background image

ALFRED HITCHCOCK 

 
 
 

TAJEMNICA GOŁĘBIA 

O DWÓCH PAZURACH 

  

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(Przełożył: JAN JACKOWSKI) 

 

 

 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 

background image

Słowo od Alfreda Hitchcocka 

 
Cześć, nazywam się Alfred Hitchcock. 

Jestem  z  zawodu  pisarzem  i  reżyserem  filmowym.  Piszę  książki  pełne 

najróżniejszych tajemnic i zagadek. Niektóre z nich posłużyły mi jako scenariusze do 
filmów. 

Nie  będę  was  jednak  zanudzał  teraz  pisaniem  o  sobie.  Jeśli  wspomniałem  o 

tym, że jestem autorem dziwnych książek i nie mniej fantastycznych filmów, to tylko 

dlatego, że to właśnie jest powód, dla którego, jak mi się zdaje, tak bardzo interesują 
mnie za każdym razem tajemnicze przygody moich trzech młodych przyjaciół. 

Muszę zaznaczyć od razu, że nie uważam, aby w owe przygody wplątywał ich 

czysty przypadek. W każdym razie nie jest to wyłącznie sprawa gry losu. Weźmy dla 
przykładu  ostatnią  przygodę,  którą  oni  sami  nazwali  “Tajemnicą  gołębia  o  dwóch 

pazurach”.  Rozpoczęła  się  ona  od  dziwnego,  zupełnie  przypadkowego  spotkania. 
Gdyby  moim  chłopcom  brakowało  tego,  co  tak  ich  wyróżnia  spośród  tysięcy 

rówieśników,  potraktowaliby  owo  spotkanie  całkiem  obojętnie  i  szybko  o  nim 

zapomnieli. 

Ale oni nie zwykli przepuszczać takich okazji! Natychmiast dostrzegli kryjącą 

się  w  tym  wydarzeniu  tajemnicę  i  postanowili  ją  wyjaśnić.  Dotąd  nie  ustawali  w 
tropieniu  różnych  dziwacznych  poszlak  i  śladów,  dopóki  wszystkie  elementy  nie 

poukładały  się  w  jeden  zgrabny  obrazek.  A  że  po  drodze  wpadali  w  różne  groźne 
zasadzki i sytuacje? No cóż, można by powiedzieć, że to jest ich specjalność... 

Oni sami nazywają siebie Trzema Detektywami. Spróbuję powiedzieć parę słów 

o każdym z nich. 

Oto  ich  imiona  i  nazwiska:  Jupiter  Jones,  Pete  Crenshaw  i  Bob  Andrews. 

Wszyscy  mieszkają  w  Rocky  Beach,  małym  miasteczku  odległym  o  kilkanaście 

kilometrów od Santa Monica i położonym w południowej Kalifornii, tuż nad brzegiem 
Pacyfiku. 

Przywódcą całej trójki jest Jupiter Jones, na którego wszyscy wołają Jupe. Jest 

raczej  niskiego  wzrostu  i  trochę  gru...  no,  powiedzmy,  niezbyt  szczupły.  Może  nieco 
otyły.  Przypuszczam,  że  on  sam  wolałby  określenie  “krępy”.  Jak  by  nie  było,  jest  to 

chłopak  odznaczający  się  doskonałą  pamięcią,  zdolnością  dedukcyjnego  myślenia  i 

niezwykłą spostrzegawczością. Te uzdolnienia, wsparte absolutną nieustępliwością w 

dochodzeniu prawdy, czynią z niego doskonałego detektywa. 

background image

Drugi  Detektyw,  czyli  Pete  Crenshaw,  jest  wysoki  i  smukły.  Jako  urodzony 

sportowiec  uwielbia  grać  w  baseball,  pływać  i  jeździć  na  rowerze.  Bardzo  lubi 

zwierzęta,  ma  doskonałe  poczucie  humoru  i  jest  o  wiele  skromniejszy  niż  Jupe.  Nie 
przepada  za  nadstawianiem  bez  potrzeby  własnego  karku,  ale  zdarza  się,  jak  sami 

zobaczycie, że czasami okoliczności zmuszają go do tego. 

Trzeci  Detektyw,  Bob  Andrews,  odpowiada  za  dokumentację  i  analizy.  Jest 

inteligentnym chłopcem lubiącym się uczyć,  choć czasami przydałoby mu się trochę 

więcej  śmiałości.  Zazwyczaj  ma  przy  sobie  notes,  w  którym  zapisuje  swoje 

spostrzeżenia  przy  pomocy  własnego,  wymyślonego  przez  siebie  szyfru. 

Przypuszczam, że w przyszłości wybierze zawód dziennikarza. 

Myślę,  że  wiecie  już,  kim  są  i  jak  wyglądają  Trzej  Detektywi,  czas  więc 

najwyższy,  abyście  sami  włączyli  się  w  ich  przygody,  a  przy  okazji  poznali  też  parę 
innych,  niezwykłych  i  malowniczych  postaci.  Przyrzekam,  że  nie  zabraknie  ich  na 
kartach niniejszej książki! 

Wasz 
Alfred Hitchcock 

background image

Rozdział 1 
Facet z tikiem 

 
-  Głosuję  za  hamburgerem  w  “Koniku  Morskim”  -  zawołał  Pete  Crenshaw  do 

pedałujących za nim dwóch przyjaciół. 

Był  początek  letnich  wakacji.  Jupiter  Jones,  Bob  Andrews  i  Pete,  czyli  Trzej 

Detektywi,  spędzili  większą  część  dnia  na  pływaniu  i  opalaniu  się  na  ich  ulubionej 

plaży  i  wracali  właśnie  ciągnącą  się  wzdłuż  oceanicznego  wybrzeża  drogą  do  Rocky 

Beach,  małego  miasteczka  położonego  w  południowej  Kalifornii,  o  kilkanaście 

kilometrów od Santa Monica. 

Bob natychmiast zaakceptował propozycję i mocniej nacisnął na pedały swego 

bike'a, aby zrównać się z Pete'em. 

Pierwszy  Detektyw,  Jupiter  Jones,  podszedł  do  niej  z  właściwą  sobie 

metodycznością.  Z  jednej  strony  pomysł  zatrzymania  się  koło  baru,  stojącego  na 

szczycie  najbliższego  wzniesienia,  wydał  mu  się  pociągający,  czuł  się  już  bowiem 
zmęczony i koszulka lepiła mu się do pleców. Nigdy zresztą nie znajdował wielkiego 

upodobania  w  czysto  fizycznym  wysiłku,  przedkładając  nadeń  wysiłek  umysłowy.  Z 
drugiej jednak zdawał sobie sprawę z tego, że... waży odrobinę za dużo, przynajmniej 
jak na swój wzrost. Słyszał nawet, jak dwóch czy trzech chłopców u szkole nazywało go 

grubasem.  Postanowił  coś  z  tym  wreszcie  zrobić  w  nadchodzącym  lecie,  tak  aby 
zrzucić do nowego roku szkolnego przynajmniej ze dwa kilogramy. 

Wspinając  się  mozolnie  pod  górę,  starał  się  przeanalizować  tę  kwestię  nieco 

głębiej.  Była  trzecia  po  południu  i  od  śniadania  upłynęło  już  sześć  godzin.  W  tym 

czasie sporo pływał, przejechał kilkanaście kilometrów na rowerze i z pewnością jego 

organizm spalił sporą ilość kalorii... A poza tym, był głodny. 

- Okay! - krzyknął do jadących przed nim chłopców. - Niech będzie ten “Konik 

Morski”. 

Jak  zwykle  o  tej  porze  dnia  barek  był  prawie  pusty.  Trzej  Detektywi  znaleźli 

miejsce przy oknie wychodzącym na autostradę. Pete rozparł się wygodnie na krześle, 
a Bob zabrał się do przeglądania jadłospisu. Jupe natomiast zaczął z uwagą przyglądać 

się kilku przebywającym w barze gościom. Było to jego ulubione hobby: wyciągnąć jak 

najwięcej  wniosków  o  ludziach  na  podstawie  wyrazu  ich  twarzy,  ubioru  czy 

zachowania. 

Jego  uwagę  przyciągnął  zwłaszcza  szczupły  i  niewysoki  mężczyzna,  mogący 

background image

mieć około metra sześćdziesięciu pięciu wzrostu. Ubrany był w ciemny garnitur, białą 
koszulę  rozpiętą  pod  szyją  i  czarne  półbuty  z  ostrymi  szpicami.  Jak  na  swój  wzrost 

miał  zaskakująco  duże  stopy.  Po  wystającym  mu  z  kieszeni  programie  wyścigowym 
Jupiter odgadł, że był hazardzistą, obstawiającym wyścigowe konie. 

Siedzący przy kontuarze nad filiżanką kawy mężczyzna bez przerwy obracał się 

na  wysokim  stołku  i  rzucał  nerwowe  spojrzenia  w  stronę  widocznej  za  oknem 
autostrady. Za każdym razem wyciągał rękę i kładł ją na sporym, kwadratowym pudle 

leżącym  na  sąsiednim  stołku,  tak  jakby  chciał  się  upewnić,  czy  ono  jest  tam  nadal. 

Pudło  owinięte  było  szczelnie  kawałkiem  przezroczystej  gazy,  a  jego  rogi  zgrabnie 

oklejono szeroką taśmą. 

Jupiter obrócił lekko głowę tak, aby móc obserwować jadące drogą samochody i 

jednocześnie widzieć kącikiem oka mężczyznę w ciemnym ubraniu. 

Niemal  bezgłośnie  przejechało  kilka  eleganckich  aut,  które  nie  wzbudziły 

zainteresowania  mężczyzny.  W  chwilę  potem  uszu  Jupe'a  dobiegł  narastający, 

głośniejszy  warkot  jakiegoś  większego  samochodu.  Mały  człowieczek  zerwał  się  ze 
stołka  i  z  napięciem  w  oczach  zaczął  wpatrywać  się  w  okno.  Na  drodze  ukazała  się 

kempingowa półciężarówka. Facecik wrócił na swoje miejsce. 

Ten  człowiek  wyczekuje  jakiegoś  dużego  pojazdu,  pomyślał  Jupe.  Ciężarówki 

albo dostawczego pikapa, ale nie turystycznego domku na kołach. 

Kelnerka postawiła przed chłopcami zamówione przez nich hamburgery. Jupe 

odłożył na bok połówkę bułki zakrywającej kanapkę od góry, aby zredukować w ten 
sposób porcję groźnych węglowodanów, a potem znowu spojrzał na faceta w ciemnym 
ubraniu. Ich oczy spotkały się na krótką chwilę. 

W  tym  momencie  wydarzyło  się  coś  dziwnego.  Mężczyzna  mrugnął  do  niego. 

Jupe  uśmiechnął  się  odruchowo.  Uśmiech  ten  musiał  się  wydać  nieznajomemu 

zachęcający, bo naraz  ujął w obie ręce kwadratowe pudło i  zbliżył  się  do  stołu, przy 
którym siedzieli Trzej Detektywi. 

-  Prosto  z  plaży,  co  chłopaki?  -  samo  pytanie  było  najzwyklejszą  w  świecie 

przyjacielską zaczepką, jednak sposób, w jaki zostało zadane, wydawał się wskazywać 
na jakieś ukryte w nim, tajemnicze znaczenie. Ponieważ wypowiadając je mężczyzna 

puścił jednocześnie oko. 

-  Tak  -  Pete  uśmiechnął  się,  mimo  że  miał  usta  wypchane  hamburgerem.  - 

Popływaliśmy sobie u Willsa. 

- U Willsa? - powtórzył za nim nieznajomy. - No, to nic dziwnego, że jesteście 

background image

głodni. 

Jeszcze jedno perskie oko. 

W odzywce stojącego przed nimi faceta nie było nic szczególnie zabawnego, ale 

Trzej Detektywi nie mogli się powstrzymać od ryknięcia zdrowym śmiechem. To, co 

nieznajomy  mówił,  było  bez  znaczenia,  ale  owo  mrugnięcie  na  końcu  nadało  jego 
słowom charakter dowcipu. 

Mężczyzna odpowiedział im również uśmiechem. 

- Nie będziecie mieli nic przeciwko temu, że się przysiądę?  - zapytał. I znowu 

mrugnął prawym okiem. 

Jupe  przesunął  się  bliżej  okna  i  mężczyzna  usiadł  obok  niego,  stawiając 

jednocześnie pudło na podłodze obok siebie. 

- Nazywam się Stan - posłał chłopcom kolejne dwuznaczne mrugnięcie. Teraz 

wszyscy trzej przedstawili się nowemu znajomemu. 

- Miło mi was poznać - powiedział uprzejmie, a Jupe nie zauważył, czy puścił 

oko po wypowiedzeniu tych słów. Słysząc narastający hałas, pochodzący od jakiegoś 
ciężkiego pojazdu, Stan zerwał się z ławy i zaczął z nerwowym napięciem wyglądać na 

autostradę.  Przejechała  cysterna  z  olejem  napędowym  i  Stan  usiadł  z  powrotem  na 
swoim miejscu. 

- Stan to jest skrót od Staniey - odezwał się po chwili. - Ale wszyscy nazywają 

mnie Tikiem. Domyślam się, że wiecie, dlaczego. 

Mimo  iż  mężczyzna  mrugnął  również  tym  razem,  żaden  z  chłopców  nie  miał 

ochoty  do  śmiechu.  Było  jasne,  że  owe  skurcze  prawego  oka  nie  były  przez  Staną 
zamierzone i że nie dawał on w ten sposób nic do zrozumienia. Po prostu nie miał na 

nie żadnego wpływu. Był to zwyczajny nerwowy tik. 

Bob poczuł nawet wobec niego coś w rodzaju przyjaznego współczucia. A kiedy 

Stan przywołał kelnerkę i wręczył jej dziesięciodolarowy banknot, wszyscy trzej posłali 
mu jeszcze przyjaźniejsze spojrzenia. 

-  Ci  chłopcy  ucztują  dziś  na  mój  rachunek  -  oświadczył  kelnerce,  a  potem 

przymrużył prawą powiekę. - Płacę za wszystko.  

Jeszcze jedno perskie oko.  

Kelnerka oparła dłonie na biodrach i popatrzyła na niego podejrzliwie. 
Prawdopodobnie miała po dziurki w nosie podpitych facetów, którzy próbowali 

brać  ją  na  bajer.  Kiwnęła  jednak  dłonią,  wzięła  pieniądze  i  odeszła  z  powrotem  do 
bufetu. 

background image

Chłopcy  podziękowali  Tikowi  za  jego  uprzejmy  gest.  Przez  kilka  minut  drogą 

nie  przejeżdżała  żadna  ciężarówka  i  wszyscy  odprężyli  się.  Jupe  dokończył 

hamburgera  i  gratulował  sobie  w  duchu  pozostawienia  na  talerzu  prawie  połowy 
swojej porcji. Ten mały sukces zachęcił go do popisania się swoimi umiejętnościami. 

-  Jak  się  panu  mieszka  w  Santa  Monica?  -  zapytał  znienacka  nowego 

znajomego. 

Tik  aż  podskoczył  na  krześle.  Wyciągnął  machinalnie  rękę  i  poklepał  stojące 

obok pudło. Przez dobrych parę sekund jego prawa powieka podnosiła się i opadała 

niczym migawka fotograficznego aparatu. 

- Skąd wiesz, gdzie mieszkam? - zapytał ochrypłym głosem.  
Jupiter nie zamierzał go przestraszyć, toteż uśmiechnął się uspokajająco. 

- To tylko taka zabawa - wyjaśnił. - Kiedy tu przyjechaliśmy, na parkingu stały 

trzy  samochody.  Na  przednim  siedzeniu  jednego  z  nich  leżał  pluszowy  miś, 
pomyślałem więc, że jego właścicielką musi być pani, która siedzi tam, pod ścianą. Do 

dachu drugiego przywiązana była deska surfingowa.  - Pierwszy Detektyw dyskretnie 
wskazał  dobrze  zbudowanego,  opalonego  na  brąz  młodzieńca,  który  pociągał  przy 

bufecie  coca-colę.  -  On  jest  jedyną  osobą  w  tym  barze  wyglądającą  na  amatora 
ślizgania się po grzbietach fal. No a pod numerami na tablicy rejestracyjnej trzeciego 

samochodu  było  nazwisko  dealera  z  Santa  Monica,  pomyślałem  więc,  że  auto  musi 
należeć do pana. 

Przez chwilę Tik patrzył na Jupe'a w milczeniu. 
-  Rozumiem  -  powiedział  w  końcu.  -  To  taka  zabawa  w  zgadywanie.  Jednym 

słowem, bawisz się w detektywa. 

- No, tak naprawdę, to niezupełnie - odparł Jupe. Nie czuł się dotknięty uwagą 

nieznajomego. Po prostu doszedł do wniosku, że powinien, również w imieniu Boba i 

Pete'a,  wyjaśnić  mu  dokładnie,  czym  zajmuje  się  cała  trójka.  -  My  rzeczywiście 
jesteśmy detektywami. Mamy nawet własną agencję Trzech Detektywów. 

Nie  czekając  na  odpowiedź  wyciągnął  z  kieszeni  na  piersi  wizytówkę  firmy  i 

wręczył Tikowi. Sam wydrukował ją na starej prasie drukarskiej, którą jego wuj Tytus 
kupił  kiedyś  i  przywiózł  do  swej  składnicy  złomu.  Na  wizytówce  można  było 

przeczytać: 

 

background image

TRZEJ  DETEKTYWI 

Badamy wszystko  

??? 

Pierwszy Detektyw .  .  .  .  .  .  .  . Jupiter Jones 

Drugi Detektyw .  .  .  .  .  .  .  .  .  Pete Crenshaw  

Dokumentacja i analizy .  .  .  .  .  Bob Andrews 

 

 
Na  odwrocie  wypisany  był  jeszcze  numer  telefonu  Kwatery  Głównej, 

znajdującej się na terenie składnicy złomu. Tik uważnie zapoznał się z. treścią karty. 

- Co oznaczają te znaki zapytania? - zwrócił się do Jupe'a. 

- Nie wyjaśnione tajemnice, nie rozwiązane zagadki - odparł Jupe. 

- One pełnią rolę czegoś w rodzaju znaku firmowego - dodał Bob. 
Tik skinął głową i zamrugał prawym okiem, chowając jednocześnie wizytówkę 

do kieszeni. 

- Czy zdarza się wam wiele takich... - zaczął. 
Nie  dokończył  jednak  swego  pytania.  Jupe  mógł  się  tylko  domyślać,  czy  miał 

zamiar powiedzieć “wiele tajemnic”, “dochodzeń” czy może “osób, zgłaszających się ze 

swoimi  problemami”.  Tik  poderwał  się  znowu  i  wlepił  wzrok  w  okno.  Jupe  usłyszał 

daleki, niewyraźny szum zdezelowanego motoru. W chwilę potem zobaczył wspinającą 
się na wzgórze zieloną furgonetkę, która grzechocząc zaworami minęła bar i pomknęła 

dalej. Kierowca wyglądał na Japończyka. Jupe odwrócił się od okna, aby rzucić okiem 
na  Tika.  Po  ubranym  na  ciemno  faceciku  nie  było  już  jednak  śladu.  Jupe  zobaczył 
jeszcze jego plecy znikające w wyjściu. Tik błyskawicznie wyskoczył na dwór i popędził 

przez parking. 

Jako  pierwszy  zareagował  Pete.  Dzięki  uprawianiu  sportu  miał  on  szybszy 

refleks  niż  pozostała  dwójka.  Porwał  z  podłogi  kwadratowe  pudło  i  pognał  za  jego 
właścicielem. 

- Hej, niech pan zaczeka! - krzyknął. - Zapomniał pan... 
Nie zdążył go jednak dopędzić. Kiedy biegł przez parking, dwudrzwiowy czarny 

sedan Staną zwanego Tikiem wyjechał z piskiem opon na autostradę i na pełnym gazie 
pomknął za zieloną furgonetką. 

Pete  wrócił  do  baru  i  położył  pudło  na  stole.  Wszyscy  trzej  usiedli  na  swoich 

miejscach i zaczęli mu się przyglądać. 

Jak zawsze w sytuacjach wymagających intensywnego myślenia, Jupe zabrał się 

do  miętoszenia  dwoma  palcami  dolnej  wargi.  Twierdził,  że  pomaga  mu  to 

background image

skoncentrować się, jak należy. 

Bob jako pierwszy przerwał kłopotliwe milczenie. 

- Oddajmy je lepiej kelnerce - powiedział. - Ten Tik na pewno wróci tu po nie. 
Zdaniem Pete'a propozycja była całkiem sensowna, ale Pierwszy Detektyw nie 

przestawał  skubać  dolnej  wargi.  Mały  człowieczek,  a  zwłaszcza  jego  podniecenie  na 
widok  zielonej  furgonetki,  zbytnio  rozpaliły  jego  ciekawość.  Instynktowna 
dociekliwość  nie  pozwalała  Jupe'owi  pozostawić  żadnej  zagadki  bez  rozwiązania. 

Także  teraz  miał  pewność,  że  Trzem  Detektywom  napatoczyła  się  sprawa,  która 

zapowiadała się na niezmiernie intrygującą tajemnicę, domagającą się wyjaśnienia. 

- Głosuję za tym, żebyśmy zabrali to pudło do Kwatery Głównej - powiedział - a 

potem rozejrzeli się za panem Tikiem, jeżeli przedtem sam się nie zgłosi. Ma przecież 

naszą wizytówkę z numerem telefonu i... 

W tym momencie Jupe zauważył, że Pete zamierza zgłosić jakieś zastrzeżenia. 

Drugi Detektyw nie miał zbytniego zamiłowania do ryzykownych przedsięwzięć. 

-  A  zresztą  -  dokończył  szybko  -  Tik  nie  zostawił  pudła  przy  bufecie,  którego 

dogląda kelnerka, tylko przy naszym stoliku. Można by nawet powiedzieć, że nam je 

powierzył... 

- Można by też powiedzieć, że spiesząc się tak okropnie, zapomniał je zabrać - 

zauważył  Pete,  który  nie  miał  jednak  wątpliwości,  że  propozycja  Jupe'a  zostanie 
przyjęta.  Jupe  był  przecież  nie  kwestionowanym  przywódcą  całej  trójki.  Dlatego 

właśnie został Pierwszym Detektywem. 

W  pół  godziny  później  chłopcy  siedzieli  już  w  swej  Kwaterze  Głównej  w 

Składnicy Złomu Jonesów. 

Kwaterę  tę  urządzili  w  liczącej  dziesięć  metrów  długości  mieszkalnej 

przyczepie,  którą  wuj  Jupe'a,  Tytus  Jones,  kupił  dawno  temu  i  nie  znalazł  na  nią 

nowego  nabywcy.  Chłopcy  stopniowo  składali  wokół  niej  wielkie  kawały  złomu,  aż 
wreszcie  stała  się  zupełnie  niewidoczna  z  terenu  składnicy.  Aby  się  do  niej  dostać, 

trzeba było użyć któregoś ze znanych tylko im sekretnych wejść. 

Wnętrze  urządzone  było  niczym  małe  biuro.  Stało  tam  biurko,  stara  szafa  z 

szufladkami,  był  też  telefon,  za  który  chłopcy  płacili  pieniędzmi  zarobionymi  przy 

dorywczych pracach na złomowisku, zlecanych przez wuja Tytusa i ciocię Matyldę. 

Pete, który przywiózł pudło na swoim rowerze, postawił je teraz na biurku. 

- No dobra - powiedział. - Macie to tajemnicze pudło, które nie należy do nas. 

Co chcecie z nim zrobić? Otworzyć je? 

background image

Jupe  poruszył  się  niespokojnie  w  obrotowym  fotelu  za  biurkiem,  a  potem  ze 

skruszoną miną potrząsnął głową. 

-  Myślę,  że  nie  mamy  prawa  tego  zrobić  -  powiedział.  -  Obawiam  się,  że 

będziemy musieli po prostu... 

Nagle urwał w pół zdania i pochylił się do przodu, a potem przystawił ucho do 

okrywającej pudło gazy. 

W  tym  momencie  jego  obaj  koledzy  usłyszeli  to  także.  Cichy  odgłos 

przypominający  trzepotanie  skrzydeł.  Wewnątrz  pudła  musiała  znajdować  się  jakaś 

żywa istota. 

- No cóż - odezwał się Pete.  - Teraz nie mamy już wyboru. Będziemy musieli 

zajrzeć do środka. 

Pete Crenshaw odznaczał się szczególną troską o zwierzęta. Miał zwyczaj znosić 

do domu zbłąkane psy i koty. Kiedy jednak pewnego razu przyprowadził konia, który 
wędrował bez opieki wzdłuż autostrady, jego mama stanowczo oświadczyła, że musi 

rozstać się z tym nałogiem przygarniania wszystkich czworonogów, jakie tylko mu się 
nawiną.  W  każdym  razie  Pete  z  pewnością  nie  mógłby  zasnąć  z  myślą,  że  zostawił 

zwierzątko zamknięte w jakimś pudle. 

Podszedł więc śmiało do biurka i zerwał taśmę oklejającą rogi pudła, a potem 

rozwinął gazę. Oczom chłopców ukazała się metalowa klatka. W środku znajdował się 
gołąb. 

Był to piękny ptak o lśniącym, bogatym upierzeniu i szerokim, wachlarzowatym 

ogonie.  Jego  ciemnoszare  pióra  były  tak  błyszczące,  że  aż  mieniły  się  błękitnawym 
odcieniem. 

Jupiter  natychmiast  zauważył  u  niego  coś,  co  można  było  wziąć  za  znak 

szczególny.  Brakowało  mu  jednego  pazura.  Miał  trzy  pazurki  na  prawej  nodze,  ale 

tylko dwa na lewej. 

- Nie możemy go zostawić w takiej maleńkiej klatce - stwierdził stanowczo Pete. 

- Jeżeli mamy zamiar przechować go przez jakiś czas, a przypuszczam, że tak zrobimy, 
musimy mu znaleźć jakieś większe, wygodniejsze pomieszczenie. 

Jupe kiwnął głową. 

-  Potrzeba  do  tego  sześciu  drewnianych  listew  -  powiedział  -  oraz  rolki 

drucianej siatki, gwoździ i młotka. 

W ciągu para minut Trzej Detektywi znaleźli na złomowisku wszystko, co było 

potrzebne.  Jupe,  który  miał  wyjątkową  smykałkę  do  takich  robótek,  zabrał  się 

background image

natychmiast  do  dzieła  w  urządzonym  pod  gołym  niebem  warsztacie.  Szybko  zbił  z 
listew  spiczastą  ramę  o  trójkątnej  podstawie,  a  potem  dopasował  do  niej  drucianą 

siatkę i poprzybijał ją gwoździkami. W parę minut duży, bezpieczny i wygodny domek 
dla gołębia był gotowy. 

Zanim Pete zdążył przynieść ptaka z Kwatery Głównej, Jupe skoczył do domu 

po  torbę  ze  śrutowaną  kukurydzą,  którą  ciocia  Matylda  karmiła  zwykle  kaczki  w 
miejskim parku, a Bob zakręcił się za miseczką na świeżą wodę. 

-  No,  rozgość  się  tutaj  -  powiedział  Pete  wpuszczając  ostrożnie  gołąbka  do 

nowego pomieszczenia. 

Chłopcy  odnieśli  wrażenie,  że  ptak  czuje  się  w  nim  zupełnie  dobrze.  Zaczął 

dziobać  kukurydzę,  potem  umoczył  dziób  w  wodzie,  wreszcie  podskoczył  kilka  razy, 

trzepocząc skrzydłami, usadowił się w rogu klatki i schował głowę pod skrzydło. Tak 
jakby chciał dać do zrozumienia, że na dziś koniec zajęć. 

Był już najwyższy czas, aby Trzej Detektywi doszli do takiego samego wniosku. 

Zostawili więc gołębia w warsztacie, który znajdował się na uboczu, w kącie składnicy, 
oddzielonym od ulicy wysokim parkanem, po czym Bob i Pete wskoczyli na rowery i 

pojechali do siebie. Jupe zaś przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie mieszkał w małym 
domku razem z wujem i ciocią, którzy przygarnęli go do siebie, gdy jako mały jeszcze 

chłopiec został sierotą. 

Następnego ranka Jupe wcześnie wyskoczył z łóżka. Szybko wciągnął na siebie 

ubranie i popędził do składnicy. 

Sklecona  wczoraj  klatka  znajdowała  się  na  miejscu  w  warsztacie,  troskliwie 

przykryta daszkiem z jakiejś zardzewiałej blachy. Piękny, lśniący, szarobłękitny ptak 

kręcił się wesoło dziobiąc kukurydzę. 

Jupe przyklęknął i przycisnął nos do drucianej siatki. 

- Ciekawe, skąd ty jesteś? - zamyślił się głośno. - Dlaczego ten pan Tik trzymał 

cię w tamtym pudełku? I czemu był taki nerwowy? 

W tej historii musi się kryć jakaś tajemnica, przemknęło mu przez głowę. 
W tej samej chwili zobaczył coś, co uczyniło gołębia jeszcze bardziej tajemniczą 

istotą. Bardziej, niż Jupe mógł się spodziewać. 

Gołąb, któremu właśnie się przyglądał, miał trzy pazurki na każdej nodze. 

background image

Rozdział 2 
Miłośniczka śpiewających ptaków 

 
- To jest wyścigowy gołąb pocztowy - powiedział Bob. - To znaczy oba, i ten, i 

tamten. 

Zaraz po odkryciu nowego gołębia w klatce Jupe zadzwonił do swych przyjaciół 

detektywów, ale obaj byli zajęci, toteż cała trójka mogła się zebrać w Kwaterze Głównej 

dopiero po lunchu. 

Bob  Andrews,  któremu  tego  ranka  wypadł  dyżur  -  w  miejskiej  bibliotece  w 

Rocky  Beach,  przyniósł  stamtąd  ilustrowaną  książkę  o  gołębiach.  I  właśnie  teraz 
demonstrował swym kolegom barwną fotografię pocztowego gołębia rasy belgijskiej. 

Jupe przyjrzał się obrazkowi, porównując go z żywym okazem, który kręcił się 

po stojącej na biurku małej klatce. 

- Tak, Bob, masz rację - powiedział. - Oba egzemplarze są identyczne. Jedyną 

różnicą  jest  ten  brakujący  pazurek  u  gołębia,  którego  mieliśmy  tu  wczoraj. 
Rzeczywiście chodzi o pocztowego gołębia tej rasy. 

Zamknąwszy  książkę  Jupe  oddał  ją  Bobowi.  Pete  włożył  palec  między  pręty 

klatki i delikatnie pogłaskał gołębia po skrzydełku. Ptakowi najwyraźniej podobała się 
ta  pieszczota,  bo  popatrzył  na  Pete'a  bystrym  wzrokiem,  tak  jakby  oczekiwał  czegoś 

więcej. 

-  Takie  przypadki  przytrafiają  się  im  całkiem  często  -  powiedział  Pete.  -  Nie 

zwróciliście na to uwagi? Mnóstwu dzikich gołębi, które latają w strefie przybrzeżnej, 
brakuje pazurów. 

Pierwszy Detektyw kiwnął z roztargnieniem głową. Zdawał sobie sprawę, że aż 

dotąd nie interesował się zbytnio gołębiami, ale nie widział też powodu, dla którego 

miałby przyznawać się do tego swym przyjaciołom. 

- Przycinają sobie palce w jakichś kratach - powiedział pewnym siebie głosem. - 

Albo padają ofiarą wypadków, uderzając o inne przeszkody, zbudowane przez ludzi. 

Nie  mogąc  pozbyć  się  pewnego  zakłopotania  Jupe  popatrzył  na  Boba,  który 

siedział z nosem w książce o gołębiach. 

- I co tam piszą o tych skrzydlatych listonoszach? - zapytał. 

-  Że  biorą  udział  w  zawodach.  Hoduje  się  je  specjalnie  w  tym  celu.  A  ich 

hodowcy  i  treserzy,  tak  jak  trenerzy  wyścigowych  koni,  są  w  stanie  rozpoznać  i 
wyłowić swojego gołębia spośród setek innych. 

background image

Na chwilę Bob pogrążył się znowu w książce, a potem podniósł głowę i opuścił 

okulary prawie na czubek nosa. 

- To nie do wiary - powiedział. - Właściciele wyjmują je z gołębnika, wkładając 

do  wiklinowych  koszyków  albo  drucianych  klatek  i  przewożą,  czasami  nawet  na 

odległość siedmiuset albo dziewięciuset kilometrów. Tam wypuszczają je na wolność i 
gołębie ścigają się, który prędzej wróci do domu. Najszybsze z nich osiągają prędkość 
prawie stu kilometrów na godzinę. Żaden z nich nigdy nie ginie. I wszystkie od razu 

wiedzą, w którą stronę powinny lecieć, aby dotrzeć do domu, bez względu na to, gdzie 

zostaną wywiezione albo skąd pochodzą. 

-  Jest  to  narodowy  sport  Belgów  -  dodał,  zajrzawszy  na  chwilę  do  książki.  - 

Pewnego  razu  pocztowy  gołąb  został  włożony  do  koszyka  i  umieszczony  w  ciemnej 

ładowni  statku,  który  zawiózł  go  do  Indochin.  Po  dwudziestu  czterech  dniach, 
przebywszy ponad dziesięć tysięcy kilometrów, gołąb przyleciał z powrotem do Belgii. 
Pokonał zupełnie sobie nie znane obszary. 

- Pokaż no - powiedział Pete sięgając po książkę, a potem zaczął ją przeglądać w 

milczeniu. 

-  Ej,  chłopaki,  to  jest nie  z  tej  Ziemi  -  odezwał  się  po  dłuższej  chwili.  -  Takie 

gołębie  mogą  być  wykorzystywane  jako  posłańcy.  I  to  od  najdawniejszych  czasów. 

Juliusz Cezar korzystał z gołębiej poczty przy podbijaniu Galii. Od wielu lat używa jej 
też  amerykańska  armia.  Na  przykład  podczas  wojny  koreańskiej.  Gołębie  przenosiły 

też regularnie lotniczą pocztę między Los Angeles i Catalina Island. Jupe, wiedziałeś o 
tym wszystkim? 

Pierwszy  Detektyw  nie  odpowiedział.  Zajęty  był  właśnie  miętoszeniem  dolnej 

wargi. 

- Pytanie brzmi: jak? - odezwał się po chwili. - Po pierwsze, jak? A po drugie, po 

co? 

- W tej książce piszą, że tak naprawdę nikt nie wie, jak ptaki odnajdują drogę do 

domu - powiedział Bob, a potem wziął książkę z rąk Pete'a. - Problem ten był badany w 
Cornell University w Ithaca, gdzie stwierdzono tylko, że może on mieć jakiś związek z 
ciśnieniem  atmosferycznym.  Gołębie  są  nadzwyczaj  wrażliwe  na  najdrobniejsze 

zmiany  ciśnienia,  a  także  na  dźwięki.  Ale  posłuchajcie,  co  na  ten  temat  powiedział 
pewien  profesor:  “Instynkt  gołębi,  pozwalający  im  wrócić  do  domu,  można  by 

zrozumieć  tylko  w  jeden  sposób,  a  mianowicie  zamieniając  się  samemu  w  gołębia, 
przyjmując jego wrażliwość i sposób odczuwania, a także myślenia”. 

background image

Przez dłuższą chwilę Bob wpatrywał się w pięknego, lśniącego ptaka, tak jakby 

próbował dociec, jak by się czuł, gdyby się zamienił w gołębia. 

Jupiter potrząsnął głową. 
- Nie chodziło mi o to, w jaki sposób i dlaczego gołębie znajdują drogę do domu 

- powiedział. - Myślałem o tym, jak ten gołąbek dostał się do klatki, którą zrobiliśmy 
dla gołębia z dwoma pazurami zostawionego nam przez pana Tika. Kto podmienił je w 
nocy?  I  skąd  się  dowiedział,  gdzie  tamten  gołąb  się  znajduje?  I  wreszcie,  po  co  to 

zrobił? 

- Nie mam zielonego pojęcia - stwierdził Pete głaszcząc delikatnie piórka ptaka. 

Gołąb odpowiedział mu cichutkim gruchaniem, niczym mruczący z zadowolenia kot. - 
Musimy dać mu jakieś imię - dodał po chwili. - Będzie się nazywał Cezar, dobra? 

-  Możliwość  numer  jeden  -  zaczął  zastanawiać  się  głośno  Pierwszy  Detektyw, 

który robił tak często wtedy, gdy coś mocno go intrygowało. - Tik osobiście podmienił 
ptaki. Miał wizytówkę z naszymi nazwiskami, a my jesteśmy przecież dobrze znani w 

Rocky  Beach.  -  Jupe  nie  widział  żadnego  powodu,  aby  udawać  skromnisia.  - 
Wystarczyło  mu  zapytać  pierwszego  lepszego  przechodnia,  gdzie  mieszka  Jupiter 

Jones. 

- No, powiedzmy, prawie pierwszego lepszego - zgodził się Pete. 

-  Możliwość  numer  dwa  -  ciągnął  Jupe.  -  Człowiek  w  zielonej  furgonetce,  za 

którą popędził ten Tik, mógł zatrzymać się gdzieś po drodze i zobaczyć, że Pete wiezie 

pudło  na  swoim  rowerze.  A  potem  pojechać  naszym  śladem  aż  tu.  Choć  muszę 
przyznać, że nie zauważyłem żadnego samochodu jadącego za nami. 

Rzekłszy  to,  Jupe  popatrzył  ponuro  na  gruchającego  Cezara,  tak  jakby  chciał 

mu przypisać część winy za to, że nie prowadził dokładnej obserwacji. Potem jednak 

rozjaśnił się trochę. 

- Co my właściwie wiemy na temat Tika czy tego faceta z furgonetki? - zapytał. - 

Jeśli  chodzi  o  Tika,  to  nie  znamy  nawet  jego  nazwiska,  przypuszczamy  tylko,  że 

mieszka  w  Santa  Monica.  Ruszył  z  parkingu  tak  ostro,  że  udało  mi  się  złapać  tylko 
litery  z  jego  tablicy  rejestracyjnej:  MOK.  A  tablica  zielonej  furgonetki  była  tak 
ubłocona, że nie mogłem nic z niej odczytać. Zdaje się, że jesteśmy w ślepym zaułku... 

Z wyjątkiem jednej tylko rzeczy. 

- Jakiej? - zapytał Pete, całkowicie świadom tego, że do końca życia nie zdołałby 

dogonić Jupe'a w jego umiejętności szybkiego analizowania różnych spraw. 

- Tych gołębi. Bo nie są to takie sobie zwykłe ptaszki, hodowane w pierwszym 

background image

lepszym  gołębniku.  W  tym  przypadku  mamy  do  czynienia  z  troskliwie 
wyselekcjonowanymi i świetnie wytresowanymi wyścigowymi gołębiami. Tak, jak się 

selekcjonuje i trenuje wyścigowe konie, jak sam powiedziałeś, Bob. Ludzie, którzy się 
tym zajmują, znają się nawzajem. Musi istnieć jakiś klub albo stowarzyszenie, gdzie 

moglibyśmy dowiedzieć się czegoś o tych dwóch. 

Nie  zwlekając  Jupe  sięgnął  po  specjalny  tom  książki  telefonicznej,  ułożony 

według klucza tematycznego. 

-  Gdyby  się  nam  udało  nawiązać  kontakt  z  jakimś  treserem  albo  hodowcą, 

mógłby on rozpoznać tego ptaka... 

- Cezara - przerwał mu Pete. - On ma na imię Cezar. 
- ...i powiedzieć nam, czyją jest własnością.  

Otwarłszy książkę, Jupe zaczął ją szybko kartkować. 
-  “G”  jak  gołąb  -  mruknął  odwracając  żółte  stronice.  -  “K”  jak  klub.  “S”  jak 

stowarzyszenie. “T” jak towarzystwo. Hmmm. 

Przez dobrą minutę przebiegał oczami coraz to inne kolumny, nie odzywając się 

ani słowem. 

-  A  może...  -  odezwał  się  w  końcu  tonem,  w  którym  pobrzmiewało  uczucie 

zawodu  -  ...może  zobaczę  jeszcze  pod  “H”,  jak  hobbystyczne  sklepy.  Zdaje  się,  że 

zostało już tylko to. 

- Jest jeszcze miss Melody - podsunął Bob. 

- Kto to taki? - zapytał Jupe podnosząc głowę znad książki telefonicznej. 
-  To  pewna  pani,  która  czasami  przychodzi  do  mojej  biblioteki.  I  za  każdym 

razem  wypożycza  książki  o  ptakach.  Ma  na  tym  punkcie  strasznego  fioła. 

Rozmawiałem z nią raz i dowiedziałem się, że jest prezeską towarzystwa, które nazywa 

się “Nasi Skrzydlaci Przyjaciele”. 

Jupe zamknął żółtą książkę telefoniczną i odłożył ją na półkę. 
-  To  jest  rzeczywiście  szansa  -  powiedział.  -  Bo  jeżeli  mieszka  tu  gdzieś 

niedaleko jakiś specjalista od gołębi, ona mogłaby coś o nim wiedzieć. Ale nie znasz 
adresu tej pani? 

- Nie - odparł Bob przecierając okulary. - Z tym że gdyby nie mieszkała w Rocky 

Beach, nie mogłaby się zapisać do naszej biblioteki. Wiem, że ma na imię Maureen. 
Maureen Melody. Pamiętam to z jej karty bibliotecznej. 

Jupe  w  jednej  chwili  odszukał  panią  Melody  w  książce  telefonicznej  Rocky 

Beach. Mieszkała przy alei Alto Drive, odległej o jakieś trzy kilometry. 

background image

-  Głosuję  za  tym,  żeby  pojechać  do  niej  na  rowerach  -  powiedział  Pete.  -  Ale 

gdzie zostawimy Cezara? 

Jupe  nie  widział  żadnego  powodu,  dla  którego  gołąb  nie  mógłby  zostać  tam, 

gdzie był teraz, czyli w klatce na biurku. Ale Pete zaczął nalegać, aby na okres, który 

Cezar miał spędzić samotnie, przenieść go do dużej klatki na dworze. 

- Ktoś mógłby go łatwo zwędzić - zaoponował Jupe. - Przecież wiesz, co się stało 

w nocy. 

- Mogłoby się nawet zdarzyć, że po powrocie znaleźlibyśmy gołębia z czterema 

pazurami - dodał Bob. 

Tak więc Trzej Detektywi doszli w końcu do wniosku, że zabiorą Cezara ze sobą. 

Pete  otworzył  główne  wyjście  z  przyczepy,  czyli  zapadkowe  drzwi  prowadzące  do 

sekretnego tunelu, którym można się było dostać do warsztatu. Przycisnąwszy klatkę 
do piersi, zagłębił się jako pierwszy w mrocznym wnętrzu. Bob popełznął tuż za nim. 

Jupiter  także  miał  już  zejść  do  tunelu,  kiedy  coś  mu  się  przypomniało. 

Zmarszczył  brwi  i  jeszcze  raz  podszedł  do  biurka,  aby  włączyć  zainstalowaną  przy 
telefonie  automatyczną  sekretarkę.  Dopiero  teraz  zszedł  na  dół,  zamykając  drzwi  za 

sobą. 

Alejka  Alto  Drive  znajdowała  się  we  wschodniej  dzielnicy  Rocky  Beach.  Wuj 

Tytus wyraził się przy jakiejś okazji, że “tam, gdzie słońce wschodzi, ludziom dobrze 
się  powodzi”,  I  rzeczywiście,  była  to  dzielnica  dużych  domów,  stojących  z  dala  od 

drogi, pośród ogrodów, trawników i drzew. 

Trzej  Detektywi  zeskoczyli  z  rowerów  przed  dwuskrzydłową,  wysoką  bramą  z 

kutego  żelaza.  Na  tabliczce  widniał  ozdobny  napis  wykonany  z  metalowych  liter: 

GNIAZDO MELODYCH. 

Na  jednym  z  kamiennych  słupów  podtrzymujących  bramę  znajdował  się 

domofon. Jupe nacisnął guzik i nastawił ucho tuż przy kratce głośnika. 

Właściwie nie spodziewał się, że cokolwiek usłyszy. Od chwili gdy trzej chłopcy 

znaleźli  się  w  odległości  trzystu  albo  czterystu  metrów  od  posiadłości  pani  Melody, 
prawie nie słyszeli się nawzajem. Nawet wtedy, gdy krzyczeli do siebie z całych sił. 

Jupe'owi  przemknęło  przez  głowę,  że  przypominało  to  wizytę  w  salonie  ze 

stereofonicznym sprzętem, w którym wszystkie odbiorniki i magnetofony nastawione 
były na największą głośność. 

Z tym że teraz powietrze nie było wypełnione muzyką czy ludzkimi głosami, ale 

najdziwniejszą  mieszaniną  gwizdów,  skrzeków,  pisków  i  krakań,  jaką  kiedykolwiek 

background image

przedtem zdarzyło mu się słyszeć. 

Nacisnął  guzik  jeszcze  raz.  Także  i  teraz  nie  usłyszał  żadnej  odpowiedzi,  ale 

wydało  mu  się,  że  powietrze  przeciął  naraz  wysoki  i  głośny,  jakby  przedrzeźniający 
wrzask. 

Odstąpiwszy parę kroków do tyłu, spojrzał w górę na drzewa rosnące za bramą. 

Siedząca w listowiu, czerwono-żółta papuga kakadu jeszcze raz posłała mu świdrujący 
w uszach, przedrzeźniający krzyk. 

- Ptaki! - krzyknął do niego Pete. - Tu wszędzie jest pełno...  

Ostatnie słowo utonęło w chórze przeraźliwych gwizdów. 

-  ...ptaków  -  dokończył  za  niego  Jupe.  Teraz  on  także  je  dostrzegał,  a 

przynajmniej niektóre z nich. Szpaki, wróble, kanarki, skowronki, kruki i jastrzębie, a 

nawet jakaś odmiana orła spacerowały po gałęziach, przelatywały z drzewa na drzewo 
albo siedziały spokojnie wśród liści. 

Jupe zostawił w spokoju domofon. Zauważył, że choć brama zamykana była na 

rygiel  z  uchem,  nie  było  w  nim  kłódki.  Włożył  rękę  między  pręty  i  otworzył  jedno 
skrzydło, a potem wśliznął się  do środka razem z rowerem. Pete  i  Bob weszli także. 

Bob zatrzymał się na moment, aby zamknąć za sobą bramę. 

- I co teraz? - wrzasnął Pete, pochyliwszy się Jupe'owi prawie do ucha. 

Jupe  wskazał  ręką  dróżkę  dojazdową  wijącą  się  między  drzewami.  Trzej 

Detektywi zagłębili się w nią, prowadząc rowery obok siebie. 

Ptasi  jazgot  nad  ich  głowami  nie  tylko  się  nie  zmniejszał,  ale  zdawał  się 

przybierać jeszcze na sile. Bobowi przeleciało przez głowę, że za chwilę nie wytrzyma, 
puści kierownicę roweru i zatka dłońmi swoje uszy. 

Nagle  idący  na  przedzie  Jupe  zatrzymał  się.  Zza  zasłony  drzew  i  latających 

wszędzie  ptaków  ukazał  się  odległy  o  jakieś  sto  metrów  dom,  zbudowany  w  stylu 

chińskim. Ale to nie widok domu kazał Jupe'owi stanąć na miejscu. 

Poprzez gwizdy, skrzeczenia i krakania do jego uszu doszedł inny dźwięk. Był to 

głos  jakiejś  kobiety.  Wysoki  i  przenikliwy,  ale  przyjemnie  i  muzykalnie  brzmiący 
sopran. Kobieta śpiewała. 

- Idą do mnie trzej chłopcy, idą leśną dróżką, ale nie wiem, czego chcą, bo nie 

jestem wróżką - brzmiały słowa pieśni. 

Bob rozpoznał w śpiewie melodię jednego ze starych wojskowych hymnów. 

-  Niech  ciekawość  mą  ugaszą,  lecz  niech  ptaszków  mi  nie  straszą  -  podjął  po 

chwili śpiewny głos. 

background image

Trzej  Detektywi  ruszyli  dalej.  Po  kilku  krokach  Jupe  dostrzegł  śpiewającą 

kobietę.  Stała  na  trawniku  oddzielającym  dom  od  rosnących  wokół  drzew.  Była 

wysoka  i,  jak  się  wyraził  kiedyś  nauczyciel  Jupe'a  od  języka  angielskiego,  miała 
pomnikową  sylwetkę.  Ubrana  była  w  długą,  letnią  suknię  i  miękki,  słomkowy 

kapelusz,  przytrzymywany  tasiemką  zawiązaną  na  kokardkę  pod  raczej  pełnym, 
zaokrąglonym podbródkiem. 

Na  ramieniu  kobiety  siedziała  papuga,  a  tuż  nad  jej  głową  wisiał  niemal 

nieruchomo jastrząb. Na czubku kapelusza znalazł sobie wygodne lokum kanarek. 

- Jeżeli czegoś wam potrzeba, musicie głośno to wyśpiewać - powitała chłopców 

wdzięcznym  trylem,  kiedy  trochę  speszeni  zatrzymali  się  o  parę  kroków  od  niej.  - 
Inaczej nic nie usłyszę. 

Jupiter  miał  za  sobą  pewne  aktorskie  doświadczenia,  ale  wracał  do  nich 

niechętnie, ponieważ związane były z głębokim dzieciństwem, a w dodatku nazywano 
go wtedy Małym Tłuścioszkiem (niektórzy woleli mówić: Tłustym Bobaskiem). Nigdy 

jednak nie występował w żadnym musicalu ani nie śpiewał w szkolnym chórze. Nawet 
przez chwilę nie postało mu w głowie, że mógłby być śpiewakiem. 

Mimo  wszystko  zdawał  sobie  sprawę,  że  życzenie  kobiety  jest  jak  najbardziej 

sensowne. Bo istotnie, jedynym głosem, który miał szansę przedrzeć się przez cały ten 

jazgot  ptasich  ćwierkań,  gwizdów,  skrzeków  i  krakań,  mógł  być  tylko  dobrze 
postawiony, donośny śpiew. 

- Szukamy pani Maureen Melody, właścicielki tej pagody - zaśpiewał drżącym, 

cienkim głosikiem, wskazując ręką stojący za trawnikiem dom. 

- We własnej osobie stoję na murawie, powiedz, proszę, w jakiej przyszliście tu 

sprawie? - odpowiedziała mu zwiewną koloraturą pani Maureen Melody. 

Jupe  z  przerażeniem  stwierdził,  że  to  znowu  jego  kolej.  Odchrząknął,  aby 

przeczyścić gardło. 

-  Wiem,  że  to  najście  kłopot  pani  sprawia  -  zaintonował  z  bohaterskim 

zacięciem. - Ale my chcemy tylko z panią porozmawiać. 

Mimo iż starał się stanąć na wysokości zadania, czuł, że za chwilę zabraknie mu 

słów, które pasowałyby do melodii śpiewanej przez panią Maureen. 

-  Słyszeliśmy,  że  pani...  -  podjął  z  wysiłkiem,  ale  jego  głos  załamał  się  nagle. 

Pani  Melody  najwyraźniej  przestała  go  słuchać.  Z  szerokim,  pełnym  zachwytu 

uśmiechem ruszyła w tanecznych podrygach w stronę Pete'a. 

-  Glory,  glory,  alleluja  -  zanuciła  z  triumfalną  ekspresją,  a  potem  chwyciła 

background image

uwieszoną kierownicy roweru Pete'a klatkę z Cezarem i przycisnęła ją obiema rękami 
do piersi. 

- Glory, glory, alleluja! Zaraz wypłacę wam nagrodę! 

background image

Rozdział 3 
Miss Melody otrzymuje perłę 

 
- Jaką nagrodę? - zaczął śpiewać Jupe, ale widząc, że panna Melody zabiera się 

do otwierania klatki, urwał nagle. 

- Proszę tego nie robić - zaintonował żałosnym lamentoso. - Błagam panią... - 

dodał  z  pokorną  miną,  a  potem  najgrzeczniej,  jak  tylko  potrafił,  odebrał  klatkę  z 

Cezarem z jej rąk. 

Głos znowu uwiązł mu w gardle. Pojął, iż musi wyjaśnić mnóstwo spraw i myśl, 

że  miałby  to  wszystko  wyśpiewać,  w  dodatku  z  maksymalnym  natężeniem  głosu, 
napełniła  go  prawdziwym  przerażeniem.  Zanim  zdążyłby  wytłumaczyć,  co  go  tu 
sprowadziło wraz z kolegami, zdarłby sobie struny głosowe, i to na amen. 

-  Czy  jest  tu  jakieś  spokojne  miejsce,  w  którym  moglibyśmy  porozmawiać 

normalnym głosem? - zaśpiewał co sił w płucach. Stwierdził przy tym, że łatwiej mu 

dobierać  słowa  do  komponowanej  ad  hoc  melodii,  niż  dopasowywać  się  do  pieśni, 
którą powtarzała w kółko jego rozmówczyni. - Proszę, bardzo mi na tym zależy. 

Panna  Melody  wpatrywała  się  bez  ruchu  w  chłopców,  bawiąc  się  trzema 

sznurami  pereł  wiszącymi  na  jej  szyi.  Mogło  się  wydawać,  że  stanowczość,  z  jaką 
Jupiter  odebrał  jej  Cezara,  zbiła  ją  lekko  z  tropu.  Po  chwili  skinęła  jednak  głową  i 

poprowadziła całą trójkę w kierunku domu. Wiszący nad jej głową jastrząb odleciał ku 
najbliższym drzewom, ale papuga i kanarek nie ruszyły się z miejsca. 

Wszedłszy  do  środka  przez  wysokie,  oszklone  drzwi,  chłopcy  znaleźli  się  w 

przestronnym, jasnym salonie. Panna Melody zamknęła drzwi za nimi. 

W  pierwszej  chwili  dochodzące  z  zewnątrz  ćwierkania  i  krakania  wydały  się 

chłopcom  tak  samo  ogłuszające,  jak  na  dworze.  Miss  Melody  nacisnęła  jednak 

wystający  ze  ściany  przycisk  i  z  góry  opuściła  się  gruba,  szklana  płyta,  zasłaniając 
drzwi i okna. 

Jak  cudownie,  pomyślał  Pete.  Tak,  jakby  się  pogrążało  w  głębinach  oceanu, 

mając na sobie skafander płetwonurka. W coraz głębszą, niczym nie zmąconą ciszę. 

-  Może  wreszcie  pozwolicie  mi  uwolnić  tego  biednego  ptaszka?  -  zapytała 

Maureen Melody normalnym już głosem, posyłając Jupe'owi pełne wyrzutu, urażone 

spojrzenie  ciemnoniebieskich  oczu.  -  Myślałam,  że  po  to  właśnie  przynieśliście  go 

tutaj.  Byłam  pewna,  że  przeczytaliście  którąś  z  moich  ulotek.  Jako  założycielka  i 
prezeska  towarzystwa  “Nasi  Skrzydlaci  Przyjaciele”  płacę  dwadzieścia  dolarów 

background image

każdemu,  kto  uwolni  ptaka  zamkniętego  w  klatce.  Nie  mogę  znieść  widoku  tych 
stworzeń zamkniętych w tak ciasnej przestrzeni. To zbyt okrutne. 

- Okrutne! - powtórzyła jak echo papuga siedząca na jej ramieniu.  - Okrutne! 

Okrutne! 

Wiem  już  przynajmniej,  o  co  jej  chodziło,  kiedy  wspomniała  o  nagrodzie, 

pomyślał  Jupe.  Teraz  przyszła  kolej  na  jego  wyjaśnienia.  Rozpoczął  od 
poinformowania miss Melody, że Cezar nie należy do nich. Jakiś nieznajomy zostawił 

go pod ich opieką i teraz pragną jak najprędzej zwrócić gołębia jego właścicielowi 

Bob  tymczasem  przyglądał  się  pannie  Melody.  Mimo  ogromnej  postury  była 

raczej  przystojną  kobietą.  Przypominała  mu  filmową  gwiazdę  sprzed  lat,  rzuconą  w 
ogromnym powiększeniu na panoramiczny ekran. 

-  Jeżeli  uda  się  nam  odnaleźć  właściciela  Cezara  -  odezwał  się  Pete  -  on  z 

pewnością dołączy go do stada swych gołębi. Cezar nie będzie więc mieszkał w małej 
klatce, ale w jakiejś szopie czy gołębniku. 

- Rozumiem - powiedziała miss Melody, której palce znowu zaczęły bawić się 

naszyjnikiem. Miała też klipsy wysadzane perłami. 

- Dlatego właśnie złożyliśmy pani wizytę - włączył się Bob. - Wiedziałem o tym, 

że bardzo interesują panią ptaki, ponieważ kiedyś rozmawiałem z panią na ten temat 

w  bibliotece.  Pomyśleliśmy  więc,  że  zna  pani  być  może  kogoś,  kto  mieszka  w  tej 
okolicy i zajmuje się hodowlą i tresowaniem wyścigowych gołębi pocztowych. 

Panna Melody nie odpowiedziała. Wpatrywała się z napięciem w okno. 
- Przepraszam was, chłopcy - mówiąc to podeszła do ściany i znowu nacisnęła 

guzik.  Szklana  płyta  uniosła  się  do  góry.  Pokój  na  nowo  wypełnił  się  ptasim 

szczebiotaniem. 

Panna  Melody  otworzyła  przeszklone  drzwi.  Tuż  za  nimi  na  ścieżce  siedział 

jakiś ptaszek. Pete stwierdził, że to sroka. 

Maureen  Melody  przyklękła  i  wyjęła  ptakowi  z  dzioba  jakiś  mały,  błyszczący 

przedmiot. 

-  Ach,  co  za  sprytna  przyjaciółka  -  zaśpiewała  swym  donośnym  sopranem, 

improwizując tym razem własną melodię. - Nazwałam ją takim samym imieniem, jak 

Edgar Allan Poe swego ptaka. Wiem, że ptak Poego był krukiem. Ale tak lubię ten jego 
poemat, “I rzekł Kruk: me imię Nevermore”. 

Sroka odleciała do ogrodu i panna Melody z powrotem zasunęła drzwi szklaną 

płytą. 

background image

-  Sroki  uważa  się  powszechnie  za  wielkie  złodziejki  -  podjęła  normalnym 

głosem.  -  Ale  moje  dwie  ulubione  sroczki  nigdy  nic  nie  kradną.  A  szczególnie 

Nevermore.  Ona  jest  po  prostu  cudowna.  Ciągle  znosi  mi  różne  rzeczy.  I  to  rzeczy 
naprawdę prześliczne. Popatrzcie sami. 

Rzekłszy to, panna Melody wyciągnęła swą białą i pulchną, szeroką dłoń, aby 

pokazać  Trzem  Detektywom,  co  też  przyniosła  jej  tym  razem  sroczka  o  imieniu 
Nevermore. 

Chłopcy ujrzeli ogromną, opalizującą perłę. 

-  To  już  trzecia  perła,  jaką  Nevermore  przyniosła  mi  w  tym  miesiącu  - 

powiedziała miss Melody. - Nie mam pojęcia, gdzie ona je znajduje, ale ja tak bardzo 
uwielbiam perły. Perły i ptaki. To moje dwie nierozłączne pasje. 

- Ale wracając do gołębi biorących udział w zawodach - przypomniał jej Jupe. - 

Czy przypadkiem nie zna pani kogoś.  

Miss Melody potrząsnęła przecząco głową 

- Obawiam się, że w tej chwili nie przypomnę sobie nikogo takiego. 
- Ale gdyby przypomniała sobie pani kogoś później - powiedział Jupe wręczając 

jej  wizytówkę  Trzech  Detektywów  -  byłbym  niezmiernie  zobowiązany,  jeśliby  pani 
zadzwoniła do nas i pomogła nam skontaktować się z tym człowiekiem. 

Maureen Melody wzięła kartę do ręki, ale zanim zdążyła rzucić na nią okiem, 

siedząca na jej ramieniu papuga sfrunęła na jej dłoń, chwyciła kartę dziobem i wróciła 

na swoje miejsce. 

- Dziękujemy pani za poświęcenie nam swego czasu - powiedział Jupe wstając z 

miejsca. Mimo iż panna Melody zrobiła na nim raczej korzystne wrażenie, nie wiązał z 

jej osobą zbyt wielkich nadziei. Sam zresztą zaczynał się czuć w jej dźwiękoszczelnym 

salonie jak ptak zamknięty w klatce. 

Uśmiechając się przez cały czas, panna Melody włączyła urządzenie podnoszące 

szklaną płytę, a potem otworzyła drzwi. Jupe zauważył jednak, że uśmiecha się nie do 

nich, ale do wielkiej, nieskazitelnej perły, której ani na moment nie wypuściła z dłoni. 

Trzej Detektywi poprowadzili swe rowery z powrotem ku bramie, Jupe doszedł 

do  wniosku,  że  dopóki  nie  znajdą  się  w  odpowiedniej  odległości  od  hałaśliwej 

ptaszarni,  lepiej  będzie  powstrzymać  się  od  rozmowy,  toteż  nie  oglądając  się  na 
kolegów, ruszył żwawo, aby czym prędzej przedrzeć się przez zaporę ptasich ćwierkań i 

śpiewów. 

Zrobił  zaledwie  parę  kroków,  kiedy  zatrzymał  go  nagle  przeraźliwy  krzyk.  W 

background image

pierwszej chwili pomyślał, że to jeszcze jeden wokalny popis któregoś ze skrzydlatych 
mieszkańców  posesji.  Obejrzawszy  się  za  siebie,  zobaczył  jednak  pannę  Melody, 

stojącą przed domem, z uniesionymi nad głową rękami. 

-  Przypomniałam  sobie  o  pewnym  znajomym  -  zaśpiewała  przenikliwą 

koloraturą  w  jego  stronę.  -  Nazywa  się  Parker  Frisbee  i  mieszka  tu,  w  mieście. 
Pewnego  razu  powiedział  mi,  że  brał  kiedyś  udział  w  zawodach  pocztowych  gołębi. 
Wyleciało mi to z pamięci. 

- Zrozumiałem, Parker Frisbee - odpowiedział Jupe prężąc pierś i unosząc się 

na czubkach palców niczym prawdziwy bohaterski tenor. - Dziękuję pani! 

background image

Rozdział 4 
Wołanie o pomoc 

 
- Parker Frisbee - powtórzył Jupe, kiedy cała trójka znalazła się na spokojnej i 

cichej ulicy. - To przecież nazwisko właściciela jubilerskiego sklepu na Main Street. 

Zjechawszy na trawnik, zatrzymał się i zsiadł z roweru. Bob i Pete dołączyli do 

niego. 

- Wiecie, co mi przyszło do głowy? - odezwał się Pete. - Że Maureen Melody ma 

rację. Powinniśmy wypuścić Cezara z tej klatki. Niech leci do domu, a my będziemy 

mieli z głowy całą sprawę. 

To  było  dokładnie  to,  czego  Jupe  obawiał  się  ze  strony  swego  kolegi.  Zdawał 

sobie oczywiście sprawę, że takie rozwiązanie byłoby najlepsze dla Cezara. Uwolniony 

z klatki ptak z łatwością odnalazłby swoje stado, bez względu na to, gdzie by się ono 
znajdowało. 

Ale z punktu widzenia Pierwszego Detektywa wypuszczenie Cezara, aby mógł 

swobodnie odlecieć do domu, było najgorszym ze wszystkich możliwych wariantów. W 

oczach  Jupe'a  Cezar  był  czymś  więcej  niż  tylko  zwyczajnym  gołębiem.  Był  kluczem, 
jedynym kluczem do wyjaśnienia sprawy, która jawiła się Jupe'owi jako intrygująca, 
podniecająca tajemnica. 

Przed  oczyma  stanął  mu  telefon  w  Kwaterze  Głównej  i  oczekująca  na  jakieś 

zgłoszenie  automatyczna  sekretarka.  Jeśli  człowiekiem,  który  podmienił  w  nocy  oba 

gołębie,  był  kierowca  zielonej  furgonetki,  można  się  było  spodziewać  prędzej  czy 
później  telefonu  od  Tika.  Powinien  zadzwonić  i  zażądać  zwrotu  pozostawionego  w 

barze gołębia o dwóch pazurach. Jupe bardzo chciał oddać mu go osobiście. Mógłby 

wtedy  obserwować  jego  twarz  i  stwierdzić,  w  jaki  sposób  zareagował  on  na  widok 

trzech pazurków na lewej nodze Cezara. 

Chciał przekonać się naocznie, czy Tik rozpozna swego gołębia. 
-  Głosuję  za  tym,  żebyśmy  pojechali  na  Main  Street  i  zamienili  przynajmniej 

parę słów z tym Parkerem Frisbeem  - powiedział.  - I tak mamy po drodze  -  dodał i 
spojrzał na Boba, oczekując od niego poparcia dla swej propozycji. Bob posłał Pete'owi 

pytające spojrzenie. 

-  No,  dobra,  niech  będzie  -  zgodził  się  z  ociąganiem  Pete.  -  Panie  Frisbee, 

walimy do pana. 

Sklep,  mający  w  szyldzie  to  nazwisko,  był  najlepszym,  a  w  każdym  razie 

background image

najdroższym  salonem  jubilerskim  w  Rocky  Beach.  Jego  wystawowe  okno  nie  było 
zawalone zegarkami i zaręczynowymi pierścionkami. Na okrytym czarnym aksamitem 

statywie wisiał tam jedynie sznur pereł, a po jego obu stronach połyskiwały w słońcu 
dwie diamentowe broszki, które zdawały się mówić przechodniom: “Myślicie, że to już 

wszystko, co mamy? Zajrzyjcie do środka!” 

Wnętrze  sklepu  wypełniały  dyskretnie  podświetlone,  oszklone  gablotki,  w 

których wyłożono jeszcze kosztowniejsze klejnoty. 

Za  jedną  z  nich  stał  niewysoki,  trochę  otyły  mężczyzna  w  czarnym  żakiecie  i 

nieskazitelnie odprasowanych, sztuczkowych spodniach. Prawdopodobnie miał też na 

sobie białą koszulę z nakrochmalonym sztywno kołnierzykiem oraz jedwabny krawat. 
Tego  jednak  można  się  było  tylko  domyślać,  ponieważ  szyję  mężczyzny,  a  także 

większą  część  jego  twarzy  całkowicie  zakrywała  gęsta,  czarna  broda.  Z  gęstwiny 
włosów  zasłaniających  jego  podbródek,  usta  i  prawie  całe  policzki  wyłaniały  się, 
niczym małe polanki w lesie, jedynie oczy i nos. 

-  Słucham  łaskawie?  -  powiedział  właściciel  sklepu,  kiedy  Trzej  Detektywi 

weszli do środka. 

- Czy pan Parker Frisbee? - zapytał Jupe. 
- Tak, to ja. Czym mogę służyć? 

Jupe  wyjaśnił,  że  on  i  jego  koledzy  są  znajomymi  miss  Maureen  Melody.  Na 

dźwięk  tego  nazwiska  oczy  pana  Frisbee  pojaśniały.  Pierwszy  Detektyw  dodał 

następnie,  że  miss  Melody  poleciła  im  pana  Frisbee  jako  eksperta  od  wyścigowych 
gołębi, i w związku z tym przyszło mu do głowy, że pan Frisbee mógłby pomóc im w 
zidentyfikowaniu pewnego gołębia rasy belgijskiej, którego niedawno znaleźli. 

- Och, tak naprawdę to ja nie jestem żadnym ekspertem - odparł pan Frisbee, 

wzruszając skromnie ramionami. - Kiedyś miałem kilka takich gołębi i zgłaszałem je 

do amatorskich wyścigów. Ale zarzuciłem to już wiele lat temu. 

Rzekłszy to, spojrzał na klatkę w ręku Pete'a. 

- Czy chodzi o tego właśnie ptaka? 
-  Tak,  proszę  pana  -  odparł  Pete  unosząc  klatkę,  aby  Frisbee  mógł  lepiej 

przyjrzeć się Cezarowi. 

Pan  Frisbee  przez  minutę  czy  dwie  wpatrywał  się  badawczo  w  gołębia.  Przez 

cały ten czas nie powiedział ani słowa. 

- Gdzie go znaleźliście? - zapytał w końcu. - W jaki sposób wszedł on w wasze 

posiadanie? 

background image

- Ktoś zostawił go na naszym podwórzu  - powiedział Jupe, postanawiając nie 

wspominać nic o mrugającym faceciku. 

- Kto to był? 
-  Nie  wiemy  -  odparł  Pete.  -  Po  prostu  znaleźliśmy  go  tam.  Dlatego  właśnie 

przyszliśmy do pana. Pomyśleliśmy, że będzie pan może wiedział...  

Pan Frisbee pokręcił głową, a potem zaśmiał się cicho. 
- To nie jest wyścigowy gołąb rasy belgijskiej - powiedział. - A raczej jest i nie 

jest. Bo widzicie, to jest samica, a samic nie wystawia się do wyścigów. 

-  Och,  ale...  -  Bob  zaczął  coś  mówić,  jednak  zrezygnował  z  dalszego  ciągu  i 

zamilkł, zamykając sobie usta dłonią. 

- A więc, czy nie przychodzi panu do głowy, do kogo on czy tam ona mogłaby 

należeć? - zapytał Jupe. 

- Zupełnie nie mam pojęcia - odparł pan Frisbee wzruszając znowu ramionami. 

Jupe'owi  wydawało  się,  że  uśmiechnął  się  przy  tym.  Broda  nie  pozwalała  jednak 

stwierdzić tego na pewno. - Przykro mi, moi drodzy, ale nie będę mógł wam pomóc. 
Bardzo proszę, przekażcie miss Melody ukłony ode mnie, 

Jupe  obiecał,  że  nie  zapomną  tego  zrobić,  i  podziękował  panu  Frisbee  Za 

poświęcenie im swego czasu. Trzej Detektywi znaleźli się z powrotem na Main Street. 

Wsiadłszy na rowery musieli zatrzymać się na skraju chodnika, aby przepuścić 

ruszający właśnie spod krawężnika czarny samochód. 

Jupe i Pete chcieli już zjechać na jezdnię, ale Bob powstrzymał ich, dając znaki, 

żeby przesunęli się dalej, tak aby nie było ich widać z jubilerskiego sklepu. 

- O co chodzi? - zapytał Jupe. 

-  Nie  jestem  tego  pewien  -  powiedział  z  zakłopotaniem  Bob,  a  potem  zdjął 

okulary  i  zaczął  je  przecierać.  -  Ale  albo  ten  Parker  Frisbee  nie  ma  pojęcia,  ale  to 

zielonego pojęcia, o wyścigowych gołębiach, albo kłamał w żywe oczy! 

- Dlaczego miałby kłamać? Gadaj prędko! - zaciekawił się Pete. 

- Sam nie wiem - stwierdził Bob wkładając z powrotem okulary. - Ale w książce, 

którą dziś rano przyniosłem z biblioteki, przeczytałem, że w zawodach biorą również 
udział samice gołębia. Niektóre z nich zdobywały nawet tytuł światowego championa. 

Jupe popatrzył najpierw na niego, a potem na zegarek. 
- Niedługo będzie pora obiadu - powiedział. - Głosuję za tym, żebyśmy pojechali 

teraz do domu, a po obiedzie spotkali się w Kwaterze Głównej, aby zastanowić się nad 
tym wszystkim. 

background image

- Okay - zgodził się Pete. - Ale jeśli nie mamy zamiaru wypuszczać Cezara, czy 

tam Cezarówny, jeżeli to jest rzeczywiście ona, głosuję za wstawieniem dużej klatki do 

Kwatery Głównej. W ten sposób zapewnimy mu, czy tam jej, większe bezpieczeństwo. 
Okay? 

Była to pierwsza rzecz, do zrobienia której cała trójka zabrała się po obiedzie. 

Klatka okazała się za duża, aby się zmieścić w zapadkowych drzwiach. Trzej Detektywi 
pomyśleli  jednak  także  o  innych  sekretnych  wejściach.  Jedno  z  nich,  ochrzczone 

mianem  Drogi  Ewakuacyjnej  Numer  Jeden,  prowadziło  przez  świetlik  w  dachu 

przyczepy, z którego można było opuścić się na dół po linie. 

Jako  pierwszy  zaczął  się  drapać  po  zwalonym  wokół  przyczepy  złomie  Pete. 

Kiedy opuściwszy się po linie, znalazł się na dole, Jupe i Bob podali mu uwiązaną na 

sznurku małą klatkę z Cezarem, a potem przepchnęli przez otwór świetlika dużą klatkę 
i również opuścili ją na dół. Następnie po linie zjechał Bob. 

Jako ostatni, Jupe zamknął za sobą pokrywę świetlika. Pete i Bob byli już zajęci 

przenoszeniem  Cezara  do  większego  domku.  Jupe  nawet  na  nich  nie  spojrzał.  Jego 
wzrok natychmiast pomknął ku podłączonej do telefonu automatycznej sekretarce. Na 

widok palącego się światełka oczy zabłysły mu prawie tak samo, jak panu Frisbee. To 
musi być Tik, przemknęło mu przez głowę. Zadzwonił wreszcie. A więc to ten facet z 

zielonej  furgonetki  musiał  podmienić...  Kiedy  tak  biegł  do  telefonu,  jego  umysł 
pracował prawie tak samo szybko, jak nogi. 

-  Posłuchajcie  no  -  powiedział  włączając  magnetofon  z  nagraną  przez 

niewiadomego rozmówcę taśmą. 

Bob i Pete znieruchomieli nastawiając uszu. Jupe usiadł w obrotowym fotelu za 

biurkiem, aby skupić całą swą uwagę na treści komunikatu. 

- Pomocy! - odezwał się kobiecy głos. - Potrzebuję waszej pomocy! Błagam, ach, 

pomóżcie mi! - głos panny Maureen Melody drżał takim wzburzeniem, że miejscami 
przechodził  prawie  w  śpiew.  -  Koło  mego  domu  grasuje  jakiś  morderca!  Wyszłam 

dopiero co na dwór i znalazłam ją nieżywą... - W tym momencie słowa utknęły jej w 
gardle i panna Melody zaczęła szlochać. - Nevermore! - dodała, powstrzymując się z 
trudem od płaczu. - Zatłuczona na śmierć! A potem znalazłam następnego martwego 

ptaszka.  Jeden  z  moich  ślicznych  jastrzębi  także  leżał  nieżywy.  Och,  pomóżcie  mi. 
Błagam, pomóżcie. Ktoś morduje moje ptaszki! 

background image

Rozdział 5 
Niebezpieczny park 

 
- Kiedy przeczytałam waszą wizytówkę i zobaczyłam, że jesteście detektywami, 

pomyślałam od razu, że zesłał mi was dobry los - powiedziała Maureen Melody. 

Trzej Detektywi natychmiast wskoczyli na rowery i siedzieli teraz naprzeciwko 

niej w dźwiękoszczelnym salonie. 

- Rozumiecie, wolałam nie wzywać policji - ciągnęła, głaszcząc wyciągniętą ręką 

papugę siedzącą na jej ramieniu. - Miałam już z nimi tyle kłopotów. Nachodzą mnie 

bez przerwy i mówią, że sąsiedzi skarżą się na moje kochane ptaszki. Sami powiedzcie, 
czy te śliczne stworzenia są w stanie wyrządzić komukolwiek jakąś krzywdę? 

Być może pani sąsiedzi są tak wrogo usposobieni, bo chcieliby mieć od czasu do 

czasu odrobinę spokoju i ciszy, pomyślał Pete. Nie odezwał się jednak ani słowem. 

Pierwszy  Detektyw  obejrzał  już  dokładnie  oba  martwe  ptaki,  złożone  na 

rozpostartym  na  stole  białym  prześcieradełku.  Sroka  miała  rozbitą  głowę,  tak  jakby 
została  uderzona  jakimś  kijem,  ale  na  ciele  jastrzębia  nie  było  żadnych  ran  ani 

stłuczeń. Jupe'owi przyszło na myśl, że mógł zostać otruty. 

- Czym pani żywi swoje jastrzębie? - zapytał. 
- Och, oczywiście mięsem. Jak ci pewnie wiadomo, jastrzębie są mięsożerne. A 

poza  tym,  są  tak  zręcznymi  łowcami.  Potrafią  także  same  znaleźć  sobie  pożywienie. 
Polują na myszy i szczury, i zające... - miss Melody zrobiła nieokreślony ruch ręką - ...i 

na wszystko, co się im napatoczy. Obawiam się, że czasami zachowują się bez umiaru. 

- Okrutne - odezwała się skrzekliwym głosem papuga siedząca na jej ramieniu. 

- Okrutne. Okrutne.  

Jupe kiwnął ze zrozumieniem głową. 

- Gdzie znalazła pani te ptaki? 
-  Nevermore  leżała  na  skraju  trawnika.  A  kiedy  podniosłam  ją  z  ziemi,  moje 

biedne maleństwo, zobaczyłam... 

Miss Melody była tak przejęta obudzonym na nowo, przykrym wspomnieniem, 

że  musiała  urwać  w  pół  zdania.  Wyjęła  z  kieszonki  małą,  koronkową  chusteczkę  i 

przyłożyła ją do oczu. 

-  Mój  śliczny  jastrząbek  leżał  na  ziemi  między  drzewami  -  podjęła,  z  trudem 

powstrzymując  się  od  szlochu.  -  Tam,  gdzie  zwykle  kładłam  im  jedzenie.  Ale  tym 
razem on niczego nie dziobał. Po prostu leżał... taki nieruchomy, bez życia. 

background image

Jupe pokiwał ze współczuciem głową. 
- Czy moglibyśmy obejrzeć to miejsce? - zapytał. 

- Tak, oczywiście - odparła Maureen Melody wyglądając przez okno. Na dworze 

był już prawie mrok. - Zabiorę latarkę - dodała. 

- Nie trzeba - powiedział Jupe. - Weźmiemy latarki, które mamy przy rowerach. 

Gdyby nam pani pokazała te miejsca, moglibyśmy potem przeszukać dokładnie  całą 
okolicę. 

Słońce  już  zaszło  i  ptaki  uspokoiły  się.  Maszerując  z  latarkami  w  rękach  za 

panną  Melody,  chłopcy  od  czasu  do  czasu  słyszeli  tylko  pohukiwania  sowy  i 

dochodzący z ciemnych koron drzew przedrzeźniający śmiech papugi kakadu. 

- Nevermore leżała  dokładnie tutaj  - powiedziała złamanym głosem Maureen 

Melody, wyciągając rękę w stronę zmierzwionej trawy. 

Jupiter  oświetlił  latarką  wskazane  miejsce,  a  potem  pochylił  się  i  podniósł 

zaplamione skrzepniętą krwią pióro. Ciałem panny Melody wstrząsnął nagły dreszcz. 

- A jastrząb leżał tam, trochę dalej - powiedziała, patrząc w kierunku drzew. - A 

teraz, jeżeli nie macie nic przeciwko temu, myślę... Myślę, że lepiej będzie, jeśli wrócę 

do domu i położę się. 

Nie czekając na odpowiedź któregoś z chłopców, skrzyżowała ręce na piersiach, 

tak jakby chciała się przed czymś osłonić, i niemal biegiem ruszyła w stronę domu. 

Jupe przyjął jej rejteradę bez żalu. Współczuł jej i miał dla niej wiele sympatii, 

ale  jej  boleść  przeszkadzała  mu  w  skoncentrowaniu  się  na  tym,  co  miał  teraz  do 
zrobienia. 

We  wskazanym  przez  pannę  Melody  miejscu,  na  którym  znalazła  martwego 

jastrzębia,  nie  było  żadnych  piór.  Ani  strzępów  mięsnej  karmy.  Jeśli  jastrząb  został 

otruty, to albo zdążył zjeść wszystko przed śmiercią, albo też, Jupe wziął pod uwagę i 

taką możliwość, truciciel wrócił tu i pozbierał wszystkie resztki. 

Jupe uważnie obejrzał w świetle swej latarki najbliższą okolicę. 

- Szkoda, psiakość! - mruknął w zamyśleniu. 
- Czego tak żałujesz? - zapytał Bob, który na próżno próbował wniknąć w myśli 

Pierwszego Detektywa. 

- Tego, że wszędzie tu jest kamieniste podłoże.  
Na  razie  Jupe  nie  miał  najmniejszej  ochoty  na  dalsze  wyjaśnienia.  Miał  do 

roboty coś lepszego. 

- Tak, tak będzie lepiej - powiedział. - Rozdzielimy się. Bob weźmiesz tę część 

background image

parku. A ty, Pete, tamtą. Ja zostanę w środku. Okay? 

- Okay - zgodził się Pete. - Ale przedtem może byś mi zdradził jedną rzecz, co, 

Jupe? 

- A co chcesz wiedzieć? 

- Czego mamy tam szukać? 
-  Odcisków  stóp.  -  Jupe  znowu  oświetlił  ziemię  wokół  siebie.  -  Tutaj  nie  ma 

żadnych śladów, ponieważ ziemia jest za bardzo kamienista. Ale parę dni temu padał 

deszcz i między drzewami powinno być sporo miejsc, gdzie ziemia jest miękka. Z tego, 

co  miss  Melody  mówiła  o  sąsiadach,  wnioskuję,  że  ludzie  raczej  jej  nie  odwiedzają, 

więc  jeżeli  znajdziemy  jakieś  odciski  butów,  będzie  bardzo  prawdopodobne,  że 
zostawił je nie kto inny, tylko morderca. 

-  Fenomenalne  -  powiedział  z  kpiącym  odcieniem  głosu  Pete.  -  Załóżmy,  że 

znajdziemy odciski butów mordercy. I co z nimi zrobimy? Wykonamy gipsowy odlew i 
będziemy szukać sklepu, w którym te buty zostały kupione? 

Jupe'owi wyrwało się ciężkie westchnienie. 
-  Chodzi  mi  o  Tika  -  powiedział,  starając  się  zdobyć  na  cierpliwość.  -  Nie 

zauważyliście, jakie on miał na nogach buty? Były raczej sporych rozmiarów i miały 
rzadko spotykane, spiczaste czuby. Rozumiecie teraz? 

-  Jasne  -  stwierdził  Bob.  -  Jeżeli  znajdziemy  odciski  spiczastych  butów, 

będziemy mogli przypisać je Tikowi. A jeżeli nie będą spiczaste, też będziemy mogli 

wyciągnąć z tego jakieś wnioski. 

-  Będziemy  wiedzieli,  że  nie  zostawił  ich  ten  Tik  -  powiedział  Pete  kiwając 

głową. - Powiedz jeszcze, co mamy robić, jeżeli natrafimy na coś? 

-  Dajcie  sygnał  latarką  -  odparł  Jupe.  -  Trzy  długie  i  trzy  krótkie  światła,  aż 

dostaniecie taką samą odpowiedź. 

Uzgodniwszy to, chłopcy rozdzielili się i zabrali do przeszukiwania parku. 
Posuwając się wolno krok za krokiem, Jupe pochylił się lekko i zaczął szerokim 

łukiem oświetlać ziemię przed sobą. Jak na nieszczęście wybrał środkowy sektor, który 
zdawał  się  być  najmniej  obiecujący  ze  wszystkich.  Teren  pokryty  był  gęstymi 
krzakami, między którymi wiły się wąskie żwirowane ścieżki. Znajdowało się tu bardzo 

niewiele miękkiej ziemi i nie było żadnych śladów po czyichś butach. 

Zaczął  zastanawiać  się,  czy  jego  kolegom  dopisało  lepsze  szczęście.  Nagle 

znieruchomiał. W świetle latarki pojawił się jakiś ciemny kształt, ukryty w krzakach na 
prawo od niego. 

background image

Jupe przez chwilę wpatrywał się w ten kształt, a potem zgiął się prawie do ziemi 

i  śmiało  ruszył  w  jego  stronę.  Kiedy  był  już  blisko,  przyklęknął  na  oba  kolana  i 

skierował nań światło latarki. Nagle gdzieś w ciemności ozwało się pohukiwanie sowy. 
Krzyk nocnego ptaka nie zdołał wprawdzie całkowicie rozproszyć uwagi chłopca, ale 

przeszkodził  mu  w  usłyszeniu  podejrzanych  szelestów  za  plecami  i  dojrzeniu 
skradającej się postaci. 

Uszu Jupe'a doszedł prawie niesłyszalny świst. Instynktownie uchylił się w bok. 

Spadający nań ciężki kij świsnął mu koło ucha i, mijając o milimetry głowę, rąbnął go 

mocno w ramię. 

Prawa ręka Jupe'a zmartwiała na sekundę z bólu. Na szczęście zostało mu tyle 

siły  w  palcach,  aby  nie  wypuścić  z  nich  latarki,  przekoziołkował  błyskawicznie  na 

plecy, przyciskając latarkę do piersi. Jej światło prześliznęło się po długim, czarnym 
płaszczu i znieruchomiało na twarzy jakiegoś mężczyzny. 

A  raczej  na  tych  jej  fragmentach,  które  dały  się  zobaczyć.  Było  tego  bardzo 

niewiele. Jedynie nos i ciemne okulary, połyskujące niczym małe polanki w gęstwinie 
czarnego zarostu, który okrywał brodę, usta i prawie całe policzki napastnika. 

Światło  latarki  oślepiło  mężczyznę,  który  na  moment  znieruchomiał  niczym 

sparaliżowany, a potem odwrócił się i znikł w pobliskich krzakach. 

Jupe  nawet  nie  próbował  go  gonić.  Z  wysiłkiem  podniósł  się  na  nogi  i  zaczął 

rozcierać bolące ramię. Kiedy zdrętwienie powoli minęło, skierował latarkę w stronę, 

w  którą  udał  się  Pete  i  nadał  umówiony  sygnał,  zakrywając  i  odsłaniając  strumień 
światła dłonią. Robił to dotąd, aż zza zasłony drzew doszła go taka sama odpowiedź 
kolegi. 

- Jupe, to ty? 

- Tak, chodź tu prędko. 

W  chwilę  potem  Pete  wyłonił  się  z  krzaków.  Z  drugiej  strony  nadbiegł  także 

Bob.  Jupe  znowu  zabrał  się  do  rozcierania  ramienia.  Nadal  odczuwał  w  nim  ból  i 

zdawał sobie sprawę, że nie ukryje tego przed swymi przyjaciółmi. 

- Co się stało? - zapytał zaniepokojony Bob. 
-  Był  tu  Parker  Frisbee  -  poinformował  go  Jupe.  -  Zaatakował  mnie  jakimś 

kijem.  Na  szczęście  udało  mi  się  złapać  latarką  jego  facjatę  i  zdaje  mi  się,  że  go  to 
mocno  przestraszyło.  Zwiał  w  tamtym  kierunku.  -  Wyciągnąwszy  na  poły  jeszcze 

zdrętwiałą rękę Jupe skrzywił się z bólu. - Powiedz, Bob, może zauważyłeś go tam albo 
usłyszałeś? 

background image

Bob pokręcił przecząco głową. 
- Tam są tak gęste krzaki, że nie udało mi się dojść zbyt daleko - wyjaśnił. - Jeśli 

on uciekał w stronę bramy, to na pewno nie biegł tamtędy. 

-  Jak  myślicie,  powinniśmy  iść  za  nim?  -  zapytał  niepewnym  tonem  Pete. 

Pomysł  ścigania  człowieka  uzbrojonego  w  grubą  pałkę  nie  wydawał  mu  się  zbyt 
pociągający. 

-  Nie  -  propozycja  nie  przypadła  do  gustu  także  Jupe'owi.  A  poza  tym,  nie 

dokończył przecież przeszukiwania terenu. - Coś tu znalazłem - dodał, a potem zaczął 

szperać światłem swej latarki, aż wreszcie natrafił na ciemny kształt, zauważony przez 

niego  na  moment  przed  atakiem.  Przyklęknął  znowu,  aby  przyjrzeć  się  lepiej 
znalezisku. Bob i Pete przykucnęli tuż obok. 

- O rany - szepnął cicho Pete. - To wygląda jak... 
- Tak - potwierdził Jupe. - Jest dokładnie tak, jak myślisz. Nieżywy gołąb. 
Ptak był potwornie zmasakrowany. Z rozbitej głowy został tylko krwawy kikut, 

a  jego  korpus  poszarpany  był  na  strzępy.  Został  z  niego  tylko  kawałek,  którego 
trzymała się resztka jednego skrzydła, pokryte krwią pióra ogona i obie nogi. 

Jupe pochylił się jeszcze bardziej i ujął w palce jedną z nich. Widniała na niej 

cienka, aluminiowa taśma, okręcona powyżej kostki. Jupe odwinął ją i uniósł tak, aby 

padało  na  nią  światło  latarki  Boba.  Cienka  taśma  była  złożona  w  taki  sposób,  jakby 
miała  zabezpieczyć  coś,  co  schowane  było  w  środku.  Jupe  ostrożnie  rozprostował 

zawinięte brzegi i wyjął złożony kilkakrotnie pasek papieru. 

Papierek był maleńki i przypominał karteczki wkładane do chińskich ciasteczek 

szczęścia, i podobnie jak na tamtych, także na tym papierku widniał jakiś napis. 

Trzej Detektywi zaczęli wyciągać szyje jeden przez drugiego, próbując odczytać 

tekst. 

- Jestem ciemny jak tabaka w rogu - przyznał Pete. - Nie mam pojęcia, co to za 

bazgroły. 

Także Jupe poczuł się mocno tym zaintrygowany. Nie rozpoznawał nawet liter 

widocznych w tajemniczym tekście. Nie przypominały one ani trochę liter łacińskiego 
alfabetu. Był też pewien, że nie pochodzą one z greki. Były podobne raczej do... 

-  To  jakaś  chińszczyzna.  To  znaczy  chińskie  ideologie,  tfu,  no,  ideogramy  - 

zasugerował Bob. - Albo raczej japońskie. Tak, mogę się założyć. Przypominają pismo, 

które widuję czasami w bibliotece, w japońskich książkach i gazetach. Przychodzi tam 
mnóstwo Japończyków i ciągle muszę odnosić z czytelni i odkładać na półki japońskie 

background image

książki. 

Jupe w zamyśleniu pokiwał głową, a potem schował papierek do kieszonki na 

piersiach. Jeszcze raz uważnie przyjrzał się martwemu ptakowi. 

- Popatrzcie, chłopaki - szepnął wyraźnie podekscytowany. - Zwróćcie uwagę na 

jego lewą nogę. 

Bob i Pete pochylili się nad gołębiem. 
Mimo  iż  nogi  gołębia  nie  zostały  uszkodzone  przez  mordercę,  który  tak 

zmasakrował całą resztę, na lewej nóżce widać było tylko dwa pazurki. 

Rozdział 6 
Wielka wyżerka po kryjomu 

 
-  Nie  wyobrażacie  sobie,  jak  bardzo  jestem  wam  wdzięczny  za  tę  wizytę  - 

powiedział Alfred Hitchcock. - Nieczęsto zdarza mi się osobiście decydować o tym, co 
mam jeść na lunch. 

Dochodziło  południe  następnego  dnia  po  odkryciu  martwego  gołębia.  Alfred 

Hitchcock  i  Trzej  Detektywi  znajdowali  się  w  kuchni  w  domu  słynnego  reżysera, 

stojącym pośród wzgórz niedaleko Malibu. 

Dom  ten  był  kiedyś  restauracją,  która  nazywała  się  “U  Charliego”.  Hitchcock 

kupił go po nakręceniu pełnego tajemniczych zagadek filmu “Mroczne dziedzictwo”, 

który  odniósł  spory  sukces.  Obecnie  stopniowo  przekształcał  stare  domostwo  w 
okazałą, jak sam to określał, rezydencję. 

Jednym  z  pomieszczeń,  które  nie  wymagały  żadnych  przeróbek,  była 

przestronna,  jasna  kuchnia,  wspaniale  wyposażona  w  przeróżne  piecyki,  garnki  do 

gotowania  na  parze,  zamrażarki,  lodówki,  patelnie,  ruszty  i  inne  urządzenia, 

pozwalające  przygotować  wszelkiego  rodzaju  potrawy  dla  pięćdziesięciu  albo 

sześćdziesięciu biesiadników. Już na sam widok tego wnętrza każdy, kto choć trochę 
był obdarzony kulinarną pasją, miał ochotę zakasać rękawy i zabrać się do gotowania 
smakowitego, pięciodaniowego obiadu. 

Na  nieszczęście  służący  pana  Hitchcocka,  Wietnamczyk  Hoang  Van  Don,  nie 

był pierwszym z brzegu, zwyczajnym kucharzem. Przez pewien czas brał przepisy na 

swoje dania z nocnych reklam telewizyjnych. Na stole pana Hitchcocka pojawiały się z 

monotonną  jednostajnością  mrożone  pizze,  rybne  paluszki  i  puszkowane  spaghetti. 

Słynny reżyser wspominał jednak z nostalgią tamten okres. Albowiem przed kilkoma 
miesiącami  Don  odkrył  telewizję  popołudniową.  Stał  się  bezkrytycznym  wyznawcą 

background image

apostołów  zdrowej  żywności,  którzy  zalecali  takie  smakołyki,  jak  papka  z  mielonej 
rzepy na zimno czy surowe ryby. 

W chwili przybycia chłopców Dona nie było jednak w domu, ponieważ pojechał 

załatwić dla nich pewną sprawę. 

- Co myślicie o jajkach na bekonie, kiełbaskach i szynce, a skoro już jesteśmy 

przy  tym,  to  może  jeszcze  frytki  na  oleju?  -  zapytał  pan  Hitchcock  swych  młodych 
gości,  wyciągając  wszystkie  te  specjały  z  torby  na  zakupy,  którą  dopiero  co  sam 

przyniósł ze sklepu. 

Pete  był  zachwycony  tą  propozycją.  Miał  jeszcze  w  pamięci  pewien  tutejszy 

lunch, który składał się wyłącznie z niełuskanego, gotowanego ryżu. 

- Czy Don ma nadal takiego bzika, jak kiedyś? - zapytał pana Hitchcocka. - W 

dalszym ciągu karmi pana surowymi rybami? 

-  Chciałbym,  żeby  tak  było  -  odparł  słynny  reżyser,  zajęty  właśnie  krojeniem 

ziemniaków na frytki. - Wczoraj wieczorem podał mi na kolację morskie wodorosty. 

Pete  zgarnął  ziemniaki  do  drucianej  siatki  i  zanurzył  ją  w  rozgrzanym  już 

wcześniej  oleju.  Bob  rozłożył  na  patelni  szynkę  i  kiełbaski,  które  w  chwilę  potem 

zaczęły głośno skwierczeć, a pan Hitchcock podszedł do kredensu, żeby wyjąć jajka. 

Słynny  reżyser  był  kiedyś  prywatnym  detektywem  w  Nowym  Jorku.  Został 

jednak  poważnie  zraniony  w  nogę  i  podczas  długiej  rekonwalescencji  zaczął  pisać 
kryminalne  i  fantastyczne  książki  i  scenariusze  filmowe,  a  potem  kręcić  filmy  pełne 

tajemniczych zagadek i niezwykłych pomysłów. 

- Dzięki Bogu, ten kolega Dona mieszka daleko stąd - powiedział siadając wraz 

z chłopcami do wspaniałej uczty przy kuchennym stole. 

Don  pojechał  do  znajomego  japończyka,  z  którym  zaprzyjaźnił  się  na  kursie 

karate  w  rekreacyjnym  klubie  w  Malibu.  Obiecał,  że  poprosi  swego  kolegę  o 

przetłumaczenie  napisu  na  znalezionej  przez  chłopców  poprzedniego  wieczoru 
maleńkiej karteczce. 

-  Don  nie  wróci  prędzej  niż  za  jakąś  godzinę  -  ciągnął  pan  Hitchcock.  - 

Będziemy mieli dość czasu, żeby pozmywać wszystkie naczynia przed jego przyjazdem. 
Co ty, Jupe, nie jadasz frytek? - uśmiechnął się do siedzącego po drugiej stronie stołu 

Pierwszego Detektywa. 

Jupe  pokręcił  grzecznie  głową.  Był  dumny,  że  zwalczył  w  sobie  pokusę 

nałożenia  na  swój  talerz  frytek.  Lunch  smakował  mu  wyśmienicie.  No,  a  te  jajka  i 
szynka, a ostatecznie nawet kiełbaski, nie były przecież takie znowu tuczące. 

background image

- Co to za historia z tym liścikiem po japońsku? - zapytał go pan Hitchcock. - A 

może uważasz, że nie pora jeszcze, aby opowiadać o waszym ostatnim dochodzeniu? 

Pierwszy Detektyw nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Zdawał sobie sprawę, że 

słynnego  reżysera  i  pisarza  żywo  interesują  prowadzone  przez  nich  śledztwa,  i 

odczuwał  coś  więcej,  niż  tylko  zwykłą  wdzięczność  za  jego  pomoc  w  przeszłości. 
Problem polegał na tym, że wciąż jeszcze nie miał  żadnej pewności, co też może się 
kryć za tajemniczym mordowaniem ptaków. Wyjaśnił więc tylko, w jaki sposób znalazł 

wraz z kolegami karteczkę umocowaną do nóżki martwego gołębia. Opowiedział też, 

jak  to  Bob  domyślił  się,  że  tekst  napisany  jest  po  japońsku,  a  potem  potwierdził  to 

przypuszczenie w bibliotece. 

- No cóż, bardzo się cieszę, że wpadliście na myśl, aby przyjść z tym do mnie - 

powiedział  pan  Hitchcock,  -  A  raczej  do  Dona.  Od  wielu  miesięcy  nie  jadłem  tak 
doskonałego lunchu. 

Sięgnąwszy  po  laseczkę,  wiszącą  na  oparciu  krzesła,  pan  Hitchcock  podniósł 

się. - Chyba powinniśmy przed jego powrotem zatrzeć wszystkie ślady - powiedział. - 
Jeżeli Don dowie się o naszej uczcie, będzie mi w nieskończoność suszył głowę z tego 

powodu. 

Kiedy  od  strony  podjazdu  doszedł  szum  samochodu  Wietnamczyka,  chłopcy 

kończyli właśnie wycierać patelnię i wkładać umyte talerze z powrotem do kredensu. 

-  Szybko!  Wiejemy  stąd!  -  rzucił  im  słynny  reżyser,  a  potem  lekko  utykając 

ruszył do ogromnego salonu, którego okna wychodziły na Pacyfik. Chłopcy popędzili 
za  nim  i  cała  czwórka  rozsiadła  się  przy  ogrodowym  stole,  ustawionym  w  drugim 
końcu pokoju. 

Jupe usłyszał odgłosy otwierania i zamykania kuchennych drzwi, którymi Don 

wszedł  do  domu.  Podekscytowany  Pierwszy  Detektyw  wyprostował  się  na  krześle  w 

pełnym  oczekiwania  napięciu.  Za  chwilę  miał  się  dowiedzieć,  jaka  była  treść 
komunikatu  znalezionego  na  nóżce  gołębia.  Byłby  o  krok  bliżej  od  zrozumienia,  a  - 

miał nadzieję - także i rozwiązania zagadki zamordowanych ptaków. 

Czekał więc, wyciągając w podnieceniu szyję w kierunku drzwi prowadzących 

do kuchni. 

Doszedł go stamtąd odgłos kroków Wietnamczyka. Nastąpiła chwila ciszy, po 

czym ozwał się świszczący dźwięk, jak przy wciąganiu powietrza nosem. 

Dopiero  w  minutę  później  Hoang  Van  Don  ukazał  się  wreszcie  zza  regału, 

oddzielającego prywatny kącik pana Hitchcocka od pozostałej części salonu. 

background image

- A więc? - zawołał Jupe unosząc się z krzesła. - Co tam jest napisane? 
Wietnamczyk zatrzymał się o parę kroków od stołu i oparł dłonie na biodrach. 

- Najpierw muszę was o coś zapytać - powiedział. - Co ma znaczyć... 
-  Proszę  -  przerwał  mu  błagalnie  Jupe.  -  Bardzo  proszę.  Ten  liścik...  Co  tam 

było? 

Don zawahał się i zmarszczył brwi. W końcu dał za wygraną. 
- Okay - powiedział.  - Dam ci jako pierwszy  odpowiedź na twoje pytanie. Ale 

potem ty odpowiesz mi na moje. 

Rzekłszy to, wyciągnął z kieszeni małą karteczkę i rzucił na nią okiem. 

- Tu jest napisane: “Dzisiaj pereł nie będzie”. 
-  Dzisiaj  pereł  nie  będzie  -  powtórzył  Jupe  w  zamyśleniu.  Lakoniczna 

informacja podziałała na niego niczym iskra wzniecająca pożar. W jednej chwili jego 
mózgownica  zamieniła  się  w  kłąb  wirujących  myśli,  skaczących  z  jednej  sprawy  na 
drugą. Perły. Gołębie. Zdechłe jastrzębie. Sroki. Parker Frisbee. 

- A teraz ty odpowiedz mi na moje pytanie - powiedział surowym tonem Don. - 

Skąd się wzięły te obrzydliwe, straszne zapachy w kuchni? 

Rozdział 7 
Brzuchem na asfalcie 

 

Opuściwszy gościnny dom pana Hitchcocka, Trzej Detektywi pojechali prosto 

do Kwatery Głównej. 

Jupitera nurtowało tyle pytań, które domagały się odpowiedzi, że nie mógł się 

doczekać, kiedy zasiądzie w swym obrotowym fotelu za biurkiem i zacznie je wałkować 

razem  z  Bobem  i  Pete'em.  Instynktownie  wyczuwał,  że  śledztwo,  które  właśnie 

prowadzili,  domaga  się  takiego  wspólnego  posiedzenia,  na  którym  każdy  z  nich 

powinien starać się wycisnąć ze swej mózgownicy ile tylko się da. 

Zeskoczywszy  z  rowerów  na  podwórzu  składnicy,  natychmiast  ruszyli  do 

ukrytej pośród hałd złomu przyczepy. 

-  Jesteście  wreszcie  -  ozwał  się  za  ich  plecami  głos  cioci  Matyldy,  która 

dostrzegłszy całą trójkę przez okno, stanęła w progu kantorka służącego za biuro. 

Matylda Jones była sympatyczną kobietą, która z radością przyjęła Jupe'a pod 

swój dach po śmierci jego rodziców. Miała jednak pewną słabość. Uwielbiała oglądać 

chłopców przy pracy. 

Także  w  tej  chwili  przygotowała  dla  nich  zajęcie.  Trzeba  było  posortować 

background image

zakupiony  przez  wuja  Tytusa  ładunek  złomowej  drobnicy  i  powrzucać  go  do 
odpowiednich drewnianych skrzyń. 

Na  widok  wielkiej  góry  zardzewiałego  żelastwa  z  piersi  Jupe'a  wyrwało  się 

westchnienie. Zdawał sobie sprawę, że skoro ciocia Matylda raz postanowi coś takiego, 

nie ma szans na wymiganie się od roboty. Ocenił szybko, że sortowanie powinno im 
zająć przynajmniej ze dwie godziny. 

W rzeczywistości zmitrężyli na tym trochę więcej, ponieważ w momencie gdy 

myśleli,  że  jest  już  po  robocie,  ciocia  Matylda  uparła  się,  żeby  dokładnie  sprawdzić 

zawartość każdej skrzyni. 

-  No  dobrze  -  stwierdziła  w  końcu.  -  Wywiązaliście  się  bez  zarzutu.  Możecie 

wracać do tych waszych zagadek. 

Aż do tej pory Jupiter nie powiedział swej  cioci, że on i jego  dwaj  przyjaciele 

zajmują  się  całkiem  poważnymi  dochodzeniami.  Sądziła  więc,  że  trzej  chłopcy  są 
członkami  jakiegoś  klubu  miłośników  łamania  sobie  głowy  i  zbierają  się,  żeby 

wspólnie rozwiązywać rebusy i zagadki zamieszczane w gazetach i czasopismach. 

Jupe  odczekał,  aż  ciocia  wróci  do  kantoru,  i  dopiero  wtedy  poprowadził 

kolegów do urządzonego pod gołym niebem warsztatu. Dotarłszy tam, odsunął na bok 
żelazną kratę, która niby to przypadkiem stała oparta o starą prasę drukarską. 

W  rzeczywistości  maskowała  ona  wejście  do  sekretnego  tunelu,  przez  który 

można  się  było  dostać  do  Kwatery  Głównej.  Stanowiła  go  wielka,  zardzewiała  rura, 

nosząca kryptonim Tunel Drugi. Jako ostatni wpełznął do niej Pete, którego zadaniem 
było zastawić z powrotem wejście kratą. 

Dotarłszy  do  końca  tunelu,  Jupe  uniósł  zapadkowe  drzwi,  znajdujące  się  nad 

jego głową, i wdrapał się do wnętrza. 

Stanąwszy  na  nogach  natychmiast  rzucił  okiem  na  automatyczną  sekretarkę. 

Światełko nie paliło się. Nikt nie dzwonił. Nieco zawiedziony usiadł za biurkiem. Pete 
zagłębił się w starym bujanym fotelu i oparł stopy na blacie szafki z rejestratorem, a 

Bob przycupnął na stołku, oparł się plecami o ścianę i wyciągnął notes. 

Jak zwykle, naradę rozpoczął Jupe. 
- Zastanawiają mnie te perły - powiedział. - Już parę razy pojawiły się w tym 

dochodzeniu. 

-  Tak  samo,  jak  gołębie  -  zauważył  Pete  obserwując  kręcącego  się  po  klatce 

Cezara. - Gołębie z dwoma pazurkami. I z trzema. Gołębie żywe i gołębie martwe. 

-  Najpierw  perły  -  podjął  stanowczym  głosem  Jupe.  -  W  tym  liściku  było 

background image

napisane: “Dzisiaj pereł nie będzie”. No, a uwielbia je Maureen Melody. Miała nawet 
srokę, która co jakiś czas znosiła je swej pani. 

-  Tak,  tę  Nevermore  -  przytaknął  Bob  podnosząc  głowę  znad  notesu.  -  Kiedy 

tam byliśmy, sprytny ptaszek przyleciał aż do drzwi z perłą w dziobie. A panna Melody 

powiedziała  wtedy:  “To  już  trzecia  perła,  jaką  Nevermore  przynosi  mi  w  tym 
miesiącu”. 

-  A  potem  ktoś  zabił  Nevermore  -  ciągnął  w  zamyśleniu  Jupe.  - 

Prawdopodobnie Parker Frisbee. A on jest jubilerem, który kupuje i sprzedaje perły. 

Tak  więc,  jeśli  to  perły  są  najważniejszym  kluczem  do  rozwiązania  tej  zagadki...  - 

myśląc głośno Jupe czasami zaplątywał się w skomplikowanej frazeologii - ...jeżeli to 
one stanowią centrum, wokół którego wszystko się kręci, to powstaje pytanie, co mogą 

mieć z tym wspólnego gołębie? Co je z nimi łączy? 

Odezwał  się  dzwonek  telefonu  i  Jupe  przerwał  swój  wywód.  Włączył  głośnik, 

aby obaj pozostali chłopcy także mogli słyszeć rozmowę, a potem podniósł słuchawkę. 

- Halo? Tu biuro Trzech Detektywów - powiedział. 
- Halo? Czy to Jupiter Jones?  - w głosie dzwoniącego mężczyzny można było 

wyczuć wyraźną nutkę zaniepokojenia. - Chciałbym rozmawiać z Jupiterem Jonesem. 

- Jupiter Jones przy telefonie - odparł Jupe. 

-  Och!  -  w  słuchawce  zapadła  na  moment  cisza.  -  Mam  nadzieję,  że 

przypomnisz sobie moją osobę. Spotkaliśmy się parę dni temu w “Koniku Morskim”. 

Zostawiłem  tam  pakunek.  To  znaczy,  zapomniałem  go  zabrać.  A  kiedy  wróciłem  po 
niego,  kelnerka  powiedziała  mi,  że,  jak  przypuszcza,  ty  i  twoi  koledzy  zabraliście  go 
wychodząc. Jupe zasłonił dłonią mikrofon słuchawki. 

- To Tik! - z podekscytowaną miną szepnął kolegom. 

-  Halo?  -  w  głosie  Tika  pojawiło  się  jeszcze  większe  zdenerwowanie.  -  Halo? 

Słuchasz mnie? 

-  Tak,  słucham  pana  -  odparł  Jupe.  -  Oczywiście,  pamiętam  dokładnie  naszą 

rozmowę. 

W słuchawce znowu zapadła cisza, tym razem dłuższa. 
- Macie to? - ozwał się w końcu głos mężczyzny. - Macie ten mój pakunek? 

- Tak, mamy go - przytaknął Jupe. - Duże, kwadratowe pudło, owinięte gazą. 

Jest bezpieczne w naszych rękach. Postanowiliśmy je przechować, mając nadzieję, że 

pan zadzwoni. 

-  Ooo!  -  mężczyzna  westchnął  z  ulgą.  -  To  miło  z  waszej  strony.  Myślę,  że 

background image

powinienem was jakoś wynagrodzić. Kiedy przywieziecie mi to pudło, dostaniecie ode 
mnie dwadzieścia dolarów za fatygę. 

- Dziękuję panu - powiedział Jupe. - Dokąd mamy je zanieść? 
-  No  właśnie...  Znam  wasz  adres...  to  znaczy,  chciałem  powiedzieć,  wiem,  że 

mieszkacie w Rocky Beach, więc może spotkamy się gdzieś na mieście? Powiedzmy, na 
parkingu koło Banku Powierniczego. 

- To by nam odpowiadało - zgodził się Jupe. - Którą godzinę pan proponuje? 

- Może być dziewiąta dziś wieczorem? 

- Okay - powiedział Jupe. 

- A więc, o dziewiątej - powtórzył mocno zdenerwowanym głosem mężczyzna, a 

potem odłożył słuchawkę. 

-  Hurra!  -  wykrzyknął  Pete,  kiedy  Jupe  również  odłożył  słuchawkę.  - 

Dwadzieścia dolców! 

Pierwszy  Detektyw  zdawał  się  nie  słyszeć  jego  słów.  W  głębokim  zamyśleniu 

miętosił dolną wargę. 

- Mam tu tę gazę - powiedział Bob wyciągając jedną z szuflad. - Włożymy chyba 

Cezara do małej klatki i owiniemy ją gazą, żeby wyglądała tak, jak przedtem. 

Przez  dobrą  minutę  Jupe  siedział  w  milczeniu.  W  końcu  pokręcił  przecząco 

głową. 

- Najpierw zastanówmy się nad tym, co powiedział ten Tik. Stwierdził, że zna 

nasz  adres,  a  potem  poprawił  się  i  powiedział:  “To  znaczy,  wiem,  że  mieszkacie  w 
Rocky  Beach”.  Tę  drugą  informację  mógł  wydedukować  z  numeru  kierunkowego 
telefonu,  który  znalazł  na  naszej  wizytówce.  Ale  myślę,  że  prawdziwe  było  to,  co 

powiedział przedtem. On zna mój dokładny adres. 

- Więc to on podmienił gołębie pierwszej nocy - wtrącił Bob. 

- Dokładnie tak - zgodził się Jupe. - W każdym razie mam takie przeczucie. A 

wobec tego wiedział, że go nabieram, kiedy starałem się dać mu do zrozumienia, że nie 

otwieraliśmy  jego  pudła.  Wiedział,  że  blefuję  i  nawet  nie  próbował  mnie 
zdemaskować. Jeżeli oddamy mu je owinięte tak samo, jak tamtego dnia, po prostu 
nam podziękuje... 

- I wręczy dwadzieścia dolców - dokończył Pete. 
- Po czym odejdzie z taką miną, jakby był pewien, że za firanką z gazy znajduje 

się  jego  gołąbek  o  dwóch  pazurkach.  I  nigdy  więcej  nie  da  nam  znaku  życia.  A  my 
stracimy w ten sposób najlepszy trop w całej tej sprawie. 

background image

- Więc co proponujesz? - zapytał Bob. 
- Żeby zagrać w otwarte karty - odparł Jupe. - Skonfrontować go z Cezarem w 

nie osłoniętej klatce. A potem pociągnąć faceta za język i zadać mu parę pytań. Co o 
tym myślisz, Pete? 

Pete podrapał się po głowie. 
-  No,  dobra  -  zgodził  się  z  ociąganiem.  -  Byłoby  mi  żal  stracić  tego 

dwudziestaka. Ale może masz rację. Bo rzeczywiście, jeżeli chcemy rozwiązać jakoś te 

wszystkie zagadki, to wyjaśnienia Tika mogą się okazać po prostu nieodzowne. 

Pete i Bob musieli wrócić do swych domów na kolację. Przed odjazdem umówili 

się z Jupe'em, że spotkają się za dziesięć dziewiąta tego wieczoru na parkingu Banku 
Powierniczego.  O  ósmej  trzydzieści  Jupe  przywiązał  do  bagażnika  roweru  klatkę  z 

Cezarem i popedałował do śródmieścia. 

Bank  znajdował  się  przy  Main  Street,  niedaleko  jubilerskiego  sklepu  Parkera 

Frisbee.  Dojechawszy  na  miejsce,  Jupe  zsiadł  z  roweru  i  wprowadził  go  na  parking, 

położony obok wysokiego, białego budynku. Ponieważ bank był już zamknięty, stało 
tam  tylko  kilka  samochodów.  Obramowany  z  trzech  stron  nieczynnymi  o  tej  porze 

biurowcami, plac pogrążony był w półmroku. 

Jupe oparł rower o ścianę banku, wyłączył światło i odwiązał klatkę z gołębiem, 

a potem rozejrzał się po parkingu. W żadnym ze stojących z dala od siebie aut nie było 
żywej duszy. 

Rzucił okiem na zegarek. Do spotkania z Tikiem brakowało piętnastu minut. Za 

pięć  minut  powinni  się  zjawić  Bob  i  Pete.  Jupe  postanowił  zaczekać  na  nich  przy 
wjeździe  na  parking,  gdzie  od  ulicznych  latarni  padało  trochę  więcej  światła. 

Rozejrzawszy się jeszcze raz, ruszył wolnym krokiem w tym kierunku. 

- Zatrzymaj się, chłopcze, i stój tam, gdzie jesteś.  

Głos dochodził z mrocznej przestrzeni za plecami Jupe'a.  
Chłopiec spełnił polecenie. Znieruchomiał momentalnie, przyciskając klatkę do 

piersi. 

- A teraz odwróć się powoli. 
Najwolniej jak tylko mógł, Jupe obrócił się wokół swej osi. Z cienia zaczęła się 

wyłaniać jakaś męska postać. Nieznajomy zbliżał się trzymając prawą rękę wysuniętą 
lekko  do  przodu.  Jupe  zauważył  w  niej  jakiś  przedmiot.  Coś  rzucającego  pomimo 

mroku niewyraźne błyski. 

Przerażonemu Jupe'owi wydało się, że w połyskującym przedmiocie rozpoznaje 

background image

niklowaną lufę pistoletu. Nie był w stanie oderwać od niej wzroku. 

- A teraz postaw tę klatkę na ziemi. 

Jupe  pochylił  się  i  zrobił,  co  mu  kazano.  Mężczyzna  podszedł  bliżej.  Nie 

spuszczając Jupe'a z muszki pistoletu pochylił się nad klatką i uważnie się jej przyjrzał. 

Chce się upewnić, pomyślał Jupe, czy w środku na pewno jest gołąb. 

- Dobrze. 
Mężczyzna  wyprostował  się.  Jupe  wykorzystał  tę  chwilę,  aby  dobrze  mu  się 

przyjrzeć.  Zobaczył  błyszczący,  czarny  płaszcz  przeciwdeszczowy,  a  także 

przyciemnione  szkła  okularów,  widocznych  pośród  zasłaniającej  całą  niemal  twarz 

nieznajomego gęstej, czarnej brody. To przecież Parker Frisbee! 

- A teraz odwróć się i połóż na ziemi. 

Dopiero  teraz  Jupe'a  uderzyło  to,  że  mężczyzna  przemawiał  dziwnie 

pogrubionym,  starannie  kontrolowanym  głosem.  Brzmiało  to  tak,  jakby  mówienie 
sprawiało mu wielką trudność. On jest prawie tak samo przerażony jak ja, przemknęło 

Jupe'owi przez głowę, i próbuje to ukryć. 

Dzierżąca pistolet ręka drgnęła groźnie. Jupe obrócił się i położył brzuchem do 

asfaltu. 

- Załóż ręce na plecy. 

Jupe usłuchał i w tym momencie jego uszu doszedł zgrzytliwy odgłos. Tak jakby 

ktoś  oddzierał  pas  płótna.  Albo  może...  nawiniętej  na  rolkę  samoprzylepnej  taśmy. 

Tak, to jest to, uświadomił sobie czując,  że  mężczyzna mocno owija przylegające do 
siebie przeguby jego dłoni. 

Nawet nie próbował się opierać. Zbyt wyraźnie miał w oczach błyszczącą lufę 

pistoletu. Leżał spokojnie również wtedy, gdy mężczyzna krępował mu taśmą nogi w 

kostkach. 

Usłyszał oddalające się kroki, a w chwilę potem gdzieś z tyłu rozbłysły światła 

samochodu.  Mając  skrępowane  ręce  i  nogi,  nie  mógł  unieść  głowy,  zdołał  jednak 

obrócić ją odrobinę w tamtym kierunku. 

Auto  znajdowało  się  już  w  ruchu.  Jupe'owi  nie  udało  się  stwierdzić  w 

zapadających ciemnościach, jakiej mogło być marki. Przemknęło z grzmotem silnika o 

jakieś  dwadzieścia  metrów  od  niego,  skręciło  z  piskiem  opon  w  kierunku  wyjazdu  i 
znikło za najbliższym rogiem. 

Jupe  leżał  robiąc  sobie  gorzkie  wyrzuty.  Powinien  był  mieć  choć  tyle  oleju  w 

głowie,  aby  zaczekać  na  Boba  i  Pete'a.  Po  jakie  licho  lazł  tak  na  ślepo  w  głąb 

background image

opustoszałego  i  pogrążonego  w  mroku  parkingu?  Czy  nie  mógł  zostawić  roweru 
gdzieś... 

Usłyszał  odgłosy  kroków  dochodzące  od  wjazdu  na  parking.  Zobaczył  światło 

rowerowej latarki. 

- Pete! - zawołał z całej siły. - Bob! 
W chwilę potem obaj przyjaciele byli już przy nim i zaczęli delikatnie odwijać 

taśmę z jego rąk i nóg. Uwolniony z więzów Jupe obrócił się na plecy i usiadł. Bolały go 

przeguby  obu  dłoni.  Zaczął  je  rozcierać,  opowiadając  jednocześnie  kolegom  o  swej 

przygodzie. 

Pete gwizdnął cicho przez zęby. 
- Naprawdę miał pistolet? 

- Jestem święcie przekonany, że to, co trzymał w ręku, było pistoletem - odparł 

Jupe podnosząc się na nogi. - Oczywiście, nie prosiłem faceta, żeby pociągnął za spust, 
więc nie mogę stwierdzić z całą pewnością, że był załadowany - dodał, otrzepując kurz 

ze spodni. - Udało się wam coś zobaczyć? 

- Samochód - kiwnął głową Bob. - Czarną limuzynę. - Nagle zmarszczył brwi, a 

potem  zdjął  okulary  i  zaczął  je  przecierać  rękawem  koszuli.  -  To  śmieszne,  ale  w 
pierwszej  chwili  pomyślałem,  że  to  jest  samochód  Tika.  Zauważyłem  litery  MOK  na 

jego tablicy rejestracyjnej. Zupełnie jak... 

- Jak na tablicy czarnego samochodu Tika, którym odjechał on spod “Konika 

Morskiego” - dokończył za niego Jupe. - No i jak na... 

Nie dokończył zdania, ponieważ tym razem nie miał absolutnej pewności. Ale 

wciąż  pamiętał  czarne  auto,  które  na  moment  zagrodziło  im  drogę,  kiedy  wyszli  z 

jubilerskiego sklepu Parkera Frisbee. Prześliznął się tylko po nim wzrokiem i nie miał 

nawet tyle czasu, aby przeczytać wszystkie litery na tablicy rejestracyjnej, był jednak 

pewien, że pierwszą z nich było “M”. 

- Co teraz zrobimy? - zapytał Pete. - Frisbee zabrał Cezara... 

- Co powiemy Tikowi, kiedy się tu zjawi? - podchwycił Bob. 
Jupe  spojrzał  na  zegarek.  Była  za  dwie  dziewiąta.  Pierwszy  Detektyw  wciąż 

jeszcze miał przed oczami groźnie wymierzony w niego pistolet. 

-  Nic  mu  nie  powiemy  -  rzucił  bez  namysłu,  podjąwszy  szybką  decyzję.  -  W 

ogóle  nie  będziemy  na  niego  czekać.  Robimy  chyłkę-zmyłkę.  Spotkamy  się  rano  w 

Kwaterze Głównej. 

Hasło  “chyłka-zmyłka”  pojawiało  się  wyłącznie  wtedy,  gdy  Trzej  Detektywi 

background image

znajdowali się w opałach. Było ono sygnałem do natychmiastowego rozdzielenia się i 
oddalenia  w  różnych  kierunkach.  Także  i  teraz  chłopcy  błyskawicznie  wskoczyli  na 

rowery i popędzili różnymi drogami do swoich domów. 

Jupe  nie  mógł  tej  nocy  spać.  Jego  umysł  przeciążony  był  zbyt  wieloma 

sprawami.  Tak  jak  to  stwierdził  Pete,  stracili  Cezara.  Nie  było  żadnej  gry  w  otwarte 
karty z Tikiem. Brakowało jakiejkolwiek wartościowej wiadomości dla panny Maureen 
Melody.  Nie  można  było  przecież  pójść  do  niej  i  powiedzieć,  że  zamordowanie  jej 

ptaszków to dzieło jej znajomego, Parkera Frisbee. W żaden sposób nie dałoby się tego 

udowodnić.  A  co  gorsza,  Jupe  nie  mógł  wymyślić  absolutnie  żadnego  racjonalnego 

powodu, dla którego Frisbee miałby zabijać Nevermore. Jeśli w ogóle to zrobił. 

Mogło się wydawać, że prowadzone przez Trzech Detektywów śledztwo rozwija 

się źle. Jedyną nadzieją było to, że Tik zadzwoni jeszcze raz, żeby zapytać, czemu to 
chłopcy nie stawili się na umówione z nim spotkanie. 

Gdyby tak właśnie zrobił, mieliby przynajmniej szansę porozmawiać z nim. A 

Tik,  dowiedziawszy  się  o  porwaniu  Cezara,  powiedziałby  im  może  coś,  co  by  ich 
naprowadziło na nowy trop. 

Może jednak trzeba było umówić się tu, na złomowisku, pomyślał z żalem Jupe. 

W chwilę potem udało mu się wreszcie zasnąć. 

 
Od początku letnich wakacji Jupe jadał bardzo lekkie śniadania, składające się 

zwykle z suchego tostu i chudego mleka. Ciocia Matylda zaczęła się już niepokoić tą, 
tak u niego niezwyczajną, utratą apetytu. Kiedy następnego ranka zachęciła Jupitera, 
aby  zjadł  porządne  dwa  jajka  z  szynką,  a  do  tego  jeszcze  “śliczny  siekany  kotlecik”, 

Pierwszy  Detektyw  był  zbyt  zniechęcony,  aby  zdobyć  się  na  odmowę.  Spałaszował 

wszystko, co znalazło się przed nim na stole, i dopiero potem pobiegł do składnicy, aby 

zaczekać tam na przyjaciół. 

Dokładnie w chwili, gdy zbliżał się do warsztatu, gdzie znajdowało się wejście 

do  Tunelu  Drugiego,  prowadzącego  do  Kwatery  Głównej,  zobaczył  go.  Ptaszek 
dostrzegł  go  także  i  natychmiast  pospieszył  w  jego  stronę,  stąpając  na 
wyprostowanych nóżkach. 

Jupe  pochylił  się  i  uniósł  gołębia  w  dłoniach,  a  potem  obejrzał  go  dokładnie, 

przepatrując  piórka  w  jego  mieniących  się  różnobarwnymi  odcieniami  skrzydłach  i 

ogonie. Rzucił też okiem na gładką, szarą główkę i bystre oczy. 

Nie miał żadnych wątpliwości. Rozpoznałby tego gołębia w każdym miejscu. Z 

background image

łatwością. 

To mógł być tylko Cezar. 

background image

Rozdział 8 
Goście z Dalekiego Wschodu 

 
-  To  rzeczywiście  Cezar  -  stwierdził  Pete.  -  Mógłbym  przysiąc.  Te  plamki  na 

piórkach  jego  ogona.  A  poza  tym  wyraźnie  widać,  że  on  nas  rozpoznaje.  Prawda, 

Cezar? 

Trzej Detektywi znajdowali się znowu w Kwaterze Głównej. Cezar biegał wesoło 

po dużej klatce, dziobiąc kukurydzę. 

-  Parker  Frisbee  zabiera  mi  go  pod  groźbą  pistoletu  -  zastanawiał  się  głośno 

Jupe miętosząc dolną wargę z takim zapałem, że znalazła się ona gdzieś w okolicach 
podbródka.  -  A  w  parę  godzin  później  odnosi  go  nam  z  powrotem  i  wypuszcza  na 
naszym  podwórku.  Dlaczego?  Po  co?  W  jakim  celu?  -  Jupe  zaczynał  dochodzić  do 

wniosku, że w żadnym z prowadzonych  dotąd dochodzeń nie było aż tylu pytań bez 
odpowiedzi. 

-  Może  on  wcale  go  tu  nie  przyniósł  -  odezwał  się  Bob  spoglądając  znad 

okularów, które zsunęły mu się na czubek nosa. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Pete. - Przecież Cezar tu jest, no nie? 
-  Chodzi  o  tę  książkę  o  gołębiach  -  wyjaśnił  Bob.  -  W  czasie  drugiej  wojny 

światowej gołębie pocztowe używane były do przenoszenia meldunków. Jeżeli armia 

zmieniała teren działania, trzeba było przenosić także klatki z gołębiami. No i okazało 
się,  że  naprawdę  dobrze  wytrenowany  gołąb  w  ciągu  dwóch  albo  trzech  dni 

przyzwyczajał się do nowego miejsca pobytu... 

- I zamiast do starej, wracał do nowej bazy - podchwycił Jupe z zachęcającym 

błyskiem  w  oczach.  -  Myślę,  Bob,  że  wpadłeś  na  coś  naprawdę  ważnego.  Być  może 

Cezar  wcale  nie  należy  do  Parkera  Frisbee,  a  on  chciał  odesłać  go  prawdziwemu 

właścicielowi. - Jupe zasępił się znowu. - Nie pytajcie mnie, po co miałby to robić. Ale 
jeżeli  rzeczywiście  miał  to  na  myśli,  to  najprostszym  sposobem  było  uwolnienie 
gołębia, tak żeby mógł zwyczajnie polecieć do domu. 

- A twój dom, Cezar, znajduje się obecnie tutaj, prawda? – Pete włożył palec w 

oczko  siatki  i  pogłaskał  gołębia  po  głowie.  -  Więc  zwyczajnie  wróciłeś  do  nas,  a  ja 

bardzo się cieszę, że... 

Nie dokończył, ponieważ w głośniku ozwało się nagle wołanie. 

- Jupe! Jupe! 
Głos należał do cioci Matyldy. Jupe zamontował na podwórzu mikrofon, żeby 

background image

słyszeć jej wołania wtedy, gdy przebywał w Kwaterze Głównej. 

- Jupe! Bob! Pete! Gdzie jesteście? 

Jupe westchnął ciężko. Wołania cioci Matyldy oznaczały zwykle dla całej trójki 

jakąś  wredną  robotę.  Miał  nadzieję,  że  tym  razem  nie  chodziło  o  nową  partię 

zardzewiałych kątowników. Może nie była w stanie uporać się sama z sobotnią rzeszą 
klientów. 

Trzej  Detektywi  opuścili  zamaskowaną  starannie  Kwaterę  wyjściem 

oznaczonym przez nich jako Bramka Numer Cztery, z której droga prowadziła na tyły 

złomowiska.  Obszedłszy  stos  zwalonego  na  kupę  złomu,  chłopcy  wychynęli  na 

podwórze tuż za plecami cioci Matyldy, która aż podskoczyła ze strachu, kiedy poczuła 
na ramieniu dłoń Jupe'a. 

- Jesteście wreszcie - powiedziała. - Nigdy nie wiem, gdzieście się pochowali. 
Jupe  starał  się  okazać  jak  największą  gotowość  do  przyjęcia  ewentualnego 

zlecenia. 

- Co będziemy robić tym razem? - zapytał. 
Tego dnia ciocia Matylda nie wezwała jednak chłopców po to, aby zagnać ich do 

roboty.  Powiedziała  natomiast,  że  chcą  się  z  nimi  zobaczyć  jacyś  dwaj  dżentelmeni, 
którzy oczekują na ulicy, koło bramy. 

Panowie  stali  obok  zaparkowanej  przy  krawężniku  zielonej  furgonetki.  Obaj 

wyglądali  mniej  więcej  na  trzydziestolatków.  Byli  raczej  niskiego  wzrostu,  ale  o 

wysportowanych  sylwetkach.  Mieli  na  sobie  bawełniane  podkoszulki  z  krótkimi 
rękawami i wytarte dżinsy. Obaj byli Japończykami. 

- Czy to wy jesteście Jupe, Pete i Bob? - zapytał jeden z nich robiąc krok w ich 

kierunku. Jupe potwierdził. 

- I znacie Hoang Van Dona? 

- Tak, znamy go - odparł Jupe. 
Mężczyzna odwrócił się do swego kolegi i powiedział mu coś w języku, który, 

jak  Jupe  przypuszczał,  musiał  być  japońskim.  Tamten  kiwnął  głową  i  odpowiedział 
coś, co w uszach Jupe'a zabrzmiało tak samo egzotycznie. 

- Mój przyjaciel ma na imię Kyoto - wyjaśnił pierwszy. - Byłoby mu niezmiernie 

miło,  gdyby  mógł  zadać  wam  kilka  pytań.  Z  tym  że  Kyoto  niestety  nie  mówi  po 
angielsku. Ale ja wszystko przetłumaczę. Więc jak, zgoda? 

Jupe stwierdził, że on i jego koledzy nie mają nic przeciwko temu. 
-  Pierwsze  pytanie.  Daliście  Hoang  Van  Donowi  list  napisany  po  japońsku. 

background image

Poprosiliście go, żeby zwrócił się do znajomego Japończyka o przetłumaczenie. A ów 
znajomy poinformował o tym Kyota, ponieważ rozpoznał w liście jego odręczne pismo. 

Jupe czekał w milczeniu na dalszy ciąg, gdyż nie mógł uznać tego, co usłyszał, 

za skierowane do siebie pytanie. 

- Gdzie znaleźliście ten list? 
Jupe wahał się przez chwilę. Jasne było, że nie musi odpowiadać, przyszło mu 

jednak do głowy, że gdyby jednak to zrobił, być może Kyoto zgodziłby się w rewanżu 

udzielić mu także pewnych wyjaśnień. 

- Przy zdechłym gołębiu - powiedział. - List owinięty był dookoła jego nogi. 

Japończyk  zareagował  uprzejmym  uśmiechem,  a  potem  podszedł  do  Kyota. 

Ujął go pod rękę i poprowadził parę kroków dalej. 

Bob obrzucił pogrążonych w żywej rozmowie mężczyzn uważnym spojrzeniem. 

Uderzyło go to, że byli do siebie bardzo podobni. Obaj mieli takie same, proste i czarne 
włosy,  tak  samo  wystające  kości  policzkowe  i  opaloną  na  identyczny,  jasnobrązowy 

kolor  skórę.  Nie  był  pewien,  czy  przy  jakimś  przypadkowym  spotkaniu  zdołałby 
stwierdzić, który z nich ma na imię Kyoto, a który jest tłumaczem. 

Przyszło  mu  do  głowy,  że  być  może  robią  takie  wrażenie,  ponieważ  obaj  są 

Japończykami.  W  rzeczywistości  z  pewnością  nie  wyglądali  identycznie.  A  poza  tym 

było bardzo prawdopodobne, że im także byłoby trudno odróżnić jego, Boba, od Pete'a 
czy  Jupe'a.  Być  może  w  ich  oczach  większość  Europejczyków  czy  Amerykanów 

wygląda  zupełnie  tak  samo.  Starał  się  wytężyć  wzrok,  aby  odnaleźć  choćby 
najmniejszą różnicę w ich zewnętrznym wyglądzie. 

Naraz doszedł go szept Jupe'a. 

- Zielona furgonetka! Ta sama, za którą popędził Tik wyskoczywszy z “Konika 

Morskiego”. Gdyby tak można było pośledzić ją trochę... 

Jupe  zawiesił  głos  i  zerknął  w  stronę  Japończyków.  Obaj  nadal  zajęci  byli 

ożywioną rozmową. 

- Nadajnik! - szepnął z desperackim napięciem w głosie. - Jak myślisz, udałoby 

ci się go szybko znaleźć? 

- Spróbuję - odpowiedział szeptem Bob, a potem odsunął się od Jupe'a. - Zdaje 

się, że woła mnie ciocia Matylda - powiedział na tyle głośno, aby jego głos dotarł do 
tłumacza. - Zobaczę, czego może chcieć. Rzekłszy to, odwrócił się i minąwszy bramę, 

popędził do Kwatery Głównej. 

-  Drugie  pytanie  -  zwrócił  się  do  Jupe'a  tłumacz,  podszedłszy  bliżej  wraz  z 

background image

Kyotem. - Gdzie znaleźliście tego zdechłego gołębia? 

Także  tym  razem  Pierwszy  Detektyw  zamyślił  się  na  chwilę.  Mimo  iż  ze  swej 

natury  był  prawdomównym  chłopakiem,  jako  detektyw  odczuwał  czasami  potrzebę 
lekkiego  odejścia  od  tak  zwanej  nagiej  prawdy.  Zwłaszcza  wtedy,  gdy  trzeba  było 

uniemożliwić łatwą identyfikację klienta, który zlecił im dochodzenie. A tym razem to 
Maureen  Melody  zadzwoniła  i  poprosiła  o  pomoc  w  związku  z  zamordowaniem  jej 
ptaków. Z punktu widzenia Jupe'a można więc było traktować ją jak klientkę. A jego 

obowiązkiem było chronić ją i jej interesy. 

- Znaleźliśmy go na ulicy - powiedział. 

- Na której ulicy? 
- Po drugiej stronie miasta. - Przynajmniej ten szczegół niedaleki był prawdy. 

Tłumacz znowu uśmiechnął się z sympatycznym wyrazem twarzy. 
- Trzecie pytanie - powiedział. - Jak wam się wydaje, od czego mógł zdechnąć 

ten gołąb? 

- Nie mam pojęcia. - Tym razem Jupe powiedział szczerą prawdę. Sam chciałby 

poznać odpowiedź na to pytanie. 

- Jak ten gołąb wyglądał? Myślisz, że ktoś mógł do niego strzelać? 
- Nie - pokręcił głową Jupe. - Nic na to nie wskazywało. - Zza płotu doszedł go 

odgłos kroków wracającego Boba. - Przypuszczam, że mógł go uderzyć jakiś samochód 
- zasugerował budzącym zaufanie głosem. 

- Rozumiem. Dziękuję za pomoc - powiedział Japończyk, a potem ruszył wraz 

ze swym kolegą w kierunku przednich drzwi furgonetki. W tym momencie w bramie 
składnicy ukazał się Bob. Jupe wyciągnął rękę i dotknął nią ramienia tłumacza. 

-  Przepraszam  pana  -  powiedział.  -  Czy  miałby  pan  coś  przeciwko  temu, 

gdybym ja zadał panu teraz jedno czy dwa pytania? 

Tym  razem  tłumacz  potrzebował  małej  chwilki  na  zastanowienie  się  nad 

odpowiedzią. 

- Proszę bardzo - odparł w końcu. 
-  W  liście  napisano:  “Dzisiaj  pereł  nie  będzie”.  Tak  przynajmniej  powiedział 

znajomy Dona. 

- Tak, rozumiem. 
Koło Jupe'a stanął Bob. Zerkając w dół, Jupe dostrzegł ściśnięty w jego dłoni 

mały, metalowy przedmiot. Nadajnik. 

-  No  właśnie.  Co  to  mogło  znaczyć?  -  zapytał.  -  Dzisiaj  pereł  nie  będzie  - 

background image

powtórzył  bezmyślnie.  Obdarzony  niezłym  aktorskim  talentem  Jupe  wykorzystywał 
czasami te zdolności, a już szczególnie dobrze wypadał wtedy, gdy udawał głupiego. - 

Można  by  pomyśleć,  że  nie  ma  w  tym  ani  odrobiny  sensu  -  stwierdził  opuszczając 
lekko dolną szczękę i przybierając możliwie najbardziej tępy wyraz twarzy. Wyglądał w 

tym momencie tak samo inteligentnie, jak trochę uchylona szuflada. - Co to za perły? I 
dlaczego miałoby ich dzisiaj nie być? 

Mówiąc  to  szturchnął  łokciem  Boba,  a  potem  zrobił  parę  kroków w  kierunku 

przedniej części furgonetki. Tłumacz i Kyoto poszli wolno za nim. 

- Byłbym panu ogromnie wdzięczny, gdyby mógł mi pan to wyjaśnić - zwrócił 

się do tłumacza. 

Na twarzy Japończyka pojawił się uprzejmy uśmieszek. 

- To bardzo proste - powiedział. - Mój przyjaciel Kyoto jest ogrodnikiem. Ma 

warzywniczą  farmę  niedaleko  wybrzeża.  Sprzedaje  swoje  warzywa  w  japońskim 
markecie,  którego  właściciel  potrzebuje  czasami  informacji  na  temat  towaru,  który 

jest do sprzedania. 

Jupe przysłuchiwał się tym wyjaśnieniom gapiąc się tępo na swego rozmówcę. 

Kącikiem  oka  obserwował  jednak  Boba,  który  podchodził  właśnie  do  tylnej  ścianki 
samochodu. Zobaczył, że Bob schyla się i wkłada szybko rękę pod tylny zderzak. 

-  Tak  więc  pan  Kyoto  posyła  wiadomości  właścicielowi  marketu  przez 

pocztowego gołębia - wyjaśniał w dalszym ciągu tłumacz. - Informuje go na przykład: 

“Dziś  mnóstwo  marchwi”.  Albo:  “Duży  transport  selerów”.  Dzięki  temu  właściciel 
marketu wie, czym będzie mógł handlować. 

Jupe  zobaczył,  że  Bob  prostuje  się  i  unosi  do  góry  prawą  rękę,  już  bez 

metalowego pudełka. 

- Rozumiem - stwierdził Pierwszy Detektyw, starając się nadać swemu głosowi 

możliwie najbardziej naiwny odcień. - Więc pan Kyoto hoduje też perły? 

Tłumacz roześmiał się. 

- Słowo “perły” oznacza perłową odmianę cebuli - wyjaśnił. - To, co było w tym 

liście, oznaczało po prostu: “Dziś nie będzie perłowej cebuli”. 

- Aha. Dziękuję panu. 

Z  tak  samo  bezmyślnym  wyrazem  twarzy  Jupe  przyglądał  się,  jak  obaj 

Japończycy  wsiadają  do  furgonetki  i  odjeżdżają.  Poruszył  się  dopiero  wtedy,  gdy 

samochód zniknął za najbliższym zakrętem. 

- Szybko, Bob - powiedział. - Dawaj odbiornik.  

background image

Bob zostawił go tuż za bramą. W chwilę potem wręczył Jupe'owi małe pudełko z 

jakimiś pokrętłami i umocowaną doń kolistą anteną. Wyglądało jak stary, turystyczny 

odbiornik radiowy i rzeczywiście było nim kiedyś. Jupe przerobił go na urządzenie do 
tropienia. Włączył je teraz. 

- Pii-pii-pii - ozwał się natychmiast sygnał, odebrany od nadajnika, który został 

umocowany  przez  Boba  w  tylnej  części  furgonetki,  dzięki  wmontowanemu  w  jego 
obudowę magnesowi. 

Jupe obrócił antenę, kierując ją ku południowi. 

- Pii-pii-pii - sygnał zdawał się przybierać trochę na sile. 

- Jadą w kierunku wybrzeża - powiedział Jupe. - Gonimy ich.  
Pete  zdążył  już  wyprowadzić  przed  bramę  wszystkie  trzy  rowery.  Jupe 

rzemykiem umocował aparat do kierownicy swego roweru. W chwilę potem cała trójka 
była już w drodze. 

Jupe kierował tylko jedną ręką. Drugą obracał antenę, ustawiając ją w lewo, w 

prawo  albo  na  wprost.  Kierując  się  rosnącym  lub  malejącym  natężeniem  sygnałów, 
mógł stwierdzić, w którą stronę pojechała śledzona furgonetka. 

Ponieważ  zasięg  nadajnika  wynosił  półtora  kilometra,  chłopcy  mogli  podążać 

za śledzonym samochodem bez obawy, że będą zauważeni. Jupe nie obawiał się też, że 

zostaną  za  bardzo  w  tyle.  Miał  jeszcze  w  uszach  rzężenie  silnika  furgonetki,  kiedy 
pokonywała ona podjazd na wzniesienie, na którym stał “Konik Morski”. 

Pedałując  teraz  w  ślad  za  sygnałami  nadajnika  Pierwszy  Detektyw  miał  tylko 

nadzieję, że furgonetka nie odjedzie za daleko. 

Nie chodziło o to, aby się bać zbyt ostrej jazdy. Miał zresztą świadomość, że tego 

rodzaju  ćwiczenie  może  mu  tylko  wyjść  na  zdrowie,  zwłaszcza  po  tak  ogromnym 

śniadaniu.  Przyszło  mu  tylko  do  głowy,  że  lepiej  by  było,  gdyby  furgonetka  nie 

udawała się na przykład do San Francisco albo gdzieś jeszcze dalej. 

Perłowe  cebulki,  pomyślał  z  przekąsem.  Ci  dwaj  skośnoocy  faceci  musieli  go 

wziąć  za  patentowanego  osła,  jeśli  wydało  się  im,  że  on  kupił  tę  ich  bajeczkę.  Nie 
ulegało wątpliwości, że zależało im, i to bardzo, na ukryciu czegoś. Tylko czego? 

background image

Rozdział 9 
Tajemniczy pan Frisbee 

 
Po kilku minutach ostrej jazdy Jupe odetchnął z ulgą. Stwierdził, że furgonetki 

nie trzeba będzie gonić aż do San Francisco ani do Santa Monica. Nie skręciła nawet 

ku drodze idącej brzegiem oceanu, lecz pojechała prosto do śródmieścia. 

Natężenie sygnałów i ustawienie anteny mówiły mu, że w tej chwili musi jechać 

główną arterią Rocky Beach, czyli Main Street. Dał znak pedałującym z tyłu Pete'owi i 

Bobowi, aby  zwolnili trochę. Wolał uniknąć  przypadkowego spotkania z furgonetką, 

gdyby  zatrzymała  się  ona  na  czerwonym  świetle.  W  takim  przypadku  Kyoto  i  jego 
znający angielski kolega mogli dostrzec chłopców we wstecznym lusterku. 

Trzej  Detektywi  minęli  sklep  pana  Frisbee  i  Bank  Powierniczy.  Nagle  sygnał 

zamilkł. Jupe uniósł rękę i cała trójka zatrzymała się. Siedząc okrakiem i podpierając 
się  obiema  stopami  o  ziemię  Jupe  obrócił  antenę  w  lewo.  Cisza.  Przekręcił  ją  o  sto 

osiemdziesiąt stopni w prawo i tym razem sygnał ozwał się znowu, głośny i czysty. 

Uniósł prawą rękę, żeby zasygnalizować kolegom, że skręcają w tym kierunku, 

po  czym  poprowadził  ich  przecznicą,  idącą  meandrami  ku  znajdującym  się  już  za 
miastem wzgórzom. 

Śledzenie  furgonetki  było  teraz  trudniejsze  z  powodu  licznych  zakrętów. 

Chwilami  sygnał  zanikał całkowicie. Jupe nie martwił się tym, nawet jeśli milczenie 
odbiornika trwało parę minut. Domyślał się już, dokąd zmierza zielona furgonetka. 

Po północnej stronie Rocky Beach, na niewysokim wzniesieniu znajdowało się 

osiedle  złożone  z  kilku  grupek  zgrabnych  domków,  tworzących  oddzielne,  maleńkie 

zagrody.  Przylgnęła  do  niego  nazwa  Mini-Tokio,  ponieważ  właścicielami  albo 

dzierżawcami prawie wszystkich posesji byli Japończycy. 

Minąwszy granicę osiedla Jupe znowu uniósł rękę. Trzej Detektywi zatrzymali 

się. Tropiony przez nich samochód stał o jakieś sto metrów przed nimi, na podjeździe 
do parterowego domku. 

Jupe wprowadził swój rower na chodnik. Bob i Pete poszli za jego przykładem. 

Stojąc  pod  osłoną  rosnących  wzdłuż  drogi  drzew  mogli  obserwować  furgonetkę,  nie 

obawiając się, że ktoś ich dojrzy z wnętrza domu. 

- No dobra - odezwał się Pete. - Wiemy już, gdzie być może mieszka albo nie 

mieszka ten Kyoto. I co dalej? 

Jupe  nie  odpowiedział.  Patrzył  w  kierunku  samochodu.  Zobaczył  idącego 

background image

podjazdem mężczyznę, który minął furgonetkę i poszedł dalej, w kierunku ulicy. Jupe 
był  pewien,  że  mężczyzna  musiał  wyjść  z  domku.  Podszedł  do  stojącego  przy 

krawężniku czerwonego auta, otworzył je, usiadł za kierownicą i odjechał. 

- Czy to był ten Kyoto? - zapytał niepewnym głosem Bob. W jego oczach obaj 

Japończycy niczym nie różnili się od siebie. 

-  Nie  -  potrząsnął  głową  Jupe.  -  To  był  tłumacz.  Bob  nie  zamierzał 

kwestionować tego twierdzenia, jednak zbyt korciła go ciekawość, aby mógł utrzymać 

język za zębami. - Jak się tego domyśliłeś? - zapytał z niedowierzaniem w głosie. 

- Zwyczajnie - odparł Jupe. - Po jego chodzie, po oczach, po uszach. Poza tym, 

nie zauważyłeś, że miał na sobie pas z tłoczeniami i tłustą plamę na dżinsach po jakimś 
smarze? 

Bob  nie  dostrzegł  niczego  takiego.  Wciąż  jeszcze  zdarzały  się  momenty,  w 

których obserwacyjne zdolności Pierwszego Detektywa wprawiały go w zdumienie. 

- Możemy więc teraz mieć prawie pewność, że to jest dom Kyota - mówił dalej 

Jupe.  -  Ale  to  “prawie”  zupełnie  mnie  nie  zadowala.  Gdyby  tak  udało  się  nam 
sprawdzić, czy jego nazwisko znajduje się na skrzynce na listy. 

Ale żeby przekonać się o tym, trzeba było przedefilować przed frontem domku. 
- Bob, idź lepiej sam  - zdecydował Jupe.  - Pete jest trochę za wysoki, a ja...  - 

zawiesił na chwilę głos starając się znaleźć odpowiednie słowo - ...a ja odrobinę zbyt 
krępy.  Gdyby  Kyoto  przypadkiem  wyjrzał  przez  okno,  mógłby  nas  łatwo  rozpoznać. 

Ale jeżeli ty zdejmiesz okulary i bluzę, będziesz w jego oczach wyglądał jak pierwszy 
lepszy amerykański chłopak. Na pewno nie przypomni sobie, że już gdzieś cię widział. 

- Dobra, idę  - odparł  krótko Bob, nie bardzo wiedząc, czy  ma  się  cieszyć, czy 

martwić tym, że wygląda tak zwyczajnie.  Ktoś musiał jednak sprawdzić tę skrzynkę. 

Schował  więc  okulary  w  kieszonce  na  piersiach,  zdjął  zapinaną  na  suwak  brązową 

wiatrówkę i pomaszerował w kierunku domu, przed którym zaparkowana była zielona 
furgonetka. Minął spacerowym krokiem dom i przeszedłszy obok umieszczonej koło 

podjazdu  białej  skrzynki  na  listy,  zatrzymał  się  niby  to  przypadkiem,  udając,  że 
podciąga sobie skarpetki. 

Na ściance skrzynki widniał napis: J. KYOTO, wymalowany czarnymi literami. 

Bob miał już zamiar tak samo niespiesznie wrócić do swych kolegów, kiedy wydało mu 
się,  że  zauważył  jeszcze  coś.  Wyglądało  to  tak,  jakby  spod  nazwiska  Japończyka 

przeświecały jakieś inne litery. Patrząc bez okularów, Bob nie miał jednak pewności co 
do tego. 

background image

Postanowił  upewnić  się  jednak.  Nie  bacząc  na  to,  że  ktoś  z  wnętrza  domku 

może  go  zauważyć,  wyciągnął  okulary  i  włożył  je.  I  rzeczywiście,  przeczucie  go  nie 

zawiodło.  Nazwisko  poprzedniego  lokatora  było  niemal  całkowicie  zakryte  przez 
świeżą warstwę białej farby, wciąż jednak można było odczytać przynajmniej niektóre 

litery.  Kiedy  mogły  zostać  zamalowane?  Zerknąwszy  ukradkiem  w  kierunku  domu, 
Bob szybko wyciągnął rękę i dotknął skrzynki. Czarna farba, którą wymalowano nowe 
nazwisko,  była  jeszcze  wilgotna.  Tak  więc  Kyoto  musiał  się  tu  wprowadzić  zupełnie 

niedawno. 

Bob  poczuł  coś  w  rodzaju  dumy  ze  swego  odkrycia  i  swych  dedukcyjnych 

zdolności. Sam Jupe pewno nie zrobiłby tego lepiej. Chciał jak najszybciej znaleźć się 
koło kolegów, żeby zameldować im o wynikach swego krótkiego wypadu. 

Już  po  dwóch  krokach  stanął  jednak  jak  wryty.  Od  strony  domu  doszło  go 

wołanie jakiegoś mężczyzny, który zbliżał się właśnie w jego stronę. Na jego widok Bob 
poczuł  się  tak,  jakby  mu  nogi  wrosły  w  ziemię.  Stał  jak  skamieniały. 

Charakterystyczna,  niska  sylwetka  mężczyzny,  jego  żakiet  i  sztuczkowe  spodnie, 
wreszcie gęsta, czarna broda wykluczały możliwość pomyłki. 

- Ej, ty tam! Zaczekaj no! 
Także głos należał do Parkera Frisbee. Bob najchętniej by uciekł, nie był jednak 

w stanie zmusić swych nóg do biegu. Czekał więc, unieruchomiony niczym w jakimś 
koszmarnym śnie, aż Frisbee podejdzie bliżej. 

Na  szczęście,  przemknęło  mu  przez  głowę,  on  nie  ma  w  ręku  kija.  Choć 

oczywiście nie jest wykluczone, że w kieszeni może mieć pistolet. 

- Cieszę się, że cię spotkałem - powiedział Frisbee, zatrzymawszy się o niecałe 

pół metra od Boba. - Miałem ochotę pogadać z wami, chłopcy. 

Broda  jubilera  była  tak  gęsta,  że  nigdy  nie  można  było  stwierdzić,  czy  on  się 

uśmiecha, czy też nie. Tym razem nie miał jednak ciemnych okularów i Bobowi wydało 
się, że dostrzega w jego oczach osobliwie serdeczny wyraz. 

- Gdzie zgubiłeś swoich kolegów? - zapytał Parker Frisbee.  
Bob  niezdecydowanym  gestem  wyciągnął  rękę  w  kierunku  pozostałej  dwójki. 

Ku  swej  radości  stwierdził,  że  znowu  odzyskał  władzę  w  kończynach,  toteż 

natychmiast ruszył do miejsca, gdzie zostali Jupe i Pete. Frisbee poszedł wraz z nim. 

Znalazłszy się bliżej, Bob z ulgą stwierdził, że Jupe rozwiesił jego wiatrówkę na 

kierownicy  swego  roweru,  zakrywając  w  ten  sposób  odbiornik  sygnałów.  Z 
zakłopotaną miną przyglądał się, jak Frisbee nawiązuje rozmowę z jego kolegami. 

background image

-  Często  przyjeżdżacie  do  tego  osiedla,  chłopcy?  -  zapytał  przyjaznym  tonem 

jubiler. 

-  Jest  tu  japońska  restauracja,  do  której  czasem  zaglądamy  -  odparł  bez 

namysłu Jupe. - Pete lubi japońskie potrawy. 

- Ach tak, “Fudżijama”. Rzeczywiście, można tam dobrze zjeść. Sam chodzę do 

niej od czasu do czasu. No właśnie... - I tym razem Bob nie miał pewności, czy Frisbee 
uśmiecha  się,  czy  też  nie.  -  Nie  mielibyście  ochoty  zjeść  tam  ze  mną  lunchu? 

Zapraszam. 

Jupe'a zamurowało. Zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć. Kiedy ostatni raz 

widział tego człowieka, Frisbee celował do niego z pistoletu, a potem wiązał mu ręce i 
nogi na parkingu koło Banku Powierniczego. A kilka dni wcześniej wymierzył mu cios 

jakimś kijem. Teraz za to, jakby nigdy nic, zapraszał całą trójkę na lunch. 

- Och, to bardzo miło z pana strony - wymamrotał w końcu Pierwszy Detektyw. 

- Dziękujemy panu za zaproszenie. 

-  No  to  chodźmy  -  rzucił  krótko  Frisbee  i  ruszył  żwawym  krokiem  na  drugą 

stronę ulicy. Chłopcy pospieszyli za nim, prowadząc rowery. 

Bob ukradkiem zbliżył się do Jupe'a, aby poinformować go szeptem o tym, co 

odkrył na skrzynce listowej Kyota. Jupe w milczeniu kiwnął głową. 

Dotarłszy do restauracji, chłopcy zabezpieczyli rowery za pomocą łańcucha, a 

potem podążyli za jubilerem do dużego, narożnego stołu. Kelner powitał pana Frisbee 

po japońsku, ten zaś odpowiedział mu w tym samym języku i zamówił potrawy. 

-  Mieszkałem  w  Japonii  przez  kilka  lat  -  wyjaśnił  obojętnym  tonem.  - 

Prowadziłem tam handel perłami. Musiałem więc nauczyć się japońskiego. 

Kelner  postawił  na  stole  dzbanek  z  herbatą  i  Frisbee  napełnił  filiżanki 

chłopców. 

- O ile dobrze rozumiem - stwierdził, zagłębiając się z powrotem w krześle - to 

ostatnio zajmowaliście się małym, prywatnym dochodzeniem. Zgadza się, chłopaki? 

Tym razem Bob nie miał już wątpliwości, że jubiler się uśmiecha. Jednak żaden 

z Trzech Detektywów nie odpowiedział ani słowem. 

-  Robiliście  to  na  zamówienie  panny  Maureen  Melody  -  ciągnął  Frisbee.  - 

Próbowaliście ustalić, kto pomordował jej ptaszki.  

Jupe potwierdził skinieniem głowy. 

-  A  dopiero  co  mój  ogrodnik,  Kyoto,  powiedział  mi,  że  znaleźliście  martwego 

gołębia, przy którym był mały liścik.  

background image

Jupe powtórnie kiwnął głową. 
- Zawierał on wiadomość dotyczącą warzyw, które Kyoto wysyła do japońskiego 

marketu. 

-  Tak,  chodziło  o  perłową  cebulę  -  przytaknął  Jupe.  Przy  stole  zapadła  na 

dłuższą  chwilę  cisza.  Chłopcy  w  milczeniu  przyglądali  się,  jak  kelner  ustawia  przed 
nimi  po  kilka  małych  miseczek.  Natychmiast  zabrali  się  do  pałaszowania  ich 
zawartości. 

-  Czy  ten  martwy  gołąb  leżał  może  w  ogrodzie  panny  Melody?  -  przerwał  w 

końcu milczenie Frisbee. 

-  Nie  -  odparł  Jupe  z  buzią  pełną  ryżu  i  kawałków  łososia,  wymieszanych  z 

bambusowymi  pędami  i  oblanych  wyśmienitym,  ostrym  sosem.  Dopiero  po 

przełknięciu tych delicji mógł udzielić bliższych wyjaśnień. - Znaleźliśmy go na ulicy - 
powiedział, uznawszy, że lepiej będzie trzymać się wersji, którą wcześniej usłyszał już 
Kyoto. 

Frisbee  bez  słowa  uniósł  pałeczki  i  cała  czwórka  znowu  pochyliła  się  w 

milczeniu nad smakowitym jedzeniem. Jubiler jako pierwszy opróżnił swoje miseczki. 

Otarł serwetą usta i sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki. 

Pete zamarł ze strachu, z widelcem uniesionym w pół drogi do ust. Czyżby ten 

Frisbee zamierzał straszyć ich pistoletem także tu, w restauracji? 

Jubiler wyciągnął portfel. 

-  Jak  wiecie,  panna  Melody  jest  moją  dobrą  znajomą  -  powiedział.  -  A  także 

cenną klientką - dodał z błyskiem w oczach.  - Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo 
wstrząsnęła nią śmierć jej ptaszków i pragnę zrobić wszystko, co w mej mocy, aby jej 

pomóc. 

Rzekłszy  to,  otworzył  portfel,  wyjął  z  niego  pięćdziesięciodolarowy  banknot  i 

wręczył go Jupe'owi. 

-  Macie  tu  ode  mnie  coś  w  rodzaju  zaliczki  -  powiedział.  -  Na  podtrzymanie 

śledztwa,  które  prowadzicie.  A  jeżeli  uda  się  wam  zidentyfikować  człowieka,  który 
zamordował  ptaszki  panny  Melody,  z  przyjemnością  wręczę  wam  jeszcze  jednego 
pięćdziesiątaka - dodał chowając portfel. 

-  Dziękujemy  panu  -  powiedział  Jupe  wkładając  banknot  do  kieszeni.  - 

Postaramy się dołożyć wszelkich starań, żeby się udało, panie Frisbee. 

- Dołożymy starań, żeby się udało - powtórzył już po wyjściu z restauracji, kiedy 

cała trójka, z rowerami gotowymi do jazdy, przyglądała się oddalającemu się żwawym 

background image

krokiem Parkerowi Frisbee. 

- Jasne, że się uda - odezwał się Pete. - Za pięć dych... - urwał nagle, wpatrując 

się w Jupe'a. 

Pierwszy Detektyw stał bez ruchu, zatopiony głęboko w myślach. 

- Zanieśliśmy Cezara do jego sklepu - zaczął naraz zastanawiać się półgłosem. - 

Gdyby zależało mu na tym gołębiu, nie zrobiłby nic innego, tylko powiedział, że tak, 
rozpoznaje  go,  wie,  do  kogo  on  należy  i  z  przyjemnością  odda  go  właścicielowi.  - 

Zawiesił na chwilę głos i potrząsnął głową tak, jakby nie wierzył własnym słowom.  - 

Ale zamiast tego twierdzi, że nie, nigdy przedtem nie widział Cezara na oczy, i pozwala 

nam  opuścić  sklep  razem  z  gołębiem.  A  następnego  wieczoru  porywa  Cezara  grożąc 
pistoletem. - Jupe znowu urwał, nie przestając kręcić głową. - Zaczaja się na mnie w 

parku koło domu panny Melody, żeby zdzielić mnie kijem - podjął po chwili. - A dziś 
stawia nam wszystkim lunch... 

Na  wspomnienie  niedawnej  wyżerki  twarz  Jupe'a  spochmurniała  na  krótką 

chwilę. Przed oczami stanęło mu zjedzone tego ranka ogromne śniadanie. Ech, co tam, 
to nie jest odpowiedni moment na zastanawianie się nad takimi błahostkami. Trzeba 

przemyśleć mnóstwo spraw ważniejszych od jakiejś tam nadwagi. 

-  A  więc,  stawia  nam  dzisiaj  lunch  -  powtórzył  półgłosem.  -  Wręcza  nam 

pięćdziesiąt  dolarów  i  obiecuje  jeszcze  jednego  pięćdziesiątaka  za  wykrycie,  kto 
morduje ptaszki panny Melody. Wszystko to wydaje się trochę zagadkowe... To znaczy 

zagadkowe jest to, że to robi jeden i ten sam facet. Ale jeśli chodzi o Parkera Frisbee, to 
w jego zachowaniu jest coś jeszcze bardziej tajemniczego... 

Głos Jupe'a załamał się nagle. 

- Co takiego? - potrząsnął go za ramię Bob. - Gadaj, Jupe. Powiedz nam, co to za 

tajemnica? 

- On zakłada słoneczne okulary wyłącznie w nocy! 

background image

Rozdział 10 
Morderca gołębia zdemaskowany! 

 
- Słucham? - wrzasnął na cały głos Pete. 
Jupe  potrząsnął  ze  zniechęceniem  głową,  tak  jakby  chciał  powiedzieć  swemu 

koledze:  “To  bez  znaczenia”.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  i  tak  nie  przekrzyczy 
wypełniających park ptasich gwizdów, skrzeczeń i krakań. 

Było  późne  popołudnie  w  dzień  po  spotkaniu  z  Parkerem  Frisbee.  Trzej 

Detektywi prowadzili rowery dróżką wiodącą do domu panny Maureen Melody. 

Po powrocie z Mini-Tokio Jupe zadzwonił do panny Melody i umówił się z nią 

na złożenie wizyty następnego ranka. Jednak w chwili gdy chłopcy mieli już wskoczyć 
na rowery, żeby pojechać do jej domu, ciocia Matylda zapędziła ich niespodziewanie 

do  roboty.  W  nocy  spadł  potężny  deszcz  i  trzeba  było  doprowadzić  do  porządku 
pokryte kałużami podwórze. A poza tym jeszcze powycierać do sucha stare lodówki i 

kuchenne piecyki zebrane przez wuja Tytusa. Chłopcy stracili w ten sposób mnóstwo 
cennego  czasu,  który  mogli  byli  przeznaczyć  na  próbę  rozwiązania  zagadki 

zamordowanych ptaszków panny Melody. 

Maszerujący  z  dłońmi  na  kierownicy  roweru  Jupe  wzdrygnął  się  na 

wspomnienie  przykrej  przygody,  która  przydarzyła  mu  się  pośród  zarośli 

przylegających  do  domu  panny  Melody.  Miał  nadzieję,  że  tym  razem  uda  im  się 
opuścić to miejsce dobrze przed zapadnięciem zmroku. 

Panna  Melody  otworzyła  drzwi  zaraz  po  pierwszym  dzwonku.  Miała  na  sobie 

czarną,  welwetową  suknię  z  długimi  rękawami.  Prowadząc  chłopców  do 

dźwiękoszczelnego  salonu,  podnosiła  przez  cały  czas  do  oczu  małą,  koronkową 

chusteczkę. 

-  Popatrzcie  tylko  -  powiedziała  powstrzymując  szlochanie  i  niepewnie 

wyciągnęła  rękę  w  kierunku  stołu.  Trzej  Detektywi  zobaczyli  leżącego  na  białym 
obrusie martwego jastrzębia. 

W chwili gdy Pete podchodził do stołu, sfrunęła z góry papuga i usiadła mu na 

ramieniu. 

- Jakie to okrutne - wyszlochała panna Melody. 

- Okrutne! Okrutne! Okrutne! - powtórzyła jak echo papuga.  

Jupe zabrał się do oglądania martwego ptaka. Na jego ciele nie było żadnych 

śladów walki czy gwałtownego ataku. Jupe doszedł do wniosku, że jastrząb, podobnie 

background image

jak jego poprzednik, mógł zostać otruty. 

- Kiedy go pani znalazła? - zapytał.  

Maureen  Melody  z  trudem  starała  się  zapanować  nad  sobą.  Jeszcze  raz 

przetarła oczy chusteczką. 

- Przed chwilą - powiedziała cichym, załamującym się głosem. 
- Gdzie? 
- W tym samym... - zawiesiła na chwilę głos, aby przełknąć ślinę. - Tam, gdzie i 

poprzednio. 

- W miejscu, na którym wykłada pani karmę dla swoich jastrzębi?  

Panna  Melody  w  milczeniu  skinęła  głową.  Najwyraźniej  mówienie  o  tym 

sprawiało jej wielką przykrość. 

Jupe posłał jej współczujące spojrzenie. 
- Domyślam się, co pani odczuwa w tej chwili - powiedział. - Ale byłbym pani 

bardzo wdzięczny, gdyby zechciała pani odpowiedzieć mi na parę pytań. 

Panna  Melody  skinęła  potakująco  głową.  Przez  cały  czas  bawiła  się  przy  tym 

sznurem  pereł  zwisającym  z  jej  szyi.  Wyglądało  to  tak,  jakby  dotykanie  ich  palcami 

działało na nią uspokajająco. 

- Spróbuję - odparła odrobinę pewniejszym głosem. 

-  Kiedy  byliśmy  tu  poprzednio  -  zaczął  Jupe  -  pani  ulubiona  sroka, 

Nevermore... 

Przerwał na chwilę obawiając się, że panna Melody zacznie znowu szlochać na 

wspomnienie  jej  brutalnie  zamordowanej,  skrzydlatej  przyjaciółki.  Miłośniczka 
ptaków jednak jeszcze raz skinęła przyzwalająco głową. 

-  Powiedziała  pani,  że  Nevermore  była  taka  sprytna  i  mądra.  Przynosiła  pani 

różne świecidełka. 

- Tak, perły. - Miłe wspomnienie zdołało przywrócić na twarz Maureen Melody 

coś w rodzaju niewyraźnego uśmiechu. - Przyniosła mi trzy przepiękne perły. 

- Powiedziała pani też, że Nevermore była jedną z dwu pani ulubionych sroczek. 
- Tak. Drugą z nich jest Lenora. 
- Czy ona także znosi pani różne rzeczy? 

- Od czasu do czasu. - Panna Melody schowała chusteczkę w kieszonce naszytej 

na  sukni,  tak  jakby  postanowiła  nie  szlochać  już  więcej.  -  Obawiam  się  jednak,  że 

Lenora  nie  umywa  się  nawet  do  Nevermore.  Przynosi  mi  tylko  nic  nie  znaczące 
drobiazgi. Można by określić je nawet jako odpadki czy śmieci. 

background image

Jupe zmarszczył brwi, wpatrując się w zamyśleniu w martwego jastrzębia. 
- Czy kiedykolwiek przyniosła pani jakiś mały liścik czy kartkę z wiadomością? - 

zapytał. 

- Słucham? 

- No, małą kartkę z jakimś napisem. 
-  Nie  sądzę.  Gdyby  przyniosła  coś  takiego,  zwróciłabym  na  to  uwagę.  Na 

przykład dziś rano... Chcesz zobaczyć, co Lenora przyniosła mi dzisiejszego ranka? 

Usłyszawszy  twierdzącą  odpowiedź  Jupe'a,  panna  Melody  podeszła  do 

stojącego  przy  ścianie  stolika  i  wzięła  do  ręki  szklaną  popielniczkę.  Wróciwszy  na 

miejsce pokazała Jupe'owi jej zawartość. 

W popielniczce znajdowała się maleńka kulka zwinięta z włosów. Jupe wziął ją 

w  dwa  palce,  aby  lepiej  się  jej  przyjrzeć.  Włosy  były  czarne,  szorstkie  w  dotyku  i 
kędzierzawe. Jupe domyślił się, że trzymając je w dziobie sroka niechcący skręciła je w 
kulkę. Ostrożnie włożył je do kieszonki na piersiach. 

- Czy domyśla się pani choć trochę, gdzie Lenora mogła to znaleźć? - zapytał. 
- Nie. Obawiam się, że nie - odparła panna Melody odkładając popielniczkę na 

stół. - Nie mam też pojęcia, skąd Nevermore przynosiła perły. 

Jupe popatrzył w okno. Do zmierzchu pozostały jeszcze ze dwie godziny. 

-  Wiecie  co  -  zwrócił  się  do  Boba  i  Pete'a  -  może  lepiej  wyjdziemy  na  dwór  i 

jeszcze raz przeszukamy ten park. Oczywiście - dodał spoglądając na pannę Melody - 

jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. 

-  Ależ  skąd,  przeciwnie,  jestem  bardzo  wdzięczna  i  wam,  i  panu  Frisbee  za 

pomoc. Ale jeśli pozwolicie, wolałabym nie chodzić tam z wami. Nie mam już prawie 

odwagi, żeby wyjść choćby do ogrodu - stwierdziła wyjmując znowu chusteczkę. - Boję 

się, że mogłabym natknąć się na coś - dodała załamującym się głosem. 

Tak więc kiedy  chłopcy wyszli z  domu,  panna Melody odprowadziła ich tylko 

wzrokiem,  stojąc  koło  prowadzących  na  taras  przeszklonych  drzwi.  Pete  szedł  z 

siedzącą  mu  wciąż  na  ramieniu  papugą,  która  najwyraźniej  polubiła  towarzystwo 
chłopców.  Pete  nie  miał  zresztą  nic  przeciwko  temu.  On  także  zdążył  już  polubić 
barwnego ptaka. Zaprzyjaźnił się z nim tak samo prędko, jak wcześniej z Cezarem. 

Zatrzymali  się  dopiero  na  żwirze  przy  końcu  trawnika,  w  miejscu,  w  którym 

zostały znalezione dwa martwe jastrzębie. Nie było tam jednak nic, co rzucałoby się w 

oczy, żadnych resztek karmy czy odcisków stóp. 

- Okay - zaintonował Jupe kierując się w stronę drzew. - Dzisiaj trzymajmy się 

background image

razem. 

- Dobra myśl - odpowiedział mu Pete drżącym od wysiłku sopranem. 

- Na wypadek, gdyby czaił się tam Frisbee ze złymi zamiarami. 
Nie  spotkali  jednak  nikogo.  Przez  godzinę  błądzili  pośród  zarośli  i  krzaków, 

wychodząc czasami na jakąś wąską, zabłoconą ścieżkę, nie natknęli się jednak na nic 
godnego uwagi. 

Po  długiej  wędrówce  znaleźli  się  na  niewielkiej,  porośniętej  trawą  polance, 

otoczonej  ze  wszystkich  stron  drzewami.  Panował  na  niej  dziwny  spokój,  tak  jakby 

większość ptaków unikała tego miejsca. Jupe znalazł kępę suchych traw i przysiadł na 

niej. Był już porządnie zmęczony, a w dodatku przemoczył sobie nogi. 

Tuż  obok  niego  wyciągnął  się  na  trawie  Pete.  Bob  przykucnął  w  pobliżu, 

opierając się plecami o drzewo. 

Przez jakieś pięć minut odpoczywali w milczeniu. Pete bezmyślnie  przyglądał 

się dziobiącemu ziemię drozdowi, który najwyraźniej szukał w trawie robaków. Jupe 

zaczynał już dochodzić do wniosku, że czas wracać do domu. 

I  właśnie  w  tym  momencie  wydarzyły  się  niespodziewanie  trzy  rzeczy. 

Nastąpiły tak szybko po sobie, że wydawało się, jakby zaszły jednocześnie. 

Papuga  zerwała  się  z  przeraźliwym  wrzaskiem  z  ramienia  Pete'a  i  pofrunęła 

między drzewa. 

Drozd uniósł głowę i zaczął rozpościerać skrzydełka. 

Z nieba spadł niczym pocisk jakiś czarny, obły kształt i wylądował prościutko na 

grzbiecie drozda. 

W chwilę potem było już po wszystkim. Drozd nie miał najmniejszej szansy na 

podjęcie  walki  z  napastnikiem.  Czarny  jastrząb  chwycił  go  szponami  i  momentalnie 

porwał na strzępy ostrym jak brzytwa dziobem. 

Wystarczyło parę sekund, aby jastrząb wyszarpał z drobnego ciałka drozda tyle, 

ile mu było potrzeba, po czym wystrzelił jak rakieta w powietrze, unosząc zdobycz w 

zakrzywionych pazurach. Na ziemi została jedynie główka i nóżki ofiary, jeśli nie liczyć 
kilku zakrwawionych piórek. 

Przez dobrą minutę żaden z Trzech Detektywów nie był w stanie wykrztusić ani 

słowa.  Ukryta  u  koronie  któregoś  z  pobliskich  drzew  papuga  sfrunęła  z  powrotem  i 
przysiadła na ramieniu Pete'a, 

- Okrutne! - wrzasnęła swym skrzekliwym głosem. - Okrutne! Okrutne! 
- Masz rację - przytaknął jej Jupe. - Ale dzięki temu wiemy już przynajmniej, 

background image

kto zamordował gołębia o dwóch pazurach. 

- I dlaczego ktoś wykłada jastrzębiom zatrute mięso - podsunął Bob. - Być może 

ten ktoś nie chce, żeby mordowały pocztowe gołębie. 

-  Możliwe  -  zgodził  się  Jupe,  który  wyjął  z  kieszeni  i  jeszcze  raz  obejrzał 

zagadkowy zwitek czarnych włosów. - Nadal jednak nie wiemy na pewno, kto to jest. 
Ani kto zatłukł kijem tę biedną srokę Nevermore - dodał podnosząc się na nogi. 

-  Intryguje  mnie  sprawa  śladów  -  powiedział  w  zamyśleniu.  -  Przecież  po 

ostatnim deszczu gdzieś tu muszą być jakieś odciski butów. Musieliśmy je przeoczyć, 

to wszystko. 

Rzuciwszy okiem na słońce, ruchem ręki zachęcił obu przyjaciół. 
- Chodźcie. Do zmroku została nam jeszcze dobra godzina  - powiedział. - Ale 

tym razem rozdzielimy się. I przeszukamy wszystkie ścieżki i wszystkie miejsca, gdzie 
ziemia jest trochę miększa i bardziej błotnista. 

-  A  gdyby  któremuś  z  nas  udało  się  natrafić  na  coś,  to  w  jaki  sposób  to 

zasygnalizujemy? - zapytał Bob. 

- Śpiewajcie najgłośniej, jak tylko się da, amerykański hymn - powiedział Jupe. 

Na  wszelki  wypadek  Pete  zaintonował  kilka  pierwszych  taktów.  Chciał  się 

upewnić,  czy  będzie  w  stanie  dać  tego  rodzaju  sygnał.  Uspokojony  co  do  swego 

wokalnego  talentu,  skinął  głową  na  znak  zgody,  po  czym  rozdzielili  się  i  zagłębili  w 
zielonej gęstwinie. 

I  to  właśnie  Pete  natrafił  w  piętnaście  minut  później  na  ślady  czyichś  butów. 

Dwa  wyraźne  odciski  widoczne  były  na  błotnistej  ścieżce,  którą  podążał.  Wyglądały 
tak, jakby ktoś przecinał ścieżkę pod kątem prostym. 

Pete zatrzymał się, aby dobrze się im przyjrzeć. Światło dnia zaczynało już lekko 

przygasać.  Zachód  słońca  przyciszył  też  trochę  rowzświergotane  ptactwo.  Pete'owi 

przemknęło  przez  głowę,  że  samotne  przebywanie  w  takim  odludnym  gąszczu  może 
przyprawić niejednego odważniaka o gęsią skórkę. 

Otworzył usta, aby dać umówiony sygnał. Nie mógł sobie jednak przypomnieć 

melodii  hymnu.  A  przecież  dopiero  co,  na  polance,  śpiewał  go  całkiem  bezbłędnie. 
Teraz jednak w żaden sposób nie umiał wykrzesać z pamięci początkowych dźwięków. 

-  God  bless...  -  próbował  zmusić  swą  mózgownicę  do  większego  wysiłku.  Bez 

skutku. 

- God bless America - zaskrzeczała nagle siedząca na jego ramieniu papuga. W 

jednej chwili melodia wyłoniła się z zakamarków jego pamięci. 

background image

- Dziękuję - powiedział przeciągając palcami po piórkach ptaka. 
-  God  bless  America  -  zaśpiewał  w  chwilę  potem,  starając  się  włożyć  w  to 

wszystkie siły. - Boże, błogosław Amerykę, mój ukochany kraj! 

Jupe i Bob musieli być gdzieś całkiem blisko, bo w minutę potem byli już obok 

niego.  Jupe  rzucił  okiem  na  wydłużone  odciski  męskich  butów  z  wyraźnie 
zaostrzonymi noskami, a potem jeszcze raz wyjął z kieszonki włochatą kulkę i przyjrzał 
się jej. 

- Brawo, Pete, dobrze się spisałeś - powiedział. - Ale to na pewno nie są odciski 

butów  pana  Frisbee.  Wczoraj  w  czasie  lunchu  dobrze  się  im  przyjrzałem.  On  ma 

bardzo małe stopy i w dodatku nosi buty z zaokrąglonymi noskami. Tak więc... - urwał, 
podnosząc do oczu włochatą kulkę - prawdopodobnie to nie Frisbee zahaczył brodą o 

jakiś kolczasty krzak i zostawił na nim tę kępkę, którą potem znalazła sroczka Lenora. 

Zmrok zaczynał już gęstnieć, toteż Jupe nie zwlekając poprowadził kolegów do 

miejsca,  gdzie  wszyscy  trzej  zostawili  rowery.  W  jednym  z  okien  na  piętrze  domu 

panny Maureen Melody paliło się światło. Jupe domyślił się, że położyła się ona być 
może  wcześniej  do  łóżka  i  przyszło  mu  do  głowy,  że  lepiej  będzie  nie  zakłócać  jej 

odpoczynku, zwłaszcza po przeżyciach, jakie ją dotknęły. 

- Jak by nie było  - wyjaśnił swą decyzję kolegom  - nie mamy jeszcze  dla niej 

żadnej konkretnej informacji. Wszystko, co wiemy, to tylko przypuszczenia. 

-  Jak  myślisz,  czy  te  ślady  mógł  zostawić  Tik?  -  zapytał  Bob,  któremu 

przypomniała się właśnie uwaga Jupe'a na temat zaostrzonych nosków obuwia, które 
Tik miał na nogach w “Koniku Morskim”. 

- Rzeczywiście, zrobiłem takie założenie - przyznał Jupe. - Ale zakładam też, że 

kluczem do rozwiązania całej tej zagadki jest Kyoto. 

- Dlaczego? - zapytał Pete. 

-  Ponieważ  to  Kyoto  napisał  ten  list:  “Dziś  pereł  nie  będzie”  -  odparł  Jupe 

unosząc w górę serdelkowaty wskazujący palec. W chwilę potem uniósł także drugi. - 

To jemu złożył wizytę w Mini-Tokio Parker Frisbee. Z dłoni Jupe'a wystrzelił w górę 
trzeci serdelek. - No i Tik czekał w “Koniku Morskim” także na Kyota. 

Pete kiwnął z uznaniem głową. 

- To rzeczywiście ma ręce i nogi - przytaknął skwapliwie. 
- A dzięki Bobowi - ciągnął Jupe - wiemy już, dlaczego Tik zaczaił się tam na 

niego. I dlaczego popędził za nim jak szalony. 

- Naprawdę? - zapytał Bob, nie bardzo rozumiejąc, na czym miałby polegać jego 

background image

wkład w rozwikłanie tej zagadki. 

- Ponieważ zgodnie z tym, co wydedukowałeś na podstawie wilgotnej farby na 

skrzynce listowej Kyota, musiał się on wprowadzić całkiem niedawno do tego domu. A 
Tik chciał się koniecznie dowiedzieć, gdzie ten Kyoto obecnie mieszka. 

- Ale po co? - zapytał Bob. 
- Tego właśnie musimy się dowiedzieć - stwierdził Jupe. - Jakie interesy łączą 

Tika  z  Kyotem  i  co  ten  Kyoto  może  mieć  wspólnego  z  perłami.  Będziemy  musieli 

jeszcze  raz  pojeździć  za  jego  furgonetką  -  dodał  po  chwili  milczenia.  -  Jak  dotąd  to 

jedyny konkretny trop, jaki mamy w ręku. 

- Może udałoby się wyłapać sygnały nadajnika, który ciągle przytwierdzony jest 

do jego samochodu - podsunął Pete. Jupe pokręcił głową. 

-  Do  tej  pory  baterie  w  nadajniku  na  pewno  już  zdechły,  a  skradanie  się  pod 

domem Kyota, żeby je zmienić, jest za bardzo ryzykowne.  

Rzekłszy to, Jupe popatrzył na Drugiego Detektywa. 

- Obawiam się, że to jest zajęcie dla ciebie - stwierdził z uśmiechem. 
Pete'owi  wyrwało  się  westchnienie.  Ile  razy  trzeba  było  wykonać  ryzykowną 

robotę, nadawała się ona jak ulał wyłącznie dla niego. 

- Okay - odparł z pewnym ociąganiem. - Lepiej powiedz mi od razu, Jupe, coś 

tam dla mnie jeszcze upitrasił. 

background image

Rozdział 11 
Tajemnica Kyota 

 
Następnego ranka Pete wstał jeszcze przed świtem. Jednym susem wskoczył w 

dżinsy, wciągnął szary sweterek, założył adidasy i po cichu zszedł do kuchni, żeby coś 

przegryźć na śniadanie. 

Na kuchennym stole leżały włożone do etui przeciwsłoneczne okulary. Pewno 

zostawił  je  tu  tata,  pomyślał  Pete,  zastanawiając  się,  czy  nie  powinien  ich  założyć. 

Ciekawe, czy będę się bardziej rzucał w oczy w ciemnych okularach, czy też bez nich, 

rozmyślał  pałaszując  słodkie  obwarzanki  i  popijając  je  mlekiem.  Czy  w  razie  gdyby 
Kyoto mnie zobaczył, zostanę przez niego rozpoznany? 

Ostatecznie  postanowił  zabrać  okulary  ze  sobą,  aby  włożyć  je  w  przypadku, 

gdyby  zaszła  potrzeba  zmiany  zewnętrznego  wyglądu.  Wcisnął  etui  pod  sweter  i 
pobiegł do komórki wystawić przechowywaną tam super-maszynę. 

Był  nią  angielski  rower  wyścigowy  z  dziesięciobiegową  przerzutką.  Pete 

otrzymał  go  od  ojca  na  swe  ostatnie  urodziny.  Używał  go  bardzo  oszczędnie, 

korzystając  na  co  dzień  ze  starego,  wysłużonego  gruchota.  Na  nowej  kolarce  mógł 
wyciągać  średnio  ponad  czterdzieści  pięć,  a  w  potrzebie  przeszło  sześćdziesiąt 
kilometrów na godzinę. 

Wyprowadzając rower na dwór, Pete poklepał go z czułością, niczym rasowego 

wierzchowca,  a  potem  wskoczył  na  siodełko.  Dziesięć  minut  później  był  już  na 

obrzeżach  Mini-Tokio.  Wjechał  na  chodnik  i  zatrzymał  się  między  drzewami,  skąd 
mógł obserwować dom Kyota, nie będąc widzianym przez nikogo. 

Zdążył  na  czas.  Zielona  furgonetka  nadal  zaparkowana  była  na  podjeździe,  a 

nad wejściem na mały ganek paliło się światło. 

W chwili gdy słońce zaczynało już wyłaniać się zza widnokręgu, ulicą przejechał 

czterodrzwiowy niebieski samochód, który zatrzymał się przed domem Japończyka. Z 
auta  wysiadł  jakiś  człowiek  i  ruszył  podjazdem  w  kierunku  furgonetki.  Pete  wytężył 

wzrok, aby przyjrzeć mu się jak najdokładniej. Nie było to zresztą konieczne, bowiem 
nawet w bladym świetle poranka widział wyraźnie charakterystyczny, ścięty ukośnie 

żakiet,  sztuczkowe  spodnie  oraz  gęstą,  czarną  brodę  i  wąsy.  Parker  Frisbee!  To 

absolutnie pewne. Pomyłka była wykluczona. 

Tym  razem  Frisbee  nie  miał  na  nosie  ciemnych  okularów,  niósł  za  to  jakiś 

spory, kanciasty pakunek. Pudło miało szarawy odcień, tak jakby było owinięte gazetą. 

background image

Frisbee otworzył tylne drzwi furgonetki i wstawił paczkę do środka. 

Światło na ganku zgasło. 

Frisbee  zatrzasnął  drzwi  furgonetki,  a  potem  wrócił  do  swego  samochodu, 

usiadł za kierownicą i odjechał. 

Pete  usadowił  się  znowu  pod  drzewem  i  zaczął  obserwację  domu.  W  dziesięć 

minut  później  z  jego  drzwi  wyszedł  jakiś  Japończyk  i  podszedł  do  furgonetki.  Przez 
chwilę  Pete  nie  wiedział,  kogo  ma  przed  sobą  -  Kyota  czy  też  jego  kolegę  znającego 

angielski? 

Ale  zaraz  przypomniało  mu  się  to,  co  Jupe  powiedziało  charakterystycznym 

pasie noszonym przez tłumacza i o tłustej plamie na jego dżinsach. Mężczyzna idący 
ku  furgonetce  nie  miał  ani  zdobionego  tłoczeniami  pasa,  ani  plamy  na  spodniach. 

Ubrany  był  w  wytarte  drelichy,  a  w  ręku  niósł  metalowy  pojemnik,  w  jakim  zwykle 
zabiera się na wycieczkę przygotowany uprzednio lunch. 

Pete wysunął zza drzewa swą wyścigówkę i usiadł na siodełku, podpierając się 

czubkami palców o ziemię. 

Kyoto  nie  otworzył  tylnych  drzwi  furgonetki  ani  nawet  nie  zajrzał  do  środka 

przez okno. Usiadł za kierownicą i uruchomiwszy silnik zaczął wycofywać samochód z 
podjazdu. Pete przesunął się na skraj chodnika tuż obok jezdni. 

Wyjeżdżając  tyłem  na  ulicę,  furgonetka  skręciła  ostro,  zatrzymała  się  na 

moment, a potem ruszyła w kierunku Pete'a, który cofnął się raptownie, aby schować 

się za drzewem. Kiedy rozklekotany samochód minął jego kryjówkę, Pete policzył do 
dziesięciu i ruszył za nim. 

Bez trudu utrzymał dystans wystarczający, aby nie stracić z oczu zielonego auta, 

zjeżdżającego krętą drogą w dół, ku miastu. Zachowując bezpieczną odległość pokonał 

Main  Street,  wreszcie  skręcił  za  ściganym  samochodem  na  drogę  idącą  wzdłuż 

wybrzeża. 

Furgonetka  zaczęła  nabierać  szybkości.  Pedałując  o  jakieś  sto  metrów  za  nią, 

Pete  włączył  największe  przełożenie  i  rozpędził  się  stopniowo,  najpierw  do 
czterdziestu,  potem  pięćdziesięciu,  wreszcie  ponad  sześćdziesięciu  kilometrów  na 
godzinę.  Kiedy  mijał  “Konika  Morskiego”,  aby  rozpocząć  długi  zjazd  ze  szczytu 

wzgórza, było już zupełnie widno. 

W parę minut później przemknął obok strzeżonej plaży Willsa. 

Znajdowało się tu pole namiotowe, ale nie wolno było rozpalać ognisk. Także 

teraz zobaczył kilka rozbitych namiotów. Z jednego z nich wyszła jakaś dziewczyna i 

background image

pomachała ręką pędzącemu jak strzała Pete'owi. 

O  parę  kilometrów  dalej  droga  odchodziła  od  wybrzeża  oceanu.  Pete  rzucił 

okiem  na  widoczne  jeszcze,  załamujące  się  fale.  Przyszło  mu  do  głowy,  że  byłoby 
wspaniale  popływać  w  taki  piękny,  słoneczny  dzień.  Te  rozmyślania  przerwał  nagle 

widok  zapalających  się  hamulcowych  świateł  furgonetki.  Nacisnął  na  hamulce  i 
zatrzymał się, szorując po asfalcie zablokowanymi kołami. 

Furgonetka  stanęła  w  miejscu.  Pete'owi  przypomniała  się  wysportowana, 

umięśniona  sylwetka  Kyota.  Uświadomił  sobie,  że  to  przecież  Japończycy  wynaleźli 

karate. Zaczął już odwracać swą leciutką wyścigówkę w przeciwnym kierunku, aby być 

gotowym  do  ucieczki,  zanim  będzie  za  późno.  W  tym  momencie  zielona  furgonetka 
ruszyła powoli do przodu i skręciła w lewo, zjeżdżając z drogi. 

Dopiero  teraz  Pete  zauważył  wąską  dróżkę  prowadzącą  w  kierunku  morza. 

Nacisnął  na  pedały  i  ostrożnie  zbliżył  się  do  jej  wylotu  na  główną  drogę.  O  jakieś 
trzydzieści  metrów  dalej  dróżka  kończyła  się  parkingiem,  za  którym  widać  było 

wysoki,  żelazny  parkan  z  bramą  wjazdową.  Za  parkanem  znajdowała  się  grupka 
skupionych blisko siebie drewnianych domków. 

Zielona furgonetka wjechała na parking. Ukryty w krzakach rosnących wzdłuż 

głównej  drogi,  Pete  zobaczył,  że  Kyoto  wysiada  z  blaszanym  pudłem  w  rękach  i 

podchodzi do tylnych drzwi samochodu. 

Japończyk  wszedł  do  środka  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.  Minęło  kilka,  może 

kilkanaście minut. Pete zaczął zastanawiać się, co on tam robi? Może zmienia ubranie? 

Nie,  jednak  nie.  Kiedy  Japończyk  otworzył  wreszcie  drzwi  i  wysiadł,  miał  na 

sobie  te  same  drelichy.  Trzymając  przed  sobą  oburącz  metalowe  pudełko,  ruszył  w 

kierunku bramy. 

Z drzwi jednego z domków wyszedł mężczyzna w mundurze. Był uzbrojony w 

pistolet,  nie  wyglądał  jednak  na  zwykłego  policjanta.  To  jakiś  ochroniarz,  pomyślał 
Pete.  Mężczyzna  otworzył  bramę  i  wpuścił  Kyota  do  środka,  po  czym  z  powrotem 

zamknął wejście na klucz. 

Widząc,  że  z  głównej  drogi  zjeżdża  w  kierunku  parkingu  jakaś  odkryta 

półciężarówka, Pete wcisnął się głębiej w zarośla. Z tyłu, na skrzyni, siedziało dwóch 

Japończyków. Kiedy samochód zatrzymał się na parkingu, z kabiny wysiadło jeszcze 
dwóch.  Wszyscy  mieli  w  rękach  takie  same  turystyczne  blaszane  pudełka.  Cała 

czwórka  podeszła  do  bramy.  Uzbrojony  strażnik  otworzył  ją  znowu  i  wpuścił  ich  do 
środka. 

background image

Ciekawe,  co  tu  się  mieści,  zaczął  zastanawiać  się  Pete.  Z  wyjątkiem 

drewnianych  domków  za  płotem  nie  było  widać  nic  godnego  uwagi.  Z  tyłu,  za 

domkami, rozpościerał się płaski teren, ciągnący się aż do plaży. Nie wydawało się, aby 
ktoś uprawiał na nim cokolwiek. 

Wpatrując  się  w  pustą  przestrzeń,  Pete  zorientował  się  nagle,  że  to,  co 

wydawało  mu  się  płaskim  kawałkiem  ziemi,  wcale  nim  nie  jest.  Miał  przed  sobą 
ogromne,  sztuczne  jezioro,  oddzielone  od  morskiego  brzegu  kamienną  groblą.  Cała 

jego powierzchnia pokryta była szachownicą zbitych z desek drewnianych pomostów, 

wystających nieco ponad powierzchnię wody. 

Zobaczył,  że  Japończycy  rozchodzą  się  po  owych  pomostach  na  wszystkie 

strony, a potem schylają się i wyciągają z wody coś, co wyglądało na druciane klatki. 

Nie  był  w  stanie  dostrzec,  co  w  nich  się  znajduje,  stwierdził  tylko,  że  Japończycy 
pochylają się nad nimi i wykonują takie ruchy, jakby uważnie sortowali ich zawartość. 

Z  tej  odległości  Pete  nie  mógł  stwierdzić,  w  którym  miejscu  był  w  tej  chwili 

Kyoto  Widział  jednak  wyraźnie  pięć  skulonych  w  kucki  figurek,  był  więc  pewien,  że 
jedną z nich musi być “jego” Japończyk. 

Minęło  następne  pół  godziny.  Na  obserwowanym  przez  Pete'a  terenie  nic  się 

nie wydarzyło ani nie zmieniło. Od czasu do czasu wzdłuż ogrodzenia przechadzali się 

tylko strażnicy. Pete stwierdził, że było ich co najmniej trzech. Skulone postacie nadal 
pochylały  się  cierpliwie  nad  drucianymi  klatkami.  Co  jakiś  czas  jedna  z  nich 

wędrowała z powrotem do wody, a na jej miejsce pojawiała się następna. I tak w kółko. 

Nad sztucznym jeziorem unosiły się i szybowały stada mew i gołębi. Nie było w 

tym nic niezwykłego. Ptaki te można było spotkać wszędzie, wzdłuż całego wybrzeża. 

Czas  na  złożenie  meldunku,  pomyślał  Pete.  Jadąc  tu,  zauważył  oddaloną  o 

jakieś  półtora  kilometra  stację  benzynową.  Wyciągnął  z  krzaków  swój  rower  i  na 

pełnym gazie popędził w jej kierunku. 

Czekający w Kwaterze Głównej Jupe natychmiast podniósł słuchawkę telefonu. 

Pete  poinformował  go,  że  znajduje  się  mniej  więcej  półtora  kilometra  za  strzeżoną 
plażą Willsa. Umówił się w końcu, że zaczeka tu, na stacji, na pozostałych detektywów. 

Wychodząc  z  budki  telefonicznej  pomyślał,  że  jego  koledzy  zjawią  się  tu  nie 

wcześniej  niż  za  jakąś  godzinę.  Kupił  puszkę  coli  i  słodki  batonik,  a  potem  zaczął 
rozglądać się za cienistym miejscem, gdzie można by usiąść. 

- Piękny rower - powiedział obsługujący stację młody człowiek, wpatrując się z 

podziwem w angielską wyścigówkę. 

background image

Zakłopotany  trochę  Pete  odpowiedział  jakimś  niewyraźnym  bąknięciem. 

Niewiele  tylko  starszy  od  niego  pracownik  stacji  okazał  się  prawdziwym  znawcą  i 

amatorem  tego  rodzaju  pojazdów.  Natychmiast  wdał  się  w  wymianę  uwag  na  temat 
różnych  technicznych  nowinek,  a  zwłaszcza  konstrukcji  przerzutek.  Dopiero  po 

dłuższej chwili Pete uświadomił sobie, że jego młody rozmówca byłby może w stanie 
udzielić mu użytecznych informacji. 

-  Ten  teren  ogrodzony  żelaznym  parkanem,  niedaleko  stąd...  -  powiedział 

wyciągając rękę ku północy. - Co tam się mieści? 

-  Z  tego,  co  słyszałem  -  odparł  pracownik  stacji  -  znajduje  się  tam  ferma 

zajmująca się hodowlą ostryg. Kilka lat temu założył ją jakiś  dziany Japoniec. Kazał 
zrobić wykop i usunąć ziemię, a potem zalać wszystko wodą z oceanu. Ktoś mówił, że 

hodują tam ostrygi. 

Pete nie miał pewności, czy jego rozmówca wiedział coś więcej na ten temat. Na 

stację zaczęły zajeżdżać jeden po drugim samochody i młody człowiek nie mógł odejść 

od  pomp  aż  do  przyjazdu  Jupe'a  i  Boba.  Jupe  był  spocony  i  wykończony  po  długiej 
jeździe, odmówił jednak wypicia coli czy innego napoju. 

- One mają za dużo kalorii - wyjaśnił krótko, a potem poszedł się odświeżyć pod 

kranem  ze  zwykłą  wodą.  Dopiero  po  tych  zabiegach  Pe-te'owi  udało  się  odciągnąć 

kolegów na bok i zdać im relację ze wszystkiego, czego był świadkiem i co zobaczył od 
wyjazdu z domu tego ranka. 

-  Hodowla  ostryg,  hmmm  -  powtórzył  w  zamyśleniu  Jupe.  -  Uzbrojeni 

ochroniarze.  Parker  Frisbee.  Duży,  kanciasty  pakunek,  owinięty  czymś  szarawym. 
Dobra robota, Pete. 

- Dobra, dobra, ale powiedz mi, Jupe, co to wszystko oznacza? - zapytał Pete. 

Pierwszy Detektyw nie odpowiedział. 

- Spróbujmy znaleźć tam na miejscu jakąś dobrą kryjówkę i zobaczymy, co się 

będzie działo dalej - zasugerował w zamian. 

Chłopcy wskoczyli na rowery i ruszyli jeden za drugim w kierunku sztucznego 

zalewu.  Ukryli  rowery  w  wysokich  łopianach,  z  dala  od  drogi,  i  podczołgali  się  do 
wąskiej dróżki, chcąc mieć oko i na nią, i na strzeżoną przez wartowników bramę. 

Jupe miał przy sobie lornetkę. Podniósł ją do oczu i nastawił ostrość tak, aby 

przyjrzeć się dobrze pochylonym nad drucianymi klatkami Japończykom. 

- Zgadza się, to ostrygi - powiedział. - Znaczy się to, co jest w tych klatkach. Ale 

przeszkadza mi ten płot i nie mogę dokładnie stwierdzić, co oni z nimi robią. Zdaje mi 

background image

się, że otwierają niektóre z nich. 

Słońce było już wysoko i zaczęło zdrowo przypiekać. Pete żałował w duchu, że 

nie  przywiózł  ze  stacji  choćby  jednej  puszki  z  jakimś  napojem.  Założył 
przeciwsłoneczne okulary, odwrócił się na plecy i zamknął oczy. 

W południe jeden ze strażników gwizdnął głośno. Japończycy przerwali pracę, 

żeby zjeść lunch. Nie zeszli jednak z pomostów, tylko rozsiedli się na nich w pełnym 
słońcu i zaczęli się posilać tym, co każdy z nich miał w metalowym pudełku. 

Na pomostach wokół nich zaroiło się od mew i gołębi, czyhających na odpadki. 

Japończycy  zaczęli  je  przeganiać.  Ptaki  dały  w  końcu  za  wygraną,  uniosły  się  w 

powietrze i odleciały. 

Jupiter  opuścił  lornetkę.  Widok  zajadających  smacznie  Japończyków 

przypomniał mu o jego własnym, pustym żołądku. Wysiłkiem woli starał się rozpędzić 
myśli o jedzeniu, aby móc skoncentrować się na tajemnicy gołębia o dwóch pazurach i 
na  sprawie  pomordowanych  ptaków.  Zaczął  nieświadomie  miętosić  dwoma  palcami 

dolną wargę. 

Co  to  za  historia  z  tym  szarym  pudłem,  które,  według  relacji  Pete'a,  Parker 

Frisbee  umieścił  w  zielonej  furgonetce?  Co  w  nim  mogło  być?  Pete  powiedział,  że 
Kyoto przed wejściem w bramę zostawił je w furgonetce i zabrał tylko swoje pudełko z 

lunchem. 

Jupe szturchnął pogrążonego w słodkim nieróbstwie Pete'a. 

- Czy Kyoto zamknął na klucz tylne drzwi furgonetki? - zapytał widząc, że Pete 

unosi  głowę.  Nie  był  wprawdzie  pewien,  czy  schowane  za  ciemnymi  szkłami  oczy 
kolegi  są  otwarte  czy  zamknięte,  miał  jednak  nadzieję,  że  Pete  nie  rozespał  się  na 

dobre. 

-  Nie  -  odparł  sennym  głosem  zapytany.  -  Jestem  pewien,  że  nie  -  dodał 

zapadając znowu w drzemkę. 

Jupe zaczął analizować możliwe posunięcia. Czy dałoby się podkraść od tyłu do 

zielonej furgonetki, wśliznąć do środka i otworzyć szary pakunek?... Mimo wszystko 
musiał  stwierdzić,  że  nie.  Uzbrojeni  ochroniarze  nie  znikli  we  wnętrzu  któregoś  z 
domków, aby także zjeść lunch. Nadal patrolowali ogrodzenie i okolice bramy. 

W  kilka  minut  potem  powietrze  przeciął  znowu  ostry  dźwięk  gwizdka. 

Japończycy  pozamykali  swoje  pudełka  z  posiłkiem  i  wrócili  do  sortowania  ostryg, 

wydobywanych z wody w drucianych klatkach. 

Jupe poczuł, że i jemu oczy zaczynają się kleić, próbował zwalczyć ogarniającą 

background image

go senność, nie działo się jednak nic, co byłoby w stanie przykuć jego uwagę, nawet z 
lornetką przy oczach. Absolutnie nic nowego. Upał, niczym nie zmącona cisza i czczość 

w  pustym  żołądku  zmogły  go  w  końcu.  Przymknął  powieki  i  w  chwilę  potem  głowa 
opadła mu na rozpostarte na ziemi dłonie. 

Przyśniło  mu  się,  że  zajada  orzechowy  torcik,  pokryty  grubą  warstwą  kremu. 

Właśnie sięgał widelczykiem po drugą porcję, kiedy zbudził go ostry dźwięk gwizdka. 
Odruchowo spojrzał na zegarek. Była trzecia po południu. Japończycy jak na komendę 

zaczęli  wstawiać  do  wody  druciane  klatki,  a  potem  prawie  jednocześnie  ruszyli  po 

drewnianych kładkach w kierunku bramy. 

Jupe  w  jednej  chwili  otrząsnął  się  z  resztek  snu.  Oto  do  czego  służą  ciemne 

okulary, przemknęło mu przez głowę niczym nagłe odkrycie. Parker Frisbee miał je na 

nosie wtedy, w parku panny Melody, a potem także na parkingu koło banku. Mimo że 
w  obu  przypadkach  panowały  nocne  ciemności.  No  bo  takie  ciemne  szkła  nie  tylko 
chronią oczy przed światłem, ale mogą też osłaniać je przed wzrokiem innych ludzi. 

Spoglądając na twarz Pete'a, Jupe zupełnie nie wiedział, czy jego przyjaciel ma oczy 
otwarte, czy też zamknięte. 

Wróciwszy do obserwowania tego, co działo się za płotem, Jupe stwierdził, że 

Japończycy nie zmierzają jednak prosto do bramy. Jeden po drugim zaczęli znikać we 

wnętrzu  stojącego  niedaleko  niej  drewnianego  baraku.  Jupe  zobaczył  też,  że  znikli 
gdzieś wszyscy strażnicy. 

W  jednej  chwili  zerwał  się  z  ziemi  i  co  sił  w  nogach  pognał  wąską  dróżką  w 

kierunku parkingu. 

Bob otworzył oczy. Miejsce obok niego było puste. Jupe zniknął. Gdzie on się 

mógł  podziać?  W  tej  samej  chwili  dostrzegł  Pierwszego  Detektywa,  sięgającego  do 

klamki tylnych drzwi zielonej furgonetki. Jupe wskoczył do środka i zamknął drzwi za 

sobą. 

- O rany - odezwał się Pete unosząc głowę. 

- Jak myślisz, co powinniśmy teraz zrobić? - zapytał go Bob. - To znaczy, czego 

Jupe może się po nas spodziewać? Czy on ma zamiar ukryć się w samochodzie Kyota i 
w ten sposób wrócić do miasta? Czy ma jakieś inne plany? Jak ci się wydaje? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparł  Pete,  nie  mniej  zakłopotany  od  Boba.  -  Gdyby 

chciał, żebyśmy coś zrobili, chyba by nam o tym powiedział, no nie? 

- Też tak myślę. Może chce po prostu przeszukać tę furgonetkę. Zdaje mi się, że 

najlepiej będzie zaczekać tu na niego. Mam tylko nadzieję, że zdąży wrócić zanim ten 

background image

Kyoto... - miał zamiar dokończyć “... go złapie”, ale nigdzie nie było widać ani Kyota, 
ani nikogo innego. Japończycy rozpłynęli się gdzieś. Strażnicy także. 

Podniósłszy do oczu lornetkę, Bob przejechał wzrokiem po pustych kładkach i 

wzdłuż ogrodzenia. W końcu jego uwagę przykuło okno jednego z baraków. 

Mimo że trudno było dojrzeć dokładnie, co dzieje się w środku, Bob zdołał się 

zorientować, że wnętrze wypełnione jest Japończykami i ochroniarzami. Japończycy 
pozdejmowali  z  siebie  ubrania,  a  strażnicy  zdawali  się  przetrząsać  je  dokładnie. 

Zaglądali także do pudełek na lunch. 

Bob  opuścił  lornetkę.  Zobaczył  wracającego  biegiem  Jupe'a.  W  chwilę  potem 

Pierwszy Detektyw rozciągnął się obok niego, ciężko dysząc. Miał zaczerwienioną od 
wysiłku twarz, ale jego oczy błyszczały podnieceniem. 

- Strażnicy przeszukują ich, tak?  -  zapytał Jupe, jak tylko wrócił  mu w miarę 

normalny oddech. 

Bob kiwnął potakująco głową. 

- Przynajmniej na to wygląda. 
- Jak myślisz, Jupe, czego oni mogą szukać?  

Pierwszy  Detektyw  zdawał  się  ważyć  w  myśli  odpowiedź  na  pytanie  swego 

kolegi. 

-  Ja  też  zrobiłem  małe  przeszukanie  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Udało  mi  się 

stwierdzić,  co  też  mogło  się  znajdować  w  tym  pakunku,  który  Kyoto  zostawił  w 

furgonetce. Ale wiesz Pete, to pudło nie było opakowane w gazetę, chociaż mogło tak 
wyglądać,  kiedy  patrzyłeś  na  nie  w  bladym  oświetleniu  i  z  daleka.  W  rzeczywistości 
owinięte było gazą. 

-  Gazą?  -  powtórzył  z  błyskiem  w  oczach  Pete.  -  Tak  samo,  jak  klatka 

pozostawiona przez Tika? 

- Dokładnie tak - odparł Jupe. - Gaza była z niego wprawdzie zdjęta, ale klatka 

stała nadal w tylnej części furgonetki. Stwierdziłem, że nic w niej nie ma. Ale mógłbym 

się  założyć,  że  nie  była  pusta  w  momencie,  gdy  wstawiał  ją  do  furgonetki  Frisbee. 
Zobaczcie, co znalazłem w środku! 

Uniósłszy w górę otwartą dłoń, Jupe pokazał kolegom swoją zdobycz. Było to 

kilka ziaren kukurydzy. 

- Gołębie... - domyślił się Pete. - Kyoto przywiózł w tej klatce gołębia... 

- I przeszmuglował go przez bramę w pudełku na lunch - dopowiedział Jupe. - 

Nie  było  to  wcale  trudne.  Strażnicy  nie  rewidują  Japończyków  przy  wchodzeniu  do 

background image

środka. Tylko przy wyjściu, po pracy. 

Bob zmarszczył brwi z zaintrygowaną miną. 

- Ale czego oni mogą szukać? - zapytał po raz drugi. 
- Pereł  - wyjaśnił spokojnie Jupe.  - Po to właśnie hodują tu te małże. To jest 

ferma hodowlanych pereł. 

background image

Rozdział 12 
Jupe ma pewien plan... 

 
- No, to mamy już dwie rzeczy - powiedział Jupe. - Perły i pocztowe gołębie. 
Po powrocie z ostrygowej fermy Trzej Detektywi spotkali się znowu w Kwaterze 

Głównej, zajadając kanapki przygotowane przez ciocię Matyldę. Jupe przekroił swoją 
na dwie równe części. Postanowił twardo, że zje tylko jedną z nich. 

Jako ostatni na spotkaniu zjawił się Bob. Po drodze wstąpił do biblioteki, aby 

wypożyczyć dwie książki, o które prosił Jupe. 

- No i co tam piszą o hodowlanych perłach? - zapytał go Pierwszy Detektyw. 
Bob  otworzył  jedną  z  książek,  zatytułowaną  “Drogocenne  klejnoty”,  i  wyjął  z 

niej kartkę z odręcznymi notatkami. 

-  Perły  hodowlane  -  przeczytał  włożywszy  okulary.  -  Sposób  pozyskiwania: 

należy  wziąć  młode  małże,  z  gatunku  tak  zwanych  perłorodnych,  i  umieścić  je  w 

klatkach zanurzonych w wodzie. Po osiągnięciu przez nie wieku trzech lat otwiera się 
je i wkłada do środka maleńki okruch macicy perłowej. Powinien on być umieszczony 

w tak zwanym płaszczu. Następnie klatkę zanurza się znowu i pozostawia w wodzie na 
okres  trzech  do  sześciu  lat.  Od  czasu  do  czasu  należy  otwierać  i  sprawdzać  każdy 
egzemplarz. Umieszczona we wnętrzu małża okruszyna irytuje go i drażni, w wyniku 

czego tworzy on wokół niej osłonę w kształcie perły... 

- Która pełni rolę jakby bandaża - wtrącił Pete. 

- Tak, a w każdym razie chroni przed uwieraniem - potwierdził Bob, pochylając 

się  znowu  nad  swymi  notatkami.  -  Po  upływie  około  sześciu  lat  perły  osiągają 

wymagane  rozmiary.  Wyjmuje  się  je,  sortuje  i  sprzedaje.  Hodowle  pereł  na  wielką 

skalę prowadzi się w Japonii. Niektóre z wyhodowanych w ten sposób pereł wyceniane 

są na kilkaset dolarów. 

- Dlaczego czasami nazywa się je sztucznymi perłami? - zapytał Pete. - Przecież 

nie wykonuje się ich z jakiegoś plastyku czy innej masy.  

Bob i Jupe roześmiali się jak na komendę. 
- Pewno, że nie - powiedział Bob. - Określenie “sztuczne” oznacza tylko tyle, że 

powstają pod kontrolą i w sztucznie stworzonych warunkach. Żeby mieć pewność, że 

w małżu wyrośnie perła, trzeba umieścić w nim ostrą i twardą okruszynkę. Nie czeka 

się, aż do jego wnętrza dostanie się przez przypadek ziarnko piasku czy żwiru. 

-  Więc  ten  Kyoto  pracuje  w  fabryce  pereł  -  stwierdził  Pete  głaszcząc  piórka 

background image

Cezara  przez  oczka  siatki.  -  To  dlatego  strażnicy  rewidują  wszystkich  przy  wyjściu. 
Żeby nie dopuścić do kradzieży choćby jednej małej perełki. Prawda, Jupe? 

- Prawda - potwierdził Pierwszy Detektyw rozpierając się w obrotowym fotelu 

za  biurkiem.  -  Ale  nie  przeszukują  ich  rano,  kiedy  idą  do  pracy.  I  ta  właśnie 

okoliczność  podsunęła  Parkerowi  Frisbee  i  jego  japońskiemu  przyjacielowi  pewien 
pomysł. W gruncie rzeczy niezwykle prosty. Ale prześliczny dzięki tej prostocie. Polega 
on na tym, że Frisbee wstawia do furgonetki Kyota klatkę z pocztowym gołębiem. Idąc 

do  pracy  na  ostrygowej  fermie,  Kyoto  wyjmuje  gołębia  z  klatki  i  szmugluje  go  do 

środka w pudełku na lunch. 

Przez  chwilę  Jupe  bawił  się  nie  zjedzoną  połową  swojej  kanapki.  Odsunął  ją 

jednak na bok. 

-  Jeżeli  Kyoto  znajdzie  w  ciągu  dnia  piękny  okaz  perły  w  jakimś  mięczaku, 

czeka aż do gwizdka na lunch, a potem wyjmuje gołębia z pudełka i przytwierdza perłę 
do jego nóżki. A że lata tam mnóstwo różnych ptaków, żaden ze strażników nie jest w 

stanie  zauważyć,  że  przybył  jeszcze  jeden.  Uwolniony  gołąb  leci  prościutko  do 
gołębnika Parkera Frisbee, dostarczając mu cenny ładunek. 

-  A  jeżeli  Kyoto  nie  natrafi  przed  lunchem  na  ładną  perłę  -  powiedział  Bob  - 

posyła  panu  Frisbee  napisany  po  japońsku  liścik  z  wiadomością,  że  “dziś  pereł  nie 

będzie”.  Taki,  jak  ten,  który  znaleźliśmy  przy  gołębiu  o  dwóch  pazurach 
zamordowanym przez jastrzębie panny Melody Ale... - urwał nagle, tak jakby nie mógł 

znaleźć właściwego słowa. - Ale... 

- Tamten gołąb nie był własnością Parkera Frisbee - dokończył za niego Jupe. - 

Należał do Tika. W każdym razie to Tik miał go ze sobą wtedy, w “Koniku Morskim”. I 

to w dokładnie takiej samej klatce, owiniętej gazą. 

Najzupełniej bezwiednie Jupe odłamał kawałek odsuniętej przed chwilą na bok 

połówki sandwicza. 

- Bob, dawaj tę drugą książkę. Musimy i na nią rzucić okiem - powiedział. 

Druga  z  przyniesionych  przez  Boba  książek  okazała  się  atlasem  drogowym 

południowej Kalifornii. Aby mieć wolne ręce, Jupe włożył do ust odłamany kawałek 
kanapki, a potem odszukał w atlasie stronicę, na której znajdowała się dokładna mapa 

obszaru  położonego  między  Rocky  Beach  i  Santa  Monica.  Pozostali  dwaj  detektywi 
pochylili się, aby także rzucić na nią okiem. 

-  A  więc  strzeżona  plaża  Willsa  znajduje  się  tu  -  podobny  do  serdelka 

wskazujący  palec  Jupe'a  zatrzymał  się  na  odcinku  wybrzeża,  idącym  ze  wschodu  na 

background image

zachód.  -  Wobec  tego  ostrygowa  ferma  musi  być  gdzieś  tutaj.  A  Parker  Frisbee 
mieszka... - pulchny palec powędrował wzdłuż wybrzeża aż do Rocky Beach  - ...o, w 

tym  miejscu,  po  zachodniej  stronie  miasta.  Wiem  o  tym  -  dodał  przerywając  na 
moment machinalne obracanie w ustach kawałka kanapki - ponieważ znalazłem jego 

domowy adres w książce telefonicznej. 

Stwierdziwszy  to,  Jupe  sięgnął  po  leżącą  na  biurku  linijkę  i  połączył  nią  oba 

punkty na mapie. 

- Co wam to mówi? - zapytał. 

-  Że  między  ostrygową  fermą  i  domem  Parkera  Frisbee,  koło  którego 

prawdopodobnie  znajduje  się  gołębnik,  nie  ma  żadnych  przeszkód,  mogących 
utrudnić lot - odparł Pete. - Odległość wynosi mniej więcej dziewięć kilometrów, z tego 

większość nad oceanem. 

-  A  jej  pokonanie  zajęłoby  pocztowemu  gołębiowi  około  sześciu  minut  - 

stwierdził  Bob.  -  Tak  więc  Frisbee  musi  tylko  pamiętać,  aby  w  południe  wrócić  do 

domu. A tam po kilku minutach zjawia się gołąb i przynosi mu piękną perłę. 

-  W  takim  razie,  w  jaki  sposób  tamten  gołąb  został  zamordowany  w  parku 

panny  Melody?  -  zaoponował  Pete.  -  Ona  mieszka  przecież  po  wschodniej  stronie 
miasta - dodał wskazując miejsce na mapie. - To nie jest po drodze z fermy do domu 

pana Frisbee, lecz sporo dalej. Co ten gołąb z dwoma pazurkami robił tak daleko od 
swojej trasy? 

- Jeżeli z niej zboczył, to mogło mu się to przydarzyć wyłącznie w przypadku, 

gdyby leciał do gołębnika Parkera Frisbee - stwierdził Jupe przesuwając linijkę tak, że 
łączyła  teraz  ostrygową  fermę  z  domem  panny  Melody.  -  Ale  nie  musiałby  nigdzie 

zbaczać, gdyby leciał tu - dodał, wskazując palcem widoczne na mapie miasto, odległe 

od Rocky Beach o kilka kilometrów na południe. 

- Do Santa Monica? - zapytał Bob. 
- Do Tika! - podchwycił Pete. 

- Tik mieszka przecież w Santa Monica - przypomniał Bob. - Sam to potwierdził 

wtedy, w “Koniku Morskim”... 

-  Tak  więc  jeśli  ten  gołąb  o  dwóch  pazurach  był  własnością  Tika  -  rozwinął 

sugestie kolegów Jupe - i leciał do jego domu w Santa Monica, musiał pofrunąć nad 
parkiem  panny  Melody.  I  właśnie  wtedy  został  zamordowany  przez  któregoś  z  jej 

jastrzębi. 

Przez  chwilę  Jupe  błądził  w  zamyśleniu  palcami  po  tym,  co  zostało  jeszcze  z 

background image

jego kanapki. 

-  A  przy  tym  wydaje  się  rzeczą  oczywistą,  że  nie  był  on  pierwszym  gołębiem 

Tika, który zginął w ten sposób - podjął swój wywód. - Miss Melody powiedziała nam, 
że  Nevermore  przyniosła  jej  w  tym  miesiącu  trzy  perły.  Jest  więc  bardzo 

prawdopodobne, że sroka znalazła je wszystkie w parku swej pani, przymocowane do 
nóżek martwych gołębi. 

- Zdaje się, że to ma ręce i nogi - stwierdził Pete.  

Jupe zamknął atlas i nachmurzył się. 

-  Miałoby  -  powiedział  -  gdyby  Frisbee  uprawiał  ten  proceder  z  Tikiem.  To 

znaczy,  gdyby  jednego  dnia  używany  był  gołąb  Parkera  Frisbee,  a  innego  któryś  z 
gołębi  Tika.  Tylko  w  takim  przypadku  zachowanie  pana  Frisbee  miałoby  jakiś  sens. 

Wyjaśniłoby się, dlaczego zaniepokoiło go to, że ktoś morduje gołębie Tika. I dlaczego 
zakradł  się  po  ciemku  do  parku  panny  Melody,  a  potem  zaatakował  mnie  kijem, 
myśląc, że to ja jestem mordercą tych ptaków. 

Marszcząc w zamyśleniu brwi, Jupe odłamał kawałek kanapki. 
- A potem Frisbee dowiedział się od Maureen Melody, że kręcimy się tam na jej 

prośbę, postanowił więc zmienić front i udawał, że ma wobec nas przyjazne zamiary. 
Zaoferował nam premię za wyjaśnienie, w jaki sposób giną gołębie Tika. 

Wygłosiwszy to, Jupe potrząsnął głową i z zasępioną miną spojrzał na kawałek 

chleba z serem, który jakimś cudem znalazł się w jego palcach. Zrobił to z taką miną, 

jakby ten widok nie pozwalał mu na zebranie myśli. Machinalnie uniósł rękę do ust. 

- Ale oni nie mogą być wspólnikami - powiedział. 
- Czemuż to? - zapytał Bob. - Skąd ci to przyszło do głowy?  

Przez dłuższą chwilę Jupe jednostajnie obracał w ustach chleb z serem. 

- Jeżeli Frisbee i Kyoto działają do spółki, to w takim razie wspólnikiem Kyota 

musi być także Tik - powiedział z naciskiem, a potem zaczął z roztargnieniem obracać 
w  palcach  następny  kawałek  sandwicza.  –  Ale  w  takim  razie  Tik  wiedziałby,  gdzie 

mieszka  Kyoto.  Znałby  jego  nowy  adres.  Nie  musiałby  zaczajać  się  w  “Koniku 
Morskim” po to, żeby śledzić Kyota wracającego z pracy zieloną furgonetką. 

Podniósłszy  się  z  miejsca,  Jupe  energicznym  ruchem  dłoni  włożył  do  ust 

kawałek  kanapki,  tak  jakby  chciał  usunąć  go  po  prostu  z  pola  widzenia.  Spojrzał  na 
Boba, potem na Pete'a. 

- Głosuję za tym, żebyśmy poprosili starych, by pozwolili nam spędzić dzisiejszą 

noc na plaży Willsa - powiedział. 

background image

Był  pewien,  że  nie  będzie  z  tym  żadnych  kłopotów.  W  czasie  letnich  wakacji 

Trzej Detektywi często jeździli na różne obozowiska i kempingi. Przed rozejściem się 

do  domów  umówili  się,  że  spotkają  się  tu,  w  składnicy,  za  dwie  godziny.  Jupe  miał 
zamiar poprosić jednego z pomocników wuja Tytusa, Hansa, żeby podrzucił ich swoją 

ciężarówką na miejsce, razem z rowerami i śpiworami. 

-  A  jutro  rano  -  dodał  jeszcze  -  kiedy  Kyoto  nadjedzie  zieloną

 

furgonetką  w 

drodze do pracy, będziemy czekać już na niego. 

- Co zrobimy tym razem? - zapytał Bob. - Znowu będziemy go śledzić? 

- Nie. - pokręcił głową Jupe. - W pewien prosty i praktyczny sposób spróbujemy 

rozwiązać wszystkie zagadki. Żeby skończyć raz wreszcie z tym dochodzeniem. 

Rzekłszy  to,  Jupe  zaczął  rozglądać  się  po  biurku  za  połową  kanapki,  którą 

zaplanował  zjeść  dopiero  na  kolację.  Nigdzie  jej  jednak  nie  było.  Dopiero  po  chwili 
uświadomił sobie, że musiał spałaszować wszystko, nawet tego nie zauważywszy. 

-  Poprosimy  Cezara,  żeby  nam  pomógł  przyskrzynić  tego  Tika  -  powiedział 

spoglądając na kręcącego się po klatce gołębia. - Mam nadzieję, że nam nie odmówi! 

background image

Rozdział 13 
Operacja “Zamiana” 

 
-  Ten  śpiwór  zupełnie  nie  nadaje  się  do  nocowania  na  dworze  -  stwierdził 

Jupiter zaraz po przebudzeniu się następnego ranka. Bolały go kości od leżenia przez 

całą noc na twardej plaży, a w oczach i w ustach miał pełno piasku. 

Spojrzał  na  zegarek.  Szósta.  Najwyższy  czas,  aby  zacząć  przygotowania. 

Przeciągnął się i wypełznął ze śpiwora. 

Obaj jego koledzy byli już na nogach. Pete siedział w kucki koło maleńkiej klatki 

z Cezarem, zajęty karmieniem pięknego ptaka i głaskaniem jego lśniących piór przez 
oczka  w  siatce.  Bob  wręczył  Jupe'owi  karton  z  mlekiem  i  zaprosił  go  na  słodkie 
obwarzanki. 

Jupe zawahał się. Czemuż by nie, przemknęło mu przez głowę. Ostatecznie nie 

można  przecież  utyć  od  jednego  obwarzanka.  Ani  od  dwóch.  Poza  tym  dziś  takie 

fizyczne wzmocnienie mogło się okazać szczególnie potrzebne. Zaczął powoli popijać 
mleko. Cienkie strużki białego płynu natychmiast poradziły sobie z poprzylepianymi 

do jego ust drobinami piasku. 

W dziesięć minut później cały dobytek Trzech Detektywów był już spakowany. 

Jupe  pomógł  Pete'owi  owinąć  gazą  klatkę  z  Cezarem  i  okleić  rogi  samoprzylepną 

taśmą.  Następnie  obaj  chłopcy  przywiązali  klatkę  do  bagażnika  roweru  Jupe'a.  Na 
kierownicy swojego Bob zawiesił wypchaną lotniczą torbę. 

Jako tako umocowawszy zrolowane śpiwory, ruszyli powoli w kierunku stacji 

benzynowej,  gdzie  Pete'owi  udało  się  załatwić  z  sympatycznym  chłopakiem 

obsługującym pompy pozostawienie na parę godzin niepotrzebnego ekwipunku. 

Mając  tę  sprawę  z  głowy,  chłopcy  wskoczyli  znowu  na  rowery,  aby  pokonać 

ostatni  kilometr  dzielący  ich  jeszcze  od  ostrygowej  fermy.  Jupe  zapamiętał  z  wizyty 
poprzedniego  dnia  miejsce,  które  doskonale  nadawało  się  do  zrealizowania 
zaplanowanej przez niego operacji. Dwa pasma wchodzącej w ostry zakręt drogi były 

tu rozdzielone szerokim, porośniętym trawą nasypem, zaś na prawo od drogi, czyli od 
strony lądu, znajdował się pagórkowaty teren, pełen krzaków i dziko rosnących badyli. 

Chłopcy zjechali z głównej trasy i ukryli rowery w wysokich chaszczach. Jupe 

odwiązał  klatkę  z  Cezarem  i  postawił  ją  w  cieniu  pod  jakimś  krzakiem.  Bob  zdjął  z 

kierownicy  wypchaną  lotniczą  torbę.  Wszyscy  trzej  wyjęli  z  uchwytów  przy  ramach 
pompki  i  ruszyli  nabrzeżem.  Minąwszy  zakręt,  zatrzymali  się  kilkadziesiąt  metrów 

background image

dalej. Bob otworzył torbę i wyciągnął z niej duży plastykowy worek pełen kolorowych 
baloników  o  rozmaitych  kształtach  i  wymiarach.  Podzielił  je  między  wszystkich, 

przydzielając  każdemu  po  dwadzieścia  sztuk,  po  czym  cała  trójka  zabrała  się  do 
roboty.  W  parę  minut  później  na  poboczu  drogi  wyrósł  stos  napompowanych  i 

zawiązanych pstrokatych baloników. 

Jupe  z  zadowoleniem  stwierdził,  że  od  chwili,  gdy  rozpoczęli  napełnianie 

baloników powietrzem, drogą nie przejechał ani jeden samochód. Był wczesny ranek, 

toteż na wybranym przez niego odcinku nie było prawie żadnego ruchu. Sprzyjającą 

okolicznością była też całkowicie bezwietrzna pogoda. 

Bob jeszcze raz sięgnął do torby i wydobył z niej zwinięty transparent z białego 

płótna, który przygotował poprzedniego wieczoru według instrukcji Jupe'a. Został on 

błyskawicznie rozciągnięty i przymocowany do dwóch krzaków tak, aby go było widać 
z nadjeżdżających samochodów. Wykonany wielkimi literami napis głosił: 

 

POMÓŻ NASZYM SKRZYDLATYM PRZYJACIOŁOM! 

KUP BALONIK! 

 
Jupe  obejrzał  się  w  kierunku  odległego  o  jakieś  dwadzieścia  metrów  ostrego 

zakrętu,  a  potem  przeniósł  spojrzenie  na  pobliską  małą  górkę,  porośniętą  bylicą  i 
gęstymi krzewami. 

- Bob, wejdziesz tam na górę - powiedział. - Będziesz widział stamtąd i Pete'a, i 

mnie. Masz ze sobą chusteczkę do nosa? 

- Mam - odparł Bob, włożywszy na wszelki wypadek rękę do kieszeni dżinsów. - 

Słuchaj, Pete, będę machał nią w ten sposób - dodał, powiewając chusteczką w przód i 

w  tył.  -  Jak  zobaczysz  taki  znak,  możesz  być  pewien,  że  wszystko  w  porządku  i  że 

możesz go przepuścić. 

Pete  kiwnął  niechętnie  głową.  Czuł  się  w  tym  wszystkim  dość  niepewnie  i 

pocieszał się nadzieją, że zdoła zrealizować swoje zadanie nie doprowadzając Kyota do 
białej gorączki. Zdawał sobie bowiem sprawę, że młody Japończyk może być mistrzem 
karate. Gdyby Kyoto przypomniał sobie, że widział Pete'a w składnicy złomu, i gdyby 

nabrał  jakichś  podejrzeń,  mógłby  puścić  w  ruch  kanty  swoich  dłoni  i  dać  Pete'owi 
dobrą nauczkę. 

Sięgnął  do  kieszonki  na  piersiach  po  przeciwsłoneczne  okulary  swego  ojca  i 

wsunął je na nos. 

background image

- A skąd mam wiedzieć, że on już nadjeżdża? - zapytał lekko drżącym głosem. 
-  Trzy  gwizdki  będą  oznaczały,  że  furgonetka  pojawiła  się  na  horyzoncie  - 

wyjaśnił Jupe. - A kiedy przejedzie już koło mnie, gwizdnę dwa razy. Okay? 

- Okay. 

Uwagi  Jupe'a  nie  uszła  niepewność  pobrzmiewająca  w  głosie  kolegi.  Zdawał 

sobie sprawę, że właśnie Pete'owi przypadła najtrudniejsza rola w obmyślonej wczoraj 
operacji i najchętniej sam zająłby jego miejsce i osobiście wykonał tę część planu. Na 

nieszczęście, podczas swej wizyty w składnicy złomu Kyoto prawie przez cały czas miał 

przed  oczami  właśnie  Jupe'a,  było  więc  bardzo  prawdopodobne,  że  właśnie  jego 

sylwetkę i rysy zapamiętał najlepiej i bez żadnych kłopotów rozpozna go teraz. 

-  Staraj  się  uśmiechać  przez  cały  czas  -  poradził  Pete'owi,  aby  choć  trochę 

podnieść go na duchu. - Śmiej się i gadaj jak najwięcej. 

- Ale co mam mówić? 
- Co chcesz - odparł Jupe. - To nie będzie miało najmniejszego znaczenia. On w 

ogóle nie zna angielskiego, więc i tak nie zrozumie, co do niego będziesz mówił. 

-  Okay  Jakoś  sobie  poradzę  -  powiedział  Pete.  Wciąż  jednak  czuł  się  dziwnie 

nieswojo. 

Jupe spojrzał na zegarek. Zbliżała się pora rozpoczęcia akcji. 

- Czas na nas - powiedział. - Za chwilę nasz delikwent powinien się tu zjawić. 
Wdrapawszy  się  na  czubek  małej  górki,  Bob  ułożył  się  w  trawie,  trzymając  w 

pogotowiu chusteczkę. 

Jupe  cofnął  się  do  miejsca,  gdzie  zostawili  rowery,  i  schował  się  w  krzakach, 

przytykających  niemal  do  pobocza  drogi.  Położył  rękę  na  stojącej  obok  niego 

kanciastej klatce, w której za zasłoną z gazy kręcił się gruchając cichutko Cezar. 

Pete  został  natomiast  tam,  gdzie  był,  obok  piętrzącej  się  niczym  wieża  sterty 

kolorowych baloników. 

-  Pomóż  naszym  skrzydlatym  przyjaciołom  -  mruknął,  spoglądając  na  wielki, 

wymalowany czerwonymi literami transparent. - Mam w nosie naszych skrzydlatych 
przyjaciół. To ja potrzebuję teraz pomocy! 

Jupe poczuł, że po policzkach i po nosie spływają mu kropelki potu, i to mimo 

że było raczej chłodno, a on sam leżał bez ruchu na ziemi. Martwił się o Pete'a, a co 
gorsza, nie miał z nim żadnego wzrokowego kontaktu. Także Bob był z tego miejsca 

niewidoczny. Jupe podciągnął się leciutko na łokciach i utkwił spojrzenie w ginącej w 
oddali drodze, którą miała nadjechać zielona furgonetka. 

background image

Minęło pięć minut. I jeszcze pięć. Jupe zaczął już tracić nadzieję, że oczekiwany 

przez niego samochód w ogóle nadjedzie. Coś musiało Japończykowi przeszkodzić w 

wybraniu się tego ranka do pracy. Grożące Pete'owi niebezpieczeństwo tak zaprzątało 
myśli  Jupe'a,  że  zaczął  już  żałować  wszystkiego  i  zapragnął,  aby  furgonetka 

rzeczywiście  się  nie  pokazała.  I  właśnie  w  tym  momencie  zobaczył  w  oddali  zielony 
kształt,  zbliżający  się  z  narastającym  charkotem  zdezelowanego  silnika.  Włożył  dwa 
palce do ust i gwizdnął trzy razy. 

Furgonetka przemknęła obok niego. Jupe nabrał znowu powietrza i zagwizdał 

dwukrotnie. 

Kiedy tylko samochód zniknął za zakrętem drogi, Jupe zerwał się z ziemi, złapał 

oburącz klatkę i przycisnął ją do piersi, a potem rzucił się biegiem, tak jakby chciał go 

dopędzić. 

Usłyszawszy trzy gwizdki, Pete rozciągnął ramiona najszerzej, jak tylko mógł, i 

zaczął  spychać  stertę  baloników  na  jezdnię.  W  momencie  gdy  jego  uszu  doszły  dwa 

gwizdy,  kończył  już,  pogrążony  po  uszy  w  podskakujących  balonikach,  ustawianie 
kolorowej, kłębiącej się zapory zasłaniającej całą szerokość drogi. 

Usłyszał  szum  nadjeżdżającej  furgonetki,  która  zaczęła  zwalniać,  a  w  końcu 

zatrzymała  się  niepewnie  o  pięć  kroków  przed  ustawioną  przez  niego  balonową 

barierą. 

Z  okna  samochodu  wychylił  się  Kyoto  i  krzyknął  coś  po  japońsku.  Pete  nie 

zwrócił  na  to  najmniejszej  uwagi.  Udawał,  że  próbuje  usunąć  baloniki  z  jezdni,  w 
rzeczywistości  jednak  robił  wszystko,  aby  w  zaporze  nie  powstała  jakaś  szczelina, 
umożliwiająca furgonetce przedostanie się przez  nią bez  pogrążenia się w falującym 

morzu kolorowych pingwinów, krokodyli i innych kształtów. 

Kyoto wyskoczył z kabiny i ruszył w jego kierunku. Po paru krokach zatrzymał 

się  i  spojrzał  z  zaintrygowaną  miną  na  Pete'a.  Widząc,  że  coś  plącze  mu  się  pod 
nogami,  kopnął  to  czubkiem  buta.  Długi,  zielony  balonik  w  kształcie  zakrzywionej 

kiełbaski wyskoczył w górę i opadając pacnął go delikatnie w nos. Kyoto zareagował 
niezrozumiałym  mruknięciem  i  uchylając  się  przed  balonikiem,  odepchnął  go  od 
siebie ręką.  

Pete próbował zmusić się do uśmiechu. 
- Pomóż naszym skrzydlatym przyjaciołom - powiedział wykrzywiając twarz w 

śmiesznym grymasie. - Kup balonik. 

Kyoto mruknął coś po japońsku. 

background image

Pete starał się utrzymać na twarzy uśmiech. Przypomniał sobie radę Jupe'a, aby 

jak  najwięcej  mówić.  Kłopot  polegał  jednak  na  tym,  że  w  żaden  sposób  nie  mógł 

wymyślić  nic,  co  nadawałoby  się  do  wygłoszenia  w  tej  właśnie  chwili.  Mogło  się 
wydawać, że nie stać go na więcej oprócz wykrzywiania twarzy w jednostajnym, nic nie 

znaczącym grymasie. Nagle coś zaświtało mu w głowie. Przypomniał sobie słowa starej 
pieśni unionistów, którą jego ojciec podśpiewywał sobie często w domu. 

- Nigdy nic - zaczął deklamować, patrząc w twarz Japończykowi - nie zmusi nas 

do  ustąpienia.  -  Odchrząknął  dla  dodania  sobie  odwagi  F  ponownie  zmusił  się  do 

uśmiechu.  -  Nigdy  nic  nie  zmusi  nas  do  ustąpienia.  Będziemy  trwać  niczym  drzewo 

stojące na brzegu jeziora. Nic nas nie zmusi do ustąpienia. 

Kyoto  wymierzył  kopniaka  następnemu  balonikowi,  tym  razem  żółtemu  i 

okrągłemu  jak  piłka.  Balonik  podskoczył  do  góry  i  osiadł  na  czubku  całej  sterty, 
podwyższając ją jeszcze bardziej. 

- Będziemy trwać i razem staniemy do boju - stwierdził z szerokim uśmiechem 

Pete, wskazując ręką transparent, apelujący do miłośników ptasich szczebiotów. - Nie 
cofniemy się ani na krok. Będziemy trwać i... 

W tym momencie Jupe'owi brakowało jeszcze z dziesięciu kroków do stojącej 

nieruchomo  furgonetki.  Pierwszy  Detektyw  miał  na  nogach  miękkie  adidasy,  toteż 

ostatnie metry przebył biegiem już po asfalcie, bez obawy, że zostanie usłyszany przez 
Kyota. O wiele trudniejszym zadaniem, jakie czekało go teraz, było bezgłośne otwarcie 

tylnych  drzwi  furgonetki.  Jupe  podziękował  w  duchu  Japończykowi  za  to,  że  nie 
wyłączył hałaśliwie pracującego motoru. 

- ...i razem staniemy do boju. Nie cofniemy się ani na krok - deklamował coraz 

śmielszym  głosem  Pete,  który  zauważył  nagle,  że  Kyoto  szuka  czegoś  w  kieszeni 

dżinsów. Co on tam może mieć? W uśmiechu Pete'a pojawił się nagle odcień lekkiego 

cykora. - Będziemy trwać niczym drzewo... - zaintonował drżącym głosikiem, starając 
się nie wpaść w popłoch. 

Jupe wyciągnął rękę i powolutku, ostrożnie nacisnął klamkę. Coś zgrzytnęło w 

zamku.  Odgłos  był  całkiem  cichy,  ale  zabrzmiał  w  uszach  Jupe'a  niczym  armatni 
wystrzał. Jupe pociągnął klamkę do siebie i tylne drzwi furgonetki uchyliły się. 

Ze  swej  kryjówki  na  szczycie  wzniesienia  Bob  zobaczył,  że  Jupe  pochyla  się  i 

włazi do środka. Jeszcze mocniej ścisnął w garści gotową do użycia chusteczkę. 

Jest!  -  szepnął  w  myśli  Jupe  na  widok  stojącego  w  tylnej  części  samochodu 

kanciastego  pudła  owiniętego  gazą.  Postawił  na  podłodze  przyniesioną  przez  siebie 

background image

klatkę i ostrożnie uniósł tamtą, a potem, przyciskając ją do piersi przesunął owiniętą 
klatkę z Cezarem na miejsce klatki przywiezionej przez Kyota. 

- Nic nas nie zmusi do ustąpienia! - zapiał rozdygotanym głosem Pete i urwał 

nagle. Ostatnie sylaby zabrzmiały tak, jakby mu coś stanęło kołkiem w gardle. W ręku 

Kyota pojawił się scyzoryk. Błysnęło jego długie, cienkie ostrze. 

Jupe obrócił się, aby zamknąć za sobą drzwi furgonetki. 
W  tej  samej  chwili  jego  uszu  doszedł  jakiś  wybuch,  głośny  niczym  eksplozja 

granatu.  Jupe  podskoczył  tak,  jakby  nastąpił  nagle  na  minę  czy  petardę.  Ukryty  w 

trzymanej  przez  niego  kurczowo  klatce  gołąb  zatrzepotał  skrzydłami  i  zaczął  cicho 

gruchać. Jupe znieruchomiał i zaczął czekać, przyczajony za samochodem. 

Jeszcze jedna eksplozja. 

- ...nie zmusi nas do ustąpienia! - doszedł go ledwo słyszalny, wibrujący głosik 

Pete'a. 

Jupe zerknął ostrożnie zza furgonetki. O parę kroków przed maską samochodu, 

pośród  rozlatujących  się  niczym  stado  gęsi  kolorowych  piłek,  szalał  Kyoto, 
wymachując ostrym jak brzytwa nożem. Co chwilę pod jego ciosami padały kolejne, 

przedziurawione baloniki. 

- Za nami stoi Unia... - wrzeszczał w jego kierunku z upiornym, przylepionym 

do twarzy uśmiechem Pete - ...więc nie ruszymy się na krok. Za nami stoi... 

Z  cichym  szczęknięciem  zamka  Jupe  zamknął  drzwi  furgonetki.  Pociągnął  za 

klamkę,  aby  się  upewnić,  czy  zamek  chwycił,  a  potem  przycisnął  oburącz  do  piersi 
klatkę Kyota i zaczął się wycofywać. 

-  ...Unia!  -  wrzasnął  Pete,  a  potem  rzucił  się  za  ocalałymi  balonikami  niczym 

kura zaganiająca kurczęta zaatakowane przez lisa. Biegając w kółko i drąc się na całe 

gardło,  że  “nic  nie  zmusi  nas  do  ustąpienia”,  rzucał  jednocześnie  rozpaczliwe 

spojrzenia w kierunku górki, na której zaczaił się Bob. 

Kyoto  nadal  zadawał  na  prawo  i  lewo  ciosy  pełne  mściwego  zapamiętania. 

Przynajmniej połowa baloników leżała już bez życia na ziemi. 

Bob  wlepił  oczy  w  oddalającego  się  od  furgonetki  Jupe'a.  Pierwszy  Detektyw 

zbiegł na pobocze, zrobił jeszcze parę kroków, a potem dał nura w przytykające niemal 

do drogi zarośla. Widząc to, Bob błyskawicznie podniósł się na kolana i zaczął wściekle 
wymachiwać swoją chusteczką. 

- Niczym drzewo stojące na brzegu... - wykrzykiwał zachrypniętym już głosem 

Pete. W tej samej chwili dojrzał powiewającą chusteczkę. Z westchnieniem ulgi, które 

background image

omal nie zwaliło go z nóg, usunął się na pobocze, patrząc, jak Kyoto dobija ostatnie 
pozostałe przy życiu baloniki. Dopełniwszy dzieła zniszczenia, Japończyk odwrócił się 

i ruszył do swego samochodu. W chwilę potem siedział już za kierownicą. 

Przycupnąwszy  na  poboczu  drogi,  Pete  przyglądał  się,  jak  koła  furgonetki 

rozgniatają rozrzucone po jezdni, sflaczałe resztki kolorowych, gumowych kształtów. 
Westchnął ciężko jeszcze raz i opuścił głowę na kolana. 

Z krzaków wyszedł Jupe, dzierżący w ręku zebraną z samochodu Kyota klatkę, i 

powoli ruszył w stronę kolorowego pobojowiska. Udało się zrobić to, co zaplanował: 

zamienić jednego gołębia na drugiego. Jupe  daleki był  jednak od samozadowolenia. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  najtrudniejsza  i  najbardziej  niebezpieczna  rola  w  całej 
operacji  przypadła  Pete'owi.  To  on  zatrzymał  furgonetkę  i  tak  długo  zwracał  uwagę 

kierowcy, aby umożliwić Jupe'owi przeprowadzenie bez przeszkód podmiany klatek. 

-  Nic  ci  się  nie  stało?  -  zapytał  podchodząc  do  kolegi  niemal  równocześnie  z 

Bobem,  który  także  zdążył  już  zbiec  ze  swojej  górki.  -  Wykonałeś  wspaniałą  robotę, 

Pete. Jak się czujesz? 

- Nie... nieźle - odparł Pete kręcąc z niedowierzaniem głową, tak jakby nie był 

jeszcze pewien, że jest już po wszystkim.  - Ale jak zobaczyłem, że Kyoto otwiera ten 
scyzoryk... No, w każdym razie będę długo pamiętał ten moment. Wolałbym, żeby nic 

takiego nie spotkało mnie... - zawiesił na chwilę głos i spojrzał na Jupe'a - ...czekaj, jak 
on  się  nazywał,  ten  kruk  z  wiersza  Poego,  no  i  sroka  Maureen  Melody?  O,  mam. 

Nevermore! Tak, nevermore! Nigdy więcej! 

background image

Rozdział 14 
Przyleci czy nie przyleci? 

 
Jupiter  ze  strapioną  miną  spuścił  głowę.  Zrobiło  mu  się  przykro,  że  naraził 

Pete'a  na  takie  przeżycia.  A  także  i  Boba.  Naprawdę  przykro.  Ale  jednocześnie  nie 

mógł się oprzeć krzepiącemu uczuciu radości z odniesionego zwycięstwa. 

- W każdym razie udało się  - powiedział po chwili. - Kyoto pojechał do pracy 

przy tych ostrygach z Cezarem w klatce. 

- No, niech ci będzie - westchnął Pete. - Rzeczywiście, poszło nam jak po maśle. 

I co dalej? 

Jupe  zajęty  już  był  odwijaniem  taśmy  oklejającej  zdobyczną  klatkę.  Rozsunął 

na boki gazę i oczom chłopców ukazały się metalowe pręty. 

- Bob, może byś mi pomógł - poprosił Jupe. 
Otwarłszy  małe  drzwiczki  chłopcy  wyjęli  z  klatki  zamkniętego  w  niej 

pocztowego gołębia. Bob przytrzymał go obiema dłońmi, podczas gdy Jupe sięgnął do 
kieszeni  i  wyjął  mały  pasek  aluminiowej  folii  i  wizytówkę  Trzech  Detektywów. 

Złożywszy kilkakrotnie małą karteczkę, owinął ją folią, a potem przymocował wszystko 
do nóżki gołębia. 

-  Nie  miałbyś  ochoty  go  wypuścić,  Pete?  -  zapytał  Jupe,  któremu przyszło  do 

głowy,  że  najlepszym  sposobem  na  odciągnięcie  kolegi  od  rozpamiętywania  stanu 
własnych nerwów będzie danie mu jakiegoś zajęcia. 

Drugi Detektyw kiwnął potakująco głową i wziął gołębia z rąk Boba. Ująwszy go 

w złożone dłonie podniósł się z ziemi i zaczął gładzić koniuszkami palców jego pióra. 

-  Najwyższy  czas,  żebyś  poleciał  do  domu  -  powiedział  pochylając  nad  nim 

głowę, a potem delikatnie podrzucił go w powietrze. 

Gołąb zatrzepotał skrzydłami i zaczął krążyć nad głowami chłopców. 
- Łapie geograficzne współrzędne - wyjaśnił Pete. - Ale zaraz poleci. O, właśnie, 

już! 

I rzeczywiście. Pokręciwszy się parę sekund w miejscu, gołąb wystrzelił niczym 

rakieta w bok, kierując się wzdłuż wybrzeża ku Rocky Beach. 

Dwie godziny później Trzej Detektywi wjechali na podwórze składnicy złomu. 

Zabrane po drodze ze stacji benzynowej śpiwory mocno przeszkadzały w jeździe, toteż 

powrót zajął im sporo czasu. 

- Już z powrotem? - powitała ich ciocia Matylda. - Bałam się, że spędzicie na 

background image

plaży cały dzień, a wuj Tytus przywiózł właśnie jakieś nowe żelastwo. 

I  rzeczywiście,  na  podwórzu  piętrzyła  się  sterta  zardzewiałych  zawiasów  i 

innych  okuć.  Wszystko  to  trzeba  było  posortować  i  poukładać  na  wyznaczonych 
miejscach. 

Jupe'owi  wyrwało  się  ciężkie  westchnienie.  Ale  w  gruncie  rzeczy  nie  był 

specjalnie zmartwiony tą robotą. Do południa brakowało jeszcze ponad dwóch godzin. 
Sortowanie starych zasuwek i zawiasów było doskonałym sposobem na spędzenie tego 

czasu,  a  przy  tym  usprawiedliwiało  obecność  całej  trójki  na  terenie  składnicy. 

Zabierając się do roboty chłopcy nie mogli pozbyć się jednak nerwowego napięcia. Ich 

myśli, a dość często także i spojrzenia wędrowały w górę, ku niebu. Ciągle zdawało się 
im, że już słyszą trzepot skrzydeł Cezara. 

O pół do dwunastej ciocia Matylda pojechała z wujem Tytusem do miasta, żeby 

porobić zakupy. Jupe przypuszczał, że wrócą nie wcześniej niż po drugiej. Aż do tego 
czasu chłopcy mogli robić w składnicy, co im się tylko podobało. 

Na  początek  zwolnili  tempo  pracy,  fundując  sobie  coraz  dłuższe  chwile 

odpoczynku, wreszcie koło południa całkowicie zarzucili nudne zajęcie. Rozsiedli się w 

urządzonym na wolnym powietrzu warsztacie Jupe'a i wykręcając na wszystkie strony 
szyje zaczęli rozglądać się po niebie, wyczekując z niecierpliwością. 

Jupe bez przerwy spoglądał na zegarek. Pete aż podskoczył na widok szybującej 

nad składnicą jaskółki, usiadł jednak z powrotem z jeszcze rzadszą miną niż przedtem. 

-  Nie  wiemy  oczywiście,  o  której  Kyoto  wypuści  Cezara  -  odezwał  się  Jupe, 

próbując podnieść na duchu nie tylko kolegów, ale i samego siebie. - Może najpierw 
zabierze się do jedzenia lunchu... 

Nie dokończył jednak widząc, że Pete znowu zrywa się na równe nogi. W chwilę 

potem także i on zobaczył smukłą sylwetkę pięknego ptaka, szybującego wysoko nad 

ich głowami. 

-  To  Cezar!  -  krzyknął  Pete  machając  ręką  w  kierunku  gołębia.  -  Cezaaar! 

Cezaaar! 

Cezar musiał zobaczyć go także, bo zatoczywszy kilka kolejek zanurkował nagle 

w dół i wyhamowawszy tuż nad ziemią paroma ruchami skrzydeł, wylądował z gracją 

na samym środku warsztatu. 

Jako  pierwszy  znalazł  się  przy  nim  Pete.  Chwycił  gołębia  w  obie  dłonie  i 

uniósłszy go w górę, czubkiem nosa pogładził lśniące piórka na jego szyi. 

-  Cezar,  przyleciałeś  -  szepnął  rozanielony.  -  Dobry,  stary  Cezar.  Wróciłeś  do 

background image

domu! 

Tymczasem Jupe oglądał już nóżki gołębia. 

-  O,  rany,  chłopaki  -  szepnął  drżącym  z  podniecenia  głosem.  -  Popatrzcie! 

Popatrzcie tylko! - Ostrożnie manipulując palcami odwinął cienką, aluminiową folię, a 

potem wydobył z niej coś kulistego i ująwszy to w dwa palce, pokazał kolegom. 

Była to wielka, rzucająca opalizujące blaski perła. 
-  Przypuszczam,  że  nie  trzeba  będzie  szukać  innych  dowodów  powiedział 

oglądając  perłę  ze  wszystkich  stron.  -  Okazuje  się,  że  nasze  teorie  na  temat  Kyota  i 

Parkera Frisbee, i gołębia o dwóch pazurach... 

- Daj mi ją! - ozwał się nagle jakiś głos od strony wejścia do warsztatu. 
Trzej  Detektywi  jak  na  komendę  odwrócili  się  w  tym  kierunku.  W  szczelinie 

między zwałami starego żelastwa otaczającymi warsztat stał jakiś mężczyzna. Miał na 
sobie  czarny  przeciwdeszczowy  płaszcz  i  słoneczne  okulary.  Prawie  cała  jego  twarz 
była zasłonięta gęstą, czarną brodą i wąsami. 

Nieznajomy ruszył powoli w ich stronę. Jego wysunięta do przodu prawa dłoń 

zaciskała się na rękojeści niklowanego pistoletu z długą lufą. 

Pete'owi  wydawało  się,  że  pistolet  wycelowany  jest  prosto  w  niego.  Po 

przeżyciach  tego  dnia  jego  nerwy  napięte  były  do  granic  wytrzymałości.  Bez  chwili 

zastanowienia Drugi Detektyw rzucił się w bok, w kierunku płotu. 

Mężczyzna zbliżał się do Jupe'a 

- Daj mi ją - powtórzył. - Tę perłę. 
Nerwowy system Pierwszego Detektywa miał więcej szczęścia, ponieważ Jupe, 

w ogóle nie zwracając uwagi na pistolet, wlepił wzrok w buty nieznajomego. Widząc, 

że  są  coraz  bliżej,  chłopiec  bez  chwili  wahania  wsunął  perłę  do  ust  i  końcem  języka 

umieścił ją pod policzkiem. 

- Jeżeli zrobi pan jeszcze krok, perła znajdzie się w moim żołądku - powiedział, 

lekko zniekształcając słowa, tak jakby miał w ustach kawał gorącego kartofla. Jego głos 

zabrzmiał jednak zaskakująco spokojnie. 

Ręka nieznajomego zaczęła drżeć. Mężczyzna rzucił się nagle na Jupe'a sięgając 

mu  do  gardła,  tak  jakby  miał  zamiar  wydusić  z  niego  nieszczęsną  perłę.  W  sukurs 

koledze ruszył Bob, który chwycił przeciwnika za ramiona starając się go odciągnąć. 

Pete odskoczył jeszcze o krok, omal nie rozciągając się jak długi na stojącej przy 

płocie miotle. 

Trzymając Jupe'a za gardło jedną ręką, mężczyzna zamachnął się drugą do tyłu 

background image

i  zdzielił  Boba  w  pierś  kolbą  pistoletu.  Bob  skręcił  się  z  bólu,  ale  nie  wypuścił  z 
zaciśniętej dłoni rękawa czarnego płaszcza. 

Jupe próbował wyszarpnąć się z coraz mocniejszego chwytu wokół szyi. Nadal 

jednak starał się nie otwierać ust i trzymać perłę mocno dociśniętą do policzka. 

- Bob, przychyl się! - wrzasnął Pete. 
Drugi  Detektyw  zapanował  wreszcie  nad  swoimi  nerwami.  W  chwili  gdy  Bob 

przykucnął kuląc głowę w ramiona, Pete zatoczył szeroki łuk ciężką miotłą i z całej siły 

wyrżnął napastnika w tył głowy, celując tuż nad kołnierzem jego płaszcza. 

Mężczyzna opadł na kolana. Pistolet wysunął mu się z ręki. Po ziemi potoczyły 

się też jego przeciwsłoneczne okulary. 

- No tak, wiedziałem, że nie poradzę sobie z tą hałastrą - stęknął z wysiłkiem. 

Ale  jeszcze  śmieszniejsze  było  to,  że  przy  ostatnim  słowie  puścił  do  Jupe'a  oko. 
Pierwszy Detektyw sięgnął na czworakach po leżący na ziemi pistolet. Podnosząc się 
na  nogi,  jak  urzeczony  wpatrywał  się  w  drgającą  bez  przerwy  prawą  powiekę 

mężczyzny. 

- Naładowany? - zapytał, wskazując ruchem głowy groźną broń. 

- Nie! Jasne, że nie! Nie cierpię tych pukawek. Napędzają mi za dużo strachu! 
Prawe  oko  mężczyzny  zamykało  się  teraz  i  otwierało  bez  przerwy,  niczym  w 

jakimś  nerwowym  transie.  Było  oczywiste,  że  facet  nie  ma  na  to  żadnego  wpływu. 
Ciągle mrugając, podniósł się na nogi i niepewnym krokiem ruszył w stronę Jupe'a. 

Pete uniósł do góry swoją miotłę. 

- Dobra, dobra - rzucił w jego kierunku nieznajomy. - Tak czy owak mam już po 

dziurki  w  nosie  całego  tego  biznesu.  Nigdy  bym  się  w  to  nie  wdawał,  gdybym  nie 

przegrywał tyle na wyścigach konnych i nie potrzebował bez przerwy forsy. A to był 

sposób na szybkie zarobienie paru groszy. 

-  Gdyby  nie  jastrzębie  panny  Maureen  Melody,  zarobiłby  pan  pewno  jeszcze 

więcej  -  powiedział  Jupe.  -  Zdaje  mi  się,  że  mieliśmy  dziś  rano  sporo  szczęścia,  bo 

pański gołąb  z naszą  wizytówką przytwierdzoną do  jego nogi zdołał jakoś przelecieć 
nad jej parkiem. 

Dopiero  teraz  Pierwszy  Detektyw  wyjął  z  ust  perłę  i  schował  ją  z 

namaszczeniem do kieszeni. Właściwie to było mu żal faceta. 

Taki  spocony  i  zdenerwowany  stał  tu  przed  nimi  w  nieprzewiewnym, 

przeciwdeszczowym płaszczu. A gęsta broda na twarzy musiała pewno przyprawiać go 
o prawdziwe katusze w takie upalne południe, jak tego dnia. 

background image

- Czemu pan tego nie zdejmie? - zasugerował z uprzejmym uśmiechem. - Mam 

na myśli tę sztuczną brodę. 

- Rzeczywiście, po diabła mi ona - zgodził się Tik. Pozbawiony włochatej osłony 

Tik wyglądał całkiem niegroźnie, a nawet bezbronnie. W niczym nie przypominał już 

Parkera  Frisbee,  zwłaszcza  gdy  z  pomocą  Jupe'a  ściągnął  z  siebie  znacznie  go 
pogrubiający płaszcz. Mrugał bezustannie, kiedy Jupe zostawiał go pod okiem Pete'a i 
Boba, aby zadzwonić z Kwatery Głównej do komendanta Reynoldsa i opowiedzieć mu 

o wszystkim, co się złożyło na tę niezwykłą historię. 

background image

Rozdział 15 
Don się mści 

 
-  Tik  przyznał  się  do  wszystkiego  i  komendant  Reynolds  zaaresztował  całą 

trójkę  -  powiedział  Jupe.  -  Tika,  Parkera  Frisbee  i  Kyota.  Frisbee  i  Kyoto  wpłacili 

kaucje i są obecnie na wolności. Ale Tik wolał, żeby go zamknęli, i to czym prędzej. 
Dzięki  temu  nie  obstawia  już  koni  na  wyścigach,  no  i  czuje  się  chyba  trochę 

bezpieczniej. Bo, jak mi się zdaje, boi się trochę, że Frisbee i Kyoto mogliby mu zrobić 

jakieś kuku za to bezczelne wścibianie nosa w ich złodziejski proceder. 

Trzej  Detektywi  siedzieli  przy  ogrodowym  stole  w  ogromnym  salonie  Alfreda 

Hitchcocka  i  opowiadali  mu  o  swych  ostatnich  przygodach  z  perłami  i  pocztowymi 
gołębiami.  Pan  Hitchcock  co  jakiś  czas  przerywał  pykanie  z  fajki,  żeby  poprosić  o 

sprecyzowanie tego czy owego szczegółu. 

- W jaki sposób temu Tikowi udało się podpatrzyć, czym zajmowali się tamci 

dwaj? - zapytał. 

-  On  przez  pewien  czas  pracował  u  pana  Frisbee  -  wyjaśnił  Bob.  -  Doglądał 

gołębi i pomagał w sklepie. Frisbee wylał go jednak za podciąganie drobnych sum ze 
sklepowej kasy. Tik zdążył się jednak wystarczająco zorientować w jego  interesach i 
nabrał pewności, że Frisbee zdobywa hodowlane perły z jakiegoś nielegalnego źródła. 

- Więc kiedy Frisbee wywalił go z pracy - podjął dalszy ciąg opowiadania Pete - 

Tik zaczął go śledzić i robił to dotąd, aż zorientował się dokładnie w całym procederze. 

- Podejrzał, że Frisbee wstawia do furgonetki Kyota swoje pocztowe gołębie  - 

powiedział pan Hitchcock, a potem wyjął fajkę z ust i odkaszlnął cicho. - I to odkrycie 

podsunęło  Tikowi  pomysł,  żeby  się  włączyć  do  zabawy  i  od  czasu  do  czasu  zastąpić 

swego  byłego  pryncypała.  Potrzebował  tylko  kilku  własnych  gołębi  rasy  belgijskiej. 

Zgadza się, Jupe? 

Pierwszy Detektyw potwierdził skinieniem głowy. 
- A do tego potrafił wykorzystać dwie sprzyjające mu okoliczności. Po pierwsze 

to,  że  Parker  Frisbee  był  wystarczająco  przezornym  człowiekiem  interesu,  aby  nie 
okazywać zbytniej chciwości. Tylko parę razy na tydzień umieszczał swoje gołębie w 

furgonetce  Kyota.  Przeważnie  w  te  same  dni.  Czasami  robił  to  wczesnym  rankiem, 

czasami  wieczorem  dzień  wcześniej.  Umówili  się,  że  Kyoto  będzie  dla  pewności 

zaglądał  do  furgonetki  codziennie.  Panu  Frisbee  chodziło  o  to,  aby  ograniczyć 
bezpośrednie kontakty z Kyotem do absolutnego minimum. Płacił mu raz w miesiącu, 

background image

wkładając kopertę z pieniędzmi pod gazę, którą owijał klatki. Nie musiał więc spotykać 
się z nim ani narażać na to, że ktoś zobaczy ich razem... 

-  Chyba  że  zaczynało  się  dziać  coś  niedobrego  -  wtrącił  Bob.  -  Na  przykład 

wtedy, gdy zjawiliśmy się z Cezarem w jego sklepie. Zaniepokoiło go to i doszedł do 

wniosku, że musi zobaczyć się z Kyotem. Dlatego właśnie zobaczyliśmy tamtego dnia 
Parkera Frisbee, jak wychodził z domu Japończyka. 

- Żeby wam zafundować wyborny japoński lunch - roześmiał się słynny reżyser, 

a  potem  włożył  fajkę  z  powrotem  do  ust  i  puścił  parę  kłębów  dymu,  bez  zbytniego 

zresztą entuzjazmu. - A ta druga okoliczność, która pomogła Tikowi? Co to było, Jupe? 

-  Fakt,  że  Kyoto  jest  Japończykiem  -  wyjaśnił  Pierwszy  Detektyw.  -  W  jego 

oczach wszyscy Amerykanie mający mniej więcej metr pięćdziesiąt w kapeluszu, a do 

tego  zaokrąglone  brzuszki  i  gęste,  czarne  brody,  wyglądają  całkiem  jednakowo. 
Szczególnie wtedy, gdy się ich ogląda z pewnej odległości i w mdłym świetle jedynej 
żarówki, która pali się wieczorem nad drzwiami jego domu. Tak więc Tik, wkładając 

sztuczną brodę i przeciwdeszczowy płaszcz, który go pogrubiał, mógł być pewny, kiedy 
zbliżał się do stojącej na podjeździe furgonetki, żeby wstawić do niej klatkę z gołębiem, 

że Kyoto weźmie go za Parkera Frisbee. 

-  O  ile  zjawiał  się  w  te  dni,  które  omijał  Frisbee  -  stwierdził  pan  Hitchcock 

odkładając na bok fajkę, której dym przyprawił go właśnie o kolejny atak kaszlu. 

- Dokładnie tak - potwierdził Jupe. - I przez całkiem długi okres funkcjonowało 

to znakomicie. Przynajmniej z punktu widzenia Tika. Jego gołębie wracały do domu z 
umocowaną do nóżki perłą. Dopóki jastrzębie panny Maureen Metody nie zaczęły ich 
mordować. 

- Przypuszczam, że musiał znać pannę Melody, a przynajmniej dowiedział się o 

jej istnieniu wtedy, gdy pracował jeszcze w sklepie Parkera Frisbee  - powiedział pan 

Hitchcock  sięgając  znowu  po  fajkę.  -  No  i  domyślił  się,  tak  jak  i  wy,  że  w  drodze 
powrotnej  do  Santa  Monica  jego  gołębie  przelatują  nad  jej  parkiem.  Zaczął  więc 

podtruwać jej jastrzębie. 

- A wtedy Tika spotkała jeszcze jedna przykrość – powiedział Jupe spoglądając 

na  Boba.  -  Może  ty  sam  opowiesz,  jak  to  stwierdziłeś,  że  farba  na  skrzynce  listowej 

Kyota jest jeszcze mokra, dzięki czemu mogliśmy wstawić na właściwe miejsce jeszcze 
jeden fragment całej układanki. 

- Tego dnia, kiedy spotkaliśmy Tika w “Koniku Morskim”, znalazł się w wielkim 

kłopocie  -  podchwycił  tok  opowiadania  Bob,  przejmując  pałeczkę  od  Jupa.  -  Był 

background image

zadłużony u swojego bukmachera i absolutnie nie miał pojęcia, skąd by tu wytrzasnąć 
choć parę centów. Raniutko pojechał pod dom Kyota, żeby wstawić klatkę z gołębiem 

do jego samochodu, ale zielonej furgonetki nie było na dotychczasowym miejscu. Dom 
był zamknięty na głucho. Kyoto wyprowadził się. Tik postanowił więc zaczaić się przy 

drodze na wracającego z pracy Japończyka i wyśledzić jego nowy adres. Kiedy zjawił 
się w “Koniku Morskim”, miał  ze sobą swego gołębia o  dwóch  pazurach, ale był tak 
zdenerwowany, że wybiegając z baru, by rzucić się w pogoń za Kyotem, zapomniał go 

zabrać. 

- Tu następuje coś, czego nadal nie mogę zrozumieć - stwierdził pan Hitchcock, 

a  potem  zabrał  się  do  przypalania  zgasłej  fajki,  marszcząc  przy  tym  brwi  z  pewnym 
niesmakiem.  -  Po  co  właściwie  Tik  to  zrobił?  W  jakim  celu  podmienił  nocą  gołębie, 

zostawiając Cezara na miejscu gołębia o dwóch pazurach? 

- Wiemy na ten temat tylko tyle, ile sam Tik zeznał komendantowi Reynoldsowi 

-  odparł  Jupe.  -  Udało  mu  się  wyśledzić,  dokąd  pojechał  po  pracy  Kyoto,  i  żeby  się 

upewnić, czy to jest jego nowe miejsce zamieszkania, przez cały wieczór obserwował 
dom.  W  pewnym  momencie  zobaczył,  że  do  stojącej  na  podjeździe  furgonetki 

podchodzi  Frisbee,  chcąc  jak  zwykle  umieścić  w  niej  klatkę.  Tik  był  zupełnie 
zaskoczony, ponieważ zdarzyło się to w dniu, w którym Frisbee nigdy tego dotąd nie 

robił. Jak się okazało, zamienił on dni, ponieważ Kyoto ze względu na przeprowadzkę 
wziął  sobie  dzień  wcześniej  urlop  z  pracy.  A  że  Tik  był  w  tym  okresie  w  wielkich 

opałach, poczekał, aż u Kyota zgasną światła, i zwędził z furgonetki klatkę z gołębiem 
pana  Frisbee.  Wcześniej,  kiedy  dzwonił  do  “Konika”  w  sprawie  pozostawionego 
pakunku,  dowiedział  się  od  kelnerki,  że  zabraliśmy  go  wychodząc  z  baru.  No  i 

przyjechał, żeby go odzyskać. 

-  Ktoś  musiał  mu  powiedzieć,  że  was  znajdzie  w  Składnicy  Złomu  Jonesów  - 

stwierdził pan Hitchcock, wypuszczając zasłonę dymną z cybucha swej fajki. 

- Skorzystał z nocnych ciemności i włamał się do środka - powiedział Pete. - I 

znalazł na podwórzu wielką klatkę z drucianej siatki, a w niej swojego gołębia o dwóch 
pazurach. Stanął wtedy wobec problemu, co zrobić z gołębiem pana Frisbee. 

- Nie mógł tak po prostu go wypuścić - zauważył Jupe. - Gdyby tak zrobił, Cesar 

jeszcze  tej  samej  nocy  poleciałby  prościutko  do  domu  Parkera  Frisbee.  A  wtedy 
Frisbee natychmiast pojechałby do Kyota, żeby się dowiedzieć, co się stało. 

-  Ostatecznie  więc  zostawił  Cezara  u  was  na  podwórzu  -  powiedział  słynny 

reżyser. - Wsadził własnego gołębia do klatki pana Frisbee, po czym wrócił pod dom 

background image

Kyota i wstawił klatkę do furgonetki, tak? 

- Dokładnie tak - potwierdził Jupe. - Następnie wrócił do domu, żeby czekać na 

powrót swego gołębia, oczywiście z umocowaną do nóżki perłą. Tylko że jego ptaszek 
nie zjawił się w południe następnego dnia. Zadziobały go po drodze jastrzębie panny 

Melody. 

- Tu się zaczyna najokropniejsza część całej historii  - powiedział Bob. - Kiedy 

wybraliśmy  się  z  pierwszą  wizytą  do  Maureen  Melody,  Tik  już  tam  był.  Pewno 

buszował po jej parku, rozkładając zatruty pokarm dla jastrzębi. Musiał widzieć, jak 

wchodziliśmy z Cezarem do jej salonu. Z pewnością zobaczył też, że tuż za nami weszła 

tam ulubiona sroczka panny Melody, Nevermore, z perłą w dziobie. 

- I stwierdził, że tego już za wiele - roześmiał się pan Hitchcock. Rychło jednak 

jego  śmiech  przeszedł  w  suche  pokasływanie.  Położył  fajkę  na  stole  i  zaczął  kiwać  z 
politowaniem  głową.  -  A  to  cymbał  z  tego  Tika.  Zupełnie  stracił  głowę.  Tak  się 
rozzłościł na tę biedną srokę, że zatłukł ją na śmierć. 

-  Tak,  ale  to  było  potem.  A  tymczasem  przyglądał  się  spomiędzy  drzew,  jak 

opuszczaliśmy  dom  panny  Melody  i  szliśmy  do  bramy,  niosąc  klatkę  z  Cezarem  - 

powiedział Jupe.  - Pojechał za nami i  właśnie wtedy musiało go ogarnąć prawdziwe 
przerażenie, ponieważ udaliśmy się prościutko do sklepu Parkera Frisbee. 

-  Kiedy  wychodziliśmy  z  powrotem  na  ulicę,  czarny  samochód  Tika  stał 

zaparkowany  o  parę  kroków  od  sklepu  -  przypomniał  Pete.  -  Oczywiście  nadal 

mieliśmy ze sobą klatkę z Cezarem. 

-  Tik  musiał  się  poczuć  w  tym  momencie  okrutnie  zakłopotany  -  wtrącił  pan 

Hitchcock.  -  Nie  wiedział  przecież,  co  powiedzieliście  Parkerowi  Frisbee  ani  też,  co 

sami usłyszeliście od niego. 

-  Tak  naprawdę,  to  Frisbee  nie  udzielił  nam  absolutnie  żadnych  informacji  - 

stwierdził z naciskiem Jupe.  - Był zbyt sprytny na to, aby się zdradzić, że Cezar jest 
jego własnością. A nawet udawał, że nie wie, czyj on może być. Ponadto próbował zbić 

nas z właściwego tropu wmawiając nam, że to jest samica, a nie żaden tam wyścigowy 
gołąb pocztowy. 

-  Gdyby  Tik  miał  choć  połowę  jego  sprytu  -  powiedział  reżyser  -  także 

postarałby się zachować zimną krew. 

- Ale on po prostu nie był w stanie tego zrobić. Był zbyt nerwowy  - stwierdził 

Bob. - Chciał skierować nasze podejrzenia na pana Frisbee, a jednocześnie pragnął go 
uspokoić  wypuszczając  Cezara  na  wolność,  tak  aby  mógł  on  wrócić  do  swego 

background image

właściciela.  Zadzwonił  do  nas,  a  potem,  założywszy  fałszywą  brodę  i  płaszcz, 
sterroryzował Jupe'a na parkingu koło banku i zabrał mu klatkę z Cezarem. 

-  Muszę  przyznać,  że  udało  mu  się  mnie  nabrać  -  oświadczył  Jupe.  -  Na 

parkingu  panował  oczywiście  półmrok,  a  do  tego  widziałem  jego  twarz  tylko  przez 

moment.  Ale  rzeczywiście  byłem  pewien,  że  to  Parker  Frisbee  celuje  do  mnie  z 
pistoletu. Tak samo, jak wtedy w parku, kiedy myślałem, że to Frisbee zdzielił mnie 
tym kijem. 

- A kiedy zacząłeś podejrzewać, że coś ci się nie zgadza? - zapytał reżyser. - Co ci 

podsunęło myśl, że to może być Tik w przebraniu? 

- Po części to, że wpadł w taki popłoch wtedy, w parku, jak zaświeciłem mu w 

twarz  latarką  -  odparł  Jupe.  -  A  później  znaleźliśmy  tam  ślady,  które  wyglądały  jak 

odciski butów Tika. Ale tak na dobrą sprawę, wpadłem na właściwe skojarzenie dzięki 
Pete'owi. Tamtego dnia, kiedy leżeliśmy zaczajeni przy drodze, obserwując ostrygową 
fermę, Pete miał na twarzy przeciwsłoneczne okulary. Nagle zdałem sobie sprawę, że 

nie widzę jego oczu, ukrytych za przyciemnionymi szkłami.  A Tik  miał przecież coś, 
czego nie mógł ukryć nawet w najlepszym przebraniu. Myślę o tej latającej powiece. 

Musiał więc włożyć przeciwsłoneczne okulary. I nosić je nawet po ciemku. 

Pan  Hitchcock  wziął  do  ręki  leżącą  na  stole  fajkę.  Pociągnął  nosem  i 

skrzywiwszy się lekko, niespiesznie włożył ją do ust. 

- A jak się miewa po tym wszystkim Maureen Melody? - zapytał. 

- Przypuszczam, że jest wesolutka jak skowronek? 
-  Tak  -  roześmiał  się  Pete.  -  Przynajmniej  nikt  już  nie  podtruwa  jej  jastrzębi. 

Narzeka jednak, że od tamtej pory sroczka Lenora nie przyniosła jej ani jednej perły. 

Ale  nie  przypuszczam,  aby  tak  naprawdę  żałowała,  że  Frisbee  nie  uprawia  już  tego 

złodziejskiego procederu. 

Słynny reżyser przez dobrą minutę puszczał w milczeniu kłęby dymu, w końcu 

jednak rozkasłał się na dobre. 

- Nie cierpię tej fajki - wykrztusił z trudem. - Ale muszę ją palić bez względu na 

to, czy mi się to podoba, czy nie. 

- Dlaczego? - zapytał zaintrygowany Jupe. 

- Z powodu zapachów, które tu docierają. Nic nie czujesz? Ani twoi koledzy? 
Bob  uniósł  głowę  i  pociągnął  kilka  razy  nosem.  Rzeczywiście,  w  powietrzu 

unosił  się  leciutki  kuchenny  aromat.  Wydał  mu  się  jednak  raczej  przyjemny. 
Przywodził na myśl pitraszące się w kuchni dobre żarcie. 

background image

- O jakim zapachu pan mówi? - zapytał. 
-  Och,  sam  zobaczysz  -  odpowiedział  mu  pan  Hitchcock.  -  Niedługo  Don 

przyniesie  nam  lunch  i  zrozumiesz,  co  mam  na  myśli.  -  Z  jego  piersi  wyrwało  się 
ciężkie westchnienie. - Och, marzę o jakichś morskich algach czy glonach... 

W parę minut później wietnamski służący wszedł do salonu, niosąc wysoko nad 

głową  ogromną  tacę  pełną  smakowitych  specjałów.  Jego  usta  i  nos  osłonięte  były 
szczelnie maską z gazy. 

- Panie Hitchcock, oto pańskie ulubione potrawy - powiedział, stawiając tacę na 

stole. - Tak? 

- Nie - odparł z posępną miną reżyser. Z jego piersi wyrwało się jeszcze jedno 

westchnienie. - Widzicie, chłopcy, Don postanowił ukarać mnie za moją żarłoczność. 

Pete przysunął swoje krzesło bliżej stołu. To mi dopiero kara, przemknęło mu 

przez głowę. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby mnie spotkało coś takiego. 

- Wyśmienite żarcie - powiedział głośno. 

-  Zmieniłbyś  zdanie,  gdybyś  dostawał  takie  porcje  na  śniadanie,  potem  na 

lunch i jeszcze raz na kolację - zaprotestował pan Hitchcock. - A Don serwuje mi to już 

od tygodnia. Trzy razy dziennie. 

Odwróciwszy  na  bok  głowę,  włożył  fajkę  do  ust  i  pyknął  gęstym  obłoczkiem 

dymu. 

-  Oto  macie  powód,  dla  którego  zmuszony  jestem  kopcić  tego  cybucha  - 

powiedział. - To jedyny sposób na uchronienie nosa przed zapachem smażeniny. 

Odczekawszy,  aż  Wietnamczyk  wyłoni  się  spoza  dymnej  zasłony,  rzucił  mu 

wymowne spojrzenie. 

-  Przed  tym  obrzydliwym,  odrażającym  swądem.  Zdaje  się,  Don,  że  tak  go 

określiłeś? 

Don pociągnął nosem przez obwiązaną za uszami chirurgiczną maskę. 
- O czym pan mówi? - zapytał nakładając wszystkim jajka na bekonie, pieczone 

kiełbaski i smażone w oleju frytki. - Ja nic nie czuję. Nawet pańskiej fajki. 

Jupe spojrzał na piętrzącą się przed nim górę smakowitego jedzenia. 
-  Dziękuję,  nie  będę  jadł,  proszę  mi  nie  nakładać  -  powiedział,  a  potem  z 

żałosną miną odsunął swój talerz. - Jestem na diecie - dodał wyjaśniająco. - Więc jak 
widzisz, nie mogę wziąć do ust nawet odrobiny - stwierdził uśmiechając się przymilnie 

do  Wietnamczyka.  -  Chyba  że  miałbyś  w  lodówce  trochę  tych  nietuczących 
wodorostów... 

background image