background image

Lucy Maud Montgomery 

 

Emilka na falach Ŝycia

 

 

Tom III 

 
 

Całość w tomach 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Tłumaczyła 

Maria Rafałowicz Radwanowa 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 

background image

 
Rozdział I 
 
„Nie będę juŜ  pijać rumianku”. Te słowa wpisała Emilia Byrd Starr do swego dziennika w dniu, w 
którym wróciła do domu, do Srebrnego Nowiu, ukończywszy WyŜszą Szkołę w Shrewsbury. Za 
sobą miała lata szkolne, a przed sobą - nieśmiertelność. Było to symbolem. Ciotka ElŜbieta, 
pozwalając Emilce na zwykłą herbatę (stale, nie w drodze wyjątkowej łaski!) uznała ją tym samym 
za dorosłą.  Niektóre osoby uwaŜały Emilkę za dorosłą panienkę juŜ od dłuŜszego czasu, na 
przykład kuzyn Andrzej Murray i przyjaciel Perry Miller, którzy kolejno oświadczyli się o jej rękę i 
jednocześnie niemal dostali kosza. Dowiedziawszy się o tym, ciotka ElŜbieta zrozumiała, Ŝe nie 
miałoby celu dawanie Emilce rumianku. Ale mimo wszystko Emilka nie miała nadziei, Ŝeby 
kiedykolwiek wolno jej było nosić jedwabne pończochy. Jedwabna halka „ujdzie” od biedy, gdyŜ 
jest ukryta, niewidzialna: wprawdzie szeleści zalotnie... Ale jedwabne pończochy są stanowczo 
niemoralne. Tak więc Emilka (o której szeptali jej znajomi nieznajomym, iŜ „ona pisze”) została 
uznana za jedną z „pań na Srebrnym Nowiu”, gdzie nic się nie zmieniło od dnia jej przybycia, czyli 
od lat siedmiu; gdzie płaskorzeźby na starym kredensie były zawsze te same, a dziwny cień, 
rzucany na ścianę przez figurynkę etiopską, padał w tymŜe miejscu, w którym zauwaŜyła go 
dziewczynka z najwyŜszą rozkoszą. Stary to był dom, i dlatego cichy, mądry i nieco tajemniczy. A 
takŜe nieco surowy, lecz niemniej miły. Większość mieszkańców Czarnowody i Shrewsbury 
sądziła, Ŝe jest to nudne miejsce dla młodej dziewczyny, Ŝe nieopatrznie postąpiła Emilka, 
odrzucając propozycję panny Royal w sprawie posady w czasopiśmie nowojorskim. Wzgardzić 
taką sposobnością zostania „kimś”!  Ale Emilka, która miała bardzo jasny pogląd na to, czym być 
zamierza, nie uwaŜała bynajmniej trybu Ŝycia w Srebrnym Nowiu za nudny, ani nie rezygnowała 
ze wspinania się na upragnione szczyty dlatego tylko, Ŝe pozostała w tym cichym zakątku.  
NaleŜała z woli BoŜej do Starego a Szlachetnego Zakonu Poetów. Gdyby się była urodziła o tysiąc 
lat wcześniej, czarowałaby słuchaczy, siedząc pośrodku gromadki, zebranej przy ognisku i 
wpatrzonej w jej natchnioną twarz. W dzisiejszych czasach zmuszona była docierać do swego 
audytorium pośrednio. Ale tematy opowieści są zawsze te same bez względu na stulecie i na 
okolicę. Narodziny, zgony, małŜeństwa, skandale - oto są jedynie naprawdę ciekawe zdarzenia na 
ś

wiecie. Tak więc z mocnym postanowieniem w duszy przystąpiła Emilka do walki o sławę i 

fortunę... i o coś jeszcze, o co było najtrudniej. Ale pisanie nie było dla Emilii Byrd Starr środkiem 
do zdobycia walorów światowych ani wieńca laurowego. Było to coś, co ona czynić musiała. 
Zjawisko... pomysł... wszystko to, co było bardzo piękne, lub wybitnie brzydkie... dręczyło ją, 
dopóki się nie „wypisała”. Z natury była obdarzona zmysłem humoru i poczuciem dramatycznym: 
komizm i tragizm Ŝycia przemawiały do niej z równą mocą i domagały się wcielenia za pomocą 
pióra. Cały świat nieziszczonych, a nieśmiertelnych marzeń, ukryty za kurtyną rzeczywistości,  
wzywał ją, Ŝądny upostaciowienia i interpretacji..., wzywał ją wielkim głosem, któremu nie mogła, 
nie śmiała się oprzeć.Pełna była młodzieńczej radości z samego faktu istnienia. śycie pociągało ją, 
dawało jej znaki zachęcające i figlarne. Wiedziała, Ŝe czeka ją cięŜka walka. Wiedziała, Ŝe będzie 
ciągle obraŜać uczucia sąsiadów z Czarnowody, którzy chcieliby, Ŝeby pisywała dla nich nekrologi 
i pomawiali ją o „pozowanie”; wiedziała, Ŝe niejeden jej utwór zostanie odrzucony, skrytykowany; 
wiedziała, Ŝe nadejdą dni niemocy, podczas których nie będzie mogła pisać, kiedy daremne byłoby 
wszelkie usiłowanie w tym kierunku; dni, podczas których niemoc ta doprowadzi ją do takiego 
napięcia nerwów, Ŝe za przykładem Marii Bashkirtseff wyrzuci za okno, wraz z gradem 
przekleństw, zegar ze swego pokoju. W te dni wszystko, co przedsięweźmie, będzie miernotą i 
banalnością: w te dni chwiać się będzie jej wiara w Ŝycie, w którym według niej jest tyleŜ poezji co 
prozy; w te dni, echo owych „przypadkowych poszeptów” bogów, w które wsłuchana była od 
dzieciństwa tak pilnie, to echo będzie ją tylko draŜnić swym Ŝądaniem nieosiągalnej doskonałości i 
uroku, będącego poza obrębem twórczych moŜliwości śmiertelnika. Wiedziała, Ŝe ciotka ElŜbieta 
toleruje, ale nie pochwala do dziś dnia jej manii gryzmolenia. Podczas ostatnich dwóch lat pobytu 

background image

w WyŜszej Szkole Emilka, ku zdumieniu ciotki ElŜbiety, zarobiła sporo pieniędzy swymi 
wierszami i nowelkami. Stąd owa tolerancja. Ale Ŝaden z Murrayów, Ŝadna z Murayówien, nie 
czynili nigdy niczego podobnego. A przy tym był fakt, którego zasadniczo nie lubiła panna 
ElŜbieta Murray, fakt wyróŜniania się czymś spośród otoczenia. Ciotka ElŜbieta niechętnie patrzyła 
na ów odrębny świat Emilki, tak inny niŜ świat Srebrnego Nowiu i Czarnowody, na to królestwo 
bezkresne i gwiazdami usiane, w którym dziewczę zamykało się nagle, do którego nawet 
najbardziej stanowcza i najbardziej podejrzliwa z ciotek nie miała dostępu! Przypuszczam, Ŝe 
gdyby oczy Emilki tak często nie spoglądały tęsknie i smutno na otaczający świat, gdyby w nich 
było mniej utajonego marzenia, ciotka ElŜbieta odnosiłaby się Ŝyczliwiej do jej aspiracji. Nikt z 
was, nawet samowystarczalni Murrayowie ze Srebrnego Nowiu, nie lubi stać za drzwiami, które się 
przed nim nigdy nie otworzą. 
Ci z was, którzy juŜ towarzyszyli Emilce w jej zabawach w Srebrnym Nowiu i  
studiach w Shrewsbury znają jej wygląd zewnętrzny. Tym, którzy witają ją teraz jako osobę obcą 
postaram się zaprezentować jej sylwetkę jako panienki w siedemnastej wiośnie Ŝycia. Szła wśród 
klombów, na których złociły się chryzantemy, w ów jesienny dzień nad brzegiem morza. Było to 
czarowne ustronie, ów ogród w Srebrnym Nowiu. Zaciszne, pełne bogatych, ciepłych barw i 
cudnych, cienistych alejek. Unosiły się tu zapachy róŜ i goździków, roje pszczół, skarga wichru,  
dolatywały poszepty zatoki Atlantyku; z sąsiedztwa dochodziły westchnienia świerków z gaiku 
Wysokiego Jana. Emilka kochała kaŜdy kwiatek, kaŜdą piędź ziemi i kaŜdy dźwięk w tym 
ogrodzie, kaŜde piękne, sędziwe drzewo, a zwłaszcza jej umiłowane, zaprzyjaźnione z nią Trzy 
KsięŜniczki Lombardzkie, oraz wielką sosnę pośrodku ogrodu, srebrzystą topolę i młodego 
ś

wierczka w kąciku, kokietującego swawolne wietrzyki. Kochała równieŜ grupę białych brzóz w 

gaiku Wysokiego Jana. Emilka cieszyła się stale, Ŝe mieszka wśród tylu starych, prastarych drzew, 
zasadzonych i wypielęgnowanych rękami ludzi dawno zmarłych, przepojonych radością lub 
smutkiem, które kolejno przewijały się przez te istnienia. Smukła, dziewicza postać. Włosy jak 
czarny jedwab. Szare oczy, podkrąŜone, pod którymi fioletowe cienie pogłębiały się, ilekroć 
Emilka czuwała o niedozwolonej, całkiem nie ElŜbietańskiej porze, pisząc nowelkę, albo 
opracowując plan nowego utworu. Usta miała purpurowe, z Murrayowskimi dołeczkami w 
kącikach. Uszy były spiczaste. Przypominały szekspirowskiego Puka. MoŜe te uszy właśnie i te 
kąciki ust nasuwały niektórym porównanie z kociakiem. Prześliczną miała linię szyi i podbródka. 
Uśmiech jej był przedziwnie ujmujący, powoli rozkwitający, znienacka promieniejący radością 
istnienia. A nogi były „skandalicznie ładne”, jak je oceniła juŜ dawno stara ciotka Nancy z 
KsiąŜego Stawu. Policzki delikatnie zaróŜowione, z łatwością stawały się szkarłatne. Byle co 
wywoływało na tej twarzyczce krwawy rumieniec: powiew wiatru od morza, nagłe odsłonięcie się 
przed jej wzrokiem błękitnych wzgórz na horyzoncie, czerwone maki na polu lub białe Ŝagle na 
zatoce w cudny, wiosenny poranek, czy teŜ przy srebrnych blaskach księŜyca lub wreszcie biały 
kwiatuszek w starym ogrodzie, albo cichy szept w gaiku Wysokiego Jana. Czy była ładna? Nie 
umiem powiedzieć. Nigdy nie wymieniano Emilki w szeregu piękności czarnowodzkich. Ale kto 
raz jeden spoojrzał na jej twarzyczkę, ten nie zapomniał jej juŜ nigdy. Nikt nie powiedziałby, 
spotkawszy Emilkę po raz drugi: „Hm... dziwnie znajomą wydaje mi się pani...” Całe zastępy 
ś

licznych kobiet gasły przy niej. śadna nie przypominała jej indywidualności. Była Ŝywa, 

pociągająca i czysta zarazem, jak woda. Myśli niosły ją, jak silny podmuch wiatru. Wzruszenie 
wstrząsało nią, jak burza krzewem róŜanym. Była jedną z tych  Ŝywotnych istot, o których 
powiadamy, gdy umarły, Ŝe to chyba niemoŜliwe, aby one Ŝyć przestały. Na tle swego 
praktycznego, rozsądnego otoczenia rzucała blask, jak brylant. Wiele osób ją lubiło i równie duŜo 
jej nie lubiło. Ale nikt nie był w stosunku do niej obojętny. Razu pewnego, kiedy Emilka była 
bardzo maleńka i mieszkała wraz ze swym ojcem w starym domku w Borze Majowym, gdzie umarł 
Douglas Starr, wyszła z domu, aby przyjrzeć się tęczy.  Biegła przez wilgotne pola i pagórki, pełna 
nadziei i wyczekiwania. Ale gdy tak biegła, zaczął padać deszcz, a cudna tęcza bladła... nikła...  aŜ 
znikła... Emilka stała sama pośród obcej doliny, niepewna, w którą stronę się zwrócić. Usta jej 

background image

zadrŜały, oczy napełniły się łzami. AŜ wtem podniosła główkę i uśmiechnęła się pogodnie do 
opustoszałego nieba.  
- Zjawią się inne tęcze - rzekła.  
Zmieniło się Ŝycie w Srebrnym Nowiu. Musiała się przystosować do tych zmian. Nieodłączne od 
nich było pewne osamotnienie.  Ilza Burnley, nieodstępna towarzyszka siedmiu lat wiernej 
przyjaźni, wyjechała do Szkoły Literatury i Deklamacji w Montrealu. Oba podlotki rozstały się 
wśród łez, ślubując sobie wzajemnie dozgonną przyjaźń.  Nie spotkają się juŜ nigdy w tych samych 
warunkach. Bo kiedy przyjaciele, najbliŜsi bodaj, rozłączą się na czas dłuŜszy, zawsze daje się 
odczuć za ponownym spotkaniem pewną obcość, pewne oddalenie. Jedno z dwojga uwaŜa stale, Ŝe 
to drugie nie jest takie samo. Jest to całkiem naturalne i nieuniknione. Człowiek zawsze posuwa się 
naprzód, lub się cofa, nie stoi w miejscu. Ale któŜ z nas zdoła się oprzeć uczuciu przykrego 
rozczarowania stwierdzając, Ŝe nasz przyjaciel nie jest juŜ i nie moŜe nigdy więcej stać się takim, 
jakim był ongi; któŜ z nas nie zmartwi się, jeśli nawet ta zmiana jest postępem? Emilka 
przeczuwała to dziwną intuicją, która zastępuje doświadczenie, czuła, Ŝe Ŝegna na zawsze Ilzę ze 
Srebrnego Nowiu i ze Shrewsbury.Perry Miller, dawniejszy „najemnik” ze Srebrnego Nowiu, 
odznaczony medalem WyŜszej Szkoły w Shwresbury, odrzucony, lecz nie dający za wygraną 
konkurent Emilki, przedmiot wiecznego gniewu Ilzy, wyjechał równieŜ.  Perry studiował teraz 
prawo w Charlottetown, gdzie jednocześnie pracował w kancelarii adwokackiej. Dla Perry’ego nie 
istniały tęcze ani mityczne kopalnie złota. Wiedział, czego chce i zmierzał do tego wytrwale. 
Ludzie zaczynali wierzyć, Ŝe on cel osiągnie. Boć nie większa przestrzeń dzieliła kancelarię pana 
Abla od Sądu NajwyŜszego i Ministerium, niŜ ta, która dzieli ową kancelarię od chałupy ciotki 
Tomaszowej i jej bosonogiego siostrzeńca. Do typu poszukiwacza tęcz zbliŜał się raczej Tadzio 
Kent.  I on wyjeŜdŜał niebawem do Szkoły Rysunków w Montrealu. I on wiedział, wiedział od 
szeregu lat, ile rozkoszy, uniesień, ile rozpaczy i trwogi pociąga za sobą to dąŜenie do tęczy.  
- Nawet jeŜeli jej nigdy nie znajdziemy - rzekł do Emilki, gdy przechadzali się o cudownym 
zmierzchu, w ogrodzie Srebrnego Nowiu pod fioletowym niebem, w ostatni wieczór przed jego 
wyjazdem - jest coś w samym poszukiwaniu, co więcej jest bodaj warte, niŜ znalezienie.  
- Ale znajdziemy ją - odrzekła Emilka, podnosząc oczy ku gwieździe, błyszczącej nad 
wierzchołkiem jednej z Trzech KsięŜniczek.  
UŜycie przez Tadzia liczby mnogiej „my” napełniło jej serce radosnym przeczuciem. Emilka była 
zawsze bardzo uczciwa w stosunku do siebie samej i nie zamykała oczu na fakt, Ŝe Tadzio Kent był 
jej bliŜszy, niŜ ktokolwiek na świecie. A ona, czy go obchodzi? Trochę? Bardzo?  Czy wcale?  
Nie włoŜyła kapelusza, lecz wpięła we włosy kokardę z Ŝółtego jedwabiu. Długo rozmyślała nad 
wyborem sukni, aŜ w końcu zdecydowała się na róŜową, jedwabną. Zdawało jej się, Ŝe wygląda 
bardzo ładnie, ale co za róŜnica, skoro Tadzio tego nie zauwaŜył? Był do niej tak przyzwyczajony, 
Ŝ

e uwaŜał to za rzecz normalną. Wywołało to u niej pewien bunt. Dean  Priest byłby juŜ to 

spostrzegł i byłby jej z pewnością powiedział jakiś miły, subtelny komplemencik.  
- Nie wiem - odpowiedział Tadzio, spoglądając ponuro na topazookiego kota Emilki, Pierwiosnka, 
kręcącego się jak bąk w pogoni za własnym ogonem. - Nie wiem. Teraz, kiedy wyfruwam 
naprawdę w szeroki świat, czuję się... głupio. MoŜe nigdy nie zdołam zdziałać niczego, o czym 
warto by było mówić. Pewne zdolności do rysunku... cóŜ to wielkiego?  Zwłaszcza dla człowieka, 
który budzi się nagle z biciem serca o trzeciej w nocy?... 
- O, znam to uczucie - przyznała Emilka. - Zeszłej nocy przeŜuwałam godzinami pomysł noweli i 
doszłam do rozpaczliwego wniosku, Ŝe nigdy nie zdołam jej napisać... Ŝe nie warto się wysilać... Ŝe 
nigdy niczego nie zdziałam. Poszłam więc do łóŜka i oblałam poduszkę łzami. Obudziłam się o 
trzeciej godzinie i nawet płakać juŜ nie mogłam. Łzy wydawały mi się równie daremne, jak śmiech, 
jak ambicja. Byłam istnym bankrutem w stosunku do nadziei i do wiary w przyszłość. AŜ wreszcie 
wstałam o świcie i zaczęłam pisać nową opowieść. Nie naleŜy dać się opanowywać tym nocnym 
nastrojom.  

background image

- Na nieszczęście, co noc jest godzina trzecia - odrzekł Tadzio. - A o tej nieŜyczliwej godzinie 
zawsze jestem przeświadczony, iŜ zbyt wiele pragniemy wszyscy, Ŝe nie osiągniemy niczego. A 
dwóch rzeczy pragnę jak szaleniec; jedną z nich jest oczywiście wydoskonalenie się w sztuce.  
Chcę zostać wielkim artystą. Nie uwaŜałem się nigdy za tchórza, Emilko, ale teraz się boję. A jeŜeli 
nie sprostam zadaniu?  Będą mnie wyśmiewać. Matka powie, Ŝe z góry o tym wiedziała. Ona z 
nienawiścią odnosi się do mego wyjazdu, wiesz? Pojechać i nie dać rady!... Lepiej byłoby nie 
jechać.  
- Nie, to nie byłoby lepiej - zaprzeczyła Emilka gorąco, zachodząc w głowę w tejŜe chwili, jakiej 
drugiej rzeczy Tadzio pragnie „jak szaleniec”.  
- Nie powinieneś się bać... W owej nocnej rozmowie, którą prowadził ze mną ojciec na tydzień, 
przed śmiercią, powiedział, Ŝebym się nie bała niczego w Ŝyciu. Czy to nie Emerson mówi: „Czyń 
zawsze to, czego się boisz”?  
- ZałoŜyłbym się, Ŝe Emerson powiedział to, gdy juŜ przestał bać się czegokolwiek, gdy juŜ się 
uporał z wieloma trudnościami. Łatwo być odwaŜnym, gdy się juŜ zdjęło uprząŜ.  
- Wiesz, Ŝe ja wierzę w ciebie, Tadziu - rzekła Emilka łagodnie.  
- Tak, wiem. Ty i pan Carpenter. Jedynie wy dwoje wierzycie we mnie. Nawet Ilza jest zdania, Ŝe 
Perry ma większe szanse przywiezienia do domu pieczonych gołąbków.  
- Ale ty nie szukasz pieczonych gołąbków. Ty gonisz za tęczą złocistą. 
- A jeŜeli jej nie znajdę, jeśli ciebie rozczaruję... to będzie najgorsze... 
- ZwycięŜysz, Tadziu. Spójrz na tę gwiazdę, która błyszczy w tej chwili nad najmłodszą 
KsięŜniczką. Zawsze ją kochałam.  Jest to moja najgoręcej umiłowana gwiazda. Czy pamiętasz, jak 
przed laty, kiedy siedzieliśmy wszyscy dokoła ogniska, a kuzyn Jimmy gotował ziemniaki dla 
ś

wiń, snułeś cudne opowiadania o tej gwieździe i o Ŝywocie, jaki tam, na niej wiodłeś, zanim 

przybyłeś na ziemię? Na tej gwieździe nie było godziny trzeciej w nocy. 
- Jakimi szczęśliwymi, beztroskimi dzieciakami byliśmy wtedy - rzekł Tadzio zmęczonym głosem 
dojrzałego męŜczyzny, przygnębionego cięŜarem istnienia i wspominającego z rozkoszą pogodne 
lata dziecięce.  
- Przyrzeknij mi - rzekła Emilka - Ŝe kiedykolwiek ujrzysz tę gwiazdę, będziesz pamiętać, iŜ wierzę 
w ciebie, mocno! 
- A ty czy mi przyrzekniesz, Ŝe ilekroć spojrzysz na tę gwiazdę, pomyślisz o mnie? - spytał Tadzio. 
- Albo jeszcze inaczej: przyrzeknijmy sobie nawzajem, Ŝe ilekroć spojrzymy na tę gwiazdę oboje, 
pomyślimy o sobie wzajemnie... zawsze.  Gdziekolwiek będziemy do końca naszego Ŝycia. 
- Przyrzekam - rzekła Emilka z bijącym sercem. Cudownie było patrzeć tak Tadziowi prosto w 
oczy.  
Romantyczny pakt. Co on oznaczał? Emilka nie wiedziała.  Rozumiała tylko, Ŝe Tadzio odjeŜdŜa, 
Ŝ

e Ŝycie staje się nagle zimne i puste, Ŝe wiatr znad zatoki, szemrzący wśród drzew w gaiku 

Wysokiego Jana szepcze coś bardzo Ŝałosnego, Ŝe lato odeszło, Ŝe nadeszła jesień. I Ŝe owa złota 
kula, zakończenie tęczy, znajduje się gdzieś, het! na szczycie niedostępnego, bardzo odległego 
wzgórza. Dlaczego ona powiedziała to o gwieździe? Dlaczego zapach Ŝywiczny, zmierzch i 
odblask zachodzącego słońca doprowadzają ludzi do mówienia głupstw?  
         
Rozdział II 
 
Srebrny Nów, 
18 listopada 19... 
„Dziś nadszedł numer grudniowy „Lasu i Ogrodu” z moim wierszem pod tytułem „Lecą liście z 
drzewa”. UwaŜam to za rzecz godną wzmianki, gdyŜ poświęcili memu utworowi oddzielną 
stronicę, a przy tym jest to pierwszy mój wiersz ilustrowany.” Po raz pierwszy spotyka mnie 
podobny zaszczyt. Sam w sobie wiersz jest dość marny, jak mi się zdaje. Pan Carpenter syknął 
tylko parę razy, gdy mu go czytałam i nie chciał go komentować. Pan Carpenter nigdy „nie psuje 

background image

pochwałami”, ale umie zdruzgotać niemą naganą. Ale mój poemat wyglądał tak uroczyście na tym 
poczesnym miejscu, Ŝe powierzchowny czytelnik mógł go wziąć za utwór wartościowy.  Niech 
będzie błogosławiony ten zacny wydawca, któremu przyszło na myśl kazać go zaopatrzyć w 
ilustracje. Podniósł mnie na duchu niemało. Ale same ilustracje nie podobały mi się. Artysta nie 
odczuł moich intencji. Tadzio stokroć lepiej wywiązałby się z tego zadania.  
Tadzio uczy się świetnie w Szkole Rysunków. A nasza gwiazda świeci stale. Ciekawa jestem, czy 
on doprawdy myśli o mnie codziennie, patrząc na nią. A moŜe nie widzi jej co wieczór?  MoŜe ją 
zaćmiewają elektryczne latarnie Montrealu? Sądząc z listów, widuje często Ilzę. Jak im musi być 
dobrze obojgu, Ŝe są razem i Ŝe kaŜde z nich ma bratnią duszę w tym wielkim, obcym mieście, 
wśród obcych ludzi.  
         
26 listopada 19... 
Dzisiaj było śliczne popołudnie listopadowe, ciepłe jak w lecie, a jednak opromienione urokiem 
jesieni. Siedziałam długo na cmentarzu, nad jeziorem i czytałam. Ciotka ElŜbieta uwaŜa, Ŝe jest to  
najbardziej ponure miejsce w okolicy, Ŝe dziwactwem jest tam czytać, a ciotka Laura twierdzi,  
Ŝ

e we mnie jest pewien rys chorobliwy. Nie widzę w tym nic chorobliwego. Jest to piękne ustronie, 

dokąd wiatr przynosi wszystkie słodkie zapachy z pól poprzez Czarnowodę. Tak tam jest cicho i 
spokojnie wśród tych starych grobów dokoła mnie!  MęŜczyźni i kobiety, naleŜący do mojej 
rodziny, spoczywają tam pod ziemią. MęŜczyźni i kobiety, którzy w Ŝyciu zwycięŜali, którzy 
doznawali poraŜek, a których zwycięstwa i poraŜki stopiły się obecnie w jedno. Tam nie czuję się 
nigdy bardzo pełna zapału, ani bardzo przygnębiona.  Kocham te stare płyty przysypane 
czerwonym piaskiem, a zwłaszcza tę poświęconą Marii Murray z napisem: „Tu pozostanę”, 
napisem, w którym mąŜ jej wyraził cały jad, jaki się w nim nagromadził za jej Ŝycia. Jego grób 
znajduje się na prawo.  Pewna jestem, Ŝe przebaczyli sobie wzajemnie od wielu lat. A moŜe 
przychodzą czasami nocą, kiedy księŜyc nie świeci i śmieją się razem, patrząc na ten napis? Napis 
zaciera się zresztą powoli, bo wyrastają na grobie trawy i chwasty, które kuzyn Jimmy pleni, o ile 
tylko moŜe nadąŜyć. Z czasem trawa pokryje zupełnie napis, tak Ŝe pozostanie tylko zielono-
srebrzysto-czerwony kontur dawnej płyty grobowej.  
 
30 grudnia 19... 
Dzisiaj zdarzyło się coś miłego. Czuję się rozradowana. „Madison’s” przyjął moją nowelę:  
„Błąd w akcie oskarŜenia”!!!  Tak, to zasługuje na kilka wykrzykników. Gdyby nie wzgląd na pana 
Carpentera, napisałabym to kursywą. Kursywą! Nie, wypisałabym wszystkie te wyrazy wielkimi 
literami. Do „Madison” bardzo trudno jest się dostać. CzyŜ ja tego nie wiem! CzyŜ nie usiłowałam 
kilkakrotnie, a za kaŜdym razem spotykałam się z odpowiedzią: „Ŝałujemy niewymownie...”. AŜ 
wreszcie otworzyły się przede mną i te wrota. Dostać się do „Madison”, to znaczy przebyć juŜ 
pewną część drogi ku wyŜynom, ku szczytowi równemu Alpom. Drogi wydawca był tak uprzejmy 
i dodał, Ŝe jest to śliczna opowieść. Przemiły człowiek!Przysłał mi czek na 50 dolarów. Będę 
mogła wkrótce zwrócić ciotce Ruth i wujowi Wallace’owi koszty mego pobytu w Shrewsbury. 
Ciotka ElŜbieta popatrzyła na czek podejrzliwie, jak zwykle, ale po raz pierwszy nie wyraziła 
przypuszczenia, Ŝe bank zapewne nie wypłaci tej sumy ani nawet nie wątpiła, czy jest pokrycie. 
Piękne oczy ciotki Laury świeciły dumą. Jest ona z epoki wiktoriańskiej, toteŜ oczy jej błyszczą 
naprawdę. Edwardowskie oczy rzucają iskry, ale nigdy nie błyszczą, nie rzucają promieni.  A ja 
lubię te rozpromienione oczy, zwłaszcza gdy przyczyną jest mój sukces. Kuzyn Jimmy mówi, Ŝe 
„Madison” równa się wszystkim innym czasopismom jankeskim razem wziętym. Przynajmniej 
według niego. Ciekawa jestem, czy Deanowi będzie się podobać „Błąd w akcie oskarŜenia”. I czy 
się do tego przyzna. On nigdy niczego nie chwali. To znaczy niczego, co ja piszę. A ja tak pragnę 
wymóc na nim pochwałę. Czuję, Ŝe jego uznanie jest jedynym, które się liczy naprawdę, oprócz 
uznania pana Carpentera, które teŜ jest wartościowe.  

background image

Dziwny jest ten Dean. Posiada tajemnicę odmładzania się. Jest po prostu coraz młodszy. Przed 
kilku laty uwaŜałam go za starszego pana. Teraz wydaje mi się tylko panem w wieku dojrzałym. 
JeŜeli tak dalej pójdzie, to niebawem wyda mi się młodzieńcem. Przypuszczam, Ŝe przyczyną jest 
moje dojrzewanie. Zrównaliśmy się prawie. Ciotka ElŜbieta w  dalszym ciągu nie lubi naszej 
zaŜyłości. Ciotka ElŜbieta Ŝywi antypatię do kaŜdego Priesta. A ja nie wiem, co bym robiła bez 
przyjaźni Deana. Jest to dla mnie rdzeń Ŝycia.  
 
15 stycznia 19... 
Dzisiejszy dzień był burzliwy. Spędziłam bezsenną noc po czterech zwrotach z Mss. Były to 
nowele, które wydawały mi się szczególnie dobre. Zgodnie z przepowiednią panny Royal, czułam, 
Ŝ

e postąpiłam idiotycznie, nie jadąc z nią do Nowego Jorku, nie korzystając ze sposobności. Och, 

nie dziwię się, Ŝe dzieci zawsze płaczą, budząc się w nocy! Tak często odczuwam wtedy potrzebę 
łez, ja takŜe! Wszystko mi ciąŜy, a Ŝaden obłok nie jest przecięty srebrną linijką. Byłam smutna i 
podekscytowana przez cały poranek i wypatrywałam listonosza, jako jedynej ucieczki od 
beznadziejności. Gdy zbliŜa się godzina poczty, tyle jest w nas wyczekiwania i niepewności! Co mi 
ona przyniesie? List od Tadzia?...  Tadzio pisuje najcudowniejsze listy. Miłą, cienką kopertę z 
czekiem wewnątrz? Grubą kopertę ze zwrotem jakiegoś rękopisu?  Jedne z przedziwnych bazgrot 
Ilzy? Nic podobnego. Otrzymałam list pełen irytacji od kuzynki Beulah Grant z Gęsiego Stawu.  
Wydaje jej się, Ŝe umieściłam ją w mej noweli: „Głupcy”, którą wydrukowało niedawno 
czasopismo nader rozpowszechnione po wsiach i folwarkach. Napisała do mnie list z gorzkimi 
wyrzutami. List ten przyszedł dzisiaj. Sądzi, Ŝe „mogłam oszczędzić starą przyjaciółkę, która 
zawsze dobrze mi Ŝyczyła.” Nie jest przyzwyczajona do „ośmieszania jej osoby w czasopismach” i  
wyprasza sobie na przyszłość „podobnego uŜywania jej osoby do ostrzenia mego rzekomego 
dowcipu”. Niektóre szczegóły w tym liście sprawiły mi przykrość, inne wyprowadziły mnie z 
równowagi. Nigdy nie myślałam o niej ani razu nawet nie przyszła mi do głowy kuzynka Beulah 
podczas pisania tej noweli. Charakter „ciotki Katarzyny” jest wysnuty z fantazji. A gdybym nawet 
myślała o kuzynce Beulah, z pewnością nie umieściłabym jej w noweli.  Jest zbyt głupia i banalna. 
Nie jest bynajmniej podobna do ciotki Katarzyny, która, pochlebiam sobie, jest bardzo Ŝywą, 
dowcipną, pełną humoru starszą damą. Ale kuzynka Beulah napisała równieŜ do ciotki ElŜbiety, 
więc doszło znów do sceny familijnej.  Ciotka ElŜbieta nie wierzy, Ŝe jestem bez winy, oświadcza, 
Ŝ

e ciotka Katarzyna jest wiernym obrazem kuzynki Beulah, prosi mnie więc uprzejmie (uprzejme 

prośby ciotki ElŜbiety są rzeczą okropną), abym w przyszłych moich utworach nie umieszczała 
karykatur moich krewnych. 
- Nie jest to - dodała ciotka ElŜbieta w swój najwynioślejszy sposób - coś, co mogłaby czynić 
Murrayówna: zarabiać pieniądze kosztem ułomności swych przyjaciół.  
I znów sprawdziła się jedna z przepowiedni panny Royal. CzyŜby się nie myliła pod Ŝadnym 
względem? JeŜeli tak...Ale najgorsze moje utrapienie pochodzi od kuzyna Jimmy’ego.  Chichotał, 
czytając „Głupców”.  
- Mniejsza o starą Beulah, kurczątko - szepnął. - To jest pyszne. Naturalnie, Ŝe ona posłuŜyła ci za 
wzór przy szkicowaniu postaci ciotki Katarzyny. Poznałem, Ŝe to ona od początku stronicy, od 
razu!  Poznałem ją po nosie.  
Na nieszczęście napisałam, Ŝe ciotka Katarzyna ma „długi, zakrzywiony nos”. A nie da się 
zaprzeczyć, Ŝe kuzynka Beulah ma nos długi i zakrzywiony! Takie zewnętrzne podobieństwo 
wystarcza ogółowi czytelników.  Na próŜno dowodziłam z całą energią, Ŝe ani pomyślałam o 
kuzynce Beulah. Kuzyn Jimmy kiwał tylko głową i chichotał.  
- Nie przyznawaj się do tego, rzecz jasna. Zatrzymaj to przy sobie.  
Najsmutniejsze ze wszystkiego jest istotne podobieństwo ciotki Katarzyny do kuzynki Beulah. A 
zatem nie udało mi się stworzyć postaci, jaką sobie wyobraziłam.Niemniej czuję się znacznie 
lepiej, niŜ gdy te zwierzenia pisać zaczęłam. Był we mnie bunt, i zawziętość, i zniechęcenie, 
słowem byłam bardzo biedna. Oto jest główny poŜytek dziennika; tak mi się zdaje. 

background image

3 lutego 19... 
Dziś jest wielki dzień. Przyjęto trzy moje utwory w trzech redakcjach. A jeden z wydawców 
poprosił o nadesłanie mu kilku nowel. Niemniej nienawidzę tych próśb o nowele.  O wiele większe 
ryzyko, niŜ przy nadsyłaniu utworu z własnej, nie przymuszonej woli. Bo gdy wydawca, który 
prosił o nowelę, zwraca mi ją, jako „nie nadającą się dla naszego pisma”, upokorzenie jest stokroć 
głębsze, cięŜsze. Gdy ja sama posyłam swoje dzieło, jestem nieznaną, bezosobową autorką...  a tu 
rzeczy mają się juŜ inaczej...A przy tym spostrzegam, Ŝe nie umiem pisać „na zamówienie”.  Jest to 
piekielnie trudne zadanie. Spróbuję jeszcze z czasem... Wydawca „MłodzieŜy” prosił mnie o 
nowelę o określonej liczbie wierszy. Napisałam ją. Odesłał mi rękopis, wykazując „niektóre 
usterki” i zalecając mi poprawienie noweli, aŜeby mógł ją zamieścić. Poprawiałam, obcinałam, 
dodawałam, aŜ wreszcie nowela moja przypominała mój pierwotny pomysł li tylko ilością wierszy, 
której przestrzegałam wciąŜ gorączkowo.  Zniecierpliwiona, wrzuciłam ją do pieca kuchennego. 
Od tej pory postanowiłam, Ŝe będę pisywać tylko w miarę własnej wewnętrznej potrzeby, a 
wydawcy... niech zostawią mnie w spokoju!Dzisiaj mamy zamglony nów księŜycowy. 
         
16 lutego 19... 
Moja nowela „Ile wart był ten Ŝart?” ukazała się w dzisiejszym numerze „Home’u”. Ale na okładce 
naleŜę do rubryki „itd”.  Natomiast w przedmowie do noworocznego numeru „Panieńskich dni” 
zostałam wymieniona jako „znana i popularna współpracowniczka”. Kuzyn Jimmy czytał tę 
przedmowę ze dwadzieścia razy, mrucząc za kaŜdym razem: „Znana i popularna”. Po czym udał 
się do naroŜnego sklepu i kupił mi nową „księgę Jimmy’ego”. Ilekroć przebywam jakiś nowy etap 
drogi ku wyŜynom, kuzyn Jimmy upamiętnia ten moment, dając mi nową księgę Jimmy’ego. 
Nigdy nie kupuję sama zeszytu. To dotknęłoby go osobiście. On spogląda zawsze na stosik ksiąg 
Jimmy’ego na moim biurku ze czcią i lękiem nieledwie, i wierzy niezachwianie, Ŝe w tych 
zeszytach mieszczą się wszelkiego rodzaju arcydzieła literatury. Zawsze daję Deanowi do  
czytania moje utwory. Nie mogę się pozbyć tego zwyczaju, chociaŜ on mi je stale odnosi bez słowa 
krytyki lub, co gorsza, z nieszczerymi pochwałami. Jest to juŜ dziś istną manią moje pragnienie 
dowiedzenia Deanowi, Ŝe umiem napisać coś „porządnego”. Gdyby to przyznał, odniosłabym 
triumf.  Ale zanim on to przyzna, wszystko w proch się obróci. Bo on wie.  
         
2 kwietnia 19... 
Z nadejściem wiosny przyjeŜdŜa od czasu do czasu do Shrewsbury pewien młodzieniec, który nie 
jest konkurentem, mogącym się podobać rodowi Murray’ów ani, co waŜniejsza, Emilii Byrd Starr.  
Ciotka ElŜbieta bardzo krzywo patrzała, gdy szłam z nim na koncert. Czuwała jeszcze, gdy 
wróciłam do domu.  
- Jak widzisz, nie uciekłam z nim, ciotko ElŜbieto - rzekłam - przyrzekam ci, Ŝe tego w ogóle nie 
uczynię. JeŜeli kiedykolwiek wyjdę za mąŜ za kogokolwiek, uprzedzę cię o tym, choć moŜe wyjdę 
za mąŜ wbrew twej woli.  
Nie wiem, czy ciotka ElŜbieta poszła do łóŜka z lŜejszym sercem, czy nie. Matka moja uciekła 
(Bogu dzięki!), a ciotka ElŜbieta naleŜy do niezachwianych wyznawczyń teorii dziedziczności.  
 
15 kwietnia 19... 
Dzisiaj wieczorem poszłam na wzgórze i przechadzałam się przy świetle księŜyca nad Domem  
Rozczarowanym. Dom Rozczarowany został wybudowany przed trzydziestu siedmiu laty (nie  
dokończony jest zresztą) dla młodej Ŝony, która nigdy w nim nie zamieszkała. Od tej pory stoi, 
surowy, zrozpaczony, nawiedzany przez nieśmiałe, odosobnione widma zjawisk, które powinny 
były tu zaistnieć, a nie zaistniały. Tak mi zawsze go Ŝal! Tak mi Ŝal jego biednych i ślepych oczu, 
które nigdy nie przejrzały, które nie mają nawet wspomnień. śadne światełko domowe nie świeciło 
z nich nigdy, tylk raz jeden, bardzo dawno, blask ognia. A byłby to taki miły domek, przytulony do 
lesistych pagórków, zasłonięty od wiatrów gaikiem sosnowym.  Ciepły, gościnny domek! A przy 

background image

tym Ŝyczliwy, łagodny. Nie taki, jak ten naroŜny dom, który buduje Tom Semple. Tamten jest 
niepoczciwym domem. Kapryśny, o małych oczkach i spiczastych łokciach. Dziwne, jak silną 
indywidualność moŜe mieć dom, chociaŜ nigdy nie był zamieszkały! Przed laty, kiedy Tadzio i ja 
byliśmy dziećmi, czepialiśmy się palcami parapetu okiennego, wdrapywaliśmy się do wnętrza i 
rozpalaliśmy ogień na kominku. Siedzieliśmy tam, snując plany na przyszłość.  Zamierzaliśmy Ŝyć 
razem w tym domku. Zapewne Tadzio zapomniał o tych niedorzecznościach dziecinnych. Pisuje 
często, a listy jego są pełne treści i ładne, takie Tadziowate.  Opowiada mi wszystkie drobne 
zdarzenia ze swego Ŝycia. Ale  ostatnie listy są bardziej bezosobowe, tak mi się przynajmniej 
wydaje. Mogłyby równie dobrze być napisane do Ilzy, jak do mnie.  
Biedny Domku Rozczarowany!  Zapewne pozostaniesz rozczarowany po wsze czasy.”         
Znów wiosna! Młode topole złocą się na drodze. Zatoka burzy się i pieni za piaszczystymi 
wydmami. Zima minęła nieprawdopodobnie szybko, mimo szeregu ponurych godzin trzecich w 
nocy, mimo samotnych, zniechęcających zmierzchów. Dean wróci niebawem z Florydy. Ale ani 
Tadzio, ani Ilza nie przyjadą tego lata. Z tego powodu spędziłam dwie bezsenne noce. Ilza jedzie 
nad morze do jednej ze swych ciotek, do siostry swej matki, która dotychczas się nią nie 
zajmowała. A Tadziowi poszczęściło się: dostał zamówienie na ilustracje do pewnego 
wydawnictwa w Nowym Jorku i musi jechać na północ po wzory z natury. Jest to ogromna 
wygrana w Ŝyciu Tadzia i byłabym z tego powodu szczerze zadowolona, gdyby nie fakt, Ŝe nie 
okazuje on najmniejszego Ŝalu z powodu naszych zmarnowanych wspólnych wakacji w 
Czarnowodzie. Najmniejszego!  
Widocznie Czarnowoda i ten dawny tutejszy tryb Ŝycia są dla niego pieśnią, która juŜ przebrzmiała.  
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo liczyłam na spędzenie lata z Ilzą i z Tadziem, ile sobie 
obiecywałam radości z tych letnich miesięcy. Ta myśl podtrzymywała mnie przez całą zimę. Gdy 
sobie uprzytomnię, Ŝe ani razu w ciągu lata nie usłyszę sygnału Tadzia, gwiŜdŜącego w umówiony 
sposób w gaiku Wysokiego Jana, Ŝe ani razu nie schronimy się tam, aby się nagadać do woli, Ŝe ani 
razu nie zamienimy błyskawicznych spojrzeń, kiedy wśród gromady obcych ludzi zdarzy się coś co 
ma szczególne znaczenie dla nas dwojga, gdy to sobie uprzytomnię, zdaje mi się, Ŝe Ŝycie staje się 
bezbarwne, Ŝe jest ono stosem zgliszcz i gruzu.  
Pani Kent spotkała mnie wczoraj na poczcie i przystanęła, aŜeby porozmawiać, co czyni nader 
rzadko.  Nienawidzi mnie po dawnemu.  
- Słyszałaś chyba, Ŝe Tadzio nie przyjeŜdŜa na lato? 
- Tak - odrzekłam lakonicznie. 
W oczach jej był wyraz dziwnego, bolesnego triumfu, gdy się odwracała ode mnie: zrozumiałam. 
Jest nieszczęśliwa, bo Tadzio nie przyjedzie do niej, ale cieszy się, Ŝe on nie przyjedzie do mnie. 
To dowodzi według niej, Ŝe on nie dba o mnie. Niestety, zdaje mi się, Ŝe ona ma słuszność. A 
jednak na wiosnę człowiek nie moŜe być beznadziejnie smutny. Andrzej się zaręczył! Z panną, o 
której ciotka Addie wyraŜa się z najwyŜszym uznaniem. „Gdybym sama ją wybrała, nie byłabym 
bardziej zadowolona, tak odpowiada mi wybór Andrzeja” - oświadczyła dzisiaj w rozmowie z 
ciotką ElŜbietą. Ja teŜ byłam obecna. Ciotka ElŜbieta umiarkowanie się cieszyła, a przynajmniej 
twierdziła, Ŝe się cieszy. Ciotka Laura popłakała troszeczkę. Ciotka Laura zawsze płacze, gdy się 
dowiaduje o narodzinach, zgonie, lub małŜeństwie. Była przy tym trochę rozczarowana. Andrzej 
byłby takim „bezpiecznym” męŜem dla mnie. Tak, dynamitu nie ma w nim na pewno.  
         
Rozdział III 
 
Z początku nikt nie uwaŜał choroby pana Carpentera za niebezpieczną. Miewał juŜ nieraz ataki 
reumatyczne w ostatnich latach i leŜał w łóŜku po parę dni. A potem szedł do pracy ponownie, 
kulejąc, ponury i sarkastyczny, jak zawsze, z językiem tym mocniej wyostrzonym. Zdaniem pana 
Carpentera nauczanie w Czarnowodzie juŜ nie było tym, czym było dawniej. Teraz, mówił, są tu 
same miernoty, same bezduszne zera.  

background image

- Wszystko, co mówię, przelatuje przez te głowy, jak przez sito - mówił.  
Tadzio i Ilza, Perry i Emilka, ci uczniowie, którzy naprawdę korzystali z jego wskazówek, 
skończyli szkołę. A moŜe był pan Carpenter troszkę zmęczony... w ogóle. Nie był bardzo stary, to 
znaczy nie miał bardzo wielu lat Ŝycia za sobą, ale przepalił się przedwcześnie. Drobna, nieśmiała, 
zwiędła kobieta, jego Ŝona, umarła zeszłej jesieni, odeszła niepostrzeŜenie, równie cicho, jak Ŝyła. 
Nigdy nie zdawała się odgrywać wielkiej roli w domu pana Carpentera.  Lecz po jej śmierci 
„pochylił się” bardzo. Dało się to zauwaŜyć bezpośrednio po pogrzebie. Dzieci w szkole drŜały 
przed zjadliwością jego języka i przed jego coraz to częściej powtarzającymi się napadami złego 
humoru. Władze szkolne kiwały głową i wspominały o konieczności sprowadzenia innego 
nauczyciela z końcem bieŜącego roku.  
Choroba pana Carpentera zaczęła się, jak dawniej, od ataku reumatycznego. Potem okazało się, Ŝe 
serce niedomaga.  Dr Burnley, który go odwiedził wbrew jego upartej odmowie zasięgnięcia 
porady lekarskiej, przybrał minę powaŜną i przebąkiwał o „braku woli do Ŝycia”. Ciotka Luiza 
Drummond z Gęsiego Stawu przyjechała, aby go pielęgnować. Pan Carpenter przyjął to z 
rezygnacją, nie wróŜącą nic dobrego, jakby nic juŜ go nie obchodziło.  
- Bylebym miał spokój. Ona moŜe krzątać się dokoła, a ja myślę o czym innym. Dopóki jestem sam 
w pokoju, nie wiem o jej istnieniu. Obojętne mi, co ona robi. Nie chcę się odŜywiać i nie chcę mieć 
prześciełanego łóŜka. Nienawidzę jej włosów.  Takie proste i błyszczące. Powiedz jej, Ŝeby na to 
znalazła jakąś radę. A dlaczego nos jej wygląda zawsze tak, jak gdyby było wiecznie zimno? 
Emilka przybiegała co wieczór i przesiadywała przy łóŜku chorego. Była jedyną osobą, którą 
chętnie widywał. NieduŜo mówił, ale co parę minut otwierał oczy i zamieniali uśmiechy 
porozumiewawcze, jak gdyby oboje ubawili się jednocześnie jakimś świetnym dowcipem, którego 
finezję oni tylko dwoje odczuwali. Ciotka Luiza nie wiedziała, co ma znaczyć ta wymiana spojrzeń 
i ta mimika, toteŜ nie pochwalała jej. Była to poczciwa istota, o macierzyńskim sercu, zamkniętym 
w jej staropanieńskiej piesi, ale draŜniły ją te niezrozumiałe, złośliwe uśmiechy jej pacjenta, 
leŜącego na śmiertelnym łoŜu. UwaŜała, Ŝe lepiej zrobiłby myśląc o zbawieniu swej duszy. Wszak 
nie był członkiem zboru kościelnego?  Nie pozwalał nawet na odwiedziny pastora. A Emilka Starr  
była stale gościem mile widzianym, ilekroć przyszła. Ciotka Luiza powzięła pewne podejrzenia w 
stosunku do owej Emilki Starr.  PrzecieŜ ona pisuje! PrzecieŜ jedną ze swych kuzynek 
skarykaturowała w noweli!  Prawdopodobnie szukała nowych wzorów przy śmiertelnym łoŜu 
starego poganina. To tłumaczy jej interesowanie się losami chorego, niewątpliwie to! Ciotka Luiza 
patrzyła ciekawie na tę zachłanną młodą dziewczynę.  Miała nadzieję, Ŝe ją, Luizę, ta mała 
oszczędzi w następnej swej nowelce.  
Emilka przez długi czas nie chciała wierzyć, Ŝe jest to śmiertelne łoŜe pana Carpentera.  On nie 
moŜe być aŜ tak chory! Nie cierpi, nie skarŜy się. Wyzdrowieje, skoro tylko się ociepli. Powtarzała 
to sobie tak często, aŜ w końcu w to uwierzyła. Nie mogła sobie wyobrazić Ŝycia w Czarnowodzie 
bez pana Carpentera. Pewnego razu, w piękny wieczór majowy pan Carpenter czuł się znacznie 
lepiej. Oczy jego błyszczały po dawnemu, głos dźwięczał mocno. śartował z biednej ciotki Luizy, 
która nie rozumiała nigdy jego Ŝartów, ale znosiła je z chrześcijańską cierpliwością. Chorzy 
powinni się śmiać. Opowiedział Emilce zabawną anegdotkę i śmiali się oboje na cały głos. Ciotka 
Luiza pokiwała głową. Wielu rzeczy nie wiedziała, biedaczka, ale znała swój skromny zawód 
pielęgniarki z amatorstwa. Wiedziała, Ŝe takie odmłodzenie, taki niespodziewany powrót sił jest 
złym znakiem. Emilka w swym niedoświadczeniu nie wiedziała o tym. Wróciła do domu, 
rozradowana tym polepszeniem zdrowia ukochanego nauczyciela.  Niebawem będzie on znów 
czynny w szkole, będzie ciskał gromy na uczniów i uczennice, będzie się snuł po drogach w 
zamyśleniu, czytając jakiegoś starego klasyka, krytykował jej rękopisy ze zwykłym swym 
humorem. Emilka cieszyła się. Pan Carpenter był przyjacielem, którego straty nie mogłaby 
przeboleć.  
Ciotka ElŜbieta obudziła  ją o drugiej w nocy. Pan Carpenter wzywał Emilkę.  
- Czy jest mu gorzej? - spytała Emilka, zeskakując ze swego wysokiego, czarnego łóŜeczka.  

background image

- Umiera - odrzekła ciotka ElŜbieta zwięźle. - Dr Burnley mówi, Ŝe nie doczeka świtu.  
Coś w twarzy Emilki wzruszyło ciotkę ElŜbietę.  
- Czy to nie lepiej dla niego, Emilko? - spytała z niezwykłą łagodnością. - Jest stary i zmęczony. 
ś

ona jego umarła, na przyszły rok odprawiliby go ze szkoły. Byłby bardzo samotny na starość. 

Najlepszym jego przyjacielem jest śmierć.  
- Myślę o sobie w tej chwili -  załkała Emilka. Poszła do pana Carpentera.  Szła wśród ciemnej, 
pięknej nocy wiosennej. Ciotka Luiza płakała, ale Emilka nie uroniła ani jednej łzy przy łoŜu 
chorego.  Pan Carpenter otworzył oczy i uśmiechnął się do niej: uśmiechnął się tym swoim 
chytrym uśmiechem.  
- Nie płakać - szepnął. - Zabraniam wam płakać przy moim łoŜu śmiertelnym. Niech Luiza 
wypłacze się w kuchni. MoŜe w ten sposób zarabiać równie dobrze, jak w inny. Nic więcej nie 
moŜe uczynić dla mnie.  
- A ja, czy mogę coś uczynić? - spytała Emilka. 
- Usiądź tutaj, Ŝebym mógł cię widzieć, to wszystko. Nikt nie lubi odchodzić stąd...  samotny. Ile 
starych pudeł czeka w kuchni na moją śmierć? 
- Tam są tylko ciotka Luiza i ciotka ElŜbieta - odrzekła Emilka, nie mogąc zapanować nad 
uśmiechem.  
- Nie bierz mi za złe, jeŜeli nie będę zbyt rozmowny. DuŜo mówiłem przez całe Ŝycie, aŜ do chwili 
obecnej. Tchu mi zabrakło. Ale chcę, Ŝebyś tu była, gdy będę myślał o róŜnych rzeczach.  
Pan Carpenter zamknął oczy i pogrąŜył się w milczeniu. Emilka siedziała spokojnie. Oparła głowę 
o framugę okna, za którym zaczynał szarzeć pierwszy brzask. Niewidzialna dłoń wietrzyku igrała z 
jej włosami.  Zapachy kwiatów czerwcowych wdzierały się do pokoju, słodkie, jak dawno 
zapomniane motywy starych, pełnych uroku melodii. W oddali widniały dwa piękne świerki, 
wysmukłe, ciemne, oba równie wysokie. Sterczały ku niebu jak wieŜyce gotyckie, wyłaniające się 
z kłębów srebrzystej mgły.  Pomiędzy nimi zawieszony był na stropie błękitnym wielki, okrągły 
księŜyc, piękny, jak cisza wieczorna. To otaczające piękno było dla Emilki pocieszeniem i otuchą 
w tę dziwną noc czuwania. Cokolwiek się stanie, cokolwiek nastąpi, takie piękno jest wieczne.  
Od czasu do czasu ciotka Luiza zaglądała do swego starego pacjenta. Pan Carpenter zdawał się nie 
spostrzegać tych odwiedzin, ale ilekroć się oddalała, otwierał oczy i mrugał do Emilki. Emilka w 
odpowiedzi mrugała równieŜ, co uświadamiała sobie poniekąd ze zgrozą, gdyŜ była na tyle 
Murrayówną, aby się gorszyć mruganiem przy łoŜu konającego. Co by teŜ powiedziała na to ciotka 
ElŜbieta! 
- Doskonały sporcik - szepnął pan Carpenter po drugiej wymianie mrugnięć. - Cieszę się, Ŝe tu 
jesteś.  
O trzeciej godzinie zaczął okazywać pewien niepokój. Ciotka Luiza znowu weszła.  
- On nie moŜe umrzeć, dopóki nie zacznie się odpływ, wiesz? - szepnęła Emilce na ucho.  
- Zaprzestań twych idiotycznych zabobonów - rzekł pan Carpenter głośno i wyraźnie. - Umrę, gdy 
przyjdzie na mnie pora, gdy będę gotów do zd...cia, podczas przypływu, czy odpływu, mniejsza o 
to.  
PrzeraŜona, przepraszała ciotka Luiza Emilkę, tłumacząc jej, Ŝe duch chorego błądzi i juŜ 
przytomność mu nie dopisuje.  
- Daruj, Ŝe byłem ordynarny - rzekł pan Carpenter do Emilki, gdy ciotka Luiza wysunęła się z 
sypialni. - Musiałem ją wyrzucić. Nie byłbym zniósł obecności tej starej baby, przyglądającej się 
moim ostatnim chwilom. Mam jej dostarczyć tematu do plotkowania do końca jej Ŝycia. Ohydne... 
głupie... A jednak... jest ona dobrą osobą.  Nie ma w niej nic... podłego. A jednak... potrzebna 
nam...  jest... oprócz poczciwości...  pewna... indywidualność. To jest ta... szczypta... soli, która 
dodaje...smaku... 
Milczenie. Po czym dodał powaŜnie:  
- Szkoda, Ŝe... Wielki Kucharz... dodaje często zbyt duŜo soli... Niedoświadczony Kucharz... 
mądrzeje z czasem...  o kilka wieczności później... 

background image

Emilka pomyślała, Ŝe istotnie duch chorego błądzi w przestworzach, ale on uśmiechnął się do niej.  
- Cieszę się, Ŝe tu jesteś, mały druhu. Nie jest ci przykro, Ŝe... tu jesteś... co? 
- Nie - odrzekła Emilka. - Gdy wnuczka Murrayów mówi: nie, to znaczy: nie.  
Znowu milczenie. Po chwili zaczął pan Carpenter znowu, tym razem do siebie raczej, jak się 
zdawało.  
- Odejdę o brzasku. Zawsze myślałem, Ŝe będę się bał. Nie boję się. Dziwne. Pomyśl, ile będę 
wiedział mądrości za parę minut, Emilko. Będę mądrzejszy, niŜ ktokolwiek z Ŝyjących.  Zawsze 
pragnąłem wiedzieć...  wiedzieć. Nigdy nie lubiłem zagadek. Przez całe Ŝycie...  prześladowała 
mnie ciekawość...  czym jest Ŝycie. Teraz jestem ciekaw... czym jest śmierć.  Poznam prawdę, 
Emilko, jeszcze parę minut, a poznam prawdę. Nie będę juŜ zgadywał. A jeŜeli przestanę 
zgadywać... z tą chwilą... stanę się znów młody... Ty nie moŜesz zrozumieć... co to znaczy.  Jesteś 
zbyt młoda... jesteś młoda... nie moŜesz mieć pojęcia, co to znaczy...  stać się młodym ponownie.  
Głos jego przeszedł pod koniec zdania w niezrozumiały bełkot, po czym rozbrzmiał znowu,  
donośny i wyraźny.  
- Emilko, przyrzeknij mi, Ŝe nigdy nie będziesz pisać... aby zrobić przyjemność komuś...  tylko z 
własnej potrzeby ducha...  
Emilka zawahała się. Co moŜe znaczyć takie przyrzeczenie? 
- Przyrzeknij - szepnął pan Carpenter z naciskiem.  
Emilka przyrzekła.  
- Dobrze - westchnął umierający z widoczną ulgą. - Dotrzymaj... a będzie wszystko w porządku. 
Nie staraj się przypodobać nikomu. Nie staraj się przypodobać krytyce. śyj dla siebie samej. Nie 
daj się unieść temu prądowi... realizmu...  Pamiętaj... nie zwierzaj się światu. Nasza literatura traci 
urok w miarę, jak zatraca czar wszelkiej tajemniczości. No, i czar dyskrecji. Jeszcze coś chciałem 
powiedzieć... Ale...  jakoś... nie pamiętam.  
- Niech pan nie usiłuje sobie przypomnieć - rzekła Emilka łagodnie. - Niech się pan nie męczy.  
- Nie... jestem... zmęczony. Czuję się całkiem... dobrze...  zmęczenie mam za sobą...  Umieram... 
jestem chybionym istnieniem... biedny jestem, jak Ŝebrak. Ale, mimo wszystko, Emilko, 
przeŜyłem... niezwykle ciekawe Ŝycie.  
Pan Carpenter zamknął oczy i wyglądał tak trupio, Ŝe Emilka mimo woli poruszyła się 
niespokojnie. Podniósł do góry kredowo  białą rękę.  
- Nie... nie wołaj ich. Nie przywołuj tej płaczącej damy.  Tylko ty bądź przy mnie. Ty, mała Emilko 
ze Srebrnego Nowiu.  Mądra dziewuszko, Emilko. Co to ja chciałem jej powiedzieć, Emilce? 
Po chwili otworzył znów oczy i rzekł donośnym mocnym głosem:  
- Otwórz drzwi... otwórz drzwi... Śmierci nie naleŜy dać czekać.  
Emilka pobiegła do drzwi i otworzyła je na ościeŜ. Od morza zerwał się wicher, którego mocny 
podmuch wpadł do pokoju.  Ciotka Luiza wybiegła do kuchni.  
- Odpływ się zaczął... On odchodzi wraz z wodami morza...  Odszedł.  
Niezupełnie. Gdy Emilka pochyliła się nad nim, otworzyły się śmiałe, mądre oczy pod 
krzaczastymi brwiami, otworzyły się po raz ostatni. Pan Carpenter usiłował dać jej jakiś znak, ale 
nie zdołał.  
- O tym myślałem... - szepnął. - StrzeŜ... się... kursywy... 
Czy przy końcu zdania zachichotał bezboŜnie? Według ciotki Luizy - tak. Niewierzący pan 
Carpenter umarł, śmiejąc się... mówiąc coś o kursywie.  Naturalnie majaczył. Ale ciotka Luiza 
zachowała do końca Ŝycia wraŜenie, Ŝe była to bardzo mało budująca scena konania.  Dziękowała 
Bogu, Ŝe niewiele takich scen danym jej było oglądać w jej praktyce.Emilka wróciła do domu,  
ogłuszona i opłakiwała swego starego przyjaciela w pokoiku swych marzeń. JakąŜ męŜną duszą  
był ten człowiek, który odszedł w zaświaty, w blaski, czy w mroki, ze śmiechem i z Ŝartem na  
ustach. Jakie by nie były jego winy, nikt nie mógł mu nigdy zarzucić tchórzostwa. Dla niej,  
wiedziała, Ŝe świat stanie się zimniejszym teraz, kiedy jego zabrakło. Zdawało jej się, Ŝe duŜo lat 
upłynęło od tego dnia, kiedy opuściła Srebrny Nów w ciemną noc i poszła do łoŜa cięŜko chorego. 

background image

Jakiś głos wewnętrzny mówił jej, Ŝe stoi na rozdroŜu, wobec przełomu. Śmierć pana Carpentera nie 
będzie waŜyć wiecznie na jej Ŝyciu, niemniej jest to zwrot w jej rozwoju, jeden z tych momentów, 
o których mówimy później:  
- Od tej chwili wszystko było inaczej.  
Zdawało jej się, Ŝe dotychczas Ŝycie jej płynęło równo, bez wstrząsów. Miesiące i lata były do 
siebie podobne. Nagle spostrzegła, Ŝe opuszcza całą swą przeszłość i wkracza do „nowej świątyni” 
duszy, obszerniejszej niŜ ta, w której Ŝyła dotychczas. W pierwszej chwili wydaje nam się zawsze 
w obliczu zmiany, Ŝe tracimy, Ŝe ponosimy niezawodną stratę.  
         
Rozdział IV 
 
Rok następny upłynął spokojnie... spokojnie, cicho, moŜe trochę monotonnie, chociaŜ usiłowała 
odpędzić od siebie tę myśl. Nie ma Ilzy... nie ma Tadzia... nie ma pana Carpentera. Perry od czasu 
do czasu przyjeŜdŜa. Ale podczas lata był Dean Priest. śadna młoda dziewczyna nie mogła się 
nudzić z Deanem Priestem ani czuć się samotną, mając takiego przyjaciela. Byli wszakŜe gorąco 
zaprzyjaźnieni od owego dnia, kiedy Emilka o mały włos nie utonęła, a uratował ją Dean.  
Wprawdzie kulał on lekko i miał krzywą łopatkę, ale to było bez znaczenia, a przy tym blask jego 
pięknych, zielonych oczu kompensował tamte defekty.  Właściwie nie było nikogo na świecie, 
kogo lubiłaby tak jak Deana. Myśląc o tym, zawsze podkreślała wyraz „lubiła”. Tę kursywę 
uwaŜała za usprawiedliwioną: pan Carpenter nie wiedział wszystkiego, były rzeczy nawet jemu 
nieznane. Ciotka ElŜbieta nigdy nie sprzyjała Deanowi. Ale ciotka ElŜbieta w ogóle nie lubiła  
Priestów. Była najwidoczniej zbyt wielka rozbieŜność charakterów między Murrayami i Priestami i 
nawet małŜeństwa zawarte przez Murrayówny z Priestami nie złagodziły tych róŜnic.  
- TakŜe mi ktoś, Priestowie! 
Tak mawiała pogardliwie ciotka ElŜbieta, odrzucając cały ten „klan” Priestowski w jeden kąt 
zamaszystym ruchem swojej suchej, Murrayowskiej, niepięknej ręki.  
- Murrayowie są Murrayami, a Priestowie Priestami i nigdy się nie spotkają w połowie drogi - 
sparafrazowała Emilka bezwstydnie Kiplinga, kiedy Dean zadał jej pytanie, dlaczego Ŝadna z jej 
ciotek go nie lubi.  
- Twoja babka cioteczna Nancy z KsięŜego Stawu nienawidzi mnie - rzekł z tym smętnym 
uśmiechem, który Emilka tak chętnie widywała na jego twarzy.   
- Panie Laura i ElŜbieta traktują mnie z lodowatą grzecznością. Zdaje mi się, Ŝe wiem dlaczego.  
Emilka zarumieniła się. Ona teŜ zaczynała podejrzewać, dlaczego ciotka ElŜbieta i ciotka Laura 
były coraz bardziej loodowate względem Deana. Nie chciała o tym myśleć. Zamykała drzwi swego 
mózgu przed tą moŜliwością. Ale to coś stawało na progu jej domku wewnętrznego i nie dawało się 
odpędzić.  Dean, jak wszyscy i wszystko, zmienił się bardzo. Ale na czym polegała ta zmiana? 
Emilka nie chciała odpowiedzieć na to pytanie. Jedyną odpowiedzią było coś nieprzyjemnego i 
niedorzecznego. Czy Dean Priest z przyjaciela stawał się zakochanym? Absurd.  Nonsens. 
Nieprzyjemny nonsens.  Bo ona nie chce, aby on się w niej kochał, a pragnie szalenie, aby był jej 
przyjacielem. Nie moŜe utracić jego przyjaźni. Jest jej ona zbyt droga, podniecająca myśl i 
wyobraźnię, cudna. Dlaczego zdarzają się takie piekielne powikłania?  Dochodząc do tego punktu 
swych rozwaŜań, zatrzymywała się Emilka i odtwarzała w duchu swoje posunięcia, stwierdzając z 
przeraŜeniem, Ŝe ona właściwie godzi się z faktem istnienia „piekielnych powikłań”, jako 
dokonanym lub dokonującym się w teraźniejszości.  
Doznała częściowo ulgi, gdy Dean oświadczył w pewien wieczór listopadowy:  
- Będę chyba musiał pomyśleć o mojej dorocznej wędrówce.  
- Dokąd pojedziesz w tym roku? - spytała Emilka.  
- Do Japonii. Nigdy tam nie byłem. Nie chce mi się ruszać obecnie. Ale w jakim celu pozostałbym? 
CzyŜ chciałabyś przesiedzieć ze mną całą zimę, przy kominku i rozmawiać w saloniku z ciotkami, 
jako świadkami naszych rozmów? 

background image

- Nie - odrzekła Emilka, śmiejąc się i wzdrygając zarazem. Przypomniała sobie pewien wieczór 
jesienny, kiedy padał ulewny deszcz i nie mogli wyjść do ogrodu. Zmuszeni byli pozostać w 
mieszkaniu i siedzieć w tym samym pokoju, w którym ciotka ElŜbieta cerowała, a ciotka Laura 
szydełkowała przy stoliku. Było to okropne wspomnienie. Po co je wznawiać?  Dlaczego nie mogli 
rozmawiać swobodnie, dowcipnie i po przyjacielsku, tak jak to czynili w ogrodzie? Trudno było 
odpowiedzieć na to pytanie. Czy dlatego, Ŝe rozmawiali o rzeczach, których ciotka ElŜbieta nie 
rozumiała i dlatego je potępiała? MoŜe. Ale bez względu na naturę przyczyn Dean mógł z równym 
powodzeniem być na drugim końcu świata, gdyŜ wszelka rozmowa była zimą niemoŜliwa.   
- A zatem odjadę - rzekł Dean, czekając, aby ta urocza wysoka dziewczyna oświadczyła, Ŝe  
będzie jej go strasznie brak.  Powiedziała to pewnej jesieni przed paru laty. Ale tym razem nie 
powiedziała tego. Nie śmiała. I znowu: dlaczego? Dean patrzył na nią oczami, które umiały być 
czułe lub pełne Ŝałości, lub namiętne, stosownie do jego woli, a teraz były mieszaniną wszystkich 
trzech odcieni. Musi usłyszeć z jej ust, Ŝe będzie za nim tęsknić. Istotną przyczyną jego wyjazdu tej 
zimy jest chęć wykazania jej, jak dalece brak jej będzie jego obecności, jak trudno jej Ŝyć bez 
niego.  
- Czy brak ci mnie będzie, Emilko? 
- To się rozumie samo przez się - odrzekła Emilka szybko...  zbyt szybko. Dawniej była szczera i 
mówiła o tym przedmiocie obszernie i powaŜnie. Dean nie bardzo Ŝałował, Ŝe zaszła w niej ta 
zmiana. Ale nie mógł odgadnąć, co się kryje za tą maską.  Zmieniła się, bo coś odczuwała... 
domyślała się czegoś, co on usiłował ukryć w ciągu wielu lat, co zwalczał w sobie jako szaleństwo. 
CóŜ z tego? Czy ten obojętny ton jest wskazówką, Ŝe ona nie Ŝyczy sobie rozmowy na ten temat, Ŝe 
nie uznaje, aby to rozstanie mogło jej sprawić zbyt wielką przykrość? Czy teŜ jest to tylko 
instynktowna samoobrona kobiety przeciw czemuś, co oznacza zbyt wiele, co budzi zbyt silne 
pragnienia? 
- Strasznie tu będzie tej zimy bez ciebie, bez Tadzia i Ilzy.  Wcale mi się nie chce myśleć o tym - 
ciągnęła dalej Emilka. - Zeszła zima była smutna. A ta (wiem o tym z góry) będzie gorsza. Ale 
pozostaje mi moja praca.  
- O tak, twoja praca - przytaknął Dean z tym tolerancyjnym, lekko ubawionym uśmieszkiem, który 
zjawiał się zawsze na jego ustach, ilekroć mówił o jej „pracy”, albo o jej „dziełach”, który to termin 
wydawał mu się przekomicznie pompatyczny. CóŜ, trzeba dać się bawić temu czarującemu 
dziecku.  Więcej nie byłby wyraził słowami. Jego niedopowiedzenie zabolało wraŜliwą duszę 
Emilki, jak podcięcie biczem. Przez chwilę odczuwała swą pracę i swe aspiracje, jako coś 
nieskończenie dziecinnego, odczuwała podobnie jak Dean. Nie miała siły bronić swych własnych 
przekonań przeciw niemu. On musi wiedzieć. On jest taki mądry, taki dobrze wychowany i 
wykształcony. Nie moŜe nie liczyć się z jego opinią. Emilka wiedziała w głębi serca, Ŝe nigdy nie 
zdoła uwierzyć w samą siebie bez zastrzeŜeń, dopóki Dean Priest nie przyzna, Ŝe ona moŜe 
zdziałać coś naprawdę wartościowego, doniosłego. A o ile on nigdy tego nie przyzna?...  
- Będę miał przy sobie twoje podobizny, dokądkolwiek pojadę, Gwiazdeczko - mówił Dean. Z 
dawna nazywał ją gwiazdką, gdyŜ twierdził, Ŝe ona przypomina mu gwiazdy. - Będę cię widział 
siedzącą w twoim pokoju przy oknie, snującą twe ładne pajęczynki, przechadzającą się od czasu do 
czasu po tym oto ogrodzie, wędrującą po ŚcieŜce Wczorajszej, patrzącą na morze.  Gdziekolwiek 
odnajdę urok podobny do wdzięku Czarnowody, natychmiast pomyślę o tocie.  Właściwie wszelkie 
piękno jest tylko tłem stworzonym dla pięknej kobiety. „Jej ładne pajęczynki”, aha!  to wszystko? 
Emilka tylko te słowa usłyszała. Nie zdała sobie nawet sprawy, Ŝe on jej wyjawia swój pogląd na 
jej urodę, Ŝe nazywa ją „piękną kobietą”.  
- Czy uwaŜasz, Ŝe to, co piszę, jest tylko pajęczynką, Deanie? - spytała z Ŝalem.  
Dean podniósł na nią oczy ze zdziwieniem, doskonale zagranym.  
- Gwiazdko, czymŜe by to miało być innym? Co myślisz o tym, ty sama? Cieszę się, Ŝe się bawisz 
pisaniem nowel i poezji. To rzecz śliczna, taki „konik”. A jeŜeli moŜesz tą drogą  zarobić parę 
groszy, to równieŜ nic nie szkodzi na tym marnym świecie.  Ale nienawistną mi jest myśl, iŜby ci 

background image

się zdawać miało, Ŝe jesteś jakąś Bronte, czy inną Austen. Zbudziłabyś się z tego snu z gorzkim 
rozczarowaniem, ze świadomością straconej młodości.  
- Nie uwaŜam się za Bronte ani z Austen - rzekła Emilka. - Ale od dawna nie mówiłeś ze mną w 
ten sposób, Deanie. Zawsze utrzymywałeś, Ŝe ja zdołam czegoś z czasem dokonać.  
- Nie naleŜy rozwiewać ładnych złudzeń dziecięcych - odrzekł Dean. - Ale nie naleŜy przenosić 
marzeń dziecka w wiek dojrzały.  Lepiej spojrzeć prawdzie w oczy.  Piszesz czarujące w swoim 
rodzaju utwory, Emilko.  Poprzestań na tym i nie trać najpiękniejszych lat Ŝycia na pogoń za 
nieosiągalnym, na wspinaniu się na szczyty, które są wysokie, zbyt wysokie dla ciebie.  
Dean nie patrzył na Emilkę.  Stał oparty o stary zegar słoneczny i spoglądał na ten zegar jak 
człowiek, który zmusza się do mówienia przyjacielowi rzeczy nieprzyjemnych, poniewaŜ czuje, Ŝe 
jest to jego obowiązkiem.  
- Nie chcę być tylko przeciętnym autorem ładnych historyjek - zawołała przekornie Emilka. 
Spojrzał jej w oczy.  Była tego samego wzrostu co on, moŜe troszeczkę wyŜsza, chociaŜ nie chciała 
tego przyznać.  
- Nie powinnaś chcieć być czymkolwiek innym, niŜ tym, czym jesteś - rzekł cichym, serdecznym 
tonem. - Takiej kobiety nie oglądał jeszcze ten Srebrny Nów. MoŜesz więcej zdziałać tymi oczami, 
tym uśmiechem, niŜ piórem.  
- Mówisz jak moja babka cioteczna, Nancy Priest - rzuciła Emilka okrutnie i lekcewaŜąco.  
Ale czyŜ on nie był okrutny i lekcewaŜący w stosunku do niej?  Tej nocy o godzinie trzeciej leŜała 
jeszcze z szeroko otwartymi oczami, pełna trwogi.  PrzeleŜała tak szereg beznadziejnych godzin, 
wpatrzona w tę jedną, okropną rzeczywistość. Niezdolna jest stworzyć czegokolwiek trwałego 
swym piórem. I utraci przyjaźń Deana. Bo ona moŜe dać mu tylko przyjaźń, a jemu to nie 
wystarczy. Będzie musiała zadać mu cios. A jakŜe ona zdoła zadać cios Deanowi, z którym Ŝycie 
obeszło się tak okrutnie? Umiała powiedzieć „nie” Andrzejowi Murrayowi, odrzuciła z uśmiechem 
oświadczyny Perry’ego Millera.  Ale tu sytuacja była odmienna.  
Emilka usiadła na łóŜku w ciemnościach i jęknęła z rozpaczy. Była to rozpacz bezpodstawna, gdyŜ 
w trzydzieści lat później nie mogła zrozumieć, dlaczego jęczała tej nocy.  
- Pragnęłabym, aby na świecie nie istniały takie rzeczy jak miłość i zakochani - rzekła z 
przejęciem, wierząc święcie, Ŝe jest szczera w swych myślach.  
Emilka, podobnie jak wszyscy ludzie, uznała wypadki za mniej tragiczne, gdy noc minęła. Przy 
dziennym świetle wydały się bardziej znośne, niŜ po ciemku. Pokaźny czek i miły list pełen  
uznania, towarzyszący przesyłce pienięŜnej dodały jej animuszu i przywróciły dobre 
samopoczucie.  Doszła do pogodnego wniosku, Ŝe przypisała Deanowi, jego słowom i spojrzeniom 
znaczenie, którego nigdy nie miały. Nie powinna być głupią gąską, wmawiającą w siebie, Ŝe kaŜdy 
męŜczyzna, młody, stary, chętnie z nią rozmawiający, a nawet prawiący jej komplementy o 
zmierzchu, przy świetle księŜyca, jest w niej zakochany. Dean mógłby być jej ojcem.  
PoŜegnanie Deana przed wyjazdem utwierdziło ją w tym przeświadczeniu: nie było w nim cienia 
sentymentalizmu.  Pozwoliła więc sobie tęsknić za nim bez zastrzeŜeń. A tęskniła ogromnie. 
Deszcz jesienny padał w tym roku bezustannie i szare mgły zwieszały się nad polami od strony 
zatoki. Emilka cieszyła się, kiedy nareszcie zobaczyła pierwszy śnieg. Była bardzo zajęta, pisywała 
całymi godzinami, często do późnej nocy, aŜ ciotka Laura zaniepokoiła się o jej zdrowie.  ElŜbieta 
zauwaŜyła cierpko, Ŝe cena węgla i nafty podniosła się znacznie. Emilka płaciła sama za swoją 
naftę, tak  Ŝe uwaga nie wywarła na niej wraŜenia.  Zbierała pieniądze na spłacenie długu, 
zaciągniętego u wuja Wallace’a i ciotki Ruth, którzy ponosili w ciągu trzech lat koszty jej studiów 
w WyŜszej Szkole w Shrewsbury. Ciotka ElŜbieta uwaŜała to za chwalebną ambicję. Murrayowie 
byli ludźmi niezaleŜnymi. Mówiono, Ŝe podczas potopu mieli oni własną łódź, bo nie chcieli 
schronić się do wspólnej Arki. Naturalnie, przychodziły i teraz liczne zwroty, które kuzyn Jimmy 
przynosił z poczty, niemy z oburzenia. Ale procent utworów przyjmowanych przez redakcje 
wzrastał stale. KaŜde nowo zdobyte czasopismo oznaczało krok naprzód ku szczytom. Wiedziała, 
Ŝ

e robi postępy w swym kunszcie pisarskim. Nawet „dialogi miłosne”, które tak ją nudziły i tyle jej 

background image

przyczyniały kłopotu, łatwiej jej teraz przychodziły. Czy nauczyły ją aŜ tyle oczy Tadzia Kenta? 
Gdyby miała czas na rozmyślania, czułaby się bardzo osamotniona.  Miewała  cięŜkie chwile.  
Zwłaszcza po takich listach, jak to pismo Ilzy, w którym opisywała jej swe wesołe przeŜycia w 
Montrealu, swe triumfy w Szkole Dramatycznej i swoje nowe, ładne suknie.  Podczas długich 
wieczorów, gdy patrzyła, cała drŜąca, na folwark i rozmyślała, jak białe, i zimne, i puste są te 
ośnieŜone pola i wzgórza, jak ciemne i tragiczne są Trzy KsięŜniczki, traciła wiarę w swą gwiazdę.  
Pragnęła lata, tęskniła do pól i łąk pełnych stokrotek, do purpurowych zachodów słońca, do 
towarzystwa, do Tadzia. W takich chwilach zawsze tęskniła do Tadzia i zdawała sobie z tego 
sprawę. Tadzio był daleko.  Korespondowali  jeszcze, pisywali regularnie, ale ta korespondencja 
nie była tym, co dawniej. Od jesieni listy Tadzia stały się chłodniejsze i bardziej ceremonialne. 
Wobec tego pierwszego mroźnego powiewu, spadła znacznie temperatura uczuć Emilki.  
Ale miewała godziny zachwytu i wejrzenia w siebie, które czyniły Ŝycie pięknym i ciekawym; 
godziny, kiedy czuła wzmoŜoną moc twórczą, płonącą jak ogień nigdy nie wygasający. W tych 
rzadkich, wzniosłych chwilach była półbogiem, idealnie szczęśliwym i niczego nie pragnącym. A 
przy tym miała zawsze w odwodzie swój świat marzeń, do którego uciekała przed monotonią i 
samotnością.  Często słodka błogość zstępowała na nią dzięki takiej ucieczce w krainę wyobraźni.  
Czasami cofała się do swego dzieciństwa i miewała rozkoszne  przygody, których wstydziłaby się 
przed swym dorosłym otoczeniem. Lubiła błąkać się po wyśnionych przestworzach, szczególnie o 
zmierzchu, lub przy świetle księŜyca, gdy sama była z gwiazdami i z drzewami, najcenniejszymi 
swymi towarzyszami.  
- Nie mogę się czuć zadowolona w mieszkaniu w noc księŜycową - opowiadała ciotce ElŜbiecie, 
która nie lubiła tego błądzenia po ciemku. Ciotka ElŜbieta nigdy nie traciła z oczu faktu, Ŝe matka 
Emilki uciekła. I w ogóle „włóczenie się po nocy” było dziwactwem. śadna inna panna w 
Czarnowodzie nie włóczyła się wieczorami po ogrodzie.  
Ona zaś wybiegała na wzgórza, gdzie gwiazdy wschodziły, jedna po drugiej, wielkie konstelacje 
mitów i legend. Bywało, Ŝe cudowny wschód księŜyca sprawiał jej ból, tak wielki był jej zachwyt. 
Przechadzała się, rozpromieniona, po ŚcieŜce Jutrzejszej. Nie była to juŜ ŚcieŜka Jutrzejsza, 
czerwcowa, usiana kwieciem, skąpana w młodej zieleni, ani ŚcieŜka Jutrzejsza zimowa, o 
zmierzchu biała, tajemnicza, milcząca i cicha, zaczarowana. Emilka kochała ją bardziej, niŜ 
wszystkie inne ukochane ustronia. Rozkoszą tego sam na sam z duchami nie mogła się nasycić, ten 
dziwny czar nigdy nie przemijał. śeby tylko miała przy boku przyjaciela, z którym mogłaby 
rozmawiać o tym wszystkim! Pewnej nocy obudziła się z twarzą zalaną łzami. Blednący księŜyc 
rzucał błękitne światełko na jej zamarznięte szyby. Śniła, Ŝe Tadzio gwizdał w gaiku Wysokiego 
Jana, Ŝe daje jej sygnał, ów drogi, ukochany sygnał z ich lat dziecięcych. A ona tak ochoczo, tak 
szybko, pobiegła ogrodem! Ale nie znalazła Tadzia. „Emilio Byrd Starr, niech cię nie przydybię 
nigdy więcej na płaczu z powdu snu!” - rzekła z irytacją.  
         
Rozdział III 
 
Tylko trzy zdarzenia  przecięły w tym roku jednostajny tryb Ŝycia Emilki. Jesienią miała przeŜycie 
miłosne (jak to określała po wiktoriańsku ciotka Laura). Wielebny pastor James Wallace, 
przystojny, zniewieściały blondynek, a zarazem nowy pastor w Gęsim Stawie zaczął odwiedzać 
nader często Czarnowodę i Srebrny Nów. Niebawem rozeszła się wieść po okolicy, Ŝe Emilka Starr 
ma konkurenta - pastora. Wszyscy byli zdania, Ŝe Emilka nie wzgardzi taką partią. Pastor!  Kiwano 
głowami. Nie, ona nigdy nie stanie się odpowiednią Ŝoną dla pastora. Nigdy w Ŝyciu. Ale czy to 
zwykła kolej rzeczy?  Pastorzy Ŝenią się z najmniej skromnymi dziewczętami, naturalnie! 
W Srebrnym Nowiu zdania były podzielone. Ciotka Laura, której pogląd na pana Wallace’a został  
urobiony przez doktora Fella, miała nadzieję, Ŝe Emilka go „nie weźmie”. Ciotka ElŜbieta nie 
miała wprawdzie do niego serca, ale imponowało jej stanowisko pastora. Taki konkurent i mąŜ bez  

background image

niespodzianek! Pastorowi nie przyszłoby do głowy uciec z panną. Ciotka ElŜbieta sądziła, Ŝe 
Emilka byłaby dzieckiem szczęścia, o ile udało by się  jej go „zdobyć”. Gdy się okazało, Ŝe 
niestety, pan Wallace przestał na pewno odwiedzać Srebrny Nów, ciotka ElŜbieta zapytała 
przygnębionym tonem, czy Emilka nie wie, dlaczego tak się stało. Ze zgrozą usłyszała, Ŝe 
niewdzięczna pupilka oświadczyła panu Wallace’owi, iŜ nie moŜe wyjść za niego za mąŜ.  
- Dlaczego? - spytała ciotka ElŜbieta z lodowatą naganą w głosie.  
- Te jego uszy, ciotko ElŜbieto, te jego uszy! - rzekła Emilka Ŝywo. - Nie mogłabym naraŜać moich 
dzieci na podobne dziedzictwo.  
Nieprzyzwoitość podobnej odpowiedzi zatamowała oddech ciotce ElŜbiecie. Prawdopodobnie 
Emilka powiedziała to w tym celu. Wiedziła, Ŝe ciotka będzie się obawiała powracać do tego 
draŜliwego tematu. Pastor James Wallace uznał za „swój obowiązek” wrócić na Zachód z wiosną. I 
na tym koniec.  
Potem zajęto się sprawą owych recenzji z teatrów w Shrewsbury, które pojawiły się w pismach 
Charlottetown i były nad wyraz zjadliwe. Mieszkańcy Shrewsbury wzięli to Emilce za złe. Nikt 
inny bowiem, jak mówili, nie mógł napisać tych szatańskich recenzji, sprytnych i druzgocących 
zarazem. Wszyscy wiedzieli, Ŝe Emilka Byrd Starr nie przebaczyła mieszkańcom Shrewsbury 
rozpowszechniania o niej plotek po owej nocy, spędzonej w domu starego Jana.  
To była jej metoda odwetu. Czy to nie było rysem iście Murrayowskim? Emilka kryła w sobie 
urazę w ciągu wielu lat, czekając na odpowiednią sposobność zemsty. Daremnie Emilka 
zapewniała o swej niewinności. Nie docieczono nigdy, kto napisał owe sprawozdania i do końca 
Ŝ

ycia ją o nie pomawiano. Ale wyszło jej to na dobre.  Zapraszano ją po tych artykułach do 

wszystkich komitetów dobroczynności w Shrewsbury.  Ludzie bali się jej pióra, drŜeli, aby jej się 
nie narazić.  Nie mogła uczestniczyć we wszystkich imprezach, Shrewsbury było o siedem mil 
oddalone od Czarnowody. Ale pojechała na obiad taneczny do pani Tomaszowej Nicle i zdawało 
się jej, przez sześć tygodni, Ŝe ten wieczór zmienił koleje jej Ŝycia. Emilka w Zwierciadle 
wyglądała owego wieczora bardzo ładnie.  Miała nareszcie suknię, do której wzdychała w ciągu 
długich lat. Wydała na nią całkowity dochód z jednej noweli, ku zgrozie ciotki ElŜbiety. Była to 
jedwabna suknia, błękitna przy pewnym oświetleniu, srebrna przy innym, ubrana koronkami. 
Emilka pamiętała, Ŝe Tadzio przyrzekł ją malować w takiej sukni jako Królewnę  lodowców. 
Jej sąsiad po prawej ręce był człowiekiem, silącym się na dowcip przez cały czas trwania obiadu. 
Emilka zastanawiała się w jakim celu Pan Bóg stworzył tego osobnika. Ale jej sąsiad po lewej 
stronie! Mówił mało, ale jak wyglądał! Emilka doszła do wniosku, Ŝe lubi męŜczyzn, którzy więcej 
mówią oczami, niŜ ustami. A on powiedział jej, Ŝe wygląda jak „blask księŜyca w cichą noc 
letnią”. Sądzę, Ŝe to zdanie ostatecznie podbiło Emilkę, Ŝe trafiło jej prosto do serca. Emilka była 
bezbronna wobec uroku pięknego frazesu. Przed końcem wieczoru była zakochana po raz pierwszy 
w Ŝyciu, zakochana romantycznie, dziko... „miłością, o której marzą poeci”, jak napisała w swym 
dzienniku. Młody człowiek (zdaje mi się, Ŝe nosił piękne miano Aylmera Vincenta) był niemniej 
zakochany od niej.  Naprzykrzał się wręcz dworkowi w Srebrnym Nowiu. Przysięgał uroczyście i 
poetycznie. Mówił jej „piękna pani” w sposób, który ją czarował. Gdy jej powiedział, Ŝe „piękna 
ręka jest bodaj najwaŜniejszym szczegółem pięknej kobiety” i popatrzył z uwielbieniem na Emilkę, 
ona ucałowała swe ręce, znalazłszy się w swoim pokoju, te ręce, które pieściło jego oko. Gdy 
nazwał ją „istotą ognistą i płomienną”, gorzała i ciskała iskry oczami na niewinny stary Srebrny 
Nów, a ciotka ElŜbieta przerwała jej, nie domyślając się niczego, Ŝe to ćwiczenie 
duchowo_optyczne i wydając jej rozkaz zrobienia tortu orzechowego dla kuzyna Jimmy’ego. Gdy 
jej oznajmił, Ŝe jest podobna do opalu, mleczno_biała na zewnątrz, a ognisto_purpurowa od strony 
serca, zadała sobie pytanie, czy Ŝycie zawsze będzie tak piękne.  
- I pomyśleć, Ŝe mniemałam, iŜ kocham Tadzia Kenta - rzekła sama do siebie, olśniona.  
Zaniedbała swą literaturę i poprosiła ciotkę ElŜbietę o oddanie jej staarego kufra, stojącego na 
strychu, gdyŜ chciała sobie szyć wyprawę i tam ją składać. Ciotka ElŜbieta zgodziła się na to 

background image

chętnie.  Informacje zebrane o nowym konkurencie wypadły zadowalająco: dobra rodzina, 
odpowiednia pozycja socjalna, zamoŜny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi były wysoce pomyślne.  
AŜ wtem zdarzyła się rzecz istotnie okropna. Emilka przestała się kochać równie niespodziewanie, 
jak się zakochała. Dzisiaj była zakochana, nazajutrz - juŜ nie.  Oto wszystko.  
Była zdumiona i wystraszona. Nie mogła w to uwierzyć.  Usiłowała wmówić w siebie, Ŝe czar 
trwa. Próbowała wywołać w sobie dreszcz wzruszenia, marzyć, rumienić się. Nie drŜała, nie 
rumieniła się. Jej ciemnooki wielbiciel (dlaczego nie zauwaŜyła wcześniej, Ŝe ma on oczy zupełnie 
takie, jak oczy krowy?) nudził ją. Tak, nudził ją. Razu pewnego ziewnęła, słuchając jego 
kunsztownego przemówienia. Umiał tylko ładnie przemawiać, to wszystko. Nic więcej nie moŜna 
było o nim powiedzieć. Tak była zawstydzona, Ŝe nieomal odchorowała to zdarzenie. 
Czarnowodzianie sądzili, Ŝe została porzucona przez konkurenta i litowali się nad nią. Ciotki, które 
wiedziały prawdę, były rozczarowane i potępiały jej postępowanie.  
- Trzpiot... trzpiot...  zmienna i niestała, jak wszyscy Starrowie - stwierdziła z goryczą ciotka 
ElŜbieta.  
Emilka nie miała siły bronić się przeciw zarzutom. Zresztą nie była pewna, czy nie zasługuje na 
naganę. MoŜe i była zmienna? Widocznie, skoro taki poŜar mógł wygasnąć tak rychło i pozostawić 
po sobie tylko garść popiołu. Ani iskierka nie tliła się juŜ. Nie przetrwało Ŝadne romantyczne 
wspomnienie. Emilka z zawziętością wykreśliła i zamazała atramentem ustęp dziennika, opisujący 
„miłość, o jakiej marzą poeci”. Była z tego powodu istotnie nieszczęśliwa przez czas dłuŜszy. 
CzyŜby była powierzchowną duszą? Taką, która kocha się coraz to w kim innym i traktuje to 
nieświadomie, jako rozrywkę? Wiedziała, Ŝe inne dziewczęta miewają takie przelotne sprawy 
miłosne, głupie, niedorzeczne, ale nie sądziłaby, Ŝe jej się moŜe zdarzyć coś podobnego. Dać się 
oczarować przez ładną twarz i słodki głos, i wielkie ciemne oczy, i ładne słówka! Emilka 
orientowała się, Ŝe postąpiła śmiesznie. Duma Murrayowska cierpiała na tym srodze. Co gorsza, 
młody człowiek oŜenił się po upływie sześciu miesięcy z jedną z panien, mieszkającą w pobliskim 
Shrewsbury. Emilce było wprawdzie obojętne, czy i z kim on się oŜeni. Ale to znaczyło, Ŝe i jego 
romantyczne zapały były powierzchowne, a to czyniło całą tę sprawę tym bardziej upokarzającą. 
Andrzej teŜ pocieszył się z łatwością. Perry Miller nie rozpaczał. Tadzio zapomniał o niej. CzyŜ 
doprawdy nie mogła wzbudzić w męŜczyźnie głębokiego, trwałego uczucia?  Prawda! Dean! Ale 
nawet Dean odjeŜdŜał na całą zimę i pozostawiał ją samą, wystawioną na pokusy, na zaloty 
róŜnych konkurentów. 
- CzyŜ jestem istotą powierzchowną z natury? - zapytywała Emilka samą siebie z najwyŜszym 
napięciem trwogi i niepokoju.  
Podjęła znów swe pióro z uczuciem utajonej radości. Ale  przez dłuŜszy czas odmalowywała w 
swych opowieściach miłość nader nieŜyczliwie, jak stary mizantrop.  
         
Rozdział IV 
 
Tadzio Kent i Ilza Burnley przyjechali w lecie na krótkie wakacje. Tadzio zdobył odznaczenie w 
Akademii Sztuk Pięknych, co równało się bezpłatnemu, dwuletniemu pobytowi w ParyŜu. Za dwa 
tygodnie wyjeŜdŜał do Europy.  Napisał o tym szczerze do Emilki, a ona odpowiedziała, winszując 
mu serdecznie, jak siostra bratu. Nie było w tych listach aluzji do tęcz złocistych, do poezji. 
Niemniej Emilka wypatrywała jego przybycia z nieśmiałą, pełną wstydu nadzieją: temu nie da się 
zaprzeczyć. MoŜe (czy śmiała Ŝywić tę nadzieję?) MoŜe gdy się zobaczą ponownie, gdy spojrzą 
sobie w oczy, gdy pójdą razem przez ukochane lasy i doliny, moŜe wówczas zniknie ten 
niewytłumaczony chłód, który wytworzył się stopniowo w ich wzajemnych stosunkach. Podobnie 
znika mgła nad zatoką, gdy słońce zaczyna dogrzewać.  Niewątpliwie miewał i Tadzio swoje 
przeŜycia pseudo-miłosne.  Ale gdy przyjedzie... gdy spojrzą sobie w oczy... gdy ona usłyszy 
gwizdek z gaiku Wysokiego Jana. Ale nie usłyszała go.  Wieczorem tego dnia, kiedy Tadzia 
oczekiwano w domu, poszła do ogrodu w nowej sukni z blado błękitnego szyfonu i nasłuchiwała. 

background image

KaŜdy kos wywoływał na jej policzki krwawy rumieniec, przyprawiał ją o szalone bicie serca. 
Wtem zjawiła się ciotka Laura: 
- Tadzio i Ilza przyszli - oznajmiła. Emilka poszła za nią do sztywnego, pełnego godności saloniku 
Srebrnego Nowiu, blada, zatrwoŜona w duchu. Ilza rzuciła  jej się na szyję z dawną wybuchową 
serdecznością, ale Tadzio uścisnął jej rękę z chłodną obojętnością, równą prawie jej własnej. 
Tadzio? Och nie! Fryderyk Kent.  Co pozostało z jej Tadzia? Ten elegancki, wysmukły 
młodzieniec o sofistycznej minie i zimnych, bezosobowych oczach, to nie był Tadzio! Robił 
wraŜenie, Ŝe wciąŜ myśli o swym wyglądzie, Ŝe usiłuje nie być ani trochę dzieckiem, Ŝe nie Ŝyczy 
sobie Ŝadnej poufałości z tą wiejską dziewczynką, z którą bawił się po dziecinnemu. Odrzucał 
starannie wszelkie wizje dzieciństwa, jej nie wyłączając. Ta ocena była wielką niesprawiedliwością 
ze strony Emilki. Ale w obecnym nastroju nie moŜna jej się było dziwić.  Nie mogła być 
sprawiedliwa dla nikogo. Nikt nie potrafi nie krzywdzić bliźnich, skoro zdaje sobie sprawę, Ŝe 
pozwolił wystrychnąć się na dudka. A Emilka była zdania, Ŝe to właśnie tu zachodzi, Ŝe po raz 
drugi w Ŝyciu popełnia głupstwo, łudząc się co do uczuć Tadzia i jej własnych. Marzyła o nim dziś 
jeszcze przy świetle księŜyca, włoŜyła suknię, sprawioną na jego intencję, czekała na sygnał 
miłosny... A oto ten wielbiciel lat minionych zapomniał o niej albo w najlepszym razie pamięta tę 
dawną koleŜankę jako uprzyjemnienie nudnych lat szkolnych, jako tę, która przychodziła na kaŜde 
zawołanie. No, Bogu dzięki, Tadzio nie wie, jak niedorzeczne nadzieje Ŝywiła. KtóŜ potrafi być  
bardziej skrytym, a pozornie uprzejmym, jak Murrayowie ze Srebrnego Nowiu? Sposób bycia 
Emilki był bez zarzutu, tak sobie pochlebiała. Była tak gościnna i obojętna zarazem, jak wobec 
przybysza, którego oglądała po raz pierwszy w Ŝyciu. Powinszowała mu powtórnie sukcesu, 
okazując zarazem zupełny brak zainteresowania tym faktem. Wypytywała go o jego pracę i plany 
w sposób grzeczny, konwencjonalny. On zadawał jej w tym samym tonie utrzymane pytania, 
dotyczące jej pracy. W czasopismach widywała Emilka jego ilustracje. On czytywał jej nowele. 
KaŜda chwila pogłębiała przepaść między nimi. Nigdy jeszcze nie czuła się Emilka tak obcą, tak 
daleką od Tadzia.  Stwierdzała z przeraŜeniem, do jakiego stopnia zmienił się  w ciągu tych dwóch 
lat nieobecności. To pierwsze spotkanie po długim rozstaniu byłoby czymś wysoce 
nieprzyjemnym, gdyby nie Ilza, która gawędziła z całą swą zwykłą werwą i wesołością, układając 
projekty na te dwa tygodnie pobytu w domu, zadając tysiączne pytania: była to ta sama, co ongi, 
istota, pełna wdzięku, oŜywiona, figlarna a ubrana w sposób nieco ekscentryczny, bardzo 
kosztowny.  Suknia zielonawo8Ŝółta, niecodzienna zaiste! W pasie wielka piwonia, druga na 
ramieniu. Wielki zielony kapelusz, podpięty pękiem czerwonych kwiatów. Tylko Ilza mogła nosić 
podobne zestawienie kolorów, nie szpecąc się, nie wystawiając na pośmiewisko.  Wyglądała jak 
uosobienie wiosny podzwrotnikowej: egzotycznie, wyzywająco, pięknie. Tak, pięknie! Emilka 
zdawała sobie sprawę z urody przyjaciółki i odczuwała przy tym gorzkie upokorzenie. Zawiść była 
jej nieznana. Ale wobec złotych włosów, świetnej karnacji i błyszczących oczu Ilzy ona wyglądała 
blado, niepozornie, ponuro. Tadzio naturalnie kochał się w Ilzie. Poszedł przede wszystkim do niej, 
był przy niej wtedy, kiedy Emilka czekała na niego w ogrodzie. No, wszystko jedno. Dlaczego 
miałoby jej to nie być obojętne? Będzie tak uprzejma, jak dotychczas. A przy tym zemści się tą 
drogą właśnie.  Ale gdy Tadzio i Ilza odeszli... razem... śmiejąc i przekomarzając się... gdy poszli  
Ś

cieŜką Jutrzejszą, Emilka weszła do swego pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Nikt nie ujrzał jej 

juŜ tego wieczora.  
Nastąpiły dwa tygodnie wesołości, zaplanowane przez Ilzę. Pikniki, tańce i wycieczki. Shrewsbury 
orzekło, Ŝe wschodząca sława jest godna uwagi i darzyło szczodrze tą uwagą młodą artystkę. Był to 
istny wir zabaw, w który Emilka została wciągnięta wraz z innymi. Tańczyła z oŜywieniem, brała 
udział w rozmowie, rzucała tu i ówdzie jakiś dowcip, Ŝart, jakąś ciętą odpowiedź, a w głębi serca 
wciąŜ czuła piekący ból, jak gdyby jej tam połoŜyli cięŜki, rozŜarzony węgiel. A jednocześnie pod 
tą powłoką dumy i obojętności, kryjącej straszne zmartwienie, odczuwała tę pełnię Ŝycia, jaka 
zawsze była jej udziałem w bliskości Tadzia. Ale starannie unikała wszelkiego sam na sam z 
Tadziem, któremu stanowczo nie moŜna było zarzucić Ŝadnych usiłowań w tym kierunku, Ŝadnej 

background image

zalotności lub nadskakiwania w stosunku do Emilki. Wszyscy łączyli go z Ilzą, a oni tak się 
przekomarzali, tak się bawili, ilekroć byli razem, Ŝe mieszkańcy Shrewsbury orzekli jednomyślnie, 
iŜ „ci dwoje mają się niedwuznacznie ku sobie”.  Emilka sądziła, Ŝe Ilza zwierzyłaby jej się, gdyby 
istotnie tak było. Ale Ilza opowiadała o licznych wielbicielach, których męki miała  na sumieniu, o 
Tadziu zaś nie wspominała nigdy ani słówkiem. Emilka uwaŜała, Ŝe to ma szczególne znaczenie i 
cierpiała tym mocniej. Dowiadywała się o losy Perry’ego, czy jest on jeszcze takim nieokrzesanym 
chłopakiem, jak dawniej. Ilza śmiała się, gdy Emilka stawała w obronie Millera.  
- Z czasem będzie on premierem, to nie ulega wątpliwości - przyznała Ilza, zamyślona. - Będzie 
pracował jak diabeł i na niczym nie będzie mu zbywało, ale zawsze będzie się czuło z daleka 
zapach przysmaŜanych kartofelków ciotki Tomaszowej.  
Perry przyszedł do Ilzy w odwiedziny, opowiadał zbyt wiele o swym powodzeniu w pracy, 
przechwalał się nieznośnie, aŜ w końcu usłyszał „burę” i nie pokazał się u niej więcej. Te dwa 
tygodnie minęły jak koszmar.  Emilka cieszyła się, gdy nadszedł dzień wyjazdu Tadzia.  Płynął 
Ŝ

aglowcem do Halifaxu, bo musiał przygotować kilka szkiców dla pewnego czasopisma.  Przyszedł 

się poŜegnać na godzinę przed odjazdem.  Przyszedł bez Ilzy. Zapewne dlatego, pomyślała Emilka, 
Ŝ

e Ilza zwiedza Charlottetown. Ale Dean Priest był obecny, tak Ŝe nie zachodziła obawa przykrej 

samotności we dwoje. Dean zamknął się w sobie przez te dwa tygodnie, w ciągu których był 
usunięty z Ŝycia Emilki, wykreślony z jej programu. Dean nie chciał uczęszczać na bale i 
podwieczorki, ale myślą towarzyszył jej wszędzie. Stał z Emilką w ogrodzie. W oczach miał wyraz 
zwycięski, który nie uszedł uwagi Tadzia. Dean, który nigdy nie popełniał tego błędu, aby 
wesołość poczytywać za szczęście, dostrzegł więcej, niŜ inni, z małego dramatu, który rozegrał się 
w Czarnowodzie w ciągu ubiegłych dwóch tygodni.  Zapadnięcie kurtyny ucieszyło go niemało. Ta 
dawna dziecięca miłość Emilki i Tadzia była definitywnie skończona. Dean nie uwaŜał juŜ Tadzia 
za swego rywala. Emilka i Tadzio rozstali się z serdecznym uściskiem dłoni i Ŝyczeniami 
pomyślnej przyszłości, jak dobrzy koledzy, którzy istotnie Ŝyczą sobie jak najlepiej, ale nie 
interesują się jedno losem drugiego. Tadzio odszedł z wielką gracją. Posiadał dar eleganckiego 
opuszczania swych bliskich; nie obejrzał się ani razu. Emilka zwróciła się natychmiast do Deana i 
podjęła na nowo rozmowę, którą przerwała wizyta Tadzia. Długie rzęsy kryły jej oczy. Dean, który 
tak sprawnie czytał w jej myślach, nie powinien domyślić się...  czego? Czego się ma domyślić?  
Niczego... tak, niczego.  Niemniej Emilka trzymała powieki głęboko spuszczone. Gdy Dean, który 
miał tego dnia zajęty wieczór, odszedł w pół godziny później, Emilka zaczęła się przechadzać 
wśród złotych georginii i chryzantem i oddała się marzeniom dziewczęcym.  
- Zapewne układa osnowę noweli - pomyślał kuzyn Jimmy z dumą, patrząc na nią z kuchni. - 
Podziwiam, jak ona szybko to robi! 
MoŜe i tworzyła Emilka jakąś osnowę. Ale gdy mrok zapadł, wysunęła się z ogrodu... poszła 
Ś

cieŜką Wczorajszą... przez zielone łąki... pastwiska...  przeszła przez Czarną Wodę... za wzgórza... 

minęła Dom Rozczarowany... Las Sosnowy. Tam otwierał się rozległy widok na niebo, na 
krajobraz, skąpany w odblaskach róŜowych i fioletowych. Emilka stanęła tam zdyszana, gdyŜ w 
końcu biegła pod górę. CzyŜby się spóźniła? Och, chyba nie!śaglowiec Mira Lee wyjeŜdŜał z  
przystani, cudnie wyglądał w tych promieniach tęczowych, jakie mu słało zachodzące słońce  
ponad zamglonym, ciemnym, jakby mitycznym wybrzeŜem. Emilka stała i patrzyła, dopóki statek  
nie zniknął w błękitnej dali i w coraz gęściejszym mroku.  Uświadamiała sobie w tej chwili jedynie 
swą namiętną tęsknotę za Tadziem, swoje gorące pragnienie zobaczenia go raz jeszcze, raz jeden! 
Powiedzieć mu „do widzenia” tak, jak powinno to być powiedziane!Tadzio odjechał. Na inną 
półkulę. Nie ma nadziei na ujrzenie tęczy. Czy zakwitnie poezja pod obcym niebem? Czy uchowa 
się wspomnienie, które juŜ tu zbladło i zaczęło się rozwiewać?Osunęła się na trawę i leŜała tak, 
szlochając boleśnie.  KsięŜyc zastąpił teraz zmierzch; zimny, szyderczy, w najlepszym razie - 
obojętny. Boleść jej pomieszana była z niedowierzaniem. To nie mogło się stać. Tadzio nie mógł 
odjechać tylko z tym bezdusznym, grzecznym poŜegnaniem. Po tylu latach przyjaźni i 
koleŜeństwa?  Czy tylko koleŜeństwa? Och, jakŜe ona zdoła przeŜyć tej nocy trzecią godzinę? 

background image

- Jestem beznadziejnym głupcem - szepnęła ze złością. - Zapomniał. Niczym mu nie jestem.  I 
zasłuŜyłam na to. CzyŜ nie zapomniałam o nim podczas tych kilku tygodni szaleństwa, kiedy 
zdawało mi się, Ŝe się kocham w Aylmerze Vincencie? Naturalnie, ktoś mu powiedział o tym 
wszystkim. I przez tę głupotę utraciłam moŜliwość prawdziwego szczęścia. Gdzie moja duma?  
Płaczę z powodu człowieka, który zapomniał o mnie. Ale... ale...  to taką ulgę przynosi móc się  
wypłakać po tych dwóch tygodniach ciągłego, przymusowego śmiechu.  
Emilka zabrała się po wyjeździe Tadzia do wytęŜonej, gorączkowej pracy. Pisywała po całych 
dniach i nocach, oczy miała coraz bardziej podkrąŜone.  Ciotka ElŜbieta uwaŜała, Ŝe to dziecko 
zabija się i po raz pierwszy zgadzała się z Garbusem Priestem, który odciągał Emilkę od biurka 
wieczorami przynajmniej, i zabierał ją na przechadzki, na powietrze.  Emilka spłaciła tego lata 
resztę długu zaciągniętego u ciotki Ruth i wuja Wallace’a. W pierwszych dniach po rozstaniu z 
Tadziem w poczuciu swego osamotnienia Emilka przypomniała sobie pewną noc zimową, w czasie 
której ona, Ilza, Perry i Tadzio zagnani zostali przez zadymkę do domu Starego Jana w Gęsim 
Stawie.  Przypomniała sobie plotki, jakie stąd wynikły i co wówczas  przecierpiała. I nagle 
powrócił do niej zapomniany od dawna pomysł, zrodzony w jej umyśle w ową noc pod wpływem 
opowiadania Tadzia, jego wesołej anegdotki.  Okoliczności, w których pomysł został poczęty, juŜ 
nie istniały. Ale sam pomysł?  Nazajutrz po owej nocy wpisała go do księgi Jimmy’ego. Emilka 
wyskoczyła z łóŜka w cichą noc księŜycową, zapaliła jedną ze słynnych świec Srebrnego Nowiu i 
zaczęła szperać w starych księgach Jimmy’ego. Tak, to ta.  „Sprzedawca snów”. Emilka przysiadła 
na podłodze i czytała. Dobry pomysł! I znów zapaliła się jej wyobraźnia, znów zbudziła się w niej 
moc twórcza. Napisze tę opowieść, zrealizuje ten pomysł niezwłocznie. Zarzuciła szlafrok na 
ramiona, aby je zasłonić od świeŜego powiewu morskiego.  Usiadła przy otwartym oknie i zaczęła 
pisać. Zapomniała o wszystkim, przynajmniej na chwilę, pochłonięta radością tworzenia. Tadzio 
był tylko mglistym wspomnieniem, miłość była dogasającą świecą. Nic nie miało wagi oprócz tej 
opowieści. Charaktery i postaci oŜywały pod jej piórem, tłoczyły się do jej mózgu. Dowcip, łzy, 
ś

miech, rzewność, wszystko to wykwitało pod wpływem natchnienia, które dyktowało jej kaŜde 

słowo. śyła w innym świecie, oddychała innym powietrzem. Wróciła do Srebrnego Nowiu dopiero 
nad ranem. Lampa jej zgasła przez ten czas, a na stole walały się zapisane kartki: pierwsze cztery 
rozdziały jej ksiąŜki. Jej ksiąŜki! Jaki czar, jaka rozkosz! Ile uroczystości i ile 
nieprawdopodobieństwa mieści się w tych dwóch wyrazach!Przez kilka tygodni Emilce zdawało 
się, Ŝe Ŝyje wtedy tylko, kiedy pisze tę ksiąŜkę.  Dean zauwaŜył, Ŝe jest dziwnie roztargniona i 
tajemnicza, dziwnie obojętna i zamyślona.  Rozmowa z nią była nudna, o ile to było w ogóle 
moŜliwe. Ciałem była przy nim, ale gdzie bujała jej dusza? W przestworzach mu nieznanych, 
dokąd nie mógł za nią podąŜyć w Ŝadnym wypadku.  Nie znał  ich. Wymknęła mu się.  
Emilka napisała swą ksiąŜkę w sześć tygodni. Skończyła ją pewnej nocy nad ranem. Odrzuciła 
pióro i podeszła do okna, blada, zmęczona. Zwróciła swą triumfującą twarzyczkę ku szaremu 
niebu. Do uszu jej dolatywały melodie z gaiku Wysokiego Jana. Za drzewami leŜały zroszone łąki, 
a z ogrodu Srebrnego Nowiu tchnął spokój, czarowny spokój. Taniec wiaterku na wzgórzach 
zdawał się być odpowiedzią na melodię utajoną we wszelkim stworzeniu.  
Wzgórza, morze, cienie, wszystko to wołało ją tysiącznymi głosami elfów, pełnych zrozumienia i 
uznania. Stara zatoka rozśpiewała się. Łzy rozkoszy stanęły jej w oczach. Napisała tę ksiąŜkę... 
JakŜe szczęśliwą się czuła! Ta chwila była nagrodą za jej olbrzymi wysiłek. Skończona! 
Całkowicie! Tu oto leŜy przed nią: „Sprzedawca Snów”, jej pierwsza ksiąŜka.  Niewielka, nie, ale 
jej... jej własna. „Coś, co ona zrodziła, co nie byłoby nigdy zaistniało, gdyby ona nie powołała tego 
czegoś do Ŝycia. I to coś jest dobre. Wiedziała, Ŝe to ma wartość, czuła to z pewnością.  Subtelna 
historyjka, trochę rzewności, patosu, humoru...” Jeszcze była rozpromieniona, czując w sobie moc 
twórczą, która ją oŜywiała podczas pisania. Obracała powoli stronice, czytała to i owo.  
Zastanawiała się, czy doprawdy ona to napisała. ZbliŜała się do szczytu tęczy. Czy nie dotknie ręką 
tego magicznego przedmiotu?  Palce jej zaciskały się dokoła złotej gałki, badającej zakończenie 
tęczy wyśnionej.  

background image

Ciotka ElŜbieta weszła ze zwykłą swą pogardą dla takich przesądów, jak pukanie.  
- Emilko - rzekła surowo - czy znów przesiedziałaś całą noc?  
Emilka powróciła na ziemię, doznawszy silnego wstrząsu, który moŜna tylko określić jako grom z 
jasnego nieba. Bardzo nieprzyjemne. Stała przed ciotką jak pensjonarka, przyłapana na gorącym 
uczynku. „Sprzedawca Snów” stał się momentalnie stosem zabazgranych papierów, niczym więcej.  
- Sama nie wiem, jak czas zszedł... ciotko ElŜbieto - wyjąkała.  
- Jesteś juŜ w tym wieku, Ŝe mogłabyś być rozsądniejsza - rzekła ciotka ElŜbieta. - Nie mam na 
myśli w tej chwili pisania. Wygląda, Ŝe istotnie moŜesz zarabiać na utrzymanie piórem, czyli w 
sposób wysoce odpowiedni dla damy. Ale zniszczysz zdrowie, postępując tak nieopatrznie. Czy 
zapomniałaś, Ŝe twój ojciec umarł na suchoty? W kaŜdym razie groch musisz dzisiaj wyłuskać.  
Czas najwyŜszy, Ŝeby został wyłuskany.  
Emilka spoglądała na swój rękopis. Cały jej zapał ostygł.  JuŜ po twórczości. Teraz trzeba zabrać 
się do Ŝmudnej roboty: starać się o wydrukowanie tej ksiąŜki. Emilka przepisała na maszynie swe 
dzieło. Tę małą maszynę kupił jej Perry na licytacji, odbijała ona tylko połowę duŜych liter, a „m” i 
„s” nie odbijała w ogóle. Wpisywała więc te litery piórem i posyłała całość do firm wydawniczych.  
Firmy wydawnicze odsyłały maszynopis z adnotacją: „Nasi krytycy przeczytali całość i uznali, Ŝe 
nie jest ona pozbawiona zalet, ale dla naszego wydawnictwa się nie nadaje”.  
To obłudne potępianie poprzez pochlebstwa gniewało Emilkę bardziej niŜ wszystko inne. Po takim 
liście nie mówmy o godzinie trzeciej w nocy! Będzie to aktem miłosierdzia przemilczeć takie 
godziny trzecie, a była ich cała seria.  
- Ambicja! - pisała Emilka w swym dzienniku. - Śmiech mnie zdejmuje! Gdzie jest moja ambicja? 
Do czego to podobne mieć ambicję? Człowiek czuje, Ŝe Ŝycie leŜy przed nim, biała, niezapisana 
kartka, na której moŜna z powodzeniem wypisać swoje imię! Człowiek czuje, Ŝe ma pragnienie i 
moc panowania nad tłumami! Tak, i ja niegdyś to odczuwałam! I cóŜ z tego?  
Widzimy z tego wszystkiego, jak bardzo młoda była jeszcze Emilka. Lecz zmartwienia nasze nie są 
mniej rzeczywiste przez to, iŜ w późniejszym wieku zdajemy sobie sprawę, Ŝe wszystko mija, Ŝe 
dziwimy się wówczas napięciu bólu z młodych lat. Niemniej silnie odczuwamy w danej chwili. 
Emilka przebyła cięŜkie trzy tygodnie. Wreszcie ochłonęła i posłała znów swój rękopis do innych 
redakcji.  Jeden z wydawców odpisał, Ŝe wydrukuje ksiąŜkę, o ile autorka zgodzi się na pewne 
zmiany.  KsiąŜka jest zbyt „spokojna”.  Trzeba ją „oŜywić”. I trzeba zmienić zakończenie. Jest 
niewystarczające. Emilka podarła list w drobne kawałki. Okaleczyć i poniŜyć jej powieść? 
Przenigdy! Sama propozycja była obrazą. Gdy trzeci z kolei wydawca odesłał rękopis z 
drukowanym schematem odmownym, Emilka straciła wiarę w swoje dzieło.  Odsunęła rękopis 
„Sprzedawcy Snów”, zamknęła w szufladzie i znowu wzięła pióro do ręki.  
- Trudno! Mogę przecieŜ pisywać krótkie nowelki. Muszę nadal to robić.  
Niemniej prześladowała ją myśl o ksiąŜce. Po kilku tygodniach odczytała rękopis krytycznie, z 
zimną krwią, wolna od pierwszego uniesienia i zapału. WciąŜ jeszcze wydawało jej się to dzieło 
bardzo dobrym. MoŜe juŜ nie tak cudownym, jak mniemała zrazu, ale godnym uwagi. Ale cóŜ z 
tego? śaden autor, tak jej powiedziano, nie moŜe ocenić trafnie swego utworu. Gdyby Ŝył pan 
Carpenter! On powiedziałby jej prawdę. Emilka powzięła stanowczą decyzję. PokaŜe rękopis 
Deanowi. Poprosi go o spokojny, beznamiętny sąd i zda się na jego osąd. To będzie cięŜka próba. 
Zawsze z trudem jej przychodziło pokazywać komukolwiek swe nowele, a najcięŜej Deanowi, 
który tyle umiał i tyle przeczytał w Ŝyciu.  Ale trzeba dowiedzieć się prawdy. A wiedziała, Ŝe Dean 
powie jej prawdę, bez względu na to, czy to będzie pomyślna, czy bolesna prawda. On nie cenił jej 
nowel. Ale ten utwór, to było co innego. Czy i w tym nie dostrzeŜe Ŝadnych wartości?  JeŜeli nie...  
- Deanie, pragnęłabym usłyszeć twe szczere zdanie o tym utworze. Czy zechcesz przeczytać 
uwaŜnie mój rękopis i powiedzieć mi bez ogródek, co o tym sądzisz? Nie chcę pochlebstw ani 
fałszywych nadziei. Chcę prawdy... nagiej prawdy.  
- Czy jesteś tego pewna? - spytał Dean sucho. - Nieliczne tylko jednostki mogą znieść nagą 
prawdę. Trzeba zawsze owinąć ją w jakieś gałganki.  

background image

- Ja Ŝądam prawdy - rzekła Emilka z uporem. - Ta ksiąŜka została juŜ... - zająknęła się trochę w 
chwili spowiedzi - odrzucona trzykrotnie. JeŜeli ty ją potępisz, spalę rękopis.  
Dean patrzył na małą paczkę, którą trzymał w ręku. A zatem to był ów przedmiot, który ją trzymał  
z dala od niego w ciągu całego lata, który ją pochłaniał... posiadł. Ta jedyna rysa, zawiść 
Priestowska, którą miał w charakterze, ambicja bycia wszędzie pierwszym, zatruła jego stosunek 
do tego ufnego dziewczęcia. Spojrzał w jej słodką twarzyczkę, w jej gwiaździste oczy, szare jak 
jezioro o świcie i znienawidził zawartość paczki bez względu na jej jakość.  Niemniej zabrał 
rękopis do domu. Przyniósł go w trzy dni później.  Emilka wyszła mu na spotkanie do ogrodu, 
blada, pełna napięcia.  
- A zatem? - spytała. 
Dean patrzył na nią z wyrzutem sumienia. JakŜe białą i uroczą była w tym półmroku! 
- Prawdziwy przyjaciel musi czasem zadać cios, Emilko. Nie byłbym twoim przyjacielem, gdybym 
ci opowiadał cuda o...  tym.  
- A więc to jest niedobre.  
- Niedobre... to nie jest określenie. Jest to ładna powiastka, Emilko. Ładna i nierzeczywista, z 
marzeń utkana, jak róŜowy obłoczek. Pajęczyna... nic więcej... Cała koncepcja jest fałszywa w 
załoŜeniu. Cudne bajki wyszły z mody. A ty zbyt wiele Ŝądasz od łatwowierności czytelnika. 
Twoje postaci to marionetki. Zresztą jakŜebyś mogła napisać historię prawdziwą? Nigdy nie Ŝyłaś.  
Emilka zacisnęła pięści i przygryzła wargi. Nie mogła wymówić ani słowa, bo bała się usłyszeć 
dźwięk własnego głosu.  Tak nie czuła się nigdy od dnia, w którym Helena Greene oznajmiła jej 
rychłą śmierć jej ojca.  Serce jej, które przed paru minutami biło w szalonym tempie, było jak 
ołów, cięŜkie i bezwładne. Odwróciła się i poszła w przeciwną stronę.  Pobiegł za nią i dotknął 
łagodnie jej ramienia.  
- Przebacz mi, Gwiazdko. Czy nie lepiej dowiedzieć się prawdy? Przestań sięgać po księŜyc. Nigdy 
go nie dosięgniesz. Dlaczego musisz koniecznie pisać? JuŜ wszystko zostało powiedziane.  
- Przyjdzie dzień - rzekła Emilka głucho, siląc się na spokój - Ŝe będę ci wdzięczna za dzisiejszy 
wieczór. MoŜliwe...  Dzisiaj cię nienawidzę.  
- Czy to jest sprawiedliwe? - spytał Dean spokojnie.  
- Nie, naturalnie, Ŝe jest to niesprawiedliwość - rzekła Emilka gwałtownie. - Czy moŜesz się 
spodziewać sprawiedliwości po mnie w chwili, kiedy mnie zabiłeś? Och, wiem... sama tego 
zaŜądałam... wiem, Ŝe to dla mego dobra... Straszne rzeczy dzieją się zawsze dla naszego dobra, 
podobno... Gdy juŜ jesteśmy zabici kilkakrotnie, przestajemy odczuwać. Ale  za pierwszym 
razem... to boli.  Odejdź, Deanie. Nie wracaj przed upływem tygodnia. Wówczas dopiero będzie po 
pogrzebie.  
- Czy sądzisz, Gwiazdko, Ŝe nie wiem, czym jest dla ciebie ta prawda? - spytał Dean z 
ubolewaniem.  
- Nie moŜesz wiedzieć... Domyślam się, Ŝe mi współczujesz. Nie pragnę współczucia. Pragnę tylko 
mieć czas... aŜeby pochować przyzwoicie samą siebie.  
Dean zrozumiał, Ŝe musi odejść. Odszedł. Emilka patrzyła za nim, aŜ zniknął. Wzięła rękopis i 
poszła do swego pokoju. Przejrzała go przy oknie, mimo zmierzchu. Ile tu było pięknych, 
dowcipnych, głębokich myśli! Nie, to tylko jej złudzenie, jej zarozumiałość. W tej ksiąŜce nic 
podobnego nie ma. Tak twierdzi Dean. A ci ludzie! Jak ona ich kocha! Jacy oni jej się wydają 
Ŝ

ywi! Straszną jest myśl o zgładzeniu ich ze świata. Ale oni nie są realnymi charakterami. Są tylko 

marionetkami. Spojrzała pod górę na jasne, jesienne niebo.  Ukochana gwiazda świeciła nad jej 
głową. Ach, Ŝycie jest brzydkie, okrutne, niepotrzebne!Emilka podeszła do kominka i połoŜyła 
rękopis na kartce papieru. Potarła zapałkę i przytknęła ją do rogu papieru ręką, która nie drŜała. 
Płomień objął momentalnie luźne kartki.  Emilka przyłoŜyła obie dłonie do serca i patrzyła 
rozszerzonymi źrenicami na dzieło zniszczenia, przypominając sobie, jak paliła przed laty „śółty 
zeszyt”, aby go nie pokazać ciotce ElŜbiecie.  W ciągu paru minut rękopis stał się garstką popiołu, 
w którym tu i ówdzie tliła się iskierka, jakby spoglądając na nią z wyrzutem. śal ją ogarnął. Och, 

background image

dlaczegóŜ to uczyniła? Dlaczego spaliła ksiąŜkę? MoŜe nie była dobra, przypuśćmy. Ale spalić ją 
było niedorzecznością, było złym uczynkiem. Zniszczyła coś, co miało dla niej nieocenioną 
wartość. Zniszczyła swą własność. CóŜ czyniły matki w staroŜytności, poświęciwszy swe  
dzieci Molochowi, gdy pierwszy zapał mijał? Emilka pomyślała, Ŝe wie, co czyniły...  
Nic nie pozostało z jej ksiąŜki, z jej cudownej ksiąŜki, cudownej w jej oczach... tylko garść 
popiołu. Czy to moŜliwe?  GdzieŜ jest cały ten dowcip i urok, gdzie się podział ten zastęp 
ukochanych ludzi, którzy Ŝyli na tych stronicach? Gdzie ta utajona rozkosz, która ją 
podtrzymywała przez tyle bezsennych nocy, pracowicie spędzonych? Nic... tylko popioły... Emilka 
uczuła takie napięcie Ŝalu i bólu, Ŝe nie mogła tego wytrzymać. Musi wyjść... pobiec - wszystko 
jedno dokąd. Jej mały pokoik, który zwykle tak lubiła, wydał jej się więzieniem. Trzeba wybiec na 
powietrze w tę zimną noc jesienną, pełną szarych oparów, uciec od ścian i murów, uciec od tego 
stosu popiołów, od tych upiorów pełnych wymówki, upiorów ludzi zamordowanych, bohaterów jej 
ksiąŜki. Otworzyła drzwi i pobiegła na oślep ku schodom. 
Ciotka Laura nie darowała sobie nigdy, do swego ostatniego tchnienia tego niedbalstwa: wchodziła 
na schody, trzymając w ręku koszyk z robotą. Wtem z kuchni zawołała ją ElŜbieta.  Laura 
postawiła koszyk na pierwszym stopniu od góry i zbiegła na dół, aby się dowiedzieć, o co chodzi. 
Tylko przez minutę była nieobecna. Ale ta munuta wystarczyła przeznaczeniu i Emilce.  Oślepiona 
łzami, młoda dziewczyna, potknęła się o koszyk i spadła z całego piętra, głową naprzód. Przelękła 
się na razie... była zdziwiona...  Uczuła straszne dreszcze. Chciała się unieść, zrobiło jej się gorąco. 
Uczuła straszliwy ból w nodze, zaczęła się pogrąŜać w otchłani nieświadomości... juŜ nic nie 
wiedziała. Gdy Laura i ElŜbieta nadbiegły, u stóp schodów leŜała tylko zwinięta w kłębek postać, 
dokoła niej walały się kłębki bawełny i pończochy oraz noŜyczki ciotki Laury, które to tak okrutnie 
pokaleczyły biedną nogę Emilki.  
         
Rozdział VII 
 
Od października do kwietnia leŜała Emilka Starr w łóŜku lub na szezlongu w saloniku, patrząc na 
pędzące po niebie, gnane wichrem zimowym obłoki.  Przyglądała się beznamiętnej piękności 
drzew, pokrytych śniegiem, zza których widać było ciche, białe pola i rozmyślała, czy będzie 
jeszcze mogła przechadzać się po nich kiedykolwiek, czy teŜ pozostanie nieszczęśliwą kaleką. 
Doktor znalazł bowiem jakieś uszkodzenie w krzyŜu, którego nie mógł bliŜej zdefiniować.  
Lekarze sprzeczali się między sobą: jeden twierdził, Ŝe to drobiazg, Ŝe czas zrobi swoje, dwaj inni 
potrząsali głowami z powątpiewaniem i wyraŜali obawy.  Ale wszyscy byli tego samego zdania co 
do nogi. NoŜyczki zadały jej dwie okrutne rany, jedną w kostkę, a drugą w piętę.  
Wywiązało się zakaŜenie. Przez wiele dni walczyła Emilka między Ŝyciem a śmiercią, po czym  
nastąpił, jeszcze straszliwszy bodaj wybór, pomiędzy śmiercią a amputacją. Uratowała ją ciotka  
ElŜbieta. Gdy wszyscy lekarze orzekli, Ŝe jedynie amputacja moŜe ocalić Ŝycie Emilce, ona  
oświadczyła ponuro, Ŝe taką nie jest wola Pana w interpretacji Murrayów: Bóg nie chce, aby  
ludziom obcinano nogi. śadne argumenty nie zdołały jej przekonać. Łzy Laury, prośby kuzyna 
Jimmy’ego, przekleństwa doktora Burnleya, perswazje Deana Priesta, wszystko pozostało bez 
skutku. Emilce nie obetną nogi. I tak się stało. Gdy stan zdrowia chorej zaczął się polepszać, ciotka 
ElŜbieta triumfowała, a doktor Burnley był zawstydzony.  
Niebezpieczeństwo amputacji minęło, ale groźba kalectwa wisiała nad chorą w dalszym ciągu. 
Emilka patrzyła jej w oczy przez całą zimę.  
- Gdybym chociaŜ wiedziała to lub tamto - rzekła do Deana.  Gdybym wiedziała, mogłabym się 
zdobyć na rezygnację i znieść ten wyrok losu... moŜe. Ale tak leŜeć, zastanawiając się...  
zastanawiając się, czy będę jeszcze kiedykolwiek zdrowa i normalna.  
- Będziesz - odrzekł Dean z siłą.  
Emilka zadawała sobie pytanie, co by zrobiła tej zimy bez Deana. Wyrzekł się swej dorocznej 
wędrówki i pozostał w Czarnowodzie, aŜeby być przy niej. Spędzał przy jej boku całe dni, czytał 

background image

głośno, rozmawiał z nią, dodawał jej otuchy, siedział w milczeniu, był jej doskonałym, najlepszym 
kolegą i towarzyszem. Gdy on był przy niej, Emilka czuła, Ŝe zniosłaby nawet doŜywotnie 
kalectwo. Ale w nocy, kiedy cierpiała w ciszy, nie miała odwagi myśleć o tym.  
Nawet gdy Ŝaden ból fizyczny jej nie dokuczał, nie sypiała prawie wcale, wsłuchiwała się w świst  
wichru, lub wpatrzona  była w płatki śniegu, rozbijające się o szybę. Gdy usypiała, dręczyły ją sny, 
w których stale wspinała się po schodach i nigdy nie mogła dojść do szczytu, ściągana w dół jakimś 
uwodzicielskim gwizdkiem: dwa wyŜsze tony, jeden niŜszy. Wolała bezsenność niŜ ten okropny, 
wiecznie ten sam sen. Och, te okropne noce!  Niegdyś Emilka uwaŜała, Ŝe przyrzeczenie Biblii, 
jakoby w niebie nie miała istnieć noc i ciemność, nie jest zbyt ponętne.  Istnieć bez nocy? Bez 
gwiazd? Bez białego sakramentu księŜyca? Bez misterium cieni i mroków? Bez ziszczonego cudu 
jutrzenki?  Noc była równie piękna jak dzień, więc bez niej niebo nie byłoby doskonałe.  
A teraz, podczas tych strasznych tygodni męki i lęku, podzielała nadzieję wersetu biblijnego. Noc 
była czymś okropnym. Ludzie mówili, Ŝe Emilka Starr jest bardzo męŜna i cierpliwa: nie skarŜy się 
wcale. Ale ona nie uwaŜała samej siebie za męŜną. Oni nie wiedzieli, ile buntu i rozpaczy, a nawet 
tchórzostwa kryje się za tą postawą godną Murrayowskiej dumy i wstrzemięźliwości. Nawet Dean 
nie wiedział, chociaŜ moŜe się domyślał. Uśmiechała się pogodnie, gdy naleŜało się uśmiechać, ale 
nigdy się nie śmiała. Nawet Dean nie mógł jej pobudzić do śmiechu, chociaŜ próbował nieraz, siląc 
się na dowcip, na humor.  
- Moje dni śmiechu minęły bezpowrotnie - mówiła Emilka do samej siebie. Minęły równieŜ dni jej 
twórczości. Nie będzie mogła juŜ nigdy pisać. „Promyk” juŜ nie rozbłyśnie. Tęcze nie 
rozpościerają swych róŜnobarwnych blasków nad szarym krajobrazem zimowym. Odwiedzających 
schodziło się duŜo. Wolałaby nie przyjmować wizyt. Zwłaszcza wuja Wallace’a i ciotki Ruth, 
którzy byli pewni, Ŝe ona juŜ nigdy nie będzie mogła chodzić o własnych siłach i głośno to mówili, 
ilekroć ją widzieli. Ale najgorsze były zapewnienia, Ŝe „wszystko będzie dobrze”, szczodrze jej 
udzielane przez innych odwiedzających, którzy nie wierzyli we własne słowa.  Nie miała nigdy 
prawdziwych przyjaciół, z wyjątkiem Deana, Ilzy i Tadzia. Ilza pisywała co tydzień listy, w 
których nazbyt ostentacyjnie usiłowała podnieść Emilkę na duchu. Tadzio napisał raz jeden, 
dowiedziawszy się o wypadku. List był bardzo miły i pełen taktu, zdradzał szczerą sympatię. 
Emilka pomyślała, Ŝe taki list mógłby napisać kaŜdy znajomy i nie odpisała, chociaŜ Tadzio prosił 
o wiadomości. Na tym jednym liście się skończyło.  Nikogo nie było teraz w jej Ŝyciu oprócz 
Deana. On jeden nigdy jej nie zdradził, nie opuści jej w przyszłości. Coraz więcej garnęła się do 
niego, w miarę jak upływały te nieskończone dni zawiei śnieŜnej i udręki psychicznej. Podczas tej 
okrutnej zimy dojrzała tak bardzo, tak się zestarzała duchowo, Ŝe zrównali się nareszcie, 
przekreślili róŜnicę wieku, jaka ich dzieliła. Gdyby nie on, Ŝycie byłoby czarną, ponurą pustynią, 
bez barw, bez dźwięków. Gdy on przychodził, pustynia zamieniała się na jakiś czas przynajmniej w 
kwietną łąkę, na której wiły girlandy tęczowe Nadzieja i Złudzenie.  
Z wiosną Emilka wyzdrowiała.  Wyzdrowiała tak nieoczekiwanie i szybko, Ŝe nawet 
najoptymistyczniejszy z trzech lekarzy był zaskoczony tą zmianą. Przez kilka tygodni kulała i 
chodziła o kiju, ale z czasem mogła się obejść bez tej pomocy. Mogła wychodzić sama do ogrodu i 
patrzeć na ten piękny świat oczami, które były wiecznie nienasycone. JakŜe piękne było znów 
Ŝ

ycie! Jak rozkosznie uginały się trawy pod jej stopami! Ból i lęk pozostały za nią, i odczuwała 

znów radość... a raczej nie tyle radość, ile moŜliwość odczuwania z czasem radości.  
Warto być chorą, aŜeby zaznać szczęścia rekonwalescencji i zdrowia w taki poranek, jak ten 
właśnie, kiedy wiatr morski wieje na polach, rozległych, zielonych. Nie ma na ziemi nic podobnie 
uroczego, jak wiatr morski. śycie bywa przykre i okrutne. Ale stokrotki i obłoki zawsze są jasne. 
Znowu odczuwała zadowolenie z samego faktu bycia na świecie.  
- Doprawdy, światło jest cudne, a słońce jest najwaŜniejszym warunkiem bytu i największą 
rozkoszą oczu ludzkich - myślała rozmarzona.  
Powrócił dawny śmiech. Gdy śmiech ten rozbrzmiewał znowu po raz pierwszy w Srebrnym Nowiu 
Laura Murray, której włosy w ciągu tej zimy stały się śnieŜnobiałe, pobiegła do swego pokoju i 

background image

uklękła przy łóŜku, aby złoŜyć Bogu dziękczynienia. A gdy ona tak się modliła, Emilka 
rozmawiała o Bogu z Deanem, przechadzając się po ogrodzie.  
Było to przecudne popołudnie: zmierzch zapadł, księŜyc wschodził, bledziutki, nikły, otoczony 
białymi obłoczkami.  
- Bywało w ciągu ubiegłej zimy, Ŝe czułam nienawiść Boga.  Ale teraz znów jestem pewna, Ŝe Bóg 
mnie kocha - rzekła słodko.  
- Jesteś tego pewna - spytał Dean sucho. - Sądzę, Ŝe Bóg interesuje się nami, ale nas nie kocha. 
Lubi nas obserwować i widzieć, co robimy. MoŜe Go bawią nasze kłopoty i utrapienia.  
- CóŜ za okropne pojęcie o Bogu! - zawołała Emilka. - Nie wierzysz w Niego istotnie;  
Deanie! 
- Dlaczego?  
- Bo taki Bóg byłby gorszy od diabła... Bóg, który myślałby tylko o własnej zabawie, nie mając 
nawet tego usprawiedliwienia, które przysługuje diabłu; jest nim nienawiść do rodzaju ludzkiego.  
- KtóŜ dręczył cię przez całą zimę torturą fizyczną i trwogą? - spytał Dean.  
- Nie Bóg. A On... zesłał mi ciebie - rzekła Emilka pewnym głosem. Nie patrzyła na niego.  
Wzniosła oczy ku Trzem KsięŜniczkom, stojącym przed nią w majowej krasie. Jej bladoróŜowa 
twarzyczka pobladła wskutek przecierpianych miesięcy.  
- Deanie - ciągnęła dalej - jakŜe ci się odwdzięczę za to, co uczyniłeś dla mnie, za to, czym mi 
byłeś od października? Nie potrafię ująć tego w słowa. Ale zaleŜy mi, abyś wiedział, co 
odczuuwam w stosunku do ciebie.  
- Ja tylko goniłem za własnym szczęściem. Czy wiesz, jak szczęśliwy byłem, Ŝe mogę coś uczynić 
dla ciebie, Gwiazdko? śe jest mi dane dopomóc ci w pewnej mierze, Ŝe zwracasz się ku mnie w 
swej udręce po to jedno, co dać mogę, czego się nauczyłem w ciągu długich lat samotności? śe 
wolno mi było czasami śnić i marzyć o czymś, co nie mogło być prawdą... co nie moŜe się ziścić... 
nigdy? 
Emilka drŜała. Było to widoczne. Po co odkładać to, co postanowiła wykonać? Po co się wahać, 
skoro ofiara była juŜ spełniona w sercu? 
- Czy pewien jesteś, Deanie - rzekła cichym głosem - Ŝe twoje marzenie... nie moŜe się ziścić? 
                
Rozdział VIII 
 
W rodzinie Murrayów sensację wywołała wiadomość, Ŝe Emilka wychodzi za mąŜ za Deana  
Priesta. W Srebrnym Nowiu sytuacja przez kilka dni była bardzo napięta. Ciotka Laura płakała, 
kuzyn Jimmy chodził tam i na powrót, kiwając głową, a ciotka ElŜbieta była bardzo posępna. Ale 
w końcu pogodzili się z rzeczywistością. CóŜ im pozostało innego? Teraz juŜ nawet ciotka ElŜbieta 
zdawała sobie sprawę, Ŝe gdy Emilka coś postanowi, to niechybnie przeprowadzi swą wolę.  
- Byłabyś bardziej zgorszona, gdybym ci oznajmiła, Ŝe wychodzę za Perry’ego, siostrzeńca starej 
Tomaszowej - rzekła Emilka, wysłuchawszy wszystkiego, co ciotka ElŜbieta miała do powiedzenia.  
- To prawda - przyznała ElŜbieta Murray, gdy Emilka wyszła z pokoju. - Dean jest zamoŜny, a 
Priestowie są dobrą rodziną, temu nie da się zaprzeczyć.  
- Ale... on jest taki... Priestowski... - westchnęła Laura. - A przy tym Dean jest o wiele starszy od 
Emilki, za stary. No, a jego pra-pradziadek dostał pomieszania zmysłów.  
- Dean nie dostanie pomieszania zmysłów.  
- Ale jego dzieci mogą się wdać w pra-pradziadka.  
- Lauro! - rzekła ElŜbieta surowo i zmieniła temat.  
- Czy pewna jesteś, Ŝe go kochasz, Emilko? - zapytała ciotka Laura tegoŜ wieczora.  
- Tak... do pewnego stopnia... - odrzekła.  
Ciotka Laura załamała ręce i rzekła z namiętnością całkiem niezwykłą u niej:  
- AleŜ jest tylko jeden stopień kochania: kochać! 

background image

- Och nie, najdroŜsza cioteczko, wiktorianko - odrzekła Emilka wesoło. - Jest wiele stopni i ze 
dwadzieścia sposobów. Ja juŜ wypróbowałam ze dwa sposoby. Okazały się nic nie warte. Nie 
troszcz się o Deana i o mnie. Rozumiemy się doskonale.  
- Pragnę tylko twego szczęścia, droga moja.  
- Będę szczęśliwa. Jestem szczęśliwa. Nie jestem juŜ romantyczką, Ŝyjącą na obłoku.  Ubiegła zima 
zwiała ze mnie wszelki romantyzm. Wychodzę za  mąŜ za człowieka, z którym łączy mnie szczera 
przyjaźń, którego koleŜeństwo wystarczy mi w zupełności. On poprzestaje chętnie na tym, co mu 
dać mogę, czyli na serdeczności. Jest to z pewnością najtrwalszy fundament małŜeństwa. Zresztą 
potrzebna jestem Deanowi. Mogę go uszczęśliwić. On nigdy nie był szczęśliwy. To takie rozkoszne 
uczucie mieć świadomość, Ŝe czyjeś szczęście jest w naszym ręku, Ŝe moŜemy je podarować jak 
perłę drogocenną temu, który daremnie wzdychał do szczęścia przez całe Ŝycie.  
- Za młoda jesteś - wtrąciła Laura.  
- To tylko ciało moje jest młode. Dusza moja ma sto lat. Ta zima uczyniła mnie starą i mądrą. Ty 
wiesz o tym.  
- Tak, wiem.  
Ale Laura wiedziała zarazem, Ŝe to samopoczucie dowodzi, jak bardzo młodziutką jest Emilka.  
Ludzie naprawdę starzy i mądrzy nie zdają sobie z tego sprawy. I całe to opowiadanie o stuletniej 
duszy nie zmieniało faktu, Ŝe Emilka, smukła, promienna, o oczach pełnych tajemnic, nie miała 
jeszcze lat dwudziestu, gdy Dean Priest miał czterdzieści dwa. Za lat piętnaście... Ale Laura nie 
chciała o tym myśleć.  
A przy tym Dean jej nie zabierze o tysiące mil od Srebrnego Nowiu. Bywają przecieŜ szczęśliwe 
małŜeństwa, mimo znacznej róŜnicy wieku.  
Trzeba przyznać, Ŝe nikt nie patrzył na ten związek przychylnym okiem. Emilka przeŜyła przykre 
godziny. Doktor Burnley był oburzony i surowo ganił Deana. Ciotka Ruth przyjechała i zrobiła 
scenę.  
- On jest niewierzący, Emilko.  
- Nieprawda! - odrzekła Emilka, rozgniewana.  
- No, przecieŜ on nie wierzy w Boga, nie uznaje naszych wierzeń - upierała się ciotka Ruth, jak 
gdyby to było decydujące dla kaŜdego prawdziwego Murraya.  
Ciotka Addie, która nigdy nie przebaczyła Emilce kosza danego Andrzejowi, mimo Ŝe takŜe 
Andrzej był szczęśliwy, a w kaŜdym razie był odpowiednio oŜeniony, była wyraźnie nieznośna. 
Dała ona odczuć Emilce wielką, pobłaŜliwą litość. Straciwszy Andrzeja, musiała się biedaczka 
pocieszyć kulawym Garbusem Priestem.  Naturalnie, ciotka Addie nie ubrała tego w słowa aŜ tak 
niedwuznaczne, ale Emilka zrozumiała wybornie jej niedopowiedzenia.  
- Jest on naturalnie bogatszy, niŜ mógłby być człowiek młody - przyznała ciotka Addie.  
- I zajmujący - dodała Emilka.  
- Większość młodych ludzi jest obrzydliwie nudna. Za krótko Ŝyli, aby sobie zdawać sprawę, Ŝe nie 
są w oczach świata takimi cudami, jak w oczach swoich matek.  
Priestowie równieŜ nie byli zadowoleni. Nie uśmiechała im się myśl, Ŝe majątek bogatego 
wujaszka wyśliźnie się im z rąk.  Twierdzili, Ŝe Emilka Starr wychodzi za Deana wyłącznie dla 
jego pieniędzy, a Murrayowie starali się, Ŝeby do niej doszły te pogłoski.  Emilka czuła, Ŝe 
Priestowie wciąŜ ją krytykują i rozprawiają o niej za jej plecami.  
- Nigdy nie będę się czuła jak w domu wśród waszej rodziny - rzekła do Deana.  
- Byłoby to całkiem zbyteczne. Ty i ja, Gwiazdko, będziemy Ŝyli dla siebie wzajemnie. Nie 
będziemy chodzić, oddychać, myśleć według utartego szablonu rodzinnego, za przykładem 
Priestów lub Murrayów.  Priestowie nie pochwalają mego wyboru, a Murrayowie nie mniej gorąco 
ganią twój wybór.  Mniejsza o to. Rozumiem, Ŝe Priestom trudno uwierzyć w twoje przywiązanie 
do mnie. Mnie samemu z trudem przychodzi wiara w moje własne szczęście.  

background image

- Ale ty wierzysz mi, Deanie? Doprawdy, bardziej jestem przywiązana do ciebie, niŜ do 
kogokolwiek na świecie.  Naturalnie... jak ci juŜ powiedziałam... nie kocham cię miłością głupiej, 
romantycznej pensjonarki.  
- A czy kochasz jeszcze kogoś? - spytał Dean spokojnie. Po raz pierwszy ośmielał się rzucić to 
pytanie.  
- Nie. Naturalnie... wiesz...  miałam dwa przelotne przeŜycia miłosne... głupie porywy 
pensjonarskie. Ale to juŜ minęło od dawna. Ubiegła zima oddzieliła mnie jakby chińskim murem 
od tych głupstw. Jestem wyłącznie twoją, Deanie.  
Dean podniósł do ust rękę, którą trzymał w swych dłoniach i ucałował ją. Nigdy jeszcze nie dotknął 
ustami jej czoła i policzków. 
- Potrafię ci dać szczęście, Gwiazdko. Wiem o tym. Jestem wprawdzie stary, kulawy, ale potrafię ci 
dać szczęście.  Czekałem na ciebie przez całe Ŝycie, moja Gwiazdko. Dlatego właśnie zawsze byłaś 
mi gwiazdą przewodnią, Emilko. Cudną, nieosiągalną gwiazdą. Teraz mam cię... posiadam cię na 
własność... zamknąłem cię w moim sercu. I ty mnie pokochasz... z czasem obdarzysz mnie czymś 
więcej niŜ przywiązaniem.  
Namiętność, jaka dźwięczała w jego głosie przestraszyła nieco Emilkę. Przyszło jej na myśl, Ŝe 
moŜe on Ŝąda od niej więcej, niŜ ona mu dać zdoła. Ilza, która ukończyła Szkołę Dramatyczną i 
przyjechała do domu na tydzień przed letnim „tournee” artystycznym, uderzyła w inną nutę 
ostrzegawczą i zakłóciła jej spokój na kilka dni.  
- Do pewnego stopnia, Emileczko, jest Dean wymarzonym męŜem dla ciebie. Jest mądry, i 
zajmujący, i bynajmniej nie tak zarozumiały, jak większość Priestów. Ale musisz do niego naleŜeć 
duszą i ciałem. Dean nie zniesie Ŝadnego podziału. Nie wolno ci będzie interesować się 
czymkolwiek oprócz niego. On jest wyłączny w swym uczuciu dla ciebie. O ile nie masz zamiaru 
tak go pokochać... 
- Wątpię, czy zdołam.  
- Twoje poezje, nowele...  
- Och, z tym juŜ skończyłam.  
Przestało mnie to interesować od czasu mojej choroby.  Widziałam... jak mało to waŜy...  o ile 
donioślejsze rzeczy są na świecie...  
- Dopóki tak myślisz, dopóty będziesz szczęśliwa z Deanem.  
Ilza westchnęła i zaczęła zrywać płatki z czerwonej róŜy, którą nosiła przy staniku.  Wreszcie nic 
nie pozostało z pięknego kwiatu.  
- Czuję się okropnie starą i mądrą, gdy tak rozwaŜam z tobą twoje małŜeństwo, Emilko.  Jeszcze 
wczoraj byłyśmy pensjonarkami. Dzisiaj jesteś zaręczona. Jutro - będziesz babką.  
- A ty... czy w twoim Ŝyciu nie ma nikogo, Ilzo? 
- Nie. Dziękuję. Zresztą...  bądźmy szczere. Czuję potrzebę zrzucenia cięŜaru z serca. Dla mnie nie 
istniał nigdy inny męŜczyzna prócz Perry’ego Millera. A jego ty oczarowałaś.  
Perry Miller! Emilka nie wierzyła własnym uszom.  
- Ilzo Burnley! Wyśmiewałaś go zawsze, szydziłaś z niego... 
- Naturalnie. Lubiłam go tak bardzo, Ŝe rozwścieczona byłam, widząc, jak się błaźni.  Pragnęłam 
móc się nim chełpić, a on zawsze wywoływał na mej twarzy rumieniec wstydu.  Czasami 
wyprowadzał mnie z równowagi.  Czy sądzisz, Ŝe przejmowałabym się jego małpiarstwem, 
gdybym nie była nim zajęta? Nie mogłam przezwycięŜyć dotychczas tego sentymentu. To juŜ jest 
cecha nieodłączna od nazwiska Burnley.  My nigdy nie zmieniamy uczuć. Ja nie dbałabym o ciotkę 
Tomaszową, pominęłabym wszystko. Oto masz całą prawdę. Mniejsza o to.  śycie i bez niego jest 
bardzo przyjemne.  
- MoŜe... z czasem...  
- Daj spokój marzeniom. Emilko, nie chcę Ŝebyś snuła za mnie plany matrymonialne. Perry nie 
myślał o mnie nigdy ani przez minutę, nigdy. Nie będę myśleć o nim. Trudno! MoŜe nawet z 
czasem wyjdę za mąŜ... za innego... kto wie? 

background image

- Za Tadzia? - spytała Emilka, zanim zdołała zapanować nad tym pytaniem. Byłaby się ugryzła w 
język za karę, ale juŜ było za późno. Ilza spojrzała na nią przenikliwie. Emilka wytrzymała to 
spojrzenie siłą woli i dumy Murrayowskiej, za dobrze je bodaj wytrzymała.  
- Nie, nie za Tadzia. Tadzio nigdy nie myślał o mnie. Wątpię, czy myśli o kimkolwiek prócz siebie. 
Tadzio jest przemiły, ale to egoista, Emilko, doprawdy.  
- Nie, nie! - Zawołała to z oburzeniem. Nie mogła tego słuchać.  
- No, nie będziemy się o to sprzeczać. Co za róŜnica?  Wyszedł po wsze czasy z naszej orbity. 
Wspina się na wyŜyny, zajdzie wysoko. w Montrealu uwaŜali go za wielki talent. Będzie on 
genialnym malarzem-portrecistą, o ile przezwycięŜy swą manię podkładania twoich rysów pod 
wszystkie twarze, które maluje.  
- Nonsens. Nie robi tego...  
- Owszem. Gniewałam się o to niezliczoną ilość razy. On przeczy naturalnie. Zdaje mi się, Ŝe on 
doprawdy nie uświadamia sobie, Ŝe tak jest istotnie. Pochodzi to z dawnego, podświadomego 
wzruszenia, którego doznał niegdyś pod twoim wpływem, tak przynajmniej ja sobie to tłumaczę, 
przy czym uŜywam stylu naszych psychologów współczesnych. Mniejsza o to.  Jak juŜ 
powiedziałam, niekiedy zamierzam wyjść w końcu za mąŜ.  Gdy zmęczę się moją karierą 
artystyczną. Teraz jest ona nader ponętna, ale z czasem...  Wówczas wyjdę za mąŜ z rozsądku, tak 
jak ty, zaślubię złote serce i pełną kieszeń. Czy to nie zabawne tak rozprawiać o małŜeństwie z 
człowiekiem, którego się nie widziało? Co on robi w tym momencie? Goli się...  klnie... rozpacza z 
powodu innej dziewczyny... A jednak oŜeni się ze mną. Będzie zresztą idealnie szczęśliwy. 
Będziemy się wzajemnie odwiedzać, ty i ja, będziemy porównywać nasze dzieci... Nazwij swoją 
pierwszą córkę Ilzą, dobrze, przyjaciółko? Ach, jakaŜ to diabelnie przykra rzecz być kobietą! Czy 
nie, Emilko.        
Stary Kelly, handlarz wędrowny, przyjaciel Emilki od wielu lat, teŜ zabrał głos w tej kwestii. NIe 
moŜna było Ŝadną miarą obejść się bez zdania starego Kelly’ego.  
- Drogie dziecko, czy to prawda, Ŝe wychodzisz za mąŜ za Garbusa Priesta? 
- Zupełna prawda.  
Emilka wiedziała, Ŝe Kelly nie będzie nazywał Deana inaczej, jak Garbusem. JuŜ się z tym 
pogodziła. Stary Kelly podrapał się w głowę.  
- Za młoda jesteś w ogóle... a zwłaszcza na Ŝonę dla jednego z Priestów...  
- Czy nie doradzałeś mi od wielu lat przyjmowania hołdów wielbicieli? - spytała Emilka 
podstępnie.  
- Drogie dziecko, Ŝart Ŝartem. Ale to jest sprawa serio. Nie bądź uparta, tu chodzi o rzeczy 
doniosłe. Pomyśl nad tym. Łatwo zadzierzgnąć pewne węzły, ale potem niepodobna ich rozwiązać.  
Zawsze cię ostrzegałem przed małŜeństwem z Priestem. Głupi byłem. Powinienem był to 
przewidzieć i doradzać ci małŜeństwo z Deanem, koniecznie! 
Emilka stała i patrzyła za nim, gdy odjechał na swym wózku.  Znalazł nareszcie najsłabszy punkt w 
jej zbroi. Przypomniały jej się szepty ciotki Nancy i Karoliny Priest, ich na pół dosłyszane plotki o 
Deanie. Emilka otrząsnęła się po chwili z ujemnego wraŜenia, wywołanego słowami Kelly’ego. O 
Deanie krąŜyły róŜne złośliwości, niczym nie umotywowane. Ale prawdą  było jedno, to, Ŝe on za 
wiele widział, za wiele wiedział. To stanowiło jego urok w oczach Emilki. Ale to ją przeraŜało 
zarazem. CzyŜ nie odczuwała od dawna, Ŝe on śmieje się jakimś utajonym śmiechem, ze 
wszystkiego, na co patrzy, gdyŜ spogląda na zjawiska z punktu widzenia swej wiedzy wewnętrznej, 
wiedzy jej nie znanej? Nie mogła jej znać, nie pragnęła tego nawet. On utracił juŜ pewną świeŜość, 
rękojmię idealizmu, podwalinę wiary. W głębi serca obawiała się zetknięcia z tym cynizmem, bała  
się instynktownie czegoś obcego w jej duszy, wyczuwalnego w tym człowieku. Przez chwilę 
podzielała zdanie Ilzy, Ŝe być kobietą jest stanowczo rzeczą diabelnie przykrą.  
- Mam zasłuŜoną karę za moje rozmowy z starym Kellym na takie tematy - pomyślała gniewnie.  
Emilka nigdy nie otrzymała formalnej zgody ciotek na zaręczyny z Deanem. Ale to się rozumiało 
samo przez się. Dean był konkurentem bez zarzutu.  Priestowie byli dobrą rodziną, mieli tradycje, 

background image

między innymi pamięć o babce, która tańczyła z księciem Walii na słynnym balu w Charlottetown. 
Ostatecznie będzie to pewną ulgą dla panien Murray mieć pewność, Ŝe Emilka jest zabezpieczona.  
- Nie zabierze jej stąd - mówiła ciotka Laura, dla której to było kompensatą za wszelkie „ale”. 
JakŜeby przebolały zniknięcie z domu jedynego promyka, jedynego uśmiechu? 
- Powiedz Emilce - pisała stara ciotka Nancy - Ŝe bliźniaki są częstym zjawiskiem w rodzinie 
Priestów.  
Ale ciotka ElŜbieta nie powiedziała jej tego.  
Dr Burnley, który był najbardziej oburzony, ustąpił usłyszawszy, Ŝe ciotka ElŜbieta oddaje Emilce 
stare kufry, stojące na strychu, a ciotka Laura haftuje dla niej bieliznę stołową.  
- Ci, których złączy ElŜbieta Murray, nie rozłączą się juŜ nigdy, chyba, Ŝe Bóg się w to wmiesza - 
westchnął z rezygnacją.  
Ciotka Laura ujęła miłą twarzyczkę Emilki w obie ręce i zajrzała jej głęboko w oczy.  
- Niech cię Bóg błogosławi, Emilko, drogie dziecko.  
- Bardzo wiktoriańskie - szepnęła po chwili Emilka do Deana. - Ale ja to lubię.  
         
 
Rozdział IX 
 
W jednym punkcie była ciotka ElŜbieta nieprzejednana. Emilka nie wyjdzie za mąŜ przed 
ukończeniem lat dwudziestu.  Dean, który marzył o ślubie w jesieni i o podróŜy do Japonii, gdzie 
zima jest łagodna, wśród zieleni i ogrodów, ustąpił niechętnie. Emilka byłaby równieŜ wolała 
przyspieszyć formalności. Na dnie jej świadomości drzemała myśl, Ŝe im rychlej będzie „po 
wszystkim”, tym lepiej.  
A przecieŜ była szczęśliwa, jak powtarzała samej sobie często i szczerze. MoŜe bywały chmury na 
horyzoncie, gdy jakiś niepokój ją ogarniał, ale niemniej było to ciche szczęście z odcieniem 
rezygnacji, nie to dzikie, namiętne szczęście, o którym marzyła niegdyś. Ale to, jak wiedziała, było 
utracone na zawsze.  
Razu pewnego Dean stanął przed nią, rumieniąc się, jak chłopiec.  
- Emilko, zrobiłem coś...  coś... dla ciebie... Czy będziesz zadowolona? O, BoŜe, co ja pocznę, 
jeŜeli nie będziesz zadowolona? 
- CóŜ to takiego? 
- Kupiłem dom.  
- Dom. 
- Dom! Ja, Dean Priest, zostałem właścicielem ziemskim, posiadaczem domu, i ogrodu, i lasku 
sosnowego. Ja, który do dziś dnia nie miałem ani piędzi własnej ziemi, a zawsze o tym marzyłem.  
- Który dom kupiłeś, Deanie? 
- Dom Freda Clifforda, przynajmniej ten, którego legalnym właścicielem był on dotychczas. W 
rzeczywistości zaś nasz dom, przeznaczony dla nas od chwili stworzenia świata.  
- Dom Rozczarowany? 
- Ach, prawda, tak go nazywałaś dawniej. Ale teraz nie będzie on juŜ Rozczarowany. To znaczy... 
Emilko... o ile...  pochwalasz mój wybór? 
- Czy pochwalam? Jesteś po prostu kochanym człowiekiem, Deanie. Zawsze miłowałam ten dom. 
Jest to jeden z tych domów, które musimy pokochać, spojrzawszy na nie. Bywają takie domy, 
wiesz, pełne czaru. A inne są pozbawione wszelkiego wdzięku. Zawsze tęskniłam do tego domu i 
pragnęłam, aby był zamieszkały. Ach, a mnie ktoś mówił, Ŝe zamierzałeś kupić ten okropny dom w 
Shrewsbury. Bałam się zapytać, czy to prawda.  
- Emilko, cofnij te słowa. Wiedziałaś, Ŝe to nieprawda.  Znasz mnie przecieŜ. Istotnie, wszyscy 
Priestowie namawiali mnie na tamten dom. Moja droga siostra płakała nieomal z tego powodu. Był 
do nabycia tanio! I taki elegancki dom! 

background image

- Elegancki jest - przyznała Emilka - ale to jest dom nie do zamieszkania. Właśnie z  powodu tej 
elegancji jest on niemoŜliwy.  
- Słusznie. KaŜda prawdziwa kobieta musi to odczuć! Tak się cieszę, Ŝe jesteś zadowolona, Emilko. 
Musiałem kupić dom Freda wczoraj w Charlottetown, nie radząc się ciebie, bo ktoś inny chciał 
mnie ubiec, więc depeszowałem natychmiast do Freda. Oczywiście byłbym go odsprzedał, gdybyś 
go nie chciała. Ale czułem, Ŝe będziesz zadowolona. Urządzimy sobie śliczne gniazdko, ukochana.  
Pragnę mieć gniazdko. Miałem duŜo mieszkań, ale nie miałem domu. Chcę, Ŝeby go wykończyli 
jak najpiękniej dla ciebie, dla nas. Gwiazdko. Moja Gwiazdko, która powinnaś błyszczeć w 
pałacach królewskich! 
- Chodźmy tam zaraz i przyjrzyjmy się naszemu domowi - rzekła Emilka. - Muszę mu oznajmić, Ŝe 
nareszcie zacznie Ŝyć.  
- Chodźmy. MoŜemy wejść do wnętrza. Mam klucz. Otrzymałem go od siostry Freda. Emilko, 
doznaję uczucia, jakbym zdobył księŜyc.  
- A ja zdobyłam całą konstelację gwiazd - zawołała Emilka wesoło.  
 
Poszli do Domu Rozczarowanego przez stary ogród warzywny i przez ŚcieŜkę Jutrzejszą, minęli 
pastwiska, wspięli się na niewielkie wzgórze, dotarli do ciasnego wąwozu, nad którym wznosiły się 
ś

wierki wyniosłe, gdzie zawsze słychać było jakieś ciche szepty.  

Gdy doszli do końca wąwozu, ujrzeli przed sobą rozległą łąkę, na której tu i ówdzie rosły młode 
ś

wierczki. A w głębi tej łąki, otoczony od dołu zaniedbanym ogrodem, a wieńcem obłoków od góry 

stał - ich dom.  
Dom pełen tajemnicy lasów, na których tle wyrósł jakby prosto z ziemi, dom, którego lewą stronę 
zdobiły topole lombardzkie, dom, któremu wzgórza Gęsiego Stawu były oparciem, a Czarnowoda 
perspektywą.  
Doszli do bramy ogrodu, starszego znacznie niŜ domek.  
- Mogę mieszkać tutaj ze względu na widok, jaki się stąd roztacza - rzekł Dean z zapałem. - To jest 
prześliczne ustronie. Po tym wzgórzu biegają chochliki, Emilko. Pełno tu królików. Czy nie lubisz 
królików? Patrz, ile tu fiołków, które zakwitną na wiosnę. Fiołków „ Słodszych niŜ powieki oczu 
Emilki, lub Emilki oddech”... 
- Emilka to ładniejsze imię niŜ Cyterea lub Juno, tak mnie się przynajmniej wydaje. Zwróć uwagę 
na tę furtkę. Otwiera się tylko na las. Czy to nie uroczy widok? Lubię bardzo takie furtki, które 
właściwie nie mają racji bytu. W tym tkwi ich siła.  Tyle tu ukrytych obietnic!  Zakwitną nam tu 
róŜe, białością swą godne twej cery, ukochana moja! Wiesz, Emilko, jestem trochę pijany dzisiaj, 
upojony winem Ŝycia. Nie dziw się, jeŜeli bredzę.  
Emilka była bardzo szczęśliwa.  Stary, uroczy ogród szeptał do niej jak przyjaciel. Ulegała czarowi 
chwili. Patrzyła z uwielbieniem na Dom Rozczarowany. Taki kochany, myślący domek! Nie nudny 
dom (za to go lubiła): te stare domy za duŜo wiedzą, zbyt wiele stóp deptało ich podłogi, zbyt wiele 
par oczu wyglądało z trwogą lub obojętnością z ich okien. Ten dom był niewinny i nieświadomy, 
jak ona sama. Tęsknił do szczęścia. Będzie je miał. Ona i Dean wywołają duchy zdarzeń, które 
nigdy nie zaistniały.  Jakie to będzie cudne posiadać swój własny dom! 
- Temu domkowi jesteśmy równie potrzebni jak on nam - rzekła.  
- Kocham cię, gdy twój głos przybiera te słodkie tony, Gwiazdko - rzekł Dean. - Nie mów tak do 
Ŝ

adnego innego męŜczyzny.  

Emilka rzuciła mu zalotne spojrzenie, które nieomal nie przyprawiło go o wybuch namiętności. 
Dotychczas nie pocałował jej jeszcze nigdy.  Przeczucie mówiło mu, Ŝe to dziewczę nie dojrzało do 
pocałunku narzeczeńskiego. Mógł był sobie na to pozwolić, zwłaszcza w tej godzinie uniesienia i 
słodkiej tajemnicy zmierzchu, ale nie chciał jej zrazić zbytnią śmiałością.  Zawahał się i czarowny 
moment minął. Zza świerków, z dołu, doleciał śmiech. Niewinny, pogodny śmiech dzieci. Ale w 
jego uszach zabrzmiał urągliwie.  

background image

- Wejdźmy do wnętrza i obejrzyjmy nasz dom - rzekł Dean. Poprowadził ją przez trawnik do drzwi, 
które dzieliły sień od jadalni. Klucz zgrzytnął w zamku. Dean ujął rękę Emilki i wciągnął ją  do 
wnętrza domu.  
- Przejdź przez twój własny próg, maleńka...  
Podniósł latarkę elektryczną i oświetlił nie wykończony pokój o nagich, surowych ścianach, 
pustych oknach, niewypełnionych framugach drzwi, o pustym kominku. Nie, kominek nie był 
zupełnie pusty. Emilka ujrzała garstkę białego popiołu, popiołu pozostałego po ognisku, jakie ona i 
Tadzio rozpalali tu za ich lat dziecinnych, ognisku, przy którym układali plany na przyszłość, na 
wspólną przyszłość. Odwróciła się z lekkim dreszczem.  
- Deanie, tu jest teraz zbyt posępnie i upiornie. Wolę oglądać nasz dom przy dziennym świetle. 
Duchy i widma zdarzeń i ludzi, którzy nigdy nie istnieli straszniejsze są, niŜ upiory, niŜ duchy tych, 
którzy kiedyś byli tu na ziemi. 
 
Dean zaproponował, Ŝeby przed jesienią zająć się meblowaniem i wykończaniem ich gniazdka.  
- Będziemy mogli pobrać się na wiosnę, spędzić lato w podróŜy, przyglądać się wschodom słońca i 
księŜyca, słuchać pomruku Nilu w Memfis, wrócić tu jesienią, przekręcić klucz w zamku i znaleźć 
się  u siebie.  
Emilka uwaŜała, Ŝe ten program jest bez zarzutu i cieszyła się, jak dziecko nową zabawką. Ciotki  
jej kiwały głowami. To nie było dosyć rozsądne i szablonowe, ludzie będą duŜo plotkować na ich 
temat. Ciotka Laura była zatroskana, gdyŜ według starego zabobonu nie naleŜy meblować domu 
przed ślubem. To nie przynosi szczęścia. Dean i Emilka nie pytali, czy to jest szablonowe i 
rozsądne, czy przynosi szczęście, czy nie.  Szli przed siebie i robili, co im się podobało.   
Naturalnie zarzucano ich „dobrymi” radami: Priestowie z jednej, Murrayowie z drugiej strony. Po 
pierwsze postanowili nie dać malować swego domu, lecz pozostawić czasowi dzieło 
wycieniowania tonów drewna.  Ciotka ElŜbieta była przejęta zgrozą.  
- Tylko dom ciotki Tomaszowej jest nie pomalowany - mówiła.  
Ostrzegła Emilkę równieŜ, Ŝe trudno jej będzie utrzymywać w ładzie i czystości dom, w którym 
znajduje się tyle skrytek, szaf wmurowanych, tyle szyb i zwierciadeł. Wszystko to było dziełem 
Deana, który wyróŜniał się dobrym smakiem i pomysłowością.  
- Nie jestem dość głupi, aby sobie wyobraŜać, Ŝe kobieta będzie kochać męŜczyznę, który nie 
wyposaŜy jej w odpowiednią ilość szaf i kredensów - oświadczył.  
Ciotka ElŜbieta pochwalała urządzenie spiŜarni  i kredensów, ale uwaŜała, Ŝe one nie kompensują 
jakości tapet.  Zwłaszcza tapeta w jadalni martwiła ciotkę ElŜbietę.  Powinny były tu widnieć 
kwiatki na jasnym tle, lub złote strąki; a jeŜeli juŜ chcieć uczynić wielki wyłom w tradycji na rzecz 
modernizmu, to przynajmniej krajobrazy, które zaczynały być wówczas modne. A tu Emilka uparła 
się, Ŝe chce mieć tapetę szarą w deseń utworzony przez białe gałęzie ośnieŜonych sosen.  
Emilka, we wszystkich kwestiach dotyczących jej ukochanego domu była uparta, jak zawsze. Tak  
zirytowała ciotkę ElŜbietę, Ŝe ta nieświadomie uŜywała określeń i przezwisk, zapoŜyczonych ze 
słownika starego Kelly’ego.  
Ale ciotka ElŜbieta była w gruncie rzeczy bardzo dobra.  Wydobyła ze starych kufrów rzeczy, które 
naleŜałyby do Julii Murray, gdyby wyszła za mąŜ według tradycji mieszczańskich, za człowieka, 
wybranego przez rodziców.  Podarowała te przedmioty Emilce.  Były tam takie cuda, jak 
purpurowe kryształy i przedziwne serwisy porcelanowe, które naleŜały do babki Emilki. Nie 
brakowało ani jednej sztuki.  Było tam zwierciadło w pięknej ramie; tak często odzwierciedlało 
twarze ślicznych kobiet, Ŝe przechowało pewien wdzięk, którym darzyło kaŜde oblicze, 
przeglądające się w nim obecnie. Był i stary zegar, który na dziesięć minut przed wybiciem 
godziny ostrzegał lekkim dzwoneczkiem, Ŝe niebawem bić zacznie. Bo dŜentelmeński zegar nie 
moŜe zaskoczyć nagle ludzi nieprzygotowanych. Dean nie zgodził się, Ŝeby ten zegar zaczął 
chodzić.  

background image

- Gdy cię juŜ tu przywiozę, jako małŜonkę i królową - rzekł - wtedy sama nakręcisz ten zegar i 
godziny zaczną nam upływać wspólnie.  
Okazało się, Ŝe mnóstwo mebli w Srebrnym Nowiu naleŜy do Emilki. A Dean skupywał zewsząd 
najprzeróŜniejsze przedmioty, stylowe meble, lampy, teczki, serwety, dywany. MIał duŜo cennych 
drobiazgów, które przywiózł ze swych licznych podróŜy. Wszystkie odgrzebywał i umieszczał w 
ich domu, szale japońskie, chińskie porcelany, lampy weneckie, salon ludwikowski, włoskie 
wyroby z kości słoniowej, dywany perskie.  Dean nie chciał opowiedzieć Emilce, jak nabył tyle 
cennych przedmiotów, jakie wspomnienia się z nimi łączyły.  
- Jeszcze nie teraz. Z czasem. Z kaŜdym przedmiotem wiąŜe się jakaś historia.  
         
Mieli niemało kłopotu z ustawieniem salonu. Próbowali róŜnych sposobów, ale dopiero za 
dwudziestą próbą byli zadowoleni. Czasami byli odmiennego zdania, więc siadali na podłodze na 
wprost siebie i argumentowali zawzięcie. A gdy nie mogli dojść do porozumienia, wzywali na 
pomoc Pierwiosnka, który rzucał słomę na prawo lub na lewo i tym sposobem spór rozstrzygał. 
Pierwiosnek ich nie odstępował. Nieznośnik zmarł w późnym wieku, a Pierwiosnek był juŜ trochę 
sztywny, trochę chorowity i okropnie chrapał w nocy. Ale Emilka ubóstwiała go i nie 
wprowadziłaby się bez niego do Domu Rozczarowanego. Snuł się za nią stale, jak duŜy, szary cień.  
- Kochasz tego starego kota bardziej niŜ mnie, Emilko - rzekł Dean pół_Ŝartem, pół_serio.  
- Muszę go kochać - oświadczyła Emilka. - On się starzeje. Ty masz przed sobą całą naszą 
przyszłość. A przy tym ja muszę mieć zawsze koty przy sobie. śaden dom nie jest ogniskiem 
domowym, dopóki nie promienieje w nim niewysłowione szczęście kota, który okazuje je, kręcąc 
puszystym ogonem i zamiatając nim podłogi. Kot jest w domu przedstawicielem tajemnicy, uroku, 
sugestii. A ty musisz mieć psa.  
- Nigdy nie pragnąłem mieć psa od śmierci Tweeda. Ale moŜe kupię psa, całkiem odmiennego 
typu. Będzie nam potrzebny pies, aby pilnował twoich kotów. Och, czy to nie jest wielka 
przyjemność, ta świadomość, Ŝe dane miejsce na świecie stanowi naszą własność? 
- Jeszcze milszą jest świadomość, Ŝe my naleŜymy do danego miejsca - rzekła Emilka, rozglądając 
się czule dokoła.  
- Nasz dom i my będziemy prawdziwymi przyjaciółmi - zakończył Dean.  
         
Pewnego dnia przystąpili do rozwieszania na ścianach obrazów. Emilka przyniosła swoje ulubione 
obrazki, między innymi lady Giovannę i Monę Lizę. Obie znalazły miejsce między oknami.  
- A pod nimi stanie twoje biurko - rzekł Dean. - Mona Liza będzie ci szeptać do ucha tajemnice 
swego uśmiechu, a ty przyobleczesz je w kształt literacki.  
- Nie mam zamiaru juŜ pisywać nowel - rzekła Emilka. - Ty nigdy nie lubiłeś moich utworów.  
- Bo się bałem, Ŝe mnie ubiegną, Ŝe cię pochłoną całkowicie. Teraz jest mi to obojętne. Wiem, Ŝe 
jesteś moją i pragnę, Ŝebyś czyniła to, co ci sprawia przyjemność.  
Emilka przyjęła to oświadczenie bez wzruszenia. Od czasu swej choroby nie myślała o literaturze. 
Dni mijały, a ona odczuwała raczej niesmak, gdy ktoś wspomniał o jej działalności literackiej. To 
wspomnienie bowiem nasuwało jej inne: spalenie jej ksiąŜki, a to bolało... Przestała juŜ 
nasłuchiwać, czy nie ozwie się głos natchnienia, była wygnanką królestwa fikcji i poezji.  
- Zawieszę starą ElŜbietę Bas nad kominkiem - mówił Dean. - To jest reprodukcja Rembrandta. 
Czy nie jest ona czarującą starą kobietą, Emilko, w tym białym czepcu i białej kryzie pod szyją? A 
czy widziałaś kiedykolwiek równie ironiczną, sprytną, a zarazem pogardliwą twarz kobiecą? 
- Zdaje mi się, Ŝe nie chciałabym narazić się tej ElŜbiecie - orzekła Emilka. - Wyczuwa się w niej 
znaczną siłę, która moŜe się ujawnić w nader nieprzyjemny sposób, gdy się ją wyzwie.  
- Wygląda, jak Ŝywa - rzekł Dean, zamyślony. - Czuję podobnie jak ty, Ŝe lepiej nie mówić 
niedorzeczności w tym pokoju. Mogłaby się strasznie rozgniewać. To uosobienie mądrości, ta 
kobieta! 

background image

- Ale ona ma niezawodnie i słodkie wyrazy, ukryte w kieszonce swej szaty, Deanie.  Przyjrzyj się, 
jaka to róŜowa, ładna staruszka. Ona z pewnością rządziła swą rodziną.  Niewątpliwie! MąŜ jej 
robił wszystko, co ona kazała... ale nie wiedział o tym.  
- CzyŜ ona miała męŜa? - spytał Dean z powątpiewaniem. - Nie widać obrączki na jej palcu.  
- W takim razie była czarującą starą panną - zdecydowała Emilka.  
- Co za róŜnica między jej uśmiechem, a uśmiechem Mony Lizy - rzekł Dean, patrząc na przemian 
na jedną i na drugą. - ElŜbieta jest pełna wyrozumiałości z odcieniem przebiegłości, zamyślenia, 
które nazwałbym „kocim”. A Mona Liza ma ten wyraz wyzywający i zalotny, który przyprawia 
męŜczyzn o szaleństwo i dyktuje dziejom stronice, wypisane purpurowozłotymi zgłoskami.  
Gioconda byłaby ciekawszą kochanką. A ElŜbietę kaŜdy chciałby mieć za ciotkę.  
Dean zawiesił nad kanapą starą miniaturkę swej matki. Emilka widziała jej podobiznę po raz 
pierwszy. Matka Deana Priesta była piękną kobietą.  
- Ale dlaczego ma wyraz takiego smutku? 
- PoniewaŜ była Ŝoną jednego z Priestów.  
- Czy ja teŜ będę smutna?  
- O ile to będzie zaleŜało ode mnie, z pewnością nie.  
Ale czy to zaleŜy od niego? Emilka często zadawała sobie to pytanie. Odpowiedzi na nie nie było. 
Była bardzo szczęśliwa przez dwie trzecie lata, a to juŜ było tryumfem nie lada, jak mówiła samej 
sobie. Ale w ciągu tej jednej trzeciej nawiedzały ją wątpliwości i tęsknoty...  Czuła się, jakby 
zamknięta w pułapce. Wielki szmaragd na czwartym palcu spoglądał na nią, jakby urągając jej 
niewoli.  Zdjęła go razu pewnego, aŜeby się poczuć wolną choć na chwilę.  Potem wstydziła się 
tego odruchu, pogodziła się ze swym losem i coraz bardziej interesowała się swoim domkiem 
(bardziej, niŜ Deanem, mówiła sama do siebie o trzeciej w nocy, gdy się budziła w przystępie 
nagłej rozpaczy).  Ale następnego dnia z rana nie wierzyła wręcz w te nastroje.  
         
Cioteczna babka Nancy z KsięŜego Stawu umarła w ciągu tego lata. Umarła nagle.  
- Mam juŜ dosyć Ŝycia. Przestanę chyba Ŝyć - rzekła razu pewnego i... przestała. Nikt z Murrayów 
nie dziedziczył po niej. Główną spadkobierczynią była Karolina Priest. Ale Emilka otrzymała kulę 
srebrzystą i złote kolczyki oraz swój portrecik, namalowany przez Tadzia przed laty. Emilka 
zawiesiła srebrzystą  kulę w ogrodzie, a kolczyki nosiła przy róŜnych sposobnościach. Ale portret 
schowała do pudełka na strychu w Srebrnym Nowiu, tego pudełka, w którym złoŜone były pewne 
listy, stare, słodkie listy, pełne marzeń i projektów.  
         
Miewali chwile zabawy i śmiechu, gdy odpoczywali po robocie. W jednym ze świerków 
zagnieździł się szczygiełek, którego obserwowali i chronili przed Pierwiosnkiem.  
- Pomyśl, ile muzyki drzemie w tej delikatnej, bladej skorupce - rzekł Dean, dotykając jednego z 
jajeczek. - Nie są to melodie księŜycowe, lecz pogodny hymn do słońca, przepojony słodyczą i 
radością Ŝycia. To jajko stanie się szczygłem. Będzie nam przyśpiewywać, Gwiazdeczko, przy 
naszych zajęciach codziennych.  
Zawarli przyjaźń z pewnym starym królikiem, który utykając, przybiegał często z lasu do ich 
ogrodu. Siadywali wieczorami na stopniach domku i wpatrywali się melancholijnie w szarzejący 
krajobraz, wsłuchiwali się w szum  wichru nad zatoką. Pierwiosnek siedział przy nich i spoglądał 
na Emilkę swymi wielkimi oczami. Ona od czasu do czasu pieściła jego uszy.  
- Teraz lepiej rozumiem koty. Czasami są one niezrozumiałe, ale o zmierzchu moŜna pochwycić 
najłatwiej fascynującą nas tajemnicę ich indywidualności.  
- Gdy się jest szczęśliwym, łatwo pochwycić wszelkie tajemnice - odrzekł Dean. - W taką noc jak 
dzisiejsza myślę zawsze o „kraju, gdzie cytryna dojrzewa”. Emilko, nie mów nic, widzę, Ŝe 
otwierasz usteczka.  Nie naleŜy mówić, gdy księŜyc wschodzi. A teraz czeka nas przecudny 
wschód księŜyca, zobaczysz! 
Och, jak ona lubiła Deana! Jak bardzo go lubiła! śeby tylko mogła go pokochać! 

background image

Razu pewnego wyśliznęła się, aby zobaczyć swój domek w nocy, przy blasku księŜycowym. Jak  
ś

licznie tu było. Widziała siebie w przyszłości siedzącą przy kominku, trzymającą za rękę Tadzia... 

Emilka otrząsnęła się z marzenia. Z Deanem, oczywiście, z Deanem. Błąd pamięci.  
         
Nadszedł ten wieczór wrześniowy, kiedy wszystko było juŜ ukończone, gotowe na przyjęcie 
młodej pary. Emilka rozmieściła w wielkich lichtarzach w rogach salonu świece najrozmaitszych 
kolorów i rozmiarów. Efekt był dodatni.  
Harmonia panowała w domu.  Przedmioty były ustawione w sposób mało raŜący i nie stanowiły 
jaskrawych sprzeczności ani kontrastów. Nie było tu nic zbytecznego, ani źle zestawionego.  
- Nic więcej nie ma tu do zrobienia - rzekła Emilka z westchnieniem.  
- I mnie się tak zdaje - odrzekł Dean z odcieniem Ŝalu.  Spojrzał na kominek, gdzie leŜały gałęzie 
ś

wierkowe.  

- Owszem, jest coś jeszcze - zawołał. - Musimy sprawdzić, czy kominek dobrze „ciągnie”. Muszę 
zapalić ogień.  
Emilka usiadła w kącie, a gdy płomień wystrzelił ku górze, Dean przyszedł do niej i usiadł u jej 
stóp. Pierwiosnek leŜał nie opodal, oddychając miarowo.  
Płomienie oświetliły stopniowo stare pianino, piękną starą twarz ElŜbiety Bas, wreszcie padły na 
drzwi kuchenne, za którymi Emilka ustawiła wszystkie sprzęty kuchenne i gospodarskie.  
- To jest ognisko domowe - rzekł Dean. - Jest ono milsze, niŜ kiedykolwiek było w moich 
marzeniach. Dobrze nam tu będzie, kiedy jesienią zawitamy i zasiądziemy tak, jak teraz z 
ksiąŜkami i dziennikami. A czasami zaprosimy kogoś z przyjaciół i podzielimy się z nim naszą 
radością, naszym śmiechem i spokojem. Będziemy rozmyślali nad przeszłością i przyszłością, 
patrząc na grę płomieni.  
Ogień trzeszczał. Pierwiosnek mruczał. KsięŜyc rzucał blaski na meble. A Emilka rozmyślała (nie 
mogła zapanować nad tymi myślami), o owym czasie, kiedy Tadzio i ona siedzieli na tym samym 
miejscu. Dziwne tylko, Ŝe nie wspominała go z tęsknotą, ani z miłością. Po prostu myślała o nim. 
Czy będzie o nim myśleć, stojąc z Deanem przed ołtarzem? To pytanie niepokoiło ją trochę, 
chociaŜ i ten niepokój był dziwnie przytłumiony, mglisty.  
Gdy ogień wygasł, Dean podniósł się.  
- Warto było Ŝyć przez długie lata samotnie, aby doczekać takiej chwili. PrzeŜyłbym je, gdyby to 
było konieczne, po raz drugi, byle tylko osiągnąć podobne szczęście.  
Podszedł bliŜej. Jakie widmo przesunęło się między nimi w tejŜe chwili? Emilka odwróciła głowę z 
westchnieniem.  
- Minęło lato naszego szczęścia, Deanie.  
- Minęło pierwsze lato naszego szczęścia - poprawił Dean. Ale w głosie jego dźwięczało 
zmęczenie.  
         
Rozdział X 
 
Zamknęli na klucz Dom Rozczarowany w pewien wieczór listopadowy. Dean wręczył klucz 
Emilce.  
- Zachowaj go u siebie aŜ do wiosny - rzekł, patrząc na puste pola, po których wędrował zawodząc 
Ŝ

ałośnie wicher. - Nie wrócimy tu w ciągu zimy.  

Emilka siedziała w Srebrnym Nowiu, szczęśliwa, pełna wyczekiwania, znosząc w tym roku 
cierpliwie zawieje i mrozy.  Miała przed sobą perspektywę wiosny i szczęścia. Ta zima była 
równieŜ okresem pogodnym. Dean nie wyjechał nigdzie i był tak ujmujący, Ŝe nawet starsze panie 
w Srebrnym Nowiu przebaczyły mu jego przynaleŜność do rodziny Triestów. Wprawdzie ciotka 
ElŜbieta nie mogła nigdy zrozumieć co najmniej połowy jego spostrzeŜeń i uwag, a ciotka Laura 
przypisywała mu, nie bez goryczy, zmiany, jakie zaszły w Emilce. Bo Emilka nie była ta sama, co 
przedtem, chociaŜ nikt poza tym nie zauwaŜył owych zmian. W oczach dziewczęcia był często 

background image

wyraz dziwnego niepokoju, rozgorączkowania. Śmiech jej nie dźwięczał tak, jak dawniej.  Brakło 
w nim pewnej nuty. Nie był tak spontaniczny. Emilka przed czasem stała się kobietą, myślała 
ciotka Laura. Czy jedyną przyczyną był ów fatalny upadek, który nieomal przyprawił ją o 
kalectwo? Czy Emilka jest szczęśliwa? Laura nie śmiała zadawać jej pytań. Czy ona kocha Deana 
Priesta, za którego wychodzi za mąŜ w czerwcu? Laura nie wiedziała... Ale czuła, Ŝe miłość jest 
czymś, czego nie moŜna ująć w Ŝadne karby. A przy tym dziewczyna szczęśliwa z powodu swych 
zaręczyn nie biega w nocy po swym pokoju tam i z powrotem, zamiast spać spokojnie w łóŜku. Nie 
moŜna sobie tłumaczyć, Ŝe Emilka wtedy pisuje lub układa nowele, bo Emilka przestała pisywać. 
Na próŜno panna Royal przysyłała list za listem z NOwego Jorku.  
Na próŜno kuzyn Jimmy kładł nieśmiało a podstępnie nowe ksiąŜki Jimmy’ego co jakiś czas  
w jej pokoju. Na próŜno Laura wspominała, Ŝe szkoda jej talentu, po takim dobrym początku. 
Nawet lekcewaŜące uwagi ciotki ElŜbiety, która „wiedziała zawsze, Ŝe Emilka rychło porzuci tę 
rozrywkę, jako prawdziwa Starrówna, kapryśna i niestała”, nawet to nie zdołało nawrócić Emilki 
do pióra. Nie mogła pisać, nigdy więcej nie zdobędzie się na ten wysiłek.  
- Spłaciłam moje długi, a w banku mam dosyć pieniędzy, aby sobie kupić welon ślubny. Ty zaś 
wraz z ciotką ElŜbietą dajecie mi całą wyprawę - rzekła nie bez goryczy do ciotki Laury. - Więc o 
cóŜ chodzi? 
- A twoje aspiracje? 
Laura zadała to pytanie głosem nieco drŜącym.  
Emilka uśmiechnęła się i pocałowała ją.  
- Minęły, moja droga. Będę miała własny dom, męŜa, będę miała dosyć zajęcia. Ambicją moją 
będzie szczęście mego męŜa. CzyŜ to nie  wystarcza? 
Zapewne, a niemniej tego wieczora Emilka wyszła na samotną przechadzkę. Tęskniła za swobodą. 
Był to dzień kwietniowy, upalny w słońcu, chłodny w cieniu. Na niebie snuły się wielkie chmury. 
Emilka była sama, przed nią roztaczały się przestworza. Czuła dziwną beznadziejność w sercu, jak 
gdyby najlepsza cząstka jej Ŝycia znajdowała się juŜ poza nią. Zewnętrzne okoliczności wywierały 
zawsze silny wpływ na jej duszę, zbyt silny bodaj. A jednak cieszyła się... cieszyła się, Ŝe jest... 
sama. Słyszała ryk fal w oddali. Przypomniała sobie wiersze poetów, wielbicieli morza, ale rychło 
przestała je deklamować w myśli.  
Niedorzeczność! Głupota, sentymentalizm! Dość tego.  
         
TegoŜ dnia przyszedł list od Ilzy. Tadzio wracał do domu. Płynął do Ameryki na „Flavianie”. W 
lecie zawita do domu.  
- śeby tylko juŜ było po wszystkim, kiedy on tu przyjedzie - szepnęła Emilka.  
Czy zawsze drŜeć będzie przed jutrem? Zadowolona, a nawet szczęśliwa w dniu dzisiejszym, czyŜ 
wiecznie będzie pełna trwogi wobec jutra? I dlaczego? Zabrała z sobą klucz od Domu 
Rozczarowanego. Nie była tu od listopada. Pragnęła zobaczyć swój dom. Tu rozwieją się jej 
obawy, jej niedorzeczne obawy. OdŜyje duch szczęścia, jaki ją tu oŜywiał w ciągu letnich miesięcy 
ubiegłego roku. Zatrzymała się przy furtce i popatrzyła z rozrzewnieniem na swój kochany, 
przemiły domek, wtulony między drzewa, które wzdychały nad nim z cicha, tak jak wzdychały nad 
jej marzeniami dziecięcymi. Czarnowoda była w porównaniu z tym ustroniem szara i głucha. Lecz 
ona kochała Czarnowodę o kaŜdej porze roku. Kochała ją i teraz, ciemną, posępną. A przecieŜ tyle 
smutku było w tym krajobrazie, tyle trwogi niosła z sobą nadchodząca wiosna! Jak ją prześladuje 
myśl o tej trwodze! Podniosła ku górze rozmodlone oczy, pragnąc uwolnić się od widma tego lęku. 
I wtem zza obłoków wyłoniła się wielka gwiazda i spojrzała na nią: jej gwiazda! Emilka zadrŜała. 
Przekręciła szybkim ruchem klucz w zamku i weszła. Dom zdawał się czekać na jej przybycie. 
Pomacała w ciemnościach i znalazła zapałki na tym samym miejscu, na którym je zostawiła 
jesienią. Zapaliła wielką lampę pod zielonym abaŜurem. Piękny pokój zajaśniał całą swą krasą, tak 
jak ostatniego wieczoru roku ubiegłego. Ujrzała ElŜbietę Bas, która z pewnością nigdy nie zaznała 
lęku. Monę Lizę, która szydziła z wszelkiej trwogi. Ale czy lady Giovanna, która nigdy nie  

background image

zwracała się wprost do nikogo, ukazując tylko swój chłodny profil, czy ta równieŜ nie lękała się 
nigdy niczego. Czy znała moŜe ten ukryty, utajony głęboko strach, którego nie moŜna ująć w 
słowa? A tu oto urocza matka Deana Priesta...  Tak, ta wiedziała, co to jest trwoga. Widać to było 
w jej oczach, nawet w niedostatecznym oświetleniu.  
Emilka zamknęła drzwi i usiadła na fotelu przy portrecie ElŜbiety Bas. Słyszała szmer zeschłych, 
poŜółkłych liści, które zeszłej jesieni spadły z drzew, a teraz, gnane wiatrem, uderzały w szyby. A 
wiatr szumiał, szumiał, szumiał... Ale ona to lubiła.  
- Wiatr jest wolny. Nie jest niewolnikiem tak, jak ja.  
Stłumiła surowo tę myśl zakazaną. Nie chciała myśleć o takich rzeczach. Okowy jej były ukute 
przez nią samą. Dobrowolnie zakuła się w kajdany, chętnie bodaj. Trzeba je nadal nosić z gracją, to 
jedno tylko pozostało.  
Jak tam za polami jęczy morze! Ale tu w małym domku panuje cisza. Jest coś dziwnego i 
niesamowitego w tej ciszy. Odnosi się wraŜenie, Ŝe ma ona jakieś głębsze znaczenie. Nie byłaby 
się odwaŜyła przemówić z obawy, Ŝe coś odpowie. Ale nagle strach ją odszedł. Czuła się senna... 
szczęśliwa... daleka od Ŝycia i rzeczywistości. Powoli znikały z jej świadomości ściany pokoju, 
tonącego w półmroku. Widać tylko było srebrzystą kulę ciotki Nancy: przeglądały się w niej 
przedmioty. Emilka wpatrywała się w nią, rozparta w fotelu, aŜ nie widziała w końcu nic prócz 
tego punktu świetlnego, tego jednego punktu na całym świecie. 
 
Czy spała? Czy śniła? Kto wie? Emilka sama nigdy się tego nie dowiedziała. Dwa razy w Ŝyciu, 
raz w malignie, a raz we śnie, przekroczyła granicę czasu i zmysłów, i była jasnowidzącą. Nie 
lubiła sobie przypominać o tych doświadczeniach. Chętnie zapominała o nich. Nie uprzytomniała 
ich sobie od szeregu lat. Sen... majaczenie. Ale co?  
Mały obłok wśliznął się jakby do wnętrza srebrzystej kuli. Rozdwoił się... zniknął. Ale dom 
przeglądający się w srebrzystej kuli, zniknął równieŜ. Emilka widziała teraz całkiem inną scenę; 
długi pokój o wysokim sklepieniu, pełen ludzi spieszących w róŜnych kierunkach, a wśród nich 
znaną jej twarz.  
Srebrzysta kula zniknęła, pokój w Domu Rozczarowanym zniknął. Nie siedziała juŜ na fotelu. 
Znajdowała się w wielkim, obcym pokoju, pośród licznych sobie nieznanych osób, stała przy 
człowieku, który na nią czekał niecierpliwie przy okienku na dworcu. Gdy zwrócił twarz w jej 
stronę zobaczyła, Ŝe jest to Tadzio, ujrzała zdumiony wyraz w jego oczach. Wiedziała, Ŝe jest on w 
niebezpieczeństwie, Ŝe musi go ratować.  
- Tadziu, chodź.  
Zdawało jej się, Ŝe ujęła go za rękę i pchnęła ku oknu. Po czym odsunęła się od niego, cofała się 
coraz bardziej... coraz bardziej... a on szedł ku niej, biegł za nią... ścigał ją... ścigał... aŜ znalazła się 
na swym fotelu, na wprost srebrzystej kuli. I znów ujrzała obłok, wypełniający wnętrze kuli i znów 
widziała przed sobą pokój odzwierciedlony w owej kuli ciotki Nancy, oraz jakąś śmiertelnie bladą 
ludzką twarz... jej własną, a ponad nią - samotnie migocącą gwiazdę na niebie.  
 
Emilka czuła się jak człowiek, który umarł i zmartwychwstał. Wyszła, sama nie wiedząc jak i 
którędy, z Domu Rozczarowanego i zamknęła drzwi na klucz. Chmury rozproszyły się, świat 
wydawał się w świetle gwiazd zjawiskiem nadprzyrodzonym. Emilka machinalnie zwróciła twarz 
ku morzu, poprzez świerkowe lasy patrzyła na rozległe pastwisko, po którym przechadzał się 
wszechwładny wiatr, spojrzała ku wydmom piaszczystym jak istota wracająca z zaświatów, senna. 
Morze wyglądało z daleka jak powierzchnia popielatego atłasu.  
Wiedziała, z całą pewnością, Ŝe widziała Tadzia, Ŝe go uratowała, a przynajmniej usiłowała go 
ratować przed jakimś nieznanym niebezpieczeństwem. I wiedziała z równą pewnością, Ŝe go 
kocha, Ŝe zawsze go kochała, miłością, która leŜy poza obrębem świadomości, łączy się z 
podstawami jej istnienia.  
A za dwa miesiące ma zostać Ŝoną Deana Priesta... 

background image

Co robić? Wyjść teraz za mąŜ za niego było rzeczą nie do pomyślenia. Nie mogła Ŝyć w kłamstwie. 
A złamać mu serce, odmówić mu wszelkiego szczęścia, jemu, który tak długo na nie czekał - to 
było równieŜ nie do pomyślenia.  
Tak, Ilza ma słuszność: to diabelnie przykra rzecz być kobietą.  
- Szczególnie - stwierdziła Emilka z goryczą - być kobietą, która w obrębie miesiąca sama nie wie, 
czego chce. Tak byłam pewna w zeszłym roku, Ŝe Tadzio juŜ mnie nie obchodzi, taka byłam 
przeświadczona, Ŝe lubię Deana dostatecznie, aby wyjść za niego za mąŜ. A dzisiaj oto daje się 
odczuć ta straszna moc, dar czy przekleństwo... gdy juŜ myślałam, Ŝe wyrosłam z tych wizji, Ŝe 
jestem taka, jak inni ludzie.  
Emilka wędrowała do północy po piaskach wybrzeŜa i wśliznęła się w końcu pełna poczucia winy 
do Srebrnego Nowiu. Tu rzuciła się na łóŜko i usnęła, wyczerpana.  
         
Nastąpił okres udręki. Na szczęście Dean wyjechał, bo miał do załatwienia interesy w Montrealu. 
Podczas jego nieobecności wstrząsnęła mieszkańcami Czarnowody wieść o katastrofie morskiej: 
„Flavian” rozbił się o górę lodową, płynąc do Kanady. Na widok tego nagłówka w gazecie, Emilka 
doznała wraŜenia, jakby ją ktoś uderzył w głowę tępym narzędziem. TAdzio miał przypłynąć na 
„Flavianie”.  CzyŜby? CzyŜby?... KtóŜ jej to powie? MoŜe jego matka... jego dziwaczka_matka, 
samotna, nienawidząca Emilki nienawiścią zawsze wyczuwalną, namacalną niemal. Emilka 
wzdragała się zwykle zobaczyć panią Kent. Ale teraz nic nie było waŜne, oprócz kwestii Ŝycia lub 
ś

mierci Tadzia. Pobiegła do mieszkania Kentów. Pani Kent wyszła jej na spotkanie. Wyglądała tak 

samo jak przed laty: drobna, cicha, usta miała zaciśnięte, gorzkie, a blizna szpeciła ją po dawnemu, 
podkreślając kredową bladość jej twarzy. Usta jej zacisnęły się jeszcze mocniej na widok Emilki.  
Niechęć i strach odmalowały się w jej ciemnych, ponurych oczach.  
- Czy Tadzio płynął na „Flavianie”? - spytała Emilka bez wstępu.  
Pani Kent uśmiechnęła się przykrym, przelotnym uśmieszkiem.  
- Czy ciebie to obchodzi? - spytała z kolei.  
- Tak.  
Emilka odpowiadała zwięźle i kategorycznie. Na twarzy jej widniało „Murrayowskie spojrzenie”, 
to spojrzenie, które niewiele tylko osób mogło wytrzymać.  
- O ile pani coś wie, proszę mi odpowiedzieć.  
Pani Kent odrzekła niechętnie, z nienawiścią, trzęsąc się cała:  
- Nie. Otrzymałam wczoraj depeszę od niego. W ostatniej chwili podróŜ jego uległa odroczeniu.  
- Dziękuję pani.  
Emilka odwróciła się od matki Tadzia, ale pani Kent zdąŜyła dostrzec radość i tryumf w jej oczach. 
Rzuciła się ku niej i porwała Emilkę za ramię.  
- Co cię to obchodzi! - zawołała dziko. - Nie masz Ŝadnych praw do niego, nie twoja rzecz, czy on 
Ŝ

yje, czy zginął.  Wychodzisz za mąŜ za innego. Jak śmiesz się tu zjawiać... Jak śmiesz się 

wypytywać o mego syna... jak gdybyś miała do tego prawo? 
Emilka spojrzała na nią z politowaniem, z wyrozumiałością.  Ta biedna istota, której duszę gryzła 
zazdrość, niczym wąŜ jadowity, uczyniła ze swego Ŝycia pasmo udręki i zmartwień.  
- MoŜe i nie mam prawa, oprócz prawa kochania - odrzekła.  
Pani Kent wyciągnęła ręce przed siebie, jakby zasłaniając się od tej potworności.  
- Śmiesz... śmiesz to powiedzieć... ty, która wychodzisz za mąŜ za innego?  
- Nie wyjdę za innego - usłyszała Emilka. Usłyszała te słowa, wypowiedziane jej głosem.  Tak, to 
ona je wymówiła. I to było prawdą. Od kilku dni wiedziała, Ŝe musi to uczynić, a teraz była pewna, 
Ŝ

e to się juŜ stało, Ŝe jedno tylko jej pozostaje. Wszystko było nagle jasne i nieuniknione. Droga 

była wytknięta.  
- Nie mogę wyjść za mąŜ za nikogo innego, Mrs. Kent, poniewaŜ kocham Tadzia. Ale on mnie nie 
kocha. Wiem o tym dobrze. A zatem moŜe mnie pani przestać nienawidzić.  

background image

Odwróciła się i poszła szybkim krokiem przed siebie. Gdzie była jej duma, duma „pysznych 
Murrayów”? Jak mogła się przyznawać głośno do tej niepotrzebnej, nieodwzajemnionej miłości? 
Ale nie było w tej chwili miejsca na dumę w jej duszy.  
         
Rozdział XI 
 
Gdy przyszedł list od Tadzia, pierwszy od tak dawna... Emilka z trudem zdołała go otworzyć, tak 
bardzo drŜały jej ręce.  
- „Muszę ci donieść o dziwnym zdarzeniu - pisał Tadzio. - MoŜe juŜ wiesz o nim. A moŜe nie 
wiesz o niczym i pomyślisz, Ŝe oszalałem? Sam nie wiem, co o tym myśleć. Wiem tylko, co 
widziałem albo: co mi się zdawało, Ŝe widzę.  
Czekałem przy okienku na bilet kolejowy, na bilet na pociąg, który miał mnie zawieźć do 
Liverpoolu, gdzie czekał na kotwicy „Flavian”. Wtem uczułem czyjeś dotknięcie na ramieniu.  
Odwróciłem się  i zobaczyłem ciebie. Przysięgam, Ŝe tak było.  Powiedziałaś: „Tadziu, chodź”.  
TAk byłem zaskoczony, Ŝe nie mogłem mówić, ani zebrać myśli.  POszedłem za tobą. Biegłaś...  
nie... nie biegłaś. Nie umiem określić jak się posuwałaś naprzód. Wiem tylko, Ŝe się oddalałaś ode 
mnie. To brzmi niepoczytalnie, co? Czy byłem nieprzytomny? Wtem... nie było cię juŜ przy mnie, 
jakkolwiek byliśmy teraz z dala od tłumu, wśród wolnej przestrzeni, gdzie nic mi nie przeszkadzało 
patrzeć na ciebie. Rozglądałem się, aŜ nagle spostrzegłem, Ŝe mój pociąg odjechał, Ŝe straciłem 
przejazd na „Flavianie”. Byłem wściekły, wstydziłem się... AŜ tu... ta nowina! Wtedy dopiero 
poczułem zimny pot na czole.  
Emilko... nie ma cię przecieŜ w Anglii? To niemoŜliwe! Ale w takim razie... kogo widziałem na 
owym dworcu? 
Faktem jest, Ŝe to mi ocaliło Ŝycie. Gdybym popłynął na „Flavianie”... no, nie popłynąłem, 
zawdzięczając to komu, czemu? 
Niebawem wracam do domu. Popłynę na „Morawiance”. A raczej popłynę na niej, o ile znowu 
mnie nie ostrzeŜesz Emilko, Słyszałem o tobie dziwną historię przed laty, w związku z matką Ilzy. 
JuŜ niemal zapomniałem o tym. Baczność!  Dzisiaj nie palą na stosie czarownic, naturalnie, ale...” 
Nie, dzisiaj nie palą czarownic. Ale... Emilka czuła, Ŝe patrzyłaby męŜniej w oczy wyrokowi, niŜ 
tym wypadkom, które ją czekały.  
         
Emilka weszła na wzgórze, aby się naradzić z Deanem nad róŜnymi kwestiami w Domu 
Rozczarowanym. Otrzymała bilecik, proszący ją o spotkanie w „ich” domku. Wrócił z Montrealu. 
Czekał na nią na progu, rozradowany, uszczęśliwiony. Szczygły świergotały słodko, wieczór się 
zbliŜał, spokojny, kojący. W powietrzu unosiły się smutne, nastrojowe dźwięki. Dean postąpił krok 
naprzód ku Emilce.  Jej twarz... jej oczy... co się stało w czasie jego nieobecności? To nie była 
Emilka... ta dziwna, blada, posępna dziewczyna.  
- Emilko, co się stało? - spytał Dean. Wiedział, zanim przemówiła.  
Emilka spojrzała mu w oczy.  Gdy trzeba zadać cios śmiertelny, po co przewlekać agonię? 
- Nie mogę wyjść za ciebie za mąŜ, Deanie - rzekła. - Nie kocham cię.  
Tyle tylko zdołała powiedzieć.  Nie tłumaczyła się, nie szukała usprawiedliwienia. Nie miała 
okoliczności łagodzących. Ale  wstrząsającym był obraz bólu, jaki zjawił się na tej przed chwilą 
jeszcze uśmiechniętej twarzy.  
Nastąpiła sekunda ciszy.  
Wydawała się ona wiecznością.  Morze skarŜyło się. Dean przemówił spokojnie:  
- Wiedziałem, Ŝe mnie nie kochasz. Ale cieszyłaś się, Ŝe za mnie wychodzisz... cieszyłaś się 
dotychczas. Co uczyniło nasz związek niemoŜliwym? 
Miał prawo pytać. Emilka wyjąkała swoje głupie, nieprawdopodobne opowiadanie.  
- Widzisz więc - zakończyła biednym, złamanym głosikiem - skoro mogę tak się z nim łączyć 
poprzez przestrzenie, to znaczy, Ŝe naleŜę do niego. On mnie nie kocha. Nigdy mnie nie pokocha...  

background image

ale ja naleŜę do niego... Och, Deanie, nie patrz tak na mnie.  Musiałam ci to powiedzieć. Ale jeŜeli 
chcesz... wyjdę za ciebie za mąŜ. Tylko musisz znać całą prawdę...  
- Tak, Murrayowie ze Srebrnego Nowiu zawsze dotrzymują słowa - rzucił Dean drwiąco. -  
Wyjdziesz za mnie za mąŜ... o ile zechcę. Ale ja nie chcę juŜ teraz... Widzę niemoŜliwość naszego 
związku równie jasno jak ty. Nie chcę się Ŝenić z kobietą, której serce naleŜy do innego 
męŜczyzny.  
- Czy zdołasz mi przebaczyć, Deanie? 
- CóŜ tu jest do przebaczenia? Nie mogę cię nie kochać, a ty nie moŜesz nie kochać jego. Musimy 
się pogodzić z tymi faktami. Nawet bogowie nie mogą odwrócić biegu wód. Powinienem był 
wiedzieć, Ŝe miłość ciągnie do młodości, a ja nigdy nie byłem młody. Gdybym był młody 
kiedykolwiek, umiałbym cię przytrzymać, chociaŜ dziś jestem juŜ stary.  
Ukrył swą biedną, zbielałą twarz w dłoniach. Emilka przydybała się na myśli, jaką ładną, miłą, 
przyjazną rzeczą byłaby śmierć w tej chwili.  
Ale gdy Dean odsłonił twarz, wyglądał juŜ inaczej. Oczy jego patrzyły drwiąco, nieomal cynicznie.  
- Nie bierz tego tak tragicznie, Emilko. Zerwanie zaręczyn jest dzisiaj faktem na porządku 
dziennym. Ciotki twoje pomyślą Bóg wie co, a moja rodzina będzie uwaŜała, Ŝe wymknąłem się ze 
zdradzieckich szponów. Ja osobiście byłbym wolał, Ŝeby twoja prababka, Szkotka, była z sobą 
zabrała  do grobu swój dar jasnowidzenia.  
Emilka objęła ramionami małą kolumnę przy wejściu i oparła o nią głowę. Wyraz twarzy Deana 
znów uległ zmianie, gdy popatrzył na nią. Głos jego, gdy przemówił, brzmiał łagodnie, chociaŜ 
bezdźwięcznie, głucho.  Wszelka barwa, wszelkie ciepło opuściły te struny głosowe.  
- Emilko zwracam ci twoje Ŝycie, twoją przyszłość. Od tej pory, gdy cię uratowałem od utonięcia w 
morzu, naleŜało ono do mnie, to Ŝycie, pamiętasz?  Obecnie jest znowu twoją wyłączną własnością. 
Musimy się poŜegnać, wbrew naszej starej umowie. Powtórzmy sobie: „PoŜegnanie musi być 
nagłe, o ile jest rozstaniem na zawsze”.  
Emilka chwyciła go za ramię.  
- Nie, nie Ŝegnajmy się, Deanie, nie Ŝegnajmy się. Czy nie moŜemy być nadal przyjaciółmi? Nie 
mogę Ŝyć bez twej przyjaźni.  
Dean ujął jej twarz w obie ręce, tę zimną twarzyczkę, o której śnił po nocach, marząc, Ŝe dotknie 
jej w końcu ustami, gdy ją zaślubi. Przyjrzał się jej powaŜnie i czule.  
- Nie moŜemy juŜ być przyjaciółmi, droga dziewczynko.  
- Och, zapomnisz... nie będziesz mnie wiecznie kochał...  
- Aby o tobie zapomnieć, męŜczyzna musi, moim zdaniem, umrzeć. Nie, Gwiazdko, nie moŜemy 
być przyjaciółmi. Nie przyjmujesz ode mnie miłości, a ta miłość zagłuszyła we mnie wszystkie 
inne uczucia. Odejdę.  Gdy się zestarzeję... tak naprawdę... wrócę i wtedy będziemy moŜe 
przyjaciółmi...  moŜe...  
- Nigdy sobie nie przebaczę tego, co ci wyrządzam.  
- Czego, pytam ponownie? Ja nie stawiam ci Ŝadnych zarzutów... dziękuję ci raczej za ten rok 
ubiegły. Był to królewski dar. Tego nikt mi nie odbierze. Nie oddałbym tego zeszłego lata za całe 
pokolenie ludzi szczęśliwych. Moja Gwiazdko... Gwiazdko moja!  
Emilka przyjrzała mu się, w oczach jej był ten pocałunek, którego nigdy nie złoŜyła na jego czole. 
Jakim samotnym odludziem stanie się świat cały, gdy Dean odejdzie od niej! Świat zestarzał się w 
ciągu jednej minuty. A czy ona zdoła zapomnieć kiedykolwiek ten okropny wyraz bólu na dnie 
jego źrenic?  
Po jego wyjeździe nigdy nie będzie czuła się wolna. Przykuta będzie do niego jego biednymi, 
zrozpaczonymi oczami, myślą o krzywdzie, jaką mu wyrządziła. MoŜe Dean zdawał sobie z tego 
sprawę, bo w uśmiechu, jakim ją Ŝegnał, był odcień złośliwego tryumfu. Poszedł ku bramie, 
połoŜył dłoń na klamce furtki ogrodowej, przystanął i zawrócił.  
 
 

background image

 
- Emilko i ja muszę się przyznać do czegoś. Chcę zrzucić cięŜar z sumienia. Kłamstwo jest rzeczą 
brzydką. Zdobyłem cię za pomocą kłamstwa. I dlatego bodaj musiałem cię utracić.  
- Kłamstwa?...  
- Pamiętasz tę twoją ksiąŜkę? Prosiłaś, Ŝeby ci o niej powiedzieć prawdę? Czyli to, co ja o niej 
myślę! Nie uczyniłem tego. Skłamałem. To jest bardzo dobra ksiąŜka, doskonały utwór. Są moŜe 
drobne usterki w tonie, trochę młodzieńczej przesady. Musisz panować nad swym temperamentem, 
hamować wzruszenie. Ale jest to wybitny utwór. Pierwszorzędnie pomyślany i wykonany. Dobra 
kompozycja. Ma wdzięk, postacie Ŝyją. Jest on naturalny, ludzki, rozkoszny. Teraz wiesz, co myślę 
o nim naprawdę.  
Emilka patrzyła na niego w milczeniu. Nagły rumieniec oblał jej udręczoną twarzyczkę.  
- Dobry utwór? A ja go spaliłam - wyszeptała.  
- Spaliłaś?...  
- Tak. I nigdy go juŜ nie potrafię napisać po raz drugi.  Dlaczego... dlaczego skłamałeś? Ty? 
- Bo znienawidziłem tę ksiąŜkę. Pochłaniała ona całą twą uwagę. Interesowała cię więcej niŜ moja 
osoba. Byłabyś znalazła z łatwością wydawcę i byłabyś zdobyła rozgłos. Jak brzydko wyglądają 
pewne motywy, gdy ująć je w słowa! Więc ty spaliłaś tę ksiąŜkę? To zabrzmi bardzo słabo, gdy 
powiem, Ŝe ogromnie tego Ŝałuję... Daremnie prosiłbym cię o przebaczenie.  
Emilka opanowała się. Coś się zdarzyło... była wolna naprawdę... wolna od wyrzutów sumienia, od 
wstydu, od Ŝalu.  Była ponownie kobietą wolną.  
Nastąpiło wyrównanie.  
- Nie, powinnam zawziąć się na Deana, nie przebaczyć mu tego do końca Ŝycia, jak to uczynił stary 
Hugo Murray - pomyślała.  
Głośno rzekła:  
- Ale... ja ci przebaczam, Deanie.  
- Dziękuję ci.  
Spojrzał na szary domek za nimi.  
- A zatem to będzie znowu Dom Rozczarowany. Doprawdy, nie uszedł przeznaczeniu. Widocznie 
domy, podobnie jak ludzie, muszą się poddać losowi i podlegają pewnemu fatum.  
Emilka oderwała wzrok od tego domku, który pokochała, który kochała jeszcze teraz. Nigdy juŜ 
nie będzie jej domkiem...  
Znowu będą w nim wędrować duchy rzeczy i ludzi, którzy tu nigdy nie Ŝyli.  
- Deanie, oto klucz. Dean potrząsnął głową przecząco.  
- Zatrzymaj go, dopóki cię nie poproszę o zwrot. Co by mi z niego przyszło obecnie? Ten dom 
moŜna z łatwością sprzedać, chociaŜ mnie by się to wydawało profanacją.  
Jeszcze coś pozostawało do spełnienia. Emilka z odwróconą twarzą podała Deanowi lewą rękę.  
Dean musi z niej zdjąć szmaragd, który był jego darem zaręczynowym. Czuła, jak go zsuwa z jej 
palca, jak zimno jej w to miejsce, które grzał dotychczas pierścionek, rozgrzany jej ciepłem. Nieraz 
wydawało jej się, Ŝe dźwiga okowy, a teraz straszną jej była świadomość, Ŝe juŜ na zawsze...  
spadły więzy. Bo wraz z tym pierścionkiem, symbolem niewoli, odchodziło coś, co czyniło przez 
szereg lat Ŝycie pięknym i miłym: cudna przyjaźń Deana, jego koleŜeństwo... śyć bez tego! Po 
wsze czasy! Nie wiedziała jeszcze, jak gorzką moŜe być wolność.  
Gdy Dean zniknął z oczu Emilki, poszła do domu, samotna.  Pozostała jej tylko smętnie 
tryumfująca świadomość, Ŝe Dean uznaje jej talent literacki.  
         
Zaręczyny Emilki wywołały zrozumiałe poruszenie wśród rodzin: Priestów i Murrayów. Ale  
zerwanie tychŜe zaręczyn wywołało istną burzę. Priestowie byli rozradowani i oburzeni zarazem, 
ale niekonsekwentni Murrayowie byli rozjątrzeni.  Ciotka ElŜbieta nie pochwalała nigdy, ani przez 
chwilę, tych zaręczyn, ale jeszcze surowiej potępiała ich zerwanie. Co ludzie powiedzą? Mówiono 
w tych dniach często o „niestałości Starrowskiej” w Srebrnym Nowiu.  

background image

- CzyŜ sądziłyście - spytał sarkastycznie wuj Wallace - Ŝe ta dziewczyna będzie odczuwać to samo 
w piątek, co w czwartek?  
Wszyscy Murrayowie rozprawiali o tym zdarzeniu i kaŜdy wypowiadał zdanie, zaleŜnie od swego 
usposobienia i stosunku do Emilki. Ale z pewnych przyczyn najmocniej ją ubodło i zaszczepiło jad 
w jej rozŜalonym sercu orzeczenie Andrzeja. Andrzej pochwycił gdzieś ten wyraz i zaopiniował, Ŝe 
Emilka jest „pełna temperamentu”. Większość Murrayów nie wiedziała, co to właściwie znaczy, 
ale powtarzali sobie gorliwie to określenie. Emilka jest dziewczyną o bujnym temperamencie, otóŜ 
to właśnie! To wszystko tłumaczy, to licuje z jej naturą. Czy napisała wiersz; czy oświadczyła, Ŝe 
nie lubi puddingu z marchwi, gdy wszyscy inni Murrayowie przepadali za tą potrawą; czy nosiła 
włosy spuszczone na plecy, gdy inne panny upinały je wysoko; czy się przechadzała sama przy 
ś

wietle księŜyca; czy wyglądała z rana, jakby w nocy nie spała, czy studiowała gwiazdy z lunetą w 

ręku; czy łzy jej napływały do oczu na widok wielkiego piękna; czy teŜ wolała pozostać w starym 
ogrodzie warzywnym, zamiast jechać na podwieczorek taneczny w Shrewsbury - wszystko to było 
wynikiem jej „temperamentu”. Emilka znalazła się osamotniona wśród ogólnej nieŜyczliwości. 
Nawet ciotka Laura nie rozumiała. Nawet Ilza napisała dziwny list, w którym jedno przeczyło 
drugiemu. Emilka doznała wraŜenia, Ŝe Ilza kocha ją wprawdzie po dawnemu, ale teŜ uwaŜa ją za 
dziewczynę „pełną temperamentu”. Czy moŜe Ilza dowiedziała się jakimś cudownym sposobem, Ŝe 
Perry Miller usłyszawszy, Ŝe wszystko między Emilką a Deanem Priestem skończone, przyszedł do 
Srebrnego Nowiu i ponownie oświadczył się Emilce? Emilka dała mu ostrą odprawę, a Perry 
zniechęcony i dotknięty do Ŝywego, przysiągł, Ŝe juŜ nie będzie miał nigdy więcej do czynienia z tą 
zarozumiałą małpką. Ale juŜ tyle razy to sobie przyrzekał! 
         
Rozdział XII 
 
4 maja 19... 
Pierwsza w nocy jest niezupełnie odpowiednią porą do pisania dziennika. Ale czekała mnie znowu 
bezsenna noc. Nie mogę sypiać, a męczy mnie to leŜenie w ciemnościach i rozmyślanie o rzeczach 
przykrych. Więc zapaliłam świecę i wydobyłam z ukrycia mój stary dziennik, aby „się wypisać.” 
Od owej nocy, kiedy spaliłam moją ksiąŜkę, nigdy nie pisywałam w tym dzienniku. Potem spadłam 
ze schodów i o mało co nie przypłaciłam Ŝyciem mej nieuwagi. Odzyskawszy przytomność, 
ujrzałam wszystko pod całkiem innym kątem. Wszystko się zmieniło. Było obce, okropne. 
Zdawało mi się, Ŝe wieki upłynęły od ostatnich moich notatek. Kiedy przeglądam te kartki, gdy 
czytam te wesołe, pogodne rozwaŜania, zastanawiam się, czy istotnie ja to pisałam, ja, Emilia Byrd 
Starr.  
Noc jest piękną porą, gdy człowiek jest szczęśliwy, pocieszającą - gdy ma zmartwienie, straszną - 
gdy jest sam, gdy nawiedzi go nieszczęście. A dzisiaj czuję się okropnie samotna. Ogarnia mnie 
rozpacz. Nigdy widocznie nie zdołam dojść do dna Ŝadnego uczucia, a samotność jest dla mnie 
niewypowiedzianą udręką.  Dzisiejszej nocy czuję się opuszczona, beznadziejnie sama.  Miłość 
mnie omija, przyjaźń utraciłam, a co najgorsze bodaj... nie mogę pisać.  Próbowałam kilkakrotnie, 
ale nie udało mi się. Dawny płomień twórczy pozostawił po sobie tylko popioły i zgliszcza, z 
których nie mogę juŜ wykrzesać Ŝadnej iskierki. Przez cały wieczór próbowałam pisać nowelę; ale 
jest to utwór bez Ŝycia, w którym występują drewniane marionetki. Odrzuciłam pióro. Podarłam 
wreszcie nowelę w drobne kawałki, czując, Ŝe to jedno jest w danym wypadku wskazane.  
Gorzkie były te ubiegłe tygodnie. Dean wyjechał, nie wiem dokąd. Nie pisuje, nigdy zapewne nie 
napisze. Tak mi dziwnie, Ŝe nie otrzymuję listów od nieobecnego Deana. To jest wręcz 
nienaturalne.  
A jednak rozkoszne jest poczucie odzyskanej wolności.  
Ilza pisze mi, Ŝe wraca do domu na lipiec i sierpień.  Tadzio prawdopodobnie takŜe.  
MoŜe ten fakt przyczynia się do moich bezsennych nocy. Pragnę uciec stąd, zanim on przyjedzie.  

background image

Nie odpisałam na list, który mi przysłał po katastrofie „Flaviana”. Nie mogłam. Nie mogłam o tym 
pisać. A gdy przyjedzie, będzie o tym mówił: tego nie zniosę... Czy on odgadnie, Ŝe to dlatego, Ŝe 
go kocham, Ŝe dzięki temu zdołałam przebyć w ciągu minuty przestrzeń kilkusetmilową i ostrzec 
go przed niebezpieczeństwem? Gotowa jestem umrzeć ze wstydu na tę myśl. A przy tym 
prześladuje mnie wspomnienie moich słów, wyrzeczonych do pani Kent. Ulgę mi przynosi 
bezwzględna uczciwość takiego postawienia kwestii. Nie boję się, Ŝe ona mu powtórzy 
kiedykolwiek to, co jej powiedziałam. Nie chciałaby, Ŝeby on wiedział o mojej miłości i 
zapobiegnie temu, o ile to będzie w jej mocy.  
Ale chciałabym wiedzieć jak przebrnę przez to lato.  
Są chwile, w których nienawidzę Ŝycia. Kiedy indziej kocham je gorączkowo, widzę z rozpaczą w 
duszy, jakie ono piękne, a raczej, jakie mogłoby być piękne, o ile... 
Zanim Dean odjechał, kazał zaopatrzyć wszystkie okna w Domu Rozczarowanym. Unikam 
bliskości tego domu. Ale wciąŜ widzę go oczami duszy. Stoi na wzgórzu samotny i czeka, głuchy, 
ś

lepy.  

Nie zabrałam stamtąd moich rzeczy, co ciotka ElŜbieta uwaŜa za niezawodny objaw pomieszania 
zmysłów. Ale Dean postąpił podobnie. Nie ruszyliśmy niczego. Mona Liza wciąŜ uśmiecha się 
szyderczo w półmroku, ElŜbieta Bas spogląda lekcewaŜąco na idiotkę „pełną temperamentu”, a 
lady Giovanna rozumie nas wszystkich. Mój drogi, mały domek! I pomyśleć, Ŝe on nigdy nie stanie 
się niczyim ogniskiem! Tak mi jest na duszy jak owego wieczora, kiedy biegłam ku tęczy i... 
straciłam ją z oczu.  
- Będą jeszcze inne tęcze - rzekłam wówczas.  
Ale czy będą?  
         
Dzień dzisiejszy był pełnym liryzmu dniem wiosennym. Zdarzył się cud. Zdarzył się o świcie, gdy 
wychyliłam się z mego okna, wsłuchana w szemrzący z cicha, ciepły wietrzyk poranny, wiejący od 
gaiku Wysokiego Jana.  Nagle... po długich miesiącach martwoty rozbłysnął „promyk”... mój 
dawny... cudowny przebłysk wieczności. I w tejŜe chwili poczułam, Ŝe mogę znów pisać. 
Pobiegłam do biurka i porwałam pióro. Pisałam przez kilka godzin. Gdy usłyszałam, Ŝe kuzyn 
Jimmy schodzi na dół ze swego pokoju, odłoŜyłam pióro i pochyliłam głowę bardzo nisko nad 
biurkiem, dziękując Bogu, Ŝe znów mi jest danym pracować.  
Przypomniały mi się wiersze ElŜbiety Barett Browning, takie piękne, takie prawdziwe! Trudno 
pojąć, dlaczego pracę nazywają przekleństwem człowieka. Trzeba sobie dopiero przypomnieć, jak 
gorzką jest praca przymusowa lub bezproduktywna. Ale ta praca, do której jesteśmy stworzeni, dla 
której zostaliśmy zesłani na ziemię, ta jest błogosławieństwem. Daje pełnię radości Ŝycia. 
Odczułam to dzisiaj, gdy palce mi drŜały ponownie w zapale twórczym, gdy pióro stało mi się 
znowu przyjacielem.  
„Oddać się pracy”, moŜna by pomyśleć, Ŝe to jest udziałem kaŜdego. A czasem niepokój i troska 
nie pozwalają nam oddać się pracy. A potem zdajemy sobie sprawę, cośmy utracili i wiemy, Ŝe 
lepiej być przeklętym, niŜ zapomnianym przez Boga. Gdyby On ukarał Adama i Ewę, skazując ich  
na próŜnowanie, wtedy dopiero byliby oni doprawdy wyklętymi ludźmi. Wszelkie sny Edenu nie 
mogły być równie słodkie, jak te, które prześniłam dzisiejszej nocy, gdy przywróconą mi została 
zdolność do pracy.  
- Och, BoŜe, dopóki Ŝyję, pozwól mi „oddawać się pracy”. O to się modlę. O zdolność i o chęć do 
pracy. 
         
15 maja 19... 
Drogie słoneczko, jakim jesteś wybornym lekarstwem! Przez cały dzień rozkoszowałam się 
urokiem tego cudnego, dziewiczo białego świata. A dziś wieczorem obmyłam moją duszę z 
wszelkiego pyłu ziemskiego w powietrznej kąpieli wiosennego zmierzchu. Poszłam w kierunku 
Góry Czarownej, bo tam jest tak cicho i odludnie i przechadzałam się, uszczęśliwiona, przystając 

background image

chwilami, aŜeby przemyśleć to i owo, aŜeby pochwycić w locie jakiś pomysł, rodzący się na dnie 
mej świadomości.  Studiowałam gwiazdy za pomocą mej lunety. Gdy wróciłam do domu, 
doznawałam wraŜenia, Ŝe byłam o milion mil oddalona od mego pokoju, zawieszona w błękitnym 
eterze, Ŝe cała moja rodzina, moi znajomi, wszyscy byli przez parę godzin zapomniani, stali mi się 
obcy.  
Ale na jedną gwiazdę nie patrzyłam. Na tak zwaną „moją” gwiazdę. Moją i Tadzia.  
         
30 maja 19... 
Dzisiaj, gdy pisałam nowelę, weszła do mnie ciotka ElŜbieta i kazała mi zejść do ogrodu 
warzywnego i oczyścić z chwastów cebulę. Musiałam odłoŜyć pióro i pójść do ogrodu. Ale moŜna  
czyścić z chwastów cebulę i myśleć przy tym o cudnych rzeczach. Jest to błogosławieństwem 
BoŜym, Ŝe nie musimy zawsze wkładać duszy w to, co czynią nasze ręce, w przeciwnym razie, 
któŜ miałby jeszcze duszę? A zatem wyrywałam chwasty i przebiegłam w duchu Mleczną Drogę. 
         
10 czerwca 19... 
Kuzyn Jimmy i ja czuliśmy się wczoraj wieczorem jak mordercy.  I tak było. A byliśmy zabójcami 
dzieci! 
Tej wiosny jest urodzaj na klony. Małe kloniki wyrastają z ziemi, jakby zasiane ręką czarodziejki. 
Trzeba je plenić.  Nie moŜna im pozwolić na takie rozmnaŜanie się. A zatem pleniliśmy je wczoraj 
i czuliśmy się winni zabójstwa. Śliczne, kochane, bezbronne drobiazgi!  Mają prawo rosnąć, mają 
prawo stać się wielkimi, majestatycznymi, wspaniałymi drzewami. JakŜe moŜna odmawiać im tego 
prawa? KimŜe jesteśmy, Ŝeby się na to waŜyć? Kuzyn Jimmy płakał wobec tej okrutnej 
konieczności.  
„Myślę często - szeptał - Ŝe nie naleŜy przeszkadzać Ŝadnemu rozwojowi. Ja nigdy się nie 
rozwinąłem... - umysłowo przynajmniej”.  
W nocy miałam okropny sen: prześladowały i ścigały mnie zastępy oburzonych, małych kloników. 
Zgromadziły się dokoła mnie, szarpały, biły mnie liśćmi. Obudziłam się zdyszana i śmiertelnie 
przeraŜona, ale  ze wspaniałym pomysłem noweli w głowie: „Zemsta Drzew”.  
         
15 czerwca 19... 
Zrywałam poziomki na zboczach Czarnowody wśród wysokich, pachnących traw. Ogromnie lubię 
zrywać poziomki. Jest w tym zajęciu rys wiecznej młodości.  Bogowie zrywali chyba poziomki na 
stokach Olimpu, nie uchybiając w niczym swemu majestatowi.  Królowa... poeta... mogą się do 
tego zniŜyć. Dla Ŝebraka będzie to przywilejem.  
A dzisiaj siedzę w moim drogim pokoiku, z moimi ksiąŜkami i obrazami, przy kochanym okienku i 
ś

nię o cudach, i marzę, wciągając nozdrzami upajające, letnie powietrze. A szczygły nawołują się 

w gaiku Wysokiego Jana, a topole rozmawiają po cichu o dawnych, przebrzmiałych zdarzeniach.  
W gruncie rzeczy świat nie jest zły, ludzie teŜ są raczej dobrzy. Nawet Emilia Byrd Starr jest nie 
najgorsza. Nie jest bynajmniej tą fałszywą, niestałą, niewdzięczną i przewrotną osobą, za którą 
uwaŜa czasami samą siebie, ani tą samotną, opuszczoną dziewczyną, za którą się poczytuje podczas 
bezsennych nocy, ani tym chybionym istnieniem, którym mniema, Ŝe jest, gdy zwracają jej 
rękopisy. Ani takim tchórzem, jakim się czuje na myśl o przyjeździe w lipcu do Czarnowody 
Fryderyka Kenta.  
         
Rozdział XIII 
 
Emilka czytała przy oknie, czytała dziwny poemat Alicji Meynell „List młodej dziewczyny do jej 
własnej Starości”, gdy wtem usłyszała to. Zmierzch zapadł nad ogrodem Srebrnego Nowiu; wśród 
ciszy wieczornej rozbrzmiał donośnie gwizd: dwa wysokie tony i jeden niŜszy, przeciągły. Stary 

background image

sygnał Tadzia, gwizdek w gaiku Wysokiego Jana, dawny, dawny gwizdek, który tak często wzywał 
ją przed laty wieczorną porą.  
KsiąŜka wypadła z rąk Emilki.  Schyliła się, blada, z rozszerzonymi oczami. Czy Tadzio 
przyjechał? Miał przyjechać dopiero za tydzień, chociaŜ Ilza przybywała tegoŜ dnia wieczorem.  
Czy ją uszy nie mylą? Czy to jakaś halucynacja? MoŜe to szczygieł... 
Gwizd ozwał się znowu. Wiedziała równie dobrze, jak za pierwszym razem, Ŝe jest to gwizdek 
Tadzia. Na całym świecie nie było podobnego dźwięku. Od tak dawna go nie słyszała. Był tutaj, 
czekał na nią, wzywał ją. Czy pójdzie? Zaśmiała się. Czy pójść? Nie miała wyboru. Musi pójść. 
Duma jej nie zatrzyma, ani gorzkie wspomnienie owej nocy, kiedy czekała na ów sygnał daremnie. 
Lęk... wstyd, wszystko to zostało zapomniane w szalonym radosnym uniesieniu tej chwili. Nie 
dając sobie czasu do namysłu, do rozwaŜania, Ŝe jest Murrayówną, rzuciwszy tylko przelotne 
spojrzenie w zwierciadło, aby się upewnić, Ŝe jej jasna suknia jest bardzo „do twarzy” (jakie 
szczęście, Ŝe przypadkowo włoŜyła tę suknię!), zbiegła ze schodów i pomknęła ogrodem. Stał pod 
starymi świerkami, przy ścieŜce Wysokiego Jana, bez kapelusza, uśmiechnięty...  
- Tadziu...  
- Emilko.  
Dłonie jej były w jego dłoniach, oczy jej świeciły, wlepione w jego oczy. Powróciła młodość i to 
wszystko, co niegdyś czyniło Ŝycie czarownym.  
Są razem po tylu latach rozłąki i oddalenia. Zniknęła nieśmiałość, sztywność, lęk przed zmianą. 
Wolno im znowu być dziećmi. Ale wiek dziecięcy nie zna tej przedziwnej, wzbierającej w sercu 
słodyczy, tego szału szczęścia. Och, ona naleŜy do niego. Jednym słowem, spojrzeniem, napięciem 
głosu - zdobywał władzę nad nią.  Czy to waŜne w tej chwili, Ŝe w momentach zimnej rozwagi 
niemiłe jej bywa to uczucie bezradności, niewolniczego posłuszeństwa? Czy to ma znaczenie, Ŝe 
nazajutrz będzie Ŝałować, iŜ tak szybko biegła, iŜ stanęła przed nim zdyszana? Dzisiaj ma 
znaczenie to jedno: Tadzio wrócił.  
Pozornie spotykali się po tej rozłące nie jako dwoje zakochanych, lecz jako dawni, kochający się 
przyjaciele. Tyle było tematów rozmowy, tyle rzeczy do przemilczenia! Przechadzali się po 
ogrodzie, a gwiazdy nad ich głowami śmiały się i podsłuchiwały...  
O jednym tylko nie wspomnieli ani słowem, o tym, czego Emilka się bała. Tadzio nie uczynił 
Ŝ

adnej aluzji do tajemnicy swej wizji na londyńskim dworcu. Jakby jej nigdy nie miał... Ale Emilka 

wiedziała, Ŝe to ich spoiło na nowo po długim nieporozumieniu. Lepiej o tym nie mówić. Było to 
jedno z tych zjawisk mistycznych, jedna z tych tajemnic bogów, o których nie naleŜy mówić. 
Najlepiej nie pamiętać o nich, skoro spełniły juŜ swoją misję. A jednak... tacy nierozsądni jesteśmy, 
my biedni śmiertelnicy! Emilka czuła rozczarowanie, widząc, Ŝe Tadzio nie zamierza wcale 
poruszyć tej sprawy. Nie chciała, Ŝeby o tym mówił. Ale jeŜeli nie było to błahostką dla Tadzia, to 
czyŜ nie powinien o tym wspomnieć?  
- Tak dobrze mi tutaj - mówił Tadzio. - Nic się pozornie nie zmieniło. Czas stoi tu w miejscu, 
podobnie jak w Edenie.  Patrz, Emilko, jak błyszczy nasza gwiazdka. Nasza! czy zapomniałaś juŜ o 
niej? 
Czy zapomniała? Jak bardzo pragnęłaby zapomnieć!  
- Pisano mi, Ŝe wychodzisz za mąŜ za Deana - rzekł Tadzio znienacka.  
- Miałam zamiar... ale nie mogłam - odrzekła Emilka. 
- Dlaczego? - spytał, jak gdyby miał niezaprzeczone prawo do zadania tego pytania.  
- Bo go nie kochałam - odrzekła Emilka, przyznając mu to prawo.  
Ś

miech... złoty, rozkoszny śmiech, zaraźliwy śmiech. To takie zdrowe, radosne... Śmiać się moŜna 

zawsze, nie zdradzając jedno drugiego. Nadchodziła Ilza. Ilza biegła ścieŜką w dół.  Ilza w Ŝółtej, 
jedwabnej sukni, przypominającej kolor włosów, w kapeluszu, który wyglądał jak świeŜo rozkwitła 
wielka róŜa.  

background image

Emilka była jej szczerze rada.  Napięcie momentu dochodziło do granic ostatecznych. Niektóre 
rzeczy stawały się straszne, gdy przychodziło ująć je w słowa.  Odwróciła się od Tadzia nieco 
szorstkim ruchem. Znów była Murrayówną ze Srebrnego Nowiu.  
- Kochani - rzekła Ilza, obejmując kaŜde z nich ramieniem. - Czy to nie boskie zrządzenie, Ŝe znów 
jesteśmy tu wszyscy razem? Och, jak ja was kocham! Zapomnijmy, Ŝe jesteśmy starzy, i dorośli, i 
mądrzy, i nieszczęśliwi! Bądźmy szaleni, nieprzytomni z radości, bądźmy szczęśliwi chociaŜby 
przez czas jednego lata.  
                 
Nastąpiły cudowne chwile, które trwały przez cały miesiąc. Miesiąc niezwykłych róŜ, idealnych 
blasków księŜycowych, niezapomnianych mgiełek  ametystowych, plusku deszczu, zawodzenia 
wichru, kwitnących lilii i bławatków, miesiąc misterium muzyki, czarów.  
Miesiąc śmiechu, tańca i uciechy, nieskończonych zachwytów. Nic nie zostało powiedziane. 
Emilka i Tadzio rzadko kiedy bywali sami. Ale jedno z nich odczuwało... wiedziało. Emilka 
promieniała.  Ten dziwny niepokój, który stanowił przedmiot trosk ciotki Laury, zniknął z jej oczu. 
ś

ycie było dobre, miłe. Przyjaźń...  miłość... radość zmysłów i radość ducha... Ŝal... urok...  

spełnienie... chybienie...  tęsknota... wszystko to stanowiło część składową Ŝycia i było tym samym 
interesujące i godne poŜądania.  
Co rano, gdy się budziła, miała wraŜenie, Ŝe kaŜdy dzień jest dobrą wróŜką, która obdarzy ją jakąś 
nową uciechą. Ambicje były zapomniane, na razie przynajmniej. Powodzenie...  potęga... sława. 
Niech ci, którzy o nie dbają, płacą odpowiedni okup i biorą je sobie. Ale miłości nie moŜna kupić, 
ani sprzedać. Jest to dar.  
Nie bolała jej juŜ nawet myśl o spalonej ksiąŜce. CóŜ znaczy jedna ksiąŜka mniej lub więcej, 
wobec tego wszechświata, Ŝycia, ruchu i namiętności? JakŜe blade i nieciekawe było wszelkie 
Ŝ

ycie fikcyjne wobec tej egzystencji, pełnej blasków i napięcia? CóŜ jej po laurach? Kwiat 

pomarańczowy jest daleko słodszą koroną dla skroni dziewiczych. A jakaŜ gwiazda świeci jaśniej i 
bardziej nęcąco od ich Gwiazdy?  Inaczej mówiąc, nic się nie liczy i nie jest waŜne na świecie, nic, 
z wyjątkiem Tadzia Kenta.  
         
- Gdybym miała ogon, ucięłabym go - jęczała Ilza, rzucając się na łóŜko Emilki i ciskając o ścianę 
jedną z ulubionych ksiąŜek przyjaciółki: mały tomik „Rubaiyatu”, który Tadzio podarował jej za 
czasów WyŜszej Szkoły. KsiąŜeczka odbiła się od ściany, kartki rozleciały się na cztery wiatry. 
Emilka była niezadowolona.  
- Czy byłaś juŜ w takim stanie duszy, Ŝe nie mogłaś płakać, ani modlić się, ani kląć? - spytała Ilza.  
- Czasami - odrzekła Emilka sucho. - Ale nie wyŜywam się na ksiąŜkach, które lubię i które nic nie 
zawiniły. Raczej zmywam komuś głowę.  
- Nie mam pod ręką Ŝadnej głowy, która by się do tego nadawała, oprócz tej jednej - rzekła Ilza 
niechętnie, rzucając gniewne spojrzenie na fotografię Perry’ego Millera, wiszącą nad biurkiem 
Emilki.  
Emilka spojrzała na nią równieŜ i twarz jej „zmurrayizowała się”, jak mówiła Ilza. Fotografia 
wisiała na dawnym miejscu, ale zamiast Ŝywych oczu Perry’ego widniały na niej dwie dziury.  
Emilka była oburzona, Perry tak się pysznił tą fotografią. Była to jego pierwsza podobizna.  
- Dotychczas nigdy nie stać mnie było na to - rzekł szczerze.  
Zdjęcie było bardzo dobre, chociaŜ poza była zbyt agresywna i zbyt uparty wyraz dokoła ust. 
Ciotka ElŜbieta popatrzywszy na tę podobiznę dziwiła się w duchu, Ŝe ośmieliła się ongi 
zaproponować temu przystojnemu, młodemu człowiekowi, aby jadał w kuchni. Ciotka Laura otarła 
sentymentalne łzy i pomyślała, Ŝe moŜe w końcu Emilka i Perry... prawnik byłby odpowiednim 
nabytkiem dla ich rodziny, jako uzupełnienie pastora i lekarza. Wprawdzie ciotka Tomaszowa... no, 
ale, bądź co bądź... 

background image

Perry popełnił wielki błąd taktyczny, oświadczając się ponownie Emilce. Perry Miller niełatwo 
godził się z myślą, Ŝe coś, co postanowił, jest nieosiągalne. A postanowieniem jego było zdobyć 
Emilkę. Pragnął ją mieć za Ŝonę.  
- Teraz chwyciłem Pana Boga za nogi - rzekł dumnie. Z kaŜdym rokiem będę się wznosił wyŜej.  
Dlaczego nie moŜesz się do mnie przekonać, Emilko? 
- Czy w tym rzecz, aby móc się do kogoś przekonać? - spytała Emilka z ironią.  
- Naturalnie. W czymŜe jeszcze? 
- Posłuchaj, Perry - rzekła Emilka stanowczo. - Jesteś dobrym kolegą. Lubię cię, zawsze cię 
lubiłam. Ale męczą mnie te niedorzeczności i Ŝyczę sobie, aby się skończyły. JeŜeli raz jeszcze 
poprosisz mnie o  moją rękę, przestanę z tobą rozmawiać raz na zawsze. Musisz się przemóc i 
wybrać pomiędzy moją przyjaźnią a moim nieistnieniem dla ciebie.  
- No, dobrze.  
Perry wzruszył filozoficznie ramionami. Doszedł do wniosku, Ŝe dosyć tego wzdychania do Emilki 
Starr i jej ciągłych „bur” w zamian za jego udrękę i długoletnią wierność. Dziesięć lat czekania 
wystarcza. Są na świecie inne dziewczęta, trudno!  MoŜe popełnił błąd: był zbyt wierny i wytrwały. 
Gdyby gonił za gwiazdami, gdyby jej okazywał na przemian chłód i namiętność, byłby moŜe miał 
więcej szczęścia. Dziewczęta takie juŜ są. Ale Perry nie powiedział tego Emilce. Siostrzeniec ciotki 
Tomaszowej nauczył się tego i owego. Rzekł tylko:  
- Gdybyś przestała patrzeć na mnie z pewnego punktu widzenia, z pewnością by mi się powiodło.  
Nie byłbym cię tyle razy nudził mymi oświadczynami, gdybym cię nie kochał. Nie zapomniałem 
jednak, jak wierzyłaś we mnie, gdy byłem najemnikiem u twojej ciotki, ElŜbiety Murray, a przy 
tym... - tu Perry zarumienił się po uszy - przy tym słodko mi było na duszy, gdy tak marzyłem o 
tobie w ciągu lat ubiegłych. Teraz widzę, Ŝe trzeba zrezygnować. Ale nie odbieraj mi twej 
przyjaźni, Emilko.  
- Nigdy - odrzekła Emilka impulsywnie, wyciągając do niego obie ręce. - Jesteś „asem”, drogi 
Perry. Dokonałeś cudów i dumna jestem z ciebie.  
A tu oto jego podobizna zniszczona! Spojrzała na Ilzę roziskrzonymi oczami.  
- Ilzo Burnley, jak śmiesz! 
- Nie masz powodu marszczyć na mnie czoła w ten sposób, umiłowany szatanie - odparła Ilza. - To 
nie wywiera na mnie głębszego wraŜenia. Nie mogłam znieść tej fotografii.  
- To, co zrobiłaś, godne jest rodziny ciotki Tomaszowej.  
- ZasłuŜył na to. Nie mogłam patrzeć na te wyłupiaste, bezczelne oczy. Z satysfakcją przebiłam je 
noŜyczkami. Och, jak ja nienawidzę Perry’ego Millera! 
- Sądziłam, Ŝe go kochasz, sama to mówiłaś - rzekła Emilka szorstko.  
- Na jedno wychodzi - rzekła Ilza posępnie. - Emilko, jak to zrobić, Ŝebym wyrzuciła z serca tego 
chłopaka? To brzmi zbyt po wiktoriańsku: serce! Ja nie mam serca. Nie kocham go...  nienawidzę 
go. Ale nie mogę przestać o nim myśleć. Oto jest dokładny stan mojej duszy.  Mogłabym wyć... 
Ale wyłupiłam mu oczy, bo zmienił przekonania polityczne.  
- Miał te same, co ty.  
- Tak, a ja nienawidzę chorągiewki w ludzkiej postaci. Nigdy nie przebaczyłam Henrykowi  
Czwartemu przejścia na katolicyzm. Nie dlatego, Ŝe przestał być protestantem, ale dlatego, Ŝe był 
chorągiewką. Ja byłabym równie zawziętym katolikiem, jak protestantem, stosownie do tego, w 
jakiej religii byłabym urodzona. Perry zmienił przekonania, bo chciał się przypodobać swemu 
szefowi, panu Leonardowi Ablowi. Będzie sędzią Millerem bogatym jak ciasto weselne, ale!...  
chciałabym, aby miał setki oczu... wyłupiłabym mu je po kolei. Czuję, Ŝe mogłabym się stać drugą 
Lukrecją Borgią. 
- Która była dobrą, choć głupią kobietą, miłowaną za swe dobre uczynki.  
- Tak, wiem, Ŝe historycy współcześni mają manię przeinaczania historii. Dobrze, mogę połączyć 
w moich sympatiach Lukrecję i Wilhelma Tella.  Zdejmij tę fotografię, Ŝebym na nią więcej nie 
patrzyła. Proszę cię, Emilko.  

background image

Emilka włoŜyła zmaltretowaną fotografię do szuflady biurka. Gniew jej minął. Rozumiała. 
Nareszcie zrozumiała, dlaczego oczy zostały wycięte z fotografii Perry’ego. Trudniej było 
zrozumieć, dlaczego Ilza tak uparcie i nieuleczalnie kochała się w Perrym. W sercu jej był odcień 
litości dla Ilzy, która tak bardzo kochała się w człowieku, kochającym inną kobietę.  
- Sądzę, Ŝe to mnie wyleczy - rzekła Ilza namiętnie. - Nie będę się kochać w chorągiewce. Idiota! 
Mam go dosyć, Emilko, dziwię się, Ŝe ciebie nie mogę znienawidzić. Lodowata, zimnokrwista 
istoto, czy dbałaś kiedykolwiek o kogoś lub coś, z wyjątkiem twego pióra?  
- Perry mnie teŜ nigdy nie kochał naprawdę - odrzekła Emilka wymijająco. - Tylko mu się tak 
zdawało.  
- Hm, cieszyłabym się, gdyby mu się zdawało, Ŝe mnie kocha. Oszalałam! Jesteś jedyną osobą na 
ś

wiecie, której mogę się zwierzyć z tej głupoty, a to przynosi mi pewną ulgę. Dlatego nie mogę cię 

znienawidzić. Nie jestem moŜe tak nieszczęśliwa, jak sobie wyobraŜam. Nikt nie wie, co go czeka 
za następnym zakrętem. Muszę wykreślić Perry’ego z mego Ŝycia. Emilko - zmieniła nagle temat - 
wiesz, Tadzio Kent podoba mi się bardziej tego lata niŜ kiedykolwiek przedtem.  
- Ach! 
Ten wykrzyknik był bardzo wymowny, ale Ilza głucha była na wszelkie intonacje.  
- Tak. Jest on doprawdy czarujący. Te lata spędzone w Europie przydały mu się znakomicie. MoŜe 
nauczono go lepiej ukrywać swe samolubstwo.  
- Tadzio Kent nie jest egoistą. Dlaczego go tak nazywasz? Zastanów się nad jego uwielbieniem dla 
matki.  
- Bo ona jego uwielbia. Tadzio tylko lubi być wielbiony. On dlatego nigdy się nie zakocha, wiesz? 
No, a przy tym dziewczęta prześladują go po prostu. W Montrealu było to aŜ niesmaczne.  Czekały 
na niego godzinami z wywieszonymi językami. Miałam ochotę przebrać się za męŜczyznę i nie 
przyznawać się do płci. W Europie było niewątpliwie to samo. Nie ma męŜczyzny, który mógłby 
spędzić sześć lat w wyŜszych uczelniach i nie zepsuć się.  Tadzio jest pełen prostoty przebywając z 
nami. Wie, Ŝe jesteśmy jego koleŜankami i Ŝe wyśmiałybyśmy wszelkie niedorzeczności. Ale 
widziałam, jak przyjmował hołdy, jak się czule uśmiechał, jak zalotnie spoglądał, jak ściskał 
rączki.  Mówił kaŜdej to, co pragnęła usłyszeć. Gdy się tak przyglądałam tym „sztuczkom”, 
myślałam nieraz, Ŝe chciałabym mu coś powiedzieć, co by mu się musiało przypomnieć po latach, 
ilekroć obudzi się w nocy, o godzinie trzeciej.  
Słońce zachodziło całe purpurowe. Czarowna Góra oblana była potokiem światła.  W małym 
pokoiku w Srebrnym Nowiu ściemniało się gwałtownie.  
Emilka miała zepsuty wieczór. Ale czuła... wiedziała..., Ŝe Ilza się myli co do wielu rzeczy. Jedyną 
pociechą było to, Ŝe Emilka utrzymała w tajemnicy swą miłość. Niczym się nie zdradziła. Nawet 
Ilza nie domyślała się niczego. A było to zgodne z duchem zarówno Starrów, jak Murrayów.  
         
Ale Emilka siedziała długo przy oknie i patrzyła  w ciemną próŜnię, która stopniowo przechodziła 
w blade srebro, w miarę jak księŜyc wyłaniał się zza chmur. A zatem dziewczęta uganiały się za 
Tadziem?  śałowała, Ŝe tak szybko pobiegła w odpowiedzi na jego gwizdek do gaiku Wysokiego 
Jana.  
- ZagwiŜdŜ, a przyjdę, chłopcze - śpiewają w piosence.  
Ale Ŝycie nie jest szkocką balladą. A ta zmiana w głosie Ilzy... ta nuta niemal poufna?.... Co Ilza 
miała na myśli?... Jak ładnie Ilza wyglądała dzisiaj wieczorem. W tej eleganckiej sukni bez 
rękawów, ubranej złotymi motylami, w zielonym naszyjniku, który wił się jak wąŜ wzdłuŜ jej 
piersi, w zielonych pantofelkach o złotych klamrach... Ilza zawsze nosi takie śliczne obuwie. Czy 
Ilza ma zamiar?... A gdyby?...  
Nazajutrz po śniadaniu ciotka Laura  rzekła do kuzyna Jimmy’ego, iŜ z pewnością drogie dziecko 
ma jakiś cięŜar na sercu. 
 
Rozdział XIV 

background image

- Ten ptaszek o świcie wyraŜa pragnienie swego serca - rzekł Tadzio, siadając przy Emilce na 
porosłej trawą ławce w Czarnowodzie.  
Przyszedł tak cicho, Ŝe Emilka nie słyszała go. Nagle ujrzała go przy sobie i nie zapanowała  
nad rumieńcem. Drgnęła mocno.  Miała nadzieję, Ŝe on nie dojrzał tych objawów wzruszenia.  
Obudziła się wcześnie tego dnia i zapragnęła zobaczyć wschód słońca, co rodzina Murrayów 
byłaby niechybnie nazwała przejawem temperamentu. Wykradła się ze Srebrnego Nowiu i 
przedarała przez gaik Wysokiego Jana na przełaj, wśród drzew i krzaków do Czarnowody, aby 
podpatrzeć tajemnicę jutrzenki.  Nie przyszło jej nawet do głowy, Ŝe Tadzio równieŜ moŜe 
wędrować po okolicy o tak wczesnej porze.  
- Lubię tu przychodzić o wschodzie - rzekł. - Jest to niemal jedyna sposobność spędzenia kilku 
minut w zupełnej samotności. Wieczory i popołudnia upływają nam na rozrywkach zbiorowych, a 
matka wymaga, Ŝebym z nią spędzał całe rano. Nic dziwnego, taka była osamotniona w ciągu tych 
sześciu lat!  
- Przykro mi, Ŝe zakłóciłam twą cenną samotność - rzekła Emilka sztywno, przeraŜona, Ŝe on ją 
posądzi o rozmyślne przyjście na to miejsce, o znajomość jego zwyczajów.  
Tadzio zaśmiał się.  
- Nie przybieraj ze mną min ze Srebrnego Nowiu, Emilio Byrd Starr. Wiesz doskonale, Ŝe 
spotkanie z tobą na tym miejscu jest dla mnie uwieńczeniem tego poranka. śywiłem zawsze 
szaloną nadzieję, Ŝe to kiedyś nastąpi.  I ziściła się. Siadajmy i oddajmy się wspólnym marzeniom.  
Bóg stworzył dla nas ten poranek, dla nas dwojga. Nawet rozmowa mogłaby go zepsuć.  
Emilka przytaknęła w milczeniu. Jak dobrze jej było na tej ławce obok Tadzia, w Czarnowodzie, 
pod koralowym niebem! Marzyła, marzyła, słodko, namiętnie, przeŜywała powtórnie 
niezapomniane, szalone sny. Sama z Tadziem, gdy cały świat był uśpiony! Och, gdybyŜ ta cudna, 
wykradziona bogom chwila mogła trwać wiecznie!  Przyszedł jej na myśl wiersz Marjorie Pickhall, 
niby refren muzyczny:  
„Och, pozwól, niech trwa jutrznia po wsze czasy”...Wyszeptała te słowa jak modlitwę.  
Wszystko było tak piękne w tym czarownym momencie, przed wschodem słońca. Cisza 
spotęgowała jeszcze niezwykły urok otaczającej przyrody.  Tadzio zsunął się z ławki i leŜał na 
traawie u stóp Emilki, która ponownie odczuwała dziś jego nieprzeparty wdzięk.  Odczuwała go 
tak silnie, Ŝe nie śmiała podnieść na Tadzia oczu.  Ale przyznawała się przed samą sobą z 
naiwnością, która byłaby okropnie zgorszyła ciotkę ElŜbietę, Ŝe pragnęła gorąco przesiać przez 
palce jego krucze włosy. Pragnęła wtulić się w jego ramiona... przycisnąć twarz do jego piersi, 
poczuć dotknięcie jego ust na swym policzku...  
Tadzio wyjął jedną rękę spod głowy i połoŜył na jej ręce.  
Nie poruszyła się. Wtem przemknęły jej przez głowę słowa Ilzy: „Widziałam, jak przyjmował ich 
hołdy, słyszałam, jak mówił do kaŜdej to, co chciała usłyszeć”. Czy Tadzio odgadł jej myśli? Były 
one tak Ŝywe, tak intensywne, Ŝe chyba kaŜdy mógł je nieomal „słyszeć”. Nie do zniesienia! 
Skoczyła na równe nogi, zrzuciła jego dłoń ze swej ręki.  
- Muszę wracać.  
To było nieoczekiwane. Nie mogła temu zapobiec. Sama się dziwiła swym słowom. Ale trzeba... 
on nie powinien....  nie moŜe... pomyśleć...  Tadzio wstał równieŜ. W jego głosie i spojrzeniu 
nastąpiła zmiana. Czarowny moment minął.  
- Ja teŜ muszę wracać. Matka będzie czekać na mnie. Wstaje tak wcześnie. Biedna moja mateczka! 
Nic a nic się nie zmieniła. Nie jest dumna z moich sukcesów. Nienawidzi ich. Myśli, Ŝe one ją 
pozbawiają syna. Z biegiem lat Ŝycie nasze nie stało się łatwiejsze. Pragnę, Ŝeby matka pojechała 
ze mną, ale ona słyszeć o tym nie chce. Po części dlatego (przypuszczam!), Ŝe nie zniosłaby rozłąki 
ze swym domkiem, z tą okolicą, a po części dlatego, Ŝe nie chce mnie widzieć pochłoniętego 
nieznaną jej pracą. Zastanawiam się, co ją taką uczyniło. Nigdy nie znałem jej innej, ale sądzę, Ŝe 
nie zawsze była taka zaborcza i zazdrosna. AŜ dziwne, Ŝeby syn wiedział tak mało o Ŝyciu matki, 
jak ja. Nie wiem nawet, skąd się wzięła ta blizna na jej twarzy. Nie wiem nic o moim ojcu, nic o 

background image

jego rodzinie. Matka nigdy nie mówi o tych latach, które przeŜyła, zanim przenieśliśmy się do 
Czarnowody.  
- Coś ją zraniło wówczas, zraniło tak boleśnie, Ŝe nie otrząsnęła się juŜ nigdy z tego ciosu? - rzekła 
Emilka.  
- MoŜe śmierć mego ojca? 
- Nie, przynajmniej nie tylko to. Coś było tam jeszcze...  jakiś ślad... No, do widzenia.  
- Będziesz na obiedzie tanecznym u pani Chidlaw jutro wieczorem? 
- Tak. Przysyła po mnie samochód.  
- Ho, ho! Nie ma co pytać zatem, czy wstąpić po ciebie i zawieźć cię jednokonnym powozikiem. 
Muszę się zaopiekować Ilzą, z tego wynika... Perry teŜ tam będzie? 
- Nie. Napisał do mnie, Ŝe nie moŜe przyjść. Przygotowuje pierwszy swój proces. Nazajutrz staje w 
sądzie.  
- Perry dzielnie posuwa się naprzód, prawda? Ta jego Ŝelazna wytrwałość zatryumfuje w końcu.  
Będzie bogatym człowiekiem, a my będziemy jak myszy kościelne.  Ale my gonimy za tęczą, 
wszak prawda? 
Nie chciała poddać się jego czarowi. Pomyśli, Ŝe i ona czeka „z wywieszonym językiem” na 
upragnione słowa, nie! Odwróciła się niemal niegrzecznie. Tak chętnie zgodził się „zaopiekować 
Ilzą”, jak gdyby to istotnie było faktem bez znaczenia. A jednak czuła jeszcze dotknięcie jego dłoni 
na swej ręce. Tą przelotną pieszczotą ujarzmił ją całkowicie. Lata całe małŜeństwa z Deanem nie 
przywiązałyby jej tak bardzo do Deana, jak ten moment - do Tadzia. Nie mogła myśleć o niczym 
innym cały dzień. WciąŜ przeŜywała na nowo ten moment nieopisanego szczęścia. Wydawało jej 
się niemoŜliwością, Ŝe w Srebrnym Nowiu wszystko jest po dawnemu, Ŝe kuzyn Jimmy troszczy 
się o mszyce na swych drzewkach.  
         
Pęknięcie opony na szosie prowadzącej do Shrewsbury opóźniło wyjazd Emilki na obiad pani 
Chidlaw. Podbiegła do zwierciadła na sekundę i odwróciła się od swego odbicia zadowolona. Mały 
diadem we włosach uwydatniał świeŜość jej cery i oŜywiał jednostajność sukni ze srebrnych 
koronek na blado_błękitnym spodzie. Suknię tę przysłała jej panna Royal z Nowego Jorku. Ciotki 
Laura i ElŜbieta postawiły znak zapytania nad tą suknią. Srebrny i błękitny, to takie dziwne 
zestawienie barw. Ale Emilka wyglądała w nim uroczo. Kuzyn Jimmy przyjrzał się cudnemu 
zjawisku o gwiaździstych oczach z rozrzewnieniem i rzekł Ŝałośnie do Laury po wyjeździe Emilki:  
- W tej sukni ona juŜ nie naleŜy do nas.  
- Wyglądała jak aktorka - odrzekła Laura.  
Emilka nie czuła się jak aktorka, biegnąc przez wielką werandę prowadzącą do salonu, gdzie pani 
Chidlaw podejmowała gości. Czuła się Ŝywotna, szczęśliwa, pełna wyczekiwania.  Tadzio będzie 
na tym wieczorze, będą się porozumiewali wzrokiem poprzez stół, będzie mogła obserwować go 
skrycie, gdy będzie rozmawiał z inną, myśląc o niej. Będą tańczyli razem.  MoŜe on jej powie to, 
co tak bardzo pragnęła usłyszeć... 
Stanęła na progu, oczy jej słodkie, rozmarzone, spoczęły na zebranych. Przed nią roztaczał się 
obraz pełen niezapomnianego wdzięku.  
Wielki stół zajmował środek olbrzymiej sali. W głębi ustawiono, jako tło, świerki i palmy. Zza tych 
drzew przedzierało się światło. W tym dyskretnym oświetleniu rzucała się w oczy piękna twarz 
Ilzy, olśniewającej dzisiejszego wieczoru. A obok niej, naprzeciwko, inni goście: profesor Robins o 
długiej, melancholijnej twarzy, wydłuŜonej jeszcze bardziej przez długą brodę; Lizeta Chidlaw, o 
twarzyczce pełnej wdzięku, okolonej ciemnymi włosami, wysoko upiętymi nad czołem i z 
błyszczącymi oczami;  
Jakub Glenlake, rozmarzony i przystojny; Anetka Shaw, senna, biało-róŜowa, wiecznie 
uśmiechnięta a la Mona Liza; mały Tomasz Hallam o twarzy pełnej humoru, typowy Irlandczyk; 
Aylmer Vincent, otyły, łysiejący. WciąŜ jeszcze czarował panie ładnymi frazesami. Jak 

background image

niedorzeczną była, upatrując w nim Zaczarowanego Księcia! Gustaw Rankin, uroczyście 
wyglądający, a obok niego puste krzesło, dka niej najwidoczniej. Eliza Borland, młoda i milutka,  
pokazująca chętnie swe prześliczne rączki w świetle świec. Ale Emilka widziała tylko Tadzia i Ilzę. 
Tamci byli dla niej marionetkami. Siedzieli na wprost niej, razem. Tadzio, rozmowny i 
uśmiechnięty, jak zawsze. Jego ciemna głowa dotykała niemal jasnych włosów Ilzy. Ilza, 
promienna w swej turkusowej sukni, wyglądała jak królowa. W chwili kiedy Emilka stanęła na 
progu, Ilza podniosła oczy na Tadzia i zadała mu najwidoczniej jakieś poufne pytanie, wysoce 
waŜne, sądząc z wyrazu jej twarzy. Nigdy Emilka nie widziała dotychczas tego wejrzenia u Ilzy. 
Tadzio spojrzał jej w oczy i coś odpowiedział. Emilka wiedziała, czy teŜ poczuła, Ŝe odpowiedzią 
był wyraz: „kocham”. Tamci popatrzyli sobie w oczy przez długą chwilę. Ilza zarumieniła się i 
spojrzała  w odwrotną stronę. Czy Ilza rumieniła się kiedykolwiek przed tym wieczorem? Tadzio 
powiódł dokoła wzrokiem zwycięzcy.  
Emilka począwszy od tego momentu  przestała się obracać w zaczarowanym kole swych złudzeń.  
Serce jej tak pogodne, tak wesołe jeszcze przed minutą, zastygło, zmartwiało. Mimo światła i 
otaczających ją śmiechów mrok ponury zapanował w jej duszy. śycie całe wydało jej się nagle 
szpetne. Dla niej był to obiad złoŜony z gorzkich ziół. Nie mogła sobie nigdy przypomnieć, co 
opowiadał jej Gustaw Rankin. Nie patrzyła na Tadzia, który robił wraŜenie wybornie 
usposobionego i przez cały czas rozmawiał i przekomarzał się z Ilzą. Emilka pozostała milcząca i 
roztargniona do końca obiadu. Gustaw Rankin opowiadał jej swoje ulubione anegdotki, ale  
podobnie jak błogosławionej pamięci królowa Wiktoria, Emilka nie bawiła się nimi. Pani Chidlaw, 
która ją obserwowała, Ŝałowała, Ŝe posłała samochód po taką kapryśną dziewczynę.  
Prawdopodobnie nie podobał jej się sąsiad, ten biedny Gucio Rankin, który w ostatniej chwili 
poprosił, Ŝeby wolno mu nbyło zająć miejsce nieobecnego Perry’ego Millera. To jeszcze nie 
powód, Ŝeby wyglądać jak obraŜona księŜniczka. A jednak trzeba być dla niej grzeczną.  Ona moŜe 
opisać człowieka w jednej ze swych ksiąŜek.  Pamiętajmy o jej recenzjach! W rzeczywistości 
biedna Emilka cieszyła się niewymownie, Ŝe siedzi obok Gustawa Rankina, który nigdy nie czekał 
na odpowiedź i pozwalał jej milczeć bez zbytniego ściągania na siebie uwagi.  
Taniec był dla niej tego wieczora istnym umartwieniem.  Czuła się jak upiór wśród Ŝywych ludzi. 
Tańczyła raz tylko jeden z Tadziem, a Tadzio, zdając sobie sprawę, Ŝe trzyma w ramionach tylko 
jej smukłą, srebrzystą sylwetkę, Ŝe dusza jej kryje się gdzieś w przepaścistej głębi, nie zadawał jej 
Ŝ

adnych pytań. Tańczył duŜo z Ilzą i siedział z nią często w ogrodzie. Zaczęto komentować ich 

sposób bycia. Millicent Chidlaw zapytała Emilkę, czy prawdziwą jest pogłoska o zaręczynach Ilzy 
Burnley z Fryderykiem Kentem.  
- On zawsze kochał się w niej szalenie, czy nie? - nie omieszkała dodać Millicent.  
Emilka wyraziła zimnym, bezosobowym głosem przypuszczenie, potwierdzające ten domysł. CóŜ 
dziwnego zresztą? Ilza jest  taka piękna!  Czy Millicent czeka, aby Emilka się zarumieniła? To się 
jej nie uda.  
Tak, Ilza jest piękna. CóŜ moŜe jej własny urok ciemnowłosej dziewczyny, spowitej w srebrne 
koronki, wobec triumfującego czaru tej złotowłosej, jasnolicej królewny? Tadzio ją lubi jak kolegę 
i przyjaciela. To wszystko. Znów była głupia.  Stale dostarcza samej sobie rozczarowań. Ach, ten 
poranek w Czarnowodzie... moŜe dała po sobie poznać... moŜe on wyczuł... nie, nie! Ta myśl była 
zbyt upokarzająca. Czy ona nauczy się wreszcie mądrości? O, tak, ta noc  ją nauczyła wielu rzeczy. 
Bez głupstw juŜ nadal!  JakŜe mądrą i nieprzystępną, i pełną godności będzie, od tego dnia 
począwszy.  
Czy stare przysłowie nie mówi o zamykaniu stajni juŜ po ukradzeniu konia przez złodziei? 
Jak ona zdoła doczekać końca tej nocy? 
         
Rozdział XV 
 

background image

Emilka, wróciwszy do domu z nieskończenie długiej wizyty (cały tydzień) u wuja Olivera, którego 
syn się oŜenił, dowiedziała się na poczcie, Ŝe Tadzio Kent wyjechał.  
- Otrzymał depeszę, ofiarującą mu stanowisko wicedyrektora Szkoły Sztuk Pięknych w Montrealu. 
Musiał zaraz wyruszyć na ostateczne pertraktacje. Czy to nie wspaniała kariera? Czy nie świetnie 
zapowiada się jego przyszłość? Czarnowoda będzie z niego z czasem dumna, czy nie? A czy nie 
szkoda, Ŝe on ma taką dziwaczną matkę? 
Na szczęście pani Crosby nigdy nie czekała na odpowiedź. Emilka wiedziała, Ŝe zbladła i 
znienawidziła za to samą siebie. W drodze do domu spotkała szereg znajomych osób, ale nie 
ukłoniła się nikomu.  
Przeświadczenie, Ŝe jest dumna i zarozumiała, było coraz silniejsze wśród mieszkańców  
Czarnowody. Gdy doszła do Srebrnego Nowiu, ciotka Laura wręczyła jej list.  
- Od Tadzia. Był tu wczoraj z poŜegnaniem. Dumna panna Starr o mały włos nie wybuchnęła 
histerycznym płaczem. Murrayówna i atak histerii. O czymś podobnym nikt nie słyszał i nie 
usłyszy nigdy. Emilka zacisnęła zęby, milcząc wzięła list i poszła do swego pokoju. Lód dokoła jej 
serca stopniał. Och, dlaczegóŜ była taka zimna wobec Tadzia po owym wieczorze u pani Chidlaw? 
Nie przypuszczała, Ŝe on tak rychło odjedzie. A teraz...  
Otworzyła list. W kopercie znalazła tylko wycinek z gazety, zawierający śmieszny wiersz, który 
Perry napisał i ogłosił drukiem w gazecie, wychodzącej w Charlottetown. Gazety tej nie było w 
Srebrynm Nowiu. Ona i Tadzio uśmiali się do łez, czytając ten utwór, a Ilza była rozwścieczona. 
Tadzio przyrzekł, Ŝe przyśle jej wycinek z gazety.  
I przysłał.                        
         
Siedziała sama, patrząc na grę obłoków. Zapukano. Weszła Ilza, która teŜ była przez parę dni 
nieobecna: wyjeśdŜała do Charlottetown.  
- A zatem Tadzio wyjechał. Widzę, Ŝe masz takŜe list od niego.  
TakŜe!  
- Tak - odrzekła Emilka, dziwiąc się, Ŝe kłamie. Ale w tejŜe chwili doszła do rozpaczliwego 
wniosku, Ŝe wszystko jej jedno, czy to jest kłamstwem, czy nie.  
- Bardzo był niezadowolony, Ŝe wyjeŜdŜa tak nagle, ale musiał powziąć natychmiast decyzję, czyli 
zasięgnąć bliŜszych informacji o stanowisku, jakie mu proponują. Tadzio nie chciałby się wiązać 
na stałe Ŝadną posadą, nawet najbardziej ponętną. Ale zostać wicedyrektorem Szkoły Sztuk 
Pięknych w jego wieku jest prawdziwym rekordem powodzenia.  Niebawem i ja pojadę. Piękne to 
były wakacje, ale... Czy idziesz jutro na wieczorek w Gęsim Stawie, Emilko? 
Emilka potrząsnęła głową przecząco. Po cóŜ by szła na wieczorek, na tańce, skoro Tadzia  tu nie 
ma? 
- Czy wiesz? - rzekła Ilza zamyślona - według mnie, to lato było raczej chybione, chociaŜ 
bawiliśmy się dobrze. Mniemaliśmy, Ŝe moŜemy być znowu dziećmi, ale to okazało się 
niemoŜliwe. Były tylko usiłowania i próby.  
Usiłowania? Ach, gdybyŜ ten ból w sercu był tylko próbą bólu! Albo ten piekący wstyd! Tadzio nie 
dba o nią na tyle, Ŝeby napisać chociaŜ parę słów. Wiedziała od owego wieczoru u pani Chidlaw, 
Ŝ

e on jej z pewnością nie kocha. Nawet jej przyjaźń mało go obchodziła. To lato było dla niego 

tylko antraktem. Teraz powrócił do swego właściwego Ŝycia. Napisał do Ilzy. Usiłowania? Ona 
zdobędzie się na usiłowanie zemsty i zemści się na nim srodze. Czasami duma Murrayowska bywa 
dźwignią.  
- Dobrze, Ŝe juŜ się skończyło to lato - rzekła niedbale. - Muszę koniecznie wziąć się powaŜnie do 
pracy. Zaniedbałam karygodnie moją literaturę w ciągu ubiegłych dwóch miesięcy.  
- To jest jedyna rzecz, która ciebie interesuje w Ŝyciu, nieprawdaŜ? - spytała Ilza z ciekawością. - 
Kocham moją pracę, ale mnie ona nie pochłania tak całkowicie, jak ciebie twoja. Mogłabym jej się 
wyrzec w oka mgnieniu... no, nie moŜemy być wszyscy jednakowi. Ale jest to doprawdy pociecha, 

background image

Emilko, poświęcić się tak jednej rzeczy w Ŝyciu, czy nie? - Bardziej, niŜ gonić za całym szeregiem 
przedmiotów i celów.  
- I  ja tak sądzę. Z pewnością ci się powiedzie, Emilko, ziszczą się twe aspiracje, skoro będziesz 
słuŜyć wyłącznie jednej bogini. Tu jest właśnie róŜnica między nami. Ja jestem słabszą naturą.  
Pewnych rzeczy nie mogłabym się wyrzec, nie chciałabym... A o ile nie zdołam osiągnąć tego, 
czego pragnę, to będę pragnąć tego, co mogę osiągnąć. Czy to się nie nazywa zdrowy rozsądek? 
Emilka podeszła do okna i pocałowała Ilzę w czoło.  
- Nie jesteśmy juŜ dziećmi i nie moŜemy powrócić do dzieciństwa, Ilzo. Jesteśmy kobietami... i 
musimy wyciągnąć najbardziej korzystne dla nas wnioski. Sądzę, Ŝe ty jeszcze będziesz szczęśliwa. 
Pragnę, abyś była szczęśliwą.  
Ilza uścisnęła jej rękę.  
- Niech licho weźmie mój zdrowy rozsądek! - rzekła sucho. Gdyby to nie było w Srebrnym Nowiu, 
uŜyłaby zapewne mniej oględnego zwrotu... 
         
Rozdział XVI 
 
17 listopada, 19... 
Są dwa przymiotniki, których nigdy się nie rozdziela, mówiąc o dniu listopadowym; są nimi:    
„ponury” i „dŜdŜysty”. Zostały zaślubione w zaraniu mowy ludzkiej i nie ma sposobu 
doprowadzenia ich do rozwodu. A zatem, zgoda, ten dzień dzisiejszy był ponury i dŜdŜysty, na 
zewnątrz i wewnątrz, pod względem materialnym i duchowym.  
Wczoraj nie było tak źle. Dogrzewało ciepłe, jesienne słoneczko, a kuzyn Jimmy pracował jeszcze 
w ogrodzie. Po południu poszłam na przechadzkę do lasu, a pod wieczór zachwycałam się 
odblaskiem zachodzącego słońca. Wieczór był łagodny, cichy, nie było wiatru.  Wsłuchiwałam się 
w utajone dźwięki przyrody duszą raczej niŜ uszami. Później zjawiły się na niebie gwiazdy, które 
zesłały mi wieści.  
Ale dzisiaj było okropnie. Pisałam przez cały dzień, ale  wieczorem nie mogłam juŜ pisać.  
Zamknęłam się w moim pokoju, jak w klatce i szalałam w nim z rozpaczy i niepokoju, chociaŜ nie 
miałam bezpośrednich powodów. Nie mogę spać. Deszcz pluszcze, tłucze w szyby, wichry 
zawodzą, jak legion umarłych. Nawiedzają mnie wszystkie widma dawno przebrzmiałych  radości i 
uciech, trwoŜą mnie widma przyszłości.  
Rozmyślam... niedorzecznie... o Domu Rozczarowanym, który stoi tam, samotny na wzgórzu, 
wystawiony na tę wichurę. Tej nocy szczególnie mi go Ŝal. MoŜe dlatego, Ŝe nie wiem, gdzie się 
znajduje Dean albo dlatego, Ŝe Tadzio nie pisze do mnie ani słowa, a moŜe po prostu dlatego, Ŝe do 
rozpaczy doprowadza mnie moja samotność. W takich chwilach wracam do tego starego 
dzienniczka i w nim szukam pociechy. Jest to jakby rozmowa z wiernym przyjacielem. 
         
30 listopada, 19... 
Mam dwie chryzantemy  i róŜę. RóŜa jest pieśnią, i marzeniem, i poematem zarazem. Chryzantemy  
są teŜ bardzo ładne, ale to inna uroda i nie naleŜy ich  stawiać obok róŜy. Oddzielnie oglądane są 
ładne, czerwone i Ŝółte, wyglądają na zadowolone z siebie. Ale postawmy przy nich róŜę, a 
zobaczymy zmianę wręcz zabawną: stają się wulgarne, jak kuchty przy boku królowej. One nie są 
temu nic winne, biedne chryzantemy, Ŝe nie urodziły się jako róŜe, a zatem, chcąc postąpić w 
stosunku do nich przyzwoicie, trzymam je w oddzielnym wazonie i cieszę się ich widokiem, nie 
patrząc równocześnie w stronę mojej róŜy.  
Dzisiaj napisałam dobrą nowelę. Sądzę, Ŝe nawet pan Carpenter byłby z niej zadowolony. Byłam 
szczęśliwa, pisząc ją. Ale gdy skończyłam...  gdy powróciłam do rzeczywistości...  
Nie, nie będę się wałęsać po okolicy o zmroku. śycie jest teraz przynajmniej znośne. A przez całą 
jesień było nieznośne. Wiem, Ŝe ciotka Laura mniemała, iŜ dostanę suchot. Ja wiedziałam, Ŝe nie. 

background image

To byłoby zbyt wiktoriańskie. Zwalczyłam ból i Ŝal, i jestem znowu zdrową, wolną kobietą. 
Jakkkolwiek smak Ŝółci miewam jeszcze niekiedy w ustach. Bardzo jest gorzki.  
Zaczynam porządnie zarabiać. Ciotka ElŜbieta czytuje wieczorami na głos moje nowele ciotce 
Laurze i kuzynowi Jimmy’emu. Godzę się z dniem dzisiejszym w zupełności. Z dniem jutrzejszym, 
niestety, nie mogę się jeszcze pogodzić. 
         
15 stycznia, 19... 
Niektóre noce są jak miód...  
Jak wino... jak lasy. Dzisiejsza noc jest jak wino, białe wino. Jestem pełna wyczekiwania i nadziei, 
i pewna zwycięstwa nad złymi mocami, które mną zawładnęły ubiegłej nocy o godzinie trzeciej.  
Odsunęłam firankę w moim pokoju i wyjrzałam przez okno.  
Ogród jest biały i cichy.  KsięŜyc świeci. Drzewa stoją uśpione letargicznym snem zimowym, 
symbole śmierci i Ŝalu.  Ale tylko pozornie. Krew płynie w ich konarach i przywdziewają szaty 
godowe młodej zieleni z nadchodzącą wiosną.  
A tam w oddali leŜą pola, białe i opuszczone. Opuszczone? Nie miałam zamiaru uŜyć tego 
określenia. Wyśliznęło mi się spod pióra. I ja nie jestem opuszczona. Mam moją pracę, i moje 
ksiąŜki, i nadzieję wiosny i wiem, Ŝe ta spokojna egzystencja jest lepsza i szczęśliwsza, niŜ ten wir, 
w którym się obracałam w lecie.  
Wierzyłam w to, zanim napisałam te słowa. A teraz juŜ  w to nie wierzę. To nieprawda.  To jest 
wegetacja! 
Och, jestem, jestem sama, samotne są moje myśli, takie wyłącznie moje, nie podzielane przez 
nikogo. CóŜ z tego przyjdzie, Ŝe zaprzeczę? Gdy wchodziłam do mego pokoju, byłam zwycięzcą, 
ale teraz znowu sztandar mój jest przyprószony pyłem, tarza się w piachu i kurzu. 
         
20 lutego, 19... 
Co się stało z lutym i jego zwykłym usposobieniem? DŜdŜysty i przejmujący miesiąc. W tym 
roku... pogoda ubiegłych tygodni była dostosowana do najbardziej ponurych tradycji 
Murrayowskich.  
Zadymka szaleje, wicher dmie, a ja czuję się szczęśliwsza niŜ kiedykolwiek w noc styczniową.  
Dzisiaj jest mi lŜej na duszy, niŜ kiedykolwiek od lat... 
Dzisiaj w „Glassford Magazine” zamieszczona została nowela, ilustrowana przez Tadzia.  
Ujrzałam moją własną twarz, patrzącą na mnie oczami bohaterki. Doznaję w takich razach zawsze 
dziwnego uczucia.  
A dzisiaj draŜni mnie to nawet.  Moja twarz powinna mu być niczym, skoro ja tego chcę.  
Ale wycięłam tę ilustrację i włoŜyłam ją w ramki. Postawiłam ją na biurku. Nie mam innych 
obrazków Tadzia. A teraz oto  wyjęłam ją z ramki, połoŜyłam na węglach i spaliłam. Patrzyłam jak 
ogień liŜe ją i stopniowo unicestwia. Zanim ogień zgasł, dreszcz mnie przeszył. Zdawało mi się, Ŝe 
Tadzio daje mi znak, ironiczny, szyderczy znak, i mówi:  
- Zdaje ci się, Ŝeś mnie zapomniała, ale nie paliłabyś mojej ilustracji, gdyby tak było. Jesteś moją... 
zawsze będziesz moją... a ja ciebie nie chcę.  
Gdyby jakaś dobra wróŜka zesłała mi go i pozwoliła usłyszeć jego gwizdek z gaiku Wysokiego 
Jana... nie poszłabym, ani bym się ruszyła. Nie mogę tego znosić dłuŜej. Muszę go wyrugować z 
mego Ŝycia”.  
         
Rozdział XVII 
 
Rodzina Murrayów przeŜyła istotnie przykry okres tego lata, kiedy Emilka ukończyła dwudziesty 
drugi rok Ŝycia. Ani Tadzio, ani Ilza nie przyjechali na wakacje. Ilza podróŜowała na Zachodzie, a 
Tadzio udał się na daleką północ, gdzie rysował z natury ilustracje, przeznaczone dla jednego z 
amerykańskich czasopism. Emilka zaś miała tylu pretendentów, Ŝe od rana do wieczora roiło się 

background image

nieraz w Srebrnym Nowiu. Tylu pretendentów, a ani jeden, który odpowiadałby stosunkami i 
pozycję socjalną słusznym wymaganiom Murrayów! 
Na przykład przystojny, elegancki Jakub Bannister, Don Juan Gęsiego Stawu, „malownicze zero”, 
jak go określił doktor Burnley. Jakub znany był z braku skrupułów, z amoralności. Ale któŜ wie, 
jaki wpływ wywrą jego wymowa, jego powłóczyste spojrzenia, na kapryśną i pełną temperamentu 
Emilkę? Murrayowie chodzili przez trzy tygodnie srodze zatroskani. Wreszcie okazało się, Ŝe 
Emilka posiada jednak zdrowy rozsądek, obraz Jakuba Bannistera zbladł i rozwiał się.  
- Emilka nie powinna była nawet z nim rozmawiać - rzekł wuj Oliver, oburzony. - Powiadają, Ŝe on 
prowadzi dziennik, w którym zapisuje swoje sukcesy oraz co która panna mówi do niego.  
- Nie obawiaj się: on nie zanotuje nigdzie tego, co ja mówię do niego - odrzekła Emilka, gdy 
strapiona ciotka Laura powtórzyła jej to zdanie.  
Drugim przedmiotem niepokoju był Harold Conway. Był to mieszkaniec Shrewsbury, lat około 
trzydziestu. Wyglądał jak poeta rokujący pewne nadzieje na przyszłość. Miał ciemne, falujące 
włosy i błyszczące piwne oczy. Grywał na skrzypcach i dawał lekcje, „aŜeby Ŝyć”.  
Emilka poszła z nim na koncert i do teatru, a ciotki w Srebrnym Nowiu spędziły z tego powodu 
kilka bezsennych nocy. Ale gdy „go ubiegł”, mówiąc stylem Czarnowodzian, Rod Dunbar, sytuacja 
pogorszyła się znacznie. Dunbarowie byli „niczym” pod względem religijnym. Matka Roda była 
wprawdzie prezbiterianką, ale ojciec był metodystą, brat baptystą, a jedna z sióstr - kalwinką. 
Druga siostra była teozofką, co było najgorsze ze wszystkiego, bo nikt nie wiedział, co to takiego. 
CzymŜe był Rod wśród tego zamętu?  W Ŝadnym razie nie był partią dla siostrzenicy z Srebrnego 
Nowiu.  
- Jego dziadek cioteczny był maniakiem religijnym - rzekł ponuro wuj Wallace. - Spędził ostatnich 
szesnaście lat w czterech ścianach swego pokoju.  Co się dzieje z tą dziewczyną?  
Czy to idiotka, czy szatan? 
Ale Dunbarowie pochodzili przynajmniej z dobrej rodziny: lecz cóŜ powiedzieć o Larrym Dixie, 
jednym ze znanych Dixów z KsięŜego Stawu, którego ojciec sam pasł krowy, a którego wuja 
posądzono o wrzucenie przez zemstę zdechłego kota do studni sąsiada? Larry był dobrze 
zarobkującym dentystą, zapewne; był powaŜny, nawet uroczysty w obejściu i nic by mu nie było 
moŜna zarzucić, gdyby nie fakt, Ŝe był Dixem. Niemniej ciotka ElŜbieta odetchnęła, gdy Emilka 
dała mu kosza.  
- TakŜe pretensja! - mruczała z przekąsem ElŜbieta, mając na myśli pretendowanie Dixa do ręki 
Murrayówny.  
- Nie dlatego go odrzuciłam, Ŝe jego pretensje były wygórowane - rzekła Emilka. - Nie podobał mi 
się sposób jego starania się o mnie. Robił brzydko to, co powinno być robione ładnie.  
- Sądzę, Ŝe nie przyjęłabyś go, gdyby się nawet był oświadczył romantycznie - rzuciła pogardliwie 
ciotka ElŜbieta.  
- Nie. Istotną przyczyną było moje przypuszczenie, Ŝe on byłby męŜem, który podarowałby Ŝonie 
na BoŜe Narodzenie elektryczny odkurzacz - rzekła Emilka. 
- Ona niczego nie traktuje powaŜnie - jęknęła ciotka ElŜbieta.  
- To są jakieś czary - rzekł wuj Wallace - ona nie ma w tym roku ani jednego przyzwoitego 
starającego się. Jest tak kapryśna i pełna temperamentu, Ŝe porządni chłopcy stronią od niej.  
- UwaŜają ją za okropną flirciarkę - narzekała ciotka Ruth. - Nic dziwnego, Ŝe Ŝaden szanujący się 
młody człowiek nie chce o niej myśleć.  
- Widocznie ma jakiegoś „fatyganta” pod ręką - piorunował wuj Wallace. Rodzina uwaŜała, Ŝe wuj 
Wallace trafił w sedno tym określeniem. Emilka nie zachowywała się, jak przystało na 
Murrayównę. Była fantastką, według innego, niemniej trafnego określenia wuja Wallace.a. 
         
Ale Emilka błogosławiła zawsze swą dobrą gwiazdę, dzięki której nikt z rodziny, oprócz ciotki 
ElŜbiety nie dowiedział się nigdy o jej najniezwyklejszej fantazji. Nie byliby  jej tego darowali.  

background image

Wydawca „Argusa” w Charlottetown, pisma o pewnych pretensjach literackich, postanowił wydać 
numer „letni” i zamieścić w nim szereg nowel i poezji, po części ilustrowanych.  Wybrał  między 
innymi sporą nowelę ze starych pism Stanów Zjednoczonych: „Królewski Narzeczony” i 
przeznaczył ją do owego numeru. Przygotowywano ów numer powoli, gdyŜ drukarnia gazety była 
niewielka. Zecerzy zagubili widocznie ostatni rozdział noweli, gdyŜ nie moŜna go było znaleźć. 
Wydawca był oburzony, rozgniewany, ale nie było na to rady. Nie mógł juŜ w ostatniej chwili 
szukać innej noweli, która by odpowiadała rozmiarem miejscu, przeznaczonemu na tamtą...  
NaleŜało drukować numer za godzinę. Co robić? 
W tejŜe chwili ukazała się Emilka. Była ona zaprzyjaźniona z panem Wilsonem i odwiedzała go 
zawsze w redakcji, ilekroć była w mieście.  
- Pan Bóg panią zsyła - rzekł pan Wilson. - Czy zechce pani wyświadczyć mi wielką przysługę? 
Podsunął jej zabrudzone kartki „Królewskiego Narzeczonego”. -  Na miłość Boską, niech pani mi 
napisze ostatni rozdział tej noweli. Daję pani na to pół godziny. W ciągu następnej pół godziny 
zecerzy mi to złoŜą. I zdąŜymy w porę z wydaniem zapowiedzianego na jutro numeru.  
Emilka przejrzała nowelę. Z przebiegu opowiadania nie było widać, jak autor wyobraŜał sobie 
zakończenie tego utworu.  
- Czy pan pamięta zakończenie? - spytała.  
- Nie, nigdy tego nie czytałem - jęknął pan Wilson. - Zakwalifikowałem tę nowelę ze względu na 
jej rozmiar.  
- Dobrze, spróbuję zakończyć ten utwór, chociaŜ ja nie obracam się stale wśród królów i królowych 
- rzekła Emilka. - Ten autor jest najwidoczniej w zaŜyłych stosunkach z koronowanymi głowami.  
- ZałoŜyłbym się, Ŝe nigdy nie widział z daleka Ŝadnej takiej głowy - mruknął pan Wilson.  
W ciągu pół godziny dorobiła Emilka Ŝądany rozdział i dodała zakończenie, naprawdę bardzo 
pomysłowe. Pan Wilson odetchnął z ulgą i obsypał ją podziękowaniami.  
- Ciekawa jestem, czy czytelnicy zauwaŜą, gdzie się zaczyna moja część opowiadania, czy znać 
będzie „szew”. I czy sam autor zobaczy to kiedykolwiek, czy taką była rzeczywiście jego intencja.  
Zapomniała zupełnie o tym fakcie. W dwa tygodnie później zameldował się u niej jakiś obcy pan. 
Kuzyn Jimmy wprowadził go do saloniku, gdzie Emilka wkładała róŜe do wazonów. Emilce nie 
przyszło na myśl, iŜby istniał związek pomiędzy tym panem a „Królewskim Narzeczonym”, 
chociaŜ miała wraŜenie, Ŝe jest to jakiś dziwak.  
Kuzyn Jimmy usunął się dyskretnie, a ciotka Laura, która wnosiła w tejŜe chwili jeszcze jeden 
wazon do saloniku, cofnęła się równieŜ, zastanawiając się, kim moŜe być ten dziwny gość. Emilka 
teŜ była zdziwiona. Stała przy stole, wyglądała uroczo w swej bladozielonej sukience, jak gwiazda, 
zabłąkana do ciemnego, staroświeckiego pokoiku.  
- MoŜe pan usiądzie? - spytała z tradycyjną kurtuazją Srebrnego Nowiu. Ale przybysz nie poruszył 
się. Stał przed nią, wpatrzony w nią jak w tęczę. Emilka zdała sobie sprawę, Ŝe był on bardzo 
rozgniewany, wchodząc do saloniku, a teraz nie gniewa się juŜ wcale.  
Widocznie na świat przyszedł, poniewaŜ był tutaj, ale dzieckiem chyba nie był nigdy.  Miał na 
sobie ekscentryczne ubranie, nosił monokl, oczy miał małe, czarne, a nad nimi trójkątne brwi; 
włosy spadały mu niemal na ramiona, miał niesłychanie długi, spiczasty podbródek i kredowo białą 
twarz.  Na fotografii wyglądałby romantycznie i zajmująco, pomyślała Emilka. Ale tutaj w 
Srebrnym Nowiu był troszkę śmieszny.  
- Liryczna istota - rzekł, patrząc na nią.  
Emilka zadała sobie pytanie, czy nie jest to uciekinier z zakładu dla obłąkanych.  
- Nie popełniłaś pani zbrodni zeszpecenia piękna - ciągnął dalej z zapałem. - Jest to cudowny 
moment... cudowny.  Szkoda, Ŝe go musimy psuć rozmową. Szare oczy przetykane złotem! Oczy, 
których wypatrywałem daremnie przez całe Ŝycie.  
- Kim pan jest? - spytała Emilka niecierpliwie, przeświadczona juŜ teraz, Ŝe ma do czynienia z 
wariatem. PołoŜył dłoń na sercu i skłonił się:  

background image

- Marek Graves... Marek D. Graves... Marek Delage Graves. Marek Graves! Emilka doznała 
mglistego wraŜenia, Ŝe zna to nazwisko. Brzmiało tak, jak coś juŜ zasłyszanego.  
- Czy być moŜe, Ŝe pani sobie nie przypomina mego nazwiska!  Sądziłem, Ŝe dotarło ono nawet do 
tego odludnego zakątka ziemi...  
- Ach! - zawołała Emilka, odzyskując nagle pamięć. - JuŜ, juŜ pamiętam... Pan napisał 
„Królewskiego  Narzeczonego”.  
- Tak, nowelę, którą pani zamordowała.  
- JakŜe mi przykro! - przerwała Emilka. - Rzecz jasna, Ŝe w oczach pana jest to czyn nie do 
przebaczenia. Widzi pan... to było tak... 
Przerwał jej z kolei gestem swej długiej, białej ręki.  
- Mniejsza o to. Mniejsza o to. To mnie bynajmniej nie interesuje. Przyznaję, Ŝe byłem bardzo zły, 
gdy tu przyszedłem.  
Mieszkam w hotelu Wydm Piaszczystych w Gęsim Stawie...  ach! cóŜ za nazwy... poezja...  
tajemniczość... Zobaczyłem specjalny numer „Argusa” dzsiaj z rana. Byłem wściekły... czyŜ nie 
miałem powodu? A bardziej jeszcze smutny, niŜ zły. Nowela moja została okaleczona w 
barbarzyński sposób... Strasznie!  Pomyślne zakończenie! „Happy end”! A moje zakończenie było 
tragiczne i pełne artyzmu.  Pomyślne zakończenie nie moŜe być pełne artyzmu. Pobiegłem do 
redakcji „Argusa”. Wyładowałem swój gniew, dowiedziałem się, kto zawinił. Przyjechałem tutaj, 
aby oskarŜyć, aby ukarać.  Pozostaję, aby uwielbiać.  
Emilka nie wiedziała po prostu, co odpowiedzieć.  Tradycje Srebrnego Nowiu nie znały podobnego 
precedensu.  
- Nie rozumie mnie pani! Jest pani zdumiona... ślicznie pani wygląda z tym zdziwieniem. Znowu 
cudny moment! Przyszedłem rozwścieczony jak wilk, a teraz korzę się przed bóstwem. Zdałem 
sobie sprawę, skoro tylko panią ujrzałem, Ŝe jest pani stworzona dla mnie, dla mnie jednego.  
Emilka pragnęła, Ŝeby ktoś wszedł. To zaczynało być koszmarne.  
- Niedorzecznością są podobne słowa - rzekła sucho. - Jesteśmy obcymi...  
- Nie, nie jesteśmy obcymi ludźmi - przerwał gwałtownie. - Kochaliśmy się w tamtym Ŝyciu, z całą 
pewnością. Nasza miłość była namiętna, Ŝywiołowa, była miłością wieczną. Skoro tylko pani 
ochłonie ze słodkiego zdumienia, zrozumie to pani takŜe. Kiedy moŜe pani wyjść za mnie za mąŜ? 
Usłyszeć prośbę o rękę w pięć minut po zawarciu znajomości z danym człowiekiem jest 
przeŜyciem bardziej niezwykłym, niŜ przyjemnym. Emilka była niezadowolona.  
- Niech pan nie plecie głupstw, proszę - rzekła ostro. - Nigdy nie wyjdę za pana za mąŜ.  
- Nie wyjdzie pani za mnie?... Musi pani! Nigdy dotychczas nie prosiłem Ŝadnej kobiety o rękę.  
Jestem słynnym Markiem Gravesem.  Jestem bogaty. Mam urok i poetyczność mojej matki, 
Francuzki i zdrowy rozsądek mego ojca, Szkota. Francuską stroną mej indywidualności podziwiam 
pani piękność i tajemniczość.  Szkocką stroną czczę i wielbię pani spokój i godność. Jest pani 
ideałem... istotą zasługującą na ubóstwienie. Wiele kobiet kochało mnie, ale ja nie kochałem 
Ŝ

adnej. Wszedłem do tego pokoju, jako wolny człowiek. Wychodzę, jako niewolnik. Słodka 

niewola.  Urocza poskromicielko! Klękam w duchu przed tobą! 
Emilka strasznie się bała, Ŝe on uklęknie przed nią nie tylko w duchu. Wyglądał na człowieka 
zdolnego do takich gestów. A gdyby nagle weszła ciotka ElŜbieta! 
- Proszę, niech pan odejdzie - rzekła zrozpaczona. - Jestem...  jestem bardzo zajęta i nie mogę tu 
stać i rozmawiać z panem.  śałuję, Ŝe zniekształciłam pańską nowelę... jeŜeli mi pan zechce 
wyjaśnić... 
- JuŜ powiedziałem, Ŝe to jest bez znaczenia. Tylko musi pani nauczyć się nie kończyć swych 
utworów nigdy pomyślnie...  Ŝadnych „happy endów”! Nauczę panią, jak to się robi. Nauczę panią 
cenić piękno i artyzm Ŝalu i niespełnienia. Ach, jakąŜ uczennicą pani będzie! Co za gratka uczyć 
taką pupilkę!  Całuję twoją rączkę, pani! 
Postąpił ku niej, aby pochwycić jej rękę. Emilka cofnęła się przeraŜona.  
- Pan jest najwyraźniej szalony! - zawołała.  

background image

- Czy wyglądam na szaleńca? - spytał pan Graves.  
- Tak - odrzekła szczerze i okrutnie.  
- MoŜe... prawdopodobnie... Szalony... upojony winem róŜanym... Wszyscy zakochani są 
szaleńcami... Boski szał! Och, te piękne, nigdy nie całowane usta! 
Emilka poszła ku drzwiom. Ten niedorzeczny monolog musi się skończyć. Była rozgniewana.  
- Panie Graves - rzekła, a potęga jej spojrzenia Murrayowskiego była taka, Ŝe pan Graves pojął, iŜ 
ona mówi to, co myśli - panie Graves nie będę słuchać więcej pańskich niedorzeczności. O ile nie 
chce mi pan wyjaśnić kwestii tej noweli w „Argusie”, Ŝegnam pana i odchodzę.  
Pan Graves popatrzył na nią powaŜnie przez chwilę, po czym rzekł uroczyście:  
- Pocałunek? Czy kopnięcie? Jedno z dwojga?... 
MoŜe to była przenośnia? Ale tak, czy inaczej...  
- Kopnięcie - odrzekła Emilka wzgardliwie.  
Pan Graves porwał nagle kryształowy wazon i cisnął nim gwałtownie o piec.  
Emilka wydała lekki okrzyk, po części okrzyk przeraŜenia, po części Ŝalu. Ulubiony wazon ciotki 
ElŜbiety! 
- To był odruch samoobrony - rzekł pan Graves, patrząc na nią. - Musiałem to uczynić albo zabić 
ciebie! Lodowata dziewczyno! Przeczysta westalko!  Zimna, jak wasze śniegi północne. śegnaj.  
Nie zamknął drzwi, wychodząc.  Zatrzasnął je głośno, aŜeby Emilka zdała sobie sprawę, co 
utraciła. Gdy zobaczyła, Ŝe odchodzi rzeczywiście drogą juŜ z drugiej strony parkanu, odetchnęła 
głęboko po raz pierwszy od chwili, kiedy go ujrzała przed sobą.  
- Powinnam być wdzięczna Panu Bogu - szepnęła - Ŝe nie cisnął we mnie talerzem z poziomkami.  
Weszła ciotka ElŜbieta. 
- Emilko! Kryształowy wazon! Wazon twojej babki Murrayowej. Stłukłaś go! 
- Nie, cioteczko kochana, doprawdy nie ja. Pan Graves, pan Marek Delage Graves stłukł twój 
wazon. Rzucił nim o piec.  
- Rzucił nim o piec! - ciotka ElŜbieta była zaskoczona. - Dlaczego rzucił nim o piec? 
- Bo nie chciałam za niego wyjść za mąŜ - rzekła Emilka.  
- Wyjść za mąŜ! Czy widziałaś go juŜ przedtem? 
- Nigdy.  
Ciotka ElŜbieta popatrzyła na szczątki kryształowego wazonu i wyszła z saloniku bez słowa. Jest 
niezawodnie coś „nie w porządku” z dziewczyną, której się proponuje małŜeństwo, widząc ją po 
raz pierwszy. I rzuca się niewinne wazony, rozbijając je o równie niewinne piece! 
 
Ale najgorsza była ta sprawa z japońskim księciem. Ona zepsuła Murrayom całe lato.  
Kuzynka Luiza Murray, która mieszkała w Japonii od lat dwudziestu, przyjechała w odwiedziny do 
Gęsiego Stawu i przywiozła z sobą japońskiego księcia, syna przyjaciela swego męŜa; był on 
nawrócony na chrystianizm dzięki jej wysiłkom. Pragnął poznać Kanadę.  Jego przybycie 
wywołało sensację  w całej rodzinie i w okolicy. Ale ta sensacja była niczym w porównaniu z tą, 
której doznała cała rodzina, stwierdziwszy, Ŝe ksiąŜę najwidoczniej zakochał się na zabój, bez 
pamięci, w Emilii Byrd Starr ze Srebrnego Nowiu.  
Emilka lubiła  go...  interesował ją... współczuła mu, gdy się buntował wobec zbyt 
prezbiteriańskich nastrojów Gęsiego Stawu i Czarnowody.  Rzecz jasna, Ŝe japoński ksiąŜę, nawet 
nawrócony, nie mógł się czuć tutaj jak u siebie w domu.  Rozmawiała więc z nim; mówił 
doskonale po angielsku, chodziła na przechadzki przy świetle księŜyca, aŜ wreszcie skośnooka, 
zagadkowa maska wschodnia o czarnych, lśniących jak atłas włosach, zjawiała się co wieczór w 
saloniku w Srebrnym Nowiu.  
Ale jeszcze nie dzwoniono na alarm, dopóki nie podarował Emilce pięknego noŜa do papieru, 
wysadzanego drogimi kamieniami.  Murrayowie przerazili się.  Ciotka Luiza rozpłakała się 
pierwsza. Wiedziała, co oznacza taki dar w rodzinie księcia.  Nigdy nie dawali tych kamieni 
kobiecie, której nie mieli zamiaru pojąć za Ŝonę. Czy Emilka jest z nim zaręczona?  

background image

Ciotka Ruth przyjechała do Srebrnego Nowiu i zrobiła „scenę”. Emilka tak była rozdraŜniona, Ŝe 
odmówiła wszelkich wyjaśnień. Zaczynała mieć dość przypisywania jej przez rodzinę zamiarów, 
których nie miała.  
- Lepiej, Ŝebyś nie wiedziała o pewnych rzeczach - oświadczyła impertynencko ciotka Ruth.  
Zrozpaczeni Murrayowie głosili, Ŝe Emilka postanowiła zostać japońską księŜną. A jeśliby tak 
było... to, oni  wiedzieli, co znaczy wola Emilki. Było to coś równie przemoŜnego, jak 
postanowienie boskie. Okropne! W oczach Murrayów nie ratowała egzotycznego konkurenta jego 
ksiąŜęcość. śadna Murrayówna nie pomyślałaby nawet o związku z cudzoziemcem, cóŜ dopiero z 
Japończykiem. Ale ta była pełna temperamentu.  
- Zawsze w konszachtach z jakimś osławionym młodzieńcem - syczała ciotka Ruth. - Ale to 
przechodzi wszystko, o czym słyszałam kiedykolwiek.  Poganin...  
- Och, poganinem nie jest, Ruth - jęczała ciotka Laura ocierając łzy. - Jest... kuzynka Luiza mówi, 
Ŝ

e jest on niezawodnie szczery, ale... 

- Mówię ci, Ŝe jest poganinem! - powtórzyła ciotka Ruth. - Kuzynka Luiza nigdy jeszcze nie 
zdołała nikogo nawrócić. A mąŜ jej jest modernistą, o ile w ogóle jest czymś! Nie przecz mi!  śółty 
poganin! 
- Ona ma pociąg do niezwykłości - rzekła ciotka ElŜbieta z westchnieniem. Miała na myśli ów 
kryształowy wazon.  
Wuj Wallace orzekł, Ŝe jest to dziedziczne. Andrzej cieszył się, Ŝe los go oszczędził. Kuzynka 
Luiza, czując, Ŝe rodzina potępia ją za przywiezienie tu uosobienia nieszczęścia, wyjąkała przez 
łzy, Ŝe on ma nienaganne maniery i Ŝe zyskuje przy bliŜszym poznaniu.  
- I pomyśleć, Ŝe ona mogła wyjść za mąŜ za pastora Jamesa Wallace’a - rzekła ciotka ElŜbieta.  
W pięć tygodni później ksiąŜę odjechał do Japonii. Wezwany został przez rodziców. Ciotka Luiza 
postarała się o to.  Podobno ułoŜono jakieś małŜeństwo dla niego: z księŜniczką z rodziny Samuraj.  
Usłuchał. Ale pozostawił Emilce swój iście ksiąŜęcy dar i nikt się nie dowiedział, co sobie 
powiedzieli pewnej nocy o wschodzie księŜyca w ogrodzie.  Emilka była trochę blada i dziwna, 
gdy wróciła, ale uśmiechnęła się do ciotek i do kuzynki Luizy.  
- Nie będę japońską księŜną - rzekła, ocierając fikcyjne łzy.  
- Emilko, obawiam się, Ŝe flirtowałaś tylko z tym biednym chłopcem - ofuknęła ją ciotka Luiza. - 
Unieszczęśliwiłaś go.  
- Nie flirtowałam z nim. Rozmawialiśmy o historii i literaturze... przewaŜnie. On nigdy więcej 
myśleć o mnie nie będzie.  
- Wiem, jak wyglądał, gdy czytał list swych rodziców - odparła kuzynka Luiza. - I wiem, co znaczą 
drogie kamienie, podarowane kobiecie w jego ojczyźnie.  
Srebrny Nów odetchnął i wszystko wróciło do dawnego trybu. Czułe, wierne oczy ciotki Laury 
przestały patrzeć trwoŜnie, ale ciotka ElŜbieta nie przestała rzewnie wspominać pastora Jamesa 
Wallace’a. To było denerwujące lato!  Czarnowoda szeptała, Ŝe Emilka doznała „rozczarowania”, 
ale twierdziła, Ŝe powinna być za to wdzięczna Opatrzności. Nie moŜna dowierzać tym 
cudzoziemcom. MoŜe to nie był wcale ksiąŜę, ten Japończyk? 
         
Rozdział XVIII 
 
Pewnego dnia, w ostatnim tygodniu października kuzyn Jimmy zaczął orać pole na wzgórzu. 
Emilka znalazła zaginiony Diament Murrayów, a ciotka ElŜbieta spadła ze schodów, prowadzących 
do piwnicy i złamała nogę.  
Emilka stała w to ciepłe popołudnie na progu Srebrnego Nowiu i chłonęła chciwymi oczami 
jesienny urok odchodzącego roku.  Na drzewach nie było juŜ liści, ale mała grusza, stojąca jeszcze 
w złocistym szyku bojowym, pełna była młodych owoców. Kuzyn  Jimmy orał. Emilka pisała 
przez cały dzień i była zmęczona.  Zeszła do ogrodu, aŜeby trochę podumać w spokoju. Przed paru 
dniami Jimmy ukończył roboty w ogrodzie. Emilka usiadła na ławce i bezmyślnym ruchem zaczęła 

background image

grzebać patykiem w ziemi i w poŜółkłej trawie. Coś potoczyło się i zabłysło. Emilka schyliła się i 
wydała lekki okrzyk.  Trzymała w ręku Zaginiony Diament, zgubiony przed sześćdziesięciu laty 
przez jej cioteczną babkę, Miriam Murray.  
Był to jeden ze snów jej dzieciństwa, jedno z najgorętszych jej marzeń: znaleźć Zagubiony 
Diament. Ona, Ilza i Tadzio szukali go przez długie lata. Ale potem przestali o tym myśleć. AŜ tu 
oto był, błyszczący, piękny, przepyszny.  Widocznie był dość głęboko zakopany w ziemi i wydobył 
się na powierzchnię, gdy kuzyn Jimmy orał przed paru dniami glebę dookoła Srebrnego Nowiu. AŜ 
wreszcie został zawleczony przed tę ławkę w ogrodzie.  
To wywołało sensację w Srebrnym Nowiu. W kilka dni  później odbyła się narada familijna 
Murrayów, zebranych przy łoŜu ciotki ElŜbiety, aby postanowić, co się ma stać z Zaginionym 
Diamentem. Kuzyn Jimmy orzekł, Ŝe w takich razach klejnot jest własnością tego, kto go znajdzie. 
Edward i Miriam Murrayowie zmarli od dawna. Dzieci nie mieli. Diament słusznie naleŜy się 
Emilce.  
- Wszyscy jesteśmy spadkobiercami - rzekł wuj Wallace. - Jak słyszałem, klejnot ten kosztował 
tysiąc dolarów przed sześćdziesięciu laty. Jest to piękny kamień.  NaleŜałoby go sprzedać i 
wręczyć Emilce część sumy, przypadającą na jej matkę.  
- Nie wolno sprzedawać klejnotów rodzinnych - rzekła ciotka ElŜbieta stanowczo.  
To zdanie przewaŜyło. Nawet wuj Wallace zgodził się, Ŝe „noblesse oblige”. Wreszcie wszyscy 
przyznali, Ŝe diament naleŜy się Emilce.  
- MoŜe go nosić, zamiast naszyjnika, na łańcuszku - rzekła ciotka Laura.  
- Przeznaczony był na pierścionek - odparła ciotka Ruth, byle się sprzeczać. - I nie powinna go 
nosić w Ŝadnym razie, dopóki nie wyjdzie za mąŜ. Tak wielki diament jest w złym guście na szyi 
panny! 
- Dopóki nie wyjdzie za mąŜ! 
Ciotka Addie zaśmiała się ironicznie przy tych słowach.  Dawała tym samym do zrozumienia, Ŝe 
jeŜeli Emilka ma czekać do swego zamąŜpójścia, to znaczy, Ŝe nigdy nie będzie nosić tego 
diamentu. Ciotka Addie nie przebaczyła Emilce wzgardzenia jej synem. A teraz oto Emilka ma 
dwadzieścia trzy lata, a Ŝadnego moŜliwego konkurenta na horyzoncie! 
- Zaginiony Diament przyniesie ci szczęście, Emilko - rzekł kuzyn Jimmy. - Cieszę się, Ŝe ci go 
oddali. NaleŜał się tobie.  Ale pozwolisz mi czasami potrzymać go w ręku? Potrzymać tylko i 
popatrzeć na niego? Gdy tak w niego się wpatruję, odnajduję samego siebie. Przestaję być głupim 
Jimmym Murrayem... jestem tym, którym być powinienem, gdybym nie wpadł do studni. Nie mów 
nic o tym ElŜbiecie, Emilko, tylko pozwól mi go trzymać od czasu do czasu.  
„Ulubionym moim kamieniem jest diament”, pisała Emilka tegoŜ wieczora do Ilzy. „Lubię 
wszelkie drogie kamienie z wyjątkiem turkusów. Tych nie cierpię, są to marne, bezduszne 
kamienie. Perły, rubiny, szafiry, ametysty, opale...  wszystkie lubię.” 
„A szmaragdy?” - odpisała Ilza. Było to złośliwe, pomyślała Emilka, nie wiedząc, Ŝe jedna z 
mieszkanek Shrewsbury, informowała Ilzę o częstych wizytach Perry’ego w Srebrynm Nowiu. 
PrzyjeŜdŜał on, skoro tylko czas mu pozwalał.  Ale nie prosił juŜ Emilki o jej rękę. Zdawał się być 
pochłonięty swą pracą zawodową. UwaŜano go powszechnie za człowieka jutra, doświadczeni 
politycy czekali tylko na chwilę, kiedy będzie w tym wieku, Ŝe będą mogli go wybrać do 
kanadyjskiego parlamentu.  
- „Kto to wie? MoŜe jeszcze zostaniesz „lady” - pisała Ilza. - Perry będzie z czasem Sir Perrym”.  
Emilka uwaŜała to za jeszcze złośliwsze, niŜ wzmiankę o szmaragdzie. 
         
Z początku nie wyglądało bynajmniej, Ŝe Zaginiony Diament przyniósł szczęście komukolwiek w 
Srebrnym Nowiu. Tego wieczora, kiedy został odnaleziony, ciotka ElŜbieta złamała nogę. Owinięta  
w szale, w czepcu na głowie (czepków nie nosiły juŜ nawet najstarsze panie w okolicy, ale ciotka 
ElŜbieta pozostała im wierna), zeszła do piwnicy po marmoladę dla chorej sąsiadki, którą miała 
niebawem odwiedzić.  Potknęła się widocznie i spadła ze schodów. Gdy ją podnieśli, okazało się, 

background image

Ŝ

e złamała nogę. Ciotka ElŜbieta po raz pierwszy w Ŝyciu zmuszona była spędzić kilka tygodni w 

łóŜku.  
Srebrny Nów istniał naturalnie i bez jej współpracy, chociaŜ jej się zdawało, Ŝe to niemoŜliwe. Ale 
zagadnienie, jak ją zająć i rozerwać, trudniejsze było niŜ kwestia, jak gospodarować bez niej w 
Srebrnym Nowiu. Ciotka ElŜbieta narzekała i skarŜyła się na swą przymusową bezczynność... nie 
mogła duŜo czytać. Nie lubiła duŜo czytać... Była pewna, Ŝe wszystko „zejdzie na psy”...  była 
pewna, Ŝe doktor Burnley jest „starym głupcem”... była pewna, Ŝe Laura nigdy nie potrafi owinąć 
naleŜycie jabłek... była pewna, Ŝe ich obecny najemnik oszuka kuzyna Jimmy’ego...  
- Czy chciałabyś posłuchać tej noweli, którą skończyłam dzisiaj, ciotko ElŜbieto? - spytała Emilka 
pewnego wieczoru. - MoŜe się uśmiejesz.  
- Czy jest mowa o jakiejś głupiej miłości? - spytała ciotka ElŜbieta nieuprzejmie.  
- Nie ma tam mowy o miłości w ogóle. Jest to raczej komedyjka.  
- Przeczytaj. Czas zejdzie jakoś... 
Emilka przeczytała nowelkę.  Ciotka ElŜbieta wysłuchała bez komentarzy. Ale nazajutrz po 
południu spytała z pewnym wahaniem: 
- Czy... jest dalszy ciąg tej noweli, którą czytałaś mi wczoraj? 
- Nie.  
- Szkoda. Gdyby był, chętnie bym posłuchała. To odrywa moje myśli ode mnie samej. Ci ludzie 
wydawali mi się... tacy Ŝywi. MoŜe dlatego jestem ciekawa, co się z nimi stało - zakończyła ciotka 
ElŜbieta, jakby przepraszając za swą słabostkę.  
- Napiszę o nich inną nowelę dla ciebie, cioteczko - przyrzekła Emilka.  
Gdy jej przeczytała dalszy ciąg, ciotka ElŜbieta oświadczyła, Ŝe nie miałaby nic przeciwko trzeciej 
noweli o tych samych osobach.  
- Zabawni są ci ludzie - rzekła. - Znałam takich w Ŝyciu.  A ten mały chłopiec, Jerry Stowe? Co się 
z nim dzieje, gdy jest dorosły? 
         
Siedząc wieczorem przy oknie, Emilka powzięła pomysł nowej ksiąŜki. Słuchała szelestu 
spadających jesiennych liści i patrzyła na pierwsze płatki śniegu, z wolna pokrywające wszystko 
dokoła.  
W ciągu dnia otrzymała list od Ilzy. Obraz Tadzia „Uśmiechnięta dziewczyna”, wystawiony w 
Montrealu, wywołał tam istną sensację i został przyjęty przez „Salon” paryski.  
„Wróciłam znad morza w porę, zdąŜyłam go jeszcze obejrzeć w przeddzień zdjęcia z tutejszej 
wystawy i wysłania do Francji” - pisała Ilza. „To jesteś ty, Emilko, zupełnie ty. Jest to ów dawny 
szkic, którego nie zwróciła ci za Ŝycia ciotka Nancy, pamiętasz? Taka zła byłaś o to. Zobaczyłam 
twój uśmiech, stanąwszy przed płótnem Tadzia. Krytyka chwali jego koloryt, technikę, wyczucie i 
inne „fachowe” szczegóły. Ktoś powiedział juŜ mniej specjalistycznym Ŝargonem, zrozumiale i dla 
mnie: „Uśmiech tej dziewczyny stanie się równie sławny, jak uśmiech Mony Lizy”.  
Tysiąc razy widziałam ten uśmiech na twych ustach, Emilko, zwłaszcza gdy widziałaś tę rzecz 
niewidzialną, którą nazwałaś twym „promykiem”. Tadzio uchwycił świetnie ów wyraz. Nie jest to 
drwiący uśmiech Mony Lizy, lecz słodki uśmieszek dziewczęcia, które ma jakąś figlarną tajemnicę 
i ma zamiar ją wyjawić przyjaciółce lub przyjacielowi. Doznajemy wraŜenia, Ŝe tajemnica ta 
uszczęśliwiłaby kaŜdego, kto by ją posłyszał, jest w tym uśmiechu jakiś odwieczny szept... Jest to 
złudzenie, wywołane pędzlem artysty, gdyŜ ty niezawodnie znasz tę tajemnicę równie mało, jak my 
wszyscy. Ale ten uśmiech nasuwa tę myśl, podobnie jak twój uśmieszek. TAk, twój Tadzio jest 
genialny, ten wyraz twej twarzy, pochwycony przez niego jest tego najlepszym dowodem. Czego 
doznajesz, Emilko, stwierdzając, Ŝe jesteś natchnieniem geniusza? Ja bym oddała kilka lat Ŝycia za 
taki hołd.”  
Emilka nie wiedziała, czego doznaje. Ale odczuwała raczej gniew. Jakim prawem Tadzio, który 
wzgardził jej miłością i nie dbał o jej przyjaźń, malował ją, wystawiał jej uśmiech, jej duszę na 

background image

widok publiczny? Zapewne powiedział jej, gdy byli dziećmi, Ŝe ma zamiar to uczynić, a ona 
zgodziła się chętnie. Ale od tej pory wszystko się zmieniło.  Wszystko.  
A co do tej noweli, co do której ciotka ElŜbieta okazywała kompleks Olivera Twista... MoŜe by 
napisać jeszcze jedną z tego cyklu... wtem przyszła jej ta myśl do głowy: dlaczego nie miałaby 
napisać całej ksiąŜki?  Nie takiej jak „Sprzedawca Snów”, naturalnie. To wspaniałe natchnienie nie 
mogło przyjść powtórnie. Ale momentalnie Emilka ujrzała oczami duszy tę nową ksiąŜkę przed 
sobą...  dowcipny, iskrzący się humorem fragment komedii ludzkiej.  Zbiegła na dół do ciotki 
ElŜbiety.  
- Cioteczko, czy chciałabyś, Ŝebym napisała całą ksiąŜkę o tych ludziach, którzy występują w 
moich nowelach? Napisałabym ją tylko dla ciebie. Codziennie jeden rozdział.  
Ciotka ElŜbieta starannie ukryła swe zainteresowanie tym przedmiotem.  
- MoŜesz, jeŜeli masz ochotę... Nie mam nic przeciw temu. Chętnie posłucham dalszego ciągu ich 
przeŜyć. Ale słuchaj! Nie wolno ci wziąć na wzór Ŝadnego z sąsiadów! 
Emilka nie potrzebowała wzorów z sąsiedztwa. Postaci galopowały tłumnie w jej wyobraźni, 
domagając się tylko nazwisk i miejsc zamieszkania. Śmiały się i płakały, skakały i tańczyły, a 
nawet trochę się podkochiwały, tu i ówdzie. Ciotka ElŜbieta tolerowała tę dozę miłości, wychodząc 
z załoŜenia, Ŝe nie ma powieści bez tych epizodów. Emilka czytała co wieczór po jednym 
rozdziale, a ciotka Laura i kuzyn Jimmy dopuszczeni byli do tych czytanek, przeznaczonych dla 
ciotki ElŜbiety. Kuzyn Jimmy był zachwycony. Jego zdaniem była to najpiękniejsza opowieść, jaką 
czytał kiedykolwiek w Ŝyciu.  
- Czuję się znów młody, gdy słucham o tych ludziach - rzekł.  
- Czasami śmiać mi się chce, a czasami na płacz mi się zbiera - przyznała ciotka Laura. - Nie mogę 
usnąć, bo zastanawiam się, co się stanie z tą rodziną w następnym rozdziale.  
- Mogło by być gorzej - raczyła pochwalić ciotka ElŜbieta. - Ale chciałabym, Ŝebyś mogła 
wykreślić to, co piszesz o brudnych półmiskach i talerzach. Pani Karolowa Frost z Gęsiego Stawu 
weźmie to do siebie. Ona ma zawsze brudne talerze.  
- Gloria w ksiąŜce jest zabawna i miła - komentował z powagą kuzyn Jimmy - ale w Ŝyciu nie 
byłaby sympatyczna. Zbytnio dba o zbawienie świata. Powinna się zabrać do czytania biblii. 
- Nie lubię równieŜ Cissy - rzekła z Ŝalem ciotka Laura. - Ma ona taki draŜniący sposób mówienia.  
- Płocha istota - rzuciła ciotka ElŜbieta.  
- Nie mogę znieść starego Jesse Applegatha - rzekł kuzyn Jimmy z irytacją. - MęŜczyzna, który 
moŜe kopnąć kota, aŜeby dać ujście swojej złości! Uszedłbym dwadzieścia mil drogi, byle mu dać 
w tę szatańską twarz. Ale, mam nadzieję, Ŝe on umrze przedtem.  
- Albo się poprawi - szepnęła miłosiernie ciotka Laura.  
- Nie, nie, on się nie poprawi - rzekł kuzyn Jmmy niechętnie. - Zabijcie go, o ile to jest potrzebne, 
ale go nie przerabiajcie na lepszy charakter. Chciałbym, Ŝebyś tylko zmieniła kolor oczu małej  
Peg. Nie lubię i nigdy nie lubiłem zielonych oczu.  
- Nie mogę ich zmienić. Są zielone - zaprotestowała Emilka.  
- No, to przynajmniej zdejmij okulary Abrahamowi - prosił kuzyn Jimmy. - On mi się podoba.  
Taki jest wesół. Czy on nie moŜe obejść się bez okularów, Emilko? 
- Nie - zabrzmiała stanowcza odpowiedź - on nie moŜe się bez nich obejść.  
Dlaczego oni nie rozumieją?  Abraham musiał mieć okulary, nosił okulary od dawna... ona nie 
moŜe tego zmienić.  
- Czas juŜ, Ŝebyśmy sobie przypomnieli, Ŝe ci ludzie nigdy nie istnieli naprawdę - burknęła ciotka 
ElŜbieta.  
Ale pewnego razu (Emilka zaliczyła to do swoich największych sukcesów) ciotka ElŜbieta 
roześmiała się serdecznie. Tak się zawstydziła, Ŝe juŜ nawet nie uśmiechnęła się do końca tego 
wieczoru.  

background image

- ElŜbiecie się zdaje, Ŝe Pan Bóg nie lubi słyszeć naszego śmiechu - szepnął kuzyn Jimmy do 
Laury. Gdyby ElŜbieta nie leŜała ze złamaną nogą, Laura uśmiechnęłaby się. A w tych 
okolicznościach byłoby to, jej zdaniem, naduŜyciem sytuacji.  
Kuzyn Jimmy, schodząc ze schodów, kiwał głową i mruczał:  
- Jak ona to robi? Jak ona to robi! Ja umiem pisać poezje...  ale to! Ci ludzie są jak Ŝywi.  
Jeden z nich był zbyt Ŝywy zdaniem ciotki ElŜbiety.  
- Ten Mikołaj Applegath zanadto przypomina starego Douglasa Courcy ze Shrewsbury - rzekła. - 
Mówiłam ci, Ŝebyś nie brała wzorów z Ŝycia.  
- PrzecieŜ ja nigdy nie widziałam Douglasa Courcy.  
- To zupełnie on. Nawet Jimmy to zauwaŜył. Musisz to wykreślić, Emilko.  
Ale Emilka stanowczo odmówiła wykreślenia tej postaci. Stary Mikołaj był jedną z najlepszych 
postaci w ksiąŜce. A ona była nią w tym okresie całkiem pochłonięta. Pisanie tego utworu nie było 
tak radosne, tak zachwycająco ciekawe jak proces powstawania „Sprzedawcy Snów”, ale było 
nader zajmujące.  Zapomniała o wszelkich nieprzyjemnościach i zawodach, pisząc tę opowieść... 
Skończyła ostatni rozdział tego dnia, w którym zdjęto łubki z nogi ciotki ElŜbiety i przeniesiono ją 
na szezlong, stojący w kuchni.  
- Tak, twoja powieść dopomogła mi wyzdrowieć - przyznała ciotka ElŜbieta. - Cieszę się, Ŝe jestem 
tutaj, gdzie mogę przynajmniej dojrzeć wszystkiego. Co zamierzasz zrobić z tą ksiąŜką? Jak ją 
nazwiesz?  
- „Moralność RóŜy”.  
- Nie sądzę, aby to był dobry tytuł. Nie rozumiem, co to znaczy. Nikt nie będzie wiedział.  
- Nie szkodzi. To jest nazwa tej ksiąŜki.  
Ciotka ElŜbieta westchnęła.  
- Nie wiem po kim odziedziczyłaś upór, Emilko.  Doprawdy, pojęcia nie mam. Nigdy nie 
posłuchasz niczyjej rady. Wiem, Ŝe państwo Courcy zerwą z nami wszelkie stosunki po wyjściu w 
druku tej ksiąŜki.  
- Ta ksiąŜka nie ma szans ujrzenia światła dziennego - rzekła Emilka ponuro. - Wydawcy odeślą mi 
ją ze słodkimi wyrazami, dając do zrozumienia, Ŝe „piekło jest wybrukowane mymi dobrymi 
chęciami”.  
Ciotka ElŜbieta nigdy nie słyszała dotychczas tego wyraŜenia. Pomyślała, Ŝe Emilka jest jego 
autorką i była zgorszona.  
- Emilko - rzekła surowo - nie Ŝyczę sobie słyszeć więcej takiego zwrotu w twych ustach.  Nie 
dziwiłby mnie on w ustach Ilzy. Biedna dziewczyna pokutuje za brak opieki w okresie swego 
pierwszego dzeiciństwa. Nie moŜemy jej sądzić naszą miarą.  Ale Murrayowie ze Srebrnego 
Nowiu nie klną.  
- To nie było przekleństwo, to był tylko cytat i to dość znany, ciotko ElŜbieto - odrzekła Emilka 
bezdźwięcznym głosem.  
Była zmęczona... trochę znuŜona wszystkim. ZbliŜało się BoŜe Narodzenie, czekała ją długa, 
surowa zima, pusta, bez Ŝadnej radości... Nic jej nie nęciło, nawet znalezienie wydawcy 
„Moralności RóŜy”.  
         
Niemniej przepisała ją na maszynie i posłała do wydawcy.  
Rękopis wrócił. Posłała go do drugiego, do trzeciego wydawnictwa. Wracał. Przepisała po raz 
drugi, gdyŜ zaczął się drzeć i zacierać. Znów odesłano go z powrotem. WciąŜ wysyłała na nowo w 
ś

wiat swe dzieło i wciąŜ otrzymywała zwroty od wszystkich moŜliwych wydawców. Nie wiem  

juŜ, ile razy przepisała całość na maszynie. Co najgorsze, to oburzenie i współczucie otoczenia.  
Mieszkańcy Srebrnego Nowiu wiedzieli o kaŜdej wysyłce i o kaŜdym zwrocie, a uwagi ich 
sprawiały jej nieraz przykrość. Kuzyn Jimmy taki był zmartwiony, Ŝe nie mógł jeść, ilekroć 
przychodziła gruba koperta z poczty. Przyszło jej na myśl posłać rękopis do Nowego Jorku, do 
panny Royal, z prośbą o uŜycie jej wpływów. Ale duma Murrayowska nie pozwoliła Emilce 

background image

wykonać tego zamysłu. Gdy wreszcie następnej jesieni wrócił rękopis od ostatniego wydawcy, jaki 
figurował w jej spisie, Emilka nawet nie otworzyła koperty. Wrzuciła ją, zamkniętą do szuflady 
biurka.  
- Oto koniec tych prób... i moich wszystkich marzeń. Będę pisywać wyłącznie do czasopism i 
zarabiać na utrzymanie.  
Przynajmniej wydawcy czasopism byli wdzięczniejszą publicznością, niŜ wydawcy ksiąŜek. Jak 
mówił kuzyn Jimmy, mieli widocznie więcej oleju w głowie. KsiąŜki jej daremnie szukały 
wydawcy, natomiast tamta jej klientela wzrastała z kaŜdym dniem. Spędzała długie godziny przy 
biurku i cieszyła się choć tą jednostronną twórczością. Ale wiedziała, Ŝe jest duŜo chybionych 
utworów między jej nowelami, przeznaczonymi dla czasopism. Nie mogła wspiąć się wyŜej, ku 
szczytom. Wierzchołki były  nie do osiągnięcia. Zarabiać!  Oto wszystko. Zarabiać na Ŝycie w 
sposób bezwstydnie łatwy, zdaniem ciotki ElŜbiety.  
Panna Royal napisała jej szczerze, Ŝe obniŜa poziom swej twórczości.  
- Wpadasz w rutynę, Emilko - ostrzegała ją. - Podziw ciotki Laury i kuzyna Jimmy’ego jest dla 
ciebie niebezpieczny. Powinnaś być tutaj, wciągnęlibyśmy cię na wyŜyny. 
Gdyby pojechała przed sześciu laty z panną Royal do Nowego Jorku, czy nie znalazłaby wydawcy 
dla swej ksiąŜki? Czy znaczek pocztowy i stempel małej prowincjonalnej mieściny nie działał na 
jej niekorzyść: „bo i cóŜ moŜe wyjść ciekawego z takiej dziury?” 
MoŜe! MoŜe słuszność miała panna Royal. Ale cóŜ z tego? 
Na lato nikt nie przyjechał do Czarnowody. To znaczy: nie przyjechał Tadzio Kent. Ilza znów była 
w Europie. Dean Priest zamieszkał na stałe na wybrzeŜu Oceanu Spokojnego. śycie w Srebrnym 
Nowiu płynęło zwykłym trybem. Z tą jedynie róŜnicą, Ŝe ciotka ElŜbieta kulała trochę, a kuzyn 
Jimmy nagle osiwiał, w ciągu jednej nocy, rzekłbyś.  Wszyscy się starzeli. Ciotka ElŜbieta miała 
prawie 70 lat. A po jej śmierci Srebrny Nów przechodził na własność Andrzeja. JuŜ teraz 
przybierał on pozę właściciela, gdy tu przyjeŜdŜał. Nie miał zresztą zamiaru mieszkać tutaj, ale 
chciał, Ŝeby wszysto było w dobrym stanie na wypadek, gdyby chciał sprzedać siedzibę Murrayów.  
- Te stare lombardzkie drzewa naleŜy wreszcie wyciąć - rzekł Andrzej do wuja Olivera. - One są 
niemodne. A to pole pełne małych świerczków, winno zostać oczyszczone, naleŜałoby je wyplenić.  
- Ten ogród warzywny powinien być teŜ starannie utrzymywany - rzekł wuj Oliver. - Wygląda jak 
dŜungla raczej, niŜ jak ogród warzywny. Drzewa są zbyt stare, naleŜałoby je ściąć. Jimmy i 
ElŜbieta są zbyt wiekowi, zbyt konserwatywni. Nie wyciągają z tego folwarku ani połowy tych 
dochodów, które mógłby im przynieść.  
Emilka, słysząc to, zacisnęła pięści. Patrzeć oczami duszy chociaŜby na zbezczeszczenie Srebrnego 
Nowiu, słuchać o ścinaniu jej ukochanych starych drzew, o „plenieniu” ślicznych małych 
ś

wierków, między którymi rosło pełno poziomek... to było nieomal ponad siły.  

- Gdybyś była wyszła za Andrzeja, Srebrny Nów naleŜałby do ciebie - rzekła ciotka ElŜbieta z 
goryczą. Emilka powtórzyła jej, co usłyszała.  
- Ale te same zmiany zostałyby wprowadzone - rzekła Emilka. - Andrzej nie pytałby mnie o zdanie. 
On uwaŜa, Ŝe mąŜ jest głową domu. 
- Skończysz niebawem dwadzieścia cztery lata - rzekła ciotka ElŜbieta.  
 
Rozdział XIX 
 
1 października 19... 
Dzisiaj po południu siedziałam przy oknie w moim pokoju i pisałam nowelę dla jednego z 
czasopism, obserwując od czasu do czasu dwa szczygły w ogrodzie. Szeptały sobie tajemnice do 
ucha przez kilka godzin. Przez parę minut rozmawiały powaŜnie, po czym cofnęły się i przyjrzały 
sobie wzajemnie, kiwając zabawnie łebkami, jakby dziwiąc się temu, co usłyszały. Widocznie jakiś 
nowy skandal wydarzył się w ptasim królestwie.  
         

background image

10 października, 19... 
Wieczór był cudny. Weszłam na wzgórze i przechadzałam się w lesie. Dopiero o zmierzchu 
zaczęłam z wolna kierować się ku domowi. Byłam sama, ale nie samotna. Byłam królową festynu.  
Rozmawiałam w myśli z fikcyjnymi znajomymi i tyle wymyśliłam aforyzmów, Ŝe sama byłam  
przyjemnie zdziwiona moją pomysłowością. 
 

28 października, 19... 
Dzisiaj wyszłam pod wieczór na jedną z mych długich przechadzek. Ocean rozbijał się o 
nadbrzeŜne skały; cięŜkie Ŝółte chmury zwisały nisko nad ziemią i nad bezmiarem wód. Cały 
krajobraz wyglądał, jakby czekał na sąd ostateczny.  
Poczułam się okrutnie samotna. JakąŜ zmienną, nastrojową istotą jestem!  
- Zwariowaną - jak mówi ciotka ElŜbieta.  
- Pełną temperamentu - jak twierdzi Andrzej. 
         
5 listopada, 19... 
Pogoda jest teraz zmnienna, a dziś juŜ wręcz tragiczna. Jest mi niewymownie cięŜko na duszy. 
         
23 listopada, 19... 
Dziś jest drugi z kolei dzień deszczowy, ponury, jesienny dzień. W tym roku deszcz pada przez 
cały niemal listopad. Dzisiaj nie było poczty. Jesteśmy odcięci od świata. Mgła i ciemności wdarły 
się w moją duszę i odebrały mi wszelką energię.  
Nie mogłam czytać, jeść, spać, pisać, ani nic w ogóle robić, chociaŜ zmuszałam się do pracy i do 
normalnego trybu Ŝycia. Nic nie pomaga, czuję się złamana, wyczerpana, nudzę się sama z sobą.  
Stanę się melancholiczką, jeŜeli to dłuŜej potrwa! JuŜ!  
JuŜ mi lepiej po tym wyładowaniu buntu i Ŝalu. UlŜyłam swoim nerwom. Wiem, Ŝe w kaŜdym  
istnieniu zdarzają się takie dni depresji i zniechęcenia, kiedy wszystko w Ŝyciu zdaje się tracić sens 
i smak. Podczas najbardziej rozsłonecznionego dnia widzimy chmurki na horyzoncie. Ale nie 
naleŜy zapominać, Ŝe słońce świeci zawsze za chmurkami, Ŝe ono jest.  
Jak to łatwo być filozofem... Na papierze! 
(Gdy jesteś wystawiona na deszcz i zimno, czy rozgrzewa i suszy cię myśl o słońcu, które przecieŜ 
jest zawsze?).  
Bogu dzięki, nie ma dwóch dni, które byłyby zupełnie do siebie podobne! 
         
3 grudnia, 19... 
Zachód słońca był dzisiaj burzliwy, zakłócony wichrem i niespokojną grą obłoków.  Siedziałam w 
oknie i przyglądałam się temu zjawisku.  W głębi ogrodu było bardzo ciemno, ale widać było 
cienie w powietrzu: był to taniec zwiędłych liści, miotanych wiatrem. śal mi tych liści, patrzyłam 
na nie ze współczuciem, a wiatr nie dawał im spokoju. Biedne liście!  Dlaczego nie mają odpocząć 
(ja równieŜ?), skoro Ŝycie ich juŜ minęło? 
Nie mam wiadomości od Ilzy.  Widocznie i ona zapomniała o mnie. 
         
10 stycznia 19... 
Dziś, gdy wracałam z poczty z trzema czekami z trzech róŜnych redakcji, stwierdziłam, Ŝe zima teŜ 
ma swój urok. Tak było tu cicho i spokojnie! Zachód słońca taki był cudowny z róŜowym 
odblaskiem na śniegu, a srebrny księŜyc mrugał figlarnie ponad Czarowną Górą, dając mi 
przyjazne znaki. Jaki wpływ mogą wywrzeć trzy redakcje na światopogląd człowieka? 
         
Noce są zimne i długie, a dzień ogranicza się do kilku szarych godzin.  

background image

Pracuję i myślę, Ŝe wraz z mrokiem smutek zstępuje do mej duszy. Nie mogę bliŜej określić tego 
uczucia. Jest ono okropne, gorsze niŜ ostry ból. O ile mogę to ująć w słowa, odczuwam wielkie, 
bezgraniczne zmęczenie.  Nie jest to zmęczenie fizyczne, ani umysłowe, lecz raczej zmęczenie 
uczuć, połączone ze straszną obawą przyszłości, wszelkiej przyszłości, nawet szczęśliwej. Nie! Ja 
szczęśliwej przyszłości boję się bardziej niŜ innej. Bo wydaje mi się w tym dziwnym, obecnym 
nastroju, Ŝe szczęśliwa przyszłość wymaga większego wysiłku z mej strony, więcej energii, niŜ 
zdołałabym wykrzesać z siebie. Strach szepcze mi, Ŝe zbyt wiele miałabym kłopotu ze 
zdobywaniem szczęścia.  
Bądźmy szczerzy...  tego dziennika nikt nie będzie czytał. Wiem dobrze, co mnie dręczy. Dzisiaj, 
porządkując na strychu, znalazłam w moim starym kufrze paczkę listów, które Tadzio napisał do 
mnie w ciągu pierwszego roku, spędzonego w Montrealu. Byłam tak głupia, Ŝe wszystkie 
przeczytałam powtórnie.  
To było szaleństwo z mojej strony. Teraz pokutuję... Takie listy mają okropną moc wskrzeszania 
przeszłości.  Otaczają mnie duchy i upiory...  widma minionych radości. 
         
5 lutego 19... 
ś

ycie nie wydaje mi się tym samym, co dawniej. Coś odeszło.  Nie jestem nieszczęśliwa. Ale Ŝycie 

wydaje mi się sprawą negatywną. Cieszę się nim zasadniczo i miewam piękne chwile. Mam 
powodzenie (przynajmniej pewnego rodzaju), coraz większe uznanie, mam duŜo zainteresowań i 
przyjemności; ale, mimo wszystko, odczuwam przygnębiającą pustkę.  
MoŜe z wiosną minie mi to ujemne samopoczucie. Gdy będę mogła przechadzać się, podziwiać 
piękno przyrody, wspinać się na wzgórza, skąd roztacza się widok na szerszy świat... ach! IleŜ 
cudów jest dokoła mnie! Znów mnie wówczas oczarują... 
         
6 lutego 19... 
Przyjechał ze Shrewsbury Kacper Frost. Nie sądzę, Ŝeby jeszcze raz nas odwiedził po naszej 
wczorajszej rozmowie.  Powiedział mi, Ŝe  mnie kocha „wieczną, nieprzemijającą miłością”. Ale ja 
uwaŜam, Ŝe wieczność w towarzystwie Kacpra byłaby przydługa. Ciotka ElŜbieta będzie trochę 
rozczarowana, biedaczka kochana!  Lubi ona Kacpra, a Frostowie są „dobrą rodziną”. Ja teŜ go 
lubię, ale on jest zbyt afektowany i drewniany.  
- Czy chciałabyś mieć wielbiciela łobuza? - spytała ciotka ElŜbieta.  
Zakłopotałam się. Nie, nie chciałabym. 
- Ale przecieŜ istnieje złoty środek - zaprotestowałam.  
- Panna nie powinna mieć zbyt wielkich wymagań, gdy...  
Pewna jestem, Ŝe ciotka ElŜbieta chciała powiedzieć: 
- Gdy zbliŜa się do dwudziestego piątego roku Ŝycia.  
Ale zmieniła w ostatniej chwili zamiar i dodała: 
- Gdy sama bynajmniej nie jest doskonałością.  
Chciałabym, Ŝeby pan Carpenter Ŝył i mógł słyszeć kursywę ciotki ElŜbiety. Zabójcza!  
         
 
1 marca 19... 
Cudna muzyka wieczorna dochodzi do mego ucha z gaiku Wysokiego Jana. Nie, juŜ nie 
Wysokiego Jana!Jest to gaik Emilii Byrd Starr! Kupiłam go dzisiaj za pieniądze otrzymane za moje 
ostatnie nowele. I teraz naleŜy on do mnie... do mnie... jest mój... mój... mój... mój.  Wszystko, co 
w nim się znajduje, naleŜy do mnie, blaski księŜyca, gracja sosen, kwiatuszki wiosenne, światło 
gwiazd, muzyka wichru. Nikt nie moŜe go wyciąć, ani zbezcześcić Ŝadnym sposobem.  
Taka jestem uszczęśliwiona!  Wiatr jest moim przyjacielem, a gwiazda wieczorna moją koleŜanką. 
         
23 marca 19... 

background image

Czy istnieje dźwięk na świecie, smutniejszy i bardziej przejmujący lękiem, niŜ zawodzenie wichru 
za oknami w ciemną noc, podczas śnieŜnej zadymki? Brzmi to jak krzyk nieszczęśliwych kobiet, 
dawno zmarłych, zapomnianych przez potomność, przypominających nam się tym bolesnym 
krzykiem. Moje własne minione zmartwienia dźwięczą tej nocy mocniej w sercu i odzywają się, 
niczym echo, w odpowiedzi na tę przeciągłą skargę wichrów. Wiatr nocny jest wędrującą duszą 
przeszłości. W przyszłości nie ma udziału i dlatego jest Ŝałobny. 
         
10 kwietnia 19... 
Dzisiaj czuję się bardziej sobą, niŜ kiedykolwiek od dłuŜszego czasu. Poszłam na Czarowną Górę. 
Poranek był łagodny, cichy, przepojony wiosennymi zapachami. Wszystko jest młode. Kwiecień 
nie moŜe być stary. Świerki są takie zielone, tak pobłaŜliwie spoglądają na mchy, usłane kornie u 
ich stóp. 
- Jesteś moją - wołało morze do Czarnowody.  
- Do nas teŜ ona naleŜy - odrzekły wzgórza.  
- Ona jest moją siostrą - upomniała się rzeczka.  
Wtem rozbłysnął „promyk”, mój ukochany promyk, który tak rzadkim był we mnie gościem w 
ciągu tych ostatnich miesięcy.  Czy przestanę go odczuwać w ogóle, gdy się zestarzeję? Czy będzie 
mnie wówczas interesował tylko „chleb powszedni”? 
MoŜe, ale dzisiaj poczułam promyk i zdałam sobie sprawę z mojej nieśmiertelności. Wolność jest 
skarbem duszy.  
„Natura nigdy nie zdradza serca, które ją kocha”.  
Ona zawsze nas leczy z odniesionych ran, skoro się do niej zwracamy z pokorą. Zniknęły dręczące 
wspomnienia i niezadowolenie. Spostrzegłam nagle, Ŝe czeka na mnie, tuŜ, tuŜ, za progiem, dawna 
radość Ŝycia.  
ś

aby rechoczą dzisiaj. Dlaczego „Ŝaba” jest takim zabawnym, kochanym, ślicznym, 

niedorzecznym wyrazem? 
         
15 maja, 19... 
Wiem, Ŝe po śmierci będę spać pod trawą spokojnie latem, jesienią i zimą, ale z nadejściem wiosny 
serce moje oŜywi się, odpowie szeptem na głosy, nawołujące zewsząd.  Wiosna i poranek śmieją 
się wzajem do siebie codziennie, a ja dzisiaj wyszłam o świcie i utworzyłam z nimi  trio.  
Ilza napisała dziś do mnie.  Mały, krótki liścik. PrzyjeŜdŜa do domu.  
- Tęsknię, czuję nostalgię - pisze. - Czy ptaki śpiewają jeszcze w Czarnowodzie, czy fale szumią 
jeszcze za wydmami?  Tęsknię do nich. I pragnę ujrzeć księŜyc nad ogrodem warzywnym, księŜyc, 
na którego wschód czekaliśmy z utęsknieniem, będąc dziećmi. I ciebie pragnę zobaczyć. Listy są 
takie niewystarczające. Tyle jest rzeczy, o których chciałabym pomówić z tobą! Czy wiesz, Ŝe 
czuję się dzisiaj trochę stara.  Ciekawe uczucie! 
Ona nigdy nie wspomina o Tadziu. Ale pyta w liście: „Czy prawdą jest, Ŝe Perry Miller jest 
zaręczony z córką sędziego Elmana?! 
Nie sądzę. Ale sama pogłoska jest dowodem, dokąd juŜ zaszedł Perry.” 
         
Rozdział XX 
 
W dwudziestym czwartym roku Ŝycia Emilka postanowiła otworzyć list, który napisała, mając lat 
czternaście, do siebie, mającej lat czterdzieści. UwaŜała, Ŝe do czterdziestego roku stanowczo zbyt 
długo byłoby czekać, Ŝe moŜe go wcale nie doŜyje...  Prawdopodobnie.  
Nie był to zabawny list, na który była przygotowana. Siedziała długo przy oknie, patrząc na gaik 
Wysokiego Jana, jak go stale nazywano z przyzwyczajenia. Co wyskoczy z tego listu, gdy go 
otworzy?  Upiór pierwszej młodości? Ambicji? Przebrzmiałej miłości?  Utraconej przyjaźni? 
Emilka czuła, Ŝe powinna raczej spalić ten list, niŜ go czytać. Ale to byłoby tchórzostwem. Trzeba 

background image

patrzeć prawdzie w oczy, nawet jeŜeli przybiera ona postać duchów. Szybkim ruchem rozcięła 
kopertę.  
Tak, przypomina sobie tę róŜę zasuszoną, której płatki spadają jej na kolana. Tadzio przyniósł jej tę 
róŜę pewnego wieczoru, gdy byli dziećmi i bawili się razem. Taki był dumny z tej róŜy! Podarował 
mu ją dr Burnley. Wyrosła na krzewie, na którym juŜ od dawna nic nie kwitło. Jego matka 
zazdrosna była o ten kwiatek. Tadzio przyniósł go Emilce, a ona trzymała ją jak mogła najdłuŜej w 
wodzie, po czym zasuszyła w tym oto liście. WłoŜyła ją między kartki zapisanego papieru, 
ucałowawszy uprzednio... pamięta...  Zapomniała tylko, Ŝe znajdzie tu ową róŜę, otwierając 
kopertę.  List przepełniony jest zapachem kwiatu, zwiędłego, jak ich młodzieńcze marzenia...  
Ten list jest głupi, romantyczny. Tak surowo sądzi go Emilka. Śmieje się przy niektórych ustępach. 
Jaki głupi, jaki sentymentalny... jaki zabawny! Czy istotnie była dość młoda, pisząc te słowa, aby 
móc sobie pozwolić na podobne nonsensy? 
- Czy napisałaś twoją wielką ksiąŜkę? - pytała czternastoletnia. - Czy dosięgnęłaś alpejskiego 
szczytu? Och, dorosła Emilko, zazdroszczę ci. To musi być cudowne być tobą. Czy spoglądasz na 
mnie z politowaniem i wyŜszością? Czy jesteś kobietą dorosłą, zamęŜną, otoczoną dziećmi, czy 
mieszkasz w Domu Rozczarowanym z Tym - co wiesz? Tylko błagam cię, nie bądź skąpa, droga 
Dorosła i bądź dramatyczną. Ubóstwiam dramatyczne rzeczy i dramatycznych ludzi. Czy jesteś 
panią .....? Jakie nazwisko wypełni to puste miejsce? Och, droga Dorosła, wkładam tu pocałunek 
dla Ciebie i garść blasków księŜycowych, i duszę jednej z róŜ, i słodycz jednego ze wzgórz 
zielonych i pęczek fiołków. Mam nadzieję, Ŝe jesteś szczęśliwa, sławna i piękna. I mam nadzieję, 
Ŝ

e nie zapomniałaś zupełnie twej głupiutkiej Dawnej Samej Siebie. 

Emilka odłoŜyła list na bok.  
- Takie głupstwa! - rzekła pogardliwie.  
Siedziała z głową opartą o biurko. Głupi, rozmarzony, szczęśliwy, nieświadomy, czternastolatek! 
Myślała, Ŝe coś pięknego i wielkiego niezawodnie czeka ją w przyszłości. Była pewna, Ŝe osiągnie 
szczyty.  Pewna, Ŝe marzenia się ziszczają. Głupiutka czternastoletnia! A przecieŜ ona umiała być 
szczęśliwą.  
„Zazdroszczę ci - powtórzyła Emilka. - śałuję, Ŝe otworzyłam twój list, głupiutki czternastolatku! 
Wracaj wstecz, cofnij się w swą przeszłość i nie przychodź do mnie więcej, nie urągaj mi. Spędzę z 
twego powodu bezsenną noc. Będę leŜeć i litować się nad samą sobą.  
Na schodach rozległy się kroki. Przeznaczenia. Emilka sądziła, Ŝe są to tylko kroki kuzyna 
Jimmy’ego.  
         
Przynosił list. Cienką kopertę. Gdyby Emilka nie była pochłonięta swoją przeszłością sprzed lat 
dziesięciu, byłaby zauwaŜyła, Ŝe oczy kuzyna Jimmy’ego błyszczały, jak oczy kota, Ŝe był 
widocznie rozradowany. Z roztargnieniem podziękowała mu za list i wróciła do biurka zamyślona.  
Kuzyn JImmy pozostał w głębi pokoju, w półcieniu. Czekał, aby otworzyła list, ale ona wrzuciła go 
niedbałym ruchem do szuflady i podeszła do okna. Kuzyn Jimmy szalał z niecierpliwości.  
Po kilku minutach Emilka zwróciła się ku niemu z westchnieniem i sięgnęła po list.  
- O ile nie bardzo się mylę, droga Emileczko, przestaniesz wzdychać, przeczytawszy ten list - 
mruknął kuzyn Jimmy, rozradowany.  
Emilka spojrzała na firmę.  Zdziwiona była, czego od niej moŜe chcieć Wareham Publishing 
Comp.  Wielki Wareham!  Najstarsze i najwaŜniejsze wydawnictwo w Ameryce! Zapewne 
przysyłają jej jakiś okólnik. Spojrzała na treść i... zdumiała się. Z niedowierzaniem patrzyła na 
maszynowe pismo, leŜące przed nią. Kuzyn Jimmy tańczył i skakał w korytarzu... 
Towarzystwo Wydawnicze Warehama.  
- Nie rozumiem - szepnęła Emilka. 
„Droga panno Starr, z przyjemnością zawiadamiamy Panią, Ŝe nasi recenzenci wydali przychylną 
opinię o pani „Moralności RóŜy”. O ile będziemy mogli dojść do porozumienia co do warunków, z 

background image

prawdziwą radością umieścimy tę ksiąŜkę na naszej jesiennej liście. Radzibyśmy równieŜ usłyszeć 
o dalszych planach twórczych łaskawej Pani.  
z szacunkiem 
(podpis)” 
         
- Nie... rozumiem - powtórzyła Emilka głośniej.  
Kuzyn Jimmy nie wytrzymał...  
Wrócił do pokoju i zaczął krzyczeć: „Hurra!” Emilka podbiegła do niego.  
- Kuzynie Jimmy, co to znaczy? Ty wiesz coś o tym... jak to się dzieje, Ŝe Wareham w ogóle zna 
moją ksiąŜkę? 
- Czy przyjęli ją? Będą ją drukować? - spytał Jimmy.  
- Tak. A ja nigdy nie posłałam im rękopisu. Nie sądziłam, Ŝeby to miało cel. Wareham! Czy ja 
ś

nię? 

- Nie. Powiem ci prawdę. Nie gniewaj się Emilko. ElŜbieta kazała mi sprzątnąć strych w zeszłym 
tygodniu, pamiętasz?  Znalazłem twój rękopis, między innymi szpargałami. Zacząłem czytać. 
ElŜbieta skrzyczała mnie, bo obiad był juŜ gotów, a strych nie był sprzątnięty. AleŜ była zła! Ale ja 
nie zwaŜałem na nią. Pobiegłem jeszcze tego samego dnia na pocztę i wysłałem rękopis. Posłałem 
do Warehama, bo o tym wydawcy zawsze słyszałem, od najwcześniejszego dzieciństwa. WłoŜyłem 
rękopis do pudełka, bo nie wiedziałem, jak się to robi... 
- Czy dołączyłeś znaczki na zwrot? - spytała Emilka, przeraŜona.  
- Nie. Nie pomyślałem o tym. MoŜe dlatego przyjęli twoją ksiąŜkę. MoŜe inne firmy odsyłały ci 
rękopisy, bo miały znaczki  na przesyłkę.  
- Chyba nie. Emilka zaśmiała się, ale spostrzegła, Ŝe płacze.  
- Emileczko, nie gniewasz się na mnie, co? 
- Nie... nie... drogi, kochany kuzynie... ale taka jestem oszołomiona, Ŝe nie wiem, co powiedzieć. 
Wareham! BoŜe mój! 
- Czekałem wciąŜ na pocztę od tej pory - chichotał kuzyn Jimmy. - ElŜbieta myśli, Ŝe juŜ zupełnie 
zwariowałem. Gdyby rękopis był wrócił, byłbym go ukrył na strychu, nie byłabyś o niczym 
wiedziała... Ale gdy ujrzałem cienką kopertę przypomniałem sobie, Ŝe według ciebie cienka 
koperta zawsze przynosi dobre wiadomości...  Droga Emileczko, nie płacz!  
- Nie mogę nie płakać... ach, tak Ŝałuję, Ŝe cię niesłusznie skrzywdziłam, maleńki czternastolatku. 
Nie byłaś głupia... byłaś mądra...  wiedziałaś.  
- Uderzyło jej trochę do główki - rzekł kuzyn Jimmy do siebie samego. - Nic dziwnego...  po tylu 
zwrotach... Ale niebawem przyjdzie do równowagi i będzie znów całkiem rozsądna.  
         
         
Rozdział XXI 
 
Tadzio i Ilza przyjechali w lipcu do domu na dziesięć dni zaledwie. Jak się to dzieje, zachodziła w 
głowę Emilka, Ŝe oni stale przyjeŜdŜają razem? To nie mógł być zbieg okoliczności.  Bała się tych 
odwiedzin i pragnęła, Ŝeby juŜ było po wakacjach. Miło będzie pogadać z Ilzą. Ilza nigdy nie stanie 
się dla niej obcą. Wszystko jedno, jak długo się nie widzą, skoro tylko zobaczą się znowu, Emilka 
odnajdzie swoją kochaną Ilzę.  Ale Tadzia nie chciała widzieć.  
Tadzia, który o niej zapomniał.  Który nie napisał do niej ani razu od swej ostatniej bytności.  
Tadzia, który był juŜ sławny jako portrecista pięknych kobiet. Tak sławny i tak pełen chwały - jak 
pisała Ilza - Ŝe zamierza porzucić dział ilustracyjny w czasopismach.  
Emilka dowiedziała się o tym z pewną ulgą. Nie będzie juŜ się obawiała otwierać zeszytu 
czasopism, przychodzących do Srebrnego Nowiu, nie będzie juŜ się bała, Ŝe ujrzy znów swą 
własną twarz, swoje spojrzenie, swój uśmiech, a w roŜku, na dole, podpis: „Fryderyk Kent”.  
Zawsze doznawała w tych chwilach wraŜenia, Ŝe on chce obwieścić światu: „patrzcie, oto moja 

background image

dziewczyna; ta naleŜy do mnie”. Emilka bardziej miała mu za złe te obrazy, z których tylko 
wyzierały jej oczy, niŜ te, które miały w ogóle jej twarz. Bo, aŜeby móc malować jej oczy w ten 
sposób, musiał Tadzio znać całkowicie treść jej duszy. Ta myśl doprowadzała ją zawsze do 
szalonej irytacji, przejmowała zgrozą. Nie chciała, nie mogła... powiedzieć Tadziowi, aŜeby 
przestał uŜywać jej jako modelu. Nigdy nie poniŜy się do tego stopnia, Ŝeby mu wyjawić swą 
ś

wiadomość podobieństwa jego obrazów do niej samej, nigdy nie zniŜy się do wyznania, Ŝe 

zauwaŜyła to podobieństwo. Ale lepiej, Ŝe przestanie oglądać siebie na ilustracjach.  
A on przyjeŜdŜa, moŜe juŜ przyjechał. Gdyby ona mogła wyjechać na ten okres! Panna Royal 
pragnie ją ujrzeć w Nowym Jorku, domaga się jej odwiedzin. Ale ona nie moŜe wyjechać wtedy, 
kiedy Ilza przyjeŜdŜa.  
Emilka otrząsnęła się z marzeń. JakąŜ jest idiotką! Tadzio przyjeŜdŜa, jak przystało na wzorowego 
syna, aby zobaczyć się z matką. Z pewnością ucieszy się widokiem starych przyjaciół, którzy 
przypomną mu się dzięki swej obecności. I cóŜ w tym wszystkim trudnego, albo niezwykłego? 
Trzeba się pozbyć tej głupiej zarozumiałości, tego przesadnego samopoczucia. Ona pozbędzie się 
tych wad.  
Siedziała przy otwartym oknie. Noc za oknami była ciemna. Przypominała rozkwitły, pachnący, 
czarny kwiat. Noc wyczekiwania, noc obiecująca, podczas której musi się coś zdarzyć. Cisza 
zupełna. Słychać tylko najmilszy dźwięk nieartykułowany, jaki jest dane słyszeć uchu ludzkiemu: 
lekki szept drzew, westchnienie wiatru, i na pół słyszane, na pół odczute jęki morza.  
- O, piękności! - szepnęła Emilka namiętnie, wznosząc ręce ku gwiazdom. - CóŜ uczyniłabym w 
ciągu tych lat ubiegłych, gdyby nie ty? 
Piękno nocy... zapachy...  Misterium... Przepełniona jest nim jej dusza. Nie ma w niej miejsca w tej 
chwili na nic innego. Wychyliła się, wznosząc twarz ku niebu w niemym zachwycie, upojeniu.  
Wtem usłyszała... Słodki, cichy zew z gaiku Wysokiego Jana... Dwie wyŜsze nuty i jedna niŜsza... 
dawne wezwanie, na odgłos którego byłaby ongi pofrunęła raczej, niŜ pobiegła.  
Emilka siedziała, jak skamieniała, biała jej twarzyczka obramowana była winem, pnącym się 
dokoła okna.  On jest tutaj... Tadzio jest tutaj... w gaiku Wysokiego Jana... czeka na nią... woła ją 
po dawnemu. Czeka na nią! 
JuŜ miała zerwać się na równe nogi... juŜ miała zbiec ze schodów i pomknąć pod drzewami, pod 
pięknymi, starymi drzewami, pod którymi on czeka na nią. Ale...  
A moŜe on tylko próbuje, czy ma nad nią dawną władzę?  
Odjechał na dwa lata, nie napisawszy nawet słówka poŜegnania. Czy to się da pogodzić z dumą 
Murrayowską? Czy pozwala duma Murrayowska biec na spotkanie człowieka, który tak mało o nią 
dba? Młoda twarz Emilki poorała się nagle bruzdami uporu i troski. Nie, nie pójdzie! Niech czeka.  
„ZagwiŜdŜ, a przybiegnę, chłopcze mój!”, tak, rzeczywiście! Nigdy juŜ  tak nie postąpi Emilia 
Byrd Starr.  
Tadzio nie powinien sobie wyobraŜać, Ŝe wolno mu odjeŜdŜać tak, jak odjechał ostatnio, Ŝe zawsze 
zastanie ją gotową do rozmowy w odpowiedzi na jego lordowskie hasło.  
Znowu ozwał się sygnał, dwukrotnie: on jest tutaj, tuŜ przy niej! Za chwilę, jeŜeli Emilka zechce, 
będzie przy nim, będzie patrzeć mu w oczy, a moŜe... 
Odjechał, nie poŜegnawszy się z nią! 
Emilka wstała i zapaliła lampę. Usiadła przy biurku w pobliŜu okna, wzięła pióro i zaczęła pisać...  
a raczej udawać, Ŝe pisze. Pisała zawzięcie. Nazajutrz znalazła na biurku luźne kartki, pokryte 
wyjątkami ze starych wierszy szkolnych, wyuczonych ongiś na pamięć. Pisząc, nasłuchiwała. Czy 
usłyszy znów sygnał? Jeszcze raz? Nie. Gdy się upewniła, Ŝe on się juŜ nie odezwie, zgasiła 
ś

wiatło i rzuciła się na łóŜko z twarzą ukrytą w poduszkach. Duma jej była zaspokojona. Pokazała 

mu, Ŝe nie moŜna nią pomiatać, a później mieć ją przy sobie na byle gwizdek. Och, jakąŜ czuła 
wdzięczność dla samej siebie za tę stanowczość! Dlatego zapewne zmoczyła całą poduszkę 
potokiem gorących łez.  
         

background image

Przyszedł nazajutrz wieczorem... przyszedł z Ilzą...  a raczej przyjechał z nią swoim nowym 
samochodem. Uściski dłoni, wesołość, serdeczność... tak wiele śmiechu! Ilza wyglądała 
promiennie w wielkim, Ŝółtym kapeluszu, przybranym czerwonymi róŜami; jeden z tych 
„krzyczących kapeluszy”, na które tylko Ilza mogła sobie pozwolić. Taka niepodobna do 
zaniedbanej, niemal obdartej Ilzy z jej lat dziecięcych.  
Urocza jak zawsze. Nie moŜna nie kochać Ilzy. Tadzio teŜ był czarujący; okazywał obojętność  
na wszystko, a zarazem rozrzewnienie tym, co zastał w swych rodzinnych stronach, od tak dawna 
nie widzianych.  Interesował się wszystkimi i kaŜdym z  osobna. Ilza mówiła mu, Ŝe Emilka 
wydaje ksiąŜkę.  Świetnie. Co z tym słychać? On musi otrzymać egzemplarz.  Czarnowoda jest 
zawsze ta sama.  Jakie to rozkoszne przybyć do miejscowości, gdzie czas zdaje się nie istnieć jako 
taki.  
Emilka doszła do wniosku, Ŝe śnił jej się poprzedniego dnia sygnał z gaiku Wysokiego Jana.  
Ale pojechała z nim i z Ilzą do KsięŜego Stawu na wycieczkę.  Wywołali sensację, bo samochodów 
niewiele jeszcze widziała ta okolica. Spędzili kilka wesołych dni. Ilza miała zamiar zabawić w 
domu trzy tygodnie, ale okazało się, Ŝe musi odjeŜdŜać po upływie pięciu dni. A Tadzio, który 
zdawał się być panem swego czasu, postanowił nie czekać dłuŜej na wezwanie z szerokiego świata 
i teŜ wyruszyć wcześniej.  Przyszli oboje poŜegnać Emilkę.  Przechadzali się we troje przy świetle 
księŜyca i śmiali wesoło. Ilza oświadczyła z zapałem, Ŝe przypominają się dawne, dobre czasy, a 
Tadzio przytaknął.  
- Szkoda tylko, Ŝe Perry jest nieobecny - rzekł. - śałuję, Ŝe nie widziałem od dawna starego druha, 
Perry’ego. Mówią, Ŝe on w szybkim tempie robi karierę.  
Perry pojechał nad morze w interesach swej firmy. Emilka umyślnie przesadzała, mówiąc o jego 
sukcesach. Tadzio Kent nie powinien przypuszczać, Ŝe jest jedynym, któremu się udało w Ŝyciu.  
- Czy jego maniery są lepsze niŜ dawniej? - spytała Ilza.  
- Dla nas, zwykłych śmiertelników, są one wystarczające - odrzekła Emilka opryskliwie.  
- Przyznaję, Ŝe on nigdy nie czyścił zębów w towarzystwie - zgodziła się Ilza. - Czy wiesz - dodała 
z porozumiewawczym spojrzeniem na Tadzia, Ŝe sobie wmówiłam, będąc podlotkiem, iŜ kocham 
się w Perrym.  
- Szczęśliwy Perry! - rzekł  
Tadzio z uśmiechem oczywistego zadowolenia. Ilza nie pocałowała Emilki na poŜegnanie, tylko 
uścisnęła jej serdecznie rękę, podobnie jak Tadzio. Emilka dziękowała swej dobrej gwieździe, 
szczerze tym razem, Ŝe nie pobiegła do gaiku na odgłos gwizdku Tadzia, o ile istotnie gwizdał 
owego wieczoru.  Wesoło pojechali na dworzec, ale gdy Emilka miała wracać do Srebrnego 
Nowiu, usłyszała przyśpieszone kroki za sobą.  
- Emilko, kochanie, Ŝegnaj. Kocham cię niemniej niŜ dotychczas, ale tutaj... takie jest wszystko 
inne... nie moŜemy juŜ odnaleźć naszych zachwytów dziecięcych. Wolałabym nie przyjeŜdŜać 
wcale... ale powiedz mi, Ŝe mnie kochasz i Ŝe zawsze kochać będziesz. Nie zniosłabym zmiany w 
twoich uczuciach.  
- Naturalnie, Ŝe cię kocham i zawsze kochać będę, Ilzo.  
Ucałowały się serdecznie, ze smutkiem niemal... Ilza wróciła do pociągu, do Tadzia. Emilka 
powróciła do ciotek i do kuzyna Jimmy’ego.  
- Ciekawa jestem, czy Ilza i Tadzio pobiorą się kiedykolwiek - rzekła ciotka Laura.  
- Czas juŜ, Ŝeby Ilza wyszła za mąŜ - rzekła ciotka ElŜbieta.  
- Biedna Ilza - rzekł kuzyn Jimmy zagadkowo. 
         
Pewnego jesiennego dnia, w listopadzie, Emilka wracała do domu z poczty czarnowodzkiej, 
trzymając w ręku paczkę i list od Ilzy. Była wewnętrznie oŜywiona, pozornie robiła wraŜenie osoby 
szczęśliwej. Cały dzień był taki dziwny, taki rozkoszny dzięki blaskom słońca, ukośnie padającym 
na róŜnobarwne wzgórza, przedzierającym się przez obłoki, nieodłączne od tej pory roku. Emilka 
obudziła się nad ranem ze snu, w którym widziała Tadzia, ukochanego, dobrego Tadzia z dawnych 

background image

czasów.  Przez cały dzień czuła jego bliskość. Zdawało jej się, Ŝe słyszy jego kroki obok siebie, Ŝe 
widzi jego uśmiech do niej zwrócony, uśmiech, mówiący wyraźnie, Ŝe zapomniane są wszelkie 
urazy lat ostatnich, Ŝe nic się między nimi nie zmieniło. Nie myślała o nim od dość dawna. Była 
bardzo zajęta przez resztę lata i przez jesień. Pracowała nad nową opowieścią. Listy Ilzy stawały 
się coraz rzadsze. Skąd to nagłe, niczym nie umotywowane poczucie jego bliskości? Gdy jej 
wręczono grubą kopertę Ilzy, pewna była, Ŝe w niej są wiadomości o Tadziu.  
Ale oŜywiona była dzięki paczce, którą niosła w drugiej ręce. Owinięta była ta paczka w papier 
firmowy „Wareham”. Emilka wiedziała, co to znaczy. To była jej ksiąŜka, jej „Moralność RóŜy”.  
Biegła do domu szybko, biegła tą ścieŜką, którą chodzili zmęczeni ludzie do swych domów, 
narzeczeni do swych ukochanych, którą wędrowali Ŝebracy okoliczni w pogoni za okruchem 
chleba, którą dzieci biegły ku radości i zabawie - ścieŜką wijącą się wzdłuŜ pastwiska, połoŜonego 
między Czarnowodą a ŚcieŜką Wczorajszą. Na tej Wczorajszej ŚcieŜce dopiero zatrzymała się 
Emilka. Usiadła na ławce i otworzyła paczkę.  
Przed nią leŜała jej ksiąŜka.  Jej ksiąŜka, świeŜo wydana, nowiutka. Była to chwila uroczysta, 
wspaniała, podniosła.  CzyŜ nareszcie stoi u szczytu?  
Emilka podniosła błyszczące oczy ku listopadowemu niebu. WciąŜ są przed nią nowe cele, nowe 
obiekty aspiracji. Ale cóŜ za szczęście osiągnąć jeden z punktów na wyŜynach, jeden z grzbietów 
górskich! Co za widok!  Jaka nagroda za długie lata pracy i wysiłków, rozczarowań i zniechęceń! 
Ach, czemuŜ nie ujrzał światła dziennego „Sprzedawca Snów!” 
         
Nastrój w Srebrnym Nowiu dorównał tego popołudnia szczęściu samej Emilki. Kuzyn Jimmy 
zrzekł się swego planu zaorania pola na pobliskim wzgórzu: siedział w domu i wpatrywał się w 
ksiąŜkę. Ciotaka Laura płakała, naturalnie!  Ciotka ElŜbieta patrzyła obojętnie i zrobiła tylko 
spostrzeŜenie, Ŝe to jest oprawne jak prawdziwa ksiąŜka.  Ciotka ElŜbieta sądziła, Ŝe to będzie 
broszurowane. Ale zgubiła tego dnia kilkakrotnie oczko w pończosze i ani razu nie zadała 
Jimmy’emu pytania, dlaczego nie orze. A gdy przed obiadem zjawiło się kilku odwiedzających 
„Moralność RóŜy” leŜała na stoliku w saloniku, chociaŜ Emilka włoŜyła ją na pewno do szuflady 
swego biurka. W jaki niewytłumaczony sposób tam zawędrowała? Ciotka ElŜbieta nie mówiła o 
tym, a nikt z odwiedzających ksiąŜki nie zauwaŜył. Gdy odjechali, ciotka ElŜbieta rzekła cierpko, 
Ŝ

e Jan Anges jest jeszcze głupszy, niŜ dawniej, a ona, ElŜbieta, na miejscu kuzynki Małgorzaty, nie 

ubierałaby się o dwadzieścia lat za młodo na swój wiek.  
- Stare pudło wystrojone jak choinka na święta! - rzekła ciotka ElŜbieta pogardliwie.  
Gdyby się zachowali, jak naleŜy w stosunku do „Moralności RóŜy”, ciotka ElŜbieta byłaby  
prawdopodobnie orzekła, Ŝe Jan Anges był zawsze jowialnym, dobrodusznym człowiekiem, a 
kuzynka Małgorzata „trzyma się” zdumiewająco, jak na swój wiek. 
 
Wśród tych wraŜeń Emilka zapomniała o liście Ilzy, a raczej odłoŜyła go na później, jako zdarzenie 
mniej niezwykłe.  O zmierzchu poszła do swego pokoju i usiadła przy oknie, aby skorzytać jeszcze 
z dziennego światła. Wciągnęła w nozdrza mdły zapach perfumów Ilzy.  Emilka nie lubiła nigdy 
tego zapachu. Ale nic dziwnego: róŜniły się w tylu upodobaniach!  Ilza lubiła zapachy egzotyczne.  
Do dnia swej śmierci Emilka nie będzie mogła poczuć tej mdłej woni, nie doznając za kaŜdym 
razem dreszczy i mdłości.  
„Nie mniej niŜ tysiąc razy miałam napisać do ciebie, ale w tym wirze bezustannym nie ma się 
czasu na nic. W ciągu tych ostatnich miesięcy jedno goniło drugie. Ale muszę to naprawić dzisiaj.  
Mam ci coś do powiedzenia. A przy tym dzisiaj przyszedł twój kochany liścik, więc muszę ci 
odpowiedzieć. Cieszę się, Ŝe się dobrze miewasz i Ŝe jesteś dobrze usposobiona. Czasami 
zazdroszczę ci, Emilko. Zazdroszczę ci tej ciszy, tego spokoju, jaki panuje w Srebrnym Nowiu, 
tego zadowolenia, jakie ci daje praca. Pamiętam, Ŝe kiedyś zazdrościłaś mi moŜliwości 
podróŜowania. Emilko, kochanie moje, przenoszenie się z miejsca na miejsce nie jest 
podróŜowaniem. Gdybyś ty była taka, jak twoja głupia Ilza, gdybyś goniła za nieziszczalnym  

background image

i przenosiła się jak motyl, z kwiatka na kwiatek, nie byłabyś taka szczęśliwa. Gdy myślę o tobie, 
przypomina mi się zawsze to powiedzenie: „Dusza jej była jak gwiazda”.  
CóŜ, gdy nie moŜna mieć tego, czego się pragnie, trzeba zapragnąć czegoś, co moŜe być 
przyzwoitą kompensatą. Wiem, Ŝe mnie nigdy nie rozumiałaś, gdy wspominałam o moim 
przywiązaniu do Perry’ego. Wiem, Ŝe wzruszałaś w duchu ramionami. Ty nigdy nie kochałaś się w 
nikim, nieprawdaŜ, Emilko? Więc uwaŜałaś mnie za idiotkę. MoŜe nią i byłam. Ale w przyszłości 
będę rozsądną. Wychodzę  za mąŜ za Tadzia Kenta. No... słowo się rzekło!” 
         
Emilka odłoŜyła albo odrzuciła list na chwilę. Nie odczuwała bólu ani zdziwienia. To samo 
odczuwa człowiek, trafiony kulą w samo serce.  
Zdawało jej się, Ŝe wiedziała o tym od czasu owego obiadu u pani Chidlaw. A jednak teraz, kiedy 
to się stało naprawdę, doznawała wraŜenia, Ŝe cierpi wszystkie męki śmiertelne, Ŝe odjęta jest jej 
tylko ulga skonania. W lustrze przed sobą widziała swoją twarz. Czy Emilka w Zwierciadle 
wyglądała tak kiedykolwiek? Ale jej pokój był taki sam. To niestosowne, Ŝe on się nie zmienił, jej 
własny pokój! Po kilku minutach (latach raczej!) Emilka podjęła porzucony list  i czytała dalej. 
„Nie kocham Tadzia, to rzecz jasna. Ale przyzwyczaiłam si do niego. Nie mogę się obejść bez 
niego, a musiałabym się obejść, gdybym nie wyszła za niego za mąŜ. A przy tym on będzie bardzo 
sławny. Będę miała przyjemność posiadania sławnego męŜa. I będzie miał dolary. Nie jestem 
materialistką, Emilko.  
Powiedziałam w zeszłym tygodniu „nie” znanemu milionerowi. Miły chłopiec zresztą, ale taka  
galareta! Rozpłakał się, gdy mu powiedziałam, Ŝe nie wyjdę za niego za mąŜ! To było okropne.  
Tak, główną spręŜyną jest tu ambicja, upewniam cię. A przy tym pewna niecierpliwość, pewne 
zmęczenie Ŝyciem, takim, jakie ono jest w ciągu ostatnich lat.  Wszystkie źródła wyschły. Ale lubię 
Tadzia szczerze. Zawsze go lubiłam. Jest miły i towarzyski, mamy te same upodobania do 
rozrywek. Nigdy się z nim nie nudzę. Nie mam cierpliwości dla ludzi, którzy mnie nudzą. Jest on 
zbyt przystojny jak na męŜczyznę, będzie wiecznie celem dla róŜnych pocisków lwic salonowych. 
Ale poniewaŜ nie kocham się w nim zbyt namiętnie, nie będzie mnie dręczyć zazdrość. W zaraniu 
mego Ŝycia, gdy byłam młoda, gotowa byłam upiec Ŝywcem kaŜdą rywalkę, z wyjątkiem ciebie, do 
której Perry Miller przewracał oczami.  
Wiedziałam od szeregu lat, Ŝe to się tak skończy, przeczuwałam to od kilku tygodni, jako rzecz 
bliską. Ale odsuwałam Tadzia, jak mogłam, nie chciałam dopuścić do słów, które by nas związały. 
Nie wiem, skąd mi się wzięła odwaga wysłuchania ich w końcu, ale przeznaczenie zwycięŜyło. 
Byliśmy juŜ od dwóch tygodni na jednej z naszych niedorzecznych wycieczek, gdy wtem zerwała 
się szalona burza.  Spadł ulewny deszcz. Musieliśmy wracać, a byliśmy bardzo oddaleni od domu, 
pioruny i grzmoty następowały po sobie w odstępach jednominutowych najwyŜej, błyskawice były 
oślepiające. Nerwy moje nie wytrzymały. Bywam teraz nerwowa.  
Zaczęłam płakać, jak głupie, wystraszone dziecko. Nagle przejaśniło się. Tadzio zaś objął mnie 
ramionami, tulił mnie do piersi i rzekł, Ŝe muszę wyjść za niego za mąŜ i pozwolić mu, Ŝeby się 
mną opiekował i dbał o mnie. Widocznie odpowiedziałam:  „dobrze”, bo on najwyraźniej uwaŜa 
nas za narzeczonych. Podarował mi pierścionek z szafirem. Kupił ten szafir gdzieś w Europie.  Jest 
to klejnot historyczny, który był ongiś przyczyną jakiejś zbrodni, zdaje mi się.  
Sądzę, Ŝe dobrze będzie, gdy ktoś się o mnie będzie troszczył, gdy będę pod opieką.  Tak na dobre  
nigdy nie zaznałam opieki, wiesz. Papa nie myślał o mnie, dopóki nie wyjawiłaś mu prawdy o 
mojej matce. CóŜ za czarodziejka z ciebie! A potem uwielbiał mnie i psuł. Ale właściwie nie 
troszczył się o mnie więcej niŜ przedtem.  
Mamy się pobrać w przyszłym roku, w czerwcu. Papa się ucieszy. Tadzio był zawsze jego 
ulubieńcem. Przy tym obawiał się niekiedy, Ŝe nie wyjdę za mąŜ w ogóle. Papa twierdzi, Ŝe jest 
radykałem, ale w gruncie rzeczy, jest on najbardziej wiktoriański ze wszystkich wiktorian.  
A ty musisz oczywiście być moją druhną. Och, Emilko droga, tak bym chciała zobaczyć cię dzisiaj, 
porozmawiać z tobą...  tak po dawnemu... pójść z tobą na Czarowną Górę, do lasu, odwiedzić 

background image

wszystkie nasze ulubione zakątki. Chciałabym - chyba szczerze? - być ponownie obdartą, bosą, 
dziką Ilzą Burnley. śycie jest jescze przyjemne, nie twierdzę, Ŝe nie.  Emilko, stary druhu, czy 
zatrzymałabyś wskazówki zegara, gdybyś mogła?...” 
         
Emilka odczytała ten list trzykrotnie. Siedziała potem przez długą chwilę przy oknie, patrząc na 
ośnieŜony świat, na wygwieŜdŜone niebo. Wiatr przynosił jej głosy upiorów.  
Niektóre ustępy listu Ilzy powracały do jej świadomości i znikały z niej na przemian, jak jadowite 
węŜe, których jad śmierć powoduje.  
- „Ty nigdy nie kochałaś się w nikim...”, „ty, naturalnie, musisz być moją druhną...”, „ja doprawdy 
bardzo lubię Tadzia, lubię go szczerze...”, „moje wahanie...” 
Czy moŜe którakolwiek dziewczyna „wahać się” wobec oświadczyn Tadzia Kenta? Emilka 
usłyszała swój własny gorzki śmiech. Czy to w niej coś się śmiało, czy  teŜ śmiało się pierzchające 
widmo Tadzia, które prześladowało ją przez cały dzień, a moŜe stara, uparta nadzieja, zanim 
umarła ostatecznie? 
A w tejŜe chwili Ilza i Tadzio są zapewne razem.  
- „Gdybym była poszła mu na spotkanie owej nocy letniej, kiedy mnie wzywał... czy nie byłoby 
inaczej?” To pytanie powracało uparcie w duszy Emilki.  
- Chciałabym móc znienawidzić Ilzę. Byłoby mi lŜej - myślała sennie. - Gdyby ona kochała Tadzia, 
mogłabym ją chyba znienawidzić. LŜej mi, bo ona go nie kocha. A powinno mi być tym straszniej. 
Dziwne, Ŝe mogę znieść myśl o jego miłości do niej, a nie mogę znieść myśli o jej miłości do 
niego.  
Nagle ogarnęło ją wielkie zmęczenie. Po raz pierwszy w Ŝyciu uwaŜała śmierć za swą przyjaciółkę. 
Było późno, gdy połoŜyła się do łóŜka. Nad ranem usnęła. Ale obudziła się o świcie. Co ona 
takiego usłyszała? Przypomniała sobie. Wstała i ubrała się. Będzie musiała podobnie wstawać i 
ubierać się co rano w ciągu długich, nieskończenie długich lat, jakie ją czekają.  
- Dobrze - rzekła do Emilki w Zwierciadle. - Wychylę czarę do dna! Tym samym wyczerpię ją i  
będę chodzić po świecie spragniona. Czy wszystko byłoby inaczej, gdybym poszła do gaiku 
Wysokiego Jana w odpowiedzi na jego gwizdek? 
Zdawało się jej, Ŝe widzi ironiczne, współczujące oczy Deana.  
Nagle zaśmiała się.  
- Mówiąc stylem Ilzy, cóŜ za diabelne trudności powstały na mej drodze dzięki mej głupocie! 
         
         
Rozdział XXII 
 
ś

ycie toczyło się dalej, mimo swej okropności. Rutyna codzienności nie ulega zmianie dlatego, Ŝe 

ktoś jest nieszczęśliwy. Bywały nawet niezłe chwile. Emilka znów mierzyła swą siłę doznanym 
bólem i znów zwycięŜyła.  
Z pomocą Murrayowskiej dumy i Starrowskiej dystynkcji napisała do Ilzy list z Ŝyczeniami, 
któremu nie moŜna było nic zarzucić. śeby to było wszystko, co jej pozostało do spełnienia!  śeby 
przynajmniej ludzie przestali o niej mówić w  związku z Ilzą i Tadziem.  
Zaręczyny zostały ogłoszone w dziennikach Montrealu i w niektórych gazetach miejscowych i 
okolicznych.  
- Tak, zaręczyli się i niech się nimi opiekuje Przeznaczenie - mówił dr Burnley. Ale widać było po 
nim, Ŝe jest wielce zadowolony. - Niegdyś myślałem, Ŝe ty wyjdziesz za Tadzia - rzekł jowialnie do 
Emilki. Ona uśmiechnęła się pogodnie i odrzekła, Ŝe zawsze dzieją się na świecie te rzeczy, z 
których moŜliwością najmniej się liczymy.  
- W kaŜdym razie urządzimy ślub, jak się patrzy - oświadczył doktor. - JuŜ od dawna nie mieliśmy 
w rodzinie porządnego ślubu. Zapomnieliśmy, jak to wygląda. PokaŜemy ludziom, Ŝe umiemy 

background image

sobie to przypomnieć. Ilza pisze mi, Ŝe ty będziesz jej druhną. I poproszę cię o ogólny dozór nad 
wszystkim. Nie mogę powierzyć zabiegów związanych z weselem naszej gospodyni.  
- Uczynię wszystko, co potrafię - rzekła Emilka machinalnie. Nikt nie powinien się domyślić, co 
ona odczuwa. Choćby miała przypłacić to śmiercią. Będzie druhną.  
Gdyby nie ta okropna perspektywa, przebrnęłaby tę zimę, nie czując się zbyt nieszczęśliwą. 
„Moralność RóŜy” była wielkim sukcesem literackim. Pierwsze wydanie rozchwytano w ciągu 
dziesięciu dni. Trzy następne wydania - w ciągu dwóch tygodni, pięć następnych - w osiem 
tygodni. Rozeszły się przesadne pogłoski o jej dochodach. Po raz pierwszy wuj Wallace spoglądał 
na nią z respektem, a ciotka Addie Ŝałowała w duchu, Ŝe Andrzej pocieszył się tak rychło. Stara 
kuzynka Karolina z Gęsiego Stawu usłyszała o kilku wydaniach ksiąŜki i orzekła, Ŝe Emilka ma 
duŜo roboty, skoro musi sama zszywać tyle kartek! W Shrewsbury wszyscy chodzili zagniewani, 
bo kaŜdy widział w tej ksiąŜce siebie. KaŜda rodzina mniemała, Ŝe ona jest rodziną Applegath.  
- Miałaś słuszność, Ŝe nie przyjechałaś do Nowego Jorku - pisała panna Royal. - Nigdy byś nie 
mogła tutaj napisać „Moralności RóŜy”. Dzikie róŜe nie rosną na ulicach wielkiego miasta. A twoja 
ksiąŜka jest dziką róŜą, pełną czaru i niespodzianek, pełną małych, nieszkodliwych kolców satyry.  
Jest ona delikatna w wyrazie, nacechowana przenikliwością psychologiczną. Nie jest to właściwie 
powieść. Jest tam coś nadprzyrodzonego, pierwiastek fantazji, mistycyzmu. Emilio Byrd Starr, 
skąd u ciebie ta znajomość serc ludzkich... ty dzieciaku! 
Dean równieŜ napisał: „Dobra ksiąŜka, Emilko. Postaci są naturalne, ludzkie! Lubię ten 
młodzieńczy powiew, który unosi się w tej ksiąŜce.” 
         
- Miałam nadzieję, Ŝe się czegoś nauczę, czytając recenzje o mojej ksiąŜce - rzekła Emilka. - Ale są 
one pełne sprzeczności.  
Jeden krytyk uwaŜa za największą zaletę utworu to, co drugi stawia jako zarzut. Posłuchajcie tylko: 
„Panna Starr nie umie nas przekonać, Ŝe jej ludzie Ŝyją naprawdę”, a tutaj oto:  
„...doznajemy wraŜenia, Ŝe większość charakterów jest skopiowana przez autorkę z Ŝycia. Są one 
tak prawdziwe, tak wiernie oddane, Ŝe trudno uwierzyć, Ŝe były one dziełem wyobraźni”.  
- Mówiłam ci, Ŝe ludzie poznają starego Douglasa Courcy - rzekła ciotka ElŜbieta.  
- „Bardzo nuŜąca ksiąŜka”,  „rozkoszna ksiąŜeczka”, „bardzo nieprzyjemna powieść”, „z kaŜdej 
stronicy ksiąŜki przemawia do nas skończony artyzm”,  „wykwit niedołęŜnego, taniego 
romantyzmu”, „klasyczna powieść, pełna pierwszorzędnych zalet”, „cudna opowieść, rzadkiej 
wartości literackiej”, „głupia, bezwartościowa, bezbarwna, naiwna historia”, „przemijającej 
wartości ksiąŜeczka”, „ksiąŜka, którą czytać będą i przyszłe pokolenia”. I komu tu wierzyć?  
- Ja bym wierzyła tylko w sądy dodatnie - rzekła ciotka Laura.  
Emilka westchnęła.  
- Ja zaś odwrotnie: nie mogę się oprzeć wierze w sądy ujemne.  Mam wraŜenie, Ŝe ocenę dodatnią 
zawdzięczam wpływom firmy wydawniczej. Ale mało mnie to obchodzi, gdy mówią źle o samej 
ksiąŜce. Dopiero gdy krytykują moją bohaterkę, wtedy jestem rozwścieczona  i zmartwiona.  
Miałam czerwone koła przed oczami, czytając recenzje, zastanawiające się nad Peggy.  
„Wyjątkowo głupia dziewczyna”, „bohaterka jest zbyt świadoma swej roli...” 
- Ja teŜ myślałem, Ŝe ona jest zalotna - przyznał kuzyn Jimmy.  
- „Nudna bohaterka”, „bohaterka jest przesłodzona,  nienaturalna”, „dziwna, zbyt dziwna...” 
- Mówiłem ci, Ŝe ona nie powinna mieć zielonych oczu - jęknął kuzyn Jimmy. - Bohaterka 
powieści musi mieć zawsze niebieskie oczy.  
- Posłuchajcie tego - zawołała Emilka wesoło. „Peg Applegath jest wręcz czarująca”, „Peg jest 
indywidualnością i to wybitnie przykuwającą”, „jest to fascynująca bohaterka”, „Peg jest tak 
rozkoszna, Ŝe musimy jej wierzyć na słowo, nawet gdy powstaje w nas wątpliwość”, Jedna z 
nieśmiertelnych postaci dziewczęcych w literaturze światowej”. CóŜ teraz powiesz o zielonych 
oczach, kuzynie Jimmy? 
Kuzyn Jimmy pokiwał głową. Nie był przekonany.  

background image

 - Tu jest recenzja dla ciebie - mrugnęła wesoło Emilka. - „Problem psychologiczny, wnikający w 
otchłanne głębie podświadomości, co nadałoby ksiąŜce wagę i doniosłość, gdyby była 
nacechowana istotną szczerością”.  
- Znam wszystkie wyraŜenia tej krytyki z wyjątkiem dwóch - zaprotestował kuzyn Jimmy - ale 
razem wzięte nie mają one najmniejszego sensu.  
- „Oprócz wdzięku nastrojowego i Ŝywiołowości znajdujemy tu niezachwianą pewność rysunku 
poszczególnych charakterów”.  
- Nie wszystko rozumiem - przyznał się kuzyn Jimmy. - Ale to brzmi dodatnio.  
- „Konwencjonalna i banalna ksiąŜka”.  
- Co znaczy: konwencjonalna? - spytała ciotka ElŜbieta, której mniej kłopotu sprawiłby taki termin, 
jak transsubstancja lub gnostycyzm.  
- „Pięknie napisane i pełne iskrzącego się humoru. Panna Starr jest prawdziwą artystką słowa”.  
- O, ten jest rozsądnym recenzentem - zawołał kuzyn Jimmy.  
- „Ogólne wraŜenie, jakie nam pozostawia ksiąŜka, jest takie, Ŝe mogłaby być znacznie słabsza”.  
- Ten recenzent usiłował być najwidoczniej dowcipny - rzekła ciotka ElŜbieta, zapominając, Ŝe ona 
powiedziała to samo.  
- „Ta ksiąŜka tryska bezpośredniością”. „Jest to sacharyna i melodramat, złośliwość i głupota 
zarazem”.  
- Wiem, Ŝe wpadłem do studni w swoim czasie - rzekł kuzyn Jimmy ze smutkiem. - Czy dlatego 
nie mogę powiązać sensu tych recenzji? 
- Tu jest jedna, którą moŜe zrozumiesz: „Panna Starr wynalazła ogrody warzywne, podobnie jak 
swą zielonooką bohaterkę. Nie ma ogrodów warzywnych w północnej Kanadzie.  Zostały one 
unicestwione przez ten ostry, słony wiatr, który wieje od mielizn nadbrzeŜnych”.  
- Przeczytaj to powtórnie, proszę cię, Emilko.  
Emilka spełniła Ŝyczenie kuzyna. Jimmy podrapał się w głowę i podniósł brwi do góry.  
- I tacy chodzą wolni, nie zamyka się ich? 
- „Powieść jest śliczna, dosłownie śliczna. Charaktery są naszkicowane pewną dłonią, dialog jest 
Ŝ

ywy, opisy przedziwnie plastyczne. Pełen prostoty humor tego opowiadania jest wręcz 

rozkoszny”.  
- Mam nadzieję, Ŝe nie staniesz się próŜna, Emilko - rzekła ciotka ElŜbieta ostrzegawczym tonem.  
- Jeśliby mi to groziło, to znalazłabym tutaj odtrutkę: „Ta słaba, pretensjonalna i sentymentalna 
opowieść - o ile to zasługuje na miano opowieści - pełna jest banalności, trywialności. Mnóstwo 
luźnych epizodów, nie powiązane urywki rozmów, tu i ówdzie długie rozwaŜania i wpatrywanie się 
we własną duszę”.  
- Ciekawa jestem, czy ta kreatura, która to napisała, znała sens wyrazów, których uŜywa - rzekła 
ciotka Laura.  
- „Scenariusz powieści znajduje się w Kanadzie; w oddzielnej części tego kraju, stanowiącej 
zakończenie wyspy Newfoundland”.  
- CzyŜ jankesi uczą się geografii? - zawołał kuzyn Jimmy z goryczą.  
- „Powieść, która nie zepsuje z pewnością Ŝadnego z czytelników”.  
- To jest wyraz istotnego uznania - rzekła ciotka ElŜbieta.  
Kuzyn Jimmy spojrzał z powątpiewaniem. To brzmiało dodatnio, zapewne... rzecz jaswna, Ŝe 
ksiąŜka drogiej Emileczki nie moŜe „zepsuć” nikogo, ale...  
- „Pisać recenzję o takiej ksiąŜce znaczy to samo, co rozebrać na części skrzydło motyla lub 
obedrzeć róŜę z płatków, aŜeby dotrzeć do jej rdzenia”.  
- Zbyt górnolotne - syknęła ciotka ElŜbieta.  
- „Nieszkodliwe i łatwe, płynnie się czyta”.  
- Nie wiem dlaczego, ale ta pochwała mi się mniej podoba - odezwała się ciotka Laura.  
- „Ta powieść wywołuje uśmiech nie tylko na ustach, ale i w sercu czytelnika”.  
- To jest zrozumiałe, nawet dla mnie - rzucił kuzyn Jimmy.  

background image

- „Zaczęliśmy czytać, ale niepodobna było skończyć tej nudnej i niedorzecznej ksiąŜki”.  
- No, ja mogę tylko twierdzić, Ŝe im częściej się wczytuję w „Moralność RóŜy”, tym bardziej ją 
lubię - rzekł kuzyn Jimmy, oburzony. - Wczoraj czytałem ją po raz piąty i taki byłem zajęty, Ŝe 
zapomniałem o godzinie obiadowej.  
Emilka uśmiechnęła się. Lepiej zdobyć uznanie Srebrnego Nowiu niŜ szerokiego świata. Co za 
znaczenie miały orzeczenia recenzentów, skoro ciotka ElŜbieta wypowiedziała w końcu te słowa:  
- No, nigdy nie pomyślałabym, Ŝe taki zbiór kłamstw, jak ta ksiąŜka, moŜe brzmieć tak 
przekonywająco, tak prawdziwie! 
         
         
Rozdział XXIII 
 
Emilka, wracając w styczniu z proszonego wieczoru, postanowiła przejść w pobliŜu mieszkania 
Kentów. Była to zima bez śniegu prawie, ziemia pod jej stopami była twarda i naga. Zdawało się, 
Ŝ

e prócz niej nikt nie czuwa tej nocy. Szła samotna, wolnym krokiem, rozkoszując się czarem tej 

ciszy, tych szumiących świerków, rysujących się czarno na tle wygwieŜdŜonego nieba.  
Starała się (daremnie) nie myśleć o liście, który tego dnia otrzymała od Ilzy. Był to jeden  
z tych wesołych, niekonsekwentnych listów, charakterystycznych dla usposobienia Ilzy. Data ślubu  
była ustalona: piętnastego czerwca.  
„ Chcę, Ŝebyś miała na sobie błękitną, przezroczystą suknię na kremowym spodzie, kochanie!  Jak 
będą błyszczeć twoje czarne włosy na tym tle! 
Moja suknia ślubna będzie z białego aksamitu, ciotka Edyta przysyła mi ze Szkocji swój 
koronkowy welon, a ciotka Teresa z tegoŜ historycznego kraju wyśle mi srebrem haftowany tren, 
który mąŜ przywiózł jej z Konstantynopola. Nakryję go tiulem. Czy nie będę wyglądać wspaniale, 
powiedz! Zdaje się, Ŝe te zacne staruszki nie miały pojęcia o moim istnieniu, dopóki tatuś nie 
napisał im o rychłym ślubie. Tatuś bardziej się przejmuje tym wszystkim, niŜ ja.  
Tadzio i ja spędzimy nasz miesiąc miodowy w Europie, w jakiejś odludnej miejscowości, w 
Vallombrose na  przykład, lub czymś podobnym. Zawsze mnie intrygowały te wiersze Miltona:  
„Wąskie, jak liście jesienne, strącane z drzew Vallombrose”. Gdy wyjąć to z całości, która jest 
okropna, samo w sobie brzmienie jest urocze.  
W maju przyjadę do domu, aŜeby się przygotować do ślubu, a Tadzio przyjedzie dopiero w 
czerwcu, aby zabawić tydzień przy boku swej matki. Jak ona przyjęła tę wiadomość, Emilko?  Czy 
wiesz coś o tym? Nie mogę się niczego dowiedzieć od Tadzia, a więc przypuszczam, Ŝe nie 
uśmiecha jej się ta myśl.  Zawsze mnie nienawidziła, wiem o tym. Ale zdaje mi się, Ŝe nie byłam 
wyjątkiem, Ŝe bodaj bardziej jeszcze nie cierpiała ciebie. Nie mogę powiedzieć, Ŝe udała mi się 
ś

wiekra. Zawsze doznawałam wraŜenia, Ŝe ona Ŝyczy mi wszystkich okropności. Ale Tadzio jest 

tak miły, Ŝe wynagrodzi mi te przykrości.  
Doprawdy, nie miałam pojęcia, Ŝe on moŜe być tak miły. Coraz bardziej go lubię. Tak, naprawdę. 
Gdy patrzę na niego i stwierdzam, jaki on jest przystojny i pełen wdzięku, nie pojmuję, dlaczego 
nie kocham się w nim szalenie. Ale wygodniej jest nie kochać się zbytnio. W przeciwnym razie 
miałabym złamane serce za kaŜdym razem, gdy się poróŜnimy. Zawsze sprzeczaliśmy się, 
pamiętasz? O byle co. Zawsze będziemy się sprzeczali. Zepsujemy niejeden cudowny moment 
sprzeczką. Ale Ŝycie nasze nie będzie nudne.” 
Emilka zadrŜała. Jej własne Ŝycie będzie okropnie jednostajne. Och, jak dobrze...  jej będzie, gdy 
juŜ ten dzień ślubu będzie miała poza sobą...  Ten dzień, w którym powinna być panną młodą, a 
będzie... druhną!  i ludzie będą to komentować...  „Błękitna przezroczysta suknia na kremowym 
spodzie”. Raczej włosiennica koloru popiołów! 
- Emilko! Emilio Starr! 

background image

Emilka drgnęła. Nie widziała zbliŜającej się pani Kent. A teraz stały oko w oko na drodze, 
prowadzącej do mieszkania Kentów. Matka Tadzia stała przed nią z wyciągniętą dłonią, z gołą 
głową.  
- Emilko, muszę z tobą pomówić. Widziałam cię o zachodzie słońca: przechodziłaś tędy, czekałam 
na twój powrót. Chodź do mieszkania.  
Emilka odmówiłaby chętnie. Ale poszła w milczeniu za panią Kent. Weszły do ubogiego domku.  
Ludzie mówili, Ŝe Tadzio Kent mógłby upiększyć trochę dom swojej matki, zdobywszy tyle 
pieniędzy. Emilka wiedziała, Ŝe pani Kent nie zgodzi się na Ŝadne zmiany.  
Rozejrzała się ciekawie dokoła. Nie była tu juŜ od wielu lat, od czasu swych zabaw dziecinnych z 
Ilzą i Tadziem. Na pozór nic się nie zmieniło. Tylko teraz ten dom robił wraŜenie mieszkania, które  
obawia się dźwięku, śmiechu ludzkiego. Czuło się, Ŝe tu się stale ktoś modli. Na ścianie wisiała 
ostatnia fotografia Tadzia. Dobra. Wyglądał, jakby miał przemówić, triumfujący, radosny:  
- Emilko, znalazłem złocistą tęczę. Znalazłem sławę i miłość.  
Odwróciła się  niechętnie i usiadła. Pani Kent siedziała na wprost niej. Była niezawodnie ongiś 
bardzo ładna, pomyślała Emilka. Teraz miała drobną, pomarszczoną twarzyczkę, gorzkie usta. 
Patrzyła badawczo na Emilkę, ale wyraz nienawiści znikł z jej oczu, z jej zmęczonych oczu, które 
teŜ przecieŜ śmiały się niegdyś i rade były Ŝyciu. Emilka odczuła tę zmianę w stosunku do siebie.  
Pani Kent pochyliła się naprzód i dotknęła ramienia Emilki swymi kościstymi palcami.  
- Wiesz zapewne, Ŝe Tadzio Ŝeni się z Ilzą Burnley? - spytała.  
- Wiem.  
- Co myślisz o tym? 
Emilka poruszyła się niecierpliwie.  
- Co to ma do rzeczy, pani Kent? Tadzio kocha Ilzę. Ona jest piękną, dobrą, mądrą dziewczyną. 
Pewna jestem, Ŝe będą szczęśliwi.  
- Czy ty go jeszcze kochasz? 
Emilka dziwiła się samej sobie: nie odczuwała Ŝadnej urazy do matki Tadzia. Prawda, Ŝe tej 
kobiety nie moŜna sądzić zwykłymi kategoriami! A tu nastręczała się sposobność uratowania 
sytuacji małym kłamstewkiem, niewinnym zresztą.  
- JuŜ nie, pani Kent. Tak. Dawniej wyobraŜałam sobie, Ŝe go kocham... Niestety, jedną z moich 
słabości jest ten nadmiar wyobraźni. Stale roją mi się podobne imaginacje... Ale teraz widzę, Ŝe 
zupełnie go nie kocham.  
Nie, ona tego nie powie. Dlaczego? Nie moŜe, po prostu.  
Nigdy, wobec nikogo, nie zaprze się swej miłości do Tadzia.  A tu przynajmniej znajduje się wobec 
jedynej bodaj osoby, wobec której moŜe być szczera, przed którą moŜe nie kryć prawdy.  
- Nie sądzę, Ŝeby pani miała prawo zadawać mi takie pytania, pani Kent. Ale odpowiem pani: 
kocham go.  
Pani Kent zaśmiała się w milczeniu.  
- Nienawidziłam cię. Teraz przestałam cię nienawidzić. Teraz jesteśmy w tym samym połoŜeniu 
obie, ty i ja. Kochamy go obie. A on zapomniał o nas. Nie dba o nas. Odszedł do „tamtej”.  
- On kocha panią, pani Kent. Zawsze panią kochał. Pani rozumie z pewnością, Ŝe na świecie 
istnieją róŜne odmiany uczucia. Mam nadzieję, Ŝe pani nie znienawidzi Ilzy dlatego, Ŝe Tadzio ją 
kocha.  
- Nie, nie mam dla niej tej nienawiści, co dla ciebie. Jest ona piękniejsza, niŜ ty, ale w niej nie ma 
Ŝ

adnej tajemnicy. Ona nigdy go nie posiądzie całkowicie, tak, jakbyś ty go posiadła. To zupełnie co 

innego. Ale to chcę wiedzieć; czy jesteś nieszczęśliwa z tego powodu? 
- Nie. Czasami tylko jestem smutna. Poza tym zbyt się interesuję moją pracą, aŜeby opłakiwać to, 
co nie moŜe być moim udziałem.  
Pani Kent słuchała chciwie.  
- Tak, tak... to się zgadza.  

background image

Tak sobie myślałam. Murrayowie są tacy rozsądni. Przyjdzie dzień, przyjdzie dzień... Ŝe będziesz 
szczęśliwa, iŜ tak się stało... szczęśliwa, Ŝe Tadzio cię nie pokochał. Czy nie sądzisz, Ŝe tak się 
stanie? 
- MoŜe.  
- Jestem tego pewna. TAk będzie lepiej dla ciebie. Nie wiesz, ile cierpień czeka kobietę, która 
kocha Tadzia, nie wiesz, ile ci ich zaoszczędzonych będzie. Szaleństwem jest kochać zbyt mocno. 
Bóg jest zazdrosny.  O ile byś wyszła za mąŜ za Tadzia, on złamałby ci serce...  męŜczyźni zawsze 
tak postępują.  TAk jest lepiej, zobaczysz, Ŝe lepiej się stało...  
Tik, tak, tik, tak, szeptał stary zegar.  
- Czy Ŝyczy pani sobie mówić o tym jeszcze, pani Kent? 
- Czy pamiętasz tę noc, kiedy cię zastałam z Tadziem na cmentarzu? - spytała Pani Kent, głucha na 
pytanie Emilki.  
- Tak.  
To wspomnienie stanęło przed oczami Emilki z niezwykłą mocą - owa cudowna noc, kiedy TAdzio 
wybawił ją od szaleńca Morrisona i powiedział jej takie słodkie, niezapomniane wyrazy.  
- Och, jak ja cię nienawidziłam owej nocy! - zawołała pani Kent. - Ale nie powinnam była ci 
mówić tych rzeczy. Przez całe Ŝycie mówię to, czego mówić nie powinnam. Kiedyś powiedziałam 
straszną rzecz... okropną... Nigdy jej echo nie przebrzmi w mych uszach. A czy pamiętasz, co ty mi 
odpowiedziałaś? Gdyby nie odjechał nie utraciłabyś go. Czy Ŝałujesz, Ŝe to powiedziałaś? 
- Nie. JeŜeli kiedykolwiek moje słowo przyczyniło się do ułatwienia mu drogi Ŝycia, cieszę się, 
cieszę się bardzo.  
- Czy uczyniłabyś to i dzisiaj? 
- Tak.  
- A czy nie odczuwasz gorzkiej nienawiści do Ilzy? Zabrała ci to, czego ty pragnęłaś. Musisz jej 
nienawidzić.  
- Nie. Kocham Ilzę z całego serca, tak jak dawniej. Nie zabrała mi niczego, co było moim.  
- Tego nie rozumiem... nie rozumiem... - wyszeptała pani Kent. - Moja miłość jest inna.  
MoŜe dlatego byłam zawsze taka nieszczęśliwa. Nie, nie odczuwam juŜ nienawiści do ciebie. Ale, 
ach! jak ja cię nienawidziłam!  Wiedziałam, Ŝe Tadzio cię kocha więcej niŜ mnie. Czy nie 
rozmawialiście o mnie... Nie krytykowaliście mnie?...  
- Nigdy.  
- Sądziłam, Ŝeście mówili. Ludzie zawsze mnie krytykują...  zawsze.  
Nagle pani Kent splotła swe chude ręce gwałtownym ruchem.  
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, Ŝe go juŜ nie kochasz? Dlaczego mi tego nie powiedziałaś, nawet 
jeŜeli to jest kłamstwem. Tak pragnęłam to usłyszeć. Byłabym ci uwierzyła.  Murrayowie nigdy nie 
kłamią.  
- Och, o cóŜ chodzi? - krzyknęła Emilka z rozpaczą. - Moja miłość jest dla niego bez wartości. On 
naleŜy do Ilzy. Nie ma pani powodu do zazdrości o mnie, pani Kent.  
- Nie jestem zazdrosna... nie jestem... to nie to... - wyjąkała pani Kent, patrząc na nią dziwnym 
wzrokiem. - Och gdybym śmiała... ale nie...  nie... za późno. Nie przydałoby się na nic. Sama nie 
wiem, co mówię. Ale Emilko, czy zechcesz odwiedzić mnie od czasu do czasu? Tu jest odludnie... 
taka jestem opuszczona. O tyle mi gorzej teraz, kiedy on naleŜy do Ilzy. Jego fotografia nadeszła w 
ś

rodę, nie... w czwartek. Zawiesiłam ją tutaj, ale jest mi tym gorzej. Myślał o niej, fotografując się, 

czy nie widać po jego oczach, Ŝe myślał o kobiecie, którą kocha? Ja nie liczę się juŜ... Nie liczę się 
dla nikogo.  
- JeŜeli przyjdę panią odwiedzić, proszę panią nie mówić o nim, ani o nich - rzekła Emilka z 
litością w głosie.  
- Nie będę o nich mówić. Och, nie. Ale to nam obu nie przeszkodzi o nich myśleć, czyŜ nie? 
Usiądź tutaj. Ja będę stale siadywać o tu, na tym miejscu i  
 

background image

 
 
 
 
 
będziemy rozmawiać o pogodzie, a myśleć o nim. Jakie to zabawne!  Ale... JeŜeli doprawdy o nim 
zapomnisz, jeŜeli doprawdy przestaniesz go juŜ kochać...  powiesz mi prawdę, dobrze? 
Emilka przytaknęła i wstała.  
Nie mogła tego dłuŜej znieść.  
- A jeŜeli będę mogła kiedykolwiek coś uczynić dla pani, pani Kent...  
- Potrzebuję odpoczynku...  odpoczynku... - rzekła pani Kent, śmiejąc się dziko. - Czy moŜesz mi 
tego dostarczyć? Czy nie wiesz, Ŝe jestem duszą pokutującą, Emilko? Umarłam przed laty. 
Wędrując w ciemnościach.  
Gdy drzwi się za nią zamknęły, Emilka usłyszała straszny płacz pani Kent. Z westchnieniem ulgi 
zwróciła się ku wolnej przestrzeni, ku wichrom, ku nocy, ku cieniom i ku księŜycowi. Ach, tutaj 
moŜna oddychać! 
         
Rozdział XXIV 
 
W maju przyjechała Ilza, roześmiana, wesoła Ilza. Emilka uwaŜała, Ŝe moŜe trochę zbyt 
roześmiana. Ilza była zawsze beztroską, Ŝywiołową naturą. Ale mniej hałaśliwą, niŜ teraz. Nigdy 
nie była powaŜna. Traktowała lekko wszystko, nawet swe małŜeństwo. Ciotka ElŜbieta i ciotka 
Laura były zgorszone. Dziewczyna, która ma tak rychło wziąć na siebie obowiązki męŜatki, 
powinna być bardziej skupiona i milcząca. Ilza oznajmiła Emilce, Ŝe ciotki są nudnymi 
wiktoriankami. Gawędziła bez przerwy, gdy była sam na sam z Emilką, ale nigdy nie rozmawiały. 
MoŜe nie zasługiwała za to na potępienie. Emilka usiłowała wprawdzie być tą samą, co niegdyś, 
ale nie mogła się pozbyć pewnej nuty bardziej ceremonialnej, wymuszonej, zdradzającej poniekąd 
jej udrękę, jej boleść. Ilza odczuwała ten przymus, chociaŜ ani się domyślała przyczyn. Emilka 
stawała się widocznie coraz bardziej Srebrno Nowiowa, ot i wszystko, Ŝyjąc wśród tych 
kochanych, przedpotopowych istot.  
Gdy Tadzio i ja wrócimy i osiądziemy w Montrealu, w naszym domu, musisz przyjeŜdŜać do nas 
kaŜdej zimy, kochanie; Srebrny Nów jest czarujący w lecie, ale w zimie jest się tu pogrzebanym za 
Ŝ

ycia.  

Emilka nie przyrzekała niczego. Nie widziała siebie jako gościa w domu Tadzia. Co noc mówiła 
sobie, Ŝe chyba nie zdoła przeŜyć jutra. Ale gdy to jutro nadchodziło, przeŜywała je. Mogła nawet 
mówić z Ilzą o sukniach i róŜnych szczegółach, dotyczących ślubu. Błękitna suknia na kremowym 
spodzie stała się rzeczywistością. Emilka przymierzyła ją na dwa dni przed przyjazdem Tadzia. 
Ś

lub miał się odbyć za dwa tygodnie.  

- Wyglądasz w niej jak marzenie senne, Emilko - rzekła Ilza leŜąc na łóŜku Emilki z gracją i 
swobodą kota. Szafir Tadzia błyszczał jej na palcu. - Zaćmisz zupełnie mój aksamit i moje koronki. 
Czy mówiłam ci, Ŝe Tadzio przywozi ze sobą jako druŜbę Lorne’a Halsey’a? Jestem olśniona! 
Wielki Halsey! Matka jego była taka chora, Ŝe nie przypuszczał, aby mógł odjechać, ale ta dobra 
staruszka wyzdrowiała nagle, więc będziemy go tu mieli. Jego nowa ksiąŜka jest istnym cudem. 
Cały Montreal był nią zachwycony. On sam jest czarujący, nieprawdopodobny! Czy nie byłoby to 
boskim zrządzeniem losu, gdybyście się w sobie wzajemnie zakochali, Emilko? 
- Nie swataj mnie, Ilzo - rzekła Emilka, siląc się na uśmiech. - Czuję, Ŝe muszę pozostać starą 
panną; Ŝe nie zechcę wyjść za mąŜ, co jest lepsze, niŜ być skazaną wbrew swej woli na 
staropanieństwo.  
- Zapewne, kaŜdy los jest znośny, gdyśmy go sami wybrali - rzekła Ilza w zamyśleniu. - Lorne 
Halsey wygląda jak małpa, to prawda. W przeciwnym razie moŜe ja sama wyszłabym za niego za 

background image

mąŜ. MoŜe mogłabym. Jego sposób nadskakiwania mi polegał na dopytywaniu się o moje zdanie. 
To było miłe. Ale pojmuję, Ŝe skoro byśmy się pobrali, przestałby się pytać o moje zdanie. A to 
byłoby niemiłe. A przy tym nikt nie wie, co on naprawdę myśli.  Wygląda, Ŝe cię ubóstwia, a on 
tymczasem myśli, Ŝe masz podkrąŜone oczy. Tadzio jest ślicznym chłopcem, czy nie? 
- Zawsze był ładny.  
- Ładny! Emilio Starr, jeŜeli wyjdziesz za mąŜ kiedykolwiek, mam nadzieję, Ŝe twój mąŜ będzie cię 
prowadził na pasku. Będę cię nazywać jeszcze za chwilę ciotką Emilią. PrzecieŜ w całym 
Montrealu nie ma drugiego chłopca, który mógłby się z nim równać. Lubię jego spojrzenie 
bardziej, niŜ jego samego.  Czasami nudzę się przy nim, doprawdy! Ale sądzę, Ŝe on ze mną się nie 
nudzi. Przed naszymni zaręczynami nie nudził się przy mnie nigdy. Mam przeczucie, Ŝe przyjdzie 
dzień, w którym rzucę w niego imbrykiem. Jaka szkoda, Ŝe nie moŜna mieć dwóch męŜów! 
Jednego do patrzenia, a drugiego do rozmowy! Ale TAdzio i ja będziemy parą pełną kontrastów, 
prawda, kochanie? On taki ciemny, ja taka jasna! Pysznie!  
Zawsze pragnęłam być „ciemnowłosą panią”, tak jak ty, ale gdy powiedziałam o tym Tadziowi, 
zaśmiał się i zacytował mi wiersz, o „jasnowłosych syrenach”. Tadzio nazywa mnie czasem 
„syreną”, a czasem „aniołkiem”. Wolę być syreną. Bo anioł nie moŜe zawrócić z drogi, gdy juŜ 
drzwi małŜeńskie za nim się zatrzasnęły. Tak przynajmniej mówi ciotka Laura. A syrena zawsze 
się wymyka. Co ty o tym myślisz? 
- Przejrzyj zaproszenia i sprawdź, czy nie zapomniałyśmy o kimś - odrzekła Emilka, nie zwaŜając 
na ten potok słów.  
- Czy to nie okropne naleŜeć do takiej rodziny, jak nasza? - rzekła Ilza ze złością. - Tyle starych, 
nudnych bab, które trzeba zaprosić na ślub! Mam nadzieję, Ŝe zdołam wywędrować gdzieś, gdzie 
nie ma krewnych. Chciałabym, Ŝeby ta cała ceremonia juŜ się odbyła, Ŝebym ją miała za sobą. 
Pewna jesteś, Ŝe zaadresowałaś jedno zaproszenie do Perry’ego, nieprawdaŜ? 
- Tak.  
- Ciekawa jestem, czy on przyjedzie. Chyba tak. JakąŜ gęsią byłam, sądząc, Ŝe go kocham! Miałam 
pewną nadzieję... chociaŜ wiedziałam, Ŝe on szaleje za tobą. Ale straciłam wszelką otuchę po 
obiedzie u pani Chidlaw. Czy pamiętasz ten obiad, Emilko? 
Tak, Emilka pamiętała ten obiad bardzo dobrze.  
- Do tego wieczoru miałam jeszcze nadzieję, Ŝe on się zechce pocieszyć i oŜeni się ze mną, 
upewniwszy się, Ŝe nie moŜe mieć ciebie. Wiedziałam, Ŝe jest zaproszony. Zadałam Tadziowi 
pytanie, czy Perry przyjdzie. Tadzio spojrzał mi w oczy i odrzekł: „Perry nie przyjdzie. Zajęty jest 
sprawą, którą opracowuje na jutro. Perry jest uosobieniem ambicji. On nie ma czasu na miłość!” 
Zrozumiałam, Ŝe mnie ostrzega... Ŝe nie ma nadziei.  
Zrezygnowałam ostatecznie. No, i dobrze się stało. Czy to nie cudowne, Ŝe przewaŜnie rzeczy biorą 
dobry obrót? Trzeba wierzyć w Opatrzność.  
Emilka nie słyszała komentarzy Ilzy. Zawiesiła w szafie niebieską sukienkę i przebrała się w 
sportowy kostium. A więc to powiedział Tadzio Ilzie, gdy jej patrzył głęboko w oczy i gdy 
wymówił słowo: miłość. A ona była taka naiwna, tak się rozgniewała i zmartwiła! No, teraz juŜ 
wszystko jedno.  Niewątpliwie ostrzegł Ilzę dlatego, Ŝeby zwrócić jej myśli ku sobie, Ŝeby oderwać 
ją od Perry’ego. Doznała ulgi, kiedy Ilza poszła nareszcie do domu. Ciągłe szczebiotanie Ilzy 
draŜniło ją, chociaŜ ze wstydem przyznawała się do tego przed samą sobą. Ale nerwy jej były 
postrzępione tą codzienną, kilkumiesięczną torturą. Jeszcze dwa tygodnie, a potem, dzięki Bogu, 
spokój!  
         
Poszła do mieszkania Kentów o zmroku, aŜeby zwrócić pani Kent ksiąŜkę, którą poŜyczyła 
wczoraj. Trzeba odbyć tę wizytę przed przyjazdem Tadzia. Kilkakrotnie od owej nocy odwiedziła 
jego matkę, kiedy między nią a panią Kent zawiązała się jakby pierwsza nić przyjaźni. PoŜyczały 
sobie wzajemnie ksiąŜki i rozmawiały o wszystkim, z wyjątkiem tej jednej rzeczy, która je 
obchodziła, zarówno jedną, jak drugą. Dzisiaj Emilka zwracała „Folwark w Południowej Afryce”. 

background image

Wyraziła Ŝyczenie przeczytania tej ksiąŜki, a pani Kent weszła na górę i zniosła ów tomik. Była 
bledsza, niŜ zwykle, a blizna była tym czerwieńsza, jak wtedy, gdy matka Tadzia była czymś 
bardzo wzruszona.  
- Oto jest ta ksiąŜka - rzekła - trzymam ją zazwyczaj w pudełku na górze.  
Emilka przeczytała ksiąŜkę, zanim poszła spać. Sypiała teraz niedobrze, noce wydawały jej się 
bardzo długie. KsiąŜka wydzielała woń starzyzny. Znalazła w niej Emilka cienką kopertę 
zaadresowaną do pani Dawidowej Kent.  
Ciekawym szczegółem było, iŜ list ten nie został dotychczas otwarty. Listy często ukryją się tak 
między stronicami ksiąŜki, która ma im słuŜyć jako przycisk. To nie ma wielkiego znaczenia. Ale 
niemniej wspomni o tym pani Kent, oddając ksiąŜkę.  
- Czy pani wie, Ŝe w tej ksiąŜce był  list do pani? 
- List? List, mówisz? 
- Tak. Zaadresowany do pani. Emilka podała list pani Kent, której twarz stała się kredowo biała.  
- Znalazłaś to... w tej ksiąŜce?... - wyszeptała. - W tej ksiąŜce, której nie otwierałam od 25 lat? Czy 
wiesz... kto napisał ten list?  Mój... mąŜ napisał go... a ja go nigdy nie czytałam... nie wiedziałam o 
istnieniu tego listu.  
Emilka czuła, Ŝe jest świadkiem jakiejś tragedii... Ŝe stoi w obliczu tajemnicy pani Kent.  
- Odejdę, aŜeby pani mogła w spokoju przeczytać swój list - rzekła łagodnie i zostawiła panią Kent 
samą, z listem w ręku. Matka Tadzia trzymała go tak, jak inni ludzie dotykają węŜa.  
         
         
- Posłałam dziś po ciebie, bo muszę ci coś powiedzieć - rzekła pani Kent.  
Drobna, wysuszona istota o palących, pełnych rozpaczy oczach siedziała na fotelu przy oknie, w 
jaskrawym oświetleniu zachodzącego słońca. Był chłodny wieczór czerwcowy. Niebo było 
jesienne. Emilka wędrując przez pole drŜała z zimna i pragnęła być jak najrychlej w domu. Ale 
bilecik pani Kent był naglący, nieomal rozkazujący. O co jej moŜe chodzić, BoŜe wielki?! To nie 
moŜe mieć związku z Tadziem.  A jednak, co mogło skłonić panią Kent do posyłania po nią w tak 
tajemniczy sposób? 
Gdy zobaczyła panią Kent, od razu zrozumiała, Ŝe zaszła w niej jakaś zmiana. Trudno było określić 
tę zmianę. Ta kobieta była równie wątła, równie poŜałowania godna, jak zwykle. A mimo to po raz 
pierwszy doznała Emilka wraŜenia, Ŝe nie ma przed sobą kobiety nieszczęśliwej. Zapanował tu 
spokój, dziwny, od dawna nie znany spokój. Udręczona dusza była wreszcie ukojona.  
- Byłam umarłą... byłam w piekle... a teraz Ŝyję znowu - rzekła pani Kent. - Ty tego dokonałaś... 
znalazłaś ten list.  I dlatego muszę ci coś powiedzieć. Znienawidzisz mnie.  A teraz będę miała 
prawdziwe zmartwienie z tego powodu. Ale to musi być powiedziane.  
Emilka uczuła nagły wstręt do tego zapowiedzianego wyznania, bez względu na jego treść. To było 
niezawoddnie w zwiąązku z Tadziem. A ona nie chciała juŜ teraz nic słyszeć o nim...  nic... o 
Tadziu, który będzie męŜem Ilzy za dwa tygodnie.  
- Czy nie sądzi pani, Ŝe lepiej byłoby nie mówić mi o tym?  
- To musi być powiedziane. Popełniłam błąd i muszę się wyspowiadać. Nie mogę tego nie uczynić. 
Za późno juŜ jest, aby to naprawić, ale muszę się do tego przyznać. Ale najpierw muszę powiedzieć 
inne rzeczy. Te, które mnie dręczyły tak bardzo, Ŝe w nocy zrywałam się z krzykiem, oszalała z 
przeraŜenia. Och, ty mi nigdy nie przebaczysz... ale moŜe będziesz miała litość nade mną.  
- Zawsze miałam dla pani wielkie współczucie, pani Kent.  
- Wierzę w to, wierzę... Ale nie zdawałaś sobie sprawy ze wszystkiego. Emilko, nie zawsze byłam 
taką, jaką mnie poznałaś.  Byłam podobna do innych ludzi. I byłam ładna, doprawdy... Gdy zjawił 
się Dawid Kent i rozkochał mnie w sobie, byłam ładna. On teŜ mnie pokochał... wtedy... i zawsze 
mnie kochał. Tak mówi w tym liście.  
Wyjęła list zza stanika i ucałowała go namiętnie.  

background image

- Nie mogę ci go pokazać, Emilko. Niczyje oczy nie mogą go oglądać prócz moich. Ale powiem ci, 
co on zawiera. Nie moŜesz wiedzieć, nie moŜesz zrozumieć, jak bardzo go kochałam, Emilko.  
Tobie się zdaje, Ŝe kochasz Tadzia. Ale nie kochasz go... nie moŜesz go kochać tak, jak ja 
kochałam jego ojca.  
Emilka była innego zdania, ale nie zaprotestowała.  
- OŜenił się ze mną i zabrał mnie z sobą do Maltonu, gdzie mieszkała jego rodzina. Byliśmy zrazu 
tacy szczęśliwi! Zbyt szczęśliwi. Mówiłam ci juŜ, Ŝe Bóg jest zazdrosny. A jego rodzina nie lubiła 
mnie.  UwaŜali, Ŝe Dawid oŜenił się nieodpowiednio, Ŝe nie byłam dość „dobrą partią”. Starali się 
nas poróŜnić. Wiedziałam o tym.  Jego matka nienawidziła mnie.  Nigdy mnie nie nazwała moim 
imieniem: Aileen, tylko zawsze mówiła „ty” lub „Ŝona Dawida”.  
Nienawidziłam ich, bo wiecznie mnie obserwowali, nigdy nic nie mówiąc, nie działając. Ona 
zwłaszcza poprzestawała na obserwowaniu mnie. Nie rozumiałam ich Ŝartów. WciąŜ się z czegoś 
ś

miali, ze mnie, jak mi się zdawało. Pisywali listy do Dawida, w których o mnie nie było nawet 

wzmianki. Niektórzy byli dla mnie lodowato grzeczni, inni dokuczali mi, czym mogli. Byłam 
wciąŜ podraŜniona, wciąŜ pełna podejrzeń. Zdawało mi się, Ŝe Dawid staje po ich stronie, Ŝe 
miewa z nimi konszachty. Ale, mimo wszystko, byłam szczęśliwa aŜ do tego dnia, kiedy przy 
zapaleniu lampy zaczęła się palić na mnie suknia i włosy, i oparzyłam sobie twarz tak okrutnie. Od 
tego dnia nie mogłam uwierzyć, aby Dawid kochał mnie nadal: taka byłam brzydka! Nerwy moje 
uległy takiemu rozprzęŜeniu, Ŝe o byle drobiazg kłóciłam się z nim. Ale on nie tracił cierpliwości. 
Przebaczał mi wszystko. A ja tak się bałam, Ŝe on juŜ nie moŜe mnie kochać z tą blizną na 
policzku. Wiedziałam, Ŝe będę miała dziecko, ale kryłam się z tym przed nim. Bałam się, Ŝe on 
pokocha naszego dzidziusia bardziej, niŜ mnie. AŜ wreszcie... uczyniłam coś okropnego. Wstyd mi 
się przyznać. Dawid miał psa. Lubił go tak bardzo, Ŝe ja go znienawidziłam. Otrułam tego psa. Nie 
wiem, co mnie opętało.  Nigdy taka nie byłam przed owym oparzeniem. MoŜe to było dlatego, Ŝe 
miałam zostać matką...  
Pani Kent urwała i zmieszała się. Była w tej chwili prawdziwą wiktorianką.  
- Nie powinnam tak mówić do młodej dziewczyny - rzekła zaŜenowana.  
- Wiem od kilku lat, Ŝe dzieci nie rodzą się dzięki interwencji bociana - upewniła ją Emilka z 
powagą.  
- Dobrze.  
Pani Kent znów się zmieniła w namiętną Aileen.  
- Dawid domyślił się wszystkiego. Och, ten wyraz jego oczu! Pokłóciliśmy się okropnie.  
Miał właśnie wyjechać do Winnipeg w interesie. W uniesieniu wykrzyknęłam, Ŝe nie pragnę go 
nigdy więcej widzieć. Taka... byłam... rozwścieczona... Emilko! I... nie zobaczyłam go nigdy 
więcej. Umarł na zapalenie płuc w Winnipeg. Nie wiedziałam, Ŝe jest chory. Dowiedziałam się 
dopiero po jego śmierci. A pielęgniarka była dawną jego znajomą, która niegdyś kochała się w nim. 
Ona go doglądała i dbała o niego, gdy ja siedziałam w domu i nienawidziłam go. Tego nie mogłam 
przebaczyć Bogu przez długie lata i myślałam, Ŝe nigdy Mu nie przebaczę. Ona zapakowała jego 
rzeczy i odesłała mi je bez słowa. Między nimi była ta ksiąŜka. Nigdy jej nie otwierałam. Kupił ją 
w Winnipeg. Nie miałam odwagi jej dotykać. Ten list napisał widocznie, czując się bardzo źle. 
MoŜe ona wiedziała o tym, a nie chciała mi powiedzieć... I tak leŜał w ksiąŜce przez wiele lat, 
Emilko... ja myślałam, Ŝe Dawid skonał, zagniewany, nie przebaczywszy mi. Śnił mi się noc po 
nocy, stale miał twarz odwróconą ode mnie. Dwadzieścia siedem lat, Emilko, dwadzieścia siedem 
lat! Pomyśl! Czy nie mogłam zdziczeć z rozpaczy? A zeszłej nocy otworzyłam i przeczytałam jego 
list, Emilko, kilka wierszy skreślonych ołówkiem, który jego biedna ręka z trudem mogła 
utrzymać. Nazywa mnie ukochaną Ŝoneczką i mówi, Ŝe muszę mu przebaczyć... ja jemu! - ten jego 
gniew w dniu odjazdu, a on mnie przebacza z głębi serca to, co uczyniłam.  
Mówi, Ŝe nie powinnam przejmować się tym ani owym powiedzeniem, jakobym go nie chciała 
więcej oglądać... on wie, Ŝe nie myślałam tego naprawdę... Mówi, Ŝe rozumie wszystko lepiej niŜ  
dotychczas..., Ŝe zawsze mnie gorąco kochał i Ŝe zawsze kochać mnie będzie i inne rzeczy...,  

background image

których nie mogę powtórzyć nikomu, zbyt są piękne, zbyt cudowne... zbyt kochane. Och, Emilko, 
czy rozumiesz, czym to jest dla mnie ta świadomość, Ŝe on nie umarł, zagniewany na mnie, Ŝe 
umarł, kochając mnie i myśląc o mnie z czułością? Ale nie wiedziałam o tym wówczas... I sądzę, 
Ŝ

e nie byłam normalna od tej pory. Wiem, Ŝe jego rodzina uwaŜała mnie za wariatkę. Gdy Tadzio 

przyszedł na świat, przeprowadziłam się tutaj, wywędrowałam z dala od nich... Nie mogli mnie 
wyśledzić, odnaleźć. Nie chciałam ani centa od nich. Miałam ubezpieczenie Dawida, mieliśmy na 
Ŝ

ycie. Tadzio był wszystkim, co miałam na świecie. Ty się zjawiłaś. Wiedziałam, Ŝe mi go 

zabierzesz. Wiedziałam, Ŝe on cię kocha. O tak, bardzo cię kochał. Gdy odjechał, pisałam mu o 
wszystkich twoich flirtach. A przed dwoma laty... pamiętasz? Odjechał tak nieoczekiwanie do 
Montrealu, a ty byłaś nieobecna... nie zaczekał, aby się z tobą poŜegnać. Ale napisał list do ciebie.  
Emilka wydała lekki okrzyk zaprzeczenia. 
- Owszem, napisał. Dostrzegłam ten list w jego pokoju na stoliku. Otworzyłam go i przeczytałam. 
Spaliłam ten list, Emilko, ale mogę ci powiedzieć, co w nim było. CzyŜ mogłabym zapomnieć? 
Mówił ci, Ŝe cię kocha i Ŝe musi ci to wyjawić przed wyjazdem. JeŜeli go lubisz troszeczkę, masz 
mu odpisać natychmiast. JeŜeli nie, nie pisz juŜ wcale. Och, jakŜe ja cię nienawidziłam! Spaliłam 
list, a do środka włoŜyłam tylko wycinek z gazety, zawierający jakieś wiersze. A on wysłał tę 
kopertę, nie domyślając się zmiany zawartości. Nie Ŝałowałam tego nigdy... nigdy... nawet wtedy, 
kiedy mi napisał, Ŝe się Ŝeni z Ilzą. Ale zeszłej nocy, gdy mi przyniosłaś ten list...  to 
przebaczenie... spokój i błogość... och, wówczas odczułam, Ŝe popełniłam ohydny uczynek. 
Złamałam twoje Ŝycie, a moŜe i Ŝycie Tadzia. czy moŜesz mi przebaczyć, Emilko? 
         
Emilka wśród tych sprzecznych wzruszeń, wywołanych opowiadaniem pani Kent, zdała sobie 
sprawę z jednego tylko faktu. Gorycz... upokorzenie...  wstyd... wszystko to ustąpiło. Tadzio kochał 
ją. Ta świadomość była jej tak słodka, Ŝe wyrugowała, na razie przynajmniej, wszelkie inne 
uczucia. Gniew, uraza, nie mieściły się w jej duszy. Czuła się jakby odrodzona. Szczerze odrzekła: 
- Tak. Tak. Rozumiem.  
Pani Kent załamała ręce.  
- Emilko! Czy jest za późno. CzyŜ moŜe być za późno! Oni jeszcze się nie pobrali...  wiem, Ŝe on 
jej nie kocha tak, jak kochał ciebie. JeŜeli mu powiesz... jeŜeli ja mu powiem...  
- Nie, nie nie! - krzyknęła Emilka namiętnie. - Jest juŜ za późno. On nie moŜe się dowiedzieć... nie 
wolno, Ŝeby się dowiedział kiedykolwiek. On teraz kocha Ilzę. Jestem tego pewna. Na nic się nie 
zda wyjawienie mu tej  smutnej prawdy. Niech pani mi przyrzeknie, droga pani Kent, o ile pani 
uwaŜa, Ŝe winna mi pani jakieś przyrzeczenie, niech mi pani przyrzeknie... Ŝe mu pani nic nie 
powie.  
- Ale... ale... ty będziesz nieszczęśliwa.  
- Nie, nie będę nieszczęśliwa, juŜ teraz nie. Nie wie pani, jaka to dla mnie róŜnica...  śądło zostało 
wyrwane z rany. Będę prowadzić Ŝycie czynne, poŜyteczne, pełne zadowolenia i Ŝałować starych 
marzeń, nieziszczonych po wsze czasy.  Teraz rana się zabliźni.  
- Okropną rzecz popełniłam... - wyszeptała pani Kent. - Widzę to dzisiaj... 
- Tak, zapewne. Ale ja nie o tym myślę. Odzyskałam szacunek dla samej siebie.  
- To jest ta duma Murrayowska - szepnęła znów pani Kent, patrząc na nią. - W gruncie rzeczy, 
zdaje mi się, Emilio Starr, Ŝe u ciebie duma silniejsza jest niŜ miłość.  
- MoŜe - odrzekła Emilka z uśmiechem.  
         
Gdy wracała do domu, czuła taki zamęt w głowie i w sercu, Ŝe uczyniła coś, czego się potem 
szczerze wstydziła. Perry Miller czekał na nią w ogrodzie Srebrnego Nowiu. Nie widziała go od 
gawna i ucieszyłaby się jego widokiem kaŜdego innego dnia.  
Przyjaźń Perry’ego była teraz, kiedy zrzekł się swych planów matrymonialnych, nader przyjemną  
stroną jej Ŝycia. Zrobił postępy w ciągu ostatnich kilku lat, stał się dowcipny, wesół, dobrze 
wychowany, mniej rubaszny. Nabył pewnych towarzyskich manier, nauczył się, co robić z rękami i  

background image

nogami. Zbyt był zajęty, aby często odwiedzać Srebrny Nów, ale Emilka zawsze go witała 
bradośnie, zawsze, tylko nie dzisiaj. Pragnęła być sama... przetrawić to, co usłyszała... 
uporządkować swe wzruszenia, rozkoszować się swym odzyskanym przed chwilą szacunkiem dla  
samej siebie. Przechadzać się z Perrym po ogrodzie z tym zamętem w duszy było rzeczą prawie  
niemoŜliwą. DrŜała z niecierpliwości. Czekała na chwilę, kiedy on się nareszcie zacznie Ŝegnać. 
Ale Perry nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie widział jej od dawna. Tyle było spraw do 
omówienia! Na pierwszym planie był oczywiście ślub Ilzy.  Dopytywał się o róŜne szczegóły, a 
Emilka w końcu nie wiedziała, co mówi. Perry był trochę uraŜony faktem, niezaproszenia go w 
charakterze druŜby. UwaŜał, Ŝe ma poniekąd prawo do tej roli, jako przyjaciel i kolega obojga.  
 - Nigdy nie myślałem, Ŝe Tadzio okaŜe mi taki chłód - mruczał. - Widocznie uwaŜa siebie za coś 
znacznie lepszego, niŜ mnie, siostrzeńca starej Tomaszowej.  
W tej chwili Emilka popełniła ową straszną rzecz... Zanim się spostrzegła, co mówi, wyrwały jej 
się następujące słowa:  
- Ty, głuptasie! To nie od Tadzia zaleŜało. Więc przypuszczałeś, Ŝe Ilza pozwoli ci być druŜbą, 
skoro od lat pragnęła, abyś był w tym dniu panem młodym? 
W tejŜe chwili przystanęła, oniemiała ze wstydu i wyrzutów sumienia. Co ona zrobiła? Zdradziła 
przyjaźń... naruszyła tajemnicę zwierzenia... słowem uczyniła coś ohydnego, karygodnego. Czy to 
być moŜe, Ŝe ona, Emilia Byrd Starr ze Srebrnego Nowiu, popełniła podobny czyn? 
Perry stał przy zegarze słonecznym i patrzył na nią, zmieszany.  
- Emilko, nie myślisz tego serio. Ilza nigdy nie miała w stosunku do mnie takich zamiarów! 
CzyŜby?... 
Emilka z rozpaczą stwierdziła, Ŝe wypowiedzianego słowa nie da się wtłoczyć z powrotem, Ŝe nie 
zdoła naprawić zła, jakie wyrządziła nieświadomie.  
- Owszem, przez jakiś czas... Rzecz jasna, Ŝe juŜ jej to minęło.  
- O mnie myślała! AleŜ, Emilko, ona mi zawsze okazywała taką pogardę, tak się irytowała... nie 
mogłem jej nigdy dogodzić, przypomnij sobie.  
- Pamiętam - odrzekła Emilka znuŜonym głosem. - Myślała o tobie tak serdecznie, Ŝe znienawidziła 
twoje śmiesznostki, bo inni teŜ je widzieli. Gdyby cię nie lubiła, czy sądzisz, Ŝe obchodziłaby ją 
gramatyczność twoich wyraŜeń, albo poprawność twych manier?  Nigdy ci tego nie mówiłam, 
Perry. A teraz wstydzić się będę do końca Ŝycia, Ŝe mi się to wyrwało. Nie daj nigdy po sobie 
poznać, Ŝe wiesz o tym.  
- Naturalnie. Zresztą, ona zapomniała o tym od dawna.  
- O, tak. Ale rozumiesz, Ŝe nie byłoby jej miło mieć ciebie w orszaku druŜbów na swym ślubie. 
Nienawistną mi była myśl, Ŝe posądzasz Tadzia o taki snobizm. A teraz, Perry, nie weźmiesz mi za 
złe, jeŜeli cię poproszę, Ŝebyś odszedł? Jestem zmęczona, bardzo zmęczona, tyle miałam roboty 
przez te dwa tygodnie! 
- Powinnaś się połoŜyć do łóŜka, to fakt - przyznał Perry. - Nie w porządku to z mej strony, Ŝe cię 
zatrzymuję. No, Ilza i Tadzio będą wkrótce małŜeńską parą! RozjeŜdŜamy się na dobre! 
- Niebawem i ty będziesz starym ojcem rodziny. Perry - próbowała się uśmiechnąć Emilka. - Tak 
coś słyszałam.  
- Nic podobnego! Zrzekłem się w ogóle tej myśli. Nie dlatego, Ŝebym pragnął jeszcze wciąŜ oŜenić 
się z tobą, ale nikt mi się nie podoba, prócz ciebie.  
Usiłowałem się pocieszyć, zapomnieć. Pocieszyłem się dzięki pracy, ale nie dzięki jakiejkolwiek 
innej pannie. Umrę jako kawaler. Powiadają, Ŝe to lekka śmierć. Do widzenia, kochana Emilko. 
Zobaczymy się na ślubie Tadzia. Po południu się odbędzie, czy tak? 
- Tak.  
Emilka dziwiła się, Ŝe moŜe o tym mówić tak spokojnie.  
- O trzeciej po południu...  potem będzie kolacja... pojadą samochodem do Shrewsbury, aŜeby 
zdąŜyć na wieczorny statek.  Perry, Perry, tak Ŝałuję, Ŝe ci to powiedziałam o Ilzie. To było podłe... 
podłe... jak mawialiśmy za czasów szkolnych. Nie sądziłam, Ŝe jestem zdolna do takich rzeczy.  

background image

- Nie myśl o tym. Nie zrobiło to na mnie wraŜenia i nie bardzo wierzę, iŜby Ilza myślała o mnie 
kiedykolwiek. CzyŜ nie posądzasz mnie o dostateczną dozę inteligencji, aŜebym mógł zrozumieć, 
Ŝ

e to był tylko komplement? Rozumiem takŜe, ile wam zawdzięczam dziewczęta, waszej przyjaźni, 

waszym uwagom, a nawet naszym kłótniom. Nie miałem nigdy złudzeń co do róŜnicy naszego 
pochodzenia. Nie jestem taki głupi. Wspiąłem się nieco wyŜej, mam zamiar wspiąć się jeszcze 
wyŜej, ale ty i Ilza urodziłyście się tam, dokąd ja muszę zajść o własnych siłach. A wyście mi 
nigdy nie dały odczuć tej róŜnicy, jak to niejednokrotnie czyniły inne panny. Nie zapomnę ukłuć 
szpilką Rhody Stuart. Więc nie obawiaj się, Ŝe będę się puszył jak paw z powodu wiadomości, Ŝe 
Ilza ongi miała przelotną czułość dla mnie. Zbyt duŜy osad pozostał na mnie... osad gminu... wiem 
o tym. Emilko, czy przypominasz sobie ową noc, kiedy ciotka Ruth zastała nas przy oknie swego 
domu, a ja cię pocałowałem? 
- O, tak! Pamiętam.  
- To był nasz jedyny pocałunek - rzekł Perry obiektywnie. - I nie był zbyt serdeczny z twej strony, 
co? Ach, gdy pomyślę o tej starej damie, stojącej na progu ze świecą w ręku! 
Perry odszedł, śmiejąc się, a Emilka wróciła do swego pokoju.  
- Emilko w Zwierciadle - rzekła prawie wesoło. - Mogę ci znowu spojrzeć w oczy. - Nie wstydzę 
się juŜ. On mnie kocha! 
Stała, uśmiechając się do swego odbicia. Powoli uśmiech znikał.  
- Och, gdybym otrzymała ów list! - szepnęła z rozdzierającym Ŝalem.  
         
         
Rozdział XXV 
 
Jeszcze dwa tygodnie do ślubu.  Emilka zrobiła odkrycie, Ŝe czas moŜe się strasznie dłuŜyć, 
chociaŜ kaŜda minuta jest wypełniona programowo. Wszyscy mówili o ślubie Ilzy. Emilka słuchała 
z zaciśniętymi zębami.  Ilza była tu, ówdzie, wszędzie jej było pełno. Nie robiła nic, mówiła duŜo.  
- Duch niespokojny - zrzędził doktor Burnley.  
- Ilza obawia się najwidoczniej, Ŝe ludzie zapomnieliby o jej istnieniu, gdyby posiedziała spokojnie 
przed dwie minuty - rzekła ciotka ElŜbieta.  
- Mam juŜ czterdzieści dziewięć środków przeciw morskiej chorobie - rzekła Ilza. - Gdy przyjedzie 
ciotka Katarzyna Mitchell, będę ich miała pięćdziesiąt. Czy to nie rozkosz mieć troskliwych 
krewnych, Emilko? 
Były same w pokoju Ilzy. Tego wieczoru oczekiwano przyjazdu Tadzia. Ilza przymierzyła pół 
tuzina róŜnych sukien i odrzuciła je niechętnie.  
- Emilko, co mam włoŜyć? Zdecyduj za mnie.  
- Ja nie mogę zabierać głosu. Zresztą, cóŜ za róŜnica, jaką suknię włoŜysz? 
- To prawda. Tadzio nigdy nie widzi, co ja mam na sobie. Lubię męŜczyzn, którzy zwracają na to  
uwagę i mówią o tym. Lubię, gdy męŜczyzna woli mnie w jedwabiu, niŜ w wełnie.  
Emilka wyglądała przez okno.  KsięŜyc rzucał srebrzyste blaski na ogród.  
- Co innego miałam na myśli: to mianowicie, Ŝe Tadzio będzie patrzył na ciebie, a nie na twoją 
suknię.  
- Emilko, dlaczego uparcie przemawiasz do mnie tak, jakbyśmy byli w sobie zakochani do 
szaleństwa, Tadzio i ja? Masz widocznie wiktoriański kompleks? 
- Na miłość Boską, daj spokój wiktorianizmowi - zawołała Emilka z niezwykłą, całkiem nie 
Murrayowską gwałtownością. - Cały świat dzisiejszy prześladuje i wyszydza tę nieszczęsną epokę 
wiktoriańską.  A czy ludzie wiedzą, o czym mówią? Co do mnie, lubię rzeczy zdrowe i przystojne. 
Czy to jest wiktorianizm? 
- Emilko, Emilko, czy sądzisz, Ŝe ciotka ElŜbieta uwaŜałaby za rzecz zdrową i przystojną, kochać 
się do szaleństwa?  
Roześmiały się obie i nastrój się wypogodził.  

background image

- Czy wyjdziesz dziś po kolacji, Emilko? 
- Naturalnie, przy tej cudownej pogodzie! 
- To dobrze. CóŜ bym robiła w cztery oczy z Tadziem przez cały wieczór? Mielibyśmy „scenę” co 
pięć minut. Wprawdzie sceny są pełne uroku... Rozjaśniają Ŝycie. Ja muszę się pokłócić raz na 
tydzień. Pamiętasz, Ŝe zawsze lubiłam walkę? Ty nie nadawałaś się do tego sportu. Tadzio teŜ jest 
słabym zapaśnikiem. Perry!  Och, ten umie walczyć. Pomyśl, jak wspaniale my kłócilibyśmy się, 
Perry i ja. Nasze kłótnie byłyby słynne. Nie byłoby w nich nic „kłótliwego”. A jak kochalibyśmy 
się pomiędzy jedną kłótnią a drugą! Olalalala.  
- Czy jeszcze wciąŜ Ŝałujesz, Ŝe nie wychodzisz za mąŜ za Perry’ego? - spytała Emilka 
gorączkowo.  
- Nie, drogie dziecko. Nie Ŝałuję, jakkolwiek nie szaleję za Tadziem. Nasza miłość jest miłością z 
drugiej ręki, wiesz? Odgrzewana potrawa. Nie gniewaj się. Będę dla niego dobra. KaŜdy 
męŜczyzna mniema, póki jest młody, Ŝe jest doskonałością. O ile spotka kobietę, która podziela to 
zdanie, spocznie na laurach, a to jest niedobre. DraŜni mnie trochę, gdy widzę, Ŝe wszyscy są 
zdania, iŜ spotyka mnie wielkie szczęście, bo wychodzę za mąŜ za Tadzia Kenta. 
JuŜ słyszę ciotkę Idę  Mitchell: „Będziesz miała niezwykłego małŜonka, Ilzo”. A  ciotka Brygida 
Mooney oświadczy: „CóŜ za elegancki chłopiec, pod kaŜdym względem niepospolity, doprawdy!” 
Tadzio jest istotnie pełen zalet, zwłaszcza od czasu, kiedy uznał, Ŝe nie jest jedynym męŜczyzną na 
ś

wiecie. Nauczył się gdzieś rozsądku. Chciałabym wiedzieć, kto jest ową  panną, która go nauczyła 

rozsądku? Bo jest taka na świecie. Opowiadał mi o tym... niewiele, ale dosyć, abym zrozumiała. 
Dała mu nadzieję, a gdy juŜ myślał, Ŝe ona go kocha, odwróciła się do niego plecami. Nie 
odpowiedziała nawet na jego list, w którym jej wyznał swoją miłość. Nie cierpię tej dziewczyny, 
Emilko... czy to nie jest dziwne?  
- Nie miej niechęci do niej - rzekła Emilka znuŜonym głosem. - MoŜe ona nie wiedziała, co czyni.  
- Nie cierpię jej za takie potraktowanie Tadzia. ChociaŜ to mu dobrze zrobiło. dlaczego jej 
nienawidzę, Emilko? Ty, która jesteś mocna w psychologii, zanalizuj mi ten wypadek i rozświetl tę 
tajemnicę.  
- Nienawidzisz jej... bo...  według utartego wyraŜenia „bierzesz jej resztki”.  
- Ty, diabełku! Masz słuszność. Jak brzydko wyglądają niektóre rzeczy, gdy im się przyjrzeć z 
bliska! Pochlebiałam sobie, Ŝe jest to szlachetna nienawiść, Ŝe staję w obronie Tadzia, który 
cierpiał z jej powodu. Wiktorianie mogą się nieraz przysłuŜyć w dziedzinie analizy 
psychologicznej. Ale brzydkie rzeczy nie powinny być ujawniane. A teraz idź do domu, skoro 
musisz iść, a ja przygotuję się godnie na przyjęcie ubóstwianego.  
         
Lorne Halsey przyjechał z Tadziem... wielki Halsey, którego Emilka lubiła bardzo, mimo jego 
brzydoty. Miał Ŝywotne, ironiczne wejrzenie, traktował na pozór wszystko, a zwłaszcza ślub 
Fryderyka Kenta, jako pyszny Ŝart. Częstokroć ułatwiał tym Emilce sytuację.  
Emilka była wesoła i dowcipna w te wieczory, które spędzali razem. Bała się okropnie milczenia w 
obecności Tadzia.  
- Nie bądź nigdy milcząca w obecności osoby, którą kochasz, a której nie dowierzasz - powiedział 
ongi pan Carpenter. - Milczenie zdradza myśli.  
Tadzio był przyjacielski, ale spojrzenie jego stale omijało Emilkę. Razu pewnego poszli się przejść 
wszyscy czworo. Ilza wpadła na pomysł wybrania ulubionej gwiazdy kaŜdego z nich.  
- Moją jest Syriusz Lorne,  a pańską?... 
- Skorpion... czerwona gwiazda południa - odrzekł Halsey.  
- Bellatrix Orionu - rzekła Emilka szybko.  
Nigdy jej dotychczas nie przyszła na myśl Bellatrix, ale nie pozwoliła sobie na sekundę bodaj 
wahania w obecności Tadzia.  
- Ja nie mam ulubionej gwiazdy... jest tylko jedna, którą znienawidziłem. To Jutrzenka - rzekł 
Tadzio spokojnie. W głosie jego była nuta, zrozumiała tylko dla Emilki. Ale Halsey i Ilza odczuli 

background image

coś niewyjaśnionego i przestali mówić o gwiazdach. Emilka przesiedziała przy oknie do świtu, 
patrząc, jak one bledną na niebie, jedna po drugiej.  
         
Na trzy dni przed datą ślubu doznali Czarnowodzianie i mieszkańcy Gęsiego Stawu wielkiego 
zgorszenia, gdyŜ widziano Ilzę Burnley, jadącą o późnej porze wieczornej z Perrym Millerem, jego 
nowym samochodem.  Ilza z zimną krwią potwierdziła tę pogłoskę, gdy Emilka ją spytała, czy to 
prawda.  
- Tak, naturalnie. Spędziłam taki długi, nudny wieczór z Tadziem. Zaczęło się od kłótni o moją 
„błękitną suczkę”. Tadzio powiedział, Ŝe wolę ją niŜ jego samego. Ja powiedziałam, Ŝe tak jest, 
rzecz jasna. To go doprowadziło do pasji, chociaŜ w to nie wierzył. Tadzio, jak przystało na 
męŜczyznę, wierzy, Ŝe konam z miłości do niego. Syknął tylko: „Taki pies, który w Ŝyciu swoim 
nie ścigał Ŝadnego kota”. Przez resztę wieczoru dąsaliśmy się jedno na drugie. Wrócił do domu o 
jedenastej i nie pocałował mnie w czoło, odchodząc. Postanowiłam uczynić coś szalonego, coś 
pięknego, jeszcze raz jeden, jeszcze ten ostatni, więc poszłam na samotną przechadzkę na wydmy. 
Perry nadjechał swym samochodem, a ja urzeczywistniłam mój zamiar i pojechałam z nim na 
spacer przy świetle księŜyca. PrzecieŜ jeszcze nie jestem zamęŜna. Nie patrz tak na mnie.  
Zachowywaliśmy się bardzo poprawnie i przyzwoicie. Zastanawiałam się, co by się stało, gdybym 
nagle powiedziała:  
„Perry, kochany, ty jesteś jedynym męŜczyzną, którego kochałam kiedykolwiek. Dlaczego nie my 
się pobieramy?” Ciekawa jestem, czy będę Ŝałować, doszedłszy do osiemdziesiątego roku Ŝycia, Ŝe 
tego nie powiedziałam.  
- Mówiłaś mi, Ŝe juŜ dziś Perry cię nie obchodzi.  
- I uwierzyłaś mi? Emilko, dziękuj Bogu, Ŝe nie jesteś Burnleyówną.  
Emilka pomyślała z goryczą, Ŝe być Murrayówną nie jest o wiele lepiej. Gdyby nie jej 
Murrayowska duma, poszłaby do gaiku, do Tadzia, owej nocy, kiedy ją wzywał... byłaby panną 
młodą, ona, nie Ilza... 
Jutro. Jutro... ona ma stanąć przy boku Tadzia i wysłuchać, jak on składa przysięgę dozgonnej 
wierności innej kobiecie. Wszystko jest juŜ przygotowane. Uczta weselna, która przypadła do gustu 
nawet doktorowi Burnleyowi, wrogowi „nowoczesnych, skromnych przyjęć”. Państwo młodzi nie 
będą moŜe bardzo głodni, ale goście weselni teŜ mają Ŝołądki.  A to jest pierwszy ślub, pierwsze 
wesele od wielu lat.  
- Powiedzcie Laurze, Ŝeby, na miłość Boską, nie beczała podczas ślubu - mówił gniewnie doktor do 
obu dziewcząt. 
Ciotka ElŜbieta i ciotka Laura zajęły sę gruntownym sprzątaniem weselnego domu. Po raz 
pierwszy od niepamiętnych czasów poprzestawiano wszystkie meble, oczyszczono stary dom z 
wszelkiego kurzu i pyłu, wyczyszczono klamki, lustra, wytrzepano dywany. Doktor Burnley Bogu 
dziękował w duchu, Ŝe tylko raz jeden znosi podobną klęskę domową. Ale nikt nie zwaŜał na 
niego. ElŜbieta i Laura sprawiły sobie nowe atłasowe suknie. Od tak dawna nie miały pretekstu do 
takiego wydatku. Ciotka ElŜbieta upiekła ciasto weselne, doglądała szynek i kurcząt. Laura 
przyrządzała sałaty, marmolady i sosy, a Emilka przenosiła półmiski do domu Burnleyów, zadając 
sobie w duchu pytanie, czy się nie obudzi z przykrego snu, zanim...  zanim... 
- Rad będę, gdy juŜ będzie po tym całym rozgardiaszu - mruczał kuzyn Jimmy. - Emilka 
zapracowuje się na śmierć...  spójrzcie na jej podkrąŜone oczy! 
         
         
- Pozostań ze mną dzisiaj, Emilko, przenocuj tutaj - prosiła Ilza. - Przysięgam, Ŝe nie zagadam cię 
na śmierć, ani nie będę płakać. ChociaŜ przyznaję, Ŝe nie martwiłabym się nawet, gdybym zgasła 
tej nocy jak świeca. Janina Askew była druhną Milly Hyslop i nocowała u niej w przeddzień ślubu. 
Obie przepłakały całą noc. Zabawne, taka orgia łez! Milly płakała, bo wychodziła za mąŜ, a Janina 
prawdopodobnie dlatego, Ŝe to nie ona sama. Bogu dzięki, Emilko, Ŝadna z nas nie naleŜała nigdy 

background image

do miauczącego gatunku. Jesteśmy raczej stworzone do walki, niŜ do płaczu, nieprawdaŜ? Ciekawa 
jestem, czy pani Kent przyjdzie jutro? Nie sądzę, Tadzio mówi, Ŝe ona nigdy nie wspomina ani 
słowem o jego małŜeństwie. A podobno zmieniła się bardzo, stała się łagodniejsza...  
spokojniejsza... podobna do innych kobiet. Emilko, czy uprzytomniłaś sobie, Ŝe jutro o tej porze ja 
będę Ilzą Kent? 
Owszem, Emilka uprzytomniła to sobie. Nie mówiły nic więcej. Ale w dwie godziny później, gdy 
czuwająca po ciemku mniemała, Ŝe nieruchoma Ilza jest pogrąŜona we śnie, ta usiadła nagle na 
łóŜku i chwyciła rękę przyjaciółki!  
- Emilko... Ŝeby tak moŜna było... usnąć panną... a obudzić się męŜatką... jakby to było dobrze! 
                 
Ś

witało. Rozpoczynał się dzień ślubu Ilzy. Ilza spała, gdy Emilka wyśliznęła się z łóŜka i podeszła 

do okna. Brzask. Ciemne sosny rysują się na szarym tle nieba. W powietrzu rozbrzmiewa jakaś 
nieziemska melodia. Słyszy ją zapewne i Tadzio, tam, na wzgórzu, obudzony, pełen wyczekiwania, 
błogosławiący dzień, który mu przynosi ziszczenie serdecznych pragnień.  Dusza Emilki wolna 
była od wszelkich Ŝyczeń, nadziei, pragnień, z wyjątkiem tego jednego: śeby ten dzień juŜ się 
skończył.  
- Gdy coś jest nieodwołalnie dokonane, człowiek łatwiej się pociesza - myślała.  
- Emilko, Emilko! 
Emilka odwróciła się od okna.  
- Śliczny dzień, Ilzo.  
Będziesz skąpana w blaskach słonecznych. Ilzo, co się stało?  Ilzo... ty płaczesz...? 
- JuŜ nie mogę... - wyszeptała Ilza. - Mam wraŜenie, Ŝe wpadam w pułapkę, z której nie ma 
wyjścia. Przepraszam biedną Milly... Jestem przeraŜona, jak zwierzę... To okropne uczucie, taki 
lęk... Czy sądzisz, Ŝe przyniosłoby mi to ulgę, gdybym się rzuciła na podłogę i głośno ryczała? 
- Czego się boisz? - spytała  Emilka, trochę zniecierpliwiona.  
- Och! 
Ilza wyskoczyła z łóŜka, wyzywająca.  
- Boję się, Ŝe pokaŜę język pastorowi! CzegóŜ więcej? 
         
CóŜ za poranek! Emilce wydawał on się zawsze w późniejszych wspomnieniach przykrym snem.  
Goście zaczęli się zjeŜdŜać bardzo wcześnie. Emilka witała ich, aŜ poczuła, Ŝe uśmiech przywarł 
do jej twarzy.  Niezliczone prezenty ślubne naleŜało odbierać i układać.  Ilza przyszła rzucić na nie 
obojętnym okiem, zanim przystąpiła do przywdziewania stroju panny młodej.  
- Kto przysłał ten serwis do herbaty? - spytała.  
- Perry - odrzekła Emilka. Ona to dopomogła mu w wyborze serwisu, malowanego ręcznie, nieco 
staroświeckiego. Przy nim widniał bilet wizytowy Perry’ego i jego wyraźny, męski charakter 
pisma: „Ilzie z najlepszymi Ŝyczeniami od jej starego przyjaciela Perry’ego”.  
Ilza podarła bilet w drobne kawałki i cisnęła je na podłogę, zanim zdumiona Emilka zdołała ją 
powstrzymać.  
- Ilzo! Czyś oszalała? 
- JuŜ! Nie chcę myśleć więcej o nim. Pozbieraj i uprzątnij te kawałki papieru, Emilko. To mi 
przynosi nie mniejszą ulgę, jak tarzanie się z rykiem po podłodze. Teraz juŜ podołam zadaniu dnia 
dzisiejszego.  
Emilka pozbierała w porę kawałki papieru: pani Clarinda Mitchell wchodziła majestatycznie do 
pokoju, cała na błękitno. Uśmiechnięta, dobroduszna kuzynka, a raczej powinowata. Ciekawa 
wszystkiego. Kto to dał? Kto to przysłał? 
- Ona będzie taką uroczą panną młodą - szeptała pani Clarinda. - A Tadzio Kent jest takim pięknym 
chłopcem! Doprawdy, wymarzona z nich będzie para, czy nie? Jak z powieści! Lubię takie śluby! 
Bogu dzięki, nie tracę sympatii dla młodych, chociaŜ młodość ode mnie ucieka. Jest we mnie 

background image

jeszcze tyle uczucia! Nie obawiam się go ujawniać. Czy rzeczywiście pończochy ślubne Ilzy 
kosztowały czternaście dolarów?  
Ciotka Izabela Hyslop, z domu Mitchell, była posępna. Czuła się obraŜona, poniewaŜ jej 
kosztowny prezent, komplet szklanek i kryształowych kieliszków, stał obok tanich koronek 
szydełkowych własnej roboty, ofiarowanych przez kuzynkę Annabellę. Skłonna była zatem do 
pesymizmu.  
- Mam nadzieję, Ŝe wszystko będzie dobrze. Ale mam przeczucie, Ŝe coś niedobrego się stanie, Ŝe 
coś zakłóci dzisiejszą ceremonię. Czy wierzycie w znaki? Dzisiaj przebiegł nam drogę wielki 
czarny kot, tam, w kotlinie. A na prawo wisiał na przydroŜnym drzewie kawałek papieru 
zadrukowanego (zapewne szczątki afiszów elekcyjnych), na którym widniały tylko te dwa słowa:  
„Błękitne ruiny”, resztę zmył deszcz. Te ponure czarne litery patrzyły nam prosto w twarz.  
- MoŜe to jest dla pani zły znak, a nie dla Ilzy.  
Ciotka Izabela potrząsnęła głową przecząco. Nie była bynajmniej pocieszona.  
- Mówią, Ŝe jej suknia ślubna jest czymś niewidzianym dotychczas w  naszym kraju. Czy uwaŜa 
pani takie wybryki za odpowiednie, panno Starr? 
- Najkosztowniejsza część tej sukni jest darem starych ciotek Ilzy, mieszkających w Szkocji, pani 
Mitchell. A większość kobiet wychodzi za mąŜ tylko raz.  
W tejŜe chwili Emilka przypomniała sobie, Ŝe ciotka Izabela była zamęŜna trzy razy i zastanowiła 
się, czy jednak ten czarny kot nie był fatalną wróŜbą.  
Ciotka Izabela odeszła z chłodną miną i głosiła wśróód gości weselnych, Ŝe „ta Starrówna stała się 
zupełnie niemoŜliwa od czasu, jak wydrukowano jej ksiąŜkę. Myśli, Ŝe wolno jej urągać kaŜdemu 
zwykłemu śmiwrtelnikowi”.  
Emilka nie zdąŜyła jeszcze podziękować Losowi za uwolnienie jej od ciotki Izabeli, gdy wpadła 
znów w szpony innej krewnej Mitchellów. Ta ciotka nie pochwalała wyboru dwóch wazonów, 
ofiarowanych przez inną ciotkę.  
- Bessie Jane nigdy nie odznaczała się rozsądkiem ani gustem. CóŜ za głupi wybór! Na pewno 
dzieci stłuką te wazony.  
- Jakie dzieci? 
- Te, które oni będą mieli, rzecz jasna.  
- Panna Starr opisze to w jednej ze swych ksiąŜek - ostrzegł ją jej mąŜ, chichocząc. Zaśmiał się 
ponownie i zwrócił do Emilki:  
- Dlaczego pani nie jest dzisiejszą panną młodą? Jak Ilza mogła ubiec panią, hę? 
         
Emilka była uradowana, kiedy wbiegła nareszcie na schody, aŜeby pomagać Ilzie w ubieraniu się 
do ślubu. Ale nawet tutaj wtargnęły ciotki ze swą paplaniną, ze swą niedyskrecją.  
- Emilko, czy pamiętasz ten dzień, kiedyśmy się sprzeczały zawzięcie, która z nas będzie panną 
młodą w jednej  z naszych inscenizowanych historyjek? Było to pierwsze nasze lato, wspólnie 
spędzane... Wiesz, ja się czuję dzisiaj, jak gdybym grała rolę panny młodej. Wydaje mi się, Ŝe to 
nie jest rzeczywistość. 
Emilka doznawała równieŜ wraŜenia, Ŝe to nie jest rzeczywistość. Ale niebawem...  wkrótce juŜ... 
wszystko minie i ona znajdzie się w swej błogosławionej samotni, z dala od ludzi. A Ilza w sukni 
panny młodej wyglądała tak cudownie, Ŝe usprawiedliwiała cały przepych wesela. Jak Tadzio musi 
ją kochać!  
- Czy ona nie wygląda jak królowa? - szepnęła ciotka Laura z uwielbieniem.  
Emilka włoŜyła na siebie swą błękitną pelerynkę i kapelusik, haftowany białymi paciorkami.  
- Droga Ilzo, nie uwaŜaj mnie za beznadziejnie wiktoriańską, jeśli ci powiem, Ŝe pragnę, abyś była 
szczęśliwa po wsze czasy.  
Ilza uścisnęła jej rękę i roześmiała się trochę zbyt głośno.  
- Mam nadzieję, Ŝe nie jestem podobna, według ciotki Laury, do królowej Wiktorii - szepnęła. - 
Ale Ŝywię okropne podejrzenie, iŜ ciotka Janina Milburn modli się za mnie. Myśl, Ŝe ktoś modli się 

background image

za mnie, doprowadza mnie stale do furii. A teraz, Emilko, bądź tak dobra i wypędź ich wszystkich 
z mego pokoju. Muszę pozostać sama, zupełnie sama, przez kilka minut.  
Emilce z trudem udało się spełnić prośbę panny młodej.  Ciotki i kuzynki zbiegły na dół.  Doktor 
Burnley czekał niecierpliwie w hallu.  
- Czy będziecie gotowe niebawem? Tadzio i Halsey czekają na znak, Ŝe wolno im wejść do 
buduaru.  
- Ilza pragnie pozostać sama przez kilka minut. Ach, ciotko Ido, tak się cieszę, Ŝe jesteś tutaj... - 
zwróciła się do otyłej damy, która z trudem wspinała się na schody. - Baliśmy się, Ŝe coś stanęło ci 
na przeszkodzie, Ŝe nie przyjedziesz.  
- Istotnie coś mi stanęło na przeszkodzie - dyszała ciotka Ida, która była właściwie kuzynką 
drugiego stopnia Burnleyów i Murrayów. Mimo wady seca ciotka Ida była osobą całkiem 
szczęśliwą. Lubiła zawsze być pierwszą, gdy szło o nowiny i plotki, a zwłaszcza o złe wieści.  
- Mój mąŜ nie mógł przybyć... musiałam wziąć taksówkę... Biedny Perry Miller... Znacie go, 
prawda? Taki mądry, obiecujący chłopiec... poniósł śmierć w wypadku samochodowym... przed 
godziną... zderzenie dwóch wozów.  
Emilka stłumiła krzyk... Spojrzała w kierunku drzwi Ilzy. Były lekko uchylone.  
Doktor Burnley rzekł:  
- Perry Miller zabity! BoŜe wielki, jakie to okropne! 
- Tak dobrze, jak zabity. Zapewne juŜ zmarł w drodze...  był nieprzytomny, gdy go wydobyli 
spomiędzy szczątków wozu. Zawieźli go do Charlottetown, do szpitala i zatelefonoewali po Billa, 
który natychmiast pojechał. Całe szczęście, Ŝe Ilza nie wychodzi za mąŜ za lekarza. Czy zdąŜę się 
rozpakować i przebrać przed obrzędem ślubnym? 
Emilka, kryjąc swój niepokój o Perry’ego zaprowadziła ciotkę Idę do szatni dla pań i wróciła do 
doktora Burnleya.  
- Nie mówcie Ilzie o tym - upominał zbytecznie doktor. - To by zakłóciło jej tę uroczystą chwilę... 
ona i Perry byli takimi przyjaciółmi. MoŜe poszłabyś ją przynaglić trochę, Emilko? JuŜ jesteśmy 
spóźnieni...  
Emilka, bardziej przygnębiona, bardziej oszołomiona, niŜ kiedykolwiek, zeszła do hallu i zapukała 
do drzwi Ilzy. śadnej odpowiedzi. Otworzyła drzwi. Na podłodze leŜał welon ślubny i bezcenny 
bukiet storczyków, za który Tadzio zapłacił niezawodnie więcej, niŜ którakolwiek panna z rodu  
Burnleyów lub Murrayów zapłaciła za całą swą wyprawę, ale nigdzie nie było widać Ilzy. Okno, 
wychodzące na ganek kuchenny, było otwarte.  
- Co się dzieje? - spytał niecierpliwie doktor Burnley, wchodząc za Emilką do pokoju córki. - 
Gdzie jest Ilza? 
- Nie ma jej - odrzekła Emilka bezradna.  
- Dokąd poszła?  
Do Perry’ego Millera. Emilka nie miała co do tego Ŝadnych wątpliwości. Ilza usłyszała słowa 
ciotki Idy i... 
- Do licha! - zaklął doktor Burnley.  
         
W ciągu kilku minut cały dom stał się obrazem zamieszania i rozpaczy: goście weselni biegali we 
wszystkich kierunkach jak oszaleli, zadawali bezładne pytania. Dr Burnley stracił głowę, sam 
biegał takŜe tam i na powrót, klął na czym świat stoi, gorsząc tłumnie zebrane w hallu kobiety z 
ludu.  
Nawet ciotka ElŜbieta była wytrącona z równowagi. Nie było takiego wypadku w rodzinie.  Julia 
Murray uciekła, zapewne.  Ale doszła do ołtarza, była zamęŜna! śadna panna młoda w rodzinie nie 
uczyniła nigdy nic podobnego. Emilka jedna zachowała pewną zdolność racjonalnego myślenia i 
postępowania. Ona to dowiedziała się od młodego Roba Mitchella, jakim  sposobem Ilza uciekła.  

background image

- Stałem w ogrodzie, gdy nagle posłyszałem szmer: otworzyło się okno w pokoju Ilzy i ona sama 
wyskoczyła, jak kot i biegła aleją. Wsiadła do samochodu Kena Mitchella i ruszyła w takim tempie, 
jakby ją ścigał sam diabeł. Myślałem, Ŝe oszalała.  
- Do pewnego stopnia... tak. Robie, musisz pojechać za nią. Czekaj... Niech doktor Burnley 
pojedzie z tobą. Ja muszę tu pozostać i dojrzeć wszystkiego. Śpiesz się! Stąd do Charlottetown jest 
tylko czternaście mil. MoŜesz pojechać i wrócić w ciągu godziny. Musisz przyjechać z nią razem... 
powiem gościom, Ŝeby zaczekali.  
- Niewiele ci z tego przyjdzie, Emilko - powiedział sceptycznie Rob Mitchell.  
         
Minęła godzina. Ale doktor Burnley i Rob wrócili sami. Ilza nie przyjedzie. Perry Miller nie był 
zabity, nie był nawet powaŜnie ranny, ale Ilza nie przyjedzie. Oznajmiła ojcu, Ŝe wychodzi za mąŜ 
za Perry’ego Millera i tylko za niego! 
Doktor stał pośrodku grupy płaczących i biadających kobiet w górnym hallu. Otoczyły go ciotka 
ElŜbieta, ciotka Laura, ciotka Ruth i Emilka. 
- Sądzę, Ŝe nie doszłoby do tego, gdyby Ŝyła jej matka - rzekł doktor, zamyślony ponuro.  
- Mnie nie przyszło nigdy na myśl, Ŝe jej się podoba Miller.  śałuję, Ŝe Ida Mitchell nie skręciła 
karku w porę. O tak, tak, płacz! płacz! - zwrócił się z wściekłością do zawodzącej ciotki Laury. - 
Co komu z tego przyjdzie dobrego, chciałbym wiedzieć? Musi ktoś uprzedzić Kenta... Mnie 
zapewne przypadnie w udziale ta misja. Trzeba dać jeść tym ludziom, którzy tu przyjechali, 
Emilko, ty jesteś, zdaje mi się, jedyną osobą, obdarzoną iskrą zdrowego rozsądku. Zajmij się 
nakarmieniem tej gromady, bądź dobrym dzieckiem.  
Emilka nie była histeryczką, ale po raz drugi w Ŝyciu miała ochotę krzyczeć jak najgłośniej i jak 
najdłuŜej. Tylko krzyk mógłby oczyścić atmosferę w tym stopniu napięcia. Ale z całym spokojem 
zaprowadziła gości do stołu. Wszyscy uspokoili się, widząc, Ŝe nie będą pozbawieni 
zapowiedzianych przysmaków. Ale dziwna to była uczta weselna. Nawet ci, którzy byli bardzo 
głodni, doznali niemiłego uczucia, Ŝe nie naleŜałoby tu spoŜywać darów BoŜych w tych 
okolicznościach. Nikomu nie smakowały one naprawdę z wyjątkiem starego Tomasza Mitchella, 
który uczęszczał na wesela tylko dla poczęstunku i wcale się z tym nie krył. Nie obchodziło 
gowięc, czy sam obrzęd zaślubin odbył się, czy nie. Jadł pilnie, od czasu do czasu tylko potrząsał 
głową, pytając: „Czego te kobiety takie są zatroskane? Nie rozumiem”.  
Kuzynka Izabela mówiła o przeczuciach, o ich roli w Ŝyciu, ale nikt jej nie słuchał.  Większość 
gości bała się usta otworzyć, aby nie powiedzieć czegoś niewłaściwego.  
Wuj Oliver rozmyślał, Ŝe był juŜ na niejednej stypie pogodniejszej, niŜ ta uczta weselna. SłuŜące 
były zmieszane, stremowane i popełniały najfantastyczniejsze omyłki. Pani Derwent, Ŝona pastora, 
młoda i ładna, miała oczy pełne łez. Widocznie ten niedoszły ślub oznaczał dla niej utratę 
przyrzeczonego nowego kapelusza. Emilka, patrząc na nią, jak podawała sąsiadowi marmoladę, 
miała ochotę roześmiać się. Ta zachcianka była równieŜ histeryczna, jak przedtem pragnienie 
wykrzyczenia się. Ale nie było widać Ŝadnego kaprysu na jej chłodnej, bladej twarzy. Mieszkańcy 
Shrewsbury orzekli, Ŝe była ona tego dnia równie obojętna i lekcewaŜąca, jak zwykle. CzyŜ ta 
dziewczyna moŜe coś odczuć naprawdę? 
Ale w niej górowała nad wszystkim jedna myśl: „Gdzie jest Tadzio? Co on czuje? Co myśli? Co 
czyni?” Nienawidziła Ilzy za zadanie mu tego ciosu, za ośmieszenie go. Nie widziała dalszego 
ciągu Ŝycia. Był to jeden z tych wypadków, które zatrzymują bieg czasu.  
         
- CóŜ za dzień! - szlochała ciotka Laura w powrotnej drodze. - CóŜ za nieszczęście! Co za skandal! 
- Allan Burnley winien przypisać samemu sobie całą odpowiedzialność - rzekła ciotka ElŜbieta. - 
Pozwalał wiecznie Ilzie robić wszystko, co jej się podobało. Nigdy jej nie nauczył panować nad 
sobą. Zawsze ulegała swoim zachciankom i kaprysom. Nie miała najmniejszego poczucia 
obowiązku. Oto są owoce...  
- A jeśli ona kocha Perry’ego Millera - broniła nieśmiało Laura.  

background image

- W takim razie dlaczego się zaręczyła z Tadziem Kentem?  AŜeby go tak potraktować? Nie, nie 
ma tłumaczenia dla Ilzy. A przy tym Burnleyówna i siostrzeniec starej Tomaszowej!  
- Musi ktoś dojrzeć zwrotu prezentów - jęczała Laura. Zamknęła na klucz ten pokój, w którym są 
poukładane na stole. Nigdy nie wiadomo... w takich czasach...  
Nareszcie Emilka znalazła się sama w swoim pokoju. Zbyt była poruszona, wyczerpana fizycznie i 
nerwowo, aŜeby coś odczuwać. Na jej łóŜku leŜała wielka szara kula, która otworzyła teraz 
czerwony pyszczek.  
- Pierwiosnku - rzekła Emilka zmęczonym głosem. - Jesteś jedyną istotą na świecie, która mnie 
nigdy nie opuszcza.  
Spędziła przykrą, bezsenną noc. Usnęła dopiero nad ranem. Zbudziła się z tej krótkiej drzemki do 
nowego Ŝycia. do nowego świata, gdzie naleŜało wszystko uporządkować. A ona była zbyt 
zmęczona, aby zabrać się do porządkowania czegokolwiek. 
         
Rozdział XXVI 
 
Ilza nie wyglądała bynajmniej jak skruszona grzesznica, gdy w dwa dni później zjawiła się 
niespodziewanie w pokoju Emilki. Była róŜowa, triumfująca, radosna. 
Emilka patrzyła na nią, zdumiona.  
- No, mam nadzieję, Ŝe minęło trzęsienie ziemi. Co ocalało? 
- Ilzo! Jak mogłaś! 
Ilza wyjęła z torebki notes i podała go Emilce.  
- Napisałam tu listę uwag, jakie wypowiesz. To była pierwsza: „Jak mogłaś!” Powiedziałaś to. 
Następna będzie: „Czy się nie wstydzisz?” Nie, nie wstydzę się, wiesz? - dodała Ilza bezczelnie.  
- Wiem, Ŝe nie. Dlatego nie pytam o to.  
- Nie wstydzę się i nie Ŝałuję niczego. Przykro mi tylko, Ŝe nie mogę ani trochę Ŝałować tego, co 
się stało. Jestem bezwstydnie szczęśliwa. Ale zapewne zepsułam innym zabawę. Te stare kwoki 
będą o tym gdakać do końca Ŝycia. Nie zabraknie im przynajmniej tematu... 
- Jak myślisz, co odczuwa Tadzio? - spytała Emilka surowo.  
- Czy odczuwa więcej, niŜ odczuł Dean? Stare przysłowie mówi o źdźble w oku bliźniego... 
Emilka zaczerwieniła się.  
- Wiem... źle postąpiłam z Deanem... ale... nie... 
- Nie zostawiłaś go samego przed ołtarzem. To prawda. Ale ja nie myślałam o Tadziu, gdy 
pobiegłam do Perry’ego, usłyszawszy z ust ciotki Idy, Ŝe on nie Ŝyje. Jedyną moją myślą było 
pragnienie zobaczenia Perry’ego przed śmiercią. Musiałam. A kiedy przyszłam, przekonałam się, 
Ŝ

e wieść o jego śmierci była, jak powiada Mark Twain, powaŜną przesadą. Nie był nawet cięŜko 

ranny. Siedział na łóŜku z obandaŜowaną twarzą. Wyglądał jak diabeł. Chcesz usłyszeć, jak się to 
stało... niby... my dwoje... Emilko? 
Ilza usiadła na podłodze u stóp Emilki i patrzyła pod górę w oczy przyjaciółki.  
- Najmilsza, na co się zda potępiać coś, co z góry było sądzone? To niczego nie zmieni. 
Dostrzegłam teraz ciotkę Laurę, skradającą się ku schodom. Wygląda, jak obraz nieszczęścia. Ale 
w tobie jest rys niemurrayowski. Ty powinnaś rozumieć. Nie roń łez nad Tadziem. On mnie nie 
kocha. Zawsze o tym wiedziałam. Tylko jego duma jest zraniona. Ot, wręcz mu ten szafir w moim 
imieniu, dobrze? 
Ilza ujrzała na twarzy Emilki przelotny błysk, który jej się nie podobał.  
- Dołącz go do szmaragdu Deana.  
- Tadzio wyjechał do Montrealu nazajutrz po... 
- Po ślubie, który się nie odbył - dokończyła Ilza. - Czy widziałaś się z nim, Emilko? 
- Nie.  
- No, pojedzie do Afryki, gdzie go czekają wielkie zamówienia. Zapomni o tej niemiłej przygodzie 
bardzo rychło. Emilko, wyjdę za mąŜ za Perry’ego w przyszłym roku. JuŜ wszystko postanowione. 

background image

Padłam mu na szyję. Ucałowałam go. Tren mój rozpostarł się wspaniale na podłodze. Pielęgniarka 
pomyślała, Ŝe przybywam prosto z zakładu doktora Percy. Ale ja wyprosiłam ją z pokoju. I 
powiedziałam Perry’emu, Ŝe go kocham i Ŝe nigdy, nigdy nie wyjdę za mąŜ za Tadzia Kenta, bez 
względu na to, co się stanie. A on spytał, czy chcę wyjść za niego za mąŜ, a moŜe to ja mu 
powiedziałam, Ŝe on musi oŜenić się ze mną... czy teŜ Ŝadne z nas o nic nie pytało... po prostu 
rozumieliśmy. Doprawdy, nie pamiętam, które z nas pierwsze oświadczyło to, co trzeba... Mniejsza 
o to. Emilko, gdybym nie Ŝyła, a Perry przyszedłby i spojrzał na mnie, Ŝycie wstąpiłoby we mnie 
ponownie. Wiem, Ŝe on kochał się w tobie, ale teraz mnie pokocha tak, jak nigdy nie kochał ciebie. 
Jesteśmy stworzeni jedno dla drugiego.  
- Perry nigdy nie kochał się we mnie naprawdę - rzekła Emilka. - Lubił mnie ogromnie, to 
wszystko. Nie pojmował wówczas róŜnicy... zbyt był młody.  
Spojrzała na rozradowaną twarzyczkę Ilzy i całe jej uczucie ozwało się ze zdwojoną mocą wobec 
tej cudnej, kapryśnej przyjaciółki.  
- Najmilsza, mam nadzieję, Ŝe będziesz zawsze szczęśliwa.  
- Jak to brzmi po wiktoriańsku! - rzekła Ilza z zadowoleniem. - Och, teraz jestem spokojna, Emilko. 
Tak się lękałam, przez kilka tygodni, Ŝe teraz juŜ czas, abym zaznała spokoju. Nie obchodzi mnie 
nawet, czy ciotka Janina modli się za mnie, czy nie. Raczej pragnę, aby to czyniła.  
- A co mówi twój ojciec? 
- Och, papa! 
Ilza wzruszyła ramionami.  
- Papa tkwi  jeszcze w swych przedpotopowych przesądach. Nie rozmawia ze mną. Ale 
przeprosimy się niebawem. Ojciec ponosi teŜ winę za to, co się stało. Nigdy nie pytałam o nic, 
zawsze robiłam, co mi się podobało. Ojciec nie bronił mi niczego. Najpierw dlatego, Ŝe mnie  
nienawidził, a potem dlatego, Ŝe pragnął naprawić krzywdę lat ubiegłych.  
- Sądzę, Ŝe będziesz musiała pytać czasami Perry’ego, czy wolno ci to i owo... 
- Chętnie to uczynię. Będziesz się dziwić, jaką będę obowiązkową i uległą Ŝoną. Teraz naturalnie 
wyjadę, wrócę do swych studiów. A po roku ludzie zapomną... a Perry i ja pobierzemy się gdzieś, 
nie tutaj... bez szumnego wesela. JuŜ nie będzie trenów haftowanych, wschodnich ani 
koronkowych welonów, ani orszaku. BoŜe, cóŜ za wyzwolenie! W dziesięć minut później byłabym 
Ŝ

oną Tadzia. Pomyśl, jaki skandal zdarzyłby się wtedy, gdyby ciotka Ida spóźniłaby się jeszcze 

bardziej. Bo ja postąpiłabym zupełnie tak samo, wiesz? 
         
To lato było dla Emilki cięŜkim okresem. Dotychczas samo cierpienie wypełniało jej Ŝycie, a teraz 
zapanowała w nim zupełna pustka. Gdziekolwiek poszła czekało ją istne umęczenie. Wszyscy 
rozmawiali o niedoszłym ślubie, wypytywali, dziwili się, wyraŜali przypuszczenia. Wreszcie ustało 
powoli komentowanie „szaleństwa Ilzy”, ludzie znaleźli inne tematy plotek i obmowy. Emilkę 
pozostawiono w spokoju.  
W spokoju? Tak. Zbyt wielkim nawet. Zawsze była teraz sama. Miłość... przyjaźń... opuściły ją. 
Pozostała tylko ambicja. Emilka zabrała się energicznie do pracy. śycie szło zwykłym trybem. Rok 
za rokiem upływał. śycie bywało jeszcze piękne, zapewne, piękno jest niezniszczalne. 
Nieśmiertelne piękno góruje nad wszelkimi namiętnościami śmiertelników.  
Miewała godziny natchnienia i doskonałości w tworzeniu. Ale samo piękno, które niegdyś 
wystarczało jej duszy, teraz nie  dawało jej pełni zadowolenia.  Srebrny Nów był ten sam, nieczuły 
na zmiany, dokonywające się dokoła. Pani Kent wyjechała, zamieszkała z Tadziem gdzieś w 
szerokim świecie. Dom ich kupił jakiś przybysz z Halifaxu. Perry przyjechał z Montrealu jesienią i 
przywiózł z sobą Ilzę.  Zamieszkali w Charlottetown i byli idealnie szczęśliwi. Emilka jeździła do 
nich często i unikała zwycięsko sideł matrymonialnych zastawianych na nią stale przez Ilzę. W 
rodzinie coraz bardziej umacniał się pogląd, Ŝe Emilka nie wyjdzuie za mąŜ.  
- Jeszcze jedna stara panna w Srebrnym Nowiu - mówił uprzejmie wuj Wallace.  

background image

- I pomyśleć, ilu miała kandydatów - mówiła z goryczą ciotka ElŜbieta. - Pan Wallace... Aylmer 
Vincent...  Andrzej...  
- Ale... skoro ich nie kochała... - wtrąciła nieśmiało ciotka Laura.  
- Lauro, nie bądź brutalną w wyraŜeniach.  
Stary Kelly przestał się przekomarzać z Emilką na temat jej małŜeństwa, tylko wzdychał skrycie, 
patrząc na nią. Pytał stale, nad jaką ksiąŜką pracuje w danej chwili i potrząsał głową powaŜnie:  
- O czym myślą męŜczyźni? Pozwalają pracować na siebie i Ŝyć samotnie takiej pannie? 
Niektórzy męŜczyźni myśleli jeszcze o Emilce, jak się okazało. Andrzej, obecnie młody wdowiec, 
przybiegłby na zawołanie, ale Emilka bynajmniej go nie wołała. Graham Mitchell ze Shrewsbury 
miał niewątpliwie „zamiary”. Emilka nie chciała go, bo miał lekkiego zeza.  
Przynajmniej tak mniemali Murrayowie. Nie widzieli innej przyczyny w odrzuceniu takiej partii. 
Mieszkańcy Shrewsbury utrzymywali, Ŝe jest on bohaterem jej następnej powieści, Ŝe dawała mu 
nadzieję przez czas jakiś tylko w celu uzyskania „materiału”. Znany milioner z Klondike starał się 
o nią przez całą zimę, ale na wiosnę zniknął jak zaczarowany.  
- Od czasu, jak ogłoszono drukiem jej ksiąŜki, nikt nie jest godzien jej zaślubić - mówili 
mieszkańcy Czarnowody.  
Ciotka ElŜbieta nie Ŝałowała owego bogacza z Klondike’u. Był to po prostu Butterworth z Gęsiego 
Stawu, a cóŜ to za rodzina Butterworthowie? Ciotka ElŜbieta przyczyniała się stale do 
wywoływania wraŜenia, Ŝe Butterworthowie w ogóle nie istnieją. Im się zdaje, Ŝe tak, ale 
Murrayowie wiedzą wszystko lepiej niŜ inni. Nie mogła natomiast pojąć, dlaczego Emilka nie 
chciała przyjąć oświadczyn pana Mooresby z formy Mooresby i Parker z Charlottetown. Argument 
Emilki, Ŝe jego podobizna słuŜyła kiedyś firmie do celów reklamowych, uwaŜała ciotka ElŜbieta za 
nader błahy. Ale ciotka ElŜbieta uznała wreszcie, Ŝe nie zrozumie nigdy młodszego pokolenia.  
         
O Tadziu nie słyszała Emilka nigdy ani nie miewała bezpośrednich wiadomości. Z czasem zjawiły 
się wzmianki o nim w gazetach: szedł coraz wyŜej na drodze do sławy i zamoŜności. Miał renomę 
międzynarodową  jako pierwszorzędny portrecista.  Minął okres ilustrowania przez Tadzia 
czasopism, tak Ŝe Emilka nie spotkała się juŜ oko w oko ze swą własną twarzą, wyzierającą 
spomiędzy wierszy drukowanego tekstu.  
Pewnej zimy umarła pani Kent.  Przed śmiercią przysłała Emilce krótki bilecik, jedyny, jaki Emilka 
otrzymała od niej kiedykolwiek.  
„Umieram. Gdy umrę, powiedz Emilko Tadziowi o owym liście. Usiłowałam mu o tym 
powiedzieć, ale nie zdołałam. Nie mogłam się zdobyć na wyznanie wobec mego syna, wyjawić mu, 
Ŝ

e to popełniłam. Wyręcz mnie”.  

Emilka uśmiechnęła się ze smutkiem, odkładając na bok pismo umierającej. Za późno. Tadzio od 
dawna przestał myśleć o niej. A ona... ona będzie go zawsze kochać. A chociaŜ on o tym nie wie, 
miłość ta będzie mu puklerzem, będzie promieniować poprzez przestworza, jako niewidzialne 
błogosławieństwo, niezrozumiane, ale wyczuwalne, ustrzeŜe go od choroby, zmartwienia i szpetoty 
Ŝ

yciowej.  

         
Tej samej zimy rozeszła się pogłoska, Ŝe Jimm Butterworth z Gęsiego Stawu kupił lub zamierza 
kupić Dom Rozczarowany. Planował go jakoby przebudować i rozszerzyć. Chciał podarować ten 
domek pewnej damie z Gęsiego Stawu, pannie Mabel. Emilka z niepokojem śledziła tę sprawę. 
Wymykała się z domu o zmroku i szła popatrzeć na wzgórze, na którym stał Dom Rozczarowany. 
Nie moŜe być prawdą, iŜby Dean sprzedał ten dom. Nie do pomyślenia byłoby wzgórze, na którym 
on stoi bez niego. A powiększony...  przebudowany... to juŜ nie będzie ten sam dom.  
Wreszcie Emilka poprosiła ciotkę Laurę o pomoc w przeniesieniu jej rzeczy z Domu 
Rozczarowanego do Srebrnego Nowiu. Zabrała wszystko, z wyjątkiem srebrzystej kuli. Tej nie 
mogła stąd ruszyć... Ona musi tu pozostać i opromieniać nadal mały salonik, w którym rozstali się 
Emilka i Dean.  Mówiono, Ŝe Dean nie zabierze stąd niczego.  

background image

Jak zimno jest w tym małym domku! Tak dawno nie rozpalono ognia na kominku. Jaki 
zaniedbany... jaki samotny... wygląda rozdzierająco. Nie ma światła w oknach... trawa rośnie 
dokoła, wysoka... Pełno pajęczyn pod gzymsami... 
Emilka wyciągnęła ramiona, jakby chciała objąć nimi ten dom. Pierwiosnek kręcił się dokoła jej 
nóg i mruczał prosząco. Nie lubił przechadzek o zmroku, wolał swój kącik przy kominku, nie był 
juŜ młodziutkim kociakiem. Emilka wzięła go na rękę.  
- Pierwiosnku - rzekła - w tym domu jest stary kominek, na nim popioły... a przy nim powinny 
mruczeć koty, a dzieci  marzyć o przyszłości... To się nie stanie, Pierwiosnku, aŜeby panna Mabel z 
Gęsiego Stawu miała tam rozpalać ogień. Piec typu Quebec jest znacznie wygodniejszy i 
ekonomiczniejszy.  Pierwiosnku, ty i ja urodziliśmy się, jako istoty rozsądne, potrafimy kaŜdego 
przekonać o wyŜszości tamtego systemu ogrzewania! 
         
Rozdział XXVII 
 
Stało się to nagle, nieoczekiwanie, w pogodny wieczór czerwcowy. Dawny, dawny zew... dwie 
nuty wysokie i jeden niski ton, słodki i przeciągły. Emilia Starr usłyszała ten sygnał, marząc przy 
oknie. Zerwała się, zbladła. Chyba śni! Tadzio Kent jest oddalony o tysiące mil, jest na Wschodzie, 
jak piszą montrealskie gazety.  Tak, to był sen... gra wyobraźni.  
Zew rozległ się ponownie. Emilka wiedziała tym razem, Ŝe Tadzio jest tutaj, Ŝe czeka na nią w 
gaiku Wysokiego Jana... śe wzywa ją poprzez odległość minionych lat. Zeszła ze schodów 
powoli... przeszła przez ogród. Naturalnie, Tadzio stał pod świerkami. Wydawało się to rzeczą aŜ 
nadto zrozumiałą, Ŝe przyszedł tu do niej, do ogrodu, którego strzegły Trzy KsięŜniczki 
Lombardzkie. Nie potrzeba było niczego, aŜeby rzucić pomost między przeszłością a 
teraźniejszością. Nie było próŜni. Wyciągnął ręce i przyciągnął ją ku sobie bez ceremonii. A 
mówił, jakby nie było pomiędzy nimi lat...  wspomnień... goryczy... 
- Nie mów, Ŝe nie moŜesz mnie pokochać... moŜesz... musisz...  Emilko! - oczy jego, wpatrzone w 
jej oczy, rozbłysły nagle - ty mnie juŜ kochasz! 
         
- Okropność, jak drobne szczegóły prowadzą do wielkich nieporozumień - rzekła Emilka w 
godzinę później.  
- Przez całe Ŝycie usiłowałem powiedzieć ci, Ŝe cię kocham - mówił Tadzio. - Czy pamiętasz ów 
wieczór po wyjściu ze szkoły, dawno, dawno temu? Szliśmy ŚcieŜką Jutrzejszą, a ja pragnąłem 
zdobyć się na odwagę i spytać, czy będziesz czekać na mnie. Wtedy oświadczyłaś, Ŝe szkodzi ci 
nocne powietrze i poszłaś do domu. Pomyślałem, Ŝe jest to tylko pretekst, chęć pozbycia się mnie, 
wiedziałem, Ŝe nie boisz się nocnego powietrza. To mnie ostudziło na wiele lat. Gdy usłyszałem, Ŝe 
stara się o ciebie Aylmer Vincent (matka napisała, Ŝe jesteś zaręczona) doznałem wstrząsu. Po raz 
pierwszy zdawało mi się, Ŝe doprawdy nie naleŜysz do mnie.  A kiedy tak cięŜko chorowałaś, 
myślałem, Ŝe postradam zmysły. Byłem tam, daleko, we Francji, nie mogłem cię zobaczyć. A 
zewsząd dochodziły mnie wieści o Deanie Prieście: Ŝe jest wciąŜ przy tobie i Ŝe się z tobą zapewne 
oŜeni, gdy wyzdrowiejesz. Wreszcie przyszła wiadomość, Ŝe wychodzisz za niego za mąŜ. Nie 
będę ci opisywał, co się ze mną działo. Ale gdy ty... tak, ty...  ocaliłaś mi Ŝycie, nie pozwalając 
płynąć na „Flavianie”, zrozumiałem, Ŝe naleŜysz do mnie raz na zawsze, świadomie, czy 
bezwiednie. I znowu próbowałem porozumieć się z tobą wówczas, w ten cudny poranek, w 
Czarnowodzie i znów zapobiegłaś temu w niemiłosierny sposób. Zrzuciłaś moją dłoń z twej ręki, 
jakbyś poczuła dotknięcie węŜa. Emilko, dlaczego to uczyniłaś? Mówisz, Ŝe zawsze myślałaś o 
mnie, bez przerwy... A nigdy nie odpisałaś na mój list, dlaczego? 
- Nigdy go nie otrzymałam.  
- Nie otrzymałaś go? AleŜ wysłałem go pocztą...  
- Tak. Wiem. Muszę ci powiedzieć... ona mi kazała... 
Opowiedziała mu w krótkich słowach, co się zdarzyło wówczas.  

background image

- Moja matka? Ona to uczyniła? 
- Nie sądź jej surowo, Tadziu. Wiesz, Ŝe ona nie była podobna do innych kobiet. Wiesz o jej 
sprzeczce z twoim ojcem...  
-Wiem, opowiedziała mi wszystko w Montrealu. Ale to...!  Emilko! 
- Zapomnijmy  i przebaczmy... Była taka nieszczęśliwa, tak srodze odpokutowała! A ja! Ja byłam 
zbyt dumna, Ŝeby przyjść, gdy mnie wołałeś, po raz ostatni... tu... w gaiku.  Pragnęłam przybiec... 
ale pomyślałam, Ŝe chcesz się tylko bawić moim kosztem...  
- Zrezygnowałem w końcu z wszelkiej nadziei. Widziałem cię wtedy przy oknie. Wydawałaś mi się 
jakąś zimną, jasną gwiazdą... Wiedziałem, Ŝe słyszałaś nasz sygnał... nie przyszłaś... po raz 
pierwszy... Nie pozostawało mi nic innego, jak zapomnieć o tobie, o ile zdołam. Nie udało mi się to 
nigdy w zupełności, ale mniemałem, Ŝe osiągnąłem swój cel, chociaŜ patrzyłem co wieczór tęsknie 
na naszą gwiazdę. Byłem osamotniony. Ilza była dobrym towarzyszem. A przy tym z nią mogłem 
rozmawiać o tobie. Zdawało mi się, Ŝe tym sposobem odegram pewną rolę w twym Ŝyciu... jako 
mąŜ osoby tak bardzo ci drogiej. Wiedziałem, Ŝe Ilza mnie nie kocha, Ŝe jestem tylko nagrodą 
pocieszenia. Ale sądziłem, Ŝe będziemy Ŝyli w przyjaźni i nie będziemy samotni ani ona, ani ja. A 
kiedy... zostawiła mnie przed ołtarzem, jakby powiedziała Berta M. Clay, byłem wściekły. 
Ośmieszyła mnie, mnie który zaczynałem być znany na szerokim świecie. Znienawidziłem 
wszystkie kobiety! Było mi zresztą przykro. Bardzo polubiłem Ilzę, byłem w niej naprawdę 
zakochany do pewnego stopnia.  
Do pewnego stopnia! Emilka nie odczuła najlŜejszej zazdrości. 
         
- Ja bym nie brała resztek po Ilzie - zauwaŜyła ciotka ElŜbieta.  
Emilka rzuciła jej jedno ze swych dawnych, gromowładnych spojrzeń.  
- Resztki po Ilzie. Tadzio zawsze naleŜał do mnie, a ja do niego: sercem, duszą i ciałem! 
Ciotka ElŜbieta zadrŜała. Te rzeczy powinno się odczuwać, moŜliwe, ale... mówić o nich jest nad 
wyraz nieprzyzwoite.  
 
- Zawsze była przebiegła i podstępna - wtrąciła ciotka Ruth.  
- Trzeba urządzić rychło ślub, zanim ona znów zmieni zdanie - rzekła ciotka Addie.  
- Jego pocałunków nie będzie chyba unikać - zauwaŜył jadowicie wuj Wallace.  
Ale właściwie rodzina była zadowolona. Bardzo zadowolona.  Po licznych przygodach 
narzeczeńskich Emilka będzie nareszcie Ŝoną chłopca, którego dobrze znają, który nie ma złych 
nawyków ani Ŝadnej plamy na honorze własnym i rodzinnym. A zarabiał „przyzwoicie” swoim 
pędzlem.  
- To jest porządna partia - orzekł stary Kelly.  
         
Dean napisał do niej na kilka dni przed cichym ślubem w Srebrnym Nowiu. Gruby to był list, gdyŜ 
zawierał kontrakt dotyczący Domu Rozczarowanego wraz z całym umeblowaniem.  
- Pragnę, aby to było twoją własnością, Gwiazdko. Przyjmij ode mnie ten prezent ślubny. Niech ten 
dom przestanie być Rozczarowanym. Niech w nim zapanuje Ŝycie. MoŜecie w nim przecieŜ 
mieszkać latem. A z czasem ja przyjadę was odwiedzić...  
- Jak cudownie ze strony Deana!  Taka jestem szczęśliwa... widzę, Ŝe on juŜ się nie martwi... Ŝe 
przebolał...  
Stała na ŚcieŜce Jutrzejszej i patrzyła na dolinę Czarnowody. Za nią rozległy się kroki Tadzia. 
Szedł ku niej. Przed nimi roztaczał się widok na wzgórze, a na nim widniał ukochany, szary 
domek, który juŜ przestał być Rozczarowanym.