Ukojenie napięć w samotności
Jest jedna rzecz, którą muszę osiągnąć tutaj, w mojej drewnianej pustelni św. Anny (i oby nastał kiedyś dzień, gdy będę potrafił robić to nieustannie), a mianowicie przygotować się na śmierć. Chodzi tu jednak o przygotowanie w łagodności. W łagodności, milczeniu i pokorze, których nigdy dotąd nie potrafiłem wykazać, a które wydają się wręcz nieosiągalne w społeczności, gdzie nawet współczucie naznaczone jest trudem i wysiłkiem.
Jeśli jednak zostałem powołany do samotności, to w tym celu (jak sądzę), by oduczyć się wszelkiego napięcia i pozbyć wysiłku, który zawsze zafałszowuje mnie w obecności innych i przydaje hardości słowom mego umysłu. Jeśli potrzebuję samotności, to głównie dlatego że zawsze tak bardzo pragnąłem miłosierdzia Chrystusa oraz Jego pokory i dobroci. Jak mógłbym dawać miłość, gdybym nie miał jej więcej niż kiedykolwiek?
Wyśmienite myśli zawarte są w Mowie ciszy Maksa Picarda. (Sygnał lokomotywy, jak niegdyś, rozbrzmiewa pieśnią wśród panującej w pustelni ciszy, mąconej jedynie tykaniem zegarka na małym biurku).
Głupotą jest oczekiwać, że człowiek „wykorzysta wszystkie drzemiące w nim możliwości”. „Możliwości nie do końca zrealizowane karmią materię ciszy. Dzięki nim cisza umacnia się, by następnie przekazać tę moc innym możliwościom, które zrealizują się w pełni”.
„W materii ciszy jest miejsce na sprzeczności (...). Człowiek, który ma w sobie tę materię, nie musi nieustannie śledzić poruszeń swej duszy”.
14 i 28 stycznia 1953, III, 28—29
Tylko w głębokiej samotności znajduję łagodność, która pozwala mi naprawdę miłować braci. Im bardziej jestem samotny, tym więcej mam dla nich miłości — czystej miłości, przepełnionej czcią dla samotności innych. Samotność i milczenie uczą mnie kochać moich braci takimi, jacy są, a nie w oparciu o to, co mówią o sobie. Nie jest to już kwestia obrażenia ich przez przyjęcie kreowanych przez nich fikcji, przez wiarę w ich wizerunek, który tworzą powodowani słabością, w mizerne dzieło komunikacji. A jednak zawsze (naprawdę!) istnieje dialektyka pomiędzy słowami człowieka a jego prawdziwym bytem, która ujawnia o nim coś, z czego nie zdalibyśmy sobie sprawy, gdyby nie słowa.
Samotność to nie tylko brak więzi. To nie tylko nieobecność ludzi lub brak ich obecności. Prawdziwa samotność to udział w samotności Boga, który jest we wszystkim. Samotność nie polega na tym, by być kimś więcej niż inni (chyba że przez przypadek), albowiem ci, którzy nie potrafią być sami, nie mogą również odnaleźć swego prawdziwego istnienia i w rezultacie są kimś mniej od samych siebie. Samotność oznacza wycofanie się ze sztucznego, fikcyjnego poziomu bytu, którzy stworzyli ludzie podzieleni przez grzech pierworodny, aby zachować pokój z żądzą i śmiercią. Dzięki temu samotnik wkracza na poziom doskonalszej duchowej wspólnoty: do miasta tych, którzy stali się na tyle prawdziwi, aby wyznawać i chwalić Boga (to jest życie) nawet w obliczu śmierci. Samotność i społeczność kształtowane są i doskonalone w ofierze mszy.
12 stycznia 1950, II, 389—399
Podejmowanie politycznych działań
Jasne i ciepłe poranne słońce. Wcześnie wyszedłem z refektarza, a przechodząc przez nocne pastwiska, słyszałem echo natarczywych okrzyków brata Raymonda (jest lektorem w refektarzu), rozbrzmiewających dzięki głośnikom w pustych stodołach i zabudowaniach gospodarczych. To doprawdy symptomatyczne, że nasz hałas musi się rozlegać dosłownie wszędzie!
W jakim stopniu jest to po prostu pokusa przyjęcia postawy politycznej zamiast etycznej? Czy da się je rozdzielić, gdy idzie na przykład o stanowisko wobec wojny? Jedno jest pewne — zaczyna się wyjaśniać, że sprzeciw wobec wojny nuklearnej to coś więcej niż „pacyfizm”. Podobnie sprzeciw na poziomie moralnym wymaga otwartego wyrażenia swojego stanowiska.
Pytanie brzmi: jak wyraźnie, stanowczo i otwarcie zająć stanowisko, nie pozwalając jednocześnie wykorzystywać się przez tę czy inną grupę nacisku?
Czytam Chuanga-Cy. Zastanawiam się poważnie, czy odpowiedź — jedyna prawdziwa odpowiedź — nie tkwi znacznie głębiej niż w warstwie politycznej bądź etycznej. Polityka i etyka mają oczywiście swoje miejsce, ale tylko pośrednie, tymczasowe. Gdy wszelkie działania graniczą z absurdem, czy należy działać po prostu dlatego, że w innych chwilach działanie było pożądane i istotne? Czy nie przypomina to zastawiania stołu w czasie głodu, gdy nie ma co jeść — po prostu pod wpływem nawyku, przyzwyczajenia?
8 kwietnia 1961, IV, 106—107
Łaska Wielkanocy to niezmierzona cisza, bezgraniczny spokój i niezmącony smak w duszy. To smak nieba, w którym nie panuje jednak szalona egzaltacja. Obraz Wielkanocy to nie harmider i upojenie w duchu, ale odkrycie nadrzędnego porządku — odkrycie Boga i wszystkiego w Nim. To wino bez upojenia, radość bez domieszki trucizny, życie bez śmierci. Kosztując go przez chwilę, możemy dostrzec i umiłować wszystkie rzeczy zgodnie z prawdą, posiąść je w substancji ukrytej w Bogu, bez pomocy zmysłów. Albowiem pragnienie lgnie do szaty i pozoru rzeczy, natomiast miłość ogarnia je w prostej Bożej głębi.
Gdyby tylko msza była co rano tym, czym jest w wielkanocny poranek! Gdyby modlitwy były zawsze tak klarowne jak wówczas, a Zmartwychwstały Chrystus jaśniał w mym sercu i wokół mnie w swej wielkanocnej prostocie! Jego prostota to nasze święto. To przaśny chleb, manna i pokarm niebieski — ta wielkanocna czystość, wolność i szczerość. Dawaj nam zawsze tego chleba z niebios! Pój nas zawsze tą wodą, byśmy już nigdy nie pragnęli!
Oto życie, które wlewa w nas Zmartwychwstały Chrystus, oto tchnienie Jego Ducha i Miłość, która ożywia Jego Mistyczne Ciało.
9 kwietnia 1950, II, 429—430
Dziś, w chwili próby, na nowo odkryłem Jezusa, a może po prostu odkryłem Go naprawdę po raz pierwszy. Prawdę mówiąc, w klasztorze zawsze odkrywa się Jezusa na nowo, a jednak po raz pierwszy.
Jego oczy — oczy Prawdy — utkwione są w moim sercu. Gdziekolwiek padnie Jego spojrzenie, tam rozlewa się pokój, albowiem światłość Jego oblicza, która jest Prawdą, wszędzie tam gdzie dociera, wydobywa na powierzchnię prawdę. Jego oczy patrzą na nas zawsze i wszędzie. Doświadczamy łask z nieba jedynie wówczas, gdy Jego spojrzenie spocznie na naszym sercu.
Łaska Chrystusowego spojrzenia na mym sercu przemieniła ten dzień niczym cud. Wydaje mi się, że odkryłem wolność, jakiej nie zaznałem nigdy dotąd, a wraz z nią wspomnienie, które jednak nie hamuje działania. Poczułem, że spoczął na mnie Duch Boży, a po kolacji, spacerując samotnie wzdłuż drogi za sadem pod kobaltowym niebem (na którym widać już było księżyc), pomyślałem, że gdybym tylko trochę odwrócił głowę, zobaczyłbym niezliczone zastępy aniołów w srebrnych zbrojach podążających za mną poprzez firmament, by w końcu uporządkować świat. Nie musiałem tłumić tego wrażenia, ponieważ nie rozbudziło we mnie emocji, lecz wyniosło na ocean pokoju. Cały świat i niebo wypełniała cudowna muzyka, którą w ostatnich dniach słyszę często. Siedząc samotnie na strychu altany i patrząc na strumień pobłyskujący między nagimi wierzbami wśród odległych wzgórz, myślę, że nigdy nie byłem tak blisko Edenu Adama, mego ojca. Nasz Eden to serce Chrystusa.
27 i 30 stycznia 1950, II, 403—404
Życie każdego człowieka determinuje pewien realny strach. To, czego się boimy, świadczy o tym, czego szukamy. Czego boję się najbardziej? Zapomnienia i nieświadomości najgłębszej prawdy swego istnienia. Zapomnienia tego, kim jestem, zagubienia w tym, czym nie jestem, zdrady własnej wewnętrznej prawdy i fascynacji tym, co dla mnie nieprawdziwe i co narzuca mi się z zewnątrz. Co to jest? To może przybierać rozmaite formy. Powinienem jednak bać się ich wszystkich i nie ufać im. Jednocześnie nie potrafię nie poddawać się pewnym zewnętrznym wpływom i dlatego powinienem je zaakceptować — zawsze jednak tak, by pogłębić swą świadomość, wspomnienia i zrozumienie, zamiast je ograniczać.
Strach przed niewiedzą w sensie avidya, tak jak niewiedzą wynikającą z akceptacji złudzeń dotyczących samego siebie. Opartą na postanowieniu, aby traktować swoje ego jako prawdziwe i pełne „ja” i starać się zachować to złudzenie wbrew wołaniu tajemnej prawdy wzbudzanej we mnie przez innych, przez miłość, powołanie, opatrzność, cierpienie i przez Boga. Strach przed niewiedzą, która utwardza osłonę i znieczula na zew mogącej ją stopić prawdy. Przed niewiedzą utwierdzającą się w pragnieniu i chęci, obłudzie lub nienawiści, w odrzucaniu ludzi lub rozmaitych dążeniach do tego, by mieć „rację za wszelką cenę” (wojna w Wietnamie to wyraźny dowód na to, że naród amerykański uparcie nie chce dostrzec ludzkiej prawdy).
Po raz pierwszy w życiu udaje mi się zakosztować samotności. Na palcach jednej ręki potrafię zliczyć kilka krótkich chwil czystości i neutralności, w których dotąd udało mi się ją znaleźć. Teraz wiem, że zbliżam się do dnia, w którym będę mógł żyć bez słów, a nawet poza modlitwą. Tymczasem wciąż jednak muszę wchodzić na miedzę języka, który wcale nie łączy mnie z innymi, mąci natomiast moją samotność. Mówię „żyć bez słów”. Przez słowa rozumiem te na wpół bezradne i na wpół mądre próby, za sprawą których staramy się poznać myśli innych. Nie zrzekam się jednak wszelkiej mowy, albowiem jest przecież Słowo Boże, które głoszę, i żyję, aby głosić. Żyję, by wypowiadać tekst mszy, kanon, który pośrednio zawiera wszystkie słowa, całe objawienie, i dlatego też uczy wszystkiego. To właśnie w kanonie i słowach ofiarowania cała samotność zbiega się w jednym punkcie. W tym jednym słowie wypowiedzianym w ciszy skupia się Boże Miasto. Boża mowa jest ciszą. Jego Słowo to samotność. Obym się nigdy Go nie wyparł! Wszystko inne to fikcja na poły skrywająca prawdę, którą próbuje odsłonić. Jesteśmy podróżnikami z półświata mowy na drodze ku samotności i nieskończoności. Jesteśmy przechodniami. Na papierze nie znajduję trwałego miasta. A jednak trzeba niekiedy wrócić z samotności, by objawić Jego Imię tym, którzy Go dotąd nie poznali, a potem można znów odnaleźć samotność i zamieszkać w ciszy.
11 stycznia 1950, II, 158
Ze skruszonym sercem przed Bogiem
Każdego dnia pragnę się modlić, szczególnie w chórze, za wszystkich kapłanów na świecie, którzy słuchają spowiedzi, i za ich wszystkich penitentów. Proszę o to, by sakrament pokuty wszędzie udzielany był i przyjmowany w prawdzie, sprawiedliwości i z mądrością, miłosierdziem i skutkiem oraz by kapłani i penitenci, mając większą świadomość własnych czynów, zostali napełnieni wielką miłością i czcią dla tego sakramentu. Proszę, by wszędzie ludzie odkrywali w sobie wielką admirację dla niego i miłowali go ze wszystkich sił, oddając się całkowicie i ze skruszonym sercem miłosierdziu i prawdzie Bożej, aby Jego miłość przemieniała ich na Jego podobieństwo — to jest aby On czynił ich prawdziwymi.
Na dnie cedrowej kotliny rozlega się świergot sójek, a w oddali widać jednego z bekasów, które zawsze krążą i nurkują wokół Wzgórza św. Józefa. Wśród innych dźwięków kojąco brzmi słodka, ciągła melodia kardynałów, które wyśpiewują swą mniej światową pieśń, nie bacząc zupełnie na inne dźwięki. Teraz sójki zamilkły. Ich harmider rzadko trwa długo.
Jestem na dworze. Ptaki, z wyjątkiem nieśmiałych błękitnych drozdów, ucichły zupełnie. W ich miejsce swój koncert w wodzie i zielonych szuwarach rozświetlonych słońcem rozpoczynają żaby. Chwalcie Chrystusa, wszystkie stworzenia. Dla Niego zostaliśmy stworzeni. Niech wielbi Go każdy nasz oddech. Moje psalmy włączają się w twą mroczną, nieświadomą pieśń, leśny bracie.
18 i 21 marca 1950, II, 421—423
Wczoraj zapowiadało się na śnieg. Dziś rzeczywiście zalega on grubą warstwą, wyszło słońce, okryte śniegiem cedry odcinają się wyraźnie na jaskrawym tle nieba, białe wzgórza spowija delikatna mgiełka, a zabudowania klasztoru lśnią na złoto. Tak właśnie wygląda Gethsemani zimą, a pudełko po przeźroczach brata Linusa pełne jest takich obrazków.
Wczoraj, gdy czytałem na cmentarzu, przyszło mi na myśl, jak bardzo wewnętrzna cisza, którą odnajdujemy, odpoczywając w Bożej obecności, jest zawsze taka sama, a przy tym zawsze nowa, choć niezmienna. Cisza ta jest prawdziwym życiem i nawet gdy ciało znajduje się w ruchu (tak jak moje, gdy energicznie próbowałem się rozgrzać), dusza tkwi w tym samym punkcie, ukojona życiem, którym jest sam Bóg, w zimie tak jak w lecie, bez żadnej różnicy, jak gdyby nic się nie zmieniło, a cykl pór roku był jedynie iluzją.
Po raz pierwszy od początku grudnia wyszedłem do pracy na zewnątrz, aby przewietrzyć trochę duszną głowę i wypłoszyć z niej kilka chimer pomiędzy drzewa. Kruszyliśmy skały przy drodze prowadzącej w dół, za ogrodzeniem, nieopodal stajni. Jak dobrze było pracować na dworze z braćmi! Czułem to nawet wobec tych, którzy zazwyczaj mnie irytują. Jak dobrze mieć regułę, w której prostota, ubóstwo i niedostatki odgrywają tak wielką rolę, że można przez nie powierzyć się Bogu!
17 i 21 stycznia 1948, II, 158—159
Wczoraj wieczorem, po modlitewnym czuwaniu w kaplicy nowicjatu (nie poszło mi zbyt dobrze — byłem roztargniony i rozkojarzony), położyłem się późno do łóżka w pustelni. Absolutna cisza. Na farmie Boone'a i Newtona żadnych świateł. Leżąc w łóżku, uświadomiłem sobie nagle swój stan: byłem szczęśliwy. Wypowiedziałem to dziwne słowo: „szczęście”, i zdałem sobie sprawę, że otacza mnie jako podmiot, a nie przedmiot. Było wokół mnie i we mnie. Kiedy dziś rano, schodząc do klasztoru, ujrzałem morze gwiazd nad nagim zarysem lasu, uderzyło mnie nagle pełne znaczenie wszystkiego. Pojąłem, że otacza mnie niezmierzone Boże miłosierdzie, że Pan w swej nieskończonej dobroci wejrzał na mnie i w miłości obdarzył mnie tym powołaniem, które zawsze pragnął mi darować, a tym samym jak niedorzeczne i banalne były wszystkie moje obawy i rozterki. Niezależnie od tego, co ktoś mógłby o tym myśleć lub mówić, realizuję swoje powołanie do samotności (choć nie jestem typowym eremitą). Nieważne, jak mnie nazwą lub zaklasyfikują. W świetle prostego faktu Bożej miłości oraz formy, jaką przybrała ona w misterium mojego życia, wszelkie klasyfikacje tracą sens i nie chcę więcej zaprzątać sobie nimi głowy (jeśli w ogóle robiłem to kiedykolwiek) — przynajmniej w tej sprawie.
Jedyną reakcją jest wyjść poza wszystko, kim jestem — a jestem przecież nikim — i wylać tę nicość z wdzięcznością za to, że Bóg jest Tym, kim jest. Wszystko inne jest zuchwalstwem, bo niszczy prostotę tej nicości przed Bogiem, nadając jej pozory „czegoś”.
9 grudnia 1964, V, 178