background image

 

MARGIT SANDEMO 

 

 

 

 

Tajemnica 

Władcy Lasu 

 

 

 

Z norweskiego przełożyła 

IWONA ZIMNICKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

POL-NORDICA Publishing Ltd. 

Otwock 1994 

 

 

Przekład elektroniczny przygotował 

JaWa 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ I 

 

Przez wiele lat las krył w swym wnętrzu tajemnicę. 

Kto  czuwał  nad  ludźmi  wyprawiającymi  się  na  jagody,  by  niezawodnie  znajdowali 

powrotną  drogę  do  domu?  Kto  odpędzał  niedźwiedzia,  gdy  nieostrożny  wędrowiec  zbytnio 

się zbliżył do tego groźnego zwierza? Kto ochraniał zbłąkane dzieci przed wilkami i mrokiem 

i  bezpiecznie  wiódł  je  ku  obrzeżom  miasteczka,  by  całe  i  zdrowe,  choć  przemoczone  i 

zapłakane, mogły podreptać do swych rodziców? 

Początek  tej  historii  łączy  się  z  przyjściem  na  świat  dwojga  dzieci.  Nie  urodziły  się 

jednak równocześnie – wiekiem znacznie różniły się między sobą. 

Jedne narodziny nastąpiły w roku 1832. 

– Ach, nie, nie znów! – zaszlochała akuszerka. 

– Czy z dzieckiem coś nie w porządku? – szepnęła wycieńczona położnica, 

–  To  śliczny,  słodki  chłopczyk.  –  Głos  akuszerki,  przepełniony  rozpaczą,  wyraźnie 

drżał. – Jest piękny i zgrabny. Ale... 

Matka z wysiłkiem otworzyła oczy i popatrzyła na małego. 

– Ach, mój Boże! Miej litość nade mną, niczego złego nie zrobiłam! 

– Ja o tym wiem rzekła akuszerka. – To samo spotkało siostrę pani ojca. Nigdy tego nie 

zapomnę. Pamiętam, jakby to się stało wczoraj, choć wtedy byłam jeszcze młodą dziewczyną. 

To charakterystyczne dla waszego rodu, pani. Ale obawiam się, że jaśnie pan nie będzie umiał 

tego zrozumieć... 

Chłopczyk,  noworodek,  był  rzeczywiście  prześliczny,  miał  czarne  jak  węgiel  włosy  i 

ciemne oczy, dość szeroką buzię i złotobrązową skórę. 

Taki śliczny, a mimo to mógł swym wyglądem sprowadzić jedynie tragedię. 

Jego matka była niebieskooką blondynką o podłużnej, delikatnej twarzy. Małżonek jej, 

rotmistrz,  dziedzic  na  dworze  i  właściciel  ziemski,  Allan  von  Adelkalk,  noszący  szlachecki 

tytuł barona, miał równie jasne włosy jak żona. 

Mąż  siostry  ojca  wyrzucił  żonę  za  próg,  kiedy  urodziła  ciemnowłosego  chłopczyka  o 

smagłej cerze. Christine von Adelkalk zdawała sobie sprawę, że jej mąż nie poprzestanie na 

tym. Jego odwet będzie po stokroć sroższy. 

Najtragiczniejsze jednak było  to,  że na dworze jako zarządca pracował  młody, bardzo 

przystojny  mężczyzna.  Przepadał  za  kobietami  i  złamał  niejedno  dziewczęce  serce.  Jego 

background image

uwodzicielskiemu czarowi ulegały nie tylko panny z niższych sfer, w szeregach przez niego 

zdobytych znalazły się także i wysoko urodzone, szlachcianki. Miał oczy ciemne jak noc, a 

włosy tak czarne, że połyskiwały niemal granatowo... 

Rotmistrza Allana von Adelkalka cechował niepohamowany temperament. Lubił batem 

popędzić zbyt powolnych pracowników czy leniwych chłopów i nie tolerował żadnej słabości 

ani  pomyłki.  Christine  urodziła  mu  dwie  córki,  o  które  nie  dbał  ani  trochę,  były  wszak 

dziewczętami.  Kiedy  źle  się  zachowały,  nie  zwlekał  z  przywołaniem  ich  do  porządku  i  im 

również  nie  żałował  bata.  Christine  doszły  także  opowieści,  jakoby  kiedyś,  zanim  jeszcze 

nastał jej czas, zastrzelił swego rywala. 

– Dobry Boże – załkała. – Co my zrobimy? Czy w ogóle możemy coś zrobić? 

Akuszerka ciężko westchnęła. 

– Znam jaśnie pana niemal tak jak sama pani. To się nie może dobrze skończyć. 

Piętnastoletnia  córka  akuszerki  z  przerażeniem  przysłuchiwała  się  rozmowie.  Nagle 

matka odwróciła się w jej stronę: 

– Elin, jedynie ty możesz nam pomóc w tej sprawie. 

Dziewczyna postąpiła o krok do przodu. 

– Jaśnie pani – powiedziała akuszerka do baronowej leżącej w łóżku. – Wasz mąż nie 

może ujrzeć dziecka. To od razu sprowadzi nieszczęście. 

Christine z trudem przełknęła ślinę, po czym kiwnęła głową. 

– Czy wolno mi go przez chwilę potrzymać? 

– Oczywiście! Czyż nie jest śliczny? 

– Przepiękny – zaszlochała matka. – Ale zdaję sobie sprawę, że może się stać przyczyną 

śmierci niewinnego człowieka. Nie dbam o to, co stanie się ze mną, ale nie można dopuścić, 

by Allan skrzywdził to maleństwo! 

I  ona,  i  akuszerka  doskonale  wiedziały,  że  jaśnie  pan  za  nic  nie  pozwoli  synkowi 

przeżyć. Kiedy gniew brał nad nim władzę, nie był w pełni świadom, co czyni. 

–  Na  nic  się  zdadzą  tłumaczenia  –  stwierdziła  akuszerka.  –  Mogłabym  próbować 

wyjaśnić panu, że jeden z przodków jaśnie pani, pradziad czy też prababka, taki właśnie mieli 

koloryt:  ciemne  włosy  i  śniadą  cerę.  Ale  kiedy  ktoś  nie  chce  czegoś  zrozumieć,  to  nie 

zrozumie tego nigdy. 

–  Wiem  o  tym.  Mój  małżonek,  niestety,  zawsze  dostrzega  we  wszystkim  tylko  to,  co 

najgorsze. Ach, proszę, ratuj moje dziecko! Spraw, by przeżyło! Błagam cię! 

–  Zrobię,  co  będę  mogła.  Elin!  Zabierzesz  chłopca  i  wymkniesz  się  z  nim  tylnymi 

drzwiami. Biegnij co sił w nogach do lasu i niech nikt cię nie zobaczy! Skryj się w lesie aż do 

background image

zmroku, to nie potrwa długo. Później zabierzemy go do nas, do domu. Postaram się znaleźć 

ludzi, którzy go wychowają gdzieś daleko stąd. A wy, pani, musicie powiedzieć jaśnie panu, 

że dziecko przyszło na świat martwe. No i że to była dziewczynka. 

– Czy jeszcze go zobaczę? Muszę go zobaczyć, kiedyś, w przyszłości. 

– Tak, kiedy nadejdzie taki czas, że będzie bezpieczny. Dopóki jednak będzie żył jaśnie 

pan, nie możecie, pani, uznać dziecka za swoje. 

Matka  przytuliła  chłopczyka  do  siebie,  ucałowała  go  w  czoło  i  bardzo  niechętnie,  z 

rozpaczą w oczach, oddała akuszerce. 

– Niech Bóg ma cię w swej opiece – szepnęła. 

Wszystkie  trzy  myślały  o  tym  samym:  W  czasie  porodu  towarzyszyła  im  służąca,  ale 

wybiegła  akurat  w  momencie,  gdy  akuszerka  stwierdziła,  że  na  świat  przyszedł  chłopiec. 

Opuściła pokój, jeszcze zanim odkryły śniadą cerę i ciemne włosy, które miały zaważyć na 

losach dziecka. 

– Muszę pomówić ze służącą, nim zdąży cokolwiek o tym wspomnieć  – zdecydowała 

akuszerka. – A może jednak powinnyśmy wyznać, że to chłopiec? 

Christine  tylko  pokiwała  głową.  Elin  wzięła  na  ręce  zawiniątko  z  maleństwem  i 

wymknęła się z pokoju. 

W tejże chwili na czele oddziału żołnierzy wjechał na dziedziniec baron von Adelkalk. 

Dziewka służąca wypadła na podwórze, poganiana chęcią przekazania jako pierwsza wielkiej 

nowiny. 

– Jaśnie panie... Jaśnie pan ma syna! 

Twarz barona rozjaśniła się w uśmiechu. 

– Syn? Nareszcie! 

Zeskoczył z konia i kilkoma susami przebył schody. Jego adiutant ujął wierzchowca za 

uzdę  i  poprowadził  za  główny  budynek  dworu,  ku  stajniom.  Wtedy  właśnie  ujrzał  młodą 

dziewczynę przemykającą się w stronę lasu z tobołkiem w objęciach. 

Później zapanował jeden wielki chaos. 

Ryk barona docierał do najdalszych zakątków domu. 

– MÓJ SYN! GDZIE JEST MÓJ SYN? CHCĘ GO ZOBACZYĆ! NATYCHMIAST! 

Żona  z  płaczem  opowiadała  mu  o  maleństwie,  które  urodziło  się  martwe.  Służąca 

twierdziła,  że  wyraźnie  słyszała  płacz  dziecka.  Akuszerka  zapewniała,  że  chłopczyk  żył 

ledwie kilka minut, nic więcej nie dało się zrobić. Był zbyt słaby, za wcześnie przyszedł na 

świat, po prostu nie miał szans, by przeżyć. Lepiej, że stało się to, co się stało. 

background image

Zaraz jednak zjawił się adiutant rotmistrza i opowiedział o dziewczynie, która kryjąc się 

przed ludzkim wzrokiem biegła do lasu. 

Baron, nie przestając grzmieć, rozkazał swoim ludziom przeszukać las. Chciał zobaczyć 

syna, takie było jego prawo, jemu na pewno uda się ożywić chłopczyka! Nikt nie może mu 

zabronić obejrzenia własnego syna! 

– Martwego dziecka nie nosi się tak ostrożnie – dolewał oliwy do ognia adiutant. 

Barona ogarnął jeszcze straszliwszy gniew i to utwierdziło go w decyzji: Musi zobaczyć 

dziecko. Nieważne, co zrobią z dziewczyną, byle tylko przynieśli mu małego. W końcu i on 

wyruszył w ślad za zbiegłą. 

Dwunastu  mężczyzn  pognało  na  poszukiwanie  dziewczyny  i  dziecka.  Akuszerka 

obserwowała ich z okna na piętrze. 

–  Dobry  Boże,  nie  opuszczaj  teraz  mojej  Elin!  Uchroń  ją  przed  niepohamowanym 

gniewem rotmistrza! 

Elin słyszała swych prześladowców. Co sił w nogach pędziła przez pogrążający się w 

coraz gęstszym mroku las. Przedzierała się przez zarośla, potykała o kamienie i wystające z 

ziemi korzenie, ale nie wypuściła z rąk drogocennego ciężaru. Śmiertelnie się bała, że dziecko 

nagle zacznie płakać. Dlatego także nie miała odwagi ukryć się w którejś z mijanych skalnych 

szczelin. 

W końcu zmęczenie zaczęło brać górę. Dojmujący ból rozsadzał piersi, nogi nie chciały 

nieść jej już dłużej. Musiała odpocząć. 

Znalazła  się  blisko  rzeki,  która  w  tym  miejscu  płynęła  rwącym  nurtem.  Szum 

przelewających się mas wody sprawił, że nie słyszała swych prześladowców wyraźnie. A jeśli 

ją  zaskoczą?  Spróbowała  ponownie  zagłębić  się  w  las,  między  drzewa,  ale  teren  był  tu 

wyjątkowo nierówny. Mogła się przewrócić i zranić. 

Stanęła na wysokiej skarpie nad rzeką i z rozpaczą rozglądała się dokoła. W którą stronę 

iść? Gdzie się ukryć? 

Mrok  gęstniał  z  każdą  chwilą.  Elin  zawsze  bała  się  lasu  wieczorem.  Pełen  był  wtedy 

nieznanych, obcych dźwięków, zewsząd wyłaniały się tajemnicze cienie... 

Ona  i  jej  matka  mieszkały  na  obrzeżach  maleńkiego  tartacznego  miasteczka,  przy 

samym skraju lasu, i Elin, kiedy zaczynało się ściemniać, nawet nie śmiała zerknąć między 

drzewa. Wiedziała, że las jest ogromny, że nie ma końca. Kiedy  człowiek zapuścił się zbyt 

daleko, nie miał szans, by z niego wyjść. Las ciągnął się aż do granicy z Norwegią i jeszcze 

dalej w głąb tego kraju. Podobno mieszkała w nim niezwykła istota. Leśny bożek? A może 

Król Gór? 

background image

Elin nieustannie była bliska płaczu, ale nie starczało jej oddechu i z gardła wyrywał jej 

się tylko od czasu do czasu jakby zduszony pisk. 

Robiło  się  coraz  ciemniej.  Nadal  słyszała  głosy  prześladowców,  dochodziły  jednak  z 

daleka,  z  miejsca  poniżej  wzniesienia,  na  którym  stała.  Rozróżniała  parskanie  koni,  kroki 

mężczyzn i pobrzękiwanie szabli. 

Nareszcie  zdołała  znaleźć  lepszą  drogę,  prowadzącą  z  otwartej  skarpy  w  ciemność,  w 

głąb lasu. Nagle jej stopy zapadły się w miękki mech i stanęła tuż pod skalną ścianą. Była już 

u  kresu  sił.  Nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Osunęła  się  na  ziemię  w  niewielkim 

zagłębieniu  u  stóp  góry,  tam  gdzie  się  wywróciła  nieduża  sosna,  która  nie  zdołała  się 

utrzymać  w  płytkiej  warstwie  gleby.  Elin  pomacała  ręką  dookoła,  a  kiedy  poczuła,  że  pod 

korzeniami drzewa jest miękko, przeczołgała się tam i skuliła, starając się sprawiać wrażenie 

jak najmniejszej. 

Dopóki  dziecko  było  blisko  niej,  mogła  położyć  rękę  na  buzi  chłopca  i  stłumić  jego 

płacz. Dopóki była blisko, mogła go chronić. 

Jeśli jednak zostaną odkryci, oboje będą straceni. 

Na moment w lesie zapadła cisza. Nie trwała jednak długo i już znów usłyszała kroki i 

odgłosy rozmów. 

Elin zaczęła się modlić – o życie chłopca i swoje własne. 

Nagle wejście do jamy pod korzeniami drzewa przesłoniła jakaś postać. O mały włos, a 

przestraszona dziewczyna uderzyłaby w krzyk. W ostatnim momencie jednak zapanowała nad 

sobą i przycisnęła dłoń do ust, a z gardła wyrwał się jej tylko stłumiony jęk. 

Chociaż właściwie dlaczego miała teraz milczeć? I tak ją przecież znaleźli! Mężczyzna, 

który stał przed nią, nie był jednak żołnierzem, a przynajmniej nie nosił munduru. Kim więc, 

a może czym, był? 

Ostatnie błyski dziennego światła obramowały jego sylwetkę niesamowitą poświatą. Był 

rosły,  miał  długie  splątane  włosy,  nosił  obszerną,  ściągniętą  pasem  kurtkę  ze  zwierzęcych 

futer, a na nogach zamiast butów obwiązane rzemieniami kawałki skór. 

Przykucnął, a Elin wcisnęła się głębiej między korzenie. 

– Pozwól mi zaopiekować się dzieckiem – rzekł cicho. 

Elin ciężko dyszała. 

– Ja... nie mogę... go zostawić. 

– Czy chcesz, by umarło? 

– Nie, och, nie! 

background image

– A więc daj mi je. Zajmę się nim, zaufaj mi! Będziesz mogła wrócić do barbarzyńców, 

którzy cię ścigają, i powiedzieć, że wrzuciłaś dziecko do wodospadu. 

Jego słowa wciąż nie przekonywały Elin. Dziewczyna oddychała ciężko i nierówno, on 

jednak zauważył, że mimo wszystko jest już spokojniejsza, i wyciągnął ręce po dziecko. 

– Jego matka dostanie go z powrotem. Kiedy nadejdzie czas. 

– Skąd wiesz... 

– Słyszałem, co do siebie wołali. Ten zły człowiek powiedział, że mogą zrobić, co tylko 

zechcą, ale on musi dostać swego syna. Wszystko jedno, żywego czy martwego. 

Ku swemu zdumieniu Elin czuła, że jej zaufanie do niezwykłego nieznajomego rośnie. 

–  Chłopiec  nie  jest  podobny  do  żadnego  z  rodziców.  Jeśli  ojciec  go  zobaczy,  zabije  i 

matkę, i dziecko. 

– Domyśliłem się, że o to właśnie chodzi. Czy matka jest niewinna? 

– Tak. 

– Cóż, zatem wszystko w porządku. 

– Nie... nie wiem... Tak się boję. Czy... czy ty jesteś Władcą Lasu? 

Uśmiechnął się leciutko. 

– Wiem, o co ci chodzi, ale nie, to nie ja. 

Elin powoli rozprostowała się i podała mu chłopca. 

– Ufam ci – szepnęła. 

Kiwnął tylko głową i w następnej chwili już go nie było. 

Elin została sama. Miała wrażenie, że wszystko, co się tego dnia wydarzyło, było tylko 

snem.  Noc  jednak  nadchodziła  już  wielkimi  krokami,  w  jamie  robiło  się  coraz  zimniej  i  w 

końcu wyczołgała się ze swej kryjówki. Otrzepała spódnicę i skierowała się ku głosom, które 

nadal rozbrzmiewały w lesie. 

Nie musiała iść daleko. 

– Baronie, ona jest tutaj! Nie ma dziecka! 

Otoczyli ją ciasnym pierścieniem, rotmistrz zeskoczył z konia. 

– Co zrobiłaś z moim synem, ty mała dziwko? – wrzasnął. 

Elin starała się zapanować nad głosem. 

– Odmówiłam modlitwę za jego małą duszyczkę i wrzuciłam go do wodospadu, tak jak 

nakazała mi matka. 

Uderzenie  szpicruty  powaliło  ją  na  ziemię.  Szpicruta  była  twarda,  a  rotmistrz  ciął 

bezlitośnie. 

– Dlaczego? Jakie miałaś prawo, by... 

background image

–  Dziecko  nie  było  w  pełni  rozwinięte,  jaśnie  panie.  Było  ułomne.  Nie  chciałyśmy, 

abyście musieli je oglądać. 

– Ale on żył! 

–  Tylko  przez  kilka  chwil,  łaskawy  panie.  Prawie  od  razu  przestał  oddychać.  Byłam 

przy tym, na własne oczy to widziałam. 

– Martwego dziecka nie nosi się tak ostrożnie, jak ty to robiłaś – podejrzliwie zauważył 

adiutant rotmistrza. 

– Ależ, panie! – Elin nie była już w stanie ukryć przerażenia. – Duszy zmarłego należy 

okazać szacunek! Nawet jeśli widziała światło dnia tylko przez krótką chwilę. 

Rotmistrz prawie oszalał z wściekłości. 

– Zróbcie z tą ladacznicą, co chcecie! Ja niczego nie słyszałem ani nie widziałem! 

Wskoczył na konia i ruszył w stronę domu. Wielu z jego ludzi poszło w jego ślady, ale 

trzech żołnierzy zostało. Patrzyli na dziewczynę z pożądaniem zmieszanym z pogardą. 

Elin była świadoma, że z ich strony nie może się spodziewać bodaj odrobiny litości. 

– Chryste, zmiłuj się nad mą biedną duszą – szepnęła zrezygnowana. 

 

Dziecko leżało pod ciężkimi świerkami na miękkim posłaniu z mchu nieco dalej w głębi 

lasu.  Kiedy  wybawca  wrócił,  by  sprawdzić,  co  stało  się  z  młodą  dziewczyną,  znalazł  ją 

skuloną  na  ziemi.  Szlochała  spazmatycznie,  suknię  miała  pokrwawioną  i  rozdartą,  a  trzej 

żołnierze, rozochoceni, z chichotem oddalali się od niej. 

Mała Elin, niewinna ofiara żądzy władzy i nieopanowanej pychy rotmistrza... 

Ubrany w skóry mężczyzna nie podszedł do dziewczyny,  nie dał jej nawet poznać, że 

znalazł się w pobliżu. Ruszył natomiast w ślad za żołnierzami. 

Jeden z nich wkrótce przystanął pod wysmukłą, młodą brzózką, by lepiej zasznurować 

buty. 

– Poczekajcie na mnie! – zawołał wesoło do swych towarzyszy, ale ci, nie przerywając 

rozmowy, szli dalej. 

Cienka,  długa  linka  ze  skóry  z  uwiązanym  na  końcu  kamieniem  ze  świstem  przecięła 

powietrze  i  okręciła  się  wokół  szyi  żołnierza,  przywiązując  go  do  pnia  drzewa.  Mężczyzna 

próbował krzyczeć, ale z ust wydobył mu się tylko stłumiony jęk, którego jego kompani nie 

mogli usłyszeć. Usiłował poluzować rzemień, ale przy każdym ruchu pętla zaciskała się coraz 

mocniej. Wreszcie ramiona opadły mu bezwładnie, w głowie zaczęło szumieć, miał wrażenie, 

że powietrze zaraz rozsadzi mu płuca. Stracił przytomność. 

Jeden z jego towarzyszy przystanął. 

background image

–  Hej,  gdzie  ty  się  podziewasz?  –  zawołał.  Nie  usłyszawszy  odpowiedzi,  wzruszył 

ramionami i poszedł dalej. 

Niewiele kroków zdążył zrobić. Czyjaś dłoń chwyciła go za włosy i odchyliła głowę do 

tyłu. Czyjeś ramię zacisnęło się wokół jego szyi. 

Po cichu i niezauważenie żołnierz przeniósł się na ten lepszy ze światów. 

Trzeci  z  nich  uszedł  jeszcze  kawałek,  po  czym  zatrzymał  się,  by  zaczekać  na 

pozostałych. Czuł się dziwnie osamotniony, a przecież wyczuwał czyjąś obecność w pobliżu. 

– Hop, hop! – zawołał krótko stłumionym głosem. 

Nie usłyszał żadnego dźwięku, ale był pewien, że ktoś jest przy nim, tuż obok. 

– Nie żartujcie sobie, przestańcie się chować! Głupcy! 

Odpowiedziała mu niezmącona cisza. Z wahaniem postąpił parę kroków w kierunku, z 

którego przyszedł. 

– Hej, wy! Gdzieście się pochowali? 

W  odpowiedzi  usłyszał  jedynie  rozpaczliwe  szlochy  brutalnie  potraktowanej 

dziewczyny, co wcale nie nastroiło go łagodniej. 

– Do diabła, co to wszystko ma znaczyć! – wybuchnął. – Chodźmy już wreszcie stąd! 

Przeszedł jeszcze parę metrów i potknął się o leżącego na ziemi towarzysza. 

– Co? Co, u licha...? 

Obmacał  zwłoki  kompana.  Żadnych  śladów  krwi...  Ale  kark  wydawał  się  jakby... 

złamany? 

Przerażony,  zaczął  wołać  drugiego.  Czy  coś  nie  poruszyło  się  przy  tamtym  pniu 

drzewa?  Zbliżył  się  ostrożnie.  U  stóp  brzozy,  rzucony  bezwładnie  jak  worek,  leżał  drugi  z 

kolegów.  Kark  miał  cały,  ale  coś  cienkiego  i  bardzo  mocnego  zaciskało  się  na  jego  szyi, 

przecinając skórę. 

Żołnierz wrzasnął ze strachu, chciał rzucić się do ucieczki, lecz długi nóż wbił mu się w 

pierś. Osunął się na ziemię niedaleko swych dwóch towarzyszy. 

Mężczyzna z lasu ujął Elin za rękę. 

– Chodź – powiedział łagodnie. – Odprowadzę cię do domu. 

Nazajutrz  trzech  żołnierzy  znaleziono  ułożonych  równiutkim  rządkiem  na  schodach 

dworu rotmistrza. 

Czci  małej  Elin  nie  można  było  jednak  przywrócić.  Nikt  nie  podejrzewał  jej,  rzecz 

jasna,  by  miała  coś  wspólnego  ze  śmiercią  żołnierzy,  ale  jak  mogła  pozwolić,  by  ją 

zgwałcono? To przecież wstyd i hańba! 

background image

Później,  kiedy  w  następstwie  owego  strasznego  przeżycia  urodziła  chłopczyka,  ludzie 

odsunęli się od niej jeszcze bardziej. Zrozpaczona akuszerka musiała pogodzić się z myślą, że 

córka nigdy nie będzie miała przyzwoitego zalotnika. 

Miasteczko już ją osądziło. 

Elin i jej syna czekałoby samotne życie pohańbionych i zniesławionych, gdyby nie to, 

co wydarzyło się daleko, daleko w głębi lasu. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ II 

 

Rok 1851, dziewiętnaście lat później. 

Łagodny  zmierzch  zapadał  cicho  nad  wielkimi,  ciągnącymi  się  w  nieskończoność 

lasami. Spowijał mrokiem leśne wzgórza, otulał mgłą polany i kolejne wzniesienia, przesuwał 

się  coraz  dalej  i  dalej  aż  po  sam  horyzont,  by  tam  przejąć  władzę  nad  złotym  zachodem 

słońca. A pełna tajemnic wiosenna noc już wyczekiwała, by rzucić swe czary... 

Lasy, wszędzie dookoła lasy... Jak okiem sięgnąć bezludne knieje. 

Tylko jedna jedyna oznaka życia. 

W oddali, na niewielkiej równinie poniżej okrągłego grzbietu wzgórza, migotało słabe 

światełko. Tu, w tej bezkresnej głuszy, wydawało się niemal patetyczne w swej bezbrzeżnej 

samotności. Można by przypuszczać, że to siedziba pierwszych mieszkańców Ziemi, którzy 

tu  właśnie  rozpalili  ogień  przed  swą  jaskinią  i  skupili  się  wokół  ogniska  otoczonego  ze 

wszystkich stron tajemnicami lasu. Dzikie zwierzęta. Nadprzyrodzone siły. Strach, czający się 

między drzewami, wyczekujący sposobności, by wślizgnąć się w ich ciała i zawładnąć duszą. 

Światełko  pochodziło  z  małej  chaty,  nie  większej  nawet  niż  drewniany  szałas. 

Zbudowano ją na niedużej, lecz żyznej równinie, łagodnie opadającej ku małemu jeziorku. 

Piękniejszego miejsca nie było w całym lesie; tak przynajmniej twierdziły dzieci, które 

tu mieszkały. 

Powiadały,  że  znają  cały  las  na  wylot  –  każdy  porośnięty  mchem  pagórek,  wszystkie 

tajemne  jamy  i  pieczary.  Wiedziały,  gdzie  rosną  moroszki,  które  zarośla  kryją  najsłodsze 

maliny i gdzie szukać największych, najbardziej soczystych jagód. Nadały imiona wszystkim 

jeziorkom,  każdemu  oczku  wodnemu,  wspięły  się  na  szczyty  okolicznych  gór,  w  każdym 

razie na te, które widać było z domu, dalej bowiem zabroniono im się zapuszczać. 

Oczywiście wiedziały także, gdzie leży zagroda – dom dzieciństwa ich matki. Nie było 

do  niej  daleko,  stała  jednak  opuszczona,  popadła  w  ruinę,  bo  i  babcia,  i  dziadek,  rodzice 

matki, już nie żyli. 

Dzieci dobrze znały także zwierzęta, zarówno te miłe, jak i niebezpieczne. Ich zwykły 

ludzki wzrok zastąpił inny, dzięki któremu umiały dostrzec także to, co nie istniało... Nieobce 

im były historie o elfach, boginkach i trollach, nie mówiąc już o tajemniczym Władcy Lasu, 

który  pokazywał  się  zbłąkanym,  zagubionym  na  pustkowiu  wędrowcom  jedynie  jako 

niewyraźny cień ukryty za pniem drzewa. 

background image

Matka  mówiła,  że  spotkanie  z  Władcą  Lasu  może  być  bardzo  niebezpieczne.  Mógł 

pojmać wędrowca i uwięzić w jednej z wielu swych grot, głęboko w skalnych ciemnościach. 

Dzieci zapytały, czy Władca Lasu jest tą samą postacią, co Król Gór, o którym matka także 

im opowiadała. Zrazu matka straciła pewność siebie, ale w końcu odparła, że nie jest to jedna 

i ta sama istota. Król Gór mieszkał w błękitnej skale, ale to Król Lasu był panem wszystkiego. 

Wszystkiego,  co  istnieje  jak  okiem  sięgnąć,  a  może  i  jeszcze  dalej.  Mieszkańcy  Północy, 

Lapończycy, nazywali go Tapio, bożek lasu. 

Kto jednak raz znajdzie się we wnętrzu góry albo w przepastnych grotach Króla Lasu, 

ten  nigdy  się  stamtąd  nie  wydostanie,  tak  twierdziła  matka.  Dlatego  właśnie  dzieciom  nie 

pozwalano oddalać się od domu. 

W lesie było  wiele ścieżek, ale nie należało  po nich chodzić, bo mogły być ułudnymi 

drożynkami elfów i trolli i prowadzić ludzi na manowce. 

Matka uczyła dzieci różnicy między dobrem a złem, między tym, co bezpieczne, a tym, 

co stanowi zagrożenie. 

Matka była w życiu dzieci wszystkim co najdroższe. 

Tego  wieczoru,  kiedy  szarobłękitny  zmierzch  zapadł  nad  wzgórzami,  a  drozd  ze 

wzgórza śpiewał swą melodyjną pieśń, Śmierć zawitała do samotnej chaty. 

Kończył się pracowity dzień. Osiemnastoletni Jorulv, najstarszy z rodzeństwa, od świtu 

pomagał ojcu orać małe spłachetki pola. Z ojcem niełatwo się pracowało, tak wiele wymagał i 

nie  tolerował  żadnej  słabości  u  innych.  Zamknięty  w  sobie,  mocno  stał  obiema  nogami  na 

ziemi, nie rozumiał, co znaczą słowa takie, jak „marzenia” czy „fantazje”. 

Był  panem  domu,  głową  rodziny  i  zawsze  domagał  się  respektowania  swych  praw. 

Pierwszy  zasiadał  do  stołu  i  brał  to,  na  co  mu  przyszła  ochota,  nie  bacząc,  czy  dla  innych 

wystarczy.  Przy  jedzeniu  siorbał  i  mlaskał,  za  to  od  dzieci  wymagał  bezwzględnej  ciszy. 

Jorulv  nigdy  nie  widział,  by  ojciec  się  śmiał.  Ojciec  był  niezwykle  małomównym 

człowiekiem,  ale  z  pracą  w  polu  radził  sobie  doskonale,  a  owa  umiejętność  na  takim 

pustkowiu  była  niezwykle  cenna.  Miał  wielkie,  szorstkie  od  pracy  dłonie,  a  naznaczone 

znojem plecy z każdym rokiem stawały się coraz mocniej zgarbione. 

Jorulv, dorastając, zaczął dostrzegać, jak bardzo ojciec jest niesprawiedliwy. Miał wśród 

dzieci  swoich  faworytów,  ale  była  i  dwójka,  której  wprost  nie  znosił.  Nie  wyrażał  tego,  co 

prawda, słowami, ale gestem i wzrokiem umiał wymownie okazać, kogo darzy sympatią. 

Wszyscy traktowali go jak patriarchę. 

background image

A może jednak nie wszyscy? Jorulv niepokoił się, bo dwoje spośród rodzeństwa zaczęło 

zdradzać pewne oznaki buntu. Będzie musiał stłumić ten opór. W ich małej chatynce nie było 

miejsca na konflikty i niezgodę. 

Tego wieczoru jednak w domu panowała cisza. Grobowa cisza. 

Śmierć skosiła już jedno życie.  Nowo narodzone dziecko nie zdążyło  nawet  otworzyć 

ust  do  krzyku  w  proteście  przeciw  światu.  Było  to  małe,  żałosne  stworzenie,  które  ojciec 

owinął w kawałek płótna i wyniósł z chaty. 

Matka leżała w łóżku bielsza niż śnieg. Właśnie wydała na świat siedemnaste dziecko, 

ale  tylko  sześciorgu  z  nich  dane  było  przeżyć.  Zbyt  wcześnie  się  postarzała.  Siwobrązowe 

włosy  kosmykami  rozsypały  się  na  poduszce.  Dłonie  miała  chude,  sękate,  z  wystającymi, 

nabiegłymi krwią żyłami. 

Ojciec, jak zwykle, pogrążony był w milczeniu. 

Dwie  najstarsze  dziewczynki  siedziały  przy  łóżku  matki.  Pragnęły  jej  pomóc,  ulżyć 

cierpieniom, ale co mogły zrobić? Miały dopiero piętnaście i szesnaście lat. 

Patrzyły bezradnie, jak iskra życia w ciele matki powoli gaśnie. 

Matka – ta, przy której zawsze wszyscy się zbierali! Taka dobra. Ciągle zmęczona, ale 

czujna,  gotowa  w  porę  stłumić  zarzewie  kłótni  między  dziećmi  a  ojcem.  Wyczerpana,  ale 

nieskończenie cierpliwa. 

Wrócił  ojciec  i  spojrzał  na  kobietę  w  łóżku,  po  czym  odwrócił  się  ku  najstarszemu 

synowi, Jorulvowi, stojącemu w kącie razem z młodszym rodzeństwem. 

– Nie widzicie, że ona umarła? – spytał krótko. – Musimy ułożyć ją na marach. Juliano, 

ty zamkniesz jej oczy. 

Dziewczyna  popatrzyła  na  niego  przerażona.  W  tej  samej  chwili  pięcioletni  Matti  z 

głośnym  krzykiem  rzucił  się  ku  łóżku,  ale  ojciec  zamachnął  się  na  syna  i  chłopczyk  znów 

znalazł się w kącie. Upadł na podłogę, na próżno usiłując stłumić płacz. Jorulv kucnął przy 

nim i zaczął szeptać słowa pociechy. 

Matti  był  jednym  z  dwojga  dzieci,  których  ojciec  nigdy  pnie  zaakceptował.  Chłopiec 

bardzo  się  starał,  ale  był  niezdarą  i  rzadko  coś  mu  się  udawało.  Być  może  działo  się  tak 

dlatego,  że  zbyt  wiele  wysiłku  wkładał  w  to,  co  robi,  zawsze  pragnął  wszystkim  się 

przypodobać. Kiedy matka broniła Mattiego, ojciec zwykle powtarzał tylko, że dzieciak jest 

brzydki i głupi. 

Teraz matki już nie było. 

background image

Jedenastoletni  Ole  nie  spuszczał  wzroku  z  ojca.  Jorulv  dostrzegł  w  oczach  brata 

nienawiść i przestraszył się nie na żarty. Ole należał właściwie do ulubieńców ojca. Bystry, 

robota wprost paliła mu się w rękach, ale dość mądry, by dostrzec niesprawiedliwość. 

Jorulv  zerknął  na  starsze  z  sióstr.  Szesnastoletnia  Juliana,  ciepła  i  łagodna, 

obowiązkowa,  nie  myśląca  o  sobie,  była  zupełnie  jak  matka.  I  Rebecka,  zbuntowana 

piętnastolatka, która zawsze chciała chodzić własnymi drogami, ale ojciec nigdy jej na to nie 

pozwalał.  Rebecka  była  drugim  z  dzieci,  których  ojciec  nie  tolerował.  Przywoływał  ją  do 

porządku  surowym  wzrokiem  i  lodowatym  milczeniem,  zdarzało  się  nawet,  że  ją  bił,  choć 

była  już  przecież  prawie  dorosłą  dziewczyną.  Bez  względu  jednak  na  to,  co  robił,  Rebecka 

nigdy nie stała się pokorna. 

Matti  i  Rebecka  musieli  znosić  podobny  los.  Matti  jednak  nie  opierał  się  tak  jak  jego 

siostra.  Nie  mógł  pojąć,  dlaczego  ojciec  go  nie  lubi,  przecież  tak  bardzo  starał  się  być 

grzeczny i robił wszystko, by go zadowolić. 

Szóstym  dzieckiem  była  mała  Linnea,  miała  dopiero  trzy  lata.  Potrafiła  oczarować 

wszystkich  swym  promiennym  uśmiechem  i  była  rozpieszczana  przez  całą  rodzinę.  Teraz 

jednak siedziała nic nie rozumiejąc, przytulona do ściany. Usta jej drżały, jakby zaraz miała 

wybuchnąć płaczem. Dlaczego matka nie chce się obudzić? 

 

W  maleńkiej  leśnej  zagrodzie  nastała  cisza.  Nieduże  budynki,  wzniesione  przez 

rodziców  ojca  w  ciężkich  latach  głodu,  jakby  zapadły  się  jeszcze  bardziej  w  ziemię. 

Wszystkie  stłoczone  były  w  zbitą  gromadkę:  chata,  obora  i  stodoła,  owczarnia,  warzelnia  i 

spichlerz... Wszystkie zbyt małe, zbyt ciasne. Ponieważ w miasteczku nad rzeką nie było dość 

miejsca,  niektórzy  jego  mieszkańcy  przed  laty  przenieśli  się  do  lasu,  tam  założyli  nowe 

siedziby i znaleźli pastwiska dla zwierząt. Tak powstała i ta zagroda. 

Wiosna stała w pełnej krasie, ale nikt się nią nie radował. 

Nawet zwierzętom najwyraźniej brakowało gospodyni. Z obory dobiegały żałosne ryki 

krowy,  byka  i  cielęcia,  a  kozy  i  owce  smutno  beczały  w  swej  zagrodzie.  Matka  stale  się 

niepokoiła,  że  mogą  utracić  któreś  ze  zwierząt,  i  zawsze  zatrzymywali  samca  z  każdego 

gatunku, by zapewnić przychówek. 

Smutek, spowodowany  odejściem  matki,  dręczył  nie tylko  dzieci,  odczuwały  go także 

zwierzęta. 

Melancholijne dźwięki piosenki drozda niosły się między wzgórzami. Strumyk szemrał 

tak dziwnie żałośnie. Wszystko nagle posmutniało, poszarzało. 

 

background image

Pogrzeb był dla dzieci koszmarem. Ojciec i Jorulv zbili dla matki prostą trumnę z desek 

i  pochowano  ją  na  wzgórzu  u  skraju  lasu,  tam  gdzie  spoczywały  wszystkie  zmarłe  dzieci  i 

gdzie znaleźli miejsce wiecznego spoczynku dziadkowie, rodzice matki i ojca. 

Niestety, ojciec zmusił do udziału w pogrzebie wszystkie dzieci, także i te najmłodsze. 

Z  namaszczeniem  przytoczył  odpowiedni  fragment  z  Biblii,  kiedy  jednak  na  trumnę 

posypały się pierwsze grudki ziemi, dzieci nie zdołały już nad sobą zapanować. Wybuchnęły 

płaczem, a Matti usiłował rzucić się w dół do grobu. Ojciec wpadł w gniew, tak że Jorulv i 

Juliana musieli go uspokajać. Linnea uciekła do domu i gdzieś się schowała. 

Wszyscy rozumieli, że od dnia śmierci matki ich życie całkiem się odmieni. Nic już nie 

będzie takie jak przedtem. 

Najciężej  było  Mattiemu.  Wiedział,  że  nie  ma  już  nikogo,  kto  zdołałby  go  ochronić 

przed trudną do zrozumienia niechęcią ojca. I bez względu na to, jak długo chłopczyk się nad 

tym zastanawiał, nie mógł dociec, w czym zawinił. Pomagał przecież w pracy ile tylko miał 

sił, zawsze okazywał ojcu posłuszeństwo. A mimo to wszystko było źle. 

Rebecka powiedziała mu, że mama jest teraz w niebie. Nie, wcale nie leży w ziemi w tej 

okropnej trumnie. W nocy, kiedy Matti spał, przyszli aniołowie i zabrali ją do siebie. 

Chłopczyk wiele o tym rozmyślał. Tak bardzo tęsknił za dobrymi dłońmi matki, które 

czule gładziły go po lnianozłotych włosach. Mama nigdy się nie gniewała. Mama mówiła, że 

Matti jest ładnym i grzecznym chłopcem. 

Matti wiedział, gdzie jest niebo. Jorulv mu o tym powiedział, a przecież Jorulv wiedział 

wszystko.  Kiedyś  Matti  wyglądał  przez  okno.  Wskazał  wówczas  ręką  na  najwyższą  górę, 

Jorulv zaś wyjaśnił mu, że to Niebiańska Góra. Jest tak wysoka, że z jej szczytu można się 

wdrapać prosto do nieba, dlatego tak właśnie się nazywa. 

Znajdowała się co prawda daleko, ale Matti był przeświadczony, że aniołowie przebyli 

całą tę drogę przez las piechotą specjalnie po to, by zabrać matkę. 

Tylko  dobrzy  ludzie  idą  do  nieba,  tak  mówił  ojciec,  kiedy  czytał  Biblię.  A  przecież 

matka była najlepsza na świecie... 

Tydzień później Matti usłyszał, jak ojciec, ściągając z nóg ciężkie buty, mamrocze coś 

do siebie pod nosem. Matti niewiele z tego rozumiał, ale wydawało mu się, że ojciec gniewa 

się na matkę za to, że jej już nie ma. 

–  ...  a  zresztą,  jako  żona  i  tak  do  niczego  się  nie  nadawała,  nie  ma  to  więc  żadnego 

znaczenia.  Ciągle  tylko  rodziła  dzieci.  Mężczyzna  nie  został  stworzony  do  życia  w 

samotności, tak mówi Pan. Muszę postarać się o jaką porządną kobietę, bo dłużej tak być nie 

może.  Potrzebna  mi  taka,  która  będzie  umiała  zająć  się  domem.  Dzieciaki  z  niczym  nie 

background image

potrafią  sobie  poradzić.  Chcę  mieć  młodą,  mocną  dziewuchę,  a  nie  podstarzałą,  umęczoną, 

chudą kobiecinę, która na nic nie ma siły. 

Ojciec  nie  wiedział,  że  Matti  go  słyszy,  a  słowa  te  poruszyły  wiele  czułych  strun  w 

sercu chłopca. 

 

Następnego  wieczoru  Juliana  rozbierała  najmłodszą  siostrzyczkę,  Linneę.  Ubranko  jej 

było za ciasne i postrzępione – matka zdążyła tylko dla Olego z nowym ubraniem, musiała 

przecież  zgręplować,  uprząść  i  utkać  zeszłoroczną  owczą  wełnę.  Dziewczęta  pomagały  jak 

mogły,  ale  na  ogół  co  roku  starczało  na  nowe  ubranie  tylko  dla  jednego  dziecka.  Mieli 

przecież tak mało zwierząt. 

Najmłodsza dziewczynka przez cały dzień była niewyspana i rozgrymaszona. Pewnie i 

ona, tak jak wszystkie dzieci, tęskniła za matką. Juliana zmusiła ją do wypicia kubka mleka, 

bo  mała  nie  chciała  jeść  kolacji.  Linnea  nie  była  silnym  dzieckiem,  tak  często  się 

przeziębiała... 

Juliana rozejrzała się po izbie z uczuciem rezygnacji. Mieli tylko trzy łóżka. Największe 

z nich, najszersze, zajmował ojciec. Dziewczynki gnieździły się w drugim łóżku, a chłopcy w 

trzecim. Było im tak ciasno, że żadne nie mogło obrócić się na drugi bok, nie poruszając przy 

tym pozostałych. Pół izby zajmowały krosna. 

Juliana  i  Rebecka  robiły  wszystko,  by  utrzymać  izdebkę  w  czystości,  ale  nigdy  nie 

potrafiły  osiągnąć  takiego  stanu  jak  za  życia  matki.  Ojciec  spluwał  na  podłogę  i  rzucał 

zabłocone  buty  gdzie  popadło.  Ole,  choć  mądry  i  pracowity,  był  niestety  okropnym 

bałaganiarzem.  A  doprawdy  mały  nieporządek  wystarczył,  by  w  izbie  zapanował  straszny 

rozgardiasz, mieszkali wszak tak ciasno. 

Kolacja stanęła na stole. Rebecka rzuciła drewniane łyżki, aż echo poszło po izbie. 

– Już. Mogą teraz przyjść i zjeść, póki jedzenie gorące. 

Dym  wydobywający  się  z  pieca  snuł  się  po  izbie  jak  welon,  ale  pachniał  przyjemnie, 

brzozowym drewnem. 

Wrócili mężczyźni: ojciec, Jorulv i Ole, brudni i zmęczeni, ale zadowoleni z wykonanej 

w ciągu całego dnia pracy. 

Ojciec jednak był poirytowany, czuł się niepewnie. Z Jorulvem jakoś do tej pory dawał 

sobie radę, chłopak robił, co mu polecono, ale i on ostatnio zaczął okazywać niechęć wobec 

narzuconego mu bezwarunkowego posłuszeństwa. Wysuwał nawet różnorakie propozycje, po 

prawdzie czasami zupełnie słuszne, i to takie, które ojcu nie przyszłyby do głowy. Należało 

coś z tym zrobić, nie wolno utracić kontroli nad własnymi dziećmi. 

background image

Jeszcze gorzej sprawy się miały z Olem, jego ulubieńcem. Ole zaczął spoglądać na ojca 

z  wyrazem,  jak  mu  się  wydawało,  pogardy!  Taki  szczeniak,  czyżby  usiłował  przywoływać 

ojca do porządku? 

Prawdą jednak było, że Ole był mądrzejszy od ojca. Wiedział wszystko o zwierzętach i 

lesie, o drzewach i roślinach, o wiatrach i pogodzie. Zbyt często też pytał o to, co znajdowało 

się za lasem. 

To naprawdę nie wróżyło dobrze. 

Gniewnie ściągnął  z nóg zabrudzone buty  i  rzucił  je byle jak. Rebecka podniosła je z 

podłogi i demonstracyjnie wyniosła do sionki. 

W  każdym  razie,  Bogu  dzięki,  jest  Juliana.  Ona  była  posłuszna  i  grzeczna,  nigdy  nie 

narzekała,  że  ma  za  dużo  pracy,  ani  na  to,  że  na  jej  barkach  –  była  wszak  najstarszą 

dziewczynką w gromadce rodzeństwa – spoczęła tak wielka odpowiedzialność. 

Z Rebecka za to wybuchały ciągłe awantury. Przeklęta dziewucha, nigdy nie powinna 

była się urodzić! Bez końca tylko spory. 

Tak,  musi  jak  najprędzej  się  stąd  wynieść.  To  nie  jest  życie  dla  mężczyzny,  w 

samotności,  z  gromadą  bachorów,  Tyle  od  niego  wymagały!  Ubrania,  jedzenia,  ciepła.  Co 

sobie wyobrażały, ile właściwie może znieść samotny wdowiec? 

Takie były rozpieszczone, wszystkie co do jednego! 

– A gdzie jest Matti? – przerwał nagle ciszę Jorulv. 

Juliana rozejrzała się dokoła. 

– Myślałam, że jest z wami – powiedziała. 

– Nie, nie widzieliśmy go od obiadu – zdumiał się Jorulv. 

– Ale wyszedł przecież zaraz za wami – wtrąciła się Rebecka. – Widziałam, jak drepcze 

przez łąkę w stronę lasu. 

Popatrzyli po sobie z niepokojem. 

Ciepła  kurtka  Mattiego  zniknęła.  Nigdzie  nie  było  też  jego  ukochanego  drewnianego 

konika, którego wystrugał mu Jorulv. 

Matti uciekł. Wybrał  się do wielkiego lasu całkiem  sam.  A przecież w tych okolicach 

można  było  spotkać  niedźwiedzia.  Zdarzało  się,  że  przechodziło  tędy  stado  wilków,  choć 

ostatnio  dawno  już  ich  nie  widziano.  Ryś  także  mógł  okazać  się  niebezpieczny  dla  małego 

dziecka. Moczary. Urwiska. Bezkresne lasy, w których tak łatwo zabłądzić. 

Niepokój  zmienił  się  w  strach,  w  przerażenie,  nawet  ojciec  pobladł.  Ale  słowa,  które 

wypowiedział, zabrzmiały surowo: 

– Kiedy dopadnę tego łobuza, porządnie złoję mu skórę, to jedno jest pewne! 

background image

Dzieci unikały jego wzroku. Nie rozumiały, że pod gniewem skrywał głęboki niepokój, 

dlatego właśnie wszystkie odwróciły się do niego tyłem. 

Ojcu po plecach przebiegł dreszcz strachu, jakiego nigdy dotąd jeszcze nie doświadczył. 

Przyzwyczajony  był  do  nieposłuszeństwa  Rebecki  i  jej  pogardliwie  nadętej  miny.  Reakcja 

Olego też nie była żadną niespodzianką. 

Ale Jorulv? I Juliana? 

– Idziemy go poszukać – rzekł krótko. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ III 

 

Matti stwierdził, że w lesie zrobiło się nieprzyjemnie. 

Jak to daleko! Żeby mieć lepszy widok, wdrapał się na pagórek, ale Niebiańska Góra nie 

przybliżyła się ani odrobinę. 

Najgorsze, że nie widział już ani domu, ani nawet tego dużego jeziora poniżej zagrody. 

Poczuł się naprawdę nieswojo. 

Popłakując podreptał dalej. A tak dobrze zapowiadała się ta wyprawa! Był najedzony i 

wypoczęty,  bez  trudu  wędrował  po  okolicy.  Wkrótce  jednak  dotarł  do  bagniska  i  musiał  je 

okrążyć. Potem natrafił na spore jezioro, nie to koło domu, lecz zupełnie inne. Wcale mu się 

nie  spodobało.  Obchodził  je  brzegiem,  a  wszędzie  dookoła  było  tak  pusto...  A  jeżeli 

zabłądził? 

No i przecież matka go oczekiwała! Co się stanie, jeśli nie będzie mogła dłużej czekać? 

Matti zaczął szybciej przebierać nóżkami. Bał się coraz bardziej, ale odpędzał od siebie 

wszystkie strachy. 

Nie wolno mu myśleć o łosiu czy też niedźwiedziu, o wilku ani rysiu. A już na pewno 

nie o tym, co mogło być jeszcze groźniejsze! Musi tylko iść, iść jak najszybciej przed siebie. 

Niedługo już będzie na miejscu. 

Po  pewnym  czasie  jednak  spostrzegł,  że  zaczyna  się  ściemniać.  Czy  naprawdę  do 

Niebiańskiej Góry było aż tak daleko? A na dodatek z głodu burczało mu w brzuchu. 

I taki był zmęczony! 

Nie mógł usiąść i odpocząć, bo wtedy napadłyby go wilki. 

Wiedział, że musi iść dalej. 

Mrok  wokół  niego  gęstniał  z  każdą  chwilą.  Matti  już  nie  potrafił  wskazać,  gdzie  jest 

Niebiańska Góra. 

A nikt nie wiedział, dokąd się wybierał! 

Łzy zaczęły płynąć mu po policzkach. Potknął się i wpadł na drzewo. 

Nie chciał już nigdzie iść, nie miał sił. Musiał usiąść i choć chwilę odpocząć. 

– Mamo! Boję się! 

Przycisnął do piersi drewnianego konika, skulił się na mchu i poczuł, że oczy same mu 

się zamykają. Nie zdołał już jednak unieść w górę powiek. 

 

background image

Zapadła noc. 

– Zrobiło się zbyt ciemno – ze złością parsknął ojciec, kiedy on i czwórka najstarszych 

dzieci  zebrali  się  na  skraju  lasu.  –  Wyruszymy  na  poszukiwania  jutro  rano,  jak  tylko  się 

rozwidni. 

Jorulvowi nadal w uszach dzwoniło echo rozpaczliwego wołania w lesie: 

– Matti! Maaattiii! 

Wołania, które nigdy nie doczekało się odpowiedzi. 

– To prawda, w lesie jest już za ciemno  – przyznał. – Ale moglibyśmy przesondować 

jeziorko. Nad wodą jest jeszcze dość widno i jeśli weźmiemy pochodnie... 

Juliana zadrżała na samą myśl. 

– Muszę sprawdzić, co z Linneą – rzuciła przez ramię i pobiegła w kierunku domu. 

– A więc dobrze, jak chcecie – westchnął ojciec. 

Z  drżącym  lękiem  w  sercach  zaczęli  schodzić  ku  jeziorku.  Dopóki  byli  w  lesie, 

pozostawała wciąż iskierka nadziei, jeśli jednak znaleźliby Mattiego w wodzie, na dnie... 

Pocieszało ich jedynie, że Matti zabrał ze sobą kurtkę i drewnianego konika. 

 

Matti  nie  obudził  się,  gdy  ktoś  pochylił  się  nad  nim,  a  potem  podniósł  go  do  góry. 

Dopiero gdy wetknięto mu w rączkę ulubioną zabawkę, drgnął i otworzył oczy. 

Nocny wiatr szeleścił w koronach drzew, ale nie było już tak ciemno. Matti spojrzał w 

twarz osobie, która go niosła, i w jednej chwili na dobre się przebudził. 

– Czy ty jesteś aniołem? 

– Dlaczego tak uważasz? – uśmiechnął się mężczyzna. 

– Bo miałem iść do mamy. Może to ona wysłała anioła, żeby mnie sprowadził? 

Na chwilę zapadło milczenie. 

– Mieszkasz w tym małym domku nad jeziorem, prawda? 

– Tak – kiwnął głową Matti. – Ale chciałem iść do Niebiańskiej Góry, bo mama poszła 

do nieba, a tam najłatwiej się dostać właśnie z Niebiańskiej Góry. 

– Nie znajdziesz swojej mamy na Górze – uśmiechnął się mężczyzna przyjaźnie, lecz ze 

smutkiem.  –  Ale  ona  towarzyszy  ci  przez  cały  czas.  Jest  u  twego  boku,  chociaż  jej  nie 

widzisz. 

– Naprawdę?! 

– Tak. To ona prosiła, bym ci pomógł. 

Jaka cudowna wiadomość! Matti odetchnął z ulgą. 

– Dokąd idziemy? – zapytał po chwili. 

background image

– Do domu, tam gdzie mieszkasz. Bardzo się o ciebie niepokoją. Szukali cię przez cały 

wieczór i przez całą noc. Nawoływali. Bo to ty masz na imię Matti, prawda? 

– Tak. 

– A więc wołali właśnie ciebie. 

Matti dość długo nad tym rozmyślał. Najwidoczniej znów zrobił coś złego. 

– Ojciec mnie nie lubi – wyznał wreszcie cichutko. 

– To znaczy, że jedziemy na tym samym wózku. 

– Na jakim wózku? 

– To tylko takie powiedzenie, Matti. Mój ojciec także mnie nie lubi. 

– Naprawdę? Dlaczego? Przecież ty jesteś taki piękny! Czy on cię bije? 

– Nigdy mnie nie widział. 

Tego  Matti  nie  potrafił  objąć  swoim  rozumem.  Jak  ojciec  tego  człowieka  mógł 

wiedzieć, że go nie lubi, skoro nigdy go nie widział? Nagle przyszło mu do głowy co innego. 

Rebecka zawsze powtarzała, że jest już za ciężki, by go nosić. 

– Mogę iść sam – oznajmił. 

– Tak? To bardzo dobrze. 

Mężczyzna postawił Mattiego na ziemi i chłopczyk mógł mu się lepiej przyjrzeć. Jego 

tajemniczy  opiekun  miał  na  sobie  skórzane  ubranie,  buty  z  kawałków  skór  obwiązanych 

wokół nóg rzemieniem. Długie włosy miękkimi falami spadały na ramiona. 

Nie miał jednak skrzydeł, a więc chyba mimo wszystko nie był aniołem. 

W niczym to Mattiemu nie przeszkadzało. Powiedział przecież, że mama jest razem z 

nimi, a to było najważniejsze. 

Chłopczyk  w  jednej  rączce  trzymał  swego  ulubionego  konika,  a  drugą  mocno  ujął 

mężczyznę za rękę. Czuł się bezpiecznie. Bardzo podobała mu się ta dłoń. 

 

Promienie słońca przedarły się przez opary porannej mgły i oświetliły wycieńczonych, 

zdesperowanych ludzi nad jeziorem. Podnieśli głowy i nasłuchiwali w napięciu! 

– Hop! Hop! Co robicie tak wcześnie nad wodą? 

Matti, ucieszony, tryskający radością, biegł w ich stronę. 

Wszyscy pospieszyli mu  na spotkanie, ojciec szedł  jako ostatni. Był  zły  na malca, ale 

wyczuwał,  że  najmniejsza  nawet  reprymenda  może  wywołać  prawdziwą  burzę.  Dlatego 

mocno zacisnął zęby, tłumiąc gniewne słowa, i maszerował za dziećmi. 

Matti z zapałem odpowiadał na wszystkie pytania: 

background image

– Chciałem dojść do Niebiańskiej Góry, do mamy, ale okazało się, że to bardzo daleko, i 

bardzo się zmęczyłem, no i zasnąłem. Nocą w lesie jest strasznie, można zobaczyć to, czego 

nie ma naprawdę w dzień... 

– Tak, tak – przerwał mu Jorulv. – Ale co się stało potem? 

– Nie wiedziałem, że zasnąłem. Na początku płakałem, ale tylko troszeczkę. A potem on 

przyszedł i zaprowadził mnie do domu. 

On? Jaki on? Kto taki? Kto cię odprowadził? – zdumieni pytali jedno przez drugie. 

–  Najpierw  myślałem,  że  to  anioł,  ale  nie  miał  skrzydeł,  a  wiec  to  niemożliwe. 

Powiedział, że mamy nie ma na Niebiańskiej Górze. Powiedział, że mama cały czas chodzi 

koło mnie, chociaż jej nie widzę. Powiedział, że czuwa nad nami wszystkimi, żeby ojciec... 

Matti urwał w pół słowa i ze spuszczoną głową szybko dokończył: 

– ... żeby nic się nam nie stało. To mama wysłała go do lasu, żeby mnie odnalazł. 

– Matti – odezwała się Juliana surowo. – O kim ty właściwie mówisz? Wiesz przecież, 

że w lesie nie ma żadnych ludzi! 

– Tak, wiem. Ale jego ojciec też go nie lubi i właśnie dlatego on mieszka w lesie. 

Ojciec Mattiego poczuł nieprzyjemne ukłucie wyrzutów sumienia na dźwięk słów „też 

go nie lubi”. 

– I on jest bardzo piękny – zakończył relację Matti. 

Rodzeństwo jednak nie było w pełni usatysfakcjonowane jego opowieścią. 

–  Na  pewno  wszystko  tylko  ci  się  przyśniło  –  skwitował  Ole.  –  Coś  mi  się  widzi,  że 

przez  cały  czas  siedziałeś  schowany  między  drzewami  na  brzegu  lasu,  bo  chciałeś  nas 

wystraszyć. 

Matti popatrzył na niego urażony. 

– Wcale nie. Zobacz, bucik mi się rozleciał, a on obwiązał go rzemieniem! 

Dokładnie obejrzeli rzemyk i orzekli, że rzeczywiście nigdy podobnego nie widzieli. 

– No dobrze, ale jak on miał na imię? I jak wyglądał? – dopytywała się Rebecka. – Był 

młody czy stary? Taki jak ojciec? 

Matti badawczo przyjrzał się ojcu, ale zaraz odwrócił się do najstarszego brata. 

Nie, nie był taki jak ojciec. Jak Jorulv, tylko ciemniejszy. Miał całkiem czarne włosy. 

–  Młody  chłopak?  –  rzekł  ojciec  z  niedowierzaniem.  –  Nic  więcej  o  sobie  nie 

powiedział? 

– Zapytałem, czy jest Władcą Lasu, i on odparł, że nie, nie jest. Ale powiedział, że go 

zna. I dodał jeszcze: „Jeśli ktoś będzie dla ciebie niedobry, Matti, poproszę Króla Lasu, żeby 

się z nim rozprawił!” 

background image

Czy jedynie przypadkiem wszystkie dzieci jak na komendę odwróciły się i popatrzyły 

na  ojca?  Ojciec  zagryzł  wargi  i  dopiero  po  chwili  mruknął,  że  teraz,  kiedy  Matti  nareszcie 

raczył wrócić do domu, mogą chyba iść coś zjeść i trochę się zdrzemnąć. 

Kiedy  wracali  do  chaty,  Jorulv  położył  najmłodszemu  braciszkowi  rękę  na  karku  i 

powiedział: 

– Dobrze, że jesteś już w domu, Matti! 

 

Miesiące  jakoś  upływały.  Ojciec  rzadko  rozmawiał  z  dziećmi,  a  i  one  nauczyły  się 

unikać  niepotrzebnych  scysji.  Dwoje  najmłodszych,  które  zawsze  baraszkowały  na  łąkach 

zanosząc  się  radosnym  śmiechem,  przycichło,  zamknęło  się  w  sobie.  Starsze  pracowały 

jeszcze bardziej zawzięcie, jak gdyby chciały zagłuszyć myśli. 

Zima tego roku okazała  się wyjątkowo łagodna, radzili  więc sobie nieźle. Dużo czasu 

mogli spędzać w lesie, poza chatą, i nie musieli tłoczyć się w ciasnej izbie. Wieczory były i 

tak dostatecznie nieprzyjemne. 

Gdy zbliżała się wiosna, Juliana zaczęła odczuwać niepokój we krwi. 

Nigdy nie zdołała zapomnieć o tajemniczym wybawcy Mattiego, stał się on bohaterem 

jej marzeń. 

Człowiek,  który  mieszka  w  lesie?  O  którym  nigdy  dotąd  nie  słyszeli?  Czy  mogło  to 

mieć  jakiś  związek  z  tym,  o  czym  czasami  któreś  z  nich  wspominało?  Zdarzało  się,  że 

dostrzegali jakieś niezwykłe poruszenie, jakby błysk między drzewami, kiedy zbierali w lesie 

jagody albo chrust i mech. 

Juliana  postanowiła  wziąć  na  siebie  wszystkie  tego  typu  prace  i  krążąc  po  lesie 

otaczającym dom, ukradkiem rozglądała się dokoła. 

Niczego jednak nie widziała, czuła jedynie wiosenną gorączkę we krwi. 

Coś się wydarzyło dopiero w pewien przepiękny majowy dzień, kiedy wyprawiła się do 

lasu  razem  z  Olem.  Ole  chciał  znaleźć  kawałek  drewna  na  nowy  ubijak,  a  Juliana  zbierała 

brzozowe gałązki na nową miotłę. 

Poprzedniego dnia pasła kozy. Nigdy nie wypuszczano zwierząt samych do lasu, któreś 

z  dzieci  zawsze  musiało  pełnić  funkcję  pastuszka.  Juliana  zagnała  stadko  do  małej  dolinki, 

położonej  na  uboczu,  i  właśnie  wtedy  nagle  doznała  niezwykłego  wrażenia,  że  w  pobliżu 

znajduje się jakaś żywa obca istota. 

M o g ł o  to  być  zwierzę.  Wychowana  w  lesie  dziewczyna  znała  jego  tajemnice  i 

potrafiła wyczuć bliskość zwierzęcia. Tym razem jednak było w tym coś dziwnego. 

background image

Odczuła  to  szczególnie  wyraźnie,  kiedy  stanęła  na  wzniesieniu,  na  którym  sosny  i 

skalne bloki walczyły ze sobą o miejsce. 

Dzisiaj skierowała się również ku dolince. Ole nie miał nic przeciwko temu, po prostu 

szedł za siostrą. Kiedy jednak dotarli do dolinki, Ole powędrował dalej w las i Juliana została 

sama. 

Jak cicho dokoła! 

I dzisiaj nawiedziło ją podobne uczucie, ale może wywołało je tylko gorące pragnienie, 

by naprawdę ktoś był w pobliżu? 

Nasłuchiwała  skupiona,  niemal  każdym  nerwem,  a  stopy  odruchowo  poniosły  ją  ku 

wzniesieniu, na którym stała poprzedniego dnia. 

Sama nie wiedziała, czego tam szuka, jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej kierunek 

wędrówki.  Niczego  też  szczególnego  nie  znalazła,  ale  czy  tak  naprawdę  czegoś  się 

spodziewała? 

Działała  całkiem  podświadomie.  Prawie  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego  co  robi, 

wyszukała  dwa  patyczki  i  ułożyła  je  skrzyżowane  na  płaskim  bloku  skalnym.  Zdumiona 

przyjrzała się własnemu dziełu i zbiegła w dolinę. Co też jej przyszło do głowy? 

– Ole? Ole, gdzie jesteś? 

– Tutaj – dobiegł ją głos z oddali. Co sił w nogach popędziła do brata. 

 

Następnego  dnia  dobrowolnie  podjęła  się  pasienia  kóz.  Nie  była  to  wcale  jej  kolej, 

powinna zostać w domu i zająć się pieczeniem chleba, ale udało jej się zamienić z Rebecką. 

Bracia ostro protestowali, bo rzadko kiedy smakowało im pieczywo Rebecki. 

Ale Juliana postawiła na swoim. 

Kiedy zbliżała się do dolinki, serce mocno jej biło z przejęcia. 

W  dolince  przystanęła,  a  kozy  łapczywie  rzuciły  się  na  młodą  wiosenną  trawę,  z 

zachwytem skubały pączki i zielone gałązki z okolicznych krzaków. 

– Zostańcie tutaj – poleciła, jakby rozumiały, co do nich mówi. A może tak też i było? 

Wspięła  się  po  zboczu  ku  porośniętemu  sosenkami  wzniesieniu.  Nie  wiedzieć  czemu, 

kryła się między krzakami, jak gdyby dopuszczała się czegoś zakazanego. 

Szła  ze  wzrokiem  utkwionym  w  wierzchołki  drzew,  starając  się  za  wszelką  cenę  nie 

patrzeć tam, gdzie tak bardzo chciała spojrzeć. Pewnie, że było to niemądre, ale tak strasznie 

obawiała się rozczarowania. 

Rozczarowania? Ale z jakiego powodu? Surowo zganiła samą siebie. Jak można być aż 

tak głupią? 

background image

Matti  po  prostu  fantazjował,  to  przecież  całkiem  jasne.  W  lesie  nie  było  nikogo  poza 

nimi. I chociaż, być może, wówczas naprawdę ktoś mu pomógł, nie miała żadnych podstaw, 

by przypuszczać, że jej wytęskniony bohater wędrował po lesie jeszcze przez wiele miesięcy. 

Jest głupia, głupia, głupia! 

Nagle serce jej zamarło, jakby zapomniało uderzyć przynajmniej dwa razy. 

Na płaskim  głazie leżały dwa inne patyczki  ułożone w znak krzyża.  Obok tych, które 

ona zostawiła poprzedniego dnia. 

 

Juliana poczuła, że zakręciło jej się w głowie. 

Wiedziała na pewno, że nie mógł tu przyjść nikt z rodziny. Przez cały czas pilnowała 

rodzeństwa i ojca, baczyła, by przypadkiem nie odkryli jej niemądrej tajemnicy. 

Ale dwa krzyże, które miała przed oczami, były prawdziwe, rzeczywiste! 

Rozejrzała się dokoła, ale nie dostrzegła niczego nowego. Las był pusty jak zawsze. To 

tylko wiosna obudziła jej tęsknotę. 

A zatem przypadek. Tamten krzyż musiał leżeć tam już wczoraj, choć ona zwyczajnie 

go nie zauważyła. Niemożliwe, by ktoś inny tu był. Żadną miarą niemożliwe. 

Postanowiła spróbować raz jeszcze. 

Zbiegła kawałek w dół i zebrała nieduży bukiecik konwalii. Owinęła łodyżki wilgotnym 

mchem,  by szybko nie zwiędły, i  położyła bukiecik  między dwoma krzyżami z patyczków. 

Potem szybko wróciła do kóz, które, znudzone, zaczynały już się rozchodzić. 

Wieczorem postarała się znaleźć wymówkę, by na chwilę pójść nad jezioro. Uklękła na 

brzegu, wpatrując się w ciemną, przejrzystą wodę. 

Och, nie było na co patrzeć! Doprawdy, daleko jej do Rebecki, ślicznej, ciemnookiej, o 

szerokim uśmiechu i wesołym piegowatym nosku. 

Ona  była  taka  nijaka,  przypominała  kępkę  zwiędłej  trawy,  tak  przynajmniej  sama 

uważała. 

Bo przecież woda w jeziorku nie mogła odbić ciepła bijącego z jej wielkich, błękitnych 

oczu,  piękna  ust  i  łagodnie  zarysowanego  czoła.  Juliana  podobna  była  do  matki  jak  dwie 

krople  wody.  Stanowiłaby  wymarzoną  zdobycz  dla  despotycznego  mężczyzny,  który 

dręczyłby żonę, bo tacy  zawsze potrafią upatrzyć sobie ofiarę. Matka często  martwiła się o 

przyszłość Juliany, pocieszając się tylko, że prawdopodobnie córka nie spotka nikogo, z kim 

mogłaby dzielić życie. W lesie mieszkali przecież tylko oni. 

Juliana  skończyła  właśnie  siedemnaście  lat.  Czy  było  więc  coś  dziwnego  w  tym,  że 

wrażliwa dziewczyna śniła o bohaterze Mattiego? 

background image

 

Kiedy następnego dnia wróciła na wzgórze, konwalie zniknęły. Leżał tam teraz bukiecik 

najpiękniejszych dzwonków. 

Juliana westchnęła głęboko, cała drżąc. Twarzyczkę jej rozpromieniła radość. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ IV 

 

Tej wiosny ojciec nie mógł wytrzymać już dłużej. Milczenie dzieci było tak wymowne, 

że w końcu się poddał. 

Pewnego  dnia,  kiedy  niemy  opór  dał  się  odczuć  jeszcze  wyraźniej  niż  zwykle,  cisnął 

swym kapeluszem z szerokim rondem o podłogę i wrzasnął: 

–  Doprawdy,  jesteście  już  dostatecznie  dorośli,  by  radzić  sobie  samodzielnie!  Żaden 

mężczyzna nie zniósłby takiego życia. To mój dom, nie wasz, ja go zbudowałem... 

– Nie, dziadek – wtrącił Ole. 

Ojciec popatrzył na niego spode łba, ale nic więcej na ten temat nie powiedział. 

– Ja także mam prawo do własnego życia – burknął, spuszczając z tonu. – Mężczyzna 

nie został stworzony do życia w samotności, takie są słowa Pana. Wyprawię się w doliny i 

znajdę sobie dziewczynę, która będzie umiała zająć się gospodarstwem. Dom przypomina już 

chlew! Sami zobaczcie, jak wygląda stół! 

–  Nie  miałam  czasu,  by  po  tobie  posprzątać,  ojcze  –  odparła  Rebecka.  Odszedłeś  od 

wieczerzy jako ostatni. 

– Milcz, dziewucho! 

Nie odezwał się więcej, a wiele miał im jeszcze do powiedzenia. Choćby to, że są już na 

tyle  duzi,  by  samodzielnie  wyruszyć  w  świat,  bo  on  przecież  nie  ma  wcale  obowiązku 

karmienia ich przez całe życie. Najchętniej pozostawiłby w domu jedynie Linneę i Olego, a 

reszcie nakazał się wynosić, i to jak najprędzej. 

Teraz  jednak  postanowił  milczeć.  Mimo  wszystko  nadal  byli  mu  potrzebni.  Trudno 

przewidzieć, jak zakończy się wyprawa w dolinę, no a Ole i Linnea nie mogli zostać sami, to 

nie wchodziło w grę. 

Gdyby tylko udało mu się znaleźć robotną kobietę, to... Wyrzuciłby ich w jednej chwili, 

zrobił już dla nich to, co do niego należało. 

Dzieci popatrzyły na siebie spłoszone. Matka czasami wspominała o świecie za lasem, 

one  jednak  tak  naprawdę  nic  o  nim  nie  wiedziały,  w  głębi  duszy  przekonane,  że  grasują  w 

nim same złe moce. 

Ojciec miał zamiar sprowadzić tu, do domu, jakąś dziewczynę z tamtego świata, która w 

dodatku miałaby zająć miejsce matki? 

background image

–  Kiedy  mnie  nie  będzie,  macie  się  trzymać  blisko  chałupy,  zrozumiano?  –  warknął 

ojciec. – Pilnujcie porządku w gospodarstwie i dbajcie o zwierzęta. Kiedy wrócę z nową żoną, 

wszystko ma lśnić! Inaczej nie będzie chciała tu zostać. 

Nic na to nie umieli odpowiedzieć. Słowa ojca odebrały i im mowę. 

Ubranie ojca należało wyprać i połatać. Dwa dni później wyruszył. Patrzyli za nim, jak 

okrążał jeziorko, aż wreszcie zniknął za wzgórzami po drugiej jego stronie. 

A  więc  dobrze  wiedział,  jak  dojść  do  doliny,  którą  płynęła  rzeka,  pomyślał  Jorulv  z 

uczuciem wewnętrznej pustki. Wiedział, ale nie wspomniał o tym ani słowem. 

Wyprawa  ojca  sprawiła,  że Juliana  przez  wiele dni  nie  miała  czasu,  by  pójść  do  lasu. 

Ale kiedy Rebecka spróbowała wyrzucić bukiecik zwiędłych dzwonków, stojący w kubeczku 

na  oknie,  Juliana  gwałtownie  zaprotestowała.  Wyrwała  naczynko  z  rąk  siostry,  zostawiając 

Rebeckę oniemiałą ze zdziwienia. Po co komu zwiędłe kwiaty pod poduszką? 

Wreszcie jednak Juliana znalazła czas, by skupić się na swoich sprawach. Pomknęła do 

lasu jak wiatr, przestraszona, że przybędzie za późno. 

Za późno na co? 

Potykając się, biegła zdyszana w górę zbocza. 

W  tym  samym  miejscu  co  poprzednio  leżał  bukiecik  najpiękniejszych  wiosennych 

kwiatków. Niestety, zdążył już zwiędnąć, nie zabrała go stąd na czas. 

Juliana przysiadła na kamieniu i wybuchnęła płaczem z żalu za czymś, czego właściwie 

nigdy nie miała, a jednak utraciła. 

W końcu odetchnęła głęboko parę razy i otarła oczy rąbkiem fartucha. 

Przecież nic nie wiedziała o tej tajemniczej osobie, która kładła tu kwiaty. Mógł to być 

każdy, na przykład jakiś stary dziad albo mała dziewczynka. 

A może Władca Lasu? 

Opowiedziana  przez  Mattiego  historia  o  młodym,  pięknym  chłopcu  zawróciła  jej  w 

głowie.  Przecież  dobrze  wiedziała,  że  w  lesie  nikt  nie  mieszka,  nie  było  tu  ani  starych 

dziadów, ani młodych panienek, ani... 

Westchnęła ciężko i wstała, postanawiając wracać do domu. 

Zmieniła jednak zdanie, na chwilę przystanęła zamyślona. 

Chcę  się  przekonać,  kto  tu  przychodzi,  mówiła  do  siebie  w  duchu.  Ale  jak  mam 

przekazać  wiadomość?  Nie  mogę  tu  przecież  siedzieć  cały  dzień!  A  może  on  w  ogóle  nie 

przyjdzie, dlatego że nie zabrałam kwiatów? 

Napisać nic nie mogła, bo pisać nie umiała. Ale może przyjdzie jej do głowy jakiś znak, 

który mogłaby zostawić? 

background image

Upłynęła  dobra  chwila,  zanim  wymyśliła,  co  zrobi.  Nie  była  pewna,  czy  ten  ktoś 

zrozumie, o co jej chodzi, ale umieściła najpierw kwiat mlecza, który wyobrażać miał słońce, 

a potem ułożyła patyczki na kształt dwojga ludzi i zaznaczyła, że słońce stoi na niebie tuż nad 

ich głowami. 

Juliana postała chwilę, podziwiając swoje dzieło, uzupełniła kilka szczegółów i pobiegła 

do domu. Była tak przejęta, że serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. 

Rodzeństwo dopytywało się, gdzie się podziewała tak długo. 

– Poszłam się trochę przejść – odparła lekko. 

 

Rotmistrzowi  von  Adelkalkowi  w  rok  po  przyjściu  na  świat  syna,  po  którym  wszelki 

ślad  zaginął,  urodziła  się  córeczka,  a  pięć  lat  później  –  nareszcie  chłopczyk,  tym  razem 

jasnowłosy jak jego siostry. Rotmistrz przelał na synka całą miłość, do jakiej  był  zdolny,  a 

dziewczynki zaniedbywał jak przedtem. 

Najmłodsza  córka  miała  naprawdę  na  imię  Elisabeth,  ale  nazywano  ją  krótko  Lisen. 

Była bystrą, żywą dziewczynką, niezwykle pogodną i obdarzoną poczuciem humoru. Mogło 

się jej to bardzo przydać, jeśli miała czymś się wyróżnić w gromadce rodzeństwa, składającej 

się z trzech zaszczutych, zgnębionych dziewcząt i jednego rozpieszczonego chłopaka. Matka, 

co  prawda,  nie  zaniedbywała  żadnego  ze  swych  dzieci,  była  jednak  do  tego  stopnia 

zastraszona przez męża, że ogarniało ją drżenie już na sam dźwięk głosu pana i władcy. 

Kiedy rotmistrza nie było, Lisen ośmielała się mówić najokropniejsze rzeczy o swoim 

ojcu,  co  matkę  wprawiało  w  stan  wielkiego  wzburzenia.  „Przebrzydły  nadęty  dziad”  –  to 

jedno z bardziej eleganckich wyrażeń dziewczynki. 

Upłynęło  już  tak  wiele  lat,  a  rotmistrz,  choć  można  było  tego  oczekiwać,  nie 

awansował.  Winny  był  temu  przykry  incydent  związany  z  żołnierzami,  których  znaleziono 

martwych na stopniach jego dworu. Zwierzchnikom  rotmistrza bardzo się to  nie spodobało. 

Nigdy  nie  wykryto  ani  sprawcy  przestępstwa,  ani  też  motywów,  i  rotmistrz  dalej  krzykiem 

rządził  wszystkimi,  którzy  nawinęli  mu  się  pod  rękę.  Grzechem  byłoby  twierdzić,  że 

powszechnie go lubiano. 

Matka  Lisen  często  bywała  zasmucona.  Zdarzało  się,  że  godzinami  stała  w  oknie 

spoglądając w stronę lasu, a po policzkach nieprzerwanym strumieniem płynęły jej łzy. 

Lisen nie mogła się dowiedzieć, co gnębi matkę. 

Dopiero pewnego dnia, gdy została wysłana do szwaczki po odbiór haftowanego stanika 

dla matki, poznała tajemnicę. 

background image

Szwaczka, nosząca imię Elin, samotnie wychowywała dziecko, które przyszło na świat 

poza  małżeństwem.  Fakt  ten  zdawał  się  jednak  nie  przeszkadzać  matce  Lisen,  która 

najwyraźniej  żywiła  słabość  do  tej  kobiety.  Elin  doskonale  opanowała  swoje  rzemiosło,  a 

dzięki  łaskawemu  odnoszeniu  się  do  niej  baronowej  i  inne  panie  w  mieście  skłonne  były 

przez palce patrzeć na przeszłość Elin i korzystać z jej usług. 

Elin była córką miejskiej akuszerki. Jej syn miał tyle lat co Lisen, ale z nim, naturalnie, 

dziewczynie nie wolno było rozmawiać. 

Lisen, z natury otwarta i szczera, paplała tak, że usta jej się nie zamykały, podczas gdy 

Elin kończyła ostatnie szwy przy staniku. 

– Taka jestem zła na mego brata – westchnęła Lisen. – Jest taki wyniosły, że trudno z 

nim wytrzymać. Twierdzi, że wolno mu robić to, co chce, bo to on odziedziczy dwór i cały 

majątek. 

– Źle, że tak mówi – mruknęła Elin. – To bardzo niestosowne. 

– Oczywiście, że nie! Nie powinien tak się wywyższać! 

– Nie to wcale miałam na myśli – cicho powiedziała Elin. – Wszystko to razem wstyd i 

hańba, i tak bardzo, bardzo żal mi jaśnie pani... Niczym sobie na to nie zasłużyła! 

–  Co  takiego?  O  co  ci  chodzi?  –  dopytywała  się  Lisen.  Czyżby  nagle  nadarzyła  się 

okazja, by dowiedzieć się, dlaczego matka zawsze jest taka smutna? 

Elin  nie  miała  ochoty  zdradzić  nic  więcej,  ale  Lisen  nalegała,  postanowiła  poznać 

prawdę. Wreszcie szwaczka ustąpiła. 

–  No  cóż,  jestem  zdania,  że  prędzej  czy  później  cała  rzecz  powinna  wyjść  na  jaw  – 

rzekła  zdecydowanie,  odkładając  szycie  na  bok.  –  Panna  Lisen  jest  dobrą,  rozumną 

dziewczynką. Ale nie wolno wspomnieć o tym ojcu, ani jednym słowem! 

– Temu krzykaczowi? Nigdy w życiu! 

–  Kiedyś  zdarzyło  się  coś  naprawdę  strasznego  –  zaczęła  Elin  i  opowiedziała 

baronównie całą tragiczną historię o dziecku niepodobnym do żadnego z rodziców, o tym, jak 

właśnie  jej  zlecono  ukrycie  noworodka  w  lesie,  o  ścigających  żołnierzach.  Powiedziała,  że 

dzieckiem  zaopiekowała  się  tajemnicza  postać,  która  obiecała  zwrócić  dziecko  matce,  gdy 

nastąpi po temu czas, to znaczy kiedy rotmistrz już umrze. Nie taiła też prawdy o żołnierzach, 

gwałcie  i  śmierci  nikczemników,  którą  niechybnie  spowodował  ów  tajemniczy  ktoś,  kto 

zabrał  dziecko  z  jej  rąk.  Wspomniała  też  o  swoim  synku,  owocu  gwałtu,  i  pogardzie,  jaką 

wobec nich żywiło całe miasteczko. 

Lisen  siedziała  w  milczeniu,  zaciskając  dłonie,  aż  kostki  jej  bielały.  Patrzyła  przed 

siebie, niczego jednak nie widząc. Wreszcie wykrztusiła: 

background image

– A więc tak to wszystko wygląda! Teraz nareszcie rozumiem. Śmierć żołnierzy, twój 

wypadek.  Tak,  bo  to  był  wypadek,  i  jeśli  kiedykolwiek  źle  cię  potraktowałam,  to  bardzo 

proszę, wybacz mi. 

– Panna Lisen nigdy źle się do mnie nie odnosiła – szepnęła Elin. – Ale tak bardzo żal 

mi mego synka. 

– Rozumiem. Ojciec zabrania mi rozmawiać z nim pod jakimkolwiek pozorem, ale teraz 

z  wielką  radością  przestanę  go  słuchać!  –  Na  chwilę  zapadło  milczenie,  ale  zaraz  Lisen  z 

głębi serca wyrwało się: – I pomyśleć, że mam starszego brata... 

– Nie jest wcale pewne, czy on żyje – hamowała jej podniecenie Elin. 

– No tak, to prawda. Czy nigdy nie miałaś o nim żadnej wiadomości? 

– Nie słyszałam ani słowa. Ale matka panienki okazuje mi wielką dobroć. 

Lisen odchodząc miała łzy w oczach. 

– Matce także nic o tym nie powiem – obiecała. – Ale bardzo dziękuję, że zechciałaś mi 

o  tym  opowiedzieć,  tak  wiele  pomogłaś  mi  zrozumieć.  –  Uśmiechnęła  się  smutno.  –  Teraz 

pewnie i ja będę stać przy oknie i z żalem wyglądać na las... 

 

Przybył do miasteczka, by znaleźć sobie żonę. 

Wiele czasu upłynęło od chwili, gdy odwiedził je po raz ostatni. Więcej niż czterdzieści 

lat. Był wtedy małym chłopcem, którego ojciec zabrał ze sobą. Od tamtego czasu ogromnie 

dużo się tu zmieniło, osada rozrosła siej rozciągnęła po obu stronach rzeki. Zbudowano nawet 

most, łączący obie części miasteczka. 

Z  trudem  poznawał  okolice,  zauważył  jednak,  że  nie  jest  wcale  gorzej  ubrany  niż 

pracownicy tartaczni, chłopi czy bezrobotni szwendający się po uliczkach przy rynku. Stroje 

kobiet były natomiast mniej podarte i schludniejsze. 

Kobieta. Na pewno nie będzie trudno jakąś złowić. Nie miał szczególnych kłopotów ze 

zdobyciem tej, która została matką jego dzieci. Oddała mu serce, kiedy tylko oboje do tego 

dojrzeli, a dziecka spodziewała się już po pierwszym razie, gdy obcowali ze sobą jak mąż z 

żoną. 

Nie, nie miał trudności ze zdobyciem kobiety. 

Zapomniał, że ona, młodziutka dziewczyna, wychowana w lesie, na odludziu, nie miała 

żadnej możliwości wyboru. On był jedynym chłopakiem, jakiego spotkała. 

Nie pamiętał też, że upływające lata zostawiają na człowieku bezlitosne ślady. 

background image

Teraz uważnie przyglądał się każdej napotkanej niewieście, ze wzgardą patrzył na chude 

i bardziej podeszłe w latach, bezwstydnie gapił się na młode. Niestety, te, które podobały mu 

się najbardziej, młode, ładne i okrągłe, wydawały się już zajęte. 

Postanowił,  że  skoro  już  tu  przyszedł  i  trafiła  mu  się  taka  okazja,  to  napije  się  piwa. 

Wiedział wszak, jak należy się zachować, przecież raz kiedyś był już z ojcem w miasteczku. 

Ojciec zabrał go do pięknej gospody, zasiadł przy stole i pił piwo z kufla, aż piana osiadła mu 

na wąsach... Wspaniałej gospody nigdzie jednak nie mógł znaleźć. Chyba że... Czyżby to ta 

nędzna knajpa tam dalej? No tak, rzeczywiście to właśnie tu. 

Zawahał się przez moment, ale w końcu wszedł do małej, obskurnej izby. Na pewno go 

tu rozpoznają. 

Rzecz jasna nikt nie zwrócił nań uwagi. Pieniądze, niewielka sumka, którą żona zdołała 

odłożyć z myślą o przyzwoitym pogrzebie, wyszły już z obiegu, ale karczmarz zgodził się je 

przyjąć.  Dostał  kufel  piwa  i  zasiadł  przy  jednym  z  kulawych  stołów.  W  pomieszczeniu 

cuchnęło,  a  pozostali  goście,  siedzący  przy  sąsiednich  ławach,  sprawiali  wrażenie  mocno 

podpitych. Ale jemu to nie przeszkadzało, zadowolony wyglądał przez okno, pił swoje piwo, 

starając się, by jak najwięcej piany osiadło mu na wąsach, i cieszył się, że taki z niego pan 

pełną gębą. 

Po  pewnym  czasie  przysiadł  się  do  niego  karczmarz,  zainteresowany  nieznajomym. 

Chłop wyjaśnił, z jaką to sprawą przybył do miasteczka, a karczmarzowi z trudem udało się 

powstrzymać od śmiechu. Ten człowiek najwyraźniej miał bardzo wygórowane ambicje i nie 

zastanawiał się ani trochę, co sam ma do zaoferowania. 

–  No,  nie  będzie  łatwo  znaleźć  kobietę,  jakiej  szukacie  –  powiedział  karczmarz  z 

udawaną powagą. – Baby są teraz takie wymagające, chcą, by im obiecywać złote góry. I na 

dodatek z sześciorgiem dzieci...? 

Chłop  pomyślał,  że  gór  może  zapewnić  pod  dostatkiem,  gorzej  z  takimi,  co  dałyby 

złoto... 

– Ale wiem o jednej, co jeszcze jest dość młoda i nieźle wygląda, a i wybrzydzać nie 

powinna, przypuszczam, że skłonna będzie wziąć byle co. 

Wzdrygnął  się chłop,  słysząc te słowa, rozważył  w myślach, czy nie napomknąć by  o 

tym, co posiada, ale postanowił zmilczeć i słuchać dalej. 

– Chowa co prawda syna bękarta, ale... 

– O, nie, nie chcę więcej żadnych bachorów! 

– Ale chłopak jest już prawie dorosły i podobno robota pali mu się w rękach! 

– A, to co innego! Muszę ją obejrzeć, sprawdzić, czy warto ją brać. Gdzie mieszka? 

background image

Karczmarz  wyjaśnił,  jak  szukać  domku  owej  niewiasty,  i  chłop,  nie  czekając  dłużej, 

pokrzepiony piwem, zaraz tam wyruszył. 

Doprawdy, pięknie mieszkała ta Elin! Mogliby się tu osiedlić, ten dom  wyglądał na o 

wiele  wygodniejszy  niż  jego  nędzna  chałupa  w  lesie.  Nie  zawadza  nawet,  że  kobieta  ma 

bękarta. 

Z tym większą radością przyjmie jego propozycję. 

U Elin jednak czekała go niespodzianka. 

Popatrzyła  ze  zdziwieniem  na  podstarzałego,  zaniedbanego  mężczyznę.  Taki  był 

niezgrabny,  brakowało  mu  wielu  zębów,  a  brud  wrósł  mocno  w  skórę,  widać  było,  że 

czystość jest mu sprawą najzupełniej obojętną. 

W czym mogła mu pomóc? 

Chłop uderzył w ton przechwałek, chełpił się wspaniałym majątkiem, ciągnącymi się na 

mile  lasami,  których  był  właścicielem.  Była  to  naturalnie  gruba  przesada,  uznał  jednak,  że 

może sobie na nią pozwolić. Czyż lasy nie były dostępne dla wszystkich? A przecież on tam 

mieszkał,  tym  samym  uważał,  że  ma  największe  prawo,  by  z  nich  korzystać!  Owszem,  ma 

sześcioro dzieci, ale nimi nie należy się przejmować. Potrzebna im matka, ot i wszystko, a i 

jemu przyda się kobieta w domu. 

Łakomym  wzrokiem  obrzucił  jej  łóżko,  które  stało  w  izdebce  w  głębi  domu. 

Zorientował się, że Elin jest szwaczką, świadczyły o tym nie dokończone części garderoby i 

skrawki materiałów. Musiała być niezłą partią, no i wcale niebrzydka. Nie była, co prawda, 

chodzącą  pięknością,  ale  jeszcze  względnie  młoda  i  miała  okrągłe,  wdzięczne  kształty. 

Dokładnie taka, jaką chciał. Tak, powziął już decyzję. 

– Nie przeszkadza mi, że chowasz bękarta  – rzekł wielkodusznie. – Może iść razem z 

tobą, przyda się na gospodarstwie. A najlepiej będzie, jak zamieszkamy tu, u ciebie, dzieciaki 

same sobie poradzą. 

Elin  uniosła  dłoń,  by  mu  przerwać.  Jednoznacznie  dała  do  zrozumienia,  że  jego 

propozycja wcale to a wcale jej nie interesuje. Policzki jej płonęły, zachowywała się, jakby 

uraził jej godność. Cóż za bzdury! Kobieta taka jak ona nie mogła sobie przecież pozwolić na 

pielęgnowanie własnej dumy! 

– Możemy później o tym pomówić – stwierdził wreszcie. – Potrzebujesz nieco czasu, by 

przywyknąć  do  tej  myśli,  długo  przecież  żyłaś  samotnie.  Nie  spodziewałaś  się  tak  świetnej 

propozycji, pewnie spadła na ciebie jak  grom z  jasnego nieba,  co? Ale nie mam dziś  gdzie 

przenocować, możesz więc przyjąć mnie w gościnę, prawda? Mam ochotę spędzić noc u boku 

background image

kobiety,  a  ty  przecież  nie  musisz  dbać  o  swoje  dobre  imię.  Pewnie  też  ci  tęskno  do 

mężczyzny? Takiej jak ty niełatwo znaleźć kogoś porządnego. 

Z ust płynął mu potok słów. Chciał odegnać z jej twarzy ten dziwny wyraz napięcia, ale 

im więcej mówił, tym bardziej tężały rysy Elin. 

Zacisnęła usta w wąską kreskę i wreszcie udało jej się wypchnąć go za drzwi. 

Kiedy tak nagle znalazł się z powrotem na ulicy, czuł się kompletnie zdezorientowany. 

– Piekielne babsko – mruknął pod nosem. – Nic nie warta. Nie chciałbym jej dotknąć 

nawet obcęgami. No i nieślubne dziecko, właściwie od razu było wiadomo, z kim ma się do 

czynienia. 

Dzień miał się ku końcowi. Oburzony, z kwaśną miną, poszedł spać do lasu. Zasnął pod 

krzakiem, obrażony na cały świat. 

Tam  właśnie  znalazł  go  włóczęga-rzezimieszek.  Ponieważ  chłop,  wybierając  się  do 

miasta,  włożył  czyste,  starannie  pocerowane  ubranie,  rabuś  doszedł  do  wniosku,  że 

przejezdny  musi  mieć  przy  sobie  i  pieniądze.  Nie  wahając  się  długo,  wbił  nóż  w  plecy 

śpiącego i obrabował z tych paru marnych rzeczy, które przedstawiały sobą jakąś wartość  – 

kilku drobnych monet, ubrania i butów. 

Elin  usłyszała  o  morderstwie  kilka  dni  później.  Zaraz  zrozumiała,  kim  była  ofiara,  i 

zapłakała  ze  współczucia.  Elin  była  bowiem  kobietą  o  gorącym  sercu,  tyle  że  nie  miała 

ochoty wiązać się z nieokrzesanym obcym przybyszem. 

Myślała  jednak  przede  wszystkim  o  sześciorgu  dzieciach,  o  których  wspomniał  ten 

człowiek. Wiedziała o nich tak niewiele, nie miała pojęcia ani gdzie mieszkają, ani w jakim są 

wieku. 

Dlatego właśnie tak bardzo się o nie martwiła. 

 

Dzieciom jednak wiodło się nie najgorzej, przynajmniej z początku. 

Nigdy  nie  miały  tyle  spokoju.  Przed  nimi  było  całe  ciepłe,  cudowne  lato,  a  na  łąkach 

znów dzwonił wdzięczny dziecięcy śmiech. Starsze wiedziały, że upłynie jeszcze wiele dni, 

zanim ojciec powróci, i radowały się nagłą wolnością. Gorliwie wypełniały swoje obowiązki, 

troszczyły się o zwierzęta i ani przez chwilę nie zatęskniły za ojcem. 

Z  twarzyczki  Juliany  w  tym  czasie  dosłownie  bił  blask.  Kiedy  któreś  z  rodzeństwa 

dopytywało się, co ją tak cieszy, kręciła tylko  głową. Strzegła swej tajemnicy, jakby była z 

najszczerszego złota. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ V 

 

Dzień po tym, jak Juliana zostawiła na kamieniu wiadomość, niebo było zachmurzone. 

Skąd więc mogła wiedzieć, kiedy dokładnie nastanie południe? 

W domu nigdy nie mieli zegara – czas odmierzali według słońca i zmieniających się pór 

roku.  Będąc  jednak  dzieckiem  natury,  Juliana  jakby  przez  skórę  wyczuła  zbliżające  się 

południe.  Udała  przed  rodzeństwem,  że  ma  coś  jeszcze  do  zrobienia  w  oborze,  w 

rzeczywistości jednak okrążyła zagrodę i pobiegła do lasu. Istniało pewne ryzyko, że któreś z 

pozostałych dzieci ją dostrzeże, ale nie miała innego wyjścia, musiała wszystko postawić na 

jedną kartę. 

Niewielkie wzgórze leżało pogrążone w ciszy pod szarym, ciężkim od deszczu niebem 

bez  najmniejszego  choćby  znaku  życia.  Jakby  całkiem  opuszczone.  Kiedy  ujrzała  swój 

pieczołowicie wykonany obrazek nietknięty, rozczarowanie niby kamień legło jej na duszy. 

Najwyraźniej  nikt  nie  odwiedził  tego  miejsca.  Juliana  miała  wielką  ochotę  jednym 

ruchem  zniszczyć  swoje  dzieło.  Ale  czego  właściwie  się  spodziewała?  Maleńki  bukiet 

polnych kwiatków, który tajemniczy nieznajomy zebrał dla niej, także przecież leżał i wiądł 

przez wiele dni, dlatego że jej nie udało się wyrwać z domu. 

Postanowiła więc, że da swemu obrazkowi jeszcze jedną szansę. 

Czy nie powinna przysiąść na chwilę i poczekać? Słońce skryło się wszak za chmurami, 

może mimo wszystko nie trafiła na właściwy moment? 

Ale, jeśli nie chciała wzbudzić podejrzeń rodzeństwa, nie wolno jej było dłużej zwlekać. 

Musiała wracać do domu. 

Tego  dnia  nie  umiała  dzielić  z  rodzeństwem  radości  i  dobrego  humoru.  Przez  całe 

popołudnie i wieczór chodziła milcząca i zamyślona. 

A  jednak...  Kiedy  wstał  kolejny  dzień,  Juliana  obudziła  się  z  nową  nadzieją.  Matti  i 

Linnea  baraszkowali  w  łóżku,  tocząc  bitwę  na  poduszki  z  grubego  płótna.  Zwykle  nie 

pozwalano im na taką zabawę, ale tego dnia wyjątkowo Juliana postanowiła nie łajać malców. 

Nie miała ochoty sprawiać nikomu przykrości, sama wszak czuła, że radość i nadzieja omal 

nie rozsadzą jej piersi. 

Najwspanialsze ze wszystkiego było to, że wiatr rozpędził grubą pokrywę chmur. 

background image

Poweselała, z ochotą zabrała się do pracy. Zmiotła sieczkę z podłogi i pomogła Olemu 

reperować zrobioną przez ojca sieć. Udał im się ostatni połów w jeziorku, obiady mieli więc 

zapewnione na wiele dni. 

Przedpołudnie upływało spokojnie. 

Kiedy  słońce  stanęło  w  najwyższym  punkcie,  Juliana  tak  jak  poprzedniego  dnia 

chyłkiem wymknęła się z domu. Moment był ku temu akurat odpowiedni, wszyscy właśnie 

się najedli i teraz odpoczywali po posiłku. Kiedy ojca nie było, mogli pozwolić sobie nawet 

na krótką drzemkę. 

– Dobry Boże – modliła się w duchu Juliana. – Spraw, by się okazało, że ktoś tam był! 

Julianie nigdy nie przyszło do głowy, że ten, z którym nawiązała kontakt, mógł okazać 

się  niebezpiecznym  złoczyńcą,  bawiącym  się  w  chowanego  z  naiwną  dziewczyną  i 

wyczekującym okazji, by pewnego dnia rzucić się na nią. 

Kiedy  powoli,  krok  za  krokiem,  wspinała  się  na  wzgórze,  nabierała  pewności,  że  jest 

zupełnie sama. Pozostała jej już tylko jedna jedyna nadzieja i... 

– Tak! – szepnęła do siebie. 

Rzeczywiście, ktoś był tu przed nią. 

Zdumiona  wpatrywała  się  w  wiadomość,  którą  sama  zostawiła.  Była  nietknięta,  ale 

znaków  przybyło.  Pod  jej  rebusem,  przedstawiającym  dwoje  ludzi  i  słońce,  ułożono  wiele 

nowych znaków. 

Juliana nie mogła jednak zrozumieć, co miały przedstawiać. 

Ze strachu, że mogłaby  coś zniszczyć, nie śmiała niczego dotknąć, przyglądała się im 

tylko ze wszystkich stron. Wreszcie jednak pojęła, czym były tajemnicze znaki: literami! 

– Och, nie! – jęknęła zgnębiona. 

Juliana nie znała ani jednej litery. 

Co miała począć? Kto mógł jej pomóc? 

Nagle odetchnęła głęboko i szeroko otworzyła oczy. Ole! 

Ole  zapytał  kiedyś  matkę,  co  oznacza  napis  na  jedynej  księdze,  jaka  była  w  domu, 

opasłym tomie odziedziczonym po rodzicach matki. „Nie wiem – odparła matka – ale może 

napisano tam «Biblia»?" 

Przez  wiele  dni  Ole  z  ogromnym  zainteresowaniem  studiował  te  litery.  „Tak  właśnie 

musi być – stwierdził w końcu. – Bo dwie z tych liter są takie same, a w słowie «Biblia» są 

też dwa takie same dźwięki. B.” 

background image

Z taką  wiedzą daleko jednak nie zaszedł.  Dopiero w dniu,  kiedy  ojciec,  który znał  na 

pamięć spore urywki Biblii, zdradził, że wie, jak się ona zaczyna, nieco rozjaśniło mu się w 

głowie. Pierwsze zdanie miało brzmieć: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”. 

Najpierw Olemu  wydało się to  wszystko  niesłychanie zagmatwane, sądził bowiem,  że 

napis  „Księgi  Mojżeszowe”  jest  właśnie  początkiem.  Po  długich  staraniach  pojął  wreszcie 

związek.  Rozpoznał  literę  I,  no  i  oczywiście  B,  stąd  „Bóg”...  Dalej  poszło  już  znacznie 

łatwiej. Przyjmując te kilka słów za punkt wyjścia, zdołał poskładać i dalszy ciąg. Niektóre 

słowa były bardzo trudne, nauczył się jednak czytać, niezbyt dobrze, ale wystarczyło. 

Juliana  nie  mogła  po  prostu  przepisać  wiadomości  pozostawionej  na  skale,  uważnie 

jednak przyglądała się każdemu znakowi tak długo, że aż wryły się jej w pamięć, a potem jak 

najprędzej  pobiegła  do  domu  i  zasypała  Olego  pytaniami.  Wyciągnęła  zza  pieca  wiązkę 

cienkich  patyczków  i  ułożyła  na  stole  wzór  możliwie  najdokładniej  odpowiadający  temu, 

który  zastała  na  kamieniu.  Linnea  i  Matti,  z zaciekawieniem  przepychający  się  jedno  przez 

drugie,  zostali  wyproszeni  od  stołu.  Pokazała  swą  pracę  tylko  Olemu,  no,  ale  on  przecież 

musiał to zobaczyć. 

– Gdzie ty to widziałaś? – zapytał Ole zaskoczony, kiedy siostra skończyła już układać 

swój wzór. 

– Nieważne! Powiedz mi tylko, co to znaczy! 

Chłopiec  wyprostował  jeden  z  patyczków,  który  najwyraźniej  musiał  się  ześlizgnąć  z 

kamienia. 

–  Hmm...  Tu  napisano...  Tych  kresek  nie  rozumiem.  Ale  napisano:  TAK  WSZYSCY 

ZASNĄ ZA III DNI. Czy te trzy patyczki mają znaczyć „trzy”? Czy ty coś z tego pojmujesz? 

Juliana  uczyniła  coś,  co  prawie  nigdy  nie  zdarzało  się  wśród  rodzeństwa:  zarzuciła 

Olemu ramiona na szyję i uścisnęła tak mocno, że z trudem mógł oddychać. 

–  Och,  przestańże  już,  przecież  nie  ma  za  co  dziękować!  Ale  powiedz  mi,  co  to  ma 

znaczyć? Gdzie to znalazłaś? 

– O, w żadnym szczególnym miejscu – Juliana starała się odpowiedzieć wymijająco. – 

Ole... naucz mnie czytać! 

– Czytać? Ciebie? No, mogę spróbować! 

Teraz  Juliana  zaczęła  zastanawiać  się  nad  sensem  przekazanej  jej  wiadomości.  Po 

długich  rozmyślaniach  doszła  do  wniosku,  że  nieznajomy  pragnie  zobaczyć  się  z  nią 

wieczorem,  kiedy  wszyscy  będą  spać.  Najwidoczniej  opuścił  słowo  „kiedy”,  pewnie  ze 

względu na to, że na głazie niewiele było miejsca. Jakie to proste! 

background image

Przez  dwa  następne  dni  chodziła  jakby  opromieniona  wewnętrznym  światłem. 

Zamęczała  Rebeckę  pytaniami,  jak  wygląda  i  czy  będzie  mogła  pożyczyć  chustę  matki?  A 

czy jej sukienka nie jest już okropnie, ale to okropnie zniszczona? 

Bracia i siostry niczego nie rozumieli, cieszyli się jednak, widząc Julianę w tak dobrym 

humorze. 

Jorulv miał swe własne troski. I on także zaczął odczuwać niepokój we krwi, podobnie 

jak Juliana. W głębi duszy przeczuwał, że musi gdzieś istnieć inny świat, wielki, wspaniały 

świat wspólnoty z drugim człowiekiem. Pragnienie poznania tej tajemnicy na razie jeszcze nie 

było w nim takie intensywne, zwłaszcza że martwiło go co innego. Ojca nie było już od wielu 

dni. Jorulv wiedział, że zejście w dolinę, którą płynie rzeka, może potrwać długo, ale żeby aż 

tak się przeciągało? Ojciec zdecydowanie powinien wrócić już do domu. 

A jeśli miał zamiar na zawsze pozostać w dolinie? 

Nie, takim egoistą nie okazałby się chyba nawet on. W dodatku ojciec był tak dumny ze 

swej  górskiej  zagrody,  należała  do  niego,  była  wszystkim,  co  miał  tu  na  ziemi.  Jego 

królestwo. 

Z pewnością nigdy nie wyrzeknie się go dobrowolnie. 

Właśnie dlatego Jorulv tak bardzo się niepokoił. 

Lato powinno minąć spokojnie, na razie całkiem nieźle radzili sobie sami. Życie w lesie, 

na takim  pustkowiu, wiele ich nauczyło.  Ale co  zrobią, jeśli  przyjdzie ciężka zima, jedna z 

tych, które naprawdę potrafiły dać się we znaki? 

Cała odpowiedzialność spocznie na barkach Jorulva, a chłopak czuł, że jeszcze do tego 

nie dojrzał. Podjęcie decyzji, które zwierzęta pozostawić przy życiu, a które zabić. Zimno i 

głód.  Brak  paszy.  Głód  taki,  że  aż  piszczało,  przeżyli  już  wcześniej,  i  nigdy  go  nie 

zapomnieli. 

Już teraz, choć słońce mocno grzało,  Jorulv  zadrżał  na myśl  o tym,  jak  bardzo ważne 

jest  odpowiednie  rozplanowanie  prac  na  polu  i  w  obejściu  w  lecie,  tak  by  mroźna,  śnieżna 

zima zbytnio im nie dokuczyła. Żeby chociaż tylko chata była bardziej szczelna! Pamiętał, jak 

nocą włosy dzieci przymarzały do ścian przy szparach, którymi sączyła się wilgoć... 

Czy powinien wyruszyć na poszukiwanie ojca? 

I zostawić rodzeństwo samo? Wszak nie znał drogi wiodącej w dolinę, gdzie najpewniej 

mieszkali inni ludzie. Mógł zabłądzić i nigdy nie odnaleźć powrotnej drogi do ich zagrody. 

Może to właśnie przydarzyło się ojcu? 

Jeszcze jedna myśl dręczyła Jorulva, nie dając mu spokojnie spać po nocach. Ścieżka, 

którą  odszedł  ojciec  była  jedną  z  tych,  po  których  żadnemu  z  dzieci  nigdy  nie  wolno  było 

background image

chodzić. Mogła to być drożyna podziemnego ludku, a on lubił płatać ludziom nieprzyjemne 

figle. Ojciec sam nie raz to powtarzał. 

Jorulv nie był już jednak taki tego pewien. Może ojciec pragnął po prostu przytrzymać 

dzieci  jak  najbliżej  zagrody?  Nie  chciał,  by  znalazły  drogę  do  zamieszkanych  okolic,  o 

których  matka  kilkakrotnie  wspominała?  Ona  także  nie  była  w  pełni  przekonana  o  ich 

istnieniu, ale słyszała o niebezpiecznych okolicach poza lasem. 

 

Upłynęły trzy dni. Juliana wyszorowała się do czysta, tak że bardziej się już nie dało, 

ubranie miała wyprane, choć sama musiała przyznać, że nie było ładne. Nosiła długą prostą 

sukienkę,  bez  żadnych  ozdób,  tylko  na  ramiona  zarzuciła  matczyną  chustę.  Świeżo  umyte, 

lśniące  włosy  rozczesała  tak,  że  były  gładkie  jak  jedwab.  Buty  pożyczyła  od  Rebecki  w 

zamian  za  gotowanie  dla  wszystkich  przez  cały  tydzień.  Siostra  nie  mogła  pojąć,  na  co 

Julianie  jej  buty,  ale  jeśli  to  dla  niej  takie  ważne,  zgodziła  się  na  korzystną,  bądź  co  bądź, 

zamianę. 

Wszyscy  ułożyli  się  już  do  snu.  Na  szczęście  Julianie  przypadało  miejsce  z  samego 

brzegu posłania, ale akurat tego wieczoru miała wrażenie, że noc upłynie, a rodzeństwo nie 

zapadnie  w  sen.  A  jeśli  nieznajomy  nie  będzie  mógł  czekać  tak  długo?  Jeśli  po  prostu 

odejdzie? 

No  tak,  zakłada,  że  musi  to  być  mężczyzna,  a  tymczasem  wcale  nie  wiadomo,  czy  to 

jakiś „on”, czy „ona”. Miała jednak gorącą nadzieję, że to on, wybawca Mattiego. To musi, 

musi, musi być tajemniczy opiekun najmłodszego braciszka, nie może być nikt inny! 

Nareszcie! Nareszcie wszyscy zasnęli! 

Juliana po cichutku wyślizgnęła się z łóżka i ubrała, chowając się za krosnami, by nikt 

jej przypadkiem nie usłyszał. Teraz drzwi... nie skrzypcie, tak bardzo proszę! 

Znalazła się na dworze, w świecie, który był jej najzupełniej obcy. 

Juliana  nie  spodziewała  się  nocnej  mgły.  Ciężko  pracujący  ludzie  zwykle  nocą  spali 

twardym  snem  sprawiedliwych  i  niewiele  wiedzieli  o  tym,  co  dzieje  się  w  przyrodzie  o  tej 

porze. Nieprzespane noce zdarzały się tylko wtedy, gdy na przykład cielić się miała krowa, 

ale wtedy zawsze ojciec albo matka byli z nimi. Teraz było zupełnie inaczej. 

Choć noce o tej porze roku powinny być jasne, nie widziała dalej niż do obory. Miała 

nadzieję, że mgła przerzedzi się trochę, kiedy wejdzie nieco głębiej w las. 

Wszystko  wydawało  się  jakby  zaczarowane!  Krzyk  nocnych  ptaków  niezwykłym 

dźwiękiem niósł się po wodzie w jeziorze, a kiedy przemykała się po łące, dostrzegła kątem 

background image

oka  sylwetki  jakichś  sporych  zwierząt.  Mogły  to  być  renifery,  przynajmniej  taką  miała 

nadzieję. One nie były groźne. 

W  wysokiej  trawie  buty,  na  domiar  złego  buty  Rebecki,  przemokły  od  rosy.  Kraj 

sukienki również aż poczerniał od wilgoci. Ostrożnie uniosła odrobinę spódnicę, tak bardzo 

chciała ładnie wyglądać tej nocy! 

Nieprzyjemnie  było  zagłębiać  się  w  las  o  tak  późnej  porze.  Mgła  jeszcze  bardziej 

zgęstniała i Juliana musiała dotykać dłońmi pni drzew, by przekonać się, czy są rzeczywiste. 

Na szczęście ona sama zdążyła w ostatnim czasie pozostawić na trawie tak wiele śladów, że 

wydeptała nawet wąziutką ścieżkę, która teraz prowadziła jej stopy. 

Ku  czemu  właściwie  zmierzam?  myślała  z  niepokojem.  Ku  marzeniu  o  kimś?  Ku 

marzeniu o tym, co nieosiągalne? 

Szła jednak na spotkanie i ani jej było w głowie zawrócić, choćby nawet serce miało jej 

wyskoczyć z piersi, a drżące nogi nie chciały dalej nieść. 

Dostrzegła pierwszą w tym roku niezapominajkę; bardzo ją to ucieszyło. Uznała, że to 

dobry  znak,  kochała  bowiem  tę  jasną  barwę  kwiatu  i  jego  czyste  linie.  Rzadko  je  jednak 

zrywała, wolała oglądać je tam, gdzie rosły. Najpiękniejsze były w naturze, to ich właściwe 

miejsce. 

Choć, musiała przyznać, nie znała nic piękniejszego od dużego bukietu niezapominajek 

w  ciemnym  wazonie  na  wyszorowanym  niemal  do  białości  stole.  Zwykle  Rebecka  dbała  o 

takie  szczegóły.  Juliana  była  zdania,  że  Rebecka  jest  jak  obcy  ptak  w  ich  rodzinie.  Umiała 

tworzyć tak wiele piękna wokół siebie, nie znosiła codziennych domowych zajęć... 

Juliana  drgnęła  i  powróciła  do  rzeczywistości.  Gdzie  się  właściwie  znalazła?  Czyżby 

zabłądziła, podczas gdy jej myśli krążyły własnym torem? 

Nie,  doszła  właśnie  do  swojej  dolinki.  Poznała  niski  kamień  wtopiony  w  dywanik 

kędzierzawego mchu. 

Mgła  nie  zalegała  tu  już  może  aż  tak  gęstą  zasłoną,  ale  nadal  przesłaniała  świat. 

Rozbawione  kłębki  mgły  wirowały  wokół  dziewczyny.  Gdyby  Juliana  nie  znała  tak  dobrze 

okolicy, mgła już dawno sprowadziłaby ją na manowce. Wydawało się, że z niej drwi, kusi i 

woła, chcąc zwieść na zaczarowane ścieżki. 

Julianę ogarnął nagle nastrój tak niezwykły, że musiała na chwilę przystanąć, poczuć, że 

pod stopami ma prawdziwą ziemię. Słyszała, jak wali jej serce. 

Kiedy wielka dłoń zakryła usta Juliany, dziewczyna podskoczyła do góry. Ktoś mocno 

przytrzymywał ją od tyłu. Gdyby nie ręka tłumiąca jej głos, Juliana wybuchnęłaby głośnym 

krzykiem. 

background image

– Ciiicho – szepnął jej ktoś prosto do ucha. – Puszczę cię, jeśli obiecasz, że nie będziesz 

krzyczeć ani nie uciekniesz. 

Juliana skinęła głową. Czuła, że ciało oblewa jej zimny pot, ale z całych sił starała się 

zachować spokój. 

Dłoń zniknęła. Dziewczyna odwróciła się powoli. 

Nie  było  powodu  do  krzyku,  ale  bezładną  plątaninę  uczuć,  jakie  nią  teraz  owładnęły, 

trudno  wprost  opisać.  Zdumienie.  Przerażenie.  I  rozczarowanie,  tak,  przede  wszystkim 

rozczarowanie. I... szacunek? 

Ukłoniła się głęboko. Matka nauczyła ją, że powinna się kłaniać wszystkim dorosłym, 

ale Juliana dopiero po raz pierwszy miała możliwość zastosowania się do tej nauki. 

– Leśny bożek? – szepnęła z czcią. 

Uśmiechnął się, ale nic na to nie powiedział. 

Czyżby to on pomógł wrócić Mattiemu do domu? 

Wszystkie  jej  tak  długo  pielęgnowane  marzenia  zniknęły  jak  rosa  pod  wpływem 

promieni słonecznych. 

Był  starszym  mężczyzną,  w  brodzie  i  długich  ciemnych  włosach  widać  było  pasma 

siwizny.  Nosił  ubranie  ze  skór  zwierząt,  starannie  pozszywanych  cieniutkimi  rzemieniami. 

Niesłychanie przystojny, ale, niestety, zdecydowanie za stary. 

– Chciałem cię zobaczyć – rzekł stłumionym głosem. – Sprawdzić, czy się nadajesz. 

Juliana  przeraziła  się.  Czy  się  nadaje?  Do  czego?  Przecież  ona  do  niczego  się  nie 

nadawała, ojciec nieustannie to powtarzał. Do niczego! 

–  Tak  –  powiedział  wysoki,  prosty  jak  strzała  mężczyzna.  –  W  twoich  oczach  widzę 

niewinność  i  ciepło.  Jesteś  naiwna,  ale  mądra.  Tak,  nadajesz  się.  –  Dłonią  wykonał  gest  w 

stronę pagórka. – Idź tam! 

W oka mgnieniu skrył się w lesie. 

Juliana  stała  i  zmieszana  patrzyła  za  nim.  Starała  się  zebrać  myśli,  ale  bezładnie 

wirowały jej w głowie. 

Odwróciła  się  i  niepewnie  zerknęła  na  wzgórze.  Po  co  miałaby  tam  iść?  Przecież 

wszystko się już skończyło, marzenie się rozwiało, jej uczucia i nadzieje okazały się płonne, 

śmieszne i bezsensowne. 

Nagle poczuła, że fala gorąca zalewa jej policzki. 

Ktoś stał tam na szczycie! Jakaś inna, szczuplejsza postać. Mężczyzna! Zaczął schodzić 

w dół, w jej stronę. 

Przez moment widziała go dość wyraźnie między dwiema smugami mgły. 

background image

Policzki  jej  płonęły.  To  był  wybawca  Mattiego,  nie  miała  co  do  tego  najmniejszej 

wątpliwości. 

Zaczęła iść mu na spotkanie. Miała wrażenie, że stopy same ją niosą, nie zważając na jej 

zawstydzenie i nieśmiałość. 

Stanął przed nią. Młody człowiek, tak piękny, że na jego widok łzy zakręciły jej się w 

oczach. 

Z  żalem  pomyślała  o  swym  nędznym  ubraniu  i  o  tym,  jak  bardzo  ona  sama  jest 

zwyczajna. 

Nie mogła oderwać od niego wzroku. 

Miał  włosy  czarne  jak  noc,  ciemnobrązowe  oczy  okolone  długimi,  gęstymi  rzęsami. 

Twarz  była  regularna,  o  szerokim  czole  i  mocno  zarysowanych  kościach  policzkowych.  I 

najważniejsze ze wszystkiego: wydawał się taki miły, taki dobry. 

Włosy miękkimi falami opadały mu na ramiona. Juliana nigdy jeszcze nie widziała tak 

pięknych włosów. 

Uśmiechnął się do niej, ale wyraz jego oczu świadczył o tym, że on także znajduje się 

na nieznanym i dość niepewnym gruncie. 

To  właśnie  wypełniło  ją  tak  bezgraniczną  czułością,  że  dwie  łzy  spłynęły  jej  po 

policzkach. 

Juliana bezpowrotnie oddała swe serce. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VI 

 

Cisza, jaka zapadła w pełnym mgły lesie, była przytłaczająca. 

To on zdecydował się przerwać kłopotliwe milczenie. 

– Jak masz na imię? – zapytał cicho. 

– Juliana – odparła, ale przy pierwszej próbie głos jej się załamał i musiała przedstawić 

się raz jeszcze. Ach, jakże się wstydziła! 

– Juliana! – powtórzył z uniesieniem. – Cóż za piękne imię! 

Czy naprawdę, naprawdę tak myślał?! Odchrząknęła kilkakrotnie, nim wreszcie zdobyła 

się na pytanie: 

– A ty? Jakie imię nosisz? 

Uśmiechnął się. 

– Nie mam imienia. Mój przybrany ojciec nazywa mnie po prostu Czarny. 

Julianie przyszło  na myśl,  że brzmi to  trochę tak jak  Zły lub  Kusy, ale na  głos,  rzecz 

jasna, tego nie powiedziała. Uśmiechnęła się tylko i rzekła: 

– To bardzo do ciebie pasuje. 

I znów zapadła ciężka cisza. 

– Chodź – odezwał się wreszcie Czarny. – Usiądziemy na naszym kamieniu! 

Na naszym kamieniu! Jak to pięknie zabrzmiało! 

Zaczęli piąć się pod górę. 

Moja sukienka jest trochę mokra – wyznała zakłopotana. – Ale tylko mokra, nie brudna. 

Co  ona  wygaduje!  Ale  on  jedynie  pokiwał  głową  i  powiedział,  że  wieczorem  trawa 

mokra jest od rosy. 

– Tak – odrzekła Juliana, wdzięczna za jego wyrozumiałość. 

Kiedy  doszli  do  kamienia,  Czarny  jednym  ruchem  ręki  zgarnął  resztki  zostawianych 

przez  nich  wiadomości  i  zdjął  kurtkę.  Nosił  pod  nią  białą  koszulę  z  dużym  kołnierzem  i 

szerokimi  rękawami.  W  ciemnościach  wydawała  się  wprost  oślepiająco  biała,  bielsza  niż 

jakiekolwiek do tej pory widziane przez Julianę płótno. Zdumiała się, że można osiągnąć aż 

taką biel. 

Głośno jednak powiedziała tylko: 

– Zmarzniesz! 

background image

– Nie, przywykłem chodzić w samej koszuli – odparł, rozścielając kurtkę na kamieniu, i 

gestem wskazał, by usiadła. Zawahała się przez moment, ale zrobiła jak prosił. A on usadowił 

się tuż obok niej. 

Znów  milczeli  i  znów  to  on  musiał  przerwać  ciszę.  Julianie  nic  rozsądnego  nie 

przychodziło do głowy. 

–  Myślałem,  że  nigdy  już  tu  nie  wrócisz  –  odezwał  się  niskim,  melodyjnym  głosem, 

który przenikał ją do głębi i przepełniał rozkosznym drżeniem. 

–  Przez  kilka  dni  nie  mogłam  wyrwać  się  z  domu...  Ale  znalazłam  twoje  kwiaty  i 

zasuszyłam je, żeby zachowały się jak najdłużej. To samo zrobiłam z pierwszym bukiecikiem, 

z dzwonkami. 

Jego twarz rozjaśniła się uśmiechem. 

I ja mam twoje konwalie. Mój przybrany ojciec mówił, że powinienem je wyrzucić, ale 

nie chciałem. Czy wiedziałaś, kim jestem? 

– Nie, miałam tylko nadzieję, że jesteś wybawcą Mattiego. Matti to mój mały braciszek, 

bardzo pięknie mówił o tobie. 

– Zawiodłaś się, gdy mnie ujrzałaś? 

– Ach, nie! Przeciwnie! 

Znów się wygłupiła. 

Przez cały czas starali się wzajemnie nie dotykać, ale teraz siedzieli już tak blisko siebie, 

że Juliana czuła ciepło bijące od jego ciała. Wywoływało to w niej przedziwny niepokój, aż 

wreszcie musiała odsunąć się od niego odrobinę, choć starała się uczynić to niepostrzeżenie. 

Niestety, on także momentalnie się przemieścił i Julianie zrobiło się bardzo przykro na 

myśl, że być może poczuł się urażony. Nie śmiała jednak przysunąć się na powrót bliżej. 

Nareszcie zdołała przejąć inicjatywę i podtrzymać rozmowę. Sama była sobą zdziwiona, 

że udało jej się zadać takie chytre pytanie: 

– Gdzie mieszkasz? 

Wskazał dłonią kierunek przeciwny do tego, w którym zniknął ojciec Juliany. 

– W następnej dolinie, niedaleko granicy z Norwegią. Byłem tam zresztą wiele razy z 

moim ojcem. 

– Z przybranym ojcem? 

– Tak. Jestem z nim spokrewniony. 

– Tak też sądziłam. Jesteście bardzo do siebie podobni. Tacy ciemni. 

– To prawda. 

– Matti twierdził, że powiedziałeś mu, jakoby twój ojciec nigdy cię nie widział? 

background image

– Bo to prawda. Chodziło mi o mego prawdziwego ojca. 

–  Rozumiem  –  odparła  Juliana,  choć,  szczerze  mówiąc,  nie  pojmowała  z  tego  nic.  – 

Daleko masz tutaj. 

Roześmiał się głośno i serdecznie. 

– Owszem, ale jeżdżę konno. Zostawiłem konia w pobliżu na pastwisku. Ojciec także 

tam czeka. 

– To znaczy, że niedługo powinieneś iść? 

– Obiecałem wrócić jak najprędzej. Muszę ci powiedzieć, Juliano, że nie będę mógł tu 

przyjść przez dość długi czas. Dlatego bardzo się cieszę, że mogłem się z tobą zobaczyć dziś 

wieczorem. 

Ach, tyle wrażeń wirowało jej w głowie, tyle uczuć nią miotało! I te wszystkie pytania, 

jakie chciała mu zadać! Na myśl, że długo nie będzie go widziała, płacz omal nie rozsadził jej 

piersi. 

Zrozumiał,  że  dziewczyna  nie  może  znaleźć  słów,  i  kiedy  się  podniósł,  zapytał 

uroczyście: 

– Czy zechcesz się jeszcze ze mną spotkać? 

– Tak – odparła stłumionym głosem i także wstała. 

– Nie chcę, byś musiała co dzień przychodzić aż tutaj, by sprawdzić, czy nie ma jakichś 

wiadomości  ode  mnie  –  powiedział  z  troską.  –  Nie  wiem,  jak  długo  mnie  nie  będzie,  ale 

zawieszę... co by tu wymyślić? Małą gałązkę jałowca przy drzwiach obory? Co ty na to? 

– Dobrze – wyszeptała bez tchu. – Postaram się każdego ranka wychodzić pierwsza, aby 

nikt przede mną jej nie zerwał, no, bo jak bym wtedy wiedziała, że już jesteś? 

– Mogę położyć gałązkę ha daszku nad drzwiami obory. Wtedy na pewno nie zniknie. 

– Tak, tak będzie lepiej. A... co ty masz zamiar... A może nie wolno ci o tym mówić? 

Zapatrzył  się  w  mroczną  dal  gdzieś  ponad  jej  głową.  Było  jasne,  że  nie  czeka  go  nic 

przyjemnego. Ach, tyle chciałaby się o nim dowiedzieć, ale najwidoczniej już nie miał czasu, 

a i ona nie chciała okazać się zbyt natrętna. 

– Mam wiele obowiązków – odparł wymijająco. 

– Czy to właśnie ty dbasz o cały las? 

– I tym także się zajmuję – zaśmiał się. – Ojciec wiele mnie nauczył. 

–  Czy  to  on  jest  Władcą  Lasu?  Tym,  którego  Finowie  nazywają  leśnym  bożkiem, 

Tapiola? 

Czarny śmiał się teraz w głos. 

background image

–  Nie,  ale  twierdzi,  że  widział  Władcę  Lasu.  Nie  wiem,  czy  to  prawda.  Juliano,  czy 

twojego ojca nie ma? 

– Nie ma. Powiedział, że ma zamiar iść w dolinę, by sprowadzić sobie nową kobietę, i 

jeszcze nie wrócił do domu. 

Czarny się zamyślił. 

–  Nigdy  nie  byłem  w  dolinie  –  powiedział  po  chwili.  –  Mój  przybrany  ojciec  mi  nie 

pozwala. Bardzo chciałbym wam pomóc, bo odnoszę wrażenie, że jesteście samotni. Ale nie 

będę miał ani chwili czasu, zanim... 

– Zanim nastanie jesień? – podpowiedziała. 

–  Nie,  nie  to  chciałem  powiedzieć.  Zanim  to  się  s k o ń c z y.  Ktoś,  kogo  znam,  jest 

bardzo chory. 

– Ach, a więc musisz być przy tej osobie! – zawołała wzburzona. 

– Tak, ona bardzo wiele znaczy dla mnie i dla mego przybranego ojca. 

Zeszli  już  w  dolinkę,  nieubłaganie  zbliżała  się  chwila  pożegnania.  Juliana  tak  bardzo 

pragnęła, by Czarny został z nią dłużej, ale nie odważyła się wypowiedzieć tego głośno. Co 

by sobie o niej pomyślał? 

–  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  mały  Matti  boi  się  swego  ojca?  –  po  chwili  wahania 

zapytał Czarny. 

Juliana odwróciła twarz. 

–  Tak.  Nie  chcę  o  nikim  mówić  nic  złego,  ale  właściwie  nigdy  nie  było  nam  tak 

wspaniale  jak  teraz,  kiedy  ojca  nie  ma.  To  znaczy  za  życia  matki  wszystko  układało  się 

dobrze. No... prawie wszystko – dodała po chwili. – Ojciec i dla niej nie był dobry. Biedna 

mama! Tak bardzo nam jej brakuje! 

Zaczęła mówić o czym innym, jakby próbując za wszelką cenę zatrzymać go bodaj na 

jedną jeszcze małą chwilę. 

–  Mój  najstarszy  brat,  Jorulv,  obawia  się  zimy,  ja  zresztą  też.  Ojciec  nie  jest  może 

najlepszym z ojców, ale świetnie sobie ze wszystkim umiał, to znaczy nadal umie, poradzić. 

– Oczywiście. Wasze małe gospodarstwo jest bardzo zadbane. Oglądałem je, co prawda, 

z daleka, ale... 

– Od dawna już nas obserwujesz? 

– Od jakiegoś czasu – odparł wymijająco, jakby co nieco zakłopotany. Prawie jakby... 

jakby...  Nie,  Juliana  nie  śmiała  żywić  takiej  nadziei,  ale  miała  wrażenie,  jak  gdyby  chciał 

powiedzieć, że zaczął się nimi interesować, odkąd ją ujrzał. 

background image

– Odprowadzę cię na skraj  lasu  – powiedział.  – Nie będziesz musiała sama błądzić w 

ciemnościach. Chodź! 

Dziewczynę  cieszył  każdy  ułamek  chwili,  jaki  mogła  spędzić  w  jego  towarzystwie. 

Teraz  pragnęła  tylko  jednego:  wymyślić  coś  takiego,  powiedzieć  coś,  co  zatrzymałoby  go 

jeszcze na trochę, co przedłużyłoby ich spotkanie o kilka drogocennych minut. 

Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. 

Rebecka  o  wiele  lepiej  by  sobie  z  tym  poradziła,  pomyślała  Juliana.  Bystra,  śmiała 

Rebecka,  niczego  nie  owijała  w  bawełnę,  zawsze  umiała  mówić  o  wszystkim  wprost. 

Szczęśliwie  jednak  to  nie  młodszej  siostrze  przypadło  w  udziale  wieczorne  tajemnicze 

spotkanie, ale jej, Julianie! 

Wprost trudno było uwierzyć w takie szczęście. 

Doszli  do  skraju  lasu,  zanim  Juliana  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  mądrego  czy 

głupiego. Tu Czarny się zatrzymał. 

– Muszę już iść – stwierdził zasmucony. – Ojciec czeka zbyt długo. – Uroczyście ujął ją 

za rękę. – Proszę, tylko mi nie zniknij – powiedział cicho, wzruszony. 

Juliana czuła, że łzy zakręciły jej się w oczach. 

– Och, nie, nie zniknę – obiecała. – Będę tutaj. 

Uśmiechnął się do niej ciepło i odszedł, jakby rozpływając się we mgle. 

„Tylko mi nie zniknij...” Jakie piękne słowa! 

Juliana  pospieszyła  przez  łąkę  do  domu.  Po  cichu  wemknęła  się  do  izby  i  zrzuciwszy 

przemoczone  ubranie,  wślizgnęła  się  do  łóżka.  Ostrożnie  ułożyła  się  pod  przykryciem, 

pochłonięta  rozpamiętywaniem  wrażeń,  jakich  dostarczył  jej  wieczór.  Tak,  będzie  na  niego 

czekać. Oczywiście, będzie czekać! 

 

Mijało lato, a na daszku nad drzwiami obory nie pojawiła się żadna gałązka jałowca. 

Jorulv  chodził  zdenerwowany  i  niepewny.  Coraz  częściej  można  go  było  dostrzec 

wpatrzonego w ścieżkę biegnącą wzdłuż jeziora. Jego niepokój zaraźliwie działał i na innych. 

Ulga, jaką odczuli z początku, zaraz po odejściu ojca, przerodziła się w głęboki lęk. 

Co się stało z ojcem? Dlaczego nie wracał? 

Jorulv powoli zaczął oswajać się z myślą, że być może będą musieli sami dawać sobie 

radę przez zimę. Dlatego też rozdzielił obowiązki  między wszystkie dzieci,  zatrudnił nawet 

Mattiego  i  małą  Linneę.  Matti  miał  już  sześć  lat,  a  Linnea  cztery,  i  mogli  pomóc  na  wiele 

sposobów. 

background image

Ole i Jorulv skosili każdy spłachetek łąki, jaki tylko udało im się znaleźć w okolicy, by 

zgromadzić jak najwięcej paszy dla zwierząt. Skrzętnie zebrali zboże z maleńkiego poletka i 

wszystkie warzywa z przydomowego ogródka. Dziewczęta każdą wolną chwilę spędzały przy 

krosnach, bo dzieci rosły, wydawało się, z dnia na dzień, darły i wyrastały ze wszystkiego co 

miały. Każda za mała część ubrania była natychmiast przerabiana na odzienie dla któregoś z 

młodszych, tak aby nic się nie zmarnowało. 

Dokładnie  załatali  wszystkie  dziury  w  zabudowaniach  gospodarczych,  naprawili,  co 

trzeba.  Z  doświadczenia  wiedzieli,  że  jeśli  przyjdą  ostre  mrozy,  będą  musieli  zabrać 

najmniejsze zwierzęta do domu, by nie zamarzły na śmierć. Pracy mieli tak dużo, że Jorulv 

wieczorami  siadywał  z  Juliana  i  wspólnie  planowali  rozkład  zajęć  na  następny  dzień.  Nie 

mogli opanować lęku, że o czymś zapomną, wiedzieli, że skutki niedopatrzenia mogą być po 

prostu katastrofalne. 

Liście na drzewach zaczęły żółknąć. Niedługo już miały opaść, a wówczas każdego dnia 

należało spodziewać się śniegu. 

– Być może nie poradzimy sobie ze wszystkim – stwierdził Jorulv pewnego wieczoru, 

kiedy  siedzieli  przy  stole.  Izbę  oświetlała  łojowa  świeca.  Właśnie  odkryli,  że  zapomnieli  o 

odlaniu  większej  liczby  świec.  Co  się  stanie,  jeśli  ich  nie  starczy?  –  Może  jednak  najlepiej 

będzie,  jeśli  opuścimy  gospodarstwo  i  spróbujemy  odnaleźć  ścieżkę,  którą  powędrował 

ojciec? Chyba powinniśmy przedostać się do ludzi? 

– Och, nie! – przerażona Juliana zaprotestowała tak gwałtownie, że Jorulv nie posiadał 

się  ze  zdumienia.  –  Nie,  ja...  my  nie  możemy  opuścić  zagrody.  A  jeśli  ojciec  wróci  i  nie 

zastanie nas tutaj? 

Nie chodziło jej wcale o ojca, ale przecież nie mogła się do tego przyznać. Nikomu nie 

zdradziła swojej tajemnicy. 

Nagły wybuch Juliany obudził Rebeckę. Młodsza siostra wstała z łóżka i  wraz z nimi 

usiadła przy stole. 

– Ale musimy jak najprędzej podjąć decyzję – stanowczo rzekł Jorulv. – Jeśli mamy się 

stąd wynieść, trzeba to zrobić, zanim spadnie śnieg. Inaczej nie zdołamy zabrać zwierząt. 

Juliana z rozpaczą potrząsnęła głowa, ale nie mogła wydusić z siebie tego, co tak bardzo 

chciała powiedzieć: że ona m u s i tu zostać. „Tylko mi nie zniknij”, tak przecież powiedział... 

Zniecierpliwiona Rebecka westchnęła. 

–  Och,  mój  Boże,  jak  bardzo  bym  chciała  się  stąd  wydostać!  Kocham  to  miejsce  tak 

samo jak i wy, ale czuję, że jeśli tu zostanę, to coś we mnie pęknie. 

– Pęknie? Nie rozumiem – powiedział Jorulv. 

background image

Rebecka wzruszyła ramionami. 

–  To  takie  trudne,  Jorulvie.  Sam  wiesz,  że  staram  się  wywiązać  z  obowiązków,  które 

mnie przypadają, ale tak naprawdę marne są tego efekty. Wszystko, czego się tknę, jest źle 

zrobione, nie tak porządnie i ładnie jak to, co robi Juliana. 

Juliana patrzyła na siostrę zdumiona. 

–  Ale  przecież  nikt  z  nas  nie  umie  robić  tak  pięknych  rzeczy,  jak  ty,  Rebecko!  To 

właśnie ty potrafisz tak zestawić kolory, że aż się serce raduje, to ty... 

–  Tak,  tak,  tak.  Umiem  robić  to,  co  nikomu  niepotrzebne.  Potrafię  ułożyć  kwiaty  w 

wazonie,  wycinać  z  drewna  figurki,  z  których  nie  ma  żadnego  pożytku.  Wiem,  jak 

chciałabym, by wyglądały moje ubrania, ale nigdy mi takie nie wyszły. I to wcale nie dlatego, 

że  nie  mam  odpowiedniego  materiału,  ale  ponieważ  nigdy  nie  udało  mi  się  jeszcze  uszyć 

choćby  jednego  prostego  szwu.  Nienawidzę  wykonywania  tych  samych  czynności  dzień  w 

dzień.  Chcę  robić  coś  nowego,  tworzyć  coś,  co  będzie  piękne,  co  sprawi  radość  oczom! 

Powszednie zajęcia są takie nudne! 

Brat i siostra wpatrywali się w nią wielkimi, szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. 

Żadne z nich nie wiedziało nic o zdolnościach twórczych czy o duszy artysty. Owszem, mieli 

świadomość, że Rebecka nie lubi swych codziennych obowiązków i prawdę powiedziawszy, 

nie umie ich właściwie wykonać. Natomiast ozdobić ciasto czy pięknie nakryć do stołu – o, 

tak, nikt nie umiał zrobić tego lepiej niż ona. 

Rebecka znów westchnęła. 

– A, zapomnijcie o tym, to  nie jest takie istotne. Bardziej przejmuję się tobą, Juliano, 

zastanawiam się, co się z tobą dzieje. Raz jesteś rozradowana, wprost bije od ciebie szczęście, 

to znów płaczesz przez cały dzień. Co ci jest? 

Juliana uśmiechnęła się niepewnie. 

– Bardzo trudno mi to wyjaśnić. Wiem jedynie, że ja muszę tu zostać bez względu na to, 

co postanowicie. 

– Nie możesz przecież zostać sama! – zaprotestował Jorulv. 

Juliana  odwróciła  twarz,  by  ukryć  łzy.  Rebecka  zrozumiała,  że  należy  rozmowę 

skierować na inny temat, wskazała więc palcem kilka znaczków, narysowanych węgielkiem 

na brzegu stołu. 

– Czy to twoje dzieło, Juliano? 

Siostra rozjaśniła się w jednej chwili. 

– Tak, Ole mnie nauczył. Tu jest napisane „JULIANA”, a tu „OLE”. 

background image

– Wspaniale! – wykrzyknęła Rebecka, której zaimponowała nowa umiejętność siostry. – 

A gdzie „Rebecka”? 

– Na razie jeszcze nigdzie, ale jeśli chcesz, jutro napiszę. 

– Tak! I wiesz co? Myślę, że poproszę Olego, by i mnie nauczył pisać. 

– I mnie także – oznajmił Jorulv. – Świetnie ci to wyszło, Juliano. A co jest napisane 

tutaj, pod twoim imieniem? 

– „CZARNY” – odparła Juliana, rumieniąc się. 

– Czarny? A co to znaczy? Dlaczego to napisałaś? – zapytała Rebecka. 

– To nic nie znaczy, nic w ogóle, to... To tylko słowo, które akurat wpadło mi do głowy, 

kiedy rozmawiałam z Olem. 

Rebecka nadal miała na twarzy zdumienie, ale nie drążyła tematu. 

– Ole powinien się uczyć – stwierdziła tylko. – On jest taki mądry, tak dużo wie. 

– Tak – odparł Jorulv zamyślony. – Teraz, kiedy wiemy na pewno, że są ludzie... Bo tak 

powiedział ojciec! Tak wynikało z jego słów! 

– Ach, oczywiście, że są jeszcze inni ludzie! – wykrzyknęła Juliana. 

Popatrzyli na nią oszołomieni, dziewczynka nerwowo zaczęła skubać węgielek, którego 

używała do pisania. 

Jorulv wyjrzał przez okno. 

–  Zobaczcie,  jak  ciemno  jest  na  dworze!  I  wieczór  zapada  z  każdym  dniem  coraz 

wcześniej. Niedługo powinniśmy wyruszyć. Śmiertelnie boję się zimy. – Wyprostował się. – 

Ale poczekajmy jeszcze trochę, może ojciec jednak wróci. 

Juliana odetchnęła z ulgą. 

 

W miasteczku młodziutka panna Lisen sprawiała coraz więcej kłopotów. 

Nie  przestawała  wypytywać,  chciała  wiedzieć  wszystko,  absolutnie  wszystko  o  lesie, 

którego tajemnicze, mroczne królestwo rozciągało się za miasteczkiem. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ VII 

 

W małym przytartacznym miasteczku życie toczyło się zwykłą koleją, w każdym razie 

dla większości mieszkańców. Z bystrą i niezależną Lisen von Adelkalk było inaczej. 

Bardzo  się  zmieniła  ostatnio.  Snobizm  ojca  wyraźnym  piętnem  odcisnął  się  na  jej 

dzieciństwie, temu nie dało się zaprzeczyć. Choć Lisen nie znosiła ojca, snobizm wyssała z 

mlekiem  matki,  mieszkała  wszak  w  najokazalszym  domu  w  całym  mieście,  przyjaciół 

dobierano  jej  odpowiednio  do  statusu  i  majątku  rodziców,  wpojono  w  nią,  że  ludzie  niżej 

urodzeni nie mają żadnego znaczenia. Istnieją tylko po to, by łatwiej było żyć tym lepszym, 

mają  świadczyć  niezbędne  usługi  i  wykonywać  ciężkie  prace,  mówiło  się  do  nich,  nie 

rozmawiało z nimi. Podobne nastawienie panowało w kręgu jej znajomych, żadnego innego 

nie znała. 

Z  czasem  jednak,  kiedy  zaczął  w  niej  narastać  coraz  silniejszy  bunt  przeciw  ojcu, 

podważała  i  negowała  jego  opinie,  wielokrotnie  czyniła  próby  wyrwania  się  spod  jego 

wpływu. 

Po  rozmowie  ze  szwaczką  Elin  życie  nagle  nabrało  dla  Lisen  innych  wymiarów. 

Złamała wszelkie nakazy ojca i rozmawiała z kim tylko jej się podobało. 

Niczym uparta pszczoła w poszukiwaniu nektaru krążyła wokół wszystkich, którzy, jak 

podejrzewała, mogli wiedzieć coś o lesie. Wypytywała i nauczyciela, i starych pracowników 

tartacznych.  U  leśniczego  przestudiowała  mapy,  ale  nic  z  nich  nie  mogła  zrozumieć,  takie 

były  nieprecyzyjne.  Czytała  o  zwierzętach,  zamieszkujących  bory  po  tej  stronie  gór, 

rozpytywała  o  sąsiednie  miasteczka  i  wioski.  Wszystkich,  do  których  udało  jej  się  dotrzeć, 

zasypywała gradem pytań. 

Do matki jednak na razie jeszcze się nie zwróciła. Wolała poczekać. 

Najpierw chciała wybadać wszystko na własną rękę. 

Matka stała się zbolałym, cichym stworzeniem, całkowicie pozostającym pod władczą 

kuratelą  ojca.  Nie  śmiała  niczego  uczynić  ani  powiedzieć,  nie  zapytawszy  go  najpierw  o 

zgodę. Lisen zrozumiała, że z rozmowy z matką na razie i tak nic by jej nie przyszło. Dopóki 

nie wiedziała nic pewnego, nie mogła wyłożyć żadnej karty na stół, powracanie do smutnych 

wydarzeń z odległej przeszłości byłoby jedynie niepotrzebnym sypaniem soli na jątrzące się 

rany. 

background image

Ze słów Elin wynikało, że matka i tak nic nie wie, nic poza tym, co Elin opowiedziała 

dziewczynce: że jej pierworodnego syna wziął pod opiekę tajemniczy mężczyzna z lasu. 

Za  każdym  razem,  gdy  Lisen  myślała  o  apatycznym  zachowaniu  matki,  ogarniało  ją 

oburzenie. Gdyby ta sprawa dotyczyła jej samej, już dawno poruszyłaby niebo i ziemię, by się 

dowiedzieć,  co  się  stało  z  zaginionym  dzieckiem.  Nigdy  nie  zaznałaby  spokoju  i  nie 

zadowoliła  się  niejasnym  zapewnieniem,  że  odzyska  utracone  dziecko,  kiedy  jej  męża  nie 

będzie wśród żywych. 

Matka Elin,  akuszerka,  osiągnęła już sędziwy  wiek, ale umysł nadal zachowała jasny. 

Lisen  odwiedziła  także  ją,  chcąc  poznać  więcej  szczegółów  o  narodzinach  brata,  ale  i  od 

staruszki nie dowiedziała się niczego nowego. 

Tego  lata  Lisen  często  przychodziła  w  gościnę  do  Elin.  Dom  szwaczki  stał  się  dla 

dziewczynki zbawczym schronieniem, kiedy wyniosłe zachowanie ojca zbyt już ją drażniło. 

Wiele  razy  spotkała  tu  syna  Elin.  Benjamin,  bo  takie  nosił  imię,  był  miłym,  nieśmiałym 

chłopcem mniej więcej w jej wieku. Od najwcześniejszego dzieciństwa doświadczał ludzkiej 

pogardy, wyśmiewany przez plotkarki z miasteczka i niedobre dzieci, które miały ojców. On 

przecież ojca nie miał. Okazał się na tyle bezczelny, by przyjść na świat jako bękart, i za to 

należało go ukarać. 

Potem jednak panna Lisen ze dworu zaczęła z nim rozmawiać. Tak, zdarzało się nawet, 

że szła ulicą, zatopiona w rozmowie z nim. Jego życie nagle się zmieniło. Z początku drwiono 

z  niego  niemiłosiernie,  że  pokazuje  się  razem  z  dworską  panienką,  ale  kiedy  Lisen 

przypadkowo  była  świadkiem  jednego  z  takich  epizodów,  szyderstwa  szybko  ustały.  Lisen 

potrafiła  błyskawicznie  wypowiedzieć  słowa,  które  całkowicie  zgnębiły  dręczyciela 

Benjamina, miała w sobie wrodzony autorytet, umiała budzić respekt. Była to chyba jedyna 

pozytywna cecha, jaką odziedziczyła po ojcu i, doprawdy, umiała ją wykorzystać. 

Benjamin  dobrze  znał  las.  Wielokrotnie  krył  się  w  nim,  uciekając  przed  złośliwymi 

uwagami innych dzieci i w samotności wypłakując łzy upokorzenia. Teraz zabierał tam Lisen, 

która  chciała  poznać  wszystkie  tajemnice  lasu.  Raz  nawet  zdołała  namówić  Elin,  by 

przyłączyła  się  do  nich  i  opisała  jej  dokładnie,  co  wydarzyło  się  tutaj  przed  dwudziestoma 

laty. 

Elin  pokazała  dziewczynie,  w  którym  miejscu  ukryła  się  przed  żołnierzami  i  gdzie 

potem  ujrzała  postać,  jak  jej  się  wydawało,  Władcy  Lasu,  rysującą  się  na  tle  wieczornego 

nieba. Wyciągnął do niej ręce, by zabrać dziecko, zaginionego starszego brata Lisen... 

Ale co wydarzyło się później? Dokąd poszedł ów człowiek? 

background image

Elin potrafiła jedynie wskazać ogólnie kierunek, była zdania, że zagłębił się w las. Nie 

mógł jednak odejść daleko, musiał gdzieś zostawić dziecko, bo przecież wrócił, by jej pomóc. 

Okazało się jednak, że było już za późno, tragedia stała się faktem. A potem... uśmiercił tych 

trzech żołnierzy. 

–  Kim  innym  powinien  był  się  zająć  –  mruknęła  Lisen  z  goryczą.  –  Ale,  Elin,  czy 

Benjamin to tragedia? 

Na twarzy Elin, kiedy na nowo przeżywała koszmar sprzed lat, malowała się udręka i 

ból. Ale na dźwięk słów dziewczynki rysy jej złagodniały w czułym uśmiechu. 

– Nie, Benjaminie, ty nigdy nie byłeś moją tragedią, jesteś radością mego życia. 

Zakłopotany  syn  się  zapłonił.  Był  tak  nieśmiały  i  niepewny  siebie,  jak  może  stać  się 

chłopiec, który przez całe życie doświadcza ludzkiej pogardy i upokorzeń. 

Lisen zapatrzyła się w las. 

– Ciekawa jestem, co się tu kryje – powiedziała cicho. 

– Drzewa – naiwnie odparł Benjamin. 

– Tak, oczywiście masz rację. Ale co jest wśród drzew? 

Podniosła wzrok i wpatrywała się w czubki strzelistych świerków, ale zaraz zakręciło jej 

się w głowie i prędko musiała spojrzeć w dół. 

Elin przygryzła wargi. 

– Bardzo niepokoję się o dzieci – powiedziała wreszcie. 

– Mówiłaś już o nich, o sierotach... – W głosie Lisen zadźwięczała nadzieja. – Może one 

coś wiedzą? 

Elin jej nie słuchała. 

– Jest już jesień. Niedługo nadejdzie zima. 

– Elin, Benjaminie, słuchajcie! – mówiła Lisen z zapałem. – Może spróbujemy odnaleźć 

ich  zagrodę?  Tym  samym  jednocześnie  załatwimy  dwie  sprawy!  Pomożemy  dzieciom  i  od 

razu  zapytamy  je  o  Władcę  Lasu,  może  akurat  coś  o  nim  wiedzą?  I  o  niemowlęciu,  które 

zaginęło dwadzieścia lat temu? 

Popatrzyli na nią z powątpiewaniem. 

– Mam akurat tak dużo zamówień – powiedziała Elin niepewnie. 

– To na pewno daleko – sprzeciwił się Benjamin. – I nie wiemy nawet, gdzie ich szukać. 

Możemy zabłądzić. A w lesie są drapieżniki. 

Lisen jednak nie pozwoliła zbić się z tropu. 

– W tartaku nie mogą już znieść mojego widoku, tak długo zadręczam  ich pytaniami. 

Ale  znalazł  się  wśród  nich  jeden  drwal,  który  słyszał  o  jakiejś  małej  zagrodzie  położonej 

background image

całkiem na odludziu, oddalonej stąd o jakieś dwa dni marszu. Nigdy tam nie był i nie wie, czy 

nadal  żyją  w  niej  ludzie,  ale  w  każdym  razie  kiedyś  tam  mieszkali.  Potrafi  mniej  więcej 

wskazać kierunek,  gdzie leży chata. Możemy poprosić, by nas tam zaprowadził.  Pójdziemy 

zapytać od razu! 

– A jeśli opuścił już miasteczko? – oponowała Elin. Nie mogła pozbyć się strachu przed 

uczynieniem  czegoś  tak  niekonwencjonalnego,  a  jednocześnie  bardzo  chciała  pomóc 

samotnym dzieciom. Myśl o ich niepewnym losie dręczyła ją we dnie i w nocy od chwili, gdy 

usłyszała o śmierci ojca. 

Stanęło, rzecz jasna, na tym, że poddali się Lisen. 

Drwala nie było w tartaku, ale znaleźli go w domu, w małej, nędznej chatynce zaraz za 

miastem. 

Nie, nie zgodził się na wyruszenie w las przez pustkowia, czuł się zmęczony, a i wiek 

porządnie  mu  już  ciążył.  Ale  znał  myśliwego,  polującego  na  niedźwiedzie,  który  obeznany 

jest z lasem jeszcze lepiej niż on. Choć on pewnie wyruszył na polowanie, niełatwo będzie go 

odszukać... 

To  i  lepiej,  pomyślała  Lisen,  bo  nie  miała  ochoty,  by  myśliwy  towarzyszył  im  w 

wyprawie.  Nie  lubiła  myśliwych.  „Myśliwy  to  człowiek,  który  lubi  patrzeć,  jak  umierają 

żywe  stworzenia”  –  powiedziała  kiedyś  ojcu.  Wpadł  oczywiście  w  gniew  i  za  bezczelność 

wymierzył jej siarczysty policzek, aż się zatoczyła. Sam lubił polować... 

Lisen popatrzyła na dwoje swych „sprzymierzonych” i zaśmiała się z rezygnacją. 

– My troje nie mamy czego szukać w leśnych ostępach. Ktoś jeszcze musi iść z nami, 

inaczej całą sprawę z góry można uważać za przegraną. Myślę jednak, że najpierw powinnam 

zebrać się w sobie i porozmawiać wreszcie z matką. 

– Czy dobrze to przemyślałaś? – ostrożnie zapytała Elin. 

–  Ona  nie  może  przez  całe  życie  chować  głowy  w  piasek  –  oświadczyła  Lisen.  –  Ma 

zobowiązania chyba nie tylko wobec tego potwora, który jest jej mężem? 

–  Moim  zdaniem  panna  Lisen  powinna  wyrażać  się  z  większym  szacunkiem  o 

właścicielu  dworu  –  surowo  upomniała  ją  Elin,  ale  Benjamin  musiał  odwrócić  głowę,  by 

ukryć uśmiech. 

–  Ciekawe,  co  byś  powiedziała,  gdybyś  usłyszała  moje  myśli  –  mruknęła  Lisen.  – 

Rodzice nie mogą po prostu żądać, by dzieci ich kochały. Muszą jeszcze na to zasłużyć! 

Rebecka i Lisen wiele miałyby sobie do powiedzenia, gdyby się spotkały. 

background image

Ustalili,  że  wyruszą  za  cztery  dni.  Elin  zdąży  wykończyć  najpilniejsze  zamówienia,  a 

Lisen  będzie  miała  dość  czasu,  by  namówić  kogoś,  by  ich  eskortował,  jakiegoś  silnego 

mężczyznę znającego las. 

Najpierw jednak postanowiła porozmawiać z matką. 

 

Na schodach prowadzących na piętro Lisen spotkała swego młodszego brata Hannibala. 

To ojciec nalegał, by syn nosił dumne imię bohatera wojennego, ale Lisen zawsze uważała, że 

powinni wybrać coś mniej pretensjonalnego. 

Mój Boże, jaki śmieszny jest ten chłopak, myślała. Już chodzi dumny i napuszony jak 

oficer, choć taki z niego kurczak, gołowąs jeszcze! 

Z wyglądu Lisen i Hannibal byli do siebie bardzo podobni, mieli ładne, regularne rysy i 

wyjątkowo ciemne rzęsy. Naturą jednak różnili się jak dzień i noc. 

Hannibal na widok siostry przystanął. 

– Cóż to ja o tobie słyszę? 

–  Czy  mogę  prosić  cię,  byś  przestał  małpować  ojca?  Co  takiego  strasznego  słyszałeś, 

smarkaczu? 

–  Nie  mów  do  mnie  takim  tonem  –  odparł  zimno.  –  Pewnego  dnia  jeszcze  tego 

pożałujesz. 

–  Masz  zamiar  mnie  stąd  wyrzucić?  Nie  zdążysz,  Durnybalu,  nie  zamyślam  skończyć 

jako mumia schowana w tym grobie. 

– Mam na imię Hannibal, nie Durnybal! Nie wolno ci tak mnie przezywać! – Hannibal 

akurat przechodził mutację i zakończył zdanie falsetem. – Mogę cię wydziedziczyć! 

– Hurra! – wykrzyknęła Lisen. – Dalej, szczeniaku, zabieraj się do tego! 

– Nie będę tolerować... – zaczął wyniośle, ale głos znów odmówił mu posłuszeństwa i 

chłopiec  tylko  groźnie  popatrzył  na  siostrę.  –  Podobno  pokazujesz  się  w  miasteczku  z  tym 

bękartem Benjaminem. Czy już kompletnie oszalałaś? Masz zamiar okryć hańbą  dobre imię 

naszej rodziny? 

–  To  zdołaliście  osiągnąć  już  dawno,  twój  podły  ojciec  rotmistrz  i  ty,  rozpieszczony 

głupku, Durnybalu – gniewnie odparła Lisen. – Ludzie naśmiewają się z was, nie ze mnie. A 

poza tym rozmawiam z tym, z kim chcę. Elin i jej syn to porządni, uczciwi ludzie. Nie ma 

powodu, by się ich wstydzić. A teraz zejdź mi z drogi, bo inaczej cię przewrócę! 

Uśmiechnęła się kpiąco i pobiegła dalej po schodach. Dobrze wiedziała, że zachowuje 

się paskudnie i  w  głębi  duszy żal  jej było  brata, ale ktoś przecież musiał  sprowadzić  go na 

ziemię, zanim ojciec zdąży całkiem go zepsuć! 

background image

– Powiem o wszystkim ojcu! 

– Bardzo proszę! Może nareszcie dostrzeże, że ma także córki. 

Christine  von  Adelkalk  jak  zwykle  stała  przy  oknie  i  wyglądała  na  świat.  Drgnęła 

przestraszona, kiedy weszła Lisen, widać było wyraźnie, że znów płakała. 

– Tak, mamo, właśnie o tym chcę z tobą mówić – oznajmiła Lisen. Postanowiła od razu 

przystąpić do rzeczy. 

Christine ze zdumieniem popatrzyła na najmłodszą córkę. 

– Chcesz ze mną rozmawiać o swej siostrze Margrethe? Ale skąd możesz wiedzieć... 

Lisen ugryzła się w język. 

– Margrethe? A co z nią? 

–  I  ja  się  nad  tym  zastanawiam.  Tak  bardzo  się  cieszyłam,  że  mój  pierwszy  wnuk 

przyjdzie na świat, a to się tak przeciąga! Czy myślisz, że mogło się stać coś złego? 

–  Może  to  po  prostu  bardzo  niezdecydowane  dziecko,  nie  ma  śmiałości  wyjrzeć  na 

świat.  Ale  zobaczysz,  kiedy  będzie  mu  za  ciasno,  na  pewno  się  pokaże.  Ale  nie  o  tym 

chciałam  z tobą mówić, choć o czymś  równie ważnym.  Mamo... dlaczego nigdy nic mi nie 

powiedziałaś o moim najstarszym bracie? 

Christine oszołomiona wpatrywała się w swą nieokiełznaną córkę. Twarz jej najpierw 

spłonęła rumieńcem, a zaraz potem pobladła jak kreda. 

– Rozmawiałam z Elin – spokojnie wyjaśniła Lisen. – Ona, jej syn Benjamin i ja mamy 

zamiar wyprawić się na poszukiwanie mego zaginionego brata. 

Matka bez sił opadła na najbliższe krzesło. Widać było, że oddycha z trudem. 

– Ach, nie, nie możecie! Co powie na to twój ojciec? 

–  Czy  tchórzostwo  zawsze  musi  wygrywać  z  twoim  smutkiem?  –  ostrym  głosem 

zapytała Lisen. 

– O co ci chodzi? 

– Przepraszam, być może źle się wyraziłam. Czy wolisz przez całe życie zamartwiać się 

dlatego, że jesteś zbyt tchórzliwa, by dowiedzieć się, co się stało z dzieckiem? Tak, wiem, że 

się  martwisz,  wiem,  jak  bardzo  boli  cię  ta  strata.  Zorientowałam  się  już  dawno,  tylko  nie 

mogłam zrozumieć, co jest tego powodem. 

Christine wybuchnęła płaczem, Lisen padła na kolana przy matce. 

– Już dobrze, mamo, nie płacz już, zobaczysz, jakoś sobie z tym poradzimy. 

Matka leciutko uścisnęła dłoń córki. 

–  Nie  mogłam  postąpić  inaczej,  nie  mogłam!  Ale  potem  tak  bardzo  tego  żałowałam... 

Tak,  Lisen,  jeśli  tylko  możesz,  to  zrób  coś!  Dowiedz  się,  co  się  stało  z  moim  synkiem! 

background image

Przywykłam już do myśli, że najpewniej od dawna nie żyje, ale gdybym tylko mogła zapłakać 

nad jego grobem... 

– Nie wolno dzielić skóry na niedźwiedziu przed zachodem słońca – odparła rezolutnie 

Lisen, której często mieszały się przysłowia. – Ale potrzebna mi twoja pomoc, mamo. 

– Co takiego? Zrobię wszystko, co tylko będę mogła. 

Lisen wyjaśniła, że ich wyprawa nie będzie wcale niedzielną majówką. Opowiedziała o 

sześciorgu  dzieciach,  mieszkających  gdzieś  w  lesie  na  pustkowiu,  których  los  tak  bardzo 

niepokoi Elin, że pragnie je odszukać i dowiedzieć się, jak sobie radzą. 

– Tak wiele samotnych dzieci – szepnęła Christine. 

–  Owszem  –  rzekła  Lisen  z  goryczą,  bo  zrozumiała  tę  wypowiedź  bardziej  ogólnie. 

Pomyśleć  tylko,  co  przeżyć  musiał  Benjamin  i  sama  Lisen,  i  jej  siostry.  Siostry  były  już 

zamężne,  każda  poślubiła  oficera,  jakżeby  inaczej.  Ale  Lisen  była  zadowolona  ze  swych 

szwagrów, darzyła sympatią zwłaszcza męża Margrethe, miłego, porządnego młodzieńca. 

O, tak, gdy się baczniej rozejrzeć dokoła, na świecie jest wiele samotnych dzieci! 

Lisen wzięła się w garść i zaczęła perorować z ożywieniem: 

– My troje jesteśmy słabi i bezradni, a mamy zamiar zapuścić się w otchłanie lasu. Czy 

znasz kogoś, kto mógłby wskazać nam drogę? Jakiegoś silnego, godnego zaufania człowieka, 

obeznanego z lasem. 

– Przecież ja nikogo nie znam... – zaczęła matka oszołomiona. 

– Nie chcemy kogoś, kto zjada młode dziewczęta na śniadanie. 

– Ależ, Lisen! 

–  Och,  dobrze  już.  Zapomnij  o  moim  pytaniu.  Powinnam  była  pamiętać,  że  masz 

kontakt jedynie z salonowymi lwami. 

– Lisen, doprawdy, jak ty się wyrażasz! Ale mogę wam dać pieniądze. 

– Pieniądze – westchnęła Lisen. – Na co nam pieniądze w lesie? 

– Chociaż... poczekaj chwilę – matka zamyśliła się. – Mój ojciec miał mapę okolicznych 

lasów,  sam  ją  narysował,  dużo  jeździł  po  tym  dystrykcie.  Ale  twój  ojciec  nigdy  nie 

interesował się jego dziełem, polegał jedynie na oficjalnych wydaniach. 

Christine odnalazła starą, ale bardzo dobrze zachowaną mapę. Narysowano ją z godną 

podziwu dokładnością. Przyglądały jej się wspólnie. 

–  To  naprawdę  fantastyczne!  –  wykrzyknęła  Lisen.  –  Zobacz  tutaj!  Widzisz  te  dwa 

punkciki  na  górze,  niedaleko  rzeki?  To  na  pewno  właśnie  ta  zagroda!  Kiedyś  musiały  być 

dwie,  ale  teraz  tylko  jedna  jest  zamieszkana.  Jeśli  ktoś  w  ogóle  nadal  tam  mieszka  – 

dokończyła ze smutkiem. 

background image

– Cóż za wielkie obszary – westchnęła matka. – Jak można żyć na takim odludziu? Czy 

naprawdę macie zamiar wyprawić się aż tak daleko? 

–  Nie  ma  innego  wyjścia,  mamo.  Sześcioro  dzieci,  pozostawionych  samym  sobie.  I 

jeszcze siódme, o którym nic nam nie wiadomo: mój brat. 

–  Niech  Bóg  błogosławi  waszą  wyprawę,  moje  dziecko  –  powiedziała  Christine 

wzruszona. 

 

Lisen w ostatniej chwili znalazła człowieka, który mógł im towarzyszyć. Pogodziła się 

już z myślą, że będą musieli wyruszyć sami, kiedy nieoczekiwanie w parku natknęła się na 

obu swych szwagrów. Patrik i Lars powitali ją z radością i zaprosili na lemoniadę do małej 

parkowej  cukierni.  Dzień  był  piękny,  jakby  lato  po  raz  ostatni  próbowało  wziąć  górę  nad 

smutkiem jesieni. Słońce świeciło, ale liście połyskiwały złotem i czerwienią, a osy łakomie 

krążyły nad słodkim napojem i ciastkami. 

Matka Lisen nie mogła służyć dziewczynce zbyt wielką pomocą, ale młodzi oficerowie, 

kto wie? Lisen postanowiła zdradzić im rodzinną tajemnicę. 

Szwagrowie z zainteresowaniem słuchali opowieści młodziutkiej powinowatej. 

–  Wcale  mnie  to  nie  dziwi  –  mruknął  Lars,  kiedy  Lisen  opisała  strach  matki  przed 

gniewem ojca wtedy, gdy narodził się chłopiec. 

– Właśnie ze względu na dziecko postanowiły je ukryć – podkreśliła Lisen. – Zająć się 

nim miała akuszerka, lecz, niestety, chłopczyk przepadł bez wieści. 

Kiedy  Lisen  skończyła  snuć  swą  opowieść,  przez  chwilę  siedzieli  w  milczeniu 

rozmyślając o tym, czego się dowiedzieli. 

–  Oczywiście,  możemy  ci  pomóc,  Lisen  –  oświadczył  wreszcie  Lars.  –  Osobiście  nie 

mogę nic zrobić, bo Margrethe już w każdej chwili może urodzić. Rozumiesz, mam nadzieję, 

że nie chciałbym jej opuszczać akurat teraz. Ale znam pewnego dobrego człowieka, to jeden z 

moich żołnierzy. 

Drugi szwagier, Patrik, włączył się do rozmowy: 

–  Ja  mogę  pójść  z  tobą,  Lisen,  wezmę  parę  dni  urlopu.  Wiem,  kogo  masz  na  myśli, 

Larsie,  i  jego  także  zabierzemy  ze  sobą.  My  dwaj  zatroszczymy  się  o  broń,  tak,  tak,  broń 

także musimy zabrać, bo, jak sama powiedziałaś, to nie majówka. Zajmiemy się wszystkim. 

Spotkamy się z tobą, Elin, i z tym żołnierzem na rynku jutro rano o siódmej. Tylko ubierzcie 

się rozsądnie, pamiętajcie, że może padać. Czy jesteś zadowolona? 

– Och, chyba nie może być lepiej! – odparła uszczęśliwiona Lisen. 

 

background image
background image

 

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

W  górach  zima  nadeszła  wcześnie.  Pewnego  ranka  Linnea  wyjrzała  na  świat  i 

zobaczyła, że ziemię pokrył szron. 

– Hurra! – zawołała uradowana. – Matti, idziemy się bawić! 

Czworo starszych wcale się jednak nie cieszyło. Jorulv z troską popatrzył na Julianę. 

–  Twoje  prośby  już  na  nic  się  nie  zdadzą  –  oświadczył.  –  Musimy  wyruszyć  stąd  jak 

najprędzej! 

–  Ależ,  Jorulvie,  dlaczego  nie  mielibyśmy  poradzić  sobie  jakoś  i  przetrwać  zimy?  – 

słabo zaprotestowała Juliana. Tak długo już walczyła o to, by pozostali tutaj choćby jeszcze 

przez kilka dni, a później jeszcze kilka, i jeszcze. 

– Bo wszystko wskazuje na to, że zimę w tym roku będziemy mieć wyjątkowo ciężką. 

Na  to  Juliana  nie  znalazła  żadnej  odpowiedzi.  Wiedziała,  że  brat  ma  rację. 

Rzeczywiście, dla nich, żyjących od lat w bliskim kontakcie z naturą, zapowiadające surową 

zimę oznaki były aż nadto wyraźne. 

Ach, dlaczego nie ma sprawiedliwości na tym świecie? 

Właściwie  już  dawno  powinna  była  spojrzeć  prawdzie  w  oczy:  on  nie  wracał. 

Powiedział, że ma mu nie zniknąć, i ona zrobiła już, co mogła. 

Z każdym upływającym dniem zawód, jaki odczuwała, stawał się coraz trudniejszy do 

zniesienia. Teraz już nie było na co czekać. 

Jorulv założył nosidło na szerokie bary i zaczął schodzić w dół, do źródła. Kiedy był już 

w połowie drogi, przystanął i rozejrzał się po łąkach rozciągających się nad jeziorem. 

Jak bardzo bolała myśl, że będą musieli się rozstać z tą okolicą; żal gnębił go już teraz, 

nim  pożegnanie  stało  się  faktem.  Za  kilka  dni  znajdą  się  daleko  stąd,  o  ile,  rzecz  jasna, 

wszystko potoczy się szczęśliwie. Może dotrą do innych ludzi? 

Na samą myśl zadrżał z przerażenia. 

Smutek dręczył go nieustannie, nie dawał chwili spokoju. W tym miejscu zwykle stawał 

w  urokliwe  wiosenne  wieczory,  czując  pulsującą  w  żyłach  radość  życia.  Wsłuchiwał  się  w 

dochodzące  z  łąki  beczenie  jagniąt,  słyszał  rżenie  starego  konia,  stąd  patrzył  na  matkę 

krzątającą się wokół domu z robótką przypiętą do paska, zawsze trzymającą małe dziecko na 

ramieniu. 

background image

Jorulv wspominał wczesne poranki, tak jasne i przejrzyste, że dawało się odróżnić każdy 

listek  na  drzewach  porastających  wzgórze  po  drugiej  stronie  jeziorka.  Przypominał  sobie 

łosia, który o zmierzchu pojawiał się u wodopoju. Później stratował ich małe poletko zboża i 

ojciec wpadł w złość. Jorulv był rad, że łoś mógł się najeść, ale kiedy zimą oni sami musieli 

głodować, zrozumiał gniew ojca. 

Skierował wzrok ku cmentarzykowi, na którym spoczywał niemal cały jego ród. Matka, 

dziadkowie, zmarłe rodzeństwo... 

Jeśli  opuścimy  dom,  matka  pozostanie  tu  taka  samotna.  Nikt  nie  będzie  przynosił 

kwiatów  na  jej  grób,  nikt  nie  przysiadzie  i  nie  porozmawia  z  nią  w  najgłębszym  zaufaniu. 

Wiedział, że inne dzieci tak robią. On sam także. 

A może mimo wszystko powinni spróbować jakoś przetrwać zimę? 

Nie,  Linnea tego lata tak często  się przeziębiała. Potrzebowała troskliwej  opieki. Tak, 

matka mówiła przecież, że są na świecie mądre baby, a i mężczyźni potrafią leczyć choroby. 

Inni ludzie? 

Skąd weźmie tyle odwagi? Jorulv czuł, że odpowiedzialność za rodzeństwo przygniata 

mu barki strasznym ciężarem. 

Ta myśl sprawiła, że przypomniał sobie o nosidłach. Musi wziąć się do roboty. 

Kiedy wracał od źródła, natknął się na zmierzającą do obory Julianę. To na nich dwoje 

tego  ranka  przypadło  obrządzanie  zwierząt.  Jorulv  szedł  kilka  kroków  przed  siostrą, 

wsłuchując się w delikatne pobrzękiwanie cieniutkiej warstewki lodu w wiadrze. 

– Któż, u licha, rzuca na dach kawałki jałowca? – mruknął nagle pod nosem. Sięgnął po 

niedużą iglastą gałązkę i już miał cisnąć ją na ziemię, gdy podbiegła Juliana. 

– Zostaw! – zawołała i wyrwała mu z dłoni kłujący pęd. 

– Czy widziałeś już kiedyś podobne w tym miejscu? Może jakieś wyrzuciłeś? 

– Nie – odparł Jorulv zaskoczony. – Powiedz mi, co się z tobą dzieje? 

Nie słuchała, co brat do niej mówi, wzrokiem cal po calu badała ziemię przy wejściu do 

obory. 

– Nie ma żadnych śladów – szepnęła do siebie. – To znaczy, że gałązka musiała tu leżeć 

od wczorajszego wieczoru. Mój Boże! 

– Juliano, co się z tobą dzieje? – powtórzył Jorulv surowo. 

Dziewczynka  mocno  złapała  brata  za  ramię  i  zaczęła  nim  potrząsać,  aż  z  wiader 

chlusnęła woda. 

–  Czy  nie  możemy  poczekać  jeszcze  do  jutra  rana?  Tak  bardzo,  bardzo  cię  proszę, 

Jorulvie! 

background image

– Wcale nie miałem zamiaru wyruszać już dzisiaj. Ale chciałbym, żebyś mi wyjaśniła... 

–  Dziękuję!  Ach,  dziękuję!  –  powtarzała  ze  łzami  w  oczach.  –  Oby  tylko  nie  było  za 

późno!  Jorulvie,  czy  przez  chwilę  możesz  sam  zająć  się  obrządkiem?  Zaraz  wrócę,  tylko... 

tylko... po prostu coś zgubiłam... w lesie. 

Zniknęła za węgłem, nie czekając na odpowiedź. Słychać było jedynie, jak łopoczą jej 

spódnice. 

Jorulv patrzył za siostrą i ze zdumieniem kręcił głową. Co mogło się stać Julianie? Od 

wczesnej wiosny zachowywała się jak niespełna rozumu. Tak, najlepiej będzie, jeśli wyniosą 

się stąd, zanim na poważnie dopadnie ją polarna choroba. 

O polarnej chorobie wiele słyszał. To ciężki, dławiący smutek, nachodzący tych, którzy 

zbyt  długo  przebywają  na  odludziu.  Matka  mówiła,  że  od  tego  można  dostać  pomieszania 

zmysłów. 

Zamyślony  popchnął  w  bok  jałówkę,  by  zrobić  sobie  więcej  miejsca  i  zabrać  się  do 

pracy.  Cóż  za  straszliwy  dylemat.  Tyle  już  zdołali  zgromadzić  z  myślą  o  zimie.  Czy  cała 

robota ma pójść na marne? Mają to zostawić tutaj, czy może raczej zabrać ze sobą? Ale jak 

poradzą  sobie  z  przetransportowaniem  zboża,  warzyw  i  całej  reszty?  A  zostawić  tak,  by 

zmarniało?  Przecież  potrzebowali  zapasów,  nawet  jeśli  mieli  przezimować  w  jakimś  innym 

miejscu! 

W innym miejscu, w innym świecie... Jakże przerażające wydawało się to jemu, który 

znał tylko las! 

Z domu wyszedł Ole, nachmurzony i zbuntowany. Taki nastrój nie opuszczał go już od 

kilku dni. 

– Co masz zamiar zrobić z bykiem? – spytał zaczepnie. 

Wielkie nieba! Byk! Jorulva oblał zimny pot. 

– I jak wyjaśnisz to Mattiemu? – bezlitośnie ciągnął Ole. 

Byk  był  ukochanym  przyjacielem  Mattiego.  Pozostawali  nierozłączni  od  czasu,  gdy 

zwierzę było jeszcze słabym, nowo narodzonym cielątkiem, a karmienie go butelką należało 

do obowiązków Mattiego. Za każdym razem, gdy chłopiec wchodził do obory, byczek witał 

go radosnym rykiem. 

Cielątko  jednak  z  czasem  zamieniło  się  w  olbrzyma.  Wielki  byk  nadal  przyjaźnie 

traktował Mattiego, ale wobec pozostałych dzieci okazywał najprzeróżniejsze humory. Bywał 

nieobliczalny. 

Jorulv zerknął na Olego. 

background image

– Nie możemy zabrać byka – stwierdził bezdźwięcznym głosem. Zdenerwował się tak 

bardzo, że pobielały mu wargi. 

– A więc musisz wytłumaczyć to Mattiemu – orzekł krótko Ole. 

Jorulv  zdawał  sobie  sprawę,  że  z  nich  wszystkich  na  myśl  o  opuszczeniu  zagrody 

najbardziej  cierpi  Ole.  Na  nic  się  nie  zdały  podejmowane  przez  nich  próby  pocieszenia 

chłopca, rozbudzanie nadziei, że, być może, jeśli trafią do ludzi, będzie mógł się uczyć. Ole 

był  także  bardzo  związany  z  matką,  ostatnio  codziennie  przesiadywał  samotnie  przy  jej 

grobie. 

Jorulv bezradnie popatrzył na brata. 

– Ole! Co my zrobimy? 

Ole wzruszył ramionami. 

– To ty chcesz się wyprowadzić! 

 

Juliana, biegnąc przez las, czuła, że ma serce w  gardle. Jakie to  niemądre, nie ustalili 

żadnej,  choćby przybliżonej  pory następnego spotkania. Przecież ona nie mogła siedzieć na 

kamieniu od rana do północy, zwłaszcza teraz, gdy tyle mieli pracy. 

Głaz... To tam na górze. 

Nie  oczekiwała  wcale,  że  go  zobaczy,  spodziewała  się  jednak,  że  znajdzie  jakąś 

wiadomość. 

Juliana umiała już czytać, w każdym razie prawie umiała. 

I on wrócił, to w tej chwili najważniejsze, tylko to miało znaczenie. Będzie mogła się z 

nim zobaczyć, zanim wyruszą w drogę. 

Na  kamieniu  rzeczywiście  widniały  jakieś  znaki,  długi  rząd  zawiłych  figur.  Czyżby 

zaplątała się tu wiewiórka i zostawiła po sobie taki bałagan? 

Nie, to prawdziwe słowa. Ale jakie trudne! Z wysiłkiem odczytywała litery, składała je, 

sylabizowała. Czuła, że płacz uwiązł jej w gardle. Były też dwa znaki, które widziała chyba 

po raz pierwszy, musiała domyślać się ich znaczenia. 

Po długiej chwili odgadła wreszcie, jak brzmi pozostawiona dla niej wiadomość: 

„DZIŚ WIECZOREM PO OBRZĄDKU W OBORZE”. 

Juliana odetchnęła z ulgą. Złożyła ręce i z wdzięcznością promiennie uśmiechnęła się ku 

niebu. 

– Dziękuję – szepnęła cichutko. – Dzięki ci, dobry Boże! 

Musiała też ułożyć odpowiedź, by on się dowiedział, że zrozumiała jego wezwanie. Z 

dumą, że umie także coś napisać, ułożyła z patyczków słowo: 

background image

„PSZYJDE”. 

Gnana radością lekko pomknęła do obory. 

 

Z  początku  ścieżka  prowadząca  wzdłuż  rzeki  była  wydeptana  i  wyraźna,  nieduża 

ekspedycja  ruszyła  więc  odważnie,  w  dobrym  nastroju.  Lisen,  przeświadczona,  że  bierze 

udział  w  nieopisanie  fascynującej  przygodzie,  szła  przodem  aż  do  chwili,  gdy  droga  nagle 

zaczęła  stromo  piąć  się  w  górę  wzdłuż  spadającego  z  hukiem  wodospadu.  Wówczas 

prowadzenie objął jej szwagier Patrik i jego dzielny, silny żołnierz. 

Lisen  oddychała  coraz  ciężej,  z  żalem  stwierdzając,  że  marną  ma  kondycję.  Na 

szczęście zauważyła, że Elin także męczy się w słońcu, a i Benjaminowi pot zalewa oczy. 

Żołnierz  nosił  nazwisko  Gustafsson  i  był  naprawdę  porządnym,  godnym  zaufania 

człowiekiem.  Od dawna pełnił żołnierską służbę, ale urodził się w górach i  wiedział, czego 

wymaga  życie  w  leśnych  ostępach.  Oprócz  tego,  że  żuł  tabakę  i  nie  błyszczał  zbytnio 

inteligencją,  Lisen  nie  miała  do  niego  żadnych  zastrzeżeń.  Był  dobrym,  porządnym 

człowiekiem, a ona umiała to docenić i bardzo go polubiła. 

Jesienne  powietrze  było  ostre,  las  pachniał  świeżo,  przyjemnie.  Po  wielu  godzinach 

marszu zatrzymali się, by odpocząć i coś zjeść, i znów ruszyli. Coraz bardziej czuła w nogach 

przebytą drogę. Nastrój przestał już być tak entuzjastyczny. 

– Jak to właściwie daleko? – wysapał Benjamin. 

– Nie mamy za sobą nawet połowy drogi – odparł Gustafsson. 

To ci dopiero pociecha! 

Przed  wyruszeniem  w  drogę  Patrik  rozmawiał  ze  swą  żoną  Tildą,  siostrą  Lisen,  o 

zaginionym  bracie.  Patrik  opowiedział  później  Lisen,  że  żona  nie  była  wcale  tak  bardzo 

zaskoczona nowiną, jakby się mogło zdawać. Powiedziała mu, że dawno już przeczuwała, iż 

musiało  się  wówczas  wydarzyć  coś  nadzwyczajnego,  ale  była  wtedy  za  mała,  by  pojąć,  co 

właściwie zaszło. Z całego serca życzyła powodzenia ich wyprawie. 

–  To  dobrze  wiedzieć  – cichym  głosem  powiedziała  Lisen.  –  Wiesz,  niewiele  miałam 

wspólnego z moimi siostrami, kiedy jeszcze mieszkały w domu. Są przecież o wiele starsze 

ode mnie. Ale nie mogłam pogodzić się z tym, że ojciec nigdy ich nie dostrzegał. Nawet przy 

obiedzie udawał, że po prostu nie ma ich przy stole. Mnie traktował podobnie, ale to nie było 

takie  straszne.  Ja  jestem  silna,  jakby  ulepiona  z  innej  gliny.  One  obie  są  znacznie  bardziej 

miękkie, wrażliwsze. 

– Masz rację – kiwnął głową Patrik. – Cicho! 

Wszyscy przystanęli i zaczęli nasłuchiwać. 

background image

– Nie dochodzi już szum rzeki – szepnęła Lisen. 

–  Już  dawno  odbiliśmy  w  bok  –  odparł  Gustafsson.  –  Jeszcze  tam,  przy  tej  stromej 

ścianie, pamiętacie? 

– Ale to znaczy, że niedługo będziemy na miejscu? 

– O, nie, przed nami jeszcze spory kawałek. Tylko na mapie wygląda tak, że przez cały 

czas można trzymać się rzeki. Co takiego usłyszałeś, Patriku? 

– Nie wiem. Teraz jest już cicho. 

Kiedy jednak znów podjęli wędrówkę, ponownie doszedł ich jakiś dziwny dźwięk – coś 

niby trzask łamanych gałęzi, jak gdyby ktoś przedzierał się przez gęstwinę świerków. 

Przysunęli  się  ku  sobie.  Mężczyźni  zdjęli  strzelby  z  ramion,  a  potem  nikt  się  już  nie 

poruszał. Lisen czuła, że nerwy ma napięte do ostatnich granic. 

I znów hałas, ale tym razem dobiegł od strony kilku sosen, które nie rosły już tak gęsto. 

Ujrzeli  łosia,  co  sił  w  nogach  oddalającego  się  od  nich,  prawdopodobnie  równie 

przestraszonego jak oni sami. Odetchnęli z ulgą. 

– Wcale, ale to wcale się nie bałam! – zapewniła Lisen, 

– Za to ja, owszem – oświadczył Benjamin. 

– Jeśli ty jesteś taki szczery, to i ja mogę sobie na to pozwolić – roześmiała się Lisen. – 

Myślałam, że ze strachu oszaleję! 

 

Zmierzch  zastał  ich  na  wzgórzu  ze  wszystkich  stron  otoczonym  lasami.  Miasteczko 

dawno już zniknęło im z oczu, nie widzieli nawet odbicia łuny świateł na niebie. 

Odwrócili się i popatrzyli w przeciwną stronę. 

W  oddali,  daleko  przed  nimi,  niewyraźną  kreską  znaczyły  się  góry.  U  ich  stóp,  w 

miejscu  gdzie  krajobraz  nie  był  tak  zwarty  jak  otaczający  ich  las,  dostrzegli  maleńkie 

światełko. 

– Wielkie nieba! – jęknęła Elin. – Czy to możliwe? 

Wszyscy  poczuli,  jak  wzruszenie  ściska  im  gardła  na  ten  niezwykły  widok:  leśne 

pustkowie, wokół dzikie knieje, rozciągające się daleko jak okiem sięgnąć. I w samym środku 

jedno jedyne maleńkie światełko. 

–  Sześcioro  małych  dzieci  –  mruknął  Patrik  niewyraźnie.  –  Sześcioro  opuszczonych, 

pozostawionych samym sobie dzieci. 

Lisen otarła łzy. 

– W każdym razie żyją. To przynajmniej pociecha. 

background image

–  Ale  do  nich  daleko!  –  z  powątpiewaniem  w  głosie  stwierdził  Benjamin.  -Cały 

jutrzejszy dzień przejdzie nam z pewnością na wędrówce. 

Kiedy tak rozprawiali, światełko zgasło. Dookoła zapanowały ciemności. Dzieci z chaty 

na pustkowiu poszły spać. 

W  milczeniu,  zamyśleni,  zajęli  się  rozbijaniem  obozu  na  szczycie  wzgórza.  Chcieli 

zapewnić  sobie  dobry  widok  na  wszystkie  strony,  na  wypadek  gdyby  pokazały  się 

drapieżniki. 

 

Zbudził ich dokuczliwy chłód. 

Ranek  był  jeszcze  bardzo  wczesny.  Cały  las  pokrywał  szron.  Piękny  to  widok  na  tle 

czerwieniejącego  od  wschodu  nieba,  zapowiadającego  rychłe  pojawienie  się  słońca. 

Okoliczne doliny zakrywała mgła. Było strasznie zimno. 

Tego właśnie ranka Juliana nareszcie znalazła gałązkę jałowca rzuconą na dach obory. 

Niewielka  drużyna  Lisen  znów  podjęła  wędrówkę.  Czasami  musieli  zbaczać  z  drogi  i 

wdrapywać  się  na  wzniesienia,  by  sprawdzić,  czy  posuwają  się  we  właściwym  kierunku. 

Dawno  już  stracili  z  oczu  to,  co  z  trudem  dało  się  nazwać  ścieżką.  Teraz  mogli  korzystać 

jedynie z podpowiedzi natury, z jej znaków: ze słońca, z charakterystycznego wyglądu drzew 

od północnej i wschodniej strony, zwróconych zawsze na południe mrowisk. 

Późnym popołudniem wspięli się na kolejne pasmo wzgórz i wówczas po raz pierwszy 

ujrzeli samotną górską zagrodę. Bez wątpienia znacznie się do niej zbliżyli, jednakże mocno 

zboczyli z kursu. Zagroda znajdowała się spory kawałek na lewo od miejsca, w którym stali. 

Jeśli im się powiedzie, dotrą do niej przed zapadnięciem ciemności. 

 

Światło dnia zaczęło już powoli przygasać, gdy zaszły nieprzewidziane wydarzenia. 

Gustafsson przystanął nagle i zaczął głośno wciągać nosem powietrze. Jego towarzysze 

również  się  zatrzymali,  Lisen  natychmiast  zrozumiała,  co  zwróciło  uwagę  żołnierza.  Ostry, 

przenikliwy zapach... 

– Drapieżniki – cicho oznajmił Gustafsson. – Gdzieś w pobliżu musi być legowisko. 

Z prawej strony coś poruszyło się w zaroślach, rozległy się dziwne odgłosy. Benjamin, 

ogarnięty panicznym lękiem, rzucił się do ucieczki w przeciwnym kierunku. Elin pospieszyła 

za synem. 

– Stójcie! – wrzasnął Gustafsson. – Musimy trzymać się razem! Słyszycie? 

W zaroślach przed nimi rozległy się kolejne trzaski. 

– Sprowadzę Elin i Benjamina z powrotem – szybko powiedziała Lisen. 

background image

Nie  wiedziała,  czy  poganiał  ją  strach,  czy  też  chęć  niesienia  pomocy;  na  to  pytanie 

wolała nie odpowiadać. Czuła, że jest już bardzo zmęczona – dwa dni marszu przez nieznany 

teren to wielki wysiłek, zarówno fizyczny, jak i psychiczny. 

Zobaczyła,  że  wystraszona  Elin  próbuje  wspiąć  się  na  drzewo,  a  Benjamin  przedziera 

się  dalej  do  przodu  przez  gęste  zarośla.  Zaraz  usłyszała  głos  Patrika,  dobiegający  z  tyłu,  z 

daleka: 

– Wracajcie, to tylko rosomaki! 

Lisen  przystanęła  na  moment,  wstydząc  się  własnej  reakcji,  ale  zaraz  usłyszała  pełen 

przerażenia  okrzyk  Benjamina  kawałek  dalej  i  pobiegła,  by  zatrzymać  chłopaka.  Nagle,  w 

jednej chwili, zapanowała wokół niej niczym nie zmącona cisza. 

– Benjamin? – zawołała niepewnie. 

Nikt jej nie odpowiedział. 

– Patrik? Gustafsson? Elin? 

Jedyne, co usłyszała, to swój własny oddech. 

Zdała sobie sprawę, że zbytnio oddaliła się od towarzyszy. Co mogła teraz zrobić? Czy 

powinna dalej szukać Benjamina? Może raczej zawrócić i dołączyć do pozostałych? 

Ostatnia myśl wydała jej się najrozsądniejsza. 

Starała  się  zorientować,  z  której  strony  nadeszła,  ale  las  był  tu  taki  gęsty,  że  nie 

dostrzegła nic takiego, co mogłoby ją naprowadzić na ślad. 

– Mój Boże, chyba się nie zgubiłam? – szepnęła do siebie przerażona. – Jestem przecież 

tak wysoko, nie powinnam... 

Ostrożnie postąpiła kilka kroków naprzód, ale zaraz poślizgnęła się na wilgotnym mchu 

i zanim się obejrzała, już spadała po zboczu kończącym się prawie pionową skalną ścianą. 

Paraliżował ją strach, ale nie miała czasu o tym myśleć. Drzewo! Kawałek niżej rosło 

nieduże, wątłe drzewko. Najważniejsze, by zachować zimną krew... 

Kiedy ześlizgiwała się obok drzewka, mocno chwyciła się jego pnia. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ IX 

 

Wieczorny obrządek był już zakończony. 

Nic na to nie poradzę, że czuć ode mnie oborą, myślała Juliana wymykając się do lasu. 

Spuściła  wzrok,  by  popatrzeć  na  siebie,  i  gwałtownie  się  zatrzymała.  Jak  też  ona 

wygląda! Fartuch aż sztywny od gnojówki! Co robić? Co robić? Tak przecież nie może się 

pokazać! Błyskawicznie zdjęła fartuch i powiesiła na gałęzi. Pobiegła dalej. Sukienka, którą 

nosiła  do  pracy  w  oborze,  nie  była  pewnie  dużo  lepsza,  ale  jednak  wyglądała  trochę 

porządniej. 

Czekał już na nią! Dostrzegła go z daleka, stał w dolince i patrzył w jej stronę. 

Juliana  nie  mogła  opanować  drżenia.  Widzieli  się  już  tak  dawno  temu,  ledwie  mogła 

przypomnieć sobie jego twarz. Na pewno już o nią nie dbał... Co mogła mu powiedzieć? Co 

mogła zrobić? 

Czy naprawdę był taki przystojny, taki piękny? A na niej przecież nie warto nawet oka 

zawiesić, taka jest zwyczajna, szara. 

Ale z twarzy biło jej oddanie i szczęście, niepewność i zawstydzenie. Juliana miała w 

sobie coś, co sprawiało, że „warto było na niej zawiesić oko”, choć sama nie zdawała sobie z 

tego sprawy. 

– Przybiegłam tak szybko jak mogłam – wysapała. – Czy długo już tu jesteś? 

– Niedługo, a poza tym z przyjemnością czekam na ciebie, Juliano. To ty musiałaś mnie 

wyglądać tyle czasu. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale nie mogłem zjawić się wcześniej. 

Kiwnęła głową. 

– Dobrze, że jesteś, bo jutro albo pojutrze opuszczamy zagrodę. Tak bardzo się bałam, 

że się o tym nie dowiesz, a przecież obiecałam, że ci nie zniknę, pamiętasz? 

Gdy usłyszał jej słowa, na twarzy odmalowała mu się powaga. 

– Przenosicie się? Dokąd? I dlaczego? 

–  Nie  wiemy,  podobno  idąc  w  dół,  wzdłuż  rzeki,  można  dotrzeć  do  ludzi.  Ojciec 

tamtędy poszedł. 

– Nie wrócił jeszcze? 

– Nie, a my boimy się zostać tu sami przez zimę. Wszystko wskazuje na to, że mróz w 

tym roku może wyjątkowo dać się we znaki. 

background image

– Tak, zima na pewno będzie surowa – rzekł Czarny w zamyśleniu.  – Doskonale was 

rozumiem, ale mimo wszystko... Jak zamierzacie poradzić sobie ze zwierzętami podczas tak 

długiej wędrówki?  I przecież nie znacie żadnego miejsca,  gdzie moglibyście się zatrzymać, 

zamieszkać. 

Juliana nie mogła dać mu na to odpowiedzi. Przez chwilę stali w milczeniu, wpatrując 

się  w  oszronione  drzewa.  Dziewczynka  nie  czuła  przenikliwego  chłodu,  tak  rozgrzewała  ją 

radość z ponownego spotkania. 

Zachodzące  słońce  zabarwiło  ognistą  czerwienią  niebo  za  jego  głową,  tworząc  jakby 

płomienną  glorię  wokół  długich  czarnych  włosów.  Juliana  przyglądała  mu  się  z 

nieskrywanym podziwem. 

– Czy nie zginęło wam kilka owiec? – zapytał nagle. 

– Owiec? – powtórzyła zdumiona Juliana. – Nie, nic o tym nie wiem. 

– Widziałem trzy kawałek stąd, w okolicy tej opuszczonej zagrody. 

– Naprawdę? W starej zagrodzie babci? To bardzo dziwne, musimy to sprawdzić. 

– Niedobrze, żeby błąkały się same. – Jego oczy śmiały się do niej, delikatnie ujął ją za 

rękę. 

Juliana  nie  wiedziała,  jak  powinna  zareagować  na  taką  poufałość,  ale  nawet  nie 

próbowała  już  dłużej  skrywać  swych  uczuć.  Całkowicie  pochłonął  ją  cud,  który  stał  się  jej 

udziałem – zetknięcie dwóch dusz, które przeżywają pełną harmonię. 

Z  Czarnym  mogła  być  całkiem  szczera,  a  to  dawało  jej  niezwykłe  poczucie 

bezpieczeństwa. Wiedziała teraz, o co chce go zapytać. 

– A co jest z tą osobą, która była taka chora? 

Rozjaśnił się. 

– Z moją przybraną matką? Dziękuję, przetrwała kryzys i teraz czuje się znacznie lepiej. 

– Obawiałeś się, że umrze, prawda? – cicho spytała Juliana. 

–  Tak,  bardzo  się  o  nią  baliśmy.  Wymagała  bezustannej  opieki  i  właśnie  dlatego  nie 

mogłem wcześniej spotkać się z tobą. Wiesz, jest nas tylko dwóch. 

Juliana pokiwała głową. Potrafiła zrozumieć tę sytuację. 

– Twoja przybrana matka... To oczywiście żona twego przybranego ojca? 

– Nie, to jego matka. 

Dziewczynka  przypomniała  sobie  spotkanego  uprzednio  w  lesie  mężczyznę  z  siwą 

brodą. 

– Och, więc musi być już bardzo stara. 

background image

– Nie, nie tak bardzo. Po prostu stara. I jest najlepszym człowiekiem na ziemi. – Czarny 

odetchnął głęboko. – Juliano... Obiecałem ojcu, że wrócę, zanim zapadnia zmrok. Ale bardzo 

się  zaniepokoiłem  na  wieść,  iż  macie  zamiar  opuścić  dom.  Właściwie  mieliśmy  wracać  już 

dziś wieczorem, ale poproszę ojca, byśmy wstrzymali się do jutra. On z wami porozmawia i 

być może udzieli wam kilku rad. 

–  O,  tak!  –  rozpromieniła  się  Juliana.  –  Naprawdę  byłoby  to  możliwe?  Myślę,  że 

mogłoby  to  nam  bardzo  pomóc,  bo  szczerze  mówiąc  nie  mamy  pojęcia,  jak  sobie  z  tym 

wszystkim poradzić. 

– Porozmawiam z ojcem, ale teraz muszę już iść. 

Na pożegnanie znów ujął  ją za rękę i  spojrzał  wzrokiem,  z którego dało  się wyczytać 

wszystkie  uczucia,  jakie  dla  niej  żywił.  Drugą  dłonią  pogładził  ją  po  policzku.  Juliana 

przytuliła twarz do jego dłoni. 

– Uważaj na siebie, Czarny – szepnęła. 

– I ty także! Jeszcze się zobaczymy. 

Rozstali się, Juliana wracała do zagrody oszołomiona szczęściem. 

 

Dzieci niechętnie sposobiły się do opuszczeniu domu. 

Najstarsi  chłopcy  nadal  nie  zdecydowali,  co  zrobić  z  bykiem,  pracowali  bez  żadnego 

planu, a niechęć i lęk przed przeprowadzką jeszcze bardziej utrudniały robotę. 

Rebecka chyba jako jedyna chętnie zabrała się za przygotowania, ale traf chciał, że to 

właśnie ona wieczorem wstrzymała całą akcję. 

–  Jorulvie  –  powiedziała  ze  strachem,  spotkawszy  brata  koło  obory.  –  Brakuje  trzech 

owiec, tej matki z dwoma jagniętami. Wszystkie trzy zniknęły. 

Jorulv poczuł, że oblewa go zimny pot. 

– Co takiego? Nie ma ich za ogrodzeniem? 

– Nie, najwyższy drąg w bramie spadł. 

–  Och,  nie!  –  westchnął  Jorulv.  –  Akurat  dzisiaj!  Albo...?  Może  to  zrządzenie  losu? 

Znak, że mimo wszystko nie powinni opuszczać gospodarstwa? 

– To Matti zamykał dziś owce – powiedziała Rebecka żałośnie. – Wiesz dobrze, że nie 

potrafię na niego krzyczeć. 

– Tak, tak – pokiwał głową Jorulv. – A gdzie Juliana? 

–  Nie  wiem.  –  Rebecka  wzruszyła  ramionami.  –  Zniknęła  zaraz,  jak  tylko  skończyła 

obrządek. Może poszła się przejść, pożegnać ze wszystkimi miejscami. 

background image

Jorulv  znów  pokiwał  głową.  Wszyscy  wybierali  się  na  podobne  wycieczki,  każde  z 

osobna. Zaczynało się jednak robić coraz ciemniej. 

– Może powinnam zadąć w piszczałkę? – zapytała Rebecka. 

Jorulv wahał się przez chwilę. 

– To krowy słuchają piszczałki, nie owce. Cóż, będę musiał iść ich poszukać. Ale gdzie? 

W  tej  samej  chwili  przez  łąkę  nadbiegła  ku  nim  Juliana.  Wyszli  jej  na  spotkanie,  by 

przekazać przykrą nowinę o zaginionych owcach. 

– Wiem, gdzie one są – powiedziała głosem pełnym radości. – Są przy starej zagrodzie 

babci i dziadka, 

– Co takiego? Skąd to wiesz? Byłaś aż tak daleko? 

– Nie – Juliana zaczęła się plątać. – Weszłam na wzgórze i... 

Jorulv przerwał siostrze. 

– Przynieś powróz, Rebecko. Sprowadzę je od razu, zanim jeszcze zapadnie noc. 

Wkrótce potem szedł już przez las. 

Żałował, że nie zabrał ze sobą Olego. Tu, między drzewami, zmrok wydawał się jakby 

gęściejszy, choć właściwie nie było jeszcze ciemno. Miał sporo czasu. 

Nagle przystanął i zaczął nasłuchiwać. Czyżby doszło go beczenie owcy? 

Nie, to na pewno nie głos owcy ani też jagnięcia. 

Przyspieszył  kroku.  Kiedy  nareszcie  wyszedł  na  polanę,  na  której  dziadkowie  mieli 

kiedyś swe gospodarstwo, natychmiast zauważył owieczki. Wystraszone tuliły się do ściany 

walącej się chałupy. 

Jorulv  podszedł  do  nich  i  łagodnie,  uspokajająco  przemawiając,  przywiązał  matkę. 

Starannie sprawdził węzły i w tej samej chwili znów usłyszał żałosne wołanie. 

Nawet owce uniosły głowy, nasłuchując. 

– Spokojnie, tylko spokojnie – szepnął do zwierząt. Na wszelki wypadek uwiązał także 

jagnięta. Zwykle trzymały się blisko matki, ale przerażone mogły popędzić przed siebie, na 

nic nie zważając. 

Wołanie  dochodziło  od  skalnej  ściany  po  drugiej  stronie  rzeki.  Jorulv  nie  mógł  tego 

zrozumieć. Nie mogło to być żadne zwierzę. Czyj to więc głos? 

Król Gór? 

W takim razie wołał dziwnie słabo. 

– Pomocy! 

Jorulvowi zaparło dech w piersiach. To człowiek! To na pewno kobiecy głos! 

Omiótł wzrokiem skalną ścianę i teraz ją dostrzegł. 

background image

– Już idę! – odkrzyknął. 

– Szybko! Już nie mam sił... nie utrzymam... 

Zamknął  owce  w  zrujnowanym  domu,  tu  przynajmniej  wilki  nie  będą  miały  do  nich 

dostępu, i odważnie wszedł do lodowatej wody. Rzeka nie była głęboka, ale chłód wbijał się 

w ciało tysiącem ostrych igieł. 

Jorulv zdawał sobie sprawę, że osoba, która zawisła nad groźną przepaścią, nie mogła 

być ani Julianą, ani Rebecką. To na pewno obca kobieta, chyba że...? 

Leśna boginka? A może elf, z rodu Czarnych Elfów? 

Nie miał jednak czasu długo się nad tym zastanawiać, nie miał czasu nawet na strach. 

Jeśli to kobieta z krwi i kości, to potrzebowała pomocy, i to natychmiast. 

 

Lisen  pomimo  zapadającego  zmierzchu  widziała,  jak  nadchodził.  Zwinnie  wspinał  się 

po  stromym  zboczu  i  wkrótce  znalazł  się  tuż  przy  niej  na  skalnej  półce.  Ona  nie  miała 

żadnego podparcia dla nóg, trzymała się jedynie cienkiego pnia wątłego drzewka. 

Choć  sytuacja,  w  jakiej  znalazła  się  Lisen,  była  naprawdę  niebezpieczna,  dziewczyna 

nie mogła się powstrzymać od okrzyku podziwu na widok Jorulva. 

Cóż za m ę ż c z y z n a! No, może nie był wcale taki dorosły, prawdopodobnie tylko o 

parę  lat  starszy  od  niej,  ale  taki  wysoki,  mocno  zbudowany  i  niewiarygodnie  wprost 

przystojny, ze złotoblond czupryną i niebieskimi jak niezapominajki oczyma. 

Jorulv wyciągnął w jej stronę wielką, silną dłoń. 

– Teraz, złap mnie za rękę! 

Bardziej  niż  chętnie  usłuchałaby  jego  polecenia,  ale  zwyczajnie  nie  mogła  się  na  to 

odważyć. Bała się, że poleci w dół bezwładnie jak worek z mąką, a zapragnęła nagle, by on 

zapamiętał  ją  sobie  jako  piękną,  elegancką,  pełną  gracji  pannę.  Worek  z  mąką  nie  miał 

przecież żadnej z tych cech! 

Młody człowiek nagle jakby zrozumiał jej dylemat i ostrożnie podsunął się do niej. Jego 

dłoń znalazła się teraz o wiele bliżej. 

– Nie bój się – powiedział głębokim, ciepłym głosem. 

Och, nie, Lisen nie mogła teraz spaść, pragnęła żyć, by móc poznać lepiej tego chłopaka 

z baśni, który tak nieoczekiwanie znalazł się przy niej. Ale skąd się wziął? 

– Uważaj! – nakazał. – Spróbuj uchwycić moją rękę! 

Lisen zamknęła oczy i rzuciła się do przodu. Poczuła mocny uścisk silnej, pewnej dłoni. 

Czując,  że  leci  w  dół,  uczepiła  się  jej  ze  wszystkich  sił.  Maleńka  sosna  niepokojąco 

background image

zatrzeszczała, ale na szczęście Jorulv powoli, lecz pewnie już ściągał dziewczynę na występ 

skalny. 

Nareszcie znów poczuła pod stopami stały grunt! 

– Już dobrze — rozległ się jego życzliwy głos. – Teraz możesz się puścić, trzymam cię 

mocno. 

Lisen  puściła  pień  drzewa.  Ledwie  mogła  wyprostować  zdrętwiałe  palce,  tak  długo 

przecież  kurczowo  je  zaciskała.  Jorulv  otoczył  ją  ramieniem  i  ostrożnie  poprowadził  w  dół 

urwiska, starannie wybierając drogę. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, dopóki nie 

stanęli nad brzegiem rzeki. 

Tam zatrzymali się i badawczo sobie przyjrzeli. 

Jorulv uśmiechnął się z zakłopotaniem, a jego uśmiech do końca już rozbroił Lisen. A 

potem powiedział coś dziwnego: 

– Czy ty jesteś prawdziwa? 

– Prawdziwa? O co ci chodzi? 

– Noo... czy jesteś człowiekiem? A może boginką, która chce mnie skusić? 

Co  do  tego  ostatniego,  to  jeszcze  zobaczymy,  pomyślała  Lisen,  głośno  jednak 

powiedziała: 

– Jestem ludzką istotą, mam na imię Elisabeth, ale wszyscy nazywają mnie Lisen. Ale 

kim ty jesteś i skąd przyszedłeś? 

Jorulv palcem wskazał kierunek. 

– Mieszkam tam razem z rodzeństwem. 

Lisen ze zdziwienia otworzyła usta. 

– Czy ty jesteś jednym z tych biednych, samotnych małych dzieci? W takim razie jesteś 

niezwykle  wyrośniętym  dzieckiem!  –  Faktycznie,  by  móc  spojrzeć  mu  w  twarz,  musiała 

postąpić o kilka kroków do tyłu. 

I znów jego nieśmiały uśmiech sprawił, że serce w piersi Lisen kilka razy podskoczyło. 

– Tylko Matti i Linnea są mali – wyjaśnił. – Ale ja nigdy jeszcze nie widziałem obcego 

człowieka. 

– Nie widziałeś...– zaczęła, ale urwała w pół zdania. Trudno było w to uwierzyć. – Jak 

masz na imię? 

– Jorulv. 

– Jorulv? To niezwykłe imię – stwierdziła. 

background image

– Nie wiedziałem – odparł przepraszająco, jakby przykro mu było, że nosi imię, którego 

dotychczas nie słyszała. Głową wskazał ruiny chłopskich zabudowań, położone nie opodal. – 

Zamknąłem tam kilka owiec. Właśnie po nie szedłem, kiedy usłyszałem twoje nawoływanie. 

Lisen wzięła się w garść. 

–  Ach,  oczywiście,  nie  mogę  cię  zatrzymywać.  Ogromnie  jestem  ci  wdzięczna,  bo 

przecież uratowałeś mi życie. Zwykle nie bywam tak nieuprzejma, ale... to wszystko stało się 

tak nagle – dokończyła zdławionym głosem. 

– Czy jesteś tu sama? – zapytał, gdy szli w stronę zabudowań.  – I dlaczego tu jesteś? 

Zabłądziłaś? 

–  Nie.  I  tak,  i  nie.  Właściwie  nie  zabłądziłam.  Jest  nas  tu  pięcioro.  Przestraszyły  nas 

jakieś drapieżniki, ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, że to tylko rosomaki. 

– Tak, na wzgórzu są rosomaki. Mają tam gniazdo. 

– Ale Benjamin zląkł się nie na żarty, Elin pobiegła za nim. Ja miałam sprowadzić ich z 

powrotem, ale za bardzo się oddaliłam. – Zorientowała się, że mówi prosto, po dziecinnemu, 

tak jak on, choć zwykle starała się wysławiać bardzo elegancko. 

Jorulv przyprowadził owce, Lisen pomogła mu lepiej przywiązać jedno z jagniąt. 

– A co robicie tu w lesie? – zapytał Jorulv. 

– Przyszłam tu, by odszukać mego brata – wyjaśniła dziewczyna. 

– Brata? 

Lisen uśmiechnęła się zawstydzona. 

– To może zabrzmieć niemądrze, bo mój brat zniknął w lesie mniej więcej dwadzieścia 

lat temu. Najprawdopodobniej więc już nie żyje. Ale tak bardzo chciałabym się dowiedzieć, 

co się z nim stało. Czy potrafisz to zrozumieć? 

– Och, tak, oczywiście. Ale my nigdy nikogo tu nie widzieliśmy. Nigdy. 

W  tym  momencie  w  Lisen  nagle  jakby  coś  umarło.  Marzenie,  że  będzie  mogła 

uradować matkę. 

–  Rozumiem  –  powiedziała  cicho.  –  Właściwie  od  samego  początku  nadzieje  były 

płonne. 

Zapadła  cisza.  Lisen  wpatrywała  się  w  szerokie  bary  chłopaka,  które  miała  przed 

oczami.  Zauważyła,  że  okrywająca  je  koszula  była  za  ciasna  i  w  wielu  miejscach  przetarta 

tak,  że  przez  materiał  prześwitywało  nagie  ciało.  Obserwowała  miękkie  po  kociemu  ruchy 

Jorulva, troskliwe dłonie, delikatnie kierujące owcę we właściwą stronę... 

background image

Powinnam  być  choć  trochę  ranna,  pomyślała.  Nic  poważnego,  tylko  jakieś  drobne 

skaleczenie, wtedy mogłabym się na nim opierać. To musi być cudowne poczuć jedwabiście 

gładką, ciepłą skórę przy swojej... 

– Czy nie czujesz się tu samotny? – odważyła się spytać po chwili. 

–  Owszem  –  odparł  zamyślony.  Nie  patrzył  na  nią,  wzrok  utkwił  gdzieś  w  oddali,  a 

mimo  to  nikt  nigdy  nie  mówił  do  niej  bardziej  wprost  niż  on  teraz.  Najwidoczniej  dotknął 

jakiejś  czułej  struny,  głęboko  ukrytej  w  duszy  Lisen.  –  Tak,  czasami  czuję  się  bardzo 

samotny.  Zwłaszcza  ostatnio,  kiedy  zacząłem  dorastać.  Wiosną,  gdy  wszystko  wokół  burzy 

się i pulsuje, kiedy cała natura wprost tętni życiem... Wtedy samotność dokucza mi tak, że o 

mało nie krzyczę z bólu. 

– By to  przeżywać, wcale nie trzeba mieszkać  głęboko w lesie  – mruknęła cierpko.  – 

Choć być może tu na pustkowiu takie uczucie jest silniejsze. 

Lisen  stała  blisko  niego  i  nagle  doznała  wrażenia,  że  sama  staje  się  częścią  czegoś 

wielkiego: niebo, las, góry, nawet mech, zwierzęta, wystraszone i bezbronne, i ona stanowią 

jedno. I jeszcze on, tutaj, razem z nią. 

Jorulv popatrzył na dziewczynę i uśmiechnął się leciutko. 

– Prawda? Jesteśmy tacy mali, a mimo to nosimy w sobie coś wielkiego. 

– O tym samym właśnie myślałam. 

– Ściemnia się. Chcesz trzymać mnie za rękę? 

Lisen podniosła oczy i popatrzyła Jorulvowi w twarz. Ujrzała szczere, pogodne oblicze, 

oczy lśniące łagodnym, nieco naiwnym blaskiem. 

– To najmilsza dłoń, jaką miałam okazję trzymać – stwierdziła. 

Jorulv roześmiał się i uścisnął ją za rękę aż do bólu. Lisen jednak nie powiedziała o tym 

ani słowa. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ X 

 

Rebecka  plątała  się  po  podwórzu  i  usiłowała  co  nieco  ogarnąć.  Wkrótce  jednak  nad 

jeziorkiem dostrzegła jakiś ruch. Drgnęła i zmrużyła oczy, by lepiej widzieć w gęściejącym 

zmierzchu. 

–  Jorulv?  –  zawołała  zdumiona.  –  Czyś  ty  oszalał?  Nie  wolno  chodzić  po  tej  stronie, 

pomyśl, co będzie, jak wpadniesz w bagno! 

Postać w dole nad brzegiem jeziora odwróciła się i bezradnie popatrzyła na nią. Ale... 

To przecież nie Jorulv! Zresztą jak mógłby się tam znaleźć, poszedł przecież do lasu! 

Rebecka powoli i niezdecydowanie zaczęła schodzić w dół. Jeśli to nie Jorulv... No to 

kto? Wodnik? 

Głupstwa. Wodnik nie wyglądałby na takiego zagubionego! 

– Wyjdź dalej na brzeg, ty głuptasie, bo inaczej zapadniesz się w bagno! – zawołała. 

Wydawało  się,  że  młody  chłopiec  pojął  wreszcie,  że  grozi  mu  niebezpieczeństwo. 

Niezgrabnie wyciągając nogi z grzęzawiska przedostał się na suchy ląd. 

Zaciekawiona i przejęta Rebecka zbiegła nad jezioro. Czyżby naprawdę jakiś człowiek 

zabłąkał się tu do lasu? 

Przemoczony chłopak patrzył na nią niepewnie. 

– Chciałem tędy przejść na drugi brzeg, ale nie znalazłem właściwego miejsca... 

–  Musisz  zawrócić  i  okrążyć  jeziorko!  Spotkam  cię  po  tamtej  stronie.  –  Rebecka 

wskazała  mu  kierunek  i  dokładnie  wytłumaczyła,  którędy  ma  iść,  a  on  usłuchał  bez  słowa 

sprzeciwu. Człowiek, człowiek, śpiewała w duchu podniecona dziewczynka. Czy to mógł być 

bohater Mattiego? 

Nie, do tej roli wydawał się zbyt bezradny i zagubiony. Ale był młodym chłopakiem i ta 

myśl napełniła Rebeckę nadzieją. 

Kiedy  dotarł  we  wskazane  miejsce,  ona  już  czekała.  Teraz  mogła  mu  się  dokładniej 

przyjrzeć. Był wysoki i chudy, miał brązowe włosy i miłe, teraz nieco wystraszone oczy. 

– Co z ciebie za kukułcze pisklę? – wypaliła Rebecka. 

Uśmiechnął się niepewnie. 

– Jestem kukułka Benjamin. 

Bystry, uznała Rebecka. 

– A ja mam na imię Rebecka. 

background image

Zachowywała się tak bezpośrednio, że Benjamin odważył się na jeszcze jeden żarcik. 

– Benjamin i Rebecka... To już prawie pół Biblii. 

Rebecka wybuchnęła śmiechem. 

– Jesteś przemoczony i zmarznięty, chłopcze. Ale zaraz cię wysuszymy. Chodź ze mną. 

I powiedz mi, co ty tu robisz. 

–  No,  widzisz...  Czy  ty  jesteś  jednym  z  tych  sześciorga  samotnych,  opuszczonych 

dzieci? 

– Co takiego? Tak, właściwie można tak powiedzieć. 

– Właśnie dlatego tutaj jestem. Przybyłem, by was odszukać. 

– Jesteś sam? 

– Nie, jest nas więcej, ale się pogubiliśmy. 

–  To  bardzo  z  waszej  strony  nieostrożne.  –  Rebecka  zatrzymała  się  na  zboczu 

prowadzącym  ku  zabudowaniom  i  popatrzyła  na  chłopca.  –  Sprawiasz  wrażenie  trochę 

bezradnego, ale poza tym jesteś całkiem w porządku. Masz takie dobre oczy. 

Bezpośredniość Rebecki sprawiła, że Benjamin ośmielił się wypowiedzieć na głos swe 

myśli: 

– A ty jesteś bardzo ładna. 

– Co takiego? Nie myślisz tak chyba naprawdę. 

– Owszem. Spotkałem wiele dziewcząt, ale żadna nie była taka ładna jak ty. 

Widział,  jak  bardzo  ucieszyły  ją  jego  słowa.  Rebecka  nigdy  nie  próbowała  skrywać 

własnych uczuć. Znów zaczęli iść. 

– Jak tu pięknie – stwierdził Benjamin, rozejrzawszy się dokoła. 

Rebecka rozpromieniła się. 

– O, tak! To najpiękniejsze miejsce w całym lesie! 

Z  dumą  w  głosie  opowiadała  mu  o  żałosnych,  niskich  zabudowaniach.  Benjamin 

spoglądał raczej na nią niż na to, co mu pokazywała, aż wreszcie spojrzenia ich się spotkały. 

Na jej zarumienionej od radości buzi pokazał się wyraz zdumienia i gadatliwa z natury, nie 

dająca zwykle zbić się z tropu Rebecka nagle umilkła zmieszana. 

Benjamin drżał z zimna w chłodzie jesiennego wieczoru. Rebecka wzięła się w garść. 

– Wejdźmy do środka – zaproponowała. – Na pewno jesteś głodny. Spróbujesz chleba 

Juliany, jest taki pyszny! Ja w ogóle nie umiem piec, za to Juliana... umie to... świetnie... 

Głos jej zamarł. 

Juliana! Najstarsza córka. Matka powtarzała zawsze, że najstarsza córka wyjdzie za mąż 

jako pierwsza, jeśli w ogóle kiedykolwiek będzie to realne. 

background image

Czuła,  jak  serce  ściska  się  jej  w  piersi.  Tak  bardzo  się  cieszyła,  taka  była  dumna,  że 

może pokazać wszystko temu obcemu chłopcu. On przecież w pewien sposób należał do niej, 

wszak  to  ona  go  znalazła!  A  teraz  Juliana  miała  mieć  do  niego  większe  prawo...  Dobra, 

opiekuńcza Juliana o gorącym sercu i łagodnym głosie... 

Już nie tak chętnie Rebecka wprowadziła Benjamina do środka. 

Kiedy  chłopak  wszedł  do  izby,  znajdujące  się  tam  dzieci  aż  podskoczyły  ze  strachu. 

Mała Linnea schowała się za Mattim. 

–  To  jest  Benjamin  –  zdrętwiałymi  wargami  wyszeptała  Rebecka.  –  Znalazłam  go  w 

jeziorku. Jest kompletnie przemoczony. 

Nie spuszczali wzroku z obcego przybysza. Olemu na podłogę wypadło to, co trzymał w 

rękach, a Linnea ze strachu przed nieznaną istotą uderzyła w płacz. Jedyną osobą, która w tej 

niecodziennej sytuacji zachowała się normalnie, była Juliana. 

– Wejdź, proszę, i siadaj – powiedziała życzliwie. – Zaraz znajdę ci suche ubranie. Nie, 

siadaj tutaj, przy ogniu, i zaraz zdejmij buty! 

Benjamin usłuchał. Rozejrzał się po izbie i poczuł, że serce ściska mu się z żalu. Jak tu 

ubogo! I jak ciasno! Ale wszyscy najwyraźniej dobrze się tu czuli. 

Juliana przeszła za krosna, by poszukać czegoś, czym Benjamin mógłby wytrzeć stopy, 

Rebecka wślizgnęła się tam za nią. 

–  Juliano...  Wiem,  że  on  powinien  przypaść  tobie,  i  tak  się  oczywiście  stanie,  bo 

zasługujesz  na  wszystko,  co  najlepsze,  zawsze  jesteś  taka  dobra  dla  mnie  i  dla  innych.  Ale 

bądź dla niego miła, dbaj o niego, bo... bo ja tak bardzo go lubię. 

Upłynęła  dość  długa  chwila,  zanim  Juliana  zrozumiała,  o  co  chodzi  siostrze. 

Uśmiechnęła się z czułością. 

– Najmilsza Rebecko... Ja wcale nie chcę ci odbierać Benjamina. Jeśli tak go lubisz i on 

lubi ciebie, nie będę się w to wtrącać. Ale czy to nie za wcześnie o tym myśleć? 

Cóż Juliana wie o miłości? pomyślała Rebecka. Skąd może wiedzieć, jakie to uczucie, 

kiedy w człowieka nagle jakby piorun strzelił, wstrząsając duszą i ciałem, tak że potem nic, 

ale to absolutnie nic już nie jest takie jak przedtem? 

Rozległo się pukanie do drzwi. 

Cóż za niezwykły wieczór, zdumiały się dzieci, nadal przerażone. 

– Nie zaprosicie do środka? – spytał zaskoczony Benjamin. 

Pierwsza opanowała się, rzecz jasna, Juliana. 

– Ależ oczywiście! Proszę wejść! 

background image

W drzwiach stanęli Patrik, Gustafsson i Elin. Benjamin pospiesznie przedstawił swych 

towarzyszy. 

W małej izdebce zapanowała niebywała ciasnota. 

–  A  więc  już  tu  jesteś,  Benjaminie  –  ucieszył  się  Patrik.  –  Wobec  tego  brakuje  nam 

jedynie Lisen. Musimy iść... 

Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej chwili drzwi otworzyły się jeszcze raz 

i Jorulv wprowadził Lisen. 

Kiedy  ucichł  już  rozgardiasz  i  każdy  zdołał  jakoś  znaleźć  sobie  miejsce,  Juliana 

przyniosła garnek z mlekiem, z którego wszyscy pili po kolei, a Rebecka wystawiła na stół 

chleb.  Posilili  się  nieco,  Juliana  zapaliła  świecę,  bo  w  izbie  zrobiło  się  ciemno.  W  imieniu 

gości mówił Patrik: 

– Z pewnością zastanawiacie się, czego tu szukamy. A więc dobrze, słuchajcie. Są dwa 

powody  naszego  przybycia.  Po  pierwsze  uznaliśmy,  że  powinniście  dowiedzieć  się,  co  się 

stało z waszym ojcem... 

Widać było, że dzieci z ubogiej chaty zamarły w oczekiwaniu. 

– Rozumiem, że najpierw powinienem wyjaśnić tę sprawę – zorientował się Patrik. – A 

może ty chcesz mówić, Elin? 

– Dobrze – spokojnie powiedziała Elin. – Spotkałam raz waszego ojca w miasteczku. To 

właśnie on opowiedział mi o was. Potem, kilka dni później, dowiedziałam się, że nie żyje. 

W  izbie  rozległo  się  westchnienie,  westchnienie  zdumienia,  strachu  i  żalu.  Nie 

popłynęła jednak ani jedna łza, od dawna już przywykli do tej myśli. 

– Ogromnie mi przykro – mówiła dalej Elin. – Ale miał godny pogrzeb, moje dzieci. A 

ja później nie mogłam przestać myśleć o was, zupełnie samych na odludziu, nie wiedzących o 

niczym.  Muszę  jednak  przyznać,  że  pomyliłam  się  co  do  waszego  wieku,  sądziłam,  że 

jesteście młodsi – zakończyła z uśmiechem. 

Jorulv przemówił tak dostojnie, jak umiał. 

– Jesteśmy ogromnie wdzięczni, że wyprawiliście się w tak długą i niebezpieczną drogę 

ze względu na nas. Przynieśliście odpowiedź na wiele pytań. Jak umarł ojciec? 

Elin nie miała zamiaru wyjawiać prawdy. 

– Serce nie wytrzymało, tak przypuszczam – odparła wymijająco. 

Dalej opowieść znów podjął Patrik. 

–  Sprowadza  nas  tutaj  jeszcze  jedna  sprawa  –  powiedział.  –  Dotyczy  głównie  Lisen. 

Dwadzieścia lat temu zaginął w lesie jej nowo narodzony brat. Być może wy będziecie mogli 

naprowadzić nas na jakiś trop? 

background image

– Pytałam już Jorulva – cicho wyznała Lisen. – Oni o niczym me słyszeli. 

– Jak mi przykro! – z żalem wykrzyknęła Elin. 

Ale oczy Juliany zapłonęły niezwykłym blaskiem. 

– Dwadzieścia lat temu? Powiedzcie coś więcej! Jak wyglądał twój brat, Lisen? 

– Podobno był bardzo ciemny – wyjaśniła Lisen. – Ale to Elin była z nim wtedy, gdy 

zniknął, ona wie najlepiej. 

– Był  rzeczywiście prześlicznym  dzieckiem  – podjęła Elin.  –  Znalazłam się w bardzo 

ciężkiej  sytuacji,  musiałam  na  krótką  chwilę  wynieść  dziecko  do  lasu.  Nagle  pojawił  się 

przede  mną  jakiś  mężczyzna,  którego  wzięłam  za  Władcę  Lasu,  i  oddałam  mu  noworodka. 

Potem nic więcej nigdy już nie słyszeliśmy o dziecku, a jego matka ogromnie rozpacza nad 

jego stratą. Chłopiec na pewno już nie żyje... 

Juliana wstała i przycisnęła obie dłonie do piersi. 

–  Rebecko  –  powiedziała  bez  tchu.  –  Myślę,  że  znam  odpowiedź.  Ty  najlepiej  z  nas 

umiesz  grać  na  piszczałce.  Czy  mogłabyś  wyjść  na  podwórko  i  zagwizdać  sygnał 

„niebezpieczeństwo”? 

– Teraz? W takich ciemnościach? – zdumiała się Rebecka. 

– Pójdę z tobą – pospiesznie rzekł Benjamin. 

Uśmiechnęła się i szybko odnalazła długą piszczałkę z kory. 

–  Mam  nadzieję,  że  zbytnio  nie  przeschła  –  mruknęła,  płonąc  z  ochoty,  by  pokazać 

Benjaminowi,  co  potrafi.  Obydwoje  wyszli  przed  chatę.  Wkrótce  popłynęły  piękne, 

przepojone smutkiem tony. 

– Ta dziewczyna naprawdę umie wabić – rzekł z podziwem Gustafsson. 

– Tak, Rebecka potrafi to jak nikt. 

Tony piszczałki umilkły, podjęli rozmowę. 

– Macie więc zamiar wyprawić się w dolinę? – zwrócił się Patrik do Jorulva. – A gdzie 

zamierzacie się osiedlić? 

– Nie wiemy – rzekł z rezygnacją Jorulv.  – Chcieliśmy po prostu wyruszyć w ślad za 

ojcem. Nie mamy żadnego konkretnego celu i nie wiemy, jak poradzić sobie z bykiem. 

– Z bykiem ja wam pomogę – obiecał Gustafsson. – Zwyczajny jestem bydła. Ale to nie 

takie proste przybyć do miasteczka z całym dobytkiem, nie mając gospodarstwa, które by na 

was czekało. Nie możecie przecież razem z owcami zatrzymać się w hotelu! 

– Ale zwierzęta nie mogą tu zostać – wtrąciła się Lisen. 

– Tak, to prawda. Zobaczymy, co się da zrobić – powiedział Patrik. 

Wróciła Rebecka z Benjaminem. Obydwojgu płonęły policzki. 

background image

– Słyszeliście mnie? – zapytała dziewczynka. 

– Oczywiście – odparł Jorulv. – Ale po co to wszystko, Juliano? 

– Wkrótce się przekonacie – odparła zagadkowo. 

– Nie chcę się stąd wynosić! – wybuchnął nagle Ole. – Ojciec zawsze powtarzał, że to ja 

odziedziczę kiedyś tę zagrodę. 

Jorulv, wstrząśnięty i urażony, popatrzył na brata. 

– Naprawdę ojciec tak mówił? 

Ole  spuścił  wzrok.  Zrozumiał,  że  nie  powinien  był  o  tym  wspominać,  i  już  żałował 

swego wybuchu. 

– Ojciec był straszliwie niesprawiedliwy – wyjaśniła Rebecka. 

– O, świetnie znam niesprawiedliwych ojców! – zapewniła ją Lisen. 

– Ojciec nie mógł znieść mnie i Mattiego – mówiła dalej Rebecka. – Za to Ole był jego 

oczkiem w głowie, choć ostatnio zacząłeś mu się opierać, Ole, musisz to przyznać. 

–  To  prawda.  –  Chłopiec  kiwnął  głową  z  zawstydzeniem.  –  Ojciec  nigdy  nie  chciał 

przyznać się do błędu. Jasne jest, Jorulvie, że zagroda tobie się należy. Ja po prostu nie chcę 

stąd odchodzić. 

–  Ależ,  Ole  –  próbowała  go  przekonać  Juliana.  –  Jesteś  przecież  z  nas  wszystkich 

najmądrzejszy, będziesz mógł iść do szkoły! 

– Cicho! Ktoś nadjeżdża! – rzuciła Rebecka, zanim brat zdążył odpowiedzieć. 

Ole poderwał się z miejsca i wyjrzał przez okienko. 

– Dwa konie... I dwaj jeźdźcy. Cóż, na miłość boską...? 

Juliana  rzuciła  się  do  drzwi.  Otworzyła  je  i  z  szacunkiem  w  głosie  poprosiła  nowo 

przybyłych, by weszli do izby. 

– To bardzo ważne, musicie usłyszeć, co do powiedzenia mają nasi goście. 

Do  środka  weszli  dwaj  wysocy  mężczyźni.  Obydwaj  ubrani  w  zwierzęce  skóry,  obaj 

równie  ciemni,  choć  jednemu  włosy  i  brodę  przyprószyła  już  siwizna.  Matti  natychmiast 

podbiegł  do  młodszego,  uradowany  ponownym  spotkaniem  ze  swym  bohaterem.  Pozostali 

szeroko  otwartymi  ze  zdumienia  oczami  wpatrywali  się  w  niezwykle  przystojnych 

przybyszów. 

Elin nie mogła oderwać oczu od młodego Czarnego, aż w końcu wybuchnęła: 

– To ty wziąłeś wtedy dziecko! Poznaję cię! 

– Nie, nie – roześmiał się starszy z mężczyzn. – Czas przecież nie stoi w miejscu. To ja 

zabrałem chłopczyka. „Dziecko” to on! 

Lisen oszołomiona przenosiła wzrok z jednego na drugiego. 

background image

– Czy to jest mój brat? – spytała zaskoczona. 

– Tego nie wiem, bo nie wiem, kim ty jesteś, panienko. 

Wtedy znowu zabrał głos Patrik i jeszcze raz wyjaśnił, jaka sprawa sprowadza ich w te 

okolice.  Opowiedział  o  żalu,  przez  tyle  lat  dręczącym  jego  teściową,  i  o  niepokoju,  który 

gnębił Elin. 

–  Lisen  usiłuje  odszukać  brata  już  od  chwili,  gdy  dowiedziała  się  o  jego  istnieniu  – 

zakończył. – A teraz może wy opowiecie nam waszą historię? 

Czarny i Lisen przyjrzeli się sobie. Różnili się od siebie jak dzień i noc, a mimo to czuli, 

że istnieje między nimi jakaś więź. 

– Witaj, siostrzyczko – powiedział Czarny. 

– Miło cię poznać, braciszku – odparła Lisen schrypniętym głosem. 

Mężczyźni popatrzyli po sobie i Czarny dał znak swemu przybranemu ojcu, by mówił. 

– Słuchajcie więc – rozpoczął starszy. – Czarny i ja jesteśmy krewniakami. 

– Czy on naprawdę ma na imię Czarny? – spytała zaciekawiona Rebecka. 

– Nie, ale tak go nazywam. Ja mam na imię Martin. Kiedy przyszedłem na świat, ojciec 

mój  rozgniewał  się  na  matkę  za  to,  że  urodziła  dziecko  niepodobne  do  nikogo  z  rodziny. 

Wygnał ją z domu, a później nigdy nie zapytał ani o nią, ani o mnie. Matka osiedliła się w 

sąsiedniej  dolinie,  po  drugiej  stronie  wzgórz.  Cierpieliśmy  wielka  biedę,  bo  zamieszkać 

mogliśmy tylko  w nędznym  szałasie.  Z  czasem, gdy trochę podrosłem,  zacząłem krążyć po 

lesie i zdobywać tam jedzenie. Zdołaliśmy wybudować także większy dom, choć nie jest on 

szczególnie okazały. 

–  Teraz  ja  coś  powiem  –  wtrąciła  się  Elin.  Martin  skinął  głową,  a  ona  opowiadała:  – 

Byłam obecna przy narodzinach Czarnego. Baronowa von Adelkalk wiedziała, że jej ciotka, 

czyli twoja matka  – Elin  zwróciła się do Martina  – że twoja matka została tak niegodziwie 

potraktowana przez męża. Zdawała sobie także sprawę, że gniew barona von Adelkalk mógł 

być po stokroć straszniejszy niż twego ojca. Obawiała się, że mógłby zastrzelić niewinnego 

ciemnowłosego mężczyznę, który w owym czasie pracował we dworze, mógł także, ogarnięty 

ślepą złością, skrzywdzić lub nawet zabić dziecko. Dlatego musiałam co sił w nogach biec z 

tobą do lasu, młody człowieku. 

– Dobrze cię pamiętam, mała Elin – ze smutkiem uśmiechnął się Martin. – Tamtej nocy 

pomściłem  twój  los  na  trzech  żołnierzach  i  odtąd  nie  mogłem  się  już  pokazywać  w 

miasteczku. 

background image

–  Od  tamtych  wydarzeń  upłynęło  już  ponad  dwadzieścia  lat  –  stwierdził  Patrik.  – 

Przestępstwo uległo przedawnieniu. Z waszej opowieści wynika, że w rodzinie istnieje pewna 

cecha dziedziczna, pojawiająca się u niektórych: ciemne włosy i brązowe oczy. 

–  To  prawda  –  odpowiedziała  Lisen.  –  Zbadałam  to.  Jedna  z  naszych  praprababek 

przebywała z mężem w Indiach Zachodnich i nie była wówczas zanadto cnotliwa. 

–  Musimy  pomówić  o  czymś  jeszcze  –  stwierdził  Patrik.  –  Słuchajcie,  dzieci,  czy 

chcecie wraz z nami pójść do miasteczka? Pomożemy wam, na ile będziemy mogli. 

Dzieci z małej górskiej zagrody popatrzyły na siebie z powątpiewaniem. 

–  Gdybyście  widzieli  to,  co  my  ujrzeliśmy  wczoraj  wieczorem,  bez  wahania 

poszlibyście z nami – stwierdził Gustafsson. – Wędrowaliśmy cały dzień, a wszędzie dookoła 

był tylko las. Mila za milą rozciągały się knieje, aż wreszcie w środku pustkowia ujrzeliśmy 

w oddali małe, samotne światełko. To było światło z waszego domu. Jeszcze jeden cały dzień 

zszedł nam na wędrówce, zanim dotarliśmy tutaj. 

–  Uważam,  że  najmądrzej  postąpicie  przenosząc  się  stąd  –  zgodził  się  Patrik.  –  Zima 

naprawdę może być ciężka, długa i śnieżna. Co zrobicie, jeśli któreś z małych zachoruje? 

– Linnea od dawna już jest przeziębiona – kiwnął głową Jorulv. – Jestem za tym, by się 

stąd wyprowadzić. Co ty na to, Ole? 

–  Hmm  –  zamyślił  się  Ole.  –  Jeśli  ktoś  nam  pomoże,  cała  sprawa  wygląda  inaczej. 

Bałem się wyruszać w nieznane i opuszczać miejsce, które tak bardzo kochamy. Ale zgadzam 

się, powinniśmy się stąd wynieść. 

Powiedział to zdecydowanie, lecz musiał się odwrócić, by ukryć łzy, które stanęły mu w 

oczach. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XI 

 

Kiedy  decyzja  o  przeprowadzce  nareszcie  zapadła,  sprawy  potoczyły  się  szybko. 

Wszyscy włączyli się w przygotowania do wyprawy. 

A Gustafsson wystąpił ze zbawienną propozycją: 

– Jestem, co prawda, zawodowym żołnierzem, ale tak naprawdę urodziłem się na wsi. 

Mam niedużą zagrodę pod lasem, zaraz za miasteczkiem, stoi teraz pusta, bo moi rodzice już 

nie  żyją.  Może  spróbowałbym  wystarać  się  o  roczny  urlop.  Pomieszkałbym  z  wami  przez 

jakiś czas, zanim na dobre się nie zagospodarujecie. 

Patrik  uznał  to  za  świetny  pomysł  i  obiecał  dopomóc  w  załatwieniu  niezbędnych 

formalności.  Dzieci  od  razu  poczuły  się  bardziej  bezpieczne.  Teraz  już  wiedziały,  że  będą 

miały się gdzie podziać. 

Dziwna  to  była  noc.  Czworo  najstarszych  spośród  rodzeństwa  przez  długi  czas  nie 

mogło zasnąć, trudno było im pojąć wszystkie te nagłe wydarzenia. Nie dawała im spokoju 

świadomość, że w izbie śpią zupełnie obcy ludzie. Juliana nie przestawała myśleć o Czarnym. 

Niewiele  rozmawiali,  ale  ciepło  jaśniejące  w  ich  oczach,  kiedy  na  siebie  spoglądali, 

wystarczało  za  wszystkie  słowa.  Dziewczyna  czuła  się  tak  szczęśliwa,  że  nie  mogła 

zapanować nad łzami radości, choć jednocześnie smutno jej było, że już wkrótce opuszczą las 

i dom ich dzieciństwa. 

Jorulv  rozmyślał  o  burzy  uczuć,  jaka  nawiedzała  go  podczas  samotnych  wiosennych 

wieczorów,  o  dręczącym  niepokoju,  którego  przyczyn  nie  znał.  Teraz  uświadomił  sobie,  za 

czym tęsknił. Lisen postawiła na głowie całe jego dotychczasowe życie. Sprawiła, że patrzył 

na świat w oszołomieniu i ze strachem, lecz jednocześnie z bezmiernym zachwytem. Ale ona 

przecież była damą. Czy kiedykolwiek ośmieli się wyznać jej, co do niej czuje? 

Myśli Lisen także błądziły daleko. Dziewczyna przede wszystkim cieszyła się z tego, że 

odnalazła zaginionego brata, ale ani na chwilę nie przestawała myśleć o Jorulvie. Nigdy dotąd 

nie  spotkała  kogoś  takiego  jak  on  –  tak  miłego,  prostodusznego,  a  jednocześnie  tak 

męskiego... 

Uczucia  Rebecki  i  Benjamina  były  znacznie  mniej  skomplikowane.  Radowali  się  po 

prostu ze spotkania bratniej duszy, kogoś, z kim można porozmawiać bez obaw, z kimś, kto 

zrozumie. Oboje mieli wrażenie, że ich znajomość może kiedyś przerodzić się w coś więcej 

niż przyjaźń. 

background image

Świtem,  kiedy  wyszli  z  chaty,  ujrzeli  cienką  warstewkę  śniegu  pokrywającą  ziemię. 

Cały świat wydawał się taki czysty i odświeżony. Najpierw, z samego rana, poszli na groby i 

okryli je starannie pachnącymi świerkowymi gałęziami. Odmówili cichą modlitwę, żegnając 

się z tymi, którzy tu spoczywali, zwłaszcza z matką. 

Później zabrali się za pakowanie. 

Największym  problemem  były świnie:  olbrzymi wieprz, maciora i  trzy  dość spore już 

prosięta.  Na  pewno  nie  zdołałyby  przejść  całej  długiej  drogi  do  miasta.  Kury  można 

transportować w klatkach lub w jukach na którymś z trzech koni: Czarnego, Martina lub na 

własnym koniu dzieci. Krowy i owce pójdą same, ale świnie...? 

–  Naprawdę  nie  macie  żadnego  wózka?  –  westchnął  Gustafsson.  –  A  w  jaki  sposób 

znosiliście siano do zagrody? 

– Na własnych plecach – zgodnie z prawdą odparł Jorulv. 

Martin  stwierdził,  że  nie  opłaca  im  się  wracać  do  miasteczka  tą  samą  drogą,  którą 

przybyli  tu  Gustafsson  z  towarzyszami.  Wybierając  drogę  prowadzącą  przez  dom  jego, 

Martina,  i  Czarnego,  mogli  oszczędzić  nawet  całą  dobę.  Tam  rodzeństwo  będzie  mogło  się 

zatrzymać i wypocząć, a później oni odprowadzą dzieci do miasteczka. 

–  Ale  wtedy  trzeba  będzie  przejść  przez  bezleśne  góry  –  podkreślił.  –  Tym  bardziej 

musimy mieć coś, w czym można transportować świnie. Niestety, i tak bagażu będzie więcej, 

niż konie same zdołają unieść. 

Olemu nagle wpadło coś do głowy. 

– Jorulv zrobił kiedyś saneczki dla Mattiego i Linnei. Gdzie one mogły się podziać? 

Matti  zmarszczył  czoło,  ale  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  za  to  Linnea  okazała  się 

bystrzejsza. 

– Zeszłej zimy zjeżdżaliśmy z tamtego pagórka – powiedziała z ożywieniem. – I tam je 

chyba zostawiliśmy... 

– Tak, tak właśnie było! – ucieszył się Matti. – Ole, chodź, pomóż mi! 

Chłopcy  poszli  przez  łąkę,  Linnea  na  krótkich  nóżkach  podreptała  za  nimi.  Pozostali 

czekali cierpliwie, ale nie mieli zbyt wielkich nadziei. 

– Wszystko, co nie będzie wam potrzebne teraz, zimą, zostawimy tutaj – rzekł Patrik do 

Jorulva. – Wrócimy po to wiosną. Czy jesteś zadowolony z takiego rozwiązania? 

Jorulv, Juliana i Rebecka pokiwali głowami na zgodę i zaczęli się zastanawiać, co może 

zostać. 

Wróciły najmłodsze dzieci, ciągnąc coś za sobą z wysiłkiem. 

background image

– Ależ... – Martin był naprawdę zdumiony. – To przecież nie są żadne saneczki, to całe 

sanie! 

– Rzeczywiście, wyszły mi jakieś wielkie – zawstydził się Jorulv. 

–  Możesz  za  to  dziękować  Stwórcy  –  orzekł  Patrik.  –  To  nasz  jedyny  ratunek.  Czy 

znajdziecie jakieś dyszle, żeby zaprząc do nich któregoś konia? 

Wszyscy z zapałem zabrali się do pracy. Każdy starał się pomóc jak umiał. Znad jeziora 

przyniesiono przybory rybackie, jedzenie zapakowano w garnki i węzełki, załadowano juki. 

– Jak myślicie, uporamy się z tym dzisiaj? – zastanawiał się Patrik. 

Martin popatrzył na niebo. 

– Powinniśmy już wyruszać. Niedługo spadnie więcej śniegu. Zima już się czai i jutro 

może być za późno. 

Poprosił wszystkich, by spieszyli się jak mogą, bo, jak stwierdził, najpóźniej za godzinę 

powinni wyprawić się w drogę. 

Wreszcie  wszystko  było  gotowe.  Kury  siedziały  w  koszach  umocowanych  po  bokach 

konia Martina, głośnym gdakaniem dając znać, jak bardzo czują się urażone. Dla świń Jorulv 

zbił  naprędce  dwie  duże  skrzynie,  które  ustawiono  na  saniach.  Najmłodsze  dzieci  miały 

opiekować  się  owcami  i  kozami,  obowiązkiem  starszych  było  zajęcie  się  krową,  jałówką  i 

cielakiem. Kozioł, uparty, jak to  zwykle z kozłami  bywa, opierał  się z całych sił, ale Matti 

łagodnością i z nim potrafił dać sobie radę. 

Nadeszła chwila, kiedy wyprowadzić mieli wielkiego byka. 

Gustafsson  przywiązał  gruby  powróz  do  kółka  umocowanego  w  nosie  zwierzęcia  i 

wspólnie z Jorulvem zdołali wyciągnąć je z obory. Oni właśnie mieli otwierać cały pochód, 

bo nikt przecież nie chciał znaleźć się przed bykiem, gdyby przypadkiem się rozgniewał. Przy 

obłaskawianiu  zwierzęcia,  z  którego  oczu  wprost  biła  dzikość,  znów  nie  obyło  się  bez 

pomocy Mattiego. Malec łagodnie i dobrotliwie przemawiał do olbrzyma. 

– On się boi – stwierdził wreszcie i miał w tym sporo racji. 

Zaraz  za  bykiem  szedł  Martin,  bo  to  on  właśnie  znał  drogę,  którą  mieli  podążać. 

Prowadził ciężko objuczonego konia. Za nim kroczył stary Kasztanek z zagrody, z wysiłkiem 

ciągnąc sanie. Obok postępował Ole, nie mógł bowiem dosiąść konia, który dodatkowo niósł 

na grzbiecie całą piramidę sprzętów. Obok niego szła Elin z pokaźnym workiem na plecach, 

w  dłoniach  taszcząc  dwa  węzełki.  Następne  w  kolejności  wędrowały  najmłodsze  dzieci, 

prowadząc kozy i owce, a za nimi Rebecka, Benjamin i Juliana z bydłem. 

Pochód zamykali Lisen, Czarny i jego koń. 

background image

Pozostawał jeszcze bagaż do niesienia: na każdego przypadało go tyle, że ledwie zdołali 

udźwignąć. Droga przez las okazała się bardzo mozolna, juki zaczepiały o gałęzie, jagnięta i 

koźlęta zbaczały z drogi i trzeba było je zawracać. Najmłodsze dzieci prędko się zmęczyły i 

marudziły, że chcą odpocząć. Ładunek przesuwał się nieustannie, bez końca mocowano go od 

nowa. 

Byk  sprawował  się  właściwie  przyzwoicie.  Od  czasu  do  czasu  zapierał  się  albo  nagle 

rzucał w bok, ale Gustafsson naprawdę świetnie umiał sobie z nim poradzić. Krowa natomiast 

wyraźnie  zaczęła  kuleć.  Zbadali  ją  jak  umieli  ale  nie  znaleźli  żadnej  innej  przyczyny 

niedomagania poza tym, że nienawykłe do długiej wędrówki zwierzę zmęczyła długa droga. 

A przecież tak daleko mieli jeszcze do celu... 

– Jak sądzisz, czy będziemy zmuszeni nocować pod gołym niebem? – szepnął Patrik do 

Martina w momencie, kiedy w pobliżu akurat nie było nikogo innego. 

– Za wszelką cenę musimy tego uniknąć – odparł Martin. – Ale posuwamy się bardzo 

powoli.  Wiatr  się  wzmaga,  w  powietrzu  czuć  już  śnieg.  Obawiam  się,  że  przeprawa  przez 

bezleśne góry może okazać się niezwykle trudna. 

– A czy musimy iść właśnie tamtędy? 

–  To  najkrótsza  droga.  Gdybyśmy  szli  naokoło,  musielibyśmy  nocować  na  otwartej 

przestrzeni. 

– Wobec tego ruszamy przez góry. 

Martin  zwrócił  się  do  Juliany  z  prośbą,  by  dla  wszystkich  znalazła  ciepłą  odzież, 

rękawice i szale. Zatrzymali się i Juliana zaraz zaczęła myszkować po bagażu. 

– Czy kurom także zawiążemy szaliki? – żartobliwie zapytała Rebecka. 

Martin roześmiał się. 

–  Nie,  ale  powinniśmy  nakryć  czymś  klatki.  A  gdyby  udało  się  wam  znaleźć  coś 

dostatecznie dużego do osłonięcia skrzyń ze świniami, byłoby naprawdę wspaniale. 

Świnie gwałtownie protestowały, gdy tak nagle zapadły ciemności, ale nikt nie zważał 

na  ich  urażone  chrząkanie.  Wędrowcy  znów  podjęli  marsz,  tym  razem  już  przez  bardziej 

otwarty teren. 

Martin  starał  się  nie  myśleć  o  wszystkich  trudnościach,  jakie  jeszcze  ich  czekały, 

pocieszał się myślą, jak to dobrze będzie, gdy nareszcie znajdą się u celu. Jego matka miała 

kota,  Linnea  z  pewnością  będzie  zachwycona  zwierzątkiem,  z  taką  troską  zajmowała  się 

przecież młodymi kózkami i jagniętami. Matti powinien dostać psa... 

background image

Martin  nigdy  się  nie  ożenił.  Zajmował  się  matką,  a  potem  opiekował  jeszcze 

niemowlęciem, Czarnym. Tak upływały lata – w wiecznym trudzie, by nie wpuścić biedy za 

próg. 

Sanie  się  wywróciły,  spadła  skrzynia  ze  świniami.  Zaniosły  się  kwikiem,  cała  piątka, 

jakby  co  najmniej  obdzierano  je  ze  skóry.  Martin  oderwał  się  od  swych  rozmyślań  i 

pospieszył z pomocą Elin i Olemu, którzy usiłowali zaprowadzić porządek. 

Elin  świetnie  wygląda  mimo  upływu  lat,  pomyślał  Martin,  wspominając  zrozpaczoną 

piętnastolatkę, którą dawno temu spotkał w lesie. Teraz miała lat trzydzieści pięć, ale jej oczy 

zachowały nadal tamten czysty, niewinny wyraz. Sprawiała wrażenie zmęczonej, a na twarzy 

wyryła jej niezatarty ślad bezustanna troska o syna. Oprócz tego jednak niewiele się zmieniła. 

Kiedy  umieścili  już  na miejscu  obie  skrzynie,  Martin  delikatnie  uścisnął  Elin  za  rękę. 

Podniosła głowę zdumiona, napotkała jego ciepły  uśmiech i  odpowiedziała mu  uśmiechem, 

choć  wargi  jej  drżały.  Władca  Lasu,  tak  go  nazwała,  kiedy  odebrał  dziecko  z  jej  rąk,  a  on 

odpowiedział, że nim nie jest, lecz miał okazję go spotkać... 

Bo  czyż  tak  w  istocie  nie  było?  Władca  Lasu  był  wszędzie,  w  szumie  kniei  w  jasne 

wiosenne wieczory, w ogromie natury i w ludzkiej bezradności, w pięknie, które go otaczało, 

gdy wędrował pod koronami drzew i radował się bogactwem kolorów letnich kwiatów. 

Znajdował  się  we  wszystkim,  czego  Martin  mógł  nauczyć  dziecko,  Czarnego,  we 

wszystkim, co opowiadał mu o życiu roślin i zwierząt... 

Tak, spotkał leśnego bożka. 

Śnieżna zamieć uderzyła w nich z całej siły. 

–  Trzymajmy  się  razem!  –  krzyknął  Martin.  –  Mówcie  zaraz,  gdy  z  zimna  stracicie 

czucie!  Teren  jest  tu  tak  otwarty,  że  możemy  iść  w  zwartej  grupie  zamiast  długim, 

rozciągniętym  rzędem.  Uważajcie,  byśmy  po  drodze  nikogo  nie  zgubili,  człowieka  ani 

zwierzęcia! 

Byk przeciągłym rykiem wyrażał swoje niezadowolenie. Krowa i jałówka odpowiadały 

mu, strasząc pozostałe zwierzęta. 

– Uwiążcie je wszystkie – nakazał Gustafsson. – Nie, Matti, nie sadzaj Linnei na sanie, 

cieplej jej będzie w ruchu. Czarny, pilnuj, by nikt nie został z tyłu! 

Zamieć  gęstniała  z  minuty  na  minutę.  Uderzenia  wiatru  stawały  się  coraz  silniejsze, 

lodowate  bicze  śniegu  bezlitośnie  cięły  policzki,  nie  pozwalały  otwierać  oczu.  Benjamin 

widział, że kozy są przerażone. Mała Linnea zaczęła szlochać z wycieńczenia. Próbowała iść 

tyłem, ale okazało się to niemożliwe, bo prowadziła przecież na sznurku owcę. Owce beczały, 

odpowiadały im wystraszone jagnięta. Jedna z kóz chciała położyć się na ziemi, odmawiając 

background image

dalszej wędrówki, ale Elin zaraz ją popędziła. Potem objęła Linneę ramieniem, by choć trochę 

osłonić dziewczynkę przed zimnem. 

Niektóre  zwierzęta  długo  już  stały  pod  dachem,  pomyślał  Jorulv.  Nie  nawykły  do 

takiego  chłodu.  Uspokajająco  pogładził  po  grzbiecie  byka,  którego  prowadził  z 

Gustafssonem.  Każdy z  nich trzymał  mocno w dłoniach koniec powrozu  przywiązanego do 

kółka w nosie zwierzęcia; w ten sposób udawało im się jakoś zapanować nad kolosem. 

Czarny objął Julianę. Jasna, delikatna skóra dziewczyny gorzej znosiła zacinający śnieg 

niż jego osmagane wichrami policzki. Juliana usiłowała teraz osłonić twarz połą jego kurtki, 

nie spuszczając jednak z oczu krowy, którą prowadziła. Krowa kulała coraz bardziej i Julianie 

na ten widok krwawiło  serce. Stara wierna Gwiazdula, oby tylko  nic poważnego jej  się nie 

stało! 

Lisen  czuła  się  nieco  osamotniona.  Wszyscy  inni  szli  razem  ze  swymi  szczególnymi 

przyjaciółmi, ale ona nie mogła teraz przeszkadzać Jorulvowi. Uczucie, jakie do niego żywiła, 

z  każdą  chwilą  stawało  się  bardziej  intensywne,  nabierało  blasku.  Nigdy  jeszcze  nie 

odczuwała w duszy takiego ciepła i oddania jak teraz. 

Chyba naprawdę zaczynam dorastać, pomyślała. Ojciec z pewnością wyrzuciłby Jorulva 

z wielkim hukiem, gdyby tylko zorientował się, co on do niej czuje. Ale już wkrótce nastąpi 

koniec ojcowskiej tyranii. Gdy tylko wrócą, ostatecznie się z nim rozprawią... 

Jeśli wkrótce nie wydostaniemy się spod władania zamieci,  źle się to  skończy, myślał 

Czarny.  Mniejsze  zwierzęta  długo  już  nie  wytrzymają  i  Matti  jest  tak  strasznie  zmęczony. 

Biedny mały... Przyspieszył kroku i przejął od Mattiego koziołka. Chłopczyk i tak z trudem 

radził sobie z opieką nad jedną kozą, widać było wyraźnie, że ledwie idzie na zesztywniałych 

z zimna nogach. 

– Jak się czujesz, Matti? – zapytał cicho. 

Malec uśmiechnął się blado, ale nie odpowiedział ani słowem. 

–  Najgorsze  już  wkrótce  będzie  za  nami  –  pocieszył  go  Czarny.  –  Ale  pamiętaj,  daj 

znać, jak tylko poczujesz, że nie masz już więcej sił. 

Matti kiwnął głową i z wysiłkiem poczłapał dalej. 

Jedna  z  owiec  padła  na  ziemię  i  za  nic  nie  dała  się  podnieść.  Zatrzymała  się  cała 

gromada. Patrik  wziął na ramię skrzynkę  z prosiętami,  a na jej miejscu  na saniach ułożono 

biedną owcę i starannie okryto ją sianem. Ruszyli dalej. 

Na  policzkach  Elin  pojawiły  się  oznaki  odmrożenia,  Martin  mocno  natarł  jej  twarz,  a 

Rebecka  wyżej  podciągnęła  rękawice  Linnei.  Z  lękiem  zauważyli,  że  Gustafssonowi  i 

Jorulvowi grozi odmrożenie nadgarstków, ale żaden z nich nie mógł puścić byka. 

background image

Wreszcie zamieć, która zdawała się nie mieć końca, zaczęła się uspokajać, przycichać. 

Płatki śniegu nie padały już tak gęsto. 

– Teraz będziemy schodzić w dół! – zawołał Martin. – Już niedługo drzewa nas osłonią! 

Z wielką ulgą przyjęli  tę wiadomość. Wędrowali przecież cały dzień, nie zatrzymując 

się nawet, by coś zjeść. Wszyscy byli wycieńczeni, głodni i przemarznięci. 

Jak cudownie było znów znaleźć się w lesie! 

–  Idziemy  dalej,  prawda?  –  zapytał  Martin.  –  A  może  ktoś  woli  zatrzymać  się  i 

odpocząć tutaj? 

O odpoczynku marzyli wszyscy, ale nikt nie chciał przystanąć. 

Śmiertelnie  zmęczeni  ludzie  i  zwierzęta  resztkami  sił,  potykając  się,  wciąż  szli  do 

przodu, byle tylko jak najprędzej znaleźć się pod dachem. Zapadł zmrok. Martin od czasu do 

czasu przystawał, by się rozejrzeć, zanim dał znak do dalszej wędrówki. 

Jakąś godzinę później w oddali zabłysło światełko. Było dla nich jak bajka. 

–  Jesteśmy  na  miejscu  –  powiedział  z  ulgą  Martin.  –  Zaraz  poznacie  moją  matkę, 

wypijecie coś ciepłego i pójdziecie spać. Zwierzęta też się pomieszczą. 

Matti, słysząc to, poddał się. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i Czarny musiał wziąć 

go na swe troskliwe ręce. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XII 

 

Charlotta,  matka  Martina,  z  wielką  życzliwością  i  czułą  troską  powitała  zmarzniętą 

gromadę. 

– Ach, biedacy, jacy jesteście wyziębieni, przemarzliście na kość! Ty musisz być Linnea 

– zwróciła się do najmłodszej dziewczynki, która rozglądała się dookoła wielkimi oczami. – 

Czarny opowiadał mi o was wszystkich i dlatego wydaje mi się, że znam was już od dawna. 

Długo  was  obserwował,  by  udzielić  wam  pomocy,  gdyby  okazało  się  to  niezbędne.  Potem 

jednak musiał was opuścić, bo ja zachorowałam... Kochane dzieci, podejdźcie tu, bliżej pieca, 

rozgrzejcie się! 

Dzieci  patrzyły  i  patrzyły,  i  nie  mogły  się  nadziwić  białej  porcelanie,  doniczkom  z 

kwiatami stojącym na parapetach, pięknym meblom... I tyle świec wszędzie! 

Charlotta zaczęła odwijać Linneę z szali i kaftanów. Dziewuszka z zimna i zmęczenia 

była  całkiem  zobojętniała  i  tylko  ze  zdumieniem  wpatrywała  się  w  damę  o  tak  łagodnym 

głosie. 

– Czy ty jesteś Bogiem? – zapytała z powagą. – Bo moja mama mówiła, że Bóg jest taki 

dobry... 

– Nie, Bóg jest o wiele, wiele lepszy ode mnie – odparła Charlotta z uśmiechem. – Ale 

staram się być tak dobra, jak potrafię. 

Lisen podeszła, by się przedstawić. 

– Jestem Lisen, siostra  Czarnego  – powiedziała.  – Znam  historię jego życia. A to  jest 

Elin, którą Martin spotkał w lesie dwadzieścia lat temu. To syn Elin, Benjamin. Mój szwagier 

Patrik  i  Gustafsson,  a  to  pozostałe  dzieci  z  leśnej  zagrody:  Ole,  Rebecka,  Juliana  i  Jorulv. 

Matti już zasnął... to ten, którego Czarny trzyma na rękach. 

Charlotta troskliwie zajęła się gośćmi. 

–  Zaraz  zobaczymy,  czym  mogę  was  poczęstować.  Co  myślisz  o  czekoladzie  ze 

śmietanką, Martinie? 

– Brzmi pysznie, mamo. Czarny i Juliana pomogą ci ją przyrządzić. My w tym czasie 

znajdziemy  jakieś  schronienie  dla  zwierząt.  Na  podwórzu  aż  tłoczno  od  zziębniętych, 

wycieńczonych stworzeń. Może powinniśmy porozmawiać z sąsiadem? 

background image

–  Nie  o  tej  porze,  a  poza  tym  to  za  daleko  dla  tych  biedactw.  Najmniejsze 

przyprowadźcie tu, do domu, a większe umieśćcie w oborze, tam będzie im ciepło. Czy macie 

krowy albo kozy? Trzeba je wydoić? 

Postarano  się  załatwić  wszystko  jak  najszybciej  i  jak  najlepiej.  Wkrótce  w  oborze 

zrobiło się gorąco. Od wielu zwierząt, zgromadzonych w jednym miejscu, wprost biło ciepło. 

Dwa konie umieszczono w jednej przegrodzie i tym samym miejsca starczyło także dla byka. 

Było ciasno, ale zwierzęta wydawały się zadowolone. 

Kozy zostawiały za sobą małe czarne bobki na wyszorowanej przez Charlottę podłodze 

kuchni,  a  świnie  i  owce  musiały  podzielić  się  pralnią.  Kury  znalazły  w  oborze  belki,  które 

zastąpiły im grzędy, a kogut, któremu pomyliły się pory dnia, piał na wpół śpiąc. 

Linnea, dokładnie tak jak przewidział Martin, zasnęła z kotkiem w objęciach. Rozgrzała 

się i najadła, w buzi czuła wspaniały, nie znany dotąd smak czekolady. 

Gdy  zgaszono  świece,  każdy  najmniejszy  nawet  kącik  przytulnego  domku  zajęty  był 

przez  śpiących  ludzi,  nieprawdopodobnie  zmęczonych,  ale  zadowolonych,  że  nareszcie 

znaleźli bezpieczne schronienie. 

Tylko  Charlotta  nie  mogła  zasnąć.  Tuliła  do  siebie  Linneę  z  kociakiem  i  bezczelnego 

młodego  koziołka,  który  uznał,  że  w  jej  łóżku  będzie  mu  najwygodniej.  Miała  o  czym 

rozmyślać.  Nareszcie  poznała  Julianę,  o  której  Czarny  tyle  jej  opowiadał.  Cóż  za  czarujące 

stworzenie, myślała sobie, usiłując okryć się bodaj skrawkiem kołdry. Czarny nie mógł chyba 

wybrać lepszej i milszej dziewczyny. 

A jej ukochany syn, Martin... Czy tylko sobie wmawiała, czy też rzeczywiście między 

nim  a  Elin  istniała  jakaś  szczególna  nić  porozumienia?  Delikatna,  nieśmiała  czułość,  która 

mogła przerodzić się w coś więcej? 

Charlotta miała taką szczerą nadzieję. 

 

Tyle śniegu! Juliana zadrżała z zimna, kiedy nazajutrz szła przez podwórze do obory na 

poranne dojenie. Myślą powróciła do samotnej chaty leżącej  głęboko, głęboko w lesie. Nie, 

nie wolno jej teraz o tym myśleć! 

W  małej,  zatłoczonej  obórce  niełatwo  było  się  poruszać,  ale  Juliana  zdołała  wydoić 

krowy. Kiedy cedziła mleko, zauważyła nagle, że ktoś za nią stoi. Odwróciła się. 

Czarny. Serce natychmiast podskoczyło jej w piersi, poczuła, że pałają jej policzki. 

Popatrzył na nią z uśmiechem. 

– Nigdy nie możemy zostać sami. 

– Czuć ode mnie oborą – cicho powiedziała zawstydzona Juliana. 

background image

– A czy może być inaczej, skoro jesteś w oborze? – roześmiał się. – To nic nie szkodzi, 

przywykłem do tego zapachu. – Ujął jej twarz w dłonie. – Juliano... Nigdy nie mówiłem ci, co 

do ciebie czuję. 

Nie mogła odpowiedzieć. Czuła, jak ściska ją w gardle, i nie pomogło ani przełykanie 

śliny, ani chrząkanie. 

– Kocham cię, Juliano – szepnął. – Od dawna już cię kocham. Od czasu, kiedy dawno 

temu ujrzałem cię na bagnach. Ty mnie nie widziałaś, ale wystraszyłaś się, bo wyczułaś, że 

ktoś jest w pobliżu. Pamiętasz? 

– Tak – odparła schrypniętym głosem. – I ja... – Znów musiała odchrząknąć. – Ja o tobie 

marzyłam. Wyobrażałam sobie, że jesteś leśnym bożkiem, o którym Matti tyle mi opowiadał. 

I taka zresztą jest prawda – stwierdziła z promiennym uśmiechem. 

I  wówczas  on  uczynił  coś  dla  niej  nieoczekiwanego.  Juliana,  naiwna  i  niewinna,  nie 

wiedziała  nic  o  miłości  i  pieszczotach.  Czarny  pochylił  się  nad  nią  i  delikatnie,  czule 

pocałował w same usta. 

Gdy ją puścił, Juliana popatrzyła mu prosto w oczy i westchnęła długo i drżąco, a potem 

szepnęła prosto do ucha: 

– Czuję do ciebie to samo, co ty czujesz do mnie. 

Zorientowała się, jak niemądrze to zabrzmiało, ale Czarny wyraźnie się ucieszył. Mocno 

przytulił  ją  do  siebie,  objął  i  jeszcze  raz  pocałował.  Tym  razem  był  bardziej  namiętny,  a 

Juliana mu się poddała. Miała wrażenie, że Czarny także nie ma zbyt dużego doświadczenia. 

To uradowało ją i dodało pewności siebie. 

Usłyszeli, że ktoś wyszedł na podwórze. Popatrzyli na siebie z miłością i zrozumieniem, 

i powrócili do swych zajęć. 

Podczas gdy Juliana i Czarny wstępowali na ścieżki miłości ostrożnie, sytuacja między 

Jorulvem a Lisen rozwijała się znacznie prędzej. 

Lisen  była  właściwie  bardzo  wyzwoloną  panną.  Wielokrotnie  wysłuchiwała  zwierzeń 

przyjaciółek  o  miłosnych  podbojach  i  chwilach  spędzonych  sam  na  sam  z  rozmaitymi 

kawalerami. Na tej podstawie wyrobiła sobie błędne mniemanie, iż każda zakochana młoda 

dziewczyna natychmiast powinna posmakować miłości z chłopcem, który stanowi obiekt jej 

westchnień.  Nie  przypuszczała,  że  to,  co  słyszała,  w  większości  było  przechwałkami,  a 

nieliczne panny, które zbyt daleko posunęły się w eksperymentowaniu, często musiały za to 

płacić  długimi  tygodniami  niepokoju  i  rozpaczy.  Zdarzało  się,  że  niektóre  z  przyjaciółek 

Lisen  nagle,  bez  żadnego,  jak  się  wydawało,  konkretnego  powodu,  wyjeżdżały  na  kilka 

background image

miesięcy,  ale  to  nigdy  Lisen  specjalnie  nie  obchodziło.  Dlatego  wobec  Jorulva  nie  miała 

żadnych zahamowań. 

Po  raz  pierwszy  w  swym  młodym  życiu  była  szczerze  zakochana  i  nie  miała 

wątpliwości,  że Jorulv  odwzajemnia jej uczucie. Jego nieśmiałe spojrzenia towarzyszyły jej 

wszędzie,  ale  wśród  tłumu  ludzi  tak  trudno  im  było  znaleźć  chwilę,  którą  mogliby  spędzić 

tylko we dwoje. 

Wreszcie jednak nadarzyła się okazja. 

Lisen  musiała  wracać  do  miasteczka,  ze  względu  na  matkę  nie  mogła  już  dłużej 

pozostawać  poza  domem.  Inni  nadal  mieli  pełne  ręce  roboty  przed  przetransportowaniem 

całego  dobytku  dzieci  do  zagrody  Gustafssona.  Trzy  dni  po  przybyciu  do  domu  Charlotty 

pewien  wieśniak,  który  miał  załatwić  w  miasteczku  jakiś  interes,  obiecał  podwieźć  Lisen. 

Dziewczyna  musiała  jednak  sama  przejść  nad  brzeg  rzeki,  nad  którą  rozłożyła  się  maleńka 

wioska. 

Jorulv zaofiarował się, że ją odprowadzi. 

Wyszli wcześniej, niż było trzeba, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. 

Pierwszy  śnieg  zdążył  już  stopnieć.  Nad  sosnami,  porastającymi  piaski,  znów  ciepło 

zaświeciło słońce. Z początku żadne z nich nie odzywało się ani słowem, obydwojgu spokoju 

nie dawała myśl: Jak mam to powiedzieć? Jak zacząć? 

Minęli sosny na piaskach i weszli na wzgórze, z którego roztaczał się widok na wioskę. 

Lisen zatrzymała się na szczycie stromego zbocza. 

– Mamy dużo czasu – powiedziała. 

– Tak – odparł Jorulv i rozejrzał się dokoła. – Może przysiądziemy na chwilę? Tam, w 

słońcu, ziemia jest na pewno nagrzana. 

Lisen  kiwnęła  głową.  Jorulv  wskazał  na  kępę  młodych  sosenek.  Z  tego  miejsca  mieli 

świetny widok, a jednocześnie nikt nie mógł ich dostrzec. Zresztą i tak nikt tu nie chodził – 

tędy wiódł skrót od domu Charlotty do wioski. 

Jorulv  ściągnął  z  grzbietu  wytartą  kurtkę,  żeby  Lisen  miała  na  czym  usiąść.  Lisen 

zatroszczyła się, by i on się zmieścił. Blisko niej, bardzo blisko. 

Żadne  z  nich  nie  pamiętało  później,  o  czym  rozmawiali.  Ot,  taka  sobie  obojętna 

rozmowa o niczym. Zapamiętali jedynie, że ich dłonie nagle splotły się ze sobą, dziewczynie, 

kiedy pochyliła głowę, włosy opadły na twarz, a on delikatnie je odsunął. Nie zdjął ręki z jej 

karku, a jej usta powoli zbliżyły się do jego ust. 

Jorulv  wiedział  o  pocałunkach  i  pieszczotach  jeszcze  mniej  niż  Juliana.  Kiedy  poczuł 

wargi  Lisen  na  swoich,  nagle  jakby  cały  skamieniał.  Zaraz  jednak  zareagował  jak  dziecko 

background image

natury, którym przecież był. Mocno przylgnął ustami do ust dziewczyny, a ona wcale się o to 

nie  pogniewała,  przeciwnie,  objęła  go  i  przytuliła  się  do  niego.  Jego  ciało  zareagowało 

rozpaloną niecierpliwością. Przypuszczał, iż być może nie postępuje właściwie, i gdyby Lisen 

zaprotestowała przeciw temu, na co się ośmielał, wstrzymałby się w jednej chwili. Ale Lisen 

nie protestowała. 

Jorulv  dobrze  znał  realia  życia.  Przy  nim  przyszło  na  świat  szesnaścioro  młodszego 

rodzeństwa, a brutalny ojciec, kiedy tylko przyszła mu ochota, nigdy nie oglądał się na nic, a 

już  zwłaszcza  na  matkę.  On  sam  na  co  dzień  przebywał  z  ogierami  i  buhajami,  nic  więc 

dziwnego, że wiele o tym wiedział. 

Teraz  nagle  znalazł  się  w  samym  środku  oszałamiających,  podniecających  doznań. 

Zapomniał,  do  czego  to  prowadzi,  nie  potrafił  myśleć  trzeźwo.  Lisen  odwzajemniała  się 

pieszczotami  równie  gorącymi  jak  te,  którymi  ją  obsypywał,  i  kiedy  wsunęła  dłonie  pod 

koszulę, by pogładzić jego jedwabiście gładką skórę, całkowicie dał się ponieść uczuciom. 

Później działał już tylko instynktownie. 

Ogarnęło go niezwykłe wrażenie, że spoczywają oboje w wielkiej dłoni leśnego bożka. 

Nagle  porwał  go  przecudowny,  oszałamiający  sen.  Choć  przymknął  powieki,  nadal  miał 

przed  oczami  ciemną  zieleń  mchu  i  jasny  błękit  nieba.  Siła  leśnego  bożka  poderwała  go  z 

ziemi i poniosła ku ostatecznej granicy... 

Później  długo  leżeli  przytuleni  do  siebie,  patrząc  w  chmury.  Jorulv  nigdy  dotąd  nie 

zaznał takiego szczęścia i wiedział, że Lisen także podziela jego uczucia, choć nie zamienili 

ani słowa na ten temat. Głowa dziewczyny spoczywała na jego ramieniu, czuli się tak dobrze, 

tak bezpiecznie, jakby zawsze tak było i zawsze miało tak być. 

Dotknął  palcami  jej  policzków  i  poczuł,  że  są  mokre  od  łez.  Lisen  wtuliła  twarz  w 

zagłębienie  jego  szyi  i  mocno  przycisnęła  się  do  jego  ciała.  Objęła  go  w  pasie  i  gdyby  nie 

obowiązki, które na nich czekały, zasnęliby oboje. Czuli się przy sobie tak bezpiecznie... 

 

Ku wiosce schodzili w milczeniu. 

Nie odczuwali wstydu. Wędrowali, napawając się urokiem nowej więzi, która połączyła 

ich ze sobą przed kilkoma godzinami. 

Lisen  wiedziała,  że  kocha  młodego  chłopaka,  który  trzyma  jej  rękę  w  mocnym, 

szczerym uścisku. Obiecał, że nigdy jej nie zawiedzie bez względu na to, co się stanie, nawet 

jeśli jej ojciec sprzeciwi się ich związkowi. A Lisen zapewniła go, że po tym, co wydarzyło 

się między nimi, nikt nigdy nie zdoła ich rozdzielić. 

Stała się teraz prawdziwą kobietą. Jego kobietą. 

background image

Znalazła  przyjaciela,  człowieka,  z  którym  pragnęła  dzielić  swoje  życie.  Miał  w  sobie 

wszystko, co mogła sobie wymarzyć: czułość, wyrozumiałość, troskliwość wobec samotnych 

i  nieszczęśliwych,  miłość  do  zwierząt...  a  przede  wszystkim  miłość  dla  niej.  Jorulv  był 

mężczyzną, któremu mogła zaufać na dobre i na złe. 

Rozstanie obojgu sprawiło  ból. Jorulv  obiecał  przybyć tak szybko, jak tylko  będzie to 

możliwe,  a  i  Lisen  miała  zamiar  wybrać  się  jak  najprędzej  do  zagrody  Gustafssona.  Każda 

godzina, którą musieli przeżyć z dala od siebie, wydawała im się dłuższa niż rok. 

 

Na  szczęście  więź,  jaka  wytworzyła  się  między  Benjaminem  a  Rebecką,  miała  nieco 

inny charakter. Oboje byli jeszcze stanowczo zbyt młodzi, a Benjamin miał dość rozumu, by 

powstrzymać Rebeckę, kiedy jej pragnienia nabierały zbyt intensywnych barw. Dziewczyna 

była  inteligentna,  w  lot  pojmowała  jego  nieme  protesty  i  całkowicie  mu  się 

podporządkowywała. 

Zostali najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Nareszcie mogli rozmawiać o wszystkim, 

co  przez  długi  czas  nie  dawało  im  spokoju,  o  czym  w  samotności  rozmyślali  przez  długie 

godziny. To, że znaleźli bratnie dusze, wydawało im się cudem. 

Charlotta  wciąż  miała  nadzieję,  że  między  Martinem  i  Elin  nawiąże  się  głębsze 

porozumienie, ale, niestety, choć bardzo tego pragnęła, zauważała jedynie oznaki, że dobrze 

im się ze sobą pracuje. 

Kiedy gromada niezwykłych gości opuściła jej zagrodę, Charlotta nie wiedziała, czy ma 

się śmiać, czy płakać. Dom wydał się nagle taki pusty, choć, trzeba przyznać, miała teraz o 

wiele mniej zajęć. 

Charlotta zamierzała przybyć do miasteczka za kilka dni, wiele spraw bowiem musiała 

omówić ze swymi krewniakami. 

Jej  noga  nie  postała  w  miasteczku  od  dnia,  kiedy  to  wraz  z  dopiero  co  urodzonym 

Martinem została wygnana z domu przez rozgniewanego oficera, wówczas jej małżonka. 

Teraz  już  nie  żył,  wiedziała  o  tym,  ale  nawet  na  jeden  dzień  nie  przywdziała  po  nim 

żałoby. 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XIII 

 

Silny mróz ostatnich jesiennych dni zbudował własny most przez rzekę. Chłód przenikał 

ściany i migotliwym welonem z kryształowych okruchów otulał ziemię. Ludzie w miasteczku 

czynili ostatnie przygotowania do długiej, surowej zimy. 

Gustafsson  troskliwie  zajął  się  swymi  młodymi  podopiecznymi.  Starzejącemu  się 

żołnierzowi  nagle  otworzyły  się  oczy  i  dostrzegł,  że  istnieje  świat  także  poza  regimentem. 

Zajęcie  wieśniaka,  którym  w  czasach  młodości  pogardzał,  okazało  się  bardziej  interesujące 

niż  przypuszczał,  z  rozrzewnieniem  wspominał  dni,  kiedy  jeszcze  tu  mieszkał.  Teraz 

codziennie  omawiał  z  Jorulvem  i  Juliana,  co  powinni  zrobić.  Należało  przede  wszystkim 

doprowadzić  wszystkie  zabudowania  do  stanu  używalności,  zaplanować  prace  polowe  na 

wiosnę, mieli więc pełne ręce roboty. 

Jorulv ze wszystkiego był zadowolony i w głębi ducha każdego dnia dziękował Bogu, 

że zdołali dotrzeć do ludzi, zanim nie było na to za późno. 

 

–  A  cóż  to  znowu  za  fanaberie!  –  warknął  Allan  von  Adelkalk,  ze  wszystkich  stron 

przeglądając  się  w  lustrze  w  swym  mundurze  rotmistrza.  –  Dlaczego  tak  nagle,  w  środku 

tygodnia, mamy odwiedzić Tildę i Patrika? 

– Czy to nie przyjemność? – spokojnym tonem zapytała Christine. W ostatnim czasie w 

jej  zachowaniu  pojawiła  się  jakaś  godność,  co  bardzo  niepokoiło  małżonka  i  budziło  jego 

podejrzenia. – Chcą nas przedstawić swoim nowym przyjaciołom. 

– Jakim nowym przyjaciołom? Znam wszystkich z regimentu i... 

– To nikt z regimentu. 

–  Jak  śmiesz  mi  przerywać!  –  wrzasnął  baron,  poczerwieniały  z  gniewu.  –  Cóż  za 

nieposłuszeństwo! 

Jeszcze  tydzień  wcześniej  Christine  skuliłaby  się  w  sobie  ze  strachu  i  błagała  o 

wybaczenie za takie zachowanie. Teraz odwróciła się do męża plecami i przeczekała wybuch. 

– Czy jesteś już gotów? 

– To ja decyduję o tym, kiedy pójdziemy!  – obruszył się baron. Miał  ochotę trzepnąć 

żonę  w  twarz  rękawiczką,  ale  obok  była  pokojówka,  uznał  więc,  że  najmądrzej  będzie 

zapanować nad sobą. – Nie podoba mi się ton, jaki ostatnio pojawił się w naszej rodzinie. To 

wina  Lisen.  Od  czasu  gdy  wróciła,  sprawuje  się  wręcz  nieznośnie.  Jest  bezczelna  i  uparta, 

background image

zarówno wobec swego ojca, jak i brata. Moim zdaniem należy zastanowić się nad odesłaniem 

jej z domu. Znam pewną szkołę dla oficerskich córek, nauczyciele są tam bardzo surowi. 

–  Tak,  tak,  kogoś  z  tego  domu  niewątpliwie  należy  odesłać  –  szepnęła  Christine  do 

siebie. 

Serce  biło  jej  mocno.  Ten  dzień...  Jak  zdoła  przez  to  przejść?  Na  szczęście  nie  była 

sama. 

Dom  Tildy,  siostry  Lisen,  i  jej  męża  Patrika  był  pełen  gości.  Rotmistrza  ogarnęła 

irytacja, jak to często bywa, gdy człowiek czuje się niepewnie. Nie znał tych młodych ludzi, 

ale wszyscy bez wyjątku wyglądali na nędznych chłopów. Och, była wśród nich także Elin, 

szwaczka, i jej nieślubny syn! Z jakimiż to ludźmi przestaje jego córka? 

Rotmistrz  zesztywniał.  Co  na  miłość  boską...?  Gustafsson?  Zwykły  szeregowy?  Nie, 

teraz  posunęli  się  już  za  daleko!  Chcą  go  zmusić,  by  obracał  się  w  towarzystwie  takiego 

motłochu?  Wzburzenie  barona  nie  miało  granic.  O,  Patrik  nie  uniknie  surowej,  bardzo 

surowej reprymendy! 

Christine siedziała zatopiona w rozmowie z jakąś starszą damą. Miał  wrażenie, że już 

gdzieś ją widział, nie mógł sobie tylko przypomnieć gdzie. Zresztą wszystko jedno, i tak zaraz 

zrobi z tym porządek. 

– Christine – syknął. – Nie pozwolę, by dłużej obrażano mnie w ten sposób. Idziemy. 

Natychmiast! 

Christine  już  otwierała  usta,  by  odpowiedzieć,  ale  w  tejże  chwili  rotmistrz  kątem  oka 

dostrzegł dwie znajome twarze. Rozjaśnił się momentalnie. 

– Pułkownik Staderberg! I pan burmistrz! Jak przyjemnie spotkać! 

Ochota, by opuścić towarzystwo, minęła mu od razu. 

Obydwaj  wysoko  postawieni  panowie  przywitali  się  z  nim  powściągliwie  i  zanim 

zdążyli wymienić jakiekolwiek uwagi, Patrik zaprosił wszystkich do jadalni. 

Nie nakryto tam jednak do żadnego posiłku, ale wszystkim wskazano miejsca przy stole. 

Wyglądało  na  to,  że  zanosi  się  jakby  na  konferencję!  Rotmistrz  zwrócił  uwagę,  że  starsza 

dama zajęła poczesne miejsce u boku burmistrza. 

Patrik  przywitał  wszystkich  zgromadzonych.  Rotmistrz  z  obrzydzeniem  przyglądał  się 

gościom i nic z tego nie mógł pojąć. Co robią tu te wszystkie dzieci i młodzież? 

I  Lisen  usiadła  między  nimi!  Doprawdy,  ostatnimi  czasy  zrobiła  się  zupełnie 

niemożliwa.  Przeniósł  wzrok  na  Hannibala,  swego  jedynego  syna  i  wielką  dumę.  Dzięki 

Bogu,  że  wreszcie  obdarzył  go  synem  po  tych  wszystkich  całkiem  zbędnych  córkach. 

Hannibal siedział skrzywiony i nie krył, że jemu także nie odpowiada towarzystwo, w jakim 

background image

się znalazł. To świetnie, widać chłopak ma dobre wyczucie, umie ocenić, co właściwe, a co 

nie! 

Ale jak Patrik mógł posadzić swego teścia i pułkownika przy tym samym stole, co tego 

bękarta Benjamina i  jego rozpustną matkę? Ach, była tu  także stara matka Elin,  akuszerka, 

która przyjmowała wszystkie jego dzieci. Cóż to za zwierzyniec? 

Pierwszy przemówił burmistrz. 

– Pułkownik i ja, a także nasz młody przyjaciel Patrik, znaleźliśmy się tutaj, by wyjaśnić 

pewną niezwykle poważną sprawę. Dopuszczono się wielkich niegodziwości i pragniemy, by 

sprawiedliwości stało się zadość, choć nie chcemy załatwiać tego oficjalnie. Nie chcielibyśmy 

również mieszać w to władz, o ile da się tego uniknąć. – Urwał na chwilę i rozejrzał się po 

zgromadzonych,  zanim  zadał  niewinne  z  pozoru  pytanie:  –  Baronie  von  Adelkalk,  ciekaw 

jestem, czy pamięta pan pewien epizod, który miał miejsce już wiele, wiele lat temu? Chodzi 

mi o kobietę z dobrej rodziny, która wydała na świat dziecko o niezwykle ciemnej karnacji i 

którą mąż wraz z dzieckiem wygnał za to z domu. 

Rotmistrz  usłyszał,  że  drzwi  za  nim  otwierają  się  i  na  powrót  zamykają,  ale  nie  miał 

czasu, by obejrzeć się i sprawdzić, kto wchodzi, zbyt przejęty był udzielaniem odpowiedzi na 

pytanie.  O,  tak,  dobrze  znał  tę  historię,  jej  wspomnienie  zawsze  budziło  w  nim  gniew  i 

oburzenie. 

–  Oczywiście  –  skinął  głową.  –  To  wydarzyło  się  w  rodzinie  mojej  żony.  Niebywały 

skandal! 

– Chce pan powiedzieć, że skandalem był fakt, iż przed ową kobietą zamknięto drzwi do 

własnego domu? 

–  Nie,  rzecz  jasna,  nie!  Skandalem  było,  że  urodziła  dziecko  niewątpliwie  będące 

owocem grzechu. Małżonek, wyrzucając ją, postąpił w jedyny słuszny sposób. 

–  Gdyby  więc  pańska  żona  wydała  na  świat  takie  dziecko,  ją  także  wygnałby  pan  z 

domu? 

Na samą myśl rotmistrzowi krew gorącą falą napłynęła do twarzy. 

–  Naturalnie!  Batem  wypędziłbym  ją  za  drzwi,  a  nawet,  tak,  nie  wahałbym  się  użyć 

służbowego pistoletu! 

– A co z dzieckiem? 

–  Wolałbym,  żeby  umarło!  Nie  mówiąc  już  o  mężczyźnie,  który  dopuścił  się 

cudzołóstwa. 

Burmistrz pokiwał głową. Przy stole zapadła cisza. 

background image

–  Baronie  von  Adelkalk,  czy  poznaje  pan  tę  kobietę?  –  Burmistrz  wskazał  na  starszą 

damę, siedzącą tuż koło niego. 

Rotmistrzowi spadła z oczu zasłona. 

–  Oczywiście!  –  wykrzyknął  i  zerwał  się  z  krzesła  tak  gwałtownie,  że  omal  się  nie 

wywróciło. – To ona została wygnana z domu! I pozwalacie, bym ja i mój syn siedział przy 

stole razem z taką... Nie chcę wypowiadać tego słowa! 

Jakiś  człowiek  postąpił  o  kilka  kroków  do  przodu  i  stanął  za  krzesłem  damy.  Był  to 

przystojny,  ciemnowłosy  mężczyzna  w  wieku  około  czterdziestu  pięciu  lat,  ze  srebrnymi 

pasmami we włosach i brodzie. 

–  To  ja  jestem  owym  dzieckiem,  odepchniętym  z  powodu  ciemnej  karnacji  –  rzekł 

cicho. 

– Co to znowu za przedstawienie? – warknął rotmistrz. – Jak możecie dopuścić... 

– Baronie von Adelkalk  – chłodno przerwał mu burmistrz. – Czy pamięta pan jeszcze 

jedno wydarzenie, które miało miejsce dwadzieścia lat temu? Kiedy mała Elin uciekła do lasu 

wraz z waszym synem, który dopiero co przyszedł na świat? 

– Z moim synem, który urodził się martwy. Owszem, pamiętam. Ta mała dziwka! Nie 

pozwoliła mi nawet zobaczyć własnego dziecka! 

–  Dziecko  nie  urodziło  się  martwe.  Chłopca  należało  ukryć,  by  uratować  życie  jego 

matki i prawdopodobnie jego własne, a być może także życie niewinnego człowieka. 

Zza  pleców  rotmistrza  wyłonił  się  jeszcze  jeden  mężczyzna,  rosły,  przystojny 

młodzieniec o uderzająco ciemnych włosach i oczach. 

– Oto najstarszy syn pana, rotmistrzu. 

– Co takiego? – pisnął Hannibal, podrywając się z miejsca. – To jakiś oszust! Ja jestem 

jedynym synem i jedynym dziedzicem, ojciec zawsze tak mówił! 

Baronowi krew omal nie trysnęła z policzków. 

–  Christine...  Ty  bezwstydna  ladacznico!  Przez  tyle  lat  ukrywałaś  to  przede  mną! 

Zdradziłaś mnie... 

–  Nie,  nigdy  cię  nie  zdradziłam  –  odparła  Christine  drżącym  głosem.  –  Czy  nie 

pamiętasz, jak mówiłam ci, że w moim rodzie jest domieszka obcej krwi? 

– To kłamstwa! Puste wymysły! Chcesz, bym uwierzył w takie bzdury? 

– Owszem, to prawda – wtrąciła się Lisen. – Dokładnie to sprawdziłam. 

–  Zamknij  się!  –  wrzasnął  ojciec.  –  Pohańbiłyście  mnie  na  oczach  wszystkich  tych 

obcych ludzi! Nie mówiąc już o burmistrzu i pułkowniku! – Spojrzał na Czarnego wzrokiem 

background image

pełnym  pogardy.  –  Jak  ośmielacie  się  twierdzić,  że  ten  czarnuch  jest  moim  synem!  Został 

spłodzony w grzechu! Cóż za obrzydlistwo! 

– Chwileczkę, teściu – Patrik powstrzymał go od dalszych wybuchów. — Mamy dzisiaj 

jeszcze więcej gości. Lars! Margrethe! Teraz możecie się już pokazać! 

Do  jadalni  weszła  druga  z  sióstr  Lisen  i  jej  mąż.  Margrethe  w  objęciach  trzymała 

maleńkie, tygodniowe dziecko. 

–  To  nasza  córeczka  –  z  dumą  oznajmił  Lars.  Allan  von  Adelkalk  z  niedowierzaniem 

przypatrywał  się  dziecku,  oczy  ze  zdumienia  omal  nie  wyszły  mu  z  orbit.  Maleńka  była 

doprawdy czarującą istotką, lecz, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze ciemniejszą niż Martin i 

Czarny. 

– Nigdy nie podawałem wierności Margrethe w wątpliwość – powiedział Lars. – Byłoby 

to  niesprawiedliwe  wobec  tak  wspaniałej  kobiety  jak  ona.  Margrethe  jest  równie  czysta  i 

godna szacunku jak jej matka i cioteczna babka Charlotta. 

–  To  prawda  –  włączyła  się  akuszerka.  –  Mogę  to  przysiąc,  bo  przy  mnie  te  dzieci 

przyszły na świat. 

Rotmistrz  kilkakrotnie  otwierał  i  zamykał  usta,  nie  mogąc  znaleźć  właściwych  słów. 

Christine  wstała  i  objęła  swego  najstarszego  syna,  za  którym  tak  gorzko  tęskniła  przez 

dwadzieścia  lat.  Spotkali  się  już  poprzedniego  wieczoru,  lecz  nie  mogła  ukryć  radości,  że 

znów go widzi. 

W  ciszy,  jaka  zapadła,  rotmistrz  zdał  sobie  sprawę,  że  dzisiejsze  spotkanie  zostało 

starannie przygotowane, omówione z góry. Tylko on i Hannibal o niczym nie wiedzieli. Nie 

chciał się jednak przyznać do klęski. Postanowił uderzyć od innej strony: 

–  A  co  robią  tutaj  ci  wszyscy...  żebracy?  Te  szczenięta  przy  tym  samym  stole  co  ja, 

pułkownik i... 

I znów burmistrz przerwał mu zimno: 

– Ci „żebracy” i ich zmarła matka doświadczyli podobnego losu, jak pańska małżonka i 

córki.  Dzieci  miały  ojca  tyrana,  który  faworyzował  jedne  i  nie  znosił  drugich...  Zadręczał 

matkę... 

Urwał, by te słowa głęboko zapadły w serce rotmistrza, ale von Adelkalk zacisnął tylko 

usta w wąską kreskę. 

– Te dzieci  jednak miały  sporo szczęścia  –  podjął burmistrz.  – Gustafsson udzielił im 

schronienia  w swojej zagrodzie. Charlotta zajęła się najmłodszą dziewuszką, która wymaga 

opieki lekarza, a pańska małżonka pomaga finansowo w przeprowadzeniu kuracji i  zakupie 

medykamentów. Elin przyjęła pod swój dach Rebeckę, bo dziewczynka ma talent artystyczny, 

background image

musi się rozwijać. Ole pójdzie do najlepszych szkół, jest bardzo zdolny. Miasto postanowiło 

opłacić jego wykształcenie. A dwoje najstarszych... No cóż, oni mają swoje własne plany  – 

uśmiechnął się burmistrz. 

Rotmistrz popatrzył za jego wzrokiem i ujrzał, że jasnowłosy wiejski chłopak trzyma za 

rękę jego własną córkę, Lisen. Poczuł, że znów wzbiera w nim gniew. Nic go nie obchodziło, 

że jego domniemany syn obejmuje najstarszą z wieśniaczek, ale Lisen? Nie, nigdy do tego nie 

dopuści! 

– Jeśli wydaje ci się, że uwodząc moją córkę, uzyskasz dostęp do pieniędzy, to... 

– Baronie von Adelkalk, pozostaje jeszcze jedna poważna sprawa do omówienia. 

–  Co  znów  takiego?  –  mruknął  baron  zniecierpliwiony.  –  Kolejny  spisek  przeciwko 

mnie? 

– Tym razem chodzi o los Elin. Mamy wielu świadków na to, że pozwolił pan swoim 

ludziom, by „robili, na co tylko im przyjdzie ochota” z piętnastoletnią dziewczynką. To pan 

jest  odpowiedzialny  za  jej  nieszczęście,  za  wstyd  i  hańbę,  jako  że  młody  Benjamin  jest 

owocem wstrętnego gwałtu. 

Baron  nie  wiedział,  co  ma  odpowiedzieć.  To  było  gorsze  od  najstraszniejszego 

koszmaru. 

– Ale to nie ja zabiłem żołnierzy! – wyrzucił wreszcie z siebie. 

– Owszem, w pewnym sensie tak, choć nie bezpośrednio. Ale to przestępstwo uległo już 

przedawnieniu. 

– A więc i to niby-przestępstwo wobec Elin także jest przedawnione. 

– To prawda – zgodziła się Christine. – Nikt też nie ma zamiaru karać cię za nie. Ale ja 

chcę ci oznajmić, Allanie, że z tobą skończyłam. Chcę, by na nasz dwór dostało się wreszcie 

świeże powietrze. Pragnę, by wszystkie moje dzieci, nie tylko Hannibal, czuły, że są tu mile 

widziane.  Nie  jesteś  nam  do  niczego  potrzebny.  W  naszej  przyszłości  nie  ma  dla  ciebie 

miejsca. Straciłeś je już dawno temu. Z powodu twego okrucieństwa żądam rozwodu. 

– Czego żądasz? 

– Rozwodu – powtórzyła Christine stanowczo. – Zawsze powtarzałeś, że to miasteczko 

jest nędzną dziurą, pełną niewykształconych chamów i prostaków. Nareszcie będziesz mógł 

spełnić swe marzenie i zamieszkać w Sztokholmie, dokąd tęskni twój niecodzienny intelekt. 

Hannibal sam zdecyduje, czy będzie ci towarzyszył, czy też zostanie tutaj. Naturalnie ja i jego 

rodzeństwo gorąco pragniemy, by został z nami. 

Baron dyszał ciężko jak ryba wyjęta z wody. 

background image

– Z wykształcenia jestem adwokatem – powiedział burmistrz. – Przygotowałem projekt 

ugody  między  wami.  Tartak  zapisany  jest  na  nazwisko  pani,  to  jej  dziedzictwo,  tak  samo 

zresztą jak dwór. Rotmistrz dostanie niewielką część majątku, wystarczającą, by mógł się z 

tego utrzymać. Pani  Christine zażyczyła sobie, by  przepisać tartak na jej  najstarszego syna, 

który  do  tej  pory  nie  otrzymał  od  rodziców  niczego,  i  na  jego  przyszłą  żonę Julianę.  Dwór 

przypadnie  w  udziale  Hannibalowi,  kiedy  osiągnie  już  odpowiedni  do  tego  wiek.  Do  tego 

czasu dworem zarządzać będzie panna Lisen, która ma zamiar poślubić Jorulva, brata Juliany, 

a on zna się na gospodarstwie. 

Hannibal siedział z oczami wbitymi w stół. Nie mógł znieść takiego upokorzenia ojca. 

Miało być jednak jeszcze gorzej. 

Śmiertelny cios zadał pułkownik. 

– Allanie von Adelkalk. Zostaje pan usunięty z regimentu, w hańbie. Nie życzymy sobie 

tyrana  w  szeregach  naszych  oficerów.  Przez  wiele  lat  zadręczał  pan  żonę  i  córki.  To 

niegodziwość, o której mówi całe miasteczko. Despotycznie rządził pan swymi podwładnymi 

i nie skłamię twierdząc, że cała kompania nienawidzi pana z całego serca. 

Baron  parsknął  pogardliwie  i  postąpił  kilka  kroków  w  stronę  drzwi.  Hannibal  uniósł 

głowę i ze łzami w oczach patrzył za ojcem. 

– Allanie – cicho powiedziała Christine. – A co z twoim synem Hannibalem? 

Chłopiec gwałtownie pokręcił głową. Ojciec w takiej chwili nie poświęcił mu ani jednej 

myśli! To wystarczyło, by Hannibal podjął decyzję. 

Allan von Adelkalk z hałasem zatrzasnął drzwi za sobą. 

Czarny podszedł do skamieniałego brata. 

– Cóż, braciszku... Myślę, że powinniśmy poznać się bliżej – powiedział życzliwie. 

Lisen ze współczuciem patrzyła na Hannibala. 

– Przykro mi, ale nie mogliśmy uprzedzić cię wcześniej. Mógłbyś donieść ojcu. 

Mały Matti wyciągnął swego ukochanego drewnianego konika. 

– Jak chcesz, to mogę ci go pożyczyć. Twoja mama i Lisen powiedziały, że ja też mogę 

mieszkać  we  dworze.  Wiem,  jak  się  teraz  czujesz.  Mój  ojciec  mnie  nie  lubił  i  kiedy  mama 

umarła, chciałem pójść za nią. Ale tobie się poszczęściło, bo masz taką dobrą mamę. Mojej 

mamy już nie ma i bardzo za nią tęsknię. Ojca też nie ma, ale to nie szkodzi. 

I  wtedy  Hannibal,  pomimo  swoich  całych  czternastu  lat,  załamał  się.  Kiedy  matka 

podeszła do niego, objął ją i wybuchnął  głośnym płaczem. Gdy wreszcie się uspokoił, otarł 

łzy i nieśmiało uśmiechnął się do Mattiego. 

background image

–  Dziękuję,  że  chcesz  mi  pożyczyć  konika!  Cieszę  się,  że  z  nami  zamieszkasz.  – 

Wyciągnął rękę do malca, a ten uścisnął ją z całą powagą. 

Charlotta z radością patrzyła, jak Martin i Elin przysiedli razem w kąciku i w zaufaniu o 

czymś ze sobą szepczą. Wydawało się, że wszyscy nareszcie zawinęli do bezpiecznego portu. 

Miłość i przyjaźń odegna złe wspomnienia. Wszystkich czekała jasna, szczęśliwa przyszłość.