki wypadek zawsze tu trzymam. 

Pomyślałam sobie, że się pani przyda. 

Kate spojrzała na siebie. Była w marynarce Bena. 

- Och, dziękuję, zupełnie zapomniałam... Swoją bluzkę zostawiłam na 

miejscu wypadku. Jak przyjął to Rupert? - spytała. 

Lesley wzruszyła ramionami. 

- Nic nie powiedział, tylko zbladł jak ściana. Wszyscy byliśmy 

wstrząśnięci. 

Kate westchnęła. 

R S

background image

 

- 64 -

- Dziękuję za bluzkę, Lesley. 

Po wyjściu Lesley Kate wróciła myślami do sprawy Toby'ego, który 

pewnie czekał teraz w szkole na ojca. To bez sensu, żeby Ben przejmował 

pacjentów Ruperta, skoro ona jest wolna. 

Przerzuciła marynarkę przez rękę, wybiegła na korytarz, zapukała do 

drzwi gabinetu Bena i nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Ben 

zdążył się już przebrać w czystą białą koszulę i uczesać. Podnosił właśnie 

słuchawkę telefonu. 

- O co chodzi, Kate? - spytał zaskoczony, a widząc na jej ręce swoją 

marynarkę, wskazał ruchem głowy na krzesło. - Powieś ją tam, dobrze? 

Kate przewiesiła marynarkę przez oparcie krzesła i wyrzuciła z siebie: 

- Czy mogę zamienić z tobą parę słów, zanim wybierzesz numer? 

Nie odłożył słuchawki, przycisnął ją tylko do ramienia. 

- Chodzi o Toby'ego - dodała, odetchnąwszy głęboko. 

- Właśnie dzwonię do szkoły - powiedział. 

- Mógłbyś rozważyć to jeszcze raz? - spytała. - Chętnie zastąpię Ruperta. 

Zdążyłbyś odebrać Toby'ego ze szkoły i porozmawiać z nim. 

Ben odłożył w końcu słuchawkę i odchylił się na oparcie fotela. 

- Wiem, że chcesz dobrze, Kate, ale Toby na własne życzenie wpędził się 

w kłopoty i sam jest sobie winien. Nie zaszkodzi, jeśli to sobie przez te dwie 

godziny przemyśli. A co do Ruperta, to ja mam obowiązek go zastąpić, nie ty. 

Kate wzruszyła ramionami. 

- Możesz mieć mi za złe, że wtrącam się w nie swoje sprawy, nie 

rozumiem jednak twojego uporu. 

Patrzył na nią przez chwilę, mocno zaciskając zęby. 

- Posłuchaj, Kate, nie mam ci niczego za złe, ale to sprawa rodzinna. - 

Zawahał się. - Od kiedy przenieśliśmy się do Milchester i Toby poszedł tu do 

szkoły, coś zaczęło się między nami psuć. On nie może oczekiwać ode mnie, że 

R S

background image

 

- 65 -

z byle powodu rzucę wszystko i pośpieszę mu na ratunek. Rozegram tę sprawę 

tak, jak to uważam za stosowne. 

- Dobrze, ale może dzisiaj nadarza się idealna okazja, żebyście się 

wreszcie do siebie zbliżyli. 

- Jak to sobie wyobrażasz? - Zmarszczył czoło. - Przecież ja nie mogę 

przejść nad tym zawieszeniem do porządku dziennego. 

- Wcale nie każę ci tego robić. Powinieneś jednak dać mu chociaż szansę 

wytłumaczenia się. Siedząc przez dwie godziny w szkole, dojdzie do wniosku, 

że już go osądziłeś. Jeśli pojedziesz po niego teraz, zabierzesz do domu i 

pokażesz, że masz dla niego czas... 

Ben westchnął. 

- Czas... Chciałbym go mieć więcej. Kate kiwnęła głową. 

- Toby chyba też by tego chciał. 

- Ale ja jestem lekarzem, Kate. Chłopcy muszą to zrozumieć. Tom już 

chyba zrozumiał. 

- I prawdopodobnie to jest właśnie przyczyną, dla której Toby zachowuje 

się tak, a nie inaczej. - Zaczerwieniła się. - Tomowi wszystko przychodzi 

łatwiej. Bez problemów odnalazł się w nowej szkole, interesuje się 

dziewczętami. - Wzruszyła ramionami. - To musi być bardzo deprymujące, 

kiedy dostrzegasz nagle, że ktoś, kogo zawsze uważałeś za swoje 

odzwierciedlenie, jest jednak od ciebie inny. Towarzyszy temu pewnie poczucie 

osamotnienia, zagubienia... Dorastanie to trudny okres w życiu człowieka, nawet 

jeśli nie traci najlepszego przyjaciela i brata. 

Ben nie odzywał się przez dłuższy czas, wodził tylko wzrokiem po jej 

twarzy. W końcu wstał, podszedł do okna i znowu wrócił za biurko. Sięgnął po 

słuchawkę, wystukał numer i czekał na połączenie, patrząc Kate w oczy. 

Wytrzymywała to spojrzenie, choć w ciszy, jaka zaległa w pokoju, jej 

serce wyprawiało przedziwne harce. 

R S

background image

 

- 66 -

- Zmiana planów, Lesley - rzucił do słuchawki. - Doktora Greavesa 

zastąpi dziś doktor Ross. Informujcie o tym każdego zgłaszającego się pacjenta. 

Gdyby ktoś upierał się przy Rupercie, przenieście mu wizytę na przyszły 

tydzień. 

Odłożył słuchawkę i zerknął na Kate. 

- Wrócę na wieczorny dyżur... taką mam nadzieję. - Posłał jej ponure 

spojrzenie. - W porządku? 

Kiwnęła głową. 

- Powodzenia. 

Wziął torbę lekarską pod pachę i wyszedł z gabinetu. Usłyszała jeszcze, 

jak żegna się z rejestratorkami. Odetchnęła z ulgą, bo zupełnie nie spodziewała 

się takiego obrotu rzeczy. 

Na szczęście pierwszych troje pacjentów Ruperta nie miało nic przeciwko 

temu, że przyjmie ich ona. Ale jako czwarta do gabinetu weszła Denise 

Markham i Kate aż wzdrygnęła się wewnętrznie. 

- Powiedziano mi w rejestracji, że nie ma mojego lekarza 

- oznajmiła wyniosłym tonem Denise. 

- Tak - przyznała Kate. - Przykro mi, doktor Greaves musiał wyjść w 

ważnej sprawie i ja go zastępuję. Jeśli jednak woli pani widzieć się z nim, to 

możemy przepisać wizytę - dorzuciła szybko. 

Denise Markham westchnęła. 

- Nie warto. Przyszłam teraz, bo tylko o tej porze mam trochę czasu dla 

siebie. 

Kate wskazała na krzesło. 

- W takim razie proszę siadać. Jak chłopcy? 

- W porządku - mruknęła młoda kobieta, siadając i nie kryjąc swojego 

niezadowolenia z faktu, że trafiła do Kate. 

- W czym mogę pomóc? - spytała Kate, udając, że tego nie dostrzega. 

R S

background image

 

- 67 -

- Podejrzewam, że pani nie może. Albo nie będzie chciała - padła szorstka 

odpowiedź. 

- Pani Markham - rzekła spokojnie Kate. - Postaram się pomóc pani 

najlepiej, jak potrafię, ale skoro ma pani do mnie jakieś zastrzeżenia, to lepiej 

chyba będzie, jeśli się pożegnamy. 

- Ja mam zastrzeżenia do wszystkich lekarzy - warknęła Denise. - Co wy 

możecie wiedzieć o wychowywaniu dwójki dzieci, opłacaniu wszystkich 

rachunków i zapewnianiu im dachu nad głową? Wy, lekarze, zarabiacie krocie... 

Nie macie pojęcia, z czym muszą się borykać niektóre samotne matki. 

Kate przeglądała już akta Denise Markham, lecz nie pamiętała, by 

wyczytała w nich, że Denise Markham jest rozwiedziona albo pozostaje w 

separacji z mężem. Miała już ponownie otworzyć jej teczkę, gdy Denise 

podjęła: 

- Tam nic pani nie znajdzie. - Głos jej drżał. - Przyszłam tylko po coś na 

sen. Chyba tyle pani może. 

- Cierpi pani na bezsenność? 

- Coś w tym rodzaju. Najgorzej jest nad ranem. Budzę się o czwartej albo 

piątej i nie mogę już zasnąć. Da mi pani coś czy nie? - Jej głos podniósł się do 

krzyku i zerwała się z krzesła. - A zresztą, po co ja tu strzępię sobie język? 

Wybuchnęła płaczem i zasłaniając twarz rękami, ruszyła do drzwi, ale 

Kate była tam przed nią. Tym razem nie pozwoli jej wyjść! 

- Chcę pani pomóc - powiedziała spokojnie. - Wiem, że ma pani do mnie 

pretensje o Seana, proszę się jednak opanować i usiąść. Spróbujemy 

przeanalizować wspólnie pani problemy z zasypianiem i znaleźć jakieś 

rozwiązanie. 

Objęła kobietę i doprowadziła ją z powrotem do krzesła. Denise usiadła 

posłusznie. 

Kate wróciła za biurko, wysunęła z podajnika świeżą chusteczkę 

higieniczną i podała ją Denise. 

R S

background image

 

- 68 -

- Może opowie mi pani, co ją trapi? - zaczęła ostrożnie i Denise Markham 

powoli, zacinając się, zrelacjonowała jej swoją niewesołą sytuację. 

Okazało się, że jej mąż Gareth nie tylko utrzymuje od dawna romans z 

inną kobietą, ale również ma z nią dwuletnią córkę. Ani myśli zerwać z 

kochanką i prowadzi podwójne życie. Pomimo nacisków ze strony Denise, żeby 

się w końcu zdecydował, on uparcie odmawia rezygnacji z którejkolwiek z 

kobiet. 

Denise udawało się dotychczas zatajać przed krewnymi i przyjaciółmi 

fakt istnienia drugiej rodziny Garetha, ale układ ten staje się nie do zniesienia, 

również ze względów finansowych. Wskutek zwolnienia, które zmuszona była 

wziąć, kiedy obaj chłopcy zachorowali na wietrzną ospę, Denise straciła pracę. 

Najwyraźniej winą za to obarczała Kate. 

Kate przepisała jej w końcu łagodny środek nasenny i doradziła wizytę u 

specjalisty, lecz Denise dumnie pokręciła głową. 

- Nie chcę, żeby ktoś jeszcze się o tym dowiedział - oświadczyła. - Pani 

też nie zamierzałam się zwierzać... Sama nie wiem, czemu to zrobiłam. 

- Chciałabym, żeby pani do mnie jeszcze przyszła - powiedziała Kate. - A 

jeśli nie ma pani z kim zostawić dzieci, to może ja wpadnę do pani. 

Ku jej zaskoczeniu Denise zgodziła się. 

Dochodziła czwarta, kiedy z gabinetu wyszedł ostatni pacjent, młody 

mężczyzna, który przewrócił się na rowerze i zwichnął sobie nadgarstek. Kate 

zrobiła mu opatrunek, zaleciła zimne okłady z lodu i odprowadziła do 

rejestracji. 

Nie dane jej jednak było odpocząć ani chwili przed własnym dyżurem, 

który zaczynała o czwartej, bo do poczekalni wszedł, kuśtykając, Peter Frost w 

towarzystwie ciotki. 

- Byliśmy na tej tomografii komputerowej i na badaniu krwi - oznajmiła z 

westchnieniem ciotka, kiedy Kate wprowadzała ich do gabinetu. - A dzisiaj 

wrócił ze szkoły cały potłuczony. Przewrócił się na boisku i chyba nie obejdzie 

R S

background image

 

- 69 -

się bez szwów. Szczerze mówiąc, odetchnę z ulgą, jeśli te badania wykażą, że 

cierpi na ME. Zupełnie nie ma w nim życia. 

Kate obejrzała pościerane kolana chłopca i stwierdziła, że zakładanie 

szwów nie jest konieczne. Posadziła go na kozetce, przemyła obtarcia i 

przystąpiła do usuwania chirurgiczną pęsetą drobin asfaltu, które powbijały się 

Peterowi w kolana. W pewnej chwili Peter wybuchnął płaczem. Zdumiona Kate 

przerwała swoją pracę. 

- Co się stało, Peter? - spytała z troską. - Za bardzo boli?  

Pokiwał głową, ocierając oczy przedramieniem.  

Kate, choć nie bardzo mu wierzyła, obiecała, że postara się robić to deli-

katniej. Po usunięciu wszystkich okruchów zdezynfekowała rany i założyła 

sterylny opatrunek. 

Podejrzewała, że te łzy to raczej objaw ME niż reakcja na ból. Pamiętała z 

własnego doświadczenia, jak niewiele było trzeba, by napływały jej do oczu. 

Ale nie mogła pomóc Peterowi, dopóki nie nadejdą wyniki badań. 

Jeszcze raz doradziła ciotce, żeby przez jakiś czas nie posyłała chłopca do 

szkoły. 

Po skończonym dyżurze odniosła karty pacjentów do rejestracji i oddała 

je Lesley. 

- Doktor Buchan wrócił o czwartej i zaraz pognał do gabinetu - 

poinformowała ją Lesley. - O Tobym nawet się nie zająknął. Zastanawiam się, o 

co ten cały szum. 

Kate wzruszyła ramionami. Sama nie wiedziała. Rozejrzała się po 

poczekalni. 

- Jest jeszcze ktoś do mnie? - spytała. Lesley uśmiechnęła się 

szelmowsko. 

- Mało pani na dzisiaj? 

Kate spojrzała na nią z rozbawieniem. 

- Naturalnie, chciałam od ciebie usłyszeć, że nie. 

R S

background image

 

- 70 -

- Jest tylko to, od Angie. 

Lesley podała Kate karteczkę. Angie proponowała spotkanie na basenie. 

Pływanie było zapewne pretekstem. Nie ulegało wątpliwości, że Angie chce 

poplotkować o dzisiejszych wydarzeniach, i to spotkanie mogło się przeciągnąć 

do późnego wieczoru. 

Kiedy wróciła do Gołębnika po kostium kąpielowy, mercedes stał na 

podjeździe i chociaż w oknach domu paliły się światła, ze środka, nie 

dochodziły żadne odgłosy. 

W sobotę rano Kate wypatrzyła Toma spacerującego z Cezarem. W 

niedzielę mignął jej Ben wybiegający z domu i wsiadający do mercedesa. Chyba 

wezwano go do pacjenta. Najwyraźniej jej unikał. 

W poniedziałek przyszły pierwsze wieści o Tessie, która leżała na 

oddziale intensywnej terapii. Jej stan się ustabilizował, jednak nadal był ciężki. 

Rupert nie odstępował od jej łóżka. 

Zamieniła z Benem kilka słów przed dyżurem, ale przez resztę tygodnia 

znowu jakby jej unikał. Podejrzewała, że nie chce rozmawiać z nią o Tobym. 

W tym tygodniu miała wiele wezwań do pacjentów i do domu wracała 

późno, a więc nie było okazji spotkania się z Tobym, bo chłopcy już wtedy 

spali. 

Bena zobaczyła znowu w sobotni poranek, kiedy szła z Gołębnika do 

samochodu. Spacerował z Cezarem. Gdy ją ujrzał, posłał jej spłoszony uśmiech 

i pociągnął psa w stronę domu. Wydał jej się jakiś zmęczony i przybity, 

kosmyki włosów opadały mu na czoło. 

Bliska łez, dotknięta takim traktowaniem, wsiadła do volkswagena. 

Czyżby obraził się na nią, że wstawiła się za Tobym? Że wtrąca się w sprawy 

rodziny? 

Miała już przekręcić kluczyk w stacyjce, kiedy padł na nią czyjś cień. 

Odwróciła głowę i zdumiała się. Przy samochodzie stał Ben. 

- Dzień dobry - powiedział cicho, gdy opuściła szybę. 

R S

background image

 

- 71 -

- Cześć. - Kate zamrugała zaskoczona i zarumieniła się. - Jak chłopcy? 

Zdobył się na uśmiech. 

- Dziękuję, dobrze. Miałem właśnie... wpaść do ciebie, do Gołębnika... 

Milczała, wstrzymując oddech. 

- Bo z tą szkołą... no... sprawa jest poważniejsza. 

- W jakim sensie? - wykrztusiła. Wzruszył ramionami. 

- Wiesz, nie chcę cię zatrzymywać... Widzę, że się śpieszysz. Będziesz u 

siebie po południu? 

Kate kiwnęła głową. 

- Tak... chyba tak. Wpadnij, jeśli chcesz. Uśmiechnął się. 

- Wpadnę. 

Odwrócił się i przygarbiony ruszył w stronę domu. Odprowadzała go 

wzrokiem. Wstępując na ganek, przeczesał palcami włosy. 

W drodze do pracy Kate zachodziła w głowę, co też mogło go tak 

przygnębić. Bo chyba nie to, że Toby się z kimś pobił. Wszyscy chłopcy wdają 

się w bójki. Dziwne, że dyrektor go za to zawiesił. 

Hilly wręczyła Kate listę zapisanych do niej pacjentów. Bolące gardła, 

alergie oraz jak zwykle sensacje żołądkowe i różne dolegliwości związane z 

upałem. W połowie dyżuru zadzwonił telefon. 

- Chodzi o Hugh - rozległ się w słuchawce przygaszony głos Sary 

Conway. - Od środy nie odezwał się do mnie ani słowem. Dzisiaj nie wyszedł 

nawet ze swojego pokoju. Nie przypuszczam, żeby miał tam jeszcze jakieś 

pastylki, ale pewna nie jestem. 

Kate zerknęła na zegarek. Ciekawe, czy Ben jest teraz w domu. Może 

zatelefonować? Wahała się przez chwilę, a potem podjęła decyzję i powiedziała 

Sarze, że zaraz oddzwoni. Miała już wybrać numer domowy Bena, kiedy w 

drzwiach stanęła Hilly. 

- Przyszli państwo Sarkar - oznajmiła. - Pani Sarkar źle się czuje. Nie jest 

zapisana, ale może ją pani przyjmie? 

R S

background image

 

- 72 -

Kate skinęła głową. 

- Za momencik, Hilly. Zadzwonię tylko i zaraz do niej przyjdę. 

Gdy Hilly wyszła, Kate wybrała numer Bena. Odebrał prawie 

natychmiast. 

- Już tam jadę - powiedział, kiedy poinformowała go o telefonie od Sary. - 

Dobrze zrobiłaś, że mnie zawiadomiłaś. Nie dzwoń do Sary, sam to zrobię. 

Kate z ulgą odłożyła słuchawkę. Sarkarowie siedzieli w poczekalni. 

- Dzień dobry, doktor Ross - rzekła na powitanie Maneka. - Chcieliśmy 

kupić trochę ubranek dla dziecka. Tak dobrze się ostatnio czułam i nagle w 

sklepie zakręciło mi się w głowie i zrobiło niedobrze. Przestraszyłam się. 

Jej mąż pokiwał potwierdzająco głową. Ze ściągniętą twarzą pomógł 

Manece wstać. 

- W naszym budynku działa wreszcie winda i pomyślałem sobie, że mały 

spacer dobrze żonie zrobi. To moja wina. 

- Nic złego się nie stało - zapewniła ich Kate - ale rozsądnie państwo 

zrobili, przychodząc tutaj. 

Wprowadziła Manekę do swojego gabinetu, pomogła jej położyć się na 

kozetce i posłuchała pracy serca płodu. Nie stwierdziła niczego niepokojącego. 

Poradziła Manece, żeby wróciła teraz do domu i przez resztę dnia wypoczywała. 

Po wyjściu Sarkarów Kate odniosła karty swoich dzisiejszych pacjentów 

do rejestracji, pożegnała się z Hilly i pojechała do domu. 

Mercedesa nie było na podjeździe, co oznaczało, że Ben nie wrócił 

jeszcze z wizyty u Conwayów. Za to pod ścianą warsztatu stały dwa rowery 

górskie. Skręciła za róg i zobaczyła Toma i Lisę siedzących na progu Gołębnika. 

- Cześć! - zawołała. - Co za miła niespodzianka. 

- Dzień dobry, doktor Ross - powiedzieli równocześnie, spojrzeli po sobie 

i zamilkli. 

Kate uśmiechnęła się zachęcająco. 

- Napijecie się czegoś? - spytała. 

R S

background image

 

- 73 -

Propozycja została skwapliwie przyjęta. Dziesięć minut później Kate 

podawała już gościom wysokie szklanki ze schłodzonymi napojami. 

- Przyszliśmy w sprawie Toby'ego - wyjaśniła Lisa, siadając obok Toma 

na kanapie. - Spotkała go wielka niesprawiedliwość. On nie wywołał tej bójki, 

stanął tylko w obronie kolegi. 

Kate zmarszczyła czoło. 

- No dobrze, ale dlaczego Toby nie powie tego ojcu? 

- Bo nie może - odezwał się Tom. - Nie może, bo... no, tato każe mu 

opowiedzieć wszystko dyrektorowi, a dyrektor mu nie uwierzy, bo... 

Lisa trąciła Toma łokciem i ten się zaczerwienił. 

- Moim zdaniem Toby powinien się bronić - powiedziała Kate. - A 

dyrektor na pewno go wysłucha. 

- Może i tak - mruknął bez przekonania Tom. - W każdym razie 

pomyśleliśmy sobie, że może pani będzie wiedziała, co robić. 

Kate westchnęła. 

- Nie bardzo sobie wyobrażam, jak mogłabym pomóc Toby'emu, skoro 

przysiągł sobie i wszystkim, że dotrzyma tajemnicy. Ale - dodała, patrząc na 

dwie zawiedzione twarze - dajcie mi trochę czasu na zastanowienie. 

Wyszła z Lisą i Tomem z Gołębnika i spojrzała na główny dom. Kolejna 

ingerencja w osobiste sprawy Buchanów może sprawić, że Ben jeszcze bardziej 

się do niej zrazi. No ale kto się wstawi za Tobym, jeśli nie ona? 

Okazja do rozmowy z Benem nadarzyła się szybciej, niż przypuszczała. 

Popołudniowe słońce przyjemnie przygrzewało, rozstawiła więc leżak, 

wyciągnęła się na nim i wkrótce zmorzył ją sen. Kiedy się obudziła, słońce stało 

już nisko, a drzewa rzucały na trawę długie cienie. Leżała jeszcze przez chwilę 

nieruchomo, wsłuchując się w ptasie trele, i nagle serce zabiło jej żywiej na 

widok zbliżającej się postaci. 

R S

background image

 

- 74 -

- Nie przeszkadzam? - spytał Ben, zatrzymując się przy leżaku i 

spoglądając na nią z góry. - Wydawało mi się, że śpisz. - Był w bermudach i 

granatowej koszulce, a jego stalowe oczy były posępne. 

Uśmiechnęła się i usiadła. 

- Chyba się zdrzemnęłam. Tak tu pięknie i spokojnie.  

Usiadł na trawie, wyciągając przed siebie długie, opalone nogi i 

podpierając się rękami. 

- Nie miałaś żadnych problemów na dyżurze? - zapytał. 

- Nie. A co u Hugh? 

Ben westchnął. 

- Zamknął się na klucz w pokoju i musiałem wyważyć drzwi, bo nie 

chciał otworzyć. Siedział tam i patrzył w przestrzeń. Zupełnie stracił kontakt z 

rzeczywistością. - Przeczesał ręką włosy i spojrzał na Kate. - Nie potrafię 

dociec, co wywołuje u niego tę depresję. 

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Kate wróciła myślami do dnia, w 

którym doszło do wypadku na szosie, i przypomniała sobie, jak obejrzała się, 

kiedy odjeżdżali spod domu Conwayów, i zobaczyła Hugh stojącego w ogrodzie 

i patrzącego z poszarzałą twarzą na wiadukt. 

Miała już powiedzieć o tym Benowi, ale nagle przypomniała sobie 

rozmowę z Lisą i Tomem, i sprawa Hugh Conwaya zeszła na dalszy plan. 

- Byli dzisiaj u mnie Tom z Lisą - powiedziała i zerknęła na niego 

niepewnie. 

- Złowieszczo to brzmi. 

- Przyszli w sprawie Toby'ego - podjęła, biorąc głęboki oddech. - Prosili 

mnie o pomoc, nie zdołałam jednak wyciągnąć od nich żadnych szczegółów na 

temat tej bójki w szkole. 

- A powiedzieli ci, że zarzuca mu się kradzież pewnej sumy pieniędzy 

chłopcu, którego pobił? - spytał Ben. 

Na twarzy Kate odmalowało się niedowierzanie. 

R S

background image

 

- 75 -

- Toby złodziejem?! - zaprotestowała. - To jakaś wierutna bzdura. 

Ben westchnął ciężko. 

- Niestety, dowody świadczą przeciwko niemu. To była tylko garść 

drobniaków, ale, jak podkreśla dyrektor szkoły, nie ilość się tu liczy. Kradzież 

pozostaje kradzieżą, obojętne, czy w grę wchodzi pięć funtów, czy pięćdziesiąt 

pensów. To zaś oznacza... - dodał z wahaniem - że znaleźliśmy się w niewesołej 

sytuacji, a koniec roku szkolnego za pasem. Nie wiadomo jeszcze, czy zostanie 

powiadomiona policja ani czy rodzice tego poszkodowanego chłopca złożą 

oficjalną skargę. Miałem zamiar wybrać się z chłopcami do Christchurch, ale w 

tych okolicznościach chyba nic z tego nie wyjdzie. 

Kate ściągnęła brwi. 

- Nie wierzę, żeby Toby przywłaszczył sobie cudzą własność! - wyrzuciła 

z siebie. - I jeśli ktoś... 

Urwała, bo oburzenie odebrało jej mowę. Spojrzała na Bena i zdębiała. 

Ben się śmiał... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 76 -

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

- Przepraszam - powiedział, usiłując zapanować nad rozbawieniem. 

Pochylił się i wziął ją za rękę. - Widzę, że ufasz Toby'emu. 

Dotyk jego dłoni zaparł jej dech w piersiach. 

- A ty nie? 

Mocniej ścisnął jej rękę. 

- Posłuchaj, jedyne, co mu doskwiera od czasu, kiedy nałożyłem na niego 

areszt domowy, to fakt, że bardzo chce z tobą porozmawiać, a nie może. 

Kate uśmiechnęła się. 

- Tak, mnie też brakuje tych partii szachów. 

- Jeśli chcesz wiedzieć, to w domu też mamy szachownicę, ale nikt z niej 

jakoś nie korzysta. 

Spojrzała mu w oczy i wstrzymała oddech. Nie potrafiłaby powiedzieć, 

jak długo to trwało; płynęły po prostu sekundy, a oni zdawali się unosić poza 

czasem we własnym, odizolowanym świecie. 

Milczenie, jakie zapadło, zmąciły głosy dobiegające z ogrodu. Ben cofnął 

rękę i obejrzał się przez ramię. Kate, oszołomiona, zaczęła machinalnie 

masować palce, które przed chwilą tak mocno ściskał. 

Kiedy znowu na nią spojrzał, wyczuła, że między nimi coś się zmieniło, 

choć nie potrafiłaby powiedzieć co. Od dawna ją pociągał, ale teraz było to coś 

więcej - coś nieuchwytnego, trudniejszego do nazwania. 

Zza rogu domu wypadli podnieceni Toby, Tom i Lisa. 

- Pani Howard mówi, że do herbaty będą dzisiaj racuszki ze śmietaną - 

wysapał Toby. - I pyta, czy pani doktor Ross nie mogłaby przynieść z sobą 

lemoniady, bo nam się właśnie skończyła. 

Ben uśmiechnął się do Kate. 

- No i masz swoje spokojne popołudnie w ogrodzie. Do Kate dopiero 

teraz dotarło, że jest zaproszona. 

R S

background image

 

- 77 -

- Butelka lemoniady stoi w lodówce - zawołała do dzieci. - Przynieście ją. 

Ale oni już wbiegali z tupotem po schodach. Kate spojrzała na Bena i 

oboje roześmiali się. Wstali i ruszyli ramię w ramię w stronę głównego domu. 

W następnym tygodniu przyszły wyniki badań Petera Frosta. Kate 

zatelefonowała do pani Mowbray i ta w piątek przyprowadziła bladego Petera 

na wizytę. 

- Jak już mówiłam przez telefon, wyniki badań zdają się potwierdzać 

moje podejrzenie, że Peter cierpi na ME. 

- I co teraz? - spytała pani Mowbray. - Co zrobimy? 

- ME charakteryzuje się chronicznym zmęczeniem. Peter nie powinien 

uczęszczać na razie na zajęcia wychowania fizycznego. A kiedy poczuje się 

szczególnie źle, proszę nie posyłać go w ogóle do szkoły; najlepiej niech 

pozostanie w łóżku. Przepiszę mu witaminy A, B complex, C i E oraz cynk. 

Tego wieczora w drodze do domu Kate wstąpiła do Denise Markham, 

która mieszkała w małym budyneczku na peryferiach miasteczka. 

Denise otworzyła drzwi i bez słowa wprowadziła Kate do saloniku. 

- Chłopcy grają w piłkę na boisku po drugiej stronie ulicy - powiedziała 

szorstko. - Za chwilę przyjdą na kolację, a więc długo nie porozmawiamy. 

Kate rozejrzała się dyskretnie po schludnym, wysprzątanym pokoju i nie 

czekając na zaproszenie, usiadła na nowoczesnej, obitej skórą sofie. Denise 

dalej stała. 

- Przykro mi, że na darmo się pani fatygowała - podjęła ostro Denise. - 

Wolałabym, żebyśmy zapomniały o tym, co mówiłam. Czuję się już teraz 

całkiem dobrze. Po prostu miałam wtedy zły dzień. 

- Jak pani sypia? - zapytała Kate, nie dając się zbić z tropu. 

- Te tabletki pomogły - odparła wymijająco Denise. - W każdym razie nie 

budzę się już nad ranem. 

Kate pokiwała głową. 

R S

background image

 

- 78 -

- A problemy, o których rozmawiałyśmy... Jest jakaś nadzieja na ich 

rozwiązanie? 

Denise odwróciła się do okna, udając, że wypatruje wracających z boiska 

synów. 

- Powiedziałam już, że wszystko jest w porządku - oświadczyła po chwili. 

- Ja wiem, że Gareth wróci. To tylko kwestia czasu. 

Kate wolała nie rozwijać tego tematu. 

- Znalazła już pani nową pracę? - spytała. 

Denise wzruszyła ramionami i odwróciła się od okna. 

- Jeszcze nie. Może we wrześniu dostanę posadę szkolnej intendentki. 

- A co robiła pani do tej pory? 

- Byłam rejestratorką w przychodni stomatologicznej. 

Kate wstała. 

- Pójdę już - powiedziała. - Gdyby te kłopoty z zasypianiem powróciły, 

proszę się zgłosić do mnie albo do doktora Greavesa. 

Otwierając drzwiczki samochodu, zobaczyła Seana i Marka 

przebiegających przez ulicę. 

- Dobry wieczór, pani doktor! - zawołał Sean. - Była pani u mamy? 

Kate kiwnęła głową. 

- Pogawędziłyśmy sobie trochę. Jakiej drużynie kibicujecie? 

- Arsenalowi - odparł z przekonaniem Mark. 

Sean przytaknął i spojrzał jakoś smutno na swój dom. 

- Mama dobrze się czuje? - spytał niespokojnie. 

- Tak - zapewniła go Kate. - Przygotowała już kolację, a więc nie będę 

was zatrzymywała. 

Słysząc to, Mark puścił się biegiem w stronę domu, ale Sean jeszcze się 

ociągał. Przygryzał wargi, wyraźnie coś go gnębiło. 

- Jutro przyjeżdża po nas tato - rzekł z wahaniem. - Ma nam pokazać 

nową siostrzyczkę. Czy to dlatego mama jest taka zdenerwowana? 

R S

background image

 

- 79 -

Kate pokręciła głową. 

- Nie, Sean, nawet mi o tym nie wspomniała. Mówiła, że czuje się o wiele 

lepiej. 

- Aha - mruknął chłopiec, popatrzył na nią uważnie i wzruszył ramionami. 

- No to ja już pójdę. 

Kate odprowadzała go wzrokiem z poczuciem bezradności. Nie mogła 

pomóc Denise, skoro ta nie chciała z nią rozmawiać o swych problemach. 

W sobotę wpadli do niej Toby, Tom i Lisa. Przynieśli kilka łubianek 

truskawek, które zebrali na farmie ojca Lisy. 

- Wyglądają pięknie - ucieszyła się Kate. - Zjemy trochę od razu? 

Ale dzieci wybierały się na wycieczkę do miejscowego klubu sportowego 

i nie miały czasu, bo kierowca mikrobusu, którym miały jechać, trąbił już na 

podjeździe. Tom z Lisą zbiegli po schodach, Toby zatrzymał się w progu. 

- Nie mam już aresztu domowego - powiedział. - Tata uznał, że tydzień 

wystarczy. 

- No to możemy znowu grać w szachy. 

- Właśnie. I dzwoniła babcia. Powiedziała, że się obrazi, jeśli nie 

przyjedziemy do niej w lecie, a więc chyba mimo wszystko się tam wybierzemy. 

Mikrobus znowu zatrąbił. Toby uśmiechnął się przepraszająco i zbiegł na 

dół. Kate westchnęła i wsunęła sobie w usta dorodną truskawkę. 

Niedzielę spędziła u Lawrence'ów. 

Bez wahania przyjęła zaproszenie Angie. Chciała zmienić chociaż na ten 

jeden dzień otoczenie i pozbierać myśli. Z jednej strony czuła, że za bardzo 

angażuje się w życie rodzinne Buchanów, z drugiej trudno było pozostać 

obojętnym. Mimo wszystko często widywała się z chłopcami i ich ojcem. Co tu 

ukrywać, o tym ostatnim myślała niemal cały czas. 

Do domu wróciła o wpół do szóstej wieczorem. Parkując samochód obok 

mercedesa, dostrzegła Bena idącego ku niej przez trawnik. Ogarnęła ją panika. 

R S

background image

 

- 80 -

- Cześć. Gdzie byłaś cały dzień? - Uśmiechnął się i oparł biodrem o 

volkswagena. 

- U Angie. Zjadłyśmy razem lunch, a później wybrałyśmy się z dziećmi 

na ryby. 

- To może przywiozłaś coś smacznego na kolację? - zapytał. 

- Niestety, nic nie złowiłam. - Spojrzała na niego niepewnie. - Ale mogę 

zaprosić ciebie i chłopców na coś do picia... 

Wzruszył ramionami. 

- Chłopców nie ma, spędzają noc u kolegi. Jeśli jednak podtrzymujesz 

swoją ofertę... 

Uśmiechnęła się i kiwnęła głową. 

- Mam chyba zimne piwo w lodówce. 

- Wspaniale. - Wziął ją za rękę. - Brakowało mi ciebie. Wstrzymała 

oddech. 

- Naprawdę? 

- Cieszę się, że już wróciłaś. 

Ruszyli przez trawnik w stronę Gołębnika. Wieczór był ciepły, ptaki 

śpiewały, wiał lekki wietrzyk. Kate wydawało się, że śni. 

Zamknęli za sobą drzwi i wstąpili na schody. Kate szła pierwsza, czując 

Bena tuż za sobą. Bała się obejrzeć, żeby nie zobaczyć w jego oczach tego, 

czego nie chciała zobaczyć. 

- Zaraz przyniosę to piwo - obiecała, nie patrząc na niego, kiedy znaleźli 

się w pokoju, ale chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. 

- Nie odchodź - wyszeptał. Poczuła, jak jego palce rozplątują tasiemkę, 

którą miała związane włosy. - Och, Kate, tak ślicznie dziś wyglądasz. 

Wiedziała już, co się za chwilę wydarzy. I chciała tego. On też o tym 

wiedział... 

- Nie chcę piwa - powiedział cicho, ujmując jej twarz w dłonie. - Chcę 

ciebie. 

R S

background image

 

- 81 -

- Nie tutaj... - wyszeptała i pociągnęła go do sypialni. 

Obudziła się i spojrzała na śpiącego obok Bena. Musiał wyczuć jej wzrok, 

bo otworzył oczy. Musnął palcami jej wargi, pogładził po policzkach, po 

włosach. Znowu przytulili się do siebie. Tym razem kochali się bez pośpiechu, z 

rosnącą pewnością siebie. Potem wtuliła się w niego. Na dworze zapadał 

zmierzch, ponad koronami drzew rozlewały się wieczorne zorze. 

- Chłopcy dzisiaj nie wrócą? - spytała niespokojnie. 

- Nie. Dopiero jutro. Toma podwiozą prosto do szkoły, Toby'ego tutaj. 

- To niesprawiedliwe - wymruczała Kate. - Biedak musi się strasznie 

czuć. 

- Dlatego właśnie puściłem go dzisiaj z Tomem. 

Kate spojrzała Benowi w oczy. Nurtowało ją pytanie, czy myśli o 

dzieciach... czy nie miałby nic przeciwko temu, żeby znowu zostać ojcem. Jeśli 

w swym związku z Mary Graham posunął się kiedyś aż tak daleko... 

- O czym myślisz? - spytał cicho, łaskocząc ją w nos koniuszkiem palca. - 

Nie żałujesz tego, co zaszło? 

Kate potrząsnęła głową. 

- Ani trochę, ale nie uważaliśmy... Dobrze mówię? - Uniosła pytająco 

brwi. - W każdym razie ja nie uważałam. 

Przymknął powieki i westchnął. 

- Boże, Kate. Przepraszam. Nie pomyślałem. - Przygarnął ją do siebie. - 

Nie bierzesz pigułek? 

- Nie. Nie spodziewałam się, że dojdzie do czegoś takiego... tutaj... z tobą. 

Czy rzeczywiście był taki skruszony, na jakiego wyglądał? I jak się 

zachowa, jeśli swoją bezmyślnością naprawdę skomplikują sobie życie? 

- Wierzyć mi się nie chce, że naraziłem nas na takie ryzyko - powiedział 

cicho. 

Objęła go i wtuliła głowę w jego pierś. Pogłaskał ją po włosach i 

westchnął. 

R S

background image

 

- 82 -

- Słuchaj, muszę skoczyć na chwilę do domu i wyprowadzić psa. Mogę tu 

jeszcze wrócić? 

Uniosła głowę i spojrzała na niego. 

- Tak... Jeśli tego chcesz. Przytulił ją mocno. 

- Naturalnie, że chcę. I... tym razem się przygotuję. Kate... 

- W porządku - wyszeptała. - Naprawdę. Wstał i ubrał się szybko. 

- Zaraz wracam! - zawołał od progu i zbiegł na dół. 

Usłyszała trzask zamykających się drzwi. Została sama. Zapatrzyła się w 

sufit i zamyśliła. Co się z nią, na miłość boską, dzieje? Dziecko na tym etapie 

znajomości byłoby szczytem nieodpowiedzialności i Ben najwyraźniej nie mógł 

sobie darować, że naraził ich oboje na takie ryzyko. 

Ona sama nie miała nic przeciwko dzieciom, wręcz przeciwnie, pragnęła 

dziecka, ale nie w obecnej sytuacji. Ogarnęło ją poczucie winy. 

Po powrocie Bena weszli razem pod natrysk i potem znowu się kochali. 

Później, siedząc obok siebie na kanapie, zjedli kolację. Mieli przed sobą całą 

noc na rozmowy i miłość - tym razem bezpieczną. 

Nastawili budzik na szóstą, żeby Ben zdążył do domu przed powrotem 

Toby'ego. Kiedy zadzwonił, wzięli prysznic i usiedli do śniadania. Ben wyszedł 

przed ósmą. 

Zajrzał do niej, do gabinetu, koło południa. Wziął ją bez słowa w ramiona 

i pocałował żarliwie. Odepchnęła go lekko, kiedy w korytarzu rozległy się kroki. 

- Ktoś może wejść - powiedziała ze śmiechem. 

- To... kiedy się spotkamy? Powiedz mi i już sobie idę.  

Nie zważając ani trochę na jej protesty, przysiadł na biurku i wyciągnął 

strategicznie ulokowaną szpilkę z włosów, które opadły jej falami na ramiona. 

Nie potrafiła się na niego gniewać. 

- Porozmawiamy później - obiecała - kiedy będę się mogła 

skoncentrować. 

Popatrzył na nią wygłodniałym wzrokiem. 

R S

background image

 

- 83 -

- Co tam masz? - spytał w końcu. 

Spuściła wzrok na teczkę, którą trzymała w rękach. 

- To wyniki badań Sheili Dobson, tej kobiety cierpiącej na akromegalię. 

- I co? 

- Okazuje się, że to nowotwór. - Kate podała mu z westchnieniem teczkę. 

- Skieruję ją do chirurga. 

Ben, marszcząc brwi, przebiegł wzrokiem dokument i spojrzał na Kate. 

- A co z Sarą Conway? Kiedy idzie na tę laparoskopię? 

- Zdaje się, że w przyszłym tygodniu. 

Pochylił się niespodziewanie i znowu ją pocałował. Potem wstał, i 

zmieniając temat, powiedział: 

- Postanowiłem, że mimo wszystko pojadę z chłopcami do Christchurch. - 

Wsunął dłonie w kieszenie spodni. - Nie będę robił dziadkom przykrości. 

Wyruszamy w piątek w porze lunchu. Spędzę sobie długi, leniwy weekend nad 

morzem.  

Kate zdobyła się na uśmiech. 

- No to życzę wam wszystkim dobrej zabawy - rzekła. - I dobrej pogody - 

dorzuciła. - Bez deszczu. 

- Tak - mruknął, popatrując na nią dość dziwnie. - Byle nie padało. 

- A co z Cezarem? Może ja się nim zaopiekuję? 

- Nie trzeba. - Wzruszył ramionami. - Załatwiliśmy mu miejsce w 

eleganckim psim hotelu, a poza tym... - uśmiechnął się szeroko - mamy 

nadzieję, że zabierzesz się z nami. To znaczy, jeśli nie masz nic przeciwko 

temu, żeby zamieszkać nad urwiskiem, w wielkim starym domu, słynącym z 

przeciągów i skrzypiących podłóg. Za to widok stamtąd wspaniały. Chyba by ci 

się spodobało. 

- Przecież twoi rodzice nie wiedzą nawet o moim istnieniu! - żachnęła się 

Kate. 

R S

background image

 

- 84 -

- Och, dobrze wiedzą, że istniejesz. Od kiedy wprowadziłaś się do 

Gołębnika, co tydzień rozmawiamy o tobie przez telefon. 

- Ale ja nie pamiętam, czy nie mam w tym czasie dyżuru w ośrodku albo 

pod telefonem... 

- Tym będziemy się martwić w swoim czasie - przerwał jej. 

- Jeśli jednak masz jakieś inne plany... 

- Nie, nie mam żadnych. - Uśmiechnęła się. - Zaskoczyłeś mnie tylko. 

- A więc załatwione? 

- No... tak, chyba tak. 

- Bardzo się cieszę. A teraz do roboty. 

Nie było to jednak takie proste, jak się Benowi wydawało.  

Kate wypadał dyżur pod telefonem, a do Meg, która mogłaby ją zastąpić, 

przyjeżdżała rodzina. Ostatecznie przesunęli wyjazd na następny weekend. 

W ten piątek Kate wróciła do domu o drugiej po południu. Ben, przebrany 

już w lekkie, jasne spodnie i kremowe polo z krótkimi rękawkami, pakował 

właśnie walizki do bagażnika mercedesa. 

- Cześć! - zawołał. Otworzył przed nią drzwiczki volkswagena i pochylił 

się, jakby chciał ją pocałować. 

- Gdzie chłopcy? - Spojrzała niespokojnie na dom. 

- Pewnie nas teraz podglądają - przyznał, ale i tak ją pocałował. 

Wysiadła, mrucząc, że musi iść do siebie po bagaże. Roześmiał się. 

- Pójdę z tobą. Nie będziesz przecież sama taszczyła walizek przez 

trawnik. 

Ruszyli w stronę Gołębnika. 

- Jesteś niepoprawny - powiedziała. 

- Jeśli chodzi o ciebie, to owszem. - Objął ją w talii. - Spokojnie, nie 

denerwuj się, Tom gada przez telefon z wybranką swojego serca, a Toby 

uspokaja panią Howard. Jest przerażona, że zostawiamy ją z uszkodzonym 

systemem alarmowym - dodał ze śmiechem. 

R S

background image

 

- 85 -

Kiedy znaleźli się w mieszkaniu, Ben wziął Kate w ramiona i pocałował 

jak należy. 

- Zobaczysz, ktoś nas kiedyś nakryje - rzekła z westchnieniem, kiedy się 

od siebie oderwali. 

- Zaryzykuję - wyszeptał. - Nie śpiesz się. Muszę jeszcze odwieźć psa do 

hotelu. Aha, i nie zapomnij zabrać kostiumu plażowego. Chłopcy chcą ci 

pokazać swoją ulubioną zatoczkę. 

Po jego wyjściu Kate wzięła prysznic, a potem ubrała się w białe letnie 

spodnie i granatową bluzkę. Była zbyt podniecona, by coś zjeść. Nie mogła 

jeszcze uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. 

Kiedy wróciła z torbą pod główny dom, Ben z chłopcami już na nią 

czekali. Toby i Tom usiedli z tyłu, Kate obok kierowcy. Czuła się wspaniale, 

mając obok siebie przystojnego, uśmiechniętego mężczyznę o szarych oczach, 

których spojrzenie działało na nią w sposób tak cudowny. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Ben wytarł do sucha wnętrze maski, wytrząsnął piasek z płetw i 

przewiesił skafander przez oparcie turystycznego krzesełka. 

- To chyba twój rozmiar - powiedział, przesuwając pełen uznania wzrok 

po smukłym, brązowiejącym z wolna ciele Kate. - Całe szczęście, że 

zachowaliśmy ten sprzęt. Chłopcy rosną tak szybko, że co rok trzeba im 

sprawiać nowy, ale to powinno na ciebie pasować. 

Po południu słońce przesłoniła lekka mgiełka i już tak nie paliło. Nie 

można jednak było powiedzieć tego o spojrzeniu, którym pożerał ją Ben. 

Chłopcy pognali znowu do wody i baraszkowali w spienionym przyboju, 

który wygładzał piasek na brzegu odludnej zatoczki niedaleko Christchurch. 

Kate została z Benem, który miał jej udzielić pierwszej lekcji nurkowania w 

masce. 

R S

background image

 

- 86 -

Byli na plaży od rana. Laura Buchan zapakowała im prowiant na piknik i 

zaopatrzyła Kate w krem do opalania. Rodzice Bena byli wspaniali i Kate 

natychmiast poczuła się u nich jak w domu. Chłopców umieścili, jak zwykle, w 

wielkiej sypialni na poddaszu, Kate przypadła gościnna sypialnia na piętrze 

sąsiadująca z sypialnią Bena, oczywiście ku rozbawieniu tego ostatniego. 

W sobotę obudziła się skoro świt. Przez okno wlewały się promienie 

nieco zamglonego słońca, w powietrzu wisiał zapach morskiej soli. Śniadanie 

zjedli wcześnie, o siódmej, i zaraz potem wyszli na plażę. Woda była 

przeraźliwie zimna, lecz zarazem cudownie orzeźwiająca. Kate wypłynęła 

daleko w morze, a po powrocie do upadłego grała z chłopcami i z Benem w 

piłkę na płyciźnie. 

Później rozłożyli się na plaży pod parasolem i chłopcy zaczęli raczyć Kate 

opowieściami o długiej na dwa metry, żarłocznej rybie, która żyje w zatoczce. 

Zorientowała się, że ją podpuszczają, dopiero wtedy, kiedy Ben odrzucił w tył 

głowę i wybuchnął śmiechem. 

Po lunchu Tom z Tobym wrócili do wody ze sprzętem do nurkowania. 

Pociągnęli za sobą Kate, żeby zademonstrować jej swoje umiejętności. Śmigali 

pod powierzchnią niczym węgorze. Kate nałożyła maskę i zanurzyła na próbę 

głowę. Oddychanie pod wodą nie bardzo jej wychodziło, wróciła więc do Bena 

na instruktaż. 

- Szybko się tego nauczysz - obiecał, pomagając jej włożyć skafander. 

Wygładził dłońmi zmarszczki i cofnął się parę kroków, by ocenić efekt. 

Zadowolony, zbliżył się do niej znowu i sięgnął do zamka błyskawicznego. - 

Ależ mnie korci - wyszeptał. 

Kate zachichotała. 

- Ani mi się waż! 

- A co byś zrobiła, gdybym go jednak rozsunął? 

- Więcej bym się do ciebie nie odezwała - zapewniła go szybko. 

Uśmiechnął się i cofnął rękę. 

R S

background image

 

- 87 -

- No i co? Wygodnie? 

- Chyba... tak. A to? - Pokazała na płetwy. 

- Fakt, niezbyt eleganckie - przyznał - ale niezbędne. Są cięższe, niż 

przypuszczasz. Ale nie martw się. Zaniosę cię na sam brzeg. 

Pomógł jej założyć płetwy i wziął na ręce. 

- Jesteś pewien, że w ten sposób płetwonurkowie wchodzą do wody? - 

zapytała ze śmiechem, obejmując go za szyję. 

- To zależy od stosunków łączących instruktora z uczniem - wymruczał, 

zerkając na nią łobuzersko. - Trzymaj się mocno. 

Postawił ją nad samą wodą, zdjął z głowy swoją maskę i przetarł szybkę 

poślinionym palcem. 

- To zapobiega zaparowywaniu - wyjaśnił. Kate poszła za jego 

przykładem. 

- A ty nie wkładasz skafandra? - spytała, kiedy wchodzili do wody. 

- Włożyłbym, gdybyśmy wypływali dalej w morze, ale tu przy brzegu 

woda jest spokojna i stosunkowo ciepła. Zobaczysz ryby, wodorosty i mnóstwo 

rzeczy, których istnienia nawet byś nie podejrzewała, pływając na powierzchni. 

Włóż teraz ustnik wężyka do ust i przygryź go mocno. Gdyby do rurki dostała 

się woda, dmuchnij. I pamiętaj, żeby przebierać nogami, nie zginając ich w 

kolanach. - Uśmiechnął się. - Będę cały czas przy tobie. Słowo. 

Tego właśnie najbardziej się obawiała. Trudno jej było skoncentrować się 

w jego obecności na suchym lądzie, a co dopiero pod wodą. Wziął ją za rękę i 

popłynęli. Z początku serce waliło jej jak młotem, ale kiedy znaleźli się pod 

powierzchnią, szybko zapomniała o zdenerwowaniu. 

Ben nie przesadzał. Rozciągał się tu inny świat. Przed jej maską 

przepłynęła malutka, srebrzysta rybka. Kolory były świetliste, z jasnożółtego 

piasku na dnie wyrastały satynowozielone głazy. Płaszczki i kraby umykały do 

swych norek. Nic dziwnego, że chłopcy przepadają za tą zatoczką, pomyślała 

oczarowana. 

R S

background image

 

- 88 -

I naraz z falujących wodorostów, strojąc miny, wyprysnęli wprost na nią 

Tom z Tobym. O mało nie wypuściła ustnika. Jej maska napełniła się wodą. 

Zachłysnęła się, ale para silnych ramion wyciągnęła ją szybko na powierzchnię. 

Stojąc po pachy w wodzie, z trudem łapała powietrze. 

- Myślałam, że utonę! - wykrztusiła. 

- Kretyńskie kawały! - warknął Ben na chłopców. Odpłynęli ze 

śmiechem. Kate przeszła już nad całym incydentem do porządku dziennego. 

- Ale się opiłam wody! - powiedziała, mrugając oczami. 

- Nie pozwól się im zniechęcić. Ochłoń trochę i nurkujemy znowu. 

Tak też zrobili. Tym razem natrafili na kolonię srebrzysto-zielonych ryb. 

- Miejscowi nazywają je rybami księżycowymi, bo świecą - wyjaśnił Ben, 

kiedy się wynurzyli. - W taki dzień jak dzisiaj, kiedy woda jest przejrzysta, 

zawsze można je tu spotkać. 

Wyszli z wody i wyciągnęli się na piasku. 

- Coś wspaniałego! - westchnęła Kate. - Mogłabym tu spędzić cały dzień. 

Cudownie się bawiłam. 

Ich oczy się spotkały. 

- A to jeszcze nie koniec. - Ben podparł się na łokciu i dotknął jej długich, 

mokrych włosów. - Ale masz rację. To był wspaniały dzień. 

Kolacja z Laurą i Edwardem upłynęła w rodzinnej atmosferze.  

Jedli na tarasie z widokiem na urwiska. Laura upiekła kurczaka w ostrym 

sosie. Chłopcy zachowywali się poprawnie, a tak odprężonego Bena Kate 

jeszcze nie widziała. 

Siedemdziesięcioletni, ale wciąż przystojny Edward Buchan, 

emerytowany położnik, był starszą wersją swojego syna. Miał siwe włosy i 

ogorzałą skórę. Matka Bena była kobietą drobnej kości i elegancką. To ona 

podpowiedziała Benowi, żeby zabrał Kate do Christchurch i pokazał jej port 

nocą. 

R S

background image

 

- 89 -

I tak znaleźli się sami na nabrzeżu. Obejmując się, szli powoli, zapatrzeni 

w wody portu, do którego wpływały na noc ostatnie łodzie. Kiedy dotarli do 

rzeki, Ben zaczął jej opowiadać o swoim bracie Milesie. 

- Miles z żoną, Kay, mieszkają w Szkocji. Miles jest, jak kiedyś tato, 

położnikiem. Mają dwie córki, Emmę i Sashę, obie trochę starsze od moich 

bliźniaków. 

- Jesteś w dobrych stosunkach z Milesem? - spytała Kate. Ben kiwnął 

głową. 

- Ale od kiedy się ożeniłem, rzadko się widujemy - przyznał. - Miles i 

Paula nie przepadali za sobą. - Wzruszył ramionami. - Paula pracowała dla tej 

samej co ja organizacji charytatywnej w Afryce Południowej. Tak się 

poznaliśmy. Miles przyjeżdżał tam do mnie kilkakrotnie, jednak od razu było 

widać, że nie przypadli sobie do gustu. - Ben zniżył głos. - Paula uwielbiała ten 

kraj. Nie chciała stamtąd wyjeżdżać. Ale kiedy na świat przyszli chłopcy, 

uznałem, że lepiej dla nich będzie, jeśli wrócimy do Anglii. 

- Jestem pewna, że dobrze zrobiłeś - powiedziała Kate, wyczuwając w 

jego głosie zwątpienie. 

Znowu wzruszył ramionami. 

- Paula tęskniła za Afryką i przyjaciółmi, których tam zostawiła. - Doszli 

do samochodu. Ben oparł się o niego i z pociemniałą twarzą zapatrzył w ziemię. 

- Gdybym nie namówił jej na powrót, może by żyła. 

- Przecież to był wypadek - zaprotestowała. - Wypadku nie da się 

przewidzieć. 

Spojrzał na nią. 

- To ja byłem odpowiedzialny za podjęcie decyzji, w wyniku której 

chłopcy stracili matkę. 

- Bzdura, Ben. - Kate pokręciła głową. - Zadręczasz sam siebie, 

obwiniając o coś, czemu nie jesteś winien. Nikt nie wie, co może się wydarzyć 

jutro - samo przechodzenie przez jezdnię niesie z sobą ryzyko. 

R S

background image

 

- 90 -

Po chwili milczenia objął ją i przyciągnął do siebie. Stali przytuleni, 

wsłuchując się w śpiew wiatru na wantach i krzyki ostatnich mew unoszących 

się jeszcze nad wodą. 

I nagle Kate zrozumiała, dlaczego po śmierci Pauli Ben nie ożenił się po 

raz drugi - bliźniacy wypełnili mu całe życie, a on nie czuł się na siłach dźwigać 

brzemienia odpowiedzialności za następny związek. Nie dziwiła mu się. Julian 

nie był jej mężem, a przecież bardzo przeżyła rozstanie. Do dzisiaj nie może się 

pozbierać. I chociaż dobrze jej było z Benem, to teraz zdała sobie sprawę, że ta 

znajomość nie ma przed sobą przyszłości... 

- Wracajmy lepiej do domu - powiedział Ben, muskając ustami jej włosy. 

Kiwnęła głową. 

- Jak myślisz, będą jeszcze na nogach? 

- Moi rodzice? Nie. Poszli już spać. Chłopców też chyba sen zmorzył. - 

Zniżył głos. - Kate, chcę być dzisiaj z tobą. 

Podniosła na niego wzrok. 

- Myślisz, że to dobry pomysł? Uśmiechnął się. 

- Dom jest duży, a my mieszkamy po sąsiedzku. - Zawiesił głos. - Ale 

tobie to nie odpowiada, prawda? - spytał. 

Pokiwała powoli głową. 

- Lepiej... lepiej się wstrzymajmy. 

Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, a potem ich usta spotkały się w 

namiętnym, gorącym pocałunku. Gdzieś krzyknęła przeszywająco mewa. 

Ilekroć później usłyszała krzyk mewy, zawsze przypominał się jej ten wieczór. 

W niedzielę rano znowu pojechali na plażę. Starali się udawać przed 

chłopcami radość i pogodę ducha, lecz Kate wyczuwała, że coś się między nimi 

zmieniło. Usiłowała o tym nie myśleć. 

Po południu wrócili do domu i Laura z Edwardem zabrali ich na 

przechadzkę po starym mieście. Wieczorem jedli znowu na tarasie. Laura podała 

R S

background image

 

- 91 -

sałatkę i chleb domowego wypieku, a na deser było wino, kawa i czekoladki. Po 

kolacji Ben z Kate pojechali na plażę i wędrowali brzegiem, zbierając muszelki. 

Kate zasnęła tej nocy ledwie przyłożyła głowę do poduszki. Nic jej się nie 

śniło. 

Nazajutrz obudziła się już o szóstej, gdy chłopcy jeszcze smacznie spali. 

Ona i Ben spakowali się szybko i pożegnali z Laurą i Edwardem. 

Oboje o jedenastej zaczynali dyżur, a Kate musiała jeszcze wpaść do 

domu po swój samochód. Ben powiedział, że przywita się z panią Howard i jeśli 

zdąży, odbierze Cezara z psiego hotelu. 

Kiedy Kate wchodziła do swojego gabinetu, właśnie zadzwonił telefon. 

- O co chodzi, Hilly? - rzuciła do słuchawki. 

- Dzwoni Denise Markham. Jest w okropnym stanie. Porozmawia pani z 

nią przez telefon, czy mam ją poprosić, żeby wpadła osobiście? 

Kate zawahała się. 

- Przełącz ją, Hilly - zadecydowała, siadając. - Denise? Skąd pani 

dzwoni? 

- Z... z domu - odpowiedział jej stłumiony głos. 

- Jest ktoś z panią? Chłopcy? 

- Nie... Są z ojcem i... i z nią. 

- Co się stało? 

Denise łamiącym się głosem zrelacjonowała ostatnie wydarzenia. Otóż 

Gareth wreszcie się zdecydował i poprzedniego dnia rano, kiedy ona była w 

supermarkecie, zabrał chłopców. 

- Po powrocie - szlochała Denise - znalazłam tylko list, w którym Gareth 

pisał, że odchodzi na dobre i zabiera chłopców. Nie wiem, co mam robić. 

- Do pierwszej mam dyżur - rzekła spokojnie Kate. - Potem wpadnę do 

pani albo, jeśli pani woli, proszę wziąć taksówkę i przyjechać teraz do ośrodka. 

- Nie - odparła Denise. - Zaczekam na panią w domu.  

Rozłączyły się.  

R S

background image

 

- 92 -

Kilka minut później Hilly znowu zadzwoniła z informacją, że na liście 

pacjentów Ruperta figuruje Gareth Markham. 

Kate skontaktowała się z Rupertem. Powiedział, że kłopoty rodzinne 

Garetha Markhama są mu znane, ale nie miał pojęcia, że synowie są teraz z nim. 

Zaoferował się, że jeśli to konieczne, spróbuje z nim porozmawiać. Potem 

zakomunikował jej weselszą wiadomość. Tessa czuła się już na tyle dobrze, że 

wypisywano ją ze szpitala. Rupert nie posiadał się ze szczęścia. 

Kate miała już zaprosić do gabinetu pierwszego pacjenta, kiedy znowu 

zadzwonił telefon. 

- Posłuchaj - rozległ się w słuchawce podniecony głos Bena. - 

Zamieniłem się z Balem na dzisiejszy nocny dyżur pod telefonem, co oznacza, 

że do wtorku jestem wolny. A przed chwilą dzwoniła pani Howard. Zostaje jakiś 

czas u córki, bo wnuczki zachorowały na grypę. Z tego wynika, że mamy dzisiaj 

cały dom dla siebie. 

- Wspaniale. - Kate zawahała się. - Zajmę się kuchnią, jeśli chcesz. 

- Miałem nadzieję, że to zaproponujesz. 

Roześmiali się. Kate odłożyła słuchawkę i siedziała przez chwilę 

nieruchomo, nie wierząc własnemu szczęściu. 

O pierwszej wyszła z pracy i pojechała do Denise Markham. 

Drzwi frontowe były lekko uchylone, Denise siedziała sama w kuchni. W 

ogródku, obok roweru, leżała na trawie porzucona piłka futbolowa. 

- Wykorzystał moją nieuwagę i zabrał ich - powiedziała drętwym głosem 

Denise. - Ona się pewnie ze mnie śmieje. Ma swoje dziecko... a teraz również 

moich synów. 

Kate usiadła przy stole i wzięła Denise za rękę. Kobieta była blada, miała 

podkrążone oczy. 

- Co tu się wyprawia? - spytał ktoś. W progu stała kobieta z dwiema 

wyładowanymi plastykowymi torbami. - A pani to kto? - Spojrzała 

nieprzychylnie na Kate. 

R S

background image

 

- 93 -

- To moja lekarka - wyjaśniła Denise. 

- Chora jesteś? - zdziwiła się kobieta. - Jestem jej matką - wyjaśniła, 

zwracając się do Kate. - Horgan się nazywam. Przychodzę tu co poniedziałek. 

Gdzie chłopcy? 

Kate zerknęła na Denise. 

- Zrobię herbatę - zaproponowała - a pani opowie może mamie, co się 

stało. 

Po kilku minutach z pokoju frontowego zaczęły dobiegać podniesione 

głosy. Denise krzyczała, że wyszła za Garetha tylko dlatego, żeby wynieść się z 

domu rodzinnego. Matka wytykała jej, że Gareth Markham był od początku 

człowiekiem nieodpowiedzialnym i nie nadawał się na męża. 

Rozlewając wrzątek do kubków, Kate usłyszała tupot stóp na schodach. 

Do kuchni weszła matka Denise. 

- Nareszcie się na nim poznała - oznajmiła. 

- Jeśli ma pani na myśli Garetha - odparła ostrożnie Kate - to owszem. 

- Kłopot w tym, że straszny z niego czaruś. - Pani Horgan wzięła kubek z 

herbatą i postawiła go na stole. - Wiedzieliśmy z mężem, co to za ziółko, jak 

tylko go zobaczyliśmy, ale ona nie chciała, oczywiście, słuchać. A cierpieć będą 

teraz dzieci. Denise myśli, że nie wiem o kochance jej mężulka, a ja widziałam 

ich razem parę tygodni temu... z małą dziewczynką. 

- Będzie pani mogła zostać z córką, jeśli podam jej coś na uspokojenie? - 

zapytała Kate. 

Pani Horgan kiwnęła głową. 

- Ta druga młoda dama przekona się teraz, co to znaczy wychowywać 

dwójkę małych chłopców - powiedziała. - Idę o zakład, że oczy się jej otworzą! 

Osobiście Kate była zdania, że Denise nie jest teraz w stanie zajmować się 

dziećmi, i fakt, że nie ma ich przy sobie, może jej tylko wyjść na dobre. 

R S

background image

 

- 94 -

- A czy mogłaby pani porozmawiać w imieniu córki z Garethem? - 

zapytała. - Spróbować ustalić z nim datę ewentualnego powrotu chłopców do 

matki? 

- Nie chcę się do tego mieszać - żachnęła się pani Horgan. - Dla Denise 

zrobię, co w mojej mocy, ale z nim rozmawiać nie będę. Postąpił haniebnie i 

powinien za to odpokutować. 

Kate podała Denise środek uspokajający i posiedziała przy niej, dopóki 

nie zadziałał. Wychodząc, zajrzała jeszcze do kuchni, w której urzędowała pani 

Horgan. Obiecała, że wpadnie znowu w tygodniu i poprosiła o kontakt, gdyby w 

międzyczasie coś się wydarzyło. 

Znalazłszy się z powrotem w swoim gabinecie, zjadła kanapkę i zaczęła 

przyjmować popołudniowych pacjentów. Skończyła dyżur o piątej. Pani Horgan 

nie zatelefonowała, z czego wynikało, że Denise jeszcze się nie obudziła. 

Przez całą drogę powrotną do domu myślała o Denise, ale dzisiaj niewiele 

mogła jej pomóc, a poza tym sama czuła się zmęczona. 

Przed wizytą w głównym domu wzięła prysznic i włożyła czystą bieliznę. 

Włosy umyła szamponem z odżywką, a kiedy wyschły, rozczesała je starannie i 

pozostawiła rozpuszczone, spływające falami na ramiona. 

Włożyła letnią sukienkę i przejrzała się w lustrze. Czy naprawdę dobrze 

to przemyślała? Czy doświadczenie z Julianem niczego jej nie nauczyło? 

Zadzwonił telefon. 

- Kate? - rozległ się w słuchawce cichy głos Bena. - Coś nie tak? Co się 

stało? 

- Nie, nic... Co się miało stać? 

- Przyjdziesz? 

- Tak... 

- A już myślałem, że się rozmyśliłaś - rzekł powoli. 

- Ależ skąd! - skłamała. 

Ku jej zaskoczeniu roześmiał się. 

R S

background image

 

- 95 -

- Kate, przecież zdążyłem cię już poznać. 

Czyżby? Jak mogli się poznać przez tak krótki czas? Owszem, pragnęli 

siebie, mało tego, pożądali, ale co będzie potem, kiedy przyjdzie jej stąd 

wyjechać? 

- Kate - dodał cicho Ben - nie mam prawa do niczego cię zmuszać. Nie 

mogę ci niczego obiecać. Jeśli chcesz na tym poprzestać, zrozumiem. Będę 

zawiedziony, ale zrozumiem. 

- Już idę - wyszeptała wbrew samej sobie. - Będę za dwie minuty. 

Gdyby wiedziała z góry, jak przebiegnie ten wieczór, nie wahałaby się ani 

chwili. Zjedli kolację, a potem kochali się spontanicznie i bez zahamowań. 

Zasnęli nad ranem. 

Obudziły ją usta Bena muskające twarz, szyję i piersi, i dłoń błądząca po 

łagodnych krągłościach jej bioder. Świtało. 

- Jestem tutaj - wymruczał. - Mówiłem ci już, jaka jesteś piękna? - 

Przyciągnął ją do siebie. - Chcę cię jeszcze raz. 

Leżeli potem obok siebie rozdygotani, wyczerpani spełnieniem. Za oknem 

błękitniało niebo. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 96 -

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Śniadanie zjedli na tarasie. Ben przyrządził grzanki i zaparzył kawę. Było 

dopiero po siódmej, ale słońce przesłaniane raz po raz przez małe strzępiaste 

obłoczki porządnie już przygrzewało. Czegóż można było pragnąć więcej? 

Kate siedziała przy ozdobnym żelaznym stoliku naprzeciwko Bena i 

rozkoszowała się aromatem kawy. Ben wyciągnął rękę. 

- Jak w niebie - powiedziała z westchnieniem, czując jego palce 

zaciskające się na swojej dłoni. 

Uśmiechnął się. W błękitnej koszulce z krótkimi rękawkami i w ciemnych 

płóciennych spodniach wyglądał oszałamiająco. Kate z trudem przełknęła ślinę. 

Na jednym z ogrodowych krzeseł leżała nietknięta przez żadne z nich gazeta. 

- Zobaczymy się wieczorem? - Ben spoglądał na nią przekornie, jego 

szare oczy skrzyły się wesołością. 

- Myślę, że znajdę chwilkę czasu - odparła. 

- Po dyżurze muszę odebrać Cezara, ale o siódmej powinienem być w 

domu. 

- Mamy coś w lodówce? Może trzeba uzupełnić zapasy? 

- Nie - mruknął. - Wiem, co chcę na kolację. Coś smakowitego i 

słodkiego... Zauważyłaś, że naszła mnie ostatnio ochota na słodycze? 

Kate zaczerwieniła się i roześmiała. 

Pod nieobecność chłopców zwyczajowe rytuały rodzinnego życia uległy 

zawieszeniu. Czas, jaki spędzali z sobą, ograniczały jedynie godziny pracy. 

Bliźniacy telefonowali niemal codziennie i zapewniali, że bawią się 

wspaniale, choć Tomowi brakowało trochę towarzystwa Lisy. Pani Howard 

opiekowała się chorymi wnukami w Oxfordzie, a więc Ben z Kate byli w domu 

sami. 

W pewien upalny sierpniowy poniedziałek do gabinetu Kate weszła Sara 

Conway. Była blada i wyglądała na zmęczoną. Opadła ciężko na krzesło. 

R S

background image

 

- 97 -

- Coraz gorzej ze mną - oznajmiła od razu na wstępie, po czym 

westchnęła i znużonym gestem odgarnęła z czoła jasne krótkie włosy. - 

Strasznie dokucza mi kręgosłup, a każdy okres to koszmar. 

- Mamy już wyniki laparoskopii - poinformowała ją Kate, zaniepokojona 

pogarszającym się stanem zdrowia pacjentki. - Wskazują na cystę jajnikową, 

nazywaną przez niektórych „cystą czekoladową" z powodu jej koloru. To 

pewnie ona jest przyczyną twoich dolegliwości. 

Sara ściągnęła brwi. 

- Można ją usunąć? Kate zawahała się. 

- Tak, można. Rodzaj kuracji zależy jednak od wielu czynników i 

będziesz się musiała skonsultować w tej sprawie ze swoim ginekologiem. 

- Mam przez to rozumieć, że może mi grozić zabieg histerotomii? 

Kate kiwnęła głową. 

- Istnieje taka możliwość. 

- Zawsze chciałam mieć dzieci - wybuchnęła Sara. Kate, wyczuwając, że 

kobieta pragnie wyrzucić z siebie to, co od dawna leży jej na sercu, nie 

odzywała się. - Poświęciłam się całkowicie Hugh. - Sarze głos się załamał, była 

bliska łez. - Kiedy zachorował i odszedł z wojska, musiałam przejąć obowiązki 

głowy rodziny. Było mi bardzo ciężko. - Wzięła głęboki oddech, żeby się 

opanować, i ciągnęła już spokojniej: - Ale żyłam nadzieją, że Hugh w końcu 

wyzdrowieje, że do naszej rodziny powróci normalność. - Spuściła wzrok na 

swoje splecione dłonie. - Wiele kobiet powiedziałoby, że w głowie mi się 

przewraca. Mam ładny dom, dobrą pracę. Nie muszę się martwić o pieniądze... - 

Urwała i spojrzała na Kate. - Nie obrazisz się, jeśli spytam, ile masz lat? 

- Trzydzieści jeden. 

- I nigdy nie myślałaś o założeniu rodziny? 

- Ależ myślałam - odrzekła, przypominając sobie swój niefortunny 

związek z Julianem - ale niestety nie wyszło. 

Sara westchnęła ciężko i przygarbiła się. 

R S

background image

 

- 98 -

- Hugh ma czterdzieści siedem lat, ja za parę miesięcy kończę trzydzieści 

osiem. Czy mogę myśleć o macierzyństwie, kiedy Hugh jest w takim stanie? 

Nawet gdybym zaszła w ciążę, to jak podzieliłabym swój czas pomiędzy 

chorego męża a dziecko? W tej sytuacji, Kate, histerotomia byłaby dla mnie 

błogosławieństwem. 

I Sara wyznała Kate, że kiedy Hugh służył jeszcze w wojsku, zaszła z nim 

w ciążę. Poroniła jednak, a poza tym zbiegło się to w czasie z pierwszym z serii 

napadów głębokiej depresji męża. Kate przemknęło przez myśl, że po tej 

tragedii Sarze mógł pozostać uraz na całe życie. 

Po wyjściu Sary Kate zamyśliła się. Szczerze współczuła tej kobiecie. 

Postanowiła, że wieczorem porozmawia o tym z Benem, ale kiedy zmywali w 

kuchni naczynia po kolacji, wynikł temat natury bardziej osobistej. 

- Ciężki miałaś dzień? - spytał, obejmując ją. Kiwnęła głową i wsparła się 

czołem o jego pierś. 

- A do tego mam dzisiaj w nocy dyżur pod telefonem - powiedziała z 

westchnieniem. 

- Cholera. - Uśmiechnął się. - Zastanawiam się, czy nie przekupić 

Maureen, żeby zastąpiła cię na te dwa tygodnie, jakie pozostały do powrotu 

chłopców. 

- Ani mi się waż! - Kate roześmiała się cicho. - Już o nas plotkują. 

- Naprawdę ci to przeszkadza? - spytał, poważniejąc. Wzruszyła 

ramionami. 

- Jakoś przeżyję. 

Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał głęboko w oczy. 

- Kate, nigdy cię nie prosiłem... nigdy nie chciałem na ciebie naciskać. 

Wiem, że wiele przeżyłaś, i współczuję ci. Nie chcę, żebyś znowu cierpiała. 

- Chcesz przez to powiedzieć, że mi to grozi? Przyciągnął ją do siebie. 

- Och, Kate, czasami zastanawiam się, co ja zrobiłem... Pokręciła 

zdecydowanie głową. 

R S

background image

 

- 99 -

- Może jest nam tak dobrze dlatego, że... że... 

- Że to się musi skończyć? To chciałaś powiedzieć? - szepnął ze 

smutkiem. 

Patrzyła mu w milczeniu w oczy. 

- Jesteś dla mnie kimś szczególnym, Kate. Chyba o tym wiesz? 

Kiwnęła głową i odetchnęła głęboko. Widziała, że Ben toczy z sobą jakąś 

wewnętrzną walkę. 

- Cieszę się z tego... co mamy - wyszeptała. - Jestem wdzięczna losowi za 

każdą chwilę, jaką z sobą spędzamy. 

Milczał przez chwilę, a potem zapytał: 

- Kate... jakie są twoje plany na przyszłość? Spojrzała na niego ze 

zdziwieniem. 

- Na przyszłość? - Wyswobodziła się z jego objęć i wzruszyła ramionami. 

- Czuję się już dobrze. Czasami nie chce mi się wierzyć, że aż tak dobrze. 

Potrafię wreszcie skupić się na medycynie, na swojej pracy. 

- A rodzina? - Przyglądał się jej badawczo. - Chyba chcesz mieć dzieci? 

- Tak, naturalnie, chcę założyć rodzinę. 

Wydało jej się, że dostrzega w jego oczach rozczarowanie. Wiedziała, co 

to oznacza. Miał już dwóch wspaniałych chłopców. Ich wychowanie musiało go 

kosztować wiele trudu i pewnie nie uśmiechało mu się przechodzić przez to po 

raz wtóry. 

- Będziesz kiedyś miała cudowną rodzinę - powiedział. - Tak bym chciał, 

żebyśmy to my nią byli... - Wzruszył ramionami i spojrzał na nią bezradnie. - 

Jaka szkoda, że nie spotkałem cię wcześniej, Kate. Jaka szkoda... Tam do 

cholery! - Rozłożył szeroko ramiona. - Chodź do mnie! - Wziął ją w objęcia i 

pocałował. 

Kate serce pękało z bólu. Usłyszała przed chwilą prostą prawdę. 

Wiedziała, czym ryzykuje, zakochując się w tym mężczyźnie. Wiedziała, że 

R S

background image

 

- 100 -

przyjdzie jej za to zapłacić. I teraz płaciła, chociaż nigdy jej niczego nie 

obiecywał, ani nigdy nie okłamywał. Przynajmniej za to była mu wdzięczna. 

Kilka dni potem do ośrodka zajrzała Tessa.  

Pierwsze kroki skierowała do gabinetu Kate, od której wyszedł właśnie 

ostatni tego ranka pacjent. Zamknąwszy za sobą drzwi, wręczyła Kate białą 

kopertę. 

- Mam wobec ciebie ogromny dług wdzięczności - powiedziała. - Z 

samego wypadku niewiele pamiętam. Seria jakby eksplozji, szarpnięcie, cała 

przednia szyba poszła w drobny mak i pociemniało mi w oczach. Nie czułam 

nawet bólu. Policjant powiedział mi później, że wcisnęłaś się do samochodu, nie 

czekając, aż przyjedzie straż pożarna. Gdyby nie ty, mogłoby mnie tu dzisiaj nie 

być. 

Kate wzruszyła ramionami. 

- To zwyczajny przypadek, że akurat wtedy byliśmy z doktorem 

Buchanem u pacjenta w tamtej okolicy. - Rozerwała kopertę i przeczytała treść 

ozdobnej kartki. Oczy jej się rozszerzyły. - Och, Tesso, to cudowna wiadomość. 

A więc pobieracie się w grudniu. 

- Zawsze marzyłam o ślubie w Boże Narodzenie. Rupert puka się w czoło, 

ale ja wiem, że ten wypadek uświadomił nam nareszcie, czego najbardziej w 

życiu pragniemy. Gdyby nie to... - Wzruszyła ramionami. - Czy ja wiem, może 

byśmy się nawet rozeszli. 

Kate uśmiechnęła się i pocałowała Tessę w oba policzki. 

- Gratuluję wam obojgu - powiedziała, wsuwając zaproszenie na ślub do 

szuflady. - Niestety, w grudniu nie będzie mnie już w Milchester, ale postaram 

się wpaść. 

- O! - zdumiała się Tessa. - Nie wiedziałam, że wyjeżdżasz. Kate 

pokiwała głową. 

- Wypełniam tylko lukę, jaka powstała po odejściu doktora Withycombe'a 

na emeryturę. Jesienią przyjeżdża z Afryki jego następca i moja rola się kończy. 

R S

background image

 

- 101 -

Tessa westchnęła. 

- Wielka szkoda. Tak tu pasujesz. 

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i wszedł Ben. Na widok 

Tessy twarz mu się rozjaśniła. Porozmawiali chwilę i Tessa, wręczając Benowi 

zaproszenie na ślub, napomknęła, jak bardzo jest wdzięczna Kate za udzielenie 

pierwszej pomocy po wypadku, i jak jej przykro, że Kate odchodzi. 

Ben kiwnął bez słowa głową i spojrzał na Kate. Na chwilę zapadło 

niezręczne milczenie. Przerwała je Tessa, oświadczając, że musi już się 

pożegnać, bo w Oxfordzie czekają na nią rodzice. 

Kiedy wyszła, Ben usiadł na krześle dla pacjentów. 

- Ona ma rację - powiedział, spoglądając na Kate. - Prawdopodobnie 

ocaliłaś jej życie. 

Zażenowana Kate postanowiła zmienić temat. 

- Słuchaj, Ben, kiedy Hugh Conway miał ostatnio nawrót choroby? 

Ben zmarszczył czoło. 

- Chyba w maju. Zaraz po tym, jak zaczęłaś u nas pracować. 

- Sara powiedziała mi kiedyś, że on każdej wiosny gorzej się czuje. - 

Zawiesiła głos i przygryzła wargę. - Zwierzyła mi się również, że przed laty 

poroniła. I też w maju. Zbiegło się to z pierwszym atakiem depresji Hugh. 

- Chcesz przez to powiedzieć, że objawy jego choroby nasilają się w 

określonej porze roku? - spytał Ben. 

- To Tessa podsunęła mi nieświadomie tę myśl, wspominając, co 

zapamiętała z kraksy. Nawet ja słyszałam ten huk i łomot, chociaż siedziałyśmy 

wtedy z Sarą Conway w ogródku, a więc spory kawałek od miejsca wypadku. 

Aż szyby w oknach zadrżały. Może to dlatego, że wiadukt biegnie górą i 

wszelkie dochodzące z niego odgłosy zwielokrotnia echo rozchodzące się 

sztuczną doliną, która się pod nim rozciąga. 

Ben kiwnął głową. 

R S

background image

 

- 102 -

- Tak, to prawda. Hugh zerwał się wtedy z krzesła jak oparzony i obaj 

wybiegliśmy przed dom. 

- A kiedy odjeżdżaliśmy spod ich domu, obejrzałam się i zobaczyłam go 

zastygłego i wpatrzonego w wiadukt... 

- Co sugerujesz, Kate? 

- Prawdę mówiąc, nie jestem pewna. Ale Tessa użyła określenia 

„eksplozja". To rzeczywiście brzmiało jak seria wybuchów. Hugh był, jak 

wiesz, w depresji, jego umysł znajdował się w stanie nadpobudliwości. Może 

jego choroba ma związek z jakimiś wybuchami? 

Ben zmarszczył czoło, a potem pokiwał powoli głową. 

- Masz na myśli jakieś konkretne wydarzenie, które odcisnęło się trwale 

na jego psychice? 

- Całkiem możliwe. Czy wiadomo, w jakich misjach brał udział w czasie 

służby? 

Ben pokręcił głową. 

- Nie. Davidowi Brightowi niewiele udało się z niego wyciągnąć. 

- Uważam, że David powinien się dowiedzieć o tym poronieniu i o reakcji 

Hugh na te eksplozje. To chyba ważna informacja, Ben. 

- Dobrze, zaraz do niego zadzwonię. I jeszcze jedno, Kate... Wstał z 

krzesła i okrążając biurko, podszedł do niej. Podniósł ją z fotela i przyciągnął do 

siebie. 

- Gdzie chciałabyś zjeść kolację w tę sobotę? 

Kate przemknęło przez myśl pytanie, co zrobią, jeśli ktoś teraz wejdzie do 

gabinetu, ale zaraz uświadomiła sobie, że ma to w nosie. Radośnie uśmiechnięta 

podniosła na niego wzrok. 

- Wszystko mi jedno - odparła szeptem. 

Pochylił się i pocałował ją. 

- No to West End. - Uśmiechnął się. - Kolacja i w ogóle. Zdążymy wrócić 

do domu przed przyjazdem chłopców. 

R S

background image

 

- 103 -

- Załatwione. - Westchnęła i znowu się pocałowali, nie zważając na kroki 

za drzwiami. 

Weekend w Londynie był wspaniały. Zjedli obiad w przytulnej włoskiej 

restauracyjce, potem długo spacerowali nad rzeką i rozmawiali. Wracając w 

niedzielę do domu, zjedli lunch w jakimś pubie, później odebrali Cezara z 

psiego hotelu i kochali się w wąskim łóżku Kate w Gołębniku. O północy, 

trzymając się za ręce, poszli spacerkiem do głównego domu. 

Przyświecał im srebrzysty księżyc w pełni. 

W poniedziałek rano obudził ich dzwonek telefonu. Zaspany Ben odebrał. 

- Chodzi o Hugh - wyjaśnił, odkładając słuchawkę i pochylając się, żeby 

pocałować Kate na dzień dobry. - Zniknął ze szpitala i nikt nie wie, gdzie teraz 

jest. Szukają go. 

Kate usiadła. 

- Zawiadomili już Sarę? 

- Nie. Za wcześnie, nie ma jeszcze szóstej. Wstrzymują się z tym do 

mojego przybycia. A potem, jeśli go nie znajdziemy... 

- Wzruszył ramionami. 

- Pojadę do niej - zadecydowała Kate, wkładając szlafrok. 

- Zadzwonisz, że zaraz tam będę? 

Kiwnął głową i przyciągnął ją do siebie. 

- Już za tobą tęsknię. 

- Ja za tobą też. To był cudowny weekend. Hugh był już w domu, kiedy 

Kate tam dojechała. 

- Miałam właśnie telefonować do Bena - tłumaczyła się Sara, 

wprowadzając Kate do małego saloniku, gdzie w fotelu siedział nie ogolony 

Hugh. Sara była jeszcze w szlafroku, a Hugh miał na sobie koszulę i spodnie tak 

wymięte, jakby przeleżały wiele dni w szpitalnej szafce. - Ale krępowałam się. 

Nie chciałam go budzić. 

R S

background image

 

- 104 -

Kate złapała Bena telefonicznie w szpitalu miejskim w Milchester, dokąd 

pojechał, by zasięgnąć bliższych informacji u Davida Brighta. Na wieść, że 

Hugh się znalazł, wyraźnie poweselał. Obiecał, że zaraz będzie u Conwayów. 

- Co z nim? - spytał, zjawiając się tam kwadrans później. Spotkali się z 

Kate w sieni domku Conwayów. 

- Fizycznie ma się nieźle. - Kate wzruszyła ramionami. - Co do stanu 

psychicznego wolę się nie wypowiadać. Ni z tego, ni z owego wstał z łóżka, 

przebrał się w toalecie, wyszedł ze szpitala i przyjechał taksówką do domu. 

- Cóż, nie leżał na oddziale zamkniętym... Poszedł do szpitala na własne 

życzenie. - Ben westchnął i przesunął dłonią po zmierzwionych włosach. - Nic 

jednak nie wskazywało, że chce wracać do domu. Ciekawe, co go do tego 

skłoniło? 

Kate pokręciła głową. 

- Nie mam pojęcia. 

- Jak to przyjęła Sara? 

- Rozmawiałam z nią, już się uspokoiła. Ale nie na żarty się przestraszyła, 

widząc o piątej rano taksówkę zatrzymującą się pod domem i wysiadającego z 

niej Hugh. 

Ben westchnął i uśmiechnął się. 

- No dobrze, wejdę tam. Kate kiwnęła głową, 

- Do zobaczenia w ośrodku. 

Rozejrzał się, czy nikt ich nie obserwuje, a potem wziął ją pod brodę. 

- Zjedz śniadanie - powiedział. - Dzień dobry, doktor Ross. - I pocałował 

ją czule. 

Usta paliły ją po tym pocałunku przez całą drogę do domu. Dotarłszy tam, 

wyprowadziła Cezara na spacer, zjadła na jednej nodze śniadanie, przebrała się i 

przed dziewiątą była w pracy. 

Nie zdążyła jeszcze dobrze usiąść, kiedy do gabinetu głowę wsunęła 

Jocylyn, a zaraz potem do środka zajrzał uśmiechnięty Julian. 

R S

background image

 

- 105 -

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

- Ten pan twierdzi... - Jocylyn sprawiała wrażenie zirytowanej i 

zdezorientowanej zarazem - że pani... że on... 

- Wszystko w porządku, Jocylyn. - Kate podeszła do drzwi. - Przekaż, 

proszę, mojemu pierwszemu pacjentowi, że za chwileczkę go przyjmę. 

Jocylyn kiwnęła bez słowa głową i wycofała się, rzucając Julianowi 

niechętne spojrzenie. 

Julian przysunął się do Kate, żeby ją pocałować. W ostatniej chwili 

odwróciła głowę i jego usta musnęły tylko jej policzek. 

- Tak się cieszę, że znowu cię widzę, Kate. 

- Witaj, Julianie. Przypatrywał jej się z uznaniem. 

- Wyglądasz szałowo. Widać służy ci tutejszy klimat. Kate trzymała 

ostentacyjnie dłoń na klamce otwartych drzwi. 

- Przepraszam cię, Julianie, ale pacjenci czekają. 

- No, tak, oczywiście. - Zerknął za siebie. - Wpadłem tylko, żeby zaprosić 

cię na lunch. - Widząc jej zaskoczenie, dodał szybko: - Bo widzisz, jestem tu 

przejazdem. Niedaleko stąd, w Altshot, mieszka jeden z moich klientów. 

Kate pokręciła głową. 

- Nie mam czasu, Julianie... 

- Ten Czerwony Lew po drugiej stronie parkingu wygląda obiecująco - 

wpadł jej w słowo. - Jest tam taki mały pub. Na pewno znajdziesz w przerwie 

między dyżurami godzinkę dla starego przyjaciela. 

Może dlatego, że chciała się go jak najszybciej pozbyć, a może dlatego, że 

była ciekawa, w jaki sposób Julian odnalazł ją w Milchester, umówiła się z nim 

w końcu na pierwszą. 

Przed pierwszą, kiedy szykowała się już do wyjścia, do gabinetu wkroczył 

uśmiechnięty Ben. 

R S

background image

 

- 106 -

- Słyszałem od Jocylyn, że miałaś rano gościa - powiedział. - Jakiegoś 

starego znajomego. 

- To był Julian - odparła cicho. 

- Ach, rozumiem. - Uniósł brwi. - Spodziewałaś się go? 

- Nie. Nie mam pojęcia, skąd wziął mój adres. Ja mu go nie podawałam. 

- I czego chciał? - Ben silił się na swobodny ton, ale wyczuła w jego 

głosie chłód. 

- Podobno jest tu przejazdem, ma w okolicy klienta... 

- A może przyjechał specjalnie do ciebie? Kate zarumieniła się. 

- Może, ale to mało prawdopodobne. - Westchnęła i usiadła w fotelu. - 

Zaprosił mnie na lunch, a ja, sama nie wiem czemu, zgodziłam się. 

Ben spochmurniał. 

- Cóż, chyba wiesz, co robisz. Posłuchaj, mam dla ciebie dobre 

wiadomości - zmienił temat. - Hugh czuje się o wiele lepiej. Jest tylko trochę 

oszołomiony, jak to po szpitalu, a wrócił do domu, bo poczuł nieprzepartą 

potrzebę odbycia z Sarą szczerej rozmowy. 

Kate dopiero teraz przypomniała sobie o Hugh. Z lekkimi wyrzutami 

sumienia słuchała Bena opowiadającego o przeprowadzonych przez Davida 

Brighta sesjach terapeutycznych, w wyniku których Hugh zaczął odzyskiwać 

równowagę psychiczną. 

- A co na to Sara? - spytała Kate, wstając i sięgając po torebkę. 

Wyszli na korytarz. 

- Nie miała jeszcze czasu przywyknąć do myśli, że Hugh może w końcu 

wyzdrowieje, ale wkrótce to do niej dotrze. - Ben urwał nagle i patrzył w głąb 

korytarza. - Czy to nie twój adorator? 

Kate podążyła za jego wzrokiem. W ich stronę szedł przystojny, nieco 

niższy od Bena blondyn w eleganckim garniturze. 

- Ben - powiedziała - przedstawiam ci Juliana Francisa. Julianie, to jest 

doktor Buchan. 

R S

background image

 

- 107 -

- Miło mi. - Głos Juliana był wesoły i przyjacielski. 

Ben kiwnął głową, uścisnął Julianowi rękę, a potem pożegnał się szybko i 

oddalił. Kate odprowadzała go wzrokiem zaniepokojona tą szorstkością. 

- Wracam o drugiej - zawołała do siedzącej w rejestracji Hilly, kiedy 

przechodzili z Julianem przez poczekalnię. 

- Widzę, że długo sobie nie pogadamy - poskarżył się Julian, kiedy 

znaleźli się na zewnątrz. 

Kate uśmiechnęła się. 

Zupełnie jak za starych dobrych czasów, prawda? - mruknęła z 

przekąsem. 

Wyszli z Czerwonego Lwa tuż przed drugą. Przez całą godzinę Kate, nie 

tknąwszy ani kanapki, ani soku pomarańczowego, słuchała jednym uchem 

perorującego Juliana. 

Spotkanie to tylko ją zirytowało. Co ją obchodzi, że Julian zerwał ze swą 

dziewczyną albo że nie spędza już weekendów na pokładzie swojej ukochanej 

łajby? Nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że w ogóle przyjęła jego 

zaproszenie. Gdyby się dobrze zastanowiła, sama wpadłaby na to, że Julian 

wydobył jej adres od kierownika przychodni, w której ostatnio pracowała. 

Zatrzymali się przy czerwonym sportowym samochodzie i Julian wziął ją za 

rękę. 

- Chyba przenocuję w Milchester - oznajmił. - Może zjedlibyśmy razem 

kolację? Opowiedziałabyś mi, jak ci się teraz żyje. 

- Julianie, my nie mamy już sobie absolutnie nic do powiedzenia - odparła 

gniewnie, zdając sobie sprawę, że Julian nie zamierza jej puścić. 

- Wiem, że postąpiłem nieelegancko - przyznał kwaśno. - Ale teraz wiele 

się zmieniło i uświadomiłem sobie, jak bardzo mi ciebie brakuje. - Spojrzał na 

nią spod przymrużonych powiek. - Masz kogoś? 

Ścisnął ją za nadgarstek tak mocno, że skrzywiła się z bólu. 

- Puść mnie. 

R S

background image

 

- 108 -

Zaczynała ją już ogarniać panika, kiedy nagle czyjaś dłoń opadła na ramię 

Juliana. 

- Co tu, u diabła, się dzieje? - warknął gniewnie Ben. Kate wyrwała się 

Julianowi. 

- Julian właśnie odjeżdża - powiedziała, oddychając głęboko. - Między 

nami wszystko skończone. 

Julian, rzuciwszy jej wściekłe spojrzenie, wsiadł do samochodu i z 

hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. Ryknął zapuszczany silnik. Ben chwycił Kate 

za łokieć i odciągnął od ruszającego z piskiem opon auta. 

- Nic ci nie jest? - spytał, przyglądając się jej bacznie. 

- Nic - wykrztusiła, rozcierając obolały nadgarstek. - Przepraszam za to 

wszystko. - Była teraz zła na siebie samą. - Co mnie, u licha, podkusiło, żeby iść 

z nim na ten lunch? Ben spojrzał na nią przenikliwie. 

- Widocznie miałaś swoje powody. 

Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, odwrócił się gwałtownie i ruszył w 

kierunku ośrodka. Kate poszła za nim. W rejestracji siedziały Hilly i Lesley, ale 

nawet na nie nie spojrzała. Znalazłszy się w swoim gabinecie, usiadła na chwilę, 

by się uspokoić. Nie wiedziała, co myśleć o zachowaniu Bena. Miała nadzieję, 

że niefortunna wizyta Juliana szybko ulegnie zapomnieniu. 

I uległa - do pewnego stopnia. Wieczorem przy kolacji rozmawiali o 

Conwayach i o powrocie chłopców z Christchurch, tak jakby incydent z 

Julianem w ogóle się nie zdarzył. Jednak unikanie tego tematu sprawiało, że cała 

konwersacja stawała się jakaś sztuczna. Tej nocy spali z sobą, ale Kate przez 

cały czas miała świadomość istnienia Pauli. 

- Telefonowano do mnie z jednej z przychodni w Yorkshire - oznajmiła 

Kate, kiedy podczas popołudniowej przerwy pili kawę w salce dla personelu. - 

Proponują mi pracę. Mam zacząć jeszcze przed Bożym Narodzeniem. 

Ben podniósł na nią wzrok. 

- Rozumiem. 

R S

background image

 

- 109 -

Kate już pożałowała, że o tym wspomniała. Nie trzeba było tego robić 

tutaj, pośród gwaru rozmów innych członków zespołu. 

- Oczywiście, nie odejdę stąd przed przyjazdem twojego kolegi z Afryki 

Południowej - podjęła formalnym tonem, choć serce jej się ściskało. 

Ale czy miała jakiś wybór? W końcu i tak ma odejść. Oboje o tym 

wiedzieli. 

- Dowiem się, kiedy dokładnie przyjeżdża, i dam ci znać. 

- Wpatrywał się w swój kubek, twarz miał ściągniętą. 

- Byłabym wdzięczna. 

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Pierwsza przerwała je Kate. 

- Ben, w końcu musiało do tego dojść. 

Znowu podniósł na nią wzrok. Twarz miał postarzałą, wymizerowaną. 

Kate ścisnęło się serce. 

- Tak, ale chciałbym, żeby to nie było już teraz - powiedział. - Dziwna 

rzecz. Odsuwałem od siebie dotychczas tę myśl. - Roześmiał się gorzko. - 

Przeszłość jednak nas w końcu dopadła, prawda? 

Kiwnęła głową, łzy napłynęły jej do oczu. Wiedziała bardzo dobrze, co 

chciał przez to powiedzieć. 

W piątek poprzedzający powrót chłopców z wakacji u dziadków Kate 

przygotowała specjalną kolację przy świecach. Był pieczony kurczak i wino. 

Ben wrócił do domu dopiero o wpół do siódmej. 

Cezar powitał go radośnie, a Kate zawołała, że jest w kuchni. Włożyła na 

tę okazję niebieską cygańską sukienkę do kostek, włosy przewiązała opaską. 

Ben wziął ją bez słowa w ramiona. 

- Pięknie wyglądasz - wyszeptał. - Pragnę cię, Kate... - Zsunął jej opaskę z 

czoła i zanurzył twarz we włosach. - Och, Kate, jak ten czas szybko leci. 

- Tak, kochany, zbyt szybko - przyznała łamiącym się głosem. 

R S

background image

 

- 110 -

Czuła bicie jego serca, czuła promieniujące od niego ciepło. Chciała mu 

już wyznać, co przeżywa, co ukrywała przed nim od początku ich związku, 

kiedy odsunął ją łagodnie. 

- Kate, muszę ci coś powiedzieć, coś wyjaśnić - mruknął. 

- Wcześniej nie widziałem takiej potrzeby, ale teraz... Bez tego nie 

pozwolę ci odejść. 

- Powiesz mi później - wyszeptała. Kiwnął głową i przytulił ją mocno. 

Kochali się zachłannie, niemal brutalnie. Spełnienie przyniosło obojgu 

niewysłowioną rozkosz. 

- Och, Kate - westchnął, kiedy wyczerpani leżeli potem w ciemnościach. - 

Myślałem, że wszystko samo się jakoś ułoży. Nie wiem teraz, co powiedzieć. 

- To nie mów nic - doradziła. 

- Paula miała romans - zaczął i pocałował ją w czoło. - Zginęła, będąc z 

nim. Oboje uwielbiali żeglować. Myślałem, że ten związek sam się jakoś wypali 

albo że ona się opamięta. Rozmawialiśmy o rozwodzie. Wypłynęła, żeby 

wszystko sobie przemyśleć... 

- Och, Ben, tak mi przykro. - Pocałowała go. - Czy chłopcy o tym 

wiedzą? 

Przypomniało jej się, jak Toby w pierwszym dniu ich znajomości zapytał 

ją, czy pamięta swoich rodziców. Czyżby pamiętał Paulę lepiej, niż się 

wszystkim wydawało? 

Ben wahał się przez chwilę. 

- Wydaje mi się, że wyczuwali, że coś jest nie w porządku - powiedział w 

końcu. - Byli wtedy mali, mieli po cztery latka, ale coś już tam musieli 

rozumieć. - Ścisnął jej rękę. - To było takie niesprawiedliwe, takie tragiczne. Po 

wypadku postanowiłem sobie, że nigdy już nie narażę ich na tego rodzaju 

przeżycia. 

Rozumiała go teraz. I serce jej pękało. 

- Oni cię kochają, Ben. Jesteś cudownym ojcem. 

R S

background image

 

- 111 -

- Starałem się - mruknął - czuję jednak, że zawiodłem. Nie mogę zastąpić 

im Pauli i otoczyć prawdziwie kobiecą miłością. Ale robiłem wszystko, żeby 

byli szczęśliwi. 

Kiwnęła głową. Wiedziała, że to prawda. Wiedziała, że chociaż tak 

bardzo go kocha, ich drogi muszą się rozejść. 

- Przepraszam, kochanie - wyszeptał, muskając ustami jej włosy. - Gdyby 

nie chłopcy, inaczej by się między nami ułożyło. Ale ty to chyba wiesz... 

Pocałowała go gorąco w usta. 

Obudzili się równocześnie nad ranem. Czarne niebo za oknem skrzyło się 

gwiazdami. 

- O czym myślisz? - spytał schrypniętym głosem. Uśmiechnęła się. 

- O świecach. Chyba już się wypaliły. Roześmiał się cicho i pocałował ją. 

- Zapalimy nowe. 

- Kiedy? 

- Za chwilę, jak tylko zejdziemy na dół i zobaczymy, co zostało z naszej 

kolacji. Albo może lepiej zostańmy tutaj... 

Ben wybrał się po chłopców w pochmurną sobotę. Kiedy ruszał spod 

domu, deszcz wisiał w powietrzu. Kate pocałowała go na pożegnanie. Ciekawa 

była, jak zmieni się ich życie po powrocie Toma i Toby'ego. Ben zapewniał, że 

będzie ją odwiedzał w Gołębniku, lecz Kate wiedziała, że to wcale nie takie 

proste. 

Tego dnia miała dyżur pod telefonem. Wyprowadziła na spacer Cezara, a 

potem poszła do Gołębnika, by otworzyć okna i przewietrzyć mieszkanie. Przed 

południem zadzwoniła pani Horgan, matka Denise Markham, z prośbą, żeby 

Kate przyjechała do córki. 

- Jest w łóżku - oznajmiła z ciężkim westchnieniem pani Horgan, 

otwierając Kate drzwi. - Kazałam jej się położyć, ale nie wiem już, co z nią 

robić. Bez przerwy zalewa się łzami, nic jej nie interesuje, nawet sprzątać jej się 

nie chce. 

R S

background image

 

- 112 -

Denise leżała nieruchomo na łóżku w małym pokoiku, oczy miała 

spuchnięte i zaczerwienione. Kate usiadła przy niej. Na ładnej twarzy kobiety 

malowała się rozpacz i rezygnacja. Dopiero po długich perswazjach dała się 

namówić na rozmowę. 

Okazało się, że Gareth nie chce oddać chłopców i że o tym, któremu z 

rodziców przyznane zostanie prawo do opieki nad nimi, zadecyduje sąd. 

- Ja... ja już nie mogę - wyszlochała Denise. - Po odejściu Garetha czułam 

się strasznie, a teraz nie ma też chłopców... - Spojrzała bezradnie na Kate. 

Kate, choć niechętnie, przepisała jej środek antydepresyjny, a potem 

umówiła się z panią Horgan, która miała samochód, że nazajutrz przywiezie 

córkę do ośrodka na rozmowę z psychologiem. Zamierzała poprosić Ruperta, by 

skontaktował się z Garethem Markhamem. Nie traciła nadziei, że możliwy jest 

jeszcze jakiś kompromis między małżonkami i obejdzie się bez stresującej 

sprawy sądowej. 

Wracając do domu, usłyszała natarczywy dzwonek telefonu dobiegający z 

mieszkania. Wbiegła szybko na górę i podniosła słuchawkę. 

- Myśleliśmy, że ty też przyjedziesz - powiedział Toby. -

Ponurkowalibyśmy sobie. 

- Ktoś musiał zostać z psem - zażartowała. 

- Widziałaś może Lisę? - zapytał Tom, wyrywając bratu słuchawkę. - 

Obiecywała, że do mnie napisze. 

- Nie, nie widziałam - skłamała Kate. 

Niedawno spotkała Lisę na mieście w towarzystwie jakiegoś nie znanego 

jej chłopaka. W końcu słuchawkę przejął Ben. 

- Będziemy około jedenastej rano - powiedział, a potem, upewniwszy się, 

że chłopcy nie podsłuchują, dorzucił ściszonym głosem: - Brakuje mi ciebie. 

 

 

 

R S

background image

 

- 113 -

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Rano, zaraz po przyjściu do pracy, Kate spytała Ruperta, czy wie coś o 

sytuacji dzieci Markhamów. Powiedział jej, że według niego Gareth Markham 

będzie współpracował z pracownikiem socjalnym. Zachęcona tym Kate 

wykonała kilka telefonów, czyniąc pierwszy krok na drodze do porozumienia 

stron konfliktu. 

W porannej poczcie znalazła list, w którym szpital informował ją, że tylko 

dzięki wczesnemu wykryciu guza u pani Sheili Dobson operacja jego usunięcia 

zakończyła się sukcesem. Kate odetchnęła z ulgą. 

Parę minut po jedenastej do gabinetu wszedł Ben. Cicho zamknął za sobą 

drzwi, wziął ją w ramiona i pocałował. 

- Dobrą mieliście podróż? - wykrztusiła zdławionym głosem, uwalniając 

się z jego objęć. 

Kiwnął głową. 

- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. 

- Jak chłopcy? 

- W porządku. Nie mogą się już doczekać, kiedy cię zobaczą. 

- Stęskniłam się za nimi - przyznała. - Zostawiłeś ich samych w domu? 

Kiwnął głową i odgarnął z jej czoła małe niesforne pasemko włosów. 

- W południe wraca z Oxfordu pani Howard. Już ona ich okiełzna. 

- Czy Toby wspominał coś o tej szkolnej aferze? - spytała. Ben westchnął. 

- Nie, ale znalazłem dzisiaj w skrzynce list od dyrektora. Jeśli Toby nie 

przedstawi przekonującego wyjaśnienia swojego zachowania, to przed 

rozpoczęciem nowego roku szkolnego trzeba będzie zastosować wobec niego 

odpowiednie środki. 

- Czy w grę wchodzi wydalenie ze szkoły? - Kate ściągnęła brwi. 

Ben wzruszył ramionami. 

R S

background image

 

- 114 -

- Niewykluczone. Milczenie Toby'ego jest, niestety, uznawane za 

przyznanie się do winy. Dałem mu ten list do przeczytania, żeby wiedział, w 

jakiej jest sytuacji. Ale on jakby się zamknął w skorupie. Jeśli mi nie powie, jak 

to naprawdę było, będę miał związane ręce. 

- Musi być jakieś wyjście, Ben - rzekła Kate. - Jestem przekonana, że 

Toby kogoś kryje. 

Ben westchnął. 

- No dobrze, ale kogo? - Uśmiechnął się i ścisnął ją za rękę. - Wiesz, 

chyba już sobie pójdę. Przyjdź dziś wieczorem na kolację. Obiecałem chłopcom, 

że będziesz. 

Ku zaskoczeniu Kate Denise przyszła na umówioną wizytę i zaraz po 

przekroczeniu progu gabinetu oświadczyła, że podjęła już decyzję: Zgadza się 

na wizytę u psychologa i spotka się z pracownikiem socjalnym. 

Wracając tego wieczoru do domu, Kate zaczęła się stopniowo odprężać. 

We wszystkich oknach paliły się światła, drzwi frontowe były otwarte, a pod 

ogrodzeniem stał rower.  

Kiedy wysiadała z samochodu, podbiegli do niej Tom i Toby. Powitanie 

było tak entuzjastyczne, że omal się nie przewróciła. 

Opowieściom o wakacyjnych przygodach nie było końca. Zdominowały 

całą kolację. Ben uśmiechał się do niej z drugiego krańca stołu. W jego oczach 

było coś, co przyprawiało ją o gęsią skórkę. 

Temat szkoły i ewentualnego skreślenia Toby'ego z listy uczniów 

dyskretnie omijano. Po kolacji Kate usiadła z Benem na tarasie, Tom poszedł 

dzwonić do Lisy, a Toby oglądać telewizję. Pani Howard położyła się już spać, 

tak więc zostali sami. Towarzyszył im tylko Cezar, który ułożył się u ich stóp. 

Kiedy zgasła ostatnia zorza, Ben przechylił się przez stolik i wziął Kate za 

obie ręce. 

- Będzie mi cię brakowało dziś w nocy, Kate. Nieswojo mi będzie 

samemu w łóżku... 

R S

background image

 

- 115 -

Kiwnęła głową. 

- Mnie też będzie ciebie brakowało. Uniósł brwi. 

- A jak byś zareagowała, słysząc, że rzucam kamyczkami w twoje okno? 

Roześmiała się cicho. 

- Nic z tego. Jutro musisz wstać o szóstej. Mina mu zrzedła. 

- No to odkładamy to na sobotnią noc... 

Podniósł jej dłoń do ust i zaczął całować czule palce, a potem spojrzał na 

nią z taką tęsknotą w oczach, że wzruszenie ścisnęło jej krtań. 

Pod koniec tygodnia przyszedł faks z Afryki Południowej. Josh Neilson 

informował w nim, że za miesiąc będzie w Anglii. 

Oznaczało to, że dni pracy Kate w ośrodku zdrowia w Milchester są już 

policzone. 

Stan zdrowia Hugh Conwaya wciąż się poprawiał. Okazywało się, że 

Kate miała rację, podejrzewając, iż jego choroba ma swoje źródło w jakimś 

konkretnym wypadku, w którym doszło do wybuchu. Podczas 

przeprowadzanych z Hugh sesji terapeutycznych David Bright ustalił, co to był 

za wypadek, i od tej pory kuracja zaczęła dawać wreszcie wyniki. Sara zaś 

zdecydowała się na histerotomię, dochodząc do wniosku, że tak będzie lepiej i 

dla niej, i dla męża. 

Pewnego wrześniowego wieczoru, tuż przed końcem dyżuru, do Kate 

zadzwonił Peter Frost. 

- Jestem u taty, w Londynie - zaczął niepewnie. - Tata kazał mi zadzwonić 

i opowiedzieć, co zaszło w szkole. Mówi, że skoro zostaję z nim i nie wracam 

już do Milchester, to nie muszę tego dłużej ukrywać. 

- Czy w szkole ktoś ci dokuczał, Peter? - spytała Kate, przypominając 

sobie, co usłyszała kiedyś od Toma i Lisy. 

Przez dłuższy czas w słuchawce panowało milczenie. Kate myślała już, że 

Peter się rozłączył, ale w końcu chłopiec odezwał się znowu: 

R S

background image

 

- 116 -

- Tak, jeden chłopak ze starszej klasy - powiedział. - Toby stanął w mojej 

obronie i ten chłopak rzucił się wtedy na niego, a wyszło tak, jakby to Toby 

zaczął. Pieniądze temu chłopakowi zabrałem ja, bo tylko tak mogłem się na nim 

odegrać, wszystko się jednak poplątało i obwiniono o to Toby'ego. Już dawno 

chciałem opowiedzieć, jak z tym naprawdę było, ale się bałem. 

Słuchawkę przejął ojciec Petera. Potwierdził, że zabiera syna do siebie, i 

powiedział, że zamierza wyjaśnić wreszcie całą sprawę z dyrekcją szkoły, że jest 

wdzięczny Toby'emu za jego postawę i nie chce, by chłopiec cierpiał za coś, 

czego nie zrobił. 

Kate odłożyła słuchawkę i pobiegła do gabinetu Bena, żeby przekazać mu 

tę dobrą wiadomość. Drzwi były uchylone, weszła więc bez pukania. Ben 

podniósł na nią wzrok znad rozłożonych na biurku dokumentów i uśmiechnął 

się. Serce żywiej zabiło jej w piersi. 

Usiadła i zrelacjonowała mu rozmowę z Peterem i jego ojcem. Na twarzy 

Bena odmalowała się wielka ulga. Wyraźnie się odprężył. 

- O Boże, Kate, to cudowna wiadomość. Kamień spada mi z serca. 

- Byłam pewna, że chodziło właśnie o coś takiego - powiedziała. 

- Ale dlaczego Toby to przede mną ukrywał? - Szare oczy Bena szukały u 

niej odpowiedzi. - Dlaczego trzeba było ciebie, żeby zakończyć cały ten 

cholerny koszmar? Gdzie popełniłem błąd? 

Wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia. 

- Nie popełniłeś żadnego błędu, kochanie. To stara prawda, że dzieci są 

często bardziej otwarte wobec osób spoza rodziny. Peter zwierzył się w końcu 

swojemu ojcu, ale tylko dlatego, że nie widział go od paru lat. Nie miałeś w 

młodości jakiegoś starszego od siebie powiernika, któremu zwierzałeś się ze 

wszystkiego, co cię gnębiło? 

Ben wzruszył ramionami. 

- Może i miałem. Ale przecież Toby wiedział, że grozi mu wydalenie ze 

szkoły. - Pokręcił z niedowierzaniem głową. - To już nie są żarty, Kate. 

R S

background image

 

- 117 -

Kiwnęła głową. 

- Tym bardziej należy podziwiać jego lojalność. Ben milczał przez 

chwilę, potem zmarszczył czoło. 

- Chłopcy prześladowani przez rówieśników nie są zazwyczaj skorzy do 

mówienia o tym komukolwiek. Być może ten typek nadal terroryzuje kolegów. 

Ale jego rządy się kończą. Osobiście tego dopilnuję! - Spojrzał na nią pobladły 

ze złości. 

- Och, Kate, przepraszam, że się tak uniosłem, ale to takie 

niesprawiedliwe. Ta przeklęta afera rzuciła cień nawet na nasz związek. A tak 

mało mieliśmy czasu... 

- Na szczęście dla Toby' ego wszystko dobrze się skończyło - powiedziała 

cicho Kate. 

W pewien mglisty wrześniowy poranek, na trzy tygodnie przed terminem, 

Maneka Sarkar urodziła w szpitalu miejskim w Milchester zdrowe, 

trzyipółkilogramowe dziecko. Kate rozmawiała właśnie w rejestracji z Balem 

Chandrą, kiedy uradowany Sanjay wpadł do ośrodka. 

- I dostaliśmy jeszcze zawiadomienie o przyznaniu nam nowego 

mieszkania w pobliżu Heathrow - oznajmił uroczyście młody ojciec. 

Kate i Bal uścisnęli mu rękę i pogratulowali. 

- Maneka żałuje tylko, że nie mogła rodzić w basenie porodowym - dodał 

z szerokim uśmiechem Sanjay. - Był akurat zajęty. 

- Może następnym razem będzie miała więcej szczęścia - zażartował Bal, 

szczerząc w uśmiechu śnieżnobiałe zęby. 

- Nigdy więcej, doktorze Chandra! A już na pewno nie w najbliższej 

przyszłości! - Sanjay z udawanym przerażeniem na twarzy wyrzucił w górę 

ręce. - Jestem po tym wszystkim jednym kłębkiem nerwów. 

Roześmiali się wszyscy i w tym momencie do poczekalni wkroczyła 

Mary Graham. Skinęła im wyniośle głową i skierowała się prosto do gabinetu 

Bena. 

R S

background image

 

- 118 -

Jakiś czas potem do gabinetu Kate wpadła Angie z informacją, że 

widziała właśnie na parkingu, jak Mary Graham i Ben wsiadają do mercedesa. 

Kate sądziła, że podczas przerwy na lunch porozmawia z Benem. Ostatnio 

spotykali się tylko głuchą nocą, kiedy wszyscy w domu twardo już spali. Ben 

przychodził do Gołębnika i kochali się ze świadomością grożącego im 

zdemaskowania oraz upływających szybko godzin. I chociaż Ben przed świtem 

wracał do domu, to istniało przecież niebezpieczeństwo, że któryś z chłopców 

się obudzi. 

Dzisiaj, w poniedziałek, kiedy ona rozpoczynała swój dyżur, jego nie było 

jeszcze w pracy. Zaniepokoiło ją to. Czyżby coś się stało? 

A tu proszę, Ben jak gdyby nigdy nic jedzie sobie gdzieś z Mary Graham. 

Kate poczuła ukłucie zazdrości. Czy to możliwe, że po jej wyjeździe Mary 

odzyska dawną pozycję w życiu Bena? 

Angie przekrzywiła głowę i przyglądała się z zaciekawieniem twarzy 

Kate. 

- Kiedy się zorientowałaś? - spytała cicho i Kate, wyrwana z zadumy, 

powróciła do rzeczywistości. 

- Zorientowałam? W czym się zorientowałam? Angie uśmiechnęła się 

porozumiewawczo. 

- Że się w nim zakochałaś. Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia, 

czy może przyszła dopiero po wprowadzeniu się do Gołębnika albo rozkwitła po 

tym wspólnym weekendzie w Christchurch, który miał być tajemnicą, a o 

którym wszystkie wróble na dachu ćwierkają? 

Kate spłonęła rumieńcem. 

- To ty wiesz? 

Angie, wciąż się uśmiechając, kiwnęła głową. 

- Phil spotkał w mieście Toby'ego. Chłopcy jak to chłopcy, lubią pogadać. 

Dowiedział się, że Toby i Tom uważają cię za trwały element w życiu ich ojca. 

Kate oniemiała. 

R S

background image

 

- 119 -

- Nie miałam pojęcia, że tak myślą... - wykrztusiła po chwili. - Nie, to 

nieprawda, Angie. Wyjeżdżam z Milchester. Pod koniec tego miesiąca. 

Angie zrobiła wielkie oczy. 

- Ależ Kate, przecież widzę, że ty go kochasz, i chyba się nie mylę, 

prawda? 

Kate znowu zabrakło słów. Zdawała sobie jednak sprawę, że ani Angie, 

ani siebie nie oszuka. Pokiwała powoli głową. Angie oparła się łokciami o 

biurko i ściągnęła brwi. 

- No to w czym problem, Kate? Boisz się, że powtórzy się to, co z 

Julianem? 

- Owszem, między innymi. - Spojrzała na Angie bezradnie. 

- Ale im bliższa jest data wyjazdu, tym bardziej nie chce mi się 

wyjeżdżać. 

- To zostań! - wykrzyknęła Angie. - Prosta sprawa. Skoro się kochacie... 

- Angie, ty nic nie rozumiesz. - Kate westchnęła. - On ma wszystko, czego 

mu do szczęścia potrzeba. Rodzinę, dom, pracę... przyjaciół. I Mary Graham. 

- Ona się nie liczy, od kiedy tu jesteś - żachnęła się Angie. 

- Słuchaj, czy Ben wie o twojej rozterce? 

Kate przygryzła wargi. 

- Nie... Tak... Och, Angie, sama nie wiem. 

- Innymi słowy myśli, że nie możesz się doczekać, kiedy się stąd 

wyrwiesz? 

Kate wzruszyła ramionami. 

- Wie, że mam już załatwioną pracę w Dales. 

- No więc sama widzisz! - triumfowała Angie. - To zupełnie jasne, że 

jemu duma nie pozwala prosić cię, żebyś nie wyjeżdżała, a tobie duma nie 

pozwala powiedzieć mu, że najchętniej byś została. 

- Tu nie chodzi tylko o dumę, Angie. - Kate odwróciła wzrok. - W grę 

wchodzą również inne względy. Na przykład, chłopcy... 

R S

background image

 

- 120 -

- Przecież przepadasz za nimi. A oni za tobą - przerwała jej Angie. - 

Mówię ci, Kate, nie wyjeżdżaj z Milchester, zanim nie przeprowadzisz z Benem 

szczerej rozmowy. 

Kate spojrzała na przyjaciółkę i westchnęła. 

- Dziękuję, że mnie wysłuchałaś - powiedziała z wdzięcznością. 

- Ale nie przekonałam cię do zmiany decyzji? - Angie uniosła pytająco 

brwi. 

Kate pokręciła z uśmiechem głową. 

- Nie - rzekła cicho. - To już postanowione, Angie. Przykro mi, ale 

wyjeżdżam. 

Miała wyjechać w najbliższą sobotę. W nocy ze środy na czwartek matka 

Bena powiadomiła go telefonicznie, że ojciec miał atak serca i leży w szpitalu. 

Ben z chłopcami wsiedli natychmiast do samochodu i ruszyli w drogę do 

Christchurch, nie budząc Kate. Ben prosił przed wyjazdem panią Howard o 

przekazanie jej, że oczywiście zadzwoni, kiedy tylko będzie wiedział coś 

konkretnego. 

Zadzwonił w piątek z wiadomością, że ojciec czuje się już lepiej. A potem 

poprosił Kate, by wstrzymała się z wyjazdem do jego powrotu. 

Obiecała mu, że zaczeka, ale po odłożeniu słuchawki naszły ją 

wątpliwości. Nie czuła się na siłach przechodzić przez dramat pożegnania. W 

końcu postanowiła, że jednak wyjedzie w sobotę, tak jak to planowała, a 

Benowi zostawi pożegnalny list. Oczywiście nie ułatwiało to w niczym sprawy, 

ale przynajmniej nikt nie zobaczy jej łez. 

 

 

 

 

 

 

R S

background image

 

- 121 -

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Przychodnia w Klysdale szczyciła się zespołem czterech lekarzy. Kate 

powitano tam z otwartymi ramionami. Szybko zyskała sobie sympatię oraz 

uznanie personelu i pacjentów. Nikt nie podejrzewał, co naprawdę dzieje się w 

duszy tej na pozór miłej, pogodnej pani doktor. 

Po dwóch miesiącach od wyjazdu z Milchester przestała wreszcie 

wyczekiwać listu od Bena i podbiegać z zapartym tchem do telefonu, ilekroć ten 

zadzwonił. 

Do tej pory nie snuła żadnych planów na przyszłość, teraz jednak zaczęła 

przemyśliwać o osiedleniu się w Klysdale na stałe. Pewnego jesiennego ranka 

postanowiła odwiedzić miejscowego agenta obrotu nieruchomościami. Miała 

upatrzone dwa odrestaurowane domy, chciała zapytać o ich cenę. Włożyła dżin-

sy i sweter, włosy związała w koński ogon, włożyła mokasyny i powędrowała 

pieszo do Klysdale. 

Zatrzymała się na chwilę na szczycie wzgórza, by popatrzeć na scenerię, 

która ukazała się jej oczom. Nie miała pewności, czy kiedykolwiek przywyknie 

do widoku poruszających się w ślimaczym tempie samochodów, rowerów i 

przechodniów. Wspomniała rojne ulice Milchester i ogarnęła ją nostalgia. Stała 

tak przez jakiś czas bez ruchu, wybiegając myślami do Gołębnika, chłopców na 

rowerach i Bena idącego od strony domu przez trawnik. 

Potem otrząsnęła się z tego nastroju, wzięła głęboki oddech i zaczęła 

schodzić ze wzgórza. 

Nie wiedzieć czemu, zamiast skręcić w prawo, jak wcześniej zamierzała, 

skręciła w lewo. Klysdale było małą wioską z labiryntem wąskich uliczek, w 

których łatwo się było zgubić. No i zabłądziła. 

Przypomniała sobie jednak, że agencja obrotu nieruchomościami 

wciśnięta jest między sklepik z pamiątkami a piekarnię. Zawróciła i ruszyła po 

własnych śladach, kierując się zapachem gorącego chleba. 

R S

background image

 

- 122 -

I nagle zatrzymała się jak wryta na widok twarzy, którą uznała zrazu za 

wytwór swej wyobraźni. Ale nie, to nie była halucynacja. Znowu zawróciła, 

sama nie wiedząc dlaczego. Chyba nie miała odwagi przechodzić obok obcego 

mężczyzny tak uderzająco podobnego do Bena. 

I wtedy usłyszała swoje imię. Odwróciła się szybko i puściła biegiem. 

Biegła najszybciej jak potrafiła, serce jej mocno waliło, łzy płynęły z oczu. Już 

wiedziała. 

To rzeczywistość. Nie ma mowy o żadnej halucynacji ani omamie 

wzrokowym. 

Biegła ku niemu, a on wybiegał jej na spotkanie. Krew tętniła jej w 

uszach, rozsadzała głowę. Płakała i śmiała się jednocześnie. W końcu padła mu 

w ramiona, a on przytulił ją z całych sił. Uniosła głowę, wystawiając usta na 

pocałunki, Obejmowała za szyję wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę, który 

poderwał ją w powietrze i kręcił się z nią w kółko pośrodku wąskiej uliczki. 

Pierwszy odezwał się Ben. Odsunął ją od siebie na długość wyciągniętych 

ramion i pożerał wzrokiem. 

- Och, Kate... Kate. 

Znowu porwał ją w objęcia. Stali tak kilka minut, tuląc się do siebie, a 

świat wokół wirował. Nie chciała, żeby widział jej twarz, wciskała ją więc w 

jego pierś i z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w tak znajome bicie jego 

serca. 

Odzyskiwała powoli równowagę. Ben przesunął ręką po jej włosach i 

zmusił, żeby na niego spojrzała. Zaczął ocierać mokre od łez policzki. 

- Przepraszam - mruknęła zawstydzona. 

- I masz za co. 

- Beksa ze mnie. - Przełknęła z trudem ślinę, ciepłe łzy wciąż napływały 

do oczu. 

- Płacz, ile chcesz. Bylebyś więcej przede mną nie uciekała - powiedział 

cicho. 

R S

background image

 

- 123 -

Kręcąc głową, spojrzała w jego szare, smutne oczy. 

- Myślałam, że tak będzie dla nas najlepiej. 

- I tu się pomyliłaś. - Potrząsnął nią lekko, patrząc jej przy tym głęboko w 

oczy. - Och, Kate, tak bardzo mi ciebie brakowało. Te miesiące były dla mnie 

piekłem. Że też pozwoliłem ci odejść! Chyba rozum mi odebrało! - Pocałował ją 

znowu zachłannie. 

- Nie rozumiem - wykrztusiła bez tchu, cofając głowę. - Nie słyszałam... 

Myślałam, że tego chcesz. Myślałam... 

- Skąd! Jak mogłem tego chcieć!? - Patrzył jej błagalnie w oczy. - Pragnę, 

żebyś zawsze przy mnie była. Pragnę, żebyś związała ze mną swoje życie i 

przyszłość. Słono zapłaciłem za to, że wcześniej ci tego nie powiedziałem. 

Zapłaciłem za swoją ślepotę, za głupotę. Kocham cię, Kate. 

Patrzyła na niego oniemiała, bała się poruszyć w obawie, że czar pryśnie i 

okaże się, że to tylko sen. 

- Posłuchaj mnie, Kate. - Położył dłonie na jej ramionach i ścisnął mocno, 

jakby się obawiał, że mu ucieknie. Z jego piersi wyrwało się spazmatyczne 

westchnienie. 

- Kocham cię, Kate. Kocham cię całym sercem i oddałbym wszystko, byle 

tylko cofnąć wskazówki zegara. Po śmierci Pauli byłem oślepiony, ogłuszony, 

zraniony i nie potrafiłem... nie chciałem... z nikim się wiązać. I to nie tylko 

przez wzgląd na chłopców. To była jedynie wymówka. Bałem się, że znowu się 

zawiodę. A potem poznałem ciebie. Zaimponowałaś mi swoim hartem ducha. 

Zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia. I trzeba było dopiero twojego 

wyjazdu, żebym to sobie wreszcie uświadomił. - Odetchnął głęboko. - Czy 

wybaczysz mi, Kate, że pozwoliłem ci odejść? 

- Kocham cię, Ben - wyszeptała. 

- Naprawdę? - Patrzył na nią z niedowierzaniem. - Nie wiedziałem, nie 

miałem pewności. Myślałem, że ułożyłaś tu sobie życie, że cię straciłem. 

Pokręciła głową. 

R S

background image

 

- 124 -

- Ani na chwilę nie przestałam o tobie myśleć. O chłopcach też. Bardzo 

was wszystkich kocham. 

- To dlaczego mi nie powiedziałaś? - Przyciągnął ją do siebie. - Och, 

Kate. Gdybym ja to wiedział... 

Stłumiła szloch, który wzbierał jej w piersi. 

- Chodź do domu - wyszeptała. 

Gdy się roześmiał, spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Nie - odrzekł z uśmiechem. - Ty chodź do domu, kochana. Wracaj tam, 

gdzie twoje miejsce. 

Padli sobie w ramiona, ledwie zamknęły się za nimi drzwi małego domku 

Kate. Kochali się z pasją zrodzoną z długiej . rozłąki i ponownego połączenia. 

Później odpoczywali, leżąc obok siebie, rozgrzani, zadowoleni. Ben 

przeciągnął się leniwie i przekręcił na bok. Spojrzeli sobie w oczy. 

- Jak mnie dzisiaj znalazłeś? - spytała Kate. Uśmiechnął się. 

- Najpierw byłem tutaj. Nie zastałem cię. Potem obszedłem wzdłuż i 

wszerz całą wioskę. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy cię zobaczyłem... 

Myślałem, że to sen. 

Roześmiała się. 

- Rzadko tamtędy chodzę. 

- W takim razie dzisiaj przeznaczenie pokierowało twoimi krokami. 

Widocznie pisane mi było spotkać kobietę, którą kocham, mimo że skręciła nie 

w tę co zwykle uliczkę. - Zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie. - Myślisz, że po 

tym wszystkim cię puszczę? - Spoważniał i spojrzał jej w oczy. - Wrócisz ze 

mną do domu, Kate? 

Wstrzymała oddech. 

- Och, Ben... 

- Nie odpowiadaj mi teraz, zwłaszcza jeśli ma to być odpowiedź 

odmowna. Wiele przeszłaś. Nie wiem, czy chcesz wdowca z dwójką 

dorastających dzieci, ale ja nie mogę bez ciebie żyć. Tak bałem się ponownie 

R S

background image

 

- 125 -

zakochać, a teraz nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. A jeśli chcesz mieć 

własne dzieci... 

- Czy to twoja ostateczna oferta? - Kate zarzuciła mu ręce na szyję. 

Zadrżał. 

- Mówię poważnie, Kate. Wtuliła się w niego. 

- I zanim mi odpowiesz, muszę ci coś powiedzieć - ciągnął. 

- Muszę ci się do czegoś przyznać. Pamiętasz tamten dzień, kiedy do 

ośrodka przyjechał Julian? Zżerała mnie zazdrość. Cały w środku płonąłem. 

Boże, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Potrafisz kochać człowieka 

pokaranego taką beznadziejną samokontrolą? Kate roześmiała się. 

- Ja też byłam zazdrosna - przyznała - ilekroć zobaczyłam ciebie w 

towarzystwie Mary Graham. 

- Mary? - Ben zmarszczył brwi. - Ależ, Kate, Mary ma bzika na punkcie 

Damiana. Jest w nim zakochana po uszy. - Pocałował ją w czubek nosa. - 

Myślałem, że poczta pantoflowa już ci o tym doniosła. 

- W Damianie? - Kate patrzyła na niego z niedowierzaniem. - Nigdy bym 

nie pomyślała. 

To trzeba było mnie zapytać - odparł z radosnym śmiechem. - Naprawdę 

byłaś zazdrosna? 

Kiwnęła głową. 

- Strasznie. 

- No to prawidłowo. - Przytulił ją mocno. - Dobrze wiedzieć, że nie tylko 

ja cierpiałem. Ale teraz porozmawiajmy poważnie. - Spojrzał jej głęboko w 

oczy. - Świata poza tobą nie widzę, Kate. Chłopcy też. Nie mogą się ciebie 

doczekać. Od kiedy wyjechałaś, wszyscy chodzimy jak struci. Wyjdź za mnie, 

Kate. Wróć do domu i pracuj razem ze mną. Budujmy wspólnie naszą 

przyszłość. 

Nie wierzyła własnym uszom. Milczała przez chwilę mile zaskoczona i 

bardzo szczęśliwa. 

R S

background image

 

- 126 -

- Przecież nie potrzebujecie w ośrodku jeszcze jednego lekarza - 

wykrztusiła wreszcie. 

- Właśnie że potrzebujemy. Meg wybiera się na emeryturę. 

Nikt nie zastąpi jej lepiej niż ty. - Pochylił się i wyszeptał jej do ucha: - 

No więc jak, Kate? Zostaniesz moją żoną? Zamknęła oczy. 

- Tak, tak... 

Ujął ją pod brodę, oczy mu promieniały. 

- Nawet sobie nie wyobrażasz, co dla mnie znaczysz... Uśmiechnęła się. 

- No to mi pokaż. I nie pozostawiaj niczego mojej wyobraźni. 

 

    

 

R S


Document Outline