background image

James Fenimore Cooper

Krzysztof Kolumb

 

 

 

ROZDZIAŁ I

Według opowiadań Cervantesa i Le Sage'a, potwierdzonych poważniejszymi świadectwami historii i
nowożytnych  podróżników,  po  wszystkie  czasy  w  Hiszpanii  zajazdy  były  niewygodne,  a  drogi
niebezpieczne.  Zdaje  się  nawet  jakoby  mieszkańcy  Półwyspu  Pirenejskiego  pod  tym  względem  nie
mieli  nigdy  zakosztować  przyjemności  cywilizacji;  bowiem,  jak  tylko  sięgnąć  można  pamięcią,
podróżni byli w nim zawsze ofiarą złodziei i oberżystów. To samo złe, które dziś istnieje, istniało już
w połowie XV wieku, w epoce będącej początkiem poniżej skreślonych wypadków.

W październiku 1469 r. nad Aragonią panował Jan II de Transtamare, przebywając ze swym dworem
w Saragossie. Był to jeden z najmędrszych monarchów tego wieku, lecz zubożony przez liczne walki
z  burzliwymi  i  niepodległymi  Katalończykami.  Z  trudnością  też  przychodziło  mu  utrzymać  się  na
tronie,  chociaż  rządził  krajem  obejmującym,  oprócz  Aragonii  i  zawisłych  od  niej  Walencji  i
Katalonii,  Sycylię  i  Wyspy  Balearskie.  Władca  ten  rościł  sobie  prawo  do  Nawarry,  a  korona
Neapolu  jemu  byłaby  przypadła,  gdyby  nie  testament  starszego  brata  i  poprzednika,  przeznaczający
takową swemu naturalnemu synowi.

Panowanie króla Aragonii było długie i burzliwe, a w epoce wzmiankowanej nieodzowne wydatki,
celem  podbicia  Katalonii,  skarbiec  jego  zupełnie  wypróżniły;  jakkolwiek  w  tym  właśnie  czasie
zbliżał  się  dzień  tryumfu  dla  Jana  II,  gdyż  jego  współzawodnik,  książę  Lotaryngii,  umarł  w  dwa
miesiące  później.  Ale  niedozwolono  człowiekowi  zaglądać  w  przyszłość;  dość  że  9  października
1469  r.  w  chwili  gdy  armia,  zostając  bez  żołdu,  miała  się  rozwiązać,  kasa  państwa  miała  skromną
sumę, trzystu sztuk złota.

Wszelako,  dla  wykonania  pewnego  zamiaru  nader  wielkiej  ważności,  potrzeba  było  koniecznie
znacznego kapitału. Naradzano się przeto, pochlebiano pożyczającym pieniądze, albo ich trwożono, a
na dworze panował niezwykły ruch. Na koniec mieszkańcy Saragossy dowiedzieli się, że ich władca
ma wyprawić uroczyste poselstwo do swego sąsiada i krewniaka, króla Kastylii.

Krajem tym rządził wówczas Henryk de Transtamare, noszący imię Henryka IV. Był to wnuk w linii
męskiej stryja Jana II, a więc dość bliski krewny króla Aragonii. Mimo to potrzeba było przyjaznego
poselstwa  dla  zachowania  pokoju  między  obydwoma  krajami;  wiadomość  też  o  zamierzonej
wyprawie Aragończycy  przyjęli  z  zadowoleniem  raczej  niż  podziwem.  Henryk  kastylijski,  chociaż
panował nad krajami rozleglejszymi i bogatszymi od Aragonii, nie był wolny od trosk i kłopotów. Po
rozłączeniu  się  z  pierwszą  żoną,  pojął  Joannę  portugalską,  której  lekkomyślne  postępki  wielkie

background image

sprawiały zgorszenie; posunięto się nawet też do podawania w wątpliwość prawowitego urodzenia
jedynej córki Henryka i zaprzeczenia jej z tego względu prawa do następstwa.

Ojciec Henryka miał także z drugiego małżeństwa dwoje dzieci, Alfonsa i Izabellę, z których ostatnią
nazwano później mianem katolickiej.

Objęcie  rządów  przez  Henryka  nie  obeszło  się  bez  wewnętrznych  zatargów.  Na  trzy  lata  przed
czasem  opowiedzianych  tu  zdarzeń,  brat  jego  Alfons  ogłoszony  został  przez  pewne  stronnictwo
królem  i  wojna  domowa  rozsrożyła  się  w  kraju.  Śmierć  Alfonsa  położyła  koniec  niesnaskom,  a
pokój,  przynajmniej  chwilowo,  został  przywrócony  przez  traktat,  którym  Henryk  wydziedziczył
własną, a raczej Joanny portugalskiej córkę, na korzyść siostry Izabelli.

To  ostatnie  ustępstwo  wymuszone  było  przez  konieczność;  naturalnie  więc  starano  się  wszelkimi
sposobami zniweczyć jego skutki. Między innymi środkami użytymi przez króla, a bardziej przez jego
zaufanych  (gnuśność  bowiem  i  obojętność  Henryka  powszechnie  była  znana),  starano  się  także
nakłonić  Izabellę  do  zawarcia  ślubów  z  poddanym  lub  księciem  cudzoziemskim,  tak  iż  w  1469  r.
małżeństwo  księżniczki  było  głównym  przedmiotem  działania  dyplomacji  hiszpańskiej.  W  liczbie
ubiegających się o jej rękę znajdował się syn króla Aragonii; naturalnie więc mieszkańcy Saragossy,
dowiedziawszy się o bliskim wyprowadzeniu poselstwa, domyślali się, że jest ono związane z tym
punktem polityki aragońskiej.

Izabella,  sławiona  z  rozumu,  skromności,  wdzięków  i  pobożności,  była  nadto  uznaną  dziedziczką
dosyć ponętnej korony; nie dziw przeto, że miała mnóstwo konkurentów, między którymi znajdowali
się  Francuzi,  Anglicy  i  Portugalczycy.  Zausznicy  dworscy,  stosownie  do  własnych  widoków,
popierali sprawę tego lub owego pretendenta, ale królewska dziedziczka, przedmiot tylu zabiegów,
ukrywała starannie skłonność swego serca. Podczas gdy jej brat, panujący król, szukał rozrywki na
południu, ona, przyzwyczajona od dawna do samotności, zajmowała się czynnie urządzaniem swych
interesów, w sposób jaki sama uznała za najwłaściwszy. Zagrażana kilkakrotnie zamachami na swą
osobę,  których  unikła  jedynie  szczęśliwym  przypadkiem,  schroniła  się  do  Valladolid,  stolicy
królestwa  Leon.  Henryk  tymczasem  przesiadywał  w  pobliżu  Grenady;  ku  tej  więc  stronie  zdążała
ambasada.

Orszak  poselski  wyszedł  z  Saragossy  przez  jedną  z  bram  południowych,  pod  eskortą  wojskową.
Wszyscy jego członkowie byli uzbrojeni, bo wówczas, kto posiadał jakie takie mienie, nie mógł się
puszczać bez tego środka ostrożności. Za orszakiem postępował długi tabor przyborów złożonych na
mułach  i  zgraja  zbrojnych  służalców,  dość  podobnych  na  oko  do  żołnierzy.  Tłumy  mieszkańców
zalegały  drogę,  którą  szła  ambasada,  już  to  z  życzeniami  powodzenia,  już  tworząc  rozliczne
przypuszczenia względem jej celu. Lecz ciekawość ma swoje granice, a plotka prędko się zużywa; z
zachodem  słońca  większa  część  mieszkańców  Saragossy  zapomniała  już  o  wspaniałym  pochodzie.
Dwóch tylko żołnierzy, stojących na straży u bramy wschodniej, prowadzącej do prowincji Burgos,
jeszcze sobie pod wieczór gaworzyli o tym zdarzeniu.

— Jeśli don Alonzo de Carbajal puszcza się w daleką drogę, będzie musiał bardzo pilnować swego
orszaku, bo w całej armii aragońskiej nie ma gorszych żołnierzy, jak ci, którzy z nimi opuścili bramę
południową,  mimo  wystawności  ubiorów  i  buńczucznej  miny.  Wierz  mi,  Diego,  Walencja  by
dostarczyła  godniejszych  ambasady  królewskiej  wojowników,  lecz,  jeśli  taka  jest  wola  naszego

background image

pana, my, prości żołnierze, nie powinniśmy szemrać.

- Mój Roderyku, niejeden już zapewne pomyślał, że pieniądze roztrwonione na to poselstwo lepiej
byłoby rozdzielić między nas zuchów, cośmy własną krwią stłumili powstanie w Barcelonie.

-  Jedna  to  zawsze  piosenka,  braciszku,  między  dłużnikiem  a  wierzycielem.  Jan  II  winien  ci  kilka
marawedów, więc ty mu wyrzucasz dukaty, które wydaje na osobiste potrzeby. Ja, stary wiarus, znam
się od dawna na sztuce ściągania sobie żołdu, gdy skarb go wypłacić nie może.

- Dobre to w wojnie cudzoziemskiej, kiedy bić się przychodzi przeciw Maurom na przykład, ale ci
Katalończycy, to przecież chrześcijanie i dobrzy ludzie; trudno łupić ich jak niewiernych.

- I owszem, bardzo łatwo, łatwiej jeszcze niż poganina, gdyż ten, spodziewając się napaści, uprzątnie
co  lepsze,  podczas  gdy  ziomek  sam  ci  otworzy  swoje  skarby  i  serce.  Ale  któż  to  w  tak  późnej
godzinie wybiera się w drogę?

- Są to ludzie pragnący uchodzić za bogaczy, chociaż niby z tym się kryją; zaręczam ci, Roderyku, że
wszystkie te mieszczuchy razem nie mają tyle pieniędzy, by zapłacić sługusa co na noclegu poda im
olla podrida .

— Na św. Jakuba, mojego patrona — rzekł stłumionym głosem dowódca zbliżającej się kawalkady,
który  z  jednym  tylko  towarzyszem  wyprzedził  nieco  swój  orszak  —  ten urwis  nie  bardzo  się  myli!
Mamy jeszcze na zapłacenie wieczerzy, ale do końca podróży nic nam z pewnością nie zostanie.

Żartobliwe  te  wyrazy  towarzysz  dowódcy  przyjął  posępnym  milczeniem;  jednocześnie  kawalkada
zatrzymała się przy bramie. Byli to kupcy, jak świadczyła ich powierzchowność, bo w owym czasie
każda  klasa  społeczeństwa  miała  jeszcze  oddzielne  ubranie.  Pozwolenie  opuszczenia  miasta  było
formalne  i  strażnik  miejski,  w  kwaśnym  widać  humorze,  że  mu  przerwano  spoczynek,  z  wolna
podnosił  rogatkę.  Dwaj  żołnierze  stanęli  na  uboczu,  obojętnie  przypatrując  się  grupie  nowo
przybyłych,  i  tylko  wrodzona  powaga  hiszpańska  wstrzymywała  ich  od  głośnych  oznak  pogardy
względem trzech czy czterech Żydów, znajdujących się między kupcami. Reszta towarzystwa należała
widać  do  wyższej  klasy  handlujących,  bo  liczna  towarzyszyła  im  służba.  Podczas  gdy  panowie
opłacali mały podatek, przypadający za opuszczenie miasta po zachodzie słońca, jeden ze służących,
jadący na zwinnym mule stanął blisko Diega!

— Ho! ho! braciszku, zawołał żołnierz nie mogąc powściągnąć języka; ile dublonów kupcy płacą ci
na rok, i siła ci sprawiają tych pięknych kaftanów skórzanych, w których tak ci do twarzy?

Służący,  młody  jeszcze  człowiek,  chociaż  muskularne  ciało  i  śniada  cera  świadczyły  o  twardo
przebytych  znojach,  zadrżał  lekko  i  zapłonił  się  na  te  słowa,  których  wymówieniu  towarzyszyło
poufałe  poklepanie  w  kolano.  Lecz  żołnierz  miał  twarz  tak  dobroduszną,  że  niepodobna  było
rozgniewać się jego żartem; wreszcie serdeczny śmiech jego zapobiegł wybuchowi młodzieńca.

- Za mocno uderzasz mnie po nodze, przyjacielu, rzekł łagodnie - jeżeli chcesz przyjąć moją radę, to
nie pozwalaj sobie nigdy na takie poufałości, bo niespodzianie mógłbyś się spotkać z kułakiem.

background image

- Na św. Piotra! któż by się poważył...

Nie miał czasu dokończyć, gdyż orszak w dalszą ruszył drogę, a muł młodego giermka, spięty ostrogą,
silnym potrąceniem o mało nie wywrócił Diega, który właśnie rękę przykładał do pałasza.

- Ten młodzian ma odwagę - krzyknął żołnierz po odzyskaniu równowagi; sądziłem przez chwilę, że
chce mnie poczęstować pięścią.

- Zawsze z ciebie niezdara, kolego, odrzekł drugi żołnierz; nic by nie było dziwnego, gdyby cię był
ukarał za niepotrzebne zuchwalstwo.

Lokaj w usługach Żyda miałby natrzeć na żołnierza królewskiego?

—  Może  i  on  był  żołnierzem;  bo  zdaje  mi  się,  żem  widział  jego  twarz  w  miejscu  gdzie  na  próżno
szukano by tchórzy.

— To sługa po prostu i do tego młodzik zaledwie wyszły z rąk kobiety.

— Niech i tak będzie, lecz mimo to sądzę, że służył przeciw Maurom i Katalończykom. Wiesz o tym,
że nasza szlachta ma zwyczaj wczesnego wysyłania dzieci na wojnę.

—  Szlachta?  —  powtórzył  śmiejąc  się  Diego  —  do  czarta  Roderyku,  jak  można  takiego  prostaka
porównać z synem szlacheckim? Czy myślisz, że to przebrany Guzman albo Mendoza.

— Dziwnym ci się to wyda, a jednak przypominam sobie dokładnie, żem go widział na polu walki i
słyszał głos jego grzmiący rozkazem. Na św. Jakuba z Campostelli, to rzecz niezawodna. Przybliż się
Diego, powiem ci słówko w zaufaniu.

Chociaż  nikt  nie  podsłuchiwał,  Roderyk  odprowadził  na  bok  kolegę,  oglądając  się  na  wszystkie
strony, cichym głosem wymówił kilka wyrazów.

—  Najświętsza  Panno  —  zawołał  Diego,  odskakując  z  podziwu  na  kilka  kroków,  mylisz  się
niezawodnie, Roderyku!

— Wiem co mówię, odpowiedział Roderyk; nie widziałem go tylokrotnie z podniesioną przyłbicą?

— A teraz podróżuje jako giermek przy kupcu, jako sługa żydowski!?

—  My,  kolego,  powinniśmy  patrzeć  nie  widząc  i  słuchać  nie  słysząc.  Jan  II  dobrym  jest  panem,
chociaż w tej chwili papiery jego spadły; trzeba zachować poddańczą pokorę.

-  Ależ  on  nie  przebaczy  mi  nigdy  tej  nieroztropnej  poufałości!  Nie  ośmielę  się  stanąć  przed  jego
obliczem.

-  Ej!  wątpię  żebyś  z  nim  zasiadł  kiedy  u  stołu  królewskiego,  a  na  wojnie  on,  który  zawsze  jest  na
czele, nie będzie pewnie miał ochoty obejrzeć się za tobą.

background image

- Mniemasz więc, że mnie nie pozna?

-  W  każdym  razie,  mój  chłopcze,  nie  obawiaj  się  niczego,  bo  takim  ludziom  zwykle  ważniejsze
sprawy tkwią w głowie.

- Daj Boże, żebyś prawdziwym był prorokiem, inaczej nie będę mógł nigdy pokazać się w szeregu.
Gdybym  mu  był  wyświadczył  przysługę,  to  może  by  o  niej  zapomniał;  ale  pamięć  obelgi  długo  się
przechowuje.

Tak rozmawiając, dwaj żołnierze oddalili się, a stary nie przestawał zalecać młodemu większej na
przyszłość rozwagi.

Tymczasem kawalkada postępowała naprzód, z szybkością wypływającą oczywiście z obawy o złe
drogi i z żywej chęci przybycia co rychlej na miejsce. Jadąc noc całą, zatrzymali się wtedy dopiero,
gdy  światło  dzienne  wystawiało  ich  na  spojrzenie  ciekawych.  Wiadomo  było,  że  ajenci  Henryka
kastylijskiego  przebiegają  przestrzeń  między  stolicą  Aragonii  a  Valladolid,  gdzie  przebywała
Izabella.  Jednakże  podróżni  bez  przygody  stanęli  w  okręgu  Soria,  części  starej  Kastylii.  Chociaż
zbrojne  hufce  królewskie  czatowały  po  drodze,  powierzchowność  podróżnych  nie  mogła  niczym
zwrócić  uwagi  żołnierzy  Henryka,  obecność  zaś  tych  ostatnich  oddalała  zwykłych  złodziei.  Co  się
tyczy  młodzieńca,  będącego  przedmiotem  rozmowy  dwóch  żołnierzy,  ten  z  uległością  towarzyszył
panu,  zajmując  się  obowiązkami  swojego  stanu.  Dopiero  drugiego  dnia  wieczorem,  gdy  orszak
opuścił gospodę, gdzie uraczono się olla podridą i kwaśnym winem, wesoły dowódca, zaśmiawszy
się głośno, opuścił swe miejsce na przodzie i zbliżył się do tajemniczego giermka. Lecz ten surowym
przyjął go spojrzeniem.

— Mości Nunez — rzekł głosem, który bynajmniej nie zgadzał się z zależnym na pozór stanowiskiem
jakie zajmował — dlaczego porzuciłeś swoje miejsce?

—  Wybacz,  odpowiedział  dowódca,  tłumiąc  śmiech  tylko  przez  uszanowanie  dla  młodzieńca,  ale
zdarzyło nam się nieszczęście, które przewyższa wszystko co podają legendy o błędnych rycerzach.
Nasz szanowny Ferreras, tak przywykł do złota, od czasu jak się zbogacił handlem zbożowym, płacąc
w oberży za wieczerzę, zapomniał sakiewkę. Teraz całe towarzystwo podróżne nie posiada może i
dwudziestu realów.

- Jestże to przedmiot żartu, mości Nunez? - odpowiedział giermek z lekkim uśmiechem, zdradzającym
chęć  podzielenia  wesołości  towarzysza.  -  Bogu  dzięki,  miasto  Osma  niedaleko,  a  tymczasem  nie
potrzeba nam pieniędzy. Teraz, mój panie, rozkazuję ci, abyś powrócił na miejsce i nie wdawał się
w niepotrzebną poufałość z podwładnymi. Godnemu Ferreras wyraź moje ubolewanie.

Dowódca porozumiewawczo spojrzał na mniemanego giermka, lecz ten odwrócił głowę, jakby sam
był w obawie uchybienia swojej roli. Po chwili poprzedni porządek orszaku był przywrócony.

Północ już się zbliżała, podróżni poganiali muły, żeby prędzej stanąć, gdzie zamierzali. Niezadługo
ukazało  się  w  oddaleniu  miasteczko  Osma,  należące  jeszcze  do  prowincji  Soria,  lecz  położone
niedaleko już granic Burgos.

background image

Zbliżywszy się do bramy, przewodniczący młody kupiec uderzył w nią kilkakrotnie, kijem. Udający
sługę  opuścił  właśnie  swe  miejsce  i  wmieszał  się  między  jadących  na  czele  kawalkady,  gdy  nagle
kamień  rzucony  z  murów  miasta  zawarczał  mu  koło  głowy.  Krzyk  oburzenia  rozległ  się  w  orszaku,
tylko  tajemniczy  młodzieniec  nie  stracił  przytomności,  a  chociaż  mówił  podniesionym  głosem,
jednakże słowa jego nie wyrażały ani gniewu, ani trwogi.

—  Cóż  to,  zawołał,  czy  tak  przyjmujecie  spokojnych  podróżnych  kupców,  którzy  w  nocnej  porze
szukają gościnności?

—  Kupcy,  podróżnicy?  —  odparł  głos  jakiś  wewnątrz,  —  powiedz  raczej  ajenci  króla  Henryka.
Coście za jedni? Gadajcie, bo przywitamy was czymś lepszym niż kamieniem.

— Chciej mnie objaśnić, rzekł młodzieniec, nie dając odpowiedzi na zapytanie, kto dowodzi W tym
mieście? Czy nie hrabia Trevino?

— On sam, odpowiedziano mu z murów głosem nieco złagodzonym. Lecz jakaż może być styczność
między zgrają koczujących kupców a jego ekscelencją. Ty zaś, co mówisz tak śmiało i ostro, musisz
być chyba grandem Hiszpanii.

—  Jestem  Ferdynand  de  Transtamare,  król  Sycylii,  książę  aragoński.  Oznajm  to  swojemu  panu,  i
niech przybywa natychmiast.

To objaśnienie, wyrzeczone głosem człowieka przywykłego do rozkazów, zmieniło nagle stan rzeczy.
Kawalkada  odmiennym  uszykowała  się  porządkiem.  Dwaj  kawalerowie,  będący  na  czele,  ustąpili
pierwszeństwa młodemu królowi, a inni tymczasem, pozrzucawszy przebrania, pokazali się w szatach
właściwych.  Uważny  obserwator  byłby  zauważył  niezawodnie  z  jaką  ulgą  kawalerowie,  przywykli
do walk rycerskich i turniejów, rozstawali się z poniżającą dla siebie rolą.

Wkrótce całe miasteczko było w ruchu, a tłum cisnący się na mury i światło latarń spuszczonych dla
obejrzenia przybyszów, zapowiadały zbliżanie się gubernatora.

- Mamże wierzyć temu co słyszę? odezwał się w tej chwili głos hrabiego Trevino, czy rzeczywiście
don Ferdynand aragoński zaszczyca mnie odwiedzinami w tak niezwykłej godzinie?

-  Rozkaż  służbie,  aby  latarnie  obróciła  ku  mej  twarzy,  a  sam  się  o  tym  przekonasz.  Wybaczam  ci,
hrabio, to zwątpienie, jeśli je wynagrodzisz gorliwością.

-  To  on!  -  zawołał  gubernator  -  poznaję  w  tych  rysach  potomka  królów,  którego  głos  tylokrotnie
przewodził  hufcem  Aragonii  w  wojnach  przeciw  Maurom.  Otworzyć  bramy,  a  trąby  niech
natychmiast rozgłoszą miastu szczęśliwą nowinę!

Rozkaz ten szybko został wykonany i młody król wjechał do Osmy, otoczony zbrojnym orszakiem i
zgrają zdziwionych mieszkańców.

-  Najjaśniejszy  panie,  rzekł  Andrzej  de  Cabrera,  młody  kawaler,  który  wprzód  był  dowódcą,
zbliżając się poufale do księcia Ferdynanda, szczęście prawdziwe żeśmy zdążyli do tej bezpiecznej
gospody.  Don  Ferreras  zgubił  rzeczywiście  jedyną  naszą  sakwę,  a  w  takiej  ostateczności  trudno  by

background image

nam było utrzymać się w roli kupców.

—  Teraz,  gdyśmy  wkroczyli  do  ukochanej  Kastylii,  polegamy  zupełnie  na  twej  gościnności,  bo
wiadomo nam, że posiadasz dwa drogocenne klejnoty.

—  Miłościwy  królu,  wasza  wysokość  żartuje  sobie  ze  mnie,  i  rzeczywiście  jedyna  to  zabawa  jaką
teraz mogę mu ofiarować. Przywiązanie do sprawy księżniczki Izabelli uczyniło mnie wygnańcem, w
tej  chwili  prosty  żołnierz  armii  aragońskiej  bogatszy  jest  ode  mnie.  Jakimi  mógłbym  rozrządzać
klejnotami?

— Mówią wiele o dwóch brylantach zdobiących głowę donny Beatrix de Bobadilla, które wiem, że
tobie  przypadną,  bo  młoda  dziewica,  idąc  za  popędem  serca,  chętnie  je  odstąpi  tak  przyjemnemu
kawalerowi.

—  Ach,  najjaśniejszy  panie,  jeśli  ta  przygoda  ma  się  skończyć  tak  szczęśliwie,  jak  została
rozpoczęta, tedy najwyższe jego wstawiennictwo bardzo mi będzie potrzebne.

Król, swoim zwyczajem, uśmiechnął się łagodnie i miał coś odpowiedzieć, gdy zbliżający się hrabia
Trevino przerwał dalszą rozmowę.

Tej nocy Ferdynand aragoński mógł zasnąć spokojnie i głęboko; jednakże ze świtem porzucił łoże, by
opuścić  miasto.  Ruszając  z  Osmy,  mały  orszak  zupełnie  inny  miał  wygląd  niż  dnia  wczorajszego.
Ferdynand,  całkiem  uzbrojony,  dosiadł  dzielnego  rumaka;  eskortował  go  oddział  lekkiej  jazdy,  pod
dowództwem samego hrabiego Trevino, i tym sposobem kawalkada 9 października 1469 r. stanęła w
Duenas,  miasteczku  królestwa  Leon,  sąsiadującym  w  Valladolid.  Tu  niezadowoleni  spomiędzy
szlachty  zaczęli  się  garnąć  do  księcia,  składając  mu  hołdy  przynależne  wysokiemu  urodzeniu  i
świetnej jego przyszłości.

Kastylijczycy,  zwolennicy  zbytku,  mieli  wtedy  sposobność  przyjrzenia  się  surowemu  życiu
Ferdynanda. Młody ten książę, chociaż liczył dopiero lat osiemnaście, tak zahartował ciało i ukrzepił
członki,  że  dorównywał  siłą  najdzielniejszym  rycerzom.  Najmilszą  rozrywką  jego  były  ćwiczenia
wojskowe  i  żaden  z  kawalerów  aragońskich  lepiej  od  niego  nie  harcował  konno,  czy  to  na  polu
bitwy,  czy  w  walce  turniejowej.  Skromny  przy  tym  i  trzeźwy,  jak  muzułmanin,  zdawał  się  być
stworzonym  do  spełnienia  dzieł  wymagających  zarówno  wielkiej  siły  fizycznej,  jak  głębokiej
rozwagi i nieustannej czujności.

W  ciągu  czterech  czy  pięciu  następnych  dni  szlachta  kastylijska,  otaczająca  Ferdynanda,  nie
wiedziała,  czy  dziwić  się  bardziej  porywającej  jego  wymowie,  czy  dojrzałości  sądu, niebędącej
wynikiem zimnej rozwagi, lecz darem wrodzonym człowieka przeznaczonego do panowania cudzym
namiętnościom.

 

ROZDZIAŁ II

Podczas  gdy  Jan  aragoński  starał  się  wszelkimi  środkami,  aby  syn  jego  uszedł  czujnej  uwagi

background image

służalców  króla  Kastylii,  mieszkańcy Valladolid  oczekiwali  skutku  wyprawy  z  tą  niespokojną
obawą,  jaka  zwykle  towarzyszy  niebezpiecznym  przedsięwzięciom.  Pomiędzy  tymi,  co  z
niecierpliwością śledzili kroki Jana z Aragonii, znajdowały się osoby, z którymi wypada nam bliżej
czytelników zaznajomić.

Chociaż  Valladolid  w  tym  czasie  daleko  jeszcze  było  do  świetności,  jakiej  dosięgło  zostawszy
stolicą  Karola  V,  zawsze  jednak  ten  gród  starożytny  i  bogaty  posiadał  znaczną  liczbę  wspaniałych
pałaców. Jeden z nich był siedzibą Jana de Vivero, znakomitego szlachcica, i w nim to dwie osoby
oczekiwały wiadomości z Duenas. Wnętrze tego gmachu łączyło poważną zbytkowność owego czasu
z  wygodą  i  wykwintnością,  jakie  nadać  tylko  może  bezpośredni  zarząd  kobiecy.  W  1469  r.  wielki
dramat  wojenny,  trwający  od  siedmiu  wieków,  walka  chrystianizmu  z  Koranem,  na  Półwyspie
Pirenejskim  zbliżała  się  ku  końcowi.  Maurowie,  zajmujący  długo  południowe  części  królestwa
Leonu,  zostawili  w  budowlach  ślady  barbarzyńskiej  wystawności;  nawet  nazwa  miasta  Valladolid,
przerobiona z Veled-Vlid, świadczyła o pobycie w tych stronach nacji arabskiej.

W  głównej  sali  pałacu  Jana  de  Vivero  dwie  kobiety  żywo  z  sobą  rozmawiały.  Obie  były  młode,  i
chociaż  różnej  zupełnie  powierzchowności,  posiadały  niezaprzeczone  powaby.  Jedna  z  nich
szczególnie,  zaledwie  dziewiętnastoletnia,  lecz  w  całym  już  kwiecie  młodości,  uchodzić  mogła  za
skończoną  piękność.  Gorąca  nawet  wyobraźnia  krain  południowych  nie  wymarzyłaby  większej
doskonałości.  Jej  ręce,  nogi,  kibić  i  wszystkie  zarysy  nacechowane  były  niezrównanym  wdziękiem
niewieścim, a postać wysoka i okazała szlachetną nadawała jej powagę. Patrzący na nią nie wiedział
czy  go  czaruje  bardziej  powab  zewnętrzny,  czy  wyraz  nieskażonej  duszy  odbity  na  jej  twarzy.
Chociaż  urodzona  w  Hiszpanii,  pochodziła  w  prostej  linii  od  królów  gockich,  i  z  tego  zapewne
powodu  w  jej  powabnej  postaci  zlewała  się  świeżość  północna,  z  porywającą  żywością  kobiet
południa.  Cera  jej  była  biała,  włos  gęsty  kasztanowaty,  oczy  niebieskie,  pełne  blasku  i  pojętności.
Dla dopełnienia obrazu powiedzmy, że na obliczu wychowanki dworu malowała się szczera prostota,
rzadko w tej sferze napotykana, a krasząca wdzięk młodości urokiem prawdy moralnej.

Ubiór  księżniczki  odznaczał  się  prostotą,  chociaż  bogactwem  odpowiadał  godnie  jej  wysokiemu
dostojeństwu.  Na  szyi,  śnieżnej  białości,  połyskiwał  brylantowy  krzyż,  zawieszony  na  rzędzie
wyborowych pereł; kilka kosztownych pierścieni obciążało raczej, niż zdobiło jej śliczne ręce. Była
to Izabella kastylijska, oczekująca w ustroniu rozwiązania swego losu.

Towarzyszką  jej  była  donna  Beatrix  de  Bobadilla,  przyjaciółka  młodości  i  wierna  do  śmierci
poddana.  Dama  ta,  starsza  nieco  od  księżniczki,  miała  ułożenie  stanowczo  hiszpańskie;  jakkolwiek
pochodziła  ze  starej  rodziny,  dom  jej  nie  wchodził  nigdy  w  związki  z  cudzoziemcami.  Jej  czarne,
błyszczące oczy zapowiadały szlachetną duszę i silną wolę. Postać jej, przyjemna, ustępowała jednak
w  doskonałości  kształtom  królewskiej  przyjaciółki.  Natura,  dzieląc  swe  dary  między  młode
niewiasty, rozróżniła je odpowiednio stanowiskiem społecznym jakie każda z nich zajmowała, lecz
widziane  z  osobna,  obie  były  zachwycające.  Izabella  kończyła  właśnie  ranny  strój;  siedziała  na
fotelu,  niedbale  oparta  i  pochylona  ku  przyjaciółce,  klęczącej  przed  nią  na  podnóżku.  Kobiety  były
same,  w  rozmowie  ich  przeto  panowała  swoboda,  wolna  zarówno  od  etykiety  kastylijskiej  i
sztywności  hiszpańskiej;  toczyła  się  ona  w  miarę  uczuć  naturalnych,  nie  według  ceremoniału
dworskiego.

- Beatrix, rzekła księżniczka, prosiłam Boga, by kierował moją myślą w tak ważnej sprawie, i mam

background image

nadzieję, że wybór jaki uczynię pogodzi moje własne dobro, ze szczęściem mych poddanych.

- Nikt o tym nie wątpi, szlachetna pani, odpowiedziała Beatrix de Bobadilla, bo Kastylijczycy tak cię
kochają,  że  nie  sprzeciwiliby  się  pewnie  twym  zamiarom,  gdybyś  nawet  wyjść  chciała  za  sułtana
tureckiego.

-  Powiedz  raczej,  moja  dobra,  odparła  z  uśmiechem  Izabella,  że  sądzisz  o  innych  po  sobie.  O!  te
projekty małżeńskie dużo sprawiają mi kłopotu.

- Lecz teraz minął czas próby. Najświętsza Panno, ileż to w mężczyznach musi być zarozumiałości i
lekkomyślności, kiedy tacy konkurenci śmieli ubiegać się o rękę mojej pani.

-  Jeżeli  ze  wszystkich  wybrałam  Ferdynanda  aragońskiego  -  to  jedynie  z  powodu,  że  związek  ten
odpowiada najwięcej interesowi Kastylii. Wiesz Beatrix, że Kastylijczycy i Aragończycy z jednego
pochodzą rodu i tym samym mówią językiem.

- W imię Boże, kochana pani, nie porównuj czystej mowy kastylijskiej z dialektem mieszkańców gór!

—  Niech  i  tak  będzie;  ale  łatwiej  zawsze  wyuczyć  po  hiszpańsku  Aragończyka,  niż  Galia;  a  don
Ferdynand należy do rodziny Transtamare, jest potomkiem królów Kastylii, i mówią, że młody król
sycylijski może się podobać.

— Gdyby tego nie umiał, nie byłby chyba mężczyzną. Któżby z nich nie potrafił ułożyć się, gdy idzie
o  podbicie  serca  dziedziczki  korony,  a  jeszcze  pięknej  jak  jutrzenka,  dobrej  i  mądrej,  słowem
wcielonej doskonałości.

— Moje dziecię, te słowa nie przystoją ani mnie, ani tobie.

— A jednak są one prawdziwym wyrażeniem moich uczuć.

— Wierzę ci, dobra Beatrix, lecz powinniśmy pamiętać o ostatniej spowiedzi i mądrych radach jakie
nam  wówczas  udzielono.  Tak  lekkomyślne  rozmowy  nie  uchodzą  kobietom,  które  za  grzechy  swoje
potrzebują  pobłażania.  Co  do  tego  małżeństwa,  jeśli  je  zawrę,  to  więcej  jako  księżniczka;  niż  jako
niewiasta, bo wiadomo ci, że nie znamy się nawet z Ferdynandem.

—  Prawda  to  wszystko,  szlachetna  pani;  przyznaję,  iż  dziewica  wysokiego  urodzenia,  może
rozporządzać  swą  ręką  na  innych  zasadach  niż  prosta  mieszczka,  a  nawet,  że  sama  jej  godność  i
troskliwe  wychowanie,  stanowi  większą  rękojmię  szczęścia  małżeńskiego,  aniżeli  ¦  gorączkowe
przywiązanie. Ale z tym wszystkim bardzo mnie to cieszy, że tak szlachetny i dzielny, według opisu
ojca  Alonzo,  młodzieniec  stara  się  o  twe  względy,  jak  również  że,  zdaniem  mych  przyjaciół,  don
Andrzej de Cabrera, chociaż trzpiot wielki, doskonałym będzie mężem dla Beatrix de Bobadilla.

Izabella,  która  mimo  wrodzonej  powściągliwości  czuła  niekiedy  potrzebę  poufnej  rozmowy,
uśmiechnęła  się  z  tego  wyskoku,  i  rozgarniając  piękną  rączką  krucze  sploty  Beatrix,  rzuciła  na  nią
macierzyńskie prawie, pełne tkliwości spojrzenie.

-  Jeżeli  wartogłowy  powinny  się  łączyć  z  sobą,  rzekła  potem,  to  przyjaciele  twoi  mają  słuszność.

background image

Wymówiwszy  te  słowa  umilkła,  a  wstyd  dziewiczy  rozlany  po  jej  twarzy  i  skryty  ogień  źrenicy
świadczył, że Izabella, w tej chwili przynajmniej, była więcej kobietą jak królową, zajętą wyłącznie
szczęściem swych poddanych.

-  W  miarę  jak  się  zbliża  nasze  spotkanie,  ciągnęła  dalej  księżniczka,  dziwne  jakieś  ogarnia  mnie
zmieszanie,  i  wyznaję  ci  otwarcie,  moja  droga,  że  przymioty  ciała  i  duszy,  przypisywane  królowi
sycylijskiemu, niemały w tym mają udział.

-  To  dziwne,  wtrąciła  Beatrix.  Ja  ze  swej  strony  nie  oddałabym  dobrowolnie  ani  jednego  powabu
przeznaczonego mi małżonka.

- Twoje położenie jest inne, Beatrix, ty znasz markiza de Moya i pewną jesteś jego uwielbienia.

— Św. Jakubie, czy podobna tak sobie nie ufać! Wszak młoda i piękna kobieta odbiera hołdy jako
przynależną sobie daninę.

— Prawda to, moja córko (Izabella, chociaż młodsza, nazywała tak niekiedy przyjaciółkę, a później,
zostawszy  królową,  zawsze  ją  zaszczycała  tym  mianem),  ale  wtedy  tylko,  gdy  owe  hołdy  są
zasłużone.  Co  do  mnie,  z  niepokojem  nieraz  zadaję  sobie  pytanie,  jakie  będą  dla  mnie  uczucia  don
Ferdynanda. Uważam go za młodzieńca pełnego szlachetności, męstwa i osobistych przymiotów, i nie
wiem czy zdołam odpowiedzieć jego wymaganiom.

— Na Boga! Zarozumiały chyba Aragończyk mógłby coś podobnego pomyśleć! Jeżeli don Ferdynand
szlachetnego jest rodu, ty pani, potomek starszej linii domu Transtamare, w niczym mu nie ustępujesz.
Jeżeli jest młodym, i ty nią jesteś; jeżeli roztropnym, czyż tobie brak tego przymiotu?

— Powoli, powoli, kochana Beatrix! Powściągnij nieco swoją żywość.

—  Skromność  twoja,  łaskawa  pani,  pozwala  ci  oceniać  cudze  tylko  zalety,  a  zapominasz  o  swoich
ale  don  Ferdynand  sprawiedliwszym  będzie  w  tym  względzie.  Jest  spadkobiercą  kilku  koron,  ale
czeka  go  tu  dziedziczka  kastylijska,  która  słodyczą  swą  i  prostotą,  podbije  z  pewnością  rycerskie
jego serce.

— Nie trwożę się bynajmniej o próżność Ferdynanda, chociaż wiem, że posiada już, lub posiądzie,
niejedną  koronę,  lecz  mimo  twych  uwag  życzliwych,  nie  dowierzam  sama  sobie.  Zdaje  mi  się,  że
przyjęłabym obojętnie, a przynajmniej z godnością odpowiednią swojemu urodzeniu, każdego innego
księcia, ale drżę gdy pomyślę o spotkaniu z Ferdynandem.

- To raczej don Ferdynand powinien być w obawie, zawołała Beatrix, całując z uszanowaniem rękę
Izabelli.

- O nim, kochana przyjaciółko, same tylko doszły mnie pochwały. Lecz darmo się niepokoję, zamiast
zasięgnąć  zdania  pobożnego  kapłana,  który  nie  odmówi  mi  pewnie  swej  rady.  Ojciec  Alonzo  nas
oczekuje, pójdźmy do niego.

Księżniczka  z  towarzyszką  weszły  do  kaplicy  zamkowej,  gdzie  jej  spowiednik  Mszę  właśnie
odprawiał.  Tu  niespokojność  pięknej  Izabelli  ustąpiła  wkrótce  przed  pociechą  obrządków

background image

religijnych. W chwili gdy opuszczała kaplicę, posłaniec przybył z wieścią, że król sycylijski stanął
szczęśliwie  w  Duenas  i  otoczony  wiernymi  stronnikami,  przybędzie  wkrótce  dla  urzeczywistnienia
swych nadziei.

Izabella,  na  nowo  tym  zmieszana,  z  trudnością  tylko  odzyskała  zwykłą  spokojność  umysłu.
Poświęciwszy  parę  godzin  modlitwie,  obie  przyjaciółki  powróciły  do  sali,  w  której  niedawno
rozmawiały.

—  Czy  widziałaś  don  Andrzeja  de  Cabrera?  —  zapytała  księżniczka,  przeciągając  ręką  po  czole,
jakby dla zebrania myśli.

Beatrix de Bobadilla zapłoniła się, a potem nagłym wybuchła śmiechem.

—  Jak  na  kawalera  trzydziestoletniego,  który  stargał  nieco  siły  w  wojnach  przeciw  Maurom,  don
Andrzej  dość  zwinne  ma  nogi;  przyniósł  tu  bardzo  szybko  wiadomość  o  przybyciu  króla,
przedstawiając  zarazem  swą  przyjemną  osobę. Ale  znów  na  człowieka  wytrawnego,  zbyt  wielki  z
niego  gaduła.  Podczas  gdy  pani  zajęta  byłaś  modlitwą,  słyszałam  mimo  woli  cudowne  jego
opowiadanie  o  podróży  don  Ferdynanda.  Zdaje  się,  szlachetna  pani,  że  w  samą  porę  przybyli  do
Duenas, straciwszy ostatnią sakiewkę z pieniędzmi, którą może wiatr uniósł z powodu jej lekkości.

—  Spodziewam  się,  że  temu  zaradzono.  Obecnie  wprawdzie  żadna  z  gałęzi  domu  Transtamare  nie
może się poszczycić bogactwem, zawsze jednak mamy dosyć i na potrzeby przyjaciół.

—  Don Andrzej  w  tej  chwili  nie  jest  ani  bogatym,  ani  ubogim;  lecz  będąc  w  Kastylii,  gdzie  Żyd  i
lichwiarz  każdy  zna  wartość  jego  dóbr,  z  łatwością  zaopatrzyć  może  we  wszystko  króla
sycylijskiego. Powiadano mi, że i hrabia Trevino nie pokazał się skąpym.

—  Nie  będzie  to  z  jego  szkodą,  kochana  Beatrix.  Teraz,  drogie  dziecię,  chciej  podać  mi  papier  i
pióro, bo mam zawiadomić don Henryka o zamierzonym związku.

- Ależ  kochana  pani,  to  się  sprzeciwia  roztropności,  bo  zwykle  gdy  dziewica,  czy  szlachetna,  czy
prostego  urodzenia,  chce  zawrzeć  małżeństwo  wbrew  woli  swych  krewnych,  to  naprzód  dopełnia
zamiaru, a potem dopiero prosi o błogosławieństwo.

- Idź, moje dziecię, powiedziałaś swoje, a teraz przynieś mi czego żądałam. Król nasz nie tylko jest
moim panem i opiekunem, ale nadto najbliższym krewnym, którego uważać powinnam za ojca.

- To tym sposobem donna Joanna portugalska byłaby matką mojej pani! Piękna z niej przewodniczka
dla skromnej dziewicy! Nie, droga pani, matką twoją była cnotliwa Izabella, różniąca się zupełnie od
lekkomyślnej siostrzenicy.

- Za śmiało mówisz, Beatrix, i zapominasz o moim rozkazie. Chcę pisać do swego brata i króla.

Izabella  rzadko  z  podobną  odzywała  się  surowością:  toteż  Beatrix  zadrżała  i  łzy  puściły  jej  się  z
oczu. Nie śmiąc spojrzeć na przyjaciółkę, przyniosła materiał piśmienny i zachowała milczenie.

Izabella  zaczęła  pisać  ów  list  historyczny,  w  którym,  wyrzekając  się  wrodzonej  nieśmiałości,  z

background image

książęcą przemawiała powagą.

Przez  traktat  w  Toros  de  Guisando,  unieważniający  prawa  córki  Joanny  portugalskiej,  a  uznający
Izabellę następczynią tronu, ta ostatnia obowiązana była nie rozrządzać swą ręką bez wiedzy króla.
Księżniczka  przeto  usprawiedliwiała  przed  bratem  swoje  postanowienie,  przytaczając,  że
przeciwnicy  jej  złamali  przyrzeczenie  nie  mieszania  się  do  sprawy  małżeństwa.  Wyliczała  dalej
korzyści polityczne, wynikające z połączenia koron kastylijskiej z aragońską, i prosiła o zezwolenie
króla.

List ten, przedłożony Janowi de Vivero oraz innym członkom rady królewskiej, wyprowadzony został
natychmiast  przez  umyślnego  posłańca,  po  czym  zajęto  się  przygotowaniami  do  mającego  nastąpić
spotkania dwojga narzeczonych.

 

ROZDZIAŁ III

Mimo  zrównoważonego  charakteru  i  zwykłej  pogody  umysłu,  której  źródłem  była  stateczność  jej
zasad  moralnych,  serce  Izabelli  silniej  zabiło,  w  chwili  gdy  ujrzeć  miała  wreszcie  przyszłego
małżonka.  Etykieta  dworska  i  ważność  spraw  politycznych,  kojarzących  się  z  tym  związkiem,
wymagała  koniecznie  kilkudniowych  przygotowań,  w  ciągu  których  młoda  narzeczona  najżywszej
doznawała niecierpliwości.

Na  koniec,  wieczorem  15  października  1469  r.,  wszystkie  przeszkody  były  usunięte;  Ferdynand
dosiadł konia, i w towarzystwie czterech tylko szlachciców, w liczbie których znajdował się Andrzej
de  Cabrera,  bez  żadnej  wystawności  udał  się  do  pałacu  Vivero. Arcybiskup  Toledo  przedstawiać
miał księcia dostojnej narzeczonej.

Izabella, mając przy sobie jedynie Beatrix de Bobadilla, oczekiwała jego przybycia w znajomej już
czytelnikom sali. Zdobywszy się na spokój, przyjęła narzeczonego z godnością księżniczki, chociaż z
nieśmiałością  płci  swojej  właściwą.  Ferdynand  aragoński,  przygotowany  był  ujrzeć  niewiastę
rzadkiej  urody,  lecz  wdzięk  anielskiej  niemal  skromności,  rozlany  po  jej  cudnym  obliczu,  tak  silne
zrobił  na  nim  wrażenie,  że  chociaż  umiał  zwykle  ukrywać  swe  uczucia,  stanął  u  wejścia  osłupiały.
Potem ocknąwszy się postąpił szybko naprzód, ujął tę drobną rączkę, co wkrótce stać się miała jego
własnością i ucałował ją z zapałem.

- Widzę cię więc nareszcie, droga kuzynko, rzekł głosem zachwyconym. Mniemałem iż nie doczekam
się tego szczęścia, lecz z łaski św. Jakuba, naszego patrona, życzenia moje mają się ku spełnieniu, i
chwila obecna wszystko mi wynagradza.

-  Dziękuję  waszej  królewskiej  mości  i  witam  go  u  siebie,  odpowiedziała  skromnie  Izabella.
Przeszkody  jakie  dotąd  przyszło  nam  pokonać  są  tylko  wstępem  ważniejszych  przeciwności,  z
którymi w ciągu życia spotykać się może wypadnie.

Ferdynand podał rękę narzeczonej i poprowadził ją do fotela, a sam chciał zasiąść na taborecie, lecz
Izabella,  wiedząc,  że  Kastylijczycy  chętnie,  gdzie  było  można,  przywłaszczali  sobie  wyższość  nad

background image

Aragończykami, nie chciała zająć miejsca, dopóki narzeczonemu nie podano krzesła.

—  Młodej  osobie,  rzekła,  za  którą  jedno  tylko  przemawia  urodzenie,  nie  przystoi  pierwszeństwo
przed królem sycylijskim.

—  Na  Boga,  droga  kuzynko,  nie  rządź  się  etykietą.  Wszak  wobec  Najwyższego  znikają  ziemskie
godności. Chciej mnie uważać za prostego rycerza, pragnącego jedynie złożyć ci swoje hołdy.

Izabella,  powodowana  owym  taktem  rozgraniczającym  grzeczność  od  sztywnego  ceremoniału,
usiadła, i między narzeczonymi ożywiona wszczęła się rozmowa. Instynkt kobiecy podpowiadał jej,
że korzystne na swym kuzynie zrobiła wrażenie, a to odkrycie, tak dla niej pochlebne, usposabiało ją
do wzajemności.

Obustronne  zajęcie  widoczne  było  w  tym  pierwszym  zaraz  spotkaniu.  Arcybiskup  Toledo,  znając
choć powierzchownie potrzeby serc kochających, usunął się niezadługo z dworzanami do przyległego
pokoju. Drzwi wprawdzie pozostały otwarte, lecz zręczny prałat tak umiał wszystkich usadowić, że
nie  mogli  ani  widzieć,  ani  słyszeć  rozmawiających  w  salonie.  Co  się  tyczy  Beatrix  de  Bobadilla,
która dla przyzwoitości pozostała przy swej pani, była ona tak dalece zajęta marzeniem o Andrzeju
de  Cabrera,  że  królewska  para,  bez  narażania  tajemnicy,  mogła  stanowić  przy  niej  o  losie  pół
Europy.

Nie pozbywając się wrodzonej powściągliwości, co ją do śmierci nieopisanym otaczała powabem,
Izabella  w  ciągu  rozmowy  coraz  większym  obdarzała  zaufaniem  narzeczonego.  W  miarę  jak
znajdywała sposobność ukazania w korzystnym świetle swych wiadomości, zebranych usilną pracą,
w wieku młodym przez innych najczęściej poświęcanym zabawom, poczęła nabierać otuchy i całkiem
prawie odzyskała zwykłą swobodę umysłu.

- Mniemam, rzekł król, że teraz nie ma już powodu ukrywania naszego związku. Wymagano od nas
poświęcenia dla spraw krajowych, niechże wolno nam będzie i o własnym pomyśleć szczęściu. Nie
jesteśmy sobie obcy, droga Izabello; dziadkowie nasi byli braćmi, a ja od dzieciństwa przywykłem
uwielbiać twoją cnotę i naśladować twą pobożność.

- Zobowiązanie moje, kuzynie, nie było lekkomyślne, odpowiedziała księżniczka, rumieniąc się mimo
powagi  jaką  przybrać  usiłowała;  roztropność  zarówno  jak  życzliwość  związek  ten  nakazuje,  a
konieczność  przyspieszenia  go  tak  jest  oczywistą,  że  wszelkie  z  mej  strony  zwłóczenie  byłoby
dziwactwem.  Sądzę,  że  za  dni  cztery  staniemy  u  ołtarza;  tymczasem  zaś  przygotujmy  się  do  tak
ważnego obrządku dopełnieniem obowiązków religijnych.

- Niech się stanie według twej woli, z uszanowaniem odrzekł don Ferdynand; niewiele już pozostaje
do zrobienia, bo pamiętałem o wszystkim.

— Spodziewam się Ferdynandzie, żeś przejrzał dokładnie kontrakt małżeński, i że przyjąłeś chętnie
wyrażone w nim warunki.

—  Miałem  na  to  dość  czasu,  droga  kuzynko,  bo  właśnie  upływa  dziewiąty  miesiąc  jak  go
podpisałem.

background image

— Jeżeli żądania moje w pewnym względzie wydały ci się dziwne, chciej to przypisać obowiązkom
mego  stanu.  Wiadomo  ci,  Ferdynandzie,  iż  żona,  mimo  woli  często  ulega  wpływowi  swego  męża;
musiałam więc ubezpieczyć Kastylijczyków od słabości kobiecego charakteru.

— Jeśli ta tylko słabość zaciąży nad Kastylią, dola jej będzie godną zazdrości.

—  Grzeczność  jedynie  podała  ci  te  wyrazy,  Ferdynandzie,  a  to  nie  dobrze  w  tak  ważnym
przedmiocie.  Jestem  o  kilka  miesięcy  starszą  od  ciebie,  przywłaszczam  więc  sobie  prawo
pierworództwa,  i  nie  ustąpię  go,  chyba  w  ręce  męża.  Przekonałeś  się  z  artykułów  kontraktu,  jak
starannie  osłoniłam  Kastylijczyków  od  obcych  przywłaszczeń.  Wiadomo  ci  także,  że  większość
panów kastylijskich opierała się naszemu związkowi, z obawy jarzma aragońskiego; trzeba więc było
uspokoić ich obawę.

— Oceniam, Izabello, te powody; życzenia twoje zostaną wykonane.

— Będę ci wierną zawsze i uległą małżonką, mówiła dalej księżniczka, rzucając tkliwe spojrzenie na
Ferdynanda,  ale  zależy  mi  na  tym,  by  moja  Kastylia  nie  została  w  swych  prawach  ukrócona.  Akt
ślubny zawiera jeden jeszcze warunek, dotyczący wojny z Maurami, o którego zachowanie najusilniej
cię błagam. Niepodobna mi uważać Hiszpanii za kraj prawdziwie chrześcijański, dopóki choć jeden
wyznawca islamu przebywa na naszym półwyspie.

-  Trudno  było,  moja  droga,  przyjemniejszy  włożyć  na  mnie  obowiązek,  jak  zbrojne  wystąpienie
przeciw  niewiernym.  W  niejednej  już  potrzebie  z  nimi  się  spotykałem,  i  zaraz  po  koronacji
przyrzekam ci wypędzić tych przybyszy w afrykańskie piaski.

Po  blisko  dwugodzinnej  rozmowie,  królewska  para  rozeszła  się  z  uczuciem  zarówno  szacunku,  jak
wzajemnej przychylności.

Związek małżeński Ferdynanda z Izabellą zawarty został z  właściwą  uroczystością  19  października
1469 r. w kaplicy pałacu Jana de Vivero.

Przesuwamy się szybko po pierwszych dwudziestu latach pożycia dostojnego stadła. Izabellą w 1474
r.,  po  śmierci  Henryka,  została  królową  kastylijską.  W  tym  samym  prawie  czasie  Jan  II  zakończył
życie,  i  Ferdynand  zasiadł  na  tronie  Aragonii.  Tak  więc  Półwysep  Pirenejski,  złożony  dotąd  z
drobnych  dzielnic,  na  cztery  główne  rozpadł  się  części:  jedną  były  kraje  Ferdynanda  i  Izabelli,
obejmujące  królestwa  Kastylii,  Leonu, Aragonii,  Walencji  i  kilka  innych  jeszcze  prowincji;  drugą
Nawarra,  niewielkie  królestwo  u  stóp  Pirenejów;  trzecią  Portugalia,  w  dzisiejszych  mniej  więcej
granicach; czwartą Grenada, ostatnie schronienie Maurów, na północ od Cieśniny Gibraltarskiej.

Królewscy  małżonkowie  nie  zapomnieli  o  przyjętym  zobowiązaniu  względem  zniesienia  potęgi
Maurów;  okoliczności  tylko  nie  pozwoliły  im  długo  urzeczywistnić  swoich  chęci.  Lecz  skoro  tylko
nadeszła  sposobna  chwila,  podjęto  wojnę,  której  losy  stanowczo  orężowi  chrześcijańskiemu
sprzyjały. Maurowie, tracąc warownię za warownią, miasto za miastem, zostali wreszcie oblężeni w
swej  stolicy.  Poddanie  się  Grenady,  zajmującej  w  dziejach  chrystianizmu  pierwsze  miejsce  po
odzyskaniu  Świętego  Grobu,  nastąpiło  25  listopada  1491  r.,  w  dwadzieścia  dwa  lata  po  ślubie
Izabelli;  przytaczamy  tu  nawiasem,  że  kilka  wieków  później,  ta  sama  data  wsławiona  została

background image

wyparciem Anglików ze Stanów Zjednoczonych.

W ciągu lata 1491 r., podczas gdy wojska hiszpańskie obozowały pod miastem, Izabella, towarzysząc
z dziećmi małżonkowi, o mało nie uległa nieszczęściu, gdyż namiot królewski zajął się płomieniem i
spłonął  wraz  z  innymi  rycerskimi,  przy  czym  stracono  mnóstwo  kosztownych  przedmiotów.  Dla
zapobieżenia na przyszłość takiemu wypadkowi i chcąc uwiecznić zdobycie Grenady, najważniejszy,
jak  dotąd,  czyn  swoich  rządów,  małżonkowie  postanowili  założyć  w  tym  miejscu  miasto  porządnie
murowane, mogące objąć całą armię chrześcijańską. Gród ten, wystawiony w trzy miesiące, otrzymał
nazwę Santa-Fe (święta wiara), bardzo trafnie obraną, ze względu na gorliwość jakiej potrzeba było
do prowadzenia robót pod palącym niebem hiszpańskim i na ufność w pomocy Boskiej, ożywiającą
wojsko  oblężnicze.  Wystawienie  tego  miasta  postrachem  tknęło  niewiernych,  bo  uważali  je  za
dowód,  iż  nieprzyjaciel  nie  ustąpi,  chyba  z  ostatnim  tchnieniem,  i  być  może,  że  ono  wpłynęło  na
poddanie  się  Boabdila,  króla  Grenady,  który  w  kilka  tygodni  później  otworzył  Hiszpanom  bramy
Alhambry.

 

ROZDZIAŁ IV

Ranek  2  stycznia  1492  r.  obchodzony  był  z  uroczystością, niewidzianą  nawet  w  mieście  tak
przywykłym  do  wspaniałych  obrządków  religijnych,  jak  siedziba  Ferdynanda  i  Izabelli.  Zaledwie
słońce  wzeszło,  a  już  Santa-Fe  było  w  ruchu  i  twarze  wszystkich  promieniały  radością.  Układy
względem  poddania  Grenady,  trzymane  dotąd  w  tajemnicy,  były  nareszcie  ukończone,  naród
dowiedział  się  urzędowo  o  pomyślnym  ich  skutku,  i  w  dniu  tym  zwycięzcy  wkroczyć  mieli  do
twierdzy.

Na  dworze  była  żałoba,  z  powodu  śmierci  don  Alonza  portugalskiego,  narzeczonego  księżniczki
kastylijskiej;  ale  radość  zwycięstwa  usunęła  znaki  smutku,  i  wszystko  co  żyło  w  świątecznych
wystąpiło  szatach.  Kardynał  prymas,  na  czele  silnego  oddziału  wojska,  udał  się  ku  Grenadzie,  dla
objęcia jej w posiadanie. Po drodze spotkał się z hufcem jazdy mauretańskiej, w którego dowódcy,
po  rysach  szlachetnych  i  smutnym  obliczu,  poznał  Boabdila.  Kardynał  wskazał  mu  miejsce,  gdzie
Ferdynand, powodowany pobożnością czy polityką, zatrzymał się, nie chcąc wejść do miasta, dopóki
znak Zbawiciela nie zastąpi chorągwi Mahometa. Boabdil powitał zwycięzcę, a potem zwrócił się ku
wąwozowi,  któremu  dotąd  pozostała  romantyczna  nazwa:  El  ultimo  suspiro  del  Moro  (ostatnie
westchnienie Maura), z tego powodu, że król mauretański rzucił stamtąd ostatnie spojrzenie na mury i
wieżyce opuszczonego grodu.

Tymczasem  wojsko  chrześcijańskie  wyglądało  z  niecierpliwością  wzniesienia  krzyża  na  wieżach
Alhambry, a mieszkańcy okolicznych stron oraz księża i zakonnicy, gromadzili się tłumnie, chcąc być
świadkami tryumfu chrystianizmu. Najwięcej ciekawych cisnęło się koło stanowiska królowej, gdyż
tam i przepych dworski najokazalej się rozwinął i obecność pobożnej Izabelli, rozlewała jakiś urok
religijny.

Pomiędzy  duchownymi  był  zakonnik  ujmującej  powierzchowności,  którego  grandowie  Hiszpanii
witali z uszanowaniem, nazywając ojcem Pedro. Towarzyszył mu młodzieniec szlachetnej postawy,
liczący około lat dwudziestu. Ciało jego muskularne i twarz ogorzała świadczyły, że chociaż młody,

background image

już  nieraz  spotykał  się  z  trudem,  a  choć  w  tak  ważnej  uroczystości  wystąpił  bez  uzbrojenia,  łatwo
było poznać, że wczesne to rozwinięcie tężyzny zawdzięczał służbie wojennej. Ubiór jego był prosty,
lecz odznaczał się właściwą wyższym stanom wytwornością.

Szczególnie  od  chwili,  gdy  zbliżywszy  się  do  Izabelli,  dostąpił  łaski  ucałowania  jej  ręki,  który  to
zaszczyt  spotykał  zwykle  tylko  ludzi  wielkiej  zasługi  lub  dostojnego  urodzenia,  młodzieniec
powszechną  zwracał  uwagę.  Jedni  mówili,  że  to  potomek  domu  Guzman;  drudzy  przypuszczali,  że
pochodzi  z  gniazda  Ponce'ów,  wsławionego  w  tej  wojnie  czynami  księcia-markiza  Kadyksu;  inni
wnosząc po wysokim czole i śmiałym ruchu wywodzili go od Mendozów.

Widoczne było, że przedmiot tylu przypuszczeń nie zwracał bynajmniej uwagi na to ogólne wrażenie.
Przechadzając się w tłumie od niechcenia, zajęty był rozmową z duchownym towarzyszem.

—  Święty  to  dzień  dla  chrześcijaństwa,  zawołał  z  uniesieniem  zakonnik.  Przemoc  barbarzyńska,
trwająca siedem wieków, została na koniec obalona; na  szczytach  ostatniego  przytułku  niewiernych
staje  krzyż  Zbawiciela.  Przodkowie  twoi,  mój  synu,  powstaliby  z  trumien,  gdyby  ta  radosna  wieść
dosięgła ich grobowców.

— Oby Najświętsza Panna wieczny im dała odpoczynek, bo wątpię, ojcze Pedro, czy nawet Grenada,
choć tak cudownie przez Maurów upiększona, podobać by im się mogła po raju.

—  Jesteś  widzę  bardzo  lekkomyślnym,  don  Luis,  nie  tak  to  bywało,  gdy  pod  opieką  swej  matki,
świętej pamięci, pobożne zmawiałeś pacierze.

Te słowa wymówione były z zapałem zbliżonym bardzo do gniewu.

- Nie karć mnie tak surowo, wielebny ojcze, za nierozważne wyrażenie, bo świadczę się Bogiem, że
nie chciałem ubliżyć świętemu kościołowi naszemu.

-  Czy  widzisz  tego  człowieka?  -  zapytał  mnich,  mając  oczy  zwrócone  w  jedną  stronę,  lecz  nie
wskazując przedmiotu swej uwagi.

- Na honor, widzę tysiące ludzi, mój ojcze. Czy wolno spytać o kim mowa?

- Spojrzyj na owego mężczyznę wysokiego wzrostu, twarzy szlachetnej i poważnej, którego ułożenie
godne jest monarchy, podczas gdy ubiór ubogiego zaledwie pokazuje szlachcica.

- Zdaje mi się, że go spostrzegam, ale nic w nim nie widzę nadzwyczajnego.

- Być może, a jednak w postawie jego jest wyższość rzadko napotykana u ludzi nieprzywykłych do
władzy.

- Sądząc z powierzchowności, uważam go za żeglarza.

- Jest nim rzeczywiście, don Luis. Przybywa z Genui, a imię jego Christoval Colon, czyli, jak zwykle
go zowią, Krzysztof Kolumb.

background image

— Zaostrzasz ciekawość moją ojcze Pedro. Któż jest ten Kolumb i jaki jego zamiar?

—  Jest  to  zagadka,  której  nie  rozwiązały  ani  prośby  moje  do  Najświętszej  Panny,  ani  nauka
klasztorna, ani gorące pragnienie odkrycia prawdy. Siadaj ze mną na tym głazie, powiem ci co mnie
wiadomo.  Człowiek  ten,  już  od  lat  siedmiu  przebywa  między  nami,  starając  się  o  służbę,  celem
odkrycia nieznanych krajów; utrzymuje bowiem, iż żeglując na zachód, dosięgnie Indii i owej wyspy
Cipango, tak cudownie opisanej przez wenecjanina Marco Polo.

—  Na  św.  Jakuba!  —  przerwał  śmiejąc  się  don  Luis,  —  to  człowiek  szalony.  Zamiar  jego  wtedy
chyba mógłby się powieść, gdyby ziemia była okrągła; wszak Indie leżą na wschód, a nie na zachód
Hiszpanii.

— Powszechnie mu to zarzucają, lecz on na wszystko gotową ma odpowiedź.

—  Czyż  podobna  przypuścić  taką  niedorzeczność?  Przecież  widzimy  najwyraźniej,  że  ziemia  jest
płaską.

—  Zdanie  jego  w  tym  względzie  zupełnie  jest  odmienne  i  słuszne,  przyznać  trzeba,  ma  do  tego
powody.  Jako  żeglarz  uważam  nieraz,  iż  na  morzu,  gdy  okręt  jaki  zjawia  się  w  oddaleniu,  widać
najprzód końce masztów, następnie żagle, a na ostatku dopiero sam kadłub. Czyś tego nie dostrzegł w
swych podróżach, mój synu?

- Przypominam sobie rzeczywiście, że spotkawszy raz fregatę angielską, ujrzeliśmy najpierw wyższe
żagle, jakby białą plamkę na powierzchni wody, dalej niższe, a w końcu olbrzymi kadłub, nasrożony
armatami.

- Jesteś więc w zgodzie z Kolumbem, i wierzysz, że ziemia ma kształt okrągły?

- Przenigdy, ojcze, zwiedziłem świat w różnych, kierunkach, i przekonałem się, że wszystkie kraje na
jednej leżą płaszczyźnie.

- Dlaczegoż tedy żagielki owego okrętu prędzej się pokazały od żagli?

- Dlatego, że.....że one przed innymi wzrok mój uderzyły.

- To chyba Anglicy największe żagle zakładają na szczycie masztów!?

-  Co  zaś!  mój  ojcze.  Nie  tacy  to  wprawdzie  marynarze  jak  Genueńczycy,  ależ  błędu  tak  grubego
pewno się nie dopuszczą. Znasz siłę wiatru i pojmujesz, że im większy żagiel, tym niżej powinien być
umieszczony.

- A więc ujrzałeś przedmiot mniejszy przed większym?

- W istocie, ojcze Pedro, widać żeś korzystał od Kolumba, lecz kwestia nie jest jeszcze racją.

— Sokrates lubił rzucać zapytania i oczekiwać odpowiedzi.

background image

—  Do  licha,  mój  ojcze,  nie  jestem  ja  Sokrates,  tylko  uczeń  twój  i  krewniak,  Luis  de  Bobadilla,
synowiec przyjaciółki królowej, markizy de Moya, nie ustępujący w urodzeniu żadnemu kawalerowi
hiszpańskiemu, chociaż nieprzyjaciele moi utrzymują, że mam żyłkę hulactwa.

—  Nie  potrzebujesz  mi  wymieniać  swej  genealogii,  ani  objaśniać  charakteru,  bo  znam  cię  od
dzieciństwa. To pewna, że posiadasz jeden przymiot niezaprzeczony, otwartość, której właśnie dałeś
dowody, przyznając, że nie jesteś Sokratesem.

Tej  przymówce  zakonnika  towarzyszył  uśmiech  satyryczny;  młodzieniec  jednak  bynajmniej  się  tym
nie obraził.

— Wielebny ojcze, zawołał, odłóż na bok powagę i pogadaj ze mną o tej rzeczy nadzwyczajnej. Czy
mniemasz naprawdę, że ziemia jest okrągła?

—  Nie,  zaiste,  don  Luis,  gdyż  lękam  się  być  w  sprzeczności  z  Pismem  Świętym.  Jednakże  to
spostrzeżenie o żaglach mocno mnie kłopocze. Zamierzałem już nieraz sprawdzić je naocznie, ale gdy
tylko wstąpię na okręt, choroba morska tak silnie mnie chwyta, że nie mogę o tym ani pomyśleć.

—  To  byłoby  rzeczywiście  uwieńczeniem  twej  mądrości,  zawołał  śmiejąc  się  głośno  don  Luis.
Ojciec Pedro de Carrasacal, goniący po morzu za urojeniem marzyciela! Możesz spokojnie zostać na
lądzie, szanowny nauczycielu, bo podróże moje, a wiesz jak wiele ich odbyłem, przekonały mnie, iż
ziemia jest płaska, a może jeszcze bardziej, wyjąwszy czas burzy.

-  Zapewne,  sądząc  z  pozoru;  Kolumb  jednak,  który  był  nierównie  dalej  od  ciebie,  utrzymuje,  że
ziemia cała jest kulą, i że płynąc na zachód czy wschód, do jednego dojść można punktu.

-  Na  św.  Wawrzyńca!  to  śmiały  pomysł!  Miałżeby  on  zuchwale  puścić  się  na  niezmierny  ocean
Atlantycki i krążyć po nim dopóki nie napotka lądu?

- Właśnie taki jest jego zamiar, i już od siedmiu lat, jak mówiłem, stara się o pomoc naszego dworu.
Słychać nawet, że poprzednio innym już mocarstwom przedłożył swoje plany.

- Gdyby ziemia była okrągłą, rzekł zamyśliwszy się don Luis, to morze zalałoby niższe jej części; a
jeżeli Indie leżą pod naszymi stopami, to jakże mieszkańcy ich mogą utrzymać się na nogach?

- Mówiono to samo Kolumbowi, ale on zarzut ten przyjął z lekceważeniem. Większa część teologów
zgadza  się  na  to  w  istocie,  iż  wyobrażenie  góry  lub  spodu  względne  jest  jedynie  do  powierzchni
ziemi.

— Trudno uwierzyć, mój ojcze, żeby ludzie chodzić mogli do góry nogami, chyba że mieszkańcy tych
krajów posiadają kocie pazury.

—  Synu  mój,  przerwał  poważnie  zakonnik,  żywość  twoja  za  dużo  cię  unosi.  Lecz  kiedy  szydzisz  z
wyobrażeń Kolumba, to powiedz mi co sam sądzisz o kształcie naszej ziemi?

— Myślę, że jest płaska, jak tarcza owego Maura, którego zabiłem w ostatniej potyczce.

background image

— A czy przypuszczasz, że ona gdzieś się kończy?

— Tak jest, i pragnę najgoręcej dotrzeć kiedyś do tego jej kresu.

— Wyobrażasz więc sobie ziemię otoczoną jakimś brzegiem, na którym stanąwszy, człowiek mógłby
spojrzeć w przepaść, jak ze szczytu skały?

— Przedstawiasz mi w żywych kolorach przedmiot, o którym nigdy może nie zdałem sobie sprawy; a
jednak coś podobnego musi istnieć rzeczywiście.

— Wierzaj, młodzieńcze, że zdanie Kolumba nie jest bezzasadne. Co do mnie, dwa tylko czynię mu
zarzuty: najpierw niezgodność z Pismem Świętym, a potem trudność przebycia niezmiernego oceanu,
co nas rozłącza od owych krajów nieznanych.

— A uczeni, czy popierają Kolumba?

— Roztrząsano na zgromadzeniu w Salamance jego naukę i zdania były podzielone. Zarzucano mu, że
gdyby ziemia była okrągła, to okręt zstępujący na zachód, musiałby potem od wschodu płynąć w górę.
Rzeczywiście większość uważa Kolumba za szaleńca i zdaje mi się, iż nigdy może nie dokona swych
zamysłów, z powodu braku potrzebnej pomocy. Dziwi mnie nawet jego obecność na tym miejscu, bo
mówiono mi, że wyjechał do Portugalii.

- A więc nie posiada środków utrzymania się w ciągu podróży?

- Mniemam że jest ubogi, bowiem zarabiał na życie rysowaniem map geograficznych.

-  Ciekawość  moja  w  wysokim  stopniu  jest  rozbudzona,  ojcze  Pedro,  muszę  pomówić  z  tym
Kolumbem.

- A jakimże sposobem chcesz zawrzeć z nim znajomość?

- Przedstawię się jako Luis de Bobadilla, synowiec markizy de Moya, członek jednej z pierwszych
rodzin kastylijskich.

- Sądzisz więc, że to będzie dostateczne, odpowiedział z uśmiechem zakonnik. Nie, mój synu, uszłoby
to  bez  wątpienia  z  jakim  handlarzem  kart  geograficznych,  ale  nigdy  z  Krzysztofem  Kolumbem.
Człowiek ten tak jest przekonany o wielkości swych pomysłów i ważności wypadków jakie osiągnąć
zamierza, że duma jego nie ugięła się nawet przed królem.

—  Na  Boga,  drogi  przyjacielu,  pałam  żądzą  niepowściągnioną  poznania  tego  człowieka;  czy  nie
mógłbyś mnie przedstawić?

— Chętnie, gdyż i tak mam go zapytać o przyczynę pobytu jego w tych stronach.

Zakonnik  z  młodym  towarzyszem  poszli  ku  miejscu,  gdzie  się  znajdował  Krzysztof  Kolumb.
Zbliżywszy się kilka kroków, ojciec Pedro stanął, czekając cierpliwie póki go żeglarz nie spostrzeże.
Tym sposobem upłynęło kilka minut, gdyż Kolumb wlepione miał oczy w wieżyce Alhambry. Luis de

background image

Bobadilla,  żywy  i  dumny  ze  szlachetnego  urodzenia,  rzucił  się  niecierpliwie,  nie  pojmując  tych
względów dla jakiegoś tam marynarza, fabrykanta kart geograficznych. W tej chwili Kolumb obejrzał
się, a spostrzegłszy znajomego zakonnika, uprzejmie go powitał.

—  Cieszy  mnie  to  bardzo,  senior  Kolumbie,  że  cię  widzę  świadkiem  tak  ważnego  dla
chrześcijaństwa wydarzenia; mniemałem żeś kraj nasz opuścił.

— Ręka Boska, wielebny ojcze, kieruje sprawami ludzkimi; radosna uroczystość dzisiejsza zwiastuje
tryumf chrystianizmu, dla mnie zaś staje się nauką, że wytrwać należy w powziętym zamiarze; bo kto
o sobie nie zwątpi, tego i Bóg nie opuści.

—  Pobożne  to  zaufanie,  senior,  jak  każde  prawie  z  tych  pojęć  o  religii,  przejmuje  mnie  rozkoszą.
Rzeczywiście  wytrwałość  tylko  prowadzi  do  zbawienia,  a  wojna  szczęśliwie  teraz  ukończona
świętym jest przykładem tej cnoty.

- Prawda, mój ojcze, odpowiedział Kolumb, którego oblicze dziwnym zajaśniało blaskiem; widzę w
tym rękojmię powodzenia wszystkich przedsięwzięć zmierzających ku chwale Bożej. Może wróżba z
tak  wielkiego  dzieła,  dla  małej  na  pozór  rzeczy  wyda  ci  się  niewłaściwą,  ale  pomyślny  obrót  tej
wojny,  cudownie  mnie  ukrzepił;  i  postanowiłem  nie  ulec  pod  brzemieniem  przeciwności,  bo  celem
moim jest również tryumf Ewangelii.

-  Ponieważ  podobało  ci  się  wspomnieć  o  swych  zamysłach,  podchwycił  zakonnik,  pozwól  bym  ci
przedstawił młodego krewniaka, który niemało już zwiedził świata, a posłyszawszy o tobie, pragnie
najgoręcej stać się twym uczniem, jeśli raczysz nie skąpić mu swego światła.

-  Uważam  się  za  szczęśliwego,  ilekroć  mam  sposobność  służenia  komukolwiek,  i  chętnie
przyjacielowi  twemu  stanę  się  przewodnikiem,  odpowiedział  Kolumb,  z  prostotą,  a  zarazem  z
godnością, obalającą zupełnie wyobrażenia młodego don Luisa o konwencjonalnych stosunkach. Lecz
zapomniałeś, ojcze, wymienić mi jego nazwisko.

- Jest to don Luis de Bobadilla, nie mający innego prawa do twej łaski, jak chyba ze względu, iż jest
młodzieńcem przedsiębiorczym i synowcem przyjaciółki twojej, markizy de Moya.

—  Dostateczne  to  dla  mnie  polecenie;  lubię  młodzież  z  duchem  przedsiębiorczym,  a  zwłaszcza
skierowanym  do  dzieł  użytecznych.  Nadto,  po  ojcu  Juan  Perez  de  Markhena  i  don  Alonzie  de
Quintanillą,  najwyżej  w  rzędzie  swych  przyjaciół  stawiam  donnę  Beatrix;  krewny  jej  przeto  może
być pewien mego szacunku.

Wszystko  to  dziwne  wydało  się  młodemu  Bobadilla.  Powierzchowność  Kolumba  wprawdzie
skłaniała do szacunku; ale on prostym tylko był marynarzem, żyjącym z pracy rąk swoich, a szlachta
kastylijska  nie  lubiła  ulegać,  chyba  książętom  krwi  królewskiej.  Początkowo  drażniły  go  słowa
cudzoziemca, następnie kilka razy miał parsknąć pustym śmiechem, lecz widząc uniżoność zakonnika,
pozostał  w  granicach  przyzwoitości  i  przemówił  tak  uprzejmie,  jak  przystało  na  młodzieńca
dostojnego  urodzenia.  Po  chwili  wszyscy  trzej  usunęli  się  z  tłumu,  zajmując  miejsce  na  jednym  z
urwisk obficie w tej stronie rozrzuconych.

background image

— Mówiłeś, wielebny ojcze, że don Luis dalekie zwiedzał strony, odezwał się Kolumb; niezawodnie
więc kocha się w cudach i niebezpieczeństwach oceanu.

— Tak jest, senior, nie zważając na rady donny Beatrix i moje, opuścił zawód rycerski i rzucił się w
odmęt przygód, niewłaściwych może kawalerowi jego stanu.

- Czcigodny ojcze, sąd twój zanadto jest surowy; trawić życie na morzu, nie znaczy przepędzać je bez
użytku.  Bóg  nie  dlatego  pewnie  rozdzielił  siedziby  ludzkie  niezmierną  przestrzenią  oceanu,  by
stawiać  zaporę  wzajemnym  ich  stosunkom;  chciał  owszem  połączyć  ich  jako  braci,  ku  chwale
swojego imienia. Zresztą każdy z nas w młodym wieku ulega bardziej chwilowemu natchnieniu, jak
głosowi rozsądku.

-  Zapewne  don  Kolumbie,  zwalczałeś  niewiernych  na  morzu,  zapytał  don  Luis,  chcąc  zwrócić
rozmowę na przedmiot swej ciekawości.

-  Tak  jest,  na  morzu  i  na  lądzie.  Był  nawet  czas,  że  lubiłem  opowiadać  burzliwe  wypadki  swego
życia, lecz odkąd łaska Boga obrała mnie za narzędzie wykonania swej woli, by słowo Zbawiciela
całą ogarnęło ziemię, zatarłem w sobie pamięć przeszłości.

Ojciec Pedro przeżegnał się, don Luis ukradkiem ruszył ramionami, jak człowiek słuchający rzeczy
niestworzonych, a Kolumb z właściwą sobie powagą mówił dalej.

-  Dawnymi  laty  miałem  udział  w potyczce  morskiej,  odbytej  niedaleko  przylądka  św.  Wincentego,
pod  dowództwem  swojego  krewniaka  Kolumba,  przezwanego  młodym,  dla  odróżnienia  od  stryja
mego,  admirała  tegoż  nazwiska.  W  tej  krwawej  potrzebie  walczyliśmy  dzień  cały  od  rana  do
wieczora  z  wenecjanami,  a  jednak  Bóg  mnie  zachował  bez  szwanku.  Innego  razu  galera,  na  której
płynąłem spłonęła, i cała prawie załoga znalazła śmierć w morzu; ja tylko, z niewielu towarzyszami,
chwyciwszy  się  odłamka  okrętowego  ocalałem.  Zdaje  mi  się,  że  widać  w  tym  palec  Boży,  że
Opatrzność,  rozciągając  nade  mną  tak  cudowną  opiekę,  chciała  mnie  zachować  dla  celów  swej
chwały wiekuistej.

Choć  żeglarz  słowa  te  wymówił  z  zapałem,  którego  odblask  zaświecił  w  żywym  oka  połysku,
niepodobna było człowieka tego poważnego, nawet w uniesieniu, porównać z owymi szaleńcami, co
w ulotnym zapędzie wyobraźni widzą powołanie, a w lada marzeniu niezbity pewnik. Ojciec Pedro,
nie obawiając się żadnej wątpliwości, powtórnie się przeżegnał, jakby przejęty do żywego głęboką
wiarą Kolumba.

—  Wyroki  Najwyższego,  wtrącił  zakonnik,  często  są  niezbadane;  ale  religia  uczy  nas,  że  one
wszystkie zmierzają ku Jego chwale.

—  I  ja  tak  myślę,  ojcze  Pedro,  i  z  tego  też  punktu  na  własne  zawsze  zapatrywałem  się  czyny.
Usiłowania człowieka spełznąć muszą na niczym, gdy nie zaufa sile swego ducha.

— Otóż i znak widomy naszego zbawienia, zawołał zakonnik, i roztworzywszy ręce, jak gdyby ująć
chciał jakiś przedmiot oddalony, przykląkł i kornie czołem uderzył w ziemię.

background image

Kolumb powiódł okiem w kierunku wskazanym przez poruszenie ojca Pedro. I ujrzał na najwyższej z
wież  Alhambry  błyszczący  srebrny  krzyż,  ofiarowany  miastu  przez  króla,  jako  godło  za  które
walczono.  W  tej  samej  chwili  na  innych  szczytach  wzniesiono  chorągwie  Kastylii  i  św.  Jakuba;
okrzyk  tryumfu  i  hymny  religijne  spłynęły  w  potężnym  Te  Deum,  a  chóry  kaplicy  królewskiej,  z
głosami  potężnego  tłumu  w  jeden  wielki,  wspaniały  śpiew.  Dalsze  szczegóły  tej  uroczystości
pomijamy, jako niezłączone z treścią naszego opowiadania.

 

ROZDZIAŁ V

Dwór  królewski  noc  tę  przepędził  w  pałacu  Alhambry.  Pod  koniec  ceremonii  religijnej,  o  której
mówiliśmy, w ślad za królewską parą tłumy rzuciły się do miasta. Młodzi wojownicy z siostrami lub
małżonkami,  (obecność  bowiem  Izabelli  ściągnęła  do  obozu  mnóstwo  kobiet),  cisnęli  się  w  mury
słynnej  stolicy  mauretańskiej,  lecz  zanim  zdołali  zaspokoić  ciekawość,  już  noc  zapadła  i  cieniem
swym pokryła tajemniczy przybytek.

Boabdil  pozostawił  Alhambrę  w  kwitnącym  stanie;  szczególnie  lwi  dziedziniec,  tak  głośny  dziś
jeszcze  z  przechowanych  pamiątek,  pełen  rzadkich  krzewów,  którymi  sztuka  ludzka,  w  tej  porze
nawet,  sztuczną  stworzyć  umiała  wiosnę.  W  przyległych  salonach  dwóch  sióstr  i  Abencerragów,
rzęsiście oświetlonych roili się rycerze, dworzanie, dostojnicy duchowni i piękności kastylijskie.

Jakkolwiek  Hiszpanie  mało  przyzwyczajeni  byli  do  powabnej  lekkości  budownictwa  wschodniego,
Alhambra  jednak,  nieskończenie  w  tym  względzie  wyższa  od  innych  pomników,  świetnością  swoją
wprawiała ich w podziw. Bogate płaskorzeźby, mało jeszcze wtenczas znane w Europie, fantastyczne
i pełne wdzięku arabeski pokrywały ściany, a liczne wodotryski, bijące wspaniale pod sklepieniem,
srebrzystym deszczem w marmurowe spadały zbiorniki.

A liczbie podziwiających te cuda znajdowała się także Beatrix de Bobadilla. małżonka don Andrzeja
de Cabrera, znana powszechnie pod imieniem markizy de Moya, i jak dawniej przyjaciółka królowej.
Towarzyszyła  jej  młoda  niewiasta  tak  rzadkiej  piękności,  że  zwracała  uwagę  wszystkich,  a
szczególnie cudzoziemców. Była to donna Mercedes de Valverde Jedna z najbogatszych dziedziczek
Kastylii,  a  krewna  i  córka  przybrana  Beatrix.  Znajdowały  się  może  u  dworu  kobiety,  którym  by
znawcy, pod względem ścisłej piękności, oddali pierwszeństwo przed donną Mercedes, lecz żadna z
nich pochlubić się nie mogła owym uroczym wdziękiem, kraszącym lice wychowanki donny Beatrix
de  Cabrera.  Biegły  obserwator  byłby  wyczytał  w  jej  twarzy  ślady  wrzącego,  choć  świadomego
siebie,  zapału,  a  zarazem  tajemniczą  posępność,  cień  jakiś  cierpienia,  niezgodny  zupełnie  ze
świetnym  jej  położeniem.  Nie  ćmiło  to  jednak  wrodzonych  powabów  panny,  tylko  ją  oblekało
wyrazem dziwnej łagodności.

Po  drugiej  stronie  donny  Beatrix  szedł  Luis  de  Bobadilla,  wysunąwszy  się  nieco  naprzód,  by  jak
najczęściej  spotykać  wzrok  pięknej  Mercedes.  Wszyscy  troje  rozmawiali  z  zupełną  swobodą,  gdyż
stadło  królewskie  opuściło  salę,  a  przechodzący  tak  byli  zajęci  oglądaniem  nowych  dla  siebie
przedmiotów, że nie zwracali uwagi na niczyje pogadanki i zalety.

— Dziwna to rzecz, mówiła donna Beatrix, że ty, niezmordowany bywalec, po raz pierwszy słyszysz

background image

imię  Kolumba.  Od  siedmiu  już  lat  stara  się  on  o  względy  królestwa  ichmościów,  nauka  jego
uroczyście roztrząsaną była w Salamance, a nawet u dworu nie brak mu stronników.

—  Pomiędzy  których  policzyć  można  szlachetną  Beatrix  de  Cabrera,  dodała  Mercedes;  słyszałam
nieraz od królowej, że w całej Kastylii nie ma gorliwszej zwolenniczki Kolumba.

—  Jej  wysokość  rzadko  się  myli,  moje  dziecię,  przynajmniej  co  do  .  mojej  osoby.  Wspieram  tego
człowieka,  gdyż  uważam  go  powołanym  do  wielkiego  przedsięwzięcia.  Zaiste,  nigdy  może  rozum
ludzki  nie  rzucił  tak  olbrzymiego  pomysłu,  jak  zamierzone  przez  niego  odszukanie  narodów
przeciwnej strony naszej ziemi, i poniesienie im światła Ewangelii.

—  I  powiedz  jeszcze,  moja  ciotko,  chodzenie  do  góry  nogami  w  ich  przyjemnym  towarzystwie,
wtrącił  śmiejąc  się  don  Luis.  Ten  Kolumb  musi  być  zręcznym  w  gimnastyce,  kiedy  się  podejmuje
sprostać takiemu zadaniu.

Mercedes  przyjęła  ten  wyskok  spojrzeniem  wyrażającym  naganę.  Don  Luis  pragnął  najgoręcej
pozyskać serce wychowanki donny Beatrix, i jedno jej skinienie dostateczne było na powstrzymanie
lekkomyślności młodziana, posiadającego szacowne skądinąd przymioty. Pod wpływem przeto tego
spojrzenia dodał po chwili:

— Donna Mercedes należy widzę do stronnictwa odkrywców. Zdaje się, że Kolumb większe znalazł
współczucie u dam kastylijskich, jak u rycerzy.

- Pokazuje się z tego, rzekła panna, że kobiety więcej mają ufności w zasłudze, więcej szlachetnych
popędów i gorliwości w ważnych sprawach od mężczyzn.

-  Musi  tak  być  rzeczywiście,  gdyż  ciotka  moja,  i  ty  pani,  stajecie  po  stronie  żeglarzy.  Lecz  moje
wyrazy  nie  zawsze  bywają  rozumiane;  jestem  człowiekiem  czynu,  i  jeśli  Kolumb  uda  się  kiedy  w
zamierzoną podróż, będę prosił króla o pozwolenie należenia do wyprawy. Po wypędzeniu Maurów i
tak w Hiszpanii nie ma co robić.

-  Jeżeli  naprawdę  masz  zamiar  towarzyszenia  Kolumbowi,  rzekła  z  przekąsem  donna  Beatrix,  to
będzie miał w swym orszaku choć jednego szałaputa. Lecz oto zbliża się sługa dworski, zapewne jej
wysokość żąda mojej obecności.

W  istocie  królowa  przyzywała  donnę  Beatrix,  a  że  nie  wypadało,  aby  don  Luis  sam  na  sam
przechadzał  się  z  Mercedes,  przeto  odchodząc  wpuściła  oboje  do  przeznaczonej  sobie  izby,
zastanawiając się chwilę, czy ma powierzyć wychowankę roztrzepanemu synowcowi.

- Chociaż to rycerz błądzący, rzekła do Mercedes, nie posiadając jednak przymiotów trubadura, nie
popieści  twego  ucha  słodyczą  rymów.  Może  by  lepiej  było  umieścić  go  z  gitarą  w  ręku  pod  twym
balkonem; ale zanadto polegam na jego niezręczności, i zostawiam go z tobą sam na sam. Kawaler,
który  tak  się  obawia  przewrócenia  porządku  natury,  nie  zechce  pewnie  rzucić  się  na  kolana  przed
najpiękniejszą nawet z dziewic kastylijskich.

Don  Luis  zaśmiał  się  głośno  na  te  słowa,  a  Mercedes,  żegnając  przybraną  matkę,  spuściła  oczy  i

background image

pokraśniała.

Luis  de  Bobadilla  był  domniemanym  narzeczonym  donny  Mercedes  de  Valverde;  lecz  związek  ten,
tak  stosowny  pod  względem  urodzenia,  majątku,  wieku  i  sympatii,  ważne  napotykał  przeszkody.
Donna  Beatrix  sama  wahała  się  z  przyzwoleniem,  może  najbardziej  dlatego,  że  to  małżeństwo
korzystne było dla jej synowca.

Don  Luis  niewiele  posiadał  kastylijskiej  powagi,  a  żywość  jego  często  przeradzała  się  w
lekkomyślność.  Pochodząc  z  matki  Francuzki  odziedziczył  po  niej  ową  niestałość  zasad,
przypisywaną synom Galii. Wyobrażenie jakie rodzina miała o jego charakterze, skłoniło młodziana
do  porzucenia  w  dziecinnym  prawie  wieku  ojczyzny,  a  poznawszy  w  swych  podróżach  obyczaje
innych narodów i przejąwszy się nimi, obcym był społeczności rodzinnej. Jedno tylko przywiązanie
do  pięknej  Mercedes  spowodowało  powrót  jego  do  Hiszpanii,  gdzie  przybył  właśnie  w  porę  dla
wzięcia udziału w zdobyciu Grenady.

Jednakże,  mimo  błędów  jakie  w  nim  wytykali  ziomkowie,  don  Luis  de  Bobadilla  był  kawalerem
godnym swego imienia, któremu świetne czyny w bitwach i turniejach znakomitą zjednały sławę. Raz
na  igrzysku  rycerskim  don  Luis  wysadził  z  łęku  Alonza  de  Ojeda,  jednego  z  najsłynniejszych
zapaśników; toteż rodacy ganili go, ale poważali w nim sławę i odwagę.

Markiza de Moya lepiej jeszcze od innych znała szacowne synowca przymioty; lecz obawiała się tak
bliskiemu  krewniakowi  oddać  rękę  bogatej  dziedziczki,  wbrew  może  życzeniu  ogólnemu.
Niedowierzała własnemu uczuciu, posądzając się o stronniczość dla młodzieńca, któremu powierzyć
miała los wychowanki. Jakkolwiek więc skrycie pragnęła tego związku, na oko zimno przyjmowała
starania don Luisa. Nie mogąc się zdobyć na tyle srogości, by zerwać zupełnie zawiązany stosunek,
objawiła przynajmniej wątpliwości swe donnie Mercedes, by unikała spotkania z młodym rycerzem.

Mercedes nie znała sama stanu swego serca. Była piękną, bogatą i dostojnego rodu, a nasłuchawszy
się  zarzutów  przeciw  don  Luisowi,  nie  śmiała  okazywać  mu  przychylności.  Młodzieniec  przeto,
mimo  zwykłego  zakochanym  instynktu,  nie  wiedział  dotąd  jak  sobie  tłumaczyć  postępowanie
ulubionej.  W  tym  dniu  dopiero  przypadek,  rozstrzygający  tak  często  losy  człowieka,  nie  tylko  w
miłości, lecz w każdym życia położeniu, zdawał się sprzyjać jego zamiarom. Wzruszenie, wywołane
tryumfalnym  obchodem  zwycięstwa  chrześcijan,  przemogło  zimną  oględność  panny.  Przez  cały
wieczór jej uśmiech był swobodniejszy, oko żywsze, twarz silniej jak zwykle ukraszona rumieńcem.
Gdy  donna  Beatrix  wyszła,  Luis  usiadł  obok  Mercedes,  która  zajęła  miejsce  na  pysznej  otomance,
służącej jeszcze dzień wcześniej jednej z księżniczek rodziny Boabdila.

- Jakkolwiek wielkie miałem zawsze poważanie dla królowej, odezwał się z zapałem młodzieniec,
dziś  ona  większego  jeszcze  nabyła  prawa  do  mego  uwielbienia.  Czemuż  jej  wysokość  co  godzina
przynajmniej  nie  potrzebuje  usług  donny  Beatrix,  czemuż  sprawy  Kastylii  nie  wymagają  jej  głosu
doradczego, kiedy to mi nastręcza sposobność wynurzenia pani mych uczuć!

— Namiętne słowa nie zawsze są wyrazem tego co jest w sercu, don Luis de Bobadilla

—  Nie  możesz  wątpić,  pani,  o  szczerości  mego  przywiązania!  Ono  wzrosło  wraz  ze  mną  i  tak
wniknęło w głąb mojej duszy, że dziś nawet widzę twój obraz, Mercedes; słuchając śpiewu ptasząt,

background image

zdaje  mi  się,  że  chwytam  chciwie  głos  twój  pieszczony;  wonne  tchnienie  poranku  przypomina  mi
twój oddech!...

— Przesiąkłeś widzę, mój panie, galanterią dworu francuskiego i zapomniałeś, że Kastylijki zbyt są
prostoduszne, by ułudzie się dały tak przesadnymi frazesami.

— Krzywdzisz mnie, Mercedes. Usta moje, przysięgam, są zawsze tłumaczem mego serca. Czyż nie
kochałem  cię  od  dzieciństwa?  Czyż  w  niewinnych  igraszkach  naszych  nie  dawałem  ci  dowodów
stałego przywiązania?

—  Wtedy  byłeś  szczerym,  Luis,  odpowiedziała  Mercedes,  w  której  sercu  to  wspomnienie  tkliwsze
obudziło uczucia; wierzyłam wtedy w twą przyjaźń i byłam jej rada.

—  Dzięki  ci,  dzięki  stokrotnie  za  ten  pierwszy  objaw  zaufania;  nazwałaś  mnie  Luis,  bez  dodania
obmierzłego tytułu.

—  Szlachetny  Kastylijczyk  powinien  dbać  o  swą  godność,  rzekła  Mercedes  zmieszana,  jakby
wyrzucając sobie mimowolną poufałość. Ostrzegłeś mnie w samą porę, don Luis de Bobadilla.

—  Przeklęty  niech  będzie  mój  język,  co  nigdy  nie  słucha  rozumu! Ależ  każdy  czyn  mój,  spojrzenie
każde,  czyż  nie  świadczy  o  jednej  tylko  potrzebie  podobania  się  tobie,  piękna  Mercedes?  Gdy
królowa na ostatnim turnieju zaszczyciła mnie pochwałą, czyż nie szukałem wtedy twego wzroku, dla
odebrania  droższego  podarku.  Czy  wyraziłaś  kiedy  życzenie,  którego  bym  natychmiast  spełnić  nie
usiłował?

- Przypominam ci, Luis, że wbrew mojej chęci udałeś się w ostatnią podróż na północ. Wiedziałam,
że donna Beatrix nie pochwalała tej skłonności do życia junackiego.

- Obrażało to mój honor, że obawiano się, aby szlachcic kastylijski nie nabrał w swych podróżach
mniej przyzwoitych nawyknień.

- Nie przypuszczałeś pewnie bym ja podzielała tę obawę.

-  Gdybyś,  droga  Mercedes,  kazała  mi  pozostać  dla  siebie,  to  byłbym  raczej  opuścił  życie,  jak
Kastylię; lecz ani jedno tkliwe spojrzenie nie wynagrodziło mych udręczeń.

- Jakich udręczeń, Luis?

- Nie jestże to okropnym cierpieniem, kochać do szaleństwa, a nie otrzymać żadnej zachęty, żadnego
znaku, iż kobieta, której się życie poświęciło, rycerza swego nie uważa przynajmniej za półgłówka?

- Luis de Bobadilla, kto ciebie pozna, nie może tak myśleć.

-  Dziękuję  ci  za  to,  moja  najdroższa,  a  bardziej  jeszcze  za  miły  uśmiech  z  jakim  wymówiłaś  te
wyrazy.  Ty  mogłabyś  rządzić  mną  według  chęci,  gdybym  był  przekonany,  że  postępki  moje  cię
obchodzą.

background image

— Może być inaczej? Czy podobna patrzeć obojętnie na czyny osoby, którą się ceni od dzieciństwa?

— Więc chociaż cenić mnie raczysz, Mercedes!

— To więcej może jak ci się zdaje. Kto zna twoje serce, Luis, ten musi cię poważać; a ja nie taiłem
nigdy swojego dla ciebie szacunku.

— I to już wszystko co miałaś powiedzieć? O droga Mercedes, uwieńcz swą łaskę wyznaniem, że w
tym szacunku była choć odrobina słodszego uczucia.

Mercedes  zapłoniła  się,  lecz  nie  chcąc  wyrzec  słowa  stanowczej  zachęty,  długo  zachowała
milczenie. Po chwili dopiero, z wahaniem i jakby mierząc każdy wyraz, odrzekła:

—  Burzliwy  twój  charakter,  Luis,  potępia  cię  w  oczach  wielu;  czemuż  nie  starasz  się  odzyskać
zaufania, tym samym sposobem, jakim je straciłeś?

— Nie rozumiem cię, Mercedes.

— Zdaje mi się, że śmiałe pomysły Kolumba, mimo szyderstw jakich im nie szczędzisz, głębokie na
twym umyśle zrobiły wrażenie.

—  Uwielbiam  cię,  Mercedes,  bo  jak  w  otwartej  księdze  czytasz  w  moim  sercu.  Rzeczywiście,  od
czasu jakiem słyszał o twierdzeniach genueńczyka, wyobraźnia moja nie spoczęła. Postać jego wraz z
twoją staje mi przed oczyma, i czuję to, choć nie jestem przekonany, że myśli tak wielkie nie mogą
być fałszywe.

Piękne  oczy  donny  Mercedes  wlepione  były  w  młodzieńca,  a  blask  ich  niezwykły  żywe  zdradzał
uniesienie.

- Prawdziwe, niezawodnie! rzekła głosem uroczystym. To człowiek natchniony przez Boga, narzędzie
Jego woli. Wyobraź sobie, Luis, okręt okrążający świat cały, niosący dalekim narodom świętą wiarę
chrześcijańską! Nie byłożby to chwalebnie przyłożyć się do tak świętego przedsięwzięcia?

- Dla Boga! jutro udam się do Kolumba, ofiarując mu swe usługi. Jeżeli potrzebuje złota, będzie go
miał pod dostatkiem.

-  Słowa  twoje  godne  są  szlachetnego  syna  Kastylii;  ale  człowiek  prywatny  temu  nie  podoła.  Rząd
tylko  może  dostarczyć  środków,  i  uczynić  to  powinien,  gdyż  w  razie  pomyślnym  rozległe  uzyska
kraje.  Dostojny  nasz  sprzymierzeniec,  książę  Medina-Celi,  sprzyja  temu  dziełu,  jak  dowodzą  jego
listy do królowej, lecz mniema, że wesprzeć je powinna głowa koronowana. Nie można więc o tym
pomyśleć bez współudziału naszych władców.

- Wiadomo ci, Mercedes, że nie mam żadnego wpływu u dworu. Lecz może byś życzyła, abym wziął
udział w wyprawie?

-  Tak  jest,  mój  Luis,  godne  to  ciebie  przedsięwzięcie.  Sława  nim  pozyskana  zatrze  błędy  twej
młodości.

background image

Don  Luis  w  milczeniu,  lecz  uważnie,  wpatrywał  się  w  piękną  entuzjastkę,  bo  uczuł  zazdrosne
powątpiewanie. Zapytywał sam siebie, co mogło być powodem zajęcia się jego losem tej anielskiej
istoty, i dlaczego pragnie go oddalić.

—  Chciałbym  wyczytać  twoje  myśli,  donna  Mercedes,  przemówił  wreszcie,  gdyż  powściągliwość
płci  twojej  dla  nieobeznanych  z  wybiegami  kobiecymi  staje  się  źródłem  udręczeń.  Gdybym
przypuścić  mógł,  że  umyślnie  wplątać  mnie  chcesz  w  sprawę  przez  większość  potępianą,  a  przez
samego Ferdynanda, którego mądrość tak cenisz, uważaną za marzenie, to wolałbym dziś wyjechać,
uwalniając cię, pani, od swojej obecności.

—  Przykry  ten  zarzut  niczym  nie  jest  usprawiedliwiony,  rzekła  Mercedes,  nie  mogąc  ukryć  łez
swoich; wiesz, że nie pragnęłam nigdy twej zguby.

— Wybacz mi, moja droga, oziębłość twoja często mnie przyprowadza do obłędu.

— Oziębłość, Luis? Kiedyż Mercedes była dla ciebie oziębłą?

— W tej chwili może.

— Więc źle poznajesz moje chęci, nie umiesz oceniać mego serca. Nie, Luis, nie jestem tak zimną jak
ci  się  zdaje,  i  żeby  wyprowadzić  cię  z  błędu,  chcę  być  otwartą.  Tak  jest,  upokarzam  swą  dumę
dziewiczą, radząc ci, abyś przystąpił do wyprawy Kolumba, zamiast przedsięwziąć nową wycieczkę
bez celu, bo mam na względzie własne twoje szczęście.

- Mercedes! szczęście moje zawisło od naszego związku!

-  A  związek  ten  zapewni  podniesienie,  uszlachetnienie  dotychczasowych  wybryków  twoich  przez
świetne czyny, które pozyskają ci zaufanie donny Beatrix i łaskę królowej Izabelli.

- Ale zdobędę nimi twoje serce?

-  Serce  moje,  Luis,  już  do  ciebie  należy.  Powściągnij  swą  niecierpliwość  i  wysłuchaj  mnie
spokojnie. Nie rozrządzę sobą nigdy bez przyzwolenia dwóch osób: donny Beatrix i królowej pani.
Nie  przerywaj  mi,  Luis,  niech  dokończę  wyznania.  Królowa  nasza,  znając  serce  kobiet,  od  dawna
spostrzegła uczucie, któregoś ty do tej chwili nie ocenił, i tylko jej rady macierzyńskie trzymały mnie
dotąd w granicach pozornej obojętności.

-  Jak  to,  więc  i  królowa  jest  moją  nieprzyjaciółką?  Mniemałem,  że  zwalczać  mi  przyjdzie
nieprzychylność jedynie ciotki.

-  Uniesienie  twoje,  Luis,  czyni  cię  niesprawiedliwym.  Donna  Beatrix  de  Moya  nie  jest  ci
nieprzychylna i owszem ceni twe przymioty. Co do królowej, nie potrzebuje ona pochwał. Wiadomo
ci,  że  natchniona  jej  mądrość  czuwa  nad  dobrem  wszystkich  poddanych.  Nie  wiem  sama  jak  to  się
stało, lecz ona pierwsza odgadła tajemnicę mego serca. Czy przypominasz sobie, Luis, zwycięstwo
swoje na ostatnich turniejach? W dniu tym najdzielniejsi rycerze Kastylii wstąpili w szranki, a żaden
z nich tobie nie dorównał; nawet Alonzo de Ojeda uznał się pokonanym. Wszyscy wynosili cię pod
niebiosa, zapominając o twych błędach, prócz jednej tylko osoby.

background image

— Prócz ciebie może, okrutna Mercedes!

— Jesteś niewdzięczny, Luis! Wyznaję, żem wtedy myślała tylko o męstwie jakiego dałeś dowody.
Królowa  bardziej  była  przewidująca.  Po  ukończeniu  igrzysk  przyzwała  mnie  do  swego  gabinetu,
gdzie całą godzinę sam na sam ze mną spędziła. — Mówiła o obowiązkach kobiet jako chrześcijanek,
a  mianowicie  o  ważności  związku  małżeńskiego.  Rozczuliwszy  mnie  do|  łez  prawie,  żądała
przyrzeczenia, bym nie wstąpiła nigdy na ślubny kobierzec, jeśli obecność jej nie uświęci tego kroku,
lub przynajmniej bez piśmiennego z jej strony przyzwolenia.

— Więc królowa potępia moją miłość?

— Imię twoje, Luis, nie było nawet wymienione, chociaż ja w ciągu całej rozmowy myślałam tylko o
tobie. Nie przeniknęłam zamiarów jej wysokości, ale mnie się wydawało, słusznie czy niesłusznie, że
słowa  królowej  odnoszą  się  do  ciebie.  Znając  jednak  jej  dobroć,  nie  wątpię,  że  się  przychyli,  gdy
uzna w tym moje dobro.

— A z czegoż wnosisz, że królowa mnie miała na myśli?

-  Przypuszczam  tak,  ponieważ  w  dniu  tym  uwaga  wszystkich  na  ciebie  była  zwrócona.  Królowa
chciała pewnie zapobiec nierozważnemu z mej strony przyrzeczeniu.  Któż  winien,  jeśli  uwiedziona
pozorem, nie oceniała szlachetnych przymiotów twej duszy. Wszak obcym prawie byłeś w ojczyźnie,
a pokazawszy się na chwilę, stroniłeś od dworu. Odznaczyłeś się wprawdzie w bitwach i turniejach,
lecz świetne czyny podbijają jedynie wyobraźnię kobiet, podczas gdy serce ich marzyć nie przestaje
o trwalszych słodyczach szczęścia domowego. Jeżeli więc szczerze pragniesz posiąść moją rękę, to
staraj się zniewolić królowę.

- Lecz jakiż na to środek? Wojna z Maurami ukończona, a honor królowej nie potrzebuje obrońcy.

- Nie tego też ona wymaga; wiadomo wszystkim, że dzielnym jesteś rycerzem.

- Więc błagam cię, powiedz co mi czynić wypada!

-  Posłuchaj,  rzekła  dziewica,  na  której  powabne  oblicze  wystąpił  rumieniec  czułości  i  świętego
zapału.  Masz  ogólne  wyobrażenie  o  pomysłach  Kolumba  i  środkach  jakimi  urzeczywistnić  takowe
zamyśla. Byłam dzieckiem jeszcze, gdy ten nadzwyczajny człowiek przybył do Kastylii, starając się o
pomoc naszych władców. Oziębłość Ferdynanda i wsteczne wyobrażenia jego ministrów odwróciły
zrazu umysł królowej od pomysłu genueńczyka; sądzę jednak, że ona skrycie im sprzyja, bo w chwili
gdy Kolumb opuścić miał Hiszpanię, wpływ ojca Pereza, dawnego spowiednika królowej, przywołał
go  do  dworu.  Obecnie  oczekuje  on  z  niecierpliwością,  i  jeśli  uzyska  żądaną  pomoc,  niezawodnie
wielu  z  grona  szlachty  zechce  mu  towarzyszyć;  otóż  i  ty  powinieneś  wziąć  udział  w  rzeczy  tak
chwalebnej.

—  Nie  wiem  rzeczywiście  jak  uważać  tę  troskliwość,  Mercedes,  bo  dziwne  to  zawsze  namawiać
osobę kochaną do podróży, z której nie wiadomo czy powróci.

background image

—  Polecę  cię  Boskiej  opiece,  odpowiedziała  dziewica  w  pobożnym  uniesieniu;  dzieło
przedsięwzięte ku Jego chwale, pomyślny, niezawodnie, będzie miało koniec.

Don  Luis  de  Bobadilla  uśmiechnął  się,  gdyż  znając  lepiej  od  kochanki  przeszkody  fizyczne,  nie
podzielał  jej  ufności.  Wszelako,  mimo  zwątpienia,  przychylił  się  do  zdania  donny  Mercedes;
pojmował  bowiem,  iż  tym  sposobem  będzie  mógł  zatrzeć  uprzedzenie  względem  swej  osoby  i
pozyskać względy Izabelli.

—  Lecz  skoro  królowa  sprzyja  Kolumbowi,  dlaczego  dotąd  odwleka?  Zapytał  wreszcie  z
niedowierzaniem.

— Wojna z Maurami, ubóstwo kraju i obojętność króla stoją na zawadzie zamiarom genueńczyka.

—  Czyliż  jej  wysokość  nie  będzie  uważać  towarzyszów  wyprawy  za  marzycieli,  jeśli  powrócimy
bez skutku?

-  Nie  znasz  charakteru  donny  Izabelli.  Ona  w  tym  dziele  widzi  tryumf  religii  chrześcijańskiej,  a
uczestnikom  jego,  bez  względu  na  powodzenie,  nie  odmówi  szacunku.  W  każdym  razie  mój  Luis,
powrócisz z chlubą i zaszczytem.

-  Czarodziejko,  gdybym  ciebie  mógł  zabrać  z  sobą,  chętnie  bym  puścił  się  na  morze  bez  innego
towarzystwa.

Mercedes na te wyrazy odpowiedziała z uprzejmością, potem zaczęli spokojnie ważyć tak ważny dla
siebie  przedmiot.  Don  Luis  umiał  powściągnąć  wrodzoną  niecierpliwość,  a  szlachetne  wynurzenie
się donny Mercedes, stateczność z jaką broniła możliwości powodzenia wyprawy, oddziaływały i na
umysł młodzieńca.

Donna Beatrix, zatrzymana przez królowę, powróciła dopiero po upływie dwóch godzin. Zaraz po jej
przybyciu, don Luis pożegnał damy, a Mercedes, zostawszy z opiekunką, objawiła jej swe uczucia i
nadzieje. Markiza de Moya, zasmucona i ucieszona tym wyznaniem, podziwiała ufność młodocianego
serca,  co  budowę  przyszłości  swojej,  na  tak  niepewnej  wznosiła  podwalinie.  Mimo  to  nie  mogła
zganić  zamiaru  kochanków.  Luis  de  Bobadilla  drogim  był  dla  niej,  a  droższą  jeszcze  Mercedes;
wysłuchała  więc  z  życzliwością  spowiedzi  wychowanki,  i  powróciła  do  siebie,  na  pół  przekonana
wymową dziewicy.

 

ROZDZIAŁ VI

Kilka  dni  upłynęło  zanim  chrześcijanie  rozgościli  się  w  dawnym  siedlisku  wyznawców  Mahometa.
W  tym  czasie  porządek,  zakłócony  na  chwilę  przez  radosne  upojenie  z  jednej,  a  boleść  z  drugiej
strony, powrócił stopniowo w mury Alhambry i miasta. Przezorny Ferdynand rozkazał obchodzić się
z Maurami nie tylko łagodnie, lecz nawet uprzejmie, wszystko więc z wolna do dawnego powracało
stanu.  Jednakże  sprawy  rządowe  były  dla  króla  źródłem  nieustannych  kłopotów,  podczas  gdy
dostojna  małżonka  jego  usuwała  się  od  wrzawy,  szukając  w  ustroniu  domowym  właściwszych  dla

background image

siebie  przyjemności.  Tam  większą  część  swego  czasu  poświęcała  staraniom  macierzyńskim,  a
pozostałe chwile krasiła związkami przyjaźni.

W trzy dni po przytoczonej rozmowie dwojga kochanków, królowa zebrała w swych pokojach grono
zaufanych  osób.  Znajdowali  się  między  nimi  Ferdynand  de  Talavera,  niedawno  mianowany
arcybiskupem  Grenady,  i  ojciec  Pedro  de  Carrascal,  któremu  prawość  charakteru  i  szlachetne
urodzenie powszechny jednały szacunek.

Izabella, zajęta szyciem, siedziała przy małym stoliku. Delikatne jej ręce pracowały nad koszulą dla
królewskiego  małżonka,  lubiła  bowiem  zaprzątać  się  drobiazgami  domowymi,  jak  żona  prostego
mieszczanina. Była to jedna z cech obyczajowych, czy politycznych, tego wieku. Wielu podróżników
widziało  słynny  stołek  księżny  burgundzkiej,  w  którym  znajduje  się  wcięcie  dla  pomieszczenia
kądzieli zapewne w celu zbudowania dworzan. W postępowaniu jednak Izabelli, nie kryło się żadne
wyrachowanie,  gdyż  starania  koło  wygód  małżonka  rzeczywistą  sprawiały  jej  przyjemność.  Przy
boku  królowej  siedziała  donna  Beatrix  de  Cabrera,  nieopodal  zaś  infantka  Izabella,  z  donną
Mercedes  i  kilku  honorowymi  damami.  Król  pisał  przy  stole  w  przeciwnym  końcu  sali,  a  żaden  z
obecnych,  wyjąwszy  arcybiskupa  Grenady,  nie  śmiał  zbliżyć  się  do  niego.  Rozmowa  toczyła  się
cicho; sama nawet królowa tłumiła głos, by nie przerywać myśli małżonka.

- Markizo, moja córko, rzekła Izabella, czy nie słyszałaś czego o Kolumbie, owym żeglarzu, co tak
nalega o pomoc naszą w wyprawie na Zachód!

Szybkie  spojrzenie,  wymienione  pomiędzy  Mercedes  i  jej  opiekunką,  świadczyło  o  zajęciu  jakie  w
nich obudziły słowa królowej.

—  Najjaśniejsza  pani  raczy  przypomnieć  sobie,  że  ojciec  Perez,  dawny  spowiednik  waszej
wysokości,  przybył  umyślnie  z  klasztoru  swego  w Andaluzji,  aby  się  wstawić  za  genueńczykiem  i
poprzeć jego wzniosłe plany.

— Znajdujesz je wzniosłymi, markizo?

— Nie inaczej, miłościwa królowo. Wyobrażenia tego człowieka są jasne i naturalne; a nie jestże to
wzniosłe, chcieć rozsiać ziarno Ewangelii w drugiej świata połowie? Wychowanka moja, Mercedes
de Valverde, tak się zapaliła tą myślą, że o niczym już innym słyszeć nawet nie chce.

Królowa obróciła się ku dziewicy i zapytała z macierzyńską dobrocią:

— Prawdaż to, Mercedes, że Kolumb tak cię ujął? Mercedes powstawszy, z uszanowaniem postąpiła
ku królowej.

— Nie przeczę, rzekła, iż powodzenie jego wyprawy żywo mnie obchodzi. To pomysł tak szczytny,
najjaśniejsza pani, iż z żalem przyszłoby uznać go bezzasadnym,

—  Otóż  co  znaczy  wiara  umysłów  młodzieńczych  i  szlachetnych.  Wyznaję  ci,  Beatrix,  że  pod  tym
względem i ja niekiedy jestem dzieckiem. Czy Kolumb jeszcze tu przebywa?

- Tak jest, najjaśniejsza pani, odpowiedziała Mercedes z pośpiechem, chociaż pytanie królowej nie

background image

do  niej  się  wprost  odnosiło;  znam  osobę,  która  widziała  go  w  dniu,  kiedy  wojska  nasze  zajęły
Grenadę.

- Któż to taki?

-  Don  Luis  de  Bobadilla,  najłaskawsza  królowo,  rzekła  Mercedes  zapłoniona,  żałując,  że  się
niebacznie wymówiła, nie śmiejąc jednak zataić prawdy.

- Kochana markizo, synowiec twój jest niezmordowanym żeglarzem, lecz wątpię, aby należeć chciał
do wyprawy mającej na celu chwałę Bożą.

- Jednakże, najjaśniejsza pani... Mercedes nie śmiała dokończyć.

- Chciałaś coś powiedzieć, moje dziecko, wtrąciła uprzejmie królowa.

- Błagam o przebaczenie waszej wysokości, że nie będąc pytaną...

-  Nie  znajdujesz  się  na  dworze  kastylijskim,  moja  córko,  tylko  w  pokoju  Izabelli  de  Transtamare.
Jesteś powinowatą mego małżonka i możesz otwarcie objawić swoje myśli.

-  Łaska  twoja,  najjaśniejsza  królowo,  jest  nieograniczona.  Chciałam  dodać  tylko,  że  don  Luis  de
Bobadilla  pragnie  najgoręcej,  aby  Kolumb  uskutecznił  swój  zamiar,  i  zamierza  prosić  waszą
wysokość, o pozwolenie towarzyszenia wyprawie.

— Czy podobna, Beatrix?

— Skłonność Luisa do niespokojnego życia, wypływa z chwalebnych pobudek, potwierdziła markiza,
i ja słyszałam to mówiącego z zapałem o Kolumbie.

Izabella nic nie odrzekła, lecz opuściwszy ręce, zamyśliła się. Potem powstała nagle, i przystąpiwszy
do  piszącego  króla,  dotknęła  z  lekka  jego  ręki.  Ferdynand  obrócił  się,  a  ujrzawszy  małżonkę,
przerwał natychmiast pracę i pierwszy zagaił rozmowę.

— Trzeba nam czuwać nad Maurami, rzekł pod wpływem jeszcze myśli jakie go właśnie zaprzątały;
Boabdil posiada kilka warowni, które choć po tamtej stronie morza, są dla nas niebezpieczne.

—  Pomówimy  o  tym  kiedy  indziej,  przerwała  królowa.  Trudno  częstokroć  rządzącym,  pogodzić
chwałę Bożą i głos własnego sumienia, z przyjętym na mocy traktatów zobowiązaniem. Lecz dawno
już między nami nie było wzmianki o Kolumbie.

—  Zawsześ  zajęta  pracą,  i  to  jeszcze  dla  mnie,  droga  Izabello,  rzekł  Ferdynand,  wskazując  na
koszulę, którą królowa trzymała w ręku, nie każdy z poddanych naszych posiada tak dobrą i dbającą
żonę.

—  Po  Bogu  i  szczęściu  narodu,  ty  jesteś  pierwszym  przedmiotem  moich  starań,  odpowiedziała
Izabella, ucieszona grzecznością króla, mimo że przeniknęła jego zamiar zwrócenia rozmowy na inny
przedmiot. Nie chciałam w tak ważnej rzeczy stanowić bez twego przyzwolenia, lecz zdaje mi się, że

background image

nie  wypada  dłużej  odwlekać.  Siedem  lat  niepewności,  zaiste  sroga  to  próba,  jeżeli  i  teraz  nic  nie
uczynimy, to być może, iż młodzież zapalona sama się weźmie do dzieła.

—  Masz  słuszność,  moja  droga;  zasięgnijmy  zdania  obecnego  tu  Ferdynanda  de  Talavera.
Arcybiskupie  Grenady,  królewska  małżonka  pragnie,  aby  sprawa  Kolumba  natychmiast  była
rozpatrzona.  Zajmij  się  tym  przedmiotem,  rozważ  go  dojrzale  i  przedstaw  nam  swoje  zdanie;  my  z
swej strony przydamy ci doradców.

Podczas  gdy  Ferdynand  przemawiał  do  prałata,  doświadczony  dworak  rzucił  okiem  na  króla,  a
wyczytawszy  w  jego  twarzy  oziębłość,  pojął  od  razu  co  czynić  należało.  Skłonił  się  nisko  na  znak
posłuszeństwa, i zaraz przystąpiono do ułożenia listy sprawozdawców.

- Pomysł Kolumba zasługuje na uwagę, dodał król po odbyciu tej czynności. Powiadano mi, że jest
dobrym chrześcijaninem.

-  Niezawodnie,  wasza  wysokość.  Utrzymują  nawet,  że  po  szczęśliwym  ukończeniu  teraźniejszej
wyprawy, chce przedsięwziąć oswobodzenie grobu świętego.

- Chwalebnie to bardzo, odpowiedział król, lecz naszym zdaniem lepiej jest walczyć za wiarę tam,
gdzie zdobycze mogą być zachowane. Jak mniemasz, arcybiskupie Grenady?

- Bez wątpienia; miłościwy królu; ograniczyć się należy do tego, co jest możliwe, nie trwoniąc sił w
przedsięwzięciach wątpliwych.

- Księże arcybiskupie, wtrąciła królowa, polegając na twojej powadze, potępiać by należało każdą
krucjatę.

-  Nie  taka  myśl  moja,  najjaśniejsza  pani,  odpowiedział  zręczny  prałat.  Całemu  chrześcijaństwu
niezawodnie  zależy  na  odzyskaniu  grobu  Zbawiciela;  lecz  dla  Kastylii  ważniejsze  stokrotnie  jest
zdobycie Grenady: to pewnik tak oczywisty, że najlepszy kazuista nie zdoła go obalić.

—  Tym  bardziej,  żeśmy  go  czynem  poparli,  dodał  Ferdynand;  te  mury,  co  niedawno  należały  do
Boabdila, dziś w naszym są posiadaniu.

—  Dla  Kastylii,  być  może,  ciągnęła  Izabella,  a  przynajmniej  dla  jej  potęgi  światowej,  lecz  nie  dla
zbawienia duszy i naszej świętej wiary.

To rzekłszy oddaliła się, i pogrążona w dumaniu, zaczęła wolnym krokiem przechadzać się po sali,
spoglądając niekiedy na Mercedes.

— Moje dziecię, rzekła wreszcie, czy pamiętasz o swoim przyrzeczeniu?

—  Byłam  zawsze  i  będę  posłuszną  Bogu  i  waszej  królewskiej  mości,  odpowiedziała  Mercedes
głosem silnego postanowienia.

— Więc mówmy o czym innym. Zdaje się, że pochwalasz zamiary Kolumba?

background image

— Zdanie osoby młodej i niedoświadczonej w tak ważnej sprawie żadnego nie ma znaczenia.

— Lecz chciałabym znać twoje myśli.

— Mniemam, najjaśniejsza pani, że Opatrzność zesłała tego człowieka dla dobra człowieczeństwa i
Kościoła.

— A czy sądzisz, że nasza młodzież weźmie udział w wyprawie genueńczyka?

Królowa uczuła drżenie ręki Mercedes, którą czule ujęła w swe dłonie. Jednakże młoda dziewczyna,
widząc,  że  ta  chwila  jest  stanowczą,  zebrawszy  całą  przytomność  umysłu,  postanowiła  z  niej
korzystać.

-  Niewątpliwie,  miłościwa  pani,  rzekła  z  głębokim  przekonaniem.  Pierwszy  don  Luis  de  Bobadilla
nie  odmówi  mu  swojej  pomocy.  On  tak  jest  przekonany  o  wielkości  tego  dzieła,  że  chętnie
dostarczyłby nawet środków pieniężnych, gdyby na to uzyskał przyzwolenie opiekunów.

- To być nie może; rządowi wolno własnymi szafować funduszami, ale czuwać powinien, by poddani
nie narażali swego mienia. Lecz jeśli don Luis tyle ma dobrych chęci, to skłonni jesteśmy wybaczyć
mu dawną lekkomyślność.

- O pani!

-  Posłuchaj  mnie,  nie  mogę  długo  rozmawiać  z  tobą  w  tym  przedmiocie,  bo  rada  państwa  wymaga
mojej obecności. Ułożę się o wszystko z opiekunką twoją, donną Beatrix, i przyrzekam ci, że wkrótce
dowiesz się o skutku. Lecz i ty także nie zapominaj o przyrzeczeniu.

Izabella,  pocałowawszy  dziewczynę  w  czoło,  wyszła  z  orszakiem  dam  dworskich,  zostawiając
Mercedes  w  środku  obszernej  sali,  w  postawie  nieruchomej,  podobną  do  pięknego  posągu
zwątpienia.

 

ROZDZIAŁ VII

Następnego dnia Alhambra napełniona była zgrają proszących o łaski lub żądających wynagrodzenia
za  poniesione  straty.  W  przedpokojowej  ciżbie  jeden  na  drugiego  spoglądał  z  niedowierzaniem  i
zazdrością. Witano się obojętnie, wymieniając słowa ułudnej grzeczności.

Podczas  gdy  ciekawość  tłumu  zajmowała  się  docieczeniem  cudzych  myśli,  a  starzy  dworzanie  pół-
szeptem udzielali sobie nowin politycznych, w odległym zakątku stał mężczyzna poważnego oblicza,
na którego większość zgromadzonych z urągającym patrzyła lekceważeniem. Był to Kolumb, uważany
ogólnie za marzyciela, i jako taki potępiany. Wszelako szyderstwa dworzan, zaczęły już ustawać pod
wpływem  niecierpliwości  z  powodu  długiego  oczekiwania,  gdy  nagle  drzwi  wchodowe  otworzyły
się z szybkością, zapowiadającą przybycie znakomitej osoby, i wszedł do sali don Luis de Bobadilla.

— To synowiec powiernicy królewskiej, rzekł któryś z oczekujących.

background image

— Potomek jednej z pierwszych rodzin kastylijskich, dodał drugi, lecz można go w parze postawić z
Kolumbem,  bo  ani  wola  opiekunów,  ani  życzenie  królowej,  ani  wysokie  urodzenie  nie  zdołały  go
powstrzymać od junackich przygód.

-  Byłby  to  jeden  z  najlepszych  rycerzy  hiszpańskich,  odezwał  się  trzeci,  gdyby  roztropność  jego
odpowiadała odwadze.

-  To  ten  sam  młody  kawaler,  co  tak  się  odznaczył  w  wojnie  przeciw  Maurom,  wtrącił  jeden  z
wojskowych, to zwycięzca Alonza de Ojeda; dzielny z niego żołnierz, szkoda tylko, że gotów zawsze
do awantur.

Jak gdyby na usprawiedliwienie tych wyrazów, Luis, rzuciwszy wokoło pobieżne spojrzenie, zwrócił
się wprost do Kolumba. Tłumione uśmiechy i wzruszenia ramionami wielu obecnych świadczyły, jak
ogół uważał to zbliżenie. W tej chwili jednak skrzypnięcie drzwi gabinetu królowej zwróciło uwagę
wszystkich, i zapomniano zarówno o żeglarzu, jak o młodym jego zwolenniku.

-  Witam  cię,  don  Kolumbie,  rzekł  Luis  z  pełnym  poszanowania  ukłonem,  od  pierwszej  rozmowy
naszej myślałem tylko o tobie, i radbym dziś z serca nauczyć się czegoś więcej.

Kolumb,  jakkolwiek  widocznie  hołdem  młodzieńczym  ucieszony,  nie  mógł  jednak  w  tym  miejscu
oddać się przyjemności, jakiej doznawał zawsze z wyłożenia komuś swych planów.

— Przyzwany tu jestem, odpowiedział, przez arcybiskupa Grenady, który, jak się zdaje, ma polecenie
rozstrzygnięcia  mojej  sprawy.  Żyjemy  w  zaraniu  wielkich  wypadków,  i  nie  daleki  już  dzień  ich
spełnienia.

— Na św. Piotra! wierzę ci, senior, lecz oczy twoje nie prędzej od moich ujrzą nowo odkryte kraje.

— Trzymam cię za słowo i zapewniam, że wielkie czyny twych przodków pójdą w niepamięć przed
sławą jako się okryjesz.

—  Don  Krzysztof  Kolumb!  Zawołał  paź  królewski,  i  żeglarz  postąpił  naprzód,  pełen  radosnej
nadziei.

Pierwszeństwo oddane człowiekowi, na którego patrzono z lekceważeniem, a nawet pogardą, wielce
obecnych  zadziwiło,  i  stało  się  przedmiotem  licznych  domysłów.  Wkrótce  jeden  z  urzędników
dworskich  przybył  dla  odebrania  próśb,  Luis  zaś,  niezadowolony  z  przerwania  rozmowy,  opuścił
przedpokoje.

Ferdynand  de  Talavera  nie  zapomniał  o  rozkazach  króla;  zamiast  jednak  przydania  prałatowi
doradców  zdolnych  pojąć  pomysły  Kolumba,  oboje  królestwo  wybrali  na  nieszczęście  sześciu  czy
siedmiu dworzan, poczciwych wprawdzie, lecz nieprzywykłych do badań naukowych. Wobec takiego
zebrania stawiono słynnego odkrywcę.

Po zwykłych formalnościach wstępnych, arcybiskup Grenady zabrał głos w imieniu komisji:

-  Dowiadujemy  się,  rzekł,  don  Kolumbie,  że  starasz  się  o  pomoc  rządu  dla  odbycia  podróży  przez

background image

ocean Atlantycki, celem odkrycia nieznanych krajów.

-  Taki  jest  rzeczywiście  mój  zamiar,  najprzewielebniejszy  ojcze.  Rzecz  ta  tylokrotnie  już  była
roztrząsana, iż nie mam potrzeby na nowo jej rozwijać.

-  W  Salamance  kilku  duchownych  podzielało  twe  widoki,  lecz  większość  była  im  przeciwna.
Wszelako  ich  wysokości  raczyli  ustanowić  komisję,  dla  bliższego  ich  rozpatrzenia.  Jakiegoż
uzbrojenia wymagasz, by pod opieką Boską uskutecznić swe zamiary?

-  Wasza  eminencja  mówisz  prawdę;  wszystko  spełni  się  pod  opieką  Boską,  ku  czci  i  chwale  Jego
imienia.  Przy  takiej  pomocy  niewielkich  potrzeba  mi  środków:  żądam  tylko  dwóch  statków  z
potrzebną załogą, pod banderą królewską.

Członkowie  komisji  spojrzeli  po  sobie  z  zadziwieniem;  jedni  z  nich  w  tym  skromnym  wymaganiu
widzieli lekkomyślność zapaleńca, drudzy niezachwianą wiarę. Arcybiskup należał do pierwszych.

— Niewiele to, zaprawdę, rzekł, a chociaż wojna wyczerpała zasoby państwa, uzbrojenie przecież
dwóch statków sił jego nie przechodzi. Trzeba nam jednak porozumieć się co do warunków: życzysz
zapewne, senior, otrzymać dowództwo wyprawy?

— Bez tego nie mógłbym ręczyć za skutek; żądam władzy admirała królewskiego, gdyż siła moralna
dwóch koron powinna wesprzeć człowieka dźwigającego całe brzemię odpowiedzialności.

— To słusznie, nikt temu nie zaprzeczy. Ale jakich w swym przedsięwzięciu upatrujesz korzyści dla
kraju?

— Najpierw chwałę Bożą i rozszerzenie świętej religii chrześcijańskiej.

Ferdynand de Talavera i wszyscy obecni pobożnie się przeżegnali.

—  Następnie  pozyskanie  dla  ich  wysokości  nowych  krajów;  wiadomo  bowiem,  że  jego
świątobliwość,  papież,  przyznaje  monarchom  chrześcijańskim  własność  zdobytych  na  poganach
przestrzeni.

—  Prawda,  don  Kolumbie,  odpowiedział  prałat;  Ojciec  Święty  posiada  to  prawo  i  wiadomo  ci
zapewne,  że  już  nim  obdarował  Jana  Portugalskiego,  którego  przywileje  tym  samym  nie  mogą  być
naruszone.

— Przedsięwzięcia Portugalczyków zwrócone są ku brzegom zachodniej Afryki, a więc w odmienną
zupełnie stronę. Co do mnie, powtarzam, iż zamiarem moim jest żeglować na zachód, dla osiągnięcia
Indii wschodnich, drogą skróconą o czas kilkumiesięczny.

Chociaż  arcybiskup  Grenady,  z  większą  częścią  zgromadzonych  sędziów,  należał  do  liczby
przeciwników  Kolumba,  poważna  jednak  prostota  z  jaką  odkrywca  wykładał  swe  zamiary,  zapał
błyszczący  w  jego  oku  i  siła  prawdy  cechująca  każde  jego  słowo,  głębokie  na  wszystkich  uczyniły
wrażenie.

background image

- Czy pragniesz, senior, odszukać państwo Jana zakonnika? Odezwał się jeden z komisarzy.

-  Nie  wiem,  szlachetny  panie,  czy  istniał  jaki  władca  tego  imienia,  odpowiedział  Kolumb,  którego
zdanie, oparte na zasadach naukowych, nie zgadzało się z wiarą ludową. Zdaje mi się, że te rzeczy
potrzebują udowodnienia.

Wyrazy te źle posłużyły sprawie żeglarza w ocenie sędziów; gdyż dla nich twierdzić, że ziemia jest
kulistą, a Jan zakonnik należy do rzędu władców bajecznych, znaczyło porzucić wiarę w cudowność i
zagłębiać się w rozumowania, niezgodne z pojęciem epoki.

-  Są  jednak  ludzie,  co  wierzą  w  królestwo  Jana  zakonnika  i  zaprzeczają  kulistości  ziemi,  z  tej
przyczyny zapewne, iż wiedzą o istnieniu królów, a przeciwnie widzą tylko, że ziemia zupełnie jest
płaska.

Zarzut ten uczyniony przez jednego z członków komisji, przyjęty został przez większość z uśmiechem
zadowolenia.

—  Szlachetny  panie,  odpowiedział  Kolumb  łagodnie,  gdyby  wszystko  na  tym  świecie  rzeczywiście
było  takim,  jakim  się  wydaje,  to  niewiele  by  ludzi  miało  się  z  czego  spowiadać,  i  Kościół  nie
potrzebowałby naznaczać pokuty.

— Mniemam, don Kolumbie, że dobrym jesteś chrześcijaninem, rzekł arcybiskup z cierpkością.

—  Jestem  nim,  z  łaski  Boga,  wasza  eminencjo,  lecz  sądzę,  że  dokonawszy  zamierzonego  dzieła,
godniejszym będę imienia Jego sługi.

— Powiadają, że uważasz się przeznaczonym do tego przez Opatrzność?

—  Jakieś  uczucie  nieokreślone  ośmiela  mnie  do  takiego  przypuszczenia,  ale  nie  mam  tyle
zarozumiałości, aby rozstrzygać tajemnice przechodzące moje pojęcie.

Trudno  powiedzieć,  czy  Kolumb  przez  tę  odpowiedź  zyskał,  czy  stracił  w  umyśle  słuchaczy.
Wprawdzie zgadzała się ona wybornie z wyobrażeniami religijnymi wieku, duchowni jednak dumne
to wystąpienie świeckiego człowieka w roli narzędzia Opatrzności uważali za przywłaszczenie.

— Chcesz dosięgnąć wyspy Cipango, płynąc przez ocean Atlantycki, wtrącił arcybiskup, a przeczysz
istnieniu Jana zakonnika?

-  Wybacz,  świątobliwy  prałacie,  nie  przeczę  mu  w  zupełności,  utrzymuję  tylko,  że  nie  jest
udowodnione.

-  Wszak  podanie  niesie,  że  przed  dwustu  laty  król  tego  imienia  nawrócony  został  przez  biskupa
Giovanii di Montecorvino.

-  Bóg  jest  wszechmocny,  księże  arcybiskupie,  nie  uwłaczam  też  bynajmniej  zasłudze  apostołów
wiary,  ale  powiadam,  iż  żaden  powód  rozumowy  nie  usprawiedliwiałby  wycieczki  dla  odszukania
urojonego może państwa. Przeciwnie, co do wyspy Cipango mamy wiarygodne doniesienia słynnych

background image

żeglarzy  weneckich  Marco  i  Nicolo  Polo,  którzy  tam  przez  lat  kilka  przebywali.  W  każdym  jednak
razie,  szlachetny  panie,  czy  chodzić  będzie  o  królestwo  Jana  zakonnika,  czy  o  inną  część  ziemi,
zawsze ocean Atlantycki musi mieć swe granice od zachodu, i do tych właśnie dotrzeć zamyślam.

Arcybiskup niedowierzająco potrząsnął głową, wiedząc jednak, że teoria Kolumba była przedmiotem
poważnych rozpraw w Salamance, nie objawił osobistego przekonania.

-  Don  Kolumbie,  rzekł  po  chwili,  wyłożyłeś  nam  korzyści  płynące  dla  kraju  z  wykonania  twych
planów;  są  one  w  istocie  świetne,  jeżeli  tylko  twe  nadzieje  okażą  się  zasadne.  Pozostaje  nam
dowiedzieć się jakiej dla siebie żądasz nagrody.

— Rozważyłem ten przedmiot dokładnie i warunki swoje spisałem na tym papierze.

Kolumb doręczył Ferdynandowi de Talavera memoriał, a prałat zrazu pobieżnie, później z większą
uwagą  zaczął  go  przeglądać.  Podczas  czytania  twarz  jego  przybierała  wyraz  zniechęcenia  i
szyderstwa; potem rzucił okiem na Kolumba, jak gdyby się chciał upewnić, czy mówi z człowiekiem
będącym przy zdrowych zmysłach.

— To chyba dla żartu przedstawiasz te warunki, rzekł wreszcie głosem surowym.

Eminencjo,  odparł  z  godnością  Kolumb,  przez  lat  osiemnaście  trawiłem  bezsenne  noce  nad
roztrząsaniem  swych  pomysłów.  Prawda  z  każdym  dniem  dla  mnie  staje  się  jaśniejszą.  Wierze  w
swoje  dzieło  i  uważam  się  wybranym  przez  Boga  na  jego  dokonanie.  Lecz  potrzebuję  władzy,
potrzebuję otoczyć się powagą, i dlatego w niczym odstąpić nie mogę od podanych warunków.

Mimo pewności z jaką Kolumb wymówił te słowa, prałat przekonany był, że długie rozmyślanie nad
jednym  przedmiotem  umysł  jego  zmącił.  Wnioski  naukowe  żeglarza  i  prawdopodobieństwo
przypuszczeń  jego,  chociaż  nie  przekonały  Ferdynanda  de  Talavera,  zostawiły  go  jednak  w
niepewności,  ale  żądania  memoriału  uważał  za  tak  przesadnie  wygórowane,  że  litość  jedynie
wstrzymała wybuch jego gniewu.

—  Jak  uważacie  panowie,  zawołał,  zwracając  się  do  kolegów  przeglądających  ciekawe  pismo
genueńczyka,  czy  przedłożenia  don  Krzysztofa  Kolumba,  słynnego  żeglarza,  który  zawstydził  swym
rozumem uczonych Salamanki, nie powinny wdzięcznością przejąć serca ich królewskich wysokości?

- Racz wasza eminencjo przeczytać nam takowe, odezwało się kilka głosów.

- Pomijając mniej ważne punkty, ciągnął dalej arcybiskup Grenady, dwa z nich szczególnie nazwać
można  prawdziwą  dla  ich  królewskich  mości  niespodzianką.  Don  Kolumb  poprzestaje  na  stopniu
admirała i wicekróla wszystkich krajów odkrytych, i na dziesiątej części dochodów.

Ogólne szemranie przyjęło te słowa prałata, i odtąd już Kolumb nie mógł się spodziewać żadnego ze
strony komisji poparcia.

-  To  nie  wszystko  jeszcze,  szacowni  bracia  i  koledzy,  dodał  arcybiskup,  z  obawy  zapewne,  aby
brzemię  tych  nowych  godności  nie  obciążyło  zbytecznie  ramion  naszych  władców,  łaskawy  nasz
odkrywca  na  wieczne  czasy,  wraz  z  dziesięcią  dochodów,  przywileje  te  przekazuje  swemu

background image

potomstwu.

Surowe,  lecz  szlachetne  oblicze  wielkiego  człowieka,  będącego  przedmiotem  takiego  urągania,  nie
okazało  śladu  najmniejszego  wzruszenia.  Członkowie  komisji,  pod  wpływem  tej  jego  powagi,  od
głośnego powstrzymali się śmiechu; sam Ferdynand de Talavera uczuł, że się posunął za daleko.

— Wybacz, rzekł do Kolumba, z niejakim już ugrzecznieniem, ale warunki twoje tak są dziwaczne, iż
wierzyć nie mogę, abyś przy nich obstawał.

—  Z  tego  co  napisałem  nie  ustąpię  ani  jednej  litery,  księże  arcybiskupie.  Żądam  tylko  co  do  mnie
należy,  i  postępując  inaczej  ubliżyłbym  swej  godności.  Uzyskam  dla  władców  Hiszpanii  państwo
rozleglejsze  zapewne  i  bogatsze  od  tego,  które  posiadają,  i  za  to  dopominam  się  nagrody.  Powiem
nawet waszej eminencji, że w moim memoriale kilka punktów wymaga dopełnienia.

—  Zaprawdę  podziwiać  należy  skromność,  a  zarazem  roztropność  don  Kolumba,  zawołał  jeden  z
dworzan,  nie  mogąc  powściągnąć  zniecierpliwienia.  Jeżeli  wyprawa  spełznie  na  niczym,  dostąpi
darmo zaszczytu dowództwa w imieniu ich wysokości; jeżeli zaś, choć to się sprzeciwia wszelkiemu
prawdopodobieństwu,  pomyślny  weźmie  obrót,  zostanie  wicekrólem  i  pobierać  będzie  dziesiątą
część dochodów, tyle tylko co kościół.

Uwaga  ta  ostatecznie  rzecz  całą  rozstrzygnęła.  Członkowie  komisji  powstali  ze  swoich  miejsc,  jak
gdyby  tę  sprawę  uważali  za  niegodną  dalszego  rozważania.  Dla  zachowania  jedynie  pozoru
bezstronności, arcybiskup zwrócił się jeszcze do Kolumba, i pewny już swej wyższości, rzekł głosem
złagodzonym.

- Po raz ostatni zapytuję cię, don Kolumbie, czy obstajesz przy tych przesadnych warunkach?

- Obstaję nieodmiennie! - odpowiedział uroczyście Kolumb.

-  Dosyć  na  tym,  dosyć!  -  wołano  zewsząd.  Sędziowie  wyszli  z  sali,  a  Ferdynand  de  Talavera
oświadczył Kolumbowi, iż złoży raport i następnie zawiadomi go o skutku.

Kolumb  opuścił  posiedzenie  z  niezachwianą  ufnością  człowieka  znającego  swe  siły,  którego  umysł
krzepki wywyższyć się potrafi nad przesądy i małoduszność współczesnych.

Ferdynand  de  Talavera  dotrzymał  słowa.  Będąc  spowiednikiem  królowej,  miał  w  każdej  chwili
przystęp  do  jej  osoby;  zaraz  więc  udał  się  na  pokoje,  gdzie  bez  trudności  został  przyjęty.  Izabella
wysłuchała prałata z prawdziwym żalem, bo już ta podróż nadzwyczajna silnie jej wyobraźnię zajęła,
ale wpływ arcybiskupa przeważył.

- To zarozumiałość do zuchwalstwa posunięta, najjaśniejsza pani, rzekł rozdrażniony duchowny, żeby
człowiek żebrzący łaski dopominał się o zaszczyty przynależne tylko pomazańcom Boskim. Któż jest
ten  Kolumb?  Genueńczyk,  nieznanego  pochodzenia,  bez  zasług,  bez  przeszłości,  a  jednak  sięga  po
władzę, którą zaledwie książę krwi królewskiej godnie mógłby piastować.

—  Mówiono  mi,  że  jest  dobrym  chrześcijaninem,  odrzekła  łagodnie  .  królowa,  że  pragnie  usłużyć

background image

chwale Bożej przez rozszerzenie świętej religii naszej.

—  Nie  przeczę  temu,  najłaskawsza  królowo;  lecz  w  tym  wszystkim  wiedzieć  nie  można,  czy  w
przedsięwzięciu Kolumba nie kryje się jaki podstęp.

— Nie, księże arcybiskupie, ręczę, że człowiek ten nie zna fałszu; bo rzadko w kim znaleźć można
tyle szczerego wylania, tyle męskiej godności. Długo już, bardzo długo, jak ci wiadomo, stara się on
o nasze względy, lecz mimo doznanych zawodów nie można mu zarzucić najmniejszego podstępu.

—  Nie  chcę  wnioskować  lekkomyślnie  o  charakterze  tego  człowieka,  miłościwa  królowo;  ale
osądźmy z zimną rozwagą jego czyny i wymagania, i zobaczymy czy pogodzić się dadzę z godnością
korony. Przyznaję, że genueńczyk jest rozumny, poważny i stateczny w postępowaniu, a cenię wysoko
te przymioty, zwłaszcza, iż żyjąc na dworze, spostrzegam często przeciwne im wady.

Izabella uśmiechnęła się w milczeniu, gdyż doradca jej religijny miał przywilej czynienia podobnych
uwag.

—  Jednakże,  dodał  prałat,  człowiek  ten  może  być  zacnym,  nie  będąc  wybranym  narzędziem
Opatrzności.  Zresztą  największe  nawet  cnoty  nie  mają  wartości,  jeśli  im  towarzyszy  pycha  i
chciwość  niepomiarkowana.  Chciej  tylko  rozważyć,  najjaśniejsza  pani,  istotę  jego  żądań.  Nieznany
przybysz, nie tylko dla siebie, lecz nawet dla potomstwa swego, domaga się stopnia przedstawiciela
korony  i  dostojeństwa  naczelnego  admirała  na  wszystkich  morzach  oblewających  kraje,  które  ma
odkryć i pod tym jedynie warunkiem przyjmuje dowództwo w imieniu waszych wysokości, co samo
już  z  siebie  wielkim  dla  niego  byłoby  zaszczytem.  Jeżeli,  w  co  wątpię,  wybujałe  nadzieje  jego
zostaną  ziszczone,  nagroda  jakiej  dostąpi  przewyższy  nieskończenie  zasługę;  w  przeciwnym  razie
wyprawa okryje się śmiesznością i godność korony wiele na tym ucierpi.

-  Markizo,  córko  moja,  rzekła  królowa  obracając  się  do  powiernicy  siedzącej  nieopodal  przy
robocie, żądania Kolumba zdają się rzeczywiście wykraczać poza granice rozsądku.

-  Ależ  i  dzieło  jego  przechodzi  śmiałością  wszystko  co  kiedykolwiek  pomyślano,  odpowiedziała
donna Beatrix, spoglądając na Mercedes. Wielkie usiłowania na wielką też zasługują nagrodę.

Oko  Izabelli,  idąc  w  ślad  za  spojrzeniem  przyjaciółki,  spoczęło  na  bladym  i  zmieszanym  obliczu
dziewicy.  Mercedes  nie  wiedziała,  że  jest  przedmiotem  uwagi  swych  opiekunek,  lecz  żywe
wzruszenie,  odbite  na  jej  młodocianej  twarzy,  świadczyło  o  pełnym  niepokoju  i  zajęciu  z  jakim
wyczekiwała końca rozmowy. Zdanie spowiednika królewskiego tak na pozór było ugruntowane, że
Izabella już miała przystać na raport komisji, porzucając tym samym sprawę, z którą tyle łączyło się
nadziei. W tej chwili jednak uczucie kobiecej tkliwości przechyliło znów szalę ku stronie odkrywcy.
Niewiasty  prawie  zawsze  mają  współczucie  dla  niewinnej  miłości;  i  w  tym  przypadku  wzgląd  na
Mercedes de Valverde pokierował wolą królowej.

—  Księże  arcybiskupie,  rzekła,  nie  zbywajmy  się  zbyt  pospiesznie  pomysłów  tego  człowieka;
miejmy raczej na względzie gorliwość jego i dobre chęci. Postawione przezeń warunki w istocie są
nieco  wygórowane,  lecz  dojrzalsza  rozwaga  skłoni  go  niezawodnie  do  większego  umiarkowania.
Należy  mu  podać  zastrzeżenia,  a  pewnie  je  uwzględni,  jeśli  nie  przez  rozwagę,  to  przez  samą

background image

konieczność. Przyznanie stopnia wicekróla nie zgadza się z polityką, podobnie ustąpienie dziesiątej
części  dochodów,  jako  przynależnej  tylko  Kościołowi,  ale  na  tytuł  admirała  chętnie  zezwalamy.
Powiedz  mu  wreszcie,  iż  może  uzyskać  piętnastą  część  dochodów,  zamiast  dziesiątej,  i
wicekrólestwo dla swej osoby, lecz dopóty tylko, póki to będzie zgodne z naszymi interesami.

Ferdynand  de  Talavera  uważał  wprawdzie  te  warunki  za  zbyt  korzystne,  jednak  mimo  wpływu  jaki
mu nadawały duchowne przy królowej obowiązki, znając nieugięty jej charakter, nie śmiał już żadnej
czynić  uwagi.  Odebrawszy  niektóre  jeszcze  rozkazy,  pośpieszył  wywiązać  się  z  otrzymanego
polecenia.

Nazajutrz po tej rozmowie królowa, otoczona gronem zaufanych osób, siedziała jak zwykle w swych
pokojach,  zajęta  ręczną  pracą,  gdy  arcybiskup,  zażądawszy  posłuchania,  wszedł  zmieszany  i
widocznie rozdrażniony.

-  I  cóż  świątobliwy  prałacie,  zapytała  Izabella,  czy  nowa  trzódka  twoja  nabawia  cię  kłopotu?
Zapewne nawracanie niewiernych przychodzi ci z trudnością?

- Nie o tym myślę w tej chwili, najjaśniejsza pani. Wyznawcy fałszywego proroka rozumniejsi są w
wielu  względach  od  innych,  co  przemawiają  w  imieniu  Chrystusa.  Ten  Kolumb  jest  szaleńcem,
niegodnym zaufania waszej królewskiej mości.

Na ten wybuch oburzenia, królowa, markiza de Moya i Mercedes de Valverde jednocześnie opuściły
robotę,  spoglądając  na  prałata.  Wszystkie  trzy  spodziewały  się,  iż  trudności  stojące  na  zawadzie
przedsięwzięciu  Kolumba  zostaną  usunięte;  wszystkie  trzy  pewne  były,  że  nareszcie  zbliża  się
chwila, w której ten człowiek, co śmiałością pomysłów tyle w ich sercu uzyskał współczucia, będzie
mógł wykonać swe plany. Teraz nadzieje ich zdawały się zniweczone.

—  Czy  przedłożyłeś  Kolumbowi  nasze  warunki,  księże  arcybiskupie?  zapytała  królowa  głosem
niezwykłej surowości; obstaje on ciągle przy niesłusznym żądaniu dziedziczenia wicekrólestwa.

—  Nie  inaczej,  miłościwa  pani.  Gdyby  Izabella  kastylijska  wchodziła  w  układy  z  Henrykiem
angielskim,  albo  Ludwikiem  francuskim  przez  jego  pośrednictwo,  ten  zuchwały  genueńczyk  nie
mógłby  większego  okazać  zrozumienia.  Nie  chce  słyszeć  o  żadnym  ustępstwie;  uważa  się  za
wybrańca Bożego i przemawia językiem człowieka natchnionego Duchem Świętym.

—  Chwalę  poniekąd  tę  stałość,  rzekła  królowa,  lecz  każda  rzecz  ma  swe  granice.  Porzucam  więc
sprawę Kolumba, zostawiając go losowi.

Słowa  te  zdawały  się  stanowczo  rzecz  całą  rozstrzygać. Arcybiskup,  uspokojony  nimi,  po  krótkiej
naradzie  z  Izabella  opuścił  salę.  Zaraz  też  doniesiono  Kolumbowi,  że  warunki  jego  zostały
ostatecznie odrzucone i wszelkie z nim układy zerwano.

 

ROZDZIAŁ VIII

Było  to  w  pierwszych  dniach  lutego,  w  porze  gdy  pod  tym  niebem  ożywcza  świeżość  i  ciepło

background image

atmosfery  zapowiada  już  zbliżanie  się  wiosny.  Ranek  następujący  po  widzeniu  się  arcybiskupa
Grenady  z  królową  zgromadził  kilka  osób  przed  jednym  z  zabudowań  Santa  Fe,  wystawionych,  jak
powiedzieliśmy,  dla  pomieszczenia  zwycięskiej  armii.  Większość  nielicznego  zebrania  stanowili
poważni, w dojrzałym już wieku mężowe; pomiędzy nimi odznaczała się wyniosła i szlachetna postać
Kolumba, a Luis de Bobadilla sam jeden tylko przedstawiał młodszą część towarzystwa. Odkrywca
był  w  podróżnym  ubraniu,  nieopodal  zaś  stały  dwa  konie  okulbaczone  już  do  drogi.  W  gronie
Hiszpanów  znajdował  się  Alonzo  de  Quintanilla,  dyrektor  skarbu  Kastylii,  tudzież  Luis  de  Saint-
Angel, poborca dochodów kościelnych Aragonii, jeden z najgorliwszych stronników Kolumba.

Dwaj  ci  mężowie  kończyli  właśnie  bardzo  żywą  rozmowę,  szlachetny  Saint-Angel  zawołał  z
zapałem:

— Klnę się na sławę korony, że sprawa ta inaczej powinna się była zakończyć. Żegnamy cię, senior,
oby cię Bóg miał w opiece i dozwolił znaleźć gdzie indziej sprawiedliwszych sędziów. Przeszłość
pełna bolesnych zawodów przeminęła; przyszłość należy do ciebie.

Po tych słowach wszyscy zgromadzeni, z wyjątkiem Luisa de Bobadilla, pożegnali Kolumba; żeglarz
z  młodym  towarzyszem  dosiedli  koni  i  puścili  się  w  ulice  miasta,  zachowując  zupełne  milczenie,
dopóki  w  otwarte  nie  dostali  się  pole.  Twarz  Kolumba  nosiła  wyraz  cierpienia,  lecz  oko  jego
błyskało tym ogniem niestłumionym, co w duchu czerpie swój żywioł podsycający.

Przy  bramach  Santa-Fe  Kolumb  obrócił  się  do  towarzysza,  i  rzekł,  powodowany  uczuciem
szlachetnej delikatności:

- Wdzięczny ci jestem szczerze za tyle dowodów przywiązania, lecz obowiązek nakazuje mi zwrócić
twą  uwagę,  że  może  tym  uwłaczasz  swemu  dostojnemu  urodzeniu.  Czy  zauważyłeś,  mój  młody
przyjacielu, jak w mieście z pogardą wytykano mię palcami?

- Widziałem to, senior, odpowiedział Luis, którego twarz na to wspomnienie spłonęła oburzeniem, i
gdyby nie obawa rozgniewania ciebie, roztratowałbym tych nędzników.

— Bardzo rozsądnie uczyniłeś, żeś się wstrzymał od wybuchu; bo są to ludzie, których zbiorowy sąd
tworzy tak zwaną opinię publiczną. Nie przypuszczam nawet, aby położenie społeczne wpływało na
ich  zdanie.  Iluż  to  w  wyższych  stanach  mamy  ludzi  płytkiego  umysłu,  a  przeciwnie  między
pospólstwem iluż szlachetnie pojmujących i czujących. Bądź co bądź, zawsze przychylność twoja ku
mojej sprawie może się okryć śmiesznością u dworu.

—  Wara  każdemu  od  nieprzystojnych  względem  ciebie,  mój  mistrzu,  wyrażeń,  nie  jestem  z  bardzo
cierpliwych i krew kastylijska kipi w mych żyłach.

—  Przykro  by  mi  było  widzieć  cię  wplątanym  w  jakąkolwiek  z  mego  powodu  nieprzyjemność. A
zresztą,  jeżeli  uważać  mamy  na  zdanie  lada  głupca,  to  wiecznie  chyba  przyjdzie  nam  wojować;
niechże się nadrwią do woli.

Wyrazy  te  przekonały  porywczego  młodzieńca  o  bezcelowości  wyjawionego  uniesienia,  zwracając
się jednak w myśli do wątku poprzedniej rozmowy, dodał po chwili:

background image

— Mówisz o szlachcie jakby nie o swoich, chociaż zapewne sam jesteś szlachcicem.

— Czy zmienisz powzięte o mnie wyobrażenie, gdy ci odpowiem przecząco?

Don  Luis,  żałując  niewczesnej  uwagi,  zawstydził  się,  lecz  idąc  za  popędem  wrodzonej
prostoduszności, odrzekł zaraz otwarcie:

-  Na  św.  Piotra,  mojego  patrona,  dla  zaszczytu  klas  wyższych  pragnąłbym  widzieć  cię  szlachetnie
urodzonym.  Jest  między  nami  tylu  niosących  zakałę  rycerstwu,  że  radzibyśmy  przyjąć  tak  szacowny
nabytek.

-  Młodzieńcze,  odpowiedział  Kolumb  z  uśmiechem,  sprawy  światowe  nieustannym  podlegają
zmianom.  Jak  noc  po  dniu,  jak  pora  roku  idzie  za  porą,  tak  i  społeczność  ludzka  ciągle  się
przeistacza.  W  rodzie  moim  przechowuje  się  podanie,  że  Kolumbowie  należeli  kiedyś  do  szlachty,
ale  niepomyślny  los  zmusił  ich  później  do  ręcznej  pracy.  Lecz  mam  się  wyrzec  przyjemności
towarzystwa  don  Luisa  de  Bobadilla,  z  przyczyn,  że  złożyć  nie  mogę  dowodów  szlachetnego
pochodzenia?

- Mylisz się, senior, jeśli tak sądzisz w istocie. Ponieważ niezadługo rozstać się mamy na czas jakiś,
pozwól  bym  ci  odkrył  najskrytsze  swoje  myśli.  Wyznaję,  że  słysząc  po  raz  pierwszy  o  twych
zamiarach, uważałem je za urojenie szaleńca.

-  Wiem  o  tym  aż  nadto  dobrze,  mój  młody  przyjacielu,  że  takie  jest  zdanie  wielu  rozumnych  ludzi,
może nawet samego Ferdynanda i prałata, któremu zlecono rozpatrzenie mojej sprawy.

— Wybacz don Kolumbie, jeżeli słowa moje choć chwilową sprawiły ci przykrość, lecz jeśli kiedyś
niesprawiedliwy  byłem  względem  ciebie,  pragnę  to  obecnie  wynagrodzić.  Początkowo  chciałem
poznać  się  z  tobą  jedynie  dla  rozrywki;  następnie,  chociaż  nie  byłem  jeszcze  przekonany  o
prawdziwości  twej  nauki,  spostrzegłem  jednak,  że  jesteś  głębokim  myślicielem.  Okoliczność
wyłączenie  mej  osoby  dotycząca  wpłynęła  ostatecznie  na  moje  przeistoczenie.  Trzeba  ci  wiedzieć,
mistrzu,  że  choć  jestem  potomkiem  starożytnej  rodziny  i  znaczny  posiadam  majątek,  nie  zawsze
jednak odpowiadałem życzeniom opiekunów swej młodości.

— Nie do mnie należy ocenić...

— Na św. Łukasza, muszę dokończyć wyznania. Od dzieciństwa prawie dwie sprzeczne namiętności
miotały  moją  duszą:  żądza  podróżowania,  i  miłość  dla  Mercedes  de  Valverde,  najpiękniejszej,
najlepszej, najtkliwszej z dziewic kastylijskich.

— I do tego szlachetnej, przerwał Kolumb z uśmiechem.

—  Senior,  odrzekł  poważnie  don  Luis,  nie  żartuję  nigdy,  gdy  mówię  o  swym  aniele  opiekuńczym.
Związek  z  nią  zaszczyci  moje  imię,  bo  krew  Guzmanów  płynie  w  jej  żyłach.  Posiadam  jej
przychylność, lecz ubieganie się za przygodami ściągnęło na mnie naganę wielu osób, a między nimi
własnej mojej ciotki, donny Beatrix de Cabrera, opiekunki Mercedes. Królowa, której wola stała się
prawem  dla  szlachetnie  urodzonych  dziewic  Kastylii,  jest  także  do  mnie  uprzedzona;  chcąc  przeto

background image

pozyskać rękę Mercedes, powinienem koniecznie starać się o względy donny Izabelli. Otóż wpadłem
na myśl (Luis był delikatny, aby zdradzić ukochaną wyznaniem, że ona właściwie pomysł ten rzuciła)
skierowania  bezużytecznej  włóczęgi  swojej  do  wzniosłego  celu,  jednym  słowem  postanowiłem
wziąć  udział  w  twej  wyprawie,  wiedząc,  że  tym  sposobem  zniewolę  królową,  donnę  Beatrix  i
wszystkich  niechętnych.  W  takich  więc  widokach  zbliżyłem  się  do  ciebie,  a  siła  dowodów  twoich
zupełnie  mnie  nawróciła.  Obecnie  wierzę  z  takim  przekonaniem  w  prawdziwość  twej  nauki,  jak
najgorliwszy duchowny w kardynalne zasady religii chrześcijańskiej.

- Nie wspominaj z lekceważeniem o sługach Kościoła, odpowiedział Kolumb; co tylko się odnosi do
służby  Bożej,  powinno  być  dla  nas  przedmiotem  poważania.  Zdaje  się  więc,  dodał  po  chwili  z
uśmiechem,  że  pozyskanie  nowego  ucznia  winienem  wpływowi  miłości  i  rozumu:  miłość,  jako
silniejsza, pierwsze przełamała zapory, a rozum dokonał dzieła. Tak to zwykle bywa u młodych.

- Nie przeczę potędze miłości, senior, gdyż jestem tak skrępowany słodkimi jej więzami, że daremnie
usiłowałbym  z  nich  się  otrząsnąć.  Powiedziałem  wszystko,  a  teraz  przysięgam  uroczyście,  że
towarzyszyć ci będę gdziekolwiek obrócisz swoje kroki; spodziewam się po pierwsze usłużyć Bogu,
po wtóre zaspokoić żądzę zwiedzania obcych krajów i po trzecie otrzymać rękę pięknej Mercedes de
Va!verde.

— Przyjmuję zobowiązanie twoje, mój synu, rzekł Kolumb, ujęty szczerym zapałem młodzieńca, lecz
wierniej  byś  niezawodnie  przedstawił  bieg  swoich  myśli,  gdybyś  przewrócił  kolej  wyliczonych
pobudek.

—  Za  kilka  miesięcy  będę  panem  swojego  majątku,  ciągnął  dalej  don  Luis,  nie  zważając  na
żartobliwe  wyrazy  odkrywcy,  a  wtedy  chyba  wola  królowej  Izabelli  stanąć  może  na  zawadzie
uzbrojeniu  choć  jednego  okrętu  moim  kosztem.  Nie  jestem  poddanym  don  Ferdynanda,  tylko
lennikiem starszej linii domu Transtamare; obojętność więc króla bynajmniej mnie nie powstrzyma.

—  Uczucia  twoje  nacechowane  są  szlachetnym  poświęceniem,  właściwym  tylko  wiekowi
młodocianemu, lecz mnie nie przystoi korzystać z niczyjego niedoświadczenia, a nadto zamiary moje
wymagają  koniecznie  poparcia  korony.  Gdybyśmy  poczynili  odkrycia  na  własną  rękę,  kto  inny  nie
omieszkałby  z  nich  korzystać.  Którekolwiek  państwo  morskie  zabrałoby  owoce  naszej  pracy,  bez
żadnej  dla  nas  samych  rękojmi.  Teraz,  mój  młody  przyjacielu,  trzeba  nam  się  rozstać:  jeżeli
usiłowania moje we Francji pomyślny wezmą skutek, zaraz ci o tym doniosę, gdyż pragnę najgoręcej
zapewnić sobie pomoc tak dzielnego rycerza. Tymczasem jednak nie narażaj się bez potrzeby, skoro
sprawa moja w Kastylii stanowczo już upadła. Powtarzam raz jeszcze, trzeba nam się rozstać.

Luis  de  Bobadilla  zapewniał  obojętność  swoją  względem  opinii  publicznej.  Kolumb  zaś,  bardziej
przewidujący,  chociaż  sam  umiał  się  wynieść  nad  zdanie  powszechności,  nie  chciał  zezwolić,  aby
młodzieniec  wysoko  urodzony  poświęcił  stanowisko  swoje  dla  przyjaźni.  Pożegnanie  było  ciche,
lecz serdeczne; po czym każdy z podróżników udał się w swoją stronę.

W  chwili  rozstania  don  Luis  de  Bobadilla  przejęty  był  oburzeniem,  myśląc  o  zniewagach
wyrządzonych Kolumbowi, podczas gdy ten odmiennych zupełnie doznawał uczuć. Przez siedem lat
ubiegał  się  o  pomoc  rządu  hiszpańskiego,  ileż  to  cierpień,  niedostatku,  ile  pogardy  i  nienawiści
przyszło  mu  znosić  cierpliwie.  Pracą  rąk  swoich  zarabiając  na  utrzymanie,  chwycił  się  dotąd

background image

skwapliwie najsłabszego promyka nadziei, i zwalczał napotykane przeszkody z wytrwałością, godną
zaiste tak wielkiego dzieła. Teraz, zamiast uwieńczenia swych życzeń, zawodu doznał. Gdy Izabella
przyzwała go do siebie, pewien już niemal zwycięstwa, oczekiwał z ufnością końca wojny przeciw
Maurom.

Zdawało się, iż został nareszcie zrozumiany, a tu odepchnięto go jako szaleńca, marzącego o rzeczach
niepodobnych; budowa przyszłości, wzniesiona tylko ofiarami, pracą i poświęceniem, rozsypała się
w gruzy.

Nic dziwnego, że w takim będąc usposobieniu, wielki odkrywca, zostawszy sam na sam ze swoimi
myślami, upadł chwilowo na duchu. Głowę opuścił na piersi, a przeszłość w zmieszanych obrazach
stawiła przed nim pełne goryczy i cierpienia wspomnienia. Pobyt w Hiszpanii wydał mu się plamą
niezatartą  na  tle  nieskażonego  żywota,  nie  mógł  przewidzieć,  czy  przeszłość  na  równie  ciężkie  nie
wystawi  go  próby.  Czuł  się  powołany  do  wykonania  wielkiego  dzieła,  ale  był  starcem  prawie,  bo
liczył lat sześćdziesiąt, dni jego schylały się ku końcowi, a jeszcze go nie rozpoczął. Wszelako siła
wiary  w  tym  nadzwyczajnym  człowieku  przemagała  zwątpienia;  przekonany  był  o  prawdzie  swych
pomysłów,  które  nieświadomość  zdeptała,  a  płytkość  pojęć  okryła  śmiesznością:  z  wolna  też  w
szlachetne jego serce wstąpiło zaufanie.

—  Ty  rządzisz  nami,  Istoto  Wszechmogąca!  zawołał,  wznosząc  oczy  ku  niebu;  ty  wiesz,  że  chwałę
Twoją wyłącznie mam na celu, i nie odmówisz mi swej pomocy!

Ulżywszy  tymi  słowy  znękanemu  sercu,  wyprostował  się.  Na  poważnym  jego  obliczu  przelotny
zajaśniał  uśmiech,  a  choć  z  piersi  bolesne  niekiedy  wydzierały  się  jeszcze  westchnienia,  chociaż
brzemię troski nie przestało ciążyć mu na sercu, to widać już było, iż zapanował nad sobą.

Zostawmy  Kolumba  posuwającego  się  na  drodze  ku  Francji,  i  powróćmy  do  Santa-Fe,  na  dwór
królewski, gdzie niespodziane tymczasem zaszły wypadki.

Luis de Saint-Angel był jednym z tych umysłów wyjątkowych, co prześcigając swój wiek, zdolne są
pojąć od razu i ukochać każdą sprawę zmierzającą ku dobru ludzkości. Zapalony stronnik Kolumba,
pożegnawszy  mistrza,  zdążał  do  Santa-Fe  ze  swym  przyjacielem, Alonzo  de  Quintanilla.  Rozmowa
toczyła się o pomysłach wielkiego genueńczyka, o doznanym przez niego zawodzie i o hańbie jaką to
ściąga  na  Hiszpanię.  Gwałtowny  i  porywczy  w  wyrażeniach,  poborca  dochodów  kościelnych  nie
szczędził  nagany  dworowi,  a  każde  słowo  jego  znalazło  odgłos  w  sercu  dyrektora  skarbu.  Obaj
postanowili raz jeszcze odwołać się do sądu królowej.

Izabella dla wiernych swoich sług zawsze była przystępna. W tym wieku surowej etykiety, królowa
umiała  odsunąć  od  swej  osoby  niepotrzebne  formalności;  prosząc  więc  natychmiast  zostali
wpuszczeni.

W  pokoju,  oprócz  kilku  dam  dworskich,  znajdowały  się  markiza  de  Moya  i  donna  Mercedes  de
Valverde. Król w przyległym gabinecie zajmował się, jak zwykle, sprawami państwa.

—  Jakiż  to  szczęśliwy  traf  sprowadza  waszmościów  tak  rano,  senior  Saint-Angel  i  senior
Quintanilla?  —  rzekła  Izabella  uprzejmie.  Zaprawdę,  nie  przywykłam  widzieć  was  w  liczbie

background image

proszących.

—  Nie  stajemy  też  przed  obliczem  waszej  wysokości  w  interesie  własnym,  odezwał  się  Luis  de
Saint-Angel.  Pragniemy  tylko  przedstawić  jej  środek  zbogacenia  korony  kastylijskiej  klejnotami
świetniejszymi pewnie od tych, które posiada.

Izabella, jakkolwiek zdziwiona tymi słowami, nie obraziła się jednak ich śmiałością, przyzwyczajona
była od dawna do dobroduszności poborcy dochodów kościelnych.

—  Czy  pozostaje  jeszcze  do  zdobycia  jaka  posiadłość  mauretańska,  panie  poborco?  zapytała  po
chwili.

—  Życzyłbym  abyś  wasza  miłość  przyjęła  z  wdzięcznością  zesłane  na  nas  przez  Boga
dobrodziejstwa,  zamiast  odtrącać  takowe  z  lekceważeniem!  zawołał  Saint-Angel,  całując  podaną
sobie  rękę  królowej  z  wyrazem  uszanowania,  łagodzącym  ostrość  jego  wymowy.  Czy  wiadomo
najjaśniejszej  pani,  że  Krzysztof  Kolumb,  na  którego  zamiary  uwaga  wszystkich  myślących  z
natężeniem jest zwrócona, samotnie dziś opuścił nasze miasto?

— Spodziewałam się tego, senior. Zleciliśmy z królem jego sprawę arcybiskupowi Grenady i kilku
wiernym doradcom korony, a zdaniem ich żądania genueńczyka są tak wygórowane, że nie mogliśmy
takowych zatwierdzić. Kto podaje plany niepewne w skutku, powinien okazać więcej umiarkowania.

-  Nie  jest  to  cechą  pospolitego  umysłu  wyrzekać  się  raczej  swych  nadziei,  jak  swej  godności,
podpowiedział Saint-Angel. Kolumb wymagania swoje zastosował do ważności przedmiotu.

- Kto w wielkich rzeczach sam mało się ceni, dodał Alonzo de Quintanilla, ten pewnie im nie podoła.

-  W  istocie,  najłaskawsza  królowo,  ciągnął  dalej  Saint-Angel,  nie  zostawiając  Izabelli  czasu  do
odpowiedzi, wartość człowieka najlepiej poznać można po cenie jaką na czyny swe naznacza. Dzieło
Kolumba,  jeśli  się  powiedzie,  nie  zatrze  świetnością  może  wszystkiego,  co  zrobiono  od  początku
świata?  Jest  to  przedsięwzięcie  powszednie  okrążyć  ziemię,  w  ślad  goniąc  za  słońcem?  i  nie
zapewnia ono znakomitych dla kraju korzyści. Zaiste, umysł monarchini naszej, tak szybko zawsze i
trafnie sądzący, oddaje bez wątpienia sprawiedliwość geniuszowi wielkiego żeglarza.

- Zbyt żywo bierzesz rzeczy, mój dobry Saint-Angel, odrzekła królowa z uśmiechem pełnym dobroci,
a żywość, jak wiadomo, idzie często w parze z brakiem rozwagi. Nie przeczę, iż plany Kolumba, w
pomyślnym  razie,  przyniosłyby  zaszczyt  i  korzyść  krajowi. Ale  przypuśćmy  wypadek  przeciwny:  to
mianowanie go wicekrólem krajów nieistniejących ściągnęłoby na nas szyderstwa.

—  Widzę  w  tym  wszystkim  wpływ  arcybiskupa  Grenady,  który  zawsze  był  nieprzychylny
Kolumbowi.  Wielkości  i  sławy,  najjaśniejsza  pani,  nikt  nie  dostąpi  bez  poświęceń.  Racz  tylko
zwrócić uwagę na sąsiadów naszych, Portugalczyków; ileż to oni w ostatnich latach poczynili odkryć,
podczas  gdy  my  spoczywamy  w  bezczynności.  Wiemy  już,  najłaskawsza  królowo,  że  ziemia  jest
okrągła...

—  Czy  pewny  jesteś  tego;  senior?  zapytał  król,  który  zwabiony  ożywioną  rozmową,  opuścił

background image

pracownię i podszedł niepostrzeżony. Uczeni nasi w Salamance różnego byli zdania, i na św. Jakuba,
nic za tym przypuszczeniem w mych oczach nie przemawia.

Saint-Angel zwrócił się ku królowi z żywością zapaśnika, co nowego spotyka nieprzyjaciela.

— Miłościwy królu, rzekł, jeśli ziemia nie jest okrągła, to jakiż jej kształt nadamy? Zapewne żaden z
uczonych,  w  Salamance  lub  gdziekolwiek,  nie  zechce  utrzymywać,  że  jest  płaska,  że  z  brzegu  jej
skoczyć  można  na  słońce,  gdy  ono  w  nocy  zniża  się  za  widnokrąg?  Zgadza  się  to  z  rozumem,  lub
wreszcie Pismem Świętym?

— Żaden z uczonych, w Salamance lub gdziekolwiek, powtórzył za nim król, nie przyzna, senior, iż
narody przeciwnej strony/ziemi mogą chodzić do góry nogami, że deszcz tam zamiast spadać wznosi
się w górę, że morze pozostaje w swych brzegach, nie opierając się na dnie, tylko mając je nad sobą
zawieszone.

-  Dla  rozwiązania  właśnie  tych  zagadek,  najłaskawszy  królu  i  panie,  chciałbym  żeby  Kolumb
powrócił.  Kadłub  okrętu  większy  jest  od  masztów,  a  jednak  w  oddaleniu  pokazują  się  naprzód  te
ostatnie; widocznie więc, że sam statek zakrywa wypukłość morza, a jeśli tak jest, o czym nie wątpi
żaden  z  doświadczonych  żeglarzy,  to  czemu  wody  dalekich  mórz,  układając  się  do  równowagi,  nie
zalewają naszych brzegów? Jeżeli ziemia jest okrągła wtedy można ją okrążyć, oceanem albo lądem.
Otóż  Kolumb  zamierza  sprawdzić  te  wszystkie  przypuszczenia,  usuwając  dotychczasowe
wątpliwości,  a  monarcha,  co  na  to  dostarczy  środków,  lepiej  się  zasłuży  ludzkości,  niż
najdzielniejszy  wojownik.  Racz  tylko  rozważyć,  najjaśniejszy  panie,  że  na  wschodzie  mieszkają
narody pogańskie, nad którymi Ojciec święty przyznaje zwierzchnictwo temu, kto pierwszy poniesie
im światło Ewangelii. Naprawdę, w przypadku przyjęcia warunków Kolumba przez inne mocarstwo,
nieprzyjaciele Hiszpanii głośnym wybuchną tryumfem!

-  Gdzież  się  obrócił  ten  Kolumb?  zapytał  nagle  król,  którego  zawiść  polityczna  nie  mogła  znieść
myśli,  aby  ktokolwiek  inny  zebrał  przypuszczalne  korzyści  tego  dzieła;  zapewne  się  udał  do
Portugalii?

—  Nie,  najjaśniejszy  panie,  zamierza  starać  się  o  pomoc  króla  francuskiego,  aż  nadto  znanego  z
nieprzychylności dla Aragonii.

Ferdynand,  przechodząc  się  po  sali  wielkimi  krokami,  zdawał  się  toczyć  wewnętrzną  walkę
próżności  z  rozumem  i  rachubą  finansową.  Izabella  zostawała  jedynie  pod  wpływem  odmiennych
zupełnie uczuć. Ona z pobożności jedynie pragnęła urzeczywistnienia zamysłów Kolumba; szlachetne
jej  serce  sprzyjało  wielkiemu  dziełu  bez  innych  widoków,  prócz  chwały  Bożej  i  dobra  ludzkości.
Zajęcie wypadkami wojennymi nie pozwoliło jej wtajemniczyć się zupełnie w naukę żeglarza, lecz,
oddalając  go  za  radą  swojego  spowiednika,  czyniła  to  ze  wstrętem.  Teraz  spojrzała  na  Mercedes,
której twarz zmieszana i blada milcząco wstawiała się za Kolumbem, do uczuć tych przyłączyła się
jeszcze i litość.

—  Markizo,  córko  moja,  rzekła  królowa,  wierna  zwyczajowi  swojemu  odwoływała  się  w
przypadkach  wątpliwych  do  sądu  powiernicy,  co  myślisz  o  tej  sprawie?  Mamy  się  upokorzyć
przyzwaniem jeszcze raz dumnego genueńczyka?

background image

— Nie chciej go tak nazywać, miłościwa pani, bo zdaje mi się, iż Kolumb daleki jest od wszelkiej
zarozumiałości; uważajmy go raczej za człowieka silnie przekonanego o swojej wartości. Podzielam
zdanie generalnego poborcy, że Kastylia byłaby zniesławiona, gdyby pod opieką innego mocarstwa
poczyniono spodziewane odkrycia.

- Ależ, wtrąciła królowa, doradcy korony zapewniają, iż wymagana przez Kolumba nagroda nawet w
razie powodzenia przewyższyłaby zasługę.

-  Kto  tak  utrzymuje,  najjaśniejsza  pani,  odezwał  się  Saint-Angel,  jakże  dalekim  jest  od  pojęcia
wielkości dzieła! Racz wasza wysokość rozważyć niezmierne korzyści materialne z nabycia krajów
słynących bogactwem, a nade wszystko tryumf jaki niewątpliwie odniesie Ewangelia!

Izabella przeżegnała się pobożnie; żywy rumieniec zakwitł na jej twarzy, oko tajemniczym zajaśniało
blaskiem, i cała postać oblekła się powagą, godną ważności rozpatrywanego przedmiotu.

-  Ferdynandzie,  rzekła,  mniemam,  iż  członkowie  komisji  zanadto  się  pospieszyli;  wielkość
zamierzonego dzieła usprawiedliwia uciążliwość warunków.

Król,  dla  którego  silniejszym  nierównie  bodźcem  były  względy  polityczne,  uśmiechnął  się  z  zapału
swej małżonki, przeglądając jakiś papier podany przez jednego z sekretarzy.

-  Historia  w  rocznikach  panowania  waszych  wysokości,  zabrał  głos  Saint-Angel,  z  chlubą  kiedyś
wspomni  o  zdobyciu  Grenady;  ale  nierównie  wyższej  ceny  dla  chwały  narodowej  będzie  karta,  na
której  zapisze  czyn  ułatwiający  stosunki  z  odległymi  narodami,  zapewniającymi  koronie
niewyczerpane  skarby,  a  Kościołowi  zwycięstwo.  Niestety,  jeśli  Ludwik,  król  francuski,  wesprze
odrzucone przez nas przedsięwzięcie, Hiszpania niezatartą okryje się hańbą!

— Czy pewny jesteś, Saint-Angel, że genueńczyk udał się do Francji? zapytał król porywczo.

—  Słyszałem  to  z  jego  własnych  ust  najjaśniejszy  panie.  Tak  jest,  w  tej  chwili  zdąża  on  na  ziemię
Gallów  uchodząc  przed  ciemnotą  przesądów  co  sprawę  jego  zgubiły  w  tym  kraju.  Lękliwi
powiadają,  że  nieroztropnie  jest  w  otwarte  puszczać  się  morze,  a  jednak,  ileż  to  nowych  odkryć
zawdzięczają  Portugalczycy  swej  śmiałości  żeglarskiej!  Na  Boga!  Krew  burzy  się  we  mnie  na
wspomnienie,  czego  dokonał  ten  mały  naród  sąsiedni,  podczas  gdy  połączone  królestwa Aragonii  i
Kastylii ścierały się z Maurami o posiadanie jednego miasta!

Markiza de Moya spostrzegła, iż poborca podatkowy dał się unieść wrodzonej żywości.

—  Senior,  przerwała  mu,  zapominasz,  że  zdobycie  Grenady  jest  także  tryumfem  Kościoła,  uznanym
przez Ojca Świętego i cały świat chrześcijański.

Saint-Angel  odpowiedział  na  ten  zarzut  w  sposób  usprawiedliwiający.  Tymczasem  Izabella  z
zapałem do królewskiego przemawiała małżonka, lecz Ferdynand, jakkolwiek dla jej serca i rozumu
prawdziwym przejęty był szacunkiem, pozostawał zimnym. Na koniec, po upływie pół godziny, król
zaczął znów przeglądać papiery; Izabella więc opuściła go, wracając do małego grona zwolenników
Kolumba.  Przechodząc,  rzuciła  okiem  na  Mercedes,  która  z  miejsca  swego  niespokojnie

background image

przysłuchiwała się rozmowie.

- Nie bierzesz udziału w tych gorących rozprawach, moje dziecię, rzekła łaskawie, zatrzymując się
przy dziewicy; czy już cię sprawa Kolumba nie zajmuje?

- Milczę, miłościwa królowo, gdyż miłości i niedoświadczeniu przystoi skromność; ale wszystko co
słyszę znajduje odgłos w mym sercu.

- A  cóż  ci  szepce  to  serduszko,  moja  córko?  Czy  sądzisz  także,  iż  zasługi  Kolumba  nie  mogą  być
okupione zbyt drogo?

-  Ponieważ  wasza  wysokość  zaszczyca  mnie  zapytaniem  powiem  przeto  co  myślę,  odrzekła
Mercedes. Mniemam, że niebo zesłało tu Kolumba, chcąc nagrodzić naszych władców za poniesione
w  sprawie  religii  ofiary;  mniemam,  że  ręka  Boża  zatrzymała  go  dotąd  w  Hiszpanii,  mimo
siedmioletnich  zawodów;  mniemam  na  koniec,  że  ostatnie  to  usiłowanie  przyjaciół  odkrywcy  ma
miejsce również za sprawą Opatrzności.

—  Jesteś  entuzjastką,  moje  dziecię,  odparła  królowa,  i  do  tego  bardzo  niebezpieczną,  bo  czuję,  że
twój zapał i mnie mimo woli przejmuje.

Izabella  po  tych  słowach  skierowała  się  ku  gronu  rozmawiających  w  drugiej  połowie  sali,  dosyć
korzystnie usposobiona dla prośby szlachetnego Saint-Angel. Jednakże chwiała się jeszcze, mając w
świeżej pamięci uwagi króla względem wyczerpania skarbu publicznego.

— Markizo, córko moja, rzekła, czy sądzisz że ten Kolumb jest rzeczywiście wybrańcem Bożym?

—  Nie  śmiem  tego  zapewnić,  miłościwa  pani,  wiem  tylko,  że  sam  genueńczyk  głęboko  jest  o  tym
przekonany.  Wierzę  jednak,  że  Bóg  opiekuje  się  każdym  chwalebnym  dziełem,  zsyłając  do  jego
wykonania  ludzi  natchnionych  swoim  duchem.  Wiadomo,  że  Kościół  chrześcijański,  według
przepowiedni Pisma Świętego, ma kiedyś panować nad całą ziemią; czemuż by więc Opatrzność nie
miała  przyspieszyć  zwycięstwa  Ewangelii?  Wspomnijmy  tylko,  najjaśniejsza  pani,  słabe  zaczątki
religii  chrześcijańskiej,  gdy  mała  liczba  gorliwych  apostołów  wspierała  jej  rozszerzenie,  a
porównajmy  z  tym  stanem  obecną  jej  potęgę.  Niechże  zdobycie  ostatniego  przybytku  niewiernych
będzie zaraniem świetniejszej jeszcze przyszłości!

Izabella uśmiechnęła się z zadowoleniem na te słowa przyjaciółki, będące w zgodzie z własnym jej
przekonaniem;  lecz  posiadając  większą  znajomość  spraw  tego  świata,  więcej  też  od  markizy,  w
gorliwości nawet, zachowywała umiarkowania.

- Nie do nas należy, moja córko, odezwała się wreszcie, upatrywać palec Boży w przedsięwzięciach,
z  którymi  osobiste  może  łączą  nas  życzenia.  Sam  Kościół  tylko  rozstrzygać  powinien  w  tym
względzie. Senior Saint-Angel, jakiej sumy wymaga Kolumb dla wykonania swych planów?

- Żąda tylko dwóch statków, najjaśniejsza pani, i trzech tysięcy grzywien srebra, to jest kwoty, jaką
niejeden młodzieniec roztrwoni w kilku tygodniach.

-  Niewiele  to  w  istocie,  odpowiedziała  Izabella;  jednakże  nasz  królewski  małżonek  wątpi,  by

background image

skarbiec połączonych królestw mógł ponieść w tej chwili podobny wydatek.

-  Przebóg!  zawołała  Beatrix;  miałożby  dzieło  tak  wielkie  upaść  dlatego,  że  nam  zabrakło  garści
marnego złota?!

-  Rzeczywiście,  dodała  królowa,  której  twarz  promieniała  uniesieniem,  król  Aragonii  nie  może
zezwolić  na  wyczerpanie  kasy  państwa,  ale  królowa  kastylijska  podejmuje  tę  sprawę  w  interesie
swego ludu. Jeżeli skarb mego małżonka jest próżny, zastawię część swoich klejnotów. Zbyt wielkie
to przedsięwzięcie, abym mogła wahać się dłużej.

Głośny  okrzyk  uwielbienia  towarzyszył  tym  słowom  Izabelli.  Poborca  generalny  usunął  zaraz
trudności  pieniężne,  oświadczając,  iż  może  dostarczyć  żądanej  sumy,  bez  nadwerężania  prywatnej
własności królowej.

— A  teraz,  rzekła  królowa,  po  ukończeniu  wstępnych  układów,  trzeba  jak  najspieszniej  przywołać
Kolumba.

— Wskazuję waszej wysokości gońca, pełnego dobrych chęci i gorliwości, w osobie don Luisa de
Bobadilla,  zawołał  Alonzo  de  Quintanilla,  ujrzawszy  z  okien  młodzieńca  wracającego  pędem  do
miasta;  zaręczam,  iż  żaden  z  mieszkańców  Santa-Fe  nie  poniósłby  żeglarzowi  z  równą  ochotą  tak
radosnej nowiny.

— Służba podobna nie przystoi osobie wysokiego urodzenia, odpowiedziała Izabella, a jednak każda
chwila spóźnienia bardziej Kolumba oddala.

—  Nie  oszczędzaj  wasza  miłość  mojego  siostrzeńca,  wtrąciła  z  żywością  donna  Beatrix;
szczęśliwym on będzie, znajdując sposobność stania się jej użytecznym.

Izabella posłała pazia z rozkazem przyzwania młodzieńca, i po upływie kilku minut kroki jego już się
rozległy w przedpokoju. Wchodząc do komnaty królewskiej, Luis był rozdrażniony wyjazdem swego
mistrza. Przypisując naturalnie winę tym, których wola mogła go była zatrzymać, posądził królowę o
brak przychylności dla Kolumba. Niezrównana słodycz jej obejścia, wpływająca na wszystkich co ją
otaczali w połączeniu z uszanowaniem, ułagodziła nieco przybysza.

- Dziękuję ci za pośpiech, don Luis, gdyż w nagłej sprawie potrzebuję twych usług. Czy możesz nam
powiedzieć co się stało z don Krzysztofem Kolumbem, żeglarzem genueńskim, z którym dość ścisła
podobno łączy cię zażyłość?

-  Wybacz,  najjaśniejsza  pani,  jeśli  wykroczę  czymś  przeciw  etykiecie,  bo  serce  moje  przepełnione
jest  żalem.  Genueńczyk  w  tej  chwili  opuszcza  Hiszpanię,  w  zamiarze  starania  się  gdzie  indziej  o
przyjęcie swych planów, tak niesłusznie przez dwór tutejszy odrzuconych.

-  Widać,  don  Luis,  rzekła  królowa  z  uśmiechem,  że  nie  grzeszyłeś  nigdy  obłudną  grzecznością.
Obecnie odwołujemy się do twej chęci odbywania podróży. Siadaj na koń, popędź za Kolumbem i
oświadcz  mu,  że  warunki  jego  zostały  przyjęte.  Daję  słowo  królewskie,  że  zaraz  po  ukończeniu
koniecznych przygotowań będzie mógł odpłynąć.

background image

- Czy podobna, miłościwa królowo!

- Na dowód, że się nie mylisz, oto moja ręka!

Uprzejmość z jaką królowa podała mu rękę i słodycz jej wyrazów, napełniła młodzieńca otuchą ze
względu  na  najdroższe  życzenia  jego  serca.  Przyklęknąwszy  więc  z  uszanowaniem,  ucałował  rękę
monarchini, a potem, nie zmieniając postawy, zapytał czy natychmiast ruszyć ma w drogę.

—  Powstań,  don  Luis,  i  nie  tracąc  jednej  chwili,  ponieś  słowo  pociechy  Kolumbowi,  a  zarazem
uspokój nas samych, gdyż wyznaję, markizo, że odrzucenie pomysłów jego ciąży mi na sercu.

Luis de Bobadilla opuścił pokoje królowej, i za chwilę był już na koniu. Mercedes po jego wyjściu
stanęła  przy  jednym  z  okien  wychodzących  na  podwórze.  Młodzieniec,  dosiadając  wierzchowca,
ujrzał  ją,  i  wstrzymał  nagle  konia  spiętego  już  ostrogą.  Wymienili  spojrzenia  pełne  radosnej
tkliwości, mając na uwadze jedynie swe nadzieje, nie myśląc o tym bynajmniej, jak dalekie jeszcze
było  ich  urzeczywistnienie.  Mercedes  pierwsza  zapanowała  nad  chwilowym  uniesieniem,  i
pożegnawszy  go  skinieniem  ręki,  usunęła  się  od  okna.  Bruk  dziedzińca  królewskiego  zatętniał
odgłosem kopyt cwałującego konia, na którym Luis de Bobadilla pogonił za przyjacielem.

Kolumb tymczasem, posuwając się z wolna w swej niewesołej podróży, przybył do Pinos, widowni
tylu  krwawych  wypadków,  gdy  posłyszawszy,  za  sobą  tętent,  ujrzał  młodzieńca  pędzącego  na
zapienionym rumaku.

—  Zwycięstwo!  Zwycięstwo,  senior!  Wołał  z  daleka  Luis;  z  łaski  Najświętszej  Panny  radosną
przynoszę ci wiadomość!

— Otóż prawdziwa niespodzianka, don Luis; jakaż przyczyna twojego powrotu?

Luis  usiłował  wytłumaczyć  się  z  poselstwa,  lecz  radość  i  pośpiech  plątały  jego  mowę  w
niezrozumiałe wykrzykniki.

-  Po  cóż  wracać  do  dworu,  gdzie  brak  zupełnie  ducha  i  siły  postanowienia?  Odezwał  się  Kolumb
zniecierpliwiony; nie dość jeszcze usiłowałem skłonić tych ludzi do rzeczy tak dla nich korzystnej?
Spojrzyj młodzieńcze na tę głowę osiwiałą, i wiedz, żem strawił bezużytecznie dla swej sprawy tyle
niemal czasu, ile ty żyjesz na świecie.

- Ależ na koniec zwyciężyłeś! Izabella, szlachetna królowa Kastylii, uznała ważność twoich myśli i
zaręczyła słowem królewskim, że będzie je popierać.

- Nie jest to nowe złudzenie?

- Wysłany zostałem umyślnie dla doniesienia ci o tym, senior, i wezwania cię do powrotu.

- Przez kogo, don Luis?

- Przez donnę Izabellę, dostojną królowę, z jej własnych ust otrzymałem polecenie.

background image

- Nie mogę ustąpić w żadnym z podanych warunków.

- Zgoda na wszystko, don Kolumbie; szlachetna pani nasza, przystając na twe żądania, chciała nawet
zastawić swe klejnoty dla poniesienia kosztów wyprawy.

Kolumb głęboko tą wiadomością wzruszony, zasłonił twarz kapeluszem, jakby się wstydził łez, które
ronił  z  radości;  zapominając  o  długoletnich  cierpieniach,  zawrócił  konia  i  udał  się  z  towarzyszem
drogą ku Santa-Fe.

 

ROZDZIAŁ IX

Luis  de  Saint-Angel  i  Alonzo  de  Quintanilla  przyjęli  powracających  z  tryumfem.  Głośne  ich
uwielbienie  dla  królowej  rozproszyło  ostatki  zwątpienia  w  sercu  odkrywcy,  którego  natychmiast
zaprowadzono na pokoje.

—  Don  Kolumbie,  rzekła  Izabella,  rada  ci  jestem  z  całej  duszy.  Dotychczasowe  nieporozumienia
zostały usunięte, i mam nadzieję, że odtąd zgodnie do jednego zamierzać będziemy celu.

W chwili powitania wszyscy zapewne zgromadzeni przejęci byli zapałem i najświętszą nadzieją. Jest
to  jedna  z  zadziwiających  właściwości  wielkiego  przedsięwzięcia  Kolumba,  że  będąc  zarazu
przedmiotem urągania, nagle potem we wszystkich tchnęło uniesienie.

—  Najjaśniejsza  pani,  odpowiedział  Kolumb,  którego  szlachetna  powierzchowność  niemało  się
przyczyniła do takiego usposobienia słuchaczy, serce moje tym wdzięczniej przyjmuje tyle łaski, że
jeszcze  dziś  rano  żadnej  nie  miałem  nadziei;  Bóg  wszechmocny  nagrodzi  za  to  waszą  mość.  Sądzę
jednak, że i dostojny jej małżonek nie odmawia swego przyzwolenia.

-  Obejmiesz  służbę,  z  ramienia  królowej  Kastylii,  don  Kolumbie,  jakkolwiek  zgodnie  z  wolą  króla
Aragonii. Don Ferdynand pochwala twe zamiary, tylko że męski jego rozum nie przylgnął tak do nich
od razu, jak wrażliwa dusza niewieścia.

-  Nie  chcę  wyższego  rozumu  i  czystszej  wiary  nad  tę,  jaką  znajduję  w  waszej  wysokości  -
odpowiedział  z  powagą  żeglarz.  Zdaję  się  zupełnie  na  jej  łaskę,  i  niczego  bardziej  nie  pragnę,  jak
pozostać na całe życie wiernym jej sługą.

Wyraz  szczerości  i  przekonania  towarzyszący  słowom  Kolumba,  ogromne  na  królowej  uczynił
wrażenie.  W  tej  chwili  dopiero  doznała  ona  wpływu  potężnej  jego  osobowości.  Powierzchowność
genueńczyka nie nosiła cech poloru, właściwego ludziom co całe życie poświęcają sztuce podobania
się, lecz wyższość jakaś myśli, tajemnicze natchnienie niewysłowionym otaczała go urokiem.

-  Dziękuję  ci  za  ten  dowód  zaufania,  odrzekła  królowa.  Dopóki  Bóg  raczy  zostawić  mi  władzę,
bronić  będę  gorliwie  twej  sprawy.  Wszelako  nie  należy  wyłączać  don  Ferdynanda,  który  podziela
moje zdanie w tej sprawie.

Kolumb  skłonił  się,  a  król,  przybywszy  podczas  tych  narad,  oświadczył  gotowość  zatwierdzenia

background image

zobowiązań swej małżonki.

— Odszukaliśmy zbiega, i mam nadzieję, że odtąd zamiary jego żadnej już nie doznają przeszkody.
Jeżeli  się  one  powiodą,  będzie  to  większy  tryumf  dla  Kościoła,  niż  odzyskanie  dzierżaw
mauretańskich.

— Przyjemnie mi widzieć don Kolumba w Santa-Fe, przemówił król uprzejmie, i jeśli oczekiwania
stronników  jego,  choć  w  połowie  zostaną  spełnione,  rad  będę  żem  się  przyczynił  do  dzieła  tak
chwalebnego.  Wątpię  wprawdzie,  by  ono  dodało  blasku  koronie  kastylijskiej,  lecz  w  pomyślnym
razie sam odkrywca zebrać może skarby, z którymi, zaiste, nie będzie wiedział co począć.

—  Chrześcijanin,  najjaśniejszy  panie,  nie  powinien  być  nigdy  w  kłopocie  pod  względem  trafnego
rozporządzenia swym majątkiem, dopóki grób Zbawiciela zostaje w ręku niewiernych.

— Cóż to znaczy? zawołał Ferdynand surowo. Czy myślisz, senior, odbyć krucjatę?

—  Taki  był  zawsze  mój  cel,  najłaskawszy  królu!  Nie  jest  to  hańbą  dla  całego  chrześcijaństwa,  że
wyznawcy Koranu depcą świętokradzko miejsce pielgrzymki Syna Bożego, w którym On cierpiąc za
nas krew swoją przelewał, gdzie święte jego zwłoki spoczywały do dnia Zmartwychwstania! Zaiste,
na  odzyskanie  ich  nie  brak  mi  chęci  i  odwagi,  brak  tylko  złota.  Jeżeli  więc  pierwszym  moim
życzeniem jest odkrycie prostej drogi do Indii, drugie, nie mniej gorące, stanowi obrócenie zdobytych
przez to bogactw ku chwale imienia Bożego.

Słowa  żeglarza,  z  najwyższym  wymówione  zapałem,  znalazły  odgłos  w  pobożnej  piersi  Izabelli;
Ferdynand  przeciwnie  przyjął  je  obojętnie.  Umysł  jego  zimno  rozważający  upatrywał  nawet
lekkomyślność  w  powierzaniu  wyprawy  w  imieniu  korony  marzycielowi,  który,  nie  dokonawszy
jeszcze  jednego  dzieła,  co  najmniej  wątpliwego,  myślał  już  o  drugim,  tylokrotnie,  a  zawsze
nadaremnie,  przedsiębranemu.  Usposobienie  króla  stanowczo  było  nieprzychylne  dla  Kolumba,  ale
rozmowa na szczęście inny wzięła obrót.

- Wyjaśnię waszej królewskiej wysokości swe zamiary, odpowiedział Kolumb na zapytanie rzucone
przez  Izabellę,  podczas  gdy  jej  małżonek  zatopiony  był  w  myślach.  Pragnę  dotrzeć  do  państwa
wielkiego chana, potomka monarchy, na którego dworze przed wiekami bawili bracia Polo. W owym
czasie mieszkańcy tych krain i ich władca skłonni byli przyjąć religię chrześcijańską. Pismo Święte
uczy nas, że kiedyś cała ludzkość jedną będzie trzodą; może nam przeznaczono przyspieszyć tę błogą
chwilę.  Potrzeba  ku  temu  tylko  silnej  wiary,  wspartej  przez  władzę  świecką  i  przez  wysłańców
najwyższego kapłana.

—  Oby  Bóg  nam  pozwolił  spełnić  te  zamysły,  wtrąciła  królowa.  Ale  czy  bracia  Polo  byli
misjonarzami?

—  Nie,  miłościwa  królowo;  byli  to  prości  podróżnicy,  ludzie  goniący  za  sławą,  nie  zapominający
przy tym o obowiązkach religijnych. Mniemam, iż najprzód należałoby zatknąć krzyż Zbawiciela na
wyspach  oceanu,  a  stamtąd  rozszerzyć  Ewangelię  na  krainy,  które  będą  odkryte.  Cipango,  moim
zdaniem, jest punktem, gdzie prawdopodobnie wiara z cudowną upowszechni się szybkością.

background image

—  Znajdują  się  w  Cipango  korzenie,  pachnidła  lub  inne  płody,  mogące  wynagrodzić  koszta  i
niebezpieczeństwa  wyprawy?  zagadnął  król,  przerywając  dość  ostro,  rozważania  o  wzniosłych
celach podróży.

Spojrzenie  Izabelli  świadczyło  o  nieprzyjemnym  wrażeniu,  jakie  na  niej  sprawiło  to  zapytanie
małżonka; nie objawiając wszakże swych myśli, zamilkła.

—  Najjaśniejszy  panie,  powiedział  Kolumb,  według  opowiadań  Marco  Polo  nie  ma  na  świecie
bogatszego kraju, bo oprócz złota, posiada w obfitości perły i drogie kamienie, a wszystkie te skarby
zostają  w  posiadaniu  niewiernych.  Zdaje  się,  że  Opatrzność  przeznaczyła  takowe  w  nagrodę
monarsze  chrześcijańskiemu,  który  pierwszy  poniesie  w  te  strony  Słowo  Boże.  Ocean  otaczający
Cipango  pokryty  jest  wyspami  porosłymi  wonnymi  krzewami;  Marco  naliczył  ich  siedem  tysięcy
czterysta. Do tego miejsca najjaśniejsi państwo, przy pomocy Boskiej, zamierzam przybyć po dwóch
miesiącach  umiejętnej  żeglugi,  a  następnie  przenieść  się  na  stały  ląd.  Dzień,  w  którym  stopa  nasza
dotknie ziemi indyjskiej, będzie dniem chwały dla Hiszpanii i dla wszystkich co wzięli udział w tym
wielkim przedsięwzięciu.

Przenikliwy  wzrok  Ferdynanda  wlepiony  był  w  odkrywcę,  gdy  ten  w  świetnych  barwach  rozwijał
przed  nim  swe  widoki.  W  umyśle  króla,  skłonnym  do  rachuby,  obraz  tylu  korzyści  rozwiał  zwykłą
nieufność. Izabella myślała o celach religijnych; skończyło się więc na tym, że oboje małżonkowie,
chociaż z odmiennych pobudek, zezwolili na wyprawę.

Przystąpiono  zaraz  do  ułożenia  wstępnych  punktów  umowy:  warunki  Kolumba  na  nowo  zostały
rozważone i zatwierdzone. Zdawało się, iż zarzuty arcybiskupa Grenady w zupełną poszły niepamięć,
bo  genueńczyk  pertraktował  z  królewską  parą  jak  monarcha  z  równymi  sobie;  przyznano  mu  nawet
ósmą  część  zysków  z  całego  przedsięwzięcia,  ponieważ  oświadczył  gotowość  poniesienia  takiej
części wydatków.

Luis de Saint-Angel razem z Kolumbem i Alonzo de Quintanillą pożegnawszy królową, odprowadzili
żeglarza, do jego mieszkania, otaczając go uszanowaniem i tkliwą starannością, tak potrzebną sercu
niedawno jeszcze miotanemu gwałtownym zwątpieniem. Po rozstaniu się z nim Saint-Angel, którego
myśli zawsze były na końcu języka, rzekł do przyjaciela:

—  Na  wszystkich  świętych,  kochany Alonzo,  ten  Kolumb  bierze  górę  nad  całą  szlachtą  kastylijską.
Toć on się układał z obojgiem monarchami na stopie zupełnej równości, i prawdziwie po królewsku
wygrał swoją sprawę.

—  Wszakżeś  mu  sam  utorował  drogę,  odpowiedział  Alonzo  de  Quintanilla,  bo  gdyby  nie  twoje
wstawiennictwo, genueńczyk byłby się udał na dwór Ludwika francuskiego.

—  Nie  żałuję  bynajmniej  tego  com  uczynił,  choćby  z  tej  tylko  przyczyny  żem  wydarł  zdobycz
Francuzom.  Królowa,  którą  niech  Bóg  ma  w  opiece,  postąpiła  szlachetnie,  poświęcając  mało
znaczącą kwotę przedsięwzięciu rokującemu tyle nadziei. Lecz teraz, po zamknięciu układów, pojąć
nie mogę jak to się stało, że władcy nasi przyznali tak korzystne warunki obcemu przybyszowi, bez
głośnego imienia, bez dostatków, a nawet bez silnego poparcia.

background image

— Czyż Luis de Saint-Angel nie bronił jego wyprawy?

— Broniłem jej, odrzekł poborca generalny, broniłem z zapałem i z pełnym przekonaniem, lecz sam
się  dziwię  naszemu  powodzeniu.  Lękałem  się  rozbicia  całej  sprawy  o  szkopuł  nieumiarkowanych
żądań Kolumba.

- A  jednak  miałeś  słuszność,  mówiąc,  że  wymagania  jego  są  niczym,  w  porównaniu  z  wielkością
dzieła.

-  Działania  ludzkie  dziwną  niekiedy  nacechowane  są  sprzecznością.  Wytężamy  wszystkie  siły  dla
dopięcia  zamierzonego  celu,  i  dopiero  stanąwszy  u  kresu  widzimy  ujemną  stronę  swoich  czynów.
Powodzenie  Kolumba,  powtarzam,  olśniewa  mój  umysł,  i  przekonany  jestem  o  zasadności  jego
żądań. Genialny to człowiek, bez żadnej wątpliwości! Jeżeli zamiary jego pomyślny osiągną skutek,
jakże  wielkim  będzie  w  oczach  współczesnych  i  potomności!  Jeżeli  przeciwnie,  nikt  na  tym
osobiście znacznej nie poniesie straty.

- Zauważyłem nieraz, senior Saint-Angel, że kiedy ludzie rzetelnej zasługi sami mało się cenią, świat
lubi  ich,  jak  to  mówią,  chwytać  za  słowo.  Koniec  końcem,  Kolumb  wymaga  wiele,  ale  też  nasi
władcy wiedzieli z kim mają do czynienia.

-  Święta  to  prawda,  Alonzo,  że  ludzie  uważają  nas  według  miary  jaką  sami  do  czynów  swych
przykładamy.  W  każdym  słowie,  w  każdym  zdaniu  genueńczyka  widać  głębokie  przeświadczenie  o
własnej wartości. Naprawdę, słysząc go wierzę, iż jest wybrańcem Opatrzności.

-  Od  niego  teraz  zależy  przekonanie  nas  wszystkich  o  prawdziwości  swych  natchnień.  Co  do  mnie,
nie wiem czy wątpić powinienem, czy wierzyć.

I oto dwaj najgorliwsi stronnicy Kolumba, popierający z zapałem jego plany, dopóki one zdawały się
zagrożone,  obecnie,  gdy  wszystko  skończyło  się  szczęśliwie,  z  niedowierzaniem  spoglądali  w
przyszłość.  Takim  to  zawsze  jest  człowiek:  przeciwność  wznieca  jego  zapał,  wskrzesza  czynność
umysłową  i  do  śmiałych  pobudza  go  czynów,  lecz  skoro  osiągnie  zamierzony  cel,  ogarnia  go
zwątpienie i lękać się poczyna zawodu. Wszak nawet sami uczniowie Zbawiciela nieraz wahali się
w wierze. Każdy reformator dopóty jest nieustraszony, póki walczy o swe zasady, lecz gdy nadejdzie
pora wprowadzenia ich w życie, staje się lękliwym i chwiejącym. Widać w tym mądrość Stwórcy,
który  obdarzył  nas  gorliwością  zdolną  do  przełamania  wszelkich  zapór,  w  powodzeniu  zaś  zsyła
umiarkowanie i roztropność, by jak Anioły Stróże chroniła nas od nadużyć.

Mimo tych wahań, don Luis i Alonzo nie odstąpili od swego przekonania. Objawione wątpliwości w
ich własnym rozumieniu małej były wagi; gdyż obaj zostawali pod wpływem czarującym osobowości
wielkiego  odkrywcy,  którego  zapał  szlachetny  i  spokojna  rozwaga  oddziaływały  nawet  na  osoby
nieprzychylne jego sprawie.

 

ROZDZIAŁ X

background image

Od chwili, kiedy Izabella oświadczyła gotowość wspierania zamiarów Kolumba, nikt już nie wątpił,
że wyprawa nastąpi; wszelako ogół niewiele po niej sobie obiecywał. Jedno tylko serce najdroższe
w  tym  przedsięwzięciu  łączyło  nadzieje:  mówimy  o  Mercedes  de  Valverde,  która,  śledząc  bieg
wypadków z niespokojną obawą, właściwą tylko umysłom młodym, namiętnym i niedoświadczonym,
doznawała teraz uczucia błogiego zadowolenia.

Luis nie szukał dotąd sposobności widzenia się z ukochaną; ale gdy Kolumb, poczyniwszy wstępne
przygotowania,  wyjechał  na  miejsce  skąd  ruszyć  miała  wyprawa,  młodzieniec  udał  się  do  ciotki,
prosząc  o  rozmowę  z  donną  Mercedes,  zanim  puścić  się  ma  w  tą  niebezpieczną  podróż.  Życzenie
jego ograniczało się do otrzymania zapewnienia od opiekunki i przyjaciół, iż po powrocie przyjmą
go z życzliwością, Beatrix wspominała o tym królowej.

— Powiedz don Luisowi, odrzekła Izabella, iż zezwalam na jego prośbę, a przypomnij mu, że grand
kastylijski nie powinien opuszczać kraju, bez pożegnania monarchów.

-  Życzenie  to,  najjaśniejsza  pani,  jakkolwiek  łaskawie  objawione,  zasmuci  mego  siostrzeńca,  bo
upatrzy w nim wyrzut waszej wysokości, że dawniej nieraz obowiązek ten pomijał.

-  Dawniej,  wyprawiając  się  w  podróż,  czynił  to  bez  celu,  teraz  przeciwnie  bierze  udział  w
chwalebnym dziele, i naszym staraniem będzie wytłumaczyć każdemu tę różnicę.

Beatrix,  otrzymawszy  upoważnienie  królowej,  doniosła  o  tym  wychowance.  Mercedes,  jak  każda
kobieta młoda i wrażliwa, gdy idzie o sprawę serca, przyjęła tę wiadomość z obawą i radością. Nie
przypuszczała nigdy żeby Luis mógł wyjechać, nie pożegnawszy się z nią osobiście; teraz jednak, gdy
królowa  z  opiekunką  zezwalały  na  ich  widzenie,  żałowała  prawie,  iż  tak  się  stało.  Sprzeczne  te
uczucia, w miarę jak się zbliżała chwila spotkania miały dla niej jakiś nierzeczywisty urok.

W  oznaczonym  dniu  donna  Beatrix,  szczerze  przychylna  ich  sprawie,  oświadczyła  przybyłemu
Luisowi,  że  Mercedes  oczekuje  nań  w  salonie.  Młodzieniec  z  pośpiechem  ucałował  rękę  swojej
ciotki, powiedział jej kilka grzecznych słów, a potem z niecierpliwością rzucił się do salonu, gdzie
wreszcie  znalazł  się  wobec  przedmiotu  swej  miłości.  Mercedes,  chociaż  od  dawna  przygotowana,
zdradzała swoją radość rumieńcem i żywszym blaskiem spojrzenia.

— Luis! — zawołała mimo woli, wyciągając ku niemu rękę.

—  Mercedes!  szepnął  ze  wzruszeniem,  tkliwie  ją  powitawszy,  trudniej  zobaczyć  się  z  tobą,  jak
odkryć słynną wyspę Cipango. Królowa i donna Beatrix strzegą ciebie jak zaklętego skarbu.

— Nic dziwnego, Luis, skoro jest taki co zdobyć go usiłuje?

— Przecież one nie myślą, że porwę cię na koń lub, że cię uniosę na jeden z okrętów Kolumba, dla
odszukania  w  twym  towarzystwie  wielkiego  chana.  Obchodzą  się  ze  mną  jak  z  szalonym
awanturnikiem, chociaż jestem szlachetnym rycerzem kastylijskim.

— Zapominasz, Luis, że młode Kastylijki nie zwykły rozmawiać sam na sam z młodymi rycerzami, i
że pobłażaniu tylko mych opiekunek winniśmy to spotkanie.

background image

— Sam na sam powiedziałaś? Zaiste jesteś w błędzie, bo czuwa tu nad nami baczne oko, a może i
ucho. Lękam się głośno mówić, z obawy przerwania pobożnych rozmyślań tej szanownej damy.

To rzekłszy, Luis de Bobadilla wskazał ochmistrzynię ukochanej, siedzącą nad książką w przyległym
pokoju.

—  Czy  mówisz  o  dobrej  mojej  Pepicie,  odpowiedziała  z  uśmiechem  Mercedes,  przywykła  od
dziecinnych  lat  do  towarzystwa  starej  ochmistrzyni,  w  której  obecności  żadnej  nie  widziała
przeszkody.  —  Była  ona  wprawdzie  przeciwną  naszemu  widzeniu,  jako  niezgodnemu  z  przyjętym
zwyczajem, lecz teraz bynajmniej go nie zakłóci.

—  Ta  Pepita  ma  twarz  nieprzyjemną;  wyczytuję  w  jej  szpetnych  rysach  zazdrość  i  niedowierzanie.
Nienawidzę wszystkie ochmistrzynie, gorzej od muzułmanów!

—  Senior,  rzekła  Pepita,  której  czujnego  słuchu  nie  uszły  wyrazy,  zwykła  to  piosenka  młodych
kawalerów; ale przyznajcie, że ta sama ochmistrzyni, tak nieprzyjemna dla starającego się staje się w
oczach  męża  niezmiernie  pożądaną.  Ponieważ  rysy  moje  i  zmarszczki  nie  przypadają  ci  do  smaku
więc  zamknijmy  te  drzwi,  a  tym  sposobem  ani  ty,  senior,  nie  usłyszysz  mego  kaszlu,  ani  ja  twych
uniesień miłosnych.

Słowa  te  wymówione  były  tak  łagodnie,  że  wątpić  nie  pozwalały  o  dobroci  Pepity,  nie  obrażonej
wcale niegrzecznością don Luisa.

-  Nie  zamykaj  drzwi,  Pepito,  zawołała  Mercedes,  rzucając  się  ku  ochmistrzyni;  możesz  usłyszeć
wszystko co hrabia de Bobadilla ma mi powiedzieć!

- Drogie dziecię, hrabia mówi z tobą o miłości.

- I ty lękasz się tego, coś sama zawsze od dzieciństwa zapewniała mnie o swej miłości?

-  Senior,  wtrąciła  ochmistrzyni  z  uśmiechem,  wstrzymując  rękę  gotową  do  zamknięcia  podwojów,
nie  bardzo  to  pochlebne  dla  ciebie,  jeżeli  donna  Mercedes  miłości  twej  nie  rozróżnia  od  mojej.
Zdaje mi się, kochane dziecię, że trudno by ci przyszło wystawić sobie we mnie młodego, świetnego
rycerza,  gotowego  poświęcić  ci  życie;  jakże  więc  czułość  macierzyńską  przyrównać  możesz  do
słodkich wyrazów don Bobadilla, jednego z najdzielniejszych kawalerów Kastylii?

Mercedes  cofnęła  się;  jakkolwiek  niewinna  była  jej  dusza,  czuła  jednak,  że  ochmistrzyni  ma
słuszność. Puszczając klamkę zakryła pokraśniałą twarz drobnymi rączkami. Pepita skorzystała z tej
chwili i zamknęła podwoje, a zachwycony młodzieniec, mimo lekkiego oporu, odprowadził ukochaną
do krzesła; sam zaś, zająwszy u jej stop miejsce na taborecie, ciągnął dalej rozmowę.

— Otóż wzór dla wszystkich ochmistrzyń! — zawołał. Ta Pepita jest klejnotem nieoszacowanym, i
może być pewną dożywotniej służby, gdy dostąpię szczęścia zostania twym małżonkiem.

—  Zapominasz,  odrzekła  Mercedes,  że  jeśli  mężowie  cenią  ochmistrzynie  nienawidzone  przez
kochanków, powinni by oprawić natychmiast te, co się podobają zalotnikom.

background image

— Do licha! O tym nie pomyślałem w prostocie swego ducha. Nie wdaję się zresztą w roztrząsania
filozoficzne  i  jedną  tylko  tezę  gotów  jestem  bronić  wobec  doktorów  Salamanki,  wobec  rycerzy
całego  chrześcijaństwa,  żeś  ty  najpiękniejsza,  najlepsza  i  najcnotliwsza  z  dziewic  hiszpańskich,  a
nadto kocham cię i poważam, jak żaden inny rycerz swą bogdankę.

Hołd  uwielbienia  słodko  brzmi  zawsze  w  uszach  kobiet;  toteż  Mercedes,  przekonana  o  ich
szczerości, poddawała się chętnie urokowi jego mowy. Skromność tylko niewieścia wstrzymywała ją
od zupełnej otwartości.

— Powiadano mi, rzekła, iż młodzi rycerze, pragnąc popisać się męstwem i zręcznością — umyślnie
się tak wyrażają o swojej wybrance, aby wywołać czyjeś zaprzeczenie i potem zbrojną ręką utrzymać
swoje zdanie.

- Mniemasz tak, Mercedes, bo twoja piękność ukryta zawsze była przed światem. Minęły już czasy
trubadurów i błądzących rycerzy, w których tysięczne popełniano niedorzeczności. Wtedy mężczyźni
szeroko  rozprawiali  o  miłości;  dziś  przeciwnie  więcej  czują  niż  mówią.  Wybacz,  moja  droga,  ale
uwaga twoja trąci nieco moralnością donny Pepity.

-  Nie  narzekaj  na  nią  -  Luis,  bo  gdyby  nie  jej  pobłażliwość,  musiałbyś  teraz  powściągnąć  swoją
mowę.  Lecz  tracimy  na  próżno  chwile:  powiedz  mi  raczej  co  się  dzieje  z  Kolumbem  i  kiedy
wybieracie się w podróż?

- Kolumb już wyjechał, otrzymawszy od królowej wszystko czego pragnął, ja zaś niebawem udam się
za  nim.  Jeżeli  kiedy  usłyszysz  o  czynach  jakiego  Pedro  de  Munoz  lub  Pero  Gutierrez  na  dworze
Cipango, będziesz wiedziała kogo uczynić odpowiedzialnym za jego wybryki.

-  Wolałabym,  abyś  tę  podróż  odbył  pod  własnym  nazwiskiem;  ukrywanie  go  w  tak  chwalebnym
dziele uważam za nieroztropność.

— Stosuję się w tyra do życzenia mojej ciotki; co do mnie, radbym przypiąwszy te barwy do chełmu
i  tarczy,  okrzyknąć  przed  całym  światem,  że  Luis  de  Llera  spieszy  do  Cipango,  dla  przekonania
miejscowych rycerzy o wyższości swej damy nad wszystkie dziewice znanych i nieznanych krajów.

—  Nie  żyjemy  już  w  czasach  błądzących  rycerzy,  odpowiedziała  Mercedes  z  uśmiechem,  tylko  w
wieku  szczerości  i  rozwagi,  jak  sam  niedawno  mówiłeś.  W  epoce  naszej  kawaler  powinien
zastanawiać się, powinien oceniać zarówno wady, jak przymioty wybranki swego serca. Nie oto tu
chodzi,  abyś  walczył  z  olbrzymami,  zmuszając  ich  do  uznania  moich  wdzięków!  Bierzesz  udział  w
przedsięwzięciu rzeczywiście wielkim i użytecznym, które wsławi twoje imię, z którego chlubić się
będziesz  jeszcze  u  schyłku  życia,  gdy  dobiegając  kresu  pielgrzymki  doczesnej,  szukać  zechcemy
pociechy w przeszłości.

Młodzian z rozkoszą chwytał każdy wyraz ukochanej, która w niewinnym wylaniu los swój złączyła z
jego losem. Dziewczyna, nie wiedząc o znaczeniu swoich słów, dawno już mówić przestała, gdy Luis
jeszcze słuchał ich brzmienia.

—  Jakiż  cel  silniej  wzbudzić  zdoła  mój  zapał,  od  nadziei  otrzymania  twej  ręki?  —  zawołał  po

background image

chwili. Wszak jedynie z tą myślą towarzyszę Kolumbowi i towarzyszyć mu będę po wszystkie krańce
ziemi. Dla mnie, droga Mercedes, twoja miłość jest owym Cipango, do którego zmierzamy.

— Nie mów tak Luis, gdyż zapominasz o szlachetności swojej duszy. Pomysł Kolumba godzien jest
uwielbienia, a imię twoje na wieki złączone będzie z imieniem wielkiego męża.

—  Nastąpi  to  może,  jeśli  nam  się  powiedzie,  lecz  gdyby,  odwróć  Panie,  zamiary  nasze  spełzły  na
niczym, zostanę raczej przedmiotem szyderstwa, i sama zapewne zawstydzisz się, że znałaś nędznego
awanturnika.

—  Nie  znasz  mnie  Luis,  zawołała  z  uniesieniem  Mercedes,  której  piękne  oczy,  w  miarę  rosnącego
zapału,  niezwykłym  zajaśniały  blaskiem.  Pragnę  abyś  podzielił  pełne  chwały  przedsięwzięcie,
ponieważ  potwarz  oczerniała  twą  przeszłość,  ponieważ  wiem,  że  uzyskasz  tym  sposobem  względy
najjaśniejszej królowej, ale mnie nie znasz, powtarzam, jeśli sądzisz, że ta sprawa wpłynąć może na
moje uczucia, nie pojmujesz mego serca, co tyle już z tego powodu doznało udręczeń.

- Najdroższa moja! Niegodny jestem twej przychylności. Rozkaż, a oddalę się natychmiast, byłeś ty
przeze mnie nie cierpiała!

-  Nie,  Luis,  odpowiedziała  dziewczyna,  płoniąc  się  i  zwracając  na  ukochanego,  pełne  tkliwości
spojrzenie; lekarstwo byłoby gorsze od choroby. W połączeniu z tobą dola moja będzie pomyślna lub
niepomyślna, jak zrządzi Opatrzność, ale bez ciebie nie ma dla mnie szczęścia.

Rozmowa  młodej  pary  stała  się  odtąd  urywaną,  jak  zawsze  tam,  gdzie  uczucia  namiętnie  wezbrały.
Po  upływie  godziny,  w  ciągu  której  po  tysiąc  razy  powtarzano  zapewnienia  stałości,  Mercedes
otworzyła małą skrzynkę, i dobywszy z niej krzyżyk, wręczyła go umiłowanemu.

-  Luis,  rzekła,  nie  daję  ci  znaku  miłosnego  dla  błyszczenia  na  turniejach,  lecz  święte  godło
Zbawiciela,  jako  przypomnienie  celu  do  którego  dążysz,  i  tej,  co  serce  swoje  tobie  jednemu
poświęciła.  Nie  potrzebujesz  innego  krucyfiksu  dla  odmawiania  pacierzy,  a  patrząc  na  te  szarfy,
godła wiary, miej zawsze w myśli Boga i miłość jaką mi przysiągłeś.

Wyrazy  te  wymówione  były  na  w  pół  smutnie,  na  w  pół  radośnie;  w  chwili  bowiem  rozstania
tęsknota z głęboką wiarą na przemian zajmowały umysł dziewczyny.

—  Myślałaś  o  moim  zbawieniu,  zawołał  Luis,  ucałowawszy  kilkakrotnie  krzyżyk  wysadzany
kamieniami; obdarzyłaś mnie drogocenną pamiątką; cóż ja ci wzajem mogę ofiarować?

— Proszę o kędzior twych włosów, bo wiesz, że dosyć posiadam klejnotów.

—  Na  słowo  rycerskie!  Gdybym  wiedział,  że  widok  mych  włosów  sprawia  ci  przyjemność,  to
chętnie bym oddał wszystkie, i siadłbym na okręt z głową wystrzyżoną, jak ksiądz albo muzułmanin.
Lecz w rodzinie Bobadillów nie brak kosztowności: naszyjnik ten, Mercedes, nosiła moja matka, a
dawniej  podobno  należał  do  jakiejś  królowej;  ale  przysięgam,  że  jakiekolwiek  przechodzić  mógł
koleje, dostając się w twoje ręce największego dostąpi zaszczytu.

-  Przyjmuję  go,  bo  nie  umiem  ci  odmówić,  lecz  przyjmuję  z  obawą,  gdyż  widzę  w  tej  zamianie

background image

różnicę  naszych  charakterów.  Tyś  wybrał  przedmiot  kosztowny,  świetny,  a  świetność  rzadko
prowadzi do szczęścia; moje zaś serce niewieście postawiło na skromne godło stałości. Lękam się,
aby  promienie  piękności  zachodu  nie  zatarły  wspomnienia  biednej  Kastylijki,  za  którą  nic  nie
przemawia, prócz wiary i miłości.

Młodzieniec  ponawiając  przysięgi,  w  chwili  pożegnania  namiętnie  wybrankę  ucałował;  ona,  nie
kryjąc już uczucia rzewnie zapłakała. Jeszcze tego wieczora, pod zmyślonym nazwiskiem i w prostej
odzieży, ruszył Luis de Bobadilla w drogę do miejsca, gdzie Kolumb od kilku już dni przebywał.

 

ROZDZIAŁ XI

Myliłby się ten, kto by sądził, że oczy całej Europy zwrócone były na gotujące się przedsięwzięcie.
Prawda i kłamstwo, nierozłączne dziś z sobą, nie przebiegały jeszcze wówczas świata na skrzydłach
dzienników, i mała tylko liczba osób uprzywilejowanych wiedziała o rzeczach będących dopiero w
zamiarze.  Luis  de  Bobadilla  mógł  przeto  opuścić  dwór  niepostrzeżony  przez  nikogo,  a  ci  którzy
później zauważyli jego nieobecność mniemali, iż się udał do jednej ze swych wiejskich posiadłości,
albo  też  w  nową  podróż.  O  samego  Kolumba  podobnie  niewiele  się  troszczono,  chociaż  pomiędzy
dworzanami obiegały pogłoski, że królowa weszła z nim w układy i wielką zapewniała mu nagrodę.
Inni  uczestnicy,  mniej  głośnego  imienia,  zdążali  pojedynczo  na  miejsce  zebrania,  bez  zwrócenia
niczyjej uwagi.

Wyprawa,  tak  śmiało  pomyślana  i  szczęśliwa  w  skutku,  wypłynąć  miała  z  podrzędnego  portu,
zaleconego  chyba  przez  nieustraszoność  swych  żeglarzy  i  położenie  poza  obrębem  Cieśniny
Gibraltarskiej,  na  której  zjawiali  się  niekiedy  rozbójnicy  afrykańscy.  Rękopisy  współczesne
zapewniają,  iż  miejsce  to  wybrano  z  tej  przyczyny,  że  jego  mieszkańców  wyrok  jakiś  skazywał  na
dostarczenie  rządowi  dwóch  uzbrojonych  statków.  Podobne  kary  niejednokrotnie  wymierzano  w
owym czasie, gdy flota państwa zasilana była wyłącznie werbunkiem lub osadzana armią lądową.

Palos  de  Moguer,  miasteczko  obciążone  tym  haraczem,  niewielkie  miało  znaczenie  nawet  w  końcu
XV  wieku,  a  dziś  zaledwie  pozostała  licha  osada  rybacka.  Ludność  jego,  jak  zwykle  w  okolicach
skąpo  przez  naturę  obdarzonych,  była  śmiałą  i  przedsiębiorczą.  Nie  posiadając  okrętów  większego
rozmiaru,  mieszkańcy  Palos  prowadzili  handel  na  małych  statkach,  z  których  dwa  właśnie
przeznaczono  dla  Kolumba,  z  oddaniem  pewnej  liczby  oficerów  i  majtków  towarzyszących  zawsze
wyprawom  rządowym.  Skarb  obu  królestw,  wyczerpany  w  wojnie  przeciw  Maurom,  nie  mógł  się
zdobyć na większy wydatek; a zresztą doświadczenie nauczyło odkrywcę, iż mniejsze statki w takiej
podróży właściwsze są od większych.

Na  małym  przylądku,  niedaleko  Palos,  znajdował  się  klasztor  de  la  Rabida,  słynny  z  gościnności
wyświadczonej  Kolumbowi.  Przed  jego  to  bramą,  siedem  lat  temu  genueńczyk,  prowadząc  syna  za
rękę,  otrzymał  posiłek  dla  dziecka.  Podczas  długiego  pobytu  w  klasztorze  zawarł  on  związki
przyjazne  z  braciszkami  zakonnymi,  i  między  tamtejszym  ludem  pierwszych  w  Hiszpanii  znalazł
zwolenników.

Mimo  to  rozkaz  przygotowania  dla  Kolumba  dwóch  statków  przeraził  mieszkańców  Palos.  Żeglugę

background image

wzdłuż brzegów Afryki i zbliżenie się do równika uważano wtedy za szczyt odwagi marynarskiej. W
wyobrażeniach ludu istniały najdziwniejsze podania względem tych stron nieznanych, i powszechnie
prawie wyobrażano sobie, że płynąc coraz dalej na południe, dosięgnięto by wreszcie punktu, gdzie
wielkie  gorąco  wszelkie  życie  czyni  niemożliwym.  Ruch  ciał  niebieskich,  dzienny  obrót  ziemi,
przyczyny pór roku, były to tajemnice nawet dla ludzi najuczeńszych, a jeśli gdzieniegdzie zabłysło
jakie światło prawdy, to dopiero słabym brzaskiem jutrzenki zapowiadało zbliżanie się jasności.

Nic dziwnego przeto, iż żeglarze Palos, prości i niedoświadczeni, uważali ten rozkaz rządu za wyrok
śmierci  na  wszystkich,  co  towarzyszyć  mieli  wyprawie.  Mniemano,  że  poza  pewną  granicą  niebo,
morze  i  ziemia  zamieniają  się  w  odmęt;  wyobraźnia  nieświadomych  widziała  prądy  i  wiry,
porywające nierozważnego podróżnika i wtrącające go w przepaść. Niektórzy przypuszczali nawet,
że można dosięgnąć krańca ziemi i stamtąd zlecieć w próżnię.

Taki był stan rzeczy w połowie miesiąca lipca. Kolumb znajdował się w klasztorze de la Rabida, u
przyjaciela  swego  i  stronnika,  przeora  Juana  Pereza,  gdy  jeden  z  zakonników  doniósł  o  przybyciu
nieznajomego, który pragnie widzieć się z seniorem Krzysztofem Kolumbem.

- Czy wygląda na posłańca dworskiego? zapytał żeglarz.

-  Nie  zdaje  mi  się,  senior,  odpowiedział  braciszek;  gońcy  królewscy  przyjeżdżają  zwykle  na
zapienionych  koniach  i  z  gęstą  miną;  ten  zaś  młodzieniec  skromną  ma  powierzchowność  i  dosiada
muła andaluzyjskiego.

- Nie wymienił swego nazwiska?

- I owszem, dwa nawet: Pedro de Munoz i Pero Gutierrez, bez tytułu szlacheckiego.

- To on! zawołał Kolumb, zwracając się ku drzwiom z żywością. Powiedz mu, dobry Sancho, że rad
go oczekuję.

- To pewnie znajomość dworska, rzekł ojciec Juana.

-  Jest  to,  wielebny  ojcze,  młodzieniec  narażający  życie  i  mienie  dla  naszego  przedsięwzięcia.
Dobrego  będąc  urodzenia,  posiada  znaczny  majątek,  i  gdyby  nie  opiekunowie,  byłby  go  obrócił  na
cele wyprawy.

W chwili, gdy Kolumb przestał mówić, drzwi otworzyły się i wszedł Luis de Bobadilla. Młodzian,
pozbawiony  zewnętrznych  oznak  swej  godności,  nosił  skromny  ubiór  podróżnika  średniego  stanu.
Przywitanie jego z Kolumbem było serdeczne, a zarazem pełne uszanowania.

— Kochany Pedro, rzekł genueńczyk, przybywasz w czasie, gdy obecność twoja nader jest pożądana.
Pierwszy  rozkaz  królowej  przygotowania  dla  mnie  statków  nie  odniósł  dotąd  skutku.  Powtórne
rozporządzenie, przesłane przez don Juana do Penalosa, a stanowiące żeby natychmiast oddano pod
moje  rozporządzenie  potrzebne  przybory,  okazało  się  również  daremne,  chociaż  na  mieszkańców
portu  nałożono  karę  stu  marawedów  za  każdy  dzień  zwłoki.  Biedacy,  strwożeni  niedorzecznymi
wieściami,  ani  słyszeć  chcą  o  wyprawie,  i  dziś  może  równie  daleki  jestem  od  celu,  jak  przed

background image

zaskarbieniem  sobie  przyjaźni  szanownego  przeora  i  pomocy  donny  Izabelli.  Smutna  to  rzecz,  mój
Pedro, trawić życie na złudnych nadziejach, gdy się pracuje dla dobra nauki i chwały Kościoła.

—  Przynoszę  ci  ważne  nowiny,  senior,  odpowiedział  młodzieniec.  Mijając  wioskę  Moguer,
spotkałem  się  z  niejakim  Marcinem  Alonzo  Pinzon,  dawnym  swoim  towarzyszem  podróży,  i
rozmawialiśmy  obszernie  o  twych  pomysłach.  Powiedział  mi,  że  cię  zna  osobiście,  i  mniemam,  iż
pozyskamy w nim gorliwego stronnika.

— Przypominam sobie, Pedro, że słuchał często mych dowodzeń z uwagą biegłego żeglarza. A gdzie
go poznałeś?

- Byliśmy razem na Cyprze i w Anglii. Dalekie podróże dają sposobność zgłębienia serc ludzkich, i
zdaje mi się, że można polegać na charakterze Pinzona.

- Za młody jesteś, mój synu, wtrącił przeor, aby sądzić o człowieku tak poważnym i zasłużonym, jak
don Alonzo Pinzon. Cieszy mnie to, iż szlachetny rycerz trwa w przychylności dla naszych zamiarów,
bo niedawno jeszcze uważałem, że chwiać się zaczyna.

Don Luis wyraził się o jednym z najznakomitszych mieszkańców okolicy nie jako prosty podróżnik,
lecz jako Bobadilla; ukradkowe spojrzenie Kolumba ostrzegło go o tym zapomnieniu.

- A więc, ciągnął dalej żeglarz, spotkałeś się z naszym znajomym, Marcinem Alonzo, między Moguer
i Palos?

-  Tak  jest,  senior,  i  on  to  doniósł  mi,  iż  tu  znajdę  admirała.  Nie  odmawia  ci  bowiem  tytułu
zatwierdzonego  przez  królowę,  co  moim  zdaniem  stanowi  dowód  jego  przyjaźni,  gdyż  sądzę,  że  w
tych stronach niewielu znajdzie naśladowców.

- Ktokolwiek zaprzeczy mi dostojeństwa jakie piastuję, lub nie zaufa moim planom, niech pozostanie
na  lądzie,  odpowiedział  z  godnością  odkrywca,  dając  poznać  młodzieńcowi,  iż  jeszcze  cofnąć  się
może, jeśli zechce.

- Na św. Piotra, mojego patrona, odparł śmiejąc się Luis, nie licz bynajmniej na mieszkańców Palos i
Moguer, mój admirale; zdaje się, że kto tylko zaznał trochę żeglarskiego chleba, nie śmie pokazać się
na ulicy, z obawy, aby go nie wysłano do Cipango, drogą jak dotąd, w marzeniu tylko przebieganą.
Jednakże,  szanowny  mistrzu,  masz  ochoczego  zaciężnika,  który  postanowił  nieodwołalnie
towarzyszyć  ci  aż  po  końce  świata,  jeżeli  ziemia  jest  płaska,  lub  okrążyć  z  tobą  jej  powierzchnię,
jeżeli  jest  okrągła;  a  ochotnikiem  tym  jest  Pedro  de  Munoz,  powodowany  nie  chęcią  zysku,  ani
wywyższenia  się,  tylko  żądzą  przygód,  a  może  i  miłością  dla  najczystszego  i  najpiękniejszego
dziewczęcia w Kastylii.

Ojciec Juan Perez ze zdziwieniem i niechęcią spojrzał na młodzieńca mówiącego z taką śmiałością.
Kolumb tyle w swych stronach umiał obudzić poszanowania, że przy nim mało kto zapewne byłby z
podobną  odezwał  się  lekkością,  przed  nadaniem  mu  nawet  zaszczytnego  tytułu  admirała.  Poczciwy
zakonnik,  nie  domyślając  się  wcale,  iż  ma  przed  sobą  potomka  jednej  z  najpierwszych  rodzin
Hiszpanii, nie mógł ukryć doznanego wrażenia.

background image

—  Mości  Pedro  de  Munoz,  jeśli  takie  twoje  imię,  chociaż  z  mowy  twej  wnosić  raczej  można,  że
jesteś  księciem  albo  hrabią  —  wyrażasz  się  równie  niewłaściwie  o  jego  ekscelencji  naszym
admirale, jak niedawno o don Marcinie Alonzo. Podwładny powinien być pokorny i nie drwinkować
sobie z pomysłów swego mistrza.

—  Wybacz,  świątobliwy  ojcze;  nie  chciałem  nic  innego  powiedzieć,  tylko  że  Marcin  Alonzo  jest
dawnym moim towarzyszem podróży, że dziś jeszcze przebywaliśmy razem kawał drogi i że mąż ten
szanowny przyrzekł mi wyciągnąć nas z błota, czyli, mówiąc właściwiej, z piasku nadbrzeżnego, w
którym  to  celu  przybędzie  do  klasztoru  de  la  Rabida.  Co  do  mnie,  idę  za  don  Kolumbem,
gdziekolwiek zechce rozkazać.

-  To  dobrze,  kochany  Pedro,  to  dobrze,  odrzekł  admirał;  ufam  twojej  szczerości  i  odwadze,  a
przyjdzie czas, że przekonasz wszystkich o swej wartości. Rad jestem, świątobliwy ojcze, z dobrej
chęci Marcina Alonzo, bo zapał jego rzeczywiście zdawał się ostygać, a jednak ten człowiek niemałą
dla nas może być pomocą.

-  Bez  wątpienia,  jeżeli  gorliwie  zająć  się  zechce  naszą  sprawą,  odezwał  się  zakonnik;  bo  to
najpierwszy  żeglarz  całego  wybrzeża.  Nie  wiem  wprawdzie  czy  był  na  Cyprze,  jak  mówi  ten
młodzieniec,  lecz  zapewnić  mogę,  że  popłynął  na  północ  aż  do  Francji,  i  na  południe  aż  do  Wysp
Kanaryjskich. Czy dużo dalej do Cipango jak do Cypru, senior admirale?

Kolumb  uśmiechnął  się  na  to  pytanie,  potrząsając  głową,  jakby  na  znak,  że  przyjaciel  jego  w
straszliwym zostaje błędzie.

- Chociaż Cypr, odpowiedział, znajduje się niedaleko Ziemi Świętej i siedliska władzy niewiernych,
Cipango jednak o wiele jest odleglejsze. Nie myślę dosięgnąć tego kraju, jak po odbyciu ośmiuset do
tysiąca mil morskich.

— Niezmierne to oddalenie! zawołał ojciec Juan, podczas gdy Luis obojętnie słuchał rozmowy, nie
troszcząc  się  oto  bynajmniej  czy  przyjdzie  popłynąć  tysiąc,  czy  dziesięć  tysięcy  mil,  byle  tylko
podróż zapewniała mu rękę Mercedes i obfitą była w przygody — niezmierne to oddalenie! A jednak
nie wątpię admirale, że Opatrzność pozwoli ci dokonać wielkiego dzieła.

—  Miejmy  nadzieję,  rzekł  Kolumb,  znacząc  się  krzyżem  świętym;  i  na  dowód,  że  nie  powinniśmy
wątpić, niebo zsyła nam szanownego Marcina Alonzo.

Marcin  Alonzo  Pinzon,  którego  imię  znane  jest  w  dziejach  jako  należące  do  jednego  z
najczynniejszych  stronników  odkrywcy,  wszedł  do  izby  z  pośpiechem.  Przeor  bardzo  się  zdziwił,
widząc  przybysza  witającego  najpierw  mniemanego  Pedra,  potem  admirała,  a  na  końcu  siebie.
Wszelako  czcigodny  zakonnik,  drażliwy  zawsze  na  uchybienia  przeciw  etykiecie,  nie  miał  czasu
oburzyć  się,  gdyż  Marcin Alonzo  przystąpił  zaraz  do  rzeczy,  ze,  skwapliwością  świadczącą,  iż  nie
przybył dla ceremonialnych odwiedzin.

—  Przykro  mi  było  słyszeć,  senior  admirale,  iż  żeglarze  nasi  odmawiają  posłuszeństwa  rozkazom
królowej. Chociaż tu zamieszkały i zwolennik tej misji, nie wiedziałem o tym dokładnie, aż do chwili
spotkania się w drodze z dawnym znajomym, senior Pedro de Munoz, który chociaż przybył z daleka

background image

lepiej już ode mnie poznał usposobienie mieszkańców. Ale nic to nie znaczy, mój mistrzu; ci ludzie
rzadko własnym kierują się natchnieniem: znajdziemy sposoby przerobienia ich, prędzej niż się sami
spodziewają.

- To prawda, sąsiedzie Alonzo - wtrącił ojciec Juan. Człowiek jest istotą rozumną i odpowiedzialną,
lecz  nie  idzie  za  tym  iżby  zawsze  był  myślącym.  W  sprawach  zwłaszcza  kościoła,  powierzonych
wyłącznie zarządowi duchowieństwa, tłum nieświadomy bywa sam sobie. Powtarzam, człowiek jest
istotą  rozumną,  lecz  rzadko  kiedy  wolno  mu  rozprawiać  nie  słuchając,  a  zawsze  słuchać  musi  nie
rozprawiając.

- Masz słuszność, wielebny mój przeorze i łaskawy sąsiedzie, i pewnie w Palos ani jeden głos nie
powstanie przeciw prawdzie twych wyrazów. Lecz skoro mówimy o religii, powinienem nadmienić,
iż z tego właśnie źródła płyną największe dla don Kolumba przeszkody. Dewotki rozgłosiły w całej
okolicy,  że  nauka  o  kulistości  ziemi  jest  kacerstwem  przeciwnym  Pismu  Świętemu,  i  prawdę
powiedziawszy, znalazły one stronników nawet w murach tego klasztoru. Człowiek prostego umysłu
niełatwo da w siebie wmówić, że ziemia jest okrągła, kiedy wzrok przekonywa go inaczej. Wszelako
ja,  stary  marynarz,  znam  lekarstwo  na  majtków;  wy  zaś,  szanowni  słudzy  Kościoła,  powinniście
wpływać  wszelkimi  sposobami  na  usunięcie  wątpliwości  religijnych  z  serc  swych  owieczek,  a
mianowicie na uciszenie wrzasków rodu niewieściego.

— Mam wnosić z twych wyrazów, senior Pinzonie, zapytał Kolumb, że chcesz przyłożyć się czynnie
do wykonania mojego przedsięwzięcia?

—  Taki  jest  właśnie  mój  zamiar.  Nie  znałem  dotąd  bliżej  warunków  nałożonych  przez  donnę
Izabellę, lecz objaśnił mnie o tym senior don... chciałem mówić senior Pedro de Munoz, młodzieniec
bardzo  rozumny,  którego  wzięcie  rad  będę  ujrzeć  na  wielkim  oceanie,  odbywszy  z  nim  tyle  już
podróży.

—  Jakież  szczęśliwe  postanowienie!  don  Marcinie Alonzo,  rzekł  ucieszony  przeor,  szczęśliwe  dla
ciebie  i  dla  nas.  Powinieneś  winszować  sobie,  admirale,  żeś  obok  pomocy  królowej  uzyskał  tak
znakomitego  stronnika.  Don  Pinzon  trzęsie  całym  wybrzeżem,  i  nie  wątpię  już  teraz,  iż  wkrótce
otrzymamy żądane statki.

— Ponieważ widzę, senior Marcinie Alonzo, że naprawdę do nas przystajesz, odezwał się Kolumb,
trzeba więc pomyśleć o warunkach. Co mówią mieszkańcy Palos, o tych, jakie dawniej podałem?

— Zgodzono by się na nie, chociaż obecnie brak u nas pieniędzy, gdyby nie przesadne obawy.

— Co się tyczy ósmej części wydatków, do poniesienia której jestem obowiązany, mam nadzieję, że
się z tego wywiążę,

To mówiąc Kolumb mimowolnie rzucił wzrokiem na mniemanego Pedra.

-  Lecz,  ciągnął  dalej,  ze  strony  przerażonych  majtków  ważniejsze  napotykamy  przeszkody.  Jeżeli
zechcesz  udać  się  ze  mną  do  przyległej  izby,  pomówimy  o  tym  obszerniej,  zostawiając  tego
młodzieńca pod opieką gościnności czcigodnego przeora.

background image

-  Pragniesz  więc  rzeczywiście  należeć  do  wyprawy  admirała?  zapytał  Luisa  ojciec  Juan  Perez  po
wyjściu  Kolumba  z  Pinzonem.  Ułożenie  twoje  bardzo  jest  światowe,  powiem  nawet  pańskie;  ale
wsiadłszy na okręt, mój synu, trzeba będzie spuścić nieco z tonu.

-  Wielebny  ojcze,  postępować  będę  pod  okiem  admirała  tak  samo,  jakbym  postępował  przed
Ferdynandem  aragońskim,  lub  wreszcie  przed  Boabdillem  z  Grenady,  gdyby  nieszczęśliwy  ten
władca zasiadał jeszcze na tronie swych przodków.

-  Szumne  to  wyrazy,  mój  młody  przyjacielu;  lecz  wierzaj  mi,  że  powaga  Kolumba  nie  ugięła  się
nawet przed obliczem królowej Izabelli.

- Czy znasz królowę? - zapytał Luis z żywością - zapominając o przybranej roli.

—  Powinienem  znać  ją  dokładnie,  bo  nieraz  wysłuchiwałem  jej  spowiedzi.  Jest  ona  przedmiotem
uwielbienia  dla  wszystkich  Kastylijczyków;  wszelako  ja  najlepiej  ocenić  mogę  wzniosłe  jej
przymioty, jako niewiasty i królowej.

Don  Luis,  bawiąc  się  rękojeścią  swej  szpady,  zajęty  myślą  o  głównym  przedmiocie  swych  uczuć,
postanowił wybadać przeora.

— Nie byłżeś kiedy, zapytał, powoływany jako spowiednik do młodej panny bardzo lubianej przez
królową, a której serce, zaręczam, równie jest czyste, jak serce donny Izabelli?

—  Sądząc  po  twym  pytaniu,  mój  synu,  należałoby  raczej  wysłać  cię  do  Salamanki,  dla  poznania
zwyczajów i obowiązków religijnych, niż w podróż odkrywczą do drugiej świata połowy. Czyż nie
wiesz,  że  spowiedź  jest  sakramentem,  otoczonym  najściślejszą  tajemnicą?  Lecz  któraż  to  z  panien
dworskich zajęła cię tak żywo, chociaż zapewne bez nadziei?

—  Niestety!  Przedział  między  nami  jest  tak  wielki,  że  może  w  życiu  swoim  słowa  do  niej  nie
przemówię.

— Jednakże musi mieć nazwisko?

— I to jeszcze jedno z najszlachetniejszych, mój ojcze; nazywa się donna Maria dellos Mercedes de
Valverde.

Przeor  spojrzał  na  młodzieńca  z  wyrazem  politowania,  a  potem  spuścił  głowę,  jakby  w  myślach
zatopiony.

- Znam tę damę, rzekł wreszcie, a nawet będąc u dworu, spowiadałem ją kilkakrotnie. Rzeczywiście
zasługuje  ona  na  szacunek  donny  Izabelli,  lecz  twoje  dla  niej  uwielbienie  nie  może  opierać  się  na
rozsądnej podstawie.

-  Kto  wie,  wielebny  ojcze.  Jeżeli  wyprawa  nasza  skończy  się  pomyślnie,  czekają  nas  awanse  i
zaszczyty.

-  Może  masz  słuszność;  z  tym  wszystkim  donna  Mercedes...  Zakonnik  uciął  nagle,  aby  nie  wydać

background image

tajemnicy spowiedzi. Wszelako, puściwszy już myśl tym torem, powiedział, co było można.

- Zdaje mi się, że dużo bywałeś po świecie; nie napotkałeś kiedy, mój synu, kawalera kastylijskiego
don Luisa de Bobadilla, granda Hiszpanii, noszącego także nazwisko hrabi de Llera?

- Mało mnie obchodzą jego tytuły, odrzekł Luis z udaną obojętnością. Widziałem go kiedyś, jest to
półgłówek, pełen niedorzecznej fantazji, po którym niewiele można się spodziewać.

- Podobno tak jest, niestety, rzekł przeor, smutnie kiwając głową; a jednak powiadają, że to jeden z
najwaleczniejszych rycerzy hiszpańskich.

-  Być  może,  odpowiedział  Luis,  lecz  na  co  się  przyda  waleczność  bez  rozumu?  Co  do  mnie,
niekorzystne mam wyobrażenie o młodym hrabim de Llera.

— Lepszy on podobno od swej sławy, dodał zakonnik; znam osoby co go chwalą, a nawet los swój
wiążą z jego losem.

— Ojcze przeorze, wymień te osoby! — zawołał Luis porywczo.

— Na cóż ci ta wiadomość, młodzieńcze?

—  Potrzebna  mi  z  kilku  względów.  Najprzód  jestem  sam  młody,  jak  widzisz,  a  lepszy  zawsze
przykład  do  nauki;  po  wtóre  mam  skłonność  do  tułactwa  i  mogę  zaczerpnąć  nauki  z  życia  sobie
podobnych; po trzecie, serce moje z niecierpliwością... Ale dosyć na ten raz dwóch przyczyn.

Ojciec  Juan  Perez,  pobożny  chrześcijanin  i  uczony  zakonnik,  niedoświadczony  był  jako  dziecko  w
sprawach  i  namiętnościach  światowych,  jednakże  uderzyło  go  dziwne  postępowanie  młodzieńca.
Wzmianka o Mercedes pokierowała jego zdaniem, a przypomniawszy sobie, iż sam doradzał podróż
don Luisa, domyślił się wreszcie prawdy.

— Młodzieńcze, zawołał, jesteś don Luis de Bobadilla!

— Wielebny ojcze, po takim odkryciu niepodobna już zaprzeczyć sługom Bożym ducha proroczego.
Jestem Luis, jak mnie widzisz, i wybieram się w podróż dla zasłużenia na miłość pięknej Mercedes
de Valverde.

- Ależ, senior, godziłoż się tak nas zwodzić? Pozwól usłużyć sobie we wszystkim, co posiada nasz
biedny klasztor.

-  Wybacz  czcigodny  ojcze;  Pedro  de  Munoz  czy  Pero  Gutierrez  niczego  nie  potrzebuje. Ale  teraz,
poznawszy mnie, mógłbyś coś powiedzieć o donnie Mercedes.

- Poznawszy cię, hrabio, więcej jeszcze mam powodów milczenia, odparł z uśmiechem ojciec Juan
Perez. Ciotka twoja, czcigodna markiza de Moya, niech będzie orędowniczką twej miłości, lecz sługa
Kościoła do spraw światowych wtrącać się nie powinien.

Po długiej i poufnej rozmowie, w której zakonnik, nie zdradzając tajemnicy, ukrzepił jednak nadzieję

background image

młodziana i pochwalił zamiar towarzyszenia Kolumbowi, ten ostatni, z Marcinem Alonzo, wszedł do
izby, oświadczając, że wszystko już ułożone, i że Marcin sam weźmie udział w wyprawie.

 

ROZDZIAŁ XII

Wiadomość, że Marcin Alonzo Pinzon wybiera się w podróż z Kolumbem, z szybkością błyskawicy
rozeszła  się  po  Palos.  Przykład  człowieka  szanowanego  w  całej  okolicy  silniej  niż  rozkazy
królewskie, silniej niż nauka Kolumba wpłynął na umysły mieszkańców. Znając Marcina Alonzo jako
jednego  ze  swoich,  ufali  jego  zadaniu  i  doświadczeniu,  gdy  tymczasem  rozkazy  królowej,  kochanej
wprawdzie, lecz nieobecnej, nosiły cechę przymusu. Co do samego Kolumba, chociaż większa część
marynarzy w Palos nie taiła dlań poważania, jednakże, straciwszy go z oczu, pomysły jego uważali za
marzenie.

Pinzonowie  wzięli  się  do  dzieła  jak  ludzie  przywykli  gorliwie  cudze  wykonywać  myśli.  Kilku
członków  tej  rodziny  połączyło  się  dobrowolnie  z  Marcinem;  jeden  z  braci  jego,  Wincenty Yanez,
mianowany został dowódcą okrętu, drugi sternikiem; słowem w przeciągu jednego miesiąca zrobiono
więcej  dla  urzeczywistnienia  planów  Kolumba,  aniżeli  przez  lat  siedemnaście,  w  których  one
zaprzątały umysł wielkiego odkrywcy.

Pomimo  wpływu  miejscowych  Pinzonów,  nie  brak  jednak  w  Palos  silnej  opozycji.  Rodzina
Pinzonów  miała  swych  nieprzyjaciół;  powstały  więc  dwa  przeciwne  stronnictwa,  z  których  jedno
starało się niweczyć plany drugiego. Przekonano się wkrótce, że niektóre roboty źle były wykonane, a
rzemieślnicy  dla  zaradzenia  temu  wzbraniali  się  pracować.  W  miarę  jak  się  zbliżała  chwila
wypłynięcia,  wiatr  coraz  gwałtowniej  dął  od  zachodu.  I  Pinzonowie  spostrzegli  z  żalem,  iż  wielu
ochotników zaczęło się wahać.

Takie było położenie rzeczy w końcu lipca, gdy Marcin Alonzo Pizon powrócił do klasztoru Santa-
Maria de Rabida, gdzie Kolumb mieszkał, by czuwać z bliska nad przygotowaniami do podróży. Luis
de Bobadilla, jako na nic w tym nieprzydatny, przepędzał w nudach samotne chwile, wzdychając za
sławą wielkich czynów i marząc o wdziękach, wierności i cnocie nadobnej Mercedes de Valverde.
Ojciec Juan Perez starał się ze swej strony o wspomożenie moralne swych przyjaciół; i rzeczywiście
udało  mu  się,  jeśli  nie  stłumić,  to  przynajmniej  uspokoić  nieco  wątpliwości  mniej  oświeconych
mieszkańców.

Kolumb dowiedziawszy się, że Pinzon chce z nim pomówić, przyjął go nader skwapliwie, wiedząc
dobrze,  iż  pomoc  tego  człowieka  bardziej  mu  jest  potrzebna,  od  pomocy  nawet  donny  Izabelli.
Wprowadzono go więc natychmiast do izby przeora.

—  Witam  cię,  szanowny  Marcinie,  rzekł  zakonnik;  co  słychać  w  Palos,  i  kiedy  wybieracie  się  w
drogę?

— Na św. Franciszka, mój ojcze, nikt tego przewidzieć nie zdoła. Dwadzieścia już razy myślałem, że
wszystkie  trudności  zostały  usunięte,  a  zawsze  nowe  napotykam  przeszkody.  Okręt  „Santa  Maria",
którym popłynąć ma admirał z seniorem Gutierrez czy Munoz, już prawie gotowy. Jest to porządnie

background image

zbudowany statek o przeszło stu beczułkach ładunku, i mniemam, że jego ekscelencja z całą osadą tak
wygodnie się na nim pomieści, jak świątobliwi ojcowie w klasztorze de la Rabida.

— Cieszy mnie to, zawołał przeor zacierając ręce; miejsce pobytu don Kolumba powinno być godne
jego dostojeństwa!

—  Nie  o  mnie  tu  chodzi,  ojcze  Perez,  tylko  o  sprawę  ludzkości.  Rad  jestem,  iż  cię  widzę,  senior
Marcinie Alonzo, bo właśnie wyprawić mam umyślnego do dworu i chciałbym coś donieść nowego.
Utrzymujesz więc, że „Santa Maria" wykończona będzie do końca tego miesiąca.

— Tak jest, senior. Statek ten może pomieścić sześćdziesięciu ludzi, jeżeli tylko znajdziemy tylu w
Palos  ochotników,.  Bóg  jest  świadkiem  naszych  starań,  i  pewnie  nam  to  wynagrodzi  obfitością
korzyści.

—  Korzyścią  naszą  będzie  rozszerzenie  chwały  Bożej,  wtrącił  Perez,  lecz  biednemu  marynarzowi
wolno przecież pomyśleć o żonie i dzieciach. Mniemam, że i nasz admirał spodziewa się ze swego
przedsięwzięcia korzyści pieniężnych.

— Nie mylisz się, dobry Marcinie, odpowiedział z powagą Kolumb; chcę przelać bogactwa Indii do
skarbca  kastylijskiego.  Tym  sposobem  szanowny  przeorze,  środki  do  odzyskania  Grobu  Świętego
pochodzić będą od nas, i staną się zależne od naszego powodzenia.

-  Prawda,  senior  admirale,  i  to  nas  wyniesie  w  oczach  całego  chrześcijaństwa,  a  także  wobec
zakonników  klasztoru  de  la  Rabida.  Ale  i  tak  już  dosyć  znajdujemy  trudności  w  ujęciu  sobie
marynarzy, potrzeba jeszcze straszyć ich krucjatą i dowodzić, że ciężko zdobytych zysków najlepiej
użyją  na  wypędzenie  niewiernych?  Poczciwi  sternicy  Franciszek,  brat  mój,  Marcin  Pinzon,  Sancho
Ruiz, Pedro Alonzo Nino i Bartłomiej Roland zapewne szczerze są do nas przywiązani, lecz jeśli za
cel podróży wskażemy im krucjatę, już wtedy i wszyscy święci nie wyprowadzą ich w morze.

-  Zobowiązanie  moje  jest  czysto  osobiste,  odpowiedział  Kolumb  spokojnie,  i  mnie  tylko  samego
dotyczyć będzie po powrocie. Kto niczego nie ślubował, nie potrzebuje też ślubu dotrzymywać. Ale
co tam nowego o twoim statku „Pinta"? Czy niezadługo będzie mógł oprzeć się burzom oceanu?

-  Jak  zwykle,  senior,  w  rzeczach  przymusowych,  robota  idzie  wolno,  nie  wsparta  tą  ochoczą
wesołością, co towarzyszyć zwykła pracom podjętym dobrowolnie i na własną korzyść.

-  Ci  biedni  zaślepieni  nie  wiedzą,  że  tu  chodzi  o  własne  ich  dobro,  rzekł  Kolumb.  Jednak  wielkie
czyny spełniają się zawsze wbrew woli nawet niedoświadczonych ludów.

-  Masz  słuszność,  senior,  dodał  przeor.  Dlatego  też  pierwszym  obowiązkiem  chrześcijanina  jest
głęboka wiara.

—  Być  może,  wielebny  ojcze,  odparł  Marcin  Alonzo,  lecz  niewykształcone  umysły  rzadko  kiedy
wierzą  w  to,  czego  nie  pojmują.  Gdy  sobie  kto  wyobraża,  że  idzie  na  śmierć  niechybną,  na  próżno
gadać mu będziesz o nagrodzie w przyszłym życiu. Poza tym wszystkim osada okrętu „Pinta" gotowa
jest do podróży.

background image

— Pozostaje jeszcze „Nina", ciągnął dalej Kolumb, gdy i ten statek zostanie wykończony, będziemy
mogli ruszyć w imię Boże.

— Tak jest, senior. Brat mój, Wincenty Yanez podjął się jego uzbrojenia, a co przyrzeknie członek
rodziny  Pinzonów,  tego  święcie  dotrzyma.  „Nina"  rozwinie  żagle  razem  z  okrętem  admiralskim  i  z
moim;  trzeba  by  wielkiego  nieszczęścia,  żeby  choć  jeden  z  tych  statków  nie  dosięgnął  ziemi
obiecanej.

— Pocieszające masz przekonanie, sąsiedzie Alonzo — rzekł przeor radośnie zacierając ręce — nie
wątpię już o powodzeniu wyprawy, mimo przepowiedni nieprzychylnych ludzi.

— Bredzą, jak zwykle, ojcze Perez. Wprawdzie żaden z żeglarzy nie zaprzecza, iż na morzu prędzej
widać  żagielki  zbliżającego  się  okrętu,  niż  wielkie  żagle  umieszczone  poniżej,  ale  przypisują  to
zjawisko ruchowi wody, nie zaś kulistości ziemi.

— Czyż żaden z nich nie oglądał kiedy cienia ziemi w czasie zaćmienia księżyca? — zapytał Kolumb
z uśmiechem człowieka, co przekonawszy się drogą naukowych badań o wielkiej prawdzie, rzuca nie
oświeconej  zgrai  jeden  z  dowodów  najbardziej  dotykalnych.  Czyż  nie  widzieli,  że  cień  ten  jest
okrągły, i czyż nie wiedzą, że każde ciało daje cień odpowiedni swemu kształtowi?

— To dowód tak oczywisty, sąsiedzie, że powinien rozproszyć wątpliwości największych plotkarzy
wybrzeża.

—  Nie  tak  łatwa  z  nimi  sprawa,  czcigodny  ojcze.  Najlepszym  sposobem  przekonania  tych
poczciwców będzie popłynąć na zachód, dosięgnąć Cipango i szczęśliwie stamtąd powrócić.

—  Spodziewam  się,  że  to  niebawem  nastąpi,  don  Marcinie Alonzo,  rzekł  Kolumb  głosem  pełnym
otuchy.  Lecz  skoro  zbliża  się  chwila  naszego  wyjazdu,  powinniśmy  pamiętać  o  obowiązkach
religijnych. Niech każdy z nas wyspowiada się z grzechów, a zanim wypłyniemy z portu, przyjmiemy
wszyscy razem Komunię świętą.

Po krótkich jeszcze naradach nad niektórymi szczegółami wyprawy, uczestnicy tej rozmowy rozeszli
się, i kilka dni upłynęło na czynnych przygotowaniach do drogi. Drugiego sierpnia 1492 r., w dzień
czwartkowy, rano, Kolumb wszedł do izby ojca Juana Pereza, w ubiorze pokutniczym. Przeor już go
oczekiwał,  i  wielki  odkrywca  przykląkł  przed  zakonnikiem,  przed  którym  nieraz  ugięły  się  kolana
królowej  Izabelli.  Religijność  Kolumba  nosiła  barwę  wieku;  spowiedź  jego  była  mieszaniną
głębokiej  skruchy  i  przeciwnych  jej  błędów,  tak  często  napotykana  w  umysłach,  szczególnie
mężczyzn, owego czasu.

-  Nadto,  rzekł  Kolumb,  wyspowiadawszy  się  z  grzechów  najpospolitszych,  obwiniam  się,  ojcze
świątobliwy, o zbyteczne zaufanie w swe siły, o karygodne może przekonanie, że jestem narzędziem
Opatrzności, wybranym dla odwiecznych jej celów.

-  Ważny  to  błąd,  mój  synu,  którego  bacznie  strzec  się  powinieneś.  Nie  ulega  zaprzeczeniu,  iż  Bóg
niekiedy  czyni  nas  wykonawcami  swej  woli,  ale  człowiek  bardzo  skłonny  jest  uważać  podszepty
miłości własnej za wyższe natchnienie.

background image

— Mówię sobie nieraz to samo, wielebny ojcze, odpowiedział łagodnie Kolumb, a jednak głos jakiś
wewnętrzny, ułudny czy prawdziwy, każe mi wierzyć, że jest wysłannikiem nieba.

— Dopóki głos ten skłania się tylko ku chwale Bożej, posłuchaj go bez obawy, lecz skoro doznasz
dumnego zarozumienia uciekaj przed nim, jak przed pokusą szatana.

— Wystrzegam się tego pilnie, świątobliwy ojcze. A teraz, ulżywszy sumieniu, mogę spodziewać się
rozgrzeszenia?

— Czy nie masz nic więcej do wyznania, mój synu?

—  Grzechy  moje  są  liczne,  ojcze  przeorze,  i  godne  zaiste  potępienia;  lecz  zdaje  mi  się,  żem  je
wszystkie wymienił.

— Nie zawiniłeś nigdy w stosunkach swoich z płcią, w której kształtach częstokroć kusi nas szatan, a
niekiedy pocieszają aniołowie?

— Zbłądziłem nieraz jako człowiek, mój ojcze, ale wspomniałem już o tych grzechach.

— Czy pamiętasz o donnie Beatrix Enriquez, i swym synu, Fernandzie?

Kolumb pochylił głowę i westchnął głęboko.

— Prawdę mówisz, wielebny ojcze, jest to wina której niczym nie odkupię. Naznacz mi najcięższą
pokutę, a zobaczysz jak chrześcijanin poddać się umie zasłużonej karze.

Kościół tym razem poprzestaje na twojej chęci, mój synu, gdyż mając na celu dzieło tak ważne dla
religii,  potrzebujesz  swobody  umysłu  i  ciała.  Jako  sługa  Boży  nakazuję  ci  tylko  przez  dni
dwadzieścia zmawiać codziennie Ojcze Nasz na intencję tego grzechu.

Po kilku jeszcze uwagach ze strony kapłana przyszła kolej spowiedzi na don Luisa. Pobożny przeor,
jakkolwiek  przejęty  świętością  swych  obowiązków,  musiał  uśmiechnąć  się  mimo  woli,  gdy
roztrzepany  młodzieniec,  idąc  za  jakimś  popędem  niepowściągnionym,  przyrównywał  ciągle
przestrogi  spowiednika  do  słodszych  uwag  wybranki  swego  serca.  Nałożona  pokuta  była  dość
surowa,  wszelako  Luis,  nieprzywykły  do  karności  konfesjonału,  mało  na  to  zważał,  przekonany
będąc, że samo już złożenie tak ścisłego rachunku sumienia dostateczną dla niego jest karą.

Po  dopełnieniu  wreszcie  sakramentu  spowiedzi  przez  Marcina Alonzo  Pinzona  i  innych  marynarzy,
nastąpiła scena nacechowana piętnem wieku, lecz która w każdej epoce silnie wpłynąć by musiała na
ludzi wybierających się w niebezpieczną podróż.

W  kaplicy  klasztornej  odprawiono  Mszę  świętą.  Kolumb  z  przykładną  skruchą  przyjął  hostię  z  rąk
ojca  Juana,  a  towarzysze  wszyscy  poszli  za  jego  przykładem.  W  tym  czasie  niezachwianej  wiary
ceremonie  kościelne  uważane  były  jeszcze  za  cele,  a  nie  za  środki  religii.  Niejeden  z  prostych
majtków,  którego  życie  dalekie  zwykle  było  od  świętości,  w  tej  chwili  przykląkł  z  pokorą  u  stóp
ołtarza,  wzywając  miłosierdzia  Boskiego.  Nie  urągajmy  modlitwom  ludzi  będących  w
niebezpieczeństwie,  nie  uważajmy  ich  za  obraz  obłudy,  bo  one  są  hołdem  stworzenia,  złożonym

background image

wszechmocy Stwórcy. Pamiętajmy raczej o ułomności ogólnej swojego rodu, i cieszmy się myślą, że
Istota Najwyższa przyjmuje ofiary tych nawet, których życie powszednie nie zgadza się z jej świętą
wolą.  Te  błyski  ulotnych  wzruszeń  są  dziełem  ducha  Bożego,  a  co  pochodzi  od  Boga,  godne  jest
zawsze uwielbienia.

Jednak,  pomijając  już  nawet  usposobienie  ogólne,  Kolumb  tego  dnia  rzeczywistym  przejęty  był
zapałem.  Przywykły  do  odnoszenia  zawsze  swych  zamiarów  do  świątobliwych  celów,  odkrywca  z
prawdziwą wiarą oddawał się Boskiej opiece. Wiadomo, iż się uważał za narzędzie Opatrzności; a
można  utrzymywać,  że  przekonanie  jego  było  mylne,  zwłaszcza  gdy  skutek  tak  świetnie  uwieńczył
jego  plany?  I  tym  razem  rzeczywistość  przemawia  za  nim,  i  przypuszczać  należy,  iż  ręka  kierująca
niewidzialnie  naszymi  losami  użyła  jego  gorącej  wiary  za  środek  do  osiągnięcia  zamierzonych
celów.

Co się tyczy towarzyszy Kolumba, usposobienie ich było odmienne. Chwiejąc się między nadzieją i
obawą,  żywioną  szczególniej  przez  kobiety,  podbechtani  z  drugiej  strony  żądzą  zysku,  gotowi
wprawdzie  byli  odważyć  się  na  wszystko,  byle  zaczerpnąć  z  nieprzebranych  skarbów  krainy
wschodu,  lecz  wrażenie  to  było  nietrwałe  i  można  powiedzieć,  że  skrucha  ich  po  większej  części
wypływała z trwogi.

-  Ludzie  twoi  nie  należą  do  bardzo  wesołych,  senior  admirale,  rzekł  Luis  opuszczając  kaplicę;
powiedziawszy  prawdę  wolałbym  w  uczestnikach  tak  wielkiego  przedsięwzięcia  znaleźć  serca
odważne i twarze śmiejące.

-  Czy  sądzisz,  młodzieńcze,  że  twarz  śmiejąca  jest  dowodem  mocy  duszy?  Ci  poczciwi  marynarze
myślą  o  swych  grzechach,  a  nie  chcąc  skalać  świętego  dzieła,  oczyszczają  sumienie  i  poddają  się
woli Boga. Niepodobna byś i ty nie doznawał jakiegoś wrażenia religijnego.

- Na św. Piotra, mojego patrona, myślę więcej o Mercedes de Valverde, niż o czymkolwiek innym; to
moja gwiazda polarna, moja religia, moja ziemia obiecana. Odkrywaj w imię Boże nieznane kraje,
nawracaj wielkiego chana, ja wszędzie będę ci towarzyszył, i wszędzie dowiodę z mieczem w ręce,
że pani mego serca na całym świecie nie ma sobie równej.

Kolumb,  chociaż  rozśmieszony  tą  szumną  pochwałą,  uznał  jednak  za  stosowne  wyrzec  słówko
nagany.

— Boleję nad tym, mój młody przyjacielu, że cię znajduję w tak lekkomyślnym usposobieniu. Czyż
nie  przeczuwasz  długiej  kolei  cudownych  następstw  naszej  podróży;  nawrócenie  niewiernych,
zdobycie dalekich krajów, rozjaśnienie niektórych wątpliwości naukowych, niewyczerpane bogactwa
i w końcu, na uwieńczenie dzieła, odzyskanie grobu Zbawiciela?

— Zapewne, senior, admirale, zapewne, i to mnie napełnia radością; lecz poza tym wszystkim widzę
postać  donny  Mercedes.  Na  co  mi  złoto?  Mam  go  dosyć  lub  będę  miał  wkrótce.  Mało  mnie  też
obchodzi potęga korony kastylijskiej, skoro jej sam nigdy nosić nie będę. Co do Grobu Świętego, daj
mi  Mercedes,  a  gotów  jestem,  jak  moi  przodkowie,  zmierzyć  się  z  wyznawcami  proroka.  Słowem,
mistrzu,  bądź  moim  przewodnikiem,  a  zaręczam,  że  chociaż  z  odmiennych  pobudek,  u  jednego
staniemy celu.

background image

—  Wielki  z  ciebie  wartogłów,  Luis,  lecz  uniewinniam  cię  przez  wzgląd  na  nadobną  pannę  będącą
przedmiotem twych uczuć.

- Poznałeś ją, senior, i przyznajesz, że zasługuje na uwielbienie nie tylko moje, ale całej młodzieży
hiszpańskiej.

- Piękna jest w istocie, cnotliwa i pełna zapału religijnego, a przymioty te, rzadko z sobą połączone,
usprawiedliwiają  poniekąd  twoje  uniesienie,  lecz  nie  zapomnij,  że  chcąc  otrzymać  jej  rękę,
powinieneś najpierw odkryć Cipango.

-  Widzę  już  okiem  wyobraźni  tę  uroczą  wyspę!  Mercedes  na  jej  wybrzeżu  wita  nas  z  niewinnym
uśmiechem,  czarującym  jednocześnie  zmysły  i  duszę.  Oby  Najświętsza  Panna  zesłała  nam  wiatr
pomyślny, byśmy co prędzej opuścić mogli to smutne pustkowie!

Kolumb nic nie odpowiedział, gdyż mimo pobłażania dla szału rozkochanego młodzika, zbyt ważne
zaprzątały go myśli, aby podać mógł ucha wynurzeniom miłosnym.

 

 

 

ROZDZIAŁ XIII

Nadeszła wreszcie chwila stanowcza, chwila co wynagrodzić miała Kolumbowi tyloletnie zawody i
cierpienia.  Podczas  gdy  ogół,  porównując  wątłe  środki  oddane  pod  jego  rozkazy  truchlał  o  skutek
przedsięwzięcia burzącego w ich przekonaniu wszystkie prawa natury; odkrywca, chociaż nie tracił
zwykłej  przytomności,  znajdował  się  w  stanie  zachwycenia,  tłumionego  jedynie  przez  roztropność.
Ojciec  Juan  Perez  szepnął  na  ucho  Luisowi,  że  radość  admirała  podobna  być  musi  do  błogiego
uczucia  chrześcijanina,  co  z  padołu  ziemskich  cierpień  wchodzi  w  krainę  wiecznego  życia,  którego
nie zna, a jednak dostąpić się spodziewa.

Drugiego  sierpnia  po  południu  podniesiono  kotwice  i  rozwinięto  żagle.  Sternicy  zamierzali  w  dniu
tym poprowadzić okręty tylko do Huelva; ale zawsze był to początek podróży, uważanej przez wielu
za  bezpowrotną.  Kolumb,  wyprawiając  posłańca  do  dworu,  pozostał  jeszcze  na  lądzie;  na  koniec  i
on,  w  towarzystwie  Luisa  i  przeora,  udał  się  ku  przystani.  Trzej  przyjaciele  postępowali  w
milczeniu,  bo  każdy  z  nich  innymi  zajęty  był  myślami;  przeor  zastanawiał  się  nad
niebezpieczeństwem dzieła, które w tej chwili wydawało mu się nader wątpliwe; Kolumb przebiegał
pamięcią  szczegóły  wydanych  rozporządzeń;  Luis  wreszcie  marzył  o  dziewicy  kastylijskiej,  jak
zwykle nazywał Mercedes, i smucił się długim z nią rozłączeniem.

Niedaleko  wybrzeża  towarzysze  przystanęli,  czekając  na  czółno.  Tu  ojciec  Juan  pożegnać  miał
podróżników; przerywając zatem długie milczenie, rzekł głosem wzruszonym:

- Senior Kolumbie! Kilkanaście lat upłynęło od czasu jak przybyłeś po raz pierwszy do klasztoru de
la Rabida, a były to dla mnie lata słodzone przyjaźnią i szczerym zadowoleniem.

background image

-  Podzielałem  takowe,  wielebny  ojcze,  chociaż  rzucony  na  pastwę  różnorodnych  cierpień.  Lecz  nie
zapomnę nigdy owej chwili, gdy znużony pieszą podróżą, bez przytułku, bez pożywienia, wzywałem
gościnności waszego zakonu. Przyszłość jest w ręku Boga, ale przeszłość niezatarte ślady wywarła w
mym  sercu.  Byłeś  mi  przyjacielem,  czcigodny  ojcze,  kiedy  wszyscy  mnie  odtrącali;  jeżeli
kiedykolwiek zdołam zmienić zdanie ogółu...

—  Już  ono  przerobione  na  twą  korzyść,  admirale,  przerwał  skwapliwie  ojciec  Perez.  Czyż  nie
szukałeś  pomocy  naszych  władców  i  tego  młodzieńca?  Nie  towarzyszą  ci  życzenia  wszystkich
oświeconych ludzi naszego półwyspu?

— Być może, mój ojcze; zawsze jednak większość będzie nas lekceważyć, póki trwa nasza tułaczka
po morzu. W tej chwili nawet, gdyśmy posiedli środki rozwinięcia mej teorii, gdy dotykamy już stopą
progów przedsionka Indii, mało kto zapewne wierzy w powodzenie wyprawy.

— Masz za sobą donnę Izabellę, senior.

— I donnę Mercedes! dodał Luis, nie mówiąc już o mej ciotce.

— Kilka tylko miesięcy cierpliwości! zawołał Kolumb, odkrywszy głowę osiwiałą wiekiem i troską
i wznosząc ku niebu pałające spojrzenie; kilka miesięcy, to chwila jedna dla szczęśliwych, lecz dla
nas staną się one wiekami. Świątobliwy przeorze, nieraz już opuszczałem ląd stały z przekonaniem,
iż życie moje wisi na włosku, iż prędzej może wypadnie zginąć, jak szczęśliwie powrócić; dziś tylko
najmniejszego  nie  czuję  zwątpienia:  los  mój  jest  w  ręku  Boga;  ukończenie  zaś  szczęśliwe  dzieła
wyrokiem jego z dawna zostało przewidziane.

—  Pochwalam  to  zaufanie  w  chwili  stanowczej,  mój  synu  i  mam  nadzieję,  że  ono  nie  zostanie
zawiedzione, lecz nadpływa czółno: trzeba nam się rozstać.

- Świątobliwy ojcze, nie zapominaj o mnie w swych modlitwach gdyż, jako człowiek ułomny i słaby,
potrzebować będę pokory, a wierzę w skuteczność twego wstawiennictwa.

-  Bądź  spokojny,  drogi  przyjacielu,  skieruję  wszystkie  modlitwy  do  Bogarodzicy  i  wszystkich
świętych, lecz żaden śmiertelnik przewidzieć nie zdoła zrządzeń Opatrzności; przedsięwzięcie twoje,
jakkolwiek rozsądne i chwalebne, może nie powieść się.

- To niepodobna, ojcze; Bóg wszechmogący, co dotąd nie odmawiał nam pomocy, pewnie tego nie
dopuści!

- Kto wie, mój synu! Mądrość nasza, w porównaniu z niezbadanymi wyrokami nieba, jest ziarnkiem
piasku w pustyni. W przypuszczeniu więc, że możesz powrócić zawiedziony w oczekiwaniu, miałem
ci powiedzieć, iż klasztor de la Rabida zawsze dla ciebie stać będzie otworem, bo w oczach naszego
zakonu chwalebne usiłowanie równa się uczynkowi.

- Dziękuję ci, ojcze wielebny, i proszę o twoje błogosławieństwo.

- Przyklęknij, mój synu; w takiej chwili i piasek wybrzeża stać może się świątynią.

background image

Oczy Kolumba i przeora zrosiły się łzami rozstania. Genueńczyk kochał zakonnika, co pierwszy dłoń
przyjazną  podał  nieznanemu  przybyszowi;  ojciec  Perez  nawzajem  czule  był  przywiązany  do  osoby
odkrywcy i szczerze sprzyjał jego planom, obydwóch zaś łączyło ściślej jeszcze głębokie poważanie
dla wiary. Kolumb ukląkł na piasku i przyjął z synowską pokorą błogosławieństwo kapłana.

—  I  ty,  młodzieńcze,  rzekł  ojciec  Juan  głosem  drżącym  od  wzruszenia,  nie  odrzuć  modlitw  starego
sługi Kościoła.

Luis, pomimo żywości wrodzonej, jak wszyscy niemal ludzie w jego wieku, szanował rzeczy święte;
przykląkł więc bez wahania i otrzymał również błogosławieństwo.

— Żegnam cię, świątobliwy ojcze, zawołał Kolumb, ściskając ręką przyjaciela. Byłeś mi wiernym,
gdy wszyscy mnie opuszczali; teraz zbliża się dzień wspólnego naszego tryumfu. Zapomnij o mnie na
kilka  miesięcy,  oczekując  wypadków  co  sławą  opromienia  Kastylię,  a  w  dziejach  świetnego
panowania Ferdynanda i Izabelli zaćmią zdobycie Grenady.

Słowa  te  wymówione  były  nie  w  sposób  szumnej  przechwałki,  ale  z  gorącą  wiarą  człowieka,  co
prawdę ukrytą przed innymi tak samo przeniknął myślą, jakby ją widział gołym okiem.

Uściskawszy się po raz ostatni, dwaj podróżnicy pożegnali przeora. Tymczasem czółno wysłane po
Kolumba przybiło do brzegu i jeden z majtków wyskoczył na ląd dla spotkania admirała, gdy jakaś
młoda kobieta, z rozpaczą rzuciła mu się na szyję.

— Pójdź, pójdź, Pepe! krzyczała szlochając; pójdź, dziecię twoje płacze za ojcem!

—  Nie,  Moniko,  odpowiedział  majtek,  spoglądając  ukradkiem  na  Kolumba,  który  był  jeszcze  w
pewnym  oddaleniu.  Wiesz,  że  nie  z  własnej  chęci  podjąłem  się  tej  podróży,  ale  mogę  się  oprzeć
rozkazom królowej?

— To szaleństwo, Pepe, odrzekła kobieta, ciągnąc męża za kaftan. Dosyć tego zmartwienia.

— Czyż nie widzisz, Moniko, że admirał się zbliża; zapominamy o uszanowaniu dla niego.

Zwykła  uległość  niższych  dla  wyższych  utuliła  chwilowo  skargi  rozżalonej  niewiasty.  Spojrzała  na
Kolumba błagając; w jej pięknych czarnych oczach malowało się uczucie stroskanej matki i żony.

-  Senior  admirale,  zawołała,  Pepe  nie  jest  ci  już  potrzebny.  Dopomógł  on  w  przeprowadzeniu
statków do Huelva; teraz wzywają go żona i dziecko.

Kolumb wzruszony bólem młodej kobiety, posuniętym aż do obłędu, odpowiedział jej łagodniej niż
należało w tak stanowczej chwili niejako wobec wezwania do buntu:

-  Mąż  twój  szczycić  się  powinien,  że  towarzyszyć  mi  będzie  w  tej  podróży;  tobie  zaś,  jako  żonie
dzielnego marynarza, nie należy odstręczać go od szczęścia.

- Nie wierz mu, Pepe; zły duch przez niego cię kusi. On bluźni przeciw słowu Bożemu, mówiąc, że
ziemia  jest  okrągła  i  że  płynąc  ku  zachodowi  można  się  dostać  na  wschód;  on  zgubi  ciebie  i

background image

wszystkich!

- Dlaczego tak myślisz, dobra kobieto? zapytał admirał. Cóż by mi przyszło ze zguby twego męża i
jego towarzyszy.

-  Nic  nie  wiem  i  nie  troszczę  się  o  to,  ale  Pepe  należy  do  mnie,  i  nie  popłynie  na  tę  przeklętą
wyprawę.  Nie  można  spodziewać  się  dobrego  skutku  z  przedsięwzięcia  opartego  na  zaprzeczeniu
świętym prawdom religijnym.

— I jakiego to nieszczęścia tak się obawiasz? Idąc za mąż wiedziałaś, że się łączysz z marynarzem, a
jednak odrywasz go teraz od służby.

—  Niech  go  wyślą  przeciw  Maurom,  Portugalczykom  lub Anglikom,  to  nie  powiem  ani  słowa;  ale
sprzeciwiam  się  podróży  w  słudze  złego  ducha.  Po  co  nas  przekonywać,  senior,  że  ziemia  jest
okrągła, gdy oczy nam mówią przeciwnie? A jeśli naprawdę okrągła, to okręt co się puści jednym jej
brzegiem nigdy już nie powróci, bo jakże słaby statek płynąć może pod wodospad? Gdy błąkać się
będziesz  po  oceanie  przez  kilka  miesięcy,  jakże  potem  trafisz na  powrót?  Ach  senior!  Palos  jest
małym miasteczkiem; straciwszy je z oczu, pewno już go nie znajdziesz.

— Jakkolwiek dziecinnie brzmią te zarzuty, rzekł Kolumb spokojnie do Luisa, nie są one w istocie
mniej  zasadne  od  uwag  jakich  nasłuchałem  się  bez  liku  z  ust  nawet  ludzi  uczonych.  Gdy  umysł
człowieka zamroczony jest ciemnotą, myśl jego nagromadza dowody najbardziej nawet niedorzeczne,
w  celu  obalenia  pewników,  których  nie  pojmuje.  Ale  spróbuję  zjednać  sobie  tę  niewiastę  przez
pobudki religijne. Czy jesteś chrześcijanką Moniko?

— Matko Boska! jakież zapytanie? Czyż sądzisz, senior admirale, że Pepe ożenił się z Mauretanką?

- Wysłuchaj mnie przeto i uznaj, że twoje postępowanie niegodne jest chrześcijanki. Nie sami tylko
Maurowie pozbawieni są światła wiary; owszem plemię niewiernych po całej rozrzucone jest ziemi.
Na  wschodzie  szczególnie  tylu  znajduje  się  pogan,  co  piasku  na  tym  brzegu;  bo  dotąd  mała  tylko
część  świata  naszego  zostaje  w  posiadaniu  wyznawców  Chrystusa:  nawet  grób  Zbawiciela  kalają
stopy nieprzyjaciół wiary.

- Słyszałam o tym, senior, i dziwię się, że chrześcijanie nie umieją temu zaradzić.

-  Czyż  nie  mówiono  ci  nigdy,  że  nadejdzie  chwila,  w  której  Słowo  Boże,  jak  odgłos  trąb  dnia
sądnego, przeniknie do uszu niewiernych, w której ziemia cała będzie wielką świątynią, poświęconą
czci Przedwiecznego i chwale Jego imienia?

- Pamiętam, senior, iż zakonnicy de la Rabida i proboszcze parafialni cieszyli nas tą nadzieją.

- A czy w tych czasach nie poparło jej ważne jakie zdarzenie?

-  Pepe,  jego  ekscelencja  mówi  zapewne  o  łzach,  co  spłynęły  z  oczu  Najświętszej  Panny  w  kaplicy
klasztornej.

-  Nie  myślę  o  cudzie  tak  wątpliwym,  w  który  wolno  każdemu  wierzyć  lub  nie  wierzyć.  Ależ

background image

zapominasz o czynie naszych władców, zapewniającym tryumf Ewangelii.

—  On  mówi  o  wypędzeniu  Maurów,  Pepe!  zawołała  niewiasta,  spoglądając  z  zadowoleniem  na
męża; słyszałam, że zdobyto Grenadę i że królowa Izabella weszła tam zwycięsko.

—  Tak  jest,  moja  córko,  i  w  tym  właśnie  zdobyciu  widoczną  jest  wszechmoc  Stwórcy.  Stolica
Maurów  posiada  teraz  chrześcijańskie  kościoły,  a  wkrótce  wznosić  się  one  będą  w  krajach
nieznanego wschodu. Święte to dzieło, nierozsądna niewiasto! Wstrzymując męża od udziału w nim,
pozbawiasz go nagrody w przyszłym życiu, ściągasz przekleństwo na głowę swego dziecka.

Młoda  kobieta  zachwiała  się,  rzuciła  zatrwożonym  wzrokiem  na  admirała  i  męża,  i  przeżegnawszy
się pobożnie rzekła do Kolumba:

— A ty, senior, czy pragniesz rzeczywiście chwały Bożej?

— To cel mój jedyny, dobra niewiasto, i oby przedsięwzięcie moje tak się skończyło pomyślnie, jak
słowa moje są prawdziwe!

— I ty także senior? dodała Monika, zwracając się do młodzieńca.

— I ja podobnież idę za natchnieniem, jeśli nie Boga samego, to przynajmniej anioła, odpowiedział
Luis.

— Czy słyszysz, Pepe? Miano by nas zwodzić, mówiąc bezzasadnie tyle złego o admirale?

- Cóż o mnie mówią? zapytał spokojnie Kolumb; powiedz śmiało moja córko, nie będę się gniewał.

-  Senior,  masz  wielu  nieprzyjaciół,  i  nic  w  tym  dziwnego  kiedy  matki,  żony  i  narzeczone  żeglarzy
tego portu ciągle ich niechęć podżegają. Mówią naprzód, że jesteś biedny.

- To prawda tak widoczna, moja dobra kobieto, że niepodobna jej zaprzeczyć. Ale czy ubóstwo jest
zbrodnią w Palos?

- Nie cenią jakoś w tym kraju ubogich, sama nie wiem dlaczego, bo mnie się zdaje, iż jesteśmy tak
dobrzy jak i drudzy. Dalej, senior, powiadają, że nie jesteś rodem z Kastylii, tylko z Genui.

-  I  to  także  prawda,  lecz  może  to  być  ujmą  w  oczach  tutejszych  marynarzy,  że  pochodzę  z
rzeczypospolitej tak słynnej z odkryć morskich?

- Nie wiem senior, ale my dumni jesteśmy z tego, żeśmy zrodzeni w Hiszpanii, w Kastylii, ojczyźnie
cnotliwej donny Izabelli. Bo jakże genueńczyk może być równy Hiszpanowi? Wolałabym żeby Pepe
wyjeżdżał z ziomkiem, a jeszcze pochodzącym z Palos albo Moguer.

-  Dowodzenie  twoje  jest  dowcipne,  chociaż  nie  bardzo  przekonywające,  odpowiedział  Kolumb  z
uśmiechem, lecz godzi się potępiać człowieka, dlatego że ubogi i genueńczyk?

- Nie zaiste, senior! Co do mnie lepsze już teraz mam wyobrażenie o tej podróży. Zawsze przecież

background image

jest to wielka ofiara biednej kobiety z dzieckiem, puszczać męża w tak niebezpieczną drogę.

—  Masz  oto  przed  sobą  młodzieńca  szlachetnego  imienia,  kochającego  i  kochanego,  który  posiada
bogactwa i zaszczyty, a jednak towarzyszy mi za zgodą, a nawet z rozkazu swej ukochanej.

— Prawda to, senior? zapytała z żywością niewiasta.

—  Prawda,  co  więcej,  całą  swą  nadzieję  zasadzam  na  tej  podróży.  Wszak  mówiłem,  że  działam  z
natchnienia anioła.

— Bogdaj tych młodych paniczów, jak oni słodko umieją przemówić. Ale senior, powiadają, że sam
tylko  z  tego  przedsięwzięcia  odnieść  możesz  korzyść,  podczas  gdy  innym  uczestnikom  zagraża
nieszczęście.  Ubogi  dotąd  i  nieznany,  zostałeś  od  razu  admirałem,  niektórzy  utrzymują,  że  jeśli
spotkasz na morzu galery weneckie, nie omieszkasz ulżyć im ładunku.

— I cóż to wszystko szkodzić może twojemu mężowi? Wszak dzielić z nim będę niebezpieczeństwa i
korzyści. Czy zdobędę złoto, czy zasługę w obliczu Boga, zawsze Pepe otrzyma część sobie należną.
Na  sądzie  ostatecznym,  moja  córko,  nikt  nie  zapyta  kto  bogaty,  a  kto  ubogi,  kto  Hiszpan,  a  kto
genueńczyk.

—  Prawda,  senior,  ale  zawsze  to  ciężko  dla  młodej  żony  rozstawać  się  z  mężem.  Mów  szczerze
Pepe, czy masz ochotę popłynąć z admirałem?

- Wszystko mi jedno, Moniko; jestem w służbie królowej, a dobry poddany nie powinien opierać się
jej rozkazom. Prócz tego, posłuchawszy wyrazów jego ekscelencji, zmieniłem nieco przekonanie.

-  Jeżeli  ta  podróż  ma  rzeczywiście  na  celu  dobro  Kościoła,  wtrąciła  niewiasta,  nie  powinieneś
uchylać się od niej. Pozwól senior, by Pepe noc tę spędził z rodziną, a jutro skoro świt stawi się na
pokładzie okrętu „Santa Maria".

- Jakąż dajecie mi rękojmię?

-  Senior,  jesteśmy  chrześcijanami,  służymy  jednemu  Bogu  i  wszystkich  nas  zarówno  odkupiła  krew
Zbawiciela.

- Masz słuszność, moja córko, polegam na twoim słowie. Pozostań w chacie do rana, poczciwy mój
Pepe, a potem spiesz, gdzie cię wzywa powinność.

Młodzi  małżonkowie,  okazawszy  swą  wdzięczność,  odeszli,  a  że  osada  czółna  zajęta  jeszcze  była
niektórymi  przygotowaniami,  Kolumb  przechadzając  się  z  młodzieńcem  wzdłuż  brzegu  morskiego,
toczył z nim przyjacielską rozmowę.

-  Otóż  widziałeś  próbkę  tych  trudności,  jakie  od  lat  kilkunastu  przychodzi  mi  pokonywać,  rzekł
odkrywca  smutnie,  chociaż  bez  cierpkości.  To  zbrodnia  być  ubogim,  być  genueńczykiem,  słowem
takim,  jak  sobie  ludzie  uroili!  Wspomnij  moje  słowo,  hrabio  de  Llera,  przyjdzie  dzień  w  którym
Genua  nie  uzna  się  zniesławiona  imieniem  Krzysztofa  Kolumba,  w  którym  Kastylia  dopominać  się
będzie  udziału  w  mojej  chwale.  Ty  nie  wiesz,  młodzieńcze,  ileś  wyprzedził  drugich  na  drodze

background image

wielkich  czynów  przez  samo  urodzenie  i  dostatki.  Spójrz  na  mnie,  osiwiałego  cierpieniem,  i
wspomnij,  że  rozpoczynam  zaledwie  dzieło  mające  stawić  nazwisko  moje  w  rzędzie  tych,  co  się
dobrze zasłużyli Bogu i ludzkości.

—  Zwykły  to  porządek  rzeczy,  senior.  Ludzie,  których  położenie  społeczne  niższe  jest  od  zasług,
usiłują  wznieść  się  do  stanowiska  jakie  im  przeznaczyła  natura,  podczas  gdy  dziedzice  sławy  i
majątku przodków poprzestają najczęściej na użyciu tych dóbr przypadkowo nabytych. Widzę w tym
tylko słabość człowieka, i w części niesprawiedliwość losu.

—  Masz  słuszność  Luis,  lecz  co  innego  zimno  rozumować,  a  co  innego  znosić  cierpliwie.  Umysł
twój, młodzieńcze, jest szlachetny i szczery; powiedzże mi otwarcie, czy wyżej cenisz Kastylijczyka
od genueńczyka?

—  Nie  zaiste,  jeśli  genueńczyk  nazywa  się  Krzysztof  Kolumb,  a  Kastylijczyk  Luis  de  Bobadilla,
odpowiedział śmiejąc się młodzieniec.

— Ależ Luis, chcę usłyszeć twoje zdanie.

—  Co  robić,  senior  admirale;  ludzie  jednacy  są  zawsze,  w  Hiszpanii,  czy  we  Włoszech,  czy  w
Anglii; podobno wszędzie lepiej oni myślą o sobie niż o sąsiadach.

- Lecz nie uważa się także zdania objawionego z prostotą za unikanie odpowiedzi. My Kastylijczycy
siebie jedynie mamy za wzorowych chrześcijan, a wszystkich innych za grzeszników zatwardziałych.
Ale  też,  na  św.  Jakuba,  wolno  wynosić  się  narodowi  co  wydał  taką  królową  jak  donna  Izabella,  i
taką pannę jak Mercedes de Valverde.

-  Widzę,  żeś  dumny  podwójnie,  raz  jako  poddany,  powtóre  jako  zakochany,  i  poprzestaję  na  tym
oświadczeniu,  choć  ono  nie  zawiera  odpowiedzi  na  moje  zapytanie.  Lecz  chociaż  nie  jestem
Kastylijczykiem,  przyznasz,  iż  żaden  nawet  z  Guzmanów  nie  puścił  się  do  Cipango.  Wiadomo  ci
zresztą,  że  Opatrzność  wybiera  swe  narzędzia  bez  względu  na  urodzenie.  Większa  część  świętych
męczenników wiary pochodziła ze wzgardzonego plemienia Żydów, sam nawet Zbawiciel wyszedł z
jego łona. Zobaczysz młodzieńcze, co powie świat po upływie najdalej trzech miesięcy.

-  Senior  amirale,  jeżeli  prośby  moje  zostaną  wysłuchane,  to  podziwiać  będziemy  bogactwa  wyspy
Cipango,  i  państwa  wielkiego  chana;  w  przeciwnym  razie,  jesteśmy  ludźmi  co  znieść  potrafią  i
zawód w najdroższych nadziejach.

-  Zawodu  wcale  się  nie  obawiam.  Posiadając  słowo  królewskie  i  trzy  okręty,  tak  pewny  jestem
swego, jak rybak płynący z Madery do Lizbony.

—  Nie  wątpię,  że  szczęśliwie  dokonasz  dzieła;  ale  ponieważ  wszystko  w  tym  życiu  podlega
przypadkowi, należałoby może nie być tak pewnym swego.

—  Droga  do  Indii  tak  jasno  przedstawia  się  oku  mojego  ducha,  jak  oku  cielesnemu  to  słońce
zachodzące.  Widzę  ją  od  lat  siedemnastu,  na  kształt  gwiazdy  co  w  trudnej  przyświecała  mi  pracy.
Powinien wszakże myśleć o zawodzie ten, kto tylokrotnie go doznał i najpiękniejsze lata strawił na

background image

złudnych nadziejach.

— Na św. Piotra, mojego patrona, smutny, senior, był twój żywot i ważna obecnie nadeszła w nim
chwila.

—  Nie  znasz  mnie,  Luis,  jeśli  przypuszczasz,  że  mam  jakąkolwiek  wątpliwość.  Dzień  ten  od  lat
kilkunastu najświętszym jest w moim życiu; jakkolwiek bowiem przygotowania do podróży mogą być
niedostateczne, jakkolwiek statki nasze są lekkie i niewielkiego rozmiaru, to przecież za ich pomocą
stanie się światło nad ziemią i Kastylia wzniesie się ponad wszystkie narody chrześcijańskie.

— Przykro ci pewnie, mój mistrzu, że twoja ojczyzna, Genua, nie zbierze spodziewanych z naszego
przedsięwzięcia korzyści.

—  Słusznie  mówisz,  młodzieńcze;  boleśnie  jest  rzucić  ziemię  rodzinną  i  szukać  pomocy  u  obcych,
chociaż  my  marynarze  nie  tyle  tęsknimy  za  krajem,  co  podróżnicy  ze  stałego  lądu.  Ale  Genua
odrzuciła  me  usługi;  jeśli  dziecię  kochać  i  szanować  powinno  rodzica,  ten  za  to  jest  w  obowiązku
udzielenia mu opieki. Każda powinność ma swoje granice, z wyjątkiem tylko powinności względem
Boga,  od  których  nic  uwolnić  nas  nie  może.  Genua  okazała  się  dla  mnie  macochą  i  tym  samym
straciła prawo do mojej osoby. Zresztą gdy chodzi o sławę Bożą, nie należy wybrzydzać w środkach.
Odtąd donna Izabella jest prawą władczynią moją, której wyłącznie, po Bogu, poświęcę życie.

W tej chwili oznajmiono admirałowi, że czółno gotowe, i dwaj towarzysze niezwłocznie puścili się
na morze.

Potrzeba  było  niezłomnej  odwagi,  absolutnego  przekonania,  aby  nie  upaść  na  duchu,  przy  środkach
tak  mało  odpowiednich  do  tej  pełnej  niebezpieczeństw  podróży.  Wspomnieliśmy  już  nazwy  trzech
okrętów,  składających  wyprawę:  „Santa  Maria",  „Pinta"  i  „Nina";  pora  powiedzieć  jeszcze  o
szczegółach  budowy  tych  statków,  a  szczególnie  pierwszego  z  nich,  przeznaczonego  dla  Kolumba  i
młodego Bobadilla.

Okręt  admiralski  „Santa  Maria",  znacznie  większy  od  innych,  urządzony  był  dosyć  starannie,  przez
wzgląd  na  dostojeństwo  Kolumba.  Chociaż  jednak  opatrzony  pokładem  i  porządną  kajutą,  o  wiele
ustępował w lekkości i wdzięku teraźniejszym statkom przewozowym.

Tylko  jego  część  zwana  kasztelem,  podobna  była  do  baszty  sterczącej  nad  wodą;  a  przód,
nadzwyczajnie  szeroki,  równał  się  prawie  jednej  trzeciej  długości  pokładu.  Kto  nie  zna  kształtu
okrętów  przed  wiekiem  jeszcze  w  Europie  używanych,  temu  pojąć  trudno,  by  one  żeglować  mogły
bezpiecznie,  wznosząc  się  tak  wysoko  nad  wodą.  Wątpliwość  tę  usuwa  jedynie  uwaga,  że  statki
ówczesne głęboko się zanurzały, że maszty ich były niższe, korpus krótszy, a żagle i linowanie nie tak
ciężkie jak obecnie.

„Pinta"  i  „Nina"  nie  miały  pokładów;  w  epoce  bowiem,  kiedy  podróże  morskie  odbywano  zawsze
prawie  wzdłuż  brzegów,  marynarze  chronili  się  zwykle  przed  burzą  do  najbliższego  portu;  z  tego
więc  powodu  pokłady  nie  tyle  były  potrzebne  dla  bezpieczeństwa  statku  i  ładunku,  co  dla  wygody.
Nie należy wszakże wyobrażać sobie, że te statki nie miały żadnego pokrycia owszem tylną ich część
łączyło zwykle z przednią przejście ha kształt pomostu lub przynajmniej zasłona z płótna nasączonego

background image

smołą.

Po takim opisie statków oddanych pod rozkazy Kolumba przyznać należy, że jeśli ogół podkreślał ich
niedostateczność to zdaniem doświadczonych żeglarzy, nie były one odpowiednie wielkiemu zadaniu,
którego spełnienie od nich zależało w dużej mierze.

 

ROZDZIAŁ XIV

Kolumb, zaledwie przybył na pokład „Santa Marii", udał się do swej kajuty; Luis tego wieczoru nie
miał  już  sposobności  pomówienia  z  mistrzem.  Wprawdzie  młodzian  jako  sekretarz,  mieszkał  w
jednej kajucie z admirałem, lecz nie chcąc przeszkadzać mu w pracy, przechadzał się do północy po
pokładzie,  marząc  jednak  zwykle  o  Mercedes  de  Valverde.  Gdy  wreszcie  wszedł  do  kajuty,  zastał
Kolumba śpiącego.

Nazajutrz  ostatecznie  rozwinąć  miano  żagle,  a  nawiasem  mówiąc,  był  to  właśnie  piątek  uznawany
przez  marynarzy  jako  dzień  feralny,  rozpoczęto  podróż  najśmielszą  i  najszczęśliwszą  ze  wszystkich
jakie kiedykolwiek odbyto na ziemi.

Luis  był  jednym  z  pierwszych  na  pokładzie,  a  zastał  już  Kolumba  zajętego  wydawaniem  rozkazów.
Skoro  admirał,  czyli  don  Christoval,  jak  go  nazywali  majtkowie,  spostrzegł  młodzieńca,  przywołał
go  do  siebie.  Mimo  że  środki  wyprawy  ustępowały  siłą  jednej  szalupie  wojennej  dzisiejszego
uzbrojenia,  to  imię  królowej,  powaga  osobista  odkrywcy  i  wreszcie  cel  tajemniczy,  otoczyły  ją
znaczeniem  nierównie  wyższym  niż  środki  materialne.  Przywykły  do  panowania  nad  burzliwymi
namiętnościami  Kolumb  przekonany  był  o  potrzebie  wpojenia  w  swych  towarzyszy  głębokiego  dla
siebie  poważania;  unikał  więc  wszelkiej  poufałości  z  podwładnymi,  używając  najczęściej  za
pośredników, w swoich z nimi stosunkach, braci Pinzon. Długoletnie doświadczenie nauczyło go, że
tylko najsurowsze przestrzeganie form zewnętrznych utrzymać może w karbach posłuszeństwa garstkę
ludzi  rzuconą  w  ciasną  przestrzeń  okrętu,  i  dlatego  ustalił  ścisłe  zasady  etykiety  względem  swej
osoby.

-  Zostaniesz  przy  mnie,  senior  Gutierrez,  rzekł  admirał,  używając  zmyślonego  nazwiska,  które  Luis
udawał, że kryje pod imieniem Pedro de Munoz; wiedział bowiem, iż na okręcie zawsze się znajdą
podsłuchujący, a zależało mu na tym, aby młodzian uchodził za pokojowca królewskiego; zostaniesz
przy mnie, bo tu nasze miejsce, dopóki Opatrzność nie pozwoli nam dzieła dopełnić. Oto droga jaką
przebyć zamyślam po niezmierzonym oceanie.

To  mówiąc  Kolumb  wskazał  na  mapę,  którą  trzymał  przed  sobą,  kreśląc  na  niej  palcem  linię  w
kierunku  zachodnim.  Była  to  mapa  znanego  wówczas  świata.  Europa  miała  na  niej  kształt  mniej
więcej zbliżony do prawdziwego; na południe ląd jakiś wybiegał aż po Gwineę, niżej zaś wszystko
było już ziemią nieznaną. Wyspy Kanaryjskie i Azorskie właściwe zajmowały położenie, lecz stronę
zachodnią  Atlantyku  ograniczało  urojone  pobrzeże  Indii  oraz  wyspa  Cipango,  czyli  Japonia  i
archipelag  opisany  przez  Marco  Polo.  Szczęśliwym  błędem  Cipango  położono  na  mapie  pod
stopniem długości odpowiednim dzisiejszemu Washingtonowi, to jest dwieście mil bliżej na wschód,
i temu to zapewne przypadkowi zawdzięcza ludzkość powodzenie wyprawy Kolumba.

background image

Luis, po raz pierwszy, od czasu jak postanowił uczestniczyć w wyprawie, z ciekawością spojrzał na
mapę.

— Na św. Gennaro z Neapolu! zawołał (było to zwyczajem młodzieńca powtarzać imiona świętych i
wszystkie zaklęcia zwiedzanych przez siebie krajów); wsławimy się tą podróżą, jeśli tylko powrócić
nam się uda.

—  Oto  pytanie,  które  najwięcej  w  tej  chwili  zaprząta  wszystkie  umysły,  odpowiedział  Kolumb;
rzucić tylko okiem na zniechęcone twarze majtków i posłuchaj utyskiwań.

Młodzieniec  na  tę  uwagę  obejrzał  się  wokoło,  i  jego  wzrok  uderzył  obraz  smutny,  choć  ożywiony.
„Nina" pod żaglem trójkątnym była już w ruchu, okrążona czółnami, z których żegnano osadę wśród
oznak najwyższej rozpaczy. „Pinta" tylko co miała podnieść kotwicę, a choć Marcin Alonzo Pinzon
umiał  tu  powściągnąć  głośnie  objawy  boleści,  i  przy  niej  też  uwijały  się  czółna,  jakich  mnóstwo
otoczyło  z  dala  nawet  okręt  admiralski,  chociaż  uszanowanie  dla  Kolumba  nie  dozwalało  im  się
zbliżyć.  Widocznie  ci  biedacy  mniemali,  że  ostatni  raz  widzą  odpływających,  a  tych  znowu  część
większa przygotowana była nie powrócić już do ojczyzny.

-  Czy  nie  widziałeś  gdzieś  Pepa?  zapytał  Kolumb,  przypominając  sobie  zdarzenie  z  młodym
majtkiem. Jeżeli on nie dotrzyma słowa, trzeba nam będzie dobrze pilnować reszty, dopóki tylko jest
jakaś możliwość ucieczki.

-  Skoro  nieobecność  jego  uważałbyś,  admirale,  za  złą  przepowiednię,  to  przeciwnie  obecność
powinna dobrze nam wróżyć. Oto poczciwy Pepe siedzi na rei ponad naszymi głowami, rozpinając
żagiel.

Kolumb spojrzał w górę i dostrzegł młodego marynarza, jak uczepiony na szczycie trójkątnego żagla,
kołysał  się  z  masztem,  rozwiązując  linę  przytrzymującą  zwinięte  płótno.  Pepe,  to  zwracał  oczy  na
admirała, jak gdyby chciał się przekonać, czy zwierzchnik zauważył jego powrót, to w tył się oglądał
za jakimś przedmiotem niewidzialnym.

Powitawszy  skinieniem  młodego  majtka,  admirał  poszedł  z  Luisem  ku  przodowi  okrętu,  aby  się
przekonać  czy  jakie  czółno  ściąga  w  tamtą  stronę  uwagę  Pepa.  Rzeczywiście  ujrzeli  mały  bacik
prowadzony  przez  Monikę,  któremu  pozwolono  zbliżyć  się,  przez  wzgląd  zapewne  na  wioślarkę.
Zaledwie  żona  Pepa  spostrzegła  Kolumba,  gdy  powstawszy  z  siedzenia  wyciągnęła  ku  niemu  ręce,
chcąc,  ale  nie  śmiąc  przemówić.  Widząc  ją  przerażoną  hałaśliwym  zgiełkiem  co  panował  dokoła,
odkrywca pierwszy się do niej odezwał.

— Uważam, rzekł, iż mąż twój umie dotrzymywać słowa. I ty zapewne czujesz teraz, moja córko, że
lepiej jest dopełnić chociażby ciężkiego obowiązku, jak skalać się haniebną ucieczką.

— Odkąd objaśniłeś mnie, senior, względem celu twej wyprawy, rozstaję się z mężem z boleścią, ale
bez  szemrania.  Ubolewam  nad  wczorajszym  swoim  zaślepieniem  i  prosić  będę  Boga,  aby  mężowi
mojemu pozwolił usłużyć świętej sprawie Kościoła.

—  Oto  słowa  godne  żony-chrześcijanki.  Opatrzność  czuwa  nad  nami,  i  twój  Pepe  powróci

background image

szczęśliwy, przyczyniwszy się do wielkiego dzieła.

—  Ale  kiedy,  senior,  kiedy?  zawołała  młoda  niewiasta,  nie  mogąc,  mimo  przybranej  odwagi,
powściągnąć uczucia swego serca.

— Kiedy Bóg zechce, moja droga... zapomniałem jak ci na imię.

—  Monika,  senior  admirale,  a  dziecko  nazywa  się  Juan.  W  żyłach  naszych  nie  ma  ani  kropli  krwi
mauretańskiej; jesteśmy czystej rasy Hiszpanami.

- Będę miał staranie o ojca małego Juana, odpowiedział Kolumb z uśmiechem kryjącym łzę w oku. I
ja także zostawiam w tym kraju drogie dla siebie istoty, a między nimi syna, który nie zna swej matki.
Gdyby  się  nam  przytrafiło  nieszczęście,  Diego  byłby  sierotą,  podczas  gdy  twój  mały  Juan  zostaje
przynajmniej pod macierzystą opieką.

-  Wybacz,  senior,  rzekła  wzruszona  niewiasta;  człowiek  zbyt  często  staje  się  obojętnym  na  cudze
cierpienia, kiedy myśli o swoich. Zabierz mojego męża i niech was Bóg prowadzi!

Wymówiwszy  te  słowa  pożegnalne,  Monika  chwyciła  za  wiosło,  i  czółenko  jej  z  wolna  zaczęło
oddalać  się  ku  brzegowi.  Gdy  Kolumb  spojrzał  za  siebie,  spostrzegł,  że  większa  część  majtków
pozawieszanych na linach i masztach, chciwie nadstawiając ucha byli świadkami toczonej rozmowy.
W tej samej chwili podniesiono kotwicę i okręt „Santa Maria" płynąć zaczął w kierunku wiatru, za
nim  „Pinta"  i  „Nina".  Pierwsze  promienie  wschodzącego  słońca  oświeciły  rozpięte  żagle  trzech
statków,  w  ślad  których  mnóstwo  czółen  puściło  się  aż  do  Saltes.  Stamtąd  już  okręty  ruszyły  bez
przeszkody na niezmierzony Ocean Atlantycki, jakby trzy ciała ożywione, pchnięte ręką przeznaczenia
ku tajemniczemu celowi, którego ani przewidzieć, ani uniknąć, ani przyspieszyć nie zdołają.

Ranek był piękny i wiatr wesoło dął w żagle od brzegu. Wszystko szło najpomyślniej; ale nieznana
przyszłość  trwogą  jakąś  i  posępnością  przejmowała  serca  odpływających.  Wiedziano,  że  admirał
zmierza  ku  Wyspom  Kanaryjskim,  a  w  przekonaniu  wątpiących  od  tego  właśnie  punktu  zacząć  się
miały niebezpieczeństwa podróży, których oni z podobnym wyglądali  uczuciem,  jak  oskarżony  dnia
sądu,  jak  skazany  wykonania  wyroku  lub  grzesznik  śmierci.  Część  wprawdzie  załogi,  nie  poddając
się  tej  słabości,  gotowa  była  na  wszystko;  jednakże  i  najmężniejsi  wahali  się  między  nadzieją  a
obawą.

Podróż  do  Wysp  Kanaryjskich  lub  Azorskich  uważano  wtedy  za  nader  śmiałe  przedsięwzięcie.
Pierwsze  z  nich  znane  już  były  starożytnym.  Juba,  król  mauretański,  opisał  je  pod  nazwą  Wysp
Szczęśliwych.  Dzieło  jego  zginęło,  lecz  dawni  pisarze  poświadczają  prawdziwość  faktu.  Podanie
niesie,  że  w  owej  epoce  Wyspy  Kanaryjskie  zamieszkane  były  przez  ludność  dosyć  oświeconą.  Po
świetnym  Rzymian  panowaniu,  Europę  ogarnęły  ciemnota  i  zacofanie,  zupełnie  o  nich  zapomniano,
dopiero  w  połowie  XIV  wieku  kilku  awanturników  hiszpańskich  na  nowo  je  odkryło.  Później
Portugalczycy jedną z nich objęli w posiadanie, puszczając się stamtąd na wyprawy wzdłuż brzegów
Gwinei.  Hiszpanie,  ukróciwszy"  potęgę  muzułmańską,  zwrócili  także  w  tę  stronę  swą  uwagę  i
obsadzili niektóre wyspy, tak iż w czasach naszego opowiadania cała grupa podzieloną była między
te dwa narody chrześcijańskie.

background image

Luis de Bobadilla, który najwięcej żeglował po morzach północnych i po Śródziemnym, ze słyszenia
tylko  wiedział  o  istnieniu  Wysp  Kanaryjskich;  Kolumb  więc,  stojąc  z  młodzieńcem  na  pokładzie,
wskazywał  mu  ich  kierunek,  tłumacząc  odrębne  cechy  i  rozwodził  się  nad  ich  ważnością,  pod
względem zasobów wewnętrznych, oraz jako miejsca odpływu.

-  Portugalczycy,  rzekł,  wiele  z  tych  wysp  odnoszą  korzyści,  bo  one  wybornym  są  punktem
odpoczynku  dla  nabrania  żywności,  drzewa  i  wody;  dlaczegóż  by  Kastylia  nie  miała  iść  za  ich
przykładem?  Wiesz  jak  daleko  sąsiedzi  nasi  posunęli  się  na  południe  i  jakie  stamtąd  bogactwa
wpłynęły do Lizbony; a jednak to wszystko niczym jest w porównaniu następstw naszej podróży na
zachód.

-  Czy  myślisz  dosięgnąć  państwa  wielkiego  chana,  zapytał  Luis,  nie  płynąc  dalej  na  zachód,  jak
Portugalczycy na południe?

Admirał baczne wkoło rzucił spojrzenie, a widząc, że nikt go nie podsłuchuje, odpowiedział:

- Ty znasz, młodzieńcze, usposobienie towarzyszy. Nawet w pobliżu stałego lądu nie byłbym pewny
ich wierności; bo nic łatwiejszego jak uniknąć w nocy pod jakimkolwiek zmyślonym pozorem.

— Marcin Alonzo, odparł Luis, niezdolny jest dopuścić się tak podłego czynu.

—  Zapewne,  mój  synu,  jeżeli  przypuszczasz,  że  spowodować  go  może  jedno  tylko  tchórzostwo.
Marcin Alonzo jest zręcznym i nieustraszonym żeglarzem, którego dobre chęci są dla nas pożądane.
Lecz  oko  jego  nie  zawsze  może  czuwać,  a  żadna  w  świecie  nauka  nie  powściągnie  wściekłości
rozhukanych  rokoszan.  Nie  ręczę  nawet  za  załogę  swojego  okrętu,  dopóki  mieć  jeszcze  będzie
nadzieję łatwego powrotu na przypadek podniesienia buntu, a tym bardziej za ludzi nie zostających
pod bezpośrednim moim nadzorem. Gdybym na twoje zapytanie odpowiedział publicznie, strwożeni
marynarze  już  teraz  może  odmówiliby  posłuszeństwa,  bo  trzeba  ci  wiedzieć,  że  podróż  nasza
nieskończenie dłuższą będzie od wszystkich, jakie kiedykolwiek odbyto na ziemi.

— A jednak, mistrzu, przedsiębierzesz ją z takim zaufaniem?

— Znasz moje myśli. Śmieję się z podobnie niedorzecznych obaw jak ta, że spuściwszy się na dół,
nie będziemy potem mogli wdrapać się pod górę, lub że spadniemy z brzegu ziemi; i ty zapewne już
takowych nie podzielasz.

—  Na  św.  Jago!  Wyobrażenia  moje  w  tym  względzie  bardzo  są  niejasne.  Prawda  żem  nigdy  nie
słyszał,  aby  kto  z  ziemi  zleciał  w  powietrze,  i  nie  przypuszczam,  by  to  przytrafić  się  miało  naszym
okrętom; lecz z drugiej strony dotychczas teoria tylko przemawia za zdaniem, że ziemia jest okrągła i
że płynąc na zachód, dostać się można na wschód. Jestem więc neutralny, ale chociażbyś posterował
prosto na księżyc, Luis de Bobadilla zawsze będzie przy twoim boku.

-  Młody  wietrzniku!  udajesz  nieświadomego  więcej,  aniżeli  nim  jesteś  w  istocie.  Później  może
rozwinę przed tobą szczegółowo swoje plany; dziś skończmy na tym rozmowę.

O godzinie siódmej rano okręty minęły skały Saltes, a koło południa podróżnicy nie stracili jeszcze z

background image

oczu  ojczystego  wybrzeża.  Ówczesne  statki  mało  zwykle  rozpinały  żagli,  toteż  największą  wtedy
szybkością, przy pomyślnym wietrze, były trzy mile angielskie na godzinę.

Tak  więc  w  tej  słynnej  podróży  słońce  po  raz  pierwszy  zapadło  w  morze,  gdy  wyprawa,  dążąc  w
kierunku  południowym,  odbyła  zaledwie  pięćdziesiąt  mil  angielskich.  Palos  zupełnie  już  znikło  w
mglistych  falach  oceanu,  a  że  wybrzeże  wybiegało  na  wschód,  wprawne  więc  tylko  oko  starych
marynarzy rozróżnić mogło wierzchołki gór sewilskich. Kolumb z Luisem znajdowali się jeszcze na
tylnej części okrętu, śledząc w milczącej zadumie ostatnie zarysy stałego lądu, Hiszpanii; nieopodal
dwaj majtkowie zajmowali się spojeniem zerwanej liny.

— Patrz na to słońce, co się nurza w niezmiernym oceanie, senior Gutierrez, rzekł admirał, używając
zawsze przy innych, jednego ze zmyślonych nazwisk młodzieńca. W codziennym obiegu jego znajduję
dowód kulistości ziemi i potwierdzenie teorii mojej, że płynąc na zachód dosięgnąć można Indii.

—  Gotów  jestem  zawsze  uznać  mądrość  twych  pomysłów  i  zasadność  twych  nadziei,  senior
admirale,  odrzekł  Luis,  nie  spostrzegłszy  zrazu  dwóch  majtków;  ale  wyznać  powinienem,  że  nie
pojmuję związku między słońcem a obraną przez nas drogą. Wiemy, że gwiazda dzienna nieustannie
przebiega niebo, że rankiem powstaje z morza, by wieczorem powrócić w faliste swe łoże, lecz ma
to miejsce równie na brzegach Kastylii, jak w Indiach i wszędzie; zdaje mi się, że nic nie dowodzi
ani za, ani przeciw twojemu przekonaniu.

Na te słowa majtkowie z ciekawością zwrócili oczy na admirała, oczekując jego odpowiedzi. Luis w
jednym z nich poznał Pepa, drugi był typem wytrawnego marynarza, prawdziwym wilkiem morskim,
co  w  języku  żeglarzy  znaczy  człowieka  tak  zrośniętego  ze  swym  zawodem,  że  cała  jego
powierzchowność,  umysł,  a  nawet  mowa  odrębnej  nabierają  cechy.  Majtek  ten  miał  około  lat
pięćdziesięciu:  niski,  krępy,  w  niezgrabnych  rysach  twarzy  łączył  ową  mieszaninę  dzikości  z
pojętnością,  tak  często  napotykaną  u  ludzi  przywykłych  do  życia  zmysłowego.  Kolumb  na  pierwsze
spojrzenie widział, że ma przed sobą doświadczonego gracza.

- Niepodobna, odrzekł admirał, aby słońce, któremu mądrość Stwórcy krążyć kazała wkoło ziemi, na
próżno  w  nocy  roztaczało  swe  promienie.  Jakoż  wiemy  z  doświadczenia,  że  zmiany  dnia  i  nocy
posuwają  się  ku  zachodowi,  aż  po  krańce  znajomej  nam  ziemi;  wnoszę  więc  z  tego,  iż  gwiazda
dzienna nieustannie obdarza ludzi swym ciepłem i światłem, i w miarę jak znika w jednym punkcie
globu, zjawia się w drugim. Tarcza słoneczna, gdy u nas zapadnie, jest jeszcze widzialna na Wyspach
Azorskich,  i  w  Smyrnie;  a  wyspy  greckie  ujrzą  ją  nazajutrz  o  godzinę  od  nas  wcześniej.  Przyroda
żadnej siły nie marnuje bezużytecznie; przekonany jestem, że ognista kula, co niedawno opuściła nasz
widnokrąg, przyświeca Indiom, podczas gdy tutaj panuje ciemność, i stamtąd, postępując w kierunku
wschodnim, przez stały ląd Azji powraca w nasze strony. Słowem, senior Pedro, ten ruch jaki słońce
z  zadziwiającą  szybkością  odbywa  po  niebie,  my  skromniej  naśladować  go  zamierzamy  po  ziemi.
Dajcie mi czas ku temu potrzebny, a wypłynąwszy na zachód, powrócę z wami przez kraj Tatarów i
Persów.

- Pomyślność zatem wyprawy naszej zależy od kulistości ziemi?

-  Tak  jest,  senior  de  Munoz,  i  bardzo  bym  nad  tym  ubolewał  gdyby  ktokolwiek  z  mych  ludzi
odmiennego był zdania. Ot! Dwóch marynarzy wysłuchało naszej rozmowy; zapytam ich co myślą w

background image

tym  przedmiocie.  Jeżeli  się  nie  mylę,  mój  młody  przyjacielu,  jesteś  majtkiem  z  którym  wczoraj
rozmawiałem na brzegu i nazywasz się Pepe.

— Senior admirale, wasza ekscelencja niezasłużoną pamięcią zaszczyca biednego człowieka.

—  Biednego,  ale  dodaj  poczciwego.  Pewny  jestem,  że  cokolwiek  wypadnie,  liczyć  mogę  na  twą
wierność.

— Wasza ekscelencja nie tylko jako admirał może mną rozporządzać, lecz nadto, zjednawszy sobie
Monikę, zyskałeś tym przychylność jej męża.

—  Dziękuję  ci,  mój  dobry  Pepe,  odpowiedział  Kolumb.  A  ty  kochanku,  dodał,  zwracając  się  do
drugiego marynarza; wyglądasz mi na zucha, co nie ulęknie się wody zmąconej. Jakże się nazywasz?

—  Senior  admirale,  rzekł  majtek,  śmiało  patrząc  na  zwierzchnika;  koledzy  zwykle  wołają  na  mnie
Sancho,  a  czasem  przez  grzeczność  dodają  Mundo;  co  razem  złożone  daje  Sancho  Mundo,  jako
nazwisko nikczemnej figury, którą widzisz przed sobą.

— Mundo, świat, to szumne bardzo nazwisko dla biednego marynarza, wtrącił admirał z uśmiechem;
gdyż jako znawca ludzi pojmował, że jeśli zbyt wielka poufałość uwłacza godności przełożonego, to
z drugiej niejakie pobłażanie jedna mu serca podwładnych.

- Ekscelencjo, powiadam zawsze kolegom, że Mundo to mój tytuł, a imię, tytuł nierównie wyższy od
królewskiego, bo mocarze tej ziemi w części tylko posiadają, co do mnie należy całkowicie.

- Czy z ojca masz to nazwisko, czy też przybrałeś je, aby zabłysnąć dowcipem przy zdarzającej się
sposobności?

-  Nie  znam  nazwiska  swych  rodziców,  senior  admirale.  Znaleziono  mnie  podrzuconego  w  koszyku,
przy drzwiach warsztatu okrętowego niedaleko...

- Mniejsza o miejsce, przyjacielu Sancho, dosyć że znaleziono cię w koszyku, zamiast w kolebce.

- Nie chciałbym, wasza ekscelencjo, aby świat kiedyś spierał się o miejsce mojego urodzenia; choć
wreszcie,  kiedy  kto  nie  wie  gdzie  idzie,  a  my  podobno  wszyscy  jesteśmy  w  tym  położeniu, nie
potrzeba mu też wiadomości skąd przyszedł.

- Czy dawno służysz, mój poczciwy Mundo?

-  Tak  dawno,  senior,  że  na  lądzie  ściska  mi  się  oddech  i  tracę  apetyt.  Znalezionym  będąc  przy
warsztacie okrętowym, sam nie wiem, kiedy i jakim sposobem znalazłem się na morzu i od tego czasu
co wpłynę gdzie do portu, to czym prędzej z niego umykam.

- A jakimże trafem wziąłeś udział w tej wyprawie.

- Władza miejscowa w Moguer wcieliła mnie do niej z rozkazu królowej. Sądzono zapewnię, że ta
podróż nad wszystkie inne przypadnie mi do smaku, bo jak się zdaje będzie ona bez końca.

background image

— Więc przymuszono cię do służby?

— Nie ze wszystkim, senior admirale. Wszak każdy człowiek życzy sobie choć raz w życiu obejrzeć
wszystkie swe posiadłości. Powiadano mi, że płyniemy na drugi koniec świata, więc zaciągnąłem się
z ochotą.

—  Jesteś  chrześcijaninem,  Sancho,  i  pragniesz  niezawodnie  upowszechnienia  naszej  wiary  między
poganami?

— Senior admirale, mało mnie obchodzi ładunek, byle tylko nie przyszło za wiele pompować i byle
starczyło dobrego trunku. Co się tyczy mojego chrześcijaństwa, musiałbym o to zapytać tych co mnie
znaleźli  w  koszyku.  Wiem,  senior,  że  Pepe  jest  chrześcijaninem,  bom  go  widział  w  ręku  księży,  a
może który staruszek w Moguer będzie mógł to samo powiedzieć o mnie. W każdym razie, szlachetny
admirale, nie jestem żydem ani muzułmaninem.

- Uważam cię, mój Sancho, za biegłego i nieustraszonego marynarza.

-  O  tym,  senior,  niech  świadczą  drudzy.  Jak  przyjdzie  spotkać  się  z  burzą,  sam  się  przekonasz  czy
mnie zbywa na tych przymiotach.

- Dobrze więc, odtąd obydwóch was zaliczam do rzędu najwierniejszych swoich towarzyszy.

Rzekłszy te słowa Kolumb oddalił się i niezadługo z Luisem wszedł do kajuty. Przytoczona rozmowa,
jak  przewidział  odkrywca,  zyskała  mu  rzeczywiście  serca  dwóch  marynarzy,  a  sprzymierzeniec  tak
bystrego  umysłu  i  śmiałej  mowy,  jak  Sancho  Mundo;  bardzo  dla  niego  był  pożądany.  Jakże  często
największe przedsięwzięcia zależą od rzeczy na pozór drobnych. Tym razem odkrycie drugiej świata
połowy zależeć może będzie od humoru podrzutka Sancho.

 

ROZDZIAŁ XV

Przy  pomyślnym  wietrze  trzy  statki  posuwały  się  szybko  w  kierunku  Wysp  Kanaryjskich.  W
poniedziałek,  szóstego  sierpnia  rano,  Kolumb  na  tylnym  pokładzie  rozmawiał  wesoło  z  Luisem  i
kilku  towarzyszami,  gdy  nagle  „Pinta"  zwinęła  żagle  i  zwróciła  się  przeciw  wiatrowi.  Ten
niespodziewany  ruch  domyślać  się  kazał  jakiegoś  wypadku,  więc  okręt  admiralski  podpłynął,  dla
zasięgnięcia wiadomości.

— I cóż, don Marcinie Alonzo! krzyknął Kolumb przez trąbę, dlaczego zatrzymałeś się w biegu?

— Nasz ster uszkodzony, senior; czekać muszę póki go nie naprawią.

Kolumb  zachmurzył  się,  i  poleciwszy  Marcinowi  Alonzo  największy  pośpiech,  zaczął  wielkimi
krokami przemierzać pokład. Załoga, widząc admirała zmartwionym, usunęła się, zostawiając go sam
na sam z mniemanym pokojowcem króla.

— Spodziewam się, senior, że to małe uszkodzenie nie opóźni naszej podróży, rzekł Luis po chwili

background image

milczenia. Marcin Alonzo jest dzielnym marynarzem, zaradzi więc złemu tymczasowo, a na Wyspach
Kanaryjskich gruntownie wszystko się naprawi.

-  Prawdę  mówisz,  Luis,  nie  trzeba  tracić  nadziei.  Ale  obawa  moja  z  innego  wypływa  źródła.
Wiadomo  ci,  że  „Pinta"  została  zabrana  z  polecenia  królowej,  na  rzecz  owej  kary  wymierzonej
przeciw mieszkańcom Palos i wbrew życzeniu jej posiadaczy. Otóż właściciele tego statku, Gomez
Rascon  i  Christoval  Quintero,  znajdują  się  na  pokładzie  i  pewny  niemal  jestem,  iż  rozmyślnie
spowodowali ten wypadek.

- Na św. Jago, senior, mam wyborne na to lekarstwo. Pozwól mi udać się do tych panów, a powiem
im, że jeśli raz jeszcze ster się popsuje, jednego powiesić każesz na maszcie, a drugiego wrzucić w
morze.

-  Tylko  w  ważnych  zdarzeniach,  mój  synu,  użyć  można  podobnej  surowości,  i  to  posiadając  jawne
dowody zdrady. Wolę na Wyspach Kanaryjskich o inny postarać się statek, bo przewiduję, że trudno
nam będzie uniknąć podstępu tych ludzi, dopóki zupełnie się ich nie pozbędziemy. Niepodobna przy
tak  wzburzonym  morzu  powierzyć  się  szalupie,  inaczej  sprawdziłbym  osobiście  to  zdarzenie.
Zaufajmy jednak biegłości Marcina Alonzo.

W parę godzin później okręty były już w ruchu i mimo zwłoki około siedemdziesięciu mil morskich
odbyto przez jedną dobę. Lecz wkrótce ster „Pinty" powtórnemu uległ uszkodzeniu. Admirał, widząc
w tym dowód zdrady, postanowił usunąć niechętnych, jeśli tylko na wyspach znajdzie się inny statek.

Nazajutrz rano trzy okręty zbliżyły się do siebie na odległość głosu ludzkiego i miała miejsce narada,
z której można było powziąć wyobrażenie o wiadomościach żeglarskich dowódców.

W  owym  czasie  narzędzia  żeglugi  bardzo  jeszcze  były  niedokładne;  wprawdzie  od  wieku  przeszło
używano busoli, lecz nie znano jej zboczeń, tak ważnych przecież w dalekich podróżach. Marynarze
rzadko  na  otwarte  puszczali  się  morze,  a  położenie  okrętu  obliczali  podług  gwiazd  bardziej,  niż
podług  rachunku.  Jeden  tylko  Kolumb  stanowił  uderzający  wyjątek,  bo  zgłębił  dokładnie  wszystkie
tajniki nauki, wyprzedzając tym nieskończenie współczesnych.

Towarzysze  wyprawy  przekonali  się  wtedy,  iż  sam  tylko  admirał  oznaczyć  umie  prawdziwe
położenie  okrętów.  Jakoż  niezadługo  zjawienie  się  na  widnokręgu  cyplów  kanaryjskich  w  stronie
południowo-wschodniej potwierdziło jego zdanie. Że jednak na morzu góry widziane są w wielkiej
odległości,  a  przy  tym  wiatr  nieco  się  obrócił,  dosięgnięto  Teneryfy  dopiero  we  czwartek  ósmego
sierpnia, czyli w sześć dni po opuszczeniu Palos.

Wysiadłszy na ląd, Kolumb zajął się natychmiast poszukiwaniem innego statku, lecz nie znalazłszy go
na  miejscu,  popłynął  do  Gomery.  I  tam  starania  jego  były  daremne;  powrócił  więc  do  Teneryfy,  i
zabrawszy naprawiony okręt „Pinta", udał się znów do Gomery, skąd ruszyć miano już w ostateczną
drogę.

Tymczasem  między  majtkami  pojawiać  się  zaczęły  znaki  skrytego  niezadowolenia.  W  drodze  z
Teneryfy do Gomery Kolumb z Luisem i kilku oficerami znajdowali się na pokładzie, W tylnej części
okrętu, gdy rozmowa kilkunastu ludzi, zgromadzonych około wielkiego masztu, zwróciła jego uwagę.

background image

Noc była ciemna i dosyć spokojna; głos rozmawiających, jakkolwiek stłumiony, rozchodził się dalej,
niż sobie tego życzyli.

- Mówię ci, Pepe, rzekł jeden z najgorętszych mówców, że przyszłość nasza ciemniejsza jest od tej
nocy.  Czy  słyszał  kto  kiedy  o  lądzie  poza  Wyspami  Azorskimi?  Czyż  nie  wiemy,  że  Opatrzność
otoczyła  ziemię  wodą,  rzucając  tu  i  ówdzie  gromady  wysp,  jako  punkty  oparcia  dla  marynarzy,  a
wszystko to opasując niezmierzonym oceanem, zapewne dla położenia granic zuchwałej ciekawości
człowieka?

-  To  prawda,  Pero,  odpowiedział  Pepe;  ale  Monika wierzy, iż  admirał  zesłany  jest  przez  Boga  dla
rozszerzenia religii chrześcijańskiej.

—  Ej,  twoja  Monika  powinna  by  zająć  miejsce  donny  Izabelli,  jeśli  jest  tak  mądra  i
wszystkowiedząca.  W  Moguer  powiadają,  że  ona  jest  twoją  królową,  i  że  chciałaby  rządzić
wszystkimi, jak panuje nad tobą.

—  Nie  dotykaj  matki  mojego  syna,  przerwał  mu  gniewnie  Pepe.  Umiem  znieść  docinki  przeciw
sobie, ale wara temu, kto śmie źle mówić o Monice.

— Tęgi z ciebie gębacz, Pero, gdy się znajdujesz o sto mil od swojej połowicy, odezwał i się gruby
głos Sancho Munda, ale wiadomo nam wszystkim kto w twojej chałupie rej wodzi, i że u siebie w
domu  jesteś  pokorny  jak  harpunowy  wieloryb.  Dosyć  o  tym,  pomówmy  raczej  o  sprawach
żeglarskich,  a  ty,  zamiast  obarczać  pytaniami  tak  niedoświadczonego  młodzieńca  jak  Pepe,  spróbuj
się lepiej ze mną na języki.

— A  więc  cóż  mi  powiesz  o  tej  ziemi  nieznanej,  leżącej  poza  oceanami,  której  nikt  nie  zwiedził  i
prawdopodobnie nie zwiedzi?

—  Powiem  ci,  gaduło,  że  był  czas,  gdy  nie  znano  Wysp  Kanaryjskich,  gdy  nasi  żeglarze  nie  śmieli
wypływać z cieśniny, gdy Portugalczycy nie domyślali się nawet istnienia owych kopalń w Gwinei,
co tyle ich dziś bogacą.

— I cóż Gwinea może mieć wspólnego z naszą podróżą na zachód? Cały świat wie o tym od dawna,
iż  na  południu  Europy  rozciąga  się  Afryka;  nic  więc  dziwnego,  że  wylądowano  w  kraju,  którego
istnienie żadnej nie podlegało wątpliwości. Ale skąd pewność, iż z tamtej strony oceanu napotkamy
stały ląd?

- Dzielnie, Pero! rzekł jeden z majtków, Sancho dobrze się poskrobie, zanim odpowiedzieć zdoła na
twój zarzut.

-  Zapewne,  odrzekł  Sancho  obojętnie,  babie  co  miele  językiem  tylko  dla  zabawy,  przyszłoby  to  z
trudnością, lecz admirał nasz śmieje się z tak błahych zarzutów. Posłuchaj mnie, Pero, bo gadasz jak
człowiek  co  tyle  razy  odbył  drogę  z  Palos  do  Moguer,  że  całkiem  zapomniał  o  wielkim  trakcie
między  Sewillą  a  Grenadą.  Każda  rzecz  musi  mieć  swój  początek,  a  podróż  nasza  będzie  właśnie
początkiem  wypraw  do  Indii.  Płyniemy  na  zachód,  gdyż  to  jest  droga  najkrótsza,  a  nawet  jedyna,
którą udać się można. Powiedzcie koledzy, czy jakikolwiek statek może przebyć góry i doliny stałego

background image

lądu?

Sancho czekał odpowiedzi, która naturalnie była przecząca.

-  Spójrzcie  też  na  mapę  admirała,  a  zobaczycie,  iż  po  każdej  stronie  Atlantyku,  od  bieguna  do
bieguna, rozciągają się ziemie tamujące żeglugę w innym kierunku niż zachodni; dowodzenie przeto
Pera sprzeciwia się naturze.

Pero miał coś odpowiedzieć, gdy okrzyk trwogi przebiegł po tłumie zgromadzonych. Skalisty cypel
około Teneryfy, odrzynający się w niewyraźnych zarysach na tle ciemnego widnokręgu, buchnął nagle
płomieniem, rzucając ponure światło na wierzchołki przyległych gór. Majtkowie wszyscy przeżegnali
się mimowolnie, a kilku z nich, padłszy na kolana, zaczęło odmawiać różaniec. Obudzono śpiących i
postanowiono zwrócić na to zjawisko uwagę admirała. Pero obrany został mówcą.

Kolumb, znajdujący się wtedy w małym gronie oficerów w tylnej części okrętu, spostrzegł również
niespodziewany wybuch cypla. Grono otaczających go osób, zbyt światłe, by trwożyć się miało tym
widokiem, śledziło przebieg zjawiska z natężoną ciekawością, gdy Pero zbliżył się w towarzystwie
całej prawie załogi. Nakazawszy towarzyszom milczenie, przystąpił zaraz do rzeczy.

—  Senior  admirale,  rzekł,  przyszliśmy  prosić  waszą  ekscelencję,  abyś  rzucił  okiem  na  szczyt
Teneryfy, który naszym zdaniem, w tej chwili daje nam uroczystą przestrogę, iż nie należy gwałtem
wdzierać się w tajemnicze strony. Gdy góry zioną ogniem, wtedy człowiek czuje swą słabość i korzy
się przed potęgą Stwórcy.

— Czy jest między wami taki, co był na Morzu Śródziemnym i widział wyspy należące do małżonka
naszej królowej, don Ferdynanda? zapytał spokojnie Kolumb.

-  Ja  byłem,  senior,  zawołał  z  żywością  Sancho,  zwiedziłem  Cypr  i Aleksandrię,  a  nawet  Stambuł,
stolicę Turków.

- A  więc  znasz  zapewnię  i  Etnę,  co  bezustannie  prawie  wyrzuca  płomienie  wśród  okolic  bogatych
jednak  w  skarby  przyrody?  Kolumb  starał  się  następnie  wytłumaczyć  swym  ludziom  przyczynę
wybuchów  wulkanicznych,  wkładając  na  oficerów  obowiązek  poparcia  jego  krótkich  objaśnień
bliższymi  szczegółami.  W  końcu  dodał,  że  jeśli  majtkowie  chcą  koniecznie  w  tym  zjawisku
upatrywać przepowiedni, to powinni uważać je za znak, iż Opatrzność sama przyświeca ich podróży.

Oto z jakimi przeszkodami musiał walczyć wielki odkrywca, nawet jeszcze wtedy, gdy po tyloletnich
usiłowaniach  otrzymał  wreszcie  środki,  choć  słabe,  do  dokonania  przedsięwzięcia,  co  miało
stanowić przełom w dziejach świata i ludzkości!

Okręty przybyły do Gomery 22 sierpnia i zatrzymały się tam przez kilka dni dla nabrania żywności,
zanim  opuściły  ostatecznie  siedzibę  i  granice  znanego  wówczas  świata.  Przybycie  wyprawy
Kolumba, w epoce kiedy środki komunikacji bardzo były niedokładne, wielkie na wyspach sprawiło
wrażenie. Admirała obsypywano zaszczytami, nie tyle z powodu godności jaką piastowali, ile raczej
dla  wielkości  dzieła,  któremu  przewodniczył.  Mieszkańcy  Wysp  Kanaryjskich  i  Azorskich
powszechnie prawie wierzyli w istnienie lądu na zachodzie, lecz przekonanie ich o tym zupełnie nie

background image

było takie łatwe.

Między  znakomitościami  wyspy  Gomera  pierwsze  miejsce  zajmowała  donna  Inez  Peraza,  matka
hrabiego  Gomera,  otoczona  licznym  gronem  domowników  i  przybyszów  z  sąsiednich  wysp.
Gościnnie  w  swym  domu  podejmując  admirała,  donna  Inez  zapraszała  także  znaczniejszych  jego
podwładnych,  a  między  nimi  Pedra  de  Munoz,  czyli  Pera  Gutierrez,  jak  na  przemian  nazywano
znanego młodzieńca.

—  Rada  jestem,  don  Christoval,  rzekła  pewnego  dnia  donna  Inez  Peraza,  iż  najjaśniejsi  państwo
zezwolili wreszcie na rozwiązanie tej wielkiej zagadki, nie dlatego tylko, że ona zapewnić ma tryumf
religii  chrześcijańskiej  i  przysporzyć  sławy  ojczyźnie,  ale  jeszcze  w  interesie  współobywateli
swoich,  z  których  wielu  na  własne  oczy  widziało  ląd  jakiś  w  stronie  zachodniej,  i  chcieliby  coś
więcej wiedzieć.

— Słyszałem o tym, szlachetna pani, i pragnąłbym dowiedzieć się szczegółów.

— Dobrze więc, senior, jeśli takie jest twoje życzenie, wzywam tu obecnego kawalera Dama, aby ci
opowiedział co wiemy o tym tajemniczym kraju.

—  Najchętniej,  donna  Inez,  odrzekł  zagadnięty  ze  skwapliwością  nierzadką  u  zwolenników  rzeczy
cudownych, gdy mają sposobność dzielić się uwagami o ulubionym przedmiocie. Słyszałeś zapewne,
senior  admirale,  o  wyspie  Saint-Brandan,  położonej  na  osiemdziesiąt  mil  lub  sto  w  kierunku
zachodnim od Ferro, którą widziało tylu żeglarzy, a żaden jej nie dosięgnął.

- Słyszałem o tej wyspie bajecznej, odpowiedział z powagą admirał, lecz pozwól mi zrobić uwagę,
iż nie ma na świecie lądu niedostępnego dla ludzi co go ujrzeli rzeczywiście.

- Ujrzeli niezawodnie, szlachetny admirale, odezwało się razem kilka głosów; wszyscy wiemy, że go
widziano, a niejeden z naszych żeglarzy poświadczy, iż daremnie na nim wylądować usiłował.

- Człowiek, jako istota rozumna, powinien zbadać to co widzi, odparł Kolumb z niezłomną stałością.
Wskażcie mi południk wyspy Saint-Brandan, a po upływie tygodnia wiedzieć będę ile w tym podaniu
jest prawdy.

-  Nie  znam  się  na  południkach,  odpowiedział  senior  Dama,  ale  wierzę  swoim  oczom.  Widziałem
kilkakrotnie  tę  wyspę  przy  zupełnie  pogodnym  niebie,  i  mogłem  dokładnie  rozróżnić  jej  kształty,  a
zarazem jeden byłem świadkiem jak słońce schowało się za jej szczyty.

-  Zdanie  tak  zacnego  męża  zasługuje  na  wiarę,  jednakże  senior,  uważam  to  zjawisko  za  złudzenie
atmosferyczne.

— To niepodobna! zawołało kilku obecnych; tysiąc osób jest corocznie świadkami pojawiania się i
nagłego znikania Saint-Brandan.

—  Otóż  ta  właśnie  okoliczność,  szlachetna  pani  i  czcigodny  kawalerze,  wskazać  wam  powinna,  że
jesteście  w  błędzie.  Wierzchołek  Teneryfy  na  sto  mil  widziany  jest  przez  rok  cały,  wyjąwszy  gdy
mglistość  powietrza  staje  temu  na  zawadzie.  Każdy  kawałek  ziemi  wzniesiony  ręką  Stwórcy

background image

spoczywać  musi  niezmiennie  na  swych  podstawach,  dopóki  go  nie  zwali  gwałtowne  jakie
wstrząśnienie, zesłane również przez Boga.

—  To  wszystko  może  być  prawdą,  senior,  lecz  nie  ma  reguły  bez  wyjątku.  Zrządzenia  Opatrzności
często są tajemnicze, a cele jej dla nas niedostrzegalne. Dlaczegoż na przykład Maurowie tak długo
byli  panami  Hiszpanii?  dlaczego  niewierni  dzierżą  dotąd  grób  Zbawiciela?  dlaczego  władcy  nasi
przez siedem lat odmawiali ci pomocy w tym świętym przedsięwzięciu? Może też to zjawienie się
Saint-Brandan jest zapowiedzią powodzenia twych planów.

Kolumb  był  entuzjastą,  ale  zapał  jego  miał  swe  źródła  w  tajnikach  wiary.  Jak  wszyscy  prawie
współcześni,  wierzył  w  bezpośrednią  skuteczność  pobożnych  ofiar,  pokut  i  modlitw.  Jednak  jego
rozum  odrzucał  pospolite  cuda,  a  chociaż  uważał  się  za  narzędzie  Opatrzności,  nie  przypuszczał
jednak, aby dla jego zachcianki porządek natury miał być przerwany.

— Naprawdę przeświadczony jestem głęboko, że Najwyższa Istota zleciła mi posłannictwo odkrycia
drogi  morskiej  między  Europą  i  Azją,  odrzekł  po  chwili,  lecz  nie  posuwam  zaślepienia  do  tego
stopnia,  abym  wierzył  w  dopuszczenie  cudów  na  mą  korzyść.  Zgodniejsze  podobno  z  naturalnym
biegiem  rzeczy,  a  nawet  pochlebniejsze  dla  mnie,  będzie  przekonanie,  iż  rozporządzam  tymi  tylko
środkami, jakie zapewnia nauka. Długoletnie rozmyślanie nad tym przedmiotem i wielostronna praca
pozwala mi na sprostanie swojemu zadaniu.

- A  towarzysze  twoi,  czy  równie  dobrze  użyli  swojego  czasu?  wtrąciła  donna  Inez,  spoglądając  na
Luisa,  którego  rycerska  i  miła  powierzchowność  powszechnie  się,  zwłaszcza  kobietom,  podobała.
Czy  senior  Gutierrez  trawił  także  bezsenne  noce  na  badaniach  naukowych,  aby  zapewnić  tryumf
Ewangelii?

- Senior Gutierrez jest ochotnikiem; niechże sam wymieni swe pobudki.

-  Więc  będę  go  prosić  o  odpowiedź.  Obecne  tu  damy,  senior,  pragną  dowiedzieć  się,  co  mogło
skłonić do tej wyprawy kawalera, którego powodzenie na dworze donny Izabelli lub wojnie przeciw
Maurom byłoby niezawodne.

-  Wojna  z  Maurami  ukończona,  odrzekł  Luis  z  uśmiechem,  a  donna  Izabella  i  wszystkie  damy  jej
dworu sprzyjają tylko ludziom dbającym o chwałę religii i kraju. Nie jestem filozofem, nie zgłębiłem
żadnej nauki, ale cel naszej podróży jak gwiazda świetna i błyszcząca staje mi przed oczyma i gotów
jestem poświęcić życie, byle go osiągnąć. Wykwintne grono gości donny Inez Peraza głośno objawiło
uznanie,  bo  nic  tak  łatwo  nie  zyskuje  pochwał,  jak  odwaga  wsparta  osobistymi  przymiotami.  Że
Kolumb, weteran morski, skołatany wiekiem, narażał życie, i tak już niedalekiego kresu, dla zbadania
tajemnic  zaatlantyckich,  to  nikogo  nie  dziwiło,  lecz  uwielbiano  poświęcenie  młodziana,  który  los
swój  powierzył  tak  wątpliwemu  przedsięwzięciu.  Luis,  ucieszony  tym  objawem  pochwały,  chciał
jeszcze coś dodać, gdy donna Inez, bardzo nie w porę dla miłości własnej młodzieńca, odezwała się
w te słowa:

—  Jakże  szlachetne  są  te  uczucia,  obok  zamiarów  przypisywanych  młodemu  potomkowi  jednej  z
najpierwszych familii kastylijskich. Korespondenci moi donoszą mi, że i on także podróżuje, ale w
sposób niegodny swojego urodzenia, bezowocnie dla siebie i dla kraju.

background image

—  A  kto  jest  ten  młodzieniec  zbłąkany,  seniora?  zapytał  Luis  bez  namysłu,  nie  przewidując  jaką
usłyszy odpowiedź.

— Imię jego nie jest tajemnicą, bo cały dwór mówi o jego wybrykach; nazywa się Luis de Bobadilla,
hrabia de Llera.

Powiadają,  że  kto  przypadkiem  usłyszy  zdanie  o  sobie,  rzadko  kiedy  będzie  ono  pochlebne.  Luis
sprawdzić  mógł  na  sobie  rzetelność  tego  pewnika.  Krew  uderzyła  mu  do  twarzy  i  największą  siłą
woli powstrzymać zdołał głośny wybuch gniewu, którego początkiem byłoby niezawodnie wezwanie
kilkunastu  świętych,  gdyby  rozwaga  nie  przemogła  uniesienia.  Rozglądając  się  pochmurnie  wokoło
młodzieniec  zdawał  się  szukać  ubliżającego  dla  siebie  uśmiechu.  Na  szczęście  właśnie  Kolumb
zajmującą  rozprawą  o  wyspie  Saint-Brandan  ściągnął  ku  sobie  mężczyzn,  i  Luis  nie  dostrzegł  nic
takiego, co upoważnić by mogło zaczepkę. Powodowana tajemniczym instynktem, co zwykle kieruje
działaniem  młodych  niewiast,  jedna  z  pięknych  towarzyszek  donny  Inez,  sama  o  tym  nie  wiedząc,
rozbroiła naszego młodzieńca.

-  Rzeczywiście,  senioro,  odezwała  się  ładna  obrończyni,  mówią  że  don  Luis  jest  wietrznikiem,  ale
dodają,  że  ma  najlepsze  serce,  że  jest  wspaniałomyślnym,  a  przy  tym  najdzielniejszym  rycerzem
Kastylii, któremu należy się słusznie najpiękniejsza panna tego kraju.

- Próżne nauki księży, próżne przestrogi rodziców, rzekła z uśmiechem donna Inez, młodość zawsze
stawiać  będzie  odwagę  i  świetne  czyny  wyżej  od  skromnych  cnót  chrześcijańskich.  Pokonanie
przeciwnika turnieju, odznaczenie się w boju z niewiernymi, większą w jej oczach jest zasługą, niż
wszelkie pokuty i pacierze.

-  Nie  możemy  wiedzieć,  szlachetna  pani,  czy  kawaler,  o  którym  mowa  unika  pokuty  i  modlitwy
odpowiedział  Luis;  jeżeli  posiada  dobrego  przewodnika  sumienia,  odbywa  niezawodnie  i  jedne  i
drugie. Doniesiono ci także nazwisko jego bogdanki?

— Tak, senior, jest to donna Maria de los Mercedes de Val-verde; bliska krewna Guzmanów i jedna
z najpiękniejszych Hiszpanek.

— A jej cnota dorównuje piękności! zawołał Luis z uniesieniem.

— Czy znasz tak blisko tę dostojną osobę, abyś ocenić mógł jej przymioty?

—  Oceniam  je  ze  słyszenia.  Ale  czy  twój  korespondent,  zacna  pani,  nie  pisuje  co  się  stało  z
przewrotnym jej wielbicielem.

—  Mówią,  że  opuścił  znów  Hiszpanię,  lecz  nie  wiadomo  dokąd  się  udał.  Zapewne  zwyczajem
swoim krąży po morzu, szukając awanturniczych przygód.

Rozmowa zeszła na inny temat, a po jakimś czasie admirał ze swym orszakiem opuścił posiedzenie.

—  Rzeczywiście,  seniorze  Christoval,  rzekł  Luis  idąc  z  Kolumbem  ku  brzegowi,  człowiek  nabiera
sławy nie wiedzieć jakim sposobem. Jeżeli ta wyprawa przyniesie waszej ekscelencji choć połowę
tego rozgłosu, jaki zyskały moje podróże bez celu, to niezawodnie potomność przechowa twoje imię.

background image

— Ludzie z wyższych sfer, odrzekł admirał, opłacać muszą tę daninę opinii publicznej, że każdy ich
postępek bywa roztrząsany.

- I dodaj, senior, że wystawieni są na plotki i obmowę. Zabawna to rzecz w istocie, iż młodzieniec, z
jakim  takim  imieniem,  nie  może  podróżować  dla  własnej  przyjemności,  by  zaraz  kumoszki
kastylijskie  nie  doniosły  o  tym  kumoszkom  Wysp  Kanaryjskich,  zapełniając  swe  listy  pobożnymi
westchnieniami  nad  jego  obłąkaniem.  Na  wszystkich  świętych  męczenników!  gdybym  był  królem,
wydałbym prawo zabraniające rozpisywania się nad czynnościami bliźnich, a szczególnie kobietom.

-  W  takim  razie,  senior  Munoz,  musiałbyś  wyrzec  się  przyjemności  odbierania  listów  kreślonych
piękną rączką donny Mercedes.

-  Mówię  tylko  o  listach  kobiet  do  kobiet,  admirale;  gdyż  pisma  młodych  panienek  do  swych
ulubieńców  uważam  za  bardzo  pożyteczne.  Niech  sobie  pisują  kochanki  do  kochanków,  dzieci  do
rodziców, żony do mężów, ale zasię od plotek kumoszkom; nienawidzę tego rodu potwarczego, jak
szatan nienawidzi naszej wyprawy.

-  W  istocie  nie  ma  on  powodu  życzyć  jej  powodzenia,  bo  chodzi  o  tryumf  religii,  odpowiedział
Kolumb  z  uśmiechem.  Czego  żądasz  mój  przyjacielu?  dodał,  ujrzawszy  Sancho  Munda  stojącego
nieopodal.

- Senior Christoval, chciałbym waszej ekscelencji powiedzieć słów kilka w zaufaniu.

— Mów otwarcie, poczciwy Sancho, ten kawaler należy do moich przyjaciół.

— Nie potrzebuję wspominać tak wielkiemu żeglarzowi o zamiarach i czynach Portugalczyków, bo
wasza ekscelencja znasz je lepiej ode mnie. Ograniczę się więc do ogólnej uwagi, że nasi sąsiedzi,
pragnąc  wszystko  zagarnąć  dla  siebie,  starają  się  wszelkimi  sposobami  przeszkodzić  odkryciom
innych narodów.

— Jan portugalski światłym jest królem i chętnym zawsze do śmiałych przedsięwzięć.

—  Tak  jest,  senior,  a  podobno  i  nasza  wyprawa  trochę  go  obchodzi,  odpowiedział  Sancho  z
przekąsem, dowodzącym, iż więcej wiedział jak mówił.

— Bądź szczerym, Sancho, i spodziewaj się za to nagrody.

— Jeżeli wasza ekscelencja zechce mnie posłuchać, wyznam mu wszystko jak przy konfesjonale.

— A więc do rzeczy!

—  Otóż,  senior  admirale,  trzeba  ci  wiedzieć,  że  przed  jedenastu  laty  odbyłem  podróż  z  Palos  do
Sycylii,  na  statku  należącym  do  Pinzonów,  nie  do  Marcina  Alonzo,  dowodzącego  pod  rozkazami
waszej ekscelencji, tylko do krewniaka nieboszczyka jego ojca, który lepsze budował okręty, jak te
nasze, niedokładnie zabezpieczone, z przegniłymi linami; nie mówiąc już o sposobie jakim żagle...

background image

— Ależ  zapominasz,  kochany  Sancho,  przerwał  zniecierpliwiony  Luis,  że  noc  już  zapada  i  admirał
powrócić chce na okręt.

- Jakże mogę zapomnieć, skoro widzę zachodzące słońce i sam należę do osady szalupy, co odwieźć
ma jego ekscelencję. A więc, wracając do rzeczy, płynąłem z Palos ku Sycylii, a towarzyszem moim
obiadowym  w  tej  podróży  był  niejaki  Jose  Gordo,  rodowity  Portugalczyk,  ale  przenoszący  wina
hiszpańskie  nad  ckliwe  trunki  swego  kraju.  Nie  mogłem  nigdy  zmiarkować  czy  Jose  w  duchu  jest
Portugalczykiem,  czy  Hiszpanem;  tyle  jednak  zauważyłem,  iż  nie  bardzo  gorliwy  z  niego
chrześcijanin.

- Przewiduję, wtrącił Kolumb, że masz przytoczyć jego świadectwo na poparcie jakiejś wiadomości,
i powinienem uprzedzić cię, iż zły chrześcijanin zawsze jest podejrzanym świadkiem.

-  Teraz,  zaiste,  nazwałbym  bluźniercą  każdego,  co  by  zwątpił  o  powodzeniu  waszej  ekscelencji,
kiedy tak umiesz zgadywać cudze myśli. Otóż Jose, dowiedziawszy się, że Sancho Mundo należy do
załogi „Santa Maria", przybył powitać dawnego kolegę.

- Przywołaj go zatem, i niech się dowiem wreszcie o co tu chodzi.

- Chodzi, senior zarazem i o Jana portugalskiego, i Ferdynanda z Aragonii, donnę Izabellę kastylijską,
o waszą ekscelencję, o seniora de Munoz i o mnie samego.

—  Jakaż  dziwna  gmatwanina!  zawołał  Luis,  wsuwając  sztukę  srebra  w  rękę  Sancho  Munda,  może
teraz skrócić zechcesz opowiadanie.

—  Dobrze,  senior,  ale,  prawdę  powiedziawszy,  Jose,  który  jest  tu  niedaleko,  powiedział  mi,  że
wiadomość jego warta dublona.

—  Przyprowadź  go,  rzekł  Kolumb,  a  otrzyma  czego  żąda.  Sancho  usłuchał  rozkazu,  i  po  chwili
powrócił  z  Jose,  a  ten,  odebrawszy  dublona,  opowiedział,  że  wracając  z  Ferro  napotkał  trzy  statki
portugalskie,  krążące  między  wyspami,  których  celem,  jak  powszechnie  mniemano,  było
przeszkodzenie wyprawie kastylijskiej. Ponieważ człowiek ten odwoływał się do świadectwa kilku
podróżnych,  więc  Kolumb  z  Luisem  udali  się  niezwłocznie  do  osób  wskazanych,  a  zdanie  ich  w
zupełności zgodne było z przypuszczeniem majtka.

—  Nowy  kłopot!  rzekł  Kolumb  do  młodzieńca,  gdy  przybyli  na  wybrzeże.  Ci  matacze  portugalscy
mogą nas zatrzymać, albo puścić się w ślad za nami i wydrzeć nam w części owoc tylu trudów.

— Mniemam, odrzekł Luis, iż bandera kastylijską zasłonić nas powinna od napaści.

— Droga moja, niestety, ciężka jest i ciernista, ciągnął dalej odkrywca. Wzywałem kiedyś pomocy
tychże samych Portugalczyków, a propozycje moje przyjęto z urąganiem; potrzebaż aby w chwili, gdy
łaska donny Izabelli zbliżyła mię do celu, oni właśnie otoczyli nas zdradą!

- Szlachetny admirale! walczyć będziemy w potrzebie jako dzielni Kastylijczycy.

-  Zbyt  słabi  jesteśmy,  aby  oprzeć  się  przemocy,  jedna  nadzieja  nasza  w  szybkim  odpłynięciu.

background image

Ruszymy ze wschodem.

- Co do mnie, mam niezachwiane zaufanie w nauce twojej.

- Ja zaś w opiece Boga; spodziewam się, że wszechmocna jego ręka wesprze nasze usiłowania.

Kolumb, nie rozbierając się, chciał odpocząć kilka godzin, aby w każdej potrzebie być na zawołanie.
Znakomity ten człowiek żył w wieku, w którym fałszywa filozofia utwierdzała ludzi w przekonaniu o
nieuchronności losu, nawet i dziś jeszcze, mimo rozwoju wiedzy rzadko kiedy przestała wierzyć w
przeznaczenie.  Można  to  zrozumieć,  bowiem  w  sercu  każdego  człowieka  tajemne  jakieś  uczucie
uznaje  wolę  kierującą  jego  losem.  Zgodnie  ze  swym  zwyczajem  Kolumb,  ukląkłszy,  przed
spoczynkiem zmawiał pacierze, a Luis de Bobadilla poszedł za jego przykładem. Jeżeli prawdziwą
jest uwaga, iż w wieku XV religia zmieszana była z przesądem, to z drugiej strony ileż wtedy pokory
i szczerej pobożności, dziś niestety zatraconej, objawiało się w codziennym życiu.

Razem z brzaskiem admirał i don Luis wyszli na pokład. Tyle razy już opisywano wschód słońca na
morzu,  że  nie  będziemy  tu  powtarzać  aż  nadto  znanych  obrazów,  nadmieńmy  tylko,  iż  Luis,  jako
prawdziwie  zakochany,  w  purpurze  jutrzenki  uwielbiał  tylko  rumieniec  swojej  ulubionej,  podczas
gdy admirał, korzystając z dziennego światła, bystrym okiem spoglądał ku Ferro. Po chwili milczenia
odkrywca rzekł do Luisa:

—  Czy  widzisz  tę  ciemną  bryłę  na  południowym  zachodzie?  To  wyspa  Ferro,  stanowisko
Portugalczyków. Teraz cisza nie pozwala im zbliżyć się do nas; jeżeli wiatr będzie dla nas przyjazny,
unikniemy ich pogoni. Czy spostrzegasz jaki żagiel na morzu?

— Żadnego, senior, chociaż całkiem już widno.

Kolumb  nakazał  obserwować  przestrzeń  aż  do  wyspy,  a  odpowiedź  również  była  zadowalającą.
Wkrótce też dąć zaczął pomyślny wietrzyk; rozpięto żagle i posterowano ku północnemu zachodowi;
admirał bowiem był zdania, że Portugalczycy, nie znając jego zamiarów, dryfują . na południu Ferro.
Flotylla z wolna oddalała się od wyspy, której szczyty już tylko w kształcie niewyraźnego obłoczka
widzialne  były  w  oddali.  Admirał  z  grupą  oficerów  stał  na  tyle  okrętu,  badając  stan  powietrza  i
morza. Powierzchowny nawet obserwator byłby wtedy zauważył uderzającą różnicę w usposobieniu
uczestników  podróży.  W  orszaku  Kolumba  wszystko  tchnęło  nadzieją  i  radością;  nie  myślano  o
przyszłych  niebezpieczeństwach,  tylko  się  cieszono  uniknięciem  obecnego.  Sterników,  jak  zwykle,
podtrzymywał  stoicyzm  marynarski,  ale  majtkowie,  w  posępnym  milczeniu  zgromadzeni  na
pokładzie, wlepiali tęskne spojrzenia w ostatni skrawek znanego wówczas lądu, co już się nurzał w
falach Atlantyku. Kolumb zbliżył się do Luisa, i dotknąwszy ręką ramienia młodzieńca, obudził go z
marzeń, w jakich był zatopiony.

- Wątpię, rzekł, aby senior de Munoz podzielał uczucia tych prostaków. Człowiek światły powinien
być  przykładem  dla  drugich.  Dlaczegoż  więc  tak  ponuro  patrzysz  na  zgraję  zebranych  tu  majtków?
Czy żałujesz swojego kroku, czy marzysz tylko o wdziękach ukochanej?

- Na św. Yago! senior Christoval, nie dopisał ci tym razem zwykły dar przenikania. Daleki jestem od
żalu  i  marzeń  miłosnych,  ale  spoglądam  z  politowaniem  na  tych  biednych  majtków,  rzuconych  na

background image

pastwę nieprzepartej bojaźni.

-  Nieświadomość  zgubnym  jest  przewodnikiem,  senior  Pedro,  i  jej  to  właśnie  mamidła  dręczą
wyobraźnię  tych  biedaków.  Widzą  same  tylko  nieszczęścia,  bo  nie  są  zdolni  przeczuć  duchem
pomyślności.

W  oczach  tłumu  każda  rzecz  niepowszednia  jest  niemożliwa.  Ci  poczciwcy  patrzą  na  tę  wyspę
znikającą,  jako  na  ostatnią  nić  wiążącą  ich  z  życiem.  Istotnie,  obawa  ich  silniejsza  jest  niż
mniemałem.

To  prawda,  senior,  widziałem  na  własne  oczy  łzy  staczające  się  po  twarzach,  które  od  wielu  lat
niezawodnie tylko morskie bałwany zraszały swym bryzgiem.

—  Sancho  i  Pepe,  jak  zauważyłem  nie  zostają  pod  wpływem  silnego  wrażenia,  chociaż  w  obliczu
ostatniego  przebija  smutek.  Sancho  natomiast  zupełnie  zdaje  się  obojętnym,  jako  prawdziwy  syn
morza,  co  najszczęśliwszy  wśród  huku  burzy,  w  nawale  grożących  niebezpieczeństw.  Dla  tego
człowieka wyspa jest wyspą, bez względu czy ją porzuca, czy do niej dopływa; on niebo tylko widzi
i morze, a reszta świata w jego oczach jest próżnią. Być może, że to kawał szalbierza, ale uważam go
za jednego z najlepszych majtków naszej osady.

Krzyk  przerażenia  na  pokładzie  przerwał  słowa  admirała.  Wyspa  Ferro  zniknęła  z  widnokręgu,  i
morze od południa żadnego już punktu oparcia nie przedstawiało dla oka. Majtkowie w większości
głośno wyrzekając i załamując ręce, oddawali się rozpaczy tak gwałtownej, że koniecznie należało
ich uspokoić. Kolumb więc rozkazał wszystkim zgromadzić się na tylnym pokładzie i wstąpiwszy na
podwyższenie  przemówił  do  nich  głosem  wzruszonym,  nacechowanym  zarówno  głęboką  wiarą,  jak
czułą troskliwością.

-  Towarzysze  moi!  rzekł  odkrywca,  ta  chwila,  co  w  sercach  waszych  tak  przykre  budzi  uczucia,
uroczystą  jest  dla  nas,  ale  radosną.  Wyspa  Ferro  znikła  nam  z  oczu,  a  z  nią  i  pogoń  portugalska.
Rzuceni odtąd w niezmierzony przestwór oceanu, oddani w ręce samego tylko Boga, wolni jesteśmy
od  napaści  nieprzyjaciół.  Zaufajmy  pomocy  Najwyższego  i  własnym  siłom,  a  dokonamy,  chlubnie
wielkiego przedsięwzięcia. Jeżeli który z was pragnie jakiegoś objaśnienia, niech mówi śmiało, będę
się starał usunąć jego wątpliwości.

- Senior admirale, zawołał Sancho, skory zawsze do gawędy, trzeba ci wiedzieć, że właśnie to, co
ciebie  raduje,  zasmuca  mych  poczciwych  kolegów.  Gdyby  nieustannie  patrzeć  mogli  na  Ferro  albo
inną  jaką  wyspę,  pożeglowaliby  do  Cipango  tak  spokojnie,  jak  szalupa  za  swoim  okrętem  przy
pogodzie, ale myśl porzucenia wszystkiego, świata, żon, dzieci, przyjaciół, przeraża ich.

- A ty, mój Sancho, stary marynarzu, coś się urodził na morzu?

-  Powoli,  wasza  ekscelencjo,  senior  admirale,  przerwał  majtek  z  fantazją,  niezupełnie  na  morzu,
chociaż  zapewne  niedaleko,  bo  skoro  mnie  znaleziono  pod  drzwiami  warsztatu  okrętowego,  trudno
przypuścić,  aby  poprzednio  na  ląd  mnie  wysadzono,  gdyż  ubytek  tak  małego  ładunku,  jakim  byłem
wtedy, niewiele by ulżył statkowi.

background image

— A  więc  blisko  morza,  jeśli  tak  sobie  życzysz;  w  każdym  razie  spodziewam  się  po  tobie  czegoś
więcej jak żałosnego kwilenia nad zniknięciem jakiejś wyspy.

— Wasza ekscelencja ma słuszność, dla Sancha wszystko to jedno. Ale gdybyś wytłumaczyć raczył
tym  poczciwym  ludziom,  gdzie  i  po  co  płyniemy,  a  zwłaszcza  kiedy  wrócimy,  sprawiłbyś  im
niewymowną pociechę.

— Ponieważ moim zdaniem starsi wtedy chyba ukrywać powinni swe zamiary podwładnym, gdy to
zagraża niebezpieczeństwem, uczynię przeto chętnie czego ode mnie wymagasz, i proszę wszystkich
posłuchać  mnie  uważnie.  Celem  naszej  podróży  jest  państwo  wielkiego  chana,  położone,  jak
wiadomo,  na  wschodnim  krańcu  Azji  i  kilkakrotnie  już  zwiedzane  przez  Europejczyków,  chociaż
drogą  przeciwną  niż  nasza,  bo  w  kierunku  wschodnim.  Ale  powodzenie  nasze  zależy  głównie  od
gorliwości i poświęcenia całej osady, obok wskazówek jakich dostarcza nauka, a które krótko wam
wyłożyć  zamierzam.  Przekonany  jestem  o  kulistości  ziemi,  z  czego  wypływa  wniosek,  że Atlantyk,
mając granice od wschodu, powinien je mieć i od zachodu. Otóż rachuba daje mi pewność, iż lądu
tego,  który  uważam  za  Indie,  dosięgnąć  można  w  dwudziestu  do  trzydziestu  dniach  żeglugi.
Objaśniwszy  was  jakim  sposobem  i  kiedy  przybyć  zamyślam  do  tych  krajów  nieznanych,  przytoczę
teraz  kilka  szczegółów  dotyczących  korzyści  jakie  zapewnia  ich  odkrycie.  Według  opowiadań
niejakiego Marco Polo i jego krewnych, szlachciców weneckich, państwo wielkiego chana nie tylko
jest  obszerne,  lecz  nadto  bogate  w  złoto,  srebro  i  kosztowne  kamienie.  Osądźcie  więc  sami  jaka
nagroda  czekać  może  uczestników  tej  wyprawy.  Królestwo  ichmość  już  teraz  podnieśli  mnie  do
godności admirała i wicekróla krajów, które odkryjemy, jeżeli szczęśliwie dokonamy dzieła; każdy z
was  będzie  miał  prawo  do  łaski  naszych  władców,  którzy  jej  pewnie  nikomu  nie  odmówią  w
stosunku do zasługi, a będzie czym zaiste nagrodzić największe wysiłki. Marco Polo, zabawiwszy lat
kilkanaście na dworze wielkiego chana, niemałe zebrał korzyści, a chociaż to prosty był szlachcic i
nie  posiadał  innych  środków  transportu,  jak  juczne  zwierzęta,  tyle  jednak  nagromadził  skarbów,  iż
dźwignął podupadły ród i potomkom jeszcze zostawił nieprzebrane dostatki. Nadto wzdłuż brzegów
tej  części Azji  znajdują  się  rozrzucone  wyspy,  obfitujące  w  kadzidła  i  rośliny  aromatyczne.  Zyski
więc nasze mogą być niezmierne, nie mówiąc już o zasłudze poniesienia krzyża niewiernym, chociaż
przodkowie nasi szukali chluby w wyprawach dla oswobodzenia Grobu Świętego.

Kończąc przemowę, Kolumb przeżegnał się i powrócił do grona oficerów. Słowa jego zrazu działały
korzystnie,  ale  wkrótce  powróciło  smutne  usposobienie.  W  ciągu  nocy  jedni  we  śnie  marzyli  o
bogactwach wzmiankowanych przez admirała, drugim zdawało się, że uniesieni przez złego ducha w
dalekie strony morza, krążyć tam muszą na wieki za pokutę.

Przed  samą  nocą  admirał  przywołał  do  siebie  dowódców  „Pinty"  i  „Niny",  aby  ich  zaznajomić  ze
swymi zamiarami i dać instrukcję na przypadek rozłączenia.

— A więc rozumiecie mnie, seniorowie, rzekł w końcu, powinniście ile możności trzymać się mego
okrętu, a gdyby nas rozłączyła burza, zawsze w kierunku zachodnim popłynąć aż na odległość około
siedmiuset  mil  od  Wysp  Kanaryjskich.  W  tym  miejscu  nocną  porą  należy  zwijać  żagle,  gdyż
prawdopodobnie znajdować się wtedy będziecie niedaleko archipelagu azjatyckiego. Posuwając się
ciągle  ku  zachodowi,  dosięgniecie  stałego  lądu,  i  albo  już  mnie  znajdziecie  na  dworze  wielkiego
chana, albo też wkrótce tam przybędę.

background image

— Dobrze, senior admirale, odpowiedział Marcin Alonzo, podnosząc oczy utkwione dotąd w mapę;
lepiej  by  jednak  było  gdybyśmy  razem  zostali,  bo  prostym  marynarzom  nie  przystoi  wchodzić  w
stosunki z władcą owego kraju.

—  Masz  słuszność,  poczciwy  Alonzo;  w  każdym  więc  razie  czekajcie  mojego  przybycia,  a
tymczasem  starajcie  się  rozpoznać  położenie  i  płody  wysp  okolicznych.  Cóż  mówili  twoi  ludzie
straciwszy z oczu Ferro?

—  Osada  szemrała  tak  głośno,  iż  lękałem  się  buntu.  Chyba  tylko  obawa  gniewu  królewskiego
wstrzymała ich od powrotu do Palos.

- Czuwaj nad nimi i utrzymuj najsurowszą karność; ale staraj się także wspierać ich moralnie przez
stosowne objaśnienia. Teraz seniorowie, udajcie się na wasze statki, bo noc już zapada.

Kolumb, zostawszy sam na sam z Luisem w kajucie, usiadł na koi i ręką podparłszy głowę zamyślił
się.

- Ty od dawna znasz Alonza, spytał wreszcie przerywając milczenie.

- Dawno, jak dla mnie młodego, niedawno może jak dla starca.

-  Pomoc  jego  jest  dla  nas  nieodzowna,  trzeba  polegać  na  jego  prawości.  Dotychczas  okazywał  się
przychylnym i nieustraszonym.

-  Marcin Alonzo  zapewne  nie  dla  wyższych  celów  przedsiębierze  tę  :  podróż,  lecz  byle  wierzył  w
możliwość pomyślnego skutku, to sam już interes osobisty do nas go przywiąże.

-  Tobie  jednemu  tylko  mogę  powierzyć  wszystkie  swoje  myśli.  Spójrz  na  ten  papier,  Luis:  od  rana
przebyliśmy mil dziewiętnaście w kierunku zachodnim. Gdyby osada po niejakim czasie dowiedziała
się ile odbyliśmy drogi bez napotkania lądu, obawa mogłaby przemóc posłuszeństwo. Zapiszę więc
do księgi okrętowej tylko mil piętnaście, a prawdziwy rachunek pozostanie tajemnicą dla wszystkich,
wyjąwszy  mnie  i  ciebie.  Bóg  najwyższy  wybaczy  mi  ten  podstęp,  ze  względu  na  świętość  naszego
celu.  Ujmując  tak  codziennie  przepłyniemy  w  oczach  majtków  jakie  siedemset  mil,  podczas  gdy
rzeczywiście zrobimy ich tysiąc.

— O takiej skali na odwagę marynarzy nigdy zaiste nie pomyślałem, wtrącił Luis z uśmiechem. Na
św. Ludwika, mojego patrona! nietęgi to rycerz, co mierzy niebezpieczeństwo na mile!

—  Każda  rzecz  nieznana  wydaje  się  straszną  dla  ludzi.  Wielkie  odległości  przerażają
nieświadomych!  a  jeśli  droga  prowadzi  przez  ocean  bezgraniczny,  zachwiać  się  może  nawet  umysł
oświecony.

Po tych słowach admirał zmówił modlitwę wieczorną i udał się na spoczynek.

 

ROZDZIAŁ XVI

background image

Kolumb  zasypiał  zwykle  spokojnie  i  głęboko,  lecz  jako  człowiek  przywykły  do  rytmu  żeglarskiego
życia, zrywał się regularnie w pewnych przerwach, dla rozpoznania stanu morza i położenia okrętu. I
już  po  upływie  godziny  admirał  wyszedł  na  pokład,  gdzie  wszystko  znalazł  w  porządku.  Większa
część  majtków  pogrążona  była  we  śnie,  czuwały  tylko  straże  i  sternik  z  pomocnikiem.  Wiatr  dął
pomyślny,  a  statek  bez  przeszkody  posuwał  się  pośród  ciszy,  przerywanej  tylko  szelestem  lin
okrętowych, łagodnym pluskiem fali i trzaskiem rei.

Noc  była  ciemna  i  oko  potrzebowało  pewnego  czasu,  aby  rozpoznać  przedmioty  w  tak  niepewnym
świetle;  admirał  spostrzegł  jednak,  że  okręt  poruszał  się  nie  z  wiatrem;  podszedł  więc  do  steru,  i
ujrzał go zwróconym na północny wschód, to jest w kierunku brzegów hiszpańskich.

— Czyś ty marynarz? czy mulnik, przywykły kręcić się tylko po ścieżkach gór kastylijskich? zapytał
surowo.  Jesteś  sercem  w  Hiszpanii,  i  mniemasz  że  ten  wybieg  dziecinny  zadość  uczyni  twym
życzeniom.

-  Niestety!  senior  admirale,  wasza  ekscelencja  miałeś  słuszność  mówiąc,  że  serce  moje  jest  w
Hiszpanii, tym bardziej iż zostawiłem w Moguer siedmioro sierot.

- I ja także jestem ojcem, i ja zostawiłem syna bez opieki macierzyńskiej; w czymże tyś lepszy ode
mnie?

- Senior, syn waszej ekscelencji ma ojca admirała, a moje niebożątka biednego tylko sternika.

-  I  cóż  by  dało  mojemu  synowi,  jeśli  zginę,  żem  zginął  admirałem?  Jakaż  korzyść  dla  niego  w
porównaniu z twoimi dziećmi?

-  Ta  korzyść,  senior,  że  królestwo  ichmości  mieliby  o  nim  staranie,  jako  o  potomku  wicekróla,
podczas gdy moje robaczki poszłyby w poniewierkę.

- Masz poniekąd słuszność, przyjacielu, odpowiedział Kolumb, lecz powinieneś pamiętać o wpływie
jaki  wytrwałość  w  tym  dziele  wywrzeć  może  na  los  twoich  dzieci.  Podobnie  obydwaj  niewiele
obiecywać  sobie  możemy,  jeżeli  przedsięwzięcie  nasze  niepomyślny  weźmie  obrót;  lecz  jeśli
powrócimy  uwieńczeni  powodzeniem,  przyszłość  nasza  będzie  świetna.  Czy  mogę  odtąd  liczyć  na
twą sumienność, czy też kierunek okrętu mam zdać w inne ręce?

—  Lepiej  to  drugie,  senior  admirale.  Pamiętny  na  twe  rady,  chciałbym  zwalczyć  tęsknotę,  lecz
dopóki nieopodal będą brzegi hiszpańskie, nie ręczę za siebie.

— Co sądzisz o zdolnościach Sancho Munda?

— Sancho jest jednym z najbieglejszych majtków tego okrętu.

— Czy razem z innymi sypia na dole?

—  Nie,  senior,  Sancho  zawsze  nocuje  na  pokładzie.  To  człowiek  żelazny,  nieugięty  żadną
przeciwnością,  który  tak  nienawidzi  ziemi,  że  cieszyć  się  będzie,  gdy  popłyniemy  na  drugi  koniec
świata.

background image

— Obudź go, i niech przyjdzie natychmiast, tymczasem ja cię zastąpię.

Kolumb uchwycił ster i obrócił go w przeciwną stronę. Okręt, idąc z wiatrem, bardziej się zagłębił, a
głośne  trzaskanie  masztów  świadczyło  o  sile  jego  ruchu.  Po  chwili  nadszedł  Sancho,  i  wyręczając
admirała trzymał się wskazanego kierunku. Ale gdy kolej przyszła na innych opisana powyżej scena
powtarzała się z małymi odmianami.

Pierwszego  września  w  południe  Kolumb  skończył  właśnie  obserwacje,  czynione  zwyczajem
marynarzy  w  chwili,  kiedy  słońce  stoi  w  zenicie,  gdy  straż  masztowa  zwiastowała  zbliżanie  się
wieloryba.  Ponieważ  napotkanie  tego  olbrzyma  oceanu  przerywa  jednostajność  morskiego  życia,
zaraz więc cała osada była w ruchu.

-  Czy  widzisz  go?  zapytał  Kolumb  stojącego  niedaleko  Sancha.  Stan  wody  moim  zdaniem  nie
zapowiada bliskości wieloryba.

- Wasza ekscelencja lepsze ma oko niż ten gawron na maszcie. Ta piana, jako żywo, nie pochodzi od
wieloryba.

-  Oto  jest!  oto  jest!  zawołało  kilkunastu  majtków,  wskazując  na  jakiś  ciemny  punkt,  sterczący  nad
powierzchnią wody. Schował głowę, a ogon zadarł do góry!

- Niestety! rzekł smutno Sancho, przedmiot w którym te krzykały widzą ogon wieloryba, jest niczym
innym jak masztem zatopionego okrętu, który zostawił tu kości, posławszy na dno ładunek i osadę.

Ta  przygoda,  przechodząc  z  ust  do  ust,  szkodliwie  wpłynęła  na  samopoczucie  ogółu.  Jedni  tylko
sternicy pozostali obojętni i zaczęli naradzać się nad korzyścią jaką odnieść by można, z rozebrania
rozbitego  statku;  ponieważ  jednak  morze  było  niespokojne,  a  wiatr  pomyślny,  więc  jak  dobrzy
marynarze zrzec się musieli zdobyczy.

-  To  przestroga  dla  nas!  zawołał  jeden  z  niezadowolonych,  w  chwili,  gdy  „Santa  Maria"  mijała
zatopiony statek. Bóg zesłał znak widomy, aby nas powstrzymać od zuchwalstwa.

— Powiedz raczej, rzekł Sancho, iż to zachęta nieba; czy nie spostrzegasz, że widoczna część masztu
podobna jest do krzyża?

— Dobrze mówisz, Sancho, przerwał Kolumb; krzyż ten Opatrzność zatkwiła w głębi niezmierzonego
oceanu, na dowód, że sprzyja naszemu świętemu celowi poniesienia niewiernym światła Ewangelii.

Ponieważ  podobieństwo  rzeczywiście  było  uderzające,  przeto  szczęśliwa  myśl  Sancha  wielkie
zrobiła wrażenie. Wyższa część masztu z reją ma istotnie kształty znamienia wiary chrześcijańskiej, a
że statek prostopadle był zanurzony, przeto sam szczyt tylko sterczał nad wodą, na stóp piętnaście do
dwudziestu.  Po  upływie  kwadransa  ten  ostatni  ślad  cywilizacji  europejskiej  już  tylko  w  słabych
zarysach odznaczał się w oddaleniu.

Przez  następne  dwa  dni  i  dwie  noce  rejs  okrętów  niczym  nie  był  przerwany,  i  przy  pomyślnym
wietrze  posuwano  się  ciągle  ku  zachodowi.  Jednakże  igiełka  magnesowa  zaczęła  okazywać  lekkie
zboczenie  z  kursu.  Trzynastego  września  eskadra  dosięgła  punkt  odpowiedniego  w  oddaleniu  co

background image

najmniej  Wyspom  Azorskim.  W  tym  miejscu  gwałtowne  prądy,  płynące  w  kierunku  południowo-
zachodnim,  zagrażały  uniesieniem  statków  w  północne  obszary,  w  których  wieją  wiatry  strefowe.
Wieczorem  tego  dnia,  admirał  z  Luisem  zajmowali  zwykłe  stanowisko  na  pokładzie,  gdy  Sancho
zbliżył się do nich z wyrazem twarzy zapowiadającym jakąś ważną wiadomość.

- Co powiesz, Sancho? zapytał Kolumb.

-  Senior  admirale,  wiadomo  waszej  ekscelencji,  że  nie  jestem  rybą,  co  się  lęka  rekinów  lub
ludojadów ani człowiekiem zdolnym zatrwożyć się myślą, że płynie w strony, których nikt przedtem
nie  zwiedził,  ale  tu  zachodzą  okoliczności  tak  ważne,  iż  dobry  marynarz  lekceważyć  ich  nie
powinien.

- Zaciekawiasz mnie wielce, mów o co chodzi, a jeśli chcesz pieniędzy, to je dostaniesz.

- Nie, senior, wiadomość jaką przynoszę albo nie warta złamanego szeląga, albo też nie opłacić jej
złotem.  Wiadomo  waszej  ekscelencji,  że  starzy  marynarze,  trzymając  ster,  lubią  sobie  marzyć  już  o
powabnym  śmiechu  dziewczyny,  już  o  soczystych  owocach,  już  o  tłustej  baraninie,  a  niekiedy
wyjątkowo o grzechach jakie popełnili.

- Wiem o tym wszystkim, ale też to rzeczy niegodne powtórzenia przed zwierzchnikiem.

-  Być  może,  ekscelencjo,  znałem  jednakże  admirałów,  co  bardzo  lubili  baraninę  i  ładne  kobiety,  a
jeśli nie myśleli o dawnych grzechach, to pewnie dlatego tylko, iż ciągle dopuszczali się nowych.

-  Pozwól,  admirale,  abym  tego  pleciucha  wrzucił  w  morze  zawołał  zniecierpliwiony  Luis,  bo  póki
ten ladaco będzie na okręcie, nie usłyszymy nigdy porządnego opowiadania.

—  Dziękuję  ci,  hrabio  de  Llera,  odpowiedział  Sancho  z  ironicznym  uśmiechem,  lecz  jeśli  równie
dobrze  umiesz  topić  majtków,  jak  wysadzać  z  łęgu  rycerzy  i  gromić  niewiernych,  to  chętnie  się
wyrzekam zaszczytu jaki mnie przeznaczasz.

— Więc ty mnie znasz, hultaju?

— Wolno kotowi patrzeć na biskupa, jak mówi nasze przysłowie, dlaczegoż by poczciwy marynarz
nie miał znać granda Hiszpanii? Bo na co też bez potrzeby otaczać się tajemnicą, jeżeli dosięgniemy
Indii,  to  nie  powstydzisz  się  pewnie  tej  podróży,  w  przeciwnym  razie  nie  będzie  komu
rozpowiedzieć, jak wasza ekscelencja poniosłeś śmierć głodową lub jak cię fale morskie przeniosły
na łono Abrahama.

—  Dosyć  tego,  rzekł  Kolumb  surowo,  powiedz  co  miałeś  powiedzieć,  i  zachowaj  milczenie
względem osoby tego młodzieńca.

— Senior, wola twoja jest dla mnie prawem. A więc, my starzy marynarze mamy wierną na niebie
przyjaciółkę,  gwiazdę  polarną;  patrzyłem  na  nią  przez  całą  godzinę  i  uważam,  że  położenie  jej  nie
zgadza się z kierunkiem busoli.

—  Czy  pewnym  jesteś  tego?  zapytał  admirał  z  żywością  świadczącą  ile  do  tego  spostrzeżenia

background image

przywiązywał wagi.

- Tak pewny, senior, jak człowiek znający się z gwiazdą polarną od lat pięćdziesięciu, a z busolą od
czterdziestu.  Ale  wasza  ekscelencja  nie  potrzebuje  polegać  na  mojej  świadomości:  gwiazda  jest
jeszcze w miejscu, gdzie ją rzuciła wszechmoc Boga, a busolę masz pod ręką, porównaj więc jedną i
drugą.

Kolumb  z  największą  już  uwagą  przypatrywać  się  zaczął  przyrządowi.  Pierwszą  jego  myślą  było
przypuszczenie, iż może jakaś i zewnętrzna przeszkoda tamuje obrót igiełki, lecz wkrótce okazało się
to  bezzasadne.  Powtórzywszy  próbę  na  trzech  jeszcze  innych  busolach,  przekonał  się,  że  igiełki,
zamiast wskazywać na północ, czyli na punkt prostopadle pod gwiazdą polarną leżący, o sześć blisko
stopni  zbaczały  na  zachód.  Było  to,  według  pojęć  ówczesnych,  rażącym  naruszeniem  przyrody,  i
dziwne  zjawisko,  pozbawiające  podróżników  jedynej  wskazówki  na  morzu,  niezmiernie  utrudniać
mogło dokonanie dzieła. Admirał pomyślał o wrażeniu jakie ta wiadomość sprawi na załodze.

- Nie wspominaj o tym nikomu, Sancho, rzekł głosem stłumionym. Oto masz dublona.

- Wasza ekscelencja może na mnie polegać; nie pisnę ani słowa bez twojego pozwolenia.

Kolumb odprawił majtka, a potem zwrócił się do Luisa, niemego uczestnika tej sceny.

— Jesteś zmieszanym, admirale? zawołał młodzieniec. Moim zdaniem zaufać należy Opatrzności.

—  Bóg  rządzi  naszym  losem,  lecz  wszczepił  w  serce  człowieka  chęć  przyłożenia  się  czynem  do
zmiennych kolei. Jednakże niepodobna działać bez rozumnych pobudek. Nie pojmuję tego zjawiska,
więc nie wiem jak mu zaradzić, ale przeczuwam, iż ono prowadzi do ważnych odkryć w dziedzinie
naukowej.  Każdy  kraj  posiada  płody  wyłącznie  sobie  właściwe;  może  w  tych  stronach  po
niedalekich wyspach dużo jest kamieni magnesowych, które działają na igiełkę.

— Czy byłeś kiedy świadkiem podobnego zdarzenia, senior?

— Nigdy, i przyznaję, że to przypuszczenie jest dość niepodobne do prawdy. Oczekujmy cierpliwie
wyjaśnienia tego zjawiska, przekonawszy się wprzód o jego trwałości.

Rozmowa  na  tym  się;  skończyła;  ale  Kolumb  noc  całą  strawił  bezsennie  na  rozmyślaniu.  Wstawszy
tak rano, że gwiazda polarna była jeszcze widzialna, zaczął ją porównywać z busolą i spostrzegł, iż
zboczenie się nieco powiększyło.

Gdy Sancho zachował tajemnicę, a inni sternicy mniej byli baczni, przeto ta ważna okoliczność uszła
powszechnej uwagi. Dzień i noc 14 września upłynęło bez przygód, a załoga tym była spokojniejszą,
że przy słabym wietrze zaledwie kilka mil zrobiono w ciągu doby. Kolumb zapisywał ruch busoli z
najsumienniejszą ścisłością, i wkrótce utwierdził się w przekonaniu, że ona coraz bardziej zbaczała
ku zachodowi.

 

ROZDZIAŁ XVII

background image

W  sobotę,  piętnastego  września,  to  jest  w  dziesięć  dni  po  odpłynięciu  z  Gomery,  Kolumb  z
mniemanym swoim sekretarzem wieczorną godziną rozmawiał jak zwykle o wypadkach dziennych.

— „Nina" wczoraj o czymś ci doniosła, senior, rzekł Luis, lecz będąc wówczas zajętym w kajucie,
nie wiem dotąd o co chodziło.

—  Majtkowie  tego  statku  ujrzeli  kilka  ptaków  nie  oddalających  się  nigdy  zbytecznie  od  lądu.  Być
może,  że  jesteśmy  w  pobliżu  jakiej  wyspy;  lecz  niepodobna  nam  tracić  czasu  na  szukanie
archipelagów, gdy idzie o odkrycie stałego lądu.

— Czy zboczenie busoli nie ustaje, senior?

— Nie tylko, że nie ustaje, ale ciągle wzrasta; lękam się o wrażenie jakie sprawi to na majtkach, gdy
się wreszcie dowiedzą o prawdzie.

Nagła jasność, rzucając jaskrawe światło na okręt i morze, przerwała mowę Kolumba. Ognista kula
łukiem przebiegłszy strop nieba, na krańcach widnokręgu zanurzyła się w morze. Był to meteor, ale
tak  duży,  że  rzadko  można  było  taki  zobaczyć,  toteż  zabobonni  marynarze  jedni  złą,  drudzy  dobrą
upatrywali w nim wróżbę.

- Na św. Yago! zawołał Luis, gdy jasność ustąpiła mrokowi wieczornemu; sama natura naszą podróż
uważa za nadzwyczajną, gdy tak cudowne zsyła nam zjawiska!

-  Tak  to  zawsze  człowiek,  odpowiedział  Kolumb,  skoro  wykracza  z  granic  życia  powszedniego,  w
lada fraszce upatruje cudu. Podobne meteory zdarzają się dość często pod tym stopniem szerokości,
nie mogą więc wróżyć ani zła, ani przeciw naszemu przedsięwzięciu.

Mimo starań admirała, aby załodze wytłumaczyć to zjawisko, przez całą noc o nim tylko rozmawiano.
Jednakże nie wywołało ono szemrania, bo zdania pod względem jego znaczenia były podzielone.

Okręty  wciąż  posuwały  się  na  zachód,  przy  wietrze  zmiennym  wprawdzie,  lecz  tyle  pomyślnym,  iż
można było w jednym płynąć kierunku. Kolumb w swoim przekonaniu żeglował prosto ku zachodowi,
nie wiedział, że na skutek zmian magnetycznych, zboczył nieco na południe.

Przez następne dwa dni dwieście mil blisko odbyto, lecz admirał część drogi dziennej ukrywał przed
załogą. Szesnastego września w niedzielę, nabożeństwo zgromadziło wszystkich na pokładzie. Niebo
było  pogodne,  a  gdy  okręty  zbliżyły  się  do  siebie,  tworząc  jakby  świątynię  na  bezgranicznej
przestrzeni  oceanu,  majtkowie  jednym  głosem  zanucili  pieśń  wieczorną.  Po  modlitwie  wesołość  i
nadzieja wstąpiły w serca wszystkich.

Kolumb  miał  właśnie  powrócić  do  kajuty,  gdy  straż  masztowa  dała  znak,  że  spostrzegła  coś
niezwykłego; po chwili ujrzano gęste zarośla morskich krzewów, i głośny wybuch radości powitał tę
pozorną zapowiedź bliskości lądu.

Rośliny  pokrywające  nieograniczony  okiem  obszar,  rzeczywiście  usprawiedliwiały  nadzieję
podróżników,  bo  większa  ich  część  była  jeszcze  zielona,  jak  gdyby  świeżo  wyrwana  z  gruntu.
Ujrzano  także  kilkanaście  tuńczyków,  z  których  jednego  złowiono.  Majtkowie  ze  łzami  w  oczach

background image

rzucili się sobie w objęcia; nawet nieprzyjaciele w tej uroczystej chwili podali sobie dłonie.

—  Czy  podzielasz  ich  nadzieję,  senior?  zapytał  Luis.  Miałyżby  te  rośliny  zapowiadać,  że  jesteśmy
niedaleko Indii?

—  Majtkowie  mylą  się,  jeśli  przypuszczają,  że  dobiegamy  kresu  podróży;  Indie  muszą  być  jeszcze
bardzo  daleko.  Zrobiliśmy  około  trzystu  sześćdziesięciu  mil  od  Ferro,  a  to  podług  mojej  rachuby
stanowi zaledwie trzecią część drogi. Arystoteles opowiada, że kilka okrętów z Kadyksu gwałtowna
burza  zapędziła  na  zachód,  gdzie  napotkali  morze  pokryte  zielskiem  i  mnóstwo  tuńczyków.  O  tej
rybie,  Luis,  starożytni  mniemali,  że  lepiej  widzi  na  prawe  oko  niż  na  lewe;  zauważono  bowiem,  iż
przepływając przez Bosfor ku Morzu Czarnemu, trzymała się brzegu prawego, a wracając lewego.

-  Na  św.  Franciszka!  trzeba  być  ślepym  na  jedno  oko,  aby  zabłądzić  tak  daleko  od  brzegu.  Czy
Arystoteles przypisuje tym stworzeniom skłonności tułackie?

-  Filozof  grecki  mówi  tylko  o  napotkaniu  ich  w  miejscu  pokrytym  krzewami  morskimi.  Marynarze
Kadyksu mniemali, że się znajdują w pobliżu zatopionej wyspy i z wielką biedą trafili przecież do
domu. Był to zapewne ten sam obszar, który obecnie przebywamy. Ziemia co wydała te krzewy bez
wątpienia jest niedaleko, ale jej szukać nie myślę. Celem moim, powtarzam, jest odkrycie Indii, a nie
wysp rozpierzchłych po drodze.

Wiadomo dziś, że jeśli Kolumb słusznie określał odległość stałego lądu, mylił się utrzymując jakby
w  tych  stronach  znajdowały  się  wyspy.  Nie  rozstrzygnięto  dotąd  pytania  czy  prądy  spławiają  te
zielska  z  oddalonych  pobrzeży,  czy  siła  wody  wyrywa  je  z  głębi  morza;  to  ostatnie  przypuszczenie
bardziej  jest  prawdy  podobne.  Starożytni  żeglarze  Kadyksu  bliżsi  byli  prawdy,  bowiem  rafa
podwodna różni się od zatopionej wyspy jedynie tylko sposobem formacji.

Okręty, prując zarośle z szybkością kilku mil na godzinę, ciągle posuwały się naprzód i po upływie
doby  eskadra  znajdowała  się  mniej  więcej  w  połowie  drogi,  chociaż  bliżej  jeszcze  Afryki  nie
Ameryki.  Morze  było  spokojne,  statki  więc  płynęły  obok  siebie.  Marcin  Alonzo  Pinzon  doniósł
sternikowi  admiralskiemu,  iż  pragnie  zmierzyć  równikowość  słońca;  postanowiono  wykonać  tę
czynność jednocześnie na trzech okrętach i sprawdzić potem wyniki.

Było  to  w  poniedziałek  17  września  nad  wieczorem.  Kolumb  i  Luis  spoczywali  po  nocy  prawie
bezsennie strawionej, gdy Sancho wszedł do kajuty.

— Senior admirale, rzekł, sternicy chcą zmierzyć równikowość słońca. Właśnie stosowna nadeszła
pora, bo gwiazda dzienna już się chyli ku zachodowi.

Admirał  obudził  Luisa  i  po  chwili  obaj  byli  na  pokładzie.  Kolumb  obawiając  się  o  skutki  mogące
wyniknąć z odkrycia zboczeń igiełki magnesowej, nie wziął z sobą busoli, i zostawił doświadczenie
zręczności swoich ludzi. W oddaleniu stu sążni tylko od statku „Pinta", widział dokładnie jak Marcin
Alonzo  przechodził  niespokojnie  od  jednej  busoli  do  drugiej.  W  parę  minut  później  spuszczono
szalupę,  i  Pinzon  przybył  na  okręt  admiralski,  podczas  gdy  z  innej  strony  przedzierał  się  ku  niemu
Wincenty Yanez, dowódca „Niny".

background image

- Co znaczy ten pośpiech, senior Marcinie? rzucacie się ku mnie, jak gdybyście ujrzeli Indie.

-  Bóg  raczy  wiedzieć,  senior  admirale,  czy  kiedykolwiek  dosięgniemy  tego  kraju,  ku  jakiej  bądź
ziemi,  do  której  poprowadzić  może  użycie  busoli,  odrzekł  starszy  Pinzon  widocznie  zmieszany.
Porównaliśmy najsumienniej narzędzie, i wszystkie bez wyjątku zbaczają od prawej północy o całą
przedziałkę kompasową.

- Musieliście popełnić błąd jakiś w rachubie.

- Bynajmniej, szlachetny admirale, wtrącił nadchodzący Wincenty Yanez, ale wszystko nas zawodzi;
sternicy moi powiadają, że w nocy gwiazda polarna nie zgadza się z kierunkiem igły magnesowej.

- Może to być, seniorowie, lecz okoliczność ta nie zagraża żadnym niebezpieczeństwem. Wiemy, że
wszystkie  ciała  niebieskie  podlegają  pewnym  ruchom  bądź  stałym,  bądź  czasowym.  Słońce  na
przykład, obiegając naszą ziemię w dwudziestu czterech godzinach, musi zapewne obracać się koło
swej osi, chociaż tego nie dostrzegamy z powodu oddalenia: astronomowie bowiem widzieli na nim
w  różnych  punktach  pojawiające  się  plamy.  I  gwiazda  polarna  prawdopodobnie  usunęła  się
chwilowo  ze  swego  miejsca,  ale  wkrótce  tam  powróci,  bez  nadwerężenia  zwykłej  zgodności  z
busolą. Oznaczcie tylko dokładnie teraźniejsze położenie gwiazdy, i zmierzcie je jutro, a przekonacie
się  o  jednostajności  jej  ruchu.  Dalecy  od  zniechęcenia  się  tym  wypadkiem,  cieszymy  się  raczej  z
odkrycia rzeczy, która w następstwach swoich nieocenioną korzyść przyniesie dla nauki.

Marynarze, w braku lepszych wyjaśnień, poprzestali na tłumaczeniu admirała, lecz długo jeszcze to
dziwne  zjawisko  było  przedmiotem  ich  rozmowy.  Gdy  ludzie  nie  posiadający  dostatecznych
wiadomości  zaczynają  rozumować,  wtedy  albo  bardziej  się  trwożą,  albo  zupełnie  uspokajają;
sternicy  i  oficerowie  flotylli  ku  ostatniemu  się  skłaniali.  Inaczej  rzecz  się  miała  z  majtkami;  na
wiadomość, że stracili jedynego przewodnika niebezpiecznej podróży, ogólne powstało narzekanie.
Wtedy  Sancho  dowiódł,  jak  ważne  przysługi  świadczyć  może  prosty  nawet  człowiek.  Załoga
jednogłośnie prawie postanowiła żądać zwrócenia okrętów na północny wschód; ale zręczny majtek
umiał  złagodzić  obawę  kolegów,  klnąc  się  na  wszystkie  świętości,  że  mało  dwadzieścia  razy  był
świadkiem podobnych wybryków busoli. Następnie wezwał najstarszych i najdoświadczeńszych, aby
dokładnie  obliczywszy  zboczenie  dzisiejszego  wieczoru,  przekonali  się  nazajutrz,  czy  ono  w  tym
samym postąpiło kierunku.

Następnego  dnia  rano,  załogi  wszystkich  trzech  statków  czekały  z  niecierpliwością  wyniku
ponownych  spostrzeżeń.  Gnana  siłą  wiatru  i  nurtem  prądów  ku  stronie  zachodniej,  wyprawa  sto
kilkadziesiąt mil zrobiła w ciągu doby. Zwiększenie więc zboczenia było widoczne i przepowiednia
Kolumba świetnie się sprawdziła. Nieświadomi łatwo zawsze wierzą w rzeczy jako tako podobne do
prawdy; i tym razem ukoiła się trwoga, i mniemano powszechnie, że tylko gwiazda polarna zrobiła
poruszenie, igiełka zaś pozostała w miejscu.

Trudno  powiedzieć,  czy  Kolumb  sam  wierzył  w  podaną  przez  siebie  teorię,  czy  też  zmyślił  w  celu
jedynie  uspokojenia  majtków.  Chociaż  wielki  odkrywca,  wyjaśnienia  swoje  uważał  chwilowo  za
dostateczne, to miał jednak w tym względzie wątpliwości, które przed samym sobą innym tłumaczył
sposobem,  bo  nadzwyczajny  ten  człowiek,  jakby  wieszczym  duchem,  przeczuwał  prawdy  wówczas
jeszcze nieznane.

background image

Na  pociechę  ogólną  ze  świtem  ujrzano  morze  pokryte  jeszcze  krzewami,  co  w  przekonaniu
wszystkich zapowiadało bliskość lądu. Wiatr dął w kierunku prądu morskiego, powierzchnia oceanu
podobna  była  do  zwierciadła  spokojnego  jeziora,  i  okręty  płynęły  obok  siebie  w  odległości  kilku
tylko sążni.

—  To  zielsko,  senior  admirale,  zawołał  starszy  Pinzon,  podobne  jest  do  krzewów  rosnących  na
porzeczach; sądzę, że się zbliżamy do ujścia wielkiego strumienia.

—  Łatwo  się  o  tym  przekonać,  odpowiedział  Kolumb.  Każę  zaczerpnąć  kubeł  wody,  i  zobaczymy
jakiego jest smaku.

Właśnie Pepe wykonać miał zlecenie admirała, gdy baczne oko ostatniego między świeżym jeszcze
zielskiem dostrzegło raka, którego jeszcze jeden z majtków siatką wyłowił z morza.

— Oto szacowna zdobycz, mój dobry Marcinie Alonzo, rzekł Kolumb pokazując raka; podwodny ten
mieszkaniec  nie  zwykł  oddalać  się  od  brzegu  na  więcej  jak  mil  osiemdziesiąt. A  tam,  czy  widzisz
jednego z owych ptaków zwrotnikowych, co nigdy nie nocują na morzu?

Na te słowa załoga wydała okrzyk radości, i ludzie ci, przed chwilą jeszcze rozpaczający, przerzucili
się nagle w niepomiarkowane uniesienie łudzącej choć bezzasadnej nadziei. Na wszystkich okrętach
zaczerpnięto  wody,  i  kilkadziesiąt  ust  razem,  po  jej  skosztowaniu,  zapewniło,  że  jest  mniej  słona.
Przekonanie nawet złudne tak silnie działa na umysły, iż sam nawet Kolumb, tak spokojny zawsze i
rozważny,  porwany  wirem  ogólnego  zapału,  niemal  pewny  był  ujrzenia  wielkiej  wyspy  w  środku
drogi między Europą i Azją.

- Rzeczywiście, przyjacielu Alonzo, ta woda zdaje się słodkawa.

- Mój język to samo mi powiada, senior admirale. A widzę, że osada „Pinty" złowiła znów tuńczyka.

Każdej  z  tych  pozornych  przepowiedni  radosne  towarzyszyły  wołania.  Admirał  też,  ustępując
zapałowi majtków, kazał rozpiąć wszystkie żagle i pozwolił okrętom prześcigać się według woli. Ta
walka o pierwszeństwo w odkryciu spodziewanej wyspy wkrótce eskadrę rozdzieliła: „Pinta", jako
najszybciej  żeglująca,  wysunęła  się  przodem,  zostawiając  „Santa  Marię"  i  „Ninę"  w  znacznym  od
siebie oddaleniu. Wszystko szczęściem tchnęło na pokładzie tych statków samotnie płynących wśród
niezmierzonej przestrzeni oceanu, a przecież niebo bezustannie jeszcze przelewało się w morze i fale
Atlantyku nieskończenie wkoło roztaczały kręgi.

 

ROZDZIAŁ XVIII

Za nadejściem nocy „Pinta" zwolniła swój bieg, aby się złączyć z innymi okrętami. Oczy wszystkich
zwrócone  były  z  tęsknotą  ku  stronie  zachodniej,  gdzie  spodziewano  się  lądu,  lecz  noc  zapadła  bez
ziszczenia  oczekiwań  podróżnych.  Wiatr  ciągle  dął  od  południowego  wschodu;  zboczenie  busoli
jeszcze się nieco powiększyło, a odtąd nikt już nie wątpił, że sama tylko gwiazda polarna zmieniła
położenie. Ale  wyprawa,  zamiast  płynąć  na  zachód,  skierowała  się  bardziej  ku  południowi;  tej  to

background image

okoliczności  zawdzięczać  należy,  iż  Kolumb  nie  wylądował  na  brzegach  Georgii  albo  wysp
karolińskich.

Noc przeszła bez żadnego wypadku, i dnia 17 w południe, czyli z końcem dnia żeglarskiego, okręty o
kilkadziesiąt mil znów zbliżyły się ku celowi. Krzewy morskie znikły, a z nimi i tuńczyki, żywiące się
płodami podwodnymi, które tu bliżej są powierzchni niż w innych częściach Atlantyku. O południu
wszystkie  trzy  statki,  według  przyjętego  zwyczaju,  udzielały  sobie  wzajemnych  spostrzeżeń.  Gdy
„Pinta" zbliżyła się dostatecznie do okrętu admiralskiego, starszy Pinzon rzekł do Kolumba:

-  Bóg  zsyła  nam  inne  jeszcze  znaki  zapowiadające  bliskość  ziemi,  senior  don  Christoval.
Widzieliśmy liczne stada ptaków, a w stronie zachodniej gęste chmury, podobne do tych jakie zwykle
unoszą się nad lądem.

- Dobra to wróżba, don Marcinie Alonzo, ale powtarzam, że w tym miejscu napotkać możemy chyba
małe wyspy rozsypane po oceanie. Do Azji mamy jeszcze kilka dni drogi.

- Jeżeli pozwolisz, szlachetny admirale, rozepnę wszystkie żagle i popłynę naprzód, a pewny jestem,
że przed świtem ujrzę się u celu.

-  Płyń  w  Imię  Boże,  dzielny  żeglarzu,  gdy  takie  twoje  przekonanie,  lecz  ostrzegam  cię,  że  nie
dosięgniesz  tak  prędko  lądu  stałego.  Wszelako  każde  nasze  odkrycie  przyniesie  sławę  Kastylii;
pozwalam więc, tak tobie jak i wszystkim, choćby setkami wynajdować nieznane kraje.

Majtkowie  głośno  zaśmiali  się  na  te  słowa,  bo  ludzie  szczęśliwi  skłonni  są  zawsze  do  wesołości.
„Pinta"  puściła  się  w  drogę  i  dopiero  z  zachodem  słońca  powróciła.  Widnokrąg  od  północy
wieńczyły  gęste  obłoki,  a  wyobraźnia  ludzi  podrażnionych  nieznanym  łatwo  w  ich  fantastycznych
kształtach, upatrywać mogła to skały urwiste, to głębokie wąwozy, to cyple lub wyzębienia brzegów.

Nazajutrz rano zaczął padać gęsty deszcz. Okręty zbliżyły się do siebie i szalupy krążyły już w tę, lub
w ową stronę.

— Przyszedłem, senior admirale, rzekł starszy Pinzon, wysiadając na pokład „Santa Maria", prosić o
pozwolenie zwrócenia się na północ, dla odszukania położonych w tej stronie krajów, aby to wielkie
przedsięwzięcie  ukończyć  w  sposób  godny  dostojnych  władców  naszych,  a  także  wykazać  prawdę
twych pomysłów.

— Życzenie twoje godne jest pochwały, mój dobry Marcinie Alonzo, ale nie mogę na to pozwolić.
Nie  wątpię,  że  płynąc  w  kierunku  przez  ciebie  wskazanym  moglibyśmy  ważne  poczynić  odkrycia,
lecz zawsze byłoby to zboczenie od celu. Indie leżą na zachód, a moim zamiarem nie było i nie jest
znalezienie  gromad  podobnych  do  wysp  Kanaryjskich  i  Azorskich.  Postanowiłem  godło
chrześcijaństwa ponieść w krainę niewiernych, i nie odstąpię tej myśli chyba z życiem.

—  Senior  de  Munoz,  ty  który  posiadasz  zaufanie  jego  ekscelencji,  czy  nie  mógłbyś  poprzeć  naszej
prośby?

—  Prawdę  mówiąc,  szlachetny  Marcinie Alonzo,  odpowiedział  Luis  z  niedbałością  raczej  granda

background image

Hiszpanii,  mówiącego  z  żeglarzem,  aniżeli  z  uszanowaniem  należnym  drugiemu  po  Kolumbie
naczelnikowi  wyprawy,  prawdę  mówiąc,  tak  gorąco  pragnę  nawrócenia  wielkiego  chana,  że  nie
chciałbym zwrócić się ani w prawo, ani w lewo. Przekonałem się nieraz, że diabeł tych tylko kusi, co
chodzą omackiem po bezdrożach.

-  Więc  żadnej  nam  nie  zostawisz  nadziei,  senior  admirale,  i  zrzec  się  mamy  tylu  świetnych
przewidywań, nie przedsięwziąwszy nawet sprawdzenia takowych?

- Nie ma na to rady, odrzekł admirał. Spójrzcie w kierunku „Pinty" szybuje jakiś ptak, jakby spocząć
chciał na jej maszcie.

Wszyscy  obecni  obejrzeli  się  i  spostrzegli  pelikana,  który  rozpiąwszy  potężne  skrzydła  na  dziesięć
stóp  szerokości,  o  kilka  sążni  nad  wodą  sunął  w  kierunku  „Pinty",  lecz  nagle,  jak  gdyby  gardząc
podrzędnym  schronieniem,  w  niespodziewanym  obrocie  zwrócił  się  nagle  ku  okrętowi
admiralskiemu i usiadł na jego wielkim maszcie.

-  Jeżeli  ptak  ten  nie  zapowiada  nam  bliskości  lądu,  rzekł  uroczyście  Kolumb,  to  zawsze  obecność
jego  dobrą  dla  nas  jest  wróżbą.  To  znak  widomy  od  Boga,  by  wytrwać  w  zamierzonym  dziele;  bo
nigdy, Marcinie Alonzo, nie widziałem pelikana w odległości więcej niż dwudziestu czterech godzin
od brzegu.

-  I  ja  tak  sądzę,  i  mniemam,  że  to  pomyślna  przepowiednia.  Lecz  może  też  Opatrzność  skłonić  nas
chce do przeszukania tych stron oceanu?

—  Rozumiem  przeciwnie  —  ona  każe  nam  postępować  ku  wytkniętemu  celowi.  Wracając  z  Indii
będziemy mogli spokojnie zwiedzić tę część Atlantyku; teraz za wcześnie o tym myśleć, gdyż kilkaset
mil  jeszcze  mamy  przed  sobą.  Radbym  zgromadzić  sterników,  dla  oznaczenia  na  mapie,  w  którym
jesteśmy punkcie.

Wszyscy  sternicy  zebrali  się  na  pokładzie  „Santa  Maria"  i  każdy  z  nich  igiełką  na  morskiej  mapie,
wykonanej przez samego admirała, wskazywał położenie okrętów. Wincenty Yanez umieścił igiełkę
w oddaleniu czterystu czterdziestu mil od Gomery; Marcin Alonzo położył ją nieco bliżej na wschód.
Gdy  przyszła  kolej  na  Kolumba,  zatknął  on  swoją  na  dwadzieścia  mil  jeszcze  za  znakiem Alonza,
utrzymując, że towarzysze jego musieli się pomylić, i każdy powrócił do siebie.

Zdaje  się,  że  Kolumb  przypuszczał  rzeczywiście  w  tym  miejscu  bytność  wielkiego  archipelagu,  a
biograf, Las Casas, popiera prawdziwość tego zdania, lecz jeśli tam kiedykolwiek istniały wyspy, to
zniknąć  by  musiały  od  dawna,  co  przecież  nie  bardzo  podobne  jest  do  prawdy.  Że  mnóstwo  ziół
morskich  napotykano  w  tych  stronach  nie  ulega  wątpliwości,  lecz  krzewy  te  naniesione  być  mogły
przez  prądy.  Co  zaś  do  ptaków,  łatwo  wytłumaczyć  sobie  ich  obecność  przez  obfite  pożywienie
jakiego im właśnie dostarczały zioła i ryby oceanu; a wiadomo, iż ptaki morskie odpoczywać mogą
na wodzie.

Mimo  tylu  znaków  pomyślnych,  majtkowie  wkrótce  przeszli  z  nadziei  do  obawy.  Sancho,  zostając
ciągle w tajemnych z admirałem stosunkach, doniósł mu o tym usposobieniu załogi wieczorem dnia
20 września, a więc w dni jedenaście od chwili jak wyspa Ferro zniknęła z widnokręgu.

background image

-  Lękają  się  ciszy,  senior,  rzekł  Sancho;  utrzymują,  że  pod  tym  stopniem  szerokości  nie  ma  wcale
wiatru.

-  Sancho,  pociesz  tych  biedaków  uwagą,  że  cisze  chwilowe  panują  na  wszystkich  morzach.
Spodziewam się, iż nie podzielasz tych niedorzecznych przypuszczeń?

-  Trzymam  się  jak  mogę,  senior  admirale.  Ale  wyznaję,  że  najdzielniej  pokrzepia  mnie  myśl  o
bogactwach Indii; gdy o nich marzę, uczuwam rodzaj zachwytu religijnego i zapominam o Moguer.

-  Nienasycony  jesteś  w  swych  żądaniach,  przebiegły  filucie.  Oto  masz  dublona;  patrząc  na  niego
możesz sobie wyobrazić bogactwa wielkiego chana; bo trzeba ci wiedzieć, że ten monarcha nie tylko
ogromne posiada skarby, a nawet lubi je rozdzielać przy sposobności.

Sancho, przyjąwszy podarunek, zostawił Kolumba sam na sam z Luisem.

- Wahaniu się tych tchórzów, zawołał niecierpliwy młodzieniec, można by łatwo zapobiec płazem, a
potrzebie nawet ostrzem.

— Surowe środki, mój młody przyjacielu, w ważnych tylko przystoją okolicznościach. Poświęciwszy
tyle lat tej wielkiej sprawie, nie jestem skłonny ustąpić przed lada szemraniem. Ale Bóg nie obdarzył
wszystkich jednakową zdolnością: przekonałem się o tym przy rozprawach z uczonymi z Salamanki;
jakżebym więc dziwić się miał sarkaniom tych prostaków, rzuconych w nieznane szlaki, gdzie wzrok
wyższego tylko pojęcia upatrzyć zdoła drogę?

— Prawdę mówisz, admirale, a jednak lękliwi nie mają słuszności. Bo jakież, na św. Piotra, zagraża
nam  niebezpieczeństwo?  Jesteśmy  w  oddaleniu  o  kilkaset  mil  od  lądu,  ale  tak  nam  tu  dobrze  jak
wszędzie.  Widziałem  nieraz  w  jednej  rozprawie  z  Maurami  dwa  razy  więcej  poległych,  niżeli
flotylla nasza ma ludzi, a krew w niej rozlana mogłaby spławić ten okręt.

—  Niebezpieczeństwa  jakich  się  lęka  załoga  nie  tyle  są  głośne,  lecz  niemniej  przerażające  jak  w
walkach przeciw Maurom. Gdzież znajdziesz źródło co zwilżyłoby spieczone ich usta? Gdzież owoc
co  odżywiłby  zgłodniałych,  gdy  nasze  zapasy  będą  wyczerpane?  Okropna  to  rzecz  umierać  z
pragnienia  i  głodu  wśród  morza,  bez  pociechy  religijnej.  Otóż  to  właśnie  niepokoi  wyobraźnię
majtków.

— Mnie się zdaje, senior, że o tym czas będzie pomyśleć, gdy napoczniemy ostatnią beczkę wody i
ostatnią  baryłkę  sucharów;  tymczasem  zaś  radbym  prosić  waszą  ekscelencję  o  pozwolenie
wszczepienia tym mózgowcom rozumu sposobem jaki uznałem za właściwy.

Kolumb nadto dobrze znał charakter młodziana, aby te jego słowa przyjąć za prawdę. Obaj, oparci o
maszt  dziobowy,  stali  przez  chwilę  pogrążeni  w  dumaniu.  Noc  zapadła  i  trudno  już  było  rozróżnić
twarze  majtków,  tworzących  na  pokładzie  małe  grupy  gwarne  i  niespokojne.  „Nina"  i  „Pinta"  w
czarnych  zarysach  odrzynały  się  na  sklepieniu  nieba,  jaśniejącym  milionami  gwiazd;  żagle  w
malowniczych fałdach kołysały się wśród masztów. Był to obraz łagodny i czarujący, lecz samotność
nocy, głęboka cisza morza przerywana niekiedy tylko trzeszczeniem rej, nadawała mu barwę dziwnej
jakiejś rzewności.

background image

-  Czy  nie  słyszysz  Luis,  trzepotania  pomiędzy  linami?  zapytał  admirał.  Zdaje  mi  się,  że  to  szelest
sprawiony przez małe ptaszki.

- Tak jest, admirale; widzę na masztach ptaszyny wielkości naszych wróbli.

- Posłuchaj ich śpiewu, wtrącił admirał; jakże on słodki pieści ucho! Jak wielką jest dobroć Stwórcy,
co wszechświat cały zapełnia harmonią tonów! Ziemia nie może być odległa, kiedy tak wątłe istoty
towarzyszą naszej podróży.

Wkrótce majtkowie spostrzegli obecność tej rzeszy napowietrznej, i śpiew jej silniejsze na umysłach
uczynił wrażenie, aniżeli najuczeńsze dowodzenia matematyczne.

— Mówię wam, że jesteśmy blisko lądu, zawołał Sancho, to dowód niezbity. Wesołe te świergotania
brzmią tak radośnie, jak gdyby małe koncertanty dziobały winogrona lub figi kastylijskie.

— Sancho ma słuszność, odezwało się kilka głosów. Powietrze nawet niesie nam woń lądową. Bóg
nas prowadzi, niech będzie pochwalone Jego imię.

W  tej  chwili  wszyscy  z  trwogi  porzucili  się  w  nadzieję.  Mniemano  powszechnie,  i  sam  nawet
admirał  zdanie  to  podzielał,  że  przybycie  tak  drobnych  ptasząt  dowodziło  sąsiedztwa  ziemi  żyznej,
przybranej  we  wszystkie  powaby  przyrody;  ta  zgraja  bowiem  skrzydlata  lubi  upatrywać  sobie
mieszkanie zgodnie z własnymi nawyknieniami.

Późniejsze spostrzeżenia dowiodły, że Kolumb zostawał w błędzie. Mylimy się częstokroć sądząc o
sile  zwierząt  według  ich  wielkości.  Rzeczywiście  z  dwóch  ptaków  niewodnych,  co  śmiało  mierzą
przestrzenie oceanu, mniejszy właśnie zwykł puszczać się dalej, bo jemu lada zielsko służyć może za
miejsce  odpoczynku.  Ptaki  czysto  lądowe  nie  wylatują  wprawdzie  na  morze,  lecz  niekiedy  burza
unosi je.

Jakakolwiek  była  przyczyna  zjawienia  się  tych  drobnych  śpiewaków  na  okręcie  „Santa  Maria",  to
uspokoiła  ona  umysły  majtków.  Wszyscy  słuchali  świergotania  ptaszków,  z  natężoną  uwagą  i  w
większej niezawodnie cichości, jak nasi miłośnicy popisu doskonale wyćwiczonej orkiestry.

Z  brzaskiem  jutrzenki  śpiewy  ponowiły,  i  wkrótce  całe  stado  uleciało  w  kierunku  południowo-
zachodnim.  Wiatr  zwolnił  i  morze  zasłane  znów  krzewami  podobne  było  do  niezmiernej  łąki.
Dwudziestego  drugiego  września i  rano  zupełna  nastąpiła  cisza,  a  razem  z  nią  ponowiły  się
szemrania.

- Płyniemy w strony nieznane, mówili niechętni, i oto przybyliśmy na miejsce gdzie nie ma już wiatru,
gdzie ugrzęźniemy w zaroślach lub piasku, i pomrzemy z głodu.

Obawa  ta  naturalną  była  w  czasie  kiedy  najświętsi  nawet  mężowie  przedzierali  się  ku  nauce  przez
grubą pomrokę przesądów, kiedy wiara w potęgę złych duchów była jeszcze powszechną.

Nazajutrz lekki wiatr zawiał od południowego zachodu, przy jego pomocy eskadra przebyła zarośla, i
pragnąc nadal uniknąć tej przeszkody, zwróciła się nieco na północ. Kolumb mniemał wtedy, że mija
się  z  prostą  drogą,  gdy  tymczasem  na  skutek  zboczenia  igiełki  magnesowej,  ten  właśnie  obrót  we

background image

właściwym prowadził go kierunku. Okoliczność ta zdaje się dowodzić, iż sam odkrywca wierzył w
ruch gwiazdy polarnej; inaczej bowiem trudno sobie wytłumaczyć, dlaczego przy pomyślnym wietrze
przez  kilka  dni  płynął  ukośnie  ku  południowi.  Usposobienie  majtków  w  tej  podróży  nieustannym
podlegało  zmianom.  Zaledwo  okręty  na  czyste  wypłynęły  morze,  już  wszyscy  nową  krzepili  się
nadzieją,  i  choć  wiatr  dął  w  kierunku  Wysp  Kanaryjskich,  nikt  wtedy  nie  myślał  o  powrocie. Ale
wieczorem wyprawa napotkała znów przestrzeń pokrytą krzewami; ujrzano raki pełzające po zielsku
i kilka ptaków, a między nimi turkawkę.

Admirał  znajdował  się  na  pokładzie,  gdy  przystąpił  do  niego  jeden  z  niezadowolonych  majtków,
imieniem Marcin Marinez.

— Senior, rzekł, nie wiemy co  sądzić  o  tym  wszystkim.  Przez  kilka  dni  wiatr  z  jednej  wiał  strony;
teraz  zupełnie  ustaje,  a  morze  wygląda  jak  pole,  na  którym  tylko  patrzeć  rychło  zjawią  się  krowy  i
cielęta. To rzecz straszliwa, jakiej żaden z nas nigdy nie widział!

— Te krzewy, odpowiedział Kolumb, są zielskiem ruchomym oceanu i dowodzą tylko żyzności ziemi
co  je  wydała.  Wiatr  południowo-zachodni  zwykle  w  tej  szerokości  panuje,  jak  wiedzą  wszyscy  co
płynęli do Gwinei. Nie upatruję w tym nic trwożącego i przekonany jestem, że roztropny nasz Pepe
nie podziela twej obawy.

— Senior admirale, odezwał się zagadniony, poprzysiągłem ci wierność i święcie jej dotrzymam, ale
ta cisza, zaledwo słabym przerwana tchnieniem, wszystkich nas niepokoi. Powierzchnia oceanu jest
jakby  obumarłą;  może  też  Bóg  otoczył  pewne  kraje  pasmem  martwej  wody,  kładąc  tym  granicę
ludzkiej ciekawości.

-  Rozumowanie  twoje  jest  mylne,  bo  właśnie  Istota  Najwyższa  kazała  człowiekowi  nad  całą
panować ziemią, i roznieść wszędzie światło Ewangelii; granice zaś, o których mówisz w wyobraźni
tylko twojej istnieją.

-  Dziwię  się  w  istocie,  wtrącił  Sancho,  zawsze  gotów  popierać  admirała,  że  majtek  tak
doświadczony jak Marcin wspomina o wietrze periodycznym i o zielsku, jako o rzeczach nieznanych.
Dla  mnie  te  zjawiska  są  bardzo  powszednie.  Płynąc  do  Irlandii  widziałem  nieraz  morze  pokryte
krzewami, a wiatr na jej brzegach wieje regularnie przez cztery tygodnie z jednej strony, przez drugie
zaś cztery z przeciwnej.

-  Czy  nie  słyszałeś  nigdy  o  ławicach  tak  długich,  że  ominąć  ich  niepodobna?  zapytał  Marcin.  To
zielsko zapowiada nam bliskość podobnej zawady.

-  Dosyć  tej  gawędy,  rzekł  admirał  nakazująco;  płyniemy  wśród  zielska  albo  po  czystej  wodzie,
stosownie do kierunku prądów.

- Ale ta cisza, senior admirale, zawołało kilka głosów. Nikt z nas nie widział wody tak nieruchomej.

— Nieruchomej! powtórzył Kolumb, otóż sama natura daje wam odpowiedź!

W  chwili,  kiedy  admirał  domawiał  tych  wyrazów,  potężna  fala  podważyła  okręt  „Santa  Maria";

background image

wszystkie  maszty  skrzypnęły,  wszystkie  liny  zatrzeszczały,  i  bałwany  bić  zaczęły  do  wysokości
pokładu.  Majtkowie,  przerażeni,  ze  zdziwieniem  obejrzeli  się  wkoło,  w  powietrzu  bowiem
najzupełniej  panowała  cisza.  Niedługo  całe  morze  było  w  ruchu  i  wszystkie  trzy  statki  stały  się
igraszką zapienionych fali. Kolumb postanowił zaraz obrócić to zdarzenie na swą korzyść.

—  Widzicie,  rzekł  do  załogi,  że  wszechmoc  Boga  zwalcza  waszą  obawę.  Mógłbym  nadużyć
niewiadomości waszej i nagłe to wzburzenie oceanu wystawić jako cud na poparcie mych zamiarów
zesłany, lecz święta sprawa, której służę z poświęceniem, nie potrzebuje uciekać się do podstępu. To
wzdęcie  niespodziewane  jest  skutkiem  oddalonej  burzy  i  ruchu  wody  w  tym  właśnie  punkcie
gasnącego.  Jednak  to  zjawisko,  chociaż  zgodne  z  porządkiem  natury,  powinno  was  przekonać,  że
Opatrzność czuwać nad nami nie przestaje. Bądźcie więc spokojni, i pamiętajcie o tym, iż dalej nam
teraz do kraju ojczystego, jak do Indii. Godzina każda zbliża nas do celu, a ten co wytrwa do końca
hojną odbierze nagrodę, podczas gdy opieszałych zasłużona nie ominie kara.

Przytoczyliśmy  tę  przemowę  Kolumba  jako  dowód,  że  wielki  odkrywca  nie  wierzył  w  cudowność
wspomnianego  zdarzenia,  chociaż  wielu  współczesnych  i  późniejszych  pisarzy  przedstawia  je  jako
bezpośrednie zesłanie Opatrzności. Trudno też przypuścić, aby tak doświadczony żeglarz nie znał tak
pospolitego zjawiska w stronach szczególnie przybrzeżnych.

 

ROZDZIAŁ XIX

W następnej dobie okręty weszły znów w obręb działania wiatrów okresowych, i płynęły w kierunku
wskazanym przez busolę, szybkością około pięćdziesięciu mil dziennie.

Dnia  25  rano  nastała  cisza,  i  statki  leniwym  biegiem  posuwały  się  obok  siebie.  Załoga  „Pinty"  z
admiralską  rozmawiała  o  obecnym  położeniu  i  o  widokach  przyszłości.  Kolumb  z  uwagą  słuchał
pogadanki,  i  wreszcie  upatrzył  sobie  chwilę  wtrącenia  do  niej  uwag,  zbawiennie  zawsze
działających na umysły majtków.

—  Co  sądzisz,  Marcinie  Alonzo,  zawołał  głośno,  ó  mapie,  którą  ci  wczoraj  przesłałem?  Czy  nie
powziąłeś z niej nadziei, że szczęśliwie dokonamy dzieła?

Zaledwie  admirał  przemówił,  wszyscy  z  uszanowaniem  zamilkli;  pomimo  bowiem  niezadowolenia
części załogi, osoba jego była przedmiotem największego poważania.

—  Piękne  to  dzieło,  senior,  odpowiedział  dowódca  „Pinty",  i  wielkie  daje  wyobrażenie  o
zdolnościach wykonawcy.

-  Jest  nim  niejaki  Paweł  Toscanelli  z  Florencji,  człowiek  głębokiej  nauki  i  niezmordowanej
wytrwałości.  Pisma  jego  zawierają  szczegółowe  objaśnienia  na  temat  wysp  tak  dokładnie
wyrysowanych  na  mapie.  Mówi  on  między  innymi  o  porcie  Zaiton,  z  którego  wypływa  rocznie  sto
okrętów  naładowanych  pieprzem,  i  opowiada,  że  papież  Eugeniusz  IV  przyjmował  ambasadora
wielkiego  chana.  Posłannik  ten  objawił  życzenie  swego  władcy,  by  wejść  w  przyjazne  stosunki  z
chrześcijanami  zachodu,  jak  nas  wtedy  mianowali  przybysze;  ale  wkrótce  nazywać  nas  tam  będą

background image

mieszkańcami wschodu.

- Cudowne mówisz nam rzeczy, senior, rzekł Alonzo; pytanie tylko czy one zasługują na wiarę.

-  Prawdziwość  ich  najmniejszej  nie  podlega  wątpliwości,  bo  Toscanelli  częste  miewał  stosunki  z
posłem  wielkiego  chana,  a  Eugeniusz  IV  umarł  dopiero  w  1477  r.  Od  niego  to  florencki  uczony
dowiedział  się  o  bogactwie  Indii,  a  szczególniej  zachwalał  mu  przepych  stolicy  Quisay  i
wspaniałość  rzeki  z  marmurowymi  mostami,  wzdłuż  brzegów  której  dwieście  miast  osiadło.  Mapa
Pawła Toscanelli przekonuje, iż odległość między Lizboną a Quisay wynosi trzy tysiące dziewięćset
mil włoskich, czyli tysiąc naszych, w kierunku zachodnim .

—  Co  mówi  uczony  Toskańczyk  o  bogactwach  tego  kraju?  zapytał  Alonzo,  i  wszyscy  bacznie
nadstawili ucha.

— Wspomina o niezmiernej obfitości złota, srebra i kosztownych kamieni, i dodaje, że miasto Quisay
ma trzydzieści mil obwodu.

—  Widzę  na  mapie  dwie  wyspy,  ciągnął  dalej  starszy  Pinzon,  z  których  jedna  nosi  imię Antilla,  a
druga Cipango.

—  Tak  jest,  mój  dobry  Marcinie  Alonzo,  i  wzajemne  ich  położenie  najściślej  jest  oznaczone;
odległość między nimi wynosi dwieście dwadzieścia pięć mil morskich.

— Podług mojego obliczenia powinniśmy być niedaleko Cipango.

— Tak się zdaje, ale żeśmy zbaczali kilkakrotnie, trudno więc powiedzieć o ile rachunek zgadza się z
rzeczywistością. Pozwól mi mapę, abym na niej oznaczył obecne nasze położenie.

Pinzon zwinął starannie pracę Pawła Toscanelli, obwiązał ją żeglarskim płótnem i rzucił na pokład
„Santa Marii"; po czym „Pinta", przypuszczając żagli wysunęła się naprzód.

Kolumb  rozwinął  mapę  na  stole,  ustawionym  w  tylnej  części  okrętu,  i  kazał  zbliżyć  się  majtkom,
chcąc żeby wszyscy wiedzieli w którym punkcie, zdaniem admirała, eskadra się znajduje.

Wymierzywszy  codzienną  drogę,  z  potrąceniem  obciętej  przez  siebie  części,  admirał  wytknął  na
mapie miejsce nieopodal już wysp, jakich się spodziewano od zachodniej strony stałego lądu Azji.
Człowiek  łatwiej  zawsze  poddaje  się  wrażeniom  zmysłowym,  aniżeli  wpływowi  rozumowania;
majtkowie też, widząc na mapie Cipango oznaczone kolorem i nie wątpiąc o sumienności Kolumba w
utrzymywaniu okrętowych zapisków, najzupełniej byli przekonani, że wszystko co im mówiono jest
prawdą. i znów ci ludzie przeszli ze zwątpienia do przesadnych nadziei, które raz jeszcze miały być
zniweczone.

Statek „Pinta" wyprzedził dwa inne na jakie sto sążni i podczas gdy majtkowie okrętu admiralskiego
radośnie z sobą rozmawiali, rozległ się nagle głos Pinzona:

- Ląd! ląd! zawołał, machając kapeluszem.

background image

- W której stronie? rzekł Kolumb z żywością.

- W stronie południowo-zachodniej, odpowiedział dowódca „Pinty".

Spojrzenia  wszystkich  zwróciły  się  ku  wskazanemu  miejscu,  i  rzeczywiście  ujrzano  na  krańcu
widnokręgu jakąś masę czarniawą, w niewyraźnych zarysach, mocniej jednak oznaczoną niż zwykle
bywają chmury. Kolumb na tyle biegły w ocenianiu zjawisk na morzu, że oczy majtków wlepiły się w
jego  twarz  pragnąc  stanowczo  wyczytać  z  niej  wyrok.  W  rysach  wielkiego  odkrywcy  najczystsza
malowała  się  radość:  odkrył  głowę  i  wznosząc  ręce  ku  niebu  padł  na  kolana.  Było  to  hasłem  dla
całej  załogi,  która  przyklęknąwszy  pobożnie  z  uczuciem  niewypowiedzianej  wdzięczności
zaśpiewała szczytny hymn: Gloria in excelsis Deo! Po raz pierwszy od stworzenia świata zabrzmiało
pienie  pochwalne  w  tej  samej  samotni  niezmierzonego  oceanu,  gdzie  dotąd  szum  tylko  fali  cześć
Stwórcy głosił przyrodzie.

—  Chwała  Bogu  na  wysokościach!  zagrzmiało  razem  kilkadziesiąt  głosów;  pokój  ziemi  ludziom
dobrej woli! wielbimy cię Boże i czcimy ku chwale Twojego imienia! Królu niebieski, Ojcze nasz
wszechmogący!

Po spełnieniu tego aktu religijnej wdzięczności, majtkowie piąć się zaczęli na drabinki linowe, dla
rozpoznania  domniemanej  ziemi,  i  utwierdzeni  w  swych  nadziejach,  niepomiarkowanej  oddali  się
radości.  Gdy  noc  zapadła  Kolumb,  dogadzając  życzeniu  ogólnemu,  kazał  sternikowi  zwrócić  się
nieco  na  południe.  Wiatr  był  pomyślny,  a  że  admirał  odległość  owego  lądu  obliczył  na  mil
dwadzieścia  i  kilka,  wszyscy  więc  spodziewali  się  ujrzeć  go  ze  świtem.  Sam  Kolumb  podzielał  tę
nadzieję, choć niechętnie odmienił kierunek swego biegu.

Tej  nocy  mało  kto  oddał  się  spoczynkowi.  Marzenia  o  bogactwach  i  cudach  krainy  wschodu
zaprzątały wyobraźnię podróżników, sen nawet chwilowy w rajskie zmieniając widzenie. Majtkowie
raz  po  raz  opuszczali  swe  łoża,  i  włażąc  na  drabinki,  usiłowali  przeniknąć  ciemność  nocy.  Przed
wschodem  jeszcze  słońca  kto  żyw  wybiegł  na  pokład,  w  nadziei  ujrzenia  w  świetle  jutrzenki
cudownej panoramy odkrytego kraju.

- Już się rozjaśnia na wschodzie, rzekł Luis, i teraz, admirale, nazwać cię możemy chlubą ludzkości!

-  Wszystko  jest  w  ręku  Boga,  mój  młody  przyjacielu,  odpowiedział  Kolumb;  jednakże,  czy  bliscy
jesteśmy  ziemi,  czy  od  niej  daleko,  zawsze  to  rzecz  niezawodna,  iż  ona  stanowi  zachodni  brzeg
oceanu, i że prędzej lub później tam przybędziemy.

- Słońce powinno by dziś wyjątkowo wzejść na zachodzie, abyśmy w całej świetności zobaczyli tę
naszą nową posiadłość.

- Powoli, mości Pedro! Słońce od początku świata odbywa obieg swój wkoło ziemi od zachodu ku
wschodowi, i tak podobno zostanie na wieki. Jest to prawda niezbita, względem której zmysły łudzić
nas nie mogą, chociaż w wielu razach świadectwo ich może być mylne.

Tak  mówi  Kolumb,  nieskończenie  wyższy  rozumem  i  nauką  od  większej  części  współczesnych,  bo
sam, jak wszyscy, ulegał sile wyobraźni, słynny system Ptolomeusza, dziwaczna plątanina prawdy i

background image

błędów, stanowiły wówczas wyrocznię astronomów. Kopernik był jeszcze młodzieńcem, i dopiero w
lat kilkadziesiąt po odkryciu Ameryki niewyraźny domysł Pitagorasa potęgą geniuszu swego wyniósł
na  stanowisko  naukowe.  Klątwa,  którą  Kopernik  został  dotknięty  za  objawienie  prawdy,  i
złorzeczenia  miotane  przeciw  niemu,  nowym  są  dowodem,  jak  niebezpiecznie  było  w  tym  czasie
wstrząsać zastarzałymi przesądami.

Gdy  pierwszy  promień  wschodzącej  jutrzenki  ozłocił  powierzchnię  morza,  spojrzenia  wszystkich,
usilnie,  lecz  na  próżno,  spodziewanego  szukały  lądu.  Truchlano  na  myśl,  że  to  nowy  był  zawód,  a
jednak  przekonano  się  wkrótce,  iż  jakieś  zjawisko  powietrzne  stać  się  musiało  przyczyną  ogólnego
złudzenia.

Przez  kilka  dni  następnych  w  położeniu  wyprawy  żadna  nie  zaszła  zmiana.  Dwudziestego
dziewiątego  września  ujrzano  morskiego  ptaka,  z  rodzaju  kormoranów,  czyli  fregat;  a  że,  według
zdania  żeglarzy,  mieszkaniec  ten  napowietrzny  nigdy  się  bardzo  od  ziemi  nie  oddala,  nową  przeto,
acz słabą, powzięto otuchę. Napotkano także dwa pelikany, a powietrze tak było wonne i łagodne, jak
pod szczęśliwym niebem Andaluzji.

Pierwszego  października  sternicy  okrętu  admiralskiego  postanowili  obliczyć  odległość  jaką  dotąd
przebyto.  I  oni  także,  podobnie  jak  reszta  załogi,  nie  wiedzieli  o  wybiegu  Kolumba.  Ukończywszy
rachunek, zbliżyli się smutnie do admirała, stojącego na tylnym pokładzie.

-  Znajdujemy  się  na  pięćset  siedemdziesiąt  osiem  mil  od  Ferro,  w  kierunku  zachodnim,  senior
admirale,  rzekł  starszy  pomiędzy  nimi;  straszliwa  to  odległość,  zwłaszcza  gdy  się  płynie  po  morzu
zupełnie nieznanym!

- Prawdę mówisz, poczciwy Bartłomieju, odpowiedział spokojnie Kolumb, ale tym większa będzie
nasza  sława.  Obliczenie  moje  przewyższa  nawet  wasze,  bo  daje  mil  pięćset  osiemdziesiąt  cztery.
Wszelako nie większa to odległość, jak z Lizbony do brzegów Gwinei, a przecież wyścignąć się nie
damy marynarzom Jana II.

-  Ach!  senior  admirale.  Portugalczycy  trzymają  się  niedaleko  brzegu,  podczas  gdy  my  rzuceni
jesteśmy w przestrzeń bezgraniczną.

- Wstydź się, Bartłomieju! gadasz jak rybak, co nigdy się nie wychylił za swą rzekę. Wyjaw załodze
wynik naszego obliczenia, ale z twarzą wesołą, nie okazując żadnego pomieszania, bo cię wyśmieją,
gdy niezadługo w indyjskich gajach rozkosznie używać będą chłodu.

- Ten człowiek widocznie się boi, mruknął Luis, gdy sternik się oddalił. Nawet ów mały przybytek
mil  sześciu  powiększył  brzemię  tłoczące  jego  umysł.  Pięćset  siedemdziesiąt  osiem  mil,  to  w  jego
oczach straszna była odległość; a liczba pięćset osiemdziesiąt cztery zupełnie go zgnębiła.

— A cóżby dopiero powiedział, gdybym nie taił się z prawdą, której i ty, młodzieńcze, pewno się nie
domyślasz?

— Spodziewam się, że nie kryjesz jej przede mną z obawy, abym nie stchórzył.

background image

—  Daleki  jestem  od  tej  myśli,  mój  młody  przyjacielu,  ale  tam,  gdzie  tak  święta  sprawa  na  jednym
wisi włosku, człowiek nieomal sam sobie nie dowierza. Czy masz dokładne wyobrażenie o drodze
jakąśmy przebyli.

—  Skądże,  mój  admirale,  dosyć  że  jesteśmy  daleko  od  Mercedes,  a  kilkadziesiąt  mil  mniej  lub
więcej  nic  w  tym  nie  stanowi.  Jeżeli  teoria  o  kulistości  ziemi  jest  prawdziwą,  mogę  przynajmniej
cieszyć się nadzieją, iż goniąc za słońcem z przeciwnej strony powrócimy do Hiszpanii.

—  Jednakże,  wiedząc  o  codziennych  umniejszeniach  moich,  powinieneś  w  przybliżeniu  ocenić
odległość naszą od Ferro.

-  Prawdę  mówiąc,  senior,  niewiele  mnie  zawsze  arytmetyka  obchodziła.  Choćby  mi  przyszło
uratować  tym  życie,  nie  umiałbym  oznaczyć  wysokości  swoich  dochodów,  choć  prostym  bardzo
sposobem  powoduję  pustki  w  kieszeni.  Może  prawdziwa  odległość  wynosi  jakie  sześćset  dziesięć
albo sześćset dwadzieścia mil, zamiast pięciuset osiemdziesięciu czterech, które podałeś.

- Dodaj sto jeszcze, a będziesz niedaleko prawdy. Znajdujemy się w tej chwili na siedemset siedem
mil  od  Ferro,  i  wchodzimy  w  południk  wyspy  Cipango.  Przed  końcem  przyszłego  tygodnia,  albo
najdalej za dni dziesięć, spodziewam się dosięgnąć stałego lądu Azji.

- To więcej jakem przypuszczał, odpowiedział Luis obojętnie, ale naprzód, w imię Boże! jest taki na
tym okręcie, co nie będzie narzekał, choćby przyszło okrążyć całą ziemię.

 

ROZDZIAŁ XX

Dwadzieścia  pięć  dni  upłynęło  od  czasu  jak  nasi  podróżnicy  stracili  z  oczu  ziemię,  a  oprócz
przytoczonych  zboczeń  i  kilku  dni  ciszy,  wyprawa  w  tym  czasie  posuwała  się  ciągle  na  zachód
podług  busoli,  w  istocie  zaś  na  południowy  zachód.  Nadzieja  majtków  posunięta  nieraz  do  obłędu,
tylokrotnie  została  zawiedziona,  że  w  końcu  ponury  smutek  opanował  wszystkie  umysły.  Chwilami
tylko  niepewny  okrzyk:  „ziemia!"  na  widok  obłoków,  przerywał  ten  stan  bezwładnego  osłupienia.
Jedynie  spokojność  morza,  czystość  nieba  i  woń  rozlana  w  powietrzu  wstrzymać  mogły  wybuchy
ogólnej  rozpaczy.  Sancho,  nieustanny  rozprawiacz,  zwalczał  obawę  towarzyszy  przez  kłamstwa
naprędce  ułożone;  podobnie  wesołość  i  niezachwiana  wiara  Luisa  zbawiennie  na  nich  działała.
Kolumb  zawsze  był  spokojny,  pełen  zaufania  w  prawdziwość  swej  teorii  i  silnej  woli  wykonania
swego planu.

Od  drugiego  do  piątego  października  żegluga  była  szybka  i  pomyślna,  lecz  żaden  wypadek  nie
urozmaicił  podróży.  Dzień  następny  również  przeszedł  spokojnie;  Opatrzność  rączym  biegiem
zdawała się posuwać okręty ku celowi. Wieczorem „Pinta" zbliżyła się o tyle, że dowódca jej mógł
rozmawiać z admirałem bez użycia trąbki.

- Czy don Christoval jest na pokładzie? zapytał Pinzon, bo poznać go nie mogę w ciemności.

- Czego żądasz, kochany Marcinie Alonzo? odrzekł admirał.

background image

-  Chciałbym  dla  wielu  przyczyn  obrócić  się  na  południe.  Wszystkie  nowoczesne  odkrycia  w  tej
właśnie poczyniono stronie, a mam niepłonną nadzieję, że i mnie się powiedzie.

-  Czyż  poprzednio  zyskaliśmy  co  na  tym,  obierając  kierunek  południowy?  Myśl  twoja,  czcigodny
przyjacielu,  często  cię  unosi  w  krainę  urojenia.  Być  może,  iż  w  prawo  lub  w  lewo  znajdują  się  tu
wyspy,  ale  ląd  stały  leży  na  zachodzie.  Trudno  porzucić  rzeczy  pewne  dla  niepewnych,  Indie  dla
jakiejś  wysepki,  rozkosznej  może,  lecz  mało  znaczącej  w  porównaniu  z  wielkim  celem  do  którego
zmierzamy.

- Jednakże, senior, proszę o pozwolenie skierowania się nieco na południe.

-  Trzymaj  się  prostej  drogi,  Alonzo,  i  nie  zapominaj  o  swym  przyrzeczeniu.  Ponieś  rozkazy  moje
dowódcy „Niny", a gdyby przypadek rozdzielił nas w nocy, płyń ciągle ku zachodowi, i staraj się ze
mną połączyć, bo smutno byłoby błądzić samemu po nieznanym oceanie. Pinzon, chociaż z widoczną
niechęcią, poddał się woli admirała i płynął ku „Ninie", aby bratu udzielić otrzymane rozkazy.

—  Marcin Alonzo  zaczyna  się  wahać,  rzekł  Kolumb,  zostawszy  z  Luisem.  Śmiały  zaiste  i  zręczny
marynarz, ale mu brak wytrwałości, trzeba więc, aby silna ręka trzymała w karbach jego słabość.

Po północy wiatr się powiększył i eskadra przez dwie godziny z nadzwyczajną płynęła szybkością.
Majtkowie nie rozbierali się, a Kolumb z Luisem przepędzili noc na pokładzie, mając za łoże stary
żagiel.  Z  brzaskiem  jutrzenki  wszyscy  byli  w  ruchu,  bo  rząd  obiecał  10  000  marawedów  rocznej
pensji temu, kto pierwszy spostrzeże ziemię, i każdy pragnął zasłużyć na tę nagrodę.

W  miarę  jak  światło  rozlewało  się  po  zachodniej  części  widnokręgu,  wszystkie  trzy  okręty  zaczęły
walczyć  z  sobą  o  pierwszeństwo.  W  tych  zapasach  równoważyły  się  mniej  więcej  korzyści  i
niekorzyści  szermierzy:  „Nina"  płynęła  najszybciej  przy  spokojnym  morzu,  lecz  za  to  małych  była
rozmiarów; „Pinta" miała wyższość przy wietrze nieco silnym; nareszcie „Santa Maria", choć ciężka
w ruchach, posiadała najwyższe masztowanie, z którego patrzący rozleglejszą objąć mogli przestrzeń.

— Dziś wszyscy dobrej są myśli, senior don Christoval, rzekł Luis zbliżając się do admirała, i każdy
radby co prędzej ujrzeć ziemię obiecaną.

-  Pepe,  przywiązany  małżonek  Moniki,  zawieszony  jest  na  najwyższym  maszcie  i  zwraca  oczy  na
zachód, chcąc gwałtem pozyskać nagrodę. W istocie 10000 marawedów rocznego dochodu, to sumka
co może pocieszyć stroskaną wdowę.

-  Senior!  senior!  zawołał  Sancho,  siedzący  na  rei  tak  swobodnie,  jak  bywalec  salonowy  na  fotelu,
„Nina" daje sygnały!

- Prawda, odrzekł Kolumb, Wincenty Yanez zatknął barwy królowej.

Ponieważ  był  to  znak  umówiony  w  razie  odkrycia  lądu,  nie  wątpiono  przeto,  że  cel  podróży  został
wreszcie  osiągnięty.  Pomni  wszelako  na  doznane  zawody,  majtkowie  milczeli  jeszcze,  czekając
potwierdzenia swych nadziei.

Okręty  z  rozwiniętymi  żaglami  pędziły  ku  zachodowi,  jak  ptaki  zbyt  długim  znużone  lotem,  co

background image

ostatnim skrzydeł uderzeniem zmierzają do lądu, którego położenie wskazuje im siła instynktu.

Tak  upłynęło  kilka  godzin.  Widnokrąg,  na  zachodzie  ciemnymi  pokryty  chmurami,  omylić  mógł
najwprawniejsze  nawet  oko.  Jednakże  około  południa,  gdy  statki  odbyły  mil  kilkanaście,  a  nie
ujrzano  pożądanego  wybrzeża,  niepodobna  już  było  łudzić  się  dłużej.  Zniechęcenie,  jakie  nastąpiło
po tym ostatnim zawodzie, większe jeszcze było niż poprzednie. Załoga nie ukrywała już szemrania,
utrzymując, że wabieni przez złego ducha w nieznane przestrzenie oceanu, marnie tam wkrótce zginąć
będą  musieli.  Zdaniem  niektórych  biografów  Kolumb  zmuszony  był  wtedy  wejść  w  układy  z
towarzyszami, przyrzekając im powrót, jeśli w oznaczonym czasie nie dosięgnie ziemi; ale ta słabość
mylnie  przypisywaną  bywa  wielkiemu  człowiekowi,  który  w  przeciwności  nawet  nie  przestawał
panować  nad  załogą  i  utrzymywać  przynależne  sobie  posłuszeństwo.  Wszelako  przezorność  kazała
mu w pewnym stopniu ustąpić ogólnemu życzeniu.

— Jesteśmy teraz, przyjacielu Luis, rzekł Kolumb w poufałej pogadance wieczornej z młodzieńcem,
na  tysiąc  mil  od  Ferro,  według  mego  obliczenia.  Dotąd,  mimo  przeciwnych  oczekiwań  Marcina
Alonzo,  spodziewałem  się  napotkać  tylko  pojedyncze  wyspy,  teraz  wyglądam  stałego  lądu  i
umyśliłem  skierować  się  za  lotem  ptaków,  których  liczne  stada  ciągną  ku  brzegom.  Każę  więc
posterować więcej na południe, nie tracąc z oczu głównego celu podróży.

Admirał  wydał  stosowne  polecenia  dowódcom  dwóch  innych  statków.  Jednakże  i  nazajutrz  nie
ujrzano lądu, ale że statki, przy słabym wietrze, kilka mil tylko przez noc przepłynęły, zawód nie był
taki przykry. Mimo niepewności położenia, podróżnicy z rozkoszą oddychali wonnym powietrzem.

Zioła  nie  pokrywały  już  powierzchni  morza,  lecz  przypływały  zupełnie  świeże,  a  ptaki,  widocznie
lądowe, w coraz większych zjawiały się stadach.

Tak przeszedł dzień ósmy października. Nazajutrz wiatr zadął gwałtownie i zmusił eskadrę zwrócić
się ku północy. Gdyby zboczenie igiełki magnesowej jednostajnie się było powiększało, kierunek ten
mógłby być najwłaściwszym; lecz okręty znajdowały się już pod tym stopniem szerokości i długości,
gdzie busola odzyskuje położenie normalne.

Dziewiątego października 1492 roku rano znaki bliskości lądu coraz stawały się liczniejsze. Każdy
wlepione  miał  oczy  w  niedościgłą  dal  oceanu  i  okrzyk:  „ziemia!"  tak  często  się  ponawiał,  że
Kolumb, pod utratą przyrzeczonej nagrody, zakazać musiał tych bezzasadnych wołań.

Wieczorem  niespokojni  majtkowie  postanowili  raz  jeszcze  żądać  od  Kolumba  powrotu,  i  chcąc  z
porządkiem pewnym dokonać tego zamiaru, wybrali mówcami jednego ze sterników, Pedro Nino, i
starego  majtka  Marcina.  W  chwili,  gdy  admirał  z  Luisem  opuścić  mieli  pokład,  dla  udania  się  do
kajuty, wszyscy rzucili się ku nim, wołając razem:

- Senior don Christoval! ekscelencjo!... senior admirale!

Kolumb obrócił się i spojrzał na nich z powagą, przed którą zadrżał Nino.

— Czego chcecie? zapytał surowo.

background image

—  Przyszliśmy  błagać  cię  o  życie,  senior,  odpowiedział  Marcin,  o  litość  nad  żonami  i  dziećmi
swoimi. My wszyscy tu zgromadzeni sprzykrzyliśmy sobie tę podróż i pragnęliśmy zakończyć ją jak
najprędzej.

— Czy wiecie jak daleko jesteśmy od Ferro, wy, co tak nierozsądną zanosicie prośbę? Mów, Nino,
bo mimo wahania się twego widzę, że i ty do nich należysz.

— Senior, odrzekł sternik, płynąć dalej, znaczyłoby rozmyślnie narażać się na zgubę. Zuchwalstwem
byłoby  chcieć  przeciąć  ten  pas  bezgraniczny  wody,  którym  Opatrzność  otoczyła  ziemię  dla
powstrzymania  dumnych  zamysłów  człowieka.  Wszak  wszyscy  duchowni,  senior,  nie  wyłączając
twojego  przyjaciela,  przeora  klasztoru  Najświętszej  Panny  de  la  Rabida,  każą  nie  targać  się
rozumkowaniem na wolę Wyższej Mądrości.

— Mogę cię zwalczyć twoją własną bronią, mój dobry Nino. odpowiadając, że wierzyć powinieneś
światlejszemu  od  siebie,  gdy  sam  sobie  radzić  nie  umiesz.  Odejdź  razem  z  towarzyszami,  i  nie
mówimy już o tym.

—  Senior!  krzyknęło  kilku  majtków,  nie  możemy  zginąć  bez  wysłuchania.  Już  i  tak  zbyt  daleko  nas
powiodłaś; dziś jeszcze okręty zwrócić chcemy do Hiszpanii.

- To rokosz widzę. Kto między wami śmie tak przemawiać do admirała?

-  My  wszyscy,  odezwało  się  dwadzieścia  na  raz  głosów.  Obowiązkiem  jest  mówić,  gdzie  idzie  o
życie!

- Czy i ty, Sancho, należysz do powstańców? czy i w tobie obawa przemogła żądzę użycia skarbów i
rozkoszy Indii?

- Jeżeli trzymam z nimi, senior admirale, to każ mi za karę całe życie smarować tylko maszty i nigdy
nie dotknąć się steru. Choćbyś wpłynął okrętem prosto w otwartą bramę piekła, stary Sancho, co się
urodził marynarzem, i wtedy jeszcze nie stchórzy.

- A ty, Pepe, mógłbyś do tego stopnia zapomnieć o posłuszeństwie winnym dowódcy tej wyprawy i
wicekrólowi donny Izabelli?

-  Wicekrólowi,  ale  czego?  zapytał  głos  jakiś  w  tłumie,  nim  jeszcze  Pepe  zdążył  odpowiedzieć.
Wicekrólowi  ziół  morskich,  tuńczyków,  wielorybów  i  pelikanów.  To  niegodne  tak  się  obchodzić  z
Kastylijczykami.

- Nazad do Hiszpanii! do Palos! krzyknęła cała prawie załoga, z wyjątkiem Sancha i Pepego, którzy
stanęli po stronie admirała. Nie popłyniemy dalej na zachód: to bluźnierstwo przeciw Bogu! Żądamy
powrotu, póki czas jeszcze!

—  Nędznicy!  kto  was  tych  podłych  nauczył  wyrazów?  zawołał  Luis,  sięgając  mimowolnie  ręką  ku
miejscu, gdzie dawniej nosił szpadę. Ustąpcie, albo,..

—  Uspokój  się,  przyjacielu  Pedro,  przerwał  mu  Kolumb,  i  pozwól  abym  rozstrzygnął  tę  sprawę.

background image

Posłuchajcie, nierozsądni, ostatecznej odpowiedzi mojej na wszystkie podobne żądania. Wyprawa ta,
zgodnie z wolą królewską ma na celu przebycie Atlantyku i dosięgnięcie Indii. Póki więc życia we
mnie  stanie,  płynąć  będziemy  na  zachód,  aż  tego  celu  dopniemy.  Drzyjcie  przed  gniewem  naszych
władców,  jeśli  sprzeciwić  się  ośmielicie  ich  rozkazom!  Jedno  szemranie  jeszcze,  a  winny  surowo
zostanie ukarany. Taka jest wola moja, i ostrzegam, że kto odtąd wykroczy przeciw posłuszeństwu,
gorsze na siebie ściągnie następstwa, niż urojone niebezpieczeństwo jakim morze zagraża rozhukanej
wyobraźni waszej. Rozważcie tylko sami obawy i nadzieje: z jednej strony niepodobieństwo prawie
dostania się do Hiszpanii z powodu braku żywności i wody, a w najszczęśliwszym nawet razie kara
za  niewykonanie  rozkazu  królewskiego;  z  drugiej  bogata  zdobycz,  niezawodne  odkrycie  rozkosznej
krainy, zamieszkanej przez ludzi spokojnych i gościnnych, nie mówiąc już o zaszczycie dokonania tak
wielkiego dzieła.

-  A  jeśli  przez  trzy  dni  jeszcze  nie  ujrzymy  lądu,  senior,  czy  przyrzekasz  nam  wtedy  powrót  do
Hiszpanii, odezwał się jeden z majtków.

-  Nigdy!  odpowiedział  stanowczo  Kolumb;  płynąć  będę  do  Indii  choćby  drugi  jeszcze  miesiąc! A
teraz idźcie do roboty lub na spoczynek, i niech nie usłyszę więcej tak niedorzecznych narzekań.

Kolumb  tyle  wrodzonej  miał  godności  i  nakazującej  powagi,  głos  jego,  podniesiony  gniewem,  tyle
był  groźny,  że  zuchwalstwo  nawet  buntu  ustąpić  przed  nim  musiało;  załoga  więc  rozproszyła  się,
choć  nie  bez  szemrania.  Gdyby  wyprawa  z  jednego  tylko  składała  się  okrętu,  byłoby  zapewne
wybuchł  rokosz;  ale  nie  znając  usposobienia  obsady  „Pinty"  i  „Niny",  majtkowie  nie  śmieli  do
stanowczych posunąć się kroków; postanowili więc odłożyć wykonanie zamiaru do czasu, aż sobie
zapewnią współdziałanie towarzyszy.

- To nie żarty, jak się zdaje, rzekł Luis, wszedłszy z admirałem do kajuty. Na św. Łukasza! chciałbym
ostudzić zapał tych łotrów rzuceniem kilku z nich w morze.

-  Podobno  oni  tę  samą  przyjemność  gotują  dla  nas  obydwóch,  odpowiedział  Kolumb;  tak
przynajmniej  doniósł  mi  Sancho.  Trzeba  być  łagodnym  póki  można,  lecz  w  ostatecznym  razie
przekonasz się młodzieńcze, że Krzysztof Kolumb równie jest biegły w robieniu szpadą, jak w użyciu
kompasu.

— W jakiej odległości, senior, jesteśmy teraz od lądu? Pytam się z ciekawości tylko, nie z obawy: bo
choćby ten okręt dosięgnął krańca ziemi i spaść miał w próżnię, nie usłyszysz ode mnie skargi.

—  Przekonany  o  tym  jestem,  szlachetny  młodzieńcze,  odrzekł  Kolumb  z  przyjaznym  uściskiem  ręki.
Sądzę, że znajdujemy się w odległości przeszło tysiąca mil od Ferro, a zatem dobiegamy punktu, w
którym  przypuszczam  istnienie  Indii  i  musimy  wkrótce  napotkać  przynajmniej  jedną  z  wysp
otaczających wybrzeże lądu azjatyckiego. Księga okrętowa podaje nieco więcej jak osiemset mil; że
jednak w ostatnim czasie sprzyjały nam prądy, przeto w tej chwili przebyliśmy zapewne do tysiąca
stu mil od Wysp Kanaryjskich.

— Mniemasz więc, senior admirale, że wkrótce ujrzymy ziemię?

—  Jestem  tego  tak  pewny,  że  byłbym  przyjął  warunki  tych  śmiałków,  gdyby  honor  na  to  pozwalał.

background image

Ptolomeusz podzielił ziemię na dwadzieścia cztery części, każda o piętnastu stopniach; Atlantyk zaś
tylko  pięć  albo  sześć  takich  części  obejmuje.  Tysiąc  trzysta  mil  niezawodnie  wystarczy,  aby  nas
przenieść do Azji, a zrobiliśmy już blisko tysiąc sto.

—  Dzień  jutrzejszy  wielkie  przyniesie  nam  wypadki,  senior  admirale;  a  teraz  udajmy  się  na
spoczynek. Marzyć będę o najcudniejszej krainie, jaką kiedykolwiek widziało oko chrześcijanina, i
ujrzę na jej wybrzeżu najpiękniejszą z dziewic Hiszpanii... co mówię! całego świata.

Nazajutrz łatwo było poznać z ponurych twarzy majtków, że w piersi ich wrzała namiętność, gotowa
wybuchnąć w każdej chwili. Szczęśliwie jednak z rankiem nowe i tak stanowcze pojawiły się znaki,
iż niezadługo ogólne zwątpienie ustąpiło nadziei. Wiatr był dość silny, a co najważniejsza, morze, tak
spokojne w ciągu całej podróży, zaczęło falować.

Kolumb znajdował się na pokładzie, gdy okrzyk radosny z góry zwrócił jego uwagę. Pepe, siedząc na
maszcie,  wskazywał  jakiś  przedmiot  płynący  nieopodal,  i  wszyscy,  wychylając  się,  ujrzeli  zielone
jeszcze  sitowie.  Z  uniesieniem  tryumfu  powitano  tę  wróżbę  szczęśliwą;  bo  ta  roślina  nieomylnie  z
pobliskiego pochodziła brzegu.

- Rzeczywiście dobra to przepowiednia, rzekł Kolumb, bo jeśli zioła morskie rosnąć mogą na dnie,
sitowie potrzebuje światła dziennego.

Ta  okoliczność  zmieniła  usposobienie  rokoszan;  z  ponowną  nadzieją  spoglądano  na  zachód,  i
wszyscy  w  gorączkowym  byli  ruchu.  Po  upływie  godziny  „Nina"  zbliżyła  się  do  okrętu
admiralskiego.

- Co nowego, Wincenty Yanez? zawołał Kolumb; zdaje się, że przynosisz dobre wiadomości.

—  Rzeczywiście,  seniorze,  odpowiedział  dowódca  „Niny":  napotkaliśmy  krzew  dzikiej  róży,  ze
świeżym jeszcze owocem. To wróżba niezawodna.

Niepodobna opisać wesołość majtków, gdy posłyszeli te słowa. Śmiano się i żartowano, tam gdzie
przed  chwilą  rozpaczliwe  panowało  zwątpienie;  nikt  już  nie  myślał  o  powrocie  do  Hiszpanii,
marzono  tylko  o  krainie  zachodu.  Niezadługo  „Pinta"  spuściwszy  szalupę  na  morze,  zwinęła  część
żagli i czekała zbliżenia „Santa Marii".

— I cóż, Marcinie Alonzo? zapytał Kolumb, ukrywając niepokój swój pod przybraną obojętnością;
jesteście, jak widzę w uniesieniu.

— Może być inaczej!? Przed godziną ujrzeliśmy kawał tej trzciny, co z niej na wschodzie wyrabiają
cukier. Ale to nic jeszcze, bo zaraz potem spostrzegliśmy kilka razem płynących przedmiotów, które
warto było wyłowić z morza.

— Prześlij mi swą zdobycz, czcigodny przyjacielu, abym ocenił jej ważność.

Marcin  Alonzo,  wsiadłszy  w  szalupę,  wyskoczył  niezadługo  na  pokład  „Santa  Marii",  a  za  nim
dwóch ludzi niosło wydobyte z morza rzeczy.

background image

— Szlachetni seniorzy, rzekł, oto coś na kształt deski z nieznanego drzewa, dalej kawałek trzciny, a tu
kij podróżny, z nadzwyczajną wyrobiony starannością.

- Prawda, odpowiedział Kolumb, obejrzawszy wskazane przedmioty. Chwała Bogu na wysokościach
za te dowody pocieszające! Teraz niepodobna już wątpić, że blisko jesteśmy celu.

- Te rzeczy pochodzą zapewnię z rozbitego statku, wtrącił Marcin Alonzo; gdyż, jak wspomniałem,
płynęły razem. Kto wie czy w pobliżu nie znajdziemy topielców.

-  Nie  smućmy  się  takim  przypuszczeniem,  odrzekł  admirał;  przypadek  zbliżyć  mógł  te  przedmioty.
Ale skądkolwiek wyszły, to dowodzą, że jesteśmy niedaleko okolic zamieszkałych.

Majtkowie  z  entuzjazmem  przyjęli  to  nieomylne  świadectwo  bliskości  podobnych  sobie  istot.
Zdobycz Pinzona przechodziła z ręki do ręki, ciekawie przez wszystkich oglądana, i wkrótce ostatki
zwątpienia rozpierzchły się przed dotykalną rzeczywistością. Pinzon powrócił do siebie; rozwinięto
znów żagle, i wyprawa do wieczora płynęła w kierunku południowo-zachodnim.

Lekka  jednak  obawa  owładnęła  umysły  lękliwe,  gdy  słońce  po  raz  trzydziesty  czwarty  od
opuszczenia  Gomery  zapadając  w  morze,  bezgraniczną  oświecało  przestrzeń.  Załoga  z  niespokojną
czujnością śledziła widnokrąg zachodni; ale choć niebo było bez chmury, widziano tylko strop jego
ubarwiony purpurą, i powierzchnię oceanu roziskrzoną światłem ostatnich słońca promieni. Admirał,
jak  zwykle  w  tej  porze,  zgromadził  okręty  dla  wydania  rozkazów.  Przekonanym  będąc,  że  droga
zachodnia jest najkrótszą, postanowił odtąd nie zbaczać już od takowej. Zmieniwszy kierunek biegu,
majtkowie  zanucili  pieśń  wieczorną:  Salve  Regina.  —  Śród  niezmierzonego  oceanu  głosy
śpiewających z tchnieniem wiatru i szmerem fali w uroczystą zlały się całość. Natężone oczekiwanie
podróżnych,  tajemniczość  niedalekiej  przyszłości,  powiększała  jeszcze  wrażenie  tej  chwili.  Nigdy
hymn ten wspaniały nie brzmiał tak poważnie i słodko dla Kolumba; lekkomyślny nawet Luis łzy miał
w oczach. Po skończonym nabożeństwie admirał zgromadził załogę na tylnym pokładzie i zwrócił do
niej pełną zapału przemowę.

—  Rad  jestem,  rzekł,  przyjaciele  moi,  że  z  tak  przykładną  pobożnością  odśpiewaliście  hymn
wieczorny, w chwili nastręczającej tyle powodów wdzięczności dla Stwórcy, za nieskończoną łaskę
z jaką nas dotąd prowadził. Rzućcie okiem w przeszłość, i zapytajcie samych siebie, czy najstarsi z
was pamiętają podróż, nie mówię już równie długą, bo takiej nie było jeszcze na świecie, ale równie
pomyślną.  Bóg,  moi  drodzy,  obecny  zarówno  w  samotni  morza,  jak  w  przybytkach  czci  Jego
poświęconych, zsyła nam pociechę w zwątpieniu, a dziś szczególnie niezbity udzielił nam dowód, że
ręka Jego kieruje naszym losem. Mam nadzieję tej nocy jeszcze dosięgnąć lądu: za kilka więc godzin
powinniśmy  bieg  swój  zwolnić,  z  uwagi  że  się  zbliżamy  do  nieznanego  brzegu.  Wiadomo  wam,  iż
hojność  naszych  władców  temu  co  pierwszy  odkryje  ziemię  przeznaczyła  rocznie  10  000
marawedów;  ja  ze  swej  strony  dołączam  bogaty  kaftan  aksamitny,  godny  wspaniałością  granda
Hiszpanii. Nie zasypiajcie przeto sprawy, bo w ciągu tej nocy, powtarzam, wszystko się rozstrzygnie.

Wyrazy  te  silne  na  słuchaczach  sprawiły  wrażenie;  majtkowie  rozproszyli  się  po  okręcie,  szukając
korzystnych  stanowisk  dla  pozyskania  zapewnionej  nagrody.  W  oczekiwaniu  wielkich  wypadków
człowiek zawsze jest milczący: wszyscy też, porzuciwszy gwarną wesołość, z wytężeniem jednemu
poświęcili się celowi. Kolumb został na pokładzie, a Luis, wyciągnięty na żaglu, marzył o kochance i

background image

o powrocie tryumfalnym do ojczyzny.

Głęboka  cisza  panująca  na  okręcie  powiększała  jeszcze  uroczystość  tej  pamiętnej  nocy.  „Nina"  z
rozpiętymi  żaglami,  przewodziła  wyprawie,  za  nią  płynęła  „Pinta",  a  statek  admiralski,  dzięki
staraniom Sancha, pospiesznie dążył w ich ślady. Niekiedy, gdy wiatr zaszeleścił linami, majtkowie
mimowolnie  drżeli,  jak  gdyby  ich  doleciał  głos  tajemniczy  z  nieznanego  świata.  Gdy  fale  morskie
silniej  o  bok  okrętu  uderzyły,  rozdrażniona  ich  wyobraźnia  oczekiwała  zjawienia  się  zgrai
dziwacznych istot, przybyłych z krainy wschodu.

Kolumb niecierpliwym okiem przedrzeć pragnął zasłonę ciemności. Śledząc nieustannie widnokrąg,
po upływie godziny przyzwał do siebie Luisa.

—  Młodzieńcze,  rzekł  głosem  drżącym  od  wzruszenia,  spojrzyj  tam,  i  powiedz  czy  mnie  oczy  nie
mylą.

— Widzę, senior, jakieś światło migające i ruchome, jak gdyby człowiek przenosił je po brzegu.

—  To  nie  złudzenie,  mój  synu!  Światło,  które  wzrok  nasz  uderza  pochodzi  z  ziemi,  albo  ze  statku
indyjskiego. Przywołaj Rodriga Sanchez de Segovia, kontrolera floty.

Z przybyciem Rodriga sprawdzono spostrzeżenie admirała. Po upływie pół godziny światło zniknęło,
potem znów zabłysło, nareszcie zgasło zupełnie. Majtkowie wkrótce się o tym dowiedzieli, lecz mało
kto podzielał zdanie Kolumba względem ważności tego faktu.

— To ziemia, rzekł stanowczo odkrywca; za kilka godzin będziemy u celu. Pewny jestem swego, bo
żadne zjawisko morskie nie może wytłumaczyć tego światła.

Mimo ufności admirała, załoga niezupełnie jeszcze była spokojna. Gdy Kolumb mówić przestał, nikt
nie  przerwał  milczenia  i  oczy  wszystkich  tęsknie  zwróciły  się  ku  zachodowi.  Przez  kilka  godzin
okręty z niezwykłą postępowały szybkością. Nad ranem strzał armatni rozległ się od „Pinty".

-  Marcin  Alonzo  daje  nam  znak,  zawołał  Kolumb,  zapewne  nie  bez  ważnej  przyczyny.  Kto  tam
zajmuje szczyt masztu?

- To ja, senior admirale, odpowiedział Sancho; siedzę tu od modlitwy wieczornej.

- Czy nie widać nic w stronie zachodniej? Patrz dobrze, bo jesteśmy u progu wielkich zdarzeń.

- Widzę tylko, że „Pinta" zwija żagle, i „Nina" także się zbliża.

- Chwała niech będzie Najwyższemu! tym razem nie mogli się już pomylić.

Na  pokładzie  „Santa  Marii"  wszystko  było  w  ruchu,  gdy  po  upływie  pół  godziny  okręt  admiralski
dosięgnął  dwóch  innych,  co  wolnym  biegiem  płynąc  obok  siebie,  odpoczywać  się  zdawały  po
odbytym wyścigu.

- Przybądź tu, Luis, i patrz! rzekł Kolumb.

background image

Noc  była  jasna,  niebo  zwrotnikowe  błyszczało  gwiazd  milionami;  sam  nawet  ocean  zdawał  się
rozlewać  niepewne  jakieś  światło,  dozwalając  rozróżnić  przedmioty,  szczególniej  na  krańcu
widnokręgu.

Gdy młodzian rzucił wzrokiem w kierunku wskazanym przez Kolumba, spostrzegł wyraźnie ciemną w
oddaleniu wyniosłość, w zarysach jakie ziemia nocną porą przedstawiać zwykła na morzu.

— Otóż Indie! zawołał Kolumb. Wielkie zadanie jest rozwiązane! Zapewne to wyspa, ale ląd stały
musi być niedaleko. Cześć i chwała imieniu Bożemu!

 

ROZDZIAŁ XXI

Pozostałe chwile nocy w gorączkowym upłynęły oczekiwaniu. Okręty płynęły ku owej bryle czarnej,
trzymając  się  ile  możności  razem,  i  mając  żagle  w  części  zwinięte.  Niekiedy  z  pokładu  na  pokład
przyjazne  wymieniano  słowa;  ale  nikt  głośną  nie  wybuchnął  wesołością.  Usposobienie  ogólne  zbyt
było uroczyste, aby dać przystęp zwykłym objawom radości, i wszyscy podobno wtedy, z uczuciem
wewnętrznej skruchy, korzyli się przed wyrokiem Opatrzności.

Kolumb milczał, lecz serce jego przepełnione było rozkoszą i wdzięcznością. Przypuszczając, że się
znajduje na ostatecznym krańcu wschodu, mniemał, że ranek roztoczy przed nim wspaniałą panoramę
owych  krajów  opisywanych  przez  braci  Polo  i  innych  odkrywców.  Dotychczasowe  oznaki
dowodziły, że kraj do którego się zbliżano był zamieszkałym; ale reszta za nieprzebytą leżała zasłoną.

Zajaśniał  na  koniec  dzień  pożądany;  niebo  na  wschodzie  oblekło  się  purpurą  i  pierwsze  promienie
jutrzenki,  na  modre  padając  fale,  rozświeciły  zarysy  niedalekiej  już  wyspy.  Oko  podróżnych  na
powierzchni  jej  rozróżniało  drzewa,  góry  i  wklęsłości  brzegu,  wynurzające  się  kolejno  u  pomroki.
Przekonano się wtedy, że to była wyspa niewielkiej rozległości, obfitująca w lasy i bujną roślinność.
Widok ziemi niewypowiedzianie zawsze jest miłym dla żeglarzy od dawna błądzących po morzu; dla
naszych zaś podróżników, co już się wyrzekli nadziei dotknięcia jej kiedykolwiek stopą, musiała ona
wydawać się rajem. Wnosząc z położenia tej wyspy, Kolumb przypuszczał, że minął inną, na której
spostrzegł światło, a znajomość szczegółów jego podróży domysł ten potwierdza.

Zaledwie słońce wzeszło, gdy ujrzano krajowców wychodzących z lasu i patrzących ze zdziwieniem
na przypływające domy. Wkrótce okręty zarzuciły kotwice, i Kolumb wylądował, dla objęcia wyspy
w posiadanie imieniem władców Kastylii i Aragonii.

W akcie tym starano się rozwinąć tyle przepychu, na ile tylko pozwalały skromne środki wyprawy.
Admirał,  w  szkarłatnej  szacie,  niosąc  chorągiew  królewską,  postępował  przodem,  za  nim  dwaj
Pinzonowie,  Marcin  Alonzo  i  Wincenty  Yanez,  trzymając  proporce  z  krzyżem  i  początkowymi
literami imion królewskiego stadła.

Zwykłe w podobnych obrzędach formalności zostały ściśle zachowane. Kolumb nowo odkrytą ziemię
objął  w  posiadanie,  i  odbywszy  dziękczynne  modły,  widział  się  otoczonym  przez  majtków,  którzy,
zbliżając  się  z  pokorą,  okazywali  swój  żal  z  powodu  wczorajszego  zajścia.  Człowiek  niedawno

background image

jeszcze przeklinany był teraz przedmiotem niemal ubóstwienia, lecz jak poprzednio nie zatrwożyły go
groźby,  tak  i  pochlebstwa  obecne  zostawiły  go  zimnym,  i  tylko  bliżej  go  znający  w  oku  odkrywcy
dopatrzeć się mogli odblasku wewnętrznej radości.

—  Ci  ludzie,  rzekł  Kolumb  do  Luisa,  gdy  tłum  się  rozstąpił,  równie  są  niestali  w  obawie,  jak  w
nadziei.  Czy  nie  uważasz,  że  ci  właśnie,  co  wczoraj  przewodzili  rokoszowi,  dziś  mnie  najwyżej
wynoszą?

— Tak zwykle bywa, odpowiedział Luis. Tym hultajom zdaje się, że ciebie wysławiają, a w istocie
cieszą się tylko z własnego ocalenia. Ale Sancho i Pepe nie podzielają widać ogólnego zachwytu, bo
ten  zbiera  kwiatki  na  brzegu,  a  tamten  przygląda  się  krajobrazowi  w  takim  zamyśleniu,  jak  gdyby
obliczał dublony wielkiego chana.

Kolumb uśmiechnął się i przystąpił w towarzystwie młodzieńca do dwóch wymienionych majtków.
Sancho, zatknąwszy rękę w zanadrze, obojętnie patrzył przed siebie.

— I cóż, mości Sancho? zapytał admirał, spoglądasz coś równie nieczule na tę rozkoszną krainę, jak
na ulice Moguer lub pola Andaluzji.

—  Senior  admirale,  jedna  ręka  wszystko  na  ziemi  stworzyła.  Nie  pierwsza  to  wyspa,  której
zwiedzam brzegi, i nie pierwsi ludzie, których widzę w szacie natury.

—  Ale  czyż  serce  twoje  obce  jest  wdzięczności  dla  Stwórcy  za  tak  wielkie  odkrycie?  Rozważ
przyjacielu, że jesteśmy na krańcu Azji, a przecież płynęliśmy na zachód.

—  Ręczyć  za  to  mogę  każdemu,  bo  dosyć  często  trzymałem  ster  w  naszej  podróży.  Czy  mniemasz,
senior, żeśmy dosięgli odwrotnej strony ziemi i że się teraz znajdujemy pod stopami Hiszpanów?

- Oczywiście, stolica wielkiego chana zajmuje wskazane przez ciebie położenie.

- To tym sposobem, senior, dublony tego władcy spaść by musiały w powietrze i trudy nasze byłyby
daremne.

- Wszystko w świecie, mój Sancho, podlega prawom przyrodzonym, a natura, jak wiadomo, odrzekł
Sancho, jest prawodawcą.

- To dla mnie zagadka, odrzekł Sancho, pocierając sobie czoło. Jesteśmy prosto pod ziemią lub na jej
boku,  a  jednak  trzymamy  się  na  nogach,  lepiej  nawet  niż  w  domu,  bo  strony  tutejsze  nie  zdają  się
obfitować w xeres, mój trunek ulubiony.

-  Nie  rodzisz  się  z  Maura,  co  gardzi  dobrym  winem,  dorzucił  Kolumb.  A  ty,  Pepe,  czemuż  tak
troskliwie zajmujesz się szukaniem kwiatów?

- Senior admirale, zbieram je dla Moniki. Kobiety więcej od nas mają delikatności uczucia, i wiem,
że miło jej będzie wiedzieć w jaką sukienkę Bóg ubrał drugą świata połowę.

-  Czy  sądzisz,  że  miłość  twoja  zachowa  te  rośliny  świeżymi  do  naszego  powrotu?  wtrącił  Luis  z

background image

uśmiechem.

- Kto wie, senior Gutierrez. Jeżeli serce twoje hołduje jakiej damie kastylijskiej, to powinieneś sam
uszczknąć kilka kwiatów dla ozdoby jej włosów.

Kolumb  oddalił  się,  gdyż  krajowcy  okazywali  chęć  wejścia  w  stosunki  z  przybyszami,  ale  Luis
pozostał  przy  młodym  majtku,  i  niezadługo  złożył  prześliczną  wiązankę,  którą  w  duchu  przymierzał
już do czarno lśniących włosów Mercedes.

Zdarzenia  dni  następnych  zbyt  znane  są  z  dziejów,  abyśmy  tutaj  przytoczyć  je  mieli  szczegółowo.
Przepędziwszy  czas  jakiś  na  San  Salvador,  jak  nazwał  pierwszą  z  nowo  odkrytych  wysp,  Kolumb
popłynął  w  celu  dalszych  poszukiwań,  i  przy  pomocy  wskazówek  otrzymanych  od  tuziemców  28
października zawinął na Kubę. Przybywszy nad brzeg tej wyspy, mniemał, że to ląd stały, i długo w
różnych  okrążał  ją  kierunkach.  Tymczasem  przyzwyczajenie  osłabiło  urok  nowości,  a  chciwość  i
żądza  sławy  odzyskały  wpływ  swój  na  umysły  podróżników.  Marcin  Alonzo  Pizon,  widząc,  że
podrzędną  tylko  odgrywa  rolę,  pozazdrościł  sławy  Kolumbowi  i  przyjazne  między  nimi  stosunki
coraz się więcej rozchwiewały.

Nie  będziemy  towarzyszyć  wyprawie  z  wyspy  do  wyspy,  z  portu  do  portu,  z  rzeki  na  rzekę:  dosyć
powiedzieć,  że  wszędzie  napotykano  bogatą  i  żyzną  przyrodę,  cudowne  krajobrazy,  mieszkańców
żyjących  w  stanie  dzikości,  ale  co  gorsza,  złota  ani  śladu.  Kolumb  mniemał,  iż  się  znajduje  w
Indiach,  na  granicy  państwa  wielkiego  chana,  a  towarzysze  jego  nie  przestawali  dopytywać  się
tubylców  o  bogactwa  tego  kraju,  mylnie  częstokroć  tłumacząc  ich  odpowiedzi.  Wśród  takich
okoliczności każdy dzień nowe przynosił wrażenia, i nie myślano już o Europie, jak chyba mówiąc o
pełnym chwały powrocie. Sam Luis nawet nie marzył już ciągle o Mercedes, której postać nadobna
ustępowała chwilowo przed nawałem obecnych przygód.

Postanowiono na koniec wyprawić dwóch ludzi w głąb kraju, a Kolumb skorzystał z tego czasu dla
naprawy  okrętów.  Gdy  nadszedł  dzień,  w  którym  oczekiwano  powrotu  wysłańców,  Luis  w
towarzystwie  Sancha  i  kilku  majtków  uzbrojonych,  poszedł  na  ich  spotkanie  i  znalazł  ich  wkrótce
otoczonych kilkunastu dzikimi, którzy śledząc ciekawie każdy ruch zamorskich przybyszów, zdawali
się  oczekiwać  chwili  wzbicia  się  ich  ku  niebiosom.  Zrobiono  mały  przystanek,  a  Sancho,  równie
nieustraszony  na  lądzie  jak  na  morzu,  zboczył  do  pobliskiej  wioski,  gdzie  za  pomocą  znaków
usiłował  porozumieć  się  z  krajowcami.  Pośród  tych  synów  przyrody,  nie  znających  różnicy  między
aksamitnym  a  płóciennym  kaftanem,  nasz  junak  doznawał  zaszczytów,  jakich  w  Europie  dostępuje
sławny mąż stolicy, po przybyciu do miasteczka prowincjonalnego. Przez pół godziny może Sancho z
rozkoszą odgrywał rolę wielkiego pana, gdy jeden z dzikich, trzymając w ręce jakieś suszone liście
koloru  brunatnego,  zbliżył  się  pokornie  i  podał  je  gościowi.  Sancho  gotów  był  przyjąć  ten  dziwny
podarunek,  choć  chętniej  byłby  sięgnął  po  dublona;  ale  krajowiec  cofnął  rękę,  i  wymawiając
kilkakrotnie  wyraz:  tabacco!  zwijać  zaczął  liście  w  podłużną  trąbkę,  i  tak  przyrządzony  wałek
ofiarował  majtkowi.  Sancho  odebrał  go  z  łaskawym  skinieniem  głowy  i  schował  do  kieszeni.  Nie
zadowoliło to jednak hołdowników; po krótkiej bowiem naradzie jeden z nich, wydobywszy podobny
zwitek, włożył go w usta, zapalił i zaczął puszczać kłęby wonnego dymu. Sancho uczynił to samo, ale
po  chwili  zbladł  okropnie  i  dręczony  ckliwością,  jakiej  nie  doznał  od  pierwszej  wyprawy  na
Atlantyk, musiał powrócić do swoich.

background image

Taki  był  wstęp  na  łono  oświeconej  społeczności  słynnej  rośliny  amerykańskiej,  której  Hiszpanie
niewłaściwie  nadali  nazwę  zwitków  skręcanych  z  jej  liści.  Sancho  pierwszym  był  palaczem
chrześcijańskim;  lecz  wkrótce  licznych  znalazł  naśladowców,  i  użycie  tytoniu,  coraz  bardziej
wzrastając, aż do naszych przechowało się czasów.

Po  powrocie  wysłańców  Kolumb  pożeglował  wzdłuż  brzegu  północnego  Kuby;  ale  że  wiatr  był
przeciwny, zamierzał więc wpłynąć do przystani nazwanej przez siebie Puerto del Principe. W tym
celu kazał przywołać sygnałami oddaloną nieco „Pintę" i dla wskazania drogi Marcinowi Alonzo, na
pokładzie okrętu admiralskiego rozniecić pochodnie.

Nazajutrz ze świtem ujrzano „Ninę" kołyszącą się, lecz statku Pinzona nie było ani śladu.

— Czy nie widziałeś gdzieś „Pinty"? zapytał Kolumb trzymającego ster Sancha.

—  Patrzyłem  na  nią,  senior,  póki  patrzeć  można  za  uciekającym  z  rozpiętymi  żaglami  okrętem.
Szanowny Marcin Alonzo umknął, podczas gdyśmy tu wyglądali jego powrotu.

Ten podstęp człowieka, na którego pomoc wiele sobie liczył, boleśnie dotknął Kolumba, stanowiąc
nowy  dowód  jak  łatwo  przyjaźń  ustępuje  przed  interesem  osobistym.  Tuziemcy  wskazali
podróżnikom strony złotodajne, admirał przeto mógł się domyślać, że nieuległy marynarz korzystał z
szybkości swojego statku, w nadziei dosięgnięcia przed innymi owego celu życzeń swej chciwości.
Ponieważ wiatr ciągle był niepomyślny, „Santa Maria" musiała w porcie oczekiwać jego zmiany. To
rozłączenie  miało  miejsce  21  listopada,  w  czasie,  gdy  wyprawa  nie  posunęła  się  jeszcze  poza
wybrzeże północne Kuby.

Do  6  grudnia  Kolumb  okrążał  tę  wyspę,  po  czym  wpłynąwszy  w  tak  zwaną  cieśninę  wiatru,
wylądował  na  Haiti.  W  ciągu  żeglugi  Hiszpanie  wchodzili  wszędzie  w  stosunki  z  krajowcami  i
dzięki  roztropnym  poleceniom  admirała,  zyskiwali  sobie  ich  przyjaźń.  W  jednym  miejscu
dopuszczono się wprawdzie gwałtu przez ujęcie sześciu dzikich, w zamiarze wysłania ich do Europy;
czyn ten w wyobrażeniach owego czasu usprawiedliwiał wzgląd na zbawienie porwanych.

Wyspa  Haiti  pod  względem  powabów  zewnętrznych,  rozkoszniejszą  jeszcze  była  od  Kuby.
Mieszkańcy  jej,  przyjemnej  powierzchowności  i  słodkich  obyczajów,  już  w  znacznej  liczbie  nosili
złote  ozdoby;  zaraz  więc  rozpoczęto  z  nimi  handel  zamienny,  w  którym  Hiszpanie  rządzili  się
naturalnie  chciwością  ludzi  cywilizowanych,  podczas  gdy  dzicy  nad  wszystkie  inne  przedmioty
przenosili dzwonki, przyczepiane wówczas do szyi ptaków łowieckich.

Płynąc  wzdłuż  brzegów  do  20  grudnia,  Kolumb  dotarł  nareszcie  do  punktu  wskazanego  mu  jako
sąsiadujący ze stolicą wielkiego kacyka zachodniej części wyspy. Książę ten, imieniem Guakanagari,
miał  kilku  lennych  kacyków,  a  sam,  o  ile  można  było  wnosić  z  niezrozumiałych  podań  krajowców,
bardzo był kochanym. Dwudziestego drugiego grudnia, w dwa dni po wpłynięciu okrętów do zatoki
Akul, ujrzano zbliżające się czółno, na którym poseł wielkiego kacyka przybywał z podarunkami dla
cudzoziemców  i  z  prośbą  do  admirała,  aby  okręty  swe  posunąwszy  o  kilka  mil  ku  wschodowi,
zarzucił kotwicę pod stolicą książęcą.

Gdy z powodu przeciwnego wiatru nie można było zaraz życzeniu temu zadośćuczynić, wyprawiono

background image

więc  posłańca  ze  stosowną  odpowiedzią,  Luis,  znudzony  długą  bezczynnością,  pragnął  zwiedzić
wnętrze  kraju,  a  zapoznawszy  się  z  młodzieńcem  należącym  do  orszaku  posła,  zwanym  przez
towarzyszy Mattinao, prosił admirała o pozwolenie towarzyszenia mu w powrocie. Kolumb, chociaż
niechętnie,  uległ  wreszcie  natarczywości  Luisa,  zalecając  mu  tylko  ostrożność  i  przydając  do  boku
Sancha.

Ponieważ w ręku tuziemców nie widziano dotąd innej broni prócz przytępionych strzał, młody hrabia
de  Llera  nie  chciał  włożyć  kolczugi,  biorąc  lekką  tylko  tarczę  i  miecz,  którego  brzeszczota
doświadczył  nieraz  na  karkach  pohańców.  Przyniesiono  mu  rusznicę,  ale  ją  odrzucił  jako  niegodną
rycerza; Sancho jednakże nie tyle sumienny, zabrał ją ukradkiem. Aby nie zwrócić uwagi majtków na
ten  wyjazd  przeciwny  prawom  okrętowym,  admirał  kazał  wysadzić  na  brzeg  Luisa  z  towarzyszem,
których w pewnym dopiero oddaleniu zabrała łódź kacyka.

 

ROZDZIAŁ XXII

Mimo  wrodzonej  odwagi,  Luis,  zostawszy  sam  na  sam  z  Haitańczykami  dziwnego  doznał  uczucia.
Jednakże  dalekim  będąc  od  obawy;  usiłował  porozumieć  się  z  nimi  za  pomocą  znaków,  a  kiedy
niekiedy słów kilka po hiszpańsku zwracał do Sancha. Zamiast zdążać za szalupą. „Santa Maria", na
której znajdował się poseł, łódź obróciła się więcej na wschód; podług umowy bowiem Luis miał się
przedstawić kacykowi, dopiero po przybyciu okrętów.

Tkliwie kochający nasz bohater nie mógł pozostać obojętnym na powaby przyrodzone Hispanioli. Jak
na  wybrzeżu  Morza  Śródziemnego,  dzikość  okolic  łagodzoną  tu  była  wdziękiem  niezrównanym,
podobnym do tego, jaki uśmiech nadobny przydaje licu pięknej kobiety. Młodzieniec niejednokrotnie
wydawał  okrzyki  uwielbienia,  a  Sancho  wtórował  mu  po  swojemu,  mniemając  zapewne,  że
obowiązkiem jest wiernego sługi podzielać zachwyt poetyczny swego pana.

— Przekonany jestem, senior, rzekł stary marynarz, gdy łódź oddaliła się o mil parę od miejsca, w
którym  szalupa  przybiła  do  brzegu,  że  waszej  ekscelencji  wiadomo  dokąd  płyniemy  z  takim
pośpiechem. Ci nadzy wioślarze muszą przecież dążyć do jakiegoś portu, w znaczeniu przynajmniej
moralnym.

- Czy boisz się, przyjacielu Sancho?

- Jeżeli się boję, mości hrabio, to jedynie dla rodziny Bobadilla, która straciłaby naczelnika, w razie
gdybyś wasza ekscelencja uległ jakiemu wypadkowi.

- Cóż by ci szkodziło ożenić się z księżniczką indyjską i zostać synem przybranym wielkiego chana,
zamiast powrócić do Moguer?

-  To  tak  zupełnie,  jak  gdyby  mnie  kazano  wybierać  czy  nosić  mam  kaftan  i  jeść  zwierzynę,  albo
chodzić nago i napychać żołądek owocami. Sądzę, że wasza ekscelencja nie zmieniłbyś zamku Llera
na pałac wielkiego kacyka.

background image

-  Masz  słuszność,  Sancho;  wartość  każdego  dostojeństwa  względną  jest  dla  społeczności  w  jakiej
żyjemy. Szlachetny Kastylijczyk nie może pozazdrościć udzielnemu książęciu Hispanioli.

-  Mianowicie  od  czasu,  kiedy  admirał  nasz  oświadczył  uroczyście,  że  kacyk  jest  poddanym  naszej
królowej,  odpowiedział  Sancho.  Poczciwy  ten  naród,  a  zwłaszcza  naczelnik  jego,  dostojny
Guakanagari, nie domyśla się pewnie zaszczytu jaki mu przeznaczono.

— Bądź roztropnym, Sancho, i wstrzymuj się od uwag niepotrzebnych. Spójrz, wioślarze nasi dążą ku
ujściu owej rzeki, i zdają się chcieć wylądować.

W  istocie  krajowcy  skierowali  się  ku  strumieniowi,  co  płynąc  z  głębi  kraju  rozkoszną  przerzynał
dolinę.  Była  to  rzeczka  niewielka  i  płytka,  ale  żaglowna  dla  lekkich  łodzi  tubylców,  brzegi  jej
wieńczyła  gęstwina  rozłożystych  drzew,  a  Luis  upatrzył  niejedno  rozkoszne  miejsce,  w  którym
chętnie  by  osiadł  na  zawsze  z  ukochaną.  Jednakże,  wyobrażając  sobie  wśród  tej  dziczy  postać
Mercedes,  widział  ją  przybraną  w  aksamit  i  koronki,  z  urokiem  wykwintności,  właściwej  osobom
wyższego urodzenia.

Gdy  łódź  wpłynęła  do  rzeki,  Sancho  zwrócił  uwagę  młodego  hrabiego  na  kilka  czółen
przybywających  od  wschodu  w  kierunku  zatoki  Akul,  które  zdawały  się  iść  na  spotkanie
cudzoziemców.

Towarzysze  ich  ujrzeli  także  ową  flotyllę,  płynącą  pod  żaglem.  Mattinao  wydobył  własną  złotą
opaskę i włożył ją na głowę jak koronę. Wtedy wszyscy krajowcy powstali z uszanowaniem, a Luis,
widząc,  że  ta  ozdoba  oznacza  godność  kacyka  lennego,  poszedł  za  ich  przykładem.  Młody  kacyk
porzuciwszy  z  przekroczeniem  granic  podwładnego  sobie  kraju  skromną  rolę  wioślarza,  przybrał
właściwą  stopniowi  swemu  powagę  i  usiłował  zawiązać  z  gościem  rozmowę.  Wymawiał  często
wyrazy  Ozema,  a  Luis  mniemał,  że  to  jest  imię  ulubionej  jego  żony;  kacykowie  bowiem,  chociaż
poddanym wzbraniali wielożeństwa, sami po kilka przybierali małżonek.

Przebywszy  rzeką  parę  mil,  łódź  zatrzymała  się  przy  dolinie,  odzianej  w  cały  powab
podwzrotnikowej  przyrody.  Krajobraz  czysto  pierwotny  miał  wygląd;  ale  odwieczna  praca
mieszkańców  okrzesała  go  z  dzikości.  Wszystko  tchnęło  owym  wdziękiem  niezrównanym,  który
zaciera się zwykle dopiero pod wpływem cywilizacji. Mieszkania były składane, chociaż proste, jak
potrzeby ich właścicieli. Kwiaty cudownej woni i barwy rozkwitały na kobiercu z zieleni, a gałęzie
uginały się pod ciężarem wybornych owoców.

Mattinao z żywą ciekawością przyjęty był przez poddanych swego kraju. Niewinne dzieci przyrody
otoczyły  Luisa  i  Sancha,  patrząc  na  nich  jak  na  zesłańców  nieba,  chociaż  słyszeli  o  przybyciu  ich
morzem.  Sancho,  skutkiem  zapewne  swych  prostych  obyczajów,  odpowiadających  naiwnemu
usposobieniu  Indian,  został  wkrótce  ulubieńcem  tłumu.  Luis  udał  się  do  mieszkania  kacyka,  starego
zaś marynarza gromada zaprowadziła do wioski.

Gdy  Mattinao  pozostał  sam  na  sam  z  Luisem  i  dwoma  przybocznymi,  powtórzył  znów  kilkakrotnie
imię  Ozemy.  Po  chwili  udzielił  towarzyszom  zlecenia,  którego  Luis  nie  zrozumiał,  po  czym  kacyk
zdjął  opaskę,  ubrał  się  w  suknię  bawełnianą  i  dał  znak  gościowi,  aby  szedł  za  nim.  Zarzuciwszy
tarczę na ramię i przypasawszy miecz, tak aby nie przeszkadzał w chodzeniu, Luis udał się w drogę,

background image

równie spokojny jak gdyby przebywał ulice Sewilli.

Mattinao  powiódł  towarzysza  przez  gaik,  w  którym  pasożytne  rośliny  zwrotnikowe  wiły  się  koło
gałęzi drzew owocowych, ścieżką idącą wzdłuż strumienia, co w głębi wąwozu wody swe toczył ku
rzece.  Po  upływie  pół  godziny  na  pochyłości  małego  wzgórza  pokazało  się  kilkanaście  chat
malowniczo rozrzuconych Luis domyślił się zaraz, że to było schronienie kobiet, czyli seraj młodego
kacyka.  Gospodarz  wprowadził  go  do  jednego  z  okazalszych  mieszkań,  gdzie  podano  im  posiłek
prosty, lecz przyjemny i ożywczy

Niezadługo  Mattinao  wyprawił  posłańca  do  jednego  z  domków  sąsiednich  i  po  chwilowym
spoczynku wezwał gościa, aby mu towarzyszył. Postępując w górę, przybyli do chaty większego od
innych rozmiaru i na kilka, jak się zdawało, podzielonej części. Powiedziawszy coś kobiecie będącej
w  izbie  wstępnej,  kacyk  odsunął  zasłonę,  zgrabnie  z  sitowia  splecioną,  i  wprowadził  gościa  do
wewnętrznych  pokojów.  Hrabia  de  Llera  ujrzał  młodą  niewiastę,  którą  Mattinao  powitał  czule
imieniem  Ozema.  Luis  skłonił  się  przed  mniemaną  małżonką  kacyka  tak  głęboko,  jak  kawaler
hiszpański przed pięknością swego kraju, lecz spojrzawszy na Indiankę, zawołał z uniesieniem:

— Mercedes!

Kacyk  powtórzył  to  imię,  uważając  je  widać  za  wyrażenie  podziwu  i  radości.  Młoda  niewiasta
uśmiechnęła  się,  pokraśniała,  i  dźwięcznym,  łagodnym  głosem  szepnęła  także:  Mercedes!  bo  istoty
niewinne lubią odtwarzać wyrazy lub czyny, będące dla nich źródłem przyjemności.

Wypada  nam  objaśnić  dlaczego  myśl  Luisa  tak  nagle  przeniosła  się  do  kochanki.  Wszystkie
opowiadania  zgadzają  się  na  to,  że  mieszkańcy  Indii  wschodnich  byli  kształtnej  kibici  i  pełni
wrodzonego wdzięku. Cerze ich, lubo śniadej, nie zbywało na świeżości, a ci, których sposób życia
nie  zmuszał  do  pracy  w  skwarze  słonecznym,  mogli  prawie  uchodzić  za  białych.  Do  tej  liczby
należała  Ozema,  nie  żona,  lecz  jedyna  siostra  kacyka  Mattinao.  Według  praw  haitańskich  godność
panującego przekazywało się przez niewiasty, i syn Ozemy miał być spadkobiercą swego wuja; toteż
dziewica  była  przedmiotem  najtroskliwszych  starań  całego  plemienia.  Dosięgnąwszy  osiemnastej
wiosny, nie znała ona wcale przykrości znoju fizycznego: słowem posiadała wszystkie powaby, jakie
kształtom  niewieścim  nadaje  życie  proste,  lecz  dostatnie,  łagodny  klimat  i  swoboda  umysłu.  Tak
Ewa,  gdy  wyszła  z  rąk  Stwórcy,  skromna,  trwożliwa,  a  jednak  piękna,  wydać  się  musiała  oczom
pierwszego ziemi mieszkańca.

Haitańczycy  nie  wstydzili  się  występować  w  szacie  natury,  nosili  częściowe  ubranie,  a  naczelnicy
ich starali się nawet o wykwintność; jednakże strój ich był raczej ozdobą i znakiem dostojeństwa, niż
przedmiotem codziennej potrzeby. Ozema nawet nie stanowiła w tym względzie wyjątku. Przepaska z
płótna, w żywych usnuta barwach, otaczała smukłą jej kibić, spadając prawie do kolan. Prosta, lecz
śnieżnej  białości  tkanina  bawełniana  spływała  z  ramion,  i  lekkim  węzłem  przewiązana  na  biodrze,
dosięgała  ziemi.  Ozdobne  sandały  drobną  osłaniały  nóżkę.  Szyję  jej  zdobił  rząd  muszli,  na  którym
zawieszona  była  blacha  szczerozłota.  Podobne  naręczniki  okalały  ramiona,  a  wąskie  złote  opaski
błyszczały na toczonych goleniach. Piękność włosów uważana była w tym kraju jako cecha wyższego
urodzenia, toteż Ozema słynęła z czarnych jak heban splotów i gęste ich pierścienie osłaniały ją do
pasa.

background image

Chociaż  młoda  dziewica  niezaprzeczalnie  przewyższała  wdziękami  wszystkie  kobiety  tej  wyspy,
powaby jej wszakże nie byłyby może zwróciły uwagi Luisa, gdyby nie uderzające podobieństwo do
Mercedes.  Niepewne  i  obłąkane  prawie  spojrzenie  piękności  indyjskiej  nie  mogło  zapewne  iść  w
porównaniu  z  wyrazem  inteligencji  i  słodyczy  jaśniejącym  na  licu  Hiszpanki,  lecz  podobieństwo
ogólne tak było wielkie, że na pierwszy rzut oka koniecznie nasunąć się musiało. Rysy Mercedes były
wprawdzie  szlachetniejsze,  uśmiech  jej  wyrazistszy  i  ruchy  zręczniejsze;  pod  względem  wszakże
świeżości  i  kształtnej  budowy  Ozema  mogła  z  nią  walczyć  o  pierwszeństwo,  a  z  drugiej  strony
prostota i niewinna zalotność młodej Indianki miała nawet wyższość nad sztuczną powściągliwością
dziedziczki  kastylijskiej.  U  tej  zalety  ciała  i  duszy  płynęły  z  wyrobienia  pojęć  i  zapału  religijnego,
tamta  czerpała  je  z  wrodzonego  popędu,  którego  nie  tłumiła  jeszcze  wmówiona  przyzwoitość
oświaty.

— Mercedes! zawołał młodzieniec.

— Mercedes! powtórzył Mattino.

—  Mercedes!  szepnęła  cicho  Ozema,  i  kilka  razy  wymówiła  miłe  dla  siebie  brzmienie,  uważając
takowe za wyraz radosnego zachwytu.

Luis, wybierając się w drogę, nie zapomniał o podarunku dla kobiet, ale ujrzawszy Ozemę, wszystkie
te drobiazgi uznał zbyt błahymi. W jednej z wypraw przeciw Maurom zdobył on zawój z lekkiej, lecz
bogatej  tkaniny,  który  zachował  na  pamiątkę.  W  wycieczkach  swoich  na  tym  lądzie  nosił  zwykle  tę
wspaniałą ozdobę, dla wpływu jaki to wywrzeć mogło na krajowców. I tym razem zwój zdobił jego
głowę,  a  młodzieniec,  zachwycony  niespodzianym  podobieństwem,  rozwinął  go  zręcznie  i  zawiesił
na ramionach pięknej Ozemy.

Młoda dziewica, rozłożywszy tkaninę na ziemi, powtórzyła kilka razy wyraz Mercedes, z oznakami
najwyższej  radości.  Zachwycenie  jej,  chociaż  bardzo  podobne  do  niewinnych  uniesień  dziecka,
niezdolnego ukrywać swych uczuć, nosiło jednak cechę godności, co zawsze i wszędzie towarzyszy
postępowaniu ludzi wyższego urodzenia. Luis, patrząc na pełną naiwności prostotę Ozemy, usiłował
wyobrazić sobie sposób w jaki Mercedes de Valverde przyjęłaby drogocenny klejnot z ręki królowej
Izabelli,  i  zdawało  mu  się,  że  powściągliwa  radość  i  wdzięczność  Kastylijki  mniej  silne  może
zrobiłaby wrażenie.

Podczas tych rozmyślań młodzieńca Ozema, nie wstydząc się bynajmniej, zdjęła zasłonę bawełnianą i
przymierzyła  podarowany  sobie  zwój,  po  czym,  odwiązawszy  naszyjnik,  zbliżyła  się  do  Luisa,
ofiarowując  mu  go  ze  spojrzeniem  stokrotnie  od  słów  wymowniejszym.  Luis  dar  ten  wzajemny  z
rycerską  przyjął  uprzejmością,  a  nawet  zwyczajem  kastylijskim  ucałował  rączkę,  z  której  otrzymał
podarek.

Kacyk,  ucieszony  świadek  tej  sceny,  powiódł  wtedy  hrabiego  do  innego  domostwa,  gdzie
przedstawił  mu  swe  żony  i  kilkoro  dzieci.  Przy  pomocy  znaków  i  niektórych  wyrazów,  wzajemnie
pochwyconych,  Luis  pojął  wreszcie  stopień  pokrewieństwa  między  swym  gospodarzem  a  Ozemą,  i
wyznać  trzeba,  iż  rad  był  z  odkrycia,  że  piękna  Indianka  jest  niezamężna,  co  przypisywał,  może  i
słusznie, uczuciu zazdrości jakie w nim budziło podobieństwo jej do Mercedes.

background image

Luis trzy dni przepędził w siedzibie kacyka, w ciągu których osoba jego była przedmiotem ogólnej
ciekawości.  Kobiety  z  niewinnym  zaufaniem  dotykały  jego  ubrania  i  podziwiały  białość  jego  w
porównaniu  ze  śniadą  cerą  tuziemców.  Jedna  tylko  Ozema  mniej  była  śmiała,  chociaż  bacznym
wzrokiem  śledziła  każdy  ruch  cudzoziemca.  Luis,  na  wonnych  wyciągnięty  matach,  całymi  nieraz
godzinami  przypatrywał  się  dziewicy,  w  zamiarze  niby  odkrycia  nowego  podobieństwa  z  oddaloną
kochanką, a rzeczywiście znęcony osobistym powabem Ozemy. Spostrzegłszy wyższość jej umysłową
nad  żonami  kacyka,  pragnął  zaznajomić  się  przez  nią  ze  stosunkami  krajowymi,  w  czym  rzadka
pojętność młodej Indianki usiłowaniom jego przychodziła w pomoc. Ozema w kilku dniach wyuczyła
się mnóstwa wyrazów hiszpańskich i wymawiała takowe z niewysłowionym wdziękiem.

Luis de Bobadilla, chociaż z natury lekkomyślny, gorliwym był jednak chrześcijaninem. W tej epoce
ogół tchnął jeszcze głębokim dla religii poszanowaniem, a choć i wtedy nie zbywało na wątpiących,
należeli  raczej  do  klasy  polityków  lub  duchownych,  ukrywających  zasady  swoje  pod  habitem
zakonnym.  Pożycie  młodzieńca  z  Kolumbem  utwierdziło  jego  wiarę  w  Opatrzność;  skłonnym  był
przeto uznać w cudownej prawie łatwości z jaką Ozema go pojmowała, zrządzenie wyższej woli, dla
ułatwienia stosunków z krajowcami i rozszerzenia między nimi Ewangelii. Częstokroć, wpatrując się
w  słodkie  i  pełne  wyrazu  oko  Ozemy,  przypuszczał,  że  jest  powołanym  do  zbawienia  wyspiarzy
przez pośrednictwo nadobnej dziewczyny. Pamiętny na zlecenie admirała, chciał także zasięgnąć od
niej wiadomości względem położenia złotodajnych kopalń, lecz objaśnienia Ozemy w tym względzie
były niedokładne.

Drugiego  dnia  wyprawiono  dla  uczczenia  gościa  igrzyska,  w  których  Luis  miał  pole  do  popisu,  a
będąc zręcznym i zaprawionym w turniejach, pokonał z łatwością współzawodników, nie wyłączając
samego  Mattinao.  Młody  kacyk  nie  okazywał  jednak  zawiści  ani  wstydu,  a  siostra  jego  klaskała  w
ręce  z  radości.  Powabne  jej  lice  żywszym  zajaśniało  rumieńcem,  oko  tłumionym  iskrzyło  się
blaskiem, a uśmiech zadowolenia odsłaniał dwa rzędy lśniącej białości zębów. Ozema miała czarne
oczy,  Mercedes  zaś  niebieskie,  ale  spojrzenie  Indianki,  zwłaszcza  gdy  patrzyła  na  Luisa,  podobne
było bardzo do spojrzenia Kastylijki.

Niejednokrotnie  też  w  ciągu  igrzysk  młodzieniec  zauważył,  iż  wyraz  twarzy  Ozerny  był  jakby
odbiciem radości Mercedes podczas turniejów.

Mimo  tego  bohater  nasz  nie  zobojętniał  dla  ukochanej,  gdyż  mimo  licznych  błędów,  za  wiele  miał
rycerskiego  ducha,  aby  zapomnieć  o  damie  swego  serca,  lecz  będąc  młodym  i  oddalonym  od
Mercedes, nie mógł się okazać nieczułym na jawne dowody uwielbienia Haitanki. Gdyby Ozema w
postępowaniu z nim używała sztucznej zalotności, Luis byłby się ocknął natychmiast, ale widząc jej
prostotę daleką od rozmysłu, oddawał się bez obawy chwilowemu uczuciu.

Wśród  nowych  zajęć  i  silnych  wrażeń  czas  zawsze  szybko  biegnie.  Luis  ani  się  spostrzegł  jak
upłynęły trzy dni pobytu jego u kacyka Mattinao. A i Sancho w ciągu tych dni był bohaterem swego
koła, a chociaż nie nauczył się ani słowa po haitańsku i choć żadna z Indianek nie korzystała od niego
wykładu języka hiszpańskiego, to umiał jednak używać chwili, rozdając dzwonki, a biorąc w zamian
złote  ozdoby.  Stary  marynarz  niemniej  zdrowe  zaiste  miał  pojęcia  o  stosunkach  handlowych,  jak
nowocześni ekonomiści. Zasady swoje w tej mierze objawił w rozmowie z Luisem.

—  Widzę,  żeś  się  nie  wyrzekł  zamiłowania  w  dublonach,  przyjacielu  Sancho,  rzekł  Luis  na  widok

background image

złotego piasku i blaszek zebranych przez marynarza — w worku twoim dość jest kruszcu dla wybicia
paru tuzinów monet z popiersiem królewskim.

- Mógłbyś podwoić tę liczbę, senior, a to wszystko dostałem za kilkanaście dzwonków, nie wartych
garści marawedów. Na wszystkich świętych! zamiana ta bardzo przyjemna dla biednego pachołka. Ci
ludzie tyle cenią sobie złoto, co wasza ekscelencja zabitego Maura, a ja znów mało dbam o dzwonki.
Nie robimy sobie krzywdy, bo oddajemy nic za nic.

- A czy to uczciwe, Sancho, pozbawiać ich złota za rzecz tak małej wartości? Przypomnij sobie, że
jesteś chrześcijanem kastylijskim.

-  Pamiętam  o  tym,  senior,  ale  wartość  każdego  przedmiotu  względną  jest  co  do  ceny  jaką  doń
przywiązują  w  miejscu  sprzedaży.  Wie  o  tym  każdy  kupiec,  bo  to  jasne  jak  słońce.  Wenecjanie
nabywają  w  Kandii  za  bezcen  rodzynki,  figi  i  wina  greckie,  chociaż  płody  Zachodu  na  tej  wyspie
niesłychanie  są  drogie.  Wszystko  w  danym  czasie  i  miejscu  może  znaczyć  nic,  albo  wiele;
najpierwszą zaś zasadą w handlu jest dawać mało, a brać jak najwięcej.

Gdy  Sancho  wyniszczał  w  ten  sposób  swą  teorię  o  zamianie,  od  wioski  rozległ  się  nagle  krzyk
przerażenia. Przytoczona rozmowa miała miejsce w lasku, na pół drogi między wsią a mieszkaniem
kacyków.  Obaj  Europejczycy  byli  nieuzbrojeni,  gdyż  Luis  miecz  swój  zostawił  w  ręku  pięknej
Ozemy,  która  bawić  się  nim  lubiła,  Sancho  zaś,  nie  chcąc  dźwigać  ciężkiej  rusznicy,  złożył  ją  w
swym mieszkaniu.

— To może zdrada, senior, zawołał Sancho. Ci hultaje poznali się zapewne na prawdziwej wartości
dzwonków i pragną odebrać swe złoto.

— Mattinao i poddani jego nie dopuszczą się wiarołomstwa, ręczę za to honorem. Ten rozruch inną
ma przyczynę. Posłuchaj! zdaje mi się, ze wołają Kaonabo!

— Tak jest, senior, a podobno to imię kacyka Karaibów, śmiertelnego wroga tego plemienia.

— Ruszaj do wsi po rusznicę i powróć do siedziby kacyka. Starajmy się obronić Ozemę.

Po  tych  słowach  Luis  i  Sancho  rozłączyli  się:  pierwszy  pobiegł  do  wsi,  a  drugi  wolnym  krokiem
zawrócił się ku mieszkaniu kacyka, spoglądając często za siebie i żałując, że nie miał pod ręką konia
i dzidy, przy których pomocy z łatwością byłby rozpędził całą hałastrę napastników.

Wróciwszy  do  mieszkania  kobiet,  Luis  zastał  tam  już  trwogę;  spłoszone  żony  kacyka  zebrały  się  w
gromadę,  wymawiając  z  przerażeniem  imię  Kaonabo,  jedna  tylko  Ozema  była  spokojniejszą.  Z
przybyciem  młodzieńca  niewiasty  garnąć  się  zaczęły  koło  księżniczki  i  łatwo  było  zrozumieć,  iż
nakłaniały  ją  do  ucieczki,  by  nie  popadła  w  ręce  Karaiba.  Luis  domyślił  się  wtedy,  że  celem
niespodziewanego  napadu  było  porwanie  dziewicy  i  przypuszczenie  to  powiększyło  jego  zapał.
Ozema,  ujrzawszy  go,  przybiegła  z  załamanymi  rękoma;  błagające  jej  spojrzenie  wyrażało  ufność  i
nadzieję.  Luis  w  jednej  chwili  uchwycił  miecz,  a  zastawiwszy  się  tarczą  i  wywijając  orężem,
zapewnił tym sposobem księżniczkę o swej pomocy. Kobiety pierzchnęły w mgnieniu oka, szukając
schronienia dla siebie i dla dzieci, i Luis znalazł się sam na sam z Ozemą.

background image

Niebezpiecznie  było  pozostać  w  mieszkaniu,  bo  silny  oddział  nieprzyjaciół  wdzierał  się  już  na
wzgórze,  w  zamiarze  ujęcia  pięknej  zdobyczy;  Luis  starał  się  przekonać  Indiankę  o  potrzebie
ucieczki. Wtedy Ozema, tuląc się do młodzieńca i drżąc z obawy, zawołała:

- Kaonabo! nie! nie!

Dziewczyna  zapamiętała  wyraz  oznaczający  przeczenie,  i  chciała  zapewne  tym  sposobem  objawić
nienawiść  swoją  dla  naczelnika  Karaibów.  Luis  ten  wstręt  przypisywał  uczuciu  Ozemy  dla  siebie;
nasz bohater bowiem, jakkolwiek pełen rycerskiej szlachetności, był nieco próżny i wysokie miał o
sobie wyobrażenie. Wobec jednej tylko Mercedes odstępowała go zwykła buńczuczność.

Opuściwszy  siedzibę  kacyka,  młody  hrabia,  jako  biegły  wojownik,  szukał  obronnego  stanowiska  i
znalazł  takie  o  sto  kroków  zaledwo  od  domostw.  Góry  tworzyły  tu  zakątek  z  trzech  stron  otoczony
jakby wałem i punkt ten, przy dzielnej obronie, był prawie niezdobytym. Ozema ukryła się za skałą,
lecz wiedziona współczuciem dla Luisa, lękliwie nieraz wychylała głowę.

Zaledwie  Luis  zajął  tę  naturalną  warownię,  gdy  kilkunastu  dzikich,  uzbrojonych  w  łuki,  maczugi  i
dzidy,  stanęło  rzędem  o  paręset  kroków.  Młodzieniec  samą  tylko  tarczą  mógł  się  zastawiać  od
pocisków nieprzyjaciół; ale wiedział, że ich strzały, choć rażą z bliska i w nagie wymierzone ciało,
w  oddaleniu  mało  są  szkodliwe.  Nie  korzystał  więc  z  bezpiecznego  schronienia  za  skałami,
występując w otwarte miejsce, gdzie swobodniej mógł się poruszać.

Szczęściem dla mężnego obrońcy sam Kaonabo, ścigając za kobietami, w których gronie spodziewał
się  Ozemy,  nie  był  wtedy  obecny;  zapalczywa  bowiem  odwaga  groźnego  naczelnika  Karaibów
byłaby  może  od  razu  zakończyła  walkę  na  korzyść  przewagi  liczebnej.  Bez  niego  napastnicy  nie
śmieli stanowczo nacierać, ograniczając się tymczasowo do wypuszczenia pojedynczych strzał, które
Luis odbijał końcem swego miecza. Pogardliwe to przyjęcie ich zaczepki dziki okrzyk wzbudziło w
szeregu nieprzyjaciół.

Powtórny  napad  bardziej  był  gwałtowny.  Ośmiu  Indian,  opatrzonych  w  łuki,  napięło  jednocześnie
cięciwy, a choć pociski o nadstawioną odbiły się tarczę, oblężeniec jednak otrzymał kilka stłuczeń.
Już  dzicy  nowe  nakładali  strzały,  gdy  młoda  dziewica  opuściła  kryjówkę  i  z  założonymi  na  krzyż
rękoma stanęła przed Luisem.

— Ozema! Ozema! zawołali oblegający.

Na  próżno  Luis  zaklinał  księżniczkę,  aby  się  usunęła;  żadna  namowa  skłonić  jej  nie  mogła  do
opuszczenia drogiego sercu swemu obrońcy. Nie chcąc narazić jej życia, Luis rad nierad musiał z nią
razem schronić się w bezpieczne miejsce.

Zaraz potem w gromadzie napastników zjawił się wojownik dzikiego wejrzenia, któremu hałaśliwie
opowiadać zaczęto dotychczasowe wypadki.

- Kaonabo? zapytał Luis Ozemy.

Dziewczyna czule spojrzała na młodzieńca i potrząsnęła głową.

background image

- Nie! nie! odrzekła z żywością; Kaonabo, nie! nie!

Luis  zrozumiał,  że  pierwsza  część  odpowiedzi  znaczyła,  iż  przybysz  nie  jest  Kaonabo,  a  druga
wyrażała wstręt jej osoby do naczelnika Karaibów.

Narada  przeciwników  wkrótce  była  ukończona,  i  sześciu  z  nich  rzuciło  się  ku  schronieniu
oblężonych. Wtedy Luis wyszedł z kryjówki i stanął w obliczu nieprzyjaciela. Dwie dzidy uderzyły
w  jego  tarczę,  ale  miecz  młodziana  błysnął  w  powietrzu,  i  ręka  najbliższego  wojownika  razem  z
maczugą padła na ziemię.

Tak zręczne i niespodziewane cięcie przeraziło nacierających, którzy nie znali jeszcze w boju użycia
żelaza, i szybka ta manipulacja wydała się im cudem.

W tej chwili okrzyk radości w gronie Indian zapowiedział przybycie posiłków, na których czele tym
razem  znajdował  się  sam  Kaonabo.  Doniesiono  mu  zaraz  o  wszystkim,  i  wojowniczy  kacyk
widocznie  był  zdziwiony  czynami  naszego  bohatera.  Po  upływie  kilku  minut  naczelnik  kazał  cofnąć
się  towarzyszom  do  pewnej  odległości  i  złożywszy  swoją  broń,  postąpił  ku  Luisowi  z  oznakami
przyjaźni.

Dwaj  przeciwnicy  zbliżyli  się  do  siebie  z  grzecznością  i  wzajemnym  zaufaniem.  Karaib  zaczął
przemowę,  z  której  Luis  zrozumiał  tylko  imię  pięknej  Indianki.  Ozema  wyszła  także  z  ukrycia,  a
rubaszny  wielbiciel  zwrócił  do  niej  swe  słowa,  namiętnie  często  przyciskając  rękę  do  serca.
Księżniczka odpowiedziała z pośpiechem osoby co z góry już powzięła postanowienie. Pod koniec,
żywo zapłoniona, wskazała na Luisa i rzekła po hiszpańsku:

— Kaonabo, nie! nie!... Luis! Luis!

Z nieopisanym wyrazem groźnego oburzenia naczelnik Karaibów przyjął to oświadczenie na korzyść
cudzoziemca. Gniewnie potrząsając rękę powrócił do swoich, i kazał natychmiast ponowić napaść.

Tym  razem  wypuszczono  znów  z  daleka  grad  strzał,  przed  którymi  Luis,  troszcząc  się  o  życie  nie
odstępującej  go  Ozemy,  schronić  się  musiał  za  skałę.  Dowódca  poprzedni,  któremu  Kaonabo
wymówił  bezskuteczność  pierwszego  natarcia,  chcąc  zatrzeć  tę  zmazę,  rzucił  się  z  maczugą  ku
Luisowi.  Pod  gwałtownym  jego  uderzeniem  ręka  mniej  silna  byłaby  się  ugięła,  ale  bohater  nasz,
zaprawiony w tylu walkach, wytrzymał je i widząc, że wszystko zależy od stanowczego w tym razie
zwycięstwa, jednym zawinięciem miecza głowę Karaiba odłączył od ciała.

Indianie  spieszący  za  dowódcą  stanęli  jak  wryci,  lecz  Kaonabo  z  rykiem  rozdrażnionego  tygrysa,
podżegał upadającą ich odwagę, i już ponowić miano napad, gdy nagle z boku zagrzmiał huk strzelby.
Dwóch  Karaibów  padło  śmiertelnie  rażonych,  reszta,  mniemając  że  niebo  zesłało  swe  pioruny  na
pomoc  oblężonym,  pierzchnęła  w  jednej  chwili.  Podczas  gdy  nieprzyjaciel  w  bezładnej  ucieczce
szukał ocalenia, z gęstwiny przyległego lasu wyszedł Sancho, trzymając rusznicę.

Okoliczności były naglące, z poddanych kacyka Mattinao ani jeden nie dotrzymał placu. Dla ocalenia
przeto  Ozemy  nie  pozostawało  Luisowi  jak  zwrócić  się  ku  wybrzeżu.  Zastawszy  kilka  łodzi  blisko
lądu,  wszyscy  troje  wypłynęli  na  morze,  a  że  wiatr  był  zachodni,  w  parę  godzin  znajdowali  się

background image

niedaleko okrętów, gdzie wysiedli ukradkiem; Luis bowiem nie zapomniał o zleceniu admirała, by tę
swoją wycieczkę przed załogą trzymał w tajemnicy.

 

ROZDZIAŁ XXIII

Przybywszy  w  miejsce,  z  którego  widać  było  okręty,  Luis  ujrzał  z  przerażeniem,  że  „Santa  Maria",
którą  cztery  dni  temu  w  najlepszym  zostawił  stanie,  rozbita,  z  potrzaskanymi  masztami  leżała  na
piasku.  „Nina"  była  wprawdzie  nie  tknięta,  ale  młodzieniec  uczuł  mimowolną  trwogę  na  myśl,  że
wątły  ten  statek  stanowił  odtąd  jedyne  jego  schronienie.  Wybrzeże  zarzucone  było  materiałami
budowlanymi,  a  Hiszpanie,  wespół  z  krajowcami,  pracowali  widocznie  nad  wzniesieniem  rodzaju
twierdzy. Powierzając Ozemę opiece jednego z Indian, Luis i Sancho pospieszyli do towarzyszy, aby
od nich dowiedzieć się co było przyczyną katastrofy.

Kolumb przyjął młodego przyjaciela serdecznie, lecz z głębokim smutkiem. Opowiedziawszy jakim
sposobem  okręt  admiralski  uległ  rozbiciu,  dodał,  że  „Nina"  nie  może  zabrać  wszystkich
podróżników,  postanowił  więc  zostawić  część  załogi  w  warowni,  a  z  resztą  jak  najszybciej
powrócić  do  Hiszpanii.  Guakanagari  okazał  się  w  tej  mierze  pełnym  dobrych  chęci,  i  wszyscy  tak
byli pracą zaprzątnięci, że nikt nie pomyślał o młodzieńcu, ani nawet o napadzie Karaibów, o którym
wieść nie doszła może jeszcze w te strony.

Tydzień  po  powrocie  Luisa  spędzono  wśród  zajęć  rozlicznych.  Rozbicie  okrętu  „Santa  Maria"
nastąpiło  w  dzień  Bożego  Narodzenia  1492  roku,  a  czwartego  stycznia  „Nina"  gotowa  już  była  do
drogi powrotnej. W tym czasie raz tylko widział Ozemę i znalazł ją niemą, zasmuconą, podobną do
zerwanego  kwiatka,  którego  barwy  nie  straciły  jeszcze  piękności,  chociaż  główka  już  zwisała.
Dopiero  trzeciego  stycznia  wieczorem,  gdy  się  przechadzał  pod  świeżo  ukończoną  warownią,
Indianka  powtórnie  zaprosić  go  kazała  przez  Sancha.  Po  przybyciu  nasz  bohater,  ku  wielkiemu
swojemu zdziwieniu zastał u Ozemy jej brata, młodego kacyka.

Jakkolwiek rozmawiać z sobą nie mogli, umieli przecież wzajemnie się porozumieć. Ozema nie była
już  smutna,  uśmiech  wesołości  osiadł  na  jej  powabnej  buzi,  i  zdawało  się  Luisowi,  że  nigdy  nie
widział  jej  równie  miłej  i  ujmującej.  Smagła  jej  postać,  wzór  prawdziwy  wrodzonego  wdzięku,
opromieniona radością, zaledwo dotykała ziemi, a staranne, jak na Indiankę, i nieco zalotne ubranie,
nowego przydawało jej uroku.

Wkrótce  Luis  dowiedział  się  o  przyczynie  tej  nagłej  zmiany  w  usposobieniu  księżniczki.  Brat  z
siostrą, po odbytej naradzie, zważywszy grożące niebezpieczeństwo i słabe środki obrony, uznali w
ucieczce jedyne ocalenie dla Ozemy. Wiadomo, że admirał miał zamiar zabrać do Hiszpanii pewną
liczbę krajowców, a trzy kobiety dobrowolnie już się w tym celu zgłosiły; łatwo więc zgadnąć, że i
piękna  Ozema  chętnie  przystała  na  podróż  do  Europy.  Jedna  z  niewiast  mających  towarzyszyć
Kolumbowi  była  krewną  i  przyjaciółką  siostry  kacyka  Mattinao;  wszystko  zatem  sprzyjało  jej
zamiarowi, zwłaszcza że drogę do Hiszpanii wyobrażała sobie jako niewiele dłuższą od przeprawy z
jednej wyspy na drugą.

Postanowienie  Ozemy  zarazem  ucieszyło  i  zakłopotało  Luisa,  który  cokolwiek  może  sam  sobie  nie

background image

dowierzał.  Wszelako  Mercedes  królowała  w  jego  sercu;  odtrącał  przeto  zwątpienie,  jako
uwłaczające  honorowi  rycerskiemu,  i  z  silną  wolą  zachowania  wierności  oddalonej,  udał  się  do
Kolumba dla zasięgnięcia jego rady.

Kolumb  zajęty  oglądaniem  warowni,  wysłuchał  młodzieńca  z  przychylnością,  lecz  pod  badawczym
spojrzeniem admirała Luis, nie wiedząc sam dlaczego, kilkakrotnie spuścił oczy.

— Siostra kacyka? — rzekł Kolumb nareszcie, dziewczyna szlachetnego urodzenia?

— Tak jest, seniorze, a przy tym tak powabna, iż królowa wysokie z niej poweźmie wyobrażenie o
wartości naszych odkryć zamorskich.

-  Czy  pamiętasz  o  tym,  mości  hrabio,  że  sercu  czystemu  czyste  tylko  nieść  można  ofiary?  Donna
Izabella jest wzorem monarchiń, żon i matek; anielska jej dusza nie powinna być skalana widokiem
niegodnego  siebie  przedmiotu.  Radbym  wiedzieć  czy  młoda  Indianka  nie  stała  się  czasem  ofiarą
uwiedzenia.

- Senior, don Christoval, nie powinieneś tak źle o mnie myśleć. Ręczę, że ta dziewczyna jest równie
niewinna, jak sama Mercedes, której opiece zamierzam ją polecić.

-  Zgoda  więc,  młody  mój  przyjacielu.  „Nina"  jest  wprawdzie  mała,  ale  się  pomieścimy  jak  będzie
można.  Kajutę  dowódcy  przeznaczam  dla  kobiet,  my  zaś  obędziemy  się  przez  te  kilka  tygodni.
Przyprowadź Ozemę i miej staranie o jej wygodach.

Nazajutrz rano po tej naradzie młoda dziewczyna, zabrawszy co miała z kosztowności, a między nimi
zawój otrzymany od Luisa, udała się na okręt. Pożegnanie jej z bratem było tkliwe i rozrzewniające,
łagodny  bowiem  charakter  tych  prostych  dzieci  przyrody,  nawet  wysokiego  urodzenia,  podlegał
wpływowi  uczucia  rodzinnego.  Że  jednak  rozłączenie  miało  być  krótkie,  jak  sobie  obiecywano,
oboje rodzeństwo z najlepszą rozstali się nadzieją.

Kolumb początkowo miał zamiar przed powrotem do Europy dalej posunąć swe odkrycia, lecz strata
jednego  okrętu  i  ucieczka  drugiego  zmusiła  go  do  odroczenia  tego  planu.  Czwartego  więc  stycznia
1493 roku wypłynął na wschód, trzymając się jeszcze wybrzeża. Jedynym jego życzeniem było wtedy
dosięgnąć  Hiszpanii  i  ponieść  wiadomość  o  wielkim  odkryciu.  Szczęśliwym  zdarzeniem  trzeciego
dnia zaraz ujrzano z daleka „Pintę". Marcin Alonzo, nie dopiąwszy swego celu wynalezienia kopalń
złota, uznał za stosowne odszukać admirała.

Nie  będziemy  tu  opisywać  spotkania  obu  dowódców.  Kolumb  przyjął  podstępnego  Pinzona  z
umiarkowaniem, i wysłuchawszy jego tłumaczeń, dał mu rozkaz przygotowania „Pinty" do powrotu.
Wkrótce oba okręty, po nabraniu w jednej z zatok drzewa i wody, ruszyły w kierunku wschodnim, nie
odstępując  jednak  brzegu  północnego  Hispanioli,  czyli  małej  Hiszpanii,  jak  Kolumb  nazwał  tę
wyspę.

Tak  nadszedł  szesnasty  stycznia,  w  którym  podróżnicy  nasi,  żeglując  ku  północnemu  zachodowi,
wypłynęli na otwarte morze i stracili z oczu ziemię. Przy dosyć pomyślnym wietrze, zbaczając jednak
często  z  prostego  kierunku,  wyprawa  dziesiątego  lutego  dosięgła  równoleżnika  szerokości  Palos  i

background image

weszła  w  obręb  działania  wiatrów  strefowych.  W  ciągu  podróży  „Pinta",  której  maszt  jeden  był
uszkodzony,  ciągle  zostawała  w  tyle,  gdy  tymczasem  „Nina",  słynna  z  szybkiej  żeglugi  przy
spokojnym morzu, niecierpliwie rwała się naprzód.

Większa część zjawisk spostrzeżonych w poprzedniej drodze powtórzyła się i teraz, tylko że tuńczyki
nie podniecały już nadziei, ani zioła morskie nie budziły trwogi. Przebyto szczęśliwie tę przeszkodę,
i  po  dwóch  tygodniach  wypłynięto  z  kręgu  wiatrów  strefowych.  Bieg  statków  ciągle  tylu  podlegał
zmianom, że sternicy, nieprzywykli do tak drugiej podróży, stracili zupełnie rachubę i zawzięte nieraz
toczyli spory, gdy szło o wytknięcie położenia okrętów.

- Słyszałeś, rzekł Kolumb z uśmiechem do Luisa, rozmowę dzisiejszą Marcina Alonzo, Wincentego
Yanez i innych sterników. Częste zmiany wiatru tak dalece zakłopotały tych poczciwych marynarzy,
że gotowi naznaczyć statkom każde w świecie położenie, prócz tego, które zajmują istotnie.

-  Naprawdę,  senior,  nasze  bezpieczeństwo,  a  zarazem  przyszłość  wielkiego  odkrycia  od  twej
wyłącznie zależy wiedzy.

- Prawdę mówisz, Luis; Wincenty Yanez, Sancho Ruiz, Pedro Alonzo, Nino i Bartłomiej Roland, nie
mówiąc  już  o  żadnym  z  dyskutantów  „Pinty",  utrzymują,  że  jesteśmy  niedaleko  Madery,  czyli  w
odległości stu pięćdziesięciu mil od Hiszpanii, ale poczciwi ci ludzie więcej podobno idą za swym
życzeniem, niż za prawdą.

- A ty, senior, don Christoval, w jakimże oddaleniu od Kastylii stawiasz wyprawę?

— Znajdujemy się na dwanaście stopni geograficznych od Wysp Kanaryjskich w kierunku zachodnim,
pod  szerokością  Nafe  na  brzegach  afrykańskich;  ale  nie  chciałbym  wyprowadzać  ich  z  błędu.
Każdemu z podwładnych moich zdaje się teraz, że mógłby zrobić to samo co i ja; a jednak żaden z
nich trafić nie umie do domu.

Dotąd,  mimo  częstych  zmian  wiatru,  niebo  było  pogodne.  Kilka  razy  wprawdzie  morze  silniej  się
wzburzyło;  te  małe  przejścia  wydały  się  fraszką  dla  doświadczonych  marynarzy.  Kolumb,
dokonawszy  wielkiego  dzieła,  zaczął  teraz  lękać  się  skrycie,  aby  owoc  jego  trudów  nie  został
stracony dla ludzkości. Uczucie jego podobne było do niepokoju jakiego doznaje człowiek, któremu
wśród grożących niebezpieczeństw drogi powierzono zakład. Wieczorem 14 lutego straszliwa burza
napadła  podróżników;  wiatr  szalał  przez  całą  noc,  i  nieustraszony  admirał,  chociaż  wobec  załogi
przybierał  twarz  pogodną,  a  nawet  wesołą,  nie  ukrywał  już  przed  Luisem  swej  obawy.  Jednakże
znakomity ten człowiek najzupełniejszą zachował przytomność, a jeśli trwożył się w duchu, to nie o
siebie, lecz o swe dzieło.

Takie myśli zaprzątały umysł admirała, gdy podczas tej nocy. okropnej siedział z Luisem zamknięty w
kajucie. Szum wichru zlewał się z rykiem zapienionych fal w głos jeden groźny i złowrogi. Niekiedy,
gdy  okręt  chwilowo  zagrzebany  był  między  zwałami  wody,  burza  zdawała  się  uciszać  i  żagle
opadały,  lecz  skoro  następna  fala  uniosła  go  na  swym  grzbiecie,  stawał  się  znów  igraszką
rozhukanych  żywiołów.  Luis  nawet,  zwykle  obojętny  na  niebezpieczeństwo,  dziwnie  jakoś
spoważniał. Na zastęp Maurów, choćby najsilniejszych, młodzieniec gotów był zawsze uderzyć bez
namysłu, lecz jakże walczyć z żywiołami? Wśród burzy morskiej najodważniejszy człowiek upada na

background image

duchu, bo czuje swoją niemoc w porównaniu z potęgą Stwórcy.

- Szkaradna noc, senior - rzekł Luis do Kolumba z udaną obojętnością.

Kolumb  westchnął  głęboko,  podniósł  głowę  opartą  na  dłoni  i  obejrzał  się  wkoło,  jakby  czegoś
szukając.

- Hrabio de Llera, odpowiedział głosem uroczystym, trzeba nam dopełnić ważnego obowiązku. W tej
skrzynce znajdziesz pergamin i materiały piśmienne; wywiążmy się z długu dla ludzkości póki jeszcze
czas; bo tylko Bogu wiadomo jak długo żyć nam pozwoli.

Luis  nie  pobladł  na  te  słowa  prorocze,  tylko  sposępniał  jeszcze  więcej.  Otworzywszy  skrzynkę,
wydobył  z  niej  pergamin  i  rozłożył  go  na  stole. Admirał  wziął  pióro,  podał  drugie  Luisowi  i  obaj
zaczęli pisać, o ile pozwalało gwałtowne kołysanie okrętu. Kolumb każde słowo powtarzał Luisowi,
a ten na oddzielnym kreślił je pergaminie.

Treścią  tego  dokumentu  było  opisanie  dokonanych  odkryć,  wskazanie  stopnia  długości  i  szerokości
Hispanioli  i  wysp  przyległych,  oraz  krótka  wiadomość  o  wszystkim  co  widziano.  Odbiorcami
dokumentu  uczynili  Ferdynanda  i  Izabellę,  admirał  oba  pergaminy  owinął  starannie  w  płótno;
następnie  schowali  je  w  wydrążone  bryły  wosku,  zalali  szczelnie  otwór,  a  same  bryły  włożyli  w
puste  baryłki;  po  czym  admirał  i  Luis,  każdy  ująwszy  po  jednej  z  nich,  udali  się  na  pokład.  W  tej
strasznej nocy nikt nie pomyślał o spaniu, i większą część majtków zgromadziła się koło wielkiego
masztu, jako jedynego miejsca gdzie nie groziło niebezpieczeństwo od fali bijących na okręt; lecz i
tam nawet dosięgały ich bryzgi bałwanów spiętrzonych do niesłychanej wysokości

Zaraz  po  przybyciu  admirała  załoga  otoczyła  go,  pragnąc  ż  jego  ust  usłyszeć  słowa  pociechy.
Niepodobieństwem  było  objawić  tym  skołatanym  ludziom  prawdziwy  stan  rzeczy;  więc  Kolumb,
rzucając swą baryłkę w morze, powiedział że spełnia ślub religijny. Luis umieścił drugą na spodzie
okrętu, w nadziei, iż w wypadku rozbicia wypłynie sama z siebie.

Po  wykonaniu  tego  przezornego  czynu  Kolumb  mógł  się  zająć  koniecznymi  rozporządzeniami.
Ciemność była tak wielka, że oko z jednego końca pokładu nie zdolne było rozróżnić przedmiotów na
drugim. Wincenty Yanez oświadczył admirałowi, iż statek nie może już unieść nawet szczątków żagli
jakie mu pozostały.

—  Czy  widziałeś  Marcina  Alonzo?  zapytał  Kolumb,  spoglądając  z  obawą  w  miejsce  gdzie  się
spodziewał „Pinty". Dlaczego latarnia okrętowa spuszczona?

- Nie zdołałem utrzymać w burzy jej światła; dotychczas jednak brat mój odpowiadał na sygnały.

- Zapal raz jeszcze latarnię: jest to chwila, w której pocieszyć może obecność przyjaciela, chociażby
położenie jego było równie rozpaczliwe jak nasze.

Wzniesiono  latarnię,  i  po  niejakim  czasie  ujrzano  w  oddaleniu  migające  światełko.  Powtórzono
kilkakrotnie  sygnał,  i  światło  odpowiadało,  ale  z  coraz  większej  odległości,  aż  wreszcie  zupełnie
zgasło.

background image

- „Pinta" jest zbyt słaba w masztach, rzekł Wincenty Yanez; brat mój nie może uchwycić wiatru.

- Każ zwinąć przedni żagiel! zawołał Kolumb.

Wincenty  Yanez  przyzwał  kilku  majtków,  którzy  pod  jego  kierunkiem  wykonali  rozkaz  admirała.
Maszt przedni nie bardzo zniesiony był nad pokład; więc zwinięcie żagla nieprzedstawiało wielkich
trudności, lecz wymagało rąk silnych i wprawnych. Sancho i Pepe wspięli się na reję, i przy pomocy
dwóch towarzyszy wywiązali się z otrzymanego polecenia.

Była  to  chwila  najgroźniejszego  niebezpieczeństwa,  w  której  umiejętne  tylko  sterowanie  okrętem
ocalić mogło podróżników. Sancho, stanąwszy u steru, okazał wtedy biegłość i niesłychaną siłę, pot
spływał z jego czoła wielkimi kroplami, lecz żelazna dłoń starego marynarza skutecznie opierała się
burzy. Jednak trwoga ogólna do tego doszła stopnia, że załoga pragnęła uczynić jakiś ślub religijny.
W tym celu wszyscy ciągnąć mieli losy na kogo wypadnie pokuta.

—  Jesteśmy  w  ręku  Boga,  przyjaciele  moi,  rzekł  Kolumb,  poddajmy  się  więc  z  pokorą  Jego  woli.
Jedna  z  kartek  zawartych  w  tym  kapeluszu  oznaczona  jest  krzyżem;  kto  ją  wyciągnie,  przyjmuje
obowiązek  odbycia  pielgrzymki  do  Najświętszej  Panny  w  Gwadalupie.  Jako  admirał  wasz  i
grzesznik żałujący, przystępuję pierwszy do losowania.

Kolumb sięgnął do kapelusza, i zbliżywszy wydobytą karteczkę do latarni, ujrzał na niej znak krzyża.

—  To  dla  waszej  ekscelencji,  senior  admirale,  zawołał  jeden  ze  sterników.  Teraz  pozwól  abyśmy
powtórnie ciągnęli, naznaczając pielgrzymkę do Najświętszej Panny Loretańskiej.

W  chwilach  niebezpieczeństwa  człowiek  skłonny  jest  zawsze  do  uczuć  pobożnych;  z  zapałem  więc
wzięto  się  do  nowego  losowania,  i  krzyż  tym  razem  przypadł  majtkowi  imieniem  Pedro  de  Villa,
znanemu z życia niekoniecznie przykładnego.

— Oj, ciężka to i kosztowna podróż, pomruknął majtek; trzeba na to niemałego funduszu.

-  Nie  kłopocz  się,  przyjacielu  Pedro,  odpowiedział  Kolumb:  trudy  cielesne  w  przyszłym  życiu
przyczynią  ci  łaski;  koszty  zaś  podróży  ja  biorę  na  siebie.  -  Burza  coraz  więcej  się  rozsroża,  mój
dobry Bartłomieju Roland!

- Widzę to, senior admirale, i nie bardzo jestem rad, że pokuta wypadła na Pedra. Ślub zakupienia
Mszy św. po szczęśliwym powrocie i spędzeniu nocy na modlitwie w kaplicy św. Klary, lepiej nam
może posłuży, niż pielgrzymka tego ladaco.

Zdanie  Rolanda  znalazło  poparcie;  losowano  po  raz  trzeci,  i  dziwnym  trafem  karteczka  z  krzyżem
dostała  się  znów  Kolumbowi.  Jednakże  niebezpieczeństwo  wzrastało,  bo  okręt,  porwany  jakby
wirem, nie mógł już walczyć z wściekłością rozhukanych bałwanów.

-  Nie  mamy  dość  balastu,  Wincencie Yanez,  rzekł  admirał;  trzeba  wszystkie  beczki  napełnić  wodą
morską.

Wykonanie  tego  rozkazu  zajęło  kilka  godzin,  bo  z  narażeniem  tylko  życia  można  było  zaczerpnąć

background image

wody.  Przy  silnej  wszelako  woli  i  wytrwałości  zdołano  napełnić  kilkadziesiąt  beczek,  dzięki  temu
bieg  statku  stał  się  pewniejszy.  Nade  dniem  deszcz  lunął  potokiem,  a  wiatr,  nie  tracąc  na
gwałtowności,  z  południa  przeskoczył  na  zachód.  Przywrócono  przedni  żagiel,  i  „Nina"  przebiegła
mil kilka w kierunku wschodnim.

Ze  światłem  dziennym  nadzieja  wstąpiła  w  serca  podróżnych:  nie  widziano  wprawdzie  „Pinty",  i
uważano ją za zagubioną; lecz niebo rozjaśniło się nieco, a burza zwolniła na tyle, że majtkowie nie
potrzebowali  już  czepiać  się  lin,  aby  uniknąć  porwania  przez  fale.  Rozpięto  drugi  żagiel,  i  okręt
szybko płynąć zaczął z wiatrem.

 

ROZDZIAŁ XXIV

Po  kilku  godzinach,  w  znacznym  jeszcze  oddaleniu,  ujrzano  ziemię;  jedni  mniemali,  że  to  stały  ląd
Europy,  drudzy,  że  Madera;  Kolumb  zaś  utrzymywał,  iż  zbliżają  się  do  jednej  z  Wysp Azorskich,  i
rzeczywiście była to wyspa świętej Maryi.

Nie będziemy tu opowiadać szczegółowo wypadków, które nastąpiły po zawinięciu „Niny" do portu;
dosyć nadmienić, że Portugalczycy, jak poprzednio tak i teraz, napastowali admirała; lecz wszystkie
ich starania spełzły na niczym i 24 lutego Kolumb popłynął do Hiszpanii.

W pierwszych dniach Opatrzność zdawała się sprzyjać podróżnikom, bo stan powietrza był pomyślny
i  morze  spokojne.  Od  24  do  26  wieczorem  „Nina"  zrobiła  około  stu  mil  w  kierunku  Palos;  odtąd
jednak wiatr stawał się silniejszy, zmuszając admirała do lekkiego zboczenia na północ. Przekonanie
o bliskości Europy podtrzymywało nadzieję majtków. W sobotę 2 marca wieczorem już tylko sto mil,
według  rachuby  Kolumba,  dzieliło  okręt  od  brzegów  Portugalii,  ku  którym  zwrócić  się  musiano  z
powodu wiatru południowo-zachodniego.

Nad ranem 3 marca na południu pojawiły się groźne chmury. Admirał stanął na tylnym podwyższeniu
skąd  rozleglejszą  objąć  mógł  wzrokiem  przestrzeń.  Oznaki  burzy  były  liczne  i  złowróżbne.
Powietrze,  białawym  napełnione  tumanem,  przedstawiało  widok  kłębiącego  się  dymu,  i  zaledwo
admirał  zauważył  to  zjawisko,  gdy  w  oddaleniu  odgłos,  jakby  tysiąca  kopyt  końskich  tętniących  w
cwale  o  pomost,  zapowiedział  zbliżanie  się  wichru.  Morze  zasyczało,  i  w  jednej  chwili  burza  tak
strasznie  się  rozwścieczyła,  jakby  duchy  piekielne  przeszkodzić  chciały  poniesieniu  do  Hiszpanii
wieści o wielkim odkryciu.

Łoskot  podobny  do  huku  kilkudziesięciu  razem  wystrzałów  zapowiedział  porwanie  żagli.  Statek
pochylił się na bok, tak dalece, że bałwany dotykały końca masztów; lecz wyszedł szczęśliwie z tego
szwanku i zaczął szybko biec z wiatrem.

Był to początek burzy straszniejszej jeszcze od poprzednio opisywanej. W pierwszej chwili trwoga
do  tego  stopnia  opanowała  majtków,  że  nic  nie  przedsiębrali  dla  zwalczenia  groźnego
niebezpieczeństwa. Okręt nie przestawał posuwać się z wiatrem, a burza unosiła poszarpane szczątki
żagli. Postanowiono raz jeszcze przez pobożną ofiarę okupić przebaczenie nieba, i po raz trzeci los
padł  na  Kolumba.  Prócz  tego  cała  załoga  uczyniła  ślub  absolutnego  postu  w  pierwszą  sobotę  po

background image

szczęśliwym wylądowaniu.

— Rzecz osobliwa, senior, rzekł Luis do admirała, że przypadek wszystkie niemal pokuty wkłada na
ciebie. Musi to być skutkiem twojej głębokiej wiary.

— Powiedz raczej moich grzechów. Dumny powodzeniem, mogłem zapomnieć chwilowo, iż jestem
tylko narzędziem Opatrzności, pracownikiem w winnicy Pańskiej, przypisując wielkie dzieło swojej
osobistej zasłudze.

— Czy mniemasz, że obecnie grozi nam niebezpieczeństwo?

— Od opuszczenia Palos nie byliśmy ani razu w równie trudnym położeniu. Ląd musi być blisko, a
burza coraz bardziej się rozsroża. Szczęście, że dzień niedaleki; miejmy nadzieję, iż z jego światłem
pojawi się środek ocalenia.

Zabłysnął  wreszcie  pierwszy  promień  jutrzenki;  bo  przyroda,  bez  względu  na  wypadki,  których
widownią  jest  ziemia  i  morze,  odbywa  codzienną  swą  kolej,  wytkniętą  od  wieków  przez  Stwórcę
wszechrzeczy, dowodząc dumnym mieszkańcom padołu tego, że wyższa mądrość czuwa nad ruchem
wszechświata. Wszelako dzień żadnej nie przyniósł zmiany; „Nina", pchana nieprzepartą siłą wiatru i
bałwanów, coraz bardziej zbliżała się do lądu.

O trzeciej po południu znaki sąsiedztwa ziemi stawały się coraz wyraźniejsze, chociaż nic jeszcze nie
widziano,  prócz  zapienionych  fal  i  ponurego  nieba,  rozjaśnionego  niekiedy  owym  światłem
fosforyzującym,  co  zwykle  podczas  burzy  rozlane  jest  w  powietrzu.  Busola  tylko  wskazywała
miejsce zachodu słońca, lecz oko w gęstym tumanie dojrzeć go nie mogło. I znów zapadła ciemność, i
znów podróżnicy, razem z dobroczynnym światłem, stracili nadzieję.

-  Ta  noc,  mój  synu,  jest  szczególna,  rzekł  Kolumb  w  parę  godzin  po  zachodzie  słońca;  jeżeli
szczęśliwie doczekamy ranka, będzie to dowód łaski Boga.

- A jednak, senior, widzę cię spokojnym.

- Marynarz nie umiejący rozkazywać swemu głosowi i twarzy, zrzec się powinien swojego zawodu.
Co do mnie jednak, jestem rzeczywiście spokojnym, bo ufam zrządzeniu Opatrzności.

-  Jeżeli  zginiemy,  senior  admirale,  Portugalczycy  staną  się  jedynymi  spadkobiercami  tajemnicy
naszych odkryć; trudno bowiem sądzić, aby Marcin Alonzo ocalał.

-  Smucę  się  tym,  mój  synu;  ale  przedsięwziąłem  środki  zachowania  naszym  władcom  należnego  im
prawa. Resztę zostawiam Bogu.

W  tej  chwili  usłyszano  okrzyk:  Ziemia!  Wyraz  ten,  zwykle  z  radością  przyjmowany  przez  żeglarzy,
dla  załogi  „Niny"  zdawał  się  wyrokiem  śmierci.  Kolumb  i  Luis  pobiegli  na  pokład  i  ujrzeli
rzeczywiście ląd w takiej bliskości, iż można było słyszeć huk bałwanów roztrącających. skały. Nie
ulegało wątpliwości, że to było wybrzeże Portugalii; rozbicie zdawało się nieuchronne. Jeden tylko
pozostał środek: skręcić okręt na południe i trzymać go przez noc w oddaleniu od brzegów. Zaledwo
Kolumb objawił nieodzowność tego ruchu, gdy już Wincenty Yanez zajął się jego wykonaniem.

background image

Dla  wykonania  zbawczego  obrotu  potrzeba  było  koniecznie  pomocy  żagli;  Kolumb  dał  rozkaz
rozpięcia  ich  na  tylnym  maszcie.  Śmiałe  to  postanowienie  o  mało  jednak  nie  zgubiło  statku,  bo  w
chwili gdy żagiel nie był jeszcze dostatecznie przytwierdzony, wiatr zadął tak gwałtownie, że omal
nie  potrzaskał  rei.  Szarpnięcie  było  tak  silne,  jak  wtedy,  gdy  pękła  lina  kotwicowa;  odtąd  jednak
„Nina", choć nieustannie zagrożona przez fale, zaczęła oddalać się od lądu.

— Luis! zawołał słodki głos na naszego bohatera, stojącego nieopodal drzwi kajuty kobiecej; Luis,
Haiti lepiej — Mattinao lepiej — tu źle, Luis!

Była to Ozema, która opuściła izbę dla przypatrzenia się wzburzonemu morzu. W ciągu podróży Luis
miał  sposobność  nauczenia  jej  nieco  po  hiszpańsku,  a  sam  zapoznał  się  jako  tako  z  narzeczem
dzikich; rozmowy ich zatem zwykle w obu naprzemian toczyły się językach.

-  Biedna  Ozemo!  odpowiedział  młodzieniec,  umieszczając  ją  tak,  aby  uderzenia  okrętu  najmniejszą
sprawiały jej przykrość; biedna Ozemo! musisz żałować Haiti i spokojnego ustronia jej lasów.

- Tam Kaonabo, Luis!

- Niewinna dziecino! Kaonabo nie tak jest straszny, jak wściekłość żywiołów.

- Nie! nie! Kaonabo bardzo zły! - On truje serce Ozemy. - Nie, Kaonabo - nie, Haiti!

- Ozemo, i nad tobą czuwa Opatrzność. Bóg tylko w tej chwili może cię ocalić.

- Co to ocalić?

- Bronić cię, Ozemo, czuwać nad twym bezpieczeństwem.

- Luis broni Ozemy - Ozema tak chce!

- Drogie dziecię, pragnąłbym to z serca uczynić; ale co robić przeciw burzy?

- Co Luis robił przeciw Kaonabo? - Pobił, i musiał uciekać Kaonabo.

-  To  łatwa  była  walka  dla  rycerza  uzbrojonego  w  miecz  i  tarczę;  lecz  taką  bronią  nie  poradzi  się
morzu. Jedyną nadzieją naszą jest ufność w Bogu.

— Hiszpanie wielcy! — Ich Bóg także wielki?

— Bóg jest jeden wszędzie, Ozemo, w Hiszpanii i na Haiti. Przypominasz sobie com ci powiedział o
miłości Jego i śmierci jaką poniósł dla naszego zbawienia; przyrzekłaś mi wtedy, że przybywszy do
mojej ojczyzny przejdziesz na wiarę prawdziwą.

— Ozema zrobi co Luis chce. — Ozema już kocha Boga Luisa.

— Widziałaś krzyż święty, Ozemo, i obiecałaś go uczcić.

background image

— Gdzie krzyż? Ozema nie widzi krzyża na niebie. — Pokaż krzyż Luis! — Ozema czcić będzie krzyż
Luisa.

Młodzieniec  miał  zawieszony  na  piersi  upominek  pożegnalny  Mercedes;  sięgnął  więc  ręką  w
zanadrze, wydobył ukryty klejnot i ucałowawszy go pobożnie, podał takowy młodej Indiance.

— Oto, rzekł, krzyż do którego się modlimy.

— Czy to Bóg twój, Luis? zapytała Ozema ze zdziwieniem.

— Nie Bóg, tylko znak jego widomy, biedna, nieświadoma dziecino!

—  Co  to  nieświadoma?  przerwała  dziewczyna,  której  umysł  pojętny  i  bystry  nie  pomijał  żadnej
sposobności objaśnienia się.

— Nieświadoma znaczy żeś nie słyszała nigdy o krzyżu i zbawiennym jego wpływie.

— Ozema już teraz nie będzie nieświadoma, zawołała Haitanka, przyciskając krzyż do serca; Ozema
kocha krzyż — bo krzyż Mercedes!

Wskutek dość naturalnego przypuszczenia młoda księżniczka, będąc nieraz świadkiem mimowolnego
zapału  z  jakim  Luis  wymawiał  imię  ukochanej,  mniemała  że  wyraz  Mercedes  oznacza  wszystko  co
piękne i wzniosłe.

- Chciałbym rzeczywiście, abyś została pod opieką tej, którą wspominasz; ona twe czyste serce łatwo
na właściwą powiodłaby drogę. Ten krzyż pochodzi od Mercedes, ale to nie sama Mercedes. Kochaj
go, Ozemo, i zawieś na szyi, gdyż to cię może obronić w niebezpieczeństwie.

Młoda  dziewica  pojęła  o  co  chodzi,  tym  bardziej  że  Luis  grzecznie  jej  dopomógł  w  zawieszeniu
krzyża.  Z  uwagi  na  zmiany  klimatyczne,  a  bardziej  z  pobudek  przyzwoitości,  Kolumb  podarował
niewiastom szerokie jedwabne suknie. Ozema sądząc, że Luis udarował ją krzyżem, chciała go ukryć
w zanadrze, ale nie będąc jeszcze przywykłą do kroju europejskich sukien, nie umiała sobie jakoś z
tym  poradzić.  Luis,  machinalnie  prawie,  dopomógł  jej  w  umieszczeniu  klejnotu;  jednocześnie
gwałtowne uderzenie okrętu zmusiło go wpół objąć dziewczynę. Zachwiana nagłym ruchem, a może
ulegając  popędowi  uczucia,  Ozema  nie  gniewała  się  bynajmniej  za  tę  śmiałość;  pochylona  na
ramieniu młodzieńca, oparła głowę na jego piersi i wlepiła w jego twarz czułe spojrzenie.

- Nie trwóż się, Ozemo, zawołał Luis. Wszystko skończy się dobrze.

- Ozema spokojna - nie potrzebuje Haiti - nie potrzebuje Mattinao - Ozema teraz szczęśliwa, bo ma
krzyż.

- Obyś nigdy innych nie znała uczuć, drogie dziecię! ufaj zawsze temu godłu.

— Krzyż Mercedes — Luis, Mercedes — Luis i Ozema zawsze kochać będą krzyż!

Szczęściem  może  dla  jej  prostolinijnego  rozumowania  „Nina"  w  tej  chwili  tak  gwałtownie  została

background image

podrzucona,  że  bohater  nasz  cofnąć  się  musiał  mimowolnie,  a  zanim  odzyskał  równowagę,  Ozema
powróciła do kajuty.

— I cóż, mój synu? zapytał Kolumb powracając na pokład, czy nasze kobiety bardzo są przerażone?
Prawdę mówiąc, ta burza zatrwożyć by mogła nawet serce amazonki.

— Nie zwracają uwagi na niebezpieczeństwo, którego nie znają. Te dzieci przyrody tak silnie w nas
wierzą,  że  przypisują  nam  możność  uspokojenia  nawet  żywiołów.  Dałem  Ozemie  krzyż  święty,
zalecając jej ufność w to godło chrystianizmu.

—  Dobrześ  zrobił,  bo  ocalenie  nasze  wyłącznie  jest  w  ręku  Boga.  —  Sancho!  zwracaj  się  ile
możności przodem do wiatru; im dalej będziemy od brzegu, tym dla nas lepiej.

Sancho zapewnił swą gotowość usłuchania rozkazu, i rozmowa na tym się skończyła.

Po bezsennie spędzonej nocy nadszedł wreszcie dzień tak pożądany; lecz jego światło nie przyniosło
podróżnikom  pociechy.  Gęsty  tuman,  nawiany  przez  burzę,  zalegał  niebo,  zniżając  do  połowy
wysokości jego sklepienia, a morze kipiało pianą. Niezadługo z lewej strony okrętu ujrzano ciemną
wyniosłość,  w  której  majtkowie  poznali  skały  Lizbony.  Upewniwszy  się  o  tym  osobiście,  admirał
kazał zawrócić statek ku ujściu Tagu, oddalonemu na mil nie więcej jak kilkanaście; lecz zamiar ten,
ze  względu  na  gwałtowność  wiatru,  z  najwyższym  połączony  był  niebezpieczeństwem.  Zapomniano
już  wtedy  o  zatargach  politycznych  z  Portugalczykami,  bo  wszyscy  wiedzieli,  że  mają  tylko  wybór
między portem jakimkolwiek lub rozbiciem.

W godzinę później „Nina" tak blisko dotarła lądu, iż dobre oko mogło rozróżnić na nim ludzi. Była to
chwila  zawieszenia  między  zgubą  a  ocaleniem,  między  śmiercią  a  życiem.  W  miarę  jak  statek
posuwał się ku brzegowi, słyszano huk fali roztrącanych o skałę i widziano bałwany bijące u jej stóp
do wysokości dwupiętrowej. Lizbona od strony morza zupełnie jest odsłoniętą, a brzegi portugalskie
należą do najniebezpieczniejszych w Europie. Szczególnie południowo-zachodnie huragany niejeden
corocznie rozbijają tu okręt. Burza, której igraszką stali się nasi podróżnicy, niezmiernie była silną,
zwłaszcza że zmienność wiatru stała się powodem niejednostajnego kołysania, tak zgubnego zawsze
dla statków małego rozmiaru.

- Dobrze idzie, senior! zawołał Luis; kwadrans jeszcze, a wszystko będzie skończone.

—  Masz  słuszność,  mój  synu,  odpowiedział  Kolumb  spokojnie;  jeżeli  fala  rzuci  nas  na  skałę,  za
kwadrans z kadłuba „Niny" dwie deski ledwo zostaną razem. Żwawo, żwawo, mój dzielny Wincenty
Yanez! Możemy teraz zaniechać steru, bo wszystko zależy od żagli.

— To prawda, senior, lecz okręt pędzi z szaloną szybkością.

— Nie lękaj się o to; nie ma tu mielizn, a statek nasz mało się zanurza.

Załoga  w  uroczystym  milczeniu  oczekiwała  rozstrzygnięcia  swego  losu,  a  okręt  gnany  południowo-
zachodnim wiatrem z rączością strzały zbliżał się ku brzegowi. Kipiące fale, rozpryśnięte o twarde
grzbiety  skał,  tworzyły  odmęt  wirowy,  grożący  pochłonięciem  skołatanemu  statkowi;  ale  „Nina"

background image

zręcznym  obrotem  minęła  niebezpieczne  miejsce,  i  w  kilka  minut  dosięgła  Tagu.  Wtedy  zwinięto
wielki żagiel, a marynarze, pewni już ocalenia, głośno wyrażali swą radość.

Taki  był  koniec  najśmielszej  z  odbytych  dotąd  morskich  podróży.  Kolumb  dokonał  olbrzymiego
wysiłku, i wieść o powodzeniu jego wkrótce rozeszła się po Półwyspie Pirenejskim. Wiadomo jak
go przyjęto w Portugalii, a mianowicie w Lizbonie, gdzie zarzucił kotwicę 4 marca. W dziewięć dni
później  „Nina"  opuściła  brzegi  portugalskie  i  dnia  15  ze  wschodem  słońca  znajdowała  się  pod
Saltes, po dwustu dwudziestu czterech dniach niebytności.

 

ROZDZIAŁ XXV

Mimo  szlachetnych  pobudek  Kolumba,  mimo  wytrwałości  i  odwagi  .  jakiej  wymagało  dokonanie
jego  dzieła,  podróż  ta  wśród  nawału  ważnych  spraw  miejscowych,  małe  dotychczas  obudziła
zainteresowanie.  Na  miesiąc  właśnie  przed  podpisaniem  ugody  z  Kolumbem  wydany  został  słynny
edykt  dwojga  władców  względem  wygnania  Żydów!  To  wytrzebienie  znacznej  części  narodu
hiszpańskiego  samo  przez  się  dostateczne  już  było  do  odwrócenia  ogólnej  uwagi  od  dzieła  tak
wątpliwego, jak wyprawa genueńskiego odkrywcy. Koniec lipca 1492 r. ostatecznym był kresem, w
którym  prześladowani  innowiercy  ustąpić  musieli  z  półwyspu;  w  czasie  więc  kiedy  Kolumb
zamierzał  wypłynąć  z  Palos,  Hiszpania  drżała  pod  dotknięciem  tej  klęski  narodowej.  Podobni  do
braci  swych  uciekających  niegdyś  z  Egiptu,  Żydzi  rojami  zalegali  gościńce,  nie  wiedząc  gdzie
skierować swe tułacze kroki.

Królewskie stadło opuściło Grenadę w maju. Po dwóch miesiącach pobytu w Kastylii, na początku
sierpnia  udali  się  do  Aragonii,  gdzie  przebywali  w  chwili  odpłynięcia  wyprawy.  W  październiku
zwiedzili  niespokojną  Katalonię,  i  całą  zimę  spędzili  w  Barcelonie.  Siódmego  grudnia  nastąpił
zbrodniczy  zamach  na  życie  króla,  któremu  zapaleniec  jakiś  zadał  w  szyję  głęboką  ranę.  Izabella
czuwała  przy  łożu  małżonka  z  całym  poświęceniem  przywiązanej  kobiety,  póki  życie  jego  zdawało
się  być  zagrożone.  Później  przez  parę  miesięcy  ciągnęło  się  śledztwo;  nic  więc  dziwnego,  że  w
takich  okolicznościach  królowa  zapomniała  o  Kolumbie,  zwłaszcza  gdy  Ferdynand  dawno  już
zwątpił ó skutku przedsięwzięcia śmiałego żeglarza.

Urocza wiosna krajów południowych w końcu marca 1493 r. rozwinęła się z całą świetnością pod
szczęśliwym niebem Katalonii. Król od kilku już tygodni zaczął zajmować się sprawami państwa, a
Izabella,  wolna  od  kłopotów  stroskanej  małżonki,  wróciła  do  kółka  zwykłych  domowych  zajęć.
Nigdy może pożycie jej z dziećmi i powiernikami nie było tak serdeczne. Pierwsze miejsce w rzędzie
jej  przyjaciółek  zajmowała,  jak  zawsze,  markiza  de  Moya.  Podobnie  Mercedes  cały  swój  czas
poświęcała królowej albo jej dzieciom.

Pewnego  dnia  w  maju,  po  wieczornym  przyjęciu,  królowa  zgromadziła  w  swych  pokojach  grono
zaufanych  osób.  Niedaleko  już  było  północy,  a  król,  swoim  zwyczajem,  pracował  jeszcze  w
przyległym  gabinecie.  Oprócz  członków  rodziny  królewskiej  oraz  donny  Beatrix  z  siostrzenicą,
towarzystwo składało się z arcybiskupa Grenady, Luisa de Saint-Angel i Alonza Quintanilla. Dwóch
ostatnich  przyzwał  prałat,  dla  rozpatrzenia  jakiejś  sprawy  skarbowo-duchownej,  wobec  dostojnej
monarchini. Narada była ukończoną i nastąpiła przyjacielska pogadanka.

background image

— Czy nie masz wiadomości o nieszczęśliwych wygnańcach, księże arcybiskupie? zapytała Izabella,
której  tkliwe  serce  ubolewało  nad  surowością  prawa  przeciw  Żydom,  ogłoszonego  z  podszeptu
spowiedników.  Modły  moje  nie  przestają  im  towarzyszyć,  chociaż  obowiązek  chrześcijański  i
polityka wymagały ich usunięcia.

—  Miłościwa  królowo,  odrzekł  Ferdynand  de  Talavera,  służyć  oni  będą  mamonie  pomiędzy
Maurami lub Turkami, podobnie jak w Hiszpanii. Niech wasza wysokość nie troszczy się bynajmniej
o tych wrogów Zbawiciela, którzy słusznie pokutują za zbrodnie swych ojców, jeśli tylko nazwać to
można pokutą. Chciej raczej zapytać, najjaśniejsza pani, obecnych tu przyjaciół Kolumba co się z nim
stało i kiedy ujrzymy go z powrotem, w towarzystwie wielkiego chana.

— Nic o tym nie wiem, świątobliwy prałacie, odezwał się Luis de Saint-Angel. Od czasu jak opuścił
Wyspy Kanaryjskie staciliśmy go z oczu.

- Wyspy Kanaryjskie? wtrąciła królowa ze zdziwieniem. Czy macie stamtąd wiadomości?

-  Mamy  ustne  tylko  doniesienia,  miłościwa  pani.  Słychać,  że  admirał  z  Gomery,  gdzie  doznał
prześladowania od Portugalczyków, popłynął na zachód; lecz od tej chwili los jego jest nieznany.

- Któż waszej eminencji zaręczył, dodał Quintanilla, że podróżnicy nasi nie powrócą?

- Genueńczyk, który z łaski naszych władców otrzymał tytuł admirała, nie będzie pewnie skłonny do
pozbycia się tej godności; odpowiedział prałat z urąganiem. Nikt dobrowolnie nie zrzeka się władzy
i znaczenia, zwłaszcza gdy w oddaleniu spokojnie używać ich może.

- Niesprawiedliwym jesteś w sądzie o tym człowieku, odparła królowa. Nie wiedziałam o przybyciu
jego  do  Wysp  Kanaryjskich,  i  rada  jestem  żem  usłyszała  choć  tyle.  Jakże  straszne  w  tych  czasach
mieliśmy burze, senior Saint-Angel!

-  Tak  straszne,  miłościwa  królowo,  że  marynarze  Barcelony  podobnych  nie  sięgają  pamięcią.  Nie
sądzę jednak, aby Kolumb znajdował się wtedy w obrębie działania huraganów naszego wybrzeża.

—  Ręczę,  zawołał  arcybiskup,  że  popłynął  na  brzegi  afrykańskie,  co  spowodować  może  zatargi  z
Janem portugalskim.

—  O!  król!  nasz  małżonek,  rozwiąże  tę  wątpliwość,  przerwała  Izabella.  Nie  mamy  od  dawna
wiadomości o Kolumbie; czy zapomniałeś o nim zupełnie don Ferdynandzie?

—  Zanim  odpowiem  na  to  zapytanie,  rzekł  król  z  uśmiechem,  pozwólcie  mi  wytoczyć  sprawę
etykiety. Odkąd to wasza wysokość dajesz publiczne posłuchanie po północy?

—  Publiczne,  senior?  Przecież  nie  ma  tutaj  nikogo  prócz  naszych  dzieci,  donny  Beatrix  z
wychowanicą i kilku wiernych poddanych.

— To prawda, donna Izabello, lecz zapominasz o tych co czekają w przedpokoju.

— Wasza wysokość żartujesz; nikt o tej godzinie żądać nie może wstępu.

background image

— Więc chyba paź waszej wysokości, Diego de Ballesteros, fałszywie mnie zawiadomił. Nie chcąc
przerywać  wam  rozmowy,  przybył  do  mnie  z  doniesieniem,  że  jakiś  człowiek  dziwnej
powierzchowności domaga się gwałtem widzenia z królową, utrzymując, że spóźniona pora nic nie
ma  do  tego,  gdyż  Bóg  zarówno  noc,  jak  i  dzień  przeznaczył  na  użytek  człowieka.  Kazałem  go
wprowadzić, i chcę być świadkiem posłuchania.

— Może to zdrada, don Ferdynandzie?

-  Nie  lękaj  się,  droga  Izabello;  ramię  moje  i  oręż  obecnych  tu  rycerzy  wystarczy  na  obronę  nas
wszystkich. Słyszę już kroki w przyległym pokoju: spodziewam się w każdym razie, że nie okażesz
obawy.

Drzwi się rozwarły i Sancho Mundo stanął w obliczu królewskiego stadła. Uderzająca zewnętrzność
posłańca  Kolumba  ubawiła  zgromadzonych  i  wszystkich  oczy  z  ciekawością  zwróciły  się  na  niego.
Sancho  dla  większej  okazałości  ustroił  się  w  niektóre  ozdoby  indiańskie,  a  mianowicie  w  kilka
złotych  obręczy;  trudno  więc  było  poznać  w  nim  marynarza.  Jedna  tylko  Mercedes,  przeczuwając
łączność  tego  człowieka  z  wyprawą  Kolumba,  stłumionym  okrzykiem  zdradziła  swoją  radość.
Królowa spostrzegła mimowolny ten objaw uczucia i domyśliła się prawdy.

- Jestem królowa Izabella, rzekła, a tyś posłaniec Kolumba. Sancho, mimo trudności jakich doznał w
otrzymaniu  posłuchania,  dopiąwszy  raz  celu  był  jakby  u  siebie.  Zaczął  od  przyklęknięcia,  jak  mu
polecił  admirał,  a  że  przywykłym  już  był  do  palenia  i  żucia  tytoniu,  nie  zapomniał  wsunąć  w  usta
kłaczek ulubionego ziela. Następnie, poprawiwszy ubrania, gotował się do stosownej odpowiedzi.

- Miłościwa królowo! zawołał dość rubasznie, wiadomo każdemu, że jestem Sancho Mundo, rodem z
Moguer, jeden z najwierniejszych poddanych waszej królewskiej mości.

— Czy przynosisz wiadomości od don Kolumba?

—  Tak  jest,  najjaśniejsza  pani.  Don  Christoval  wysłał  mnie  z  Lizbony,  sądząc,  że  te  łotry
Portugalczycy  nie  zwrócą  takiej  uwagi  na  biednego  marynarza,  jak  na  gońców  waszej  wysokości  o
butach  z  ostrogami.  Ciężka  to  przeprawa,  bo  między  Lizboną  a  pałacem  królewskim  w  Barcelonie
niepodobna znaleźć lichego nawet muła.

— Musisz zapewne mieć listy?

— Tak jest, miłościwa pani; ale dublonów jakoś ubyło mi w drodze. Oberżyści uważali mnie pewnie
za granda Hiszpanii, bo niemiłosiernie obeszli się z moją kieszenią.

—  Daj  temu  człowiekowi  pieniędzy,  senior Alonzo;  on  pragnie  widać  zapłaty  przed  wywiązaniem
się z poselstwa.

Sancho niespokojnie przeliczył odebraną kwotę, a potem schował ją w zanadrze.

— Gadaj! zawołał król; i nie śmiej nadal stroić sobie żartów! Ostry głos Ferdynanda większe zrobił
wrażenie na starym marynarzu niż łagodne przemówienie królowej.

background image

— Racz wasza wysokość zapytać, a nie omieszkam odpowiedzieć, rzekł pokornie.

— Gdzie przebywa admirał? odezwała się Izabella.

- Był niedawno w Lizbonie, miłościwa królowo; ale teraz znajduje się pewnie w Palos de Moguer.

- Coście robili od czasu opuszczenia Hiszpanii?

- Zwiedziliśmy Cipango i państwo wielkiego chana, w odległości czterdziestu dni od Gomery; jest to
kraj przedziwny i bogaty.

- Czy można zaufać twoim słowom?

-  Gdybyś  wasza  wysokość  znała  Sancho  Munda,  pewnie  byś  o  tym  nie  wątpiła.  Powiadam  waszej
miłości i wszystkim osobom tu zebranym, że don Christoval Kolumb popłynął na drugą stronę ziemi,
która  jest  okrągła,  jak  wiemy  teraz  z  doświadczenia.  Zrobił  nadto  odkrycie,  iż  gwiazda  polarna
wędruje  po  niebie,  i  zajął  w  posiadanie  wyspy  tak  wielkie  jak  Hiszpania,  gdzie  rośnie  złoto,  i  z
czasem przyjąć się może ziarno Ewangelii.

- Oddaj list, Sancho! Kolumb nie wysłał cię pewnie z ustnym tylko sprawozdaniem.

Majtek rozwinął paczkę złożoną z kilku kawałków płótna i papieru, wydobył z niej pismo admirała i
klęcząc  ciągle  podał  je  królowej,  która  dla  odebrania  go  zmuszona  była  postąpić  parę  kroków.
Wywiązawszy  się  tym  sposobem  z  odebranego  polecenia,  Sancho  poprawił  się  na  kolanach,
nauczonym  będąc  przez  Kolumba;  że  wstać  nie  powinien  bez  wyraźnego  rozkazu,  i  wyciągnąwszy
pieniądze,  zaczął  je  znów  przeliczać.  Tymczasem  królowa  z  natężoną  uwagą  przebiegała
własnoręczny  list  żeglarza.  W  ciągu  tej  czynności  wszyscy  stali  nieruchomo,  ze  spojrzeniem
wlepionym  w  wyrazistą  twarz  Izabelli,  na  której  żywe  malowało  się  uniesienie.  Dokończywszy
czytania,  królowa  wzniosła  oczy  ku  niebu  i  składając  ręce,  jakby  w  modlitwie  dziękczynnej,
zawołała:

— Nie ludziom, lecz tobie, Panie, niech będzie cześć i sława za to wielkie odkrycie!

Rzekłszy  te  słowa,  rzuciła  się  w  krzesło  i  cicho  zapłakała.  Ferdynand  wziął  list  z  rąk  małżonki  i
odczytał go z uwagą. Twarz jego wyrażała zrazu zadziwienie, potem gorącą pożądliwość, nareszcie
radość bez granic.

—  Seniorowie  Saint-Angel  i  Alonzo  de  Quintanilla,  zawołał,  oto  wiadomość,  która  cieszyć  was
powinna. I ty, świątobliwy prałacie, chociaż dotąd przeciwnik genueńczyka, rad będziesz takowej w
interesie  Kościoła.  Oczekiwania  nasze  zostały  przewyższone,  bo  Kolumb  rzeczywiście  dosięgną!
Indii, i powiększył tym znakomicie rozległości naszych dzierżaw.

Don Ferdynand nigdy nie okazywał podobnego w mowie zapału; jakoż spostrzegłszy się wkrótce, i
ująwszy rękę królowej, zaprowadził ją do swego gabinetu. Opuszczając salę dał znak arcybiskupowi
i dwóm obecnym urzędnikom korony, że mają iść za nim.

Niedługo dzieci opuściły również pokój królowej, w którym zostali tylko markiza de Moya i Sancho.

background image

Majtek ciągle jeszcze klęczał; ale mało zwracał uwagi na słowa i czyny otaczających go osób, gdyż
myślał tylko o zysku dzisiejszego wieczoru.

— Możesz powstać, przyjacielu, rzekła donna Beatrix; ich królewskie wysokości już wyszły.

Sancho podniósł się ociężale, otarł starannie kolana i zaczął rozglądać się wkoło, jak gdyby gwiazdy
badał na morzu.

— Musiałeś należeć do wyprawy Kolumba, sądząc z twojego opowiadania?

-  Wasza  ekscelencja  wątpić  o  tym  nie  powinna,  bo  przysięgam,  że  większą  część  swego  czasu
przepędziłem u steru, o kilka kroków tylko od seniora admirała i seniora de Munoz.

-  Czy  znajdował  się  z  wami  jaki  senior  de  Munoz?  odrzekła  markiza,  spoglądając  na  siostrzenicę
wzrokiem porozumienia.

-  Tak  jest,  szlachetna  pani,  a  nadto  senior  Gutierrez,  i  jeszcze  senior  don...  mniejsza  o  to  jaki;  a
wszyscy trzej nie więcej zajmowali miejsca, niż zwykle jeden człowiek. Ale racz wasza ekscelencja
objaśnić  mnie,  gdzie  znajdę  na  tym  dworze  wysoko  urodzoną  damę,  imieniem  Beatrix  de  Cabrera,
markizę de Moya.

- Ja sama nią jestem, przyjacielu. Może masz do mnie zlecenie od owego seniora de Munoz.

-  Dalipan,  nie  dziwię  się  już  teraz,  że  są  na  świecie  wielcy  panowie  i  biedni  marynarze;  toż  tutaj
ludzie, nim jeszcze gębę otworzę, już wiedzą co mam powiedzieć! Na wszystkich świętych! sądzę że
don Christoval nawet, z całym rozumem swoim, nie da sobie rady w Barcelonie.

- Powiedz nam co o Pedrze de Munoz.

-  A  więc,  seniora,  przynoszę  ukłony  od  synowca  waszej  ekscelencji,  hrabiego  de  Llera,  który  na
okręcie posiadał dwa, nazwiska, jedno fałszywe, a drugie nieprawdziwe.

— Miałżeby mój synowiec nie dochować tajemnicy? Czy znał kto więcej jego godność?

—  Bez  wątpienia,  seniora;  najpierw  on  sam,  po  wtóre  don Christoval,  po  trzecie  ja,  po  czwarte
Alonzo Pinzon, jeżeli żyje, co jednak bardzo wątpliwe; nareszcie wasza ekscelencja i ta oto nadobna
seniorita.

—  Dosyć;  spodziewam  się,  że  ogół  przynajmniej  nie  został  wtajemniczony,  choć  trudno  pojąć
dlaczego mój synowiec zrobił wyjątek na twą korzyść. Czy nie masz listu od niego?

—  Seniora,  don  Luis  za  późno  dowiedział  się  o  mym  wysłaniu. Admirał  powierzył  mu  opiekę  nad
książętami  i  księżniczkami  indyjskimi;  młody  więc  hrabia  mało  ma  czasu  do  pisania,  inaczej  byłby
pewnie cały arkusz zapełnił wylaniem uczuć swoich dla tak szanownej damy.

— Książęta i księżniczki? Co znaczą mój przyjacielu, te szumne tytuły?

background image

—  Nic  innego,  tylko  żeśmy  przywieźli  dostojne  te  osoby  dla  złożenia  hołdu  ich  wysokościom.  Nie
zapuszczamy sieci na małe rybki, wolimy grube poławiać sztuki.

— Nie wiem czy wierzyć mam twoim słowom.

—  Bez  żadnego  wahania,  seniora;  dodam  nawet,  że  towarzyszy  nam  dama  haitańska  tak  rzadkiej
piękności, iż mogłaby zaćmić najładniejszą Kastylijkę; jest to oko w głowie i serdeczna przyjaciółka
don Luisa.

-  O  kim  mówisz?  zapytała  Beatrix  głosem  wyniosłym;  skąd  się  wzięła  ta  księżniczka  i  jakie  jej
nazwisko?

-  Nazwisko  jej,  wasza  ekscelencjo,  jest  donna  Ozema  z  Haiti,  w  którym  to  kraju  brat  jej,  don
Mattinao,  piastuje  godność  kacyka,  czyli  króla.  Seniora  Ozema  jest  następczynią  tronu.  Don  Luis  i
sługa najniższy waszej ekscelencji złożyli swą wizytę na dworze jej brata.

- To wcale niepodobne do prawdy! Jakżeby mój synowiec mógł wybrać takiego jak ty towarzysza?

- Wolno szlachetnej pani myśleć o tym co się podoba, a przecież to rzecz tak święta, jak że jesteśmy
na  dworze  Ferdynanda  i  Izabelli.  Wiadomo  zapewne  waszej  ekscelencji,  iż  młody  hrabia  liczne
odbywał  podróże:  otóż  w  jednej  z  nich  poznał  Sancho  Munda  de  Moguer,  którego  odtąd  zaszczyca
swą  przyjaźnią.  Gdy  don  Luis  wybierał  się  odwiedzić  kacyka,  zażądał  mojego  towarzystwa.
Następnie,  gdy  król  Kaonabo  zrobił  wyprawę  dla  porwania  księżniczki  Ozemy,  hrabia  de  Llera  i
przyjaciel  jego  Sancho  bronili  jej  przeciw  całej  armii  Karaibów,  i  równie  świetne  odnieśli
zwycięstwo, jak Ferdynand nad Maurami.

— I skończyło się na tym, nieprawdaż, żeście ją sami porwali? Przyjacielu Sancho, zmyślasz śmiało,
lecz niezręcznie. Należałoby w istocie za te kłamstwa uczęstować cię chłostą.

— Lękam się, seniorka, wtrąciła nieśmiało Mercedes, że w opowiadaniu tego człowieka zbyt wiele,
niestety, jest prawdy.

—  Nie  ma  powodu  do  obawy,  piękna  seniorito,  ciągnął  dalej  Sancho,  nie  zmieszany  bynajmniej
groźbą  markizy,  bośmy  bez  szwanku  wyszli  z  tej  potrzeby.  Dostojna  seniorita,  której  wszystko
wybaczam,  dlatego  że  jest  ciotką  najlepszego  przyjaciela  mojego,  raczy  przypomnieć  sobie,  iż
Haitańczycy nie znają użycia strzelby; otóż przy jej pomocy pokonaliśmy Kaonaba. Wszak hrabia de
Llera sam nieraz rozbijał całe hufce Maurów.

— Tak jest, odrzekła Beatrix; ale wtedy mój synowiec miał konia, zbroję i oręż, co zwyciężył Alonza
de Ojeda.

— Czy rzeczywiście uwieźliście tę księżniczkę? zapytała Mercedes z życzliwością.

—  Przysięgam  na  wszystkich  świętych  naszego  kalendarza,  że  mówię  prawdę.  Jest  ona  piękniejsza
od córek królowej, co niedawno wyszły z tej sali.

— Dosyć tego! zawołała Betarix z oburzeniem. Dziwię się bardzo, że don Luis tak zuchwałego użył

background image

posłańca. Odejdź stąd i powściągnij swój język, bo nawet łaska admirała nie uchroni cię od kary. Już
późno, Mercedes, idźmy na spoczynek.

Sancho sam został w pokoju, i po chwili paź królewski wskazał mu miejsce noclegu. Stary marynarz,
pomruczawszy trochę na markizę i przeliczywszy raz jeszcze pieniądze, miał właśnie zająć swe łoże,
gdy został przyzwany do Mercedes de Valverde, która przyjęła go z oznakami żywego wzruszenia.

—  Odbyłeś  długą  i  przykrą  drogę,  przyjacielu  Sancho,  rzekła  przerywając  milczenie;  weź  to  złoto,
jako dowód mojej przychylności.

-  Seniorko!  zawołał  Sancho,  spoglądając  z  udaną  obojętnością  na  dublony  złożone  w  swej  dłoni;
sądzę,  że  nie  uważasz  mnie  za  prostego  najemnika.  Zaszczyt,  iż  jestem  posłańcem  admirała  i  mogę
rozmawiać z tak pięknymi damami, więcej dla mnie znaczy niż zapłata.

- Ale możesz potrzebować pieniędzy, i nie odmówisz ich przyjęcia kobiecie.

-  Na  takie  wezwanie  gotów  jestem  wziąć  choćby  dwa  razy  tyle.  Po  tych  słowach  Sancho  schował
najspokojniej odebraną kwotę, oczekując dalszych rozkazów. Mercedes znajdowała się w położeniu
na  jakie  narażony  jest  każdy,  co  przedsiębierze  rzecz  siły  jego  przechodzące;  krótko  mówiąc,
zapewniwszy sobie środek objaśnienia swych wątpliwości, w stanowczej chwili użyć go nie śmiała.

-  Sancho,  rzekła  wreszcie,  towarzyszyłeś  admirałowi  w  tej  podróży  nadzwyczajnej;  chciałabym
dowiedzieć  się  od  ciebie  jakichś  zajmujących  szczegółów.  Powiedz  mi,  czy  to  prawda  coś
wspomniał o książętach i księżniczkach?

- Taka prawda, jak dzieje pisane, seniorito. Kto był obecny w jakiej bitwie i czyta potem jej opis, ten
zaraz pozna różnicę między faktem a opowiadaniem... Znajdowałem się wtedy...

-  Mniejsza  o  twoje  przygody,  Sancho.  Wróćmy  raczej  do  tego,  czy  istnieje  książę  Mattinao  i
księżniczka Ozema, a bardziej jeszcze czy oni z admirałem popłynęli do Hiszpanii.

—  Jam  tego  nie  mówił,  piękna  seniorito;  don  Mattinao  został  w  swym  kraju,  i  tylko  nadobna  jego
siostra wybrała się z admirałem i don Luisem do Palos.

— Czy don Kolumb i hrabia de Llera tyle mają wpływu, aby skłonić księżniczkę krwi królewskiej do
opuszczenia ojczyzny?

—  Może  to  nie  zgodne  ze  zwyczajami  Kastylii,  Portugalii  albo  Francji;  lecz  Haiti  jest  państwem
pogańskim,  gdzie  księżniczka  nie  więcej  znaczy  od  naszej  szlachcianki.  Zawsze  jednak  co  piękna
kobieta, to nie brzydka; a przy tym donna Ozema jest tak pojętna, że już szczebiocze po hiszpańsku,
jak  gdyby  się  uczyła  w  Toledo  lub  Burgos.  Ale  też  don  Luis  bardzo  gorliwym  jest  nauczycielem;
zanim ten diabeł Kaonabo popsuł nam szyki, przez trzy dni był z nią sam na sam w pałacu, i wtedy
donna Ozema musiała znaczne uczynić postępy.

— Czy ona chrześcijanka, Sancho?

— Jeszcze nie, seniorito; ale na dobrej jest drodze, bo nosi na szyi krzyż, wprawdzie niewielki, lecz

background image

kosztowny, który dostała w podarunku od hrabiego de Llera.

— Co mówisz, Sancho? zawołała Mercedes, zaledwo zdolna ukryć swe wzruszenie.

- Tak jest, seniorito, krzyżyk z kosztownych kamieni, który przedtem nosił sam hrabia.

- Nie były to turkusy oprawne w złoto?

- Mogę zaręczyć za drugie, bo nie znam się na kamieniach; wiem jednak, że są niebieskie, jak błękit
nieba  Hiszpanii.  Donna  Ozema  nazywa  ten  klejnot  Mercedes,  na  znak  zapewne,  że  wzywa
miłosierdzia Boskiego .

- Widać, że oboje niewiele cenią to godło, skoro wiadomość o nim dostała się aż do ciebie.

-  Z  przeproszeniem,  seniorito;  na  pokładzie  okrętu,  przy  wzburzonym  morzu,  stary  marynarz  więcej
trochę  znaczy  jak  w  Barcelonie.  Przy  tym  donna  Ozema  ceni  mnie  osobiście,  z  powodu,  że  ją
wybawiłem z rąk Kaonaba; pokazała mi więc swój krzyżyk gdyśmy wpłynęli do Tagu, i przyciskając
go do serca, zawołała: Mercedes!

- Czy ta księżniczka ma orszak odpowiedni jej godności?

-  Wasza  miłość  zapominasz,  że  „Nina"  jest  małym  statkiem,  w  którym  nie  ma  pomieszczeń  dla
znacznej  liczby  kobiet.  Zresztą  damy  haitańskie  nie  bardzo  w  tym  względzie  są  wymagające;  pod
palącym niebem tego kraju łatwo się obejść bez pokojówek, bo nie potrzeba żadnego ubrania.

Ostatni ten szczegół obraził skromność dziewczyny; ale ciekawość jej na tyle już była podrażnioną,
że pragnęła dowiedzieć się wszystkiego.

— Czy don Luis de Bobadilla w tej podróży, jak zawsze, mężnie stawiał czoła niebezpieczeństwu?

— Seniorito mówisz jakby świadek naoczny. Oj, gdybyś go widziała jak kropił Karaibów, broniąc
donny Ozemy ukrytej za skałą! To było godne uwielbienia.

— Donny Ozema za skałą?

—  Tak  jest,  seniorito,  lecz  odważna  księżniczka,  widząc  że  strzały  sypią  się  jak  grad,  nie
wysiedziała w ukryciu, tylko stanęła przed hrabią, i tym sposobem wymogła zawieszenie broni; gdyż
nieprzyjaciel,  rzecz  naturalna,  nie  mógł  strzelać  do  tej,  o  której  posiadanie  głównie  mu  chodziło.
Można powiedzieć, że oboje ocalili sobie życie.

— Ona mu życie ocaliła! Luis de Bobadilla, ocalony przez księżniczkę indyjską!

—  Nie  inaczej,  szlachetna  pani;  dobra  to  dziewczyna,  jeśli  wolno  tak  się  wyrazić  o  wysoko
urodzonej osobie. Wasza miłość sama ją pewnie pokochasz.

- Sancho, rzekła Mercedes zapłoniona, czy hrabia de Llera, prócz ukłonów dla markizy de Moya, nic
więcej ci nie polecił?

background image

- Nie, seniorito.

- Czyś pewny tego. Sancho? Przypomnij sobie; czy nie wymienił innego nazwiska?

-  Żadnego,  szlachetna  pani.  Ktoś  wprawdzie,  nie  pamiętam  czy  don  Luis,  czy  stary  sternik  Diego,
wzmiankował  o  jakiejś  Klarze,  trzymającej  gospodę  w  Barcelonie,  gdzie  dobre  jest  wino;  ale  to
pewnie musiał być Diego, bo jakżeby hrabia miał mówić o takiej drobnostce?

- Możesz odejść, Sancho, rzekła Mercedes; zobaczymy się jutro.

Sancho, rad z ukończenia rozmowy, powrócił do swej izby, nie domyślając się bynajmniej ile złego
sprawiły jego słowa, w których prawda z przesadą chaotycznie były splątane.

 

ROZDZIAŁ XXVI

Wiadomość  o  powrocie  Kolumba  i  ważnych  jego  odkryciach  szybko  rozeszła  się  po  Europie,
stanowiąc, ogólnym zdaniem, najważniejsze epoki tej zdarzenie. Przez kilkanaście lat, a mianowicie
od  czasu  odkrycia  Oceanu  Spokojnego  przez  Muneza  de  Balboa,  wierzono,  że  Kolumb,  płynąc  na
zachód dosięgnął Indii, i uważano kulistość ziemi za fizycznie udowodnioną. Cudowne szczegóły tej
podróży,  żyzność  zwiedzanych  krajów,  bogactwo  ich  i  łagodność  klimatu,  ciekawostki  wreszcie
przywiezione przez admirała stanowiły przedmiot niewyczerpany powszechnej rozmowy.

Hiszpania  od  kilku  wieków  niesłychane  czyniła  wysiłki  w  walce  przeciw  Maurom;  szczęśliwe  jej
ukończenie  było  wypadkiem  długoletnich  zapasów,  i  niczym  się  zdawała  w  porównaniu  z  aureolą
sławy,  jaka  nagle  okoliła  odkrycia  wschodnie.  Słowem,  pobożni  cieszyli  się  spodziewanym
rozszerzeniem  Ewangelii;  chciwi  marzyli  o  skarbach  nieprzebranych;  politycy  obliczali  korzyści  z
przyrostu  gruntowego;  uczeni  przewidywali  wzbogacenie  swych  wiadomości;  a  nieprzyjaciele
Hiszpanii  z  zazdrością  spoglądali  na  jej  świetność.  Pierwsze  dni  po  przybyciu  posłańca  Kolumba
poświęcone  były  ogólnej  radości.  Zaproszono  urzędowo  admirała,  aby  przyjechał  jak  najszybciej,
rozkazano  przygotowanie  powtórnej  wyprawy  i  wszystkie  usta  brzmiały  jego  sławą.  Po  upływie
miesiąca  genueńczyk  w  towarzystwie  siedmiu  Indian  przybył  do  Barcelony,  gdzie  obsypany  został
największymi honorami. Oboje królestwo przyjęli go w sali posłuchania na tronie, powitali z miejsca
po  jego  wejściu  i  kazali  mu  podać  krzesło,  który  to  zaszczyt  tylko  książętom  krwi  z  prawa  był
przynależny.  Odkrywca  opowiedział  swą  podróż,  okazał  przywiezione  przedmioty  i  rozwinął
możliwe korzyści; po czym wszyscy obecni na klęczkach, pod przewodem chóru kaplicy królewskiej,
odśpiewali Te Deum. Surowy nawet Ferdynand w tej chwili uroczystej uronił łzę rozrzewnienia.

Długo  jeszcze  Kolumb  był  ogniskiem  skupiającym  promienie  chwały  i  tryumfu.  Nie  przestawano
otaczać go uwielbieniem, aż do drugiej podróży na Wschód, jak się wówczas wyrażano.

W sam dzień przyjęcia admirała don Luis de Bobadilla zjawił się w sali posłuchań, w bogatym stroju
granda Hiszpanii. Uważano, że Izabella mile się doń uśmiechnęła, gdy tymczasem markiza de Moya
posępną zachowała powagę.

background image

Sancho, który pozostał w Barcelonie do przybycia zwierzchnika i któremu zasługi zjednały dostęp do
dworu,  zadziwiał  wszystkich  używaniem  tytoniu.  Niejeden  już  z  dworzan,  pragnąc  go  naśladować,
przykrych nabawił się następstw; co wszakże nie przeszkodziło później szybkiemu upowszechnieniu
tej rośliny.

Posłuchanie  było  skończone,  i  Sancho  razem  z  tłumem  opuszczał  salę,  gdy  jakiś  człowiek,  już  nie
młody, lecz szlachetnego wyglądu, zaprosił go na wieczerzę. Stary marynarz, chociaż nie przywykły
do podobnych honorów, nie odmówił jednak zaproszeniu. Towarzysz bezzwłocznie zaprowadził go
do  jednej  z  sal  bocznych  pałacu,  gdzie  kilkunastu  młodych  z  najprzedniejszych  hiszpańskich  rodów
czekało ich przybycia; bo w owym czasie wszyscy dobijali się o sposobność pomówienia choćby z
podrzędnym uczestnikiem wyprawy. Sancho przyjęty był z uprzejmością, a towarzysz jego, znany dziś
dziejopisarz Pedro Martir, któremu królowa powierzyła wychowanie młodych paniczów dworskich,
z uszanowaniem.

—  Usiłowania  moje,  seniorowie,  zawołał  Pedro  Martir,  powiodły  się  zupełnie.  Sam  admirał  z
oficerami  wieczerza  dziś  u  króla,  lecz  ten  godny  marynarz  zaszczyca  nas  swoją  obecnością.
Wydzierając go ciżbie, nie miałem nawet sposobności zapytać o jego nazwisko.

Sancho  nastroił  poważną  minę,  i  wiedząc  czego  po  nim  oczekiwano,  gotował  się  pokazać  światu
jakiej to mądrości nabywa człowiek przez podróż dookoła ziemi.

-  Nazywam  się  Sancho  Mundo,  seniorowie,  rzekł  głosem  napuszonym;  ale  radbym  mieć  przydomek
Sancho  indyjski,  rozumie  się,  jeśli  admirał  nie  przybierze  tego  tytułu,  bo  jego  prawa  lepsze  są  od
moich.

Przedstawiono  następnie  majtkowi  kilku  członków  najpierwszych  rodzin  hiszpańskich,  a  w  końcu
całe towarzystwo udało się do sali jadalnej, gdzie przygotowano wspaniałą biesiadę. W ciągu uczty
Sancho,  oddany  całkiem  rozkoszom  gastronomicznym,  głębokie  zachował  milczenie.  Raz  tylko,
zagadnięty przerwał je, położył widelec i rzekł uroczyście:

- Seniorowie, jadło jest darem Bożym; kto więc przeszkadza w jedzeniu, uwłacza poszanowaniu dla
Stwórcy.  Don  Christoval  podziela  to  zdanie,  i  wszyscy  jego  podwładni  poszli  za  przykładem
wielebnego zwierzchnika. Jak tylko skończę, odpowiadać będę chętnie na wasze zapytania.

Po odniesieniu wetów Sancho odsunął się trochę od stołu i tymi słowy zagaił rozmowę:

- Jestem człowiek nieuczony, seniorowie; ale com widział, tom widział. Marynarz może mieć swoje
zdanie tak dobrze, jak doktor z Salamanki. Zapytujcie mnie, proszę, gotów jestem odpowiedzieć.

— A więc, odezwał się Pedro Martir, życzylibyśmy usłyszeć szczegóły tej podróży. Objaśnij senior,
które z widzianych zjawisk uważasz za najciekawsze.

— Podług mnie nic nie wyrównuje zboczeniu gwiazdy polarnej, odrzekł z żywością Sancho. To ciało
niebieskie uważano dotąd za równie nieruchome, jak katedra sewilska, teraz wiadomo, że krząta się
po niebie, na kształt starej kumoszki roznoszącej plotki sąsiadom.

background image

— To rzecz cudowna! zawołał Pedro Martir, nie wiedząc jak przyjąć te wyrazy. Ale może to było
złudzenie?

—  Zapytaj  don  Christovala,  senior;  on  zauważył  to  zjawisko,  a  później  razem  wyciągnęliśmy  stąd
wniosek, że nie ma na świecie nic stałego.

— Pomówię o tym ze szlachetnym admirałem. Lecz oprócz tej gwiazdy, mości Sancho, coś widział
godnego uwagi?

Sancho myślał jeszcze nad odpowiedzią, gdy wszedł don Luis de Bobadilla. Młodzież przywitała go
przyjacielsko, a Pedro Martir postąpił ku niemu kilka kroków.

—  Pragnąłem,  rzekł,  zaszczytu  obecności  twojej,  hrabio,  jakkolwiek  od  dawna  nie  zostajesz  pod
moim  kierunkiem,  to  przypuszczam,  że  tak  gorący  zwolennik  podróży  rad  będziesz  posłuchać
opowiadania  o  cudownym  odkryciu  don  Kolumba.  Szanowny  ten  marynarz,  obdarzony  zaufaniem
admirała,  zezwolił  na  przyjęcie  naszej  skromnej  wieczerzy.  Przedstawiam  ci,  mości  Sancho,  don
Luisa de Bobadilla, hrabiego de Llera, który niemało także tułał się po morzu.

- Wiem o tym, odparł Sancho, oddając z uszanowaniem lekki ukłon Luisa, i cieszę się bardzo, że go
poznaję.  Jeżeli  wasza  ekscelencja  będziesz  kiedy  w  okolicach  Moguer,  to  racz  nawiedzić  chałupę
starego Sancho Munda.

-  Najchętniej  to  uczynię,  odpowiedział  Luis  z  uśmiechem.  Lecz  nie  przerywam  rozmowy  tak
zajmującej w chwili mojego przybycia.

- Dobrze wszystko zważywszy, odezwał się Sancho poważnie, po ruchu gwiazdy polarnej najwięcej
mnie uderzyło, że w Cipango nie ma dublonów. Trudno pojąć dlaczego w kraju, gdzie tyle jest złota
nie biją wcale pieniędzy.

Pedro Martir i uczniowie jego roześmiali się z tego wniosku.

-  Pomińmy  to  pytanie,  raczej  polityczne  niż  gospodarcze,  zawołał  Martir;  ale  coś  widział
szczególnego w sposobie życia tamtejszych mieszkańców?

-  Pod  tym  względem  wyspa  kobiet  najwięcej  zasługuje  na  uwagę.  U  nas  niewiasty  zamykają  się  w
klasztorach, a w Indiach całe wyspy zajmują w posiadanie.

— Prawdaż to? zapytało kilka głosów, czy rzeczywiście odkryliście taką wyspę?

— Widzieliśmy ją w oddaleniu i kontent jestem żeśmy tam nie wysiedli; bo moim zdaniem w Moguer
aż  nadto  jest  kumoszek.  Odkryliśmy  potem  rodzaj  chleba  rosnącego  na  ziemi.  Dalipan,  smaczna  to
potrawa; nieprawdaż, senior de Llera?

— Mości Sancho, skoroś rzucił zapytanie, to chciej sam na nie odpowiedzieć. Czyż mogę sądzić o
płodach Cipango, kiedy nie byłem dalej jak w Kandii?

—  To  prawda,  senior  hrabio  zapomniałem,  iż  temu  tylko  co  widział  godzi  się  mówić,  a  drudzy

background image

powinni słuchać i wierzyć.

— Czy Indianie używają mięsa? zapytał jeden z obecnych.

— Tak jest, senior, pożerają się wzajemnie. Wprawdzie ani ja, ani don Christoval nie byliśmy nigdy
proszeni na te biesiady, ale podług dokładnych obliczeń na wyspie Bohio spożywają corocznie tylu
ludzi, ile w Hiszpanii wołów.

Słuchacze wydali okrzyk przerażenia, a Pedro Martir z niedowierzaniem potrząsnął głową.

— Co myślisz o ptakach przywiezionych przez admirała? ciągnął dalej rozmowę.

-  Znam  je,  senior,  a  mianowicie  papugi;  to  stworzenia  tak  mądre,  że  mogłyby  odpowiedzieć  na
wszystkie zapytania wasze.

- Żartujesz, mości Sancho, odparł uczony z uśmiechem; ale nic to nie szkodzi: puść wodze wyobraźni,
i jeśli nie możesz oświecić, zabaw nas przynajmniej.

- Bóg świadkiem, seniorowie, iż chciałbym z serca wszystko dla was uczynić; ale z natury tak jestem
w prawdzie zamiłowany, że zmyślać zupełnie nie umiem. Trudno nie wierzyć swoim oczom; byłem w
Indiach  i  patrzyłem  na  wszystkie  cuda  tego  kraju.  Między  innymi  napotkaliśmy  morze  podobne  do
łąki, z którego wybrnęliśmy tylko cudem.

Młodzieńcy  spojrzeli  na  swego  nauczyciela,  chcąc  wyczytać  z  jego  twarzy  wyrok  o  słowach
marynarza, lecz Pedro Martir, jakkolwiek światły, sam nie wiedział co myśleć o tym wszystkim.

- Jeżeli pozwolicie, seniorowie, wtrącił Luis, zaspokoję waszą ciekawość. Wiadomo wam, że jestem
w przyjaznych z don Kolumbem stosunkach. Po swoim powrocie czcigodny admirał objaśnił mnie o
wszystkim co dotyczy jego podróży; gotów więc jestem powtórzyć co od niego słyszałem.

Ogólny  poklask  przyjął  te  wyrazy,  i  młodzieniec,  z  zapałem  naocznego  świadka,  rozpoczął  świetną
opowieść wyprawy, przerywaną częstokroć głośnym uwielbieniem słuchaczów.

Niewinny ten wybieg Luisa dobrze mu posłużył. Wymowną łatwość z jaką posłyszane, jak mniemano,
przytaczał  rzeczy,  uważano  za  niemałą  zaletę.  Pedro  Martir,  którego  zdanie  wielką  miało  powagę  i
młodzi uczniowie jego głosili wszędzie sławę hrabiego de Llera.

Uwielbienie  dla  Kolumba  tak  było  powszechne,  iż  na  każdego  co  w  bliższym  zostawał  z  nim
zetknięciu spływała przez to samo cząstka czci ogólnej. Ponieważ widywano Luisa w towarzystwie
odkrywcy, zapomniano o lekkomyślnych jego postępkach, myśląc tylko o tym, że człowiek tak wielki
zaszczyca go swą przyjaźnią. Tym sposobem Luis de Bobadilla doznał już następstw pomyślnych ze
swojego przedsięwzięcia, a od woli jego zależało podnieść je do wysokości tryumfu, objawieniem
osobistego udziału w dziele Kolumba.

Zobaczymy o ile ta zasługa poparła go w oczach pięknej Mercedes de Valverde.

 

background image

ROZDZIAŁ XXVII

Dzień  przyjęcia  Kolumba  napełnił  ruchem  Barcelonę,  a  serce  królowej  Izabelli  szczerym
zadowoleniem.  Ona  główną  była  sprężyną  tego  przedsięwzięcia,  a  teraz  w  wielkości  otrzymanych
wypadków znajdowała nagrodę swych starań.

Wieczorem,  złożywszy  Bogu  modlitwę  dziękczynną  i  zajrzawszy  do  dzieci,  królowa  wzięła  lampę,
wyszła  na  korytarz  i  zastukała  lekko  do  drzwi  przyległego  pokoju.  Gdy  wewnątrz  głos  kobiecy
zaprosił ją do wejścia, władczyni Kastylii po upływie sekundy znajdowała się sam na sam z wierną
przyjaciółką swoją, markizą de Moya. Skinienie odwiedzającej wskazało donnie Cabrera, że na ten
raz zaniechać powinna wszelkiego ceremoniału; ulegając przeto życzeniu królowej, powitała ją jakby
rówieśniczkę.

— Byłam dziś tak radośnie zajęta, markizo, córko moja, rzekła Izabella, stawiając na stole srebrną
lampeczkę,  że  mało  nie  zapomniałam  o  ważnym  obowiązku.  Synowiec  twój,  hrabia  de  Llera,  po
swoim powrocie tak jest skromny, iż nie domaga się nawet należnych mu pochwał za uczestnictwo w
dziele Kolumba.

-  Wiem,  seniora,  że  Luis  przebywa  w  Barcelonie;  o  skromności  zaś  jego  niech  sądzą  osoby
bezstronniejsze ode mnie.

-  Uważam  go  za  młodzieńca  pełnego  nadziei,  i  przyszłam  rozmówić  się  z  tobą  względem  młodego
Bobadilla  i  twojej  wychowanki.  Teraz,  gdy  twój  synowiec  tak  świetny  dał  dowód  odwagi  i
wytrwałości,  nic  nie  przeszkadza  związkowi  dwojga  serc  kochających.  Wiadomo  ci,  że  Mercedes
dała mi słowo, iż nie rozrządzi swoją ręką bez mojego zezwolenia: otóż zamierzam tej jeszcze nocy
uszczęśliwić ją oświadczeniem, że pragnę jak najprędzej donnę Valverde powitać hrabiną de Llera.
Wybrałam  się  do  ciebie  w  tak  niezwykłej  godzinie,  bo  chciałabym,  aby  wszyscy  w  tej  chwili
podzielali moją radość. - Gdzież jest Mercedes?

- Opuściła mnie przed przybyciem waszej wysokości; ale mogę ją przywołać natychmiast.

-  Wolę  ponieść  jej  sama  tę  radosną  wiadomość,  rzekła  królowa,  kierując  się  ku  drzwiom.
Wyprawiamy się, jak Kolumb, bez zewnętrznej wystawności, by  udzielić  twej  wychowance  wieści
tak dla niej pożądanej.

Po opowiadaniu admirała te korytarze i galerie wyobrażam sobie jako szlaki nieznanego Atlantyku.

—  Dałby  Bóg  abyś  wasza  wysokość  nie  uczyniła  odkrycia  równie  zadziwiającego  jak  podróż
genueńczyka! Co do mnie, nie wiem sama ile w tym prawdy.

—  Pojmuję  to,  moja  droga;  ostatnie  wypadki  wszystkich  nas  olśniły,  odpowiedziała  królowa,  nie
rozumiejąc znaczenia słów przyjaciółki. Idźmy zachwycić serce niewinnej dziewczyny, która uległym
znoszeniem przeciwności zasłużyła sobie na szczęście.

Donna  Beatrix  westchnęła,  lecz  nic  nie  odrzekła.  W  tej  chwili  weszły  do  małego  salonu  obok
sypialni  Mercedes  i  zastały  tam  pokojówkę,  która  żywo  pobiegła  uprzedzić  swą  panią  o  przybyciu

background image

dostojnego gościa, Izabella jednak, poufała zawsze w obejściu z osobami kochanymi uchyliła drzwi
sypialni, zanim dziewczyna mogła wyjść na jej . spotkanie.

— Moje dziecię, rzekła siadając z uśmiechem życzliwości, przyszłam dopełnić świętego obowiązku;
uklęknij tu przy mnie i wysłuchaj mnie jak matki.

Mercedes zajęła wskazane sobie miejsce, a monarchini czule objęła jej głowę, przytulając do fałdów
swej sukni.

—  Jestem  z  ciebie  zadowolona,  moja  córko,  ciągnęła  dalej  królowa,  i  zwracam  ci  otrzymane
przyrzeczenie; jesteś odtąd panią swoich czynów.

Mercedes lekko tylko drgnęła, lecz zachowała milczenie.

- Nie odpowiadasz moje dziecię? Więc pragniesz, aby kto inny zajął się twoim szczęściem? Niech i
tak będzie! - Dowiedz się przeto, że . jako królowa twoja i przyjaciółka chcę, abyś została małżonką
Luisa de Bobadilla, hrabiego de Llera.

- Nie, miłościwa pani! nigdy! nigdy! szepnęła dziewczyna głosem stłumionym od wzruszenia.

Izabella  ze  zdziwieniem,  ale  bez  gniewu,  spojrzała  na  markizę  de  Moya,  znając  bowiem  charakter
Mercedes, nie przypuszczała z jej strony dziwactwa ani zmienności.

-  Wytłumacz  mi  to,  jeśli  możesz,  Beatrix,  zawołała  wreszcie.  Miałażbym  tak  być  nieszczęśliwą,  że
zamiast uradować to dziecię, boleśnie podrażniłam jej uczucia?

- Nie, nie, seniora! wyłkała Mercedes, ściskając konwulsyjnie kolana królowej; wasza wysokość nie
chcesz i nie możesz dotknąć nikogo, bo jesteś pełną dobroci.

- Cóż więc wywołać mogło tę nagłą zmianę wyobrażeń?

-  Niestety,  seniora,  serce  mojej  wychowanki  pozostało  niezmienne;  niestałość  w  miłości  cechuje
tylko mężczyzn.

Pogodne oko Izabelli zabłysło oburzeniem.

—  Czy  podobna,  rzekła  z  życzliwością,  aby  poddany  Kastylii  naigrywać  się  miał  z  niewinnej
dziewczyny,  a  zarazem  i  ze  swej  królowej?  Miałżeby  on  uchybić  słowu  rycerskiemu?  Dziwię  się
twojemu spokojowi, markizo, bo wiem, że nie lubisz ukrywać swoich uczuć.

— Luis, szlachetna pani, jest synem mego brata; ta okoliczność w części gniew mój rozbraja.

— Ależ stworzenie tak młode, piękne i pełne szacownych przymiotów nie mogło być porzucone bez
ważnego powodu.

— Zwyczajnie, najjaśniejsza królowo, odpowiedziała markiza z goryczą; lekkomyślny mój synowiec
przywiózł z sobą jakąś księżniczkę indyjską...

background image

—  Księżniczkę,  mówisz? Admirał  przedstawił  nam  wprawdzie  Indiankę  tego  stopnia,  lecz  ona  nie
może współzawodniczyć z donną Mercedes de Valverde.

— Ach,  miłościwa  pani!  Indianka  o  której  mówisz  ani  równać  się  może  z  Ozemą.  Gdyby  wdzięki
osobiste usprawiedliwić mogły niewiarę, z trudnością zaiste przyszłoby potępić Luisa.

— Skądże ją znasz, Beatrix?

— Luis przyprowadził ją do pałacu, gdzie Mercedes życzliwie ją przyjęła.

— Seniora! zawołała Mercedes; Luis mniej winnym jest jak się zdaje. Piękność Ozemy i ułomność
moja spowodowały jego niewiarę.

-  Piękność  Ozemy?  Powtórzyła  z  wolna  królowa;  miałażby  ona  być  tak  powabną,  że  zaćmić  zdoła
ozdobę dziewcząt kastylijskich?

- Wasza wysokość zna mężczyzn, wtrąciła Beatrix; oni lubią odmianę i chętnie się poddają urokowi
nowości.  Na  św.  Jakuba!  Andrzej  de  Cabrera  niemało  w  tym  względzie  nagrzeszył,  a  podobno  i
wasza miłość...

- Wstrzymaj się, markizo, przerwała królowa. Don Andrzej dobrym jest mężem i poddanym; co zaś
do króla, pamiętam zawsze, że jest ojcem moich dzieci i monarchą. Ale wracając do Ozemy; mogę ją
zobaczyć, Beatrix?

- Rozkaż tylko najjaśniejsza pani, a stanie się zadość twej woli. Ozema jest stąd niedaleko; czy mam
ją przyprowadzić?

- Nie, Beatrix, winnam uwzględnić jej urodzenie. Uprzedź ją, Mercedes, o moich odwiedzinach.

Młoda  Indianka  od  czasu  przybycia  do  Barcelony,  znaczne  zrobiła  postępy  w  znajomości  języka
hiszpańskiego;  pojęła  więc  łatwo,  że  ma  oglądać  uwielbianą  monarchnię,  o  której  Luis  i  Mercedes
tylokrotnie  jej  wspominali.  Ozema  jednak  wyobrażała  sobie  Izabellę  jako  władczynię  całego
chrześcijaństwa, gdyż dla niej Luis i Mercedes byli już osobami dostojeństwa królewskiego.

Jakkolwiek  Izabella  przygotowaną  była  ujrzeć  kobietę  niezwykłego  powabu,  to  wdzięk  wrodzony,
ruch  pełen  szlachetności  i  wymowne  oblicze  Ozemy  głębokie  na  niej  uczyniły  wrażenie.  Indianka
przywykła  już  zupełnie  do  odzieży  europejskiej,  a  otrzymawszy  od  Mercedes  kilka  kosztownych
ozdób,  umiała  nimi  podwyższyć  swą  naturalną  piękność.  Zawój  Luisa,  jako  klejnot  najdroższy,
otaczał jej ramiona, a krzyż Mercedes błyszczał na piersi.

— To dziwne, Beatrix, rzekła królowa, podczas gdy Ozema pełnym uszanowania pokłonem witała ją
z oddalenia; któżby przypuścił, iż tak ponętna istota nie wierzy w Boga i Zbawiciela? Ale choć umysł
jej pogrążony jest w pomroce niewiadomości, pewna jestem, że nieskażone bije w niej serce.

—  Niewątpliwie,  seniora.  Kochamy  ją  też  szczerze,  pomimo  że  się  stała  niewinnym  powodem
udręczenia dla biednej Mercedes.

background image

— Księżniczko, zawołała królowa, postępując ku stojącej nieruchomo Ozemie; witam cię JW  moim
kraju!  Admirał  słusznie  postąpił  nie  wystawiając  cię  na  ciekawość  ogólną.  Dowód  to  jego
roztropności i poszanowania dla krwi panujących.

— Admirał! powtórzyła Ozema; admirał Mercedes! Izabella Mercedes! Luis Mercedes!

— Co to znaczy markizo! Dlaczego księżniczka imię twej wychowanki z innymi łączy imionami?

—  Miłościwa  pani,  ona  mniema,  że  wyraz  Mercedes  oznacza  doskonałość;  przydaje  go  więc  do
wszystkiego co pragnie pochwalić.

Jak  szczególne  to  wyobrażenie!  Ale  myśl  ta  nie  mogła  zrodzić  się  przypadkowo.  Jeden  tylko
synowiec  twój,  Beatrix,  znał  imię  Mercedes;  on  musiał  przedstawić  je  księżniczce  jako  godło
doskonałości.

- Seniora, rzekła Mercedes, zakwitając słabym rumieńcem nadziei; seniora, miałażby to być prawda?

- Czemu nie, moje dziecię? Za szybko osądziłyśmy tę sprawę, biorąc poszlakę niestałości za dowód.

- To niepodobna, seniora! Ozema tak go kocha!

- Skądże wiesz, moja miła, że księżniczka żywi dla hrabiego inne uczucie, prócz wdzięczności za to,
iż ją powiódł na drogę zbawienia? Tu jakieś zachodzi nieporozumienie, Beatrix!

-  Wątpię,  najjaśniejsza  pani,  bo  łatwo  jest  przeniknąć  serce  Ozemy.  Niewinne  to  stworzenie,  nie
umiejące  ukryć  swoich  myśli,  zaraz  prawie  po  przybyciu  wyznało  nam  swoją  miłość  dla  Luisa,
miłość gorącą jak jej rodzinne niebo.

-  Czyż  podobna,  seniora,  dodała  Mercedes,  zostawać  w  bliższych  z  nim  stosunkach,  poznać  piękne
przymioty jego duszy, a nie pokochać go szczerze?

—  Mówisz  o  pięknych  przymiotach,  odparła  królowa;  ależ  on  ciebie  zdradza.  To  wcale  nie  po
rycersku, moje dziecię.

—  Miłościwa  pani,  nieśmiało  odrzekła  Mercedes,  której  uraza  osobista  ustąpiła  przed  chęcią
obronienia ukochanego; księżniczka opowiedziała nam jak Luis wybawił ją z rąk napastnika, kacyka
Kaonabo, i nachwalić się nie mogła jego męstwa.

—  Odejdź  stąd,  Mercedes;  pomódl  się  do  Najświętszej  Panny,  i  szukaj  w  spoczynku  zapomnienia
swych cierpień. Beatrix, chciałabym pomówić z księżniczką na osobności.

Markiza i Mercedes wyszły jednocześnie, zostawiając Ożenię sam na sam z królową. Widzenie się
ich, z powodu trudności językowych, trwało przeszło godzinę. Młoda Indianka, nie będąc przywykłą
do tajenia swych uczuć, nie umiała ukryć przed Izabellą stanu swego serca, gdyby nawet możliwość
takiego postępku wchodziła w zakres jej pojęć; to serce proste i niewinne nie znało jeszcze obłudy, i
wkrótce królowa dowiedziała się wszystkich jej tajemnic.

background image

—  Księżniczko,  rzekła  Izabellą,  wysłuchawszy  jej  opowiadania;  rozumiem  co  chcesz  wyrazić.
Kaonabo  jest  naczelnikiem  sąsiedniego  wam  szczepu;  on  żądał  abyś  została  jego  żoną,  aleś  ty
odmówiła. Wtedy Kaonabo chciał gwałtem dopiąć swego celu; lecz hrabia de Llera...

- Luis, Luis! przerwała niecierpliwie dziewczyna; nie hrabia tylko Luis!

- Dobrze, moje dziecię; ale hrabia de Llera i Luis de Bobadilla to jedna przecież osoba. A więc Luis,
skoro  tak  sobie  życzysz  był  w  pałacu  twego  brata  i  zwyciężył  groźnego  kacyka.  Później  brat  cię
nakłonił do opuszczenia czasowo Haiti, don Luis został twym opiekunem i powierzył cię tu staraniom
swej ciotki.

Ozema skinęła głową na znak przyświadczenia, i rzeczywiście pojęła wyrazy królowej, bo chodziło
o rzeczy z którymi dokładnie była obeznana.

-  A  teraz,  księżniczko,  ciągnęła  dalej  Izabellą,  pozwól  mi  przemówić  z  otwartością  matki.  Czy
kochasz  na  tyle  don  Luisa,  abyś  dla  niego  zapomnieć  mogła  o  kraju  rodzinnym  i  przybrać  inną
ojczyznę?

- Ozema nie rozumieć co to przybrać, szepnęła zakłopotana dziewczyna.

- Chciałabym się dowiedzieć czy pragniesz być żoną Luisa de Bobadilla.

Wyrazy  mąż  i  żona  należały  do  najpierwszych  których  znaczenie  Indianka  poznała:  uśmiechnęła  się
więc niewinnie, pokraśniała i skinęła głową potakująco.

— Masz więc nadzieję poślubić hrabiego, bo niewiasta tak skromna nie wyznałaby swej miłości bez
dostatecznej przyczyny.

— Tak, seniorka! Ozema żona Luisa.

— Chcesz powiedzieć, że spodziewasz się nie za długo z nim połączyć?

— Nie, nie! Ozema teraz żona Luisa; Luis już poślubił Ozemę!

— Niepodobna! zawołała królowa, spoglądając badawczo na Indiankę; ale w otwartym jej oku nie
było  ani  śladu  skrytości  lub  wybiegu.  Jednakże  Izabella,  nie  dowierzając  sama  sobie,  na  rozmaite
sposoby powtórzyła to samo pytanie i zawsze jedną otrzymywała odpowiedź.

Wychodząc,  królową  uściskała  księżniczkę  i  zaniosła  gorące  do  Boga  życzenie  o  pokój  tej  młodej
duszy,  przerzuconej  nagle  z  pierwotnej  prostoty  obyczajów  na  łono  nieznanej  społeczności.  W
powrocie do swych pokojów spotkała markizę de Moya, oczekującą niecierpliwie wyniku rozmowy.

—  Gorzej  jest,  Beatrix,  jak  sobie  myślałam,  rzekła  Izabella  z  westchnieniem;  wiarołomny  twój
synowiec poślubił Indiankę, która w tej chwili jest jego prawowitą żoną.

—  Szlachetna  pani,  to  musi  być  pomyłka.  Luis  nie  śmiałby  do  tego  stopnia  naigrywać  się  z  nas
wszystkich.

background image

— Markizo, córko moja, myślę, że wygodniej było hrabiemu polecić ci swą małżonkę, jak obcą. Nie
jestem w błędzie, bądź tego pewna. Wypytywałam Ozemę najtroskliwiej, i wątpliwości moje znikły
wobec jej odpowiedzi.

- Najjaśniejsza pani, czyż chrześcijanin może wejść w związek małżeński z poganką?

- Ozema musiała przyjąć chrzest święty, bo mówiąc o twym synowcu spoglądała ciągle na krzyżyk,
który nosi na szyi.

-  A  godło  to,  miłościwa  królowo,  Mercedes  ofiarowała  lekkomyślnemu  kochankowi  w  chwili
rozstania!

-  Świat,  moja  droga,  tyle  dla  mężczyzn  ma  powabów,  że  niczym  dla  nich  poświęcenie  kobiety.
Błagajmy Najwyższego, aby twej wychowance udzielił siły do zniesienia próby, na jaką wola Jego
wystawia jej młodociane serce.

Donna  Beatrix,  żegnając  królowę,  dotknęła  ustami  jej  ręki;  lecz  Izabella  uściskała  przyjaciółkę  i
tkliwy na jej czole złożyła pocałunek.

- Żegnam cię, droga Beatrix, rzekła, jeżeli na świecie są ludzie niestali, przynajmniej ty do nich nie
należysz.

Po  tych  słowach  królowa  i  markiza  de  Moya  udały  się  każda  do  swych  pokojów,  nie  wiedząc
wszakże czy znajdą pożądany spoczynek.

 

ROZDZIAŁ XXVIII

W  dniu  następnym  po  tej  rozmowie  kardynał  Mendoza  urządził  dla  Kolumba  wspaniałą  biesiadę.
Najpierwsi panowie dworu zebrali się w zamiarze uczczenia admirała, przyjmowanego wszędzie z
królewskimi niemal zaszczytami. Genueńczyk w podobnych uroczystościach zachował skromną choć
pełną godności postawę, ale oczy wszystkich z zajęciem zwrócone były na niego, każdy jego wyraz
chwytano chciwie i ścigano się w głośnym dlań uwielbieniu.

Biesiadnicy  oczekiwali  naturalnie,  że  Kolumb  podzieli  się  szczegółami  tej  podróży.  Było  to  trudne
zadanie dla odkrywcy, bo stawiało go w konieczności wspominania o własnych czynach, o rozumie
swym  i  nauce,  nieskończenie  wyższej  od  nauki  współczesnych.  Admirał  jednak  umiał  zręcznie
ominąć  ten  szkopuł,  podkreślając  głównie  tę  stronę  przedsięwzięcia,  z  której  zaszczyt  spływał  na
Hiszpanię i jej władców.

Pomiędzy zgromadzonymi znajdował się Luis de Bobadilla, zaproszony przez kardynała ze względu
na stanowisko jakie zajmował w społeczeństwie i na przyjazne stosunki łączące go z admirałem; bo
w owych dniach upojenia postępowanie Kolumba było jakby modłą, do której stosowali się wszyscy,
nie  pytając  sami  siebie  dlaczego.  Luis,  w  poczuciu,  że  uczynił  to,  czego  nikt  z  równych  mu
położeniem  byłby  nie  śmiał  uczynić,  przybrał  wyraz  szlachetnej  powagi,  zgodnej  ze  statecznością
swych  postępków.  Przypomniano  sobie  sprawozdanie  młodzieńca  z  podróży  Kolumba  u  don  Pedra

background image

Martir,  i  już  w  wyobrażeniu  ogólnym  postać  jego  zespolona  była  z  tajemniczą  wyprawą.  Dzięki
takiemu  usposobieniu,  bohater  nasz  zbierać  zaczął  owoce  swego  czynu,  w  sposób  którego  nie
przewidział.  Jakże  często  tak  bywa  na  świecie,  iż  ludzie  jedni  drugich  potępiają  albo  wynoszą  za
rzeczy zupełnie urojone.

- Piję zdrowie jego ekscelencji, zawołał Luis de Saint-Angel, wznosząc puchar do góry. Hiszpania
zawdzięcza  mu  największe  z  odkryć  i  każdy  mieszkaniec  tego  kraju  uczcić  powinien  wysoką  jego
zasługę.

Spełniono zdrowie admirała, który w kilku wyrazach objawił swoją wdzięczność.

-  Senior  kardynale,  ciągnął  dalej  poborca  dochodów  kościelnych;  świetny  to  tryumf  dla  religii
chrześcijańskiej,  jeśli  zważymy  ile  umysłów  zbłąkanych  wejdzie  na  drogę  zbawienia,  bo  Rzym  nie
zaniecha pewnie stosownych ku temu środków.

—  Masz  słuszność,  kochany  Saint-Angel,  odrzekł  kardynał;  Ojciec  Święty  zrobi  wszystko  co  do
niego  należy.  Poznanie  prawdziwego  Boga  wyszło  ze  Wschodu,  a  teraz  wiara,  oczyszczona
objawieniem, powróci na miejsce gdzie była jej kolebka, ale powróci przez Zachód, nieznaną dotąd
drogą.

Jakkolwiek  na  pozór  pomiędzy  uczestnikami  biesiady  najszczersza  panowała  zgoda,  to  ułomność
ludzka  i  tu  wyszła  na  jaw,  a  zazdrość,  najpowszechniejsza  z  ziemskich  namiętności,  niejedno
nurtowała  serce.  W  kole  biesiadników  zasiadał  szlachcic  hiszpański  imieniem  Juan  d'Orbitello,
którego denerwowało szafowanie tylu pochwałami na korzyść cudzoziemca.

— Czy wasza eminencja mniemasz, zawołał, że Opatrzność nie byłaby znalazła środka dla dopięcia
swych celów, gdyby usiłowania don Kolumba spełzły na niczym?

— Nikt z nas, senior, nie śmie w tym względzie ograniczać potęgi Stwórcy, odpowiedział z powagą
kardynał; ale człowiek nie powinien roztrząsać wyroków Najwyższej Mądrości.

— To prawda, senior kardynale, odparł d'Orbitello, zmieszany nieco napomnieniem prałata; nie taki
też  był  mój  zamiar.  Pragnąłbym  tylko  wiedzieć,  czy  don  Christoval  uważa  się  za  wyłącznie
przeznaczonego do spełnienia tego dzieła.

- Czułem zawsze w sobie jakąś siłę tajemniczą, odezwał się Kolumb z uroczystą powagą, w której
widziałem głos nieba, i sądzę że moje usiłowania były Bogu przyjemne, a ludziom pożyteczne.

-  Przypuszczasz  więc,  senior  admirale,  że  w  Hiszpanii  nie  ma  drugiego  człowieka,  co  z  równym
powodzeniem dokonałby wyprawy do Indii?

Śmiałość  tej  jakby  zaczepki  zwróciła  uwagę,  i  wszyscy  z  ciekawością  wyczekiwali  odpowiedzi
Kolumba.  Odkrywca  przez  chwilę  zachował  milczenie;  potem  wyciągnął  rękę,  wziął  jajko  ze
stojącego przed sobą półmiska i rzekł uprzejmie:

- Czy umie kto z was, seniorowie, ustawić jajko na końcu?

background image

Pytanie  to  niezmiernie  zdziwiło  obecnych;  jednakże  wśród  śmiechu  i  żartów  wzięto  się  do  próby.
Lecz nadaremnie: z odjęciem palców jajko natychmiast upadało.

-  Na  św.  Łukasza!  senior  don  Christoval,  to  rzecz  niepodobna  do  wykonania,  zawołał  Juan
d'Orbitello.

- A jednak łatwą będzie dla wszystkich, i dla ciebie senior, gdy was nauczę sposobu.

To mówiąc Kolumb lekkim uderzeniem o stół spłaszczył koniec jajka, które na obszernej spocząwszy
podstawie,  utrzymało  się  w  równowadze.  Powszechny  poklask  przyjął  tę  trafną  naukę,  a  Juan
d'Orbitello, zawstydzony, zaprzestał dalszej szermierki.

W  tej  chwili  wszedł  do  sali  posłaniec  królowej  i  szepnął  słów  kilka  admirałowi,  a  następnie  don
Luisowi de Bobadilla.

—  Królowa  przyzywa  mnie  do  siebie,  senior  kardynale,  rzekł  Kolumb,  wybacz  więc  wasza
eminencjo, że powołany obowiązkiem opuszczam to zgromadzenie.

Kardynał  wypowiedział  kilka  ceremonialnych  słów  i  odprowadził  gościa  do  podwojów.  Admirał
opuścił salę, a za nim podążył niebawem hrabia de Llera.

— Gdzie idziesz, Luis? zapytał Kolumb młodzieńca. Czemu porzucasz biesiadę, jaką znaleźć chyba
można tylko w pałacu królewskim?

— Na św. Yago! wątpię, mój mistrzu, sądząc po zwyczajach naszego króla, aby stół jego równie był
smaczny  i  obfity;  ale  stawić  się  muszę  na  rozkazy  donny  Izabelli,  i  serce  moje  przeczuwa,  że
powołano  nas  obu  w  drogiej  dla  mnie  sprawie.  Zapewne  królowa,  przed  zezwoleniem  na  związek
mój z donną Mercedes, chce zapytać waszą ekscelencję o zachowanie się moje w podróży.

—  W  ostatnim  czasie  tak  byłem  zajęty,  że  nie  miałem  nawet  sposobności  zapytania  cię,  Luis,  o
zdrowie donny Valverde. Kiedyż ona nagrodzi twoją stałość?

—  Nie  wiem  rzeczywiście  co  na  to  odpowiedzieć.  Od  powrotu  naszego  trzy  razy  tylko  widziałem
Mercedes  i  znalazłem  ją  pełną  dobroci,  jak  zawsze;  lecz  ciotka  moja  zimniejszą  była  niż  zwykle,  i
zbywała  mnie  półsłówkami  gdym  nalegał  o  przyspieszenie  związku.  Zdaje  się,  że  pragnie  wprzód
zasięgnąć zdania jej wysokości.

—  Nie  wątpię  mój  młody  przyjacielu,  że  istotnie  nas  powołano  w  tym  celu;  trudno  inaczej
wytłumaczyć tak nagłe i przeciwne zwyczajom dworskim poselstwo.

Młodzieniec  oddawał  się  tej  myśli  z  przyjemnością,  i  wszedł  do  pokojów  królowej,  tak  lekko  i
radośnie,  jak  gdyby  stanąć  już  miał  z  ukochaną  na  ślubnym  kobiercu.  Po  krótkim  oczekiwaniu  obaj
znaleźli się przed monarchinią.

Izabella miała u siebie tylko markizę de Moya, Mercedes i Ozemę. Na pierwszy rzut oka Kolumb i
Luis  spostrzegli,  że  zaszło  coś  niezwykłego.  W  twarzach  osób  obecnych  łatwo  było  wyczytać  jakiś
przymus  nienaturalny:  królowa  usiłowała  przybrać  właściwą  sobie  słodycz  oblicza,  lecz  czoło  jej

background image

było nachmurzone. Twarz donny Beatrix nosiła piętno smutku, i Luis uważał, że ona odwraca się od
niego, jakby mocno zagniewana. Śmiertelna bladość powlekała piękne rysy Mercedes; oczy jej były
w  ziemię  wlepione  i  cała  postać  wyrażała  nieśmiałość  i  upokorzenie.  Jedna  tylko  Ozema
zachowywała wrodzoną swobodę: ożywione jej spojrzenie niewinną malowało radość, a ujrzawszy
Luisa, którego po przybyciu do Hiszpanii raz tylko widziała w Barcelonie, wydała stłumiony okrzyk
zachwytu.

Izabella postąpiła kilka kroków na spotkanie Kolumba, a gdy ten chciał przyklęknąć, wyciągnęła doń
rękę.

- Nie przystoi, senior, rzekła, aby człowiek tak zasłużony podobne składał nam hołdy; jestem królową
twoją,  lecz  bardziej  jeszcze  przyjaciółką.  Kardynał  Mendoza  niełatwo  mi  pewnie  wybaczy,  że  go
pozbawiam przyjemności twojego towarzystwa.

— Jego eminencja i szlachetni biesiadnicy mają nad czym w tej chwili rozmyślać, odpowiedział don
Christoval  z  uśmiechem,  i  bardzo  pewnie  radzi  z  pozbycia  się  mej  osoby.  Lecz  nawet  w  razie
przeciwnym nie wahałbym się opuścić ich grona, dla usłuchania rozkazu waszej wysokości.

—  Nie  wątpię  o  tym,  senior;  dziś  jednak  chcę  z  tobą  pomówić  o  rzeczach  bardziej  osobistych  niż
publicznych.  Donna  Beatrix  poleciła  mej  opiece  tę  młodą  Indiankę,  której  powaby  i  przymioty
korzystne  o  tym  odkryciu  dają  wyobrażenie.  Jakie  jej  pochodzenie  i  co  ją  skłoniło  do  opuszczenia
rodzinnego kraju?

—  Urodzenie  Ozemy,  miłościwa  pani,  pośrednie  jest  między  królewskim  a  szlacheckim;  co  się  zaś
tyczy przybycia jej do Hiszpanii, o tym don Luis de Bobadilla najlepiej waszą wysokość objaśni.

— Nie, senior, chciałabym wszystko z twoich własnych ust usłyszeć; z hrabią de Llera później będzie
rozprawa.

Kolumb zdziwiony tą odpowiedzią, pośpieszył uczynić zadość żądaniu królowej.

—  W  Haiti,  rzekł,  są  kacykowie  pierwszego  i  drugiego  rzędu,  czyli  wielcy  i  mali.  Guakanagari,  o
którym  wspomniałem  waszej  miłości,  jest  wielkim  kacykiem,  Mattinao  zaś,  brat  Ozemy,  jego
hołdownikiem.  Don  Luis  znajdował  się  u  kacyka  Mattinao  w  chwili  napadu  Kaonaba,  naczelnika
Karaibów,  zamierzającego  porwać  młodą  księżniczkę,  która  obecnie  ma  zaszczyt  zostawać  pod
opieką  waszej  wysokości.  Hrabia  postąpił  jak  przystało  szlachetnemu  rycerzowi  kastylijskiemu;
pogromił nacierających i ocalałą ofiarę ukrył na okręcie. Postanowiliśmy zabrać ją do Hiszpanii, już
aby...

—  Wiem  o  tym  wszystkim,  senior,  ale  chciej  mnie  objaśnić  dlaczego  Ozema  nie  znajdowała  się  w
gronie swych rodaków podczas przyjęcia twego w Barcelonie?

-  Don  Luis  życzył  sobie,  aby  księżniczka  pod  jego  strażą  opuściła  Palos,  a  ja  podzielałem  zdanie
młodzieńca, że nie wypada wystawiać jej na spojrzenia ciekawych.

- Było to słuszne po części, ale nie bardzo roztropnie, wtrąciła królowa; tym sposobem Ozema przez

background image

kilka tygodni zostawała sam na sam z hrabią de Llera.

- Tak jest, miłościwa pani, do chwili kiedy don Luis powierzył ją staraniom markizy de Moya.

- Jak mogłeś być tak niebacznym, admirale?

- Seniora!... zawołał Luis, nie będąc już panem siebie.

-  Milcz,  młodzieńcze,  rzekła  królowa  nakazująco,  dopóki  nie  będziesz  pytany.  Czy  nie  uznajesz
słuszności mej uwagi, don Kolumbie?

-  Najjaśniejsza  pani,  pytanie  waszej  wysokości  i  jego  powody  są  dla  mnie  zagadką.  Przekonany
jestem  o  prawości  młodego  hrabiego;  wiedziałem,  że  serce  jego  od  dawna  już  zajęte;  zresztą,
miłościwa królowo, zaprzątnięty będąc ważniejszymi sprawami, nie pomyślałem nawet o rzeczy tak
mało znaczącej.

-  Pojmuję  to,  admirale,  i  tłumaczę  cię  przed  sobą;  jednak  zbłądziłeś  zbytecznym  zaufaniem  w
stateczność  lekkomyślnego  młodzieńca.  Teraz,  hrabio  de  Llera,  kolej  przypada  na  ciebie.  Czy
potwierdzasz słowa admirała?

—  Niewątpliwie,  seniora;  don  Christoval  niezdolny  jest  do  wybiegów.  Dom  Bobadillów,
najjaśniejsza królowo, nie wykraczał nigdy przeciwko honorowi.

— Być może; lecz choćby jakiś członek twej rodziny zgrzeszył złą wiarą, to z drugiej strony (mówiąc
to  królowa  rzuciła  okiem  na  markizę)  wydała  ona  serca,  których  szlachetne  przymioty  godne  są
najwznioślejszych  wzorów  starożytności.  Nie  myślałeś,  hrabio,  w  tych  czasach  o  związku
małżeńskim?

— Myślałem, seniora, licząc na najłaskawsze waszej królewskiej mości zezwolenie.

—  Niestety,  Beatrix,  zawołała  Izabella,  przewidywania  moje  aż  nadto  były  zasadne;  niewinne  to
stworzenie  zostało  uwiedzione;  bo  niepodobna  przypuścić,  aby  poddany  Kastylii  śmiał  w  mojej
obecności mówić o zamierzonym związku z panną dostojnego rodu, wiedząc, że już należy do innej.
Największy nawet rozpustnik nie urągałby w ten sposób Kościołowi i monarchini.

— Miłościwa pani, wtrącił Luis, wasza wysokość przemawiasz surowo, lecz w sposób zagadkowy.
Odważę się zapytać czy te wyrzuty mnie dotyczą?

—  Nie  inaczej,  młodzieńcze?  Daremnie  się  zastawiasz  pozorem  niewinności;  sumienie  własne
wskazuje ci całą niegodziwość twego czynu.

-  Seniora,  nie  jestem  aniołem  jak  Mercedes,  ani  świętym;  ale,  na  honor  rycerski,  nie  wiem  o  co  tu
chodzi. Racz wasza wysokość wyjawić, o jaką oskarżono mnie zbrodnię.

- O podstępne uwiedzenie przez udany ślub niewinnej panny lub szydzenie ze swej królowej, z którą
mówiłeś o małżeństwie, rozrządziwszy już swoją ręką.

background image

- A ty, moja ciotko, ty Mercedes, czy także uznajecie mnie winnym?

-  Tyle  mamy  dowodów,  że  trudno  zaiste  nie  wierzyć  w  twą  przewrotność,  odpowiedziała  zimno
markiza.

- A ty, Mercedes?

- Nie, Luis, odrzekła dziewczyna z zapałem, wykraczającym z granic powściągliwości, jaką zwykle
zachować umiała w swych wyrazach; nie, Luis, nie posądzam cię o przewrotność lub podłość, lecz o
lekkomyślność.  Zanadto  dobrze  znam  twoje  serce,  abym  przypuścić  mogła  rozmyślne  z  twej  strony
wiarołomstwo.

- Dzięki za to Bogu i Najświętszej Pannie! zawołał młodzieniec, chociaż nic z tego nie rozumiem.

— Czas już zakończyć tę sprawę, Beatrix, rzekła królowa; idźmy prosto do celu. Przystąp tu Ozemo, i
niech świadectwo twoje usunie wszelką wątpliwość.

Młoda  Indianka  usłuchała  rozkazu,  nie  wiedząc  sama  dobrze  czego  od  niej  wymagają.  Rozmowa,
której  była  świadkiem  żywo  ją  zajmowała;  lecz  Mercedes  tylko,  z  bystrością  właściwą  sercom
kochającym, spostrzegła ożywioną grę jej twarzy, ilekroć królowa czyniła wyrzuty Luisowi lub gdy
ten odpowiadał.

—  Księżniczko,  ciągnęła  dalej  Izabella,  mówiąc  powoli  i  z  przyciskiem,  aby  Indianka  łatwiej  ją
rozumiała; czy jesteś małżonką Luisa de Bobadilla?

— Ozema żona Luisa, odrzekła zapłoniona; Luis mąż Ozemy.

— To dosyć jasno, don Kolumbie, a zawsze tę samą daje odpowiedź. — Gdzież Luis cię poślubił i
jakim sposobem?

— Luis poślubił Ozemę religią hiszpańską; Ozema poślubiła Luisa miłością i obowiązkiem, jak robią
w Haiti.

—  To  rzecz  nadzwyczajna,  seniora,  wtrącił  admirał;  jeżeli  wasza  wysokość  pozwolisz,  starać  się
będę o zgłębienie tej tajemnicy.

— Czyń jak ci się podoba, odparła obojętnie królowa; co do mnie, pewną jestem swego.

— Hrabio de Llera, zapytał Kolumb z powagą, czy jesteś istotnie małżonkiem księżniczki Ozemy?

-  Przenigdy,  szlachetny  admirale.  Jestem  jej  przyjacielem,  lecz  nie  myślałem  nigdy  o  związku  z
kimkolwiek na świecie, oprócz Mercedes.

Słowa te wymówione były głosem prawdy i szczerości.

- Czy łudziłeś ją kiedy przyrzeczeniem swej ręki?

background image

-  Nie  senior;  szanowałem  ją  zawsze  jak  siostrę,  w  dowód  czego  dosyć  jest  przytoczyć,  żem  ją
powierzył staraniom swej ciotki i umieścił obok Mercedes.

-  Podzielam  w  tym  jego  zdanie,  miłościwa  pani,  i  mogę  zaręczyć,  że  Luis  zachowywał  zawsze
należne słabszej płci względy.

- Przeciw tym pięknym słówkom, senior, i przeciw tej cnocie sumiennej, stawiam zeznanie Ozemy,
niezdolnej zaiste do kłamliwych wybiegów. Ty, droga Beatrix, przyznasz mi słuszność.

-  Sama  nie  wiem  co  myśleć,  najjaśniejsza  królowo.  Luis  niejednego  dopuścił  się  błędu,  lecz  nigdy
nie uchybił honorowi. Rada bym bliżej jeszcze wybadać Ozemę.

-  Dobrze  mówisz,  odrzekła  Izabella,  w  której  uczucie  gniewu  ustępować  zaczęło  wobec  wymagań
słuszności;  sprawiedliwość  wkłada  na  nas  obowiązek  podania  oskarżonemu  sposobności
oczyszczenia  się  z  winy.  Hrabio  de  Llera,  pozwalam  ci  wypytywać  Ozemę  stosownie  do  swego
uznania.

— Seniora, nie wypada rycerzowi walczyć z kobietą, zwłaszcza z cudzoziemką, odpowiedział Luis
nieśmiało.  Poważam  się  przeto  błagać  waszą  wysokość,  abyś  koniecznie  w  tym  względzie  badanie
zleciła komu innemu.

— Ponieważ do mnie należy przykry obowiązek sądu, rzekła królowa spokojnie, więc się podejmę i
śledztwa. Utrzymujesz, księżniczko, że jesteś małżonką don Luisa; czy to małżeństwo nastąpiło przed
kapłanem.

Ozema  tyle  już  słyszała  o  religii  chrześcijańskiej,  że  wyrazy  dotyczące  jej  obrządków  niemal
wszystkie  były  jej  znane,  chociaż  miały  dla  niej  znaczenie  tajemnicze  i  nieokreślone.  Pojęła  więc
pytanie królowej, i przyciskając rękę do serca, odrzekła z właściwą sobie prostotą:

—  Luis  poślubił  Ozemę  krzyżem  chrześcijan.  Luis  myślał,  że  umrze.  Ozema  także  i  Luis  dał  krzyż
Ozemie, a Ozema poślubiła go sercem, jak czynią kobiety w Haiti.

— To widoczne nieporozumienie, wynikające z różnicy języka i zwyczajów, zawołał Kolumb. Wiem,
że  don  Luis  w  czasie  burzy  grożącej  niebezpieczeństwem,  w  pobożnym  celu  ofiarował  księżniczce
krzyż,  który  nosił  na  szyi;  nieświadomość  Ozemy  w  tym  niewinnym  darze  upatrzyć  mogła  godło
małżeństwa.

— Czy w celu jedynie zbawienia i obrony ofiarowałeś jej, hrabio, ten datek? zapytała królowa.

-  Tak  jest,  seniora.  Wobec  nieuniknionej  prawie  śmierci  chciałem  pocieszyć  to  serce  osierocone,
pozbawione światła świętej naszej wiary, a nie mając nic innego pod ręką, oddałem jej godło męki
Zbawiciela, godło odkupienia, jako najskuteczniejszą obronę we wszelakiej dolegliwości.

- Czyś nie nadużył nigdy jej zaufania?

-  Gardziłem  zawsze  obłudą,  miłościwa  pani,  i  wyznam,  otwarcie  jak  na  spowiedzi,  w  czym
zawiniłem jak sądzę. Piękność i prostota obyczajów Ozemy, i podobieństwo jej do Mercedes, silnie

background image

mnie  zajęła.  Lecz  serce  moje  nie  było  już  wolne.  Porównanie  Mercedes  i  Ozemy  przemawia  na
korzyść  Mercedes.  Otaczałem  ją  czułą  troskliwością,  bez  ujmy  dla  Mercedes.  Jeżelim  więc
zgrzeszył,  to  przez  to  tylko,  żem  nie  zwalczał  skłonności  jaką  ku  mnie  powzięła  Ozema;  alem  jej
nigdy nie ubliżył, ani słowem ani czynem.

-  Beatrix,  wyznanie  jego  zdaje  się  prawdziwe.  Znasz  lepiej  ode  mnie  swego  synowca  i  wiedzieć
powinnaś czy zasługuje na wiarę.

-  Ręczę  sumieniem  za  jego  niewinność,  miłościwa  pani.  Serce  Luisa  nie  zna  obłudy,  i  cieszę  się
niewymownie,  iż  cofnąć  nam  wolno  potępiający  go  wyrok.  Ozema,  posłyszawszy  o  ślubnych
obrządkach, i znając cześć chrześcijan dla krzyża, mniemała, nieboga, że Luis ją poślubił.

— Być może, iż tak jest rzeczywiście, rzekła królowa łagodnie. Starajmy się wyprowadzić z błędu to
niewinne  stworzenie;  a  że  tu  chodzi  o  uczucia  niewieście,  tylko  kobiety  powinne  być  obecne.
Ustąpcie,  seniorowie,  i  dajcie  mi  słowo  rycerskie,  iż  nie  wspomnicie  nikomu  o  dzisiejszej
rozmowie. Jutro, hrabio de Llera, objawię swą wolę względem ciebie i Mercedes.

Po  tych  słowach  Izabelli  Kolumb  i  Luis  opuścili  posiedzenie,  a  królowa  z  kobietami  długą  jeszcze
prowadziła rozmowę, której treść przytaczamy.

 

ROZDZIAŁ XXIX

Zostawszy  sama  z  markizą  de  Moya,  Mercedes  i  Ozemą,  Izabella  zaczęła  mówić  o  mniemanym
małżeństwie z oględną troskliwością, lecz w sposób jasny i stanowczy. Ponowione pytania objaśniły
ją  wkrótce,  jakim  sposobem  młoda  Indianka  stała  się  ofiarą  tak  dziwnej  i  smutnej  w  następstwach
pomyłki.  Pełna  zapału  i  ufności  Ozema  mniemała,  iż  hrabia  podziela  jej  uczucia.  Od  pierwszego
zaraz  widzenia  odgadła  instynktem  kobiecym,  że  korzystne  na  nim  zrobiła  wrażenie;  w  przekonaniu
więc,  że  doznaje  wzajemności,  oddała  się  bezwzględnemu  złudzeniu,  do  którego  niemało  także
przyczyniła się nieznajomość języka i rycerska o nią troskliwość naszego bohatera.

Do  tylu  powodów  przypadkowych  dodajmy  jeszcze  usiłowania  Luisa  w  wyłożeniu  jej  zasad
chrystianizmu  i  pomieszanie  pojęć  we  wrażliwym  umyśle  dziewczyny.  Ozema  przypuszczała,  że
Hiszpanie  Boską  cześć  oddają  krzyżowi;  widziała  go  we  wszystkich  uroczystościach  religijnych;
widziała,  że  przed  nim  klękają,  że  rycerze  całują  krzyż  rękojeści  swego  miecza;  admirał  wznieść
kazał  to  godło  w  zajętym  przez  siebie  kraju;  słowem  wyobraźnia  jej  upatrywała  w  krzyżu  jakiś
zadatek miłości i wiary. Podziwiała często błyszczący na piersi Luisa klejnot, a że w Haiti ceremonia
ślubu  odbywała  się  przez  zamianę  kosztownych  podarunków,  mniemała  przeto,  że  odbierając
krzyżyk, została żoną tego, który jej wręczył ów drogocenny przedmiot.

Szczegółów tych dowiedziała się królowa zaledwie po godzinie umiejętnego badania, gdyż Ozema, z
otwartością dziecięcia nie taiła żadnej ze swych myśli. Pozostawał jeszcze najtrudniejszy obowiązek
zniszczenia  jej  złudzeń.  W  ostrożnych  słowach  Izabella  wyjaśniła  jej,  że  hrabia  dawno  już  kocha
Mercedes i jest jej narzeczonym. Skutek tego objaśnienia był straszny i przeraził królową, która nigdy
nie widziała tak gwałtownego wybuchu namiętności.

background image

Kolumb i młody Bobadilla przez tydzień nie wiedzieli co zaszło. Luis odebrał wprawdzie nazajutrz
kilka  zachęcających  słów  pisanych  ręką  ciotki,  a  Mercedes  odesłała  mu  krzyżyk;  resztę  jednak
zostawiono jego domysłowi. Siódmego dnia dopiero młodzieniec został przyzwany do markizy.

Wszedłszy do salonu ciotki, Luis nie zastał tam nikogo. Zbytnia cierpliwość nie była nigdy grzechem
naszego bohatera: po półgodzinnym oczekiwaniu, zmierzywszy kilkaset razy pokój długimi krokami,
miał właśnie zawołać służącego i kazać mu powtórnie zawiadomić markizę o swym przybyciu, gdy
niespodziewanie drzwi boczne uchyliły się i stanęła przed nim Mercedes.

Na  pierwszy  rzut  oka  Luis  zauważył,  że  w  sercu  dziewczyny  toczy  się  gwałtowna  walka.  Ręka  jej,
którą  całował  z  zapałem,  zadrżała  pod  jego  dotknięciem,  a  twarz  płonęła  i  bladła  na  przemian.  Z
bolesnym uśmiechem wskazała mu fotel, zajmując sama miejsce na małym taborecie.

— Zaprosiłam cię na tę rozmowę, Luis, rzekła Mercedes, stawszy się panią swojego wzruszenia, bo
tak  między  nami  pozostać  nadal  nie  może.  Posądzono  cię  o  niewierność,  o  zawarcie  związku
małżeńskiego z Ozemą...

— Ale ty, droga Mercedes, nie uwierzyłaś temu oskarżeniu?

—  Znam  cię  i  wiem,  że  don  Luis  Bobadilla  nie  zaparłby  się  nawet  błędu;  mniemane  przeto
małżeństwo uważałam zawsze za bajeczne.

—  Dlaczegoż  się  więc  odwracasz?  Dlaczego  spuszczasz  oczy,  zamiast  pocieszyć  mnie  słodkim  ich
wejrzeniem?

Mercedes  milczała  przez  chwilę,  nie  wiedząc  czy  będzie  dość  silną  na  wykonanie  powziętego
zamiaru; potem, uzbroiwszy się w odwagę, rzekła głosem słabym i przerywanym:

—  Wysłuchaj  mnie,  Luis,  cierpliwie;  niewiele  ci  mam  powiedzieć.  Opuszczając  Hiszpanię,  dla
wzięcia  udziału  w  chwalebnej  wyprawie,  kochałeś  mnie  szczerze,  kochałeś  mnie  tylko  jedną.
Rozstaliśmy  się  z  zapewnieniem  wzajemnej  wierności;  a  odtąd  codziennie  błagałam  Boga  na
klęczkach o wasze powodzenie.

—  Nie  dziwię  się  teraz  Mercedes,  żeśmy  szczęśliwie  dokonali  dzieła.  Wstawiennictwo  twoje  nie
mogło być bezskuteczne.

— Nie przerywaj mi, senior, proszę cię o to na wszystko. Do dnia powrotu waszego miotana byłam
niezwykłym niepokojem: mimo udręczeń oczekiwania, przyszłość w świetnych przedstawiała mi się
barwach.  Przybycie  dopiero  posłańca  admirała  rozwiało  te  ułudne  nadzieje  i  wykryło  smutną
rzeczywistość.  Dowiedziałam  się  wtedy,  iż  hołdujesz  wdziękom  Ozemy,  żeś  życie  naraził  dla  jej
ocalenia.

- Na św. Łukasza! czyżby ten nędznik Sancho śmiał poddać w wątpliwość uczucia moje dla ciebie?

- Nie potępiaj go, Luis, bo powiedział prawdę. Tym sposobem, dzięki Najwyższemu, przygotowana
byłam  na  wszystko,  a  ujrzawszy  Ozemę  usprawiedliwiam  nawet  twą  niestałość.  Mogłeś  oprzeć  się
jej  piękności;  lecz  poświęcenie  bez  granic,  niewinna  prostota  i  skromność  Indianki  mimo  woli  cię

background image

usidłały.

- Mercedes!

- Powiadam ci, Luis, że nie mam do ciebie żalu. Gdyby mnie cios podobny spotkał po zostaniu twą
żoną, byłabym może zgnębiona, nieszczęśliwa: dziś klasztor przede mną otwarty. Nie przerywaj mi,
proszę, dodała Mercedes z łagodnym uśmiechem. Nie umiałeś panować nad sobą; powab nowości,
dziecięca  zalotność  Ozemy  podbiła  twoje  serce.  Przyjmuję  z  pokorą  to  zesłanie  Opatrzności,  w
przekonaniu,  że  tak  jest  najlepiej,  że  wyrok  Boga,  zamiast  krótkich  rozkoszy  ziemskich,  wieczne
przeznaczył mi zbawienie. Co mówię! nie będę nawet obraną z przyjemności doczesnych, bo znajdę
takowe w modlitwie za ciebie i Ozemę.

— Wszystko to jest lak dziwne, Mercedes, a zarazem przykre i niesłuszne, że nie wiem rzeczywiście
co myśleć.

—  Wszakże  cię  nie  obwiniam!  Przymioty  zewnętrzne  Ozemy  dostatecznie  twą  słabość
usprawiedliwiają,  bo  mężczyźni  w  swych  uczuciach  idą  raczej  za  skłonnością  zmysłową,  niż  za
sercem. Haitanka (mówiąc to Mercedes żyw/o się zapłoniła) mogła cię wabić niewinną zalotnością,
której  użycie  wzbronione  jest  chrześcijance.  Ozema  cierpi  w  tej  chwili,  mówią  nawet,  że  chora
niebezpiecznie;  ale  do  ciebie  należy  przywrócić  jej  życie.  Jedno  twe  słowo,  Luis,  uszczęśliwi  tę
młodą istotę: powiedz, że ją poślubisz skoro przyjmie chrzest święty, a wkrótce rumieniec zdrowia
zakwitnie na jej ślicznej twarzy.

— Mówisz to, Mercedes, tak spokojnie i stanowczo, jak gdybyś własne wyrażała życzenie!

— Postanowienie moje jest stałe; idź za popędem serca, a na mnie nie zważaj zupełnie.

Luis  z  zadziwieniem  spojrzał  na  pannę,  której  oczy,  wbrew  słowom,  najtkliwsze  wyrażały
przywiązanie; potem powstał z siedzenia i zaczął szybko przechadzać się po izbie, jak gdyby ruchem
ciała chciał stłumić boleść duszy. Ochłonąwszy nieco, powrócił na miejsce, i biorąc rękę Mercedes,
powiedział:

-  Zbyteczne  rozmyślanie  nad  przedmiotem  nader  prostym  zmieniło  twoje  zdanie,  Mercedes.  Ozema
nigdy nie posiadała mego serca; czułem dla niej ulotną tylko przychylność. Gdybym ciebie nawet nie
znał,  nie  mogłaby  ona  zapewnić  mego  szczęścia;  lecz  wobec  czystej  miłości  jaką  pałam  ku  tobie,
związek z nią byłby dla mnie wyrokiem potępienia.

Na  te  słowa  promień  radości  rozświecił  rysy  Mercedes;  ale  chwilowe  to  wrażenie  wkrótce
przeminęło.

- Godziż się tak postąpić z Ozemą? rzekła głosem wyrzutu. Czyż owa przychylność ulotna nie dawała
jej otuchy, a tym samym czy honor nie nakazuje ci spełnienia wzbudzonych nadziei?

- Najdroższa moja! gdybyś wiedziała jak często pamięć o tobie wspierała mnie w położeniu, gdzie
łatwo  było  zapomnieć  o  głosie  obowiązku,  wtedy  umiałabyś  ocenić  różnicę  między  prawdziwą
miłością a tym uczuciem, o którym z taką wspominasz goryczą.

background image

- Luis, nie powinnam cię słuchać! Słodkie to dla mnie słowa, lecz niepodobna gubić człowieka, co z
narażeniem własnego niebezpieczeństwa bronił twego życia.

- I ty byś to na miejscu Ozemy uczyniła.

— Chciałabym pewnie, ale kto wie czy bym mogła, odpowiedziała Mercedes zapłoniona.

— Ozema we własnej broniła mnie sprawie; ty byś mnie zasłoniła bez względu na okoliczności.

Mercedes zamyśliła się; spojrzenie jej, pod wpływem namiętnych zapewnień ukochanego, odzyskało
część swego blasku, i czułość brała górę nad zwątpieniem.

—  Pójdźmy  do  Ozemy,  rzekła  wreszcie;  widząc  ją  cierpiącą,  zdasz  sobie  sprawę  ze  swych  uczuć;
cokolwiek jednak postanowisz, bądź pewnym mojego zrozumienia.

Luis przycisnąć chciał do serca płaczącą, lecz ona z lekka go odtrąciła. Po chwili oboje weszli do
pokoju Ozemy, gdzie zastali królową i admirała.

Młodzian zadrżał, widząc na twarzy Indianki ślad trawiącego ją cierpienia. Rumieniec ustąpił sinej
bladości,  oko  świeciło  blaskiem  gorączkowym.  Ujrzawszy  go,  zakryła  twarz  rękoma;  jak  dziecko
wstydzące się wyznać swoje myśli. Luis z uszanowaniem pochwycił rękę Ozemy, i dotknął jej ustami
z braterską tkliwością.

Na koniec królowa przerwała uciążliwe dla wszystkich milczenie.

— Nakłoniliśmy, rzekła, księżniczkę do przyjęcia dziś chrztu świętego. Arcybiskup robi potrzebne w
tym względzie przygotowania, i dzięki Najwyższemu, dusza jej będzie zbawioną.

—  Wasza  wysokość  troskliwa  jesteś  zawsze  o  dobro  osób  powierzonych  jej  opiece,  zawołał  Luis,
kłaniając się nisko, dla ukrycia łez rozrzewnienia. Lękam się tylko czy nasz klimat na zdrowie Indian
nie wywiera zgubnego wpływu; bo mówią, że stan pozostałych w Sewilli i Palos jest także bardzo
niebezpieczny.

- Prawdaż to, admirale?

-  Tak  jest,  niestety,  miłościwa  pani;  lecz  pamiętano  o  ich  zbawieniu;  Ozema  ostatnia  z  rodaków
przyjmuje Najświętszy Sakrament.

-  Seniora,  wtrąciła  markiza  z  wyrazem  zdziwienia,  nadzieje  nasze  są  złudne.  Księżniczka
oświadczyła  stanowczo,  że  zanim  sama  przyjętą  zostanie  w  poczet  chrześcijan,  pragnie  być
świadkiem ślubu Luisa i Mercedes.

- To myśl ulotna, o której zapomni po przybyciu arcybiskupa.

- Wątpię, najjaśniejsza pani; bo chociaż Ozema zwykle jest słodka i uległa, tym razem upiera się przy
swoim.

background image

Królowa przystąpiła do chorej i długo z nią rozmawiała. Luis tymczasem zbliżył się do Mercedes, a
kilka jego słów, wymówionych półgłosem, upewniło ją o trwałej miłości, którą miał do niej.

Po upływie kwadransa paź dworski, otwierając drzwi od kaplicy, oznajmił obecnym, że arcybiskup
ukończył przygotowania.

— To dziecko obstaje przy swoim żądaniu, rzekła Izabella do markizy, i nie wiem jak temu zaradzić.
Okrucieństwem  byłoby  pozbawić  ją  dobrodziejstwa  wiary;  a  jednak  niepodobna  wymagać,  aby
synowiec twój i Mercedes tak nagle przystąpili do ślubu.

— Co do Luisa, miłościwa królowo, nie wątpię o jego gotowości; idzie tylko o zjednanie panny.

— Zgrzeszymy może przyspieszając zbytecznie ten obrządek. Młoda chrześcijanka przed zawarciem
małżeństwa powinna przygotować się modlitwą.

— A jednak, seniora, ileż to osób przystępuje do ołtarza bez żadnych przygotowań. Pamiętam nawet
chwilę,  w  której  Ferdynand  Aragoński  i  donna  Izabella  Kastylijska  nie  uważali  na  podobne
formalności.

—  Masz  zwyczaj,  Beatrix,  wspominać  dni  mej  młodości,  ilekroć  pragniesz  przeprowadzić
nierozważny  jaki  zamiar.  Czy  sądzisz  rzeczywiście,  że  wychowanka  twoja  przystanie  na  pomysł
Ozemy?

—  Nie  mogę  tego  przewidzieć,  seniora,  wiem  tylko,  że  jeśli  w  Hiszpanii  jest  kobieta  gotowa  w
każdej chwili przyjąć Przenajświętszy Sakrament, to najpierw wasza wysokość, a potem Mercedes.

— Daj pokój, Beatrix! Pochlebstwa źle brzmią w twoich ustach. W tym względzie żadna z nas pewną
być siebie nie może. Ale niech donna Mercedes wejdzie do mego gabinetu; rozmówię się z nią sam
na sam.

Po tych słowach królowa opuściła Ozemę, a za nią nieśmiało postąpiła Mercedes. Gdy obie były bez
świadków, panna ze łzami rzuciła się na kolana i uściskała stopy monarchini. Po przejściu dopiero
tej słabości chwilowej powstała, czekając przemówienia Izabelli.

- Spodziewam się, moja córko, rzekła królowa, że czasowe nieporozumienie między tobą a hrabią de
Llera  zupełnie  już  usunięte.  Polegaj  na  doświadczeniu  swej  opiekunki  i  na  moim;  bo  my  w  tej
sprawie  bezstronnymi  jesteśmy  sędziami.  Don  Luis  kocha  cię;  dla  młodej  zaś  Indianki  ulotną  co
najwyżej czuł skłonność.

- Wiem o tym, seniora z własnego wyznania Luisa.

- Przykre to było przejście: ale lepiej teraz niż później. Lekarze wyrokują, że Ozema niedługo pożyje.

-  Ach!  miłościwa  pani,  jakże  smutno  musi  być  umierać  pośród  obcych,  w  kwiecie  młodości  i  z
sercem złamanym nieodwzajemnioną miłością!

- A jednak, Mercedes, jeśli niebo pozwoli jej przejrzeć przed zakończeniem doczesnej pielgrzymki,

background image

śmierć  będzie  dla  niej  zbawieniem.  Istota  tak  młoda,  niewinna  i  szczera,  której  zbywa  tylko  na
właściwym  pokierowaniu,  dostąpi  niezawodnie  królestwa  niebieskiego. Ale  potrzeba  jej  przyjęcia
na łono naszego Kościoła.

— Jego eminencja arcybiskup wkrótce, jak sądzę, dopełni obrządku chrztu świętego.

— Zależeć to będzie od ciebie, moja córko. Wysłuchaj mnie z uwagą i objaw swoją wolę.

Królowa nadmieniła następnie o żądaniu Ozemy, lecz z taką oględnością, ze dziewczyna, jakkolwiek
zmieszana, dosyć jednak spokojnie przyjęła tę niespodzianą wiadomość.

—  Donna  Beatnx  rzuciła  pomysł,  którego  wszakże  po  jej  dojrzałej  rozwadze  nie  pochwalam.  W
zamiarze osłodzenia ostatnich chwil młodej Indianki, radziła, aby Luis ją poślubił. Co myślisz o tym,
moje dziecię?

— Senior, gdybym wierzyła, jak niedawno jeszcze, że Luis kocha księżniczkę tą miłością, bez której
małżeństwo staje się katuszą, sama bym o to na klęczkach błagała waszą wysokość, bo pragnę przede
wszystkim jego szczęścia; ale w obecnym stanie rzeczy byłoby to znieważeniem sakramentu.

—  Tak  samo  i  ja  rozumiem;  nie  mówmy  więc  o  tym.  Pozostaje  nam  tylko  rozstrzygnąć  drugie
zapytanie. Czy zezwalasz, moja córko na życzenie Ozemy?

Mimo jej przywiązania do ukochanego, tak nagłe dopełnienie obrządku ślubnego przeciwne było jej
uczuciu.  Namowa  królowej,  lękającej  się  odpowiedzialności  przed  Bogiem,  gdyby  Ozema  umarła
poganką,  usunęła  wszystkie  wątpliwości.  Gdy  wyraziła  zgodę  Mercedes,  zawiadomiono  o  tym
markizę,  a  królowa  z  narzeczoną  spędziła  godzinę  na  modlitwie.  Przygotowane  duchowo,  lecz  nie
myśląc  o  marności  stroju  światowego,  udały  się  następnie  do  kaplicy,  gdzie  przeniesiono  także
Ozemę.  Przez  wzgląd  jedynie  na  powagę  ołtarza  i  kapłana,  markiza  przypięła  pannie  młodej  białą
zasłonę.

Kilkanaście  dostojnych  osób  znajdowało  się  już  w  kaplicy,  a  gdy  narzeczeni  przystąpić  mieli  do
ołtarza; król wszedł pośpiesznie, trzymając w ręce wstęgę honorową, którą zawiesił na szyi Luisa.

-  Teraz,  szlachetny  młodzieńcze,  rzekł  z  uroczystą  powagą,  przyjm  moje  życzenia,  i  obyś  zawsze
pamiętał o powinnościach względem Boga, jak dotąd wiernie pełniłeś obowiązki poddanego.

Przystąpiono  niezwłocznie  do  obrządku  ślubnego,  w  obecności  króla  i  Kolumba.  Izabella  nie
opuściła łoża Ozemy, w której twarzy wyrażała się walka przyjaźni z miłością. Po odbyciu ceremonii
król  z  dworzanami  opuścili  kaplicę,  i  pozostały  tylko  osoby  wtajemniczone  w  wypadki  dni
poprzednich.

-  Gdzie  krzyż?  zapytała  Ozema,  gdy  Mercedes  szła  ją  uściskać.  -  Daj  krzyż  Ozemie.  -  Luis  mnie
poślubił krzyżem.

Mercedes sama odebrała krzyż od małżonką i wręczyła go Indiance.

- Teraz Ozema chce prędko być chrześcijanką, zawołała księżniczka, przytulając do piersi otrzymany

background image

klejnot.

Na  znak  udzielony  przez  królową  arcybiskup  rozpoczął  obrządek,  i  wkrótce  Izabella  cieszyć  się
mogła przekonaniem, że dusza młodej cudzoziemki nie ulegnie potępieniu.

- Czy Ozema teraz chrześcijanka? zapytała nowo ochrzczona z prostotą dziecinnej nieświadomości.

— Otrzymałaś, moja córko, zapewnienie łaski najwyższego, odpowiedział prałat. Powinnaś obecnie
szukać pociechy w modlitwie.

— Chrześcijanin nie ma żony poganki? Chrześcijanin poślubia chrześcijankę?

—  Mówiono  ci  to  nieraz;  Ozemo,  rzekła  królowa,  że  Kościół  nie  pozwala  na  małżeństwo  między
chrześcijaninem a poganką.

— Chrześcijanin poślubia kobietę, którą kocha najlepiej?

— Bez wątpienia; inaczej obraziłby Boga zmyśloną przysięgą.

— Tak też myśli Ozema; ale trzeba poślubić drugą żonę, tę którą potem kocha się najlepiej. — Luis
wziął Mercedes za pierwszą żonę; — Ozema będzie druga. — Ozema teraz chrześcijanka, więc nie
ma grzechu.

Izabella  westchnęła,  a  Mercedes,  rzewnymi  zalewając  się  łzami  prosiła  Boga  o  zesłanie  swego
światła  na  duszę  biednej  cierpiącej.  Wszelako  arcybiskup  uważał  się  w  obowiązku  sprostowania
błędnych jej wyobrażeń.

— Żadnemu chrześcijanowi, rzekł głosem surowym, nie wolno dwóch żon jednocześnie pojmować w
małżeństwie; sama myśl o tym ciężkim jest występkiem. Nie możesz być drugą żoną hrabiego, dopóki
pierwsza zostaje przy życiu.

— Ozema chce być żoną Luisa, chociażby ostatnią ze wszystkich.

— Powtarzam ci, że to nigdy nastąpić nie może. Uwagi twoje znieważają ten święty przybytek. Ukorz
się, nieszczęsna, albo...

-  Dosyć  arcybiskupie,  przerwała  markiza  de  Moya.  Ta  którą  napominasz  stanęła  przed  obliczem
sędziego, który pewnie nie odmówi jej pobłażania. Ozema już nie żyje!

Rzeczywiście młoda Indianka, zatrwożona groźną przemową prałata, uwikłana w nieprzystępnych dla
siebie  pojęciach  chrystianizmu,  zgnębiona  wiadomością,  że  nie  może  połączyć  się  z  ukochanym,
Bogu oddała ostatnie tchnienie; lecz martwe jej lice nosiło jeszcze piętno sprzecznych namiętności,
jakie nią miotały przed śmiercią.

Taki  był  koniec  pierwszej  z  owych  istot  niewinnych,  które  odkrycie  Kolumba  wydrzeć  miało
potępieniu.  Izabella,  boleśnie  tym  wypadkiem  dotknięta,  przeczuwała  już  wtedy,  że  śmierć  Ozemy
jest  wróżbą  przyszłego  spaczenia  świętych  zasad  Zbawiciela,  poprzednikiem  srogich  zawodów,  na

background image

jakie pobożna jej gorliwość miała być narażoną.

 

ROZDZIAŁ XXX

Rozgłos  podróży  Kolumba  dziwnym  urokiem  otoczył  morskie  wyprawy.  Nie  uważano  ich  już  za
niegodne  ludzi  wyższego  urodzenia,  i  wycieczki  po  oceanie  weszły  niejako  w  modę.  Panowie,
których  posiadłości  graniczyły  z  Morzem  Śródziemnym  lub Atlantykiem,  na  małych  statkach  krążyli
nieopodal  brzegów,  przesadzając  się  w  wystawności  i  przepychu;  słowem  duch  epoki  był  zupełnie
marynarski.  Współubieganie  się  Portugalczyków  pobudzało:  czynność  Hiszpanów,  i  przyszło  na  to,
że  młodzieńców,  którzy  domowej  pilnowali  strzechy  nazywano  piecuchami,  nie  szczędząc  im
przycinków, jakie dawniej spotykały przedsiębiorczych właśnie podróżników.

W  końcu  września  1493  roku  na  cieśninie  rozdzielającej  Europę  od  Afryki  i  łączącej  Morze
Śródziemne z niezmierną przestrzenią Oceanu Atlantyckiego płynęło kilka okrętów, w różnym celu i
kierunku,  z  których  jeden  bliżej  nas  obchodzi.  Był  to  statek  niewielkich  rozmiarów,  pod
malowniczym trójkątnym żaglem, sunący w promieniach wschodzącego słońca, na kształt ogromnego
ptaka, co z rozpiętymi skrzydłami spieszy do gniazda. Zewnętrzne jego rozmiary nosiły cechę smaku i
wykończenia. Na tylnej części kadłubu widać było napis: Ozema; a sam właściciel, hrabia de Llera, z
młodą  małżonką  znajdował  się  na  pokładzie.  Luis,  zaprawiony  w  częstych  morskich  podróżach,
osobiście wydawał rozkazy, chociaż Sancho Mundo, dowódca tytularny, krzątał się między majtkami
z przybraną powagą zwierzchnika.

- Dalej dzieci! zawołał były sternik „Pinty", przytwierdzić dobrze tę kotwicę; bo mimo pomyślnego
wiatru nie można zaufać wybrykom Atlantyku. W podróży z don Kolumbem wyjście nasze pod żaglem
było nader szczęśliwe, a jednak piekielny mieliśmy powrót. Donna Mercedes, jak widzicie, dzielnie
się trzyma na morzu, i nikt powiedzieć nie zdoła jak daleko popłyniemy. Mówię wam, bracia, że w
służbie takiego pana czekają nas zaszczyty i bogactwa; pamiętajcie tylko mieć zawsze dzwonki, gdyż
one zwabiają złoto, jak dzwon katedry sewilskiej pobożnych chrześcijan.

- Mości Sancho, odezwał się Luis, niech jeden z majtków wlezie na przednią reję i niech rozpozna
morze w kierunku północno-zachodnim.

Słowa te przerwały gawędę Sancha, który pilnował wykonania rozkazu. Gdy majtek był na szczycie,
Luis  zapytał  go  co  widzi.  —  Senior  przy  ujściu  Tagu  ocean  pokryty  jest  żaglami.  Czy  możesz  je
zliczyć?

— Widzę ich szesnaście; a teraz oto wynurza się siedemnasty.

— A więc przybywamy w porę, moja droga! rzekł Luis radośnie, zwracając się do Mercedes; będę
mógł raz jeszcze uścisnąć dłoń admirała przed powtórną jego wyprawą do Indii. I ty zapewne jesteś
tym ucieszona?

— Przyjemność twoja, Luis, jest moją przyjemnością.

background image

— Droga Mercedes, to chętne towarzyszenie mi w podróży tak ściśle nas połączy, że tylko w tobie
żyć będę i zrobisz ze mnie co sama będziesz chciała.

—  Dotychczas  rzecz  ma  się  przeciwnie,  odpowiedziała  hrabina;  ty  więcej  masz  szans  nakłonienia
mnie do tułaczki, niż ja zatrzymania cię w domu.

— Miałażby ta wycieczka być przeciwną twojemu życzeniu? zapytał Luis.

—  Nie,  drogi  mężu;  tym  razem  spełnienie  twych  życzeń  osobistą  sprawia  mi  przyjemność.  Ileż
silnych i nieznanych odbieram tu wrażeń!

Po upływie pół godziny z pokładu „Ozemy" ujrzano okręt admiralski, a zanim jeszcze słońce stanęło
w  zenicie,  statek  Luisa  wpłynął  w  szeregi  floty.  Admirał,  dowiedziawszy  się  o  przybyciu  młodej
pary, pośpieszył odwiedzić ich osobiście, i ze szczerą przyjęty został radością.

Trudno  zaiste  większą  wyobrazić  sobie  sprzeczność,  jak  powtórną  tę  wyprawę  w  porównaniu  z
pierwszą. Niegdyś Kolumb odpływał samotny, prawie nieznany, z  trzema  źle  opatrzonymi  statkami;
dziś mnóstwo żagli snuło się po morzu i admirał otoczony był wyborem szlachty hiszpańskiej.

Jak  tylko  rozeszła  się  wiadomość,  że  hrabina  de  Llera  obecną  jest  na  statku  „Ozema",  spuszczono
zewsząd łodzie i Mercedes na morzu znalazła się otoczoną jakby na dworze królowej Izabelli. Dwie
damy  z  jej  orszaku  dopomagały  hrabinie  w  przyjmowaniu  szlachetnych  kawalerów  cisnących  się
tłumnie  na  pokład.  Przez  całą  godzinę  scena  ta,  pełna  ruchu  i  wesołości,  ożywiała  mały  statek,  a
czyste i wonne powietrze oceanu większego przydawało jej uroku.

-  Hrabino,  rzekł  jeden  z  rycerzy,  nieszczęśliwy  kiedyś  pretendent  do  ręki  Mercedes,  okrucieństwo
twoje, jak widzisz, przywiodło mnie do rozpaczy, i chronię się przed nim aż na drugą świata połowę.
To  szczęście  dla  don  Luisa,  żem  nie  należał  do  pierwszej  wyprawy;  bo  którażby  Kastylijka
wzgardziła ręką towarzysza don Kolumba?

-  Być  może,  odpowiedziała  Mercdes;  wolę  jednak,  aby  małżonek  mój  nie  oddalał  się  bardzo  od
brzegu, chociażby dlatego tylko, że wtedy mogę mu wszędzie towarzyszyć.

—  Seniora,  odezwał  się  Alonzo  de  Ojeda,  doń  Luis  zwyciężył  mnie  na  turnieju;  ale  dziś  ja  go
przewyższam, jeśli nie w szczęściu, to w zasłudze.

— Dosyć zaszczytu dla mego męża, że raz pokonał tak dzielnego rycerza.

— Ależ  hrabino,  gdyby  don  Luis  popłynął  z  nami  i  wrócił  po  roku,  zadziwiwszy  swym  męstwem
poddanych wielkiego chana, to jeszcze byś go lepiej pokochała.

— Admirał, senior, i tak go szanuje; w tej chwili poufną w mej kajucie toczą rozmowę, a podobnego
zaszczytu don Christoval nie wyświadcza lada komu.

—  Ta  przyjaźń  don  Kolumba  dla  hrabiego,  wtrącił  odrzucony  wielbiciel,  już  w  Barcelonie  ogólną
zwracała uwagę. Zapewne dawniej spotkać się musieli na morzu.

background image

— Przebóg! zawołał śmiejąc się, Ojeda, jeżeli spotkanie admirała z don Luisem było tego rodzaju co
ze mną, to nic dziwnego, że w dobrej mają się pamięci.

Podczas gdy na pokładzie w ten sposób lekko i wesoło dowcipna szła pogadanka, hrabia de Llera z
Kolumbem poważniejszą w kajucie prowadzili rozmowę.

-  Don  Luis  rzekł  admirał,  znasz  mą  przychylność  dla  siebie,  i  ja  wzajemnie  pewny  jestem  twojego
poważania.  Obecna  wyprawa  niebezpieczniejszą  jest  od  pierwszej;  bo  wtedy  byłem  przedmiotem
pogardy  i  litości,  dziś  przeciwnie  opuszczam  Hiszpanię  ścigany  przewrotnością  zawistnych.  Skryci
nieprzyjaciele będą mnie tu podkopywać; i ci nawet co w oczy płaszczyli się przede mną, spotwarzą
i  oczernią  moje  imię.  Zostawiam  wszakże  kilku  gorliwych  przyjaciół,  a  mianowicie  Ojca  Juana
Pereza, Luisa de Saint-Angela, Alonza de Quintanilla i ciebie. Liczę na was, nie w celu dostąpienia
zaszczytów, lecz w interesie prawdy i słuszności.

- Senior, o ile słabe me siły pozwolą, stawać będę gorliwie w twej obronie.

-  Byłem  o  tym  przekonany,  Luis,  odpowiedział  Kolumb,  ściskając  przyjaźnie  rękę  młodzieńca.
Fonsca, który teraz tyle ma wpływu, nie bardzo dla mnie przychylny. A także twój imiennik szkodzić
mi będzie przy każdej sposobności .

— Znam go, senior; to zakała naszego domu.

— Lecz ma znaczenie u króla, którego zjednać koniecznie należy.

— Niestety, senior! król coraz bardziej skłania się ku podszeptom pochlebców. Liczę tylko na donnę
Izabellę; choć zresztą i moja ciotka stać może za armię posiłkową.

— Bóg wszystkim zrządzi i grzechem byłoby zwątpić o jego sprawiedliwości. A teraz, Luis, słówko
jeszcze  o  tobie.  Opatrzność  powierzyła  ci  szczęście  kobiety,  jakich  mało  zaiste  na  świecie.  Komu
Bóg znaleźć pozwoli dobrą i cnotliwą żonę, tego serce codziennie wzbierać powinno wdzięcznością;
bo ze wszystkich skarbów doczesnych posiada najobfitszy, najczystszy i najtrwalszy, byle tylko umiał
go  uszanować.  Żona  twoja  równie  jest  rozsądna  jak  cnotliwa;  niechże  wzgląd  na  nią  miarkuje  twą
nierozwagę; niech czystość jej będzie twym wzorem, a miłość przewodnikiem.

Admirał  udzielił  Luisowi  swego  błogosławieństwa  i  czule  pożegnał  Mercedes.  Łodzie  jedna  po
drugiej opuszczać zaczęły statek, przesyłając z daleka znaki pożegnalne. Chwil kilka jeszcze, a flota
odpłynęła na południowy zachód, w kierunku krainy, którą wówczas uważano za Indie. Przez godzinę
jeszcze  statek  pozostał  w  miejscu,  i  młode  stadło  śledziło  wzrokiem  oddalających  się  przyjaciół;
potem, rozpiąwszy żagle, szybko sunął ku Palos.

Wieczór  był  prześliczny,  a  powierzchnia  oceanu,  gładka  i  spokojna,  miała  wygląd  ogromnego
zwierciadła. Na tylnym pokładzie stał rozłożony namiot, w którym hrabiostwo zwykle przesiadywali;
zewnętrzna  jego  powłoka  składała  się  z  płótna  napuszczonego  smolą,  lecz  w  środku  kosztowne
makaty  pokrywały  jego  ściany,  tworząc  salonik  pełen  wykwintności  i  wdzięku.  Od strony  pokładu
schronienie  to  było  zamknięte;  od  morza  zaś  wspaniała  zasłona  ukryć  mogła  małżonków  przed
wzrokiem ciekawych. W tej chwili uchylone jej fałdy pozwalały obojgu bujać swobodnie oczami po

background image

niezmiernej przestrzeni i przyjrzeć się słońcu zachodzącemu w barwie purpury.

Mercedes  spoczywała  na  kanapce,  spoglądając  ku  morzu,  a  Luis  u  stóp  jej  przebierał  palcami  po
strunach gitary.

- Smutna jesteś, Mercedes, rzekł, pochylając się ku małżonce.

- Słońce zapada nad ojczyzną biednej Ozemy, drżącym głosem odpowiedziała Mercedes; okoliczność
ta  i  widok  bezgranicznego  oceanu,  uzmysłowienie  wieczności,  przypominają  mi  śmierć  Indianki.
Istota tak dobra i niewinna nie będzie zapewne potępiona przed sądem Najwyższego, choć ciemnota
pojęć i namiętność nie dozwoliły jej przeniknąć tajemnic naszej wiary.

- Wolałbym, moja droga, abyś o tym tak często nie myślała; modlitwy twoje i msze odprawiane za jej
duszę powinny cię były uspokoić.

— Czy prosiłeś admirała, rzekła Mercedes ze łzami, o czuwanie nad bratem Ozemy?

— Nie zapomniałem o tym, mój aniele i pewny jestem, że don Kolumb wywiąże się z przyrzeczenia.
Pomnik  dla  młodej  Indianki  już  jest  ukończony;  możemy  żałować  jej  straty,  lecz  nie  ma  powodu
opłakiwania tych, którzy doczesną pielgrzymkę na wieczny zamienili żywot. Ja sam, gdybym nie był
twym mężem, zazdrościłbym może jej doli.

—  Serce  moje,  Luis,  z  rozkoszą  przyjmuję  tę  myśl  tak  dla  mnie  pochlebną;  lecz  jestże  ona
prawdziwą?  Szczęście  jakiego  doznajemy  we  wzajemnej  miłości,  w  połączeniu  na  zawsze  swego
losu, niczym jest obok miłości królestwa niebieskiego, której właśnie pragnę dla Ozemy.

— Nie wątp o tym, Mercedes; odbierze ona nagrodę niewinności i cnoty. Ale na honor! jeśli dusze
zbawione doznają choć połowy tego szczęścia, jakim bije moje serce, gdy ciebie tulę w ramionach
żałować ich nie ma powodu.

— Nie mów tego, Luis! każemy w Sewilli, Burgos i Salamance odprawić jeszcze Msze święte za jej
duszę.

—  Jak  chcesz,  moja  droga;  niech  je  odprawiają  co  rok,  co  miesiąc,  co  tydzień,  byłeś  ty  tylko  była
spokojna.

Mercedes  wdzięcznie  się  uśmiechnęła,  i  rozmowa  małżonków  stała  się  nieco  swobodniejsza.
Godzina  upłynęła  na  owej  pogadance  szczerej  i  wylanej,  właściwej  tylko  sercom  prawdziwie
kochającym. W chwili gdy słońce zanurzyło się w morzu Sancho oznajmił, że zarzucono kotwicę.

—  Przybyliśmy  do  brzegu,  hrabio,  niedaleko  Palos,  o  jakie  sto  sążni  od  miejsca,  z  którego  don
Christoval  w  roku  zeszłym  odpłynął  do  Indii.  Czółno  gotowe  do  przewozu,  seniora,  a  na  wybrzeżu
naszym, choć nie ma wspaniałych pałaców i tłumów; wasza miłość znajdziesz jednak Palos, kościół
św.  Klary  i  warsztat  okrętowy,  z  trzech  powodów  miejsce  godne  wspomnienia:  po  pierwsze,  że  z
jego  portu  wypłynął  Kolumb,  po  drugie  święta  Klara  nas  ocaliła  w  niebezpieczeństwie,  skutkiem
pobożnych  ofiar  złożonych  u  stóp  jej  ołtarza;  po  trzecie  wreszcie  warsztat,  gdzie  zbudowano  okręt
admirała.

background image

- I dla innych jeszcze nader ważnych powodów; nieprawdaż, poczciwy mój Sancho? dorzucił śmiejąc
się hrabia.

-  Tak,  wasza  miłość,  i  dla  innych  jeszcze  nader  ważnych  powodów.  Czy  seniora  rozkaże
wylądować?

Mercedes zezwoliła, i po upływie dziesięciu minut oboje małżonkowie znajdowali się już na brzegu,
w  tym  właśnie  miejscu,  z  którego  przed  rokiem  odpłynęła  wyprawa  Kolumba.  Ożywiona  rozmowa
kilku kobiet zwróciła ich uwagę, i wkrótce przekonali się, przedmiotem jej była podróż do Indii.

-  Dziś,  rzekła  jedna  z  niewiast  głosem  podniesionym,  don  Christoval  opuścił  Kadyks.  Dla  tak
wielkiej wyprawy jak obecna, port nasz był za mały. Możecie mi wierzyć, bo mąż mój, jak wiadomo,
ważny piastuje urząd na okręcie admiralskim.

-  Szczęśliwaś,  sąsiadko,  że  tak  wielki  człowiek  zaszczyca  go  swoją  łaską,  odezwało  się  kilka
głosów.

—  Jakżeby  mogło  być  inaczej?  Pepe  towarzyszył  mu  w  pierwszej  podróży  i  zawsze  okazywał
przywiązanie. „Moniko, moja dobra Moniko", mówił do mnie admirał po powrocie, „dzielny z twego
męża marynarz! Jestem z niego zadowolony, i myślę mianować go starszym na okręcie". Takie były
jego słowa, i Pepe mój pełni dziś obowiązki starszego przy boku admirała.

Luis, postąpiwszy kilka kroków, pozdrowił gorliwe grono i objawił życzenie usłyszenia szczegółów
pierwszej  podróży.  Monika,  jak  łatwo  było  przewidzieć,  w  bogato  ustrojonym  rycerzu  nie  poznała
seniora Munoz, i chętnie przytoczyła wszystko co wiedziała, a nawet więcej jeszcze. Rozmowa z tą
kobietą  nowym  dla  młodzieńca  stała  się  dowodem,  ile  stanowczą  i  zupełną  była  zmiana  sądu
względem Kolumba, w niższych nawet klasach społeczeństwa.

—  Słyszałem  wiele,  zapytał  w  końcu,  o  niejakim  Pinzonie,  który  podobno  dowodził  na  jednym  z
okrętów wyprawy: cóż się z nim stało?

—  Umarł,  senior.  Odpowiedziała  Monika.  Ten  człowiek  dawniej  u  nas  był  poważanym;  lecz  teraz
stracił  honor  razem  z  życiem.  Wiarołomny  względem  admirała,  zagryzł  się,  jak  mówią,  widząc  w
porcie „Ninę", bo myślał, że sam zbierze wszystkie zaszczyty i korzyści.

Luis, pożegnawszy Monikę, puścił się z żoną w dalszą drogę ku miastu.

—  Oto  kościół  świętej  Klary,  rzekła  Mercedes.  Chciałabym,  mój  drogi,  podziękować  Bogu  za
szczęśliwy twój powrót, i błagać Go o powodzenie dla Kolumba.

Małżonkowie  weszli  do  kościoła  i  przyklękli  przed  wielkim  ołtarzem;  bo  w  owym  czasie
najdzielniejsi wojownicy nie wstydzili się jeszcze ukorzyć publicznie wobec Najwyższej Istoty. Po
spełnieniu tej pobożnej powinności młode stadło opuściło wybrzeże, udając się z powrotem na okręt.

Nazajutrz rano statek „Ozema" popłynął do Malagi, i małżonkowie, wysiadłszy na ląd, pośpieszyli do
Valverde, głównej posiadłości donny Mercedes. Zostawmy ich tam w użyciu szczęścia, jakie sercom

background image

poczciwym zapewnia miłość czysta.

Hiszpania  później  wydała  wielu  im  podobnych;  lecz  jedna  tylko  „Ozema"  zabłysła  jak  gwiazda,
światłem łagodnym, lecz nikłym. Życie jej było krótkie, a imię zaginęło w falach potoku dziejowego.