background image

ROGER ZELAZNY & ROBERT SHECKLEY

Farsa, z którą należy się liczyć

Przełożył: Mirosław P. Jabłoński

background image

Dla Nancy Applegate, w podzięce za krew, pot i łzy

Roger Zelazny

Mojej żonie, Gail, z miłością

Robert Sheckley

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ l

Ylith   gratulowała   sobie   szczęścia,   ponieważ   jej   wycieczka   z   Nieba   na   niewielki 

cmentarzyk leżący w pobliżu Yorku, w Anglii, przypadła we wspaniały dzień. Był późny maj i 

cudownie świeciło słońce, małe ptaszki zaś podskakiwały radośnie na omszałych konarach drzew 

i   wydzierały   się   wniebogłosy.   A   już   najlepsze   ze   wszystkiego   było   to,   że   dwunastka 

pozostających pod jej opieką małych aniołków okazała się bardzo miła - nawet jak na anioły. 

Dzieci bawiły się grzecznie razem i Ylith właśnie się odprężyła, gdy nagle nie dalej jak dziesięć 

stóp od niej wybuchła chmura żółtego, siarczanego dymu. Kiedy opar rozwiał się, ujrzała przed 

sobą niskiego, rudego demona o lisiej twarzy, otulonego w czarny płaszcz.

- Azzie! - wykrzyknęła Ylith. - Co ty tutaj robisz?

- Pomyślałem, że mógłbym wziąć sobie nieco wolnego od piekielnych spraw i trochę 

odetchnąć świętością.

- Nie myślisz czasem o zmianie drużyny? - zapytała anielica.

- Nie tak jak ty - odparł Azzie, nawiązując do wcześniejszej kariery Ylith jako wiedźmy. - 

Miłą gromadkę brzdąców dostałaś.

Machnął dłonią w stronę aniołków.

- Są nadzwyczaj grzeczne, jak widzisz - stwierdziła Ylith.

- To żadna nowina, kiedy anioł jest dobry - odparł Azzie. 

W tej chwili aniołki poczęły biegać dookoła cmentarza i kłócić się. Ich głosy stawały się 

coraz wyższe, piskliwe i cukierkowo słodkie.

- Popatrz, co znalazłem! To grób świętego Athelstana

1

 Krzywoustego!

- Tak?  A ja odkryłem  kamień  nagrobny świętej  Anny Niespokojnej, która była  dużo 

ważniejsza!

Ze swoimi wydatnymi rysami twarzy i jednakowymi, gładkimi blond włosami w kolorze 

miodu, zawijającymi się u dołu według tak modnej w tym wieku fryzury na pazia, wszystkie 

anioły wyglądały nadzwyczaj podobnie. Miały tłuściutkie, toczone skrzydełka porośnięte nadal 

dziecięcym   puchem   i   skryte   pod   bladoróżowymi   podróżnymi   opończami,   gdyż   ukrywanie 

skrzydeł  należało  do zwyczaju  Niebian  wizytujących  Ziemię.  Powodem nie było  to, że ktoś 

1 Athelstan (895?-940), król Anglii (925-940). (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.)

background image

mógłby być zdziwiony, widząc w 1324 roku anioła. Stało się wszak powszechnie znane, iż anioły 

przemieszczały się regularnie pomiędzy Niebem a Ziemią - tak jak diabełki, demony oraz inne 

nadprzyrodzone   istoty   (w   tym   kilka   takich,   których   nikt   nie   był   w   stanie   zidentyfikować), 

posiadały   zdolność   pozostawania   w   swym   bycie   pomimo   zmiany   głównych   bóstw.   Z   tego 

powodu Renesans stanowił eklektyczną epokę.

- Co ty tutaj robisz, Ylith? - zapytał Azzie.

Piękna   czarnowłosa   wiedźma   wyjaśniła,   że   zgodziła   się   zabrać   tę   grupę   anielskich 

niedorostków w objazd po słynnych grobach Anglii, traktując to jako część ich letnich praktyk 

religijnych.   Ylith,   być   może   ze   względu   na   swą   przeszłość   służącej   Złu   wiedźmy   -   zanim 

powodowana   miłością   do   młodego   anioła   Babriela   nie   zmieniła   barw   klubowych   -   była 

zwolenniczką religijnej edukacji młodzieży. Adepci Dobra musieli coś wiedzieć na ten temat, 

żeby w sytuacji, gdy ludzie zadadzą im dociekliwe pytania, Niebo nie musiało się wstydzić. 

Punktem startu tej pouczającej wycieczki stało się położone na północy Anglii Pole Męczeństwa, 

które obfitowało w wiele słynnych grobów. Aniołki były bardzo zajęte odkrywaniem, kto i gdzie 

został pochowany.

- Oto, gdzie pogrzebano świętą Cecylię Nierozważną - powiedział jeden z nich. - Właśnie 

niedawno rozmawiałem z Cecylią w Niebie i prosiła mnie o modlitwę nad swoim grobem.

- Dzieciaki zdają się dobrze bawić - powiedział Azzie. - Może zatem zjedlibyśmy razem 

lunch?

Azzie i Ylith byli ze sobą w okresie, gdy oboje służyli w szeregach Zła, i Ylith nadal 

pamiętała,  jak szalała  na punkcie tego żyjącego  na pełnych  obrotach demona  o ostrej, lisiej 

twarzy. Oczywiście, było to jakiś czas temu. Teraz natomiast szła w kierunku, który wskazywał 

jej Azzie, i była mocno zdumiona strzelającym w niebo, w pobliżu dębu, rozbłyskiem światła, po 

którym sceneria uległa gwałtownej zmianie. Wydało się jej raptem, że stoi na brzegu wielkiego 

morza - z kołyszącymi się na plaży palmami oraz z wielkim, rozdętym, czerwonym słońcem, 

wiszącym   nisko   nad   horyzontem.   Tuż   przy   krawędzi   wody   znajdował   się   zastawiony 

smakołykami   i   dobrymi   trunkami   stół.   Obok,   także   na   plaży,   stało   szerokie   łoże   posłane 

satynowymi prześcieradłami i zarzucone niezliczoną liczbą poduszek o rozmaitych wielkościach, 

kształtach oraz kolorach. Nieco dalej śpiewał uwodzicielsko niewielki chór satyrów.

- Połóż się - zaproponował Azzie, ponieważ zamierzał zastosować wobec Ylith nową 

taktykę. - Będę cię częstował winogronami i mrożonym sorbetem i będzie nam tak wspaniale, jak 

background image

dawniej, gdy się bawiliśmy - zbyt dawno temu.

- Hej, zaczekaj! - Ylith ostudziła zapały Azziego, wymykając się z jego miłosnych objęć. 

- Zapominasz, że nadal jestem aniołem!

- Skądże - odparł Azzie. - Pomyślałem tylko, że nie musisz chyba być aż tak cnotliwa.

- Są pewne zasady, których musimy się trzymać.

- A jak się one mają do twoich niewielkich matactw związanych z doktorem Faustem?

- To był błąd - przyznała Ylith. - Przypadek złego osądu z mojej strony, wywołany przez 

emocjonalny stres. Po fakcie żałuję tego jednak i teraz jestem w porządku. Tak jak przedtem.

- Z wyjątkiem tego, że ty i Babriel zerwaliście przez to ze sobą.

- Nadal się widujemy. A tak na marginesie, jak się o tym dowiedziałeś?

- Tawerny w Limbo stanowią wielką giełdę wymiany informacji pomiędzy Piekłem i 

Niebem.

-   Nie   chce   mi   się   wierzyć,   żeby   moje   sprawy   miłosne   stanowiły   szczególnie   istotną 

wiadomość.

- No cóż, byłaś niezwykle ważna, moja damo. Mieszkałaś kiedyś ze mną, nie pamiętasz?

- Och, Azzie, jesteś niemożliwy! - odparła Ylith. – Jeżeli chcesz mnie uwieść, powinieneś 

mi mówić, jak jestem piękna i godna pożądania, a nie jakim ty jesteś ważniakiem!

- Prawdę mówiąc, wyglądasz cudownie - przyznał Azzie.

- A ty jesteś piekielnie  mądry,  jak zwykle  - rzekła była  wiedźma  i rozejrzała się po 

wybrzeżu. - Stworzyłeś tutaj wspaniałą iluzję, Azzie, ale naprawdę muszę wracać do swoich 

dzieciaków.

Wyszła poza obręb oceanicznej fatamorgany, przybywając na przykościelny cmentarz w 

samą porę, by przeszkodzić anieliczce Ermicie wytargać za uszy aniołka Dymitra. Wkrótce obok 

niej zjawił się także i Azzie, nie wyglądając wcale na strapionego otrzymanym  przed chwilą 

koszem.

-   Jednakże...   Nie   sądzę,   Azzie,   żeby   to   o   mnie   tak   bardzo   ci   chodziło.   Czym   się 

kłopoczesz? - zapytała Ylith. - Po co, tak naprawdę, zjawiłeś się tutaj?

-   Mam   przerwę   między   angażami   -   zaśmiał   się   gorzko   demon.   -   Jestem   bez   pracy. 

Chciałem się zastanowić, co mam dalej robić.

- Tutaj? W Anglii?

- Raczej w Średniowieczu. To jeden z moich najbardziej ulubionych okresów w historii 

background image

Ziemi.

- Jak to możliwe, że nie masz żadnego zajęcia? Powinnam raczej sądzić, że Siły Zła 

zawaliły   cię   robotą   po   uszy;   szczególnie   po   tym,   jak   w   mistrzowski   sposób   pokierowałeś 

sprawami w ostatnich zawodach z Faustem.

- Och! Nie mów mi o grze z tym magiem!

- Dlaczego nie?

-  Sędziowie  Piekła   obrabowali   mnie  z  należnych   mi  honorów, jakie  powinienem   był 

otrzymać po tym, gdy Mefistofeles tak potwornie spartaczył sprawę. Głupcy w Piekle zachowują 

się tak, jakby ich stanowiska zagwarantowane były po wieczność, i nie zdają sobie sprawy z tego, 

iż stoją wobec niebezpieczeństwa, że wyjdą z mody i na zawsze znikną z myśli ludzi.

- Siły Zła na krawędzi przepaści? Ale co w takim razie stanie się z Dobrem?

- Zaniknie także.

-   To   zupełnie   niemożliwe   -   stwierdziła   Ylith.   –   Rodzaj   ludzki   nie   może   istnieć   bez 

zdecydowanych wartości Dobra i Zła.

- Tak sądzisz? Raz już tak żyli. Grecy z powodzeniem obywali się bez absolutów. To 

samo Rzymianie.

- Nie jestem tego taka pewna - powiedziała Ylith. – Ale nawet jeśli to prawda, to nie 

potrafię   sobie   wyobrazić,   że   ludzie   ponownie   zaczną   żyć   w   ten   twardy,   ale   moralnie 

zbankrutowany, pogański sposób.

- Czemu nie? - zapytał Azzie. - Dobro i Zło to nie chleb i woda. Rodzaj ludzki może się 

doskonale bez nich obejść.

- Czy to jest to, czego pragniesz, Azzie? - chciała wiedzieć anielica. - Świata bez Dobra i 

Zła?

- Z pewnością nie! Zło jest istotą mojej pracy, Ylith, moim powołaniem. Wierzę w nie. 

To, czego chcę, to przyjść z czymś wstrząsającym, działającym na korzyść tego, co nazywają 

Ciemnością; z czymś motywującym rodzaj ludzki, przyciągającym jego uwagę, prowadzącym go 

z powrotem w stronę starego, dobrego dramatu, jakim jest walka Dobra ze Złem - zysku i straty.

- I sądzisz, że jesteś w stanie tego dokonać? - zapytała.

- Oczywiście. Nie chcę się chwalić, ale potrafię zrobić wszystko, co pomyśli moja głowa.

- Przynajmniej nie masz problemów z własnym ego - zauważyła Ylith.

- Gdybym tylko mógł skłonić Ananke, by spojrzała na sprawy moimi oczami - powiedział 

background image

Azzie,   nawiązując   do   duchowej   personifikacji   Konieczności,   na   swój   niezbadany   sposób 

rządzącej bogami i ludźmi. - Ale ta stara wiedźma upiera się przy swojej nieokreśloności.

- Wymyślisz coś - powiedziała Ylith. - Ja zaś naprawdę muszę wracać do swoich spraw.

- Jak możesz cały czas wytrzymywać z tą dzieciarnią? - zainteresował się Azzie.

- Troska o to, by być takim, jakim powinno się być, to połowa sukcesu w stawaniu się 

dobrym.

- A jaka jest druga połowa?

-   Odpowiadać   „nie”   na   pochlebstwa   dawnych   chłopaków.   Szczególnie,   jeśli   są 

demonami! Do widzenia, Azzie, i powodzenia!

background image

ROZDZIAŁ 2

Przebrany   za   kupca   Azzie   poszedł   do   leżącego   opodal   Yorku.   W   stronę   centralnego 

punktu miasta płynęły tłumy i demon pozwalał im się nieść przez wąskie, kręte uliczki. Ludzie 

byli w świątecznym nastroju i Azzie chciał poznać tego przyczynę.

Sztuka wystawiana była na drewnianej platformie znajdującej się na środku głównego 

placu miasta; Azzie zdecydował się ją obejrzeć. Przedstawienia grane dla pospolitej publiczności 

stanowiły całkiem nowy wynalazek, który nagle stał się modą ogarniającą całą Europę.

Wszystkie były bardzo proste i bezpośrednie. Aktorzy wychodzili na podwyższoną scenę, 

wcielając się w inne postaci. Mogło to robić wstrząsające wrażenie na kimś, kto nigdy wcześniej 

nie widział niczego podobnego. Azzie obejrzał w tamtych czasach wiele sztuk - i uważał się w 

związku z tym za kogoś w rodzaju krytyka teatralnego. Bywał także widzem podczas nocnych 

przedstawień wielkich dramatów  Sofoklesa na świeżym  powietrzu, jednak spektakl w Yorku 

różnił się zasadniczo od kozich tańców satyrów; była to sztuka realistyczna, a dwoje aktorów 

przemawiało niczym mąż i żona.

- Co słychać, Noe? - zapytała jego połowica.

- Kobieto, doznałem właśnie boskiego objawienia!

- I ty to nazywasz nowościami? - rzekła pogardliwie żona Noego. - Wszystko, co robisz, 

sprowadza się do tego, że łazisz po pustyni  i doznajesz boskich objawień. Czy nie prawda, 

dzieci?

- Pewnie, mamo - potwierdził Japet.

- Racja - powiedział Cham.

- To więcej niż prawda - zgodził się Sem.

- Pan Bóg przemówił do mnie - ciągnął Noe. - Polecił mi wziąć łódź, którą właśnie 

zbudowałem, i wprowadzić wszystkich na pokład; zamierza On bowiem zesłać deszcz, który 

zatopi świat.

- Skąd to wiesz? - spytała pani Noe.

- Słyszałem głos Boga.

- Ty i te twoje szalone głosy! - stwierdziła małżonka. - Jeżeli ci się zdaje, że wraz z tobą i 

dziećmi wsiądę na tę zwariowaną łódź tylko dlatego, że usłyszałeś jakiś głos, to grubo się mylisz.

- Wiem, będzie  trochę tłoczno  - zgodził się Noe. - Szczególnie,  kiedy weźmiemy  na 

background image

pokład wszystkie zwierzęta. Ale nie martw się, Bóg nas wspomoże.

- Zwierzęta? - zapytała połowica. - Nic nie wspominałeś o zwierzętach.

- Właśnie chciałem powiedzieć. To jest to, czego Pan chce ode mnie - mam ocalić przed 

potopem całą faunę.

- O jakich to zwierzętach mówimy? O naszych domowych pieszczochach?

- Bóg chce od nas więcej, niźli wzięcia tylko udomowionych zwierząt - odparł Noe.

- Na przykład jakie, zatem?

- Na przykład wszystkie - brnął Noe.

- Jak wiele tych wszystkich?

- Po parze z każdego rodzaju stworzenia.

- Każdego? Ze wszystkich rodzajów?

- Na tym zasadza się cały pomysł.

- Czy masz na myśli także i szczury?

- Tak, parkę.

- I nosorożce?

- Przyznaję, że będzie nieco ciasno. Tak, nosorożce także.

- I słonie?

- Jakoś je zmieścimy na łodzi.

- I morsy?

- Oczywiście, że morsy również! Boskie instrukcje są bardzo jasne w tym względzie - po 

parze z każdego rodzaju!

Pani Noe obdarzyła małżonka spojrzeniem w stylu: biedny, pijany, stary Noe ma znowu 

swoje omamy.

Widownia była zachwycona. W tym zaimprowizowanym teatrze znajdowało się około 

setki ludzi, siedzących niedbale na ławkach i wyjących z uciechy podczas kwestii pani Noe. 

Tupiąc, okazywali swą aprobatę. Publiczność w większości składała się z miejskiej biedoty oraz 

wieśniaków, wspólnie śledzących bliskie apokryfowi misterium, zwane Noe.

Azzie zajął miejsce w jednej z lóż wzniesionych na specjalnym rusztowaniu powyżej 

sceny i nieco od niej w prawo. Miejsca te przeznaczone były dla dobrze sytuowanych obywateli. 

Widział   stąd   aktorki   grające   żony   synów   Noego,   kiedy   zmieniały   swe   kostiumy.   Mógł   się 

wyciągnąć wygodnie, nie czując jednocześnie fetoru nie mytych ciał ludzkich mas, dla których 

background image

wymyślano owe sztuki z poprawnymi postawami moralnymi oraz sztucznymi punktami sporu.

Przedstawienie toczyło się dalej. Noe załadował swą łódź, lunął deszcz. Jakiś kmiotek stał 

z konewką na drabinie, symulując początek czterdziestu dni i nocy ulewy.

- Rób, co Bóg mówi, a wszystko pójdzie dobrze! Cóż za trywialna konkluzja. I jak nie 

przystaje   do   codziennego   życia,   gdzie   sprawy   toczą   się   w   najdziwniejszy   sposób,   bez 

poszanowania dla praw skutku i przyczyny - odezwał się Azzie do dobrze ubranego mężczyzny 

siedzącego za nim w loży.

- Rozsądna uwaga - odparł ów człowiek. - Ale zważ, panie, że te historie nie roszczą 

sobie pretensji do udawania prawdziwego życia.  One wskazują tylko,  co człowiek  powinien 

starać się robić, by w rozmaitych okolicznościach być w zgodzie ze sobą.

-   No   tak,   oczywiście,   sir   -   powiedział   Azzie.   –   Jednak   wszystko   to   stanowi   zwykłą 

propagandę.  Nie  pragnąłbyś   obejrzeć  kiedykolwiek  sztuki   o  większej   inwencji,   zamiast  tych 

steków łgarstw, które księża w kazaniach wiążą ze sobą tak, jak rzeźnik łączy kiełbasy? Nie 

miałbyś ochoty zobaczyć przedstawienia, którego intryga nie sprowadzałaby się do zwyczajnego 

determinizmu ogólnie obowiązującej moralności?

- Cóż to byłby za powiew świeżości - rzekł nieznajomy. - Jednak trudno uwierzyć, by tak 

filozoficznie ugruntowana praca wyszła spod pióra duchownych piszących tego rodzaju rzeczy. 

Być może, panie, chciałbyś dalej rozwinąć ten punkt widzenia już po przedstawieniu, nad kuflem 

angielskiego piwa?

- Cudownie - stwierdził Azzie. - Jestem Azzie Elbub, szlachcic.

-  A  ja nazywani  się  Peter  Westfall  -  odparł  obcy -  i  jestem  importerem   zboża.  Mój 

magazyn   znajduje   się   w   pobliżu   St.   Gregory's   in   the   Field.   Ale   widzę,   że   aktorzy   znowu 

zaczynają grę.

Sztuka nie stała się lepsza. Kiedy było już po wszystkim, Azzie towarzyszył Westfallowi i 

kilku jego przyjaciołom „Pod Łaciatą Krowę” przy Holbeck Lane, obok High Street. Gospodarz 

przyniósł im spływające pianą kufle z piwem, a Azzie zamówił dla wszystkich pieczeń baranią z 

kartoflami.

Westfall odebrał pewną edukację w klasztorze w Burgundii. Był wielkim mężczyzną w 

średnim   wieku,   trochę   łysiejącym,   zamaszyście   gestykulował   i   miał   skłonności   do   podagry. 

Charakteryzowało   go   usposobienie   sangwiniczne.   Obserwując   go,   kiedy   wymawiał   się   od 

jedzenia mięsa, Azzie zaczął podejrzewać, iż hołduje on wegetarianizmowi, stanowiącemu jedną 

background image

z oznak zboczenia, przez które mogli być rozpoznani heretyccy katarzy. Azziemu nie robiło to 

żadnej   różnicy,   ale   zachował   tę   informację   dla   siebie   na   wypadek,   gdyby   miała   się   okazać 

użyteczna   w   innym   momencie.   W   czasie   posiłku   trwała   dyskusja   z   Westfallem   i   kilkoma 

członkami jego paczki.

Kiedy Azzie skarżył się na brak oryginalności w obejrzanej sztuce, Westfall powiedział:

- W istocie, sir, nikt nie oczekuje, by była ona oryginalna. To historia, która przekazuje 

nam najbardziej pouczające przesłanie.

- Nazywasz to pouczającym przesłaniem? - natarł Azzie. - Bądź cierpliwy i pokorny, a 

doczekasz się? Sam wiesz doskonale, że smaruje się skrzypiące koło; jeśli się nie poskarżysz, nic 

w ogóle się nie zmieni. W historii Noego Bóg jest tyranem. Noe powinien Mu się przeciwstawić! 

Kto mówi, że Bóg zawsze ma rację? Gdybym ja pisał sztuki teatralne, wystąpiłbym z czymś 

daleko lepszym od tego!

Westfall uznał, że słowa Azziego stanowią prowokację i są wielce nieortodoksyjne. W 

jego   umyśle   powstał   zamysł   dania   mu   nauczki,   zauważył   jednak,   że   było   coś   dziwnie 

majestatycznego  w  postaci   młodego  człowieka;  a  stanowiło  wszak  tajemnicę  poliszynela,  że 

członkowie   dworu   przebierali   się   często   za   zwykłych   obywateli,   by   tym   łatwiej   wyciągać 

zwierzenia z nieświadomych tego ludzi. W związku z tym Westfall powściągnął swe zapędy i 

tłumacząc się w końcu późną porą, opuścił towarzystwo.

Kiedy i pozostali odeszli, Azzie posiedział jeszcze chwilę w gospodzie. Nie był pewien, 

co ma dalej począć. Rozważał możliwość podążenia za Ylith i ponownego wypróbowania swych 

uwodzicielskich   sztuczek,   ale   stwierdził,   że   nie   byłoby   to   dobre   posunięcie.   Zamiast   tego 

zdecydował się ruszyć na Kontynent, jak to wcześniej zamierzył. Myślał o wystawieniu własnej 

sztuki;   przedstawienia,   które   stałoby   w   opozycji   do   tych   umoralniających   sztuczydeł   z   ich 

ckliwymi przesłaniami. Planował niemoralną farsę!

background image

ROZDZIAŁ 3

Pomysł wystawienia niemoralnej sztuki owładnął i rozgrzał wyobraźnię Azziego. Pragnął 

dokonać wielkich rzeczy,  tak jak kiedyś  w przeszłości - pierwszy raz w związku ze sprawą 

Księcia Czarusia, a potem ponownie podczas afery z Johannem Faustem. Teraz znowu pragnął 

uderzyć i zadziwić świat - tak duchowy jak i materialny.

Sztuka! Niemoralny dramat! Taki, który stworzy nową legendę dotyczącą ludzkiego losu 

i poprzez to obróci Koło Fortuny na stronę Ciemności!

Wiedział, że nie będzie to łatwe zadanie. Zdawał sobie sprawę z tego, iż czeka go żmudna 

praca, ale znał także człowieka, który mógłby mu pomóc stworzyć owe dzieło. Śmiertelnym tym 

był   Pietro   Aretino,   który   swego   czasu   stanie   się   wybitny   pomiędzy   europejskimi 

dramatopisarzami oraz poetami doby Renesansu. Gdyby udało się go przekonać...

Decyzję podjął po północy. Tak, powinien to zrobić! To była wspaniała noc, podczas 

której gwiazdy błyszczały cudownie ze swojej niewzruszonej sfery. Wszyscy dobrzy, bogobojni 

ludkowie spali już od wielu godzin w łóżkach. Widząc, że nie ma tutaj nikogo - bogobojnego czy 

nie   -   Azzie   zdjął   satynowy   płaszcz   o   podwójnym   rzędzie   guzików   i   rozpiął   purpurową 

kamizelkę. Był wspaniale umięśniony; istoty nadprzyrodzone, za stosunkowo skromną opłatą, 

mają   możliwość   kształtować   w   sposób   magiczny   swe   ciała,   korzystając   z   piekielnej   służby, 

reklamującej się sloganem: „W zdrowym ciele zdrowy duch”. Rozebrany, odwinął lniany bandaż 

mocujący   podobne   nietoperzym   skrzydła   demona   płasko   do   ciała,   by   ukryć   je   podczas 

przebywania pomiędzy rodzajem ludzkim. Jak dobrze móc je znowu rozpostrzeć! Bacząc, by 

jego garderoba była dokładnie związana, użył płóciennych taśm do przytroczenia swego ubioru 

na   plecach.   (Przez   brak   uwagi   poświęconej   rozmieszczeniu   ładunku   stracił   kiedyś   sporo 

pieniędzy). A potem, po trzech krokach rozbiegu, wzniósł się w górę.

Gdy leciał,  ślizgał się naprzód w czasie,  radując się wstrzymującym  dech zapachem. 

Wkrótce znalazł się nad kanałem La Manche, kierując się na południowy wschód, a rześka bryza 

zaniosła go nad francuskie wybrzeże w rekordowo krótkim czasie.

Ranek zastał go nad Szwajcarią i kiedy w polu widzenia znalazły się Alpy, wzniósł się na 

większą wysokość. Następnie przebył znajomą Przełęcz Świętego Bernarda, a wkrótce potem 

leciał   już   nad   północną   Italią.   Powietrze   stało   się   zauważalnie   cieplejsze   -   nawet   na   tej 

wysokości, na której się znajdował.

Italia!  Azzie uwielbiał ją. Był  to jego ulubiony kraj, a Renesans, do którego właśnie 

background image

przybył,   stanowił   ulubioną   epokę.   W   pewnym   sensie   uważał   się   za   rodzaj   renesansowego 

demona.

Frunąc   ponad   winnicami   i   gliniastymi   polami   oraz   niewielkimi   wzgórzami   i 

połyskliwymi  rzekami, Azzie skierował się na wschód; dostosowawszy ułożenie skrzydeł  do 

gęściejszego powietrza wznoszącego się sponad lądu, leciał tam, gdzie ziemia i morze zdawały 

się przenikać wzajemnie w postaci wielkiego błocka, rozpościerającego się barwami zieleni oraz 

szarości, a w końcu przechodzącego w Adriatyk. Tak oto dotarł na peryferie Wenecji.

Ostatnie żółte promienie zachodzącego słońca oświetlały szlachetne stare miasto, skrząc 

się na wodzie kanałów. W nadchodzącym wieczornym mroku widział gondole - każda z latarnią 

zawieszoną na maszcie rufy - przesuwające się w tę i z powrotem po Canale Grande.

background image

ROZDZIAŁ 4

Tymczasem w Yorku służąca stara Meg sprzątała właśnie gospodę, kiedy Peter Westfall 

przyszedł na swój poranny garniec piwa.

- Czy nie zgubił pan czegoś ostatniej nocy? - spytała Meg. - Znalazłam to w miejscu, 

gdzieście panowie siedzieli.

I wręczyła mu niewielki woreczek z irchowej skóry albo bardzo dobrej giemzy. W środku 

coś było.

- Ach, tak - rzekł Westfall.

Pogrzebał w swojej sakiewce i znalazł ćwierć pensa.

- Masz na kufel za swoją fatygę.

Wrócił   do   domu   przy   Rotten   Lane   i   poszedł   do   pokoju   na   najwyższym   piętrze. 

Pomieszczenie było przestronne, z oknami umieszczonymi w spadzistym suficie, i umeblowane 

trzema   stołami   z   grubej   dębiny,   na   których   Westfall   miał   rozłożone   rozmaite   przybory 

charakterystyczne  dla tych,  którzy parali  się praktykami  alchemicznymi.  W tamtych  czasach 

działania pokrewne alchemii oraz magii były dostępne dla wielu ludzi.

Odsunął stołek i usiadł na nim. Rozwiązał srebrny sznureczek zaciskający wylot mieszka, 

wsunął doń dwa palce i wyciągnął ostrożnie gładki, żółty kamień, jaki namacał w środku. Był na 

nim wygrawerowany znak, który można było rozpoznać jako hebrajską literę aleph. Westfall 

wiedział, że musi to być talizman lub zaklęcie - przedmiot mocy tego rodzaju, jaki każdy mistrz 

magii   bezwzględnie   winien   posiadać.   Dzięki   temu   dostępne   staną   się   dlań   rozmaite 

czarodziejskie   siły   -  z   głębin   zaświatów   będzie   mógł   wywołać   jednego   lub   więcej   duchów, 

zależnie od tego, jak amulet jest nastrojony. Peter zawsze pragnął posiadać podobny przedmiot, 

gdyż bez niego większość jego magicznych poczynań była całkiem bezowocna. Podejrzewał, że 

został on zgubiony przez tego nawiedzonego młodego człowieka, z którym rozmawiał ostatniej 

nocy po przedstawieniu o Noem.

To na moment go otrzeźwiło. Zawahał się i zastanowił. Przecież to nie był jego talizman. 

Prawdopodobnie właściciel wróci po coś równie niezwykłego oraz cennego; a jeśli tak się stanie, 

Westfall winien, oczywiście, niezwłocznie mu go oddać.

Zaczął więc wsuwać amulet do jego miękkiej kryjówki, ale po chwili zaniechał tego. 

Wszak   nie   powinno   to   mieć   żadnego   znaczenia,   jeśli   pobawi   się   nim   trochę,   zanim   jego 

dotychczasowy posiadacz zgłosi się po swą zgubę. Z pewnością nie będzie miał nic przeciwko 

background image

temu.

Westfall był zupełnie sam w swojej izbie na poddaszu.

-   W   porządku   -   zwrócił   się   do   kamienia.   -   Zabierzmy   się   do   pracy.   Nie   mam 

najmniejszego   pojęcia,   jakiego   magicznego   zaklęcia   użyć,   ale   jeżeli   jesteś   prawdziwie 

czarodziejskim przedmiotem, powinno wystarczyć zwykłe polecenie. Sprowadź mi tutaj ducha 

do wykonywania moich rozkazów, a pośpiesz się z tym!

Zdawało się, że przed jego oczami mały kamienny amulet uniósł się i westchnął. Czarny 

znak na jego boku zmienił barwę, najpierw stając się złotym, a potem ciemnoczerwonym. Zaczął 

przy   tym   wibrować,   jakby   zawierał   w   sobie   małego,   ale   potężnego   demona,   i   jednocześnie 

wydobywało się z niego brzęczenie o wysokich tonach.

W pokoju zrobiło się nagle ciemniej, jak gdyby talizman czerpał swą moc ze światła 

słonecznego. Z podłogi podniósł się słup kurzu i zawirował w kierunku przeciwnym do ruchu 

wskazówek zegara. Prawdopodobnie z samego powietrza wydobyło się głośne rżenie konia - 

sądząc   po   owych   odgłosach,   był   to   ogier   monstrualnej   wielkości.   Pomieszczenie   wypełniła 

chmura zielonego dymu, powodując u Westfalla napad kaszlu. Kiedy wreszcie odzyskał oddech, 

ujrzał, że dym  się rozwiał,  a przed nim stała piękna, młoda  kobieta  o połyskliwie  czarnych 

włosach i z impertynenckim wyrazem twarzy.  Nosiła na sobie długą, fałdzistą spódnicę oraz 

czerwoną, jedwabną bluzkę z pagonami oblamowanymi złotą nicią, a na nogach miała małe buty 

na wysokim obcasie. Obrazu dopełniała dobrana ze smakiem biżuteria.

- Co to ma znaczyć? - natarła Ylith.

Była bardzo zła. Talizman porwał ją prawdopodobnie dlatego, że ostatnia myśl Azziego 

dotyczyła właśnie jej osoby; amulet musiał to zapamiętać.

- No, cóż, zaczarowałem cię i teraz musisz spełniać moje polecenia. Czyż nie? - dodał 

Westfall pełen nadziei.

- Nie - odparła Ylith. - Jestem albo aniołem, albo wiedźmą, ale nie zwykłym duchem, i 

nie mam obowiązku siedzieć w twoim talizmanie. Podpowiem ci tylko, że możesz ponownie 

skalibrować zaklęcie i spróbować jeszcze raz.

- Och, przepraszam - powiedział Westfall, ale kiedy to mówił, Ylith już zniknęła. Zwrócił 

się więc do kamienia: - Uważaj bardziej i tym razem sprowadź mi odpowiedniego ducha. Do 

dzieła!

background image

Talizman   zadrżał,   jakby   poczuł   się   dotknięty   tą   reprymendą.   Dobyła   się   z   niego 

muzyczna nuta, a potem kolejna. Powietrze w izbie znów ściemniało, by po chwili wrócić do 

pełnej jasności. Pojawił się kłąb dymu, a z niego wystąpił mężczyzna ubrany dziwnie w strój z 

ciemnej   satyny   oraz   stożkowy  kapelusz.   Z   ramion   spływał   mu   niebieski,   również   satynowy 

płaszcz,   cały   wyszywany   złotą   nicią   w   magiczne   znaki.   Przybysz   miał   brodę   oraz   wąsy   i 

wyglądał na kogoś zupełnie nie w humorze.

- Co to znaczy? - zapytał. - Powiedziałem wszystkim, by mi nie przeszkadzano, dopóki 

nie skończę kolejnej sekwencji moich  eksperymentów.  Jak mogę  prowadzić  swe dociekania, 

skoro nie daje mi się spokoju? Kimże ty jesteś, u licha, i czego chcesz?

- Nazywam się Peter Westfall. A zaczarowałem cię dzięki mocy tego talizmanu.

Alchemik-amator podniósł w górę kamień.

- Zaczarowałeś mnie? - zapytał brodaty mężczyzna. - O czym ty mówisz? Niech no rzucę 

okiem.

Spojrzał uważnie na amulet.

- Oryginalny, egipski, ale jakoś mi znajomy. Jeśli się nie mylę, pochodzi z grupy, w którą 

dawno temu król Salomon zaklął większą kolekcję duchów. Myślałem, że wszystkie wyszły już z 

obiegu. Skąd go masz?

-   Nieważne   -   odparł   Westfall.   -   Mam   i   już.   To   ważny   przedmiot   i   musisz   mi   być 

posłuszny.

- Muszę? Ja muszę? No, to zobaczymy!

Mężczyzna podwoił nagle swą wysokość i ruszył groźnie w kierunku Westfalla, który 

chwycił talizman i ścisnął go. Hermes wrzasnął i cofnął się.

- Spokojnie - powiedział. - Nie musisz być tak brutalny.

- Ten czar daje mi władzę nad tobą!

- Och, przypuszczam, że tak - rzekł tamten. - Ale niech to szlag, to śmieszne! Jestem 

byłym greckim bogiem i czołowym magiem. Hermes Trismegistos moje imię.

- No cóż, w obecnych czasach jesteś bankrutem, Hermesie - stwierdził Westfall.

- To był wypadek przy pracy - odrzekł Hermes. - A kim ty jesteś? Nie magiem, tego 

jestem pewien - rozejrzał się wokół. - Ani królem, tylko kimś z ludu, gdyż z całą pewnością nie 

jest to pałac...

- Handluję zbożem - rzekł Westfall.

background image

- A jak wszedłeś w posiadanie tego talizmanu?

- To nie twój interes!

- Prawdopodobnie znalazłeś go na stryszku babuni!

- Nieważne, skąd go mam! - Pięść Westfalla zacisnęła się konwulsyjnie na amulecie.

- Spokojnie - powiedział Hermes, krzywiąc się z bólu. - W porządku, tak lepiej.

Grecki bożek wziął głęboki oddech i wyartykułował małe zaklęcie, by się opanować. To 

nie była odpowiednia pora na wściekłość, choćby najzupełniej słuszną. Jednakowoż ten głupi 

śmiertelnik, dzięki antycznemu amuletowi, miał nad nim przewagę. Jak go zdobył? Ten facet 

musiał go ukraść, ponieważ było oczywiste, że wie niewiele, albo zgoła nic, na temat prawdziwej 

Wiedzy.

- Panie Westfall - odezwał się Hermes. - Uznaję pańską władzę nad sobą. Rzeczywiście, 

muszę ci być posłuszny. Powiedz mi, czego chcesz, i nie traćmy więcej czasu.

- To mi się podoba - rzekł Westfall. - Po pierwsze, chcę worka złotych pieniędzy, pięknie 

wybitych,  i takich,  abym  mógł  je wydać  jakkolwiek i gdziekolwiek  będę sobie  tego życzył. 

Angielskie, hiszpańskie czy francuskie monety byłyby jak najbardziej na miejscu, ale nie włoskie 

- oni zawsze okrawają brzegi. Chcę także staroangielskiego owczarka z rodowodem, takiego 

jakiego ma król. To na początek, ale potem będę miał więcej życzeń.

- Nie tak szybko - rzekł Hermes. - Jak wieloma żądania mi zamierzasz mnie zaszczycić?

- Tyloma, iloma będzie mi się podobało! - krzyknął Westfall. - Ponieważ mam amulet!

Machnął kamieniem i Trismegistos skrzywił się z bólu.

- Nie tak ostro! Zdobędę to, co chcesz! Daj mi tylko dzień lub dwa. - I mówiąc to, 

zniknął.

Hermes nie miał żadnych trudności ze skompletowaniem rzeczy, których życzył  sobie 

Westfall.   Całe   worki   złotych   monet   trzymał   w   jaskini   pod   dnem   Renu,   pod   opieką   trolli, 

pozostających bez zajęcia od czasu Zmierzchu Bogów. Zdobycie owczarka rasy staroangielskiej 

także nie stwarzało wielkiego problemu - Hermes z łatwością ukradł go z hodowli w pobliżu 

Spottiswode. Po czym wrócił do izby Westfalla w Yorku.

background image

ROZDZIAŁ 5

- Dobry piesek - powiedział Westfall. - Teraz połóż się w kącie.

Na wpół dorosły owczarek staroangielski popatrzył na niego i zawarczał.

- Nie jest najlepiej wyszkolony - zauważył.

- Hola, nic nie mówiłeś o tym, że ma być tresowany - odparł Hermes. - Ma za to rodowód 

tak długi, jak twoje ramię.

- Wygląda bardzo ładnie - zgodził się Westfall. - I złote monety też mnie satysfakcjonują.

Miał ich całą masę w małym, pękatym, skórzanym worku leżącym u jego stóp.

- Cieszę się, że jesteś zadowolony - rzekł Hermes. - Teraz, jeżeli powiesz amuletowi, by 

mnie uwolnił oraz że nie pozostaję dłużej pod twoją władzą, obaj będziemy mogli zająć się 

naszymi własnymi sprawami.

- Nie tak szybko - ostudził go Westfall. - Nadal mam wiele życzeń do spełnienia.

- Ale ja jestem bardzo zajęty - poskarżył się Trismegistos.

- Bądź cierpliwy. Muszę zatrzymać cię przy sobie nieco dłużej, mój drogi Trismegistosie, 

i jeśli zrobisz to, o co poproszę, to wtedy zastanowię się nad uwolnieniem ciebie.

- To nie w porządku! - zaprotestował Hermes. - Jestem zobowiązany spełnić twoje jedno 

lub dwa życzenia ze względu na zdobyty przez ciebie, w niejasnych okolicznościach, talizman, a 

ty bezwstydnie wykorzystujesz sytuację!

- Magia jest po to, żeby ludzie dzięki niej uzyskiwali przewagę.

- Nie przeciągaj struny - ostrzegł Trismegistos. – Nie masz pojęcia, z czym igrasz.

- Dość tego gadania! - uciął Westfall. - Słuchaj uważnie, Hermesie! Wcześniej, zanim cię 

wezwałem, amulet sprowadził mi kogoś innego. Kobietę. Bardzo piękną. Wiesz, o kim mówię?

Hermes Trismegistos zamknął oczy i skoncentrował się. Potem otworzył je ponownie.

- Mój zmysł poznania rzeczy post factum mówi mi, że zaczarowałeś jedną z boskich 

anielic, byłą wiedźmę o imieniu Ylith.

- Jak się tego domyśliłeś? - zapytał Westfall.

- Drugie widzenie jest jednym z moich boskich atrybutów - odparł Hermes. - Jeżeli mnie 

uwolnisz, nauczę cię tego.

- Nieważne. Pragnę, żebyś sprowadził tę damę - Ylith, jak mówisz? Żądam, żebyś ją tu 

przywiódł.

-   Wątpię,   żeby   chciała   przyjść   -   rzekł   Trismegistos,   z   zainteresowaniem   mierząc 

background image

Westfalla wzrokiem. To był obrót sprawy, jakiego nie przewidział.

- Nie dbam o to, czy ona tego chce czy nie - rzekł Westfall. - Jej widok zapadł mi w 

pamięć. Chcę ją mieć.

- Już widzę, jak Ylith się ucieszy - mruknął Hermes na stronie.

Wiedział, że anielica ma bardzo silną osobowość. Walczyła o równouprawnienie kobiet w 

kosmosie, zanim jeszcze ten pomysł zrodził się na Ziemi.

- Będzie się musiała do mnie przyzwyczaić – stwierdził Westfall. - Mam zamiar posiąść 

ją na wszelkie sposoby, na jakie mężczyzna może posiadać dziewicę.

- Nie mogę jej do tego zmusić - powiedział Hermes. - Istnieje granica moich mocy. Nie 

potrafię wywierać wpływu na kobiecą psychikę.

- Nie musisz na nic mieć jej zgody - odparł Westfall. - Sam się tym zajmę. Ty masz po 

prostu oddać ją pod moją władzę.

Trismegistos pomyślał chwilę, a potem powiedział:

-   Westfall,   muszę   być   z   tobą   szczery.   Zawiadywanie   magią   przerosło   twój   zdrowy 

rozsądek. Ta rzecz z Ylith nie jest dobrym pomysłem. Wdepnąłeś w coś, w pobliżu czego nie 

chciałbyś się tak naprawdę znaleźć.

- Cicho bądź! I rób, co każę! - Oczy handlarza zbożem były wielkie i błyszczące.

- Na twoją odpowiedzialność - rzekł Hermes i zaklęciem wyprawił się stamtąd, zdumiony 

niezawodnością sposobów, jaki mi ludzie pakują się w kłopoty.

Jednocześnie zaczął mu w głowie świtać plan, który mógłby przynieść korzyść jemu, a 

także   pozostałym   Olimpijczykom,   trzymanym   pod   kluczem   w   nierealnym   świecie,   zwanym 

Poświatą. Najpierw jednak musiał się zabrać do stręczenia Westfallowi Ylith, a to mogło się 

okazać piekielnie trudnym zadaniem.

background image

ROZDZIAŁ 6

Hermes przeniósł się do jednego ze swoich najbardziej ulubionych miejsc - poświęconej 

przez kilka tysięcy lat jego czci starej świątyni na egejskiej wyspie Delos. Tutaj usiadł i, patrząc 

na morze w kolorze ciemnego wina, rozważył swoją sytuację.

Chociaż   był   jednym   z   dwunastu   pierwszych   Olimpijczyków,   nie   podzielił   losu 

pozostałych   bogów,   kiedy   krótko   po   śmierci   Aleksandra   Wielkiego   oraz   narodzinach 

przesądnego racjonalizmu w Bizancjum zawalił się cały grecki świat. Reszta bogów nie potrafiła 

dostosować się do nowego porządku, powstałego w czasach helleńskich, i kiedy pojawiła się 

kolejna   religia,   nie   mieli   w   starciu   z   nią   żadnych   szans.   Wszyscy   wyznawcy   opuścili   ich; 

ogłoszono, iż starzy bogowie nie istnieją; po czym zmuszono ich, by wiedli egzystencję cieni w 

rzeczywistości zwanej Poświatą. Było to ponure miejsce, prawie takie samo, jak grecki antyczny 

podziemny świat. Hermes czuł zadowolenie płynące z faktu, że nie musiał tam mieszkać.

Trismegistos wyrwał się ze świata antycznych Greków dzięki swym związkom z magią. 

Od   najwcześniejszych   czasów   był   aktywny   w   czarodziejskich   sztukach,   a   rozkwit   większej 

części tej wiedzy uznawany był za wynik jego inspiracji. Corpus Hermeticum, przypisywany 

między innymi Korneliuszowi Agryppie, stał się duszą renesansowej magii, której Hermes był 

przewodnim bóstwem. Wykazał także udowodnioną użyteczność dla rodzaju ludzkiego w innych 

sprawach: okazał się pożyteczny przy lokalizowaniu różnych przedmiotów, a także - za sprawą 

kaduceusza, który często nosił, prezentu z jego egipskich czasów, gdy występował jako Toth - 

długo związany był z medycyną. Postrzegano go jako przyjacielskie bóstwo, bardziej przystępne 

od innych. Przez lata, podczas których uczestniczył  w dysputach z wieloma magami spośród 

ludzi, zaskarbił sobie ich poważanie i należny respekt. Pierwszy raz zdarzyło mu się, by ktoś 

zaklął go siłą, zmuszając do posłuszeństwa, czy tego chciał czy nie. Nie podobało mu się to. 

Problem polegał na tym, że nie miał pojęcia, co powinien z tym zrobić.

Dumał nad tym, siedząc pod wielkim dębem i spoglądając na morze, kiedy usłyszał cichy, 

szepczący głos. Nastawił uszu. Głos zwracał się do niego.

- Coś zdaje się martwić cię, mój chłopcze.

- Zeusie, to ty? - spytał Hermes.

- Tak - przyznał Gromowładny - ale wyłącznie w postaci duchowej esencji. Prawdziwy, 

„ja” znajduję się w Poświacie, gdzie cała reszta nas przebywa na wygnaniu. Z wyjątkiem ciebie, 

rzecz jasna.

background image

- To nie moja wina, że wyciągnęli mnie stamtąd jako Hermesa Trismegistosa.

- Nikt cię nie potępia, synu. Stwierdzam tylko fakt.

- Nie rozumiem, jak w ogóle możesz tu przebywać? - powiedział Hermes. - Nawet jako 

duchowa esencja.

- Mam specjalną dyspensę. Mogę się objawiać wszędzie tam, gdzie rosną dęby; co nie jest 

złe, zważywszy na moją obecną sytuację oraz bogate występowanie tych drzew w przyrodzie. 

Wydaje   mi   się,   że   coś   cię   martwi.   Co   to   takiego,   Hermesie?   Możesz   powiedzieć   swojemu 

staremu ojcu.

Hermes   zawahał   się.   Nie   ufał   Zeusowi.   Nikt   z   Olimpijczyków   mu   nie   ufał.   Dobrze 

pamiętali, jak postąpił ze swoim ojcem, Kronosem. Wiedzieli, iż Zeus obawiał się, by nie spotkał 

go   ten   sam   los,  w   związku   z  czym   wszyscy   starali   się   upewnić   go,   że   nikt   z  nich   nie   ma 

odpowiedniej pozycji, by tego dokonać. Nawet najdrobniejsza myśl o tym czyniła go drażliwym; 

i jeśli był perfidny i niestały, to dlatego właśnie, iż sądził, że jest to najlepszy sposób na ocalenie 

swego   przyrodzenia.   Hermes   wiedział   to   wszystko,   ale   był   także   przekonany,   że   Zeus   jest 

odpowiednią osobą do rozmowy o tym, co się stało.

- Ojcze, pewien śmiertelnik ma nade mną władzę.

- Doprawdy? Jak to się mogło stać?

- Pamiętasz te pieczęcie, którymi król Salomon związał różnych facetów? Nie wszystkie 

jeszcze wyszły z obiegu.

I Hermes opowiedział Gromowładnemu całą historię, dodając na koniec:

- I co mam zrobić?

Zeus zaszeleścił swymi liśćmi i rzekł:

- Ten człowiek całkiem zgrabnie trzyma cię w garści. Graj z nim dalej, ale patrz uważnie, 

co się dzieje, i kiedy zdarzy się cokolwiek takiego, co mógłbyś wykorzystać, musisz zadziałać - 

w sposób pewny i natychmiastowy.

- Wszystko to wiem - stwierdził Hermes. - Dlaczego mówisz mi tak oczywiste rzeczy?

- Ponieważ znam twoje skrupuły, mój synu. Przebywasz pośród tych nowych ludzi i ich 

skomplikowanych idei na temat starych bogów. Zostałeś oszukany przez ich wielkie gadanie. 

Myślisz, że to wszystko jest bardzo głębokie, te ich magiczne głupstwa. No cóż, pozwól sobie 

powiedzieć, i to jest cała kwestia władzy, że magia oraz moc są w dziewięciu dziesiątych sprawą 

oszustwa.

background image

- Już dobrze, wystarczy - powiedział Trismegistos. – Ale jak mam się zabrać do porwania 

tej wiedźmy dla Westfalla?

-   To   najłatwiejszy   ze   stojących   przed   tobą   problemów.   Udaj   się   do   swojej   siostry, 

Afrodyty,  i poproś ją, by pozwoliła ci skorzystać z puszki Pandory. Ostatnio używa jej jako 

szkatułki na swoje klejnoty. To będzie pierwszorzędna pułapka na duchy.

- Oczywiście! Łapka na duchy! Co mam z nią zrobić?

- To ty jesteś wielkim magiem. Sam wymyśl!

Jakiś   czas   później   Hermes,   przebrany  za   ekscentrycznego   dżentelmena,   zjawił   się  na 

cmentarzu w Yorku. Pod pachą niósł paczkę, starannie zawiniętą w brązowy papier i obwiązaną 

szpagatem. Podszedł do Ylith i powiedział zmienionym głosem:

- Panna Ylith? Mój przyjaciel prosił mnie, abym to pani oddał.

- Azzie zostawił dla mnie prezent? - spytała anielica. - To miło z jego strony.

Nie myśląc o tym, co robi, rozerwała opakowanie i otworzyła skrzynkę. W jej wieczku 

znajdowało się lustro; skrzące się, zamglone, wielokolorowe zwierciadło w rodzaju tych, jakie 

pamiętała z babilońskich i egipskich czasów; magiczne lustro, lep na dusze, niech to szlag! Ktoś 

zastosował wobec niej tę starą sztuczkę. Szybko odwróciła wzrok, ale było już za późno: jej 

dusza, ulatując w tym momencie z ust niczym drobny, przezroczysty motyl, została złapana przez 

lustro i wciągnięta; w tej samej chwili ciało Ylith upadło jak nieżywe. Hermes pochwycił ją i 

delikatnie ułożył  na ziemi. Potem zdecydowanym ruchem zamknął pokrywkę pudełka. Kiedy 

obwiązał już bezpiecznie puszkę Pandory tkanym, złotym sznurem, dał parę monet robotnikom, 

którzy mieli właśnie przerwę śniadaniową, by podnieśli ciało i przetransportowali je przez miasto 

do izby Westfalla.

- Tylko ostrożnie! Nie uszkodźcie go!

Robotnicy   wydawali   się   nieco   zakłopotani   i   nie   do   końca   przekonani,   czy   słusznie 

postępują, aż Hermes wyjawił im, że jest lekarzem, który mógłby ożywić tę nieszczęśliwą damę, 

prawdopodobnie ofiarę szoku doznanego w wyniku zgubnych, zodiakalnych wpływów. Słysząc 

to   wiarygodne   i   naukowe   wyjaśnienie,   żaden   z   nich   nie   dociekał   niczego   więcej.   W   końcu 

spełniali tylko polecenia pana doktora.

background image

ROZDZIAŁ 7

Westfall zastanawiał się, co tak długo zatrzymuje Hermesa, ale uznał, że być może nie 

jest łatwo zabrać tak po prostu tę kobietę z jej świata. Dziwił się samemu sobie; to nie był jego 

zwykły   sposób   załatwiania   spraw.   Czy   istoty   nadprzyrodzone   wpływają   jakoś   na   niego   i 

wskazują   mu   subtelnymi   środkami,   że   powinien   o   nią   poprosić?   Nie   był   pewny,   ale   czuł 

działanie czegoś nienormalnego; czegoś spoza praw magii, czegoś, co działało na własną rękę i 

objawiało się lub nie - zależnie od potrzeb.

Minęło   długie   popołudnie.   Westfall   znalazł   w   spiżarni   kawałek   sera   i   piętkę   chleba. 

Namoczył  ją we wczorajszej zupie, którą podgrzał na niewielkim piecyku stojącym w kącie. 

Spłukał   to   haustem   wina,   a   potem   zdrzemnął   się   w   fotelu.   W   izbie   panował   spokój   aż   do 

momentu, kiedy jego uszu dobiegł rozdzierający dźwięk. Krzycząc, skoczył na równe nogi.

- Przyprowadziłeś kobietę?

- Wykonałem swoją część - odparł Hermes.

Pomachał ręką, by rozwiać chmurę dymu towarzyszącą jego przybyciu. Ubrany był jak 

poprzednio, ale tym razem trzymał pod pachą małą, bogato zdobioną, drewnianą szkatułkę.

- Masz ją tam? - zapytał Westfall.

Właśnie wtedy rozległ się odgłos ciężkiego stąpania na schodach, a stłumiony głos z 

zewnątrz zawołał:

- Czy ktoś mógłby otworzyć drzwi?

Westfall   podszedł   i   otworzył   je.   Do   środka   weszło   dwóch   ogromnych   robotników, 

taszczących ze sobą ciało pięknej, młodej kobiety, nieprzytomnej i bladej jak śmierć.

- Gdzie ją położyć? - zapytał ten trzymający ramiona i głowę.

- Tutaj, na posłaniu. Delikatnie!

Hermes zapłacił tragarzom i odprowadził ich do drzwi. Potem zwrócił się do Westfalla:

- Oddałem ją pod twoją władzę. Masz teraz jej ciało. Ale radzę ci: bez jej zgody niczego z 

nim nie próbuj.

- Gdzie ona jest? - chciał wiedzieć Westfall. - Mam na myśli jej świadomość.

- Dusza, chciałeś powiedzieć - rzekł Hermes. – Znajduje się w tym pudełku.

Położył szkatułkę na stole Westfalla.

- Otwórz to, jeśli sobie życzysz, a jej dusza wyfrunie i ożywi ciało. Ale uważaj - ta dama 

jest   bardziej   wściekła,   niż   ci   się   zdaje.   Wcale   nie   przyjęła   z   radością   faktu,   że   została 

background image

zaczarowana, kiedy miała ochotę robić coś zupełnie innego.

- Naprawdę jest w tej skrzynce? - zapytał Westfall. Podniósł małe, brązowe, inkrustowane 

srebrem pudełko i potrząsnął nim. Z wnętrza usłyszał pisk i zduszone przekleństwo.

- Masz, czego chciałeś - powiedział Hermes.

- Ale co mam teraz zrobić?

- To twój kłopot.

Westfall podniósł szkatułkę i chwilę poruszał nią delikatnie.

- Panno Ylith? Jest pani tam? - zapytał.

- Jeszcze jak, ty świński pomiocie! - odparła Ylith. - Otwórz wieko, żebym mogła wyjść i 

zająć się tobą!

Westfall pobladł i przyciskając mocno obiema rękami wieczko do skrzynki, popatrzył na 

Hermesa.

- O mój Boże! - powiedział tylko.

Trismegistos wzruszył ramionami.

- Jest wściekła.

- Mnie to mówisz? - spytał Hermes.

- Co mam z nią począć?

- Chciałeś ją mieć - zauważył bożek. - Sądziłem, że przemyślałeś to sobie.

- No, wiesz, niedokładnie...

Radzę ci, żebyś  spróbował dojść z nią do jakiegoś porozumienia. Będziesz musiał to 

zrobić.

- Może po prostu odłożę tę szkatułę na chwilę na bok? - zaproponował Westfall.

- To byłby błąd.

- Dlaczego?

- Jeżeli puszka Pandory nie jest cały czas obserwowana, to to, co jest w środku, może się 

z niej wydostać.

- To nie w porządku!

- Cały czas wykonuję twoje polecenia, Westfall. Powinieneś wiedzieć, że takie rzeczy 

zawsze kryją w sobie jakiś podstęp. Życzę szczęścia.

Hermes zaczął wykonywać gesty zaklęcia, by wydostać się z Westfallowej izby.

background image

- Pamiętaj - ostrzegł go handlarz.-Nadal mam talizman. Mogę cię wezwać, kiedy tylko 

zechcę!

- Nie radzę ci próbować - odrzekł Hermes i zniknął. 

Westfall poczekał, aż rozwieją się chmury dymu, a potem zwrócił się do szkatułki:

- Panno Ylith?

- O co chodzi?

- Czy moglibyśmy porozmawiać? Pani i ja?

- Otwórz skrzynkę i wypuść mnie. Wtedy pogadamy!

Słysząc wściekłość brzmiącą w jej głosie, Westfall wzdrygnął

się.

- Może powinniśmy chwilę odczekać - powiedział. - Muszę to przemyśleć.

Ignorując jej przekleństwa, poszedł na drugi koniec izby i usadowił się wygodnie, by 

dobrze przemyśleć sprawę, ale nie spuszczał oczu ze skrzynki.

Westfall   trzymał   puszkę   Pandory   na   nocnym   stoliku.   Spał   nerwowo,   budząc   się   co 

chwilę, by sprawdzić, czy Ylith nadal tam tkwi; stawał się niespokojny, że mogłaby się wydostać 

na wolność. Śniło mu się, że niemal uciekła z pudełka, lub że otwarło się ono w nocy. Czasem 

budził się z krzykiem.

- Posłuchaj, panienko. Co byś powiedziała na to, żebyśmy zapomnieli o tym wszystkim? 

Wypuszczę cię, a ty zostawisz mnie w spokoju. W porządku?

- Nie - odparła Ylith.

- Dlaczego? Czego chcesz?

- Zadośćuczynienia - powiedziała Ylith. - Nie możesz oczekiwać, Westfall, że ci to ujdzie 

na sucho.

- Co mi zrobisz, jeśli cię wypuszczę?

- Z ręką na sercu - nie wiem jeszcze.

- Ale nie zabijesz mnie, prawda?

- Mogłabym. Właściwie mogłabym.

To był prawdziwy klincz.

background image

ROZDZIAŁ 8

Pietro Aretino był nieco zdumiony pewnego dnia 1524 roku, widząc na progu swego 

domu w Wenecji rudowłosego demona. Ale nie za bardzo zdziwiony. Aretino stawiał sobie za 

punkt honoru nigdy i z żadnego powodu nie tracić kontenansu.

Był wielkim mężczyzną, a jego rude włosy odsłaniały wysokie czoło. W tym miesiącu 

skończył   trzydzieści   dwa   lata   i   całe   swoje   dorosłe   życie   spędził   jako   poeta   i   autor   sztuk 

teatralnych. Jego strofy łączyły w sobie największą wulgarność z najznakomitszym wyczuciem 

rymu i recytowano oraz wyśpiewywano je jak Europa długa i szeroka. Dzięki prezentom, które 

królowie, szlachta oraz prałaci wmuszali w niego, by go skłonić do zaniechania ataków na nich 

oraz ich wykpiwania, był w stanie żyć na bardzo wysokiej stopie.

„Zechciej, proszę, przyjąć tę złotą tacę, drogi Aretino, i bądź tak miły wyłączyć moją 

osobę ze swojej ostatniej pieśni.”

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, poeta spodziewał się właśnie czegoś podobnego. 

Otworzył   je   osobiście,   ponieważ   tego   dnia   jego   służący   miał   wychodne.   Jedno   spojrzenie 

wystarczyło mu, by stwierdzić, że stojący przed nim facet nie jest posłańcem z tego świata. Nie, 

ta jasnooka persona o lisiej twarzy miała postawę jednej z owych nadprzyrodzonych istot, o 

których Aretino często słyszał, ale aż do tej pory nigdy nie spotkał osobiście.

-   Dobry   wieczór   panu   -   powiedział   zatem   poeta   pełnym   uszanowania   tonem,   jaki 

przybrał, odkąd był świadom, komu mógłby uchybić. - Ma pan do mnie jakąś sprawę? Chyba nie 

poznaliśmy się jeszcze?

- Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej - przyznał Azzie - chociaż wydaje mi się, iż dzięki 

soczystej przenikliwości jego strof, w których zdrowy moralny wydźwięk nie leży nigdy daleko 

od śmiechu, znam dobrze boskiego Aretina.

- Miło z pańskiej strony, że pan to mówi, sir - odparł poeta. - Wielu utrzymuje jednak, że 

w mych wierszach nie ma żadnej moralnej treści.

-   Kłamią   -   stwierdził   Azzie   krótko.   -   Tak   precyzyjne   wykpiwanie   pretensjonalnych 

ambicji  rodzaju ludzkiego,  jak ty to robisz, drogi mistrzu,  stanowi ukazywanie  zalet,  wobec 

których duchowni nie pozostają obojętni.

- Śmiałe są twoje słowa, panie, i z pożytkiem dla tych czynów, które ludzie uważają za 

złe.

- Nadal ludzkość popełnia siedem grzechów głównych z ochotą, której nie okazuje w 

background image

swych   szlachetnych   poszukiwaniach   dobra.   Nawet   lenistwo   jest   milej   widziane   niźli 

uczestniczenie w gonitwie pobożności.

- Panie - powiedział Aretino - pański punkt widzenia jest również i moim. Ale nie stójmy 

na progu, plotkując niczym dwie stare baby. Wejdź do mego domu i pozwól nalać sobie kielich 

wina, które dopiero co przywieziono mi z Toskanii.

Poeta   poprowadził   Azziego   do   wnętrza   domostwa.   Jego   dom,   a   raczej   pałac,   był 

niewielki,   ale   zbytkownie   urządzony.   Podłogi   pokrywały   grube   dywany,   przysłane   osobiście 

przez   dożę;   wysokie,   woskowe,   stożkowe   świece   płonęły   w   brązowym   kandelabrze,   a   ich 

płomienie kładły smugi światła na kremowe ściany.

Aretino powiódł gościa do nisko sklepionego pokoju, udekorowanego kobiercami oraz 

wiszącymi na ścianach draperiami. Kosz z węglem drzewnym przeganiał mroźny chłód, który 

nadal wisiał w powietrzu. Poeta wskazał gestem Azziemu, by ten rozgościł się wygodnie, i z 

kryształowej   karafki   stojącej   na   małym,   inkrustowanym   stoliku   napełnił   mu   kieliszek 

błyszczącym, czerwonym winem.

- A zatem, panie - odezwał się Aretino, kiedy już wznieśli wzajemny toast za swoje 

zdrowie - wyznaj, czym mogę ci służyć?

- Powiedz raczej - odparł Azzie - że to moim życzeniem byłoby usłużyć tobie, gdyż jesteś 

europejskiej sławy wybitnym poetą oraz satyrykiem, ja zaś jedynie prostym mecenasem sztuk, 

który życzyłby sobie sfinansować jakieś artystyczne przedsięwzięcie.

- Co dokładnie masz na myśli, sir? - zapytał Aretino.

- Chciałbym wyprodukować sztukę sceniczną.

-   Cóż   za   wspaniały   pomysł!   -   zakrzyknął   poeta   –   Mam   kilka,   które   bardzo   dobrze 

mogłyby służyć twoim celom. Pozwól, że przyniosę te rękopisy.

Azzie podniósł dłoń.

-   Chociaż   nie   mam   najmniejszych   wątpliwości   co   do   nadzwyczajnej   doskonałości 

wszystkiego, cokolwiek napisałeś, mój drogi Aretino, coś już istniejącego nie będzie spełniać 

moich oczekiwań. Chciałbym zainwestować w całkiem nowy tekst, który mógłbym użyć w mojej 

szczególnej koncepcji.

- Oczywiście - przytaknął poeta, gdyż doskonale znał usposobienie ludzi, którzy chcieli 

promować sztukę, przychodząc z gotową już koncepcją, całą zaś nudną robotę pozostawiając 

komu innemu. - A jaki temat proponujesz, mój panie?

background image

- Pragnąłbym,  żeby moje przedstawienie podnosiło pewne proste, codzienne prawdy - 

stwierdził  Azzie.  - Mają to być  zdarzenia  z życia,  których  ludzie  doświadczali  przez  wieki, 

chociaż   nie   są   uznawane   przez   naszych   dramatopisarzy.   Autorzy   ci,   do   których   nawiązuję, 

podążając niewolniczo za Arystotelesem, upierają się przy udowadnianiu banałów: że zapłatą za 

grzech jest śmierć, że żarłok kończy w rynsztoku, że lubieżnicy skazani są na rozczarowanie, a 

ci, co kochają powierzchownie, nie zaznają nigdy prawdziwej miłości.

- To zwyczajowo przyjęte tezy moralne - zauważył Aretino. - Pragniesz im zaprzeczyć?

- W rzeczy samej, chcę - przyznał Azzie. - Nawet jeżeli stanowią one istotny składnik 

powszechnej ludowej mądrości, niektórzy z nas wiedzą, że sprawy nie zawsze idą tym torem. 

Moja   sztuka   winna   udowodnić   tezę   przeciwną   do   tego,   co   jest   ogólnie   utrzymywane   przez 

mamroczących   dobrodziejów.   W   moim   przedstawieniu   siedem   grzechów   głównych   ma   być 

ukazane jako prawdziwa droga do wygodnego życia - a w żadnym wypadku jako przeszkoda na 

drodze do niego. Krótko mówiąc, mój drogi Aretino, pragnę wystawić niemoralną sztukę!

-   Cóż   za   szlachetny   pomysł!   -   zakrzyknął   poeta.   -   Och,   przyklaskuję,   panie,   twemu 

wielkiemu zamiarowi, by samotnie spróbować przeciwstawić się wiekom kłamliwej propagandy, 

za pomocą której ludzie starali się przekonać do konwencjonalnych prawd, bez względu na to, 

jak byli im przeciwni. Ale pozwól sobie zwrócić uwagę, sir, że trudne będzie wystawienie takiej 

sztuki bez ściągnięcia na nasze głowy pełnego hipokryzji gniewu Kościoła i Państwa. Poza tym, 

gdzie znajdziemy obsadę? Czy też scenę, do której Kościół nie rościłby sobie prawa?

- W przedstawieniu, które zaplanowałem - odparł Azzie - nie zamierzam rozważać takich 

formalnych   kwestii   jak   aktorzy,   scena   czy   widownia.   Sztuka   winna   rozwijać   się   w   sposób 

naturalny; my damy postaciom jedynie ogólne pojęcie o sytuacji i pozwolimy im samym tworzyć 

fabułę na własną rękę, w nie zaplanowany wcześniej sposób.

- Jak zatem możesz oczekiwać, że twoja sztuka doprowadzi do spodziewanego morału, 

skoro nie dasz ścisłych wskazówek prowadzących do niego?

-   Mam   na   to   kilka   pomysłów   -   rzekł   demon   -   którymi   podzielę   się   z   tobą,   kiedy 

dojdziemy już do porozumienia w kwestii całego projektu. Pozwól mi po prostu powiedzieć, że 

mechanizm   skutkowo-przyczynowy   tego   świata   jest   czymś,   czym   potrafię   manipulować   z 

dobrym wynikiem, by uzyskać pożądany efekt.

-  Będzie  to  wymagało   zaangażowania   do sprawy istot   nadprzyrodzonych  -  stwierdził 

poeta.

background image

- Słuchaj mnie uważnie - powiedział Azzie.

-   Zamieniam   się   w   słuch   -   odparł   Aretino,   jakoś   niemile   uderzony   nagłym, 

komenderującym tonem, pobrzmiewającym w głosie jego rozmówcy.

-   Nazywam   się   Azzie   Elbub   i   jestem   szlachetnie   urodzonym   demonem-rzekł   gość, 

czyniąc niedbały gest ręką, z której końca wystrzeliły niebieskie iskry świetlnych płomieni.

Poeta otworzył szeroko oczy.

- Czarna magia!

- Pozwoliłem sobie na ten teatralny efekt z piekła rodem - ciągnął Azzie - żebyś od razu 

się zorientował, z kim masz do czynienia.

Ściągając razem palce, Azzie wyczarował olbrzymi szmaragd; a potem jeszcze jeden i 

jeszcze. Stworzył w ten sposób sześć kamieni i ułożył je obok siebie na małym stoliku, na którym 

stało   wino.   Potem   wykonał   nad   nimi   gest;   szmaragdy   zadrżały,   po   czym   stopiły   się   w 

pojedynczy, ogromny kamień - największy szmaragd, jaki kiedykolwiek widział ten świat.

- Zdumiewające! - szepnął Aretino.

- Za chwilę musi wrócić do swej pierwotnej postaci - stwierdził Azzie - ale widok jest 

całkiem przyjemny, czyż nie?

- Zdumiewający! - powtórzył poeta. - Czy można się tego nauczyć?

- Tylko będąc demonem - odparł Azzie. - Ale jest mnóstwo innych rzeczy, które mogę dla 

ciebie zrobić, Aretino. Przystąp ze mną do tego przedsięwzięcia, a nie tylko zapłata przejdzie 

twoje   najśmielsze   oczekiwania,   ale   twa,   już   teraz   wielka,   sława   wzrośnie   dziesięciokrotnie; 

ponieważ staniesz się autorem sztuki, która stworzy nową moralność na Ziemi. Przy niewielkiej 

dozie szczęścia okaże się to zapowiedzią początku wieku takiej szczerości, jakiej ten stary, pełen 

hipokryzji glob jeszcze nie widział.

Podczas tej przemowy oczy Azziego rzucały błyski - nie należał do tych, którzy skąpią 

efektów, kiedy chcą  przekonać  kogoś do swych  racji. Aretino  cofnął się, widząc ten pokaz, 

potknął   się   o   nogę   stołka   i   byłby   runął,   gdyby   Azzie   nie   wyciągnął   długiego,   szczupłego 

ramienia, porośniętego miłym, rudym futrem, i nie przywrócił zdumionego poety do równowagi.

- Nie potrafię wypowiedzieć, jak mi to pochlebia - stwierdził Aretino - że zechciałeś 

właśnie do mnie zwrócić się w sprawie tej doskonałej idei. Zgadzam się w całej pełni z twoimi 

życzeniami, drogi lordzie Azzie, ale sprawa nie jest całkiem prosta. Nie chciałbym ci zaoferować 

niczego, co nie byłoby absolutnie doskonałe. Daj mi tydzień czasu, mój panie, podczas którego 

background image

mógłbym rozważyć sprawę, pomedytować i zapoznać się dokładnie z dawnymi historiami oraz 

legendami, jakie słyszałem. Podstawą twojej sztuki, jakkolwiek to będzie wystawione, musi być 

opowieść. Temu poszukiwaniu się poświęcę. Za tydzień o tej samej porze?

- Znakomicie powiedziane - stwierdził Azzie. - Cieszę się, że nie ważysz sobie lekce tej 

sprawy. Tak, masz tydzień czasu.

Mówiąc to, Azzie uczynił znak i zniknął.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ

 l

Kiedy demon opuszcza Ziemię z zamiarem udania się do Świata Ciemności, wspomagany 

jest przez siły otchłanne, postrzegane jedynie przez zmysły, jakich nie posiada większość ludzi. 

Tego wieczoru, niedługo po swej rozmowie z Aretinem, Azzie wpatrywał się w gwiaździste 

niebo. Strzelił palcami - całkiem niedawno sprokurował nowe zaklęcie i teraz właśnie nadeszła 

odpowiednia pora, by je wypróbować. Zaklęcie zaskoczyło i wyrzuciło go w powietrze; wkrótce 

Azzie przemieszczał się z impetem przez przestrzeń, a trakt jego podróży był jaśniejszy niźli 

spadająca gwiazda.

Przybierając na masie, zgodnie z prawem dotyczącym obiektów poruszających się z dużą 

szybkością, rządzącym nawet diabłami podczas ich lotu, Azzie krzyknął poprzez przezroczystą 

warstwę tworzącą powierzchnię Sfery Niebiańskiej w kosmosie. Gwiazdy, mrugając, zdawały się 

przytakiwać jego przelotowi; wiatr hulający pomiędzy oboma światami napełnił go chłodem, a 

odwieczny mróz ozdobił mu nos i brwi. Czuł okrutny ziąb na pozbawionych osłony częściach 

ciała, ale nie zwalniał. Był w swoim diabelskim żywiole; kiedy Azzie miał jakiś pomysł, nie 

można go było powstrzymać.

W związku z tak wielkim wydarzeniem, jak napisanie i wystawienie niemoralnej sztuki, 

potrzebował pieniędzy. Musiał zapłacić aktorom; mnóstwo też będą kosztować efekty specjalne - 

wszystkie  te  przypadkowe  cuda,  które  miały  się wydarzyć,  by zachęcać  jego postaci  na ich 

drodze ku niezasłużenie  dobrej fortunie. Azzie pamiętał, że nadal nie została mu  wypłacona 

nagroda w kategorii Zły Uczynek Roku, jaką otrzymał za swój udział w aferze z Faustem.

Wreszcie jego szybkość wzrosła wystarczająco, by wykonać wielki skok, nadający istocie 

impuls  do przejścia  z jednej rzeczywistości  w drugą. Momentalnie  opuścił  sferę doczesnych 

obiektów i energii, zbudowanych z atomów oraz ich cząstek elementarnych. Przeniknął przez 

niewidzialną i niewyczuwalną przegrodę, oddzielającą zwyczajne obiekty, takie jak mezony i 

tachiony, od subtelniejszych cząstek Świata Duchowego.

Znalazł się w miejscu pełnym wielkich, mglistych kształtów oraz niewyraźnych kolorów, 

gdzie ogromne i nieokreślone przedmioty pływały w atmosferze barwy miodu. Był znowu w 

domu.

Na wprost niego sterczały wielkie, groźne, czarnoniebieskie mury Piekielnego Miasta, na 

background image

wzór których wzniesiono fortyfikacje antycznego Babilonu. Czarcie warty patrolowały wysokie 

bastiony; Azzie machnął ku nim swoją przepustką i pognał do środka.

Przeszedł   przez   ciemne,   szatańskie   suburbia   i   wkrótce   znalazł   się   w   centrum 

administracyjno-handlowym,   gdzie   skupiały   się   wszelkie   urzędnicze   działania   Piekielnego 

Miasta.   Minął   oddział   robót   publicznych,   który   zupełnie   go   teraz   nie   interesował.   Zewsząd 

otaczały go wielkie biurowce; Azzie wybrał ten po prawej stronie i już wkrótce śpieszył wzdłuż 

korytarza pełnego innych demonów oraz diabełków w uniformach gońców. Gdzieniegdzie widać 

było nieodzowne, ubrane w kimona sukkuby, które tak przyjemnymi czyniły lunche wyższych 

urzędników. Wreszcie dotarł do Księgowości.

Spodziewano się po nim, że wyląduje na końcu długiego ogonka petentów, niecierpliwie 

oczekujących, by ktoś zechciał przychylić ucha do ich spraw. Była to banda kiepsko odzianych i 

wyświechtanych osobników. Tymczasem, błyskając obramowaną złotem przepustką, którą dostał 

od Asmodeusza, kiedy ponownie znalazł się w łaskach u tego wysokiego rangą diabła, Azzie 

powędrował obok nich na czoło kolejki.

Urzędnik   w   dziale   przeterminowanych   płatności   był   szkaradnym   diablo-goblinem   o 

długim nosie i okrutnie cuchnącym oddechu - nawet jak na piekielne standardy. Skłonny, jak i 

reszta jego kumpli, robić najmniej jak to tylko możliwe, co oszczędzało ich własną energię oraz 

piekielne   pieniądze,   poskarżył   się,   że   Azzie   niepoprawnie   wypełnił   swoje   formularze   i   pod 

żadnym   pozorem   nie   chciał   ich   przyjąć.   Azzie   pokazał   mu   „Zrzeczenie   się   poprawności”, 

podpisane przez samego Belzebuba. Znaczyło ono, że żadna zawada w papierkowej robocie nie 

może hamować czy opóźniać wypłaty pieniędzy winnych rzeczonemu demonowi. Diablo-goblin 

poczuł się tym niemile dotknięty, ale wynalazł ostatnią wymówkę.

- To przekracza moje uprawnienia. Jestem tylko małym, wstrętnym, diablo-goblińskim 

urzędasem. Powinieneś pójść wzdłuż korytarza, wejść w pierwsze drzwi po prawej, potem po 

schodach...

Azzie   nie   zamierzał   robić   żadnej   z   tych   rzeczy.   Wyjął   kolejny   formularz,   „Urgens 

natychmiastowego   działania”.   Stanowił   on,   iż   przy   zapłacie   należności   nie   będą   tolerowane 

żadne wymówki, a jakiekolwiek uchylanie się ze strony odpowiedzialnego urzędnika spowoduje, 

że   spotka   go   grzywna   pieniężna   -   to   znaczy,   zaległa   kwota   zostanie   potrącona   z   jego 

wynagrodzenia. Stanowiło to najbardziej drastyczną formę działania każdego, kto w Piekielnym 

Mieście   chciał  cokolwiek   odebrać,  i  Azzie  skradł  ów  formularz   w  specjalnym   biurze,  gdzie 

background image

wręczano je tylko nielicznym wybrańcom.

Wywołany przezeń efekt polegał na tym, że diablo-goblin stał się bezpośredni i uprzejmy.

- To w końcu nie z mojej kieszeni - pośpieszył  z zapew nieniem. - Gdzież mam ten 

stempel?

Przetrząsnął   biurko,   znalazł   pieczęć   i   ognistymi   literami   podstemplował   nią   papiery 

Azziego: PILNE! WYPŁACIĆ NATYCHMIAST!

-   Teraz   zanieś   je   do   okienka   kasowego   w   hallu.   A   potem   idź   sobie   łaskawie   precz. 

Całkowicie zepsułeś mi dzień.

Azzie zastosował się do polecenia. Na wypadek, gdyby napotkał jeszcze jakiekolwiek 

kłopoty, ślubował sobie wrócić z kilkoma wstrętnymi sztuczkami w zanadrzu, ale urzędnik w 

kasie,   widząc   napis   WYPŁACIĆ   NATYCHMIAST!,   postawił   na   dokumencie   parafkę   i 

bezzwłocznie wręczył mu kilka worków złotych monet - czyli pełną kwotę, jaka należała się 

Azziemu.

background image

ROZDZIAŁ 2

Azziego nie było w Wenecji sześć ziemskich dni. Nastała łagodna, przepiękna pogoda, a 

zieleń w małych parkach wybuchnęła wspaniałością białych oraz żółtych kwiatów, grzejących się 

w   ciepłym   słońcu.   Korzystając   ze   sprzyjającej   aury,   po   mieście   paradowały   Wenecjanki, 

szczebiocząc z towarzyszącymi im mężczyznami o przygodach szlachciców oraz dam. Odpływ 

odsłaniał śmieci i gruzy wyrzucone przez mieszkańców Wenecji do morza, a porywisty wiatr 

rozsnuwał fetor wyziewów, czyniących z miasta ulubione miejsce wylęgania się europejskich 

pomorów. Tak czy inaczej, był to dobry czas, by pozostawać żywym.

Azzie zamierzał zajrzeć do arsenału najsłynniejszych doków okrętowych w Europie, ale 

zanim skręcił  w  prowadzącą  do nich, wybrukowaną  kocimi  łbami,  wąską  uliczkę,  wpadł na 

wielkiego,   niebieskookiego   faceta,   który   zaledwie   rzuciwszy   nań   spojrzeniem,   serdecznie 

grzmotnął go w plecy.

- Azzie! Nie do wiary! To ty?! - wykrzykiwał napotkany.

Był   to   anioł   Babriel,   stary   znajomy   z   dawnych   czasów.   Chociaż   w   wielkiej   bitwie 

rozgrywanej pomiędzy Światłością oraz Ciemnością służyli po przeciwnych stronach barykady, 

zostali przyjaciółmi - lub jeśli nawet niedokładnie przyjaciółmi, to na pewno czymś więcej niż 

tylko znajomymi - wznosząc się ponad bieg dzielących ich zdarzeń. Łączyło ich jeszcze coś - 

miłość,   którą   obaj   zanudzali   piękną,   czarnowłosą   wiedźmę   Ylith.   Azzie   pomyślał   teraz,   iż 

Babriel, który pracował dla archanioła Michała, mógł znaleźć się w Wenecji po to, by mieć na 

niego   baczenie;   mógł   nawet   podejrzewać   go   -   pamiętając   poprzednie   nieprawdopodobne 

niebiańskie sztuczki - o snucie intrygi, jaką Azzie próbował uknuć.

Kiedy   już   Babriel   wyraził   swoje   zdziwienie   z   ich   spotkania   w   Wenecji,   demon 

powiedział:

Wziąłem   sobie   nieco   wolnego   od   moich   obowiązków   w   Piekle,   by   nacieszyć   się 

widokami tego miasta, które dla obecnego pokolenia ludzi jest z pewnością ziemskim rajem.

- To cudownie znowu cię spotkać - rzekł Babriel - ale muszę dołączyć do pozostałych. 

Anioł   Izrafel   przybywa   w   porze   nieszporów,   by   po   weekendowym   wypadzie   zabrać   nas 

wszystkich z powrotem do Nieba.

- Życzę miłej podróży - pożegnał go Azzie.

I poszli każdy w swoją stronę. Demon nie podejrzewał, że Babriel go szpiegował, chociaż 

dziwił się, że ten niebieskooki anioł znalazł się w Wenecji dokładnie w tym samym czasie, co i 

background image

on.

background image

ROZDZIAŁ 3

Babriel   cieszył   się zawsze,  kiedy wracał  do  Nieba,  które  ze  swymi   rzędami  małych, 

białych   domków   pośród   soczystych,   zielonych   trawników   oraz   ze   wspaniałymi,   starymi 

drzewami   i   ogólną   atmosferą   pretensjonalnego   Dobra,   stanowiło   bardzo   miłe   miejsce. 

Oczywiście, nie całe Niebiosa wyglądały w ten sposób, ale Zachodnie Niebo, czyli lepsza część 

Raju,   zamieszkiwana   przez   archaniołów   oraz   duchowe   wcielenia,   mające   tutaj   swoje   letnie 

mieszkania. Duchowe wcielenia były wysokimi i atrakcyjnymi kobietami i dla anioła było wiele 

gorszych rzeczy niż ślub z jedną z nich - gdyż związek wspaniałych zalet był dopuszczalny w 

Niebie. Choć były tak urodziwe, nie wydawały się pociągające dla Babriela. Jego serce wyrywało 

się do Ylith. Być może, z powodu jej przeszłości nierządnicy Aten oraz pomocnicy nierządnicy 

Babilonu w czasach, kiedy służyła Złu, uważał, że ma nieodparty urok. Ylith zdawała się czasem 

zakochana w Babrielu - a czasami nie.

Poszedł na skróty do domu Ylith we Wschodnim Niebie, po prostu by się z nią przywitać, 

ale   nie   zastał   jej.   Odnowicielski   duszek   natury,   w   postaci   cherubina,   kosił   trawnik;   była   to 

pokuta, jaką sam sobie zadał za przeszłe nierozważne czyny. Powiedział Babrielowi, że Ylith 

wyjechała, prowadząc grupę młodych aniołów do świętych grobów na Ziemi.

- Doprawdy? - zdziwił się Babriel. - A którą epokę zwiedzają?

- Wydaje mi się, że nazywa się to Renesans - odparł duch natury.

Anioł podziękował mu i odszedł wielce zamyślony. Czy to zwykły przypadek, że Azzie 

także wizytował tę samą epokę? Babriel nie był z natury podejrzliwy, za to zadziwiająco ufny 

nawet jak na anioła; w bolesny jednak sposób przekonał się już, choć może się to wydawać 

dziwne, że nie wszyscy są tacy jak on. A już szczególnie nie Azzie, dla którego udawanie było 

drugą naturą, podobnie jak zaciemnianie wszystkiego stanowiło pierwszą; czegokolwiek miałoby 

to dotyczyć. Babriel czasem wątpił w prawowierność Ylith, niezależnie od jej entuzjazmu dla 

cnoty delikatności. Nie sądził, by mogła odwrócić się od swojego posłuszeństwa wobec Nieba, 

ale   była   w   stanie   pokusić   się   o   odszukanie   swojego   dawnego   chłopaka   albo   -   co   bardziej 

prawdopodobne - to on znalazł ją. Jeżeli tak było, dlaczego wybrali Renesans, by się w nim 

spotkać? Może był to jednak tylko zbieg okoliczności?

Babriel dumał nad takimi sprawami, wędrując wzdłuż Cienistej Alei Oliwnej, aż doszedł 

do dużego, białego domostwa na szczycie wzgórza, gdzie mieszkał Michał. Archanioł zajmował 

się pielęgnowaniem swoich róż rosnących we frontowym ogródku. Rękawy białej, lnianej szaty 

background image

miał zawinięte, by odsłonić muskularne przedramiona.

- Witaj w domu, Babrielu! - powitał go, opuszczając nożyce i wycierając z czoła słodki 

pot uczciwej pracy. - Jesteś zadowolony z pobytu w Wenecji?

- Niezmiernie, sir. Skorzystałem z okazji, by poszerzyć swoją wiedzę z zakresu sztuki. Na 

większą chwałę Boga, oczywiście.

- Oczywiście - zgodził się Michał z przyjacielskim błyskiem głęboko osadzonych oczu.

- Wpadłem tam na Azziego Elbuba, sir.

- Widziałeś starego Azziego? - spytał archanioł, głaszcząc się w zamyśleniu po policzku. 

Pamiętał doskonale demona z ich ostatniego spotkania podczas przygody z Johannem Faustem. - 

Co tam porabiał?

- Powiedział, że zrobił sobie krótkie wakacje od swych piekielnych obowiązków, chociaż 

podejrzewam, że mógł tam przybyć, by znaleźć się bliżej anielicy Ylith. Ona także jest na Ziemi.

- To możliwe - zgodził się archanioł. - Albo jest jakiś inny powód.

- Na przykład, sir?

-   Jest   wiele   możliwości   -   odparł   Michał   wymijająco.   -   Muszę   nad   tym   pomyśleć. 

Tymczasem jeśli już odpocząłeś, to mam tutaj mnóstwo korespondencji, którą trzeba się zająć.

Michał   był   bardzo   pedantyczny   w   odpowiadaniu   na   pocztę   od   swoich   fanów,   która 

nadchodziła do niego tak ze Świata Duchowego, jak i z Ziemi.

- Zaraz się do tego zabiorę - powiedział Babriel. Pośpieszył do wnętrza domu, do swego 

małego   biura,   które   znajdowało   się   w   skrzydle   dla   służby,   zwanym   teraz   skrzydłem   dla 

honorowych gości mniejszego znaczenia.

background image

CZĘŚĆ TRZECIA

ROZDZIAŁ l

Dla Ylith było szczególnie kłopotliwe, że została zamknięta w kasetce. Czegoś takiego 

nie udało się nikomu wypróbować na niej od czasów, kiedy zakochany w diablicy król Troi, 

Priam, skonstruował specjalną puszkę, za pomocą której miał nadzieję schwytać Ylith - ale nigdy 

jej nie złapał. A teraz Troja już dawno odeszła w niebyt, a Priam wraz z nią, Ylith zaś nadal była 

tutaj - przynajmniej częściowo.

„To tylko udowadnia, pomyślała, że nie warto być zbyt dumną. Tylko spójrzcie na mnie 

teraz. Siedzę w pudełku!”

Blada,   świecąca   jasność   wypełniła   kasetkę,   odsłaniając   namalowane   w   tle   pola, 

ogrodzenia i linię gór. Przy swoim uchu usłyszała miękki, męski głos.

- Ylith, co ty tutaj robisz? Wygląda na to, że wpadłaś w tarapaty. Pozwól, że ci pomogę.

Światło w szkatułce stało się jaśniejsze.

- Kto mówi? - zapytała Ylith.

- Zeus - odparł głos. - Nadal potrafię robić takie rzeczy,  nawet w swoich obecnych, 

zredukowanych warunkach. Ale nie powiedziałaś mi, jak się tu znalazłaś?

-   Jakiś   facet   mnie   porwał   i   zamknął   tutaj.   -   Ylith   spotkała   kiedyś   Ojca   Zeusa,   gdy 

uczestniczyła   w  próbach  do  roli  ducha  natury  podczas   okresu Greckiej   Odnowy  w  Rzymie; 

Gromowładny powiedział wówczas, że ją zawiadomi o wyniku, i od tej pory nie myślała o tym.

- Dlaczego nie chce cię wypuścić? - zapytał.

- Obawia się, że go zabiję. I zrobię to!

Zeus westchnął.

-   Mówisz   zupełnie   jak   Artemida,   moja   córka.   Mam   na   myśli   podobną   nieugiętość! 

Dlaczego nie spróbujesz podstępu?

- Co masz na myśli?

- Powiedz temu porywaczowi, że podoba ci się przebywanie w tym pudle.

- Nigdy w to nie uwierzy!

- Spróbuj. Porywacze są często niezbyt rozgarnięci. Powiedz mu cokolwiek. Po prostu 

żeby się uwolnić.

- Masz na myśli kłamstwo?

background image

- Oczywiście.

- To byłoby nieuczciwe!

- Później odpokutujesz. O ile pamiętam, ja tak zawsze robiłem. A dzięki temu byłabyś 

wolna.

- Ale my nie dopuszczamy się kłamstwa - powiedziała Ylith, chociaż w jej głosie nie było 

już poprzedniej pewności.

- Porozmawiaj teraz, moja droga, z tym człowiekiem i spraw, żeby spojrzał na sprawy 

twoimi oczami. Wróć do świata. Jesteś zbyt ładna, by siedzieć w tej skrzynce.

- Nieco później, kiedy przygotowała się odpowiednio i poprawiła swój makijaż, Ylith 

zawołała:

- Westfall? Jesteś tam nadal?

- Tak.

- A nie zamierzasz czasem zabrać się do jakiejś roboty albo czegoś takiego?

- Oczywiście, że tak. Ale szczerze mówiąc, obawiam się zostawić cię samą. Wciąż mi się 

zdaje, że mogłabyś się wydostać i w najlepszym razie zaczarować mnie.

-   Zaczarować   cię   mogę   tak   czy   tak   -   powiedziała   Ylith   namiętnym   głosem.   -   Czy 

naprawdę sądzisz, że jestem aż tak złośliwą wiedźmą?

-   No,   cóż   -   rzekł   Westfall   -   po   tym,   jak   mnie   oświeciłaś,   mówiąc,   co   mnie   czeka, 

postanowiłem, że lepiej będzie, jeżeli przygotuję się na najgorsze.

- Sprawiasz mi przykrość - rzekła Ylith. - Żadna kobieta nie lubi być nagle odrywana od 

tego, co właśnie robi, zamykana w skrzyni i dostarczana komuś, jakby była towarem. Wiedźmy 

są tylko ludźmi, jak wiesz, nawet najbardziej anielskie spośród nas. Chcemy być traktowane jak 

prawdziwe damy, a nie popychane z miejsca na miejsce niczym starożytne nierządnice.

- Rozumiem to teraz - stwierdził Westfall - Ale jest już za późno.

- Niekoniecznie-odparła Ylith, a jej głos ociekał miodem.

- Naprawdę? - zapytał kupiec.

- Podnieś wieczko, Westfall. Nie skrzywdzę cię. Daję ci słowo anioła. Zobaczmy, jak 

nam będzie razem.

Westfall zrobił głęboki wdech i otworzył puszkę. Wraz z dymem wylatującym z pudła 

Ylith wydostała się na zewnątrz i przyjęła swą postać wiedźmy Hekate.

background image

- Obiecałaś mnie nie skrzywdzić! - wrzasnął kupiec zbożowy.

Izby stały się nagle całkiem puste. Westfalla wyniosło w najciemniejszy róg Limbo, a 

Ylith   ruszyła   w   przestrzeń,   by   zdać   sprawozdanie   Michałowi.   Puszka   Pandory   stała   nadal 

otwarta, błyszcząc nieśmiało.

background image

ROZDZIAŁ 2

Po upływie tygodnia, dokładnie co do minuty, Azzie zjawił się przed drzwiami Aretina. 

Poeta zaprosił demona do środka i poprowadził go do pokoju na górze, gdzie mogli spocząć w 

wyściełanych  brokatem fotelach  i cieszyć  się widokiem świateł  Wenecji, odbijających  się w 

kanałach. Gospodarz podał wino, które starannie wybrał na tę okazję, a służący przyniósł na 

przekąskę trochę ciasteczek.

Miękki, niebieski zmierzch kładł się na miasto, wzmocniony stukrotnie przez atmosferę 

magii i tajemniczości. Z dołu, z łodzi, dolatywała pieśń Vivat życie gondoliera! Przez kilka chwil 

człowiek i demon słuchali jej w milczeniu.

Azzie   przeżywał   jedną   z   najlepszych   chwil   w   swoim   istnieniu.   Był   to   moment 

rozpoczęcia nowego przedsięwzięcia. Następne słowa, jakie wypowie, mogą poczynić wielkie 

zmiany w życiu wielu osób - miał właśnie poczuć swą rangę jako główny sprawca dziejów. Mógł 

powiedzieć,   że   wreszcie   stał   się   jednym   z   tych,   którzy   tworzą   historię,   a   nie   są   przez   nią 

kształtowani. Władza, własne wyniesienie - o to w tym wszystkim mniej więcej szło.

W imaginacji Azziego nowy projekt znajdował się już w realizacji. Zdawało mu się, że 

wszystko jest wykonane niemal od ręki zaraz po tym, jak zostało wymyślone. Jego wizja była 

niewyraźna, ale za to wielka.

Po dłuższej chwili przyszedł do siebie i stwierdził, że nadal nic nie zostało zrobione.

- Odczuwam pewną niecierpliwość,  mój drogi Aretino, czekając na to, co usłyszę  na 

temat rezultatu twoich dociekań. A może, po rozważeniu sprawy, doszedłeś do wniosku, iż moja 

sztuka, przekracza twoje możliwości?

- Sądzę, że jestem jedynym człowiekiem do tej roboty - rzekł poeta śmiało. - Sam jednak 

to osądzisz, kiedy opowiem ci legendę, którą chciałbym uczynić podstawą naszej farsy.

- Legenda? Wspaniale! - ucieszył się Azzie. - Uwielbiam legendy. Czy to o kimś, kogo 

znam?

- W mojej historii występują Bóg, Adam i Lucyfer.

- Wszystko starzy przyjaciele. Wal dalej, Pietro.

Aretino   oparł   się   w   fotelu,   i   pociągnąwszy   łyk   wina   dla   przepłukania   gardła,   zaczął 

opowiadać...

- Adam leżał właśnie obok strumyka w Edenie, kiedy nadszedł Bóg i powiedział:

- Co porabiasz, Adamie?

background image

- Ja? - Adam usiadł. - Właśnie siedziałem tutaj, oddają się pobożnym rozmyślaniom.

- Wiem, że prowadzisz pobożne rozmyślania - rzekł Bóg|

- Spoglądam w twą duszę na chwilę, co jakiś czas, po prostu żeby się przekonać, jak ci się 

wiedzie. To największy dar Boga w najlepszym wydaniu. Ale co robiłeś wcześniej, przed swoimi 

pobożnymi rozmyślaniami?

- Nie bardzo .pamiętam.

- Spróbuj sobie przypomnieć. Byłeś z Ewą, prawda?

- No tak, pewnie. Ale nie ma chyba w tym nic złego? Przecież jest moją żoną, jak wiesz.

- Nikt nie zamierza się w to mieszać, Adamie. Po prostu staram się ustalić pewien fakt. 

Rozmawiałeś z Ewą, tak?

- W porządku, rozmawiałem. Wspomniała o czymś, co po wiedziały jej ptaki. Wiesz, 

Boże, tak między nami mówiąc, jak na dorosłą kobietę, zbyt wiele mówi o ptakach.

- Co jeszcze robiłeś z Ewą?

- Rozmawiałem tylko o ptakach. Może o tym mówić cały czas. Powiedz mi szczerze, czy 

ona jest tutaj całkiem obecna? To znaczy, czy jest normalna? Oczywiście, nie ma tu nikogo, by z 

nią porównać, ponieważ nie spotkałem nigdy żadnej innej kobiety. Nie miałem nawet matki, 

choć się nie skarżę. Ale wciąż gadać o ptakach, to już przesada.

- Ewa wyszła mi bardzo niewinna - powiedział Stwórca. - Nie ma w tym chyba nic złego?

- Sądzę, że nie - przyznał Adam.

- Więc o co chodzi? Uraziłem cię czymś?

- Ty? Czy mogłeś zawinić wobec mnie? Nie żartuj. Jesteś przecież Bogiem, więc jak 

mógłbyś mnie obrazić?

- A co jeszcze robiłeś z Ewą oprócz tego, że z nią rozmawiałeś?

Adam potrząsnął głową.

- Szczerze mówiąc, nie chciałbyś tego wiedzieć. Chodzi mi o to: gdzie jest napisane, że 

stojąc przed swoim Bogiem, mężczyzna powinien opowiadać sprośności?

- Nie mówię o seksie - powiedział Najwyższy nieco urażony.

- Słuchaj, jeśli wiesz, co zrobiłem, a czego nie, dlaczego dręczysz mnie pytaniami?

- Po prostu staram się wyjaśnić pewną ważną sprawę - rzekł Stwórca.

Adam dodał coś tak cicho, że Bóg musiał go poprosić, by mówił głośniej.

- Powiedziałem, że nie powinieneś być na mnie zbyt zły. W końcu, to ty mnie zrobiłeś na 

background image

swoje podobieństwo, więc czego się spodziewasz?

-   Och!   Tak   na   to   patrzysz?   Uważasz,   że   wykreowanie   ciebie   na   mój   obraz   stanowi 

usprawiedliwienie dla każdego zachowania z twojej strony?

- No cóż, poza tym uważam...

- Dałem ci wszystko, wszyściuteńko: życie, inteligencję, dobrą prezencję, ładną żonę, 

wyobraźnię,   dobre   żarcie,   łagodny   klimat,   smak   literacki,   zręczność   do   wielu   sportów, 

artystyczne   uzdolnienia,   umiejętność   dodawania   i   odejmowania,   i   mnóstwo   innych   rzeczy. 

Mogłem umieścić cię na Ziemi z jednym palcem i pozwolić ci spędzić całe życie na rachowaniu 

do   jednego.   Za   miast   tego   dałem   ci   ich   dziesięć   i   możliwość   liczenia   do   nieskończoności. 

Wszystko to zrobiłem dla ciebie. A wszystko o co prosiłem, to byś korzystał ze wszelkich rzeczy, 

jakie ci dałem, a pozostawił w spokoju te, których nie chciałem, żebyś dotykał. Tak było, czy 

nie?

- Taaa... racja - mruknął Adam.

- Wszystko, co powiedziałem, sprowadzało się do tego, że zapytałem, czy widzisz jabłko 

na tamtym drzewie, które nazywa my Drzewem Życia? A ty powiedziałeś, że tak. Ja zaś rzekłem 

do ciebie: „Uczyń mi przysługę i nie jedz tego jabłka, dobrze?” A ty na to: „Pewnie, Boże, nie 

ma sprawy”. Ale wczoraj, razem z Ewą, zjedliście zakazany owoc, czy tak?

- Jabłko? - zapytał Adam zdumionym tonem.

- Wiesz doskonale, co to jest jabłko! - powiedział Stwórca. - Okrągłe, czerwone, słodko 

smakuje. Tylko że ty nie powinieneś znać jego smaku, ponieważ mówiłem ci, żebyś go nie tykał!

- Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie powinniśmy go zjeść.

- To także ci powiedziałem - odparł Bóg. - Pamiętałbyś, gdybyś tylko był łaskaw słuchać. 

To dałoby ci wiedzę o Dobru i Złu. Oto, dlaczego nie powinieneś był go zjadać.

- A co jest złego w wiedzy o Dobru i Złu? - zapytał Adam.

- Słuchaj, każdy rodzaj poznania jest cudowny - rzekł Najwyższy.-Musisz jednak posiąść 

najpierw pewną wiedzę, by móc manipulować nią. Prowadziłem ciebie i Ewę, miło i powoli, do 

punktu, w którym moglibyście zjeść z drzewa wiadomości bez obawy, że zwariujecie od tego lub 

pomyślicie, że wiecie już absolutnie wszystko. Ale ona musiała skusić cię do zjedzenia tego 

jabłka, czy tak?

- To był mój własny pomysł - przyznał się Adam. - Nie potępiaj Ewy. Wszystko, na czym 

się zna, to ptaki.

background image

- Ale poparła cię w tym? Czyż nie?

- Może. I co z tego? Dochodziły pewne pogłoski, że nie będziesz bardzo zły, jeżeli jedno 

z nas zje to jabłko.

- Gdzie to słyszałeś?

-   Nie   pamiętam   -   odparł   Adam.   -   Może   od   ptaków   albo   pszczół?   Jednak   Ewa   i   ja, 

wcześniej   czy   później,   musieliśmy   posmakować   tego   jabłka.   Prawo   konieczności 

dramaturgicznej mówi, że nie mogłeś po prostu zostawić naładowanego jabłka na obramowaniu 

kominka, żeby potem nie wystrzelić z niego. Nie możemy  już zostać na zawsze w Rajskim 

Ogrodzie, co?

-   Nie,   nie   możecie   -   potwierdził   Bóg.   -   Żeby   wszystko   było   jasne,   opuścicie   go 

natychmiast. I nie myśl, że kiedykolwiek tu wrócisz.

I   tak   Bóg   wygnał   Adama   i   Ewę   z   Raju,   wysyłając   do   tej   roboty   anioła   z   ognistym 

mieczem   w   garści.   W   takich   to   okolicznościach   pierwszy  mężczyzna   oraz   pierwsza   kobieta 

zetknęli się z urzędnikiem dokonującym eksmisji. Adam i Ewa obrzucili ostatnim, przeciągłym 

spojrzeniem miejsce, które było ich domem, po czym odeszli przed siebie. Od tej pory żyli w 

wielu miejscach, ale żadne nie zastąpiło ich pierwszego domostwa.

Zaledwie opuścili Eden, Adam zauważył, że Ewa jest naga.

- O rety! - zakrzyknął, gapiąc się na żonę. - Jesteś całkiem goła!

- Tak jak i ty - stwierdziła Ewa.

Wpatrywali się we wszystkie wstydliwe części drugiego. A potem wybuchnęli śmiechem. 

Tak się narodził dowcip erotyczny.

Kiedy już się naśmiali do syta ze swej intymnej anatomii, Adam powiedział:

- Myślę, że może byłoby lepiej, gdybyśmy zakryli nasze oprzyrządowanie. Zbyt wiele 

nam zwisa na zewnątrz, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

- Śmieszne - rzekła Ewa - że nigdy wcześniej tego nie zauważaliśmy.

- Wszystko, na co ty zwracałaś uwagę, to była ornitologia - odparł Adam.

- Nie mam pojęcia, dlaczego - przyznała Ewa.

- Co to takiego, tam, przed nami? - zapytał Adam.

- Gdybym nie wiedziała, że to nieprawdopodobne, powiedziałabym, iż są to jacyś inni 

ludzie - odparła Ewa wolno.

- Jak to możliwe? - zdziwił się Adam. - Przecież to my jesteśmy jedynymi ludźmi?!

background image

- Już nie - stwierdziła Ewa. - Pamiętasz, rozważaliśmy kiedyś taką ewentualność.

- Oczywiście - potwierdził Adam. - Teraz sobie przypominam. Zgodziliśmy się co do 

tego, że istnienie innych ludzi jest warunkiem wstępnym całej sprawy.

- Powinieneś o tym pamiętać - rzekła Ewa.

- Po prostu nigdy nie wierzyłem, że On w końcu to zrobi - stwierdził Adam. - Zawsze 

myślałem, że chciał, żebyśmy byli jedynymi ludźmi.

Stwórca działał szybko. Istotnie, na początku Adam i Ewa byli sami na Ziemi, ale zrobili 

coś złego. Nie słuchali jego poleceń i Bóg ukarał ich, tworząc innych ludzi. Trudno było pojąć, 

co chciał przez to osiągnąć.

Adam i Ewa szli, aż doszli do miasteczka, a potem do pewnego domu.

- Co to za miejscowość? - zapytał Adam pierwszą napotkaną osobę.

- To miasto nazywa się Następne Po Raju - odparł zagadnięty.

- Ciekawa nazwa -- zauważył Adam. - A co to znaczy?

- Tylko tyle, że Eden jest najlepszy,  ale nikt nie może tam wrócić; żyjemy zatem w 

Następnym Po Raju.

- Skąd możesz znać Eden? - dopytywał się Adam. - Nigdy cię tam nie widziałem.

- Słuchaj, przecież nie musisz gdzieś mieszkać, żeby wiedzieć, że jest tam fajnie.

-   Adam   i   Ewa   osiedli   w   Następnym   Po   Raju.   Wkrótce   poznali   swego   najbliższego 

sąsiada, Gordona Lucyfera, diabła, który otworzył w miasteczku pierwszą kancelarię prawną.

-   Uważamy,   że   jest   nam   potrzebny   adwokat   -   powiedział   Adam   pewnego   dnia   do 

Lucyfera. - Naszym zdaniem, zostaliśmy bezprawnie wygnani z Raju. Po pierwsze, nigdy nie 

dostaliśmy   nakazu   eksmisji.   Nigdy   nie   zostaliśmy   przesłuchani   przed   właściwym   kolegium 

orzekającym. Nie reprezentował nas prawnik.

- Trafiliście pod odpowiedni adres - stwierdził Lucyfer, prowadząc ich do swego biura. - 

Naprawić wszelkie zło, oto dewiza Sił Ciemności - firmy, dla której pracuję. Zrozumcie, nie 

twierdzę, że jest coś nie w porządku z tym Wielkim Facetem. Bóg przeważnie chce dobrze, ale w 

tego rodzaju sprawach ma zdecydowanie zbyt długie ręce. Wydaje mi się, iż racja jest po waszej 

stronie.   Wniosę   w   tej   sprawie   skargę   do   Ananke,   której   niewidoczne   wyroki   rządzą   nami 

wszystkimi.

Ananke,   Ta   Bez   Twarzy,   wysłuchała   uzasadnienia   Lucyfera   w   swej   komnacie 

zbudowanej   z   szarych   chmur,   której   wielkie   okno,   podzielone   kwaterami,   wychodziło   na 

background image

niezmierzony ocean czasu, a powiewy wieczności poruszały białymi firankami.

Ananke   osądziła,   że   powód   został   wyeksmitowany   bezprawnie   i   winien   zostać 

przywrócony do Raju. Adam był pijany ze szczęścia, dziękował wszystkim naokoło, kazał Ewie 

czekać i poszedł, by odzyskać Eden. Szukał bezskutecznie drogi do Raju, ale nie widział nawet 

końca swego nosa, Bóg bowiem spuścił na cały obszar nieprzeniknioną ciemność. Wrócił więc 

do Gordona Lucyfera i opowiedział mu, co zaszło. Gordon potrząsnął głową i wezwał swego 

szefa.

- No cóż, to naprawdę nie jest w porządku - rzekł Szatan.

- Wszak uznał On twoje roszczenia za słuszne. Ale powiem ci coś. Masz tutaj siedem 

lichtarzy o magicznych właściwościach. Użyj ich mądrze, a będziesz mógł oświetlić sobie drogę 

do Raju.

Adam wyruszył, niosąc na plecach sześć świeczników w worku z wielbłądziej skóry, a 

siódmy trzymał przed sobą. Jego nieziemskie, niebieskobiałe światło przenikało przez mrok z 

surrealistyczną   precyzją.   Ten   blask   pozwolił   Adamowi   widzieć   niespotykane   obrazy,   dzięki 

czemu stał się śmiały.

Po przejściu pewnego dystansu, niosąc świecę rozpraszającą ciemność, Adam dotarł do 

porośniętego bluszczem niskiego muru w pobliżu cichej, niezmąconej sadzawki. Zdawało mu się, 

że jest to miejsce, w którym tak wiele razy drzemał i śnił podczas dawnych dni w Edenie, gdy 

życie było takie proste. Stanął i rozejrzał się wokoło, a wtedy świeca wypaliła się do końca.

- Do licha! - zaklął Adam, gdyż nie znał mocniejszych wyrażeń od tego, które powstało 

na   wiek   przed   narodzinami   prawdziwych   inwektyw,   i   wyszarpnął   ze   swego   plecaka   drugi 

kandelabr.

Świeca zapłonęła samorzutnie i Adam ruszył dalej. Podczas kiedy jej światło rozjaśniało 

drogę, doszedł do błyszczącej o zmierzchu plaży, z majaczącą w pewnej odległości niewielką 

wysepką, którą lekko owiewało ciepłe powietrze. Ponownie się zatrzymał, i tu także zapadła 

ciemność, kiedy świeczka zgasła.

Zdarzyło   się   to   potem   kilkakrotnie.   Boskie   ciemności   wprowadziły   zamęt   w   umyśle 

Adama,   ukazując   mu   miejsca,   które   przez   chwilę   wydawały   się   podobne   do   jego   Raju 

utraconego, ale gdy nastał mrok, okazywały się czymś zgoła innym. Kiedy wypaliła się ostatnia, 

Adam znalazł się dokładnie w tym samym miejscu, z którego wyszedł, i tam - chcąc nie chcąc - 

został.

background image

Po siedmiu niepowodzeniach Adama Ananke zarządziła, że się stało tak, jak miało być - i 

unieważniła swój wcześniejszy wyrok. Podkreśliła, iż niezależnie od jej własnego sądu, Adam 

nie mógłby wrócić do Raju, ponieważ wydalenie go oznaczało pierwszy obrót koła dharmy, a 

niepowodzenie doznane podczas próby powrotu do Edenu, pomimo pomocy siedmiu magicznych 

świeczników, objawiło pewne fundamentalne mechanizmy działania wszechświata. Wydaje się, 

wskazała Ananke, że cały świat istot myślących oparty jest na błędzie popełnionym u zarania, 

kiedy wprowadzony został kod rządzący karmiczną maszynerią. Adam zaś powinien uważać się 

za pierwszą ofiarę boskiego związku przyczyny i skutku.

background image

ROZDZIAŁ 3

Aretino zakończył swoją opowieść i wraz z Azziem siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu 

w   ciemniejącym   pokoju.   Nastała   noc   i   świece   w   cynowych   kandelabrach   dopalały   się   do 

ociekających woskiem pieńków. Demon poruszył się i powiedział:

- Gdzieś ty to znalazł?

Aretino wzruszył ramionami.

- Mroczna, gnostyczna bajeczka.

- Nigdy jej nie słyszałem, a demony uważa się za te, które znają więcej teologicznych 

spekulacji niż poeci. Jesteś całkowicie pewien, że sam tego nie wymyśliłeś?

- Czy to jakaś różnica, nawet gdyby tak było? - spytał Aretino.

- Ani trochę! Skądkolwiek pochodzi ta historia, podoba mi się. Nasza sztuka będzie o 

siedmiu  pielgrzymach;  każdemu  z nich damy złoty świecznik,  którego posiadanie  spełni ich 

najskrytsze marzenia.

- Poczekaj no chwilę - przerwał Aretino. - Nigdy nie mówiłem, że występowały tam złote 

lichtarze. Nie dosłownie. To tylko legenda, i jeśli istnieją jakieś złote kandelabry, to nie wiem, 

czy mają jakąkolwiek moc.

- Zwykłe wykręty - stwierdził demon. - To wspaniała opowieść i musimy mieć złote 

świeczniki, by na nowo ją zinterpretować; nawet, jeśli mielibyśmy je sami zrobić. Ale może one 

nadal gdzieś istnieją. Jeżeli tak, to je znajdę. Jeśli nie, wymyślę coś.

- A co z ludźmi, którzy mają je nieść? Którzy mają odegrać tę historię? - zapytał poeta.

-   Sam   ich   wyszukam   -   rzekł   Azzie   -   Wybiorę   siedmiu   pielgrzymów,   dam   każdemu 

lichtarz i szansę, by dostał wszystko, czego zapragnie. To co on - lub ona - musi uczynić, to 

wziąć świecznik; reszta zostanie zrobiona za nich. Magicznie, rzecz prosta.

- A jakich cech będziesz wymagał od swoich bohaterów? - zainteresował się Aretino.

- Niczego nadzwyczajnego. Potrzebuję po prostu siedmiorga ludzi, którzy pragną łatwego 

spełnienia marzeń. Nie powinno być trudności z ich znalezieniem.

- Czy nie należałoby obstawać przy tym, by ziścili swoje pragnienia dzięki wytrwałości i 

dobremu charakterowi?

- Nie. Moja sztuka udowodni przeciwny punkt widzenia. Farsa pokaże, iż każdy człowiek 

może aspirować do wszystkiego co najlepsze, bez potrzeby kiwnięcia choćby małym palcem, 

żeby sobie w tym pomóc.

background image

- To rzeczywiście bezprecedensowe - przyznał poeta. - Pragniesz wykazać, że ludzkim 

życiem bardziej rządzi szczęśliwy traf i przypadek niźli moralne praktyki.

- Taki mam właśnie zamiar - potwierdził Azzie. - Oto cała istota Zła: udowodnić, że złe 

postępowanie może nam dać wiele dobrego. Co myślisz o tej moralności, Aretino?

Poeta wzruszył ramionami.

- Przypadek rządzi? Jest to rodzaj spostrzeżenia uwielbianego przez ludzi słabych.

- No właśnie. To nam zjedna liczną publiczność.

- Jeśli to jest właśnie to, czego chcesz - rzekł Aretino - nie mam żadnych obiekcji. Czy 

służę Dobru czy Złu, wszystko to jest propagandą i rzecznictwem dla dobra jednej sprawy. Ty za 

to   płacisz,   a   ja   jestem   zwykłym   artystą   przyjmującym   zlecenia.   Jeżeli   pragniesz,   by   sztuka 

udowadniała,   iż  zielone   kamienie  żółciowe   sprowadzają  majowe  kwiatki,   zapłać  mi   tylko,   a 

napiszę to dla ciebie. Jedyne pytanie brzmi, czy podoba ci się mój pomysł?

- Szalenie! - zawołał Azzie. - Musimy zabrać się do niego natychmiast.

-   Powinniśmy   rozważyć,   z   jakiego   teatru   skorzystać.   To   zawsze   ma   znaczenie,   jeśli 

chodzi o sposób, w jaki szkicuję swoje sceny. Masz na myśli jakichś konkretnych aktorów czy 

aktorki? Jeżeli nie, to jest kilkoro, których mogę ci polecić.

Azzie oparł się o krzesło i roześmiał. Płomienie tańczące w pobliskim kominku rzucały 

ostre cienie na jego wąską, lisią twarz. Zaczesał do tyłu rude włosy i powiedział:

- Wydaje  mi  się, Piętro, że niedostatecznie  jasno wyłożyłem  ci swój pomysł.  To, co 

zaplanowałem,   nie   jest   zwykłą   dramą,   jaką   wystawia   się   po   kruchtach   kościelnych   lub   w 

miejscach   publicznych   zgromadzeń.   Nie   będę   miał   wynajętych   aktorów,   recytujących   z 

przesadną emfazą  swoje kwestie  i wystawiających  na pośmiewisko  moją koncepcję. Nie! Ja 

naprawdę   wezmę   zwykłych   mężczyzn   i   kobiety;   ludzi,   których   własne   żądze   oraz   obawy 

poprowadzą niezawodnie ku rolom, jakie grają. A zamiast wzniesionej sceny z namalowanymi 

dekoracjami dam im cały świat. Moich siedmiu pielgrzymów powinno odegrać tę historię, w 

której oczywiście będą uczestniczyć, tak jakby w niej żyli. Opowieści będą ukazywać to, co 

przydarzyło się każdemu pielgrzymowi po otrzymaniu lichtarza, a każda historia będzie inna. 

Podobnie jak Dekameron czy Opowieści Canterbury - ale lepsze, gdyż będzie to dzieło twojego 

pióra, maestro.

Aretino wykonał skromny ukłon.

- Nasi aktorzy powinni zachowywać się tak, jakby znajdowali się w realnym świecie - 

background image

kontynuował Azzie - i nie będą świadomi istnienia śledzącej ich poczynania widowni.

- Bądź pewny, że ja im tego nie powiem - rzekł Aretino. Poeta klasnął w dłonie i zjawił 

się  zaspany służący z tacą  pełną  nieświeżych,  mrożonych  ciasteczek.  Azzie  wziął  jedno, by 

okazać uprzejmość wobec gospodarza, chociaż z rzadka jadał ludzkie pożywienie. Preferował 

raczej tradycyjne  piekielne dania, takie jak kandyzowane szczurze głowy, gulasz z owadzich 

tułowi czy udziec ludzki, uczciwie przyrumieniony i podany z mnóstwem skwarek. To jednak 

była Wenecja, a nie Piekło, więc wziął, co dawali.

Po przekąsce Aretino ziewnął, przeciągnął się i przeszedł do pokoju obok, by obmyć 

twarz w naczyniu z wodą. Kiedy wrócił, wyjął pół tuzina świec z kredensu i zapalił je wszystkie. 

Oczy   Azziego   płonęły   pośród   tańczących   płomyków   światła,   a   jego   sierść   zdawała   się 

naładowana elektrycznością. Poeta usiadł ponownie naprzeciwko gościa, i powiedział:

- Jeżeli twoją sceną jest cały świat, to kto będzie stanowił prawdziwą publiczność? Gdzie 

ich pomieścisz na Ziemi?

- Moja sztuka zamierzona jest po wsze czasy - odparł Azzie. - Najważniejsza publiczność 

nawet się jeszcze nie narodziła. Tworzę, Pietro, dla przyszłych pokoleń, na które oddziaływać 

będzie nasza farsa. To dla nich pracujemy.

Aretino starał się być praktyczny - niewielki wysiłek dla włoskiego dżentelmena doby 

Renesansu. Ten wielki mężczyzna  o potarganej brodzie, wielkim nosie i żywych  rumieńcach 

pochylił się do przodu na krześle, i spytał:

- A zatem, nie mam w końcu pisać żadnej dramy?

- Nie - powiedział Azzie. - Odtwórcy będą musieli wymyślić własne strofy, ty zaś, z 

ukrycia, będziesz śledził wszelkie działania oraz rozmowy, będziesz widział i słyszał wszystkie 

ich reakcje na zachodzące wydarzenia i z tego utkasz sztukę, która będzie odgrywana przyszłym 

pokoleniom. Pierwsze przedstawienie, jednakże, będzie należało do świata legend, gdyż na tym 

polega tworzenie mitów.

- Wielce szlachetna koncepcja-stwierdził Aretino. - Nie sądź, proszę, że jestem krytycznie 

do niej nastawiony, jeśli zwierzę ci się, że widzę jedną lub dwie trudności.

- Jakie?

-   Przypuszczam,   że   nasi   aktorzy,   bez   względu   na   to,   gdzie   zaczną,   niosąc   te   swoje 

kandelabry, dotrą w końcu do Wenecji.

-   Tak   to   sobie   wyobrażam   -   potwierdził   demon.   -   Po   pierwsze,   jako   podstawę   swej 

background image

opowieści chcę rozwinąć twoją historię o siedmiu świecznikach.

W tym miejscu Azzie wyjął mały, lecz ciężki saczek i wręczył go poecie. :

- Mam nadzieję, że uznasz to za wystarczającą kwotę na pokrycie początkowych kosztów. 

Kiedy przyjdzie czas, dostaniesz więcej. Wszystko, co musisz zrobić, to napisać przewodnią nić 

historii.   Nie   pisz   konkretnych   dialogów,   pamiętaj.   Nasi   aktorzy,   których   osobiście   wybiorę, 

zrobią   to   sami.   Będziesz   słuchał   ich   i   oglądał;   staniesz   się,   wraz   ze   mną,   reżyserem   i 

współproducentem. Później napiszesz na ten temat swoją własną sztukę.

-   Jestem   zachwycony   tym   pomysłem,   mój   panie.   Ale   jeśli   weźmiesz   wyobrażenie 

Wenecji i przeniesiesz je gdziekolwiek bądź w czasie i przestrzeni, jak ja się tam dostanę, by 

dokonać tego, co niezbędne przy wystawieniu dramatu?

- W celu doglądania naszej produkcji dam ci, dzięki czarom i talizmanom, możliwość 

swobodnego poruszania się - powiedział Azzie.

- A co stanie się z Wenecją, kiedy już skończymy? - zapytał Aretino.

Wstawimy   naszą   odseparowaną   Wenecję   z   powrotem   na   ścieżkę   czasu   prawdziwego 

miasta kanałów, gdzie będzie pasować tak dobrze, jak cień przystaje do jego właściciela. Od tego 

momentu licząc, nasza opowieść przestanie być zwykłą, prywatną sprawą, a stanie się częścią 

uniwersalnego zbioru legend - z wszelkimi jej reakcjami oraz konsekwencjami zapisanymi w 

annałach rodzaju ludzkiego.

- Mój panie, jestem zachwycony sposobnością, która została dana mnie jako artyście. 

Nawet Dante nie otrzymał takiej możliwości.

- Zabierz się więc do pracy - rzekł Azzie, wstając. - Napisz mi na czysto legendę o 

złotych świecznikach. Wkrótce zobaczymy się znowu. A teraz mam jeszcze coś do zrobienia.

I zniknął.

Aretino mrugnął i przeciął dłońmi powietrze tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował 

się demon; nie natknął się jednak na nic więcej poza pozbawionym wszelkiej treści powietrzem. 

Ale mieszek złota, którym Azzie mu zapłacił, był solidny i pocieszający.

background image

CZĘŚĆ CZWARTA

ROZDZIAŁ l

Opuszczając dom Aretina, Azzie był bardzo zadowolony, a wspomnienie opowieści o 

Adamie nadal dźwięczało mu w głowie. Jednak, dzięki subtelnemu zmysłowi, jaki posiadają 

demony, zaczął przeczuwać, że coś jest osobliwie nie w porządku. Pogoda nadal była piękna. 

Małe, pierzaste chmurki, podobne galeonom ulepionym przez dzieci ze śniegu, żeglowały po 

niebie   o   kolorze   najczystszego   lazuru.   Dookoła   niego   Wenecja   zajęta   była   oddawaniem   się 

przyjemnościom   i   pracy.   Barki,   ciężko   wyładowane   tkaninami   i   artykułami   spożywczymi, 

płynęły powoli po Canale Grande; ich prostopadłe, wesoło wymalowane burty kreśliły wodne 

łuki, przecinające się z lekkimi falami. Przepłynęła barka pogrzebowa, cała błyszcząca czernią i 

srebrem. Werniksowana trumna przywiązana była na dziobie, a czarno ubrani żałobnicy stali w 

milczeniu   na   achterdeku.   Biły   kościelne   dzwony.   Tłumy   Wenecjan   przelewały   się   tam   i   z 

powrotem   po   promenadach,   w   pobliżu   przeszedł   pstrokato   odziany  mężczyzna,   kołysząc   się 

pyszałkowato i brzęcząc dzwoneczkami - bez wątpienia komediant związany angażem z jakimś 

teatrem. Przemknęła grupa pięciu zakonnic, których białe skrzydła nakryć głowy wyglądały tak, 

jakby   były   zdolne   unieść   je   w   powietrze.   Na   nabrzeżnym   pachołku,   w   pobliżu   rzędu 

przycumowanych   gondoli,   usiadł   olbrzymi   mężczyzna   w   białym,   satynowym   ubraniu   oraz 

kapeluszu   o   szerokim   rondzie;   wyciągnął   szkicownik   i   kolorowe   kredki,   starając   się   nimi 

uchwycić wygląd Kanału. Azzie podszedł do niego.

- Znowu się spotykamy.

Babriel   podniósł  wzrok i  znieruchomiał   zdziwiony,  a  demon  obszedł  go  dookoła,  by 

podziwiać jego dzieło.

- Czy to jest ten pejzaż, który rysujesz? - zapytał.

- Tak. A co, niepodobny?

- Trochę się różni - przyznał Azzie. - Te linie tutaj... Babriel skinął głową.

- Wiem, źle je uchwyciłem. Właściwa perspektywa to trudna sprawa, ale pomyślałem, że 

spróbuję.

Azzie zerknął ponownie.

-   To   naprawdę   jest   całkiem   dobre,   jak   na   amatora.   Zdziwiłem   się,   widząc   cię   tutaj. 

Zdawało mi się, że miałeś wrócić do Nieba?

- Tak też zrobiłem, ale Michał odesłał mnie ponownie na Ziemię, bym wykonał kilka 

background image

szkiców i w ten sposób udoskonalił swoje pojecie o sztuce europejskiej. Przy okazji, przesyła ci 

pozdrowienia oraz dopytuje się o zdrowie twojego przyjaciela, Aretina.

- Skąd wiesz o Aretinie?

- Widziałem, jak wychodziłeś od niego. Jest przecież całkiem sławny, chociaż większość 

jego strof z trudnością zaledwie może być zaakceptowana przez Niebo. Jest także niepoprawny, 

znajdując się na liście dziesięciu największych grzeszników Anno Domini 1523.

- Phi! - prychnął Azzie. - Moraliści zawsze są uprzedzeni do pisarzy, którzy przedstawiają 

życie   takie,   jakie   ono   jest,   za   miast   takie,   jakie   powinno   być.   Tak   się   składa,   że   jestem 

wielbicielem Aretina i poszedłem do niego, by mu po prostu wyrazić swe uznanie; nic więcej.

Babriel zagapił się na niego. Nigdy nie przyszłoby mu na myśl wypytywać Azziego, co 

robił w domu poety, ale teraz, kiedy demon sam zwrócił na to jego uwagę, anioł zaczął się 

dziwić. Chociaż Michał napomykał, że może się knuć coś przewrotnego, w istocie Babriel nie 

poświęcił temu zagadnieniu zbyt wiele uwagi. Azzie był jego przyjacielem i chociaż służył Złu, 

anioł nie uważał go za tak naprawdę złego.

Od pierwszej chwili stało się dla niego jasne, że ów przyjaciel coś tutaj kombinuje, a on, 

Babriel, powinien to odkryć.

Rozstali   się   pośród   zapewnień   o   wzajemnym   szacunku   i   obietnic,   że   wkrótce   zjedzą 

razem lunch. Potem Azzie odszedł ulicą w swoją stronę, a zamyślony Babriel odprowadzał go 

wzrokiem, by po chwili ponownie zająć się rysunkiem.

Wczesnym popołudniem Babriel wrócił do hotelu. Trzypiętrowy budynek zapadał się i 

zdawał się ściśnięty przez większe posesje, stojące z obu jego stron. Przebywało tutaj z pół tuzina 

aniołów,   gdyż   signor   Amazzi,   groźny   i   pełen   uszanowania   właściciel,   stosował   specjalnie 

przystępne ceny dla tych, którzy mieli coś wspólnego z religią. Niektórzy twierdzili, że signor 

zdaje sobie sprawę z tego, iż owi cisi, dobrze ułożeni młodzi ludzie o regularnych rysach twarzy, 

którzy przybywają  okresowo z bliżej  nie  określonej  północnej  krainy,  by pozostać pod jego 

dachem   czas   jakiś,   są   aniołami.   Kiedy   Babriel   wszedł,   Amazzi   siedział   przy  swoim   małym 

biurku.

- Ktoś czeka na ciebie w świetlicy - powiedział.

- Mam gościa! Jak to miło! - odparł Babriel i pognał, by zobaczyć, kto to taki.

Świetlica   była   przytulna   i   mała,   a   wznosząc   się   kilka   stóp   nad   powierzchnią   ulicy, 

background image

oświetlona była promieniami słonecznymi wpadającymi przez wysokie, wąskie okna, nadające 

pomieszczeniu tak miły dla istot pobożnych kościelny charakter. Archanioł Michał siedział z 

boku na wyplatanym krześle z wysokim oparciem i przeglądał papirusowy folder zachwalający 

uroki górnego Egiptu. Zamknął pospiesznie broszurę, i powiedział:

- Ach, to ty, Babrielu! Wpadłem tylko zobaczyć, jak ci się wiedzie.

- Znakomicie - odparł anioł i, pokazując Michałowi swój szkicownik, zaznaczył: - Nadal 

nie wpadłem na tę sztuczkę z perspektywą, sir.

-   Musisz   się   jeszcze   trochę   postarać   -   poradził   mu   Michał.   -   Praktyczna   wiedza   o 

malarstwie   jest   pomocna   w   oszacowaniu   wielu   mistrzowskich   prac,   jakie   Niebo   posiada   w 

swoich najwspanialszych kolekcjach. Czy spotkałeś może ponownie swego przyjaciela, Azziego?

- Istotnie, sir. Właśnie przed chwilą widziałem go wychodzącego z domu Pietra Aretina, 

wielce znanego sprośnego poety i bezwstydnego autora sztuk.

- Rzeczywiście go spotkałeś? Jak sądzisz, co on tutaj robi? Czy była to tylko wizyta 

wielbiciela?

- Chciałbym w to wierzyć - rzekł Babriel. - Jednakże pojawienie się pewnego niepokoju 

w zachowaniu mego przyjaciela, kiedy wspomniałem imię Aretina, każe mi się zastanowić, czy 

nie chodzi o coś innego. Ale nie znoszę oskarżać kogokolwiek o dwulicowość, sir; szczególnie 

zaś kogoś, kto jest moim przyjacielem, niezależnie od tego, że i demonem.

- Twoje skrupuły przynoszą ci zaszczyt - stwierdził Mi chał. - Jakkolwiek niczego innego 

nie powinniśmy się spodziewać po tobie, całkiem już opierzonym aniele. Ale zauważ jednak 

-Azzie, jako sługa Ciemności, nie wykonywałby swojej roboty, gdyby nie przedsięwziął jakichś 

podstępów   wiodących   ku   panowaniu   Zła   nad   światem.   A   zatem   podejrzewanie   go   o   skryte 

złoczynienie jest zapewne słuszne. Oczywiście, to nic dobrego. Pytanie brzmi: co on tutaj robi?

- Jeśli o to chodzi, nie mam bladego pojęcia.

- Uważam, że powinniśmy to odkryć. Od tej pory Azzie nie jest już prywatną osobą. 

Dwukrotnie   służył   Siłom   Ciemności   w   wielkich   milenijnych   zapasach.   Najpierw   był   to 

przypadek Księcia Czarusia, którym zaczął swą karierę, a potem sprawa Fausta, której wynik 

nadal pozostaje pod rozwagą Ananke. Rozumiem, że akcje Azziego wysoko teraz stoją w radach 

nieprawomyślności. Wydaje się oczywiste, iż jest czołowym zawodnikiem w tych grach, które 

pojawiają się od czasu do czasu, by uwieść rodzaj ludzki i skierować jego kroki na ścieżkę 

potępienia.

background image

- Czy mój przyjaciel naprawdę jest aż tak ważny? - zapytał Babriel, a oczy zrobiły mu się 

okrągłe ze zdumienia.

- Tak się okazało w tych dniach - odparł Michał. - W końcu, słuszne się zdaje wyśledzić, 

co go łączy z tym podstępnym i przemądrzałym Aretinem.

- Sądzę, że ma pan rację, sir - przytaknął Babriel.

- A ty, mój chłopcze, jesteś właściwym aniołem, by się tym zająć.

- Ja? Och, z pewnością nie! Wasze archanielstwo wie przecież, jakim jestem niezdarą, 

gdy trzeba być przebiegłym. Gdybym próbował, przez obłudną rozmowę, wybadać jego zamiary, 

Azzie momentalnie przejrzałby mnie na wylot.

- Wiem o tym - przyznał Michał.-Twoja prostolinijność jest dla nas wręcz przysłowiowa. 

Ale to ci nie będzie potrzebne. Jesteś w idealnej sytuacji, by przeprowadzić maleńkie śledztwo, 

ponieważ znajdujesz się już tu, na miejscu. Nie powinno stanowić dla ciebie trudności zawarcie 

znajomości z tym Aretinem. Idź do niego i podawszy się za wieloletniego admiratora jego dzieł, 

pomów z nim, rozejrzyj się po domu oraz zobacz wszystko, co jest do zobaczenia. Postaw mu 

nawet   lunch,   by   coś   więcej   z   niego   wyciągnąć.   Wliczymy   to   w   koszty   Niebiańskiej 

Dochodzeniówki.

-   Naprawdę   sądzisz,   że   to   będzie   moralne   szpiegować   swojego   kumpla?   -   dociekał 

Babriel.

- Jasne, że tak - stwierdził Michał. - Czasem trzeba zdradzić nie wroga, lecz przyjaciela. 

Bez zdrady nie byłoby odkupienia.

Babriel pokiwał głową i zgodził się od razu na to, o co Michał prosił. Potem jednak 

wyraźnie dotarło do niego, iż nigdy jeszcze archanioł nie odpowiedział mu wprost. Było jednak 

już za późno, by się tym  zajmować.  Oszustwo wobec przyjaciela  mogło  lub nie mogło  być 

moralnie   naganne,   ale   działanie   na   przekór   poleceniom   archanioła   zdecydowanie   nie   było 

zalecane.

background image

ROZDZIAŁ 2

Następnego dnia, kiedy wybiła dwunasta w południe, Babriel zapukał do drzwi Aretina. Z 

początku nie usłyszał żadnej odpowiedzi, chociaż z wnętrza dobiegały rozmaite dźwięki, które 

zdawały   się   najdziwniejszą   mieszaniną   muzycznych   instrumentów   oraz   ludzkich   głosów, 

zanoszących się śmiechem. Zapukał ponownie. Tym razem otworzył mu służący, mężczyzna 

słusznego wzrostu, wyjąwszy może to, iż miał przekrzywioną perukę. Sprawiał wrażenie, jakby 

zajmował się zbyt wieloma rzeczami naraz.

- Chciałbym rozmawiać z signorem Aretinem - powiedział Babriel.

- O, rany! - rzekł służący. - Wszystko jest wywrócone do góry nogami. Nie mógłbyś, 

panie, przyjść innym razem?

- Nie, muszę się z nim widzieć teraz - uparł się anioł z niezwykłą stanowczością, którą 

wzmacniała myśl, iż wkrótce będzie musiał zdać Michałowi sprawę ze swoich postępów - albo z 

ich braku.

Służący   cofnął   się,   wpuszczając   Babriela,   po   czym   zaprowadził   go   do   salonu,   i 

powiedział:

- Zechce pan uprzejmie poczekać. Zapytam, czy mój pan może pana przyjąć.

Babriel kiwał się w przód i w tył na obcasach; sposób, jakiego nauczył się dawno temu, 

by pomóc sobie zabijać czas. Rozejrzał się po pomieszczeniu i na małym, przesuwanym stoliku 

tuż obok ujrzał  leżący manuskrypt.  Zdążył  zaledwie  dojrzeć słowa „Praojciec  Adam”,  kiedy 

rozległ się hałas i do pomieszczenia weszła grupa ludzi. Babriel odskoczył jak ktoś przyłapany na 

gorącym uczynku.

Przybyłymi   okazali   się   muzycy,   ale   odrzucili   oni   swoje   zewnętrzne   okrycia   i   szli 

swobodnie w samych koszulach, grzmiąc na instrumentach. To, co z siebie wykrzesywali, nie 

stanowiło,  bynajmniej,   żadnej  kościelnej  melodii,  ale   raczej  muzykę   taneczną.   Przeszli  obok 

Babriela, zaszczyciwszy go ledwie pobieżnym spojrzeniem, zamierzając zagłębić się we wnętrzu 

innego pokoju, skąd dochodząca paplanina głosów, wysokich pisków oraz ryków ochrypłych 

śmiechów zdradzała fakt, iż rozkwita tam jakaś radosna zabawa. Anioł rzucił kolejne ukradkowe 

spojrzenie na rękopis i tym razem udało mu się przeczytać połowę zdania: „Praojciec Adam, 

krótko po wygnaniu z Rajskiego Ogrodu, z powodu zjedzenia owocu z drzewa wiadomości...” W 

tym momencie ponownie przerwały mu salwy dziewczęcego śmiechu.

 

background image

Podniósł wzrok w samą porę, by ujrzeć przebiegające przez salon dwie panienki. Były to 

młode   piękności;   jedna   z   ciemnymi,   potarganymi   włosami,   a   druga   z   zaplecionymi   blond 

warkoczami. Miały na sobie przezroczyste szatki, które powiewały za nimi, kiedy biegły - jedna 

w żartobliwej pogoni za drugą. Babriel zarumienił się, gdy dotarło do niego, że ich ubrania były 

wystarczająco   rozwiane,   by   odsłonić   karminowe   koniuszki   piersi   i   różowe   uda.   Dziewoje 

zatrzymały się tuż przed nim.

-   Tu   jesteś!   Widziałeś   go?   -   spytała   blondynka   z   najbardziej   uroczym   francuskim 

akcentem.

- O kogo ci chodzi?

- O tego wstrętnego Pietro! Obiecał zatańczyć ze mną i z Fifi.

- Nie widziałem go - odparł Babriel, powstrzymując chęć przeżegnania się, ponieważ 

uznał, że pannice mogłyby to wziąć za gest im niemiły.

-   Musi   być   gdzieś   tutaj   -   stwierdziła   blondynka.   -   Chodź,   Fifi,   poszukajmy   go   i 

przykładnie ukarzmy.

I popatrzyła na Babriela tak szczególnym spojrzeniem, że anioła przebiegło drżenie od 

czubka głowy do najdalszych koniuszków palców nóg.

- Dlaczego i ty nie pójdziesz z nami? - spytała.

- Och, nie, nie-zaparł się Babriel. - Zamierzam zaczekać tutaj.

- Zawsze robisz to, co najpierw zaplanujesz? Jakie to nudne!

Śmiejąc się, dziewczęta wpłynęły do następnego pokoju, potem do korytarza, aż wreszcie 

zniknęły z pola widzenia. Babriel zmarszczył czoło i ponownie zajrzał do rękopisu. Tym razem 

był w stanie odczytać tytuł:  Legenda o siedmiu złotych kandelabrach.  Nagle usłyszał dźwięk 

kroków i odsunął się od stolika.

Do salonu wszedł Aretino, brodę miał w nieładzie, kubrak nie zapięty, a spodnie wisiały 

mu  w okolicy kolan. Jego piękna,  lniana koszula była  poplamiona,  prawdopodobnie winem. 

Poruszał się ze zdecydowanym przechyłem na sterburtę, a oczy miał nabiegłe krwią i mętne - 

oczy człowieka, który zbyt często widywał zbyt wiele, ale ciągle chce widzieć więcej. Trzymając 

się  niezbyt  pewnie na nogach,  niósł w  ręku na wpół opróżnioną  butelkę  wina.  Podszedł  do 

Babriela z niejaką trudnością, zatrzymał się przednim i natarł nań z kabotyńską godnością:

- Kimże ty, do diabła, jesteś?

- Studentem - odparł Babriel. - Biednym studentem z Niemiec. Przybyłem do Wenecji, by 

background image

wygrzewać się w jaskrawym słońcu twego geniuszu, drogi mistrzu, oraz by ci postawić lunch, 

jeśli   nie   będzie   to   zbytnim   zuchwalstwem   z   mojej   strony.   Jestem   twoim   największym 

wielbicielem na północ od Aachen.

- Doprawdy? - zapytał Aretino. - Podobały ci się moje sztuki?

- „Podobały się” jest zbyt marnym określeniem, drogi mistrzu, by wyrazić to, co czuję w 

stosunku do twojej twórczości. Ludzie nazywają cię Boskim Aretinem, ale i to jest diablo słabą 

pochwałą dla twego geniuszu.

Babriel   nie   był   z   natury   pochlebcą,   ale   wystarczająco   długo   obracał   się   w   różnych 

kręgach, by umieć posługiwać się wazeliną. Miał tylko nadzieję, że jego kłamstwa nie są szyte aż 

tak grubymi  nićmi, by nie można było dać im wiary. Jednakże Aretino, zwłaszcza w swoim 

obecnym stanie, nie uznałby za przesadne żadnego określenia swego talentu.

- Dobrze mówisz,  mój chłopcze.  Powiem ci coś - przerwał, żeby stłumić czkawkę. - 

Bardzo chciałbym zjeść z tobą lunch, ale musi się on odbyć w jakimś innym czasie. Właśnie trwa 

przyjęcie,  wydane  przeze  mnie  dla uczczenia  nowego zlecenia,  jakie otrzymałem.  Gdzie,  do 

diabła, podziali się moi goście? Gwarantuję, że są już na górze w sypialniach. Ale ja nie mam 

jeszcze dosyć!

Co mówiąc, zatoczył się w stronę drzwi.

- Mogę spytać, drogi mistrzu, o temat twego kolejnego zamówienia? Twoi sympatycy w 

całej Europie byliby radzi to usłyszeć.

Aretino zatrzymał się, pomyślał chwilę, a potem wrócił do pokoju i podniósł rękopis ze 

stolika. Wkładając go pod pachę, powiedział:

- Nie, nie. Przysiągłem dochować w tej kwestii tajemnicy.

- Ale i ty, i reszta świata będziecie zdumieni, obiecuję. Już sama skala przedsięwzięcia... 

No, ale ani słowa więcej.

Mówiąc to, wyszedł z pokoju. Poruszał się całkiem sprawnie - wyjąwszy jeden przechył 

czy dwa.

background image

ROZDZIAŁ 3

Śpiesząc   z   powrotem   do   Nieba,   Babriel   skierował   się   prosto   na   przedmieścia,   gdzie 

Michał miał dom - byłe gospodarstwo o różnopoziomowych podłogach. Wdarł się do archanioła, 

który siedział właśnie w swym gabinecie i ze szkłem powiększającym oraz pincetką pochylał się 

pod   lampą   od   Tiffany’ego   nad   rozłożoną   na   stole   z   różanego   drewna   kolekcją   znaczków 

pocztowych.  Nagłe  wtargnięcie  jasnowłosego anioła  wywołało  gwałtowny podmuch  wiatru i 

znaczki zatańczyły wesoło w powietrzu. Babriel ocalił przed wywianiem przez okno trójkątny 

Capetown i położył na nim przycisk do papierów, by go zabezpieczyć na dobre.

- Bardzo przepraszam - wymruczał.

-  Postaraj   się  po prostu  być  nieco   mniej  niecierpliwy  - poradził   Michał.  -  Nie masz 

pojęcia jak trudno, nie narażając się przy tym na niezręczne pytania, przenieść tutaj z Ziemi te 

rzadkie okazy. Rozumiem jednak, że odniosłeś jakiś sukces w swoim dochodzeniu?

Babriel wypaplał wszystko o rękopisie Aretina, jego tytule oraz pierwszym zdaniu, wraz z 

informacją, że poeta świętował właśnie otrzymanie nowego zlecenia; a sądząc z wystawności 

tegoż, dosyć popłatnego.

-   Siedem   złotych   świeczników   -   zadumał   się   Michał.   -   Coś   mi   to   przypomina,   ale 

chodźmy   się   skonsultować   z   komputerem,   jaki   zainstalowano   niedawno   w   Niebieskim 

Departamencie Atrakcyjnych Herezji.

I   poprowadził   Babriela   wzdłuż   korytarza   do   swej   pracowni,   gdzie   obok   gotyckiego 

sekretarzyka   oraz   romańskiego   biurka   znajdował   się   terminal   komputerowy   wykonany   w 

kubistycznej manierze, zwanej nowoczesną. Archanioł zasiadł przy konsoli, nasadził okulary na 

czubek   nosa,   wystukał   kod   identyfikacyjny   i   wkrótce   z   góry   na   dół   ekranu   popłynęły 

pośpiesznym strumieniem dane - zielone na czarnym tle. Babriel zamrugał, ale jak dla niego, 

wszystko to działo się zbyt szybko. Michał natomiast zdawał się nie mieć żadnych trudności z 

odczytywaniem informacji; wkrótce pokiwał głową i podniósł wzrok.

Sprzeciwy   wobec   obecności   komputerów   w   Niebie   ciągle   rosły.   Główny   argument, 

przemawiający na ich korzyść wskazywał, że są zwykłym rozwinięciem kamiennej tabliczki oraz 

gęsiego   pióra,   które   to   narzędzia   w   duchowych   miejscach   są   powszechnie   używane,   służą 

opisywaniu rzeczywistości w celach informacyjnych. W swoich pierwotnych funkcjach komputer 

nie różni się od wcześniejszych technik zapisywania, a ma tę zaletę, że może zmagazynować 

olbrzymią   ilość   informacji   w   niewielkiej   przestrzeni   -   w   przeciwieństwie   do   kamiennych 

background image

tabliczek, które stały się nieporęczne, a przenosząca je obsługa wołała o wzmocnienie stropów w 

miejscach,   gdzie   je   składowano.   Nawet   pergaminy,   chociaż   tak   lekkie   w   porównaniu   z 

kamiennymi tablicami, miały swoje niedogodności, spośród których wcale nie najmniejszą było 

ich samorzutne niszczenie.

- I cóż ci powiedział komputer? - zapytał Babriel.

- Wygląda  na to, że istnieje stara, gnostyczna  legenda  o Szatanie  dającym  Adamowi 

siedem   złotych,   magicznych   świeczników,   za   pomocą   których   wygnaniec   miał   odnaleźć 

powrotną drogę do Raju.

- I co? Udało mu się? - spytał zaciekawiony anioł.

- Oczywiście, że nie! - powiedział sucho Michał. - Nie sądzisz, że słyszelibyśmy coś o 

tym, gdyby tak się stało? Nie zauważyłeś, że cała historia ludzkości bazuje na fakcie, że Adam 

nie wrócił do Raju, i że od tej pory on i wszyscy pozostali ludzie bez przerwy usiłują tego 

dokonać?

- Oczywiście, sir. Wcale tak nie uważam.

- Jeżeli wróg majstruje coś wokół historii o początkach stworzenia, kiedy ustalane były 

podstawowe   zasady   wzajemnych   relacji   pomiędzy   ludźmi   a   duchami,   musi   się   to   stać 

przedmiotem naszego zainteresowania. Siedem złotych świeczników! No, no!

- Czy one w ogóle istniały? - chciał wiedzieć Babriel.

- Prawdopodobnie nie.

- Zatem nie istnieją także i dzisiaj, a wiec nie powinna nas o nie boleć głowa.

-   Nie   śpiesz   się   z   pochopnym   wyciąganiem   wniosków   -   rzekł   Michał.   -   Mity   to 

najbardziej złośliwe bestie. Gdyby te lichtarze istniały, to jeśli wpadną teraz w niepowołane ręce, 

mogą   stać   się   przyczyną   mnóstwa   kłopotów.   Ryzyko   jest   tak   duże,   iż   na   wszelki   wypadek 

musimy założyć,  że one istnieją, zanim nie udowodnimy,  że tak nie jest; a nawet wówczas 

musimy zachować czujność!

- Tak jest! Gdyby jednak Azzie miał te świeczniki, to co mógłby z nimi uczynić?

Michał potrząsnął głową.

- To nadal pozostaje dla mnie tajemnicą. Ale nie na długo. Zamierzam osobiście zająć się 

tą sprawą.

- A co ze mną, sir? - zapytał Babriel. - Mam wrócić do szpiegowania Azziego?

Archanioł potaknął skinieniem głowy.

background image

- Zaczynasz chwytać - pochwalił go.

Babriel pośpieszył zatem do Wenecji, ale najpierw pobieżne, a potem bardziej dokładne 

poszukiwania przekonały go, że Azziego nie ma już w mieście.

background image

ROZDZIAŁ 4

W  trybie  natychmiastowym   Azzie  wezwany  został   do Piekła.   Gdy  stanął  w  bawialni 

Szatana, w domu o białych ścianach, gdzie Naczelnik załatwiał wiele swoich spraw, nadal kręciło 

mu się w głowie.

Pojawił się demon w niebieskim garniturze oraz rypsowym krawacie i oznajmił:

- Jego Ekscelencja przyjmie cię teraz.

W ten sposób Azzie znalazł się w prywatnym pokoju Szatana. Pomieszczenie wyglądało 

jak gabinet w jednym z tych ekstrawaganckich domów z najlepszych dzielnic podmiejskich na 

Long  Island.  Nie  było  w   nim  nic  szczególnie   satanicznego  -  znajdowały się  tu  tylko   trofea 

golfowe, myśliwskie sztychy oraz unosił się zapach starej, dobrej skóry.

Szatan miał, oczywiście, wszystkie te skomplikowane diabelskie rekwizyty - narzędzia 

tortur   czy   archiwa   Czarnych   Mszy   -   ale   znajdowały   się   one   w   innej   części   domostwa, 

przeznaczonej do oficjalnej działalności.

Diabeł był maławy, o przyjemnych, lecz nadmiernie poprawnych rysach, łysiejący i w 

okularach.   Mógł   przybrać   dowolny   wygląd,   jakiego   by   sobie   zażyczył,   preferował   jednak 

skromną powierzchowność. W tej chwili ubrany był w żółtą togę i wzorzysty, fularowy krawat 

zawiązany dookoła szyi.

- Ach, Azzie! Kopa lat! Nie widziałem cię od tamtych  dni, kiedy chodziłeś  na moje 

zajęcia z etyki Zła, w dawnych, dobrych, uniwersyteckich czasach.

- To był naprawdę złoty okres - przyznał Azzie. Przebywając w towarzystwie Szatana, 

znajdował się zawsze pod jego urokiem, gdyż był on głównym architektem oraz teoretykiem Zła 

i przez wiele lat stanowił wzór postaci demona.

- A zatem - ciągnął Szatan - cóż ja takiego słyszę o wystawianiu jakiejś sztuki?

- Och, tak - przyznał Azzie. - To prawda.

Sądził, że Szatan powinien być zadowolony z podjętej przez niego inicjatywy; zawsze 

wszak napominał młode demony, by wychodziły na zewnątrz i robiły coś złego.

-   Podczas   oglądania   innego,   zupełnie   odmiennego   autoramentu   przedstawienia   - 

powiedział  Azzie - wpadłem na pomysł  wystawienia  niemoralnej  farsy.  Widzi  pan, sir, nasi 

oponenci na każdym kroku starają się udowodnić, że jedynie dobre postępki stanowią drogę do 

osiągnięcia pozytywnych rezultatów. To czysta propaganda i zupełna nieprawda. Moja sztuka 

zmierza do tego by wykazać, jak absurdalny jest to pogląd.

background image

Szatan roześmiał się, ale było coś boleściwego w wyrazie jego twarzy, kiedy powiedział:

- No, cóż. Nie powinienem tego mówić, ale Zło nie jest tak dokładnie przeciwieństwem 

Dobra. Pamiętaj, że podkreślałem to podczas moich zajęć z podstaw logiki piekielnej.

- Tak, sir. Nie zamierzam stawiać Zła w takiej pozycji, byś zrozumiał, że wystarczy nic 

nie robić, aby być za to nagrodzonym.

- Mam nadzieję! - rzekł Szatan. - Nie jest to także twierdzenie, które stosowałoby się do 

Dobra. To nieprzyjemna prawda - bez względu na to, czy jesteś dobry czy zły.

- Tak, sir - zgodził się Azzie. - Sądzę, że nigdy w pełni nie patrzyłem na to w ten sposób. 

Mam przez to rozumieć,  że nie mogę  wystawić sztuki, która podnosiłaby pewne pozytywne 

cechy Zła?

-   Oczywiście,   że   możesz!   Ale   dlaczego   użyłeś   w   tym   celu   tego   raczej   nudnego 

przykładu? Dlaczego nie ukażesz, że Zło jest mądre i bardzo szykowne?

- A jest? No tak, oczywiście, że jest. Nie wiem, sir, po prostu pomyślałem sobie, że 

byłaby to pożyteczna rzecz do zrobienia. To zabawne, a nasi oponenci mają do wszystkiego tak 

poważne nastawienie!

- Chcesz przez to dać do zrozumienia, że my tutaj, w Piekle, nie jesteśmy poważni?

- W żadnym wypadku nie miałem tego na myśli, sir!

- Byłbym raczej ostrożny wobec tego projektu - ciągnął Szatan.-Nie chcę ci bezpośrednio 

rozkazywać, żebyś to porzucił, ale dlaczego nie miałbyś tego odłożyć na jakiś czas? A ja znajdę 

ci jakieś inne zlecenie.

- Odłożyć? Nie mógłbym. Mam już ludzi, którzy nad tym pracują - powiedział Azzie. - 

Złożyłem obietnice. Nie chciał bym powstrzymywać działań swoich aktorów i wracać do mojego 

świata. Jeżeli, oczywiście, nie zostanie mi to polecone.

-   Och,   nie,   nie   -   pośpieszył   z   zapewnieniem   Szatan.   -   Nie   mówię   ci,   byś   z   tego 

rezygnował. Czyż nie wystawiłoby mnie to na pośmiewisko, gdybym polecił jednemu z moich 

demonów przerwać prace nad sztuką wychwalającą piekielną aktywność? Nie, mój drogi, jest to 

całkowicie twój własny wybór. Pamiętaj tylko -jeśli to nie zagra tak, jak ty sobie, raczej głupio i 

zarozumiale, wyobrażasz, to, no cóż - zostałeś ostrzeżony. Pytaliśmy, czy nie chciałbyś swojego 

projektu odłożyć do czasu, zanim byś go sobie dobrze nie przemyślał.

Azzie tak był wstrząśnięty tym, co usłyszał, że wyszedł, nie pytając nawet o jedną ze 

swoich głównych trosk: czy opowieść o lichtarzach była w ogóle prawdziwa? Oddalił się jednak 

background image

zdecydowany kontynuować swoje działania, a także odwiedzić jedną z istot, o której sądził, że 

mogłaby mu pomóc w tej materii rozstrzygnąć sprawę - na tak lub na nie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Azzie zdecydował się wyjaśnić kwestię istnienia magicznych kandelabrów. Miał plan na 

każdą okoliczność: jeżeli świeczniki istnieją, użyje ich w swojej sztuce, by pokierować losami 

ludzi i duchów; a jeśli nie, znajdzie jakiegoś rzemieślnika, który zrobi ich kopie.

Miał jednak nadzieję, że lichtarze istnieją.

Wszyscy   w   Piekle   wiedzą,   że   jeżeli   szybko   potrzebujesz   jakiejś   odpowiedzi,   idziesz 

prosto do Autorytetu - Korneliusza Agryppy, figury szczególnie ważnej w poprzednich stuleciach 

i nadal kontrowersyjnej w Renesansie. Autorytet mieszkał w pewnej idealnej sferze, która nie 

była   ani   duchowa,   ani   materialna,   ale   miała   swój   własny,   Osobliwy   wystrój,   dotąd   nie 

zdefiniowany. Agryppa sam był zdumiony, kiedy się toto wylęgło i nie miał jeszcze czasu, by 

rzecz włączyć do swego systemu filozoficznego.

System ten zbudowany był na podstawie stwierdzenia tak banalnego, że zrozumiałego 

samo przez się, chociaż rodzącego zadziwiające trudności, kiedy próbowano je udowodnić bądź 

zastosować   w   praktyce:   kosmos,   wraz   ze   wszystkim,   co   w   nim   się   zawiera,   egzystuje   jako 

harmonia, a wszystkie jego elementy są wzajemnie od siebie zależne. Z tego Agryppa wywodził, 

iż każda część wszechświata oddziałuje na inną; oraz że znak lub symbol czegoś może wpłynąć 

na jego desygnat materialny - gdyż w jedności, która łączy wszystko, są one równoważne. Jak 

dotąd, wszystko było w porządku. Kłopoty zaczynały się przy próbie udowodnienia powyższego. 

Jakkolwiek Agryppa potrafił wpłynąć na wiele rzeczy poprzez inne, nadal nie odniósł sukcesu w 

oddziaływaniu   na   wszystko,   o   czym   by   sobie   zamarzył.   Ponadto,   nie   oszacował   także 

prawdopodobieństwa, z jakim w jego obliczeniach pojawiały się czasami błędy w sposób, który 

zdawał się przypadkowy - a zatem zabroniony w planie budowy wszechświata. Tym właśnie, 

oraz podobnymi  problemami, Agryppa trudził się w swoim starym domu nakrytym  stromym 

dachem i stojącym w tym punkcie przestrzeni, który nie istniał ani w sferze materialnej, ani 

duchowej.

-   Azzie!   Jak   miło   cię   znowu   widzieć!   -   zakrzyknął   arcymag.   -   Masz,   potrzymaj   to. 

Możesz? Właśnie zamieniam złoto w ciemny opar.

- Czy to doprawdy konieczne? - zainteresował się demon, biorąc wręczoną mu przez 

Agryppę retortę.

- Tak, jeśli chcesz potem odwrócić ten proces.

- A nie mógłbyś zacząć właśnie od tego, skoro o to ci chodzi? - zapytał Azzie. Retorta w 

background image

jego   rękach   zaczęła   bulgotać,   a   znajdujący   się   wewnątrz   płyn   z   przezroczystego   stał   się 

brunatnożółty, mieniąc się zielenią. - Co to takiego?

-   Niezastąpiony   lek   na   gardło   -   wyjaśnił   Agryppa.   Mag   był   niski,   za   to   obdarzony 

atrybutami filozofa, jakie stanowią broda oraz wąsy, a nawet miał pejsy niczym chasydzki rabin, 

z którym od czasu do czasu rozmawiał w gospodzie w Limbo, gdzie spotykali się, żeby coś 

przekąsić  i   prowadzić  uczone  dysputy.  Miał   na  sobie  długi   płaszcz   oraz  wysoką,   szpiczastą 

czapkę z cynową sprzączką dla ozdoby.

- Dlaczego taki intelekt jak twój trudzi się, by sporządzić lek na gardło? - zainteresował 

się Azzie.

- Staram się być użyteczny - odparł Agryppa. - Podobnie jak w operacji ze złotem, gdy 

szukam procesu odwrotnego do stopienia go w czarną maź, by móc potem przeistoczyć dowolny 

szlam w szlachetny kruszec.

- Dałoby to mnóstwo złota - powiedział Azzie, myśląc o całym ogromie paskudztwa, 

jakie widział w swoim życiu.

- Tak by było. Ale mnóstwo kruszcu to jest to, czego chcą ludzie, zaś nauki hermetyczne 

stoją ponad całą humanistyczną filozofią. A teraz, co mogę dla ciebie zrobić?

- Czy słyszałeś kiedykolwiek - zapytał go Azzie - o siedmiu złotych lichtarzach, które 

Szatan dał Adamowi, by ten mógł znaleźć powrotną drogę do Raju?

- Brzmi to znajomo. Gdzie moja sowa?

Słysząc to wezwanie, olbrzymi śnieżnobiały ptak z cętkowanymi skrzydłami sfrunął cicho 

ze swojej żerdzi pod sufitem, gdzie ściany schodziły się pod ostrym kątem.

- Przynieś mój rulon - polecił uczony i sowa, zatoczywszy w pokoju krąg, wyleciała przez 

okno.

Agryppa rozejrzał się wokoło zakłopotany, a potem jego wzrok padł na trzymaną przez 

Azziego retortę.

- Ach, tutaj jest.

Schylił się nad naczyniem i powąchał zawartość.

- Tak, o to właśnie chodziło. Jeśli to nie jest lekarstwo na kaszel, niech mnie świerzb 

oblezie.  Jestem bardzo bliski wynalezienia uniwersalnego panaceum na wszelkie choroby.  A 

teraz obejrzyjmy nasz szlam.

Agryppa   zajrzał   do   małego   piecyka   hutniczego,   gdzie   kipiało   złoto,   i   zrobił 

background image

niezadowoloną minę.

- Nawet szlam całkiem się spalił. Mógłbym spróbować odzyskać złoto wyłącznie dzięki 

pamięci   o   nim,   ponieważ   doktryna   uniwersalnej   zgodności   zakłada   brak   niemożliwych 

warunków, i co język potrafi wypowiedzieć, to umysł może sobie wyobrazić, a ręce ująć, ale 

łatwiej   będzie   zacząć   od   nowa   z   kolejnym   kawałkiem   złota.   Oho,   otóż   i   moja   sowa   jest   z 

powrotem.

Trzymając w dziobie wielki zwój pergaminu, ptaszysko sfrunęło mu na ramię. Agryppa 

wziął rulon, a sowa wróciła na grzędę ponad jego głową. Arcymag rozwinął pergamin i szybko 

przebiegał po nim wzrokiem.

- Aha! - wykrzyknął. - Tutaj jest! Siedem złotych świeczników istnieje naprawdę. Wraz z 

pozostałymi zapomnianymi mitami, znanymi temu światu, zmagazynowane są w zamku katarów 

w Krak Herrenium.

- Gdzie to jest? - zapytał Azzie.

- W Limbo, na południe wzdłuż zerowego południka Czyśćca. Wiesz, jak się tam dostać?

- Nie ma sprawy - rzekł Azzie. - Serdeczne dzięki. I wyszedł.

background image

ROZDZIAŁ 6

Babriel uważnie śledził powrót Azziego. Anioł znalazł sobie kwaterę w pobliżu domu 

Aretina - niewielkie mieszkanko, gdyż nie potrzebował niczego większego. Przyjął także służącą, 

starą   kobietę   o   zapadniętych   ustach   i   czarnych,   błyszczących,   okrągłych   jak   guziki   oczach. 

Gotowała dla niego wspaniały kleik owsiany, który Babriel przedkładał ponad inne smakołyki. 

Płukała także jego pędzle, kiedy wracał po swoich malarskich studiach nad perspektywą, i ciągle 

się o niego troszczyła.

Sam   Babriel   mógł   przeoczyć   powrót   Azziego   do   Wenecji,   demon   bowiem,   niczym 

piorun, przemknął ognistym śladem prosto do domu Aretina, ale Agata, jak zwała się ta stara 

baba,   trzymała   straż   wraz   z   całą   swoją   rodziną,   zatrudnioną   do   tego   zadania.   Jej   ojciec, 

Menelaus, jako pierwszy zauważył poruszający się na zachodnim niebie ognik i poszedł ją o tym 

powiadomić.   Zapaliwszy   świecę,   kobieta   powędrowała   przez   ciemne   korytarze   do   pokoju 

Babriela, zapukała do drzwi i weszła do środka.

- Ten, którego szukasz - powiedziała - jest już w Wenecji.

- Nareszcie! - ucieszył się Babriel i owinąwszy się pierwszym lepszym płaszczem, jaki 

udało mu się znaleźć w ciemności, ruszył przed siebie.

Decydując się na skorzystanie z podstępów, o jakich wiele dane mu było słyszeć, Babriel 

wspiął się na altanę  Aretina  i przycupnął  na małym  balkonie  pod oknem pierwszego piętra. 

Wewnątrz widział Azziego oraz poetę, ale nie słyszał ich głosów. Zirytowany powiedział:

- Nadszedł czas na skromny cud.

Na te słowa mały robaczek świętojański oderwał się od grupy swych, grających w berka, 

pobratymców i przyleciał do niego.

- Witam, mój panie. Co mogę dla ciebie zrobić?

- Chcę wiedzieć, co się mówi tam wewnątrz.

- Nie ma sprawy. Jestem tym chłopakiem, o którego ci chodziło.

Świetlik odleciał, a po chwili znalazł w okiennej ramie szczelinę. Przecisnął się przez nią 

akurat na czas, by usłyszeć, jak Azzie mówi:

- Nie wiem, co masz na myśli, Aretino, ale spróbujemy to zrobić. I zrobimy to teraz!

Po   czym   nastąpił   rozbłysk   światła,   w   którym   obaj   zniknęli;   zaś   świetlik   wrócił   i 

opowiedział wszystko Babrielowi, który stwierdził, że stopień komplikacji spraw przerasta go, 

gdyż w ogóle nie zrozumiał, co się stało.

background image

A wewnątrz domu, tuż przed włamaniem się do środka robaczka świętojańskiego, Azzie 

mówił:

- Wpadłem tylko, by ci powiedzieć, że znalazłem nasze świeczniki.

- Naprawdę? Gdzie one są?

- Zgodnie z tym, co mówił Korneliusz Agryppa, znajdują się w pewnym zamku w Limbo. 

Skoczę tam, by się przekonać, czy nadal są osiągalne, a potem ustanowię z nich nagrody.

- Nagrody?

- Doprawdy, Pietro, przypomnij sobie. Wymyśliłeś  siedem lichtarzy.  Albo wyczytałeś 

gdzieś tę historię, obojętne. Jest siedem kandelabrów, więc będziemy mieć siedmiu pielgrzymów. 

Wszystko, co mają oni zrobić, sprowadza się do zdobycia świeczników, dzięki czemu ziszczą się 

ich najgorętsze pragnienia. Jak ci się to podoba?

- Bardzo - przyznał Aretino. - To jest to, czego zawsze chciałem - móc wziąć coś do ręki, 

wypowiedzieć życzenie, a ono stałoby się rzeczywistością.

- I nie dlatego, że zrobiłeś cokolwiek, by sobie na to zasłużyć - uściślił Azzie - a tylko z 

tego powodu, że posiadasz magiczny przedmiot. Oto, jak sprawy powinny się toczyć. Czasami 

tak właśnie się to odbywa, a przynajmniej ma to wykazać nasza sztuka. Zamierzam wyjaśnić 

moim   ochotnikom,   że   wszystko,   co   muszą   zrobić,   to   znaleźć   kandelabry   -   a   ich   problemy 

skończą się. Gruntownie.

Aretino uniósł brwi, ale pokiwał potakująco głową i wymruczał:

- No tak, gruntownie. Ale jak oni zdobędą te świeczniki?

- Dam każdemu z pielgrzymów zaklęcie, a ono zaprowadzi ich do lichtarzy.

- Jak dla mnie, brzmi to rozsądnie - zgodził się poeta. - A więc udajemy się do Limbo. 

Czy to daleko stąd?

- Bardzo daleko, według jakichkolwiek  obiektywnych  standardów  - wyjaśnił Azzie. - 

Jednak uczynimy to w taki sposób, że droga zajmie niewiele czasu. Jako autor sztuk powinieneś, 

Pietro, uznać to za interesujące doświadczenie. Według mojej wiedzy, żaden żywy człowiek nie 

był w Limbo - poza Dantem. Jesteś pewny, że chcesz odbyć tę podróż?

- Jak niczego innego na świecie - stwierdził Aretino.

- A zatem, już nas tu nie ma! - Azzie wykonał znak i obaj zniknęli.

background image

Pierwsze wrażenie Aretina z Limbo graniczyło z zawodem. Miejsce w całości utkane było 

z szarych cieni. Przed nimi znajdowały się prostokątne bryły, które mogły być belkami, na jakiej 

stał Azzie. Albo może stali za drzewami. Trudno było w tym miejscu powiedzieć, co się za czym 

chowa.

Trójkątne kleksy za nimi, jaśniejsze w kolorze i mniejsze, przypominały góry. Pomiędzy 

drzewami   a   górami   rozciągały   się   pokreskowane   na   krzyż   przestrzenie,   wyglądające   na   nie 

wiadomo   co.   Nie   wiał   najlżejszy   nawet   wiatr,   a   odrobina   wody,   która   tam   występowała, 

gromadziła się w stojących, martwych kałużach.

W tej chwili wzrok Aretina przyciągnęła mała, ciemna plamka na horyzoncie. Ruszyli w 

tamtym   kierunku,   podczas   gdy   ponad   nimi   skrzeczały   nietoperze,   a   dołem   przemykały   się 

gryzonie.

background image

ROZDZIAŁ 7

Ponad wejściem do zamku Krak Herrenium znajdował się napis głoszący: PORZUĆCIE 

FANTAZJE ROZUMU, KTÓRZY TU WSTĘPUJECIE. Z wnętrza budowli sączyła się delikatna 

muzyka. Jej melodia miała żywy rytm, choć było w niej także coś pogrzebowego. Aretino nie był 

tym w najmniejszym stopniu przerażony - trudno wymagać od poety, żeby czuł się struchlały ze 

strachu, wędrując przy boku swego demona.

Przez niskie łukowato sklepione wejście przeszedł jakiś człowiek, schylając się, by się w 

nim zmieścić. Był to olbrzymi i wysoki mężczyzna, ubrany w fałdzistą pelerynę na pendencie i 

kurtce  oraz w szpiczaste  buty z wysokimi  cholewami.  Miał śmiałą,  gładko ogoloną twarz o 

dużych, wyrazistych oczach i znamionach wielkiej przebiegłości.

Mężczyzna postąpił naprzód i skłonił się nisko.

- Nazywam się Fatus. A kim wy jesteście?

- A więc to jest zamek Fatusa! - zdumiał się Aretino. - Fascynujące!

- Sądząc z twojej, dobrze znanej, reputacji osoby ciekawej nowinek - powiedział Azzie - 

wiedziałem, że ci się spodoba.

- Mój głód nowości bardziej dotyczy ludzi niż rzeczy - odparł poeta.

-   Dzień   dobry,   demonie   -   odezwał   się   Fatus,   mrugając   oczami.   -   Jak   widzę, 

przyprowadziłeś ze sobą przyjaciela.

- To jest Pietro Aretino - przedstawił towarzysza Azzie. - I jest człowiekiem.

- Wspaniale.

- Przybyliśmy tutaj w sprawie, w której mógłbyś nam pomóc, jak sądzę.

Fatus  uśmiechnął   się  i  uczynił  znak;  znikąd  pojawiły  się  trzy  krzesła   oraz  stolik,   na 

którym stało wino i misa ze słodyczami.

-   Może   mielibyście   ochotę   na   przekąskę,   podczas   gdy   będziemy   o   tym   mówić   - 

zaproponował gospodarz.

Azzie   skinął   głową   i   usiadł.   Jedli   i   rozmawiali,   a   po   chwili   Fatus   wykonał   gest 

przywołujący coś ku rozrywce. Na ten sygnał z tylnego pokoju weszła trupa kuglarzy. Ludzie ci 

pochodzili z klanu, zwanego żonglerami jurysdycznymi, wyrzucili w powie trze wstęgę szkód 

prawniczych oraz represaliów, po czym przerzucali je sobie z ręki do ręki, w górę i w dół, przed i 

za siebie - a Azzie wielce się zdumiewał ich zręcznością. Po pewnym czasie Fatus uśmiechnął się 

i powiedział:

background image

- Wystarczy już tych iluzji. Czym mogę wam służyć?

- Słyszałem - zaczął demon - że przechowujesz w swoim zamku wiele zabytkowych i 

ciekawych rzeczy.

- Istotnie - potwierdził Fatus. - Wszystkie one trafiają i w końcu do mnie, cokolwiek by to 

było, a ja znajduję dla nich miejsce. Przeważnie są to zwykłe śmieci, ale czasem zdarza się realny 

przedmiot. Niekiedy owe skarby są prawdziwie prorocze, a czasami nie mają w sobie nawet 

cienia   prawdy.   Nie   dbam   o   to,   nie   czynię   różnicy   pomiędzy   realnym   a   nierealnym, 

urzeczywistnionym   a   nieurzeczywistnionym,   istniejącym   i   wirtualnym.   Jakiegoż   to   skarbu 

poszukujecie?

- Siedmiu złotych kandelabrów - odparł Azzie - ofiarowanych praojcu Adamowi przez 

Szatana.

- Wiem, o czym mówisz. Mam kilka ich obrazów, które mógłbyś obejrzeć.

- Potrzebne mi są wyłącznie materialne przedmioty - rzekł Azzie.

- A co zamierzasz z nimi uczynić, kiedy już je dostaniesz?

- Mój drogi Fatusie, zaczynam wielkie przedsięwzięcie a te lichtarze są jego częścią. Być 

może jednak potrzebujesz ich dla jakiegoś własnego celu?

- Wcale nie - stwierdził Fatus. - Będę zachwycony, mogąc ci je wypożyczyć.

- To, co mam na myśli - wyjaśnił demon - to oddanie ich ludziom, którzy za ich pomocą 

będą mogli zaspokoić swoje najskrytsze pragnienia.

- Idea godna pochwały - wyraził swoje uznanie Fatus. - Doprawdy, coś takiego powinno 

częściej występować na świecie. A jak zamierzasz je stąd zabrać?

- Dzięki zaklęciom - odparł Azzie.

- Czary! Wspaniały pomysł - zachwycił się Fatus. - Zaklęcia mogą właściwie wykonać 

każdą robotę.

- Tak - potwierdził demon. - To jest w nich właśnie cudowne. A teraz, jeśli pozwolisz, 

Fatusie, Aretino i ja zbierzemy po prostu te lichtarze, wrócimy na Ziemię i rzucimy zaklęcia.

background image

ROZDZIAŁ 8

Azzie ukrył świeczniki w jaskini w pobliżu Renu, a potem poleciał do Wenecji, gdzie 

udał   się   na   spoczynek   do   domu   Aretina.   Następna   część   jego   intrygi,   wspomagana   przez 

zaklęcia, mogła się doskonale obejść bez czyjejkolwiek pomocy.

Nie zwlekając, Azzie odleciał natychmiast, korzystając ze swojej okresowej przepustki po 

tajemnych  drogach Piekła, dającej mu bezpośrednie połączenie przez firmament ze Styksem. 

Tajemna trasa wyrzuciła go w wielkiej hali Dworca Centralnego, gdzie wszystkie piekielne cele 

podróży wyświetlone są na szatańskiej tablicy informacyjnej, której płomieniste litery pokazują 

najbliższe   godziny   odjazdu   pociągów.   Długie   składy,   niektóre   napędzane   parą,   ciągnęły   się 

daleko, jak okiem sięgnąć. Na początku każdego z nich stał popatrujący niecierpliwie na zegarek 

konduktor, wyjadający drugie śniadanie z brązowej, papierowej torby.

- Czym mogę służyć, sir?

Do Azziego zbliżył się profesjonalny przewodnik z rodzaju tych, którzy zawsze się kręcą 

po wielkich terminalach. Był  to goblin w naciągniętej głęboko na czoło czapce. Schował do 

kieszeni podaną przez Azziego monetę i poprowadził go prosto do pociągu. Demon miał jeszcze 

tyle   czasu,   by   znaleźć   wagon   restauracyjny   i   wypić   espresso,   zanim   skład   wytoczył   się   z 

Piekielnej Stacji i sapiąc, ruszył prosto przez jałowe Złe Kraje do rzecznej krainy, gdzie mieściło 

się Zaopatrzenie. Po jakiejś godzinie, czy coś koło tego, przybyli na miejsce.

Nie   było   tu   wiele   do   oglądania.   Zaopatrzenie   było   apatycznym   i   monotonnym 

miasteczkiem,   z   rozrzuconymi   tu   i   ówdzie   tanimi,   za   to   głośnymi   tancbudami   oraz   barami 

szybkiej   obsługi.   Tuż   za   nimi   leżało   właściwe   Zaopatrzenie   -   wielki   kompleks   budynków 

położonych   na   brzegach   Styksu,   dostarczający   mieszkańcom   Piekła   wszystkiego,   czego 

potrzebowali do prowadzenia swych łotrowskich działań.

Zaopatrzenie   składało   się   z   szeregu   ogromnych   magazynów,   wybudowanych   według 

zawsze popularnego wzoru na wpół cylindrycznych, blaszanych baraków. Teren, na którym stały 

składy,   spływał   bagniście   w   dół,   w   stronę   niskich,   błotnistych   brzegów   Styksu.   Wszystkie 

piekielne ścieki oraz odpady zrzucano bezpośrednio do rzeki, bez żadnej utylizacyjnej obróbki. 

Nie zanieczyszczało to bardziej Styksu, gdyż jego wody były skażone w maksymalnym stopniu 

już   w   chwili   ich   powstania.   Odpadki   i   brudy,   płynące   bezustannie   z   innych   źródeł,   dawały 

paradoksalny efekt, polegający na oczyszczaniu się rzeki Piekła.

background image

Azzie   znalazł   odpowiedni   magazyn,   gdzie   przechowywano   zaklęcia,   i   zwrócił   się 

bezpośrednio do urzędnika, długonosego goblina, który podniósł na niego wzrok sponad książki 

z dowcipami.

- Co za zaklęcia? Co będziesz z nimi robił?

- Potrzebne mi są zaklęcia doprowadzające ludzi do siedmiu świeczników.

- Brzmi to wystarczająco jasno - stwierdził urzędnik. - W jaki sposób, według ciebie, 

mają one działać? Najprostsze zaklęcie wskazuje zwykle kierunek, czyli podaje adres. Przeważ 

nie jest to skrawek pergaminu lub gliniana skorupa albo strzępek skóry, na którym znajdują się 

jakieś słowa; na przykład takie: „Idź prosto do skrzyżowania, skręć w prawo i idź dalej, aż 

spotkasz wielką sowę”. Jest to typowa instrukcja z zaklęcia.

Azzie potrząsnął głową.

- Potrzebne mi są takie, które doprowadzą moich ludzi do kandelabrów ukrytych gdzieś w 

realnym świecie.

-   Mam   nadzieję,   że   chciałeś   powiedzieć:   w   pozornie   realnym   świecie   -   sprostował 

urzędnik. - W porządku, potrzebujesz zatem czaru, który nie tylko powie obdarowanemu, dokąd 

ma iść, ale da mu także moc dostania się tam.

- Dokładnie tak - potwierdził Azzie.

- A w jakim stopniu twoi ludzie znają się na zaklęciach?

- Minimalnie, jak sądzę - przyznał demon.

- Tego się właśnie obawiałem. Czy oczekujesz od czaru, że będzie także ochraniał jego 

właściciela podczas drogi ku lichtarzom?

- To by więcej kosztowało, co?

- Oczywiście.

- No to nie, bez ochrony. Muszą podjąć jakieś ryzyko.

-   A   więc   tak   -   chodzi   o   zaklęcie   z   wbudowaną   siłą,   która   będzie   wskazywać   jego 

nosicielowi przez stukanie, błyskanie, śpiewanie czy co tam jeszcze, że znajduje się na właściwej 

drodze, a potem, jak sądzę, zasygnalizuje, kiedy osiągnie on cel - miejsce, gdzie znajdują się 

świeczniki.

- No cóż, to powinno być coś więcej niż sygnał - rzekł Azzie. - Chcę, żeby nie było 

najmniejszych wątpliwości, kiedy już znajdą te kandelabry.

- W takim razie zrobiłbyś lepiej, posługując się operacją połówkowych zaklęć.

background image

- Nie wydaje mi się, żebym słyszał o czymś podobnym - przyznał się Azzie.

- To sposób chaldejski. Zaklęcie takie składa się z dwóch części. Czarownik - w tym 

wypadku ty - kładzie jedną połówkę w miejscu, do którego obdarowany chce się dostać. Potem 

delikwent,   czyli   nosiciel   połówki   zaklęcia,   uczestniczy,   powiedzmy,   w   bitwie. 

Niebezpieczeństwo narasta. Obraca on więc połowę zaklęcia, a ono duchem przenosi go tam, 

gdzie  znajduje się druga połówka. Jest to najlepszy sposób, jeśli szybko  chcesz przemieścić 

człowieka lub rzecz.

- To mi się podoba - stwierdził Azzie. - Mogę położyć siedem połówek zaklęć w pobliżu 

siedmiu  świeczników,   a  pozostałe   ich   części   wręczyć  moim  ludziom,  i   kiedy  je  uruchomią, 

zaklęcia dostarczą ich na miejsce.

- Właśnie. A teraz, czy potrzebujesz także kompletu zaczarowanych koni?

- Magicznych wierzchowców? A na cóż mi są potrzebne na Ziemi zaczarowane konie? 

Czy są niezbędne?

- Niezupełnie, ale jeżeli planujesz rozegrać to wszystko na oczach publiczności, magiczne 

rumaki dostarczą porywającego przedstawienia. Dodają także kolejny poziom komplikacji.

- Niezbyt poważnych, mam nadzieję? - zapytał Azzie. - Nie wiem, do jakiego stopnia 

sprytni okażą się moi zawodnicy. Zakładając, że są na poziomie większości ludzi...

- Punkt dla ciebie - rzekł urzędnik. - Trudności związane z magicznymi końmi powinny 

okazać się dosyć łatwe, by przez nie przebrnąć. Poza tym, dodają klasy.

- Dołóż mi siedem zaczarowanych wierzchowców - zdecydował Azzie.

- Zgoda - powiedział urzędnik, bazgrząc po formularzu zapotrzebowania. - A czy chcesz, 

żeby konie miały jakieś nad zwyczajne cechy?

- Na przykład jakie?

- No wiesz, jakieś ekstraumiejętności, szlachetność, urodziwość, zdolność do latania lub 

mówienia, możliwość metamorfozy w jakieś inne zwierzę...

- Oznacza to chyba bardzo drogie dodatki.

-   Możesz   dostać   wszystko,   co   tylko   chcesz   -   potwierdził   goblin   -   ale   musisz   za   to 

zapłacić.

-   Uczyń   je   zatem   magicznymi   końmi,   ale   bez   żadnych   nadzwyczajnych   cech   - 

zdecydował Azzie. - To powinno wystarczyć.

- Dobra. Czy są jakieś inne przeszkody, które chciałbyś  umieścić pomiędzy odbiorem 

background image

połówki zaklęcia a przybyciem do świeczników?

- Nie.  Jeśli  zrobią  tę odrobinę,  jaką  mają  do wykonania,  będzie  dobrze  - powiedział 

Azzie.

- W porządku. Jaki ma być kaliber zaklęcia?

- Kaliber? A od kiedyż to zaklęcia są kalibrowane?

- Nowe przepisy; wszystkie zaklęcia muszą być zamawiane podług kalibru.

- Nie mam pojęcia, jaki kaliber jest mi potrzebny.

- Wykombinuj coś.

Azzie wręczył urzędasowi łapówkę i powiedział:

-  Każde  zaklęcie  powinno  być  zdolne   do przeniesienia   istoty  ludzkiej   z  położenia  w 

jednej rzeczywistości omawianego biegu wypadków do położenia w innej. Potem musi go zabrać 

do kolejnego celu.

- A zatem potrzebujesz raczej podwójnego zaklęcia, a nie połówkowego - odparł goblin. - 

Tego, co powiedziałeś, nie można oczekiwać od zwykłego czaru. Zmiana rzeczywistości biegu 

wypadków wymaga mnóstwa energii. Zastanówmy się. Ile ważą ci ludzie?

- Nie wiem - powiedział Azzie. - Jeszcze ich nie widziałem. Powiedzmy, maksymalnie 

trzysta funtów każdy.

-   Kaliber   ulega   podwojeniu,   jeżeli   zaklęcie   musi   przenieść   więcej   niż   dwieście 

pięćdziesiąt funtów.

- Załóżmy więc dwieście pięćdziesiąt. Upewnię się, by żaden nie ważył więcej.

- Zgoda  - rzekł  urzędnik.  Złapał  jakiś  świstek  i zrobił  zestawienie.  - Zobaczmy,  czy 

wszystko   zapamiętałem.   Chcesz   siedem   podwójnych   zaklęć,   z   których   każde   przeniesie 

dwustupięćdziesięciofuntowej wagi człowieka - wliczając w to wszystko, co ów będzie miał ze 

sobą - do dwóch różnych miejsc, leżących w dwóch różnych rzeczywistościach biegu wypadków. 

Powiedziałbym, że to będzie zaklęcie kalibru czterdzieści pięć. Jakiej marki ma ono być?

- A są różne? - zapytał Azzie naiwnie.

- Wierz mi na słowo - rzekł goblin. – „Moronia Mark II” to dobra marka. Tak samo 

„Idiota Magnifica 24”. Dla mnie to bez różnicy.

- Daj mi którekolwiek.

- Hej, co z tobą? Sam musisz zdecydować. Czy mam wszystko robić za ciebie?

- Zamów zaklęcia „Idioty”.

background image

- Wyszły. Spodziewam się dostawy w przyszłym tygodniu.

- Wezmę zatem „Moronie

2

 .

- W porządku. Wypełnij tu i tu. Podpisz tutaj. Inicjał tu. Oto twoje zaklęcia.

Urzędnik wręczył  Azziemu  niewielką,  białą paczuszkę. Demon otworzył  ją i obejrzał 

zawartość.

- Wyglądają jak małe, srebrne klucze - stwierdził.

- To dlatego, że są to „Moronie”. „Idiota Magnifica” wyglądają inaczej.

- Będą działać tak samo dobrze?

- Nawet lepiej.

- Dzięki! - zawołał Azzie i już go nie było.

Ponownie odbył nużącą drogę powrotną na Ziemię, z przesiadką na Dworcu Centralnym. 

Ale był radośnie podniecony. Miał wszystko, czego potrzebował. Legendę. Intrygę. Lichtarze. 

Zaklęcia. Teraz pozostało już tylko znaleźć ludzi, którzy odegrają tę opowieść, ale to powinno 

być raczej zabawne.

2 Moronia znaczy debil

background image

CZĘŚĆ PIĄTA

ROZDZIAŁ l

W przepiękny czerwcowy poranek na niewybrukowanej wiejskiej drodze na południe od 

Paryża, otoczony pobrzękiwaniem uprzęży i stukotem podków, wyłonił się na zakręcie, spoza 

kępki   majestatycznych   kasztanów,   czterokonny   pojazd.   Przez   hałas   wywołany   końskimi 

kopytami oraz skrzypieniem kołyszącej się karocy, nie było słychać nic więcej oprócz brzęczenia 

cykad i głośnych okrzyków woźnicy: „Wiśta, wio!”

Kareta   była   duża,   pomalowana   na   żółto   i   czerwono,   a   na   wierzchu,   za   woźnicą, 

znajdowali się dwaj lokaje. Pięćdziesiąt stóp za pojazdem poruszał się podobny powóz, a za nim 

kilku jeźdźców jadących eleganckim cwałem. Na końcu truchtał tuzin mułów.

W   wiodącym   powozie   siedziało   sześć   osób.   Dwoje   dzieci   -   przystojny   chłopiec 

dziewięcio-   lub   dziesięcioletni   oraz   jego   siostra,   czternastoletni   podlotek   o   kędzierzawych, 

rudych lokach i zuchwałym wyrazie na ładnej buzi. Pozostali pasażerowie byli dorośli. Stłoczeni 

w niewygodzie, robili dobrą minę do złej gry.

W pewnej chwili karoca zaczęła się niebezpiecznie przechylać. Gdyby któryś z jadących 

z tyłu jeźdźców przygalopował do niej, to zobaczyłby, że prawe przednie koło zakreśla jakiś 

pijany ruch w kształcie pętli. Woźnica zauważył zmianę i wstrzymał konie właśnie w momencie, 

gdy koło odpadło, a pojazd oparł się na jego osi. Pierwszy jeździec, korpulentny mężczyzna z 

czerwoną twarzą, podjechał pod okno powozu.

- Halo! Czy nic się nikomu nie stało?

- Mamy się świetnie, proszę pana - odpowiedział chłopiec. Jeździec pochylił się i zajrzał 

do środka. Skłonił się dorosłym pasażerom, ale jego wzrok spoczął na Puss.

- Nazywam się sir Oliver Denning z Tawkesbury - przedstawił się jej.

- Ja jestem miss Carlyle - odparła Puss. - A to mój brat, Quentin. Czy pan także należy do 

pielgrzymki?

- Tak - rzekł mężczyzna. - Jeżeli wszyscy wysiądziecie z powozu, każę mojemu słudze, 

Wattowi, zobaczyć, co się da zrobić z tym kołem.

Wskazał ruchem głowy na Warta, małego, ciemnego Walijczyka.

- Będziemy panu bardzo zobowiązani - powiedziała Puss.

- To zupełny drobiazg - stwierdził sir Oliver. - Moglibyśmy nawet urządzić mały piknik, 

background image

podczas gdy Wart będzie przymocowywał koło.

Jego spojrzenie zaledwie omiotło pozostałych pasażerów powozu.

Sir   Oliver   zwrócił   uwagę   na   Puss   już   przed   wypadkiem;   prawdopodobnie,   gdy 

rozwiązywała   chustkę.   Obojętne   zniesienie   widoku   jej   wspaniałej   głowy   z   rudymi   lokami   i 

ujmujących rysów twarzy okazało się czymś ponad jego siły. Mężczyźni, nawet wypróbowani 

wojownicy, szaleli na punkcie Puss.

Niedaleko od powozu znaleźli na małej polanie słoneczne, porośnięte trawą miejsce i sir 

Oliver   rozłożył   obozowy   koc,   przyjemnie   zalatujący   zapachem   konia.   Widocznie   był 

doświadczonym żołnierzem, gdyż w skórzanej torbie przy siodle miał zapakowane prowianty i 

nawet pewne naczynia stołowe.

- To jest naprawdę bardzo smaczne - odezwał się sir Oliver, kiedy się usadowili; trzymał 

w ręku pięknie przypieczoną kurzą nóżkę. - Jakże często jadłem tak podczas niedawnych wojen 

we Włoszech, gdzie miałem zaszczyt służyć pod słynnym sir Johnem Hawkwoodem!

-   Czy   widział   pan   wiele   bitew?   -   zapytał   Quentin,   bardziej   z   grzeczności   niż   z 

jakiegokolwiek innego powodu; sądził bowiem, iż sir Oliver spędzał większość czasu obok wozu 

kwatermistrza.

- Bitwy? O tak, sporą liczbę - odparł rycerz, po czym mówił o potyczce w pobliżu Pizy 

tak, jak gdyby cały świat powinien był o niej słyszeć.

Wspomniał potem od niechcenia o innych zbrojnych starciach we włoskich miastach lub 

w ich pobliżu, co nazywał zaciętymi  walkami.  Quentin miał  powody,  by w to wątpić, gdyż 

pamiętał jak jego ojciec mówił mu, iż większość działań militarnych w Italii sprowadzała się do 

wojowniczych publicznych wypowiedzi oraz pozafrontowych prywatnych negocjacji, po których 

miasto poddawało się lub odstępowano od jego oblężenia - w zależności od tego, co zostało 

ustalone. Słysząc to, przypomniał sobie także, że było prawdą, iż brali w tym udział Francuzi, 

którzy częściej zajmowali się handlem pomiędzy Włochami a Wolnymi Kompaniami. Sir Oliver 

ani słowem nie wspomniał o Francuzach, tylko o Colonnasach, Borgiach i Medyceuszach oraz o 

innych   obcokrajowcach,   noszących   podobnie   brzmiące   nazwiska.   Rycerz   miał   w   zanadrzu 

mnóstwo   porywających   opowieści   o   wczesnoporannych   potyczkach,   w   których   małe   grupki 

wojowników ścierały się na lance i miecze z podobnymi  oddziałkami  przeciwnika. Mówił o 

nocnym   czuwaniu   na   południu   Italii,   gdzie   nadal   trzymali   się   Saraceni,   oraz   o   nagłych, 

background image

desperackich atakach na małe, obwarowane miasta, gdzie śmierć mogła spłynąć na ciebie z góry 

pod postacią wrzącego oleju lub stopionego ołowiu.

Sir Oliver był niskim, krępym mężczyzną, zbudowanym na podobieństwo drewnianego 

kloca. W średnim wieku i łysiejący, miał zwyczaj potrząsać stanowczo głową dla podkreślenia 

wypowiadanych   kwestii;   a   kiedy   to   czynił,   chwiała   się   jego   kozia   bródka.   Stanowczymi 

chrząknięciami stawiał często znaki przestankowe w swojej niezwykle strasznej wymowie. Puss, 

która   była   zawsze   skora   do   figli,   zaczęła   go   naśladować   i   Quentin   z   najwyższym   trudem 

powstrzymywał się od śmiechu.

Po dłuższym czasie nadszedł Watt oznajmiając, że koło zostało naprawione. Sir Oliver 

powiedział, że było mu bardzo miło, a powszechne podziękowania przyjął z męską skromnością. 

Stwierdził, że skoro są uczestnikami pielgrzymki  do Wenecji, spodziewał się widzieć wielką 

współpracę ogółu jej członków, przyjmując najwyraźniej za zupełnie zrozumiałe, iż towarzystwo 

tak zręcznego i wyróżniającego się wojownika, jak on, powinno być miłe każdemu. Puss na to 

oświadczyła najbardziej poważnym tonem, że wszyscy chętnie widzą jego osobę - i to nie dlatego 

bynajmniej, iż jego usługi mogą się w przyszłości okazać znowu przydatne, jeśli odpadnie inne 

koło.   Sir   Oliver   nie   dostrzegł   w   tym   nic   śmiesznego,   ale   przyjął   to   jako   należną   mu 

sprawiedliwość;   nie   był   nawet   zdziwiony   faktem,   że   jednocześnie   Puss,   Quentin   i   kilka 

pozostałych dam dostało niespodziewanego ataku kaszlu.

Później,   tego   samego   dnia,   pielgrzymka   spotkała   w   końcu   zakonnicę,   która   miała 

wędrować wraz z nimi od samego początku podróży, ale nie zjawiła się na miejscu zbiórki całej 

grupy. Nadjechała na wierzchowcu wraz z podążającym za nią służącym, wiozącym jej sokoła. 

Powóz   zatrzymał   się,   nastąpiło   kilka   pośpiesznych   rozmów,   po   czym   zrobiono   jej   miejsce 

wewnątrz pojazdu.

Matka Joanna była przełożoną w zakonie urszulanek mieszczącym się opodal Gravelines 

w Anglii. Jej rodzina nosiła nazwisko Mortimer i przeorysza była pewna, iż wszyscy doskonale 

wiedzą,   że   jest   blisko   spokrewniona   ze   znanymi   Mortimerami   ze   Shropshire.   Miała   wielką, 

szeroką, zbrązowiałą od słońca twarz, a swego sokoła taszczyła ze sobą wszędzie, dokądkolwiek 

się ruszała; podczas postojów nie zmarnowała też ani jednej szansy, by wziąć ptaka, poluźnić 

jego   pęta   i   wysłać   go   na   poszukiwanie   jakiejś   odpowiedniej   zdobyczy   w   pobliżu.   A   kiedy 

przynosił zakrwawioną mysz czy pogruchotaną nornicę, składała modlitewnie dłonie, mówiąc:

background image

- Dobry wynik, pani Sfiwtly.

Tak brzmiało imię sokoła. Quentin nie mógł znieść sposobu, w jaki mówiła do ptaka, 

szczebiocząc piszczącym głosem, i cały czas myślał, że wybuchnie chichotem. W końcu kilku 

członków   -   towarzystwa   nakłoniło   ją,   by   pozostawiła   sokoła   na   dachu   karety   pod   opieką 

służącego.   Matka   Joanna   dąsała   się,   dopóki   nie   ujrzała   jelenia,   który   wyszedł   z   ukrycia   na 

krawędzi   lasu.   Próbowała   przekonać   pozostałych   pielgrzymów,   by   się   zatrzymać   i 

zaimprowizować polowanie, ale z wyjątkiem czyjegoś mopsa, którego trudno byłoby skłonić do 

zapolowania na szczura, nie mieli psów.

Towarzystwo   dowiedziało   się   również,   że   matka   Joanna   nie   tylko   nosiła   nazwisko 

Mortimer, ale była także starszą siostrą Konstancji, która poślubiła markiza St. Beaux, wspaniałą 

partię. Ona sama, nie pragnąc małżeństwa (lub nie znajdując nikogo, kto by ją chciał, pomimo jej 

majątku oraz nazwiska, jak to później wyszeptała Puss do ucha Quentina), wymogła na swym 

ojcu, by osadził ją jako przełożoną żeńskiego zakonu. Oświadczyła mu, że byłaby zadowolona z 

klasztoru w Gravelines, z powodu możliwości polowań w tej okolicy, jakich nastręczały,  nie 

mające sobie równych, tereny myśliwskie oraz pobliski las, także będący do jej dyspozycji. W 

dodatku zakonnice, powiedziała, pochodziły z dobrych domów, w związku z czym nigdy nie 

brakowało miłych rozmów podczas obiadu.

I tak minął ten długi dzień.

background image

ROZDZIAŁ 2

Sir Ołiver wychylił  się do tyłu w siodle i rozejrzał. Nadal znajdowali się na otwartej 

przestrzeni. Przyjemnie dla oka zaokrąglone małe wzgórza po lewej strome ciągnęły się na wiele 

mil.  Z prawej  błyszczał  bystry strumień.  Przed sobą widział oddalone kępy wielkich drzew, 

oznaczających początek lasu.

Było jednak tam coś jeszcze; jakaś czerwona kropka sunąca w dół ze wzgórz, kierująca 

się tak, by przeciąć drogę jakieś pół mili przed pielgrzymką. Matka Joanna podjechała do sir 

Olivera na swym dobrze ułożonym gniadoszu.

- O co chodzi? - zapytała. - Dlaczego się zatrzymaliśmy?

- Chciałem się przyjrzeć okolicy - wyjaśnił zagadnięty - zanim w nią wjedziemy.

- A co masz nadzieję ujrzeć na ziemi, panie? - dociekała Joanna.

- Szukam jakichś śladów istnienia bandytów, od których roi się podobno w tej części 

kraju - wyjaśnił Oliver.

- Mamy wszak ochronę - stwierdziła przeorysza. - Tych  czterech kuszników, których 

utrzymujemy ze swoich zapasów.

-   Niezupełnie   im   ufam   -   rzekł   rycerz.   -   Faceci,   tacy   jak   oni,   zdolni   są   uciec   przy 

najmniejszej zapowiedzi kłopotów. Chcę się właśnie przekonać, czy problemy nie ujawniły się 

wcześniej same.

- To śmieszne - stwierdziła Joanna. - Tysiące bandytów mogłoby się ukrywać zaledwie o 

kilka stóp od nas w zieloności drzew, i nigdy byśmy ich nie zobaczyli, gdyby nam na to nie 

pozwolili.

- Mimo wszystko rozejrzę się - upierał się Oliver. - Ktoś zbliża się do nas.

Joanna   popatrzyła   na   drogę.   Minęła   dobra   chwila,   zanim,   pochylając   się   z   powodu 

krótkowzroczności, zidentyfikowała czerwoną kropkę jako mężczyznę.

- Skąd wziął się ten człowiek? - powiedziała częściowo do siebie.

- Nie wiem - odparł Oliver. - Zmierza ku nam, więc pewnie się tego dowiemy.

Siedzieli w milczeniu w siodłach, podczas gdy jeździec się zbliżał. Orszak pielgrzymów 

rozciągał   się   za   nimi   na   drodze   -   dwa   powozy,   cztery   zapasowe   konie   i   dwanaście   mułów 

niosących w sumie trzydzieści osób tworzących całą grupę. Niektórzy spośród nich dołączyli w 

Paryżu, gdzie zrobili tylko krótki postój dla uzupełnienia zapasów. Także w Paryżu wzięli ze 

sobą czterech kuszników, weteranów włoskich kampanii, dowodzonych przez sierżanta imieniem 

background image

Patrice, który zadeklarował, że on i jego ludzie gotowi są wynająć się do ochrony pielgrzymów 

podczas   niebezpiecznej   podróży   po   nawiedzanych   przez   rozbójników   terenach   południowej 

Francji.

Pielgrzymi nie stanowili całkowicie zgodnej grupy. W Paryżu sprzeczali się cały wieczór 

o marszrutę, jaką powinni udać się do Wenecji. Niektórzy pragnęli zupełnie uniknąć jazdy przez 

góry i obrać łatwą drogę przez środek Francji, ale tutaj sprawiali kłopoty Anglicy. Nawet jeśli 

byłeś Anglikiem, tej trasy należało unikać.

Większość   pielgrzymów   skłaniała   się   do   drogi   wiodącej   bardziej   na   wschód,   przez 

Burgundię, a potem wzdłuż zachodniego brzegu Renu, aż po ciemne lasy Langwedocji i przejście 

przez nie do Roussillon. Ten punkt widzenia przeważył. Jak do tej pory, nie spotkały ich żadne 

przykre incydenty, ale cały czas byli czujni, gdyż w tym przeklętym kraju wszystko mogło się 

zdarzyć.

Jeździec jechał ku nim zgrabnym kłusem. Miał na sobie szkarłatny kubrak, a z ramion 

spływał mu ciemnoczerwony płaszcz sukienny, okraszony gdzieniegdzie pasmami purpury. Na 

nogach miał wysokie buty z miękkiej, brązowej skóry, a na głowie zielony, filcowy kapelusz, na 

którym powiewało pojedyncze orle pióro. Podjechał do stojących i wstrzymał konia.

- Dobry wieczór - zawołał Azzie, przedstawiając się jako Antonio Grespi, Wenecjanin. - 

Jestem kupcem weneckim i podróżuję po Europie, sprzedając znakomite weneckie złotogłowie, 

przede wszystkim handlarzom z północy kontynentu. Pozwólcie, że pokażę wam kilka próbek.

Azzie przygotował się do tego występu, nabywszy próbki materiałów od prawdziwego 

kupca weneckiego, którego odesłał  do domu  gołego, ale szczęśliwego z powodu otrzymania 

woreczka czerwonego złota.

Sir   Oliver   dociekał,   skąd   to   przybywa   sir   Antonio,   pojawiwszy   się   na   ich   drodze   - 

zdawałoby się - znikąd? Azzie odparł, że jechał na skróty, dzięki czemu zaoszczędził wiele mil 

ze swej wędrówki.

- Podróżuję cały czas pomiędzy Wenecją a Paryżem, i byłoby to rzeczywiście dziwne, 

gdybym nie znał skrótów i najbezpieczniejszych dróg - Azzie uśmiechnął się najgrzeczniej, jak 

umiał.  - Sir, jeżeli  nie byłoby zbytnią  śmiałością  z mojej  strony prosić o coś, to chciałbym 

dołączyć  do  waszej   kompanii.  W  tych  stronach  samotny  wędrowiec  trzyma   swoje życie   we 

własnych rękach. Mogę się przydać, ofiarowując swój miecz, gdy zajdzie taka potrzeba, oraz 

background image

służąc  jako przewodnik w  trudniejszych  miejscach  podróży.  Mam własne  zapasy i nie  będę 

sprawiał żadnych kłopotów.

-   Co   pani   na   to,   matko   Joanno?   -   zapytał   Oliver,   spoglądając   na   przeoryszę,   która 

zmierzyła Azziego od stóp do głów; było to ostre, krytyczne spojrzenie.

Azzie,   który   przez   wielu   bywał   oglądany,   odchylił   się   spokojnie   do   tyłu   w   siodle, 

opierając jedną rękę na zadzie wierzchowca. Jeżeli nawet nie przyjmą go jako członka grupy 

pielgrzymów, to był pewien, że wykombinuje coś innego. Pomysłowość w działaniu na własną 

rękę była specjalnością Piekła.

- Nie widzę przeszkód - powiedziała w końcu Joanna. Podjechali z powrotem do wozów i 

Oliver dokonał prezentacji nowego towarzysza podróży. Azzie zajął miejsce na czele kolumny, 

które przysługiwało mu z racji tego, iż chwalił się znajomością terenu. Sir Oliver jechał przez 

chwilę obok niego.

- Co znajduje się przed nami w najbliższej okolicy? - zagadnął.

- Głębokie bory przez następnych pięćdziesiąt mil, albo coś koło tego - odparł Azzie. - 

Tej  nocy będziemy   obozować  w   lesie.   W  ostatnich  latach   nie  odnotowano  tutaj   aktywności 

bandytów, więc wszystko powinno być w porządku. Pod wieczór jutrzejszego dnia dotrzemy do 

obsługującej ten obszar gospody. To pierwszorzędne miejsce, utrzymywane przez mnichów i 

szczycące się kuchnią lepszą, niż tylko odpowiednia.

Oliver i Joanna ucieszyli się z tych wiadomości. Z przyjemnością pomyśleli o dobrym 

posiłku i ciepłym łóżku. Poza tym, Antonio okazał się wesołym kompanem. Młody rudowłosy 

kupiec znał wiele historii na temat życia na dworze weneckiego Doży. Niektóre z nich były nieco 

dziwne, inne zupełnie nieprzyzwoite, ale to czyniło je tym bardziej zabawnymi. Część opowieści 

dotyczyła demonów i diabłów, o których mówiło się, iż odwiedzają Wenecję częściej, niż inne 

miejsca.

I tak mijał powoli długi dzień. Słońce pięło się po niebie, nie spiesząc do zakończenia 

wyznaczonej rundy. Małe, białe chmurki płynęły po niebie, niczym lekkie statki, zmierzające do 

portu   zachodzącego   słońca.   Lekki   powiew   kołysał   wierzchołkami   drzew,   Pielgrzymi   jechali 

stępa, poruszając się ostrożnie wzdłuż zarośniętego leśnego duktu, niezbyt szybko, gdyż nie było 

nic naglącego w tym dniu, który upływał przy rozmyślaniach nad wiecznością.

Zdawało się, iż w sposób zupełnie nadprzyrodzony ciągle otaczał ich las i tylko las. Nie 

było nic słychać, z wyjątkiem pobrzękiwania uprzęży i głosów kuszników, intonujących od czasu 

background image

do czasu jakąś pieśń. Wreszcie słońce osiągnęło zenit i zaczęło swój powolny, ospały zachód po 

drugiej stronie nieba.

Karawana posuwała się wciąż głębiej i głębiej w wielki bór, gdzie blask dnia odbijał się w 

zielonych cieniach liści. Podróżni w powozach poczęli skłaniać się ku drzemce, a konni kiwali 

się nad wodzami. Przed najbardziej wysuniętymi do przodu wierzchowcami przebiegła łania i 

wolno zniknęła jak rozmywająca się plama w odcieniach brązu oraz bieli, po drugiej stronie 

traktu. Matka Joanna dała koniowi ostrogę, ale nie miała dosyć energii na pościg. Cała natura, tak 

jak i podróżujący wśród niej, zdawali się zauroczeni leśnym czarem.

Sprawy szły tym torem aż do chwili, kiedy znienacka spadł na nich wieczór. Wówczas, 

znalazłszy   płaską,   trawiastą,   małą   polankę,   Azzie   oświadczył,   że   byłoby   dobrym   pomysłem 

zatrzymać się tutaj na noc, gdyż teren przed nimi jest bardziej nierówny i trudny. Pielgrzymi z 

radością podążyli za jego sugestią. Służący wyprzęgli konie i napoili je w pobliskim strumieniu. 

Podróżni wysiedli z powozów, a jeźdźcy zeskoczyli z koni i uwiązali swe wierzchowce. Dorośli 

znaleźli bądź przygotowali miejsca do spania, podczas gdy dzieci, pod wodzą Puss, zaczęły się 

bawić w kucanego berka.

Azzie i sir Oliver powędrowali na skraj drzew, gdzie zwalony dąb utworzył naturalną 

osłonę dla ognia. Zebrali trochę chrustu oraz gałęzi, a potem Oliver schylił się, dobywając hubki i 

krzesiwa. Nigdy nie był  szczególnie sprawny w rozniecaniu ognisk, ale nie chciał prosić sir 

Antonia, a nie wydawało się, by ktokolwiek inny miał to zrobić. Iskry upadły na suchą hubkę, 

lecz niemal natychmiast zgasły. Złośliwy podmuch wiatru wiał tuż ponad poszyciem lasu, na 

przekór zwykłym prawom przyrody. Oliver ponawiał swe próby, ale uparty wietrzyk niweczył 

jego wysiłki. W końcu miał już nawet kłopoty z samym krzesaniem iskier. Im bardziej się starał, 

tym mizerniejsze były jego efekty. Snujący się przy ziemi powiew wiatru zachowywał się, jakby 

był   kierowany   własnym   rozumem   -   kiedy   Oliverowi   udało   się   wreszcie   rozdmuchać   mały 

ogienek, nagły podmuch z innego kierunku zgasił go. Wstał przeklinając i rozprostował bolące 

kolana.

- Może pozwolisz, abym ja spróbował? - zapytał Azzie.

- Z wielką chęcią - powiedział Oliver, wyciągając ku niemu krzesiwo.

Azzie odmówił jego przyjęcia, potarł palec wskazujący prawej ręki o dłoń lewej, a potem 

skierował go na hubkę. Z palca spłynęła na nią niewielka strzała niebieskiego światła, pozostała 

tam przez moment, a potem zniknęła. Kiedy przepadła, przed nimi płonął wesoły, mały ogienek. 

background image

Żaden powiew go nie zgasił, jakby wiatr poznał swego pana. Sir Oliver usiłował przemówić, ale 

nie wydobył z siebie ani słowa.

- Nie chciałem cię przestraszyć - rzekł Azzie uprzejmie. - To tylko mała sztuczka, której 

nauczyłem się na Wschodzie.

Spojrzał   na   sir   Olivera,   a   tamten   zauważył   słabe,   czerwone   ogniki   tańczące   w   jego 

źrenicach. Azzie odwrócił się i powędrował w stronę powozów.

background image

ROZDZIAŁ 3

Azzie znalazł matkę Joannę, kiedy stawiała swój mały namiot, jaki zabierała ze sobą na 

pielgrzymki. Był on uszyty z ufarbowanej na zielono bawełny, co w miły sposób współgrało z 

kolorami lasu. Miał, nadające mu kształt, bambusowe pręty oraz rozmaitość sznurków, służących 

przymocowaniu go do podłoża. W tej właśnie chwili ksieni zmagała się z nimi, gdyż podczas 

podróży   splątały   się   w   jeden   kłąb,   przedstawiający   teraz   sobą   gmatwaninę   wielkości   koziej 

głowy - i były tak samo uparte.

- Rozplatać ten supeł to robota dla diabła - oznajmiła.

- Zatem lepiej, żebym ja to zrobił - stwierdził Azzie radośnie.

Przeorysza wręczyła  mu splątane sznurki. Azzie uniósł palec wskazujący lewej ręki i 

dmuchnął   na   niego.   Cały   palec   przybrał   jaskrawokanarkową   barwę,   z   wyjątkiem   paznokcia, 

który wyciągnął się w stalowoszary pazur. Demon postukał nim w węzeł, nad którym pojawiła 

się na moment zielona chmurka tańczącego ognia. Kiedy opadła, Azzie rzucił pęk z powrotem do 

matki Joanny. Usiłowała go złapać, ale linki upadły, zanim zdążyła po nie sięgnąć. Schyliła się i 

podniosła sznurki, które jeszcze chwilę temu były nieodwołalnie splątane w węzeł nieomalże 

gordyjski.

- Jak, na Boga... - zaczęła przeorysza.

- Zwykła fakirska sztuczka, której się nauczyłem na orientalnym bazarze - powiedział 

Azzie, szczerząc się do niej.

Matka Joanna popatrzyła na niego i dostrzegła niewielkie czerwone płomyczki igrające w 

jego oczach. Ulżyło jej, kiedy Azzie odszedł pogwizdując.

Późnym   wieczorem   pielgrzymi   zgromadzili   się   dookoła   ogniska.   Wszyscy,   oprócz 

Azziego, który zadeklarował chęć odbycia spaceru po lesie przed udaniem się na spoczynek. 

Oliver   i   matka   Joanna   usiedli   nieco   na   uboczu   od   pozostałych   podróżnych;   nie   było 

najmniejszych wątpliwości, o czym też zamierzają rozmawiać.

- Co myślisz, matko, o tym nowym towarzyszu wędrówki? - zapytał sir Oliver.

-   Doprawdy,   zrobił   mi   w   głowie   groch   z   kapustą   -   rzekła   ksieni,   posługując   się 

wyrażeniem używanym przez jej nianię.

- Tak - zgodził się rycerz. - W tym człowieku jest coś niesamowitego, nieprawdaż?

- Istotnie. Zaledwie przed godziną miałam z nim mały incydent, który dał mi wiele do 

background image

myślenia.

- To samo ze mną! - rzekł sir Oliver. - Gdy miałem kłopot z rozpaleniem ognia, sir 

Antonio zrobił to bez najmniejszego trudu - palcem wskazującym!

- Palec? I co jeszcze? - zapytała Joanna.

- Nic. Wskazał nim i buchnął ogień. Powiedział, że to fakirska sztuczka, jakiej nauczył się 

na Wschodzie, ale powiedziałbym raczej, że wyglądało to na czary.

Matka Joanna patrzyła na niego przez chwilę, a potem opowiedziała o swojej przygodzie 

z Azziem i splątanym kłębem sznurków.

- To nie jest normalne - zdecydował Oliver.

- Nie. Z całą pewnością nie jest.

- Nie jest to także żadna sztuczka wschodnich fakirów.

-   Nie   -   zgodziła   się   Joanna.   -   Poza   tym,   ma   on   w   oczach   małe,   czerwone   ogniki. 

Zauważyłeś je?

- Jak mógłbym to przeoczyć? - rzekł Oliver. - To diabelski znak, czyż nie?

-   Jak   najbardziej   -   przyznała   przeorysza.   -   Czytałam   o   tym   w  Podręczniku 

egzorcyzmowania demonów.

Właśnie w tej chwili z lasu wynurzył się pogwizdujący Azzie. Niósł młodego jelonka, 

przerzuconego przez ramiona.

- Byłoby mi miło - rzekł Azzie - gdybyście pozwolili, abym dostarczył zaopatrzenie na 

dzisiejszą kolację. Być może któryś z waszych pachołków mógłby oprawić to szlachetne zwierzę 

i upiec je dla nas, ja zaś wykąpię się tymczasem w strumieniu. Pościg za jeleniem to dosyć 

męczące zajęcie!

I odszedł pogwizdując, tak jak przyszedł.

background image

ROZDZIAŁ 4

Pielgrzymi obudzili się przed pierwszym świtem. Kiedy poranne słońce przesączało się 

przez liście drzew, spakowali się, zjedli pośpiesznie śniadanie i byli gotowi do drogi. Cały dzień 

podróżowali  przez las, wypatrując  uważnie najmniejszych  śladów niebezpieczeństwa,  ale  nie 

spotkało ich nic przykrego poza ukąszeniami komarów.

Od wczesnego wieczoru  sir Oliver i matka  Joanna wypatrywali  niespokojnie poprzez 

drzewa pierwszego znaku obiecanej przez Azziego gospody. Obawiali się, że przybysz okłamał 

ich. Okazało się jednak, iż jego słowa były prawdziwe, gdyż nagle oberża ukazała się wyraźnie 

przed nimi - sporej wielkości piętrowe zabudowanie wzniesione z kamienia, z zapasem drewna 

opałowego w stosie ułożonym po jednej stronie oraz zagrodą dla zwierząt i szopą dla czeladzi.

Podróżni   powitani   zostali   w   drzwiach   przez   brata   Françoisa   -   wielkiego,   krzepkiego, 

brodatego mężczyznę; ściskał ich dłonie, kiedy gęsiego wkraczali do wnętrza. Azzie był tym, 

który wchodził ostatni i przekraczając próg, wręczył braciszkowi worek srebrnych monet.

- Zapłata za nasz pobyt.

Roześmiał   się   i   obdarzył   Françoisa   dosyć   szczególnym   spojrzeniem,   pod   wpływem 

którego tamten cofnął się jakby uderzony przez jakąś nieprzyjemną myśl.

- Sir - rzekł dominikanin - czy myśmy nie spotkali się już wcześniej?

- Mogłeś mnie widzieć w Wenecji - odparł Azzie.

- Nie, to nie była Wenecja tylko Paryż, i miało to coś wspólnego z przywróceniem do 

życia człowieka.

Azzie pamiętał ten incydent, ale nie widział najmniejszego powodu, by w tym względzie 

objaśniać mnicha. Skłonił tylko uprzejmie głowę. Po tym wszystkim brat François wydawał się 

niespokojny i nieobecny duchem. Udzielał pielgrzymom wskazówek o ich pokojach oraz posiłku, 

ale zdawał się prawie nie zwracać uwagi na to, co mówi. Mrucząc do siebie pod nosem, śledził 

spojrzeniem Azziego i gdy tylko był pewien, że nikt tego nie widzi, czynił wokół siebie znaki 

krzyża.   Kiedy  Azzie   poprosił   o   użyczenie   mu   małej   sypialni   na   górze,   François   szybko   się 

zgodził, ale wyglądał na jeszcze bardziej oszołomionego niż przedtem. Nie przestawał patrzeć na 

leżące w jego dłoni monety i potrząsać głową. W końcu zbliżył się do sir Olivera i matki Joanny.

- Czy dobrze znacie tego człowieka, tego Antonia, który jest z wami?

- Prawie wcale - odparł Oliver. - Czy oszukał cię przy zapłacie?

- Nie, nie. Wprost przeciwnie.

background image

- Co przez to rozumiesz?

Zgodziliśmy   się   na   cenę   sześciu   centymów   za   pokój,   a   on   położył   na   mojej   dłoni 

miedziaki;  potem powiedział: „Co, do diabła, mogę wszak być  wspaniałomyślny!”  I dotknął 

monet palcem, a one zamieniły się w srebro.

- Srebro! - zawołała matka Joanna. - Jesteś tego pewny?

- Oczywiście! Sami popatrzcie.

Mnich wyjął srebrne centymy. Wszyscy troje zagapili się na nie, jakby to był diabeł we 

własnej osobie.

Jakiś czas potem matka Joanna wraz z Oliverem poszukiwała Françoisa, by omówić z 

nim kwestię menu na jutrzejsze śniadanie, ale nigdzie nie mogli go znaleźć. Wreszcie natknęli się 

na przybitą do drzwi spiżami notatkę.

„Jaśnie   państwo!   -   przeczytali.   -   Proszę   mi   wybaczyć,   ale   przypomniałem   sobie   o 

ważnym spotkaniu, jakie muszę odbyć z przeorem od Świętego Bernarda. Modlę się, by Bóg 

miał pieczę nad waszymi duszami”.

- Zdumiewające! - rzekł Oliver. - O co tu chodzi? Usta przeoryszy zacisnęły się.

- Ten człowiek był oszalały ze strachu; oto, dlaczego uciekł.

- Jeśli jednak uważa, że Antonio jest demonem, dlaczego nas nie ostrzegł?

- Sądzę, że bał się powiedzieć choćby słowo - rzekła Joanna - gdyż ten demon wybrał 

sobie nas jako kompanię do podróży.

Zastanowiła się przez chwilę.

- Mógł nas postrzegać tak samo, jak jego - dodała. 

Żołnierz i zakonnica spoglądali w płomienie, siedząc długą chwilę w milczeniu, Oliver 

poszturchiwał węgle na palenisku, nie podobały mu się bowiem twarze, jakie majaczyły w ogniu. 

Matka Joanna wzdrygnęła się bez żadnego widocznego powodu, gdyż żaden powiew wiatru jej 

nie owiał. Po chwili odezwała się:

- Nie możemy pozwolić, by to dalej tak trwało.

- Nie, z całą pewnością - potwierdził sir Oliver.

- Jeśli jest demonem, musimy podjąć jakieś kroki, żeby się obronić.

- Ach! Ale co takiego?

- Pójdziemy do niego i zapytamy go wprost - stwierdziła matka Joanna.

- Zrób więc to. Będę ci bardzo wdzięczny - powiedział Oliver.

background image

- Miałam na myśli, że ty powinieneś to uczynić. Jesteś wszak żołnierzem. Stań z nim 

twarzą w twarz!

- Nie chciałbym mu ubliżyć - odparł sir Ołiver po rozważeniu sprawy.

- Ten Antonio nie jest człowiekiem.

- Kimkolwiek by był, może mu się nie spodobać, że o nim coś wiemy - upierał się Oliver.

- Ktoś musi z nim porozmawiać.

- Też tak sądzę.

- Ale jeżeli w ogóle nie jesteś mężczyzną...

- Och, w porządku, pogadam z nim.

- On zdecydowanie jest demonem - rzekła matka  Joanna z przekonaniem. - Te małe 

czerwone światełka, które tańczą mu w oczach, całkiem mimowolnie go zdradzają. A widziałeś 

jego zadek? To więcej niż sugestia, że ma tam ogon!

- Demon! W samym środku nas wszystkich! - zawołał Oliver. - Jeżeli to prawda, to sądzę, 

iż powinniśmy go zabić. Albo to coś, czym jest.

- Ale jak moglibyśmy zgładzić demona? Sądzę, że jest to niezwykle trudne zadanie.

- Doprawdy? Nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach.

- I ja mam niewielkie - przyznała matka Joanna. - Nie należy do obowiązku mojej odnogi 

Kościoła   angażowanie   się   w   wypędzanie   diabłów.   Zwykle   pozostawiamy   te   sprawy   innym 

zakonom. Ale słyszy się różne historie...

- Które powiedziały ci... - podrzucił rycerz.

- Że zabicie  demona  jest trudne, jeśli nie wręcz niemożliwe  - rzekła przeorysza.  - Z 

dodatkowym zastrzeżeniem, że jeżeli udało ci się go zgładzić, to prawdopodobnie w ogóle nie 

był to demon, tylko jakiś bogu ducha winny pechowiec, który miał czerwone błyski w oczach.

- Wydaje mi się to diabelnie trudnym położeniem - rzekł Oliver. - Co zrobimy?

- Proponuję ostrzec pozostałych, a potem zebrać do kupy wszystkie relikwie, jakie mamy 

ze sobą, i usiłować egzorcyzmować tego nieczystego ducha.

- Nie sądzę, żeby mu się to spodobało - rzekł Oliver z namysłem.

- To nie ma znaczenia. Naszym obowiązkiem jest egzorcyzmować demony.

- Tak, oczywiście - potwierdził rycerz, ale był zaniepokojony tym pomysłem.

Pozostali członkowie grupy nie okazali specjalnego zdziwienia na wiadomość, że matka 

Joanna podejrzewa, iż wraz z nimi podróżuje demon z piekła rodem. Były to rzeczy, których 

background image

każdy   mógł   się   spodziewać   w   tych   niepewnych   czasach.   Słyszało   się   wszak   o   płaczących 

rzeźbionych figurach, gadających obłokach i wielu innych dziwach. Ogólnie było wiadomo, że 

istnieje mnóstwo piekielnych złych duchów, spędzających większość swego czasu na Ziemi i 

próbujących kusić ludzi. Było wręcz dziwne, że nie widywało się ich dużo częściej.

background image

ROZDZIAŁ 5

Wszyscy czekali, ale Azzie nadal nie wychodził ze swej sypialni na piętrze gospody. W 

końcu uchwalili, by wysłać Puss, żeby zaprosiła go na dół, na rozmowę z nimi. Puss zapukała do 

drzwi Azziego bez swojej zwykłej zuchwałości.

Azzie otworzył drzwi. Był wspaniale wystrojony w nowy, długi płaszcz z czerwonego 

aksamitu   oraz   szmaragdowozieloną   kamizelkę,   włosy   zaś   miał   starannie   wyszczotkowane   w 

lśniący, pomarańczowy busz. Wyglądał tak, jakby oczekiwał zaproszenia.

- Chcą z tobą pogadać - rzekła Puss, wskazując na wspólną izbę na dole.

- To dobrze. Oczekiwałem tego - rzekł Azzie. 

Przygładził   po   raz   ostatni   włosy,   poprawił   płaszcz   i   zszedł   na   dół   za   dziewczyną. 

Wszyscy   szlachetnie   urodzeni   spośród   pielgrzymów   znajdowali   się   w   izbie   biesiadnej. 

Pospólstwa nie wprowadzono w  sprawę, więc znajdowało się ono na zewnątrz, w stajniach, 

gryząc swoje skórki z chleba i śledziowe łebki. 

Sir Oliver wstał, skłonił się nisko i rzekł:

-   Mam   nadzieję,   że   pan   nam   wybaczy,   sir,   ale   myśleliśmy,   a   raczej   rzekłbym, 

martwiliśmy się. Jeśli mógłbyś, panie, rozproszyć nasze wątpliwości, bylibyśmy ci wdzięczni.

- Na czym polega problem? - zapytał Azzie.

- No cóż, sir - ciągnął  Oliver. - Zmierzając  do sedna sprawy,  czy nie jesteś  czasem 

demonem?

- Istotnie - przyznał Azzie. - Jestem.

Ciężkie westchnienie przetoczyło się pośród obecnych.

- Nie jest to dokładnie to, co chciałem usłyszeć - powiedział Oliver. - Mam nadzieje, że to 

nieprawda? Powiedz proszę, że tak nie jest!

- A właśnie, że jest! - stwierdził Azzie. - Wszak dałem wam wcześniej dowody; po prostu 

po to, by skończyć w ten sposób z nudnym przekonywaniem was słowami. Czy mi się udało?

- Istotnie, sir! - rzeki Oliver, a Joanna skinęła głową.

- To dobrze - powiedział Azzie. - Wiecie zatem, na czym stoimy.

- Dziękujemy, panie. A teraz, czy byłbyś tak uprzejmy i poszedł sobie, pozwalając nam w 

spokoju kontynuować naszą świętą pielgrzymkę?

- Nie bądź głupi - odparł Azzie. - Pokonałem mnóstwo kłopotów, żeby doprowadzić do 

całej sprawy. Mam do przedstawienia pewną propozycję.

background image

- Och, mój Boże! - zawołał Oliver. - Pakt z diabłem!

- Przestań tak mówić - powiedział Azzie. - Po prostu wysłuchajcie mnie. Jeśli moja oferta 

was nie zainteresuje, nie będę wam zawracał głowy i rozejdziemy się w swoje strony.

- Istotnie tak sądzisz?

- Na mój honor Księcia Ciemności. - Azzie nie był tak naprawdę Księciem Ciemności, ale 

drobna nieścisłość wobec tych wysoko urodzonych panów i dam nie robiła żadnej różnicy.

- Sądzę, że nic się nie stanie, jeśli cię wysłuchamy - przyznał Oliver.

background image

ROZDZIAŁ 6

Azzie przemówił głośno, dźwięcznym głosem: 

- Panie i panowie, rzeczywiście jestem demonem. Mam jednak nadzieję, że nikt nie ma 

mi tego za złe. Czym w istocie jest demon? Zwyczajną nazwą dla kogoś, kto służy jednej z 

dwóch   sił,   zmagających   się   o   rządy   nad   wszystkimi   istnieniami   -   ludzkimi   i   nadludzkimi. 

Nawiązuję,   oczywiście,   do   przykładów   Dobra   i   Zła,   Światła   oraz   Ciemności   -   jak   są   one 

nazywane. Pozwólcie mi najpierw wykazać absolutną konieczność istnienia tych dwóch stron 

wszelkiej rzeczy, albowiem bez tego sprawy stają się niemożliwie bezbarwne. Wykażę także, iż 

obie siły winny trwać w większej lub mniejszej równowadze; a to dlatego, że gdyby istniało tylko 

Dobro,   jak   to   niektórym   wydaje   się   pożądane,   nikt   nie   byłby   w   stanie   uczynić   żadnego 

moralnego   wysiłku   w   kierunku   doskonalenia   swych   kwalifikacji,   co   jest   jedyną   esencją 

ludzkiego postępu. Nie byłoby różnicy pomiędzy rzeczami, ani żadnego sposobu rozróżnienia 

lepszego od gorszego, pożądanego od nagannego.

Azzie poprosił o trochę wina, przepłukał gardło i mówił dalej.

-   Z   ustanowienia   stosownego   współzawodnictwa   pomiędzy   tymi   dwiema   wielkimi 

jakościami wynika, że jedna ze stron nie może cały czas brać góry. W przeciwnym razie nasza 

rywalizacja  nie   byłaby  współzawodnictwem.  Wynik   zmagań  musi  pozostawać  wątpliwy;   raz 

jedna   strona   ukazuje   swą   wyższość,   raz   druga,   i   żaden   końcowy   rezultat   nie   może   być 

zauważony, dopóki cała rzecz nie jest niemal skończona. W trakcie tych zmagań podążamy za 

prawem tak starym, jak żadne inne - za prawem dramaturgii, które daje najlepsze wyniki przy 

wyrównanych   siłach.   Nie   przewiduje   się   wcale,   by   Dobro   miało   być   potężniejsze   od   Zła, 

ponieważ jeśli wynik nie jest wątpliwy, współzawodnictwo staje się nieciekawe.

Jeżeli   możemy   zgodzić   się   z   tym,   przejdźmy   do   następnego   punktu,   który   z   moich 

poprzednich   rozważań   wypływa.   Jeżeli   jest   zatem   dopuszczalne,   aby   Ciemność   była 

przeciwstawiona   Światłości   albo   Zło   istniało   w   opozycji   do   Dobra,   to   ten,   kto   służy   jednej 

stronie, nie jest bardziej godny pogardy od tego, kto służy przeciwnej. Nie wolno pozwolić, by 

stronniczość przesłoniła nasze racje! Jeśli Zło jest niezbędne, to ten, kto dla niego pracuje, nie 

może być uważany czy to za niepotrzebnego, czy też podłego, pełnego nieprawości lub mało 

znaczącego. Nie mówię, że osobnicy owi muszą być naśladowani, ale winni być co najmniej 

wysłuchani.

Wykażę   następnie,   że   Zło,   którego   siły   niejednokrotnie   doświadczyliście,   ma   dużo 

background image

wspólnego z wesołością; jeśli nawet nie jest czymś więcej. Można powiedzieć, że stanowi to 

podstawową zasadę Zła; jak i tamta przynależna Dobru - co prowadzi do wniosku, że ludzie 

mogą dokonywać wyboru wedle wolnej swej woli. Mówiąc jeszcze prościej, Zło może być pełne 

radości i nikt nie powinien czuć się gorszy z powodu wyboru Zła, ponieważ jest ono w zasadzie 

równie czcigodne oraz warte szacunku, jak Dobro. Czy jednak człowiek nie zostanie ukarany za 

to, że miał coś wspólnego ze Ziem? Moi przyjaciele, to jest zwykła propaganda ze strony Dobra i 

całkowicie nieprawdziwe przedstawienie sprawy. Jeżeli słuszne jest istnienie Zła, musi także być 

w porządku służenie mu.

Azzie pociągnął łyk wina i rozejrzał się po obecnych. Tak, przykuł ich uwagę.

- Teraz jestem przygotowany, by przejść prosto do mojej propozycji. Panie i panowie, 

jestem Azzie Elbub, demon pochodzący z pewnej starożytnej epoki oraz impresario z bardzo 

dalekich stron. Cel, w jakim tu przybyłem, moi przyjaciele, to wystawienie sztuki scenicznej. 

Chciałbym   znaleźć   do   niej   siedmioro   ochotników.   Jako   nagrodę   dostaną   oni   to,   co   jest   ich 

największym   marzeniem   na   tym   świecie.   W   istocie   jest   to   główna   konkluzja   mojego 

przedstawienia:   zademonstrować   światu,   że   człowiek   może   osiągnąć   spełnienie   swoich 

najskrytszych  pragnień,   bez  potrzeby  choćby  kiwnięcia  w   tym  celu  palcem.   Czy  nie   jest  to 

pociągająca moralność? Naprawdę sądzę, że to powinno krzepić nadzieje nas wszystkich. Oto, w 

jaki sposób toczą się nasze losy. Nie zaś tak, jak się sądzi, że tylko poprzez ciężką pracę oraz 

posiadanie pewnych zalet charakteru można osiągnąć urzeczywistnienie marzeń. Moją sztuką 

udowodnimy, że nie musicie być cnotliwi, ani nawet szczególnie pracowici, by uzyskać nagrodę. 

Pomyślcie   zatem   o   tym,   panie   i   panowie.   Przy   okazji   -   wasze   dusze   nie   będą   narażone   na 

jakiekolwiek niebezpieczeństwo.

Azzie wykonał zamaszysty ukłon i wrócił do siebie na górę. Miał czas na lekki obiad 

składający się z sera oraz chleba i szklanki wina na koniec. Pogrzebał w ogniu na palenisku i 

rozsiadł się wygodnie.

Nie musiał długo czekać.

background image

ROZDZIAŁ 7

Azzie siedział w swoim pokoju, słuchając odgłosów nocy podczas czytania stęchłego, 

starego   rękopisu,   jakie   zawsze   są   dostępne   na   półkach   bardziej   popularnych   piekielnych 

bibliotek. Uwielbiał klasyków. Pomimo swoich ciągot ku innowacjom, dzięki czemu wplątał się 

w obecną przygodę, stanowił okaz tradycjonalisty.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Wejść - powiedział Azzie.

Drzwi otworzyły się, ukazując sir Olivera. Rycerz był bez zbroi i wyglądało na to, że nie 

ma przy sobie żadnej broni. Prawdopodobnie wiedział, że lepiej nie być uzbrojonym w obecności 

diabła.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam...

- Nie - rzekł Azzie. - Proszę wejść i usiąść. Kieliszek wina? Czym mogę służyć?

- Przyszedłem w związku z przedstawioną propozycją...

- Intrygująca, nieprawdaż?

- Istotnie. Powiedziałeś, panie, iż widzisz taką możliwość, by człowiek uzyskał spełnienie 

swych najskrytszych marzeń.

- Rzeczywiście, powiedziałem tak.

- A także, iż nie trzeba posiadać żadnych specjalnych cech, by zostać nagrodzonym?

- Dokładnie  tak - potwierdził  demon.  - Zastanów  się tylko:  jeśli ktoś ma  szczególne 

zdolności, by zacząć samodzielnie, na cóż byłaby mu moja pomoc?

- Znakomicie powiedziane - rzekł Oliver.

- Jesteś nazbyt uprzejmy. A teraz, co mogę zrobić dla ciebie?

- Widzisz, panie, to, na czym najbardziej mi zależy, to stać się szeroko i daleko znanym 

jako żołnierz dorównujący memu imiennikowi, Oliverowi, który w czasach Karola Wielkiego 

walczył w tylnej straży Rolanda.

- Tak - powiedział Azzie. - Mów dalej.

-   Chcę   także   odnieść   znakomite   zwycięstwo   nad   przygniatającą   siłą   wroga,   ale   bez 

wielkiego ryzyka dla mnie samego.

Azzie   wyjął   niewielki   arkusz   pergaminu   oraz   stylus   z   samoostrzącą   się   końcówką   i 

napisał: „Bez ryzyka”.

- Chcę  być  szeroko znany w świecie,  niczym  Aleksander  Wielki  albo  Juliusz  Cezar. 

background image

Pragnę   także   zostać   dowódcą   niewielkiego   oddziału   doborowych   żołnierzy,   niezrównanych 

szermierzy; to zaś, czego by im brakowało ze względu na małą liczebność, musieliby nadrabiać 

zwykłym okrucieństwem oraz niebywałą zręcznością.

-   Okrucieństwo   i   zręczność   -   zanotował   Azzie   i   podkreślił   „okrucieństwo”,   gdyż 

wydawało mu się to dobrą rzeczą do podkreślenia.

- Ja, oczywiście - ciągnął Oliver - byłbym najlepszym szermierzem z nich wszystkich. 

Moja biegłość w robieniu bronią byłaby niezrównana. Pragnę to zdobyć, mój drogi demonie, ale 

nie osobistym kosztem czy wyrzeczeniami. Chcę także ładną i usłużną młodą damę - księżniczkę, 

jeśli to możliwe - żeby była moją żoną i urodziła mi synów; i chciałbym móc się usunąć do mego 

własnego królestwa, które ktoś mi da za darmo, gdzie już po wszystkim pędziłbym szczęśliwy 

żywot.   To   ostatnie   jest   szczególnie   ważne.   Nie   życzę   sobie   żadnych   zaskakujących 

niespodzianek na koniec, które napełniłyby mnie goryczą bądź smutkiem.

Azzie napisał na dole „musi żyć szczęśliwie nawet potem”, ale nie podkreślił tego.

- To ogólna idea, sir - rzekł Oliver. - Możesz ją spełnić w całości?

Demon   przeleciał   wzrokiem   listę:   „bez   własnego   ryzyka,   okrucieństwo   i   zręczność, 

szczęśliwe życie na koniec”. Zmarszczył się, a potem podniósł wzrok.

- Mogę spełnić niektóre spośród tych punktów, ale nie wszystkie, mój drogi sir Oliverze. 

Nie dlatego wszakże, bym nie był w stanie tego uczynić, ale z tej prostej przyczyny, iż sztuka, 

którą zamierzam wystawić, dotyczy tak samo ciebie jak i pozostałych, i załatwienie wszystkich 

twoich   żądań   w   całości   pochłonęłoby   moc   niebiańskich   cudów   i   zabrałoby   mnóstwo   czasu 

Piekłu.   Nie,   mój   drogi   panie,   ja   wynajdę   sposób,   dzięki   któremu   będziesz   i   mógł,   bez 

niebezpieczeństwa   dla   siebie,   odnieść   znakomite   zwycięstwo   i   zostać   za   to   bogato 

wynagrodzonym oraz zająć wysoką pozycję w ludzkim poważaniu. Tak czy tak, wyjdziesz na 

swoje.

- No, cóż - rzekł Oliver. - Miałem nadzieję na wszystko, ale to, co możesz dla mnie 

zrobić, nie będzie złą pozycją do startu. Jeśli zacznę jako bogaty i słynny bohater, to jestem 

pewien,  że  samodzielnie   zdobędę  całą   resztę.  Przyjmuję   twoją  ofertę,  mój  drogi  demonie!   I 

pozwól mi powiedzieć, że nigdy nie byłem tak przeciwny siłom Zła, jak wielu innych. Czułem 

często,  że Diabeł ma  raczej  kilka  punktów  przewagi i jest według mnie  bardziej  zabawnym 

facetem, niźli jego surowy Oponent w Niebie.

- Doceniam twoją wolę zadowolenia mnie - odparł Azzie - ale nie chcę słyszeć żadnych 

background image

oszczerstw pod adresem naszego zacnego Oponenta. My, charaktery Dobra i Zła, zbyt blisko 

współ pracujemy ze sobą, by zniesławiać jedni drugich. Światłość i Ciemność muszą żyć w tym 

samym kosmosie.

- Nie miałem  nic obraźliwego  na myśli  - zapewnił  sir Oliver. - Nie mam  także nic, 

oczywiście, przeciwko Dobru.

- Nikogo nie obraziłeś, a już szczególnie nie mnie - rzekł Azzie. - Zaczynamy zatem?

- Tak, mój panie. Czy chcesz, abym podpisał się krwią 1 tym pergaminie?

-  To  nie  będzie  konieczne  -  stwierdził  demon.  -  Wyraziłeś   swoją zgodę  i  zostało  to 

zarejestrowane. Jak wyjaśniłem, twoja dusza nie uczestniczy w tej transakcji.

- Co mam teraz robić? - zapytał sir Oliver.

- Weź to. - Azzie sięgnął do swego płaszcza i wyjął mały,  srebrny klucz o zawiłym 

kształcie.

Sir Oliver uniósł go do światła i zdziwił się jego misterną robotą.

- Co on otwiera, drogi lordzie demonie?

- Nic. To jest podwójne zaklęcie firmy „Moronia”. Schowaj je w bezpiecznym miejscu. 

Kontynuuj swą pielgrzymkę. W pewnym momencie - może za kilka sekund, a może godzin, lecz 

prawdopodobnie   nie   później   niż   za   parę   dni   -   usłyszysz   dźwięk   gongu.   Jest   to   odgłos, 

towarzyszący   temu,   gdy   zaklęcie   „Moronia”   przechodzi   na   pozycję   „Gotowe   do   działania”. 

Będziesz musiał wziąć je wówczas i pośpieszyć, by połączyć z jego drugą połówką. Jest ono do 

tego wewnętrznie zaprogramowane. Zaprowadzi cię do pozostałej części, ulokowanej w pobliżu 

magicznego   konia,   który   będzie   miał   przy   siodle   juki,   a   w   jednym   z   nich   znajdziesz   złoty 

lichtarz. Czy jasne jak dotąd?

- Całkowicie - potwierdził sir Oliver. - Znaleźć świecznik.

- Potem musisz udać się do Wenecji - jeżeli nie byłbyś tam właśnie. Wkrótce po twoim 

przybyciu, a może i wcześniej, przekonasz się, że twoje życzenia się spełniły. Kiedy wszyscy 

skończą   swą   grę,   odbędzie   się,   z   odpowiednią   pompą,   finałowa   ceremonia.   Potem   będziesz 

wolny, by cieszyć się blaskami swej fortuny.

- Brzmi całkiem dobrze - zgodził się Oliver. - A w czym tkwi podstęp?

- Podstęp? Nie ma żadnego podstępu.

- Zwykle  jakiś  kryje  się w sprawach podobnego autoramentu  - powiedział  sir Oliver 

uparcie.

background image

-   Skąd,   do   diaska,   możesz   wiedzieć,   co   jest   zwyczajne,   a   co   nie,   w   magicznych 

historiach? Słuchaj - chcesz tego, czy nie?

- Och, zrobię to, zrobię - stwierdził Oliver. - Staram się tylko być ostrożny w stosunku do 

sprawy, w którą się wpakowałem. Ale wydaje mi się, sir, jeśli wybaczysz mi to co mówię, że jest 

z tym wszystkim zbyt wiele zamieszania. Dlaczego nie mogę iść prosto po magiczny świecznik?

- Ponieważ jest kilka rzeczy, które musisz zrobić zanim zaklęcie osiągnie gotowość do 

działania, abyś mógł szczycić się twoim wspaniałym zwycięstwem.

- Te rzeczy, jak sądzę, nie będą zbyt trudne? – zaniepokoił się Oliver.

-   Słuchaj   no   -   głos   Azziego   stwardniał.   -   Lepiej   będzie,   jeżeli   przygotujesz   się   do 

zrobienia wszystkiego, co będzie trzeba. , Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, oddaj mi klucz. 

Jak nawalisz, spotkają cię srogie przykrości.

- Och, nie obawiaj się - powiedział Oliver, podnosząc zaklęcie, jakby chciał upewnić sam 

siebie, że słusznie postąpił.

- Jak powiedziałem, dostaniesz dalsze instrukcje. - Możesz mi coś podpowiedzieć?

- Będziesz musiał podjąć pewne decyzje.

- Decyzje? O mój Boże - rzekł Oliver. - Nie jestem całkiem pewny, czy mi się to podoba. 

Zresztą, nieważne. Muszę po prostu przyjąć wszystko, co się zdarzy, a reszta zostanie zrobiona 

za mnie, czy tak?

- To ci właśnie mówiłem - potwierdził Azzie. - Zło nie oczekuje od człowieka nic więcej 

prócz tego, by wykonał swój obowiązek najlepiej jak potrafi.

- To dobrze - rzekł sir Oliver. - Mogę teraz odejść?

- Dobranoc - pożegnał go Azzie.

background image

CZĘŚĆ SZÓSTA

ROZDZIAŁ l

Po swym uwolnieniu z puszki Pandory, Ylith udała się do archanioła Michała, by zdać 

mu   relację   z   wydarzeń.   Znalazła   go   w   starym   budynku   wszystkich   świętych   w   Zachodnich 

Niebiosach, gdzie biedził się nad wielkim stosem zapisanych pergaminów. Było późno i inne 

anioły oraz archanioły dawno już wyszły, jednak w biurze Michała nadal jasno płonęły świece, 

gdyż   archanioł   czytał   rozmaite   sprawozdania   dotyczące   mnogości   jego   działań   we 

wszechświecie.   To,   co   mówiły   niektóre   z   nich,   wielce   go   niepokoiło.   Kiedy   Ylith   weszła, 

podniósł wzrok znad dokumentów.

- Witaj, moja droga. Stało się coś? Wyglądasz na nieco wzburzoną.

- Prawdę mówiąc, sir, miałam pewną przygodę.

- Istotnie? Opowiedz mi o niej.

- To nic wielkiego, doprawdy. Jakiś głupi człowiek zaczarował mnie, Hermes zamknął w 

puszce Pandory i w końcu uwolniłam się dzięki pomocy Zeusa.

-   Samego   Zeusa?   Czy   ten   staruch   nadal   się   tu   pęta?   Sądziłem,   że   znajduje   się   w 

Poświacie.

- Jest tam, ale dzięki projekcji samego siebie znalazł się w magicznej szkatułce wraz ze 

mną.

- Och, tak. Zapomniałem, że ci starzy bogowie znają podobne sztuczki. Co się jednak 

stało z tymi małymi aniołami, które wzięłaś na Ziemię, by zwiedzić święte miejsca? Czy ktoś 

został z nimi?

-   Jak   tylko   odzyskałam   swobodę   ruchów,   zaprowadziłam   dzieci   do   Błogosławionej 

Panienki i przybyłam tutaj, by złożyć ci raport. 

- Błogosławiona Panienka nie miała nic przeciwko niańczeniu dzieci?

-   Była   zadowolona,   że   mogła   wyjść   na   chwilę   ze   złotej   klatki   Niebios   i   zrobić   coś 

pożytecznego. Czyż to nie głupie, sir, w jaki sposób modlitwy zamrażają nas w posągi, z których 

nie możemy się wydostać?

Michał skinął głową i powiedział:

- Mam dla ciebie ważne zadanie do wykonania na Ziemi.

- To fajnie - odparła Ylith. - Lubię spacerować po cmentarzach.

background image

- Tym razem to coś więcej, niż tylko zwiedzanie zabytków - rzekł Michał. - Ono dotyczy 

Azziego.

- Ha! - wykrzyknęła Ylith.

-   Zdaje   się,   iż   twój   demoniczny   przyjaciel   znowu   coś   kombinuje.   Coś   bardzo 

podejrzanego.

-   To   dziwne   -   powiedziała   Ylith.   -   Całkiem   niedawno   widziałam   go   w   Yorku   i   nie 

zajmowało go nic więcej poza oglądaniem moralizatorskiej sztuki.

- Wydaje się, że ta farsa podsunęła mu pewien pomysł - rzekł Michał. - Mamy pewne 

wskazówki, by sądzić, że zamierza coś więcej. Moi obserwatorzy donieśli mi, że włączył w to 

Pietra Aretina, to sprośne nasienie Szatana. Dodając do tego znaną już nam skłonność Azziego 

do niespodzianek, jestem pewien, że zamierza jakąś psotę.

Ylith skinęła głową.

- Ale dlaczego zajmujesz się zwykłą sztuką sceniczną?

- Podejrzewam, że jest to coś więcej niż „zwykła” farsa - odparł Michał. - Sądząc z jego 

wcześniejszych dokonań, w szczególności ze spraw Księcia Czarusia i Johanna Fausta, to nowe 

przedsięwzięcie,   czymkolwiek   ono   jest,   może   doprowadzić   siły   Światłości   i   Ciemności   do 

otwartego konfliktu, co wszystkich nas postawi w sytuacji bez wyjścia. I to dokładnie w chwili, 

kiedy się nam zdawało, że w kosmosie panuje pokój! Zrozum, to tylko pogłoski, musimy jednak 

dać im pewną wiarę i zmobilizować naszych agentów, których mamy w samym środku Sił Zła, 

do obserwowania wroga. Ylith, potrzebuję cię, żebyś się trochę rozejrzała wokół.

- Przez „rozglądanie się” rozumiesz, jak sądzę, szpiegowanie - stwierdziła Ylith. - A kogo 

masz na myśli, mówiąc „nam”?

- Mnie i Boga - odparł Michał. - Proszę cię o to w Jego imieniu, rzecz jasna.

- Jak zwykle - powiedziała Ylith; jej twarz wyrażała rozdrażnienie. - Dlaczego On nigdy 

nie powie mi tego osobiście?

-   Wielu   z   nas   zastanawia   się,   czemu   nie   słyszymy   Bóstwa   bezpośrednio   -   przyznał 

Michał. - Ze mną także nie rozmawia wprost. Jest w tym pewne misterium i kwestionowanie go 

nie jest naszym zadaniem.

- A dlaczego nie? - zapytała Ylith.

-   Pewne   sprawy   musisz   przyjąć   na   wiarę.   To,   co   powinniśmy   uczynić,   to   odkryć 

background image

knowania Azziego. Idź i przyjrzyj się jego pielgrzymce. Wymyśl jakieś wytłumaczenie, dlaczego 

się tam znalazłaś; zobacz, co on tam naprawdę robi. Jeśli się nie mylę, nasz dumny młody demon 

nie będzie w stanie ukryć przed tobą swych zamiarów, gdyż jego projekt, cokolwiek to jest, 

powinien znajdować się w pełnym toku.

- Dobrze. Skoro tak, natychmiast tam ruszam.

- Zrób tak. I kieruj się własnym osądem. Jeżeli okaże się, że Azzie Elbub realizuje tajny 

plan   akcji  wywrotowej   przeciwko   rodzajowi   ludzkiemu,  mając  na   celu   gloryfikację  Zła,  nie 

będzie żadnego nieszczęścia, jeśli - gdy nadarzy się po temu okazja - włożysz kij w szprychy 

jego maszynerii, by tak powiedzieć.

- Myślę dokładnie tak samo - potwierdziła Ylith.

background image

ROZDZIAŁ 2

Puss   i   Quentin   leżeli   na   składanych   łóżeczkach   w   izdebce   obok   kuchni,   obserwując 

wędrujące po suficie cienie. - Sądzisz, że Antonio naprawdę jest demonem? - zapytał Quentin, 

który   jako   bardzo   młody   chłopak   nie   był   jeszcze   zupełnie   pewny   co   jest,   a   co   nie   jest 

rzeczywiste.

- Myślę, że tak - odparła Puss.

Puss   bardzo   długo   i   usilnie   myślała   nad   tym,   czego   pragnie   najbardziej   w   świecie. 

Pierwsze, co jej przyszło na myśl, to blond włosy - takie, jakie miał jej brat. Jedwabiste, kręcone i 

długie, o lnianym odcieniu, a nie mosiądzowozłotym, jaki podoba się niektórym dziewczętom. 

Ale czy naprawdę była  to rzecz, której pragnęła ponad wszystko inne? Puss czuła się nieco 

zawstydzona tak skromnym marzeniem, a więc - choć nie leżało to w jej zwyczaju - słuchała 

uważnie wynurzeń Quentina o tym, o co poprosiłby demona, gdyby już przyszło co do czego.

- Własny koń dla mnie, to po pierwsze - rzekł chłopiec , zdecydowanie. - I miecz. To 

śmieszne, co mówi pan ojciec, że zbyt drogie jest wykucie dla mnie miecza, skoro wyrosnę z 

niego za rok czy dwa. Chodzi mi o to, że jaki w takim razie jest sens w byciu bogatym, skoro i 

tak nie kupuje się rzeczy, z których się wyrasta?

- Bardzo rozsądnie - pochwaliła Puss. - Zatem, miecz. Co jeszcze chcesz?

-   Nie   pragnę   własnego   królestwa   -   powiedział   Quentin   w   zamyśleniu.   -   Musiałbym 

siedzieć na miejscu i zajmować się nim. Moim zdaniem król Artur, mimo że władał Camelotem, 

nie był specjalnie szczęśliwy. Jak sądzisz?

- Wątpię, by był - odrzekła Puss.

- Chciałbym wyruszyć na poszukiwanie wielu przygód - ciągnął Quentin.

- Jak Lancelot? On także wcale nie był szczęśliwy.

- Nie, ale to dlatego, że był głupi, zakochując się w królowej, kiedy obok było tyle innych 

kobiet do wyboru. Dlaczego nie wybrał żadnej z nich? Wolałbym raczej żyć na podobieństwo 

Gawaina, podróżować, mieć wiele dziewcząt, wpadać w tarapaty, zdobywać skarby, a potem 

znowu je tracić. Tym sposobem miał przyjemność zdobywania bogactwa i nie musiał później 

troszczyć się o nie.

- To tak, jakby otrzymać wszystkie zabawki, jakich się pragnie, bez potrzeby sprzątania 

ich potem? - zapytała Puss.

- No właśnie - potwierdził Quentin.

background image

- Bardzo trafnie - zgodziła się Puss. - Co jeszcze byś chciał?

- Zaczarowane zwierzę do zabawy - odparł Quentin bez wahania. - Najchętniej lwa, który 

słuchałby tylko mnie i zabijał ludzi, których bym nie lubił.

- No cóż, to trochę zbyt błahy powód, nie uważasz? - zapytała Puss.

- Miałem na myśli to, że ludzi, którzy mi się nie podobają, zabijałby tylko wtedy, gdybym 

mu na to pozwolił. Ale, oczywiście, nie pozwalałbym. Gdyby stali się zbyt kłopotliwi, sam bym 

ich zabijał w długich pojedynkach, w których odnosiłbym poważne rany. A pani matka by mi je 

opatrywała.

- Ran bohaterów nie obwiązują matki - zauważyła Puss.

- Mogłyby, skoro to jest moja przygoda - stwierdził Quentin. - Ja ustalam reguły.

- Jaka szkoda, że jesteś zbyt młody, by wchodzić w układy z demonami.

- Nic o tym nie wiem - powiedział chłopiec. Usiadł wyprostowany na łóżku i spojrzał 

bardzo poważnie. - Jestem prawie zdecydowany natychmiast iść do niego.

- Quentin! Nie mógłbyś tego zrobić! - zawołała Puss myśląc, że jeżeli Quentin uprze się 

przy tym, jej obowiązkiem, jako starszej siostry, będzie towarzyszenie mu i być może wyrażenie 

także własnego życzenia tylko po to, by być razem z bratem.

Quentin wstał z łóżka i zaczął się ubierać. Jego wąskie wargi drżały, gdy rozważał własną 

śmiałość, ale wydawał się zdecydowany.  W tym momencie w rogu pokoju nastąpił rozbłysk 

światła.   Dzieci   wskoczyły   z   powrotem   do   łóżek.   Pojawił   się   spory   kłąb   dymu,   a   kiedy   się 

rozwiał, ukazała się śliczna, ciemnowłosa, młoda kobieta.

-   Jak   to   zrobiłaś?   -   zapytał   Quentin.   -   Nie   pamiętam,   żebyś   uczestniczyła   w   naszej 

pielgrzymce.

- Przyszłam zaoferować pielgrzymom jajka na sprzedaż - odparła kobieta. - Mieszkam na 

pobliskiej farmie i właśnie przybyłam do gospody. Nazywam się Ylith.

Dzieci przedstawiły się grzecznie. Były szczególnie ożywione chęcią przekazania tego, co 

sir Antonio  opowiedział  tego wieczoru na temat  spełnienia  życzeń  siedmiu  szczęśliwców.  Z 

opisu, Ylith poznała w Antoniu Azziego.

- Ja także chcę wyrazić swoje życzenie - stwierdził Quentin.

- Ani się waż! - rzekła Ylith twardo.

Wyglądało na to, że Quentinowi wyraźnie ulżyło, ale momentalnie zapytał:

- Dlaczego nie mogę?

background image

- Ponieważ nie jest przyjęte, by dobrze wychowane dzieci prosiły diabła z piekła rodem o 

spełnienie życzeń.

- Ale inni proszą - zauważyła Puss. - Będą mieli wspaniałą zabawę.

- Sądzę, iż zrozumiesz, że to nie jest tak do końca prawdziwe - rzekła Ylith. - Niektórzy z 

nich przekonają się, że są dużo bardziej zamieszani, niżby chcieli, w pewne sprawy, o które się 

targowali.

- Skąd ty to możesz wiedzieć? - zapytała Puss.

- Po prostu wiem - odparła Ylith. - A teraz, dzieci, może postaracie się usnąć? Opowiem 

wam bajkę, jeżeli się na to zgodzicie.

background image

ROZDZIAŁ 3

Ylith opowiedziała im historyjkę o dzieciach i jagniętach swawolących pośród wzgórz jej 

rodzinnej Grecji. Już wkrótce Quentin i Puss spali, więc anielica otuliła je i zgasiła świecę, a 

potem wymknęła się z pokoju. We wspólnej izbie znalazła kilkoro pielgrzymów, siedzących przy 

stole w pobliżu ognia i rozmawiających o przygodach minionego dnia.

- Czy to pewne, że on jest demonem? - zapytała jedna ze służących kudłatego gościa, 

który był lokajem sir Olivera.

-A czymże by innym? - odparł tamten.

Nazywał się Morton Kornglow, miał dwadzieścia dwa lata i był smukłym człowiekiem z 

aspiracjami mocno przerastającymi jego urodzenie. Ylith usiadła obok kobiety i lokaja.

- Co ten demon proponuje? - zapytała.

- Mój pan - odparł Kornglow - powiedział mi, że musi na jego polecenie odbyć magiczną 

podróż, by w nagrodę zostały spełnione jego najskrytsze  życzenia. Kiedy wszedłem do jego 

pokoju, już go nie zastałem. Zniknął.

- Może spaceruje sobie na zewnątrz? - zasugerowała Ylith.

- Nie widzieliśmy go, by schodził na dół - odparł lokaj - a nie jest do niego podobne 

nurkować z okna prosto w jeżyny. Wykonuje zadanie demona, bez dwóch zdań. I powiem ci 

szczerze, że wygląda to na zajęcie, które by mi piekielnie odpowiadało.

- Ani się waż! - zawołała służąca, obdarzając go pełnym podziwu spojrzeniem.

- Zastanawiam się nad tym - ciągnął Kornglow. - Równie dobrze mogę grać w sztuce 

demona, jak i człowieka; tak długo, aż przed moim imieniem nie znajdzie się „sir”.

Ylith spojrzała na niego.

- W sztuce?

Kornglow skinął głową.

- Tak powiedział sir Oliver. Demon wystawia pewien rodzaj farsy. Wystarczy, byśmy 

robili to co zwykle, a zostaniemy za to wspaniale wynagrodzeni. To jest właśnie życie, które chcę 

wieść.

Ylith poderwała się na równe nogi.

- Wybaczcie mi. Muszę się z kimś zobaczyć.

Pośpieszyła w stronę drzwi frontowych i wyszła przez nie w ciemność.

- Jak myślisz, dokąd ona poszła? - zapytała służąca.

background image

Kornglow wzruszył ramionami i cmoknął przez zęby.

- Jeżeli ma z kimś spotkanie, to z diabłem albo aniołem. Na zewnątrz nie ma nic prócz 

wilków.

- A więc zamierza to zrobić! Wystawić niemoralną sztukę! Zaczekaj, niech no Michał się 

o tym dowie - powiedziała Ylith do siebie.

background image

ROZDZIAŁ 4

Wystawia niemoralną sztukę? - zapytał Michał.

- Na to wygląda, sir.

- To bezczelność!

- Tak, sir.

- Wracaj tam i miej baczenie na rozwój wypadków. Jeżeli udałoby ci się znaleźć jakiś 

subtelny   sposób,   by   mu   przeszkodzić   w   jego   planach,   nie   byłoby   od   rzeczy   zrobić   to.   Nic 

spektakularnego, sama rozumiesz.

- Rozumiem - potwierdziła Ylith.

-A zatem, już cię tu nie ma - powiedział Michał. - Mogę także posłać na dół Babriela do 

pomocy.

- Byłoby miło - rzekła Ylith nieco tęsknie.

Chociaż obecnie nie stanowili z Babrielem pary, nadal przechowywała miłe wspomnienia 

z ich związku. Ylith pamiętała bardzo dobrze, jakie miłe było grzeszenie i czasem całe jej ciało 

wyrywało się do starych, dobrych czasów. Wróciły także jej wspomnienia romansu z Azziem. 

Było to coś, co uważała kiedyś za niezłą zabawę.

Potrząsnęła   głową,   nie   chcąc   zbyt   wiele   myśleć   na   ten   temat.   Mogło   jej   to   tylko 

przysporzyć kłopotów.

background image

ROZDZIAŁ 5

Po odprawieniu Kornglowa, sir Oliver siedział długą chwilę na brzegu łóżka, rozmyślając 

nad śmiałą rzeczą, jaką uczynił. Był, oczywiście, przestraszony; jakiż człowiek nie byłby przejęty 

po takiej rozmowie z demonem? A oferta sir Antonia była stanowczo zbyt dobra, by przejść nad 

nią   do   porządku   dziennego.   Pomimo   księżych   żalów,   że   Siły   Ciemności   zawsze   starają   się 

uwieść rodzaj ludzki, tak naprawdę zdarzało się to nadzwyczaj rzadko. Nie spotkało to nikogo 

spośród wielu znajomych sir Olivera, a już z pewnością nigdy dotąd jego samego.

Oliverowi podobał się ten pomysł. Od dzieciństwa płonęła w nim ogromna żądza - dostać 

coś wielkiego, cennego i ważnego drogą możliwie najmniejszego wysiłku. Nie są to sprawy, o 

których wiele rozmawia się z ludźmi. Oni tego nie rozumieją.

Chociaż było bardzo późno, nie odczuwał senności. Napełnił kieliszek winem i wydobył 

kilka sucharów, które potajemnie ściągnął ze stołu podczas obiadu, by mieć na przekąskę w nocy. 

Wyjmował właśnie suchar z kieszeni, kiedy jego spojrzenie padło na ścianę po prawej stronie. 

Jednym haustem przełknął wino, rozlewając część na kamizelce. Patrzył na drzwi w ścianie. 

Zwykłe,   pospolite   drzwi.   Tyle   tylko,   iż   sir   Oliver   był   całkowicie   pewien,   że   wcześniej   nie 

istniały!

Wstał,   podszedł   do   nich   i   uważnie   się   im   przyjrzał.   Czy   mógł   je   przeoczyć,   kiedy 

pierwszy raz wszedł do izby? Tkwiła w nich gałka. Dotknął jej. Drzwi były zamknięte.

A zatem - wszystko w porządku. Usiadł z powrotem. A później nawiedziła go inna myśl, 

która spowodowała, że wyjął z kieszeni otrzymane od Azziego zaklęcie „Moronia” pod postacią 

srebrnego   klucza   i   podszedł   ponownie   do   drzwi.   Ostrożnie   wsunął   klucz   do   dziurki.   Klucz 

wśliznął się z odgłosem mlaśnięcia. Naparł nań lekko, obracając go w lewo - tylko po to, by 

zobaczyć co się stanie. Klucz obrócił się sam z siebie i zamek odskoczył. Oliver wyciągnął rękę i 

przekręcił gałkę. Drzwi stanęły otworem. Wyjął klucz i schował go do kieszeni.

Zerknął za próg. Długi, skąpo oświetlony korytarz po drugiej stronie zdawał się ciągnąć 

bez końca, ginąc wreszcie w mroku. Sir Oliver był przekonany, że nie prowadzi on do żadnego 

miejsca wewnątrz gospody, ani nawet do rozciągającego się dookoła niej lasu. Prowadził za to 

Bóg wie dokąd, a od niego oczekiwano, że pójdzie tam.

Przerażające...

Ale pomyśl o nagrodzie!

Przed   oczami   rozbłysła   mu   krótkotrwała   wizja.   On   sam,   ubrany  w   czerwoną   zbroję, 

background image

dosiadający potężnego rumaka, wjeżdżający na czele gromady bohaterów do miasta i witany 

owacyjnie przez wszystkich jego mieszkańców bez wyjątku!

- To naprawdę byłoby coś - powiedział Oliver głośno.

Wszedł do korytarza, nie całkiem gotów do przyjęcia na siebie zobowiązania, ale bardziej 

powodowany przez ducha małego chłopca, wkładającego palec do czegoś, co może się okazać 

bardzo   zimną   wodą.   Gdy   przekroczył   próg,   drzwi   oddzielające   korytarz   od   jego   pokoju   w 

gospodzie zatrzasnęły się z hukiem.

Sir   Oliver   zakrztusił   się   z   wrażenia,   ale   nie   próbował   zawrócić.   Jakieś   niewyraźne 

przeczucie mówiło mu, że coś takiego prawdopodobnie musiało się stać. Jak inaczej miałyby się 

zaczynać   przygody,   jeśliby   coś   nie   dawało   ci   porządnego   kopniaka,   po   którym   nie   ma   już 

odwrotu?

Zaczął iść wzdłuż korytarza, z początku bardzo ostrożnie, a potem coraz odważniej.

background image

ROZDZIAŁ 6

Chociaż   było   tam   wystarczająco   dużo   światła,   by  wszystko   widzieć,   Oliver   nie   miał 

pojęcia, skąd się ono brało. Był to jednostajny, szary blask, coś jak półmrok - smutny i prawie 

złowróżbny. Szedł dalej, a wydawało się, że pasaż ciągle się wydłuża. Po obu stronach ze ścian 

zwisały cienkie, liściaste gałęzie; dawało to przyjemny, rustykalny efekt.

Nadal   szedł.   Podłoga   pod   jego   stopami   zamieniała   się   powoli   w   prawdziwe   leśne 

poszycie, a jego drogę oświetlała teraz naturalna, dzienna poświata. Nie mógł jednak widzieć 

zbyt daleko przed sobą, bo perspektywę zasłaniały konary drzew.

Po chwili leśna gęstwina stała się rzadsza i wydostał się na łąkę. Na drugim jej końcu stał 

mały zamek z mostem zwodzonym, położony na niewielkiej wysepce otoczonej fosą. Most był 

opuszczony.

Wszedł na teren fortecy i ujrzał przed sobą drzwi, które rozwarły się przed nim szeroko, 

kiedy się zbliżył. Za nimi znajdował się ładnie urządzony pokój, z ogniem wesoło buzującym na 

kominku.   Jakaś   dama   siedziała   na   małym   taborecie   z   jednej   strony   wejścia;   wstała   teraz   i 

zwróciła się do niego.

- Witaj, panie rycerzu - powiedziała. - Jestem Alwyn, pisane przez „y”, i witam cię. Mój 

mąż jest nieobecny, zabija gdzieś ludzi, ale gościnność mojego domu wymaga, abym zaprosiła 

cię na obiad, a potem zaoferowała ci nocleg, a także i śniadanie rano.

- Miło to słyszeć - stwierdził Oliver. - Ale chciałbym wiedzieć, czy przypadkiem nie 

przechowujesz dla mnie magicznego konia?

- Magicznego konia? A jakiej maści?

- Widzisz, właśnie o to chodzi, że naprawdę nie wiem. Powiedziano mi, że jest dla mnie 

przygotowany zaczarowany rumak, który zaprowadzi mnie do złotego świecznika. Potem... Tak 

w istocie, jest dla mnie nieco niejasne, co dokładnie powinno stać się „potem”. Zdaje się, iż mam 

zostać   dowódcą   dużego   oddziału   zbrojnych   mężczyzn.   Ty   nic   pewnie   o   tym   nie   wiesz, 

nieprawdaż?

- Nie - przyznała Alwyn. - Doprawdy, uczestniczę w tej sprawie w minimalnym stopniu.

Uśmiechnęła się. Jej ciemne włosy były śliczne i rozwichrzone, a piersi wysokie i dobrze 

zaokrąglone. Oliver wszedł za nią do wnętrza. Przemierzyli kilka pokoi; wszystkie ozdobione 

były czerwienią, czernią oraz srebrem, i udekorowane wszelaką bronią, zbrojami i pociemniałymi 

portretami  przodków o surowym  wyglądzie.  W każdym  kominku  wesoło iskrzył  się i żarzył 

background image

ogień.   W   sumie,   przeszli   przez   sześć   pomieszczeń.   A   w   siódmym   stał   stół   nakryty   białym, 

lśniącym obrusem, ze srebrną zastawą.

- O, to cudownie! - wyraził swoje zadowolenie Oliver, zacierając ręce.

Przed   nim   pyszniły   się   wspaniałe   wiktuały:   gęsi   pasztet   i   dżem   agrestowy,   jajka   i 

gruboziarnisty chleb oraz wielka rozmaitość napoi. Stół nakryty był na dwie osoby, i Oliver 

zaczął się zastanawiać, czy był to jedyny mebel przygotowany dla dwojga?

- Siadaj, panie - zaprosiła go Alwyn. - Czuj się jak u siebie.

Biały   kotek   przeszedł,   podskakując   i   miaucząc,   aż   wturlał   się   do   komnaty.   Alwyn 

zaśmiała się wesoło i schyliła, aby się z nim pobawić. Oliver skorzystał z tej okazji i szybko 

wymienił z nią talerze. Oba były prawie identyczne, z tą jedynie różnicą, iż na brzegu jego talerza 

leżały dwie rzodkiewki, a na jej - tylko jedna. Szybko umieścił jedną ze swoich rzodkiewek na 

talerzu gospodyni, by zamaskować zamianę. Gdy Alwyn się wyprostowała, wyglądało na to, że 

niczego nie zauważyła.

Jedli,   a   Alwyn   napełniła   dwa   kieliszki   burgundem   z   dużej   butelki,   stojącej   na   stole 

przykrytym adamaszkiem. Oliver ponownie znalazł chwilkę, kiedy uwaga jej skierowana była na 

małego foksteriera, który podskakując, wkroczył do pomieszczenia. Uchwyciwszy ten moment, 

Oliver zamienił i kieliszki. Alwyn nic nie spostrzegła.

Gratulując   sobie   przebiegłości,   Oliver   podjął   teraz   atak   na   potrawy   -   stanowiło   to 

ulubiony   przez   niego   rodzaj   walki.   Jadł   łapczywie   i   pił   do   dna,   bo   jedzenie   było   szczytem 

smakowitości.   Było   to   fantazyjne   pożywienie,   magiczne   kulinaria   -   po   prostu   nic   innego   w 

świecie nie dorównywało temu posiłkowi. Wkrótce poczuł działanie środka nasennego, który 

zaatakował jego mózg i wywoływał zawrót głowy oraz ospałość.

- Czy coś nie w porządku, panie rycerzu? - zapytała Alwyn, gdy zapadł się w głąb swego 

siedzenia.

- Tylko chwila zmęczenia - odparł Oliver.

- Zamieniłeś talerze - rzekła gospodyni, wpatrując się w brudny odcisk kciuka na swoim 

talerzu; dostateczny dowód na to, co Oliver starał się zamaskować.

-  Nie   zamierzałem  nic   złego   -  powiedział  Oliver   sennie.  -  To   stary  zwyczaj   mojego 

narodu. Czy ty zażywasz ten środek celowo?

-   Oczywiście.   Bez   mego   leku   nasennego   tracę   w   nocy   mnóstwo   czasu,   nim   zasnę   - 

stwierdziła Alwyn.

background image

-   Ogromnie   mi   przykro,   że   cię   go   pozbawiłem   -  rzekł   Oliver   zwiotczałymi   ustami   i 

potoczył oczami, które zdawały się wpadać w głąb czaszki, co stanowiło nieomylny znak, że 

przechodzi w senną otchłań, czego pragnął raczej uniknąć. - Jak długo to działa?

Jej odpowiedź  zagubiła  się w przygniatającej  go fali  snu, która załamała  mu się nad 

głową. Szamotał się w niej niczym człowiek -porwany przez szalejącą powódź; potem znalazł się 

poza nią, i wpadł w głębię czarnego stawu, oblewającego go jak ciepła kąpiel. Wysilał się, by 

utrzymać   głowę   ponad   przysyłanymi   przez   Morfeusza   mydlanymi,   marmurowymi   falami. 

Walczył z dziwnymi myślami, z niewytłumaczalnymi wyobrażeniami. A potem, zanim się nawet 

spostrzegł, odpłynął w sen.

Kiedy się ocknął, kobiety nie było. Zamku nie było. Znajdował się w zupełnie innym 

miejscu.

background image

ROZDZIAŁ 7

Gdy Ylith wróciła do pielgrzymów, znalazła wszystkich w stanie wielkiego pomieszania. 

Sir Oliver przepadł nagle podczas nocy, nie zostawiając żadnego śladu, a jego służący, Morton 

Kornglow, nie umiał inaczej wytłumaczyć jego zniknięcia, jak poprzez czary.

Ylith rozejrzała się wokół i poszła w końcu do pokoju, który zajmował Oliver. Słaby 

zapach kwasu pruskiego był dowodem, że w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin użyto tu 

zaklęcia „Moronia”. To było wszystko, czego Ylith potrzebowała. Zaczekała, dopóki nie została 

w pokoju Olivera sama, a potem szybko wykonała swoje własne zaklęcie. Użyła składników z 

noszonej przez nią zawsze skrzynki czarownicy - której nigdy się nie pozbyła pomimo swego 

nawrócenia - i wkrótce, przybrawszy mglistą postać, wyruszyła tropem Olivera, przemieszczając 

się przez wielki las, w którym rycerz zniknął.

Natknęła się na jego ślad i doszła po nim aż do zamku Alwyn. Ylith znała ją nieco z 

dawnych  czasów. Alwyn  była  inną wiedźmą,  starego, niezreformowanego  rodzaju, i anielica 

sądziła,   że   tamta   wykonywała   prawdopodobnie   jakąś   pracę   dla   Azziego.   Nadszedł   czas,   by 

wywróżyć najbliższą przyszłość. Zebrała wystarczające dane, aby nadać odpowiedni kierunek 

wróżebnym instrumentom; teraz wprawiła je w ruch.

Wyniki   okazały się  takie,   jakich  się  spodziewała.   Sir Oliver  znajdował  się  w  trakcie 

przygody z Alwyn. Azzie obmyślił tę scenę, aby można było przejść przez nią całkiem szybko; 

inaczej Oliver miałby przydługą wędrówkę. Potem powinien wyjść z borów i ruszyć do swego 

celu, który leżał na południowym zboczu Alp, na terytorium włoskim.

Odpowiedni moment do tego, aby mu przeszkodzić, wypadał gdzieś tam - zanim Oliver 

wyjdzie z lasu. Mogła przeciąć mu drogę. Ale co wtedy? Potrzebny był jej taki sposób, aby go 

zatrzymać, nie czyniąc mu jednocześnie nic złego.

- Mam! - powiedziała.

Spakowała   swój   wróżebny   ekwipunek   i   przywołała   zaklęciem   znajomego   efreta.   Ten 

zjawił się szybko; duży i czarny, ze złym spojrzeniem. Ylith wyjaśniła mu, iż sir Oliver musi być 

powstrzymany albo opóźniony w swojej wędrówce.

- Musisz go zatrzymać - powiedziała.

- Będę szczęśliwy, mogąc spełnić twoje życzenie - rzekł, dawniejszymi czasy zły osobnik, 

który ostatnio nawrócił się na stronę Dobra. - Czy mam go zabić?

Istoty tego rodzaju nadal miały pewną skłonność do przemocy (co było tolerowane w 

background image

Niebie w spokojniejszych czasach, kiedy panował pewien liberalizm; ale to nie był spokojny czas 

i nie można się było nadal przejmować uczuciami intelektualistów niebieskich).

-   Nie,   to   by   zaszło   za   daleko   -   stwierdziła   Ylith.   -   Ale   pamiętasz   może   ten   zwój 

niewidzialnego ogrodzenia, który kilka lat temu wzięliśmy od czarnoksiężników Baala?

- Tak, pani. Został on uznany za osobliwość i złożony w jednym ze składów.

-  Dowiedz się zatem, w którym, i weź spory jego kawał. A oto, co chcę; żebyś z nim 

zrobił.

background image

ROZDZIAŁ 8

Oliver usiadł powoli i powiedział do siebie:

- Co to wszystko było, u licha?

I chwycił się za głowę, w której silne pulsowanie zapowiadało migrenę. Stało się coś 

bardzo  niedobrego.   Nie wiedział  co,  ale  czuł,   że  było   to złe.   Wstał  i  rozejrzał  się  dookoła. 

Miejsce było prawie całkowicie pozbawione jakichkolwiek cech, i mimo dużej ilości światła nie 

mógł nic zobaczyć. Wszystko, co mógł stwierdzić, sprowadzało się do tego, że ze wszech stron 

otaczała  go szarość. Rozległo się trzepotanie  skrzydeł  i na ramieniu  usiadła  mu mała  sowa, 

pstrząc na niego niezgłębionym spojrzeniem, idealnie dopasowanym do nieprzenikliwości oraz 

tajemniczości otoczenia.

- Mogłabyś mi powiedzieć, gdzie jestem?

Sowa przechyliła na bok głowę.

- Trudno powiedzieć. To nieco śmierdząca sprawa, stary.

- Co przez to rozumiesz?

- Że jest pewne, iż zostałeś otoczony niewidzialnym ogrodzeniem.

Sir Oliver nie wierzył  w  niewidzialne  ogrodzenia.  Nie wierzył  tak długo, dopóki nie 

zaczął iść i nie zderzył  się delikatnie z jego przypuszczalną powierzchnią, przez którą nawet 

palec sir Olivera nie przechodził. Wydawało się, że nie można okrążyć pułapki. Powiedział to 

sowie.

- Oczywiście - potwierdził ptak. - To dlatego, że jest to ślepy tor.

- Ślepy tor? A dokąd on prowadzi?

- Ślepe tory prowadzą wyłącznie po okręgach. Taka jest ich specyfika.

-   Ale   to   jest   nie   w   porządku!   Nie   mogę   teraz   kręcić   się   w   kółko!   Muszę   znaleźć 

magicznego konia.

- Nic takiego tutaj nie ma - poinformowała go sowa.

- Tak naprawdę, to szukam złotego świecznika.

- Brzmi nieźle, ale też go nie mam.

- Nawet magiczny pierścień byłby w sam raz.

Sowa wzdrygnęła się w poczuciu winy.

- O, pierścień! Akurat mam go przy sobie.

Ptak   pogrzebał   w   piórach,   znalazł   pierścień   i   podał   Oliverowi.   Rycerz   obrócił   go   w 

background image

palcach. Był to ładny pierścień, z dużym szafirem w prostej, złotej oprawie. Zdawało mu się, iż w 

głębi klejnotu dostrzega poruszające się cienie.

-   Nie   powinieneś   zbyt   długo   gapić   się   na   niego   -   ostrzegła   sowa.   -   On   nie   jest   do 

oglądania, ale do uprawiania czarów.

- Jakich czarów? Co powinienem z nim zrobić?

- Nie powiedzieli ci?

- Nie.

- Ach, w takim razie ktoś się tu nie za bardzo spisał. Uważam, że masz pełne prawo, by 

się na to poskarżyć.

Rycerz   rozejrzał   się   dookoła,   ale   nie   było   nikogo,   do   kogo   można   by   było   wnieść 

zażalenie. Była tylko sowa.

- To diabelnie zła wiadomość - powiedział sir Oliver. - Jakim sposobem mam przeżyć 

wspaniałe przygody, skoro utknąłem nie wiadomo gdzie?

- Moglibyśmy zagrać w karty - rzekła sowa. - Dla zabicia czasu.

- Nie sądzę - skrzywił się Oliver. - Nie grywam w karty z ptakami.

Sowa wyjęła spod skrzydła małą talię kart i zaczęła ją tasować. Posłała Oliverowi kpiące 

spojrzenie.

- No, dalej - ponaglił rycerz. - Rozdawaj.

Wkrótce zatopił się w grze. Zawsze lubił karty. Pomagały spędzać czas.

- Twoja kolej - powiedziała sowa.

background image

ROZDZIAŁ 9

Znalazłszy się z powrotem w gospodzie, Azzie przetarł swą kryształową kulę i zapatrzył 

się w nią. Pozostawała mętna, dopóki nie przypomniał sobie, że trzeba powiedzieć: „Pokaż mi, 

co porabia Oliver”. Kula rozbłysła, potwierdzając przesłanie, i wewnętrzną mglistość zastąpiła 

scena w lesistej okolicy, a przedstawiająca sir Olivera, grającego z puchaczem w karty.

- Nic takiego nie miało się zdarzyć! - powiedział Azzie do siebie. Potrzebny był mu teraz 

Aretino do pomocy. - Gdzie mój posłaniec? - zapytał demon.

Drzwi otworzyły się momentalnie, wpuszczając małego wzrostem osobnika.

- Natychmiast zanieś tę wiadomość do Aretina - Azzie nagryzmolił szponem na kawałku 

pergaminu dwa słowa: „Przybądź niezwłocznie”.

Złożył go dwukrotnie i wręczył posłańcowi.

- Gdzie go znajdę?

- W Wenecji; bez wątpienia pije za moje pieniądze.

- Czy mógłbym dostać zaklęcie, które by mnie tam zaniosło?

- Powinieneś mieć swoje własne - gderał Azzie. - Ale weź ogólne zaklęcie z tamtego 

stołu.

Posłaniec wsadził do kieszeni kilka sztuk wyjętych z czaszy z rżniętego szklą.

- Do Wenecji - powiedział do zaklęcia.

I wyruszył.

W pośpiechu Azzie nie rozpoznał w nim Quentina, który skorzystał z okazji, żeby także 

włączyć się do akcji.

background image

ROZDZIAŁ 10

Tymczasem w Wenecji Aretino uznał, że wpłata Azziego bardzo mu się przyda. Poeta 

zawsze chciał wydać naprawdę wielkie przyjęcie; takie, które wprawiłoby w osłupienie stare, 

kochane miasto, i udowodniłaby jeszcze raz, jak wspaniałym człowiekiem jest Pietro Aretino. 

Takie właśnie wymarzone przyjęcie odbywało się już od kilku nocy oraz dni - odkąd tylko Azzie 

wyjechał.

Na swoje uroczystości poeta sprowadził niemiecką orkiestrę. Ludzie dużo jedli, dużo pili 

i popuszczali pasa. Był  to miły i przyjazny czas. Jaka szkoda, że miał być przerwany przez 

posłańca!

Goniec okazał się całkiem młody, po prostu dziecko jeszcze - ubrany w koszulę nocną 

młody chłopak z głową pełną jasnych loków. Był to Quentin, zadyszany z lekka po powietrznej 

podróży, w czasie której zaklęcie, jakie wziął od Azziego, koziołkowało nim ponad Alpami, a 

potem w dół, do Wenecji. Gdy sługa wprowadził chłopca do Aretina, Quentin ukłonił mu się 

zamaszyście i powiedział:

- Aretino, przynoszę ci wiadomość.

- Jestem pewien, że nie potrzebuję jej właśnie teraz - rzekł poeta. - Tutaj jest bardzo 

zabawnie.

- To od Azziego - rzekł Quentin. - Chce, abyś natychmiast przybył.

- Rozumiem, A kim ty jesteś?

- Jestem jednym z pielgrzymów. Kiedy moja siostra Puss, to skrót od imienia Priscilla, 

zasnęła, postanowiłem rozejrzeć się trochę. Widzisz, ja tak naprawdę prawie nigdy nie śpię. 

Poszedłem   więc   na   pierwsze   piętro.   Zobaczyłem   drzwi   i   zajrzałem   do   środka,   a   potem 

zrozumiałem, iż należę do cechu posłańców.

-   W   jaki   jednak   sposób   potrafisz   się   przemieszczać?   -   spytał   Aretino.   -   Jesteś 

śmiertelnikiem jak i ja, czyż nie ?

- Oczywiście, ale wziąłem od Azziego garść zaklęć.

- Mam nadzieję, że to prawda - rzekł poeta w zamyśleniu. - Czego Azzie żąda ode mnie?

- Twojego natychmiastowego stawiennictwa.

- Gdzie on jest?

- Zabiorę cię do niego dzięki magii - odparł Quentin.

- Jesteś całkiem pewny, że na tych zaklęciach można polegać?

background image

Quentin nawet nie zaszczycił  go odpowiedzią. W krótkim czasie przyzwyczaił  się do 

czarów i nie mógł się doczekać chwili, kiedy powie Puss, iż podróżowanie za pomocą magii nie 

jest wcale wielką sztuką.

background image

ROZDZIAŁ 11

Zanim wszystko się zaczęło, Azzie planował uczcić moment, gdy sir Oliver znajdzie się 

wreszcie   w   drodze   przez   tajemniczy   pasaż,   gdyż   miało   to   oznaczać,   że   jego   niemoralne 

przedstawienie dobrze się zaczęło. Aretino miał tylko śledzić Olivera w jego wędrówce, a potem 

zdawać demonowi z tego relacje. Jednak zaledwie rycerz wyruszył, stało się natychmiast jasne, iż 

napotka jakieś trudności.

Azzie nie tracił czasu, by zbadać, co jest nie w porządku. Śledził podróż sir Olivera do 

krainy fantazji, wykorzystując wskazówki, za pomocą których Zło potrafi iść za Niewinnością. I 

tak Azzie wkroczył w ten dziwny obszar w lesie, w którym krainy rzeczywistości oraz fantazji 

były ze sobą przemieszane.

Po   długiej   wędrówce   mrocznymi   leśnymi   duktami,   demon   doszedł   do   polany.   Po 

przeciwnej jej stronie ujrzał sir Olivera siedzącego na pniu, z sową usadowioną naprzeciw niego. 

Grali w karty małą, wąską talią; dokładnie takiej wielkości, aby puchacz mógł ją utrzymać w 

swych szponach. Azzie nie wiedział, czy na ten widok ma się śmiać, czy raczej płakać; wszak 

przeznaczył sir Olivera do wielkich czynów! Pośpieszył do nich, mówiąc:

- Hej, Oliver! Przestań się wygłupiać i ruszaj w drogę!

Jego słowa nie zostały jednak dosłyszane, a on sam nie był w stanie podejść bliżej, niż na 

około dwadzieścia stóp od pielgrzyma. Coś w rodzaju niewidzialnej, gumowej ściany zagradzało 

mu drogę. Wyglądało na to, że przegroda ta nie przepuszcza także dźwięków, a może nawet i fal 

świetlnych,   bo   Oliver   nie   widział   go.   Azzie   ruszył   wzdłuż   niewidzialnego   koła,   aż   doszedł 

dokładnie  do tego  miejsca,  gdzie  spojrzenie  sir Olivera  nieuchronnie  musiałoby paść, gdyby 

tylko   przypadkiem   podniósł   wzrok.   Usadowił   się   w   tym   miejscu   i   czekał.   Po   chwili   głowa 

Olivera   uniosła   się   i   wyglądało,   że   patrzy   dokładnie   w   kierunku   Azziego;   po   czym   szybko 

powrócił do gry w karty.

Demon wiedział, że dzieje się coś tajemniczego i dalece wykraczającego poza zwykłe 

fortele, w których  to on był  mistrzem.  Ciekaw  był,  kto w tym  maczał palce. Jego pierwsze 

podejrzenie  padło  na Babriela,  ale  wydawało  się, iż  pomysł  i  wykonanie  czegoś  podobnego 

przekraczało zdolności umysłowe anioła. A zatem, kto to zrobił? Michał? Jakoś nie nosiło to 

subtelnego szlifu Michała. To nie było w jego stylu, choć doprowadzony do rozpaczy archanioł 

mógł być zdolny do wszystkiego.

Pozostała tylko Ylith, tego nie mógł wykluczyć. Ale co właściwie zrobiła? Chwilę potem 

background image

to właśnie ona stała już obok niego.

- Cześć, Azzie - przywitała  go. - O  ile nie myli  mnie  mój  nos byłej  czarownicy,  to 

myślałeś właśnie o mnie.

Jej uśmiech był prosty i śliczny. I nie zdradzał niczego.

- Co tutaj zmajstrowałaś? - zapytał bez wstępów demon.

- Wymyśliłam małą psotę. Byłam pewna, że się uda - odparła Ylith. - To co widzisz, jest 

niewidzialnym ogrodzeniem standardowej miary.

- Bardzo sprytne - przyznał Azzie. - A teraz usuń je.

Ylith podeszła do niewidocznego płotu i pomacała dookoła dłonią.

- Dziwne - powiedziała wreszcie.

- Co takiego? - spytał Azzie.

- Nie mogę znaleźć anomalii, która daje moc temu ogrodzeniu. Powinna być dokładnie 

tutaj.

- Tego już za wiele - stwierdził demon. - Idę do Ananke.

background image

ROZDZIAŁ 12

Ananke zaprosiła swoje stare przyjaciółki, trzy Parki, na herbatkę. Lachesis upiekła na tę 

okazję ciasto, Kloto obleciała sklepy z pamiątkami w Babilonie, aż znalazła odpowiedni prezent, 

a Atropos przyniosła mały tomik poezji.

Ananke nie zjawiała się na ogół w ludzkiej postaci. „Nazywajcie mnie po prostu starą 

obrazoburczynią” - zwykła była mówić. - „Nie uważam, żeby coś naprawdę ważnego dało się 

zobrazować”. Dziś jednak, aby okazać się towarzyską, a także dlatego, że lubiła Parki, wystąpiła 

jako dosyć korpulentna Niemka w średnim wieku, w szytym na miarę kostiumie i z włosami 

upiętymi w kok.

Ananke   i   Parki   miały   swój   piknik   na   zboczach   góry   Icon,   gdzie   macierzanka   oraz 

rozmaryn nasycały swym zapachem powietrze wyżynnych łąk. Niebo było ciemnoniebieskie, a 

gdzieniegdzie   przelatywały   chmurki,   niczym   spłoszone   szczury-albinosy.   Ananke   nalewała 

właśnie herbatę, kiedy Lachesis zauważyła jakąś plamkę na firmamencie. Plamka przybliżała się.

- Patrzcie! -zawołała. - Ktoś nadlatuje!

- Poleciłam, aby mi nie przeszkadzano - zagderała Konieczność.

Któż to taki ośmielił się jej sprzeciwić? Ananke przywykła do tego, iż ludzie trzęśli się ze 

strachu na sam dźwięk jej imienia, i uważała to za naczelną zasadę obowiązującą w świecie; albo 

coś równie ważnego. Lubiła myśleć o sobie jako to Tej, Której Musi się Słuchać, chociaż było to 

trochę pretensjonalne. W tym czasie z nadlatującej plamki wyłoniła się postać, w której po chwili 

można było rozpoznać latającego demona. Po chwili Azzie wylądował z wdziękiem w pobliżu 

miejsca, gdzie odbywał się piknik.

- Pozdrowienia! - zakrzyknął, kłaniając się nisko. - Przepraszam, że przeszkadzam. Mam 

nadzieję, że cieszycie się dobrym zdrowiem?

- Powiedz mi, o co chodzi - zwróciła się do niego Ananke surowo. - I lepiej, żeby to było 

coś ważnego.

- Ależ jest - odparł Azzie. - Postanowiłem oto stworzyć nowy rodzaj przedstawienia na 

świecie - niemoralną farsę - która stanowić miała przeciwwagę dla wielu sztuk umoralniających, 

jakie moi przeciwnicy rozpowszechnili w świecie, mimo że ich wartość propagandowa jest tyleż 

nieskuteczna, co i bezsensowna.

-   Przeszkodziłeś   mi   w   pikniku   tylko   po   to,   aby   przynieść   mi   wiadomość   o   twoim 

przedstawieniu? Znam cię od dawna, łajdaku, i nie obchodzą mnie twoje gierki. Co ta sztuka ma 

background image

wspólnego ze mną?

- Przeciwnicy przeszkadzają mi w pracy - wyjaśnił Azzie - a ty bardziej stoisz po ich 

stronie, niż po mojej.

- No cóż, Dobro jest piękne - powiedziała Ananke tłumacząc się.

- Przypuśćmy. Niemniej wolno mi się jemu przeciwstawiać, prawda? Ty zaś jesteś tu od 

tego, żebym mógł wykazać swoją słuszność.

- Tak, wszystko to prawda - przyznała Konieczność.

- Powstrzymasz zatem Michała oraz jego anioły, by mi nie utrudniali pracy?

- Sądzę, że tak. Teraz zostaw nas same. Chcemy kontynuować nasz piknik.

I tym Azzie musiał się zadowolić.

background image

CZĘŚĆ SIÓDMA

ROZDZIAŁ l

Michał   znajdował   się   w   swoim   gabinecie,   odpoczywając   w   platońskiej   idei   fotela   - 

archetypie   wszystkich   foteli   i,   z   definicji,   najlepszym   ze   wszystkich   kiedykolwiek 

zaprojektowanych. Wszystko, czego mu było teraz brak, to cygaro. Ale palenie było nałogiem, 

który dawno porzucił, wiec tak naprawdę nie brakowało mu niczego.

Michał nie czuł się jednak usatysfakcjonowany, gdyż osiągnięcie pełni zadowolenia było 

tak samo trudne dla archanioła jak i dla człowieka. I choć cieszyły go te błogie chwile, w głębi 

siebie zastanawiał się, jak długo będzie trwać owo rozkoszne leniuchowanie.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Michał  odniósł przykre  wrażenie,  że cokolwiek przez  nie wejdzie, nie przyniesie  mu 

niczego miłego. Zastanawiał się czy nie udawać, że go nie ma? Albo odpowiedzieć: „Won!” 

Zdecydował jednak przyjąć gościa. Gdy się jest archaniołem, nawet kozioł ma prawo zatrzymać 

się przy drzwiach twojego gabinetu.

- Proszę - powiedział.

Drzwi otworzyły się i wszedł posłaniec. Gońcem było małe dziecko ze złotymi lokami, 

ubrane w nocną koszulę, z pakunkiem w jednej ręce, a wiązką zaklęć  w drugiej. Quentin z 

gorliwością spełniał nadal rolę posłańca.

- Mam przesyłkę dla archanioła Michała.

- To ja - przyznał Michał.

- Podpisz tutaj - polecił Quentin.

Michał   postawił   swoją   parafkę   na   konosamencie   ze   złotej   blachy,   który   podał   mu 

Quentin. Chłopiec złożył go i odsunął na bok, po czym wręczył Michałowi ciężki pakunek.

- Ty nie jesteś aniołem? - upewnił się Michał.

- Nie, proszę pana.

- Jesteś chłopczykiem, ludzkim dzieckiem, nieprawdaż?

- Jak najbardziej - przyznał się Quentin.

- Dlaczego zatem pracujesz w nadprzyrodzonej służbie posłańczej?

- Doprawdy, sam nie wiem - wyznał Quentin. - Ale to wspaniała zabawa. Jeszcze coś?

- Sądzę, że nie - odparł Michał.

background image

Quentin uruchomił swoje zaklęcia i ulotnił się.

Michał   podrapał   się   po   głowie   i   zwrócił   w   stronę   otrzymanej   paczki,   zawiniętej   w 

zwykły, szary papier pakunkowy. Rozerwał go i wyjął dużą cegłę odlaną z brązu, a obróciwszy ją 

ujrzał, że jej powierzchnia jest zapisana. Podniósł prezent do światła, by móc rozpoznać litery; 

przeczytał:   „Michale,   natychmiast   przestań   się   wtrącać   do   przedstawienia   demona   Azziego. 

Jeżeli   chcesz,   wymyśl   własne,   ale   nie   bądź   obłudny   i   zostaw   jego   sztukę   w   spokoju.   Z 

poważaniem, Ananke”.

Michał odłożył cegłę. Jego dobre samopoczucie zostało zupełnie zrujnowane. Za kogóż 

uważała się ta Ananke, żeby wydawać rozkazy archaniołowi? On sam nigdy tak naprawdę nie 

pogodził się z myślą, że Konieczność rządzi zarówno Dobrem, jak i Złem. Kto powiedział, że tak 

ma być? To był głupi pomysł i tyle. Michał zawsze pragnął, aby Bóg nie odchodził. On był 

naprawdę jedynym, który mógł panować nad tym bałaganem. Wycofał się jednak i to właśnie 

Ananke przejęła niejako kuratelę nad wszystkim. A teraz próbowała powiedzieć Michałowi, jak 

ma on postępować!

- Nie wolno jej ustanawiać praw w ten sposób i działać na moją szkodę - powiedział 

Michał. - Być może jest Przeznaczeniem, ale nie Bogiem.

Zdecydował, że lepiej będzie zrobić coś w tej sprawie. Krótki rekonesans ujawnił, że 

istniało przynajmniej kilka sposobów utrudnienia zadania Azziemu. Aby pokrzyżować mu szyki 

może wystarczyć nawet zwykła zwłoka.

background image

ROZDZIAŁ 2

Spróbuj jeszcze raz - polecił Hefajstos.

- Próbuję - odparł Ganimedes. - Mówię ci, że nie mogę się przedostać;

Wszyscy bogowie stali zgromadzeni przy ściance, po drugiej stronie której znajdowało 

się wnętrze puszki Pandory, w izbie Westfalla na Ziemi. Była to droga, jaką obrał Zeus, aby się 

uwolnić,   a   teraz   wszyscy   bogowie   i   boginie   chcieli   pójść   jego   śladem   -   ale   przegroda   nie 

przepuszczała   ich.   Hefajstos,   rzemieślnik   bogów,   próbował   różnych   sposobów   powiększenia 

przejścia; jednak nigdy wcześniej nie pracował na przegrodach.

Nagle zastawka wydała słaby, brzęczący dźwięk i wszyscy się cofnęli. Chwilę później w 

przejściu ukazał się Zeus i stanął przed nimi w całej swej sile i chwale.

- A więc wraca wielki człowiek - stwierdziła Hera; zawsze miała ostry język.

- Spokój, kobieto - powiedział Zeus.

- Łatwo ci mówić - odparła Hera. - Ty idziesz sobie odstawiać te swoje brudne gierki, 

podczas  gdy my wszyscy trwamy uwięzieni  w tym  wstrętnym  miejscu. Jakiego autoramentu 

bogiem jesteś?

- Najlepszego - stwierdził Zeus skromnie. - Nie próżnowałem, mam pewien plan. Musicie 

jednak zrobić wszystko, co wam powiem, bo od tego zależy wasza wolność. A najbardziej od 

waszej współpracy, nie zaś od permanentnych kłótni. Chciałbym wam powiedzieć, że wkrótce 

przyjdzie tu archanioł Michał.

- Ha! Wróg! - zakrzyknął Febus Apollo.

-   Nie   -   sprostował   Zeus.   -   Potencjalny   sprzymierzeniec.   Pojawi   się,   prosząc   o   coś. 

Musimy mówić z nim rozsądnie i zrobić to, czego zażąda.

- A potem?

- Potem, dzieci, będziemy mieli szansę na ponowne przejęcie świata. Ach, oto ten nowy 

kamerad - zakończył Zeus, kiedy Michał wreszcie przybył.

Sposób,   w   jaki   wyraził   się   Zeus,   przedstawiając   nowego   towarzysza,   wydał   się 

archaniołowi   bardzo   niemiły   -   jakby   był   jakimś   podrzędnym   bóstwem,   które   wyskoczyło 

niedawno nie wiadomo skąd, a nie duchową istotą o władzy równej Zeusowej.

- Uważaj na swoje maniery - obciął Gromowładnego. - Nadal mamy siłę, która zdolna jest 

zdmuchnąć do najgłębszego Piekła ciebie i tę twoją pomaga bandę sybarytów.

- Właśnie stamtąd przyszliśmy - rzekł Zeus. - Gdy raz się posmakuje najgorszego, nie ma 

background image

to już potem takiej samej siły oddziaływania, jak przedtem. Wracając do tematu, w jakiej to 

kwestii pragnąłeś się ze mną zobaczyć?

- Sądzę, że zdajesz sobie sprawę - odparł Michał - że na kosmiczną scenę wkroczyła 

nowa siła?

- Nie uszło to mej uwadze - przyznał Gromowładny. - I co z tego?

- Czy wiesz także o tej niemoralnej sztuce, którą próbuje wystawić demon Azzie?

- Słyszałem o niej - potwierdził Zeus. - Wygląda mi to na przebiegły pomysł.

- Jeśli będzie ona miała na ludzkość taki wpływ, jak się tego obawiam, nie przysłuży się 

to dobrze ani tobie, ani nam.

- Jak to sobie wyobrażasz? My, greckie bóstwa, nie mamy wiele do czynienia z pojęciami 

Dobra i Zła.

- Ten projekt pozostaje poza Dobrem i Złem.

- Więc... Co?

- Jego plan nie tylko jest niemoralny - on wręcz podkopuje przekonanie, że charakter jest 

przeznaczeniem.

3

- Co, co powiadasz? - spytał Zeus.

-   Wiedziałem,   że   to   przykuje   twoją   uwagę   -   stwierdził   Michał.   -   Ale   to   jeszcze   nie 

wszystko.   Sztuka   Azziego   udowodni,   iż   charakter   nie   tylko   nie   jest   przeznaczeniem,   ale   że 

bardzo opłaca się prowadzić pozbawione kontroli życie.

- Tego już za wiele - zdenerwował się Zeus. - Jak może my temu zaradzić?

- Musimy zastosować taktykę grania na zwłokę - zauważył archanioł. - Sam osobiście nie 

mogę nic zrobić; zostałem już w tej sprawie ostrzeżony przez Ananke. Gdybyś jednak ty, albo 

jeszcze lepiej - jedno z twoich dzieci - zechciało wyświadczyć mi drobną przysługę...

Febus wstał i uśmiechnął się.

- Pomogę z wielką chęcią - powiedział. - Powiedz mi tylko, co chcesz, abym uczynił?

- Potrzebni tu będą Cyklopi - rzekł Michał. - Myślę o czymś  podobnym  do tego, co 

Apollo zmontował przeciwko Odyseuszowi, tylko tym razem lepiej. Potem będę miał inną małą 

robótkę dla tego spośród was, kto produkuje burze, deszcze i wichury.

Atena pomyślała chwilkę, a potem odezwała się:

- Podzieliliśmy tę funkcję pomiędzy wielu bogów  - łącznie  z Posejdonem oraz tobą, 

3 Heraklit z Efezu (ok. 540-480 pne.) twierdził, iż charakter człowieka jest jego losem.

background image

wielki Zeusie.

- To prawda - przytaknął Gromowładny. - Sprawę pogody przydzielimy komuś. Aresie, 

jak by ci się podobał ekologiczny sposób prowadzenia wojny?

- Jeśli tylko rani i zabija ludzi, to nie ma sprawy - przyznał Ares.

-   Posłuchaj   zatem   -   rzekł   Michał.   -   Jest   kilka   rzeczy,   które   powinieneś   wiedzieć   o 

robieniu pogody.

background image

ROZDZIAŁ 3

Kobiecy głos zawołał:

- Znalazłam to wreszcie!

A   potem   słychać   było   odgłos   odciąganej   zasuwki   i   moment   później   dźwięk 

przewracającego się płotu.

Oliver wstał, by zbadać granice swego więzienia.

Nie było granic. Zaczął więc iść.

Nie   był   pewien,   dokąd   zmierza,   ale   skoro   miał   przy   sobie   zaklęcie   „Moronia”   to 

wyobrażał   sobie,   że   wszystko   będzie   dobrze.   Ciągnęło   go   ono   i   holowało,   i   nie   było 

najmniejszych wątpliwości, w którą stronę powinien się kierować. Zdawał sobie sprawę z tego, 

że w krótkim czasie pokonywał wielkie odległości. Zaklęcie zaczęło spychać go w lewą stronę, 

zatem uległ mu.

Wkrótce znalazł się na plaży. Szedł dalej i po chwili ujrzał dużą jaskinię. Było w niej coś 

odpychającego, miał więc zamiar ominąć ją z daleka, ale wtedy zobaczył przybity nad wejściem 

prymitywny szyld: POSIADACZE PIERŚCIENIA MILE WIDZIANI. Wszedł. Tuż za progiem 

siedział sobie na stołku olbrzymi olbrzym.

- Masz pierścień? - zapytał.

- Pewnie, że mam - odparł Oliver, okazując inkryminowany klejnot.

Wielkolud przyjrzał mu się uważnie.

- Dobrze, to o ciebie chodzi.

Wstał i do wejścia jaskini przytoczył głaz.

- Po co to zrobiłeś? - zainteresował się Oliver.

- Rozkazy - wyjaśnił lakonicznie kolos, siadając z powrotem na swoim stołku.

- Co teraz? - spytał sir Oliver.

- Wierz mi, nie chciałbyś tego wiedzieć.

- Ależ chcę. Powiedz mi.

- Zjem cię - stwierdził wielkolud krótko.

- Nie mówisz chyba tego serio?!

- Całkiem poważnie. Czy znałeś kiedykolwiek olbrzyma, który by kłamał?

-   Nigdy   nie   zrobiłem   ci   nic   złego   -   powiedział   Oliver,   nie   odpowiadając   wprost   na 

pytanie.

background image

- To nie ma nic do rzeczy.

- Więc o co ci chodzi?

- Przykro mi, bracie, ale mam tu przy sobie rozkaz. „Zjedz faceta z pierścieniem” - oto jak 

on brzmi.

- Jakiego faceta? Z jakim pierścieniem? - dociekał sir Oliver.

- Tego nie wiem. Mówi się tylko o „człowieku z pierścieniem”.

- Ale to mógłby być ktokolwiek.

- Słuchaj, bracie, może oni nie mieli czasu, żeby wypisać coś więcej.

- A co się stanie, jeżeli zeżresz niewłaściwą osobę?

- No cóż, byłby to niewątpliwie czyjś pech, ale nie stanowiłoby to mojej winy.

- Oczywiście, że nie - potwierdził ugodowo Oliver. - Ale może mieliby ci to za złe.

- Jak to sobie wyobrażasz?

- Przypomnij sobie, czy nie ganią cię i tak, gdy stanie się coś złego, bez względu na to, 

czyja to była wina?

- Masz rację - przyznał olbrzym.

Wszedł   z   powrotem   do   jaskini,   gdzie   w   głębi   stał   fotel,   łóżko   oraz   latarnia.   Oliver 

rozejrzał  się  za  jakąś  bronią,  ale   nic  takiego  nie  dojrzał.  Zobaczył  natomiast,  że  do  koszuli 

olbrzyma przypięty był kawałek papieru.

- Co tam masz przyczepione na barku? - zainteresował się rycerz.

- To instrukcja, którą mi dano.

- Co ona mówi?

- Tyle tylko, że mam tu pozostać, aż zjawi się facet z pierścieniem.

- Nic więcej?

- Nie, o ile wiem.

- Pozwól mi rzucić okiem.

Wielkolud nie uznał tego za dobry pomysł. Chronił swój przepis działania i wcale nie 

zamierzał go pokazywać jakiemuś nieznajomemu. A już zwłaszcza nie takiemu, którego miał 

zjeść.  Oliver   rozumiał  to  wszystko,  ale   był  zdecydowany   przyjrzeć  się  wyrokowi  na  siebie. 

Jedyna rzecz, jaka przyszła mu w związku z tym do głowy, to zaproponować olbrzymowi masaż 

pleców.

 - Dlaczego miałbym pragnąć masażu? - zdumiał się kolos podejrzliwie.

background image

- Ponieważ dobrze się po nim poczujesz; oto dlaczego.

- I tak czuję się dobrze - zapewnił go olbrzym, chociaż i było widać, że to nieprawda.

- W rzeczy samej - przyznał Oliver. - Widzę, że czujesz się nieźle. Ale co to znaczy 

„dobrze”? Dobrze to wcale niedużo. To prawie nic. Czy nie chciałbyś się poczuć bardzo dobrze?

- Nie wiem, czy mi to potrzebne - zawahał się wielkolud.

- Kiedy ostatni raz czułeś się wyśmienicie? Mam na myśli, tak naprawdę wspaniale?

- Sądzę, że było to dosyć dawno temu. Nikogo nie obchodzi to, jak czuje się olbrzym. 

Nikt nawet nie pomyśli, że ma on w ogóle jakieś czucie. Nikt nie pyta o jego zdrowie i ogólną 

kondycję   psychofizyczną.   Ludzie   uważają,   że   olbrzymi   to   głupcy,   ale   jesteśmy   dostatecznie 

bystrzy, aby zauważyć, że nikt się o nas nie troszczy.

- Trafnie to ująłeś - przyznał Oliver. - To co z tym masażem pleców?

- Zgoda - odparł olbrzym. - Ale czy muszę zdjąć koszulę?

- Nie, jeśli nie chcesz.

Kolos położył się na długiej płycie skalnej, której używał jako posłania. W ciągu dnia 

robił z niej kanapę, z głazami zamiast poduszek.

Oliver zsunął do góry jego koszulę i zaczął rozcierać oraz ugniatać mu plecy - najpierw 

łagodnie, ale potem z większą siłą, bo pacjent skarżył się, że nic nie czuje. Rycerz rozciągał, 

uderzał i walił, cały czas starając się rzucić okiem na przypiętą na lewymi  barku instrukcję, 

przymocowaną do koszuli klamrą z brązu.

W końcu udało mu się odczytać napis na etykietce: „Olbrzym ten może zostać zraniony 

tylko  pod lewą pachą,  która nie jest opancerzona,  ze względu na potrzebę  wentylacji  wyżej 

wymienionego.   Olbrzym   powinien   uważać,   aby   nic   nie   zbliżało   się   do   tego   miejsca”.   Pod 

spodem znajdował się znak fabryczny, lecz uległ rozmazaniu.

Było to już coś, ale nie dosyć, gdyż Oliver nie miał pojęcia, jak się ma dostać pod lewą 

pachę olbrzyma. Nawet prawa była niedostępna.

W wejściu do jaskini mignął jakiś cień i Oliver uniósł wzrok. Stał tam wysoki, dobrze 

ubrany osobnik, z pozoru wyglądający na Włocha.

- Cześć, jestem Aretino - przedstawił się przybyły. - Przysłał mnie Azzie. Jeśli skończyłeś 

swój masaż, to sądzę, że moglibyśmy wrócić do poważnej pracy?

- Kto to? - zapytał sennie kolos.

- Nie bój się - odparł Oliver. - To ktoś do mnie.

background image

- Powiedz mu, żeby sobie poszedł. Po masażu powinienem cię zjeść.

Oliver potoczył oczyma i odrywał rękę z pleców pacjenta tak powoli, że drugą zdążył 

wykonać błagalny gest. Teraz dopiero Aretino na dobre zdał sobie sprawę z obecności olbrzyma. 

Zachowując stosowną ostrożność na wypadek, gdyby znajdowało się w niej więcej potworów, 

wszedł powoli w głąb jaskini.

- Czy on jest opancerzony? - szepnął do Olivera.

- Tak - potwierdził rycerz - ale z wyjątkiem lewej pachy.

- Powinieneś wykorzystać moment, kiedy wyciągnie się na całą długość.

- Z pewnością; Tylko jak tego dokonać?

- Czy rosną tu gdzieś winogrona? - ściszył znowu głos poeta.

- Zapytam - powiedział Oliver, domyślając się natychmiast, w czym rzecz.

- Winogrona? Po co ci winogrona? - zdziwił się olbrzym.

- Ostatni posiłek przed śmiercią. Taki jest zwyczaj.

- Nigdy o nim nie słyszałem. Sądzę jednak, że moglibyśmy ci znaleźć nieco winogron. To 

był bardzo dobry masaż.

Wielkolud stanął na nogi.

- Chodź ze mną.

I wyprowadził Olivera na zewnątrz. Tuż obok jaskini rósł bardzo wysoki krzew winorośli.

- Nie mogę ich dosięgnąć - poskarżył się Oliver.

- Podam ci trochę - zaofiarował się olbrzym i podniósł ramię, odsłaniając pachę. W tym 

momencie Aretino rzucił Oliverowi swój miecz. Rycerz złapał go. Kolos nadal, co prawda, unosił 

swe ramię, ale było ono prawym ramieniem. Oliver zawahał się.

- Wal mimo wszystko! - zachęcił go Aretino.

Oliver zazgrzytał zębami i zanurzył miecz w pachę wielkoluda. Jak się tego obawiał, była 

uodporniona, ale niewystarczająco. Miecz wbił się w nią.

- Och! Dlaczego to zrobiłeś?

- Musiałem. Miałeś mnie zabić!

- Mogłem się jeszcze rozmyślić.

A skąd ja to miałem wiedzieć?

Olbrzym upadł na ziemię.

-   Mogłem   to   przewidzieć   -   zazgrzytał   zębami.   -   Czy   słyszał   kto   kiedykolwiek   o 

background image

zwycięskich olbrzymach? A propos, ten świecznik, którego szukałeś... Mam go w głębi jaskini.

Po czym wstrząsnęły nim śmiertelne drgawki i zmarł.

- Szybko - ponaglił Aretino. - Weź lichtarz!

Oliver wbiegł z powrotem do jaskini i za jakimś głazem znalazł kandelabr. Miał już teraz 

pierścień, klucz i lichtarz. Zrobił dwa kroki w przód i cofnął się zdumiony. Aretino zniknął. 

Przed nim stał zupełnie inny człowiek.

background image

ROZDZIAŁ 4

Kim jesteś? - spytał Oliver.

- Pańskim adiutantem - odparł mężczyzna. - Nazywam się Globus. Mam służyć wielkim 

tego świata.

Kątem oka Oliver spostrzegł, że jest w zupełnie innym miejscu. Zdaje się, iż ta sztuczka 

dokonała się, kiedy wziął świecznik. Plaża zniknęła; stał na sporej łące rozciągającej się opodal 

jakiejś wsi. Z jednej strony piętrzyły się góry, z drugiej ciągnęła rozległa równina. W jej środku 

połyskiwała rzeka; na brzegu znajdowało, się pełne ludzi oraz namiotów obozowisko.

- Jaki to szwadron? - spytał znowu Oliver.

- Biała Kompania - odrzekł Globus.

Biała Kompania była sławna. Jej pierwszy komendant, sir John Hawkwood, prowadził tę 

grupę do wielu wybitnych zwycięstw po całych Włoszech. Liczyła ona około dziesięciu tysięcy 

walecznych   mężczyzn   z   każdego   zakątka   Europy:   smagli   Łotysze,   Polacy   z   włosami   jak   u 

chochlików,   wąsaci   Niemcy,   Włosi   z   kolczykami   w   uszach,   Francuzi   z   wyondulowanymi 

fryzurami, Szkoci z krzaczastymi brwiami. To wojsko było najlepsze, najweselsze, najbardziej 

żądne krwi, a jednak także najbardziej karne ze wszystkich wojsk w cywilizowanym - i nie tylko 

- świecie.

- Gdzie jest Hawkwood? - zapytał Oliver o słynnego dowódcę kompanii.

- Sir John przebywa w Anglii na płatnym urlopie - wyjaśnił Globus. - Nie chciał odejść, 

ale mój pan zapłacił mu kwotę nie do odrzucenia.

- Kto jest twoim panem?

- Nie nazwę go wprost - odparł adiutant. - Powiem tylko, że jest to diabelnie fajny facet. 

Polecił mi dać tobie to.

Globus wyjął z plecaka długi, cienki przedmiot, po czym wręczył go Oliverowi, który 

natychmiast rozpoznał w nim buławę, jaką nosił zwykle marszałek polny.

- To są twoje insygnia dowódcze - wyjaśnił adiutant. - Kiedy pokażesz je swoim ludziom, 

pójdą za tobą wszędzie.

- A dokąd powinienem iść?

- W tej chwili znajdujemy się po południowej stronie Alp - Globus wskazał stosowny 

kierunek. - Maszerujemy prosto tą drogą, a potem wzdłuż brzegu rzeki do Wenecji.

- Czy wszystko, co mam zrobić, to zaprowadzić tam wojsko?

background image

- Tak jest.

- W takim razie chodźmy się do nich przyłączyć - wykrzyknął Oliver z triumfem.

background image

ROZDZIAŁ 5

Oliver wszedł do, zarezerwowanego dla niego, purpurowego namiotu. Wewnątrz czekał 

nie kto inny, jak sam Azzie, siedząc na obozowym stołku i piłując pazury srebrnym pilniczkiem.

- Cześć, szefie! - zawołał rycerz.

- Witaj w swojej kwaterze, Marszałku Polny - odparł Azzie. - Czy wszystko przebiega 

zgodnie z twoim życzeniem?

- Jest wspaniale - zapewnił go Oliver. - Dałeś mi cudowną paczkę żołnierzy. Przyjrzałem 

się niektórym z nich, kiedy tu szedłem. Istni twardziele. Ktokolwiek chciałby mi stawić czoło, 

będzie tego mocno żałował. Nawiasem mówiąc, czy jest ktoś, z kim będę musiał walczyć?

- Oczywiście. W swoim marszu na południe, który chcę żebyś rozpoczął natychmiast po 

skończeniu tej odprawy, spotkasz skandynawskich wojowników z Naczelnej Brygady Śmierci.

- Brzmi to przerażająco. Czy aby naprawdę uważasz, że powinienem, rozpoczynając swą 

karierę, walczyć z ludźmi, którzy są aż tak groźni?

- Wcale nie są. Nadałem im taką nazwę, bo to dobre dla prasy. W istocie jest to banda 

wywłaszczonych   chłopów,   wieśniaków   z   tej   okolicy,   wyrzuconych   z   ziemi   za   niepłacenie 

podatków, które notabene były ponad ich siły. Są uzbrojeni tylko w siekiery i kosy, nie mają 

zbroi, łuków ani strzał, a nawet porządnych lanc. Poza tym, jest ich tylko dwustu przeciwko 

twoim dziesięciu tysiącom. Ci ludzie nie tylko są źle przygotowani, ale można ręczyć, że zdradzą 

swoich towarzyszy i pierzchną przy pierwszym szczęku oręża.

- To już wygląda dużo lepiej - przyznał Oliver. - A co potem?

- Później wmaszerujesz do Wenecji. Będziemy mieli przy gotowaną prasę.

- Prasę? Naprawdę nie zrobiłem nic takiego, żeby zasłużyć na tortury.

- Nie rozumiesz - rzekł Azzie. - Prasą nazywamy osoby, które innych ludzi informują o 

różnych wydarzeniach - malarzy, poetów, pisarzy i tego rodzaju hałastrę.

- Nic o tym nie wiem - powiedział Oliver.

- Lepiej się dowiedz, jeśli chcesz stać się sławny ze swoich zwycięstw. Jakim sposobem 

zostaniesz legendarną postacią, jeżeli nie będzie się o tobie pisać?

- Zdawało mi się, że to już się stało.

-   Wcale   nie.   Wynająłem   najlepszych   poetów   oraz   pisarzy   naszego   czasu,   z   boskim 

Aretinem   na   czele,   by   głosili   twoją   chwałę.   Tycjan   wykona   olbrzymi   plakat   propagandowy 

dowolnej   victorii,   o   której   przedstawienie   go   poprosimy.   Wynajmę   także   kompozytora,   by 

background image

napisał utwór upamiętniający zwycięstwo - jakie by ono było.

Azzie wstał i podszedł do wejścia do namiotu. Duże, czarne chmury wyszły spoza Alp i 

spadło kilka pękatych kropli deszczu.

- Wygląda na to, że zanosi się na niepogodę. Niewątpliwie wkrótce to przejdzie i będziesz 

mógł   zabrać   swoich   ludzi   w   drogę   do   Wenecji.   Nie   przejmuj   się   tym,   jak   masz   do   nich 

przemawiać, ani w jakim języku. Po prostu powiedz Globusowi, a on już dopilnuje, żeby każdy 

zrozumiał.

-   To   dobrze,   bo   martwiłem   się   o   to   -   rzekł   Oliver,   który   wcale   się   nad   tym   nie 

zastanawiał, ale chciał udawać, że myślał.

- Życzę szczęścia - powiedział Azzie. - Sądzę, że niedługo spotkamy się w Wenecji.

background image

CZĘŚĆ ÓSMA

ROZDZIAŁ l

Ciemność panowała nad Europą, a największa w małej oberży, w której Azzie - mimo 

krótkich   wypadów   rekonesansowych   i   zaopatrzeniowych   -   nadal   pilnie   werbował   ludzi   do 

swojego przedstawienia.

- Jakie nowiny, Aretino? - zapytał demon.

- Cóż, panie, miasto huczy od pogłosek, iż dzieje się coś dziwnego i bezprecedensowego. 

Nikt   nie   wie   co,   ale   mówi   się,   że   Wenecjanie   nie   są   wtajemniczani   w   sekrety   istot 

nadprzyrodzonych, chociaż z pewnością powinni być, gdyż jesteśmy wyjątkowi wśród narodów 

świata. Obywatele w dzień i w nocy spotykają się na placu św. Marka, aby porozmawiać o 

ostatnim   dziwie   dostrzeżonym   na   niebie.   Ale   pan   nie   przysłał   po   mnie,   aby   rozmawiać   o 

plotkach.

- Wezwałem cię tu, Pietro, abyś  mógł spotkać się z niektórymi  moimi  zawodnikami, 

dzięki czemu tym lepiej będziesz mógł pomagać im w pracy dla mnie. Szkoda, że rozminąłeś się 

z sir Oliverem. Jest bardzo dobrym wzorem rycerza i sądzę, że da nam niejeden powód do dumy.

-   Widziałem,   go   przelotnie,   kiedy   jechałem   konno   -   rzekł   Aretino   bez   wielkiego 

entuzjazmu w głosie. - Dość to niezwykły sposób rozdzielania ról, jeżeli bierze się pierwszego 

lepszego, który się sam zgłasza, i - chcąc nie chcąc - korzysta się z niego, Ale, bez wątpienia, 

poradzi sobie. Kto jest następny?

- Pożyjemy, zobaczymy - odparł Azzie. - Jeśli się nie mylę, słychać kroki na schodach.

-   Rzeczywiście   -   przyznał   poeta   -   a   z   ich   odgłosu   wnoszę,   że   należą   do   osoby   o 

nieszczególnej pozycji społecznej.

Jak ty to potrafisz rozpoznać? Bardzo bym chciał zgłębić, na czym polega twój sekret 

percepcji na odległość.

Aretino uśmiechnął się przemądrzale.

- Zauważ, że jego buty skrzypią, słyszymy je przez drzwi i z odległości połowy długości 

korytarza. To jest, proszę pana, niewątpliwy odgłos niegarbowanej skóry. Ponieważ ten dźwięk 

ma wysoki ton, należy stwierdzić, że są sztywne; zaś jeden ocierający się o drugi to niczym dwa 

trące   o   siebie   kawałki   metalu.   Żaden   wykwintny   człowiek   nie   nosiłby   obuwia   z   takiego 

materiału, musi więc ono należeć do kogoś biednego.

background image

- Pięć dukatów, jeżeli masz rację - powiedział Azzie; odgłos kroków ucichł przy drzwiach 

i rozległo się pukanie. - Proszę wejść - rzekł rudowłosy demon.

Drzwi otworzyły się i do wnętrza wszedł powoli, rozglądający się na boki mężczyzna, 

jakby  niepewny  przyjęcia,  jakie  go  tu   spotka.   Był  wysokim  osobnikiem  o  jasnych   włosach, 

noszącym wystrzępioną koszulę z samodziału oraz buty z wołowej skóry, które wyglądały, jakby 

były przyrośnięte do jego stóp.

- Później ci zapłacę - zwrócił się Azzie do Aretina; do nieznajomego zaś powiedział. - Nie 

znam cię. Czy uczestniczysz w naszej pielgrzymce, czy też przypadkiem natknąłeś się na nas w 

ciemności?

- W sensie cielesnym stanowię część grupy - odparł nie znajomy - ale pod względem 

duchowym nie należę do tego towarzystwa.

- Facet jest wcale bystry - zauważył Azzie. - Jak się nazywasz bracie, i jaka jest twoja 

pozycja w świecie?

- Nazywają mnie Morton Kornglow - odparł przybyły - a moim zwykłym zajęciem jest 

opiekowanie się końmi, gdyż zawsze byłem zręczny do zgrzebła, ale zmuszono mnie do pracy w 

charakterze lokaja u sir Olivera, ponieważ mieszkam w jego rodowej wsi. Tak więc mogę śmiało 

mienić się jednym z was, jeśli chodzi o fizyczne ciało, zwykle jednak uważa się, iż towarzystwo 

składa się z członków o jednakowej pozycji oraz poglądach, i nie obejmuje błąkających się przy 

nich psów ani kotów, oraz sług, którzy nie są niczym więcej od zwierząt, chociaż są może trochę 

więcej   warci.   Muszę   pana   od   razu   spytać,   czy   mój   niski   stan   nie   będzie   przeszkodą   w 

uczestniczeniu   w   tym   przedsięwzięciu?   Czy   pańskie   zawody   dostępne   są   tylko   dla   dobrze 

urodzonych, czy też może się na ochotnika zgłosić prosty człowiek z brudem za paznokciami?

-   W   świecie   duchowym   rozróżnienia,   jakie   ludzie   czynią   między   sobą,   nie   mają 

znaczenia. Uważamy was wszystkich za dusze, które przybierają oraz noszą chwilowo ciała, i 

wkrótce   się   ich   pozbywają.   Ale   dosyć   o   tym.   Czy   pragnąłbyś   być   jednym   z   poszukiwaczy 

świeczników, Kornglow?

- W rzeczy samej, chciałbym, panie demonie - odrzekł Morton. - Bo chociaż jestem tylko 

prostym człowiekiem, istnieje l coś takiego, czego pożądam. Zadałbym sobie trochę trudu, aby to 

zdobyć.

- Jakie jest twoje życzenie? - spytał Azzie.

- Zanim przyłączyłeś  się do naszego towarzystwa, zboczyliśmy z drogi, aby zwiedzić 

background image

dobra   Rodriga   Sforzy.   Panowie   jedli   przy  wykwintnym   stole   w   jadalni,   podczas   gdy  prości 

ludzie, tacy jak ja, siedzieli w kuchni; jednak przez otwarte drzwi widzieliśmy wszystko, co się 

działo. I tam ujrzałem Cressildę Sforza, żonę samego lorda Sforzy. Panie, ona jest najpiękniejszą 

z   kobiet,   z   włosami   o   barwie   kukurydzianych   wąsów,   leżącymi   gładko   na   policzku   o 

adamaszkowym rumieńcu, który zawstydziłby nawet anioły. Jest cieniutka w pasie, a ponad nim 

wzdyma się...

-   To   wystarczy   -   przerwał   Azzie.   -   Zaoszczędź   nam   reszty   swych   grubiańskich 

zachwytów i powiedz, czego chcesz od tej damy?

- Oczywiście, żeby wyszła za mnie za mąż - odparł Kornglow.

Aretino wybuchnął głośnym  śmiechem i stłumił  go kaszlem.  Nawet Azzie musiał  się 

uśmiechnąć,   tak   źle   dobrany   był   prostacki   i   obdarty   Kornglow   do   jakiejkolwiek   pięknej 

szlachcianki. 

- Cóż, panie - rzekł demon - nie boisz się mierzyć wysko w swoich zalotach.

-   Biedny   człowiek   może   się   ubiegać   nawet   o   Helenę   Trojańską,   jeśli   chce   -   odparł 

Kornglow. - W jego wyobraźni może go ona wybrać spośród wszystkich innych mężczyzn i 

uważać   za   najbardziej   pożądanego   oraz   atrakcyjniejszego   niż   sam   Parys.   We   śnie   może   się 

zdarzyć wszystko, czego sobie życzysz. A czyż nie jest to coś w rodzaju snu, ekscelencjo?

- Tak, sądzę, że jest - zgodził  się demon. - A zatem,  jeśli mielibyśmy spełnić twoje 

pragnienie, musielibyśmy cię uszlachcić, aby nie było przeszkody w ceremonii zaślubin.

- Chciałbym tego - przyznał Morton.

- Musielibyśmy także uzyskać zgodę lady Cressildy - zwrócił uwagę Aretino.

- Zostaw to mnie, kiedy nadejdzie czas - odparł Azzie. - Jest to wyzwanie, ale damy temu 

radę.

Poeta zmarszczył się i wysunął kolejną obiekcję.

- Faktem jest, iż ta dama pozostaje już od jakiegoś czasu zamężna, mój panie. Może to 

stanowić niejaką przeszkodę.

- Mamy w Rzymie urzędników, którzy zajmą się tego rodzaju drobiazgami - zlekceważył 

to Azzie; zwrócił się ponownie do lokaja sir Olivera. - Jest kilka rzeczy, które będziesz musiał 

zrobić. Czy jesteś gotów zadać sobie trochę trudu?

- Tak, proszę pana, o ile to nie będzie zbyt  męczące. Człowiek nie powinien działać 

niezgodnie   ze   swoim   wrodzonym   usposobieniem,   nawet   dla   zdobycia   najbardziej 

background image

ekstrawaganckiej fortuny; zaś moje wrodzone usposobienie to lenistwo. Tak skrajne, że gdyby 

świat dowiedział się o nim, nazwano by mnie jego cudem.

- Nie czeka cię nic nadzwyczaj trudnego - przyrzekł demon. - Myślę, że możemy cię 

zwolnić od zwykłej walki na miecze, bo nie byłeś w tym ćwiczony.

Azzie włożył rękę do kieszeni kamizelki i wyjął jeden z magicznych kluczy. Wręczył go 

Kornglowowi, który przez chwilę obracał go w palcach.

- Pójdziesz stąd - wyjaśnił demon - a ten klucz zaprowadzi cię do drzwi. Przejdziesz przez 

nie i znajdziesz konia z magicznym świecznikiem w jukach przy siodle. Kiedy go dosiądziesz, 

przeżyjesz   swoją   przygodę,   a   na   jej   końcu   spotkasz   swą   Cressildę   o   jedwabistych, 

kukurydzianych włosach.

- Wspaniale - ucieszył się Morton. - To cudowne, gdy i szczęście przychodzi tak łatwo!

- Tak - przyznał Azzie. - Łatwość zdobywania jest jedną z wielkich rzeczy tego świata. 

Morał, który należy głosić ludziom, to fortuna przychodzi bez trudu; po cóż wiec harować na nią 

w pocie czoła?

- To wspaniała maksyma - przyznał stajenny. - Podoba mi się ta historia.

I ściskając w ręku klucz, wybiegł z pokoju. Demon uśmiechnął się dobrotliwie.

- Jeszcze jeden szczęśliwy dureń.

- Ktoś następny jest przy drzwiach - zaraportował Aretino.

background image

ROZDZIAŁ 2

Matka   Joanna   siedziała   w   swoim   pokoju   w   oberży.   Była   mocno   zaniepokojona 

dochodzącymi z zewnątrz, z korytarzy, odgłosami szurania. Mogły one być czymś absolutnie 

naturalnym, albo też nadprzyrodzonym, ale przeorysza podejrzewała, że to pielgrzymi, którzy 

postanowili skorzystać z oferty sir Antonia, byli w drodze do jego sypialni.

Pomimo świątobliwego stanowiska, Joannie nie były obce ludzkie pragnienia. Istniały 

rzeczy,   które   pragnęła   posiadać;   a   ponieważ   była   osobą   nieumiarkowaną,   przeto   owe   żądze 

również   paliły  się  w   niej   w   niepohamowany   sposób.  Jako  świecka  matka  przełożona,   a  nie 

zakonnica, patrzyła na swoją pracę jak na prowadzenie jakiegoś wielkiego interesu. Jej żeński 

klasztor w Gravelines, z siedemdziesięcioma dwiema zakonnicami i mnóstwem służby oraz ludzi 

do   opieki   nad   zwierzętami,   stanowił   przedsiębiorstwo   podobne   małemu   miastu.   Joanna 

rozkoszowała się tym od samego początku; wydawało się, iż jest do tego stworzona. Nigdy nie 

była taka, jak inne dziewczynki, bawiące się lalkami i marzące o zamążpójściu. Już jako dziecko 

lubiła wydawać polecenia swoim ptakom oraz spanielom - ty siedź tam, a ty tam - karcąc je za 

nieposłuszeństwo odebraniem podwieczorku.

Zwyczaj wydawania rozkazów nie opuścił jej i wtedy, gdy wyrosła na kobietę. Może 

sprawy   przyjęłyby   inny   obrót,   gdyby   była   piękna,   ale   upodobniła   się   do   rodziny   ze   strony 

Mortimerów. Tak jak oni miała dużą białą twarz, krótkie suche włosy bez połysku, krępe ciało 

bardziej nadające się do pracy przy łopacie czy pługu, niż do uganiania się w poszukiwaniu 

miłości.   Pragnęła   być   bogata,   i   budzić   respekt,   a   służba   w   Kościele   wydawała   się   dobrym 

sposobem na osiągnięcie tego celu. Jej religijność była często konwencjonalna, a silny zmysł 

praktyczny podpowiadał, że tuż obok, za ścianą, mogła znaleźć dużo lepszą sposobność realizacji 

pragnień,  niż wieczne wyczekiwanie,  aż papież  będzie skłonny awansować ją na przełożoną 

jakiegoś większego klasztoru.

Myślała i myślała. Chodziła tam i z powrotem po swoim pokoiku, biorąc pod rozwagę 

drążące ją pragnienia oraz pytając się, które z nich jest najważniejsze? Za każdym razem, kiedy 

zza drzwi dolatywał jej uszu jakiś odgłos, wzdrygała się na myśl, iż właśnie w tej chwili inni 

korzystali ze wspaniałomyślnej oferty sir Antonia, by spełnić swoje serdeczne życzenia. Wkrótce 

zbierze się siedmiu wspaniałych i dla niej zabraknie szansy. W końcu postanowiła działać.

Matka  Joanna  wyśliznęła   się ze  swojej  izdebki   i  cicho  sunęła  ciemnymi  korytarzami 

oberży. Wchodziła na górę po schodach, cofając się niepewnie za każdym skrzypnięciem stopnia. 

background image

Dotarłszy   wreszcie   do   drzwi   pokoju   sir   Antonia,   zdobyła   się   na   odwagę,   podniosła   rękę   i 

zapukała lekko. Z drugiej strony usłyszała głos Azziego, który powiedział:

- Wejdź, moja droga. Spodziewałem się ciebie.

Miała wiele pytań. Demon uważał, że jest męcząca, ale udało mu się ją uspokoić. Gdy 

jednak zaczął wypytywać przybyłą o pragnienia jej serca, stwierdził, że nie bardzo miała ochotę 

je wyjawić. Na jej szerokiej, białej twarzy pojawił się wyraz smutnego zażenowania.

-   Czego   chcę   –   rzekła   -   o   tym   nawet   nie   lubię   mówić.   Jest   to   zbyt   haniebne,   zbyt 

poniżające.

- Ależ powiedz - zachęcał Azzie. - Jeśli nie wyjawisz tego swojemu demonowi, to komu?

Joanna już zebrała się w sobie, ale wskazała jeszcze kciukiem na Aretina.

- A co z nim? Czy on także ma tego słuchać?

- Oczywiście - potwierdził  demon. - Jest wynajętym  poetą. Jak mógłby opisać nasze 

przygody,  gdyby  nie był  przy nich obecny?  Doprawdy,  zbrodnią byłoby nie uwiecznić  tych 

wybitnych zdarzeń. Skazałoby to nas na przebycie życia anonimowo, jak to czyni większość 

ludzi.  Jednakże Aretino unieśmiertelni  nas, moja  droga; weźmie  nasze czyny,  choćby nawet 

wydawały się mało znaczące, i utka z nich wiekopomny wiersz.

- Dobrze, panie demonie, przekonałeś mnie - rzekła Joanna. - Wyznam ci, że w swoich 

marzeniach chciałam zawsze naprawiać krzywdy; ale tak, aby powszechnie było o tym wiadomo, 

i żebym zbierała za to w ludowych balladach wszelkiego rodzaju pochwały. Coś jak Robin Hood 

w spódnicy - w dodatku z mnóstwem czasu na polowania w przerwach pomiędzy świetnymi 

czynami.

- Wymyślę coś - obiecał Azzie. - Weź ten klucz.

Powiedział   Joannie,   co   się   ma   wydarzyć   w   związku   z   pierścieniem,   drzwiami   oraz 

magicznymi świecznikami i końmi, i na koniec wyprawił ją w drogę.

- A teraz, Aretino - rzekł demon - sądzę, że zanim zgłosi się następny kandydat, mamy 

chwilę czasu na szklanicę wina. Jak nam idzie do tej pory, twoim zdaniem?

- Szczerze mówiąc, sir, nie mam pojęcia. Zwykle sztuki sceniczne układa się wcześniej i 

wszystko   jest   z   góry   wiadome.   W   twojej   zaś   farsie   role   są   mętne   i   niepewne.   Co   ma 

reprezentować ten facet, ten Komglow? Czy jest Zbyt Pewną Siebie Zarozumiałością? Ludowym 

Humorem?  Nieposkromioną  Odwagą?  A  matka  Joanna - czy należy ją ganić,  czy raczej  jej 

współczuć? Czy jedno i drugie po trosze?

background image

- Jest to zagmatwane, nieprawdaż? - powiedział Azzie. - Ale bardzo życiowe, z tym się 

chyba zgodzisz?

- Och, niewątpliwie. Tylko jak w tym wszystkim mamy znaleźć stosowne nauki moralne?

- Nie martw się, Aretino. Niezależnie od tego, co postaci dramatu będą robić, znajdziemy 

sposób, aby przedstawiały dokładnie to, o czym przez cały czas mówiliśmy. Musisz pamiętać, że 

ostatnie słowo należy do autora sztuki, i dlatego zawsze może on powiedzieć, iż jego idea została 

udowodniona - bez względu na to, czy tak jest istotnie, czy nie. A teraz - dawaj tu tę butelkę.

background image

ROZDZIAŁ 3

Gdy   Komglow   wrócił   do   swego   kąta   w   starej   stajni,   poczuł   się   bardzo   zdziwiony, 

ujrzawszy przywiązanego konia tam, gdzie przedtem go nie było. Gdy stajenny zbliżył się do 

niego, wysoki, biały ogier zastrzygł uszami. Skąd się wziął ten szlachetny rumak? Po chwili 

Morton stwierdził, że nie znajduje się już w stajni, a w zupełnie innym miejscu. Magiczny klucz 

przeprowadził go widocznie przez drzwi, o których mówił Azzie - i jego przygoda mogła się już 

zacząć.

Musiał   się   co   do   tego   upewnić.   Spostrzegłszy   torby   zawieszone   u   siodła,   Komglow 

otworzył   najbliższą   z   nich   i   sięgnął   do   środka.   Jego   dłoń   natrafiła   na   coś   masywnego, 

metalowego, cienkiego i długiego. Wyciągnął przedmiot do połowy. Świecznik! O ile się nie 

mylił, z prawdziwego złota. Ostrożnie wsunął go z powrotem do torby.

Koń zarżał do niego, jakby zapraszając, aby wsiadł i odjechał wierzchem, ale Komglow 

potrząsnął głową, opuścił stajnię i rozejrzał się na zewnątrz. Okazały dwór, stojący w odległości 

niniejszej niż dwadzieścia jardów, był niewątpliwie domem lorda Rodriga Sforzy. Tym samym, 

w którym Morton Kornglow po raz pierwszy - i jedyny - ujrzał przełomie lady Cressildę.

To jej dom. A ona znajdowała się w środku.

Niewątpliwie, był tam także i lord Sforza. Tak samo jak jego słudzy, straże, oprawcy... 

Wtargnięcie do wnętrza nie miało żadnego sensu. Cień wątpliwości ogarnął duszę Kornglowa i 

stajenny   począł   się   zastanawiać.   Dopiero   teraz   po   raz   pierwszy   zaczął   rozmyślać   o   swojej 

przygodzie i doszedł do wniosku, że była bardziej niż tylko nierozważna. Tego rodzaju czynów 

dokonywali   zwykle   szlachcice.   Co   prawda,   w   baśniach   prości   ludzie   także   bywali   niekiedy 

zamieszani w podobne afery, ale czy on nadawał się na bohatera ludowej opowieści? Wątpił w 

to. Wiedział, że był obdarzony fantazją; wszak inaczej nie wdałby się w tę przygodę. Czy miał ją 

jednak kontynuować? Czy owa dama była tego warta?

- Dlaczego, panie - rozległ się cichy głos obok niego - wpatrujesz się w ten dwór takim 

wzrokiem, jakby czekał tam na ciebie ktoś bardzo wyjątkowy?

Morton Kornglow odwrócił się. Obok niego stała drobna dojarka w wydekoltowanym 

staniku   i   obszernej   plisowanej   spódnicy.   Miała   zmierzwione,   ciemne,   kędzierzawe   włosy, 

zuchwały wyraz twarzy oraz pełną i zgrabną figurę jak na tak małą osóbkę, a także uśmiech, 

który był jednocześnie łagodny i lubieżny. Niezwykła kombinacja.

- To jest dom lorda Sforzy, nieprawdaż? - zapytał stajenny.

background image

- Tak - przyznała dzieweczka. - Czy rozmyślałeś może o porwaniu lady Cressildy?

- Skąd ci to przyszło do głowy?

-   Bo   trafia   w   samo   sedno   sprawy   -   rzekła   mała   kobietka.   -   Toczy   się   pewna   gra, 

zapoczątkowana przez demona, którego znają moi przyjaciele.

- On powiedział, że Cressilda będzie moja - rzekł Kornglow.

- Łatwo mu obiecywać - zauważyła dojareczka. - Nazywam się Leonora, z pozoru może 

wyglądam na prostą mleczarkę, ale naprawdę jestem czymś więcej, zapewniam cię. Znalazłam 

się tu, aby ci powiedzieć, iż dama, z którą zamierzasz się związać, jest okropną i nieznośną 

złośnicą. Każdy, kto ją zdobędzie, skazuje się na najgłębszą otchłań piekła.

Słysząc to, Kornglow zdziwił się mocno. Patrzył na Leonorę z zainteresowaniem, które 

wzrastało z minuty na minutę.

- Pani - rzekł - nie wiem, co zrobić. Może mogłabyś mi coś doradzić?

- Mogłabym - stwierdziła Leonora. - Powróżę ci z ręki, a to powie wszystko. Chodźmy 

dokądś, gdzie nam będzie wygodnie.

I zaprowadziła go z powrotem do stajni, w której pachnące siano ułożone było w miękkie, 

wygodne stosy. Oczy Leonory były wielkie i dzikie, i miały kolor magii, a jej dotknięcie było 

lekkie jak piórko. Biorąc jego dłoń, przyciągnęła go do siebie.

background image

ROZDZIAŁ 4

Wszystkie  doniesienia zdawały się wskazywać  na to, że projektowane przez Azziego 

przedstawienie wzbudzało znaczne zainteresowanie w świecie duchowym, a nawet, iż zakładano 

się   o   jego   powodzenie;   zdarzały   się   także   różne   zadziwiające   rzeczy.   Jedną   z   nich   było 

uwolnienie się starych bogów, Zeusa i całego jego towarzystwa. Poza tym doszły inne liczne 

wypadki, wymagające natychmiastowej ingerencji Michała, i mając to na uwadze, zgodził się 

przyjąć anioła Babriela.

Spotkanie Babriela z archaniołem odbyło się w sali ministerialnej budynku Urzędu Bramy 

Niebieskiej, w śródmieściu centralnego Nieba. Brama Niebieska była wysokim, imponującym 

gmachem i anioły bardzo lubiły tam pracować. Oprócz niewymownej radości płynącej z faktu, iż 

znajdują się blisko Najwyższego, odczuwały także przyjemność z urzędowania wewnątrz perły 

architektury niebieskiej.

Był wczesny wieczór i na miasto Pozytywnych Wibracji, jak nazywano także Centralne 

Niebo, padał drobny deszczyk. Babriel śpieszył przez marmurowe korytarze, wykonując małe, 

szybujące   loty   na   dwadzieścia,   trzydzieści   stóp,   aby   zaoszczędzić   czas,   chociaż   wszędzie 

znajdowały się, zakazujące tego procederu znaki: „Latanie w korytarzach zabronione”.

Dotarł   wreszcie   do   apartamentów   biurowych   Michała,   mieszczących   się   w   prawym 

skrzydle budynku, zapukał i wszedł.

Michał siedział przy biurku, a rozmaite prace z interesującego go zakresu otwarte miał na 

stole obok. Z jednej strony cicho mruczał komputer. Oświetlenie było łagodne i złociste.

- Rychło w czas - powiedział Michał z lekką nutą rozgoryczenia w głosie. - Muszę znowu 

natychmiast cię wysłać.

- Co się dzieje, sir? - spytał Babriel, siadając na jednym z wyściełanych krzeseł naprzeciw 

biurka archanioła.

-   Sprawa   z   Azziem   i   jego   sztuką   o   wiele   bardziej   poważna,   niż   przewidywaliśmy. 

Wygląda na to, że nasz demon uzyskał dyspensę od samej Ananke, co daje mu wyraźne prawo 

dokonywania cudów dla osiągnięcia swego celu. Ponadto, Konieczność postanowiła, że nam, 

należącym  do Światłości, nie należy przyznawać  żadnych  przywilejów po prostu dlatego, że 

jesteśmy   po   stronie   Dobra.   Wiem   także   z   wiarygodnego   źródła,   iż   Azzie   planuje   oderwać 

Wenecję od rzeczywistego czasu i stworzyć z niej miasto wydzielone. Czy wiesz, co to znaczy?

- Niezupełnie, sir. Nie, nie wiem.

background image

-   Oznacza   to,   iż   ten   obrzydliwy   demon   może,   przynajmniej   potencjalnie,   ku   swemu 

niewątpliwemu zadowoleniu, napisać na nowo historię!

- Ale, sir, oddzielona Wenecja nie miałaby wpływu na główny nurt ludzkich dziejów!

- To prawda, mogłaby jednak posłużyć jako przykład dla tych niezadowolonych dusz, 

które  uważają,  że  historia  powinna  być   inna  niż  jest  -  czyli  przestać   być  tworzoną  poprzez 

ludzkie   męczarnie   i   cierpienia.   Jeśli   uda   się   napisać   dzieje   na   nowo,   to   podminuje   to   całą 

doktrynę przeznaczenia. Przenosi to ludzkość do królestwa, gdzie Przypadek może grać nawet 

większą rolę niż obecnie.

- Hm, to istotnie poważne, sir - przyznał Babriel. Michał przytaknął.

- Mógłby zostać zagrożony cały porządek kosmosu. Rzucono wyzwanie naszej, od dawna 

ustanowionej, wyższości. Zakwestionowana została sama zasada Dobra.

Babriel gapił się na niego.

- Ma to jednak dla nas choć jedną dobrą stronę - ciągnął Michał.

- Jaką, sir?

- Zwalnia nas z irytujących ograniczeń, jakie nakłada uczciwość. Możemy zdjąć białe 

rękawiczki. To już nie jest sprawa pomiędzy dżentelmenami. Możemy odłożyć wreszcie na bok 

nasze skrupuły i wziąć się do prawdziwej walki.

-   Tak   jest,   sir!   -   powiedział   Babriel,   chociaż   wcale   mu   się   nie   wydawało,   by 

dotychczasowym postępowaniem Michała kierowały jakieś wielkie skrupuły.

- Dowiedzieliśmy się - mówił dalej archanioł - że Azzie realizuje teraz część projektu, w 

którym wykorzystuje magicznego konia.

- To do niego podobne - Babriel skinął głową.

- Nie ma żadnego powodu, żebyśmy mieli nadal pozwalać sprawom toczyć się tak, jak on 

to zaplanował. Udaj się na Ziemię, Babrielu, do domu lorda Rodriga Sforzy, i zrób coś z tym 

zaczarowanym rumakiem, który właśnie teraz czeka w stajniach na Kornglowa.

- Słyszeć, znaczy wykonać! - wykrzyknął Babriel i zerwał się na równe nogi.

Leciał przez korytarze, mocno uderzając skrzydłami. Sprawa była poważna.

Już   po   chwili   był   z   powrotem   na   Ziemi.   Zatrzymawszy   się   tylko   na   moment,   by 

zorientować się w swoim położeniu, poleciał do domu Sforzów i lekko wylądował na dziedzińcu. 

Było tuż po świcie i domownicy hrabiego jeszcze spali. Babriel rozejrzał się, a potem poszedł do 

background image

stajni. Z jej wnętrza dochodził pełen zestaw, łatwych do odgadnięcia odgłosów, towarzyszących 

zwykle uciechom mężczyzny z dziewczyną na sianie, a więc chichoty i ciche szmery. Usłyszał 

także rżenie, a potem ujrzał przywiązanego obok białego ogiera z pięknie wykonanymi torbami 

przy siodle. Pogłaskał szlachetnego rumaka i odwiązał jego cugle.

- Chodź ze mną, mój ty piękny - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ 5

Kornglow leżał na posłaniu ze słomy, uwięziony w plątaninie rąk oraz nóg, z których 

tylko połowa należała do niego, W szczelinach na wpół wykończonych  ścian stajni świeciło 

słońce, a zapach siana, nawozu i koni atakował jego nozdrza. Uwolnił się z objęć kobiety, z którą 

z takim zapamiętaniem uprawiał miłość, szybko założył ubranie i wstał.

- Po co ten pośpiech? - zapytała Leonora, budząc się. - Zostań jeszcze.

- Nie mam czasu, nie mam czasu - powtarzał Morton, wciskając koszulę do spodni, a nogi 

do butów. - Powinienem wziąć udział w przygodzie.

- Zapomnij o awanturze - rzekła Leonora. - Ty i ja odnaleźliśmy się. Po co chcieć czegoś 

więcej?

- Nie, nie wolno mi zwlekać. Muszę dalej prowadzić tę grę. Gdzie jest mój magiczny 

koń?

Kornglow przeszukiwał stajnie, ale wierzchowca nigdzie nie było. Wszystko, co zdołał 

znaleźć,   to   mały,   łaciaty   osioł,   przywiązany   do   ogrodzenia.   Zwierzak   zaryczał   do   niego, 

obnażając w otwartym pysku żółte zęby. Morton obejrzał go uważnie.

- Czy to jakieś czary odmieniły tak mojego rumaka? Musiało tak być. Jeśli wyjadę na 

nim, z pewnością w odpowiednim czasie zmieni się ponownie.

Odwiązał osła i dosiadł go. Kopnął stworzenie mocno w żebra, zmuszając je do biegu 

kłusem na dziedziniec. Wierzchowcowi niej podobał się ten pomysł, ale stajenny popędzał go bez 

wytchnienia. Osioł przebył więc truchtem podwórze dla kurcząt, potem przebiegł obok ogrodu 

warzywnego i całą drogę do dworskich wierzei.

- Hej, tam! - zawołał Kornglow przy bramie. Z wnętrza odezwał się mocny, męski głos.

- Kto tam?

- Ktoś, kto chciałby się starać o rękę lady Cressildy!

Na te słowa ukazał się duży,  łysiejący mężczyzna  w koszuli, pantalonach i z czapką 

mistrza kucharskiego na głowie. Był nachmurzony i nieprzyjazny.

- Czyś stracił zmysły? Dama jest zamężna! Jej mąż właśnie nadchodzi.

Drzwi otwarły się szerzej i wyszedł z nich szlachcic o surowej twarzy, w pięknym stroju, 

wyniosły i z rapierem u boku.

- Jestem Rodrigo Sforza - odezwał się głosem, który brzmiał złowieszczo. - O co chodzi?

Kucharz skłonił się nisko i wyjaśnił:

background image

- Ten prostak twierdzi, że przyszedł po rękę lady Cressildy, pańskiej małżonki.

Sforza spojrzał na Kornglowa stalowym wzrokiem.

- Czy tak, bratku?

W tej chwili Morton Kornglow zorientował się, że coś najwyraźniej nie szło jak należy - 

wszak   droga   dla   niego   miała   być   usłana   różami.   Prawdopodobnie   utrata   magicznego   konia 

wpędziła go w tarapaty. Zawrócił więc i spróbował zmusić osła do galopu, ale bydlę najpierw się 

zaparło, a potem wierzgnęło gwałtownie, zrzucając stajennego na ziemię.

- Zawołajcie straże! - krzyknął Sforza.

Jego ludzie wypadli z pośpiechem spoza rogu dworu, dopinając kaftany i przypasując 

miecze.

- Do lochów z nim! - zawołał Sforza.

I tak Morton Kornglow znalazł się wkrótce w ciemnym dole - za jedynego towarzysza 

mając szum w głowie, który pozostał mu po licznych ciosach, jakie zarobił.

background image

ROZDZIAŁ 6

No, Morton - powiedział Azzie - narobiłeś sobie niemało kłopotów.

Stajenny  usiadł,   mrużąc   oczy.  Jeszcze   chwilę   wcześniej   był  zupełnie   sam   w  lochach 

Sforzy, opatrując posiniaczoną głowę i medytując nad swym nieszczęściem. Cela była pusta, ze 

spleśniałą słomą rzuconą na podłodze, i Kornglow nie mógł zrobić absolutnie nic, żeby urządzić 

się wygodniej. Teraz jednak znajdował się ponownie na zewnątrz. Był już strasznie zmęczony 

tymi wszystkimi gwałtownymi zmianami miejsca, a wywołane przez nie dziwne, kołyszące ruchy 

sprawiały, iż robiło mu się niedobrze. Przed nim stał Azzie, wspaniały w krwistoczerwonym 

płaszczu i miękkich, skórzanych butach.

- Ekscelencjo! - wykrzyknął stajenny. - Tak się cieszę, że pana widzę!

- Doprawdy? Obawiam się, iż muszę powiedzieć, że zawaliłeś swoją przygodę, zanim się 

jeszcze w ogóle zaczęła. Jakim sposobem, do licha, zgubiłeś magicznego konia?

Morton   posłużył   się   wytłumaczeniem,   jakie   w   tamtych   czasach   stosowali   wszyscy 

mężczyźni.

- Skusiła mnie  czarodziejka, bardzo szlachetna. Jestem tylko mężczyzną.  Co mogłem 

zrobić?

A potem opisał swoją przygodę z piękną Leonorą. Azzie natychmiast domyślił się, kto 

maczał w tym palce.

- Czy koń był jeszcze w stajni na początku twojej przygody? - zapytał.

- Rzeczywiście stał tam, ekscelencjo! Gdy jednak popatrzyłem ponownie, zniknął, a na 

jego miejscu znalazłem tylko osła. Mógłbyś mi dać innego rumaka, sir, abym spróbował jeszcze 

raz?

- Magicznych koni nie zdobywa się tak łatwo - odparł demon. - Gdybyś  wiedział, ile 

trudu kosztowało nas znalezienie tamtego, lepiej byś go pilnował.

-   Ale   z   pewnością   jest   jakiś   inny   zaczarowany   przedmiot,   którym   moglibyśmy   się 

posłużyć zamiast wierzchowca? - podsunął Kornglow. - Czy musi to być akurat koń?

- Sądzę, że możemy coś na to poradzić.

- Tym razem zrobię to jak należy, ekscelencjo! Ach, ale jest jeszcze jedna sprawa.

- Co takiego?

- Chciałbym zmienić swoje życzenie.

- O czym ty mówisz? - Demon popatrzył na niego.

background image

- Prosiłem o rękę pięknej Cressildy, ale od tamtego czasu rozmyśliłem się. Ona może 

mieć coś przeciwko mnie, ponieważ nie jestem szlachetnie urodzony. Jednak piękna Leonora 

odpowiada mi w zupełności. Ją chciałbym otrzymać jako moją nagrodę.

- Nie bądź głupi - rzekł Azzie. - Zapisano już w księgach, że masz dostać Cressildę.

- Ale ona jest zamężna!

- Wiedziałeś o tym i wcześniej. Jaką ci to robi różnicę?

- Bardzo dużą, sir. Musiałbym nadal żyć w tym samym świecie co jej mąż. Nie mógłbyś 

spędzać całego czasu na ochranianiu mnie.

- Masz dobry argument - przyznał Azzie. - Dokonałeś jednak już swojego wyboru. Mimo 

wszystko musi to być Cressilda.

- W umowie nie było zastrzeżone - upierał się Kornglow - że nie mogę zmienić zdania. 

Lekkomyślność to jedna z moich najwybitniejszych cech, milordzie, i nie jest ładnie wymagać 

ode mnie, żebym porzucił swoją niestałość.

- Rozważę to - obiecał Azzie. - Wkrótce oznajmię ci swoją decyzję.

Co mówiąc zniknął, a Kornglow ułożył się do drzemki, jako że nie było nic innego do 

roboty. Po jakimś czasie został brutalnie zbudzony; to Azzie przybył z nowym białym koniem, o 

którym każdy musiałby powiedzieć, iż z pewnością zwierzę było magiczne - taką promieniowało 

pięknością.

Spotkanie z Leonorą potwierdziło tylko to, co Azzie podejrzewał cały czas - dziewka nie 

była wcale ziemską kobietą, ale raczej dużą elficą ukrywającą się pośród ludzi.

- Elfy są złośliwe - wyjaśniła Azziemu. - A ponieważ jestem wyższa niż większość z nich, 

śmieją się ze mnie, uważając za olbrzymkę, i żaden z nich nie ożeni się ze mną. Jako kobieta 

natomiast, uważana jestem za małą, zgrabną i bardzo pożądaną. Jeśli poślubię człowieka, jest 

rzeczą pewną, iż przeżyję go o wiele lat. Zapewnię mu jednak przyjemny byt, dopóki będzie na 

ziemi.

W tym właśnie momencie nadjechał Kornglow na zaczarowanym koniu i elficzka zrobiła 

się nagle nieśmiała. Kto by zresztą nie poczuł onieśmielenia, gdyby nagle zadziałały Złe Moce, 

by zapewnić mu szczęście?

-   Milordzie   -   rzekła   Leonora   do   Azziego.   -   Wiem,   iż   nasze   szczęście   nie   stanowiło 

pańskiego celu, ani nie było nawet przedmiotem jego zainteresowania, ale z całego serca dziękuję 

za nie. Czego wymagasz od mojego mężczyzny?

background image

- Tylko tego, by zabrał cię ze sobą i pośpiesznie wyruszył do Wenecji - odparł demon. 

-Mam dla was dużo roboty, kiedy znajdziecie się już na miejscu. Nie wiem natomiast, czy będę 

miał czas zaplanować dla was jakąś przygodę podczas waszej podróży.

- Pojedziemy zaraz, jak sobie tego życzysz - zgodziła się Leonora. - Przypilnuję Mortona, 

aby zajął się tą sprawą.

I tak kochankowie odjechali do Wenecji na zaczarowanym koniu. Spoglądając na nich, 

Azzie potrząsnął głową; sprawy wcale nie rozwijały się tak, jak to sobie zaplanował. Żaden aktor 

nie robił tego, co powinien. Przypuszczał, iż wynikało to z tego prostego faktu, że nie napisano 

im ról.

background image

ROZDZIAŁ 7

Z ręczną robótką na podołku lady Cressilda siedziała na rzeźbionym krześle z drewna 

palisandrowego,   ustawionym   w   głębokim   wykuszu   jej,  mieszczącego   się  na   piętrze,   pokoju. 

Haftowała scenę sądu Parysa w seledynowym oraz różowym kolorze, ale jej myśli błąkały się 

zgoła   gdzie   indziej.   Odłożyła   robótkę,   westchnęła   i   wyjrzała   przez   otwarte   okno.   Jej   żółto 

jedwabiste, zaczesane do tyłu włosy okalały twarz niczym skrzydło gołębicy. Na drobnej buzi 

rysowało się zamyślenie.

Był dopiero wczesny ranek, ale czuło się już, że będzie to kolejny upalny dzień. Na dole, 

na podwórzu, kilka kurcząt dziobało kłos zboża; Cressilda słyszała także dochodzący z szopy, z 

lewej   strony   gospodarstwa,   śpiew.   Kobiety   robiły   tam   comiesięczne   pranie.   Jej   uszu   doszło 

dalekie rżenie konia i pomyślała, że nieco później mogłaby pojechać na polowanie; wszelako 

zastanawiała się nad tym bez specjalnego entuzjazmu, bowiem grubszą zwierzynę - dziki i jelenie 

- wytrzebiły już dawno pokolenia Sforzów, którzy posiadali te dobra od niepamiętnych czasów. 

Ona   sama   była   wytrawną   łowczynią;   dworscy   poeci   nazywali   ją   prawdziwą   Dianą.   Nie 

obchodziła jej jednak ani ich głupia gadanina, ani wymuszone żarty Rodriga, z którym spotykali 

się od czasu do czasu przy stole podczas śniadania.

Coś   białego   poruszyło   się   na   dole   na   dziedzińcu,   i   Cressilda   spojrzała   uważniej,   by 

przekonać się, że to mlecznej barwy wierzchowiec stąpał powoli po twardo ubitej ziemi. Koń 

kroczył ostrożnie, z dumnie podniesioną głową i rozdętymi chrapami. Przez krótką chwilę damie 

wydawało   się,   jakby   przy   jego   łbie   poruszał   się   migotliwy   zarys   skrzydlatego   mężczyzny, 

prowadzącego rumaka. Patrzyła na to z zakłopotaniem. Nie mogła sobie przypomnieć, by taki 

koń znajdował się w stajniach Sforzy, a znała każdego z nich - od nowo narodzonych źrebiąt po 

stare kawaleryjskie ogiery wypuszczone na letnie pastwisko. Znała także większość co lepszych 

wierzchowców w okolicy, ale ten nie był żadnym z nich.

Nie było także widać ani śladu jeźdźca. Skąd mogło przywędrować to szlachetne zwierzę, 

o lśniącej, białej grzywie i niesamowitych oczach? Ten koń najwyraźniej był zaczarowany...

Pobiegła do schodów i zeszła nimi szybko na dół, przemknęła przez duże, zakurzone 

salony, i dalej, na dziedziniec. Biały rumak podszedł do drzwi. Wyglądał tak, jakby ją poznawał i 

kiwnął   nawet   zachęcająco   swą   szlachetną   głową,   kiedy   się   do   niego   zbliżyła.   Cressilda 

pogłaskała aksamitne nozdrza zwierzęcia. Ogier zarżał i ponownie skinął łbem.

- Co mi chcesz powiedzieć? - spytała Cressilda.

background image

Mając   nadzieję,   iż   znajdzie   jakąś   informację   o   właścicielu   wierzchowca,   otworzyła 

najbliższą torbę wiszącą  przy siodle.  Wewnątrz  znajdował się wysoki  świecznik, który,  jeśli 

wierzyć   pozorom,   wykonany   był   z   najczystszego,   czerwonego   złota.   W   otworze   na   świecę 

znajdował się zwinięty w rulonik kawałek pergaminu. Rozprostowała go i przeczytała: „Chodź za 

mną i wypowiedz dowolne życzenie. Ono się spełni”.

Jej życzenie! Od lat nawet nie pomyślała o tym. Czy ten szlachetny rumak mógł spełniać 

marzenia? Czy przysłało go samo Niebo? A może był darem Piekieł?

Prawdę   mówiąc,   było   jej   to   obojętne.   Wskoczyła   na   siodło,   Ogier   drgnął,   zastrzygł 

uszami, a potem uspokoił się pod jej dotknięciem.

-  Zabierz   mnie   do  tego,  kto   cię  posłał!   Zawieź  mnie   do  samego  sedna   zdarzeń,   bez 

względu na to, dokąd mnie to zaprowadzi! - powiedziała Cressilda.

Mlecznobiały ogier ruszył zgrabnym truchtem.

background image

ROZDZIAŁ 8

Kawaleryjski   koń?   Mówicie,   że   moja   żona   odjechała   wierzchem   na   kawaleryjskim 

ogierze?

Mówiono, że lord Sforza był nieco ociężały umysłowo - ale znał się na koniach i na 

odjeżdżających na nich ludziach; a już szczególnie rozumiał swoją żonę. Nadworny czarodziej 

opowie dział mu to wszystko jeszcze raz.

- Tak, milordzie. To był koń, jakiego nikt wcześniej nie widział w tych stronach. Zupełnie 

biały, szlachetny z wyglądu, ognisty z usposobienia. Lady Cressilda zobaczyła go i bez chwili 

wahania wskoczyła na siodło. Nie wiemy, dokąd pojechała.

- Czy sam widziałeś to wszystko?

- Na własne oczy, milordzie.

- Czy sądzisz, że był to magiczny wierzchowiec?

- Nie wiem - wyznał czarnoksiężnik. - Ale mogę sprawdzić.

Rozmowa   odbywała   się   w   jego   pracowni   alchemicznej,   mie   zczącej   się   w   wysokiej 

wieży. Nie tracąc czasu, czarodziej pod sycił ogień pod alembikiem. Gdy płomień rozpalił się na 

dobre, wsypał doń rozmaite proszki, po czym rozbłysnął najpierw zielenią, a potem purpurą. 

Kiedy rozmaitego koloru dymy unosiły się w górę, mag obserwował je uważnie. Potem zwrócił 

się do Sforzy.

- Moje demony sygnalizują mi, że był to istotnie koń maści magicznej. Prawdopodobnie 

widzieliśmy naszą lady Cressildę ostatni raz, kobiety bowiem odjeżdżające na zaczarowanych 

rumakach rzadko kiedy wracają; a jeśli nawet, to mówiąc szczerze, sir, nie ma z nimi życia.

- Przekleństwo - powiedział Sforza.

- Może pan wnieść skargę poprzez moje demony.  Może jeszcze istnieć szansa na jej 

odzyskanie.

- Nie pragnę jej powrotu - odparł milord. - Jestem bardzo szczęśliwy, że pozbyłem się 

Cressildy.   Już   mnie   ona   nie   bawi   i   cieszę   się,   że   odeszła.   Złości   mnie   tylko   to,   że   ma 

zaczarowanego konia. Te zwierzęta nie pojawiają się zbyt często, co?

- Bardzo rzadko - przyznał czarnoksiężnik.

- A ona musiała akurat zagarnąć go dla siebie! Może ten rumak przeznaczony był dla 

mnie?   Jak   śmiała   wziąć   jedynego   magicznego   wierzchowca,   jaki   od   niepamiętnych   czasów 

pokazał się w tych stronach?

background image

Mag uspokajał Sforze jak mógł, ale hrabia był niepocieszony. Ciężkim krokiem wyszedł z 

wieży i pomaszerował do dworu. Był uczonym, w swoim mniemaniu w każdym razie, i złościło 

go, iż tak ciekawe wydarzenie zaczęło się - i skończyło!  - zanim miał sposobność być  jego 

świadkiem. Najbardziej jednak gniewało go to, że czarodziejskie wierzchowce przynoszą ze sobą 

zwykle spełnienie marzeń, a i to go ominęło. Miał szansę, która się już nigdy nie powtórzy.

Przekonany o tym,  był  w największym  stopniu zdziwiony,  kiedy wyszedłszy godzinę 

później powałęsać się po stajniach, ujrzał stojącego tam drugiego konia, którego nigdy przedtem 

nie widział.

Był to ogier białej maści. Chociaż niezupełnie tak imponujący, jak się tego spodziewał po 

zaczarowanym   wierzchowcu,   wyglądał   jednak   dostatecznie   magicznie.   Bez   chwili   namysłu, 

hrabia wskoczył na siodło.

- Teraz zobaczymy! - zakrzyknął. - Zabierz mnie tam, dokąd zwykle zabierasz ludzi w 

takich okolicznościach!

Koń ruszył truchtem, potem kłusem, a jeszcze później pełnym galopem.

„Zaczęło się” - pomyślał Sforza, z wielkim trudem utrzymując się w siodle.

background image

ROZDZIAŁ 9

Był wczesny ranek. Pozostali pielgrzymi znajdowali się w oberży, przygotowując się do 

zjedzenia płatków owsianych i pszennego chleba, podczas gdy ich słudzy sposobili konie do 

drogi. Azzie oddawał się rozmyślaniom w swojej izbie, a Aretino był wraz z nim. Werbowanie 

ochotników nie szło najlepiej.

- Dlaczego inni się ociągają? - zastanawiał się demon głośno.

- Może się boją? - zasugerował Aretino. - Czy naprawdę potrzebujemy całej siódemki?

-   Sądzę,   że   nie.   Posłużymy   się   tymi,   których   będziemy   mieli.   Może   powinniśmy 

zakończyć już poszukiwania?

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.

- Aha! - powiedział demon.-Wiedziałem, że zdobędziemy dalszych uczestników. Otwórz 

drzwi, mój drogi Pietro, a zobaczymy kto do nas przyszedł.

Aretino wstał i ociągając się nieco, przeszedł przez izbę, by otworzyć  drzwi. Weszła 

przez nie piękna, młoda blondynka z białą cerą i niepokojąco kształtnymi ustami. Miała na sobie 

niebieską suknię, a we włosach złote wstążki.

- Pani - powiedział Aretino - czy jest coś, co możemy dla ciebie zrobić?

- Myślę, że tak - odparła kobieta. - Czy to wy przysłaliście mi zaczarowanego konia?

- Sądzę, iż chce pani rozmawiać z obecnym tu moim przyjacielem, sir Antoniem - rzekł 

Pietro.

Azzie   wskazał   jej   miejsce,   by   usiadła,   a   potem   przyznał,   że   miał   do   czynienia   z 

magicznymi rumakami, oraz że każdy z nich przynosił spełnienie życzenia; jedyny zaś warunek 

otrzymania owych darów polegał na odegraniu pewnej roli w wystawianej przezeń sztuce. Potem 

wyjaśnił, iż jest demonem, ale nie strasznego rodzaju; a nawet wcale miłym, jak mu mówiono. 

Ponieważ wyglądało na to, że nie odstraszyło to Cressildy, zapytał ją, w jaki sposób weszła w 

posiadanie zaczarowanego zwierzęcia.

-   Koń   wyszedł   z   moich   stajen   na   podwórze   -   rzekła   Cressilda.   -   Dosiadłam   go   i 

popuściłam mu cugli, on zaś przyniósł mnie tutaj.

- Ja jednak nie posyłałem go pani - zauważył Azzie. - Ten rumak przeznaczony był dla 

kogoś innego. Czy na pewno, kochanie, nie ukradła go pani?

Oburzona Cressilda wyprostowała się.

- Śmiesz twierdzić, że jestem koniokradem?

background image

- Nie, oczywiście, że nie - wycofał się demon. - Nie wyglądasz na to. Prawda, Pietro, że 

nie wygląda? Ta sprawka z koniem to musiał być żarcik naszego przyjaciela, Michała. A więc, 

Cressildo,   ten   wierzchowiec   istotnie   wprowadza   właściciela   do   świata,   w   którym   może   się 

spełnić najśmielsze życzenie - jego lub jej. Przypadkiem brakuje mi jednego czy dwóch aktorów, 

więc gdybyś chciała się zgłosić na ochotnika - zważywszy, że masz już tego konia...

- Tak! - wykrzyknęła Cressilda. - Zgadzam się!

-   A   jakie   jest   twoje   pragnienie?   -   spytał   Azzie,   spodziewając   się   usłyszeć   zwykłą, 

wylewną i głupią gadaninę o pięknym królewiczu i długim życiu w szczęśliwym małżeństwie. 

Zamiast tego, Cressilda powiedziała:

- Chcę zostać wojownikiem. Wiem, że jest to niezwykłe dla kobiety, ale mamy przykład 

Joanny d’Arc, a przed nią Boadicei.

4

 Chcę prowadzić żołnierzy do boju!

Azzie zastanawiał się, obracając pomysł w głowie to w tę, to w drugą stronę. Czegoś 

takiego nie było w jego pierwotnym planie; ani też Aretino nie był tym zachwycony. Demon 

wiedział jednak, że wszystkimi siłami musi posuwać naprzód sprawę swojego przedstawienia; a 

także, że pogodził się już wcześniej z myślą, iż przyjmie każdego, kto mu się nawinie pod rękę.

-   Sądzę,   że   możemy   coś   dla   ciebie   zrobić   -   odezwał   się   w   końcu.   -   Będę   jednak 

potrzebował trochę czasu, żeby to zaaranżować.

-  To  wspaniale!   - ucieszyła  się  Cressilda.  - A   propos,  gdybyś   spotkał  mojego  męża, 

Rodriga Sforzę, nie musisz mu koniecznie mówić, że tu jestem.

- Stanowię uosobienie dyskrecji - zapewnił ją Azzie, Gdy dama odeszła, demon usiadł 

wraz z poetą, aby zaplanować dalszy ciąg farsy. Zanim jednak zaczęli, za oknem ukazał się 

ciemny kształt i rozległo się natarczywe pukanie w szybę.

-   Aretino,   bądź   tak   dobry,   załatw   to   -   powiedział   Azzie.   Piętro   podszedł   do   okna   i 

otworzył je. Do pokoju wleciał mały elf z długim ogonem, z rodziny diablików używanych przez 

Ciemne   Moce   do  przekazywania   wiadomości   tam   i   z  powrotem.   Gdy  poeta   otworzył   okno, 

stworek frunął do wnętrza.

- Ty jesteś Azzie Elbub? - spytał skrzat. - Nie chcę tu zrobić żadnych pomyłek.

- To ja nim jestem - rzekł Azzie. - Jaką masz dla mnie wiadomość?

- Dotyczy ona matki Joanny - odparł posłaniec. - I lepiej będzie, jak opowiem to wszystko 

od początku.

4 Boadicea - królowa celtyckiego plemienia Icenów, lojalnych sprzymierzeńców Rzymian.

background image

ROZDZIAŁ 10

Matka Joanna jechała konno drogą do Wenecji. Podążyła na skróty przez bór, planując 

spotkać   się   z   sir  Oliverem,   by  resztę   podróży  odbyć   w   jego  towarzystwie.   Była   w   dobrym 

nastroju, bo dzień był piękny i cały las ożywiał śpiew ptaków. Łagodne włoskie niebo wisiało 

nad   głową,   a   strumyki   połyskiwały   i   zapraszały,   aby   je   przeskoczyć.   Jednak   Joanna   nie 

pozwalała   sobie   na   żaden   taki   nonsens.   Prowadziła   swego   zaczarowanego   konia   statecznym 

krokiem i posuwała się w coraz głębsze ostępy. Właśnie dotarła do najciemniejszej i najbardziej 

ponurej części boru, gdy usłyszała pohukiwanie sowy. Ogarnęło ją nagłe przeczucie grożącego 

jej niebezpieczeństwa.

- Jest tam kto? - zawołała, bo głusza przed nią stała się nagle wroga.

- Zatrzymaj się tam, gdzie jesteś - odezwał się gruby, męski głos - albo przeszyję cię 

strzałą z kuszy.

Joanna   rozejrzała   się   dzikim   wzrokiem,   ale   nigdzie   wokół   nie   było   miejsca,   dokąd 

mogłaby   uciekać;   las   był   tu   tak   gęsty,   że   nie   potrafiłaby   nawet   zmusić   swego   konia   do 

przyzwoitego   kłusa.   Decydując   się   poddać   narzucanej   jej   woli,   zatrzymała   wierzchowca   i 

powiedziała:

- Jestem  przeoryszą  klasztoru  i  narazisz  się na wieczne  potępienie,  jeżeli  mnie  tylko 

tkniesz.

- Miło mi cię poznać - odrzekł właściciel grubego głosu. - Ja jestem Hugh Dancy, znany 

jako Bandyta z Niebezpiecznego Lasu.

Rozsunęły   się   gałęzie,   i   wyszedł   spośród   nich   mocno   zbudowany   mężczyzna.   Był 

osobnikiem   w   kwiecie   wieku,   brunetem,   ubranym   w   skórzaną   kurtkę   i   buty   po   kolana.   Z 

poplątanych   zarośli   wynurzyli   się   także   inni   członkowie   bandy,   a   było   ich   około   tuzina.   Z 

pożądliwego wyrazu twarzy mężczyzn Joanna mogła wnosić, iż od dawna nie widzieli kobiety.

- Zsiadaj z konia - rozkazał Hugh. - Wrócisz ze mną do obozu.

- Ani mi  się śni - zaprotestowała  matka  Joanna i szarpnęła  lejcami;  jej zaczarowany 

wierzchowiec zrobił dwa kroki, a potem zatrzymał się, gdy Hugh chwycił go za uzdę.

- Zsiadaj - powtórzył Dancy. - Bo inaczej sam ściągnę cię z siodła.

- Co zamierzasz zrobić?

- Uczynić z ciebie uczciwą kobietę - odparł zbój. - Nie pochwalamy twego zakonnego 

celibatu. Pod koniec dnia wydamy cię za mąż za jednego z nas.

background image

- Po moim trupie - powiedziała spokojnie Joanna.

- Wszystko jedno jak - odparł Hugh.

W   tym   momencie   z   gęstwiny   za   nim   doleciał   ogłuszający   hałas.   Bandyci   pobledli, 

rzucając wokół siebie trwożliwe spojrzenia. Hałas zbliżał się do nich, nasilając się jednocześnie.

- Ach! Koniec z nami! - zawołał jeden ze zbójców.

- To ten wielki dzik! - krzyknął drugi.

- Biada nam! - wrzasnął trzeci.

Matka Joanna zeskoczyła z siodła na ziemię. Bywało, że polowała nie tylko z sokołami. 

Wyrwawszy dzidę jednemu z rzezimieszków, zwróciła się w stronę nadciągających głośnych 

trzasków i pomruków. Kilka chwil później z gęstwiny na polanę wypadł wielki, czarny dzik; 

przeorysza ustawiła się przed nim, grubszy koniec dzidy wbijając głęboko w ziemię.

-   No   chodź,   ty   głupia   świnio!   Dziś   wieczorem   będziemy   mieli   na   kolację   kotlety 

wieprzowe!

Dzik pognał w jej stronę, a Joanna oparła się mocno o drzewce. Szarżujący zwierz nabił 

się na jej oręż i po chwili leżał, krwawiąc pośród sapań, drgawek i kwików. Po jakimś czasie 

wydał ostatnie śmiertelne chrząknięcie i wyzionął swego dziczego ducha. Przydepnąwszy nogą 

martwe cielsko, Joanna wyrwała zeń ostrze dzidy, po czym zwróciła się do Hugh.

- Mówiliśmy coś niedawno o czyimś trupie?

Dancy cofnął się, inni także.

- Myśleliśmy o tak zachwycającej rozrywce, jaka właśnie przed chwilą rozegrała się na 

naszych oczach - odparł zbójca. - Mam nadzieję, że przyjmiesz zaproszenie na kolację?

- Oczywiście! - krzyknęli mężczyźni, zabierając się do oprawiania dzika.

- Być może - rzekła przeorysza.

- Jesteś prawdziwą Dianą - powiedział Hugh. - I będziesz traktowana jak ona.

background image

ROZDZIAŁ 11

Azziego zmartwiły te nowiny. Właśnie zbierał się do odjazdu, by uwolnić matkę Joannę, 

gdy znów zapukano do drzwi oberży, a zaraz potem wszedł Rodrigo Sforza.

- Czy to ty wysyłasz magiczne konie? - zagadnął hrabia śmiało.

- I co z tego, nawet jeśli to ja? - spytał Azzie.

- Mam takiego i chcę, by zostało spełnione moje życzenie.

- Nie jest to tak całkowicie pewne - odparł Azzie. - Najpierw musisz wykonać określoną 

pracę.

- Jestem na to przygotowany.  Ale powiedz mi,  czy możesz  spełnić  moje  najgorętsze 

marzenie?

- Tak-przyznał Azzie. - Mogę to uczynić. Jakie ono jest?

- Chcę być daleko i szeroko znany jako uczony - rzekł Sforza. - Pragnę być słynniejszy 

niż Erazm i uważany za wzór mądrości.

- Nic prostszego - stwierdził demon.

- Powinienem chyba wspomnieć, że nie umiem ani czytać, ani pisać.

- To nie jest żadną przeszkodą.

- Jesteś pewien? Sądziłem, iż znajomość czytania i pisania stanowi warunek wstępny 

wielkiej uczoności.

- I tak jest - przyznał Azzie. - Nam chodzi tutaj jednak o reputację, a nie o rzecz samą w 

sobie. Słuchaj uważnie: będziesz musiał przedsięwziąć pewną przygodę.

- Niezbyt niebezpieczną, mam nadzieję?

- Ja też ją mam - rzekł demon. - Najpierw jednak muszę coś załatwić. Poczekaj na mnie. 

Wkrótce wrócę.

Zrzucił płaszcz, uwolnił i rozwinął skrzydła i z diablikiem u boku (by mu wskazywał 

drogę) uniósł się w powietrze.

Matkę Joannę znalazł w obozie leśnych bandytów. Siedziała wraz z Hugh przy stole i 

pochylona   nad  mapą   omawiała   coś,  co   już   na   pierwszy  rzut   oka   bardzo   przypominało   plan 

napadu na karawanę przemytników  alkoholu, mającą  przejeżdżać  tu za dwa dni. Gdy Azzie 

wyciągnął rękę, żeby rozpłatać rozochoconego mężczyznę, Joanna powstrzymała jego dłoń.

- Daj spokój, Azzie - rzekła. - Tutaj ja jestem szefem, a to są moi ludzie.

- Co? - zdumiał się demon.

background image

-   Moje   życzenie   spełniło   się   nawet   wcześniej,   niż   przewidywałam   -   stwierdziła 

przeorysza. - Jestem ci za to winna wielkie dzięki.

- Nie ma o czym mówić - mruknął Azzie. - Bądź tylko w Wenecji na ceremonię.

- Oczywiście. I zachowam swoją duszę?

- Z pewnością. Taka była umowa.

- Dobrze, będę tam.

Kiwnąwszy głową, demon wzniósł się w powietrze i odleciał.

background image

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA

ROZDZIAŁ l

Pierwsza wzmianka o tym, że greccy bogowie w całości wyrwali się z Poświaty, nadeszła 

o godzinie 013.32 uniwersalnego czasu gwiezdnego, gdy kierownik studiów demonicznych przy 

Siarczanym Uniwersytecie Piekła zauważył, iż jeden z podległych mu pracowników nie powrócił 

z ekspedycji. Asystent zaginionego uczonego zameldował, iż widział, jak grupa uwolnionych 

bóstw   pochwyciła   badacza,   gdy   grzebał   w   stosie   starych   gnatów   w   wykopalisku 

archeologicznym w pobliżu Olimpu.

Kierownik zatelefonował do więzienia świata podziemi w Limbo, aby się dowiedzieć, czy 

coś się ostatnio wydarzyło.

- Halo, z kim mówię?

- Cicero, dozorca Oddziału Niepotrzebnych  Bóstw Zakładu Karnego Wszelkich Form 

Życia w Limbo.

- Chcę zapytać o starych bogów Grecji; Zeusa i całą tę zgraję. Czy przebywają nadal 

bezpiecznie zamknięci pod kluczem?

-   Przykro   mi   to   powiedzieć,   sir,   ale   właśnie   zdarzyła   się   ucieczka.   Znajdują   się   na 

wolności.

- Kiedy, według twoich przewidywań, zostaną schwytani?

- Obawiam się, że nie jest to takie łatwe. Musisz wiedzieć, panie, że ci starzy greccy 

bogowie są wcale potężni i ponowne ich zaniknięcie będzie wymagało ze strony Ananke sporego 

wysiłku.

- Dziękuję. Będę w kontakcie.

background image

ROZDZIAŁ 2

Znowu w realnym kosmosie!!! - zawołał Febus.

- Mógłbym się schylić i ucałować Ziemię - powiedział Hefajstos.

Pierwsze, co zrobili, to urządzili sobie małą uroczystość - wspólny obiad, podczas którego 

nabijali   się   z   Zeusa.   Śpiewali   „Sto   lat,   sto   lat”   oraz   w   komiczny   sposób   naśladowali   jego 

wyszukany i groźny sposób bycia. Złożyli ofiarę z tych zwierząt, co zwykle, i upaprali wszystko 

krwią, bo dawniej brudną robotę przy ofiarach wykonywali zawsze słudzy, a nie bogowie; po 

czym upili się i zachowywali w sprośny sposób.

Stukając w stół, Zeus poprosił o głos.

- Chcę wam wszystkim podziękować. Bardzo to miło z waszej strony, że urządziliście dla 

mnie to przyjęcie.

- Po trzykroć, niech żyje Zeus!

-   Dziękuję,   jeszcze   raz   dziękuję.   Przejdźmy   teraz   do   czegoś   trochę   poważniejszego. 

Rozważałem,   co   możemy   ze   sobą   począć;   teraz,   gdy   opuściliśmy   Poświatę.   Mówię   o   nas 

wszystkich razem.

- Razem? - zdziwiła się Atena. - Przecież nigdy nie robimy niczego wspólnie!

- Teraz jednak musimy - rzekł Gromowładny stanowczo. - To właśnie brak solidarności 

doprowadził ostatnim razem do naszego upadku. Drugi raz nie popełnimy tego samego błędu! 

Potrzebny jest nam plan, nad którym wszyscy będziemy mogli pracować; coś co będzie służyło 

naszemu   wspólnemu   dobru.   Doszły   mnie   słuchy,   że   najważniejszym   wydarzeniem, 

rozgrywającym się teraz tam, na Ziemi, jest sztuka, jaką pewien demon nowoczesnego wyznania 

próbuje wystawić dla zbudowania świata. Piekielnik ów, Azzie Elbub, zamierza przyznać, bez 

żadnego  uzasadnienia,  wspaniałe  nagrody siedmiu  aktorom.  Czy słyszeliście  kiedyś  o czymś 

takim?

Zeus przerwał, oczekując pytań. Bogowie oraz boginie nie wypowiedzieli ani słowa, lecz 

siedząc na swoich złotych, składanych krzesełkach, słuchali pilnie.

- Pierwsza rzecz - ciągnął Gromowładny - jaką musimy zrobić, to położyć  kres tego 

rodzaju mglistemu  i bezcelowemu  moralizatorstwu  parweniuszowskich  mocy duchowych  jak 

wyżej wymieniony demon. Czy my, starożytni bogowie, nie powiedzieliśmy, że charakter jest 

przeznaczeniem? Czy nie jest to prawdą tak dziś, jak było nią zawsze?

- Jeżeli zaczniemy  działać  - zgłosił  obiekcję Hermes  - to Mocom Zła nie będzie  się 

background image

podobało, że unicestwiamy ich plany.

- Nic mnie nie obchodzi stan ich uczuć - odparł Zeus. - Jeśli im się to nie spodoba, niech 

wymyślą, co mogą w tej sprawie uczynić.

- Czy powinniśmy jednak tak szybko wplątywać się w nowe problemy? - dociekał dalej 

Hermes. - Czy nie byłoby lepiej poddać to pod dyskusję? Jestem pewien, że znaleźlibyśmy coś 

odpowiedniego. Tymczasem moglibyśmy trochę przeczekać w ukryciu.

- To by nam wcale nie wyszło na zdrowie - zaoponował Zeus. - Tamci, Moce Ciemności 

oraz Światłości, będą ponownie próbowali umieścić nas w rezerwacie Limbo. A zresztą - dokąd 

mielibyśmy pójść? Nie ma takiego miejsca we Wszechświecie, gdzie moglibyśmy się ukryć. 

Prędzej czy później rządzące Moce przyjdą po nas; zabawmy się więc trochę, póki możemy, i 

wypijmy za nasz zwykły sposób załatwiania spraw - za boski podstęp!

Wszyscy obecni wznieśli okrzyk na cześć boskiego podstępu, ich uświęconej doktryny. 

Spojrzeli z Olimpu hen, daleko, i ujrzeli posuwający się przez niskie pagórki oddział sir Olivera.

- Cóż to takiego? - spytała Atena, patrząc wraz z innymi na duży oddział uzbrojonych 

jeźdźców; wyglądało na to, że przyłączyły się do nich także rzesze pielgrzymów.

- Co się stanie, kiedy dotrą do Wenecji? - chciał wiedzieć Hermes.

- Ich przywódca otrzyma to, czego najbardziej pragnie - wyjaśnił Zeus. - Inni może także 

w pewnym sensie.

- Nie możemy pozwolić, aby tak się stało, nieprawdaż? - zapytała znowu Atena.

Gromowładny roześmiał się i przywołał różnych bogów wiatru, a wśród nich Zefira oraz 

Boreasza. Pognali oni przez Europę, Azję Mniejszą i część Azji właściwej, zbierając po drodze 

zabłąkane podmuchy wiatru i wpychając je do skórzanego worka, który wręczyli Zeusowi. Bóg 

rozluźnił rzemyki zaciskające jego wylot, a wiatr zachodni wystawił stamtąd głowę, i zapytał:

- Co się dzieje? Któż to chodzi i ujarzmia wiatr?

- Jesteśmy greckimi bogami i ujarzmiamy wiatry, kiedy się nam podoba - wyjaśnił mu 

Gromowładny.

- Och, przepraszam, cofam pytanie. Co chcesz, abyśmy zrobili?

- Wywołajcie porządną burzę.

Wiatr zachodni poweselał wyraźnie.

-   Ach,   burzę!   To   co   innego!   Myślałem,   że   pragniesz   któregoś   z   tych   łagodnych 

wietrzyków, o jakie ludzie stale proszą.

background image

- Nie  obchodzi nas, czego  chcą  ludzie  - rzekł  Zeus. - Jesteśmy bogami  i pragniemy 

pogody iście dramatycznej!

-   Gdzie   chcesz   mieć   tę   „dramatyczną   pogodę”?   -   zapytał   zachodni   wiatr,   zacierając 

przezroczyste ręce.

- Aresie? - zagadnął Gromowładny. - Dlaczego nie idziesz z tymi wiatrami i nie pokażesz 

im, gdzie mają wiać? Mógłbyś przy tej okazji pokierować także deszczem.

- Z przyjemnością - rzekł wezwany. - Zwłaszcza że złą pogodę uważam za kontynuację 

wojny innymi środkami.

background image

ROZDZIAŁ 3

Była to najgorsza pogoda, jaką ta część Europy widziała od Bóg wie jak długiego czasu. 

Burzowe chmury unosiły się na niebie niczym nabrzmiałe, granatowe, rozdęte do monstrualnych 

rozmiarów pęcherze, wypełnione deszczem, który zdawał się posiadać zaciekłość żywej istoty. 

Wicher wyrywał lance z dłoni żołnierzy, a kiedy trafiał na tarczę, zamieniał ją w żagiel; zaś 

trzymający ją tracił wówczas równowagę i był miotany po okolicy niczym piórko. Deszcz smagał 

wszystko,   rozbijany   przez   wiatr   na   maleńkie,   pędzone   nadzwyczajną   siłą   kropelki.   Potrafił 

wcisnąć się do najdrobniejszej szczeliny oraz pęknięcia zbroi czy rozdarcia ubioru. Aby być 

słyszanym, sir Oliver musiał wrzeszczeć wprost do ucha swego podwładnego.

- Lepiej schowajmy się!

- Tak, sir. To chyba jedyne wyjście. Ale jak wydamy rozkaz? Kto nas usłyszy w tym 

hałasie?

- Coś tu nie gra - stwierdził Oliver. - Powinniśmy zawiadomić o tym Antonia.

Tak rycerz nazywał Azziego.

- Nie ma go nigdzie w pobliżu, milordzie.

- Musisz go natychmiast znaleźć!

- Tak, sir, ale gdzie?

Dwaj mężczyźni spojrzeli na siebie, a potem na rozległą, szarą, nasiąkniętą deszczem 

równinę, na której stali.

background image

ROZDZIAŁ 4

Zeusa nie zadowalało samo wywołanie złej pogody; on i jego dzieci zaczęli opracowywać 

oddzielne plany, aby dać znać ludziom, że powrócili.

Gromowładny   opuścił   ich   towarzystwo.   Chciał   zbadać   stan   ludzkości   w   obecnych 

czasach. Na początek odwiedził Grecję. Tak jak się tego obawiał, od dawnych czasów, wielkich 

dni Agamemnona, siła bojowa jej armii fatalnie zmalała.

Rozglądał się dookoła, by stwierdzić, jakie inne wojska byłyby do dyspozycji. Reszta 

armii Europy Zachodniej była zaangażowana w taką czy inną wojnę, a Zeus potrzebował nowych 

zastępów żołnierzy. Wiedział teraz, dokąd chciał je posłać - szybkim przemarszem przez samo 

serce   Europy   do   Włoch,   gdzie   zamierzał   założyć   dla   siebie   nowe   królestwo.   Jego   armia 

dokonałaby podboju i pilnowała, by każdy go czcił; albo prowadziłaby wojny przeciwko tym, 

którzy   by   tego   zaniechali.   W   nagrodę   otrzymaliby   chwałę   i   zdradę.   Był   to   stary   sposób,   a 

sprawdzone sposoby są zawsze najlepsze - zwłaszcza, jeśli są krwawe.

Najpierw jednak musiał znaleźć wróżkę, która powiedziałaby mu, gdzie jest jakaś nie 

zatrudniona   armia.   Szybko   uzyskał   informację   w   Zarządzie   Stowarzyszenia   Proroków,   co 

pozwoliło   mu   zlokalizować   Pytię   Delficką,   ukrywającą   się   obecnie   pod   postacią   praczki   w 

restauracji w Salonikach.

Na   miejscu   wepchnął   w   duży   pęcherz   chmurę   ciemności   i   zatkał   go,   aby   była   w 

pogotowiu, gdyby pragnął jej użyć. Potem poszedł na rynek główny i zapytał o praczkę z Łaźni 

Miejskich.   Handlarz   ryb   wskazał   mu   drogę.   Zeus   poszedł,   mijając   po   drodze   zrujnowane 

Koloseum oraz zniszczony tor wyścigowy; a potem znalazł ją - zgnębioną troskami, starą kobietę 

pochyloną nad skorupą żółwia, która służyła piorącej za balię.

Musiała   żyć   w   przebraniu   i   wieszczyć   w   tajemnicy,   Kościół   bowiem   nie   pozwalał 

wróżkom na wykonywanie ich zwykłego zawodu. Sprzeczne z prawem było nawet posiadanie 

węża   z   gatunku   dusicieli,   jako   „służące   do   zabronionych   praktyk   magicznych   w   starym, 

bezprawnym   stylu”.   Pytia   przepowiadała   jednak   nadal   dla   przyjaciół   i   niektórych 

niezadowolonych z obecnych porządków arystokratów.

Zeus podszedł do niej szczelnie zawinięty w płaszcz, ale wieszczka poznała go od razu.

- Potrzebuję wróżby - rzekł Gromowładny.

- Ach, to najszczęśliwszy dzień w moim życiu! - ucieszyła się Pytia. - Pomyśleć tylko, że 

spotkam twarzą w twarz jednego ze starych  bogów... Ach, powiedz mi, co mogę dla ciebie 

background image

zrobić?

- Chcę, abyś wprawiła się w trans i powiedziała mi, gdzie mogę zdobyć armię.

- Tak, panie. Ale skoro twój syn, Apollo, jest bogiem wróżby, dlaczego nie zapytasz jego?

- Nie chcę pytać Febusa, ani nikogo podobnego - stwierdził kochający papa Zeus. - Nie 

ufam   im.   Z   pewnością   istnieją   inni   bogowie,   którym   zadajesz   pytania,   oprócz   nas, 

Olimpijczyków? Co z tym żydowskim osobnikiem, który kręcił się gdzieś tutaj, kiedy byłem u 

ciebie ostatnim razem?

- Jehowa uległ pewnym interesującym przemianom, ale nie jest osiągalny, jeśli chodzi o 

wróżby. Zostawił ścisłe rozkazy, aby mu nie przeszkadzać.

- Są jeszcze inni, prawda?

- Oczywiście, ale nie wiem, czy to dobry pomysł naprzykrzać się im pytaniami. Oni nie są 

tacy, jak ty, Zeusie, z którym każdy może porozmawiać... Są nikczemni i dziwni.

- Nie obchodzi mnie to - rzekł Gromowładny. - Zapytaj ich. Jeśli jeden bóg nie może 

poprosić drugiego o drobną radę, to nie wiem do czego ten wszechświat zmierza?!

Wyrocznia   wprowadziła   go   do   swej   izby,   zapaliła   święte   liście   laurowe,   na   których 

ułożyła   konopie.   Wzięła   kilka   innych   uświęconych   wróżebnych   akcesoriów   i   rozrzuciła   je 

naokoło; z wiklinowego koszyka wyjęła węża, owinęła go sobie dookoła ramion i zapadła w 

trans. Wkrótce oczy stanęły jej w słup i odezwała się głosem, którego Zeus nie poznał, ale który 

sprawił, że włosy zjeżyły mu się na karku.

- O Zeusie Gromowładny! Wypróbuj ludy mongolskie.

- Czy jest jeszcze coś? - spytał Zeus.

- Koniec przekazu - rzekła wróżka. A potem zemdlała.

-   Sądziłem   -   odezwał   się   Gromowładny,   kiedy   już   przyszła   do   siebie   -   iż   wyroki 

wieszczów są zwykle wyrażone w sposób zawiły i dwuznaczny; ten natomiast jasno i stanowczo 

powiedział, co mam uczynić. Czy w procedurze zaszły jakieś zmiany?

-   Myślę   -   odparła   Pytia   -   że   w   wysokich   sferach   panuje   ogólne   zniechęcenie   do 

dwuznaczności. Nigdy nie doprowadziła nikogo do niczego dobrego.

Zawinięty w obłok ciemności, Zeus opuścił Saloniki i zwrócił się na pomocny wschód.

background image

ROZDZIAŁ 5

Gromowładny   odwiedził   Mongołów,   którzy   niedawno   podbili   południowe   Cesarstwo 

Chińskie. Uważając się za niezwyciężonych, byli gotowi wysłuchać go, gdy wjechał konno do 

ich obozu. Bóg znalazł mongolskiego wodza w jego kwaterze głównej.

- Ty i twoi ludzie dokonaliście wspaniałego czynu, zdobywając ten olbrzymi kraj, ale 

teraz   wylegujecie   się,   nic   nie   robiąc.   Jesteście   ludem   poszukującym   celu,   ja   zaś   bogiem 

poszukującym  ludzi. Może połączymy  w takim razie nasze potrzeby i dokonamy czegoś, co 

będzie z korzyścią dla nas obu?

- Możliwe, iż jesteś bogiem - odparł Jagotai - wszelako nie naszym. Dlaczego miałbym 

cię słuchać?

- Bo proponuję zostać nim - rzekł Zeus. - Byłem i jestem bogiem Greków. Interesujący i 

pomysłowy to naród, ale niezadowalający dla boga, który starał się im przynosić tylko dobre 

rzeczy.

- Co nam oferujesz?

Wkrótce mongolscy jeźdźcy, wznosząc wysoko sztandary z byczych ogonów, cwałowali 

przez   karpackie   przełęcze   w   stronę   równin   Friuli   -   Venezia   Giulia,   odbywając   jednocześnie 

podróż w czasie do szesnastego wieku. Zeus musiał użyć wszystkich swoich mocy, aby udało się 

tego dokonać. Łatwiej, co prawda, byłoby przenieść ich wprost przez czas oraz przestrzeń, ale 

przestraszyłoby to konie. Pośród ludności wszystkich okolic, przez które posuwały się wojska, 

szerzyła się panika już na długo przed nadejściem mongolskich hord. „Mongołowie nadciągają!” 

- słyszało się wszędzie. Całe rodziny wsiadały na konie, osły albo na wozy zaprzęgnięte w woły. 

Większość brała ze swego dobytku na barki tyle, ile tylko zdołała udźwignąć, i uciekała, usiłując 

szukać schronienia przed prześladowcami - diabłami o płaskich twarzach z wąskimi, czarnymi 

wąsami.   Niektórzy   uciekali   do   Mediolanu,   inni   do   Rawenny;   jednak   największa   część 

uchodźców kierowała się ku Wenecji - miastu, które dzięki otaczającym je bagnom i kanałom 

uważano za nie zagrożone najazdem.

background image

ROZDZIAŁ 6

Mongołowie nadciągali i zarządzono nadzwyczajne środki, aby ochronić Wenecję. Doża 

zwołał specjalną sesję Rady, której przedstawił pewne propozycje. Uzgodniono, iż główne mosty 

prowadzące do właściwego miasta muszą zostać zniszczone; potem Wenecjanie spenetrowaliby 

otaczające ich wybrzeża, konfiskując w okolicy wszystkie łodzie zdolne pomieścić dziesięciu lub 

więcej   żołnierzy.   Krypy   te   należało   następnie   zabrać   do   samego   miasta   lub   zatopić,   gdyby 

okazały się zbyt ciężkie do przeniesienia.

Problem   obrony   był   bardzo   skomplikowany   z   powodu   poważnych   niedoborów   w 

zaopatrzeniu.   W   normalnym   czasie   artykuły   spożywcze   napływały   codziennie,   przywożone 

okrętami   z   całej   południowo-wschodniej   Europy   oraz   Bliskiego   Wschodu.   Niedawne   burze 

zamieniły jednak Morze Śródziemne w rozszalały żywioł i uniemożliwiały wszelką wymianę 

handlową   drogą   morską.   Już   w   tej   chwili   miasto   musiało   się   ograniczyć   do   skąpych,   racji 

żywnościowych, a zapowiadało się, iż będzie jeszcze gorzej.

Wenecjanom zagrażały także rozprzestrzeniające się pożary. Ludzie starali się mieć w 

domach   sucho   i   ciepło,   a   paląc   w   piecach,   byli   nieostrożni.   Liczba   szalejących   w   mieście 

czerwonych kurów była większa niż kiedykolwiek. Nieuchronnie w związku z tym szerzyły się 

pogłoski,   iż   niektóre   spośród   pożarów   rozniecali   agenci   nasłani   przez   wrogów   Wenecji. 

Obywatelom   nakazano   bacznie   śledzić   przybyszów   i   stale   podejrzewać   w   swoim   otoczeniu 

obecność szpiegów.

Deszcz padał z nieustającym  szumem,  przypominającym  rozmowę  bogów  wilgotnych 

wiatrów, którym za języki służyły rozklekotane okna. Woda kapała z obramowań kominów oraz 

gzymsów, a wiatr pędził deszcz i rozbijał duże krople na małe. W całej Wenecji bez przerwy 

podnosił się poziom wody,  która  zalewała  kanały,  wlewała  się na skwery i place. Na placu 

Świętego Marka osiągnęła głębokość trzech stóp i nadal jej przybywało. Nie był to pierwszy raz, 

kiedy Wenecję nawiedziły deszcze oraz powodzie, ale tym razem było to o wiele gorsze od 

wszystkiego, co wcześniej widziano.

Silne wiatry z północnego wschodu, niosące ze sobą arktyczny mróz, wiały wytrwałe 

przez wiele dni i nic nie wskazywało na to, aby miały przestać. Naczelny meteorolog Republiki 

zrezygnował   ze   swojego   dobrze   płatnego,   dziedzicznego   stanowiska;   tak   mu   obrzydło 

przepowiadanie katastrofy. Ludzie modlili się do świętych, diabłów, obrazów, do wszystkiego, 

co im przyszło  do głowy,  mając  dzięki  temu  nadzieję doznać  jakiejś ulgi. Na domiar  złego 

background image

doniesiono,   iż   w   niektórych   miejscach   pojawiły   się   ogniska   zarazy.   Mówiono   też,   że 

mongolskich   wojowników   widziano   w   odległości   jednego   dnia   jazdy   i   nie   można   było 

przewidzieć, jak szybko posuwają się naprzód.

Wenecjanie   byli   wyczerpani   swoimi   ustawicznymi   troskami,   przerażeni   siłą   wojsk 

zbliżających   się   do   granic   Republiki,   a   nawet   podejrzliwi   względem   siebie   nawzajem. 

Zwyczajowe uroczystości na cześć różnych świętych zostały zawieszone. W zapełnionych dniem 

i nocą kościołach modlono się o ocalenie miasta i rzucano klątwy na najeźdźców. Dzwony biły 

bezustannie. To wszystko wywoływało z kolei nastrój straceńczej wesołości.

Była   to  pora  wspaniałych  przyjęć,  balów   maskowych   oraz  uczt.  Panował  ustawiczny 

karnawał   i   nigdy   jeszcze,   od   tej   strony   patrząc,   Wenecja   nie   przedstawiała   się   bardziej 

korzystnie.   Na   przekór   burzom,   w   pałacach   bogaczy   jasno   paliły   się   świece,   a   muzyka 

rozbrzmiewała wzdłuż kanałów. W drodze z jednej zabawy na drugą ludzie śpieszyli przez ulice 

w płaszczach i karnawałowych maskach na twarzach. Zdawało się, że temu dumnemu, staremu 

miastu pozostało jedno, ostatnie szaleństwo.

Uwagi ludzi nie uszło, oczywiście, że w tym, co się działo, tkwiło coś dziwnego; coś, co 

przekraczało ziemską logikę, co kojarzyło się ze światem nadprzyrodzonym i przywodziło na 

myśl dni sądu ostatecznego. Astrologowie badający stare pergaminowe rękopisy znaleźli w nich 

przepowiednie, iż świat ma się wkrótce skończyć, tak jak to podejrzewali, i że tylko patrzeć, jak 

pojawią się czterej jeźdźcy Apokalipsy, jadący po płonącym niebie podczas ostatecznej zachodu 

słońca.

Pewnego dnia zaszło dziwne wydarzenie. Robotnik wysłany przez miasto, aby oszacować 

szkody wyrządzone przez burzę, odkrył dziurę w grobli w pobliżu Arsenału; woda jednak nie 

przepływała przez otwór. Zamiast tego biło stamtąd oślepiające światło i człowiek ów ujrzał po 

przeciwnej stronie coś, czego kształtu nie dało się opisać. Zdawało się, iż miało to dwa cienie. 

Robotnik przybiegł do Rady i opowiedział wszystko, co widział.

Zjawisko poszła zbadać grupa uczonych. W tym czasie dziura w grobli powiększyła się; 

olśniewający żółty blask zniknął, a zamiast tego pojawił się w niej teraz wyraźny, nieziemski 

błękit, chociaż powinno się widzieć burzowe, deszczowe chmury oraz ciemnobrunatną ziemię. 

Wyglądało to na otwór przechodzący na wskroś przez wszystko - zarówno przez niebo, jak i 

przez Ziemię.

Uczeni badali to dziwo z należną temu zjawisku powagą i przerażeniem. Widzieli, jak do 

background image

wnętrza wciągane są małe grudki ziemi oraz piasek. W celu eksperymentu wrzucili w dziurę 

zbłąkanego   psa;   kundel   przepadł,   gdy   tylko   przeniknął   przez   niewidzialną   płaszczyznę 

powierzchni otworu.

- Z naukowego punktu widzenia - rzekł jeden z mędrców - dziura owa wygląda mi na 

lukę lub rozdarcie w tworzywie istnienia.

Drugi miał co do tego pewne wątpliwości.

- Jakim sposobem tworzywo istnienia może ulec rozdarciu?

-   Tego   nie   wiemy   -   odparł   pierwszy.   -   Możemy   jednak   wnioskować,   że   w   świecie 

duchowym dzieje się coś niesłychanego; tak doniosłego, iż ma to wpływ nawet na nas - tu, na 

dole, na fizycznej płaszczyźnie ziemskiego istnienia. Nawet rzeczywistości nie można już ufać - 

tak dziwne stało się życie.

Nadchodziły doniesienia o pokazaniu się innych otworów w tworzywie rzeczywistości. 

Zjawisko nazwano Antyświatem,  a jego przypadki  zdawały się pojawiać wszędzie,  nawet  w 

wewnętrznej  kaplicy kościoła  Świętego Marka, gdzie powstała  dziura  szeroka na trzy stopy, 

skierowana pochyło w dół i prowadząca do miejsca, którego niepodobna było ustalić bez odbycia 

podróży w jedną stronę,

O innym osobliwym wydarzeniu doniósł pewien zakrystianin. Do budynku wszedł obcy 

człowiek, a było w nim coś odmiennego od innych ludzi. Może tyczyło to uszu albo dziwacznego 

kąta   pochylenia   oczu?   Stworzenie   chodziło   po   świątyni   oraz   jej   bezpośrednim   sąsiedztwie, 

patrząc na przybudówki i robiąc notatki na zwoju pergaminu. Gdy kościelny zapytał, co przybysz 

porabia, nieznajomy odparł:

- Robię po prostu pewne pomiary, aby donieść innym, jak wygląda sytuacja.

- Jakim innym?

- Takim jak ja.

- Ale dlaczego ty i ci inni mielibyście się interesować stanem naszych budowli?

- Jesteśmy prowizorycznymi formami życia, ja i mnie podobni, tak nowymi, że nawet nie 

mamy   jeszcze   nazwy.   Istnieje   możliwość,   iż   przejmiemy   istniejącą   rzeczywistość,   i   w   tym 

przypadku odziedziczylibyśmy wszystko, co po sobie zostawicie. Sądzimy, że byłoby dobrze być 

na to przygotowanym, więc sporządzamy inwentaryzację.

Sprawozdanie z tego dziwacznego wydarzenia zostało zbadane przez uczonych Kościoła, 

którzy stwierdzili, że nie miało ono nigdy miejsca. Oficjalnie przypisano zakrystianinowi, że 

background image

uległ jakiejś niezwykłej halucynacji. Orzeczenie to przyszło jednak zbyt późno; szkoda została 

już wyrządzona, ludzie słyszeli opowiadanie kościelnego, uwierzyli  w nie i nastrój paniki w 

całym mieście wzrósł jeszcze bardziej.

background image

ROZDZIAŁ 7

Pielgrzymi   siedzieli   stłoczeni   we   wspólnej   izbie   w   oberży   i   oczekując   na   następne 

rozkazy, kolejno pilnowali ognia. Powinni być bardzo zadowoleni, bo ukończyli swoje przygody, 

ale panująca pogoda pomniejszała ich zwycięstwa.

Znieśli  tyle  trudów, aby dostać  się tu, gdzie byli,  lecz  sprawy - podobnie jak aura - 

okazały się pod zdechłym  psem. Nie tak miało  być.  A już nikt nie przeżywał  tego bardziej 

dotkliwie niż sam Azzie, który czuł się oszukany przez swoją własną historię, chociaż nie był w 

stanie zrozumieć, jak mogło do tego dojść.

Tego wieczoru, gdy Azzie siedział przy kominku i próbował wymyślić, co robić dalej, 

rozległo się pukanie do drzwi oberży.

- Mamy komplet! - zawołał gospodarz. - Proszę iść gdzie indziej!

- Jest tam w środku ktoś, z kim chciałabym porozmawiać - odpowiedział z zewnątrz 

przyjemny, kobiecy głos.

- Ylith! - zakrzyknął demon. - Czy to ty?

Skinął   na   oberżystę,   który  z   niezadowoleniem   otworzył   drzwi.   Kilka   wiader   deszczu 

wpadło do wnętrza, a wraz z potopem zjawiła się piękna, czarnowłosa kobieta, której rysy były 

na wpół anielskie, a na wpół diaboliczne - co sprawiało, że wyglądała nad wyraz ponętnie. Miała 

na sobie prostą, żółtą sukienkę, a na niej lamowany srebrem błękitny płaszcz; na głowie zaś 

gustowny, czerwony kwef.

- Azzie! - zawołała, przechodząc przez izbę. - Dobrze się czujesz?

- Naturalnie - odparł demon. - Wzrusza mnie twoja troska. Czy zmieniłaś może zdanie w 

kwestii odrobiny frywolności?

- Ten sam, stary Azzie - zachichotała Ylith. - Przyszłam tu, wierzę bowiem w uczciwość 

we wszystkich sprawach; zwłaszcza zaś w tych, które dotyczą Dobra i Zła. Zdaje się, że ktoś ci 

robi niedźwiedzią przysługę.

Ylith opowiedziała Azziemu, że została porwana przez Hermesa Trismegistosa, który dał 

ją śmiertelnemu, niejakiemu Westfallowi, a także o tym, jak była zamknięta w puszce Pandory i 

jak z niej uciekła dzięki pomocy Zeusa.

- Wiem, że uważasz Hermesa za przyjaciela - zakończyła - zdaje się jednak, iż on knuje 

coś przeciwko tobie. Tak jak chyba i reszta Olimpijczyków.

- Niewiele mogą zdziałać, przebywając w Poświacie - stwierdził Azzie.

background image

- Już ich tam nie ma. Uciekli. I obawiam się, że to ja jestem za to odpowiedzialna, chociaż 

wcale tego nie chciałam.

- Może to ci faceci wszystko teraz nakręcają - rzekł demon. - Sądziłem, iż to sprawka 

Michała;   wiesz   przecież,   jak   się   sprzeciwia   choćby   najdrobniejszemu   mojemu   powodzeniu. 

Jednak to, co się dzieje, przerasta go. Ktoś podburzył Mongołów, Ylith!

- Nie rozumiem, dlaczego Olimpijczycy są przeciwko tobie? - powiedziała anielica. - Co 

ich to obchodzi, czy wystawisz swoją niemoralną sztukę?

- Bogowie zawsze chcą ustanawiać swoją moralność - wyjaśnił Azzie. - Dla drugich, nie 

dla siebie. Sądzę, że to wtrącanie się starych bogów ma służyć innym celom. Nie zdziwił bym 

się, gdyby stanowiło to próbę ich powrotu do władzy.

background image

ROZDZIAŁ 8

Taka   pogoda   nie   mogła   po   prostu   być   dłużej   tolerowana.   Azzie   zmobilizował   się   i 

przyjrzał dokładnie zjawisku. Już pobieżna inspekcja wykazała, iż burze nie nadciągały z jednego 

kierunku. Powstawały, co prawda, na północy, skąd zwykle przychodzi zmiana pogody, ale co to 

znaczy „na północy”?  Jak daleko na północy?  Na północ od czego?  I co, na północy,  było 

takiego, co kształtowało pogodę? Azzie zdecydował, że dowie się tego i coś z tym zrobi.

Wytłumaczył  Aretino, co zamierza uczynić, a potem podszedł do okna i otworzył  je. 

Wyjący wiatr wpadł do izby gwałtownym podmuchem.

- To może być niebezpieczne - rzekł poeta.

-   Prawdopodobnie   jest   -   przyznał   demon   i   rozwinąwszy   skrzydła,   wzniósł   się   w 

powietrze.

Opuścił Wenecję i udał się na północ w poszukiwaniu miejsca, z którego przychodzi 

pogoda.  Przeleciał  całe  Niemcy i  widział  bardzo złą  aurę,  ale  nadchodziła  z  jeszcze  dalszej 

pomocy. Poszybował nad Morzem Północnym, zahaczył o Szwecję i przekonał się, że i ona nie 

jest   miejscem   tworzenia   się   burz,   a   jedynie   obszarem,   przez   które   one   przechodzą.   Wziął 

kierunek na oko cyklonu,  co zaprowadziło  go do Finlandii, słynącej  z zaklinających  pogodę 

Lapończyków. Dokądkolwiek poszedł w tym równinnym, śnieżnym, porośniętym sosnami kraju, 

zawsze przekonywał się, że burza nie przychodziła  „stąd”, ale ciągle  „stamtąd”  - z jakiegoś 

innego miejsca, położonego jeszcze dalej na północ. Dotarł wreszcie do szczytu świata, skąd 

wichury waliły pełną  mocą,  z godną  uwagi  szybkością  oraz  regularnością.  Wiatr  wiał  przez 

zamarzniętą tundrę równomiernym, nie kończącym się strumieniem, a był tak silny, że bardziej 

przypominał morskie fale niż strumienie powietrza.

Azzie parł dalej, dążąc ciągle na północ, chociaż zdawało się, iż świat zwęża się tutaj do 

punktu. Wreszcie dotarł do najbardziej północnego krańca północy i znalazł wysoką, wąską górę 

lodową. Na jej szczycie stała wieża tak stara, że mogła zostać tam umieszczona w czasach, zanim 

jeszcze istniało cokolwiek innego.

Na szczycie owej wieży znajdował się taras, na którym stał gigantyczny nagi człowiek o 

splątanych włosach i niesamowitym wyrazie twarzy. Golas pracował przy dużym, skórzanym 

miechu; wicher wydostawał się z jego otworu. Oto była kolebka wszelkiego wiatru na świecie. 

Powietrze  wychodziło  z miecha  miarowym  strumieniem  i wpadało  do rur dosyć  szczególnie 

wyglądającej maszynerii.

background image

Jakaś inna dziwaczna istota siedziała przed czymś, co przypominało klawiaturę organów, 

a jej dłonie, o palcach podobnych do wielu giętkich macek, grając na klawiszach, wytwarzały 

oraz kształtowały wiatry,  które przechodziły przez instrument. Była to maszyna  alegoryczna; 

taka, jaką tworzą religie, starając się wytłumaczyć, jak się jakieś sprawy dzieją. Ukształtowane i 

uregulowane wiatry, wytworzone przez pompę miecha, kierowała ona do okna, skąd zaczynały 

swoją wędrówkę na południe, do wszystkich miejsc globu, a szczególnie do Wenecji.

Dlaczego   jednak   właśnie   do   Wenecji?   Azzie   przestawił   swoje   oczy   na   podgląd   w 

promieniach rentgenowskich - pożyteczną tę zdolność posiadają wszystkie demony,  wszelako 

mało który z niej korzysta, gdyż jest w praktyce równie trudna, Jak dzielenie przez siebie w 

pamięci wielocyfrowych liczb. Przyglądając się, widział teraz, że pod lodem przeciągnięte były 

ołowiano - cynowe przewody, które kierowały wiatrami i zwiększały ich gwałtowność.

A co z deszczem? Wszystko tu, w najdalszym zakątku północy, było suche, kruche i bez 

najmniejszego choćby śladu wilgoci.

Azzie   rozejrzał   się   dookoła,   ale   nie   zobaczył   nic   prócz   człowieka   pracującego   przy 

miechu i tego drugiego, obsługującego maszynę wiatrów.

- Moi drodzy panowie - powiedział zatem do nich obu. - Robicie spore zamieszanie w tej 

części Ziemi, w której mieszkam, a ja nie mogę na to pozwolić. Mam zamiar coś z tym zrobić, o 

ile natychmiast nie zaniechacie swego procederu.

Przemówił odważnie, chociaż nie miał pojęcia, czy może mieć przewagę nad tymi dwoma 

dziwnymi osobnikami. Leżało jednak w jego naturze postępować śmiało, a odwaga nie opuściła 

go i w tej chwili. Tamci przedstawili się. Byli obaj tylko wcieleniami boga Baala. Ten przy 

miechu był Baal-Hadadem, ten drugi - Baal-Quarnainem, kananejskimi bóstwami żyjącymi w 

zapomnieniu   przez   kilka   tysięcy   lat,   odkąd   umarł   ostatni   ich   wyznawca.   Kiedy   Zeusowi 

wyczerpał się worek wiatrów, wciągnął ich do swojej służby mówiąc, iż nikt lepiej nie wywoła 

takiej  burzy,  jakiej pragnął. Gromowładny sam był  bogiem pogody,  ale ostatnio bywał  zbyt 

zajęty, aby wykonywać żmudne, meteorologiczne operacje.

Pomimo swych lśniących, czarnych, falistych włosów, haczykowatych nosów, wydatnych 

oczu i śmiałych rysów, mimo smagłej skóry, olbrzymich rąk oraz nóg, stare kananejskie bóstwa 

były bojaźliwe. Gdy Azzie powiedział im, że jest zły, w związku z czym gotów jest sprawić im 

wiele kłopotu, obaj okazali się skłonni do ustępstw.

- Możemy wstrzymać wicher - powiedział Baal-Hadad - ale deszcz nie do nas należy. Nie 

background image

mamy z nim nic wspólnego. Wszystko, co stąd wysyłamy, to czysty wiatr.

- Czy wiecie kto zawiaduje deszczem?

Obaj wzruszyli ramionami.

- A więc to musi zaczekać - zdecydował Azzie. - Powinienem wracać; teraz właśnie 

nadeszła pora na uroczystość.

background image

ROZDZIAŁ 9

Aretino upewnił się, że w oberży wszystko jest w pogotowiu. Potem poszedł do Azziego.

Demon   ubrany   był   w   zielony   szlafrok   z   wyhaftowanymi   na   nim   złotymi   smokami; 

siedział przy stole, schylony nad pergaminem, z gęsim piórem w dłoni.

- Proszę wejść - powiedział, nawet nie podnosząc wzroku. Aretino wszedł,

- Jeszcze nie ubrany? Mój drogi demonie, uroczystość zaraz się zacznie.

-   Jest   jeszcze   dużo   czasu   -   odparł   Azzie.   -   Czuję   się,   trochę   zmęczony,   a   cały   mój 

ekwipunek wyłożony jest w drugim pokoju. Chodź, Aretino, pomóż mi. Muszę zdecydować, 

komu przyznać nagrody. Po pierwsze: czy wszyscy są obecni?

- Tak - rzekł poeta i nalał sobie kieliszek wina.

Był w znakomitym nastroju; to przedstawienie wyniesie jego, i tak bardzo sławnego, pod 

same niebiosa. Będzie słynniejszy niż Dante, bardziej znany niźli Wergili, przewyższy nawet 

Homera.   Była   to   wielka   chwila   w   jego   życiu   i   kiedy   rozległo   się   pukanie   do   drzwi,   nie 

podejrzewał żadnego kryjącego się za nimi kłopotu. Zjawił się diablik, posłaniec od Ananke.

- Wzywa cię - powiedział do Azziego - i jest wściekła.

Pałac   Sprawiedliwości,   którym   władała   Konieczność,   stanowił   olbrzymią   budowlę 

złożoną z kamiennych bloków, z których każdy był większy niż ziemska piramida, a frontowe 

kolumny były grubsze niźli stado słoni. Mimo tych rozmiarów, Pałac zaprojektowano według 

ściśle przestrzeganych, klasycznych proporcji. Teren wokoło gmachu był pięknie urządzony, a na 

starannie   wystrzyżonym   trawniku   opodal   białego   balkonu,   na   czerwonym   kocu   w   kratkę, 

siedziała Ananke z rozłożoną obok zastawą do herbaty.

Tym razem nie istniała kwestia jej wyglądu. Wiadomo, że Konieczność może przybierać 

różne   postaci,   Jedną   z   nich,   tę   Nie   do   Opisania   stosuje   wówczas,   kiedy   chce   zniechęcić 

pochlebców. Jest to sposób jej istnienia, który wręcz się opiera wszelkim próbom opisu. Ten 

rodzaj postaci wybrała na tę okazję. Jedyne, co można powiedzieć, to iż Ananke nie wyglądała 

jak ekskawator.

Kiedy Azzie znalazł się w jej obecności, powiedziała:

- Za dużo już kombinacji z tymi magicznymi końmi.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Azzie.

- Ostrzegałam cię, łobuzie - rzekła Ananke. - Magia to nie panaceum na wszystko, a 

szczególnie   na   twoją   chorą   ambicję.   Nie   można   jej   używać   do   rozwiązywania   wszelkich 

background image

problemów. Jest przeciw naturze rzeczy zakładać, że sprawy mogą potoczyć się w inny sposób, 

niż im właściwy, kiedy tylko spodoba ci się poprosić je o to.

- Nigdy jeszcze nie widziałem cię w takim stanie - stwierdził Azzie.

- Ty też byłbyś wściekły wiedząc, że cały wszechświat jest w niebezpieczeństwie.

- Ale jak do tego doszło?

-   To   te   zaczarowane   konie   -   wyjaśniła   Konieczność.   -   Korzystanie   z   magicznych 

świeczników  było  jeszcze   dopuszczalne;   kiedy  jednak wywołałeś   także   i te  rumaki,   zanadto 

zmieniłeś prawa natury.

- Co przez to rozumiesz? - zapytał Azzie. - Nigdy nie słyszałem, żebyś mówiła w ten 

sposób.

- Powiedz mu, Otto - rzekła Ananke.

- Spoza drzewa wyszedł Otto, duch, który z sobie tylko wiadomych powodów przybrał 

postać otyłego Niemca w średnim wieku, z ciężkimi białymi wąsami oraz w grubych okularach.

- Czy sądzisz, że Wszechświat może wytrzymać dowolną liczbę manipulacji? - zapytał. - 

Bawiłeś się metamaszynerią, czy o tym wiesz, czy nie. Psułeś szyki innym.

- Zdaje się, że on nie rozumie - zauważyła Ananke.

- Czy dzieje się, coś niedobrego? - chciał wiedzieć Azzie.

Ja, dzieje się coś niedobrego w samej naturze rzeczy.

- Natura rzeczy? Ależ z pewnością nie ma w tym wszystkim aż tyle złego!?

- Słyszałeś, co powiedziałem? Została naruszona struktura; wszechświata, w dużej mierze 

dzięki tobie i twoim zaczarowanym koniom. Wiem, co mówię, zajmuję się tym kosmosem od 

niepamiętnych czasów.

- Nigdy nie słyszałem o opiekunie wszechświata.

- To chyba logiczne, co? Jeżeli w ogóle chcesz mieć wszechświat, to potrzebujesz kogoś, 

kto by się nim opiekował, a nie może to być ta sama osoba, która nim kieruje. Ona ma mnóstwo 

innych zajęć, a opiekowanie się jest specjalnością samą w sobie i nie może być łączone z innymi 

obowiązkami. To ty wprowadziłeś te magiczne bucefały, tak?

- Tak - przyznał Azzie. - Ale co z tego? Co może się stać z powodu zaczarowanych koni?

- Użyłeś ich zbyt dużo, ot co! Czy ty naprawdę uważasz, że możesz w jednym obszarze 

zgromadzić wszystkie magiczne wierzchowce, jakimi pragniesz się posłużyć? A to w tym celu, 

aby łatwo przeprowadzić to, co powinieneś był uprzednio opracować, ale jesteś zbyt leniwy?! 

background image

Nie, mój miły, młody demonie, tym razem narobiłeś bigosu. Po tych wszystkich latach, kiedy 

utrzymywałem go w dobrej formie, ten nieszczęsny wszechświat zmienia się na naszych oczach, 

i ani ty, ani Ananke, ani ja, i wreszcie nic już nie może na to poradzić. Wyzwoliłeś błyskawice 

Jego straszliwego, szybkiego miecza, jeżeli rozumiesz, co mam na myśli, i trzeba będzie zapłacić 

straszliwą cenę. Igrałeś z rzeczywistością o jeden raz za dużo.

- Co to ma wspólnego z rzeczywistością? - chciał wiedzieć Azzie.

- Słuchaj teraz  uważnie,  mój  miły demonie.  Rzeczywistość  jest kulą twardej materii, 

złożoną   z   warstw   różnych   substancji.   Gdzie   jedna   warstwa   styka   się   z   drugą,   tam,   można 

powiedzieć, istnieje potencjalna linia pęknięcia; zupełnie tak samo, jak w głębi Ziemi. Anomalie 

wywołane w tkance rzeczywistości powodują powstanie na tych granicznych powierzchniach fal 

uderzeniowych. Twoje niedozwolone posługiwanie się magicznymi rumakami stanowiło właśnie 

jedno   z   takich   zaburzeń.   Miały   także   miejsce   inne   anormalne   wydarzenia.   Fakt   ucieczki   z 

Poświaty   starych   bogów   jest   wypadkiem   tak   niemożliwym,   że   jego   zaistnienie   wstrząsnęło 

wszechświatem, a skutki tej wywołanej przez ciebie kosmicznej katastrofy uderzyły w biedną 

Wenecję.   Miasto   miało   pecha   stać   się   ogniskiem   zdarzeń,   których   działanie   spowodowało 

naprężenie siatki jego rzeczywistości. Powodzie, inwazja Mongołów oraz zaraza, która wkrótce 

potem wybuchła, nie stanowiły wcale części głównego biegu historii Wenecji; tak naprawdę w 

ogóle   nie   miały   mieć   miejsca,   stanowiąc   jedynie   marginalne   ewentualności   o   znikomych 

szansach   urzeczywistnienia   się   w   normalnym   łańcuchu   zdarzeń.   Wszelako   za   twoją   sprawą 

uaktywniły się i całość zapisanej historii przyszłości stanęła pod znakiem zapytania.

- Jakim sposobem przyszły czas może być zagrożony? - spytał Azzie.

-   Musisz   myśleć   o   przyszłości   jak   o   czymś,   co   już   zaszło,   i   co   grozi   ponownym 

wydarzeniem się, wymazując jednocześnie wszystko to, co było przedtem. A tego za wszelką 

cenę musimy uniknąć.

- Przed nami stoi wiele spraw - rzekła Ananke. - Najpierw jednak trzeba wyprawić z 

powrotem do domu tych twoich pielgrzymów.

Azziemu nie pozostało nic innego, jak zadowolić się tym, ale w głębi jego umysłu, wśród 

narastającego   niepokoju,   zaczęło   coś   świtać.   Ananke   powiedziała,   że   nie   działał   zgodnie   z 

rzeczywistością.   Ale   czymże   była   rzeczywistość,   jeżeli   nie   równowagą,   układem   pomiędzy 

Dobrem   a   Złem?   Gdyby   mógł   nakłonić   Michała   do   zmiany   tego   układu,   dla   ich   wspólnej 

korzyści... Najpierw jednak musiał wpaść na chwilkę do swoich pielgrzymów.

background image

CZĘŚĆ DZIESIĄTA

ROZDZIAŁ l

Kiedy Azzie opuszczał Pałac Sprawiedliwości, ogon miał podkulony pod siebie, a kąciki 

jego brązowych oczu dziwnie błyszczały. Próbował pogodzić się z myślą, iż jego niemoralne 

przedstawienie, które miało zadziwić świat, nigdy nie doczeka się premiery. Legenda, tak ważna 

legenda o złotych  lichtarzach, nie będzie mogła być  dograna do końca. Miał bezpośrednie i 

niedwuznaczne rozkazy od samej Ananke, aby przerwać sztukę w połowie ostatniego aktu.

Musiał jednak istnieć jakiś sposób, aby obejść ten zakaz. W ponurym nastroju poszedł do 

mieszczącej   się   obok   Pałacu   Sprawiedliwości   stacji   zasilania   i   naładował   swoje   zaklęcie 

podróżne. W pobliżu, gdzie sprzedawano posiłki, znalazł budkę specjalizującą się w gotowych 

daniach   na   wynos   dla   demonów   i   kupił   worek   kocich   głów   przyrządzonych   w   dobrym, 

skrzepłym, czerwonym sosie. Miało mu to posłużyć za przekąskę w drodze powrotnej na Ziemię. 

Potem uruchomił  swoje zaklęcie  i z wielkim szumem  pognał przez przezroczyste  welony,  z 

których składa się duchowa przestrzeń.

Lecąc,   chrupał   kocie   łby   i   myślał   zaciekle.   Mimo   skrajnych   wysiłków,   nawet   w 

transcendentnej   kazuistyce   nie   udawało   mu   się   znaleźć   sposobu   obejścia   poleceń   Ananke. 

Prędzej czy później dowiedziałaby się o tym i surowo go ukarała, A musiał się obawiać nie tylko 

Konieczności. Było także faktem, że przez nadużywanie magicznych koni naruszył równowagę 

kosmosu.   Gdyby   tego   nie   zaprzestał,   wszechświat   mógłby   się   rozpaść,   a   wszystko,   całość 

stworzenia, zostałoby pochłonięte przez czysty, biały płomień samosprzeczności. Gdyby doszło 

do tego, sam kosmos mógłby się zapaść; w końcu obaleniu uległyby prawa rozumu.

Wkrótce był z powrotem nad Wenecją, a widok tego miasta z lotu ptaka był iście żałosny. 

Wzbierające wody pochłonęły już niektóre nisko leżące zewnętrzne wyspy.  Wiatr osłabł, ale 

wody powodzi podniosły się i zalały plac Świętego Marka do wysokości dziesięciu stóp. Starsze i 

mniej solidne budynki zapadały się, ponieważ słone wody przypływowe wymyły starą zaprawę 

murarską, trzymającą razem ich cegły i kamienie.

Azzie   wylądował   obok   domu   Aretina   i   zastał   poetę   na   zewnątrz,   bez   marynarki, 

próbującego   oszalować   swój   dom   workami   piasku.   Już   na   pierwszy   rzut   oka   była   to 

bezużyteczna praca, więc Aretino odłożył swoje narzędzia i poszedł smutno za Azziem do domu. 

Na piętrze znaleźli suchy pokój.

background image

- Gdzie są teraz pielgrzymi? - zapytał demon, nie tracąc czasu.

- Nadal w oberży.

Azzie   musiał   zmienić   plany,   zebrać   wszystkie   złote   świeczniki   i   dopilnować,   aby   z 

powrotem   dostały   się   do   zamku   Fatusa   w   Limbo;   potem   należało   pozbyć   się   z   Wenecji 

pielgrzymów. Nie widział jednak powodu, aby powiedzieć to wszystko poecie właśnie teraz. 

Dowie się, gdy i innym stanie się wiadome, że nie będzie uroczystości końcowej.

- Musimy wyprawić stąd pielgrzymów  - rzekł Azzie do Aretina. - Trwając pomiędzy 

powodziami a Mongołami, to miasto skazane jest na zagładę. Wiem z pewnego źródła, że nastąpi 

zmiana biegu czasu, w którym rozgrywa się obecna historia świata.

- Jaka zmiana? Co masz na myśli?

- Świat przędzie nić swego losu, z której wyłaniają się różne wydarzenia. To, co się dzieje 

teraz,   wskazuje,   jakoby   Wenecja   miała   być   zniszczona;   dla   Ananke   jednak   jest   to   nie   do 

przyjęcia, a zatem linia czasu miasta zostanie przerwana tuż przed wprowadzeniem przeze mnie 

na arenę zdarzeń złotych świeczników. Stanie się to nowym, głównym nurtem historii, a ta linia, 

w której jesteśmy teraz, zostanie przeniesiona do Limbo.

- A co to oznacza? - zapytał poeta.

- Limbowska wersja dziejów Wenecji nie będzie trwała dłużej niż tydzień od chwili, 

kiedy po raz pierwszy poprosiłem cię o napisanie sztuki, aż do północy tej doby, której, jak 

przewiduje   się,   nadejdą   Mongołowie,   a   powódź   przeleje   się   przez   wały.   W   pewnym   sensie 

będzie   to   trwało   tylko   tydzień,   ale   te   siedem   dni   będzie   się   rozgrywało   wciąż   na   nowo, 

zaczynając   się   ponownie,   gdy   tylko   osiągną   swój   koniec.   Mieszkańcy   limbowskiej   wersji 

Wenecji będą mieli wieczność tygodni, z których każdy będzie się kończył katastrofą i zagładą.

- Ale jeśli usuniemy pielgrzymów z Wenecji?

-   Jeżeli   zrobimy   to   przed   północą,   będą   mogli   nadal   wieść   swoje   normalne   życie 

dokładnie tak, jakby mnie nigdy nie znali. Powrócą do czasu, zanim mnie spotkali.

- Czy będą coś pamiętać?

Azzie potrząsnął głową.

- Tylko ty, Pietro. Tak to urządzam, abyś na podstawie naszych zawodów mógł napisać 

swą farsę.

- Rozumiem - rzekł poeta. - Cóż, jest to trochę nieoczekiwane. Nie wiem, czy będzie się 

im to podobać.

background image

- Nie musi - stwierdził Azzie. - Mają tylko poddać się temu albo ponieść konsekwencje, 

jeśli tego nie uczynią.

- Dołożę starań, aby to zrozumieli.

- Zrób to, najwspanialszy Pietro. Spotkam się z tobą w kościele.

- Dokąd idziesz?

- Mam jeszcze jeden pomysł, który mógłby może uratować całą tę sprawę.

background image

ROZDZIAŁ 2

Azzie   przeniósł   się   błyskawicznie   do   systemu   Ptolemeusza,   zbudowanego   z 

kryształowych sfer, z gwiazdami umieszczonymi na stałych orbitach. Zawsze cieszył go widok 

uporządkowanego ruchu gwiazd i ustalonych płaszczyzn istnienia. Spieszył dalej, aż znalazł się 

przy prowadzącej do Nieba Bramie Gości. Jest to jedyne wejście, przez które powinni wchodzić 

odwiedzający; zaś dla demonów, usiłujących dostać się przez którąś z bram przeznaczonych dla 

aniołów przewidziane są surowe kary.

Brama Gości to były wrota w dosłownym tego słowa znaczeniu - z brązu, wysokie na sto 

stóp i osadzone w marmurze. Dojście do niej roiło się od barankowatych, białych obłoczków, a 

anielskie chóry śpiewały w powietrzu alleluja. Przed bramą stał stół i krzesło z mahoniowego 

drewna, na którym siedział starszawy, łysiejący mężczyzna z długą siwą brodą, obleczony w 

białe, atłasowe prześcieradło. Miał przypiętą plakietkę z imieniem, które wraz z tytułem oraz 

pozdrowieniem brzmiało: „Święty Zachariasz, do usług. Życzę świętego dnia”.

Azzie nie znał go. Zwykle to któryś z pomniejszych świętych pełnił funkcję odźwiernego.

- Czym mogę służyć? - zapytał Zachariasz.

- Muszę się widzieć z archaniołem Michałem.

- Czy umieścił twoje imię na liście gości?

- Wątpię. Nie wiedział, że przyjdę.

- W takim razie, mój drogi panie, obawiam się...

- To jest pilna sprawa. Proszę tylko przekazać mu moje imię. Będzie ci za to wdzięczny.

Gderając,   Zachariasz   pofatygował   się   do   złotej   tuby   głosowej,   wiszącej   z   boku 

brakowych odrzwi. Wypowiedział do niej kilka słów i mrucząc do siebie, czekał na odpowiedź. 

Ktoś przemówił z drugiego końca akustycznego przewodu.

- Jesteś pewien? Nie jest to, oczywiście, właściwa forma... Tak... Oczywiście, sir.

- Możesz wejść - Zachariasz otworzył małe drewniane drzwiczki, osadzonej podstawie 

tych ogromnych wierzei z brązu.

Azzie  wszedł i pomaszerował  przed siebie, mijając rozrzucone  na zielonym  trawniku 

Nieba   budynki.   Wkrótce   znalazł   się   przy   biurowcu   w   Zachodnim   Niebie,   a   Michał   stał   na 

schodach, oczekując go.

Archanioł wprowadził demona do swego gabinetu. Nalał mu kieliszek wina. Niebo ma 

najlepsze na świecie wino, ale po dobrą wódkę trzeba iść do Piekła. Gwarzyli przez chwilę o tym 

background image

i owym. Potem Michał zapytał, co Azziego doń sprowadza.

- Chcę dobić z tobą targu - rzekł demon.

- Interes? Jakiego rodzaju?

-   Czy   wiedziałeś   o   tym,   że   Ananke   kazała   mi   wstrzymać   moje   niemoralne 

przedstawienie?

Michał spojrzał na niego, a potem uśmiechnął się szeroko.

- Naprawdę? Poczciwa, stara Ananke.

- Tak uważasz? - spytał demon lodowatym tonem.

- Oczywiście - odparł Michał. - Chociaż uważa się, że jest ponad Dobrem i Złem, i nie 

obchodzi   jej   ani   jedno,   ani   drugie,   to   jednak   cieszę   się,   że   wie,   która   strona   moralności 

posmarowana jest masłem.

- Chcę ubić interes - powtórzył Azzie.

- Pragniesz, abym pomógł ci sprzeciwić się Konieczności?

- Właśnie.

-   Zdumiewasz   mnie.   Dlaczego   miałbym   to   zrobić?   Ananke   powstrzymuje   cię   od 

wystawienia twojej niemoralnej farsy, a to mi właśnie odpowiada.

- Czy nie kierujesz się w tym osobistą urazą? - zapytał demon.

- Och, może troszkę - uśmiechnął się Michał. - Złoszczą mnie twoje posunięcia, ale moja 

decyzja,   by   wstrzymać   przedstawienie,   nie   opiera   się   na   osobistych   względach.   Dla   mnie 

korzystnie  jest przerwać to podstępne  przedsięwzięcie,  które chcesz  zmontować.  To całkiem 

proste.

- Może uważasz, że to zabawne, ale sprawa jest o wiele bardziej poważna, niż ci się 

wydaje.

- Poważna dla kogo?

- Dla ciebie, oczywiście.

- Jakim to sposobem? Wszak Konieczność zrobiła to, czego my chcemy.

- Już sam fakt, że ona w ogóle coś robi jest złą nowiną - powiedział Azzie.

- Jak to rozumiesz? - Archanioł wyprostował się.

- A kiedyż to Ananke zajmowała się rutynowymi działaniami, twoimi i moimi, w naszych 

zmaganiach pomiędzy Światłością a Ciemnością?

- To pierwszy raz, jak sięgam pamięcią, kiedy ingeruje bezpośrednio - przyznał Michał. - 

background image

Do czego jednak zmierzasz?

- Czy uznajesz Ananke za swoją władczynię? – zapytał demon.

-   Oczywiście,   że   nie!   Ona   nie   ma   wpływu   na   decyzje   Dobra   czy   Zła.   Jej   rola   w 

prowadzeniu kosmosu polega na dawaniu przykładu, a nie na działaniu ustawodawczym.

- A jednak robi to - zabraniając mi wystawić farsę, stanowi prawo.

Archanioł uśmiechnął się.

- Nie mogę brać jej tego za złe.

- Brałbyś, gdyby to tobie zdjęto sztukę z afisza.

Uśmiech Michała zastygł.

- Ale to nie jest moje przedstawienie.

- Tym razem nie - zgodził się Azzie. - Jeśli jednak przystaniesz na ten precedens, to 

jakich argumentów użyjesz, kiedy podobnie zachowa się względem Dobra?

Archanioł  nachmurzył   się.  Wstał   i  zaczął   spacerować  nerwowo  po  swoim   biurze.   W 

końcu zatrzymał się i zwrócił do Azziego.

-   Masz   rację.   Chociaż   dla   nas,   twych   przeciwników,   zatrzymanie   niemoralnej   farsy 

stanowi dobrodziejstwo, jest jednocześnie przekroczeniem reguł, które rządzą nami wszystkimi. 

Jak ona śmie to robić?

W   tym   momencie   w   drzwiach   wejściowych   zabrzęczał   dzwonek.   Archanioł   zrobił 

niecierpliwy gest, a drzwi otworzyły się szeroko.

- Babriel! Świetnie, właśnie miałem posłać po ciebie!

Przynoszę wiadomość - rzekł anioł.

- Będzie musiała poczekać - zdecydował Michał. - Właśnie się dowiedziałem, że Ananke 

uprawia   kłusownictwo   na   naszym   terenie,   że   się   tak   wyrażę.   Będę   musiał   natychmiast 

porozumieć, się z Gabrielem i niektórymi innymi.

- Tak, sir. Oni także chcą z panem rozmawiać.

- Chcą?

- Dlatego mnie przysłali, sir.

- Przysłali cię? A o co im chodzi?

- Nie powiedzieli mi, sir.

- Zaczekaj tutaj - polecił Michał.

- Kogo masz na myśli? - zapytał Babriel.

background image

-   Was   obu   -   sprecyzował   Michał   i   wyszedł   z   pokoju.   Niebawem   był   z   powrotem. 

Wyglądał na przygnębionego i unikał wzroku Azziego.

- Obawiam się, że nie będzie mi wolno mieszać się do tej sprawy z Ananke.

- A co z kwestią, którą podniosłem? Z potencjalnym ograniczeniem twojej władzy?

- Myślę, że w tej chwili nie jest to najważniejsze - odparł Michał.

- A co, w takim razie, jest ważne?

- Utrzymanie kosmosu. O to tu chodzi, stwierdziła Rada Najwyższa.

- Michale, w grę wchodzi sprawa wolności - powiedział Azzie. - Prawa Dobra i Zła 

działają zgodnie z tym, co dyktuje im rozsądek, ograniczony wyłącznie przez prawo naturalne, i 

nie mogą być skutkiem dowolnej decyzji Ananke.

- Mnie też to nie odpowiada - powiedział Michał. - Ale tak się sprawy mają. Zrezygnujmy 

z twego przedstawienia, Azzie. Zostałeś pokonany i osądzony. Wątpię, czy nawet twoja Rada Zła 

zdołałaby cię w tym poprzeć.

- Jeszcze zobaczymy - stwierdził Azzie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

background image

ROZDZIAŁ 3

Gdy Azzie wrócił, pielgrzymi byli jeszcze w oberży, Rodrigo i Cressilda siedzieli w rogu 

izby;   chociaż   nie   rozmawiali   ze   sobą,   to   jedno   dla   drugiego   stanowiło   jedyną   osobę   o 

dostatecznie wysokiej pozycji,  aby czuli się razem dobrze. Kornglow oraz Leonora byli,  jak 

zwykle, zajęci tylko sobą. Puss i Quentin bawili się w kocią kołyskę, a matka Joanna zabrała się 

do robótki na drutach, podczas gdy sir Oliver pucował, aż się świeciła, wysadzaną klejnotami 

rękojeść paradnego miecza, który zamierzał przypasać na uroczystość.

- Obawiam się, że mamy pewien kłopot - zaczął Azzie obcesowo. - Nasze przedstawienie 

zostało   odwołane;   dziękuję   wam   jednak   za   całą   pracę,   którą   w   nie   włożyliście.   Wszyscy 

spisaliście się bardzo dobrze.

- Co się dzieje, Antonio? - spytał sir Oliver. - Czy nasze życzenia będą spełnione, czy nie? 

Mam już przygotowaną mowę dziękczynną. Musimy zaczynać.

Pozostali przyłączyli się ze swoimi pretensjami. Azzie uspokoił ich ruchem ręki.

-   Nie   wiem,   jak   wam   to   powiedzieć,   ale   Najwyższa   Możliwa   Władza   nakazała   mi 

zaniechać wystawienia tej sztuki. Nie będzie uroczystości złotych świeczników.

- Ale co zrobiliśmy nie tak? - zapytała matka Joanna.

- Zdaje się, że przekroczyliśmy jakieś głupie, stare prawo natury.

Przeorysza wyglądała na zaintrygowaną.

- Ludzie cały czas łamią prawa natury. I co z tego?

- Zwykle nie ma to żadnego znaczenia - przyznał demon. - Obawiam się jednak, że tym 

razem przyłapano nas na gorącym uczynku. Powiedziano mi, że użycie przeze mnie magicznych 

koni było przesadną gorliwością.

- Z pewnością tym można się będzie zająć później - stwierdził Oliver. - Na razie chcemy 

kontynuować naszą grę.

- Ja także bardzo bym tego pragnął - zgodził się Azzie. - Ale, niestety,  nie możemy. 

Aretino przejdzie teraz wśród was i pozbiera lichtarze.

Z   posępną   miną,   poeta   okrążył   izbę,   odbierając   świeczniki,   które   podawano   mu   z 

niechęcią.

- Będziemy musieli wydostać się stąd - ciągnął Azzie. - Wenecja skazana jest na zagładę.

- Tak szybko? - zdziwiła się ksieni. - Nie zaczęłam nawet jeszcze zwiedzać słynnych 

grobowców świętych.

background image

- Jeśli nie chcesz, żeby znalazł się tam i twój, uczyń jak, mówię - powiedział Azzie. 

-Wszyscy musicie iść za Aretinem. Słyszysz, Pietro? Trzeba usunąć tych ludzi z wysp Wenecji.

- Łatwo mówić - gderał poeta. - Ale zrobię, co w mojej mocy.

Złożył zebrane kandelabry w kącie obok ołtarza.

- A teraz, co mam z nimi począć?

Azzie miał właśnie odpowiedzieć, kiedy poczuł lekkie pociągniecie za rękaw. Popatrzył 

w tamtą stronę. Był to Quentin, obok którego stała Puss.

- Proszę pana - powiedział mały - wyuczyłem się całego tekstu, który mam powiedzieć na 

tej uroczystości. Puss i ja wymyśliliśmy go razem i oboje nauczyliśmy się go na pamięć.

- To bardzo ładnie, dzieci - przyznał pan demon.

- Czy nie będziemy mieli okazji go wygłosić? - dociekał Ouentin.

- Możecie mi wyrecytować swoje role później, gdy już bezpiecznie wydostanę was z 

Wenecji.

- Ale, proszę pana, to już nie będzie to samo. Nauczyliśmy się tego na uroczystość!

- Nie będzie żadnej uroczystości - skrzywił się Azzie.

- Czy ktoś z nas zrobił coś złego? - dopytywał się mały uparciuch.

- Nie, nie o to chodzi.

- Czy w takim razie była to zła sztuka?

- Nie! - krzyknął demon. - To nie była  zła farsa! To było  wspaniałe przedstawienie! 

Każdy z was grał po prosta siebie samego, a to jest najlepsza praca, jaką może wykonać aktor.

- Skoro nie było to złe przedstawienie - dociekał Quentin - i nie zrobiliśmy nic złego, to 

dlaczego nie możemy go dokończyć?

Azzie otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zawahał się. Przypomniał sobie siebie samego, 

jako młodego demona, gardzącego wszelkimi autorytetami, postępującego dobrze lub źle, ale bez 

względu na wszystko kierującego się tylko swoją dumą oraz wolą. No cóż, bardzo się zmienił od 

tamtego czasu. Teraz rozkazywała mu zwykła baba, a on słuchał jej bez szemrania. Co prawda, 

Ananke nie do końca była taką zwyczajną kobietą - raczej nieokreśloną, ale nieodpartą boską 

zasadą z biustem. Zawsze widniała jakby za mgłą, unosząc się ponad wszystkim - władcza, ale 

daleka.   I   oto   zdarzył   się   precedens,   naruszono   ustanowioną   od   początku   czasu   regułę 

nieingerencji. A kogo wybrała za ofiarę tego naruszenia zasad? Azziego Elbuba!

- Moje drogie dziecko - powiedział demon. - Kontynuowanie tej uroczystości mogłoby 

background image

oznaczać śmierć dla nas wszystkich.

- Sądzę, że wszyscy pewnego dnia musimy umrzeć, sir - zauważył Quentin roztropnie.

Azzie spojrzał na niego, bo chłopak miał bezczelność demona, a zimną krew świętego. 

Czy miał być gorszy od niego?

-   Dobrze,   dziecko   -   rzekł.   -   Przekonałeś   mnie.   Ludzie,   weźcie   swoje   świeczniki   i 

zajmijcie miejsce na ustawionej naprzeciwko szynkwasu scenie.

- Doprowadzają to do końca! - zawołał radośnie Aretino. - Jestem bardzo wdzięczny, sir, 

gdyż inaczej jakie miałbym zakończenie dla sztuki, którą zamierzam napisać na podstawie tego 

materiału?!

- Teraz masz o czym pisać - zauważył demon. - Czy orkiestra jest gotowa?

Orkiestra   była   na   miejscu,   a   muzycy   uradowani,   bo   Aretino   zapłacił   im   potrójną 

wysokość zwykłej stawki, aby czekali na Azziego gdzieś w pobliżu; a miasto i tak było zalane 

powodzią, więc nie planowano w tym czasie żadnych innych występów muzycznych.

Orkiestra zaczęła grać. Azzie skinął dłonią. Uroczystość zaczęła się.

background image

ROZDZIAŁ 4

Przedstawienie   toczyło   się   z   całą   pompą   oraz   ceremoniałem,   tak   jak   podoba   się   to 

demonom oraz ludziom renesansu. Niestety, nie było widzialnego audytorium; musiała to być 

prywatna impreza, ale i tak robiła wielkie wrażenie - tam, w opuszczonej gospodzie, z deszczem 

dudniącym nad głową.

Pielgrzymi, odświętnie ubrani, maszerowali przez izbę, niosąc swoje, odebrane ponownie 

od  Aretina,  świeczniki.  Kroczyli  przez   przejścia  pomiędzy  krzesłami   i  wychodzili  na  scenę. 

Azzie, teraz mistrz ceremonii, przedstawiał każdego, wygłaszając o postaci kilka pochlebnych 

słów.

Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Okiennice pękały z głośnym trzaskiem. Wiatr zmienił 

się w niesamowity jęk. Gryzący, nieziemski zapach nasycił powietrze. Najbardziej wybijał się 

wicher, który wył niczym głos umęczonej duszy, próbującej dostać się do środka.

- Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby wiatr brzmiał w ten sposób - stwierdził Aretino.

- To nie jest wiatr - powiedział Azzie.

- Proszę?

Ale demon odmówił wyjaśnień. Rozpoznał inwazję nieprzychylnych mocy, kiedy ją tylko 

usłyszał.  Przewodniczył  zbyt  wielu takim wydarzeniom,  aby się teraz mylić,  gdy nieziemski 

chłód osiadał na budynku, a ze wszystkich stron dobiegały dziwne, grzmiące hałasy.

Azzie   miał   tylko   nadzieję,   że   ta   nowa   siła,   czymkolwiek   była,   wycofa   się   po  swym 

inauguracyjnym występie. Zdawało się, że ma ona trudności ze znalezieniem właściwej drogi. A 

najgorsze było to, że Azzie nie wiedział nawet, kto - lub co - na niego poluje. Była to niezwykła 

sytuacja   -   coś,   co   wyglądało   na   ducha,   ścigało   demona.   Azzie   wyobrażał   sobie   ewentualny 

rozwój   wypadków;   przepastne   otchłanie   absurdu   zagrażały   pochłonięciem   kruchych   struktur 

logiki oraz zasady przyczynowości. Zdawało się, że prawidła te mogłyby przestać istnieć przy 

najlżejszym poruszeniu.

Po   przemówieniach   nastąpiło   krótkie,   gustowne   interludium,   odśpiewane   przez 

miejscowy chór chłopięcy - zespół na europejskim poziomie, który Aretino wynajął na tę okazję. 

Niektórzy z obecnych byli przekonani, iż w trakcie ceremonii ukazał się jako zjawa sam święty 

Grzegorz, w pobliżu drzwi bowiem poczęła się materializować wysoka, chuda postać. Cokolwiek 

to było, nie udało mu się; widmo zniknęło, zanim zdołało się w pełni ukształtować i uroczystość 

mogła toczyć się dalej.

background image

Uczestnicy   zgromadzili   lichtarze   na   ołtarzu   i   zapalili   w   nich   świece.   Azzie   wygłosił 

krótkie   przemówienie,   gratulując   swoim   zawodnikom   i   podkreślając,   że   dobrze   się   spisali, 

wykonując   po   prostu   swoje   zwykłe   zajęcia.   Bez   wielkiego   wysiłku   ze   swej   strony   wygrali 

szczęśliwy los, a ten pomyślny traf nie był wcale nagrodą za dobry charakter czy wytrwałość w 

pracy. Przeciwnie, szczęście stanowi jakość neutralną, która byle komu może przypaść w udziale.

- Jako dowód na to - mówił Azzie - stoją tu moi zawodnicy, którzy dziś wieczór wszyscy 

zdobyli złote nagrody za to, że byli po prostu sobą - z wszelkimi swoimi wadami.

Przez cały czas Aretino siedział w pierwszym rzędzie, pilnie robiąc notatki. Obmyślał już 

utwór sceniczny,  który zamierzał wysnuć z tego materiału. Niech tam sobie Azzie myśli, że 

wystarczyło wystawić coś na kształt boskiej komedii, ale to nie był sposób tworzenia utworu 

scenicznego. Naprawdę dobra sztuka musiała być obmyślona, a nie improwizowana - i właśnie to 

Aretino zamierzał zrobić.

Poeta tak był  zajęty pisaniem, iż nie zdawał sobie sprawy z tego, że uroczystość ssą 

skończyła, dopóki pielgrzymi nie otoczyli go kołem, szturchając w plecy i pytając, czy podobały 

mu się ich recytacje. Aretino pohamował swoją wrodzoną zgryźliwość i przyznał, że wszyscy 

świetnie się spisali.

- A teraz - zadysponował Azzie - czas się stąd wydostać. Wasze świeczniki nie będą wam 

już potrzebne. Po prostu złóżcie je tam w kącie, a ja dokonam małego cudu, aby z powrotem 

znalazły się w Limbo. Aretino, czy jesteś gotów zaprowadzić tych ludzi w bezpieczne miejsce?

- Owszem - powiedział poeta. - Jeśli jest jakiś sposób na opuszczenie tej wyspy, znajdę 

drogę. Czy nie będziesz nam towarzyszył?

-  Mam  zamiar,  ale   z  przyczyn   ode  mnie   niezależnych   moje  odejście   może   się  nieco 

opóźnić. Jeśli tak się stanie, Pietro, wiesz, co masz robić. Zaprowadzić ich w spokojne miejsce.

- A co z tobą?

- Będę robił co w mojej mocy, aby ocalić życie - rzekł Azzie. - My, demony, mamy 

wysoce rozwinięty instynkt dbania o własną skórę.

Azzie, Aretino i grupka pielgrzymów  weszli w burzliwą noc zagłady,  jaka spadła na 

Wenecję.

background image

ROZDZIAŁ 5

Opuścili oberżę i wkroczyli w burzę. Ulice pełne były ludzi, usiłujących uciec z miasta; 

woda sięgała teraz do pasa i nadal przybierała. Aretino wziął ze sobą mnóstwo pieniędzy na 

łapówki, ale nie było ani jednego gondoliera, którego by mógł przekupić. Różne przystanie nad 

Canale Grande zostały porzucone wiele godzin temu.

- Nie mam pojęcia, co robić - powiedział poeta do Azziego. - Zdaje się, że każda łódź w 

mieście została rozbita lub jest już dawno wynajęta.

- Istnieje jeszcze pewien sposób uratowania pielgrzymów - rzekł demon. - Niewątpliwie 

wyniknie   z   tego   kolejna   anomalia,   za   którą   będę   odpowiedzialny,   ale   spróbujemy   jej   mimo 

wszystko. Musimy znaleźć Charona; jego łódź zawsze znajduje się w pobliżu miejsc takich jak to 

- obfitujących w tylu zmarłych i umierających. Jest on znawcą tragedii na wielką skałę,

- Prawdziwy Charon z greckich mitów?

-   Z   pewnością.   W   jakiś   sposób   nadal   potrafi   przewozić   ludzi   w   ciągu   całej   epoki 

chrześcijaństwa. To także jest anomalia, ale za nią nie można już winić mnie.

- Czy on zabierze żywych? Słyszałem, iż łódź Charona służy tylko tej drugiej kategorii 

ludzi?

- Znam go wcale dobrze; robiliśmy razem interesy. Sądzę, że zrobi wyjątek, gdyż jest to 

katastrofa w jego guście.

- Gdzie go znajdziemy?

Azzie poprowadził ich we właściwym kierunku; Aretino chciał wiedzieć, skąd ten wielki 

pośpiech w wyprowadzaniu pielgrzymów.

- Czy sytuacja jest naprawdę tak zła? - zapytał.

-   Tak;   upadek   Wenecji   to   dopiero   początek,   który   zapowiada   rozpad   całego 

wszechświata. Zarówno system kopernikowski jak i ptolemeuszowski przeżywają trudności, a 

wszędzie można dostrzec oznaki wstrząsu wywołanego przez anomalie. Już teraz ulice pełne są 

rozmaitych dziwów i cudów. Ustał wszelki handel i nawet miłość wygasła.

- Nie rozumiem - rzekł Aretino. - Co to za eksplozja anomalii? Co się stanie? Jak objawi 

się ta katastrofa? Po jakich znakach się ją rozpozna?

- Nie obawiaj  się, zauważysz  ją bez wątpienia  - zapewnił  go Azzie.  - Nastąpi nagła 

nieciągłość w biegu życia. Pomiędzy przyczynami  oraz ich skutkami nie będzie już żadnego 

sensu.   Wnioski   nie   będą   gładko   wypływać   ze   swoich   przesłanek.   Jak   ci   już   powiedziałem, 

background image

rzeczywistość rozwidli się na dwie gałęzie; jedna potoczy się dalej z historią Europy i Ziemi, jak 

gdyby ta pielgrzymka nigdy nie miała miejsca, podczas gdy druga będzie kontynuowała to, co się 

teraz dzieje, przynosząc ze sobą skutki wywołane moją farsą. Ta gałąź, ta katastrofa, zostanie 

odesłana do Limbo, gdzie będzie się powtarzać w nieskończoność, w pętli większej niż cała 

zewnętrzna przestrzeń. Musimy wyprowadzić stąd pielgrzymów, zanim się to stanie.

Jednak Charona nie można było nigdzie znaleźć. Azzie i Aretino dokładali wszelkich 

starań, prowadząc swoich podopiecznych z miejsca na miejsce, w nadziei ocalenia ich. Niektórzy 

spośród mieszkańców miasta postanowili popłynąć wpław do stałego lądu i tonęli; wielu z nich 

było wciąganych pod wodę przez innych pływaków borykających się z odmętami.

Kilka nielicznych pozostałych gondoli było już zajętych przez pasażerów. Ci, szczęśliwi, 

że dostali się na łódź, wyciągnęli miecze i grozili nimi każdemu, kto się do nich zbliżył. Demon i 

poeta   przeszukiwali  kręte,   wąskie  uliczki,  mając  nadzieję   znaleźć   przewoźnika  zmarłych.  W 

końcu   natrafili  na   jego  niekształtną  łódź   z  drewnianymi  burtami,  pomalowanymi   na  czarny, 

matowy kolor. Azzie podszedł do relingu w tabaczkowym kolorze i oparł na nim swą wąską 

stopę, wołając:

- Hej, przewoźniku!

Z małej kabiny wyszedł w światło latarni wysoki, chudy starzec o zapadłych szczękach 

oraz oczach płonących nienaturalnym blaskiem.

- Azzie! - powiedział na powitanie. - Masz niezwykłą skłonność wyskakiwać nagle tam, 

gdzie nikt się ciebie nie spodziewa.

- Co robisz w Wenecji, Charonie, tak daleko od twego zwykłego szlaku na Styksie?

-   Wszyscy   przewoźnicy   zmarłych   otrzymali   rozkaz   rozszerzenia   swych   usług   na   tę 

okolicę. Wiem z wiarygodnego źródła, że odbędzie się tu wymieranie, jakiego świat nie widział 

od czasów Atlantydy.

- Chciałbym wynająć twoją łódź.

- Czy to naprawdę konieczne? Miałem zamiar przespać się trochę, zanim zacznie się ten 

wielki exodus zmarłych,

-   Cała   struktura   rzeczywistości   jest   w   wielkim   niebezpieczeństwie   -   rzekł   Azzie.   - 

Potrzebuję twojej pomocy, aby usunąć stąd przyjaciół.

- Nie pomagam nikomu - stwierdził Charon. - Mam własny rozkład jazdy. Jest tu całe 

mnóstwo nieboszczyków, czekających na przewiezienie do kramy umarłych.

background image

- Zdaje mi się, iż nie doceniasz powagi sytuacji.

- Dla mnie nie jest ona poważna - odparł Charon. - W jaki sposób przychodzi Śmierć, to 

sprawa Wyższego Świata. W Królestwie Zmarłych panuje absolutny spokój,

- Właśnie usiłuję ci wytłumaczyć, że ten porządek może nie trwać już zbyt długo - nawet 

w Królestwie Zmarłych. Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że i Śmierć może umrzeć?

- Martwa Śmierć? Cóż za niedorzeczny pomysł?!

- Mój drogi, jeżeli Bóg może umrzeć, to Śmierć także - i to bardzo boleśnie. Próbuję ci 

właśnie wyjaśnić, że wszystko się wali. Wraz z innymi możesz zostać zmieciony z powierzchni 

istnienia.

Charon był sceptyczny, ale pozwolił się przekonać.

- Co mam zrobić?

- Muszę usunąć stąd pielgrzymów i odprowadzić ich tam, skąd przyszli. Tylko w tym 

wypadku Ananke będzie mogła przywrócić wszystko do normalnego stanu.

Gdy tego chciał, Charon potrafił działać szybko. Kiedy tylko pielgrzymi znaleźli się na 

pokładzie, pokierował łodzią, stojąc na rufie z rumplem steru pod pachą i wyglądając niczym 

ubrany   w   przeciwdeszczowy   płaszcz   strach   na   wróble.   Rozklekotana   stara   łajba   nabierała 

szybkości, napędzana ramionami martwych wioślarzy siedzących pod pokładem, poza zasięgiem 

wzroku   pasażerów.   Wokół,   w   oblężonym   mieście   wybuchały   pożary,   strzelając   w 

czarnoniebieskie niebo upiorną czerwienią i żółcią. Krypa  przepłynęła  przez odnogę zatoki i 

wkrótce zaczęła się ślizgać przez trzciny oraz moczary. Otoczenie wyglądało bardzo dziwnie; 

Charon   płynął   na   skróty   przez   wodne  połączenie,   stanowiące   przejście   z   jednego   świata   do 

drugiego.

- Czy tak wyglądał początek świata? - spytał Aretino.

- Nie byłem przy samym początku - odparł Charon - ale dość blisko niego. Taką, postać 

miał świat przed wszelkim stworzeniem, kiedy nie istniały prawa fizyczne, gdy nie było rozumu i 

wszystko było magią. Ten dawny świat odwiedzamy jeszcze czasem w naszych snach. Niektóre 

krajobrazy   wywołują   jego   wspomnienie   -   tego   miejsca   starszego   niż   Bóg,   starszego   niźli 

wszystko, co wokół nas istnieje. Świata przed powstaniem wszechświata.

W   tyle   łodzi   Aretino   sprawdzał   listę   obecności,   by   przekonać   się,   czy   są   wszyscy 

pielgrzymi. Wkrótce doliczył się dwóch czy trzech sprytnych Wenecjan, którzy skorzystali ze 

background image

sposobności wywołanej ogólnym zamieszaniem, aby przedostać się łodzią Charona na stały ląd. 

Nie było w tym nic złego; znalazło się dość miejsca dla kilku dodatkowych pasażerów, zwłaszcza 

że nigdzie nie można było doszukać się Kornglowa oraz Leonory. Poeta zapytał, czy ktoś wie coś 

o nich, ale nikt ich nie widział od czasu uroczystości że świecznikami. Reszta była w łodzi - 

wszyscy z wyjątkiem Azziego, który stał na pirsie i odwiązywał cumę.

- Nie ma Kornglowa i Leonory! - zawołał do niego poeta.

- Nie możemy dłużej czekać! - stwierdził Charon. - Śmierć ściśle trzyma się rozkładu 

jazdy.

- Ruszajcie bez nich - zdecydował demon.

- Ale co z tobą? - chciał wiedzieć Aretino.

- Jest coś, co mnie zatrzymuje - rzekł Azzie.

Wtedy   to  poeta   zauważył   jakiś   cień   za   plecami   demona,   który,   jak  mu   się   zdawało, 

schwycił Azziego za szyję. Demon rzucił linę na pokład. Gdy wiosła umarłych uderzyły o wodę, 

łódź Charona zaczęła płynąć.

- Czy nie możemy nic dla ciebie zrobić? - zawołał poeta.

- Nie! - odkrzyknął Azzie. - Nie zatrzymujcie się! Uciekajcie stąd.

Patrzył, jak łajba ślizgała się po mrocznych wodach, aż zniknęła w trzcinach i bagnach 

przeciwległego brzegu.

Wtłoczeni   pomiędzy   martwych   wioślarzy,   którzy   nie   stanowili   najprzyjemniejszej 

kompanii, pielgrzymi starali się w miarę możliwości wygodnie urządzić.

- Cześć - odezwała się Puss do zakapturzonej postaci, siedzącej obok niej na ławce.

- Witaj, mała damo - odparło indywiduum. Była to kobieta, która chyba umarła dość 

dawno, chociaż jakimś sposobem potrafiła nadal mówić.

- Dokąd płyniecie? - spytała Puss.

- Nasz przewoźnik, Charon, wiezie nas do piekła - odparła zakapturzona.

- Och, tak mi przykro - użaliła się dziewczyna.

- Nie ma czym się przejmować - odparła tamta. - Wszystko tam zmierza.

- Nawet ja?

- Nawet ty. Ale nie musisz się już teraz tym martwić. Zanim to nastąpi, upłynie jeszcze 

dużo czasu.

background image

Siedzący z drugiej strony Quentin zapytał:

- Czy na tej łodzi jest coś do jedzenia?

- Nic dobrego - powiedziała zakapturzona postać. - To, co mamy, jest gorzkie.

- Tak naprawdę, wolałbym coś słodkiego - stwierdził Quentin.

-   Bądź   cierpliwy   -   poradziła   mu   Puss.   -   Nikt,   kto   nie   utracił   życia,   nie   otrzyma 

pożywienia na łodzi umarłych. Zdaje mi się, że widzę brzeg przed nami.

- To dobrze - przystał Quentin.

Jego pragnieniem było nadal służyć duchom jako posłaniec; to było takie zabawne.

background image

CZĘŚĆ JEDENASTA

ROZDZIAŁ l

Wenecja zdawała się nieodwołalnie skazana na zagładę. Istniał jednakże sposób, w jaki 

Azzie mógłby ją jeszcze ocalić. Musiałby się w tym celu udać do Zakulisowego Wszechświata, 

gdzie znajdowała się Kosmiczna Maszyneria - było to w tej części kosmosu, w której panuje 

symbolizm.

Aby się tam dostać, zmuszony byłby postępować według całego szeregu instrukcji, z 

których nigdy wcześniej nie korzystał i o których sądził, iż nigdy nie będą mu potrzebne. Teraz 

jednak   nadszedł   właściwy   czas.   Znalazł   osłonięte   miejsce   pod   balustradą   mostu   i   wykonał 

skomplikowany znak. Bezosobowy głos jednego ze Strażników Drogi zapytał:

- Jesteś aby pewien, że chcesz to zrobić?

- Tak - odparł Azzie.

I zniknął.

Pojawił się ponownie w małej poczekalni. Pod jedną ścianą stała długa, wyściełana sofa, 

przy drugiej dwa krzesła. Duża lampa rzucała łagodne światło na stos czasopism leżących na 

pobliskim stoliku. Pod trzecią ze ścian siedziała ubrana w togę osoba przyjmująca interesantów; 

przed nią stało coś, co wyglądało  na biurowy interkom.  Postać przypominała  kobietę  z tym 

jednym  wyjątkiem,  że na ramionach  nosiła głowę aligatora.  Jej widok ostatecznie  przekonał 

Azziego, iż istotnie znalazł się w miejscu, gdzie światem rządziła symbolika.

- Czym możemy panu służyć, sir? - zapytała recepcjonistka.

- Jestem tu, aby zrobić przegląd symbolicznej maszynerii.

- Wejdź. Spodziewaliśmy się ciebie.

Przez zwykle drzwi Azzie wkroczył w byt o konsternujących właściwościach - była to 

zarówno   zamknięta,   jak   i   nieskończona   uniwersalna   przestrzeń,   zapełniona   niezliczonymi 

elementami. Wyglądała niczym fabryka lub szydercza, trójwymiarowa impresja na temat zakładu 

produkcyjnego, której końca nie było widać. To miejsce, znajdujące się poza realną przestrzenią i 

czasem, zdawało się całkowicie wypełnione pracującą maszynerią - z niezliczoną rozmaitością 

zawieszonych w powietrzu trybów i wałów, obracających się z brzękiem, sykiem i szczękiem, za 

pomocą pasów transmisyjnych, które je napędzały.

background image

Przedzielone  wąskimi   ścieżkami,   we wszystkich   kierunkach  biegły  w  nieskończoność 

rzędy   maszyn.   Na   jednej   z   dróżek   stał   wysoki,   chudy   mężczyzna   w   szarym   roboczym 

kombinezonie w wąskie białe prążki oraz w czapce z daszkiem z tego samego materiału. Chodził 

naokoło z oliwiarką w ręku, pilnując, aby maszynerią pracowała z minimalnym tarciem.

- Co się tutaj dzieje? - spytał Azzie.

- Cały czas Ziemi ściskany jest w pojedynczy, wąski pasek i przepuszczany przez rolki. A 

tu wychodzi jako tkanina - szeroka i cienka niczym pajęczyna.

Starzec pokazał mu długie wałki, gdzie linie czasu tkane były w draperię przedstawiającą 

(i w pewnym sensie będącą nią) całą historię świata - aż po chwilę obecną. Azzie przyjrzał się 

uważnie i znalazł uszkodzone miejsce.

- A to? - zapytał.

- Ach, ten fragment dotyczy momentu, kiedy została zburzona Wenecja - odparł starzec. - 

Widzisz,   stanowiła   ona   jedną   z   głównych   nici   w   strukturze   cywilizacji,   w   związku   z   czym 

powstanie pewna nieciągłość, jeśli chodzi o kulturowy aspekt struktury czasoprzestrzeni, dopóki 

inne miasto nie przejmie jej roli. Możliwe też, że cała ta tkanina utraci swoją świetność skutkiem 

braku jednego z jej najlepszych fragmentów. Trudno przewidzieć doniosłość konsekwencji tak 

wielkiego upadku jak ten.

- Chyba  szkoda to zostawić - rzekł Azzie; ponownie przyjrzał się niciom tworzącym 

osnowę. - Spójrz, gdybyśmy się cofnęli i wyrwali tę jedną nić, Wenecja byłaby ocalona.

Azzie znalazł pasemko odpowiadające momentowi, w którym zaczął swoją grę ze złotymi 

kandelabrami;   w  tym   punkcie   przypieczętowana   została   zagłada  Wenecji.   Trzeba  koniecznie 

wymazać  tę chwilę z przyczynowo-skutkowej tkaniny historii świata, by odsunąć kosmiczną 

katastrofę.

-   Mój   drogi,   młody   demonie,   wiesz   przecież   bardzo   dobrze,   że   nie   możemy   robić 

bałaganu w splocie czasu. Zgadzam się, że byłoby to bardzo łatwe; ale nie polecam ci tego.

- A co, jeżeli mimo wszystko nie posłucham cię?

- Spróbuj, to się przekonasz.

- Nie będziesz starał się mnie powstrzymać?

Starzec potrząsnął głową.

- To nie należy do moich obowiązków. Moim zadaniem jest jedynie doglądanie procesu 

tkania draperii.

background image

Azzie wyciągnął rękę i zdecydowanym ruchem wyrwał nić oznaczającą jego spotkanie z 

pielgrzymami. Kiedy ją zerwał, nitka zapłonęła gwałtownym ogniem. Wynik swego działania 

mógł dostrzec natychmiast. Tkanka materiału zabliźniała się powoli. Wenecja została ocalona. 

Nic prostszego.

Azzie odwrócił się, aby odejść, ale zatrzymał się, kiedy w plecy postukał go lodowaty 

palec. Obejrzał się; dozorcy maszyn nigdzie nie było.

- Azzie Elbub? - zapytał złowieszczy głos.

- Tak, to ja. Kim jesteś?

- Mów mi Bezimienny. Wygląda na to, że znowu to zrobiłeś.

- Co takiego?

- Wywołałeś jeszcze jedną anomalię nie do przyjęcia.

- No... a czy ci to przeszkadza?

- Jestem zjadaczem anomalii - rzekł Bezimienny. - Stanowię specjalną okoliczność, która 

powstaje w przepaści wszechświata, gdy sprawy zachodzą zbyt daleko. Jestem tym, przed którym 

Ananke próbowała cię ostrzec. Przez swoje działanie powołałeś mnie do istnienia.

- Przykro mi to słyszeć - stwierdził Azzie zupełnie szczerze. - Nie zamierzałem budzić cię 

z twojego snu nieistnienia. A co będzie, jeśli przyrzeknę, że już nigdy więcej nie wywołam 

żadnej anomalii?

-  To   nie  wystarczy   -  powiedział  Bezimienny.   -  Tym  razem   odpokutujesz  za   to,  mój 

chłopcze. Zbyt często majstrowałeś przy maszynerii wszechświata. A skoro już przy tym jestem, 

to myślę, że może mógłbym zburzyć kosmos, obalić Ananke i zacząć wszystko od początku - ze 

mną jako Najwyższym Bóstwem?

- Jest to najbardziej przesadna reakcja, o jakiej kiedykolwiek dane mi było  słyszeć - 

stwierdził Azzie. - Aby zniszczyć jedną anomalię proponujesz spowodować jeszcze większą?

- Cóż, w ten sposób rozpada się wszechświat - rzekł Bezimienny. - Obawiam się, że będę 

zmuszony cię unicestwić.

-   Sądzę,   że   będziesz   musiał   spróbować   -   zgodził   się   Azzie.   -   Dlaczego   jednak   nie 

załatwisz tego z Ananke? Ona jest tu najwyższą władzą.

- Nie prowadzę interesów w ten sposób - powiedział Bezimienny. - Zacznę od ciebie. Gdy 

zjem twoją duszę i spłuczę ją haustem twego ciała, pomyślę o tym, do kogo mam się udać w 

następnej kolejnosci. Taki mam rozkład dnia.

background image

ROZDZIAŁ 2

Bezimienny machnął czymś, co mogło być ramieniem. Zanim Azzie miał choćby okazję 

pożegnać się z dozorcą, doprowadzony ciupasem znalazł się przy stoliku w kawiarni pod gołym 

niebem w mieście, którego architektura bardzo przypominała Rzym.

Ten   transfer,   którego   Bezimienny   dokonał   bez   żadnej   widocznej   aparatury,   zrobił   na 

Azziem spore wrażenie, ale uważał, żeby w żaden sposób nie okazać swego podziwu. W każdym 

razie wyglądało na to, że Mister B. ma tęgi łeb, Sam Bezimienny był wraz z nim, w ludzkim ciele 

z nadwagą i w tyrolskim kapeluszu na głowie. Zjawił się kelner w białym  garniturze; Azzie 

zamówił cinzano i zwrócił się do towarzysza:

- W porządku. Teraz co do tej walki. Czy będziemy mieli jakieś reguły, czy cały czas 

wolnoamerykanka?

Demon zdawał sobie sprawę z faktu, że nie potrafi pokonać Bezimiennego, w którym 

domyślał się dopiero co zrodzonego superbóstwa; robił jednak dobrą minę do złej gry, starając 

się blefem osiągnąć jakąś korzyść.

- W którym stylu walki jesteś lepszy? - chciał wiedzieć jego przeciwnik.

- Jestem znany jako mistrz zapasów bez reguł - odparł Azzie.

- Tak? W takim razie sądzę, że będziemy mieli pewne zasady.

Azzie wiedział, iż z regułami mógł się uporać. Przeciwstawiał się im od urodzenia, a więc 

miał już pewien plus. Uważał jednak, by nie okazywać swego zadowolenia.

- Według jakich zasad chcesz walczyć? - spytał Bezimienny.

Azzie rozejrzał się dookoła.

- Jesteśmy w Rzymie?

- Tak.

- W takim razie walczmy według przepisów zapasów gladiatorskich.

Zaledwie wypowiedział te słowa, doznał zawrotu głowy, a kiedy oprzytomniał, ujrzał, iż 

znajduje się na arenie wielkiego amfiteatru; puste miejsca siedzące wznosiły się ponad nim ze 

wszystkich stron. Azzie był nagi, tylko z przepaską na biodrach. Widocznie nowe bóstwo było 

nieco   pruderyjne;   warto   było   o   tym   pamiętać.   Oglądając   się   zobaczył,   że   trzyma   tarczę   w 

antycznym stylu i klasyczny, krótki rzymski miecz.

- Szybki jesteś - powiedział demon.

- Chwytam wszystko w lot - odparł Bezimienny, którego głos: nie docierał z żadnego 

background image

określonego kierunku.

- Co teraz?

- Walka wręcz - rzekło bóstwo. - Tylko ty i ja. Oto nadchodzę.

Z jednej strony amfiteatru otwarły się drzwi. Rozległ się hałaśliwy, warczący dźwięk iż 

tunelu wytoczył  się duży,  metalowy przedmiot na gąsienicach. Azzie widział już kiedyś  coś 

podobnego, gdy podczas pierwszej wojny światowej zwiedzał pola bitew we Francji. Miał przed 

sobą normalnej wielkości wojskowy czołg, ze standardowym uzbrojeniem oraz armatą.

- Czy siedzisz w czołgu? - zapytał Azzie ciekawie.

- Ja jestem tym czołgiem - sprecyzował Bezimienny.

- Nie jesteśmy całkiem równo dobrani, nie uważasz?

- Nie marudź - rzekło bóstwo.

Czołg poturkotał naprzód, jego niebieskie gazy spalinowe ryczały chórem wyzwania, a z 

obu burt maszyny wystawały macki zakończone brzęczącymi piłami. Azzie cofał się, aż poczuł 

na plecach ścianę.

- Zaczekaj! - krzyknął. - A gdzie jest publiczność?

- Co takiego? - zdziwił się czołg, hamując.

- Nie możemy odbyć prawdziwej walki gladiatorskiej bez widowni na trybunach - upierał 

się Azzie.

Otworzyły się drzwi stadionu i do amfiteatru poczęły napływać tłumy ludzi. Azzie znał 

ich wszystkich. Na początku kroczyli greccy bogowie w swoich udrapowanych jak na posągach 

białych   szatach.   Potem   weszła   Ylith   z   Babrielem,   idąc   kilka   kroków   przed   Michałem. 

Bezimienny przyjrzał się im i chyba nie spodobało mu się to, co zobaczył.

- Chwileczkę - powiedział. - Krótka przerwa, dobrze?

Wraz z Bezimiennym, Azzie znalazł się w dziewiętnastowiecznym pokoju mieszkalnym.

background image

ROZDZIAŁ 3

Zastanów się - powiedziało bezimienne bóstwo. - Widzisz, że przewyższam cię klasą i 

mam nad tobą przewagę. Ale nie masz się czego wstydzić, bo nikt nie może mi się oprzeć. 

Jestem widocznym znakiem tego, co ma przyjść.

- Zabij mnie więc i skończmy z tym - rzekł Azzie.

- Nie. Mam znacznie lepszy pomysł. Chcę darować ci życie. Pragnę, abyś znalazł się wraz 

ze mną w tym nowym wszechświecie, który stworzę.

- Do czego jestem ci potrzebny?

- Nie potrzebuję cię. Wyjaśnijmy to sobie dokładnie. Chodzi tylko o to, że gdy już raz się 

urządzę,  to   chciałbym  mieć   przy  sobie  kogoś,  z  kim   mógłbym   porozmawiać.   Kogoś  z   tych 

dobrych,   starych   czasów,   które   są   teraz.   Kogoś,   kto   nie   został   stworzony   przeze   mnie. 

Podejrzewam,   że   byłoby   nudno,   gdybym   nie   mógł   pogadać   z   nikim   innym,   jak   tylko   z 

emanacjami własnego jestestwa. Wyobrażam sobie, że to dlatego wasz Bóg odszedł - zmęczył się 

tym, że nie miał z kim toczyć rozmów. Z nikim z dawnych czasów, mam na myśli. Z nikim, kto 

w takim czy innym sensie nie był nim samym. Ja nie popełnię tego błędu. Ty reprezentujesz 

odmienny punkt widzenia, a ja mogę z tego skorzystać - chcę więc, byś ze mną został.

Azzie wahał się. Była to, naturalnie, wielka okazja. Ale jednak...

- Dlaczego zwlekasz? Mogę całkiem łatwo zetrzeć cię w pył, a zamiast tego ofiarowuję ci 

szansę przyłączenia się do mnie. Ty i tylko ty z całego obecnego wszechświata, Azzie, będziesz 

żył nadal po ostatecznej zagładzie. Zmieciemy ich wszystkich - bogów, diabły, ludzi, przyrodę, 

przeznaczenie, przypadek, wszelkie dzieła. Zaczniemy od samego początku, z lepszą obsadą. 

Pomożesz mi w zaplanowaniu tego. Możemy stworzyć co tylko zechcemy. Będziesz uczestniczył 

w budowie nowego wszechświata! Staniesz się jednym z jego założycieli. Nie można już chyba 

bardziej uczciwie postawić sprawy.

- Ale wszyscy inni...

- Zabiję ich. Muszą odejść. Nie próbuj zmieniać mojej decyzji.

- Jest młody chłopak, nazywa się Quentin...

- Będzie żył w twojej pamięci.

- Jest czarownica Ylith...

- Czyż nie masz na pamiątkę pukla jej włosów?

- A nie możesz zostawić jej przy życiu? - spytał Azzie. - I chłopca także? Resztę zabierz.

background image

- Oczywiście, że mogę ich ocalić. Mogę zrobić wszystko, co zechcę. Ale nie pozwolę jej 

żyć. Ani dziecku. Ani nikomu innemu. Tylko tobie, Azzie. Widzisz, jest to też pewien rodzaj 

kary.

Azzie spojrzał na Bezimiennego.  Odniósł wrażenie,  iż nowy kosmiczny porządek nie 

będzie się bardzo różnił od dotychczasowego. Ale nie zamierzał być tego świadkiem. Czas było 

walczyć i umierać.

- Nie, dzięki - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ 4

Czołg   turkotał   naprzód;   teraz   była   to   piękna   maszyna   z   amalgamatu   aluminium   i 

jarzącego się chromu. Rozgrzana do białości, żarzyła się i zbliżała do Azziego. Demon odskoczył 

w bok. Ponieważ czołg był w stanie topnienia, koła napędowe gąsienic wykrzywiły się i nagle 

pojazd począł poruszać się z wielkim trudem. Tego to szczegółu Bezimienny nie wypracował 

zbyt dobrze.

Czołg wystrzelił z armaty.  Z jej otworu wyleciała wypełniona powietrzem plastikowa 

kula, która pękła w zetknięciu z piaskiem, a z jej wnętrza wysypały się pchły i młode myszki. 

Wszystkie razem zabrały się do kopania czegoś, co wyglądało na dół do pieczenia mięsa. Azzie 

uważał jednak, by niczego nie osądzać zbyt pośpiesznie: nie wiedział, co Bezimienny planował. 

Jeżeli miał w ogóle jakiś pomysł.

Działo wystrzeliło  ponownie, ale tym  razem wyleciał  z niego plik nut zapisanych  na 

liniowanym papierze. Azzie usłyszał, jak Bezimienny mówił:

- Miała być kanonada, a nie kanon muzyczny!

Najwyraźniej   Bezimienny   miał   problemy   z   opanowaniem   swej   wybujałej   wyobraźni. 

Armata dała ponownie ognia i tym razem wyrzuciła kaskadę różnokolorowych stożków, które 

mamrotały, bulgotały i rozbryzgiwały wokół żrący, musujący płyn.

Pojazd doczołgał się do środka areny. W jego ruchach zauważało się jakieś wahanie, bo 

chociaż przekonał się, że Azziego można było lekceważyć jako przeciwnika, to sam Bezimienny 

był największym swoim wrogiem. Azzie uniósł w górę duży, gotowy do rzutu kamień.

A wtedy, wychodząc z bryły Bezimiennego, pojawił się tłum znanych z historii ludzi bez 

głów: Czarnobrody, Anna Boleyn, lady Jane Gray, Jeździec bez Głowy, Jan Chrzciciel, Ludwik 

XIV, Maria Antonina, Maria Stewart, Meduza, sir Thomas More i Maksymilian de Robespierre. 

Wetknąwszy swe czerepy pod lewe ramiona, utworzyli w wojskowy sposób falangę, w prawych 

rękach   trzymając   długie   lance   o   srebrzystych   grotach.   Prowadził   ich   Robespierre,   który 

powiedział później, iż było to najtrudniejsze, co kiedykolwiek zrobił.

Azzie przywołał swoje własne zastępy, które zjawiły się natychmiast z ciężką bronią, ale 

jeszcze szybciej rozpłynęły się w powietrzu. Jedna z reguł Bezimiennego stanowiła, że Azzie 

będzie musiał zrobić wszystko sam.

Potem Bezimienny rozwarł pełną mułu oraz głazów paszczę i wznosząc się nad Azziem, 

zamierzał go połknąć.

background image

- Jesteś szalony! - krzyknął Azzie.

- Nie - odparł Bezimienny. - Dlaczego nie umierasz?

- Bo jesteś marnym stworzeniem - stwierdził demon,

- Czy jesteś pewny, że ta walka jest nam potrzebna? Nie możesz po prostu umrzeć i 

skończyć z tym?

- Przykro mi, ale nie - wymamrotał Azzie.

background image

ROZDZIAŁ 5

Demon rozejrzał się dookoła. Dwunastu Olimpijczyków, z Zeusem na czele, siedziało na 

marmurowych   schodach   obok   Babriela,   Ylith   i   Michała.   Byli   tam   także   ludzie   z   nowszych 

czasów - królewicz Czaruś z księżniczką Scarlet oraz Johann Faust i Małgorzata. Wstali i jak 

jeden mąż weszli na arenę.

- To nie fair. Nie wolno ci sprowadzać pomocy.

- Nie wezwałem ich - powiedział Azzie, - Sami przyszli.

- Ja nie miałem jeszcze czasu, by stworzyć sobie przyjaciół i sprzymierzeńców.

- Wiem - przyznał Azzie. - Postanowiłeś rozegrać to samodzielnie.

- Teraz jest już za późno - rzekł archanioł Michał, stojąc na czele Zastępów Niebieskich. - 

Sądzę, że wszyscy się zgadzamy co do tego, że ty, Bezimienny, zupełnie nie nadajesz się do 

pełnienia roli Najwyższego Bóstwa. Połączymy teraz nasze siły i pozbędziemy się ciebie.

A potem rozległ się śpiew, w którym silny, męski głos prowadził podniosłą melodię. Był 

to Aretino intonujący renesansową wersję pieśni  Naprzód chrześcijańscy rycerze. Chór składał 

się z pozostałych postaci farsy - Quentina, Puss, Kornglowa, Leonory, sir Olivera, Matki Joanny, 

Rodriga oraz Cressildy. Utworzyli wokół walczących ciasne koło i dopingowali Azziego.

„Jak to głupio z ich strony” - myślał Azzie, bo przecież nie mógł nic zrobić. Potęga tego 

stworzenia, wyklutego w najczarniejszych ostępach nieprawdodopodobieństwa, już teraz okazała 

się dla niego zbyt wielka.

- Nie musisz umierać - powiedziała do niego Ylith. -  Ananke zostanie pokonana tylko 

wtedy, jeżeli i ty przegrasz. Miałeś odwagę wyreżyserować swoje przedstawienie, więc walcz 

dalej!

background image

ROZDZIAŁ 6

W porządku - powiedział Bezimienny, przybierając coś w rodzaju ludzkiej postaci. - Mała 

grecko-rzymska potyczka na śmierć i życie.

I złapał Azziego w mocny chwyt.

- Nie możesz go zabić! - zawołał Quentin.

- Nie mogę? A to dlaczego?

- Bo on jest moim przyjacielem.

- Młody człowieku, chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, w jak niebezpiecznej sytuacji 

się   znalazłeś.   Jestem   zjadaczem   dusz,   mój   chłopcze;   a   twoja   duszyczka   będzie   niczym 

maraskinowa wisienka na bitej śmietanie lodów z tego głupiego demona.

- Nie! - Quentin uderzył Bezimiennego w głowę otwartą dłonią.

Kreatura cofnęła się na swoich kołach, odsłaniając zęby, a Puss walnęła superbóstwo w 

żołądek. Bezimienny upadł na skrwawiony piasek, a na arenę wszedł sir Oliver, niosąc lancę i 

przy pomocy matki Joanny wykłuł mu oko.

- O, tego już za wiele! - stwierdził Bezimienny z urazą, gdy drzewce przeszyło jego 

głowę.

I umarł.

Ponad nimi, na niebie, pojawiła się Ananke, a jej twarz starej, jowialnej damy jaśniała 

uśmiechem.

- Dobrzeście się spisały, moje dziatki - zawołała. - Wiedziałam, że w krytycznej sytuacji 

będziecie umieli ze sobą współpracować.

- A więc to dlatego uknułaś ten plan! - wykrzyknął Azzie.

- To był tylko jeden z powodów, mój kochany - wyjaśniła Konieczność. - Zawsze są 

powody w powodach, a każdy powód powodu może sam być rozłożony na składające się nań 

powody. Nie kwestionuj tego, mój przyjacielu. Żyjecie.

I wtedy wszyscy zaczęli tańczyć. Trzymali się za ręce i wznosili w powietrze. Lecieli 

szybciej i wyżej, wszyscy razem, wszyscy z wyjątkiem...

background image

ROZDZIAŁ 7

Aretino zbudził się nagłe, ziewając. Usiadł na łóżku i popatrzył przez okno. Nad Wenecją 

świeciło słońce, a obok niego, na poduszce, leżał manuskrypt: Legenda o siedmiu świecznikach. 

Poeta przypomniał sobie teraz, że miał fantastyczny sen; to było jedyne wytłumaczenie.

Azzie   odpokutował   za   wszystko,   dzięki   temu,   że   udało   mu   się   schować   Wenecję   w 

Limbo.

Wyjrzał  przez okno. Ulicą  przechodzili  ludzie,  a wśród nich spacerowali  Kornglow  i 

Leonora.

- Co słychać? - zawołał poeta.

Kornglow podniósł wzrok.

- Uważaj, Aretino. Mówi się, iż lada chwila przyjdą tu Mongołowie.

A   więc   jednak   Wenecja   była   zgubiona?   W   chwilę   później   zrozumiał   wszakże,   że 

wszystko  jest w  porządku.  Jedyne,  czego  potrzebował,  to zacisznego  miejsca,  gdzie mógłby 

usiąść i pracować dalej nad sztuką.

Aretino obudził się w przepiękny poranek i przypomniał sobie, iż w nocy miał dziwny 

sen, w którym przyszedł do niego demon i kazał mu napisać sztukę sceniczną. Jej tematem mieli 

być   pielgrzymi   i   złote   świeczniki,   a   wynik   przedstawienia   tak   zbulwersował   Moce 

Wszechświata, iż Wenecja została skazana na zagładę. Potem jednak Ananke postanowiła ją 

ocalić, więc bieg czasu miasta, który stanowił kontynuację działalności demona, został odcięty i 

odesłany do Limbo. On zaś obudził się w prawdziwym świecie.

Poeta wstał i rozejrzał się dookoła. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Ciekaw był, co 

działo się z tą drugą Wenecją, tą w Limbo.

background image

ROZDZIAŁ 8

Fatus był nieco przerażony, gdy mu powiedziano, że do Limbo przybyło nowe miasto. 

Limbo mieściło wiele regionów, które niegdyś istniały, a także wiele takich, których nigdy nie 

było. Znajdował się tutaj ogród Hesperyd, dwór Artura z Camelotu i zagubione miasto Lys.

Nową miejscowością okazała się Wenecja; Wenecja Katastrof. Fatus spacerował po niej i 

podziwiał jej piękno. Zamieszkujący ją ludzie nie wiedzieli, że miasto zanikało i umierało, aby 

każdego dnia znowu się odrodzić. Chodził pomiędzy scenami śmierci i umierania; i bardzo żywo 

to odczuwał. Codziennie będzie się to zaczynać na nowo. Chciał powiedzieć ludziom, by się nie 

bali, ale Wenecjanie nie słuchali go; żyli więc zawsze w stanie trwogi, zaczynającej się co dzień 

od nowa.

Fatus   podszedł   do   zakochanych,   Kornglowa   i   Leonory.   Krzepiące   było   znaleźć   tych 

dwoje  ludzi, dla  których  życie  i wzajemna  miłość  stanowiła  ciągłą  rewelację  i stałą  radość. 

„Idźcie i nauczajcie innych” - powiedział im, ale śmiali się z niego. „To, jak należy żyć, jest 

proste - mówili - każdy może to zrobić; tu nie ma czego uczyć.”

Fatus wrócił do swego zamku i dumał o własnych dawnych sprawach; był ciekaw, co 

może nastąpić dalej.

background image

ROZDZIAŁ 9

W Wenecji, tej w Limbo, Kornglow i Leonora rozmawiali o Aretinie.

- Ciekawa jestem, czy kiedykolwiek napisze swoją sztukę?

-   Może   napisze,   ale   nie   tę   prawdziwą.   Tę,   w   której   umieramy   każdego   wieczora   i 

odradzamy się każdego ranka. Mam nadzieję, iż nie boisz się śmierci, kochanie?

- Może troszeczkę. Ale jutro znowu będziemy żyli, prawda?

- Takie jest moje przekonanie. Jednak kiedy nadejdzie, śmierć  będzie odczuwana jak 

śmierć.

- Musimy teraz umrzeć?

- Cała Wenecja umiera dziś wieczorem.

Rozległ się stukot podków. Jeźdźcy w mieście! Mongołowie! Kornglow walczy dzielnie, 

lecz zostaje przeszyty lancą. Azjaci usiłują pochwycić Leonorę, ale elficzka jest dla nich zbyt 

szybka - nie urodził się jeszcze taki Mongoł, który potrafiłby poruszać się równie szybko, jak 

córka elfów! Leonora wybiega na ulicę, skacze do wody i odpływa daleko od miasta. Fale są 

wysokie,   mury   padają,   Wenecja   płonie.   Patrzy   na   to   przez   chwilę,   ale   nie   może   już   dłużej 

utrzymać się na powierzchni wody. To jest umieranie po raz pierwszy, i chociaż jest trudne, wie, 

jak to zrobić. Jej głowa ześlizguje się pod fale.

background image

ROZDZIAŁ 10

Azzie   poczuł   zaciskającą   się   na   nim   olbrzymią   rękę.   Potem   była   ciemność.   Gdy   się 

obudził, na jego czole spoczywała chłodna dłoń. Otworzył oczy.

- Ylith! Co ty tutaj robisz? Nie wiedziałem, że demony i czarownice mają jakieś życie po 

śmierci?

- Tak się składa, że oboje nadal żyjemy.

Azzie rozejrzał się. Znajdował się w Przyjacielskiej Oberży w Limbo, miejscu neutralnym 

dla Dobrych i Złych Duchów.

- Co się stało z wszechświatem?

- Dzięki tobie Ananke była w stanie go ocalić. Wszyscy powinniśmy być ci wdzięczni, 

chociaż obawiam się, że wielu ludzi będzie się gniewać. Rada Zła rozważa możliwość udzielenia 

ci nagany; przede wszystkim za rozpoczęcie całej hecy. Ja jednak kocham cię pomimo wszystko. 

Obawiam się, że zawsze będę cię kochać.

Azzie wziął ją za rękę

- Córko ciemności - powiedział, uśmiechając się słabo. - Jesteśmy ulepieni z tej samej 

gliny.

Przytaknęła zadowolona i uścisnęła jego dłoń.

- Wiem - odrzekła.