background image

 

   

 

NAOMI HORTON 

 

Okruchy 

strachu 

 

 

 

 

 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Dopiero kiedy znalazł się na dnie dołu, zrozumiał, co się stało. 

Jeszcze przed chwilą miał pod butami litą skałę i nagle... pustka. 

W dole otworzyła się atramentowa gardziel, która połknęła go 

żywcem. Przez chwilę czuł, że czas się dla niego zatrzymał. A potem 

było już tylko spadanie, przypominające sekwencje z 

najkoszmarniejszych snów. 

Po chwili jego stopy odzyskały kontakt z podłożem. Zachwiał 

się i jak długi runął na miękką ziemię. Leżał, czując krew na końcu 

języka. Na moment zupełnie stracił siły. W końcu podźwignął się na 

potłuczonych rękach i rozejrzał się ostrożnie dookoła. Ciemność. 

Spojrzał w górę. Księżyc i gwiazdy znajdowały u wylotu komina, 

mającego na oko jakieś cztery metry wysokości. Zaczął się 

zastanawiać, jak można wydostać się z tego grobu. 

Nagle usłyszał szczęk metalu. Ukryte wieko zatrzasnęło się 

ładnych parę metrów nad jego głową. Znajdował się w pułapce. 

Jamie już prawie spała, kiedy poczuła, jak Timber trąca jej dłoń 

swoim wilgotnym, olbrzymim nosem. Przewróciła się na drugi bok. 

Właśnie pojawił się jej ojciec z nieodłączną fajką w ustach i Jamie nie 

chciała stracić okazji do rozmowy. Ogień wesoło buzował w 

kominku. Aromatyczny dym unosił się w powietrzu. Już miała zamiar 

przywitać się z ojcem, kiedy poczuła gwałtowne szarpnięcie. Znowu 

Timber! 

RS

background image

 

Mruknęła coś niechętnie i otworzyła oczy. Pies polizał jej dłoń i 

pisnął radośnie. Dziewczyna skrzywiła się. Sen rozwiał się niczym 

dym z fajki. Z całą ostrością uświadomiła sobie, że ojciec nie żyje od 

ponad roku i nigdy już nie pogadają tak jak dawniej. 

Usiadła w fotelu i przetarła oczy. Sosnowe polana dopalały się w 

kominku. Pociągnęła nosem i rozejrzała się dokoła. Miała wrażenie, 

że ojciec jest tuż, tuż. Dopiero po chwili zrozumiała, że aromat fajki 

zagnieździł się w fałdach starej, flanelowej koszuli, którą włożyła 

przed zaśnięciem. Więc jednak dała się ponieść fali fantazji... 

Olbrzymi wilczur, Timber, patrzył jej uważnie w oczy. Jamie 

uśmiechnęła się i pogłaskała go po głowie. 

- O co chodzi, stary? Coś zwęszyłeś? Może znowu szopa pracza, 

co? 

Pies szczeknął niecierpliwie i delikatnie pociągnął ją za brzeg 

koszuli. 

- Co tam znowu? - mruknęła dziewczyna, zdziwiona jego 

zachowaniem. 

Kiedy ktoś kręcił się w pobliżu chaty, Timber zwykle 

zachowywał się inaczej. Miał też „umówiony" sygnał, który oznaczał, 

że chce wyjść na spacer. Ale teraz po prostu biegał od fotela do drzwi 

i szczekał tak niecierpliwie, że Jamie w końcu musiała się roześmiać. 

- Dobrze, dobrze, już idę. Ciekawe, co mi chcesz pokazać... 

Ku jej zaskoczeniu Timber wcale nie chciał wyjść na zewnątrz. 

Kiedy otworzyła drzwi od salonu, natychmiast skierował się w stronę 

pracowni. Szczekał przy tym jak oszalały i co chwila odwracał głowę, 

chcąc sprawdzić, czy pani za nim idzie. 

RS

background image

 

- Timber, spokój! O co, u diabła, ci... - Jamie urwała w pół 

zdania. 

Teraz i ona usłyszała stłumione dźwięki, dobiegające z 

pracowni. Wpadła tam najszybciej, jak tylko mogła i od razu spojrzała 

na biurko. Skomplikowana aparatura pulsowała czerwonym światłem. 

Jedna z lampek zapalała się i gasła. Poza tym rozlegał się 

nieprzyjemny, wibrujący dźwięk. Sygnał ostrzegawczy. To był sygnał 

ostrzegawczy! Jeszcze dzisiaj rano sprawdzała całą aparaturę, chociaż 

wiedziała z doświadczenia, że jest prawie niezawodna. 

- Mój Boże - szepnęła do siebie. - To chyba niemożliwe... Jakieś 

zwarcie, czy ja wiem, uszkodzenie, ale nie... 

Jednak wewnętrzny głos podpowiadał jej, że tym razem może to 

być to, o co chodzi. 

Jeszcze raz uważnie przyjrzała się aparaturze. Paliła się tylko 

jedna z kilkunastu lampek. Jeżeli miała do czynienia z awarią, to 

występowała ona niezwykle wybiórczo. 

- Timber, cisza! - krzyknęła w stronę ujadającego psa. 

Wilczur umilkł i przywarł do podłogi. 

- Do licha, co się dzieje z tym dźwiękiem? - mruknęła do siebie, 

przyglądając się uważnie aparaturze. 

Po chwili dostrzegła, że głośnik jest przywalony papierowymi 

teczkami. Sięgnęła po nie odruchowo, zapominając, po co je tam 

umieściła. Sygnał zabrzmiał z nową siła. Czuła, że prawie rozsadza jej 

czaszkę. 

Timber znowu się rozszczekał. Jamie po raz drugi wrzasnęła, 

żeby był cicho i przycisnęła wyłącznik. 

RS

background image

 

- Świetnie, naprawdę świetnie - wymamrotała. Gdyby nie 

Timber, mogłaby spać aż do rana,zupełnie nieświadoma tego, że coś 

się stało. 

Wpisała szybko odpowiedni kod do komputera i ekran 

rozświetlił się silnym, zielonym światłem. Po chwili pojawiła się na 

nim lista danych. 

Nie, nie było mowy o awarii. Coś znajdowało się w pułapce. Coś 

na tyle ciężkiego, że zdołało uruchomić mechanizm zapadni. To nie 

mogła być poszukująca kryjówki sowa, czy zwykły świstak. 

Dziesięć miesięcy. Tak - nie udało jej się niczego złapać od 

dziesięciu miesięcy. 

Z bijącym sercem weszła do przedpokoju. Wciągnęła koszulę w 

spodnie i zaczęła nakładać długie, myśliwskie buty. Po chwili 

przypomniała sobie o komputerze. Wróciła do pracowni i wyłączyła 

urządzenie. Z roztargnieniem spojrzała na radiostację. Nie, nie mogła 

w tej chwili liczyć na kogokolwiek. Curtis wyjechał do Seattle na 

przyjęcie, zorganizowane przez jego wydział, a Terry... Cóż, Terry 

niewiele wiedział o jej pracy. Co prawda był jej asystentem, ale Jamie 

wolała, by sądził, że zajmują się miejscową populacją niedźwiedzi. 

Dzięki temu czuła się bardziej swobodna. 

Nie była jednak całkiem sama. Z wdzięcznością spojrzała w 

stronę wilczura. Timber aż trząsł się, węsząc nowe przygody. Jamie 

roześmiała się cicho. 

- Zaraz pójdziemy, Timber - powiedziała ciepło i poklepała go 

po masywnej szyi. 

RS

background image

 

Pies zrozumiał. Podbiegł do drzwi wejściowych i zaczął 

skamleć. Jamie czuła, że jest podniecona prawie tak, jak jej 

czworonożny przyjaciel. Przełknęła nerwowo ślinę i sięgnęła po 

strzelbę, wiszącą w przedpokoju. W zasadzie nie potrzebowała się 

ubierać. Na dworze, nawet jak na góry, było wyjątkowo ciepło. 

Narzuciła jednak na siebie myśliwską kamizelkę. W prawej kieszeni 

trzymała zawsze parę nabojów ze środkiem nasennym. Przez chwilę z 

wahaniem patrzyła na wielką strzelbę, stojącą w kącie. W końcu 

machnęła ręką i otworzyła drzwi. 

Jeśli złapała niedźwiedzia, środki nasenne powinny wystarczyć. 

Jeden strzał mógł unieruchomić zwierzę na ładnych parę godzin. 

Będzie miała czas, żeby umieścić je w sieci i wyciągnąć z pułapki za 

pomocą dżipa. A jeśli to nie był niedźwiedź... 

Jamie westchnęła, zamykając drzwi na klucz. W górach nie było 

zbyt wielu zwierząt na tyle ciężkich, by mogły uruchomić mechanizm 

zapadni. Przy czym wszystkie, poza niedźwiedziem, wydawały się 

zupełnie niegroźne. Chyba że w końcu spełniły się jej marzenia i w 

pułapce znajdował się... 

Potrząsnęła głową, chcąc odgonić te myśli. Sprawdziła, czy cały 

sprzęt znajduje się z tyłu, a następnie otworzyła drzwiczki do 

samochodu. Timber zgrabnie wskoczył na swoje siedzenie. W tej 

chwili, ze zjeżoną sierścią i nastroszonymi uszami, przypominał 

bardziej wilka niż psa. 

Slater McCall znajdował się w pułapce. 

Potrzebował paru minut, żeby się uspokoić. Kiedy już doszedł 

do siebie, zaczął obmacywać ciało. Miał zapewne parę siniaków, ale 

RS

background image

 

wszystkie kości były całe. Ściółka z miękkiej ziemi i liści 

zamortyzowała upadek. Za parę dni nie będzie nawet śladu po całej 

przygodzie. 

Ale co ma robić teraz? Otaczała go nieprzenikniona ciemność. 

W powietrzu unosił się zapach gleby i gnijących liści. Slater próbował 

nie myśleć o cmentarzach. 

Najpierw przyklęknął ostrożnie, a następnie, kiedy nic złego się 

nie stało, uniósł do góry całe ciało, opierając się o ścianę dołu. Cisza. 

Grobowa cisza. Wyciągnął przed siebie rękę, chcąc zbadać wielkość 

pułapki. Jego palce natrafiły tylko na miękki jak wata mrok. Zrobił 

dwa małe kroki do przodu i potknął się o jakiś przedmiot. Kucnął i 

chwycił go ostrożnie, nie wiedząc, czy dobrze robi. Okazało się, że 

trzyma w dłoni latarkę, którą wypuścił przy upadku. Kiedy ją włączył, 

zamrugał oczami. 

Dopiero po chwili mógł dokładnie obejrzeć całą pułapkę. 

Okazało się, że znajduje się w solidnej klatce, wstawionej do 

głębokiego dołu. Nie miał najmniejszych szans na wydostanie się z 

niej. Nawet gdyby wspiął się po jednej ze ścian, co wcale nie było 

takie łatwe, to i tak nie udałoby mu się unieść wieka. Zresztą, nie miał 

żadnej pewności, że nie zostało ono w jakiś specjalny sposób 

zatrzaśnięte. 

Mimo sytuacji, w jakiej się znalazł, Slater potrafił docenić 

pomysłowość konstruktora pułapki. 

- Nie znam cię, stary, - mruknął - ale masz u mnie pracę jak w 

banku. 

RS

background image

 

Uniósł latarkę do góry, kierując snop światła w miejsce, gdzie, 

jak mu się wydawało, powinno być niebo. Nic. Ciemność. 

- Oczywiście, pod warunkiem, że mnie stąd wcześniej 

wydostaniesz - dodał, sprawdzając jakość stali, z której wykonano 

klatkę. 

Kiedy zdrapał warstwę błota z metalu, aż gwizdnął z podziwu. 

Rzeczywiście nie miał żadnych szans. Ponownie skierował światło w 

górę, tym razem po to, by obejrzeć pokrywę pułapki. Nie mógł nawet 

dostrzec pojedynczych zamków, czy złączy. Klatka wyglądała tak, 

jakby odlano ją z litego metalu. Olbrzymie wieko przesłaniało całą 

górę. 

Ale czemu to wszystko miało służyć? W górach nie było 

przecież tak dużych i groźnych zwierząt. No, może z wyjątkiem 

niedźwiedzi... Jednak w tak dużej klatce mogło się ich zmieścić co 

najmniej kilkanaście. 

Jamie zjechała z drogi i zaparkowała dżipa tak, by widzieć 

pułapkę w świetle reflektorów. Zostawiła silnik na jałowym biegu i 

wysiadła. Sprawdziła jeszcze wielki hak, zamocowany z przodu 

samochodu. Następnie ruszyła w stronę pułapki. 

Timber szalał z podniecenia. Gdy tylko zatrzymała samochód, 

wyskoczył przez otwarte okno i pobiegł w stronę stalowej klatki. 

Najpierw przywarł do ziemi, a potem zaczął warczeć i szczekać. 

- Timber, wracaj! - Jamie wskazała mu miejsce koło dżipa. - 

Siad! 

Wilczur usłuchał niechętnie. Osiem lat tresury zrobiło swoje. 

RS

background image

 

Dziewczyna poczuła, że serce tłucze jej jak oszalałe. Oto stała 

być może przed największą przygodą swego życia. Wciągnęła 

głęboko powietrze. W tej chwili znajdowała się w połowie drogi 

między samochodem i klatką. Powiedziała sobie, że nie ma się czego 

bać i ponownie ruszyła w stronę pułapki. 

Slater usłyszał przytłumione ujadanie. Jakiś pies drapał w 

pokrywę klatki. Powodowany impulsem, chciał krzyczeć. Coś jednak 

mówiło mu, że powinien zachować ostrożność. Nie mógł przecież 

ufać ludziom, którzy zbudowali tę pułapkę. Zresztą nie miał pewności, 

że w ogóle są tam jacyś ludzie. Mógł to być przecież tylko jakiś 

zdziczały, bezpański pies. 

Nagle usłyszał dźwięk, jak przy otwieraniu więziennego judasza. 

Po chwili zalał go potok płynącego z góry światła. Slater przylgnął 

mocniej do ściany. Nic się jednak nie stało. Osobnik ze światłem 

wycofał się, nie dając znaku życia. 

Mężczyzna oddychał ciężko. Nie miał pojęcia, co teraz zrobić. 

Co, do ciężkiej cholery, działo się tam na górze? Nie miał już 

wątpliwości, że znajdują się tam jacyś ludzie. Ale kim są? I kiedy go 

uwolnią? Nic nie wskazywało na to, żeby się specjalnie spieszyli. 

Jeszcze raz spojrzał w górę. Obawiał się, że ciężkie wieko 

zacznie się opuszczać, tak jak w filmie sensacyjnym i zgniecie go 

swoim ciężarem. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad śmiercią, 

chociaż praca nieraz prowokowała go do takich refleksji. 

Nagle uderzyła go myśl, że najgorzej byłoby zostać w klatce i 

umierać powoli z głodu. Powietrze w dole wciąż było świeże i 

rześkie. Istniały więc dwie możliwości: albo wieko nie było tak 

RS

background image

 

szczelne, jak by na to wskazywał jego wygląd, albo też konstruktor 

klatki pomyślał o klimatyzacji. W każdym razie nie ma szansy się 

udusić. Wody dostarczy mu wilgotna ziemia z dna i ścian klatki. 

Zostawała więc jedynie powolna śmierć głodowa... 

Slater wytarł spocone czoło rękawem swetra i zaczął się 

nerwowo rozglądać po wnętrzu pułapki. Dopiero teraz dostrzegł 

judasza, ukrytego przemyślnie w jednym z rogów. Cóż, skoro jeszcze 

nie był martwy, to postanowił walczyć aż do końca. 

Nagle usłyszał nad głową ludzkie kroki. Odruchowo przywarł do 

ściany i wyłączył latarkę. Zgrzyt metalu i cisza... Już chciał podjąć 

próbę wspinaczki, kiedy ziemia zatrzęsła się w posadach, a drobne 

kamyki posypały się wprost na jego głowę. 

Odskoczył od ściany. Wieko uniosło się z głuchym dudnieniem. 

Nad jego głową ponownie pojawiło się rozgwieżdżone niebo. 

Slater nawet nie podejrzewał, że przez dłuższy czas 

wstrzymywał oddech. Dopiero teraz wypuścił nagromadzone w 

płucach powietrze. Na brzegu rozpadliny pojawiła się niewielka 

figurka. Wszystko wskazywało na to, że człowiek, który go złapał, 

zupełnie nie wie, co robić dalej. 

Zmrużył oczy, próbując dostrzec coś więcej poza konturami 

postaci. Nawet to, że wciąż pozostawał na łasce nieznajomego, nie 

potrafiło zmniejszyć jego furii. 

- Ej ty! - krzyknął nie kryjąc wściekłości. Nieznajomy milczał. 

To tylko dolało oliwy do ognia. 

- Na co czekasz, idioto?! Wyciągnij mnie stąd, zamiast 

wybałuszać gały! 

RS

background image

 

10 

- Ty niezdaro. - Jamie była prawie tak samo zła, jak mężczyzna 

uwięziony w pułapce. - Lepiej byś pomyślał, zamiast... 

Nie dokończyła jednak. Jej słowa utonęły w morzu przekleństw, 

wyrzucanych przez wściekłego mężczyznę. Slatera nie powstrzymało 

nawet to, że ma do czynienia z kobietą. Prawdę mówiąc, z początku w 

ogóle tego nie zauważył. Dopiero po chwili zmieszał się i zamilkł. 

Dziewczyna wzięła głęboki oddech. 

- Powinieneś siedzieć na budowie, zamiast włóczyć się pijany po 

górach. Nie napytałbyś sobie biedy. - Jamie przywiązała koniec liny 

do pobliskiego drzewa. 

- Nie znoszę was, ludzi z budowy - monologowała dalej. - 

Wszędzie was pełno i wszyscy się was boją. W ciągu paru miesięcy 

zdołaliście sterroryzować całe miasteczko... 

Pociągnęła linę, chcąc sprawdzić, czy dobrze się trzyma. Mocne 

włókna wpiły się w jej palce. Syknęła z bólu. 

- Nie jestem pijany - warknął Slater. - Po prostu wybrałem się na 

spacer i wpadłem do tej piekielnej dziury. 

Wyciągnął do góry rękę i pogroził Jamie zaciśniętą pięścią. 

- A teraz musisz mnie stąd wydobyć! I to szybko! Przez moment 

chciała zostawić mężczyznę i odjechać bez słowa. Początkowo 

ucieszyła się nawet, że w pułapkę złapał się człowiek, a nie, jak 

oczekiwała, niedźwiedź. Teraz jednak stwierdziła, że wolałaby mieć 

do czynienia z największym grizli niż z tym bufonem. 

Nachyliła się nad krawędzią. Mężczyzna na dole wyglądał 

niezwykle groźnie. 

RS

background image

 

11 

Przede wszystkim prezentował się bardzo okazale. Zbyt okazale, 

jak na jej skromne wymagania. Poza tym był wściekły. Jamie 

przywykła już do niezbyt wykwintnego języka, którego używali 

mężczyźni w górach. Nie wiedziała jednak, jak poradzić sobie w 

sytuacji, kiedy słowa były podszyte autentycznym gniewem. 

- Proszę pani - więzień zmienił na chwilę ton - zapewniam panią, 

że w naszym wspólnym interesie leży, abym wydostał się stąd jak 

najszybciej... 

Groźba zabrzmiała niezwykle poważnie. Dziewczyna ponownie 

zaczęła zastanawiać się nad możliwością ucieczki. Tym razem z 

zupełnie innych powodów. W końcu zwyciężyła w niej jednak zwykła 

ludzka życzliwość. Obejrzała się za siebie. Timber warował przy 

samochodzie. 

- Za chwilę rzucę panu sieć, którą przywiązałam do drzewa. - 

Jamie również starała się być lodowato uprzejma. - Może pan jej użyć 

jako drabinki sznurowej... 

Z dołu nie dobiegło do niej ani jedno życzliwe słowo. Cisza. 

Jamie zawahała się, było już jednak za późno na zmianę decyzji. 

Dziewczyna popchnęła nogą przyniesiony z samochodu tobołek. 

Sieć rozwinęła się na całej długości. Wyglądała bardzo 

delikatnie. Wydawało się, że mogłoby ją zerwać pierwsze lepsze 

zwierzę. Ale Slater nie dał się zwieść pozorom. Wystarczyło zresztą 

dotknąć sieci, by upewnić się, że utrzyma dziesięciu takich jak on. 

Zrobiono ją zapewne z jakichś specjalnych włókien. 

Kiedy wygrzebał się z dołu, dziewczyna cofnęła się w stronę 

pobliskich sosen. Slater ruszył w jej kierunku. 

RS

background image

 

12 

- Co to za żarty, do jasnej cholery? Mogłem przecież skręcić 

kark. A może właśnie o to chodziło? Może chciała pani zdobyć mój 

skalp? Pewnie nie pierwszy i nie ostatni... 

Nagle odezwał się pies. Slater był tak zły, że do tej pory nie 

zwrócił na niego uwagi. Teraz zatrzymał się gwałtownie. Zwierzę bez 

wątpienia czaiło się do skoku. Świadczyły o tym obnażone zęby i 

zjeżona na karku sierść. 

Mężczyzna z podziwem przyglądał się psu. Wilczur. Prawie 

wilk... Mógłby zmiażdżyć mu ramię jednym kłapnięciem potężnej 

paszczy. Płonące jak żagwie oczy mówiły, że jest rozwścieczony. 

Pewnie nie przywykł do tego, że ktoś może krzyczeć na jego panią. 

Dziewczyna położyła dłoń na olbrzymiej głowie zwierzęcia. 

- Spokojnie, Timber. 

Pies zamachał ogonem i usiadł. Jednak ani na moment nie 

spuścił wzroku z nieznajomego. 

Slater powoli przeniósł ciężar ciała na prawą nogę. Poruszył się 

nieznacznie. Sierść na karku psa zjeżyła się ponownie. Stojąca w 

cieniu kobieta musiała być żeńskim odpowiednikiem pionierów 

dzikiego zachodu. Pewnie piła whisky i potrafiła dać w mordę lepiej, 

niż niejeden mężczyzna. 

- Spokojnie, kochasiu - mruknęła Jamie i wynurzyła się z cienia. 

Slater zamrugał ze zdziwienia oczami. Nie spodziewał się kogoś 

tak młodego i... ładnego. Stojąca przed nim dziewczyna mogła mieć 

co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Była wysoka i szczupła. Nie mogła 

jej zeszpecić nawet workowata kurtka myśliwska, którą miała na 

sobie. Długie, męskie buty i dopasowane dżinsy dodawały jej tylko 

RS

background image

 

13 

uroku, a rozpięta pod szyją koszula w zielono-szarą kratę uwydatniała 

linię biustu. Nikt by nie uwierzył, że taka dziewczyna mogłaby 

zastawiać pułapki na mężczyzn w górach, w samym sercu Brytyjskiej 

Kolumbii. 

Pozostawał jeszcze jeden drobny szczegół - strzelba w dłoni 

nieznajomej. Co prawda, trzymała ją lufą w dół, ale Slater nie miał 

żadnych wątpliwości, że wiedziała, jak się z nią obchodzić. 

Jamie chrząknęła i rozejrzała się niepewnie dokoła. Oblizała 

wargi, chcąc zyskać na czasie. Dopiero teraz Slater uświadomił sobie, 

że nieznajoma nie ma pojęcia, co z nim zrobić. Postanowił kuć żelazo, 

póki gorące. 

- I co dalej? - spytał. - Co zrobimy z tak miło rozpoczętym 

wieczorem? 

Mówił spokojnie i twardo, jak człowiek przywykły do tego, by 

inni go słuchali. Nawet najbardziej krnąbrni spośród robotników na 

licznych budowach, którymi kierował, uginali się pod ciężarem tego 

głosu. 

- Ja... - wyjąkała dziewczyna i cofnęła się w kierunku sosen. 

- Teraz pani ruch. - Spojrzał jej głęboko w oczy. - To pani ma 

strzelbę, nie ja. 

Dziewczyna spojrzała ze zdziwieniem na przedmiot, który 

trzymała w prawej ręce. 

- Tak, oczywiście - powiedziała trochę za szybko. Slater położył 

dłonie na biodrach i ponownie zmierzył ją wzrokiem. Nie zwrócił 

nawet uwagi na warczenie zaniepokojonego Timbera. 

RS

background image

 

14 

- Czy przejdziemy wobec tego od razu do rzeczy, czy też 

zabierze mnie pani do domu? 

Jamie potrząsnęła głową i ponownie zrobiła krok do tyłu. 

- N... nie rozumiem... 

- Nie wygłupiaj się, malutka. - Slater roześmiał się serdecznie. - 

Nie chcesz się chyba teraz wycofać... 

Dziewczyna spojrzała na niego baranim wzrokiem. 

- W dalszym ciągu nie rozumiem, o co panu chodzi. Slater 

uśmiechnął się znacząco. 

- Daj spokój, skarbie. Nie ma sensu owijać w bawełnę. Żadna 

kobieta nie zadałaby sobie tyle trudu, żeby złapać mężczyznę, a 

potem... puścić go wolno. Problem polega tylko na tym, czy zrobimy 

to tutaj - wskazał skąpą ściółkę niedaleko sosen - czy też w jakimś 

przyjemniejszym miejscu. 

Wykonał pierwszy krok w jej kierunku. Jamie patrzyła na niego 

jak na wariata. Timber szczeknął ostrzegawczo. 

- Nago mogłoby ci tu być niewygodnie... Następny krok. 

- Miałabyś siniaki. 

Pies i kobieta patrzyli na niego świdrującym wzrokiem. 

- Chyba że wolisz jakieś inne pozycje... Lubię agresywne 

kobiety. 

Jego słowa wywołały dokładnie ten efekt, o który mu chodziło. 

Dziewczyna nie potrafiła ukryć szoku. Całą twarz miała czerwoną ze 

wstydu. 

- To... to... świństwo. Wcale nie chciałam... nie miałam nawet 

zamiaru - jąkała się. 

RS

background image

 

15 

- Dobrze, dobrze. - Machnął ręką. - Wobec tego zrobimy to po 

bożemu... 

Dziewczyna aż zagotowała się z gniewu. Slater przesunął się 

jeszcze o krok i wtedy ją dopadł. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

16 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Slater poruszał się tak szybko, ze Jamie nie miała nawet czasu, 

by uświadomić sobie, co się dzieje. Chwycił ją za ramię i przycisnął 

do pnia sosny. Zabezpieczona strzelba upadła na ziemię.  

- Timber, leżeć! - wrzasnął Slater. Górskie echo długo jeszcze 

powtarzało te słowa. 

Zdezorientowany pies przypadł do ziemi. Warczał groźnie i 

pokazywał wielkie zębiska, nie śmiał się jednak poruszyć. 

- Powiedz mu, żeby był cicho! 

Dziewczyna miała problemy z wydobyciem głosu z gardła. 

- J... jak ci się to udało? 

Slater przycisnął ją mocniej do drzewa. Starał się w pełni 

panować nad sytuacją. A jednak... przez materiał roboczej koszuli 

wyraźnie czuł duże, jędrne piersi dziewczyny. Rozpraszało go to. Nie 

pozwalało skoncentrować się na niezwykle trudnej sytuacji, w jakiej 

się znalazł. 

- Kazałem ci uciszyć psa. 

Zawahała się. Slater poczuł teraz wyraźnie ziołowy zapach jej 

włosów. 

- Timber, spokój - powiedziała drżącym głosem. - Wracaj do 

samochodu. 

Pies ponownie zjeżył sierść, ale po chwili wykonał rozkaz. 

Slater odetchnął z ulgą i spojrzał na dziewczynę. 

RS

background image

 

17 

- Znakomicie - szepnął. - Za chwilę cię uwolnię. Nie radzę 

jednak próbować ze mną żadnych sztuczek. 

Ostrożnie zwolnił uścisk i sięgnął po strzelbę. Odsunął się na 

jakiś metr od drzewa. Przez moment miał wrażenie, że dziewczyna 

rzuci się na niego z gołymi rękami. 

Nic takiego jednak nie nastąpiło. Jamie oparła się o sosnę i 

zaczęła masować nadwerężony nadgarstek. Slater uśmiechnął się z 

uznaniem. 

- To bardzo mądrze z twojej strony. Naprawdę lubię agresywne 

kobiety, ale nie takie, które atakują bez żadnych szans na wygraną... 

Należą ci się słowa uznania za spokój i opanowanie. 

- Dziękuję - powiedziała lodowatym tonem i zaczęła się 

przesuwać w stronę dżipa. 

Mężczyzna nawet nie próbował jej zatrzymywać, co wydatnie 

poprawiło jej humor. 

- I co dalej? - spytała. - Teraz ty masz nade mną przewagę - 

wskazała strzelbę. 

- Właśnie. Najpierw sprawdzimy, co jest w środku. Aż pociągnął 

ze zdziwienia nosem, kiedy okazało się, że w komorze zamka tkwi 

nabój ze środkiem nasennym. Przez chwilę obracał go w palcach, 

przyglądając mu się uważnie, a następnie wsunął do kieszeni kurtki i 

wyciągnął strzelbę w kierunku Jamie. 

- Proszę. 

Dziewczyna patrzyła na niego z niedowierzaniem. Czyżby chciał 

pozbyć się broni? Slater potrząsnął niecierpliwie strzelbą. Wzięła ją za 

RS

background image

 

18 

lufę. Przez moment patrzyli sobie uważnie w oczy. W końcu Jamie 

odwróciła się do niego plecami i ruszyła w stronę samochodu. 

- Skąd wiedziałeś, że Timber zareaguje na twoje słowa? - rzuciła 

przez ramię. 

Położyła strzelbę na przednim siedzeniu, tuż obok 

niespokojnego psa. 

- Nie wiedziałem - odparł i uśmiechnął się, widząc, że 

dziewczyna zatrzymała się w pół ruchu. - Postanowiłem zaryzykować. 

Jamie powoli odwróciła się w jego stronę i zmierzyła go 

badawczym spojrzeniem. 

- Jeżeli nie jesteś pijany, to na pewno uciekłeś z domu wariatów 

- mruknęła. - Przecież Timber słucha przede wszystkim moich 

komend. Mogłam mu kazać, żeby cię zaatakował. 

- Ale tego nie zrobiłaś. 

- Nie - powiedziała z nutką żalu w głosie. - To również 

przewidziałeś? 

- Oczywiście. 

Z ust Jamie wyrwało się lekkie westchnienie. 

- Co tutaj robisz? - spytała po chwili milczenia. 

- Spaceruję. 

- Spacerujesz? - Popukała się lekko w czoło. 

Prawie cały czas mówili sobie po imieniu. Wydawało się to 

bardziej naturalne. Jamie nie potrafiłaby mówić „pan" komuś, kto 

miał nie po kolei w głowie. 

- Lubię góry w nocy. Są takie ciche i spokojne... - Slater spojrzał 

w kierunku pułapki. 

RS

background image

 

19 

- No, przynajmniej zazwyczaj... 

- Znajdź sobie lepiej jakieś inne zajęcie - powiedziała sucho. - 

Góry mogą być niebezpieczne. Zwłaszcza dla ludzi z zewnątrz. 

- Czy masz na myśli niebezpieczeństwa tego rodzaju? - wskazał 

strzelbę. 

Dziewczyna zmarszczyła czoło. 

- Nie. Raczej nie. Chociaż wy, budowlańcy, zaleźliście 

miejscowym mocno za skórę. Gdybym przywiozła im twój skalp, na 

pewno wybraliby mnie na burmistrza. 

Slater skrzywił się, jakby mu ktoś nastąpił na odcisk. 

- Skąd pomysł, że pracuję przy budowie tamy w Skookum? Poza 

tym nie rozumiem tej nienawiści wobec przyjezdnych... 

Jamie jeszcze raz przyjrzała się kpiąco jego wytartym dżinsom, 

znoszonej skórzanej kurtce i powalanym błotem kamaszom. 

- Nie musisz mówić, skąd jesteś. To widać. Poza tym, gdybyś 

mieszkał w okolicy, znałabym cię od dawna. Nawet krótkie wizyty 

dalekich krewnych są tematem plotek w miasteczku. Jest tylko jedno 

wyjście - musisz pracować przy budowie tamy. Dobrze świadczy o 

tobie fakt, że przynajmniej trochę się tego wstydzisz. 

- Zaraz, zaraz. Zdaje się, że jesteś z tej grupy, która domaga się 

przerwania budowy - warknął ze złością. 

Nieco zaskoczył go fakt, że po latach podobnych doświadczeń 

jest jeszcze w stanie żywić jakieś uczucia względem protestujących. 

Znał już wszystkie cudowne recepty domorosłych proroków i 

wydawało mu się, że mogą go one co najwyżej śmieszyć. 

RS

background image

 

20 

- Oczywiście. Moje nazwisko znajduje się na wszystkich 

petycjach w tej sprawie. 

- Ach, wiec może to ty strzelałaś do robotników na słupach 

wysokiego napięcia? Jeden z nich przestraszył się tak bardzo, że 

stracił równowagę. Gdyby nie zabezpieczenia, poleciałby na ziemię z 

czterdziestu metrów. Biedak ma żonę i trójkę małych dzieci. 

Dziewczyna aż poczerwieniała z oburzenia. 

- No wiesz - fuknęła jak rozjuszona kotka. Slater uśmiechnął się 

kwaśno. 

- A jednak ktoś to zrobił. Ktoś z tej sympatycznej mieściny... 

Nie muszę ci chyba mówić, że praca na słupach wysokiego napięcia 

jest wystarczająco niebezpieczna i bez miejscowych snajperów. 

Przez chwilę wydawało mu się, że dziewczyna chce coś 

powiedzieć. Zaległa nerwowa cisza. Slater chrząknął i spojrzał w 

kierunku pułapki. 

- Cóż, w dalszym ciągu jestem twoim więźniem. Czy 

zdecydowałaś już, co ze mną zrobić? Moim zdaniem, jakiś przytulny 

pokoik byłby o wiele milszy niż... - wymownym gestem wskazał kępę 

sosen. 

Oczy Jamie zapłonęły szczerym oburzeniem. 

- Nie kuś losu - syknęła. - Mogę cię jeszcze zastrzelić i 

powiedzieć, że działałam w samoobronie. 

Mężczyzna roześmiał się szczerze. Bawiła go buntownicza 

postawa dziewczyny, a rumieńce, które ponownie pojawiły się na jej 

policzkach, wydawały się nadzwyczaj pociągające. Zdążył już prawie 

RS

background image

 

21 

zapomnieć, jak podniecające mogą być dziewiczy wstyd i złość 

obrażonej kobiety. 

Wiedział, że dziewczyna ma rude włosy, w żywym, miedzianym 

odcieniu, a także oczy w kolorze szmaragdów. Skąd? Nie miał 

najmniejszego pojęcia. Stali teraz w półmroku. Docierał do nich tylko 

niewielki poblask światła reflektorów. 

- Uważaj, aniołku - powiedział z udawaną powagą. - Słyszałem, 

że w tych okolicach nie tak łatwo o męża. Zastrzelisz mnie, a potem 

okaże się, że musisz zostać sama aż po kres swoich dni. 

- Nie podniecaj się tak tą myślą. Nie jesteś nawet w połowie 

podobny do mojego ideału. 

Slater uśmiechnął się. Znowu zaczął się nieźle bawić. 

- Nie wiesz nawet, co tracisz - mruknął. 

- I nie jestem ciekawa - odparowała. - Wolałabym już raczej 

wydać moje nagie ciało na pastwę rozwścieczonych niedźwiedzi... 

Jamie posłała mu chłodne spojrzenie i gwizdnęła na psa. Oboje 

ruszyli w stronę pułapki. Slater stał, wyobrażając sobie nagie ciało 

dziewczyny w pazurach potężnego grizli. Po chwili niedźwiedź 

zniknął. Niestety, nagie, wyprężone ciało pozostało na swoim 

miejscu... 

Slater od dawna hołdował zasadzie niewdawania się w romanse 

z kobietami z lokalnych społeczności, wśród których pracował. 

Czasami nie było to łatwe. Zwłaszcza gdy budowa ciągnęła się 

miesiącami, a wokół znajdowało się tylko kilka niewielkich wiosek. 

Niemniej, patrząc na to z perspektywy lat, musiał przyznać, że 

przymusowa wstrzemięźliwość zawsze wychodziła mu na dobre. 

RS

background image

 

22 

Przez chwilę nie mógł oderwać wzroku od kształtnych 

pośladków dziewczyny. Musiał w końcu uszczypnąć się w udo. 

Przecież właścicielka tej wspaniałej pupy omal go nie zabiła! 

Podszedł do jamy i zaczął pomagać przy zwijaniu siatki. Nagle 

powróciły do niego wydarzenia sprzed ładnych paru lat. Biedna 

Alison, czy mogła przypuszczać, że po ślubie zacznie na nią reagować 

jak na złośliwą wysypkę!? 

Dziewczyna wcale nie była zadowolona z pomocy. Timber 

również. Oboje patrzyli na niego zimnym, bezosobowym wzrokiem. 

- Pułapki, sieci, naboje ze środkiem nasennym... Czego 

oczekiwałaś, aniołku? Czy ja nie wystarczę? 

Dziewczyna machnęła ręką, jakby oganiała się przed natrętną 

muchą. 

- Daruj sobie te żarty - mruknęła, kończąc zwijanie sieci. - 

Miałam nadzieję... To znaczy, chciałam złapać niedźwiedzia. 

Slater spojrzał na nią uważnie. Miał wrażenie, że dziewczyna 

kłamie. W dodatku nieudolnie. 

- Umówiłaś się na randkę z królem tych gór, grizlim? 

Potrząsnęła przecząco głową. 

- Nie, nie! Chodziło mi o niedźwiedzia brunatnego. Grizli 

rzadko zapuszcza się w te rejony... 

- Mieliśmy ostatnio w obozie inwazję niedźwiedzi - powiedział 

automatycznie. - Spowodowały masę kłopotów. 

Jamie aż zacisnęła pięści z gniewu. 

- A czego się spodziewałeś? Żyjecie w tym swoim obozie jak w 

raju. Macie własne centrum rozrywkowe, stołówkę, najlepsze jedzenie 

RS

background image

 

23 

i... - zawiesiła głos - najlepsze odpadki. Gdybyście wywozili je, tak 

jak proponowaliśmy w jednej z petycji, a nie składowali za obozem, 

nie byłoby tych problemów! 

Slater pokiwał smutno głową. 

- Tak. Tyle że podobna operacja kosztowałaby masę pieniędzy. 

Musielibyśmy użyć śmigłowców! 

- Mam nadzieję, że stać was będzie na przeloty do szpitala w 

Kelowna. Spotkania z niedźwiedziami nie należą do przyjemności. 

Zwłaszcza jeśli trafi się na samicę z małymi. 

- Wiem o tym - uciął krótko. - Dlatego chcemy ogrodzić całe 

śmietnisko. 

Jamie wzruszyła ramionami. Miała już dosyć tej rozmowy. 

- Niedźwiedzie obudziły się ze snu zimowego zaledwie parę 

tygodni temu. Są wygłodzone. Na odpowiednie ogrodzenie 

musielibyście wydać więcej, niż na całą tamę. Możesz mi wierzyć. 

Znam się na tym trochę. 

Slater machnął ręką. Słyszał już te argumenty od Sama Dwa 

Łosie. Nie chciał, by pouczała go jakaś przemądrzała pannica z lasu. 

Zaczął bez słowa strzepywać igły i grudki ziemi, które przywarły do 

jego spodni. 

Nagle zauważył, że dziewczyna z niepokojem przygląda się jego 

głowie. Uniósł dłoń do skroni, a następnie wyciągnął ją przed siebie. 

Palce były umazane krwią i ziemią. 

- Musiałeś się uderzyć w czasie upadku - powiedziała, 

spuściwszy wzrok. - Mam nadzieję, że to nic poważnego. Zajmę się 

tym, jeśli... jeśli pozwolisz. 

RS

background image

 

24 

Znowu się zapłoniła. Starała się jednak pokryć zakłopotanie 

gniewem: 

- Gdybyś się tutaj nie włóczył, nie wpadłbyś do dołu. Sam jesteś 

sobie winny! Pamiętaj, że góra Skookum jest własnością prywatną. 

- Ciekawe, czy masz pozwolenie na zastawianie takich pułapek - 

rzekł chłodno. - Podejrzewam, że tutejsi ekologowie mieliby sporo do 

powiedzenia na ten temat... 

Jamie milczała. Zacisnęła tylko pięści w bezsilnej złości. Slater 

skierował się w stronę pułapki. Bez trudu odnalazł na jednej ze ścian 

niewielkie, czarne pudełko. Drugie znajdowało się na najbliższej 

sośnie, zawieszone półtora metra nad ziemią. Między nimi przebiegała 

strużka światła o średnicy ołówka. Kiedy machnął ręką i przerwał na 

chwilę promień, usłyszał cichy, acz wyraźny trzask. Slater uśmiechnął 

się szeroko. 

- Niezła zabawka, laserowe czujniki, stalowa pokrywa... To 

wszystko musiało kosztować masę pieniędzy! 

Podszedł do pułapki, żeby ją lepiej obejrzeć. Pochylił się i zaczął 

szperać przy zamku. Po chwili aż gwizdnął ze zdziwienia. 

- Ciągle ładujesz w to masę pieniędzy. Konserwacja takiego 

mechanizmu kosztuje majątek! 

Dziewczyna nie zaprzeczyła. Patrzyła tylko na niego, 

zastanawiając się, jak długo by pociągnął, gdyby zostawiła go w dole. 

- Powiedz, o co tutaj chodzi. - Wstał i otrzepał spodnie. - Jakieś 

tajne badania? Może eksperymenty wojskowe? 

Jamie roześmiała się z ulgą i pokręciła przecząco głową. 

- Powinieneś pisać powieści sensacyjne. Byłbyś w tym niezły. 

RS

background image

 

25 

Jej rozbawienie wyglądało na szczere. Slater uznał, że 

dziewczyna nie ma żadnych powiązań z rządem lub wojskiem i że 

sama prowadzi jakieś tajne badania... Nagle spojrzeli na siebie. Slater 

dostrzegł w jej oczach chłodny, zielony błysk. Timber zjeżył sierść i 

zaczął węszyć. Jamie klepnęła go gwałtownie po karku i odwróciła się 

w stronę samochodu. Wszystko wskazywało na to, że nie ma zamiaru 

opatrzyć mu rany. 

- Hej, czy są tutaj jeszcze jakieś pułapki?! - krzyknął. 

- Trzymaj się szlaku. 

- To znaczy, że są? 

- Trzymaj się szlaku - powtórzyła, otwierając drzwiczki do 

samochodu. -I lepiej zapomnij o górach, jeśli chcesz zachować 

zdrowie i życie. 

Groźba zawarta w tych słowach spowodowała, że poczuł 

mrowienie na karku. 

- Chodzi ci o niedźwiedzie? 

Cisza przedłużała się w nieskończoność. 

- Między innymi - powiedziała w końcu dziewczyna. - Nie pytaj. 

Po prostu trzymaj się z daleka od mojej góry. 

"Mojej góry?" Slater patrzył na oddalający się samochód. „Jeśli 

chcesz zachować zdrowie i życie?" Dżip prawie już zniknął w mroku. 

Nagle usłyszał rozdzierający krzyk ptaka. Poczuł powiew 

powietrza na twarzy. Jakiś ciemny kształt przesunął się nad jego 

głową i poszybował w przestworza. Odetchnął z ulgą i potrząsnął z 

niedowierzaniem głową. Jak łatwo dał się ponieść fali fantazji. W tych 

RS

background image

 

26 

górach nie było przecież nic groźnego: kilka sów, niedźwiedzi oraz 

szalonych kobiet, trudniących się wyłapywaniem nieznajomych. 

Jeszcze raz potrząsnął głową i skierował się grzecznie w stronę 

szlaku. 

Slater stał na stopniach przyczepy, która służyła mu za biuro. 

Rozglądał się po terenie budowy, chcąc sprawdzić, czy wszystko w 

porządku. Raz jeszcze pomyślał o dziewczynie z gór i wczorajszym 

spotkaniu. Miał przed sobą miejsce, z którego był dumny. Włożył w 

budowę tamy już trzy miesiące swojego życia. Pokonał surową naturę. 

Nieznajoma co najwyżej kupiła albo odziedziczyła Skookum. Które z 

nich miało większe prawo mówić o tej ziemi - „moja"? 

Nieznaczny uśmiech pojawił się na wargach mężczyzny. 

Przecież wcale nie pragnął tego królestwa... Budował inną tamę w 

pewnym miejscu w Brazylii, którego prawidłowej wymowy nigdy się 

nie nauczył. Nowy kontrakt był mu bardzo nie na rękę. 

Poprzedni kierownik budowy w Skookum, Charlie Cornelius, 

nie sprawdził się na tym stanowisku. Trzeba go było odwołać, 

ponieważ w innym razie mogło dojść do upadku wszystkich planów. 

Slater praktycznie nie miał wyboru. 

- Kogo mamy wysłać? - pytano w biurze. - Przecież jesteś 

najlepszy. 

Kiedy wymieniał kolejne nazwiska, urzędnicy tylko kiwali 

głowami. W końcu, bez zbędnych dyskusji, wręczono mu bilet 

lotniczy do Vancouver. W samolocie przypomniał sobie jeszcze słowa 

szefa: 

RS

background image

 

27 

- Skookum przeżywa poważny kryzys, McCall. Nie żądamy od 

ciebie cudów. Chodzi o to, żebyś w terminie zbudował tę cholerną 

tamę! 

Jasne. Nie oczekiwali cudów. 

Najgorsze jednak było to, że Slater kochał tę robotę. Urzędnicy 

w biurze musieli wiedzieć, że zrobi wszystko, żeby wywiązać się z 

zadania i to nie z obawy przed utratą pracy. 

Uśmiechnął się do wspomnień. Wciągnął w płuca świeże, 

wiosenne powietrze, przesycone zapachem benzyny i spalin. Budowa 

jak zwykle przypominała skrzyżowanie obozu wojskowego z 

miasteczkiem z czasów gorączki złota. Dla przybysza z zewnątrz 

musiała się wydać czymś w rodzaju gigantycznego śmietniska, rodem 

z filmów science-fiction. Na ogrodzonym terenie znajdowały się 

olbrzymie, powalane błotem koparki i dźwigi. Gdzieniegdzie leżały 

zwoje drutu, nawinięte na olbrzymie koła wielkości człowieka. Sterty 

rur, desek i stalowych elementów pojawiały się w regularnych 

odstępach. Jednak najwięcej było pracujących aż do wieczora 

ciężarówek, które w zestawieniu z tamą wyglądały jak pudełka 

zapałek. 

Jak zawsze, widok olbrzymiej konstrukcji chwycił go za serce. 

Tama piętrzyła się, jasna i piękna w świetle słońca. Wciąż jeszcze 

oplatały ją liny i drewniane pomosty. Mimo to, nic nie mogło 

umniejszyć jej ogromu i geometrycznej przejrzystości. Powierzchnie i 

kąty, tak proste, a jednocześnie tak skomplikowane, zdawały się być 

tworami samego Boga. 

RS

background image

 

28 

Slater stał, poruszony tym widokiem. Nawet nie zauważył, jak 

zbliżył się do niego Bill Moss. 

- Patrzysz na tamę jak na kobietę - usłyszał obok tubalny głos 

kolegi. 

Podskoczył. 

- A jak mam patrzeć? 

Obaj mężczyźni roześmieli się. Pogadali przez chwilę, po czym 

Slater wszedł do biura. Na biurku leżały całe stosy dokumentów: 

raporty, wydruki komputerowe, listy oraz obliczenia. Każdy nowy 

człowiek miałby problemy z połapaniem się w tym bałaganie - ale nie 

on. Bez najmniejszego wysiłku odszukał potrzebne mu papiery. 

Po paru minutach w biurze pojawił się zmęczony Bill. Zdjął 

kask, nalał sobie kawy z dzbanka i usiadł. 

- No i co? Jak ci się pracuje na prawdziwej budowie? - zapytał 

prowokacyjnie. 

Od strony biurka doleciał zduszony pomruk. Bill roześmiał się 

serdecznie. Umieścił powalane błotem kalosze na brzegu biurka. 

Rozparł się wygodnie w fotelu i zaczął nim niebezpiecznie 

balansować. Nadwerężone sprężyny jęknęły żałośnie. 

- Cieszę się, że nie straciłeś dawnego wigoru. Pracujesz z nami 

zaledwie trzy miesiące, a kilkudziesięciu facetów wyleciało już z 

pracy. Cztery związki zawodowe grożą strajkiem. Podobno 

wyznaczono nagrodę za twoją głowę... 

Slater roześmiał się. Odgarnął papiery i również położył nogi na 

biurku. 

RS

background image

 

29 

- Cornelius zostawił mi potworny bałagan. Czasami 

zastanawiam się, co ten facet robił tutaj przez dwa lata. Sam wiesz: 

gdzie drwa rąbią... - Slater zawiesił głos. 

Bill chrząknął. 

- Kiedy otrzymaliśmy wiadomość, że przyjeżdżasz, w biurze 

zatrudnienia ustawiały się kolejki. Wielu ludzi chciało złożyć 

wymówienie. Czy wiesz, że nazywają cię tutaj „Terminator"? 

Slater uśmiechnął się nieznacznie. Oczywiście znał wszystkie, 

albo prawie wszystkie przydomki, którymi go obdarzano. 

„Terminator" był tylko jednym, i wcale nie najmocniejszym z nich. 

- Przecież wiesz, że zwolniłem tylko nierobów i zabijaków. 

Cornelius pozwalał tym ludziom na wszystko... 

Slater potarł w zamyśleniu czoło. 

- W ogóle powinienem był skierować całą sprawę do sądu. A 

zresztą - machnął ręką - wszystko się niedługo uspokoi. Związki 

zawodowe próbują tylko zachować twarz, a ci faceci zapomną o mnie, 

gdy tylko znajdą nową robotę... 

Bill wydał zduszony pomruk. 

- Szkoda, że szef dopiero po dwóch latach zauważył, że 

Cornelius lepiej nadawałby się na kierownika baletu niż budowy. 

Czeka cię wyjątkowo ciężki rok. Ciebie... i nas wszystkich. 

- Wiem. - Oczy Slatera rozbłysły stalowym blaskiem. - Zrozum, 

musimy zakończyć budowę w terminie. Jeżeli spóźnimy się choćby o 

parę miesięcy, wykończą nas kary za niedotrzymanie warunków 

umowy... 

RS

background image

 

30 

Nagle poczuł, że opuszcza go dawna energia. Przeciągnął dłonią 

po spoconym czole. 

- Monolith to największa tama na świecie - ciągnął. - Wobec 

tego spoczywa na nas największa odpowiedzialność. Jeżeli okaże się, 

że nie poradzimy sobie z budową, możemy już nigdy nie znaleźć 

pracy... 

Bill pokiwał głową. 

- Nie musisz mi tego mówić - mruknął. Po chwili jednak 

poweselał. - Cieszę się, że przejąłeś budowę. 

- Dziękuję. 

Slater sięgnął po stojący na biurku kubek i pociągnął solidny łyk 

kawy. Kiedy pojawił się w Skookum po raz pierwszy, natychmiast 

kazał zainstalować wszędzie ekspresy do kawy. Już dawno nauczył się 

tego, jak ważne mogą być tak drobne rzeczy, jak gorąca kawa. Ludzie 

byli mu za to wdzięczni. Pracując po dwanaście godzin przy 

wylewaniu betonu czy instalowaniu kabli, mogli w każdej chwili 

wzmocnić się i odpocząć. 

Dopiero po chwili zauważył, że Bill przypatruje mu się 

ciekawie. 

- Co jeszcze? - spytał. 

- Czy wiesz, że nasi ludzie robią zakłady, czy ci się uda. 

Niektórzy stawiają dziesięć do jednego przeciwko nam. Mówią, że 

nawet McCall nie wyrobi się w tak krótkim terminie. 

Slater uśmiechnął się. 

- Zdążymy.  

RS

background image

 

31 

- Powiedz mi jeszcze - Bill postanowił zmienić temat - kim jest 

ten wyfraczony facet, z którym wczoraj rozmawiałeś? Wyglądał jak 

burmistrz. Ale trudno oczekiwać, żeby taka mieścina jak Pine Lake 

miała swojego burmistrza. 

- Dobrzy ludzie z tego miasta powiesiliby cię, gdyby usłyszeli te 

herezje - powiedział Slater z udawaną powagą. - Mają przecież dwa 

kościoły, pocztę, trzy sklepy, no i rynek, na którym dokonano by 

egzekucji. Nie obrażaj ich uczuć. Są ze wszystkiego szalenie dumni. 

Bill skrzywił się. 

- Tak, mogą się jeszcze szczycić trzema barami i garstką pań 

wątpliwej reputacji... A skoro już o tym mówimy, to... 

- Skoro już o tym mówimy - Slater wpadł w słowo starszemu 

koledze - to od dzisiaj zabraniam wypadów do Pine Lake. Żeby wyjść, 

trzeba będzie uzyskać moją pisemną zgodę. 

Bill aż syknął i spojrzał z niepokojem na szefa. 

- Oj, narobisz sobie wrogów! Wielu chłopaków lubi wyskoczyć 

do miasteczka, żeby się zabawić i poflirtować z miejscowymi 

ślicznotkami. Jeśli tego zabronisz, mogą się zbuntować... 

- Niech się buntują. Mam dosyć skarg tutejszych mieszkańców. 

Połowa moich ludzi była już notowana przez policję. Te damy, o 

których wspomniałeś, przeniosły się tutaj specjalnie z Vancouver. 

Miejscowe władze są wściekłe. Do tej pory nie mieli żadnych 

problemów z prostytucją. 

Bill aż poczerwieniał ze złości. 

- Nie ma róży bez kolców. Gdzie jest cywilizacja, tam są... - 

spojrzał z obawą na Slatera - no, kobiety lekkich obyczajów. 

RS

background image

 

32 

Pamiętasz Rosie i jej dziewczynki w Nowym Meksyku? Swoją drogą, 

zachowałeś się wtedy jak najgorsza dewotka. 

Slater mimowolnie roześmiał się, przypomniawszy sobie trzy 

prostytutki, które wynajęły przyczepę kempingową i otworzyły interes 

tuż obok głównego wjazdu na budowę. 

- Nieprawda - zaprotestował. - Musiałem coś z tym zrobić. 

Kolejka była tak długa, że przeszkadzała ciężarówkom. 

Bill nieco poweselał. Po chwili jednak przypomniał sobie o innej 

sprawie: 

- Wczoraj byli u mnie strażnicy, żeby wypłakać się w mankiet. 

Twierdzą, że się ich czepiasz. 

Slater spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

- Kogo masz na myśli? Nie widziałem tutaj żadnych strażników, 

tylko jakichś poprzebieranych zgrywusów, którzy na nic nie zwracają 

uwagi. Każdy chodzi tam, gdzie chce i robi to, co chce. Trzeba z tym 

skończyć i to jak najszybciej. 

Bill mruknął coś niewyraźnie. 

- Dam ci przykład. Pracuje u nas pewien człowiek z miasta, 

który ma zwyczaj „pożyczania" materiałów z budowy. 

- Czy to ten, który łowi ryby? 

- Ten sam. 

- Do diabła, widziałeś, jakiego pstrąga wyciągnął w zeszłym 

tygodniu? 

Bill spojrzał w oczy szefa i mina mu zrzedła. 

- Nie powiesz chyba, że chcesz go zwolnić?... 

RS

background image

 

33 

- Dlaczego nie? Jesteśmy na budowie, a nie w szkółce 

niedzielnej... 

- Hej, pamiętaj, że jestem wierzący... Poza tym 

- Bill uśmiechnął się tajemniczo - to ja poradziłem szefom, żeby 

cię tutaj skierowali. 

Slater spojrzał na Billa z nowym zainteresowaniem. 

- Ciesz się, że jeszcze żyjesz - mruknął. - Gdybym wie... 

- Dobrze, dobrze, podziękujesz mi później - Bill przerwał mu w 

pół słowa. - Jeśli uda ci się skończyć Monolith, zostaniesz bohaterem. 

Mieszkańcy miasteczka będą cię długo pamiętać... 

- O tak. - Slater aż zachwiał się na swoim krześle. 

- Pewnie już teraz trzymają w domach moje podobizny, żeby w 

wolnym czasie porzucać do nich nożem. 

Bill zaśmiał się i z hukiem opuścił nogi na podłogę. Przyczepa 

zatrzęsła się. Drobiny kurzu zaczęły wirować w powietrzu. Niewielki 

fotel zatrzeszczał pod zwalistym ciałem. 

- Czas do roboty - mruknął. - Szkoda, że nie mogę być z tobą w 

najtrudniejszych chwilach twego życia. 

Slater spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

- O co ci chodzi? 

- Będziesz miał kłopoty. I to najgorsze z możliwych 

- z babą. 

Slater ponownie zażądał wyjaśnień, ale Bill uśmiechnął się tylko 

chytrze. 

- Widziałem ją. Była zła jak osa. 

RS

background image

 

34 

Na budowie pracowało bardzo mało kobiet, w większości na 

ciężkim sprzęcie i przy spawaniu. Były znacznie lepsze od mężczyzn. 

Pracowały z oddaniem i nigdy się nie skarżyły. Jeśli któraś z nich 

miała jakieś pretensje, sprawa musiała być poważna. 

- Powiedz wreszcie, o co chodzi. 

- Skąd mam wiedzieć. Widziałem ją przy bramie. 

Strażnik aż schował się do dyżurki, kiedy ją zobaczył. Pytała o 

Slatera McCalla. - Bill westchnął - Zawsze mówiłem ci, żebyś nie 

obiecywał im złotych gór. Spojrzał nerwowo na zegarek. 

- Nigdy niczego nie obiecywałem... 

Bill jeszcze raz sprawdził godzinę. Tym razem na dużym 

zegarze, wiszącym w przyczepie. 

- Powinienem się pospieszyć. Nie chciałbym ci przeszkadzać. 

Bill włożył kask na łysiejącą głowę i zaczął się wycofywać w 

stronę drzwi. 

- Nie poddawaj się, synu - mruknął na odchodnym. - I nie 

przejmuj się przekleństwem, ciążącym nad Skookum. 

- Co to za przekleństwo, do diabła?! - wrzasnął rozdrażniony 

Slater. 

- Stare, indiańskie przekleństwo - odezwał się grobowy głos zza 

drzwi. - Mówi o tym, żeby chronić rzekę przed tamą białych ludzi. 

Drzwi otwarły się i zza Billa wynurzył się roześmiany Sam Dwa 

Łosie. Indianin zakręcił się, jakby tańczył taniec wojenny i kolejne 

raporty wylądowały na biurku. 

RS

background image

 

35 

- Ta budowa od początku była skazana na niepowodzenie - 

ciągnął. - Dwóch ludzi zabitych. Straty w materiale. 

Sześciomiesięczne opóźnienie... 

- Tak, znam to przekleństwo. Na szczęście pozbyliśmy się go 

parę miesięcy temu. 

Sam przysiadł na skraju biurka i pokiwał ze zrozumieniem 

głową. 

- Przyszli ekologowie. Skarżą się na nowe przepisy. Slater aż 

poderwał się z gniewu. Nie zauważył nawet, że Bill oddalił się w 

pośpiechu, zostawiając otwarte drzwi. 

- Co?! Do diabła, Sam! Przecież z nimi współpracuję. Pomagam. 

Kto pozwolił na regularne badania powietrza i gleby? Kto wyznaczył 

ludzi do pracy przy łososiach? Kto przekonał szefów, że należy 

zmienić konstrukcję tamy, tak, żeby nie utrudniała przepływów ryb? 

Kto... 

- Kazałeś wczoraj wyrzucić dwóch biologów - wtrącił Sam. 

- Wydaliłem ich tylko z mojego terenu. 

- Biali ludzie mówią dwoma językami - mruknął Sam. - Na 

jedno wychodzi. 

Slater zignorował jego ostatnią uwagę. 

- To miejsce aż roi się od niedźwiedzi. Osobiście odpowiadam 

za bezpieczeństwo tych ludzi. Poza tym... miałem już dość wtykania 

nosa w nie swoje sprawy. 

- Twierdzą, że chcą badać zachowanie niedźwiedzi. Nasze 

śmietnisko idealnie nadaje się do tego celu... 

- Nie pozwolę nikomu włóczyć się w pobliżu śmietniska. 

RS

background image

 

36 

- Robisz błąd. 

- Trudno. 

- Dobrze, niech będzie po twojemu. 

Sam wskazał na raporty, znajdujące się na biurku. 

- Przyniosłem ci coś nowego. Chodzi o utworzenie centrum 

rekreacyjnego dla miejscowej ludności. 

Slater uśmiechnął się. 

- Tama jest wspólnym, kanadyjsko-amerykańskim 

przedsięwzięciem w ramach programu Columbia. Oba rządy uczyniły 

wszystko, żeby zadowolić wszelkie możliwe grupy ekologiczne. 

Teraz na pewno chętnie coś zrobią dla miejscowej ludności. - Slater 

przerwał i spojrzał przenikliwie na Indianina. - Ale... nie moimi 

rękami. 

Sam machnął ręką. 

- Wiedziałem, że tak będzie - powiedział wychodząc. - Życzę 

szczęścia. W najbliższym czasie będzie ci bardzo potrzebne. 

Slater nie zdążył się nawet zastanowić nad ostatnią uwagą Sama, 

kiedy drzwi do biura otworzyły się ponownie. Stanął w nich jeden ze 

strażników. Pot ściekał mu po twarzy. Cały był czerwony. Wyglądał 

tak, jakby przed chwilą zmagał się z olbrzymim niedźwiedziem grizli. 

- Próbowałem, panie McCall - jęknął strażnik. 

- Naprawdę próbowałem... 

Slater chciał poprosić o dalsze wyjaśnienia, ale okazały się one 

zbędne. Za otwartymi drzwiami zamajaczyła kobieca sylwetka. 

- Mówiłem, że nie może wejść bez przepustki 

- tłumaczył się dalej strażnik - ale nawet nie chciała słuchać. 

RS

background image

 

37 

- Kto to? 

- Pracowała tu jako biolog. - Mężczyzna trwożnie obejrzał się 

przez ramię. - Wyrzuciliśmy ją wczoraj, razem z tym drugim. 

- Wydaliliśmy z naszego terenu - powiedział z naciskiem Slater. 

- Tak, wydaliliśmy - poprawił się strażnik. 

- Raczej wywaliliśmy! - Obaj usłyszeli mocny kobiecy głos, 

nabrzmiały wściekłością. - Niech pan powie temu idiocie, żeby sobie 

poszedł. 

Do środka, przez otwarte drzwi wtargnęła szczupła, rudowłosa 

dziewczyna. 

- Co pani sobie wyobraża! Ja tutaj wydaję... Slater spojrzał w 

zielone oczy i zamilkł z wrażenia. 

- O mój Boże - jęknął tylko. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

38 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

- O Boże - jęknął ponownie, zastanawiając się, czy dramatyzm, 

zawarty w tych słowach, dotrze do odpowiednich uszu, a jeżeli tak - 

czy wywrze właściwy efekt na Wszechmocnym. 

Slater przetarł oczy i ze zdziwieniem stwierdził, że tak 

naprawdę, wcale nie jest zaskoczony tym spotkaniem. W głębi duszy 

oczekiwał właśnie czegoś takiego. 

- Do diabła - warknął i jeszcze raz spojrzał na dziewczynę. - 

Mogłem się tego spodziewać. 

Jamie nie posiadała się z oburzenia. 

- Ty! Ty!... - zaczęła się jąkać, nie mogąc znaleźć odpowiednich 

słów. 

Przymknęła oczy i próbowała się uspokoić. Przez chwilę w 

przyczepie panowała cisza. 

- Proszę pani - zaczął Slater, udając, że nie pamięta, iż przeszli 

na „ty". - Na pani miejscu liczyłbym się ze słowami. Teraz jesteśmy 

na moim - położył na to słowo szczególny nacisk - terenie. 

Dziewczyna z wyraźnym wysiłkiem wykrzywiła wargi w 

uśmiechu. Zachowywała się jak lwica, która na moment dała się 

obłaskawić. 

- Dobrze, więc... wydalono mnie wczoraj razem z pomocnikiem 

i chciałabym, do cholery, wiedzieć - Jamie z trudem panowała nad 

rozdygotanymi nerwami - na jakiej podstawie. 

Slater spojrzał na jej wykrzywioną gniewem twarz. 

RS

background image

 

39 

Pomyślał, że wpadł jak śliwka w kompot. Mimo to patrzył z 

uznaniem na zdenerwowaną dziewczynę. Jamie miała na sobie zwykłą 

dżinsową koszulę z podwiniętymi rękawami i obcisłe spodnie. 

Rozpięta koszula ukazywała długą, gładką szyję i wisior w kształcie 

półksiężyca. Dopiero po chwili zorientował się, że jest to 

wypolerowany niedźwiedzi pazur. 

Dziewczyna spięła włosy skórzaną klamerką ze srebrnym 

zakończeniem, ale mimo to wiele niesfornych kosmyków opadało na 

jej delikatną i świeżą twarz. Slater spojrzał z aprobatą na jej zaciśnięte 

usta, a potem zawiesił wzrok na biuście Jamie. 

Dopiero po chwili zorientował się, że popełnił błąd. Zielone 

oczy dziewczyny zaczęły ciskać iskry. Nie mógł się już wycofać. 

Starał się więc wytrzymać pełne pogardy spojrzenie, jakim obdarzyła 

go zdesperowana Jamie. 

Dlaczego nie uderzyła go w twarz? Cóż, nie miała 

najmniejszego pojęcia... Nigdy wcześniej tego nie robiła. Wydawało 

jej się, że nie byłaby do tego zdolna. Ale Slater patrzył na nią tak 

prowokacyjnie, że nagle obudziła się w niej chęć, żeby podejść i go 

spoliczkować. 

Tak naprawdę, nie znosiła przemocy. Jednak nie to ją 

powstrzymywało. Od dawna zajmowała się badaniem dużych 

drapieżników i wiedziała, jakie mogą być konsekwencje 

ewentualnego ataku na jednego z przedstawicieli tego gatunku. 

Zwłaszcza że działałaby na terenie przeciwnika... 

Mężczyzna, którego miała przed sobą, sprawiał wrażenie 

nieprawdopodobnego olbrzyma. Zwłaszcza tutaj, w miniaturowej 

RS

background image

 

40 

przyczepie, przerobionej na coś w rodzaju biura. Ze względu na 

wzrost, wydawał się szczupły, nawet chudy, ale Jamie nie dała się 

zwieść pozorom. Napięte mięśnie i szeroka klatka piersiowa, 

wyglądająca zza rozpiętej, czerwonej koszuli mówiły jej, że ma 

atletyczną budowę. 

Jednak najbardziej niepokoiły jego oczy. Slater patrzył tak, 

jakby miał zamiar przeniknąć jej najskrytsze myśli. Jamie znała takie 

oczy. Były to bladozłote, uważne oczy wilka. 

- Jestem etologiem - powiedziała po chwili milczenia - i chcia... 

- Kim? - przerwał jej, marszcząc brwi. - Myślałem, że znam już 

wszystkie naukowe dziwactwa, ale muszę przyznać, że o czymś takim 

nie słyszałem. 

- Zajmuję się badaniem zachowania zwierząt - wyjaśniła 

cierpliwie dziewczyna. - Pracuję na Waszyngtońskim Uniwersytecie. 

Obecnie badam reakcje niedźwiedzi brunatnych na nowe warunki 

środowiskowe. 

Mężczyzna nie zareagował na jej słowa. Rozwalił się tylko na 

krześle, które ugięło się pod jego ciężarem i patrzył na nią 

bursztynowymi oczami. Cisza stawała się nie do wytrzymania. Jamie 

miała wrażenie, że znalazła się w pułapce. 

- Pracowałam z grupą niedźwiedzi, znajdujących się na terenie... 

- Przepraszam. Nie dosłyszałem pani nazwiska. Cios okazał się 

na tyle celny, że zbita z tropu dziewczyna zamilkła na parę sekund. Po 

chwili jednak doszła do siebie. 

- Nazywam się Kilpatrick - powiedziała, usiłując powstrzymać 

zgrzytanie zębami. - Jameison Kilpatrick. 

RS

background image

 

41 

Slater uśmiechnął się blado. 

- Ach, Irlandka. Teraz już wszystko jasne. Zamyślił się na 

chwilę. 

- Pozwoli pani, że wyjaśnię całe nieporozumienie. Otóż od 

trzech dni nie można wejść na teren budowy bez: przepustki, kasku 

oraz sprawy do załatwienia. 

Jamie aż zacisnęła pięści z gniewu. 

- Ależ ja mam sprawę. Zajmuję się śmietniskiem od... 

- Zajmowała się pani - poprawił ją Slater. 

- Do licha, nie może pan przecież... 

- Spokojnie, kochanie. Na terenie budowy mogę wszystko. - 

Powiedział to tak beznamiętnie i pewnie, że Jamie nie wątpiła, iż nie 

żartuje. - Pamiętaj, jesteś tutaj gościem... 

- Ale od roku mam przecież zgodę Charliego Corneliusa na 

prowadzenie badań. 

- Przykro mi, ale Charlie Cornelius już tu nie pracuje. 

Mężczyzna wstał. Jamie cofnęła się mimowolnie. 

- Teraz ja jestem szefem. 

Z upływem czasu, kiedy atmosfera stawała się coraz bardziej 

gorąca, znowu zaczęli mówić sobie po imieniu. 

- Dobrze, niech ci będzie - jęknęła. - Jakoś sobie poradzę. 

Przecież śmietnisko znajduje się praktycznie poza terenem budowy. 

Mogę się na nie dostać tak, jak niedźwiedzie - od strony rzeki. Nie 

tknę nawet palcem twojej zakichanej tamy. 

Slater spojrzał na nią spode łba i przysiadł na brzegu biurka. 

RS

background image

 

42 

- Myślałem, że masz trochę więcej oleju w głowie. Nie trzeba 

chyba być wielkim naukowcem, żeby zrozumieć, że cały ten teren jest 

naszą własnością. Niezależnie od tego, czy mieliśmy środki, żeby go 

ogrodzić, czy nie. 

Slater kopnął ze złością pobliską ścianę i przyczepa zachwiała 

się niebezpiecznie. 

- Ktoś, kto zajmuje się etnologią, powinien to chyba zrozumieć... 

- Etologią - poprawiła go. 

- Wszystko jedno - mruknął. 

Jamie jeszcze raz powściągnęła ochotę, żeby dać mu w twarz. 

- Posłuchaj, pracuję w Skookum od ponad trzech lat. Mam 

poważne sukcesy. Skatalogowałam ponad pięćdziesiąt zwierząt. 

Dwanaście ma obroże z sygnalizatorami. Potrzebuję jeszcze roku, 

żeby ukończyć badania. Budowa tamy, pomijając jej skutki 

ekologiczne, okazała się tutaj idealnym bodźcem. I nie pozwolę, żeby 

jakiś, cierpiący na manię wielkości, facet, pomieszał mi teraz szyki. 

- Uspokój się, złotko. Wcale nie chcę ci przeszkadzać. Musisz 

się tylko przenieść poza teren budowy... 

Dziewczyna skrzywiła się, jakby połknęła cytrynę i 

zniecierpliwiona machnęła ręką. 

- Ależ właśnie o to chodzi. Śmietnisko jest idealnym polem do 

badań... Ściągają tu niedźwiedzie z całej okolicy. Nie mogłabym sobie 

nawet wymarzyć lepszych warunków do pracy... 

Slater siedział na biurku i patrzył na nią chłodnym, 

bezosobowym wzrokiem. Jamie poczuła, że traci ostatnią szansę. 

RS

background image

 

43 

- Jeśli mnie wyrzucisz - powiedziała łamiącym się głosem - 

mogę od razu pakować rzeczy i zbierać się do domu. 

- A jeśli któryś z tych misiów będzie miał chrapkę na etologa? 

- Niby dlaczego? - Jamie wciągnęła głęboko powietrze. - Przez 

całe życie zajmowałam się niedźwiedziami. Poza tym znam te góry 

jak własną kieszeń. Nic mi się tutaj nie może stać. Poza tym, czemu 

miałbyś się mną przejmować? Slater spojrzał na nią jak na idiotkę. 

- Kochanie - zaczął - nie chodzi mi wcale o twój zgrabny 

tyłeczek, ale o moje własne cztery litery. Odpowiadam za wszystkich 

ludzi, znajdujących się na tym terenie. Jeśli coś się stanie, tutejsi 

prawnicy bez mrugnięcia okiem zaproponują mi miejsce na krześle 

elektrycznym. 

- Nie przesadzaj. 

- Dobrze. Powiem ci, jaki będzie scenariusz. Jeśli nawet nie 

zapłacę odszkodowania, to i tak samo wyjaśnianie sprawy zajmie mi 

około pół roku. W tym czasie nie zrobię nic przy budowie. Cały czas 

będę miał na karku jakieś inspekcje. 

Slater skrzywił się na samą myśl o wścibskich i aroganckich 

inspektorach. 

- 1 tak dalej, i tak dalej... 

Szmaragdowe oczy dziewczyny zalśniły nagle nowym blaskiem. 

- Mogę przecież podpisać oświadczenie, że nie ponosisz za mnie 

żadnej odpowiedzialności. 

- Trele-morele - mruknął Slater. - Taki papierek może mnie 

uchronić przed zapłaceniem grzywny, ale budowa rządzi się innymi 

prawami. 

RS

background image

 

44 

Ramiona Jamie obwisły, przygniecione nagłym ciężarem. 

- Musimy jakoś osiągnąć kompromis - powiedziała, próbując 

powstrzymać łzy. - Nie mogę ot, tak sobie przekreślić paru lat ciężkiej 

pracy. 

- Nie idę na żadne kompromisy. 

- Mój Boże, przecież żyjemy w cywilizowanym kraju. Nie 

możesz zachowywać się jak bezwzględny dyktator. 

- Ależ mogę - wyjaśnił z uśmiechem. - Po to mnie przecież 

powołano. 

- Dobrze. Wybiorę się wobec tego do twoich szefów. Muszę, 

słyszysz: muszę skończyć pracę na śmietnisku! 

Mężczyzna wzruszył ramionami. Najwyraźniej nie 

przywiązywał większej wagi do tej groźby. 

- Jasne. Dam ci nawet adres i telefony firmy. - Slater uśmiechnął 

się przyjaźnie. - Zrozum, mam półtora roku na ukończenie budowy. 

Wyrzuciłbym stąd i samego prezydenta, gdyby mi przeszkadzał. 

- Za półtora roku będzie już za późno. 

Jamie westchnęła i zerknęła w stronę rysunku, 

przedstawiającego gotową tamę. Nad sztucznym jeziorem pełno było 

łódek i żaglówek. Na brzegach siedzieli cierpliwi rybacy. 

- Moje niedźwiedzie chyba nie przywykną do życia pod wodą - 

powiedziała cierpko. - Chodziło mi właśnie o prześledzenie ich 

zachowania w chwili kryzysu. Nie mam pojęcia, czy przystosują się 

do nowego środowiska, czy też będą musiały odejść... 

Przez moment wydawało jej się, że mężczyzna ją zrozumiał. 

Patrzył na nią zamglonym wzrokiem i kiwał głową w takt jej słów. 

RS

background image

 

45 

Uśmiechnęła się. Erotyczne napięcie, które czuła od początku, zaczęło 

wzrastać... Dopiero po chwili zorientowała się, że Slater w ogóle jej 

nie słucha. 

Przenikniecie jego myśli wcale nie stanowiło problemu. 

Najgorsze było to, że sama poddała się hipnotycznej, przesiąkniętej 

erotyzmem atmosferze. Poczuła, że serce zaczęło szybciej uderzać jej 

w piersi. 

Zapragnęła znaleźć się naga w jego ramionach, dokładnie tak, 

jak to sobie wyobrażał. Stojący przy drzwiach strażnik chrząknął i 

poruszył się niespokojnie. 

- E... panie McCall... tego... Muszę już e... iść, zmienić 

Gerhardta przy bramie. 

Czar prysł. 

- Co takiego? - jęknął zdezorientowany Slater. Jamie odwróciła 

się do okna, żeby ukryć rumieńce. 

Nie chciała wierzyć, że Slater jest poruszony w podobnym 

stopniu jak ona. Pewnie tylko udawał zaskoczenie, żeby ją jeszcze 

bardziej pogrążyć. Dziewczyna nie jeden raz słyszała o sztuczkach 

starych podrywaczy. 

Strażnik powtórzył prośbę. Slater spojrzał na niego już bardziej 

przytomnie. 

- Oczywiście, możesz iść. Sam odprowadzę panią Kilpatrick. 

- Nie - niemal krzyknęła dziewczyna. 

Zrobiła to tak gwałtownie, że obaj mężczyźni spojrzeli na nią ze 

zdziwieniem. 

RS

background image

 

46 

- To znaczy... nie ma takiej potrzeby... - zaczęła się plątać. Nagle 

przyszła jej do głowy pewna myśl. - Chyba że... 

- Chyba że... - Slater podchwycił jej słowa. Miał niepewną minę 

i pomarszczone czoło. Cały czas patrzył w bok. Dopiero teraz Jamie 

zrozumiała, że wcale nie miał zamiaru jej uwieść i że był głęboko 

zaniepokojony tym, co się stało. Przez chwilę biła się z myślami. 

- Nic takiego - wybąkała w końcu. 

- To dobrze. - Slater powiedział te słowa takim tonem, że 

dziewczyna aż pokraśniała z oburzenia. 

- Do licha z tobą - warknęła. - Chcesz się tylko odegrać za 

wczorajszą noc... - Strażnik, który właśnie zmierzał do wyjścia, 

zamarł w pół ruchu, ale Jamie nie zwróciła na niego najmniejszej 

uwagi. 

- Posłuchaj, McCall. Tak cię tutaj chyba nazywają. Trzymaj się z 

daleka od mojej góry. Inaczej gorzko tego pożałujesz. 

- Widzę, że temperamencik dopisuje ci jak zwykle! Jamie 

zakręciła się na pięcie i wybiegła z przyczepy. 

W drzwiach zderzyła się z wysokim, chudym mężczyzną. 

Oszołomiony strażnik patrzył przez chwilę baranim wzrokiem na 

drzwi, a następnie wydał jakiś nieartykułowany okrzyk i puścił się 

pędem za dziewczyną. 

David Brubaker stał przez chwilę w progu. Następnie gwizdnął i 

bez słowa zbliżył się do biurka. Sięgnął po dzbanek z ekspresu i nalał 

sobie kawy. Kiedy usiadł, wyglądał trochę tak jak przełamana w pół 

anakonda. 

RS

background image

 

47 

- Niezła mała, co? - mruknął. - Nasi ludzie szaleją za nią, ale 

zdaje się, że wszystkim odmówiła. 

David uśmiechnął się szeroko. 

- No tak, ale teraz ma ciebie. Slater odwzajemnił jego uśmiech. 

- Właśnie odrzuciłem jej zaloty. Opowiedział pokrótce całą 

historię. Ominął tylko drobne szczegóły, związane z erotycznym 

napięciem, które pojawiło się nie wiedzieć skąd. 

Slater cały czas starał się nie zwracać uwagi na urodę 

dziewczyny. Nie miał pojęcia, co go tak urzekło. Może starał się za 

bardzo... Cóż, fakt pozostawał faktem. W pewnym momencie przestał 

słuchać jej wywodu i zaczął myśleć o tym, jak cudownie mogliby się 

razem kochać. Uśmiechnął się błogo. Dopiero po chwili dostrzegł, że 

David przygląda mu się uważnie. 

- O co chodzi, Brubaker? - spytał. - Masz do mnie jakąś sprawę? 

Dave uśmiechnął się pod nosem. 

- Chciałem tylko sprawdzić, czy żyjesz. Chłopaki na budowie 

zakładają się, jak długo jeszcze pociągniesz, zanim cię ktoś zastrzeli. 

- Aż tak źle? 

David wzruszył tylko ramionami. 

- Mogłeś się tego spodziewać. Spadek po Corneliusie to nie 

Eldorado. 

Drągal wypił łyk kawy i spojrzał na Slatera znad dymiącego 

kubka. 

- Ludzie cię nie rozumieją. Widzą, że ciężko pracujesz i że jesteś 

sprawiedliwy, ale... to nie wystarczy... 

RS

background image

 

48 

Slater pomyślał, że jest to coś w rodzaju komplementu. 

Uśmiechnął się i wymamrotał: 

- Pomyślę o tym - zawahał się. - Powiedz lepiej, jak wam idzie. 

- Coś drgnęło. Mam wrażenie, że skończył się cyrk i zaczęła się 

budowa. Ludzie odzyskują wiarę w sens tej roboty. Nawet ci, którzy 

nigdy nie brali udziału w tak wielkich przedsięwzięciach. 

Slater pokiwał głową. Właśnie o to mu chodziło. Chciał, żeby 

ludzie byli dumni ze swojej pracy. Pragnął, by uznali tamę Monolith 

za swoją. Dzięki temu staliby się jedną społecznością, połączoną 

duchem solidarności i wspólnym celem, a nie mieszaniną 

indywiduów. 

Dave przeciągnął się i ziewnął szeroko. 

- Tak swoją drogą, jeśli w dalszym ciągu każesz nam pracować 

na dwie zmiany, będę musiał ciągnąć losy z Melanią, które z nas ma 

cię zabić. 

- Nie powiesz chyba, że przeżywasz kryzys małżeński? 

- W pewnym sensie, tak. Bo widzisz, nie mogę się spotkać z 

żoną. Kiedy ja pracuję na pierwszej zmianie,to ona na drugiej i 

odwrotnie. A kiedy się już spotkamy, jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby 

się nawet pocałować. - David westchnął. - A mówiąc szczerze, nie 

przysięgałem, tak jak ty, żyć w czystości. 

Z jakichś powodów, ostatnia uwaga bardzo rozzłościła Slatera. 

Już chciał powiedzieć Dave'owi, że ma szczęście, iż żona wytrzymała 

z nim tak długo, ale ugryzł się w język. To, że nie miał stałej 

partnerki, wcale mu do tej pory nie przeszkadzało. Nie gniewały go 

też nieustanne docinki Brubakera. Więc skąd ten nagły gniew? 

RS

background image

 

49 

- A skoro już o tym mówimy - ciągnął Dave. - Czy łączy cię coś 

z tą rudą Irlandką? 

Slater ponownie skrzywił wargi. 

- Tak. Toczymy wojnę. - Rozłożył ręce w bezradnym geście. - 

Jak widzisz, tama pozostaje moją jedyną miłością. 

Dave nagle spoważniał i spojrzał na szefa z niepokojem. 

- Wiesz, stary, czasami myślę, że Melanie ma rację. Powinieneś 

się ożenić. Inaczej staniesz się jednym z tych zgryźliwych, starych 

kawalerów, którzy rozmawiają sami ze sobą i twierdzą, że wolą tamy 

od ludzi. 

- Właśnie niedawno zacząłem głośno mówić do siebie. Melanie 

to jednak mądra kobieta. Ciekawe, dlaczego za ciebie wyszła? 

Dave uśmiechnął się. Nie potrafił obrazić się na Slatera. 

- Mówię ci, małżeństwo to wspaniała rzecz. Gdybym to 

wiedział, ożeniłbym się dziesięć lat wcześniej. 

Slater patrzył na starego przyjaciela, próbując zwalczyć w sobie 

jakieś dziwne uczucie. Zazdrość? Przecież nigdy nie był zazdrosny... 

Dave i Melanie pobrali się pięć lat temu. Wcześniej pracowali 

razem na budowie w miasteczku przypominającym trochę Pine Lake. 

Na ich ślubie zjawiło się chyba z pięciuset grubokościstych, żylastych 

robotników, ubranych w najlepsze niedzielne ubrania. 

Slater był świadkiem na ich ślubie. Jeszcze teraz pamiętał, że 

nawet w czasie wesela źle wróżył nowemu małżeństwu. Oczywiście, 

nie zdradził się ze swoimi wątpliwościami. Po co miałby to robić? 

Wszyscy robotnicy z wielkich budów musieli przejść przez chorobę 

RS

background image

 

50 

„normalności". Rzucali pracę na budowie, zakładali rodziny, a 

potem... Cóż, przeważnie rozwodzili się i wracali. 

Slater sam uległ tej chorobie. Na szczęście wyzdrowiał i wrócił 

do pracy. Miał duszę podróżnika i odkrywcy. Nie potrafił siedzieć w 

domu i oglądać telewizji. 

-...żebym zaprosił cię na kolację - jedynie końcowa fraza dotarła 

do jego uszu. 

- Aa? 

Dave zacisnął usta i pomachał mu dłonią przed oczami. 

- Mam nadzieję, że jesteś przytomny - powiedział cierpko. - 

Melanie skarżyła się, że dawno do nas nie zaglądałeś. Twierdzi, że... 

- Wiem, wiem. Że zacznę ze sobą rozmawiać. Powiedz jej, że to 

się już stało, więc nie ma się czym przejmować... 

Dave machnął ręką. 

- Chciała zaprosić cię na kolację. Twierdzi, że żyjesz jak 

pustelnik. 

- Powiedz, że to tylko z powodu jej uroków. Kiedy ją widzę, 

czuję, jak wzbiera we mnie niewypowiedziana żądza. Tłumię ją w 

sobie. Ale gdyby udało jej się wysłać cię gdzieś na dłużej... 

- Dobra, dobra - mruknął rozbawiony David. - Nie powinieneś 

narzekać. Przecież mogłeś się jej oświadczyć. Przy tobie nie miałbym 

żadnych szans. 

Slater rozejrzał się dookoła i ściszył głos do szeptu: 

- Wiesz, że byłem gotów to zrobić. Chyba nawet podobałem się 

Melanie. Ale kiedy pojawiłeś się na budowie, w ogóle przestała mnie 

zauważać. Taki już mój los - westchnął. 

RS

background image

 

51 

Dave wyprężył dumnie pierś i uśmiechnął się. Slater poczuł, że 

nagle z niewiadomego powodu zrobiło mu się cholernie przykro. 

Przypomniał sobie ostatnią wizytę u Brubakerów, czułe uściski 

małżonków i małego chłopca, który, jak twierdził, budował tamę z 

klocków lego. 

- W każdym razie, pamiętaj o naszym zaproszeniu. Slater skinął 

głową. Coś ścisnęło go za gardło. 

Nawet gdyby próbował coś powiedzieć i tak nic by z tego nie 

wyszło. 

Zazdrość. To była zazdrość. Slater podrapał się za uchem. 

Jak może zazdrościć najlepszemu przyjacielowi? Już dawno 

przecież doszedł do tego, że nie powinien się żenić. Historia z Alison 

była na to najlepszym dowodem. Rozwód i wydarzenia, które po nim 

nastąpiły, pokazały, że powinien pozbyć się głupich marzeń i liczyć 

tylko na własne siły. 

A jednak... coś nie dawało mu spokoju. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

52 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

- Na twoim miejscu starałbym się pospieszyć -mruknął Terry 

Senkowski, przytrzymując uśpionego niedźwiedzia. - Zdaje się, że 

dostał mniejszą dawkę środków nasennych. 

- Zaraz. Nie mogę sobie poradzić - westchnęła Jamie, próbując 

zapiąć obrożę z sygnalizatorem. 

Przez chwilę walczyła z bezwładnym, brunatnym ciałem. 

- No już. Udało się - powiedziała czując, że koniec paska 

przeszedł gładko przez szlufkę. 

Zacisnęła obrożę. Niedźwiedź poruszył się niespokojnie i 

wysunął język. Po paru sekundach otworzył zasnute mgłą oczy. 

- Uważaj, Jamie. 

Skinęła głową. Przez chwilę wsłuchiwała się w przyspieszone 

bicie swego serca. Jak łatwo było zapomnieć, że ma do czynienia z 

jednym z najgroźniejszych zwierząt w całych Kordylierach. 

Niedźwiedź leżał na grzbiecie, z łapami ułożonymi na piersi. Jamie 

dałaby głowę, że uśmiecha się słodko przez sen. 

Nie miała jednak złudzeń. To nie był pluszowy miś z domku dla 

lalek. Gdyby doszło do konfrontacji, oboje z Terrym nie mieliby 

żadnych szans. 

Zwierzę wyraźnie próbowało skoncentrować błędny jeszcze 

wzrok na niewielkiej figurce, która się wokół niego uwijała. Skórzany 

pasek wyślizgnął się z jej rąk. 

RS

background image

 

53 

Dziewczyna rzuciła jakieś przekleństwo i zanurzyła palce w 

gęstym, niedźwiedzim futrze. 

Otaczały ich natrętne muchy. Jamie machnęła ręką, żeby je 

odgonić. Niedźwiedź mruknął złowrogo i poruszył łapą. 

- Jamie! 

- Chwila... 

Poczuła na policzku gorący oddech zwierzęcia. Schyliła się, 

żeby uchwycić śliski pasek. 

- Do diabła! 

Dopiero teraz poczuła, że bolec trafił we właściwą dziurkę. W 

tym momencie chciała już tylko skończyć pracę. 

- Zostało nam jeszcze około minuty. Nie bój się. Terry nerwowo 

przełknął ślinę. 

Miała przed sobą wspaniały okaz mniej więcej dwuletniego 

samca. Niedźwiedź znajdował się w znakomitym stanie, zważywszy, 

że dopiero niedawno obudził się ze snu zimowego. 

Pomyślała ze wstrętem, że pewnie dożywiał się na śmietnisku. 

Nie znosiła tego widoku, chociaż wiedziała, że niedźwiedzie 

uwielbiają grzebanie w odpadkach. Były tak leniwe i żarłoczne, że 

śmietnisko wydawało im się pewnie jakimś rajem. W każdej chwili 

mogły posilić się kawałkiem tuńczyka, masłem fistaszkowym lub 

nawet częścią orzechowego tortu. Dziewczyna uśmiechnęła się 

mimowolnie. Niedźwiedzie były jak dzieci. Wolały odpadki od czegoś 

naprawdę pożywnego. 

- Uważaj! 

RS

background image

 

54 

Niedźwiedź nagle uniósł głowę, a Terry odskoczył na dobre 

półtora metra. Brunatny pysk przesunął się tuż przy jej twarzy. Jednak 

gwałtowny ruch wyczerpał zwierzę. 

- Uciekaj! -Terry znowu chwycił od tyłu zwaliste ciało. 

Niedźwiedź wydawał głuche pomruki, nie bardzo wiedząc, co się 

dzieje. 

- Jeżeli nie zapnę porządnie tej obroży, cała robota na nic! 

- Jeżeli zginiesz, wyjdzie na to samo! - usłyszała ostry, męski 

głos. 

Spojrzała w bok, by sprawdzić, kim jest nowo przybyły. Słuch 

jej nie mylił. Na rozmiękłym gruncie pojawiła się para roboczych 

kamaszy. Ich właścicielem mógł być tylko Slater McCall. Mężczyzna 

pochylił się i przycisnął całym ciężarem półprzytomne zwierzę. 

- To ty?! - Jamie omal nie wypuściła obroży. Niedźwiedź wydał 

głuchy, przeciągły pomruk. Nie było czasu na towarzyskie 

pogawędki. 

- Co tutaj robisz? - spytała kończąc robotę. 

- Właśnie ratuję ci życie - wyjaśnił, naprężywszy mięśnie, 

ponieważ niedźwiedź ponownie próbował wstać. 

- To już wszystko! 

Dziewczyna skoczyła na równe nogi i chwyciła torbę z 

narzędziami. 

 - Możesz go puścić i... uważajcie na siebie. 

Wcale nie musiała ich ponaglać. Obaj mężczyźni zerwali się z 

miejsca i pomknęli w stronę zaparkowanego między drzewami 

pickupa. Niedźwiedź nawet nie zauważył, że jest już wolny. 

RS

background image

 

55 

Dziewczyna pobiegła za nimi. W pewnym momencie 

przystanęła i odwróciła się, żeby sprawdzić reakcję zwierzęcia. Nawet 

się nie zdziwiła, kiedy okazało się, że niedźwiedź stoi niezbyt pewnie 

na czterech łapach. 

- Jamie! Do ciężarówki! 

W tym momencie potężny Ursus Americanus rzucił się w jej 

kierunku. Biegł zataczając się. Co rusz obijał się o drzewa. Mimo to 

dziewczyna wolała się pospieszyć. Bez wysiłku pokonała ostatnich 

parę metrów dzielących ją od samochodu. 

- Teraz zajmie się torbą z narzędziami - wydyszała. Niedźwiedź 

rzeczywiście zatrzymał się w miejscu,gdzie zostawiła narzędzia. 

Ryknął potężnie, a następnie chwycił w zęby skórzaną torbę. 

Narzędzia posypały się we wszystkich kierunkach. Rozjuszone 

zwierzę zaczęło potrząsać głową. 

- Co za temperament! - mruknął Slater. - Czy to normalna 

reakcja? 

- Raczej nie - wyjaśnił Terry. - Chociaż to prawda, że 

niedźwiedzie miewają nagłe ataki wściekłości. Widziałem raz samicę, 

która dosłownie rozdarła na strzępy spore drzewo, tylko dlatego, że 

nie udało jej się złapać rudej myszy, którą ścigała przez ładnych parę 

minut... 

Jamie czekała, aż wyrówna się jej oddech. Slater pochylił się nad 

nią i zerknął jej przez ramię, chcąc dokładnie obejrzeć niedźwiedzia. 

Dziewczyna czuła ciepło jego ciała. Gorący oddech owiewał jej 

policzek. Pomyślała, że jeśli tak dalej pójdzie, to nigdy się nie 

uspokoi. 

RS

background image

 

56 

Jak na złość Slater dotknął piersią jej ramienia. Zrobiła 

gwałtowny ruch, nie mogła się jednak cofnąć, ponieważ w 

samochodzie brakowało miejsca. Syknęła, chcąc przywołać 

mężczyznę do porządku. Nie miało to jednak żadnego sensu. Slater w 

ogóle się nią nie interesował. Patrzył zafascynowany na rozszalałe 

zwierzę za oknem. 

Niedźwiedź dopadł teraz do zawieszonej na jednym z krzaków 

dżinsowej bluzy Terry'ego. Wziął ją w swoje przednie łapska i zaczął 

rwać na drobne strzępy. 

Jamie nie mogła powstrzymać uśmiechu, słysząc rozpaczliwy 

jęk pomocnika. Poczuła, że Slater oparł się kolanem o jej szczupłe 

udo. Próbowała nie zwracać na to najmniejszej uwagi. 

Slater nie mógł uwierzyć w siłę i wytrzymałość niedźwiedzia. 

Pokaz za oknem trwał już około dziesięciu minut. Roześmiał się z 

ulgą, myśląc o tym, czego uniknął. 

Dziewczyna zadrżała, czując ruchy jego ciała. Wyciągnęła rękę 

do klamki. Na szczęście w porę się opanowała... Nie polepszyło to 

jednak jej żałosnej sytuacji. Oddychała ciężko, patrząc w dół na 

natrętne kolano. Slater przesunął się jeszcze bardziej do przodu i 

wtedy... zamknęła oczy. 

Siedzieli w kabinie pickupa ściśnięci jak sardynki w puszce. 

Terry, który na początku przesunął się jak najdalej do tyłu, po 

przygodzie z bluzą niemal wlazł na plecy McCalla. Wisiał tam 

jeszcze, biadoląc nad losem swojego przyodziewku. Jamie zaciskała 

powieki, czując zapach męskiego ciała, które napierało na nią z całej 

siły. 

RS

background image

 

57 

- Hej! Nic ci nie jest?! 

Otworzyła oczy. W dalszym ciągu znajdowali się w pobliżu 

polany, na której szalał potężny, brunatny niedźwiedź. 

Jamie pokręciła przecząco głową. Nawet nie spojrzała w stronę 

Slatera. Udawała zainteresowanie losami spłowiałej, dżinsowej bluzy, 

lub raczej tego, co z niej zostało. 

Slater wciągnął głęboko powietrze. Nagle, bez żadnego powodu, 

serce zaczęło walić mu jak młotem. Poczuł, że ręce i nogi ma jak z 

waty. Czyżby bał się jeszcze niedźwiedzia? Dopiero po chwili 

zrozumiał, że tak podziałała na niego bliskość Jamie. Chrząknął cicho. 

Nie znosił sytuacji, w których przestawał panować nad własnym 

ciałem. 

Coś dziwnego działo się również z dziewczyną. Oddychała 

ciężko. Zarumieniła się. Jej ciało zesztywniało i wyprężyło się 

zmysłowo. 

Oboje zapomnieli o rozszalałym zwierzęciu. Myśleli tylko o 

sobie. Slater chciał ją objąć i przytulić do swojej piersi. Mógłby 

wówczas całować długą szyję i miedziane włosy o ziołowym zapachu. 

Pieściłby językiem wszystkie, tajemne zakamarki drobnego ciała 

Jamie. Poznałby zagłębienia pach i delikatne wycięcie między 

piersiami... 

Jamie pomyślała, że pragnie czuć na sobie potężne ciało Slatera i 

zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Ale nawet wstyd nie mógł 

powstrzymać gwałtownej fantazji. Zadrżała. Przed oczami miała 

splecione, nagie ciała. To ona była kobietą prężącą się ekstatycznie w 

ramionach atletycznie zbudowanego mężczyzny. 

RS

background image

 

58 

- Czy myślicie, że możemy już wyjść? - Pytanie Terry'ego 

zabrzmiało jak wystrzał. 

Oboje mieli problemy z powrotem do rzeczywistości. Slater 

zaklął cicho, a Jamie zaczęła rozglądać się półprzytomnie dokoła. 

Terry wskazał za okno. Za drzewami ledwie mogli dostrzec sylwetkę 

brunatnego niedźwiedzia. 

Slater wciąż był przyciśnięty do Jamie, ale dopiero teraz poczuł 

wyraźnie drżenie jej ciała. Kątem oka dostrzegł niewielkie krople potu 

na jej czole. A więc dziewczyna czuła dokładnie to samo. Przez 

chwilę zastanawiał się, jak „to" nazwać. Popęd seksualny? Pożądanie? 

Miłość? Spojrzał bezradnie przed siebie. 

Wszystkie możliwe odpowiedzi wywietrzały mu z głowy. Czuł 

tylko, że pragnie do bólu bliskości dziewczyny. 

Nie wiedział nawet, czy nie byłoby najlepiej pozbyć się tego 

uczucia. Nigdy przedtem nie spotkał tak dzikiej i niezależnej kobiety 

jak Jamie. 

- Wszystko w porządku? - wymruczał pytanie wprost do jej 

ucha. 

Nagły dreszcz wstrząsnął ciałem dziewczyny. 

- Tak, r... raczej tak - szepnęła. 

Jamie przesunęła się w głąb kabiny, ocierając się udem o jego 

biodro. Siedzieli tuż obok siebie. Slater poczuł, że nie jest w stanie 

wydusić z siebie choćby jednego słowa. 

Kiedy po raz ostatni przeżywał coś podobnego? Uśmiechnął się 

pod nosem. Chyba ze dwadzieścia lat temu. To niesłychane, żeby 

mężczyzna przed czterdziestką reagował jak nastolatek! 

RS

background image

 

59 

- Myślę, że to już koniec. - Słowa Terry'ego zabrzmiały w tym 

momencie jak nieproszony komentarz. 

Jamie pokiwała głową. Sięgnęła po klamkę i otworzyła 

drzwiczki samochodu. 

- Dobrze. Zobaczmy, co się stało - powiedziała nieswoim 

głosem. 

Terry przesunął się i otworzył drugie drzwiczki. Slater został 

sam. Nogi miał jak z waty. Nie wiedział, czy uda mu się zrobić 

choćby parę kroków. 

- Jesteście pewni, że nie wróci? - rzucił za oddalającą się parą. 

Jamie przystanęła i z wysiłkiem popatrzyła na mężczyznę. 

Dokonywała cudów, żeby zachować obojętną minę. 

- Ten niedźwiedź ma teraz takiego kaca, o jakim świat nie 

słyszał! Musi go odespać. W tej chwili jesteśmy zupełnie bezpieczni. 

- Chwała Bogu - mruknął czując, że wracają mu siły. 

Kiedy wysiadł, Jamie wciąż stała w miejscu. Spojrzeli sobie w 

oczy. Slater poczuł, że nogi się pod nim uginają. Dziewczyna znowu 

zaczerwieniła się aż po korzonki rudych włosów. Terry lamentował, 

zbierając, nie wiadomo po co, strzępy dżinsowej bluzy. 

Slater zamknął oczy. Pomyślał, że ładuje się w niezłą kabałę. 

Pierwsze Przykazanie McCalla brzmiało przecież: Nie będziesz 

zadawać się z miejscowymi kobietami! Kobiety miały brzydki 

zwyczaj zakochiwania się w najmniej ku temu odpowiednich 

chwilach. Kobiety marzyły o domu i dzieciach. Był już zbyt stary, by 

pozwolić sobie na podobne ekstrawagancje. 

RS

background image

 

60 

Jamie zmarszczyła brwi, zastanawiając się, jak w ogóle mogło 

dojść do takiej sytuacji. Znajdowała się właśnie w szoferce 

pomarańczowej ciężarówki, sam na sam z McCallem. Terry jechał za 

nimi w szarym pickupie, którego używali do pracy przy 

niedźwiedziach. Wracał do swojej gospodyni w Pine Lake. Ona... i 

McCall jechali do starej chaty. Jej chaty. 

Spojrzała z zainteresowaniem na pochylonego nad kierownicą 

Slatera. Ciekawe, jakie myśli kryły się pod tym wysokim czołem. Z 

całą pewnością pochłaniała go jazda po wąskiej, wyboistej drodze. 

Ale czy tylko? 

- Wygląda na fajnego chłopaka. 

Dopiero po chwili zrozumiała, że mówi o Terrym. 

- Studiuje biologię na uniwerku. Ma u mnie letnią praktykę. - 

Jamie uśmiechnęła się. - Biedak. Myślę, że nie miał pojęcia, jak to 

będzie wyglądać. 

Slater spojrzał na nią z rozbawieniem, zaraz jednak musiał 

odwrócić głowę. Samochód podskoczył niebezpiecznie na wybojach i 

zboczył nieco ze szlaku. Mocne dłonie zacisnęły się na kole 

kierownicy i sytuacja wróciła do normy. 

Dziewczyna z uznaniem patrzyła na ręce Slatera. Jej ojciec miał 

takie ręce: wielkie i niezgrabne, a mimo to delikatne. Kanciaste dłonie 

wydawały się stworzone do pracy, a nie pieszczot, ale mimo to 

oddałaby wszystko, by móc poczuć je na swoich udach, brzuchu, 

piersiach... 

Na tę myśl ugryzła się w język. 

RS

background image

 

61 

Matka zawsze mówiła jej, że ogólnie rzecz biorąc na świecie 

występują dwa gatunki mężczyzn: bezpieczny i niebezpieczny. Ten 

pierwszy potrafi zapewnić kobiecie dobrobyt i spokój. Ma do 

zaoferowania miłe życie w małym domku z gromadką roześmianych 

dzieci. Ten drugi w ogóle nie potrafi dawać. Może za to tak omotać 

nieszczęsną dziewczynę, że później długo będzie tego żałowała. 

Jej ojciec należał do drugiego gatunku. Rozkochał w sobie 

matkę i wywiózł z miasta do lasu. Po paru latach, kiedy wypaliła się 

szalona miłość, wciąż miała do niego o to pretensje. 

- Nie chcę, żebyś cierpiała tak jak ja - mówiła w chwilach 

szczególnej depresji. - Znajdź sobie porządnego chłopaka, najlepiej 

prawnika albo biznesmena. Wcale nie musi być piękny... Nie musisz 

go nawet kochać... Pamiętaj, miłość nie trwa wiecznie! 

Jamie ponownie zerknęła na Slatera. Według matczynej 

klasyfikacji, byłby chyba jednym z najniebezpieczniejszych mężczyzn 

na świecie. 

Wciąż o tym myślała, kiedy nagle zatrzymali się z piskiem opon 

tuż przed jej chatą. Slater w milczeniu pomógł jej przy przenoszeniu 

ekwipunku. Kiedy skończyli, stanęli na drewnianej werandzie. Jamie 

zastanawiała się, co powinna zrobić. Według wszelkich zasad, 

wypadałoby zaproponować mu herbatę lub kawę. Bała się jednak 

zaprosić go do środka. 

Slater spojrzał na nią z rozbawieniem. Wyglądała jak 

szesnastolatka na pierwszej randce. 

Nie miał pojęcia, dlaczego dał się skusić na tę wycieczkę. Być 

może kierowała nim zwykła ciekawość. 

RS

background image

 

62 

Chata okazała się być większa, niż oczekiwał. Spojrzał z 

uznaniem na wielkie, mocno połączone bierwiona i spadzisty dach, 

zdolny powstrzymać nawet spadające skały. 

- Niezłe - mruknął do siebie. 

Rozejrzał się dokoła i jeszcze raz z uznaniem pokiwał głową. 

Chata idealnie pasowała do otaczającego ją krajobrazu. Stała w 

najdzikszej i najbardziej zielonej części doliny, tuż pod szczytem, 

który posłużył budowniczemu za model dachu. Silne wiatry omijały ją 

z daleka. Docierał tu co najwyżej łagodny, wiosenny zefirek. 

Nagle zauważył, że stojąca obok dziewczyna również rozgląda 

się po dolinie. 

- Piękny widok - szepnął. - Człowiek, który to zbudował, 

wiedział, co robi. 

- To był mój ojciec. 

- Cóż, gdyby szukał pracy, możesz skierować go do mnie... 

- Zmarł przed rokiem. 

Zachodzące słońce zalśniło na jej twarzy. Slater zrozumiał, że to 

nie chciane łzy odbiły ostatnie, krwiste promienie. 

- Przykro mi - szepnął. Dziewczyna uśmiechnęła się blado. 

- Zmarł niedaleko stąd, właśnie o zachodzie słońca - wyjaśniła 

spokojnie. - Lubił patrzeć na góry o tej porze i nagle... - głos jej się 

załamał. - To był wylew krwi do mózgu. Lekarze mówili, że wcale nie 

cierpiał. Mógł nawet niczego nie poczuć. Mam nadzieję, że umierał 

szczęśliwy... 

- Zdaje się, że był ciekawym człowiekiem... 

- O tak - skinęła głową. 

RS

background image

 

63 

- I miał wspaniałą córkę - szepnął do siebie, z trudem 

powstrzymując się, żeby nie powiedzieć tego głośno. 

Zielonooka kobieta wciąż stanowiła dla niego zagadkę. Przy 

każdym spotkaniu wydawała się być zupełnie inną osobą. Slater nie 

przywykł do tego rodzaju metamorfoz. 

- Czy nie czujesz się tutaj czasami samotna? - spytał. 

- Samotna? - Dziewczyna roześmiała się dźwięcznie. 

- Chyba żartujesz. Ta dolina to moja najlepsza przyjaciółka. 

Jamie zatoczyła krąg ręką. 

- Czuję się tutaj jak u siebie w domu. Nigdzie nie jestem tak 

bezpieczna. 

Spojrzała na górskie szczyty, czerwone w świetle zachodzącego 

słońca. 

- To tam czasami czuję się samotna ... i opuszczona 

- wskazała horyzont, lub raczej jakieś miejsce, które znajdowało 

się tuż za nim. - Czasami mam wrażenie, że należę do innego świata. 

Głos jej się załamał. Zupełnie zapomniała o tym, że nie jest 

sama. 

Slater stał tuż obok. Bał się poruszyć. Chciał objąć dziewczynę i 

przycisnąć do swojej piersi. Nie sądził, że Jamie może być tak 

wzruszająco bezbronna. Czy to ta sama kobieta złapała go w 

przemyślnie zamaskowaną pułapkę? 

Nagle poczuł, że jest mu zimno. Cienka trykotowa koszulka nie 

dawała zbyt wiele ciepła. Zauważył, że Jamie również drży z zimna. 

Po chwili machnęła ręką, żeby przegonić natrętne myśli i ruszyła w 

stronę ciepłego wnętrza. 

RS

background image

 

64 

Zatrzymała się jednak przed progiem. Slater schylił się, udając, 

że zawiązuje niesforne sznurowadło. Chciał jej dać czas do namysłu. 

Jamie chrząknęła. 

- Hm... może wejdziesz? Zaraz przygotuję kawę lub herbatę. 

Uniósł głowę. Bez trudu stwierdził, że dziewczyna już żałuje 

swoich słów. Chciał wstać i powiedzieć, że czekają na niego na 

budowie, ale... Po pierwsze, nikomu nawet nie śniło się na niego 

czekać. A po drugie, był ciekaw wnętrza chaty. 

- Świetnie. Chętnie się czegoś napiję - powiedział, prostując się. 

Jamie stała się nagle bardzo nerwowa. Najpierw nie mogła 

znaleźć klucza, potem miała trudności z trafieniem w odpowiednią 

dziurkę... Slater z rozbawieniem obserwował jej wysiłki. 

Chciał powiedzieć: „Uspokój się, kochanie. Przecież jesteśmy 

dorośli i w pełni odpowiadamy za swoje czyny. Mogę cię zapewnić, 

że nie stanie się nic, czego byś nie chciała". 

Milczał jednak. Wiedział, że dziewczyna zwiałaby gdzie pieprz 

rośnie, gdyby usłyszała te słowa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

65 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jamie spuściła głowę jak skazaniec i otworzyła drzwi. Cichy do 

tej pory Timber rzucił się na nią z radosnym szczekaniem, jednak po 

chwili dostrzegł ciemną sylwetkę mężczyzny i poczuł znajomy 

zapach. Sierść zjeżyła mu się na karku. 

Dziewczyna pogłaskała go po głowie. 

- Spokojnie, Timber. To przyjaciel - powiedziała, oglądając się 

w stronę Slatera. 

Ta uwaga zdziałała cuda. Pies zaczął machać ogonem i radośnie 

tańczyć dokoła zdumionego mężczyzny. Skoczył mu na piersi i 

polizał olbrzymim, czerwonym językiem. Następnie przebiegł 

galopem do kuchni i stanął przy lodówce. 

- Zupełnie zwariował. Powinien się przecież prezentować jak 

prawdziwy pies obronny. 

Slater roześmiał się. 

- Zostaliśmy przyjaciółmi dopiero przed - spojrzał na zegarek - 

niecałą minutą. Dlatego może się czuć nieco swobodniej... Nie mam 

jednak wątpliwości, że w razie potrzeby Timber bardzo szybko 

uświadomiłby mi, gdzie jest moje miejsce. 

Jamie uśmiechnęła się nieznacznie. 

- Mam nadzieję, że będziesz o tym pamiętał. Mężczyzna 

wzruszył ramionami. 

- Wcale nie miałem zamiaru cię uwieść - mruknął pod nosem. 

RS

background image

 

66 

Dziewczyna spojrzała mu w oczy, chcąc sprawdzić, czy mówi 

poważnie. Następnie otworzyła puszkę i wrzuciła jej zawartość do 

psiej miski. Timber czekał już na werandzie. Wnętrze chaty 

prezentowało się nadzwyczaj bogato. Wszystkie meble wykonano w 

drewnie. Na ścianach wisiało kilka obrazów oraz całe mnóstwo skór, 

poroży oraz myśliwskiego sprzętu. Pokoje wyglądały na duże i 

wygodne. Kuchnia i jadalnia wręcz zaskakiwały przepychem. 

Szczególnie pięknie wyglądał olbrzymi kominek z głazów 

narzutowych, znajdujący się w tym ostatnim pomieszczeniu. 

Równie dobrze mogło to być luksusowe schronisko w jakiejś 

modnej, górskiej miejscowości. 

- Wspaniałe miejsce - stwierdził na widok nadchodzącej 

dziewczyny. - Myślałem, że... żyjesz bardziej po spartańsku. 

- Tata uwielbiał otaczać się luksusem - wyjaśniła z odcieniem 

dumy w głosie. - Na przykład bardzo lubił lody i dlatego musieliśmy 

kupić lodówkę. Pamiętam jeszcze problemy, jakie mieliśmy na 

początku z prądnicą... 

Wlała półtorej szklanki wody do ekspresu i otworzyła pudełko z 

kawą. 

Slater przeszedł do pokoju gościnnego. Zaciekawiła go spora 

szafka z kolekcją rozmaitych minerałów. 

- Kim był twój ojciec? 

- Geologiem. Pracował w różnych kompaniach wydobywczych. 

Czasami otrzymywał zlecenia rządowe. Chodziło głównie o 

poszukiwanie uranu. Raz nawet zatrudniono go przy budowie tamy. 

Może słyszałeś o Manicouagan w północnym Quebecku? 

RS

background image

 

67 

- Tak. Ale tylko słyszałem. To stara tama, lecz podobno 

znakomicie zrobiona - powiedział rozmarzonym tonem. 

- Ojciec też miał takie nieobecne oczy, kiedy mówił o tej 

cholernej tamie - westchnęła. - Pewnie dlatego nie protestował, kiedy 

zaczęliście budować swojego giganta... 

- Czy mógł nam zaszkodzić? 

- Oczywiście. Miał tutaj olbrzymi autorytet. Ludzie nie mówili 

do niego inaczej, jak „panie profesorze". Pomagał wszystkim... 

Dziewczyna uśmiechnęła się do swoich myśli. Jak często bywa 

w takich wypadkach, jedno wspomnienie wywoływało następne. 

- Był również kimś w rodzaju inżyniera i wynalazcy. Cały ten 

dom jest jego dziełem. Wymyślił nawet system ogrzewania 

deszczówki energią słoneczną... Tyle, że tutaj ciągle pada i przez 

miesiąc mieliśmy do kąpieli letnią wodę. Matka nigdy mu tego nie 

mogła wybaczyć... Potem, oczywiście, zainstalował bojler... 

- Czy pułapka na niedźwiedzie... i ludzi jest również jego 

dziełem? 

Jamie skrzywiła się. Dopiero teraz zrozumiał, że popełnił błąd. 

- Przepraszam. Jestem zmęczona - powiedziała. -Pracowałam 

cały dzień... 

Wstała i podążyła w kierunku łazienki. Po chwili usłyszał szum 

prysznica. 

Slater uznał, że dużą przyjemność sprawi mu krótki relaks przed 

kominkiem. Drewno było już przygotowane. Wystarczyło tylko 

zapalić zapałkę i po chwili wesoły ogień zaczął buzować w palenisku. 

RS

background image

 

68 

Nie miał wątpliwości, że praca z niedźwiedziami jest tylko 

przykrywką dla innej działalności. O co jednak tak naprawdę mogło 

chodzić dziewczynie? I skąd te pułapki? Slater podrapał się po głowie, 

zdecydowany wyjaśnić wszystkie tajemnice pięknej pani magister od 

krwiożerczych niedźwiedzi. 

Wszystkie? Kątem oka dostrzegł koszyk ze świeżym praniem, 

stojący pod stołem. Ciekawe, co też może nosić żeński odpowiednik 

Buffalo Billa? Koszula... Dżinsy... Slater uśmiechnął się szeroko. W 

dłoni trzymał delikatny, różowy biustonosz. Po chwili dostrzegł 

pasujące do niego, koronkowe majteczki. 

Hm, ta dziewczyna ani na chwilę nie przestawała go zaskakiwać. 

Ekspres do kawy zaczął wydawać głuche pomruki. Slater 

odwrócił się w stronę kuchni. W tym momencie poczuł, że ktoś 

wyrywa mu bieliznę z dłoni. 

- Jesteś fetyszystą, McCall?! - spytała rozzłoszczona Jamie. 

- Nie - odrzekł z uśmiechem. - Po prostu chcę trochę pomóc 

wyobraźni. 

Liczyła na to, że go zawstydzi. Niestety, to ona zaczerwieniła się 

jak pensjonarka. Co, do diabła, podkusiło ją, żeby kupić tak 

wyzywającą bieliznę? Zrobiła to bez zastanowienia, w czasie ostatniej 

wycieczki do Vancouver. Schyliła się i włożyła obie rzeczy do kosza. 

Co sobie teraz o niej pomyśli ten przemądrzały facet? 

- Czy mogę prosić...? 

Jamie zaczerwieniła się jeszcze bardziej i spuściła głowę jak 

jawnogrzesznica. Dopiero po chwili zrozumiała, że Slater mówi o 

kawie. Ruszyła do kuchni, nie patrząc w jego stronę. 

RS

background image

 

69 

To był błąd. Znudzony czekaniem, już się tam znajdował. 

- Chcesz śmietanki? - spytał. 

- Nie... to znaczy: tak. Poproszę. 

Otworzył drzwi lodówki i wyjął karton ze śmietanką. 

- Może jesteś głodna? - rzucił przez ramię. 

- Tak... to znaczy: nie. Nie chciałabym... 

- Musisz być głodna. Przecież cały dzień pracowałaś... - Spojrzał 

do wnętrza lodówki. - Zaraz, zaraz... Co my tu mamy? Jajka, kiełbasa, 

cebula... Ciepła kolacja dobrze nam zrobi. 

- Ale... - Nagle zrozumiała, że tu, w górach, nie ma żadnej 

wymówki. 

- Nie przejmuj się. Umiem gotować. 

Jamie skinęła z rezygnacją głową. Slater nalał świeżej kawy do 

kubków, znalezionych na suszarce. 

- Wiesz, od dwóch dni mam wrażenie, że gdziekolwiek się 

ruszę, wszędzie spotykam ciebie - powiedziała niezbyt uprzejmie. 

- Wczoraj to ty mnie odwiedziłaś... McCall uśmiechnął się 

szeroko. 

- Ale dzisiaj, dzisiaj - powiedziała z nagłym błyskiem w oku. - 

Jak to się stało, że znalazłeś mnie w górach? 

- Och, włóczyłem się to tu, to tam... Dziewczyna spojrzała na 

niego z rozbawieniem. 

- Ciężarówką? 

Slater dopił kawy i zajął się obieraniem cebuli. 

- Dobrze. Szukałem ciebie. 

- Po co? 

RS

background image

 

70 

Spojrzał na nią z powagą. W jego oczach pojawiły się pierwsze 

łzy. 

- Potrzebuję ciebie. 

- To brzmi jak wyznanie z kiepskiego melodramatu. Może 

jeszcze powiesz, że żyć beze mnie nie możesz? 

Slater wytarł twarz rękawem, ale niewiele mu to pomogło. 

- Cholerna cebula - warknął. - Chodzi o zupełnie prostą sprawę. 

Nie mogę sobie poradzić z niedźwiedziami. Zlekceważyłem twoje 

ostrzeżenia i teraz chciałbym... 

- To brzmi jak przeprosiny - przerwała mu w pół zdania. 

- Bo to są przeprosiny - roześmiał się. 

- Wobec tego słucham? 

- Chciałbym cię prosić, żebyś pomogła ujarzmić te rozwydrzone 

bestie. Jeszcze parę tygodni temu można je było przegonić za pomocą 

klaksonu. Teraz... traktują go jak sygnał na obiad i zbiegają się ze 

wszystkich stron do ciężarówki. 

Slater westchnął ciężko. 

- Wczoraj dwóch chłopaków po prostu ugrzęzło w morzu 

niedźwiedzi - ciągnął. - Przez dwie godziny siedzieli w kabinie 

ciężarówki i trzęśli się ze strachu. Mówią, że już tam nigdy nie wrócą 

i... - wziął głęboki oddech - nawet nie mogę mieć do nich o to 

pretensji. 

Jamie zmarszczyła brwi. 

- Przecież ostrzegałam Corneliusa... Co roku rodzą się nowe 

niedźwiedzie. Te najmłodsze nawet nie wiedzą, że mogą istnieć jakieś 

inne sposoby zdobywania pożywienia. Za rok będzie jeszcze gorzej... 

RS

background image

 

71 

- Moi ludzie zaczęli chodzić z bronią. 

- Z bronią?! - Oczy dziewczyny rozszerzyły się z przerażenia. - 

Ależ to... 

- Przykro mi, ale nie miałem innego wyjścia - westchnął. 

- Jeżeli ktokolwiek ośmieli się zabić niedźwiedzia, to... - 

zawiesiła głos. 

- Jamie, przecież chodzi o życie moich ludzi! 

- A czyja to wina?! - krzyknęła i postawiła z rozmachem pusty 

kubek na stole. 

Ze łzami w oczach wybiegła z kuchni. Slater zaklął i pobiegł za 

nią. 

- Jamie! - krzyknął. 

Dziewczyna nie odpowiadała. Znalazł ją wtuloną w oparcie 

starej kanapy. 

- Zostaw mnie - powiedziała. - Nie jestem ci do niczego 

potrzebna. Przecież znalazłeś już rozwiązanie... 

Złapał ją za ramię i obrócił twarzą ku sobie. 

- Posłuchaj mnie przez chwilę! - krzyknął. - Nikt nie ma zamiaru 

zabijać tych twoich niedźwiedzi! Nie znoszę zabijania pod 

jakimkolwiek pozorem... 

Puścił ją. Głowa dziewczyny uderzyła w oparcie kanapy. 

- Musimy wypracować jakiś kompromis. Źle nam poszło na 

początku, ale to nie powód, żeby nienawidzić się do końca życia! 

Jamie spojrzała na niego niechętnie. Chciała powiedzieć, żeby 

się wynosił. Otworzyła usta i... 

RS

background image

 

72 

- Czy próbowałeś ogrodzić teren śmietniska, tak jak 

zamierzałeś? 

Skinął głową. 

- Nic z tego nie wyszło. Spojrzał na nią z uśmiechem. 

- Tak jak mówiłaś - dodał. - Ktoś proponował, żeby palić 

odpadki, ale zdaje się, że Cornelius już tego próbował i to z marnym 

efektem. 

- Poparzone niedźwiedzie mogą być bardzo niebezpieczne. Poza 

tym, narazicie się w ten sposób na ataki ze strony ekologów. 

- Ogrodzenie elektryczne? 

Potrząsnęła przecząco głową. 

- W najlepszym, powtarzam: w najlepszym wypadku nie poczują 

go przez grube futro. Ale jeśli poczują, to wpadną w szał. 

Uśmiechnęła się, widząc smutną minę Slatera. 

- Ten dzisiejszy był tylko trochę rozzłoszczony. Dziewczyna 

zamyśliła się na chwilę. 

- Możesz użyć petard, ale niedźwiedzie są sprytne... Dadzą się 

nabrać raz, najwyżej dwa. Jednak nie to jest najgorsze... 

- Nie to? - powtórzył zgnębionym głosem. 

- Oczywiście. Większość niedźwiedzi ze Skookum nie potrafi 

już żyć w naturalnych warunkach. Jeśli nagle odetniesz je od źródła 

pożywienia, będziesz miał na karku gromadę głodnych i gotowych na 

wszystko zwierząt. 

Slater zaklął i w roztargnieniu potarł brodę. 

- Myślisz, że przyjdą do obozu? 

RS

background image

 

73 

- Tak. Zwłaszcza że przestały się bać ludzi... Przez chwilę 

siedzieli w milczeniu. 

- Mam się wycofać? 

- Nie. Ale powinieneś działać powoli i ostrożnie. Musisz 

odzwyczaić je od taniej jatki na śmietnisku i znaleźć jakiś sposób na 

zagospodarowanie odpadków. -Jamie uśmiechnęła się, słysząc 

zduszone westchnienie. -To chyba nic trudnego dla takiego inżyniera 

jak ty, co? 

Slater spojrzał na nią znad deseczki z pokrojoną w kostkę 

cebulą. 

- Zaraz zrobię jajecznicę. Możesz nakryć do stołu - mruknął. Po 

kolacji usiedli przed kominkiem z kieliszkami wypełnionymi 

zadziwiająco jak na to pustkowie dobrym, białym winem, które Jamie 

przyniosła z gabinetu ojca. 

- Jak to się stało, że zaczęłaś zajmować się niedźwiedziami? 

Jamie uśmiechnęła się i pogłaskała psa. Timber leżał tuż obok, z 

zamkniętymi oczami. 

- Urodziłam się w obozie geologicznym na Alasce. Potem 

jeździliśmy po całym kraju... Tak się składało, że wszędzie były jakieś 

niedźwiedzie: brunatne, białe, pomarańczowe... Ojciec uważał, że 

przeraża tylko to, co nieznane. Dlatego zaczaj mi o nich opowiadać. 

Kiedy miałam sześć lat, wiedziałam już o nich prawie wszystko - 

zamyśliła się. - Nie potrafiłabym już robić nic innego... 

- Twoja matka musiała być wspaniałą osobą - powiedział 

smutno. 

RS

background image

 

74 

Przed oczami majaczył mu obraz roześmianej, szczupłej 

blondynki. Matka porzuciła go, gdy miał pięć lat. Później zajmowały 

się nim różne osoby. Przechodził z rąk do rąk, jak wytarty żeton. 

Nikogo jednak nie pamiętał tak dobrze, jak matki. 

- Och, nie znosiła takiego życia. Jej ojciec wykładał literaturę w 

Princeton. Prawie go nie znałam. Matka zawsze z rozrzewnieniem 

wspominała przyjęcia u innych profesorów. Była zaręczona z jakimś 

fizykiem, kiedy poznała ojca. 

Jamie roześmiała się. 

- Mówiła, że nigdy nie widziała kogoś tak przystojnego jak 

ojciec. Natychmiast zerwała zaręczyny i pojechała na Alaskę... 

- Gdzie się urodziłaś... 

- Właśnie - skinęła głową. - Mama była przekonana, że ojciec 

wróci na uniwerek po moim urodzeniu. Mogłaby wtedy wydawać 

swoje przyjęcia... 

- Ale zamiast tego musiała uczyć dobrych manier geologów i 

robotników. 

Jamie aż pisnęła z uciechy. 

- Kiedyś nakryła mnie w starej szopie z Billym Jacobsem. Nie 

dała sobie przetłumaczyć, że mamy po dziesięć lat i że w szopie było 

potwornie zimno. Musiałam wyjechać z nią do Vancouver. Wakacje 

spędzałam tutaj z ojcem, a do szkoły... 

Dziewczyna nie dokończyła. Oczy jej posmutniały. Podniosła do 

ust kieliszek z winem i wypiła je do dna. 

Slater milczał. Zastanawiał się, jak mogło czuć się dziecko, 

zmuszone do życia w dwóch, zupełnie różnych, światach. 

RS

background image

 

75 

- Mama wciąż mieszka w Vancouver. Ma tam sklep z antykami. 

- Ciekawe, co ma do powiedzenia na temat córki, która walczy z 

niedźwiedziami? 

Jamie machnęła ręką. 

- Och, jestem jej wiecznym utrapieniem. Oczywiście, ma 

nadzieję, że kiedy... 

Nie dokończyła i spojrzała uważnie na Slatera. 

- A ty, McCall? Opowiedz mi trochę o sobie. Uśmiechnął się i 

spojrzał na nią przciągle. Siedziała boso na podłodze i głaskała 

olbrzymi łeb psa. Wyglądała tak kobieco, jak nigdy. Z trudem 

rozpoznawał w niej zadziorną dziewczynę, z którą już dwukrotnie się 

pokłócił. 

- Cóż - zaczął - nie mam zbyt dużo do opowiadania. Moje 

dzieciństwo upłynęło na różnych budowach. Matka opuściła ojca po 

sześciu latach. Potem nigdy już jej nie widziałem. Wychowywały 

mnie różne ciotki i babcie - prawdziwe i doszywane... Następnie 

politechnika, dyplom... no i wróciłem na budowę. 

Jamie uśmiechnęła się. 

- Twój ojciec też jest inżynierem? 

- Mhm - przytaknął. - Myślę, że mamy to we krwi... 

- A kobiety? - spytała lekkim, zbyt lekkim, tonem. - Pewnie 

masz z pięć żon, co? 

- Nie - uciął krótko. 

Zaległa cisza, przerywana tylko posapywaniem śpiącego psa. 

RS

background image

 

76 

- Żeby wszystko było jasne: lubię kobiety. Ożeniłem się zaraz po 

dyplomie. Rozwiodłem - po pierwszej budowie. Wygląda na to, że nie 

można pogodzić małżeństwa z wędrownym życiem. 

- Aha - mruknęła nieco ośmielona. - Mały romansik tu, inny 

tam... 

Slater spojrzał jej prosto, w oczy. 

- Widzę, że znasz życie i nie trzeba ci wszystkiego tłumaczyć. A 

powiedz, jak jest z tobą? Masz kogoś? 

Jamie skinęła poważnie głową. 

- Tak - odpowiedziała. 

Slater patrzył na nią oniemiały. Ścisnął niebezpiecznie trzymany 

w dłoni kieliszek. 

- To świetnie - szepnął. 

Czego oczekiwał? Że tak ładna dziewczyna jak Jamie będzie żyć 

w tym domu jak mniszka? 

- Chcesz kawy? - spytała. Potwierdził. Dziewczyna wyszła do 

kuchni. Wstał i zaczął przechadzać się nerwowo po pokoju. 

Dorzucił drew do kominka, przyjrzał się wiszącej na ścianie 

mapie okolicy, a następnie dostrzegł w odległym kącie stary kosz, 

wypełniony różnymi papierami. 

Znajdowały się tam odręczne notatki, wycinki z gazet, wydruki 

komputerowe i coś, co wyglądało na naukowe raporty. Slater podniósł 

pierwszą z brzegu kartkę. Dotyczyła olbrzymiego jesiotra, 

znalezionego przed dwoma laty na brzegu jeziora Waszyngtona koło 

Seattle. 

RS

background image

 

77 

Spojrzał na zdjęcie i zimny dreszcz przeszył mu kark. Ryba do 

złudzenia przypominała potwora, o którym krążyły legendy. Kiedy 

pracował w tamtych okolicach, nasłuchał się opowieści o kaczkach i 

gęsiach pożeranych przez jakieś dziwne stworzenie. 

Chrząknął i sięgnął po następny artykuł. Tym razem chodziło o 

jakieś duże, kosmate zwierzę, które napadło na turystów w stanie 

Oregon. Niewyraźne zdjęcie przedstawiało bez wątpienia głodnego 

niedźwiedzia, stojącego na dwóch łapach. 

Zaintrygowany, zaczął przeglądać wnętrze kosza. Prawie 

wszystkie wycinki dotyczyły zwierzęcia nazywanego „wielkostopy", 

ponieważ, jak twierdzili autorzy, właśnie ta cecha odróżniała je od 

zwykłych niedźwiedzi. 

Raporty, podpisane Ben Kilpatrick, zawierały dalsze szczegóły, 

dotyczące wielkostopego. Slater gwizdnął przeciągle. Jego wzrok 

spoczął na czymś, co brał do tej pory za niewydarzony kawałek skały, 

służący za przycisk do papieru. Odwrócił zaskakująco lekki 

przedmiot. Na spodzie znajdował się odcisk olbrzymiej stopy... 

- Co u licha? - powiedział, patrząc na gipsowy odlew. 

Przyglądał się uważnie zaskakująco wyraźnie odbitym, 

szponiastym palcom i mocno zaznaczonej pięcie zwierzęcia. 

- No, no - mruknął pod nosem. 

Przypomniał sobie pokój, który wyglądał na pracownię. 

Wyszedł i odnalazł pomieszczenie zastawione elektroniczną 

aparaturą. Wystarczył mu jeden rzut oka, by mniej więcej zrozumieć, 

do czego służy. Wrócił po kilkunastu sekundach. 

Z kuchni dobiegły go wesołe pokrzykiwania dziewczyny. 

RS

background image

 

78 

- Wiec o to chodzi - szepnął i położył odlew, który wciąż 

trzymał w dłoni, na poprzednie miejsce. 

Jamie weszła do jadalni, niosąc przed sobą tacę z kawą. 

- Mam nadzieję, że się nie nudziłeś - powiedziała wesoło. - 

Teraz możemy... 

Zamarła w pół ruchu. Nie wiedziała, co się stało, ale czuła, że 

coś wisi w powietrzu. 

- Daj spokój z kawą - powiedział Slater. - Chodź tutaj. Musisz 

mi wszystko wyjaśnić. 

Oczy Jamie zrobiły się okrągłe. Domyśliła się, że Slater widział 

jej aparaturę i wyciągnął jakieś daleko idące wnioski. Gorączkowo 

zastanawiała się, jak mu teraz wszystko wyjaśnić. 

- Pewnie chodzi ci o komputer - powiedziała najlżejszym tonem, 

na jaki mogła się zdobyć. - Cóż, ojciec ulepszył nieco cały system... 

Jest teraz zbyt skomplikowany, żeby ot, tak wyjaśnić, do czego służy. 

Chodzi przede wszystkim o śledzenie niedźwiedzi z sygnalizatorem... 

Slater potrząsnął głową. 

- Znam się na tym trochę - powiedział. - Nie uda ci się mnie 

zwieść. Widziałem, że masz cały, niezwykle skomplikowany system 

pułapek... 

- Nie twój interes - wypaliła. Uśmiechnął się. 

- W pewnym sensie mój. W końcu stałem się twoją ofiarą... 

- Slate! - jęknęła. 

- Nie o to jednak chodzi - mruknął, wskazując kosz z papierami. 

- Chcesz złapać to dziwne zwierzę, prawda? 

 

RS

background image

 

79 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Dalsze kłamstwa nie miały żadnego sensu. 

- Miejscowa ludność nazywa go z indiańska Sasquatch - 

szepnęła, podchodząc do Slatera. - Nazwa naukowa, Gigantopithecus 

blacki, pochodzi od doktora Grovera Krantza z mojego uniwersytetu. 

Ojciec zajmował się tymi zwierzętami przez trzydzieści lat. Ostatnio 

ograniczał się tylko do tych terenów. 

Jamie wskazała mapę, którą oglądał przed kilkoma minutami. 

- Te ciemniejsze punkty, to miejsca, w których znalazł jakieś 

ślady tego zwierzęcia, a jaśniejsze to te, w których widział je 

osobiście. 

Slater spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- Przecież na mapie aż roi się od nich! 

- Skookum to stare indiańskie słowo. Oznacza złe duchy lub 

czarowników. W dolinie od stuleci krążyły opowieści o wielkim 

włochatym człowieku, którego nazywano Sasquatch... 

- Więc jednak olbrzymia włochata małpa, a nie niedźwiedź... - 

W jego głosie pojawiły się kpiące nutki. 

Jamie spojrzała na niego ze złością. 

- Taka jak ty - syknęła przez zęby. Slater nie podjął rzuconej 

rękawicy. 

- Chcesz ją złapać? 

RS

background image

 

80 

- Może się to wydawać mało prawdopodobne, ale ja jednak 

wierzę, że to zwierzę istnieje. Ojciec poświęcił całe życie na 

poszukiwania... 

- Możesz powtórzyć jego los. 

- Mogę - zgodziła się. - Niemniej chcę udowodnić, że miał rację. 

Wielu twierdzi, że był szalony. Oskarżają go o alkoholizm... To 

prawda, że czasami, kiedy był w złym nastroju, zamykał się w chacie i 

pił na umór. Ale nie miało to żadnego wpływu na wyniki badań. 

Slater poczuł się głupio. Starał się unikać wzroku dziewczyny. 

- Myślisz, że ci się uda? 

Uśmiechnęła się po raz pierwszy od powrotu z kuchni. 

- O tak! Przecież złapałam ciebie. Spojrzeli sobie w oczy. 

- To już wiemy - powiedział. - Ale co dalej? Jamie poczuła, że 

nogi się pod nią uginają. Zanim zdążyła pomyśleć, dotknęła skroni 

Slatera i pogłaskała niewielką, zabliźnioną ranę. 

- Nigdy cię za to nie przeprosiłam - powiedziała z nagłą 

czułością. - Miałam potem koszmarne sny. Śniło mi się, że skręciłeś 

kark przy upadku. 

- Na szczęście mam twardą głowę - roześmiał się. Nie wiedziała, 

dlaczego poprzednio sądziła, że Slater ma oczy wilka. Z bliska 

wydawały się tak czułe i tak... pociągające. 

Później nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego nie wziął jej w 

ramiona. Zielone oczy patrzyły na niego tak kusząco. I te usta, lekko 

rozchylone, wilgotne usta, wprost stworzone do pocałunków. 

RS

background image

 

81 

Odwrócił się z wysiłkiem i podszedł do drzwi. Działał jak w 

transie. Mruknął coś na swoje usprawiedliwienie i wyszedł na 

zewnątrz. Całym sercem pragnął zostać razem z dziewczyną. 

Na dworze było już zupełnie ciemno. Zdziwiony spojrzał na 

zegarek. Kwadrans po jedenastej... To znaczy, że przesiedział w 

chacie ładnych parę godzin. 

- Do diabła, McCall, co ty właściwie robisz?! - mruknął do 

siebie. 

Odpowiedź była aż nazbyt oczywista. 

- Dziękuję za kolację - szepnęła Jamie, która niczym duch 

wyłoniła się z przedpokoju. 

Timber jak zwykle pojawił się przy jej boku. Ziewnął szeroko. 

- Dziękuję za cały wieczór. 

Slater uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że udało mu się 

pokonać gwałtowne emocje. Spojrzał przed siebie i ruszył w stronę 

ciężarówki. 

- Dobranoc, Jamie. 

- Dobranoc. 

W połowie drogi przystanął i obrócił się na pięcie. Oczy 

świeciły mu dziwnym blaskiem. Zaklął i puścił się pędem w kierunku 

werandy. 

- Zapomniałeś czegoś? 

- Można tak powiedzieć. 

Pokonał schody w dwóch susach i stanął obok zdziwionej 

dziewczyny. 

RS

background image

 

82 

- Pewnie później będę tego żałował - powiedział, patrząc jej w 

oczy. - Ale nigdy bym sobie nie darował, gdybym tego nie zrobił. 

To mówiąc pochylił się nad nią i pocałował namiętnie. 

Jamie zesztywniała i krzyknęła cicho. Timber warknął i spojrzał 

na nią, czekając na rozkazy. Ale jego pani milczała. Podjęła samotną 

walkę, którą... przegrała po pierwszych paru sekundach. 

Objęła Slatera i wtuliła się w jego potężną pierś. Ich usta 

połączyły się po raz drugi. Tym razem nie spieszyli się. Chcieli 

nacieszyć się sobą. Timber uznał, że nie będzie potrzebny i wycofał 

się w głąb mieszkania. 

- Co robisz? - jęknęła. 

- Przecież oboje tego pragniemy - powiedział chrapliwym 

głosem. 

Jego wargi po raz kolejny wzięły w posiadanie usta dziewczyny. 

Prawa dłoń zaczęła przesuwać się po jej plecach. Jamie ponownie 

zesztywniała, ale chwilę później poddała się pieszczocie i zarzuciła 

mu ręce na szyję. 

Slater poczuł sprężyste piersi tuż przy swoim torsie. Coś w nim 

jakby pękło. Nie panował już dłużej nad swymi ruchami. Przycisnął 

Jamie do siebie i zaczął namiętnie pieścić. Ich ciała wpadły w zgodny 

rytm. Jamie jęknęła. 

- Och, Slater! 

- Ciii... - położył palec na jej ustach. 

- Nie mogę w to uwierzyć...  

Slater ugryzł ją delikatnie w ucho. 

- Uwierz - szepnął. 

RS

background image

 

83 

Chciał ją znowu pocałować, ale uciekła ustami w bok. 

- Nie możemy. To zbyt niebezpieczne... 

Slater nie potrafił ukryć rozczarowania. Opuścił ręce i spojrzał 

na nią z wyrzutem. 

- Czy chodzi o tego drugiego mężczyznę? 

- Drugiego mężczyznę? - Potrząsnęła głową. - Nie rozumiem... 

- Tego, z którym jesteś związana, czy jak to się teraz mówi... 

Odwrócił się w stronę ciężarówki, żeby nie widzieć jej twarzy. 

Krótki, zduszony okrzyk powiedział mu jednak wszystko. 

- O Boże, Curtis! Zupełnie zapomniałam... Slater znowu był 

przy niej. Złapał ją za rękę i roześmiał się głośno. 

- Zapomniałaś?! Zapomniałaś w czasie zwykłego pocałunku?! 

Jamie zarumieniła się. 

- To nie był taki zwykły pocałunek... - zaczęła nieśmiało. 

- Tak ci się tylko wydaje. Ale zaraz zobaczysz, że prawdziwy... 

- Nie! 

Dziewczyna wyślizgnęła się z jego objęć i rozejrzała bezradnie, 

szukając psa. 

- Matka ostrzegała mnie przed mężczyznami twojego pokroju! - 

wypaliła. 

- Tak? A co dokładnie mówiła? 

- Że nie powinnam się z wami zadawać, bo to niebezpieczne. 

Slater roześmiał się. 

- Ależ ja jestem jeden! 

Wziął ją za rękę i zaczął delikatnie gładzić wnętrze dłoni. 

- Czy naprawdę uważasz, że jestem niebezpieczny? - spytał. 

RS

background image

 

84 

Dziewczyna wyszarpnęła rękę. 

- Tak - ucięła krótko. - Najniebezpieczniejszy ze wszystkich. 

- Przecież to coś w rodzaju łapówki. - Jamie skrzywiła się z 

odrazą. - Nie sądzisz? 

Sam pokiwał głową. 

- Oczywiście - powiedział, opierając się o kuchenny stół. - 

Musisz jednak zrozumieć, że stało się coś nieprawdopodobnego. 

Wielki Slater McCall zniżył się do zaproponowania ci łapówki, w 

zamian za pomoc przy niedźwiedziach. To znaczy, że wcale już nie 

jest taki wielki. - Sam zmieszał się. - Przynajmniej, jeśli idzie o 

ciebie... 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że pracujesz dla tego 

człowieka? 

- Pracuję z McCallem, a nie dla niego. To różnica. 

- Niemożliwe. Nikt nie pracuje z McCallem! Sam spojrzał na nią 

z rozbawieniem. 

- Trochę przesadzasz. Nie jest on może aniołem, ale 

przynajmniej zawsze dotrzymuje słowa. Nie interesują go personalne 

rozgrywki. Zawsze jest sprawiedliwy. 

Indianin podrapał się po głowie. 

- Pamiętasz Corneliusa? Dziś mówił to, a jutro co innego. 

Potrafił wyprzeć się własnych słów. Takie numery nie przeszłyby z 

McCallem. 

Jamie postawiła na stole kubek z gorącą kawą. Drugi znajdował 

się koło ekspresu. 

RS

background image

 

85 

- Dobrze, rozważmy wszystko jeszcze raz. Czy możesz 

powtórzyć jego propozycję? 

- Trzeci raz? - jęknął. Skinęła głową. 

- Tak. Lubię słuchać, jak mężczyźni płaszczą się przede mną. 

Sam chrząknął i spojrzał na nią ciekawie. 

- Zabawne. Slater przewidział, że tak to odbierzesz. Czy możesz 

zdradzić, co was łączy? 

- Nic - powiedziała szybko. 

Wyjęła zużyty filtr i wyrzuciła go do kosza. Potem wskazała 

Samowi drzwi do jadalni. Usiedli w fotelach przy kominku. 

- Słucham? - powiedziała. 

W odpowiedzi usłyszała dobroduszne westchnienie. Następnie 

Indianin pociągnął pierwszy łyk kawy z kubka. 

- Powiedział, że jeśli pomożesz mu w miarę bezboleśnie pozbyć 

się niedźwiedzi, to będziesz mogła wrócić na budowę. 

Dziewczyna skrzywiła się. 

- Czy nie sądzisz, że ta propozycja jest chybiona? Ostatecznie, w 

moim interesie leży jak najdłuższe utrzymanie niedźwiedzi na 

śmietnisku... 

Sam pokiwał głową. 

- Mówiłem mu o tym. Twierdzi, że pomożesz mu, ponieważ 

wiesz, że w walce z człowiekiem zwierzęta nie mają żadnych szans... 

Dziewczyna zagryzła wargi. 

- Co się dzieje, Jamie? Nigdy się tak nie zachowywałaś! Samo 

nazwisko McCalla doprowadza cię do białej gorączki! 

- Nie bądź głupi - warknęła. Sam spojrzał na nią uważnie. 

RS

background image

 

86 

- Hej, nie zapominaj, że znamy się już prawie dwadzieścia lat. 

Łączy nas braterstwo krwi. Mieliśmy sobie ufać, pamiętasz? - spytał, 

wskazując z uśmiechem kciuk prawej ręki. 

Jamie uśmiechnęła się mimo woli i zaczęła rozcierać swój palec, 

chociaż rana zagoiła się przed wieloma laty. Przypomniała sobie 

powagę, z jaką składali przysięgę. Oboje bali się myśliwskiego noża 

ojca, który posłużył do zrobienia rytualnych nacięć. 

- Byliśmy wtedy dziećmi... Poza tym, to ty pierwszy złamałeś 

przysięgę i ożeniłeś się z nauczycielką! 

- Wcześniej ty wyjechałaś na studia! 

Jamie uśmiechnęła się błogo. Nagle wróciły do niej obrazy z 

wczesnego dzieciństwa. 

- Pamiętasz, jak ojciec zabierał nas w góry? Do tej pory potrafię 

bez większego wysiłku złapać pstrąga! 

- Brakuje mi go. 

Jamie skinęła głową i zajrzała do wnętrza pustego kubka. 

- Wszystko się zmienia, Sam - szepnęła. - Wszystko 

karłowacieje i staje się nijakie. 

Indianin postawił swój kubek na podłodze i sięgnął po jej dłoń. 

- Ja zawsze pozostanę w Pine Lalce, przy górze Skookum... 

- A co z doliną?! - żachnęła się. - Ta cholerna tama zniszczy ją 

całą. 

- Nie. Tylko ją zmieni. Nie można wrócić do dzieciństwa. Nie 

widzisz, co się dzieje? Ludzie nie mają pracy. Zamknięto już 

kopalnię. Niedługo przyjdzie pora na młyn. Młodzież przenosi się do 

większych miast... 

RS

background image

 

87 

- Wiem, wiem... 

Jamie zaczęła machać rękami, jakby oganiała się przed stadem 

os. 

- Parki, tereny rekreacyjne, przystanie z żaglówkami... 

- I szanse przetrwania dla miasta - podsumował Indianin. - Twój 

ojciec doskonale to rozumiał. 

- Nie będę się czuła dobrze w miejscu wypełnionym tłumem 

obcych ludzi... - pochyliła głowę. 

- Czy dlatego chcesz sprzedać górę? 

- Wcale nie chcę sprzedać góry - obruszyła się. - Rozważam 

tylko taką możliwość. 

- Powiedz, ile chciałby wyciągnąć z niej Curtis? - spytał 

niewinnie. 

Zaczerwieniła się. Sam bezbłędnie odnajdywał jej najsłabsze 

punkty. 

- Najwyższy czas, żebyś dokonała wyboru. Między Skookum a 

światem. Między twoim sercem a głową. Wiem, że matka namawia 

cię na opuszczenie gór. Zawsze tego chciała i w końcu znalazła 

okazję, żeby dopiąć swego. 

Dziewczyna uniosła głowę, chcąc zaprzeczyć. Sam uspokoił ją 

ruchem ręki. 

- Przez siedemnaście lat byłaś rozdarta między ojcem a matką. 

Oboje walczyli zaciekle o twoją miłość, a ty bałaś się ich zranić. Ale 

pamiętaj, że już jesteś dorosła. Powinnaś podejmować samodzielne 

decyzje, Jamie. Nie musisz starać się dogodzić żadnej ze stron. 

RS

background image

 

88 

Czuła, że narasta w niej gniew. Ale wraz z nim pojawiła się 

panika, towarzysząca jej zawsze, gdy myślała o rodzicach. 

- Sądzisz, że właśnie to chcę zrobić? Wciągnęła powietrze 

głęboko do płuc, pragnąc odgonić czarne myśli. 

- Nie myślę - wiem. Twoja matka zawsze chciała, żebyś wyszła 

za Curtisa, to znaczy: doktora Winthropa. Wydaje jej się, że skoro 

sama wymarzyła sobie karierę doktorowej, to... 

- Och, Sam, przestań - przerwała mu. - Wiem, co chcesz 

powiedzieć... 

Zbyt długo znała Indianina, by się na niego gniewać. Poza tym 

ceniła szczerość i cywilną odwagę. 

- Czy masz coś konkretnego przeciwko Curtisowi? - spytała po 

chwili. 

- Ten facet to naciągacz. Znam takich typków. Chodzi mu tylko 

o siebie i swoją karierę. 

- Sam, wiem, że nie akceptujesz tego, co tutaj robimy, ale 

przecież to ojciec pierwszy wpadł na ten pomysł... 

- Naprawdę? Ja wiem tylko, że pierwszy zaczął o nim mówić. 

Pół miesiąca po poznaniu Winthropa... Sam zamyślił się na chwilę. 

- Ten facet pragnie tylko, żeby wszystkie pisma naukowe 

zamieściły jego nazwisko na pierwszej stronie. Nie rozumiesz tego? 

Twój ojciec nigdy nie pozwoliłby na to, co się tutaj dzieje... 

- Przecież sam zaprojektował pułapki... 

- Co z tego? Zaprojektował masę innych rzeczy. To nie znaczy, 

że chciał w nie cokolwiek łapać. 

Jamie wyprostowała się i spojrzała twardo przed siebie. 

RS

background image

 

89 

- Sam, zamierzam wyjść za mąż za doktora Winthropa i bardzo 

cię proszę, żebyś... 

- Do diabła, jak możesz tak marnować swoje życie!? Uwierz mi, 

potrzebujesz prawdziwego mężczyzny. Takiego, który potrafiłby nie 

tylko brać, ale i dawać. Kogoś w rodzaju McCalla... 

- Chyba zwariowałeś! - obruszyła się. Zagryzła wargi. 

Rzeczywiście, do szczęścia brakowało jej tylko Slatera McCalla! 

- Byłby wspaniałym mężem... 

- Nie kuś, bo w końcu ci uwierzę... 

- Właśnie o to mi chodzi! 

- Sam! 

- Dobrze już, dobrze. 

Indianin podniósł obie ręce do góry. 

- Nie wymieniaj nawet tego nazwiska! 

- Dobrze - zgodził się powtórnie - ale co powiesz na 

propozycję... mm... wiadomej osoby? 

- Powiedz mu, że opracuję cały plan. Dostaniesz go w 

poniedziałek. McCall musi sam zdecydować, co dalej. W zamian 

żądam przepustki na teren budowy dla siebie i Terry'ego. 

- Jeśli przyjdziesz na budowę, dlaczego sama nie oddasz mu 

tych planów? Slater będzie miał pewnie mnóstwo pytań. 

- Szkoda mi czasu - powiedziała tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. 

Jamie nie widziała Slatera od tygodnia. W dzień zajmowała się 

niedźwiedziami i starała się zapomnieć o ich ostatnim spotkaniu, ale 

RS

background image

 

90 

w nocy... W nocy jego obraz powracał. Na próżno usiłowała wypędzić 

go spod powiek. Budziła się rozbita, z podkrążonymi oczami. 

Przez jakiś czas nosiła się z zamiarem opowiedzenia 

wszystkiego Samowi. W końcu jednak zrezygnowała. Wiedziała, 

czego może się spodziewać. Sam od początku nie krył się ze swoim 

zdaniem na temat Curtisa. Nie rozumiał, że chce wyjść za porządnego 

i solidnego mężczyznę. 

- To mięczak - powtarzał jej. - Znam wielu wspaniałych facetów, 

którzy oddaliby pół życia za jedną randkę z tobą. Nie rozumiem, 

dlaczego wybrałaś tego wymoczka? 

Curtis może rzeczywiście nie prezentował się zbyt męsko. Nie 

lubił podróży i towarzystwa ludzi z Pine Lake. Nie błyszczał też 

dowcipem. Ale czy tylko o to chodzi w życiu? Miał przecież wiele 

zalet, które czyniły go zdecydowanie bardziej pożądanym kandydatem 

na męża niż Slater. A przede wszystkim: był bezpieczny. Znacznie 

bezpieczniejszy niż większość znanych jej mężczyzn. 

Przez chwilę myślała o pocałunku Slatera. Curtis nie potrafił jej 

tak całować. Ten piekielny McCall obudził uśpione w niej tęsknoty i 

pragnienia. Teraz musi zrobić wszystko, żeby o nich zapomnieć. Tak, 

zapomnieć! 

Slater nie miał wątpliwości, że się wygłupił. Tylko głupiec albo 

napalony nastolatek mógł postępować w ten sposób. 

Przemierzał właśnie teren mokradeł w poszukiwaniu Jamie. 

Otaczały go roje komarów i much. Brudna woda chlupotała pod 

stopami. Zaklął głośno. Gdzie, do diabła, mogła się podziać? 

RS

background image

 

91 

Pewnie od razu na początku pomylił drogę. Inaczej natknąłby się 

na nią po pierwszym kwadransie. Spojrzał w górę. Nad nim piętrzył 

się olbrzymi szczyt Skookum. 

Co będzie, jeśli zabłądzi? Jamie pewnie od dawna siedzi w 

domu. Może wypłoszył ją deszcz, a może... przyjazd ukochanego. 

Slater ze złością naciągnął kaptur, ściągnięty przez jakąś gałąź i zaklął 

jeszcze siarczyściej. 

I nagle, zupełnie przypadkowo, natknął się na Jamie. Właściwie 

prawie się o nią potknął. Tuż pod stopami zobaczył jej zielone oczy i 

śmiesznie zmarszczony nosek. 

- Bardzo oryginalne powiedzenie - mruknęła. - Nigdy wcześniej 

go nie słyszałam. 

Slater dopiero po chwili zorientował się, że dziewczyna jest aż 

po szyję zanurzona w niewielkim oczku wodnym. 

- Co robisz? - krzyknął. - Przecież jest zimno jak diabli! 

Jamie roześmiała się. 

- Nie tutaj. Nigdy nie słyszałeś o ciepłych źródłach? Dziewczyna 

zbliżyła się do brzegu. 

- A co ty robisz na mokradłach? 

- Wyszedłem na spacer - mruknął. 

Spojrzała na jego spoconą i wymazaną błotem twarz oraz 

zabrudzony dół spodni. 

- Zdaje się, że przydałaby ci się kąpiel! 

Slater poczuł między łopatkami zimny strumyk. To deszcz 

przesączył się przez szparę między dopinanym kapturem a płaszczem. 

- Dlaczego nie - powiedział. 

RS

background image

 

92 

Szybko zrzucił z siebie wierzchnie okrycie i zaczął zdejmować 

sweter. Dziewczyna patrzyła na niego z rosnącym niepokojem. 

- Ale nie teraz i nie tutaj! 

- Dlaczego nie? - powtórzył. 

Slater zabrał się do zdejmowania spodni. Zrobił pakunek z ubrań 

i owinął go nieprzemakalnym płaszczem. Kalosze odwrócił spodami 

do góry. 

- Hej, co robisz? - Dziewczyna wpadła w popłoch. - To oczko 

jest tak małe, że nie wystarczy w nim miejsca dla nas dwojga! 

- Może będzie trochę ciasno - zgodził się - ale za to przytulnie. 

Nie można mieć wszystkiego naraz, nie sądzisz? 

Włożył nogę do wody i ze zdziwieniem stwierdził, że jest ciepła. 

- Możemy udawać, że bierzemy kąpiel w wielkiej wannie w 

jakimś luksusowym hotelu - powiedział z uśmiechem. - Masz tu może 

szampana? 

Szampan rzeczywiście znakomicie nadawałby się na tę okazję. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

93 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Slater zanurzał się powoli w źródlanej wodzie, czując, że robi 

mu się coraz cieplej. Oczko nie było głębokie. Mógł usiąść na 

wygładzonym wodą podłożu i wyciągnąć przed siebie nogi. Plecami 

opierał się o wielki, omszały korzeń z pobliskiej sosny. 

Rozejrzał się po bajkowej okolicy. Nad jego głową piętrzyły się, 

olbrzymie z tej perspektywy, drzewa. Na brzegach oczka pełno było 

traw i kwiatów. Całość spowijały mleczne opary, unoszące się nad 

wodą. 

Czuł, jak ciepła woda wyciąga z jego ciała zmęczenie wielu 

tygodni ciężkiej pracy. Odprężył się zupełnie. 

- Szukam cię od ładnych paru dni - powiedział zamykając oczy. 

- Unikasz mnie. 

Jamie patrzyła na niego z niepokojem. Ich ciała niemal stykały 

się ze sobą. 

- Nie bądź głupi - mruknęła ze złością. - Dlaczego niby 

miałabym cię unikać? 

- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. Na wodzie pojawiły się 

niewielkie zmarszczki. - Może cię przestraszyłem? 

Zapanowała cisza. Slater pomyślał, że nie doczeka się już 

odpowiedzi, kiedy z naprzeciwka dobiegło doń ciche „nie". 

Uśmiechnął się. Odpowiedź zabrzmiała mało przekonywająco. 

- Zapoznałem się z twoim planem. Jest znakomity.Kazałem 

sprowadzić z Alaski odpowiednie zabezpieczenia, tak jak radziłaś. 

RS

background image

 

94 

Poza tym uznałem, że masz rację. Musimy użyć śmigłowca do 

wywozu odpadków... 

- Nareszcie! - wyrwało jej się. 

- To potwornie kosztowna sprawa - ciągnął. - Nie mogę sobie 

jednak pozwolić na niedźwiedzią wojnę. 

Dziewczyna poruszyła się niespokojnie w wodzie. 

- Widzę, że nie tracisz czasu. Otworzył oczy. 

- Nie mam go zbyt wiele. Ale nie przejmuj się. Zgodnie z twoimi 

zaleceniami, cała operacja potrwa ładnych parę miesięcy. Nie 

będziemy się spieszyć. Znajdziesz mnóstwo okazji do badań. 

- Pamiętaj, że nie pójdzie wam tak łatwo. Spojrzeli na siebie. 

- Jasne. Zgodnie z twoimi radami, na śmietnisku będziemy 

pojawiać się tylko w nocy. 

- Mimo to znajdziecie tam sporo niedźwiedzi. Zwłaszcza tych 

młodszych, nie przyzwyczajonych do samodzielnego zdobywania 

pokarmu. 

Slater skinął głową. 

- Nigdy nie sądziłem, że będę zgłębiał tajniki niedźwiedziej 

psychologii... 

Jamie uśmiechnęła się. 

- Nie powinieneś tego żałować. Niedźwiedzie to fascynujące 

zwierzęta. Indianie wierzyli, że wcielają się w nie duchy mężnych 

wojowników. Jeszcze teraz uważają, że naszyjnik z niedźwiedzich 

pazurów dodaje sił i odwagi. 

Slater wyciągnął rękę przed siebie. Po chwili wyczuł naszyjnik 

na piersi dziewczyny. Wyjął go z wody, żeby mu się lepiej przyjrzeć. 

RS

background image

 

95 

- Taki naszyjnik? - spytał. 

Jamie skinęła głową. 

- Dał mi go dziad Sama Dwa Łosie, kiedy miałam dziesięć lat. 

Mówił, że to amulet, który będzie mnie strzegł przed niedźwiedziami. 

Myślę, że chodziło mu również o te dwunożne... 

- I co, działa? 

- Wciąż jestem cała i zdrowa! Slater z trudem powstrzymał 

uśmiech. 

- Zauważyłem - mruknął. - Doprawdy, trudno nie zwrócić na to 

uwagi. 

Dziewczyna zarumieniła się i potrząsnęła głową. Wyglądała 

uroczo. Miedzianozłote włosy związała w gruby kok, żeby nie 

przeszkadzały w kąpieli. Osiadły na nich tylko pojedyncze kropelki 

deszczu. Długa biała szyja i delikatne ramiona znajdowały się nad 

powierzchnią wody, a dalej... Slater aż zamknął oczy, wyobrażając 

sobie to, co musiało być dalej. Ten obraz prześladował go przez 

następnych parę minut. Musiał się uszczypnąć, żeby trochę 

oprzytomnieć. 

- Powiedz, jakie jest zdanie Curtisa na temat niedźwiedzi? 

- Curtisa? - Spojrzała na niego podejrzliwie. 

- Rozmawiałeś może z Samem? 

Slater nie potrafił ukryć zdziwienia. Potrząsnął głową, nie 

rozumiejąc, o co chodzi. Pomyślał tylko, że po powrocie będzie 

musiał koniecznie pogadać z Samem Dwa Łosie. 

- No i co z tym Curtisem? - spytał z naciskiem. 

- Czym się zajmuje? 

RS

background image

 

96 

Jamie wyprostowała się, jakby wygłaszała jakiś referat przed 

gronem zacnych naukowców. 

- Jest antropologiem - powiedziała oficjalnym tonem. 

- Na pewno słyszałeś o doktorze Curtisie Winthropie. 

Slater pokręcił przecząco głową. 

- Zdaje się, że nie. Na co dzień nie zajmuję się poznawaniem 

doktorów. Nie uwierzysz, ale mam problemy z odróżnieniem doktora 

od zwykłego magistra. 

Dziewczyna poruszyła się niespokojnie w wodzie. Slater kpił 

sobie w żywe oczy z niej i z Curtisa. 

- No cóż, on pewnie również o tobie nie słyszał... Nic nie 

wskazywało na to, żeby Slater przejął się jakoś z tego powodu. 

- Jego ojciec to Gilbert Winthrop. Przynajmniej o nim musiałeś 

słyszeć. 

- Też doktor? - spytał nieufnie. Skinęła głową. 

Slater zmarszczył brwi. Po chwili jego twarz rozpogodziła się. 

Nabrał oddechu i wyrecytował jak niesforny uczniak: 

- Badania w Afryce... Brakujące ogniwo... 

- Bardzo dobrze, McCall. - Jamie bez trudu wcieliła się w rolę 

nauczycielki. - Doktor Gilbert Winthrop jest jednym z 

najsłynniejszych antropologów. Wiele się o nim mówi w Brazylii. 

Prowadził tam badania. Odkrył nieznane plemię, żyjące w dorzeczu 

Amazonki. 

Slater pokiwał głową. 

- Curtis ma teraz twardy orzech do zgryzienia. 

RS

background image

 

97 

- Do diabła, musiałeś rozmawiać z Samem! Spojrzał na nią z 

rozbawieniem. 

- Kochanie, zapewniam cię, że Sam nie pisnął nawet słowa na 

temat Curtisa. 

Zerknęła na niego nieufnie. Jakoś nie bardzo mogła w to 

uwierzyć. 

- Zapewniam cię, że Curtis jest wysoko cenionym i powszechnie 

szanowanym naukowcem – żachnęła się. Nawet nie zauważyła, kiedy 

dała się zepchnąć do defensywy. Slater zachowywał się jak 

najprzebieglejszy ze znanych jej niedźwiedzi. Potrafił czekać i uderzał 

zawsze w najbardziej czułe miejsce. 

- Czy Curtis pomagał przy pułapkach? Cały czas zastanawiałem 

się, skąd wzięłaś pieniądze na tak skomplikowaną aparaturę. 

Jamie otworzyła szeroko usta i spojrzała na niego z podziwem. 

Najpierw chciała powiedzieć, żeby pilnował swojego nosa. Po chwili 

jednak zmieniła zdanie. Slater nie należał do ludzi, których można by 

oszukiwać czy zwodzić. 

- Curtis pomógł w uzyskaniu naukowego stypendium. W 

zasadzie sam wszystko załatwił. Dostaliśmy pieniądze z wydziału 

antropologii, a nie biologii... - Jamie uśmiechnęła się pod nosem. - 

Ściganie potworów wciąż nie należy do szczególnie cenionych 

naukowych zadań. Koledzy wyśmialiby mnie, gdybym powiedziała, 

na co potrzebuję pieniędzy. 

- Rozumiem. Curtis ma za sobą autorytet ojca... Dziewczyna 

pokręciła głową. 

RS

background image

 

98 

- To nie takie proste. Doktor Winthrop uważa, że 

zainteresowanie syna kryptozoologią jest tylko stratą czasu. 

- Krypto - czym? 

Jamie nie potrafiła powstrzymać śmiechu na widok miny 

Slatera. 

- Chodzi o badania nowych, nieznanych gatunków. Takich, jak 

rekin odżywiający się planktonem, odkryty na Hawajach w 1976 roku, 

albo też zwierząt uważanych za wymarłe. 

- Aha. I tego właśnie nie lubi Winthrop senior? 

- Niezupełnie. - Dziewczyna zmarszczyła brwi. 

- Widzisz, chodzi o to, że wielu kryptozoologów nie ukrywa 

swoich planów. Otwarcie prowadzą poszukiwania yeti, potwora z 

Loch Ness albo Mokele-Mbembe, zwierzęcia przypominającego 

dinozaura i widzianego podobno w Afryce Środkowej. Slater podrapał 

się po głowie. 

- A ty, co o tym myślisz? Dziewczyna westchnęła głęboko. 

- Sprawa nie jest taka prosta. Część informacji na temat 

potworów, to z pewnością bzdury, ale część... 

- Ten, kto odkryje wielkostopego, na pewno stanie się sławny. 

W zielonych oczach zapaliły się iskry gniewu. Dłoń, którą 

uniosła, by poprawić włosy, sama zwinęła się w pięść i opadła na 

spokojną wodę. 

- Curtis wcale nie jest taki! - krzyknęła. 

Slater spojrzał na nią jak na wariatkę i zaczął wycierać twarz. 

Woda spływała mu po policzkach i włosach. 

- Przecież ja nic nie powiedziałem! 

RS

background image

 

99 

Jamie zreflektowała się. Rzeczywiście, to ona dopowiedziała 

sobie dalszy ciąg myśli. Przypomniało jej się, jak Curtis skarżył się 

przed paroma miesiącami, że nie ma poważnych osiągnięć i że musi 

wyjadać resztki po ojcu. Tak się właśnie wyraził: wyjadać resztki po 

ojcu. 

- Przepraszam - szepnęła. Slater udawał, że nic się nie stało. 

- Dlaczego nie ma go tutaj? - pytał dalej. Dziewczyna spojrzała 

na niego niechętnie. 

- Czy musimy ciągnąć ten temat? Wypytujesz mnie, jakbyś był 

w nim zakochany... 

- Ja? Skądże znowu! 

- No to o co chodzi? 

- Po prostu mam zamiar uwieść mu narzeczoną i dlatego chcę 

sprawdzić, co to za człowiek. 

Jamie zaniemówiła. Miała ochotę skryć się pod powierzchnią 

wody. 

- Czy teraz wszystko jasne? 

- Hm... cóż... - jąkała się. - Czy... czy zawsze jesteś taki 

bezpośredni? 

Slater spojrzał jej głęboko w oczy. 

- Coś nie w porządku? - spytał. 

- Nie. Po prostu nikt... nigdy - plątała się. 

- Nie lubię gadania po próżnicy! 

- To prawda! - jęknęła. 

RS

background image

 

100 

Powoli zaczynała dochodzić do siebie. Nawet jej policzki 

nabrały już normalnego koloru. Nigdy nie sądziła, że potrafi spokojnie 

przyjąć tego rodzaju deklarację. 

- Swoją drogą to zadziwiające. Siedzę tu półnaga i spokojnie 

słucham, jak się mnie obraża. 

- Nie obrażam cię - zaprotestował. - Znasz mnie przecież. Znasz 

mnie znacznie lepiej niż inni. 

Chciała zaprotestować, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. 

Slater wyciągnął dłoń i dotknął jej ramienia. Zaczął się powoli 

przesuwać w jej kierunku. 

- Proszę, nie... - wydusiła z siebie w końcu i... pochyliła się w 

stronę Slatera. 

Po chwili padli sobie w objęcia. Jamie otoczyła nogami mocne, 

męskie ciało. Nie myślała o niczym. Poddawała się pieszczocie 

szorstkich rąk w uniesieniu, którego nie doświadczała nigdy przedtem. 

Cały czas szeptała jednak: 

- Nie, nie... to niebezpieczne. 

- Przecież sama tego chcesz - usłyszała tuż koło ucha ciepły 

baryton Slatera. 

Pocieszała się, że ma jeszcze czas na ucieczkę. Slater pieścił jej 

plecy i biodra. Ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku. Zaczęła 

gładzić go po włosach, rozglądając się trwożnie dokoła. 

- Powiedz, żebym przestał, a zrobię to natychmiast. 

Najwyraźniej drażnił się z nią. Żeby go ukarać,objęła go i ścisnęła z 

całej siły. Jęknął z rozkoszy, czując nagie piersi na swoim ciele. 

RS

background image

 

101 

Wciąż jeszcze mogła uciekać. Amulet powinien ją ochronić przed 

niebezpieczeństwem. 

Z jej ciałem działy się dziwne rzeczy. Jakaś siła przyciągała je 

do Slatera. Jamie przypomniała sobie wszystkie bezsenne noce. Za nie 

również należała się Slaterowi kara. Pocałowała go. Może również nie 

będzie mógł spać w nocy. 

- Powstrzymaj mnie. Powiedz, że mnie nie chcesz... Właśnie. 

Trzy proste słowa. Miała jeszcze czas. 

Zaczęła szaleńczo poruszać ciałem, ale... nie po to żeby uciec. 

Jeszcze czas... Pieszczoty paliły ją jak ogień. Potrzebowała nowych, 

żeby ugasić ten pożar. Czas... Tak, był już najwyższy czas. Pożądała 

tego mężczyzny jak nikogo innego przedtem. 

Slater czuł, że traci kontakt z rzeczywistością. Interesowała go 

już tylko szczupła dziewczyna, zamknięta w jego ramionach. 

Zastanawiał się, co by zrobił, gdyby powiedziała, że go nie chce. Z 

niepokojem wsłuchiwał się w jej nierówny oddech. Czy miałby dosyć 

siły, żeby spełnić obietnicę? Nie wiedział. Na szczęście Jamie co 

najwyżej jęczała z rozkoszy, ale z jej ust nie padło żadne słowo. 

Przez chwilę cieszyli się swoimi ciałami. Ich dłonie przebiegały 

po ramionach, plecach, biodrach. Zatrzymywały się na policzkach lub 

zastygały uwięzione we włosach. Jednak szybko przestało im to 

wystarczać. Paląca żądza była zbyt wielka. 

Niespokojne dłonie Slatera odnalazły pajęczynę jej majteczek. 

Jeden ruch i była już wolna. Natychmiast przylgnęła do niego i 

przesunęła dłonią po ciele mężczyzny. Podobnie jak ona, był zupełnie 

nagi. 

RS

background image

 

102 

Mlecznoniebieska woda w oczku zaczęła się kotłować. Nowe 

strugi zalewały kwiaty i trawy znajdujące się przy brzegu. Parę kropel 

dotarło nawet do ubrania Jamie umieszczonego pod jednym z 

wykrotów. Wodne opary otaczały ich szczelnie niczym puchowa 

kołdra. 

- Och, Slate! Nie powinnam była... 

Ostatnie krople wody spływały wprost z sosnowego korzenia do 

oczka. 

- Przecież chcieliśmy tego oboje! 

- Nie wiem... Boję się. 

Slater szukał na dnie ich skromnego przyodziewku. 

- Mnie? - Zastygł na chwilę. 

- Nie, siebie. 

Dziewczyna przytuliła się do jego piersi i zaczęła pochlipywać. 

- Nie wiem, co teraz będzie. Nie wiem, co dalej zrobić... 

- Ufasz mi? - spytał. 

W odpowiedzi pocałowała go nieśmiało. Poczuł, że krew znowu 

się w nim burzy. Nie chciał jednak zawieść zaufania dziewczyny. 

- A czy mnie pragniesz? - szepnął. 

Ani słowa. Przytuliła się tylko mocniej. Dotknął jej ramion, 

pleców, wypukłych pośladków... Przed oczami latały mu złote słońca, 

za którymi czaiła się ciemność. Zanim zaczął w nią spadać, usłyszał 

jeszcze nieśmiałe „tak", ale nie wiedział już, czego może dotyczyć. 

Tym razem kochali się spokojniej. Cieszyli się rytmem nagich, 

błyszczących w wodzie ciał. Powstające fale równomiernie rozbijały 

się o brzeg, opryskując najbliższe rośliny. 

RS

background image

 

103 

Byli parą pstrągów w górskim strumieniu. Przybyli z daleka, 

żeby uczestniczyć w godach. Kochali się jak motyle na łące, jak 

kozice na szczytach gór, jak bobry w swoich żeremiach... 

Slater wciąż nie mógł uwierzyć, że nie śni. Wszystko wydawało 

się zupełnie nierealne: mokradła, oczko wodne, Jamie. 

Zaczęło mocniej padać. Krople deszczu rozbijały się o ich ciała, 

ale nie zwracali na to uwagi. W końcu dziewczyna wydała gwałtowny 

okrzyk i zupełnie pozbawiona siły oparła się o korzeń sosny. 

- Och, Slate! - jęknęła. 

Pogłaskał ją delikatnie po twarzy. Nie musiał nic mówić. 

Rozumieli się bez słów. 

Dziewczyna zamknęła oczy. 

Pomyślała, że przyśnił jej się cudowny sen. Ciepła woda, opary 

nad oczkiem, mokradła i... Slater - to wszystko nie mogło być 

prawdziwe. Pomyślała z żalem, że chciałaby kochać się z nim 

dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Pragnęła czuć tuż obok jego 

mocne ciało i wiedzieć, że ją kocha i będzie kochał zawsze. 

Niestety, to był tylko sen i najwyższy czas już się obudzić. 

Otworzyła oczy. 

Slater znajdował się na swoim miejscu. Znowu zamknęła oczy i 

otworzyła je po paru sekundach. Bez zmian. 

To, co niemożliwe, stało się rzeczywiste. Matka latami 

przestrzegała ją, by unikała niebezpiecznych mężczyzn. Starała się jej 

słuchać. Wielokrotnie opierała się pokusom. I teraz co? Wpadła jak 

śliwka w kompot. I to po kilkunastu dniach znajomości. 

RS

background image

 

104 

Jak przedtem żałowała, że sen nie jest rzeczywistością, tak teraz, 

że rzeczywistość nie jest snem. Pragnęła zostać ze Slaterem. Być z 

nim zawsze i kochać go, jak nikogo w świecie. Nie interesował jej już 

Curtis, czy nawet niedźwiedzie. Matka mówiła, że tak to właśnie 

wygląda. 

- Muszę już iść - powiedziała wstając. 

Szybko zakryła piersi, wstydząc się swojej nagości. 

- Zaczekaj! 

Slater uśmiechnął się i złapał ją za łydkę. 

- Nie, nie, naprawdę... - opierała się. 

Czuła się zupełnie bezbronna. Siedziała naga pośrodku 

mokradeł. Jedyne przejście znajdowało się koło Slatera. Poza tym, 

żeby wydobyć się z wody, musiała użyć rąk, którymi osłaniała piersi. 

Rozejrzała się bezradnie dokoła, ale pomoc jakoś nie chciała się 

pojawić. Zresztą, mogłaby tylko pogorszyć sytuację. 

- Hm... Czy mógłbyś zamknąć oczy? - Jej policzki nabrały 

koloru piwonii. Slater spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

- Proszę cię - jęknęła. 

 Uśmiechnął się i spełnił jej prośbę. 

Jak łania pomknęła do brzegu. Chwyciła za korzeń i wyskoczyła 

na kępę traw. W dwóch susach dopadła do wykrotu. 

- Już mogę?... mogę?... ogę? - ciepły baryton ścigał ją po drodze. 

Kiedy wynurzył się z wody, dziewczyny nie było już w pobliżu. 

Rozejrzał się dokoła, ale nie odnalazł żadnych śladów. 

- Jamie! - krzyknął. 

RS

background image

 

105 

Góry odpowiedziały mu echem. Bała się go. Nigdy dotąd nie 

przytrafiło mu się coś podobnego. Kobiety nienawidziły go lub 

kochały, ale w żadnej nie wzbudzał takiego strachu, jak w Jamie. 

Wytarł ciało podkoszulkiem i ubrał się szybko. Po paru 

minutach ruszył przed siebie, zamyślony i pochmurny. Szedł leśną 

przesieką, nie zwracając uwagi na otoczenie. 

Dopiero w ostatnim momencie zauważył niedźwiedzia. Cofnął 

się odruchowo, ale wielki grizli już go dostrzegł. Wydał głuchy 

pomruk. Slater stanął jak ogłuszony. Starał się pozbierać strzępy 

wiedzy, którą dysponował. 

- Umieją się wspinać, ale nie potrafią pływać - mamrotał do 

siebie. - A może odwrotnie? 

- Nie ruszaj się. - Szept dobiegał z pobliskiej kępy krzaków. 

Jamie? Skąd się tutaj wzięła? Czyżby szła za nim cały czas? I 

dlaczego wydawała tak absurdalne polecenia? Nawet gdyby chciał, 

nie mógłby w tej chwili zrobić kroku. 

Wielki niedźwiedź zaczął się do niego zbliżać, potrząsając 

ostrzegawczo głową. Czerwony język wysunął się mu z pyska. 

- Rób to, co ci każę. Nie wykonuj żadnych gwałtownych 

ruchów, bo go przestraszysz. 

Przestraszy? Slater miał ochotę się roześmiać. Zrobił niewielki 

krok do tyłu. Grizli mruknął głucho. 

- Chce nas ostrzec. To dobry znak. Może uda ci się wycofać - 

szeptała rozgorączkowana dziewczyna. 

- Ale, na miłość boską, w żadnym wypadku nie wolno ci 

uciekać. Skul się tylko i udawaj nieżywego. 

RS

background image

 

106 

Slater chciał powiedzieć, że pewnie nie będzie musiał udawać, 

ale głos uwiązł mu w gardle. Przesunął się jeszcze bardziej do tyłu. 

Niedźwiedź stanął na tylnych łapach, ukazując potężne kły i pazury, a 

następnie ryknął i... oddalił się w przeciwnym kierunku. 

- O Boże, jaki wspaniały - jęknęła Jamie. 

- Stary diabeł! 

Slater wciąż stał w tym samym miejscu. Zimny pot spływał mu 

po karku. 

- Skąd się tu wzięłaś? - spytał, kiedy trochę ochłonął. 

Złapała go za rękę i wskazała wąską leśną ścieżkę. Slater ruszył 

z nią bez słowa, jakby był pozbawionym woli automatem. 

- Szłam za tobą - wyjaśniła rumieniąc się. - Nie wiedziałam, czy 

znajdziesz drogę powrotną. 

- Jamie... - Przystanął na chwilę. - Dlaczego uciekłaś? 

Dziewczyna zarumieniła się. 

- Nie uciekłam, po prostu... po prostu... - głos jej się załamał. - 

Slate, to nigdy nie powinno się zdarzyć! 

Slater spojrzał na nią z niepokojem. 

- Przecież... było nam tak cudownie. 

- Potraktuj to jako bajkową przygodę. Kraina baśni kończy się 

wraz z pierwszą asfaltową drogą. Dalej jest tylko normalny ludzki 

świat... 

- Szczęściarz z tego Curtisa - westchnął. 

- Doktor Winthrop nie interesuje się takimi sprawami - 

powiedziała, przybrawszy jak najgodniejszą minę. 

- Co? 

RS

background image

 

107 

- Nasz związek opiera się na innych zasadach. 

- Ach tak - mruknął Slater, patrząc na nią spode łba. - Wobec 

tego, powiedz, że go kochasz, a odczepię się od ciebie raz na zawsze. 

- Slate, proszę, nie... 

- Kochasz go? 

Skuliła się i opuściła głowę. 

- Popatrz mi w oczy i powiedz, że go kochasz. Bezwiednie 

uniosła głowę i spojrzała w pociemniałe z gniewu oczy Slatera. 

- Nie, nie kocham Curtisa - powiedziała i rozpłakała się. 

Slater wziął ją w ramiona i zaczął delikatnie gładzić po głowie. 

- Więc dlaczego? - spytał. 

- Ponieważ boję się ciebie. Chcę mieć normalny dom z ogrodem 

i wszystkimi wygodami. Chcę wydawać przyjęcia i być dobrą żoną - 

powiedziała przez łzy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

108 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Minęły cztery dni. 

Cztery dni, które wydawały się wiecznością. 

Slater snuł się po terenie budowy, wspominając ostatnie 

spotkanie z Jamie. Nie umiał pogodzić się z tym, że utracił ją na 

zawsze. 

Wyszedł właśnie na wieczorny spacer i nie zważając na silny 

wiatr wspiął się na strome zbocze, z którego roztaczał się wspaniały 

widok na tamę. 

W świetle księżyca tama wyglądała jak wyrzeźbiona z marmuru. 

Równie dobrze mogła być grecką świątynią wzniesioną przed 

wiekami. Potężne kształty górowały nad bałaganem panującym na 

budowie. Czyniły go znikomym i mało istotnym. 

Slater uśmiechnął się. To była jego tama. Stanowiła sens jego 

pracy i życia. 

Spojrzał mimowolnie na północ. Znajdowała się tam góra 

Skookum. Tak wyniosła i niedostępna jak jej właścicielka. 

Nagle poczuł gwałtowne ukłucie w sercu. Skrzywił się i zaklął 

pod nosem. Oporna materia okazała się słabsza od woli jednej 

kobiety. 

Chciał już wracać, kiedy jakiś ruch w pobliżu ogrodzenia 

przykuł jego uwagę. Ujrzał ciemną sylwetkę, ukrytą w krzakach. 

- Co, u licha?... - mruknął, sięgając po lornetkę. 

RS

background image

 

109 

W tym momencie zwierzę wyszło z cienia. Wielkie owłosione 

cielsko wyprostowało się i przypadło do ogrodzenia. Niedźwiedź, bo 

musiał to być właśnie on, przypatrywał się przez chwilę zwałom rur i 

cegieł, a następnie odwrócił się i pomknął w stronę lasu. 

- Stary diabeł - szepnął Slater, zaciskając dłonie na obudowie 

lornetki. 

Ciekawe, czego szukał na terenie budowy? Czy przywiodła go 

tylko ciekawość, czy też nadzieja na łatwy posiłek? Slater zaklął 

ponownie. Tak, kłopoty z niedźwiedziami dopiero się zaczęły. 

Slater spojrzał w dół i zaczaj powoli schodzić, czepiając się 

rachitycznych krzaczków i występów skalnych. Nagle zatrzymał się, 

uderzony dziwną myślą. Grizli, którego widział przed czterema 

dniami, miał brązowe futro, a ten był niemal srebrny. Czy to jakiś nie 

znany mu gatunek, czy może złudzenie optyczne? 

- A może Sasquatch? - mruknął pod nosem. Niewielki kamień 

oderwał się spod jego stopy i poleciał w dół. Do licha, to naprawdę 

dziwna dolina. Owłosione małpy, piękne, lecz niezłomne kobiety - to 

wszystko nie chciało pomieścić mu się w głowie. 

- Hej, McCall! Możemy pogadać? - Sam Dwa Łosie, w 

zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, wpatrywał się w szefa 

budowy, klęczącego na ziemi. 

Slater uniósł głowę znad planów i zmrużył oczy. Spojrzał na 

elektryków, którym przed chwilą wydawał polecenia. Obaj mężczyźni 

skinęli głowami. Nie mieli już żadnych pytań. Slater podniósł się z 

klęczek i syknął z bólu. 

RS

background image

 

110 

- Masz jeszcze problemy z kolanem? - spytał Sam ze 

współczuciem. 

- Nic poważnego. Czasami sztywnieje, kiedy zbiera się na 

deszcz. 

Sam Dwa Łosie pokręcił głową. 

- Powinieneś wybrać się do mojej babki. Natychmiast by cię 

wyleczyła. 

Slater roześmiał się. 

- Chciałbym najpierw zobaczyć jej dyplom... 

- Jaki dyplom?! - oburzył się Indianin. - Babka leczy od ponad 

sześćdziesięciu lat. Nawet burmistrz chodzi do niej po radę. Teraz, po 

tej historii z centrum rekreacyjnym, chętnie by ci pomogła. 

Slater spojrzał z dumą na Sama. 

- A widzisz! Wątpiłeś, kiedy o tym mówiłem. Mamy już 

oficjalną zgodę na budowę wyciągów, schroniska i torów 

saneczkowych. 

- Wielu ludzi z Pine Lake powinno ci podziękować. Nie mówiąc 

o niedźwiedziach, które będą miały rezerwat. 

- Dobrze będzie, jak nie rozerwą mnie na strzępy - mruknął 

Slater, nie precyzując tego, czy ma na myśli ludzi, czy zwierzęta. 

- Rezerwat, to również zasługa Jamie - ciągnął Sam. - A właśnie, 

słyszałem, że ma przyjechać jej narzeczony... 

- I co z tego? - Silne dłonie Slatera zacisnęły się w pięści. 

- Myślałem, że wybierzesz się do niej, żeby... 

- Nigdzie się nie wybieram! 

RS

background image

 

111 

- To wspaniała kobieta - ciągnął niezrażony Sam. Slater wydał z 

siebie tylko jakiś stłumiony odgłos. 

- Ten, który się z nią ożeni, będzie prawdziwym szczęściarzem... 

- Skończyłeś? - warknął. 

- Podobno Curtis kupuje jej kwiaty. Takie specjalne, hodowane 

w cieplarni. 

- Po co jej kwiaty? Ma ich przecież dosyć w dolinie! Sam 

wzruszył ramionami. 

- Niektóre kobiety lubią dostawać kwiaty. Nagle stanęła mu 

przed oczami koronkowa bielizna 

Jamie. Pomyślał, że Sam może mieć trochę racji. 

- Pewnie kupuje jej też perfumy, co? Indianin pokręcił z 

powątpiewaniem głową. 

- E, chyba nie. Kiedyś mówiła mi, że nie używa perfum, bo 

wywołują agresję u niedźwiedzi. 

- Mądre zwierzęta - mruknął. 

Przypomniał sobie, że Jamie rzeczywiście pachniała świeżo i 

naturalnie. Wyraz błogości pojawił się na jego twarzy. 

- Kwiaty powinny wystarczyć. 

- Stalowa linka! - Slater z rozmachem uderzył się w czoło. - 

Mówiła, że potrzebuje stalowej linki do kołowrotu! 

Sam spojrzał na niego z politowaniem. 

- Linka? Nic dziwnego, że jesteś samotny. Nie tak zdobywa się 

kobietę. 

- Kto mówi o zdobywaniu? Chciałem jej tylko pomóc. 

RS

background image

 

112 

- Lepiej pomóż sobie! I to szybko, bo inaczej zostaniesz starym 

kawalerem. 

Slater zacisnął usta. 

- I tak się do niej nie wybieram - mruknął. - Mam mnóstwo 

pracy. 

Zebrał rozłożone na ziemi plany i spojrzał w stronę biura. Sam 

westchnął ciężko. 

- Może kotek... - szepnął Slater. Twarz Indianina rozjaśniła się. 

- Tak, to świetny pomysł. 

- Dobrze, jeżeli się spotkamy... - Włożył kask i zaczął iść w 

stronę przyczepy. Sam spojrzał za nim. 

- Pamiętaj - krzyknął - czasami trzeba postawić na swoim! 

Przez następną godzinę nie mógł się na niczym skupić. Myślał 

tylko o doktorze Winthropie, kwiatach i o tym, że za żadną cenę nie 

da z siebie zrobić durnia. 

Trzy dni później, siedząc przy biurku, wciąż myślał o tym 

samym. Wyobrażał sobie Curtisa i Jamie przy kominku. Jego ze 

szklaneczką dobrej brandy i cygarem, a ją zwiniętą w kłębek na sofie, 

mruczącą cicho, gdy narzeczony gładził jej miedziane włosy. 

- Do diabła - zaklął i zerwał się na równe nogi. Musiał iść bardzo 

szybko, chociaż zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Przystanął 

dopiero, kiedy znalazł się w lesie tuż nad tamą. Spojrzał na kępy 

leśnych dzwonków i z niechęcią pomyślał o cieplarnianych cudach 

Curtisa Winthropa. 

Do licha, nie miał z Jamie żadnych szans. Żona Davida miała 

rację: zdziczał kompletnie na tych budowach. 

RS

background image

 

113 

Powiał wiatr. Dzwonki pochyliły się, jakby do wtóru jego 

myślom. Odwrócił się od nich gwałtownie i zaklął znowu. 

Coś dziwnego działo się z nim w ciągu ostatnich tygodni. Wciąż 

powtarzał sobie, że nie jest zakochany, ale myśli o Jamie nie dawały 

mu spokoju. Chociaż nigdy nie doświadczył czegoś podobnego, to 

jednak czuł, że nie chodzi tu o zwykłe pożądanie. 

Więc o co chodziło? Cóż, dziewczyna rzuciła na niego jakiś 

czar. Wcale by się nie zdziwił, gdyby okazało się, że jej dziad był 

indiańskim czarownikiem... 

Przypomniał sobie słowa Sama: Czasami trzeba postawić na 

swoim. 

Może jednak powinien do niej pójść? Uśmiechnął się ponuro. 

Nie, wykluczone. Teraz musiałby się zmagać nie tylko z lękami 

dziewczyny, lecz również z Curtisem Winthropem. 

Czasami trzeba postawić na swoim. 

Odwrócił się i spojrzał na wzgardzone dzwonki. Rozejrzał się 

dokoła, by sprawdzić, czy nikt go nie obserwuje. Następnie schylił się 

i zerwał ostrożnie pierwsze kwiatki. 

- Nie rozumiem, skąd ten upór - mruknął Curtis, wycierając 

swoje eleganckie spodnie. 

Spojrzał na Jamie z wyrzutem. 

- Wszędzie sierść. Cały dom tonie w sierści. Dlaczego 

wpuszczasz tu to piekielne zwierzę? 

Dziewczyna nie zwróciła na te słowa najmniejszej uwagi. 

Słyszała je nie po raz pierwszy z ust narzeczonego. 

- Powiedziałam, że jeszcze nie podjęłam decyzji. 

RS

background image

 

114 

- Chodzi przecież tylko o wstępne ustalenia... 

- Tak, ale muszę najpierw podjąć decyzję - powtórzyła z 

uporem. 

Curtis spojrzał na nią ostro. Jamie westchnęła. 

- Zrozum, ta góra to całe życie ojca. Nie mogę jej ot, tak sobie 

sprzedać! 

- Ależ kochanie, nie można ciągle żyć wspomnieniami. Za rok 

lub dwa cała dolina zmieni się nie do poznania. Mamy bardzo 

korzystną propozycję... 

- Tak - dziewczyna nie usiłowała nawet ukryć niechęci - 

zamienią mój dom w hotel dla tłuściochów! 

- Tyle razy powtarzałem ci już, że sanatorium dla osób z 

nadwagą to nie jakiś tam hotel. 

- No dobrze: drogi hotel. 

Curtis udawał, że nie usłyszał tej ostatniej uwagi. 

- Po ślubie i tak nie będziesz już tu przyjeżdżać. Jamie odwróciła 

się, żeby ukryć dwie nie chciane łzy, które pojawiły się na jej 

policzkach. Z przykrością musiała stwierdzić, że Curtis ma rację. 

Żona nowo mianowanego profesora nie powinna zajmować się 

ściganiem niedźwiedzi. Opublikuje rezultaty swoich badań, a potem 

zajmie się prowadzeniem domu. 

- Wiem - szepnęła - tylko... 

Curtis wyprostował się i spojrzał na nią z ukosa. 

- Pamiętaj, że mamy mnóstwo wydatków... 

RS

background image

 

115 

- O tym również chciałam z tobą porozmawiać - zaczęła, 

starannie dobierając słowa. - Moim zdaniem, nie powinniśmy 

instalować nowych pułapek. Mamy ich aż sześć i... 

- I jak do tej pory nic nie złapaliśmy - wpadł jej w słowo. - Do 

licha, Jameison, te zwierzęta naprawdę istnieją. Muszę, naprawdę 

muszę to udowodnić! Ale do tego potrzebuję więcej ludzi i sprzętu... 

Dziewczyna spojrzała w bok. Zapał Curtisa wprawiał ją w 

zakłopotanie. Miała wrażenie, że powoli staje się czymś w rodzaju 

obsesji. Nie potrafiła już powiedzieć, ile w tym jest prawdziwie 

naukowej pasji, a ile żądzy sławy. 

Wstała i podeszła do okna, wychodzącego na dolinę. Curtis 

podążył za nią i położył dłoń na jej ramieniu. 

- O co chodzi, kochanie? 

- Nic takiego. Po prostu mam wrażenie, że ojciec nie 

pochwaliłby tego, co robimy. Wolałby, żebyśmy nie urządzali 

polowań na te zwierzęta. Nigdy nie wierzył w badania, które... 

Przerwało jej radosne ujadanie psa. Timber wybiegł do 

przedpokoju i zaczął tańczyć przed zamkniętymi drzwiami. 

- To pewnie Sam - powiedziała z ulgą. Rozmowa z Curtisem 

zaczynała ją powoli nużyć. Podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko. 

Uśmiech zamarł jej na ustach. Za progiem stał Slater McCall. 

- Cześć - rzucił. - Masz trochę czasu? Usłyszała niecierpliwe 

kroki w jadalni. 

- Tak... Raczej tak. 

Cofnęła się, chcąc go przepuścić i potknęła się o psa. Leżałaby 

jak długa, gdyby Slater w porę nie chwycił jej za rękę. 

RS

background image

 

116 

- D... dziękuję - wymamrotała. Uszczęśliwiony Timber rzucił się 

na Slatera i zaczął go lizać po rękach i twarzy. 

- Jameison? - usłyszała głos Curtisa z jadalni. Przepuściła Slatera 

przodem. Po chwili obaj mężczyźni stanęli twarzą w twarz. 

- Curtis, to Slater McCall, kierownik budowy w Skookum. 

Slater uśmiechnął się szeroko i wyciągnął do przodu swoje 

wielkie łapsko. 

- Doktor Winthrop? Wiele o panu słyszałem. 

- Naprawdę? - Curtis spojrzał z niesmakiem na wielką dłoń. 

Slater roześmiał się i wytarł ją o spodnie. 

- Fajny piesek, tylko trochę się ślini. 

- Wygląda na to, że... pana lubi. - Curtis podał mu dłoń, a po 

chwili wytarł ją chusteczką. Jamie z ulgą stwierdziła, że Slater 

niczego nie zauważył. 

Zaległa cisza. Gość rozsiadł się za stołem i skrzyżował ręce na 

piersiach. Curtis przechadzał się nerwowo, zaciskając usta. Jamie zbyt 

często oglądała podobne sceny wśród rywalizujących samców, by nie 

orientować się, o co chodzi. Ale o ile wśród zwierząt sytuacja była 

jasna, tutaj zupełnie nie mogła przewidzieć wyniku konfrontacji. 

- Czy napije się pan kawy, panie McCall? - spytała, lecz po 

chwili pożałowała tych słów. - Nie chciałabym pana zatrzymywać... 

- Dobra - mruknął Slater i spojrzał jej głęboko w oczy. 

Curtis poruszył się niespokojnie. Zanim zdążyła wykonać 

jakikolwiek ruch, Slater wstał i przeszedł do kuchni. Wyjął kubek z 

najwyższej szafki i nalał sobie kawy z ekspresu. Wyglądało to 

zupełnie naturalnie. Zachowywał się tak, jakby był u siebie w domu. 

RS

background image

 

117 

- Panu też nalać? - spytał, wychylając się z kuchni. Curtis 

chrząknął. 

- Nie, dziękuję. Pan McCall to, zdaje się, przyjaciel domu... - 

zawiesił głos. 

- Slater - powiedział, wychodząc z kuchni. - Mówcie mi po 

imieniu. 

Usiadł w fotelu i wyciągnął nogi daleko przed siebie. 

- Zdaje się, że siadła ci opona, Jamie. 

- Siadła? - Curtis skrzywił się z niesmakiem. 

- No, została przebita... Nie ma w niej powietrza. Jamie 

pospiesznie pokiwała głową. 

- Tak, widziałam. Zajmę się nią później. Slater spojrzał na nią 

znad kubka. 

- Daj spokój. Zmienię ci koło, jak będę wychodził. Curtis z 

uwagą przysługiwał się ich słowom. 

- Ja to zrobię - powiedział w końcu. 

- Proszę się nie wygłupiać. Dżip jest potwornie brudny. 

- Co?! - Curtis aż podskoczył z oburzenia. - Niech się panu nie 

wydaje, że nie potrafię tego zrobić! Nie pozwolę się obrażać. 

- Curtis, daj spokój... Przecież nie potrafisz... - zaczęła Jamie. 

Przerwało jej gwałtowne trzaśniecie drzwiami. Chciała wybiec 

na werandę, ale Slater złapał ją za ramię. 

- Nie przejmuj się. Przecież jest dorosły - powiedział i mrugnął 

porozumiewawczo. 

- Ach, te wasze męskie gierki - westchnęła. Slater przyjrzał się 

jej uważnie. 

RS

background image

 

118 

- Pięknie wyglądasz - powiedział. - Pierwszy raz widzę cię bez 

dżinsów. 

Uśmiechnął się szeroko. 

- Nie, nie... drugi. 

- Ani mi się waż! - syknęła, czując, jak płoną jej policzki. - 

Biegnij teraz do Curtisa i pomóż mu, zanim zrobi sobie coś złego. 

Kiedy wyszli przed dom, samochód już stał na podnośniku. 

Curtis uśmiechnął się, dumny ze swojej roboty. 

- Może pomóc? - rzucił Slater. 

Mężczyzna pokręcił głową. Manipulował właśnie przy kole, 

starając się nie ocierać o brudny błotnik. 

- To nie takie proste - powiedział Slater, widząc, że Curtis 

ciągnie za koło. 

Winthrop nawet nie spojrzał w jego kierunku. Pociągnął mocniej 

i z radością stwierdził, że koło nieco się przesunęło na osi. 

- Podnośnik stoi na bardzo miękkim gruncie... Twarz Curtisa 

zrobiła się czerwona z wysiłku. 

Pociągnął mocno i... przewrócił się, lądując w niewielkiej 

kałuży. Pobrudził sobie jasne spodnie i marynarkę. 

- Następnym razem proponowałbym trochę poluzować... 

Curtis wygramolił się z błota. Zaklął szpetnie i wytarł twarz 

brudną dłonią. 

- Cholera, gdzie to zapasowe koło? 

- Chyba tam - mruknął Slater, wskazując kubkiem ciemny 

kształt z przodu samochodu. - Nie wygląda na specjalnie czyste. 

Radziłbym... 

RS

background image

 

119 

- Nie potrzebuję rad - przerwał mu Curtis. 

- Zaraz ci pomogę - rzuciła Jamie. 

- Ani pomocy - warknął. 

- Na pańskim miejscu uważałbym na podnośnik. 

- Pilnuj swojego nosa, McCall! 

Chciał jeszcze coś dodać, ale przerwał mu hałas spadającego 

samochodu. Na szczęście, miękkie podłoże zamortyzowało upadek. 

- O Boże! 

Curtis cisnął kołem o ziemię. Chciało mu się płakać. Poniósł 

całkowitą klęskę. 

- Mam już dosyć - warknął do Jamie. - Niech ten Tarzan 

dokończy robotę. 

Twarz Winthropa zmieniła się nie do poznania. W niczym nie 

przypominała już twarzy układnego dżentelmena. Policzki Jamie 

nabrały kolorów. Najwyraźniej z trudem powstrzymywała się, żeby 

nie dać czymś w łeb narzeczonemu. 

Curtis wtoczył się do chaty i zatrzasnął drzwi. Slater pociągnął 

łyk kawy, żeby się nie roześmiać. 

- Więc to jest Curtis... - zwrócił się do Jamie. Dziewczyna 

spojrzała na niego jak na mordercę. Przymknął oczy i uśmiechnął się. 

Bez słowa weszła do chaty. 

Po chwili usłyszał podniesione głosy. Curtis i Jamie kłócili się w 

najlepsze. 

Zaległa cisza. Slater postawił pusty kubek na poręczy i zaczął się 

zastanawiać, co robić dalej. Nagle z chaty wybiegł rozsierdzony 

RS

background image

 

120 

Curtis. Miał na sobie czyste ubranie. Rzucił walizkę na tylne siedzenie 

samochodu i spojrzał na Slatera. 

- Chcesz ją mieć, McCall? - spytał. - To weź ją sobie! 

Silnik ryknął. Czerwony samochód zarzucił tyłem i pomknął w 

dół wąską drogą. 

Po chwili na werandzie pojawiła się Jamie. Policzki jej płonęły. 

Usta miała zaciśnięte, a oczy ciskały błyskawice. 

- Ciekawy facet - mruknął Slater. - Tylko jakoś strasznie 

nerwowy... 

- Ech, daj spokój. 

- Ja? Przecież nie zrobiłem nic złego. Wpadłem tylko na chwilę, 

żeby pogadać o niedźwiedziach i... 

- Zrobiłeś to specjalnie - powiedziała nie znoszącym sprzeciwu 

tonem. - A teraz może wyjaśnisz, o co chodzi z niedźwiedziami... 

- Nic takiego. - Wzruszył ramionami. - Wszystko w porządku. 

To właśnie chciałem powiedzieć. A jak tam idą badania na 

mokradłach? 

- Dziękuję, dobrze - mruknęła, zaciskając zęby. Do niedawna 

tutaj również wszystko było w porządku. 

- Popatrz, jak to wygląda! - wskazała gołą oś dżipa Slater od 

razu zakasał rękawy i wziął się do roboty. Wymiana koła zajęła mu 

ponad pół godziny. 

Kiedy wrócił, Jamie siedziała na fotelu przed kominkiem. Nawet 

na niego nie spojrzała. Poszedł do łazienki, żeby umyć ręce. Zaczął 

pokrzykiwać wesoło, ale dziewczyna nie reagowała. 

Podszedł do kominka i oparł się o obramowanie. 

RS

background image

 

121 

- Skłamałem - wyznał. - Wcale nie chciałem rozmawiać o 

niedźwiedziach, ale o nas. 

- O nas? - Wstała, zaciskając pięści. - Chyba żartujesz? 

- Jamie, przecież mówiłem ci, że nie rzucam słów na wiatr. 

Kocham cię. Nie zależy mi tylko na żonie. Do tej pory mogłem się 

ożenić ze sto razy. Mogę doskonale obywać się bez kobiet, ale... 

ciebie jednej nie chcę oddać bez walki! 

- Walki? - Spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Wiec tak to 

nazywasz... 

- Czy Winthrop wróci? 

- O Boże, to potworne! Mężczyźni zachowują się jak 

jaskiniowcy, jeśli tylko w grę wchodzi kobieta. 

- Co z Winthropem? 

Zdecydował, że wyciągnie z niej prawdę, nawet gdyby miał tu 

siedzieć całą noc. Jamie spojrzała na niego krytycznie. 

- Uważa, że mamy romans i... jest wściekły. 

- Stąd kłótnia? 

- Powiedział, że jeśli nie wyjadę z nim dzisiaj do Seattle, to 

zrywa zaręczyny. 

Spuściła głowę i podeszła do okna. 

- Zostajesz? 

- Oczywiście! Nie przerwę badań tylko dlatego, że Curtis 

zachowuje się jak idiota. 

- Ten idiota miał zostać twoim mężem - podchwycił Slater. -I co 

teraz? 

RS

background image

 

122 

- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Mam już dosyć tego 

przesłuchania. Pilnuj lepiej swoich spraw. 

- Właśnie to robię. 

Łypnęła na niego niechętnie i zacisnęła pięści. 

- Lepiej wybij to sobie z głowy. To, co zdarzyło się na 

mokradłach, było tylko chwilą słabości. - Zaczęła krzyczeć. - 

Słyszysz? Stało się, trudno! Ale teraz nie ma już o czym mówić. 

Nie zauważyła, że Slater nawet słowem nie nawiązał do 

wspólnej kąpieli. 

- Kłamiesz - mruknął. -I doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. 

Pokręciła głową. 

- Jamie, przecież wiesz, że łączy nas coś głęboko prawdziwego i 

niepowtarzalnego. Trudno mi to nawet wyjaśnić... Jestem inżynierem, 

prostym człowiekiem, który lubi znać odpowiedzi na gnębiące go 

pytania, ale nawet ja musiałem pogodzić się z takim stanem rzeczy. 

- Nie! - Zasłoniła uszy, nie chcąc dalej słuchać wywodów 

Slatera. 

- Dlaczego się mnie boisz? - szepnął. 

Jamie zastygła w bezruchu. Chciała uciekać, ale nie miała na to 

siły. Usłyszała z tyłu kroki, bała się jednak odwrócić. Instynktownie 

wyczuła, że Slater znajduje się tuż za jej plecami. 

- Nie bój się! Przestań walczyć! Przecież oboje tego pragniemy. 

Poruszyła się niespokojnie. Gorący oddech palił jej szyję. 

- Pozwól mi kochać cię tak, jak potrafię. Położył jej dłoń na 

ramieniu i zaczął powoli całować skrawek lewego ucha. Poczuła 

RS

background image

 

123 

dziwny skurcz w dołku. Z trudem powściągnęła chęć rzucenia się mu 

na szyję. 

- Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego z kobietą, Jamie. 

Śliski język błądził po jej szyi. 

- Pragnę cię bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Chcę, żebyś 

była ze mną całe życie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

124 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Jamie sama nie wiedziała, skąd wzięła siły, żeby odwrócić się i 

przejść spokojnie w stronę kominka. 

- Chcesz mnie tylko zdobyć - powiedziała zgnębionym głosem. - 

Reszta tak naprawdę wcale się nie liczy. Mężczyźni tacy jak ty 

wspinają się na najwyższe góry, ujarzmiają rzeki, a potem... szukają 

nowych podniet. 

Znowu poczuła; jak silne palce zaciskają się na jej ramieniu. 

- Nieprawda. Nie tego się boisz. Slater potrząsnął głową. 

- To byłoby pewnie nawet przyjemne - kilka miesięcy nie 

zobowiązującej znajomości... 

Puścił jej ramię i cofnął się. 

- Nie, w rzeczywistości boisz się tego, że naprawdę mogę cię 

kochać. Boisz się, ponieważ znasz tylko ten rodzaj miłości, jaki 

widziałaś w domu. 

- Ależ rodzice kochali mnie! 

- Wierzę. Ale jednocześnie stawiali warunki. Poza tym używali 

tej miłości przeciwko sobie. Zresztą - westchnął - twoja matka robi to 

w dalszym ciągu. Chce narzucić ci własne decyzje. Udowodnić, że to 

jednak ona wygrała. 

- To szaleństwo - szepnęła i usiadła na fotelu przy kominku. 

Znowu czuła się jak mała dziewczynka, zmuszona do 

dokonywania wyborów wykraczających poza jej możliwości. 

- Wyjdź, proszę... - jęknęła, zwijając się w kłębek. 

RS

background image

 

125 

- To, że postępujesz zgodnie ze swoją wolą, wcale nie znaczy, że 

zdradzasz jedno z rodziców - powiedział spokojnie. - A miłość to nie 

handel wymienny. 

Jamie milczała. Slater zaklął pod nosem i podszedł do drzwi. 

- Kocham cię, Jamie - szepnął. - I myślę, że ty również mnie 

kochasz. Problem polega na tym, że boisz się do tego przyznać. 

Chciała się odwrócić i spojrzeć na niego. Skuliła się jednak 

jeszcze bardziej na swoim fotelu. Moment nieuwagi, a wybuchnełaby 

płaczem. 

Drzwi trzasnęły. Weranda zadrżała pod ciężkimi butami. Jamie 

podbiegła do okna, żeby móc go widzieć choćby przez chwilę. 

Ręce trzymał w kieszeniach. Szedł wprost do wielkiej 

ciężarówki z budowy. Zatrzymał się na moment i sięgnął za pazuchę. 

Wyjął coś, co wyglądało jak wiązka przywiędłej trawy. Zaklął 

ponownie i wyrzucił to w błoto. Po chwili już siedział w szoferce. 

Jamie przełknęła ślinę. Do diabła, przecież tego chciała. Wyszła 

na werandę. 

Odjechał. 

Tak, właśnie tego chciała. Podeszła do miejsca, gdzie 

znajdowały się jeszcze wyraźne ślady opon i rozejrzała się dokoła. 

Coś ścisnęło ją za gardło. Schyliła się i podniosła bukiecik błękitnych 

kwiatków. 

- Dzwonki - szepnęła. 

Czuła, że łzy jedna po drugiej zaczynają spływać po jej 

policzkach. Pomyślała, że mężczyźni tacy jak Slater nie dają kwiatów 

RS

background image

 

126 

ot, tak sobie. Muszą rzeczywiście kochać, żeby zdobyć się na taki 

gest... 

- Slate! - krzyknęła. - Slater! 

Jej łzy zaczęły kapać na umazane błotem kwiaty. 

- Slater, kocham cię - szepnęła.  

Za późno. O parę minut za późno. 

Potężny grom przetoczył się po dolinie. Góry odpowiedziały mu 

echem. Zaniepokojony Slater spojrzał w górę. Niebo nad jego głową 

wciąż było czyste, ale od północy nadciągała wielka, granatowa 

chmura. Powietrze ochłodziło się już znacznie. Strzeliste sosny, które 

rosły tuż obok jego przyczepy, zastygły w niemym oczekiwaniu. 

Zanosiło się na gwałtowną, górską burzę. Podniósł do ust 

butelkę z piwem. Może właśnie tego potrzebowali. Upał i duchota 

ostatnich dni dały się już wszystkim we znaki. 

Pociągnął jeszcze łyk piwa i spojrzał w kierunku góry Skookum. 

Chmura znajdowała się tuż nad nią. Złota błyskawica rozświetliła 

niebo i po chwili nowy grom wstrząsnął doliną. Poczuł na twarzy 

pierwszy powiew wiatru. Sosny zaszemrały cicho. 

Gdzie teraz była? Czy siedziała przy kominku? Czy może robiła 

sobie kawę w kuchni? I czy myślała o nim, nawet jeśli tego nie 

chciała? 

Dosyć! Mógłby tak spędzić resztę życia! Zatrzasnął drzwi i 

podszedł do lodówki. Sięgnął automatycznie po kolejną butelkę piwa. 

Spojrzał nieobecnym wzrokiem na etykietkę. Nie, to również nie 

było dobre wyjście. Pełna butelka powędrowała na swoje miejsce. 

- Do diabła - warknął i trzasnął pięścią w stół. 

RS

background image

 

127 

Chwycił czajnik, żeby napełnić go wodą. Po chwili jednak 

zrezygnował. Kobieta w radiu śpiewała o złamanych sercach i 

zawiedzionych nadziejach. Zmiął przekleństwo w ustach i wyłączył 

radio. Przeszedł do miniaturowego pokoju. Włączył telewizor i w 

butach rzucił się na tapczan. 

Wiatr za oknami nasilał się. Wyjrzał za okno, ale było zbyt 

ciemno, żeby dostrzec cokolwiek. Usłyszał dzwonienie deszczu o 

szyby. Podszedł do drugiego okna, żeby sprawdzić, co dzieje się na 

terenie budowy. W świetle reflektorów ujrzał strugi deszczu siekące 

wysuszoną ziemię. 

Nagle światło w przyczepie zgasło. Potykając się podszedł do 

telewizora i wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Dopiero teraz pożałował, 

że nie przeszedł do głównego obozu. Położył się na tapczanie i zasnął. 

Obudził się, nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje. Serce waliło 

mu jak młotem. Rozejrzał się dokoła nieprzytomnym wzrokiem. 

Ciemność. 

Nagle piorun rozświetlił wnętrze przyczepy. Tuż obok okna 

zobaczył twarz Jamie. Tak wyrazistą, tak prawdziwą, że gotów był 

przysiąc, iż nie jest złudzeniem. Przetarł oczy. Ta dziewczyna nawet 

we śnie nie chciała mu dać spokoju. 

Po chwili jego oczy zaczęły przyzwyczajać się do ciemności. 

Spojrzał jeszcze raz w stronę okna. Kobieca sylwetka nie zniknęła. 

Czuł się jak głupiec, ale mimo to wyciągnął dłoń... 

I dotknął chłodnej, wilgotnej skóry. Usiadł na tapczanie jak 

rażony gromem. Jamie schyliła się i pocałowała go delikatnie. 

RS

background image

 

128 

- Przepraszam, że cię wystraszyłam. Pukałam, ale nikt nie 

odpowiadał. 

- Jamie! 

Bał się poruszyć, żeby jej nie spłoszyć. Jedynie palcami 

delikatnie pieścił jej włosy. 

- Jak długo tu jesteś? 

- Parę minut. Myślałam, że wyszedłeś, a potem zobaczyłam... - 

zacięła się. - Naprawdę nie wiem, co powiedzieć... 

"Że mnie kochasz" chciał zawołać, ale natychmiast ugryzł się w 

język. 

- Nic ci nie jest?  

Roześmiała się. 

- Jestem przemoczona do suchej nitki. Wjechałam do jakiejś 

potwornej dziury na budowie i dalej musiałam iść pieszo. 

- Zaraz poszukam świecy i dam ci coś suchego. 

- Zaczekaj - przerwała mu. - Chcę ci coś powiedzieć... - Wzięła 

go za rękę. - Będzie mi łatwiej w ciemności... 

Slater wstrzymał oddech. Serce w jego piersi skoczyło jak 

oszalałe. 

- Kiedy odszedłeś - zaczęła - usiłowałam przekonać siebie, że 

dobrze się stało. Bałam się ciebie, Slate... Ty pierwszy pokazałeś mi, 

co znaczy miłość. Obawiam się, że jeśli z tobą zostanę, stracę 

niezależność i swobodę... 

Ścisnął mocniej jej dłoń. 

- Miałeś rację, kiedy powiedziałeś, że uważam miłość za handel 

wymienny. Nigdy nie potrafiłam kochać tak po prostu. Opłacałam 

RS

background image

 

129 

słono każdy przyjazd do Skookum. Poza tym, czułam się winna 

wobec matki... 

Jamie przełknęła ślinę. 

- Rodzice walczyli o mnie i w dodatku zmuszali do walki o ich 

miłość. Nic nie odbywało się ot, tak sobie. Liczyło się nawet to, które 

z nich kupi mi loda. 

Przerwała i spojrzała za okno. Nowa błyskawica rozświetliła 

pobliskie góry. 

- Wiedziałam - zaczęła, kiedy przebrzmiał już głuchy pomruk - 

że po moim wyjeździe ojciec zacznie pić i znowu czułam się winna. 

Slater chciał powiedzieć, że wcale nie musi rozdrapywać starych 

ran, ale jakiś szósty zmysł podpowiedział mu, że lepiej będzie, jeśli 

wysłucha Jamie do końca. 

- To się nie skończyło nawet po śmierci ojca. Doskonale wiem, 

że matka nie znosi moich wypadów do Skookum. Przypuszczam, że to 

zazdrość. Pewnie myśli, że kocham tę górę bardziej niż ją. Poza tym 

boi się, że mnie straci... 

Dziewczyna umilkła zamyślona. 

- Ja też się tego obawiam - szepnął Slater. Pomyślał, że Jamie 

jest rozdarta wewnętrznie jak żadna ze znanych mu kobiet. Czy miał 

prawo mnożyć jej problemy? Przecież właśnie do tego sprowadzał się 

ich związek. 

- Wydawało mi się, że miłość to tort, który można podzielić 

równo między wszystkich zainteresowanych. Teraz już wiem, że tak 

nie jest. Powiedziałabym raczej, że to zaczarowana studnia. Im więcej 

się z niej bierze, tym jest pełniejsza... 

RS

background image

 

130 

Slater poczuł na dłoni niewielką kroplę. Nie wiedział, czy to 

deszcz z włosów Jamie, czy łza. 

- Kocham cię - szepnęła. - I jeśli podtrzymujesz to, co 

powiedziałeś... 

Slater wstrzymał oddech. 

- Jeśli chcesz wiedzieć, czy cię kocham, odpowiedź brzmi: tak! 

Kocham cię i gotów jestem dać ci dom, dzieci i wszystko, czego 

zapragniesz. 

- Jestem taka szczęśliwa - powiedziała tuląc się do niego. 

- Ja też - wyszeptał. - Chyba nigdy nie byłem tak szczęśliwy. 

Może kiedy miałem dwadzieścia dwa lata... Ale wtedy nie wiedziałem 

jeszcze wielu rzeczy. Potem wydawało mi się, że już nigdy się nie 

zakocham. No, i spotkałem ciebie... 

- Och, Slate 

Wstał z zamiarem pójścia po świece. Zanim się jednak obejrzał, 

już trzymał Jamie w ramionach. Jego zaborcze wargi wzięły w 

posiadanie jej usta. 

Całowali się, najpierw powoli, a potem coraz szybciej i 

namiętniej. Slater czuł gibki i śmiały język dziewczyny. Z każdą 

chwilą stawał się coraz bardziej rozpalony i niecierpliwy. 

Zsunął z niej mokrą kurtkę myśliwską i odrzucił ją w kąt. Ten 

sam los spotkał wilgotny sweter. Przyciągnął Jamie ku sobie i objął w 

talii. 

- Nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnąłem - powiedział 

zduszonym głosem. - Wystarczyło, że zamknąłem oczy i zaraz się 

RS

background image

 

131 

pojawiałaś. Widziałem cię na jawie i w snach. Chyba już nigdy się od 

ciebie nie uwolnię. 

- Bałam się, że mnie wyrzucisz - szepnęła. - Myślałam, że już 

wszystko skończone... 

- Jak mógłbym zrobić coś podobnego? Przecież cię kocham. 

Ich usta zwarły się w namiętnym pocałunku. Tuliła się do 

Slatera, nie mogąc nacieszyć się jego bliskością. Czuła, jak krople 

deszczu opadają jej z włosów wprost na plecy i ramiona, ale nie miało 

to najmniejszego znaczenia. 

Sami nie wiedzieli, jak to się stało. Potężny wir wessał ich z 

wielką siłą. Znaleźli się nadzy, gdzieś na bezludnej wyspie, z dala od 

ludzkich osiedli... A może to nie była bezludna wyspa, tylko tapczan 

Slatera? Nie miało to żadnego znaczenia. Najważniejsze były ich 

szepty i krzyki, oraz pospieszne, zachłanne poznawanie swoich ciał. 

Jamie przyjęła Slatera tak, jak długo oczekiwanego zwycięzcę. 

Jej nogi oplotły go i ponagliły do ataku. Nie czuła się jednak 

pokonana. Może raczej ocalona. Wyrwana z błędnego koła pytań, na 

które nie potrafiła odpowiedzieć. 

To było tak, jakby kochała się po raz pierwszy, a jednocześnie 

czuła, że Slater został specjalnie dla niej stworzony. Zgadzali się z 

sobą w każdym ruchu, każdym geście. Nigdy nie przeżyła czegoś 

podobnego. Nawet przygoda na mokradłach stanowiła jedynie 

zapowiedź tego, co działo się w tej chwili. 

Zwarli się ze sobą po raz ostatni i bez siły opadli na tapczan. 

Przez parę minut leżeli przytuleni do siebie. Slater wyciągnął tylko 

rękę po koc i przykrył nim Jamie i siebie. 

RS

background image

 

132 

Nagle zapaliło się światło w kuchni. Jednocześnie usłyszeli 

leniwe mruczenie lodówki. Slater spojrzał w bok. 

- Więc jednak jesteś - powiedział. - Bałem się, że mi się tylko 

przyśniłaś. 

Jamie posłała mu rozmarzony uśmiech. 

- Czyżbyś często miewał takie sny? 

- W ciągu ostatniego tygodnia co pół godziny musiałem brać 

zimny prysznic. 

- Pomogło? 

- Ani trochę. 

- A czy te sny są równie przyjemne jak... rzeczywistość? 

Slater roześmiał się. 

- Nie są tak dobre nawet w połowie! 

Nie kłamał. Ponownie spojrzał na dziewczynę. Dziękował 

losowi, że zboczył ze szlaku i dał się złapać w stalową pułapkę. Mógł 

przecież zostać z kumplami i grać w karty, albo po prostu wybrać inną 

trasę. 

Zaczął ją gładzić po włosach. 

- Lepiej się czujesz? 

- Czuję się świetnie - powiedziała, uśmiechając się figlarnie. 

- Chodzi mi o zdrowie! 

- Dziękuję, w porządku. Nie uprzedziłeś mnie, że teraz będzie 

jeszcze lepiej - podjęła poprzedni wątek. 

- Oczko wodne nie należy do najwygodniejszych miejsc. Cały 

czas trzeba uważać, żeby nie utopić partnerki. Teraz mogłem się 

nareszcie skoncentrować na tym, co robię. 

RS

background image

 

133 

- Zauważyłam - szepnęła. - Ja też. Milczeli przez chwilę. 

- Czy rozumiesz, co znaczy dla mężczyzny znalezienie kobiety 

takiej jak ty? Namiętnej, ale uległej, silnej, ale nie za bardzo. 

Chciałoby się o tym mówić całemu światu. 

Dziewczyna ze zrozumieniem pokiwała głową. 

- Jasne, tak samo jest u niedźwiedzi. 

- Co? 

- Chodzi o zapewnienie dominacji przy jednoczesnym 

sprawdzeniu, czy samica jest na tyle silna, by wychować małe. 

- Niemożliwe! 

- Mam to na filmie. Zaloty niedźwiedzi mogą trwać około 

godziny. 

Slater roześmiał się. 

- Czy twój uniwerek wie, że za ich pieniądze kręcisz filmy 

porno? 

- To właśnie dzięki tym filmom dostałam pieniądze. Poza tym 

źle to sobie wyobrażasz. Niedźwiedzie potrafią być bardzo czułe. 

Czasami miałam wrażenie, że je podglądam. Nie mogłam się potem 

pozbyć poczucia winy. 

- Dziwna z ciebie kobieta - powiedział, gładząc jej włosy. - Niby 

naukowiec, ale jak przychodzi co do czego, wyłazi z ciebie 

romantyczna dusza. 

Jamie uniosła się lekko na łokciu. 

- Tak? To posłuchaj. Dzisiaj zachowałeś się jak typowy grizli, 

zaniepokojony tym, że ktoś wtargnął na jego teren. Mała manifestacja 

siły, odrobina agresji i przeciwnik uciekł. 

RS

background image

 

134 

- Cieszysz się? 

Jamie uderzyła go lekko po głowie. 

- Jeśli jeszcze nie wiesz, to jesteś osłem, nie niedźwiedziem! 

- Bardzo mi na tobie zależało - zaczął wyjaśniać. - Chciałem 

sprawdzić, czy ten Winthrop cię kocha i... 

- Czy potrafi zmienić koło - podchwyciła. - Ciekawe, co by się 

stało, gdyby to zrobił. Czy dałbyś mu po prostu w zęby? 

Slater spuścił wzrok i pokiwał głową. 

- Skąd wiesz? - spytał. 

Jamie nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Przytuliła się do 

niego i pocałowała go w policzek. 

- Nie miałam pojęcia! 

Przymknęła oczy. Nic dziwnego, że matka ostrzegała ją przed 

niebezpiecznymi mężczyznami. Teraz nie potrafiłaby już 

zaakceptować kogoś z tytułem, pieniędzmi lub gotową receptą na 

życie. 

- Dziwny z ciebie człowiek, McCall... 

- Raczej zupełnie normalny. 

- Sam mówił, że na budowie wszyscy na ciebie narzekają, ale 

skoczyliby za tobą w ogień. 

- Tak, myślę, że mamy w sobie coś z masochistów. Inaczej 

robilibyśmy coś innego. Poza tym, musimy jednak być twardzi. 

- Wobec tego nawet nie wspomnę o dzwonkach... Jamie nagle 

usiadła na tapczanie. 

- Ojej, zostały w torbie! 

RS

background image

 

135 

Sięgnęła po koszulę, która walała się między innymi rzeczami na 

podłodze. 

- Co, u licha, robisz? 

- Zapomniałam o nich - rzuciła przez ramię i wybiegła do 

kuchni. 

Slater nie wiedział, czy iść za nią. Miał jednak nadzieję, że w 

tym stroju daleko nie zawędruje. 

Kiedy znalazła się w małej, lecz schludnej kuchni, rozejrzała się 

dokoła. Przyczepa wyglądała oczywiście na zamieszkaną, ale mimo to 

brak w niej było osobistych rzeczy, takich jak fotografie, obrazki, czy 

choćby maskotki. 

Sięgnęła do szafki, wyjęła z niej czystą szklankę i napełniła ją 

wodą. Może tak było mu łatwiej. Może nie chciał przywiązywać się 

do zdjęć, bibelotów, osób... 

Wyjęła dzwonki z torby, umieściła w szklance i z tym bukietem 

wkroczyła do pokoju. Slater siedział oparty o ścianę. 

- Zapomniałam, że wzięłam je ze sobą - powiedziała. 

Wyglądał na trochę zakłopotanego. 

- No właśnie... natrafiłem na całą kępę... Pomyślałem, że ci się 

spodobają. 

- Ciekawe, czy ktoś cię wtedy widział - drażniła go. Slater 

odetchnął głęboko. 

- Na pewno nie! Możesz je wyrzucić, jeśli ci się nie podobają - 

dodał po chwili. 

Jamie pokiwała głową 

RS

background image

 

136 

- Są cudowne. Nigdy wcześniej nie dostałam tak ładnych 

kwiatów. 

- Przesadzasz - mruknął. - Winthrop pewnie zwozi ci całe 

naręcza... 

- Curtis? Daj spokój. Nigdy nie kupił mi nawet kwiatka! Jest na 

to zbyt praktyczny. 

Slater zmiął w ustach przekleństwo. 

- Czy miałabyś ochotę na Dwa Łosie w rosole? 

- Co? - spytała, zaskoczona nagłą zmianą tematu. 

- Nic takiego. Wyrzuć te dzwonki. Jutro kupię ci najpiękniejsze 

róże w miasteczku. 

- W żadnym wypadku! Róże może mi kupić pierwszy lepszy... 

Wolę dzwonki. 

Spojrzała w kierunku stolika, na którym postawiła szklankę. 

- Niedługo odżyją. Świetnie zrobiłeś, że wyrwałeś je z 

korzeniami. Dzięki temu będę je mogła zasadzić przed domem. Nigdy 

nie podejrzewałabym, że jesteś tak romantyczny. 

- Sądziłem, że nigdy tego nie zauważysz - powiedział uchylając 

koca. - Chodź tutaj, bo zmarzniesz. 

Jamie wślizgnęła się pod koc i przytuliła się do Slatera. 

- Dobrana z nas para - szepnęła. 

- Mogło być gorzej - mruknął, obejmując ją prawym ramieniem. 

Nagle poczuli, że znowu siebie pragną. Slater pieścił jej 

ramiona, piersi, uda... 

- Ależ Slate - zaprotestowała nieśmiało. Chwycił jej dłoń i 

poprowadził ją w dół. 

RS

background image

 

137 

- Och! - westchnęła. 

Ich ciała płonęły. Nie tracili czasu. Przylgnęli do siebie. 

- Chcę, żebyś zawsze czuła się ze mną cudownie. Chcę, żeby ci 

było dobrze - słyszała zdyszany głos Slatera. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

138 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Jamie zniknęła właśnie za drzwiami łazienki. Slater nalał sobie 

kawy i usiadł w fotelu. Nagle usłyszał przeciągły, wysoki dźwięk. 

Kawa z kubka wylała mu się wprost na kolana. 

Zaklął pod nosem i szybko skierował się w stronę przemoczonej 

kurtki. Sygnalizator znajdował się w kieszeni na piersi. Wyłączył go i 

rzucił na stolik, tuż obok szklanki. Jeszcze raz spojrzał na dzwonki i 

uśmiechnął się szeroko. To zadziwiające, że zwykłe kwiatki mogą 

zrobić na kobiecie takie wrażenie. 

Po paru minutach Jamie wynurzyła się z łazienki. Wciąż 

wycierała włosy grubym, puszystym ręcznikiem. Miała na sobie 

jedynie dżinsową koszulę i koronkowe majteczki. Natychmiast rzuciła 

się na jedzenie. Jej skóra lśniła świeżością i zdrowiem. 

Slater podał jej kubek z kawą. 

- Zaczekaj - powiedział, całując ją na dzień dobry. - Zaraz będzie 

jajecznica. 

- Co byś powiedziała, gdybyśmy wzięli ślub w drewnianym 

kościółku w Pine Lake? - spytał, kiedy usiedli do stołu. - Nie jest, co 

prawda, zbyt okazały, ale za to bardzo ładny. Gdybyśmy mieli ładną 

pogodę, cała uroczystość... 

Przerwał w pół słowa, widząc wyraz jej twarzy. 

- Slate, czy chcesz mi się oświadczyć? 

- Myślałem, że to już ustalone. 

Jamie ze śmiechem ucałowała go w policzek. 

RS

background image

 

139 

- Wiesz, kobiety lubią, kiedy się je prosi o rękę. Slater wyglądał 

na trochę zbitego z tropu. 

- No dobrze, mogłem to zrobić nieco lepiej - przyznał. - Ale - 

spojrzał na nią badawczo - czy chcesz, żebym padł na kolana, prosił 

cię o przychylność i obiecywał złote góry? 

Dziewczynie aż łzy popłynęły po policzkach ze śmiechu. 

- Dobrze - powiedziała, rozmazując je rękawem koszuli. - Niech 

ci będzie. Uznajemy, że już poprosiłeś mnie o rękę. 

Slater pochylił się nad stołem i ucałował koniuszek jej nosa. 

Chwycił jej dłoń i włożył na serdeczny palec znalezioną w kieszeni 

gumową uszczelkę. 

- Nie, nie - powiedział. - Zrobię to porządnie. Miniaturowy 

stolik aż zatrzeszczał pod naporem jego ciała. Slater McCall padł na 

kolana i ucałował dłoń swojej bogdanki. 

- Jamie, czy zechcesz wyjść za mnie za mąż? Zagryzła wargi i 

skinęła poważnie głową. 

- Będzie to dla mnie zaszczyt - zadeklarowała. Wyciągnęła przed 

siebie dłoń. 

- Będę twoja na dobre i złe, na słońce i słotę. Nawet, gdyby nam 

kran przeciekał - dodała po chwili. 

- Pocałuj mnie. 

- Ja? Chyba powinno być odwrotnie - powiedziała i pocałowała 

go namiętnie. 

Slater z trudem mógł odzyskać oddech. 

- Mam nadzieję, że nie będziesz chciała, żeby zaręczyny trwały 

długo - wydyszał w końcu. 

RS

background image

 

140 

- Nie, raczej nie - przyznała. 

- Świetnie, dwa dni powinny wystarczyć na załatwienie 

formalności. 

Jej brwi powędrowały wysoko w górę. 

- Oczywiście wiesz, że nie będziemy mogli wyjechać w podróż 

poślubną. - Spojrzał na nią. - No, najwyżej parę dni w jakimś 

ustronnym miejscu z telefonem... 

Jamie pokręciła głową. 

- Nie, wolę spędzić miesiąc miodowy w Skookum. W łóżku - 

dodała po chwili. 

Ponownie ucałował jej dłoń. 

- Świetnie. Podoba mi się twój sposób myślenia. Dotknął jej 

policzków i brody. 

- Później postaram ci się to wynagrodzić - dodał poważniejszym 

tonem. - Popłyniemy na wyspy na Morzu Południowochińskim... 

- Czy są tam niedźwiedzie? 

- Chyba pandy... 

Jamie nagle spoważniała i zerknęła na niego ciekawie. 

- Czy proponujesz mi wycieczkę do Chin? Slater uśmiechnął się 

tajemniczo. 

- Co byś powiedziała na czteroletnie badania w Chinach? 

- Chybabym umarła ze szczęścia! Pandy są prawie zupełnie nie 

znane. Wiadomo tylko, że zaczynają wymierać. Ale jeśli sądzisz, że 

rząd Chińskiej Republiki Ludowej pozwoli mi... 

- Nam - przerwał. - Pozwoli nam. Zamilkł na chwilę. 

RS

background image

 

141 

- Niedawno - ciągnął - rząd chiński zwrócił się do mnie z 

propozycją. Miałbym nadzorować budowę jednej z największych tam 

na świecie. Myślę, że nie odmówiono by mojej żonie pozwolenia na 

prowadzenie badań. 

- Slate - szepnęła - czy wiesz, co to znaczy? Moi koledzy starali 

się latami o takie pozwolenie. Nikt już nie wierzy, że to się może 

udać! 

Uderzyła otwartą dłonią w stół. 

- Nie masz więc nic przeciwko tej wyprawie? 

- Jeśli trzeba, będę gotowa w ciągu godziny! 

- A potem mam podobno pracować w północnej Manitobie, tuż 

nad Zatoką Hudsona. 

- Niedźwiedzie polarne - mruknęła rozmarzona dziewczyna. 

Slater roześmiał się. 

- Łatwo cię zadowolić. 

Pochylił się w jej stronę i pocałował ją w szyję. A potem niżej. 

A potem jeszcze niżej. Zaczął powoli i metodycznie rozpinać guziki 

koszuli. 

- Slate, przecież nie mamy czasu - upomniała go. Dotknął 

wargami jej piersi. Jamie zadrżała i mimowolnie podała mu drugą 

pierś. 

- Mamy mnóstwo czasu - szepnął. - Muszę być na budowie 

dopiero za godzinę. 

Odepchnęła go ze śmiechem. 

- Umówiłam się z Terrym na ósmą. Poza tym muszę wyciągnąć 

mojego dżipa z dziury. 

RS

background image

 

142 

- Aha, byłbym zapomniał. Odezwał się twój sygnalizator. Mam 

nadzieję, że to nic ważnego... 

- Sygnalizator?! 

Dziewczyna rzuciła się do kurtki. 

- Jest na stoliku w pokoju - powiedział. 

- Może to próba? Czy odezwał się tylko raz? Slater pokręcił 

przecząco głową. 

- Czy to znaczy, że ktoś jest w pułapce? 

- Raczej coś... 

- W każdym razie nie ja. - Spojrzał do lustra, jakby wątpił w 

prawdziwość tych słów. 

- Może niedźwiedź. 

Dziewczyna pospiesznie wciągała na siebie spodnie. 

- Czy mogę pożyczyć ciężarówkę z budowy? 

- Odwiozę cię. Nie chcę, żebyś chodziła tam sama. Jamie 

spojrzała na niego niechętnie. 

- Nie wczuwaj się za bardzo w rolę troskliwego męża - 

mruknęła. 

Slater udawał, że jej nie słyszy. 

- Zaraz będę gotowy. 

- Dobrze. Musimy jeszcze podjechać do chaty, żeby sprawdzić, 

która to pułapka. 

Otworzył szafę i sięgnął do jej wnętrza. Po chwili miał już w 

dłoni wielką, myśliwską strzelbę. Pudełko z nabojami znajdowało się 

w jednej z szafek w kuchni. 

RS

background image

 

143 

- Wezmę to lepiej - powiedział. - Stary diabeł napędził mi 

niedawno stracha. 

- Jeśli chodzi ci o naszego wspólnego znajomego, to jest w 

Khutzeymateen. 

- Gdzie? 

- To taka dolina niedaleko Prince Rupert. W okolicy aż roi się od 

niedźwiedzi grizli. 

- A co do tego ma stary diabeł? 

- Przenieśliśmy go tam niedawno - odrzekła poirytowana Jamie. 

- Jest zbyt stary, żeby żyć na śmietnisku i walczyć z młodszymi 

niedźwiedziami. 

- Niemożliwe! Kilka dni temu widziałem go przy tamie! 

Jamie spojrzała na niego uważnie. 

- Chyba ci się przywidziało. 

- Niemożliwe. Pewnie przeniesiono innego niedźwiedzia. 

- Nie. Sama nadzorowałam całą operację. Slater wzruszył 

ramionami. 

- Cóż, wobec tego przy tamie pojawił się jego kolega. 

Widziałem go. Co prawda w nocy, ale akurat świecił księżyc. 

Dziewczyna pokręciła z powątpiewaniem głową. 

- Niedźwiedzie rzadko wychodzą w nocy, chociaż w zasadzie 

jest to możliwe. Opowiedz dokładnie, co widziałeś. 

Slater potarł czoło. 

- Jakiś olbrzymi kształt za ogrodzeniem - powiedział mniej 

pewnym głosem. - To zwierzę stało na tylnych łapach... 

- Stało?! 

RS

background image

 

144 

- Dokładnie tak, jak stary diabeł. 

- Może to był człowiek? 

- Tak. Dwumetrowy, w futrze po zmarłym dziadku! 

- To co, niedźwiedź? 

Slater spojrzał na nią uważnie. 

- Tylko nie próbuj mnie przekonać, że widziałem Sasquatcha. 

- Powiedziałam tylko, że nie mógł to być stary diabeł... 

Zamyślił się na chwilę. Jamie stała przy oknie i nerwowo 

uderzała palcami o szybę. Nie było sensu się spierać. Tracili tylko 

cenny czas. 

Dotarcie do pułapki zajęło im ponad dwie godziny. Znajdowała 

się ona najwyżej w górach i otaczały ją trudne do przebycia, 

kamieniste piargi. Ostatni odcinek przeszli piechotą. Jamie parła do 

przodu, nie oglądając się na Slatera, który, chociaż mniej wprawiony 

w górskich wędrówkach, dzielnie dotrzymywał jej kroku. Kiedy 

znaleźli się w pobliżu pułapki, Jamie poczuła, że coś jest nie w 

porządku. Przyspieszyła kroku. Po chwili nie miała już żadnych 

wątpliwości. W tej okolicy wydarzyło się coś bardzo dziwnego. 

Świadczył o tym zryty grunt i powyrywane krzaki. 

Podbiegli do pułapki. Wyglądała tak, jakby ktoś ją wysadził od 

wewnątrz. Rozwalone wieko leżało parę metrów od dołu. 

Jamie rozejrzała się wokół z niepokojem. Złoty krążek słońca 

dopiero pokazał się nad drzewami. 

- Zostań tu - powiedział zimno i spokojnie. Znała ten ton. Slater 

używał go, żeby poskromić Timbera. 

- Slate - szepnęła. 

RS

background image

 

145 

Podszedł wolno do krawędzi dołu ze strzelbą przygotowaną do 

strzału i zajrzał do środka. 

- W porządku - mruknął. 

Po chwili znalazła się tuż przy nim. Przełknęła ślinę, widząc 

powyrywane pręty klatki i rozgrzebaną ziemię. 

- Jak to możliwe? - jęknęła. 

- Drewno? - mruknął Slater, przyglądając się rozwalonemu 

wieku. - Myślałem, że wszystko zrobiono ze stali. 

- Były problemy z transportem. Musieliśmy zbudować całą 

klatkę na miejscu - wyjaśniła. - Ale przecież użyliśmy sosnowych 

bali, najlepszych materiałów... 

- Widocznie nie były one wystarczająco dobre. Zdaje się, że to 

robota jakiegoś wielkiego niedźwiedzia. Rozejrzyj się dookoła... 

Jamie z powątpiewaniem pokręciła głową. 

- Nie, to niemożliwe. Żaden niedźwiedź by tego nie zrobił. 

Nawet grizli. Popatrz na pręty w środku. Zapewniam cię, że są ze 

stali. 

- Znowu Sasquatch - mruknął. Dziewczyna rozłożyła ręce. 

- Nie wiem - powiedziała. 

Jeszcze raz rozejrzała się dokoła, próbując oszacować rozmiary 

zniszczeń. Jej wzrok powędrował wyżej, ku niedostępnym szczytom. 

Jakie tajemnice mogły kryć? Na ziemi było jeszcze wiele miejsc nie 

tkniętych ludzką stopą. 

Indianie przysięgali, że Sasquatch naprawdę istnieje. To samo 

mówił jej ojciec i wielu, wielu innych. Nawet człowiek tak trzeźwy i 

zrównoważony jak Slater przyznał, że c o ś widział. 

RS

background image

 

146 

Jamie jeszcze raz spojrzała na najwyższe szczyty. Czapy ze 

śniegu złociły się w słońcu, jak skarby ze skandynawskich legend. 

Dzikie, niedostępne i bardzo tajemnicze. 

- Nie wiem, co to za zwierzę - powtórzyła. - Ale chyba nie 

wątpisz, że jest duże i silne. 

- Tak. I potrafi być wściekłe jak sto diabłów - wskazał na 

powyrywane krzaki i zryty grunt. 

- Powinniśmy się stąd jak najszybciej zbierać. Dziewczyna nagle 

zauważyła coś na skraju pułapki. 

Uklękła i wygrzebała odrobinę kłaków, które utknęły między 

belkami. 

- Niedźwiedź? - spytał Slater, rozglądając się uważnie dokoła. 

- Nie. Włosy są dłuższe i mają inny kolor. Popatrz - mruknęła, 

podsuwając mu pod nos futrzany kłak - są niemal srebrne. Jakie futro 

miał twój niedźwiedź? 

- Srebrne - powiedział niepewnie. - Srebrne... w świetle 

księżyca. 

Pokręciła przecząco głową. 

- To nie był grizli. 

- Wydawało mi się, że Sasquatch jest czarny. 

- Tak twierdzą miejscowi. Ale zdarzyło mi się słyszeć o srebrnej 

odmianie. 

Slater machnął ręką. 

- Następnym razem pewnie będzie różowy... 

RS

background image

 

147 

- Och, Slate! Czasami wydajesz mi się najbardziej tępym 

technokratą, jakiego znam. Niedaleko, nad jeziorem Okanagan, 

prowadzono badania, które wykazały, że... 

- Dobra. Jedziemy. Powstrzymała go ruchem ręki. 

- Zaraz, chcę obejrzeć wnętrze pułapki. Poza tym... Jamie 

uderzyła się w czoło. 

- O Boże, aparat! 

Zerwała się na równe nogi i podbiegła do drzewa, gdzie 

zamontowała ukryty aparat fotograficzny. 

- Kolega podarował mi to cudo. Uruchamia się samoczynnie 

wraz z uruchomieniem zapadni. Film ma sto klatek. 

Slater nie potrafił ukryć podniecenia. 

- To ponad piętnaście minut! Czy chcesz powiedzieć, że 

wszystko jest na zdjęciach? 

- Mam nadzieję. 

Ręce jej się trzęsły, kiedy sięgała do dziupli. 

Pobieżne oględziny zajęły im około kwadransa. Nic więcej nie 

znaleźli. Zwierzę nie zostawiło śladów na twardym podłożu. 

Slater wydawał się dziwnie zamyślony w drodze powrotnej. Bez 

przerwy marszczył czoło i robił marsowe miny, ale Jamie nie 

zwracała na niego żadnej uwagi. Dopiero kiedy dotarli do chaty, 

stwierdziła, że jest ponury jak nigdy dotąd. 

- Chcesz mi coś powiedzieć? - spytała, kiedy znaleźli się w 

jadalni. 

Slater usiadł na ławie i spojrzał na nią poważnie. 

RS

background image

 

148 

- Gnębi mnie jedna kwestia - powiedział. - Co będzie, jeśli 

Sasquatch znajduje się na zdjęciach? 

- Cóż, zdjęcia muszą przejść przez laboratorium w Seattle, a 

następnie Curtis zdecyduje, czy... 

- Curtis? - przerwał jej. 

- Coś nie w porządku? 

- Nic - wzruszył ramionami. - Myślałem tylko, że pułapki należą 

do ciebie. 

- Nic podobnego. Co prawda znajdują się na moim terenie, ale 

zapłacił za nie wydział Curtisa. Poza tym, to był jego pomysł. 

- Czy Curtis przekaże zdjęcia prasie i zorganizuje ekspedycję w 

celu złapania tego zwierzęcia? 

- Myślę, że tak. 

- A co z Sasquatchem? 

Nagły skurcz przebiegł przez jej rozpromienioną twarz. To samo 

pytanie zadała przed rokiem Curtisowi. 

- Cóż, zacznie się badania, tak samo jak w wypadku innych 

zwierząt. 

- Jakie badania? Czy trzeba będzie zabić parę sztuk? Czy może 

ulitujecie się nad nimi i wyślecie je do zoo? 

Dziewczyna z trudem przełknęła ślinę. 

- Slate, myślę że nie powinieneś...  

Nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. 

- Ciekawe, czy odkrycie Sasquatcha spowoduje koniec 

wszystkich wojen albo pomoże znaleźć lekarstwo na raka... 

RS

background image

 

149 

- Nigdy nic nie wiadomo - rzuciła. Spojrzał na nią z 

powątpiewaniem. 

- W zasadzie możemy być tylko pewni bezpośredniego wpływu 

Sasquatcha na karierę doktora Winthropa. Nie sądzisz? 

Jamie zesztywniała. 

- Nie rozumiem, o co ci chodzi. 

- Nie udawaj idiotki. Wiesz doskonale, co mam na myśli. 

Z trudem zdołała się opanować. Do diabła, dlaczego broniła 

Curtisa? 

- Jesteś zazdrosny - mruknęła. 

- A jeśli Curtis nie złapie Sasquatcha? 

- Będzie musiał zrobić nowe pułapki. Oczy Slatera aż zapłonęły 

z gniewu. 

- Tak? Jak to sobie wyobrażasz? Czy sądzisz, że tym razem 

zwierzę podda się w obliczu stalowej zapadni? A może zostawisz 

kartkę z napisem: "Dalsza walka jest bezcelowa"? 

Nagle stracił cały zapał. Spuścił głowę i chwycił pogrzebacz z 

paleniska. 

- Czy wyobrażasz sobie te tłumy, które przyjadą do Skookum 

tylko po to, żeby złapać Sasquatcha? Naukowcy, dziennikarze, 

poszukiwacze przygód, turyści - wszyscy będą chcieli schwytać to 

legendarne zwierzę. W mgnieniu oka zniszczą całą dolinę. Będą 

wpadać we własne pułapki. Zaczną się kłótnie, prywatne wojny. Czy 

nie boisz się tego, Jamie? 

- Myślę, że przesadzasz. 

RS

background image

 

150 

- Nieprawda. Wiesz, że mam rację. Nie rozumiem tylko, 

dlaczego chcesz na to pozwolić. 

Spojrzała na niego z wyrzutem w oczach. 

- Czy nie mówiłeś, że musisz być na budowie? 

Slater machnął ręką. 

- Mogą zacząć beze mnie - mruknął i odetchnął głęboko. - 

Posłuchaj, mam wrażenie, że wciąż należysz do dwóch obozów. Jesteś 

rozdarta między ojcem a matką i Curtisem. I ciągle wydaje ci się, że 

możesz zadowolić obie strony. Wiesz, jak to jest: Panu Bogu świeczkę 

i diabłu ogarek. 

Brązowa, oprawiona w skórę książka wylądowała na stole. 

- Jak śmiesz! 

Wybiegła do kuchni. Slater szedł za nią krok w krok. 

- Zostawmy lepiej ten temat - powiedziała. -I tak nie dojdziemy 

do porozumienia. Nie chciałabym znów się z tobą kłócić. 

Stanął w kącie i oparł się o lodówkę. 

- Ja też nie chcę się kłócić, ale musisz zdawać sobie sprawę z 

konsekwencji swoich czynów. 

- Wiem, co robię! 

- Jamie... 

Przez chwilę milczał. 

- Tuż po studiach nająłem się do pracy w dużym 

przedsiębiorstwie naftowym w Teksasie - zaczął. - Pewnego dnia 

poznałem córkę właściciela i... zakochałem się. Pobraliśmy się pół 

roku później. Teść zafundował nam miesiąc miodowy na Tahiti. Po 

powrocie zaproponował mi pracę w swoim biurze. Zawsze wydawało 

RS

background image

 

151 

mi się, że powinienem się ustabilizować, założyć rodzinę, znaleźć 

porządną pracę i tak dalej. Spełniły się więc moje marzenia... 

Przerwał i wyjrzał za okno. Słońce oświetlało już niemal całą 

dolinę. 

- Wytrzymałem osiem miesięcy. Miałem dość bycia pupilkiem 

szefa i mężem swojej żony. – Uśmiechnął się. - Poza tym Alison 

wyszła za mnie, ponieważ chciała czymś zaskoczyć przyjaciół. 

Obwoziła mnie po różnych przyjęciach jak jarmarczną małpę. 

Potrząsnął głową, jakby chciał odpędzić od siebie te 

wspomnienia. 

- Zacząłem pracę na mojej pierwszej budowie. Po tygodniu 

zjawiła się Alison i oznajmiła, że nie może być żoną człowieka, który 

pracuje w brudzie. Zostałem sam. 

Podniósł głowę i ponownie wyjrzał przez okno. 

- Chodzi mi o to - ciągnął - że jestem stworzony do takiego 

życia. W innym wypadku czułbym się przy Alison jak ryba w 

wodzie... To samo dotyczy ciebie. Masz te góry we krwi... 

Spojrzała na niego. 

- Zawsze przecież twierdziłam, że kocham to miejsce. 

- To nie tylko miłość, ale styl życia, czy ja wiem - osobowość. 

Nie masz już wyboru. Musisz odrzucić to, co wpoiła ci matka. 

- Nie! 

- Naprawdę. W innym wypadku zawsze będą tobą targać 

sprzeczne uczucia. I zawsze będziesz żałować tego, co wcześniej 

zrobiłaś. 

Jamie zakryła uszy i potrząsnęła głową. 

RS

background image

 

152 

- Nie! Nie! Nie! 

Ale Slater nie dawał się zbyć tak łatwo. 

- Nie staraj się udowodnić, że należysz do tamtego świata. 

Możesz wyjechać ze Skookum, zacząć karierę uniwersytecką i 

przesiadywanie w bibliotekach, ale... tak naprawdę należysz do tych 

gór i do mnie. 

Spojrzała na niego z gniewem. 

- A jeśli zechcę wrócić do Curtisa? 

- To mnie właśnie przeraża. Nie chodzi mi o samego Curtisa. 

Nie boje się go ani trochę. Obawiam się, że jeśli nie opowiesz się 

wyraźnie po jednej ze stron, to zawsze będziesz chciała gdzieś 

wracać: do matki, na uniwerek, do Curtisa... Musisz wybierać, Jamie. 

- Między tobą a Sasquatchem? Slater potarł w zamyśleniu czoło. 

- To nie takie proste. Gdyby tylko o to chodziło, nie byłoby 

żadnego problemu. 

Sięgnął po rolkę filmu, którą wcześniej wyjął z aparatu. 

- Przez cały czas w drodze powrotnej zastanawiałem się, jak to 

zniszczyć. Mogłem to zrobić cichaczem. Nic byś nie zauważyła. 

Dopiero później zrozumiałem, że nie chcę podejmować za ciebie 

decyzji. 

Jamie pobladła. Z trudem powstrzymał się, żeby jej nie objąć. 

Wiedział, co powinien zrobić. Inaczej Jamie albo zgorzkniałaby na 

kolejnych budowach, jak jej matka, albo odeszłaby od niego od razu, 

jak Alison. 

Wcisnął jej w dłoń rolkę z filmem. 

- Musisz zdecydować - szepnął. 

RS

background image

 

153 

Wyszedł z chaty. Na werandzie przystanął i oparł się na chwilę o 

jeden z filarów. Kto wie, może był tu po raz ostatni... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

154 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Nie mogła uwierzyć, że odszedł. 

Spojrzała na zegarek. Minęły już cztery godziny, a Slatera 

jeszcze nie było. Przed siedmioma godzinami poprosił ją o rękę, a 

teraz... Jamie z trudem powstrzymywała łzy. Niemożliwe, że to 

wszystko wydarzyło się w ciągu tak krótkiego czasu. 

Najgorsze jednak było to, że nic nie rozumiała z całej sytuacji. 

Spojrzała na rolkę z filmem. Łzy zakręciły się jej w oczach. Co, 

do licha, ma zrobić z tymi zdjęciami? 

Od samego początku bała się tych pułapek. Sama nie potrafiła 

powiedzieć dlaczego. Kiedy zobaczyła wielkie, stalowe klatki z 

potężnymi przykrywami, coś w niej drgnęło. Współczuła zwierzętom, 

które miały się dostać do czegoś takiego. 

Te uczucia pojawiały się jednak gdzieś w jej podświadomości. 

Curtis wytłumaczył jej wszystkie pożytki, płynące z instalacji 

pułapek. Zresztą sama była naukowcem. Tylko... 

Nocami wyobrażała sobie, jak to będzie, kiedy już złapie 

Sasquatcha. Czy będzie miała dosyć odwagi, żeby go uśpić? W ten 

sposób zmieniłaby radykalnie losy zwierzęcia. Ba, całego gatunku. 

Nie potrafiła sobie wmówić, że byłaby to zmiana na lepsze. 

Jednak w głębi duszy miała nadzieję, że nie będzie musiała 

rozstrzygać podobnych dylematów. 

- Po co żeśmy się w to pakowali, Timber? - westchnęła i 

pogłaskała psa po karku. 

RS

background image

 

155 

Timber potrząsnął łbem, czując, że coś jest nie w porządku. 

Spojrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich smutek, ale nie potrafił 

zrozumieć jego przyczyny. Jamie podrapała zwierzę za uchem i 

uśmiechnęła się lekko. 

Nagle sierść na karku psa zjeżyła się. Timber szczeknął i 

podbiegł do drzwi. Jej serce skoczyło z radości. 

Nie był to jednak Slater. Na podwórko wtoczył się zielony, 

ubłocony pickup Sama. Timber drapał drzwi i merdał radośnie 

ogonem. 

Jamie otworzyła drzwi i uśmiechnęła się. W życiu psa, podobnie 

jak w jej własnym, liczyli się tylko dwaj mężczyźni: Slater McCall i 

Sam Dwa Łosie. Kiedy w chacie pojawiał się Curtis, Timber 

zachowywał się co najmniej dziwnie. Starał się być uprzejmy, tak to 

sobie przynajmniej tłumaczyła, ale jednocześnie zdarzało mu się 

warczeć lub obserwować podejrzliwie kolejne ruchy jej byłego 

narzeczonego. 

Sam zdołał tylko otworzyć drzwi pickupa i pomachać do niej. 

Timber skoczył mu na pierś i zaczął radośnie lizać czerstwą twarz 

Indianina. 

Jamie chciała zawołać psa, kiedy nagle otworzyły się drugie 

drzwi i z samochodu wysiadła jej matka. Dziewczyna zastygła na 

werandzie z otwartymi ustami. 

- Co ty tutaj robisz?! - zawołała, kiedy matka zbliżyła się do 

chaty. 

Po chwili jednak zmieszała się. 

RS

background image

 

156 

- To znaczy... ee... wspaniale, że przyjechałaś. Nie 

spodziewałam się ciebie. 

- Wiem. Powinnam była zadzwonić - powiedziała matka, 

rozglądając się krytycznie po podwórku. 

Skoczyła przez kałużę, żeby nie pobrudzić eleganckich 

skórzanych butów. 

- Ale naprawdę nie wiem, jak korzystać z radiotelefonu - podjęła 

temat po krótkiej przerwie. - Zadzwoniłam tylko do Sama, że 

przylatuję. 

- Przylatujesz? 

Jeżeli matka wynajęła samolot, sprawa była naprawdę poważna. 

- Czy stało się coś złego? 

- Nie, nie. Wszystko w porządku. Chciałam cię po prostu 

odwiedzić. 

Jamie zmarszczyła czoło. Coś jej się tu nie zgadzało. 

- Jak długo zostaniesz? - spytała. Matka uśmiechnęła się 

sztucznie. 

- Jeden dzień. Nie bój się, nie przeszkodzę ci w pracy. 

- Nie o to mi chodziło. Wiesz o tym doskonale - powiedziała z 

wyrzutem i ucałowała upudrowane policzki matki. - Zaraz zrobię 

kawy. 

Weszły do chaty. Przez okno zauważyła, że Sam zabiera psa na 

spacer. Coś wisiało w powietrzu. Matka weszła do jadalni i zaczęła 

przyglądać się starym, wiszącym nad kominkiem fotografiom. 

- Myślałam, że Henry już dawno wyrzucił te zdjęcia. 

- W głębi duszy był prawdziwym romantykiem. 

RS

background image

 

157 

- Tak jak ty. 

Spojrzała niechętnie na córkę. 

- Daj spokój z tą kawą. Chcę z tobą porozmawiać. Jamie z 

trudem przełknęła ślinę. Skinęła głową i zamknęła drzwi do kuchni. 

Nagle przypomniała sobie, że ma brudne dżinsy i zmierzwione włosy. 

Tego ranka nie znalazła nawet chwili, żeby pomyśleć o swoim 

wyglądzie. Za to matka wyglądała świeżo i dystyngowanie. Elegancki 

kostium lśnił czystością. Skórzanych butów nie zmogło nawet błoto z 

podwórka. 

Matka przysiadła na brzegu krzesła. Jamie usiadła prosto na 

ławie. Znowu czuła się tak, jakby miała dziesięć lat. 

- Słucham - powiedziała. 

Matka uniosła nieco w górę brwi, ale od razu przeszła do rzeczy. 

- Widziałam się z Curtisem. 

- I co? 

- Martwi się o ciebie... 

- Raczej o wyniki swoich badań! 

Matka poruszyła się niespokojnie na krześle. 

- Rzeczywiście napomknął coś o badaniach i... o sprzedaży 

Skookum. 

- Aha, przysłał cię, żebyś nauczyła mnie rozumu. 

- Jamie! Curtis naprawdę martwi się o ciebie. Wspominał o 

jakimś... - skrzywiła się - mężczyźnie. 

Jamie wstała i podeszła do kominka. 

- Ciekawe, co ci powiedział o tym - zrobiła efektowną przerwę - 

mężczyźnie. 

RS

background image

 

158 

- Podobno jest trochę nieokrzesany. Zdaje się, że pracuje przy 

budowie tamy... 

- Nazywa się Slater McCall, mamo. 

- Czy... czy coś cię z nim łączy? 

Jamie odwróciła się, chcąc ukryć uśmiech. 

- Wiele - szepnęła. - Ale to nie jest sprawa Curtisa. 

- Ani moja? - Matka uśmiechnęła się. - Zrozum, kochanie, 

chodzi mi tylko o twoje dobro. 

- Niepotrzebnie tak się mną przejmujesz. Przypomniały jej się 

słowa Slatera: musisz sama podejmować decyzje. Matka wstała i 

podeszła do niej. 

- Chcesz zrobić jakieś głupstwo, prawda? 

- Głupstwo? 

- Cóż, tak twierdzi Curtis. Uważa, że ten człowiek chce cię 

zmusić, żebyś nie sprzedawała Skookum. 

Jamie nie mogła powstrzymać śmiechu. 

- Co za bzdury! 

- Więc jednak sprzedasz górę! Och, jak się cieszę. 

- Nie - ucięła krótko. - To Curtis chce mnie nakłonić do 

sprzedaży. 

- Myślałam, że go kochasz, że się pobierzecie - westchnęła. 

- Nigdy nie kochałam Curtisa. Kiedyś próbowałam to ukrywać, 

ale teraz... - Wzruszyła ramionami. 

- Jamie, to taki porządny człowiek! 

- I bezpieczny - powtórzyła, znając na pamięć wszystkie 

argumenty matki. - Mamo, czy nie widzisz, że to potworny nudziarz? 

RS

background image

 

159 

- Hm... cóż... 

- Nudziarz - powtórzyła. Nagle ich oczy spotkały się. Matka 

przygryzła górną wargę. 

- Cóż, można powiedzieć, że jest spokojny... Obie wybuchnęły 

głośnym śmiechem. 

- I bezpieczny - dorzuciła Jamie, trzymając się za brzuch. 

- Bardzo bezpieczny. 

- Dlaczego wyszłaś za tatę? 

Matka nagle umilkła i westchnęła głęboko. 

- Uwielbiałam go. Wystarczyło, że na mnie spojrzał i miękłam 

jak wosk. 

Zamyśliła się na chwilę. 

- Oczywiście nie musiałam za niego wychodzić. Zrobiłam to z 

przekory. Miałam wtedy osiemnaście lat, a twój ojciec wydawał się 

taki inny, pełen życia, pomysłów... A potem zaczęła się gehenna 

ciągłych podróży. Te straszne obozy, brak podstawowych wygód... 

Byłam na to za słaba i... uciekłam. 

- A dlaczego... - Jamie zagryzła wargi. 

Nigdy wcześniej nie rozmawiała o tym z matką tak otwarcie, ale 

teraz czuła, że ciekawość pcha ją zbyt daleko. 

- Dlaczego nie wzięliśmy rozwodu? Skinęła głową. Matka 

spuściła głowę. 

- Kochałam go... Mogło to wyglądać trochę dziwnie, ale nigdy 

nie przestaliśmy się kochać. 

Uśmiechnęła się blado. 

RS

background image

 

160 

- To była moja wina. Przecież wiedziałam, jaki jest, zanim za 

niego wyszłam. Potem... Cóż, potem wszystko działo się jakoś tak 

naturalnie. Nawet rozmawialiśmy ze dwa razy o rozwodzie, ale nie 

podjęliśmy w tym kierunku żadnych kroków. Myślę, że tak było nam 

wygodniej. 

Jamie podeszła do okna. Znowu odezwały się w niej stare żale. 

Dlaczego, dlaczego nie mogła mieć normalnego domu? 

Matka spojrzała na nią. 

- Przepraszam - szepnęła. - Wiem, że nie to chciałaś usłyszeć, 

ale taka jest prawda. Nie potrafiliśmy żyć ani bez siebie, ani ze sobą. 

Jamie wykonała nieokreślony gest ręką. Słowa matki zmąciły jej 

myśli. Nie wiedziała, czego chce i o co jej chodzi. 

- Czasami myślę, że powinnam dać ci spokój. Tak bardzo 

przypominasz ojca, masz te same upodobania, tę samą siłę, ale - głos 

jej się załamał, a na policzku pojawiła się samotna łza - tak się boję, 

że ciebie też stracę - szepnęła. 

- Stracisz? - Jamie nie potrafiła ukryć żalu. - Przecież to ty 

odeszłaś. Kiedy miałam wyjechać do Skookum, z dnia na dzień 

robiłaś się coraz bardziej nieprzystępna i zimna. Myślałam, że w 

końcu zadzwonisz do ojca i powiesz mu, że mnie nie chcesz. 

- Nie chcę?! Przecież byłaś moim życiem. Każdej wiosny przed 

twoim wyjazdem umierałam ze strachu, że tym razem nie zechcesz 

wrócić! Czekałam na samolot przywożący ciebie, jak na zbawienie... 

Kolejne łzy spłynęły jej po policzkach. Jamie spojrzała na nią z 

niedowierzaniem. Z trudem poznawała własną matkę. 

RS

background image

 

161 

- Miałam nadzieję, że to się zmieni na studiach. Że poznasz 

jakiegoś miłego chłopca, wyjdziesz za mąż... Kiedy oznajmiłaś, że 

wybrałaś zoologię, płakałam całą noc. Myślałam, że już cię straciłam. 

Matka wyjęła chusteczkę z torebki i wytarła oczy. 

- Potem, kiedy przyprowadziłaś Curtisa, pocieszałam się, że 

jednak wszystko jakoś się ułoży. Nie miałam już nawet pretensji o te 

wyjazdy do Skookum. 

Jamie uśmiechnęła się. 

- Potem dostałam pieniądze na badania. 

- Myślałam, że zatłukę Curtisa. Zaczęłaś przyjeżdżać tutaj na 

dłużej. Widziałam, że jesteś opalona i szczęśliwa. Tłumaczyłam 

Curtisowi, że w ten sposób może cię stracić, ale ciągle załatwiał 

gdzieś coraz to nowe pieniądze. 

Biedny Curtis. Wcale mu na niej nie zależało. Chciał tylko 

złapać Sasquatcha. 

- A teraz, odkąd opowiedział mi o tym mężczyźnie, jestem 

pewna, że już cię więcej nie zobaczę. 

- Mamo, przecież cię kocham! Jak w ogóle możesz myśleć w ten 

sposób. 

Położyła dłoń na jej ramieniu. Matka spróbowała się 

uśmiechnąć. 

- Czy wiesz, że mówisz mi o tym po raz pierwszy? 

- Myślałam, że to oczywiste. 

- Tak. Ja też nigdy tego nie mówiłam. Objęła córkę. 

- Kocham cię, Jamie. Kocham, chociaż nie zawsze rozumiem. 

RS

background image

 

162 

Głośne szlochanie wypełniło całą jadalnię. Obie panie padły 

sobie w ramiona. 

- Nie sprzedam góry, mamo. 

- Wszystko jedno. Ostatecznie Skookum należy do ciebie. 

Myślałam, że cię stracę, ale... 

Matka znowu wybuchnęła głośnym płaczem. Po chwili 

uśmiechnęła się jednak. 

- Kochasz go? - spytała. 

- Kogo? Curtisa? 

- Nie wygłupiaj się. 

- Jak szalona. Świata za nim nie widzę. Matka pokiwała smutno 

głową. 

- Pewnie będzie cię włóczył po całym świecie. 

- Zapewne. Mimo to, wyjdę za niego - powiedziała ze 

stanowczością, która zaskoczyła ją samą. - Jest taki, jak mówiłaś: 

krnąbrny, uparty i pewny siebie. Garnitur wkłada pewnie raz do roku 

na święta. Ale jednak wyjdę za niego i mam nadzieję, że mnie 

zrozumiesz. 

Matka westchnęła ciężko. 

- Przynajmniej napisz do mnie co jakiś czas. Jamie ucałowała ją 

w oba policzki. 

- Przecież jeszcze nigdzie nie wyjeżdżam. Poza tym żyjemy w 

dwudziestym wieku. Mamy przecież samoloty i telefony! - oznajmiła 

radośnie. 

- A wnuki? 

- Daje słowo, że przywiozę je do ciebie. 

RS

background image

 

163 

- No cóż, będę przynajmniej miała zięcia, który wymieni mi olej 

w silniku i nie wymaże się od stóp do głów - mruknęła. 

Jeszcze raz uścisnęła mocno córkę. 

- Bądź szczęśliwa, kochanie. To jest najważniejsze. 

Slater podszedł do przyczepy, w której mieszkał i kopnął jedną z 

opon. W takie dni nie wiedział, co ze sobą zrobić. Od ostatniego 

spotkania z Jamie stracił zupełnie ochotę do życia. 

Minęły już dwa dni, a dziewczyna jeszcze się nie pokazała. 

Powoli zaczynał nabierać przekonania, że stracił ją na zawsze. A 

wszystko przez jedną głupią sprzeczkę! Doprawdy, nie powinien 

wsadzać nosa w nie swoje sprawy. 

Otworzył drzwi i wdrapał się po schodkach na górę. Zdjął kask. 

Włosy miał matowe od kurzu i potu. Tylko ciężka praca trzymała go 

przy życiu. Potem prysznic, piwo, kolacja i oglądane w półśnie 

wiadomości. 

Wczoraj, kiedy miał wolną chwilę, wsiadł do jednej z 

ciężarówek i zaczął jechać w stronę góry Skookum. Zawrócił w 

połowie drogi. Czy dzisiaj duma znowu zwycięży, czy jednak...? 

Wewnątrz panował dziwny chłód. Cisnął kask na stół kuchenny i 

sięgnął do lodówki. Piwo, na szczęście, znajdowało się na swoim 

miejscu. Sięgnął po szklankę. Na szafce stał wazon, a w nim 

kilkanaście leśnych dzwonków. 

Zaklął pod nosem i wyjrzał przez okno. Znowu dowcipy 

Brubakera. Pewnie śmieją się z niego w całym obozie. 

Zdecydował, że poradzi sobie bez szklanki. Otworzył butelkę i 

zaczął pić chłodny, jasny napój. Zdjął buty i wszedł do pokoju. 

RS

background image

 

164 

- Powinieneś zamykać drzwi. Inaczej możesz częściej miewać 

niespodziewanych gości. 

Stanął jak wryty. Butelka z resztką piwa wypadła mu z ręki. 

- Ty? - wydusił tylko z siebie. Skinęła głową. 

- Myślę, że miałeś rację. 

Zrobił głupią minę. Cały czas stał w progu. Bał się, że nawet 

najmniejszy ruch może spowodować zniknięcie Jamie. 

- Tak, jeśli idzie o moją matkę, o mnie, Curtisa, Sasquatcha... 

Wyjęła z kieszeni rolkę z filmem. 

- Zwykle nie lubię takich przedstawień, ale chcę, żebyś wiedział 

wszystko. 

Slater patrzył na nią zupełnie oniemiały. 

- Kiedy odszedłeś, byłam na ciebie wściekła. Myślałam, że 

wtrącasz się w nie swoje sprawy. Dopiero później zrozumiałam, że 

chcesz mnie ocalić przed demonami przeszłości. 

Uśmiechnął się. 

- Zrozumiałaś więcej, niż ja sam. Przejechał dłonią po 

zmatowiałych włosach. 

- Co zrobisz z filmem? 

- Nic - powiedziała i jednym zręcznym ruchem rozwinęła rolkę. 

Chciał się rzucić, żeby jej przeszkodzić. Za późno. 

- Ale - zaprotestował - teraz nawet nie wiesz, co było na 

zdjęciach. 

- Nie muszę. Wystarczy mi to, że cię kocham. Położyła 

prześwietlony film na stoliku. 

RS

background image

 

165 

- Jeszcze wczoraj cały dzień biłam się z myślami. Coś we mnie 

mówiło, że mam pewne zobowiązania wobec nauki, Curtisa... Ale 

potem wyszłam na spacer. Dolina była tak piękna. Ojciec bardzo ją 

kochał. Opowiadał mi o smokach, jednorożcach i trollach, 

zamieszkujących wyższe partie gór. Niech Sasquatch pozostanie jedną 

z takich bajek. Moją ulubioną - dodała po chwili. 

Slater podszedł do niej i ucałował delikatnie zaróżowione 

policzki dziewczyny. 

- Brakowało mi ciebie - szepnął. - Nie mogę już żyć bez ciebie. 

Jamie pogładziła go po włosach. 

- Wyglądasz na zmęczonego. 

- Mało ostatnio spałem - powiedział, całując jej dłonie. - Czy 

zostaniesz już na zawsze? 

- A chcesz, żebym została? 

Ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku. Jamie znała już 

odpowiedź. Nagle Slater cofnął się. 

- Chyba powinienem się ogolić - powiedział niepewnie. 

- Później - szepnęła. - Ostatecznie wiedziałam, na co się 

decyduję. 

- Poza tym, muszę wziąć prysznic... - Przytuliła się do niego. 

- Nie przesadzaj już z tą czystością. Pachniesz jak prawdziwy 

mężczyzna. 

- Nie uciekniesz, kiedy pójdę do łazienki? Zmarszczyła nosek. 

- Mogę pójść z tobą. 

Slater poczuł gwałtowny ucisk w żołądku. Nic nie powiedział, 

ale jego oczy zapłonęły radośnie. 

RS

background image

 

166 

- Opowiedziałam o wszystkim matce. 

 Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- O wszystkim? 

- No, może niezupełnie... Wie, że chcemy się pobrać. Uważa cię 

za bardzo niebezpiecznego mężczyznę. 

- Zgadzasz się z nią? 

- O tak - skinęła z przekonaniem głową. 

- Spróbuj mnie wiec poskromić - powiedział, dotykając wargami 

jej ust. 

Jęknęła cicho i poddała mu się bez oporu. Slater roześmiał się i 

bez zbędnych wyjaśnień przerzucił ją sobie przez ramię. Próbowała 

się wyrwać, ale na próżno. 

- Slate, co robisz?! - krzyknęła. 

- Zabieram cię do łazienki, żebyś mnie mogła poskromić. 

- Czy jest tam dość miejsca dla dwóch osób? -jęknęła. 

- Zaufaj mi - szepnął. Zaufała i nie zawiodła się. 

RS


Document Outline