background image

MARGIT SANDEMO 

FATALNA MIŁOŚĆ 

Z norweskiego przełożyła 

MAGDALENA KWIATEK - SŁOBODA 

POL - NORDICA 

Otwock 1998 

background image

ROZDZIAŁ I 

- Któregoś dnia stracę cierpliwość! Daję słowo, że ona źle skończy! 

Dogasający  płomyczek  świeczki  drżał  nerwowo,  a  kropelki  wosku  spływały  leniwie 

po  jej  wąskim  trzonie.  Silny  podmuch  jesiennego  wiatru,  przypominający  pomrukiwanie 

niedźwiedzia, porwał kolejną porcję spadających igieł, ciskając je nam prosto w oczy. 

- Piekielne babsko! Ja jej jeszcze pokażę! 

Czternastoletni  Erik  nie  krył  złości.  W  blasku  wątłego  światełka  widać  było  jego 

wykrzywioną twarz. 

-  Nie  wygłupiaj  się,  po  co  się  tak  wściekać?  Ona  nie  jest  warta  twoich  nerwów  - 

odezwała się spokojnie Inger. 

Inger  imponowała  mi  pod  każdym  względem.  Miała  piętnaście  lat,  lecz  sprawiała 

wrażenie dużo starszej. Zawsze łagodna, rozważna, uczynna. Tak bardzo chciałam być do niej 

podobna, a tymczasem tyle nas dzieliło! Wprawdzie niedawno obchodziłam dopiero trzynaste 

urodziny  i  miałam  jeszcze  dość  czasu  na  dorastanie,  ale  to  wcale  mnie  nie  pocieszało. 

Odnosiłam wrażenie, że przepaść między nami jest nie do pokonania. 

- Cóż ona znowu takiego wymyśliła? - zapytał łamiącym się, ni to chłopięcym, ni to 

męskim głosem Arnstein. 

Erik nie odpowiedział, zacisnął jedynie usta. 

-  Już  niedługo!  -  odezwała  się  gniewnie  Grethe,  siostra  Erika.  -  Nie  ujdzie  jej  to  na 

sucho! Inger, dawaj coś słodkiego! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam ciasto. Zwłaszcza 

odkąd  ona  się  u  nas  pojawiła.  Wiecznie  mnie  strofuje:  że  bałaganię,  że  unikam  prac 

domowych. A najgorsze jest to, że ciągle mi dokucza z powodu mojej figury. Sama uważa się 

za  Sofię  Loren,  a  mnie,  wyobraźcie  sobie,  wytyka  nadwagę!  Mówi  do  mnie:  „Grethe, 

powinnaś  stanowczo  ograniczyć  pieczywo,  w  przeciwnym  razie  staniesz  się  grubasem”. 

Przecież to nie do zniesienia! Czy ja naprawdę jestem aż taka pulchna? 

Czym  prędzej  zaprzeczyliśmy.  Była  wysoką,  postawną  dziewczyną  o  trochę  zbyt 

ciężkim chodzie, jednak z pewnością nie należała do osób z nadwagą. 

Tymczasem Inger wciąż nie mogła poradzić sobie z wstążką, którą przewiązane było 

pudełko z ciastem. 

- Wielkie nieba! Skąd masz te wspaniałe wypieki? - zapytała Grethe. 

Inger wzruszyła od niechcenia ramionami. 

- Od mamy. Ale musiałam jej obiecać, że jutro oddam pieniądze. Mam nadzieję, że się 

background image

dorzucicie? Razem siedem koron, akurat po koronie na każdego. 

Do  stojącej  na  środku  glinianej  miseczki  wpadły  tylko  trzy  monety,  pobrzękując 

dźwięcznie jedna o drugą. 

- Zjawię się jutro na moment - powiedziałam w zamyśleniu. 

- W porządku, Kari. 

- Ja też - dodała Grethe. - Zapłacę za siebie i Erika. Ma się rozumieć, jeśli stary nie 

poskąpi grosza. 

- Pozdrów go ode mnie, to na pewno nie pożałuje - podsumowała Inger. 

Arnstein,  Inger  i  Grethe  chodzili  do jednej  klasy.  Pozostała  czwórka  uważała  ich  za 

najważniejszych  w  grupie.  Młodsi  nie  od  razu  dołączyli  do  paczki.  Najpierw  musieli  się 

czymś wykazać. Terje na przykład został włączony jako brat Arnsteina, jeśli o mnie chodzi, 

wystarczyło bliskie sąsiedztwo - mieszkałam niedaleko od nich. 

Najmłodszy  spośród  nas,  drobny  i  niewysoki  Terje,  podzielił  ciasto  na  porcje. 

Swojemu bratu podsunął placek na sam koniec, na co ten od razu się obruszył. 

- Spokój, chłopaki - rzekła Grethe. - Pamiętajcie, ze teraz musimy trzymać się razem. 

Inaczej na pewno jej nie pokonamy. 

Jedliśmy w milczeniu, ze zwieszonymi  głowami. Współczuliśmy Erikowi i Grethe z 

powodu  nieszczęścia,  jakie  na  nich  spadło:  tym  nieszczęściem  okazała  się  ich  nowa 

opiekunka, panna Lilly Bakkelund. 

Na samą myśl o tej niesympatycznej kobiecie dostawałam gęsiej skórki. Miałam przed 

oczyma  jej  skrzywioną  w  sztucznym  uśmiechu  twarz,  przypominającą  urodą  lalkę  Barbie. 

Głowę panny Lilly zdobiła burza jasnoblond włosów, skręconych w piękne, grube loki. Wielu 

uważało, że była bardzo ładna, ale nam przypominała królową śniegu o zimnym jak lód sercu. 

Wiedziałam, że moi przyjaciele żywią wobec niej tylko nienawiść i chęć zemsty. 

Posłyszałam  szelest  papieru  i,  nie  podnosząc  wzroku,  domyśliłam  się,  że  Grethe 

sięgnęła  po  torebkę  z  toffi.  Były  to  jej  ulubione  cukierki.  Pocieszała  się  nimi,  gdy  nie 

dopisywał jej humor, gdy czuła się osamotniona, niezrozumiana. Wprawdzie rzadko skłonna 

była nas poczęstować, ale jakoś nie mieliśmy jej tego za złe, może dlatego, że w ogóle była 

trochę dziwna. 

Bez trudu za to porozumiewaliśmy się z Inger Nilsen. Wszyscy, jak jeden mąż, byli 

zdania,  że  to  świetna  dziewczyna.  Nawet  sporo  od  nas  starsi  koledzy,  z  którymi  Inger  się 

przyjaźniła, mawiali, że można z nią konie kraść. Inger z łatwością nawiązywała znajomości, 

a to dla nas, dorastających nastolatków, miało wielkie znaczenie. 

Przysiedliśmy  zamyśleni  na  starych  wełnianych  kocach,  którym  przydałoby  się 

background image

solidne  pranie.  Grethe  była  wyraźnie  przygnębiona,  Erik  podzielał  jej  odczucia,  na  co 

wskazywała  jego  ponura  mina.  Ten  szczupły  chłopak  o  delikatnych,  nieomal  dziewczęcych 

rysach,  niedużych,  łagodnie  zarysowanych  ustach  i  kształtnej  brodzie,  był  nerwowy, 

niezdecydowany  i  często  popadał  w  skrajne  humory.  Obok  niego  przycupnął  Arnstein  ze 

swoim  młodszym  bratem  Terjem,  synowie  dyrektora  tutejszej  szkoły.  Arnsteina,  mądrego  i 

rozważnego  chłopaka,  mieszkańcy  miasteczka  zwykle  stawiali  swoim  rozbrykanym 

pociechom  za  wzór.  Nie  wynosił  się  i  chętnie  przychodził  innym  z  pomocą.  W 

przeciwieństwie  do  starszego  brata,  Terje  był  wyjątkowo  żywy  i  energiczny,  typowy 

zawadiaka. Obaj chłopcy mieli czarne czupryny i ciemną karnację. Obok braci zajęła miejsce 

Inger Nilsen. Traktowaliśmy ją szczególnie ciepło. Nie bez znaczenia był pewnie fakt, że jej 

mama prowadziła kawiarenkę o zachęcająco brzmiącej nazwie „Słodki Przystanek”, w której 

nie raz pałaszowaliśmy darmowe desery. Ja miałam na imię Kari i byłam bardzo dumna, że 

zostałam przyjęta do tej sympatycznej paczki. 

Ostatni  z  członków  grupy,  Grim,  rozsiadł  się  wygodnie  przed  wejściem,  oparty 

plecami o uchylone drzwiczki, tam bowiem pełnił straż. Jego masywna sylwetka odznaczała 

się wyraźnie na tle turkusowoniebieskiego nieba. 

Nasza  baza  leżała  na  skraju  ciągnących  się  aż  po  las  bagien,  pełnych  kryjówek  i 

zakamarków, które o zmroku sprawiały jeszcze bardziej ponure wrażenie niż za dnia. Stało tu 

mnóstwo starych, dziurawych szałasów, skleconych z grubych gałęzi, poprzetykanych darnią. 

Wybraliśmy  wyjątkowo  przygnębiające  miejsce  na  naszą  kryjówkę  w  nadziei,  że  nikt  z 

dorosłych nie odważy się tu zapuścić. Wprowadziliśmy się do najmniej zniszczonego szałasu, 

który  dodatkowo  uszczelniliśmy  mchem  oraz  gałęziami  świerku  i  sosny.  Postanowiłam 

przerwać długie milczenie. 

- No, co tam u was, Grethe? - spytałam. 

Grethe wyprostowała się, odrzucając w tył jasne włosy. 

-  Niewesoło...  -  zaczęła  niepewnie.  -  Wczoraj  ojciec  zawołał  nas  do  siebie  i 

uroczystym tonem oznajmił, że zamierza się ponownie ożenić. 

Inger nie wytrzymała i krzyknęła: 

- Chyba nie mówisz poważnie? Z Lilly? 

- Tylko nie ona! - dorzuciłam z troską w głosie. 

- A właśnie, że ona - potwierdził rozgoryczony Erik. 

Byliśmy wstrząśnięci. 

- Nie, to niemożliwe! - jęknęli jednocześnie Arnstein i Terje. - To niesłychane! 

-  Boże!  -  warknął  Erik.  -  Sami  powiedzcie,  jak  my  to  mamy  wytrzymać!  Nie  mogę 

background image

ś

cierpieć tej jędzy! 

Silny  podmuch  wiatru  ze  świstem  wdarł  się  do  wnętrza  szałasu.  W  jednej  chwili 

ledwie tlący się płomyczek świeczki zgasł i wokół zapanowały egipskie ciemności. 

Któryś  z  chłopców  odnalazł  po  omacku  pudełko  z  zapałkami  i  po  chwili  w  naszej 

kryjówce rozbłysło nowe światełko. 

- Jak to się stało, że twój ojciec chce się z nią żenić? - zapytałam zdumiona. 

- Nie wiesz, jacy są mężczyźni? - wypaliła Grethe. - Całkiem ślepi, dają się omotać w 

okamgnieniu.  A  nasz  ojciec  należy  do  szczególnie  łatwowiernych.  W  ogóle  nie  zna  się  na 

ludziach! 

Tak uważała piętnastoletnia Grethe. 

Na moment zapadło grobowe milczenie. Usiłowaliśmy wyobrazić sobie, jaki los czeka 

teraz rodzeństwo Moe. 

Ich ojciec, kapitan Werner Moe, owdowiał wiele lat temu. Erik i Grethe nie pamiętali 

swojej matki. Przed rokiem kapitan dostał nagle zawału i znalazł się w szpitalu. Szczególnie 

serdecznie  zaopiekowała  się  nim  jedna  z  pielęgniarek,  którą  następnie  kapitan  poprosił  o 

dalszą opiekę prywatnie, już w domu. Tak się bowiem złożyło, że owej pielęgniarce kończyła 

się  właśnie  umowa  o  pracę.  Nie  mogliśmy  się  nadziwić  temu  nadzwyczajnemu  zbiegowi 

okoliczności. 

Pielęgniarką  okazała  się  panna  Lilly  Bakkelund.  Panna  Lilly  wkrótce  przywykła  do 

nowych  obowiązków,  a  kapitan  wręcz  uznał,  że  jest  ona  w  domu  niezastąpiona. 

Niepostrzeżenie  zaradna  opiekunka  przejęła  zarządzanie  dużym  gospodarstwem.  W  tej 

drobnej  osóbce  kryła  się  wielka  siła.  Tylko  my  w  jej  oczach  niezmiennie  dostrzegaliśmy 

chłód. Odnosiła się do nas poprawnie, jednak wyczuwaliśmy wyraźnie,  że nowa  gospodyni 

nie lubi dzieci. 

Ale ludzie w miasteczku nie mogli powiedzieć o niej złego słowa. Taka urocza, taka 

uprzejma! A jak się poświęca dla schorowanego kapitana i jego rozpuszczonych dzieciaków! 

Tylko my podejrzewaliśmy, że prawda o pannie Lilly jest inna. 

- Więc jednak dopięła swego! Szczerze mówiąc, podejrzewałem ją o niecne zamiary, 

ale  nie  sądziłem,  że  posunie  się  aż  tak  daleko.  Przypomnijcie  sobie  dzień,  w  którym 

sprowadziła tu swoją rodzinę, niby na odpoczynek. Już wtedy zacząłem przeczuwać, że coś 

jest nie tak... 

- Masz na myśli klan Olsenów? - wykrztusił Terje. 

Panna  Bakkelund  od  samego  początku  nie  zdołała  zaskarbić  sobie  sympatii  dzieci 

kapitana.  Na  domiar  złego  wkrótce  potem  w  domu  kapitana  zamieszkała  jej  siostra  wraz  z 

background image

mężem  i  ich  aroganckim  synem,  Oskarem.  Nie  wróżyło  to  niczego  dobrego.  Grethe  i  Erik 

zaczęli  podejrzewać,  że  nowa  opiekunka  ma  chrapkę  na  majątek  swojego  chlebodawcy. 

Dziwili  się  tylko,  że  ojciec  niczego  niestosownego  w  tej  przedłużającej  się  ponad  wszelką 

miarę wizycie rodziny Olsenów nie zauważył. 

- Musimy coś zrobić - rzekła zdecydowanym głosem Inger. 

-  Też  tak  uważam  -  zgodził  się  z  nią  Terje.  -  Trzeba  się  jej  stąd  pozbyć,  zanim  nie 

będzie za późno. Przedtem mieliśmy tu istny raj, a co będzie, jeśli ona zostanie? Nie da nam 

pograć w tenisa ani pobuszować po strychu, pewnie nawet nie zechce w ogóle nas widzieć! 

-  Musimy  to  dokładnie  przemyśleć  -  stwierdził  Arnstein,  wyciągając  z  torby  mały 

notesik  i  długopis.  -  Najpierw  zastanówmy  się,  w  jaki  sposób  można  ją  stąd  wykurzyć,  a 

potem... 

- Poczekaj! - wtrącił się Erik. - Chciałbym wam coś zaproponować, tylko potraktujcie 

mój  pomysł  serio.  Przede  wszystkim  musimy  przyrzec  sobie  wierność  i  solidarność.  Odtąd 

nikt z nas nie może się wyłamać, nawet jeśli coś pójdzie nie tak. 

Pomrukiwanie  wyrażające  aprobatę  upewniło  Erika,  że  nie  mamy  co  do  tego 

zastrzeżeń. 

- No tak, i jeszcze musimy wymyślić dla siebie jakąś odpowiednią nazwę - zauważył 

rezolutnie Terje. 

- Proponuję „Ligę dręczycieli panny Bakkelund” - rzuciłam bez namysłu. 

Ś

wieczka dopaliła się zupełnie i została zastąpiona nową. Dwie ostatnie ukryliśmy w 

zakamarku pod ścianą. 

Na kocu, nie wiadomo skąd, pojawiła się paczka papierosów. 

- Częstujcie się z czystym sumieniem. To jej buchnęłam te fajki. 

Sięgnęłam po papierosa i odwróciłam się do siedzącego przy drzwiach Grima. 

- Chcesz? - spytałam. 

Uśmiechnął  się  lekko  i  kiwnął  głową  z  zadowoleniem.  Grim  był  z  nami  wyłącznie 

dzięki moim staraniom, ale wciąż jeszcze czuł się wśród nas nieswojo. Choć jakiś czas temu 

ukończył  osiemnaście  lat  i  przed  kilkoma  miesiącami  został  naszym  najbliższym  sąsiadem, 

nadal  trzymał  się  na  uboczu.  Było  mi  go  szkoda,  bo  nikogo  w  okolicy  przecież  nie  znał,  a 

nawiązywanie nowych znajomości nie przychodziło mu łatwo. 

Grim  robił  wprawdzie  duże  wrażenie  dzięki  postawnej  sylwetce  i  muskularnej 

budowie,  lecz  urody  Pan  Bóg  wyraźnie  mu  poskąpił.  Gdy  spotkałam  go  pierwszy  raz,  z 

przerażenia  odwróciłam  wzrok.  Grim  miał  wyjątkowo  jasną  karnację,  a  jego  skóra  nie 

tolerowała  promieni  słonecznych.  Tymczasem  pracował  zwykle  na  świeżym  powietrzu,  co 

background image

zdecydowanie  nie  służyło  jego  wrażliwej  cerze.  Oba  policzki  oraz  część  szyi  wiecznie 

pokrywały różowawe pęcherze, które albo zaklejał plastrem, albo też smarował białą maścią. 

Twarz chłopca była przeważnie opuchnięta i przez to zdeformowana. Żadna ze stosowanych 

kuracji nie przynosiła wyraźnej poprawy. Mogłam się tylko domyślać, jak bardzo cierpi przez 

chorobę, a także z powodu swego wyglądu. Dlatego zdecydowałam się namówić przyjaciół, 

ż

eby zgodzili się przyjąć go do paczki. Grim okazał się świetnym kumplem. Największą jego 

zaletą był zdrowy rozsądek, którego nam na ogół brakowało. 

Nie  potrafię  powiedzieć,  jak  oceniał  nas  Grim,  jak  odbierał  nasze  zwariowane, 

dziecinne pomysły. Nigdy jednak nie opuszczał wspólnych spotkań i bez sprzeciwu wyręczał 

nas  we  wszystkich  cięższych  czynnościach.  Podziwialiśmy  jego  siłę,  a  jemu  wyraźnie 

sprawiało to przyjemność. 

W szałasie co chwila ktoś podsuwał kolejną groźnie brzmiącą propozycję nazwy dla 

naszej grupy. Jakoś szybko mnie to znudziło. Wygramoliłam się na zewnątrz i siadłam obok 

Grima. Przez chwilę milczeliśmy, wpatrując się w ponury las. Powoli zapadał zmrok. 

- Przeraża mnie ten las - powiedziałam. - Za nic nie dałabym się namówić na spacer w 

pojedynkę. 

- A wiesz, że ja też nie lubię lasu. Zaraz się w nim gubię i tracę orientację. Czasami aż 

serce podchodzi mi do gardła i mam ochotę krzyczeć ze strachu. Tam, skąd pochodzę, okolica 

wygląda  zupełnie  inaczej.  Uwielbiam  bezkresne  przestrzenie,  ciągnące  się  kilometrami. 

Powinnaś wybrać się kiedyś ze mną do Finmarku. Tamtejsza przyroda na pewno zrobiłaby na 

tobie wrażenie. 

- Do Finmarku... - powtórzyłam w rozmarzeniu. - To mogłoby być ciekawe. Tęsknisz 

za rodzinnymi stronami? 

-  I  tak,  i  nie.  Jasne,  że  trochę  mi  brak  tamtego  domu,  ale  za  to  tutaj  zyskałem 

przyjaciół. 

Ostatnie zdanie wypowiedział przyciszonym głosem. Przedtem nigdy nie przyznawał 

się  do  samotności.  Byłam  szczęśliwa,  że  obdarzył  mnie  takim  zaufaniem.  Zresztą  z 

wzajemnością. 

Nigdy bym się nie zdecydowała przesiadywać godzinami na tym pustkowiu do późna 

w noc gdyby nie Grim. To jego obecność wszystko zmieniała: był dla mnie podporą, przy nim 

nie  bałam  się  niczego.  Gdy  znajdował  się  w  pobliżu,  czułam  się  bezpieczna  i  spokojna. 

Lubiłam go, mieliśmy podobne zainteresowania i zbliżone poglądy na wiele spraw. 

Teraz jednak wciąż powracała troska o los przyjaciół. Co będzie z nami wszystkimi, 

gdy w domu kapitana pojawi się znienawidzona macocha? Wiedziałam, że to właśnie Grim 

background image

bardziej  niż  inni  odczuł  nieprzychylność  i  kąśliwy  język  Lilly  Bakkelund.  Erik  opowiadał 

nam, jak kiedyś w ich domu zjawił się Grim, przynosząc świeże warzywa. Chłopca przysłał 

jego  ojciec,  który  dzierżawił  ziemię  kapitana  Moe.  W  tym  czasie  panna  Bakkelund 

przygotowywała w kuchni posiłek. Gdy dostrzegła Grima, gwałtownie wyrwała mu paczkę z 

rąk  i  syknęła  z  wściekłością:  „Powiedz  swojemu  ojcu,  żeby  na  przyszłość  przysyłał  do  nas 

kogoś innego! Jak ty wyglądasz! Kto to widział, żeby tak się ludziom pokazywać na oczy!” 

Od tej pory Grim ani myślał przekraczać progu domu kapitana. 

- Ty też jej nie lubisz, co? - zapytałam ostrożnie. 

Od razu wiedział, kogo mam na myśli. 

- Jasne, że nie lubię! 

- A co według ciebie powinniśmy zrobić? 

- Nic. To zupełnie nie ma sensu. Takie osoby zawsze będą górą, zawsze sobie poradzą. 

Westchnęłam zmartwiona, po czym wróciłam do wnętrza szałasu. 

- Już się zdecydowaliśmy - powiedział Erik. 

- Tak szybko? I co wymyśliliście? 

- „Mściciele”. 

Pozostali z aprobatą pokiwali głowami. 

Arnstein wyciągnął z kieszeni notatnik, po czym przetarł okulary. 

- A teraz cisza! - rzekł z powagą. - Słucham waszych propozycji. Na początek Terje! 

-  Wrzućmy  ją  do  wrzącego  oleju  -  zaproponował  zaskoczony  nagłym  pytaniem 

chłopiec. 

- Nie wygłupiaj się! Następny. Erik, co ty o tym sądzisz? 

- Najchętniej zakneblowałbym ją i zakopał po szyję w piachu - odparł w zamyśleniu 

zapytany. - Zasypywałbym babę powolutku, aż po sam czubek głowy. 

Arnstein notował skrupulatnie. Teraz przyszła kolej na mnie. 

-  Nie  jestem  aż  tak  żądna  krwi,  jak  wy.  Uważam,  że  należy  jej  się  coś 

kompromitującego. Gdyby na przykład na oczach ludzi przed niedzielną mszą zsunęła jej się 

spódnica? 

- Brawo, Kari! To mi się podoba! - krzyknęła rozbawiona Inger. 

- A ty, Arnstein, co byś zrobił? - zapytałam pewnie, dumna z pochwały koleżanki. 

Arnstein odczekał chwilę. 

-  Trucizna!  -  odparł  zdecydowanie.  -  Trucizna  o  wydłużonym  czasie  działania, 

wywołująca męczarnie. Myślę, że to świetny pomysł. Niech ma za swoje! 

-  Chłopaki,  chyba  całkiem  postradaliście  rozum!  -  rzuciła  z  dezaprobatą  Inger.  - 

background image

Wszyscy  wiedzą,  że  źle  jej  życzycie,  ale  żeby  coś  podobnego  chodziło  wam  po  głowach? 

Takiej jędzy można chyba inaczej utrzeć nosa! 

- Jak na przykład? - zapytał dotknięty do żywego Arnstein. 

Inger wyprostowała się. 

- Wiemy, że ma chrapkę na pieniądze kapitana. Proponuję, żeby ją uprzedzić. 

- Zwariowałaś? Jak to zrobisz? - wykrzyknął Erik. 

- Nie sądzisz, że mnie by się powiodło? Przecież wiem dobrze, jak twój ojciec mnie 

lubi. 

- No... no tak, ale ty masz dopiero piętnaście lat! 

Inger wciąż się uśmiechała, zerkając kokieteryjnie spod półprzymkniętych powiek. 

- Już prawie szesnaście. A poza tym mogę poczekać. 

- Ale ja nie mogę! Muszę szybko coś z nią zrobić! - upierał się Erik. 

Nagle Terje uderzył pięścią w wątłą ścianę. Za moim kołnierzem wylądowała kępka 

suchego igliwia. 

-  Mam!  -  wykrzyknął  uradowany.  -  Że  też  wcześniej  na  to  nie  wpadłem!  Alrauna! 

Zdobędziemy alraunę i z jej pomocą rzucimy na pannę Bakkelund zły urok! 

Arnstein wzruszył pogardliwie ramionami. 

- To może nam jeszcze powiesz, gdzie znaleźć owo czarodziejskie ziele? - zapytał. 

Terje pochylił się do przodu w obawie, że może go usłyszeć ktoś niepowołany. 

-  Na  Wzgórzu  Szubienic  -  wyszeptał  z  rozpalonymi  z  emocji  policzkami.  -  W 

czwartkową  noc,  przy  pełni  księżyca.  Wyobraźcie  sobie,  że  alrauna  podobno  krzyczy,  gdy 

wyrywa się ją z ziemi! 

- Tak, na pewno - westchnął Arnstein. - Zapiszę ten pomysł przy twoim imieniu, bo 

niczego mądrzejszego się od ciebie nie spodziewam. Grim, a ty? 

- Moja propozycja jest niestety nie do zrealizowania - odparł osiemnastolatek. - Ale w 

końcu mogę się z wami podzielić pomysłem. W każdym razie życzyłbym jej tego z całego 

serca. Chciałbym, żeby cierpiała - powiedział. - Przywiązałbym ją do drzewa albo do skały, 

jak Prometeusza. Niech słońce pali jej skórę dotąd, aż nikt nie rozpozna już dawnych rysów. 

W  chatce  zapadła  grobowa  cisza.  Byliśmy  poruszeni  do  żywego.  Dopiero  teraz 

pojęliśmy, jak wielką nienawiść Grim żywił do panny Bakkelund. 

Wreszcie Grethe przerwała milczenie. 

-  Mam  powyżej  uszu  waszych  dziecinnych  pomysłów.  Ja  wolałabym  stąd  uciec. 

Gdyby tak zapaść się pod ziemię... 

-  Wygląda  na  to,  że  mogę  już  zamknąć  listę.  Teraz  przystępujemy  do  głosowania  - 

background image

powiedział  rezolutnie  Arnstein,  nie  zwracając  uwagi  na  kiepski  nastrój  panujący  wśród 

zebranych. 

Nagle  Grim  podniósł  się  ze  swojego  miejsca  i  zniknął  w  ciemności.  Po  chwili  zza 

ś

ciany dał się słyszeć jego rozzłoszczony głos: „A, tu cię mam, łobuzie”, po czym we wnętrzu 

szałasu pojawił się wepchnięty do środka zaskoczony Oskar. 

-  Ach,  więc  tutaj  zbierają  się  przedszkolaki!  Przypuszczam,  że  znowu  omawialiście 

problem mojej ukochanej cioteczki? 

Rozsiadł się wygodnie na podłodze i przyglądał się nam z wyższością. 

- Jak długo podsłuchiwałeś? - zapytał ostro Erik. 

- Hm... powiedzmy, że słyszałem... - Oskar zerknął w stronę Arnsteina ze złośliwym 

uśmieszkiem na ustach - o pewnej liście. Daj popatrzeć! 

I błyskawicznie sięgnął po notatnik, który zaskoczony Arnstein wciąż trzymał w dłoni. 

Jednak  jeszcze  szybszy  okazał  się  Terje.  W  ostatniej  chwili  udało  mu  się  wyrwać  z 

notatnika kartkę z makabrycznymi propozycjami unicestwienia panny Lilly. Jak przystało na 

prawdziwego miłośnika kryminałów, w okamgnieniu wepchnął zwitek do ust i, choć nie bez 

trudności, połknął go. Zapanowało ponure milczenie. Odnosiliśmy wrażenie, że wróg z obozu 

przeciwnika ograbił nas z głęboko skrywanej tajemnicy. 

Nigdy nie lubiłam Oskara. Miał siedemnaście lat, był niezwykle przystojny i potrafił 

to  znakomicie  wykorzystać.  Drwił  z  nas  na  każdym  kroku.  Chyba  tylko  Inger  imponowała 

jego nonszalancja i wyniosły sposób bycia, ale nie dawała tego po sobie poznać. Jedynie od 

czasu do czasu, ukradkiem, rzucała chłopakowi kokieteryjne spojrzenia. 

Oskar wybuchnął gromkim śmiechem. 

- Ale was zatkało! No, czas na mnie. Żegnajcie, małolaty, spływam. Niedobry Oskar 

zaraz wszystko wypapla znienawidzonej przez was ciotuni! 

Oddalił się bez słowa pożegnania z naszej strony. W końcu Erik podniósł się z trudem, 

zesztywniały po długim siedzeniu w tej samej pozycji, po czym rzucił krótko: 

- Zemsta! 

- Zemsta - powtórzyliśmy jak jeden mąż. 

Arnstein  bez  trudu  odtworzył  wszystkie  dotychczasowe  propozycje,  po  czym  podał 

kolejną zapisaną kartkę każdemu z nas do przejrzenia. 

Wszystkie propozycje przyprawiały mnie o ciarki na plecach. 

1. Związać, zakopać po szyję w piachu i powolutku całkiem zasypać (Erik). 

2. Wystawić na pośmiewisko na oczach mieszkańców (Kari). 

3. Podać truciznę, która wywołuje długie cierpienie (Arnstein). 

background image

4. Poderwać kapitana Moe (Inger). 

5. Rzucić urok - alrauna (Terje. Kompletny idiotyzm!). 

6. Wystawić na długotrwałe działanie słońca (Grim). 

7. Dać sobie spokój i zapaść się pod ziemię (Grethe). 

Propozycja Grethe zamykała listę. 

-  Następnym  razem  jeszcze  nad  tym  popracujemy  -  podsumował  Arnstein.  -  Teraz 

chyba czas wracać, bo w domu jeszcze gotowi zgłosić nasze zaginięcie na policję. Zrobiło się 

bardzo późno. 

Ukrył listę w kącie, głęboko w ziemi, przysypał igliwiem i przyłożył kamieniem. 

Ale następnego razu już nie było. Rozpoczął się rok szkolny, kilkoro z nas wyjechało 

do  miasta  w  poszukiwaniu  pracy,  inni  zajęli  się  nauką.  Dziecinne  spotkania  przestały  nam 

imponować. 

Lista  z  propozycjami  pozbycia  się  panny  Bakkelund,  zapomniana  przez  wszystkich, 

przeleżała w ukryciu blisko siedem lat. Ale pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zaczęły 

dziać się rzeczy, które aż nazbyt przypominały, to, co przed wieloma laty zaplanowała grupka 

zwariowanych  nastolatków.  Dopiero  wtedy  nasze  niemądre  pomysły  objawiły  się  w  całej 

swej grozie. 

- Pani nazwisko? 

Mógłby  się  choć  raz  odwrócić!  Co  za  profil!  Chyba  nigdy  przedtem  nie  widziałam 

mężczyzny  o  tak  regularnych  rysach!  Delikatne,  a  jednocześnie  bardzo  męskie.  Gęste, 

miedzianobrązowe  włosy  układały  się  w  grzywkę,  opadając  swawolnie  na  wysokie  czoło. 

Zapragnęłam  zobaczyć  jego  twarz  z  bliska,  ale  on  widać  nie  czytał  w  moich  myślach,  bo 

nadal w skupieniu wertował stertę listów. Gdyby choć zerknął w moją stronę przez moment, 

prosiłam w duchu. 

- Proszę pani, jak się pani nazywa? - powtórzył zniecierpliwiony urzędnik. 

Dopiero teraz zorientowałam się, że to do mnie ktoś się zwraca. 

-  Kari  -  odparłam  w  roztargnieniu,  nie  spuszczając  oczu  z  przystojnego  mężczyzny 

stojącego przy okienku nadawczym. 

Tym razem jednak pracownik biura rzeczy znalezionych stracił cierpliwość i zapytał 

rozdrażnionym tonem: 

- Kari, i to wszystko? 

Wtedy wreszcie młody człowiek odwrócił się w moją stronę, zdumiony i rozbawiony 

sytuacją,  która  wytworzyła  się  przy  moim  okienku.  W  jednej  chwili  zaczerwieniłam  się  po 

uszy i czym prędzej skierowałam wzrok na wypytującego mnie pana. 

background image

- Przepraszam. Nazywam się Kari Land. 

-  W  porządku,  wszystko  się  zgadza.  Oto  pani  zguba.  I  proszę  na  przyszłość  lepiej 

pilnować swoich rzeczy. Nie ma pani pojęcia, co ludzie zostawiają w pociągach. 

- Bardzo panu dziękuję. 

Schwyciłam swoją torbę i jak wicher wypadłam z budynku stacji. Co za wstyd! Taki 

przystojniak, że wprost nie mogłam oderwać od niego oczu. Nigdy wcześniej nic podobnego 

mi  się  nie  zdarzyło.  Czyżby  to  jakieś  zrządzenie  losu?  Czy  jeszcze  kiedyś  spotkam  tego 

pociągającego faceta? 

Niedługo jednak trapiłam się tą sprawą. Wiosenne słońce przyjemnie przygrzewało, a 

ja sprężystym krokiem przemierzałam znajome ulice. Wracałam do domu po siedmiu długich, 

wypełnionych pracą i nauką latach. Ogromnie tęskniłam za domem i rodziną, toteż z radością 

witałam swoje ukochane strony. 

Minęłam budynki stacyjne i znalazłam się na otwartej przestrzeni. Dopiero teraz, gdy 

zabudowania się skończyły, poczułam przejmujący wiatr. Był początek kwietnia i panowała 

typowa dla tego miesiąca aura. Walizki zaczęły mi ciążyć, a palce sztywniały z zimna. Droga 

wiodła teraz wzdłuż podnóży wzniesienia porośniętego wysokimi sosnami, przysłaniającymi 

okoliczne  bagniska.  W  najwyższym  punkcie  miasteczka  zza  drzew  wyłaniał  się  budynek 

szpitala, w którego oknach rozbłyskiwały dziesiątki maleńkich światełek. Poniżej znajdował 

się  kościół  z  wysoką  wieżą,  a  dalej,  na  przestrzeni  kilkunastu  hektarów,  ciągnęło  się 

gospodarstwo kapitana Moe. Dwa domy dalej znajdowała się nasza posesja. 

Przyspieszyłam  kroku,  gdyż  jak  najszybciej  zapragnęłam  spotkać  się  z  rodzicami. 

Wprawdzie nie uprzedziłam ani mamy, ani ojca o swoim przyjeździe, ale wiedziałam, że są w 

domu i z pewnością ucieszą się z tak niespodziewanego gościa. 

Jak już wspomniałam, w stolicy spędziłam blisko siedem lat. Przez pierwsze trzy lata 

pracowałam,  a  potem  rozpoczęłam  studia.  Nie  byłam  jednak  zachwycona  wybranym 

kierunkiem, przeniosłam się na inny wydział, który też nie bardzo mi odpowiadał. W końcu 

zdecydowałam się porzucić naukę, nigdy bowiem nie należałam do najpilniejszych uczennic, 

a ponadto nieustannie tęskniłam za domem. 

W  tym  czasie  zerwałam  kontakt  z  większością  przyjaciół  z  paczki.  Wprawdzie 

kilkakrotnie  przyjeżdżałam  w  odwiedziny  i  spotykałam  się  z  Erikiem  lub  z  Grimem,  ale 

pozostałą czwórkę straciłam zupełnie z oczu. 

Niedługo  po  naszym  ostatnim  spotkaniu  w  szałasie  odbył  się  ślub  kapitana  Moe  i 

panny  Lilly  Bakkelund.  Na  uroczystości  zabrakło  Grethe,  która  zdecydowanie  odmówiła 

uczestnictwa  w  tej  rodzinnej  imprezie.  Grethe  pozostała  w  domu  jeszcze  tylko  przez  rok. 

background image

Potem jej groźby o zniknięciu nieoczekiwanie się spełniły. Po jednej z karczemnych awantur 

dziewczyna po prostu uciekła. Na początku pisywała do mnie i nawet spotkałyśmy się kilka 

razy  w  stolicy.  Grethe  zatrudniła  się  jako  sekretarka  w  biurze,  potem  jakiś  czas  pracowała 

jako salowa w szpitalu, następnie jako opiekunka do dzieci, ale nigdzie nie potrafiła zagrzać 

miejsca. Pisywała do mnie rzadko, donosząc o sprzeczkach z macochą,  w jakie wdawał się 

Erik. Potem słuch o Grethe zaginął. Jej brat Erik twierdził, że wyjechała do Sztokholmu, ale 

okazało się wkrótce, że to tylko jego domysły. 

Inger została ekspedientką w sklepie w sąsiedniej miejscowości, gdyż bardzo chciała 

się  usamodzielnić.  Często  widywano  ją  w  towarzystwie  chłopców  i  mawiano,  że  zmienia 

narzeczonych  jak  rękawiczki.  Arnstein  zdał  maturę  z  doskonałymi  ocenami,  w 

przeciwieństwie do młodszego brata, Terjego. Jemu z pewnymi perturbacjami w końcu także 

udało się prześlizgnąć przez cztery lata szkoły średniej. Obaj podobno dostali się na studia, 

ale nie miałam pojęcia, jakie kierunki wybrali. 

Erik  nie  wyjechał  z  miasteczka.  Ponieważ  zawsze  narzekał  na  słabe  zdrowie,  nie 

podjął  żadnej  pracy.  Również  Grim  pozostał  razem  z  ojcem  na  gospodarce.  Obaj  chłopcy 

bardzo się ze sobą zżyli. Erik niemal całe dnie, zwłaszcza zimą, spędzał w domu Grima, bo 

tam,  jak  mawiał,  życie  toczyło  się  normalnie  i  było  pełne  harmonii.  Matka  Grima,  miła  i 

prostolinijna  Finka,  darzyła  Erika  szczególną  sympatią.  Nazywała  go  swoim  młodszym 

synem  i  nie  skąpiła  serdeczności  i  ciepła.  Gdy  odwiedzałam  rodziców,  spotykaliśmy  się 

najczęściej  we  trójkę,  o  ile  oczywiście  Grim  nie  był  zajęty  w  gospodarstwie.  Często 

chodziliśmy  na  plażę  lub  do  kina.  Pisywałam  do  nich  również  z  Oslo.  Erik  rzadko 

odpowiadał, choć na samym początku dostawałam od niego dwa lub trzy listy tygodniowo. 

Jednak z czasem widocznie go to znudziło i tylko sporadycznie przysyłał mi kartki. 

Z przyjemnością korespondowałam z Grimem. Ja wysyłałam do niego długie relacje o 

tym,  co  dzieje  się  w  stolicy,  czym  się  w  danej  chwili  zajmuję,  czego  uczę,  opisywałam  z 

entuzjazmem swoje przyszłe plany,  ale też potrafiłam żalić się z powodu ogarniającej mnie 

nudy. Listy Grima były krótkie, ale treściwe. Opowiadał o zmianach w gospodarstwie, swoich 

ukochanych  zwierzętach  i  niezmiennie,  niezależnie  od  nastroju  mego  listu,  kończył 

stwierdzeniem: „Jeśli nie podoba ci się w mieście, wracaj”. 

Ostatecznie  to  kartka  od  Erika  skłoniła  mnie  do  podjęcia  decyzji  o  powrocie.  Erik 

napisał po prostu: „Kari, błagam, przyjedź!” 

Właśnie ukończyłam dwadzieścia lat. 

Korony  sosen  rzucały  na  ziemię  cienie,  które  mieszały  się  z  promykami  słońca, 

tworząc  piękną  mozaikę  na  brunatnej,  pokrytej  igliwiem  i  poszarzałymi  resztkami  śniegu 

background image

drodze.  Z  mrowiska  leniwie  wypełzło  kilka  mrówek,  tak  jakby  myślały,  że  już  nadchodzi 

wiosna. 

- Jeszcze nie czas - uśmiechnęłam się. - Zmykajcie z powrotem i zakryjcie się dobrze 

pierzynką z igiełek. 

Za  plecami  usłyszałam  pisk  hamulców,  po  czym  obok  zatrzymał  się  samochód 

dostawczy. Siedzący w nim młody mężczyzna otworzył drzwi i zawołał wesoło: 

- Halo! Zapraszam do środka! 

Głos wydał mi się znajomy. Wielkie nieba! Przecież to Grim we własnej osobie. Ale 

jak on się zmienił! Z sympatycznej i szczerej twarzy patrzyły na mnie skośne, ciemnoszare 

oczy. Gładkie, opalone policzki nosiły ledwie dostrzegalne blizny po dawnych ranach. 

- Grim, to ty? - ucieszyłam się. 

- Czyżbyś mnie nie poznała? - zaśmiał się, ruszając. 

-  No,  nie  bardzo.  Pamiętaj,  że  widziałam  cię  zawsze  oblepionego  plastrami  i  czymś 

wysmarowanego. 

- Na szczęście nauka idzie do przodu. Od tamtej pory wynaleźli kilka nowych maści 

na moje dolegliwości i teraz możesz się przekonać, czy są skuteczne. 

- Grim, wyglądasz rewelacyjnie! Tak się cieszę - powiedziałam ciepło. - Przystojniak 

z ciebie. Dopiero teraz dostrzegam w twojej twarzy fińskie rysy i wyraźne podobieństwo do 

mamy. Od razu widać, że z ciebie prawdziwy człowiek Północy. 

- No, mój tata pochodzi z samego południa Norwegii. 

- Wciąż nie mogę się nadziwić, że to ty. Otaczają cię teraz pewnie tłumy wielbicielek? 

Grim się uśmiechnął. 

-  No,  nie  przesadzaj  z  tymi  komplementami,  Kari.  Dobrze  wiem,  ze  moje  rzadko 

nadawane imię doskonale do mnie pasuje

1

Nie wytrzymałam: 

- Zgoda, jesteś brzydki jak troll. Teraz zadowolony? 

Mrugnął do mnie zaczepnie. 

-  Nie.  Mów  mi,  proszę,  ciągle,  jaki  ze  mnie  przystojny  gość.  W  końcu  może  w  to 

uwierzę. 

Roześmiałam  się.  Dobrze  mi  było  w  jego  towarzystwie.  Zdałam  sobie  sprawę,  że 

przez  minione  lata  naprawdę  brakowało  mi  jego  humoru,  serdeczności,  ciepła.  Szybko 

dostrzegłam  jednak,  że  Grim  zmienił  się  nie  tylko  z  wyglądu.  Stał  się  dużo  pewniejszy, 

                                                 

1

 Grim - brzydki, okropny (przyp. tłum.). 

background image

swobodniejszy,  ale  jednocześnie  wyczuwałam  między  nami  jakiś  niewidzialny  mur.  Nie 

wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. 

Skręciliśmy w dróżkę prowadzącą do naszego domu. 

- A co słychać u was? - zapytałam. 

- Nie najlepiej - odparł niechętnie. 

- Jak to, co ty mówisz? 

- Nie denerwuj się. U mnie w porządku. Mam na myśli rodzinę Moe. 

-  Ostatnio  dostałam  od  Erika  kartkę.  Wydała  mi  się  niepokojąca,  dlatego  tu  jestem. 

Ale chyba nie stało się nic złego? 

Grim zerknął na mnie ukradkiem. 

- Z Erikiem nie, ale... - Grim przerwał na chwilę, po czym rzekł z powagą: - Jutro jest 

pogrzeb kapitana. 

- Kapitan nie żyje? Co się stało? 

- Podobno zmarł na zawał - wyjaśnił krótko. 

Umilkłam. Ta tragiczna wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. 

Tymczasem dojechaliśmy na miejsce i Grim zatrzymał wóz na podjeździe. 

- No, Kari, jesteś w domu. 

- Dziękuję. Spotkamy się później? Chciałabym z tobą porozmawiać. 

- Jak długo zostaniesz z nami? 

Uśmiechnęłam się z zadowoleniem. 

- Nie zamierzam wyjeżdżać. Zostaję na dobre, Grim. 

Odwrócił się nagle i szybko wsiadł do samochodu. Bez słowa skinął mi na pożegnanie 

głową i zatrzasnął drzwi, po czym wycofał samochód i odjechał. 

Uśmiech  zastygł  mi  na  ustach.  Nie  mogłam  oprzeć  się  wrażeniu,  że  mojego 

najlepszego kolegi tym razem nie ucieszył mój powrót do domu. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Tego  dnia  nic  mi  się  nie  układało,  choć  miał  to  być  dzień  naprawdę  szczęśliwy. 

Najpierw najadłam się wstydu na stacji, a potem Grim tak niegrzecznie mnie potraktował. 

Postanowiłam  jednak  otrząsnąć  się  z  przygnębienia.  Poprawiłam  włosy,  rozejrzałam 

się dookoła i z lubością wciągnęłam rześkie kwietniowe powietrze. Ze wszystkich miejsc na 

ziemi  najbardziej  kochałam  moje  rodzinne  miasteczko,  Åsmoen.  Wokół  rozpościerał  się 

malowniczy krajobraz, którego widok zwykle dodawał mi sił. 

Po gorącym przyjęciu, jakie zgotowali mi w domu rodzice, zapomniałam o troskach. 

Wkrótce  w  pokoju  gościnnym  mama  nakryła  do  stołu.  Promienie  słoneczne  jakby 

mimochodem zaglądały do okien, rzucając na obrus błękitnoróżowe cienie. Rodzice, choć nie 

byli  zachwyceni  tym,  że  przerwałam  studia,  nie  robili  mi  z  tego  powodu  wyrzutów.  Mama 

ubolewała, że schudłam, ale chwaliła mnie za elegancki ubiór. Tata był po prostu w siódmym 

niebie, cieszył się, że wreszcie jestem w domu. 

Wypytywali mnie o najdrobniejsze szczegóły, a ja chętnie o wszystkim opowiadałam. 

Na koniec zapytałam: 

- Czy to prawda, co mówił Grim, że kapitan Moe nie żyje? 

Mama spuściła ze smutkiem wzrok. 

- Więc i ty już wiesz. Pan Moe zmarł w poniedziałek. Nie chciałam cię denerwować. 

- Opowiedz, co się stało? 

Mama zwlekała z odpowiedzią. 

- Właściwie nie bardzo jest co opowiadać. Rodzina znalazła go martwego nad ranem 

w łóżku. Lekarz potwierdził, że to zawał. Chociaż... 

- Chociaż co? - spytałam zaciekawiona. 

- No, nie wiem. Stało się to tak nagle i akurat w takim momencie... 

- Anno! - ostrzegł żonę pan Land. 

Reakcja  rodziców  zaskoczyła  mnie,  ale  ponieważ  nic  więcej  nie  chcieli  mi  na  ten 

temat powiedzieć, dałam za wygraną. 

- Czy Erik bardzo przeżywa śmierć ojca? 

Tata westchnął. 

-  Tak  mi  się  wydaje  -  rzekł,  po  czym  zaraz  dodał:  -  Szkoda  mi  chłopca,  będzie  się 

teraz sam z nimi męczył. 

- A więc Olsenowie nadal u nich mieszkają? 

background image

-  A  i  owszem  -  odparł  ojciec  z  goryczą.  -  Mieszkają,  mieszkają  i  wcale  nie  mają 

zamiaru się wyprowadzać. 

- A pan Olsen gdzieś pracuje? 

- Hm - tata podrapał się po głowie. - Mówią, że jest dyrektorem zakładu, należącego 

do kapitana Moe. Produkują tam części do maszyn i urządzeń. Ale jaki tam z niego dyrektor! 

Nic,  tylko  krzyczy  i  wydaje  dyspozycje.  Mam  wrażenie,  że  Moe  nie  mógł  wybrać  sobie 

gorszego zastępcy. Olsenowi przewróciło się w głowie, tyle zarabia w tym zakładzie. 

- A Oskar? 

- Z niego też niezły gagatek - westchnął ojciec. 

Mogłam  się  tego  spodziewać.  Oskar  zawsze  robił  na  mnie  wrażenie  spryciarza  i 

lawiranta, dlatego nigdy go nie lubiłam. 

-  Terje  także  zjawił  się  w  domu  -  powiedziała  mama.  -  Odbywa  teraz  praktykę  w 

biurze prokuratora pod bacznym okiem swojego wuja. 

- Studiuje prawo. Właśnie przyucza się do zawodu - roześmiał się ojciec. - Ostatnio 

widziałem, jak wywija szczotką, zamiatając podłogę, poza tym od  czasu  do czasu biega do 

sklepu po zakupy. 

- A Arnstein? 

-  Arnstein  to  już  zupełnie  dorosły  mężczyzna.  Od  jesieni  ma  rozpocząć  pracę  w 

szkole.  Będzie  uczył  matematyki  i  chyba  jest  bardzo  przejęty  swoją  nową  rolą.  Podobno 

studia ukończył z bardzo dobrymi wynikami. 

-  Wygląda  więc,  że  tym  razem  wszyscy  są  w  domu!  Powiedzcie  mi  jeszcze,  co  u 

Inger. Czy nadal pracuje w sklepie? 

-  No,  nie...  Chyba  po  prostu  pomaga  mamie  -  odparła  z  wahaniem  matka,  po  czym 

szybko zmieniła temat: - Kari, może jeszcze kawy? 

- Nie, mamo, dziękuję. Opowiem wam teraz, co mi się dzisiaj przytrafiło na dworcu. 

Wyobraźcie  sobie,  że  wpadł  mi  w  oko  pewien  młody,  wyjątkowo  przystojny  mężczyzna. 

Pierwszy raz go tu widzę, może wy wiecie, kto to taki? 

-  Kari,  dziecinko!  Myślisz,  że  znamy  każdego,  kto  się  kręci  w  miasteczku?  -  spytał 

ojciec, uśmiechając się pod nosem. - To pewnie jakiś turysta. 

- Raczej nie sądzę. Jest wysoki, ma miedzianobrązowe kręcone włosy i ciemne oczy - 

odparłam z rozmarzeniem. 

-  Miedzianobrązowe  włosy?  -  mama  zastanawiała  się  chwilę.  -  Nie,  chyba  nikogo 

takiego tutaj nie spotkałam. Nic innego nie zwróciło twojej uwagi? 

- Owszem, odbierał z poczty potężną stertę korespondencji. 

background image

W tym momencie twarz mamy rozjaśniła się w uśmiechu: 

- A, jeśli tak, to pewnie ktoś ze szpitala. Tam ciągle przyjmują do pracy nowych ludzi. 

Może jakiś lekarz. 

Lekarz?  Całkiem  możliwe.  I  już  zaczęłam  wyobrażać  sobie  nieznajomego  w  białym 

kitlu. Usiłowałam sobie przypomnieć, czy coś mi czasem nie dolega, ale jak na złość byłam 

zdrowa jak ryba. Pobyt w szpitalu z pewnością mi nie groził. 

-  No  trudno.  Niech  sobie  będzie,  kim  chce.  Wiecie,  jak  to  jest  ze  mną:  nowa  twarz 

zawsze wpadnie mi w oko. 

-  Właśnie,  córeczko  -  powiedział  ojciec.  -  Naprawdę  masz  świetny  wzrok  -  dodał 

nieco ironicznie. 

Pogroziłam mu palcem. Ojciec zawsze lubił żartować i dlatego u nas w domu zwykle 

panował  wesoły  nastrój.  Ojciec  budził  zaufanie  ludzi;  od  razu  było  po  nim  widać,  że  to 

pogodny i życzliwy mężczyzna. Mama, skryta, cichutka i skromna, stanowiła jego całkowite 

przeciwieństwo.  Była  drobną,  lecz  pełną  uroku  kobietą  o  regularnych  rysach.  Do  dziś 

zachowała  urodę,  choć  dawno  przekroczyła  czterdziestkę.  Tata  twierdził,  że  przed  laty  o 

względy  mamy  ubiegali  się  niemal  wszyscy  chłopcy  z  okolicznych  miasteczek.  Zawsze 

łudziłam  się,  że  odziedziczę  po  niej  delikatne  rysy.  Niestety,  choć  moi  przyjaciele  często 

chwalili mnie za różne zdolności, to nigdy nie usłyszałam, że jestem ładna. Taki już, widać, 

mój los. 

Po popołudniu zadzwoniłam do Erika. Bardzo ucieszył się na wieść, że już jestem w 

domu. 

- Kari, jak to dobrze, że przyjechałaś! 

Gdy złożyłam mu kondolencje z powodu śmierci ojca, usłyszałam, że zaczął mu drżeć 

głos. 

-  Jesteś  nareszcie!  Brakowało  mi  ciebie.  Potrzebuję  kogoś,  kto  się  wreszcie  za  mną 

ujmie!  Kari,  chyba  mogę  na  ciebie  liczyć?  Już  dłużej  nie  zniosę  tej  atmosfery.  Dotąd 

myślałem, że wszystko jest na dobrej drodze, że się jakoś ułoży, a tu nagle takie nieszczęście! 

Zostałem zupełnie sam, Kari! Co ja mam... 

Nagle  przerwał,  po  czym  radykalnie  zmienił  ton  głosu,  teraz  mówił  zupełnie 

normalnie.  Domyśliłam  się,  że  ktoś  niespodziewanie  wszedł  do  pokoju,  z  którego 

telefonował. 

- Ach, tak? Kari, to świetnie. Czy zostaniesz tym razem na dłużej? 

- Zostaję na stałe. Chciałabym się dowiedzieć, czy udało się wam odszukać Grethe? 

- Nie. Pytaliśmy wszędzie, ale ona jakby zapadła się pod ziemię. Wczoraj nadaliśmy 

background image

nawet komunikat w radiu, więc może gdzieś go usłyszy. Kari, przyjdziesz jutro na pogrzeb? 

- Tak, naturalnie. Na pewno się spotkamy. 

- No to do zobaczenia. Fajnie, że zadzwoniłaś. 

I na tym rozmowa się skończyła. 

Erik  wyraźnie  ukrywał  przed  kimś  swoje  problemy.  W  jego  głosie  wyczuwało  się 

niepokój.  Wprawdzie  nie  raz  popadał  w  zły  nastrój,  często  miewał  chandrę,  ale  teraz 

naprawdę sprawiał wrażenie bardzo przygnębionego. 

Po  południu  wybrałam  się  na  spacer.  Powiedziałam  rodzicom,  że  muszę  zaczerpnąć 

ś

wieżego powietrza, ale swoje kroki od razu skierowałam w stronę szpitala. Szło się do niego 

stromo pod górę, gdyż położony był w najwyższym w okolicy miejscu. 

Raz po raz mijałam ogromne wyrwy, z których wielkie koparki wydobyły wcześniej 

piasek. W oddali widziałam wznoszące się ku niebu dźwigi, które wyglądały jak zapałki na 

tle żółtawych ścian piaskowni. Zatrzymałam się na chwilę na skraju lasku, skąd dochodziło 

nastrojowe,  melancholijne  szemranie  liści  w  koronach  drzew.  Z  daleka  usłyszałam  gwizd 

oddalającego  się  pociągu.  Powoli  nad  okolicą  zapadał  zmrok.  Przysiadłam  na  powalonym 

przez wiosenną wichurę pniu i poczułam ogarniający mnie błogi spokój. 

Gdybym zachorowała na jakąś poważną chorobę, na przykład na zapalenie płuc, być 

może  miałabym  okazję  spotkać  mężczyznę  o  miedzianych  włosach.  Szybko  jednak 

porzuciłam  tę  myśl.  Przesiadywanie  na  zimnym,  gdzieniegdzie  pokrytym  lodem  drzewie 

prędzej zapędzi mnie z katarem do łóżka niż do szpitala. 

Zrobiło  się  późno  i  czas  było  wracać  do  domu.  Nie  czułam  się  zbyt  pewnie  w 

ogarniętych ciemnościami odludnych miejscach. Postanowiłam, że następnego dnia przyjdę tu 

wcześniej  i  rozejrzę  się  po  okolicy.  Może  mój  ideał  mieszka  gdzieś  w  pobliżu?  A  może 

odwiedzę w szpitalu kogoś znajomego? 

Nagle do moich uszu doleciały urywki czyjejś rozmowy. 

Nieopodal, kilkanaście metrów od miejsca, gdzie przysiadłam, szło dwoje ludzi. Było 

już prawie ciemno, więc dostrzegłam jedynie zarysy ich sylwetek. Jeden z głosów należał do 

kobiety,  która  mówiła  szybko  i  z  wyraźnym  zaangażowaniem.  Nie  wiedziałam,  czy  druga 

osoba  to  mężczyzna  czy  kobieta.  Chciałam  powrócić  do  moich  romantycznych  rojeń,  gdy 

nieoczekiwanie usłyszałam znajome nazwisko - „Moe”, a w chwilę później moje własne imię. 

Nadstawiłam uszu. 

Co do pierwszego słowa, być może przesłyszałam się, ale nie miałam wątpliwości, że 

mówiono o jakiejś Kari. Może tych dwoje zauważyło mnie w mroku. Właśnie zamierzałam 

się podnieść i wyjść im naprzeciw, kiedy naraz skręcili w drugą stronę. 

background image

Usiłowałam  wychwycić  sens  rozmowy.  Nie  było  to  jednak  proste,  gdyż  oboje 

rozmawiali półgłosem. Jednak po chwili usłyszałam wyraźnie jedno z wypowiadanych przez 

kobietę zdań: 

- Ależ ja byłam głupia! Jak mogłam podejrzewać cię o coś takiego? Czy możesz mi to 

wybaczyć? 

Druga osoba odrzekła coś niewyraźnie. Pomyślałam, że to pewnie para narzeczonych, 

którzy pokłócili się ze sobą, a teraz chcą się pogodzić. 

Naraz  kobieta  jeszcze  bardziej  zniżyła  głos,  a  ja  usłyszałam  jedynie  kilka  nie 

związanych ze sobą słów. Najpierw chyba „korytarz”, potem... o ile mnie słuch nie zawiódł - 

„gospodarstwo”. Po raz drugi w rozmowie pojawiło się też imię Kari. 

Ciekawiło  mnie,  czy  to  o  mnie  samą  chodzi,  choć  wydawało  mi  się  to  mało 

prawdopodobne.  Przecież  wiele  kobiet  nosi  to  imię.  Poza  tym  miałam  wrażenie,  że  głos 

kobiety jest mi skądś znany. 

Para  kontynuowała  konwersację.  Drugi  rozmówca  sprawiał  wrażenie  obcokrajowca, 

gdyż  mówił  wyraźnie  z  obcym  akcentem.  Ton  jego  głosu  był  nieprzyjemny,  jakby 

opryskliwy. Na koniec usłyszałam jeszcze kilka urwanych zdań i nazwę jakiegoś rosyjskiego 

miasta. Wreszcie para całkiem się oddaliła. 

Przypadkiem  podsłuchana  rozmowa  rozbudziła  moją  ciekawość.  Miałam  ochotę 

pobiec za nimi i zapytać, czy to o mnie mówili. 

Dopiero  teraz  poczułam  przejmujące  zimno  i  zdecydowałam,  że  czas  najwyższy  na 

powrót do domu. 

Grim  nie  mógł  się  mnie  widocznie  doczekać,  bo  gdy  zjawiłam  się  w  domu,  już 

siedział  rozparty  w  fotelu  i  żywo  dyskutował  z  moim  tatą.  I  tym  razem  uderzył  mnie  jego 

nienaganny  wygląd:  umyte  i  starannie  przyczesane  włosy,  elegancka  koszula  i  idealnie 

wyprasowane spodnie. Nigdy przedtem nie widziałam go tak zadbanego. Tym razem zrobił 

na mnie ogromne wrażenie. 

- Długo czekałeś? - zapytałam. 

- Nie, przyszedłem dosłownie przed paroma minutami. 

Do  pokoju  wkroczyła  mama  z  tacą  pełną  ciasteczek  oraz  herbatą.  Gdy  wypiliśmy 

herbatę, Grim zapytał: 

- Masz ochotę obejrzeć zwierzęta? 

- Pewnie. 

Od czasu gdy rozpoczęłam studia w stolicy, tradycją stały się odwiedziny u Grima w 

czasie  moich  krótkich  pobytów  w  domu.  Za  każdym  razem  dokonywałam  „inspekcji”  jego 

background image

gospodarstwa, a zwłaszcza zwierząt. 

Włożyłam płaszcz i oboje wyszliśmy. 

W drodze zapytałam Grima ostrożnie: 

- Możesz mi powiedzieć, co takiego dzieje się u rodziny Moe? 

- Co masz na myśli? - Grim był wyraźnie zaskoczony. 

- Ani ojciec, ani mama nie chcą mi nic powiedzieć, podejrzewam, że coś przede mną 

ukrywają. Powiedz, o co chodzi? Nie chcesz chyba, żebym słuchała tutejszych plotek? 

Grim  nie  odzywał  się  przez  dłuższą  chwilę,  tak  jakby  zastanawiał  się,  o  czym 

powinien mi opowiedzieć. Byliśmy już przy jego oborze, gdy więc otworzył szerokie wrota, 

uderzyło nas gorące, duszne powietrze. Skrzypnięcie zawiasów w starych drzwiach wzruszyło 

mnie,  gdyż  wywołało  mnóstwo  ciepłych  wspomnień.  Żarówki  nie  miały  kloszy  i  świeciły 

jaskrawym światłem prosto w oczy. 

Wreszcie Grim odezwał się: 

- Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie w szałasie? Od tamtej pory minęło już chyba z 

sześć, siedem lat. 

- Owszem. Układaliśmy wtedy plan zemsty na pannie Lilly. 

- Zgadza się. Przypominasz sobie, jaki był pomysł Inger? 

- Jasne. Chciała uwieść kapitana Moe. 

- No właśnie. I to jej się udało. 

- Co? Co ty mówisz, to niemożliwe! 

- A jednak. Kapitan Moe postanowił rozwieść się z żoną i ożenić z Inger Nilsen. 

Byłam zaszokowana tą wiadomością. 

-  Ale...  przecież  on  jest...  był  chyba  ze  dwa  razy  starszy  od  niej?  Jak  ona  sobie  to 

wyobrażała? 

Grim  spojrzał  na  mnie  takim  wzrokiem,  że  ciarki  przeszły  mi  po  plecach.  Teraz 

rzeczywiście przypominał nieprzyjaznego trolla. 

- Nie wiem, Kari. Ale myślę, że nie traktowała tego związku zbyt poważnie. Chciała 

przede wszystkim odegrać się na Lilly, która nigdy nie kryła niechęci do Inger. Często była 

dla niej nieprzyjemna, przygadywała jej, wytykała lekkomyślność i zły charakter. 

-  No  tak,  ale...  Czy  to  znaczy,  że  dwoje  z  nas  potraktowało  te  dziecinne  pomysły 

poważnie?  Najpierw  Grethe,  która  zapadła  się  pod  ziemię,  a  teraz  znowu  Inger.  Wiesz, 

dopiero teraz rozumiem, co miała na myśli moja mama - dodałam cicho. 

Grim spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, więc wyjaśniłam: 

-  Mamę  zdziwiła  tak  niespodziewana  śmierć  kapitana  Moe.  A  tymczasem  jest  ona 

background image

właściwie na rękę domownikom. 

-  Masz  rację.  To  dziwny  zbieg  okoliczności  -  powiedział,  a  w  jego  ciemnoszarych 

oczach pojawił się ponury cień. 

Co za zimnica! W taką pogodę w ogóle nie ma po co wychodzić z domu, pomyślałam 

i  otuliłam  się  szczelniej  płaszczem.  Przenikliwy  kwietniowy  wiatr  dokuczliwie  rozwiewał 

poły mojego okrycia i z minuty na minutę coraz bardziej dawał mi się we znaki. 

Mimo  tej  niesprzyjającej  pogody  dostrzegałam  całe  piękno  moich  rodzinnych  stron. 

Ś

nieg wciąż częściowo zalegał na rozległych polach, tworząc białe plamy. Strzeliste topole i 

równie  smukła  wieża  miejscowego  kościółka  rysowały  się  wyraźnie  na  tle 

granatowofioletowego  nieba.  Również  wiecznie  zielone,  porastające  zbocza  świerki  i  sosny 

pięknie  komponowały  się  z  przeróżnymi  odcieniami  błękitu  i  granatu.  Przytulone  do  muru 

cmentarnego korony dębów szeleściły łagodnie wiosenną kołysankę. 

Tuż  na  przeciwko  mnie,  nad  grobem  kapitana  Moe,  w  ciasnej  grupce  zebrała  się 

najbliższa  rodzina  zmarłego.  Wdowa,  wsparta  na  ramieniu  swojego  szwagra  Andreasa, 

szczelnie ukryła twarz za czarną woalką. Obok  stała koścista Molly Olsen, którą troskliwie 

obejmował  Oskar.  Chłopak  jak  zwykle  prezentował  się  doskonale,  choć  na  jego  twarzy 

malowała się powaga. Na końcu, zupełnie osamotniony i przygnębiony, stał Erik. Brakowało 

jedynie siostry Erika, Grethe. 

Uroczystość  pogrzebową  zaplanowano  z  najdrobniejszymi  szczegółami.  W  ostatniej 

drodze  kapitanowi  towarzyszyło  bardzo  wielu  ludzi.  Wśród  zgromadzonych  dostrzegłam 

wielu  oficerów  w  eleganckich  mundurach,  była  też  delegacja  pracowników  z  zakładu 

kapitana Moe oraz kilku bogatych gospodarzy. 

Orkiestra  wojskowa  właśnie  zakończyła  kolejną  pieśń  i  pastor  rozpoczął  mowę 

pogrzebową. Szukałam wzrokiem znajomych twarzy. 

Wkrótce zauważyłam dyrektora ze szkoły wraz z żoną - rodziców Arnsteina i Terjego. 

Obok nich... czyżby? Czy ten młody mężczyzna to naprawdę Arnstein? Tak! To on, ale jaki 

zmieniony!  W  pamięci  pozostał  mi  wysoki  chudzielec  o  dużych  stopach  i  w  małych 

okularkach,  a  tymczasem  miałam  przed  sobą  postawnego,  pełnego  powagi  mężczyznę! 

Dawna  niepewność  zniknęła  zupełnie  z  jego  twarzy,  ustępując  miejsca  pełnemu 

zdecydowania spojrzeniu. 

Stojący obok Terje dużo bardziej przypominał siebie sprzed kilku lat. Był średniego 

wzrostu, ale sprawiał wrażenie wysportowanego. Wprost biła od niego energia i radość życia, 

choć uroczystość, w której uczestniczył, do tego nie nastrajała. 

Po  lewej  ręce  Arnsteina  stała  wyjątkowo  poważna  Inger,  która  dziś  przywdziała 

background image

czarny strój. W tej samej chwili również i ona mnie dostrzegła i skinęła głową na przywitanie. 

Dalej  stała  jej  matka  uczesana  w  kunsztowny  kok.  Inger  odziedziczyła  wspaniale  włosy 

właśnie  po  mamie  i  ku  jej  wielkiej  radości  nie  miała  ochoty  ich  ścinać,  choć  poza  tym 

wszystko zawsze robiła na opak. 

Ze  zdumieniem  zauważyłam,  że  zmienił  się  też  Erik,  on  jednak  zdecydowanie  na 

gorsze. Trzęsły mu się ręce i broda. Zrozumiałam, że jest pogrążony w głębokim smutku po 

stracie ojca. Podeszłam do niego i stanęłam u jego boku. Na mój widok uśmiechnął się ciepło. 

W czasie gdy pastor kończył swoją mowę, rozległo się płaczliwe zawodzenie wdowy 

po zmarłym. 

Po chwili glos zabrał bliski współpracownik kapitana, zarządca jego majątku i radca 

prawny. Był wyraźnie stremowany swoją rolą. 

-  Dla  większości  z  nas  śmierć  jest  nieprzyjacielem.  Dla  ludzi  starych  i  głęboko 

wierzących  śmierć  jest  wybawieniem.  Dla  ciebie,  Wernerze,  okazała  się  ona  właśnie  tym 

drugim. 

Spojrzałam z przerażeniem na spowitą w woal twarz pani Moe. Co on mówi, czyżby 

postradał zmysły? 

- Co to znaczy? - wyszeptałam zaszokowana do Erika. 

- Ojciec miał bardzo poważne kłopoty z sercem przez cały ostatni rok - odpowiedział 

cicho. 

- Ach, tak. A ja myślałam... 

- Cicho! - skarcił nas Grim. 

Pani  Moe  sprawiała  wrażenie  załamanej.  Nie  żywiłam  do  niej  przyjaznych  uczuć,  a 

jednak zrobiło mi się jej żal. 

Głos  zabrało  jeszcze  kilka  kolejnych  osób.  Gdy  zagrała  orkiestra,  zebrani  zgodnie 

zaintonowali żałobną pieśń. Na koniec pastor w imieniu rodziny zaprosił wszystkich na stypę 

u państwa Moe, po czym większość z obecnych powoli ruszyła w kierunku bramy cmentarza. 

Przystanęłam  nieopodal  wraz  z  Grimem  i  Erikiem.  Co  chwila  do  Erika  podchodzili 

znajomi, składając kondolencje. 

- Grim, chyba już czas na nas? - zwróciłam się do przyjaciela. 

- Jasne - odparł Grim i zaczął się wycofywać. 

W tym momencie Erik mocno złapał mnie za ramię. 

-  Ależ  Kari,  nie  możesz  mi  tego  zrobić!  Chodź  ze  mną,  tak  cię  proszę!  Potrzebuję 

kogoś, kto... 

Nie  wiedziałam,  co  odpowiedzieć,  zerknęłam  na  Grima,  oczekując  wsparcia.  Grim 

background image

mrugnął porozumiewawczo. 

- No, dobrze, pójdziemy z tobą, jeśli tak nalegasz. 

- Dziękuję, Kari! Jesteś wspaniała! 

Zdziwiła mnie jego niespodziewana radość i ulga, z jaką to powiedział. Nie spodobał 

mi  się  natomiast  fakt,  że  tak  ostentacyjnie  pominął  Grima.  Ale  Grim  przyjął  to  całkiem 

spokojnie i zupełnie się tym nie przejął. 

W tym samym momencie podeszli do nas Arnstein, Terje i Inger. 

- Was także zapraszam - zwrócił się do nich Erik. - Musicie mi pomóc w zmaganiach 

z tymi potworami. 

- Możesz na mnie polegać - odrzekła Inger takim tonem, jakby była zdecydowana na 

wszystko. - Jestem z tobą. Niech sobie nie myśli, że się mnie tak łatwo pozbędzie! 

Wielkie nieba! Ta dziewczyna ma i tupet, i nerwy ze stali. Ja nigdy nie zdobyłabym 

się na to, by jako zażyła przyjaciółka męża zjawić się w domu wdowy, i to w dniu pogrzebu. 

Niezmiernie  dziwił  mnie  też  stosunek  Erika  do  Inger.  Wyglądało  na  to,  że  między  nimi 

wszystko układa się jak najlepiej. 

Przez chwilę gawędziliśmy o tym i owym, po czym Inger zwróciła się do mnie: 

- Nareszcie zjawił się siódmy członek „Mścicieli”? 

Przez moment nie wiedziałam, co ma na myśli. 

- Ach - uśmiechnęłam się. - Niezła była z nas paczka! 

- Rzeczywiście - wtrącił Arnstein. - A jakie mieliśmy pomysły! Na samą myśl skóra 

mi cierpnie. 

- Teraz znowu jesteśmy razem. Po siedmiu latach - dodała Inger. 

- Wszyscy oprócz Grethe - poprawiłam. - Pamiętacie, jak Grethe uwielbiała toffi? W 

mieście z pewnością nie ma problemu z ich zakupem. 

- Tak - dodali inni. 

- Zabawne, zauważcie, że ja mam teraz mniej więcej tyle lat, co wtedy Grim. Ale za 

skarby  nie  zgodziłbym  się  dzisiaj  przesiadywać  w  starym,  walącym  się  szałasie  w 

towarzystwie głupich szczeniaków. Dziwny z ciebie chłopak, Grim - powiedział Terje. 

- No, no - Inger poklepała dorosłego kolegę po ramieniu. - Wiemy coś o tym, prawda? 

Skrępowany Grim spuścił wzrok, ale zaraz Arnstein wziął go w obronę: 

- Inger, nie bądź głupia. Daj mu spokój! 

Dziewczyna  momentalnie  umilkła  po  tej  reprymendzie.  Wciąż  jednak  wydawało  mi 

się,  że  jej  buńczuczna  postawa  to  tylko  poza.  Inger  najwyraźniej  zmagała  się  z  jakimiś 

problemem, ale za nic nie chciała się z tym zdradzić. 

background image

Erik  milczał.  Tymczasem  obok  przeszedł  Oskar  i  jego  matka  Molly,  która  nie 

powstrzymała się od kąśliwej uwagi skierowanej w naszą stronę: 

- To niesłychane, żeby nieproszeni goście mieli czelność pchać się aż pod sam grób! 

Inger nie pozostała jednak dłużna: 

- Jeśli ma pani na myśli Kari i Grima, są dużo bliżsi zmarłemu niż niektóre żerujące 

wokół pasożyty! 

-  Hm  -  Molly  zdobyła  się  jedynie  na  wzruszenie  ramionami  i  czym  prędzej  się 

oddaliła. 

-  Szkoda  strzępić  język  -  skomentował  Arnstein  z  niesmakiem.  -  Pewnie  nawet  nie 

wie, co to jest pasożyt. 

- Nic nie szkodzi - odparła Inger. - Z pewnością zorientuje się, że to nie komplement. 

Niech to sobie tłumaczy, jak chce. No co, idziemy, chłopaki? 

W  tej  chwili  obok  nas  przeszła  pani  Moe,  podtrzymywana  przez  Andreasa  Olsena. 

Koledzy już także odeszli, tylko ja nadal stałam w tym samym miejscu. 

Silniejszy  powiew  wiatru  uniósł  lekko  woalkę  wdowy  tak,  że  na  krótką  chwilę 

odsłonił jej twarz. Jej spojrzenie skierowane było na Inger, ale to ja zauważyłam na jej ustach 

jadowity i triumfujący uśmiech. Teraz odkryłam coś jeszcze: w ciągu ostatnich dni ta kobieta 

z pewnością nie uroniła ani jednej łzy... 

background image

ROZDZIAŁ III 

- Arnstein! Widziałeś jej spojrzenie? 

- Tak. 

Dotarliśmy  do  domu  państwa  Moe  prawie  jako  ostatni  spośród  sunącego  leniwie  od 

strony  kościoła  pochodu.  Wśród  przybyłych  wielu  należało  do  grona  wiejskich  posiadaczy 

ziemskich, którzy nie darowaliby sobie, gdyby nie obejrzeli domu zacnego kapitana w całej 

okazałości. 

-  Więc  jednak  się  myliłem  -  powiedział  Arnstein.  -  Nieraz  zastanawiałem  się,  czy 

wówczas,  podburzeni  przez  Grethe,  nie  ocenialiśmy  pani  Moe  gorzej,  niż  na  to  zasługuje. 

Dzieci zwykle mają tendencje do przesady i łatwo przychodzi im robić z igły widły. 

Rozmowa  z  Arnsteinem  wymagała  cierpliwości.  Chłopak  cedził  słowa,  jakby  ich 

wypowiadanie przychodziło mu z wielkim trudem. 

-  Też  o  tym  myślałam  -  dodałam,  usiłując  przytrzymać  na  swoim  miejscu  targane 

porywami wiatru poły płaszcza. - Nie raz zachowywaliśmy się nieładnie w stosunku do pani 

Lilly. 

-  To  prawda.  Nie  było  jej  z  nami  lekko.  Czasem  nawet  myślałem,  że  to  w  ogóle 

wszystko nasza wina. Ale teraz, gdy ujrzałem to jej spojrzenie, nie mam wątpliwości. To zła i 

fałszywa kobieta. 

Przytaknęłam. 

Było zimno, więc Arnstein począł rozcierać dłońmi zaczerwienione, zmarznięte uszy. 

- Swoją drogą, ona musi mieć stalowe nerwy. Wciąż napotykała opór i wrogość albo 

ze strony pasierbów, albo też ich przyjaciół. 

-  Ale  czy  to  nie  najlepszy  dowód  na  to,  że  ona  po  prostu  jest  nieżyczliwa?  W 

przeciwnym  razie  choć  jedno  z  nas  wzięłoby  ją  w  obronę.  A  przecież  dzisiaj  jesteśmy  już 

zupełnie dorosłymi ludźmi. Chyba potrafimy oceniać w miarę obiektywnie? Zauważ, że pani 

Moe w ogóle nie jest lubiana w Åsmoen! 

-  Masz  rację,  trudno  się  z  nią  zaprzyjaźnić,  mimo  że  przecież  podobno  jest 

pielęgniarką.  Wiesz,  wydaje  mi  się,  że  znam  tyle  innych  naprawdę  miłych  kobiet,  które 

wniosłyby  więcej  ciepła  do  tego  domu,  mimo  że  wcale  nie  pokończyły  szkół.  A  kapitan 

wybrał właśnie ją. Lilly nie pomogłyby nawet uniwersytety, jest po prostu zgorzkniała i ma 

kawałek lodu zamiast serca. 

Arnstein zmarszczył czoło. 

background image

- Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego Inger okazuje tyle wrogości macosze Erika? 

Złość aż bije z jej oczu. 

Domyślałam się powodu tej niechęci; Inger dręczyły najwyraźniej wyrzuty sumienia. 

To  przecież  ona  przyczyniła  się  do  rozpadu  małżeństwa  państwa  Moe.  Usprawiedliwiając 

siebie samą, obdarzyła antypatyczną rywalkę jeszcze większą nienawiścią. 

Wróciłam do rozmowy, którą prowadziliśmy wcześniej. 

-  Arnstein,  co  wiesz  o  zażyłości  pomiędzy  Inger  i  kapitanem?  Jak  daleko  zaszła  ta 

znajomość? 

Arnstein obdarzył mnie pełnym zdumienia spojrzeniem. 

- Sądzę, Kari, że nie powinniśmy wtrącać się w ich prywatne sprawy. To zupełnie nie 

nasza rzecz. 

-  Tak  mnie  to  jakoś  ciekawiło.  Nie  miałam  nic  złego  na  myśli  -  powiedziałam, 

ukrywając zmieszanie. 

- Inger twierdzi, że Werner Moe zamierzał w tym tygodniu spotkać się z adwokatem i 

złożyć w sądzie wniosek o rozwód. 

- Ach, tak - bąknęłam. 

Arnstein szybko zmienił temat rozmowy: 

-  Muszę  przyznać,  że  długo  przyglądałem  się,  zanim  cię  poznałem.  Zmieniłaś  się, 

wyrosła z ciebie piękna dziewczyna, Kari! 

Uśmiechnęłam się. 

- A ja chciałam właśnie powiedzieć, że wyprzystojniałeś. 

-  Dajcie  spokój  -  wtrąciła  Inger,  która  właśnie  podeszła  do  nas.  -  Nie  mogę  słuchać 

takich ugłaskanych grzeczności 

Odwróciłam  się  do  niej  ze  zdziwieniem,  ale  nic  nie  odpowiedziałam.  Przez  chwilę 

wszyscy  troje  staliśmy  w  milczeniu.  Aby  zapomnieć  o  tej  nieprzyjemnej  reprymendzie, 

zajęłam się rozgrzewaniem zmarzniętych dłoni. Po jakimś czasie zapytałam: 

- A gdzie podział się Grim? 

- Nie miał ochoty spędzać nawet minuty w obecności Lilly, więc poszedł do domu. 

-  On  też  nie  potrafi  wybaczyć  Lilly  jej  kąśliwego  języka,  choć  minęło  już  tyle  lat  - 

zauważył Arnstein. 

Ja  jednak  podejrzewałam  co  innego.  To  raczej  zachowanie  Erika  sprawiło,  że  Grim 

zrezygnował z towarzyszenia nam. 

Obszerny  salon  w  domu  państwa  Moe  wypełniał  przytłumiony  szmer  rozmów. 

Niektórzy  goście,  już  z  talerzykami  w  dłoniach,  przebiegali  spojrzeniami  po  suto 

background image

zastawionym  stole  z  obawą  w  oczach,  że  nie  zdążą  spróbować  wszystkich  smakowitości. 

Było w czym wybierać, ale zaproszonym nie wypadało w takiej chwili jeść bez opamiętania. 

Wzdłuż ścian stały jednakowo ubrane dziewczęta, które pomagały w organizacji poczęstunku. 

Miałam nieodparte wrażenie, że przyglądają się zgłodniałej hordzie z wyraźnie pogardliwym 

uśmieszkiem.  Żona  sprzedawcy,  przekonana,  że  nikt  jej  nie  obserwuje,  sprawdzała  jakość 

materiału, z którego uszyto zasłony, unosząc skrawek tkaniny i miętosząc go długo w dłoni 

Dwóch  starszych  panów  przyglądało  się  z  zaciekawieniem  zawieszonej  na  ścianie  głowie 

łosia, zapewne żywo dyskutując, w jakich okolicznościach zwierzyna została ustrzelona. 

W  pewnej  chwili  podeszła  do  mnie  okrąglutka,  nieduża  kobieta,  którą  znałam  z 

widzenia.  Była  to  żona  jednego  z  miejscowych  bogatych  gospodarzy.  Tego  dnia  sprawiała 

wrażenie szczególnie zadbanej, jak zresztą wszyscy. Zaczęła szczegółowo wypytywać o moją 

naukę, o wrażenia z pobytu w stolicy. Musiałam opuścić przyjaciół i przysiąść się do niej na 

dłuższą pogawędkę. Opowiadała żywo o tym i owym, głównie zaś raczyła mnie informacjami 

o  okolicznościach  śmierci  swojego  męża.  Słuchając  jednym  uchem,  wdychałam  zapach 

naftaliny, którą przesiąknięte były ubrania gości, wyciągnięte na tę okazję z głębi szaf. Gdy 

wreszcie  udało  mi  się  podziękować  za  rozmowę,  część  obecnych  zaczynała  się  już 

rozchodzić. W tym momencie podeszła do mnie moja mama. 

- Kari, ja i ojciec już się zbieramy. Idziesz z nami, czy jeszcze zostaniesz? 

Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu kolegów. 

-  Chciałam  jeszcze  porozmawiać  z  Erikiem,  ale  teraz  go  nie  widzę.  Idźcie  na  razie 

sami, a ja niedługo do was dojdę. 

Salon  opustoszał  i  właściwie  dopiero  teraz  można  było  podziwiać  piękne,  sosnowe 

stropy i stare rodzinne meble. W pokoju pojawiła się matka Oskara, Molly Olsen, po czym 

podeszła do mnie.  Była  ubrana na  czarno,  ale  w  kolorze  tym  nie  było  jej  do  twarzy.  Miała 

zbyt  jasną  karnację,  a  do  tego  bardzo  ciemne,  kasztanowe  włosy,  których  kolor  pogłębiał 

bladość cery. 

- Dzień dobry, Kari - przywitała mnie. - Słyszałam, że wróciłaś do domu na dobre. No 

i co zamierzasz teraz robić? 

Zmierzyła mnie od stóp do głów, a jej wzrok ziębił tak samo jak chłodne spojrzenie 

siostry. 

-  Na  razie  nic.  Po  prostu  odpoczywam  -  odparłam  zgodnie  z  prawdą.  - 

Prawdopodobnie za kilka tygodni rozejrzę się za jakąś pracą. 

Molly zmrużyła oczy i odrzekła: 

-  Możesz  mieć  trudności.  Åsmoen  to  maleńka  miejscowość,  nie  za  wiele  tu 

background image

możliwości  dla  młodych  ludzi.  A  ty  zdobyłaś  przecież  doskonałe  wykształcenie  -  zaśmiała 

się,  pokazując  przy  tym  szarawe  zęby.  -  Uważam,  że  źle  zrobiłaś,  wyjeżdżając  z  Oslo. 

Mogłabyś chodzić na koncerty, wystawy, spotykałabyś ciekawych ludzi... 

To dlaczego pani sama się tam nie wyprowadzi? pomyślałam. Chyba nic nie stoi na 

przeszkodzie. Poza tym, że teraz żyje na cudzym garnuszku, bez kłopotów. 

To  już  druga  osoba,  która  okazuje  niezadowolenie  z  powodu  mojego  powrotu.  Ale 

Grim  nie  ma  przecież  nic  wspólnego  z  panią  Olsen.  Dałam  więc  sobie  spokój  z  dalszymi 

domysłami. 

-  Widzę,  że  wiele  rzeczy  zmieniło  się  w  gospodarstwie  od  czasu  mojej  ostatniej 

wizyty. Pan kapitan wszystko odnowił! 

-  No,  w  zasadzie  to  zasługa  Lilly.  To  ona  walczyła  o  zmiany  -  odparła  z  emocją  w 

głosie pani Olsen. 

Nie mogłam powstrzymać się od uszczypliwego komentarza: 

- O, nie wątpię, że potrafiła doskonale wszystkim pokierować. 

Molly nie dostrzegła złośliwości w moich słowach i ciągnęła: 

- Trudno opisać, jak wiele pracy włożyła w remont! To niemal cud, że udało jej się 

przekonać męża do tych zmian. Lepiej nie mówić, co by się tu działo, gdyby nie Lilly. Ten 

dom wyglądał jak najgorsza chłopska chałupa! 

Ale za to jaka przytulna! 

-  Kari,  czy  spotkałaś  już  Oskara?  Wyrósł  na  wspaniałego  mężczyznę,  prawda?  Inni 

chłopcy wyglądają przy nim jak dzieci. 

- Owszem, widziałam go. Uważam, że Arnstein Magnussen także bardzo zmężniał i 

wyprzystojniał. 

Tym razem matczyna duma wzięła górę. 

-  Magnussen?  Ach,  najstarszy  syn  dyrektora?  No  tak,  ale  to  taki  nieobyty  chłopak. 

Oskar jest urodzonym światowcem. 

Zrobiło mi się żal pani Olsen. Za wszelką cenę  pragnęła pokazać, że członkowie jej 

rodziny  przewyższają  innych,  ale  robiła  to  nieudolnie.  Miałam  wrażenie,  że  coś  ją  trapi, że 

rozpaczliwie się przed czymś broni. Głośno zapytałam: 

- Czy nie widziała pani przypadkiem Erika? 

-  Erika?  Tak,  możliwe,  że  gdzieś  tu  jest.  A  czego  chcesz  od  niego?  -  zapytała  dość 

ostro,  lecz  zaraz  się  zreflektowała.  -  Sądzę,  że  siedzi  na  górze  razem  z  waszymi 

nadzwyczajnymi przyjaciółmi. 

Pani Olsen nie lubiła koleżanek i kolegów Erika i nie starała się tego ukryć, ale bez 

background image

wątpienia największą niechęcią pałała do Inger. 

W  tym  momencie  pojawił  się  Erik  w  towarzystwie  najbliższych  znajomych.  Gdy 

Molly zobaczyła wkraczającą do pokoju Inger, szybko się wycofała. Nie mogło już być mowy 

o wzajemnej wrogości, teraz rozgorzała prawdziwa wojna. 

Ponieważ  dwie  ostatnie  godziny  spędziłam  na  mało  interesujących  rozmowach, 

poczułam,  że  burczy  mi  w  brzuchu.  Poprosiłam  Erika  o  coś  do  jedzenia,  a  on  za  moment 

przyniósł mi talerz pełen przeróżnych sałatek, po czym usiadł tuż koło mnie. Konsumowałam 

w  milczeniu,  gdy  tymczasem  chłopak  wpatrywał  się  we  mnie  rozognionym  wzrokiem. 

Siedzieliśmy nieco oddaleni od reszty przyjaciół. 

- Kari, rozmawiałaś już z Grimem? - zapytał cicho Erik. 

- Oczywiście, że tak. Nawet kilka razy. 

Erik odwrócił wzrok w drugą stronę. 

- I co powiedział? 

Uśmiechnęłam się. 

-  Co  powiedział?  Mnóstwo  rzeczy,  dokładnie  nie  pamiętam.  Rozmawialiśmy  o  tylu 

sprawach. A dlaczego pytasz? 

- Nie, nic takiego. 

-  Grim  sprawiał  wrażenie,  jakby  nie  był  zachwycony  moim  powrotem  do  domu  - 

westchnęłam,  oczekując  na  zrozumienie  i  pocieszenie  ze  strony  Erika.  Na  ustach  Erika 

zagościł złośliwy uśmieszek, po czym rzekł stłumionym głosem: 

- Nie dziwię się, że mu to nie na rękę. Nie powiem ci na razie nic więcej, Kari. Ale 

przyjdź  do  mnie  dziś  wieczorem,  to  wszystkiego  się  dowiesz.  Mam  wielkie  plany,  a  co  do 

Grima, dobrze ci radzę: trzymaj się od niego z daleka! 

Zrobiło  się  bardzo  nieprzyjemnie.  Ponieważ  nie  uznawałam  obgadywania 

kogokolwiek za plecami, przeprosiłam Erika i ruszyłam do toalety. Okazało się, że na dole 

zrobiło  się  tłoczno.  Erik  zauważył,  że  czekam,  i  wskazał  mi  drogę  do  drugiej  łazienki  na 

pierwszym  piętrze.  Zanim  mnie  zostawił,  raz  jeszcze  upewnił  się,  czy  przyjdę  do  niego 

wieczorem.  Dla  świętego  spokoju  zgodziłam  się.  Zupełnie  nie  interesowały  mnie  wielkie 

plany  Erika  i  wcale  nie  miałam  ochoty  zgłębiać  tajemnic  Grima,  zwłaszcza  pod  jego 

nieobecność. Był przecież moim najserdeczniejszym przyjacielem. 

Zamknęłam się w łazience i odkręciłam wodę. W tym samym momencie doszły mnie 

zza ściany czyjeś szepty. 

-  Co  za  okropne  przyjęcie!  Byle  kto  zwala  się  człowiekowi  na  głowę,  a  jakby  tego 

było mało, wszyscy obżerają się nieprzyzwoicie. A do tego wszystkiego Erik demonstracyjnie 

background image

włóczy za sobą całą tę hałastrę! 

Ktoś mruknął coś pod nosem. 

-  Już  po  wszystkim,  Andreas.  Udało  się.  -  Tym  razem  poznałam  triumfujący  głos 

Lilly. 

- Całe szczęście. A już się bałem, że się nam nie powiedzie. 

- No właśnie. Ale odkąd pan kapitan przeniósł się na tamten świat, ja tu o wszystkim 

decyduję. A tej małej dziwce to ja jeszcze pokażę! Pozostał nam jedynie Erik. 

- O, to tak, jakby  go nie było - odparł pogardliwie Andreas. - Ja raczej obawiałbym 

się... 

- Kogo? - zapytała szorstko Lilly Moe. 

- Nie bardzo wiem, jak poradzimy sobie z Kari. 

Przez chwilę za ścianą panowała cisza. 

- Rzeczywiście, trzeba coś wymyślić. Ale poczekaj, gdyby tak... Kari to głupia gąska. 

Możemy pozbyć się jej  za pomocą naszej specjalnej metody. Wprawdzie  Inger nie dała się 

zwieść, ale Kari to co innego. Z nią szybko powinien dać sobie radę. 

Gdy usłyszałam te słowa, zatrzęsłam się z wściekłości. Może nie należałam do osób 

szczególnie  bystrych,  brakowało  mi  pewności  siebie  i  ogłady,  ale  nie  pozwolę,  aby 

ktokolwiek obmawiał mnie w tak ohydny sposób za moimi j plecami! Najbardziej rozzłościł 

mnie fakt, że nie miałam pojęcia, co Lilly i Andreas knują. Wiedziałam natomiast jedno: bez 

wątpienia ich plany dotyczyły mojej osoby. Zdenerwowana, wypadłam jak burza z łazienki i 

od razu zderzyłam się z panią Moe, która opuszczała właśnie sąsiedni pokój. Obie zaczęłyśmy 

udawać zdziwienie. 

- Och, Kari, jak ty się zmieniłaś! Miło cię znów widzieć! - Na ustach Lilly pojawił się 

wymuszony uśmiech. 

Najcieplejsze słowa na mój temat nie mogły zatrzeć wrażenia, jakie wywarła na mnie 

przypadkowo  podsłuchana  rozmowa.  Teraz  rzeczywiście  nienawidziłam  Lilly  Moe,  jej 

słodkiego  uśmieszku  i  nienagannie  równych  zębów.  Pani  Moe  należała  do  ludzi,  którzy 

oceniają człowieka tylko po wyglądzie zewnętrznym. Ja nigdy nie zdołałam zaskarbić sobie 

jej życzliwości. 

- Dziękuję - odpowiedziałam. - Proszę przyjąć wyrazy współczucia z powodu śmierci 

męża. 

W  głębi  duszy  byłam  tak  rozzłoszczona,  że  chyba  zbyt  duży  akcent  położyłam  na 

ostatnie dwa słowa, gdyż uśmiech w jednej chwili zniknął z twarzy pani Moe. 

- Tak, to tragiczne przeżycie dla nas wszystkich, choć liczyliśmy się z takim obrotem 

background image

sprawy  -  odparła  dramatycznym  głosem.  -  Najbardziej  przeżywa  to  Erik.  Tylko  my  mu 

pozostaliśmy. Wiem, że Erik mnie lubi, ale też ogromnie kochał swojego ojca. Zajmiemy się 

nim wszyscy i mam nadzieję, że uda się stworzyć mu serdeczny, ciepły dom. Zwłaszcza że 

Erik zapewne nigdy się nie ożeni. 

- Tak? A to dlaczego? - zapytałam zdumiona. 

- Dobrze wiesz, że jest nerwowy. Nie sądzę, aby którakolwiek kobieta była w stanie to 

wytrzymać. Przypuszczam, że brak równowagi odziedziczył po swojej matce. 

To obrzydliwe, nie chciałam tego słuchać! Pani Moe powoli przebierała miarę. Byłam 

bliska płaczu i w końcu wykrzyknęłam ze łzami w oczach: 

-  Jak  pani  może  mówić  takie  rzeczy!  Nie  dość,  że...  że  -  głos  załamywał  mi  się  z 

przejęcia. - Idę prosto na policję i zażądam obdukcji! 

Niestety,  zawsze  gdy  tracę  nad  sobą  panowanie,  wyglądam  żałośnie.  Nie  potrafię 

ciskać  z  oczu  błyskawic,  po  twarzy  jedynie  spływają  mi  łzy.  Zamiast  się  złościć,  czuję  się 

kompletnie bezradna. Tak też się stało tym razem. Jak przez mgłę zauważyłam, że stojący za 

swoją szwagierką Andreas Olsen ze zdumienia bezgłośnie porusza ustami. Gdy zbiegałam ze 

schodów,  natknęłam  się  na  panią  Molly  i  Oskara.  Coś  do  mnie  powiedzieli,  lecz  wcale  nie 

zwracałam na nich uwagi, starałam się tylko jak najszybciej uciec z tego domu. 

Na dole, w holu, czekał na mnie Erik. Najpierw usiłował mnie zatrzymać, ale szybko 

mu się wyrwałam. 

-  Terje,  gdzie  twój  wuj?  -  krzyknęłam  do  przyjaciela  opuszczającego  dom  państwa 

Moe. 

- Już dawno wrócił do siebie. A czego chcesz od niego? 

- Obdukcji kapitana! - krzyknęłam, zarzucając płaszcz W tej chwili w holu pojawił się 

Arnstein i pomógł mi się ubrać. 

- Co ty wygadujesz, Kari? - zapytał półgłosem. 

W kilku słowach objaśniłam, co się stało. Zanim Arnstein zareagował,  już mknęłam 

przez podwórze, gdzie schylona nad otwartą maską dłubała przy swoim samochodzie Inger. 

- Kari, dokąd tak pędzisz? 

- Do lensmanna. Mam zamiar zameldować o morderstwie - rzuciłam w pośpiechu. 

- Morderstwie?! - Inger nie posiadała się ze zdumienia. 

- Tak.  Uważam, że kapitan Moe został zamordowany - to były  ostatnie  słowa, jakie 

skierowałam  do  koleżanki.  Zaraz  potem  skręciłam  w  małą  ścieżynkę,  na  skróty  przez  sad. 

Pokonując  w  podskokach  dołki  i  zmarznięte  nierówności,  znalazłam  się  na  własnym 

podwórzu.  Tam  chwyciłam  rower  i  popędziłam  dalej.  Po  kilku  minutach  na  mojej  drodze 

background image

wyrósł Grim. 

-  Zatrzymaj się na chwilę, Kari! Co się stało? Dokąd się  wybierasz w taką pogodę? 

Jest bardzo ślisko! 

-  Puść  mnie,  puść!  Jadę,  zanim  stracę  odwagę.  Muszę  się  spotkać  z  lensmannem 

Magnussenem. Teraz ja zemszczę się na pani Moe! 

- Kari, czyś ty postradała rozum? Zupełnie cię nie poznaję! 

Grim  puścił  rower,  ale  usiłował  chwycić  mnie  za  ramię.  Nie  zdążył.  Zwinnie 

wywinęłam mu się spod ręki i ruszyłam co sił w nogach, nie oglądając się za siebie. 

Musiałam  przypominać  czarownicę,  pędząc  na  złamanie  karku  wąską,  oblodzoną 

drogą. Przez cały czas zastanawiałam się, w jaki sposób wyjaśnię lensmannowi całe zajście. 

A może działam zbyt pochopnie? 

Nie! Mam przecież poważne dowody! 

Jak nigdy dotąd, byłam wyjątkowo bojowo nastawiona. Jakby wstąpił we mnie diabeł. 

Z pewnością nie przypominałam teraz ani trochę pogodnej, spokojnej Kari Land. 

Wkrótce  dotarłam  do  rozwidlenia.  Teraz  zaczynał  się  stromy  podjazd  prowadzący 

także w stronę szpitala. Za plecami posłyszałam jadący samochód. Zjechałam na sam skraj, 

by go przepuścić, ale auto mnie nie wyprzedziło. 

Pobocze  było  przemarznięte  i  nierówne.  Mocno  naciskałam  na  pedały  i  mimo  że 

jechałam pod górę, utrzymywałam dość duże tempo. Nagle zaczęłam tracić równowagę, ale 

na lodzie hamowanie nie odniosło żadnego rezultatu. Poczułam, że samochód znajduje się tuż 

przy moim tylnym kole. Nagle zachwiałam się... 

Dlaczego on jedzie tak blisko? 

Boże, nie dam rady! 

Czułam teraz, że nie uniknę upadku. Krzyknęłam mimowolnie... 

Szarofiołkowe  chmury  kłębiły  się  nad  moją  głową,  znikały  na  chwilę,  po  czym 

ponownie się pojawiały. Przed oczami ujrzałam żółtosiny cień o nieokreślonym kształcie. Z 

tego  cienia  wyłoniła  się  nagle  ponura,  ciemna  postać.  Wszystko,  co  widziałam,  drżało  i 

pulsowało. Potem ów cień przesunął się ruchem przypominającym pełzanie. Był wyjątkowo 

nieprzyjemny,  budził  we  mnie  obrzydzenie.  Chciałam  jak  najszybciej  uwolnić  się  od  tego 

koszmaru, ale bez powodzenia. Krzyknęłam przeraźliwie. 

W  tym  momencie  mara  zniknęła,  ale  wokół  wciąż  panowała  ciemność.  Po  chwili 

usłyszałam jakiś głos. 

- Byłem pewien, że są niebieskie. 

Głos  należał  do  mężczyzny,  ale  wciąż  nie  potrafiłam  określić,  skąd  dochodzi. 

background image

Znajdowałam  się  w  pomieszczeniu,  w  którym  wszystko  nieustannie  wirowało.  Po  chwili 

zawrót głowy minął, a nisko nade mną pochyliła się jakaś postać. 

- Proszę się nie ruszać i nie podnosić głowy. 

- Wcale nie mam na to ochoty - mruknęłam. - Gdzie ja jestem? 

Mężczyzna westchnął. 

- No tak, klasyczna reakcja. Wygląda na to, że nie obędzie się bez komplikacji. 

Twarz mówiącego mężczyzny nadal pozostawała zamglona. Po chwili obok pojawiła 

się kolejna, która teraz nabierała wyraźnych kształtów. Najpierw dostrzegłam biały czepek, a 

potem  ciepły  uśmiech  pochylającej  się  nade  mną  pielęgniarki.  Obok  niej...  Nie,  to  chyba 

niemożliwe... 

Gdybym  miała  w  sobie  dość  siły,  z  pewnością  zaczerwieniłabym  się  po  uszy.  Przy 

moim  łóżku  stał  mężczyzna,  którego  spotkałam  na  dworcu  w  dniu  mojego  przyjazdu  do 

Åsmoen. 

Z  bliska  wydawał  się  jeszcze  przystojniejszy.  Doskonale  prezentował  się  w  białym 

lekarskim  kitlu.  Przymrużone,  pełne  wewnętrznego  blasku  oczy  uśmiechały  się  do  mnie. 

Robił tak sympatyczne wrażenie, że nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. 

Wcześniej  wydawał  mi  się  młodszy.  Dzisiaj  dałabym  mu  dwadzieścia  osiem,  może 

nawet trzydzieści lat. 

Pielęgniarka zaczęła coś do mnie mówić, więc z żalem odwróciłam się w jej kierunku. 

-  Znajduje  się  pani  w  szpitalu,  panno  Land.  Przeszła  pani  poważny  wstrząs  mózgu. 

Proszę  nie  wykonywać  zbyt  gwałtownych  ruchów.  Jestem  siostra  Hilda,  a  to  pan  doktor 

Bråthen. 

- O ile się nie mylę, myśmy się już wcześniej spotkali - uśmiechnął się młody lekarz. 

Czy to nie pani jest osobą bez nazwiska? 

Co za wstyd. Dlaczego właśnie on musi mi o tym przypominać? 

Lekarz domyślał się zapewne, że jestem zakłopotana, bo szybko zmienił temat. 

- Chciałbym z panią porozmawiać. Czy jest pani na to dostatecznie silna? 

-  Tak,  naturalnie  -  potwierdziłam  uszczęśliwiona,  że  ten  atrakcyjny  mężczyzna  chce 

się mną zająć. 

- Proszę tylko leżeć spokojnie i jak najmniej się ruszać. Zadam pani kilka pytań, a pani 

jak najkrócej mi na nie odpowie. 

Czekałam, co teraz będzie. Doktor Bråthen przysiadł na brzegu łóżka, pielęgniarka na 

szczęście opuściła pokój. 

- Proszę mi na początek powiedzieć, czy coś panią boli? 

background image

- Nie. Czuję się tylko okropnie słaba. 

Doktor spojrzał na mnie, chwilę się namyślając. 

- Jak się pani nazywa? 

Zdziwiło mnie to pytanie, ale odpowiedziałam spokojnie: 

- Kari Land. 

- A kiedy przyjechała pani do Åsmoen? 

Zastanowiłam się przez moment. 

- W piątek po południu. Tak, to było wczoraj, około siedemnastej. 

- Co robiła pani w sobotę? 

- Dzisiaj byłam na pogrzebie. 

- A potem? Gdzie się pani udała potem? 

Dopiero teraz domyśliłam się, że lekarz sprawdza moją pamięć. Proszę bardzo, akurat 

na pamięć nie narzekam. 

-  Wie  pan,  trochę  się  zdenerwowałam.  Właściwie  nawet  bardzo.  Wzięłam  z  domu 

rower  i  miałam  zamiar  udać  się  do...  No,  to  nie  takie  ważne.  Pamiętam  dobrze,  z  kim  się 

chciałam  zobaczyć,  ale  pana  doktora  to  nie  zainteresuje.  W  pewnej  chwili  usłyszałam,  że 

jedzie za mną samochód. Zjechałam na bok, żeby mógł mnie bezpiecznie wyprzedzić, ale on 

po prostu mnie potrącił! Przewróciłam się i odtąd nic już nie pamiętam. 

- To znaczy, że nie wie pani, kto prowadził auto? 

- Nie. 

- Ale uważa pani, że to samochód na panią najechał? 

- Oczywiście, że tak. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Panie doktorze, 

czy  ja  dziś  będę  mogła  wrócić  do  domu?  Mama  zawsze  przygotowuje  uroczysty  obiad,  na 

moje powitanie. Nie mogę przepuścić takiej okazji! 

Doktor spojrzał na mnie ze smutkiem, pogłaskał mnie czule po głowie, po czym wstał. 

- Drogie dziecko, moja biedna, mała pacjentka... 

Sposób, w jaki to powiedział, sprawił mi szczególną przyjemność. 

-  Nie  możemy  pani  jeszcze  puścić  do  domu.  Musi  pani  przez  jakiś  czas  zostać  na 

obserwacji  -  mówiąc  to,  odwrócił  się  w  stronę  okna.  -  Oczywiście,  jeśli  nie  ma  pani  nic 

przeciwko temu. 

W takim towarzystwie z chęcią pozostanę w szpitalu nawet rok. Rozmowa z doktorem 

Bråthenem  była  dla  mnie  wielką  przyjemnością.  Perspektywa  kilku  kolejnych  dni  pod  taką 

opieką sprawiła, że serce zaczęło mi żywiej bić. 

Spojrzałam na wysoką, smukłą postać, opartą o parapet, po czym mój wzrok przeniósł 

background image

się na kołyszącą się za  oknem rozłożystą brzozę. Nagle drgnęłam. Gałązki dźwigały  grube, 

zielone pąki. W tym samym momencie dostrzegłam, że oczy przysłania mi długa grzywka. To 

niemożliwe, przecież kilka dni temu obcięłam włosy! 

Z  trudem  usiłowałam  kojarzyć  fakty.  W  końcu,  zdobywając  się  na  żartobliwy  ton, 

spytałam: 

- Chciałam, żeby mi pan powiedział, która godzina, ale chyba raczej zapytam o datę... 

Lekarz  spuścił  wzrok,  przyglądając  się  z  lekkim  zakłopotaniem  wiszącemu  u  szyi 

stetoskopowi. 

- Mamy dziś dziesiąty maja, panno Land. Leży pani u nas już od miesiąca... 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Przez  dłuższą  chwilę  nie  mogłam  wyjść  z  szoku.  Jakim  sposobem  i  dlaczego 

spędziłam w szpitalu ponad cztery tygodnie? A w dodatku kompletnie nic nie pamiętam! 

- Niech się pani nie martwi - odparł Bråthen. - Nie ma zupełnie czego żałować. To był 

najchłodniejszy, najbardziej deszczowy kwiecień od blisko pięćdziesięciu lat. Prawie wszyscy 

się poprzeziębiali. 

- Pan także? 

-  Ja  także  -  zaśmiał  się  Bråthen.  -  Choroba  dała  mi  się  porządnie  we  znaki,  byłem 

unieruchomiony blisko tydzień. 

Usiłowałam wyobrazić sobie mojego rozmówcę z czerwonym nosem i przekrwionymi 

oczami, ale bez powodzenia. 

- Panno Land, wypada pani jedynie pozazdrościć. Na dworze jest zimno i wietrznie. 

Pani zaś leży w ciepłym pokoju pod stałą opieką lekarską. 

- Naprawdę się cieszę - odparłam. 

Dopiero teraz spostrzegłam trzy bukiety stojące na nocnym stoliku koło mojego łóżka. 

- Czy mógłby mi pan wyświadczyć przysługę i przeczytać, od kogo są te kwiaty? 

-  Oczywiście,  z  przyjemnością  -  odpowiedział,  po  czym  sięgnął  po  leżące  obok 

bukietów  liściki.  -  Najlepsze  życzenia  szybkiego  powrotu  do  zdrowia.  Mama  i  tata.  Na 
kolejnej jest napisane: Kari, wracaj do nas szybko! Inger, Arnstein i Terje. 

- Och, jak miło - mruknęłam zadowolona. - A ostatnia? 

- Ostatnia, hm. Może powinna ją pani sama przejrzeć? Jest bardziej osobista. 

- Nic nie szkodzi, nie mam żadnych tajemnic. Proszę czytać. 

- No dobrze - Bråthen zdecydował się na odczytanie liściku. - Kochana Kari. Wracaj 

do mnie jak najprędzej. Bardzo za Tobą tęsknię. Twój Erik. 

Bråthen był nieco zmieszany, toteż aby to ukryć, zaczął starannie wkładać kartkę do 

koperty. 

-  A  to  dopiero!  -  krzyknęłam  i  zaraz  się  zaczerwieniłam.  -  Tego...  tego  się  nie 

spodziewałam. 

Co za kłopotliwa sytuacja! Znowu wygłupiłam się w jego obecności. 

-  Dziękuję  za  pomoc  -  zdołałam  z  siebie  wydusić.  -  Właściwie  to  nie  rozumiem, 

dlaczego przysyła się kwiaty osobie nieprzytomnej. 

Bråthen przysiadł ponownie na brzegu łóżka, tym razem na mojej prawej nodze, którą 

background image

nieznacznie wysunęłam spod kołdry. Nie dałam jednak po sobie poznać, że sprawia mi to ból. 

Siła uczucia do młodego lekarza pozwoliła mi pokonać tę niedogodność. 

-  Spodziewaliśmy  się  pani  przebudzenia,  gdyż  w  ciągu  ostatnich  trzech  dni 

następowała szybka poprawa. 

-  W  jaki  sposób  można  przewidzieć,  że  pacjent  odzyska  przytomność?  -  spytałam 

zaciekawiona, jednocześnie usiłując dyskretnie wydostać przygniecioną stopę. 

-  W  niektórych  przypadkach  nie  jest  to  wcale  takie  trudne.  A  zwłaszcza  u  pani  - 

Bråthen zaśmiał się wesoło. 

-  Dlaczego  akurat  w  moim?  Czy  zachowywałam  się  nietypowo?  -  spytałam  pełna 

niepokoju. 

-  Nietypowo?  Chyba  raczej  przeciwnie:  paplała  pani  jak  najęta.  A  czasem  nawet 

głośno wydawała pani jakieś komendy! 

- No nie, teraz pan chyba ze mnie żartuje - odparłam z niedowierzaniem. 

- Nie było tak źle - rzekł i nagle spoważniał. - Mówiła pani coś do siebie od czasu do 

czasu. Chciałbym się dowiedzieć czegoś dokładniej, panno Land... 

Ujął moje dłonie i spojrzał prosto w oczy. 

- Czasami sprawiała pani wrażenie bardzo wystraszonej. Rzucała się pani, patrzyła na 

nas  przerażonymi  oczami.  Kilka  razy  zdarzyło  się  pani  pojękiwać,  a  nawet  płakać.  Czy 

przypomina sobie pani, co się pani śniło? 

- Nie, zupełnie nic nie pamiętam - powiedziałam zgodnie z prawdą. Wreszcie udało mi 

się wyzwolić uwięzioną stopę. 

-  Dziś  rano  też  pani  mówiła  przez  sen.  W  takim  stanie  pacjenci  na  ogół  wygadują 

niestworzone historie, ale pani pobiła wszelkie rekordy. 

- A co powiedziałam? 

- Niezbyt dużo, ale za to wyjątkowo oryginalnie. Najpierw krzyknęła pani: „O Boże, 

mrówki! Idźcie sobie ode mnie! Zmykajcie z powrotem! Zbierajcie lepiej igły na zimę!” 

-  Naprawdę  wygadywałam  takie  rzeczy?  Ciekawe.  Tego  dnia  rzeczywiście 

zatrzymałam  się  w  lesie  koło  mrowiska  i  z  zaciekawieniem  przyglądałam  mrówkom, 

uwijającym się w pocie czoła. I to wszystko? 

Bråthen wyglądał na szczerze rozbawionego. 

-  Niezupełnie.  Po  mrówkach  przyszła  kolej  na  cukierki.  W  kółko  powtarzała  pani 

słowo „toffi”. Czy i to potrafi pani wyjaśnić? 

- Hm. Razem z moimi przyjaciółmi rozmawialiśmy o różnych sprawach. Pamiętam, że 

wspominaliśmy naszą koleżankę, która przepadała za toffi. 

background image

Chyba  istotnie  nie  odzyskałam  jeszcze  do  końca  sił.  Nagle  poczułam  zmęczenie  i 

zawrót głowy. Mimo że przeszłam wstrząs mózgu, miałam nieodparte wrażenie, że tym razem 

nie wypadek był powodem złego samopoczucia. 

-  Na  koniec  krzyknęła  pani  jedno  słowo.  Zaraz  potem  się  pani  ocknęła,  ale  w  pani 

oczach widziałem paniczny strach. 

- Ojej, a co to za słowo? 

- Wydaje mi się, że było to imię. Chyba Grim. Zabrzmiało jakoś złowieszczo. Myślę, 

ż

e tuż przed przebudzeniem miała pani koszmarny sen. 

- Dziwne, ale ja naprawdę nic sobie nie przypominam. Pamiętam tylko, że spadłam z 

roweru. Potem usłyszałam dopiero pana głos. Może... - dodałam niepewnie. - Może miałam 

jakiś sen albo coś podobnego... 

- Tak? Proszę spróbować sobie przypomnieć. 

- Nie, nie, to raczej nic ważnego. 

-  No  dobrze.  Widzę,  że  powoli  wraca  pani  do  sił.  Wypadałoby  więc  zawiadomić  tę 

armię gości, która nie może doczekać się spotkania z panią. 

- Armia? Jest ich aż tak dużo? 

Bråthen  miał  ujmujący  uśmiech.  Nigdy  przedtem  nie  spotkałam  tak  miłego  lekarza. 

Był wyjątkowo przystojny, a przy tym niezwykle serdeczny. 

- Całe mnóstwo. Widzę, że jest tu pani bardzo popularną osobą. No jak, przyjmie ich 

pani? 

Właściwie  byłam  wyczerpana  i  wolałabym  przełożyć  wizyty  na  następny  dzień.  Ale 

skoro  mój  opiekun  tak  usilnie  nalegał,  nie  mogłam  odmówić.  Udałam  więc,  że  czuję  się 

znakomicie. 

-  Chciałabym  bardzo  porozmawiać  z  rodzicami  -  odparłam  po  namyśle.  -  I  może  z 

kilkoma przyjaciółmi... 

-  Ma  pani  bardzo  życzliwych  znajomych  -  powiedział  -  Zwłaszcza  jednego. 

Przychodzi  tu  dzień  w  dzień.  Jest  wysoki  i  dobrze  zbudowany.  Zauważyłem,  że  woli 

przesiadywać w lekkim półmroku. 

-  Ach,  to  Grim  -  wyjaśniłam.  -  Może  zwrócił  pan  uwagę  na  jego  oczy?  Są  takie 

niesamowite! 

Bråthen uśmiechnął się pod nosem: 

-  Rzeczywiście,  z  naukowego  punktu  widzenia  są  dość  nietypowe.  Kolor  oczu  ma 

ś

cisły związek z karnacją skóry. Gdzieniegdzie zaburzenia w produkcji pigmentu... 

- Och, pan jest taki ścisły, panie doktorze... - rzekłam z dezaprobatą. - Podczas gdy ja 

background image

uważam,  że  oczy  Grima  są  takie  romantyczne  i  przypominają  oczy  trolla,  pan  nazywa  to 

zaburzeniem w produkcji pigmentu! 

Bråthen podniósł się i rzekł rozbawiony: 

-  Ma  pani  rację,  nauka  jest  brutalna.  Ale  na  razie  chyba  dość  tych  rozmów.  Proszę 

spróbować się przespać. Potem zbada panią ordynator i wtedy pomyślimy o gościach. 

- Nie sądzi pan, że wyczerpałam limit snu na kolejne pół roku? 

Uśmiechnął się do mnie serdecznie, po czym opuścił pokój. Nagle zrobiło się cicho i 

smutno. A więc nazywał się Bråthen. Bråthen... 

Nie  mogłam  pojąć,  jak  można  spędzić  we  śnie  cały  miesiąc!  A  mimo  to  usnęłam 

natychmiast. 

Ordynator, który zjawił się na oddziale po szesnastej, przypominał toczącą się kulę. Po 

zapoznaniu się z historią mojej choroby orzekł, że mam końskie zdrowie. Wprawiło mnie to 

w wielką dumę, a samo określenie dopisałam do podobnych charakteryzujących moją osobę. 

Pocieszałam  się  nim  w  chwilach  rezygnacji  i  zwątpienia.  Pozwolono  mi  wreszcie  przyjąć 

gości  pod  warunkiem,  że  żadna  z  wizyt  nie  będzie  trwać  dłużej  niż  pięć  minut.  Sama  nie 

czułam się najlepiej, ale może za bardzo się nad sobą użalam. 

Pielęgniarka pomogła mi uczesać włosy, które w czasie pobytu w szpitalu podrosły o 

blisko dwa centymetry. Spoglądając w lustro, odnosiłam wrażenie, że niewiele różnię się od 

mieszkańców  Nowej  Gwinei.  Przygotowana  i  pełna  napięcia,  oczekiwałam  na  pierwszych 

gości. 

Sale szpitalne, w których leżeli chorzy, były bardzo przytulne: ich ściany pomalowano 

na delikatny, błękitny kolor, sufity zaś na biało. W oknach zawieszono żółte jak słoneczniki 

zasłony. Wystrój wnętrz dodawał otuchy nawet tym pacjentom, których zmogła długotrwała 

choroba. 

Po kilku minutach w drzwiach pojawili się rodzice. Pytali, czy nic mnie nie boli, czy 

mam apetyt, czy mam ochotę na czekoladę lub owoce. Cały czas zamartwiali się o mnie. Jak 

mogłam  być  taka  nieostrożna?  Dlaczego  wybrałam  się  na  przejażdżkę  rowerem  w  taką 

paskudną pogodę? Narzekali, że okropnie schudłam, a troski z mojego powodu wprawiły ich 

w głębokie zasmucenie. Po kwadransie wszyscy troje mieliśmy łzy w oczach. 

Minęło  zaledwie  dziesięć  minut  od  wyjścia  mamy  i  taty,  gdy  zjawili  się  bracia 

Magnussen wraz z Inger. Po serdecznym przywitaniu Terje rzekł: 

-  Wujek  Erling  chce  z  tobą  porozmawiać,  ale  na  początek  poprosił  mnie  o  wstępne 

informacje na temat wypadku. Muszę przyznać, że to moje pierwsze poważne zadanie, odkąd 

u niego praktykuję. 

background image

- Tylko nie to! - zawołałam. - Nic ci nie powiem. Zachowałam się jak ostatnia idiotka! 

-  Nie  mów  tak.  Wujek  chciałby  poznać  szczegóły.  Dotąd  nie  natrafiliśmy  na  ślad 

kierowcy - pirata. 

- Ależ Terje! Ja wam nic nie pomogę! Ktoś najechał na mnie od tyłu. Nie zdążyłam 

nawet się odwrócić i zobaczyć, kto to taki. Ciekawa jestem, kto mnie znalazł na drodze? 

- Ksiądz proboszcz - powiedział Arnstein. - Był tak przerażony, że stanął nad tobą i 

zaczął  się  żegnać.  Na  szczęście  w  chwilę  potem  zjawił  się  Grim  i  to  on  odwiózł  cię  do 

szpitala. 

- Wszyscy myśleli, że nie przeżyjesz - dodała Inger. - W pierwszych dniach twój stan 

był krytyczny. - Inger przysunęła się do stolika i nachyliła nad stojącym tam spodeczkiem z 

lekarstwami.  -  Rany  boskie,  Kari!  Tyle  pigułek?  Raz,  dwa...  sześć!  No,  no.  Ale  oni  cię  tu 

szpikują. Czy wiesz chociaż, co ci dają? 

-  Nie  mam  zielonego  pojęcia.  Po  prostu  łykam  wszystko,  co  popadnie.  Jestem 

zdyscyplinowaną pacjentką. 

Arnstein i Terje rozmawiali cicho między sobą. 

- Powiedzieć jej? - zapytał brata Arnstein. 

- Nie wiem, czy możemy - odparł Terje. - Chyba raczej zaczekamy. 

Nie było lepszego sposobu, aby rozbudzić moją ciekawość. 

- Co takiego ukrywacie przede mną? Nie wygłupiajcie się, mówcie zaraz! 

Chłopcy spojrzeli po sobie. 

- Arnstein, ty powiedz - przekomarzał się młodszy z braci. 

Arnstein nadal się wahał. W końcu jednak zakomunikował: 

- Wiesz, Kari, gdy wypadłaś zdenerwowana z domu państwa Moe, w pogoń za tobą 

rzucił  się  Oskar.  Tak  to  przynajmniej  wyglądało.  Wtedy  Andreas  krzyknął  za  wami: 

„Zatrzymaj ją, zatrzymaj! Nikt nie może się o niczym dowiedzieć, bo wybuchnie awantura!”. 

W  tej  samej  chwili  odezwała  się  wdowa  Lilly.  Gdybyś  tylko  słyszała  jej  lodowaty  i  pełen 

wyrzutów głos: „Andreas! Oskar! Chyba powariowaliście! Przecież nie wszyscy jeszcze sobie 

poszli!”. I co ty na to? 

Zmarszczyłam czoło i mruknęłam w zadumie: 

- To mi się nie podoba. Można by przypuszczać, że... 

Moi trzej goście pokiwali przytakująco głowami. 

Kolejna  wizyta  nie  była  dla  mnie  przyjemna.  W  drzwiach  pojawili  się  państwo 

Olsenowie  oraz  Lilly  Moe.  Wszyscy  patrzyli  na  mnie  z  wyraźnym  zakłopotaniem, 

przywdziewając  nieszczere  uśmiechy.  Ustawili  się  wokół  mojego  łóżka,  a  Andreas,  który 

background image

skrył się za wielkim bukietem goździków, przemówił drżącym głosem: 

-  Przyszliśmy  do  ciebie  Kari...  -  po  czym,  wyraźnie  stremowany,  przerwał.  Zaraz 

jednak zebrał się w sobie i zaczął od nowa. - Bardzo się cieszymy, że wracasz do zdrowia. 

My... 

Nadal głos mu się łamał. 

- Dziękuję - wybąkałam pod nosem. 

Najdalej stojąca pani Moe wskazała szwagrowi gestem, aby włożył kwiaty do wazonu. 

Andreas nie zrozumiał, o co chodziło wdowie, zakasłał i znowu zaczął: 

- Tak więc... Chcemy powiedzieć, że... hm... 

W tym momencie przerwał mu zniecierpliwiony Oskar: 

-  Nie  żywimy  do  ciebie  żalu  z  powodu  oskarżenia.  Chcemy  zapomnieć  o  tym 

niefortunnym  zdarzeniu.  Tamtego  popołudnia  wszyscy  byliśmy  bardzo  zdenerwowani,  ale 

przecież trudno się spodziewać czego innego po tak tragicznym ciosie. Proponuję, żebyśmy 

zawarli pokój. Zostańmy znów przyjaciółmi. 

Nigdy nimi nie byliśmy, pomyślałam w duchu, ale niech tam. Już i tak przeciągająca 

się obecność Olsenów była dla mnie dostatecznie wyczerpująca. 

Oskar odwrócił się do ojca i wziął od niego kolorowy bukiet. 

-  Chciałbym  zamienić  z  Kari  kilka  słów.  Poczekajcie  na  mnie  na  zewnątrz.  Zaraz 

przyjdę. 

Wielkie nieba, Oskar chce ze mną rozmawiać! Ucieszyłam się jednak, gdy pani Moe, 

Andreas i Molly Olsenowie skinęli głowami na pożegnanie i zniknęli za drzwiami. 

Oskar przyglądał mi się wyczekująco. Musiałam przyznać, że wyrósł na przystojnego 

mężczyznę, choć drażnił mnie ironiczny uśmiech, który nigdy nie znikał z jego twarzy. Mina 

ta  miała  prawdopodobnie  wywierać  wrażenie  na  kobietach.  Oskar  był  nienagannie  ubrany: 

garnitur bez jednej zmarszczki, krawat idealnie zawiązany, jasne włosy równiutko zaczesane 

do  tyłu.  Właściwie  trudno  było  znaleźć  u  niego  jakąkolwiek  niedoskonałość,  może  z 

wyjątkiem niekształtnej głowy, z tyłu stanowczo zbyt płaskiej. Oskar uśmiechnął się do mnie 

czarująco. Wiedział aż za dobrze, jak uwodzić płeć przeciwną. 

- Z takim okazałym bukietem w dłoni wyglądam pewnie jak zalotnik. Położę je tu, na 

stoliku, dobrze? 

- Proszę. Bukiet jest rzeczywiście wyjątkowo piękny. 

- To zasługa matki. Ona wybrała kwiaty i sama je ułożyła. Zawsze to potrafiła robić. - 

Oskar spoważniał. - Kari, postaraj się nas zrozumieć! Nasza rodzina naprawdę nie jest taka 

zła, jak się wam wszystkim wydaje. Uważasz na pewno, że należę do „wrogiego obozu”, ale 

background image

wierz mi, że marnie się czułem, gdy nie dopuszczaliście mnie do swojej paczki Poza wami 

nikogo tu nie znałem. 

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nigdy przedtem w ten sposób o nim nie myślałam. A 

dziś siedzi przede mną zupełnie inny, odmieniony Oskar, chłopak, którego dotąd nie znałam. 

Zrobiło mi się wstyd. 

- Wiesz, Oskar. Chyba  nie jest aż tak źle. Nie żywimy do was niechęci, ale między 

nami pozostały niedomówienia sprzed lat. Jeśli jest ci z tego powodu przykro, proszę, żebyś 

się dłużej nie gniewał. No i ja także cię przepraszam. 

Oskar  przybrał  tak  rozanieloną  minę,  że  teraz  byłam  gotowa  uściskać  nawet  jego 

matkę. 

-  Doskonale,  wiedziałem,  że  jesteś  rozsądną  dziewczyną  -  Oskar  ujął  moją  dłoń.  - 

Zawsze uważałem, że właśnie my powinniśmy być dobrymi przyjaciółmi. Nigdy nie mogłem 

pojąć,  dlaczego  nie  dajesz  mi  żadnych  szans.  Ale  jest  w  tym  trochę  mojej  winy.  Przecież 

mogliśmy wcześniej porozmawiać. Jaki ja byłem głupi! Zyskałbym choć jedną bratnią duszę, 

a tak przez lata włóczyłem się samotnie. 

Ku  mojemu  zdumieniu  nagle  otworzyły  się  drzwi  i  pojawił  się  w  nich  Bråthen.  W 

jednej chwili straciłam humor i miałam ochotę wysłać Oskara tam, gdzie pieprz rośnie. Żeby 

tylko Bråthen nie pomyślał, że... 

Tymczasem Bråthen szybkim krokiem podszedł do okna, gdzie wcześniej pozostawił 

swój notatnik. Wychodząc, uśmiechnął się do mnie, po czym zagadał ciepło: 

- Zostawiłem go tu dzisiaj. Człowiek się starzeje. Czy u pani wszystko w porządku? 

- Tak, naturalnie - odparłam zakłopotana. 

- No to dobrze - lekarz mrugnął do mnie porozumiewawczo i zniknął za drzwiami. 

- Coś takiego? - zdziwił się Oskar. - Skąd on się tu wziął? 

- Jak to, znasz go? Opowiadaj natychmiast! - zapaliłam się w jednej chwili. 

-  No,  no!  Ale  się  poderwałaś.  Właściwie  jego  nie  znam,  ale  byłem  kiedyś  z  jego 

bratem na obozie wędrownym. Zdaje się, że to dosyć zabawna rodzina. Zwłaszcza ich ojciec 

to  oryginał.  Profesor  czy  docent,  nie  pamiętam.  W  każdym  razie  zajmuje  się  mitologią 

nordycką. Swoich synów, a wyobraź sobie, że to trojaczki, nazwał imionami bogów morza, 

pioruna i ognia. 

- Trojaczki? I on jest jednym z nich? 

- Tak, tylko że oni wcale nie są tak bardzo do siebie podobni. Na pewno ich wspólną 

cechą są rudobrązowe włosy. Całkiem do rzeczy chłopaki. Mają spore osiągnięcia w sporcie. 

Ten tutaj ma chyba na imię Tor. 

background image

Oczami  wyobraźni  ujrzałam  siebie  otoczoną  tłumem  rudowłosych  wielbicieli,  z 

których każdy nazywał się Tor. Poczułam się nieswojo. 

- O ile się nie mylę, jest żonaty. 

O, nie! To niemożliwe! pomyślałam przerażona. Oskar pozostawił mi jednak nadzieję. 

- Nie jestem pewien, czy o niego chodzi - dodał. - W końcu jest ich aż trzech. 

Potem podniósł się z krzesła, strzepnął niewidzialne pyłki ze spodni i powiedział: 

- Moje pięć minut dawno już upłynęło. Rad nierad, muszę się zbierać. Żegnaj, moja 

nowa przyjaciółko. Czy będę mógł cię jeszcze odwiedzić? 

- No pewnie - odpowiedziałam lekko zakłopotana. - Możesz przyjść, kiedy chcesz. 

Po  zakończeniu  tej  niespodziewanej  wizyty  czułam  się  naprawdę  wyczerpana. 

Najchętniej  zapadłabym  w  głęboki  sen.  Ale  właśnie  wtedy  zjawiła  się  siostra  Hilda  i 

oznajmiła, że bardzo chciałby ze mną rozmawiać Erik Moe. Nie mogłam go odprawić, bo na 

pewno by się na mnie obraził. 

Spotkanie  nie  rozpoczęło  się  najszczęśliwiej.  Erik  złapał  moją  dłoń  i  przytulił  do 

swojego policzka. 

- Och, Kari! Dlaczego mi to zrobiłaś? Wszystkie moje plany... 

Zmieszana, delikatnie przyciągnęłam dłoń z powrotem. 

- Jak się miewasz, Erik? 

Tym pytaniem wyzwoliłam nie kończącą się tyradę. 

- Och, Kari! Nie masz pojęcia, jak mi ciężko! Oni wciąż coś knują! Od czasu śmierci 

ojca ona prawie w ogóle się do mnie nie odzywa. Kari, najdroższa, ja tego nie wytrzymam! 

Gdybym miał tyle odwagi co Grethe, już dawno bym się stąd wyrwał Pomóż mi, proszę. Sam 

nic nie jestem w stanie zdziałać, a ty jesteś taka mądra. Pomóż mi! 

Po  takich  zwierzeniach  poczułam  się  wyjątkowo  nieswojo.  W  tej  samej  chwili  Erik 

chyba zorientował się, że przesadził, bo powiedział: 

- Nie powinienem cię tak zamęczać. Jestem egoistą, myślę wyłącznie o sobie i swoich 

problemach. Nie gniewaj się na mnie. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak się cieszę, że mogę 

z tobą szczerze porozmawiać. Przyjdę jutro, gdy będziesz już bardziej wypoczęta. Chciałbym 

prosić cię o radę, dobrze? 

Uśmiechnęłam się do Erika i pokiwałam głową. 

Zrobiło mi się żal Erika, ale właśnie teraz zupełnie nie byłam usposobiona, aby oprócz 

swoich  rozwiązywać  jeszcze  jego  problemy.  Odczuwałam  ogromne  zmęczenie,  tak  że  aż 

dudniło mi w uszach. Odwiedziny okazały się zbyt wyczerpujące. 

Był jeszcze inny powód mojego niezadowolenia: Grim, mój najwierniejszy kompan, 

background image

dotąd  się  nie  pokazał.  Rozmowy  z  sympatycznym  lekarzem,  zaskakująca  postawa  Oskara 

Olsena i całej jego rodziny oraz niespodziewane wyznania Erika tak bardzo mnie rozstroiły, 

ż

e ukoić mógł mnie jedynie zawsze opanowany Grim. Miałam mu tak wiele do opowiedzenia. 

Przymknęłam powieki. Obawiałam się, że z czasem nasze drogi zupełnie się rozejdą. 

Grim  zachowywał  się  dziwnie.  Wyglądało  na  to,  że  nie  ucieszył  się  z  mojego  powrotu,  ale 

gdy trafiłam do szpitala, wypytywał o mój stan dzień w dzień. Dzisiaj, gdy wreszcie doszłam 

do  siebie,  wcale  się  nie  pojawił.  Przypomniałam  sobie,  że  Grim  w  ostatnich  dniach  nie  raz 

zachowywał się bardzo dziwnie, tak jakby coś go we mnie irytowało. 

Ale co miały znaczyć tajemnicze uwagi Erika? I dlaczego Grim mnie nie odwiedził? 

W  końcu  uznałam,  że  mogą  być  tylko  dwa  rozwiązania:  jeśli  Grim  nie  pojawi  się 

dzisiaj u mnie, to znaczy, że mnie nie lubi, jeżeli zaś przyjdzie, to najwyraźniej zależy mu na 

naszej przyjaźni. 

Mimo  to  moje  samopoczucie  ani  trochę  się  nie  poprawiło.  W  miarę  upływu  czasu 

stawałam się coraz bardziej rozdrażniona. Wiedziałam, że przyczyną jest nieobecność Grima, 

Gdy już całkiem straciłam nadzieję na jego przyjście, niespodziewanie stanął w drzwiach. 

Na stoliku nocnym ułożył pakunek. 

- To ciasto od mamy - powiedział. - Mam nadzieję, ze możesz jeść domowe wypieki? 

Ulga, jaką wywołała jego obecność, o mało nie doprowadziła mnie do płaczu. 

- Mogę. Podziękuj mamie bardzo serdecznie. 

- Widzę, że jesteś zmęczona. Leż sobie spokojnie, nie będę ci przeszkadzał. Chciałem 

cię tylko zobaczyć i już uciekam. 

- Nie, proszę! Nie idź jeszcze. Tak się cieszę, że przyszedłeś. Twoja obecność działa 

na mnie kojąco, zwłaszcza po pełnym wrażeń dniu. 

Wyciągnęłam  do  niego  rękę  i  poprosiłam,  żeby  usiadł.  Przymknęłam  na  chwilę 

powieki. 

- Grim, tak bardzo się bałam, że nie przyjdziesz - wyszeptałam niewyraźnie. 

Poczułam, że delikatnie pogłaskał mnie po policzku. Na wpół uśpiona, przechyliłam 

lekko  głowę,  przytulając  się  do  jego  ciepłej  dłoni.  Drżała  odrobinę,  jak  zazwyczaj  u  osób 

wykonujących na co dzień ciężką fizyczną pracę. Poczułam wielką ochotę, by opowiedzieć 

Grimowi o przystojnym lekarzu, który rozpalił płomień w moim sercu. Chciałam podzielić się 

swoją radością z kimś bliskim. 

- Jestem taka szczęśliwa - szepnęłam. 

Dłoń Grima znieruchomiała. 

- Dlaczego, Kari? Dlaczego jesteś szczęśliwa? - zapytał cicho. 

background image

Ale na to pytanie Grim nie otrzymał tego dnia odpowiedzi Zapadłam w głęboki sen. 

Ordynator  nosił  niezwykle  zabawną,  krótko  przystrzyżoną  bródkę.  Przypominała  do 

złudzenia kozią brodę. Mimo to wyglądał sympatycznie. 

-  Co  za  mocny  sen,  panno  Land.  Śpi  pani  jak  niedźwiedź  zimą.  Jak  się  pani  teraz 

czuje? 

- Dziękuję, zupełnie dobrze. Czy mogę wreszcie wrócić do domu? 

- Już pani dom w głowie? O, nie, to jeszcze za wcześnie. Musi pani najpierw dobrze 

wypocząć i odzyskać siły. Czy tak bardzo pani tęskni do rodziny? 

Potem zwrócił się do towarzyszącej mu pielęgniarki. 

- Siostro, proszę mi przypomnieć, jakie leki dostaje panna Kari. Jakoś nie pamiętam, 

co zaordynowaliśmy. 

Pielęgniarka zaczęła nerwowo przeglądać kartę choroby, tymczasem lekarz podszedł 

do stolika i sięgnął po naczynko z tabletkami. 

- Co my tu mamy... magnez, witaminy i... Siostro, a cóż to jest? 

Z wąskiego naczynka z trudem wyłuskał niewielką, gładką kapsułkę. Siostra podeszła 

bliżej, by się przyjrzeć. 

- To... to jest... Zaraz, to chyba niemożliwe... Czy pani wkładała tu jakieś dodatkowe 

leki, panno Land? 

- Ależ skąd, nic nie ruszałam. Tylko rano połknęłam dwie z nich - odrzekłam. 

Ordynator mruknął coś pod nosem. 

-  To  mi  się  nie  zgadza.  Nie  znam  tego  rodzaju  leków.  Musiała  ją  tu  siostra  włożyć 

omyłkowo. 

Na szyi pielęgniarki pojawiły się duże czerwone plamy. 

- Panie doktorze, wydaje mi się to niemożliwe - rzekła niepewnie. - Jestem więcej niż 

pewna, że panna Kari dostała dokładnie osiem przewidzianych dla niej tabletek. 

Ordynatora to jednak nie przekonało. 

-  Ale  tu  mamy  siedem,  razem  z  tą  nową.  Pacjentka  twierdzi,  że  wcześniej  połknęła 

tylko dwie. 

Pielęgniarka nie miała odwagi odezwać się po raz kolejny. 

W tym momencie przypomniał mi się szczegół z wizyty przyjaciół. 

-  Gdy  odwiedzali  mnie  dziś  moi  znajomi,  w  naczyniu  było  tylko  sześć  tabletek. 

Dobrze to pamiętam, gdyż Inger, jedna z koleżanek, je liczyła. 

- Czy jest pani tego pewna? 

-  Ależ  tak.  Wprawdzie  sama  tam  nie  zaglądałam,  ale  Inger  liczyła  je  na  głos.  Była 

background image

zdumiona,  że  tak  mnie  tu  faszerują  medykamentami.  Podejrzewam,  że  któryś  z  przyjaciół 

wrzucił jakąś cukierkową witaminkę. Oni często miewają takie pomysły. 

Ordynator  przyglądał  się  uważnie  kapsułce,  która  w  świetle  żarówki  mieniła  się 

srebrzystym blaskiem. 

- W takim razie przepraszam siostrę - rzekł lekarz. 

Pielęgniarka ożywiła się w jednej chwili: 

- Ależ nic się nie stało, panie doktorze. 

- Proszę mi tylko przypomnieć, żebym oddał ją do laboratorium do zbadania - dodał 

ordynator i zdecydowanym krokiem opuścił pokój. 

Tyle hałasu o nic, pomyślałam, gdy zostałam sama. Po chwili zupełnie zapomniałam o 

tym incydencie. 

Późnym  wieczorem  weszła  do  mnie  siostra  Hilda,  by  sprawdzić,  czy  wszystko  w 

porządku.  Wydało  mi  się,  że  tym  razem  jest  jakaś  zmieniona.  Skrzętnie  zarekwirowała 

wszystkie smakowitości, które dzisiejszego dnia przynieśli mi rodzice i przyjaciele. 

- Panno Land, lekarz powiedział, że nie powinna pani jeść zbyt dużo pierwszego dnia. 

Przepraszam, ale muszę to wszystko zabrać - wyjaśniła zakłopotana. 

- A jeśli jutro ktoś zjawi się z poczęstunkiem, co mam zrobić, siostro? 

Pielęgniarka  wyraźnie  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Przystanęła,  nerwowo 

przebierając palcami wokół łańcuszka, który miała zawieszony na szyi. 

- Nie wiem, panno Land... - odparła z wahaniem. 

Zaciekawiłam się. 

- Siostro, jest siostra wyjątkowo tajemnicza. Podejrzewam jakiś spisek. 

Coraz bardziej podenerwowana pielęgniarka rozejrzała się dookoła, jakby w obawie, 

ż

e ktoś ją obserwuje. 

- Ja... ja naprawdę nic więcej nie mogę powiedzieć. 

-  O,  nie,  teraz  to  już  siostry  nie  wypuszczę.  Musi  mi  siostra  zdradzić  tajemnicę.  W 

przeciwnym  wypadku  nie  zmrużę  oka.  Będę  podejrzewać,  że  coś  mi  naprawdę  dolega. 

Rozchoruję się z samej zgryzoty. 

Siostra Hilda powoli się poddawała. 

- Dobrze, proszę chwilę zaczekać - rzekła i wyszła. 

Po  chwili  w  pokoju  zjawił  się  miedzianowłosy  Bråthen.  Z  radości  omal  nie 

wyskoczyłam z łóżka. 

- Słyszałem, że coś panią niepokoi, panno Land - powiedział wesoło i uśmiechnął się 

ciepło. - Czym wystraszyła panią siostra Hilda? 

background image

- Och, problem w tym,  że siostra coś przede mną ukrywa. To mnie jeszcze bardziej 

zdenerwowało. 

- A co konkretnie? 

-  Właśnie  nie  wiem.  Patrzyła  na  mnie  tak,  jakbym  była  poważnie  chora,  a  ona  nie 

chciała się z tym zdradzić. Czy to prawda? 

-  Nie,  Kari.  Wręcz  przeciwnie.  Jesteśmy  zaskoczeni  faktem,  że  wyjątkowo  szybko 

dochodzi pani do sił. 

-  To  dlaczego  siostra  nie  chciała  powiedzieć,  czy  mogę  przyjmować  prezenty  od 

przyjaciół? Pomyślałam, że coś jest nie tak z moim żołądkiem i może niektóre produkty mi 

szkodzą? 

Bråthen przysiadł na krawędzi łóżka i przez chwilę przyglądał się swoim dłoniom. Nie 

odwracając wzroku w moją stronę, odezwał się: 

- Nie o to chodzi. Problem w tym, że jutro nikt do pani nie przyjdzie. 

- Skąd pan to wie? 

Lekarz dopiero teraz podniósł wzrok. Jego spojrzenie wyrażało żal i współczucie. 

-  Ani  jutro,  ani  później.  Musi  się  pani  pożegnać  z  wizytami  aż  do  końca  swojego 

pobytu w szpitalu. 

Zacisnęłam nerwowo dłonie. Mój głos się rwał, gdy mówiłam: 

- Panie doktorze, pan mnie przeraża. Dlaczego? 

- Może pani być zupełnie spokojna, zadbamy o panią. Wie pani, ta tabletka... ta mała 

kapsułka zawierała... truciznę. Zbadaliśmy ją w laboratorium. Zawierała trującą rtęć... 

W jednej chwili zrobiło mi się zimno. 

- Trucizna...? - usłyszałam swój głos. - To niemożliwe! Przecież nikt nie mógłby się 

tak pomylić! Takie rzeczy trzymacie chyba w jakimś bezpiecznym, niedostępnym miejscu? 

-  Ta  kapsułka  została  wyprodukowana  metodą  domową  -  wyjaśnił  Bråthen.  -  Panno 

Land, ktoś z pani przyjaciół najwyraźniej chciał pozbawić panią życia. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Przez  całą  noc  nie  mogłam  zasnąć  i  aż  do  rana  przewracałam  się  z  boku  na  bok. 

Dopiero około szóstej udało mi się zdrzemnąć. Ale nie na długo. Przed południem w pokoju 

pojawił się Bråthen. 

- No, jak się pani dzisiaj czuje? 

Było  mi  tak  smutno,  że  rutynowe  pytanie,  które  zwykle  każdy  lekarz  zadaje  swoim 

pacjentom, odczytałam jako wyraz szczególnego zainteresowania moją osobą. 

- Dziękuję, nie najgorzej - odparłam zła na siebie, że w obecności tego przystojnego 

mężczyzny nie potrafię zachować się naturalnie. 

-  Doskonale.  Mogę  zatem  zapowiedzieć  gościa.  Nie  będzie  to  jednak  wizyta 

towarzyska - powiedział. - Pan lensmann chce z panią porozmawiać. Muszę dopilnować, żeby 

zbytnio pani nie zmęczył, chciałbym, jeśli pani pozwoli, zostać w pokoju. Będę miał wtedy na 

panią oko. 

Wpatrywałam się w mój ideał z zachwytem. 

- Bardzo się cieszę... - wydukałam z trudem. 

Ku mojemu zaskoczeniu na twarzy młodego lekarza pojawił się szeroki uśmiech. 

- To dobrze, że nie ma pani nic przeciwko temu, panno Land. Wkrótce się tu zjawię. 

Tym razem serce zabiło mi jeszcze żywiej. 

Lensmann Magnussen przyszedł w niecałą godzinę potem. Był to mężczyzna słusznej 

postury, toteż nie zdziwiło mnie, że krzesło, na którym przysiadł, skrzypnęło złowieszczo. Po 

chwili lensmann wyjął z dużej skórzanej teczki notes i długopis. 

- Terje przesyła ci pozdrowienia, Kari - zaczął. - Nie mógł się doczekać dnia, kiedy 

wreszcie  zabiorę  się  do  tej  sprawy.  Mam  nadzieję,  że  jej  rozwikłanie  nie  zajmie  nam  zbyt 

dużo czasu. 

Słuchałam  w  roztargnieniu,  bo  całą  moją  uwagę  przykuwał  Bråthen.  Usiadł  na 

taborecie w najdalszym kącie i przysłuchiwał się w milczeniu naszej rozmowie. 

- Mam nadzieję, Kari, że dowiem się wreszcie, w co ty się najlepszego wplątałaś... - 

surowy  ton  lensmanna  nie  pozostawiał  wielkich  nadziei  na  to,  że  uda  mi  się  cokolwiek 

przemilczeć. 

- Dobrze panu mówić. Ja sama nic z tego nie rozumiem. 

- Zacznijmy od początku, czyli od pogrzebu kapitana - rzekł pan Magnussen. - Tego 

dnia chciałaś pilnie mnie widzieć. 

background image

- Tak, ale to chyba nic ważnego. 

Lensmann uniósł gęste brwi i zmroził mnie wzrokiem. 

- Pozwól, że to ja zdecyduję, co jest ważne, a co nie. Zamieniam się w słuch. 

Ukradkiem zauważyłam, że Bråthen zmarszczył czoło i uśmiechnął się pod nosem. To 

dodało mi odwagi. 

-  Jest  mi  bardzo  głupio...  Tamtego  dnia  zamierzałam  spotkać  się  z  panem  i  żądać 

obdukcji ciała kapitana Moe. 

Lensmann kiwnął kilkakrotnie głową. 

-  Tak,  tak  właśnie  myślałem.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  tym  samym  rzuciłaś  na 

kogoś bardzo poważne oskarżenie? 

Zaczęłam  się  nerwowo  wiercić.  Ogarniał  mnie  coraz  większy  wstyd.  Zerknęłam  w 

stronę Bråthena w nadziei, że u niego znajdę oparcie, ale tym razem twarz lekarza nawet nie 

drgnęła. 

- Panie lensmannie, wtedy w ogóle o tym nie myślałam - odparłam zakłopotana. - Nie 

mam pojęcia, co we mnie wstąpiło. 

-  W  tej  sytuacji  twoje  zeznania  i  tak  nie  mają  większego  znaczenia  -  ciągnął 

nieubłaganie groźny urzędnik. - Swym zachowaniem dałaś jedynie początek fali paskudnych 

plotek.  Przypomnij  sobie,  co  wtedy  zrobiłaś:  słychać  cię  było  w  całej  okolicy.  Gdybyś 

zdobyła się na dyskrecję, przyszła do mnie i zasięgnęła porady... 

Zapragnęłam zapaść się jak najgłębiej pod ziemię. 

- Jest mi strasznie przykro z tego powodu - jęknęłam, wystawiając spod kołdry jedynie 

czubek nosa. 

- No trudno - stwierdził w końcu lensmann. - Co się stało, to się nie odstanie. Ale teraz 

byłbym ci wdzięczny, gdybyś mi wyznała, na czym oparłaś swoje podejrzenia? 

Gdyby tylko nie był taki srogi! Nie mogłam opanować lęku, dostałam nerwowego tiku 

i z trudem powstrzymywałam łzy. 

Pan Magnussen najwyraźniej nie przejął się moim stanem, gdyż powtórzył pytanie: 

- No, co powiesz, Kari? 

Zaczęłam mówić o tym, że kapitan planował ślub z  Inger, co na pewno  rozsierdziło 

panią Moe i mogło skłonić ją do zabójstwa. Wspomniałam również, że nad grobem kapitana 

doskonale  odgrywała  rolę  zrozpaczonej  wdowy.  Powtórzyłam  treść  przypadkowo  przeze 

mnie zasłyszanej rozmowy pani Moe ze szwagrem Andreasem. 

Gdy  skończyłam, lensmann popatrzył na mnie  wyrażającym pożałowanie wzrokiem. 

Zdałam sobie sprawę, że nie miałam dostatecznych dowodów, by  formułować tak poważne 

background image

oskarżenie. 

-  Naprawdę  nie  wiem,  jak  mogłam  doprowadzić  do  takiej  awantury  -  dodałam 

załamana. 

-  Ani  ja  -  odparł  lensmann.  -  Znam  cię  tyle  lat  i  dotąd  uważałem  cię  za  mądrą 

dziewczynę. Nigdy nie mieszałaś się w żadne afery. Nie przypuszczałem, że coś podobnego 

może przyjść ci do głowy. Może ta niespodziewana reakcja była wynikiem skrywanej wiele 

lat niechęci do pani Lilly. Pewnie myślisz, że o niczym nie wiem, ale ja dobrze znam wasze 

tajemnice. Wiem, że darzycie ją bezwzględną nienawiścią. Prawdę mówiąc, wcale się temu 

nie dziwię... 

Spojrzałam na lensmanna z iskierką nadziei. 

-  A  więc  wierzy  mi  pan?  Wierzy  pan,  że  te  podejrzenia  mogą  być  choć  w  części 

słuszne? 

- O, nie, tego nie powiedziałem - odparł szybko i odsunął się trochę, jakby pożałował 

swoich ostatnich słów. - Komu mówiłaś o swoim zamiarze? 

-  Hm,  na  pewno  pani  Moe.  O  ile  dobrze  pamiętam,  tuż  za  nią  stał  pan  Olsen,  a  w 

chwilę  potem  na  schodach  pojawiła  się  jego  żona  i  syn.  Prawdopodobnie  także  wszystko 

słyszeli. Na dole natknęłam się najpierw na Erika, potem na Terjego i Arnsteina. Wreszcie na 

podwórzu przy samochodzie spotkałam Inger. Im wszystkim powiedziałam, dokąd się udaję. 

-  To  by  się  zgadzało.  Tak  właśnie  zeznali.  Bo  musisz  wiedzieć,  że  już  z  nimi 

rozmawiałem. Czy byli ostatnimi gośćmi? 

- W domu pozostał jeszcze pastor, ale on na pewno nic nie słyszał, gdyż znajdował się 

na drugim końcu budynku, w kuchni. Zaraz, zaraz, spotkałam też Grima! Od razu zauważył, 

ż

e jestem czymś bardzo wzburzona. Gdy mu powiedziałam, że idę do pana, próbował mnie 

zatrzymać, ale zdołałam uciec. 

- A potem wsiadłaś na rower i pojechałaś w stronę mojego domu? 

- Tak. Tak właśnie było. 

Lensmann zwilżył palec i przekartkował swój notatnik. 

- I co dalej? 

-  Pedałowałam  z  całych  sił.  Wkrótce  zorientowałam  się,  że  jedzie  za  mną  jakiś 

samochód. Po chwili zostałam przez niego potrącona. 

- Hm, no właśnie tego nie jesteśmy pewni. Na początku sądziliśmy, że przewróciłaś 

się  i  wpadłaś  do  rowu.  Nic  nie  wskazywało  na  inne  okoliczności.  Zwłaszcza  że  tamtego 

popołudnia nie zauważono w pobliżu żadnego samochodu, nie zgłosił się też żaden kierowca 

z  meldunkiem  o  kolizji.  Ale  twoje  wczorajsze  wyjaśnienia  rzuciły  na  całą  sprawę  inne 

background image

ś

wiatło. Jak wyglądał tamten samochód? 

-  Nie  mam  najmniejszego  pojęcia.  Byłam  tak  skoncentrowana  na  utrzymaniu 

równowagi,  że  nie  myślałam  o  jadącym  za  mną  aucie.  Starałam  się  jedynie  zjechać  jak 

najbardziej na pobocze, aby mógł mnie bezpiecznie wyprzedzić. 

- A ostatnie zdarzenie przed samym upadkiem? 

-  Poczułam,  że  samochód  siedzi  mi  na  tylnym  kole,  po  czym  zupełnie  straciłam 

równowagę. To wszystko. 

Magnussen przyglądał mi się badawczo. 

- Czy sądzisz, że ktoś mógł cię rozmyślnie potrącić? 

- Nie chciałam dopuścić do siebie takiej myśli, panie lensmannie, ale przyszło mi to do 

głowy  -  przyznałam.  -  Może  komuś  zależało  na  tym,  żebym  do  pana  nie  dotarła?  Nigdy 

jednak nie uwierzę, że któryś z moich przyjaciół mógł posunąć się do takiego kroku! 

Lensmann spuścił wzrok. 

-  Rozglądałem  się  już  trochę  i  dyskretnie  podpytywałem  Olsenów.  Jednak  oni  mają 

alibi nie do podważenia. 

- Jakoś mocno w to wątpię - powiedziałam po krótkim namyśle. 

-  Pastor  też  jest  raczej  niewinny  -  dodał  pan  Magnussen,  nie  zważając  na  mój 

komentarz. 

-  Pozostaje  więc  tylko  jedna  możliwość:  jakiś  przypadkowy  kierowca  nie  zachował 

ostrożności, potrącił mnie i po prostu zbiegł z miejsca wypadku - podsumowałam. 

Magnussen podrapał się po głowie. 

- A co z kapsułką? 

Westchnęłam bezsilnie. 

Lensmann nie dawał za wygraną. 

- Wiemy, że każdy z twoich przyjaciół miał tamtego popołudnia dostęp do samochodu 

i wszyscy wkrótce opuścili dom Erika. Arnstein i Inger mieli własne wozy. Ja sam obiecałem 

Terjemu pożyczyć moje auto, więc zostawiłem je na podwórzu. 

Nie byłam zachwycona spekulacjami na temat, który z moich przyjaciół byłby zdolny 

do zbrodni. Po chwili zapytałam: 

- Czy z przyjęcia wszyscy wyszli równocześnie? 

- Nie. Najpierw wyszła Inger, chwilę po niej Arnstein, a na końcu Terje. Ale żadne z 

nich nie potrafi określić, o której godzinie ty opuściłaś towarzystwo. Muszę porozmawiać z 

Grimem,  może  uda  się  nam  metr  po  metrze  odtworzyć  twoją  trasę  i  ustalić,  ile  czasu 

potrzebowałaś,  by  dobiec  do  domu  oraz  by  dojechać  rowerem  do  skrzyżowania.  Być  może 

background image

kogoś w ten sposób wyeliminujemy z kręgu podejrzanych. 

Rozmowa zaczynała mnie już męczyć. 

- Panie lensmannie, dlaczego zadaje mi pan tyle dziwnych pytań? Skoro Lilly Moe i 

Olsenowie mają niepodważalne alibi, któż inny czyhałby na życie kapitana? 

Magnussen miał niezadowoloną minę. 

- Niestety, to nie jest takie jednoznaczne. Na dzień przed śmiercią ojca Erik zaprosił 

do siebie wszystkich chłopców, korzystając z okazji, że Olsenowie wyszli. Arnstein, Grim i 

Terje  spotkali  kapitana  Moe  w  salonie  i  rozmawiali  z  nim  jakiś  czas.  Następnie  pan  Moe 

zaprosił Grima do swojego gabinetu na rozmowę w cztery oczy. Trwała ona blisko godzinę. 

Gdy wyszli, Grim wydawał się zdenerwowany, tak przynajmniej twierdzi Terje. Znasz Grima 

i  wiesz,  że  to  wyjątkowo  opanowany  chłopak.  Kapitanowi  natomiast  oczy  płonęły  jak  w 

gorączce, a na twarzy pojawiły się czerwone plamy. Porozmawiali jeszcze przez chwilę, po 

czym  kapitan  opuścił  dom  i  wyjechał  samochodem  do  miasta,  aby  spotkać  się  z  Inger. 

Teoretycznie każdy z chłopców mógł mieć coś wspólnego z jego śmiercią. 

- Ale... ale przecież... - zaczęłam nerwowo wymachiwać rękoma. 

- Panno Land - upomniał mnie siedzący dotąd cicho Bråthen. 

- Dlaczego ktoś miałby pragnąć śmierci kapitana? - nie mogłam zrozumieć. - Przecież 

podejrzany musiał mieć jakiś motyw? 

- Hm, o to raczej nietrudno. Erik dziedziczy wszystko i po ojcu, Grim natomiast odbył 

tajemniczą  rozmowę  z  panem  Moe.  Na  razie  nie  potrafię  znaleźć  żadnego  powodu,  dla 

którego  Inger,  Arnstein  albo  Terje  mieliby  popełnić  morderstwo,  ale  i  nad  tym  muszę  się 

zastanowić. 

Magnussen  pogrążył  się  w  zadumie.  W  tym  momencie  uświadomiłam  sobie,  że 

Arnsteina  i  Inger  niewątpliwie  coś  łączy.  Odkąd  bowiem  zjawiłam  się  w  miasteczku, 

widziałam ich wielokrotnie razem. Czyżby więc... 

Napotkałam  zatroskany  wzrok  lensmanna.  Prawdopodobnie  i  jego  dręczyły  te  same 

pytania. 

Po długiej chwili uciążliwego milczenia Magnussen odezwał się ponownie: 

-  Ewentualne  wydarzenia,  które  wiążą  się  z  zabójstwem  kapitana,  jeśli  w  ogóle 

wchodzi  ono  w  rachubę,  są  jedynie  hipotezą.  Raczej  wolałbym  porozmawiać  z  tobą  o 

epizodzie z kapsułką. Wydaje mi się, że to równie poważna sprawa. 

W tym momencie siedzący w kącie Bråthen podniósł się ze swego miejsca i podszedł 

do mojego łóżka. 

- Widzę, że to przesłuchanie potrwa jeszcze jakiś czas. Nie wiem, jak znosi to nasza 

background image

pacjentka. Czy mógłby pan ograniczyć swoje pytania do tych najważniejszych? 

- No, Kari, co ty na to? - zapytał Magnussen. - Czy czujesz się zmęczona? 

- Właściwie nie - odparłam. - Wszystko w porządku, panie lensmannie. 

- No, jeśli tak - uśmiechnął się lekarz - to proszę kontynuować. 

Odszedł  jak  niepyszny,  jakby  z  poczuciem  winy,  iż  przerwał  ważne  przesłuchanie. 

Tymczasem  ja  uznałam,  że  z  tą  zdradzającą  zakłopotanie  miną  stał  się  jeszcze  bardziej 

pociągający. Po chwili, niemal się usprawiedliwiając, rzekł: 

-  Ta  sprawa  wyjątkowo  mnie  zainteresowała.  Panna  Land  to  jakby  moja  pacjentka. 

Przyjmowałem  ją  na  oddział  w  dniu  wypadku  i  byłem  przy  niej,  kiedy  odzyskała 

przytomność. Gdybym mógł być w czymś pomocny, jestem do dyspozycji. 

- Sądzę, że pan się tu nam przyda - zgodził się lensmann. - Proszę opowiedzieć, jakie 

obrażenia stwierdził pan u pacjentki po przyjęciu jej do szpitala? 

- Przede wszystkim była okropnie posiniaczona. Mocno ucierpiały jej ręce i nogi od 

kolan  w  dół.  Najgorzej  jednak  było  z  głową.  Nad  lewą  skronią  dostrzegliśmy  ogromnego 

guza, a nad prawym uchem spore skaleczenie. No i naturalnie wstrząs mózgu. 

-  Nieźle  -  skomentował  Magnussen,  kręcąc  głową  ze  zdumienia.  -  Dziwne...  No, 

dobrze. Niewykluczone, że będę chciał jeszcze zamienić z panem kilka słów. A teraz wróćmy 

do tej nieszczęsnej kapsułki. Tutaj nie będziemy mieć aż tyle niejasności Chodzi z pewnością 

o usiłowanie morderstwa. 

Lensmann  sięgnął  do  kieszeni  po  papierosy,  ale  siedzący  w  kącie  młody  lekarz 

zmierzył  go  takim  wzrokiem,  że  zrezygnowany  Magnussen  był  zmuszony  je  na  powrót 

schować. 

- A więc to Inger przeliczyła tabletki w naczynku, tak? - zapytał. - Mogła też zrobić to 

celowo dla odwrócenia uwagi: najpierw policzyć do sześciu, a potem niepostrzeżenie włożyć 

tam  coś  jeszcze.  Ale  nie  wiem,  czy  to  ma  sens.  Okazję  mieli  również  Terje  i  Arnstein,  ale 

raczej nikt wcześniej. Czy przypominasz sobie, Kari, w jakiej kolejności wchodzili do ciebie 

odwiedzający? 

- Tak. Najpierw przyszli rodzice. A potem Inger z chłopcami. 

Nikt  nie  podejrzewał  rodziców,  ale  moich  przyjaciół  nie  można  było  na  razie 

wykluczyć z kręgu podejrzanych. 

- Spróbujmy jeszcze inaczej, Kari - przerwał lensmann. - Kto mógłby włożyć truciznę 

do naczynka? Kto stał blisko stolika? 

Długo odtwarzałam szczegóły wszystkich wizyt, zanim odpowiedziałam na to pytanie. 

Magnussen  czekał  cierpliwie,  zaś  Bråthen  przyglądał  mi  się  z  zaciekawieniem  ze  swojego 

background image

kąta. 

-  Inger  i  chłopcy  wędrowali  po  całym  pokoju,  więc  każde  z  nich  mogło  podrzucić 

kapsułkę. Potem zjawili się Olsenowie. Lilly Moe znajdowała się najbliżej stolika, miała więc 

bezpośredni dostęp do naczynka. Oskar stanął tuż obok. Za to pani Molly i jej mąż Andreas 

zostali po drugiej stronie łóżka. Zaraz, zaraz! Pani Olsen w pewnej chwili podeszła do mnie 

od strony stolika, by się pożegnać. Najdalej stał niewątpliwie Andreas i on na pewno nie miał 

możliwości podłożenia trucizny. 

Lensmann mruknął coś niewyraźnie pod nosem. Ja tymczasem kontynuowałam: 

- Oskar pozostał jeszcze kilka minut, gdy wyszli już Olsenowie. Po Oskarze zjawił się 

u  mnie  Erik  -  powiedziałam,  czerwieniąc  się  jak  burak.  -  Był...  był  trochę  egzaltowany. 

Pamiętam, że przysiadł na brzegu łóżka i już się stamtąd nie ruszał. Więcej naprawdę sobie 

nie przypominam, bo byłam bardzo wyczerpana. Wydaje mi się, że Erik siedział daleko od 

stolika. 

- Rozumiem. A co z Grimem? 

- Grim pozostał, aż usnęłam, co zresztą nastąpiło bardzo szybko. 

Lensmann Magnussen spojrzał na zegarek i rzucił jakby od niechcenia: 

- Wygląda na to, że Inger, Lilly i Grim mieli największe szanse. 

-  Ale  chyba  nie  tak  łatwo  sporządzić  truciznę  w  domu?  -  przerwałam  szybko.  - 

Przecież potencjalny morderca musiał wejść w posiadanie tej... rtęci. 

Magnussen uśmiechnął się tajemniczo. 

-  To  już  zostaw  mnie.  Ale  jeśli  jesteś  ciekawa,  zapytaj  pana  doktora,  w  jaki  sposób 

można zdobyć rtęć. I nic się nie martw, do wszystkiego powoli dojdziemy. 

Uspokoiłam się po tych słowach. 

- Nawet nie miałam kiedy się zdenerwować. Nie mogę tego w ogóle pojąć. Może nie 

całkiem zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. 

- Wszystko w porządku. Nie ma podstaw do obaw. Jeśli pan doktor nadal będzie się 

tobą tak troskliwie opiekował, z pewnością nic ci nie grozi - powiedział lensmann i mrugnął 

porozumiewawczo do Bråthena. - Wrócę tu jeszcze, jeśli pojawią się kolejne wątpliwości. 

Podszedł do drzwi. 

-  Panie  Magnussen!  Nigdy  nie  uwierzę,  żeby  któryś  z  moich  przyjaciół  miał  coś 

wspólnego z tą okropną sprawą! - wykrzyknęłam. 

Lensmann odwrócił się i spytał: 

-  Kari,  czy  myślisz,  że  mnie  łatwo  prowadzić  to  dochodzenie?  Pamiętaj,  że  wśród 

podejrzanych  są  moi  najbliżsi.  A  jednak  państwo  Olsenowie  mają  niepodważalne  alibi.  Na 

background image

wszelki wypadek chyba jeszcze raz przepytam pastora. 

- A potem? 

- Zamierzam wprowadzić w życie twój szalony pomysł: chcę dokonać obdukcji zwłok 

kapitana Moe - odparł z powagą i wyszedł, trzasnąwszy za sobą drzwiami. 

Nie wiem, czy to ze względu na moją osobę, czy też w związku z próbą pozbawienia 

mnie życia, Bråthen każdego dnia na kilkanaście minut pojawiał się u mnie. Najwyraźniej nie 

były  tym  zachwycone  pielęgniarki  z  oddziału.  Zawsze,  gdy  Bråthen  wpadał  na  krótką 

pogawędkę,  któraś  z  sióstr  pod  byle  pretekstem  zjawiała  się  przy  moim  łóżku.  Bråthen 

odgrażał się, że sam wpadnie na trop potencjalnego zabójcy, który  podrzucił mi truciznę, a 

mnie  z  kolei  udzielił  się  jego  zapał.  Nasze  rozmowy  jednak  nie  przybliżyły  rozwiązania 

zagadki, niemniej obecność Bråthena sprawiała mi niezwykłą przyjemność. Chwilami nawet 

zapominałam,  że  cała  ta  ponura  sprawa  dotyczy  właśnie  mnie  samej.  Dzięki  Bråthenowi 

traktowałam to wszystko jak pasjonujący kryminał. Zwracał się do mnie po imieniu, więc i ja 

w końcu odważyłam się na to samo. Ostrożnie podpytywałam go o rtęć, którą umieszczono w 

przeznaczonej dla mnie kapsułce, i o to, czy każdy może wejść w jej posiadanie. 

Okazało się, że nie jest to wcale trudne. Po prostu wykorzystano kapsułkę po innym 

leku, wprowadzając do niej rtęć ze zwykłego termometru. 

Byłam zaszokowana. Nie mogłam uwierzyć, że  tak niewielka dawka  rtęci może być 

niebezpieczna. Okazało się jednak, że wszystko zależy od reakcji organizmu, który zazwyczaj 

broni się i wydala truciznę. Gdy jest słaby i wyczerpany, zażycie takiej kapsułki pociąga za 

sobą  fatalne  skutki.  Rtęć  wywiera  szczególnie  negatywny  wpływ  na  nerki,  a  to  niełatwo 

wykryć. 

Na  szczęście  ordynator  był  skrupulatny,  w  przeciwnym  razie  źle  by  się  to  wszystko 

dla mnie skończyło. 

Tor miał wyjątkowe poczucie humoru i zawsze potrafił mnie rozbawić. Zdarzało się 

jednak, że siedział skupiony, z wyrazem zmęczenia, a może nawet troski na twarzy. Gdy go 

na tym przyłapywałam, uśmiechał się i znowu zaczynał żartować. Zastanawiałam się, co go 

gnębi. Nie śmiałam myśleć, że może to ja jestem powodem jego wewnętrznych rozterek. 

Nadszedł dzień, gdy w moim pokoju zjawił się ordynator i oznajmił, że mogę wracać 

do  domu.  Spakowałam  się  szybko,  mimo  że  ku  mojemu  wielkiemu  zaskoczeniu 

zorientowałam  się,  iż  w  czasie  pobytu  w  szpitalu  zgromadziłam  mnóstwo  przeróżnych 

przedmiotów.  Objuczona  niczym  wielbłąd,  czekałam  na  ojca,  który  miał  mnie  zabrać  do 

domu. 

Myślami  wciąż  wracałam  do  miłych  chwil  spędzonych  w  towarzystwie  nowego 

background image

przyjaciela,  Bråthena.  Tego  dnia  nie  miał  dyżuru,  więc  nie  mogłam  się  z  nim  pożegnać.  A 

jeśli  nigdy  go  już  nie  zobaczę?  Najpierw  trochę  się  zmartwiłam,  z  drugiej  strony  jednak 

byłam  zadowolona,  że  opuszczam  szpital.  Rodzice  wprost  nie  mogli  się  doczekać  mojego 

powrotu. Poza tym nie musiałam się już nikogo obawiać, bo lensmann obiecał, że roztoczy 

nade  mną  opiekę,  a  przecież  wiedział  o  wszystkim,  co  mogło  mieć  znaczenie  dla  mojego 

bezpieczeństwa. 

Pocieszałam  się,  że  sytuacja  się  unormuje.  Wierzyłam,  że  to,  co  złe,  już  się  nie 

powtórzy.  Ale  miało  być  zupełnie  inaczej.  Dotychczasowe  wydarzenia  miały  okazać  się 

jedynie prologiem do pełnego grozy kryminału... 

Ojciec  przyjechał  taksówką.  Kiedy  ruszyliśmy  szeroką  leśną  drogą  w  stronę  domu, 

mruknął: 

- Jak to dobrze, że wracasz do nas, dziecinko. Teraz nigdzie cię już nie wypuścimy. 

Skinęłam głową i uśmiechnęłam się pod nosem. 

- Tato, czy jest coś nowego w sprawie zabójstwa? 

- No, może i tak  - powiedział tajemniczo, po czym pokręcił się na swoim miejscu i 

odsunął  w  najdalszy  kąt.  Nie  chciał,  aby  jego  słowa  usłyszał  taksówkarz.  Na  koniec  rzekł 

przyciszonym głosem: - Lilly i Erik zgodzili się na otwarcie grobu kapitana Moe. Nastąpi to 

jutro. 

- O mój Boże! I pomyśleć, że to wszystko moja wina! 

Ojciec nie skomentował tej wypowiedzi. 

-  Natomiast  w  piątek  notariusz  ma  oficjalnie  otworzyć  testament,  który  zostawił  po 

sobie pan Moe. Zdaje się, że wdowa Lilly liczy na niemały spadek - tu nastąpiła krótka pauza, 

po czym ojciec dokończył: - Grim też ma przy tym być. 

- Grim? A z jakiej racji? 

- Tego nikt nie wie. Nawet on sam. 

Coraz  bardziej  zbliżaliśmy  się  do  miejsca,  gdzie  wydarzył  się  wypadek.  Minęliśmy 

piaszczystą  polankę  otoczoną  smukłymi  sosnami,  po  czym  droga  zaczęła  opadać  stromo  w 

dół w kierunku głównego traktu. Kierowca wybrał szosę mniej wygodną, ale prowadzącą na 

skróty, którą przed laty wyłożono na tym odcinku betonowymi płytami. Droga ta krzyżowała 

się  w  dole  z  główną  szosą  przelotową.  Tu  z  kolei  można  było  skręcić  w  lewo  do  centrum 

Åsmoen,  w  prawo  na  stację,  a  także  do  szpitala,  choć  trzeba  było  nadłożyć  około  dwóch 

kilometrów, bo szpital znajdował się po przeciwnej stronie wzgórza. 

Mijając  skrzyżowanie  betonowej  drogi  z  główną  szosą,  wróciłam  myślami  do 

nieszczęsnego  kwietniowego  popołudnia.  W  tym  miejscu  straciłam  przytomność.  Teraz 

background image

skręciliśmy  w  lewo,  przejechaliśmy  kilkadziesiąt  kolejnych  metrów  ulicą  prowadzącą  do 

centrum i dojechaliśmy do budki telefonicznej. 

- Tu cię właśnie znaleziono - - powiedział nagle ojciec i wskazał na pobliski rów. 

-  Tutaj?  Co  ty,  tato!  Przejechaliśmy  już  to  miejsce!  Przewróciłam  się  przed 

skrzyżowaniem! 

- Pastor twierdzi, że znalazł cię właśnie tutaj - upierał się ojciec. 

- Niemożliwe! - odparłam równie zdecydowanie. - Pamiętam, że znajdowałam się na 

betonówce, gdy z tyłu usłyszałam nadjeżdżające auto. 

Ojciec przyglądał mi się z zakłopotaniem. 

- Może rzeczywiście coś pokręciłem. Dajmy już temu spokój. 

Po smacznym obiedzie i nie kończących się relacjach z pobytu w szpitalu zapragnęłam 

wyjść  na  spacer.  Z  okna  widziałam,  że  Grim  pracuje  na  polu,  chciałam  się  więc  z  nim 

przywitać. Zarzuciłam na siebie ulubiony czerwony płaszcz przeciwdeszczowy i ruszyłam w 

jego kierunku. 

Na dworze było ponuro i zanosiło się na solidną ulewę. Mimo niesprzyjającej pogody 

Grim układał dreny na swoim polu. 

Siedział wysoko w kabinie potężnej, żółtej koparki, która do złudzenia przypominała 

dinozaura. Maszyna wgryzała się łapczywie w twarde podłoże, po czym odrzucała głowę na 

bok,  wypluwając  z  gardzieli  zwały  brunatnej  ziemi.  Grim,  choć  przemarznięty,  okazał  się 

naprawdę sprawnym operatorem skomplikowanej maszyny. 

- Grim! - wrzasnęłam z całych sił, starając się przekrzyczeć warczący silnik. 

Odwrócił się, natychmiast zatrzymał koparkę i zeskoczył na ziemię. Jego jasne oczy 

lśniły  szczególnym  blaskiem,  który  przyprawiał  mnie  o  gęsią  skórkę,  a  jednocześnie 

fascynował.  Uśmiech  dodał  mu  tyle  uroku,  że  uznałam  go  za  naprawdę  atrakcyjnego 

mężczyznę. 

- Kari! Ty już tutaj? Fantastycznie! 

- Co robisz? 

- Muszę gdzieś odprowadzić ten nadmiar wody, grunt jest tu wyjątkowo wilgotny. Od 

wczesnej wiosny układam dreny. Zacząłem na szczycie, w rejonie bagien, i powoli posuwam 

się w dół. Już mi niewiele zostało. 

- Wolałbyś inną pracę? 

-  Tyle  godzin  sam  na  sam  ze  sobą!  Mam  tak  nieprzyzwoicie  dużo  czasu  na 

rozmyślania, że aż mnie ciarki przechodzą. 

- Nie lubisz rozmyślać? 

background image

Nie  odpowiedział,  tylko  odwrócił  się  w  drugą  stronę.  Jego  twarz  wyglądała  dziś 

korzystniej  niż  ostatnim  razem,  gdy  widziałam  go  w  szpitalu.  Po  dawnych  pęcherzach 

pozostało  jedynie  kilka  ledwie  dostrzegalnych  blizn,  które  sprawiały,  że  wyglądał  bardziej 

męsko. Grim wydał mi się dzisiaj wyjątkowo przystojny. 

Nagle spojrzał na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem. 

- Erik okropnie się niecierpliwił. Nie mógł się doczekać twojego powrotu ze szpitala. 

Powiedział, że... 

Poczułam, że się czerwienię. 

- Co takiego powiedział? 

- Oświadczył, że teraz oboje przejmiecie gospodarstwo jego ojca... 

background image

ROZDZIAŁ VI 

W pierwszej chwili byłam przekonana, że to żart. Ja miałabym wraz z Erikiem przejąć 

gospodarstwo pana Moe? Przecież nie miałam z kapitanem nic wspólnego! 

- Co mu strzeliło do głowy? - spytałam oszołomiona. 

Grim strzepnął z czubka buta zasuszony kawałek gliny. 

- Mówi, że nadszedł wreszcie czas zemsty. 

- A z jakiej racji mnie miesza do swoich gierek? 

- Erik ma nadzieję, że zostaniesz jego żoną... 

Poirytowana,  że  za  moimi  plecami  ktoś  snuje  tak  dalekosiężne  plany,  uderzyłam 

pięścią w maskę koparki. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Grim także milczał. 

Przecież to niedorzeczność! Dlaczego Erik miałby się ze mną żenić, skoro nigdy nie 

miał takich zamiarów? Czyżbym stała się narzędziem w jego rozgrywkach? Bardzo mnie to 

wzburzyło. 

- Grim, to jakiś koszmar. Boję się. 

- Wcale ci się nie dziwię. 

Pokręciłam głową. 

- Nie o siebie. Boję się o Erika. Wydaje mi się, że trudno przewidzieć jego reakcję. 

- Masz rację. Dzieje się z nim coś niedobrego. 

- Powiedz, dlaczego chcesz uczestniczyć w odczytaniu testamentu? 

- Kapitan Moe życzył sobie tego przed śmiercią. Ale, wierz mi, to dla mnie wyjątkowo 

krępujący obowiązek. 

Grim  przyglądał  się  źdźbłu  trawy,  które  trzymał  w  dłoni.  Podeszłam  bliżej,  żeby 

zobaczyć, co pochłonęło jego uwagę. 

Nagle  poczułam,  że  robi  mi  się  słabo  i  oblewają  mniej  siódme  poty.  Przez  chwilę 

wydawało mi się, że zemdleję. 

- Grim - wykrzyknęłam. - Puść to! 

Pociemniało  mi  przed  oczami.  Patrzyłam  na  zdumioną  twarz  Grima,  która  zaczęła 

tracić  kontury,  jakby  za  chwilę  miała  się  całkiem  rozpłynąć.  Widziałam  jedynie  jego 

roziskrzone oczy. Chwyciłam się stojącego obok traktora. 

- Błagam cię, Grim - wołałam. - Puść to! 

Teraz grunt pod nogami zaczął się powoli kołysać, tak jakbym nagle znalazła się na 

wzburzonym morzu. Chciałam wzywać pomocy, ale już nie byłam w stanie wydobyć z siebie 

background image

głosu. 

Grim coś do mnie mówił, ale ja z trudem rozróżniałam jego słowa. 

- Kari, przecież to tylko mrówka. Zwyczajna leśna mrówka. Nic jej nie robię. 

- Puść ją natychmiast! Puść! - krzyczałam bliska histerii. 

Chłopak  delikatnie  odłożył  na  ziemię  źdźbło  wraz  z  wędrującym  po  nim  maleńkim 

owadem. 

- Ależ, Kari, co się stało? Dlaczego tak okropnie zbladłaś? 

- Nic nie rozumiem. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Przeraziłam się. 

- Małej mrówki? - zapytał zdziwiony. 

-  Nie  wiem,  może...  -  odparłam  bezbarwnie.  -  Proszę  cię,  zaprowadź  mnie  jak 

najszybciej do domu. 

- Oczywiście, idziemy. 

Jakby  w  obawie,  że  jeszcze  raz  mogę  zasłabnąć,  Grim  ostrożnie  ujął  moją  dłoń,  po 

czym ruszyliśmy w stronę domu. 

Ni  stąd,  ni  zowąd  zdałam  sobie  sprawę,  że  po  raz  pierwszy  trzymamy  się  za  ręce. 

Zwykle  unikaliśmy  bliskości.  Byliśmy  dobrymi  przyjaciółmi,  ale  nigdy  parą.  Tymczasem 

jego  silna,  zdecydowana  dłoń  dawała  mi  poczucie  bezpieczeństwa.  Przez  ułamek  sekundy 

wydawało  mi  się,  że  Grim  też  o  tym  myśli  i  że  krępuje  go  ta  sytuacja,  mimo  to  nie  puścił 

mojej dłoni 

Teraz przypomniałam sobie moment, gdy Grim gładził mnie czule po policzku. Miało 

to  miejsce  kilka  dni  wcześniej,  w  szpitalu.  Ale  wówczas  tak  szybko  usnęłam,  że  nawet  nie 

miałam czasu nacieszyć się jego bliskością. 

Grim przerwał moje rozmyślania. 

- Czy przedtem też bałaś się mrówek? 

-  Skądże  znowu.  Tylko  że  w  szpitalu  miałam  jakiś  nieprzyjemny  sen  i  podobno 

plotłam jakieś brednie na temat mrówek. Gdy Tor mi o tym opowiadał, o mało nie pękłam ze 

ś

miechu. 

- A któż to jest ten Tor? 

-  Nowy  lekarz  na  praktyce  -  odparłam,  czerwieniąc  się  po  korzonki  włosów.  -  A 

wracając  do  snu...  Wiem,  że  kojarzył  mi  się  z  czymś  wyjątkowo  nieprzyjemnym.  Ale  nic 

konkretnego, niestety, nie pamiętam. 

Na schodach pojawił się mój tata, który wyszedł nam naprzeciw. 

- Kari! Telefon do ciebie - krzyknął, wymachując ramionami. 

- Dobrze, już lecę - odpowiedziałam i przyspieszyłam kroku. 

background image

A może to Bråthen? pomyślałam w nadzieją. 

-  Halo?  -  rzuciłam  w  słuchawkę,  z  trudem  łapiąc  powietrze.  Po  drugiej  stronie 

odezwała się Inger. Była mocno podekscytowana. 

- Cześć, Kari. Słyszałam, że wypisali cię ze szpitala. Witaj w domu. Czy dostałaś już 

list? 

- Nie, to znaczy tak. Ale nie od ciebie. 

- Nie chodzi o list ode mnie - rzuciła zniecierpliwiona. - Czy dostałaś anonim, raczej 

nieprzyjemny w treści? 

- Nie. 

- A ja tak. I Arnstein, i Terje także. Możesz do nas wpaść? I zabierz Grima. Jesteśmy u 

chłopaków. Mamy tu także Erika. Czekamy na ciebie! 

Ton Inger nie dopuszczał sprzeciwu. 

- Ale, Inger... 

- Zapytaj Grima, czy on otrzymał jakiś podejrzany list - przerwała mi w pół słowa i 

stanowczo dokończyła: - I bądźcie tu zaraz. 

Nie miałam wyboru. Mimo zmęczenia zapewniłam, że zaraz przyjdziemy. 

Powiedziałam rodzicom, dokąd się wybieram.  Zawołałam Grima, który już zmierzał 

na  pole.  Zawrócił,  wnosząc  na  butach  kilogramy  gliny  i  błota.  Zmartwiony  przyglądał  się 

pobrudzonej podłodze. Mimo zaproszenia mamy, która bardzo go lubiła, chłopak nie dał się 

namówić na wizytę. 

- Wpadnę do domu się przebrać. Pojedziemy moim samochodem - dodał. 

- W takim razie czekaj na mnie. Inger pytała, czy dostałeś jakiś dziwny list? 

- List? Nie. 

- Kari, znowu cię gdzieś niesie? - zdziwiła się zatroskana matka. - No, ale skoro Grim 

jest przy tobie, to jesteś bezpieczna. Pilnuj jej, proszę, Grim. Wiesz, jaka z niej specjalistka... 

Wciąż tylko same kłopoty. Doprawdy nie wiem, jak ona sobie dała radę w stolicy. 

- Tam było trochę spokojniej, mamo - zażartowałam. 

Grim spojrzał na mnie lekko rozbawiony i zapewnił: 

- Proszę się nie obawiać, pani Land. Będę jej strzegł jak oka w głowie. 

Terje  i  Arnstein  mieszkali  w  drewnianym,  przestronnym  domu.  Dom  zdobiła 

wyjątkowo  oryginalna  weranda,  którą  wykonali  znakomici  cieśle.  Tam  właśnie  zastaliśmy 

zatopionych  w  rozmowie  przyjaciół,  Terjego,  Arnsteina,  Erika  i  Inger.  Dziewczyna  była 

wyraźnie speszona, Erik nieustannie przygryzał sobie dolną wargę, natomiast w kącie rozsiadł 

się sam lensmann. 

background image

- Co u was tak gwarno? - spytałam z zaciekawieniem. 

-  Na  stole  leżą  listy  zaadresowane  do  Arnsteina,  Erika  i  Inger.  Przeczytaj  je,  Kari  - 

oznajmił  tubalnym  głosem  lensmann.  -  Mój  niezastąpiony  asystent  Terje  postarał  się,  żeby 

każdy najmniejszy odcisk palca został dokładnie zatarty. 

Terje zaczerwienił się ze wstydu. 

Zbliżyliśmy  się  do  stołu.  Nasze  poczynania  śledziło  z  napięciem  pięć  par  oczu.  W 

pokoju zaległa taka cisza, że słychać było tylko ciężki, świszczący oddech pana Magnussena. 

Koło  lampki  nocnej  leżały  trzy  otwarte  koperty.  Sięgnęłam  po  pierwszą  z  nich  i 

przytrzymałam  tak,  byśmy  oboje  z  Grimem  widzieli  jej  treść.  Była  zaadresowana  do  Inger 

Nilsen,  a  wysłano  ją  z  tutejszej  poczty.  Adres  i  nazwisko  nadawca  napisał  dużymi 

drukowanymi  literami.  Gdy  zajrzałam  do  koperty,  w  pierwszej  chwili  wydała  mi  się  pusta. 

Dopiero Grim wyciągnął leżący na jej dnie paseczek. 

Tekst  na  cieniutkim  skrawku  kartki  tym  razem  pisany  był  odręcznie.  Drobne, 

niezdarne pismo przywodziło na myśl dziecięcą dłoń. Papier pożółkł i wygniótł się. Z trudem 

odczytałam zdanie widniejące na karteczce: 

4. Poderwać kapitana Moe (Inger). 

Grim powiódł zdumionym wzrokiem po obecnych. 

- To chyba jakiś niesmaczny żart? 

W tym momencie do rozmowy wtrąciła się Inger: 

- Poznajesz, Grim? 

Chłopak wziął ode mnie stłamszony paseczek i przyjrzał mu się uważnie. 

-  Czy  to  przypadkiem  nie  twój  charakter  pisma?  -  spytałam,  zwracając  się  do 

Arnsteina. 

- No właśnie - potwierdził ponuro starszy z braci. 

Spojrzałam ze zdziwieniem na Inger, ale ona milczała. Myślałam, że wie, kto przysłał 

jej ten list. 

- To jeszcze nie wszystko! - zakomunikowała, wręczając mi kolejną kopertę. 

Adresatem  był  tym  razem  Terje.  Również  i  w  tej  kopercie  na  samym  dnie  leżał 

cieniutki,  zniszczony  paseczek  Niespodziewanie  ogarnęło  mnie  wzruszenie,  gdy  z  trudem 

odczytywałam wypisane ręką piętnastolatka kulfoniaste litery. 

5. Alrauna (Terje. Kompletny idiotyzm!). 

Rozejrzałam się wokół rozbawiona. 

- Kto z was wpadł na ten genialny pomysł? Doprawdy, mnie nie przyszłoby do głowy 

wygrzebywać te prastare karteluszki z cuchnącego szałasu i w dodatku wysyłać je pocztą! 

background image

-  Przeczytaj  kolejną.  Może  wtedy  przestaniesz  się  śmiać  -  odezwał  się  poważnym 

głosem Terje, któremu żart tajemniczego nadawcy wyraźnie nie przypadł do gustu. 

Następny fragment należał do Arnsteina. 

3. Podać truciznę, która wywołuje długie cierpienie (Arnstein.) 

Oprócz tego na karteczce widniała dopisana innym tuszem cyfra dwieście siedem. 

- Dwieście siedem? - zapytał zdumiony Grim. - Przecież to numer pokoju, w którym 

leżała Kari w czasie pobytu w szpitalu! 

-  To  mnie  właśnie  zastanowiło  -  wtrącił  lensmann  i  podniósł  się  ciężko  ze  swojego 

miejsca. - Sami chyba widzicie, że te wasze głupie żarty nabierają naprawdę nieprzyjemnego 

sensu. 

Zaniemówiłam. Grim, który otrząsnął się pierwszy, zapytał: 

-  List  do  Arnsteina  wyraźnie  nawiązuje  do  próby  zamordowania  Kari,  z  kolei 

karteczka  do  Inger  zdradza  jej  związek  z  kapitanem  Moe.  Jaką  rolę  odgrywa  w  całej  tej 

sprawie  paseczek  przysłany  Terjemu?  Cóż  on  może  zrobić  z  alrauną?  Przecież  to  tylko 

zabobony. Nic z tego nie rozumiem. 

-  Rzeczywiście.  Zastanawialiśmy  się  nad  tym  kilka  ładnych  godzin,  ale  nic 

sensownego nie przyszło nam do głowy. 

-  A  co  z  pozostałą  czwórką?  My  też  mieliśmy  niezłe  pomysły  -  powiedział  Erik, 

usiłując obrócić wszystko w żart. - Dlaczego my nic nie dostaliśmy? 

- To się nie trzyma kupy - dodał Arnstein. - Skąd się w ogóle wzięła ta lista? 

- Prawdopodobnie aż do dziś leżała w szałasie - wtrącił Magnussen. - W tej sytuacji 

muszę się dowiedzieć, kto wiedział o kryjówce i o samej liście. 

- Cała nasza szóstka - odparła bez namysłu Inger. - No i naturalnie Grethe. 

- Na pewno nikt z was nie opowiadał o niej komuś obcemu? 

Zapadło głębokie milczenie. 

-  Jeśli  tak,  to  któreś  z  was  nieźle  się  zabawia  kosztem  pozostałych  -  powiedział 

lensmann z przyganą w głosie. 

Nastrój wesołości dawno mnie opuścił. Miny kolegów zdradzały, że również im wcale 

nie jest do śmiechu. Terje wpatrywał się w czubek swojego buta, którym zataczał po dywanie 

niewielkie  kręgi.  Inger  marszczyła  w  zdenerwowaniu  czoło,  Arnstein  utkwił  wzrok  w 

kominku,  jakby  stamtąd  spodziewał  się  wybawienia.  Za  plecami  słyszałam  wyraźnie 

niespokojny oddech Grima. 

Wreszcie Erik przerwał milczenie. 

- Słuchajcie! Przecież o naszej liście wiedział Oskar! - wypalił. - Przypomnijcie sobie, 

background image

ż

e ostatniego wieczoru skradał się koło szałasu i podsłuchiwał, o czym rozmawiamy. To Grim 

przyłapał go na gorącym uczynku. Potem Oskar usiłował jeszcze wyrwać Arnsteinowi listę. 

- To prawda - odparła z wyraźną ulgą Inger. - Uratował nas Terje, który bez namysłu 

połknął całą kartkę. 

Terje nie mógł powstrzymać się od śmiechu. 

- Potem, gdy już przepędziliśmy Oskara, Arnstein przepisał listę jeszcze raz. 

-  No  dobrze,  ale  to  dowodzi,  że  Oskar  nie  mógł  jednak  wiedzieć  o  drugiej  liście  - 

zauważyłam. 

Jakoś  nie  wyobrażałam  sobie  Oskara  w  roli  przestępcy,  Polubiłam  go.  Przysyłał  mi 

ciepłe kartki z życzeniami powrotu do zdrowia, zapraszał na wycieczkę samochodem. 

- Ależ, Kari - wtrąciła się Inger. - Czy uważasz go za idiotę? Na pewno nie odmówił 

sobie  szczegółowego  przeszukania  szałasu  po  naszym  wyjściu.  Jestem  pewna,  że  potem 

zdradził wszystko całej swojej rodzince. Dam sobie rękę uciąć, że Olsenowie i Lilly wiedzieli 

o naszych makabrycznych pomysłach. 

Odetchnęliśmy z ulgą. 

W tej chwili odezwał się lensmann. 

- Dobrze się składa, Kari, że tu przyszłaś - rzekł, zwracając się do mnie. - Pojawiło się 

kilka nowych faktów związanych z twoją osobą, chciałbym je z tobą omówić. Może uda się 

nam  znaleźć  w  tym  domu  jakiś  dyskretny  kącik?  Arnstein,  chętnie  skorzystamy  z  twojego 

pokoju,  co  ty  na  to?  Zajmie  nam  to  najwyżej  pół  godziny.  O  ile  znam  Terjego,  w  jego 

królestwie panuje niewyobrażalny bałagan. 

Od razu dało się zauważyć, że Arnstein mieszka w swoim pokoju od wielu lat. Półki 

uginały  się  pod  ciężarem  książek,  w  większości  były  to  powieści  o  Dzikim  Zachodzie.  Na 

ś

cianach wisiały plakaty z samochodami, transatlantykami i samolotami. Wysłużona szafa na 

ubranie wielokrotnie zastępowała tarczę w grze w lotki. 

Terje, któremu wuj pozwolił uczestniczyć w rozmowie zagadnął mnie żartobliwie: 

-  Kari,  z  ciebie  to  twarda  sztuka.  Niełatwo  cię  sprzątnąć.  Następnym  razem  chyba 

użyję siekiery. No, co robisz taką zdziwioną minę? Dobrze wiem, że mnie podejrzewasz. Bo 

kogóż by, jak nie bratanka lensmanna i do tego jego prawą rękę? W kryminałach takie osoby, 

są głównymi podejrzanymi... 

-  Terje,  to  nie  jest  temat  do  żartów  -  powiedział  karcącym  tonem  Magnussen.  -  Nie 

zapominaj, że mamy tutaj do spełnienia poważne zadanie. 

-  Ma  się  rozumieć,  wuju  -  odparł  Terje,  po  czym  puścił  do  mnie  porozumiewawczo 

oko. 

background image

- A tak na marginesie, to wcale nie jesteś moją  prawą ręką. Nie przyrównałbym  cię 

nawet do najmniejszego palca u nogi. Już bardziej przypominasz mi odcisk na tym palcu. No, 

dosyć tych jałowych dyskusji. Kari, drogie dziecko, to wszystko przestaje mi się podobać. 

- Co pan ma na myśli, panie Magnussen? 

- Twoje relacje z miejsca kolizji są nieścisłe. 

Nadal nie mogłam pojąć, do czego zmierza lensmann. 

- Jak to? 

Magnussen pochylił się w moim kierunku i zaczaj spokojnie wyjaśniać: 

-  Posłuchaj  uważnie.  Na  samym  początku  dowiedziałem  się  od  bratanka,  że 

koniecznie  chcesz  mnie  widzieć  i  żądać  obdukcji  zwłok  kapitana.  Pomyślałem:  „Głupie, 

rozhisteryzowane  dziewczynisko”.  Następnie  znalazłaś  się  w  szpitalu  z  poważnymi 

obrażeniami ciała. Wtedy  rozzłościłem się na dobre. Skoro dziewczyna nie umie jeździć na 

rowerze, nie powinna na niego wsiadać. Gdy odzyskałaś przytomność, zeznałaś, że potrącił 

cię samochód. W tej sytuacji moim obowiązkiem było odszukanie sprawcy. Niestety, dotąd 

mi się to nie udało, więc sprawa prawdopodobnie zostanie umorzona. Choć leży mi na sercu 

twoje dobro, nie mogę raczej nic więcej zrobić. Chyba że znalazłby się ów winowajca, który 

cię  potrącił.  Ale  wciąż  pewne  fakty  nie  zgadzają  się  w  czasie.  W  dodatku  ktoś  usiłuje  cię 

otruć, a dzisiaj jeszcze te trzy anonimy... 

- Nadal nie wiem, o co panu chodzi - powiedziałam spokojnie. 

- Jak wiesz, diabeł tkwi w szczegółach - stwierdził Magnussen. - Chciałbym jeszcze 

raz  prześledzić  wydarzenia  tamtego  kwietniowego  popołudnia.  Po  pierwsze:  czy  jesteś 

całkowicie pewna, że od państwa Moe pobiegłaś prosto do domu, a zaraz potem wsiadłaś na 

rower i wyruszyłaś do mnie? 

- Oczywiście, chociaż po drodze rozmawiałam jeszcze z Grimem, ale nie zajęło mi to 

więcej niż pół minuty. 

- Dobrze. Idźmy zatem dalej. Zapisałem godzinę, o której zdenerwowana wybiegłaś z 

domu  państwa  Moe.  Zaraz,  gdzie  ja  mam  tę  kartkę...  -  Lensmann  zaczął  metodycznie 

przeszukiwać  kieszenie.  -  Jest.  Miało  to  miejsce  dokładnie  o  czternastej  czterdzieści.  Tak 

przynajmniej  mówiła  Molly  Olsen,  która  niemal  w  tej  samej  chwili  zerknęła  na  zegar. 

Godzinę potwierdziła Inger, która właśnie śpieszyła się na umówiony obiad, kiedy ją mijałaś. 

Nie ma wątpliwości co do pory, o której opuściłaś towarzystwo. Terje przeprowadził próbę, 

dzięki której ustalił, ile czasu zajęło ci pokonanie drogi do domu. Sądzimy, że nie trwało to 

dłużej niż cztery minuty i dodatkowa minuta na wyprowadzenie roweru z garażu. Pół minuty 

zajęła  ci  trasa  do  miejsca,  w  którym  spotkałaś  Grima,  i  tyle  samo  rozmowa  z  nim.  Gdy 

background image

ruszyłaś w dalszą drogę, mogła być czternasta czterdzieści sześć. Czy to się zgadza? 

- Nie miałam wtedy zegarka, ale to brzmi bardzo prawdopodobnie. 

- Teraz dochodzimy do  punktu spornego. Od spotkania z Grimem do miejsca,  gdzie 

zgodnie  z  twoją  relacją  potrącił  cię  samochód,  jazda  rowerem  zabiera  około  sześciu  minut. 

Powinnaś się tam znaleźć mniej więcej o czternastej pięćdziesiąt dwie. Jednak o tej porze nie 

widziała cię tam ani Inger, która wyjechała od państwa Moe wkrótce po tym, jak ty stamtąd 

wybiegłaś, ani Arnstein, przejeżdżający tamtędy dziesięć minut po Inger. Nie natknął się na 

ciebie  również  Terje,  który  jako  trzeci  znalazł  się  przy  skrzyżowaniu  w  chwilę  po  swoim 

bracie, a więc już po piętnastej. Grim chciał za tobą jechać, ale jego półciężarówka odmówiła 

posłuszeństwa.  W  tym  samym  czasie  pastor  zakończył  rozmowę  z  panią  Lilly  Moe  i 

Olsenami.  Ponieważ  jest  bardzo  punktualny,  a  śpieszył  się  na  kolejne  spotkanie,  przed 

wyjściem  sprawdził  swój  zegarek  z  zegarem  u  państwa  Moe.  Była  dokładnie  piętnasta 

dwadzieścia pięć. Po kilku minutach znalazł się przy skrzyżowaniu betonówki z drogą główną 

i  od  razu  zauważył,  że  leżysz  cała  we  krwi  w  rowie,  pod  przewróconym  rowerem.  W 

pierwszej chwili nie wiedział, co robić. Zdążył jedynie odsunął rower lub raczej to, co z niego 

zostało. Wówczas zjawił się Grim. To on przeniósł cię do samochodu i zawiózł do szpitala. 

Tu lensmann uznał, że najwyższy czas na przerwę na papierosa. I on, i Terje sięgnęli 

do swoich paczek, a ja miałam okazję zebrać myśli. 

- Zupełnie nie rozumiem, co się stało. Może ktoś się tu pomylił? 

-  Coś  się  z  pewnością  nie  zgadza  -  powiedział,  kiwając  się  na  krześle,  Magnussen. 

Mebel jęknął ostrzegawczo. 

Próbowałam jeszcze raz przeanalizować wydarzenia. A jeśli to Inger mnie potrąciła? 

Nie, to raczej niemożliwe. Wówczas znalazłby mnie Arnstein. A jeśli dojechałam do miejsca 

wypadku  po  Inger  i  to Arnstein  jest  winny?  Ale  po  nim zjawił  się z  kolei  Terje.  Nadal  nie 

zgadzał się czas; można się było pomylić o jedną, dwie minuty, ale nie więcej. 

A może cała trójka jest w zmowie i kryją się nawzajem? Nie, to nonsens. 

- Musieliście mnie nie zauważyć - stwierdziłam. 

- Kari, chyba sama w to nie wierzysz - przekonywał Terje. - Rów zaczyna się prawie 

od samego skrzyżowania i widać go tam jak na dłoni. Nie można by przeoczyć dużej torby, a 

co dopiero człowieka. 

Przygładziłam włosy dłonią, psując fryzurę. 

- Nie potrafię tego wyjaśnić. To jakieś czary. 

- Sądzę, że to raczej ty  się pomyliłaś - do rozmowy ponownie wtrącił się lensmann, 

strzepując popiół z papierosa prosto do doniczki z begonią. - Może po drodze zatrzymałaś się 

background image

gdzieś na chwilę? 

- Na pewno nie. Mogę przysiąc. 

Magnussen, wyraźnie zrezygnowany, westchnął. 

- Przyznajesz jednak, że coś się tu nie zgadza? 

- Tak, ale nie potrafię tego wyjaśnić. 

Lensmann klepnął się energicznie po udzie. 

-  No,  cóż.  Spróbujemy  to  jeszcze  raz  sprawdzić.  Prędzej  czy  później  znajdziemy 

pomyłkę. 

W tym momencie coś sobie przypomniałam. 

-  Panie  Magnussen,  proszę  chwileczkę  zaczekać.  Dzisiaj  zadziwił  mnie  pewien 

szczegół, o którym wspomniał mój ojciec... 

- Co takiego? - Magnussen przestał się bujać na krześle, a Terje nadstawił pilnie uszu. 

- Ojciec twierdzi, że znaleźliście mnie przed skrzyżowaniem, ja natomiast dam sobie 

rękę uciąć, że upadłam kilkadziesiąt metrów dalej, gdy skręciłam w prawo w stronę szpitala. 

- Co takiego? - wykrzyknęli jednocześnie. - Jesteś pewna? 

-  Nie  mam  co  do  tego  najmniejszych  wątpliwości.  Pamiętam,  że  wjechałam  na  ten 

wyboisty skrót, z którego potem mogę zboczyć ku stacji. Musiałam mocno naciskać pedały, 

bo droga wiedzie dość stromo pod górę. Dopiero wtedy usłyszałam warkot silnika. 

Terje błyskawicznie rzucił się do drzwi. 

- Grim! - krzyknął. - Chodź tu natychmiast! 

Chłopak stanął w drzwiach, niezdecydowany, czy wejść czy też zostać na miejscu. Z 

każdym  dniem  wydawał  mi  się  przystojniejszy.  Nieustannie  przywodził  mi  na  myśl 

nordyckiego  bojownika.  Wprawdzie  był  niższy  niż  Tor,  mój  niedościgniony  ideał,  ale  miał 

silne, szerokie ramiona i był bardzo postawny. 

-  Karlsen,  powiedz,  w  którym  miejscu  obaj  z  pastorem  znaleźliście  Kari?  -  zapytał 

surowym tonem lensmann. 

Zwracał  się  do  Grima  inaczej  niż  do  nas,  po  nazwisku,  okazując  mu  tym  samym 

więcej  szacunku.  Grim  nigdy  nie  należał  do  grupy  wyrostków  pałętających  się  koło  biura 

lensmanna. Wprowadził się do Åsmoen już jako niemal dorosły mężczyzna. 

-  Leżała  przy  drodze  -  odparł  Grim,  zdziwiony,  że  zadaje  się  mu  to  pytanie  po  raz 

setny. 

- To wiemy, ale chodzi nam o jeszcze dokładniejsze umiejscowienie. Czy było to już 

na betonowej drodze, bliżej szpitala, czy też przy szosie, przed rozjazdem? 

- Zdecydowanie w rowie przy szosie, jeszcze od strony centrum. 

background image

- To znaczy, że Kari nie zdążyła przejechać skrzyżowania? 

- Nie. 

- A jednak Kari mówi coś zupełnie innego. Twierdzi uparcie, że minęła skrzyżowanie 

i kierowała się skrótem w kierunku szpitala. 

Grim  spojrzał  na  mnie  pytającym  wzrokiem.  Potwierdziłam  słowa  lensmanna 

skinieniem głowy. Grim był wyraźnie zaskoczony. 

- Po której stronie leżała? - pytał dalej Magnussen. 

-  Jeśli  stanie  się  prawym  bokiem  do  szpitala,  to  po  lewej,  parę  metrów  od  budki 

telefonicznej. 

- A jak było ułożone jej ciało? 

Grim musiał się chwilę zastanowić. 

-  Prawdopodobnie  wywinęła  fikołka.  Leżała  na  brzuchu,  z  głową  zwróconą  w 

kierunku centrum. 

W tym momencie wtrąciłam się do rozmowy. 

- Może ktoś potrącił mnie wcześniej i aby zyskać alibi, ukrył mnie w samochodzie, a 

dopiero potem wyrzucił na drogę, tylko w niewłaściwym miejscu. 

- Nie przypuszczam - powiedział trzeźwo urzędnik. - A co zrobiłby z rowerem? 

- Hm, może go schował? 

-  Niełatwo  ukryć  duży  rower  w  niewysokich,  mokrych  kępkach  mchu.  A  poza  tym 

krwawiłaś  tak  okropnie,  że  mogłabyś  grać  główną  rolę  w  najbardziej  makabrycznym 

kryminale.  Myślę,  że  było  inaczej.  Wciąż  mam  jednak  poważne  zastrzeżenia  co  do  pory,  o 

jakiej  cię  znaleziono.  Gdzie  mogłaś  się  znajdować  między  godziną  czternastą  pięćdziesiąt 

dwie  a  piętnastą  dwadzieścia  pięć?  Terje  przejeżdżał  tamtędy  o  piętnastej  jedenaście.  Jest 

jeszcze jeden szczegół, który mnie zastanawia, ale może odłożę to na później. 

- Długo jeszcze będziecie debatować? - krzyknęła z drugiego pokoju zniecierpliwiona 

Inger. 

- Rzeczywiście, czas na nas - zreflektował się pan Magnussen i podniósł się z miejsca. 

Poszliśmy  za  jego  przykładem.  -  Kari,  przypominam  ci  o  odczytaniu  testamentu  u  państwa 

Moe w piątek o jedenastej. Chciałbym, żebyś się tam stawiła. 

- Ja? Ale po co? 

- To się okaże. Również Terje, Arnstein i Inger przyjdą. No i naturalnie Grim Karlsen. 

Nie byłam zachwycona tą perspektywą. 

- Jeśli to nie jest konieczne, wolałabym... 

Poczułam dłoń Grima na swojej. 

background image

- Nic się nie martw, będę cię pilnie strzegł. 

Był to niewątpliwie znak, że Grim darzy mnie odrobiną sympatii. Nie miałam również 

nic przeciwko temu, żeby trzymał mnie za rękę, więc jej nie zabrałam. 

- Ciekawa jestem, co my tam będziemy robić? - spytałam zaciekawiona. 

- No właśnie - zawtórował Terje. - Wuju, ty też tam będziesz? 

Magnussen skinął głową. 

- To mój obowiązek. 

Był to ulubiony zwrot pana Magnussena, niezwykle dumnego ze swojego stanowiska. 

Tymczasem do pokoju wjechał stolik na kółkach z przygotowaną przez Inger kolacją. 

Terje wygrzebał z barku butelkę wytrawnego wina, której widok wprawił wszystkich w dobry 

nastrój.  W  niespełna  kwadrans  rozgadaliśmy  się  na  dobre,  zaczęliśmy  opowiadać  sobie 

kawały i zabawne historie z przeszłości. Nikt już nie pamiętał, że sprowadziły nas tu ponure 

wydarzenia.  W  tym  towarzystwie  brakowało  mi  jedynie  Tora,  który  z  pewnością  polubiłby 

moich przyjaciół. A jak zazdrościłaby mi Inger! 

Jednak nie wszystkim dopisywał humor. Erik siedział smętny w kącie i do nikogo się 

nie odzywał. 

- Kari, pogadaj z nim trochę - poprosił Terje. 

Podeszłam do Erika i przysiadłam się do niego. 

-  Ach,  więc  wreszcie  mnie  dostrzegłaś?  -  stwierdził  kąśliwie.  - Jesteś  taka  sama  jak 

wszyscy.  Myślisz  wyłącznie  o  sobie,  nawet  minuty  nie  poświęcisz  komuś,  kto  potrzebuje 

pomocy i serdeczności. Sądziłem, że lubisz mnie choć trochę, ale ty ani razu dziś na mnie nie 

spojrzałaś. Nie masz pojęcia, jak ja na ciebie czekałem. 

- Ależ, Eriku, nie mów tak. Kiedy miałam z tobą porozmawiać? Najpierw listy, potem 

przesłuchanie. 

Erik nieco się stropił. 

-  Może  i  masz  rację.  A  mnie  jest  tak  ciężko!  Otaczają  mnie  sami  wrogowie.  Kari, 

jesteś taka kochana, będziesz moją dziewczyną, prawda? Powiedz, Kari? Powiedz, bo inaczej 

chyba się zabiję! 

-  Erik,  wiesz,  że  zawsze  byłam  i  pozostanę  twoją  przyjaciółką.  Wszyscy  jesteśmy 

twoimi przyjaciółmi. 

Zacisnął mocno wargi i pokręcił przecząco głową. 

- Zrobię wszystko, żeby ci pomóc. Ale uważam, że powinieneś zwrócić się o poradę 

do lekarza - dodałam. 

Erik natychmiast czujnie nastawił uszu. 

background image

- Do lekarza? Dlaczego tak uważasz? 

Starałam się mówić spokojnym głosem: 

- Wiele przeszedłeś. Śmierć ojca wyprowadziła cię z równowagi. Lekarz przepisałby 

ci coś na uspokojenie. 

Wiedziałam, że moje słowa brzmią nienaturalnie, ale bardzo chciałam  go pocieszyć. 

Erik tylko na to czekał. 

- Jest mi naprawdę ciężko - westchnął. - Nikt z was nie ma pojęcia, ile wycierpiałem. 

- Wiem... 

- Nic nie wiesz - przerwał mi od razu. - Tobie to dopiero dobrze! 

Zdenerwowała mnie taka postawa.  Zrozumiałam, że chłopak chce, żeby  się nad nim 

użalać. Pławił się we współczuciu, które zewsząd mu okazywano. W końcu miałam już tego 

dość. 

-  Słuchaj,  Erik,  to  twoje  marudzenie  przestaje  być  zabawne.  Nie  wiem,  czego 

oczekujesz, ale nie psuj mi tego wieczoru! 

Erik nieco się zreflektował. 

- Kari, czy jesteś na mnie zła? 

-  Jeszcze  nie,  ale  niewiele  brakuje.  Weź  się  wreszcie  w  garść,  bo  nikt,  mimo 

największej przyjaźni, nie zniesie długo twoich humorów. Zrób to dla własnego dobra. 

Erika  wyraźnie  zaskoczyła  moja  zdecydowana  reakcja.  Pokiwał  tylko  głową  i 

uśmiechnął się do pozostałych. 

- Na zdrowie! - zawołał już weselej. - Panie lensmannie! Inger, Arnstein, na zdrowie! 

W  pokoju  z  minuty  na  minutę  robiło  się  coraz  głośniej.  Przestaliśmy  wreszcie 

roztrząsać  poważne  problemy,  Terje  wyciągnął  gitarę  i  nawet  Erik  rozluźnił  się  na  tyle,  że 

zaintonował  wesołą  piosenkę  harcerską.  Towarzyszyły  mu  tubalne  głosy  lensmanna 

Magnussena oraz Grima. 

Tego wieczoru w domu Terjego i Arnsteina zapanował wyborny nastrój. 

Ale następnego ranka ten dobry nastrój prysł. Gdy kościelny porządkował wieńce na 

grobie  Wernera  Moe,  wśród  barwnych,  pachnących  kwiatów  znalazł  mały  poskręcany 

korzonek. 

Magnussen w jednej chwili domyślił się, że to alrauna. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Byłam ogromnie rozżalona, że przed opuszczeniem szpitala nie znalazłam okazji, by 

pożegnać się z Torem. W duchu liczyłam, że mój wybranek zaproponuje mi spotkanie, ale, 

niestety,  tak  się  nie  stało.  Przez  cały  następny  dzień  chodziłam  podenerwowana  i 

zastanawiałam się, czy wypada do niego zadzwonić. Długo ze sobą walczyłam, ale w końcu 

nie wytrzymałam i wykręciłam jego numer. 

Ledwie  zdążył  powiedzieć  „halo”,  a  ja  już  trajkotałam  jak  katarynka. 

Zrelacjonowałam szczegółowo ostatnie wydarzenia, opowiedziałam o listach i alraunie, którą 

kościelny znalazł na grobie kapitana Moe. Nie omieszkałam wspomnieć, że lensmann odkrył 

pewne nieścisłości w moich relacjach. 

Tor przysłuchiwał się w milczeniu. W zasadzie nie dałam mu nawet szansy na dojście 

do głosu. 

- Tor, może wpadłbyś dziś do nas na chwilę? - zapytałam, kończąc długą relację. 

W słuchawce zapadła cisza. 

- Niestety, jestem zajęty - rzekł po chwili. - Ale opowiedz mi jeszcze o waszej liście. 

Mieliście podobno wyrafinowane pomysły, prawda? 

-  No  wiesz,  to  było  tak  dawno.  Nie  pamiętam  szczegółów.  Nie  lubiliśmy  macochy 

Erika.  Wymyślaliśmy  najprzeróżniejsze  sposoby,  aby  się  jej  pozbyć.  Wiesz,  takie  dziecięce 

ż

arty.  Przypominam  sobie,  że  Arnstein  zaproponował  truciznę,  która  wywołuje  długie 

męczarnie.  Inger  wpadła  na  pomysł,  żeby  odbić  jej  kapitana  Moe,  a  Terje  chciał  podrzucić 

pannie Bakkelund alraunę, która miałaby sprowadzić na nią nieszczęście. Grim, któremu Lilly 

wiecznie  wytykała  szpetotę,  życzył,  aby  i  ona  cierpiała  z  tego  samego  powodu.  Chciał,  by 

słońce tak spiekło jej twarz, aby nikt jej nie rozpoznał. Ja strasznie bym się uśmiała, gdyby na 

przykład na oczach mieszkańców naszego miasteczka zgubiła spódnicę. To by dopiero była 

heca! Erik zakopałby swoją przyszłą macochę po szyję w piachu. To chyba wszystko. No, i 

jeszcze  pomysł  Grethe.  Miała  wtedy  wszystkiego  dość  i  chciała  po  prostu  gdzieś  zniknąć, 

zapaść się pod ziemię, co też właściwie jej się udało. Nadal nie daje znaku życia. 

- Wielkie nieba! Tego się nie spodziewałem. Nie chciałbym być w skórze pani Moe! 

- Najgorsze jest to, że i dziś zaczynają się tu dziać jakieś koszmary - dodałam. 

Tor spoważniał. 

-  No  właśnie.  Bardzo  się  o  ciebie  niepokoję.  Dopóki  leżałaś  w  szpitalu,  miałem  cię 

pod opieką, ale teraz wszystko się może zdarzyć. Powinniśmy porozmawiać, opowiedziałabyś 

background image

mi bliżej o tym zniknięciu. Niestety, dzisiaj nie mam zupełnie czasu, by cię odwiedzić. 

Poczułam się zawiedziona. 

- A ja tak czekałam, że przyjdziesz! 

- Bardzo mi przykro. Ale jutro będę wolny, może więc wtedy nadrobimy zaległości? 

Od razu przystałam na tę propozycję. 

-  Zatem  wybierzemy  się  na  spacer  i  jeszcze  raz  omówimy  wszystkie  szczegóły. 

Najlepiej będzie, jak do tej pory pozostaniesz w domu. Z nikim nie rozmawiaj, zgoda? 

- Zgoda. Zaszyję się w najdalszy kąt i będę szczękać zębami ze strachu. 

A w duchu dodałam: „Dla ciebie zdobędę się na wszystko”. 

Wtorek minął bez większych sensacji. Po otwarciu grobu ciało kapitana Moe zostało 

poddane  obdukcji.  Lensmann  Magnussen  pokazał  nam  znalezioną  wśród  wieńców  alraunę. 

Naturalnie nie była to prawdziwa roślinka, a jedynie jej imitacja, nieudolnie wyrzeźbiona w 

kawałku  drewna.  Magnussen  zapewnił  nas,  że  sprawdzi,  z  jakiego  rodzaju  drzewa  wycięto 

korzonek. 

Poinformował  mnie  też,  że  znalazł  ślad,  który  prawdopodobnie  pomoże  mu 

odpowiedzieć na pytanie, co działo się ze mną między piętnastą a piętnastą trzydzieści. Raz 

jeszcze pojechał na miejsce zdarzenia i dokładnie przebadał całą okolicę. Nakazał nam kupić 

jutrzejszą gazetę i śledzić rubrykę ogłoszeń. 

Następnego  dnia  parę  minut  po  piętnastej mały  opel  Tora  zaparkował  przed  naszym 

domem. Drzwi otworzyła mu moja mama, na której widok niespodziewany gość odrobinę się 

spłoszył.  Mnie  przez  to  wydał  się  jeszcze  bardziej  pociągający.  Od  razu  też  spodobał  się 

mamie. Siedzący w fotelu ojciec mruknął coś na powitanie spoza gazety, którą właśnie czytał. 

Zrobiło  mi  się  bardzo  miło,  gdy  Tor  pochwalił  mój  wygląd.  W  tej  chwili  naprawdę 

niewiele brakowało mi do szczęścia. 

Pół godziny później spacerowaliśmy nieopodal miejsca, w którym zostałam potrącona 

przez samochód. Nagle o czymś sobie przypomniałam. 

- Tor! Musimy kupić dzisiejszą gazetę! 

-  A  od  kiedy  to  czytujesz  lokalną  prasę?  No  dobrze,  niedaleko  jest  kiosk.  Wiesz, to 

twoje  zniknięcie  nie  daje  mi  spokoju  -  powiedział  w  chwili,  gdy  przechodziliśmy  obok 

miejsca  wypadku.  -  Długo  się  nad  tym  zastanawiałem.  Czy  to  możliwe,  że  wałęsałaś  się  w 

kółko, nie wiedząc, co ze sobą począć? Może dopiero potem zemdlałaś? 

Nie wydawało mi się to prawdopodobne. 

- A rower? Pastor znalazł mnie przecież leżącą obok roweru. Ciekawa jestem, jakie to 

ogłoszenie zamieścił lensmann. 

background image

-  Wydaje  mi  się,  że  musimy  wszystko  jeszcze  raz  dokładnie  przeanalizować  - 

powiedział stanowczo Tor. - Najlepiej będzie, jak zaczniesz od szczegółowej charakterystyki 

każdego  z  podejrzanych.  Odnoszę  wrażenie,  że  krąg  osób  związanych  z  tą  sprawą  jest 

wyjątkowo duży. Opowiedz mi najpierw o waszym najzacieklejszym wrogu, pani Moe. 

- No dobrze. Czy ty miałeś już okazję ją spotkać? 

- Dotychczas nie. 

-  Pani  Moe,  jak  na  swoje  lata,  a  najpewniej  skończyła  już  czterdzieści,  wygląda 

ś

wietnie.  Jest  szczupła,  filigranowa  i  ma  wyjątkowo  gładką  cerę.  Na  pierwszy  rzut  oka 

sprawia  wrażenie  osoby  życzliwej  i  miłej.  Ale  pod  płaszczykiem  uprzejmości  ukrywa 

prawdziwie tygrysie pazury. Doskonale gra i niejednego już zwiodła, jest osobą przebiegłą i 

wyrachowaną. Nie znosi dzieci. 

-  To  się  zdarza.  Znam  kilka  kobiet  o  podobnych  cechach.  Uważasz,  że  pani  Lilly 

zyskałaby na śmierci swojego męża? 

- Na pewno. 

- Ale przecież to raczej nie ona cię potrąciła? 

- Rzeczywiście. Ale z powodzeniem mogła mi podłożyć truciznę. 

-  No  tak,  tylko  że  mógł  zrobić  to  każdy  z  pozostałych  gości.  A  o  kim  teraz  mi 

opowiesz? 

- O Molly Olsen. Długa i chuda jak tyczka. Podobno nieźle maluje, ale ja widziałam 

tylko jakieś koszmarne bohomazy o wściekłych, gryzących kolorach. 

- No, no! 

- Gdybyś je zobaczył! Coś przeokropnego. Pewnie ktoś jej wmówił, że ma talent. Poza 

tym  nic  o  niej  nie  wiem.  Czasem  odnoszę  wrażenie,  że  nie  jest  taka  gapowata,  na  jaką 

wygląda,  tylko  wciąż  pozostaje  pod  wpływem  siostry.  Gdybym  miała  wybierać  sąsiedztwo 

jednej z nich, bez wahania wybrałabym Molly. 

Tor pokiwał w zamyśleniu głową. 

- Pani Molly ma, zdaje się, męża? 

- O, tak. Ale to nieciekawy człowiek. Nazywa się Andreas Olsen i jest dyrektorem w 

zakładach  Moe.  Nie  bardzo  wiadomo,  co  tak  naprawdę  tu  robi.  Uważa  się  za  mędrca,  a  to 

zwyczajny  prostak,  który  leci  na  każde  skinienie  żony  lub  szwagierki.  On  jednak  nie  mógł 

podłożyć mi trucizny. 

- Tak, wspominałaś o tym. A ich syn? 

Westchnęłam udręczona. 

-  Ojej,  ależ  mnie  dzisiaj  męczysz.  Opowiadanie  o  ludziach,  których  się  nie  lubi,  nie 

background image

należy  do  przyjemności.  Oskar  bardzo  się  ostatnio  zmienił.  Stał  się  wobec  mnie  niezwykle 

uprzejmy, jestem tym mocno zaskoczona. Słabo go znam i nie potrafię nic bliższego o nim 

powiedzieć. Nie rozumiem, dlaczego nagle tak mnie adoruje. 

- A ja chyba rozumiem - odparł Tor z szelmowskim uśmiechem, wprawiając mnie w 

zakłopotanie. 

- Mówił, że poznał kiedyś twojego brata. 

- Co ty powiesz? Kiedy? 

-  Byli  razem  na  jakimś  obozie.  Twierdził,  że  masz  jeszcze  dwóch  braci  i  podobno 

jesteście trojaczkami. Rodzice nadali też wam rzadkie imiona bogów trzech żywiołów: ognia, 

morza i burzy. Zanim poznałam cię bliżej, byłam przekonana, że jesteś ogniem. 

Tor zaśmiał się głośno. 

- No, nie. Ja zostałem ochrzczony na cześć burzy, a raczej pioruna. Czy to do mnie nie 

pasuje? 

- Ale gdzie tam. Pasuje wyśmienicie. 

Zwłaszcza  że  burzę  wywołałeś  w  moim  sercu,  pomyślałam,  ale  nie  miałam  odwagi 

powiedzieć tego głośno. 

-  Olsenów  mamy  za  sobą,  teraz  zabieramy  się  za  was.  Skoro  mówiłaś  o  domu 

kapitana,  zacznij  od  Erika  -  zaproponował  Tor.  -  Wspominałaś,  że  chłopak  ma  kłopoty  z 

nerwami? Od dawna? 

-  Zawsze  był  humorzasty.  Raz  pełen  euforii,  innym  razem  zrozpaczony.  Wcześnie 

stracił matkę, ale potem w domu nastała wspaniała opiekunka, którą Erik kochał nad życie. 

Gdy na horyzoncie pojawiła się  Lilly  Bakkelund, opiekunkę zwolniono. Erik się załamał, a 

Grethe była przekonana, że stało się to za sprawą przyszłej macochy. Również i on zaczął się 

ostatnio  szczególnie  mną  interesować.  Złości  mnie,  gdy  nazywa  mnie  swoją  dziewczyną, 

choć przecież nic poza dawną przyjaźnią nas nie łączy. W każdym razie ja nic podobnego do 

niego nie czuję. 

Tor uścisnął delikatnie moją dłoń. 

Pogrążyłam się w zadumie. Dlaczego Erik tak mi się narzuca? Dlaczego na wszystkie 

strony opowiada, że zamierzamy się pobrać? 

Trzech zalotników naraz, czy to nie za dużo dobrego? Czyżbym z dnia na dzień stała 

się aż tak atrakcyjna? Nie chce mi się w to wierzyć. 

- Erik próbował się już leczyć? 

- Chyba nie. Swoją drogą, przy takiej macosze każdy straciłby zdrowie. Nie znasz jej, 

to wcielony diabeł. Jeśli upatrzy sobie jakąś ofiarę, to ją gnębi dopóty, dopóki nie zniszczy. 

background image

-  Wiesz  co?  Czasami  chyba  przesadzasz  -  powiedział  zdziwiony  Tor.  -  Czy  Erik 

mógłby zaplanować i wprowadzić w życie plan zabójstwa? 

-  Nie  umiem  powiedzieć.  Mam  pustkę  w  głowie.  Rzeczywiście,  zniknął  mi  z  oczu, 

gdy tamtego kwietniowego dnia opuszczałam dom jego zmarłego ojca.  Inger z pozostałymi 

kolegami zostali w hallu i prawdopodobnie rozprawiali na mój temat. Czekali na Erika, ale on 

się nie zjawiał. 

- Chyba nie udałoby mu się wymknąć z domu niepostrzeżenie, zwłaszcza że musiałby 

wziąć samochód? 

- No wiesz, garaż leży w pewnej odległości od domu. 

- Czy z domu widać drogę? 

- Tylko bardzo krótki odcinek. Poza tym ogród obsadzony jest starymi, rozłożystymi 

dębami, które zasłaniają prawie cały widok. 

- Czy Erik miałby jakiś powód, żeby usunąć swojego ojca? 

- Jedynie spadek, ale nie sądzę, żeby bardzo mu na nim zależało. 

Tor się nie poddawał. 

- A może dążył do tego, by macocha i jej rodzina wyprowadzili się z domu? 

- Sądzę, że wtedy właśnie ją raczej pozbawiłby życia. 

Tor skinął głową. 

- Może masz rację. Wszystko to jest jednak dość zawiłe. Dlaczego pani Moe, której 

wszyscy tak nienawidzili, ma się dobrze? Pomyśl choćby o liście i anonimach albo o alraunie. 

- Ciekawa jestem, co ona sobie teraz myśli? - zapytałam, nie oczekując odpowiedzi. 

- No a Inger? 

-  Muszę  przyznać,  że  nie  bardzo  ją  rozumiem.  Zrobiła  się  wyjątkowo  tajemnicza  i 

dość chłodna. Odnoszę wrażenie, że jest zagubiona. Mimo to lubię Inger. To dobra i uczciwa 

dziewczyna.  Potrafi  stawić  czoło  trudnościom.  Tylko  że  tym  razem  nie  spodziewała  się,  iż 

sprawy zajdą aż tak daleko. 

Tor pokiwał ze zrozumieniem głową. 

- Bardzo możliwe. Skoro wydarzenia potoczyły się nie po jej myśli... 

- No właśnie. 

- A bracia Magnussen? 

-  Hm.  Arnstein  jest  spokojny  i  zrównoważony.  Nigdy  nie  podejmuje  decyzji  w 

pośpiechu.  Musi  je  gruntownie  przemyśleć.  Odnoszę  wrażenie,  że  mógłby  okazać  się 

groźnym  przeciwnikiem  dla  ewentualnego  wroga,  ale  stosować  truciznę?  Nie,  to  do  niego 

niepodobne.  Jego  brat,  Terje,  jest  całkiem  inny.  To  żywy,  wciąż  uśmiechnięty  chłopak. 

background image

Wszystko  obraca  w  żart,  zawsze  pełen  entuzjazmu.  Dobry  kolega  i  oczko  w  głowie 

lensmanna. 

Dotarliśmy do kiosku leżącego na peryferiach Åsmoen i kupiliśmy gazetę. Jak zwykle 

część ogłoszeniowa była dość pokaźna, więc odszukanie właściwego anonsu zajęło mi kilka 

dobrych minut. Znalazłam go w części „Różne”. 

Kierowca, który w piątek ósmego kwietnia bieżącego roku potrącił młodą rowerzystkę 

na odcinku między centrum a szpitalem w Åsmoen, proszony jest o pilne zgłoszenie się do 

lensmanna. Zapewniamy dyskrecję i niewyciąganie konsekwencji. 

Poniżej telefon kontaktowy z lensmannem. 

Patrzyłam na Tora z ogromnym zdumieniem. 

- Nic z tego nie rozumiem. 

Tor także nie pojmował celu ogłoszenia. 

- Obawiam się, że to strzał kulą w płot. 

- Magnussen uważa, że  zrobił to ktoś obcy.  Ale  jak wytłumaczy  fakt, że znaleziono 

mnie w rowie ponad pół godziny później? A co z trucizną? 

Zdecydowaliśmy, że czas wracać. 

- Tym razem lensmann jest chyba na fałszywym tropie - stwierdził Tor. - Ale to nie 

nasza sprawa. Możemy jedynie do niego zadzwonić. Dowiemy się pewnie czegoś bliższego. 

Masz jeszcze kogoś? 

- Nie opowiadałam ci o Grimie. 

- Dziękuję bardzo, o nim nie musisz nic mówić - przerwał mi w pół zdania Tor. - Jemu 

zdążyłem  się  aż  za  dobrze  przyjrzeć.  Potrafi  wstrzymać  sznur  samochodów,  żeby  nie 

rozjechały  wędrującej  drogą  wiewiórki,  a  poza  tym  wielkim  łukiem  obchodzi  dzieciaki  w 

obawie, że znowu będą mu dokuczać. Potężny jak tur, małomówny i ogólnie nieciekawy. 

- Skąd to wszystko wiesz? 

Tor przyjął minę zawstydzonego uczniaka. 

- Znam się trochę na ludziach, nic więcej. 

-  Prawie  wszystko  się  zgadza  z  wyjątkiem  tego,  że  jest  nieciekawy.  Grim  ma  duże 

poczucie humoru, a poza tym ma nadzwyczajne oczy! 

-  Aż  tak  bardzo  mu  się  nie  przyglądałem.  Pytanie,  czy  jest  na  tyle  bystry,  żeby 

zaplanować tak wyrafinowane morderstwo... 

- No wiesz! Jeśli uważasz go za mało inteligentnego, grubo się mylisz. To, że nie jest 

rozmowny,  o  niczym  nie  świadczy.  Możesz  być  pewien,  że  to  najmądrzejszy  chłopak  pod 

słońcem! 

background image

- Dobrze, dobrze - zgodził się potulnie Tor, robiąc do mnie oko. - Zanotuję sobie, że 

Grim to pierwszorzędny materiał na mordercę. 

- Tor, jak możesz! Przecież nic takiego nie powiedziałam! 

Tor nie mógł powstrzymać się od śmiechu. 

- Jest jeszcze jedna osoba, o której nic nie wiem. 

- Masz na myśli Grethe? 

-  Nie.  Grethe  od  dawna  tu  nie  ma.  Myślę  o  kapitanie.  Ciekaw  jestem,  co  to  był  za 

człowiek? 

- Nie mam pojęcia, jaki był kapitan Moe, nie widziałam go od dłuższego czasu. Wiem, 

ż

e  przypadł  mu  w  spadku  majątek  ziemski,  sporo  lasów  i  fabryka,  którą  z  czasem 

unowocześnił. Wiem, iż poszedł w ślady swojego ojca i wybrał karierę wojskowego. Podobno 

nie czuł się najlepiej w mundurze, ale widać czymś się wykazał, skoro awansował do stopnia 

kapitana.  Zawsze bardzo poprawny, szarmancki.  Pochodził z rodziny o surowych zasadach, 

toteż nie pozwoliłby sobie na romans. Jeśli coś łączyło go z panią Lilly, to związek ten musiał 

zakończyć się małżeństwem. 

- A więc Lilly po prostu zawróciła mu w głowie, oczarowała i zawiodła przed ołtarz. 

Dopiero potem pokazała, co potrafi. 

-  To  oczywiste.  Kiedy  kapitan  przejrzał  na  oczy,  było  już  za  późno.  Początkowo 

rozwodu nie brał pod uwagę. Dżentelmenowi nie wolno w taki sposób kompromitować damy. 

- No właśnie. I wtedy pewnie pojawiła się Inger. 

-  Tak.  Kapitan  zakochał  się  w  niej,  ale  to  jeszcze  bardziej  go  przygnębiło.  Zdawał 

sobie sprawę, że musi wybrać. W końcu postanowił odejść od Lilly, która prawdopodobnie 

nigdy go nie kochała. 

-  Postanowił  się  rozwieść?  A  co  z  dziećmi?  Chyba  rozumiał,  że  to  dla  nich  wielkie 

przeżycie? 

-  Może  i  tak,  ale  dzieci,  zresztą  już  duże,  przecież  cierpiały  z  powodu  nieudanego 

małżeństwa, tym bardziej że Lilly okazała się złą macochą. Kiedy pan Moe to pojął, było już 

za późno. Podobno wielokrotnie namawiał Grethe do powrotu do domu, ale córka odmawiała. 

Najpierw pisała do Erika. Potem korespondencja zupełnie się urwała. 

Tor nie wykazywał żadnego zainteresowania osobą Grethe. 

- Ile lat miał kapitan Moe? 

- Był mężczyzną w sile wieku. Myślę, że nie miał więcej niż czterdzieści pięć lat. Ale 

doskonale się trzymał. Wciąż podobał się kobietom. Nawet nie dziwię się Inger, że się nim 

zainteresowała. 

background image

Przystanęliśmy na mostku nad niewielkim strumykiem, Przyglądaliśmy się tańczącym 

falom,  mieniącym  się  wszystkimi  kolorami  tęczy.  Zatęskniłam  za  dziecięcymi  zabawami. 

Przypomniałam sobie, jak wrzucaliśmy gałązkę po jednej stronie balustrady i sprawdzaliśmy, 

czy pojawi się po przeciwnej. Tor spoglądał zamyślonym wzrokiem na wznoszące się ponad 

wierzchołkami brzózek hałdy piasku. 

- To pewnie o tym miejscu myślał Erik, proponując swój sposób pozbycia się  Lilly, 

ż

eby ją całkiem zasypać. Faktycznie, piachu miałby pod dostatkiem. 

Postanowiłam zadać Torowi pytanie, które od dawna cisnęło mi się na usta: 

- Oskar mówił, że jesteś żonaty. Czy to prawda? 

Tor odwrócił do mnie twarz i wtedy dostrzegłam w niej głęboki smutek. 

- Już nie. Byłem żonaty, ale moja żona zmarła dwa lata temu. I to, niestety, z mojej 

winy. 

-  Och,  Tor!  Najmocniej  cię  przepraszam,  nie  wiedziałam  -  tłumaczyłam  się 

zaskoczona i okropnie zawstydzona. - Może chciałbyś mi o tym opowiedzieć? 

- Wspomnienia sprawiają mi ból. 

- Rozumiem. Jeszcze raz cię przepraszam. 

- Masz prawo usłyszeć tę historię. Jesteś pierwszą dziewczyną od śmierci żony, która 

jest mi tak bliska. Wciąż mam w pamięci tamte przeżycia i dlatego tak się o ciebie boję. 

Gdy opowiadał, głos mu drżał. 

-  Wkrótce  po  naszym  ślubie  okazało  się,  że  żona  cierpi  na  chorobę  psychiczną. 

Chciałem jej jakoś pomóc, ale choroba szybko postępowała. Znalazła się w szpitalu, więc ja 

wystarałem  się  właśnie  w  nim  o  posadę,  by  być  blisko  niej.  Cierpiała  na  głęboką  depresję, 

która sprawiała, że ze stanu euforii popadała w skrajne załamanie, które dwa razy kończyło 

się  próbą  samobójczą.  Przez  pół  roku  mieszkałem  w  przyszpitalnym  hoteliku  i  pilnowałem 

jej.  Brałem  dyżury  wyłącznie  na  jej  oddziale,  rozmawiałem  z  nią  w  nieskończoność  -  Tor 

zaśmiał  się  z  goryczą.  -  Ten  oddział  nazywano  „burzą”,  gdyż  leżeli  tam  najciężej  chorzy 

pacjenci. Z czasem nawet zyskałem sobie przydomek „pogromca burzy”. Byłem wykończony 

pracą.  W  końcu  ordynator  wręcz  nakazał  mi  wziąć  kilka  dni  urlopu.  Zdecydowałem  się 

wyjechać,  ale  już  po  trzech  dniach  otrzymałem  telegram.  Moja  żona  odebrała  sobie  życie. 

Gdybym został... 

Milczał chwilę, po czym wyrzucił do wody dopalający się papieros. 

Nie wiedziałam, co powiedzieć. 

- No, ale na tym koniec. Więcej nie będziemy o tym rozmawiać, dobrze? 

Po dłuższej chwili zapytałam: 

background image

-  Tor,  możesz  mi  coś  jeszcze  wyjaśnić?  Pewnie  powinnam  to  wiedzieć,  ale  tak  się 

składa, że wcześniej nie słyszałam o alraunie. Podobno to jakaś magiczna roślinka? 

- Tak. Często używa się też innej nazwy: mandragora. Ta bylina występuje w rejonie 

Morza  Śródziemnego.  Jej  korzeń  kształtem  do  złudzenia  przypomina  postać  człowieka  i 

pewnie  dlatego  od  wielu  setek  lat  uważano,  że  ma  magiczną  moc.  Wedle  tradycji  alrauna 

wyrasta  tylko  pod  szubienicą.  Wierzenia  mówią,  że  zapewnia  powodzenie  i  bogactwo,  ale 

również może spowodować nagłą śmierć właściciela. Noszono ją też jako amulet szczęścia. 

- Co miałby oznaczać ten korzonek na grobie kapitana Moe? 

-  Nie  mam  pojęcia.  Pewnie  nic  szczególnego,  ale  któż  to  wie?  -  rzekł  Tor  i 

nieoczekiwanie zawołał: - Popatrz, Kari! Czy to nie sam lensmann tak pędzi? 

W  naszym  kierunku  zbliżały  się  dwa  auta.  Pierwsze  i  nich  prowadził  Magnussen, 

który  z  uporem  naciskał  klakson.  Po  chwili  samochody  zatrzymały  się  niedaleko  nas  z 

piskiem opon. 

- Coś się musiało wydarzyć. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Niestety, przerwano mi krótką, ale jakże sympatyczną rozmowę z Torem. Od razu też 

powróciły strach i niepewność, spotęgowane przez nieustanne trąbienie klaksonu. 

Z  okien  auta  wystawały  głowy:  z  jednego  Erika,  z  drugiego  głowa  Terjego.  Drugi, 

jadący  z  tyłu  samochód,  nie  był  nam  znany.  Gdy  oba  zatrzymały  się  gwałtownie, 

zorientowaliśmy się, że stojący z tyłu wóz pochodził z zupełnie innej części kraju. 

- Nareszcie! - krzyknął lensmann. - Kari, wydzwaniam do ciebie od kilku godzin, a ty 

jak  na  złość  znikasz  bez  wieści  Chwała  Bogu,  że  tylko  spacerujecie,  bo  bałem  się  już,  że 

poszliście  do  lasu  i  zgubiliście  drogę.  Wskakujcie  szybko  do  samochodu.  Mam  tu  dla  was 

niespodziankę! Właśnie zgłosili się państwo, których poszukiwałem za pośrednictwem prasy. 

Wybieramy się razem na miejsce wypadku. 

Tor udał się pieszo do moich rodziców po swój samochód, ja zaś zajęłam miejsce w 

aucie  lensmanna,  sadowiąc  się  z  tyłu  pomiędzy  Erikiem  i  Terjem.  Obaj  chłopcy  byli  tak 

podekscytowani, że prawie od razu mnie zakrzyczeli. 

- Tylko poczekaj, Kari! Nawet się nie spodziewasz, co odkryliśmy! 

Zatrzymaliśmy  się  w  miejscu,  gdzie  zostałam  potrącona  przez  nieznany  samochód. 

Gdy  wysiadłam,  od  strony  miasteczka  właśnie  nadjeżdżał  Tor.  Drogę  do  domu  moich 

rodziców  musiał  pokonać  w  iście  sprinterskim  tempie,  gdyż  od  rozstania  minęło  zaledwie 

kilka minut. 

Dopiero teraz mogłam przyjrzeć się pasażerom drugiego auta. 

Była  to  dość  dziwna  para.  Mężczyzna  prezentował  się  nienagannie:  był  wysoki  i 

postawny,  ubrany  w  elegancki  garnitur  w  ciemnobrązową  krateczkę,  gustowny  krawat  w 

kropki i skórzane, brązowe buty. Jego uśmiechnięte, żywe oczy z ciekawością spoglądały na 

obecnych. Policzki i dłonie miał usiane piegami, co zdecydowanie dodawało mu uroku. Na 

głowie  mierzwiła  się  ruda  czupryna.  Pierwsza  rzecz,  na  którą  zwróciłam  uwagę  u  jego 

partnerki,  to  paznokcie  pomalowane  łuszczącym  się,  krwistoczerwonym  lakierem.  Kobieta 

miała  pomarszczoną  cerę,  z  bezbarwnych  ust  wyzierały  poszarzałe  zęby,  a  niekorzystne 

wrażenie pogłębiała czarna garsonka, która nie mogła ukryć zbyt przysadzistej figury. Cienkie 

włosy kobiety opadały w nieładzie na ramiona. 

Oboje od razu grzecznie się przywitali. Sprawiali wrażenie sympatycznych ludzi. 

Lensmann bez zbędnych wstępów zwrócił się do mnie z pytaniem: 

- Kari, czy poznajesz tych państwa? 

background image

- Nie - powiedziałam bez wahania. 

Kobieta uniosła ze zdumieniem brwi. 

- Coś takiego! Słyszałeś, kochanie? Ta młoda dama nas nie poznaje! 

W głosie kobiety zabrzmiała jakby nutka pretensji. 

-  Panie  lensmannie,  to  bez  wątpienia  ta  sama  dziewczyna  -  stwierdził  stanowczo 

mężczyzna. 

Magnussen przyglądał się nam przez chwilę, po czym rozpoczął prezentację. Jednak 

nazwisko, które nosiło małżeństwo - Gressvik - nic mi nie mówiło. 

- Pani Gressvik, czy może pani raz jeszcze szczegółowo opowiedzieć, co wydarzyło 

się  w  tym  miejscu  ósmego  kwietnia?  Tak  jak  przypuszczaliśmy,  panna  Land  niczego  sobie 

nie przypomina. 

- Panno Land, to właśnie my wyciągnęliśmy panią z rowu... 

- Bardzo proszę od samego początku - nakazał Magnussen. 

-  No  właśnie.  Tego  dnia  przyjechaliśmy  do  szpitala,  gdyż  czekała  mnie  tu  poważna 

operacja. Trochę się tu pogubiliśmy i utknęliśmy w tym paskudnym wykopie. Przez chwilę 

zastanawialiśmy  się,  jak  się  z  niego  wydostać.  Wreszcie  udało  się  nam  wypchnąć  auto  z 

piachu.  Błądziliśmy  po  okolicy,  szukając  drogi  do  szpitala,  i  wtedy  spostrzegliśmy  tę 

panienkę  na  rowerze.  Jechała  przed  nami.  Zdecydowałam,  że  spytamy  ją  o  drogę. 

Nacisnęliśmy na hamulec, ale dziewczyna się nie zatrzymała, a ponieważ było bardzo ślisko, 

również  i  nasze  auto  potoczyło  się  dalej.  Nie  mogliśmy  nic  zrobić,  choć  w  dobrych 

warunkach  Lasse jest doskonałym kierowcą. Niestety, panienka, lekko przez nas potrącona, 

wylądowała w rowie. Natychmiast wyskoczyliśmy z auta, żeby sprawdzić, czy nic się jej nie 

stało. Nie należymy, broń Boże, do tych, co uciekają z miejsca wypadku. Pomogliśmy się jej 

podnieść, ale wyglądało na to, że bez trudu trzyma się na nogach. Była zupełnie przytomna i 

normalnie z nami rozmawiała. Nabiła sobie tylko potężnego guza. Zresztą twierdziła, że czuje 

się całkiem dobrze. 

- Wtedy zapytaliście ją państwo o drogę do szpitala, czy tak? 

- No właśnie! 

- I co było dalej? 

-  Wskazała  nam  drogę,  która  wiodła  stromo  pod  górę,  ale  nie  byliśmy  pewni,  czy 

znowu  się  nie  pogubimy.  Całe  zbocze  porośnięte  jest  gęsto  sosnami.  Poza  tym  panna  Land 

nadmieniła, że kilkaset metrów dalej spotyka się aż pięć różnych dróżek. Zaproponowała, że 

może nam towarzyszyć  i wskaże właściwą. Byliśmy jej ogromnie  wdzięczni. Dziwiło mnie 

wprawdzie,  że  zabrała  ze  sobą  rower  i  targała  go  pod  górę.  Mogła  go  z  powodzeniem 

background image

zostawić  na  dole,  w  krzakach.  No,  ale  to  jej  sprawa.  Gdy  dotarliśmy  do  rozwidlenia,  już 

wiedzieliśmy,  którą  drogą  mamy  się  udać,  podziękowaliśmy  więc  tej  młodej  osobie  i 

ruszyliśmy  w  swoją  stronę.  Zauważyłam,  że  panna  Land  stoi  jeszcze  przez  chwilę  przy 

rozwidleniu, jakby zastanawiała się, dokąd ma się skierować. 

- Dziękuję pani bardzo, pani Gressvik. To było bardzo dobre sprawozdanie. 

Pani Gressvik skłoniła uprzejmie głowę w kierunku lensmanna. 

- Kari, czy cośkolwiek sobie z tego przypominasz? 

-  Zupełnie  nic.  Chociaż  przez  chwilę  miałam  wrażenie,  jakby  coś  mi  się  gdzieś 

kołatało, ale teraz znowu mam pustkę w głowie. 

Magnussen zamyślił się, po czym zaproponował: 

- A gdybyśmy tak przeprowadzili mały eksperyment? Może Kari była tamtego dnia na 

tyle oszołomiona, że po raz drugi wpadła do rowu? Nie wątpię też, że znajdowała się i w tym 

wskazanym przez nią samą miejscu, i w tym drugim, gdzie znaleźli ją pastor i Grim. Mogę się 

też domyślać, że Kari, zjeżdżając od strony szpitala po odprowadzeniu państwa Gressvik, po 

prostu  ponownie  wylądowała  w  rowie.  Jeszcze  w  szpitalu,  gdzie  otrzymałem  pierwsze 

informacje o jej obrażeniach, doszedłem do wniosku, że musiała uderzyć się dwukrotnie. No 

bo w jaki sposób nabiłaby sobie guzy i na lewej, i na prawej skroni jednocześnie? No, dobrze, 

na  czym  to  ja  skończyłem?  Aha,  otóż  uważam,  że  drugi  upadek  nie  był  spowodowany 

wyłącznie  nieuwagą.  Wczoraj  dowiedziałem  się,  że  Kari  w  trakcie  pobytu  w  szpitalu 

kilkakrotnie krzyczała we śnie, i to o mrówkach! 

Tor przytaknął, a ja, ni stąd, ni zowąd poczułam, że robi mi się niedobrze. 

-  Wygląda  na  to,  że  nie  mrówki  tak  ją  wystraszyły,  ale  coś  znacznie  gorszego.  Nic 

sobie nie przypominasz? 

Starałam się, jak mogłam. Wiedziałam, że musiało się wydarzyć coś ważnego, ale co? 

W tym momencie do rozmowy wtrącił się Tor: 

- Kari wypowiadała przez sen również imię. Bała się czegoś okropnie... 

- Czyje imię? - zapytał Magnussen. 

Delikatnym mrugnięciem usiłowałam dać Torowi znać, żeby milczał, ale on nie pojął 

moich sygnałów. 

- Grim... - odparł z wahaniem Tor. 

Zmarszczone  czoło  lensmanna  dowodziło,  że  urzędnik  intensywnie  analizuje 

wszystkie fakty, 

- Grim? - powtórzył ze zdziwieniem. - To przecież właśnie on opowiedział mi o nagłej 

antypatii Kari do mrówek. Nie wspominał natomiast, że go przywoływałaś we śnie - rzekł, 

background image

zwracając się do mnie. 

- Bo o tym nie wiedział. To zdarzyło się podczas jego nieobecności - dodałam szybko. 

- No dobrze. Ale Grim także próbuje uporządkować zdarzenia. Doszedł do wniosku, i 

chyba słusznie, że twój dziwny strach przed mrówkami musiał zrodzić się w czasie pomiędzy 

pierwszym  a  drugim  upadkiem.  Ty  sama  nadal  nie  znasz  powodu  tego  strachu,  przedtem 

nigdy nie bałaś się mrówek. Panie Bråthen, czy pierwszy upadek mógł spowodować słabszy 

wstrząs mózgu, podczas gdy drugi miał już poważniejsze konsekwencje? 

- To całkiem prawdopodobne - odparł lekarz. 

- Czy jest możliwe, aby Kari zapomniała o wszystkim, co wydarzyło się przed drugim 

upadkiem? 

Tor wyraźnie się ożywił. 

-  Owszem  -  powiedział.  -  Ale  może  być  również  inaczej,  mam  na  myśli  świadomą 

utratę pamięci. Kari może wiedzieć, co się wydarzyło... 

W tym momencie stanowczo zaprotestowałam. 

-  Ależ  ja  wcale  nie  chcę  powiedzieć,  że  usiłujesz  coś  przemilczeć  -  uspokajał  mnie 

Tor. - To, co widziałaś, mogło wywołać u ciebie szok i twoja świadomość celowo wymazała 

zdarzenie z pamięci. Natomiast tkwi ono gdzieś głęboko w podświadomości i co jakiś czas 

wywołuje  pozornie  niczym  nieuzasadniony  strach.  Prawdopodobnie  wstrząs  mózgu 

przyczynił się dodatkowo do zatarcia tego nieprzyjemnego wspomnienia. 

Magnussen po raz kolejny zwrócił się do mnie z zapytaniem: 

- Na pewno nie przypominasz sobie, co cię tak przeraziło? 

Pokręciłam  przecząco  głową.  Miałam  takie  wrażenie,  jakbym  przez  kilka  ostatnich 

godzin bez przerwy siedziała na karuzeli. 

-  Kari,  jesteś  okropnie  blada  -  zauważył  Tor.  -  Panie  Magnussen,  może  na  dziś 

wystarczy tych przesłuchań? Kari jest wciąż osłabiona. 

Lensmann nie dawał jednak za wygraną. 

- Muszę się wszystkiego dowiedzieć - powiedział stanowczo. Uważam, że i dla niej 

byłoby  lepiej,  gdyby  jak  najprędzej  pozbyła  się  tej  przypadłości.  Musi  sobie  koniecznie 

przypomnieć, co jest jej przyczyną. 

-  Też  tak  myślę,  chociaż  czasami  wolałabym  schować  głowę  w  piasek  jak  struś  - 

poparłam Magnussena. - Jaki eksperyment miał pan wcześniej na myśli? 

-  Zamierzam  krok  po  kroku  zrekonstruować  wydarzenia.  Może  wtedy  coś  ci  się 

przypomni. 

-  A  ccco  ma...  ma  się  jej...  przy...  przypomnieć?  -  zapytał  jąkając  się  ze 

background image

zdenerwowania Erik. - Szczerze mówiąc, zaczyna to być zabawne. Chce pan rekonstruować 

wydarzenia  tylko  dlatego,  że  Kari  boi  się  mrówek?  Jeśli  chcecie  znać  moje  zdanie,  to 

uważam, że szukacie dziury w całym. 

-  To  nie  potrwa  długo  -  odparł  wyraźnie  urażony  Magnussen.  -  Ale  zapewne  i  ty, 

młody  człowieku,  zauważyłeś,  że  dzieje  się  tu  coś  niepokojącego.  Być  może  się  mylę, 

przywiązując  zbyt  dużą  wagę  do  koszmarów  Kari,  ale  chcesz  chyba,  żeby  dziewczyna 

pozbyła  się  tego  dziwnego  strachu?  Na  ten  temat  mam  swoją  teorię  i  pozwól,  że  będę  ją 

sprawdzał. Podejrzewam, że ktoś czyhał na życie Kari. Raczej nie był to kierowca, bo o tym 

przekonali nas Gressvikowie. Ten ktoś nie chciał dopuścić do jej spotkania ze mną. A Kari 

chciała  powiedzieć  mi  coś  ważnego.  Przypomnijcie  sobie  truciznę,  którą  jej  podsunięto. 

Myślę, że wydarzenia mogły potoczyć się w następujący sposób: ktoś usiłował pozbawić Kari 

ż

ycia. Ona widziała tę osobę, ale podejrzany sądził, że dziewczyna zabiła się podczas upadku. 

Gdy Kari w miesiąc później oprzytomniała, oprawca znowu zaatakował. No, ale i tym razem 

mu  się  nie  udało.  Dlatego  uważam,  że  wasza  przyjaciółka  nadal  jest  w  wielkim 

niebezpieczeństwie. Morderca obawia się, że w każdej chwili dziewczyna może przypomnieć 

sobie  wydarzenia  kwietniowego  popołudnia.  Dlatego  musimy  zrobić  wszystko,  żebyś  je 

odtworzyła.  Chcę  dokładnie  wiedzieć,  co  się  z  tobą  działo  od  momentu,  gdy  państwo 

Gressvikowie cię pożegnali - zakończył, zwracając się do mnie. 

- No tak - wtrącił się Tor. - Teraz wydaje mi się, że pan lensmann jest na właściwym 

tropie. 

- Jeśli się mylę, jeśli tylko zawróciłaś i wjechałaś prosto do rowu, nikomu nie stanie 

się  krzywda.  A  poza  tym  to  ja  zamieściłem  ogłoszenie  i  również  ja,  z  własnej  kieszeni, 

pokrywam  wszelkie  koszty  podróży  i  pobytu  tutaj  państwa  Gressvików.  Zwłaszcza  Erik 

powinien to wiedzieć. 

- Ależ, panie lensmannie! Ja nie miałem nic złego na myśli! 

Zniecierpliwiony Terje wzruszył ramionami. 

-  Może  nas  łaskawie  poinformujecie,  kiedy  skończy  się  ta  jałowa  wymiana  zdań,  a 

zacznie prawdziwa praca? O, właśnie jedzie Inger! Słuchaj, nie mogłem się ciebie doczekać! 

-  Ależ  tu  zgromadzenie!  Tylko  dlaczego  na  środku  drogi?  -  krzyknęła  uradowana 

widokiem przyjaciół Inger. - Któż to się tak za mną stęsknił, Terje? 

- A kto tu mówi o tobie? Nam potrzebny jest twój rower, dziewczyno! 

Inger zahamowała gwałtownie kilkanaście centymetrów od stopy złośliwego kolegi. 

- Ja za to szukam Grima. Mam tu jego fajkę, którą zostawił u Arnsteina. 

-  Inger,  jesteś  nam  potrzebna  -  rzekł  zadowolony  Magnussen.  -  No,  wracajmy  do 

background image

naszych  obowiązków.  Pani  Gressvik,  zaczniemy  od  momentu,  w  którym  pomagacie  Kari 

podnieść  się  po  pechowym  upadku.  Darujemy  sobie  widok  naszej  panny  w  rowie.  Czy 

mogliby  państwo  ustawić  samochód  dokładnie  tam,  gdzie  się  wtedy  zatrzymaliście?  A  ty, 

Kari, spróbuj w ten sam sposób ustawić rower. 

Gdy samochód i rower były już na swoich miejscach przystanęłam na poboczu, a tuż 

obok  mnie  stanęli  państwo  Gressvik,  którzy  po  chwili  zaczęli  mnie  dotykać  i  oglądać,  tak 

jakby sprawdzali, czy coś mi się nie stało. 

- Kari, powiedz coś! 

- Trochę boli mnie głowa - odparłam zupełnie obojętnie. 

- Ależ, dziecko - przerwał lensmann. - Trochę więcej życia! Wyobraź sobie, że jesteś 

na scenie, musisz się wczuć w sytuację. Pani Gressvik, proszę dalej! 

- Ale teraz odezwał się Lasse... 

- No dobrze, pan Gressvik! 

Gressvik zwilżył usta. 

- No tak, ale co ja wtedy robiłem? 

Znowu włączyła się do akcji jego żona, wypowiadając kwestię męża: 

-  Nic  dziwnego.  Na  głowie  wyskoczył  pani  guz  wielki  jak  śliwka.  Czy  ma  pani 

zawroty, a może jest pani niedobrze? 

Odwróciłam  się  do  pani  Gressvik,  która,  zdaje  się,  lepiej  zapamiętała  wydarzenia 

tamtego popołudnia. 

- Co ja wtedy odpowiedziałam? 

- Powiedziała pani: „Nie, raczej nie”. 

-  Nie,  raczej  nie  -  powtórzyłam  już  z  większym  zaangażowaniem,  pamiętając  o 

prośbie Magnussena. 

- Chwała Bogu - ciągnęła pani Gressvik z przejęciem. - Czy panienka nie wie czasem, 

jak stąd dostać się do szpitala? 

- Pewnie, że wiem - odparłam bez namysłu. - To niedaleko. Trzeba jechać drogą pod 

górę. 

- Tak właśnie wtedy odpowiedziała! - krzyknęła zdumiona pani Gressvik. 

-  To  akurat  nic  nie  znaczy  -  wtrącił  się  milczący  dotąd  Tor.  -  Każdy  na  jej  miejscu 

odpowiedziałby w ten sam sposób. 

Niespodziewanie włączył się pan Gressvik. 

-  Dziękujemy  za  pomoc  -  powiedział,  po  czym  skierował  się  w  stronę  swojego 

samochodu, ale zaraz się zatrzymał. - Wtedy panienka sama dodała, że dość trudno wybrać 

background image

właściwą ścieżkę przy rozwidleniu w lesie. 

Powtórzyliśmy  każdy  szczegół  sceny,  po  czym  ruszyłam  w  stronę  szpitala,  z 

niemałym trudem prowadząc pod górę rower Inger. Przyglądający się podążali za mną krok w 

krok. Po dłuższej chwili minął nas samochód państwa Gressvików, a z okna wyjrzał Gressvik 

i krzyknął: 

- Poczekamy na panią na górze. 

- Czy tak było faktycznie? - zapytał Tor. 

Pokiwałam głową, a wtedy lensmann schwycił mnie za ramię. 

- Kari, naprawdę to pamiętasz? 

- Tak, nie... Właściwie nie wiem. Odnoszę wrażenie, jakby to mi się kiedyś przyśniło, 

ale nie mam zielonego pojęcia, co się dalej wydarzy. Wydaje mi się, że przypominam sobie o 

faktach już po ich odegraniu. 

- Déjà vu - stwierdził autorytatywnie Tor. 

-  Co  takiego?  Aha,  wrażenie,  że  coś  już  raz  się  zdarzyło.  Każdy  z  nas  spotyka  się 

prędzej czy później z podobnym zjawiskiem - mruknął lensmann. - Może coś z tego będzie. 

Zobaczymy. 

Tymczasem nieco niżej zatrzymał się samochód, z którego wysiedli Terje oraz Grim. 

W chwilę potem obaj byli już przy nas. 

- Widzę, że przybywa nam widzów. 

Kiedy  ujrzałam  Grima,  uspokoiłam  się  i  jednocześnie  ucieszyłam.  Podczas  gdy  na 

widok  Tora  serce  zaczynało  walić  mi  jak  oszalałe,  to  obecność  Grima  zawsze  dawała  mi 

poczucie  bezpieczeństwa.  Grim  musiał  niedawno  skończyć  pracę,  gdyż  miał  na  sobie 

gumiaki. Zawsze podobał mi się w takim swojskim stroju, mimo że jego kalosze były zużyte i 

często ubłocone. Wydawał mi się w nich bardzo męski A do tego poruszał się w szczególny 

sposób,  trochę  przypominał  skradającą  się  pumę.  Niespodziewanie  poczułam,  że  dostaję 

gęsiej skórki i się czerwienię. Znam Grima tyle lat, a na jego widok reaguję jak nastolatka! 

pomyślałam zaskoczona. 

Pan Gressvik był już na górze i oczekiwał na nas przy rozwidleniu. 

- Panno Land, w którym kierunku mamy się teraz udać? Wydaje nam się, że to droga 

numer cztery. 

- Nie, ta prowadzi do samotnej zagrody na samym szczycie. Państwo musicie jechać 

drogą oznaczoną numerem trzy - odparłam. 

- Czy ona tak właśnie odpowiedziała? - zapytał podekscytowany Terje. 

Gressvik podrapał się zakłopotany po głowie. 

background image

-  Niezupełnie.  Wtedy  panienka  powiedziała  tylko:  „Nie,  droga  z  numerem  trzy 

prowadzi do szpitala”. 

- No dobrze, i co dalej? 

Gressvikowie podeszli do mnie i uścisnęli serdecznie. 

-  Bardzo  pani  dziękujemy  za  pomoc.  Jeśli  miałaby  pani  jakieś  problemy,  proszę  się 

koniecznie z nami skontaktować. Ja zostanę jakiś czas w szpitalu. Moje nazwisko Gressvik. 

Powtórzyłam podane mi nazwisko. 

- Pani Gressvik, zapamiętam je bez trudu. Ale na pewno wszystko będzie w porządku. 

Poczułam  na  sobie  zdumiony  wzrok  Gressvików.  W  tej  samej  chwili  zdałam  sobie 

sprawę, że przypomniałam sobie ten fragment wydarzeń! 

-  To  ten  zapach.  Przypomniał  mi  się  zapach  perfum  pani  Gressvik  w  połączeniu  z 

zapachem sosnowego igliwia - wyjaśniłam. 

-  Zapach  pozostawia  na  ogół  najtrwalsze  wspomnienia  -  potwierdził  Tor.  -  Czy 

pamiętasz, co było dalej? 

- Na razie jeszcze nie. Ale przypomnę sobie, jestem tego pewna. 

Przylgnęłam rozpaloną z emocji twarzą do zimnej kierownicy. W skroniach poczułam 

dudniące  pulsowanie.  Byłam  coraz  bliższa  przypomnienia  sobie  wszystkich  wydarzeń 

tamtego dnia, ale wciąż narastał we mnie strach. 

Lensmann odetchnął z ulgą. 

- No, nieźle nam idzie. Kujmy żelazo póki gorące. Możecie państwo zakończyć scenę? 

- Do widzenia, jeszcze raz dziękujemy! - krzyknęli, po czym zapalili samochód. 

- Ja też państwu dziękuję. Może poczekacie państwo na mnie na dole? - zaproponował 

Magnussen. 

Lensmann  doskonale  odnajdywał  się  w  roli  reżysera.  Z  powodzeniem  mógłby 

nakręcić film. 

- Nie, nie, na nas już czas. Cieszymy się, że okazaliśmy się pomocni. Teraz już się tu 

nie pogubimy. Do widzenia. 

Pożegnaliśmy  się  wszyscy,  a  po  chwili  jasnoszary  samochód  Gressvików  zniknął za 

drzewami. 

- Proszę was teraz o ciszę. Muszę się skupić - powiedziałam, stojąc z rowerem przy 

rozwidleniu  dróg.  -  Czasem  coś  mi  się  przypomina,  ale  zaraz  potem  te  pojedyncze  obrazy 

znikają. 

Wokół mnie zaległa grobowa cisza, przyjaciele niemal wstrzymali oddech. 

Dzień  był  ciepły  i  słoneczny.  Z  miejsca,  w  którym  stałam,  roztaczał  się  cudowny 

background image

widok  na  porośniętą  sosnami  okolicę.  Mech  okrywał  jasnozieloną  kołderką  brunatne  runo, 

wiewiórka przeskakiwała w pośpiechu z gałęzi na  gałąź. Starałam się całkowicie rozluźnić, 

przestać myśleć o czymkolwiek. Miałam nadzieję, że to odniesie rezultat. 

Podświadomie czułam, że to coś, co mam sobie przypomnieć, nie jest przyjemne, ale 

nie chciałam zawieść lensmanna. 

Zawróciłam rower i spojrzałam z góry na ścieżkę prowadzącą prosto do wykopu. 

- Tam chyba coś leżało, coś niewielkiego - powiedziałam wyraźnie. - Ale jeszcze nie 

wiem, co. To było jak ostrzeżenie: nie ruszać! 

Odstawiłam  rower  i  ostrożnie  zrobiłam  kilka  kroków  w  kierunku  wykopu.  Miałam 

wrażenie,  jakbym  znalazła  się  na  nieznanej  plaży  i  po  raz  pierwszy  wchodziła  do  wody, 

badając ostrożnie grunt. Krok za krokiem, żeby nie trafić bosą stopą na coś nieprzyjemnego, 

ż

eby się nie poślizgnąć... 

Ale tu nie było wody, tylko twardy, ubity piasek. Już raz znalazłam się w tym miejscu, 

tylko że nie mogłam lub nie chciałam sobie o tym przypomnieć. 

Nagle  poczułam,  że  prowadzi  mnie  jakiś  wewnętrzny  głos.  Skierowałam  się  na 

ś

cieżkę, która wiodła na mokradła. 

Lensmann i przyjaciele podążali za mną w najwyższym skupieniu. 

Poruszałam się teraz bardzo wolno. Po zrobieniu każdego kroku wiedziałam, że byłam 

tu już wcześniej, ale wciąż nie potrafiłam przewidzieć, co czeka mnie zaraz potem. Zagubione 

wspomnienia wciąż spowijał gęsty mrok. Raz po raz pochylałam się, by z ziemi podnieść coś, 

czego teraz tu nie odnajdywałam, a co na pewno leżało przedtem. 

Nagle poczułam ogarniające mnie mdłości. 

- Nie mogę, dalej już nie pójdę - oznajmiłam zduszonym głosem. 

Tor w mgnieniu oka był przy mnie. 

- Coś sobie przypomniałaś? 

Pokręciłam przecząco głową. 

- Nie wiem, ale znowu jakiś wewnętrzny głos zabrania mi iść dalej. Chcę do domu... 

- Kari, weź się w garść i spróbuj jeszcze raz - prosił lensmann. - Przecież wiemy, że 

jesteś na właściwym tropie. 

- Właśnie, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. 

- Ale czy to konieczne? - bronił mnie Tor. - Może ktoś ją chciał zgwałcić, a ona nie 

chce sobie tego przypominać? 

Magnussen pokręcił przecząco głową. 

- Niewątpliwie ktoś chciał wyrządzić jej krzywdę i tu czekał na swoją ofiarę. Dlatego, 

background image

przerażona,  rzuciła  się  do  ucieczki.  Ktokolwiek  to  był,  znajdę  go,  zanim  zaatakuje  po  raz 

kolejny. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Z trudem udało mi się zebrać siły. Metr po metrze zbliżaliśmy się do mokradeł, lecz 

im dalej się posuwaliśmy, tym większy odczuwałam strach. Moje dłonie zrobiły się lepkie od 

potu,  co  kilka  sekund  przełykałam  niespokojnie  ślinę.  Szersza  droga  nagle  się  urwała  i 

rozwidliła w kilka mniejszych ścieżek. 

Nie  wiedziałam,  którą  mam  wybrać,  przeszłam  więc  kilka  kroków  pierwszą  z  nich. 

Nic.  Potem  spróbowałam  iść  drugą.  Również  i  ta  nie  wywołała  żadnych  nieprzyjemnych 

skojarzeń. Dopiero gdy stanęłam na trzeciej dróżce, wiedziałam, że jestem na tej właściwej. 

Wokół roztaczały się bagniska. 

Nagle krzyknęłam i błyskawicznie obróciłam na pięcie, próbując zawrócić. Zanim Tor 

i lensmann zorientowali się, co się dzieje, przemknęłam obok nich i, jak zwykle w momencie 

zagrożenia, skryłam się w objęciach Grima. 

Na środku dróżki, którą się posuwaliśmy, znajdowało się mrowisko, pokryte tysiącami 

wędrujących w szaleńczym tempie mrówek. 

-  Mrówki,  mrówki!  Na  pomoc!  Grim,  zabierz  mnie  stąd  jak  najprędzej,  błagam, 

zabierz - krzyczałam zdesperowana. - Jest mi niedobrze, zaraz dostanę torsji! Nie chcę! Nie 

tu, Grim! 

-  No,  już  dobrze.  Nie  ma  się  czego  wstydzić  -  uspokajał  Grim,  głaszcząc  mnie 

delikatnie po głowie. 

Wczepiłam się z całych sił w jego ramiona: 

- Grim, nie odchodź ode mnie, nie zostawiaj mnie tu samej, tak się boję! - szeptałam 

rozdygotana. 

- Będę cały czas szedł tuż za tobą. No jak, lepiej? Wydaje mi się, że powoli nabierasz 

kolorów. 

- Najgorsze chyba minęło - potwierdziłam i z wyraźną niechęcią puściłam dłoń Grima. 

- Panie lensmannie, chyba mogę iść dalej. 

Z  minuty  na  minutę  byłam  bardziej  przekonana,  że  zbliżamy  się  wreszcie  do  celu. 

Niestety, nudności powróciły. Pot perlił mi się na czole i spływał po plecach. Zbliżaliśmy się 

do  naszej  dziecięcej  kryjówki,  która  teraz  przypominała  bezładnie  narzuconą  stertę 

zmurszałych gałęzi. 

Nagle ze zdwojoną siłą odżyły we mnie wspomnienia sprzed siedmiu lat, jednak jakiś 

wewnętrzny głos protestował przeciwko ich odgrzebywaniu Zatrzymałam się na moment. 

background image

- Czuję, że Erik nie powinien uczestniczyć w tej wyprawie. Niech wraca do domu - 

powiedziałam. 

-  Kari,  dlaczego  tak  mówisz?  -  zapytał  chłopak  wyraźnie  zaskoczony.  -  Nie  chcesz, 

ż

ebym wam towarzyszył? 

- Nie. Nie pytaj teraz, dlaczego, bo nie wiem, jak to wyjaśnić. Nie możesz iść i już. 

- Poczekaj w samochodzie - polecił pan Magnussen. - Myślę, że Kari ma powód, by 

tak mówić. 

Erik odszedł wyraźnie obrażony. Tymczasem ja otarłam pot z czoła i spytałam: 

- Panie lensmannie, czy naprawdę muszę kontynuować ten eksperyment? 

- Musisz, Kari. 

- Chyba nie jestem w stanie. Wiem, że odkryję coś odrażającego, choć jednocześnie 

nie mam pojęcia, co to takiego. 

Tym  razem  nastrój  w  niczym  nie  przypominał  nastroju  romantycznego  spaceru  i 

uroczych chwil spędzonych niedawno z Torem. Teraz czułam tylko zgniliznę, odór zatęchłej 

stojącej  wody  i  zmurszałych  korzeni.  W  głębokim  dole  leżały  bezładnie  zwalone,  gnijące 

konary. Wszystkie kolory straciły swój blask i świeżość. 

-  Czy  przypominasz  sobie,  dlaczego  znalazłaś  się  tu  poprzednio?  Czy  przyszłaś  tu 

sama? 

- Tak. Szłam za jakimś śladem. Za czymś, co się rozsypało po ziemi. 

Inger zapytała ostrożnie: 

- Może kartki z notesu? 

- Nie. To było coś błyszczącego, lśniącego... Papier? Mrówki nie żywią się papierem... 

To było... O Boże, nie! 

Nagle jakby raził mnie piorun. W jednej chwili przed oczami stanął mi obraz sprzed 

kilku tygodni... 

Zgięłam się wpół. W tej samej chwili Grim porwał mnie na ręce i błyskawicznie ukrył 

za najbliższym krzakiem. Podtrzymując mi głowę, mówił do mnie łagodnym głosem: 

- Cichutko, jestem przy tobie. Nic się nie bój. 

Ta przykra dla mnie sytuacja zdawała się wcale nie robić na nim wrażenia. Gdy było 

po wszystkim, Grim otarł pot z mojej twarzy i sięgnął do kieszeni po pastylki miętowe. 

- Weź dwie, one doskonale zabijają nieprzyjemny smak w ustach. 

- Grim, tak mi wstyd! I do tego Tor wszystko widział! 

- No to co? Dla niego to przecież nic nowego - głos Grima zabrzmiał ostro, ze złością. 

Kiedy wróciliśmy do grupy, odezwałam się matowym głosem: 

background image

-  Panie  lensmannie,  przypomniało  mi  się,  co  wtedy  odkryłam.  Wiem  też,  dlaczego 

chciałam odesłać stąd Erika. Ale proszę mnie więcej o nic nie pytać, bo znowu dostanę torsji. 

Teraz na pewno dacie sobie radę beze mnie. 

- No dobrze, ale co mamy robić? 

Ukryłam twarz w dłoniach i rzuciłam się do ucieczki. 

- Szukać! - krzyknęłam przez ramię. - Ruszcie trochę głowami! 

Nie  powinnam  odzywać  się  do  nikogo  w  taki  sposób,  tym  bardziej  do  lensmanna. 

Byłam jednak na skraju załamania. Zapomniane obrazy powróciły, a świadomość tego, co się 

wydarzyło  na  polanie,  przyprawiała  mnie  znowu  o  mdłości.  Tak  jak  wówczas  pragnęłam 

uciec w popłochu i możliwie najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. 

Jednak po dłuższej chwili opamiętałam się i zawróciłam. 

- Przepraszam - wydukałam zawstydzona. 

Lensmann zwrócił się do swojego bratanka z pytaniem: 

- Terje, czy to tu znajdował się wasz szałas? 

Terje podszedł bliżej do nadgniłych gałęzi i powiedział: 

-  Tak,  to  właśnie  jego  resztki.  Spójrz,  wuju,  jakie  mrówki  urządziły  sobie  tutaj 

królestwo.  Nigdy  czegoś  podobnego  nie  widziałem.  A  to  chyba  nasze  stare  koce?  Fuj,  ale 

paskudztwo! 

Terje  uniósł  dwoma  palcami  kawałek  grubego  płótna,  który  oblepiony  był  przez 

tysiące mrówek. Na ten widok nogi się pode mną ugięły. 

- Kari, poczekaj! - tonem nie tolerującym sprzeciwu nakazał lensmann. - Jesteś nam 

potrzebna. Nadal nie wiemy, czego szukać. Musisz nam pomóc. 

- Odgarnijcie  gałęzie - odparłam z trudem, po czym przysiadłam na pniu nieopodal, 

odwrócona plecami. Nie miałam odwagi dłużej przyglądać się tej scenie. Spodziewałam się 

okrzyków przerażenia, wiedziałam, że muszą nastąpić. 

-  Cholera!  -  rzekł  z  obrzydzeniem  Terje.  -  Wszystko  tu  pogniło,  nie  można  się  do 

niczego dotknąć. 

- Faktycznie. Czy to możliwe, że przesiadywaliście tu całymi godzinami? 

- Wuju, wtedy szałas wyglądał zupełnie inaczej - zaprotestował Terje. 

Czekałam przerażona, co odkryją. Ale nic się nie działo. Kiedy wreszcie odwróciłam 

głowę,  na  ziemi,  przed  kupką  gałęzi,  leżało  całe  znalezisko:  zgniłe  koce  i  kilka  pogiętych 

puszek.  Byłam  zdumiona,  ale  jednocześnie  kamień  spadł  mi  z  serca.  Przyjaciele  powoli 

zaczynali powątpiewać, że trafią na kolejny ślad. 

Lensmann zabrał głos. 

background image

- A co z listą? Czy to nie tu właśnie ją ukryliście? 

Terje,  nie  czekając  na  wyjaśnienia  pozostałych  kolegów,  zajrzał  w  jedyny  jako  tako 

zachowany  kąt  i  uniósł  kamień,  pod  którym  kiedyś  ukryliśmy  kartkę  z  makabrycznymi 

pomysłami. 

Jednak nic tam nie znalazł. Ani śladu świeczek, zapałek, notesu. 

A  jednak  Terje  wypatrzył  malutki  skrawek  papieru.  Wziął  go  ostrożnie  do  ręki, 

rozwinął i wręczył wujowi. Magnussen odczytał na głos: 

- Numer siedem: Dać sobie spokój i zapaść się pod ziemię (Grethe). 

W tym momencie straciłam przytomność. Potem usłyszałam głos Tora: 

- Uspokójcie się. Chyba wraca do siebie. 

- Nie budźcie mnie. Miałam nadzieję, że zostawicie mnie w spokoju! 

- Sama się obudziłaś - odpowiedział Tor, który przyklęknął obok. 

- Jak długo byłam nieprzytomna? 

- Nie dłużej niż pół minuty. 

-  Pewnie  robiłam  jakieś  głupie  miny?  A  zresztą,  co  mi  tam.  Posuń  się,  chcę  wstać. 

Chyba leżę na szyszkach, bo rozbolały mnie plecy. 

Podniosłam  się  i  usiadłam  obok  Tora.  Przede  mną  kucnął  lensmann  Magnussen  i 

poważnym tonem zapytał: 

- Kari, co się stało? Dlaczego zemdlałaś? 

Pytanie wydało mi się całkiem nie na miejscu. 

- Z powodu treści kartki. 

- Czy to takie nadzwyczajne? Przecież Grethe, jakby to powiedzieć, „zapadła się pod 

ziemię” przed sześcioma laty. 

Patrzyłam to na jednego, to na drugiego z najwyższym zdumieniem. Czyżby jeszcze 

się nie domyślili? 

- Czy wtedy też znalazłaś taką karteczkę? To ona cię tak wystraszyła? 

-  Nie,  wcale  nie!  Czemu  niczego  nie  kojarzycie?  Znalazłam  się  tu,  idąc  po  śladach 

papierków po toffi. Wypatrzyłam je już przy drogowskazie i aż tu mnie zawiodły. 

Tor złapał się za głowę: 

- No tak! Przecież w szpitalu coś bredziła na temat toffi! 

-  No  to  dobrze,  że  się  wreszcie  o  tym  dowiedzieliśmy  -  skomentował  tę  nowinę 

lensmann. - Lepiej późno niż wcale. 

- Toffi? Chyba nie chcesz przez to powiedzieć... - Terje był wyraźnie zaskoczony. 

Tym razem jednak uprzedził go Grim. 

background image

- Kari, czy tu właśnie spotkałaś Grethe? 

- Może Grethe usiłowała cię skrzywdzić? - wtrącił zbity z tropu Magnussen. 

Przymknęłam oczy i pokręciłam przecząco głową. 

- Nie. Grethe rzeczywiście mnie wystraszyła, ale nie miała takiego zamiaru. - Czułam, 

ż

e do oczu napływają mi łzy. - Do chatki przywiodły mnie ślady po jej ulubionych cukierkach 

-  powiedziałam  ściszonym  głosem.  -  Wszystkie  papierki  były  oblepione  przez  mrówki.  W 

szałasie  natknęłam  się  na...  ciało  Grethe,  Była  przykryta  tymi  ohydnymi  kocami.  Ktoś  ją 

zamordował - wykrztusiłam z trudem. 

Grim przykucnął obok, a ja podświadomie wtuliłam się w jego ramiona. Był zawsze 

przy  mnie,  gdy  potrzebowałam  go  najbardziej.  Pachniał  świeżo  wypraną  i  wyprasowaną 

koszulą i tytoniem. 

- Co takiego? - zapytała po długiej chwili milczenia Inger. 

-  Taa...taa...tak  -  chlipałam.  Grim  wciąż  gładził  mnie  delikatnie  po  głowie.  Czułam, 

jak mocno łomocze mu serce. 

Magnussen nic nie mówił. Tymczasem znów odezwała się Inger: 

- Pytanie, co się z nią stało? 

-  Skoro  Grethe  miała  zapaść  się  pod  ziemię,  to  pewnie  już  została  zakopana  - 

zauważył Terje. 

Teraz lensmann poderwał się z miejsca i począł szczegółowo badać wnętrze szałasu. 

-  Podłogi  nikt  nie  rozkopywał  od  lat,  więc  tu  jej  na  pewno  nie  ma  -  stwierdził 

stanowczo. - Wcale mi się nie uśmiecha przekopywać mokradeł - westchnął. - Ale chyba nie 

będę miał innego wyjścia. 

- Przecież to wszystko  wydarzyło się w kwietniu. Wtedy ziemia była zmrożona, jak 

więc udałoby się w niej cokolwiek zakopać? - zauważyła rezolutnie Inger. 

- Masz rację. To mało prawdopodobne - westchnął lensmann. 

Podniosłam  wzrok  na  Grima.  Jego  twarz  z  bliska  nie  prezentowała  się  zbyt 

efektownie: miejscami skóra nadal była twarda i nierówna. 

- Grim wspominał niedawno, że wiosną kładł dreny na polu, prawda? 

Teraz  Grim  zaglądał  mi  głęboko  w  oczy.  Nagle  oblała  mnie  fala  gorąca.  Poczułam 

rozkoszny  dreszcz,  który  przypominał  mi  dziewczęce  marzenia  i  fantazje  o  wielkiej, 

romantycznej miłości. 

- Tak. Zaraz, kiedy to było...? 

Nagle Grim się ożywił. 

-  Przypominam  sobie  pewien  dzień,  gdy  wcześnie  rano  zjawiłem  się  przy  pracy  - 

background image

rzekł,  zwracając  się  do  lensmanna.  -  Niespodziewanie  odniosłem  wrażenie,  że  coś  się  nie 

zgadza. Wydawało mi się, że poprzednim razem skończyłem układanie drenów kilka metrów 

wcześniej, a tymczasem ten fragment rur był już zakopany. 

- Duży? - zapytała Inger. 

- Hm, chyba na odcinku około trzech metrów. 

Teraz do głosu doszedł lensmann. 

- Powiedz nam, kiedy to było? 

-  Muszę  się  zastanowić.  Poprzedniego  dnia  skończyłem  pracę  nieco  wcześniej. 

Zostawiłem  wykopany  dół  i  nie  ułożone  dreny.  Zwykle  kończę  zasypaniem  wykopu,  bo  w 

nocy wszystko mogłoby się zawalić. Było to w dniu, gdy Kari opuszczała szpital. Obiecałem 

jej,  że  spotkamy  się  o  siódmej,  i  dlatego  musiałem  się  pośpieszyć.  Wróciłem  do  domu, 

obrządziłem zwierzęta. Następnego dnia, w sobotę, odbył się pogrzeb, więc w ogóle nic tutaj 

nie robiłem. Przyszedłem dopiero w poniedziałek rano i wówczas zdziwiłem się, że rów jest 

zasypany. 

- Dwa dni po tym, jak Kari natknęła się na zwłoki Grethe przy szałasie - skonstatował 

lensmann. - Czy to daleko stąd? 

- Właśnie nie. Dreny przebiegają tuż, tuż, jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć 

metrów stąd. 

- Grim, chodźmy. Pokażesz mi dokładnie, gdzie to było. A ty, Terje, zmykaj do auta i 

odwieź Erika do domu.  Nic mu nie mów, dopóki jej nie znajdziemy.  I  przywieź nam kilka 

szpadli. Prędko! 

Terje  zniknął  w  mgnieniu  oka,  a  my  podążyliśmy  za  Grimem  wzdłuż 

ciemnobrunatnego bagniska. 

- Kari, może chcesz jechać do domu? 

-  Nie,  już  nie  trzeba  Pozbyłam  się  całego  strachu.  Wiem  jeszcze  jedno:  znajdę 

mordercę Grethe, choćby i on zapadł się pod ziemią. Nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz, jaką 

uczynię. 

- Nie będziesz na pewno osamotniona - dodał zduszonym głosem Tor. 

Uścisnęłam jego dłoń. 

-  Tor,  tak  się  cieszę,  że  jesteśmy  przyjaciółmi  -  powiedziałam.  -  Jestem  naprawdę 

szczęśliwa. 

Tor zaśmiał się z nutką powątpiewania w głosie. 

- Naprawdę? Powiedziałbym raczej, że od kogo innego szukasz pocieszenia. 

-  Masz  na  myśli  Grima?  Nie,  to  zupełnie  nie  to.  Grima  traktuję  jak  starszego  brata, 

background image

zawsze tak było. 

- Czy to znaczy, że ja nie jestem starszym bratem? 

- Nie, no skądże! - wypaliłam i zaraz poczerwieniałam. 

Tor  uśmiechnął  się,  ale  za  moment  wyraźnie  spoważniał.  Szliśmy  wolniej  niż  inni, 

pozostając nieco w tyle. W pewnej chwili Tor przystanął. 

-  Kari,  wydaje  mi  się,  że  powinnaś  być  ostrożniejsza  w  kontakcie  z  tym  twoim 

starszym bratem. 

- Co masz na myśli? 

-  Mówisz  z  przekonaniem,  że  jest  twoim  przyjacielem,  ale  ja  nie  byłbym  tego  taki 

pewny. 

Zrobiło mi się zimno, a po plecach przeszedł dreszcz. 

- Nadal nie bardzo rozumiem. O co ci chodzi? 

Tor nie od razu odpowiedział. 

- Powinnaś mieć się na baczności. Wtedy, gdy opowiadałaś, jak bardzo przeraziły cię 

mrówki i przytuliłaś się do Grima, widziałem jego twarz. Wiem, że bardzo go lubisz i wcale 

nie chcę oczerniać, ale naprawdę boję się o ciebie. Ten wzrok! Nigdy przedtem nie widziałem 

tak zaciekłego wyrazu twarzy. Obejmował cię  w taki sposób, jakby dotykał zadżumionego. 

Kari, moja dziewczynko, miej się na baczności! 

Nieprzyjemne obrazy z bagniska niespodziewanie powróciły. Poczułam się tak, jakby 

coś mnie przygniatało. W końcu zdołałam wyjąkać: 

-  Nie,  nie!  Powiedz,  że  to  nieprawda!  Przecież  przy  szałasie  był  taki  dobry  i 

opiekuńczy. Musiałeś się pomylić! 

Tor zaprzeczył ruchem głowy. 

- Nie pamiętasz, że podobne wrażenie odniosłaś w dniu, gdy po twoim  powrocie ze 

stolicy spotkaliście się pierwszy raz? Sama mówiłaś. A poza tym i Erik przestrzegał cię przed 

nim. 

- No tak, ale... 

- Nie martw się, ale uważaj na siebie. Wiesz dobrze, jak bardzo się o ciebie boję. 

Wiedziałam.  Chociaż  nie  mogłam  porównywać  się  z  jego  żoną,  Tor  niewątpliwie 

darzył  mnie  sympatią,  a  może  głębszą  przyjaźnią?  Nie  miałam  nadziei  na  nic  więcej.  Ale 

bywa przecież, że nawet najbardziej nierealne marzenia niekiedy się spełniają... 

Obiecałam Torowi, że zachowam ostrożność, po czym dołączyłam do grupy. 

- No jak, czy to tu? - zapytał Tor. 

- Tak mi się wydaje. 

background image

- Czy stał tu również szpadel? - lensmann chciał poznać wszystkie szczegóły. 

- Na pewno - potwierdził spokojnie Grim. - Nigdy nie zabieram narzędzi do domu. 

Nietrudno  było  zauważyć,  którędy  poprowadzono  dreny.  Ślady  ciągle  jeszcze  były 

wyraźne. 

Tymczasem wciąż zastanawiałam się nad swoimi reakcjami. 

- Tor, nadal nie rozumiem, dlaczego nie tolerowałam widoku mrówek, a papierki po 

toffi wywoływały u mnie mdłości? Nic podobnego nie działo się na wspomnienie o Grethe. 

Dlaczego? 

-  Faktycznie  -  zaczął  ożywiony  Tor.  -  To  dowód,  że  cierpiałaś  na  czasową  utratę 

pamięci.  Wstrząs  mózgu  spowodował  częściowe  zamazanie  obrazów  z  przeszłości. 

Podświadomie kojarzyłaś mrówki i cukierki z czymś bardzo nieprzyjemnym. Kiedy wreszcie 

znalazłaś  Grethe,  doznałaś  tak  wielkiego  szoku,  że  twoja  świadomość  nie  zaakceptowała 

widoku i wymazała go z pamięci. Rozumiesz? 

- Chyba tak. 

- Wy, lekarze, na wszystko znajdziecie wytłumaczenie - wtrącił lensmann. 

Wkrótce  potem  na  miejscu  zjawił  się  Terje  wraz  z  bratem,  Oskarem,  a  także  z 

Erikiem. 

- Wuju, to naprawdę nie moja wina. Nie byłem w stanie go zatrzymać. 

- Coś mi się zdaje, że to tylko pół prawdy. 

Tymczasem Erik w jednej chwili był przy mnie. 

- Kari, to niemożliwe, co mówisz! - krzyczał wystraszony. - Nie mogłaś jej poznać po 

tylu  latach!  To  był  na  pewno  ktoś  inny!  -  Erik  ukrył  twarz  w  dłoniach.  -  Dlaczego  te 

wszystkie  okropności  spotykają  właśnie  mnie?  Kari,  teraz  tylko  ty  mi  pozostałaś!  -  wołał 

załamany. - Nie zostawiaj mnie, proszę! 

W podobny sposób sama niedawno mówiłam do Grima. 

Mężczyźni zaczęli kopać. Odrzucali na bok ciemny torf, robili to niezwykle ostrożnie. 

Od czasu do czasu miałam wrażenie, że to koszmarny sen. Ale wszystko działo się naprawdę. 

- Powoli się ściemnia - zauważył Magnussen, ocierając pot z czoła. 

Rzeczywiście, słońce chyliło się za horyzont. Okolica stała się jeszcze bardziej ponura 

i pełna grozy. Jakiś ptak podśpiewywał wśród sosen, lecz jego rzewny śpiew wprawiał nas w 

przygnębienie.  Zrozumiałam,  że  tym  razem  to  nie  przelewki:  mieliśmy  do  czynienia  z 

prawdziwym morderstwem! 

background image

ROZDZIAŁ X 

- Chodź, przejdziemy się trochę. -  Inger ujęła mnie pod ramię i pociągnęła lekko za 

sobą. - Jeszcze minuta, a oszaleję! 

Byłam  jej  wdzięczna.  Spacer  wśród  walących  się,  przygarbionych  szałasów 

przynajmniej  na  chwilę  pozwolił  nam  zapomnieć  o  dramatycznych  wydarzeniach,  tym 

bardziej  że  miejscami  musiałyśmy  się  wprost  przedzierać  przez  bujne  zarośla,  których 

przedtem tu nie było. Zrobiłyśmy spore koło i nie wiadomo kiedy znalazłyśmy się przy naszej 

dawnej kryjówce. Nikt tu nie zaglądał przez siedem lat. 

Dopiero  dziś  „Mściciele”  spotkali  się  jak  za  dawnych  czasów.  Tym  razem  jednak 

zemsta dosięgła niewłaściwej osoby. 

Docierały  do  nas  głosy  mężczyzn.  Wkrótce  ujrzałyśmy  Arnsteina  i  Terjego. 

Najwyraźniej zniechęceni, stali oparci na łopatach. 

- Doszliśmy do samych korzeni. Tu nic nie ma - zakomunikował Arnstein. 

- Kopcie dalej - polecił ostro lensmann Magnussen. - Tylko ostrożnie! 

Oskar tymczasem w skupieniu zagłębiał łopatę w twardą ziemię, nie myśląc już chyba 

o tym, że pogniótł i pobrudził spodnie. Ciemne włosy sterczały mu na wszystkie strony. 

Nagle krzyknął. 

- Ostrożnie! - upominał lensmann. - Odsuńcie się stąd na chwilę! 

Nachylił się nad dołem i począł delikatnie przesypywać ziemię. 

- Tylko nie rękami, tu potrzebne są rękawiczki! - ostrzegł Tor. 

- A któżby używał rękawiczek w środku lata? - zapytał zdziwiony Terje. 

Okazało  się  jednak,  że  Oskar  ma  przy  sobie  rękawiczki  ze  skóry.  Wyciągnął  je  z 

kieszeni i bez wahania podał lensmannowi. 

- Proszę. Ja sam nie czuję się na siłach. 

Rękawiczki były jednak za małe i na lensmanna, i na Grima. 

- Dajcie mnie - rzekł Tor. - Chyba ja najlepiej się do tego nadaję. 

W  wielkim  skupieniu  odgarniał  ziemię  centymetr  po  centymetrze.  Pochyleni, 

ś

ledziliśmy uważnie jego ruchy. Grim objął mnie lekko ramieniem. 

- Nie ma wątpliwości - oświadczył po chwili lensmann. 

Inger ukryła  w dłoniach mokrą od łez twarz i przytuliła się do Arnsteina. Oskar nie 

mógł wyjść ze zdumienia: 

- Jak to możliwe, że ciało jest tak dobrze zachowane? 

background image

- To za sprawą torfu - wyjaśnił Tor. - Nic tak dobrze nie konserwuje. To właśnie w 

takich miejscach archeologowie odkopują przedmioty, a nawet zwłoki sprzed tysięcy lat. 

Lensmann  tymczasem  polecił  Terjemu  przynieść  aparat  fotograficzny  z  lampą 

błyskową  i  instrumenty  pomiarowe.  Kiedy  chłopak  pojawił  się  z  powrotem,  można  było 

rozpocząć szczegółowe badania. 

Ogarnęło  mnie  uczucie  bezradności.  Nie  miałam  ochoty  dłużej  być  świadkiem  tych 

przygnębiających  oględzin  nie  chciałam  z  nikim  rozmawiać.  Czułam  się  wyczerpana  i 

załamana. 

Inger wciąż płakała. 

-  Nie  wiem,  kto  dokonał  tej  strasznej  zbrodni,  ale  winę  za  śmierć  Grethe  na  pewno 

ponosi  Lilly!  To  przez  nią  dziewczyna  opuściła  rodzinny  dom!  Ja  jej  tego  nie  daruję!  - 

szlochała. 

Nikt  nie  powiedział  słowa.  Nawet  Oskar  nie  stanął  w  obronie  ciotki.  Jakiś  czas 

później,  choć  nie  wiem,  czy  minęło  pół  godziny  czy  też  kilka  godzin,  spod  lasu  ruszył 

milczący korowód. 

W pewnym momencie zbliżył się do mnie lensmann i zapytał: 

- A więc Grethe nie przyjechała tym samym piątkowym pociągiem co ty? 

- Na pewno nie. Ale w tym dniu do Åsmoen przybył po południu jeszcze jeden pociąg. 

- Zatem najprawdopodobniej zjawiła się wtedy. 

Nagle coś sobie przypomniałam. 

- Zaraz, zaraz! Przecież w piątek po południu kręciłam się tu niedaleko. Wyszłam na 

spacer,  chciałam  pooddychać  świeżym  wiejskim  powietrzem.  Usłyszałam  wtedy  od  strony 

stacji pociąg, niedługo potem minęła mnie jakaś para. Nie zauważyli mnie, bo ukryłam się za 

drzewami.  Dotarły  do  mnie  jednak  strzępy  ich  rozmowy  i  odniosłam  wrażenie,  że  jeden  z 

tych głosów znam. Teraz wiem, że należał do Grethe! 

- A ta druga osoba? 

- Nie za dobrze słyszałam... Ten ktoś mówił wyjątkowo cicho, niemal szeptem. 

- Ale chyba rozpoznałaś, czy to męski czy kobiecy głos? 

-  Właśnie  nie  bardzo,  choć  ze  strzępów  zdań  wywnioskowałam,  że  to  dwoje 

zakochanych. Ten głos musiał więc należeć do mężczyzny. 

- No dobrze. A o czym rozmawiali? - pytał dalej lensmann. 

Usiłowałam jak najdokładniej wszystko powtórzyć. 

- Chyba mówili o gospodarstwie pana Moe, ale, kto wie, może chodziło o coś zupełnie 

innego?  Wydawało  mi  się,  że  dziewczyna  była  wprost  uradowana.  Potem  kilka  razy 

background image

słyszałam swoje własne imię, a na koniec padło słowo „korytarz”. 

- W gospodarstwie kapitana Moe korytarzy jest dość sporo - wtrącił lensmann. - Może 

więc masz rację. 

-  Rozmawiali  też  chyba  o  polityce,  wymienili  nazwę  jakiegoś  rosyjskiego  miasta. 

Odniosłam wrażenie, że ta druga osoba to obcokrajowiec. 

-  No,  tego  by  jeszcze  brakowało!  Kari,  moja  lista  podejrzanych  jest  dostatecznie 

długa, a ty jeszcze chcesz ją powiększyć? To niemożliwe! 

- Panie lensmannie, dam sobie głowę uciąć, że on, a może ona, mówił bardzo dziwnie. 

Na pewno nie był to czysty norweski. 

Dotarliśmy do głównej drogi i tu się rozdzieliliśmy. Grim i Arnstein skręcili do siebie, 

my natomiast wsiedliśmy  do samochodów.  Lensmann nalegał, bym pojechała razem z nim, 

więc Tor ofiarował się, że podwiezie Oskara i Erika. 

- Powiedz, Kari, co przypominała ci mowa tego nieznajomego? 

- Hm, nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że akcentował wyraźnie pierwsze sylaby. 

- Ach, tak. Pomyślałem, że może mówił po rosyjsku, skoro wspominał jakieś rosyjskie 

miasto. Ale akcent na pierwszą sylabę wskazywałby raczej na węgierski albo fiński. 

Poczułam  się  nieswojo.  Nieraz  żartowaliśmy  z  Grima,  w  którego  żyłach  płynęła  i 

norweska, i  fińska krew. Jego matka pochodziła  z Finlandii. Gdy Grim się denerwował, od 

razu,  nie  zdając  sobie  nawet  z  tego  sprawy,  zaczynał  mówić  po  fińsku.  Zawsze  mnie  to 

bawiło, ale nie dzisiaj. Nie wspomniałam, rzecz jasna, lensmannowi o tym przyzwyczajeniu 

Grima. 

Ażeby skierować jego uwagę na inne tory, powiedziałam: 

- Dziwi mnie, że  Grethe nie miała ze sobą żadnego bagażu. Przecież nie było jej tu 

bardzo długo. 

Lensmann wyraźnie się ożywił. 

- Masz rację! Ale przypomnij sobie dobrze, czy rzeczywiście tamtego popołudnia nic 

ze sobą nie niosła? 

- Wie pan, w ogóle nie przyszło mi wtedy do głowy, że to może być ona. Ale chyba 

nie miała żadnej torby. 

- Dzisiaj znaleźliśmy koło niej damską torebkę, ale nic ważnego tam nie było. Muszę 

zasięgnąć  języka  na  dworcu,  może  zostawiła  jakiś  bagaż  w  przechowalni.  -  Magnussen 

pogładził dłonią rozczochrane włosy. - W każdym razie najprawdopodobniej nie spodziewała 

się, że spotka ją coś złego. Mówiłaś, że sprawiała wrażenie szczęśliwej, czy tak? 

- Owszem, powiedziałabym nawet, że była uradowana. 

background image

- Dziewczyna otrzymała silny cios w tył głowy. Mam nadzieję, że zginęła od razu i nie 

cierpiała. 

- Czy już pan się domyśla, czym ją uderzono? 

- Jeszcze nie. Na to pytanie najlepiej odpowiedzą specjaliści. 

-  Któż  to  mógł  być?  Pamiętam,  że  powiedziała  wówczas:  „Byłam  taka  głupia,  jak 

mogłam podejrzewać cię o coś podobnego? Obiecaj, że mi wybaczysz”. Te słowa nasunęły 

mi myśl, że to dwoje zakochanych. 

-  No,  nie  byłbym  tego  aż  taki  pewien.  Grethe  mogła  przecież  rozmawiać  ze  swoją 

macochą. 

- No tak - odparłam nie w pełni przekonana. - Ale także i z Oskarem. 

- Albo z kimkolwiek innym - uciął lensmann. - No, jesteśmy już u ciebie. Wpadniesz 

jeszcze do Erika? 

-  Przepraszam,  niech  się  pan  nie  gniewa,  ale  naprawdę  ledwo  żyję.  Chyba  jednak 

zostanę w domu. 

- Rozumiem. Wiele dziś przeżyłaś. Zatem dobrej nocy. 

Z oddali ujrzałam jeszcze machającego mi na pożegnanie Tora. Tak niewiele mieliśmy 

dziś dla siebie czasu. Pomachałam mu także i weszłam do domu. 

Ale zanim się położyłam, musiałam jeszcze ze szczegółami zrelacjonować wydarzenia 

dzisiejszego  dnia  przerażonym  rodzicom.  Minęła  więc  kolejna  godzina  i  wtedy 

niespodziewanie zadzwonił telefon. 

W słuchawce usłyszałam ostry, nieprzyjazny głos lensmanna Magnussena. 

-  Na  stacji  w  przechowalni  bagażu  natrafiliśmy  na  walizkę  należącą  do  Grethe  - 

powiedział.  -  Na  samym  wierzchu  leżał  blok  papieru  listowego,  a  obok  zaklejona  koperta. 

Erik rozpoznał, że list napisała Grethe. Przeczytam ci go, Kari. 

Lodowaty ton, jakim się do mnie zwracał, nie wróżył nic dobrego. 

Drogi przyjacielu! 

Dziękuję  za  list.  Nie  mogę  się  pogodzić  z  tym,  że  jesteś  daleko  w  obcym  kraju. 

Chciałam ci donieść o przykrym zdarzeniu. Dzisiaj przez radio usłyszałam, że właśnie zmarł 

mój ojciec. Całą noc nie mogłam zasnąć i zdecydowałam, że muszę być na jego pogrzebie. 

Boję  się  panicznie  tego  powrotu,  gdyż  może  mnie  drogo  kosztować.  Niewykluczone,  że  w 

Åsmoen  spotkam  Kari.  Pomyśl,  najpierw  przyjaźń,  a  teraz  taki  koszmar!  Muszę  jednak 

pożegnać ojca. Wracam. Czas najwyższy, by uporządkować sprawy rodzinne, bez względu na 

to, co mnie czeka. Pamiętaj: gdyby coś mi się stało, winą obarczam Kari. 

Wydawało mi się, że śnię. 

background image

- Co ty na to? - zagrzmiał lensmann. 

- Pierwszą moją reakcją był śmiech. 

- Czy pan sobie ze mnie żartuje? 

- Ani myślę! 

- Ale... ale ja nie rozumiem... 

- Czego? Ojczystego języka? Grethe spodziewała się, że może ją spotkać coś złego z 

twojej strony. A teraz dziewczyna nie żyje! 

-  Ależ  ja  tego  nie  zrobiłam!  -  jęknęłam  zrozpaczona.  -  To  jakieś  nieporozumienie! 

Przecież sam pan chyba widzi, że to absurd! 

- A kto oprócz ciebie w naszym miasteczku ma na imię Kari i przyjaźnił się z Grethe? 

Kręciłam z niedowierzaniem głową i nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć. 

- Daj mi do telefonu ojca - zażądał w końcu. 

Tatę musiałam ściągać z łóżka. Umówili się, że lensmann za kilka minut zjawi się u 

mnie na przesłuchanie. 

Tymczasem wybiła północ. 

Magnussen  zapukał  po  dziesięciu  minutach.  Tym  razem  nikogo  ze  sobą  nie 

przyprowadził. Usiadł ciężko w fotelu naprzeciw mnie i rozpoczął przesłuchanie. Patrzył na 

mnie  chłodno,  ale  bez  wrogości.  Zdawał  się  pytać:  „Kari,  Kari,  czemu  mi  to  zrobiłaś?”. 

Natomiast  ton  jego  głosu  nie  pozostawiał  cienia  wątpliwości:  pan  Magnussen  był 

najprawdopodobniej przekonany o mojej winie. 

Przez  ponad  dwie  godziny  wprost  zarzucał  mnie  pytaniami.  W  końcu  oczami 

wyobraźni widziałam siebie w najbardziej niedorzecznych sytuacjach. W głowie dudniło mi i 

huczało. 

- Kiedy po raz ostatni widziałaś Grethe? Kiedy z nią rozmawiałaś? Gdzie przebywałaś 

tego wieczoru, kiedy zmarł kapitan Moe? 

Zeznałam, że w czwartek, na dzień przed przyjazdem do domu, byłam na wykładzie 

na uniwersytecie. 

- A gdzie ostatnio mieszkałaś w Oslo? 

I tak dalej, bez końca. Starałam się odpowiadać  wyczerpująco na wszystkie pytania, 

wkrótce jednak odniosłam wrażenie, że lensmann powtarza się i każe mi opowiadać wciąż o 

tym samym. 

-  Dlaczego  przyjechałaś  z  Oslo  właśnie  w  ów  piątek?  Gzy  nie  dlatego,  że  po 

usłyszeniu wiadomości o śmierci kapitana spodziewałaś się przyjazdu Grethe? 

-  Ależ  skąd!  Nie  miałam  pojęcia,  że  kapitan  nie  żyje.  Dowiedziałam  się  o  tym  na 

background image

miejscu od Grima. 

-  A  dlaczego  wyszłaś  na  spacer  zaraz  po  przyjeździe?  Czy  spotkałaś  wtedy  Grethe 

wracającą z dworca? Czy wcześniej zaplanowałaś atak? 

- Nie, nie! To wszystko nieprawda! - łkałam bezsilnie. 

- Jak to się stało, że przesiadywałaś o zmroku w lesie, skoro podobno panicznie boisz 

się ciemności? W jaki sposób zaciągnęłaś Grethe na bagniska? 

Starałam się bronić, zaprzeczałam, ale nic to nie dało. 

Według Magnussena skłamałam, opowiadając, że na bagnach widziałam dwie osoby. 

Pomysł  z  obdukcją  ciała  kapitana,  na  który  rzekomo  wpadłam  w  sobotę,  był,  zdaniem 

lensmanna,  znakomitym  wybiegiem.  W  ten  sposób  odwróciłam  uwagę  od  siebie.  Państwo 

Gressvik dzięki absolutnemu zbiegowi okoliczności zapewnili mi alibi. Po spotkaniu z nimi 

sprytnie  ukryłam  ciało  Grethe  w  rowie  który  wcześniej  wykopał  Grim.  A  w  szpitalu  sama 

podrzuciłam kapsułkę z trucizną. 

- Panie lensmannie, niech się pan zlituje! Skąd bym ją wzięła? - zapytałam kompletnie 

załamana. 

Po raz pierwszy lensmann Magnussen się zawahał. 

- Do tego też z czasem dojdziemy - stwierdził po chwili. Przeciwko mnie przemawiał 

również fakt, że trzy następne listy trafiły do adresatów po moim wyjściu ze szpitala, a więc 

wówczas, gdy sama mogłam je nadać. A kto uwierzyłby w rozsypane papierki po cukierkach, 

które rzekomo doprowadziły mnie na miejsce zbrodni? 

Więcej już nie mogłam znieść. Uderzyłam dłonią w stół i poderwałam się, krzycząc. 

- Ja tego nie zrobiłam! Nie zrobiłam i już! 

W tej samej chwili drzwi otworzyły się z impetem i do mojego pokoju wkroczył Tor. 

Zanim lensmann zdążył cokolwiek powiedzieć, zagrzmiał: 

- Pan chyba zupełnie postradał zmysły, panie Magnussen! Czy chce pan doprowadzić 

tę biedną dziewczynę do załamania nerwowego? Jest druga w nocy! Czy pan zapomniał, że 

ona  przed  dwoma  dniami  opuściła  szpital  po  poważnym  wstrząsie  mózgu?  Czy  zapomniał 

pan, co przy pana wydatnej pomocy przeszła dzisiaj? 

- Ale ten list... - stropił się lensmann. 

-  Cóż  mnie  obchodzi  jakiś  list!  Gdyby  nawet  posądzono  ją  o  najgorsze  zbrodnie 

ś

wiata, nie ma pan prawa tak jej traktować! Koniec przesłuchania! Kari idzie natychmiast do 

łóżka! Jako lekarz zalecam jej absolutny spokój. 

Rad nierad, lensmann Magnussen musiał się w końcu poddać. Wstał i skierował się do 

wyjścia. 

background image

- Pani  Land, tę noc spędzi pani w tym samym pokoju co córka. Odpowiada pani za 

nią. Niech nie rusza się stąd na krok. Wrócę tu jutro z samego rana. 

Tor nadal upierał się przy swoim. 

-  Oczywiście,  że  Kari  musi  być  pod  nadzorem,  ale  nie  jako  zabójczym,  tylko  jako 

osoba, która nadal wymaga troskliwej opieki. Proszę nie spuszczać jej z oczu ani na minutę. 

Matka, która wyglądała na przestraszoną, zapewniła, że będzie nade mną czuwała. 

Tor  wydal  mi  się  w  tym  momencie  najwspanialszym  człowiekiem  pod  słońcem.  Po 

chwili zwrócił się do mnie. 

-  Spij  dobrze,  Karinko  -  powiedział  ciepło.  -  Zabieram  lensmanna.  Chcę  z  nim 

zamienić kilka słów. Nic się nie martw, na pewno wszystko się wyjaśni. 

Tata  zdecydował,  że  zamieszka  tymczasem  w  moim  pokoju,  a  ja,  razem  z  mamą, 

przeniosłam się do ich sypialni. 

Po  raz  pierwszy  od  czasu,  gdy  jako  kilkuletnia  dziewczynka  z  upodobaniem 

wskakiwałam  do  łóżka  rodziców,  mogłam  się  wygodnie  rozciągnąć  w  ich  szerokim 

małżeńskim łożu. Ale chociaż mama już dawno zgasiła światło, wciąż nie mogłam zasnąć i 

wpatrywałam  się  uporczywie  w  okno,  przez  które  do  pokoju  wkradały  się  pierwsze  oznaki 

poranka. 

- Mamo, śpisz? 

- Nie, dziecinko. 

-  Jak  to  się  stało,  że  Tor  pojawił  się  właśnie  wtedy,  kiedy  go  najbardziej 

potrzebowałam? 

Mama przez chwilę milczała, a potem uśmiechnęła się delikatnie. 

- Zadzwoniłam po niego. 

Podniosłam się ze zdumienia. 

- Naprawdę? 

- Tak. Oboje z tatą uznaliśmy, że pan Magnussen przesadza. Ale cóż mogliśmy na to 

poradzić?  Byłam  pewna,  że  nie  zwróci  uwagi  na  nasze  prośby,  ale  lekarza  z  pewnością 

usłucha.  Zadzwoniłam  do  szpitala  i,  wyobraź  sobie,  zastałam  tam  Tora.  Mieszka  w 

przyszpitalnym  hotelu.  Opowiedziałam  mu  o  najściu  lensmanna,  a  on  zjawił  się  w 

okamgnieniu. Muszę przyznać, że doskonale się spisał. 

-  Mamo,  jesteś  aniołem.  Ale  powiedz  mi...  czy  wy...  czy  ty  i  ojciec  myślicie,  że 

mogłabym...? 

- Ależ, Kari! Co też ci przychodzi do głowy? Jesteś naszą córką, znamy cię na wylot! 

To  jakieś  straszne  nieporozumienie,  wierzę,  że  szybko  zostanie  wyjaśnione.  Wiemy,  że  nie 

background image

miałaś z tą zbrodnią nic wspólnego. 

Niezłomna  wiara  rodziców  w  moją  niewinność  była  dla  mnie  w  tym  momencie 

ogromnym pocieszeniem. 

-  Dziękuję,  mamo  -  powiedziałam  uspokojona.  -  Doprawdy,  nie  wiem,  jak  Grethe 

mogła napisać o mnie coś tak okropnego? 

- Sama tego nie pojmuję. Ale nad tym będziemy zastanawiać się później. Teraz musisz 

przede wszystkim dobrze wypocząć. 

W pokoju na chwilę zapadła cisza. 

- Mamo? 

- Tak, kochanie? 

- Czy miałaś wielu adoratorów, gdy byłaś w moim wieku? 

Mama uśmiechnęła się leciutko. 

- No, pewnie podobałam się kilku chłopcom. 

- A skąd wiedziałaś, który z nich... 

- Który z nich to właśnie ten jedyny? Hm, po prostu to czułam - odparła. 

Westchnęłam. 

- Miałaś szczęście... 

- A ty nie wiesz? 

-  W  zasadzie  wiem.  Czasem  jednak  boję  się,  że  on  jest  taki...  taki  doskonały. 

Przystojny, pełen uroku, z poczuciem humoru. Inteligentny, a do tego taki praktyczny zawód. 

Ale skąd mam wiedzieć, że to naprawdę ten jedyny? A może to tylko chwilowe zauroczenie? 

Mama wciąż milczała. 

Tymczasem ja ciągnęłam: 

-  Erik  coś  sobie  uroił,  że  się  pobierzemy,  ale  ja  nic  a  nic  do  niego  nie  czuję.  Wiele 

przeszedł, to prawda. Jest samotny i potrzebuje kogoś bliskiego. Tak się złożyło, że ja bylam 

najbliżej.  Oskar  Olsen  też  się  do  mnie  zaleca,  ale  jego  zamiary  nie  są  chyba  szczere. 

Wprawdzie  krąży  wokół  mnie,  jest  szarmancki,  ale  to  wszystko.  Za  to  Tor...  Mamo  żebyś 

wiedziała co to za uczucie! Już sam jego widok sprawia, że całkiem tracę głowę... 

- Córeczko, sama nie wiesz, czego chcesz. Najlepiej będzie, jak na razie pomyślisz nad 

uwolnieniem się od tego niedorzecznego oskarżenia. Potem zajmiesz się uczuciami. Kochają, 

to poczekają. Żebyś tylko tymczasem nie zrobiła jakiegoś głupstwa. A teraz zaśnij. 

- Dobrze, mamo. Mamo? 

- Co jeszcze, kochanie? 

- Odnoszę wrażenie, że bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Tak mi z tobą dobrze. 

background image

- To prawda. I dlatego bardzo się o ciebie niepokoję. 

- Będę ostrożna. 

- Oj, Kari, tak ci się tylko wydaje. Wciąż pakujesz się w jakieś kłopoty i jeszcze nie 

raz trzeba cię będzie ratować z opresji. No, ale tymczasem śpij już. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

W czwartek pogoda się popsuła. Niebo przykryły chmury i wiał silny wiatr. Gałęzie 

bzu  ciężko  uderzały  o  kuchenny  parapet,  a  płatki  kwiatów  jabłoni  pokryły  trawę  białą 

pierzynką.  Około  południa  zjawił  się  Tor  ubrany  w  ciepły  sweter  i  wojskowe  spodnie. 

Ucieszyłam  się,  że  przyszedł,  zwłaszcza  że  przynosił  wiadomości  od  samego  lensmanna. 

Obdukcja ciała kapitana Moe rozpoczęła się dzień wcześniej. Wprawdzie nie przeprowadzono 

jeszcze wszystkich analiz, ale w części przebadanych próbek wykryto znaczne ilości środka 

usypiającego. Wszystko wskazywało na to, że kapitan Moe został otruty. 

- To chyba jakieś nieporozumienie? - spytałam zaszokowana. 

-  Rzeczywiście,  aż  trudno  w  to  uwierzyć.  Ale  podobno  pan  Magnussen  zdążył  już 

przepytać wdowę. Okazało się, że kapitan często używał tabletek nasennych. Stały na półce, 

w  łazience,  więc  każdy  z  domowników  miał  do  nich  swobodny  dostęp.  Mogę  cię  też 

pocieszyć:  lensmann  sprawdził,  że  w  dniu,  w  którym  zmarł  kapitan,  byłaś  na  wykładzie  na 

uczelni. Potwierdzili to twoi koledzy i koleżanki ze studiów. Lensmann wyraźnie odetchnął z 

ulgą, gdy się o tym dowiedział. 

-  Ach,  tak,  więc  jestem  wolna  od  podejrzeń?  -  zawołałam  uszczęśliwiona.  -  Tak  się 

cieszę! 

Chciałam  rzucić  się  Torowi  na  szyję,  ale  w  ostatniej  chwili  się  opanowałam. 

Najgorsze było chyba za mną: to niesprawiedliwe oskarżenie ogromnie mnie przygnębiało. 

- Ale dlaczego w liście od Grethe pojawiło się moje imię? 

-  Tego  nadal  nie  potrafimy  wyjaśnić.  Może  Grethe  miała  jakieś  powody,  żeby  cię 

podejrzewać? 

Próbowałam sobie przypomnieć nasze rozmowy i spotkania sprzed lat. 

-  Nic  takiego  nie  przychodzi  mi  do  głowy.  Chyba  że  wyimaginowała  sobie,  iż  taki 

powód istnieje... 

Tor wyraźnie się ożywił: 

-  Tak  właśnie  powiedziałem  Magnussenowi.  Zawsze  twierdziliście,  że  Grethe  to 

dziwna osoba. Być może obawiała się, że ty i Erik zechcecie się pobrać, a tym samym pozbyć 

się jej i przejąć cały majątek. 

-  Przecież  to  absurd!  Nigdy,  przenigdy  nie  miałam  zamiaru  wychodzić  za  mąż  za 

Erika! 

- No dobrze, ale czy Grethe o tym wiedziała? 

background image

- Z całą pewnością nie. Nie kontaktowałyśmy się już od kilku lat. 

- Pamiętaj jednak, że Erik dość długo do niej pisał. Kto wie, może w korespondencji 

wspominał coś o swoich planach małżeńskich? 

- W tym czasie Erik nie był we mnie wcale zakochany. 

-  Erik  w  ogóle  nie  jest  w  tobie  zakochany  -  oznajmił  bez  ogródek  Tor.  -  Lgnie  do 

ciebie dlatego, że jesteś dla niego miła, serdeczna. Podejrzewam, że podświadomie chce się 

tobą posłużyć, by raz na zawsze pozbyć się z domu Olsenów. Na swoje nieszczęście Erik nie 

mógł trafić gorzej; spośród znanych mi osób najmniej nadajesz się do realizacji jego planów. 

Nie  umiesz  samodzielnie  podejmować  decyzji,  przypominasz  raczej  małą  bezbronną 

dziewczynkę, która sama szuka oparcia w silnym, zdecydowanym mężczyźnie. 

- Kogo masz na myśli? 

- Naturalnie Grima. Przecież widzę, jakim on jest dla ciebie autorytetem. Wystarczy, 

ż

e w czymś go skrytykuję, a ty od razu czerwienisz się i mobilizujesz wszystkie siły, stając w 

jego obronie. 

- Proszę cię, nie mieszaj go do tych spraw. Nie mam ochoty teraz o nim myśleć. 

- No, dobrze, już nie będę. 

Tor  przyciągnął  mnie  lekko  do  siebie  i  czule  pocałował.  Zanim  zdążyłam  się 

zorientować, co się dzieje, już mnie puścił. 

-  Nasza  rozmowa  zboczyła  na  inne  tory  -  powiedział  z  uśmiechem.  -  Wróćmy  do 

Olsenów. Czy Molly to skrót od imienia? 

-  Nie  umiem  powiedzieć,  ale  można  to  sprawdzić.  Wybiorę  się  jutro  do  urzędu  i 

poszperam w dziale ewidencji ludności. A może to ona naprawdę nazywa się Kari? 

-  Wiesz  co?  Chciałbym  przyjrzeć  się  bliżej  tym  Olsenom.  Co  powiesz  na  krótką 

wizytę u Erika? Chyba się nie pogniewa? 

- Sądzę, że raczej powinien się ucieszyć. To dobry pomysł. Chodźmy, 

Pogoda była coraz gorsza, wiatr wzmagał się z godziny na godzinę. Szliśmy szybkim 

krokiem  w  kierunku  domu  Erika.  Tymczasem  ja,  zamiast  zadręczać  się  morderstwem  w 

Åsmoen, wolałam wrócić myślami do zdarzenia sprzed kilku minut. Przez tyle dni marzyłam 

o  tym,  żeby  Tor  mnie  pocałował,  a  tymczasem  kiedy  to  już  się  stało,  właściwie  nic 

szczególnego  nie  odczułam!  Przed  oczami  zamiast  jego  twarzy  wciąż  widziałam  wesołą, 

szczerą twarz Grima. Dlaczego na wspomnienie o nim wszystko traci dla mnie znaczenie? 

Nieoczekiwanie  kilkadziesiąt  metrów  przed  nami  dostrzegliśmy  postawnego 

mężczyznę, który kierował się w tę samą stronę co my. 

- Czy to nie Grim? - spytałam. 

background image

- A jakżeby inaczej? Twój wierny przyjaciel. Pewnie spieszy się do swoich krówek. 

- Jak to? Przecież on mieszka zupełnie gdzie indziej. Pewnie też wybiera się do Erika. 

Chodź, dogonimy go. 

Tor  zagwizdał  na  palcach.  Grim  przystanął  i  wyraźnie  ucieszył  się  ze  spotkania. 

Bardzo lubiłam, gdy się uśmiecha, jego oczy nabierały wówczas niezwykłego blasku. 

- Cześć, Grim! - zawołałam. - Idziesz do Erika? 

- Tak. Pomyślałem, że go odwiedzę. Ciągle sam i sam... 

-  No  właśnie,  i  my  tak  pomyśleliśmy.  Poza  tym  Tor  chciałby  przyjrzeć  się  bliżej 

Olsenom. 

Okazało się, że tego wieczoru Erik nie mógł narzekać na samotność. W salonie wokół 

okrągłego stolika zgromadziła się grupka najbliższych przyjaciół. Nawet Oskar nie pogardził 

naszym  towarzystwem  i  przysiadł  nieopodal  nad  krzyżówką.  Od  czasu  do  czasu  rzucał  w 

naszym  kierunku  jakieś  pytanie  o  hasło,  a  wtedy  dokuczaliśmy  mu,  wyśmiewając  jego 

niewiedzę. 

Duszą  towarzystwa  niewątpliwie  był  Tor.  Pełna  podziwu  obserwowałam,  jak  potrafi 

nas rozbawić. W końcu jednak temat morderstwa powrócił niby bumerang. Gdy pokojówka 

wniosła kawę, Tor rozpoczął coś na kształt przesłuchania. 

- Jak myślicie, kto mógł podać kapitanowi tabletki nasenne? 

Pierwszy odezwał się Erik: 

- Ojciec przechowywał swoje lekarstwa w łazience. Dla nikogo nie było to tajemnicą. 

Bywało, że prosił kogoś z domowników o tabletki, zwłaszcza te na serce. Każdy z nas miał 

teoretycznie możliwość, by podać mu środki nasenne. 

- No dobrze. Ale jakim cudem połknął ich tak dużo naraz? 

Znów odpowiedział Erik: 

-  Wieczorem  ojciec  zawsze  zabierał  do  sypialni  szklankę  soku  pomarańczowego  na 

wypadek,  gdyby  w  nocy  zachciało  mu  się  pić  lub  gdyby  musiał  popijać  swoje  lekarstwa. 

Służąca zostawiała tacę z napojem na komodzie w salonie, więc... 

- A czy tamtego wieczoru byliście w salonie? 

- Tak, koło ósmej piliśmy herbatę, domownicy, Inger, Arnstein, Terje, Grim. 

- A kto wiedział, że szklanka z sokiem już czeka na twojego ojca? 

- Wszyscy. Nawet sam zażartowałem, że ojciec popadł w nałóg i uzależnił się od soku. 

Tor spojrzał spod oka na Inger. 

- A czy Inger miała wtedy możliwość, żeby podrzucić kapitanowi środki nasenne? 

Inger  zrobiła  zdziwioną  minę,  ale  szybko  uznała  insynuację  Tora  za  niedorzeczną  i 

background image

zbyła ją milczeniem. 

Znowu odezwał się Erik: 

-  Niewykluczone.  Gdyby  jednak  chciała  to  zrobić,  musiałaby  podać  je  ojcu  dużo 

wcześniej.  Z  nami  spędziła  kilka  godzin.  Przepraszam  cię,  Inger,  to  tylko  teoretyczne 

rozważania. 

- Mam taką nadzieję - skomentowała sucho dziewczyna. 

Tor  nie  poddawał  się,  wciąż  starał  się  wyjaśnić  okoliczności  zagadkowej  śmierci 

kapitana. 

-  Wydaje  mi  się,  że  Inger  możemy  wykluczyć.  Środek,  który  zażył  kapitan  Moe, 

działa  bardzo  szybko  i  równie  szybko  jest  z  organizmu  usuwany.  Musiał  zostać  podany  na 

krótko przed śmiercią. 

- Jesteś wyjątkowo wspaniałomyślny, Tor - rzekła Inger z ironią w głosie. 

-  A  co  z  pozostałymi  członkami  rodziny?  Każda  z  tych  czterech  osób  mogła  podać 

kapitanowi sporą dawkę środka usypiającego. 

- No tak, bez wątpienia - przyznał Erik. 

- W towarzystwie nie ma tajemnic! - krzyknął ze swojego kąta Oskar. - Mówcie trochę 

głośniej, bo nic nie słyszę! 

- Słyszysz, słyszysz - odburknęła Inger. - Już ja znam twoje możliwości... 

- Syn Fjørnjota na cztery litery, druga „o” - ciągnął nie speszony Oskar. 

-  A  co  ty  nas  tak  ciągle  wypytujesz?  Kto  tu  rozwiązuje  krzyżówkę,  ty  czy  my?  - 

odezwał się zirytowany Terje. 

- No, jeśli nie znacie odpowiedzi, sam sobie poszperam w encyklopedii. 

Tymczasem z pomocą przyszedł Oskarowi Tor. 

- Czy „Logi” pasuje? 

Oskar obrzucił Tora podejrzliwym spojrzeniem. 

-  O,  tak  łatwo  mnie  nie  nabierzesz.  Dopiero  co  chciałeś  mi  wmówić,  że  Jokasta  to 

córka Zeusa. Pół krzyżówki się nie zgodziło, a teraz mam ci uwierzyć? 

Oskar podniósł się z kanapy i zniknął za drzwiami biblioteki. 

- Co za ulga - odetchnął Arnstein. - Wreszcie możemy swobodnie porozmawiać. Nie 

mogę zrozumieć, dlaczego na ścieżce, którą szła Grethe, Kari znalazła tak dużo papierków po 

cukierkach? 

-  Hm,  może  Grethe  podejrzewała,  że  grozi  jej  jakieś  niebezpieczeństwo,  i  chciała 

zostawić za sobą ślad. 

- Słyszeliście, że Grethe wplątała się podobno w jakąś nieciekawą historię na krótko 

background image

przed swoim wyjazdem z Åsmoen? Co to było? 

- To nie ma nic wspólnego ze sprawą - odparł Erik. 

- A może jednak? - wtrącił się Tor. - Czy wiesz, o co wtedy chodziło? 

Oczy wszystkich zwróciły się na Erika. Chłopak przygryzł wargi i zaczął się jąkać. 

-  Ludzie  zawsze  nagadają,  Bóg  wie  co.  To...  właściwie  ...  Grethe  zwierzyła  mi  się 

wówczas,  że  odkryła  coś  strasznego,  przerażającego.  Nic  więcej  nie  udało  mi  się  z  niej 

wyciągnąć. Wyjechała tego samego dnia, a w listach nigdy o tym nie wspominała. 

W tej chwili w pokoju znowu pojawił się Oskar. Rozmowa urwała się momentalnie. 

Po dłuższym milczeniu odezwała się Inger: 

-  Tak  sobie  myślę  o  tej  naszej  nieszczęsnej  liście...  Dotychczas  można  ją  było 

traktować  jako  trochę  makabryczny  żart,  ale  teraz,  gdy  nasze  pomysły  zaczynają  się 

urzeczywistniać, to naprawdę przestaje być zabawne. 

- Inaczej „szantaż” na dziesięć liter; pierwsza „w”? - zapytał z nadzieją na podpowiedź 

Oskar. 

- Daj nam wreszcie spokój? - odburknął Erik. - Jakbyś uważał na lekcjach, to teraz nie 

potrzebowałbyś naszej pomocy! 

-  Przynajmniej  nikt  mnie  nie  uczył  szantażowania.  Wy  to  co  innego  -  powiedział 

kąśliwie.  -  A  może  tym  razem  ja  się  od  was  czegoś  nauczę?  A  nuż  się  przyda?  Najpierw 

morderstwo, potem mały szantażyk... 

Do sprzeczki wtrącił się Tor: 

- Dajcie spokój. Nie czas, żebyście się teraz spierali o takie głupstwa. Poza tym myślę, 

ż

e już czas na nas, prawda, Kari? 

Powoli zaczęliśmy się rozchodzić. 

Tor był tak miły i odprowadził mnie pod sam dom. 

- Bądź czujna, Kari - rzucił na pożegnanie i wrócił do szpitala. 

Czułam  się  zagubiona  i  bezradna.  Nie  miałam  najmniejszej  ochoty  siedzieć 

bezczynnie  w  domu.  Postanowiłam  więc  przespacerować  się  kawałek  i  zajrzeć  do  działu 

ewidencji  ludności  oraz  dowiedzieć  się  czegoś  o  Olsenach.  Budynek,  w  którym  mieścił  się 

urząd  gminny,  nie  odznaczał  się  szczególnie  ciekawą  architekturą.  Z  trudem  otworzyłam 

ciężkie, rzeźbione drzwi i znalazłam się w udekorowanym potężnymi donicami wnętrzu. W 

recepcji skierowano mnie na pierwsze piętro, prowadziły tam szerokie, ażurowe schody. Po 

chwili znalazłam się w długim, słabo oświetlonym korytarzu z kilkoma parami drzwi po obu 

stronach. Dotarłam do właściwych i weszłam do środka. 

Przywitały  mnie  dwie  lekko  znudzone  młode  urzędniczki.  Zapytałam,  czy  mogę 

background image

rozejrzeć się sama w poszukiwaniu interesujących mnie danych. 

- Jak myślisz, czy to zgodne z procedurą? - spytała jedna. 

Jej koleżanka tylko wzruszyła ramionami, wskazała najbliższy regał i powiedziała: - 

Proszę bardzo. - Potem zupełnie zapomniała o moim istnieniu. 

Szybko  odnalazłam  półkę  z  nazwiskiem  Olsen,  ale  osób,  które  noszą  to  nazwisko, 

było  bardzo  wiele.  Wreszcie  natrafiłam  na  dane  Andreasa  Olsena,  natomiast  nigdzie  nie 

figurowała Molly Olsen. 

Przejrzałam  wszystkich  Olsenów,  ale  ku  swemu  zdumieniu  nie  znalazłam  Oskara. 

Przecież  on  także  musi  znajdować  się  w  tym  rejestrze.  Jak  to  możliwe,  że  nie  ma  po  nim 

ś

ladu, skoro jest jedynym synem Andreasa? A może nie? A może pani Emilia... 

Na  wszelki  wypadek  zajrzałam  pod  „B”.  Oczywiście!  Jest  Emilia  Bakkelund,  czyli 

Molly. Dalej Liliana Weronika - Lilly. Ale zaraz... Oskar Bakkelund - Olsen? Czyżby Oskar 

miał innego ojca? Mógł urodzić się przed ślubem Emilii z Andreasem. Tę tajemnicę państwo 

Olsenowie znakomicie ukryli. Chyba że sam Oskar uznał nazwisko ojca za zbyt popularne i 

dołączył  do  niego  panieńskie  nazwisko  swojej  matki  Emilii.  Ale  wówczas  używałby  go  z 

dumą, a tego nie robi. 

Postanowiłam  sprawdzić  także  dane  Inger.  Moja  przyjaciółka  otrzymała  na  chrzcie 

tylko jedno imię. 

Pierwszą osobą, którą spotkałam po wyjściu z urzędu, był Terje. Tego dnia wyglądał 

na zdenerwowanego, szedł szybkim krokiem, nie patrząc na boki. 

- Terje! - zawołałam. - Dokąd to? 

Terje  wyraźnie  ucieszył  się  na  mój  widok.  Ku  zaskoczeniu  żądnych  sensacji 

przechodniów rozłożył ramiona i zawołał: 

- Kari, jesteś nareszcie! Już myślałem, że zapadłaś się pod ziemię. Dopiero co byłem u 

ciebie.  Chodź,  usiądziemy  gdzieś  na  uboczu,  bo  tu  trochę  za  tłoczno.  Droga  jakaś  dziwna, 

nierówna... 

- Terje, co ty, piłeś? Czy to jakaś szczególna okazja? Nigdy przedtem cię takiego nie 

widziałam! 

Nieoczekiwanie  trafiła  mi  się  sposobność,  by  dowiedzieć!  się  czegoś  od  samego 

asystenta pana lensmanna. W tym stanie Terje z pewnością niejedno gotów był wyśpiewać. 

-  Nigdy  przedtem  nie  piłem,  więc  nie  myśl  o  mnie  źle  -  zaczął  się  tłumaczyć.  - 

Wszystko przez to morderstwo. Nie bez racji uważacie mnie za postrzeleńca, ale ja też czuję i 

czasem mam własne problemy, z którymi nie mogę sobie poradzić. Nigdy nie życzyłem źle 

kapitanowi Moe, uważałem go za dobrego człowieka. Lubiłem też Grethe, choć tak naprawdę 

background image

niewiele pamiętam z tamtych czasów. Dobrze wiem, jak wuj dręczy się tym wszystkim, a tu 

nad  ranem  zjawia  się  policyjna  grupa  dochodzeniowa,  która  ma  przejąć  całą  sprawę.  Mnie 

podziękowano - rzekł z goryczą. - Jestem do niczego, do niczego, rozumiesz? 

- Terje, nie mów tak - starałam się go pocieszyć. - Ja czuję się podobnie. Od jakiegoś 

czasu paraliżuje mnie strach. 

Terje wyprostował się i rzekł: 

- Wiem, boisz się, że zrobił to któryś z twoich przyjaciół, mam rację? 

- Może, sama nie wiem. Najchętniej uciekłabym gdzie pieprz rośnie. 

-  Kari,  to  tak  jak  ja.  Teraz,  kiedy  mam  możliwość  spokojnie  z  tobą  porozmawiać, 

czegoś  się  dowiedzieć,  wszystko  mi  się  miesza.  Bo,  widzisz,  jest  coś,  nad  czym  długo 

myślałem,  tylko  zupełnie  nie  mogę  sobie  przypomnieć,  co  to  takiego.  Wszystko  przez  ten 

alkohol... 

Zastanawiałam się, gdzie Terje tak się upił. W Åsmoen wprawdzie jest kilka barów, 

ale nie ma tam zwyczaju, żeby serwować napoje wyskokowe w środku dnia. 

-  Piłem,  to  prawda.  Erik  prosił  mnie,  żebym  posiedział  u  niego  dłużej,  bo  czuł  się 

bardzo samotny. Wyciągnął butelkę wina, kieliszki, pogadaliśmy przez chwilę, po czym kazał 

mi  czekać  i  zniknął.  Nie  powinien  był  mnie  tak  zostawiać  -  przyznał  skruszony  chłopak.  - 

Czekaj, coś mi się przypomina. Już wiem! Chciałem cię spytać o nazwę rosyjskiego miasta, 

które nieznajomy mężczyzna wymieniał tamtego popołudnia! 

- Nie przypuszczam, żeby to miało pomóc w czymkolwiek. Zresztą zapomniałam, jak 

się nazywało. Czekaj, na pewno nie chodziło o Moskwę ani o Petersburg.  Leżało  chyba na 

północ, bo cały czas kojarzy mi się z chłodem. 

- Może Omsk albo Murmańsk ... 

- Raczej nie... 

- Archangielsk? 

-  Tak,  Archangielsk!  -  pełna  euforii  krzyknęłam  tak  głośno,  aż  zwróciło  to  uwagę 

przechodniów. 

W  tej  samej  chwili  zdałam  sobie  sprawę,  że  Archangielsk  leży  nad  Morzem 

Północnym, niedaleko Kirkenes, skąd przecież pochodzi Grim. Przypomniało mi się jednak, 

ż

e oba miasta dzieli rozległy półwysep Kola. Jak to dobrze! 

- Nie, Terje. To miasto na pewno nie ma ze sprawą nic wspólnego. 

- Może i nie - chłopak wzruszył ramionami. - Chyba czas na mnie, Kari. Na szczęście 

nie mam daleko do domu, bo chyba zasnąłbym po drodze. Żebym tylko mógł przestać myśleć 

o  Grethe,  a  to  nie  takie  proste.  Swoją  drogą,  człowiek  to  dziwne  stworzenie,  raz  chce 

background image

zapamiętać, ile się da, innym razem pragnie wszystko zapomnieć... 

Zrozumiałam, że Terje popadł w głęboko filozoficzny nastrój, wobec czego szybko się 

z nim pożegnałam i ruszyłam w swoją stronę. 

Mimo  to  nadal  nie  mogłam  przestać  myśleć  o  Archangielsku.  Wydawało  mi  się,  że 

słyszałam lub widziałam tę nazwę w zupełnie innych okolicznościach, ale gdzie, kiedy? 

Podróż  do  Archangielska...  Nie.  Wyprawa  z...  Nie.  Ucieczka...  Tak!  Ucieczka  z 

Archangielska!  To  przecież  tytuł  książki  Juliusza  Verne.  Książki,  która  stoi  na  półce  u 

Arnsteina...! 

Czy to zwyczajny zbieg okoliczności? 

Znowu nabrałam ochoty, by podjąć poszukiwania. Muszę za wszelką cenę zdobyć tę 

książkę! 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Rozmowa, którą przypadkiem podsłuchałam w dniu, w którym zamordowano Grethe 

Moe, wciąż nie dawała mi spokoju. W czasie tej rozmowy padła nazwa rosyjskiego miasta: 

Archangielsk. Jedyną znaną mi osobą, która mogła mieć z tą miejscowością coś wspólnego, 

był Grim. Chłopak pochodził z Laponii, położonej daleko na północy. Wprawdzie nie musiało 

to  nic  oznaczać,  ale  mimo  to  chciałam  rzucić  okiem  na  książkę  Verne’a  „Ucieczka  z 

Archangielska”. Wiedziałam, że znajdę ją na półce u Arnsteina. 

Toteż  do  jego  domu  skierowałam  kroki.  Pani  Magnussen  przyjęła  mnie  ciepło,  ale 

poinformowała,  że  starszego  syna,  niestety,  nie  ma  w  domu.  Terje  rozłożył  się  na  sofie  w 

salonie i zdążył zapaść w głęboki sen, więc pani Magnussen nie wiedziała, czy zechcę sama 

czekać na Arnsteina. 

Zapewniłam, że nie obudzę Terjego i chętnie poczekam na Arnsteina w jego pokoju. 

W  ten  sposób  nadarzyła  mi  się  niepowtarzalna  okazja  -  mogłam  przejrzeć  lektury 

Arnsteina  bez  świadków.  Bez  trudu  znalazłam  poszukiwany  tytuł  i  otworzyłam  go  na 

pierwszej stronie. Widniała tam dedykacja: „Dla Arnsteina na piętnaste urodziny z uściskami 

od Grethe i Erika”, 

W  pośpiechu  zaczęłam  kartkować  książkę,  mając  nadzieję  na  odnalezienie  jakichś 

podejrzanych notatek. Jednak na nic podobnego się nie natknęłam. Zaczęłam czytać i wkrótce 

lektura całkowicie mnie pochłonęła. 

Gdy  przeczytałam  już  kilkanaście  stron,  usłyszałam  kroki  na  schodach,  a  w  chwilę 

potem  spokojny  głos  Arnsteina.  Zanim  pomyślałam,  co  dalej  robić,  odruchowo  wsunęłam 

książkę pod sweter. Rogi twardej okładki odznaczały się pod ubraniem,  więc  czym prędzej 

skrzyżowałam dłonie na piersiach i przybrałam niewinną minkę. 

- Cześć, Kari. Czym sobie zasłużyłem na twoje odwiedziny? - powitał mnie serdecznie 

Arnstein. 

Zdębiałam. Na to pytanie zupełnie nie byłam przygotowana. Co ja mu teraz powiem? 

Tymczasem  chłopak  czekał,  lekko  rozbawiony  moim  zaskoczeniem,  podczas  gdy  ja  w 

myślach gorączkowo poszukiwałam sensownego wytłumaczenia. Książka, którą ukryłam pod 

swetrem, niespodziewanie zaczęła mi przeszkadzać. 

- Tak po prostu... chciałam z kimś trochę pogadać - zaczęłam. - Sama nie wiem, co 

robić. Wszystko wydaje mi się takie skomplikowane. 

- Masz rację. Ostatnio dzieją się u nas niepokojące rzeczy - przyznał Arnstein. 

background image

Powoli  usiadł  na  kanapie.  Był  przystojnym  mężczyzną.  Niemal  czarne  włosy,  takie 

same  oczy,  ciemna  karnacja  -  wszystko  to  w  połączeniu  z  ujmującym  wyrazem  twarzy 

sprawiało,  że  trudno  było  przejść  obok  niego  obojętnie.  Nic  dziwnego,  że  zagubiona  i 

spontaniczna  z  natury  Inger  dobrze  czuła  się  u  jego  boku.  Arnstein  należał  bowiem  do 

mężczyzn trzeźwo myślących i zrównoważonych. 

Chłopak bez trudu odgadł, o czym myślę, bo rzekł: 

-  Wuj  Erling  nie  jest  zachwycony  moim  związkiem  z  Inger.  Sama  dobrze  wiesz, 

dlaczego... Jako lensmann uważa, że w ten sposób miałbym powód do popełnienia zbrodni. 

- Ale on chyba ciebie nie podejrzewa? 

Arnstein wzruszył ramionami: 

-  No  wiesz,  jestem  jego  bratankiem,  więc  raczej  wykluczył  mnie  z  kręgu 

podejrzanych. Ale ludzie zawsze szukają dziury w całym. Żebyś wiedziała, co wygadują na 

nasz temat! No, ale chciałaś, zdaje się, porozmawiać o czym innym? 

Och, jaki on dociekliwy! Na dodatek zaczął przyglądać mi się z uwagą. 

- Kari, czy ty się źle czujesz? Wyglądasz nie najlepiej... 

- Naprawdę? Sama nie wiem. Ostatnio denerwuję się z byle powodu. Mam w głowie 

kompletny chaos, a oprócz tego odnoszę wrażenie, że wszyscy coś przede mną ukrywają. Nie 

wiem już, kto mówi prawdę, a kto kłamie i gra, kto jest mi życzliwy, a kto tylko udaje. Gdy 

się spotykamy na co dzień, nie potrafię powstrzymać pytania: „Czy to Grim, a może Inger?” 

Przyjechałam do domu, żeby odpocząć, a tymczasem... 

Arnstein uśmiechnął się wyrozumiale. 

-  Jeśli  to  dla  ciebie  jakieś  pocieszenie,  mogę  cię  zapewnić,  że  ani  ja,  ani  Inger  nie 

zabiliśmy kapitana Moe, Terje i Grethe też są niewinni. 

- Nie ja, nie Erik i również nie Grim. Więc kto? 

- Pewnie Lilly albo któreś z Olsenów - podsumował Arnstein. - Czy to nie ulga zwalić 

na  nich  całą  winę?  No  jak,  nie  czujesz  się  teraz  lepiej,  Kari?  Nie  ma  to  jak  znaleźć  kozła 

ofiarnego! - wyraźnie żartował chłopak. 

- Ależ Arnstein! Chyba nie mówisz tego poważnie? 

- Mówiąc serio, tu rzeczywiście nic się nie zgadza. Wiem, że Olsenowie są chciwi i 

wyjątkowo samolubni, ale żeby zaraz mordować człowieka... Trudno mi w to uwierzyć. 

- Więc kto pozostaje? 

- Nie pytaj, Kari, bo naprawdę nie wiem - odpowiedział zmęczonym głosem. - Nikt z 

nas  nie  byłby  do  tego  zdolny!  Bo  my  nie  szukamy  jakiegoś  desperata,  który  dopuścił  się 

zbrodni  w  afekcie.  Wszystko  to  jest  wykalkulowane  z  zimną  krwią.  Aż  mnie  ciarki 

background image

przechodzą, gdy o tym myślę. Ten morderca drwi sobie z nas w najlepsze. 

- Mów, co chcesz, ale to chyba niemożliwe. 

-  Kari,  przecież  to  jasne  jak  słońce!  Choćby  sam  pomysł  z  wykorzystaniem  listy 

sprzed  siedmiu  lat!  Przecież  nikt  z  naszej  paczki  nie  mógłby  zrobić  czegoś  podobnego!  A 

jednak wszystko na to wskazuje. 

- Nie, to niemożliwe. Dobrze pamiętam, dlaczego wtedy chcieliśmy się zemścić, i po 

części mogę usprawiedliwić nasze postępowanie. Ale żadne z nas nie brało tych pomysłów na 

serio!  Życzyliśmy  Lilly  wszystkiego  najgorszego,  jak  to  dzieci.  Pamiętasz,  jak  bardzo  jej 

nienawidziliśmy? Dlatego wygląda mi to na jakieś nieporozumienie. 

- No, nie wiem. Siedem lat to długo. Człowiek potrafi w takim czasie zmienić się nie 

do poznania. 

Pomyślałam o Grimie. On rzeczywiście zmienił się w ciągu ostatnich lat, i to bardzo. 

Z  milczącego,  ale  zawsze  życzliwego  chłopca  wyrósł  mężczyzna  pełen  tajemnic  i  głęboko 

skrywanych uczuć. Dzisiaj nie potrafiłabym już ocenić, jaki jest naprawdę, co lubi, a co mu 

nie  odpowiada.  Nie  raz  dostrzegałam  w  jego  twarzy  niepokojący  wyraz,  ale  nigdy  nie 

umiałam go prawidłowo odczytać. 

-  Wiem  przynajmniej,  że  Lilly  Moe  to  zimna  i  wyrachowana  osoba  -  powiedziałam 

bez namysłu. 

Jeszcze  przez  jakiś  czas  rozmawialiśmy  o  tym  i  owym,  po  czym  pożegnałam  się  z 

Arnsteinem i wycofałam z pokoju, ani na chwilę nie odrywając przyciśniętych do piersi rąk. 

Gdy znalazłam się poza zasięgiem wzroku przyjaciela, odetchnęłam z ulgą. Mimo to 

nadal  nie  opuszczał  mnie  niepokój.  Arnsteina,  podobnie  zresztą  jak  Grima,  trudno  było 

zrozumieć.  Zawsze  odnosił  się  do  mnie  z  życzliwością,  ale  w  jego  zachowaniu  wyraźnie 

wyczuwałam chłód. Zaczęłam się zastanawiać, co może być tego przyczyną. 

Po bezsennej nocy  Inger wróciła do domu, aby  nieco wypocząć, obiecała jednak, że 

spotkamy się po południu. Udałam się więc do kawiarenki „Słodki Przystanek”. Na początku 

prowadził  ją  ojciec  Inger,  ale  po  jego  śmierci  rodzinny  interes  musiały  przejąć  pani  Nilsen 

wraz z córką. Obie panie nie były zgodne co do stylu kawiarenki, toteż wiecznie toczyły boje 

o  przeróżne  szczegóły.  Mama  Inger  była  zdania,  że  „Słodki  Przystanek”  powinien  być 

miejscem  przyciągającym  poważnych,  dostojnych  mieszkańców  Åsmoen.  Córka  nie  mogła 

pojąć,  dlaczego  kawiarnia  nie  może  łączyć  w  sobie  elementów  nowoczesności  i  prostej 

elegancji.  Inger nie znosiła dwóch kelnerek zatrudnionych przez swoją matkę, więc zawsze 

gdy  tylko  dyżurowała  przy  barze,  bez  namysłu  rozdawała  przyjaciołom  za  darmo  ciastka, 

nadwerężając skutecznie firmowe finanse. Ku uciesze dziewczyny, kelnerki donosiły  o tym 

background image

jej matce. 

Gdy  wkroczyłam  do  kawiarenki,  zastałam  tam  państwa  Olsenów,  Molly  wraz  z 

mężem  Andreasem.  Ukłoniłam  się  i  odpowiadając  na  zaproszenie,  przysiadłam  się  do  ich 

stolika. 

Rozmowa wyraźnie nam się nie kleiła. Olsenowie z rzadka zadawali jakieś pytanie, a 

ja,  ukrywając  niechęć,  odpowiadałam.  W  momencie  gdy  podawano  moją  kawę,  pani  Olsen 

rzekła z westchnieniem: 

- Biedną Grethe spotkało wyjątkowe nieszczęście. Taka straszna śmierć! 

-  Tak,  to  prawda  -  przytaknęłam.  -  No  a  słyszeliście  państwo  zapewne  o  znalezisku 

lensmanna Magnussena? 

Odniosłam wrażenie, że Olsenowie na moment zmartwieli. Po chwili Andreas zapytał 

niepewnym głosem: 

- Tak? A co takiego znalazł? 

Spod  stołu  doszedł  mnie  jakiś  odgłos;  widocznie  żona  dyskretnym  kopnięciem 

przywoływała  męża  do  porządku.  Dobrze  wiedziała,  że  Andreas  nie  należy  do  szczególnie 

bystrych mężczyzn i często za dużo mówi. 

- Nic państwo nie wiecie o liście, który napisała przed śmiercią Grethe? 

Andreas Olsen opadł na fotel. 

-  Ach,  mówisz  o  tym!  Przecież  to  nonsens.  Nikt  nie  uwierzy,  że  to  ty  mogłaś  ją 

zamordować. Sama przecież byłaś zagrożona. Tym się w ogóle nie przejmuj, Kari. 

Czegoś się jednak obawiali. Wskazywało na to ich nienaturalne zachowanie i dziwna 

gestykulacja. Wyraźnie oczekiwali, że dowiedzą się ode mnie czegoś więcej. 

Wreszcie pani Olsen wstała. 

-  Cóż,  chyba  czas  na  nas,  prawda,  kochanie?  Właśnie  wybieramy  się  do  miasta  po 

sprawunki. Umówiliśmy się tam z moją siostrą. Zaraz mamy autobus. Do widzenia! 

- Do widzenia państwu. Życzę udanych zakupów. 

Kiedy  Olsenowie  opuścili  kawiarnię,  pozostałam  w  niej  jedynym  gościem.  Aby 

skrócić  oczekiwanie  na  Inger,  zaczęłam  przekładać  leżące  na  stole  papierowe  serwetki. 

Sięgnęłam  po  długopis  i  na  jednej  z  nich  kilka  razy  napisałam  swoje  imię.  Dopisałam  do 

niego  nazwisko  Bråthen,  żeby  sprawdzić,  czy  pasuje.  Prezentowało  się  całkiem  nieźle. 

Następnie dopisałam imię i nazwisko Tora, po czym skreśliłam litery, które się powtarzają. 

Potem  wybrałam  wróżbę  „kocha,  lubi,  szanuje”.  Okazało  się,  że  mogę  liczyć  na  miłość  ze 

strony  Tora,  ja  odwzajemnię  się  tylko  przyjaźnią.  Wyliczankę  powtórzyłam  na  Eriku  i 

Oskarze.  W  pierwszym  przypadku  z  identycznym  rezultatem  jak  u  Tora,  do  Oskara  zaś  - 

background image

mówiła  wróżba  -  powinnam  żywić  nienawiść.  Wszystko  się  zgadza!  Z  bijącym  sercem 

umieściłam  na  serwetce  nazwisko  Grima:  Karlsen,  a  tuż  obok  swoje  własne.  Na  nic  się  to 

jednak nie zdało. Wedle wróżby, oboje pałaliśmy do siebie nienawiścią. Rozzłościłam się na 

siebie,  że  daję  wiarę  dziecinnej  zabawie,  zgniotłam  papier  i  wyrzuciłam  do  stojącego  obok 

kosza. 

- Widzę, że masz trudności z wyborem - usłyszałam za plecami. 

Odwróciłam się i zobaczyłam Inger. 

- No wiesz, musiałam się czymś zająć. 

Inger podeszła do szafy grającej, wrzuciła żeton i nastawiła swoją ulubioną melodię. 

- Dlaczego w tym towarzystwie znalazł się Oskar? 

- Hm, no bo... trochę się do mnie zaleca. 

- Ach, tak. Czyżby Lilly i Olsenowie obawiali się ciebie? 

Nie zrozumiałam, co Inger ma na myśli. 

- Obawiali? Co chcesz przez to powiedzieć? 

Inger wróciła i usiadła koło mnie. 

- Erik chodzi i rozpowiada w koło, że zamierzacie się pobrać. Wdowa po kapitanie i 

Olsenowie  nie  życzą  sobie  jakiejkolwiek  konkurencji  do  spadku.  Dlatego  wystawiają  tego 

idiotę  Oskara  jako  przynętę  dla  naiwnych  dziewczątek.  Jakiś  czas  temu  Oskar  także  mnie 

nadskakiwał. Ale ponieważ go nie cierpię, szybko chłopaka spławiłam. 

- Ach, tak. Czy Olsenowie nie nazywają tego przypadkiem „swoją specjalną metodą”? 

Inger wpatrywała się we mnie ze zdumieniem. 

- Dokładnie tak, Kari. A skąd o tym wiesz? 

- O tym opowiem ci innym razem. Swoją drogą, co to za typek! Pomyśleć, jak łatwo 

dałam się nabrać. Naprawdę uwierzyłam, że czuje się osamotniony i odsunięty. 

Inger wzruszyła ramionami. 

- Dobre sobie, Oskar osamotniony. Dziewczyno, on mógłby wydać podręcznik „Jak w 

każdej  sytuacji  zdobyć  przyjaciół”,  a  właściwie  przyjaciółki.  A  propos,  widziałam  tego 

twojego praktykanta, Bråthena. Facet niczego sobie. Jeśli ci się kiedyś znudzi, daj mi znać. 

Wracając do poważniejszych spraw, sądziłam, że cię zatrzymano. 

- Co ty, Inger! Hałasowałam tak niemiłosiernie, że Magnussen musiał mnie zwolnić. 

Nie, nie, żartuję. Okazało się, że nie potwierdziła się koncepcja, według której to ja miałam 

podać kapitanowi środki nasenne. No i puścili mnie. 

- To dość ryzykowne. Przecież ktoś mógł ci w tym pomagać. 

- No co ty, kto na przykład? 

background image

- Choćby i twój nieodłączny przyjaciel Grim. 

- Chyba oszalałaś! On mógłby przegonić myśliwego albo kogoś, kto męczy zwierzęta, 

ale nie zabiłby człowieka. Kogo ty tak wypatrujesz, Arnsteina? Pewnie szykuje ci się randka? 

- Więc wiesz... 

- Jasne, a kto by nie wiedział? Może tylko kapitan... 

- Werner nie miał pojęcia o tym związku. Widzieliśmy się ostatniego wieczoru. Gdy 

się żegnaliśmy, był w dobrym humorze. Miałam nadzieję, że... 

Inger umilkła, ja natomiast dokończyłam za nią: 

- Miałaś nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, gdy za niego wyjdziesz. Jak ty to sobie 

wyobrażałaś? 

Dziewczyna zagryzła wargi, nie wiedząc, co powiedzieć. 

- Chcesz mi się zwierzyć? Cała ta historia musi być dla siebie nie lada obciążeniem. 

Przez chwilę Inger wahała się, zaraz jednak uśmiechnęła się lekko. Mimo że nie była 

oszałamiająco piękna, z jej twarzy promieniował niezwykły urok. 

-  Jakiś  czas  temu  zauważyłam,  że  Werner  Moe  dyskretnie  mi  się  przygląda.  Nie 

nachalnie, lecz z sympatią i ojcowskim podziwem. Pewnego wieczoru, gdy pani Moe była dla 

nas szczególnie złośliwa i niemiła, wstąpił we mnie diabeł i zaczęłam, niby na żarty, flirtować 

z kapitanem. Nie musiałam czekać długo na efekty moich zabiegów. Coraz częściej Werner 

szukał okazji, by wpaść  do kawiarenki na krótką pogawędkę. Dalej wszystko potoczyło się 

bardzo  szybko  i  równie  szybko  wymknęło  spod  naszej  kontroli  Jego  żona  pojęła,  co  się 

ś

więci, i wpadła we  wściekłość.  Zaczęła się mścić, a wierz mi, to nic przyjemnego  Być jej 

wrogiem. Mimo że nienawidziłam Lilly, naprawdę ogromnie polubiłam Wernera, stał mi się 

bardzo  bliski.  Erik  robił  wszystko,  żeby  nam  pomóc;  aranżował  tajemne  spotkania, 

przekazywał wiadomości. Może nie zależało mu na tym, abym została jego macochą, ale za 

wszelką cenę chciał pozbyć się Lilly. Wszystko już sobie z Wernerem zaplanowaliśmy, a ja 

nareszcie  poczułam  się  szczęśliwa,  bezpieczna.  Wydawało  mi  się,  że  odnalazłam  swoją 

przystań. I wtedy... 

- Wtedy pojawił się Arnstein. 

-  No  właśnie.  Ukończył  studia  i  wrócił  w  rodzinne  strony,  aby  tu  podjąć  pracę.  I 

znowu wszystko zaczęło się toczyć w niezwykłym tempie. Minęło zaledwie kilka dni, a już 

wiedzieliśmy  na  pewno,  że  jesteśmy  stworzeni  dla  siebie.  Co  miałam  zrobić?  Po  kilku 

tygodniach  od  przyjazdu  Arnsteina  nadszedł  ten  tragiczny  wieczór.  Planowałam,  że 

porozmawiam z Wernerem poważnie i powiem, że to koniec. Tymczasem on sam zjawił się u 

mnie wyraźnie zgaszony, więc nie miałam serca podejmować tego tematu Zapytałam, co się 

background image

stało. Odparł, że znowu pokłócił się z żoną, ale spór tym razem nie dotyczył jego romansu ze 

mną, ale pieniędzy. Werner zwrócił żonie uwagę, że Oskar Olsen przepuszcza ogromne sumy 

i awantura gotowa. Kapitan od dawna podejrzewał, że Oskar wyciąga od swojego ojca zbyt 

wysokie  kieszonkowe.  A  przecież  właśnie  Andreas  zarządzał  fabryką  Wernera.  Dzisiaj 

rozmawiałam o tym z lensmannem. 

- No i czego się dowiedziałaś? 

-  Magnussen  potwierdził,  że  z  majątku  Moe  niewiele  pozostało.  Adwokat  dopatrzył 

się  wielu  nieprawidłowości  w  prowadzeniu  ksiąg.  Wprawdzie  nie  wiadomo  jeszcze,  kto 

przede wszystkim jest winien tej niegospodarności, ale wszystko wskazuje na Andreasa, bo to 

on był dyrektorem zakładu. Tamtego wieczoru Werner powiedział mi jeszcze, że ma za sobą 

ważną rozmowę i jest zmęczony. „Ale nie martw się, wszystko się jakoś ułoży, i to po mojej 

myśli”,  twierdził.  Nie  dałam  niczego  po  sobie  poznać,  więc  i  on  nie  mógł  się  domyślać. 

Widziałam,  że  wychodzi  ode  mnie  uspokojony  i  uśmiechnięty.  Cieszę  się,  że  nic  mu  nie 

powiedziałam. Odszedł, wierząc, iż wkrótce będziemy razem. 

- Może rzeczywiście dobrze się stało - rzekłam w zamyśleniu. 

Ta ważna rozmowa, o której wspominała Inger, na pewno dotyczyła Grima. Tylko o 

czym oni obaj mogli ze sobą dyskutować? Skierowałam rozmowę na inne tory. 

- Jak sądzisz, dlaczego Grethe podejrzewała mnie o takie niecne zamiary? Jakoś nie 

mogę przestać o tym myśleć. 

- Na to pytanie nie potrafię ci odpowiedzieć. Sama przez moment zastanawiałam się, 

czy to możliwe, żebyś posunęła się do takiego kroku, ale stwierdziłam, że to absurd. - Inger 

sięgnęła po papierosa. -  Chciałabym cię jednak  ostrzec.  Lensmann nadal ma na ciebie oko, 

więc dobrze się zastanów, zanim coś zrobisz. 

Opadłam  ciężko  na  fotel  i  rozejrzałam  się  po  lokalu  w  obawie,  że  ktoś  mnie  śledzi. 

Inger pokręciła głową i posłała mi uśmiech. 

- Skąd masz takie informacje? - zapytałam przygnębiona. 

-  Może  każdy  z  nas  powinien  mieć  się  na  baczności  w  twoim  towarzystwie?  Już  ja 

dobrze pilnowałam swojej kawy... 

- Ależ, Inger! - zawołałam bliska płaczu. - Jak możesz tak sobie żartować! 

Dziewczyna pochyliła się nad stolikiem i cicho spytała: 

- A może ja wcale nie żartuję, Kari? Ja się po prostu boję i nie mam już zaufania do 

nikogo, nawet do ciebie. 

- Co mogłoby ci zagrażać z mojej strony? 

-  Z  listy,  którą  sporządziliśmy  przed  laty,  zostały  trzy  kawałki.  Nie  chcę  stać  się 

background image

kolejną ofiarą. 

Energicznym ruchem zgasiła papierosa. Wstałyśmy i jednocześnie skierowałyśmy się 

w stronę drzwi. Inger objęła mnie po przyjacielsku. 

- Niepewność nakazuje mi mieć się na baczności, ale tak naprawdę wierzę, że jesteś 

niewinna.  No,  nie  martw  się  już,  Kari.  Zauważ,  że  w  momencie,  gdy  sprawa  twojego 

wypadku została wyjaśniona, Olsenowie stracili alibi. 

-  Rzeczywiście!  -  zawołałam  uradowana.  -  Inger,  w  takim  razie  to  na  pewno  ktoś  z 

nich! Któż inny miałby powód, żeby pozbyć się obojga, i Grethe, i kapitana Moe? 

W tej samej chwili spojrzałam przerażona na przyjaciółkę. 

-  Na  miłość  boską,  Erik  jest  w  niebezpieczeństwie!  -  wykrztusiła  Inger,  która  jakby 

czytała w moich myślach. - Skoro Lilly i Olsenowie mają chrapkę na cały majątek kapitana, 

tylko on staje im teraz na drodze! 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

- Szybko, wskakuj! Pojedziemy moim samochodem! - ponaglała Inger. 

- Dokąd chcesz jechać? 

- Jak to dokąd? Po Erika. Mam zamiar go porwać. 

Po  tym  zaskakującym  wyjaśnieniu  Inger  puściła  się  biegiem  w  stronę  pobliskiego 

parkingu,  gdzie  zostawiła  auto.  Pobiegłam  za  nią  i  zanim  dotarłam  na  miejsce,  Inger  już 

zapalała  silnik.  Dziwiłam  się,  jak  to  możliwe,  że  Inger  ma  już  własny  samochód.  Strasznie 

mnie korciło, żeby o to zapytać. W końcu nie wytrzymałam: 

- Widzę, że nieźle ci się powodzi. 

-  Och,  Kari,  od  dawna  marzyłam  o  takim  samochodzie  -  odparła  szczerze.  -  Nie 

ukrywam, że to marzenie spełniło się dzięki Wernerowi. Wprawdzie nie zdobyłby się na tak 

kosztowny  prezent,  to  nie  w  jego  stylu.  Ale  zgodził  się  podżyrować  mi  pożyczkę. 

Umówiliśmy się, że resztę kredytu spłaci już po naszym ślubie. Wiesz, on nie chciał, żebym 

była  narażona  na  złośliwe  komentarze,  i  bardzo  nalegał  na  szybkie  zalegalizowanie  tego 

związku. A propos, czy Erik już coś ci proponował? 

- Chyba żartujesz! On tylko tak gada bez sensu. 

Jazda  samochodem  sprawiła  mi  dużą  przyjemność.  Na  chwilę  oderwałam  się  od 

przygnębiających  myśli,  poczułam  orzeźwiający  powiew  wiatru  na  policzkach,  a  rozkoszny 

zapach kwitnących łąk poprawił mi nastrój. 

- Wygląda na to, że Erik zupełnie nie liczy się z moim zdaniem. Ani myśli zaprzątać 

sobie głowę tym, czy ja go chcę, czy nie - westchnęłam. 

Inger  umiejętnie  wyminęła  wkraczającą  na  jezdnię  owieczkę,  która  odłączyła  się  od 

stada. 

-  Problem  w  tym,  że  on  w  ogóle  nie  potrafi  zrozumieć,  co  czują  inni,  on  skupia  się 

tylko na sobie samym - podsumowała Inger. 

- Pewnie masz rację. Na miłość boską, nie szalej tak! Przecież zaraz wylądujemy na 

jakimś drzewie! Ciekawa jestem, ile kur zdążyłaś dotąd rozjechać? 

- Ani jednej. Wszystkie, na szczęście, uciekają w popłochu, gdy zbliża się jakiś pojazd 

-  odparła  lekko  urażona  dziewczyna.  -  Słuchaj,  jutro  o  dziesiątej  w  kancelarii  adwokackiej 

zostanie otwarty testament kapitana. Jeśli Lilly i Olsenowie chcą się pozbyć Erika, muszą go 

unieszkodliwić  wcześniej.  Dlatego  uważam,  że  trzeba  go  ukryć  w  jakimś  bezpiecznym 

miejscu. 

background image

- Mówisz tak, jakbyś znała treść testamentu. 

- Wcale nie. Nie mam pojęcia, co w nim jest, ale nie zaszkodzi zabezpieczyć się na 

wszelki wypadek. 

- Zastanawiałaś się już, gdzie ukryjemy Erika? - zapytałam. 

- U Grima - odparła krótko Inger. 

- Ależ to wykluczone! - rzuciłam spontanicznie. 

- A dlaczego nie? 

-  Bo  mam  wrażenie,  że  oni  się  ostatnio  nie  lubią.  Nie  wiem,  z  jakiego  powodu,  ale 

Erik z pewnością się na to nie zgodzi. A poza tym czy warto tak ryzykować? Przecież Grim 

jest  jednym  z  podejrzanych.  Jeśli  ma  coś  wspólnego  z  morderstwem,  biada  Erikowi  - 

zakończyłam przekornie. 

- Co ty, Kari. Powiemy mu, że bierze całkowitą odpowiedzialność za kolegę. Jeśli coś 

złego przytrafi się Erikowi, to on będzie wszystkiemu winien. 

- Czy to aby nie za ostro? 

- Owszem, ale nie mamy innego wyjścia. I żebyś nie zdradziła nikomu, gdzie znajduje 

się Erik. Takie informacje lotem błyskawicy docierają do niepowołanych osób. Patrz, o wilku 

mowa! Dam sobie głowę uciąć, że te wystające spod ciężarówki stopy należą do Grima. W 

każdym razie to jego auto. Sprawdź, czy to on! Ty się z nim potrafisz dogadać. 

- Nie jestem tego taka pewna - wymamrotałam pod nosem, ale wysiadłam i podeszłam 

do  starej,  nieco  już  podrdzewiałej  półciężarówki.  Schyliłam  się  i  zawołałam:  -  Hej,  Grim, 

jesteś tu? 

Spod  podwozia  powoli  wysunęła  się  dobrze  znana  mi  sylwetka.  Na  końcu  ujrzałam 

wybrudzoną smarem twarz. 

- Kari, skąd się tu wzięłaś? - zawołał uradowany, pokazując bielsze niż zwykle zęby, 

kontrastujące  z  umorusanymi  policzkami.  -  Mam  wyjątkowego  pecha.  Zjawiasz  się  zawsze 

wtedy, gdy wychodzę z obory albo z warsztatu, brudny i niechlujny. 

- No, jeśli mam być szczera, to kiedy parę dni temu stałeś nade mną i podtrzymywałeś 

mi głowę, z pewnością nie wyglądałam lepiej. Ale nie o tym mowa. Nie mam teraz czasu na 

pogaduszki.  Inger  i  ja  wpadłyśmy  na  pomysł,  żeby  ukryć  u  ciebie  Erika  aż  do  jutrzejszej 

wizyty  u  adwokata.  Jeśli  to  Lilly  albo  ktoś  z  rodziny  Olsenów  zamordował  Grethe  lub 

kapitana, z pewnością kolejną ofiarą może być właśnie Erik. No jak, co ty na to? 

Grim przyglądał mi się w zamyśleniu. 

-  Hm,  coś  w  tym  jest  -  stwierdził  na  koniec.  -  Erik  może  z  powodzeniem  u  mnie 

zamieszkać. Będę go pilnował. 

background image

Podczas gdy Grim wycierał ręce, przyglądałam mu się ukradkiem. Ten, kto chciałby 

zrobić coś złego Erikowi, miałby nie lada problem. Grim był wyjątkowo silnym mężczyzną. 

Tymczasem Grim także zerkał na mnie spod oka. 

- A nie boicie się zostawić go ze mną? 

Uśmiechnęłam się. 

- Raczej nie. Skoro decydujesz się roztoczyć nad nim opiekę, odpowiadasz za niego, 

nawet  jeśli  coś  by  mu  się  przytrafiło.  Tak  twierdzi  Inger.  Jeśli  zaś  o  mnie  chodzi,  mam  do 

ciebie pełne zaufanie. 

Grim wyraźnie poweselał. 

Po chwili uznałam, że powinnam mu powiedzieć o oskarżeniach, jakie na mnie ciążą. 

-  Słyszałeś  pewnie  o  ostatnim  liście  Grethe?  Wskazała  mnie  jako  potencjalną 

sprawczynię zabójstwa. Znalazłam się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. 

Grim  machnął  jedynie  ręką,  pokazując  tym  samym,  że  nie  wierzy  w  takie 

niedorzeczne teorie. 

Bardzo mnie to uspokoiło i podniosło na duchu. Nagle, kiedy tak późnym wiosennym 

popołudniem  patrzyłam  na  rozwiewaną  wiatrem  gęstą  czuprynę  przyjaciela  i  jego 

uśmiechniętą, życzliwą twarz, doznałam prawdziwego olśnienia. Oto zdałam sobie sprawę, że 

gdybym  związała  się  z  Torem,  oznaczałoby  to  koniec  wieloletniej  przyjaźni  z  Grimem. 

Dopiero w tej chwili, po raz pierwszy w życiu, dotarło do mnie, jak wiele znaczy dla mnie 

Grim, ten silny chłopak o włosach w kolorze żyta. Ogarnęło mnie przerażenie, że jestem na 

najlepszej drodze, by go utracić. Ta świadomość była dla mnie nie do zniesienia. 

- Grim... - zaczęłam niepewnie. 

- Tak? 

Naraz jego twarz spochmurniała, wokół ust pojawił się cień goryczy, a z oczu powiało 

chłodem. W jednej chwili zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Zapytałam bez ogródek: 

-  Grim,  powiedz,  dlaczego  już  mnie  nie  lubisz?  Chciałabym,  żebyś  był  moim 

przyjacielem, tak jak dawniej. 

- A dlaczego miałbym nim być? - zapytał oschle. 

Jego słowa odebrałam jak cios sztyletem prosto w serce. Z trudem powstrzymywałam 

łzy. W tej samej chwili powietrze przeciął ostry dźwięk klaksonu, to Inger najwyraźniej się 

zniecierpliwiła. Bez słowa obróciłam się na pięcie i pobiegłam w stronę auta. 

- Co się z tobą dzieje? Miałaś mu tylko zadać jedno proste pytanie! - warknęła Inger, 

przekręcając kluczyk w stacyjce. - No i co, weźmie go do siebie? 

- Tak - odparłam krótko. 

background image

Samochód  Inger  bez  trudu  przejechał  bramę  prowadzącą  na  posesję  państwa  Moe, 

mimo że tylko jedno jej skrzydło było otwarte. Zaparkowałyśmy na tyłach domu, od strony 

ogrodu.  Wysiadłyśmy  i  od  razu  podeszłyśmy  pod  okno  pokoju  Erika.  Inger  zagwizdała  na 

palcach, najpierw raz, potem drugi i trzeci. 

W  całym  domu  i  wokół  posesji  panowała  niczym  niezmącona  cisza,  tylko  w  dwóch 

pomieszczeniach paliło się światło. 

- Wygląda, że nikogo nie ma. Ale na wszelki wypadek sprawdźmy. 

Zawróciłyśmy  do  drzwi  frontowych.  Zapukałam  kilka  razy,  po  czym  nacisnęłam 

klamkę. 

-  Zobacz,  nie  są  zamknięte  -  zauważyłam  zdziwiona.  Weszłyśmy  do  środka  i 

znalazłyśmy się w przestronnym hallu. 

- Ciekawa jestem, co się stało z pokojówką? 

- Pewnie ma dzisiaj wolne - odparła przyciszonym głosem Inger. - Poczekaj tu, a ja 

skoczę na górę. Pewnie zasnął. 

Podczas  gdy  Inger  długimi  susami  pokonywała  schody,  ja  z  duszą  na  ramieniu 

czekałam  na  dole.  Słyszałam,  jak  najpierw  puka  do  pokoju  Erika,  potem  niezbyt  głośno  go 

nawołuje, wreszcie wchodzi do środka. 

Poczułam, że dłonie mam mokre od potu. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, choć 

od momentu, gdy zostałam na dole sama, upłynęło zaledwie kilka chwil. Wreszcie ujrzałam 

przyjaciółkę zbiegającą po schodach. 

- Nie ma go - oznajmiła zaniepokojona. 

- Ale... ale co się z nim stało? - zawołałam i rozłożyłam bezradnie ramiona. 

W  tym  momencie  spostrzegłam,  że  Inger  wpatruje  się  we  mnie  z  rosnącym 

przerażeniem. Podążyłam za jej wzrokiem i zdrętwiałam. 

Po wewnętrznej stronie moich dłoni widniały wyraźne czerwone plamy. Inger pisnęła, 

a potem jak automat zaczęła powtarzać: 

- Krew, krew... 

Nogi ugięły się pode mną, tak że aż musiałam przytrzymać się balustrady. 

- O Boże, nie! - jęknęłam. 

Inger  w  jednej  chwili  opanowała  się  i  z  impetem  wpadła  do  gabinetu,  chwytając  za 

słuchawkę. Po chwili usłyszałam jej głos. 

- Czy mówię z lensmannem Magnussenem? Tu Inger. Dzwonię od państwa Moe. Erik 

gdzieś  zniknął,  natomiast  Kari  stoi  przy  mnie  z  rękami  we  krwi.  Czy  może  pan  do  nas 

natychmiast przyjechać? Świetnie, czekamy! 

background image

Krótkie sprawozdanie Inger zabrzmiało naprawdę bardzo dramatycznie. 

- Inger, muszę to zmyć. A ty poszukaj jakichś śladów. Dotykałam tylko klamki, krew 

jest chyba całkiem świeża. Poza tym trzeba znaleźć Erika. Nie może być daleko. 

Najpierw uważnie obejrzałyśmy klamkę. Rzeczywiście, była ubrudzona krwią. Kilka 

czerwonych  kropelek  znalazłyśmy  także  na  schodach,  prowadzących  na  ganek  oraz  na 

ż

wirowej ścieżce. Dalej ślady się urywały. 

Wreszcie  na  podwórze  zajechały  trzy  policyjne  auta  i  wyskoczyli  z  nich 

funkcjonariusze wraz z lensmannem. W okamgnieniu znaleźli się przy mnie. 

Ze  słów  Inger  lensmann  najwidoczniej  wywnioskował,  że  to  właśnie  ja  zostałam 

przyłapana na gorącym uczynku. Gdy Inger zdała sobie z tego sprawę, zaczęła czym prędzej 

wyjaśniać  nieporozumienie.  Tłumaczyła,  że  ja  jedynie  dotknęłam  klamki,  zaś  krew  musiał 

zostawić tam ktoś inny. 

Lensmann wydał dyspozycje i policjanci zaczęli przeczesywać ogród. 

Nagle jeden z aspirantów krzyknął: 

- Przed domem znalazłem ślady opon. 

- Spróbuj ustalić, dokąd prowadzą - polecił Magnussen. 

- Dziewczęta, widziałyście tu jakieś auto? 

- Nie... - powiedziałam. 

- Nie, nie było żadnego - dodała Inger. 

Lensmann Magnussen przyglądał mi się tymczasem z troską w oczach. 

- Kari, lepiej wróć do domu. Źle wyglądasz, jesteś blada i roztrzęsiona - stwierdził. - 

Inger  opowie  mi  potem,  co  się  tutaj  stało.  Chłopcy,  jesteście  gotowi?  Odciski  zdjęte?  - 

zwrócił się do swoich podwładnych. 

- Tak jest - usłyszał w odpowiedzi. 

Mężczyźni  jeszcze  pokrzykiwali  między  sobą,  jeden  z  samochodów  odjechał,  a  ja 

nadal stałam zagubiona na środku podwórza i szczękałam ze strachu zębami. 

Nagle coś sobie przypomniałam: 

- Panie Magnussen! - zaczęłam. 

- Co takiego? 

- Byłam dzisiaj w urzędzie gminy, w dziale ewidencji ludności. Odkryłam, że Oskar 

figuruje pod nazwiskiem Bakkelund - Olsen. Czy pan wie, dlaczego? 

- Czy ty sądzisz, dziecko, że ja mam czas zajmować się takimi drobiazgami? - burknął 

lensmann, po chwili jednak dodał nieco łagodniej: - Oskar jest synem pani Lilly i to właśnie 

odkryła  Grethe.  Tego  samego  popołudnia  wyjechała.  Nie  mogła  pogodzić  się  z  tym,  że 

background image

macocha  ukryła  ten  fakt,  a  tym  samym  właściwie  wyparła  się  własnego  syna.  Nie  wiedział 

również o tym kapitan. Tego także Grethe nie potrafiła wybaczyć macosze. 

- Oskar synem Lilly? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - Czy pan Moe w ogóle się o 

tym nie dowiedział? 

- A jakże, dowiedział się od Grethe, bo ona wykrzyczała tę nowinę na cały głos. Erika 

nie było wówczas w domu, więc najprawdopodobniej do dziś nic nie wie. Lilly uprosiła męża, 

ż

eby  zachował  milczenie,  jak  mówiła,  dla  dobra  Olsenów.  Oboje  bowiem  kochali  Oskara  i 

woleliby,  żeby  nadal  uchodził  za  ich  syna.  Chcąc  się  odwdzięczyć  przybranym  rodzicom 

swego  syna,  Lilly  postarała  się,  by  Andreas  dostał  posadę  zarządcy  w  zakładzie  męża.  Tak 

jednak  kierowała  szwagrem,  żeby  działał  pod  jej  dyktando.  Zawrzała  z  wściekłości,  kiedy 

Grethe odkryła, kim naprawdę jest Oskar. Podejrzewam, że właśnie od tamtej pory pan Moe 

przestał darzyć Lilly zaufaniem. 

- Wcale się nie dziwię - westchnęłam. - A kiedy pan się o tym dowiedział? 

- O, kilka lat temu. 

- Miał pan może ostatnio jakieś wieści ze Sztokholmu? - spytałam, zmieniając temat. 

- Owszem, jestem w stałym kontakcie z tamtejszą policją. Chodzi o ustalenie, do kogo 

przed  śmiercią  pisała  Grethe.  Przypuszczam,  że  ta  osoba  sporo  wie.  Może  rozmowa  z  tym 

kimś  pomoże  nam  wyjaśnić,  dlaczego  Grethe  wskazała  na  ciebie  jako  potencjalnego 

mordercę. Policja szwedzka już ustaliła, gdzie mieszkała Grethe pod koniec swojego pobytu 

w  tym  kraju.  Na  trop  wpadli  przypadkiem:  w  mieście  zaginęła  bowiem  Norweżka, 

występująca pod nazwiskiem Margrethe Moen. Na pewno chodziło o naszą Grethe. 

Niespodziewanie  rozmowę  przerwał  nam  funkcjonariusz,  który  odkrył,  że  zniknął 

jeden z samochodów należących do państwa Moe. Nigdzie nie było też Oskara. 

Lensmann Magnussen żachnął się, ale po chwili powiedział swoim pomocnikom: 

-  Na  dziś  wystarczy.  Dalsze  poszukiwania  na  terenie  posesji  nie  mają  sensu.  A  ty, 

Kari, marsz do domu, bo mi tu zaraz zemdlejesz. Nie chciałbym mieć cię na sumieniu. 

Przeprosił  mnie  i  odszedł  do  swoich  obowiązków,  ja  tymczasem  ruszyłam  noga  za 

nogą w stronę domu. Nieoczekiwanie w bramie ukazała się dobrze mi znana półciężarówka. 

Za szybą dostrzegłam złotą czuprynę Grima. W jednej chwili odzyskałam siły i pobiegłam mu 

na spotkanie. 

Grim wyskoczył z samochodu. 

- Kari, co się stało? Skąd wzięło się tu tyle policji? Chciałem przyjechać wcześniej, ale 

nie mogłem uruchomić samochodu. 

Rzuciłam mu się w ramiona. 

background image

-  Grim!  E...  Erik  gdzieś  zniknął...  -  wyjąkałam  przerażona.  Bardzo  si...  się  o  niego 

boję. Na schodach znalazłyśmy ślady krwi! 

- Co ty mówisz? - zawołał zdumiony i przytulił mnie mocniej do siebie. 

Zrobiło  mi  się  tak  błogo  i  tak  się  rozczuliłam,  że  z  trudem  powstrzymałam  łzy. 

Poczułam się tak, jakbym nagle znalazła się w wygodnym fotelu, otulona szczelnie grubym 

wełnianym kocem. 

- Opowiedz spokojnie, co się stało - poprosił. 

Z trudem zrelacjonowałam przebieg wydarzeń w domu państwa Moe, bo broda cały 

czas mi się trzęsła. 

- Co my teraz zrobimy, Grim? 

- Chodź, to nie pora, by się rozklejać. Musimy go poszukać! 

Chwycił mnie za rękę i niemal zaciągnął do swojego auta. Po chwili już mknęliśmy 

główną ulicą, kierując się na drogę wylotową. 

Zapadał  wieczór.  Jechaliśmy  wzdłuż  fiordu.  Było  naprawdę  pięknie.  Nad 

srebrzystogranatową  gładką taflą wody  wznosiły się porośnięte smukłymi jodłami wzgórza, 

przystrojone w zwiewne sukienki z mgły. Od czasu do czasu mijaliśmy samotnie pasące się 

konie.  Żadne  z  nas  nie  odezwało  się  słowem.  Dłonie  Grima  pewnie  spoczywały  na 

kierownicy, ja zaś wpatrywałam się tępo przed siebie i nie mogłam zebrać myśli. 

Po drodze nie spotkaliśmy żadnego samochodu. Wkrótce w oddali poczęły wyłaniać 

się żółte światełka, zwiastujące sąsiednią miejscowość. 

- Gdzie mamy go szukać? - spytałam. 

- Nie wiem. Pojeździmy w koło, może coś zauważymy. 

Poruszaliśmy się po mieście bez żadnego planu. Po chwili znowu zapytałam: 

- Czy widziałeś jakiś samochód, gdy naprawiałeś swoją ciężarówkę? Nikt cię wtedy 

nie mijał? 

Grim zastanawiał się przez chwilę, a potem rzekł: 

-  Wiesz  co?  Obok  mnie  rzeczywiście  przejeżdżało  jakieś  auto  ze  zgaszonymi 

ś

wiatłami, ale nie widziałem nic więcej, bo ten stary  grat znowu nawalił. Nie wychodziłem 

spod niego. Wiem tylko, że samochód jechał dość szybko, właśnie to zwróciło moją uwagę. 

Trzy lub cztery minuty później wyście się zjawiły. 

- Ale my nikogo po drodze nie widziałyśmy - oświadczyłam zdumiona. 

- Nie? Dziwne. Przecież nie ma innej drogi. 

Rozmowa z Grimem tym razem nie przyniosła mi ukojenia. Czułam wyraźny ucisk w 

okolicy  serca  i  całkiem  nieświadomie  odwróciłam  się,  by  sprawdzić,  czy  ktoś  za  mną  nie 

background image

siedzi. W samochodzie nikogo poza nami nie było. 

Grim zatrzymał się przy stacji benzynowej. 

- Muszę zatankować - stwierdził. 

Po chwili zjawił się z tabliczką mlecznej czekolady w dłoni. 

- Pomyślałem, że na pewno jesteś głodna - powiedział ciepło. 

- Co za intuicja! - wykrzyknęłam z podziwem. 

Nasz  samochód  minęło  kilku  mężczyzn.  Nie  chcieliśmy,  żeby  nas  dostrzegli,  więc 

skuliliśmy  się  i  przylgnęli  do  siebie.  Ciepło  płynące  od  Grima  było  dla  mnie  jak  forteca, 

chroniąca  przed  złem  otaczającego  świata.  Podniosłam  wzrok  i  spojrzałam  w  jego  jasną, 

serdeczną twarz. Może to właśnie ja zdobyłam się pierwsza na odwagę? Przez długą chwilę 

wpatrywaliśmy się w siebie. Potem Grim oparł jedno ramię na kierownicy, drugim objął mnie 

wpół i przyciągnął. 

- Kari... - wyszeptał z drżeniem w głosie. 

Moja dłoń odnalazła jego włosy. Serce tłukło mi jak szalone. 

Co się ze mną dzieje? pomyślałam oszołomiona. Co my tutaj robimy? Dlaczego Tor w 

ogóle nie przychodzi mi na myśl? 

Wargi Grima leciutko musnęły moje, w ich delikatnym dotyku wyczułam niepewność, 

więc  bez  wahania  przyciągnęłam  do  siebie  jego  twarz.  W  tym  momencie  wszystko  poza 

gorącymi pocałunkami Grima straciło dla mnie znaczenie. 

Więc to prawda! Grim naprawdę zechciał mnie pocałować! 

Czy ja śnię? Czy to możliwe, żebym właśnie o nim marzyła? Nie mogłam uwierzyć w 

swoje szczęście! Nie zwracałam nawet uwagi na kilkudniowy zarost, który bezlitośnie drapał 

moje policzki. 

Grim  ukrył  twarz  w  moich  włosach.  Czułam,  jak  jego  silne  dłonie  czule  mnie 

obejmują. 

- Karinko, Karinko... ileż ja na ciebie czekałem.... ile długich lat... 

W chwili gdy wypowiadał te słowa w brzmiącym z fińska dialekcie, zmartwiałam. 

Rozpoznałam  głos,  który  już  raz  wcześniej  słyszałam.  To  był  głos  mordercy  Grethe 

Moe. 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

Właściwie nie była to do końca prawda: w tamtym głosie czuło się tylko obojętność, 

w głosie Grima zaś rozbrzmiewała autentyczna radość. 

Jednak  pierwsze  wrażenie  przeważyło.  Jęknęłam  i  czym  prędzej  odepchnęłam 

przyjaciela. 

- Grim, proszę, daj mi spokój! 

Spojrzał na mnie, wyraźnie zaskoczony. 

- Nie pytaj mnie o nic i błagam, nie gniewaj się. Ostatnio jestem kłębkiem nerwów. 

Wszystkiemu winne to straszne morderstwo. Mógłbyś mnie zawieźć do domu? 

Grim nie odpowiedział ani słowem. Zapalił silnik, po czym zbyt energicznie szarpiąc 

drążkiem skrzyni biegów, ruszył w drogę powrotną. 

Nigdy przedtem nie czułam się tak podle. W głowie wirowały mi setki myśli, których 

nie  potrafiłam  uporządkować.  Grim  zmarkotniał,  zacisnął  mocno  usta  i  prowadził  auto  tak, 

jakby  było  mu  najzupełniej  obojętne,  jak  i  dokąd  jedzie.  Nie  starał  się  nawet  omijać 

nierówności w drodze, co zwykle stawiał sobie za punkt honoru. 

Uspokoiłam  się,  już  wiedziałam,  że  wcale  się  go  nie  boję.  Wciąż  czułam  na  ustach 

smak jego gorących pocałunków. 

Mimo że w głowie miałam jedną wielką pustkę, starałam się myśleć logicznie. Dokąd 

mógł się udać Oskar? Wprawdzie nie zależało mi na nim i nie żywiłam wobec niego żadnych 

cieplejszych  uczuć,  a  jednak  byłam  ciekawa,  co  się  z  nim  dzieje.  Chciałam  się  także 

dowiedzieć, czy już odnaleziono Erika. 

Mimo  to  najbardziej  dręczyło  mnie  jedno:  obok  mnie  siedział  obrażony  Grim,  a  ja 

dopiero przed chwilą zdałam sobie sprawę, jak bardzo go kocham. Jakby tego było mało, to 

właśnie za jego sprawą mógł zniknąć Erik... 

Westchnęłam  ciężko.  Czułam  się  winna.  Czy  rzeczywiście  zrobiłam  wszystko,  aby 

pomóc Erikowi? Może jednak jestem odpowiedzialna za jego zaginięcie? Te myśli nie dawały 

mi spokoju. 

Byłam  wyczerpana.  Najchętniej  skuliłabym  się  gdzieś  w  kąciku  i  zapomniała  o 

przygnębiających wydarzeniach ostatnich tygodni. 

- Grim, czy mogłabym się trochę zdrzemnąć? - zapytałam w pewnej chwili. 

- Proszę bardzo - rzekł krótko, nie odrywając wzroku od drogi. 

Zwinęłam się w kłębek. Lekko dotknęłam ramienia Grima i wtedy odsunął się, robiąc 

background image

mi więcej miejsca. Widocznie usłyszał, że szczękam zębami, bo zaraz sięgnął do tyłu po koc i 

okrył  mnie  nim  troskliwie.  Mruknęłam  niewyraźnie  słowa  podziękowania  i  zaczęłam  się 

zastanawiać, czy morderca mógłby być taki jak Grim: bezwzględny, a jednocześnie ciepły i 

troskliwy. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. 

Po chwili zorientowałam się, że Grim jedzie już dużo spokojniej. Nie mogłam jednak 

usnąć. Leżałam w niewygodnej pozycji, ale nie to przeszkadzało mi najbardziej. Najgorsze, 

ż

e  w  głowie  ciągle  miałam  tylko  ogromną  pustkę.  Wpatrywałam  się  tępo  w  budzące  się  ze 

snu  jaśniejące  niebo,  a  tuż  obok  mojej  twarzy  czułam  ciepło,  które  biło  od  dłoni  Grima. 

Przecież to jego głos słyszałam tamtego pechowego popołudnia! Może to on pozbawił życia 

Erika? Siedzi teraz koło mnie, a ja z trudem się powstrzymuję, by przytulić jego dłoń. 

Właściwie  powinnam  przeprosić  Grima.  Najpierw  pozwalam  mu  się  obejmować,  a 

zaraz potem odpycham od siebie. Nie miałam zamiaru go zranić, ale nie wiedziałam, jak mu 

to wyjaśnić. 

Gdy  dotarliśmy  przed  mój  dom,  była  druga  piętnaście.  Wokół  panowała  niczym 

niezmącona cisza. Całe miasteczko pogrążone było w głębokim śnie. 

- Jedziesz do siebie? - zapytałam. 

- Nie wiem, może wstąpię do państwa Moe i zobaczę, czy Magnussen jeszcze tam jest. 

A może pójdę spać... 

- Ja padam z nóg. Cześć, i dziękuję za wszystko... 

Grim odwrócił głowę w przeciwną stronę i rzucił sucho: 

- Cześć. 

Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło mi odwagi Było mi strasznie przykro, 

więc  odwróciłam  się  na  pięcie,  w  kilku  susach  pokonałam  schody  i  zniknęłam  w  sieni. 

Usłyszałam jeszcze, jak Grim z piskiem opon rusza sprzed domu. 

Tym razem szybko zapadłam w sen, ale nie był to sen spokojny. Najpierw śniłam, że 

jestem  na  swoim  własnym  ślubie.  Ubrana  w  piękną  suknię,  stoję  przed  ołtarzem  obok 

narzeczonego. Nie wiem jednak, kto nim jest, gdyż ów mężczyzna skrywa twarz pod rondem 

cylindra. Gdy unosi nieco głowę, widzę, że to Erik, który mówi: „To wszystko twoja wina, 

Kari.  Nie  chciałaś  mnie,  ale  teraz  nie  masz  wyjścia”.  Krzyknęłam  przerażona,  po  czym 

usłyszałam uspokajający głos Tora: „Kari, ja tylko żartowałem. Spójrz na mnie”. Zatrwożona, 

podniosłam wzrok i teraz ujrzałam łagodne, ciepłe spojrzenie Bråthena. Przysunęłam się do 

niego i nagle znowu zobaczyłam u swojego boku kogoś innego; tym razem był to Grim. Pełne 

ż

alu oczy zdawały się mówić: „Kari, Kari, tyle lat czekałem...” Naraz kościół przemienił się 

w  salon  u  państwa  Moe.  Na  schodach  stał  Oskar,  śmiał  się  szyderczo  i  wołał:  „Podpaliłem 

background image

wszystko,  zaraz  cały  dom  stanie  w  płomieniach!  To  wasz  koniec.  Pozamykałem  drzwi, 

nigdzie nie uciekniecie!”. Wtedy usłyszałam potężny huk i, zlana potem, przebudziłam się z 

koszmaru. 

Co to za hałas? Czyżby burza? A może nadal śnię? 

Coś mi jednak mówiło, że ten dudniący odgłos nie pochodzi ze snu. Okno było lekko 

uchylone, więc wstałam i poczłapałam w tamtą stronę. 

Słońce jeszcze drzemało, trawę pokrywała cieniutka warstewka porannej rosy. Nawet 

ptaki nie dawały o sobie znać. Wokół panowała cisza. 

Wróciłam do łóżka, ale tym razem sen nie przychodził. Przewracałam się z boku na 

bok, to wspomnienie dziwnego odgłosu nie dawało mi spokoju. 

Co  to  mogło  być?  Zdaje  się,  że  już  kiedyś  słyszałam  podobny  hałas.  Przypominał 

jadący samochód ciężarowy albo koparkę przesypującą zwały piachu... 

Na miłość boską, to niemożliwe! 

„Związać, zakopać po szyję w piachu i powolutku całkiem zasypać”. 

To  przecież  pomysł  podsunięty  przez  Erika!  W  jednej  sekundzie  otrzeźwiałam  i 

wyskoczyłam  z  łóżka.  Na  nocną  koszulę  narzuciłam  płaszcz,  bose  stopy  wsunęłam  w 

pantofle. Gdy wymykałam się z domu, drzwi zaskrzypiały złowrogo. 

Jeszcze pora, by uratować Erika. Żeby tylko starczyło mi sił! 

W  porannych  promieniach  wschodzącego  słońca  okolica  wydawała  mi  się  inna  niż 

zwykle. Przez moment zatęskniłam za Grimem. Wiedziałam, że czułabym się dużo pewniej, 

gdyby teraz był przy mnie. Jednak po chwili przypomniałam sobie, że to jego własny głos go 

zdradził, głos zabójcy. 

Chlipnęłam  cicho  i  pobiegłam  w  stronę  głównej  szosy.  Nad  całą  okolicą  wciąż 

zalegała złowróżbna cisza. Gdy przebiegałam przez drewniany mostek, moje kroki zadudniły 

tak głucho, że poczułam na grzbiecie gęsią skórkę. Za mostem skręciłam w stronę piaskowni. 

Minutę później stałam na skraju głębokiej piaszczystej czeluści. 

Widok  przeogromnej  jamy  przerażał  i  jednocześnie  budził  respekt.  Wokół  wznosiły 

się wysokie, wyciągnięte do nieba szyje dźwigów. Na samym dole, a także wzdłuż niektórych 

fragmentów ścian, ciągnęły  się podłużne ślady,  wskazujące, skąd ostatnio wybierano piach. 

Ale zaraz, tam na końcu... Czy to cień? Czy może... 

Ostrożnie  zaczęłam  iść  po  sypkiej  skarpie.  Kierowałam  się  w  stronę  miejsca,  które 

wydało mi się podejrzane. To nie cień, to wyraźnie ciemniejsze, wilgotne partie piachu, który 

najprawdopodobniej  niedawno  został  tu  zrzucony.  Może  to  coś  w  rodzaju  lawiny?  Ale 

usypany w dole kopiec wydawał się na tyle duży, by z łatwością skryć ludzkie zwłoki... 

background image

Drżąc ze strachu, pokonywałam kolejne metry,  brnąc po kostki w grząskim gruncie. 

Więc  to  nie  żart,  był  ktoś,  kto  z  zimną  krwią  wyrywał  kolejne  skrawki  z  listy  i  jeden  po 

drugim wysyłał je do ich autorów! 

Pozostały już tylko dwie karteczki. 

Dlaczego jednak Grim nie dostał żadnej? Czy to kwestia czasu, czy może on sam...? 

Byłam zrozpaczona, czułam spływające po policzkach łzy. Może powinnam najpierw 

wezwać Magnussena? Przecież sama nie dam sobie rady. Ale lensmann jest taki zmęczony i 

w dodatku mi nie ufa. 

Czy  Lilly  i  Olsenowie  rzeczywiście  mogli  posunąć  się  do  zabójstwa?  Jeśli  tak,  to 

może mordercą jest Oskar? Dobrze wiedział, że razem ze swoją prawdziwą matką zostałby 

spadkobiercą fortuny po kapitanie Moe. Gdyby nie Grethe i Erik... 

Nikt  z  nas  nie  mógł  przewidzieć  takiego  obrotu  sprawy.  Kto  przypuszczał,  że  pani 

Moe ukrywa to, że ma syna? 

Wszystkie ślady prowadziły zatem do Oskara. 

Teraz jednak najważniejsze jest życie Erika. 

Dotarłam wreszcie do miejsca, gdzie znajdował się ów podejrzany kopiec. Teraz nie 

miałam już wątpliwości: ktoś był tu całkiem niedawno, gdyż z ziemi nadal biła wilgoć. 

Opadłam na kolana i zaczęłam rozgrzebywać piasek gołymi rękami. To dzwoniłam z 

przerażenia  zębami,  to  znowu  zaciskałam  usta  aż  do  bólu.  Piasek  był  coraz  cięższy  i  coraz 

bardziej wilgotny. Nie, nie zdążę! pomyślałam. 

Ale właśnie wtedy dostrzegłam kawałek ciemnego materiału. Gdy odgarnęłam jeszcze 

kilka garści, na wierzchu pojawiła się szczupła dłoń. 

Zaczęłam odgarniać piach jeszcze szybciej. Po twarzy spływały mi łzy i pot, a choć 

traciłam  siły,  wciąż  odrzucałam  kolejne  garście.  Może  zdążę,  może  jakimś  cudem  uratuję 

Erikowi życie! Dlaczego byłam dla niego taka oschła i nieczuła? Przecież mogłam okazać mu 

trochę więcej serca! Szybciej, szybciej! 

Gdy  uwolniłam  ramię,  zorientowałam  się,  że  chłopak  leży  twarzą  do  ziemi.  Na 

wierzchu pojawiły się plecy i posklejane mokrym piachem włosy. 

Na  wargach  poczułam  smak  krwi.  Zrobiło  mi  się  słabo,  ale  szybko  pokonałam  to 

uczucie.  Jeszcze  kilka  ruchów  i  częściowo  odkopałam  głowę.  Powoli  ukazywał  się  profil 

leżącego u moich stóp mężczyzny. 

Spojrzałam na jego włosy, regularne rysy, zdziwione oczy, trochę niekształtną, z tyłu 

nadmiernie spłaszczoną czaszkę, która teraz jeszcze bardziej się zapadła... 

Kopałam z nadzieją na odratowanie Erika, tymczasem pod zwałami piachu odkryłam 

background image

zwłoki Oskara. 

Zbliżała  się  dziesiąta.  Zgodnie  z  wcześniejszym  zaleceniem  Magnussena 

zgromadziliśmy się w domu zmarłego kapitana. Tego dnia miał zostać odczytany testament. 

Oboje z Grimem czuliśmy się mocno zakłopotani i nadal nie bardzo wiedzieliśmy, dlaczego 

nas  również  wezwano.  Z  drugiego  pokoju  dochodził  donośny  głos  rozmawiającego  przez 

telefon lensmanna. 

- Pan rozumie, że musimy odwołać dzisiejsze spotkanie. Właściwie nawet nie ma na 

to  czasu  Tak,  rzeczywiście,  zdarzyło  się  coś  jeszcze.  Tak,  no  właśnie,  trzecia  ofiara...  To 

bardzo przykre. 

Lensmann zniżył głos prawie do szeptu. 

- Kari, pewnie jesteś zmęczona - zauważył Grim, nie patrząc mi jednak w oczy. 

- Rzeczywiście, padam z nóg. Ale nie ruszę się stąd, dopóki się nie dowiem, gdzie jest 

Erik. 

- Nie martw się, na pewno się znajdzie. Cały szwadron policji go poszukuje. 

Grim jednak nie bardzo wierzył w to, co sam mówi. 

Stałam  przy  oknie,  wpatrując  się  bezmyślnie  w  roztaczające  się  wokół  przestrzenie 

pól. Po chwili zapytałam: 

- Czy ostatnio pracowałeś przy wykopach? 

-  Niewiele,  bo  ciągle  coś  się  działo.  Właściwie  mój  sprzęt  stoi  od  jakiegoś  czasu 

bezczynnie i tylko rdzewieje. 

- A skąd się dowiedziałeś o wypadku? 

-  Od  Magnussena.  To  on  kazał  mi  się  tu  zjawić.  Adwokat  kapitana  odnalazł  w 

szufladzie zmarłego list, który był zaadresowany do mnie. Oprócz tego na kopercie widniała 

adnotacja:  „Otworzyć  w  dniu  odczytania  testamentu”.  Lensmann  uważa,  że  ten  list  został 

napisany niedługo przed śmiercią kapitana. Magnussen chce, żebym go dzisiaj przeczytał. W 

tej samej szufladzie adwokat znalazł jeszcze inne dokumenty, których wcześniej nie widział. 

Wszystkie zatrzymał. 

-  Grim,  możesz  mi  powiedzieć,  o  co  prosił  cię  kapitan  przed  śmiercią?  A  może  to 

jakaś tajemnica? - zapytałam z wahaniem. 

- Nie, wcale nie. Chciał, żebym pomógł Erikowi, gdy jego zabraknie. Mówił, że ma 

poważne  kłopoty  z  sercem  i  obawia  się  o  swoje zdrowie.  Chciał  mi  nawet  przekazać  część 

swoich  gruntów.  Miało  to  być  podziękowanie  za  dotychczasową  opiekę  nad  Erikiem. 

Kategorycznie odmówiłem. 

- Dlaczego to zrobiłeś? 

background image

- Chętnie odkupiłbym od niego to pole, ale za nic w świecie nie chciałem go za darmo. 

A poza tym i tak mam zamiar się stąd wyprowadzić. 

Spojrzałam na niego zaskoczona. 

- Naprawdę chcesz się wyprowadzić? 

Grim żachnął się: 

- A ty myślisz, że będę  się spokojnie przyglądał, jak wychodzisz za mąż za mojego 

pracodawcę? Przecież Erik oświadczył niedawno, że zamierzacie się pobrać. Czyżbyś się już 

rozmyśliła? 

- Widzę, że za nic masz moje wyjaśnienia. Mówiłam już raz, że to wierutne kłamstwo, 

i nie mam zamiaru więcej tego powtarzać. Ale skoro moje słowa nie mają dla ciebie żadnego 

znaczenia, lepiej dajmy spokój tej sprawie 

Po  raz  kolejny  Grim  sprawił  mi  ból.  Było  mi  tak  okropnie  przykro,  że  omal  się  nie 

rozpłakałam. 

Grim przez chwilę popatrzył na mnie uważnie, po czym odwrócił wzrok. 

-  Czy  kapitan  miał  prawo  przyznać  ci  część  pola  bez  zgody  żony?  -  zapytałam  po 

chwili, żeby zmienić temat. 

- Tak, ponieważ ta ziemia przypadła Erikowi po jego własnej matce. Sam Erik bardzo 

nalegał,  żebym  ją  przyjął.  Może  jako  zabezpieczenie,  że  tu  zostanę  i  będę  mu  pomagał. 

Chociaż czasami mam wątpliwości co do jego intencji Wydaje mi się, że zrobił to celowo, na 

złość. Wiedział dobrze, że ja... że ty jesteś mi bliska. 

- Niewiele z tego rozumiem. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej. 

-  A  po  co  ci  to?  Jeśli  nie  Erik  jest  twoim  wybrankiem,  to  z  pewnością  ten  drugi, 

doktorzyna, jak mu tam... 

- Wcale nie - powiedziałam cicho. - Ale faktycznie to już nie ma żadnego znaczenia. 

Nie chcę o tym więcej mówić. 

-  Jak  sobie  życzysz.  Na  szczęście  dla  Erika  przynajmniej  macocha  nie  wyrwie  mu 

gospodarstwa. 

- Nie? - spojrzałam zdziwiona na Grima. 

- Kiedy kapitan ożenił się po raz pierwszy, małżonkowie zdecydowali, że ziemia i lasy 

zostaną  przepisane  na  żonę.  Chodziło  im,  zdaje  się,  o  uzyskanie  jakichś  korzyści 

podatkowych.  Po  jej  śmierci  wszystko  od  razu  przeszło  na  dzieci.  Lilly  Moe  ma  jedynie 

prawo do zakładu i części rodzinnych pamiątek. 

- Ale ja słyszałam od lensmanna o bankructwie? 

- Ja też, ale myślę, że niewiele w tym prawdy. 

background image

Nadal nie mogłam zrozumieć, jak i kiedy został zamordowany Oskar, zapytałam więc: 

-  Czy  ty  masz  jakieś  podejrzenia  w  sprawie  zabójstwa  Oskara?  Wiele  osób  było 

narażonych na niebezpieczeństwo, ale on? 

-  Właśnie,  zupełnie  tego  nie  pojmuję  i  tym  bardziej  mnie  to  przeraża  -  powiedział 

półgłosem Grim, po czym niespodziewanie spytał: - Kari, dlaczego mi to zrobiłaś? Chciałem 

powiedzieć... dlaczego w samochodzie...? 

Doszłam do wniosku, że muszę to z siebie wyrzucić, więc odparłam: 

-  Grim,  nie  wiesz,  z  jakim  trudem  przychodzi  mi  to  mówić  -  szepnęłam.  -  Mam  do 

ciebie  żal,  że  mnie  okłamałeś.  Nie  powiedziałeś  mi,  że  wtedy,  w  kwietniu,  rozmawiałeś  z 

Grethe... 

Grim  zaniemówił.  Może  dlatego,  że  czuł  się  niewinny,  a  może  przeciwnie,  był 

zaskoczony  tym,  że  go  zdemaskowałam.  Niczego  mi  nie  wyjaśnił,  bo  do  pokoju  wszedł 

właśnie lensmann Magnussen. Wyglądał na zmęczonego. 

-  No,  jak  tam,  Karlsen,  może  zajrzymy  wreszcie  do  tego  listu?  Proszę,  otwieraj  i 

czytaj. 

- Czy ja mogę już sobie pójść? - zapytałam ostrożnie. 

- Kari, nie musisz nas opuszczać, zostań - odparł Magnussen i ponownie zwrócił się 

do Grima: - Słuchamy. 

List od kapitana Moe do Grima był obszerny. Chłopak zaczął czytać na głos, po chwili 

jednak  umilkł,  jedynie  po  ruchu  jego  oczu  poznaliśmy,  że  czyta  dalej.  Nagle  zmarszczył 

czoło, wziął głęboki oddech, po czym zapytał: 

- Mam czytać wszystko? 

- Oczywiście, czytaj, o ile nie uznasz, że kapitan miałby coś przeciwko temu. 

- Nie, nie, wręcz przeciwnie - odparł Grim. - Ale proszę, nie zdradźcie się z tym, co tu 

usłyszycie. Przynajmniej jedna osoba nie może się dowiedzieć o treści tego listu. 

Zgodnie obiecaliśmy, a Grim od nowa rozpoczął czytanie. 

Drogi Grimie! 

Dziś wieczór, po zakończeniu naszej rozmowy, wydarzyło się coś, co skłania mnie do 

sięgnięcia po pióro i napisania do ciebie. 

Tu Grim podniósł wzrok i rzekł: 

- Widać z tego, że kapitan pisał ów list na krótko przed śmiercią. 

Mógłbym  wprawdzie  zwrócić  się  do  mojego  adwokata  albo  do  lensmanna 

Magnussena,  ale  jakoś  nie  mam  dziś  głowy  do  oficjalnego  tonu.  Ponieważ  uważam  cię  za 

bliskiego  przyjaciela  rodziny,  poza  tym  doskonale  znasz  wszystkich,  o  których  chcę  ci 

background image

napisać, wolę, żebyś ty o wszystkim wiedział. 

W czasie naszej rozmowy sam pewnie zauważyłeś, że jestem w kiepskiej formie. Nie 

muszę przed tobą udawać, że stosunki, jakie łączą mnie z moją żoną, są wyjątkowo napięte. 

Dzisiejsza awantura tak wyprowadziła mnie z równowagi, że boję się o swoje serce. Dlatego 

wezwałem cię do siebie, by porozmawiać o przyszłości mojego gospodarstwa. Ogromnie się 

ucieszyłem, że pomożesz Erikowi uprawiać rolę. Jemu jest bardzo potrzebne czyjeś wsparcie, 

zarówno w pracy, jak i w rodzinie. Obawiam się podstępu ze strony Olsenów, a szczególnie 

Oskara,  bo  Andreas  i  Molly  raczej  nie  są  w  stanie  mu  zaszkodzić.  Wiem,  że  to  będzie  dla 

ciebie zaskoczeniem, ale wiedz, że Oskar tak naprawdę jest nieślubnym synem Lilly. Andreas 

i Molly tylko go wychowywali. Pamiętaj, że Lilly i Oskar nie mają prawa tu pozostać! Nie 

dajcie  się.  Niech  zabierają  pieniądze,  które  im  się  należą,  i  niech  się  wynoszą  gdzie  pieprz 

rośnie.  Możecie  im  nawet  przekazać  fabrykę,  ale  pod  żadnym  pozorem  nie  pozwólcie,  aby 

tknęli  spadek  po  mojej  pierwszej  żonie.  On  przypada  tylko  i  wyłącznie  Erikowi.  Pamiętaj 

jednak, że oni zrobią wszystko, aby wyrwać, co się da! Ja ich dobrze znam. 

Moją obecną żonę przejrzałem na wskroś. To intrygantka jakich mało. Dlatego ten list 

kieruję  do  ciebie,  ona  już  dostatecznie  mnie  zraniła.  Po  naszej  rozmowie  spotkałem  się  z 

Inger,  moją  małą,  biedną  dziewczynką.  Ta  żywa,  wrażliwa  osóbka  nie  potrafi,  niestety, 

niczego  ukryć.  Wiem  o  wszystkim.  Wiem,  że  chciała  mi  powiedzieć  o  swoim  uczuciu  do 

Arnsteina. Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę, choć przecież nie raz widywałem ich 

razem, nawet ostatnio byli u nas w domu. Próbowali się nawzajem unikać, ale nie bardzo im 

się  to  udawało.  Inger  przez  cały  dzisiejszy  wieczór  była  smutna,  choć  starała  się  to  przede 

mną ukryć. Gdy od niechcenia zadałem jej zwyczajne pytanie, które dotyczyło Arnsteina, tak 

się żachnęła, jakbym wytoczył przeciwko niej potężną armatę. 

Wtedy ostatecznie zrozumiałem, że nie mam już na co liczyć. Chciałem jej oszczędzić 

nieprzyjemnej  rozmowy.  Ja  już  swoje  przeżyłem,  pozostało  mi  jedynie  umęczone,  zbolałe 

serce i samotność, a i to nie na długo. 

Skoro zdecydowałeś się pomóc Erikowi, już się o niego nie boję. Jeśli mnie zabraknie, 

wierze, że Lilly i Oskar wkrótce się stąd wyniosą. Niech zajmą moje mieszkanie w stolicy. 

Doszedłem  do  wniosku,  że  będziecie  mnie  najlepiej  wspominać,  gdy  się  usunę. 

Zamierzam  dokończyć  ten  list,  włożyć  do  szuflady,  po  czym  wezmę  sporą  dawkę  środków 

nasennych. Mam nadzieję, że nie zdążycie mnie obudzić. Pozwólcie mi odejść w spokoju. I 

tak moje serce bije z trudem, zostało mi niewiele życia.  Niech ludzie wierzą, że to właśnie 

ono zawiodło. Gdyby jednak ktoś się dziwił, dlaczego tak nagle odszedłem, ten list wszystko 

wyjaśni. Odchodzę z własnej woli 

background image

Zatrzymaj ten list, proszę. Może będziesz musiał go komuś pokazać. Ale błagam, pod 

ż

adnym pozorem nie mów nic Inger! 

Przekazałem  mojemu  prawnikowi  czeki.  To  podziękowanie  za  przyjaźń,  jaką 

okazaliście Erikowi i Grethe. Na skromniejsze sumy dla Arnsteina, Terjego i Kari oraz nieco 

większą  dla  Inger,  tak  by  mogła  spłacić  samochód.  Zostaną  wręczone  w  dniu  odczytania 

testamentu. Ponadto, mimo że tak protestowałeś, prawnik przekaże ci dokumenty własności 

gospodarstwa.  Tę  darowiznę  podpisaliśmy  obaj,  ja  i  mój  syn  Erik.  Przyjmij  ją  i  więcej  nie 

marudź. 

Twój oddany przyjaciel 

Werner Moe 

Grim złożył starannie papier. Siedzieliśmy w milczeniu, zaszokowani nowinami. 

-  A  więc  to  było  samobójstwo  -  wyszeptał  po  dłuższej  chwili  równie  jak  my 

zaskoczony lensmann. 

- Samobójstwo? - wykrzyknęłam. - W takim razie co tu się w ogóle dzieje? 

background image

ROZDZIAŁ XV 

-  Nigdy  bym  nie  przypuszczał  -  Magnussen  wciąż  nie  mógł  dojść  do  siebie  po 

usłyszeniu  zaskakującej  nowiny.  -  Teraz  już  nic  nie  rozumiem.  Dwa  morderstwa  zamiast 

trzech...  Skąd  się  zatem wziął  twój  pomysł  obdukcji,  Kari?  -  Lensmann  spoważniał.  -  Tym 

samym twoje alibi straciło wartość... 

- Ależ panie Magnussen... - zaprotestowałam. 

- Uspokój się, ja tylko żartowałem. Ci, ktoś nadchodzi! Ani słowa o liście! 

- Inger oczywiście niczego się nie dowie? - upewniał się zaniepokojony Grim. 

- Oczywiście, że nie. Nic jej nie powiemy - uspokoił go lensmann. 

Donośnie stukające o posadzkę obcasy zdradziły, że właśnie nadchodzi Lilly Moe. Po 

chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich elegancka jak zwykle, choć tym razem w żałobnej 

czerni wdowa. Tuż za nią podążała jej siostra z mężem. 

- Czy prawnik już się zjawił? - zapytała krótko Lilly. 

- Prawnika nie będzie - odparł równie zwięźle Magnussen. - Rozumie chyba pani, że 

w tych smutnych okolicznościach musimy przesunąć odczytanie testamentu. 

Ź

renice Lilly Moe zwęziły się momentalnie i przypominały teraz oczy kota. 

- Znowu? Jak długo jeszcze...? 

-  Droga  Lilly  -  zwrócił  się  do  szwagierki  Andreas.  -  To  rzeczywiście  nie  wypada! 

Przez wzgląd na chłopca... 

- Dobrze się składa, panie Olsen, że się pan zjawił. - Magnussen popatrzył surowo na 

Andreasa. - Rewident przekazał mi nareszcie księgi zakładów Moe. 

Andreas poczerwieniał i spuścił oczy. 

- To poważna sprawa - ciągnął Magnussen. - Dlaczego pozwolił pan na to, by pański... 

hm... syn pobierał regularnie tak wysokie kieszonkowe? 

- Jak to wysokie? - wtrąciła się Lilly Moe. - Kilkaset koron od czasu do czasu to dużo? 

-  Kilkaset?  Dobre  sobie!  -  wykrzyknął  Andreas.  -  Sama  wiesz,  że  zawsze  żądał  co 

najmniej tysiąc, a często i więcej. Mówił, że ty się zgadzasz. Podobno mu obiecałaś... 

- Nigdy mu nie obiecywałam aż tyle! Więc ile mu dałeś? 

Andreas Olsen otarł pot z czoła. Wyglądał teraz na bardzo zmęczonego. Wyręczył go 

Magnussen, mówiąc: 

- Prawda jest taka, że zakłady Moe znajdują się na skraju bankructwa. Andreas Olsen 

słabo się starał, ale nie czas na to, by go teraz oceniać. Nie sądzę też, żebyśmy musieli winić 

background image

Oskara.  Chłopak  uważał  po  prostu,  że  sięganie  do  kasy  zakładu  to  łatwy  sposób  na 

pozyskanie gotówki. 

- Bankructwo... - wyszeptała pani Moe, jakby nie słysząc tego, co mówi lensmann. 

Dopiero  po  chwili  zareagowała.  Z  jej  gardła  wydobył  się  przeciągły  krzyk  protestu. 

Był tak intensywny, że aż zabolały nas uszy. 

Gdy Lilly ucichła, usłyszeliśmy spokojny głos Grima: 

- Niesłychane, cóż to za kobieta! Kiedy umiera jej mąż, nie roni ani jednej łzy. Potem 

traci syna, to samo. Dopiero wieść o bankructwie wywołuje reakcję! 

-  Co  tu się  u  was  dzieje?  - zawołała  Inger,  która  w  tej  chwili  razem  z  Arnsteinem  i 

Terjem weszła do kancelarii. - Dzień dobry. Kari, jak ty źle wyglądasz. Strasznie mi przykro z 

powodu Oskara. Musiało cię to przerazić? 

- Nie chciałabym teraz o tym mówić. 

-  Przechodziliśmy  tamtędy.  Policja  nadal  przeszukuje  teren.  Całe  miasteczko  się 

zbiegło. A któż to tak krzyczał? Chyba nie powiesz, że pani Moe opłakiwała Oskara? 

- Nie, chociaż to jej syn, a nie pani Molly - wtrącił Grim. - Właśnie się dowiedziała, że 

zakłady zmarłego męża są na skraju bankructwa. 

- Ach, tak, no to rozumiem. 

Wolałabym,  żeby  choć  w  tym  momencie  zebrani  powstrzymali  się  od  złośliwych 

komentarzy.  Zdawałam  sobie  wprawdzie  sprawę,  że  Inger  wreszcie  mogła  publicznie  dać 

wyraz swojej, delikatnie mówiąc, niechęci do Lilly, ale nie podobał mi się jej cyniczny ton. 

Tymczasem  pani  Moe  na  chwilę  umilkła,  po  czym  całą  swą  złość  wylała  na  szwagra. 

Zupełnie zdawała się nie krępować obecnością tylu obcych osób, teraz już nie liczyła się ze 

słowami. 

Ż

adne z nas nie uważało Olsenów za przyjaciół, ale w tej chwili zrobiło nam się ich po 

prostu szkoda. 

Andreas  Olsen  spuścił  głowę,  podczas  gdy  Lilly  Moe  zarzucała  mu  głupotę  i  brak 

męskiego zdecydowania. 

Spojrzałam na lensmanna w nadziei, że może jemu uda się uspokoić rozhisteryzowaną 

wdowę, ale on jedynie pokręcił głową. W takiej chwili nie zamierzał się wtrącać. 

Wreszcie Molly nie wytrzymała i zrobiła krok w kierunku siostry. 

-  Przestań  wrzeszczeć!  -  zawołała  i  od  razu  ją  uciszyła.  -  Andreas  nie  jest  tu  nic 

winien. Czy przez te wszystkie lata nie zastępował Oskarowi ojca? Nie chciałaś tego dziecka 

od samego początku, był dla ciebie tylko kulą u nogi! Bałaś się, że nie złapiesz przez niego 

bogatego męża! A jak się pojawił pan Moe, całkiem się go wyparłaś! My  przyjęliśmy  go z 

background image

otwartymi ramionami, zaopiekowaliśmy się nim, a że nie udało się go utemperować, to już 

nie nasza wina. Nic dziwnego, nieodrodny synek mamusi! 

- Właśnie - Andreas Olsen nagle odzyskał mowę. - Odkąd pamiętam, zawsze chciałaś 

się go pozbyć. A dziś, gdy przychodzi wieść o jego śmierci, kto po nim płacze? Na pewno nie 

ty. Nie masz za grosz uczuć, Lilly, jesteś potworem. Piękna i bestia w jednej osobie... 

W tej chwili Lilly Moe z pewnością nie przypominała piękności. Przebiegła wzrokiem 

po twarzach wszystkich obecnych, niespodziewanie zatrzymała spojrzenie na mnie, zbliżyła 

się  na  wyciągnięcie  dłoni  i  uderzyła  mnie  w  twarz.  Zaraz  potem  odwróciła  się  na  pięcie  i 

wyszła. 

- Na miłość boską... - wyszeptał zaskoczony Terje. 

- No nie, tego już za wiele! - wykrzyknął Grim i chciał za nią pobiec. 

- Zostaw ją w spokoju - poprosiłam. - To bardzo nieszczęśliwa osoba. 

- Ale dlaczego uderzyła właśnie ciebie? - zapytała zdezorientowana Inger. 

- Chyba ją rozumiem - odparłam spokojnie. - Pani Moe zwykle spotyka się jedynie z 

nienawiścią,  tak  ze  strony  najbliższych,  jak  i  obcych.  W  dodatku  nauczyła  się  z  tym  żyć, 

przyzwyczaiła  do  tego,  że  wszyscy  ludzie  są  jej  wrogami,  i  otoczyła  się  niewidzialnym 

pancerzem obojętności. Ja jednak zdałam sobie sprawę z tego, co ona naprawdę czuje. Gdy 

teraz  na  nią  patrzyłam,  odniosłam  wrażenie,  że  cierpi  z  powodu  śmierci  syna,  choć  nawet 

przed sobą nie chce się do tego przyznać. Zrobiło mi się jej szkoda i to chyba dostrzegła w 

moich oczach. 

Przyłożyłam dłoń do pulsującego jeszcze po uderzeniu policzka i powiedziałam: 

- Prawdę mówiąc, trochę mi się należało. 

-  Tak,  tak.  I  mnie  by  się  przydało  -  przyznała  z  pokorą  Inger.  -  Przynajmniej 

poczułabym, że żyję. 

W tym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich Bråthen. 

-  Dzień  dobry,  czy  zastałem  lensmanna  Magnussena?  -  usłyszeliśmy  dobrze  znany 

głos. 

- Tor! - zawołałam uradowana. 

Wszyscy nagle się odprężyli. 

- Słucham, panie Bråthen - odparł lensmann. 

Zapomniałam już, jak bardzo się peszę, kiedy w pobliżu zjawia się Tor. Gdy byłam w 

zasięgu jego wzroku, traciłam koncept i zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Tym razem 

jednak bardzo się ucieszyłam z jego wizyty. 

Tor  jak  zwykle  wyglądał  świetnie:  bujna  grzywka  opadła  mu  zadziornie  na  czoło, 

background image

oczy  lśniły  wesołym  blaskiem.  Z  zaciekawieniem  obserwował  pełne  powagi  twarze 

zgromadzonych. 

- Panie lensmannie, dowiedziałem się, że zarządził pan poszukiwania Erika. Jest mi z 

tego powodu bardzo przykro - powiedział, ale w jego głosie wyczuwało się wesołość. 

- Jak to? - nie zrozumiał Magnussen. 

- Bo widzi pan, Erik siedzi właśnie w moim samochodzie. 

- Co takiego? - wykrzyknęliśmy zgodnym chórem. 

Tor rozłożył ramiona. 

- Wczoraj wieczorem Erik przyjechał do mnie swoim autem. Powiedział, że się bardzo 

boi.  Rzeczywiście,  ręce  mu  drżały,  szczękały  zęby.  Wyznał  mi,  że  nikomu  już  nie  ufa,  i 

zapytał, czy może u mnie przenocować. Jakże mogłem mu odmówić? Kiedy jednak dziś rano 

się przebudził, był tak roztrzęsiony i udręczony sennymi koszmarami, że nie miałem odwagi 

go  puścić.  Dałem  mu  tabletki  uspokajające,  po  których  znowu  zasnął  na  kilka  godzin. 

Dopiero  teraz  dowiedziałem  się,  że  od  wczoraj  go  szukacie.  Wskoczyliśmy  więc  czym 

prędzej do auta, no i jesteśmy. 

-  Chwała  Bogu!  -  odetchnął  z  ulgą  lensmann  Magnussen.  -  Wreszcie  jakaś  dobra 

wiadomość. 

Podczas  gdy  Magnussen  przesłuchiwał  w  swoim  biurze  Andreasa  Olsena,  a  Erika 

transportowano  do  jego  własnego  domu,  otoczyliśmy  Tora  i  jedno  przez  drugie  zaczęliśmy 

relacjonować  mu  wydarzenia  ostatniej  doby.  Potem  rozgorzała  burzliwa  dyskusja: 

Przerzucaliśmy  się  najbardziej  nieprawdopodobnymi  pomysłami  na  temat,  kto  mógł 

zamordować Oskara. 

- Dam sobie głowę uciąć, że to sprawka Andreasa - stwierdził stanowczo Terje. 

- No dobrze, ale przecież nie pozbawiłby życia własnego syna! - zaprotestowałam. 

- Kari, zapomniałaś, że nie był ich prawdziwym synem? 

To syn Lilly! I w dodatku jego własna matka nigdy się o niego nie troszczyła. 

Pokręciłam  bez  przekonania  głową,  ale  nie  znalazłam  innych  argumentów,  które 

przemawiałyby na korzyść Andreasa i Molly Olsen. 

- A jaki, waszym zdaniem, miał motyw? - zapytała przytomnie Inger. 

- Przecież to jasne jak słońce - stwierdził Terje. - Pieniądze kapitana oraz to, że Oskar 

odkryje bankructwo firmy. 

- I tak szybko wyszłoby to na jaw - dodałam. 

W  tym  momencie  wymieniłam  z  Grimem  porozumiewawcze  spojrzenia.  Inger  nie 

może poznać całej prawdy o śmierci kapitana Moe. W każdym razie jeszcze nie teraz. 

background image

W drzwiach ponownie ujrzeliśmy lensmanna. 

- Panie Bråthen, o której godzinie Erik przyszedł do pana do szpitala? 

Tor zamyślił się. 

- Dokładnie nie wiem. 

- A czy było już ciemno? 

- W każdym razie zaczynał zapadać zmrok. 

- Czy Erik spędził u pana całą noc? 

- No, raczej tak. Wczoraj miałem nocny dyżur, więc nie dam głowy, ale tak sądzę. 

- No dobrze, Mogę wam teraz powiedzieć, że w skrzynce znalazłem list zaadresowany 

do Erika. W kopercie znajdował się fragment z listy z jego pomysłem. Ale nie mówcie nic o 

tym Erikowi, to nie ma sensu. Jeszcze bardziej się zdenerwuje. - Lensmann westchnął ciężko, 

po czym ciągnął dalej: - Chciałbym się teraz od was dowiedzieć, co jest napisane na ostatnim, 

siódmym skrawku papieru. Pomysłu Kari w ogóle nie biorę pod uwagę, chociaż można uznać, 

ż

e i to życzenie się spełniło. Wprawdzie nie wiem, czy można nazwać nas „elitą miasteczka”, 

ale  Lilly  rzeczywiście  się  skompromitowała.  Mówiąc  serio:  Co  z  tym  pomysłem  Grima, 

chodziło, zdaje się, o jakieś opalanie... Mam nadzieję, że to zostanie nam oszczędzone. 

Powtórzyliśmy dokładnie propozycję Grima. 

- Jak można wygadywać takie brednie! - rzucił zniecierpliwiony lensmann i trzasnął 

drzwiami. 

Na moment zapadło milczenie. Przerwał je Tor. 

-  Wiecie  co?  -  zaczął.  -  Wydaje  mi  się,  że  zaraz  po  swoim  przyjeździe  Grethe 

dzwoniła ze stacji do domu. Być może zamieniła wtedy kilka słów z kimś z rodziny Olsenów. 

Pewnie się przestraszyli, bo Grethe uchodziła za osobę dużo bardziej przedsiębiorczą niż brat. 

Wyszli jej zatem naprzeciw, a potem z zimną krwią zamordowali. Może też po jakimś czasie 

Oskara  zaczęły  dręczyć  wyrzuty  sumienia  i  postanowił  się  wymigać  z  tej  afery?  A  na  to 

Olsenowie nie mogli już sobie pozwolić. 

- No, chyba jednak trochę przesadziłeś. Za nic w świecie nie uwierzę, żeby Oskar czuł 

kiedykolwiek  wyrzuty  sumienia  -  zaprotestował  Terje.  -  Ja  mam  inną  hipotezę.  Pamiętacie, 

jak dziwnie zachowywał się wczoraj, kiedy rozwiązywał krzyżówkę? Najpierw wszystko było 

w porządku, dopiero potem... tak jakby coś odkrył. O czym myśmy wtedy mówili? Aha, tak, 

o szantażu. Na pewno wpadł na pomysł, żeby szantażować swoją rodzinkę. A Olsenowie nie 

wytrzymali i położyli temu kres. 

-  To  mi  się  podoba  -  pochwalił  Terjego  Tor,  na  co  bratanek  lensmanna  się 

rozpromienił. 

background image

Mnie jednak nie przekonywała taka teoria. 

- No dobrze, ale dlaczego Grethe wskazała w liście na mnie? 

Terje zmierzył mnie srogim spojrzeniem. 

- Wiesz co, Kari, ty zawsze musisz zepsuć mi każdą drobną przyjemność. Daj sobie 

spokój z tym listem! On w ogóle nie ma znaczenia! 

- Zaraz, zaraz, a co ty o tym myślisz, Kari? - zwrócił się do mnie zaciekawiony Tor. 

- Sama nie wiem - powiedziałam niepewnie. - Rzeczywiście, Oskar był wczoraj jakiś 

dziwny,  całkiem  możliwe,  że  wtedy  przyszło  mu  na  myśl,  że  mógłby  spróbować  szantażu. 

Mam  jednak  wrażenie,  że  aż  do  wczoraj  nie  wiedział,  kim  jest  morderca.  Przypomnijcie 

sobie, że gdy opuszczaliśmy salon, on zapatrzył się nagle przed siebie, jakby coś go olśniło 

albo raczej zdziwiło. Może my powiedzieliśmy coś takiego, co naprowadziło go na właściwy 

trop... 

-  Co  ty  gadasz!  -  prychnął  pogardliwie  Terje.  -  Jedyne,  co  mogło  Oskara 

zafascynować,  to  pieniądze,  które  wyciągnąłby  z  gospodarstwa  Erika.  Chodźmy,  Tor, 

opowiemy wujowi o naszej znakomitej koncepcji. 

Obaj skierowali się z nowiną do biura lensmanna. 

Nie  zaszli  jednak  za  daleko.  Po  kilku  minutach  donośny  ryk  Erlinga  Magnussena  z 

głębi korytarza uświadomił nam, że teoria Terjego wyraźnie nie przypadła mu do gustu. 

-  Zmykajcie  mi  stąd,  ale  to  już!  Nie  mam  czasu  na  wysłuchiwanie  takich  bredni! 

Wszyscy się zabierajcie i dajcie mi święty spokój! Już was tu nie ma! - wołał poirytowany. - 

Idźcie  do  swoich  domów  i  nie  wychodźcie,  dopóki  nie  schwytam  mordercy.  Pod  żadnym 

pozorem nikogo nie wpuszczajcie. A przede wszystkim przestańcie bawić się w detektywów. 

Ż

egnam was! 

- Ale nam dał popalić - skomentował swoją porażkę Terje. - Chodź, bracie, nie mamy 

tu nic więcej do zrobienia. 

- Kari, a ty? - spytał Grim. 

-  Zaraz  przyjdę,  muszę  jeszcze  chwilkę  pomyśleć  -  odpowiedziałam.  -  Coś  mi  się 

przypomniało. 

Jeden  po  drugim  przyjaciele  opuszczali  pomieszczenie.  Tor  zszedł  na  dół  razem  ze 

wszystkimi,  spieszył  się  do  szpitala  na  dyżur.  Lensmann  opuścił  gabinet,  a  za  nim  podążał 

przygaszony Andreas Olsen. Po chwili wokół zapanowała głęboka cisza. 

Zostałam  zupełnie  sama.  Zaczęłam  się  zastanawiać  nad  wydarzeniami  poprzedniego 

wieczoru.  W  mojej  głowie  zaczynała  rodzić  się  nowa  wersja  wydarzeń.  Śmierć  Oskara 

przyszła tak niespodziewanie, jakby zbrodnię popełniono w afekcie. Dlaczego Oskar mówił o 

background image

szantażu?  Co  miał  na  myśli?  Może  właśnie  wtedy  zrozumiał,  kto  jest  zabójcą,  a  zabójca 

zorientował  się,  że  Oskar  wie...  Prawdopodobnie  Oskar  zdemaskował  mordercę,  a  potem 

próbował go szantażować.. Ale jak to się stało, że Oskar odkrył tę tajemnicę? Zaczęłam sobie 

przypominać,  o  czym  mówiliśmy  ostatniego  wieczoru.  O  co  pytał  nas  Oskar?  O  Jokastę... 

Czyżby ona miała posłużyć za wskazówkę i doprowadzić do wyjaśnienia sprawy? Raczej nie. 

Potem padło pytanie o syna nordyckiego boga, Fjørnjota. Zaraz, zaraz! Właśnie wtedy Oskar 

wyszedł do biblioteki, a gdy wrócił, wydawał się zupełnie zmieniony. 

Wstałam  i  także  skierowałam  się  do  biblioteki.  Cóż  takiego  odkrył  Oskar  wśród 

nadszarpniętych  zębem  czasu  regałów?  Rozejrzałam  się  dookoła  i...  nic.  W  takim  razie 

powinnam chyba zajrzeć do encyklopedii Może tam znajdę odpowiedź. 

Po  kilku  minutach  natknęłam  się  na  leksykon  i  wybrałam  tom  z  hasłami 

zaczynających się na literę „F”. For... Forn... jest! „Fjørnjot, gigantycznych rozmiarów potwór 

w mitologii nordyckiej, ojciec...” 

Na miłość boską, to niemożliwe! 

Wielkie  tomisko  wysunęło  mi  się  z  rąk  i  z  ciężkim  łoskotem  spadło  na  podłogę.  Z 

przerażenia  zamarłam  i  aby  nie  upaść,  musiałam  podtrzymać  się  ściany.  Z  trudem  łapałam 

oddech. Słowa, które przeczytałam, wirowały z zaskakującą prędkością w mojej głowie. 

W ułamku sekundy wszystko stało się dla mnie jasne. Odkryłam, kim jest morderca, 

odkryłam, co miała na myśli Grethe, pisząc list. Zrozumiałam, kto miał najlepszą okazję, by 

podłożyć  mi  kapsułkę  z  trucizną,  kto  wiedział,  że  Oskar  będzie  sam  w  domu,  wreszcie 

dlaczego Oskar musiał umrzeć. 

Ja i Oskar byliśmy jedynymi osobami, którym nie wolno było dotrzeć do tego właśnie 

tomu  encyklopedii.  Dla  pozostałych  informacja  o  synach  Fjørnjota  nie  miałaby  żadnego 

znaczenia.  Tylko  my  byliśmy  w  stanie  zdemaskować  dzięki  niej  zabójcę.  I  to  właśnie  my 

natknęliśmy się na ów pechowy fragment. 

Swoje odkrycie Oskar przypłacił życiem. 

Teraz nadeszła pora na mnie. 

W  chwili  gdy  usłyszałam  za  sobą  skradające  się  kroki,  instynktownie  skuliłam  się  i 

zakryłam  głowę  ramieniem.  Dzięki  temu  cios  chybił,  trafiając  w  mój  łokieć.  Poczułam 

przejmujący  ból  i  zaraz  potem  paraliż  całej  ręki.  Odwróciłam  się  w  stronę  napastnika,  a 

jednocześnie powoli cofałam się, by tylko znaleźć się jak najdalej od niego. 

- Nie - powtarzałam bezwiednie, jakbym miała jakikolwiek wpływ na dalszy rozwój 

wydarzeń. - Nie! Nie ty! Dlaczego? Przecież nie jesteś taki! 

-  Może  i  nie.  Ale  czasami  sytuacja  zmusza  człowieka  do  zupełnie  nieoczekiwanych 

background image

reakcji. 

To  było  gorsze,  niż  myślałam,  i  wciąż  nie  mogłam  uwierzyć,  że  to  jawa,  a  nie 

koszmarny  sen.  Nawet  wówczas,  gdy  patrzyłam  na  jego  dłonie  unoszące  się  do  mojego 

gardła, nie wierzyłam. Stałam jak zahipnotyzowane zwierzę, bezradne w obliczu zbliżającego 

się niebezpieczeństwa. 

background image

ROZDZIAŁ XVI 

Dłonie  mordercy  były  coraz  bliżej  i  bliżej,  a  ja  wiedziałam,  że  nie  ma  dla  mnie 

ratunku. 

Gdy długie palce musnęły moją brodę, oprzytomniałam, wrzasnęłam na całe gardło i 

zatopiłam zęby w jego kciuku. Zawył z bólu i na moment przyciągnął do siebie okaleczoną 

dłoń. Ten krótki ułamek sekundy wystarczył, żebym znalazła się przy oknie. W mgnieniu oka 

otworzyłam  je  na  oścież,  napastnik  jednak  dopadł  mnie  i  chwycił  wpół.  Zaczęłam  mu  się 

wyrywać  z  całych  sił,  a  przy  tym  gryzłam,  kopałam,  drapałam,  szarpałam  za  włosy. 

Wyswobodziłam  jedną  nogę  i  jakimś  cudem  podstawiłam  mu  ją  tak,  że  przewrócił  się, 

uderzając tyłem głowy w regał z książkami. Po chwili jednak zdołał się podnieść i zrobił kilka 

kroków w moją stronę. Zobaczyłam, ile w jego oczach było nienawiści. Nie namyślając się 

dłużej, wyskoczyłam przez okno. 

Wylądowałam na grządkach Lilly Moe i zaraz poczułam piekący ból w kostce, ale na 

szczęście nic poważniejszego mi się nie stało. Z krzykiem puściłam się pędem przed siebie. 

Najpierw  pobiegłam  kamiennymi  schodkami  w  dół,  potem  musiałam  przebiec  przez  pole. 

Chciałam jak najszybciej dotrzeć do ruchliwej części miasteczka i ta droga wydawała mi się 

najkrótsza. Wiedziałam, że to jedyna szansa, by ujść z życiem. 

Usłyszałam  głuche  uderzenie;  znak,  że  na  grządce  wdowy  wylądował  również  mój 

prześladowca. 

Pod  stopami  miałam  nierówne,  porośnięte  kępkami  trawy  stopnie,  ułożone  z 

nieregularnych  kamiennych  głazów.  Musiałam  bardzo  uważać,  żeby  nie  skręcić  nogi. 

Wiedziałam, że mój napastnik ma podobne kłopoty. 

Przecisnęłam  się  przez  gęsty,  kłujący  żywopłot,  który  otaczał  przydomowy  ogród 

państwa  Moe,  i  znalazłam  się  na  otwartej  przestrzeni.  Tu  nie  miałam  się  już  gdzie  skryć, 

pozostawała mi jedynie ucieczka. Kątem oka dostrzegłam stojący niedaleko traktor Grima. 

Z  minuty  na  minutę  opuszczały  mnie  siły.  W  płucach  zaczynało  mi  brakować 

powietrza, w głowie huczało, a serce waliło jak młot. Mimo to wiedziałam, że nie mogę się 

zatrzymać nawet na moment, bo wtedy nie będę w stanie biec dalej. 

Obejrzałam się za siebie i, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nikogo nie zauważyłam. 

Czyżby mój prześladowca dał za wygraną? 

Nagle oblał mnie zimny pot, za plecami usłyszałam turkot silnika. 

Traktor! 

background image

Boże, Boże, co ze mną będzie? Dlaczego byłam taka głupia i wybrałam ucieczkę przez 

pole? Powinnam była raczej kierować się w stronę osiedla drogą, choć to było trochę dalej. 

Na szosie może szybciej ktoś by mi pomógł. Ale teraz było już za późno. Powoli zaczynałam 

wpadać w panikę i traciłam resztki zimnej krwi. 

A  gdyby  tak...  Nagle  zdałam  sobie  sprawę,  że  traktor  z  doczepioną  koparką  nie 

osiągnie zbyt dużej prędkości, a więc moja szansa na ratunek rośnie. Może mi się uda, może 

sobie poradzę? 

Mimo  to  wciąż  miałam  wrażenie,  że  huk  silnika  dochodzi  z  niewielkiej  odległości. 

Odwróciłam się w biegu i wówczas serce podskoczyło mi do gardła. 

Koparka  nie  była  podłączona,  stała  spokojnie  niedaleko  zagrody  Grima.  W  moim 

kierunku nieubłagalnie sunął sam traktor. Chociaż nie sam - mniej więcej na wysokości mojej 

talii miał zamontowaną szeroką, tępo zakończoną szuflę. 

Dzieliło mnie od niej najwyżej dziesięć metrów. 

Nie wiedziałam, co robić. Na pewno nie zdążę dobiec do lasu. Nie mogłam rzucić się 

w głąb piaskowni, gdyż wtedy skazałabym się na śmierć pod zwałami piachu. 

Nagle  odkryłam  jeszcze  jedno  rozwiązanie.  Nie  namyślając  się,  błyskawicznie 

zawróciłam,  minęłam  warczącą  maszynę,  po  czym  popędziłam  z  powrotem  w  stronę  domu 

kapitana Moe. 

Usłyszałam, że traktor zatrzymał się, a następnie prawdopodobnie także nawrócił. W 

tej samej chwili spostrzegłam też, że w moją stronę ktoś biegnie. 

- Nie, nie idź tam! On cię zabije! To szaleniec! - wrzasnęłam. 

Z  tej  odległości  nie  mógł  mnie  usłyszeć.  Zorientowałam  się  natomiast,  że  woła  do 

mnie i coś mi pokazuje. 

Szansa na ratunek malała z sekundy na sekundę. Od zabudowań wciąż dzieliła mnie 

odległość  kilkuset  metrów.  Traciłam  resztki  sił,  nic  już  nie  widziałam,  biegłam  prawie  po 

omacku, oczy zalewał mi pot i łzy. 

Traktor był tuż za mną, gdy wreszcie posłyszałam wołanie: 

- Kari, uskok! Słyszysz? Biegnij w prawo! 

Ledwie  dysząc,  na  nogach  jak  z  waty,  skręciłam  na  prawo.  Traktor  zahamował  i 

znowu ruszył za mną. Najpierw nie miałam pojęcia, dlaczego znalazłam się w tym miejscu, 

przestałam  już  zupełnie  myśleć,  czułam  tylko  straszliwe  dudnienie  w  skroniach.  Po  chwili 

jednak  zorientowałam  się,  że  znajduję  się  na  stromym  zboczu.  Przebiegłam  kilkadziesiąt 

metrów, po czym przystanęłam na moment, by złapać oddech. 

Maszyna wciąż ciężko toczyła się za mną, ale na wąskich stromych ścieżkach wcale 

background image

nie  było  to  łatwe.  Jeszcze  trudniej  przychodziło  pokonywać  jej  ostre  zakręty.  W  pewnej 

chwili  ciężki  pojazd  przechylił  się  na  bok  i  potoczył  w  dół,  kilkakrotnie  dachując.  Silnik 

jeszcze nie zgasł, koła kręciły się w powietrzu, a okolicę wypełnił przeraźliwy łoskot. Traktor 

zatrzymał się z hukiem na potężnym dębie tuż przy strumyku. 

Opadłam  bez  sił  na  kolana.  Nogi  odmówiły  mi  posłuszeństwa.  Z  trudem  łapałam 

powietrze, z moich zbolałych płuc wydobywał się okropny świst. Mimo że wokół zapanowała 

cisza, wciąż miałam w uszach nieopisany szum. 

Ból  w  piersiach,  zamiast  ustępować,  wzmagał  się  z  minuty  na  minutę.  W  oczach 

zrobiło mi się zupełnie ciemno, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Nawet nie zauważyłam, 

ż

e z miejsca, w którym traktor zderzył się z drzewem, podniósł się mężczyzna. Był już prawie 

na wyciągnięcie ręki, gdy, jęcząc z przerażenia, odczołgałam się kilka metrów. 

Ledwo żyłam. Skuliłam się w oczekiwaniu na najgorsze, na ostateczny cios. 

Tymczasem wokół mnie zapanował nieopisany chaos. Nagle wydało mi się, że słyszę 

krzyki wielu mężczyzn. Wciąż nic nie widziałam, bo oczy zaszły mi mgłą. 

Po jakimś czasie zorientowałam się, że tuż przy mnie z jednej strony klęczy Arnstein, 

z drugiej zaś Inger. Nie miałam na nic siły i prosiłam, żeby zostawili mnie w spokoju. Zaraz 

też  w  odległości  zaledwie  kilku  metrów  ode  mnie  zobaczyłam  dwu  walczących  zaciekle 

mężczyzn. Byli to Tor i Grim. Od strony zabudowań nadbiegali policjanci. Musiałam chyba 

widzieć  podwójnie,  bo  nagle  zobaczyłam  mnóstwo  ludzi.  Molly  krzyczała  przeraźliwie, 

podniecony  Terje  skakał  wokół  walczących,  kibicując  jednemu  z  nich.  Grim  siedział 

okrakiem  na  Torze  i  z  całych  sił  zaciskał  mu  ręce  na  krtani.  Ktoś  kogoś  przekrzykiwał,  po 

czym, jak nożem uciął, zapadła cisza. 

Gdy  po  jakimś  czasie  oprzytomniałam,  czterech  policjantów  trzymało  w  żelaznym 

uścisku wyrywającego się Grima. Był rozwścieczony do ostatnich granic. Obok Magnussen 

pomagał Torowi podnieść się z ziemi. 

Położyłam głowę na ramieniu Arnsteina i szepnęłam: 

- Arnstein, powiedz, że to nieprawda. Że to tylko zły sen, który zaraz minie... 

Arnstein pogładził mnie łagodnie po głowie. 

- Już po wszystkim, już dobrze, Kari. Teraz jesteś bezpieczna - zapewnił ciepło. - Już 

go mają. Nikomu nie zrobi więcej krzywdy. 

Po  kwadransie  odwieziono  mnie  do  domu.  Nie  minęła  godzina,  a  ja  leżałam  w 

wygodnym fotelu taty. 

Niewiele  mówiliśmy.  Czekaliśmy  w  napięciu,  aż  zjawi  się  pan  Magnussen  i  zda 

relację z pierwszego przesłuchania. 

background image

Morderca! Teraz, gdy już wiedzieliśmy, kto nim jest, słowo to nabrało dla nas jeszcze 

bardziej przerażającego brzmienia. Nikt z nas nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. 

Wreszcie  zjawił  się  lensmann.  Wyglądał  na  wyjątkowo  zmęczonego,  ale  w  jego 

oczach płonął jasny ogień. Sprawa nareszcie się wyjaśniła i lensmann mógł po raz pierwszy 

od wielu dni odetchnąć z ulgą. 

Mama wniosła dzbanek ze świeżo zaparzoną aromatyczną kawą. Po pokoju rozszedł 

się  kuszący  zapach.  Przy  stole,  wokół  którego  zasiedliśmy,  zrobiło  się  ciasno,  gdyż  na 

wyjaśnienia lensmanna czekali z niecierpliwością także moi przyjaciele. 

W końcu, jak zwykle, pierwsza odezwała się Inger. 

-  Im  więcej  się  dzieje,  tym  mniej  pojmuję  -  wyznała.  -  Jak  doszło  do  tej  napaści? 

Dlaczego zaryzykował, skoro dom był przecież pełen policji? 

-  Po  pierwsze,  wcale  nie  wiedział,  że  w  domu  nadal  są  funkcjonariusze  -  odparł 

Magnussen - a poza tym nie spodziewał się, że wrócę do domu państwa Moe. Wy także nie 

mogliście się doczekać Kari i postanowiliście jej poszukać. Napastnika najbardziej zirytował 

fakt,  że  nie  udało  mu  się  unieszkodliwić  dziewczyny.  Kari  odkryła  jego  tajemnicę,  więc 

musiała  zginąć.  Myślę,  że  całkiem  stracił  panowanie  nad  sobą,  bo  uganianie  się  za 

dziewczyną traktorem na otwartej przestrzeni to naprawdę idiotyczny pomysł. Później wam 

dokładnie opowiem, jak doszło do tego wszystkiego. Teraz nie mogę zostawać tu zbyt długo, 

mam pilną sprawę w mieście. 

Moja mama zapytała nieśmiało: 

- Czy to o niego chodzi? 

- Tak - odparł lensmann. 

- Mów, Kari, jak było? - ponaglał Arnstein. 

Wciąż  czułam, że  jestem  słaba  i  wycieńczona.  Gdy  podniosłam  filiżankę  z  kawą  do 

ust, ręce wciąż mi drżały. 

- Przypominacie sobie, że rozmawialiśmy o szantażu. Wydawało nam się, że właśnie 

wtedy Oskar tak dziwnie zareagował. Ja miałam jednak wrażenie, że tajemnica tkwi w czymś 

innym. Gdy opuściliście dom, zostałam na chwilę sama i zaczęłam dokładnie analizować, co 

się działo ostatniego wieczoru z Oskarem. Przypomniałam sobie, że w pewnej chwili wyszedł 

do biblioteki, aby sprawdzić, kim jest Fjørnjot. Więc i ja postanowiłam zrobić to samo. 

- Naturalnie poszłaś sama, bez żadnej opieki! - wtrącił lensmann. 

-  No  tak.  Nie  sądziłam,  że  sprawdzanie  haseł  w  encyklopedii  może  nieść  ze  sobą 

jakieś  ryzyko.  Odnalazłam  to  słowo;  ów  Fjørnjot  był  postacią  z  mitologii  nordyckiej.  Miał 

trzech  synów:  Jogi  to  bóg  ognia,  Hler  był  patronem  morza,  a  trzeci  z  nich,  patron  pioruna, 

background image

miał na imię Kári. Dziś nazwalibyśmy go Kåre. 

Młodzi przysłuchiwali mi się z wyraźnym zdumieniem. 

- Ja nadal niewiele z tego rozumiem - rzekła Inger. 

-  Tylko  my  dwoje,  ja  i  Oskar,  wiedzieliśmy,  że  Tor  i  jego  bracia  noszą  imiona  po 

mitologicznych postaciach. Ale żadne z nas nie miało pojęcia, jak ci bogowie się nazywali. 

Dopiero Oskar przypadkiem odkrył, że Tor naprawdę ma na imię Kári. 

Inger rozłożyła ramiona. 

- Ale dlaczego? 

Lensmann  Magnussen  nagle  jakby  zapomniał  o  pośpiechu.  Rozparł  się  wygodnie  w 

fotelu i zaczął mówić. 

-  Bråthen  złożył  przed  godziną  wyczerpujące  zeznanie.  Można  powiedzieć,  że 

największym  zagrożeniem  dla  mordercy  i  jego  planów  okazała  się  właśnie  nasza 

wszędobylska panna  Land. Najpierw przypadkiem podsłuchała rozmowę Grethe i Bråthena. 

Potem natknęła się na zwłoki zamordowanej dziewczyny, których sprawca jeszcze nie zdążył 

ukryć.  Nie  przyjmowała  lekarstw  tak,  jak  inni  posłuszni  pacjenci,  tylko  odkładała  je  na 

później, aż w końcu odkrył je ordynator. To ona wydzwaniała do Bråthena o każdej możliwej 

porze i nie dawała mu spokoju. Rad nierad, musiał robić dobrą minę do  złej gry. W końcu 

jednak miarka się przebrała i nie wytrzymał. No, Kari, teraz już pewnie się domyślasz, czemu 

doszło do wszystkich tych tragicznych wydarzeń? Pamiętasz, że Bråthen opowiadał ci kiedyś 

swoją historię? 

-  Chodzi  o  jego  byłą  żonę  i  pewnie  ten  tajemniczy  Archangielsk?  -  zapytałam  na 

wszelki wypadek. 

-  Właśnie.  Kari  wspominała  o  mężczyźnie,  który  mówił  z  obcym  akcentem. 

Uważaliśmy, że to może być fiński. Kari zapamiętała wtedy zaledwie dwa, trzy pojedyncze 

słowa. Swoje własne imię, Kari, bo pod tym właśnie imieniem poznała go Grethe w szpitalu. 

Sam  wspominał,  że  nazywano  go  tam  panem  piorunów,  czyli  Kári.  Drugim  słowem  była, 

według relacji naszej pannicy, nazwa miejscowości, lecz nie chodziło o Archangielsk, tylko 

Arkanger.  Wiemy,  że  żona  Bråthena  zmarła  w  Arkanger  i  tam  została  pochowana. 

Początkowo uważano nawet, że zmarła śmiercią  naturalną.  Bråthen kłamał, kiedy twierdził, 

ż

e  jego  żona  podejmowała  próby  samobójcze.  Rzeczywiście,  cierpiała  z  powodu  silnych 

stanów  maniakalno  -  depresyjnych  i  podobno  kilkakrotnie  straszyła  męża,  że  targnie  się  na 

ż

ycie,  ale  nigdy  naprawdę  tego  nie  próbowała.  Była  poważnie  chora,  często  wracała  do 

szpitala  i  nigdy  w  pełni  nie  powróciłaby  do  zdrowia.  Stała  na  drodze  do  jego  wolności. 

Należał  wszak  do  mężczyzn,  którzy  nie  zamierzają  rezygnować  z  życiowych  uciech,  i 

background image

wkrótce wdał się w romans z młodą salową. Ich związek szybko rozkwitł, a nowa ukochana 

nieraz się żaliła, że Bråthen jest nie dla niej, gdyż pozostaje związany przysięgą małżeńską. 

Tak  się  złożyło,  że  owa  kobieta  dysponowała  sporym  majątkiem,  a  Torowi  pieniądze  były 

potrzebne. 

- Zaraz, zaraz, powiedział pan, że to salowa... - wtrącił zdumiony Arnstein. 

- No właśnie. Domyślasz się już pewnie, o kogo chodzi? 

- Grethe? 

-  Tak.  Przez  jakiś  czas  rzeczywiście  pracowała  w  szpitalu.  Była  do  szaleństwa 

zakochana  w  Bråthenie.  Zresztą  nie  tylko  jej  Tor  się  podobał.  Prawdą  jest,  że  ordynator 

zalecił  Torowi  urlop.  Bråthen  jednak  potajemnie  wrócił  do  Arkanger,  nocą  niepostrzeżenie 

dostał się na teren szpitala, gdzie znał niemal każdy kąt, i zamordował swoją żonę, pozorując 

samobójstwo. Nikt tego  nie podważał, bo, jak już wspomniałem, pani Bråthen wielokrotnie 

mówiła, że nie chce żyć, że dla najbliższych jest tylko ciężarem. 

-  Wujku,  a  nie  sądzisz  czasem,  że  Bråthen  w  pewnym  stopniu  przyczynił  się  do 

choroby swojej żony? Sam wiesz, że nawet zwierzę tak by nie postępowało jak on. 

- Rozumiem, co masz na myśli. To niewykluczone. Bråthen to drań jakich mało. Ale o 

czym to ja mówiłem? Aha, pech chciał, że kiedy Bråthen skradał się do sali, w której leżała 

jego żona, zauważyła go Grethe. Poszła jego śladem i natknęła się na niego na korytarzu w 

chwili, gdy wychodził od żony. 

- Korytarz... - przerwałam zamyślona. - A więc o tym wówczas rozmawiali... 

- Najprawdopodobniej. Dla Tora była to katastrofa. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że 

on  tej  nocy  był  w  szpitalu.  Przecenił  też  siłę  uczucia,  jakim  darzyła  go  Grethe.  Naiwnie 

wierzył, że dziewczyna i tak przy nim zostanie. Zabronił jej wspominać komukolwiek o ich 

spotkaniu. 

Lensmann przerwał na chwilę, by złapać oddech, po czym podjął swą opowieść: 

- Grethe przeraziła się wówczas nie na żarty. Nie chciała uwierzyć, że Bråthen mógł 

się posunąć do morderstwa, ale wpadła w panikę i po prostu uciekła przed nim. Znalazła się w 

Sztokholmie,  zmieniła  nazwisko  i  wówczas  przestała  korespondować  z  Erikiem  i  z  Kari. 

Przypominasz  sobie  jej  ostatni  list  do  ciebie?  Pisała,  że  prześladuje  ją  pech.  Wprawdzie 

Bråthen  nie  mógł  jej  w  żaden  sposób  odnaleźć,  ale  nie  zaprzestał  poszukiwań.  Grethe 

stanowiła  dla  niego  śmiertelne  zagrożenie.  Przypuszczał,  że  wyrzuty  sumienia  skłonią  ją  w 

końcu do złożenia obciążających go zeznań. Nie mógł do tego dopuścić. Postanowił przenieść 

się do Åsmoen. Wierzył, że Grethe wróci kiedyś do swojego rodzinnego miasteczka. No i, jak 

łatwo  się  domyślić,  jedno  morderstwo  pociągnęło  za  sobą  kolejne.  Tor  nie  potrafił  znaleźć 

background image

Grethe,  za  to  ona  doskonale  wiedziała  o  każdym  jego  kroku.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  jej 

ś

miertelny wróg zamieszkał teraz w Åsmoen. Dlatego trzymała się z dala od rodziny. Kiedy 

jednak usłyszała w radio o śmierci ojca, zdecydowała się przyjechać. Do jednego z przyjaciół, 

który wędrował gdzieś po Europie, napisała list. Jak dotąd, nie udało się nam skontaktować z 

tym  mężczyzną.  W  korespondencji  wskazała  na  Kári  jako  potencjalnego  sprawcę. 

Zapomniała  jednak  o  akcencie  nad  „a”,  bo  tak  poprawnie  pisze  się  to  imię.  Stąd  całe 

zamieszanie. 

- Uff! - odetchnęłam z ulgą. - Nareszcie się wyjaśniło. 

- Bråthen także słyszał ogłoszenie nadane przez radio i uznał, ze to szansa dla niego. 

Swoją drogą, lekarz raczej nie jest wysyłany na pocztę po korespondencję. Na ogół przynosi 

ją na miejsce listonosz. Chyba o tym zapomniałaś, Kari? 

- Ojej, nawet mi to nie przyszło do głowy! 

-  A  widzisz.  Bråthen  kontrolował  po  prostu  każdy  z  przyjeżdżających  pociągów  i 

wciąż szukał okazji, by o określonej godzinie wpaść na dworzec. 

-  Ach,  teraz  już  rozumiem,  dlaczego  zwrócił  uwagę  na  mnie,  gdy  z  ust  pracownika 

biura rzeczy znalezionych padło imię Kari. Przecież on też tak samo się nazywał! 

-  Zgadza  się  -  rzekł  Magnussen.  -  Grethe  przyjechała  jednak  następnym  pociągiem. 

Bråthen wyszedł jej na spotkanie. Dziewczyna musiała się okropnie przerazić, ale on jakoś ją 

uspokoił. Wmówił jej, że bardzo za nią tęsknił. Przekonywał, że wcale nie zamordował żony, 

tylko  wrócił  do  niej,  bo  tak  strasznie  się  o  nią  niepokoił.  Ale  wówczas  żona  już  nie  żyła. 

Według  jego  słów  śmierć  żony  nadeszła  tak  nagle,  że  w  szoku  kazał  Grethe  milczeć.  Gdy 

Grethe stanęła oko w oko z Torem, jego osobisty urok i jej dawne uczucie znów dały o sobie 

znać.  Tymczasem  Bråthen  dyskretnie  kierował  się  w  stronę  lasu.  Grethe,  już  uspokojona, 

wypowiedziała  wówczas  zdanie,  które  posłyszała  ukryta  niedaleko  Kari:  „Jaka  ja  byłam 

głupia!  Jak  mogłam  cię  podejrzewać  o  coś  tak  strasznego!”.  Czuła  się  znowu  szczęśliwa. 

Młodzi  rozmawiali  jakiś  czas,  wspominali  dawne  dzieje,  a  potem  Grethe  opowiedziała 

Bråthenowi o waszych spotkaniach na bagniskach. Ostatnie słowa, jakie dotarły do uszu Kari, 

to:  „Opowiem  ci  wszystko  od  początku”.  I  opowiedziała  o  nienawiści,  jaką  przed  laty 

ż

ywiliście do pani Lilly i rodziny Olsenów. Gdy oboje dotarli do szałasu, Grethe wyciągnęła z 

ukrycia waszą listę. Bråthen zaszedł ją od tyłu, uniósł z ziemi duży kamień i zadał śmiertelny 

cios  w  głowę.  Grethe  nie  zdążyła  nawet  zareagować.  Tymczasem  on  postanowił  na  razie 

ukryć  zwłoki  pod  starymi  kocami.  Nie  pomyślał  jednak  o  tym,  że  dziewczyna  już  od 

drogowskazu  na  rozdrożu  cały  czas  podjadała  swoje  ulubione  toffi  i  beztrosko  rzucała 

papierki na ziemię. Zadowolony wrócił na dworzec, wsiadł do samochodu i odjechał w stronę 

background image

szpitala. 

Lensmann przerwał na moment i dzięki temu mogłam wtrącić się do rozmowy: 

- A jednak ten głos, który wtedy słyszałam, nie przypominał głosu Tora! 

Lensmann spojrzał na mnie z powątpiewaniem. 

- Jesteś tego pewna? 

-  Raczej  tak.  Chociaż zaraz...  Bråthen  rzeczywiście  wspominał  w  szpitalu,  że  ma za 

sobą kilkutygodniowe przeziębienie, które porządnie dało mu się we znaki! 

- No właśnie. Taka przypadłość często powoduje, że trudno chorego poznać po głosie. 

A jednak to był on. 

- Mimo to nie rozumiem, dlaczego postanowił zabić Grethe. Przecież mu uwierzyła? - 

zapytała Inger. 

- Owszem, ale jak długo by to trwało? - odparł lensmann. - Grethe już podczas tamtej 

rozmowy wspominała o ewentualnym ślubie. Tymczasem Bråthen od dawna pocieszał się w 

ramionach  innej  dziewczyny.  Po  śmierci  żony  i  przejęciu  po  niej  majątku  miał  się  nie 

najgorzej.  Ani  mu  w  głowie  było  wiązać  się  z  Grethe  na  stałe.  A  przecież  kilka  minut 

wcześniej  wyznawał  jej  wielką  miłość.  Gdyby  nagle  zaczął  się  wycofywać,  Grethe  z 

pewnością nabrałaby podejrzeń. Tor Bråthen wiedział, że musi się jej pozbyć. 

Lensmann znowu na chwilę przerwał. Wykorzystali to wszyscy palacze, sięgając po 

papierosy. Pokój spowiły kłęby szarego dymu. 

- Następnego dnia do szpitala przywieziono poturbowaną pacjentkę, w której Bråthen 

rozpoznał Kari. Tego samego dnia wieczorem udał się na bagniska, by ukryć zwłoki Grethe w 

rowie, który, jak na ironię, już wcześniej wykopał Grim. Tor zasypał ciało dziewczyny i był 

przekonany,  że  zatarł  wszelkie  ślady.  Grethe  nikt  by  nie  szukał,  bo  nikt  nie  wiedział,  że 

wróciła.  -  Magnussen  spojrzał  na  nas  spod  oka  i  kontynuował:  -  Możecie  sobie  wyobrazić 

minę  Tora,  gdy  jego  pacjentka  zaczęła  majaczyć  o  porozrzucanych  papierkach,  oklejonych 

przez tysiące mrówek! Sądził, że Kari została umyślnie potrącona przez samochód. Przecież 

głośno  mówiła  o  tym,  że  kapitan  Moe  został  zamordowany.  Bråthen  uznał,  że  można  to 

wykorzystać. Przygotował też kapsułkę z trucizną i podrzucił ją Kari. Sądził, że jeśli ktoś by 

to odkrył, podejrzenie padnie niewątpliwie na któreś z przyjaciół. 

- I tak też się stało - zauważył Terje. 

-  Istotnie.  Bråthen  nie  mógł  ryzykować  kolejnej  próby  zgładzenia  Kari,  dopóki 

dziewczyna  przebywała  w  szpitalu.  Gdy  Kari  wróciła  do  domu,  Tor  wysłał  trzy  kolejne 

fragmenty  starej  listy.  W  ten  sposób  udało  mu  się  odsunąć  od  siebie  wszelkie  podejrzenia. 

Czwarty  z  nich  zostawił  na  miejscu.  Tymczasem  dowiedział  się  od  Kari  wszystkiego  o 

background image

przyjaciołach z dawnej paczki. Korzystając z nadarzającej się okazji, wyciął z drewna alraunę 

i podrzucił ją niepostrzeżenie na grób kapitana. Wszyscy daliśmy się nabrać na tę sztuczkę; 

Bråthen wyjątkowo sprytnie kierował naszą uwagę na osobę Wernera Moe. 

- Panie Magnussen, a jak w końcu wyjaśniono śmierć Wernera? - zapytała nagle Inger. 

Nikt  z  nas  nie  spodziewał  się  tego  pytania,  a  najmniej  lensmann.  Toteż otworzył  ze 

zdziwienia usta i zaniemówił. Szybko jednak z pomocą przyszedł mu Grim. 

- Kapitan Moe popełnił samobójstwo - odparł spokojnym, łagodnym głosem. - Bardzo 

ź

le się czuł i wiedział, że zostało mu niewiele czasu. Nie chciał się dłużej męczyć. 

Inger z przerażeniem wpatrywała się w poważną twarz Grima. 

- Jesteś... jesteś pewien, że to... dlatego? 

Dopiero teraz lensmann się opanował. 

- To prawda. Czytałem list, który pozostawił. 

Inger wyraźnie uspokoiła się po tym wyjaśnieniu. 

-  O  czym  to  ja  mówiłem?  -  po  raz  kolejny  zastanawiał  się  lensmann.  -  Już  wiem. 

Bråthen  zabrał  nieświadomą  Kari  na  wycieczkę  w  okolicę  piaskowni  i  tam  chciał  się  z  nią 

rozprawić.  Nieoczekiwanie  jednak  udało  nam  się  odnaleźć  państwa  Gressvik.  Tym  samym 

zdążyliśmy zapobiec tragedii. 

-  Szkoda,  że  jestem  taka  gapowata.  Już  wtedy  mogłam  go  zdemaskować  - 

powiedziałam pewnie. -  Bråthen popełnił błąd. Pamiętam bowiem, że parę minut wcześniej 

opowiadałam mu o nieszczęsnej liście, ale wspomniałam tylko, że Erik proponował zasypać 

panią Moe. Gdy doszliśmy do piaskowni, Tor rzekł: „...a więc to tu Erik zamierzał powolutku 

zasypywać macochę aż po sam czubek głowy”? Oprócz nas tylko morderca mógł znać takie 

szczegóły! 

-  Bråthen  sam  przyznał,  że  najgorsze,  co  go  spotkało,  to  odkopywanie  własnymi 

rękami ciała Grethe - powiedział Magnussen. 

Na wspomnienie tej ponurej sceny po plecach przeszły nam ciarki. 

- Gdy zabójstwo Grethe wyszło na jaw, Bråthena nadal nikt nie podejrzewał. Kari nie 

stanowiła już dla niego zagrożenia. Wyglądało na to, że wszystko się jakoś ułoży. Ale wtedy 

odnaleźliśmy list, którego Grethe nie zdążyła wysłać przed śmiercią. Bråthen miał przy tym 

nieprawdopodobne  szczęście:  nagle  okazało  się,  że  istnieje  inna  Kari,  na  którą  spadły 

podejrzenia. Grethe nie mogła się przyzwyczaić do tego, że imię jej ukochanego jest niemal 

identyczne z norweskim imieniem żeńskim i wciąż wymawiała je ze złym akcentem. Bråthen 

zaś ciągle ją poprawiał. 

-  Wiecie  co?  -  przerwał  tym  razem  Arnstein.  -  Miałem  podejrzenia,  że  istnieje  ktoś 

background image

inny  o  tym  samym  imieniu.  Przepraszam  cię,  Grim,  ale  sądziłem,  że  może  ty  masz  coś 

wspólnego z zabójstwem. Przecież „Kari” to, zdaje się, właśnie fińskie imię męskie? 

- Zgadza się - odparł z uśmiechem Grim. - Ale ja się tak nie nazywam - dodał. 

- Tak, wiem. Nawet to sprawdziłem - odpowiedział Arnstein, czerwieniejąc ze wstydu. 

-  Zupełnie  nie  mam  o  to  do  ciebie  żalu,  Arnstein.  Szczerze  mówiąc,  wszyscy 

podejrzewaliśmy się nawzajem. 

- O mój Boże! - wykrzyknęłam nagle. - Arnstein, teraz ty mnie chyba zamordujesz! 

- Dlaczego, Kari? Co się stało? 

Patrzyłam mu prosto w oczy, ale nie potrafiłam zachować powagi. 

-  Ukradłam  ostatnio  z  twojej  półki  książkę  Juliusza  Verne.  Wiesz,  tę  z 

Archangielskiem  w  tytule.  Myślałam,  że  może  znajdę  w  niej  jakąś  podpowiedź.  Krótko 

mówiąc, ciebie też podejrzewałam... 

Przez chwilę Arnstein stał zaskoczony, po czym roześmiał się serdecznie. 

-  Ach,  masz  na  myśli  ostatnią  wizytę!  A  ja  zachodziłem  w  głowę,  czemu  się  tak 

kurczowo trzymasz za brzuch! 

-  Może  pozwolicie  mi  wreszcie  skończyć?  -  wtrącił  się  do  rozmowy  lensmann.  - 

Wracajmy do Bråthena. Zaniepokoił się trochę, gdy okazało się, że Oskar zetknął się z jego 

braćmi.  Nie  wiem,  czy  wiecie,  że  oni  byli  trojaczkami.  Oskar  wspominał,  że  wszyscy  trzej 

noszą  imiona  po  bohaterach  nordyckiej  mitologii.  Dopóki  jednak  nie  znał  tych  imion,  nie 

stanowił  zagrożenia.  Gdy  jednak  Oskar,  poszukując  hasła  do  krzyżówki,  odkrył  owe 

mitologiczne imiona, wszystko stało się dla niego jasne. Postanowił zaszantażować Bråthena. 

Ale trafił na kogoś groźniejszego od siebie. Jakiś czas potem do pokoju Bråthena w szpitalu 

zapukał  rozdygotany  Erik.  To  od  niego  Tor  się  dowiedział,  że  Oskar  jest  sam  w  domu. 

Wystarczyło  pojechać  i  rozprawić  się  z  szantażystą.  O  mały  włos  Tor  nie  natknąłby  się  na 

Inger  i  Kari.  W  tym  czasie  jego  auto  ze  zwłokami  Oskara  znajdowało  się  o  kilkadziesiąt 

metrów od domu państwa Moe, na terenie piaskowni. Bråthen ukrył je dość prowizorycznie 

pod cienką warstwą piasku, po czym szybko wrócił do szpitala. 

Grim chciał coś wtrącić, ale lensmann go uprzedził: 

- Nie, Grim. On ciebie nie widział, bo leżałeś pod samochodem. Wprawdzie zauważył, 

ż

e jakiś samochód parkuje na poboczu, ale nie zauważył nikogo w środku. Nie przyszło mu 

do  głowy,  by  zaglądać  pod  auto.  Był  pewien,  że  samochód  jest  zamknięty.  Późno  w  nocy 

postanowił  jeszcze  raz  wrócić  na  teren  piaskowni  i  zaaranżować  katastrofę.  Miał  pecha, 

usłyszała to Kari i znowu pokrzyżowała mu szyki. Oskar został znaleziony zbyt wcześnie. Co 

się działo dalej, już wiecie. 

background image

Lensmann skończył, a my wszyscy milczeliśmy. 

- Pewnie sądzicie, że wszystko, o czym wam mówiłem, wyjaśniło się przypadkiem? 

Cóż, Kari rzeczywiście odkryła, kim jest prawdziwy morderca. Ale wiedzcie, że policja cały 

czas  prowadziła  śledztwo.  Kiedy  odstawiłem  Andreasa  na  komisariat,  wróciłem  do  domu 

państwa Moe, by zaaresztować Bråthena. Policja nie jest taka powolna, jak wam się zdaje. W 

tym czasie otrzymaliśmy bowiem telefonicznie potwierdzenie, że jest winien śmierci swojej 

ż

ony. Ale tymczasem to niemożliwe dziewczynisko, Kari, musiało koniecznie zabawić się w 

detektywa. 

Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Pan Magnussen jak zwykle miał rację... 

W  pokoju  został  tylko  Grim.  Reszta  powoli  się  rozeszła.  Zdążyłam  jeszcze  zapytać 

Arnsteina, czemu ostatnio był w stosunku do mnie taki oschły. 

- Tylko dlatego, że jesteś ślepa. Nie dostrzegałaś, jak bardzo potrzebuje cię Grim. 

Po tych słowach Arnstein pożegnał się i wyszedł wraz z innymi. 

To  prawda.  Uświadomiłam  sobie,  jak  dalece  byłam  zauroczona  Torem,  zachwycona 

komplementami Oskara i rozdrażniona zachowaniem Erika. Trzej podrywacze, jeden lepszy 

od drugiego! Co za wstyd! 

Nagle do oczu napłynęły mi łzy. 

-  Och,  Grim!  Ja  tak  strasznie  się  bałam,  że  może  masz  coś  wspólnego  z  tymi 

morderstwami! 

Grim  objął  mnie  serdecznie,  a  ja  mogłam  wreszcie  wyrzucić  z  siebie  wszystko,  co 

dotąd nie dawało mi spokoju. Opowiedziałam mu o tym, jak Tor i Erik ostrzegali mnie przed 

nim, o podobieństwie głosu mordercy do jego głosu, o strachu przed utratą jego zaufania. 

-  Biedne  dziecko  -  pogładził  mnie  po  głowie.  -  Zaraz  ci  wszystko  wytłumaczę,  od 

samego początku. Po pierwsze, od dawna wiem, że tylko ciebie kocham. I ty również mnie 

kochasz. W szufladzie wciąż przechowuję twoje listy, które są na to dowodem. Zebrałem ich 

aż dziewięćdziesiąt osiem! 

- Co ty mówisz? Czy ja naprawdę tak dużo ich napisałam? 

- Owszem. Z ich treści jasno wynika, że nigdy nie byłem ci obojętny. Ale być może 

wtedy nie zdawałaś sobie jeszcze z tego sprawy. Kiedyś wspomniałem Erikowi, że wybieram 

się do Oslo po ciebie, że być może wkrótce się pobierzemy, jeśli, oczywiście, i ty się na to 

zgodzisz... 

- Więc dlaczego nie przyjechałeś? Jestem pewna, że wróciłabym z tobą bez wahania! 

Grim uśmiechnął się pod nosem, po czym spoważniał. 

-  To  właśnie  Erik  mnie  powstrzymał,  może  przez  zazdrość,  a  może  z  innych 

background image

powodów. Nagle bardzo się zmienił. Wiedział, że w każdym liście nakłaniam cię do powrotu, 

ale to nie skutkuje. Erik postanowił, że tym razem on cię poprosi, a jemu nie odmówisz. A 

kiedy wróciłaś, zaczął w koło rozpowiadać, że zamierzacie się pobrać. Tego już nie mogłem 

znieść. 

- Erik był bardzo nieszczęśliwy i samotny. Bał się, że kiedy weźmiemy ślub, zupełnie 

się od niego odsuniemy. 

-  Wiem,  nawet  ostatnio  z  nim  rozmawiałem.  Tym  razem  sprawiał  wrażenie  dużo 

spokojniejszego.  Przepraszał  mnie  za  wszystko,  zresztą  ja  wcale  się  nie  gniewam.  Jeśli 

człowiek ma tyle problemów co on, czasem traci rozeznanie. 

- W swoim liście prosił tylko o wsparcie i mój przyjazd. 

- Ale ja nic o tym nie wiedziałem. Mówił mi, że wróciłaś na jego prośbę. Wówczas 

byłem bliski załamania. Najpierw starałem się udawać twardziela, ale nie przychodziło mi to 

łatwo.  Potem  chciałem  wyjechać  na  zawsze.  Pamiętasz,  o  czym  rozmawialiśmy  na 

bagniskach? Uważałaś, że zachowuję się dziwnie, tak jakbym cię nienawidził. Ja starałem się 

trzymać w ryzach, bo najchętniej w ogóle nie wypuściłbym cię z ramion. Przychodziłem do 

ciebie  do  szpitala,  przesiadywałem  godzinami  i  trzymałem  za  rękę.  Wierzyłem,  że  moja 

miłość doda ci sił i pomoże przetrwać kryzys. Widzisz, jaki ze mnie romantyk? I co, nie jesteś 

zadowolona? 

- Nie masz pojęcia, jak bardzo, Grim. Szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że możesz być 

mordercą.  Ale  byłam  przekonana,  że  rozmawiałeś  z  Grethe  na  bagniskach,  że  to  twój  głos 

słyszałam. Nie wiedziałam, jak to pogodzić, i myślałam, że mnie oszukałeś. 

- To już przeszłość. Nie wracajmy do tych wydarzeń. Mam dla ciebie inną propozycję. 

Przed laty obiecywałaś, że pojedziesz ze mną na północ, do Finmarku? 

- Uhm. 

-  Co  byś  powiedziała,  gdybyśmy  teraz  się  tam  wybrali?  Przydałby  się  nam 

odpoczynek, co? 

- Grim, uważam, że to wspaniały pomysł! 

Przytuliłam  się  do  niego.  Już  nigdy  nie  zostanę  sama,  nigdzie  nie  wyjadę  stąd  bez 

Grima. Nigdy więcej się nie rozstaniemy. Byłam taka szczęśliwa!