Bóg zapłacz!


Autor książki: Włodzimierz Kowalewski

Kategoria: Obyczajowe


Debiut powieściopisarski prozaika i poety, autora Powrotu do Breitenheide, opowiada o klęsce pokolenia, które schodzi ze sceny życia w obliczu nowego świata. To pierwsza polska powieść o Erze Wodnika.
Akcja rozgrywa się w latach czterdziestych XXI wieku. U Kowalewskiego nie ma jednak futurystycznych wizji: autor, podobnie jak w swoich opowiadaniach, pozostaje pesymistycznym realistą. Bohater Bóg zapłacz! jest najzwyklejszym starym człowiekiem. Nieuleczalnie chory, trafia do szpitala, by zostać uśmiercony wedle przyjętej procedury. Bohaterowie Kowalewskiego z pasją rozprawiają o życiu. W dialogach pełno egzystencjalnych sentencji albo międzypokoleniowych sporów, a szczegóły scenografii z przełomu lat 60. i 70. nabierają rangi symbolu minionego świata.



Odyseja kosmiczna 2047 

Irek, główny bohater, jest dziewięćdziesięciokilkuletnim człowiekiem cierpiącym na nieuleczalną chorobę. W fabule stanowi pomost łączący przeszłość (czyli czasy nam współczesne) ze współczesnością (czyli przyszłością). Jego choroba potraktowana na nowy, futurystyczny sposób, jest jednocześnie wynikiem zaniedbań przeszłości-teraźniejszości. Cierpienie wydaje się nie tylko fizyczne, ale i egzystencjonalne. Irek to przysłowiowe stare drzewo, które przesadzono na grunt zautomatyzowanego świata. Świata, w którym eutanazję nazywa się procesem over-leading (przeprowadzenia), a śmierć jest faktycznie elementem wyelimnowanym ze świadomości ludzkiej, zarezerwowana dla samotności „pięknego pokoju”, bezbolesna, przemyślana i... przyjemna. 

Zmienia się świat rzeczy materialnych, zmieniają się poglądy, ale religia u Kowalewskiego jest tą samą znaną nam, starą księgą ideałów i zasad wiary. W 2047 roku wszystko jest nowe, ze starych rzeczy tylko Bóg został. Okazuje się, że pod tym jednym względem, przyszłość XXI wieku dla naszego pokolenia, nie będzie taka utopijna i obca. Powstaje tylko pytanie, dlaczego autor powieści nie odważył się postawić tezy o powstaniu nowej religii, odpowiadającej wymaganiom tych podobno strasznych czasów, które jeszcze przed nami. Kościół zmienił się, ale można powiedzieć, że tylko w swej ziemskiej części. Przypomina teraz „międzynarodowe konsorcjum” świadczące usługi, pełne folderów i ulotek reklamujących na przykład wirtualne programy nabożeństw. Rodzaje nabożeństw mają bardzo znajome nazwy: katolickie, ewangelicko-augsburskie, noworeformatorskie, mormońskie, islamskie, judaistyczne... Włodzimierz Kowalewski stworzył nową, czarną rzeczywistość, ale to staremu Bogu z siwą brodą każe nad nią płakać. 

„Bóg zapłacz!”, według autora, „jest powieścią o końcu i klęsce naszego pokolenia, odchodzącego ze sceny życia w obliczu zupełnie nowego świata, ukształtowanego ze zjawisk, wartości, zachowań, których znamiona widoczne są już dzisiaj (...)”. Stara generacja nie potrafi odnaleźć się, nie rozumie nowego ładu – „Całe życie za rękę, wszędzie cię instruują, jak i co masz robić, kiedy jeść, kiedy spać, w końcu kiedy umrzeć. Wolność przekręcona, wolność zaszczuta, wolność (...) zastraszona wolnością!”. Uprzątnięte z brzydoty życie budzi grozę, jest „łańcuchem zdarzeń przylegających jedno do drugiego jak świetnie dopasowane klocki i jak te klocki radośnie kolorowych”.