Legenda o św. Janie Kantym

Niebo zaczynało już jaśnieć na wschodzie, gdy ksiądz profesor Jan Kanty zdmuchnął kaganek. Wieczorem siadł do przepisywania uczo­nych pism, ale nie mógł dokończyć pracy, bo co rusz ktoś pukał do drzwi. A to młody bakałarz - dawny jego uczeń wybrał się w odwiedziny, by po­słuchać dobrych rad. A to strażnicy miejscy, srodze zmarznięci, zobaczyw­szy światło w oknie, weszli, żeby się trochę ogrzać. Na koniec człek jakiś biednie odziany w progu stanął, mó­wiąc, że nie po jałmużnę przyszedł, ale porozmawiać. Wyszedł w środku nocy, a tu rękopis ledwo rozpoczęty na stole leży, pióro zaostrzone, kałamarz na­pełniony... Pora nie pora, pracę skoń­czyć trzeba.

Nad ranem ksiądz Jan wyprostował zgarbione plecy. Oczy piekły go nieznośnie, za to cztery spore arkusze zapełnione drobnym, czytelnym pi­smem można było zabrać na uczelnię. Pewnie znowu pożyczą je żacy, aby no­tatki porobić. Kto wie, czy oddadzą...

Promyczek Dobra 1 (2006) s. 32-33