background image

Dornberg Michaela 

 
 

Lena ze Słonecznego 

Wzgórza 17 

 
 
 

Między miłością a 

cierpieniem

background image

W poprzednich tomach 
 
Lena pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny. Fahrenbachowie 

jednak  tylko  wydają  się  szczęśliwi.  Matka  dawno  odeszła  do 
innego  mężczyzny,  a  ojciec  właśnie  zmarł,  zostawiając  duży 
majątek.  Lena  ma  troje  rodzeństwa:  dwóch  braci,  Friedera  i 
Jórga, i siostrę Grit. Wszyscy mają już swoje rodziny. Mona 
jest żoną Friedera - odziedziczyli po ojcu dobrze prosperującą 
hurtownię  win.  Jorg  z  żoną  Doris  otrzymali  w  spadku 
wyremontowany  zamek  Dorleac  we  Francji  wraz  z 
przyległymi winnicami. Grit i jej mąż Holger dostali willę w 
mieście.  Lenie  przypadła  w  udziale  posiadłość  Słoneczne 
Wzgórze  w  miejscowości  Fahrenbach,  na  pierwszy  rzut  oka 
najmniej  intratna  część  spadku.  Za  dwa  lata  rodzina  ma  się 
ponownie  zebrać,  żeby  poznać  decyzje  w  sprawie  reszty 
majątku. 

Ze  wszystkich  obdarowanych  tylko  Lena  pozostaje  wierna 

tradycji  i  nie  sprzedaje  swojego  majątku.  Nie  zamierza 
dokonywać  także  żadnych  poważnych  rewolucji.  Tak  jak 
ojciec  planuje  się  zajmować  dystrybucją  alkoholi  i  dbać  o 
Słoneczne Wzgórze, żeby nie popadło w ruinę. Przeprowadza 
się  do  posiadłości  i  rozpoczyna  prace  remontowe  -  w 
przyległych do domu budynkach zamierza otworzyć pensjonat. 
Tymczasem  jej  rodzeństwo  podejmuje  kolejne  nieudane 
decyzje  finansowe.  Frieder  unowocześnia  hurtownię  i 
rezygnuje z dotychczasowych dostawców, ponosząc ogromne 
straty. Jorg wycofuje się z branży alkoholowej, a nowy pomysł 
na  agencję  eventową  pogrąża  go  finansowo.  Grit  sprzedaje 
willę, a uzyskane w ten sposób pieniądze inwestuje w siebie. 

Otrzymany spadek wydaje się całkowicie zmieniać kochającą 

się do tej pory rodzinę. Rozpada się związek Friedera i Mony, 
którzy  zaczynają  zaniedbywać  także  swojego  syna,  Linusa. 
Chłopiec  próbuje  popełnić  samobójstwo.  Jego  ojciec  wydaje 

background image

się jednak zupełnie tym nie przejmować. Ma nową, młodszą od 
żony  kobietę  i  wiedzie  dostatnie  życie,  w  którym  nie  ma 
miejsca  dla  rodziny.  Doris,  stęskniona  za  domem  i 
wyniszczona  nałogiem  alkoholowym  odchodzi  od  Jórga,  by 
zacząć  szczęśliwy  związek  z  innym  mężczyzną.  Małżeństwo 
Grit i Holgera też się nie układa. Holger ma dość rozrzutnej i 
egzaltowanej  żony,  która  zupełnie  zaniedbuje  dom  i  dzieci, 
Merit i Nielsa. Dlatego wyjeżdża do Kanady w nadziei, że żona 
wreszcie  się  opamięta.  Grit  jednak  nie  ma  najmniejszego 
zamiaru  rezygnować  z  atrakcyjnego  kochanka  i  wracać  do 
nudnego rodzinnego życia. Lena jako jedyna z Fahrenbachów 
nie porzuca dotychczasowych wartości, często odwiedza grób 
ojca i za żadne skarby nie zamierza sprzedawać ziemi, która od 
pokoleń należy do rodziny. W ten sposób 

background image

zraża  do  siebie  Friedera,  który  stojąc  przed  widmem 

bankructwa,  liczy  na  to,  że  ona  odstąpi  mu  część 
odziedziczonych przez siebie gruntów. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

  Jeśli natomiast chodzi o samą Lenę... 
 
Jej największym, a wciąż niezrealizowanym marzeniem, jest 

ślub  z  Thomasem,  miłością  jej  życia,  która  wbrew 
przeciwnościom  losu  znów  ich  odnalazła.  Jednak  mimo 
ciągłych  obietnic  i  zapewnień  deklarujący  wielkie  uczucie 
Thomas  wciąż  odkłada  kolejne  wizyty  na  Słonecznym 
Wzgórzu  i  nie  chce  rozmawiać  o  swojej  aktualnej  sytuacji 
życiowej. Zakochana Lena obdarza go zaufaniem i wierzy, że 
w  Ameryce,  gdzie  mieszka  na  stałe,  pozostaje  jej  wierny. 
Swoje  życie  zamienia  w  czekanie  na  kolejny  telefon  od 
ukochanego i najmniejszy choćby dowód miłości. W czekaniu 
pomaga  jej  wytrwać  piękna  bransoletka  z  romantycznym 
napisem LOVE FOREVER - dowód miłości od Thomasa. Gdy 
jednak ten odwodzi Lenę od pomysłu odwiedzenia go w Ame-
ryce, dziewczyna zaczyna coraz bardziej wątpić w jego miłość. 
Przyczynia się do tego także pojawienie się Jana van Dahlena, 
dziennikarza,  który  bez  pamięci  zakochuje  się  w  ślicznej 
Lenie. Jego pocałunek wpędzają w wyrzuty sumienia, ale nie 
zniechęca do walki o związek z Thomasem. Wolny czas Lena 
poświęca na ciężką pracę, która pozwala jej w końcu zaistnieć 
w  branży  alkoholowej.  Odnosi  coraz  większe  sukcesy  i 
podpisuje  kontrakty  z  kolejnymi  dystrybutorami.  Część 
odremontowanej posiadłości zamienia w pensjonat. Ma nawet 
pierwszych gości - doktor von Orthen, która okazuje się byłą 
narzeczoną jej zmarłego ojca, i znaną aktorkę Isabelle Wood. 
Stara  się  również  dbać  o  mieszkańców  posesji,  którzy 
otrzymali  od  zmarłego  gospodarza  prawo  dożywotniego 
zamieszkiwania. Nie jest to trudne, bo bardzo ich kocha. To oni 
po śmierci ojca stali się jej najbliższą rodziną. Nicola, Daniel i 
Aleks też starają się jej pomagać tak, jak tylko potrafią. Nicola 
zajmuje  się  kuchnią,  Daniel  odnawia  posiadłość,  a  Aleks 
pomaga w kwestii kontraktów z dystrybutorami alkoholi. Lena 

background image

umie  się  odwdzięczyć.  Obiecała  sobie,  że  odnajdzie  córkę 
Nicoli. którą ta przed laty, z powodu braku środków do życia, 
oddała do adopcji. Wydaje się, że właśnie wpadła na właściwy 
trop. 

Jej najbliżsi przyjaciele z Fahrenbach, Sylvia i Martin, wrócili 

z  podróży  poślubnej.  Lena  ich  uwielbia  i  życzy  im  jak 
najlepiej, ale intuicja podpowiada jej, że coś złego czyha na ich 
związek.  Wciąż  poszukuje  także  receptury  Fahrenbachówki, 
likieru, którego skład był znany jedynie jej ojcu. Tymczasem 
Aleks  informuje  Lenę  o  dziwacznym  odkryciu.  W  starej 
skrzyni 

znajduje 

kilka 

obrazów,  które  wydają  się 

bezwartościowymi bohomazami. Lena jest jednak całkowicie 
pochłonięta  problemami  rodzinnymi,  do  których  straciła  już 
dystans. 

background image

Od  notariusza  doktora  Limmera,  osoby,  której  ojciec  Leny 

bardzo  ufał,  przyszło  zaproszenie  na  uzupełniające  otwarcie 
testamentu. 

Lena próbowała się z nim skontaktować, żeby powiadomić o 

zaginięciu  Jórga.  Jednak  notariusz  wyjechał  na  kilka  dni,  a 
Lena  nie  chciała  zostawiać  takiej  wiadomości  asystentce. 
Poprosiła  więc  Grit,  żeby  skontaktowała  się  z  doktorem 
Limmerem  po  jego  powrocie,  przekazała  mu  wiadomość  o 
Jórgu i poprosiła o przesunięcie terminu spotkania. 

Grit  obiecała,  że  zadzwoni  do  notariusza.  Dlatego  Lena 

zdziwiła się, że otwarcie drugiego testamentu mimo wszystko 
się odbędzie. 

Z  mieszanymi  uczuciami  pojechała  do  miasta,  w  którym 

spędziła tyle lat, ale z którym w ogóle nie czuła się związana. 

 

background image

Czuła  niepokój, kiedy zatrzymała  się  przed  domem  doktora 

Limmera. Zaraz spotka się z rodzeństwem. Jak się wobec niej 
zachowają? 

Pomyślała  o  ojcu.  Sporządził  dwa  testamenty.  Dlaczego? 

Pewnie miał swoje powody... 

Wysiadła  z  samochodu,  wzięła  głęboki  oddech,  poszła  w 

stronę  wejścia  i  zadzwoniła  do  drzwi.  Ktoś  uruchomił 
domofon.  Lena  otworzyła  drzwi  i  pokonała  pięć  stopni 
pokrytych  wykładziną.  Przywitała  ją  starsza  kobieta,  którą 
Lena pamiętała z wcześniejszych spotkań. 

- Dzień dobry, pani Fahrenbach. Pani brat i siostra już są. 
Lena  zdziwiła  się.  Spojrzała  na  zegarek.  Była  piętnaście 

minut  przed  czasem.  Miała  za  sobą  kilkugodzinną  jazdę 
samochodem.  Wyjechała  wcześniej,  bo  trudno  dokładnie 
wyliczyć czas, jaki zajmie podróż. Wolała być wcześniej, niż 
się spóźnić. Jej rodzeństwo mieszka w mieście. Dlaczego więc 
przyszli tak wcześnie? 

Kiedy  ruszyła  w  stronę  gabinetu  notariusza,  kobieta 

powiedziała: 

- Pan notariusz ma jeszcze spotkanie. Muszą państwo trochę 

zaczekać. Napije się pani kawy? 

- Chętnie - odpowiedziała Lena. 
 

background image

Po tak drugiej podróży kawa od razu postawi ją na nogi. 
-  Proszę  bardzo  -  powiedziała  kobieta  i  pchnęła  ciemne 

drewniane drzwi. - Zaraz przyniosę pani kawę. 

Kobieta oddaliła się, a Lena wzięła głęboki oddech i weszła 

do przestronnego pomieszczenia. Stały tu stare meble, dzięki 
którym  pokój  miał  swoisty,  trochę  może  nostalgiczny  urok. 
Doktor Limmer lubił tradycję. Był właścicielem największej i 
najbardziej znanej kancelarii notarialnej w mieście. Stać było 
go  na  drogie  designerskie  meble,  ale  ich  nie  potrzebował,  w 
przeciwieństwie  do  Friedera,  który  natychmiast  wyrzucił  z 
hurtowni wszystkie stare meble. 

Brat  stał  przy  oknie,  odwrócił  się  i  od  niechcenia  machnął 

ręką: 

- Cześć. 
Lena nie podeszła do niego i nie objęła go na powitanie. Tym 

krótkim  „cześć"  dał  jej  do  zrozumienia,  że  chce  zachować 
dystans. Nawet teraz. 

Kiedy  Grit  się  podniosła,  Lenę  ogarnęło  przerażenie.  Jej 

siostra wydawała się jeszcze szczuplejsza. Lena była pewna, że 
ma anoreksję. Wcześniej Grit zadowalała się tylko botoksem 

 

background image

i  niewielkimi  zabiegami  poprawiającymi  wygląd.  Teraz 

widać było, że przeszła kompletną odnowę, nie tylko twarzy, 
lecz całego ciała. Piersi miała o wiele za duże i zbyt jędrne - nie 
pasowały do wychudzonej sylwetki. 

Na  twarzy  wyglądała  prawie  jak  Mona,  żona  Friedera. 

Podniesione 

kości 

policzkowe, 

napompowane 

usta, 

poprawiony nos, gładka twarz i te wiecznie zdziwione, szeroko 
otwarte  oczy.  Wszystkie  sztuczne  piękności  wyglądają  tak 
samo, jakby wyszły z jednej formy. 

Co się stało z tą niegdyś ładną, naturalną kobietą? Spadł na 

nią deszcz pieniędzy i chce zupełnie zmienić skórę? 

Widok oszpeconej Grit zaparł Lenie dech w piersiach. Siostra 

nie musiała tego robić. Była ładną, pewną siebie kobietą. 

Mona  -  tak,  jej  brakowało  wiary  w  siebie  i  próbowała  to 

nadrobić sztucznie poprawionym wyglądem. Ale Mona zawsze 
była  głupiutka  i  pusta.  Jej  już  nic  nie  pomoże.  Nawet  tony 
botoksu,  nowy  nos,  usta  czy  piersi  nie  zrobią  z  niej  innego 
człowieka. - 

Lena podeszła do siostry. 
- Dzień dobry, Grit. 
 

background image

Objęła  ją,  a  właściwie  pokryte  skórą  kości,  które  z  niej 

zostały.  Grit  wysunęła  się  nieco  do  przodu,  ułożyła 
napompowane  usta  w  dzióbek  i  udawała,  że  całuje  Lenę  na 
powitanie, podczas gdy jej usta muskały jedynie powietrze. No 
cóż,  tak  wyglądają  powitania  w  tak  zwanym  towarzystwie. 
Lena  o  mało  nie  wybuchła  śmiechem.  Z  tymi  nienaturalnie 
wytrzeszczonymi  oczami  i  ustami  w ciup Grit wyglądała jak 
karp, który łapie powietrze. 

-  Co  ty  zrobiłaś  z  włosami?  -  zawołała  oburzona  Grit.  - 

Wyglądasz potwornie! Wyjdź stąd, idź umalować usta... Nałóż 
też trochę różu na policzki. Wyglądasz jak śmierć na chorągwi! 

„A  ty  jak  postać  z  horroru",  pomyślała  Lena,  ale 

powstrzymała się od tej uwagi. Zamiast tego powiedziała: 

-  Nie  przejmuj  się  moim  wyglądem.  Nie  przyjechałam  tu, 

żeby brać udział w konkursie piękności, a doktor Limmer nie 
będzie  przyznawał  nagród  za  wygląd.  Chce  nam  jedynie  coś 
odczytać. Nie muszę się malować, żeby dobrze słyszeć. 

Wróciła kobieta z kawą. Podała Lenie filiżankę, dolała kawy 

Grit. Frieder podziękował. 

 

background image

Grit usiadła, Lena też i zaczęła pić kawę. 
Między  rodzeństwem  panowało  paraliżujące  milczenie. 

Właśnie tak wyglądała teraz rodzina Fahrenbachów... 

Frieder wydał się Lenie bardzo spięty, Grit zdenerwowana i 

jakby trochę zakłopotana. 

Nie było sensu pytać, co im jest. Wiedziała, że dostanie jakąś 

głupią odpowiedź, więc dała sobie spokój. 

To  smutne,  ale  prawdziwe  -  nie  mieli  sobie  nic  do 

powiedzenia. Zupełnie nic. 

Lena  ucieszyła  się,  kiedy  wreszcie  poproszono  ich  do 

gabinetu notariusza. 

Doktor  Limmer  przywitał  wszystkich  uprzejmie.  Posiwiał 

znacznie od ich ostatniego spotkania. No cóż, minęło już sporo 
czasu. 

Usiedli. Lenie przypomniało się, jak byli tu ostatnim razem. 

Wyraźnie pamiętała ten dzień, tak wyraźnie, że aż zabolało ją 
to wspomnienie. 

Wtedy Frieder przyszedł z Moną, teraz był sam, Grit i Holger 

byli małżeństwem, teraz są już po rozwodzie, więc i Grit jest 
dzisiaj sama. Jorg i Doris cieszyli się, że odziedziczyli zamek i 
posiadłość Dorleac. I na co im to było? Rozstali się, a Jorg... 

 

background image

Właściwie  już  nie  wierzyła,  że  tylko  zaginął,  ale  też  nie 

akceptowała tego, że nie żyje. 

Zamknęła oczy. Przypomniała sobie wszystko, jakby to było 

dopiero  wczoraj.  Przypomniała  sobie  też  brzęczenie  muchy, 
która  ciągle  uderzała  w  szybę,  aż  w  końcu  notariusz  wstał, 
otworzył okno i ją uwolnił. 

- Bardzo mi przykro, że musieli państwo czekać - powiedział 

doktor  Limmer,  a  jego  głos  brzmiał  gniewnie.  -  Ale  bez 
państwa brata Jórga nie możemy zacząć. 

Lena otworzyła oczy. Co to ma znaczyć? 
Spojrzała na siostrę. Grit odwróciła wzrok. Lena natychmiast 

nabrała podejrzeń, które już po chwili się potwierdziły. 

- Doktorze Limmer, Jórg nie przyjdzie. Zaginął po katastrofie 

samolotu w Australii. Prawdopodobnie nie żyje... 

Notariusz się wściekł. 
-  Powinni  mnie  państwo  o  tym  wcześniej  poinformować  ! 

Wtedy nasze spotkanie nie doszłoby do skutku. 

-  Wyjechał  pan  na  kilka  dni,  więc  prosiłam  siostrę,    żeby   

pana    poinformowała. Siostra 

background image

powiedziała,  że  wszystko...  To  znaczy...  Ze  pana 

poinformowała...  -  usprawiedliwiała  się  Lena.  Czuła  się 
niezręcznie. 

-  Nikt  mnie  o  niczym  nie  poinformował.  Grit  miała  wciąż 

odwrócony wzrok. 

- Skoro już tu jesteśmy, to możemy odczytać drugi testament 

ojca.  Jórg  nie  żyje,  to  znaczy,  że  zostało  nas  tylko  troje  - 
powiedział Frieder oschłym głosem. 

Był pod presją i koniecznie chciał, żeby drugi testament został 

odczytany.  Uknuli  to  razem  z  Grit.  To  dlatego  nie 
poinformowała  notariusza.  Lena  była  pewna,  że  tak  właśnie 
było... 

Notariusz  od  razu  się  zorientował,  co  w  trawie  piszczy. 

Rozgniewał się jeszcze bardziej. 

-  Drogi  panie  Fahrenbach,  popełnili  państwo  błąd,  nie 

informując  mnie  o  śmierci  brata.  Na  darmo  się  państwo 
fatygowali i  zmarnowali  tylko mój  i  swój  czas.  Niestety,  nie 
odczytam dzisiaj drugiego testamentu. To nie jest takie proste, 
jak się panu wydaje. Na podstawie ustnej informacji nie mogę 
wykreślić pańskiego brata z testamentu, jakby był pomyłkowo 
napisanym  słowem.  Muszę  mieć  w  rękach  urzędowy 
dokument. 

 

background image

- Jórg ustanowił Lenę jedyną spadkobierczynią. Jego udziały i 

tak przypadną jej. My chcemy tylko to, co nam się należy. Nie 
mogę dłużej czekać, potrzebuję pieniędzy. 

„Frieder ma nóż na gardle", pomyślała Lena. Potwierdziły się 

wszystkie  plotki.  Nie  były  to  oszczerstwa  zawistnych 
konkurentów.  Frieder  doprowadził  hurtownię  do  upadku  lub 
zrobi to lada dzień. 

Widać było, że doktor Limmer z trudem panuje nad nerwami. 
- Skąd pewność, że dostanie pan pieniądze? 
-  Bo  wiem,  że  ojciec  miał  wielki  majątek,  mam  na  myśli 

gotówkę,  której  jeszcze  nie  dostaliśmy.  Śmiem  też 
podejrzewać,  że  przeczyta  nam  pan  dzisiaj,  ile  się  komu 
należy. 

-  Odczytanie  drugiego  testamentu  może  nastąpić  dopiero 

wtedy,  gdy  będę  miał  w  rękach  urzędowy  dokument 
potwierdzający  tragiczną  śmierć  Jórga  Fahrenbacha... 
Chciałbym już zakończyć nasze spotkanie. Dzisiaj niczego nie 
załatwimy.  Mam  też  inne  obowiązki.  Jeszcze  dzisiaj  muszę 
sporządzić sporo dokumentów. 

-  Nie,  nie  może  nas  pan  tak  po  prostu  wyprosić.  Nie  wyjdę 

stąd, dopóki nie dostanę akonto 

background image

co najmniej stu tysięcy euro lub pisemnego zaświadczenia o 

wysokości mojego spadku. Muszę to przedłożyć w banku. 

Doktor Limmer podniósł się z fotela. 
- Niestety, to niemożliwe. 
Spojrzał na Lenę, którą uważał za najrozsądniejszą z całego 

towarzystwa. 

-  Jeśli  ma  pani  jakieś  dokumenty,  proszę  mi  je  przesłać. 

Uzgodnimy nowy termin spotkania. Proszę pamiętać, że muszę 
mieć oryginały, żadnych kopii... Przykro mi, że musiała pani 
tak  daleko  jechać.  Na  pewno  przyjechała  pani  prosto  z 
Fahrenbach.  Może  pani  podziękować  rodzeństwu.  Postąpili 
nieuczciwie. 

- Doktorze Limmer! - zawołał Frieder. - Tak szybko się mnie 

pan nie pozbędzie. Potrzebuję pieniędzy z mojej części spadku 
albo zaświadczenia o przysługującej mi kwocie. Przynajmniej 
tym  będę  mógł  uspokoić  bank...  Chyba  że  pan  chce,  aby 
wspaniała hurtownia Fahrenbach zbankrutowała! 

- Są przepisy, a ja jestem zobowiązany ich przestrzegać. Nie 

mogę panu pomóc, nawet gdybym chciał. 

Frieder podniósł się z miejsca. 
 

background image

- Pożałuje pan tego, wytoczę panu proces, oskarżę pana! Ty... 

Ty skostniały kołtunie! 

Odwrócił  się  na  pięcie,  z  impetem  odsunął  krzesło,  które  z 

hukiem się przewróciło, i wybiegł z gabinetu notariusza. 

-Frieder, ja... 
Nawet nie dał Lenie dokończyć. 
Grit też wstała. Wzruszyła ramionami. 
-  Nie  mogę  mu  pomóc,  moje  pieniądze  są  na  lokacie,  poza 

tym straciłam przez krach na giełdzie i muszę odrobić stratę.   

Zrobiła krok w stronę siostry. Lena się podniosła. Grit znowu 

udawała, że obejmuje ją na pożegnanie i całuje w policzki. 

- Muszę już iść. Robertino czeka. Gdyby nie to, mogłybyśmy 

porozmawiać...  Zdzwonimy  się,  dobrze?  Wracaj  szczęśliwie 
do domu. A może zostajesz tu na noc? 

-Nie, wracam. 
-  Nawet  dobrze  się  składa,  że  wcześniej  skończyliśmy. 

Możesz zaraz wyruszyć. To w końcu kilka godzin jazdy. 

Potem zwróciła się do notariusza. 
-  Przykro  mi,  doktorze  Limmer.  To  nie  był  mój  pomysł. 

Frieder nie chciał, żebym pana 

 

background image

poinformowała o śmierci Jorga... No cóż, do widzenia. 
Odwróciła się i poszła do wyjścia. W swoich butach na bardzo 

wysokich obcasach wyglądała, jakby szła na szczudłach. 

Lena też chciała już wyjść, ale notariusz ją zatrzymał. 
- Niech pani nie bierze sobie tego do serca. Pani rodzeństwo 

nie jest tego warte. Szkoda zawracać sobie nimi głowę. Bardzo 
mi  przykro  z  powodu  Jorga.  To  okropne,  był  jeszcze  taki 
młody... 

-  Doktorze  Limmer,  Frieder  i  ja  nie  mamy  teraz  dobrych 

relacji, ale zdaje się, że brat ma nóż na gardle. Mimo wszystko 
chcę mu pomóc. Nie mogę dopuścić, żeby dzieło życia mojego 
ojca trafiło pod młotek. 

Doktor Limmer poklepał ją po ręce. 
- Moje drogie dziecko, to bardzo szlachetna postawa, ale nie 

może pani pomóc bratu. Nie zdradzam pani żadnej tajemnicy, 
bo nawet gazety już o tym piszą - źle się stało, że akurat pani 
brat dostał w spadku tę liczącą się na rynku hurtownię. Wydał 
mnóstwo pieniędzy na rozbudowę i zmianę profilu firmy, która 
miała takie 

 

background image

tradycje.  Gdyby  nie  te  wydumane  pomysły,  może  nie 

doprowadziłby  hurtowni  do  ruiny.  Pani  brata  zrujnowała  też 
ryzykowna gra na giełdzie, stracił tam fortunę. Nie można mu 
już pomóc. Niedługo banki odetną mu dostęp do pieniędzy, a 
zrobią  to  na  pewno,  ponieważ  same  podjęły  ryzykowną  grę, 
inwestując w podejrzane interesy z nieruchomościami. 

Lena  zaczęła  drżeć  na  całym  ciele.  To  niewyobrażalne! 

Frieder  przetrwonił  cały  majątek,  a  hurtownia...  Nie,  nie 
chciała dokończyć tej myśli. 

-  Często  wspominam  Hermanna,  pani  ojca  -  dotarły  do  niej 

słowa  notariusza.  -  Odszedł  o  wiele  za  wcześnie,  ale 
jednocześnie dobrze, że tego nie dożył... - westchnął. - Ale za 
to pani świetnie sobie radzi. Hermann byłby z pani naprawdę 
dumny. 

Spojrzała  na  niego  trochę  zdziwiona.  Skąd  wie?  Przecież 

posiadłość jest daleko stąd. 

-  Drugi  testament  związany  jest  z  tym,  co  każdemu  z  was 

udało się osiągnąć... Pani ojciec cieszyłby się tylko z pani. 

Weszła sekretarka notariusza. 
- Przyszedł doktor Hummel. 
 

background image

- Dziękuję. Proszę go zaraz wprowadzić. 
- Przykro mi, chętnie bym z panią jeszcze pogawędził, może 

następnym  razem.  Proszę  nie  zapomnieć  o  dokumentach  i  je 
przesłać,  gdy  tylko  je  pani  zdobędzie.  Bez  nich  nic  nie 
zrobimy. 

Pożegnali się. 
Kiedy wychodziła z gabinetu notariusza, miała wrażenie, że 

jej nogi są z waty. 

Frieder jest bankrutem! 
Zrujnował  liczącą  się  na  rynku  firmę  o  bogatej  tradycji, 

przegrał  cały  majątek  firmy.  Lena  nie  mogła  uwierzyć.  Ale 
jednocześnie,  po  co  notariusz  miały  ją  nabierać  i  opowiadać 
historie wyssane z palca? 

Nawet gazety już o tym piszą. Jaki wstyd! To jasne, że taki 

temat  jest  pożywką  dla  dziennikarzy.  Fahrenbachowie  są 
znani,  a  Frieder  chełpił  się  tym,  że  został  właścicielem 
hurtowni.  Budynek  biurowy,  starą  piękną  willę  w  stylu 
secesyjnym,  przemienił  w  świątynię  najnowszej  techniki, 
urządzał spektakularne imprezy, żeby wszyscy o nim mówili, 
każdy znał jego czarne porsche. Był kimś w mieście...  Był... 
No właśnie - był... 

Zwolnił  starych  pracowników,  a  w  ich  miejsce  zatrudnił 

młode, dynamiczne osoby. Czy 

 

background image

zostaną  z  kapitanem,  kiedy  okręt  będzie  tonął  i  spróbują 

uratować, co się da? 

Stara załoga zostałaby, pracowałaby dalej nawet za mniejsze 

pieniądze,  bo  ci  ludzie  identyfikowali  się  z  firmą.  A  nowi? 
Odlecą jak wędrowne ptaki. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby 
to przewidzieć. 

background image

Lena miała przenocować u Grit. Umówiły się, że właśnie u 

niej się zatrzyma. Chciała wykorzystać okazję na odbudowanie 
poprawnych relacji z siostrą. 

Ale zdaje się, że Grit zapomniała, co ustaliły, albo nie chciała 

pamiętać.  Lenie  zrobiło  się  bardzo  przykro.  Musiała  jednak 
przełknąć tę gorzką pigułkę. 

Sama nie wiedziała, dlaczego wciąż tak to przeżywa. Powinna 

sobie  oszczędzić  negatywnych  emocji.  Niestety,  inaczej  nie 
umiała, po prostu nie potrafiła być obojętna. 

Przejechała  samochodem  obok  hurtowni.  Na  nowoczesnym 

szyldzie  widniał  wykonany  bezosobowymi  literami  napis 
„Fahrenbach", tylko tyle, nic więcej. Stojąc przed budynkiem, 
można by pomyśleć, że za tymi białymi murami mieści się na 
przykład agencja reklamowa. 

 

background image

Spojrzała  na  pierwsze  piętro.  Drugie  i  trzecie  okno  z  lewej 

strony, tam było kiedyś jej biuro, a tuż obok biuro taty. 

Poczuła  bolesne  ukłucie,  kiedy  przypomniała  sobie,  jak 

Frieder już następnego dnia po przejęciu hurtowni wyrzucił ją z 
pracy. 

Nie, nie może o tym myśleć, ból jest coraz silniejszy i zalewa 

ją jak fala. 

Drżącą ręką przekręciła kluczyk w stacyjce i odjechała. 
Chciała  jeszcze  spojrzeć  na  rodzinną  willę,  którą 

odziedziczyła  Grit  i  pośpiesznie  sprzedała  z  całym 
wyposażeniem. 

Jeszcze kiedy żył tata, Grit w kółko powtarzała, jak ważny jest 

dla niej ten dom, a po cichu planowała już jego sprzedaż. 

Jadąc  do  rodzinnej  willi,  minęła  budynek,  w  którym  miała 

kiedyś  swoje  mieszkanie.  Był  to  piękny  dom  przy  spokojnej 
ulicy.  Lena  nie mogła  sobie  teraz  wyobrazić, że naprawdę tu 
mieszkała i nawet dobrze się czuła. 

Wydawało jej się to niemożliwe, jakby zdarzyło się w jakimś 

innym życiu. 

Pojechała dalej. Zatrzymała się dopiero przed dawną rodzinną 

willą. Stała pośrodku parku. 

 

background image

W tym domu dorastała, ale kiedy teraz na niego patrzyła, nie 

czuła  nic. Żadnej  tęsknoty ani  chęci,  żeby  wejść  do  środka  i 
jeszcze raz wszystko obejrzeć. 

Jej matka dawno wyprowadziła się z tego domu. Dopóki żył 

ojciec, Lena przychodziła tu dość często. 

Po śmierci ojca nie czuła się już związana z willą, w której 

wszyscy razem mieszkali, ale nie byli szczęśliwi. To przez jej 
matkę, skoncentrowaną na sobie egoistę. Lena była szczęśliwa 
tylko  z  ojcem.  Robił  wszystko,  żeby  dać  dzieciom  miłość, 
której tak potrzebowały. Ale sam cierpiał. Został zdradzony i 
opuszczony.  Dopiero  dużo  później  odnalazł  miłość  życia. 
Skrywał ją przed nimi. A kiedy już mógł się do niej przyznać i 
poślubić wybrankę swojego serca, zabrała go śmierć. 

Lena  przez  przypadek  odkryła,  kim  była  jego  wybranka. 

Spotkała  doktor  von  Orthen  na  cmentarzu,  kiedy  kładła  na 
grobie  jej  ojca  czerwoną  różę.  Christina  von  Orthen  była 
pierwszym  gościem  w  apartamentach  na  Słonecznym 
Wzgórzu.  Ciekawe,  co  u  niej  słychać?  Czy  przebolała  już 
utratę wielkiej miłości? 

 

background image

Szkoda,  że  nie mają  ze  sobą  kontaktu.  Pani  von  Orthen  nie 

chciała tego, a Lena musi uszanować jej decyzje. 

Dlaczego  ojciec nigdy z  nią  o niej  nie rozmawiał? Przecież 

byli sobie tacy bliscy. 

Poczucie  obowiązku  kazało  mu  odłożyć  miłość  na  później. 

Najpierw chciał przygotować synów do przejęcia  dzieła jego 
życia. Mógł sobie tego oszczędzić. Stracił tylko czas. 

Frieder odrzucił wszystko, czego nauczył się do ojca, a Jörg... 
Lena uruchomiła silnik i odjechała. 
Nie  chciała  już  myśleć  o  przeszłości,  o  tym,  co  by  było, 

gdyby...  Najchętniej  nigdy  by  tu  już  nie  wracała.  Niestety, 
będzie  musiała  przyjechać  jeszcze  raz,  ale  wtedy  pojedzie 
prosto do doktora Limmera, a od niego od razu autostradą do 
domu. 

Teraz  też  skieruje  samochód  na  autostradę.  Musi  jeszcze 

wstąpić  do  cukierni  po  szampańskie  trufle  dla  Sylvii  i 
mieszkańców posiadłości. 

Ciekawe, czy Inge Koch też lubi trufle? Jeśli tak, to jakie? 
Raczej lubi. 
Zawsze  chętnie  kosztuje  wypieki  Nicoli.  Lena  spokojnie 

może z nich zrezygnować. 

 

background image

Jeśli  znajdzie  miejsce  do  parkowania,  to  wstąpi  na  kawę. 

Strasznie  rozbolała  ją  głowa,  a  boli  ją  bardzo  rzadko.  To  z 
emocji, trochę za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Spotkanie z 
rodzeństwem, które traktuje ją jak obcą, szczególnie dało jej się 
we znaki. 

Obcą? 
Dla Friedera jest już tylko powietrzem. 
To boli, bardzo boli. 
Z trudem powstrzymywała łzy. 
Kiedy podjechała pod cukiernię, zwolniło się akurat miejsce 

tuż  przed  wejściem.  Dobry  znak.  Napije  się  kawy,  a  potem 
ruszy prosto do domu, do swojego świata, swojego raju. 

background image

Po powrocie pokrótce opowiedziała, co się wydarzyło. Potem 

chciała pobyć sama. 

Podróż  była  męcząca,  ale  po  błogiej  kąpieli  w  pachnącej 

lawendzie szybko odzyskała siły witalne. 

Nie  mogła  jednak  zapomnieć  spotkania  z  rodzeństwem. 

Obojętność Grit, jej przerażający wygląd i chłód Friedera... 

Lena  tęskniła  za  zgodą  w  rodzinie.  Bolał  ją  brak  harmonii. 

Zboczyli z właściwego kursu. Tylko jak go teraz odnaleźć? A 
może wcale go nie szukać? Nie martwić się i nie przejmować? 

Nie, nie potrafi. 
Wyszła  z  wanny,  wytarła  się  starannie  ręcznikiem  i 

nasmarowała  balsamem.  Założyła  miękki  szlafrok  z  białej 
flaneli  w  niebieską  kratkę  i  poszła  do  gabinetu,  dawnego 
pokoju  ojca.  Usiadła  w  fotelu,  podciągnęła  nogi.  To  było 
ulubione 

 

background image

miejsce  ojca.  Ona  tu  przychodzi,  kiedy  ma  problemy  albo 

chce  być  blisko  ojca.  Dzisiaj  zdecydowanie  jest  jej  to 
potrzebne. 

Wizyta  u  doktora  Limmera  obudziła  w  niej  wspomnienia, 

tęsknotę  za  ojcem,  najwspanialszym  i  najbardziej 
wyrozumiałym  człowiekiem  na  świecie.  Los  tak  szybko  go 
zabrał. Oparła brodę na kolanach. 

Jak wiele wydarzyło się od śmierci taty. 
Frieder doprowadził firmę do ruiny. Grit oszpeciła się i stała 

się  wyrachowaną  egoistką.  Dla  kochanka  zostawiła  męża  i 
dzieci. Doris i Jörg się rozwiedli. Jörg zaginął, tak, właśnie tak, 
zaginął, nie zginął! 

Ona  odnalazła  Thomasa  i  straciła.  Teraz  kocha  Jana...  Czy 

kiedyś  go  poślubi,  będzie  miała  z  nim  dzieci  i  razem  się 
zestarzeją? 

Nikt  nie  ma  zagwarantowanego  prawa  do  zestarzenia  się  z 

ukochanym.  Przekonał  ją  o  tym  przypadek  Sylvii.  Martin  i 
Sylvia byli tacy szczęśliwi i byliby do końca swoich dni, gdyby 
nie ten szaleniec za kierownicą. 

Trzeba  żyć  i  cieszyć  się  chwilą.  Dlaczego  nie  jest  to  takie 

proste?  Dlaczego  trzeba  myśleć  o  jutrze,  planować  każdy 
dzień? Dlaczego ludzie 

 

background image

tacy właśnie są?  „Zwierzętom jest  łatwiej  - pomyślała  - nie 

wiedzą, co to jutro". 

Tęskniła za Janem. Szkoda, że nie ma go teraz przy niej. Od 

razu schowałaby się w jego ramiona i poddała czułościom. On 
umiałby  ją  pocieszyć,  zasypałby  pocałunkami  i  zaraz 
zapomniałaby o przykrościach mijającego dnia. 

Ale  Jan  jest  daleko,  gdzieś  w  Boliwii.  Trudno  się  z  nim 

skontaktować.  Czasem  przyjdzie  od  niego  wiadomość,  ale 
nawet nie może mu odpowiedzieć. Zazwyczaj ma wyłączoną 
komórkę. Pewnie dlatego, że nie może złapać zasięgu. 

Zrobiła drinka i usiadła przed telewizorem. Telewizję mogła 

sobie  jednak  odpuścić.  Nie  było  nic  na  tyle  interesującego, 
żeby odwrócić jej uwagę od ponurych myśli. Czytać nawet nie 
próbowała. Może muzyka? Ale co? Nie, muzyka też nie... 

Szkoda, że nie ma przy niej tego małego czarnego kotka. Lena 

sama nie wiedziała, dlaczego wciąż o nim myśli. 

Byłoby  wspaniale  przytulić  się  do  ciepłego  małego  ciałka  i 

posłuchać mruczenia. 

Co  za  głupota  tak  się  nakręcać.  Kot  nie  pojawia  się  już  od 

kilku dni. Poza tym na pewno nie 

 

background image

jest takim milutkim, grzeczniutkim, mruczącym kotkiem. To 

zwykły dzikus - zawsze czujny, gotowy do ataku. Taki nie daje 
się tak po prostu głaskać. Kiedy tu jeszcze przychodził, Lena 
nawet nie zdążyła go dotknąć, a już uciekał. A psy? 

Hektor już śpi u Daniela, a Lady poszła razem z nim. 
Od razu pokochała te psy. 
Szkoda, że nie ma ich teraz przy sobie. Ale przecież nie może 

wybić  zwierząt  z  utartego  rytmu  tylko  dlatego,  że  jest 
sentymentalna i czuje się samotna jak palec. 

Dlaczego tak się czuje? Przez rodzeństwo. W zasadzie może 

wiele  znieść,  ale  tu  chodzi  o  jej  najbliższych,  którzy  zrobili 
dzisiaj  wyjątkowe  przedstawienie.  Frieder  chciał  wymusić 
pieniądze,  które  i  tak  by  mu  nie  pomogły,  nawet  gdyby  je 
dostał.  A  Grit?  Dla  niej  liczy  się  tylko  ten  jej  amant.  Nie 
znalazła nawet czasu, żeby pójść z siostrą na kawę. Dlaczego 
wciąż się temu dziwi? 

Pozwoliła, żeby Holger wyprowadził się do Kanady i zabrał 

ze sobą dzieci. Która matka rezygnuje z własnych dzieci? 

 

background image

Lena wstała, chodziła niespokojnie w tę i z powrotem, zrobiła 

sobie  herbatkę  uspokajającą,  choć  i  tak  wiedziała,  że  jej  nie 
pomoże. Nic nie jest w stanie jej uspokoić. Miała wrażenie, że 
jest jak beczka z prochem i zaraz eksploduje. Czuła napięcie w 
każdej  części  ciała.  Wspomnienia  z  przeszłości,  wizyta  w 
mieście, w którym spędziła tyle lat, wszystko dało jej się we 
znaki,  choć  samo  miasto  nie  miało  już  dla  niej  żadnego 
znaczenia, bo tu, w posiadłości, odkryła swój raj na ziemi. 

Poszła  z  herbatą  do  biblioteki,  ponownie  usiadła  w  fotelu  i 

wpatrywała się w czarny otwór kominka. Zwykle przyjemnie 
trzaskał  tu  ogień.  Lubiła  tańczące  w  kominku  płomienie,  ale 
dzisiaj nie miała siły w nim rozpalić. 

Na nic nie miała ochoty. 
Zastanawiała się, czy pójść do Dunkelów, żeby nie siedzieć 

samej. Nagle zadzwonił telefon. 

Kto to może być? Odezwała się niemrawym głosem. Kiedy 

jednak się zorientowała, kto dzwoni, jej nastrój zmienił się w 
jednej chwili. 

Nie do wiary! Tego się nie spodziewała. Jan! A ona myślała, 

że jej mężczyzna jest gdzieś z dala od cywilizacji. 

 

background image

-  Kochanie,  nareszcie  mogę  do  ciebie  zadzwonić.  Bardzo 

tęskniłem za twoim głosem i oczywiście za tobą. Co u ciebie? 

Opowiedzieć mu, co dzisiaj przeżyła, skoro ma go wreszcie 

na linii? „Ani mi się śni - pomyślała Lena. - Nie będę go teraz 
obarczać moimi smutkami". 

Precz z nimi! Niech wiatr rozwieje je na cztery strony świata! 
Jan, za którym tak tęskniła, dzwoni do niej. Może wyczuł, jak 

bardzo go teraz potrzebuje. 

Jej milczenie wydało mu się podejrzane. 
-Kochanie... 
Lena roześmiała się. 
- U mnie wszystko w porządku - pospieszyła z odpowiedzią. - 

Powiem  nawet,  że  doskonale,  bo  wreszcie  słyszę  twój  głos, 
wreszcie mogę ci powiedzieć, że bardzo cię kocham i że bardzo 
się za tobą tęskniłam. 

Jan nie znał jej od tej strony. Wcześniej nigdy nie była taka 

wylewna. 

- Leno - zapytał. - Czy ty coś piłaś? 
- Tak, herbatkę uspokajającą. Niepotrzebny mi alkohol, żeby 

się wspaniale czuć. Jestem pijana ze szczęścia. 

 

background image

Jest,  naprawdę  jest!  Jest  tak  szczęśliwa,  że  nie  da  się  tego 

wyrazić słowami... 

już nigdy nie pozwoli, żeby czyjeś zachowanie tak bardzo ją 

przygnębiło, nigdy i nikomu! Ma Jana, którego kocha, który ją 
kocha. Jak mogła choćby na chwilę o tym zapomnieć? 

-  Kochanie,  jutro  wracam  do  domu.  Moja  misja  skończona 

szybciej, niż myślałem. Nie mogę się już doczekać, żeby wziąć 
cię w ramiona, całować i czuć, że jesteś blisko. Leno, kocham 
cię i... 

Nagle rozległy się jakieś trzaski w słuchawce, a potem już nic 

nie było słychać. 

Koniec rozmowy. Już nie zadzwoni. W zasadzie powiedział 

wszystko. 

Jutro go zobaczy. Nie ma pojęcia kiedy, ale czy to będzie po 

południu, wieczorem czy w nocy, nie ma żadnego znaczenia. 
Najważniejsze, że przyjedzie. 

background image

Kiedy Lena kładła się do łóżka i chciała zgasić światło, zdała 

sobie  nagle  sprawę,  że  do  tej  pory  nie  postawiła  na  nocnej 
szafce żadnego zdjęcia Jana. W sumie nigdzie go nie miała - 
ani tu, ani w innych pokojach, ani też na biurku w destylarni. 

Dziwne,  bo  zdjęcia  Thomasa  znajdowały  się  niemal 

wszędzie.  Nawet  jeśli  wyjeżdżała,  zabierała  ze  sobą  srebrną 
ramkę  z  jego  fotografią.  Dawało  jej  to  poczucie  bliskości  z 
ukochanym.  Nieustannie  wpatrywała  się  w  jego  zdjęcia,  po-
grążając się w marzeniach. 

Dlaczego nie robiła tak w wypadku Jana, nowego mężczyzny 

w  jej  życiu?  Przecież  go  kochała.  Nie  potrafiła  sobie  tego 
wytłumaczyć. 

Może dlatego, że z Janem widywała się częściej i mogła się 

nacieszyć jego obecnością. Dzięki temu nie musiała spoglądać 
na jego zdjęcie. 

 

background image

W  każdym  razie  cudownie,  że  Jan  często  przyjeżdżał  na 

Słoneczne Wzgórze, że razem organizowali sobie czas wolny i 
że  on  wspierał  ją  we  wszystkim,  bez  robienia  wokół  tego 
zbędnego szumu. 

Nie  wahał  się  ani  przez  sekundę,  kiedy  poprosiła  go,  aby 

poleciał do Australii, żeby poszukał Jorga i ustalił ewentualne 
miejsce  jego  pobytu.  A  przecież  wyjazd  do  Australii  to  nie 
wypad do knajpki za rogiem. 

Biedny Jórg... 
Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Jórg  wyruszył  w  swoją  podróż 

dokoła  świata  pełen  energii,  radości  i  chęci  przeżycia 
przygody.  Niewyobrażalne,  że  okrutny  los  dopadł  go  w  tak 
krótkim czasie... Nowa Zelandia, Australia, dalej nie dotarł. 

Lena  nie  dowierzała,  że  nie  żył.  Wmawiała  sobie,  że  tylko 

zaginął. Złudna nadzieja! 

Aczkolwiek jej nie traciła, ponieważ na razie nie odnaleziono 

jego ciała. 

Zgasiła  światło  i  przekręciła  się  na  bok.  Powędrowała 

myślami do Jana, cudownego mężczyzny, który dosłownie i w 
przenośni nosił ją na rękach, z którym łączyło ją wiele rzeczy... 
Kochała go. 

 

background image

Po bolesnym rozczarowaniu się Thomasem nie sądziła, że w 

jej życiu kiedykolwiek pojawi się ktoś inny. A jednak... 

Jan  zakochał  się  w  niej  od  pierwszego  wejrzenia  i  to  on 

uparcie  o  nią  zabiegał,  wierząc  w  ich  wspólną  przyszłość. 
Darzył  ją  silnym uczuciem, jeszcze  kiedy była z  Thomasem, 
zdawało się murowanym kandydatem na męża. 

Kiedyś  wzdychała  do  Thomasa.  On  był  całym  jej  światem. 

Niestety,  ich  miłość  pękła  jak  bańka  mydlana,  okazało  się 
bowiem, że ją oszukiwał. W Ameryce mieszkał z żoną Nancy. 
Któż wie, czy nie mieli dzieci... 

Nie! 
Nie będzie myślała o Thomasie Sibeliusie. 
Teraz liczył się tylko Jan. Nikt więcej. 
Dlaczego wciąż ma różne rozterki? 
Wstała i zeszła na dół do kuchni, żeby zaparzyć sobie zioła. 

Nicola zaopatrzyła ją w specjalną miksturę złożoną z melisy, 
korzeni lukrecji, skórki cytryny, rumianku, kopru włoskiego... 
Ulała,  wybuchowa  mieszanka!  Po  spożyciu  takiej  herbatki 
będzie spać jak suseł. 

Lena  wstrząsnęła  buteleczką  i  przeszła  z  dużym  kubkiem 

ceramicznym do biblioteki. Tam 

 

background image

rozsiadła się wygodnie w fotelu i z nudów włączyła telewizor. 
Przeskakiwała z kanału na kanał i przypadkiem trafiła na film 

kryminalny. 

Będzie go oglądać, dopóki nie dopije herbaty. No chyba że ją 

zainteresuje.  Istniała  taka  szansa,  ponieważ  lubiła  głównego 
aktora, występującego w tej brytyjskiej produkcji. 

Zapatrzyła  się.  Wartka  akcja  sprawiła,  że  zapomniała  na 

moment o Janie i Thomasie. 

Kiedy film się skończył, zakopała się w miękkiej kołdrze. No 

i znowu zaczęła myśleć o Janie. 

Koniecznie  musi  go  poprosić  o  kilka  zdjęć.  Albo  sama  mu 

jakieś pstryknie... 

Zasnęła z błogim uśmiechem na twarzy. 

background image

Po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  zapadła  w  głęboki,  z 

początku bardzo przyjemny sen. Ałe obudziła się zlana potem. 
Dygotała  z  rozkoszy  i  trwogi  zarazem,  gdyż  był  bardzo 
realistyczny. 

Biegła z Janem przez piękną, pokrytą dywanem kwiatów łąkę. 

Trzymali się za ręce. Świeciło słońce. Jego złociste promienie 
rozjaśniały  ich  twarze.  Świerszcze  cykały  w  rytm 
sentymentalnej muzyki, kolorowe motyle latały w powietrzu, a 
ważki  tańczyły  nad  małym,  wartkim  strumykiem 
przepływającym przez łąkę. 

Rozpierało ją szczęście... Nagle Jan puścił jej rękę, odskoczył 

gdzieś w bok i rozpłynął się w nicości. 

Lena  próbowała  go  wołać,  ale  nie  mogła  wydobyć  z  siebie 

głosu.  Wtem  coś  świsnęło  jej  koło  ucha.  Odwróciła  się  i 
zobaczyła Friedera, który 

 

background image

z zaciętą miną ciskał w nią nożami. Wprawdzie chybił, ale i 

tak ogarnął ją strach. 

Chciała prosić brata, żeby przestał. Nadaremnie. Jej gardło się 

zacisnęło.  Bardziej  coś  cicho  skrzeczała,  niż  artykułowała 
jakiekolwiek zrozumiałe dźwięki. 

Chciała uciec, lecz miała nogi jak z ołowiu. Uchylała się to w 

prawo, to w lewo, żeby żaden nóż nie wbił się w jej ciało. 

Słońce zaszło za chmury. 
Po  jego  blasku  nie  pozostał  nawet  ślad.  Kwiecista  łąka 

zmieniła się w podwórze. Było ciemno i zimno. Stała boso na 
jego środku ubrana tylko w piżamę. Zmarzła. 

Lena ocknęła się z zamyślenia. Mimo że jedynie odtwarzała 

ten sen, aż dostała gęsiej skórki. Szczęknęła zębami z zimna. 

Co  on  oznaczał?  Jak  interpretować  tę  senną  marę?  Że  jej 

szczęście z Janem jest pozorne? 

To, że Frieder rzucał w nią nożami, była w stanie zrozumieć. 

Ostatnio  raczej  nie  pałał  do  niej  braterskim  uczuciem.  Dla 
niego była gorsza od dżumy. 

Dlaczego Jan nie pospieszył jej z pomocą? Taka postawa do 

niego nie pasowała. 

 

background image

Ach,  nie  będzie  zaprzątać  sobie  tym  głowy!  To  bez  sensu. 

Pewnie  nadmiar  przykrych  doświadczeń  przywoływał  ten 
koszmar. 

Poza tym Nicola zawsze jej powtarzała: sen mara, Bóg wiara. 
Lena  zamknęła  oczy  i  próbowała  ponownie  zasnąć,  ale  nie 

mogła. 

Oddychała głęboko, liczyła owce, medytowała... Na próżno. 

Na nic zdały się wszystkie techniki relaksacyjne. 

Przypomniała  sobie  o  liście,  który  zapomniała  wysłać  do 

urzędu skarbowego, próbkach artykułów dla nowego klienta... 
Zleciła to Danielowi. Czy ta kartka nadal leżała na biurku? 

Nie  odebrała  jeszcze  zamówionej  książki.  I  co  z  tym 

butikiem?  Sprzedawczyni  mówiła,  że  do  niej  zadzwoni...  A 
może ustaliły, że to ona się do niej zgłosi? 

Niby błahe sprawy, a burzyły jej spokój. Ciągle odkładała je 

na później. 

Chce zasnąć! 
Jutro  przyjedzie  Jan...  Uporał  się  szybciej  z  reportażem  w 

Boliwii,  żeby  móc  się  z  nią  zobaczyć.  I  jak  ona  będzie 
wyglądać? Niewyspana, z workami pod oczami... 

 

background image

Im  bardziej  zmuszała  się  do  zaśnięcia,  tym  trudniej  jej  to 

przychodziło. Do diaska! 

Zapaliła światło i zerknęła na zegarek, ale zaraz je zgasiła. 
Niedawno  gdzieś  wyczytała,  że  jeśli  ma  się  trudności  z 

zaśnięciem,  nie  powinno  się  patrzeć  na  zegarek.  Głupie 
zabobony! 

W końcu znużona zasnęła. 
Rano czuła się jakby ktoś przepuścił ją przez wyżymaczkę. 
Zwlokła się z łóżka z nadzieją, że nie łapie jej przeziębienie. 
Poczłapała  do  łazienki.  Gorący  strumień  wody  z  prysznica 

stopniowo  przywracał  jej  energię.  Rozruszała  się  i 
uśmiechnęła. 

Na  dworze  było  zimno.  Wokół  domu  szalała  burza.  Wiał 

mroźny, porywisty wiatr. 

A jej serce było gorące niczym lawa. Dziś przyjedzie Jan! 
Poszła do kuchni i zaparzyła mocną herbatę. 
Właściwie  nie  miała  ochoty  na  jedzenie,  ale  zmusiła  się  do 

przełknięcia 

przynajmniej 

jednej 

kromki 

chleba, 

posmarowanej  przepyszną  marmoladą  brzoskwiniową,  rzecz 
jasna produkcji Nicoli. 

background image

Przy  śniadaniu  analizowała  strategie  biznesowe,  które 

ułatwiłby  jej  wykaraskanie  się  z  niewesołego  położenia. 
Kryzys  gospodarczy  uderzył  ją  po  kieszeni.  Obroty  znacznie 
spadły.  Poza  tym  musiała  wyrównać  straty  wynikłe  z  ogło-
szenia upadłości przez sieć Grosik. . 

Dlaczego w interesach szala przechyla się raz na jedną, raz na 

drugą stronę? Dlaczego nie ma stabilizacji? 

Lena była zmęczona ciągłą walką o byt. Kiedy zaczynało się 

układać i już wierzyła w sukces, nagle coś się waliło. 

Co 

by 

zrobiła, 

gdyby 

nie 

sprzedaż 

obrazów 

przedstawiających 

bitwy 

morskie? 

Sięgnęłaby 

dna. 

Zbankrutowałaby. 

Westchnęła  i  nalała  sobie  kawy.  Jeszcze  nie  przejrzeli 

wszystkich  mebli  po  jej  przodkach.  Kto  wie,  może  znowu 
nastąpi cud i znajdą kolejną porcję skarbów? 

Zachichotała. Mrzonki. Marzenie ściętej głowy. Powinny się 

cieszyć, że w ogóle szczęście się do niej uśmiechnęło. 

Posmarowała  marmoladą  drugą  kromkę  i  wyjęła  z  lodówki 

jogurt. W końcu apetyt rośnie w miarę jedzenia. 

background image

O której przyjedzie Jan? Zdążyła o tym pomyśleć, gdy ktoś 

nacisnął klamkę. 

Pewnie Nicola chce jej coś powiedzieć. 
- Jestem w kuchni - zawołała. 
Słychać  było  kroki,  a  potem  w  drzwiach...  stanął  Jan. 

Osłupiała.  Tradycyjnie  był  w  dobrym  humorze.  Prezentował 
się  oszałamiająco.  Miał  na  sobie  skórzaną  kurtkę,  czarne 
dżinsy i golf, czyli standardowy strój, który notabene bardzo do 
niego pasował. Jakby ktoś go dla niego zaprojektował. 

Wpatrywała się w niego jak w obraz. Nie przypuszczała, że 

zobaczy go tak wcześnie rano. 

To znaczy, że nie dzwonił do niej z Boliwii, lecz z kraju, w 

którym miał między lądowanie. 

- Jan... 
Uśmiechnął się. 
- Moja piękna. Co za powitanie... Nie masz mi nic więcej do 

powiedzenia? 

Przysunął ją do siebie i mocno uściskał. 
Lena zamknęła oczy, oparła głowę o jego klatkę piersiową i 

napawała  się  aromatem  jego  wody  po  goleniu  -  drzewo 
sandałowe, odrobina trawy cytrynowej... 

background image

Nie potrafiła opisać słowami tego, co działo się w jej wnętrzu. 

Jan był przy niej. 

Uniósł delikatnie jej szczupłą twarzyczkę i pocałował czule. 
-  Zaoferujesz  zmęczonemu  repatriantowi  kawę,  serce  ty 

moje? 

- Oczywiście. Akurat przygotowałam jej trochę więcej. Podać 

jaśnie panu obfite śniadanko? 

- Nie, dziękuję. Zjadłem w samolocie. 
- Fajnie, że wróciłeś - szepnęła, siadając przy stole. 
-  Nie  mogłem  się  doczekać  powrotu.  Muszę  uporządkować 

moje życie na walizkach i skoncentrować się na reportażach, 
które  nie  wymagają  ciągłych  wyjazdów.  Po  paru  dniach 
dopadła  mnie  taka  tęsknota  za  tobą,  że  chciałem  rzucić 
wszystko w diabły. 

-  I  ja  ledwie  bez  ciebie  wytrzymuję  -  odpowiedziała  Lena, 

zdając sobie sprawę z tego, że raczej nic się nie zmieni. 

Jan  był  nienależnym  dziennikarzem  o  wysokich  ambicjach. 

Dąży  do  doskonałości.  Błyszczał  wśród  kolegów  z  branży. 
Zależało mu na nieustannym rozwoju zawodowym. A przecież 

background image

interesujące historie czerpie się głównie z zagranicy. O czym 

miałby  pisać  na  Słonecznym  Wzgórzu?  O  rocznym  walnym 
zgromadzeniu stowarzyszenia hodowców drobiu? 

- O czym myślisz, moja piękna? Lena spojrzała na niego. 
-  O  tym,  że  prawdopodobnie  pozostaniemy  przy  starym 

schemacie. Ty będziesz wyjeżdżał, a ja będę z utęsknieniem na 
ciebie czekać. Uwielbiasz swoją pracę i potrzebujesz zastrzyku 
adrenaliny... Co prawda wolałabym, żebyś się nie pchał w sam 
środek  międzynarodowych  afer  i  nie  przeprowadzał 
wywiadów z niebezpiecznymi typami. 

Zaśmiał się. 
- Brzmi groźniej, niż jest w rzeczywistości. Poza tym sławę 

zyskałem  dzięki  poważnym,  zakrawającym  na  naukowe 
dokumentom. Na przykład dzięki wielokrotnie nagradzanemu 
reportażowi o Stromboli, najaktywniejszym wulkanie naszego 
globu.  Albo  o  ponad  dziesięciometrowym  wodospadzie  w 
pobliżu Nowego Jorku. Odkryto, że w jego grotach od setek lat 
nie zapłonął żaden ogień. Albo o Los Padres, gdzie płomienie... 

background image

-  Więc  fascynuje  cię  ogień,  mój  strażaku...  -  weszła  mu  w 

słowo. 

-  Nie  ogień  sam  w  sobie,  lecz  jego  fenomen.  Sieje 

spustoszenie... Ojej, gadam jak belfer. Na koniec dodam tylko, 
że najbardziej interesuje mnie ogień naszej miłości. Oby nigdy 
nie zgasł! Kocham cię. 

Jan przyciągnął jej dłonie do ust i pocałował delikatnie. 
Lena westchnęła niesiona na skrzydłach szczęścia. 
- Ja też cię kocham - szepnęła zalotnie. 

background image

Jan od jakiegoś czasu mieszkał na Słonecznym Wzgórzu. W 

pokoju  gościnnym  urządził  dla  siebie  prowizoryczne  biuro. 
Specjalnie dla niego Lena skracała dzień pracy o kilka godzin. 

W  wolnych  chwilach,  jeśli  pogoda  na  to  pozwalała, 

oprowadzała go po okolicy. Spacerowali godzinami, jeździli na 
rowerze  przez  pola,  wieś  oraz  nowe  osiedle.  Pokazała  mu 
kapliczkę, zaprowadziła go na cmentarz. 

Dziś  chciała  pojeździć  wzdłuż  jeziora  i  zahaczyć  o  stanicę 

wodną. 

-  No,  jesteśmy  na  miejscu  -  powiedziała,  kiedy  dotarli  do 

ogrodzonej części jeziora. 

Odstawili rowery. Lena otworzyła furtkę i wprowadziła Jana 

do stanicy, z której można było korzystać także zimą, ponieważ 
zamontowali w niej ogrzewanie. 

background image

-  Cudo  -  zawołał  oczarowany  Jan.  -  Duża  i  przytulna 

powierzchnia. Dlaczego jej w ogóle nie użytkujecie? 

- Ależ użytkujemy, tyle że przede wszystkim latem. Dawniej 

tata  spędzał  tu  mnóstwo  czasu.  Siadał  na  tamtym  fotelu  z 
wysokim  oparciem  i  bocznymi  poręczami,  wpatrywał  się  w 
wodę i czytał... 

- Lena, stanica byłaby dla mnie idealnym zakątkiem do pracy. 

Nikt by mi tu nie przeszkadzał, natura inspirowałaby mnie do 
pisania, a w przerwach podziwiałabym piękne widoki... - Jan 
piał z zachwytu. - Tu mógłbym posegregować materiały, które 
zbieram do książki. 

Odwrócił się i wziął ją w ramiona. 
- Pani Leno Fahrenbach, czy wynajmie mi pani swoją stanicę? 
-  Panie  Janie  van  Dahlen,  udostępnię  ją  panu  nieodpłatnie, 

rzecz jasna, pod jednym małym warunkiem. 

- Jakim? 
Musi mi pan obiecać, że nie zabarykaduje się pan w niej na 

wieki i nadal będzie znajdował czas dla mnie. Przytulił ją. 

background image

- OK. Lena, a tak poważnie... Naprawdę chętnie przeniósłbym 

się tu z moimi bazgrołami. Tu nic nie będzie mnie rozpraszać. 

- Jak na podwórzu? 
- Coś w ten deseń... 
- Nie tłumacz się, kochanie. Rozumiem cię. Ale nie będziesz 

miał nic przeciwko, jeśli czasem będę do ciebie zaglądała? 

- No coś ty... Sprawisz mi tym ogromną radość. 
Lena ucieszyła się, że podobała mu się jej posiadłość. 
-  Chodź,  pokażę  ci  jeszcze  jedno  ładne  miejsce  -  zawołała 

dumnie. - To istny raj, szczególnie w lecie. 

Przebiegli  przez  pomost  i  przystanęli  przy  ławeczce, 

znajdującej się na jego końcu. 

- Tu - powiedziała - możesz zapomnieć o bożym świecie... 
Popatrzył na ławkę z konsternacją, bowiem w oczy rzuciły mu 

się wyryte inicjały L + T. 

- Thomas też chętnie tu przebywał - oznajmiła śmiało. - Na tej 

ławeczce czytaliśmy wiersze, snuliśmy plany na... 

Nie dał jej dokończyć. 

background image

-  Uhm,  ponadto  całowaliście  się  i  przyrzekaliście  sobie 

dozgonną miłość. 

Czyżby zżerała go zazdrość? 
- No tak. Przecież byliśmy zakochani... 
-  Najchętniej  wymieniłbym  tę  ławkę.  Lena  wybuchnęła 

śmiechem. 

-  Skarbie,  chyba  nie  jesteś  zazdrosny?  Nie  masz  powodu. 

Thomas to zamknięty rozdział. Jednak niektóre rzeczy będą mi 
go przypominać. To normalne... - Podwinęła rękaw i pokazała 
mu  wyrytą  na  nadgarstku  literę  T.  -  I  co  powinnam  z  tym 
zrobić? Obciąć sobie rękę? 

Objął ją. 
- Przepraszam, moja piękna. Przesadziłem. Zareagowałem jak 

szczeniak.  Ale  przyznaję,  że  przez  chwilę  byłem  zazdrosny. 
Nie tyle o Thomasa, co o czas, który spędził z tobą w tym ba-
jecznym miejscu... 

--- Przytuliła się do niego. 
-  Kotku,  przed  nami  tysiące  godzin,  dni,  miesięcy...  Z 

Thomasem  rzadko  się  widywałam.  Początkowo  jedynie  w 
ferie,  potem  rozstaliśmy  się  na  ponad  dziesięć  lat,  ponieważ 
moja mama namieszała między nami. Później on rzadko 

background image

przylatywał z Ameryki... Jan, przed nami całe życie. 
-  Dziękuję,  moja  piękna  -  szepnął,  składając  na  jej  ustach 

czuły pocałunek. 

background image

Przynaglony  kolejnymi  zobowiązaniami  zawodowymi  Jan 

musiał  niezwłocznie  wyjechać.  Nie  zdążył  przearanżować 
stanicy na swoje studio. Lena wpadła więc na pomysł, że go 
zaskoczy.  Zrobi  mu  niespodziankę.  Wyremontuje  po-
mieszczenie zgodnie z jego wizją. Ale się zdziwi, kiedy wróci. 
Cieszyła się na ten dzień. Lubiła, kiedy był przy niej. Kochała 
go  za  wszystko.  Był  nie  tylko  fantastycznym,  czułym 
kochankiem,  lecz  również  przyjacielem,  z  którym  można  się 
pośmiać i porozmawiać o problemach. 

Zamyślona Lena wolnym krokiem zmierzała do destylarni. 
Z  naprzeciwka  pod  górkę  jechał  na  rowerze  zasapany 

listonosz. 

-  Oj,  biedaczysko...  -  powiedziała  współczująco.  -  Teraz 

naprawdę zasłużył pan na filiżankę 

background image

kawy  u  Dunkelów.  Nicola  poczęstuje  pana  ciasteczkami 

migdałowymi. Upiekła je specjalnie dla pana. 

Mężczyzna rozpromieniał. 
-  Serio?  Super!  Przez  ten  pagórek  dostaję  zadyszki.  Bogu 

dzięki, że Nicola wynagradza mi jednak ten wysiłek. Zawsze 
ofiarowuje mi na odchodne torbę ze smakołykami. Fajnie, co? 

- Bardzo. Ma pan dla mnie pocztę? 
- Jasne. Przepraszam, zapomniałem. 
Dał jej stos kopert i odjechał pospiesznie do Dunkelów. 
Większość  listów  stanowiła  poczta  służbowa.  Jeden  jednak 

był zaadresowany bezpośrednio do Leny. 

Wyłowiła go spośród innych. 
Odwróciła  kopertę  i  przeczytała  nazwisko  nadawcy  -  Alf 

Koller,  nowy  mieszkaniec  Fahrenbach.  Kiedyś  ona  i  Sylvia 
postanowiły w ramach integracji powitać go chlebem i solą, a 
on  potraktował  je  z  pogardą  jak  jakieś  niedorozwinięte 
wieśniarki.  W  sumie  powinny  być  mu  wdzięczne,  że  ich  nie 
zaprosił. 

Potem spotkała go jeszcze raz. Przyszedł do niej w interesach. 

background image

Lena  odłożyła  pozostałą  pocztę  na  ławkę  obok  domu  i 

rozerwała kopertę. 

Bezczelność! No niepojęte! Co za draństwo! 
Otworzyła  drzwi,  rzuciła  listy  na  komodę,  założyła  kurtkę, 

wzięła kluczyki od samochodu i wybiegła. 

Odpaliła silnik i z piskiem opon ruszyła do gospody Sylvii, 

żeby wyżalić się swojej wiernej przyjaciółce. 

-  Z  nieba  mi  spadłaś  -  zawołała  Sylvia.  -  Pomożesz  przy 

karmieniu. Komu chcesz przytrzymać butelkę, księżniczce czy 
księciu? 

- Księżniczce - odparła Lena, podążając za nią. 
Sylvia postawiła przy ich stałym stoliku parawan i urządziła 

tam  kącik  dla  bobasów.  Dzięki  temu  mogła  pracować  i 
jednocześnie zajmować się dziećmi. 

- Już je przewinęłam. Musimy je tylko nakarmić. Lena wyjęła 

Amalię z łóżeczka. Pogładziła ją 

delikatnie po główce. Przeczesała palcami jedwabiste włoski. 

Przeszył  ją  przyjemny  dreszcz.  Obudził  się  w  niej  instynkt 
macierzyński. 

Sylvia  podała  jej  butelkę.  Usiadły  na  ławce  przy  piecu 

kaflowym. 

background image

Dzieciaki od razu zaczęły jeść. 
- Moje dzieci są najcudowniejszymi okazami 
-  zachwalała  Sylvia.  -  Nie  krzyczą,  nie  płaczą  i  przesypiają 

niemal całe noce. 

-  Bo  się  nimi  odpowiednio  opiekujesz.  Nie  owijasz  je  w 

ochronny kokon i nie wystajesz przy nich całą dobę. 

-  Nie  mogłabym  sobie  pozwolić  na  taki  luksus.  Muszę 

zarządzać  gospodą.  Czasem  czuję  się  tak,  jakbym  miała 
rozdwojenie jaźni, ale w gruncie rzeczy cieszę się, że mam tę 
odskocznię.  Nie  zaniedbuję  moich  brzdąców,  a  przy  okazji 
realizuję się zawodowo. Nie wyobrażam sobie, żeby Amalia i 
Fryderyk  bawili  się  na  górze  z  opiekunką.  Dzieci  potrzebują 
matki. Poza tym nie skoncentrowałabym się na pracy, bo ciągle 
bym rozmyślała, co robią, czy płaczą... Uspokajają się, kiedy 
słyszą mój głos. 

-  I  kiedy  bierzesz  je  na  ręce...  -  zachichotała  Lena.  - 

Rozpieszczasz je. 

- A wy mi w tym w ogóle nie ustępujecie 
- odparła Sylvia. - Nieraz przyłapałam ciebie, Nicolę, Aleksa i 

Daniela,  jak  je  bujacie  na  rękach.  No  i  dobrze!  Przecież 
biedactwa nie mają ojca, to niech się napawają miłością innych 
ludzi 

background image

-  zająknęła  się.  -  Ach,  Leno,  Martin  byłby  szczęśliwy.  Tak 

wyczekiwał  naszych  dzieci.  Nienawidzę  samobójcy,  przez 
którego zginął. Oby smażył się w piekle! 

-  Sylvia,  przestań,  nienawiść  rujnuje  duszę.  Nie  powinnaś 

złorzeczyć temu mężczyźnie. Bóg go ukarze. 

-  Hm,  Bóg...  Nie  wierzę  w  jego  sprawiedliwość.  Dlaczego 

pozwolił  Martinowi  umrzeć?  Akurat  jemu,  człowiekowi 
wyciągającemu  do  wszystkich  pomocną  dłoń.  Gdyby  nie 
zastępował kolegi, nie padłby ofiarą tego wypadku. 

-  Sylvio,  stało  się...  Nikt  nie  wie  dlaczego.  Fryderyk  wypił 

kaszkę. Zapłakał. Widocznie 

było mu za mało. 
- Wystarczy, mój mały żarłoku - zawołała Sylvia, unosząc go 

do góry, żeby mu się odbiło. 

Przestał płakać. 
Amalia piła swoją porcję, robiąc sobie krótkie przerwy. 
Lena nie mogła się napatrzeć na maleństwa. 
Dziewczynka  dopiła  swoją  kaszę.  Lena  uniosła  ją  i  czekała 

cierpliwie, aż i jej się odbije. 

Zrelaksowała  się  przy  dzieciach  na  tyle,  że  zapomniała,  w 

jakim celu tu przyjechała. 

background image

Dopiero kiedy maluchy zasnęły, usiadła z Sylvia, przy kawie i 

coś  zaszeleściło  jej  w  kieszeni,  przypomniała  sobie  powód 
wizyty. 

Wyciągnęła list i przesunęła go po stole. 
- Przeczytaj! Koller mi go przysłał. -Ten Koller? 
-Dokładnie ten. 
-  Czego  chce?  Przecież  mówiłaś  mu,  że  nie  wydzierżawisz 

rewiru  łowieckiego  i  nie  udostępnisz  miejsca  do  cumowania 
łódki. 

- Przeczytaj... 
Sylvia rozłożyła list i zaczęła czytać. 
Szanowna Pani Fahrenbach, 
Pan Rhode sprzedaje swoją łódź. W związku z tym przejmuję 

jego miejsce na przystani. Od następnego miesiąca to ja będę 
przelewał na pani  konto pieniądze za wynajem. Zatem i  wilk 
syty, i owca cała. Mój problem się rozwiązał, a pani nie traci 
płynności finansowej. 

Z pozdrowieniami 
Alf Koller 
Sylvia upuściła kartkę. Aż otworzyła usta ze zdziwienia. 
 

background image

- Bezczelny! Co za przebiegły cham! Wyrzucisz go drzwiami, 

to wejdzie oknem. Kim jest Rhode? 

- Całkiem miły gość. Może sprzedaje łódkę, ale nie ma prawa 

odstępować  miejsca  do  cumowania.  Przecież  jest  lista 
oczekujących, o czym Koller doskonale wie. 

- Przekupił Rhode'a. I jeszcze miał czelność napisać do ciebie 

list... Co on sobie myśli, że kim jest? Ja bym go teraz załatwiła 
na szaro. Rhode złożył ci wymówienie? 

Lena potrząsnęła głową. 
- Więc skontaktuj się z nim i niech potwierdzi, że rezygnuje z 

wynajmu,  a  potem  podpisz  umowę  z  pierwszą  osobą  z  listy 
oczekujących. 

Lena pokiwała głową. 
- Powinnam tak zrobić, ale nie chcę wszczynać awantury. 
-  Ale  proszę  cię,  jakiej  awantury?  Ten  facet  niedawno 

sprowadził  się  do  Fahrenbach  i  zachowuje  się  tak,  jakby 
wszystko  do  niego  należało.  On  powinien  się  do  nas 
dostosować, a nie odwrotnie . Gdzie mieszka Rhode ?   

- Ma aptekę w Steinfeld. -Wyjaśnij tę sprawę. 

background image

Lena była skołowana. Była właścicielką portu jachtowego na 

wschodnim brzegu. Jej tata jasno określił, ile łódek może tam 
cumować. Nie chciał bowiem, żeby Fahrenbach przerodziło się 
Bad Helmbach, gdzie zamiast wody widać było jedynie łodzie. 
Podkreślał przy tym, że nie wolno naruszać tego przepięknego 
ekosystemu. 

-  Jedź  do  niego  natychmiast!  -  podpowiadała  jej  Sylvia.  - 

Wsparłabym cię, ale muszę zostać z brzdącami. 

Lena machnęła ręką. 
- Sama sobie poradzę... Nie pójdzie im ze mną tak łatwo! 
Wstała. 
-  W  drodze  powrotnej  wstąpię  do  ciebie  i  zdam  relację  - 

obiecała. 

- OK. 

background image

Lena  zaparkowała  przed  apteką  Cornelius.  Przez  okno 

wystawowe  zauważyła,  jak  aptekarz,  zobaczywszy  ją,  aż 
poczerwieniał. 

Cieszyła się, że w środku nie było klientów. 
- Dzień dobry, panie Rhode! - przywitała się z mężczyzną. 
- Dzień dobry, pani Fahrenbach! - odpowiedział, nie patrząc 

jej w oczy. 

  - Panie Rhode, z końcem miesiąca rezygnuje i pan z miejsca 

do cumowania na jeziorze. Pomijam fakt, że obowiązuje pana 
dłuższy okres wy-I powiedzenia, i zgadzam się na zwolnienie 
tego  j  miejsca.  Proszę  jednak  złożyć  w  moim  biurze  ! 
stosowne  pismo. Albo nie  - spiszmy je teraz.  Potrzebne  będą 
tylko  długopis  i  kartka  papieru.  Był  rozkojarzony  i 
zdenerwowany.   

- Tak, tak, oczywiście... Chwileczkę. Przyniósł notatnik. 

background image

- Proszę napisać, że dobrowolnie zrzeka się pan tego miejsca. 
Dłoń drżała mu niemiłosiernie. 
- Tak, pani Fahrenbach? 
Lena przeczytała uważnie kilka linijek, które napisał, skinęła 

głową, złożyła kartkę i schowała ją do torebki. 

-  Grzeczniej  byłoby,  gdyby  wcześniej  złożył  pan  to 

wymówienie u mnie, a nie... 

- Naturalnie, ale pan... - Przerwał. Otarł pot z czoła. 
- Pan Koller? Proszę się nim nie przejmować. Nie będzie ze 

mną tak pogrywał. Nie dostanie tego miejsca, ponieważ inni od 
dawna  na  nie  czekają.  Przypadnie  pierwszej  osobie  z  listy 
oczekujących. 

Popatrzył na nią z przerażeniem. 

- Nie... Nie może pani... 
- Bo co? Takie są reguły. Zna je pan. 
- Tak, ale... Ja... Zrezygnuję z tego miejsca, jeśli otrzyma je 

pan Koller. 

- Zaoferował panu pieniądze, panie Rhode? Bingo! Trafiła w 

dziesiątkę! 

Rhode złapał głęboki oddech i poprawił swój kołnierzyk. 
 

background image

  -  Interesy...  No,  nie  idą  najlepiej...  Dostało  się  nam, 

aptekarzom. Reforma zdrowia i apteki internetowe przyczyniły 
się do spadku obrotów... Pan Koller skusił mnie pokaźną sumą. 

-  Przykro  mi,  ale  nie  powiedzie  się  wam  ta  sztuczka,  panie 

Rhode. 

- Potrzebuję tych pieniędzy - skomlał. 
- Panie Rhode, nie mam zamiaru pana dobijać, ale chodzi o 

zasady. Mój tata brzydził się machlojkami i szachrajstwem, a ja 
zamierzam iść w jego ślady. 

- Pan Koller... 
- Pan Koller mnie nie interesuje. Nie zrobię dla niego wyjątku. 

Może  wreszcie  zrozumie,  że  nie  wszyscy  są  przekupni  i  nie 
wszystko da się załatwić za pieniądze. 

- Wymusiła pani na mnie to wymówienie... 
-  Nic  nie  wymusiłam.  Pan  Koller  napisał,  że  sprzedaje  pan 

łódkę.  Panie  Rhode,  rozumiem,  że  jest  pan  na  mnie  zły, 
ponieważ pokrzyżowałam panu plany. Ale proszę się postawić 
w  mojej  sytuacji.  OK,  nie  będę  panu  dłużej  przeszkadzać  w 
pracy. Do widzenia! 

Nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie i zaszył na zapleczu, 

jeszcze zanim opuściła aptekę. 

 

background image

Pewnie  się  wściekł.  Przez  nią  musiał  zrezygnować  z 

pokaźnego zastrzyku finansowego. No i dobrze! Spiskował za 
jej plecami. 

Lena wsiadła do samochodu i odjechała. 
Słusznie postąpiła. Gdyby nie była konsekwentna, tacy dranie 

bez wahania puściliby ją z torbami. 

Czy  powinna  odpisać  Kollerowi?  Po  co?  Rhode  mu  o 

wszystkim doniesie. 

background image

Przed destylarnią Lena natknęła się na Inge Koch. Świetnie 

prezentowała  się  w  czarnych  obcisłych  spodniach,  liliowym 
golfie  z  grubej  wełny  i  czarnej  sportowej  kamizelce.  Włosy 
zaczesała do tyłu i zebrała w kucyk. 

- Witam, pani Fahrenbach. Właśnie położyłam na pani biurku 

analizy i wyliczenia, o które pani prosiła. 

- Już się pani z nimi uporała? 
-  Tak.  Sprężyłam  się,  bo  sama  byłam  ciekawa,  na  czym 

stoimy. 

Lenie podobało się, że Inge identyfikowała się z firmą. 
- I jak stoimy? - zapytała Lena. 
-  W  porównaniu  z  zeszłym  miesiącem  wyszliśmy  na  mały 

plus. Rozliczenia są na górze. 

- Dziękuję. 
Lena szybkim krokiem przeszła do biura. 

background image

Poczuła  wyraźny  zapach  alkoholu!  Zdarzyło 

s

ie  to  już 

wcześniej,  ale  go  ignorowała,  gdyż  czasami  wypili  sobie  z 
Danielem po kieliszku wódki. 

Ale teraz zapach był jakby intensywniejszy. 
Czyżby Inge była alkoholiczką? 
Zapijała upadek firmy jej męża? Nie mogła przeboleć tego, że 

rzucił  się  pod  pociąg?  Przecież  uczęszczała  do  grupy 
terapeutycznej.  Może  te  spotkania  nie  przynosiły 
spodziewanego efektu? 

Jeśli chodzi o jej obowiązki, nie było się do czego przyczepić. 

Inge pracowała jak mrówka. 

Lena usiadła przy biurku. 
Wielu  alkoholików,  żeby  odwrócić  uwagę  od  nałogu, 

przywiązywało  dużą  wagę  do  wyglądu  zewnętrznego, 
czystości w mieszkaniu... Inge też tak postępowała. 

Dużo piła? Czy to kontrolowała? 
Lenie  przypomniała  się  bratowa,  która  w  Dorleac  coraz 

częściej  zaglądała  do  kieliszka,  ponieważ  czuła  się  samotna. 
Na  własne  oczy  widziała,  jak  dolewała  sobie  do  herbaty 
alkoholu. 

Doris zupełnie zmieniła swoje życie. Opuściła męża i winnice 

we Francji. Wzięła się w garść i zerwała z nałogiem. Kiedyś 
piła z nudów. Dziś 

 

background image

delektuje  się  lampką  wina  lub  szampana  przy  obiedzie  czy 

wystawnej kolacji. A jak jest z Inge? 

Może  nie  była  alkoholiczką?  W  każdym  razie  będzie  ją 

obserwować i jeśli jej podejrzenia się potwierdzą, rozmówi się 
z Inge. 

Milczenie  i  ignorowanie  problemu  tu  nie  pomoże.  A  ona 

chciała pomóc tej kobiecie. 

Zerknęła  na  wiersz  „Stopnie"  Hermanna  Hessego.  Jan 

podarował jej go w ślicznej srebrnej ramce. 

Może  skopiuje go  dla  Inge,  żeby uwolniła  się  od  demonów 

przeszłości? 

„Nuże więc, żegnaj i ozdrowiej, serce!" - tak brzmiał ostatni 

wers. 

Ten cytat stał się życiowym mottem Leny. 
Chociaż  nie  lubiła  SMS-ów,  sięgnęła  po  komórkę  i 

wystukała: „Mój kochany, smutno tu bez ciebie". 

Potem pogrążyła się w obliczeniach. 

background image

Ostatecznie  Lena  zdecydowała  się  odpowiedzieć  Alfowi 

Kollerowi. 

Szanowny Panie Koller, 
jak  dobrze  Panu  wiadomo,  przydzielanie  miejsc  do 

cumowania  zawsze  odbywa  sie

L

  według  zasad.  Istnieje  lista 

oczekujących.  Tym  samym  Pana  prywatne  uzgodnienia  nie 
mają mocy prawnej. 

Z wyrazami szacunku 
Lena Fahrenbach 
Pewnie będzie kipiał ze złości. Ale Leny to nie interesowało. 
Zabrzęczał  telefon.  Wyświetlił  się  numer  jej  szwagra 

Holgera. 

„Oby tylko nic nie przydarzyło się dzieciom", pomyślała. 
 

background image

Holger rozpoznał po jej tonie, że jest zdenerwowana, dlatego 

od razu ją uspokoił. 

- Cześć, dzieciaki mają się znakomicie. Muszę załatwić kilka 

spraw w macierzystej siedzibie firmy i prosiły mnie, żebym je 
ze sobą zabrał. Zwolniłem je ze szkoły, bo teraz nie ma ferii. 
Mógłbym je zakwaterować u ciebie? Maksymalnie na pięć dni, 
bo w tym czasie wypada weekend. 

- Holger, jeszcze pytasz? Tak, tak i jeszcze raz tak! Wspaniała 

wiadomość. Czy Irina też przyleci? 

Zwlekał sekundę. 
-  Nie.  Za  krótka  podróż.  Aczkolwiek  chciałbym,  żeby 

odwiedziła Niemcy. Przecież nie zna naszego kraju. 

-  Nie  ma  jakiś  zgrzytów  między  wami?  -  spytała  Lena, 

zaniepokojona niepewnością w jego głosie. 

- Nie. Jest tak, jak było. Przyjaźnimy się. 
-  Holger,  przecież  ty  chciałeś...  To  znaczy...  Po  rozwodzie 

zamierzałeś wyznać jej miłość. 

-  Wiem,  ale  za  wcześnie  na  takie  deklaracje...  Potrzebuję 

czasu.  Nie  potrafię  skakać  z  kwiatka  na  kwiatek.  Z  Grit  nie 
zawsze  było  tragicznie.  Jest  matką  moich  dzieci.  Najpierw 
muszę 

 

background image

przetrawić rozwód, żeby mieć czysty umysł, zanim zwiąże się 

z kimś na poważnie. 

Ponieważ Lena nie odpowiedziała, zapytał: 
- Uważasz mnie za pomyleńca? 
-  Nie,  za  rozsądnego  człowieka.  Niech  Grit  pluje  sobie  w 

brodę, że pozwoliła ci odejść. Po tylu podłościach znajdujesz 
jeszcze dla niej dobre słowo... Fantastycznie! 

-Ach,  Lena,  przykro  mi,  że  ona  nie  widzi,  jak  dojrzewają 

nasze cudowne dzieci. 

- Pożałuje tego... 
- Naważyła sobie piwa i sama będzie musiała je wypić. Dzieci 

coraz bardziej się od niej oddalając ona nie zabiega o kontakt z 
nimi. One wyczuwają jej obojętność. Kurcze, Grit jest przecież 
inteligentną kobietą. Powinna się zorientować, że ten facet na 
niej żeruje... 

- Kiedyś się ocknie i wtedy ją to naprawdę zaboli. 
Zadzwoniła komórka Holgera. 
- Lena, muszę kończyć. Mam kolejne połączenie. Jeszcze się 

odezwę i powiem ci dokładnie, kiedy przylatujemy. 

- OK. Cieszę się. Naprawdę. Chętnie gościmy na Słonecznym 

Wzgórzu Merit i Nielsa. 

 

background image

- A mnie? 
- Ciebie również, kochany szwagrze. Ty jesteś poza wszelką 

konkurencją. 

-1 to właśnie chciałem usłyszeć - zaśmiał się i rozłączył. 
Nicola  podczas  posiłku  było  nieco  markotna.  Zapewne 

poprawi  jej  humor,  gdy  powie,  kto  ich  niespodziewanie 
odwiedzi. Lena chciała przekazać nowinę osobiście. 

Wychodząc  z  biura,  omal  nie  zderzyła  się  z  Inge  Koch, 

spieszącą się do działu wysyłkowego. Podeszła do niej bliżej i 
dyskretnie ją powąchała. Nie czuła od niej alkoholu. 

-  Gdyby  ktoś  o  mnie  pytał,  jestem  u  Nicoli.  W  razie  czego 

biorę komórkę ze sobą. 

- OK. Zniosę paczki na dół i przełączę telefon do sekretariatu. 
Lena pokiwała głową i czym prędzej udała się do Dunkelów. 

Przy kuchennym stole oprócz Nicoli zastała Juriego. 

- Przyszłaś w samą porę. Chcesz gofra? 
- Nie, dziękuję. 
- Są pyszne - zachwalał Juri. 
Zmusił  się  do  uśmiechu,  lecz  wyraz  jego  twarzy  zdradzał 

panujący w jego sercu smutek. Nic 

 

background image

dziwnego, że się tak zadręczał. Od kilku tygodni mieszkał w 

czworakach i nic się nie zmieniło. 

Lena jednak nie była pewna, czy uczynił cokolwiek, żeby się 

wyleczyć. 

Już po kilku dniach wygonił terapeutów. 
Wprawdzie  w  holu  stało  piękne  pianino,  ale  Juri  omijał  je 

szerokim łukiem. 

Dlaczego  nie  próbował  zagrać?  Przełamałby  w  sobie 

blokadę...  Podobnie  jak  swojego  czasu  Isabella  stopniowo 
zaprzyjaźniał  się  z  mieszkańcami  Słonecznego  Wzgórza. 
Jednak nie mówił głośno o tym, co go gryzło i co wywołało w 
nim  tę  blokadę.  Lekarze  pozytywnie  zaopiniowali  fizyczny 
stan jego zdrowia. 

- No dobra, zjem jednego gofra - stwierdziła Lena i usiadła. - 

Juri, jak się pan miewa? Spacerował pan dziś z psami? 

-  Tak,  dwa  razy.  Hektor  i  Lady  powaliły  mnie  na  kolana. 

Rozkoszne zwierzaki. 

Prowadzili  ożywioną  dyskusję  na  temat  psów.  Lena 

opowiedziała mu, jak Lady trafiła na Słoneczne Wzgórze. 

-  Niewiarygodne!  -  krzyknął  skonsternowany.  -  Ludzie 

wrzucili to zwierzątko do studni, bo chcieli się go pozbyć? 

 

background image

-  Tak,  właśnie...  Młodzież  uratowała  Lady,  a  Martin  ją 

odkarmił.  Miał  świetną  rękę  do  zwierząt,  szczególnie  tych 
maltretowanych. Był znakomitym weterynarzem. 

- Był? Nie wykonuje już zawodu? 
-  Nie  żyje  -  odparła  zduszonym  głosem  Lena.  -  Samobójca 

wjechał w jego samochód. Nie miał żadnych szans... 

Nastała cisza. 
Juri poderwał się nagle, aż obie panie się wzdrygnęły. 
- Przepraszam...  -  wymamrotał  i wyskoczył na  zewnątrz jak 

oparzony. 

- Lena, rozumiesz coś z tego? - westchnęła Nicola. 
-  Domyślam  się,  że  przeżył  równie  traumatyczną  historię  i 

dlatego podświadomie unika grania na pianinie. 

- Dlaczego nie rozmawia o tym? Inaczej nie da się mu pomóc. 
- Może to dla niego zbyt bolesne... 
Lena  nie  chciała  dłużej  rozprawiać  o  Jurim.  Lubiła  tego 

rosyjskiego pianistę, którego przywiozła do nich Isabella. 

- Mam radosne wieści - zmieniła temat. 
 

background image

- Dostaliście duże zlecenie! - krzyknęła radośnie Nicola. 
-  Byłoby  super.  Niestety,  tych  intratnych  zleceń  jest  jak  na 

lekarstwo... 

- Jan ci się oświadczył? Roześmiała się. 
- Kochana, takich ważnych rzeczy nie robi się przez telefon. 
Aczkolwiek wcale by nie pogardziła taką formą oświadczyn. 
Jan wprawdzie wielokrotnie wyznawał jej miłość, snuł plany 

na  przyszłość,  lecz  nigdy  nie  poprosił  jej  o  rękę  i  nigdy  nie 
wspomniał o ślubie. 

Za wcześnie czy należał do tej grupy mężczyzn, dla których 

urzędowy papierek nie miał większego znaczenia? 

Ona marzyła o ślubie i wszystkim, co się z nim wiązało. W jej 

mniemaniu 

przysięga  małżeńska  była  zwieńczeniem 

prawdziwej  miłości.  Poza  tym  nie  chciała,  żeby  jej  dzieci 
zostały  poczęte  bez  ślubu.  Powinny  dorastać  w  normalnym 
domu, razem z mamą i tatą, którzy formalnie są małżeństwem. 

Bujała myślami w obłokach... 
 

background image

- Lena, czy ty śnisz na jawie? - zawołał Nicola. - Co chciałaś 

mi powiedzieć? 

- A... Holger przylatuje w interesach do Niemiec i przywiezie 

ze sobą dzieciaki. Będą nocować na Słonecznym Wzgórzu. 

- Serio! ? Kiedy i na jak długo? 
  -  Powiadomi  mnie,  kiedy  dokładnie,  a  zabawią  u  nas 

najwyżej pięć dni. 

- Co, tak krótko? - zmartwiła się Nicola. 
- Nicola, nie marudź. Nie mają teraz ferii. 
- Racja. Muszę pojechać do miasta. Kupię trochę materiałów i 

uszyję jakiś ciuszek dla mojego promyczka... Daniel już wie? 
A powiedziałaś Aleksowi? 

Nie,  Nicola,  ty  jesteś  pierwszą  osobą,  którą 

poinformowałam. Wiem, że ubóstwiasz dzieciaki, szczególnie 
Merit. 

- Nielsa też kocham. Ale z chłopcami jest inaczej... 
Nicola wstała. Krzątała się przy piecu. 
- Gofra i kawę? 
- Nie dziękuję. Muszę wracać do biura. Wiesz co, podeślę ci 

Inge. Ona nie odmówi. Wcina twoje słodkości na potęgę. 

Zwlekała chwilę. 
 

background image

Czy  powinna  podzielić  się  z  Nicolą  swoimi  podejrzeniami? 

Nie. Nie będzie rozsiewać niepotwierdzonych wiadomości. 

- Jeśli będziesz mogła się obejść bez Daniela, poproś go, żeby 

do mnie przyszedł... Aleks już pałaszuje swoją porcję gofrów. 
Mówię  o  tym,  żebyś  mi  nie  zarzuciła,  że  zaniedbuję  męża. 
Szkoda, że między Danielem i Inge nie zaiskrzyło. Pasowaliby 
do siebie. 

- Zgadzam się z tobą.   
- Cóż, nic straconego... 
Zanim wyszła, odwróciła się jeszcze raz. 
-  Wybij  to  sobie  z  głowy.  Daniel  podkreślał,  że  poza 

przyjaźnią nic ich nie łączy i nie będzie łączyć. 

- Racja. A jak on coś powie... 
-  Właśnie.  Dlatego  nie  zaprzątajmy  sobie  tym  głowy.  Do 

zobaczenia później, Nicola. 

Kiedy  szła  przez  podwórze,  zobaczyła  Juriego  idącego  z 

psami w kierunku rzeki. 

Przed czym uciekał? Dopadły go demony przeszłości? 

background image

Ponieważ  Jan  miał  spędzić  w  Wietnamie  co  najmniej  dwa 

tygodnie,  Lena  ucieszyła  się,  że  przyjedzie  do  niej  z  wizytą 
Christian. 

Czekając  na  niego,  przypomniała  sobie  ich  pierwsze 

spotkanie. Oznajmił jej wówczas, że jest jej bratem, a ona mu 
nie uwierzyła. Sądziła, że żartuje. 

Christian  był  pierworodnym,  nieślubnym  synem  jej  matki! 

Tuż  po  porodzie  podrzuciła  go  siostrze  bliźniaczce.  Nigdy  o 
nim nie wspomniała i teraz również nie chciała mieć z nim do 
czynienia. Christian bardzo pragnął poznać biologiczną matkę, 
a ona go odrzuciła. 

Frieder  i  Grit  wrodzili  się  w  nią.  Skupiali  się  wyłącznie  na 

sobie i własnych potrzebach. Egoiści. Rozpychali się w życiu 
łokciami i po trupach dążyli do celu. Rodzina nie miała dla nich 
żadnej wartości. 

background image

Christian  prawdopodobnie  odziedziczył  charakter  po  ojcu. 

Jego i Carlę Aranchez de Moreirę dzieliła przepaść. Byli jak 
dwa odmienne żywioły, woda i ogień. 

Na  dźwięk  zbliżających  się  kroków  Lena  podskoczyła  do 

drzwi i z radości rzuciła się Christianowi na szyję. 

-  Fajnie,  że  przyjechałeś  -  zawołała,  odbierając  bukiet 

kwiatów.  -  Nie  musisz  przywozić  mi  prezentów.  Przecież 
jesteś moim bratem i... 

- A dlaczego bracia nie mogą dawać prezentów? - wszedł jej 

w  słowo.  -  Lena,  jesteś  cudownym  człowiekiem.  Nigdy  nie 
zapomnę ci tego, z jaką łatwością przyjęłaś mnie do rodziny. 
Zaakceptowałaś człowieka, którego w ogóle nie znałaś. 

-  Normalka.  Nie  zrobiłam  niczego  nadzwyczajnego.  Wejdź 

do środka i rozgość się. Jesteśmy umówieni na dziś wieczór. 

Christian zarumienił się. Wiedział bowiem, dokąd pójdą. 
- Sylvia mówiła mi już, że zaprasza nas do siebie. 
Lena  wiedziała,  że  ci  dwoje  dość  często  rozmawiali  przez 

telefon. Czyżby coś się kroiło? 

 

background image

Doskonale  się  dogadywali,  chętnie  ze  sobą  gawędzili... 

Wszystko się może zdarzyć. Christian odstawił torbę. 

-  Och,  Lena,  u  ciebie  człowiek  wprost  odżywa.  Twoja 

posiadłość wydobywa cały mój optymizm. W tym raju aż chce 
się  oddychać  pełną  piersią.  Człowiek  przenosi  się  jakby  w 
inny, magiczny wymiar... 

- Cieszę się, że twoje odczucia są takie jak moje. Słoneczne 

Wzgórze  faktycznie  kryje  w  sobie  czarodziejską  moc.  Nie 
wyobrażam sobie, żebym mogła mieszkać gdzie indziej. Tu są 
moje korzenie. Stąd wywodzą się moi przodkowie. 

Wzięła go pod rękę. 
- Czego się napijesz? Głodny jesteś? 
- Wody i kawy. Wolę się nie najadać. Sylvia zaserwuje obfite 

menu.  Oczywiście  złożone  z  potraw  portugalskich,  a  posiłek 
będzie nam umilać fado. 

-  Razem  z  Martinem  fascynowali  się  tym  gatunkiem 

muzycznym.  Zresztą  Amalię  nazwali  na  cześć  portugalskiej 
pieśniarki  Amalii  Rodrigues...  Ten  kraj  odgrywa  w  jej  życiu 
szczególną  rolę.  W  Portugalii  spędziła  zarówno  naj-
szczęśliwsze, jak i najsmutniejsze chwile. 

background image

Pokiwał głową i podążył za nią do kuchni. 
-  Opowiadała  mi  co  nieco.  W  Portugalii  byli 

w

  podróży 

poślubnej, na urlopie, no i tam rozsypała prochy męża. 

Lena oniemiała. 
Sylvia zwykle nie była zbyt wylewna, raczej nie opowiadała o 

prywatnych  sprawach.  Tylko  że  Christiana  w  zasadzie  od 
początku obdarzyła niebotycznym wprost zaufaniem. 

Lena  ustawiła  na  stole  stare,  piękne  filiżanki  z  porcelany. 

Odziedziczyła  je  po  prababci.  Włączyła  ekspres  do  kawy  i 
nalała bratu wody. 

- Skoro Sylvia wyprawia typowo portugalską kolację, śmiem 

przypuszczać,  że  pomału  pokonuje  ból  po  utracie  męża. 
Dotychczas  stroniła  od  rozmów  o  Portugalii  i  fado.  Wiesz, 
braciszku, pozytywnie wpływasz na jej samopoczucie. 

Zakłopotał się. Nerwowo zamieszał kawę. 
- Ja... Co masz na myśli? 
- Sylvia nie otwiera się szybko na obcych. Od śmierci Martina 

dodatkowo zamknęła się w sobie. A tobie od razu zaufała i na 
dodatek zwierza ci się z problemów. 

-  Sylvia  jest  wspaniałą  kobietą.  Swobodnie  się  z  nią 

rozmawia. Nigdy się nie nudzimy. 

 

background image

Lenę  korciło,  żeby  zapytać,  czy  zrodziło  się  między  nimi 

jakieś uczucie. Ale  powstrzymała te  zapędy. Nie  chciała być 
niedyskretna. 

Christian podjadał ciasteczka orzechowe. 
- O Chryste Panie, pyszne są. Aż grzech ich nie spróbować... 

Lena, odstaw ten talerz, bo nie ręczę za siebie. 

Z zadowoleniem odchylił się do tyłu. 
- Zazdroszczę ci tej sielanki. Na Słonecznym Wzgórzu jest jak 

na wiecznym urlopie. 

- A więc sprowadź się tu. Mamy sporo wolnych pomieszczeń. 

Znajdziemy jakieś lokum na twój gabinet. 

-  Lenko,  na  razie  muszę  zaoszczędzić  trochę  pieniędzy.  W 

szpitalu, niestety, nie zarabia się wiele. Ale kiedyś na pewno 
zrealizuję to marzenie... Na razie będę odwiedzał ciebie i twój 
raj... Dziękuję Bogu, że mam taką możliwość. Cieszę się, że cię 
odnalazłem. To błogosławieństwo mieć taką siostrę jak ty. 

-  Braciszku,  wzbogaciłeś  swoją  osobą  moje  skromne  życie. 

Na szczęście nie wrodziłeś się w matkę. 

- Roberta wychowała mnie na porządnego człowieka. Ona i 

Carla są bliźniaczkami, a tak 

background image

zasadniczo różnią się od siebie... Może odziedziczyłem geny 

po babci albo po dziadku? 

- Albo po tacie? 
- Niewykluczone, choć nic o nim nie wiem. Łudziłem się, że 

nasza  matka  uchyli  rąbka  tajemnicy.  Tyle  że  ona  mnie 
przegnała... 

Lena napiła się kawy. 
- Nie przejmuj się. Tysiąc razy powtarzałam ci, że uważa się 

za pępek świata. Wszystko musi się kręcić wokół niej. Carla 
jest wszechświatem dla samej siebie. 

- Przykro ci z tego powodu, prawda? 
-  Nie.  Już  nie.  Kiedyś  bardzo  mnie  bolała  jej  oziębłość,  ale 

tata  wyleczył  mnie  z  melancholii.  Otoczył  niesamowitą 
miłością.  Podarował  kawałek  nieba.  Szkoda,  że  nie  żyje. 
Brakuje mi go. 

Popatrzyła na niego. 
- Chcesz jeszcze wody? 
- Nie, dziękuję. Jaki strój obowiązuje u Sylvii? Szykowny? 
-  Niekoniecznie.  Swobodny.  Możesz  zostać  w  dżinsach  i 

golfie. Prezentujesz się doskonale, braciszku. 

- Skoro tak uważasz... Hm, ulegnę pokusie i schrupię jeszcze 

jedno ciasteczko. Potem 

 

background image

zaniosę  torbę  na  górę.  Mam  dla  Sylvii  i  bliźniaków  małe 

upominki. 

- Ucieszy się. 
- Mam nadzieję... Pogniewasz się, jeśli nie zmyję naczyń? 
Lena wybuchła śmiechem. 
- Zastanowię się... Jakoś się sprężę i włożę je do zmywarki. 

Szykuj się, bo za godzinę wyruszamy. Serio mówię. Idziemy 
pieszo.  Nie  wsiadam  do  samochodu.  Zapewne  wypijemy  u 
Sylvii więcej niż jedną butelkę wina. Nie będę ryzykować. 

-  Pochwalam  twój  rozsądek,  siostrzyczko  -  stwierdził  i 

wyszedł z kuchni. 

„On i Sylvia?", zastanawiała się Lena. Byłoby super. 

background image

Ku uciesze Leny Christian większość czasu spędzał u Sylvii. 

Aby  ułatwić  im  zbudowanie  nieco  bliższych  relacji, 
zaproponowała, żeby poszli do kina, a ona i Nicola zaopiekują 
się bliźniakami. 

Naturalnie Christian i Sylvia bez mrugnięcia okiem przystali 

na jej propozycję. Szczególnie ucieszyła się Sylvia, ponieważ 
od narodzin dzieci rzadko opuszczała dom. 

Nicola  i  Lena  już  wielokrotnie  udowodniły,  że  świetnie 

sprawdzają  się  w  roli  opiekunek.  Rozpieszczały  Amalię  i 
Fryderyka  na  wszelkie  możliwe  sposoby.  Bujały  na  rękach, 
śpiewały piosenki, recytowały wierszyki i tańczyły wokół nich. 
Wymęczone  dzieciaki  zasnęły  w  ułamku  sekundy  z 
rozkosznymi wypiekami. 

Po  ułożeniu  ich  w  łóżeczkach  Lena  i  Nicola  rozsiadły  się 

wygodnie  w  salonie.  Nalały  po  lampce  czerwonego  wina  i 
odpoczywały. 

background image

Lena  z  lubością  przyglądała  się,  jak  Nicola  zajmowała  się 

dziećmi. Podziwiała jej cierpliwość oraz wrodzone zdolności 
pedagogiczne.  Z  pewnością  byłaby  fantastyczną  mamą.  Dla-
czego  Yvonne  była  nieubłagana?  Dlaczego  nie  chciała  dać 
szansy  biologicznej  matce  i  poznać  jej  od  tej  lepszej  strony? 
Dlaczego nie potrafiła odciąć się od przeszłości? 

Lena dołożyła wielu starań, żeby ją przekonać, że Nicola nie 

miała innego wyjścia, musiała ją oddać do adopcji. 

- O czym myślisz? - spytała Nicola. 
Lena  otrząsnęła  się.  Nicola  nie  miała  bladego  pojęcia,  że 

Yvonne była jej córką. Zwracała się do niej jako do pani doktor 
Yvonne Wiedemann. 

Ach, gdyby wiedziała... 
- O Janie, Jórgu oraz Christianie i Sylvii. 
- Założę się, że ta dwójka niebawem stanie się parą. Christiana 

przyrównałabym  do  trafionej  szóstki  w  totolotku.  Lepszego 
kandydata na partnera Sylvia nie mogłaby sobie wyobrazić. 

- Racja. Gdyby tylko Christian osiedlił się w Fahrenbach... 
-  Dobrze  kombinujesz,  maleńka.  Przecież  może  się  tutaj 

świetnie realizować jako lekarz. 

 

background image

Przebudowalibyśmy  mu  gabinet  Martina.  Miałby  do 

dyspozycji  całe piętro.  Świetna  lokalizacja, zaplecze  jest  bez 
zarzutu. Czegóż chcieć więcej? Trzeba z nimi pogadać. 

-  Stop!  Nie  zagalopowałaś  się  trochę?  Niczego  nie 

przyspieszajmy.  Oni  sami  muszą  wyjść  z  taką  inicjatywą. 
Życzę im, żeby kroczyli tą samą ścieżką, ale pozwólmy im się 
dotrzeć. 

-  Pofantazjować  dobra  rzecz.  A  jak  ci  się  układa  z  Janem? 

Rzadko  do  nas  zagląda.  Thomas  częściej  przekraczał  próg 
naszego domu. 

Nicola zauważyła, że Jan się nieco izolował. Nie zintegrował 

się z mieszkańcami posiadłości. 

-  Musi  najpierw  lepiej  was  poznać.  Thomas  znał  was  od 

dziecka. 

- Słusznie. Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 
-  Ach,  tak...  -  Lena  wzruszyła  ramionami.  -  Trudno 

przewidzieć,  jak  potoczą  się  nasze  losy.  Na  razie  jest 
cudownie... Jeśli chodzi ci o to, czy mi się oświadczył, to nie, 
nie zrobił tego. Ale mnie kocha. Bardzo. 

- A ty? 
-  Ja  też  go  kocham.  Pomógł  mi  uporać  się  z  rozpaczą  po 

Thomasie. 

background image

Nicola łyknęła nieco wina. 
- Naprawdę zamknęłaś rozdział pod tytułem „Thomas"? 
Lena  odetchnęła  z  ulgą,  że  nie  musiała  odpowiedzieć  na  to 

pytanie, ponieważ w tym momencie do pokoju weszli Sylvia i 
Christian. Oboje w szampańskich nastrojach. 

- Fajny film? - zapytała Lena. 
- Nie byliśmy w kinie. 
- Co? Przecież... 
Sylvia umościła się w fotelu. 
- Po drodze skręciliśmy do małej winiarni i zagadaliśmy się. 

Potem doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu spóźniać się na 
film i gadaliśmy dalej. 

- Nigdy nie przytrafiło mi się coś takiego... 
- zarechotał Christian. 
- Właśnie namawiam Christiana, żeby się tu przeprowadził... 

Jutro  obejrzy  pomieszczenia  po  gabinecie  Martina  - 
powiedziała Sylvia. 

- Kapitalnie! - krzyknęła uradowana Nicola. 
- Parę minut temu dyskutowałyśmy z Leną o tym, że Christian 

mógłby zapuścić korzenie w Fahrenbach, że tak się wyrażę... 

-  Hola,  hola,  nie  rozpędzajcie  się  -  oponował  Christian.  - 

Naturalnie kusi mnie, by przenieść 

background image

się bliżej was... - Zerknął na Nicole. - Ty zwykle kwitujesz 

wszystko różnorodnymi powiedzonkami, więc powinnaś się ze 
mną zgodzić: dobre rzeczy wymagają czasu! 

- Oj, polemizowałabym... Zrób dziś, co masz zrobić jutro! 
Christian trochę się nastroszył. 
-  Pfoszę,  zlitujcie  się  nade  mną...  Nie  lubię  rozmawiać  o 

czymś  na  wyrost.  Przecież  chodzi  o  moją  egzystencję, 
rewolucyjne zmiany W moim życiu... Zmieńmy temat! Proszę! 

- Zgoda - zareagowała natychmiast Sylvia. - Jak było z moimi 

dwoma serduszkami? Dały wam popalić? 

- Nie. Są aniołeczkami - zawołała Nicola. 
-  Oho,  po  twoim  tonie  wnioskuję,  że  wynosiłyście  je  na 

rękach za wszystkie czasy. 

-  Dzieci  tego  potrzebują.  Muszą  poczuć  bliskość  drugiego 

człowieka. 

-  Przecież  nie  zgłaszam  sprzeciwu.  Skoro  się  powiodło, 

musimy częściej praktykować takie wypady. 

- Zawsze do usług - zawołała podekscytowana Nicola. - Jeśli 

Lena nie będzie mogła, przyprowadzę ze sobą Aleksa. 

 

background image

Sylvia zachichotała. 
- Super! Pasowałoby wam jutro wieczorem? Nadrobilibyśmy 

z Christianem kino. 

Nicola posłała Lenie spojrzenie typu: „A nie mówiłam, z tej 

mąki będzie chleb!". 

- Kochana przyjaciółeczko, możesz na nas liczyć. Obie nianie 

zameldują się punktualnie. 

background image

Lena zaoferowała Christianowi pomoc finansową, żeby mógł 

szybciej  urzeczywistnić  marzenie  o  własnym  gabinecie. 
Jednak  on  kategorycznie  odmówił  i  nie  chciał  nawet  o  tym 
słyszeć.  Wyjechał  bez  podejmowania  jakiejkolwiek  decyzji, 
choć  oczywiście  gabinet  Martina  bardzo  przypadł  mu  do 
gustu. 

Jeśli  jest  mu  pisane  uprawianie  zawodu  lekarza  w 

Fahrenbach,  z  pewnością  niebawem  to  nastąpi.  Lena 
westchnęła  głęboko  i  pochyliła  się  nad  służbowymi 
dokumentami. 

Inge Koch rozesłała większość upomnień, ale do niektórych 

klientów  Lena  wolała  zadzwonić  osobiście.  Sięgnęła  po 
słuchawkę i w tym momencie weszła Inge. 

- Przepraszam, muszę pani przeszkodzić - zagadnęła. - Przed 

chwilą faksem przyszło nowe zlecenie. Ucieszy się pani. 

 

background image

Podeszła  do  biurka,  położyła  wydrukowaną  kartkę  i  wtedy 

Lena poczuła woń alkoholu. 

Miała  mętlik  w  głowie.  Co  powinna  zrobić?  Poprosić  o 

wyjaśnienia?  W  sumie  Inge  nie  zaniedbywała  obowiązków... 
Jeszcze nie! 

- O, od Gasmanna - powiedziała Lena. - Dawno nie składali u 

nas zamówienia. Czyli moja akcja promocyjna się opłaciła. 

- Była genialna - zawołała Inge. 
Hm,  miła  z  niej  kobieta.  Dzisiaj  wyglądała  oszałamiająco. 

Założyła  ciemnoszare  spodnie,  dobrany  kolorystycznie 
sweterek, włosy zaczesała do góry... 

Lena jednak postanowiła, że musi z nią od razu porozmawiać. 
- Ma pani ochotę na kawę, espresso albo może cappuccino? 
- Z chęcią napiję się kawy... Zaparzę! 
Przeszła  do  kącika  dla  petentów,  przygotowała  naczynia  i 

nastawiła  ekspres.  Sprawiała  wrażenie  spokojnej  i 
wyluzowanej. 

Czoło  Leny  zrosiło  się  potem.  Zastanawiała  się,  zagadnąć 

Inge czy nie? 

Kilka  minut  później  na  jej  biurku  stała  już  gorąca, 

aromatyczna kawa. 

 

background image

-  Świetnie  wywiązuje  się  pani  ze  swoich  obowiązków  - 

zaczęła ostrożnie Lena. - Jest pani bardzo sympatyczna, ale... 

Zawiesiła głos, a Inge uniosła głowę. 
-Ale?   
Lena westchnęła. 
- Proszę nie poczytać mi tego za wścibstwo i niedyskrecję... 

Muszę zadać pani jedno pytanie. 

Zwykle była wygadana. Dlaczego z trudem przychodziło jej 

sformułowanie  prostego  pytania?  Bo  dotyczyło  sfery 
intymnej? 

- Proszę pytać. Śmiało. 
- Inge, czy ma pani problem z alkoholem? Bingo! 
Kobieta pobladła na twarzy. Splotła dłonie i spuściła wzrok. 
- Skąd takie domysły... - wyjąkała po paru sekundach. 
-  Bo  czuć  od  pani  na  odległość.  Przepraszam  za 

bezpośredniość. 

- Czuć ode mnie alkohol? 
- Tak. Dziwi to panią? 
- No... Hm, tak... Nie jestem alkoholiczką, choć przyznaję, że 

czasem wypiję kieliszek... Nie piję dużo... Po prostu miewam 
duszności... 

 

 

background image

- Wiem, że los pani nie rozpieszczał i nie uporała się pani ani z 

samobójstwem  męża,  ani  z  bankructwem  waszej  firmy.  Ale 
alkohol w niczym nie pomaga, tylko pozornie znieczula i to na 
krótko.  Człowiek  błyskawicznie  przyzwyczaja  się  do  tego 
iluzorycznego przyjaciela. Wiem, o czym mówię... 

Streściła  naprędce  historię  Doris,  która  również  wpadła  w 

sidła nałogu. Najpierw popijała szampana, a potem wlewała w 
siebie, co popadło. 

- Z Doris nikt nie rozmawiał. Wszyscy mieli świadomość, że 

zapija  smutki,  ale  nikt  nie  zareagował.  Brat  zrobił  wówczas 
głupotę,  przyłapał  ją  na  gorącym  uczynku,  wylał  alkohol  do 
zlewu i wyszedł z kuchni. Zostawił żonę samą z niebotycznym 
poczuciem winy. 

- Ja nie piję dużo... 
-  Wierzę.  Tyle  że  stopniowo  będzie  pani  zwiększać  ilość 

wypijanego alkoholu, o ile temu nie zapobiegniemy. Chcę pani 
pomóc.  Może  wskazane  byłoby  leczenie?  Być  może  obecna 
grupa terapeutyczna pani nie wystarcza. 

Inge  wodziła  wzrokiem  dookoła.  Zapadła  cisza.  Po  chwili 

podniosła głowę. Łzy napłynęły do jej oczu. 

 

background image

-  Boże,  jest  mi  strasznie  głupio...  Proszę  mi  uwierzyć, 

naprawdę  nie  piję  dużo...  Prawdopodobnie  wszyscy  się  tak 
tłumaczą.  Nie  jestem  alkoholiczką.  Miewam  napady  paniki  i 
wtedy jeden łyk wyprowadza mnie na prostą... 

-  W  takich  sytuacjach  powinna  pani  dmuchać  w  plastikową 

torebkę. 

- Słucham? 
-  Nie  przesłyszała  się  pani...  Przystawia  pani  plastikową 

torebkę  do  ust  i  wdmuchuje  w  nią  powietrze.  To  stary 
sprawdzony sposób... 

- Pomaga? -Tak. 
- Skąd pani wie? Od brata? Lena potrząsnęła głową. 
-  Nie,  choć  Christian  pewnie  potwierdziłby  moje  słowa. 

Koleżanka  ze  szkoły  miała  nerwicę  lękową  i  zawsze  nosiła 
przy  sobie  plastikową  torebkę.  Lekarze  podpowiedzieli  jej  tę 
metodę hiperwentylacji. Spróbowanie nic panią nie kosztuje, a 
warto  odstawić  wódkę.  Chociażby  dla  własnego  zdrowia... 
Jeśli pani chce, pomogę pani znaleźć odpowiedniego terapeutę 
albo też terapeutkę. Chyba łatwiej dogadać się z kobietą... 

 

background image

- Po śmierci męża chodziłam do terapeuty. Na nic się zdały te 

sesje u niego. Nie potrafię otworzyć się przed obcymi ludźmi. 
Sama  walczę  z moimi  słabościami.  Kieruję  się mottem:  czas 
leczy  rany...  Lubię  uczestniczyć  w  spotkaniach  mojej  grupy 
samopomocy.  Tam  czuję  się  rozumiana,  ponieważ  łączą  nas 
podobne doświadczenia. 

- Skoro się tam pani odnajduje, proszę kontynuować terapię. 
- Hm, spróbuję z tą torebkę. I proszę, niech mi pani wierzy, 

piłam tylko wtedy, gdy miałam napady... Brałam łyk i koniec. 
Wyciągnie  pani  jakieś  konsekwencje?  -  Spytała  pełna 
wątpliwości. - Chyba bym się załamała. Praca u pani sprawia 
mi przyjemność, no i zadomowiłam się u was. 

Lena machnęła ręką. 
-  Nie,  obejdzie  się  bez  konsekwencji.  Proszę  się  nie 

zadręczać.  Zagadnęłam  panią,  ponieważ  bardzo  panią  lubię i 
nie  chciałabym,  żeby  się  pani  stoczyła  i  zmarnowała  sobie 
życie. Ciągle przed oczami mam obraz mojej szwagierki. 

- Uwolniła się od nałogu? 
- Tak. W sumie ona też nie była alkoholiczką, choć niewiele 

brakowało.  Teraz  pije  tylko  przy  wyjątkowych  okazjach,  z 
umiarem. 

 

background image

- Obiecuje poprawę. Dziękuję, bardzo dziękuję, 

ze

 mnie pani 

nie zwolniła. 

Lena  była  dumna,  że  zdobyła  się  na  tę  rozmowę.  Wierzyła 

Inge. 

-  W  ogóle  nie  miałam  takiego  zamiaru  -  odpowiedziała.  - 

Dostrzegłam  w  pani  szlachetnego  człowieka  i  nie  będę  się 
biernie  przypatrywać,  jak  zbacza  pani  z  właściwej  drogi. 
Trzymam  za  panią  kciuki.  Proszę  przejąć  kontrolę  nad 
własnym życiem. W razie czego proszę się do mnie zgłosić i 
razem temu zaradzimy. 

Inge się rozpłakała. Po policzkach spływały jej łzy wstydu i 

ukojenia. 

-  Dziękuję  -  wyszlochała.  -  Dziękuję...  Lena  wstała  i  ją 

przytuliła. 

- Wszystko będzie dobrze - szepnęła. 
Nie wątpiła, że Inge odstawi wódkę. Z pewnością będzie ją w 

tym wspierała. 

-  Oczywiście  ta  rozmowa  zostaje  między  nami  -  dodała  na 

koniec  Lena.  -  To  nie  powinno  nikogo  obchodzić,  także 
Daniela. 

Inge odetchnęła z ulgą. 
-  Dziękuję  -  powtórzyła  kolejny  raz.  Otarła  łzy.  -  OK, 

obowiązki wzywają. Zmarnowałyśmy mnóstwo czasu. 

 

background image

-  Wcale  nie  -  powiedziała  Lena.  -  Pożytecznie  go 

wykorzystałyśmy. Są sprawy ważne i ważniejsze. Dziękuję za 
zaufanie. I gdyby coś, wie pani, gdzie mnie szukać. 

Inge powstrzymywała łzy. 
- Nigdy tego pani nie zapomnę - wyszeptała na odchodne. 
Lena pochyliła się nad rachunkami. Uzbierało się tego trochę: 

faktury dostawców, podatek od towaru i usług... 

background image

Lena planowała odebrać szwagra, siostrzenicę i siostrzeńca z 

lotniska, lecz znowu musiała ustąpić Nicoli i Aleksowi. Oni nie 
dawali za wygraną. Zakrzyczeli ją. 

Cieszyła się, że zobaczy się z dziećmi i Holgerem. Dobrze się 

z nim rozumiała, lepiej niż z własną siostrą. Szkoda, że Irina 
nie  przyleciała.  No,  ale  wiadomo,  Holger  musi  się  najpierw 
otrząsnąć  po  rozwodzie,  dojść  do  ładu  z  miotającymi  nim 
emocjami... W każdym razie nie chciał robić niczego na siłę, 
żeby nikogo nie zranić. 

Lena  dokonywała  właśnie  przeglądu  stołu,  na  którym  leżał 

stos upominków dla dzieci, kiedy usłyszała krzyki. 

- Ciociu Leno, gdzie jesteś? - wołała Merit. 
- Dzień dobry! Przyjechaliśmy! - wtórował jej Niels. 
Lena wybiegła na zewnątrz. 
 

background image

- Spójrz, jak urosłam - powiedziała Merit. 
-  Ciociu  Leno,  nie  uwierzysz,  w  samolocie  siedział  David 

Griersson, znakomity hokeista. Dał mi autograf. 

- Serdecznie witam na Słonecznym Wzgórzu 
- zaśmiała się Lena, ściskając dzieciaki. 
W towarzystwie Daniela przybiegły Hektor i Lady. 
- Cześć, Holger! - zwróciła się Lena do szwagra. - Mieliście 

przyjemny lot? 

Uściskom  i  powitaniom  nie  było  końca.  Lena  zaprosiła 

wszystkich do środka. Niels nie odstępował Daniela na krok. 

- Znów kupiliście nam mnóstwo prezentów? 
- spytała zaciekawiona Merit. 
-  Oczywiście.  Zaraz  je  dostaniecie,  ale  najpierw  coś 

przekąsimy - powiedziała Nicola. - Wy spaliście w samolocie, 
ale wasz tata nie zmrużył oka nawet na godzinkę. Zaparzymy 
mu kawę. 

- Tymczasem my rozpakujemy prezenty - zawołała Merit. 
- A może my byśmy chcieli przy tym być? 
- wtrąciła Nicola. - Wstrzymajcie się chwilę. 
-  Powiedz  przynajmniej,  ile  prezentów  dostaniemy.  Po 

jednym? 

 

background image

Nicola potrząsnęła głową. 
-Po dwa? 
-Pudło! 
- Hura! Po trzy? 
- Jeśli się nie uspokoicie, w ogóle nic nie dostaniecie - wtrącił 

się  Holger.  -  Poza  tym  niegrzecznie  jest  się  upominać  o 
prezenty. Mało wam, że przylecieliście do Niemiec? Biletów 
nie rozdają za darmo. 

- Ja nic nie mówiłem - bronił się Niels. 
- Wiem, co dostanę. Daniel mi powiedział. Marzyłem o tym. 
-  To  niesprawiedliwe  -  marudziła  Merit.  Ja  też  chcę 

wiedzieć... 

Zanim  Holger  zdążył  interweniować,  Nicola  szepnęła  coś 

Merit na ucho. 

- Nicola, jesteś boska. Nie zapomniałaś... 
-  Obrzuciła  brata  triumfalnym  wzrokiem.  -  Ha!  Ja  też  już 

wiem! 

- Dosyć. Jeszcze słowo i naprawdę niczego nie dostaniecie! 
Podziałało. Dzieci usiadły z posępnymi minami. 
- Ciociu Leno, jak umrzesz, dostanę w spadku tę filiżankę? - 

spytała Merit, popijając herbatę z filiżanki praprababci. 

 

background image

- Kotku, przecież nie musisz czekać aż tak długo. Sprezentuje 

ci ją, kiedy tylko troszkę podrośniesz. 

- Jak będę w wieku Nielsa? 
-  Zobaczymy.  Ta  filiżanka  jest  bardzo  stara  i  ma  ogromną 

wartość sentymentalną. Szkoda by było, gdyby się rozbiła. 

- A gdybym zażyczyła sobie czegoś innego, dałabyś mi to? 
Lena się uśmiechnęła. 
-  Serduszko,  zależy,  o  co  poprosisz.  Zawsze  możemy  się 

potargować. 

-  Nicola,  upiekłaś  pyszne  ciasto  czekoladowe.  Nałożysz  mi 

jeszcze kawałek? - wymamrotał Niels. 

- Niels, nie mówi się z pełną buzią - upomniał go tata. 
- Mój skarbie, jedz tyle, ile chcesz, skoro ci smakuje - odparła 

Nicola. 

-  I  mnie  zachciało  się  słodkiego  -  jęknęła  Merit.  -  Poproszę 

ciasto  z  kolorowymi  cukierkami  na  wierzchu.  Na  pewno 
upiekłaś je specjalnie dla mnie. 

- Dla wszystkich, ty przemądrzalcu! - krzyknął z pełną buzią 

Niels. 

 

background image

Holger  z  rezygnacją  wzruszył  ramionami.  Popatrzył  na 

wszystkich, jakby chciał powiedzieć: „Staram się nauczyć ich 
dobrych manier, ale mi się nie udaje". 

background image

Holger  postanowił,  że  szybko  załatwi  sprawy  służbowe,  a 

potem wypocznie parę dni na Słonecznym Wzgórzu. 

Lena  żałowała,  że  Grit  nie  spotka  się  z  dziećmi.  Zwiedzała 

bowiem z Robertino butiki i galerie handlowe w Mediolanie. 
Naturalnie  całą  eskapadę  pokryła  z  własnej  kieszeni.  Ten 
lowelas  wyciskał  ją  jak  cytrynę.  Miał  ją  za  dojną  krowę. 
Dlaczego ona nie widzi, że on wielbi nie ją, lecz jej pieniądze? 
Przecież zazwyczaj była bystra. Przy rozwodzie bez skrupułów 
obłupiła Holgera do gołej skóry. 

Wycyganiła  od  niego  nawet  jego  dom  rodzinny.  Oj, 

przejedzie się ostro na tym playboyu. Słono zapłaci za swoje 
zaślepienie.  Wkrótce  pewnie  puści  ją  kantem,  jak  poderwie 
inną, bogatszą naiwniaczkę. 

A Grit porzuciła dla niego męża i dzieci. 
 

background image

Smutne, że ani Merit, ani Niels nie pytali o matkę. 
Harcowali  beztrosko  po  Słonecznym  Wzgórzu.  Wygłupiali 

się  z  psami,  organizowali  wycieczki  z  Danielem,  Nicolą  i 
Aleksem, bawili się z bliźniakami Sylvii i byli zafascynowani 
Jurim Barlenką. 

- Szkoda, że Irina z nami nie przyleciała - powiedział Niels, 

stojąc  z  Leną  przy  wybiegu  i  przyglądając  się  galopującym 
koniom. 

- Bo? - spytała Lena, głaszcząc Mabelle. 
- Porozmawiałaby z Jurim po rosyjsku. Wydobyłaby z niego, 

czy rzeczywiście jest pianistą, czy może tajnym agentem. 

Lena parsknęła śmiechem. 
- Litości, Niels, skąd taki pomysł? 
-  Widziałem  film,  w  którym  pewien  facet  przez  wiele  lat 

mieszkał  w  Kanadzie  i  podawał  się  za  lekarza.  Potem  został 
zdemaskowany i okazało się, że był agentem. 

- Filmy to fikcja, Niels. Zapewniam cię, że Juri jest słynnym 

pianistą. 

-  To  dlaczego  nie  gra  na  pianinie?  Widocznie  nie  potrafi... 

Maskuje się. 

Pogłaskała go po głowie.   
 

background image

-  Serduszko,  oglądasz  za  dużo  nieodpowiednich  filmów... 

Tata wie o tym? 

Zarumienił się. 
- Nie... Proszę, nie wydaj mnie. 
-  Będę  trzymała  język  za  zębami.  Radzę  ci  jednak,  żebyś 

ograniczył oglądanie bzdurnych filmów o agentach. 

Zarechotał. 
-  Mówisz  jak  Irina.  Ona  też  potępia  tego  rodzaju  kino, 

ponieważ  reżyserzy  uprawiają  pro-pra...,  propa...,  nie  umiem 
wymówić tego dziwacznego słowa. 

- Propagandę - uzupełniła Lena. 
-  O  tak...  Irina  mówi,  że  nie  wszyscy  Rosjanie  są  złymi 

ludźmi.  Oj,  ciociu  Leno,  fajnie  jest  u  ciebie  na  Słonecznym 
Wzgórzu. Lubię tu przyjeżdżać. 

-  Miło  mi.  I  przyznam  szczerze,  że  my  wszyscy  jesteśmy 

przeszczęśliwi,  że  możemy  was  tu  gościć.  Najchętniej 
zatrzymalibyśmy was tutaj na zawsze. 

-  Ciociu,  a  właściwie  dlaczego  nas  nie  odwiedzasz  w 

Kanadzie? Nicola już była i spodobało się jej... 

- Obiecuję, że i ja was odwiedzę. Być może wezmę kogoś ze 

sobą. 

 

background image

-Thomasa?   
-Nie, Jana. 
- Rozwiodłaś się z Thomasem jak... tatuś 
z mamą? 
-  Rozwieść  można  się  tylko  wtedy,  gdy  zawarło  się  z  kimś 

związek małżeński. A ja i Thomas byliśmy przyjaciółmi i się 
rozstaliśmy. 

- Ja też się rozstałem z moim najlepszym przyjacielem. Justin 

mnie okradł, a potem wyparł się tego, chociaż znalazłem moją 
komórkę w jego plecaku. 

Dołączyła do nich Merit. 
- Ciociu, ja też chcę pojeździć na koniu! 
- krzyczała z daleka. - Założyłam dżinsy i buty sportowe. 
- Wspaniale - powiedziała Lena. - Zatem idziemy po siodła i 

resztę sprzętu. 

Niels zniknął gdzieś wewnątrz stajni. Pewnie chciał uprzedzić 

siostrę  i  odszukać  wszystkie  elementy  uprzęży,  żeby 
zademonstrować swoją wyższość. 

- Ciociu, ty jesteś siostrą mamy, prawda? 
- spytała Merit ni z gruszki, ni z pietruszki. 
- Tak - odparła Lena. 
- A zupełnie się różnicie... 
 

background image

- To znaczy? 
- No, ty jesteś kochana, uśmiechasz się, cieszysz się, kiedy do 

ciebie przyjeżdżamy... 

O Boże! Co powinna teraz powiedzieć? 
-  Ja...  Yyy...  Twoja  mama...  Niespodziewanie  Merit  puściła 

rękę cioci 

i przeskoczyła przez kałużę. 
- Widziałaś, jak umiem skakać? - zawołała z zadowoleniem. 
- Fantastycznie. Wykonałaś superskok. 
- No - zachichotała Merit, łapiąc ją ponownie za rękę. - Mama 

jest niemiła - dodała. 

- Nie mów tak, Merit. Mama  was kocha.  -Wcale  nie, ciociu 

Leno. Ona jest zapatrzona 

w  tego  beznadziejnego  Robertino.  I  dobrze.  My  jej  nie 

potrzebujemy. Mamy tatusia, ciebie, Nicolę, Aleksa, Daniela, 
Irinę,  jej  mamę  i  tatę  oraz  babuszkę,  która  jest  stara  i  mówi 
tylko po rosyjsku. Ale jest kochana. Śpiewa mi rosyjskie pio-
senki.  Tylko  zawsze  przy  nich  płacze.  Tęskni  za  ojczyzną, 
ciociu Leno. Irina sporo rozmawia z babuszką, ale ja nic z tego 
nie rozumiem... Bardzo lubię Irinę. 

Lenie  omal  nie  pękło  serce.  Uzmysłowiła  sobie,  że  Grit 

wyrządziła dzieciom ogromną 

 

background image

krzywdę.  Na  szczęście  rodzina  Iriny  otoczyła  je  ciepłem  i 

miłością. 

Weszły do stajni, gdzie Niels wszystko już przygotował. 
- O nie, to niesprawiedliwe - pisnęła Merit. - Ja chciałam to 

zrobić! 

Zanim rzuciła się na brata, Lena chwyciła ją za bluzkę. 
- Stop! Jutro ty się wykażesz, OK? Nicola powiedziałby teraz: 

mądry  głupiemu  ustępuje.  A  ty  jesteś  mądrą  dziewczynką, 
prawda? 

-  Tak  -  odparła  dumnie  Merit.  -  Pani  Gillspie  często  mi  to 

powtarza. Wiesz, ciociu, ona jest moją wychowawczynią. 

Lena odetchnęła. 
-  Wypuścimy  Bondiego  na  piętnaście  minut,  żeby  się 

wybiegał.  W  tym  czasie  pójdziemy  po  Nicolę.  Na  pewno 
będzie chciała popatrzeć, jak ujeżdżacie naszego ulubieńca. 

Wyszli  ze  stajni.  Z  naprzeciwka  nadszedł  Juri.  Obok  niego 

biegły psy, które natychmiast obskoczyły dzieciaki. 

Juri  pomachał  im  na  przywitanie  i  skręcił  w  stronę 

czworaków. 

Sprawiał wrażenie załamanego. 
 

background image

Lena życzyła mu, żeby wreszcie przełamał blokadę i zaczął 

grać  na  pianinie.  Niestety,  jego  stan  się  nie  poprawiał,  a 
niedługo  wyjeżdża  z  Fahrenbach.  Co  się  z  nim  stanie?  Co 
będzie robił? 

Niels przysunął się do Leny. 
- Ciociu, gwarantuję ci, że on jest agentem... 
- Juri zawsze jest smutny - wtrąciła Merit. - Smutniejszy niż 

babuszka  Iriny,  kiedy  śpiewa  piosenki.  Ciociu,  czy  wszyscy 
Rosjanie są tacy smutni? 

- Nie, kochanie. Narodowość nie ma nic do tego. W każdym 

kraju  są  ludzie  weseli  i  poważni.  Problemy  i  cierpienie 
sprawiają,  że  się  smucimy.  A  to,  skąd  pochodzimy,  nie  jest 
ważne. 

-  On  jest  smutnym  rosyjskim  agentem  -  szepnął  Niels, 

zafascynowany swoimi podejrzeniami. 

Lena nie odpowiedziała na jego zaczepkę. Potknęła się o coś. 

Pochyliła się i podniosła małego aniołka z brązu. 

Juri musiał go zgubić. 
- Co masz? - spytała Merit. - Dasz mi? 
- Nie, ten aniołek prawdopodobnie należy do Juriego. Zaraz to 

ustalimy. 

-A jeśli nie, dostanę tego słodkiego aniołka? 
-  Wtedy  popytamy  wśród  mieszkańców  Słonecznego 

Wzgórza. 

 

background image

Niels pociągnął Lenę za rękę. 
-  Ciociu,  sprawdź,  czy  to  nie  jest  nadajnik.  Lena  ledwie 

powstrzymała się od śmiechu. 

-  Już  sprawdziłam.  Figurka  jest  czysta  -  odpowiedziała 

konspiracyjnym szeptem. 

Doszli do czworaków. 
Lena nacisnęła dzwonek do Juriego. 
- Nie musi pani dzwonić - rzekł Juri. - Proszę wejść. 
Niels przecisnął się obok Leny i Juriego. Merit podążyła za 

nim. 

Lena wyciągnęła aniołka. 
- Czy ta figurka jest pana? 
Popatrzył na nią z przerażeniem i chwycił aniołka. 
- Tak. Gdzie go zgubiłem? 
-  Leżał  na  podwórzu.  Prawdopodobnie  wypadł  panu  z 

kieszeni. 

Przycisnął figurkę do serca. 
- Dziękuję, że go pani znalazła. Gdyby on... Urwał. 
Dzieciaki tymczasem przebiegły do holu, na środku którego 

stało pianino, i zaczęły na nim grać. 

Juri aż otworzył szeroko oczy. 
 

background image

- Przestańcie! Co wy robicie? Nie wolno tak na ślepo uderzać 

w  klawisze!  Trzeba  je  naciskać  z  czułością,  żeby  wydobyć 
piękne dźwięki. 

Odsunął dzieci na bok. 
- O tak... Tak to się robi... - Nieświadomie zaczął grać. 
Lena podeszła do dzieci, chwyciła je za ręce i wyprowadziła 

na zewnątrz. 

Juri tego nie zauważył. Był jak w transie. 
Lena najchętniej usiadłaby w rogu i posłuchała koncertu. Grał 

Chopina. 

Juri przełamał blokadę. Przemógł się. 
- A jednak nie jest agentem - stwierdził rozczarowany Niels. - 

Tylko pianistą. Ale się na nas wściekł... 

Lena  nie  skomentowała  jego  słów.  Błądziła  myślami  gdzie 

indziej. Juri znów grał... 

background image

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Holger z dzieciakami 

odleciał  do  Kanady. Została  po nich  pustka.  Na  Słonecznym 
Wzgórzu  zrobiło  się  cicho.  Za  cicho.  Niedługo  i  Juri  opuści 
Lenę. 

Wreszcie przełamał się i znowu z entuzjazmem zasiadał przy 

pianinie.  Odzyskał  energię  i  ochotę  na  koncertowanie  w 
największych  salach  świata.  Ponadto  zamierzał  sfinalizować 
nagranie płyty z utworami Beethovena. 

Lena  i  on  wybrali  się  na  ostatni  wspólny  spacer.  Nicola 

przygotowywała  kolację  pożegnalną,  w  trakcie  której  Juri 
chciał zagrać koncert dla mieszkańców Słonecznego Wzgórza. 

Szli  wzdłuż  rzeki.  Była  ładna  pogodna.  Nie  padało.  Łyse 

drzewa  rozciągały  rozłożyste  gałęzie  ku  niebu,  tworząc 
bajkowy krajobraz. 

-  Juri,  gratuluję  panu.  Wykazał  się  pan  nie  lada  odwagą. 

Cudownie, że znów będzie pan 

 

background image

uszczęśliwiał  swoją  grą  tysiące  ludzi  -  powiedziała  Lena, 

rzucając psom patyk. 

- Ten przełom zawdzięczam dzieciom. Gdyby nie brzdąkały 

na  moim  pianinie,  pewnie  nadal  omijałbym  je  szerokim 
łukiem. 

- Niby błahostka, a jednak... Nie uderza się tak w klawisze... I 

kto by pomyślał, że to pana odblokuje. 

Westchnął. 
- Proszę nie zapominać, że fizycznie jestem zupełnie zdrowy. 

Tkwił we mnie problem natury psychicznej... 

- Chce pan o tym porozmawiać? 
- Czemu nie. Kiedyś moim sercem zawładnęła pewna kobieta 

-  Sonja  Michaelis...  Poznałem  ją  przed  trzema  laty  po 
koncercie  w  Londynie.  Przyjechała  tam  specjalnie  dla  mnie, 
ponieważ  uwielbiała  moją  interpretację  Mozarta.  Sama 
również chciała zostać pianistką. Była bardzo zdolna... 

Wziął głęboki oddech. 
- Rodzice odwiedli ją od tego pomysłu. Uważali, że muzyką 

na  chleb  nie  zarobi  i  powinna  zdobyć  solidne  wykształcenie 
oraz pewny zawód. Ojciec był policjantem i upierał się, żeby 

 

background image

kontynuowała  tę  tradycję,  nie  pytając  jej  o  zdanie. 

Podporządkowała się jego żądaniom i robiła karierę w policji 
kryminalnej.  Piastowała  stanowisko  nadkomisarza.  Mieli  ją 
awansować, gdy nagle... 

Przerwał. Przyspieszył kroku. Psy dopominały się, żeby rzucił 

im patyk, ale zignorował ich skomlenie. 

Przystanął. 
- Sonja nie żyje - wycedził zduszonym głosem, a w jego oku 

zakręciła się łza. 

Lena wzdrygnęła się. 
Nie ważyła się zadawać mu jakichkolwiek pytań. 
-  Żeby  móc  mnie  odwiedzić  w  szpitalu,  wzięła  dodatkowe 

dyżury. Dzięki temu zyskałaby kilka dni urlopu ponad wymiar. 
Roczny urlop chciała bowiem przeznaczyć na... naszą podróż 
poślubną.  Sonja  i  ja  zamierzaliśmy  się  pobrać  tuż  po  mojej 
rehabilitacji. Chciałem pokazać jej moją ojczyznę, poznać ją z 
rodziną i krewnymi, którzy są rozproszeni po całym kraju. 

Włożył  ręce  do  kieszeni  płaszcza  i  popędził  naprzód.  Lena 

ledwie za nim nadążała. Co się stało z Sonją? 

 

background image

Nareszcie  dogoniła  Juriego.  Czy  był  świadomy,  że  gnał  na 

oślep przed siebie? Drżał. Postawił kołnierz płaszcza. 

-  Sonja  zastępowała  koleżankę,  która  zajmowała  się 

przestępczością wśród młodzieży - narkotyki, pedofilia... Nie 
zdążyła usiedzieć za biurkiem nawet kwadransa, kiedy do biura 
wparował  młody  mężczyzna.  Strzelał  z  pistoletu  gdzie 
popadnie. Trafił Sonję w głowę. Zmarła na miejscu. 

-  O  przenajświętsza  panienko,  Juri,  to  straszne  -  pisnęła 

przerażona Lena. 

Pokiwał głową. 
- Nie celował do Sonji. Polował na inną kobietę. Pech chciał, 

że Sonja znalazła się w złym miejscu o złej porze. 

„Zupełnie jak Martin", pomyślała Lena. Zawrócili. 
-  Sparaliżowało  mnie,  kiedy  przekazali  mi  tę  wiadomość  - 

kontynuował  zduszonym  głosem.  -  Od  stóp  do  głów  nie 
miałem czucia. 

-  Juri,  tym  bardziej  się  cieszę,  że  nie  porzucił  pan  gry  na 

pianinie. Sonja by tego nie chciała. Ona kochała pana kunszt... 

Pokiwał głową. 
 

background image

- Wie pani, co jest dla mnie paranoją? Rodzice Sonji domagali 

się,  żeby  wybrała  pewny  zawód...  Gdyby  ukończyła  studia 
muzyczne, nie spoczywałaby teraz na cmentarzu! 

- Niezbadane są wyroki boskie, Juri. Być może wydarzyłoby 

się  coś  innego.  Pana  przyjaciel  Boris  na  przykład  zginął, 
ponieważ  mechanicy  odwalili  fuszerkę.  Martin,  mąż  mojej 
najlepszej  przyjaciółki  umarł,  bo  przejął  dyżur  za  kolegę... 
Wierzę w przeznaczenie. I umacniam się w tej wierze, odkąd 
samolot mojego brata Jórga rozbił się w Australii. Jórg zaginął. 
Prawdopodobnie  nie  żyje,  aczkolwiek  wypieram  tę  myśl, 
ponieważ na razie nie odnaleziono ciała. Dlaczego nie został 
we Francji, w winnicach, które odziedziczył po ojcu? Dlaczego 
uparł się, żeby zwiedzać świat? 

-  Ma  pani  rację.  Następny  koncert  zadedykuję  Sonji.  Była 

cudowną kobietą, wspaniałym człowiekiem. 

Zatrzymał się. Wyjął portfel, a z niego kolorowe zdjęcie. 
Uśmiechała się z niego piękna kobieta z brązowymi lokami i 

brązowymi oczami. 

- Śliczna - powiedziała Lena. 
 

background image

-  Gdybym  nie  przechodził  rehabilitacji,  Sonja  nie  brałaby 

dodatkowych dyżurów, nie siedziałaby za czyimś biurkiem i... 

Lena położyła rękę na jego ramieniu. 
- Stop! - przerwała mu. - Obwiniając się, nie przywróci jej pan 

życia... Jest jak jest i im wcześniej się pan z tym pogodzi, tym 
szybciej zacznie pan normalnie funkcjonować. 

Zatrzymał się. Wykrzesał z siebie delikatny uśmiech. 
- Dziękuję, że mnie pani wysłuchała - rzekł. - Potwierdziły się 

zapewnienia  Isabelli.  Chwaliła  panią.  Mówiła,  że  jest  pani 
aniołem i że na sto procent na Słonecznym Wzgórzu na moją 
duszę  spłynie  balsam.  Mieszka  pani  w  raju,  do  którego  nie 
dociera zło... 

background image

Kiedy po wyjeździe Juriego Lena weszła do biura, zobaczyła 

piękny  bukiet  białych  róż  przeplatanych  bluszczem.  Na 
dołączonej  do  niego  karteczce  było  napisane  tylko  jedno 
słowo: „Dziękuję". 

Lena od razu się domyśliła, kto przysłał jej te kwiaty. Kiedy 

już się na nie napatrzyła, przeszła do pokoju Inge. 

- Po tysiąckroć dzięki - powiedziała. - Kwiaty są wspaniałe. 

Niepotrzebnie się pani tak wykosztowała. 

-  Cieszę  się,  że  trafiłam  w  pani  gust.  Daniel  mi 

podpowiedział, jakie pani lubi - przyznała. - Zasłużyła pani na 
każdą  z  tych  różyczek.  Składam  ręce  do  Boga  w 
podziękowaniu, że zagadnęła mnie pani o alkohol. Odstawiłam 
go na dobre. Ratuję się plastikową torebką. 

- Super, Inge! Brawo! 
 

background image

-  Przemyślałam  też  kwestię  terapii.  Zapiszę  się  na  nią.  Na 

Słonecznym Wzgórzu moje życie znów nabiera sensu. Czuję 
się  tu  swojsko.  Ludzie  dookoła  są  życzliwi  i  serdeczni. 
Realizuję  się  w pracy,  mieszkam  w  przepięknym  domu...  Po 
prostu  cudownie!  Wie  pani,  co  mnie  najbardziej  boli?  Nie 
utrata dóbr materialnych, lecz to, że mój mąż z taką łatwością 
odebrał  sobie  życie.  Przecież  mógł  ze  mną  porozmawiać... 
Byliśmy przykładnym małżeństwem. 

- Nie powinna pani zaprzątać sobie tym głowy. I tak już nic 

pani nie zmieni. 

Zabrzęczał telefon. 
Inge podniosła słuchawkę. 
- Fabryka likierów Fahrenbach, dzień dobry! W czym mogę 

pomóc? 

Lena pomachała jej i wyszła. Fabryka likierów... 
Przecież  od  dawna  nią  nie  byli  i  nie  będą,  ponieważ  nie 

posiadali receptury na słynną Fahrebachówkę. 

Poszła  do  Daniela.  Akurat  zestawiał  listę  artykułów  do 

zapakowania. 

- Daniel, poświęcisz mi minutkę czy bardzo ci przeszkadzam? 
 

background image

Odwrócił się.   
- A  o co chodzi? 
- Chciałabym sprzedać wszystkie sprzęty z destylarni. 
- Słucham? - spytał skonsternowany. 
- Stoją bezużytecznie... Nie uzyskamy za nie zbyt dużej ceny, 

do najnowocześniejszych nie należą... Ale po co nam złom? 

- Lena, nie demontujmy naszej pierwszorzędnej wytwórni. 
- Która powoli popada w ruinę. Utrzymanie jej miałoby sens, 

gdybyśmy mieli recepturę. 

- Znajdziemy ją - obstawał przy swoim Daniel. - Szef jej nie 

zniszczył. Dlaczego nagle przyszedł ci do głowy taki pomysł? 

- Bo Inge z entuzjazmem wykrzykuje do słuchawki: Fabryka 

likierów Fahrenbach. Pewnie Nicola ją nauczyła... 

- Nie, kochana Leno, ja. To jest Fabryka likierów Fahrenbach. 

Była nią od pokoleń. 

- Uhm, kiedy produkowano Fahrenbachówkę. Daniel, my już 

jej  nie  robimy!  Ten  okres  minął  bezpowrotnie.  Teraz 
dystrybuujemy  alkohole,  przebranżowiliśmy  się,  jesteśmy 
hurtownią... 

Potrząsnął głową. 
 

background image

-  Gwarantuję  ci,  że  nie  zakończyliśmy  produkcji 

Fahrenbachówki.  Ona  ponownie  znajdzie  się  na  półkach 
sklepowych. Będziemy ją wytwarzać w wytwórni urządzonej 
przez twojego tatę. 

-  Śnij  dalej,  Daniel.  A  kiedy  się  przebudzisz,  zorientuj  się, 

proszę, jak najlepiej sprzedać wszystkie maszyny. Pojedynczo, 
w komplecie, handlowcom czy w Internecie. 

- Lena, będziemy produkować Fahrenbachówkę i basta! 
Lena podeszła do drzwi. 
- Daniel, mnie również podoba się nasza wytwórnia. Tatuś nie 

oszczędzał przy jej budowie. 

-  No  właśnie.  Ze  świeczką  takich  szukać.  Pamiętasz,  jak 

Marjorie  Ferguson  się  nią  zachwycała?  Narzekała,  że  oni 
wytwarzają  Finnemore  eleven  w  jakiejś  prymitywnej, 
podupadłej  budzie.  I  co?  Finnemore  eleven  jest  produktem 
najwyższej klasy. 

Lena odwróciła się. 
- Zgadza się. Tyle że Marjorie Ferguson ma co sprzedawać. 

Daniel,  dyskutowaliśmy  tę  kwestię  z  milion  razy...  Fakty 
mówią same za siebie. Bez receptury nie ma produkcji. Zajmij 
się tym, o co cię prosiłam. 

 

background image

Zanim  zdążył  zaprotestować,  opuściła  pospiesznie  biuro. 

Prawie się rozkleiła. Nie chciała podejmować tak drastycznych 
kroków,  ale  czy  miała  inne  wyjście?  Nikt  nie  znajdzie 
receptury, nie sfrunie im z nieba. 

 

background image

Lena  i  Aleks  skrupulatnie  planowali  przebudowę  dawnego 

domu  ogrodników.  Chcieli  go  odrestaurować,  by  wkrótce 
mogła  się  wprowadzić  do  niego  Babette  z  córeczką  Marie. 
Taka  była  bowiem  wola  Leny.  Niestety,  architekci  zmącili 
nieco jej fantastyczną wizję. 

Remont  naturalnie  był  możliwy,  jednak  pochłonąłby  dość 

pokaźną  sumę.  Lena  niekoniecznie  nią  dysponowała.  Miała 
inne, priorytetowe wydatki. 

Ogólnie nie byłoby problemu, gdyby podała solidną cenę za 

czynsz,  czym  dobiłaby  biedną  Babette.  Nie  takie  przecież 
miała zamiary. Chciała jej pomóc. 

- Porwałam się z motyką na słońce - mruknęła zrezygnowana 

Lena po wyjściu Klausa. 

Na szczęście architekt był bratankiem Aleksa i pracował na 

Słonecznym Wzgórzu dosłownie 

 

background image

za  grosze.  Doradzał  im  przy  projektowaniu  nowych 

pomieszczeń oraz przearanżowywaniu tych starszych. Według 
niego  remizę  można  było  przerobić  na  miejsce  do 
organizowania imprez, eventów czy wystaw... Aleks poklepał 
ją po ramieniu. 

-  Dziewczyno,  nie  kracz  i  nie  lamentuj.  Zawsze  jest  jakieś 

wyjście.  Spójrz,  na  czworaki  nie  mieliśmy  funduszy,  ich 
renowacja  wymagała  większego  nakładu,  a  udało  nam  się 
wyczarować  z  nich  apartamenty  o  bardzo  wysokim 
standardzie. 

- Faktycznie, choć przy nich mieliśmy sporo szczęścia. Daniel 

i  ty  harowaliście  tam  dniami  i  nocami. Załatwiłeś  kafelki  po 
okazyjnej cenie. Klaus podesłał nam za darmo robotników... 

-  No  i?  Ten  budynek  wymaga  drobnych  korekt.  Nie 

poddawajmy  się.  Przejadę  się  po  okolicy,  rozejrzę  się  po 
sklepach  z  kafelkami...  Damy  radę.  Drzwi  i  parkiety  sami 
wyszlifujemy.  Założę  się,  że  i  ty  się  przyłączysz  do 
polerowania niektórych części. Lena, ja się wszystkim zajmę, a 
ty pilnuj interesów w destylarni i fabryce likierów. Obiecuję ci, 
że  razem  z  kolegami  odpicujemy  dom  ogrodników  na  cacy. 
Potem wspólnie 

 

background image

się  zastanowimy  nad  celem  jego  użytkowania.  Wiem,  że 

chciałaś go przeznaczyć dla tej młodej miłej kobiety, ale może 
ona wprowadzi się gdzie indziej? 

- Czyżbym o czymś nie wiedziała? 
- Nie rzuciło ci się w oczy, że Daniel przy niej promienieje i 

wypycha  pierś  do  przodu?  Zdaje  się,  że  i  ona  wykazuje 
zainteresowanie. 

Jasne, że rzuciło się jej w oczy. Tyle że Babette Hagemann 

była rozbita emocjonalnie po tym, jak jej mąż wyprowadził się 
do kochanki, która urodziła mu upragnionego syna. Ale nigdy 
nie wiadomo, co się dzieje w jej sercu. 

- Aleks, myślisz, że ich coś łączy? 
- Jeszcze nie, ale to, moim zdaniem, kwestia czasu. Pasują do 

siebie. Ponadto oboje zasłużyli na szczęście. Są zbyt młodzi, 
by iść samotnie przez życie. Los dał im popalić, ale najwyższa 
pora  wziąć  się  w  garść  i  budować  rzeczywistość.  Nie  mogą 
wiecznie rozczulać się nad sobą i rozpamiętywać dawne dzieje. 
Nowa miłość to nowe życie i tego im obojgu życzę. 

Aleks  wciąż  zadziwiał  Lenę.  Niby  był  małomówny,  ale 

bacznie  obserwował  to,  co  się  wokół  działo,  i  zawsze 
wysnuwał trafne wnioski. 

 

background image

- Słusznie, Aleks. Trzymajmy za nich kciuki. 
-  Będziemy.  A  teraz  z  innej  beczki.  Kiedy  chcesz 

wyremontować dla Jana stanicę? 

- Jak tylko znajdziesz czas... 
- Już go mam. Nie zwlekajmy z tym. Najpierw uporam się ze 

stanicą, a potem zabiorę za dom ogrodników. Zgoda? 

- Jesteś nieoceniony. - Rzuciła mu się na szyję.   
- Ach, gdybym nie miała ciebie... 
- To miałabyś kogoś innego. 
-  Nie.  Ty  jesteś  niezastąpiony.  Jedyny  w  swoim  rodzaju. 

Serio. Pobiegnę teraz do destylarni, przekażę Danielowi kilka 
dokumentów i przełączę telefon do Inge. 

- Poczciwa kobieta z niej. Ona też by pasowała do Daniela, ale 

Babette bardziej... 

- Aleks, nie od nas zależy, jakiego wyboru dokona Daniel. Nie 

maczajmy  w  tym  palców.  To  znaczy  nie  przekombinujmy. 
Zresztą  on  wcześniej  deklarował,  że  Inge  była,  jest  i  będzie 
tylko przyjaciółką... OK, spotkamy się na parkingu? 

-  Tak.  Przed  superautem,  które  sprezentowała  mi 

superkobieta! 

Lena  pobiegła.  Nie  żałowała  pieniędzy  wydanych  na 

samochody dla Aleksa i Daniela. Wręcz 

 

background image

przeciwnie. Cieszyła się, że mogła ich uszczęśliwić. Zasłużyli 

na to. 

Od taty nauczyła się dzielić z innymi tym, co miała najlepsze. 

On  uważał,  że  jeśli  bezinteresownie  czyni  się  dobro,  to  ono 
wraca do człowieka ze zdwojoną siłą, niekoniecznie w formie 
materialnej.  Lena  doświadczyła  tego  na  własnej  skórze. 
Pieniądze nie odgrywały dla niej najważniejszej roli w życiu. 
Są  potrzebne  do  normalnego  funkcjonowania,  zgoda,  ale  nie 
powinno się przeceniać ich wartości. 

background image

Stanica została kompletnie przemeblowana. Aleks przytargał 

do  niej  kilka  mebli  z  remizy  i  poustawiał  je  w  różnych 
konfiguracjach.  Poza  tym  odmalował  ściany,  odświeżył 
podłogi i wypolerował drzwi. 

Lena  nie  mogła  się  napatrzeć  na  efekt  ich  wysiłku.  Jan 

oniemieje z wrażenia. Pomysł przerobienia stanicy na biuro i 
studio  okazał  się  trafiony  w  dziesiątkę,  tym  bardziej  że 
oznaczało  to,  iż  Jan  rzadziej  będzie  wyjeżdżał  w  podróże 
służbowe. Czyli będą spędzali ze sobą więcej czasu. 

- Aleks, kapitalna robota! Fajnie, że przyniosłeś dodatkowo tę 

szafę i skrzynię. Świetnie się komponują z całym wystrojem. 

-  Rzeczywiście,  powstało  nieziemskie  pomieszczenie  z 

widokiem na jezioro... - przyznał nieskromnie Aleks. - Piękniej 
nie mogliśmy tego zrobić. Jedźmy już do domu, bo inaczej 

 

background image

przywitają  nas  awanturą.  Wiesz,  że  Nicola  nie  znosi,  kiedy 

spóźniamy się na posiłek. - Zerknął na zegarek. - Czeka na nas 
od pięciu minut. Lena się zaśmiała. 

- Więc zmykajmy. Jutro tu przyjdę. Usiądę wygodnie w fotelu 

tatusia i będę podziwiała nasze dzieło. 

background image

Po  obiedzie  Lena  i  Aleks  opowiedzieli  Nicoli,  Danielowi  i 

Ingę  o  zmianach,  jakich  dokonali  w  stanicy.  Potem  piątka 
przyjaciół plotkowała przy lampce wina o rzeczach błahych i 
poważnych.  Lena  wróciła  do  domu  dość  późno.  Była  w 
wybornym nastroju. 

Wszystko układało się po jej myśli. Dzięki Aleksowi stanica 

przemieniła się w nowoczesne biuro z antycznymi elementami. 

Daniel  zaś  przedstawił  jej  lukratywną  ofertę  kolejnego 

klienta. Z  uzyskanych  dochodów  będzie  mogła  pokryć  część 
strat,  które  poniosła  w  wyniku  ogłoszenia  upadłości  przez 
Grosik. 

Inge  znakomicie  wywiązywała  się  z  obowiązków  i  tym 

samym  odciążała  ją,  biorąc  na  siebie  większość  roboty 
papierkowej. 

Na jej głowie pozostało kierowanie destylarnią i wymyślanie 

kampanii reklamowych dla 

 

background image

dystrybuowanych  przez  nią  produktów.  A  może  Babette 

wsparłaby  ją  przy  tworzeniu  nowych  sloganów.  Przecież 
kiedyś działała w branży reklamowej. 

Tyle  że  trzeba  by  było  płacić  jej  wynagrodzenie.  Niestety, 

Lena nie miała tylu środków. 

Kątem  oka  dostrzegła  migającą  diodę  na  automatycznej 

sekretarce. Wzięła telefon, usadowiła się w salonie na sofie i 
zaczęła odsłuchiwać wiadomości. 

Przy pierwszym połączeniu ktoś się po prostu rozłączył. 
Przy  drugim  w  jej  uchu  rozbrzmiał  ochrypły  męski  głos, 

najprawdopodobniej jakiegoś młodego mężczyzny. 

-  Szanowna  Pani  Fahernbach.  Nazywam  się  Ulf  Pax  i 

chciałbym złożyć pani niebagatelną propozycję. Jeśli poważnie 
myśli  pani  o  kosztach  osobowych,  jesteśmy  idealnym 
partnerem dla pani... 

Dynamiczny, energiczny głos. Nie musi tego słuchać. 
-  Sorry,  Ulf  Pax  -  mruknęła  pod  nosem  i  skasowała 

wiadomość. 

Następny telefon był od Jana. 
 

background image

-  Moja  piękna,  gdzie  ty  się  podziewasz?  Szkoda,  że  cię  nie 

zastałem. Chętnie bym z tobą porozmawiał. Myślę o tobie cały 
czas. Tęsknię! Kocham cię! 

Odsłuchała tę wiadomość jeszcze raz. Ależ jej go brakowało. 

Rozmarzyła się. 

Z  zadumy  wytrącił  ją  dźwięk  telefonu.  Kto  dzwonił  o  tej 

godzinie? Serce waliło jej jak młotem. To był Jan. 

- Kochany! - krzyknęła. - Właśnie odsłuchałam automatyczną 

sekretarkę. Ubolewałam nad tym, że nie było mnie w domu... 

-  A  ja  tak  tęsknię,  że  musiałem  spróbować  ponownie.  No  i 

udało się. Jak się miewasz, moja piękna? 

- Lepiej, dużo lepiej. Brakuje mi ciebie. Kiedy przyjedziesz? 
-  Tu  jest  nudniej,  niż  przypuszczałem.  Zejdzie  mi  jeszcze  z 

tydzień. 

-  Dzisiaj  z  Aleksem  umeblowaliśmy  twoje  biuro  nad 

jeziorem. Dokonaliśmy tam kilku zmian. Spodoba ci się. Nie 
będziesz chciał stamtąd wychodzić. Kocham cię. 

- No, mam nadzieję - zachichotał. 
 

background image

Pokrótce  zrelacjonował  jej,  czym  się  aktualnie  zajmuje. 

Potem ku niezadowoleniu obojga musieli zakończyć rozmowę. 

Lenie przeszła ochota na cokolwiek. Znowu śniła na jawie o 

Janie. Westchnęła głośno. 

Zerknęła  na  zegarek.  O  matko!  Już  po  północy,  a  jutro 

wyczerpujący  dzień.  Postanowiła,  że  odsłucha  pozostałe 
wiadomości i położy się spać. 

Kolejny telefon był od doktora Limmera. W mig dopadły ją 

wyrzuty sumienia. Mimo obietnic nie podjęła bowiem żadnych 
starań,  żeby  uzyskać  stosowne  dokumenty  poświadczające 
śmierć Jórga. 

Po  trosze  celowo  z  tym  zwlekała.  Zazwyczaj  urzędy  same 

wysyłają takie świstki. Poza tym wciąż wierzyła, że Jórg żyje. 

-  Witam,  pani  Fahrenbach.  Z  tej  strony  Limmer.  Ponieważ 

zdobyłem już dokumenty dotyczące pani brata, chciałbym się 
umówić  na  spotkanie.  Dostosuję  się  do  zaproponowanego 
przez panią miejsca i terminu. Proszę o telefon. 

„Co  jest?  Przecież  nic  mu  nie  wysyłała",  pomyślała 

skonsternowana Lena. Nikt jej nie powiadomił... 

Zaraz, chwileczkę... 
 

background image

Frieder! 
No  jasne.  On  musiał  namieszać.  Prawdopodobnie  zakasał 

rękawy  i  liczył  na  spadek  po  bracie.  Fakt,  że  śmierć  Jórga 
została  potwierdzona  urzędowymi  dokumentami,  był  jak 
gwóźdź do jej trumny. 

Załamała się. Jórg nie żył! 
Już  nie  utną  sobie  żadnej  pogawędki,  nie  będą  się  razem 

śmiać, kłócić... 

Najgorsze  było  to,  że  nie  pochowają  go  w  grobie,  który 

mogłaby odwiedzać. 

Jego ciało będzie leżało gdzieś na odludziu... 
Rozpłakała się. 
Jórg nie żył... Jórg nie żył... 
Nie potrafiła myśleć o niczym innym. 
Nie zaginął, lecz zginął! 
Wyszła z pokoju. Zgasiła światło, jakimś cudem wdrapała się 

po schodach, rozebrała się i umyła, zupełnie nieświadoma tego, 
co  robi.  Potem  wślizgnęła  się  pod  kołdrę.  Szczękała  zębami. 
Przekręcała się z boku na bok. 

Dlaczego  Jana  nie  było  teraz  przy  niej?  W  jego  ramionach 

znalazłaby ukojenie. 

Nicola też umiała ją pocieszyć, uspokoić... 
Zasnęła. 

background image

Kiedy zbudziła się następnego ranka, miała wrażenie, jakby 

ktoś ją przeciągnął przez maszynkę do mielenia mięsa. Bolało 
ją wszystko. 

Powoli zwlokła się z łóżka i starała się nie myśleć o Jórgu, 

żeby znowu się nie rozpłakać. 

Wściekła  się  na  Friedera.  Wyrwał  się  jak  Filip  z  konopi  z 

prośbą o oficjalne uznanie ich brata za zmarłego. 

Musi  zadzwonić  do  doktora  Limmera  i  ustalić  termin 

spotkania. 

Poczłapała  do  łazienki.  Odkręciła  kurki  prysznica  i  długo 

stała pod ciepłym strumieniem wody. Orzeźwiła się kąpielą, a 
następnie wskoczyła w dżinsy i miękki, ciepły golf. 

Nie miała ochoty na śniadanie. Zaparzyła mocną czarną kawę. 
Z  filiżanką  usiadła  przy  dużym  drewnianym  stole.  Błądziła 

gdzieś myślami, aż przypomniała 

 

background image

sobie, że przecież doktor Limmer czeka na jej telefon. 
Zastanowiła się chwilę, gdzie wczoraj położyła słuchawkę. 
No tak, zostawiła ją w salonie. 
Na szczęście bateria się nie rozładowała. 
Numer  notariusza  miała  zakodowany  w  elektronicznej 

książce telefonicznej. 

Doktor Limmer przywitał się z nią serdecznie i podziękował 

za oddzwonienie. Był miłym człowiekiem. Jej tata wysoko go 
cenił. 

-  Doktorze  Limmer,  szczerze  mówiąc,  nie  ubiegałam  się  o 

wydanie dokumentów poświadczających śmierć Jórga. 

-  Pani  brat  Frieder  dopełnił  wszystkich  formalności.  Nawet 

pofatygował  się  osobiście  do  Australii,  żeby  udostępnili  mu 
właściwe dokumenty. Widać, że mu zależało. 

- Więc nie ma żadnych wątpliwości, że Jórg... Przerwała. Po 

co ten pośpiech? Przecież nie 

ma zwłok! Ciała nie odnaleziono! 
- Tak należałoby zakładać - odpowiedział. - W każdym razie 

pani  brat  przywiózł  dokumenty,  które  upoważniają  mnie  do 
tego, żeby otworzyć drugi testament pani ojca. 

 

background image

- OK - wyjąkała. - Przyjadę do pana, kiedy tylko będzie pan 

chciał. 

Ustalili datę i godzinę. 
Doktor Limmer zapewnił ją, że na spotkanie zaprosi również 

Friedera i Grit. Na wszelki wypadek wyznaczyli drugi termin. 

Zamienili jeszcze parę zdań i rozłączyli się. 
Roztrzęsiona Lena uznała, że najlepiej będzie, jak pójdzie do 

Nicoli, która ukoi jej skołatane nerwy. 

Przeszła  do  sieni.  Zakładała  właśnie  wygodne  buty,  kiedy 

nagle  olśniło  ją,  że  nie  odsłuchała  wczoraj  wszystkich 
wiadomości z automatycznej sekretarki. 

Teraz to zrobi. 
Kiedy  nacisnęła  guzik,  żeby  odtworzyć  ostatnie  nagranie, 

otworzyła  szeroko  usta  ze  zdziwienia.  Ugięły  się  pod  nią 
kolana. 

Jako ostatnia nagrała się Yvonne Wiedemann, córka Nicoli. 
- Witam, pani Fahrenbach. Szkoda, że nie mogę porozmawiać 

z  panią  na  żywo.  -  Głos  Yvonne  był  nieco  przygnębiony.  - 
Chciałabym  się  z  panią  spotkać.  Ale  nie  na  Słonecznym 
Wzgórzu.    Czy    istniałaby    taka możliwość? 

 

background image

Aktualnie  jestem  na  kongresie  lekarzy,  ale  odezwę  się 

jeszcze... Do następnego razu. 

Lena kilkakrotnie odsłuchiwała wiadomość od córki Nicoli. 
Yvonne  wreszcie  się  z  nią  skontaktowała.  Świadczyło  to  o 

tym, że chciała poznać bliżej biologiczną matkę. 

Lena  wrzasnęła  euforycznie  „Hura!",  po  czym  natychmiast 

się uspokoiła. 

„Skąd takie przypuszczenie?", pytała siebie w duchu. 
Przecież Yvonne wyraźnie podkreśliła, że chce się spotkać z 

Leną i nie na Słonecznym Wzgórzu. 

A  jej  biologiczna  matka  mieszkała  właśnie  na  Słonecznym 

Wzgórzu... Co o tym wszystkim myśleć? Nie miała pojęcia! 

Cóż, nie pozostaje jej nic innego, jak spróbować kolejny raz 

nakłonić  Yvonne,  żeby  dała  szansę  Nicoli,  by  pozwoliła  jej 
pokazać się od jak najlepszej strony. 

Lena stwierdziła w końcu, że zamiast do Dunkelów, pojedzie 

do kapliczki. Zapali świeczki i pomodli się za bliskich. 

background image

Lena siedziała w kapliczce i wpatrywała się w równomierny i 

spokojny  płomień  świeczek.  Z  różnych  powodów  zapaliła 
dzisiaj świeczki. 

Przede wszystkim za Jórga. Po katastrofie samolotu jego ciało 

leży  gdzieś  w  niedostępnej  australijskiej  dżungli.  Ekipy 
ratunkowe  pewnie  nigdy  go  nie  zjadą.  Przerwano  zresztą 
poszukiwania.  Frieder,  jej  drugi  brat,  zdobył  w  sobie  tylko 
wiadomy sposób dokumenty potwierdzające śmierć Jórga. 

Lena wiedziała, że już czas pogodzić się ze śmiercią brata i jej 

przekonanie, że Jórg się odnajdzie, jest niedorzeczne. 

Rozum  podpowiadał  jej, że  Jórg  nie żyje, ale  serce  mówiło 

inaczej. Uczepiła się nadziei, że jakimś cudem przeżył upadek 
samolotu.  Nie  znaleziono  przecież  ciała.  A  nadzieja  umiera 
ostatnia..... 

 

background image

Zamknęła  oczy  i  myślała  o  Jörgu.  Był  lekkomyślny  i 

roztrzepany, ale był kochanym bratem. 

Oczami  wyobraźni  widziała,  jak  sunie  łodzią  po  wodzie, 

motorem  pędzi  po  piaszczystych  i  niebezpiecznych  torach 
wyścigowych. 

Był  marzycielem,  który  lekkomyślnie  naraził  swój  spadek. 

Organizował festiwale muzyczne, nie mając o tym pojęcia. 

Jego pomysły pochłonęły mnóstwo pieniędzy, ale jakie to ma 

teraz  znaczenie?  Oddałaby  wszystko,  żeby  zobaczyć  go 
żywego. 

Zatopiła się we własnych myślach. Kiedy się ocknęła, poczuła 

nagle pewność, że Jörg żyje. 

Nie może się tym z nikim podzielić. Wszyscy wzięliby ją za 

wariatkę, gdyby zdradziła im swoje przeczucie. 

Może  tylko  Nicola  pomyślałaby  inaczej.  Ona  też  wciąż  ma 

nadzieję. 

Lena westchnęła głęboko. Ach, Nicola! 
Tak  bardzo  chce  pomóc  tej  kobiecie  o  złotym  sercu  i 

doprowadzić do jej spotkania z córką. To kolejny powód, dla 
którego zapaliła dzisiaj świeczki. 

Sprawa z Yvonne, córką Nicoli, to prawdziwa jazda kolejką 

górską. 

 

background image

Mimo  wielu  trudności  i  przeciwieństw  losu  Lena  odnalazła 

Yvonne.  Po  wielu  zabiegach  i  ciągłym  wahaniu  pani  doktor 
przyjechała wreszcie do posiadłości, niby na wypoczynek, a w 
gruncie rzeczy po to, żeby zobaczyć rodzoną matkę. I co się 
stało? Nie została nawet na noc, bo nie mogła znieść myśli, że 
w pobliżu jest kobieta, która ją urodziła i oddała. 

Biedna Nicola nie miała o niczym pojęcia! 
Nie odezwało się pokrewieństwo krwi. Takie rzeczy dzieją się 

tylko w powieściach. 

Później Yvonne zadzwoniła do Leny, żeby ją poinformować, 

że nie jest zainteresowana kontaktami z matką. Nie chce więcej 
słyszeć  o  tej  kobiecie.  Początkowo  Lena  zaakceptowała  jej 
życzenie, ale potem nie wytrzymała. Napisała do Yvonne list z 
prośbą, żeby dała matce choć jedną szansę. 

Minęło  dużo  czasu,  aż  pewnego  dnia  Yvonne  zostawiła 

wiadomość  na  automatycznej  sekretarce.  Poprosiła  Lenę  o 
spotkanie, ale nie  w posiadłości. „Panie Boże, spraw, proszę, 
żeby  Nicola  mogła  wreszcie  przytulić  córkę,  którą  zaraz  po 
porodzie  musiała  oddać  do  adopcji.  Ona  tak  bardzo  cierpi", 
modliła się Lena. 

 

background image

Sama nie wiedziała, ile razy powtórzyła swoje błaganie. Jeśli 

się uda, będzie się tu modlić dzień i noc. Oprócz powrotu Jórga 
niczego bardziej nie pragnie niż pojednania matki i córki. 

Kiedy  nagle  promienie  zimowego  słońca  przebiły  się  przez 

szare chmury i wpadły przez okno do kapliczki, Lena uniosła 
głowę. Słońce odbijało się w kolorowych szkiełkach witraży i 
malowało  osobliwe  kształty  na  ciemnej  podłodze  wyłożonej 
płytami. 

Czy to znak? 
Czyżby  niebo  chciało  jej  dać  do  zrozumienia,  że  wszystko 

będzie dobrze? 

Tak bardzo chce w to wierzyć. 
Nagle  otworzyły  się  drzwi  wejściowe  do  kapliczki.  Lena 

odwróciła się. 

O nie! Tylko nie to! 
Tylko tego brakowało! Nie mogła przyjść trochę później? 
Do  kapliczki  weszła  Cilly  Herzog,  ciotka  Markusa,  w 

zasadzie miła osoba, ale niesamowicie wścibska i ciekawska. 
Najgorsze  jest  jednak  to,  że  wbiła  sobie  do  głowy,  że  musi 
wyswatać  Markusa  i  nie  przepuszczała  żadnej  okazji,  żeby 
zrealizować swój zamiar. 

 

background image

Cilly podeszła bliżej. 
- Ach, Lena! - zawołała i spojrzała na palące się świeczki. - 

Na Boga, dla kogo zapaliłaś tyle świeczek? Kurczaka można 
na nich upiec! Na szczęście przyniosłam nowe. 

Mieszkańcy  Fahrenbach  mieli  w  zwyczaju,  że  zawsze  coś 

przynosili  do  kapliczki,  którą  wybudował  jeden  z  przodków 
Leny.  Jedni  przynosili  świeczki,  inni  kwiaty.  Na  zmianę  też 
sprzątali. 

Tu,  w  tej  kapliczce,  odbywały  się  chrzty,  tu 

Fahrenbachwowie brali śluby, tu miały miejsce msze żałobne. 
Pastor przyjeżdżał z pobliskiej gminy. 

- Dzień dobry, pani Herzog  - powiedziała Lena, siląc się na 

przyjazny ton. Każdy może przyjść do kapliczki. Skąd kobieta 
ma wiedzieć, że przyszła akurat nie w porę. - Te świeczki są dla 
mojego brata Jórga. 

Cilly Herzog opadła na ciemną ze starości brązową  ławkę z 

drewna.  Wszystkie  ławki  w  kapliczce  połyskiwały  teraz  w 
promieniach słońca. 

-  Ach  tak,  biedaczysko...  Markus  opowiedział  mi  o 

katastrofie. Znaleziono już Jórga? 

- Nie, niestety... 
 

background image

-  Leno,  czego  on  szukał  w  tej  Australii?  Na  dodatek  na 

terenach, gdzie normalnie nikt nie podróżuje? 

Lena  nie  miała  ochoty  na  rozmowę  o  Jórgu.  Wiedziała,  że 

Cilly lubi poplotkować i tak łatwo nie odpuści. 

Wstała. 
-  Nie  mam  pojęcia,  po  co  tam  pojechał  -  powiedziała.  - 

Przepraszam, muszę już wracać... Życzę pani miłego dnia i do 
widzenia. 

Na  twarzy  starszej  pani  malowało  się  rozczarowanie. 

Wyraźnie miała ochotę na dłuższą pogawędkę. 

Lena uśmiechnęła się do niej i odwróciła. 
-  Do  widzenia,  Leno.  Szkoda,  że  już  idziesz.  Chętnie  bym 

sobie z tobą porozmawiała. 

- Innym razem, pani Herzog - pocieszyła ją Lena i wyszła z 

kapliczki. 

Kiedy wyszła na dwór, ciemna chmura zakryła słońce. Teraz 

już  była  pewna,  że  to  był  znak,  znak,  że  wszystko  będzie 
dobrze - z Jórgiem i Yvonne. 

To  przekonanie  dodało  jej  skrzydeł.  Miała  ochotę  głośno 

krzyczeć  z  radości.  Wydawało  się,  że  nawet  strumyk  przy 
kapliczce płynie 

 

background image

jakby szybciej i szepce: „Wszystko będzie dobrze, wszystko 

będzie dobrze, będzie dobrze". 

Może  to  szaleństwo,  ale  chce  w  to  wierzyć.  Ta  wiara 

motywuje ją i pozwala pozytywnie myśleć. 

Złapała  rower,  wskoczyła  na  niego  i  zjechała  ze  wzgórza 

prosto do wsi. 

Odwiedzić jeszcze Sylvię i słodkie bliźniaki, na które nigdy 

nie może się napatrzeć? 

„Nie", przywołała się do porządku. Przecież postanowiła, że 

zajrzy tylko do kapliczki i zapali świeczki. Była tam dłużej, niż 
planowała. Musi się zająć pracą, a to wymaga zaangażowania. 
Owszem,  w  destylarni  jest  Daniel,  ma  też  wsparcie  obrotnej 
Inge, ale nie wolno jej zaniedbywać obowiązków. 

Jej  partner  w  interesach,  pan  Schaapendonk,  przygotował 

ajerkoniak  o  nowym  smaku  i  oczekuje,  że  Lena  szybko  i 
skutecznie  wprowadzi  go  na  rynek.  Oczywiście  zrobi 
wszystko, co się da, bo jest to winna swoim partnerom, ale nie 
do końca rozumie pana Schaapendonka. Przecież jego produkt, 
stary,  sprawdzony  ajerkoniak  o  klasycznym  smaku,  znana 
marka, 

odnosi 

sukcesy 

na  rynku.  Po  co  więc 

eksperymentować? 

background image

Ajerkoniak  jest  trunkiem  dla  dość  wąskiego  grona 

konsumentów, a ci ludzie chcą pić klasyczny trunek, a nie taki 
z dodatkowymi nutami smakowymi. Odkąd Lena zajmuje się 
dystrybucją ajer-koniaku Schaapendonka, firma wypuściła już 
na rynek pięć dodatkowych smaków: czekoladowy, orzechowy 
i  trzy  owocowe.  Nowe  produkty  nie  podbiły  rynku  mimo 
świetnej  akcji  reklamowej.  Na  szczęście  pozostali  partnerzy 
handlowi  postępują  inaczej.  Stawiają  na  sprawdzone  trady-
cyjne  produkty,  nie  zmieniają  ich  składu  i  dobrze  na  tym 
wychodzą,  na  przykład  Finnemore  eleven,  szkocka  whisky 
słodowa, albo wódki Horlitza, który wprawdzie wypuszcza też 
nowe  produkty,  ale  wciąż  utrzymuje  stary  asortyment, 
Perlinger  dalej  produkuje  morelówkę,  Brodersen  ma  dwa 
podstawowe trunki i świetnie na nich wychodzi. Inni partnerzy 
też  nie  robią  takiego  zamieszania  jak  Schaapendonk.  Może 
trzeba  mu  przypomnieć  stare  przysłowie:  „Pilnuj  szewcze 
swego  kopyta"? Stworzenie nowego  trunku kosztuje przecież 
mnóstwo pieniędzy. 

Lena wjeżdżała już na wzgórze. Musiała mocno pedałować, 

bo droga była dość stroma. Nieźle się namęczyła. 

 

background image

Gdyby  miała  recepturę  Fahrenbachówki,  produkowałaby 

tylko to i nic innego. Ale to tylko marzenie. Ojciec zniszczył 
recepturę. Zostawił jej jedynie nowoczesną linię produkcyjną. 

Dziwne,  dlaczego  akurat  teraz  o  tym  myśli?  Przecież  nie 

wytrząśnie  z  rękawa  receptury,  która  zawiera  ponad  sto 
składników  -  przyprawy,  zioła  i  owoce.  Zresztą  likwidacja 
destylarni  jest  już  postanowiona,  wystawią  urządzenia  na 
sprzedaż.  Żeby  tylko  nie  zapomniała  zapytać  Daniela,  czy 
podjął już w tym kierunku jakieś kroki. 

Szkoda,  że  ojciec  tuż  przed  śmiercią  stworzył  fantastyczną, 

supernowoczesną linię produkcyjną, która teraz jest nieczynna. 
Fahrenbachowie  od  pokoleń  produkowali  Fahrenbachówkę, 
najpierw tu, w posiadłości, gdzie wszystko się zaczęło, później 
w dużym zakładzie produkcyjnym, potem znowu, w tajemnicy, 
ojciec  przeniósł  produkcję  do  Fahrenbach,  bo  Frieder  i  Jórg 
uważali, że Fahrenbachówka nie jest na czasie i nie pasuje do 
oferty hurtowni Fahrenbach. 

Było, minęło... Nie ma sensu o tym myśleć. Rzeczy dzieją się 

tu i teraz. A teraźniejszość jej nie rozpieszcza. Nie jest łatwo 
przeprowadzić 

 

background image

okręt przez wzburzone morze. Kryzys gospodarczy dał im się 

we  znaki.  Ale  Lena  się  nie  martwi.  Da  sobie  radę,  ale 
warunkiem  jest  stuprocentowe  zaangażowanie  w  pracę.  Na 
budynku  destylarni  wciąż  widniał  napis  „Fabryka  likieru 
Fahrenbach". Nigdy go nie zdejmie. Nawet jeśli nie pasuje to 
do  tego,  czym  się  teraz  zajmują.  W  końcu  niczego  nie 
produkują.  Ale  ten  napis  przypomina  jej,  że  ma  obowiązki 
wobec tradycji, a tradycja żywi się nie tylko spektakularnymi 
sukcesami. Fahrenabachowie byli we wsi szanowaną rodziną, 
od  ich  nazwiska  wywodzi  się  nazwa  wsi.  Przodkowie  Leny 
wybudowali  kapliczkę,  która  służy  wszystkim  mieszkańcom. 
Udostępnili też swoje prywatne jezioro. Ludzie ich szanowali. 
A oni nie wykorzystywali tego szacunku do wywyższania się, 
szacunek 

mieszkańców 

wsi  przypominał  im,  jaka 

odpowiedzialność  spoczywa  na  każdym,  kto  nosi  nazwisko 
Fahrenbach. 

Wcześniej Lena nie zdawała sobie sprawy, że to coś zupełnie 

wyjątkowego  nosić  nazwisko  Fahrenbach.  Owszem,  miała  z 
tego  tytułu  pewne  przywileje,  bo  pochodziła  z  zamożnej 
rodziny. Dopiero kiedy sprowadziła się do posiadłości, 

 

background image

zrozumiała, co to znaczy być Fahrenbachem, zrozumiała też, 

dlaczego  ojciec  przykładał  ogromną  wagę  do  tradycji, 
dlaczego  wychowywał  ich  w  jej  duchu,  dlaczego  uczył  ich 
odpowiedzialności i przywiązania do miejsca. W jej przypadku 
nauki  ojca  trafiły  na  podatny  grunt,  ale  w  przypadku  jej 
rodzeństwa... Aż strach o tym pomyśleć: Frieder doprowadził 
do bankructwa bogatą w tradycje hurtownię, Grit czym prędzej 
sprzedała rodzinną willę z całym wyposażeniem, a Jórg... Na 
szczęście  dzięki  pomocy  współpracowników  udało  się 
uratować winnice we Francji. 

Kiedy wreszcie była na samej górze i zobaczyła posiadłość w 

całej okazałości, zrobiło jej się ciepło na sercu. 

Jej raj... 
Zmieniła  tu  co  prawda  kilka  rzeczy,  ale  nie  ma  zamiaru 

przeprowadzać  jakichś  radykalnych  posunięć.  Posiadłość  ma 
zostać taka, jaka jest od ponad pięciu pokoleń Fahrenbachów. 
Niech  kolejne  pokolenia  cieszą  się  jej  pięknem.  Nigdy  nie 
sprzedali  kawałka  ziemi.  I  ona  też  tego  nie  zrobi,  choć 
większość terenów przekształcono w działki budowlane, nawet 
te wokół jeziora. 

 

background image

Nie  ulegnie  pokusie  łatwego  zarobku.  Utrzyma  jezioro  w 

niezmienionym stanie. To  przecież  przestrzeń życiowa  wielu 
gatunków  roślin  i  zwierząt,  które  w  innych  miejscach  już 
dawno  by  wymarły.  Jezioro  jest  też  miejscem  rekreacji 
mieszkańców wsi. 

Właśnie dlatego nie mogła odstąpić bratu żadnej działki nad 

jeziorem. Chciał tam wybudować luksusowy hotel. Odmówiła 
mu, a on się obraził, dokuczał jej, dręczył i nękał, a na koniec 
ukarał pogardą. 

Zanim oparła rower o ławkę stojącą przy wejściu do domu, 

spojrzała w górę. Na niebie ukazał się mały promyk słońca, a 
jej serce wypełniła błogość. 

- Dziękuję ci, Boże - powiedziała. - Dziękuję za to wszystko, 

co do mnie należy. Pomóż mi, proszę, utrzymać posiadłość. 

background image

Przed pójściem do destylarni Lena chciała zajrzeć do Nicoli. 

Może  zostało  jeszcze  trochę  kawy?  Poplotkuje  z  nią  pięć 
minut, a potem zabierze się do pracy. 

- Cześć - zawołała wesoło. - Masz może kawę i pięć minut na 

pogaduszki, zanim zacznę się głowić, jak wypromować nowy 
ajerkoniak Schaapendonka? 

Nicola siedziała przy stole w kuchni. Podniosła wzrok znad 

gazety.  Nie  była  w  takim  dobrym  nastroju  jak  Lena.  Wręcz 
przeciwnie, zdawało się, że jest zła. Tylko dlaczego? 

Zdjęła okulary i odłożyła je na bok. 
-  Kiedy  następnym  razem  będziesz  wychodzić  z  psami,  to 

bądź uprzejma mnie poinformować. 

Lena wpatrywała się w rozgniewaną kobietę. 
- Słucham? Nie rozumiem... Przecież nie byłam na spacerze z 

psami. Pojechałam rowerem 

background image

do  kapliczki.  Zresztą  kiedy  biorę  ze  sobą  Hektora  i  Lady, 

zawsze cię o tym informuję. Nicola spojrzała na nią zdziwiona. 

- Nie zabrałaś ich ze sobą? 
- Nie. 
Teraz Lena była zła. 
-  Nic  już  nie  rozumiem.  To  znaczy,  że  nie  ma  ich  w 

posiadłości? 

Lena usiadła przy stole. 
- Jak to nie ma? Więc gdzie są? 
- Od godziny nikt z nas ich nie widział. Sama wiesz, że nie 

uciekają. 

-  Lady pobiegła  raz  za  mną,  ale  to  było  dawno  temu.  Może 

znowu się odważyła, a Hektor pobiegł za nią? 

Nicola potrząsnęła głową. 
-  To  niemożliwe...  Wszyscy  są  w  posiadłości.  Aleks 

remontuje domek ogrodnika, Daniel i Inge są w destylarni, a 
Juri, który zabierał czasem psy na spacer, wyjechał, jak sama 
dobrze wiesz. 

- Nie ma w posiadłości nikogo, z kim mogłyby wyjść. 
- Powiem Danielowi i Aleksowi, żeby poszli ich poszukać. 
-Idę z nimi... 
 

background image

Nicola machnęła ręką. 
-  Leno,  nie  ma  sensu.  Przecież  będą  szukać  jedynie  w 

promieniu kilometra. Sami dadzą radę. Idź do biura i zajmij się 
pracą. 

Nicola ma rację. Bez sensu, żeby wszyscy naraz szukali psów. 
Nie  uciekły  daleko.  Nikt  z  mieszkańców  Fahrenbach  nie 

zabrałby  ich  tak  po  prostu.  O  tej  porze  roku  nie  ma  we  wsi 
turystów, a nawet gdyby byli, to nie są przecież hyclami. 

Zdarzyło się wprawdzie, że mały Timmy Basler zabrał Lady. 

Wszyscy  już  dawno  o  tym  zapomnieli.  Chłopiec  nie  zdawał 
sobie  sprawy  z  tego,  co  robi.  Czuł  się  samotny,  nie  miał 
kolegów i mała Lady miała być jego towarzyszką zabaw. 

Timmy  zamieszkał  z  rodzicami  na  nowym  osiedlu,  które 

powstało na teranie byłej posiadłości Hubera. Jego rodzice i on 
już dawno zintegrowali się z mieszkańcami wioski i byli jedny-
mi z nich. 

Chłopiec  ma  teraz  kolegów  ze  szkoły  i  przyjaciół,  ma  też 

własnego psa, którego Martin przywiózł mu ze schroniska. 

Nie,  nie  ma  się  czym  martwić.  Hektor  i  Lady  pobiegli 

zapewne za jakimiś kawałkami papieru 

background image

lub fruwającymi liśćmi i bawią się teraz w najlepsze. 
- Przecież nasze psy nie są łazęgami - powiedziała Lena. 
Czuła  się  nieswojo.  Rozważała  wszystkie  możliwości, 

tłumaczyła  sobie  zniknięcie  psów,  ale  wciąż  czuła  niepokój. 
Zapomniała nawet o kawie i pogawędce z Nicolą. Nie ma teraz 
do tego głowy. Trzeba znaleźć psy. Tylko to się teraz liczy. 

-  Gdzieś  muszą  być  -  stwierdziła  Nicola,  odłożyła  gazety  i 

wstała. 

- Nie  ma co tracić czasu na czcze gadanie. Idź do Daniela i 

przyślij go tu, ja pójdę po Aleksa. Potem zastanowimy się we 
trójkę, co dalej. 

Tak  właśnie  trzeba  zrobić.  Lena  wybiegła  z  małego  domku 

Dunkelów.  Jeszcze  jej  ojciec  przekazał  im  go  w  wieczyste 
użytkowanie.  Kiedy  wyszła  z  kapliczki,  była  dobrej  myśli  i 
pełna nadziei. Nic pozostał po tym nawet ślad. 

Oby psom nic się nie stało! 
Rzuciła się pędem w stronę destylarni. Wpadła z impetem i od 

razu zaczęła wołać Daniela. 

Wyszedł z magazynu. W dłoni miał rolkę z taśmą. 
 

background image

- Co tak krzyczysz? Goni cię ktoś czy co? - zażartował. 
Lena nie była w nastroju do żartów.   
  - Psy uciekły - wydusiła z siebie, dysząc. 
- Co takiego? 
- Dobrze słyszałeś. Hektor i Lady zniknęły. Nie zabrałam ich 

ze sobą. Wzięłam rower i pojechałam sama. 

Opowiedziała  mu,  co  ustaliły  z  Nicolą.  Daniel  nie  zwlekał, 

tylko wcisnął Lenie rolkę z taśmą i wybiegł z destylarni, jakby 
zobaczył ducha. Lena odniosła taśmę do magazynu i wróciła 
do biura. 

O  pracy  nad  kampanią  reklamową  nowego  ajerkoniaku 

Schaapendonka  nie  ma  nawet  co  marzyć.  Nie  może  się  na 
niczym skupić. Wciąż myśli o psach. 

Gdzie one się podziewają? 
To głupota siedzieć tak bezczynnie i się zamartwiać. Wstała i 

poszła do biura Inge Koch. Kobieta siedziała przy komputerze i 
pracowała. Lena opowiedziała jej, co się stało. 

- Telefon przełączam do pani - powiedziała Lena. - Komórkę 

zabieram ze sobą. Idę szukać psów. 

 

background image

Już na dworze przypomniała sobie, że nie założyła kurtki. Z 

powrotem  do  destylarni,  wziąć  kurtkę  i  udać  się  na 
poszukiwania... 

Nie  miała  pojęcia,  gdzie  Nicola  i  mężczyźni  szukają  psów. 

Postanowiła pobiec nad rzekę. Lubiła tę drogę i często chodziła 
tam z psami. Poszła na skróty przez pola, wołała raz Hektora, 
raz  Lady.  Z  całego  serca  pragnęła,  żeby  przybiegły  do  niej  i 
położyły jej patyczek pod nogi... 

Nic takiego się nie wydarzyło. 
Nie widziała psów. Nie widziała też żadnych ludzi, których 

mogłaby o nie zapytać. 

Doszła  do  rzeki.  Poszła  kawałek  wzdłuż  brzegu.  Rzeka 

płynęła leniwie. O tej porze roku nie było na brzegu żadnych 
wędkarzy.  Nie  widziała  nawet  kaczek  taplających  się  w 
wodzie. Pewnie są nad jeziorem. 

Było przeraźliwie cicho, szaro i ponuro. 
Zawróciła.  Nie  ma  sensu  tak  iść  bez  celu.  Może  Nicola  i 

mężczyźni znaleźli już psy. Tu nad rzeką na pewno ich nie ma. 

Lena westchnęła. Czasem denerwowało ją wieczne rzucanie 

kijków.  Psy  nigdy  nie  miały  dość.  Teraz  byłaby  szczęśliwa, 
gdyby mogła się z nimi pobawić i rzucałaby do upadłego. 

 

background image

Zaczęło  padać.  Ostatni  kawałek  drogi  pokonała  biegiem. 

Zdyszana dotarła do posiadłości. Czas zacząć ćwiczyć. Same 
spacery i jazda na rowerze to jak widać za mało. Kondycję ma 
równą zeru. 

Zastanawiała  się,  gdzie  iść.  Do  biura,  do  domu,  a  może 

sprawdzić,  czy  Nicola  już  wróciła?  Nagle  zobaczyła  ją 
wychodzącą zza rogu. 

Spostrzegła Lenę i zatrzymała się. Lena już wiedziała, że stało 

się coś złego. Miała wrażenie, że jakaś lodowata ręka ściska ją 
za gardło. Chciała podbiec do Nicoli i zapytać, co z pasami, ale 
nie mogła się ruszyć. Była jak sparaliżowana. 

Nicola miała poważną minę i była bardzo zdenerwowana. 
- Co... Co z Hektorem i Lady? - wykrztusiła Lena z trudem. 
Tak  bardzo  chciała  usłyszeć  coś  dobrego,  ale  wiedziała 

jednocześnie, że się tego nie doczeka. 

- Daniel i Aleks znaleźli psy na parkingu... Pojechali z nimi do 

weterynarza. 

-  Potrącił  je  samochód?  Tu  na  wzgórzu?  Jak  to  możliwe? 

Przecież to teren prywatny, obcy tu nie wjeżdżają! 

- To nie samochód... 
 

background image

Dlaczego trzeba ją tak ciągnąć za język?   
- A  co? 
Niech wreszcie powie! 
- Musiały coś zjeść. -Lena myślała, że się przesłyszała. 
- Zjeść? - powtórzyła. - Truciznę? Nicola pokiwała głową. 
-  Skąd  tu  trucizna?  Przecież  nie  od  nas.  Nicola  wzruszyła 

ramionami. 

- Nie wiem. Aleks tak powiedział. Od razu zapakował psy do 

samochodu i pojechał z nimi do weterynarza. 

- Jak się czują? 
Tego  Nicola  nie  mogła  i  nie  chciała  powiedzieć.  Widziała 

psy. Obraz nędzy i rozpaczy. Nawet  nie reagowały na  swoje 
imiona. 

- Nie wiem. Aleks nic więcej nie powiedział, od razu pojechał 

z psami. Leno, musimy czekać. Nic innego nie możemy zrobić. 

- Ktoś je musiał otruć. Wiedział, że psy są na górze i był na 

tyle bezczelny, że przyniósł truciznę w pobliże domu. 

- Ale kto? 
- Tylko jeden człowiek przychodzi mi do głowy. Ten Koller. 

Jest na mnie wściekły, bo nie 

 

background image

wydzierżawiłam mu lasu pod teren łowiecki i nie wynajęłam 

miejsca na przystani na jego łódź. Groził mi, że tego pożałuję. 
Nicola wzięła ją pod rękę. 

-  Leno,  nie  nakręcaj  się.  Ten  człowiek  jest  zarozumiały  i 

myśli,  że  jak  ma  pieniądze,  to  może  wszystko  kupić,  ale 
przychodzić  tu  i  trać  niewinne  psy...  Nie,  raczej  nie. 
Zaczekajmy, co powie weterynarz. 

- Myślisz, że uratuje Hektora i Lady? - zapytała Lena szeptem. 
- Nie wiem, nie jestem lekarzem, ale mam nadzieję. Nadzieja 

umiera ostatnia... 

Lena  nie  miała  teraz  ochoty  na  jej  powiedzonka.  Ale  to 

prawda, nie mogą nic zrobić, tylko czekać. Gdyby żył Martin! 
Był zdolnym weterynarzem i czynił cuda. Poza tym przecież 
byłby na miejscu. 

Ale Martin nie żyje i nie ma co gdybać. 
- Idę do stajni. Wy szczotkuję konie i oczyszczę im kopyta - 

powiedziała Lena. 

Musiała się czymś zająć. Nicola złapała ją za ramię. 
- Aleks już to zrobił. Rano. Pójdziesz teraz do mnie i razem 

zaczekamy. Daniel obiecał, że 

 

background image

zadzwoni.  Wiesz,  że  nie  rzuca  słów  na  wiatr.  Można  snuć 

domysły bez końca, ale zaprowadzą nas tylko w ślepą uliczkę. 
Chodź!  Zaparzę  kawę,  zrobię  kilka  gofrów  i  pogadamy  albo 
przejrzymy kolorowe czasopisma. W jednym z nich są zdjęcia 
Isabelli.  Znowu  dostanie  jakąś  nagrodę...  Nic  dziwnego,  jest 
utalentowaną  aktorką,  na  dodatek  miłą  i  zupełnie  normalną 
kobietą.  Wciąż  nie  mogę  uwierzyć,  że  tak  dobrze  się  u  nas 
czuje i ciągle nas zaprasza. 

- Byliśmy przy niej w najgorszych  chwilach jej życia. Tego 

się nie zapomina. 

-  Rzeczywiście,  była  w  strasznym  stanie,  kiedy  tu 

przyjechała,  ale  w  końcu  jakoś  przebolała  utratę  wielkiej 
miłości. 

Lena  bardzo  lubiła  słynną  aktorkę  Isabellę  Wood. 

Zaprzyjaźniły się, ale teraz nie miała ochoty o niej rozmawiać, 
nawet z Nicolą, którą tak kocha. 

- Pójdę do destylarni i spróbuję trochę popracować. Jeśli nie 

uda mi się wymyślić niczego mądrego dla Schaapendonka, to 
podzwonię po klientach, którzy zalegają z płatnościami. 

- Tym zajmuje się Inge - przypomniała jej Nicola. 
 

background image

Wszelkimi  sposobami  próbowała  zatrzymać  Lenę.  Nie 

chciała być teraz sama. 

- W przypadku niektórych klientów będzie lepiej, kiedy sama 

zadzwonię i ich upomnę. Daj znać, jak się czegoś dowiesz. Nie 
zapomnij. 

- Nie zapomnę. Przecież nie mam jeszcze sklerozy. 
Lena przytuliła ją i pocałowała w czoło. 
- Nie masz. Jesteś najukochańszym człowiekiem na świecie - 

powiedziała i pobiegła, zanim Nicola zdążyła coś powiedzieć. 

Musi się zająć pracą. Praca odwróci jej uwagę od smutnych 

myśli.  Hektor  i  Lady  muszą  żyć!  Oby  nie  było  dla  nich  za 
późno! I oby zajął się nimi dobry weterynarz! 

Znowu  pomyślała  o  Martinie.  On  zrobiłby  wszystko.  Nie 

musiałaby się teraz martwić o psy. 

Wróciła do destylarni. 
Najpierw poszła do Inge powiedzieć, że już wróciła i że psy są 

u weterynarza. 

- Działo się coś ciekawego? - zapytała. 
- Przyszło kilka mniejszych zamówień, nic nadzwyczajnego. 

Wystawiłam też rachunki i położyłam Danielowi na biurku. A, 
zapomniałabym, dzwoniła pani bratowa. 

background image

- Doris? - zapytała Lena. 
Ma w końcu dwie bratowe. Jest jeszcze Mona, żona Friedera. 

Ale telefon od Mony? Nie, to zupełnie nieprawdopodobne. Ma 
dużo  lepsze  zajęcia  niż  kontaktowanie  się  z  Leną.  Przede 
wszystkim  wizyty  u  chirurga  plastycznego  i  odnowę  całego 
ciała. 

-  Tak,  Doris  -  potwierdziła  Inge  i  zaczęła  czegoś  szukać  na 

biurku. - Dzwoniła też niejaka pani Winkeimann. 

- To moja siostra Grit - wyjaśniła jej Lena. 
- Mówiła, w jakiej sprawie dzwoni? 
- Nie, ale miałam wrażenie, że jest strasznie zdenerwowana. 
Lena roześmiała się. 
Inge od razu poznała się na Grit. 
- Moja siostra zawsze jest zdenerwowana 
- powiedziała Lena. - Dziękuję, zaraz do niej oddzwonię. 
Wyszła  z  biura  Inge.  Zatrudnienie  jej  było  doskonałym 

pomysłem. W zasadzie nie ona na niego wpadła, tylko Daniel. 
Poznał  Inge  na  spotkania  grupy  wsparcia  dla  osób,  które 
przeżyły  samobójstwo  bliskich.  Jak  na  osobę,  która  straciła 
cały majątek i męża, Inge była nad wyraz 

 

background image

spokojna. Panowała nad lekiem i emocjami. Nie musiała topić 

smutku w alkoholu. Nie każdy jest taki silny, o nie! Postawa 
Inge jest godna podziwu. I z jaką energią zabrała się do pracy! 
Można brać z niej przykład. 

background image

W  gruncie  rzeczy  Lena  była  zadowolona,  że  nie  musi  się 

zajmować  żadną  pracą.  I  tak  nie  mogłaby  się  na  niczym 
skoncentrować.  Wykona  jedynie  dwa  telefony.  Rozmowa  z 
Doris będzie przyjemna, natomiast z Grit - zapewne nie. 

Najpierw  zadzwoni  do  Grit, żeby  mieć  za  sobą  tę  wątpliwą 

przyjemność.  Czego  może  od  niej  chcieć?  Zobaczą  się 
niedługo u notariusza. 

Nie  miała  ochoty  na  rozmowę  z  siostrą.  Wiedziała,  że  to 

będzie okropne przeżycie. Wcześniej tak dobrze się rozumiały, 
ale odkąd Grit otrzymała spadek, bardzo się zmieniła i relacje 
między nimi uległy pogorszeniu. Z miłej kobiety o naturalnym 
wyglądzie zrobiła się sztuczna lala, która zajmuje się błahymi 
sprawami.  Złapała  młodego  amanta,  którego  utrzymuje.  Dla 
Robertino  poświęciła  małżeństwo  i  pozwoliła,  żeby  dzieci 
zamieszkały z ojcem w Kanadzie. 

 

background image

Z niechęcią wybrała numer siostry. 
Grit odebrała zdyszanym i udręczonym głosem. 
- A, to ty - powiedziała zamiast powitania. Zawsze tak robiła. 

Lena przestała się tym 

przejmować. 
- Dzwoniłaś do mnie - powiedziała. 
-  No  tak...  Mamy  spotkanie  u  doktora  Lim-mera  i  wreszcie 

dostaniemy pieniądze, które nam się należą. 

Skąd taka  pewność? Przecież nikt  z nich nie  wie, co jest w 

drugim testamencie taty. 

- Chwileczkę - powiedziała. - Jak to pieniądze, które nam się 

należą? 

-  Przecież  tata  miał  ogromny  majątek,  my  jesteśmy  jego 

dziećmi,  czyli  jego  jedynymi  spadkobiercami.  Po  co  tak  się 
wygłupił  i  sporządził  drugi  testament?  Po  co  opóźniać 
przekazanie  nam  tych  pieniędzy?  Mógł  to  zrobić  za  jednym 
zamachem. Mam nadzieję, że dobrze je ulokował i doliczą nam 
niezłe procenty. 

Grit jest okropna. 
-  No  właśnie,  oby  przypadkiem  nie  ulokował  ich  w  jakichś 

podejrzanych papierach wartościowych - odgryzła się Lena. - 
Jeśli tak, to pieniądze diabli wzięli. 

background image

Grit roześmiała się. 
-  Tata  i  ryzyko?  Nigdy  by  tego  nie  zrobił.  Miał  bzika  na 

punkcie  pewnych  interesów,  zupełnie  jak  ty.  Nigdy  nie 
ryzykował. Ty zresztą też nigdy nie ryzykujesz... 

Lena nie miała ochoty na rozmowę w takim tonie. 
- Grit, nie dzwoniłaś chyba po to, żeby mi to powiedzieć. 
-  Masz  rację,  nie.  Chciałam  ci  tylko  powiedzieć,  że  nie 

możesz u mnie przenocować. 

Lena wcale na to nie liczyła ani tego nie planowała. Miała w 

pamięci ostatnie spotkanie, kiedy siostra ją zaprosiła, a potem 
bez skrupułów spławiła. 

- Nie ma problemu, nie zamierzam nawet - powiedziała. 
- I coś jeszcze - kontynuowała Grit. - Nie wiem, czy będziemy 

miały  okazję  porozmawiać  po  wizycie  u  notariusza,  bo 
Robertino  będzie  na  mnie  czekał.  Zaraz  po  odczytaniu 
testamentu  lecimy  do  Paryża  uczcić  nowy  spadek.  Skapnie 
nam niemała gotówka. 

Co za potworność! 
Lena nie mogła już tego słuchać. Dla Grit i Friedera liczą się 

tylko pieniądze! Grit już je 

 

background image

wydaje, choć nie wie nawet, co jest w testamencie. A przecież 

dostali już spory spadek. 

-  Coś  chciałaś  mi  powiedzieć?  -  zapytała,  nie  reagując  na 

słowa siostry. 

- Odbiegłam trochę od tematu. Jesteś w świetnych kontaktach 

z moim ex. Powiedz mu, że dzieci mają mieć dla mnie czas, 
kiedy dzwonię. Nie mam zamiaru wysłuchiwać ich wykrętów, 
że nie mają akurat czasu lub ochoty. Znudziło mi się słuchanie 
tych  wymówek.  Holger  nastawia  je  przeciwko  mnie,  żeby 
zepsuć relacje między nami. 

Nie do wiary! To ona nie miała ochoty spotkać się z dziećmi, 

kiedy były w Niemczech, bo ważniejsza była dla niej podróż z 
amantem do Mediolanu lub coś w tym stylu. Myśli, że dzieci 
warują przy telefonie i czekają, aż mamusia zadzwoni. 

- Dzieci mają w Vancouver swoje życie. Nie oczekuj, że będą 

pod  ręką,  kiedy  ty  masz  ochotę  do  nich  zadzwonić.  Ustalcie 
stałe  terminy.  Holger  nie  nastawia  dzieci  przeciwko  tobie, 
wręcz  przeciwnie,  robi  wszystko,  żebyście  się  za  bardzo  od 
siebie nie oddalili. 

- Stałe godziny! Bzdura! To niemożliwe. Nie jestem tu sama. 

Muszę wziąć pod uwagę potrzeby Robertino. 

background image

- Jest dla ciebie ważniejszy niż dzieci? Co z ciebie za matka! 
-  Na  miłość  boską,  przestań  wreszcie  prawić  mi  morały. 

Dzieci są wystarczająco duże, żeby zrozumieć, że mam prawo 
do własnego życia. I tak dużo dla nich zrobiłam. 

-  Tak? Zdradź  mi  proszę,  co  takiego?  Jakoś  nie  mogę  sobie 

przypomnieć...  Powiem  ci,  jaka  jest  prawda.  Jesteś 
nieodpowiedzialna,  zostawiłaś  dzieci  dla  tego  żigolaka, 
którego musisz utrzymywać, żeby od ciebie nie odszedł. 

Grit z trudem łapała powietrze. 
-  Nie  muszę  tego  wysłuchiwać  od  takiej  wieśniary  jak  ty! 

Frieder ma rację, ty umiesz tylko pięknie gadać o rodzinie, a 
nie  masz  za  grosz  poczucia  więzów  rodzinnych.  Jak  to 
możliwe, że bliżsi są ci, którzy się wżenili w naszą rodzinę, niż 
własne rodzeństwo?! To nienormalne, że wciąż utrzymujesz z 
nimi kontakt. Jórg rozwiódł się z Doris, a ja z Holgerem. 

- Lubię ich, bo obydwoje są cudownymi ludźmi, szczególnie 

Holger.  Jest  wspaniałym  ojcem,  który  zrobi  wszystko  dla 
swoich dzieci. 

- Jasne! Nawet ugania za opiekunką na ich oczach. 
 

background image

Grit  jest  okropna.  Sama  ma  sporo  za  uszami.  Miała 

kochanków,  kiedy  jeszcze  dzieci  mieszkały  z  nią.  Była 
wniebowzięta, kiedy mogła wreszcie wypchnąć je do Kanady. 

-  Jeśli  masz  na  myśli  Irinę,  to  wiedz,  że  nie  jest  opiekunką 

twoich dzieci. Jest kobietą, która z całego serca je kocha. 

- Holgera pewnie też! 
-  Nawet  jeśli,  to  nic  ci  do  tego!  Jesteście  po  rozwodzie.  Ty 

masz  nowego  partnera,  Holgerowi  też  wolno  mieć  partnerkę. 
Ale  sprawy  wyglądają  zupełnie  inaczej...  W  przeciwieństwie 
do ciebie nie rzuca się w ramiona pierwszej z brzegu, najpierw 
musi  nabrać  dystansu  do  waszego  małżeństwa  i  rozwodu. 
Nigdy  źle  o  tobie  nie  mówi.  Wręcz  przeciwnie,  wspomina 
jedynie  dobre  rzeczy  i  dobre  czasy,  kiedy  jeszcze  byliście 
normalną  rodziną,  a  ty  normalną  kobietą,  a  nie  oderwaną  od 
życia bogatą snobką. 

Grit zaśmiała się histerycznie. Jej śmiech był równie sztuczny 

jak  ona  sama  po  tych  wszystkich  zabiegach,  którym  się 
poddała, żeby tylko podobać się swojemu żigolakowi. 

-  Wzruszyłam  się  do  łez.  Powinnaś  napisać  powieść  o 

ludziach ze swojego otoczenia. Nie 

background image

zapomnij też skrobnąć rozdziału o sobie, najszlachetniejszej 

ze wszystkich, nieomylnej, chodzącej moralności... Wiesz, kim 
jesteś? Zakłamaną podstępną bestią ukrywającą się pod fasadą 
dobroci. Wypchaj się swoją Doris i Holgerem... Powiem ci coś 
jeszcze. Po spotkaniu u doktora Limmera nie mam ochoty na 
rozmowę  z  tobą.  Jesteś  nudna  jak  flaki  z  olejem,  wredna  i 
zakłamana. Frieder poznał się na  tobie. Nie  pozostaje mi  nic 
innego, jak przyznać mu rację! 

Nie powiedziała „do widzenia", nie powiedziała zupełnie nic. 

Po prostu odłożyła słuchawkę. 

Lena wpatrywała się chwilę w słuchawkę, którą wciąż miała 

w ręce. 

Jeszcze  kilka  tygodni  temu  rozpłakałaby  się.  Wszystkie 

złośliwości  siostry  przełknęłaby  jak  gorzką  pigułkę  i 
zadzwoniłaby do Grit, żeby ratować zgodę w rodzinie. 

Teraz już nie wierzy w zgodę. Nie ma już rodziny. Każde z 

nich  żyje  własnym  życiem.  Po  śmierci  ojca  nie  są  już 
jednością.  Najgorszy  jest  Frieder.  Teraz  Grit  dołączyła  do 
niego. Są do siebie podobni. Każde z nich walczy do upadłego 
o przeforsowanie własnych egoistycznych interesów. 

 

background image

Frieder  zawsze  był  egoistą,  myślał  tylko  o  sobie,  ale  co  się 

stało z Grit? Godzinami może się nad tym zastanawiać i tak nie 
znajdzie wytłumaczenia. Złośliwości rodzeństwa wciąż bardzo 
bolą. 

Nie  będzie  się  nad  tym  zastanawiać.  Spędziła  wiele 

bezsennych nocy, bezskutecznie szukając przyczyny rozpadu 
rodziny. 

Zadzwoni teraz do Doris. Bratowa awansowała i nie pracuje 

już w centrali telefonicznej. Jest asystentką pana Brodersena, 
czyli swojego szefa. 

- Fajnie, że oddzwaniasz, Leno - powiedziała Doris. 
- Nawet nie wiesz, jaka  to  frajda, móc  porozmawiać  z  kimś 

rozsądnym. 

Głos Leny brzmiał tak ponuro, że Doris od razu zrobiła się 

czujna. 

- Co się dzieje? - zapytała. 
- Rozmawiałam z Grit. 
- Nie musisz już nic mówić... . 
- O Grit ani słowa. Ktoś podrzucił truciznę naszym psom. 
- Na miłość boską, jak to możliwe? Żyją? W głosie Doris było 

słychać przerażenie. 

Kiedy mieszkała w posiadłości, często chodziła na spacery z 

Hektorem i Lady. 

 

background image

Lena  powtórzyła  jej  wszystko,  co  wie.  Potem  rozmowa 

przybrała inny obrót. 

-  Doris,  o  czym  chciałaś  ze  mną  porozmawiać?  Chyba  nie 

dzwoniłaś tylko po to, żeby mi powiedzieć „cześć". 

- Po to też, ale... Są jakieś wieści? Znaleziono może Jórga? 
-Nie. 
- Więc jest jeszcze nadzieja? 
- Doris, Friederowi udało się zdobyć dokumenty, w których 

uznano  Jórga  za  zmarłego...  Wiem  to  od  notariusza,  doktora 
Limmera.  Wyznaczył  termin  odczytania  drugiego  testamentu 
taty. 

W  słuchawce  zapadła  cisza.  Lena  już  podejrzewała,  że 

połączenie zostało przerwane. 

- Doris, jesteś tam jeszcze? Cisza. 
-  Tak...  Wiesz,  Leno,  ja  nie  wierzę  w  jego  śmierć.  To 

niemożliwe. Codziennie modlę się za niego. Coś mi mówi, że 
Jórg  żyje...  Zdarza  się  przecież,  że  ktoś  cudem  ocalał  i 
uratowano go z katastrofy. Jórg jest w czepku urodzony. 

Jak to dobrze słyszeć takie słowa z ust kobiety, z którą Jórg 

kiedyś był. 

 

background image

- Ja też nie mogę w to uwierzyć, ale są te dokumenty... 
- Frieder to cwaniak kuty na cztery nogi. Wiesz, jak je zdobył? 
- Po nim można się spodziewać wszystkiego, ale to urzędowe 

dokumenty. 

- Leno, w urzędach też pracują ludzie, a niektórzy z nich są 

przekupni... Dla mnie to zwykły brak szacunku skreślać kogoś 
po tak krótkim czasie. Nie rozumiem, skąd ten pośpiech? 

- Frieder chce pieniędzy... Grit zresztą też. Kupiła już bilety 

do  Paryża,  żeby  tam  uczcić  z  kochankiem  drugi  spadek.  A 
przecież nikt z nas nie wie, co jest w drugim testamencie. 

- Ale można się domyślać. Twój ojciec był bogaty. 
Lena nie miała ochoty wałkować tego tematu. 
-  Niebawem  się  dowiemy  -  powiedziała.  -  Koniec  z 

narzekaniem. Jak ci się wiedzie, Doris? 

-  Bardzo  dobrze.  Praca  sprawia  mi  coraz  większą 

przyjemność, robię postępy w angielskim. Miałam już okazję 
opisać  jakiemuś  turyście  drogę...  Po  angielsku  oczywiście. 
Nagimnastykowałam się trochę, ale mnie zrozumiał. 

 

background image

-  Cieszę  się,  że  u  ciebie  wszystko  w  porządku.  Chyba  nie 

żałujesz, że się wyprowadziłaś do miasta. 

-  Ani  trochę.  Tu  oczywiście  też  nie  wszystko  złoto,  co  się 

świeci,  ale  sama  wiesz,  że  jestem  dzieckiem  miasta.  Wolę 
wdychać  spaliny,  niż  oddychać  świeżym  wiejskim 
powietrzem.  Wolę  widok  tętniącego  życiem  miasta  niż 
szczęśliwych krów. 

Lena roześmiała się serdecznie. 
-  Mamy  tu  trochę  więcej  do  zaoferowania  niż  tylko  widok 

szczęśliwych  krów.  Nie  zapominaj,  że  w  pobliżu  jest  Bad 
Helmbach,  miasteczko  światowej  sławy,  mekka  pięknych  i 
bogatych. 

-  Dziękuję  za  takie  atrakcje.  Snujące  się  po  Bad  Helmbach 

kobiety  za  bardzo  przypominają  mi  moje  byłe  szwagierki, 
Monę  i  Grit,  a  tamtejsze  restauracje  są  jak  na  mój  gust  zbyt 
ekskluzywne. Wolę już zwykłą knajpkę na rogu, a ze sklepów 
stoły z przecenionym towarem w typowych sieciówkach. 

- Widzę, że straciliśmy cię już na dobre. 
- Nigdy nie robiłam z tego tajemnicy, że nie jestem stworzona 

do  wiejskiej  idylli.  Próbowałam  ze  względu  na  Markusa,  ale 
nawet moja miłość do niego nie wystarczyła... Co u niego? 

 

background image

-  Myślę,  że  nadal  cierpi  z  powodu  waszego  rozstania.  Za 

każdym razem pyta, co u ciebie. Ale chyba stracił już nadzieję, 
że kiedyś do niego wrócisz. 

-  Leno,  musiałam  z  nim  zerwać,  inaczej  wszystko  bym 

zepsuła.  Przeżyłam  to  już  we  Francji.  Zamek  i  posiadłość 
Dorleac były jak marzenie, dla wielu kobiet na pewno idealne 
miejsce do życia... Mnie ta idylla wpędziła w alkoholizm. Nie 
chcę  tego  przeżywać  jeszcze  raz.  Nie  można  żyć  wbrew 
własnej  naturze,  a  już  na  pewno  nie  przez  całe  życie.  Kiedy 
mija pierwsze uniesienie, można przeżyć twarde i bolesne lą-
dowanie w szarej rzeczywistości. 

- To odwaga postąpić wbrew uczuciom. 
- To nie odwaga, tylko rozsądek. 
- A co z twoim życiem uczuciowym? Doris zaśmiała się. 
- To aluzja do Arne Flansena, siostrzeńca mojego szefa? 
- Dokładnie to mam na myśli. 
-  Trafiłaś  kulą  w  płot.  Świetnie  się  rozumiemy,  można 

powiedzieć, że coraz lepiej, ale nic nas nie łączy, chociaż nie 
wykluczam, że kiedyś może się to zmienić. Arne jest miły, ale 
jak sama 

 

background image

wiesz,  nauczyłam  się  już,  że  nie  skacze  się  z  kwiatka  na 

kwiatek. Nie można dzisiaj zakończyć jednego związku, a już 
jutro być w nowym. Najpierw trzeba się zastanowić nad sobą i 
nad tym, co było. 

Brzmiało  to  bardzo  rozsądnie.  Lena  podziwiała  bratową  za 

konsekwencję.  Doris  ma  rację.  Kiedy  odeszła  od  Jórga,  z 
miejsca wprowadziła się do tego wdowca z córkami i wstrętną 
teściową, potem od razu związała się z Markusem. Nigdy by od 
niego nie odeszła, gdyby mieszkał w mieście. Ale Markus nie 
umie  żyć  poza  Fahrenbach.  Jest  właścicielem  pobliskiego 
tartaku, tu są jego korzenie. 

-  Leno,  dlaczego  nic  nie  mówisz?  Pytanie  bratowej 

sprowadziło ją na ziemię. 

-  Przepraszam,  zamyśliłam  się.  Myślałam  o  Markusie. 

Szkoda, że wam nie wyszło. 

- Świetnie się dogadywaliśmy, tylko otoczenie było nie to. 
Lena  usłyszała  w  tle  jakiś  głos.  Ktoś  wszedł  do 

pomieszczenia, w którym była Doris. 

-  Leno,  muszę  kończyć  -  powiedziała  Doris.  -  Zadzwoń  do 

mnie,  jak  się  czegoś  dowiesz.  Trzymam  kciuki  za  Hektora  i 
Lady. 

 

background image

Pożegnały się. 
Lena  wiedziała,  że  dzisiaj  już  nic  nie  zrobi.  W  najlepszym 

wypadku będzie bezczynnie siedzieć i wpatrywać się w szare 
niebo.  Już  lepiej  pójdzie  do  Nicoli  i  razem  z  nią  zaczeka  na 
wieści o psach. 

Dlaczego Daniel nie dzwoni? 
Lena  powiedziała  Inge,  że  wychodzi.  Opuściła  budynek 

destylarni pełna złych przeczuć. 

background image

Aleks  i  Daniel  wrócili  dopiero  po  kilku  godzinach.  Nie 

musieli nic mówić. Z ich min można było wyczytać wszystko. 

Lena  była  jak  porażona.  Chciała  krzyczeć,  płakać,  ale  nie 

mogła. Siedziała jak sparaliżowana. 

- Zostały otrute - powiedział Aleks i wyjął dla siebie i Daniela 

piwo z lodówki. - Nic nie można było zrobić. 

- Martin by je uratował! - krzyknęła Lena. - Nie pozwoliłby 

im umrzeć... 

Aleks wlał piwo do kufla. Pokręcił z dezaprobatą głową. 
-  Leno,  nie  bądź  dzieckiem.  Martin  był  wspaniałym 

weterynarzem,  ale  nie  cudotwórcą.  On  też  nie  pomógłby 
Hektorowi i Lady. Trucizna zadziałała od razu. Nie ma na nią 
lekarstwa. 

Lena zaczęła cicho płakać. Nawet nie zauważyła, że płyną jej 

łzy. 

 

background image

- Mój Boże, kto mógł zrobić coś takiego... - powtarzała Nicola 

pod nosem. 

- Gdzie one teraz są? - zapytała Lena. 
-  Zawieźliśmy  ja  na  cmentarz  dla  psów.  Zostaną  tam 

pochowane. 

- Dlaczego nie tutaj? - uniosła się. 
- Bo tak się robi. Twój tata tak chciał i tak ma być. 
Lena  umilkła,  jakby  te  pytania  pozbawiły  ją  sił.  Siedziała  i 

płakała. 

Aleks wstał, przyniósł kieliszek wódki i postawił przed Leną. 
- Wypij, to lepiej się poczujesz. 
Chciał  dobrze.  Ale  gdyby  nawet  wypiła  całą  butelkę,  nie 

poczułaby się lepiej. Hektor i Lady... 

Już  nigdy  nie  będą  biec  przez  dziedziniec,  nigdy  nie  będą 

żebrać o smakołyki, nie będzie wspólnych spacerów, rzucania 
kijków, radosnego szczekania na powitanie... 

To straszne! Co to za człowiek, który truje niewinne psy?! Jak 

bardzo  musi  być  przepełniony  nienawiścią!  Lena  uniosła 
głowę. 

-  To  na  pewno  ten  Koller!  -  krzyknęła.  -  Złożę  na  niego 

doniesienie. 

 

background image

- Leno, nie bądź niemądra - włączył się Daniel, który do tej 

pory  nie  odezwał  się  ani  słowem.  -  Możliwe,  że  to  on,  ale 
trzeba to udowodnić. Jak chcesz to zrobić? 

Daniel ma rację. Nie udowodni tego, nic mu nie zrobią. 
-  Los  go  za  to  ukarze  -  powiedziała  Nicola,  jakby  odgadła 

myśli Leny. - Jeszcze za to zapłaci. Pan Bóg nierychliwy, ale 
sprawiedliwy. 

-  Dlaczego  Bóg  do  tego  dopuścił?  -  zapytała  Lena.  -  Psy 

nikomu nic nie zrobiły. To naprawdę niesprawiedliwe... 

Aleks dolał sobie piwa. 
-Wiele rzeczy trudno pojąć, a jednak się dzieją - filozofował. - 

Pomyśl  o  Martinie,  o  przyjacielu  Isabelli,  o  Laurze, 
narzeczonej Daniela... Nie zasłużyli na taki los. 

Aleks ma rację, ale w takiej chwili nie chce się tego słuchać. 
-  Musimy  podejść  tego  Kollera,  sprowokować  go  do 

przyznania się. 

- To szczwany lis. Jest kuty na cztery nogi, a ty za uczciwa - 

powiedziała  Nicola.  -  Ale  czas  działa  na  naszą  korzyść.  Nie 
chciałabym być w jego skórze. Codziennie będą mu dokuczać 

 

background image

niecne czyny, jakich się dopuścił, jeśli to rzeczywiście on. Zło 

potrafi się zagnieździć w człowieku. Nie na darmo mówią, że 
kto ma czyste sumienie, ten śpi spokojnie. 

- On w ogóle nie ma sumienia. Musimy coś zrobić! 
-  Możemy  dać  ogłoszenie  w  gazecie,  nie  podając  żadnego 

nazwiska.  Można  jedynie  nadmienić,  że  są  pewne 
przypuszczenia co do sprawcy. 

Nicola wstała i podeszła do szafy. 
- Co robisz? - zapytał Aleks. 
- Biorę wódkę dla siebie - odpowiedziała. - Nie nalałeś mi. 
Aleks nie chciał być nieuprzejmy. Wiedział jednak, że jego 

żona  nigdy  nie  pije  w  dzień,  chyba  że  w  wyjątkowych 
sytuacjach. Ta właśnie do takich należała. 

Kochała  Hektora  i  Lady.  Nie  mogła  sobie  teraz  wyobrazić 

życia  bez  psów.  Będzie  musiała,  nie  tylko  zresztą  ona, 
pozostali  mieszkańcy  posiadłości  również.  Życie  toczy  się 
dalej. 

background image

Tego wieczoru Lena nie nadawała się do niczego. Nie mogła 

czytać, oglądać telewizji, nie mówiąc już o słuchaniu muzyki. 

Ciągle myślała o Hektorze, Lady i o tym potworze Kollerze. 

Była  święcie  przekonana,  że  to  on  otruł  psy.  Nikt  inny  nie 
byłby  zdolny  do  tak  niecnego  czynu.  Koller  przypominał  jej 
częściowo Friedera. Jeden i drugi to ohydni egoiści, którzy za 
wszelką cenę chcą osiągnąć swój cel. 

Koller otruł jej psy. A Frieder? Aż strach pomyśleć, ile to już 

razy ją nękał. 

Oczami  wyobraźni  ujrzała  psy.  Przypominała  sobie  różne 

sytuacje, które z nimi przeżyła, widziała ich proszący wzrok, 
któremu trudno było się oprzeć. 

Wszystko minęło bezpowrotnie, już nigdy się nie powtórzy... 
Nie ma już Lady i Hektora! 
 

background image

Wpatrywała się obojętnie w ogień w kominku. Nie przyszło 

jej  do  głowy,  że  powinna  już  dołożyć  nowe  polana,  jeśli  nie 
chce, żeby zgasł. Przecież tak przyjemnie ją grzeje! Rozległ się 
dźwięk  telefonu.  Lena  bezwiednie  sięgnęła  po  słuchawkę  i 
odezwała się beznamiętnym głosem. 

- Kochanie, co się stało? - zapytał Jan. Lena ucieszyła się, że 

może usłyszeć jego 

głos.  Najchętniej  rozpłakałby  się.  Rzuciła  do  słuchawki 

jedynie imię i nazwisko, a on już wiedział, że jest smutna. 

-  Tak  się  cieszę,  że  dzwonisz  -  powiedziała.  -  Stało  się  coś 

strasznego. 

Łamiącym się głosem opowiedziała mu całą historię. 
- Kochanie, a mnie nie ma przy tobie i nie mogę cię pocieszyć, 

wziąć w ramiona i przytulić. Najwcześniej mogę przyjechać w 
przyszłym tygodniu. Chociaż, zaczekaj, może mógłbym... 

Lena przerwała mu. 
- Nie, najdroższy, niczego nie zmieniaj. Nie przyjeżdżaj, nie 

wrócisz życia Hektorowi i Lady. 

-  Nie,  tego  nie  potrafię,  ale  mógłbym  otrzeć  twoje  łzy, 

pocieszyć cię i odwrócić uwagę od smutnych rzeczy. 

 

background image

- Wystarczy mi twój głos. Już mi lepiej... A co u ciebie? Jak 

postępy w pracy? 

-  Kochanie,  to  sprawa  drugorzędna.  Teraz  tylko  ty  jesteś 

ważna... Leno, to straszne, co się przydarzyło psom, ale proszę 
cię,  nie  nakręcaj  się.  Ten  Koller  nie  jest  tego  wart,  żeby  się 
przez niego denerwować. Głową muru nie przebijesz. Nic nie 
zwróci  ci  Hektora  i  Lady,  a  zmarnujesz  tylko  siły  i 
niepotrzebnie stracisz energię. Weź ołówek i kartkę papieru, i 
spróbuj wszystko spisać, wszystko, co ci przyjdzie na myśl w 
związku z psami. Przelej też na papier swoją  wściekłość. To 
pomaga, wierz mi. 

- Tobie może tak. Jesteś dziennikarzem i pisanie jest częścią 

twojego życia. 

- Skarbie, to nie ma nic wspólnego z moim zawodem. Kiedy 

spiszesz  swoje  myśli,  uwolnisz  od  nich  głowę.  Chętnie 
przeczytam, co napisałaś. 

- Sama nie wiem... 
-  Leno,  musisz  się  przemóc.  Rzadko  kiedy  jesteś  taka 

niezdecydowana. Zwykle wiesz, co robić. 

- Dobrze, spróbuję, nawet jeśli nie jestem do tego przekonana. 

Mogę też pisać o ogromnej tęsknocie, jaka mnie ogarnia, kiedy 
wyjeżdżasz i jaka jestem szczęśliwa, kiedy wracasz do domu. 

 

background image

Jan nie mieszka jeszcze na stałe w posiadłości, ale bywa tu 

dużo częściej niż Thomas. Dlatego nie traktuje Jana jak gościa, 
tylko jak domownika. 

- Napisz, najdroższa. Mam nadzieję, że niedługo znajdziemy 

jakieś rozwiązanie, żeby nie żyć w rozłące. Przez ciebie coraz 
bardziej mnie ciągnie do osiadłego trybu życia. Podróżując bez 
ciebie,  czuję  się  bardzo  samotny.  A  skoro  już  wiem,  jak 
wspaniale  jest  być  przy  tobie,  nie  mam  ochoty  na  marzenia, 
tylko  chcę  przeżywać  z  tobą  każdą  chwilę...  Oczarowałaś  i 
zaczarowałaś mnie, serce ty moje. Chcę coraz więcej... Leno, 
kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. 

Te  słowa  pomogły  jej  nieco  złagodzić  ból  po  stracie  psów. 

Nie był już taki palący. 

- Ja też cię kocham - krzyknęła do słuchawki. - Nie chcę żyć 

bez ciebie. Tak się cieszę, że jesteś! 

-  Życie  z  tobą  jest  piękne,  jest  czymś  wyjątkowym,  każda 

minuta, każdy dzień jest niczym klejnot. Niedawno zwróciłem 
uwagę na tekst piosenki Grónemeyera. „Każdą przestrzeń wy-
pełniłaś słońcem, każdą przykrość zamieniłaś 

 

background image

w przyjemność...". Napisał te słowa dla zmarłej żony. Bardzo 

ją kochał. One idealnie pasują do ciebie. „Kiedy cię widzę, od 
razu wschodzi słońce, kiedy cię czuję przy sobie, wszystko jest 
już dobrze". 

Lena zaczęła cicho łkać, łzy cisnęły się jej do oczu. Nie był to 

jednak  objaw  smutku  i  bólu,  lecz  miłości  i  szczęścia.  Jak 
wspaniale słuchać jego słów! Jak wspaniale słuchać mądrego, 
odważnego, światowego Jana van Dahlena, który zawsze wie, 
co jej jest, czego potrzebuje. 

- Jan, ja... 
- Nie mów nic, kochanie - przerwał jej. - Wysłuchaj tego bez 

komentarza. Od pierwszego momentu byłaś dla mnie kobietą 
moich  marzeń.  Nic  się  w  tym  względzie  nie  zmieniło.  Może 
jedno,  jest  mi  z  tobą  coraz  lepiej,  życie  z  tobą  jest  coraz 
piękniejsze, moja wróżko. 

- Jan, ja... - zaczęła ponownie, ale tym razem rozmowa została 

przerwana. 

Zaczekała chwilę, ale Jan już nie zadzwonił. Nie musiał. Nic 

piękniejszego nie mógł jej dzisiaj powiedzieć. 

Była  nieszczęśliwa,  przepełniona  bólem,  a  Jan  umiał  ją 

pocieszyć. 

 

background image

Jak bardzo go kocha! O, jak bardzo! 
Zamknęła oczy i oparła głowę. Nie myślała teraz o Hektorze i 

Lady,  lecz  o  Janie,  o  jego  słowach.  Zatopiła  się  we 
wspomnieniach. 

Ocknęła się, kiedy zrobiło się zimno. Ogień w kominku już 

dawno wygasł. Została tylko kupka popiołu. 

Lena wstała, przeciągnęła się i poczuła lekki ból w plecach. 

Za długo siedziała w niewygodnej pozycji. 

Zrobiło się późno. Czas do łóżka. 
W łóżku pomyśli o psach, ale też o Janie. Myśli o nim pomogą 

jej zasnąć i uchronią przed gorzkimi łzami. 

Wolnym krokiem szła po schodach. 
Co Jan powiedział? Jak zinterpretował słowa Grónemeyera? 
„Kiedy cię widzę, od razu wschodzi słońce, kiedy cię czuję, 

wszystko jest już dobrze...". 

Czy istnieje piękniejsze wyznanie miłości? 
-  Ach,  Janie  -  szepnęła,  idąc  do  łazienki.  -  Tak  pięknie  to 

powiedziałeś... Kocham cię, naprawdę cię kocham. 

Na  jej  ustach  zagościł  uśmiech.  Stała  przed  lustrem  i 

uśmiechała się do siebie. 

background image

Oczy miała jeszcze trochę czerwone. Włosy wreszcie zaczęły 

odrastać. Nie były już takie króciutkie, jak wtedy, gdy w akcie 
rozpaczy  po  rozstaniu  z  Thomasem  kazała  je  obciąć  na 
zapałkę. 

Musi  jeszcze  trochę  zaczekać,  zanim  osiągną  poprzednią 

długość. Na szczęście Janowi to nie przeszkadza, kochają taką, 
jaka  jest.  To  pocieszające,  tym  bardziej  że  może  mieć  każdą 
kobietę. Jest nie tylko przystojny i mądry, ale też bogaty. Na 
szczęście nie obnosi się ze swoim majątkiem. Gdyby to Frieder 
miał jego miliony... 

Nie! 
Tylko nie to! 
Nie chce teraz myśleć o Friederze. Wystarczy, że niedługo się 

z nim spotka, znowu będzie wyniosły i arogancki. Oczywiście 
będzie ją ostentacyjnie ignorował. 

Na szczęście jego zachowanie już nie boli, przynajmniej nie 

tak bardzo jak kiedyś. 

Jan... Chciała myśleć o Janie. Była wściekła, że akurat Frieder 

przyszedł jej do głowy. No cóż, brat pojawia się w jej życiu jak 
duch w nawiedzonym domu.