background image

Vance, energiczny mężczyzna 

prowadzący z sukcesem interesy w Kenii, 

traci wzrok w katastrofie. 

Nie chce stać się ciężarem dla młodej, 

świeżo poślubionej żony. 

Żąda rozwodu wbrew oczekiwaniom 

kochającej go kobiety. 

Jak potoczą się ich losy? 

Czy Libby pokona trudności na drodze do szczęścia? 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Panie doktorze, czy to znaczy, że ślepota mojego 

męża jest nieodwracalna? - Libby Anson usiłowała 

zapanować nad sobą. W czasie długiego nocnego lotu 

z Londynu do Nairobi podtrzymywała ją na duchu 

myśl, że jeszcze nie wszystko stracone i operacja 

przywróci mu wzrok. 

- Obawiam się, że tak - doktor Stillman od­

powiedział cicho, ostatecznie pozbawiając ją resztek 

nadziei, której czepiała się kurczowo do tej chwili. 

Pochylił się w jej stronę i zaczął wyjaśniać. 

- Kiedy osunął się strop w kopalni, siła wstrząsu 

sprawiła, że mikroskopijny odłamek rudy przebił 

czaszkę pani męża. Jestem przekonany, że zniszczył 

nerwy wzrokowe, ponieważ chory nie reaguje w ogóle 

na światło. Bardzo mi przykro. 

- Nie mogę w to uwierzyć - potrząsnęła głową. Jej 

czarne błyszczące włosy ułożyły się miękko wokół 

ramion. - Czy Vance wie, że jego ślepota jest trwała? 

- Tak. Zażądał, by powiedzieć mu prawdę w mo­

mencie, gdy odzyskał przytomność. 

- Ale przecież minęły ponad dwa tygodnie od 

wypadku. Nie rozumiem, dlaczego nikt mnie nie 

zawiadomił. Przyleciałabym pierwszym samolotem. 

Kiedy pomyślę, że cały ten czas leżał w szpitalu, a ja 

nic nie wiedziałam... - głos stopniowo zamierał jej 

w gardle. 

- Byłem przekonany, że kontaktował się z rodziną. 

Dopiero przedwczoraj wieczorem dowiedziałem się, 

że nikt go nie odwiedzał ani nie dzwonił, prócz kilku 

background image

pracowników firmy Anson Mining. Pozwoliłem sobie 

więc zadzwonić do jego biura z prośbą o numer 

telefonu najbliższego krewnego. Jakiś pan Dean 

powiedział mi, że w Londynie mieszka ojciec pana 

Ansona i natychmiast się z nim porozumiałem. 

- Czy Vance w ogóle o mnie nie wspomniał? 

Zupełnie tego nie rozumiem. - Libby westchnęła. 

Doktor Stillman przyjrzał się jej owalnej twarzy 

o regularnych rysach. W oczach Libby czaił się 

niepokój. 

- Dopóki nie zjawiła się pani na oddziale, w ogóle 

nie wiedziałem, że pan Anson jest żonaty. Na dodatek 

z tak piękną kobietą... Państwa ślub był trzymany 

w całkowitej tajemnicy. Nikt z jego przedsiębiorstwa 

nie został poinformowany o tym fakcie. Od jak 

dawna są państwo małżeństwem? 

- Od trzech tygodni. - Libby westchnęła głęboko 

i ciągnęła dalej drżącym, przerywanym głosem. - Vance 

musiał polecieć do Kenii natychmiast po uroczystości 

w związku z kłopotami w jednej z kopalń. Miał 

wrócić za kilka dni. Postanowiliśmy, że poczekam 

w Londynie, a potem wyjedziemy. Od tego czasu nie 

dał żadnego znaku życia. Powiedział, że wybiera się 

w niedostępne, górskie okolice i zadzwoni do mnie, 

jak tylko to będzie możliwe. Dopiero dzięki temu, że 

pan skontaktował się z jego ojcem, wiemy, co się 

z nim dzieje. 

Znów ogarnęła ją fala bólu. Vance zranił ją do 

głębi, nie przyznając się do tego, że jest żonaty. 

- Nawet pani nie wie, jaką ulgą jest dla mnie pani 

przyjazd - lekarz uśmiechnął się. - Odnalazłem 

brakujący element łamigłówki. 

- Jakiej łamigłówki, panie doktorze? - Libby 

pochyliła się do przodu z zaciekawieniem. 

- Chociaż wiedziałem, że pani mąż jest twardym 

człowiekiem, martwił mnie jego niezłomny upór, by 

background image

pozostać całkowicie samodzielnym mimo utraty 

wzroku. Teraz, kiedy panią zobaczyłem, zaczynam 

rozumieć. 

- Co pan ma na myśli? - Libby wbiła w niego 

wzrok, mocno zaniepokojona. 

- Szczerze pani powiem, że gdyby to na mnie 

czekała piękna młoda żona, a ja niespodziewanie 

straciłbym wzrok, prawdopodobnie w pierwszej chwili 

pomyślałbym o samobójstwie - mówiąc to założył 

ramiona za głowę. 

- Czy to znaczy, że Vance nie chce żyć? - wy­

krzyknęła. - Czy dlatego nie skontaktował się ze mną 

zaraz po wypadku? 

- Nie, nie o to mi chodzi. - Zapewnił ją. - Po 

prostu zamknął się w sobie, bo nie może znieść myśli, 

że jest zależny od innych, a w szczególności od pani. 

Jest inteligentnym człowiekiem sukcesu, przyzwycza­

jonym do panowania nad sytuacją. Tu, w Kenii, 

zrobił karierę, której wielu mu zazdrości. Jego decyzjom 

podporządkowany jest cały, liczny personel firmy. 

Co więcej, ożenił się i chciał być wszystkim dla żony. 

Dla pani. Ślepota była straszliwym ciosem dla niego, 

dla jego męskości. Stracił wiarę w to, że może być 

pani obrońcą, żywicielem rodziny, kochankiem... 

- Jest dla mnie tym wszystkim, obojętnie czy widzi, 

czy nie -jej głos załamał się. - Myślałam, że zadzwonił 

pan do jego ojca tylko dlatego, że nie mógł pan 

skontaktować się ze mną. Nie wiedziałam, że on... 

Czy większość ludzi reaguje podobnie w takiej sytuacji? 

Czy odwracają się od tych, którzy ich najbardziej 

kochają? 

Spuścił wzrok i wygładzał kciukiem brzeg folderu 

leżącego przed nim na biurku. 

- Utrata wzroku zawsze wywołuje depresję. Każdy 

przypadek jest jednak inny. Jak większość mężczyzn, 

chciał być idealnym mężem. Raptem ślepota postawiła 

background image

go w zupełnie nowej sytuacji, nad którą nie potrafił 

zapanować. Ogarnął go lęk. 

- Nie mogę sobie wyobrazić, by Vance się czegoś 

bał - jej oczy napełniły się łzami. 

- On też sobie tego nie może wyobrazić... 

Libby zmrużyła oczy, gdy w pełni dotarło do niej 

znaczenie słów lekarza. Teraz dla Vance'a zapanowała 

wieczna noc. Nie miała pojęcia, jakie to uczucie. 

Tęsknota za nim pogłębiała jeszcze jej smutek. 

- Czy cierpi? - spytała i powoli uniosła głowę. 

- Jest w świetnej formie fizycznej. Jedynie od czasu 

do czasu miewa bóle głowy. Martwi mnie, że obarcza 

się winą za ten wypadek. Zginęły w nim dwie osoby. 

Libby westchnęła cicho. Nic o tym nie wiedziała. 

Nie pomyślała nawet o innych, skupiając całą uwagę 

na nieszczęściu męża. 

- Nie chciałem go wypisać ze szpitala, póki się nie 

dowiem, czy ma bliskiego przyjaciela lub rodzinę, 

która mogłaby się nim zaopiekować. Do tej pory 

odrzucił wszystkie propozycje pomocy. Zgodził się 

jedynie na odwiedziny kilku pracowników swojej 

firmy. Jak już mówiłem, zadzwoniłem do jego ojca, 

żeby się dowiedzieć, czy rodzina jest w ogóle przygo­

towana do tego, by się nim zająć. - Spojrzał na nią 

z niepokojem. - Muszę przyznać, że z ulgą przyjąłem 

wiadomość o pani przyjeździe. Mąż upierał się, by 

dzisiaj opuścić szpital. Z pewnością będzie się pani we 

wszystkim sprzeciwiał, ale rozpaczliwie pani potrzebuje. 

Czy sprosta pani tej sytuacji? 

- Potrzebuję Vance'a bardziej niż on mnie. Jestem 

jego żoną i mam zamiar dzielić z nim życie, niezależnie 

od sytuacji. 

- Brawo! Szczęściarz z niego, że ma taką żonę. 

Mam nadzieję, że niedługo w pełni to sobie uświadomi. 

- Doktor uśmiechnął się, całkowicie uspokojony. 

Słuchając lekarza, Libby czuła, jak ogarnia ją 

background image

strach. Vance miał już dwa tygodnie na to, żeby 

odgrodzić się murem od świata, od niej. Nie za­

dzwonił przecież. 

- Chciałabym go zobaczyć - powiedziała zdecydo­

wanym głosem, podnosząc się z krzesła. - Dziękuję, 

że poświęcił mi pan tyle czasu, panie doktorze. Jestem 

panu wdzięczna za opiekę nad Vance'em. 

- Życzę pani powodzenia - lekarz wstał i uścisnął 

jej dłoń. - Za chwilę też zajrzę do pani męża. 

Porozmawiamy wtedy bardziej szczegółowo o dalszych 

zaleceniach. Zaniesie mu pani lunch? Nie ma takiego 

apetytu jak powinien, co jest zresztą zupełnie zro­

zumiałe. Innym się to nie udało, ale może pani 

nakłoni go do jedzenia. 

- Spróbuję - przyrzekła niepewnym głosem. 

- Czy mogę pani zadać osobiste pytanie? 

- Oczywiście - wbiła w niego wzrok, zaskoczona 

napięciem, które wyczuła w jego głosie. 

- Jak długo zna pani męża? 

- Prawie trzy lata. Poznałam go, gdy mój ojczym 

kupił stadninę ogierów sąsiadującą z posiadłością 

jego rodziny. Dlaczego pan pyta? 

- Cieszę się, że małżeństwo państwa nie jest 

wynikiem krótkiej, szalonej miłości. Przynajmniej ma 

pani świadomość, co panią czeka. - Spod wpół 

przymkniętych powiek obserwował ją, gdy wychodziła 

z gabinetu. 

Libby weszła do separatki, niosąc tacę z lunchem 

dla Vance'a. 

- Tacę proszę zabrać tam, skąd została wzięta 

- rozległ się znajomy niski głos. - Wychodzę za 

chwilę ze szpitala i wszystko się zmarnuje. Można ją 

dać temu nieszczęśnikowi z sąsiedniego pokoju. On 

jest na diecie lekkostrawnej, ja nie. 

Ten wybuch niezadowolenia sprawił, że Libby nie 

background image

odważyła się przyznać, kim jest. Powoli przeszła 

przez pokój tak mały, że niemal otarła się o męża. 

- Powiedziałem, że nie jestem głodny! Na litość... 

- nagle przerwał i uniósł głowę, natężając uwagę. 

Odwrócił się i ciągnął dalej ściszonym głosem, 

z roztargnieniem przeczesując włosy ręką. - Te 

perfumy... Przez moment myślałem... 

Ręce drżały jej tak, że filiżanka zabrzęczała na 

spodku, a pokrywka zsunęła się z talerza. Ostrożnie 

postawiła tacę na stoliku przy łóżku. Odwróciła się 

i spojrzała na jedynego mężczyznę, którego kochała. 

Ubrany był w jedwabną piżamę i szlafrok koloru 

kawy. Czy to jakiś kolega lub pracownik przywiózł je 

z farmy? Czy były w jego guście? A może kupiła je 

jedna z sekretarek? 

Jej pewność siebie zachwiała się, gdyż właściwie 

wcale nie znała tego Vance'a, który mieszkał w Kenii. 

Listy i telefony dostarczyły jej ledwo strzępów 

informacji o jego życiu codziennym i przyzwyczaje­

niach. 

Jego wygląd niewiele się zmienił, co było dla niej 

pewnym zaskoczeniem. Usta nabrały cynicznego 

wyrazu, a bruzdy wokół nich pogłębiły się. Pozostał 

jednak pięknym i pociągającym mężczyzną. Widać 

było, że uparł się przy samodzielnym goleniu. Tu 

i ówdzie dostrzegła resztki zarostu, co przedtem, przy 

jego dokładności, nigdy się nie zdarzało. Miał dłuższe 

włosy i stracił nieco na wadze, przez co wyglądał dość 

chłopięco przy swoich trzydziestu jeden latach. 

W oczach Libby był ideałem, jak dawniej. 

Akurat pakował się i zaczęła go z uwagą obser­

wować. Upychał wszystko bez ładu i składu w walizce. 

Zaklął, gdy część rzeczy spadła z łóżka na podłogę. 

Ze ściśniętym sercem patrzyła, jak obmacuje dłonią 

krawędź łóżka, i opada na kolana, by je podnieść. 

Nieświadomie zrobiła ruch, jakby chciała mu pomóc. 

background image

Odrzucił do tyłu głowę i Libby mimowolnie wstrzymała 

oddech. Jego oczy utkwione były w przestrzeń - piękne, 

aksamitnie brązowe i złe! Nie mogła uwierzyć, że jej 

nie widzi. 

- Czego, do cholery, pani chce?! To na pewno nie 

pani Grady. Ona już wie, że nie można mnie zmusić 

do jedzenia - rzucił tak oschle, że zadrżała. 

Szybko obrzuciła go wzrokiem i nie dostrzegła 

żadnych śladów po ranie. Doktor Stillman powiedział, 

że mikroskopijny odłamek przebił czaszkę za linią 

włosów. Siła walącej się masy gruzu spowodowała 

jedynie małą rankę. Na dodatek jego opalenizna 

nadawała mu zdrowy wygląd i mogła zwieść każdego, 

kto nie wiedział, że jest śniady przez cały rok. Libby 

nie dała oszukać się pozorom. Była pewna, że szok 

po wypadku jeszcze nie minął. 

- Czy już się napatrzyłaś, kimkolwiek jesteś?! 

- warknął na nią, aż podskoczyła. - Czy nie wiesz, że 

to niegrzecznie gapić się na ślepca? 

Libby była przerażona. Nie poznawała człowieka, 

który mówił głosem Vance'a. Poczuła krople potu na 

czole i postanowiła wziąć się w garść. Nie mogła 

pozwolić sobie na słabość. 

- Vance? - zaczęła niepewnie. 

- Mój Boże, to rzeczywiście ty - wyszeptał chrap­

liwie, całkowicie zaskoczony. W jego głosie kryło się, 

na razie trudne do określenia, uczucie. Gdy wstawał, 

wokół jego ust pojawiła się bladość. Z trudem wymówił 

jej imię, jakby ledwo zdołał odszukać je w najdalszych 

zakamarkach pamięci. Jednak nadał mu ciepłe brzmie­

nie, zdradzając głębię swych uczuć. Należało to 

zapamiętać. Libby szybko podbiegła do niego. 

- Tak, Vance, to ja. Miałeś przyjechać do Londynu 

i nie zjawiłeś się, ale wybaczam ci, biorąc pod uwagę 

okoliczności - zdążyła wyszeptać, zanim zarzuciła mu 

ramiona na szyję. Całowała go gorączkowo, jakby 

background image

chciała wyładować napięcie, w którym żyła przez 

ostatnie dwa dni. Vance stał sztywny i wyprężony. 

Nie zastanowiła się przedtem nad jego ewentualną 

reakcją. Nagle poczuła, że ją odpycha i chowa się za 

łóżko. Uderzył się o dźwignię służącą do podnoszenia 

i opuszczania wezgłowia. Zaklął znów, a jego pierś 

unosiła się, jakby z trudem chwytał powietrze. 

- Co tutaj robisz, Libby? - spytał z zimną nienawiś­

cią w głosie. 

- Czy takie pytanie zadaje się żonie - przerażona, 

z trudem przełknęła ślinę. 

- Wiesz, że nie chciałem, byś tu przyjeżdżała. 

Napisałem wszystko w liście - wepchnął ręce do 

kieszeni i stał nieruchomo jak wykuty w skale. 

- W jakim liście? - przysunęła się do niego. Czuła, 

że serce wali jej jak młotem. 

- List podyktowałem sekretarce. Zapewniła mnie, 

że go wyśle. 

- Vance, nie dostałam twojego listu. Przysięgam. 

Zapadła cisza. Vance chyba zastanawiał się nad 

szczerością jej słów. 

- Nawet zakładając, że mówisz mi prawdę, w ogóle 

nie rozumiem, dlaczego tu jesteś. Zgodnie z umową ja 

miałem się skontaktować z tobą. 

- Doktor Stillman zadzwonił do twojego ojca 

wczoraj rano i powiedział mu o wypadku. Ojciec 

natychmiast porozumiał się ze mną i jak tylko 

załatwiłam sprawy związane z wyjazdem, wsiadłam 

w pierwszy samolot. - Twarz Vance'a poszarzała. 

Zbielałymi palcami kurczowo ściskał oparcie łóżka. 

- Dlaczego nie powiadomiłeś mnie o tym, co się 

stało? Dlaczego nie mogłam dzielić z tobą twojego 

nieszczęścia? Wiesz, że przyjechałabym od razu. 

Wzięła go za rękę. Delikatnie uścisnęła jego palce, 

ale wyszarpnął dłoń i odsunął się. Sprawiło jej to ból, 

gdyż nigdy przedtem Vance jej nie odtrącił. 

background image

- Nie powinnaś była przyjeżdżać - wymamrotał 

ponuro. Jego dłoń poruszyła się nad otwartą walizką, 

jakby miał zamiar czymś rzucić ze złości. - To był list 

polecony. Knowania doktora Stillmana, nawet jeśli 

płynące z dobroci serca, sprawiły, że zjawiłaś się tu, 

nim go otrzymałaś. Wyjaśniłem w nim, dlaczego nie 

chcę cię więcej widzieć, a nasze małżeństwo nie ma 

sensu. 

- No, ale teraz, kiedy już tu jestem, możesz mi 

o wszystkim sam powiedzieć - westchnęła głęboko, 

starając się za wszelką cenę zachować spokój. Obser­

wowała jak usiłuje odnaleźć uchwyt walizki. Na 

skroniach pulsowały mu nabrzmiałe żyły a bladość 

wokół ust jeszcze się pogłębiła. 

- Jedź do domu, Libby. Tu nie masz nic do roboty 

- opuścił wieko walizki, ale nie mógł jej zamknąć, 

wysunął się uchwyt nesesera z przyborami do golenia. 

Choć spodziewała się zmian w jego zachowaniu, 

nie była przygotowana na tyle zimnego okrucieństwa. 

Stał się odpychającym, bezwzględnym człowiekiem. 

Pomyślała, że gdyby jeszcze raz spróbowała go 

dotknąć, pewno odepchnąłby ją z całej siły. 

- Tu jest mój dom - szepnęła. - Trzy tygodnie 

temu wzięliśmy ślub i na dowód tego mam obrączkę. 

O ile sobie dobrze przypominam, część przysięgi 

brzmiała - na dobre i na złe, w chorobie i zdrowiu, 

póki śmierć nas nie rozłączy. 

- Jestem niewidomy, Libby. Tego przysięga nie 

uwzględnia. 

- Ale żyjesz! - starała się zapanować nad uczuciami. 

- Kiedy usłyszałam, że miałeś wypadek, liczyło się 

tylko to, że nie zginąłeś. Straciłeś wzrok, ale z tym 

możemy sobie poradzić. Pomogę ci. Zrobiłabym 

wszystko dla ciebie. 

- Mylisz się, Libby - stwierdził, międląc pod nosem 

przekleństwo. Stał wyprostowany, z zaciśniętymi 

background image

pięściami przy łóżku. Kto inny już dawno by go 

posłuchał i uciekł jak najdalej. - My nie istniejemy 

jako para. Powtarzałem doktorowi Stillmanowi - żad­

nych odwiedzin. 

- Żona chyba nie naldży do tej samej kategorii co 

inni - upierała się przy swoim. - Dlaczego nie 

powiedziałeś, że jesteś żonaty? Czy masz tak mało 

wiary we mnie, by myśleć, że skompromituję cię przy 

twoich znajomych i kolegach? 

- To nie było powodem i sama o tym wiesz 

- w ruchu, jakim przeczesał dłonią włosy, widać było 

rozpacz i bezradność. - Nigdy nie zrozumiesz, Libby. 

- Pomóż mi! Kocham cię, Vance. Pozwól, bym 

nadal była dla ciebie żoną - błagała, obchodząc 

dookoła łóżko, by podejść do niego. 

- Przestań, Libby. Wypadek wszystko zmienił - oczy 

Vance'a zwęziły się. 

- Twoją miłość do mnie również? 

Na mgnienie oka jego twarz wykrzywił grymas bólu. 

- Nie jestem już tym mężczyzną, za którego wyszłaś 

za mąż. Utrata wzroku zmienia stosunek do życia 

pod każdym względem. To tak, jakby się człowiek po 

raz drugi urodził. Muszę iść swoją drogą. Sam. Przykro 

mi, że list doszedł zbyt późno i nie uniknęłaś tej 

niepotrzebnej podróży. 

- Niepotrzebnej!? - ogarnęła ją fala gniewu. - Nie 

zmienisz tego, że jesteśmy małżeństwem. List nie ma 

znaczenia, bo już tu jestem. Nie zrezygnuję z małżeń­

stwa, które się nawet nie zaczęło. 

- I nie zacznie. - Zdecydowanie w jego głosie 

wykluczało dalszą dyskusję. - Po południu przenoszę 

się ze szpitala do swojego mieszkania. Dla ciebie 

zamówię taksówkę na lotnisko. Pierwszym samolotem 

odlecisz do Londynu. 

- Nie mówisz tego poważnie. 

- Nigdy w życiu nie mówiłem bardziej poważnie 

background image

niż teraz - jego oschłość pozbawiła ją wszelkich 

złudzeń. Stał wyprężony z gniewnie zaciśniętymi 

szczękami. 

- Następny lot do Londynu jest dopiero rano 

- powiedziała pierwszą rzecz, która jej przyszła do 

głowy, by zyskać na czasie. - Jeżeli jednak tak zależy 

ci na tym, by się mnie pozbyć, wezmę taksówkę do 

hotelu. 

- Nie. Nie pozwolę na to, byś sama mieszkała 

w hotelu. Nie znasz Nairobi. Poza tym jesteś stanowczo 

zbyt piękna - sprzeciwił się, zupełnie niespodziewanie. 

Drapał się po karku, mrucząc do siebie niezrozumiale. 

- Wygląda na to, że nie pozostaje mi nic innego, jak 

wziąć cię ze sobą. Rano zamówimy taksówkę na 

lotnisko. 

- Vance, mam dwadzieścia trzy lata. Jestem kobietą 

a nie dzieckiem, za które możesz decydować - wy­

mknęło się jej, nim zdążyła się zastanowić, co mówi. 

- A mężczyzna, za którego wyszłaś za mąż nie 

istnieje - zmarszczył groźnie brwi, pomaszerował do 

łazienki i zatrzasnął za sobą drzwi. 

- Przestań litować się nad sobą! - krzyknęła za 

nim ze złością. 

- Pani Anson? 

Libby okręciła się pięcie. Z pałającymi policzkami, 

rozdygotana, znalazła się twarzą w twarz z doktorem 

Stillmanem. 

- Czy mogłaby pani wyjść na korytarz? Chciałbym 

z panią zamienić parę słów. 

Libby wyszła z pokoju i ciężko oparła się plecami 

o ścianę. Spotkanie z Vance'em pozbawiło ją wszelkich 

sił. Czuła się wręcz chora. 

- Pewno słyszał pan, jak się kłóciliśmy - wyszeptała, 

kryjąc twarz w dłoniach. - Wstyd mi, że straciłam 

panowanie nad sobą. Ale on nie pozwala mi zbliżyć 

się do siebie i na chwilę zapomniałam, że jest 

background image

niewidomy. Myślałam tylko o tym, że chce zniszczyć 

naszą miłość. 

- Spodziewałem się tego. Musi pani zrozumieć. 

Jeszcze nie pogodził się z utratą wzroku. Wierzy, że 

już nigdy nie będzie widział. To wszystko i zaskoczenie 

pani przyjazdem sprawiło, że reaguje w ten sposób. 

- Jak długo tak będzie? - Libby uniosła głowę. 

- Jestem jego żoną. Bardzo go kocham. 

- Chciałbym mieć dla pani gotową odpowiedź, ale 

to niemożliwe. Musi mu pani dać więcej czasu. 

- Mój czas niedługo się skończy. Vance oczekuje, 

że jutro rano polecę do Londynu. 

- Dzisiejszy dzień dopiero się zaczął - próbował ją 

uspokoić. - Co zamierzacie zrobić po wyjściu ze 

szpitala? 

- Vance mówi, że pojedziemy do jego mieszkania. 

Miałam nadzieję, że zabierze mnie na farmę. Kiedy 

pomyślę, jakie mieliśmy plany... - głos jej załamał się. 

Gwałtownie zamrugała oczami, nie mogąc powstrzy­

mać łez. 

- Proszę nie rezygnować z planów. To dopiero 

pierwszy dzień. I proszę pamiętać, że ja tu jestem. Wraz 

z historią choroby i lekarstwami na uśmierzenie bólu 

zostawiłem numery telefonów, pod którymi może mnie 

pani zastać. Przełożona pielęgniarek, pani Grady, ma 

duże doświadczenie w pracy z niewidomymi. Będzie 

mogła służyć radą, gdy przyjdzie czas, by nauczyć męża 

samodzielnego wykonywania codziennych czynności. 

Musi pani do niej zadzwonić i umówić się na wizytę. 

Libby przygładziła niesforny kosmyk włosów. Nie 

mogła myśleć o czymkolwiek poza jutrzejszym rankiem, 

kiedy zgodnie z planem Vance'a miała znaleźć się 

w samolocie do Londynu. Nie powiedziała jednak 

o tym lekarzowi. 

- Dziękuję jeszcze raz, panie doktorze. Bardzo mi 

pomogła ta rozmowa. 

background image

-

 Życzę szczęścia - poklepał ją po ramieniu. 

Libby zatrzymała wzrok na jego oddalającej się 

sylwetce, nim wsunęła się z powrotem do separatki. 

Kiedy rozmawiała z doktorem Stillmanem, pielęgniarz 

pomógł Vance'owi ubrać się w dopasowane levisy 

i koszulę w stylu safari. Był to strój, w jakim często 

wybierał się z nią na konne przejażdżki. Teraz, kiedy 

po wypadku stracił na wadze, wydał się jeszcze 

przystojniejszy i wyższy niż dawniej. Mimo surowości 

malującej się na twarzy, wyglądał wspaniale. 

. - Vance? 

- Gdzie byłaś? 

Może w rozpaczy sama stwarzała sobie złudzenia, 

ale odniosła wrażenie, że odrobina zaniepokojenia 

łagodziła szorstkość jego głosu. 

- Doktor Stillman chciał się pożegnać i życzyć 

nam powodzenia na przyszłość. - Zacisnął usta, ale 

nic nie powiedział, więc ciągnęła dalej. - A co 

z lunchem? Nie zjesz nic przed wyjściem? 

- Jak mam cię przekonać, że teraz udławiłbym się 

najmniejszym kęsem? 

- Czy masz coś przeciwko temu, że ja zjem?. Nic 

nie jadłam od wczorajszego popołudnia. Wstyd się 

przyznać, ale nie czuję się dobrze - tłumaczyła. Nasiliły 

się zawroty głowy, które miała w czasie rozmowy 

w korytarzu. Opadła na jedno z krzeseł stojące obok 

szafy. Na dodatek ogarnęła ją fala nudności i po 

chwili była zlana potem. 

- Libby? 

Tym razem niepokój w jego głosie nie był tworem 

jej wyobraźni. Nie czuła się jednak na siłach, by 

odpowiedzieć. Odnalazł ją po omacku. Jego ciepła 

dłoń przesunęła się po jej głowie i zatrzymała na karku. 

- Masz lepką skórę. Schyl głowę między kolana. 

Libby posłuchała jego rady, zbyt słaba, by samej 

zastanawiać się nad tym, co należy zrobić. Kiedy 

background image

zniknął szum w uszach, uniosła głowę. Rozkoszowała 

się dotykiem jego ręki. Zanurzył palce w jej włosach 

i delikatnie masował głowę. 

- Już lepiej? - był tak blisko, że widziała drobne 

zmarszczki wokół ust. Przytaknęła ruchem głowy, 

nim zdała sobie sprawę, że jej nie widzi. Na chwilę 

o wszystkim zapomniała. 

- Tak. O wiele lepiej. Dziękuję. 

- Nie ruszaj się - ze wzruszeniem patrzyła, jak 

szuka drogi do stołu, by przynieść coś do zjedzenia. 

Po paru próbach wrócił ze szklanką soku pomarań­

czowego. Libby wzięła ją z jego ręki i duszkiem 

wypiła wszystko. Sok był ciepławy, ale wcale jej to 

nie przeszkadzało. Wkrótce poczuła, że siły jej wracają. 

- Dziękuję. 

- Dlaczego, na litość boską, nie zjadłaś nic w sa­

molocie - spytał, kucając przy niej. Odnalazł jej 

ramię i przesunął dłoń w dół do przegubu, by wyczuć 

puls. Przez jej ciało przebiegło drżenie. 

- Prawdopodobnie z tego samego powodu, dla 

którego ty nie zjadłeś lunchu. - Zdusiła w sobie chęć, 

by przytulić jego głowę do piersi. - Czuję się już 

dobrze, Vance. 

- Musisz coś zjeść. Poproszę o jeszcze jeden lunch. 

- Nie. Skończę ten. Nie róbmy już więcej kłopotu 

- stanęła na niepewnych nogach. Z niechęcią wysunęła 

ramię z jego dłoni. Chwiejnym krokiem podeszła do 

stołu i zaczęła jeść rogalika z kurczakiem. 

Vance podniósł się. Z obcą mu przedtem niepewnoś­

cią usiłował znaleźć telefon wiszący na ścianie. Zaklął, 

gdy strącił na podłogę słuchawkę. W końcu udało mu 

się połączyć z centralą szpitala i zamówić taksówkę. 

Potem zadzwonił raz jeszcze. Nie mówił po angielsku 

i Libby domyśliła się, że to suahili, którym wydawał się 

posługiwać jak tubylec. Odkładał słuchawkę w momen­

cie, gdy w drzwiach pojawił się pielęniarz. 

background image

- Jestśmy już gotowi, panie Anson. Wózek inwali­

dzki stoi za panem. 

- Mogę wyjść stąd na własnych nogach. - Libby 

zauważyła, że dłonie Vance'a zacisnęły się w pięści. 

- Wiem, co pan czuje, ale taki jest regulamin 

szpitala. 

- Vance! - Libby wtrąciła, nim rozmowa mogła 

zmienić się w kłótnię. - Przyjechałam tu bezpośrednio 

z lotniska i zostawiłam bagaże w holu. Zejdę, żeby je 

zabrać. Spotkamy się przy głównym wejściu. 

- Ile rzeczy przywiozłaś? 

- Wszystko, co posiadam, z wyjątkiem mojego 

konia Kinga - wyrecytowała z zamkniętymi oczami. 

- Tata dopilnuje, żeby w ciągu tygodnia przypłynął 

statkiem do Mombasy. Wydawało mi się, że z przyjem­

nością pojedziesz ze mną po niego, kiedy skończy się 

kwarantanna. 

Jego oczy płonęły gniewem. Już otwierał usta, 

chcąc coś powiedzieć, ale wymknęła się z pokoju, 

żeby go nie słyszeć. Całą drogę do foyer przypominała 

sobie, jak ojczym tłumaczył jej, że Vance ma jeszcze 

większy skarb niż swój wzrok, a mianowicie jej miłość. 

Łatwo mu było to mówić. Po śmierci ojca Libby, jej 

matka powtórnie wyszła za mąż za wdowca, który 

nie miał własnych dzieci. Libby zapełniła pustkę 

w życiu ojczyma i stała się jego oczkiem w głowie. 

Byli szczęśliwą, ciepłą rodziną. Libby wiedziała jednak, 

że w przypadku Vance'a sama miłość nie wystarczy. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Czy to pani Anson? - spytał mężczyzna wysiada­

jący z taksówki. 

- Tak. Mój mąż będzie gotowy za chwilę. 

- Czy jest coś jeszcze? - kierowca drapał się po 

głowie, obrzeucając wzrokiem olbrzymie ilości bagażu 

wokół Libby. 

- Nie. To znaczy walizka mojego męża. 

Taksówkarz zamruczał coś w swoim języku i zaczął 

ładować torby na bagażnik peugeota. To, co się nie 

mieściło, upchnął przy siedzeniu kierowcy. 

- Proszę usiąść z tyłu, a ja ustawię jedną z walizek 

obok pani nóg. 

Zgodnie z jego poleceniem Libby usiadła na tylnym 

siedzeniu, starając się zająć jak najmniej miejsca. Za 

chwilę w drzwiach szpitala pojawił się Vance na 

wózku inwalidzkim pchanym przez pielęgniarza. 

Promienie popołudniowego słońca odbijały się od 

jego włosów, wydobywając ich kasztanowy odcień. 

W okularach słonecznych wyglądał jak dawniej. Tylko 

nienaturalna sztywność zdradzała, jak bardzo jest 

zdenerwowany. Szpital dawał mu poczucie bezpieczeń­

stwa, a życie poza nim wymagało dużej odwagi. 

Libby zdawała sobie sprawę, że tę chwilę Vance musi 

przeżyć sam. Żałowała bardzo, bo pragnęła uczest­

niczyć we wszystkim, co go dotyczyło. 

Konsekwencje utraty wzroku zaczynały być coraz 

bardziej odczuwalne. Znów ogarnął ją gniew na myśl 

o tym, że jego ślepota ograbiła ich związek z dawnej 

intymności. Niestety, do przeszłości należały już 

20 

background image

bliskość, jaka ich łączyła, i wspólne plany. Żył teraz 

w swoim własnym świecie, a ona nie miała do niego 

dostępu, ani najmniejszego pojęcia, jak przedrzeć się 

przez tę skorupę. 

- Oto laska. Od personelu szpitala z pana piętra 

- pielęgniarz położył ją na kolanach Vance'a. Natych­

miast znalazła się na ziemi. 

- Nie będzie mi, potrzebna. Gdybym musiał po­

sługiwać się laską, wolałbym chodzić z tubą i rozgłaszać 

wokół, że jestem ociemniały. 

Niegrzeczność Vance'a przeraziła Libby, lecz pielęg­

niarz, zupełnie nieporuszony, ustawiał wózek przy 

taksówce. Vance oparł się dłonią o drzwi i zaczął 

wsiadać do samochodu. Niechcący drugą dłonią 

zahaczył o jej biodro. Poczuła ciepło jego ręki przez 

cienką bawełnianą tkaninę kostiumu. Serce zabiło jej 

mocniej, gdy jego dłoń zabłądziła na jej udo. Wyglądało 

na to, że nie może się powstrzymać, by jej nie 

dotknąć. Był tak blisko... Wyrwało jej się westchnienie, 

które musiał usłyszeć. Natychmiast cofnął rękę i usiadł 

w momencie, gdy drzwi samochodu zatrzasnęły się. 

Mimo ciasnoty, starał się trzymać jak najdalej od niej. 

Libby nie mogła spuścić z niego oczu. Był tak 

atrakcyjny, że nic poza nim nie przyciągało jej wzroku. 

Czuła rosnącą chęć, by go przytulić do siebie. Ciało 

nadal pamiętało jego dotyk, a serce przepełniała 

radość z faktu, że w dalszym ciągu jej pożąda, 

niezależnie od tego, jak bardzo nie chciał dopuścić jej 

do swojego świata ciemności. 

Kierowca uruchomił silnik i samochód dołączył do 

strumienia pojazdów. Taksówkarz prowadził z fa­

sonem, zręcznie manewrując swoim gruchotem wśród 

trąbiących aut i hałaśliwego tłumu. Obserwowała 

przez okno gwarne i ruchliwe ulice. 

- Vance - bez zastanowienia wyciągnęła rękę 

i chwyciła jego ramię. Skrzywił się, jakby jej dotyk 

background image

parzył. Szybko cofnęła dłoń. - Wszyscy krzyczą 

i złoszczą się. Dlaczego? 

- Taka już jest uroda suahili. Tubylcy wrzeszczą, 

nie mówią. Przyzwyczaisz się do tego - zamruczał. 

Zdawał się być gdzieś daleko od niej. Nie odezwał się 

więcej do końca kursu. Siedział sztywno z oczami 

wbitymi w przestrzeń. 

Kierowca jechał jak szalony, ale tak samo prowadzili 

inni. Do tego również będzie się musiała przyzwyczaić. 

Nie zamierzała bowiem wyjechać i zostawić go samego, 

mimo że tego właśnie kategorycznie żądał. 

Po chwili taksówka zatrzymała się przed nowoczes­

nym pięciopiętrowym budynkiem mieszkalnym w cent­

rum miasta. Kiedyś Vance tłumaczył jej, że biura 

korporacji znajdują się w bliskim sąsiedztwie, dzięki 

czemu może do pracy szybko dojść pieszo. W pewnym 

sensie cieszyła ją perspektywa nawet krótkiego pobytu 

w jego mieszkaniu. Nareszcie będzie z nim sam na sam, 

z dala od innych. Może uda jej się spokojnie z nim 

porozmawiać, bez obawy, że ktoś im przerwie. 

- Kierowca zaniesie bagaż do holu, a dozorca 

wpuści cię do mieszkania - słysząc polecenia Vance'a 

czuła, że serce w niej zamiera. 

- A ty dokąd jedziesz? - starała się, by w jej głosie 

słychać było jedynie zainteresowanie, a nie rozpacz 

spowodowaną jego nieoczekiwaną decyzją. Miała 

ochotę głośno wykrzyczeć swój gniew na jego bez­

względność i na to, że nie pozwalał jej kochać siebie. 

Usiłował się jej pozbyć jak najprędzej. 

- Mam sprawy do załatwienia w biurze i nie wiem, 

o której wrócę dziś wieczorem, Libby. Nie czekaj na 

mnie. Poprosiłem dozorcę o zaopatrzenie lodówki. 

Zjesz kolację, kiedy zechcesz. Nie wychodź z domu, 

nawet gdybyś się nudziła. Możesz oglądać telewizję. 

Pod żadnym pozorem nie wolno ci włóczyć się po 

centrum Nairobi bez towarzystwa. Czy zrozumiałaś? 

background image

Zawsze był w stosunku do niej bardzo opiekuńczy, 

ale teraz jego troska graniczyła z obsesją. Nie 

miała jednak zamiaru przysparzać mu dodatkowych 

zmartwień. 

- Idę do łóżka. Zmiana czasu ścięła mnie z nóg. 

Obiecałam też zadzwonić do rodziców. Chcieli wiedzieć, 

czy bez kłopotów dojechałam. Czy mogę porozmawiać 

z twoim ojcem i powiedzieć mu, że już się dobrze 

czujesz? Denerwuje się przecież. 

- Nie widzę żadnej konieczności, zwłaszcza że jutro 

wieczorem będziesz już w domu - westchnął ciężko. 

- Chociaż może lepiej zadzwoń. Ktoś musi wyjść po 

ciebie na lotnisko. 

Niechętny, protekcjonalny ton znów wywołał w niej 

gniew. Obróciła się i sięgnęła po podręczny neseser. 

Reszta bagażu stała już przy drzwiach domu, zanie­

siona tam przez kierowcę. Na tarasie pojawił się 

dozorca i poprosił Libby, aby poszła za nim. 

Spojrzała przez ramię na Vance'a, gdyż mimo 

wszystko martwiła się o niego. Zdławiła chęć upo­

mnienia go, by był ostrożny. Przecież to jego pierwszy 

dzień poza szpitalem. Onieśmielił ją widok jego 

surowego profilu. To była twarz, z którą występował 

w świecie interesów, twarz człowieka całkowicie 

opanowanego, silnego, zdecydowanego. Bez cech 

przywódcy nie mógłby zbudować swojego imperium 

w tym nadal jeszcze zacofanym kraju. Libby wiedziała, 

że ma też drugą, łagodną i czułą twarz. Przeszył ją 

ból, gdy zadała sobie pytanie, czy ją jeszcze kiedyś 

ujrzy. 

- Przekażę ojcu pozdrowienia od ciebie. Do zoba­

czenia! - krzyknęła, osłaniając dłonią oczy przed 

słońcem. Vance nie odpowiedział. Kierowca wsiadł 

do samochodu i odjechali. 

Odprowadziła wzrokiem oddalającą się taksówkę. 

Było jej bardzo przykro. Z obawy, że się rozpłacze 

background image

przy dozorcy, pośpieszyła za nim i oboje weszli na 

trzecie piętro. 

- Budynek jest zabezpieczony, pani Anson. Nie 

można otworzyć drzwi wejściowych bez specjalnego 

klucza. Nic tu pani nie grozi. 

Libby wyszeptała parę słów podziękowania i za­

mknęła drzwi. Oparła się o nie, czując wzbierający 

szloch. Teraz dopiero nie musiała kryć swojej rozpaczy. 

Zaciskając pięści, płakała ze złości na niesprawiedliwość 

życia i z żalu, że Vance nie chce przyjąć jej miłości. 

W mieszkaniu panowały nieprzeniknione ciemności, 

gdy obudziła się w parę godzin później. Usłyszała 

hałas i przestraszona usiadła na łóżku. Czyżby Vance 

wrócił do domu? 

Wytężyła słuch. Ktoś potknął się i cicho przeklnął. 

Vance nie miał jeszcze okazji poznać na nowo rozkładu 

mieszkania. Odrzuciła kołdrę, zsunęła się z łóżka 

i pobiegła do przedpokoju, gdzie zapaliła światło. 

Kątem oka zauważyła, że ktoś rusza się w pokoju 

obok. Vance właśnie kładł się do łóżka w sypialni dla 

gości. Zobaczyła jego potargane ciemne włosy na 

poduszce. Niespokojnie kręcił głową, chcąc ułożyć sie 

wygodnie. Spod kołdry wystawały opalone ramiona. 

Na ten widok serce Libby przepełniło się miłością. 

Pełna zdecydowania podeszła i położyła dłoń na jego 

nodze. 

- Vance? 

- Co ty wyrabiasz? - usiadł raptownie, naciągając 

na siebie kołdrę. Libby natychmiast odsunęła się, 

przerażona tym wściekłym wybuchem. Zranił ją kolejny 

raz tego dnia. 

- Przyszłam ci powiedzieć, że wszedłeś nie do tego 

łóżka, co trzeba - oblizała zeschnięte wargi. - Obiecałeś 

mi, że kiedy znów będziemy razem, znajdziemy jakieś 

zaciszne miejsce i nigdy nie wypuścisz mnie z ramion. 

Żyłam tylko po to, - Vance. Tęskniłam aż do bólu... 

background image

Błyskawicznie wyskoczył z łóżka i narzucił na 

siebie ten sam brązowy szlafrok, który miał w szpitalu. 

- Jeżeli i tak nie śpisz, możemy równie dobrze 

porozmawiać teraz. Chodź do drugiego pokoju. 

Usiłowała pogodzić się z faktem, że ciągle ją odtrąca. 

Nie mogła jednak przyzwyczaić się do cierpienia 

wywołanego tą sytuacją. Szła za nim do salonu, ze 

wszystkich sił powstrzymując się, by mu nie pomagać, 

choć idąc obijał się o meble. Wyglądał mizernie, jak 

człowiek cierpiący. Przygładził ręką włosy i Libby 

znów mogła podziwiać ich wspaniały kasztanowy 

połysk, gdy przebierał w nich palcami. 

- Czy nie jesteś głodny? - troska o jego zdrowie 

wzięła górę nad własnym bólem. 

- Jedzenie jest chyba ostatnią rzeczą, o której 

myślę - jego pierś uniosła się i opadła w głębokim 

oddechu. 

- Z pewnością miałeś straszny dzień, ale to nie 

znaczy, że możesz nie jeść - powiedziała cicho. - Zrobię 

kolację. 

Nie czekała na odpowiedź. Pośpieszyła do kuchni, 

mijając po drodze kącik jadalny. Za parę minut woda 

już bulgotała w czajniku, a kanapki były gotowe. 

- Powiedziałem ci, że nie jestem głodny - nie 

słyszała, jak przyszedł i stanął w drzwiach. 

- Ty może nie, ale ja tak. 

Postawiła na stole kanapki z szynką i pomidorem. 

Następnie poszła do kuchni po neskę, którą wolała 

od herbaty. Vance nadal stał w drzwiach, chociaż ona 

już usiadła i zdążyła przekąsić kanapkę. Przyjrzała 

mu się z uwagą. Mimo zdrowej opalenizny wyglądał 

na człowieka, który dźwiga na sobie ciężar całego 

świata. Dodatkowo jeszcze martwiły ją przypuszczenia 

doktora Stillmana co do jego depresji. 

- Mógłbyś przynajmniej usiąść, kiedy jem. Wy­

glądasz na zmęczonego. 

background image

- Czy ktoś dzwonił, kiedy mnie nie było? - tarł 

ręką kark. Wiedziała już, że robił to, gdy był 

sfrustrowany lub czymś przejęty. 

- Nic nie słyszałam. Poszłam spać niedługo potem, 

kiedy dozorca wpuścił mnie do mieszkania. Czy 

spodziewałeś się ważnego telefonu? 

Vance skwitował jej pytanie niedbałym machnięciem 

ręki i włożył dłonie do kieszeni szlafroka. 

- Czy powtórzyły się mdłości, które miałaś dziś 

rano? 

- Nie, nic mi nie było. Jestem pewna, że to z powodu 

braku snu i niskiego poziomu cukru we krwi. - Kocha­

ła go jeszcze bardziej za to, że mimo wszystko jego 

instynkt opiekuńczy dominował nad innymi uczuciami. 

Sama też nie mogła już dłużej ukrywać swojej troski 

o niego. - To o ciebie się martwię, nie o siebie. Przecież 

dopiero co wyszedłeś ze szpitala. Jestem pewna, że 

doktor Stillman zgodziłby się ze mną, że... 

- Ani jednego słowa więcej - przerwał jej niemal 

brutalnie. - Przestań bawić się w starą, doświadczoną 

żonę. I tak mam wystarczająco dużo spraw na głowie. 

Jak ci wytłumaczyć, że nie jestem tym samym mężczyz­

ną, którego znałaś w Anglii? Traktujesz wszystko jak 

tymczasowe trudności. Zapewniam cię, że tak nie jest. 

- Pamiętam, że mówiłam to samo parę lat temu, 

kiedy przekonywałeś mnie, bym dosiadła Kinga po 

tym, jak z niego spadłam - uniosła do góry głowę. 

- Złamałam dwa żebra i czułam się fatalnie, ale jak 

tylko kości się zrosły, zmusiłeś mnie, bym poszła do 

stajni i znów znalazła się w siodle. Wszyscy byli 

gotowi jedynie mnie posieszać. Ty zignorowałeś moje 

obawy i upierałeś się, dopóki nie znalazłam w sobie 

tyle siły, żeby zwalczyć strach. Byłam przerażona. 

Myślałam, że już nigdy nie zbliżę się do Kinga, lecz 

dawny Vance nie pozwolił mi poddać się. 

- Jestem ślepy, Libby. Ślepy - jego głos zdradzał 

background image

olbrzymie napięcie. Żyły nabrzmiały mu na szyi. 

Wszedł do kuchni i usiłował ręką wymacać jakieś 

krzesło. - Nie możesz mieć najmniejszego pojęcia, co 

to znaczy. Nie mówimy tu o paru złamanych kościach. 

Nigdy już nie przestudiuję żadnego projektu, nie 

obejrzę placu budowy, nawet do niego nie dojadę 

samochodem, nie zrobię kroku bez tej cholernej laski, 

dzięki której nie wchodzę na ściany. Jakie to uczucie, 

gdy się wie, że mąż nie widzi i nie będzie w stanie 

zaopiekować się tobą? 

Robiąc gwałtowny i zamaszysty ruch ręką, by 

podkreślić znaczenie swych słów, potrącił kubek z kawą 

stojący obok na stole i zrzucił go na podłogę. Libby 

skoczyła na równe nogi i pobiegła do zlewu po ścierkę. 

- Mój Boże, chyba cię nie oparzyłem? - macając 

ręką przed sobą, dotarł do zlewu. Jego dłoń musnęła 

jej ramię. 

- Nie. Nic się nie stało - zapewniła pospiesznie, 

słysząc w jego głosie cierpienie. - Kawa nie była gorąca. 

Zauważyła, że jego ręka dziwnie powoli przesuwa 

się po jej gołym ramieniu. Stali tak blisko siebie, że 

zapach perfum łączył się z wonią jego męskiego ciała, 

tworząc mieszankę działającą jak silny środek pod­

niecający. Czuła jego oddech na swoich ustach. Jej 

ciało ogarnęła fala gorąca. 

- Mam tylko trochę zaplamioną koszulę. 

Oparła się o niego. Pochylił twarz, a ona uniosła 

głowę oczekując pocałunku, pragnąc go całym sercem. 

Trwało to jednak ledwo sekundę. Usłyszała, że głęboko 

zaczerpnął powietrza, i odepchnął ją od siebie. 

Westchnęła cicho widząc, że oddala się od niej 

i szuka najbliższego krzesła. Tak nieoczekiwana chwila 

bliskości niestety minęła. Czuła się całkowicie od­

trącona. Vance stał wyprostowany przy krześle, a ona 

zabrała się za wycieranie podłogi. Na szczęście kubek 

nie stłukł się. 

background image

- Jestem nie tylko beznadziejny. Jestem po prostu 

niebezpieczny. - Jego głos był pełen obrzydzenia do 

samego siebie, co ją przeraziło. 

- Nie mów tak, Vance - instynktownie przytuliła 

się do jego pleców i gładziła dłońmi jego ramiona. 

Gwałtownie odsunął się, jakby zapomniał o swej 

dawnej delikatności. Odepchnął jej ręce, które bezsilnie 

zwiesiła po bokach. - Zawsze czułam się z tobą 

bezpieczna. Ślepota nic nie zmienia. Jestem pewna, że 

o tym wiesz. 

Zaklął gwałtownie i obrócił się przodem do niej. 

Wściekłość zniekształciła rysy jego twarzy. 

- Nie mogę nawet cię znaleźć! 

- Przecież jesteś dopiero co po wypadku. Musisz 

jeszcze poczekać. Daj nam trochę czasu - błagała. 

- Trochę czasu? - roześmiał się sucho. - Ty chyba 

ciągle nic nie rozumiesz, Libby. Nic mi nie przywróci 

wzroku. Twój mąż jest niekompletnym człowiekiem. 

Kiedy w końcu dostrzeżesz fakty? 

- Znów litujesz się nad sobą - czuła się podle 

mówiąc to, gdyż instynkt nakazywał otoczyć go 

ramionami i ukoić jego ból. Z wściekłością zaprzeczył 

ruchem głowy, ale zmusiła się, by ciągnąć dalej. - No 

i dobrze, straciłeś wzrok. Nie mogę sobie nawet 

wyobrazić, jakie to uczucie. Ale przy okazji straciłeś 

też dawne opanowanie i na dodatek cały swój urok. 

- Kto nauczył cię tych chwytów poniżej pasa? 

Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewał. - Jego 

policzki pokryły się ciemnym, ceglastym rumieńcem. 

- Wielu rzeczy o mnie nie wiesz. - Libby splotła 

ramiona na piersi, zaskoczona własną odwagą. - Nie­

stety wypadek ujawnił takie cechy twojej osobowości, 

jakich w ogóle nie znałam. Mam nadzieję, że nie 

traktujesz swoich pracowników jak mnie. Masz 

reputację godną pozazdroszczenia. Tak przynajmniej 

twierdzi doktor Stillman. Powiedział mi, że jesteś 

background image

człowiekiem sukcesu, w pełni kierującym swoim losem. 

Lepiej, żeby wszyscy nadal w to wierzyli. Nie martw 

się. Nikomu nie powiem, że tak szybko się poddajesz. 

- Masz rację, bo w ogóle cię tu nie będzie - wy­

krztusił, waląc pięścią w stół z taką siłą, że podskoczył 

talerz z kanapkami. 

- Widzę, że nie można się teraz z tobą porozumieć. 

- Powiedziała Libby zniecierpliwiona jego wściekłością. 

- Myślałam, że będziemy mogli omówić nasze sprawy, 

ale chyba się myliłam. 

- Libby! 

Nie słuchała jego wołania. Przemknęła obok niego 

do swojej sypialni. Zatrzasnęła drzwi, ale był tuż za 

nią. Nim zdążyła złapać oddech, znalazł się w jej 

pokoju. 

- Nigdy więcej nie uciekaj w środku rozmowy 

- w jego głosie usłyszała ukrytą groźbę. - Jeszcze 

z tobą nie skończyłem. 

- Wydawało mi się, że już - obróciła się na pięcie, 

by stanąć twarzą do niego. - Nie rozumiem, po co się 

ze mna ożeniłeś. Przysięgaliśmy w obliczu Boga. Czy 

to dla ciebie nic nie znaczy? 

- Nie było ołtarza, Libby. 

Zapanowała grobowa cisza, zrobiła krok w jego 

kierunku. Jej twarz poszarzała, odpłynęła z niej cała 

krew. 

- Czy to, że nie braliśmy ślubu w kościele, znaczy, 

że dla ciebie nie jest on wiążący? Jak śmiesz tak 

mówić! - z gniewu pociemniało jej w oczach. - Proszę, 

weź to. 

Ściągnęła obrączkę wraz z pierścionkiem zaręczy­

nowym i wrzuciła je do kieszeni jego szlafroka. Stali 

blisko siebie, prawie dotykając się. Spostrzegła, że 

zbladł nagle. 

- Zostań tu sam, mój ukochany mężu. Pław sie 

w swoim świecie ciemności i ciesz się własnym 

background image

nieszczęściem. Nigdy nie ryzykuj. Nie pozwól, by 

ktokolwiek chciał być blisko ciebie. A zwłaszcza 

twoja żona. 

Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem już żałując, że 

dała sie ponieść nerwom. Obrączka i pierścionek 

stały się niemal częścią jej samej. Dzień, w którym 

przyleciał do Szwajcarii, by się z nią zaręczyć, był 

najbardziej pamiętnym dniem jej życia. Przekonała 

się wtedy o głębi jego uczuć. A teraz odrzuciła 

dowody. Nawet nie minęło dwanaście godzin, od 

kiedy opuścili szpital. Vance nadal upierał się przy 

tym, by się jej pozbyć, a ona znów nie zdołała się 

opanować. Kiedy się w końcu nauczy? 

Przez resztę nocy Libby analizowała ich kłótnię. 

Oboje zrobili wszystko, żeby się jak najmocniej zranić. 

Wyrzuciła z siebie cały gniew, a teraz było za późno. 

Nie mogła nic odwołać. Zapomniała o jego cierpieniu, 

skupiając całą uwagę na własnych pragnieniach. 

Powoli zaczęło do niej docierać, że choć niezręcznie, 

próbował jednak wyjaśnić, czym jest dla niego utrata 

wzroku. Rosło w niej poczucie winy, gdy coraz wyraź­

niej zaczęła uświadamiać sobie, co chciał jej powiedzieć, 

albo raczej dać do zrozumienia. Jak mogła go tak 

potraktować? Czy nie starałaby się uwolnić Vance'a od 

siebie, gdyby była na jego miejscu? A jednocześnie, czy 

nie chciałaby, żeby o nią mimo wszystko walczył? Czy 

nie wpadłaby w rozpacz, widząc jak łatwo rezygnuje? 

Nie zmrużyła oka przez całą noc i z ulgą powitała 

nadchodzący poranek. Czuła przemożną chęć rozmowy 

z Vance'em raz jeszcze. Gdyby mogli zacząć od 

początku... Gdyby w ogóle mógł być nowy początek... 

Nigdy nie miała skłonności do migren. Kiedy jednak 

wstała z łóżka, ból z tyłu czaszki przyprawił ją 

o mdłości. Poza tym piekły ją oczy. Czy Vance też nie 

spał całą noc, czekając na to, by odesłać ją do Anglii? 

W mieszkaniu panowała zupełna cisza. 

background image

Posłała łóżko, założyła turkusowe spodnie i bluzkę, 

a włosy przewiązała szyfonową apaszką o ton jaśniej­

szą. Jeszcze tylko dyskretny makijaż i była gotowa, 

by pokazać się mężowi. Na przekór temu, co się stało 

i co zostało powiedziane, chciała ratować swoje 

małżeństwo. 

Gdy weszła do przedpokoju, z salonu dobiegły ją 

strzępy cicho wypowiadanych słów. Nie mogła od­

różnić poszczególnych wyrazów, ale zorientowała się, 

że Vance rozmawia z mężczyzną. 

Znów ogarnął ją gniew nie do opanowania. Vance 

zrobił to, chcąc uniknąć sceny. Przedsięwziął wszelkie 

kroki, by nie spóźniła się na samolot, i zniweczył 

nadzieje na porozumienie. Jak mogła przeciwdziałać? 

Udawać, że jest zbyt chora i nie może opuścić 

mieszkania? Nigdy by w to nie uwierzył. Był przygo­

towany na każdą ewentualność. Jedyne, co mogła 

zrobić, to ustąpić. Pojedzie na lotnisko. Ale nie 

znaczy to, że wsiądzie do samolotu. Vance nie mógł 

zrozumieć, że dla niej życie bez niego nie było nic warte. 

Atletycznie zbudowany mężczyzna z gęstą czupryną 

jasnych włosów wstał na widok Libby, wchodzącej 

do salonu. Uznała, że zbliża się do pięćdziesiątki. 

Obrzucił ją szybkim, oceniającym spojrzeniem, co nie 

zdziwiło jej ani trochę, gdyż Vance nie poinformował 

nikogo o jej istnieniu. 

- Nazywam się Martin Dean. Zastępuję szefa, 

póki nie wróci do pracy. Miło mi panią poznać 

- podał jej na powitanie stwardniałą od pracy dłoń. 

Libby odwzajemniła uścisk, patrząc kolejno na 

niego i na męża. Vance stał na środku pokoju na 

szeroko rozstawionych nogach. W niebieskich dżinsach 

i ciemnozielonym pulowerze wydawał się spokojny 

i swobodny. W niczym nie przypominał bezwzględnego 

mężczyzny, którym był poprzedniego wieczoru. 

- Tak mi przykro, że wprosiłem się akurat w czasie 

background image

miodowego miesiąca, ale Vance jest potwornie skryty. 

Chciałbym złożyć wam życzenia z okazji ślubu. 

Dopiero przed chwilą dowiedziałem się, że Vance ma 

żonę, i nie będzie sam po wyjściu ze szpitala. 

Martin Dean spojrzał na Vance'a, co pozwoliło 

Libby przyjrzeć mu się bliżej. Był na tyle zaufanym 

człowiekiem, że zastępował Vance'a, a mimo to nie 

miał pojęcia o ich ślubie. 

- Masz nienaganny gust, stary - stwierdził Martin 

z uśmiechem. - Nie dziwota, że ciągle jeździłeś do 

Szwajcarii. 

- Jest już tutaj, dzięki Bogu - wykrztusił Vance 

głosem tak przepełnionym miłością, że aż zdrętwiała 

z wrażenia. - Zbliż się, kochanie. 

Zrobił zapraszający gest ręką. Libby z trudem 

mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. 

Nie potrzebowała jednak dodatkowej zachęty, by 

spełnić jego życzenie. Kiedy do niego podeszła, ujął 

jej dłoń gestem właściciela. 

- Czy obudziliśmy cię? - szepnął, muskając ustami 

jej policzek jak za dawnych czasów. 

- Nie. W mieszkaniu było tak cicho. Myślałam, że 

wyszedłeś. - Libby oddychała z trudem. 

- O tym nie ma nawet mowy, pani Anson - objął 

jej szczupłe ramiona i przyciągnął ją do siebie. Schylił 

głowę i pocałował długo i namiętnie. Zaskoczona, 

zachwiała się na nogach i wtedy poczuła, że otacza ją 

drugim ramieniem, żeby ją podtrzymać. 

- Może lepiej poczekam na zewnątrz, w land roverze 

- zażartował Martin. - Albo po prostu pójdę teraz do 

pracy i przyjadę po was po południu. Nie powinieniem 

był przychodzić. 

- Nie przepraszaj - Vance dopiero po chwili uniósł 

głowę. - Nie wiedziałeś przecież, że Libby tu jest. Na 

szczęście będę miał mnóstwo czasu dla swojej pięknej 

żony,, kiedy znajdziemy się na farmie. 

background image

Nim zdążyła zareagować, znów poczuła jego usta 

na swoich. Był tak gwałtowny, jakby chciał zmusić ją 

do odwzajemnienia pocałunku, Z niewiadomych 

przyczyn pragnął, by jego znajomy był świadkiem 

tego pokazu mężowskiej czułości. Żądał od niej 

współpracy, stosując sztuczki dawnego Vance'a. Jego 

namiętny pocałunek znów obudził w niej pożądanie. 

Sprawił, że zapomniała o wszystkim, o bólu, o jego 

okrucieństwie, o tym, że ją odtrącił. Niechętnie, 

ociągając się, oderwał od niej usta. 

- Zjedz coś lepiej. Nie będziemy wpędzać Martina 

w jeszcze większe zakłopotanie - szepnął, unosząc 

głowę. - Zaproponował, że zawiezie nas na farmę. 

Jeżeli więc masz spakowana walizkę, zaniesie ją do 

samochodu. 

Gdyby jej nie obejmował, Libby z pewnością by 

upadła. Odwróciła wzrok, czując na sobie pełne 

zainteresowania oczy Martina i, całkowicie wytrącona 

z równowagi, poszła do kuchni. Gnębiły ją wątpliwości, 

na które nie mogła znaleźć odpowiedzi. Jednak 

niezależnie od motywów, jakie nim kierowały, wy­

glądało na to, że Vance nie zamierza jej jednak odesłać. 

Zrobiła grzanki i nalała sobie mleka, myśląc cały 

czas o nagłej zmianie w zachowaniu męża. Dotknęła 

palcami ust, nabrzmiałych po jego pocałunku. Czy 

on również żałował słów wypowiedzianych zeszłej 

nocy? Czy obudził się chcąc zacząć wszystko od 

początku? Namiętność jego pocałunku nie była 

wytworem jej wyobraźni. W pewnym momencie 

zapomniał o obecności Martina, tak jak i ona. Mogło 

to oznaczać jedynie, że Vance pragnął, by ich 

małżeństwo trwało, że uświadomił sobie, jak okrutne 

i niepotrzebne byłoby odmawiać sobie tego, czego 

oboje pragnęli. Farma stawała się symbolem domu 

i nowego życia. 

Kiedy skończyła jeść i posprzątała w kuchni, okazało 

background image

się, że bagaże zostały już zniesione. Martin pomógł 

Vance'owi zejść do samochodu. Tym razem Vance 

pierwszy wdrapał się na tylne siedzenie. Gdy przyszła 

kolej na nią, chwycił jej dłoń i pomógł usadowić się 

obok siebie. Tak manewrował, że przy okazji pocałował 

ją w szyję. 

- Resztę jej rzeczy możesz położyć z przodu obok 

siebie, Martin - krzyknął przez otwarte okno. - Mam 

zamiar cieszyć się obecnością żony w czasie jazdy. 

- Co do tego nie mam wątpliwości. 

Martin zaśmiał się porozumiewawczo, starannie 

układając walizki. Libby zauważyła, że od czasu do 

czasu rzuca na nich badawcze spojrzenia. Ich małżeń­

stwo było dla niego dużym zaskoczeniem. Może czuł 

się urażony, że Vance trzymał swój ślub w tajemnicy. 

W końcu byli bliskimi współpracownikami. 

- Nasza wczorajsza rozmowa skończyła się awan­

turą. Są sprawy, które musimy spokojnie omówić, na 

co zresztą sama dość energicznie zwróciłaś mi uwagę. 

Pojedziemy więc na farmę, gdzie, jak sądzę atmosfera 

bardziej sprzyja poważnej rozmowie - zaczął Vance 

głosem pełnym rezerwy i oschłości, który ściszył do 

szeptu, gdy usłyszał, że Martin otwiera drzwi i wskakuje 

na miejsce kierowcy. - Byłbym wdzięczny, gdybyś 

powstrzymała się od pytań, dopóki nie będziemy 

sami. Chciałbym, żeby nasze prywatne życie pozostało 

prywatnem. 

Jej nadzieje znów się rozwiały. Okazywał uczucie 

tylko przez wzgląd na obecność Martina. Naraz 

zaczął całować jej dłoń. Odebrała to jako wyrachowane 

okrucieństwo z jego strony. Chcąc odpłacić mu 

pięknym za nadobne, Libby wtuliła się w niego 

i ustami musnęła jego wargi. 

- Daleko jeszcze do farmy? 

- Godzina jazdy z Nairobi - odetchnął głęboko. 

- To wspaniale - wymruczała, trzymając usta blisko 

background image

jego zaciśniętych warg. Ku swej niekłamanej satysfakcji 

spostrzegła, że siedzi zupełnie nieruchomo, niemal 

sztywny. 

- Martin, korzystając z tego, że zaproponowałeś 

nam swoją pomoc, chciałbym, żebyś przejechał obok 

tak zwanej apteki plemienia Bantu. Libby powinna 

to zobaczyć. 

Vance opisał jej kiedyś w liście ten bazar, na 

którym sprzedawano wszystko, począwszy od czaszek 

małp, a skończywszy na smażonym jeżozwierzu. Czuła 

niezmierną przyjemność, widząc, że musiał uciec się 

do tego sposobu, by przeciwdziałać wrażeniu, jakie 

wywierała na nim jej bliskość. 

Oparła się o niego. Jej dłoń nadal spoczywała 

w jego ręku. Nawet jeżeli nic więcej nie zyska, to 

przynajmniej spędzi więcej czasu z Vance'em, tak jak 

teraz - przytulona do niego. Będzie mogła dłużej 

udawać świeżo poślubioną żonę. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Wyżyna Mau wznosiła się na wysokość około 

trzech tysięcy metrów. Farma znajdowała się na 

poziomie dwóch tysięcy metrów, gdzie powietrze było 

już rozrzedzone. Tylko kilka puszystych obłoków 

przesuwało się nad ich głowami. Był to piękny 

czerwcowy poranek, pełen ciepła i świeżości. 

Land rover zbliżał się do celu ich podróży. Libby 

spostrzegła, że po drodze nie mijają żadnych wiosek. 

Wokół rozciągał się wiecznie zielony las poprzecinany 

tu i ówdzie szerokimi pasami trawy. Od czasu do 

czasu widzieli stada impali i pilnujących je samotnych 

pasterzy, którzy pozdrawiali ich machaniem ręki. 

Libby uniosła głowę z ramienia Vance'a i zaczęła 

obserwować jego surowy profil. Usnął, oparty o sie­

dzenie auta. Głębokie cienie pod oczami wskazywały 

na to, że również spędził bezsenną noc. Wyglądał na 

bezbronnego teraz, kiedy nie zaciskał ust z zawziętością, 

a kosmyki ciemnobrązowych włosów swobodnie 

układały się na jego czole. 

Czuła obok swojej jego muskularną nogę. Spojrzała 

na ich splecione dłonie, spoczywające na jego udzie. 

Nie puścił jej nawet we śnie. Cała gorycz, na­

gromadzona po zeszłej nocy, gdzieś wyparowała. 

Wiedziała jednak, że jej spokój jest tylko chwilowy. 

Vance obudził się, gdy Martin wziął ostry zakręt 

i wjechał na ubitą wiejską drogę. Ścisnąwszy mocniej 

jego rękę, Libby wyjrzała przez okno, za którym 

rozciągał się widok na równe rzędy kwitnących drzew 

owocowych. W oddali dostrzegła kępę dębów. Gdy 

36 

background image

samochód podjechał bliżej, wyłonił się spoza nich 

śnieżnobiały wiejski dom w stylu holenderskim. Aż 

błyszczał w silnym słońcu, a cienie dębów tworzyły 

koronkowe wzory na jego ścianach. 

Przypomniał jej urocze domostwo hrabstwa Ham-

pshire w Anglii. Vance wyjaśnił jej, że pod koniec 

wieku przybył do Kenii jakiś Holender, który kupił 

parterową wiejską chałupę, a następnie wyposażył ją 

w przybudówkę i obszerne poddasze. Osiągnął wspa­

niały efekt. Nieco dalej spostrzegła budynki gos­

podarcze okolone kolorowymi polnymi kwiatami. 

- Niewiarygodnie piękny! - krzyknęła, gdy Martin 

zatrzymał land rovera. Vance puścił jej rękę i Libby 

wysiadła z samochodu, by przyjrzeć się swemu 

królestwu. Wciągnęła głęboko powietrze. - Vance! 

Nie myślałam, że może być tak cudownie! 

Spojrzała w górę. Na tej wysokości niebo było 

intensywnie błękitne, a temperatura jak w wiosenny 

poranek. Idealne warunki, by założyć ogródek z zio­

łami. 

Jej wzrok przyciągnęło okno wychodzące na zachód, 

w którym powiewały falbaniaste firanki. Vance zrobił 

więcej, niż myślała, od czasu, gdy zaczęli planować 

małżeństwo. Znów ogarnęła ją fala wzruszenia i po­

żądania. Rozejrzała się za mężem, ale on właśnie 

pomagał Martinowi wyładować bagaże. 

Libby stała nieruchomo, pełna podziwu dla tego 

ciemnowłosego, opalonego, wysokiego mężczyzny, 

który miał w sobie tyle władczości i siły, a jednak 

potrafił okazać nieskończenie wiele czułości. Jego 

szczupłe muskularne ciało prezentowało się wspaniale 

w idealnie dopasowanym ubraniu. 

- Nie mogę dłużej czekać. Zobaczę, jak jest w środ­

ku! - krzyknęła. 

Sięgnęła po zapasy jedzenia, umieszczone w tyle 

samochodu. Chciała przy okazji dotknąć męża, ale 

background image

nie ośmieliła się. Cieszyły ją jego wysiłki, by radzić 

sobie samemu, bez pomocy Martina. Wolała nie 

wtrącać się, nie próbować go wyręczać, zwłaszcza 

w obecności znajomego. Jeżeli wzrok jej nie mylił, 

poruszał się ze zdecydowaniem, którego wczoraj nie 

miał. Być może zachowywał się tak tylko ze względu 

na Martina, ale próba wypadła pomyślnie. Bez 

wątpienia dostrzeże, że wszystko idzie mu jak po 

maśle, jeśli tylko zechce. 

- Libby? - Vance zatrzymał się na ganku, a Martin 

wszedł do środka z bagażami. - Pozwolisz, że 

porozmawiam z Martinem przed jego odjazdem do 

Nairobi. Przyrzekam, że potrwa to tylko chwilę. 

- Nie martw się o mnie. Umieram z ciekawości, 

jak wygląda dom - podeszła do niego i pocałowała 

w policzek. 

Vance stał z rękami opartymi na biodrach. Z wyrazu 

jego twarzy wywnioskowała, że jego cierpliwość jest 

na wyczerpaniu. Akurat wtedy w drzwiach pojawił 

się Martin. Na szczęście Vance stał twarzą do Libby. 

- Dziękuję, że nas pan tu przywiózł. Nie wyobraża 

pan sobie, jak się cieszę, że jestem w domu - Libby 

uśmiechnęła się do Martina. Stanęła na palcach i lekko 

pocałowała męża w usta, czując, że są bacznie 

obserwowani. - Macie sprawy do omówienia, więc 

zostawię was samych. 

- Proszę mówić mi po imieniu, pani Anson. Nie 

jesteśmy tu zbyt ceremonialni. Wraz z żoną chcielibyś­

my zaprosić was wkrótce na obiad. To znaczy wtedy, 

gdy Vance przestanie trzymać panią tylko dla siebie. 

Może powinienem raczej powiedzieć, jeżeli przestanie? 

- poprawił się ze śmiechem. 

- Czekamy na zaproszenie z niecierpliwością, 

prawda Vance? - spojrzenie Libby pobiegło w kierunku 

męża. 

- Marj wspaniale gotuje - rzucił Vance. Można 

background image

było uznać to za odpowiedź. Libby uścisnęła jego 

dłoń i weszła do domu. 

Mieszkanie było widne i przestronne. Kolorowe 

tkaniny afrykańskie i rzeźby z ciemnego drewna 

tworzyły barwne plamy na białych ścianach. Dokładnie 

tak, jak planowali we dwójkę. Rzeczywistość prze­

kraczała jej najśmielsze oczekiwania. 

Po jednej stronie korytarza znajdowały się salon 

i biblioteka. Na prawo wchodziło się do jadalni, 

a z niej do kuchni. Drzwi do sypialni były na wprost. 

Libby domyśliła się, że Vance musiał ruszyć niebo 

i ziemię, by tak szybko zagruntować ściany domu 

pod farbę. Na razie wykończone były tylko sypialnia, 

kuchnia, łazienka i biblioteka. Innych pomieszczeń 

nie pomalowano jeszcze, w podłogach brakowało 

klepek, a framugi okienne pozostawiały wiele do 

życzenia. Wszystko to mogli już zrobić wspólnie. 

Cieszyła się, wyobrażając sobie wygląd mieszkania 

w przyszłości - barwne afrykańskie chodniki i meble, 

tu i ówdzie cenne pamiątki rodzinne. Jej oczy zaszły 

łzami. Tak tęskniła za tą chwilą. 

Zaniosła swój neseser do głównej sypialni. Był to 

właśnie pokój, w którego oknach wisiały szwajcarskie 

koronkowe firanki widoczne z zewnątrz. Zaledwie 

raz wspomniała o tym materiale. Mając w pamięci jej 

słowa, urządził wyjątkowo piękny pokój. Wynikało 

z tego, że planował małżeństwo z nią na długo 

przedtem, nim się zaręczyli. Do tej pory nawet się 

tego nie domyślała. Opadła na szerokie łóżko i rozej­

rzała się wokół. Szafa, toaletka i wspaniały jasnozielony 

dywan z afrykańskimi motywami były świadectwem 

dobrego smaku Vance'a. 

Jej uwagę zwróciła fotografia ustawiona na toaletce. 

Było to powiększenie jednego ze zdjęć, jakie Vance jej 

zrobił w Lozannie. Stała w cieniu gotyckiego łuku 

Chateau de Chillon, a w tle widać było umocnienia 

background image

zamku. Czuła się głęboko wzruszona tym, że zachował 

właśnie to zdjęcie. Oświadczył jej się wtedy. W przy­

szłości miała zamiar postawić na toaletce swoje 

ulubione fotografie Vance'a. Nie dopuszczała do siebie 

myśli, że opuści Kenię. Było to niemożliwe, zwłaszcza 

w tak wspaniały dzień. 

W drodze do kuchni zajrzała do pozostałych dwóch 

sypialni. Północna nadawała się na pokój dziecinny. 

Już teraz wiedziała, jak go urządzi. Marzyła o dziecku 

za rok lub dwa. 

Zaskoczył ją wygląd drugiej sypialni. Zniszczone 

ściany świadczyły o tym, że miał tu miejsce pożar, ale 

trudno było powiedzieć kiedy. Vance kupił farmę 

zaraz po przyjeździe do Kenii. Dom zaczął odnawiać 

dopiero, gdy oświadczył się Libby. Przez kilka lat 

nikt tu nie mieszkał. 

Kiedy weszła do kuchni, wiedziała, że będzie to jej 

ulubione miejsce w domu. Przy jednej ścianie królował 

olbrzymi piec pokryty biało-niebieskimi holenderskimi 

kaflami. Zbudował go jeszcze pierwszy właściciel 

farmy; piec przywodził na myśl stare dzielnice Ams­

terdamu. Rozumiała, dlaczego Vance znalazł się pod 

urokiem jego piękna. Równie wiekowy był prostokątny 

dębowy stół i cztery ręcznie rzeźbione krzesła. Widać 

było, że Vance stara się odrestaurować wszystko, 

czego czas jeszcze nie zniszczył. Pomysł ten oczarował 

Libby. 

Siedząc przy stole, spojrzała na okna składające się 

z niedużych szybek przedzielonych kratownicą z muru. 

Za nimi aż po horyzont rozciągał się widok na 

kwitnące drzewa owocowe. Nie mogła oderwać od 

nich wzroku. Vance znalazł prawdziwy raj. Z mocnym 

postanowieniem, że też w nim zamieszka, rozejrzała 

się wokół, by zobaczyć, co jest do zrobienia. Martin 

przyniósł pudła z zapasami żywności. Postanowiła je 

rozpakować i wszystko poustawiać. 

background image

Zobaczyła, że zainstalowano nowy podwójny zlew 

i wymieniono rury. Dębowa podłoga, wyszorowana 

piaskiem, miała bursztynowy połysk. Przyszło jej do 

głowy, że Vance był perfekcjonistą we wszystkim, co 

robił. Urządził wygodną, funkcjonalną kuchnię za­

chowując cały jej urok z czasów poprzedniego właś­

ciciela. Ironią losu było, że ktoś tak wrażliwy na 

piękno utracił wzrok. 

Kiedy w końcu Libby opróżniła pudła, było już 

południe. Poczuła głód. Mając nadzieję, że Vance 

odzyskał apetyt, zaczęła przygotowywać lunch. Potem 

poszła do biblioteki, by zaprosić obu mężczyzn. 

Powinna przecież poczęstować Martina przed jego 

podróżą do Nairobi. Kiedy jednak wyszła na korytarz, 

usłyszała warkot odjeżdżającego land rovera. Vance 

właśnie zamykał drzwi. 

- Vance, przyszłam wam powiedzieć, że lunch już 

gotowy. 

- Martin nie mógł dłużej zostać. Jesteśmy sami, 

Libby. 

Zesztywniał na dźwięk jej głosu. W jego odpowiedzi 

nie został nawet ślad po tej czułości, którą okazywał 

jej jeszcze rano. Libby zamarła, bojąc się, co powie 

dalej. 

- Obawiam się, że lunch nie jest zbyt wyszukany. 

Zrobiłam zupę i kanapki. Obiecuję, że na wieczór 

będzie coś dobrego. 

Nie odpowiedział. Odwróciła się i ruszyła do kuchni, 

a Vance szedł za nią wiodąc rękoma po ścianie. 

W kuchni od razu usiadł na krześle i zaczął ostrożnie 

dotykać wszystkiego, co znajdowało się w pobliżu. 

Przysunęła mu talerz z jedzeniem. 

- Wzięłam wczorajszą szynkę. Może już jej nie 

chcesz jeść. 

- Nie zależy mi na tym, co jem. A poza tym wiem, 

że gotujesz świetnie, więc przestań się denerwować. 

background image

Libby przełknęła jego uwagi bez komentarza, widząc, 

że bierze do ust kanapkę. Na dodatek zauważyła, że 

mu smakuje i je z dużym apetytem. A już zaczęła się 

zastanawiać, ile jest w stanie wytrzymać bez jedzenia. 

Szybko opróżnił swój talerz, a w szklance nie zostawił 

nawet kropli mleka. 

- Czy udało wam się załatwić wszystkie sprawy? 

- spytała, chcąc zacząć rozmowę. Vance był milczący 

i bała się, że jest to oznaka nadchodzącej depresji. Nie 

chciała, żeby cokolwiek zepsuło nastrój ich pierwszego 

posiłku w nowym domu. Chociaż przez chwilę chciała 

żyć złudzeniem, że wszystko jest w porządku. 

- Niestety nie. Twoja obecność była zbyt in­

teresującym tematem. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mu o naszym ślubie? 

Postawiłeś go w niezręcznej sytuacji - Libby westchnęła 

głęboko. 

- Jeżeli sobie przypominasz, wzięliśmy ślub bardzo 

szybko. Trudno było wszystkich zawiadomić. Poza 

tym chciałem przedstawić cię swojemu personelowi 

na przyjęciu, które miało być zorganizowane właśnie 

tutaj, na farmie. Nie chcę teraz o tym rozmawiać. 

- Ta farma, sady, wszystko jest tak niewiarygodnie 

piękne - Libby przyglądała się mężowi. Nie mogła 

odgadnąć, w jakim jest nastroju. 

- Przestań, Libby. - Jego twarz stwardniała. 

- W końcu chciałbym z tobą porozmawiać poważnie, 

ale musisz mi przyrzec, że nie będziesz przerywała, 

dopóki nie skończę. 

- Przyrzekam. 

- Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa, bo nie 

spodoba ci się to, co powiem - powiedział chłodno. 

Libby czuła, że serce w niej zamiera ze strachu. 

- Kiedy wczoraj pojawiłaś się w szpitalu, na dodatek 

bez zapowiedzi i zaproszenia, myślałem, że uduszę cię 

własnymi rękami. 

background image

Libby zadrżała, tyle było zjadliwości w jego głosie. 

Spuściła wzrok na swój pusty talerz. To niepraw­

dopodobne jak szybko potrafił się zmieniać. 

- Wierzę, że rzeczywiście nie dostałaś mojego listu. 

Znam cię aż za dobrze. Stanęłabyś na głowie, by ze 

mną porozmawiać przez telefon, gdybyś ten list dostała. 

Wystarczyło, żebyś posiedziała w Londynie jeszcze 

dwanaście godzin po wiadomości o wypadku, a na 

pewno by cię zastał. Tak spieszno ci było do mnie 

i narobiłaś tyle zamieszania, że teraz wszyscy wiedzą 

o twoim przyjeździe - ciągnął dalej pełnym nienawiści 

i szyderstwa tonem. - Grając do perfekcji rolę 

troskliwej żony przed doktorem Stillmanem sprawiłaś, 

że ty sama, ja i moje przedsiębiorstwo znaleźliśmy się 

w jeszcze większym niebezpieczeństwie. 

- Jak to? - żachnęła się, unosząc głowę. 

- Przyrzekłaś nie przerywać. - Na jego pięknych 

ustach pojawił się grymas okrucieństwa. Libby nie 

mogła opanować drżenia całego ciała. Vance odsunął 

krzesło od stołu, rozsiadł się z wyciągniętymi nogami, 

założył ręce na piersi i ciągnął dalej. - Mam wroga, 

Libby. Ktoś w moim przedsiębiorstwie chce mnie 

doprowadzić do ruiny i może już mu to się udało. 

Wypadek w kopalni był skutkiem sabotażu. Miał 

straszliwe konsekwencje - dwoje ludzi nie żyje, a ja 

straciłem wzrok. Twój przyjazd wszystko skom­

plikował. Ty też możesz stać się ich celem. Źle się 

stało, że Martin zadzwonił dziś rano do szpitala, by 

spytać się o moje zdrowie. Powiedziano mu o twoim 

przyjeździe i do tej chwili ta wiadomość na pewno 

obiegła już całe Nairobi. Co się stało, to się nie . 

odstanie. Jestem przekonany, że już widziałaś pokój 
na tyłach domu. Ktoś podłożył ogień w dzień 

poprzedzający nasz ślub. To jeden z powodów, dla 

których tak nagle odwołałem nasz miodowy miesiąc. 

Najpierw myślałem, że to sprawka jednego z zatrud-

background image

nionych w ogrodzie wieśniaków, który zdegustowany 

życiem, zalał robaka i narozrabiał. Nie chciałem 

jednak ryzykować i miałem zamiar najpierw odszukać 

winnego, nim cię tu sprowadzę. Planowałem też 

odnowić pokój. Nic z tego nie wyszło. Od pewnego 

czasu miałem problemy z kopalnią, a tamten tydzień 

był szczególnie trudny. Resztę już znasz. 

Libby siedziała, milcząc pod wrażeniem tego, co 

mówił. 

- Gdy w kopalni zdarza się katastrofa, zbiera 

się komisja dochodzeniowa, by zbadać jej przyczyny. 

Jeżeli dowiodą mi zaniedbania, moje przedsiębior­

stwo zostanie rozwiązane, a ja będę miał zakaz 

prowadzenia interesów w Kenii. Takie wiadomości 

rozchodzą się lotem błyskawicy. Wątpię, czy uzy­

skałbym pozwolenie na pracę gdziekolwiek w Afryce. 

Zwłaszcza jeżeli obwinia mnie o spowodowanie 

śmierci dwóch osób. 

Libby usłyszała jego pełne smutku westchnienie. 

- Gdy uświadomiłem sobie, że jestem ślepy, jasno 

zdałem sobie sprawę z tego, że stanowię doskonały 

cel. Ten, kto odpowiada za wypadek, musiał być 

w siódmym niebie na wieść o tym, że straciłem 

wzrok. Ale, ani on, ani jego szajka, jeśli nie działał 

sam, nie wie, że zamierzam z nimi walczyć. Mam 

duże przedsiębiorstwo z bardzo długą listą płac. Setki 

rodzin utrzymuje się z pracy u mnie i jeżeli tylko będę 

mógł, nie zawiodę ich. Taka tragedia rzuca cień na 

całe górnictwo i przemysł, zwłaszcza w Kenii, gdzie te 

gałęzie gospodarki są w stadium embrionalnym. 

Libby obserwowała męża jak urzeczona. Nie miała 

pojęcia, najmniejszego pojęcia... Vance skierował na 

nią oczy, jakby mógł ją widzieć. 

- Żałuję, że się z tobą ożeniłem - powiedział. Jego 

głos był suchy, zbyt zdecydowany, by mogła przyjąć, 

że jedynie odgrywa obojętność. - Chcę unieważnienia 

background image

małżeństwa tak szybko, jak to będzie możliwe. 

Niestety najpierw muszę cię poprosić o pewną przy­

sługę. 

Przez dłuższą chwilę zapanowała cisza. Rozpaczliwa 

sytuacja zniweczyła wszelkie jej nadzieje na wspólną 

przyszłość. Odrętwiała z bólu nie mogła wydobyć 

z siebie ani słowa. 

- Libby? - zauważyła nieznaczne drżenie w kącikach 

jego ust. 

- Przecież mówiłeś, że mam nie przerywać? - z satys­

fakcją spostrzegła, że zwinął dłoń w pięść i oparł ją 

ciężko na stole. 

- Zadzwoniłem ze szpitala do Charlesa Rankina, 

kiedy znów zacząłem sensownie myśleć. Zgodził się 

przyjechać i reprezentować moje interesy, gdy tylko 

uporządkuje bieżące sprawy. 

- Dzięki Bogu - Libby nie mogła już dłużej milczeć. 

Jeżeli ktokolwiek mógł pomóc Vance'owi, to na 

pewno Charles. Był wziętym, powszechnie znanym 

adwokatem. Zaprosili go na drużbę i uczestniczył 

w ich skromnym ślubie, który odbył sie w ogrodzie 

rodziców Libby. 

- Zatrudnienie Charlesa nie stanowi żadnej gwaran­

cji sukcesu, Libby. Ale chyba tylko on będzie mógł 

rozgryźć tę zagadkę. Wiele razy rozmawialiśmy przez 

telefon na temat dalszego postępowania w tej sprawie. 

Lecz twój przyjazd w dużym stopniu zmienił sytuację. 

- Przerwał, jakby szukając właściwych słów. - Nikt 

nie wiedział o naszym ślubie przed wypadkiem. Jak ci 

już powiedziałem, zamierzałem wydać przyjęcie po 

powrocie z miodowego miesiąca. Miałem wtedy 

oznajmić wszystkim, że jesteśmy małżeństwem. Po 

wypadku zmieniłem plany. Nie chciałem, by ktokolwiek 

wiedział, że mam żonę. Kto chce mnie zniszczyć, 

może użyć ciebie, by uderzyć we mnie. W tak 

niebezpiecznej sytuacji posiadanie żony sprawia, że 

background image

mężczyzna staje się bezbronny. Nie chciałem mieć cię 

w pobliżu, zarówno ze względu na ciebie, jak i na siebie. 

- Czy w liście napisałeś mi o tym? - Libby dopiero 

teraz zaczęła rozumieć. Ze zdenerwowania nie mogła 

usiedzieć na miejscu. 

- Tak. 

- A więc mój przyjazd dał im dodatkową broń do 

ręki? - spytała cicho. Czuła, że potrzebuje czasu, by 

przeanalizować swoją sytuację; tyle już przecież 

wiedziała. 

- O to chodzi. Kiedy wczoraj poszłaś spać, za­

dzwoniłem do Charlesa i powiedziałem mu o twoim 

przyjeździe. Zgodził się, że wszyscy już o tym wiedzą, 

i radził zmienić taktykę. 

O czym on mówi, Libby wstrzymała oddech. 

- Gdybyś teraz pojechała do Londynu, mogłoby to 

jeszcze pogorszyć sprawę. Żona, która ucieka na wieść 

o kłopotach męża, nie przyczynia się do wzrostu jego 

autorytetu wśród urzędników badających wypadek. 

Nasz wspólny front podbudowałby zaufanie u ludzi, 

którzy utrzymują się z pracy w moim przedsiębiorstwie. 

Obecność żony wpływa łagodząco. Dysponuje ona 

szczególną siłą - subtelną, ale skuteczną... 

- Nie chciałam sprawiać ci tyle kłopotu. 

- Stało się. Mamy jednak niewielką przewagę 

- poruszył się na krześle i pochylił w jej kierunku. 

- Nikt nie wie, że mam jakieś podejrzenia, oprócz 

Charlesa. Jeżeli uda się utrzymać mojego wroga 

w nieświadomości nieco dłużej, Charles będzie mógł 

powęszyć, nie wzbudzając zainteresowania. Musielibyś­

my jednak udawać, że jesteśmy szczęśliwi w małżeństwie 

jak dwa gołąbki. Ja odgrywałbym rolę świeżo upie­

czonego żonkosia, który zapomniał o bożym świecie. 

Każdy będzie myślał, że niczym się nie martwię, i cały 

czas jestem zajęty młodą, piękną żoną. 

Libby spojrzała na mężczyznę, który trzymał jej 

background image

szczęście w swoich rękach. Poczuła nagły przypływ 

uczuć na widok jego zachmurzonej twarzy. Czy 

- Musisz wziąć pod uwagę dobro całego przedsiębior­

stwa - nerwowo oblizała wargi. - Oczywiście, pomogę 

ci. Teraz już wiem, o co chodzi. 

- Dziękuję, Libby -jego pierś uniosło westchnienie 

ulgi. - Zadbam o wszelkie środki ostrożności, by ci 

się nic nie stało. Odwdzięczę się, jak tylko będziesz 

znów wolna i wrócisz do Londynu. 

- Wezmę prysznic i przebiorę się, jeżeli nie masz 

nic przeciwko temu - w ostatniej chwili powstrzymała 

się, by nie powiedzieć mu, jak mógłby jej podziękować. 

- Jeszcze do końca dnia będę miała robotę z roz­

pakowywaniem. 

- To twój dom, jak długo tu jesteś. Rób, co chcesz. 

Nie musisz mnie pytać o zgodę. Jest jeszcze jedna 

rzecz, o którą chciałbym cię prosić. - Libby uniosła 

głowę, widząc, że sięga do kieszeni i kładzie na stole 

pierścionek i obrączkę. - Chciałbym, żebyś jeszcze 

jakiś czas je nosiła. Nasze małżeństwo musi wyglądać 

na prawdziwe pod każdym względem. Jeżeli mnie 

będziesz potrzebowała, jestem w bibliotece. Załatwiam 

sprawy przez telefon. 

Wyszedł z kuchni, wiodąc ręką po ścianie. Ametyst 

odbijał słońce, rzucając małą tęczę na sufit. Nareszcie 

zrozumiała, dlaczego Vance trzymał jej lewą rękę 

w drodze na farmę. Nie odważył się powiedzieć 

Martinowi, jak naprawdę wyglądają stosunki między 

nimi. Libby włożyła pierścionki na palce. Gorzko 

żałowała swojej pochopnej decyzji z zeszłej nocy. 

Jeżeli postawi na swoim, nigdy ich nie zdejmie. 

Gdy pozmywała, pośpiesznie poszła do łazienki 

sąsiadującej z sypialnią i wzięła prysznic. Wszystko 

w łazience było nowe i nieskazitelnie białe. Znów 

pomyślała, że mąż dokonał prawie cudu na tym 

górskim odludziu. 

background image

Wytarła się puszystym ręcznikiem w swoim ulubio­

nym, błękitnym kolorze. Wskoczyła w dżinsy i baweł­

niany sweter. Nie chciała, żeby włosy wpadały jej do 

oczu, więc sczesała je na jedną stronę i szybko zaplotła 

w warkocz, który przerzuciła przez ramię. Część 

popołudnia spędziła opróżniając walizki, wieszając 

ubrania w szafach i ustawiając przybory toaletowe 

i kosmetyki w łazience. 

Gdy wszystko było na swoim miejscu, skierowała 

się do kuchni. Chciała przygotować coś wyjątkowego 

na kolację. Czuła się bezpiecznie, mając świadomość, 

że Vance jest parę kroków od niej, a nie jak dawniej 

oddalony o tysiące kilometrów, na innym kontynencie. 

Po tym, co jej powiedział, chciała być cały czas 

w zasięgu jego głosu. 

Nie mogła doczekać się Charlesa. Vance rozpaczliwie 

potrzebował pomocy. Cieszyła się, że może liczyć na 

Martina Deana i zastanawiała, dlaczego nawet nie 

wspomniał o Peterze Frommsie, innym dyrektorze 

przedsiębiorstwa. Ich przyjaźń sięgała czasów studen­

ckich. Libby poznała Petera jeszcze w Londynie na 

przyjęciu wydanym w domu Ansonów. Mimo to, 

Vance poprosił Charlesa, by był ich drużbą. Gdy 

Libby pytała go o powód tej decyzji, powiedział jej, 

że Peter jest zbyt zajęty, nie może wyrwać się z pracy 

i przyjechać. Ta mętna odpowiedź nic jej nie wyjaśniła, 

ale była tak przejęta, że się nad nią dłużej nie 

zastanawiała. Kiedy życie na farmie nabierze zwykłego, 

codziennego rytmu, spyta Vancea o Petera. 

Pomyślała, że ich pierwsza kolacja sam na sam 

wymaga specjalnej oprawy. Założyła sukienkę z cieniut­

kiego lnu, a rozpuszczone włosy przerzuciła do przodu 

przez ramię. Miała też złote kolczyki, które dostała 

od Vance'a w zeszłym roku. Nie mógł jej zobaczyć, 

ale czuła się lepiej w eleganckim stroju. Jeszcze parę 

kropel Madame Rochas i była gotowa. 

background image

- Vance. Kolacja na stole! 

Siedział w obracanym krześle przy dużym biurku 

i mówił do dyktafonu. Wyłączył go na dźwięk jej 

głosu i odwrócił się w jej stronę. 

- Nie mam specjalnej ochoty na jedzenie. Zacznij 

beze mnie. 

- To tylko lekka zapiekanka i sałata. Musisz sobie 

zrobić przerwę - upierała się. 

- Czekam na ważny telefon - przetarł dłonią oczy. 

Wyglądał na zmęczonego. 

- Możesz rozmawiać w kuchni. Wyjmuję zapiekankę 

z piekarnika, więc przyjdź zaraz - obróciła się na pięcie 

i przeszła przez salon, nasłuchując jego kroków za sobą. 

Sałata z sosem vinaigrette stała w lodówce. Znalazła 

butelkę importowanego rieslinga i chłodziła go w kubeł­

ku z lodem. Wyjęła zapiekankę i wyszła zebrać trochę 

polnych kwiatów. Ułożyła je z niezamierzonym 

artyzmem w biało-niebieskim porcelanowym wazonie, 

który stanowił część kolekcji kupionej przez Vance'a. 

Mijały minuty. Beztroska, z jaką przygotowywała 

kolację, opuściła ja całkowicie, gdy sama przy stole, 

zaczęła jeść sałatę. 

I Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy nagle 

w kuchni pojawił się Vance. Jednak przyszedł. 

Wymagało to wiele wysiłku, ale nie zerwała się i nie 

rzuciła mu na szyję. 

- Postawiłaś na stole kwiaty. Czuję szałwię. - Po­

wiedział, siadając na tym samym krześle co w czasie 

lunchu. Włosy miał potargane, jakby bez przerwy 

przeczesywał je ręką. 

- Są też dalie, petunie, lewkonie i stokrotki. Vance, 

znalazłam idealne miejsce, gdzie można zasiać zioła. 

Widać je z okna kuchennego. 

- Wygląda na to, że jesteś szczęśliwa, Libby 

- zamruczał, biorąc widelec. Przez jego twarz prze-

* -iknął cień zatroskania. 

background image

- Dlaczego miałabym nie być szczęśliwa? Farma 

jest wręcz wypieszczona, aż zapiera dech w piersiach. 

Nie dziwię się, że nigdy nie chciałeś wrócić do Anglii. 

Ten sad pachnie nieziemsko. Nie mogę się doczekać, 

kiedy zobaczę całość posiadłości. Wybierzmy się na 

konną przejażdżkę z samego rana. 

- To niemożliwe. - Przełknął pierwszy kęs zapie­

kanki. 

- Dlaczego? Doktor Stillman powiedział, że jesteś 

całkowicie sprawny i możesz robić to, co dawniej. 

Poza tym Diablo stęsknił się za tobą i na pewno 

marzy o spacerze. 

- Mój zarządca zajmuje się zwierzętami na farmie. 

- Jego usta zacisnęły się w cienką linię, a twarz 

wyrażała poczucie rezygnacji. - Jeżeli tak bardzo 

chcesz zwiedzić farmę, weź jeepa i przejedź się drogami, 

które przecinają gaje pomarańczowe. Zobaczysz wtedy 

prawie wszystko. 

- Wolałabym konną przejażdżkę. Jeżeli nie masz 

nic przeciwko temu, osiodłam Diablo. 

- Diablo ma zbyt wiele temperamentu, nawet dla 

takiego jeźdźca jak ty. 

- W takim razie dosiądziemy go razem. Robiliśmy 

tak kiedyś. Objedziemy powoli całą posiadłość. Chyba 

nie żądam zbyt wiele. 

Zapanowała głucha cisza. Sięgnął po kieliszek. 

- Nie wiedziałem, że mam wino w spiżarni - stwier­

dził, pomijając milczeniem jej prośbę. 

- Znalazłam je, gdy układałam nasze zapasy. 

Chciałam, żeby ta kolacja była uroczysta. Pierwsza 

w nowym domu. 

- Jak ci już powiedziałem, gotujesz wspaniale - na 

jego policzkach pojawił się mocny rumieniec. - Wszys­

tko jest bardzo smaczne. Jak zwykle. 

- Dziękuję za komplement - odsunęła od siebie na 

wpół opróżniony talerz. - Czy chcesz posłuchać 

background image

muzyki? Przywiozłam nowe nagranie pierwszego 

koncertu fortepianowego Brahmsa. Chyba spodoba 

ci się interpretacja Graffmana. 

- Nie dzisiaj, Libby. 

- A co chciałbyś na deser? - wstała z krzesła 

i ciągnęła beztrosko - Figi? Mango? 

- Nic, dziękuję. 

Spojrzała na jego pustą filiżankę. Wzięła dzbanek, 

by ją napełnić. Niechcący otarła się o jego ramię, 

a włosy musnęły jego policzek. Usłyszała jeszcze, że 

raptownie wciągnął powietrze, nim niespodziewanie 

stanął na równe nogi, rzucając serwetkę na stół. 

Przewrócił przy tym kieliszek. 

- Dobranoc - wymamrotał. Tak śpieszył się, chcąc 

być od niej jak najdalej, że uderzył się o klamkę. 

Doleciało do niej parę soczystych przekleństw, nim 

zniknął w głębi domu. 

Później, gdy naczynia były już pozmywane, Libby 

przeszła obok drzwi do biblioteki. Tak jak się obawiała, 

posłał sobie na sofie, która stała po przeciwnej stronie 

biurka. Być może pomógł mu zarządca. Vance już 

zwinął się w kłębek pod kołdrą, ale nie spał. Udawał 

tylko. Poszła na palcach do ich sypialni i przygotowała 

się do snu. Czy kiedykolwiek ustąpi i pozwoli sobie 

pomóc? Czy będzie mogła go pocieszyć tak, jak o tym 

marzyła? Jej poduszka była wilgotna od łez. Co za 

ironia losu, że po trzech latach oczekiwania w końcu 

została jego żoną, a teraz leży sama w łóżku, czując 

się bardziej samotna i zagubiona niż kiedykolwiek 

w życiu. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Pukanie do drzwi sypialni wyrwało Libby z głębo­

kiego snu. Spojrzała na budzik, który wskazywał 

dziesiątą. Nie mogła uwierzyć, że spała tak długo. 

Usiadła na łóżku, odgarniając włosy z twarzy. 

- Vance? Co chcesz? 

- Przepraszam, że cię obudziłem - powiedział przez 

uchylone drzwi. - Ale za chwilę wyjeżdżam z domu 

na resztę dnia i chciałem, żebyś wiedziała, gdzie będę. 

- Mówiłeś, że nie chcesz, żeby cię widziano w biurze 

- Libby wyskoczyła z łóżka, pobiegła do drzwi 

i otworzyła je szeroko. 

- Nie jadę do Nairobi. 

- W takim razie, dokąd? 

- Jeżeli już tak bardzo chcesz wiedzieć, jadę 

odwiedzić rodziny tych ludzi, którzy zginęli, kiedy 

osunął się strop w kopalni. Mieszkają w wiosce 

Bantu położonej wyżej w górach. 

- Jak się tam dostaniesz? 

- Samochodem, oczywiście - kpina brzmiąca w jego 

głosie przypomniała dawne poczucie humoru. 

- Chodzi mi o to, kto będzie prowadził. 

- James, zarządca mojej farmy. 

- Może pozwoliłbyś mi pojechać zamiast niego? 

- Nie, Libby. Już ci mówiłem, że chcę, żebyś się 

trzymała z dala, nim sprawca nie zostanie aresztowany. 

- Chyba nic się nie stanie, jeżeli z tobą pojadę? 

Zrobi to nawet lepsze wrażenie, gdy we dwójkę 

odwiedzimy osierocone rodziny. Sam mówiłeś, że 

fakt posiadania żony dodaje ci wiarygodności. Jeżeli 

52 

background image

wszyscy w przedsiębiorstwie wiedzą, że tu jestem, 

wydawałoby się dziwne, gdybym z tobą nie pojechała. 

Proszę, Vance. Chcę zobaczyć okolicę, póki tu jeszcze 

jestem - raptem dodała w przypływie natchnienia. 

- Czy to coś złego? 

- Muszę wyjechać natychmaist. - Miał zmęczony 

wygląd człowieka, którego cierpliwość jest już na 

wyczerpaniu. - Zapowiadano na dzisiaj deszcz. Kiedy 

zacznie padać, droga do wioski zamieni się w bagno. 

- Będę gotowa w pięć minut. 

- Lepiej weź sweter - przeczesał ręką włosy. - Im 

wyżej się jedzie, tym się robi chłodniej, zwłaszcza gdy 

wraz z deszczem pojawia się mgła. 

- Zaraz będę gotowa - przymknęła oczy niezmiernie 

szczęśliwa, że zgodził sieją zabrać. Postanowiła pośpieszyć 

się, by nie czekał dłużej niż to absolutnie konieczne. 

- Zrobiłem kawę i tosty. Najpierw coś zjedz. Ja 

w tym czasie poproszę Jamesa, by zajechał jeepem 

przed dom. 

Krajobraz był podobny do tego, jaki widziała 

poprzedniego dnia - kilometry wiecznie zielonego 

Lasu poprzecinane pasami trawy. Nie dostrzegła ani 

jednego człowieka. Jednak nie czuła się osamotniona, 

bo Vance siedział obok. Lubiła przygody, ale to była 

Afryka, a nie droga z Londynu do Hammersmith. 

Gdyby napotkali lwicę szukającą w buszu młodych 

hib przydarzyły im się inne problemy, Vance na 

pewno wiedziałby, co robić. Mówiono jej, że takie 

przypadki zdarzają się turystom w okolicach górskich. 

Przy Vance'ie mogła stanąć twarzą w twarz z każdym 

niebezpieczeństwem. Jego ślepota nic nie zmieniała. 

Gdyby tylko on sam to zrozumiał... 

Gdy już dojeżdżali do miejsca, o którym wspomniał 

Vance, odsłonił się widok na wyższe partie gór. Las 

•opniowo przerzedzał się, ustępując miejsca bambu-

*om. a następnie mokradłom. Stwierdziła, że tempera-

background image

tura była wyraźnie niższa, nie tylko ze względu na 

wysokość, ale też dlatego, że zbliżała się burza. 

- Jeżeli się dobrze przyjrzysz, zobaczysz wydeptaną 

drogę między tą, na której się znajdujemy, a tą, która 

skręca w lewo. Jedź nią prosto w stronę lasu. Wije się 

przez około osiem kilometrów i prowadzi do polany, 

na której stoją szałasy. 

- Czy powinnam przestawić jeepa na napęd na 

cztery koła? - spytała, gdy z trudem dostrzegła w trawie 

zarysy traktu. 

- Teraz to nie będzie jeszcze konieczne. 

Libby zapuściła silnik jeepa i zjechała z szosy na 

trawiastą drogę, która przechodziła w szlak przecina­

jący las. Słońce schowało się za chmury i w lesie było 

tak ciemno, jakby już zapadał wieczór. 

- Opowiedz mi o tych ludziach, którzy zginęli. 

- Pracowali ciężko jako robotnicy, by utrzymać 

swoje rodziny. - Vance poprawił się na siedzeniu. 

- Pochodzili z plemienia Bantu. Przedtem trudnili się 

pasterstwem. Kiedy uruchomiłem kopalnię Naivasha, 

przyszli pracować do mnie. W Kenii często zdarzają 

się susze, co zmusza mężczyzn do szukania innych 

źródeł utrzymania. Tych dwóch postanowiło zostać 

górnikami i trzymali się tej pracy. Dawała im regularną 

płacę i świadczenia rodzinom, a także emeryturę 

w przyszłości. Chciałem odwiedzić ich żony, by złożyć 

im kondolencje i zapewnić je, że kopalnia będzie 

wypłacała im rentę. 

Libby, zamyślona, spojrzała na Vance'a. Na pewno 

będzie hojny. Wiedziała o tym. Nadal nie mogła 

uwierzyć, że ktoś mógł być na tyle zazdrosny o jego 

sukcesy, żeby spowodować katastrofę. Miała nadzieję, 

że sprawca wkrótce zostanie ujęty. 

Tak jak Vance mówił, trakt kończył się na polanie, 

gdzie stało kilkanaście szałasów. Dzieci ubrane 

w barwne szorty i sukienki pobiegły w kierunku jeepa. 

background image

- Jambo! - Vance krzyknął do nich przez otwarte 

okno. Dalej rozmowa potoczyła się w suahili. 

- Co im powiedziałeś? 

- Dlaczego tu przyjechałem i poprosiłem, by 

powtórzyły wszystko kobietom. Są nieśmiałe. Niech 

same zrobią pierwszy krok. 

Libby, zafascynowana, patrzyła na biegnące roz­

krzyczane dzieci. Za chwilę były z powrotem. Naj­

starszy, chyba dwunastoletni chłopiec mówił w imieniu 

całej grupy. Vance skrzywił się i Libby natychmiast 

domyśliła się, że coś jest nie w porządku. 

- O co chodzi, Vance? 

- Mówią, że nie jestem mile widziany. - Vance 

potarł podbródek. - Kobiety nie chcą rozmawiać z... 

z mordercą. Obawiałem się, że tak będzie. Zarówno 

ja, jak i moje przedsiębiorstwo kojarzy im się ze 

śmiercią bliskich. 

- Czy mówią po angielsku? 

Vance przytaknął. 

- Może porozmawiałyby ze mną. Czy wiedzą, że 

straciłeś wzrok w tym wypadku? To może całkowicie 

zmienić ich stosunek do ciebie. 

- Nawet nie myśl o takich chwytach. 

- Vance, czy ty nie rozumiesz? Są w rozpaczy 

i zrozumieją, że ja też cierpię. To nas łączy. Może 

wtedy zechcą cię wysłuchać. Warto spróbować. 

- Nie powinienem ciebie zabierać. Jesteś moją żoną. 

W ich mniemaniu ty również przynosisz nieszczęście. 

- Na pewno zmienią zdanie, jeżeli tylko będę mogła 

im wszystko wytłumaczyć. Vance, przyjechałeś tu, 

żeby je pocieszyć. Wykorzystajmy każdą możliwość, 

nim zdecydujemy się wyjechać. 

W okamgnieniu wyciągnął rękę i chwycił ją za 

przegub dłoni. 

- Słuchaj Libby, te kobiety są do nas wrogo 

nastawione. Nie znasz ich sposobu życia i obyczajów. 

background image

Nie pozwolę, byś znalazła się w potencjalnie niebez­

piecznej sytuacji. 

- Przynajmniej spytaj dzieci, czy one w ogóle 

porozmawiają ze mną. 

Czuła, że coraz słabiej ściska jej przegub. Przykryła 

drugą ręką jego dłoń i pogładziła go delikatnie. 

Natychmiast ją puścił. Po chwili powiedział coś do 

dzieci, a one odbiegły. Żadne z nich nie odezwało się 

słowem, czekając na odpowiedź kobiet. Dzieci wkrótce 

wróciły. Ten sam chłopiec wskazał na Libby. 

- Ty możesz iść, ale on nie. 

- Nie podoba mi się to, Libby. Wolałbym, żebyś 

nie szła. 

- Ale ja chcę. - Serce waliło jej jak młotem. 

- Przyznaję, że boję się. Wiem jednak, jak czują się te 

kobiety. 

- Kiedy coś wyda ci się podejrzanego, krzycz na 

całe gardło. Obiecujesz? - wyglądał na przerażonego. 

- Zgoda - wysunęła się z jeepa, zanim mógł zmienić 

zdanie i poszła za dziećmi do szałasu na skraju lasu. 

Gdy podchodziła do wejścia, pojawiła się kobieta 

z dzieckiem na ręku. Drugie trzymało się jej kwiecistej 

sukni. Inna kobieta stanęła w drzwiach. Ich ciemne 

oczy wpatrywały się w nią bez cienia sympatii. Libby 

nie czuła strachu, tylko smutek, że straciły swoich 

mężów. Vance nadal żył... 

- Nazywam się Libby Anson - zaczęła, wkładając 

ręce do kieszeni spodni. 

Milczały. 

- Wiem, że wasi mężowie zginęli i nic nie przywróci 

im życia. Mój mąż pragnie zapewnić was, że przed­

siębiorstwo będzie łożyło na wasze utrzymanie. 

Kobiety nadal stały nieruchomo. Nie miała pojęcia, 

czy rozumieją, co do nich mówi. 

- To prawda, że mój mąż nadal żyje, ale również 

ucierpiał w tym wypadku. Nic nie widzi i dlatego 

background image

uważa, że nie jest mężczyzną. Ponieważ myśli, że nie 

jest mężczyzną, chce mnie odesłać. Ja chcę zostać, bo 

kocham go tak, jak wy kochałyście swoich mężów. 

Kobiety zrobiły krok do przodu. Libby nabrała 

głęboko powietrza i ciągnęła dalej. 

- Mój mąż cierpi i gdybyście pozwoliły, żeby wam 

pomógł, poczułby się lepiej. Nie przyjechał wcześniej, 

bo dopiero wczoraj wyszedł ze szpitala. Dziś z samego 

rana wybrał się do was, żeby sprawdzić, jak sobie 

radzicie, i powiedzieć wam, że nie musicie martwić się 

o pieniądze. 

- Niektórzy mówią, że to on spowodował wypadek 

- powiedziała niskim, wyważonym głosem kobieta 

stojąca obok Libby. 

- Czy wierzycie, że to możliwe? Przecież sam stracił 

wzrok. - Libby tłumaczyła, wpatrując się w kobietę, 

póki tamta nie odwróciła oczu. - Stara się dowiedzieć, 

kto jest winien, i ukarać sprawcę. 

- Gdzie są twoje dzieci? - nieśmiało spytała druga 

kobieta. 

- Jak długo mój mąż martwi się wami i przed­

siębiorstwem, nie będzie dzieci. - Libby z trudem 

przełknęła ślinę. Obie kobiety spojrzały się na nią, 

• potem na siebie. 

- Chcesz mieć dzieci? 

- Bardzo - odpowiedziała z głębi serca. - Chciała-

bym mieć synów i córki, tak udanych jak wasze. 

- Twój mąż nie widzi twoich oczu? 

- Nie musisz widzieć, żeby mieć dziecko - druga 

kobieta dodała, uśmiechając się. 

- Masz rację, ale pan Anson jest dumnym męż-

czyzną. Czy wiesz, co to znaczy? 

Obie kobiety pokiwały głowami. 

- Kiedy mój mąż wracał z polowania bez mięsa, 

uciekał z domu nawet na trzy dni - odezwała się 

jedna - Nigdzie go nie mogłam znaleźć. 

background image

58 

ŚLEPY NA MIŁOŚĆ 

Trzy kobiety popatrzyły na siebie ze zrozumieniem. 

- Pan Anson jest w samochodzie. Chciałby sam 

z wami porozmawiać, jeżeli tylko pójdziecie do niego 

ze mną. 

Nie czekając na ich reakcję, Libby ruszyła w stronę 

jeepa. Vance stał przy samochodzie i czekał z ramio­

nami skrzyżowanymi na piersi. Widok ten zawsze 

dawał jej poczucie bezpieczeństwa. 

- Wszystko w porządku Vance - szepnęła, biorąc 

go pod rękę. Jej dotyk sprawił, że rozluźnił się nieco. 

Niespodziewanie objął ją ramieniem. 

Kobiety szły tuż za nią. Nadal pełne rezerwy, 

odezwały się do niego w suahili. Odpowiedział im 

ciepło, zachęcając do dłuższej rozmowy. Libby nie 

potrzebowała tłumacza. Wszystkie uczucia Vance'a 

mogła odczytać z jego twarzy i gestów. Wyjął dwie 

koperty z kieszeni na piersiach i namawiał je, by 

wzięły pieniądze. Po chwili wahania przyjęły jego dar. 

Rozmowa stała się jeszcze bardziej ożywiona. Vance 

ścisnął mocniej ramię Libby. 

- Zrobiłaś na nich wielkie wrażenie. Zapraszają 

nas na poczęstunek. Nie możemy odmówić - powie­

dział do Libby ściszonym głosem i dodał już szeptem, 

żeby tylko ona słyszała: - Spróbuj wszystkiego po 

trochu. 

- Zjem to, co ty będziesz jadł - oznajmiła. Z jego 

zachowania wywnioskowała, że czeka ją parę nie­

spodzianek, a Vance'a bawi ta sytuacja. 

Objęła go ramieniem i poszli w stronę uprzątniętego 

placu między namiotami, który był miejscem wspólnego 

spożywania posiłków. Nad ogniskiem umieszczono 

skrzyżowane długie pręty, a coś na kształt torby 

wisiało nad płomieniami. 

Vance usiadł na twardej, ubitej ziemi i pociągnął za 

sobą Libby, która usadowiła się obok niego. Po­

stawiono przed nimi drewniane talerze i sztućce. 

background image

Talerze pełne były jedzenia, które okazało się zupełnie 

smaczne, chociaż Libby w ogóle nie mogła odgadnąć, 

co je. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na gotowaną 

kukurydzę, kartofle i dość żylaste mięso kury. Naj­

ważniejsze, że wszystko było gorące i przyjemnie 

siedziało się przy ognisku, zwłaszcza, że niebo po­

krywały ciemne chmury. Co chwila przelatywały po 

nim błyskawice, przynosząc ze sobą zimny wiatr. 

- Musimy jechać, Libby. Deszcz wisi w powietrzu. 

Oboje z Vance'em już opróżnili talerze. Wytłumaczyli 

jak najgrzeczniej umieli, że burza nie pozwala im 

zostać. Podziękowali wylewnie gospodyni i pośpieszyli 

do jeepa. 

Pierwsze krople deszczu spadły na przednią szybę, 

kiedy Libby zapuszczała silnik. Ledwie ujechali 

kilometr, a lunęło jak z cebra. Vance nie przesadzał, 

ostrzegając przed nawałnicą. Spod rzadkiej trawy 

wypływało gęste, śliskie błoto głębokie na kilkanaście 

centymetrów. Libby miała wrażenie, że znajduje się 

na lodowisku. Co gorsza, cały czas jechali w dół po 

zboczu do głównej drogi. Z największym wysiłkiem 

starała się utrzymać jeepa na trakcie i nie stoczyć się. 

- Nie panuję nad samochodem! - Libby czuła, że 

zaraz wpadnie w panikę. 

- W takim razie powoli zjedź na bok i wyłącz 

silnik. Poczekamy, aż minie oberwanie chmury. 

- Spróbuję - powiedziała niepewnie. Gdy wykony­

wała jego polecenie, jeep zrobił pół obrotu. Chcąc 

naprawić swój błąd, zareagowała tak gwałtownie, że 

zjechali z traktu. 

- Vance! Rozbijemy się! 

Na mgnienie oka przed uderzeniem Libby poczuła, 

że Vance otacza ją ramionami i zasłania jej twarz. 

Czekała na odgłos tłuczonej szyby i zgrzyt metalu. 

Usłyszała jedynie szelest gałęzi ocierających się 

o karoserię, a potem już tylko szum deszczu. 

background image

- Nic się nie stało - Vance wymamrotał chrapliwie, 

całując jej szyję. Przytulił ją mocno, bo drżała na 

całym ciele. - Po prostu wspaniale zaklinowaliśmy się 

w kępie sosen. 

- Nigdy w życiu tak się nie bałam. Kierownica 

sama wyrwała mi się z rąk. 

- Cicho... - pochylił głowę. - Już po wszystkim. 

Nie myśl o tym więcej. 

Wpadek wstrząsnął nimi do głębi. Vance zaczął 

całować ją tak gwałtownie, że nie mogła pozostać 

obojętna. Jeden pocałunek przechodził w drugi. 

Rozkosz jaką czuła, będąc w jego ramionach, prze­

kraczała jej najśmielsze marzenia. 

Nie zastanawiając się nad tym, co robi, włożyła 

rękę pod jego koszulę, by poczuć ciepło jego ciała. 

- Kocham cię - wyszeptała, pokrywając jego twarz 

i oczy pocałunkami. 

- Widzę, że już całkowicie doszłaś do siebie po 

naszej przygodzie. Zorientuję się, czy uda nam się 

wydostać z tej pułapki. - Nagle odetchnął głęboko, 

wyprostował się na siedzeniu i stanowczo, ale delikatnie 

odsunął ją od siebie. 

Libby potrzebowała paru chwil, żeby wziąć się 

w garść. Tak raptowny powrót do rzeczywistości był 

chyba większym szokiem niż wypadek. Może chciał 

ją tylko uspokoić, ale siła jego pocałunków zburzyła 

jej spokój. Zawsze wiązała ich silna namiętność. 

Teraz spotęgowała się na tyle, że trudno ją było 

opanować. Gdyby dotknął jej jeszcze raz, nie mogłaby 

za siebie odpowiadać. 

Nadal padał rzęsisty deszcz. Vance znów wdrapał 

się do jeepa. Zdjął mokrą kurtkę i rzucił ją na tył 

samochodu. Libby podała ma papierowe chustki, 

żeby wytarł ręce z błota. 

- Zostaniemy tu, póki deszcz nie przestanie padać. 

background image

6 1 

Kiedy się przejaśni, spróbuję popchnąć samochód. 

Myślę, że uda nam się wyprowadzić go na drogę 

bez większych trudności. Chyba nic nie jest uszko­

dzone. 

- Jak myślisz, długo będzie padać? 

- Chyba nie, ale i tak należy nam się nieco wygody. 

Przekręć kluczyk w stacyjce, a ja włączę ogrzewanie. 

Po chwili wnętrze jeepa zrobiło się ciepłe i przytulne. 

Vance sięgnął za jej fotel i szukał czegoś na podłodze. 

Znalazł saszetkę, z której wyjął butelkę brandy. 

- Uwaga! Moja podręczna apteczka. Nadszedł jeden 

z tych rzadkich momentów, kiedy jej używam. Chcesz 

trochę? - ręką wyczuł, gdzie jest schowek na rękawiczki 

i wyciągnął z niego termos. Wlał parę kropel do 

kubka i podał go Libby. 

- Dziękuję. 

- Odkaszlnęła, gdy alkohol zaczął palić jej gardło. 

Jeszcze przed chwilą miała odmówić, ale zmieniła 

zdanie. Musiała coś zrobić, żeby mimo jego bliskości 

zachować spokój. 

Gdy oddała mu kubek, natychmiast wychylił go do 

dna, a potem, zbyt szybko jej zdaniem, nalał sobie 

ponownie. Vance zawsze zachowywał we wszystkim 

umiar i dziwiło ją, że zamierza się upić. 

Dopiero teraz zauważyła, że już nie pada. W pier­

wszej chwili umknęło to jej uwadze, tak była zajęta 

obserwacją męża. 

- Vance? 

- Mhmmm... 

- Może spróbujemy się stąd wydostać? Przestało 

padać. 

- Za chwilę. 

- Ale czas leci. Wkrótce będzie ciemno. 

- Zawsze jest ciemno - mówił niewyraźnie. - Nie 

bój się. 

- Z tobą nigdy się nie boję - odetchnęła głęboko. 

background image

- A powinnaś, do cholery! - wypowiedziawszy tę 

pogróżkę, poprawił się na siedzeniu i usnął z głową 

opartą o okno. 

Nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać, Libby też 

wyciągnęła się na fotelu. Dzisiaj poznała męża od 

jeszcze innej strony. Jeżeli miłość do niego wymagała 

spędzania nocy w bagnistym rowie w górach Kenii 

- proszę bardzo. Nie może ignorować w nieskoń­

czoność jej obecności. 

- Libby! - Vance potrząsnął nią, by się obudziła. 

Otworzyła oczy i ze zdumieniem stwierdziła, że 

usnęła, oparta o jego ramię. Olbrzymi, srebrny księżyc 

pojawił się nad wzgórzem. Nie widać było śladu chmur. 

- Którą godzinę pokazuje mój zegarek? 

- Dziesiątą czterdzieści pięć - wyprostowała się na 

siedzeniu i tarła oczy. 

- Przepraszam, że usnęłem w twojej obecności. 

- Ależ nic się nie stało. 

- Nie, to nie w porządku - przeciął zdecydowanie. 

W jego głosie czuło się obrzydzenie do samego siebie. 

- Powinienem ci dziękować na kolanach za to, że 

załatwiłaś sprawę z tymi kobietami. A teraz wrzuć 

wsteczny bieg i kiedy krzyknę, naciśnij pedał gazu. 

Błoto nieco stężało i może uda nam się dokonać cudu. 

Po kilkunastu próbach, Vance zdołał wepchnąć 

jeepa na trakt. Wskoczył do środka, uradowany jak 

dziecko, że wydostali się z pułapki. 

- Jedźmy do domu. 

Do domu. Nieważne, czy się przejęzyczył, czy nie, 

Libby wykonała polecenie z największą przyjemnością. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Pierwszy tydzień minął bardzo szybko na przy­

stosowaniu się do życia na farmie. 

Libby obudziła się w niedzielę ze świadomością, że 

to ostatni dzień Vance'a w domu. Od poniedziałku 

zaczynał pracę w biurze. Zaproponowała przejażdżkę 

konną we dwoje, lecz jego odpowiedź była na tyle 

niezobowiązująca, że straciła nadzieję na wspólnie 

spędzoną resztę dnia. 

Założyła dżinsy i bawełnianą bluzkę, zdecydowana 

pojeździć konno w samotności. Po lekkim śniadaniu, 

składającym się z soku i tostu, wybrała się do stajni. 

Mogła sprawdzić, czy Vance już wstał, zaglądając do 

biblioteki, ale już dawno zarzuciła tę praktykę. Prawie 

szalał z wściekłości, gdy orientował się, że go podgląda. 

Dni stawały się coraz cieplejsze i piękniejsze. Tego 

ranka na niebie nie było ani jednej chmury. Diablo 

zajmował ostatni box. Jeden z robotników już oczyścił 

stajnię, nakarmił i napoił zwierzęta. Libby z rozkoszą 

wąchała znajomy zapach koni, skóry i siana. Jej serce 

wezbrało tęsknotą za Kingiem, a jednocześnie rwało 

się dojazdy na ogierze Vance'a. Diablo zarżał i zaczął 

ją obwąchiwać. Mówiła do niego delikatnie, głaszcząc 

jego chrapy i grzywę. 

- No, Diablo, dawno się nie widzieliśmy. Masz 

ochotę na przejażdżkę? Vance uważa, że nie poradzę 

sobie z tobą, ale my wiemy swoje, prawda? 

Zdjęła uzdę, wiszącą na ścianie i włożyła wędzidło 

w pysk konia. Gdy tylko się z tym uporała, wy­

prowadziła Diablo ze stanowiska. Był łagodniejszy 

63 

background image

niż kiedyś. Nie stawiając oporu, szedł za nią w stronę 

wrót, przez które wpadało do wnętrza słońce. 

- Myślałem, że postawiłem sprawę jasno, zakazując 

ci samej jeździć na Diablo! 

Obróciła się szybko i zobaczyła, że Vance stoi przy 

wejściu, opierając się ręką o framugę. Spojrzała na jego 

obcisłą trykotową koszulkę i dżinsy, które zawsze nosił 

z niewymuszoną elegancją. Piękny mężczyzna - było to 

najbliższe rzeczywistości określenie. Jak zwykle z przy­

jemnością patrzyła na regularne rysy jego twarzy. 

- Miałam nadzieję, że cię tu spotkam. Diablo od 

razu przyszedł do mnie... Natychmiast rozpoznał mój 

głos. Na pierwszy rzut oka widać, że chciałby trochę 

pobiegać. Nie wybierzesz się ze mną na krótką 

przejażdżkę? 

- Wygląda na to, że nie mam wyboju. 

Diablo wyczuł pana i chrapami pocierał jego szeroką 

pierś. Libby zazdrościła koniowi tej swobody w za­

chowaniu. Vance przemawiał do Diablo kojącym 

głosem, a następnie dosiadł go z niewiarygodną 

zręcznością. Wyciągnął rękę do Libby. 

- Wskakuj! 

Świat zatrzymał się na chwilę. Ożyły wspomnienia. 

Zadrżała. Chwyciła ofiarowaną jej rękę i w mgnieniu 

oka znalazła się na Diablo, mając Vance'a za sobą. 

Często jeździli na oklep. Vance upierał się przy tym, 

chcąc mieć ją jak najbliżej siebie. Szeptał wtedy, że 

nic nie może ich rozdzielić. 

Diablo niecierpliwie tańczył w miejscu nie mogąc 

doczekać się porannej wycieczki. Silne ramiona Vance'a 

otoczyły jej talię, a Libby oparła się o jego pierś, żeby 

czuć, jak bije mu serce. Doznawała całej gamy uczuć 

- podniecenia, szczęścia, wzruszenia. Ogarnęła ją 

miłość do tego człowieka, którego odwaga poddawana 

była próbom każdego dnia. Zamknęła oczy, żeby 

przekonać się, jak to jest być niewidomym. 

background image

- Dokąd pojedziemy? 

- Jedźmy w stronę słońca - zaproponował i poklepał 

konia. 

Ogier stąpał powoli, jakby niósł cenny ładunek. 

Farma leżała pośrodku gajów pomarańczowych i rozle­

głego sadu. Pofałdowany teren, rozciągający się wokół, 

był ciągłym źródłem oczarowania dla Libby. Pokłuso-

wali wzdłuż rzędów brzoskwiń, śliw i grusz, gęsto 

pokrytych kwiatami rozsiewającymi upojne zapachy. 

Diablo dał się ponieść uczuciu wolności, jakie go 

ogarnęło, gdy wyjechali z sadu. Przyśpieszył i pogalo­

powali krętą granicą między terenem trawiastym 

a wiecznie zielonym lasem. Ogier reagował błys­

kawicznie na najlżejszy dotyk i najłagodniejsze pole­

cenie Vance'a. Libby trzymała tylko cugle, opierając 

się na mężu. Chociaż wielokrotnie jeździli już razem 

w ten sposób, Libby nigdy nie widziała z taką ostrością 

otaczającej ją przyrody. W White Oaks w Anglii 

wszystko było jakby oswojone. Bliskość Vance'a 

w kraju, który uznał za własny potęgowała jej odczucia. 

Później Vance ściągnął cugle Diablo. Koń zwolnił do 

stępa. Do tej pory żadne z nich nie miało ochoty na 

rozmowę. Mięśnie Vance'a rozluźniły się. Nareszcie 

zaczął po prostu cieszyć się przejażdżką, która dla 

niej była tak pełna wrażeń Libby dopiero teraz 

pomyślała o tym, że mąż nie czuł się zbyt pewnie 

podczas galopady. 

- Jakby to było pofrunąć prosto pod wiatr? 

- spytała, przechylając głowę. 

Niechcący musnęła ustami jego mocno zarysowaną 

szczękę. Poczuła, że jego ciałem wstrząsnął dreszcz. 

Nie chciała zachować się prowokacyjnie. Ciągle miała 

w pamięci jego gniew, a co gorsza, nie zapomniała, 

jak często odtrącał ją, od kiedy opuścił szpital 

w Nairobi. Zawsze gdy cofał się, czując jej bliskość, 

ranił ją jeszcze głębiej. 

background image

- Vance? - dopytywała się, próbując panować nad 

głosem. Wzrok miała utkwiony przed siebie. 

- Jeżeli chcesz wiedzieć, czy teraz jest inaczej niż 

wtedy, gdy jeździliśmy razem, odpowiedź brzmi: nie. 

Wtedy też nic nie widziałem, mając przed oczami 

twoje czarne loki - odpowiedział powoli, sprawiając, 

że jej tętno raptownie skoczyło w górę. - Cieszę się, 

że ich nie ścięłaś ani nie zmieniłaś perfum. Przyjemnie 

wiedzieć, że niektóre rzeczy pozostają takie same. 

Od dawna już nie słyszała tej chrapliwości w jego 

głosie. Czuła, że obezwładnia ją pożądanie. Diablo 

zatrzymał się przy kępie drzew, szczęśliwy, że może 

poskubać trochę świeżej trawy. Vance uniósł twarz 

ku niebu i odetchnął głęboko. 

!

 - Ta przejażdżka trwa już dość długo. Słońce 

zdążyło zmienić położenie. Zawróćmy do domu. 

Spodziewam się paru ważnych telefonów w porze 

lunchu. 

- Przecież jest jeszcze dość wcześnie - buntowała 

się Libby. - Czy nie moglibyśmy na chwilę zsiąść? 

Chciałabym trochę rozprostować kości. 

- Chyba nie czujesz się chora? - spytał Vance po 

chwili milczenia. W jego głosie brzmiała troska. Znak, 

że nie jest rnu tak obojętna, jak dawał jej do 

zrozumienia. Nie chciała, aby ten ranek się skończył. 

Wiedziała, że zaraz po powrocie zamknie się w bib­

liotece i nie zobaczy go do końca dnia. 

- Dawno nie czułam się tak dobrze, ale od jakiegoś 

czasu nie jeździłam i bolą mnie mięśnie nóg. 

Westchnął ze złością, ale nic nie powiedział. Nim 

się zorientowała, już był na ziemi. Spojrzała na niego 

z góry. Kochała go w tej chwili bardziej niż kiedykol­

wiek przedtem. Wyraźnie zniecierpliwiony wyciągną! 

rękę, chcąc pomóc jej zejść z konia. 

Usiłowała zsiąść jak najszybciej. Energicznie prze­

rzuciła nogę przez grzbiet konia, wypadła z siodła 

background image

i całym ciężarem ciała runęła na Vance'a. Aż jęknął, 

gdy upadli na trawę. 

- Vance! 

Dźwignęła się na kolana i pochyliła nad nim. 

Padając, przygniotła go sobą. Miękka ziemia złagodziła 

nieco upadek, ale uderzył głową o wystający kamień. 

- Kochanie, czy coś ci się stało? Nie może ci się nic 

stać! 

Zdusiła łkanie, lecz łzy płynęły po policzkach. 

Delikatnie obmacała palcami jego głowę. Już teraz 

mogła wyczuć mały guz na prawej skroni. Jeszcze nie 

otworzył oczu, ale oddychał miarowo. 

- To moja wina, Vance! 

Czuła się zupełnie bezradna i, nie wiedząc jak mu 

pomóc, zaczęła całować go po twarzy. Jej przerażenie 

wzrosło, gdy zrozumiała, że zranił się w to samo 

miejsce co w wypadku. Dręczyła ją myśl, że to 

wszystko przez jej egoistyczne zachcianki. I na dodatek 

byli z dala od domu, zupełnie sami. 

- Libby? - zaczął łagodnie gładzić jej ramiona. 

Uniosła głowę, którą do tej chwili tuliła do jego szyi, 

mokrej już od jej łez. Spojrzała mu w oczy. Wydawały 

się przeniknąć ją na wskroś. - Czy coś ci się stało? 

Powiedz prawdę? 

- Nic mi nie jest, Vance - nie mogła uwierzyć, że 

tak się o nią troszczy. Przełknęła z trudem ślinę. - To 

:y się potłukłeś. Masz guz na głowie, zaraz obok 

rany. Wszystko przeze mnie. Za szybko chciałam 

zejść z konia. 

- Powiedz prawdę, Libby - na jego twarzy pojawiło 

Hę zdenerwowanie, gdy uzmysłowił sobie, co się 

ttało. - Jeszcze przed chwilą nie czułaś się dobrze. 

Nie udawaj przede mną. 

- Przysięgam, że nie udaję. Po prostu chciałam, 

acby Diablo odpoczął, a ja miałam rozruszać nogi. 

- Gdybym mógł zobaczyć na własne oczy, że nie 

background image

kłamiesz! - powiedział miotany niepokojem. Zaskoczył 

ją, obmacując jej ciało, jakby chciał przekonać się, że 

istotnie wyszła cało z wypadku. - Założyłaś coś 

nowego? 

Jego dłonie dotarły do zrobionej na drutach bluzki. 

Ich dotyk był teraz inny. Z jej rozchylonych warg 

wyrwało się ciche westchnienie, gdy z przyjemnością 

poddała się jego rękom. On również pragnął czuć 

pod palcami jej aksamitną skórę. Pieścił szyję i kark, 

aż w końcu jego dłoń wplątała się we włosy. 

- Przysiągłem sobie, że nie dopuszczę do tego 

- szepnął głosem pełnym pogardy dla samego siebie. 

Pochylił głowę, póki ich usta nie spotkały się w namięt­

nym pocałunku. 

Dla Libby ziemia zakołysała się, gdy wybuchnęły 

od dawna tłumione uczucia. Całował ją raz za razem, 

jak człowiek zgłodniały miłości. Obezwładniała ją 

tęsknota za pieszczotami. Rozbudził pożądanie, które 

teraz zaczynało nad nią panować. 

Sercem i duszą należała do Vance'a. Mógł z nią 

zrobić, co chciał. Całkowicie zdana na niego, była 

przepełniona pożądaniem, które tylko on mógł 

zaspokoić. Była zbyt oszołomiona, by słyszeć, że parę 

metrów dalej Diablo niespokojnie uderza kopytami 

w ziemię. 

Ogier zaczął parskać i rżeć. Bębnił kopytami 

o murawę. Wydawał przy tym dźwięki, które do 

złudzenia przypominały ludzki głos. Wszystko to 

sprawiało niesamowite wrażenie. W tym właśnie 

momencie Vance objął ją tak mocno, że musiała 

wstrzymać oddech. Użył całej swojej siły, żeb> 

przeturlać się razem z nią jak najdalej od konia. 

- Nie ruszaj się. Nic nie mów. 

Dłonią przykrył jej usta. Leżeli nieruchomo. Libby 

opierała głowę na jego piersi. Sprawiał jej ból swym 

uściskiem, lecz przyjmowała to niemal z wdzięcznością 

background image

Domyślała się, że Diablo walczył z czymś groźnym, 

co być może niosło z sobą śmierć. Otaczał ich przecież 

dziki, rządzony tylko prawami natury, kraj. Przytuliła 

się mocniej do człowieka, który bronił jej przed 

niebezpieczeństwem. 

W końcu, gdy myślała, że już dłużej tego nie 

zniesie, odgłos kopyt końskich ucichł. Znów słysza­

ła delikatne rżenie i niekiedy głęboki, chrapliwy od­

dech Diablo. Cokolwiek go przedtem niepokoiło, 

przestało już stanowić zagrożenie. Vance rozluźnił 

swój uścisk. 

- Podnieś powoli głowę. Staraj się nie hałasować. 

Spójrz przez moje ramię. Diablo walczył z wężem. 

Słyszałem syk na chwilę przed tym, nim zaczął być 

niespokojny. Powiedz, co widzisz. 

- Masz raję, to wąż - powiedziała drżącym głosem. 

- Opisz go. 

- Nie potrafię zbyt dobrze. - Libby oblizała 

zaschnięte usta. Dopiero teraz poczuła, że ze strachu 

szczęka zębami. - Ma około metra długości i taki 

jakby kapturek na głowie. Chyba jest martwy. 

- Jaki ma kolor. 

- Trudno opisać. Szarobrązowy. 

- Tak myślałem. Zostań tutaj. 

Vance bezszelestnie przykucnął i zagwizdał. Diablo 

zarżał cicho, po czym ruszył w kierunku swojego 

pana. Przerażenie Libby zmieniło się w podziw, gdy 

zobaczyła tak całkowite porozumienie między czło­

wiekiem i zwierzęciem. Vance wstał, cicho przema­

wiając do konia. Klepał go po łbie i ścierał pianę 

z jego szyi. 

- Możesz wsiadać. Ja będę go jeszcze uspokajał. 

Porządnie najadł się strachu. 

Libby z trudem podżwignęła się na nogi i wsko­

czyła na gładki grzbiet Diablo. Koń zadrżał, a ona 

odszukała oczami martwego węża, który leżał w po-

background image

deptanej trawie. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. 

W tej chwili Vance znalazł się obok niej i ruszyli 

w stronę farmy. Popędzał konia, który zerwał się 

do galopu. Przeszli w kłus, gdy dotarli do pierwszych 

drzew w sadzie. 

- Powiem Jamesowi o wężu, jak tylko wrócimy do 

stajni. Wyśle ludzi, żeby go usunęli i sprawdzili, czy 

w pobliżu nie ma innych. Już od paru lat nie widziałem 

tu węży. Masz mi przyrzec, że nie wybierzesz się 

nigdzie sama. Plująca kobra jest groźna. Celuje jadem 

prosto w oczy i w kilka minut traci się wzrok. 

- Nigdy nie wyjadę bez ciebie - Libby poczuła się 

słabo. 

- W takim razie umowa stoi. 

- Tak. 

- Na szczęście nie wpadłaś w panikę. Jesteś wyjąt­

kową kobietą, Libby - aż zachrypł z przejęcia. W jego 

głosie słychać było również nutkę podziwu. 

- Nic takiego nie zrobiłam. Nie docierało do mnie 

nawet, gdzie jestem, kiedy... to znaczy - szukała słów, 

bo wspomnienie tego, co się stało, znów przejęło ją 

dreszczem. Gdyby Diablo nie wystraszył się węża, 

Vance mógłby złamać swą przysięgę i kochać się z nią. 

- Nie musisz się tłumaczyć. Zapomnij o wszystkim, 

co się stało. To się więcej nie powtórzy. Już ja tego 

dopilnuję. 

Ta nieugięta zapowiedź wpędziła ją znów na samo 

dno rozpaczy. Przeanalizowała wszystko, co wydarzyło 

się w czasie ich przejażdżki. Vance panował nad 

sytuacją od chwili, gdy poszedł za nią do stajni. 

Zrozumiał chyba, że utrata wzroku nie pozbawiła go 

na tyle męskości ani siły, by nie mógł jej chronić. 

Wprost przeciwnie. Słuch zdecydowanie mu się 

wyostrzył. Libby nawet nie usłyszała syku węża. 

Dowodziło to tylko jego umiejętności funkcjonowania 

w nowym, ciemnym świecie. 

background image

Należało natychmiast zająć się guzem na głowie. 

W kuchni otworzyła szafkę ze środkami pierwszej 

pomocy, wyjęła tabletki uśmierzające ból oraz termo­

for, który szybko napełniła lodem. 

- Vance? - zapukała do drzwi biblioteki. - Mam 

coś na twoją głowę. Czy mogę wejść? 

- Niczego nie potrzebuję, Libby. 

- Pozwól, że sama o tym zdecyduję. 

Nie czekając dłużej na jego odpowiedź, weszła do 

pokoju. Przed chwilą musiał wziąć prysznic. Siedział 

teraz na brzegu sofy w szlafroku frotte. 

- Dlaczego w ogóle zadałaś sobie tyle trudu, by 

zapukać? - spytał, uśmiechając się sardonicznie. 

Z trudem mogła uwierzyć, że to był ten sam 

mężczyzna, z którym rozmawiała pół godziny temu, 

który był tak czuły i namiętny, gdy leżeli w trawie. Jej 

ciało nadal wypełnione było tamtym pożądaniem. 

Jak mógł siedzieć tak spokojnie po tym, co się 

wydarzyło między nimi? 

- Nie przypominam sobie, żebyś prosił mnie 

o pozwolenie, gdy broniłeś mnie przed niebezpieczeń­

stwem. Niektóre sytuacje same narzucają sposób 

postępowania. Widzę teraz guz na twojej skroni i wiem 

dokładnie, co zrobię. Połóż się, Vance, i potrzymaj 

termofor z lodem na głowie. Przyniosłam też dwie 

tabletki przeciwbólowe, które przepisał doktor Still-

man, i zaraz dam ci szklankę wody. Weź je, jeżeli 

będziesz potrzebował. Wszystko zostawię na nocnym 

stoliku. 

Weszła do łazienki, nie czekając na jego reakcję. 

Gdy wróciła, okazało się, że posłuchał jej rady. Leżał 

na łóżku, przykładając okład z lodu. Spojrzała na 

jego skurczoną z bólu twarz i kolejny raz ogarnęło ją 

przytłaczające poczucie winy. 

- Przyniosłam wodę. Weź proszki, a ból ustąpi. 

Ku jej zdziwieniu sięgnął po pigułki i połknął je bez 

background image

dyskusji. Sam odstawił pustą szklankę na stolik. 

Zaniepokoiła się jeszcze bardziej, gdy spostrzegła, jak 

zbladł. W pokoju panował chłód. Może powinna 

przykryć go bawełnianym kocem leżącym w nogach 

łóżka. 

- Dlaczego się tak nerwowo kręcisz? - wymamrotał, 

gdy stała nad nim niezdecydowana. - Załatwmy to 

jak najszybciej. Przykryj mnie i popraw poduszki, jak 

przystało przykładnej żonie. Zagraj swoją rolę do 

końca. 

Vance w złości miotał się bezradnie niczym lew 

w klatce. Niezręcznie, drżącymi rękami, przykryła go 

kocem. Ten, kto powiedział, że słowa nie ranią, nie 

wiedział, o czym mówi. Westchnęła głęboko i wyszła 

z pokoju. O mały włos nie trzasnęła drzwiami. Nie 

chciała jednak dać mu tej satysfakcji. 

Poszła do kuchni przygotować lunch, bo obojgu 

dobrze zrobiłoby coś konkretnego do zjedzenia. Gdy 

wszystko przygotowała, wróciła do pokoju. Vance 

spał. Na jego twarzy malował się spokój, ale widać 

było, że nie usnął od razu. Musiał długo przewracać 

się z boku na bok, bo cały był okręcony w koc. 

Podeszła bliżej i zobaczyła, że termofor z lodem leży 

na ziemi. 

Schyliła się, by go podnieść i położyć mu na skroni. 

Zobaczyła wtedy kropelki potu na czole i górnej 

wardze. Sprawdziła ręką czoło. Był rozpalony. Dotyk 

ręki powinien był go obudzić, a spał nadal. Zdenero-

wana, zadzwoniła do doktora Stillmana. Musiała 

poczekać, aż przyjdzie, wezwany przez dyżurną 

pielęgniarkę. Przyciszonym głosem Libby opisała, co 

się stało, począwszy od upadku, a skończywszy na 

jego skutkach. 

- Wydaje mi się, że to nic poważnego, proszę pani 

- powiedział lekarz. - Co najwyżej lekki wstrząs. Nie 

wymiotował. Po mocnym uderzeniu w głowę musi 

background image

pojawić się opuchlizna, mogą wystąpić nudności, 

a nawet gorączka. Zrobiła pani to, co należało w takim 

przypadku. Jednak dla świętego spokoju, proszę 

w ciągu następnych dwunastu godzin sprawdzać od 

czasu do czasu, czy oddycha normalnie. Gdyby za 

dużo spał lub jego sen wydawał się nienormalny, 

proszę zadzwonić nawet w nocy. A jutro rano chcę 

go widzieć w szpitalu. Dobrze? 

- Dziękuję, panie doktorze. Dopilnuję, żeby się 

zgłosił. - odłożyła słuchawkę. 

Wiedząc, że póki Vance jest w tym stanie, nie 

będzie mogła się niczym konkretnym zająć, Libby 

poszła z kanapką w ręku do jego pokoju i tam 

wyszukała na półce sensacyjną książkę. Czytając, 

mogła obserwować zmiany w jego wyglądzie. Książka 

zaabsorbowała ją na jakieś czterdzieści pięć minut. 

Odłożyła ją, bo Vance zaczął przwracać się na łóżku. 

Po chwili obudził się i usiadł. Pocierał brodę, na 

której widoczny był jednodniowy zarost. Libby 

podeszła i z ulgą zobaczyła, że nie jest już tak blady. 

Nawet opuchlizna wydawała się mniejsza. 

- Czujesz się lepiej? 

- Libby? - wymruczał niewyraźnie, jakby dopiero 

docierało do jego świadomości, gdzie jest i co się 

dzieje. - Co ty tutaj robisz? 

- Miałeś temperaturę i spałeś bardzo głęboko. 

Zadzwoniłam więc do doktora Stillmana. On... 

- Co zrobiłaś?! - zagrzmiał, przerywając jej. 

- Nie bądź zły, Vance. Musiałam się upewnić, czy 

zaaplikowałam ci właściwe środki. Masz zgłosić się 

rano do szpitala. 

- Jak śmiesz sama decydować? - jego ciemno­

brązowe oczy zaiskrzyły się gniewem. 

- Musiałam, bo potrzebowałeś pomocy, a poza 

tym upadłeś przeze mnie. 

- Pozwoliłem ci, żebyś czuła się u mnie, jak u sie-

background image

bie w domu. Nie masz jednak prawa wtrącać się 

do mojego życia, Libby. Zakazuję ci wstępu do te­

go pokoju. Ja sam będę umawiał się z lekarzem 

wtedy, kiedy uznam to za stosowne. Czy wyrażam 

się jasno? - wyszedł z biblioteki i udało mu się, 

mimo paru potknięć, dotrzeć do łazienki w końcu 

holu. 

- Czy mam do niego zadzwonić i odwołać wizytę, 

czy zrobisz to sam? Będzie spodziewał się wiadomości 

od nas. 

- Zostaw tę sprawę w spokoju! - wrzasnął. - Już 

i tak namieszałaś aż za dużo. 

Ze złości gotowa była nim potrząsnąć, ale po 

prostu wróciła do kuchni i włożyła jego lunch do 

lodówki. Musiała odreagować. Zebrała więc całą 

brudną bieliznę i wzięła się za pranie. Nic nie pomogło. 

Jej wzrok padł na jeepa zaparkowanego na tyłach 

domu. Nie zastanawiając się długo, wyszła z domu 

i wybrała się na przejażdżkę. Vance tak ją rozwścieczył, 

że myślała nawet o pozostaniu poza domem całą noc. 

Nic by się nie stało, gdyby to on pomartwił się trochę. 

Nie miała pojęcia, dokąd jedzie. Wiedziała tylko, że 

szosa prowadzi do Nairobi. W połowie drogi uświado­

miła sobie, że znów pozwoliła, by Vance ją zranił. 

Zatrzymała się, żeby kupić ananasa w przydrożnym 

straganie. Chwila, którą miała spędzić w wiosce na 

zakupach, zamieniła się w godzinę. Kiedy znów 

znalazła się na podjeździe do domu, była już stosun­

kowo spokojna. Miała ochotę przygotować fondue 

z sera na obiad. Było to jedno z ulubionych dań 

Vance'a. Wśród zapasów w kuchni nie brakowało 

wiśniówki i sera gruyere. Należało tylko podgrzać 

francuskie pieczywo. Ananas będzie wspaniałym 

dodatkiem do sałatki, którą chciała zrobić. 

- Sądząc po odgłosach, wykupiłaś chyba wszystkie 

ze sklepów. 

background image

Libby obróciła się w stronę, skąd docierał głos 

Vance'a. Już po raz trzeci szła do samochodu, by 

wypakować zakupy. W pełnym pobłażania tonie jego 

głosu nie było śladu poprzedniego gniewu. Odrobina 

samotności wystarczyła, żeby się opamiętał. Powinna 

być zadowolona, ale w głębi duszy miała nadzieję, że 

będzie się niepokoił o nią. Szybko odszukała wzrokiem 

guz na skroni. Widać było zadrapania, ale opuchlizna 

zmalała. Zdążył włożyć białe szorty i bordową koszulkę 

polo, która podkreślała jego opaleniznę. 

- Tutejsze bazary mają nieprzeparty urok. Nie 

można podejść do straganu, żeby czegoś nie kupić. 

- To samo mówili mi zubożali żonaci koledzy. 

- Na razie ruina ci nie grozi, ale jeżeli dasz mi parę 

lat... 

Libby zaczęła się śmiać, a po chwili dołączył do 

niej Vance. 

Gdy wesołość zniknęła z jego twarzy, uświadomiła 

sobie, co powiedziała. Przeciągała się niezręczna cisza. 

- Zrobię obiad. Wbiegła do domu z kwiatem 

doniczkowym w jednej ręce, a siatką pełną zakupów 

w drugiej. 

- Już jest zrobiony. 

Sama to zauważyła, gdy tylko przekroczyła próg 

kuchni. Wokół unosił się zapach ziemniaków i sma­

żonej cebuli. Steki piekły się na ruszcie, a stół był 

nakryty. Wszystko to świadczyło o jego uporze i silnej 

woli, pomyślała Libby. Nieoczekiwany skutek wybuchu 

gniewu! Prawdziwy krok naprzód! Postawiła zakupy 

na blacie. 

- Pójdę się odświeżyć i za chwilę do ciebie wrócę. 

- Będę czekał z martini. 

- To wspaniale. Pośpieszę się. 

- Libby? - nie była przygotowana na wahanie 

w jego głosie. Poczuła się odrobinę niepewnie. 

- Słucham? 

background image

- Zauważyłem, jak bardzo się starasz, od kiedy tu 

przyjechaliśmy. Nie zamierzałem obarczyć cię wszyst­

kimi obowiązkami domowymi, ale tak jak przyrzekłem, 

wynagrodzę ci wszystko. 

- Nie przejmuj się, Vance. Urobione po łokcie 

znajome mężatki powiedziały mi, że to niestety jeden 

z uroków małżeństwa. 

Obiad mijał w ciszy. W końcu odezwał się Vance, 

częstując ją dodatkowym stekiem. 

- Nie zjem ani kawałka więcej. Brałam już dokładkę. 

Będziesz dla kogoś wspaniałą żoną, Vance. 

- Jeżeli chcesz mi powiedzieć, że i ślepy do czegoś 

się przydaje, to przestań. James wykonał większość 

pracy. 

- Dziękowałam ci za cudowny obiad - sprostowała, 

ostrożnie odstawiając filiżankę na spodeczek. - Ty 

jednak nie rozpoznałbyś komplementu nawet, gdyby 

nagle ożył, podszedł do ciebie i wyciągnął rękę na 

powitanie. 

- Chyba masz rację - odrzekł rozbawiony. 

- Odwiozę cię jutro do pracy. - Libby odsunęła się 

od stołu. - Jeżeli Charles ma się u nas zatrzymać, 

trzeba przygotować dla niego pokój. Czy myślałeś 

o tym, jakie meble chciałbyś mieć w sypialni od 

północy? 

- Porozmawiam z Jamesem, żeby robotnicy doko­

nali napraw i pomalowali ściany. Wybór mebli 

pozostawiam tobie. Mam konto w sklepie Cauldersa. 

Powinnaś tam znaleźć wszystko, co uznasz za po­

trzebne, a oni dostarczą towar do domu. 

- Czy moglibyśmy zjeść razem lunch, kiedy już 

zrobię zakupy? 

- Mam cały dzień zajęty - przecząco pokręcił 

głową. - Wróć sama na farmę, a ja poproszę jednego 

z pracowników biura, żeby mnie odwiózł. Może już 

być późno. I jeszcze dla twojej informacji, otworzyłem 

background image

ci konto bankowe u Lloyda. Weź tyle pieniędzy, ile 

będziesz potrzebowała. 

- Nie boisz się, że ucieknęz całą fortuną? - spytała, 

unosząc w górę brew. Miała nadzieję, że rozweseli go 

choć na chwilę, ale w jego oczach pojawił się smutek. 

- Tak naprawdę to boję się, że tego nie zrobisz. 

- Co się dzieje, Vance? - zacisnęła dłonie w pięści. 

- Czyżbyś już nie mógł dłużej znieść nawet tego 

oszukiwanego małżeństwa? Może powinieneś za­

dzwonić do Charlesa i przeprowadzić zasadniczą 

rozmowę na szczycie. Powiedz mu, że zmęczyło cię 

odgrywanie roli zakochanego nowożeńca. Może... 

- Wystarczy, Libby. Nie powinieniem był nic mówić. 

Jeżeli chcesz wiedzieć, ogarnia mnie obrzydzenie na 

myśl o tym, że wplątuję cię w tę historię, zwłaszcza że 

nie wiadomo, czego możemy oczekiwać. 

- A czy w ogóle można wszystko przewidzieć? 

- Teraz mówimy o jednej lub kilku osobach, które 

są zdolne do morderstwa, by osiągnąć swój cel. To 

nie są zwykłe kłopoty życia rodzinnego. 

- Poprosiłeś mnie o pomoc, a ja się zgodziłam 

- wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. - Jak wcześniej 

powiedziałeś, całe przedsiębiorstwo oczekuje od ciebie 

energicznego działania. Po spotkaniu z tymi kobietami 

lepiej zrozumiałam, o co toczy się gra. W tej chwili 

jestem już nie tylko wplątana. Sama się w to zaan­

gażowałam, tak jak ty. 

- Nawet jeżeli to prawda, będę trzymał cię na 

uboczu - Vance wstał. - Nie wolno ci przyjść do 

biura. Nie chcę, by mój personel cię widział. Załatw, 

co trzeba w Nairobi, a potem wracaj do domu. 

Powiedziałem Jamesowi jak się sprawy mają. Ma 

wyraźne polecenie uważać na ciebie, kiedy jestem 

w mieście. Zostawiłem numery telefonów w gabinecie 

na wypadek, gdybyś chciała się ze mną skontaktować. 

Libby stała cała zamieniona w słuch. Jej przyjazd 

background image

nie był jednak takim błogosławieństwem, jak myślała. 

Nie zamierzała przysparzać mu zmartwień. Przeciwnie, 

chciała mu pomóc. 

- Libby - Vance ciągnął stanowczym głosem, 

przeczesując włosy dłonią. - Chciałbym, żebyś trzymała 

się z dala od Nairobi. Od czasu do czasu poproszę cię 

o podwiezienie do biura, ale potem wracaj prosto na 

farmę. Tu jesteś bezpieczna. Gdybym nie przyjechał 

na noc, James spuści ze smyczy swojego doga Angusa. 

Razem z Angusem pilnowali domu, kiedy byłem 

w szpitalu. 

Libby przyrzekła, że będzie się zachowywać dys­

kretnie i ostrożnie. Przez następny tydzień miała go 

odwozić do Nairobi i załatwić niezbędne zakupy. 

Gdy już wszystko było omówione, Vance poszedł się 

położyć, a Libby zaczęła zmywać naczynia. 

Kiedy wycierała kuchenne blaty, uświadomiła sobie, 

jak bardzo brakuje jej kogoś, z kim mogłaby poroz­

mawiać. Nie miała tu żadnych przyjaciół, którym 

mogłaby się zwierzyć. Zostawi Vance'a w biurze 

i pojedzie do szpitala. Doktor Stillman wspominał 

o pani Grady, pielęgniarce, która pracuje z niewido­

mymi pacjentami. Może ona doradzi jej, jak dotrzeć 

do Vance'a, jak mu wytłumaczyć, że jej jedynym 

marzeniem jest być dla niego prawdziwą żoną. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Oznaczenie jego ubrań i butów to najłatwiejsza 

sprawa. Musi mu pani w odpowiedni sposób wy­

tłumaczyć, że zamierza pani to zrobić. Wtedy na 

pewno uda, że nie słyszy, lub zrobi awanturę. Trzeba 

to spokojnie przeczekać. 

- A laska? - Libby westchnęła głęboko. - Ciągle 

jeszcze obija się o meble. 

- Proszę na razie o tym nie wspominać. Sam musi 

dojrzeć do decyzji, co zapewne stanie się dopiero 

wtedy, gdy złamie nogę. - Pani Grady zaśmiała się 

z własnego dowcipu, który jednak wcale nie rozbawił 

Libby. - Czy ma pani jeszcze jakieś kłopoty? 

- Jest ich tyle, że nie wiem, od czego zacząć. 

- Proszę w takim razie zgłosić się do mnie za 

następnym pobytem w Nairobi. - Zawsze znajdę 

czas, jeżeli tylko zgodzi się pani nieco poczekać. 

- Dziękuję bardzo. Na pewno skorzystam z za­

proszenia. Na razie będę odwoziła Vance'a do pracy 

codziennie. Nie domyśli się nawet, że od czasu do 

czasu wstąpię tu przed powrotem na farmę. 

- W takim razie będę czekała. I jeszcze jedna rada. 

Niech pani go kocha tak samo, jak dotychczas. To 

najlepsze lekarstwo. 

Cóż mogła zrobić ponad to? Libby zamyśliła się, 

wychodząc ze szpitala. Czuła się jednak o wiele lepiej. 

Zrobiło jej się lżej, gdy wyżaliła się pani Grady. 

Po powrocie na farmę poszła do sypialni i przez 

resztę dnia przeglądała całe pudło zdjęć, które 

przywiozła ze sobą z Anglii. Były wśród nich zdjęcia 

79 

background image

matki Vance'a, nie żyjącej już od wielu lat, i jego ojca 

z lat młodości, kiedy pracował jako inżynier na 

budowie tamy w Kenii. 

Wyjęła zdjęcia swoich rodziców, naturalnego ojca, 

przyjaciół. Parę ładnych godzin układała je na 

kupki, jedne przeznaczając do oprawienia w ramki, 

a inne do albumu. Chciała otoczyć siebie i Vance'a 

wspomnieniami i przepełnić ich dom rodzinną at­

mosferą. 

Następnego dnia przeszła się po domu, notując 

pomysły na urządzenie wnętrz. Robotnicy pracowali 

w sypialniach i ich wesołe rozmowy wniosły nieco 

życia do pustego mieszkania. Wysoki salon z francus­

kimi oknami wymagał tradycyjnego wystroju. W Lon­

dynie został wykwintny francuski sekretarzyk i pasujące 

do niego fotele, które przechodziły z pokolenia na 

pokolenie w rodzinie jej matki. Będzie musiała je 

sprowadzić, jak też i kilka ulubionych obrazów 

z sypialni w jej rodzinnym domu. Będą stanowiły 

główny akcent w salonie. Uzupełni to dobrze dobraną 

sztuką afrykańską, tak by stworzyć harmonijną całość. 

Jeśli chodzi o jadalnię, to wolała zasięgnąć opinii 

Vance'a, zanim zacznie cokolwiek planować. 

W środę zamówiła meble w magazynie Cauldersa. 

Dostarczono je dwa dni później. Podwójne łóżka 

wstawiła do świeżo odnowionych sypialni. Większość 

dnia spędziła szukając różnych drobiazgów, które 

stworzyłyby miłą, przytulną astmosferę. 

Prócz wspólnego śniadania i krótkiej jazdy do 

Nairobi, Libby prawie nie widziała swojego męża. 

Ktoś z biura odwoził go wieczorem, już po zapadnięciu 

zmroku. Znikał wtedy w bibliotece, prosząc, by nie 

zaprzątała sobie głowy kolacją, ponieważ już jadł. 

Zdecydowanie powiększał dystans między nimi, 

a to z kolei sprawiało, że Libby pragnęła być niezbędna 

w jego życiu. Czuła się znużona tym, że ciągle odrzucał 

background image

wszystkie przyjazne gesty z jej strony. Pani Grady 

zapewniała, że z czasem to się zmieni. 

W przypływie nagłego optymizmu Libby włożyła 

tego wieczora wiele trudu w przygotowanie bardziej 

odświętnej kolacji... Może zapach domowego chleba 

i pieczeni z jagnięcia zatrzyma męża dłużej przy stole 

i zachęci do rozmowy z nią? Tęskniła za jego 

obecnością. 

Czekała już pół godziny z kolacją i zaczęła się 

martwić, bo Vance ciągle nie przyjeżdżał. Od późnego 

popołudnia, zbierało się na burzę. Nie była zachwycona 

tym, że mógł wracać w ulewnym deszczu, nawet jako 

pasażer. 

Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, dołożyła drewna 

do ognia i nadal siedziała w przyjemnie nagrzanej 

kuchni. Zerwała się, słysząc telefon i miała słuchawkę 

przy uchu, nim zdążył zadzwonić ponownie. 

- Słucham - rzuciła, pełna napięcia. 

- Libby, czy wszystko w porządku? 

- Oczywiście. A co z tobą? - od razu poprawił jej 

się humor, gdy usłyszała głos Vance'a. 

- Dziś po południu poleciłem jednemu z pracow­

ników zawieźć się do kopalni. W tej chwili tak tu leje, 

że drogi są nieprzejezdne. Obawiam się, że będziemy 

tu tkwić do późna w nocy. 

- Rozumiem. - Libby usiłował ukryć rozczarowanie. 

- Nie chciałem zostawić cię samej przez całą noc 

- dodał po dłuższej chwili milczenia głosem pełnym 

troski. 

- Ależ wiem, że nie. 

- Jeżeli boisz się, zadzwoń do Jamesa. 

- Nie muszę - zawahała się. - Proszę, uważaj na 

siebie i przyjeżdżaj jak najszybciej do domu. 

- Libby, jeżeli do jutra rana nie zjawimy się, nie 

spodziewaj się mnie przed wieczorem. Charles ma 

przylecieć o szóstej. Wezmę go od razu na farmę. 

background image

Jej ręka zacisnęła się na słuchawce. Dopóki tego 

nie powiedział, nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo 

liczyła na ten wieczór we dwoje. Lubiła przebywać 

w towarzystwie Charlesa, ale czas spędzany z Vance'em 

był bezcenny. Nie chciała go z nikim dzielić. A to 

dowodziło tylko, jak bardzo stała się samotna, 

pomyślała ponuro. Vance potrzebował Charlesa 

i z niecierpliwością oczekiwał jego przyjazdu. 

- Libby? 

- Już przygotowałam mu pokój - powiedziała 

pośpiesznie. - Pomyślę o czymś wyjątkowym na obiad. 

- Charles nie jest wybredny, więc nie musisz stawać 

na głowie. Nie mogę już dłużej rozmawiać. Dobranoc, 

Libby. 

- Dobranoc - odpowiedziała matowym głosem. 

W telefonie zapadła cisza, więc powoli odłożyła 

słuchawkę. Jutro wydawało się oddalone o lata 

świetlne. Już za nim tęskniła. To, że się jeszcze nie 

kochali, nie miało znaczenia. Stał się jej tak bliski... 

Była przerażona mając w perspektywie wieczór bez 

niego. Co dopiero mówić o całym życiu. 

Kiedy o zmierzchu następnego wieczora na podjeź­

dzie zjawił się land rover z napisem Anson Mining na 

drzwiach, Libby wybiegła z domu jak na skrzydłach. 

Szybko obrzuciła męża badawczym spojrzeniem od 

stóp do głów. 

Z reguły Vance był nienagannie elegancki. A dziś 

wieczorem miał na sobie pogniecioną i poplamioną 

koszulę. Policzki ocieniał jednodniowy zarost. Widać 

było, że w ogóle nie spał. Miał sińce pod oczami, 

pozbawionymi zwykłego blasku. Patrząc na niego, 

zastanawiała się, na jakie niebezpieczeństwo naraża} 

się zeszłej nocy. Zachodziła w głowę, po co pojechał 

do kopalni. Powrót na miejsce wypadku musiał być 

ponurym przeżyciem. Wytarła wilgotne od potu dłonie 

o biodra. 

background image

- Libby, z każdym dniem robisz się piękniejsza. 

Jej spojrzenie pobiegło do Charlesa, który siedział 

przy kierownicy land rovera. Wysiadł z samochodu 

i serdecznie pocałował ją w policzek. 

- Vance, jesteś szczęściarzem, wiesz o tym? 

Uśmiechnęła się do Charlesa, lecz jej serce przeszył 

ból na widok Vance'a, który słysząc te uwagi raptem 

obrócił się i skrył za samochodem. 

- Skarżył się na ból głowy, kiedy przyjechał po 

mnie na lotnisko. - Charles powiedział ściszonym 

głosem, tylko do niej. Wpatrzona w Vance'a, skinęła 

głową na znak, że słyszy. 

- Wygląda okropnie - szepnęła i dodała nieco 

głośniej. - Na szczęście to ty zajmiesz się jego 

sprawami. Jestem ci bardzo wdzięczna za to, że 

przyjechałeś. 

Charles miał charakterystyczne stalowosiwe włosy 

i wąsy. Nie był tak wysoki jak Vance, ale mocno 

zbudowany i przystojny. Jego inteligentne, szare oczy 

widziały każdy najdrobniejszy szczegół. Niedawno 

obchodził pięćdziesiąte urodziny, ale wyglądał o dziesięć 

lat młodziej. Libby pomyślała, że jest trudnym do 

pokonania przeciwnikiem. Zapewne Vance myślał 

tak samo. 

Jakby się umówili, we dwójkę obserwowali Vance'a, 

który wyjął walizki z tyłu samochodu i szedł w stronę 

drzwi frontowych. Charles serdecznie ścisnął jej dłoń. 

- Jest wspaniałym mężczyzną. Daj mu czas, a pew­

nego dnia będzie dla ciebie prawdziwym mężem. 

Tych kilka słów wystarczyło, by poczuła się lżej, 

a Charles zyskał jej sympatię. Zrozumiał, że jej 

małżeństwo było dalekie od ideału i domyślił się jakie 

 tego powody. 

- On cię potrzebuje, Charles - chwyciła go za rękę. 

- Rzeczywiście - zgodził się. Objął ramieniem jej 

lalię i poprowadził do domu. - Twoja współpraca na 

background image

tym etapie ma kolosalne znaczenie. Czy mogę na 

ciebie liczyć? 

Spojrzał na nią świdrującymi oczami. Pod wieloma 

względami przypominał Vance'a. Obaj byłi urodzonymi 

przywódcami. 

- Gdyby to było konieczne, oddałabym życie za 

Vance'a. 

- Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie - zmar­

szczył brwi. - Czy Vance ostrzegł cię przed niebez­

pieczeństwem? 

- Tak. 

- To dobrze - zacisnął usta. 

Libby zaprowadziła go do salonu, usiadł na jednym 

z bambusowych krzeseł z wysokim oparciem i porę­

czami. W przeddzień przyniosła je z werandy wraz 

z niskim stolikiem do kompletu. Poczęstowała go 

brandy. Vance zniknął. Pomyślała, że poszedł wziąć 

prysznic i ogolić się. Za jakiś czas wystąpi z propozycją 

oznakowania jego ubrań. Kiedy będą sami. 

- Wiedziałam, że wkrótce znów spotkamy się, ale 

nawet nie przyszło mi do głowy, że stanie się to tak 

szybko - powiedziała Libby, podając Charlesowi 

brandy. Usiadła naprzeciw gościa. 

- Wiesz, co się mówi o życiu? - spytał, gładząc 

wąsik. - Jest tym, co ci się przydarza wtedy, kiedy 

masz zupełnie inne plany. 

- To bolesna prawda. - Smutny uśmiech pojawił 

się w kącikach jej ust. Spuściła głowę. - Kiedy 

przyleciałam tu, żeby być z Vance'em, nie miałam 

pojęcia, ile sprawię mu kłopotu. 

- Wprost przeciwnie, kochanie. Uważam, że twoja 

obecność będzie dla nas korzystna - powiedział 

łagodnie. 

- Czy naprawdę tak myślisz? - spytała, odsuwając 

z twarzy pasemko włosów. 

- Miłość to coś cudownego. Gdzieś głęboko w pod-

background image

świadomości Vance czuje siłę twojej miłości. Ona 

zmienia jego spojrzenie na świat i sprawia, że jest 

silniejszy, niż myśli. 

- Dziękuję, że to powiedziałeś, Charles - oczy 

Libby zwilgotniały. 

- Czy przerywam małe tete a tete? 

Libby obróciła się na krześle zdziwiona, że nie 

słyszała, jak Vance wszedł do pokoju. Wziął prysznic 

i przebrał się w dżinsy i czarną koszulę. Wyglądał 

bardzo pociągająco a zarazem nieprzystępnie. Jego 

opalona twarz nadal nosiła ślady bólu i zmęczenia. 

Sprawiał wrażenie człowieka chorego. 

- Przyniosłam tu meble z werandy. Zrób jeszcze 

parę kroków, a znajdziesz się obok swojego krzesła. 

Chcesz sherry czy brandy? 

- Nic. 

Libby wymieniła szybkie spojrzenia z Charlesem. 

- Wobec tego pogadajcie tu sobie, a ja zobaczę, 

co się dzieje z obiadem. Na razie będziemy jedli 

w kuchni. 

- Vance, chłopcze, właśnie mówiłem Libby, że 

gdybym był dwadzieścia lat młodszy, sprzątnąłbym ci 

ją sprzed nosa. 

Vance nie odpowiedział. Libby szybko wstała 

i skierowała się do kuchni. Nawet biorąc pod uwagę 

ostatnie nastroje Vance'a, atmosfera, która zapanowała 

w salonie, była wyjątkowo ponura. Nie mogła otrząs­

nąć się z wrażenia, że wydarzyło się coś niedobrego. 

Może ból głowy nasilił się? Pełna obaw zastanawiała 

się, czy ich niedzielny wypadek w czasie przejeżdżki 

nie przyczynił się do tego. 

Kiedy przygotowała sos do pieczeni, zawołała obu 

mężczyzn na obiad. Znalezienie krzesła sprawiło 

Vance'owi trochę trudności. Charles usiadł, z uznaniem 

patrząc na stół. 

- Piękna, inteligentna i świetna gospodyni! - zażar-

background image

86 

ŚLEPY NA MIŁOŚĆ 

tował i puścił do niej oczko. - Nie widzisz tego, ale 

wiesz, że lepiej nie mogłeś wybrać, prawda? 

Libby spostrzegła, że uwagi Charlesa trafiły w czuły 

punkt. Vance siedział z wyciągnięłymi przed siebie 

nogami. Udawał, że jest spokojny, ale zbyt mocno 

ściskał ręką szklankę. Bała się, że za chwilę ją zgniecie. 

- To najlepszy Yorkshire pudding, jaki kiedykolwiek 

jadłem. Musisz dać przepis mojej Marion - westchnął 

Charles w połowie obiadu. Spojrzał na Vance'a, 

który był niezwykłe spokojny podczas całego posiłku. 

- Wydaje mi się, Vance, że jedyną kopalnię złota, dla 

której warto żyć, masz na miejscu, w domu. 

- To, co mówisz, działa jak balsam na duszę 

kobiety - wtrąciła się Libby, widząc że twarz Vance'a 

stężała. - Czy Marion dobrze znosi tak długie rozłąki 

z tobą? 

- Możesz w to wierzyć lub nie, ale z radością 

wysyła mnie z domu - roześmiał się. - Powroty stają 

się wielką radością. 

- Nic tylko ci zazdrościć - jej głos zadrżał. Wstała 

od stołu, by dolać kawy. Spostrzegła ponury wyraz 

oczu Vance'a. Gdy napełniała jego filiżankę, starała 

się go nie dotknąć. - Czy chcesz przejść do salonu na 

likier, Charles? 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolę zostać 

tutaj. Wydaje mi się, że nie mógłbym się ruszyć. 

- Uśmiechnął się do Libby, splatając ręce na brzuchu 

- Uznaję to za komplement - usiadła ponownie. 

- Co wiesz o wypadku w kopalni? 

- Nic, oprócz tego, że zginęło dwóch robotników. 

- Libby spojrzała najpierw na Charlesa, a potem na 

Vance'a. 

- Vance, już czas, żeby poznała wszystkie fakty 

Z różnych względów. - Charles oparł się łokciami 

o stół. 

- Masz rację - powiedział Vance po chwili wahania 

background image

Odsunął od siebie talerz. - Komisja dochodzeniowa 

wysłała ekspertów na miejsce, gdzie wydarzyła się 

katastrofa. Nie mogli znaleźć nawet kawałka drewna, 

który byłby dowodem na to, że zainstalowano stemple. 

- Czy nie ma tego w planach? - spytała Libby. 

- Plany nie mają tu większego znaczenia. - Vance 

potarł dłonią podbródek. - Inżynier obowiązany jest 

sprawdzić, czy brygadzista stosuje się do nich. W tym 

przypadku, Peter Fromms wraz z Garethem, obejrzał 

korytarz, nim zainstalowano ładunki. Peter przysięga, 

że wraz z Garethem kilkakrotnie upewniali się, czy 

wszystko jest w porządku. Mimo to, nie znaleziono 

resztek stempli na miejscu wypadku... 

- To znaczy, że ktoś umyślnie kłamie lub... 

- Ktoś usunął słupy przed wybuchem - dokończył 

Vance. - Z moich wczorajszych oględzin niezbicie 

wynika, że tak właśnie było. 

- W takim razie mamy do czynienia z morderstwem. ^ 

- Tak jest - wtrącił Charles. - Ale niezależnie od 

tego, co się stało i kto jest temu winien, odpowiedzial­

ność spada na Vance'a, póki nie będzie można wystąpić 

z oskarżeniem o przestępstwo kryminalne. 

- To niesprawiedliwe! - krzyknęła z rozpaczą 

w głosie. 

- Masz rację. - Charles pochylił się do przodu, 

kładąc płasko dłonie na stole. - Znasz fakty. Chciałbym 

cię prosić o pomoc. 

- Wiesz, że zrobię wszystko, by oczyścić imię 

Vance'a. - spojrzała mu prosto w oczy. 

- Dobrze. Chciałbym, żebyś wydała przyjęcie. 

Wspaniale przyjęcie. Z zastosowaniem wszelkich 

chwytów. Drinki, dobre jedzenie, muzyka, co tylko ci 

wpadnie do głowy. Ma to być przyjęcie na cześć 

waszego małżeństwa. Na gościach musicie sprawiać 

wrażenie tak zakochanych, żeby nikomu nawet przez 

myśl nie przeszło, jakie macie kłopoty. A tym bardziej, 

background image

że podejrzewacie cokolwiek. Niech się szampan leje 

strumieniami. Vance'a na to stać. - Uśmiechnął się, 

jakby rzeczywiście mówił o przyjemnościach. - Kiedy 

będziecie witać gości i szeptać sobie słodkie słówka 

do ucha, ja wmieszam się w tłum. Nikt nic o mnie nie 

wie prócz tego, że zostałem zaproszony. Nawet nie 

wiecie, ile można się dowiedzieć od ludzi, którzy 

niczego się nie domyślają. Alkohol cudownie rozwiązuje 

języki. 

Libby spojrzała na męża. Mogła sobie bez trudu 

wyobrazić, jakie uczucia wzbudził w nim ten pomysł. 

- Kiedy zorganizować to przyjęcie? 

- Im wcześniej tym lepiej. Powinniście zaprosić 

wszystkich, począwszy od robotników pracujących 

w kopalni, a skończywszy na dyrektorach firmy. Dla 

niepoznaki zaproście znajomych spoza przedsiębiors­

twa, urzędników państwowych, ludzi z towarzystwa. 

Niech to będzie jak najmniej oficjalna impreza, tak 

by każdy czuł się swobodnie. 

- Nie podoba mi się ten pomysł. Nie chcę narażać 

Libby. - Vance wstał. Na jego twarzy malowało się 

niezadowolenie. Libby już miała rzucić mu się na 

szyję, wzruszona tą troską o jej bezpieczeństwo. 

- Ja też nie chcę, ale jest to niepowtarzalna okazja. 

Możemy uspokoić czujność tych, którzy mają coś 

wspólnego z sabotażem w kopalni. Będą zaskoczeni, 

widząc, że Vance wbrew okolicznościom bawi się 

bezstrosko jak każdy przeciętny pan młody. 

- Nie wiem, co o tym myśleć - Vance przejechał 

dłonią po włosach. 

- Ale ja wiem. Cóż takiego może się zdarzyć 

w naszym własnym domu? Jeżeli cały czas będziemy 

razem, nie powinno być żadnych problemów. 

- Libby ma rację - Charles spojrzał na nią z wdzięcz­

nością. - Przyjęcie nie jest najlepszą okazją do 

porachunków. Za dużo świadków. Poza tym, tu na 

background image

kilometr czuć robotę amatora. Nie wydaje mi się, 

byśmy mieli do czynienia z inteligentnym zbrodnia­

rzem. Raczej jest to ktoś zawistny lub żądny zemsty. 

Chodzi mu przede wszystkim o władzę. Chciałbym 

przyjrzeć się tej osobie lub osobom, gdy najmniej się 

tego spodziewają. Przyjęcie weselne, zorganizowane tuż 

po tragedii, być może obudzi sumienie winnego. A nuż 

sam się zdradzi. Na to właściwie będę czekał. Spodzie­

wam się też wysłuchać różnych relacji o wydarzeniu. 

- Niech będzie, jak chcesz - zdecydował Vance, 

opierając dłonie o biodra. - Możemy zaprosić gości 

na wtorek lub środę w przyszłym tygodniu. Libby, 

jest tu świetna firma, która pomaga w organizowaniu 

przyjęć. Sam korzystałem z jej usług przy okazji 

różnych bankietów w biurze. Ja zajmę się zapraszaniem 

gości. 

O czwartej następnego dnia dom i ogród były 

zmienione nie do poznania. 

Libby jeszcze raz krytycznie sprawdzała swój wygląd, 

choć tylko minuty dzieliły ją od przyjścia pierwszych 

gości. Chciała, aby Vance był z niej dumny. Od 

początku ich znajomości powtarzał, że gdy rozpuści 

swe kruczoczarne włosy, przypomina tajemniczą 

Cygankę. Wy szczotkowała je więc starannie, by 

swobodnie układały się wokół ramion. Założyła suknię 

do kolan, którą kupiła na poślubne przyjęcie rodzinne. 

Mieli je wydać w Londynie, ale wypadek pokrzyżował 

te plany. Udrapowany bladoniebieski szyfon miękko 

otulał jej talię. Długie przezroczyste rękawy były suto 

przymarszczone i zebrane w mankiety. Ametystowe 

kolczyki, prezent ślubny od Vance'a, błyszczały w jej 

uszach. Pasowały idealnie do pierścionka zaręczyno­

wego. Do gorsu przypięła bukiecik gardenii, który 

dostała od Charlesa. Na dołączonym bileciku napisał 

„Dużo szczęścia. Życzę zwycięstwa najlepszej z żon". 

background image

Libby właśnie szła odszukać Charlesa, żeby mu 

podziękować. Stanęła jak wryta na widok Vance'a. 

Wyłonił się z sypialni, którą pierwszego dnia pobytu 

w domu przeznaczyła w myślach na pokój dziecinny. 

Vance wprowadził się tam natychmiast po odnowieniu 

jej przez robotników. 

Był w nowym garniturze z jasnobrązowego jedwabiu. 

Zawsze uważała, że najbardziej mu do twarzy w brą­

zach, które podkreślały kolor jego oczu. Śnieżna biel 

koszuli odcinała się od głębokiej opalenizny. Jeszcze 

wilgotne ciemne kędziory opadały na czoło i zawijały 

się w pierścionki za uszami. 

Gwałtowna fala pożądania ogarnęła jej ciało. Zawsze 

pociągał ją fizycznie. Teraz jednak pragnienie, by 

znaleźć się w jego ramionach i zatracić w pocałunkach, 

sprawiało niemal ból. Niechcący wyrwało się jej ciche 

westchnienie. 

- Libby? - Vance uniósł głowę. 

- Skąd wiesz, że to ja? 

- Czuję zapach gardenii. Nie rosną na farmie. 

Ktoś musiał ci je dać. - Oficjalny ton jego głosu 

wskazywał na to, że nie jest zadowolony. 

- Charles podarował mi je na szczęście. 

- Zdaje się, że to przywilej pana młodego - zmarsz­

czył brwi. - Widząc, że pan młody jest winny zaniedba­

nia swoich obowiązków, Charles pośpieszył na ratunek. 

- Założyłam twój prezent ślubny, Vance. Kolczyki. 

Świetnie wyglądają przy tej sukience. Jeżeli ten bukiecik 

cię denerwuję, odepnę go. 

- Wcale nie powiedziałem, że te kwiatki mnie 

denerwują - zaśmiał się szyderczo. - Wprost przeciwnie. 

To świetne uzupełnienie całej tej farsy. Podejdź bliżej. 

Libby. 

Wydawało się to niepojęte, ale zmroził ją strach. 

Nigdy przedtem Vance nie wyglądał tak groźnie. 

Z bijącym sercem spełniła jego życzenie. 

background image

- Jestem - powiedziała, czując, jak jego ręce otaczają 

jej szyję. Stała nieruchomo, jakby zaczarowana, gdy 

palce przesunęły się od obojczyków do ramion. 

- Bosko pachniesz, tak jak powinna panna młoda. 

Czy tak samo się czujesz? - jego usta wykrzywił 

okrutny uśmiech. Wydawało się, że usiłuje za wszelką 

cenę ukarać ją i siebie. - Czy mamy sprawdzić, jak 

szaleńczą miłością darzysz swojego ślepego mężczyznę, 

ociemniałego kochanka, męża, który z niczym sobie 

nie radzi, a co dopiero mówić o obowiązku ochrony 

przed nieznanym zagrożeniem. 

- Przestań, Vance - błagała przez zaciśnięte gardło. 

Czuła, że jego dłonie mocniej obejmują jej szyję. 

- Rzeczywistość jest obrzydliwa. Prawda, Libby? 

A mimo to musimy wszystkich przekonać, że wprost 

nie możemy się od siebie oderwać. Pokaż, że będziesz 

umiała to zrobić, pani Anson. 

Pochylił głowę i przycisnął usta do jej ust z taką 

gwałtownością, że przełamałby jej opór, gdyby go 

w ogóle stawiała. Od tak dawna pragnęła Vance'a, że 

z ochotą przyjmowała jego pocałunki, nawet jeśli 

zaprawione były goryczą. A Vance trzymał ją w moc­

nym uścisku, nie dając ani chwili wytchnienia. Gdy 

w końcu uświadomił sobie, że brutalność jego pieszczot 

sprawia jej przyjemność, odepchnął ją od siebie. 

Słyszała jego świszczący oddech. 

- Co za wspaniała mała aktoreczka! Może pój­

dziemy poszukać Charlesa i powiemy mu, że jesteśmy 

gotowi przywitać naszych gości. Oto piękność i bestia 

- zażartował, śmiejąc się złośliwie. 

Jego oczy błyszczały, gdy sięgał po jej rękę. 

Chwycił ją z taką siłą, że poczuła ból. Pomaszerował 

przodem, ciągnąc ją za sobą jak niesforne dziecko. 

Szedł bez najmniejszego wahania, co sprawiało 

niesamowite wrażenie. Libby prawie biegła, by za 

nim nadążyć. 

background image

- Przez cały wieczór masz być blisko mnie - prze­

strzegał ją, gdy wchodzili do holu. - Jeżeli ktokolwiek 

w najmniejszym stopniu wzbudzi twoje podejrzenia, 

natychmiast daj mi znać. Chciałbym, żeby już było 

po wszystkim. 

Do ósmej wieczór Libby powitała ponad trzystu 

zaproszonych gości. Pracownicy Anson Mining mog­

liby założyć niewielkie miasteczko. Oszołomiła ją 

świadomość, że Vance stał na czele tak dużego 

przedsiębiorstwa, sam je stworzył i rozwinął. Im 

więcej ludzi witała, tym bardziej" rósł jej podziw dla 

inteligencji męża i jego zdolności do prowadzenia 

interesów. Wydawało się, że u wszystkich cieszy się 

olbrzymim szacunkiem. Dumna z Vance'a przechadzała 

się u jego boku w tłumie gości. Nie mogła uwierzyć, 

że któryś z nich mógłby mu źle życzyć. 

Propozycję toastu na cześć młodej pary przyjęto 

entuzjastycznymi okrzykami. Serdeczność, którą im 

okazywano, nie mogła być udawana. Libby zdawało 

się, że oczy Vance zwilgotniały. Gdy gwar ucichł, 

położył dłoń na jej ramieniu. Czuła jej ciepło przez 

materiał sukienki. 

- Ponieważ wszyscy tu umierają z ciekawości, od 

razu oświadczam, że nasze kłopoty się skończyły. 

Wracamy do normalnej pracy - musiał przerwać na 

chwilę, by zamikły oklaski. - Jak widać, nie pozwoliłem 

sobie na bezczynność w czasie ostatniego pobytu 

w Anglii. Zdobyłem cennego partnera. Chciałabym 

przedstawić moją piękną żonę, dzięki której stałem 

się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

Objął ramieniem jej smukłą talię, a drugą ręką 

pogłaskał po błyszczących, czarnych włosach. Gdy 

schylił się i pocałował ją w szyję, wokół rozległy się 

oklaski i gwizdy. Ostentacyjnie pokazywał, że ma do 

niej prawo. Ogarnęła ją fala gorąca i poczuła, że się 

czerwieni, co chyba każdy zauważył. 

background image

- Prosimy dalej! Przemówienie! 

- Gdy parę lat temu pojechałem do Anglii na 

wakacje, odkryłem, że mój ojciec ma nowych sąsiadów. 

Zaprosił ich na koktail. Miałem zostać, ale tylko na 

chwilę. Wtedy Libby weszła do pokoju. Wywarła na 

mnie takie wrażenie, że do dziś nie mogę ochłonąć. 

Libby tuliła się do niego, zdumiona jego słowami. 

Swoje przeżycia mogłaby opisać tak samo. Od momen­

tu, gdy go zobaczyła, nikt inny nie istniał w jej życiu. 

Jak zwykle robiono uwagi i dowcipy na temat 

nowożeńców. Vance znów ją objął i długo całował jej 

rozchylone usta. Po tym, co wydarzyło się w holu 

przed przyjęciem, była wstrząśnięta, że na oczach 

wszystkich okazuje jej tyle czułości. Znała powody 

takiego zachowania, co psuło cały urok tej chwili. 

Chociaż Vance ostrzegł, że nie będzie rozmów 

o interesach, wkrótce zasypano go pytaniami o politykę 

przedsiębiorstwa, o dane techniczne i problemy 

związane z pracownikami. Tylko on mógł na nie 

odpowiedzieć. Szef wrócił i wszyscy przyjmowali to 

z ulgą. Kalectwo nie wpłynęło w najmniejszym stopniu 

na jego autorytet. Libby cały czas była o tym 

przekonana, a jeżeli Vance zwątpił, to teraz mógł się 

raz na zawsze uspokoić. Wystarczyło, by wszedł do 

pokoju, a wszyscy mu się podporządkowywali. Nadal 

stał na czele Anson Mining. 

Obserwując jak angażuje się w dyskusje o interesach, 

nawet gdy wokół wszyscy się bawią, Libby nabierała 

przekonania, że dzięki przyjęciu zabliźnią się niektóre 

rany męża. Znów był przywódcą, pełnym energii, 

omawiającym nowe projekty i plany. Nikt nie zgadłby, 

że znajduje się w sytuacji podbramkowej, ani że 

stracił wzrok. Jeżeli nie pozwoliłby już jej nigdy być 

prawdziwą żoną, to i tak zawsze te chwile będzie 

wspominała z radością. 

Około jedenastej tłum gości zaczął się nieco prze-

background image

rzedzać. Nigdzie nie mogła dostrzec Charlesa. Został 

na werandzie przy barze, licząc na to, że tam uzyska 

informacje prowadzące do rozwiązania zagadki. 

- Vance, obsługa daje mi znaki, muszę przynieść 

więcej szampana - powiedziała cicho. - Zostań tu, ja 

zaraz wrócę. 

- Daję ci dokładnie dwie minuty. 

Szept przejął ją dreszczem. Z niechęcią wysunęła 

się z jego ramion i poszła w stronę tylnego wyjścia. 

Vance został, zatopiony w ożywionej rozmowie 

z jednym z młodszych inżynierów. Zapasy szmpana 

kończyły się. Wyciągnęła z pudła trzy ostatnie butelki 

i pośpieszyła do jadalni, by włożyć je do lodu. 

- Pani Anson, chyba mnie pani nie pamięta 

- odwróciła się, słysząc nieznany głos za plecami. 

- Pan Peter Fromms, jeśli się nie mylę? - wbiła 

wzrok w rudowłosego mężczyznę, prawie tak opalo­

nego jak jej mąż. 

- Jednak pamięta mnie pani - na jego twarzy 

pojawił się ujmujący, nieco krzywy uśmiech. - Kiedy 

widzieliśmy się ostatnim razem, również nie mogła 

pani oderwać oczu od męża. 

- Czy to aż tak bardzo widać? - spytała przyjaźnie. 

- Obawiam się, że tak. Przedstawiono nas sobie 

przy basenie. Obserwowała pani, jak Vance gra w polo 

wodne, i odniosłem nieodparte wrażenie, że myślami 

jest pani nieobecna. 

- Chyba ma pan rację. Ale miło wspominam 

rozmowę z pana żoną, Nancy. Gdzie ona jest? 

- Jest w Perth, u rodziny. Żyjemy teraz w seperacji 

- na chwilę w jego oczach pojawił się smutek. 

- Nic nie wiedziałam... 

- Dlaczego miałaby pani wiedzieć? - mówił powoli, 

jakby ważył każde słowo. - Poza tym dzisiaj powinna 

się pani tylko bawić. Zatańczy pani ze mną, czy też 

mąż będzie niezadowolony? 

background image

Dawny Vance nie miałby nic przeciwko temu, ale 

nie mogła przewidzieć zachowania nowego Vance'a 

nie mogła przewidzieć. Poza tym, miała dziwne uczucie, 

że Peter Fromms stara się ostrożnie zbadać grunt. 

Dlaczego? Przecież kiedyś byli z Vance'm dobrymi 

przyjaciółmi. 

- Zapomnijmy o tym - powiedział bez urazy 

w głosie. 

- Proszę się nie gniewać, ale obiecałam Vance'owi, 

że zaraz wrócę. Może po prostu przetańczymy w jego 

stronę? 

- Jest pani jeszcze piękniejsza niż dawniej - stwier­

dził. Zręcznie ukrył swoje zaskoczenie jej propozycją 

i poprowadził ją na środek salonu, gdzie tańczyło 

kilka par. - Vance ma pani zdjęcia na biurku. To 

prawdziwa tragedia, że już pani nie może zobaczyć. 

Gdyby powiedział to ktoś inny, Libby może czułaby 

się urażona. Nie mogła wytłumaczyć dlaczego, ale 

wiedziała, że w słowach Petera jest szczerość i płynące 

z głębi serca współczucie. 

- Na tym świat się nie kończy - powiedziała cicho. 

- Łączy mnie z Vanc'em o wiele więcej niż tylko 

pociąg fizyczny. 

- Przepraszam, Fromms, ale właśnie teraz chciałbym 

zatańczyć z moją żoną. 

Głos Vance'a pełen był ledwo hamowanego gniewu. 

Odciągnął ją tak gwałtownie, że niemal jęknęła. Znów 

nie mogła zrozumieć, dlaczego między obu mężczyz­

nami wyczuwało się tyle napięcia. W jaki sposób, 

jeżeli w ogóle, wiązało się to z jej osobą? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Peter w milczeniu skinął głową, a Vance odebrał 

mu Libby ze zręcznością człowieka, który widzi. 

Przytuleni, zaczęli tańczyć. 

- Czy Peter cię podrywał? 

- Nie. Wcale. - Stanęła i spojrzała na niego 

zdziwiona. 

- Z reguły zapomina się, gdy trochę wypije - Vance 

skrzywił się. - Gdyby wiedział, że mu to ujdzie na 

sucho, na pewno by spróbował. 

- Chyba mylisz go z kimś innym. Nie zauważyłam, 

by cokolwiek wypił. 

- To dziwne. - Vance głaskał kciukiem przegub 

jej ręki, nieświadomy tego, co robi. Najmniejszy 

jego dotyk przyśpieszał jej tętno. - Każda kobieta 

o jakim takim wyglądzie, nawet mężatka, jak Marj 

Dean, jest dla niego łakomym kąskiem. Nie można 

mu ufać. 

- Nie rozumiem. Przecież był twoim przyjacielem. 

Gościłeś go z Nancy u siebie w Anglii. Czy coś się 

między wami wydarzyło? 

- Musisz spytać Nancy. Zostawiła go. 

- Vance, to niepodobne do ciebie. Są bardzo miłymi 

ludźmi. 

- Wiem, że Nancy cię lubiła. Dlatego zaprosiła cię 

na wspólne zakupy w Londynie. Chciała, żebyś była 

jak najdalej od uwodzicielskiego wdzięku Petera. 

- Co ty mówisz? - Libby nie wierzyła własnym 

uszom. 

- Poświęcił ci nieprzyzwoicie wiele uwagi tego 

96 

background image

wieczora, kiedy się poznaliście - z jakiegoś powodu 

Vance uczepił się tego tematu. 

- Przesadzasz. Gdyby się narzucał, zapamiętałabym 

to. Świetnie wiem, kiedy ktoś mnie naprawdę podrywa. 

- Z twoją urodą... Rzeczywiście powinnaś wiedzieć 

- zacisnął mocno usta. 

- Vance, o co ci chodzi? 

- Uwierz mi na słowo, że wtedy Peter miał na 

ciebie chrapkę. Jesteś pociągającą kobietą. To, że nie 

zareagowałaś, musiało zranić jego dumę. 

- Dlaczego jeszcze go zatrudniasz, jeżeli masz o nim 

taką opinię?? - pytała Libby zaskoczona tym, że dusił 

w sobie tyle zapiekłej zazdrości. 

- To dobre pytanie. - znów zaczęli tańczyć. Chyba 

dlatego, że kiedyś był moim najlepszym przyjacielem, 

a poza tym jest zdolnym inżynierem. Mógłby mieć 

własne przedsiębiorstwo. Swego czasu myślałem, że 

będziemy wspólnikami. Ale wszyscy już wiedzą, że 

ma napady picia. Kiedy Nancy odeszła, chciał, żeby 

mu dać jeszcze jedną szansę. Zarządziłem więc 

kilkumiesięczny okres próbny. Jednak... 

- Jednak co? - Libby odsunęła się od męża, by mu 

się przyjrzeć. Jego twarz była popielata, a kropelki 

potu pojawiły się na brwiach i górnej wardze. - Vance? 

Co się z tobą dzieje? 

- Nic nie mów. - Oparł się na niej ciężko. - Tań­

czymy w stronę drzwi. To tylko ból głowy. 

- Ten sam, co w dniu przyjazdu Charlesa? - pytała 

zdenerwowana. 

Dyskretnie podtrzymywała go, podczas gdy wolno 

przesuwali się w stronę drzwi sypialni. Chyba nikt nie 

zauważył, że wchodzili do środka ani, że zamknęła 

drzwi na klucz. Ci, którzy to widzieli, pewnie przypusz­

czali, że przez chwilę chcieli być razem. 

- Połóż się. Zadzwonię do doktora Stillmana. 

- Po co, na litość boską!? - rozciągnął się na 

background image

łóżku, przykrywając oczy ramieniem. - Od czasu do 

czasu miewam bóle głowy. 

- Od momentu, kiedy przewróciłeś się w czasie 

konnej przejażdżki. Miałeś pójść do doktora Stillmana 

w zeszłym tygodniu. Zamartwiam się o ciebie. 

- Ustalmy parę rzeczy. Ja będę decydował, czy 

i kiedy pójdę do lekarza. Wróć na przyjęcie i trzymaj 

się Charlesa. Powiedz mu wszystko, ale gdyby kto 

inny pytał o mnie, mów, że za chwilę się zjawię. Nie 

wspominaj przypadkiem o bólu głowy. 

- Zrobię, jak zechcesz. Proszę. - Mówiąc to, 

przyniosła szklankę wody z łazienki i tabletki przeciw­

bólowe. Poczekała, aż je połknie. Wyglądał naprawdę 

źle. - Nie wstawaj, Vance. Ludzie i tak już wychodzą. 

- Zobaczę - powiedział z wysiłkiem. 

- Przyrzekam, że niedługo wrócę. 

W drodze na werandę wpadła na grupkę pracow­

ników Vance'a wyższego szczebla. Zatrzymali ją 

i podziękowali za miłe przyjęcie. Kilku chciało 

pożegnać się z Vance'em. 

- Za chwilę wyjdzie - oświadczyła, mając nadzieję, 

że w jego nieobecności nie dostrzegą nic dziwnego. 

Był wśród nich Charles, który teraz podszedł do niej. 

- Powiedz Vance'owi, że niedługo wrócę. Jadę do 

Martina. Zaprosił paru znajomych do siebie na drinka. 

- Istotnie - potwierdził Martin Dean. - Obiecałem 

Marj, że nie zasiedzę się do późna. Ostatnio niezbyt 

dobrze się czuje. 

- Mam nadzieję, że wkrótce znów nas odwiedzisz. 

Przyprowadź Marj. Szkoda, że dzisiaj nie mogła 

przyjść. Może spotkamy się na obiedzie w przyszłym 

tygodniu? 

- Z chęcią przyjdziemy. Powiedz Vance'owi, że 

porozmawiam z nim rano. Mam ważną wiadomość 

- zamruczał cicho, by tylko ona słyszała. Patrzył 

znacząco na Petera Frommsa, który stał o parę 

background image

metrów dalej, rozmawiając z jednym z inżnierów. 

Najpierw Vance, a teraz Martin. Znów zdziwiła się, 

że Peter nadal jeszcze pracuje. 

- Powtórzę mu wszystko. Dobranoc. 

Obudziła się późnym rankiem. Zajrzała do pokoju 

Vance'a. Łóżko już było posłane. Bez wątpienia dzieło 

Jamesa.James pojawiał się i znikał tak cicho - nawet 

nie zauważała jego obecności. Rozczarowana, że nie 

zastała męża, poczłapała do kuchni, aby napić się 

soku, i tam znalazła jego liścik. James odwiózł go do 

Nairobi. Jeżeli będzie go potrzebowała, powinna go 

szukać w mieszkaniu w mieście. Dziękował jej za 

wspaniałe przyjęcie i zapewniał, że w przyszłości 

odwdzięczy się za wszystko, co zrobiła. Jak zwykle 

jego pismo było zamaszyste, ale nierówne linijki 

biegły skośnie przez kartkę papieru, jakby pisane 

ręką dziecka. 

Libby ponownie przeczytała list, zgniotła go w ręku 

i wyrzuciła do kosza. Postanowiła ukoić ból i niepokój 

wysiłkiem fizycznym, zabrała się za sprzątanie. 

Później zadzwoniła do rodziców i teściów, żeby 

opowiedzieć im o przyjęciu. Nie wspominała o pro­

blemach, jakie Vance miał ze swoim przedsiębiorstwem. 

Nie chciała ich martwić. 

Vance i Charles wrócili na farmę około ósmej. 

Jedno spojrzenie na męża wystarczyło, by wiedziała, 

że coś jest nie w porządku. 

- Zjedzcie beze mnie - rzucił w jej stronę, wchodząc 

do holu. Serce w niej zamarło. Ani jednego słowa na 

powitanie. Nic. 

- Wyglądasz jak śmierć na chorągwi, Vance. Wiem, 

że bóle głowy się nasiliły. 

- Rozbolała mnie w czasie jazdy. Wezmę proszek 

i przejdzie. Potem do was przyjdę - powiedział, stając 

w drzwiach do salonu. Przeraziła się, słysząc z jakim 

wysiłkiem mówi. Każde zdanie dużo go kosztowało. 

background image

- Większość dnia spędziliśmy na rozmowie w miesz­

kaniu w Nairobi. - Charles rzucił Libby wiele mówiące 

spojrzenie, przyjmując od niej szklankę wina. - Tam 

też miał dwa napady bólu. 

- Te dolegliwości są tak okropne, że pewnego dnia 

po prostu straci przytomność - stwierdziła Libby 

drżącym głosem. 

- Co powiedział lekarz, gdy wypisywał Vance'a ze 

szpitala? 

- Powiedział, że nieznacznym bólem nie należy się 

martwić, ale przecież te nagłe ataki to coś zupełnie 

innego - mówiła, nerwowo przygładzając włosy ręką. 

- Poza tym parę tygodni temu upadł, kiedy wybraliśmy 

się na konną przejażdżkę. Nie chce pójść do doktora 

Stillmana. Może ty na niego wpłyniesz, żeby zgłosił 

się na badanie jutro. Mnie nie posłucha. 

- No tak, twój mąż ma zawsze własne zdanie, ale 

sama o tym wiesz najlepiej. Zobaczę, co da się zrobić 

- powiedział ze współczuciem, i wstając, ciągnął 

dalej. - Może teraz zjemy lekką kolację i pójdziemy 

już spać. Położyłem się dopiero po trzeciej. Jutro 

będziemy bardziej wypoczęci i opowiem ci, czego się 

już dowiedziałem. 

Libby przyjęła z ulgą propozycję Charlesa. Nie 

mogła się na niczym skupić, wiedząc że obok Vance 

cierpi. Poza tym, była dziwnie niespokojna. Nie 

wiedziała dlaczego. Dręczyło ją wspomnienie tego, co 

zauważyła zeszłej nocy. Poszła do pokoju Vance'a 

i stanęła w progu. Ze środka dobiegł jego głęboki, 

miarowy oddech. W świetle padającym z holu zoba­

czyła, że leży na wznak z niedbale rozrzuconymi 

nogami. 

Obserwując Vance'a, zapaliła światło i znów zoba­

czyła to, co zeszłej nocy. Przykrył twarz ramieniem 

tak, jakby światło go raziło. 

Czuła, że z wrażenia ma gęsią skórkę. Wyłączyła 

background image

światło i ramię Vance'a opadło. Nie czekając ani 

chwili dłużej pobiegła do pokoju Charlesa i zapukała 

do drzwi. Otworzył szybko, jeszcze ubrany w garnitur. 

Położyła palec na ustach. 

- Chodź ze mną - szepnęła. - Potem ci wszystko 

wytłumaczę. Nie pytaj o nic i nie hałasuj. 

- Dobrze - powiedział, idąc za nią do sąsiedniego 

pokoju. Vance nie zmienił pozycji. Nadal leżał na 

wznak. Charles spojrzał na Vance'a a potem, pytająco, 

na Libby. 

- Zobacz, co się stanie, kiedy zapalę światło 

- mówiła cicho, przyciskając włącznik. Nie minęło 

parę sekund, a ramię Vance'a osłaniało jego oczy. 

Dla Libby był to wystarczający dowód. Spojrzała na 

Cherlesa. - To dzieje się za każdym razem, gdy 

włączam światło. Popatrz teraz. 

Oniemiały z wrażenia Charles wpatrywał się, jak 

ręka Vance'a opadła, gdy Libby wyłączyła światło. 

Sam przycisnął wyłącznik jeszcze raz. Vance jęknął, 

odwrócił się i ukrył twarz w poduszce. Charles chwycił 

Libby za ramię. Nie powiedzieli ani słowa, ale rozumieli 

się świetnie. Vance westchnął, gdy w pokoju znów 

zapanowała ciemność. Charles poprowadził Libby do 

biblioteki. 

- Musisz natychmiast zadzwonić do jego lekarza. 

- Już to robię - powiedziała Libby, kartkując 

szybko oprawiony w skórę notatnik. 

- Gdybym tego nie widział na własne oczy, nie 

uwierzyłbym ci. - Powiedział zdławionym głosem. 

Drżącą ręką Libby wykręcała numer telefonu. 

- Halo, doktor Stillman przy aparacie. 

- Mówi Libby Anson. Panie doktorze, zdarzyło 

się coś, o czym pan powinien wiedzieć. - Libby 

chaotycznie relacjonowała przebieg wypadków. Charles 

przysłuchiwał się, siedząc na brzegu biurka. 

- Jutro rano powinienen zjawić się w moim ga-

background image

binecie. To absolutnie konieczne. W żadnym wy­

padku proszę mu nie mówić o pani odkryciu. Może 

coś znaczyć, ale nie musi. - Słowa lekarzy rozwiały 

nieco nadzieje Libby. - Czy cierpiał ostatnio na 

bóle głowy? 

- Tak, i te bóle nasilają się. Nie można ich dłużej 

lekceważyć. 

- Zgadzam się z panią. Proszę zrobić wszystko, by 

mąż stawił się jutro w szpitalu. 

- Przyrzekam, że będzie - pożegnała lekarza 

i odłożyła słuchawkę. Spojrzała na Charlesa z uśmie­

chem, który natychmiast zniknął z jej twarzy, gdy 

zobaczyła w drzwiach Vance'a. 

- Komu składałaś przyrzeczenia, Libby? 

Libby zbladła, a Charles gwałtownie podniósł się 

i chwycił ją za rękę. Napięcie wzrastało. Vance nie 

zwykł długo czekać na odpowiedź. 

- Przyrzekałam doktorowi Stillmanowi. 

- Rzeczywiście? 

- Od kiedy się przewróciłeś, cierpisz na bóle głowy. 

Kiedy dzisiaj nie chciałaś zjeść kolacji, zdenerwowałam 

się i zadzwoniłam do niego. Musiałam się dowiedzieć, 

czy to normalny objaw. Powiedział, że tak, ale mimo 

to chciałby cię jutro rano zbadać i nie życzy sobie 

odmownej odpowiedzi. 

- Ja namówiłem ją, żeby zadzwoniła - Charles 

pośpieszył na ratunek, mówiąc tonem zarezerwowanym 

do wystąpień na sali sądowej. - Nie mogę skoncentro­

wać się na problemach przedsiębiorstwa, jeżeli dodatko­

wo muszę martwić się o twoje zdrowie. Jak wiesz, 

komisja dochodzeniowa wyznaczyła ci przesłuchanie na 

poniedziałek. Będą zadawać trudne pytania i muszę być 

pewien, że jesteś sprawny fizycznie i psychicznie. 

- Taki wstrząs to nie byle co - dodała Libby, 

ściskając z wdzięczności rękę Charlesa. - Szczerze 

mówiąc, doktor Stillman był zły, bo nie przełożyłeś 

background image

na inny termin wizyty, którą ci poprzednio zamówiłam. 

Uważa, że to przeze mnie. Nie chcę drugi raz cierpieć 

za niewinność. 

- Owszem, parę razy bolała mnie głowa - przyznał 

Vance. Z rękami w kieszeniach przechadzał się po 

pokoju. W jego zachowaniu wyczuwało się niemal 

wrogość. - To nie było nic poważnego. 

- Może i nie - powiedział Charles ze spokojem. 

Ale miej na uwadze, że czeka cię przesłuchanie i musisz 

być zdrowy. 

- Przekonałeś mnie. Zadzwonię i umówię się na 

wizytę - Vance potarł dłonią kark. 

- Nareszcie mówisz rozsądnie. - Charles poklepał 

go po ramieniu. - Zostawiam was samych. Idę spać. 

Jutro opowiem Libby o tym, czego dowiedziałem się 

w czasie przyjęcia. We trójkę musimy te informacje 

jakoś uporządkować. Mam przeczucie, że wkrótce 

uda nam się rozwiązać naszą zagadkę. 

- To wspaniała wiadomość - powiedział Vance. 

- Ale zgadzam się z tobą. Poczekajmy z tą rozmową 

do jutra. Obawiam się, że mózg odmawia mi po­

słuszeństwa po wielu godzinach pracy w biurze. 

Zaniepokojona Libby spojrzała badawczo na Van-

ce'a. Kłamał jak najęty. Jego mózg funkcjonował bez 

zakłóceń dzień i noc. Domyślała się, że nie zadowoliły 

go jej wyjaśnienia dotyczące rozmowy z lekarzem. 

Czy chciał ją jeszcze wypytywać? Potrafił być nieus­

tępliwy. Charles już wychodził z biblioteki, machając 

ręką do Libby na dobranoc. Vance nie musiał mu 

dwa razy dawać do zrozumienia, że już pora się 

pożegnać. 

Wydawał się wyższy i dziwnie daleki, gdy tak stał 

wyprężony na środku pokoju. Wyglądał na człowieka, 

który ze wszystkich sił stara się panować nad sobą. 

Nie wierzyła, że nie chciał rozmawiać z Charlesem 

o dochodzeniu. W tej chwili była to jedyna sprawa, 

background image

którą żył. To, że chciał z nią zostać sam na sam, nie 

wróżyło nic dobrego. Czuła się jak w pułapce. 

- Jestem niewidomy, ale i tak wiem, że coś jest nie 

w porządku - zaczął cicho. - Co się dzieje, Libby? 

Chcę znać prawdę nawet, gdybym miał cię tutaj 

trzymać całą noc. 

- Nie wiem, o czym mówisz. Przecież już ci wszystko 

wytłumaczyliśmy z Charlesem. Na tyle zaniepokoiliśmy 

się twoim zdrowiem, by zadzwonić do lekarza. To 

wszystko. 

- Nie - pokręcił głową, uśmiechając się zimno. 

- Możesz oszukać każdego, ale nie mnie, Znam cię za 

dobrze. Coś przede mną ukrywasz. 

- Nie bądź śmieszny! - zrobiła krok do tyłu, 

potykając się o kosz na śmieci. 

- Boisz się? - ciągnął cichym głosem. Jego dłonie 

zwinęły się w pięści w geście bezgranicznej rozpaczy. 

- Charles wymyślił te historyjki. 

Libby zamarła. Oskarżał ją, że razem z Charlesem 

coś przed nim ukrywała. Stała nieruchomo, nie mogąc 

wydusić z siebie ani słowa. 

- Mam rację, prawda? - czuła się zagrożona, widząc 

że zmierza w jej stronę. - Co się dzieje, Libby? Mam 

prawo wiedzieć. Dlaczego dzwoniłaś do lekarza? 

Słyszałem, jak mówisz, że bóle się nasilają. Czyje 

bóle? Twoje? 

- Moje? 

- Uderzyłaś się, kiedy upadliśmy. Teraz udajesz, 

że nic się nie stało, ale nie dam się nabrać. Czy 

zrobiłaś sobie krzywdę? Powiedz - wypytywał dociek­

liwie. Gdy uzmysłowiła sobie, że jego zdenerwowanie 

wynika z obawy o jej zdrowie, natychmiast ogarnął ją 

spokój. Westchnęła z ulgą, bo tajemnica nie wyszła 

na jaw. 

- Nic mi nie jest, Vance. 

- Nie wierzę ci. 

background image

- W takim razie muszę cię przekonać - szybko 

pokonała dzielącą ich odległość i zarzuciła mu ramiona 

na szyję. - Sam zobacz. Nigdy nie czułam się lepiej 

niż teraz. 

Przez jego ciało przeszło drżenie, gdy przytuliła się 

do niego, ale nadal stał wyprężony, pełen napięcia. 

Całowała jego twarz, gładząc ramiona i szerokie 

barki. Nie mogła się już dłużej powstrzymać, by nie 

dotknąć ustami jego warg. Niemalże wpadł w panikę 

z obawy o jej zdrowie, a to świadczyło o jego uczuciach. 

Vance westchnął i zaborczym ruchem przesunął 

dłonie po jej ramionach i plecach. Przycisnął ją do 

siebie z gwałtownością zdradzającą, jak bardzo jej 

pragnął. 

- Czy juś się upewniłeś, że nic mi nie jest? 

- Nie - odpowiedział schrypniętym głosem, całując 

delikatnie jej szyję. - Nie, dopóki się z tobą nie będę 

kochał. 

Libby poczuła się dziwnie ociężała. Bez wysiłku 

wziął ją w ramiona i zaniósł do sypialni. Musiał sam 

znaleźć drogę, bo całkowicie straciła orientację. 

Zamknął drzwi, opuścił ją powoli na łóżko i sam 

ułożył się obok niej. 

- Chodź bliżej, kochanie - poprosił, przyciągając 

ją do siebie. Jego głos drżał ze wzruszenia. - Chcę 

kochać się z tobą całą noc. Lata całe marzyłem 

o tym, by mieć cię tak blisko.. 

Zanurzył palce w jej długich włosach, bawił się 

nimi i głaskał. Oddychała coraz szybciej, czując jego 

pocałunki na twarzy i szyi. 

- Vance - westchnęła cicho. Zaczęła całować jego 

oczy. Stęskniona pieszczot, objęła dłońmi głowę 

Vance'a i ukryła twarz w jego włosach. - Kochaj mnie.. 

- O to nie musisz mnie prosić - zamruczał. Jego 

dłoń miękkim ruchem powędrowała na jej kark. 

Podtrzymywał jej głowę, ustami szukając jej warg. 

background image

- Twoja skóra to atłas. Czuję, jak każdy mój dotyk 

przyśpiesza bicie twojego serca. Słyszę twój urywany 

oddech. Czy wiesz, ile razy nocą wyobrażałem sobie, 

że trzymam cię w ramionach taką jak teraz, gotową, 

by mnie kochać? Muszę cię kochać całą. Nie mogę 

zostawić nawet skrawka twojego ciała, który by do 

mnie nie należał. 

Jego pocałunki i pieszczoty rozbudzały w niej nowe 

pragnienia i sprawiały, że odkryła niezmierzoność 

rozkoszy. Upajała się dotykiem jego ciała i smakiem 

ust. Czuła, jak każdy jego mięsień i nerw reaguje na 

najmniejsze muśnięcie jej dłoni. Poznawali swoje ciała, 

czerpiąc z nich coraz to większą rozkosz, by w końcu 

zatonąć w ekstazie. Libby kurczowo obejmowała 

męża, nareszcie także kochanka. Vance scałowywał 

łzy radości spływające po jej policzkach. Nienasyceni, 

po chwili znów szukali w sobie zapomnienia. 

- Vance - wyszeptała. 

Nie mogła znaleźć słów na wyrażenie swoich uczuć. 

Jego gorące pocałunki powiedziały wszystko. Znów 

poddała się zmysłom, przyjmując jego pieszczoty 

i odwzajemniając je ze swobodą, której dopiero się 

nauczyła. 

Nim zaczęło świtać, usłyszała, że wymówił jej imię. 

Tęsknota w jego głosie sprawiła, że ogarnęło ją 

podniecenie. Odszukała jego usta, czując że obejmuje 

ją z siłą, do jakiej tęskniła. Potem, zadowolona, 

zapadła w sen, sen wypełniony marzeniami o męż­

czyźnie, którego kochała. 

- Vance? 

Cisza. Libby wyciągnęła rękę i szukała męża. Znów 

pragnęła tej rozkoszy, jaką tyle razy dawał jej w nocy. 

Pod palcami poczuła jedynie chłód prześcieradła, co 

ją natychmiast całkowicie rozbudziło. Vance'a nie było. 

Rzuciła okiem na budzik. Dochodziło południe. 

Nie mogła uwierzyć, że tak długo spała. Spojrzała na 

background image

ubrania porozrzucane na podłodze obok łóżka. 

Wspomnienia upojnej nocy znów obudziły w niej 

pragnienie miłości. Żadne słowa nie mogły opisać 

głębokiej radości, jaką dawało jej poczucie, że nareszcie 

do niego należy. 

Zsunęła się z łóżka i zarzuciła na siebie szlafrok. Jej 

obawy potwierdziły się, gdy szybko obeszła cały dom. 

Charles i Vance pojechali land roverem do Nairobi. 

W jej mniemaniu ostatnia noc całkowicie odmieniła 

jej małżeństwo. Oczekiwała jednak, że Vance zapewni 

ją o tym osobiście. Jeżeli będzie czekała na jego 

powrót z pracy, doprowadzi się do szaleństwa własnymi 

myślami i wątpliwościami. 

W nocy, dzięki Vance'owi, przeżyli cudowne chwile, 

kiedy nic się nie liczyło prócz miłości. Libby czuła 

olbrzymią satysfakcję wiedząc, że dała mu szczęście. 

Rano jednak wszystko się odmieniło. Opuścił ich 

wspólne łóżko bez słowa. Uznała, że już wie, jakie 

uczucia kryje w sercu. Musiała się jeszcze przekonać, 

co myśli. O tym nie mogli rozmawiać przez telefon. 

Mogłaby mu zrobić niespodziankę i zjawić się w biurze. 

Może poszliby na obiad, żeby porozmawiać, a potem 

spędziliby noc w hotelu. Musieli przecież omówić 

swoją przyszłość. 

Przepełniona ufnością, którą może dać tylko noc 

spędzona we dwoje, Libby była pewna, że Vance nie 

będzie miał nic przeciwko jej wizycie w firmie. Miała 

trzymać się z dala do czasu przyjęcia. Teraz było już 

po wszystkim i nie widziała powodów, dla których 

powinna się nadal ukrywać. Chciała zobaczyć jego 

biuro, jeszcze bardziej uczestniczyć w jego życiu. 

A tak naprawdę po prostu nie mogła się doczekać, by 

znów znaleźć się w jego ramionach. Noc okazała się 

zbyt krótka. 

Wczesnym popołudniem była gotowa do drogi. 

Zapuściła motor jeepa i wyruszyła w stronę Nairobi. 

background image

Na siedzeniu obok położyła neseser z ubraniami 

i przyborami toaletowymi dla siebie i Vance'a na 

wypadek, gdyby dał namówić się na noc w hotelu. 

Wyjazd poprzedziły staranne przygotowania. Wzięła 

prysznic i ubrała się w nową błękitną suknię z surowego 

jedwabiu. Włosy dla odmiany upięła w chignon. 

Chciała być piękna dla męża, nawet jeżeli nie mógł jej 

zobaczyć. Zaplanowała wspaniały, podniecający wie­

czór. Nie mogła doczekać się spotkania z Vance'em. 

Gdy znajdowała się pięć kilometrów od granic 

miasta, woda w chłodnicy zaczęła się niemal gotować. 

Zastanawiała się, czy wypadek, który mieli w czasie 

burzy parę tygodni temu, nie uszkodził samochodu. 

Odczekała dziesięć minut, znów zapuściła motor, ale 

dojechała już tylko do najbliższej stacji obsługi. 

Ku jej rozpaczy mechanik stwierdził, że w jeepie 

należy wymienić termostat. Mogła dowiedzieć się 

wieczorem, czy samochód jest sprawny, ale naprawa 

pewno potrwa do następnego dnia. 

W tych okolicznościach Libby nie miała wyboru. 

Postanowiła pojechać do biura Vance'a taksówką. 

Nie mogła pozwolić, by drobne niepowodzenie po­

krzyżowało jej plany, więc wzięła ze sobą neseser. 

Administracja przedsiębiorstwa składała się z kilku 

działów. Zajmowały one eleganckie biura rozmiesz­

czone na dwóch piętrach nowego wieżowca. Tylko 

chwila jazdy windą i już była przy gabinecie Vance'a 

i pokojach, w których urzędowali członkowie zarządu. 

Pierwsze wrażenie, jakie wywarła na niej nowoczesność 

budynku, przestrzeń, szkło, chrom i wszechobecna 

zieleń, zbladło, kiedy znalazła się w holu, gdzie 

dominowała wspaniała sztuka afrykańska. Jedna 

z sekretarek zauważyła ją i chciała zaprowadzić do 

prywatnego apartamentu Vance'a. Libby powstrzymała 

ją ruchem ręki. 

- Czy mój mąż jest sam? - spytała cicho. 

background image

- Tak, proszę pani. 

- W takim razie wolę mu zrobić niespodziankę. 

- Rozumiem - sekretarka uśmiechnęła się i wróciła 

za biurko. 

Z bijącym sercem, bezszelestnie Libby weszła do 

gabinetu Vance'a. Siedział za biurkiem z orzecha 

w kręconym fotelu, tyłem do wejścia. 

Postawiła torby na podłodze, zakradła się do niego 

na palcach i pocałowała go w szyję. 

- Tak bardzo brakowało mi ciebie dzisiaj rano. 

Musiałam przyjechać - szepnęła. 

Obeszła biurko dookoła, by mu usiąść na kolanach. 

Zatrzymała się po dwóch, trzecj krokach. Wijący się 

z bólu mężczyzna w niczym nie przypominał jej męża, 

który minionej nocy drżał z pożądania w jej ramionach. 

Pobladły, Vance niemal leżał w fotelu. Miał za­

mknięte oczy. Już parę razy w zeszłym tygodniu 

widziała jego twarz naznaczoną tak olbrzymim 

cierpieniem. Zaczerpnęła głęboko powietrza. Vance 

otworzył oczy i natychmiast wyprostował się na krześle. 

Rysy jego twarzy stężały, a brwi zmarszczyły się 

złowrogo. 

- Powiedziałem ci, że nie masz wstępu do tego 

gabinetu! 

- Wczoraj wieczorem poznałam cały twój personel 

nie widzę powodu, dla którego powinnam się trzymać 

z daleka - tłumaczyła, całkowicie zaskoczona tym 

nagłym wybuchem gniewu. Zrobiła krok do przodu. 

- Od dawna tak się czujesz? Przecież każdy zorientuje 

se, że jesteś chory. To nie może tak dalej trwać, Vance. 

I - Chyba się już powtarzam, ale powiem jeszcze 

raz. Moje zdrowie jest moją sprawą. - Zacisnął 

/ niesmakiem usta. - Twoja litość napawa mnie 

obrzydzeniem. 

- Litość? - aż zachwiała się w miejscu. 

- Możesz już przestać odgrywać swoją rolę! - jego 

background image

głos nabrał dyrektorskiej stanowczości. - Twoja pełna 

poświęcenia postawa została dostrzeżona. Ostatniej 

nocy zdobyłaś się na heroiczny gest w stosunku do 

ociemniałego mężczyzny. Nie musisz się obawiać, że 

oczekuję powtórki. Nie chcę być brutalny, ale miłość 

oparta na listości nie jest tym, o czym marzyłem. 

- Czy kochać się z mężem to dla ciebie tylko gest? 

- jej głos drżał z bólu. Nie czułaby się bardziej 

zraniona, gdyby uderzył ją w twarz. 

- A jak ty byś to nazwała? Mała przysługa dla 

ślepca? Niech ma złudzenie, że jest w pełni sprawny! 

- szydził sarkastycznie z lodowatym uśmiechem na 

ustach. - Muszę przyznać, że jesteś świetną aktorką. 

Nawet teraz, gdy poznałam cię od tej strony, nie 

mogę się oprzeć twemu urokowi. Zeszłej nocy... Twoje 

umiejętności wzbudzają we mnie podziw. Miałam 

wrażenie, że znajduję się w niebie i na dodatek razem 

z tobą. 

- Vance, przestań! 

- Jeżeli sprawi ci to przyjemność, przyznaję, że 

w twoich ramionach całkowicie straciłem głowę. Na 

krótką chwilę zaprzedałem duszę. Całe szczęście, że 

wraz z nadejściem ranka odzyskałem zdrowe zmysły 

- Jak możesz tak mówić? - chwyciła się oparcia 

krzesła, ściskając je niczym koło ratunkowe. 

- A jak mam mówić? - ciągnął bezlitośnie. - Po 

pierwsze, powiedziałem ci, że w ogóle cię tu nie chce 

To, co się stało zeszłej nocy, było rezultatem te 

komedii, jaką odegraliśmy, by oszukać ludzi z przedsię­

biorstwa. Dobrze przysłużyłaś się sprawie. Charles 

wpadł na właściwy trop i już możemy przestać udawać 

Nasze małżeństwo skończyło się. Nigdy nie powinnc 

było dojść do skutku. To jeszcze jedna pomyłka, którą 

zrobiłem, i ponoszę za to całkowitą odpowiedzialność 

- Czy ja nic nie mam do powiedzenia? 

- Rozwodzę się z tobą - oznajmił, opierając dłonie 

background image

na stole. - Charles wytłumaczy ci wszystkie szczegóły. 

Moje propozycje finansowe powinny cię zadowolić 

i zrekompensować ci wielkoduszność, którą wykazałaś 

zeszłej nocy. To nie mieściło się w zakresie twoich 

obowiązków. Zostaniesz więc odpowiednio wyna­

grodzona. 

- Wynagrodzona! - jej krzyk odbił się echem od 

ścian pokoju. Musiała się oprzeć o krzesło, czując że 

jest bliska omdlenia. - Jak możesz tak do mnie 

mówić? Jak możesz? W ogóle nie dam ci rozwodu! 

- Wydaje mi się, że jednak dasz - mówił tak 

spokojnie, że zdenerwowała się jeszcze bardziej. 

- Zarezerwowałem ci miejsce w samolocie odlatującym 

rano z Nairobi. Jutro wieczorem będziesz w White 

Oaks. Spakuj to, co ci jest najbardziej potrzebne. 

Dopilnuję, by reszta twych rzeczy znalazła się w skrzy­

niach, które popłyną do Anglii tak szybko, jak to 

tylko możliwe. 

- A gdyby się okazało, że jestem w ciąży, to co? 

- spytała. Zeszłej nocy myśleli jedynie o zaspokojeniu 

swoich pragnień. Nie brali pod uwagę niczego więcej. 

- Wtedy złożę w banku fundusz powierniczy. Nie 

zamierzam unikać odpowiedzialności - na jego 

skroniach pulsowały nabrzmiałe żyły. 

- Naprawdę odmówiłbyś sobie przyjemności trzy­

mania w ramionach własnego dziecka? - spytała 

Libby, czując, że coś pęka w jej duszy. - Zrezyg­

nowałbyś z ojcostwa? 

- Nie zapominaj, że byłbym niewidomym ojcem. 

- Jego oczy zawęziły się. - Tak czy owak, mówimy na 

razie tylko o ewentualności, nie o fakcie. Może właśnie 

teraz powinienem ci powiedzieć, że sprzedaję farmę. 

Już dawno temu przyrzekłem Martinowi prawo 

pierwokupu, jeżeli zdecydowałbym się kiedykolwiek 

na ten krok. Przyjedzie z Marj w niedzielę, żeby 

dokładnie wszystko obejrzeć, nim dobijemy targu. 

background image

Już wpłacił zaliczkę. Z tego też powodu chciałbym, 

żebyś już jutro wyjechała. 

- Przecież ta farma to dla ciebie źródło radości 

i dumy. - Libby nic nie rozumiała. - Nie możesz jej 

sprzedać. Nie pozwolę na to. Na litość boską, dlaczego 

to robisz? 

- Jeżeli tego jeszcze nie zauważyłaś, to zwróć uwagę 

na fakt, że jestem ślepy. Mieszkanie wystarczy mi 

w zupełności i to do końca życia. Jest blisko biura, co 

ma duże znaczenie, zakładając, że nadal będę prowadził 

przedsiębiorstwo. Szkoda niepotrzebnie strzępić język, 

chodzi po prostu o to, że już cię nie chcę ani nie 

potrzebuję. 

- Mówisz tak, jakbyś zwalniał złego pracownika. 

Nie pozbędziesz się mnie w ten sposób. 

- Myślałem, że mi się uda. - Jego szyderczy uśmiech 

doprowadzał ją do wściekłości. - Dopóki nie zgodzisz 

się na rozwód, nie dam ci ani pensa. Nie mając tu 

domu, nie masz innego wyboru, jak tylko wyjechać. 

Oto bilety. Charles będzie na farmie przed siódmą 

i zawiezie cię na lotnisko. Omówicie też sprawy 

związane z rozwodem. Myślę, że to wszystko. 

- Możesz powiedzieć Charlesowi, że traci czas. 

- Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi. 

Zatrzymała się jednak i spojrzała na niego. - Nie 

wyjeżdżam z Kenii, Vence. Kiedy wróci ci zdrowy 

rozsądek, możesz skontaktować się ze mną. Będę 

w hotelu New Stanley. 

Głos jej sią łamał, gdy skończyła mówić. Wychodziła 

z gabinetu, starając się zachować chociaż trochę 

godności. Czy wróci tu jeszcze? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Pani Anson? 

Libby stała akurat przed drzwiami windy. Odwróciła 

głowę w kierunku, skąd dobiegł ją męski głos. Peter 

Fromms stał obok, ale była zbyt roztrzęsiona, żeby 

go zauważyć. 

- Jak się pani czuje? Wygląda pani nieszczególnie. 

- Po prostu za długo nic nie jadłam - przywołała 

uśmiech na twarz, ale jej oczy pozostały smutne. 

- Powinnam była zjeść lunch przed przyjazdem do 

miasta. Dziękuję za troskę. A co u pana słychać? 

Winda zatrzymała się i weszli do środka. 

- Chce pani znać prawdę? - spytał znużonym 

głosem. - Miałem cholernie ciężki dzień i, co gorsza, 

jeszcze się nie skończył. 

- Już po piątej - pocieszyła go Libby, rzucając 

okiem na zegarek. 

- Muszę jeszcze pojechać do kopalni w Naivasha. 

Mam tam sprawę do załatwienia - mówiąc to, zsunął 

z czoła kapelusz, który w tych stronach noszono na 

wyprawy do buszu. 

- Czy już pan jedzie? - Libby obrzuciła obojętnym 

spojrzeniem jego strój roboczy. 

- Tak - uniósł brwi, zaskoczony jej zainteresowa-

niem. - Dlaczego pani pyta? 

- Zastanawiam się, czy nie mógłby mnie pan 

podwieźć do granicy miasta. Zostawiłam w warsztacie 

swojego jeppa. Miał termostat do wymiany. Vance 

bedzie zajęty jeszcze parę godzin, a ja muszę wrócić 

do domu. Nie chciałabym się narzucać... 

113 

background image

- Z przyjemnością panią podrzucę. - Jeżeli jej 

prośba zaskoczyła go, umiał to wspaniale ukryć. 

Patrzył na nią wzrokiem pełnym podziwu. - Muszę 

jednak panią ostrzec, że ciężarówka naszej firmy 

pozostawia wiele do życzenia. W fotelu jest ostra, 

wystająca sprężyna. Szkoda tak pięknej kreacji. 

- Zaryzykuję. Może nic się nie stanie. 

Byli już na parterze. Drzwi windy otworzyły się. 

- Wobec tego proszę poczekać w holu, a ja przyjdę 

ciężarówką na podjazd. 

- Dziękuję panu. 

- Proszę mówić mi Peter. Pan brzmi bardzo 

oficjalnie. Nie cierpię tego. 

- Ja też nie. Mam na imię Libby. 

- Poczekaj. Zaraz wracam. - Uśmiechnął się. 

Właśnie był w drzwiach, gdy pojawił się Martin 

Dean. Jego wzrok wędrował od Petera do Libby. 

- No proszę, co za wspaniała niespodzianka! Czy 

idziesz do Vance'a? - kiedy to mówił, Peter zniknął 

za drzwiami. 

- Nie. Jadę do domu. 

Nie miała ochoty na rozmowę z Martinem. Nie 

spodobało jej się, że zupełnie zignorował Petera. Poza 

tym, zastanawiała się, jakim może być człowiekiem, 

jeżeli bez chwili wahania decyduje się wprowadzić do 

cudzego domu. Gdyby był prawdziwym przyjacielem 

Vance'a, starałby się przekonać go, że powinien 

zrezygnować ze sprzedaży farmy. 

- A tak na marginesie, czy Vance powiedział ci, że 

w niedzielę przyjadę z Marj obejrzeć dom? 

- Tak. Wspomniał o tym. - Libby wzięła głęboki 

oddech. 

Martin zaśmiał się nerwowo, skubiąc ucho. 

- Nie możemy uwierzyć w nasze szczęście, ponie­

waż.,. 

- Przepraszam, ale czeka na mnie samochód 

background image

- przerwała mu Libby. - Niestety nie mogę rozmawiać 

dłużej. 

- Ależ oczywiście, rozumiem. Odłóżmy to na później 

- odpowiedział uprzejmie, lecz chłodno. 

- Do widzenia - rzuciła Libby i pobiegła do 

ciężarówki. Cały czas miała wrażenie, że ją obserwuje. 

- Nie jestem ulubieńcem twojego męża, Libby 

- powiedział Peter z zachmurzoną twarzą. Zapalił 

silnik, ale nie ruszał z miejsca. - Z góry ci mogę 

powiedzieć, że Martin doniesie mu, z kim odjechałaś. 

Ja się tym nie martwię, ale chcę, żebyś wiedziała. Nie 

obrażę się, jeżeli zmienisz zdanie i wysiądziesz. 

- Wiem więcej, niż myślisz - powiedziała cicho. 

- Mówił mi, że kiedyś byliście bliskimi przyjaciółmi 

i nawet mieliście zostać wspólnikami... 

- Może i rozmawialiśmy o tym, ale to było dawno 

i nieprawda. Są tacy, którym udało się... - przerwał 

na chwilę i zmienił temat. - Słuchaj, Libby, jeżeli 

zawiozę cię do warsztatu, zaczną się plotki. 

Libby odnosiła wrażenie, że Petera w jakiś sposób 

skrzywdzono. Im bardziej bał się ryzyka związanego 

z tym, że pojadą razem, tym bardziej pragnęła poznać 

go lepiej, żeby dowiedzieć się, co zaszło między nim 

i Vance'em. 

- O czyją opinię się martwisz, moją czy swoją? 

- O twoją oczywiście. Moja nie może już być 

gorsza. Na dodatek jestem głównym podejrzanym 

o spowodowanie katastrofy. Jeszcze trochę, a będę 

zupełnie skończony. Twój mąż na pewno nie pochwali 

tego, że pojechałaś ze mną, nawet jeżeli tylko do 

granicy miasta i ciężarówką przedsiębiorstwa. 

Libby usadowiła się wygodnie w fotelu. Nagle 

przypomniała sobie o neseserze. Został w gabinecie 

Vance'a. 

- Nie będę udawała, że nie wiem. o czym mówisz. 

Z drugiej strony jednak, nadal pracujesz u Vance'a. 

background image

To coś znaczy - przerwała na chwilę i po namyśle 

dodała: - Powiedział mi, że ostatnio nie układało ci 

się najlepiej. 

- To dziwne - stwierdził w zamyśleniu. Korzystając 

z przerwy w ruchu, zjechał z podjazdu na ulicę. - Czy 

już wiesz, że Nancy mnie zostawiła? 

- Tak. Przykro mi, że twoje małżeństwo się roz­

padło. 

- Mnie też niewesoło, ale nigdy jeszcze nie przy­

znałam się do tego nikomu. - Jego dłonie zacisnęły 

się na kierownicy. 

- Czy odpowiesz szczerze, jeśli cię o coś spytam? 

- rzuciła Libby. Ze zdumieniem zauważyła, że już mu 

ufa. 

- A uwierzysz mi? 

- Tak - powiedziała stanowczo. Vance mówił, że 

próbowałeś mnie poderwać tego dnia, kiedy przyje­

chałeś z Nancy do Londynu. Czy rzeczywiście? 

- O, tak. Faktycznie próbowałem - odparł, śmiejąc 

się. 

- Dlaczego ja w ogóle sobie tego nie przypominam? 

- spytała, zaskoczona jego wyznaniem. - Chyba 

zbytnio się nie narzucałeś? 

- Nawet nie zauważyłaś mojego istnienia. Byłaś 

całkowicie zajęta Vance'em. 

- Dlaczego to zrobiłeś? 

- Poznałem Vance'a już dawno temu. Nie mogłem 

zrozumieć, dlaczego się nie żeni, albo przynajmniej 

nie zwiąże na dłużej z jedną kobietą. Miał wiele 

okazji po temu. Możesz mi wierzyć. Tego wieczora 

w Londynie obserwowałem, jak wpatruje się w ciebie. 

Nigdy nie widziałem u niego takiego spojrzenia. 

I wtedy zrobiłem głupstwo. Postanowiłem ci nad­

skakiwać, żeby zobaczyć, jaka będzie jego reakcja. 

Chciałem sprawdzić swoją teorię. Powiedziałem Nancy, 

co zrobię, a ona jeszcze mnie podbechtała, bo sama 

background image

była ciekawa, co z tego wyniknie. Niestety wszystko 

obróciło się przeciwko mnie. Nigdy nie myślałem, że 

Vance mógłby tak bardzo się czymś przejąć. 

- Nie miałam o tym najmniejszego pojęcia - po­

wiedziała Libby zbulwersowana. 

- Po tym wydarzeniu Vance niby zachowywał się 

tak samo, ale nigdy mi nie wybaczył i nigdy nie 

pozwolił usprawiedliwić się. Teraz, kiedy o tym 

pomyślę, wydaje mi się, że musiałem wtedy chwilowo 

stracić rozum. Postąpiłem jak szczeniak. 

W pewnym sensie pochlebiało Libby, że już trzy lata 

temu Vance darzył ją takim uczuciem. Z drugiej strony 

mogła sobie wyobrazić, jak zabolała Petera zmiana 

w ich wzajemnych stosunkach. Z goryczą myślała 

o niedawnej scenie w biurze Vance'a. Co ma zrobić? 

- Nancy zaprosiła cię na wspólne zakupy, żeby 

zorientować się, czy ciebie też obraziłem - ciągnął 

dalej, nieświadomy rozterek, jakie ogarnęły Libby. 

- Chcieliśmy doprowadzić do zgody. Oboje z Nancy 

uważaliśmy Vance'a za bliskiego przyjaciela. Cieszyliś­

my się, że nareszcie się zakochał. Ale to, co miało być 

dobrą zabawą, skończyło się katastrofą. Z dnia na 

dzień nasza przyjaźń przestała istnieć. Wszystko się 

raptem na mnie zwaliło, zupełnie jak w czasie wypadku 

w kopalni. Czy tyle szczerości ci wystarczy? 

- Wiedziałam, że musi być jakieś wytłumaczenie 

- Libby wpatrywała się w niego. - W odpowiednim 

momencie powiem Vance'owi prawdę. 

- Nigdy tego nie wysłucha, zwłaszcza, jeśli będziesz 

stała po mojej stronie - powiedział z żalem w głosie, 

śmiejąc się cicho. 

- Peter, Vance nikogo innego nie zaprosił z Kenii 

do swojego domu w Londynie. Z pewnością zależało 

mu bardzo na tobie i Nancy. 

- Czy jeszcze nie rozumiesz? - westchnął. - Flirt 

z tobą przyjął jako policzek. Zawiodłem jego zaufanie. 

background image

- Ale powinien był pozwolić ci się wytłumaczyć 

- upierała się Libby. - Gdybym nie była tak zaślepiona, 

sama bym coś zrobiła, żeby wszystko zatuszować, 

Pamiętaj, Peter, że on nie zrezygnował zupełnie z waszej 

przyjaźni. W innym przypadku nie pracowałbyś już 

w jego przedsiębiorstwie. 

- Teraz chyba żałuje. Słucha Martina, a ten ostrzegł 

go, że ja... przerwał na chwilę. - Mówię za dużo. 

Gdzie jest ten warsztat? 

Libby wytłumaczyła mu, jak ma jechać. Na 

miejscu okazało się, że naprawa nie jest jeszcze 

skończona. Miała zgłosić się po jeepa dopiero za 

jakąś godzinę. 

- Nie zostawię cię tu samej - uparł się Peter. - Ty 

jesteś głodna, a ja też kiedyś w końcu muszę coś zjeść. 

W hotelu możemy spokojnie poczekać przy obiedzie. 

- Nie chcę ci sprawiać jeszcze większego kłopotu. 

- I tak poszedłbym coś zjeść. Poza tym Vance 

miałby wspaniały powód, żeby się wściec, gdybym 

zostawił cię samą. W podobnej sytuacji oczekiwałbym, 

że zajmie się Nancy. 

Miał rację, więc nie upierała się dłużej. Pojechali 

do pobliskiego hotelu Hiltona. Spędzili przyjemną 

godzinę, jedząc pieczonego łososia, szparagi i młode 

kartofle w winie. 

Libby, zafascynowana, słuchała opowieści Petera 

o czasach uniwersyteckich, kiedy to poznali się 

z Vance'em. Im dłużej mówił, tym wyraźniej widziała, 

jak wielką stratą dla nich obu był koniec przyjaźni. 

Starała się przypomnieć sobie ten wieczór w domu 

Ansonów. Gdyby Peter zachowywał się nazbyt śmiało 

i prowokująco, z pewnością miałaby jakieś przykre 

wspomnienia. Tak jednak nie było. 

W czasie deseru słuchała go tylko jednym uchem, 

myśląc o Vance'ie i jego uporze, z jakim dążył do 

rozwodu. Po chwili skupiła się na tym, co mówi Peter. 

background image

- Straciliście z Nancy dziecko? ! - powtórzyła 

z niedowierzaniem i słuchała szczegółów. 

- Słuchaj, Libby, nie miałem zamiaru zanudzać cię 

na śmierć swoimi sprawami - wybuchnął niespodzie­

wanie, rzucając serwetkę na stół. 

- Ależ skąd, nie zanudzasz mnie - zapewniła go 

pośpiesznie. - Jak wy to przeżyliście?! Bardzo wam 

współczuję. 

- Wy z Vance'em też przechodzicie teraz trudny 

okres. On to świetnie ukrywa, ale strata wzroku 

zmieniła jego życie w piekło. Przepraszam - dodał ze 

smutkiem, widząc, że Libby z trudem powstrzymuje 

łzy. - Nie powinienem był o tym mówić. 

- Wprost przeciwnie, cieszę się z naszej rozmowy 

- zapewniła go Libby. - To, co powiedziałeś, przeko­

nało mnie, że nie masz nic wspólnego z obecnymi 

kłopotami w przedsiębiorstwie. Wspomniałeś coś 

o swoich podejrzeniach. 

- Zgadza się, ale dopóki nie będę całkowicie 

pewien, nie pójdę z tą sprawą do Vance'a. Zresztą 

wątpię, czy znalazłby dla mnie czas. To jednak 

nie powód do zmartwienia dla ciebie, Libby. Cho­

dźmy. 

W czasie krótkiej jazdy do warsztatu Libby siedziała 

z głową opartą o szybę samochodu. Czuła się 

całkowicie rozbita. Myślała o problemach Petera 

i swoich własnych, związanych z żądaniem Vance'a, 

żeby zniknęła z jego domu i z jego życia. 

- No, zajechaliśmy. Jeep jest gotowy. 

- Dziękuję za wszystko, Peter. Chyba sama opat­

rzność zrządziła, że się spotkaliśmy w biurze. 

- Jestem ci wdzięczny, że mnie wysłuchałaś - nie­

spodziewanie na jego ustach pojawił się nieśmiały 

uśmiech. - To rzadka zaleta. 

- Zawsze cię wysłucham. 

- Wiem, że to nie pusta obietnica. 

background image

- Mam zamiar porozmawiać z Vance'em. - Libby 

wyskoczyła z ciężarówki i uśmiechnęła się do niego. 

Kiwnął głową, pomachał jej ręką na pożegnanie 

i odjechał. Libby szybko zapłaciła rachunek. Nie 

zwlekając ruszyła w powrotną drogę na farmę. Do 

zmroku pozostało niewiele czasu. 

Gdy skręciła w boczą, bitą drogę, poczuła zapach 

gajów pomarańczowych. Jak Vanće mógł w ogóle 

myśleć o sprzedaży farmy? Ciężko będzie jej stąd 

wyjeżdżać. To był ich dom. Po wczorajszej, pięknej 

nocy, nie mogła nawet pomyśleć o rozwodzie. Czy 

gdyby się wczoraj nie kochali, również poprosiłby ją 

o rozwód? Mieli przecież tworzyć wspólny front 

teraz, kiedy miał takie kłopoty. Przestała cokolwiek 

rozumieć... 

- A ty gdzie byłaś? 

To Vance niespodziewanie otworzył drzwi, właśnie 

gdy sięgała do klamki. Cofnęła się, osłupiała z za­

skoczenia. Czekał na nią. Martin musiał mu powie­

dzieć, że odjechała z Peterem. Miał tak dziwny wyraz 

twarzy... Poczuła się niepewnie. 

- Czekałam w warsztacie w Nairobi na jeepa, 

który się popsuł. - Chciała go wyminąć, ale chwycił 

jej rękę i mocno przytrzymał. Zanim zdążyła się 

zorientować, stała oparta o drzwi, a Vance tak ją 

trzymał, że była zupełnie unieruchomiona. 

- I cały czas byłaś sama? - pochylił głowę tak, że 

czuła zapach jego wody po goleniu. W kąciku jego 

zaciśniętych ust nieznacznie drżał napięty mięsień. 

Doznania zeszłej nocy były tak silne, że jeszcze teraz 

przechodził ją dreszcz na samo ich wspomnienie. 

- Martin Dean nie tracił czasu, prawda? Peter miał 

rację. - wiedziała, że samo brzmienie tego imienia 

wywoła wściekłość Vance'a, ale nie przejmowała się 

tym. Sytuacja i tak nie mogła już być gorsza. 

- Dowody przeciwko Peterowi stają się coraz 

background image

poważniejsze. Czy wiesz, że nie ma alibi na ten 

wieczór, kiedy w domu wybuchł pożar. Czy nie 

widzisz, jakim niebezpieczeństwem grozi przebywanie 

w jego towarzystwie w obecnej sytuacji? Powiedziałem 

ci wczoraj w czasie przyjęcia, że mu nie ufam. Martin 

przyszedł do mnie z wiadomością, że odjechałaś 

z Peterem, ponieważ martwił się o ciebie i miał po 

temu powody. - Jego usta wykrzywiły się w złości. 

- I to ma być kochająca, oddana, rozsądna żona? 

- Z dużą beztroską traktujesz swoje bezpieczeństwo, 

Libby - powiedział, opierając dłonie na biodrach. 

- Jeżeli nadal masz na myśli Petera, to powinieneś 

wiedzieć, jak doszło do tego, że pojechaliśmy razem. 

Stał przy windzie, gdy wyszłam z twojego gabinetu. 

Powiedział, że jedzie do kopalni. Spytałam więc, czy 

może mnie podwieźć do warsztatu. Powiedział mi, że 

ci się to nie spodoba, a ludzie zaczną plotkować. Jeśli 

chcesz znać prawdę, musiałam go namawiać, żeby 

mnie zabrał. 

- Czy nie widzisz, że jemu w to graj? To ty go 

przekonywałaś. Zaryzykował wiedząc, że mi się to nie 

podoba. On nie ma sumienia. Bardziej niż kiedykol­

wiek chciałbym, żebyś wyjechała z Nairobi i wróciła 

do Anglii, gdzie będziesz bezpieczna. Jeżeli po­

trzebowałaś pomocy w sprawie samochodu, powinnaś 

była mi o tym powiedzieć. 

- Kiedy opuściłam twój gabinet, nie w głowie mi 

był jeep - tłumaczyła cichym głosem. - Peter myślał, 

że jestem chora. Był bardzo uprzejmy i nie zauważyłam, 

by kierowały nim jakieś ukryte motywy. 

- Wstawiasz się za nim? - twarz mu spochmurniała. 

- Wytłumaczył mi, co się stało w twoim domu 

w Anglii trzy lata temu. Wydaje mi się, że powinieneś 

coś wiedzieć. 

- Czy usiłujesz mi wmówić, że Peter nie zrobił 

wszystkiego, co było w jego mocy, żeby cię poderwać 

background image

tego wieczoru. Byłem tam. Widziałem wszystko. 

- W jego oczach pojawiły się groźne błyski. - Nigdy 

nie myślałem, że mógłbym się tak bardzo pomylić 

w ocenie człowieka. 

- Tak, wszystko widziałeś. Nie wiesz jednak, 

dlaczego tak się zachował. 

- O czym mówisz? 

- Zrobił to dla kawału. Nancy znała jego plan 

- opowiadała z ożywieniem. - Zaczęli się zastanawiać, 

czy jesteśmy zakochani. Peter twierdził, że zna cię 

lepiej niż inni i dziwił się, że mogło ci się to przydarzyć. 

Postanowił wystawić cię na próbę. 

Vance zamknął oczy, ale widziała, że nareszcie 

zaczął jej słuchać. 

- Kłopoty zaczęły się, gdy jego podejrzenia okazały 

się prawdziwe. Zaspokoił swoją ciekawość i jedno­

cześnie stracił twój szacunek i przyjaźń. Czy naprawdę 

nie rozumiesz? To dlatego Nancy zabrała mnie na 

zakupy. Chciała wszystko wytłumaczyć. Kiedy jednak 

zdała sobie sprawę z tego, że niczego nie zauważyłam, 

zrezygnowała. 

- Złapałaś się na haczyk. 

- Ależ jesteś w błędzie! - protestowała, zupełnie 

załamana. - Spytałam go o ten wieczór. Inaczej nigdy 

nie zacząłby na ten temat mówić. Dlaczego nie 

pozwoliłeś mu wytłumaczyć, co się stało? Zraniłeś 

i jego, i siebie, nie wyjaśniając tej sprawy. Obawiam 

się, że można mu zarzucić jedynie to, że zdecydował 

się na głupi dowcip, który i tak obrócił się przeciw 

niemu. Na dodatek zwichnęło mu to karierę, a jego 

małżeństwo rozpadło się. 

- Byłabyś świetnym adwokatem. - Vance nawet 

nie poruszył się. - Moje gratulacje. Twoja obrona tej 

nieskalanej niewinności jest wręcz błyskotliwa, godna 

mistrza. Zdobył w tobie idealnego rzecznika, moja 

droga żono. 

background image

- Potrzebuje kogoś, kto go wysłucha. - Odgarnęła 

włosy z czoła. - To oczywiste, że nie mógł zwrócić się 

do ciebie. 

- Żona Martina mogłaby cię nieco oświecić w kwes­

tii wielkiej szlachetności Petera Frommsa. Nie musisz 

wierzyć mi na słowo. 

- Jeżeli chcesz wiedzieć, Peter nadal kocha swoją 

żonę. On cierpi, Vance. Przy obiedzie prawie cały 

czas wspominał swoje małżeństwo i... 

- Przy obiedzie? 

- Tak. Zjedliśmy razem obiad, czekając na naprawę 

jeepa. Nie zgodził się, bym została sama. W czasie 

rozmowy powiedział mi o dziecku, które stracili i... 

- O dziecku? - przerwał jej, z roztargnieniem, 

pocierając dłonią kark. - O jakim dziecku? 

- Nancy poroniła w szóstym miesiącu. Peter 

powiedział, że całkowicie ich to załamało. 

- I kiedy to niby miało się wydarzyć? - spytał po 

chwili milczenia. 

- Dokładnej daty nie znam. - Libby skrzyżowała 

ramiona na piersi. Przypomniał jej się smutek w oczach 

Petera. - O ile dobrze zrozumiałam to dwa lata temu, 

ale mogę się mylić. Szczerze mówiąc, dziwię się, że 

zdecydował się nadal u ciebie pracować. W tej chwili 

sprawdza swoje podejrzenia, co do przyczyn katastrofy 

w kopalni. 

- Przeciągnął cię na swoją stronę. - Mówiąc to, 

Vance aż pochylił się nad nią. - On coś od ciebie 

chce, Libby. Zapamiętaj moje słowa. Nie zdziwiłbym 

się, gdyby tu wpadł w drodze powrotnej z kopalni,niby 

sprawdzić, czy jesteś bezpieczna. Każdy pretekst 

wystarczy, żeby dobrać się do mnie. 

- Czy ty w ogóle nie słuchasz, co się do ciebie 

mówi? Przecież on przyznaje, że zrobił olbrzymi błąd. 

Czy nie zasługuje na większą przychylność. Pomyśl, 

Vance, był twoim najlepszym przyjacielem. 

background image

- Był. Użyłaś właściwego słowa. 

Libby przymknęła oczy, zrozpaczona jego uporem. 

Już miała odpowiedzieć, ale powstrzymało ją pukanie 

do drzwi wejściowych. Vance zaśmiał się cierpko. 

- I co ci mówiłem? Mój najlepszy przyjaciel nawet 

nie dojechał do kopalni i już zawrócił. Dlaczego nie? 

Wie, że spotka go życzliwe przyjęcie. - Nie panując 

nad gniewem, rzucił się do drzwi i otworzył je na 

oścież. - Czego chcesz, Fromms? 

- To ja, James. - W drzwiach stał wysoki i chudy 

zarządca farmy, z kapeluszem w dłoniach. - Przep­

raszam, że przeszkadzam, ale Diablo ma opuchniętą 

nogę, o czym zapewne chciałby pan wiedzieć. Poza 

tym dostał gorączki. 

- Przepraszam za ten wybuch, James. - Vance 

wydawał się niczym nieporuszony. Jedynie rumieniec 

na jego twarzy zdradzał, że przejął się swoją pomyłką. 

- Zaraz przyjdę do stajni. 

Zarządca skinął głową. Zauważywszy obecność 

Libby, ukłonił się jej i odszedł. 

- Wieczór jest jeszcze wczesny - Vance dodał 

ostrym głosem. - W żadnym wypadku nie uważam 

tej rozmowy za skończoną. 

Wymaszerował z domu, a Libby zdecydowała. 

że pojedzie do Nairobi, nim Vance wróci. Bała się. 

że mąż nie spocznie, póki osobiście nie odprowadzi 

jej na lotnisko i osobiście nie zapnie pasa bezpieczeń­

stwa. 

Z mocnym postanowieniem wyjazdu, poszła do 

sypialni. Wrzuciła do walizki trochę ubrań, by mieć 

w czym chodzić przez następny tydzień, póki nie 

opracuje dalszego planu działania. Po raz drugi tego 

dnia uruchomiła jeepa i skierowała się do Nairobi. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- No, nareszcie. Czekam już od ładnych paru 

godzin. 

Vance zdawał się wypełniać sobą cały pokój. Nie 

zdziwiła się, że go zastała u siebie. Przygotowała się 

na najgorsze. 

- Mogłaś mieć na tyle przyzwoitości, żeby powie­

dzieć mi wczoraj o zamiarze wyjazdu. - Był wściekły, 

ale starał się panować nad sobą. 

- Nie widziałam potrzeby. Już wcześniej ostrzegłam 

cię, że zatrzymam się w hotelu. Szczerze mówiąc 

uznałam, że najlepiej zrobię wyjeżdżając natychmiast. 

Dzięki temu dzisiaj rano nie było żadnej awantury 

w obecności Charlesa. 

Twarz Vance'a wyglądała jak wykuta w skale. Nie 

drgnął w niej ani jeden mięsień. W szarym garniturze 

z kamizelką, wyglądał bardziej imponująco niż zwykle. 

- Gdzie byłaś przez cały dzień? Dyrektor hotelu 

powiedział mi, że wyszłaś przed ósmą. 

- Chciałam zwiedzić Nairobi - powiedziała, czując 

jak serce zabiło jej mocniej. Czyżby martwił się o nią? 

- Sama? - zacisnął usta. 

- Z wycieczką. Chciałam to zrobić od momentu, 

kiedy znalazłam się w Kenii. 

- Nie zdążyłaś na dzisiejszy lot, ale zarezerwowałem 

ci miejsce na jutro. - Sięgnął do kieszeni i wyjął 

znienawidzony bilet lotniczy. Żyły pulsowały mu na 

skroniach. - Tym razem musisz polecieć. Charles cię 

odprowadzi i pomoże nieść bagaże. Przy okazji omówi 

z tobą kwestie związane z rozwodem. 

125 

background image

- Nie będzie mnie tutaj! - wyrwała bilet z jego ręki 

i wepchnęła mu w kieszeń marynarki. - Zatrzymaj to. 

Nie jest mi potrzebny. 

- Jeżeli nie polecisz do Anglii, będziesz całkowicie 

zdana na własne siły! - kipiał z wściekłości. 

- Jestem dorosłą kobietą, Vance. Na dodatek 

mężatką. 

- Nairobi to nie miejsce dla pięknej, samotnej 

kobiety. Nie znasz miasta. Będziesz na łasce innych. 

- To moja sprawa. 

- To nie Londyn, Libby - mówił podejrzanie cichym 

głosem. 

- Na liście słuchaczy uniwersytetu jest wiele samo­

tnych ludzi, którzy uczęszczają na zajęcia i wynajmują 

mieszkania w bliskim sąsiedztwie. Radzą sobie zupełnie 

nieźle w tym olbrzymim, strasznym mieście. 

- Mam nadzieję, że nie mówisz tego poważnie. 

Niespodziewane pukanie do drzwi przerwało mu 

w pół zdania. Libby rzuciła się, żeby otworzyć, 

szczęśliwa, że być może udało jej się uniknąć dalszego 

ciągu rozmowy. 

- Charles! Wejdź proszę - krzyknęła radośnie 

i pocałowała go w policzek. Wpadł do pokoju z teczką 

w ręku i marynarką przewieszoną przez ramię. 

- Wspaniale! Oboje tu jesteście. - Uśmiechnął się 

porozumiewawczo do Libby, a Vance'a poklepał po 

ramieniu. Libby odebrała od niego teczkę i marynarkę. 

Położyła je na łóżku. - Mam kilka nowinek, ale jeżeli 

wam przerwałem, przyjdę później. 

- Nie, skąd. Siadaj. Czekałam na to, żebyś się ze 

mną skontaktował. - Libby zapewniała go gorączkowo. 

- Zamówię obiad do pokoju. Zjemy i porozmiawiamy. 

Idź do łazienki, jeśli chcesz się odświeżyć, a ja się 

wszystkim zajmę. 

- Dziękuję, kochanie - Charles wyszedł z pokoju, 

a Libby sięgnęła po telefon, żeby złożyć zamówienie. 

background image

Kątem oka obserwowała Vance'a, który wyciągnętą 

przed siebie ręką szukał krzesła. 

- Zostawiłaś wczoraj walizkę w moim biurze. 

Przywiozłem ją tu i włożyłem do szafy. Ponieważ nie 

chcesz opuścić Nairobi, zastanawiam się, po co ją 

spakowałaś. 

- Wybrałam się do twojego biura z myślą o tym, 

że pójdziemy na obiad do hotelu, potańczymy, 

porozmawiamy, może zatrzymamy się na noc... 

- mówiła coraz ciszej. 

Nim Vance zdążył odpowiedzieć, w pokoju pojawił 

się Charles i przywołał ich do siebie. Z podwiniętymi 

rękawami wyglądał niemal bojowo. Wyraz twarzy 

Vance'a wskazywał na to, że nie spodziewał się usłyszeć 

od niej takiego wyjaśnienia. Nawet nie domyślał się, 

jak mocno przeżyła scenę w jego gabinecie. 

- Czy powiedziałeś Libby, co odkryliśmy? - słowa 

Charlesa przerwały jej rozmyślania. 

- Nie. Jeszcze nie - odpowiedział Vance po dłuższej 

chwili milczenia. 

Charles pytająco uniósł brwi, wpatrując się w Libby. 

- Czy udało ci się przesłuchać taśmę Mc Phersona? 

- Spytał Charlesa Vance. 

- Zrobiłem jeszcze więcej. Przekazałem ją dzisiaj 

komisji dochodzeniowej. Dlatego zjawiłem się tu tak 

późno - tłumaczył. Jego szare oczy błyszczały z prze­

jęcia, gdy usiadł naprzeciwko Libby. - Wszystko się 

już wyjaśniło, głównie dzięki tobie, Libby. Kłopoty 

Vance'a wkrótce się skończą. 

- A co ja takiego zrobiłam? - Libby zaskoczona 

pochyliła się do przodu na krześle. Jeszcze nie mogła 

uwierzyć w to, co mówił. 

- Powiedz jej, Vance. W końcu, gdybyś nie wyko­

rzystał informacji, które przekazała ci Libby, minęłoby 

zapewne jeszcze parę tygodni, nim wiedzielibyśmy to, 

co wiemy teraz. 

background image

Vance siedział zachmurzony i Libby zrozumiała, że 

nie cieszy go wcale pomysł wyjaśnienia jej czegokol­

wiek. Myślała, że w sytuacji, w jakiej się znajdował, 

powinien skakać z radości, wiedząc, że można mieć 

nadzieję na pomyślne zakończenie kłopotów. 

- Pewnie pamiętasz tę wczorajszą rozmowę o From-

msie. - Zaczął w końcu. - Powiedziałaś mi, że jego 

żona poroniła. Wspomniałaś, że stało się to dwa lata 

temu i wtedy coś mi się przypomniało. Zadzwoniłem 

do Nancy do Perth. 

Libby opuściła głowę i w napięciu czekała na 

dalszy ciąg jego opowieści. 

- Miałaś rację co do Petera. Dowiedziałem się też, 

dlaczego Nancy go zostawiła. Pokłócili się o Martina 

Deana, który usiłował go szantażować. Wszystko to 

i utrata dziecka sprawiło, że Nancy zdecydowała się 

wyjechać z Nairobi, by na spokojnie przemyśleć 

swoje sprawy. 

- Szantaż? - oczy Libby zrobiły się okrągłe ze 

zdumienia. - Martin szantażował Petera? 

- Zasady, które panują w moim przedsiębiorstwie 

są dość surowe, Libby. - Vance powoli przejechał 

dłonią po włosach, jakby obawiał się wyznać całą 

prawdę. - Ani kropli alkoholu w czasie pracy. Nie 

uznaję żadnych okoliczności łagodzących. Pewnego 

wieczoru dwa lata temu, Peter wypił nieco, gdy 

dowiedział się, że Nancy poroniła. Nie był wtedy 

w pracy, ale traf chciał, że coś niespodziewanego 

wydarzyło się w kopalni. Został natychmiast wezwany 

jako główny inżynier. Ja akurat byłem w Londynie.. 

Vance cały czas przechadzał się nerwowo po pokoju 

- Mimo swoich przeżyć, Peter stawił się bezzwłocz­

nie. W biurze przedsiębiorstwa zaskoczył o północ> 

Martina Deana. Martin przeglądał plany, które gc 

w ogóle nie powinny interesować. Były to plam 

kopalni Naivasha. Nikt oprócz mnie i Petera nie miai 

background image

dostępu do tych dokumentów. Kiedy Peter go przyła­

pał, Martin zagroził mu że powie, w jakim stanie 

przyszedł do pracy. Wiedział, że za to wyrzucę Petera, 

a przynajmniej myślał, że to zrobię. 

Już teraz dla Libby wszystko stało się jasne. 

- Nie ma co się bawić w długie wyjaśnienia - Vance 

ciągnął dalej. - Peter nie złożył skargi na Martina, ale 

opowiedział o całym wydarzeniu Nancy. Ona błagała 

go, by poszedł z tym do mnie. 

- A on tego nie zrobił? - spytała Libby. 

- Nie. Za bardzo się bał - przyznał Vance. Oboje 

z Libby dobrze wiedzieli dlaczego. - Nie powiedział 

mi też, że Martin odesłał go tej nocy, gdy ktoś 

podpalił farmę. 

- To okropne. 

- Racja. - Vance zgodził się. - Potem Martin 

zaczął dawać wszystkim do zrozumienia, że Peter 

pije. Plotka rozeszła się błyskawicznie. 

- W rzeczywistości on pije rzadko - wtrąciła Libby. 

- Wczoraj do obiadu nie zamówił ani wina, ani piwa. 

- Nancy widziała, co się święci, i prosiła Petera, 

zęby wszystko wyjaśnił, lecz on odmawiał. - Vance 

odepchnął się razem z krzesłem od stołu. Widać było, 

ze mówienie o tych sprawach przychodzi mu z tru­

dem. - Uważał, że jeśli będzie obserwował Martina 

przez cały czas, to w końcu złapie go na gorącym 

jczynku. 

- Biedny Peter - westchnęła ze współczuciem. 

- Martin powiedział mi, że Peter robił awanse jego 

:onie i ja, jak głupi, uwierzyłem. 

- A wszystko zaczęło się od twoich podejrzeń, że 

;hce mnie poderwać. - Powiedziała powoli. - Okro-

rność. 

- Potem mianowałem Martina głównym inżynierem, 

i Petera przesunąłem na niższe stanowisko. Chciałem, 

*>• nienaganną pracą ponownie zasłużył na lepszą 

background image

pozycję. W cichości ducha myślałem, że nigdy mu się 

to nie uda. Nancy była już wtedy po prostu wściekła 

na niego, bo w ogóle się nie bronił. Zagroziła odejściem, 

chcąc zmusić go do działania. Peter trwał w swoim 

uporze. Miał nadzieję, że prawda w końcu wyjdzie na 

jaw - głos Vance'a zadrżał, choć ze wszystkich sił 

starał się ukryć swoje uczucia. 

- I wyszła! - Libby wykrzyknęła triumfalnie. 

- Ale jakim kosztem? - Vance obrócił głowę w jej 

stronę. 

- Peter pewnie załamał się do tego stopnia, że 

uznał, iż Nancy będzie lepiej bez niego - zastanawiała 

się Libby. 

- Takie też są przypuszczenia Nancy. Masz intuicję. 

Libby. 

- To nie intuicja - Libby zaśmiała się ze smutkiem. 

- Z moich obserwacji wynika, że ludzie są skłonni 

poddawać się w trudnych sytuacjach. 

Oczy Libby i Charlesa spotkały się. Był niemym 

świadkiem jej rozmowy z Vance'm. Ciszę przerwało 

głośne pukanie do drzwi. Vance znalazł się przy nich. 

nim Libby zdążyła podnieść się z krzesła. To kelner 

przyniósł obiad. Obserwowała, jak Vance daje mu 

napiwek i po jego wyjściu zamyka drzwi. Zachowywał 

się prawie tak, jak każdy widzący człowiek. Pomyślała, 

że już nauczył się żyć w swoim świecie ciemności. 

Gdyby jeszcze tylko ustąpiły bóle głowy... 

- Wszystko wygląda wspaniale - mruczał Charles, 

nalewając wino do kieliszków o smukłych nóżkach 

- Najważniejsze jest to, że Nancy pozwoliła Vance'owi 

nagrać ich rozmowę. Przyleci też do Nairobi, żeb> 

pod przysięgą złożyć zeznania przed komisją do­

chodzeniową. 

- To świetna wiadomość. Czy Peter wie o wszyst­

kim? 

- Wie - powiedział Vance cicho. - Spędzliśmy całą 

background image

noc na rozmowie. Pogodziliśmy się. Powinienem być 

ci wdzięczny za to i jeszcze o wiele więcej. Okazało 

się, że Martin nienawidził mnie już od paru lat. 

Wstawiłaś się za Peterem, i dlatego przeanalizowałem 

dokładnie jego zachowanie. Nareszcie uświadomiłem 

sobie, jak bardzo jest zawistny. 

- Tak się cieszę! - oczy Libby napełniły się łzami. 

- Peter darzy cię wielką sympatią. Jest wspaniałym 

człowiekiem. 

- Zgadzam się. Dzięki Bogu trzymałaś jego stronę 

- zapewnił ją gorąco, z wdzięcznością, którą okazywał 

tak rzadko. Rzadko od momentu, gdy utracił wzrok, 

poprawiła się w myślach. 

- Dzięki zeznaniom Nancy i Petera wiem, które 

oświadczenia pracowników budzą podejrzenia. To 

i pewne komentarze, które usłyszałem w czasie 

przyjęcia, naprowadziły mnie na właściwy trop, 

a wiedzie on prosto do jednego człowieka. 

- Martina - powiedziała Libby cichym głosem. 

- Przede wszystkim do niego - przyznał Vance. 

- Ale również do Ralphsa, Fogarty'ego i paru innych. 

Będę miał olbrzymią satysfakcję, gdy w końcu zostaną 

zdemaskowani. Wszyscy oni złożyli zeznania, zanim 

wyszedłem ze szpitala. W tej chwili widać wyraźnie, 

że pełno w nich luk i nieścisłości. 

- Musisz być teraz najszczęśliwszym człowiekiem 

na świecie, Vance. Powiedz, chyba nie zamierzałeś 

tak naprawdę sprzedać Martinowi farmy? - Libby na 

moment zapomniała o wrogości między nimi i położyła 

dłoń na Vance'a ręku. Łzy płynęły jej po policzkach. 

Nie zwracała na nie uwagi, mimo obecności Charlesa. 

- Nadal zamierzam to zrobić - powiedział Vance, 

cofając rękę pod pozorem, że zamierza napić się 

wina. - Teraz, kiedy jestem niewidomy, posiadanie 

farmy nie ma sensu. Nie mogę na niej pracować, 

a nawet korzystać z jej uroków tak, jak dawniej. Na 

background image

razie podtrzymuję ofertę, którą przedstawiłem Mar­

tinowi. Gdybym się wycofał, nabrałby podejrzeń. 

Kiedy on i inni zostaną wezwani na przesłuchanie 

i w efekcie oskarżeni o spowodowanie katastrofy, 

ponownie ogłoszę, że farma jest na sprzedaż. Przez 

tak długi czas darzyłem go zaufaniem. Wytrzymam 

jeszcze trochę, póki sprawa nie zostanie zamknięta. 

- Czy macie bezsporne dowody jego winy? - spytała. 

Usiłowała ukryć smutek, który ją raptem ogarnął, 

gdy słuchała słów Vance'a, twardych, a zarazem 

zaprawionych goryczą. 

- Mamy. - Odparł Charles, patrząc na nią ze 

współczuciem. - Brygadzista Mc Pherson pracował 

tego wieczora, gdy Peter był rzekomo pijany na 

dyżurze. Widział Martina i Ralphsa wchodzących 

do biura bez zezwolenia. I nie zrobili tego po 

raz pierwszy. Martin groził, że jego rodzinie przytrafi 

się nieszczęście, jeśli komukolwiek o tym powie. 

Mc Pherson widział też, że Martin był w kopalni 

Naivasha tuż przed katastrofą. Nie mówił nic ze 

strachu przed zemstą. Wczoraj wieczorem Peter 

pojechał do kopalni i przekonał Mc Phersona, 

by powiedział prawdę. Wszystko jest nagrane na 

taśmie. Mamy go, kochanie. 

- Martin usunął podpory na moment przed od­

paleniem ładunków. - Vance poruszył się niespokojnie. 

- Liczył na to, że cała wina spadnie na Petera. 

- Popełnił jednak o jeden błąd za dużo - dodał 

Charles. - Jeżeli sobie przypominasz, pojechałem 

z kilkoma gośćmi do jego domu pod koniec waszego 

przyjęcia. Już wtedy był mocno na gazie. Pozwolił sobie 

na jeszcze kilka drinków u siebie i zaczął mówić 

o Frommsie. Nie powiedział nic dobrego. Mógłby mnie 

nabrać gdyby nie to, że koncentrował się jedynie na 

jego wadach i słabości do kobiet. Kiedy w tym kontekście 

padło twoje imię, droga Libby, wiedziałem, że kłamie. 

background image

- Powinienem się tego domyślać - Vance robił 

sobie wyrzuty. - Byłem potwornym głupcem. 

Libby i Charles wymienili spojrzenia. Zrozumieli 

się bez słów. Błędna ocena zachowania Petera w Lon­

dynie przyczyniła się pośrednio do kłopotów Vance'a 

z kopalnią. 

- Muszę się przyznać, Vance, że gdybym była 

świadkiem tego. jak Nancy cię kokietuje, wsypałabym 

truciznę do jej martini. 

Charles roześmiał się serdecznie i tym samym 

rozładował pełną napięcia atmosferę. Vance skrzywił 

się, w zamyśleniu pocierając czoło. 

- Wiecie - zaczęła Libby - gdy po raz pierwszy 

spotkałam Martina, pomyślałam, że zachowuje się 

dość dziwnie. Wpatrywał się we mnie i Vance'a. 

Doszłam do wniosku, iż był dotknięty, że Vance nie 

powiedział mu o ślubie. Teraz, kiedy znamy prawdę, 

uważam, że po prostu wynikało to z zapiekłej zazdrości 

nie tylko o twoje osiągnięcia zawodowe. On sam 

nigdy nie wzbudzał tyle szacunku i miłości u innych. 

Nigdy nie mógłby z tobą współzawodniczyć. Twoja 

ślepota w niczym nie zmieniła nastawienia pracow­

ników, kolegów., no i żony. Wydaje mi się, że to nim 

wstrząsnęło do głębi. 

- Nie mógłbym znaleźć lepszego wyjaśnienia - Char­

les sięgnął przez stół i mocno chwycił ją za rękę. 

- To zawiść sprawiła, że on i inni, którym ufałem, 

popełnili zbrodnię i będą musieli drogo za to zapłacić 

- stanowczość w jego głosie sprawiła, że Libby aż 

zadrżała. 

- Słusznie - potwierdził Charles, wstając od stołu, 

by rozprostować nogi. - Dla bezpieczeństwa, po­

prosiłem komisję o obserwację podejrzanych do czasu 

przesłuchania. Jeżeli popełnią jeden błąd, już po nich. 

Wziął z łóżka swoją marynarkę i teczkę. 

- Wybaczcie, ale muszę wrócić do mieszkania 

background image

i zadzwonić do Marion. Nareszcie mogę jej przekazać 

dobre wiadomości. Ty jesteś oczyszczony ze wszelkich 

zarzutów, a ja niedługo wrócę do domu. Wszystko 

dobre, co się dobrze kończy. - Poklepał Vance'a po 

ramieniu. - Miałeś okropne przeżycia, ale najgorsze 

już minęło. 

- Odprowadzę cię. - Libby wstała od stołu i poszła 

z nim w stronę drzwi. Vance siedział, czekając by 

znów ją zaatakować. 

- Do zobaczenia rano - wymruczał jSharles. - Bądź 

gotowa na siódmą. 

Pocałował Libby w policzek i oddalił się zdecydo­

wanym krokiem. Uświadomiła sobie, że Charles, 

kierując się lojalnością, wypełni wszystkie polecenia 

Vance'a. Zamknęła za nim drzwi. Pomyślała, że 

uniemożliwi ich zamiary, jeżeli nie pojawi się rano na 

lotnisku. Vance nie będzie miał wtedy do Charlesa 

pretensji. Obróciła się, by stanąć twarzą w twarz 

z mężem. Sytuacja wymagała zmiany taktyki. 

- Poszedł. 

- Tak. Jak sama słyszałaś, twoja obecność u mojego 

boku nie jest już dłużej konieczna. Rozwodzę się 

z tobą, Libby. Jeżeli spróbujesz mi się przeciwstawić, 

będziesz tego gorzko żałować. 

- Nie przeciwstawiam się. - Odetchnęła głęboko. 

- Dam ci rozwód. Zgodzę się na wszystko. 

Ani jeden mięsień nie drgnął w twarzy Vance'a. 

Jedynie fakt, że nagle zbladł, świadczył o tym, jak 

bardzo zaskoczyły go te słowa. 

- Czy mówisz poważnie? - spytał chrapliwym 

głosem. 

- Nie proś tylko, bym ci oddała pierścionek 

zaręczynowy. Będzie mi zawsze przypominał wieczór, 

kiedy mi się oświadczyłeś. Takie szczęście zdarza się 

tylko raz w życiu. 

Libby podeszła do niego, zdjęła obrączkę i wcisnęła 

background image

ją do ręki Vance'a. Spojrzała na jego twarz. Była 

zupełnie bez wyrazu. Jego dłoń szybko zamknęła się na 

obrączce, którą od razu wrzucił do kieszonki. Ten jeden 

ruch pozbawił ją resztek nadziei na to, że Vance ustąpi 

i pozwoli jej zostać. Czuła się przybita jego postawą. 

- Co zrobisz, Libby? - spytał w końcu, przerywając 

długą, bolesną chwilę ciszy. 

- To już nie powinno cię interesować. Kupiłeś mi 

bilet lotniczy i tym samym wszystko się skończyło. 

Resztą już zajmie się Charles, o ile się nie mylę. 

- Spostrzegła, że kurczowo chwycił ręką krawędź 

stołu. - Jeżeli w wyniku wspólnie spędzonej nocy 

urodzi się dziecko, chcesz o tym wiedzieć, czy nie? 

- Libby! 

Odetchnęła głęboko zadowolona, że jednak jego 

opanowanie było pozorne. 

- Jak sam powiedziałeś, to na razie tylko możliwość. 

Chcę omówić każdą ewentualność, bo widzimy się po 

raz ostatni. 

Vance wstał powoli i sięgnął po swoją kamizelkę 

i marynarkę. Ruszał się tak, jakby w jednej chwili 

przybyło mu trzydzieści lat. 

- Jeżeli urodzi się dziecko, skontaktuj się z Char-

lesem. Zdeponuję w banku specjalny fundusz. 

- A jeżeli powtórnie wyjdę za mąż, czy chcesz, by 

dziecko zachowało twoje nazwisko, czy też jest ci to 

zupełnie obojętne? - spytała, zbierając całą odwagę. 

- Wielu mężczyzn pragnie zaadoptować dziecko, które 

mają wychowywać. 

- Skąd wzięła się u ciebie ta obsesyjna myśl 

o dziecku, które nawet jeszcze nie istnieje. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - Libby 

uśmiechnęła się. - Chciałabym do końca omówić 

wszystkie prawne aspekty sprawy. Nie chcę potem 

niepotrzebnie jeździć do Nairobi, żeby załatwiać 

szczegóły, o których teraz nie będziemy pamiętać. 

background image

- Charles dopilnuje, by wszystko było zapięte na 

ostatni guzik. - Twarz Vance'a wykrzywił gniew. 

Zaczął szukać drogi do drzwi. 

- W takim razie nie mam już nic więcej do 

powiedzenia. Żegnaj, Vance. 

- Libby - wykrztusił z trudem, sięgając po kla­

mkę. - Zanim odejdę, powiedz, czy czegoś nie 

potrzebujesz. 

- Wolność w zupełności mi wystarczy - Libby 

z niedowierzaniem wbiła wzrok w męża. 

- Czy zamieszkasz z rodzicami w Londynie? - spy­

tał, oddychając z trudem. 

- Raczej nie - odparła, przyglądając mu się. 

- Jednak moje plany na przyszłość chyba nie mają nic 

wspólnego z tobą? Jeżeli nie prosisz mnie o to, bym 

została, wydaje mi się, że powinniśmy się już pożegnać. 

Gwałtownie szarpnął drzwi i wyszedł na chwiejnych 

nogach. Idąc wiódł dłonią po ścianie, by nie zgubić 

drogi. Libby stała w drzwiach, patrząc za nim, póki 

nie zniknął w windzie. Troska o jego bezpieczeństwo 

kazała jej zadzwonić do recepcji i poprosić obsługę 

hotelu, by pomogła panu Ansonowi złapać taksówkę. 

Nie wiedziała, czy jego bladość była spowodowana 

ich rozstaniem, czy też bólem głowy, który ostatnio 

tak często mu doskwierał. W każdym razie martwiła 

się o niego, bo wyglądał na chorego. 

Do tej pory nigdy z premedytacją nie oszukała 

Vance'a. Uwierzył, gdy powiedziała, że odleci rano. 

Nie mogła go zostawić. Był jej życiem. Nie wyobrażała 

sobie przyszłości bez niego. 

Znów wróciła jej wola walki. Rzuciła się do szafy 

i wyciągnęła walizki, łącznie z tą, którą przyniósł 

Vance ze swojego biura. Pakowanie nie zajęło jej zbyt 

wiele czasu. Szybko rozejrzała się po pokoju. Jej 

wzrok padł na popiersie wojownika z plemienia Bantu, 

które kupiła na bazarze. Wepchnęła je, owinięte 

background image

w sweter, między ubrania. Zamknęła walizki i zeszła 

do holu, by zapłacić i wymeldować się z hotelu. 

Czekając na rachunek, podarła bilet samolotowy, 

a strzępy wrzuciła do najbliższego kosza. 

Po pół godzinie wynajmowała już pokój w hotelu 

Hilton, tym samym, w którym jadła obiad z Peterem. 

Jak na ironię, wolny był jedynie apartament dla nowożeń­

ców. Nikt na świecie nie miał pojęcia, gdzie Libby się 

znajduje, i taki stan rzeczy bardzo jej odpowiadał. 

Zamówiła do pokoju drinka i wyszła na niewielki 

balkon, który przylegał do apartamentu. Noc była 

przyjemnie chłodna, więc zasiadła w fotelu i zaczęła 

przyglądać się miastu z wysokości piątego piętra, na 

którym się znajdowała. Nigdy przedtem nie czuła się 

taka samotna. 

Przez ponad godzinę Libby wpatrywała się w noc, 

a olbrzymi żółty księżyc wędrował coraz wyżej po 

niebie. Z czasem znajdzie sposób, by porozumieć się 

z Vance'em i uratować ich małżeństwo. Niezależnie 

od tego, co się stanie, nie może go opuścić. Potrzebował 

jej, chociaż nadal w to nie wierzył, a ona potrzebowała 

go jeszcze bardziej. 

Siedziała, popijając drinka, póki noc nie stała się 

tak chłodna, że zdecydowała się położyć spać. Jutro 

poszuka mieszkania i zapisze się na zajęcia na 

uniwersytecie. Zanim to zrobi, skontaktuje się z Char-

lesem, by wytłumaczyć mu, dlaczego opuściła hotel, 

nie powiadamiając nikogo. W tej chwili tylko Charles 

mógł przekonać Vance'a, żeby był rozsądny i pomyślał 

o swoim zdrowiu. 

Następnego ranka, jedząc śniadanie w swoim 

apartamencie, Libby próbowała połączyć się z Char-

lesem. W mieszkaniu Vance'a nikt nie odpowiadał. 

Postanowiła spróbować jeszcze raz po pół godzinie. 

Nadal nikt nie podnosił słuchawki. Do tej pory na 

pewno zorientowali się, że uciekła. 

background image

Przez następne dwie godziny ponawiała próby, ale 

bez skutku. Istnia!a możliwość, że Charles poszedł do 

biura powiedzieć Vance'owi, że nigdzie jej nie ma. 

Tam jednak bała się zadzwonić. 

W południe wzięła taksówkę i pojechała do hotelu 

New Stanley. Chciała sprawdzić, czy nie było dla niej 

wiadomości. 

- Charles? - poznała go nawet z tyłu po stalowosi-

wych włosach. Rozmawiał z recepcjonistą bardzo 

czymś poruszony. Twarz mu się rozpogodziła na 

dźwięk jej głosu. 

- Libby! - wykrzyknął i odłożył teczkę, żeby ją 

uściskać. - Gdzie się podziewałaś? Szukałem cię 

wszędzie - na lotnisku, na stacji kolejowej, w wypoż-

czalniach samochodów. Nie mogłem sobie wyobrazić 

co się z tobą dzieje, gdy odkryłem, że wczoraj 

wieczorem opuściłaś hotel. Moja droga, przez ciebie 

przeżyłem najcięższych sześć godzin w moim życiu. 

- Przepraszam. - Powiedziała. Ogarnęło ją poczucie 

winy, gdy spojrzała na jego bladą twarz. - Nie 

miałam zamiaru lecieć dziś rano do Londynu i omawiać 

rozwodu. Vance myśli, że wyjechałam, ale nie mog­

łabym go opuścić tak samo, jak nie mogłabym przestać 

oddychać. Kocham go, Charles. Nie chciałam, żeby 

obarczał cię winą za to, że zostałam. A gdybyś mnie 

nie znalazł to... 

- Libby - wyszeptał, biorąc ją w ramiona. Chciał 

ją pocieszyć, a Libby nareszcie mogła rozczulić się 

nad sobą. Oparła głowę o jego pierś i szlochała cicho, 

nie zwracając uwagi na gości hotelowych. Charles 

wcisnął jej do ręki śnieżnobiałą chustkę. - Masz. On 

cię rzeczywiście wykończył, prawda? 

- Wiem, że mnie kocha - tłumaczyła, wycierając 

oczy. Gdyby tylko dał szansę naszemu małżeństwu. 

Poza tym martwią mnie te bóle głowy. Nie mogę spać 

po nocach. Powinien pójść do lekarza, a nie da się 

background image

przekonać. Jeżeli będzie tak dalej robił, to niedługo 

nie starczy mu sił, by prowadzić przedsiębiorstwo. 

Jeżeli ty nie przełamiesz jego oporu, zadzwonię do 

jego ojca. Niech Winslow przyleci tu natychmiast. 

Vance musi w końcu kogoś posłuchać. 

- Chodź, usiądziemy - zaproponował Charles. 

Pogłaskał ją po głowie i posadził na ławce, stojącej 

pod ścianą. Wziął w dłonie jej zimne ręce. Libby 

uniosła oczy. W jego wzroku dostrzegła współczucie. 

- Mam ci coś do powiedzenia, Libby. Złamię 

przyrzeczenie, ale masz prawo dowiedzieć się o wszys­

tkim, by w końcu zaznać trochę spokoju. Nikomu się 

to nie należy bardziej niż tobie. 

- Coś stało się Vance'owi! - krzyknęła, czując jak 

ze strachu mocno bije jej serce. - Nie ukrywaj niczego 

przede mną. 

- Libby. - Charles pochylił się do przodu. - Vance 

zgłosił się do szpitala wczoraj późnym wieczorem. 

- Wiedziałam, że coś takiego się stanie - z jej oczu 

znów płynęły łzy. Chciała wstać, ale przytrzymał ją 

na miejscu. 

- Najpierw mnie wysłuchaj. - Poprosił. - Wczoraj, 

gdy byliśmy w jego mieszkaniu, Vance dostał takiego 

bólu głowy, że na chwilę stracił przytomność. Kiedy 

chciałem zadzwonić po karetkę, powiedział, że już 

był u lekarza i wie, jaka jest przyczyna bólu. Zdjęcie 

rentgenowskie wykazało przemieszczenie odłamka 

rudy. To właśnie powoduje te bóle nie do wytrzymania. 

Lekarz powiedział, że teraz, gdy odłamek zmienił 

położenie, chyba uda się go usunąć. Vance jest w tej 

chwili na sali operacyjnej. 

- To niemożliwe! - Libby, oszołomiona, kręciła 

głową, nie mogąc uwierzyć jego słowom. 

- To prawda. - Charles uśmiechnął się. - Vance 

nie chciał, żebyś o tym wiedziała. Nie wiem, co 

wydarzyło się między wami, kiedy wczoraj zostawiłem 

background image

was samych. W każdym razie po tej rozmowie 

zdecydował się na operację. Lekarz namawiał go już 

parę dni wcześniej. 

Libby przymknęła oczy, zastanawiając się, co to 

wszystko ma znaczyć. 

- Dzisiaj rano Vance poddał się operacji przeko­

nany, że jesteś w drodze do Anglii. Gdyby dowiedział 

się, że zostałaś, że wiesz o wszystkim, być może 

miałoby to wpływ na przebieg rekonwalescencji. Czy 

rozumiesz co mam na myśli? 

- Jest przekonany, że odprowadziłeś mnie na 

lotnisko dzisiaj rano? Nic mu nie powiedziałeś? 

- dopytywała się zaskoczona. -

- Nakłamałem mu, dokładnie tak samo, jak ty. 

Uważa, że zgodziłaś się na rozwód, i raz na zawsze 

zniknęłaś z jego życia. Gdy nie zastałem cię w hotelu 

dzisiaj rano, domyśliłem się, że specjalnie postanowiłaś 

zniknąć. Chciałem odnaleźć cię jak najprędzej, żeby 

powiedzieć ci o Vance'ie. 

- Co mam zrobić? Nie mogę go przecież zostawić. 

- Libby patrzyła na niego błagalnie. 

- Nie możesz i nie powinnaś tego zrobić. - Charles 

westchnął. - Jednak na razie twoja obecność musi 

pozostać tajemnicą. Radzę ci, żebyś została i walczyła 

o swoje. W moim pojęciu wygrywasz na każdym kroku. 

- Jak możesz tak mówić, jeżeli on jest przekonany, 

że zgodziłam się na rozwód - uniosła w górę 

wymęczoną twarz. 

- Mogę tak mówić, bo znam Vance'a od lat. 

Kiedy zadzwonił do mnie po wypadku, nie dałbym 

pięciu groszy za wasze małżeństwo. Szczerze mówiąc, 

nie spodziewałem się zastać cię w Kenii. Powiedział 

mi, że wysłał do ciebie list, w którym zażądał zerwania 

wszelkich kontaktów. 

- I tak bym przyjechała bez względu na to, co 

napisał. - Zapewniła go Libby. 

background image

- Wierzę ci. - Powiedział, podśmiewając się z niej. 

- Nigdy przedtem Vance nie wykazał tyle uporu, 

uznał, że wasze małżeństwo jest skończone. A potem, 

ku mojemu zdumieniu, znalazłem cię ukrytą na farmie. 

Vance zwrócił się do ciebie o pomoc, i gdy przyjecha­

łem, zachowywał się jak przykładny mąż. 

- Pozwolił mi zostać, bo ty mu kazałeś. - Jej głos 

zadrżał na samo wspomnienie cierpienia, jakie Vance 

jej sprawił. - Mieliśmy udawać, że tworzymy wspólny 

front. 

- I tu się mylisz, Libby. - Chwycił ją silnymi 

dłońmi i zmusił, żeby popatrzyła na niego. - Nic 

takiego mu nie powiedziałem. Właściwie z ulgą 

przyjąłem wiadomość, że nie ma cię w Nairobi. Był 

w olbrzymich tarapatach i tak samo jak on obawiałem 

się o twoje bezpieczeństwo. Jednak znalazł sposób na 

to, by cię zatrzymać i nie przyznać się, że chce cię 

mieć przy sobie. 

Libby wpatrywała się w niego przez chwilę, nim 

w pełni dotarło do niej znaczenie słów. Kąciki jej ust 

uniosły się w nieśmiałym uśmiechu, który na moment 

rozjaśnił całą jej twarz. 

- Dziękuję, że mi to powiedziałeś, Charles! - rzuciła 

mu się na szyję. - Było mi to potrzebne bardziej niż 

myślisz. 

- Vance zażądałby mojej głowy, gdyby się o tym 

dowiedział. - Charles spoważniał. 

- Wiem. - Zgodziła się Libby. 

- Jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć. 

- Przyjrzał się jej swymi bystrymi oczami. - Ale to już 

powie ci doktor Stillman. Jedź teraz do szpitala, a ja 

też się tam zjawię za jakąś godzinę. 

- Dziękuję, Charles. 

Pocałowała go w policzek i wybiegła łapać taksówkę. 

Serce waliło jej z niepokoju. O czym nie wiedziała? 

Jeżeli lekarz musiał z nią porozmawiać, oznaczało to 

background image

jedynie złe wiadomości. Libby ukryła twarz w dłoniach, 

niemalże sparaliżowana strachem. Czy życiu Vance'a 

groziło niebezpieczeństwo? Nie mogła go teraz stracić! 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Pani Anson. - Mocno zbudowany mężczyzna 

w masce chirurga szedł w stronę Libby, która 

przemierzała wzdłuż i wszerz poczekalnię. Nie poznała 

go, póki nie odsłonił twarzy. 

- Doktor Stillman. Nareszcie pan przyszedł. 

- Myślałem, że pojechała pani do Anglii. 

- Vance też tak myśli. Musiałam upewnić się, że 

wszystko jest w porządku. Od Charlesa wiem o ope­

racji. Mówił też, że ma pan dla mnie ważną wiadomość. 

Proszę powiedzieć, jak on się czuje? 

- Operacja udała się. 

- Dzięki Bogu. - Szepnęła. - Błagałam go, żeby 

zgłosił się do pana już tydzień temu. Nie słuchał mnie 

wcale, a bóle głowy były coraz gorsze. 

- Dobrze, że przyszedł teraz. Inaczej byłoby za 

późno. 

- Za późno? Czy to znaczy, że mógł umrzeć?! 

- Libby krzyknęła i oparła się o lekarza, który 

podtrzymał ją ramieniem. 

- Proszę usiąść. - Poprowadził ją do najbliższego 

krzesła. - Widzę, że mąż nie rozmawiał z panią 

o swoim zdrowiu. Co w ogóle powiedział? 

- Nic, ale bez trudu można się było zorientować, 

że ma okropne bóle po upadku. 

- Nie powiedział, co wykazało badanie, które 

zrobiliśmy w zeszłym tygodniu? 

- Nawet nie wiedziałam, że robilł jakieś badania. 

Dopiero Charles, pan Rankin, mi o tym powiedział. 

- Libby pokiwała głową. 

143 

background image

- W takim razie pan Rankin pewno wyjaśnił pani, 

że odłamek przemieścił się w wyniku upadku z konia. 

Dlatego miał tak ostre bóle. Z tego też powodu 

zauważyła pani, że osłania oczy. Poprzednio nie 

można było Vance'a operować. Wydawało się, że 

nerw wzrokowy został uszkodzony. Gdy jednak 

odłamek zmienił pozycję, zdjęcie wykazało, że nerw 

jest raczej odkształcony, a nie zniszczony. W tej 

sytuacji mąż zaczął reagować na światło. 

- To właśnie dowodziło, że nerw pozostał cały! 

- Libby krzyknęła, zrywając się na równe nogi. 

- Czy Vance będzie widział? 

- To się dopiero okaże. - Lekarz westchnął głęboko. 

- Nerw był odkształcony ponad miesiąc. Ruszyłem 

go w czasie operacji. Minie trochę czasu, nim zacznie 

normalnie funkcjonować. Może nie zregeneruje się 

już w większym stopniu niż teraz. W takim wypadku 

mąż pozostałby niewidomy. Zachowałby jedynie 

wrażliwość na światło. 

- A jeżeli odzyska wzrok, to kiedy? 

- Trudno powiedzieć. Za tydzień, może dziesięć 

dni. Na pewno nie wcześniej. Po prostu musimy 

poczekać. Nic nie mogę obiecywać. 

- Wiem, ale to, że jest jakaś nadzieja, zakrawa na 

cud. 

- Cud stał się wtedy, gdy uderzył się w głowę 

dokładnie w tym miejscu i z taką siłą. Bez tego 

odłamek tkwiłby w dawnym położeniu, uciskając 

nerw. Gdybyśmy nie szybko operowali, byłoby z kolei 

za późno i nerw nie mógłby się zregenerować. Muszę 

powiedzieć, że chyba ręka opatrzności popchnęła 

panią na męża i spowodowała upadek. Miał dużo 

szczęścia. 

- Nie mogę w to uwierzyć. Vance wszystko przede 

mną ukrywał. 

- Wiem o tym. Ponieważ rekonwalescencja w jego 

background image

przypadku ma olbrzymie znaczenie, lepiej, żeby nie 

domyślał się pani obecności. Nie powinien być teraz 

narażony na jakiekolwiek stresy. Zarówno jego umysł 

jak i wola odgrywają ogromną rolę w procesie leczenia. 

Pani mogłaby mu przypomnieć, z czego zrezygnował 

wraz z utratą wzroku. Mógłby się poddać w momencie, 

gdy powinien zacząć walczyć. 

Doktor Stillman w odruchu serdeczności położył 

dłoń na jej ramieniu. Patrzył na nią oczami, w których 

mimo wszystko dostrzegła iskierki radości. 

- Może pani zostać w jego pokoju, ale proszę się 

niczym nie zdradzić. Powiem personelowi, żeby nie 

zwracał na panią uwagi. Kiedy zdejmiemy bandaże 

i przekonamy się, co osiągnęliśmy, może pani przy­

stąpić do działania. 

- Mówi pan, jakby to była wojna na wszystkich 

frontach - Libby zaśmiała się przez łzy. 

- Na szczęście pani tu jest, gotowa do walki. 

- Powiedział i uścisnął jej ramię, by poczuła się 

pewniej. - A teraz proszę mi wybaczyć, ale muszę 

jeszcze zajrzeć do innych pacjentów. W ich przypadku 

rokowania nie są tak optymistyczne. 

- Dziękuję, chociaż to słowo nawet w połowie nie 

wyraża tego, co czuję. 

- Będzie pani mogła zobaczyć męża dopiero po 

dziewiątej, a może i później. Proszę coś zjeść i trochę 

odpocząć. Przed panią jeszcze długie oczekiwanie 

- poklepał ją po ramieniu i oddalił się w stronę 

dyżurki pielęgniarek. 

Postanowiła skorzystać z jego rady i poszła do 

stołówki, gdzie zjadła obiad. Może Vance nie odzyska 

wzroku, ale przynajmniej nie będzie już tak cierpiał. 

Raptem poczuła, że musi z kimś podzielić się tą 

nowiną. Wyszła ze stołówki i zaczęła szukać telefonu. 

To, że wszystkich obudzi, nie miało najmniejszego 

znaczenia. 

background image

W pierwszej kolejności zadzwoniła do teścia. Oboje 

byli tak wzruszeni, że z trudem mogli rozmawiać. 

Z rodzicami wcale nie poszło jej lepiej. Obiecała, że 

zadzwoni do nich później, gdy będzie już więcej 

wiedziała. Prosiła, żeby w żadnym wypadku sami nie 

próbowali się kontaktować z Vance'em. 

Kiedy wróciła na piętro, zastała tam Charlesa, 

który dreptał w kółko przy dyżurce pielęgniarek. 

Chwyciła jego rękę i uścisnęła ją mocno. Czekał z nią 

parę godzin. Od czasu do czasu zamieniali kilka słów, 

ale przeważnie milczeli, siedząc w pokoju, do którego 

Vance miał być przeniesiony. Około dziewiątej Charles 

stwierdził, że musi iść, żeby przygotować jeszcze 

dokumenty dla komisji. Pożegnała go serdecznie, 

wdzięczna za to, że dotrzymywał jej towarzystwa. 

O dziewiątej trzydzieści z holu dobiegły ją hałasy. 

Wstała zdenerwowana, widząc, że do pokoju wjeżdża 

łóżko z chorym. Na widok męża w jej sercu wezbrało 

współczucie. Miał bandaż na głowie i oczach, i dlatego 

widać było tylko dolną część twarzy. W pokoju rozszedł 

się charakterystyczny zapach leków. Gdyby nie wiedzia­

ła od doktora Stillmana, że wszystko jest w porządku, 

pewno wpadłaby w panikę. Nareszcie jednak była 

spokojna, po raz pierwszy chyba od tego dnia w White 

Oaks, gdy dowiedziała się o wypadku. Przebiegł ją 

dreszcz na wspomnienie tamtej okropnej chwili. 

Około północy zauważyła, że wraca mu przytom­

ność. Zaczął kręcić się niespokojnie i cicho jęczał. 

Libby nacisnęła guzik na ścianie, żeby wezwać 

przełożoną pielęgniarek. Za chwilę weszła pani Grady 

w nieskazitelnie białym fartuchu. Wygląd osoby 

energicznej i biegłej w swoim zawodzie działał uspo­

kajająco. Szybko podeszła do łóżka i wzięła dłoń 

Vance'a w swoje ręce. 

- Proszę się uspokoić, panie Anson. Wszystko 

będzie dobrze. Zobaczy pan. 

background image

- Co się dzieje? - szepnął. - Wszystkie te kolory! 

Po prostu wirują mi w głowie. Libby? Libby, kocha­

nie... te kolory... 

Niemal zdradziła swoją obecność, gdy zaczął ją 

wołać. Pragnęła podejść, przytulić go i pocieszyć. 

Chciała przelać na niego całą swoją miłość i siłę, by 

mu pomóc. 

- Wszystko w porządku. - Pani Grady przemawiała 

do niego łagodnie. Rzuciła wiele mówiące spojrzenie 

na Libby, która stała po drugiej stronie łóżka. Już po 

operacji. Udała się. Będzie pan zdrowy jak rydz. 

Pielęgniarka głaskała Vance'a po ręku. Jej czułość 

uspokoiła go i po chwili zasnął. 

Przez następne trzy dni tylko wspomnienie tego, że 

ją wołał w pierwszej chwili po przebudzeniu, pod­

trzymywało Libby na duchu. Musiała w milczeniu 

obserwować, gdy doktor Stilłman, pielęgniarki, Charles 

i Peter rozmawiali z nim, dotykali go i próbowali 

dodać mu otuchy. Prawie załamała się, kiedy przyszły 

obie wdowy, które we dwójkę odwiedzili. Tylko ona 

musiała trzymać się na uboczu. 

Libby spała w hotelu, a do szpitala przychodziła 

wcześnie rano, nim Vance się obudził. Nigdy nie 

miała dość patrzenia na niego. Pierwsze, najtrudniejsze 

dni minęły i widziała, że jego samopoczucie uległo 

znacznej poprawie. Opowiadał o obrazach i kolorach, 

które bez przerwy widział przed oczami. Dr Stilłman 

tłumaczył jej, że świadczy to o prawdopodobieństwie 

odzyskania wzroku w każdej niemalże chwili. Nie 

wiadomo jedynie, czy ślepota ustąpi częściowo czy 

całkowicie. 

Pod koniec tygodnia nadszedł czas na zmianę 

opatrunku. Libby siedziała na krześle, nerwowo 

zaciskając dłonie. 

- Zdejmę ostatnią warstwę gazy, Vance. Nie 

spodziewaj się, że od razu coś zobaczysz. Na to jest 

background image

jeszcze za wcześnie. Dam ci specjalne okulary. Będziesz 

je nosił w ciągu dnia i zdejmował na noc. Czy masz 

jeszcze jakieś pytania? 

- Żadnych. - Odpowiedział. W jego głosie Libby 

wyczuła olbrzymie napięcie. Zaczęło się oczekiwanie. 

Patrzyła, jak lekarz zdejmuje bandaże z głowy 

Vynce'a. Po chwili wyłoniły się włosy. Dostrzegła 

niewielkie wygolone miejsce po ranie. Po sprawdzeniu 

szwa doktor Stillman nałożył nowy opatrunek. Podał 

Vance'owi okulary i zaczął mierzyć mu puls. 

- Jak się czujesz? - spytał. 

- Jakby mi zdjęto z głowy olbrzymi ciężar. 

- Głowa jest wrażliwa na najmniejszy ucisk. Przez 

następne parę godzin ruszaj się tylko powoli. Musisz 

przystosować się do tego, że nie masz już turbanu 

z bandaża. 

- Jak długo będę jeszcze czekał, nim zacznę 

cokolwiek widzieć, jeżeli w ogóle? - spytał cicho. 

Libby zagryzła usta. Chciała mu pomóc, a nie mogła. 

- To już zależy od matki natury. Każdy organizm 

reaguje inaczej. Dziś po południu pielęniarka przejdzie 

się z tobą po korytarzu. Musisz zacząć się ruszać. 

Teraz właśnie będzie ciężki okres. Proszę, nie myśl 

zbyt wiele. Słuchaj radia, a nawet telewizji. Może 

ktoś z przyjaciół ci poczyta... 

- Bez tego chyba się obejdę - Vance odparł ze 

swoją dawną stanowczością. Libby uśmiechnęła się. 

Lekarz spojrzał na nią porozumiewawczo. 

Następne trzy dni minęły bez większych wydarzeń. 

Dr Stillman przychodził do Vance'a rano i wieczorem. 

Nie odnotował jednak żadnych zmian. Vance nie 

miał apetytu, ale usiłował coś zjeść, żeby uniknąć 

gderania pielęgniarek. Dziewiątego dnia chodził po 

pokoju równie sprawnie jak przed operacją. Mając 

laskę, potrafił już wyjść na korytarz i przynieść sobie 

coś do picia z lodówki, która znajdowała się za 

background image

dyżurką pielęgniarek. Robił wrażenie pewnego siebie, 

ale Libby wiedziała, że za tą fasadą kryje się niepokój 

i strach. Tego wieczora doktor Stillman zjawił się 

koło dziewiątej. Vance siedział przed telewizorem, 

rozparty na fotelu, z głową odchyloną do tyłu. 

W bezwładnie zwisającej dłoni nadal trzymał okulary. 

Z miejsca, gdzie siedziała Libby, wyglądał jak każdy 

normalnie widzący człowiek, który z nudów usnął 

przy telewizji. 

- Vance? Obudź się i przyjdź na łóżko. Muszę cię 

zbadać - doktor Stillman potrząsnął nim delikatnie. 

Vance podniósł się powoli, poczłapał do łóżka 

i usiadł ciężko na materacu. Bez słowa poddał się 

zabiegom lekarza, które trwały wyjątkowo długo. 

- Wszystko się wspaniale goi. Jesteś zdrów jak 

ryba. Czy zauważyłeś może jakieś zmiany? 

- Nie. 

- Nie dziwi mnie to. Nerwy jeszcze nie chcą 

pracować. Z reguły są takie nieposłuszne. 

- John - Vance chwycił lekarza za ramię. - Nie 

próbuj mnie pocieszać. I tak domyślam się wszystkiego. 

- W takim razie wiesz więcej niż ja. Twoja rekon­

walescencja w niczym nie odbiega od normy. Kiedy 

minie dziesięć dni od operacji, zacznę cię pocieszać. 

Dobrze? 

- Przepraszam. - Vance wciągnął głęboko powietrze 

i puścił ramię lekarza. 

- Nie musisz mnie przepraszać. Zachowujesz o wiele 

więcej spokoju niż inni w podobnej sytuacji. Zoba­

czymy się rano. Przyślę tu ze dwie pielęgniarki, żeby 

zrobiły ci masaż przed snem. To powinno cię zrelak­

sować. 

Libby wymknęła się z pokoju za lekarzem. 

- Czy mogę być jedną z tych pielęniarek? Chociaż 

raz? Podporządkuję się całkowicie pani Grady. 

- Nie widzę przeszkód. 

background image

Chwilę później weszła z siostrą przełożoną, niosąc 

ręczniki i olejek do masażu. 

- Panie Anson, czas na masaż. Proszę zdjąć okulary 

i położyć się na brzuchu. 

Vance westchnął, położył okulary na nocnym stoliku 

i zdjął górę od piżamy. Wyciągnął się na łóżku, 

a Libby jak urzeczona wpatrywała się w jego mus­

kularne plecy. Ostrożnie wycisnęła nieco olejku i zaczęła 

masować prawą stronę pleców i prawe ramię. Pani 

Grady zajęła się resztą. 

- Czuję się bosko, pani Grady. 

- Tak właśnie powinno być. Proszę próbować 

zasnąć. 

Pani Grady szczebiotała, starając się go uspokoić. 

Jednocześnie z olbrzymią wprawą ugniatała jego 

mięśnie. Libby przesunęła dłonie do karku Vance'a 

i masowała napięte jak postronki muskuły, póki się 

nie rozluźniły. Miała ochotę przytulić twarz do jego 

pleców i trzymać go w ramionach. Odsunęła się. 

Pomysł z masażem był całkowicie chybiony. Nie 

powinna go była w ogóle dotykać. 

- Proszę nie przerywać - stęknął Vance. - Zapłacę. 

Całodzienne wynagrodzenie za pół godziny masażu. 

Pani Grady roześmiała się w głos. Nawet Libby 

uśmiechnęła się, słysząc jego słowa. 

- Już dość, panie Anson. Musimy iść do innych 

pacjentów. Chodźmy, siostro. - Rzuciła okiem na 

Libby i wyszła z pokoju. 

Siedząc na krześle w kącie, Libby obserwowała 

Vance'a. Wstał, włożył górę od piżamy i zaczął układać 

się do snu. Od czasu do czasu wzdychał, ale chyba 

masaż dobrze mu zrobił, bo nie kręcił się tak 

niespokojnie jak zwykle. Z reguły wracała do hotelu, 

gdy usnął. Tej nocy jednak ociągała się z wyjściem. 

W każdej chwili Vance mógł odzyskać wzrok. 

Chciała być przy nim, gdy nastąpi ten moment, ale 

background image

w końcu zrezygnowała i postanowiła czekać na wiado­

mość w hotelu. Charles lub doktor Stillman skontaktu­

ją się z nią, jeżeli zauważą jakąś zmianę. Obawiała się, 

że gdyby Vance odkrył jej obecność, mogłoby to 

wpłynąć na pogorszenie jego zdrowia. Kiedy już Vance 

opuści szpital, wymyśli jakiś sposób, żeby znów być 

z nim. Zatopiona w myślach nie zauważyła, że wstał 

z łóżka. Sięgnął po laskę. Kiedy mógł się obudzić? 

Po chwili wrócił do pokoju z puszką coca-coli 

w ręku. Za nim podążała zagniewana pani Grady. 

- Panie Anson, jak ma się pan wysypiać, jeżeli 

w środku nocy pije pan napoje z kofeiną. Wstydziłby 

się pan! 

- Nikt się o tym nie dowie, jeżeli oboje zachowamy 

milczenie. - Uśmiechnął się do pielęniarki, która 

cmokała w udawanym zgorszeniu. 

Stał jakieś półtora metra od Libby. Silny, mus­

kularny i szczupły, równie przystojny w piżamie jak 

i w garniturze. Nawet bladość dodawała mu uroku. 

Czasami, gdy miał oczy skierowane w jej stronę, nie 

mogła uwierzyć, że jej nie widzi. Teraz, kiedy żartował 

z panią Grady, odnosiła to samo wrażenie. Trudno 

było odgadnąć, że jest niewidomy. Libby przyglądała 

mu się z uwagą. To dziwne, w miarę upływu czasu, 

mimo że nie następowała poprawa wzroku, Vance 

stawał się coraz weselszy. Ona z kolei wpadała w coraz 

większą rozpacz. Może aż za bardzo pragnęła, by 

ślepota cofnęła się. 

Pani Grady również cały czas go obserwowała. 

Gdy skończył pić coca colę, zapędziła go z powrotem 

do łóżka, grożąc konsekwencjami, gdyby jeszcze raz 

wstał. Kiedy wychodziła z pokoju, odprowadzał ją 

jego śmiech. Libby wydawało się, że minęły już całe 

wieki od momentu, kiedy słyszała go po raz ostatni. 

Już pół godziny siedziała nieruchomo, w zupełnej 

ciszy. Słyszała jego głęboki, miarowy oddech. Usnął. 

background image

Trzymając w ręku buty, podeszła na palcach do 

łóżka, żeby jeszcze raz spojrzeć na niego. Leżał na 

boku z głową na złożonej wpół poduszce. Pochyliła 

się i przyjrzała jego twarzy i ustom, które we śnie nie 

były tak zaciśnięte, jak to się ostatnio często zdarzało. 

Nareszcie opuścił go niepokój. Jej największym 

pragnieniem było wziąć w palce wijący się kosmyk 

włosów opadający na czoło. Oczy Libby zwilgotniały 

ze wzruszenia. Był tak dzielny, tak silny... 

- Proszę cię, Boże... - poruszyła bezgłośnie wargami. 

- Libby? 

Wstrzymała oddech i z niedowierzaniem spojrzała 

na niego. Usiadł, spuszczając nogi z łóżka. Żółte 

światło lampki nocnej podkreślało wyraziste rysy 

twarzy. 

- Czy naprawdę myślałaś, że nie rozpoznam twojego 

dotyku? Zapachu twojej skóry? Zmysły niewidomego 

stają się niezwykle wyostrzone. Nie wiedziałaś o tym? 

Tej nocy, kiedy stałaś się moja, zapamiętałem na 

zawsze twój dotyk. Chcę go poczuć raz jeszcze. 

Podejdź bliżej, Libby. 

Miotały nią sprzeczne uczucia. Bała się jego 

zmiennych nastrojów i tego, że ponownie ją odtrąci. 

Zmroził ją strach. 

- Vance, przysięgam, że nie miałam zamiaru 

zdradzać swojej obecności. - Łzy płynęły jej po 

policzkach. - Przebacz mi. Nigdy naumyślnie nie 

zraniła bym cię. Chciałam być blisko ciebie. Każdy 

mógł ci pomagać z wyjątkiem mnie. Nie mogłam tego 

dłużej znieść. Przepraszam. Pójdę już. 

- Nie bój się mnie, kochanie. - Czułość w jego 

głosie rozbroiła ją całkowicie. Bezradnie zwiesił 

ramiona. Czy swoim zachowaniem uczyniłem tak 

wielkie szkody? Czy możesz przestać bać się mnie? 

Czy coś zmienię mówiąc, że życie bez ciebie nie 

miałoby sensu? Nieważne, czy będę widział, czy nie? 

background image

Sama myśl, że choć przez chwilę nie mógłbym trzymać 

cię w ramionach, jest dziesięć tysięcy razy gorsza niż 

utrata wzroku. 

Libby wstrzymała oddech. Chyba całe swoje życie 

czekała na te słowa. 

- Kocham cię ponad wszystko. Daj mi jeszcze jedną 

szansę, a pokażę, jakim mogę być mężem. Naszej 

miłości nic nie zmieni. Udowodniłaś mi to. Ani czas, ani 

okoliczności nie mają na nią wpływu. - Westchnął 

ciężko. - Masz pełne prawo nienawidzić mnie za to, jak 

cię traktowałem, ale, proszę, nie odwracaj się ode mnie. 

Libby w sekundę znalazła się przy nim i przytuliła 

jego głowę do piersi. 

- Kocham cię tak bardzo. - Szeptała. - Vance, 

proszę, jeżeli nie odzyskasz wzroku, nie pozwól, by to 

nas rozdzieliło. Potrzebuję cię. Zrobiłabym wszystko 

dla ciebie. Uwielbiam cię. 

- Nic się nie liczy, poza tym, że mnie kochasz. 

- Objął ją i trzymał blisko siebie. Wybacz, że nawet 

nasz ślub uznałem za nieważny. Na szczęście nie 

posłuchałaś mnie. 

Libby przytuliła go mocniej. Czuła, że nie wypowie 

ani jednego słowa więcej. Przyszło jej do głowy pytanie, 

czy można umrzeć z nadmiaru szczęścia. 

- Kiedy się obudziłem po operacji, myślałem tylko 

o tobie. - Głaskał jej włosy. - Uświadomiłem sobie, 

że musisz już być w samolocie. Poczułem się gorzej -

niż wtedy, kiedy okazało się, że nie widzę. Wydawało 

mi się, że oszaleję, gdy wyobraziłem sobie, że ktoś 

inny mógłby zyskać twoją miłość i mieć prawo do 

ciebie. Modliłem się, żebyś znów była przy mnie. 

- Ale ja w ogóle nie wyjechałam! - przytuliła twarz 

do jego szyi. 

- Jednak bardzo przekonywająco odegrałaś scenę 

pożegnania. Kiedy oznajmiłaś, że dasz mi rozwód, 

poczułem się jak skazaniec. 

background image

- Skłamałam. Musiałam to zrobić. Nie mogłam 

wtedy nic lepszego wymyśleć. Uroczyście ci przysięgam, 

że już nigdy więcej nie skłamię. 

- Nie możesz mnie opuścić. O to tylko proszę. 

- Czule całował jej szyję. - Kiedy poczułem dotyk 

twoich dłoni, myślałem, że śnię. Po tym, jak się 

zachowałem, nie mogłem uwierzyć, że moje marzenia 

się spełnią. 

Libby usiadła mu na kolanach i delikatnie całowała 

jego twarz. Czy to działo się naprawdę? Nie chciała 

się obudzić, jeśli to był sen. 

- Nie mogłabym cię zostawić, Vance. Życie bez 

ciebie nie miałoby sensu. - Wyznała, bawiąc się jego 

ciemnymi kędziorami. - Nie chcę udawać, że wiem, 

co znaczy utrata wzroku, ale dla mnie nie może być 

gorsza niż perspektywa życia bez ciebie. Tego pierw­

szego dnia w szpitalu, kiedy powiedziałeś mi, że mam 

wracać do domu, że mnie nie chcesz, twoje słowa 

były dla mnie jak najbardziej surowy wyrok. 

- Wybacz, że naraziłem cię na takie przeżycia. 

- Szepnął z ustami przy jej ustach. 

- Nie muszę ci wybaczać. Kocham cię. 

Jego spragnione usta znalazły się na jej wargach 

pieszcząc je z czułością. Szybkim, pewnym ruchem 

Vance uniósł ją i położył na łóżku, a sam wyciągnął 

się obok niej. 

- Gdy tylko doktor Stillman wypuści mnie ze 

szpitala, wyjedziemy na miodowy miesiąc. Nie chcę 

dzielić się tobą z kimkolwiek przez najbliższe miesiące. 

Chyba tyle czasu będę musiał przekonywać sam siebie, 

że to jawa, nie sen. Ale ty istniejesz naprawdę, 

kochanie. Jesteś piękna, piękna aż do bólu. 

Ciche westchnienie Libby były jedyną odpowiedzią 

na jego słowa i pieszczoty. Po chwili pomyślała, że są 

przecież w szpitalu. 

- Vance, w każdym momencie ktoś może wejść. 

background image

- Szepnęła, przytulając się do jego twarzy, na której 

już zaczynał pojawiać się kłujący zarost. 

- Płacę za ten pokój, póki tu jestem. Jeżeli chcę 

trzymać w objęciach swoją żonę, nikogo nie powinno 

to obchodzić. - Powiedział tonem charakterystycznym 

dla dawnego Vance'a, którego znała przed wypadkiem, 

stanowczego i pewnego siebie. - Poczekaj tylko, aż 

zabiorę cię do domu, pani Anson. 

- Uwielbiam, kiedy mnie tak nazywasz. - przyznała, 

przytulając się jeszcze mocniej, jeżeli to w ogóle było 

możliwe. 

- Libby, kiedy tylko Martin i cała reszta zostaną 

oficjalnie oskarżeni, wyjedziemy dokądkolwiek ze­

chcesz. 

- Prawdę mówiąc, najchętniej zaszyłabym się na 

farmie. 

- Na farmie? - oparł się na łokciu. Jego twarz 

wyrażała całkowite zaskoczenie. 

- Dla mnie to najpiękniejsze miejsce na ziemi. 

Błagam, nie sprzedawaj jej. Nie zniosłabym tego. 

- Och, Libby, Libby. - Zaśmiał się, uszczęśliwiony. 

Niemal zgniótł ją w ramionach. - Nie zasługuję na 

ciebie. 

- Dlaczego tak mówisz? - szepnęła, z twarzą 

wtuloną w jego szyję. 

- Kamień spadł mi z serca! Cały czas zastanawiałem 

się, czy nie zrobiłem błędu. 

- O co ci chodzi, Vance? - podniosła głowę, by mu 

się przyjrzeć. 

Przez długą chwilę nie mówił nic, całkowicie 

pochłonięty całowaniem jej ust. 

- Wydaje mi się, że nie masz pojęcia, jak się 

czułem, kiedy cię poznałem. Gdyby nie to, że należymy 

do cywilizowanego społeczeństwa, porwałbym cię 

z salonu twojego ojca prosto do Kenii. Jednak ty 

jeszcze się uczyłaś. Dlatego czekałem prawie dwa 

background image

lata, nim poprosiłem cię o rękę. W czasie moich 

ostatnich odwiedzin nie miałem już siły dłużej zwlekać. 

Z kolei dręczyły mnie obawy, że przestraszysz się 

życia na odludziu w górach. Odniosłem wrażenie, że 

pierwszego dnia na farmie byłaś szczęśliwa, ale nie 

mogłem w to uwierzyć. Myślałem, że udajesz. Pozwól, 

że cię obejmę, Libby. Chcę cię kochać do końca życia. 

Fiołkowe promienie świtu wpadały przez szpitalne 

okno prosto na ich łóżko. Libby poruszyła się, 

obudzona ciepłem poranka. Poczuła, że trzymają ją 

mocne ramiona męża. 

Otworzyła oczy i zobaczyła, że Vance już od dawna 

nie śpi. Jego ciemne, aksamitne oczy niemal pieściły 

spojrzeniem jej twarz. Patrzył na nią inaczej - tak jak 

przed wypadkiem. Z wrażenia wstrzymała oddech. 

- Vance? 

- Nie ruszaj się. - Szepnął. - Leż spokojnie. Niech 

na ciebie popatrzę, Libby. Jeżeli mnie oczy nie mylą, 

masz bladoniebieską spódnicę i bluzkę z białymi 

i granatowymi lamówkami. Czy śnię? 

W jego głosie czuło się zdenerwowanie pomieszane 

z niedowierzaniem. W oczach Libby pojawiły się łzy. 

- To nie sen. Znów widzisz! - uniosła dłoń i palcem 

pogłaskała jego brwi. - Kiedy to się stało? 

Bała się, że oboje ulegli jedynie złudzeniu. 

- Nie jestem pewien. - Zamruczał, siadając. - Obu­

dziłem się godzinę temu i zobaczyłem wszystko jakby 

pogrążone w cieniu. Zamknąłem oczy, zastanawiając 

się, co to znaczy. Kiedy znów je otworzyłem, wyraźnie 

zobaczyłem twoją twarz. Nosiłem twój obraz w pamięci 

tak długo, źe nie wiedziałem już, co jest prawdą, a co 

moim wyobrażeniem. Jednak rzeczywiście cię widzę! 

Nareszcie widzę moją piękną, cudowną żonę! 

Obrzucił ją uważnym spojrzeniem, z przyjemnością 

patrząc na rozrzucone w nieładzie kruczoczarne włosy. 

- Czy wiesz, że kiedy jesteś zdenerwowana, twoje 

background image

oczy nabierają fiołkowego blasku? A twoje usta drżą? 

- pochylił się i pocałował je, żeby się uspokoiła. Jego 

ręce powędrowały od jej ramion do dłoni, które 

przyciągnął do siebie. 

- To wszystko sprawa twojej wiary we mnie, Libby. 

- Do końca życia zapamięta pokorę w jego głosie. Jej 

twarz rozjaśnił promienny uśmiech. 

- Doktor Stiłlman powiedział, że to sama opatrzność 

spowodowała ten wypadek w czasie naszej przejażdżki. 

Uniósł do ust jej dłonie i pocałował je z delikatnością, 

która zapadła jej w serce. 

- Co by to było, gdybyś ze mnie zrezygnowała? 

Gdybyś pojechała do Londynu już pierwszego dnia, 

kiedy ci to proponowałem? - jeszcze raz wziął ją 

w objęcia. - Nie opuszczaj mnie. Kochaj mnie już 

zawsze. 

- Dzień dobry. Mamy dziś cudowny poranek! 

- w pokoju rozległ się głos pani Grady. Zatrzymała 

się w pół kroku. - Panie Anson! 

Libby oderwała swoje usta od Vance'a i zeskoczyła 

z łóżka. Starała się obciągnąć pognieconą spódnicę 

i wygładzić bluzkę. Vance śmiał się, pokazując 

wspaniałe białe zęby. 

- To rzeczywiście cudowny poranek, pani Grady. 

Nawet nie wiedziałem, że ma pani tak radosne błękitne 

oczy. 

- A więc odzyskał pan wzrok! - jej oczy rozbłysły. 

- No, w takim razie nie zgłoszę tego, co widziałam. 

Ale pamiętajcie, że doktor Stiłlman za chwilę będzie 

miał obchód. Żadne z nas nie chciałoby przyprawić 

go o zawał serca. Zwłaszcza po tym, co zrobił dla pana. 

- Tak jest, pani Grady. - Założył ręce na piersi 

i uśmiechnął się do Libby. - Już dziś zabieram stąd 

moją żonę. Chciałbym więc pożegnać się i podziękować 

pani. Nie miałbym lepszej opieki w rodzinnym domu. 

- Niech pan przestanie, panie Anson. - Uradowała 

background image

się, jak młoda dziewczyna. - Pan jest jednym z tych, 

którzy potrafią podbić serce każdej kobiety. Niech 

pan dba o swoją młodą żonę. Opiekowała się panem, 

dbała o pana, czekała na poprawę. Nie opuściła pana 

nawet na sekundę i znosiła pana humory, kiedy nikt 

nie wiedział już, co robić. W stronach, skąd pochodzę, 

mówi się, że ma dar dobrej wróżki. 

- Co to za dar? - spytała Libby stłumionym głosem. 

- Stałość serca, pani Anson. Coś bardzo rzadkiego. 

Libby chwyciła dłoń, którą wyciągnął do niej, gdy 

pani Grady opuściła pokój. Wróciła znów w jego 

ramiona - tam właśnie było jej miejsce. Vance patrzył 

na nią z takim natężeniem, że czuła się jak zauroczona. 

- Tylko dzięki tobie wydostałem się z głębi ciem­

ności. - Powiedział. - Chciałbym ci dać cały świat 

w zamian. 

- Już to zrobiłeś, oświadczając mi się. - Jej oczy 

nabrały fiołkowego połysku. - Ale na chwilę chcę 

zapomnieć o wszystkim i być sama z tobą. Za­

stanawiałam się, czy nie oczekujemy już dziecka. 

Jeżeli nie, to chciałabym, żeby stało się to jak 

najprędzej. 

Ostrożnie popchnęła go na materac i pochyliła się, 

całując go długo i czule. Uniosła głowę na dźwięk 

głosów dochodzących spoza drzwi. Vance ujął jej 

zarumienioną twarz w swoje dłonie. 

- Miałem nadzieję, że pani to powie, pani Anson. 

Nie zamierzam wypuścić pani ze swoich ramion, póki 
żyje.