background image

MAJ SIOWALL

PER WAHLOO

WÓZ STRAŻACKI,

KTÓRY ZNIKNĄŁ

(Jak kamień w wodę)

Przekład

HALINA THYLWE

AMBER 2010

background image

Rozdział 1

Mężczyzna,   który   leżał   martwy   na   schludnie   posłanym   łóżku,   zdjął 

marynarkę i krawat i powiesił je na krześle przy drzwiach. Buty postawił 

pod   krzesłem,   na   stopy   wsunął   czarne   skórzane   kapcie.   Wypalił   trzy 

papierosy z filtrem, zgasił je w popielniczce stojącej na nocnej szafce, po 

czym położył się na plecach i strzelił sobie w usta.

To już nie wyglądało schludnie.

Jego najbliższym sąsiadem był przedwcześnie emerytowany kapitan, który 

przed rokiem został przypadkowo postrzelony podczas polowania na łosie. 

Po   wypadku   nie   mógł   spać   i   często   kładł   nocami   pasjansa.   Właśnie 

kończył Lirę, kiedy za ścianą usłyszał strzał. Natychmiast zadzwonił na 

policję.

Za dwadzieścia czwarta rano siódmego marca dwaj policjanci patrolowi 

wyrwali bolce w drzwiach i weszli do mieszkania, w którym mężczyzna 

leżący na łóżku nie żył od trzydziestu dwóch minut. Dosyć szybko uznali, 

że   z   prawdopodobieństwem   graniczącym   z   pewnością   popełnił 

samobójstwo. Zanim wrócili do radiowozu, by poinformować centralę o 

zejściu   śmiertelnym,   rozejrzeli   się   po   mieszkaniu,   czego   właściwie   nie 

powinni byli robić. Oprócz sypialni składało się z jeszcze jednego pokoju, 

kuchni, przedpokoju, łazienki i garderoby. Nie

zauważyli żadnej wiadomości ani listu pożegnalnego. Tylko na bloczku 

przy telefonie w dużym pokoju widniały dwa słowa. Imię i nazwisko. Obaj 

dobrze je znali.

„Martin Beck".

Tego dnia imieniny obchodziła Otylia.

Tuż po jedenastej przed południem Martin Beck opuścił budynek komendy 

background image

południowej*   i   stanął   w   kolejce   w   sklepie   monopolowym   przy 

Karusellplan po butelkę nutty solera. W drodze do stacji metra kupił tuzin 

czerwonych tulipanów i puszkę angielskich herbatników. Ponieważ mamę 

obdarowano na chrzcie sześcioma imionami, wśród których była Otylia, 

postanowił ją odwiedzić i złożyć życzenia.

Mama   Martina   Becka   od   roku   mieszkała   w   dużym   wiekowym   domu 

starców.   Zdaniem  personelu   zbyt  wiekowym  i  nienowoczesnym.   Mimo 

siedemdziesięciu ośmiu lat była samodzielna, żwawa i praktycznie na nic 

się nie uskarżała. Zdecydowała się na dom starców, ponieważ nie chciała 

być   ciężarem   dla   swojego   jedynego   dziecka.   Zawczasu   zarezerwowała 

miejsce   i   kiedy   zwolnił   się   pokój,   co   było   równoznaczne   ze   śmiercią 

pensjonariusza, pozbyła się większości swoich rzeczy i przeniosła tutaj. 

Od dziewiętnastu lat, od śmierci męża, miała oparcie tylko w Martinie 

Becku, którego od czasu do czasu nękały wyrzuty sumienia, że sam się nią 

nie zaopiekował. W głębi duszy był jej wdzięczny, że wzięła sprawy w 

swoje ręce, nie prosząc go o radę.

Idąc ciemnym korytarzem, minął małą ponurą świetlicę, w której ani razu 

nikogo   nie   widział,   zatrzymał   się   przed   drzwiami   do   pokoju   matki, 

zapukał i wszedł. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Miała przytępiony 

słuch, nie usłyszała pukania. Rozpromieniona, odłożyła książkę i zaczęła 

się podnosić.

*   Potoczna   nazwa   komendy   policji   w   okręgu   Sóderort,   obejmującym 

południowe przedmieścia Sztokholmu (wszystkie przypisy tłumaczki).

Martin Beck szybko do niej podszedł, pocałował w policzek i delikatnie 

usadził na krześle.

-

Nie będziesz się teraz krzątać z mojego powodu. - Położył kwiaty na 

background image

jej   kolanach,   na   stole   postawił   butelkę   wina   i   puszkę   herbatników.   - 

Wszystkiego najlepszego, mamusiu!

Rozwinęła bukiet z papieru.

-

Ach, jakie piękne kwiaty! I herbatniki. I wino, prawda? Tak, sherry. 

Mój   kochany.   -   Wstała   i   mimo   protestów   Martina   Becka   podeszła   do 

szafki, wyjęła srebrny wazon i napełniła go wodą z kranu nad umywalką. - 

Nie jestem jeszcze taka stara i niedołężna, żebym nie mogła utrzymać się 

na nogach. Siadaj. Napijemy się sherry czy kawy?

Zdjął kapelusz i jesionkę i usiadł.

-

Co wolisz.

-

Wobec tego zrobię kawę. A na sherry zaproszę koleżanki, żeby się 

pochwalić, jakiego mam wspaniałego syna. Każdy powód do radości jest 

dobry.

Martin   Beck   przyglądał   się   jej   w   milczeniu.   Włączyła   elektryczną 

kuchenkę, nalała wody, wsypała kawę. Drobna i krucha, za każdym razem, 

kiedy ją odwiedzał, wydawała się mniejsza.

-

Nie nudzisz się, mamo?

-

Ja? Skąd, nigdy się nie nudzę.

Odpowiedziała zbyt szybko i gładko, więc jej nie uwierzył. Zanim usiadła, 

postawiła dzbanek na kuchence i wazon z kwiatami na stole.

-

Nie   martw   się   o   mnie   -   dodała.   -  Mam  mnóstwo   zajęć.   Czytam, 

rozmawiam z koleżankami, robię na drutach. Czasami jeżdżę do miasta. 

Aż przykro patrzeć, co oni wyburzają. Wiesz, że rozebrali budynek, gdzie 

tata miał firmę?

Martin Beck pokiwał głową. Ojciec prowadził niedużą firmę przewozową 

w   parafii   Klary.  Teraz   wznosił   się   tam   kompleks   handlowy   ze   szkła   i 

background image

betonu. Zerknął na fotografię ojca,

stojącą   na   komodzie   obok   łóżka.   Została   zrobiona   w   połowie   lat 

dwudziestych,   kiedy   Martin   Beck   miał   kilka   lat.   Ojciec   był   jeszcze 

młodym   mężczyzną   o   jasnym   spojrzeniu,   lśniących   czarnych   włosach, 

które czesał z przedziałkiem, i wystającym podbródku. Rzekomo Martin 

Beck   był   do   niego   podobny,   ale   on   sam   nie   dopatrzył   się   żadnych 

podobieństw No, może nie licząc wyglądu. Zapamiętał ojca jako szczerego 

i   beztroskiego,   powszechnie   lubianego,   skorego   do   śmiechu   i   żartów 

Siebie określiłby jako nieśmiałego nudziarza. Ojciec pracował wtedy na 

budowie. Potem zaczął się kryzys, ojciec stracił pracę i dosyć długo był 

bezrobotny. Matka Martina Becka nigdy nie zapomniała o latach nędzy i 

wyrzeczeń. Mimo że później nieźle im się powodziło, nie przestawała się 

martwić   o   finanse.   Nadal   kupowała   sobie   coś   nowego   tylko   wówczas, 

kiedy   naprawdę   musiała;   ubrania   i   parę   mebli,   które   zabrała   z   domu, 

nadgryzł ząb czasu.

Martin Beck próbował dawać matce pieniądze, regularnie proponował, że 

będzie opłacał jej pobyt w domu starców, ale odmawiała. Była dumna i 

uparta, chciała sama sobie radzić.

Kawa się zagotowała. Zdjął dzbanek z kuchenki i pozwolił się obsłużyć. 

Mama zawsze mu dogadzała i wyręczała we wszystkim. Nie oczekiwała 

od niego pomocy w zmywaniu ani w ścieleniu jego łóżka. Pojął złe strony 

tej troskliwości dopiero wtedy, kiedy się wyprowadził. Okazało się, że ma 

dwie lewe ręce.

Z   rozbawieniem   patrzył   na   matkę,   jak   wkłada   do   ust   kostkę   cukru   i 

łyczkami pije kawę. Nigdy dotąd tego nie robiła.

Pochwyciła jego spojrzenie.

background image

-   Na   starość   można   sobie   pofolgować.   -   Odstawiła   filiżankę   i 

wyprostowała się, luźno splatając na kolanie szczupłe dłonie, poznaczone 

brązowymi plamkami. - No, opowiadaj, co tam słychać u moich wnuków.

Martin Beck bardzo się pilnował, żeby w rozmowach z matką wyrażać się 

o   dzieciach   w   samych   superlatywach,   ponieważ   w   jej   opinii   były 

najmądrzejsze, najzdolniejsze i najpiękniejsze na świecie. Często miała mu 

za złe, że nie uświadamia sobie ich zalet, ba, zarzucała mu nawet, że jest 

nieczułym, niedobrym ojcem. Według jego trzeźwej, jak mniemał, oceny, 

córka i syn niczym się nie różnili od rówieśników. Lepszy kontakt miał z 

szesnastoletnią Ingrid, bystrą i inteligentną, która świetnie sobie radziła w 

szkole   i   w   gronie   kolegów.   Rolf,   niebawem   trzynastoletni,   był   leniwy, 

skryty,   kompletnie   nie-zainteresowany   szkołą   ani   czymkolwiek   innym, 

pozbawiony jakichś szczególnych zdolności. Martin Beck martwił się jego 

rozmamłaniem, miał jednak nadzieję, że to kwestia wieku i że z czasem 

Rolf   obudzi   się   z   letargu.   Ponieważ   nie   przyszło   mu   do   głowy   nic 

pozytywnego o synu, czym mógłby się podzielić z matką, wolał nic nie 

mówić, zwłaszcza że nie uwierzyłaby mu, gdyby powiedział, jak jest.

Kiedy  pochwalił się  ostatnimi osiągnięciami Ingrid w szkole,  matka ni 

stąd, ni zowąd spytała:

-

Rolf chyba nie chce zostać policjantem?

-

Nie wydaje mi się. Ma niespełna trzynaście lat. Trochę za wcześnie, 

żeby się tym przejmować na zapas.

-

Ale   gdyby   chciał,   musisz   go   powstrzymać.   Nie   mam   pojęcia, 

dlaczego tak się uparłeś, żeby zostać policjantem. Dzisiaj to na pewno 

jeszcze gorszy zawód niż wtedy, kiedy zaczynałeś. Dlaczego go wybrałeś, 

Martin?

background image

Martin   Beck   wpatrywał   się   w   nią   w   osłupieniu.   Owszem,   dwadzieścia 

cztery  lata  temu  była przeciwna  jego  profesji,  ale  po co  teraz  do tego 

wraca?  Od blisko  roku był komisarzem głównego wydziału  zabójstw i 

pracował w zupełnie innych warunkach.

Pochylił się i pogłaskał ją po dłoni.

-

Nie   narzekam,   mamo.   Ostatnio   przeważnie   siedzę   za   biurkiem. 

Chociaż, rzecz jasna, nie raz, nie dwa sam zadawałem sobie to pytanie.

Faktycznie. Często się zastanawiał, dlaczego został policjantem.

Naturalnie mógłby odpowiedzieć, że w czasie wojny był to dobry sposób 

na uniknięcie wojska, kiedy po dwuletnim odroczeniu z powodu choroby 

płuc uznano go za całkowicie zdrowego i gotowego do służby. W 1944 o 

odmowie nie było co marzyć. Wielu, którzy tak jak on wywinęli się od 

poboru, później zmieniło zawód, a on z czasem awansował na komisarza. 

Czyli powinien być dobrym policjantem. Teoretycznie. Istniały bowiem 

liczne   przykłady   złych   policjantów   na   wysokich   stanowiskach.   Martin 

Beck   wcale   nie   był   pewien,   czy   chce   być   dobrym   policjantem,   jeśli 

miałoby to znaczyć, że traktuje regulamin jak Biblię. Przypomniał sobie, 

co nie  tak dawno usłyszał od Lennarta Kollberga: „Pełno jest dobrych 

gliniarzy. Dobrymi gliniarzami są zakute łby, tępaki, służbiści, twardziele i 

nadęte   bubki.   Wolałbym,   żeby   gliniarzami   było   więcej   dobrych 

chłopaków".

Mama wyszła z nim i ruszyli na spacer po parku. Po dziesięciu minutach 

zmagania się ze śnieżną breją i lodowatym wiatrem, tarmoszącym nagie 

konary drzew, odprowadził ją do schodów i pocałował w policzek. Kiedy 

się   potem   odwrócił,   zobaczył,   że   macha   mu   na   pożegnanie.   Malutka, 

zgarbiona, niepozorna.

background image

Metrem wrócił do komendy przy Vastberga Alle. Idąc do siebie, uchylił 

drzwi   do   pokoju   policjanta   śledczego   Kollberga,   najbliższego 

współpracownika   i   przyjaciela.   Pusto.   Zerknął   na   zegarek.   Wpół   do 

drugiej. Dzień tygodnia: czwartek. Bez nadmiernego wysiłku umysłowego 

odgadł, gdzie może być Kollberg. Martin Beck rozważał przez sekundę, 

czy   nie   dotrzymać   mu   towarzystwa   i   przyłączyć   się   do   pałaszowania 

grochówki*, ale kiedy pomyślał o swoim żołądku, zrezygnował. Już dawał

* Grochówka i naleśniki - standardowe szwedzkie menu w czwartki.

o sobie znać po zbyt wielu kawach, które wmusiła w niego mama.

Na biurku zastał krótką informację o samobójcy. Nazywał się Ernst Sigurd 

Karlsson, miał 46 lat, był kawalerem, najbliższa krewna, leciwa ciotka, 

mieszkała w Borasie. Od poniedziałku nie pokazał się w pracy, w firmie 

ubezpieczeniowej.   Grypa.  Według   kolegów   był  odludkiem  i  z   tego,   co 

wiedzieli,   nie   miał   przyjaciół.   W   opinii   sąsiadów   był   spokojny   i 

małomówny,   wychodził   i   wracał   o   stałych   porach,   rzadko   przyjmował 

gości. Własnoręcznie napisał na bloczku przy telefonie imię i nazwisko 

Martina Becka. Nie ulegało wątpliwości, że popełnił samobójstwo.

Nic dodać, nic ująć. Ernst Sigurd Karlsson odebrał sobie życie. Ponieważ 

samobójstwo nie jest w Szwecji przestępstwem, policja nie mogła zrobić 

nic   więcej.   Żadne   pytania   nie   pozostały   bez   odpowiedzi.   Z   wyjątkiem 

jednego. Autor raportu sformułował je następująco: „Czy komisarza Becka 

łączyło coś z tym mężczyzną i czy ewentualnie mógłby coś dodać?"

Martin Beck nie mógłby.

Nigdy nie słyszał o Ernście Sigurdzie Karlssonie.

Rozdział 2

Gunvald   Larsson   opuścił   pokój   służbowy   w   komendzie   przy 

background image

Kungsholmsgatan   o   wpół   do   jedenastej   w   nocy   i   nie   planował 

bohaterskich wyczynów. Chyba że można do nich zaliczyć przejazd do 

domu   w   Bollmorze,   włożenie   piżamy   i   udanie   się   do   łóżka.   Gunvald 

Larsson z przyjemnością pomyślał o piżamie. Tego dnia kupił nowiutką. 

Gdyby   koledzy   usłyszeli,   ile   za  nią   zapłacił,   większość   nie   wierzyłaby 

własnym uszom. Po drodze miał jeszcze załatwić pewien drobiazg, co nie 

powinno mu zająć więcej niż pięć minut. Myśląc o piżamie, wbił się w 

bułgarski kożuch, zgasił światło i zatrzasnął drzwi. Zdezelowana winda 

zatrzymała   się   na   piętrze   wydziału   do   spraw   przemocy   fizycznej   i   jak 

zwykle musiał dwa razy tupnąć, żeby łaskawie ruszyła. Gunvald Larsson, 

okazały mężczyzna, miał sto dziewięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu i 

ważył ponad sto kilo, więc jego tupnięcia nie pozostawały bez echa.

Na   dworze   było   zimno,   wirował   gnany   wiatrem   suchy   śnieg.   Gunvald 

Larsson miał zaledwie kilka kroków do samochodu, dlatego nie musiał się 

przejmować pogodą. Wjechał na Vasterbron i obojętnie spojrzał w lewo. 

Zobaczył sylwetę Ratusza, z żółtym punktowym oświetleniem na iglicy, 

powyżej trzech złotych koron, i tysiące innych świateł, których nie

potrafił rozpoznać. Za mostem pojechał prosto, z Hornsplanu skręcił w 

lewo, w Hornsgatan, a potem w prawo, przy stacji metra Zinkensdamm. 

Kierował się Ringvagen na południe. Pięćset metrów dalej zahamował i 

się zatrzymał.

Mimo że nadal znajdował się w centralnej części Sztokholmu, nie było tu 

budynków   mieszkalnych.   Na   zachód   od   Ringvagen   rozpościerał   się 

pagórkowaty park Tantolunden, po przeciwnej stronie prócz nagiej skały 

były   parking   i   stacja   benzynowa.   Między   skałą   a   stacją   wiła   się 

Skóldgatan, ni pies, ni wydra, ot, kawałek bitego gościńca, pamiątka po 

background image

ambitnych kreatorach planów urbanistycznych, którym udało się zniszczyć 

niejedną dzielnicę, ogołocić z pierwotnych walorów, pozbawić odrębności 

i porzucić.

Niespełna   trzystu   metrowe   nie   wiadomo   co   łączy   Ringvagen   z 

Rosenlundsgatan. Jeżdżą tędy głównie taksówki i zabłąkane radiowozy. 

Latem jest tutaj coś w rodzaju oazy. Mimo ciągłego ruchu na Ringvagen i 

łoskotu pociągów, które przetaczają się po biegnącej pięćdziesiąt metrów 

dalej   magistrali   kolejowej,   bujna   roślinność   na   poboczach   Skóldgatan 

przyciąga starsze pokolenie nierobów We względnym spokoju mogą się 

skoncentrować na flaszkach wina, kiełbasie i zatłuszczonych taliach kart. 

Zimą nikt się tutaj dobrowolnie nie zapuszcza.

Ale wieczorem siódmego marca 1968 roku wśród bezlistnych krzaków po 

stronie południowej tkwił pewien mężczyzna. Mało skupiony, patrzył na 

jedyny dom na tej ulicy: starą piętrową drewnianą chałupę. Przed chwilą w 

dwóch oknach na piętrze paliło się światło, dochodziły stamtąd dźwięki 

muzyki, krzyki i salwy śmiechu, teraz było ciemno i cicho. Nie licząc 

szumu wiatru i odległego hałasu ulicznego. Mężczyzna nie stał w krzakach 

z własnej woli. Był policjantem, nazywał się Zachrisson i niczego bardziej 

nie pragnął, niż znaleźć się gdzie indziej.

Gunvald   Larsson   wysiadł   z   samochodu,   postawił   kołnierz,   wcisnął 

futrzaną czapkę na uszy, długim krokiem przeciął

szeroką   Ringvagen,   minął   stację   benzynową   i   brnął   przed   siebie   w 

śnieżnej   brei.   Widocznie   Miejski   Zarząd   Dróg   uznał,   że   nie   warto 

marnować soli na ten bezsensowny kawałek drogi. Dom stał mniej więcej 

siedemdziesiąt pięć metrów dalej, nieco wyżej i na ukos do Skóldgatan.

Gunvald Larsson zatrzymał się naprzeciwko i rozejrzał.

background image

-

Zachrisson? - powiedział półgłosem.

Mężczyzna wyłonił się z krzaków.

-

Złe nowiny - obwieścił Gunvald Larsson. - Postoisz dwie godziny 

ekstra. Isaksson zachorował.

-

Jasna cholera!

Gunvald Larsson zlustrował okolicę i wykrzywił się, niezadowolony.

-

Lepiej zająć pozycję na skale.

-

Jasne - przyznał Zachrisson. - Żeby odmrozić sobie tyłek.

-

Żeby mieć całościowy ogląd. Działo się coś?

Zachrisson pokręcił głową.

-

Nic. Przed chwilą zakończyli jakąś imprezkę na piętrze. Wygląda na 

to, że uderzyli w kimono.

-

A Malm?

-

Też kima. Zgasił światło trzy godziny temu.

-

Był sam?

-

Tak jakby.

-

Tak jakby? Czy ktoś wychodził z domu?

-

Nikogo nie widziałem.

-

A co widziałeś?

-

Odkąd   tu   jestem,   weszły   trzy   osoby.   Jeden   chłopak   i   dwie 

dziewczyny. Przyjechali taryfą. Chyba byli na tej imprezce.

-

Chyba?

-

Skąd mam wiedzieć? Przecież...

Zachrissonowi tak szczękały zęby, że ledwie mówił.

Gunvald Larsson obrzucił go krytycznym spojrzeniem.

-

Przecież co?

background image

-

Przecież nie mam rentgena w oczach - wydukał ponuro Zachrisson.

Gunvald Larsson przejawiał rygorystyczne zapędy i mało go obchodziły 

ludzkie słabości. Nie cieszył się popularnością wśród podwładnych, wielu 

się   go   bało.   Gdyby   Zachrisson   znał  go   ciut  lepiej,   nigdy   by   sobie   nie 

pozwolił na takie zachowanie. Ale nawet Gunvald Larsson nie mógł nie 

zauważyć, że Zachrisson jest wykończony i zziębnięty i że przez kilka 

najbliższych   godzin   nie   poprawi   się   ani   jego   kondycja,   ani 

spostrzegawczość. Wiedział, co z tym fantem zrobić, nie zamierzał jednak 

puszczać niczego płazem.

Chrząknął, poirytowany.

-

Zimno ci?

Zachrisson zaśmiał się głucho, strzepując z rzęs kryształki lodu.

-

Zimno - odparł z lekką ironią. - Czuję się jak trzech młodzieńców w 

piecu ognistym*.

-

Nie jesteś tu po to, żeby dowcipkować. Jesteś na służbie.

-

Przepraszam, ale...

-

Na służbie trzeba się między innymi porządnie ubrać i od czasu do 

czasu poruszać. Żeby się nie zamienić w pieprzonego bałwana, kiedy coś 

się stanie. Nie wiem, czy wtedy byłoby ci do śmiechu...

Zachrissonowi   zrzedła   mina.   Speszony,   zadygotał   z   zimna   i   rzekł 

pojednawczo:

-

Jasne, okej, ale...

-

Okej?!   Tak   się   składa,   że   mnie   powierzono   to   zadanie,   a   ja   nie 

toleruję partaczy!

Zaledwie   dwudziestotrzyletni   Zachrisson   był   zwykłym   posterunkowym, 

przydzielonym do zespołu prewencji w drugim

background image

* Księga Daniela.

dystrykcie.   Dwadzieścia   lat   starszy   Gunvald   Larsson   był   śledczym 

wydziału do spraw przemocy fizycznej policji sztokholmskiej .

Zachrisson   już   otwierał   usta   w   odpowiedzi,   kiedy   Gunvald   Larsson 

podniósł swoją wielką prawą dłoń.

-

Ani słowa więcej! Szoruj na komisariat przy Rosenlundsgatan i napij 

się kawy. Punktualnie za pół godziny masz być z powrotem, rozmrożony i 

gotowy. No, zmiataj!

Zachrisson odszedł. Gunvald Larsson zerknął na zegarek i mruknął pod 

nosem:

-

Żółtodziób.

Okręcił się na pięcie, przedarł przez krzaki i zaczął wspinać na skałę. Mełł 

przekleństwa, ilekroć grube gumowe podeszwy jego włoskich zimowych 

butów traciły przyczepność na oblodzonych kamieniach.

Zachrisson miał rację, że na szczycie nie można się było schronić przed 

bezlitosnym  północnym  wiatrem,   a   on   miał   rację,   że   właśnie   tutaj   był 

najlepszy   punkt   obserwacyjny.   Nic,   co   dzieje   się   w   domu   i   jego 

najbliższym sąsiedztwie, nie umknie jego uwagi. W oknach, których szyby 

częściowo lub całkowicie pokrywały kwiaty mrozu, było ciemno. Dym z 

komina - jedyna oznaka życia - gnał ku czarnemu bezgwiezdnemu niebu, 

postrzępiony przez wiatr.

Gunvald   Larsson   odruchowo   przestępował   z   nogi   na   nogę   i   poruszał 

palcami w skórzanych rękawiczkach. Zanim został policjantem, pływał. 

Najpierw we flocie, później na frachtowcach kursujących po północnym 

Atlantyku. Dzięki zimowym wachtom na otwartych mostkach wiedział, 

jak nie dać się mrozom. Poza tym był specjalistą od tego rodzaju zadań, 

background image

mimo   że   ostatnio   najczęściej   zajmował   się   ich   koordynacją.   Po   chwili 

zauważył   w   prawym   oknie   na   piętrze   słaby   blask,   jakby   ktoś   zapalił 

zapałkę.   Może   żeby   przypalić   papierosa   albo   zerknąć   na   zegarek. 

Rutynowo zerknął na swój. Cztery po jedenastej.

Zachrisson opuścił stanowisko szesnaście minut temu. Pewnie siedzi teraz 

w świetlicy w komisariacie, trąbi kawę i użala się mundurowym kolegom, 

którzy  skończyli służbę. Krótka radość, bo najpóźniej za siedem minut 

musi   wracać.   Jeśli   nie   chce   się   narazić   na   opieprz   stulecia,   pomyślał 

posępnie Gunvald Larsson.

Zastanawiał się przez chwilę, ile osób może teraz przebywać w domu. W 

starej   drewnianej   chałupie   znajdowały   się   cztery   mieszkania,   dwa   na 

parterze i dwa na piętrze. To na piętrze po lewej zajmowała niezamężna 

trzydziestoletnia kobieta z trójką dzieci, które miały różnych ojców. Tyle z 

grubsza wiedział o tej pani. Więcej nie musiał. Pod nią od blisko pół wieku 

mieszkało małżeństwo siedemdziesięciolatków. Wszyscy prócz nich często 

zmieniali adresy. Mężczyzna pił i mimo  szacownego wieku był stałym 

klientem   aresztu   w   najbliższym   komisariacie.   Na   piętrze   po   prawej 

rezydował młody człowiek, znany z bardziej kryminalnych powodów niż 

chroniczne,   cosobotnie   opilstwo.   Liczył   dwadzieścia   siedem   wiosen   i 

zdążył odsiedzieć sześć wyroków różnej długości. I z różnych paragrafów. 

Od prowadzenia w stanie nietrzeźwym i samowoli karalnej po włamania i 

pobicia.   Nazywał   się   Roth   i   to   on   balował   w   towarzystwie   dwóch 

dziewczyn  i  jednego  kolesia.  Już  wyłączyli gramofon  i  zgasili  światło. 

Albo   spali,   albo   kontynuowali   zabawę   w   inny   sposób.   I   to   w   jego 

mieszkaniu ktoś zapalił zapałkę.

Niżej, na parterze po prawej, mieszkał osobnik, którego Gunvald Larsson 

background image

obserwował. Znał jego nazwisko, wiedział, jak wygląda, ale żeby było 

śmieszniej, nie miał bladego pojęcia, dlaczego nie wolno go spuszczać z 

oka.

Sprawy   przedstawiały   się   następująco:   Gunvald   Larsson   był   według 

egzaltowanego   określenia   dziennikarzy   tropicielem   morderców,   a 

ponieważ ostatnio nie napatoczył się żaden morderca, wypożyczył go inny 

wydział, żeby prócz rutynowych

obowiązków   zajął   się   obserwacją   rzeczonego   mężczyzny.   Przydzielono 

mu czterech ludzi i polecono „dopilnować, by obiekt nie zniknął i w nic 

się nie wpakował, i zwrócić uwagę na to, z kim się spotyka".

Gunvald Larsson nie spytał, o co chodzi. Pewnie o narkotyki. Obecnie 

wszystko zdawało się mieć związek z narkotykami.

Obserwacja trwała od dziesięciu dni. Obserwowany wszedł w kontakt z 

jednym kurwiszonem i dwiema półlitrówkami czystej.

Gunvald Larsson popatrzył na zegarek. Dziewięć po jedenastej. Jeszcze 

osiem minut.

Ziewnął i kiedy uniósł ręce, żeby nimi pomachać dla rozgrzewki, dom 

eksplodował.

Rozdział 3

Pożar   poprzedził   ogłuszający   huk.   Wyleciały   okna   w   mieszkaniu   na 

parterze po prawej, odpadł wielki płat ściany szczytowej, z rozbitych szyb 

buchnęły błękitne jęzory ognia. Gunvald Larsson zamarł na szczycie skały 

z   uniesionymi   ramionami   jak   posąg   Zbawiciela.   Błyskawicznie   się 

otrząsnął i puścił w dół zbocza. Potykając się i klnąc, przebiegł przez ulicę 

i zatrzymał się przed domem. W tym czasie płomienie przybrały kolor 

pomarańczowy   i   żwawo   pięły   się   po   drewnianych   ścianach.   Miał 

background image

wrażenie,   że   po   prawej   dach   już   się   załamuje,   jakby   runęła   część 

fundamentów. Mieszkanie na parterze zajęło się w kilka sekund i zanim 

dopadł schodów przed drzwiami wejściowymi, zaczęły się palić pokoje na 

piętrze.

Szarpnięciem otworzył drzwi na klatkę i od razu zrozumiał, że jest za 

późno. Drzwi po prawej wypadły z zawiasów i zatarasowały  przejście. 

Płonęły jak ogromne polano, ogień wspinał się po drewnianych stopniach. 

Uderzyła go fala gorąca. Osmalony i oślepiony, chwiejnie się wycofał. Z 

wnętrza domu dobiegały krzyki ludzi wijących się z bólu lub lęku przed 

śmiercią. Z tego, co wiedział, w środku było co najmniej jedenaście osób, 

zamkniętych w piekielnej pułapce. Przypuszczalnie kilka już nie żyło. Z 

okien na parterze jak z palnika bluzgały snopy ognia.

Gunvald   Larsson   szybko   się   rozejrzał   za   jakąś   drabiną   albo   innym 

sprzętem ratowniczym. Nic takiego nie wpadło mu w oko.

Na piętrze otworzyło się okno. W dymie i płomieniach dostrzegł młodą 

dziewczynę. Histerycznie, przeraźliwie krzyczała.

Ułożył dłonie w lejek, przytknął do ust i wrzasnął:

-

Skacz! Skacz w prawo!

Stała w oknie. Wahała się.

-

Skacz! Teraz! Jak najdalej! Złapię cię!

Dziewczyna   skoczyła.   Prosto   na   niego.   Prawą   ręką   chwycił   ją   między 

nogami,   lewą   opasał   ramiona.   Rutyna.   Nie   była   ciężka,   mogła   ważyć 

jakieś   pięćdziesiąt   kilo.   Ledwie   ją   złapał,   okręcił   się,   cofnął   i   położył 

ofiarę na ziemi. Miała nie więcej niż siedemnaście lat. Naga, drżała na 

całym ciele, darła się wniebogłosy i rzucała głową. Poza tym chyba nic jej 

nie dolegało.

background image

Kiedy się odwrócił, w oknie stał mężczyzna owinięty jakąś narzutą. Ogień 

przybrał na sile. Kłęby dymu sięgały kalenicy, między dachówkami po 

prawej   stronie   pojawiły   się   pierwsze   płomienie.   Jeśli   natychmiast   nie 

przyjedzie ta cholerna straż... - pomyślał Gunvald Larsson, podchodząc jak 

najbliżej rozszalałego żywiołu. Świerczyna strzelała i trzaskała, kaskady 

iskier opadały  mu na twarz i kożuch, wżerały  się w kosztowną owczą 

skórę i gasły.

Zawołał najdonośniej, jak umiał, żeby przekrzyczeć huk pożogi:

-

Skacz!!! Jak najdalej! W prawo!

Mężczyzna skoczył. W tym samym momencie zajęła się narzuta, w którą 

był owinięty. Wydał z siebie rozdzierający krzyk i próbował ją z siebie 

zedrzeć.  Tym  razem   akcja   nie   zakończyła   się   pełnym  sukcesem.   Dużo 

cięższy   od   dziewczyny,   uderzył   lewym   ramieniem   w   bark   Gunvalda 

Larssona i wyrżnął łopatką o bruk. W ostatniej sekundzie Gunvald Larsson 

podłożył pod  głowę  mężczyzny   swoją  wielką  lewą  dłoń,   dzięki czemu 

uchronił jego głowę przed roztrzaskaniem. Potem ściągnął z niego płonącą 

narzutę,   osmalając   przy   okazji   rękawiczki.   Nie   licząc   złotej   ślubnej 

obrączki, mężczyzna też był nagi. Przeraźliwie jęczał i wydawał z siebie 

kompletnie   niezrozumiałe,   gardłowe   dźwięki   jak,   nie   przymierzając, 

fiśnięty  szympans.   Gunvald  Larsson  przeturlał go  kilka  metrów  dalej  i 

zostawił na śniegu poza zasięgiem ognia. Kiedy się odwrócił, z mieszkania 

na   piętrze   po   prawej   wyskoczyła   kobieta.   Miała   na   sobie   czarny 

biustonosz, paliły się jej rude włosy, runęła tuż przy ścianie.

Gunvald   Larsson   wpadł   między   płonące   deski,   wyciągnął   ją   ze   strefy 

bezpośredniego zagrożenia i śniegiem ugasił włosy. Dotkliwie poparzona, 

głośno jęczała i wiła się z bólu. Upadła niefortunnie; jedna noga leżała pod 

background image

nienaturalnym  kątem.  Włosy   łonowe   też   były   rude.   Mogła   mieć   około 

dwudziestu pięciu lat. Skóra na brzuchu, o dziwo nietknięta, była blada i 

zwiotczała. Najbardziej ucierpiała twarz, nogi, plecy i piersi, w które się 

wtopił nylonowy biustonosz.

Kiedy   po   raz   ostatni   spojrzał   na   piętro   po   prawej,   zobaczył   widmową 

postać, która płonąc jak pochodnia, osunęła się spiralnie z ramionami nad 

głową i zniknęła. Gunvald Larsson przypuszczał, że to czwarty uczestnik 

imprezy i że nikt mu już nie jest w stanie pomóc.

Palił   się   strych   i   krokwie,   buchały   kłęby   gęstego   dymu,   strzelały 

świerkowe deski. Na piętrze po lewej otworzyło się okno i ktoś wzywał 

pomocy. Gunvald Larsson czym prędzej tam pobiegł. Z okna wychylała 

się   kobieta   w   białej   koszuli   nocnej,   przyciskając   do   piersi   jakieś 

zawiniątko. Dziecko w beciku. Dym wydobywał się z mieszkania, ale w 

pokoju, w którym była kobieta, jeszcze się nie paliło.

- Ratunku! - krzyknęła w rozpaczy.

Ponieważ pożar nie zdążył się rozpanoszyć w tej części domu, Gunvald 

Larsson stanął dość blisko ściany, poniżej okna.

-

Rzucaj! - zawołał.

Kobieta, nie wahając się ani sekundy, puściła dziecko. Lekko zaskoczony, 

w ostatniej chwili wyciągnął ręce i chwycił je jak bramkarz, który pewnie 

łapie piłkę z rzutu wolnego. Dziecko było bardzo małe. Nie płakało, tylko 

cichutko kwiliło. Gunvald Larsson znieruchomiał. Nie miał doświadczenia 

z   dziećmi,   nie   przypominał   sobie,   by   kiedykolwiek   trzymał   jakieś   w 

ramionach. Przez moment zastanawiał się, czy przypadkiem nie ścisnął go 

zbyt mocno. W końcu odszedł od ściany i położył maleństwo na ziemi. 

Jeszcze nachylony, usłyszał za plecami szybkie kroki. Wyprostował się.

background image

-

Co... - wydyszał czerwony na twarzy Zachrisson. - Jak...

-

Gdzie się, do cholery, podziała straż?! - wypalił Gunvald Larsson.

-

Ma tu być... to znaczy... zobaczyłem pożar już na Rosenlundsgatan... 

wróciłem, żeby zadzwonić, i zadzwoniłem...

-

No   to   wracaj   jeszcze   raz   i   ściągnij   tu   migiem   pieprzony   wóz 

strażacki i karetkę pogotowia!

Zachrisson odwrócił się na pięcie i puścił się biegiem.

-

I policję!!! - wrzasnął za nim Gunvald Larsson.

Zachrisson zgubił czapkę i zatrzymał się, żeby ją podnieść.

-

Idiota!!! - krzyknął Gunvald Larsson.

Prawe skrzydło domu zamieniło się w inferno, z mieszkania na piętrze 

dymiło   na   całego,   kobieta   w   nocnej   koszuli   stała   w   oknie   z   drugim 

dzieckiem,   pięcioletnim   blondynkiem   w   kwiecistej   błękitnej   piżamce. 

Rzuciła go równie szybko i bez chwili namysłu, ale tym razem Gunvald 

Larsson   był  lepiej   przygotowany.   Chłopczyk   wylądował  bezpiecznie   w 

jego ramionach.

-

Jak się nazywasz? - zapytał dzielny malec.

-

Larsson.

-

Jesteś strażakiem?

Gunvald Larsson postawił go na ziemi.

-

Uciekaj stąd!

Spojrzał   w   górę   i   oberwał   w   głowę   dachówką.   Rozżarzoną   do 

czerwoności.   Mimo   że   futrzana   czapka   zamortyzowała   siłę   uderzenia, 

pociemniało   mu   w   oczach.   Poczuł   piekący   ból   i   krew   spływającą   po 

twarzy. Kobieta w nocnej koszuli zniknęła. Ledwie zdążył pomyśleć, że 

pobiegła po trzecie dziecko, wyrzuciła przez okno dużego psa z porcelany. 

background image

Roztrzaskał się w drobny mak. Sekundę później wyskoczyła. Z miernym 

skutkiem. Spadła na Gunvalda Larssona. Przewrócił się na plecy, uderzył 

potylicą o ziemię i natychmiast wyczołgał się spod kobiety. Chyba wyszła 

z tego bez szwanku. Gdyby nie jej szklane oczy...

-

Czy nie ma pani jeszcze jednego dziecka? - spytał.

Wpatrując się w niego, zawyła jak ranne zwierzę.

-

Niech się pani zatroszczy o te, które ocalały.

Ogień   zajął   całe   piętro,   z   okna   mieszkania   kobiety   w   nocnej   koszuli 

buchały   teraz   płomienie.   Pozostało   starsze   małżeństwo   na   parterze   w 

lewym skrzydle. Tam pewnie jeszcze nic się nie zajęło żywym ogniem, ale 

było pełno dymu i za minutę lub dwie mógł runąć dach.

Gunvald   Larsson   rozejrzał   się   za   czymś   ciężkim.   Kilka   metrów   dalej 

zobaczył jakiś głaz. Oczywiście przymarzł na amen, ale udało mu się go 

wyrwać.   Ważył   co   najmniej   dwadzieścia   kilo.   Podniósł   go   na 

wyprostowanych ramionach i z całych sił rzucił w okno po lewej. Deszcz 

szkła i drzazg okiennej ramy. Wspiął się na parapet, pokonał roletę, która 

ustąpiła pod jego ciężarem, przewrócił stół i wylądował w pokoju, gdzie 

było   duszno   od   gryzącego   dymu.   Zaniósł   się   kaszlem,   zakrył   usta 

wełnianym   szalikiem,   zerwał   roletę   i   się   rozejrzał.   Świst,   trzask,   huk, 

pożoga. Na podłodze człowiek; nieruchomy,

bezkształtny tłumok. Kobieta? Zaniósł bezwładne ciało do okna, chwycił 

pod pachy i ostrożnie opuścił na ziemię. Natychmiast znieruchomiało.

Głęboko odetchnął, zerwał roletę z drugiego okna i wybił szybę krzesłem. 

Dym   zrzedł,   sufit   zaczął   się   zapadać,   pomarańczowe   płomienie   lizały 

drzwi przedpokoju. W piętnaście sekund odnalazł mężczyznę. Nie zdążył 

wyjść z łóżka, ale żył. Cicho, płaczliwie pokasływał. Gunvald Larsson 

background image

zdjął z niego kołdrę, przerzucił przez ramię, przeciął pokój i wydostał się 

na   zewnątrz   w   deszczu   iskier.   Zanosił   się   suchym   kaszlem,   krew 

spływająca z rany na czole utrudniała widoczność, mieszała się z potem i 

łzami.

Ze starszym mężczyzną na ramieniu odciągnął jego żonę od ściany domu i 

ułożył oboje na ziemi. Sprawdził, czy kobieta oddycha. Tak. Zdjął kożuch, 

strzepnął   ogienki,   okrył   nim   nagą   dziewczynę,   która   bez   przerwy 

histerycznie   krzyczała,   i   zaprowadził   do   pozostałych   pogorzelców.   Na 

dwoje małych dzieci narzucił tweedową marynarkę. Wełniany szalik dał 

nagiemu   mężczyźnie,   który   błyskawicznie   owinął   biodra.   W   końcu 

podszedł   do   rudowłosej   kobiety,   dźwignął   ją   i   zaniósł   do   reszty 

towarzystwa. Strasznie cuchnęła i rozdzierająco wyła.

Płonął   cały   dom.   Wielkim,   nieokiełznanym   ogniem.   Na   ulicy 

zatrzymywały się samochody, wychodzili z nich osłupiali ludzie. Gunvałd 

Larsson nie zaprzątał sobie nimi głowy.

Włożył   swoją   futrzaną   czapkę   na   głowę   kobiety   w   nocnej   koszuli   i 

powtórzył pytanie, które zadał jej kilka minut wcześniej:

-

Czy nie ma pani jeszcze jednego dziecka?

-

Mam... Kristinę... Mieszka w pokoju na strychu.

Kobieta wybuchnęła niepohamowanym płaczem.

Gunvald   Larsson,   zakrwawiony,   pokryty   sadzą,   przesiąknięty   potem, 

złachany,   stał   pośród   rozhisteryzowanych,   zszokowanych,   krzyczących, 

nieprzytomnych, płaczących i umierających ludzi. Jak na polu bitwy.

Przez łoskot pożaru przebił się ryk syren.

Zjechali   wszyscy   naraz.   Beczkowozy,   wozy   z   drabinami,   radiowozy, 

karetki pogotowia, policjanci na motocyklach i dowództwo straży pożarnej 

background image

w czerwonych samochodach osobowych.

I podbiegł Zachrisson.

- Jak... jak to się stało?

W   tym   momencie   runął   dach   i   dom   zamienił   się   w   wesoło   buzujące 

ognisko sygnalizacyjne.

Gunvald Larsson spojrzał na zegarek. Szesnaście minut temu stał na skale 

i marzł.

Rozdział 4

W   piątek   po   południu   ósmego   marca   Gunvald   Larsson   siedział   w 

komendzie przy Kungsholmsgatan. Miał na sobie biały golf, jasnoszary 

garnitur   z   ukośnymi   kieszeniami   i   obandażowane   dłonie.   Bandaż   na 

głowie   upodobniał   go   do   generała   von   Dóbelna   ze   znanego   obrazu 

przedstawiającego bitwę pod Jutas. Twarz i kark znaczyły liczne plastry, 

brwi i blond włosy, które zaczesywał do tyłu, częściowo osmalił ogień, ale 

spojrzenie   błękitnych   oczu   wydawało   się   niezmiennie   chłodne   i 

zdegustowane.

W pokoju były również inne osoby.

Na   przykład   Martin   Beck   i   Kollberg   z   głównego   wydziału   zabójstw   z 

Vastbergi i Evald Hammar, zastępca komendanta, chwilowo przydzielony 

do prowadzenia sprawy. Niegdyś bujna, lwia czupryna rosłego Hammara 

zdążyła posiwieć, zaczął liczyć dni do emerytury i każde poważniejsze 

przestępstwo traktował jak osobistą szykanę.

-

Gdzie reszta? - spytał Martin Beck.

Jak zwykle trzymał się z boku, blisko drzwi, opierając prawy łokieć na 

szafce z archiwaliami.

-

Jaka   reszta?   -   odpowiedział   pytaniem   Hammar,   ponieważ   to   on 

background image

decydował o liczebności grupy  dochodzeniowo--śledczej i przywykł do 

nieskrępowanego doboru ludzi.

-

Rónn i Mellander - ze stoickim spokojem odrzekł Martin Beck.

-

Rónn jest w szpitalu na Sódermalmie, a Melander na pogorzelisku.

Na stole przed Gunvaldem Larssonem leżały popołudniówki. Przerzucał je 

rozeźlony zabandażowanymi rękami.

-

Pieprzone pismaki - warknął, podsuwając jedną z gazet Martinowi 

Beckowi. - Rzuć okiem na to zdjęcie.

Trzy szpalty zajmowało zdjęcie młodego mężczyzny w trenczu i kapeluszu 

z małym rondkiem, który z zakłopotaną miną wskazywał laską na dymiące 

zgliszcza przy Skóldgatan, a za nim, w lewym rogu, stał Gunvald Larsson 

i baranim wzrokiem patrzył w obiektyw aparatu.

-

Może nie wyszedłeś najlepiej - przyznał Martin Beck. -Kim jest ten 

gość z laską?

-

To Zachrisson. Żółtodziób z drugiego dystryktu. Kompletny idiota. 

Przeczytaj, co napisali pod zdjęciem.

Martin Beck przeczytał.

„Bohater dnia, policjant śledczy Gunwald Larson (z prawej), wykazał się 

nie lada heroizmem, ratując z nocnego pożaru wiele osób. Właśnie bada 

ruiny doszczętnie spalonego domu".

-

Nie   dość,   że   patałachy   nie   odróżniają   lewej   strony   od   prawej...   - 

zaczął posępnie Gunvald Larsson i niedokończył.

Ale Martin Beck zrozumiał i w zamyśleniu pokiwał głową. Na domiar 

wszystkiego źle napisali imię i nazwisko.

Gunvald Larsson z niesmakiem odsunął gazetę.

-

Poza tym wyglądam jak ktoś niespełna rozumu.

background image

-

Takie są cienie i blaski sławy - skonstatował Martin Beck.

Kollberg, który nie cierpiał Gunvalda Larssona, z odrazą

popatrzył na gazety. Nie wszystkie zdjęcia były równie zwodnicze, ale 

wszystkie czołówki zdominował wytrzeszczony wzrok Gunvalda Larssona 

i krzykliwe nagłówki.

„Wyczyn",   „Bohater"   -   itede   itepe.   Kollberg   ciężko   westchnął.   Opasły, 

siedział na krześle, wsparty łokciami o blat stołu.

-

Znaleźliśmy   się   w   nieciekawej   sytuacji   -   zauważył   posępnie 

Hammar. - Nie mamy pojęcia, co się stało.

-

Bez przesady - zaoponował Kollberg. - Ja na przykład rzadko kiedy 

wiem, co się stało.

Hammar obrzucił go krytycznym spojrzeniem.

-

Chodzi mi o to, że nie wiemy, czy ktoś podłożył ogień, czy...

-

A niby czemu miałby podłożyć?

-

Optymista - skwitował Martin Beck.

-

Niech   mnie   szlag,   jeśli   to   nie   podpalenie   -   włączył   się   Gunvald 

Larsson. - Na moich oczach chałupa wyleciała w powietrze!

-

Jesteś pewien, że zaczęło się od Malma?

-

Jestem.

-

Jak długo obserwowałeś dom?

-

Osobiście plus minus pół godziny. Przedtem sterczał tam ten osioł 

Zachrisson. Kretyńskie pytania.

Martin Beck potarł nasadę nosa prawym kciukiem i palcem wskazującym.

-

I na pewno nikt wtedy nie wchodził ani nie wychodził?

-

Tak,   mur-beton.   Ale   nie   wiem,   co   było   wcześniej.   Zachrisson 

powiedział, że weszły trzy osoby i nikt nie wyszedł.

background image

-

Można mu ufać?

-

Wątpię. Wygląda mi na matoła.

-

Czyżby? - wtrącił Kollberg.

Gunvald Larsson obrzucił go złym spojrzeniem.

-

O co tu, kurde, chodzi?! Stoję na pieprzonej skale, chałupa się jara, w 

środku jedenastu luda, wyciągam ośmioro.

-

Owszem, zauważyłem - burknął Kollberg, zerkając na gazety.

-

Czy na pewno spaliły się tylko trzy osoby? - zapytał Hammar.

Martin Beck wyjął z wewnętrznej kieszeni jakieś papiery.

-

Uhm, tak jakby. Malm, Kenneth Roth, który mieszkał nad Malmem, i 

Kristina   Modig,   która   zajmowała   pokój   na   strychu.   Miała   zaledwie 

czternaście lat.

-

Dlaczego mieszkała na strychu?

-

Nie wiem. Ale się dowiemy.

-

Jasne - powiedział Kollberg. - Wszystko przed nami. Poza tym nie 

wiemy,   czy   to   na   pewno   oni   zginęli.   A  te   jedenaście   osób   to   tylko 

przypuszczenie, prawda, panie Larsson?

-

Kto się stamtąd wydostał? - spytał Hammar.

-

Po pierwsze, nikt się nie wydostał - stwierdził Gunvald Larsson. - To 

ja ich wydostałem. Gdybym się tam przypadkiem nie znalazł, nikt by nie 

przeżył.   Po   drugie,   nie   zanotowałem   nazwisk.   Miałem   co   innego   na 

głowie.

Martin   Beck   spojrzał   na   dużego   mężczyznę   w   bandażach.   Gunvald 

Larsson   nie   zwykł   grzeszyć   uprzejmością,   ale   impertynencja   wobec 

Hammara świadczyła o manii wielkości albo o wylewie krwi do mózgu.

Hammar zmarszczył brwi.

background image

Martin Beck przeglądał papiery.

-

Mam te nazwiska - powiedział, rozładowując napiętą atmosferę. - 

Agnes   i   Herman   Sóderbergowie.   Małżeństwo.   Sześćdziesiąt   osiem   i 

sześćdziesiąt siedem lat. Anna-Kajsa Modig z dwojgiem dzieci, Kentem i 

Clary. Ona ma trzydzieści lat, synek pięć, a córeczka siedem miesięcy. 

Poza   tym   dwie   młode   kobiety,   Carla   Berggren   i   Madeleine   Olsen,   lat 

szesnaście i dwadzieścia cztery, i młody mężczyzna, Max Karlsson. Wieku 

nie   znam.   Ostatnia   trójka   nie   mieszkała   w   tym   domu.   Byli   gośćmi 

Kennetha Rotha, który spłonął.

-

Żadne nazwisko nic mi nie mówi - stwierdził Hammar.

-

Ani mnie - przyznał Martin Beck.

Kollberg wzruszył ramionami.

-

Jeśli was to uszczęśliwi, spieszę donieść, że Roth byt złodziejem, 

Sóderberg chleje na umór, a Anna-Kajsa Modig się łajdaczy - powiedział 

Gunvald Larsson.

Zadzwonił telefon. Kollberg odebrał, przysunął do siebie notatnik i wyjął 

długopis z kieszonki na piersi.

-

A, to ty. No, dawaj.

Patrzyli na niego w milczeniu.

-

To był Rónn - wyjaśnił Kollberg, odkładając słuchawkę. - Sytuacja 

wygląda   następująco:   Madeleine   Olsen   prawdopodobnie   z   tego   nie 

wyjdzie.   Oparzenia   na   powierzchni   osiemdziesięciu   procent   ciała   plus 

wstrząśnienie mózgu i skomplikowane złamanie kości udowej.

-

Wszędzie miała rude włosy - dodał Gunvald Larsson.

Kollberg spojrzał na niego badawczo i kontynuował:

-

Sóderberg i jego żona zatruli się czadem, rokowania są niezłe. Max 

background image

Karlsson   ma   oparzenia   na   powierzchni   trzydziestu   procent   i   przeżyje. 

Carla   Berggren   i   Anna-Kajsa   Modig   nie   odniosły   żadnych   obrażeń 

fizycznych, ale obie są w głębokim szoku, Karlsson też. Na razie sobie z 

nimi nie porozmawiamy. Całkiem okej są tylko dzieci.

-

Czyli to mógł być zwyczajny pożar - skonstatował Hammar.

-

Gówno prawda! - warknął Gunvald Larsson.

-

Nie powinieneś pójść do domu i się położyć? - zaproponował Martin 

Beck.

-

Chcielibyście, co?!

Dziesięć minut później przyszedł Rónn i z najwyższym zdumieniem wbił 

wzrok w Gunvalda Larssona.

-

Co ty, jak rany, tu robisz?!

-

Dobre pytanie - odparł Gunvald Larsson.

Rónn z wyrzutem popatrzył po innych.

-

Odbiło wam? Zbieraj się, Gunvald, jedziemy.

Gurwald Larsson posłusznie wstał i ruszył do drzwi.

-

Moment   -   powstrzymał   go   Martin   Beck.   -   Mam   jedno   pytanie. 

Dlaczego śledziłeś Gorana Malma?

-

Nie mam zielonego pojęcia - odparł Gunvald Larsson i wyszedł.

W głównej kwaterze śledczej zaległa cisza. Wszyscy oniemieli.

Po kilku minutach Hammar coś wybełkotał i opuścił pokój. Martin Beck 

zaczął czytać gazetę. Trzydzieści sekund później Kollberg zrobił to samo. I 

tak sobie siedzieli, dopóki nie wrócił Rónn.

-

Gdzie go podrzuciłeś? - zagadnął go Kollberg. - Do Skansenu?

-

O co ci chodzi? Kogo podrzuciłem?

-

Pana Larssona.

background image

-

Jeśli   pijesz   do   Gunvalda,   to   leży   w   szpitalu   na   Sódermal-mie   ze 

wstrząśnieniem mózgu. Długo nie będzie mógł mówić ani czytać. A czyja 

to wina?

-

Nie moja.

-

Właśnie że twoja. Aż mnie ręka świerzbi, żeby ci przyłożyć.

-

Przestań mnie ochrzaniać.

-

Ochrzan to za mało. Zawsze byłeś chamski wobec Gunvalda. Ale 

tym razem miarka się przebrała.

Einar Rónn, Norrlandczyk, spokojny i dobroduszny, nigdy dotąd nie stracił 

panowania  nad  sobą.  W  ciągu  piętnastoletniej  znajomości  Martin  Beck 

nigdy nie widział go rozeźlonego.

-

Co za fart, że ma przynajmniej jednego kumpla - kąśliwie zauważył 

Kollberg.

Rónn zrobił krok w jego stronę i zacisnął pięści.

Martin Beck szybko się podniósł i stanął między nimi.

-

Daj spokój, Lennart. Nie pogarszaj sprawy.

-

Sam nie jesteś lepszy - wypalił Rónn. - Dobrana z was para kanalii.

Kollberg wyprostował plecy.

-

Do jasnej cholery...

-

Opanuj się, Einar - powiedział Martin Beck. - Przecież powinniśmy 

się zorientować, że coś z nim nie tak.

-

O to mi chodzi.

-

Ja   nie   zauważyłem   jakiejś   wielkiej   różnicy   -   nonszalancko 

zareplikował Kollberg. - Podejrzewam, że trzeba być na równie wysokim 

poziomie intelektualnym, żeby...

Do pokoju wpadł Hammar.

background image

-

Dziwnie wyglądacie. Co się dzieje?

-

Nic - odrzekł Martin Beck.

-

Nic? Einar jest czerwony jak rak. Chcecie się bić? Żadnej brutalności 

w szeregach policji, jeśli łaska!

Zadzwonił telefon. Kollberg chwycił słuchawkę jak tonący brzytwę.

Twarz Rónna pomału odzyskała naturalną barwę. Tylko nos, jak zawsze, 

pozostał czerwony.

Martin Beck kichnął.

-

Skąd, do cholery, mam wiedzieć? - rzucił Kollberg do słuchawki. - 

Jakie zwłoki? - Z hukiem się rozłączył i westchnął. - Idiota z lekarskiej 

sądówki chciał się dowiedzieć, kiedy można przewieźć ciała. Czy w ogóle 

są jakieś ciała?

-

Czy któryś z panów w ogóle był na pogorzelisku? - jadowicie spytał 

Hammar.

Odpowiedziało mu milczenie.

-

Może nie zaszkodziłaby krótka wizyta w celach poznawczych.

-

Mam trochę papierkowej roboty - rzekł Rónn.

Martin Beck skierował się do drzwi. Kollberg wzruszył ramionami, wstał i 

poszedł za nim.

-

To na pewno najzwyklejszy pożar - mruknął pod nosem Hammar.

Rozdział 5

Pogorzelisko było tak szczelnie ogrodzone, że żaden śmiertelnik nie był w 

stanie   dostrzec   nic   więcej   prócz   policjantów.   Ledwie   Martin   Beck   i 

Kollberg   zdążyli   wysiąść   z   samochodu,   zaczepiło   ich   dwóch 

funkcjonariuszy.

-

Hola, dokąd to?! - odezwał się pierwszy nabzdyczonym tonem.

background image

-

Poza tym chyba wiecie, że tak się nie parkuje - dodał drugi.

Martin Beck zamierzał się wylegitymować, ale Kollberg

powstrzymał go ruchem dłoni i zapytał:

-

Przepraszam, jak godność pana policjanta?

-

Nic wam do tego - odparował pierwszy.

-

Ruchy, ruchy - włączył się drugi. - Bo będą nieprzyjemności.

-

Na pewno - przytaknął Kollberg. - Pytanie, kto je będzie miał.

Zły humor Kollberga wyraźnie dał się zauważyć w jego wyglądzie. Stary, 

zmiętoszony kapelusz zsunął na tył głowy, granatowy trencz furkotał na 

wietrze,   kołnierzyk   koszuli   był   rozpięty,   z   prawej   kieszeni   marynarki 

zwisał krawat.

Policjanci wymienili znaczące spojrzenia. Jeden zrobił krok do przodu. 

Obaj byli rumiani i mieli okrągłe niebieskie

oczy. Martin Beck uznał, że wzięli Kollberga za nietrzeźwego i za chwilę 

dojdzie   do   rękoczynów.   Oczywiście   Kollberg   w   pół   minuty 

zmasakrowałby   ich   na   duszy   i   ciele   i   mieli   spore   szanse   obudzić   się 

następnego   dnia   jako   bezrobotni.   Ponieważ   Martin   Beck   nie   chciał 

niczyjego   nieszczęścia,   błyskawicznie   wyjął   legitymację   i   podetknął   ją 

pod nos agresywniejszego policjanta.

-

Nie powinieneś był tego robić - wysyczał Kollberg.

Martin Beck spojrzał na policjantów.

-

Musicie się jeszcze sporo nauczyć - powiedział łagodnie. - Chodźmy, 

Lennart.

Zobaczyli   obraz   nędzy   i   rozpaczy.   Z   domu   pozostała   kamienna 

podmurówka, jeden komin i sterta zwęglonych desek przemieszanych z 

poskręcanym   żelastwem,   osmalonymi   cegłami   i   dachówkami.   Nad 

background image

wszystkim unosił się swąd dymu i spalenizny. Pół tuzina ekspertów w 

szarych kombinezonach pełzało w ruinach, ostrożnie rozgarniając popiół 

kijami i łopatkami. Na podwórzu rozstawiono dwa duże sita sortownicze. 

Wokół wciąż wiły się węże gaśnicze, a poniżej, na ulicy czerwienił się 

wóz strażacki. W szoferce dwóch strażaków grało na zapałki.

Dziesięć   metrów   dalej   stał  wysoki  ponury   osobnik   z   fajką   w  zębach  i 

rękami   w   kieszeniach   jesionki.   Fredrik   Melander,   inspektor   ze 

sztokholmskiego   wydziału   do   spraw   przemocy   fizycznej,   weteran 

skomplikowanych   operacji   dochodzeniowo--śledczych.   Słynął   z 

logicznego   myślenia,   fenomenalnej   pamięci   i   stoickiego   spokoju.   W 

węższym   gronie   znano   go   głównie   z   tego,   że   ilekroć   był   potrzebny, 

najczęściej przesiadywał w toalecie. Nie imponował poczuciem humoru, 

był   skąpy   i   nudny,   nie   miewał   błyskotliwych   pomysłów   ani   nagłych 

olśnień. Krótko mówiąc, pierwszorzędny policjant.

-

Cześć! - przywitał się, nie wyjmując fajki z ust.

-

Jak tam? - zapytał Martin Beck.

-

Powolutku.

-

Macie coś?

-

Niezupełnie. Jesteśmy bardzo ostrożni. To potrwa.

-

Dlaczego? - włączył się Kollberg.

-

Kiedy przyjechali strażacy, dom już się zawalił, i zanim przystąpili 

do akcji, praktycznie zdążył spłonąć. Nie żałowali wody i dosyć szybko 

ugasili pożar. Potem spadła temperatura i wszystko zlodowaciało.

-

Klawo jak cholera - zauważył Kollberg.

-

Jeśli dobrze zrozumiałem, muszą teraz rozbierać tę stertę warstwa po 

warstwie.

background image

Martin Beck zakasłał.

-

A co z ludźmi? Czy jeszcze kogoś znaleźli?

-

Czternastolatkę. - Melander wyjął fajkę z ust i wskazał ustnikiem na 

prawo. - Spała na strychu.

-

Kristina Modig?

-

Tak. Na razie zostanie tam, gdzie jest. Niedługo się ściemni, chcą 

pracować tylko przy dziennym świetle. - Melander starannie nabił fajkę i 

zapalił. - A wam jak idzie?

-

Wspaniale - powiedział Kollberg.

-

Tak - dodał Martin Beck. - Zwłaszcza Lennartowi. Najpierw był o 

włos od bijatyki z...

Melander lekko uniósł brwi.

-

Naprawdę?

-

Uhm.   A   potem   niewiele   brakowało,   żeby   dwóch   mundurowych 

zatrzymało go za pijaństwo.

-

Aha - flegmatycznie skwitował Melander. - A jak się czuje Gunvald?

-

Jest w szpitalu. Wstrząśnienie mózgu.

-

Dobrze się spisał.

Kollberg zlustrował pozostałości domu i się wzdrygnął.

-

Tak, bez dwóch zdań. Kurde, ale zimno.

-

Uwinął się w kilka minut - podjął Melander.

-

No właśnie - przyznał Martin Beck. - Jakim cudem dom spłonął tak 

szybko?

-

Strażacy też tego nie rozumieją.

-

Uhm. - Kollberg rzucił okiem na wóz strażacki. - Co oni tu robią? 

Jeśli cokolwiek mogłoby się jeszcze sfajczyć, to ich bryka.

background image

-

Dogaszają - wyjaśnił Melander. - Rutyna.

-

Jak   byłem   mały,   wybuchł   pożar   w   remizie   strażackiej.   Poszły   z 

dymem wszystkie wozy, a strażacy tylko się gapili. Nie pamiętam, gdzie...

-

To   niezupełnie   tak   -   przerwał   mu   Melander.   -   Pożar   wybuchł   w 

Uddevalli dziesiątego...

-

Że też nie można zachować dla siebie wspomnień z dzieciństwa!

-

Czym tłumaczą ten pożar? - spytał Martin Beck.

-

Wcale   nie   tłumaczą   -   odparł   Melander.   -   Czekają   na   wyniki 

ekspertyzy technicznej. Tak jak my.

Kollberg rozejrzał się z kwaśną miną.

-

Kurde, ale zimno. I cuchnie jak w grobie.

-

Bo to jest grób - zauważył Melander.

-

Spadamy - powiedział Kollberg do Martina Becka.

-

Gdzie?

-

Do domu. Nic tu po nas.

Pięć minut później jechali samochodem na południe.

-

Czy ten sukinkot naprawdę nie wiedział, dlaczego śledzi Malma? - 

zapytał Kollberg, kiedy minęli skanstullski most.

-

Masz na myśli Gunvalda?

-

A niby kogo?

-

Nie wydaje mi się, żeby wiedział. Chociaż niczego nie można być 

pewnym.

-

Pan Larsson wprawdzie nie grzeszy najtęższym umysłem...

-

...ale jest człowiekiem czynu, co ma swoje dobre strony.

-

Jasne. Ale czy to nie lekka przesada, żeby nie mieć bladego pojęcia, 

dlaczego się coś robi?

background image

-

Obserwował gościa i tyle, nic więcej go nie interesowało.

-

Jak to się trzyma kupy?

-

Całkiem   zwyczajnie.   Goran   Malm   nie   miał   nic   wspólnego   z 

wydziałem do spraw przemocy fizycznej. Kto inny za coś go zatrzymał, 

chcieli   go   wsadzić   do   aresztu,   ale   się   nie   udało,   więc   go   wypuścili   i 

postanowili nie spuszczać z oka. Ponieważ byli zawaleni robotą, poprosili 

Hammara   o   wsparcie   i   Hammar   zlecił   Gunvaldowi   nadzorowanie 

obserwacji jako ekstra zadanie.

-

Dlaczego akurat jemu?

-

Ano dlatego, że po śmierci Stenstróma podobno jest w tym najlepszy. 

Tak czy inaczej, spisał się fantastycznie.

-

Bo?

-

Bo   ocalił   od   śmierci   osiem   osób.   Ilu   ludzi,   twoim   zdaniem, 

wyciągnąłby z tej śmiertelnej pułapki Rónn albo Melander?

-

Uhm, masz rację. Może Rónnowi należą się przeprosiny.

-

Owszem.

O tej porze dnia samochody sunęły koło za kołem.

-

Kto zlecił obserwację tego typka? - spytał Kollberg.

-

Nie   wiem.   Prawdopodobnie   chłopcy   z   obyczajówki.   Rok   w   rok 

rozpracowują trzysta tysięcy włamań i kradzieży, są urobieni po łokcie, 

nawet nie mają czasu na kawę. W poniedziałek dowiemy się, co i jak.

Kollberg skinął głową, przejechał dziesięć metrów i znów się zatrzymał.

-

Hammar chyba wie, co mówi, że to najzwyklejszy pożar.

-

Gdyby nie zawrotne tempo. Poza tym Gunvald powiedział...

-

Gunvald to patentowany idiota, któremu totalnie odbiło. Można to 

wyjaśnić na tysiąc sposobów.

background image

-

Na przykład?

-

Na   przykład   doszło   do   czegoś   w   rodzaju   eksplozji.   Ktoś 

przechowywał   w   domu   materiały   wybuchowe.  Albo   trzymał   w   szafie 

kanistry z benzyną. Albo miał pojemniki z gazem. Malm chyba się nie 

zaliczał do kolesiów z wyższej półki, skoro go wypuścili. Ktoś miałby 

narażać życie jedenastu osób, żeby się go pozbyć? Absurd!

-

Jeśli to podpalenie, wcale nie musiało chodzić o Malma.

-

Fakt. Najwyraźniej nie mam dzisiaj najlepszego dnia.

-

Raczej nie masz.

-

Pogadamy w poniedziałek.

Na tym zakończyli rozmowę.

Martin   Beck   wysiadł   w   Skarmarbrink   i   dalej   pojechał   metrem.   Nie 

wiedział, czego bardziej nie znosi: zapchanych wagonów czy zatłoczonych 

ulic. Metro miało przynajmniej tę zaletę, że szybciej się przemieszczał. 

Chociaż wcale nie było mu śpieszno do domu.

Za to Kollberg się śpieszył. Mieszkał w Skarmarbrink na Palandergatan, 

miał przemiłą żonę Gun i córeczkę, która trzy dni temu skończyła pół 

roku.

Zona leżała w dużym pokoju na włochatym dywanie i z żółtym ołówkiem 

w   ustach   czytała   jakiś   skrypt,   obok   którego   czerwieniła   się   gumka   do 

wycierania.   Miała   na   sobie   starą   górę   od   piżamy   i   leniwie   poruszała 

długimi nogami.

-

Oj, aleś ty zdołowany - odezwała się, spoglądając na niego dużymi 

piwnymi oczami.

Zdjął marynarkę i rzucił ją na krzesło.

-

Bodil śpi?

background image

Skinęła głową.

-

Miałem   parszywy   dzień.   Wszyscy   chcieli   mi   dowalić.   Najpierw 

Rónn, a potem dwóch imbecylnych gliniarzy.

Rozbłysły jej oczy.

-

A ty oczywiście nic złego nie zrobiłeś?

-

Dobrze, że do poniedziałku mam wolne.

-

Ja nie będę cię biła. Co chcesz robić?

-

Pójść   do   knajpy,   spałaszować   coś   pysznego   i   wychylić   pięć 

głębszych.

-

Stać nas na to?

-

Tak. Przecież dopiero ósmy. Uda nam się załatwić kogoś do małej?

-

Asa na pewno się zgodzi.

Asa Torell, wdowa po policjancie, miała zaledwie dwadzieścia pięć lat. 

Ake Stenstróm, z którym żyła bez ślubu, zginął, zastrzelony w autobusie 

cztery miesiące temu.

Gun zmarszczyła ciemne krzaczaste brwi i energicznie coś wycierała w 

skrypcie.

-

Jest inna opcja. Możemy się kochać. Będzie taniej i fajniej.

-

Homar a la Vanderbilt też jest fajny.

-

Częściej myślisz o jedzeniu niż o kochaniu - powiedziała z wyrzutem 

w głosie. - Mimo że jesteśmy dopiero dwa lata po ślubie.

-

Nieprawda. Mam lepszy pomysł. Najpierw się najemy w knajpie i 

wychylimy pięć głębszych, a potem się prześpimy. Dzwoń do Asy.

Telefon,   zaopatrzony   w   siedmiometrowy   sznur,   stał   na   dywanie.   Gun 

wybrała numer. Rozmawiając, przekręciła się na plecy i podciągnęła nogi. 

Góra od piżamy lekko się przesunęła.

background image

Kollberg wnikliwie patrzył na jej gęste kruczoczarne włosy na podbrzuszu, 

które przerzedzały się w kroczu. Słuchając, wbiła wzrok w sufit. Po chwili 

uniosła lewą nogę i podrapała się po kostce.

-

Okej   -   powiedziała,   odkładając   słuchawkę.   -   Będzie   tu   za   jakąś 

godzinę. Słyszałeś najnowsze wieści?

-

Nie, jakie?

-

Asa zapisała się do szkoły policyjnej.

-

Coś takiego - odrzekł, rozkojarzony. - Gun?

-

Uhm?

-

Przyszedł mi do głowy jeszcze lepszy pomysł. Najpierw będziemy 

się kochać, potem pójdziemy na pięć głębszych, a potem znowu będziemy 

się kochać.

-

Jesteś genialny. Tutaj, na dywanie?

-

Tak. Zadzwoń do baru Opera i zamów stolik.

-

Znajdź mi numer.

Kollberg   wertował   książkę   telefoniczną,   rozpinając   koszulę   i   pasek. 

Odszukał numer. Gun zarezerwowała stolik, po czym usiadła, ściągnęła 

górę od piżamy przez głowę i rzuciła na podłogę.

-

Na co dybiesz? Na moją niecnotę?

-

Uhm.

-

Na plecach?

-

Jak chcesz.

Zachichotała i powolutku zaczęła się odwracać. Stanęła na czworakach, 

rozsunęła   nogi,   pochyliła   czarnowłosą   głowę   i   oparła   czoło   na 

przedramionach.

Trzy   godziny   później,   przy   imbirowym   sorbecie,   przypomniała 

background image

Kollbergowi o czymś, co wyrzucił z pamięci, kiedy patrzył za Martinem 

Beckiem zmierzającym do stacji metra.

-

Czy   myślisz,   że   ten   makabryczny   pożar   to   było   podpalenie?   - 

spytała.

-

Nie. Nie wyobrażam sobie. Są jakieś granice.

Pracował w policji od ponad dwudziestu lat i powinien

mieć lepsze rozeznanie.

Rozdział 6

Sobota przyniosła słońce i odwilż.

Martin Beck obudził się z niezwykłym uczuciem zadowolenia. Leżąc z 

twarzą w poduszce, próbował zgadnąć, czy jest późny, czy wczesny ranek. 

Za   oknem   w   zagajniku   usłyszał   śpiew   kosa   i   odgłos   ciężkich   kropli 

spadających   z   pluskiem   na   oblodzony   balkon.   Ulicą   przemykały 

samochody, nieco dalej piszczały hamulce zwalniającego metra. Trzasnęły 

drzwi u sąsiada. Szumiała woda w rurach. Nagły huk za ścianą, w kuchni, 

zmusił go do otwarcia oczu.

-

Cholera! - powiedział Rolf.

-

Okropna z ciebie fajtłapa - powiedziała Ingrid.

-

Pst! - powiedziała Inga.

Sięgnął   po   papierosy   i   zapałki,   po   czym  dźwignął   się   na   łokciu,   żeby 

wyciągnąć   popielniczkę   spod   stery   książek.   Do   czwartej   rano   czytał   o 

bitwie   pod   Cuszimą.   W   popielniczce   było   pełno   petów   i   wypalonych 

zapałek. Zwykle kiedy przed zaśnięciem nie chciało mu się wstawać i ich 

wyrzucać, wsuwał popielniczkę pod książkę, żeby nie słyszeć proroctw 

Ingi, jak to pewnego pięknego dnia świt zastanie ich zwęglone ciała.

Zegarek pokazywał wpół do dziesiątej, ale w tę sobotę miał wolne i był 

background image

wolny. Myślał o tym z radością i wyrzutami sumienia.

Czekały go dwa dni błogiej samotności, bo Inga wybierała się z dziećmi 

do   swojego   brata,   do   Rosłagen.   Oczywiście   Martin   Beck   też   był 

zaproszony, ale wymówił się pracą. Weekendy bez rodziny zdarzały się 

wyjątkowo rzadko i nie chciał zmarnować takiej okazji.

Wypalił   papierosa,   wstał   z   łóżka   i   opróżnił   popielniczkę   w   toalecie. 

Darował   sobie   golenie.   Ubrał   się   w   spodnie   khaki   i   manczesterową 

koszulę. Ustawił na półce książki o Cuszimie, szybko złożył wersalkę i 

poszedł do kuchni.

Rodzina   siedziała   przy   stole   i   jadła   śniadanie.   Ingrid   wyjęła   z   szafki 

filiżankę i nalała mu herbaty.

-

Tato,   jedź   z   nami.   Zobacz,   jaka   fantastyczna   pogoda.   Bez   ciebie 

będzie mniej fajnie.

-

Niestety, nie mogę. Byłoby bardzo fajnie, ale...

-

Tata musi pracować - kąśliwie zauważyła Inga. - Jak zwykle.

Znów naszły go wyrzuty sumienia. Po chwili uznał, że bez niego na pewno 

przyjemniej spędzą czas, bo ilekroć im towarzyszył, brat Ingi zawsze miał 

pretekst,   żeby   sięgnąć   po   alkohol   i   zalać   się   w   trupa.   W   stanie 

niewskazującym na spożycie był średnio zabawny, a jak się upił, nikt nie 

mógł z nim wytrzymać. Na szczęście nie zaglądał do butelki, kiedy nie 

miał kompanów. Martin Beck doszedł do wniosku, że nie ruszając się z 

domu, robi dobry uczynek, ponieważ jego nieobecność zmusi szwagra do 

abstynencji.

Ledwie   dokończył   tę   myśl,   szwagier   zadzwonił   do   drzwi.   Pięć   minut 

później Martin Beck zaczął świętować upragniony weekend.

Udał   się   wybornie,   zgodnie   z   jego   oczekiwaniami.   Inga   zostawiła   mu 

background image

wprawdzie jedzenie w lodówce, ale mimo to zrobił zakupy na kolację. 

Między  innymi nabył butelkę koniaku grónstedts monopol i sześć piw. 

Resztę soboty poświęcił na ułożenie pokładu w modelu „Cutty Sark", na 

co   nie   miał   czasu   od   kilku   tygodni.   Na   kolację   zjadł   zimne   klopsiki, 

kawior z sielawy i camembert na pumperniklu. Wypił dwa piwa. Potem 

przy   kawie   i   koniaku   obejrzał   w   telewizji   stary   amerykański   film 

gangsterski. Potem przygotował sobie kąpiel i czytał w wannie Topielicę 

Chandlera,   sącząc   koniak,   który   postawił   w   zasięgu   ręki,   na   desce 

sedesowej.

Czuł się świetnie. Nie myślał ani o pracy, ani o rodzinie.

Po kąpieli włożył piżamę, pogasił wszystkie światła z wyjątkiem lampki 

na biurku, czytał i popijał koniak, dopóki nie zmorzył go sen.

W   niedzielę   długo   się   wylegiwał,   później   pracował   w   piżamie   nad 

modelem   żaglowca.   Ubrał   się   dopiero   po   południu.   Wieczorem,   kiedy 

wróciła rodzina, poszedł z Rolfem i Ingrid na film o wampirach.

To   był  wspaniały   weekend.  W  poniedziałek   rano   czuł   się   wypoczęty   i 

natychmiast,   tryskając   energią,   zajął   się   sprawą   Malma.   Godziny 

przedpołudniowe   spędził   w   różnych   pokojach   w   komendzie,   po   czym 

złożył krótką wizytę w sądzie. Kiedy wrócił, żeby zdać relację z wyników 

dochodzenia, nie miał komu o tym powiedzieć, bo wszyscy byli na lunchu.

Zadzwonił do komendy południowej i, o dziwo, natychmiast połączył się z 

Kollbergiem,   niezrównanym   miłośnikiem   lunchów,   zwłaszcza   w 

poniedziałki.

-

Dlaczego nie poszedłeś coś zjeść?

-

Właśnie idę. Gdzie jesteś?

-

Siedzę w pokoju Melandera. Przyjedź tutaj i zjedz u nas, żebym nie 

background image

musiał   cię   szukać.   Kiedy   pojawi   się   Melander  i  Rónn,   przyjrzymy   się 

bliżej   Goranowi   Malmowi.   Jeśli   Melander   będzie   mógł   się   urwać   z 

pogorzeliska. W każdym razie czegoś tam się dowiedziałem o Malmie.

-

Okej.   Tylko   złapię   Benny'ego   i,   że   tak   powiem,   wydam   mu 

instrukcje. Jeśli to w ogóle możliwe.

Benny Skacke, świeżo upieczony policjant śledczy, pracował w głównym 

wydziale zabójstw od dwóch miesięcy. Zastąpił Akego Stenstróma, który 

zginął w wieku dwudziestu dziewięciu lat i był traktowany przez innych, 

przede wszystkim przez Kollberga, jak dzieciuch. Benny Skacke był dwa 

lata młodszy.

Martin   Beck   wyjął   magnetofon   Melandera   i   czekając   na   kolegów, 

odsłuchał taśmę, którą wypożyczył z sądu, i zrobił notatki.

Rónn stawił się z wybiciem pierwszej.

Kwadrans później przyszedł Kollberg.

-

Zamieniam się w słuch.

Martin   Beck   odstąpił   krzesło   Kollbergowi   i   stanął   przy   szafce   z 

archiwaliami.

-

Chodziło   o   handel   kradzionymi   samochodami.   W   zeszłym   roku 

liczba niewykrytych kradzieży wzrosła do tego stopnia, że przypuszczalnie 

mamy do czynienia z dobrze zorganizowaną szajką albo szajkami, które 

się   wyspecjalizowały   w   sprzedaży   kradzionych   samochodów. 

Niewykluczone, że szmuglują je za granicę. Podobno Malm był trybem w 

tej maszynie.

-

Dużym czy małym? - spytał Rónn.

-

Raczej małym. Malutkim.

-

Za co go zgarnęli? - spytał Kollberg.

background image

-

Moment. Zacznę od początku.

Martin Beck położył notatki na szafce i przystąpił do referowania. Mówił 

gładko i potoczyście.

-

O dziesiątej wieczorem dwudziestego czwartego lutego Goran Malm 

został zatrzymany do kontroli dwa kilometry na północ od Sódertalje. To 

była zwykła, rutynowa kontrola drogowa. Prowadził chevroleta impalę, 

rocznik   sześćdziesiąty   trzeci.   Samochód   wydawał   się   w   porządku,   ale 

ponieważ Goran Malm nie był jego właścicielem, sprawdzono, czy numer 

rejestracyjny nie figuruje na liście skradzionych aut. Figurował, tyle że był 

przypisany   do   volkswagena.   Omyłkowo   albo   przez   czysty   przypadek 

wyposażono   chevroleta   w   fałszywe   tablice   z   trefnymi   numerami.   Na 

przesłuchaniu Malm zeznał, że pożyczył samochód od zaprzyjaźnionego 

właściciela,   Bertila   Olofssona,   którego   nazwisko   widniało   na   imiennej 

tabliczce w chevrolecie. Okazało się, że Olofsson jest znany policji. Od 

dłuższego czasu podejrzewano go o ciemne interesy samochodowe. Kilka 

tygodni przed zatrzymaniem Malma udało się zdobyć materiał dowodowy 

przeciwko Olofssonowi. Niestety, Olofsson przepadł jak kamień w wodę. 

Według   Malma   Olofsson   pożyczył   mu   samochód,   bo   wybierał   się   za 

granicę   i   nie   był   mu   potrzebny.   Kiedy   chłopcy,   którzy   zaczęli   szukać 

Olofssona, dowiedzieli się o wpadce Malma, chcieli go aresztować. Byli 

przekonani, że Malm i Olofsson robią w tej samej branży. Ale nie trafił do 

aresztu...   i   z   błogosławieństwem  Hammara   Gunvald   miał  go   pilnować. 

Liczyli na to, że w ten sposób dotrą do Olofssona, który z kolei wyda całą 

szajkę. Jeśli taka w ogóle istnieje i jeśli Olofsson i Malm do niej należą. - 

Martin Beck przeciął pokój i zgasił papierosa w popielniczce na biurku. 

-To tyle. Aha, jeszcze jedno. Oczywiście dowód przeglądu technicznego i 

background image

faktura były sfałszowane. Bardzo zmyślnie.

Rónn podrapał się po nosie.

-

Dlaczego puścili Malma?

-

Słaby materiał dowodowy. Zaraz usłyszycie. - Martin Beck pochylił 

się nad magnetofonem. - Prokurator wnioskował o areszt za podejrzenie 

paserstwa,   motywując   to   ewentualnym   utrudnianiem   śledztwa,   gdyby 

Malm przebywał na wolności. - Włączył magnetofon i przewinął taśmę. - 

Gotowe. Przesłuchanie prokuratorskie Malma.

„Prokurator:   Panie   Malm,   wysłuchał   pan   przed   sądem   mojej   relacji 

dotyczącej   tego,   co   zaszło   wieczorem   dwudziestego   czwartego   lutego 

bieżącego roku. Czy zechciałby pan teraz opowiedzieć własnymi słowami, 

co się wtedy wydarzyło?

Malm: Było mniej więcej tak, jak pan mówił. Jechałem Sóderteljevagen, 

na szosie stał radiowóz, zagrodzili drogę... ma się rozumieć, zatrzymałem 

się   i...   jak   policjanci   zobaczyli,   że   to   nie   mój   wóz,   zabrali   mnie   na 

komisariat.

Prokurator: Aha. Panie Malm, dlaczego jechał pan cudzym samochodem?

Malm: Chciałem odwiedzić kumpla w Malmó, a ponieważ Berra po...

Prokurator: Berra? Ma pan na myśli Bertila Olofssona?

Malm: Tak. Berra, to znaczy Olofsson, pożyczył mi swoją brykę na parę 

tygodni. A że planowałem wypad do Malmó, skorzystałem z okazji, żeby 

się nie telepać pociągiem. Poza tym wozem taniej. No i pojechałem. Skąd 

mogłem wiedzieć, że wóz był trefny

Prokurator:   Jak   to   się   stało,   że   Olofsson   tak   po   prostu   pożyczył   panu 

samochód na tyle dni? Nie był mu potrzebny?

Malm:   Nie   był.   Powiedział,   że   wyjeżdża   za   granicę   i   nie   będzie   mu 

background image

potrzebny.

Prokurator: Aha, zamierzał wyjechać. Na jak długo?

Malm: Dokładnie nie powiedział.

Prokurator: Zamierzał pan korzystać z samochodu, dopóki nie wróci?

Malm:   Tak.   Gdybym   chciał.   Jak   nie,   mogłem   odstawić   wóz   na   jego 

parking.   Mieszka   w   takim   domu,   gdzie   każdy   ma   swoje   miejsce 

postojowe.

Prokurator: Czy Olofsson już wrócił?

Malm: Z tego, co wiem, to nie.

Prokurator: A czy pan wie, gdzie obecnie przebywa?

Malm: Nie. Chyba siedzi we Francji, czy gdzie tam miał wyjechać.

Prokurator: Czy ma pan własny samochód, panie Malm?

Malm: Nie.

Prokurator: Ale miał pan, prawda?

Malm: Tak. Dawno temu.

Prokurator: Czy pożyczał pan samochód Olofssona przy innych okazjach?

Malm: Nie, tylko ten raz.

Prokurator: Jak długo zna pan Olofssona?

Malm: Będzie z rok.

Prokurator: Czy często się spotykacie?

Malm: Niezbyt często. Czasami.

Prokurator: Co pan rozumie przez „czasami"? Raz w miesiącu? Raz w 

tygodniu? Jak często?

Malm: No, może raz w miesiącu. Albo dwa. Prokurator: Czyli znacie się 

dość dobrze, prawda? Malm: Tak sobie.

Prokurator:   Chyba   musicie   dobrze   się   znać,   skoro   pożyczył   panu 

background image

samochód. Malm: Jasne.

Prokurator: Kim Olofsson jest z zawodu? Malm: Co?

Prokurator: Gdzie Olofsson pracuje? Malm: Nie wiem.

Prokurator: Nie wie pan, mimo że znacie się co najmniej od roku?

Malm:   Nie   wiem.   Nigdy   o   tym  nie   rozmawialiśmy.   Prokurator:  A  pan 

czym   się   zajmuje?   Malm:   Teraz   niczym   szczególnym...   to   znaczy 

chwilowo. Prokurator: A tak w ogóle? Malm: Różnie. Zależy, co się trafi. 

Prokurator:   Gdzie   pan   pracował   ostatnio?   Malm:   W   warsztacie 

samochodowym w Blackebergu jako lakiernik.

Prokurator: Kiedy?

Malm: Zeszłego lata. W lipcu warsztat zamknęli i musiałem odejść.

Prokurator: Co było potem? Szukał pan innej pracy?

Malm: Tak, ale nie znalazłem.

Prokurator: Jak pan sobie radził finansowo, pozostając bez pracy przez... 

przez prawie osiem miesięcy?

Malm: Kiepsko.

Prokurator: Jednak skądś musiał pan brać pieniądze, prawda, panie Malm? 

Przecież płaci pan czynsz i musi pan coś jeść.

Malm: Trochę odłożyłem, czasami pożyczałem.

Prokurator: Co zamierzał pan robić w Malmó?

Malm: Chciałem odwiedzić kumpla.

Prokurator: Powiedział pan, że zanim Olofsson pożyczył panu samochód, 

myślał pan, żeby pojechać tam pociągiem. I powiedział pan, że to dużo 

kosztuje. Było pana na to stać?

Malm: No...

Prokurator: Jak długo Olofsson miał tego chevroleta?

background image

Malm: Nie wiem.

Prokurator: Nie widział pan, jaki ma samochód, kiedy się spotykaliście?

Malm: Nie myślałem o tym.

Prokurator:   Panie   Malm,   pracował   pan   przy   samochodach,   prawda? 

Powiedział pan, że był pan lakiernikiem. Czy to nie dziwne, że nie zwrócił 

pan   uwagi,   czym   jeździ   pański   przyjaciel?   Nie   zwróciłby   pan   uwagi, 

gdyby zmienił samochód?

Malm: Nie. Nie myślałem o tym. Zresztą dość rzadko widywałem jego 

wóz.

Prokurator: Panie Malm, czy nie było tak, że miał pan pomóc Olofssonowi 

w sprzedaży tego samochodu?

Malm: Nie.

Prokurator:   Ale   wiedział   pan,   że   Olofsson   handluje   kradzionymi 

samochodami, prawda?

Malm: Nie. Nie wiedziałem.

Prokurator: Nie mam więcej pytań".

Martin Beck wyłączył magnetofon.

-

Niebywale uprzejmy prokurator - skomentował Kollberg i ziewnął.

-

I nieskuteczny - dodał Rónn.

-

Uhm - przyznał Martin Beck. - Potem Malma wypuścili i Gunvald 

podjął   się   jego   obserwacji.   Mieli   nadzieję,   że   przez   Malma   dotrą   do 

Olofssona. To całkiem prawdopodobne, że Malm pracował dla Olofssona, 

ale biorąc pod uwagę jego sytuację materialną, nie dostawał dużo za swoje 

usługi.

-

Poza tym był lakiernikiem - przypomniał Kollberg. -Przydatny fach 

w handlu skradzionymi wozami.

background image

Martin Beck pokiwał głową.

-

Olofsson jest ciągle nieosiągalny? - spytał Rónn.

-

Tak,   zniknął.   Bardzo   możliwe,   że   Malm   nie   kłamał,   mówiąc   na 

przesłuchaniu, że Olofsson wyjechał za granicę. Pewnie się pojawi.

Kollberg, poirytowany, uderzył dłonią w poręcz krzesła.

-

Nie   rozumiem   tego   cholernego   Larssona.   -   Zerknął   na   Rónna.   - 

Jakim cudem nie miał pojęcia, dlaczego pilnuje Malma?

-

Chyba nie musiał tego  wiedzieć - odparł Rónn. - Raz na zawsze 

odczep się od Gunvalda.

-

Ale przecież musiał wiedzieć, że ma się rozglądać za Olofssonem. 

Inaczej ta cała obserwacja nie miałaby sensu.

-

No - bąknął Rónn. - Możesz go o to spytać, jak wyzdrowieje.

-

Ech! - Kollberg rozprostował się, aż trzasnęły mu szwy marynarki. - 

No   dobrze.   Tak   czy   inaczej,   samochodowe   szachrajstwa   to   nie   nasza 

broszka. Bogu niech będą dzięki.

Rozdział 7

W poniedziałkowe popołudnie wyglądało na to, że Benny Skacke po raz 

pierwszy   jako   policjant   śledczy   zatrudniony   w   głównym   wydziale 

zabójstw na własną rękę wyjaśni sprawę morderstwa.

Albo przynajmniej zabójstwa.

Siedział w swoim pokoju w komendzie południowej zajęty tym, co zlecił 

mu   Kollberg   przed   wyjazdem   na   Kungsholmsgatan,   czyli   odbieraniem 

telefonów i wkładaniem stosownych kopii raportów do stosownych teczek. 

Praca posuwała się bardzo wolno, bo zanim cokolwiek włożył, najpierw 

dokładnie to czytał. Benny Skacke był ambitny i boleśnie świadomy tego, 

że mimo gruntownej wiedzy o metodach rozwiązywania najtrudniejszych 

background image

zagadek kryminalnych, jaką posiadł w szkole policyjnej, nie jest mu dane 

spożytkować   jej   w   praktyce.   Czekając   na   szansę   wykazania   się 

drzemiącymi   w   nim   zdolnościami,   za   wszelką   cenę   starał   się   coś 

uszczknąć   z   doświadczeń   kolegów.   Na   przykład   podsłuchiwał   ich 

rozmowy, co przyprawiało Kollberga o białą gorączkę. Albo czytał stare 

raporty. I właśnie to robił, kiedy zadzwonił telefon.

- Jest tu ktoś, kto chce złożyć doniesienie o popełnieniu przestępstwa - 

zakomunikował lekko speszony człowiek z dyżurki. - Mam go wpuścić 

czy...

-

Tak - błyskawicznie odparł policjant śledczy Skacke.

Odłożył słuchawkę i wyszedł po gościa. Zastanawiał się,

co powiedziałby człowiek z dyżurki, gdyby mu nie przerwał. „Czy odesłać 

na komisariat?" Skacke był wrażliwym młodzieńcem.

Gość wolno i chwiejnie wszedł po schodach. Benny Skacke otworzył mu 

przeszklone drzwi i mimowolnie się cofnął, owiany odorem potu, moczu i 

niestrawionego   alkoholu.   Zaprowadził   mężczyznę   do   pokoju   i   gestem 

wskazał krzesło przy biurku. Mężczyzna stał, dopóki Skacke nie usiadł.

Skacke lustrował gościa. Mógł mieć góra pięćdziesiąt pięć lat, mierzył nie 

więcej niż metr sześćdziesiąt pięć, chudy, na pewno nie ważył więcej niż 

pięćdziesiąt   kilo.   Rzadkie   popielate   włosy,   szaroniebieskie   oczy,   na 

policzkach   i   nosie   mnóstwo   rozszerzonych   naczynek.   Trzęsły   mu   się 

dłonie,   drgał   mięsień   przy   lewym   oku.   Brązowy   znoszony   garnitur 

znaczyły plamy, dzianinowa kamizelka świeciła różnobarwnymi cerami. 

Zalatywało od niego wódą, ale nie był pijany.

-

Chciał pan złożyć doniesienie - zaczął Skacke. - W jakiej sprawie?

Mężczyzna   popatrzył   na   swoje   ręce,   nerwowo   obracając   niedopałek 

background image

papierosa.

-

Proszę   się   nie   krępować   -   powiedział   Skacke,   podsuwając   mu 

zapałki.

Gość przypalił, zaniósł się suchym kaszlem i podniósł głowę.

-

Zabiłem żonę.

Benny   Skacke   sięgnął   po   notatnik   i   zareagował   w   jego   mniemaniu   z 

władczym spokojem:

-

Uhm. Gdzie?

Bardzo by chciał, żeby był przy tym Martin Beck albo Kollberg.

-

W głowę - odrzekł mężczyzna.

-

Nie, nie o to pytam. Gdzie pan ją zabił?

-

Aha. W domu. Dansbanevagen 11.

-

Pana nazwisko?

-

Gottfridsson.

Benny Skacke zanotował nazwisko i pochylił się nad biurkiem.

-

Czy pan Gottfridsson mógłby powiedzieć, jak to się stało?

Mężczyzna przygryzł zębami dolną wargę.

-

Tak. Ledwie wróciłem do domu, zaczęła się awanturować. Byłem 

zmęczony, nie chciałem się kłócić, poprosiłem, żeby się zamknęła, ale to 

nic nie dało, ujadała jak najęta. W końcu nie wytrzymałem, krew mnie 

zalała, chwyciłem ją za gardło, zaczęła wierzgać, to dałem jej w łeb, raz i 

drugi,   a   kiedy   się   przewróciła,   obleciał   mnie   strach,   próbowałem   ją 

ratować i nic...

-

Nie zadzwonił pan po lekarza?

Mężczyzna pokręcił głową.

-

Nie.   Pomyślałem,   że   nie   żyje   i  że   nie   ma   po   co.   -   Przez   chwilę 

background image

siedział   w   milczeniu.   -   Nie   chciałem   jej   zrobić   nic   złego.   Tylko   się 

wściekłem. Nie powinna mnie wkurzać.

Benny   Skacke  podniósł  się   i  zdjął  jesionkę   z  wieszaka   przy   drzwiach. 

Wahał się, co począć z mężczyzną.

-

Dlaczego przyszedł pan tutaj, a nie na komisariat? - spytał, wkładając 

jesionkę. - Nie miał pan daleko.

Gottfridsson też wstał i wzruszył ramionami.

-

Pomyślałem... wydawało mi się, że taka sprawa... morderstwo i...

Benny Skacke otworzył drzwi na korytarz.

-

Proszę ze mną, panie Gottfridsson.

W   dwie   minuty   dojechali   pod   dom,   w   którym   mieszkał   Gottfridsson. 

Mężczyzna milczał, trzęsły  mu się ręce. Ruszył pierwszy  po schodach, 

Skacke wziął od niego klucz i weszli do środka.

W ciemnym przedpokoju było troje zamkniętych drzwi. Skacke spojrzał 

pytająco na Gottfridssona.

-

Tam - powiedział mężczyzna, wskazując na drzwi po lewej.

Skacke przeszedł trzy kroki i nacisnął klamkę.

W pokoju nikogo nie było. Podniszczone, zakurzone meble siały na swoim 

miejscu,   nigdzie   śladów   walki.   Skacke   odwrócił   się   do   Gottfridssona, 

który został przy drzwiach wejściowych.

-

Nikogo tu nie ma.

Gottfridsson   wbił   w   niego   zdumiony   wzrok,   wyciągnął   rękę   i   wolno 

podszedł do pokoju.

-

Przecież leżała tutaj.

Rozejrzał się, po czym otworzył drzwi do kuchni. Nikogo.

Trzecie drzwi prowadziły do łazienki, gdzie również nie było nic godnego 

background image

uwagi.

Gottfridsson przesunął dłonią po rzadkich włosach.

-

Coś takiego... Widziałem na własne oczy...

-

Możliwe - przyznał Skacke. - Ale najwyraźniej nie była martwa. Na 

jakiej podstawie wyciągnął pan taki wniosek?

-

To było widać. Nie ruszała się i nie oddychała. No i była zimna jak 

trup. - Potarł ręką brodę, aż zachrzęścił zarost. -Może umarła pozornie.

Skackemu przeleciało przez głowę, że mężczyzna go nabrał i wszystko 

zmyślił. Może wcale nie ma żony? Poza tym śmierć ewentualnej żony, jej 

zmartwychwstanie i zniknięcie nie zrobiły na nim szczególnego wrażenia. 

Skacke przyjrzał się podłodze, gdzie zdaniem Gottfridssona miała leżeć. 

Nie dopatrzył się śladów krwi ani niczego innego.

-

No tak - powiedział. - Tutaj jej nie ma. Może powinniśmy popytać 

sąsiadów.

-

Nie, nie. Nie jesteśmy w najlepszych stosunkach. Zresztą o tej porze 

nie ma ich w domu. - Gottfridsson wszedł do kuchni i usiadł na krześle. - 

Gdzie ona się, u licha, podziała?

W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i w przedpokoju stanęła 

niska   korpulentna   kobieta.   Miała   na   sobie   fartuch,   rozpinany   sweter   i 

kraciastą chustkę. W ręku trzymała siatkę.

Skacke zaniemówił. Kobieta minęła go bez słowa i weszła do kuchni.

-

Aha, miałeś czelność wrócić, żłobie jeden.

Gottfridsson otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale nie

zdążył.

-

A to kto? - Kobieta z hukiem rzuciła siatkę na stół. -Nie będzie w 

domu żadnej popijawy, dobrze o tym wiesz. Twój kompan od kielicha 

background image

niech idzie chlać gdzie indziej.

-

Przepraszam - odezwał się niepewnie Skacke. - Pani mąż myślał, że 

spotkało panią nieszczęście, i...

-

Nieszczęście - prychnęła. - Sam jesteś nieszczęściem. -Odwróciła się, 

wbijając   w   niego   nienawistne   spojrzenie.   -Chciałam   go   tylko   trochę 

nastraszyć.   Wraca   po   kilku   dniach   pijaństwa   i   rzuca   się   na   mnie   z 

pięściami. Są jakieś granice.

Kobieta zdjęła chustkę. Nie licząc małego siniaka na szczęce, była cała i 

zdrowa.

-

Jak się pani czuje? - spytał Skacke. - Chyba nic się pani nie stało?

-

Gdzie tam. Jak mnie pchnął i się przewróciłam, to pomyślałam, że 

nie wstanę i będę udawała, że straciłam przytomność. - Odwróciła się do 

męża. - Napędziłam ci strachu, co?

Gottfridsson zerknął zakłopotany na Skackego i coś wymruczał.

-

Kim pan właściwie jest? - zapytała kobieta.

Skacke napotkał spojrzenie Gottfridssona.

-

Policjantem.

-

Policjantem?! - Pani Gottfridsson wzięła się pod boki i nachyliła nad 

mężem,   który   siedział   skulony   na   krześle,   z   żałosną   miną.   -   Czyś   ty 

zwariował?! Ściągnąłeś tu gliniarza?

Po co? - Wyprostowała się i obdarzyła Skackego złym spojrzeniem. - Co z 

pana za policjant?! Żeby się narzucać Bogu ducha winnym ludziom! Może 

by   pan   przynajmniej   pokazał   odznakę,   skoro   się   pan   już   wepchnął   do 

uczciwych obywateli.

Skacke czym prędzej się wylegitymował.

-

Kryminalny, co?

background image

-

Policjant śledczy - poprawił ją pobladły Skacke.

-

Czego   kryminalnego   pan   się   tu   spodziewał?   Nie   jestem 

kryminalistką, mąż też nie. - Stanęła obok Gottfridssona i położyła mu 

rękę na ramieniu. - Czy on ma jakąś podkładkę, żeby łazić po naszym 

domu? Pokazał ci jakiś papier, Ludde?

Gottfridsson pokręcił głową. Skacke postąpił krok naprzód, otworzył usta, 

ale pani Gottfridsson nie dała mu dojść do słowa.

-

Niech pan się stąd zabiera. Aż mnie korci, żeby na pana donieść za 

zakłócanie miru domowego. No, wynocha, pókim dobra.

Skacke popatrzył na Gottfridssona, który nie odrywał wzroku od podłogi, 

wzruszył ramionami, okręcił się na pięcie i lekko wzburzony pojechał do 

komendy południowej.

Martin Beck i Kollberg jeszcze nie wrócili z Kungsholmsgatan. Siedzieli 

w pokoju Melandera i znów słuchali nagranego na taśmę przesłuchania 

prokuratorskiego   w   sprawie   zastosowania   aresztu   tymczasowego.   Tym 

razem Hammar chciał się z nim zapoznać. Zajrzał po południu i spytał, czy 

do czegoś doszli.

W   pokoju   było   gęsto   od   dymu   z   papierosów   Martina   Becka   i   cygar 

Hammara.   Kollberg   wniósł  swój   wkład   do   zanieczyszczenia   powietrza, 

podpalając   w   popielniczce   zużyte   zapałki   i   pudełka   po   papierosach,   a 

Rónn zwieńczył dzieło, otwierając okno i wpuszczając do środka spaliny 

wielkiego miasta, największego truciciela w Europie Północnej.

Martin Beck zakasłał.

-

Jeśli w ogóle możemy brać uwagę podpalenie, niewiele zdziałamy, 

bo wszyscy świadkowie są w szpitalu i nie mogą mówić.

-

No - przytaknął Rónn.

background image

-

Nie wydaje mi się, żeby to było podpalenie - powiedział Hammar. - 

Ale   nie   ma   co   wyciągać   pochopnych   wniosków,   dopóki   Melander   nie 

zakończy   oględzin   pogorzeliska   i   dopóki   nie   dostaniemy   wyników   z 

SKL*.

Zadzwonił telefon. Kollberg sięgnął po słuchawkę, dorzucając draskę do 

ogniska w popielniczce. Słuchał mniej więcej przez pół minuty.

-

Co?!   -   odezwał   się   z   niekłamanym   zdumieniem.   -   Dziękuję.   - 

Rozłączył się i popatrzył na Martina Becka nieobecnym wzrokiem. - Mam 

dla   panów   cholernie   miłą   niespodziankę.   Goran   Malm   nie   zginął   w 

pożarze.

-

Co masz na myśli? - spytał Hammar. - Nie było go w domu?

-

Ależ   był,   praktycznie   wtopił   się   w   zwęglony   materac.   Dzwonił 

obducent.   Powiedział,   że   Malm   był   martwy   jak   głaz,   zanim   wybuchł 

pożar.

*   Statens   Kriminaltekniska   Laboratorium   -   Państwowe   Laboratorium 

Techniki Kryminalistycznej.

Rozdział 8

Pielęgniarka z oddziału Gunvalda Larssona była opryskliwa i nieugięta.

- Nie zamierzam brać tego pod uwagę - oznajmiła. -Niech sobie będzie nie 

wiadomo jak ważne. Najważniejsze, żeby pan Larsson wyzdrowiał, na co 

nie ma szans, jeśli będziecie bez przerwy do niego wydzwaniać i zawracać 

mu głowę. Musi mieć absolutny spokój. Takie jest zalecenie lekarza. To 

samo powiedziałam panu Kollerbergowi, który dzwonił przed chwilą i był 

bezczelny.   Z   panem   Larssonem   będzie   można   się   skontaktować   nie 

wcześniej niż jutro. Żegnam!

Martin Beck zamarł ze słuchawką w dłoni. Po chwili wzruszył ramionami 

background image

i odłożył ją na widełki.

Siedział w swoim pokoju w komendzie południowej. Był wtorek, wpół do 

dziewiątej   rano.   Kollberg   i   Skacke   jeszcze   się   nie   pokazali.   Tak   czy 

inaczej, Kollberg już działał i powinien wpaść lada moment.

Martin   Beck   podniósł   słuchawkę,   wybrał   numer   komisariatu   w   parafii 

Marii i poprosił Zachrissona. Nie zastał go. Zachrisson zaczynał służbę o 

pierwszej po południu.

Otworzył paczkę papierosów, zapalił i spojrzał w okno. Widok nie był 

porywający: ponure zabudowania przemysłowe

i autostrada, zakorkowana w stronę centrum lśniącymi pojazdami, które 

sunęły w ślimaczym tempie. Martin Beck nie cierpiał samochodów i siadał 

za kierownicę wyłącznie z konieczności, kiedy nie było innego wyjścia. 

Źle   się   czuł   w   prowizorycznej   komendzie   w  Vastberdze,   nie   mógł   się 

doczekać   końca   rozbudowy   komendy   na   Kungsholmen   i   powrotu 

rozproszonych wydziałów pod jeden dach.

Odwrócił się od koszmarnej panoramy, splótł dłonie na karku i myślał, 

patrząc w sufit. Kiedy, jak i dlaczego zmarł Goran Malm i jaki był związek 

między jego śmiercią a pożarem? Nasuwała się odpowiedź, że ktoś go 

zabił, po czym podpalił dom, żeby zniszczyć wszystkie ślady. Tylko jak 

udało mu się tak wejść i wyjść, że nie zauważył tego ani Gunvald Larsson, 

ani Zachrisson?

Usłyszał   na   korytarzu   szybkie,   zdecydowane   kroki   Slcackego.   Chwilę 

później przyszedł Kollberg. Załomotał pięścią w drzwi, wetknął głowę, 

powiedział „cześć!" i zniknął. Wrócił bez jesionki i marynarki, poluzował 

krawat.

-

Chciałem pogadać przez telefon z Gunvaldem - zaczął, siadając na 

background image

krześle dla gości - ale guzik z tego wyszło.

-

Wiem. Też próbowałem.

-

Ale porozmawiałem sobie z Zachrissonem. Zadzwoniłem do niego 

rano do domu. Gunvald Larsson był na Skóldgatan o wpół do jedenastej. 

Zachrisson odszedł krótko potem. Powiedział, że światło u Malma zgasło 

za kwadrans ósma i od tamtej pory nic się w jego mieszkaniu nie działo. 

Nie licząc trojga gości Rotha, nie widział, żeby wieczorem ktoś wchodził 

albo wychodził. Ale nie wiemy, czy na pewno miał cały czas oczy i uszy 

otwarte.

-

Owszem,   chociaż  to  mało  prawdopodobne,  żeby  komuś  udało  się 

wśliznąć i wymknąć niepostrzeżenie.

Kollberg westchnął i potarł brodę.

-

Fakt, raczej nieprawdopodobne. Co teraz?

Martin Beck kichnął trzy razy. Po każdym kichnięciu Kollberg mówił „na 

zdrowie!", za co Martin Beck serdecznie mu dziękował.

-

Wybieram się do obducenta.

Rozległo się pukanie do drzwi, do pokoju wszedł Skacke.

-

Co chcesz? - zagaił Kollberg.

-

Nic.   Chciałem   się   tylko   dowiedzieć,   czy   są   nowe   wiadomości   o 

pożarze.

Martin Beck i Kollberg milczeli.

-

Chodzi mi o to, czy mógłbym coś zrobić...

-

Piłeś kawę? - spytał Kollberg.

-

Nie - odparł Skacke.

-

No to na początek możesz przynieść kawę. I trzy mazarynki* dla 

mnie. A co dla ciebie, Martin?

background image

Martin Beck wstał i zapiął marynarkę.

-

Nic. Od razu pojadę do zakładu medycyny sądowej.

Wsunął do kieszeni florydy i zapałki i zadzwonił po taksówkę.

Obducent,   siwowłosy   profesor   około   siedemdziesiątki,   był   lekarzem 

sądowym   już   wtedy,   kiedy   Martin   Beck   zaczął   patrolować   ulice,   a 

wcześniej   miał   z   nim   zajęcia   w   szkole   policyjnej.   Od   tamtej   pory 

współpracowali   przy   niejednym   śledztwie.   Martin   Beck   cenił   go   za 

doświadczenie i wiedzę.

Zapukał do pokoju obducenta w zakładzie medycyny sądowej na Solnej, 

usłyszał dobiegający ze środka stukot maszyny do pisania i nie czekając na 

reakcję, nacisnął klamkę. Profesor siedział pod oknem, plecami do drzwi, i 

pisał na maszynie. Skończył, wyjął papier, dopiero wtedy się odwrócił i 

spojrzał na Martina Becka.

* Mazariner - babeczki migdałowe, ulubione ciastka w Szwecji, których 

nazwa prawdopodobnie pochodzi od kardynała Mazarina.

-

Cześć! Właśnie piszę dla was wstępne orzeczenie. Co u ciebie?

Martin Beck rozpiął jesionkę i usiadł w fotelu dla gości.

-

Dziwna sprawa z tym pożarem. Zaciemnia obraz. Poza tym jestem 

przeziębiony. Ale na razie nie kwalifikuję się do obdukcji.

Profesor przyjrzał mu się badawczo.

-

Powinieneś pójść do lekarza. Ciągłe przeziębienia niczego dobrego 

nie wróżą.

-

Ech, lekarze! Nie mam nic przeciwko twoim zacnym kolegom, ale 

jeszcze się nie nauczyli, jak leczyć przeziębienia. -Wyciągnął chustkę i 

porządnie   wydmuchał   nos.   -  A  teraz   zamieniam   się   w   słuch.   Przede 

wszystkim interesuje mnie Malm.

background image

Profesor zdjął okulary i położył je przed sobą na stole.

-

Chcesz go zobaczyć?

-

Raczej nie. Poprzestanę na twojej relacji.

-

Najpiękniej   to   on   nie   wygląda.   Dwie   inne   osoby   też.   Co   chcesz 

wiedzieć?

-

jak umarł.

-

Tego ci nie powiem. - Profesor czyścił okulary chusteczką. - Prawie 

wszystko już powiedziałem. Kiedy dom stanął w ogniu, on już nie żył. 

Leżał w ubraniu na łóżku.

-

Czy jego śmierć mogła nastąpić w wyniku przemocy?

Profesor pokręcił głową.

-

Wątpię.

-

Nie miał na ciele żadnych obrażeń?

-

Miał, oczywiście, i to sporo. Temperatura była bardzo wysoka, leżał 

w pozycji szermierza. Liczne pęknięcia na skórze powstały po śmierci. 

Walące się belki stropowe i inne przedmioty spowodowały rany tłuczone, 

gorące powietrze rozsadziło czaszkę.

Martin Beck przytaknął skinieniem głowy. Widział ludzi, którzy zginęli w 

płomieniach,   i   zdawał   sobie   sprawę,   że   laik   łatwo   może   się   pomylić, 

uważając, że obrażenia powstały przed śmiercią.

-

Jak doszedłeś do tego, że nie żył, zanim wybuchł pożar?

-

Po   pierwsze,   wszystko   wskazywało   na   to,   że   krążenie   ustało 

wcześniej,   nie   pod   wpływem   ciepła.   Poza   tym   w   płucach   i   drogach 

oddechowych nie znaleźliśmy śladów sadzy ani dymu. W odróżnieniu od 

dwóch innych osób, u których prócz płatów sadzy stwierdziliśmy wyraźne 

zmiany obrzękowe błony śluzowej. W ich przypadku nie ma wątpliwości, 

background image

że zmarli wskutek pożaru, nie wcześniej.

Martin Beck wstał i podszedł do okna. Żółty wóz, własność Miejskiego 

Zarządu Dróg, sypał sól na szaroburą śnieżną breję. Westchnął, zapalił 

papierosa i odwrócił się od okna.

-

Czy masz powody, by przypuszczać, że ktoś pozbawił go życia? - 

zapytał profesor.

Martin Beck wzruszył ramionami.

-

Nie chce mi się wierzyć, żeby umarł tuż przed pożarem.

-

Organy wewnętrzne były zdrowe. Jedyna rzecz godna odnotowania 

to trochę za wysoki poziom tlenku węgla we krwi, biorąc pod uwagę fakt, 

że nie wdychał dymu.

Martin Beck został jeszcze pół godziny. Potem, wysiadając z autobusu 

przy Norra Bantorget i wdychając spaliny, pomyślał, że prawdopodobnie 

w całym mieście nie ma nikogo, kto by nie cierpiał na chroniczne zatrucie 

tlenkiem węgla.

Przez chwilę zastanawiał się nad słowami profesora o poziomie tlenku 

węgla   we   krwi   Malma,   po   czym   ruszył   na   stację   metra,   ku   znacznie 

bardziej zanieczyszczonym warstwom powietrza.

Rozdział 9

W środę po południu trzynastego marca Gunvaldowi Lars-sonowi po raz 

pierwszy   pozwolono   wstać   z   łóżka.   Z   pewnym   wysiłkiem   wbił   się   w 

szpitalny szlafrok i z grymasem niezadowolenia przyglądał się sobie w 

lustrze. Szlafrok był o kilka rozmiarów za mały, kolor spłowiał i spełzł. Na 

stopach miał czarne drewniaki, zrobione chyba dla Goliata lub z myślą o 

wywieszeniu ich przed sklepem obuwniczym.

Z nocnej szafki, gdzie między innymi przechowywał drobne, wyjął parę 

background image

dziesięcioórówek   i   poszedł   do   najbliższego   telefonu.   Wybrał   numer 

komendy, mimowolnie usiłując obciągnąć rękaw nieciekawego odzienia. 

Materiał ani drgnął.

-

No - odezwał się Rónn. - O, to ty? Jak się czujesz?

-

Dobrze. Skąd się tu, do cholery, wziąłem?

-

Ja cię zawiozłem. Film ci się urwał.

-

Pamiętam, że patrzyłem na zdjęcie Zachrissona w gazecie, a potem 

już nic...

-

No. To było pięć dni temu. Jak tam twoje ręce?

Gunvald Larsson spojrzał na prawą dłoń i na próbę rozprostował palce. 

Dłoń była wielka i porośnięta długimi jasnymi włosami.

-

Chyba w porządku. Mam tylko kilka plastrów.

-

No to dobrze.

-

Musisz zaczynać każde zdanie od „no"?!

Rónn nie odpowiedział.

-

Einar?

-

No, co jest? - odezwał się Rónn i zachichotał.

-

Z czego rżysz?

-

Z niczego. Po co dzwonisz?

-

W środkowej szufladzie mojego biurka po lewej znajdziesz czarną 

skórzaną portmonetkę, w której są zapasowe klucze do mieszkania. Pojedź 

do Bollmory i przywieź mi biały szlafrok i białe kapcie. Szlafrok wisi w 

garderobie, a kapcie stoją w przedpokoju, tuż przy drzwiach.

-

No, to mogę zrobić.

-

I weź piżamę. Leży na komodzie w sypialni w reklamówce domu 

towarowego NK.

background image

-

Chcesz to teraz zaraz?

-

Tak.   Ci   idioci   wypuszczą   mnie   najwcześniej   pojutrze   i   dali   mi 

szaroburozielononiebieski   drelich   jedenaście   rozmiarów   za   mały   i 

drewniaki łudząco podobne do trumien. Co u ciebie?

-

Ujdzie. Dość spokojnie.

-

Co robią Beck i Kollberg?

-

Nie ma ich tutaj. Siedzą w Vastberdze.

-

Świetnie. A jak tam śledztwo?

-

Jakie śledztwo?

-

No, w sprawie pożaru.

-

Zamknięte.

-

Co   takiego?!   -   wrzasnął   Gunvald   Larsson.   -   Co   ty   wygadujesz? 

Zamknięte?

-

Tak, to był nieszczęśliwy wypadek.

-

Nieszczęśliwy wypadek?!

-

No,   mniej   więcej...   Widzisz,   badania   pogorzeliska   zostały 

zakończone dzisiaj rano i...

-

Co to za brednie?! Upiłeś się czy jak?

Gunvald Larsson mówił tak głośno, że przybiegła siostra oddziałowa.

-

Nie, ale, widzisz, ten Malm...

-

Panie Larsson - odezwała się pielęgniarka - tak nie można.

-

Morda w kubeł - odparował starym zwyczajem.

Siostra   oddziałowa,   niewiasta   przy   kości,   około   pięćdziesiątki   i   dość 

pryncypialna, przeszyła pacjenta lodowatym spojrzeniem.

-

Proszę   natychmiast   odwiesić   słuchawkę!   To   oczywiste,   że   pan 

Larsson   zdecydowanie   za   wcześnie   wstał.   Zaraz   porozmawiam   z 

background image

doktorem.

-

No dobra - powiedział Rónn. - Przyjadę najszybciej, jak będę mógł. 

Wezmę papiery, żebyś sam zobaczył...

Oddziałowa nie dawała za wygraną.

-

Marsz do łóżka!

Gunvald Larsson w ostatniej chwili powstrzymał się od komentarza.

-

No to cześć! - rzucił Rónn.

-

Cześć - spokojnie odparł Gunvald Larsson.

-

Marsz do łóżka! - powtórzyła oddziałowa. - Czy pan Larsson słyszy, 

co mówię?

Nie spuszczała z niego wzroku, dopóki nie zamknął za sobą drzwi do sali. 

Wściekły poczłapał do okna. Wychodziło na północ, widział stąd niemal 

cały   Sódermalm.   Przy   odrobinie   skupienia   mógł   zobaczyć   czubek 

osmalonego komina, który się ostał po pożarze.

-

Co to ma być, do cholery? - mruknął pod nosem. - Parowiec?

A po chwili:

-

Chyba powariowali. Rónn i cała reszta.

Na korytarzu usłyszał odgłos zbliżających się kroków. Czym prędzej się 

położył, siląc się na miły i niewinny wyraz twarzy.

Co, rzecz jasna, było absolutnie niewykonalne.

Dwa i pół kilometra dalej Rónn odłożył słuchawkę i puknął się palcem 

wskazującym   prawej   dłoni   w   swój   czerwony   nos,   jakby   chciał   się 

powstrzymać przed wybuchem śmiechu.

Melander,   który   siedział   naprzeciwko   i   coś   pisał   na   przedpotopowej 

maszynie, podniósł głowę i wyjął fajkę z ust.

-

Co cię tak bawi?

background image

-

Nie   co,   tylko   kto.   Gunvald   -   odparł   Rónn,   dławiąc   śmiech.   - 

Zdrowieje. Gdybyś go słyszał, jak opowiada o szpitalnych ciuchach. A 

potem objechała go pielęgniarka.

-

Co mówił o sprawie Malma?

-

Wpienił się jak ta lala.

-

Zajrzysz do niego?

-

No.

Melander podsunął mu zbroszurowany raport.

-

To mu to pokaż. Może się ucieszy.

-

Dorzucisz dychę na kwiaty? - po chwili milczenia spytał Rónn.

Melander puścił to mimo uszu. Upłynęło trzydzieści sekund.

-

A piątaka?

Melander był pochłonięty fajką.

-

Piątaka - powtórzył Rónn.

Melander z kamienną twarzą wyjął portfel i otworzył pod takim kątem, 

żeby Rónn nie mógł zapuścić żurawia.

-

Wydasz mi z dziesięciu?

-

No, chyba tak.

Melander   obrzucił   Rónna   obojętnym   spojrzeniem   i   położył   na   kopii 

raportu banknot pięciokoronowy. Rónn wziął raport z banknotem, wstał i 

ruszył do wyjścia.

-

Einar?

-

No?

-

Gdzie kupisz kwiaty?

-

Jeszcze nie wiem.

- Byle nie w kwiaciarni przed szpitalem, bo cię ocyganią.

background image

Rónn wyszedł.

Melander zerknął na zegarek i napisał: „Sprawa zamknięta. Sztokholm, 

środa   13   marca   1968,   godz.   14.30".   Wykręcił   papier   z   maszyny   i 

wiecznym piórem złożył na nim kompletnie nieczytelny, tyciuteńki podpis. 

Kollberg zwykł mawiać, że wygląda jak trzy martwe komary sprzed roku. 

Odłożył   kartkę   do   powielenia,   rozprostował   spinacz,   wyciągnął   fajkę   i 

zaczął w niej dłubać.

Melander   był   bardzo   sumienny   w   kwestii   raportów.   Najpierw   układał 

sobie   wszystko   w   głowie,   a   potem   przelewał   to   na   papier.   Taki   miał 

system. Łatwiej zapamiętać szczegóły, jeśli się je raz na zawsze, jasno i 

wyraźnie ujmie w słowa. Nie zdarzyło mu się zapomnieć czegokolwiek, co 

widział na piśmie. W ogóle nie zwykł niczego wyrzucać z pamięci.

Pożar przy Skóldgatan zajął mu pięć dni, od piątkowego popołudnia do 

teraz. Ponieważ nie powinien pracować w soboty i niedziele, czekały go 

cztery wolne dni. Hammar już się zgodził, pod warunkiem że nie zajdzie 

nic   nadzwyczajnego.   Czy   nie   za   wcześnie   na   wypad   do   domu 

letniskowego na Varmdó? Nie. On zajmie się malowaniem ścian, a żona 

wyłoży papierem kuchenne półki. Ten dom był jego oczkiem w głowie. 

Odziedziczył go po ojcu policjancie, konkretniej inspektorze z Nacki, i 

żałował, że sam nie ma dzieci, którym mógłby ów majątek w swoim czasie 

przekazać. Na bezdzietność sam się skazał; on i żona wspólnie doszli do 

wniosku, że nie będą mieli dzieci, po części z wygodnictwa, a po części z 

przyczyn ekonomicznych. Nie przewidywał szybkiego wzrostu płac, poza 

tym brał pod uwagę ryzyko wpisane w zawód.

Wyczyścił fajkę, nabił ją i zapalił. Potem wstał i udał się do toalety. Miał 

nadzieję, że zanim tam dojdzie, nie usłyszy dzwonka telefonu.

background image

Czterdziestoośmioletni   Fredrik   Melander   miał   przypuszczalnie   więcej 

doświadczenia   i   wprawy   w   oględzinach   miejsca   przestępstwa   niż 

jakikolwiek   policjant   w   czynnej   służbie   w   Szwecji.   Pobierał   nauki   u 

Harry'ego Sódermana i Ottona Wendela. Pracując w głównym wydziale 

zabójstw ówczesnej policji ogólnokrajowej, a potem w wydziale do spraw 

przemocy   fizycznej   policji   sztokholmskiej,   gdzie   złożył   aplikację   po 

upaństwowieniu   organu   powołanego   do   ochrony   porządku   i 

bezpieczeństwa   publicznego   pierwszego   stycznia   1965,   widział   co 

najmniej   kilkaset   takich   miejsc.   Najróżniejszych.   Większość   w 

najwyższym   stopniu   odrażających.   Ale   Melander   nie   zwykł   ulegać 

emocjom.   Potrafił   zachować   dystans,   czego   mu   zazdrościło   wielu 

kolegów, a czego on sam nie był świadomy.

Dlatego   to,   co   zobaczył  na   Skóldgatan,   nie   zaburzyło   jego   równowagi 

psychicznej ani nie wpłynęło na zmianę wrażliwości.

Praca   na   pogorzelisku   wymagała   cierpliwości   i   dyscypliny.   Melander 

przede   wszystkim   musiał   ustalić,   ile   osób   straciło   życie.   Zgodnie   z 

przypuszczeniami odnaleziono trzy ciała: Kristiny Modig, Kennetha Rotha 

i Gorana Malma. Wszystkie z poważnymi poparzeniami. Zwłoki Malma 

były częściowo zwęglone. Wydobyto je na końcu, po dokopaniu się do 

fundamentów.   Kristina,   którą   pożar   zaskoczył   w   zachodnim   skrzydle 

domu,   najmniej   ucierpiała.   Mężczyźni   byli   w   skrzydle   wschodnim, 

doszczętnie strawionym przez płomienie, tam gdzie najprawdopodobniej 

wybuchł pożar. Kristina Modig miała zaledwie czternaście lat i chodziła 

do   szkoły,   Kenneth   Roth   miał   lat   dwadzieścia   siedem,   a   Goran   Malm 

czterdzieści dwa. Obu łączyła kryminalna przeszłość i brak stałego zajęcia. 

Nic nowego.

background image

W drugim etapie śledztwa należało odpowiedzieć na dwa pytania: Co było 

przyczyną śmierci i jak doszło do wybuchu pożaru?

Przyczynę śmierci miał wyjaśnić Państwowy Zakład Medycyny Sądowej. 

Pożar był zmartwieniem Melandera i jego bólem głowy, abstrahując od 

tego, że nigdy się nie uskarżał na ból głowy.

Miał   do   dyspozycji   ekspertów   ze   straży   pożarnej   i   z   laboratorium 

kryminalistyki. Na niewiele mu się przydali. Ich główny wkład polegał na 

głębokim zmarszczeniu czół i pytających minach.

Melander polecił zrobienie kilkuset zdjęć. W miarę odnajdywania ciał - 

Kristiny Modig dzień po pożarze, Kennetha Rotha w niedzielę, Gorana 

Malma   w   poniedziałek   po   południu   -fotografowano   je   pod   wszelkimi 

możliwymi kątami, po czym zabierano do obdukcji.

Nie wyglądały zbyt gustownie. Ponieważ paliły się dość krótko, a ciało 

ludzkie składa się w dziewięćdziesięciu procentach z cieczy, nie uległy 

kremacji i lekarze sądowi mieli co robić.

Wstępne orzeczenia nie były zaskakujące.

Kristina   Modig   zmarła   wskutek   zaczadzenia.   Była   w   koszuli   nocnej   i 

leżała   w   łóżku.   Wszystko   wskazywało   na   to,   że   umarła   we   śnie.   W 

układzie oddechowym znajdowały się cząsteczki sadzy.

To samo dotyczyło Kennetha Rotha, tyle, że nie miał na sobie ubrania i nie 

spał.   Próbując   się   ratować,   doznał   ciężkich   poparzeń.   Nawdychał   się 

duszącego dymu, w gardle i płucach była sadza.

Inaczej sprawy się miały w przypadku Gorana Malma.

Poza   tym  dało   się   zauważyć  inne   różnice.   Malm  zmarł  wprawdzie   we 

własnym łóżku, ale był kompletnie ubrany. Sporo przemawiało za tym, że 

prócz slipów, spodni i marynarki miał na sobie skarpetki, buty i jesionkę. 

background image

Zwęglone   ciało   leżało   w   tak   zwanej   pozycji   szermierza,   wywołanej 

pośmiertnie   skurczem   mięśni   z   powodu   wysokiej   temperatury. 

Najprawdopodobniej pożar wybuchł w jego mieszkaniu, nic jednak nie

świadczyło o tym, że zdawał sobie z tego sprawę lub usiłował się ratować.

Co do przyczyn pożaru Melander miał swoją prywatną teorię już w piątek 

po południu, kiedy rozmawiał z Martinem Beckiem i Kollbergiem. Ale nie 

zamierzał   się   nią   dzielić.   Pożar   spowodowała   jakaś   eksplozja   i   ogień 

bardzo szybko i gwałtownie się rozprzestrzenił. W mniemaniu Melandera 

do wybuchu doprowadził żar, ogień bez płomieni, który być może tlił się 

przez wiele godzin, zanim temperatura osiągnęła taki poziom, że wyleciały 

szyby.   Goran   Malm   mógł   już   od   paru   godzin   nie   żyć,   a   większość 

sprzętów   w   mieszkaniu   stopiła   się   albo   zwęgliła,   tak   jak   zewnętrzna 

warstwa   podłogi,   sufitu   i   ścian.   Niesamowita   gwałtowność   pożaru   i 

eksplozja, którą Gunvald Larsson miał zauważyć, mogły się wziąć stąd, że 

kiedy   całe   mieszkanie   stanęło   w   płomieniach,   jednocześnie   wyleciała 

pierwsza   szyba   i   do   środka   wtargnął   strumień   nasyconego   tlenem 

powietrza.   Potem   mogło   oczywiście   dojść   do   wtórnych   eksplozji 

przewodów   gazowych,   materiałów   wybuchowych   lub   łatwopalnych 

cieczy,   na   przykład   benzyny   czy   alkoholu.   Tego   typu   pożar   mogło 

praktycznie spowodować cokolwiek: papieros, iskra z pieca kaflowego, 

niewyłączone żelazko, toster, defekt instalacji elektrycznej. Istniały setki 

możliwości,   niemal  każda   wydawała   się   absolutnie   prawdopodobna.  W 

rozumowaniu Melandera było jednak pewne ale i chyba dlatego zachował 

tę teorię dla siebie. Jeśli ogień tlił się tak długo, że zdążyło się zwęglić 

wyposażenie mieszkania i sam Malm, powinno być odczuwalnie gorąco w 

lokalu piętro wyżej, gdzie znajdowały się cztery osoby. Chociaż mogły 

background image

spać, być pod silnym wpływem alkoholu albo narkotyków. Przesłuchanie 

ich to nie jego sprawa. Tak czy inaczej, było sporo niejasnych punktów.

O wpół do drugiej we wtorek, kiedy Melander wrócił na pogorzelisko po 

skromnym lunchu, który zjadł przed kioskiem

z   kiełbaskami   na   Ringvagen,   czekał   na   niego   kurier   na   motocyklu,   z 

beżową kopertą w ręku.

W kopercie była krótka wiadomość od Kollberga: „Wstępna telefoniczna 

relacja z obdukcji Malma. Zmarł wskutek zaczadzenia, zanim wybuchł 

pożar. Nie ma śladu sadzy w płucach ani w drogach oddechowych".

Melander   przeczytał   ją   trzy   razy,   lekko   uniósł   brwi   i   spokojnie   zaczął 

nabijać   fajkę.  Wiedział,   czego   powinien   szukać  i  gdzie.   I  dość   szybko 

znalazł.

Z niebywałą ostrożnością odsłonięto coś, co pięć dni wcześniej stanowiło 

pomieszczenie kuchenne w mieszkaniu Gorana Malma. Była tam żeliwna 

kuchenka gazowa starego typu, z dwoma palnikami, na czterech nóżkach. 

Pierwotnie stała przy zlewie, na przykrym linoleum, drewnianym blacie. 

Kiedy blat spłonął, spadła, na wpół stopiona przedziurawiła deski podłogi i 

znieruchomiała sześćdziesiąt centymetrów niżej, w ślepym pułapie. Mimo 

poważnych odkształceń, w niezłym stanie zachowały się mosiężne kurki. 

Oba zakręcone, zamykane na czop, blokowany karbem na kryzie, żeby nie 

można ich było niechcący otworzyć, na przykład zahaczając jakąś częścią 

garderoby. Kuchenkę łączył z przewodem gazowym czerwony gumowy 

wąż o średnicy dwudziestu milimetrów, zakończony gwintowaną nasadką. 

Prawie nic z niego nie zostało. Ze względów bezpieczeństwa nakładka 

miała   dwumilimetrowy   felc,   za   którym   powinien   być   cybant   z 

galwanizowanej blachy, zaciśnięty śrubką z nakrętką. Chodziło o to, żeby 

background image

wąż się nieoczekiwanie nie wysunął z nasadki. Dodatkowe zabezpieczenie 

stanowił   zawór   główny,   znajdujący   się   na   nasadce   między   gwintem   a 

felcem. Był odkręcony i brakowało cybantu. Choć gumę strawiła wysoka 

temperatura,   cybant   lub   jego   fragmenty   powinny   zostać   na   nasadce, 

ponieważ z technicznego punktu widzenia, bez poluzowania śrubki, nie 

mógł się zsunąć.

Melander i jego ludzie szukali cybantu blisko trzy godziny. Rzeczywiście 

był   z   galwanizowanej   blachy   i   leżał   w   odległości   dwóch   metrów   i 

czterdziestu   sześciu   centymetrów   od   wpustu   przewodu   gazowego.   Nie 

odkształcił   się,   śrubka   i   nakrętka   znajdowały   się   na   swoim   miejscu. 

Nakrętka trzymała się na najniższych gwintach, co świadczyło o tym, że 

ktoś poluzował cybant i zdjął przez felc. Obok cybantu było coś, co na 

pierwszy   rzut   oka   przypominało   zakrzywiony   gwóźdź,   a   po   bliższych 

oględzinach okazało się śrubokrętem z wypalonym trzonkiem.

Melander skierował teraz swoją uwagę na co innego.

W mieszkaniu były dwa źródła ciepła: piec kaflowy i mały żelazny piecyk. 

Miały zasunięte szybry.

Drzwi wejściowe i futryna uległy całkowitemu zniszczeniu. Zachował się 

zamek   podklamkowy,   w   którym   wciąż   tkwił   klucz.   Wprawdzie   z 

nadpalonym piórem, ale bez wątpienia został dwa razy przekręcony. Czyli 

drzwi były zamknięte od środka.

Zaczęło się ściemniać. Melander, poważnie zrewidowawszy swoją teorię, 

wrócił do nieskazitelnie uporządkowanego mieszkania na Polhemsgatan. 

Czekała   go   kolacja,   kilka   miłych   godzin   przed   telewizorem   i   dziesięć 

godzin spokojnego snu. Kiedy przestąpił próg, małżonka już nakryła do 

stołu w kuchni i podała fasolkę po bretońsku z podsmażoną mortadelą. 

background image

Kapcie  stały  na  swoim miejscu,  obok  fotela  naprzeciwko  telewizora,  a 

łóżko było gotowe na przyjęcie swojego pana i mistrza.

Nieźle, pomyślał Melander.

Jego żona, pięć lat młodsza Saga, skąpa, brzydka i kanciasta, miała sto 

osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, płaskostopie i duże obwisłe piersi. 

Od ponad dwudziestu dwóch lat uważał, że jest piękna. Przez ten czas nie 

bardzo   się   zmieniła,   ciągle   ważyła   osiemdziesiąt   dwa   kilo,   nosiła   buty 

rozmiar

czterdzieści cztery, jej sutki były małe, różowe i cylindryczne jak gumka 

do wycierania na ołówku.

Kiedy się położyli i zgasili światło, wziął ją za rękę.

-

Kochanie?

-

Tak, Fredrik?

-

Ten pożar to był nieszczęśliwy wypadek.

-

Jesteś pewien?

-

Prawie.

-

Wspaniale. Kocham cię.

I zasnęli.

Następnego   dnia   rano   Melander   oglądał   okna   w   mieszkaniu   Gorana 

Malma. Szyb oczywiście nie było, ram też, ale pośród popiołu, odłamków 

cegieł, odprysków szkła i innych rupieci poniewierały się haczyki. Kilka 

wisiało na zwęglonych słupkach okiennych. Większa część wschodniego 

skrzydła   domu   wyleciała   w   powietrze   i   roztrzaskała   się   w   wyniku 

eksplozji,   natomiast   ta   ściana   wydawała   się   mniej   osmalona   od 

pozostałych.

Melander znalazł jeszcze dwa przedmioty.

background image

Pierwszy, to kawałek drewnianej ramy szczytowego okna w mieszkaniu 

Malma. Na całej krawędzi była jakaś lepka żółtoszara powłoka. Nie miał 

wątpliwości, że to resztki taśmy klejącej.

Drugi, to wywietrznik w ścianie szczytowej. Zatkany pakułami i strzępami 

ręcznika.

A więc wszystko było jasne. Goran Malm popełnił samobójstwo. Zamknął 

drzwi na klucz, pozamykał okna, zasunął szybry i pozatykał wywietrzniki. 

Poza   tym   uszczelnił   szpary   w   oknach   taśmą   klejącą.   Żeby   wszystko 

odbyło się szybko i bezboleśnie, poluzował cybant śrubokrętem i wyrwał 

gumowy wąż. Następnie odkręcił zawór główny i położył się na łóżku. 

Gaz   błyskawicznie   wydostał   się   z   dość   dużego   przewodu.   Po   kilku 

minutach Malm stracił przytomność i w niespełna

kwadrans   zmarł.   Zatruł   się   gazem,   stąd   tlenek   węgla   we   krwi.   Kiedy 

wybuchł   pożar,   najprawdopodobniej   nie   żył   od   paru   godzin.   Gaz   bez 

przerwy wydobywał się z przewodu. Mieszkanie zamieniło się w bombę, 

wystarczyła iskierka, żeby doszło do eksplozji i zajęcia się całego domu 

ogniem.

Ostatnią czynnością Melandera na pogorzelisku było odczytanie wskazań 

sfatygowanego licznika gazowego. W ten sposób dodatkowo się upewnił 

co do słuszności swojej teorii.

Pojechał na Kungsholmsgatan i przedstawił rezultaty wizji lokalnej.

Fakty były niepodważalne.

Hammar wpadł w zachwyt i wcale się z tym nie krył.

A  nie   mówiłem?   -   pomyślał   Kollberg,   potem   powiedział   to   na   głos   i 

natychmiast wrócił do w miarę spokojnych zajęć w Vastberdze.

Martin Beck lekko się zadumał, ale zaakceptował fakty i pokiwał głową.

background image

Rónn wydał westchnienie ulgi.

Postępowanie   przygotowawcze   uznano   za   zakończone   i   zamknięto 

dochodzenie.

Melander był zadowolony.

Pomyślał, że tylko jedno pytanie pozostało bez odpowiedzi. To znaczy 

odpowiedzi   mogły   być   setki   i   wybór   właściwej   wydawał   się   zbędny   i 

niemal niemożliwy.

Kiedy wyszedł z toalety, usłyszał telefon, który przypuszczalnie dzwonił 

na jego biurku, ale się tym nie przejął. Wziął z szatni jesionkę i udał się na 

zasłużony czterodniowy urlop.

Dziesięć   minut   wcześniej   umarła   dwudziestoczteroletnia   rudowłosa 

Madeleine Olsen. Po pięciu i pół dniach niewyobrażalnego cierpienia.

Rozdział 10

Guiwald   Larsson   błyskawicznie   sformułował   pytanie   bez   odpowiedzi, 

które przemknęło przez głowę Melanderowi.

Miał na sobie swój szlafrok, białe kapcie i włożoną po raz pierwszy nową 

piżamę. Stał przy oknie, usiłując nie patrzeć na kwiaty, które przyniósł 

Rónn:   beznadziejnie   zakomponowany   bukiet   goździków   i   tulipanów   z 

mnóstwem zielonych dodatków.

-

Tak, tak! - rzucił ze złością, wymachując raportem. -Tyle to nawet 

kura zrozumie!

-

No.

Rónn siedział na krześle dla gości i od czasu do czasu nie bez dumy zerkał 

na czerwono-zielony dowód uznania.

-

Nawet   jeśli   w   mieszkaniu   było   tyle   gazu,   co   w   balonie 

pierwszomajowym, coś, do jasnej cholery, musiało wywołać pożar! Mam 

background image

rację?

-

No, ale...

-

Ale co?

-

No,   prawie   wszystko   może   spowodować   wybuch   w   pokoju 

wypełnionym gazem.

-

Prawie wszystko?

-

Wystarczy byle iskierka.

-

Ale iskierka musi się, do diabła, skądś wziąć!

-

Raz miałem do czynienia z wybuchem gazu. Jeden facet odkręcił 

kurki i odebrał sobie życie. Potem zadzwonił do drzwi jakiś włóczęga i 

iskra z baterii wysadziła chałupę w powietrze.

-

Tak się składa, że tym razem nie przyszedł żaden włóczęga i nie 

zadzwonił do Malma.

-

Ale mogą być setki innych powodów.

-

Nieprawda. Powód może być tylko jeden i nikt nie zadał sobie trudu, 

żeby go znaleźć.

-

Znaleźć?   Przecież   wszystko   poszło   z   dymem.   Pomyśl,   wystarczy 

zwarcie w kontakcie albo zła izolacja, powstaje iskra i gotowe.

Gunvald Larsson milczał.

-

Szlag trafił całą sieć elektryczną. Spalił się każdziuteńki bezpiecznik. 

Nie da się udowodnić, co wysiadło najpierw.

Gunvald Larsson milczał.

-

Budzik elektryczny, radio, telewizor - wyliczał Rónn. -Mogła spaść 

skra z pieca kaflowego albo z kominka.

-

Szybry były zamknięte.

-

Mimo to mogła się przedostać. Na przykład przez drzwiczki.

background image

Gunvald   Larsson   zmarszczył   brwi   i   patrzył   na   bezlistne   drzewa   i 

ośnieżone dachy.

-

Dlaczego Malm miałby popełnić samobójstwo?

-

Był w dołku. Nie miał pieniędzy, wiedział, że chodzi za nim policja. 

Chociaż   się   wywinął   od   aresztu,   nie   czuł   się   bezpiecznie.   Gdyby   się 

pokazał Olofsson, pewnie by tam wrócił.

-

Uhm - niechętnie przyznał Gunvald Larsson. - To prawda.

-

Poza tym miał beznadziejne układy rodzinne. Samotny alkoholik z 

kryminalną przeszłością, dwa razy rozwiedziony, od lat nie łożył na dzieci. 

Jak nic czekał go obóz pracy.

-

Aha.

-

No i cierpiał na jakąś chorobę. Kilka razy był w Beckis*.

-

Chcesz powiedzieć, że nie miał piątej klepki?

-

Był dwubiegunowy. Kiedy pił albo coś mu nie szło, wpadał w ciężką 

depresję.

-

No dobrze, wystarczy.

-

Już   wcześniej   próbował   popełnić   samobójstwo   -   jakby   nigdy   nic 

kontynuował Rónn. - Co najmniej dwa razy.

-

To nie wyjaśnia, skąd się wzięła iskra.

Rónn wzruszył ramionami.

Gunvald Larsson się zamyślił.

-

Parę minut przed eksplozją coś widziałem.

-

Co?

-

Na   piętrze,   nad   mieszkaniem   Malma   ktoś   zapalił   zapałkę   albo 

zapalniczkę.

-

Ale pożar wybuchł u Malma, nie na górze.

background image

Rónn wytarł nos złożoną chusteczką.

-

Nie   rób   tak   -   upomniał   go   Gunvald   Larsson   -   bo   będzie   jeszcze 

czerwieńszy.

-

Przepraszam.   -   Rónn   schował   chusteczkę   i   zastanawiał   się   przez 

chwilę. - Dom był stary i w złym stanie. Według Melandera do mieszkania 

na piętrze dostało się trochę gazu, ale jego stężenie nie było śmiertelne.

Gunvald Larsson odwrócił się i wbił wzrok w Rónna.

-

Kto przesłuchiwał pogorzelców?

-

Nikt.

-

Nikt?

-

No. Nie mieli nic wspólnego z Malmem. W każdym razie nic na to 

nie wskazuje.

-

Skąd wiesz?

-

No...

*   Szpital   psychiatryczny   w   Beckomberdze,   w   zachodnim   Sztokholmie 

(1935-1995),   w   poł.   XX   w.   jeden   z   największych   w   Europie,   symbol 

wariatkowa, od 2008 specjalizuje się w chorobach geriatrycznych.

-

Gdzie są ci ludzie?

-

Ciągle   w   szpitalu.   Chyba   tutaj.   Oprócz   dzieci,   którymi   się   zajęła 

komisja opieki.

-

Dorośli przeżyją?

-

No. Tylko Madeleine Olsen ma małe szanse. Z tego, co słyszałem, 

jeszcze zipie.

-

To znaczy, że innych można przesłuchać?

-

Nie. Przecież dochodzenie jest zamknięte.

-

Wierzysz w nieszczęśliwy wypadek?

background image

Rónn spojrzał na swoje dłonie i pokiwał głową.

-

No. Nie ma innego wytłumaczenia. Wszystko zostało sprawdzone.

-

Z wyjątkiem iskry.

-

To prawda, ale tego nie da się udowodnić.

Gunvald   Larsson   wyrwał   z   nosa   jasny   włosek   i   przyglądał   mu   się   w 

zamyśleniu. Potem usiadł na łóżku, zamknął raport i rzucił go na nocną 

szafkę. Jakby uznał sprawę za skończoną.

-

Wypiszą cię pojutrze? - spytał Rónn.

-

Na to wygląda.

-

A później będziesz pewnie z tydzień na zwolnieniu, co?

-

Chyba tak - odparł rozkojarzony Gunvald Larsson.

Rónn spojrzał na zegarek.

-

No, będę się zbierał. Synek ma jutro urodziny i muszę mu kupić 

prezent.

-

Co mu kupisz? - obojętnie spytał Gunvald Larsson.

-

Wóz strażacki.

Gunvald   Larsson   popatrzył   na   niego   z   taką   miną,   jakby   usłyszał   coś 

skrajnie obscenicznego.

-

Takie   miał   życzenie   -   wyjaśnił   Rónn.   -  Wóz   jest   mały,   o,   mniej 

więcej tej wielkości, a kosztuje aż trzydzieści dwa pięćdziesiąt.

Rónn pokazał wymiary, rozstawiając palce.

-

Aha - mruknął Gunvald Larsson.

-

No to cześć!

Guiwald Larsson skinął głową.

-

Einar? - odezwał się, kiedy Rónn położył dłoń na klamce.

-

No?

background image

-

Skąd wytrzasnąłeś te kwiaty? Zwinąłeś je z czyjegoś grobu...?

Rónn obrzucił go urażonym spojrzeniem i wyszedł.

Gunvald Larsson położył się na plecach, splótł wielkie dłonie na karku i 

patrzył w sufit.

Następnego   dnia,   czyli   w   czwartek   czternastego   marca,   nie   dało   się 

zauważyć najmniejszych oznak wiosny, która według kalendarza powinna 

być tuż-tuż. Lodowaty wiatr hulał w najlepsze, tumany śnieżynek tłukły 

się o szyby komendy południowej. Kollberg siorbał kawę z tekturowego 

kubka i wcinał drożdżówkę, pstrząc okruszkami biurko Martina Becka. 

Martin Beck pił herbatę, mając złudną nadzieję, że dobrze mu zrobi na 

żołądek. Było wpół do czwartej po południu. Kollberg większą część dnia 

strawił   na   ochrzanianiu   Skackego.   W   przerwach,   kiedy   obiekt   jego 

dezaprobaty go nie słyszał, zwijał się ze śmiechu.

Rozległo   się   ostrożne   pukanie   do   drzwi.   Skacke   wszedł   do   pokoju, 

spłoszonym   wzrokiem   zerknął   na   Kollberga   i   położył   jakiś   papier   na 

biurku Martina Becka.

-

Co to? - spytał Kollberg. - Nowy przypadek śmierci na niby?

-

Kopia   notatki   z   SKL   -   ledwie   słyszalnie   odpowiedział   Skacke   i 

wycofał się ku drzwiom.

-

Słuchaj no, Benny... - zaczął Kollberg z miną niewiniątka. - Skąd ci 

przyszło do głowy, żeby zostać policjantem?

Skacke przestąpił z nogi na nogę.

-

W porządku - odezwał się Martin Beck, demonstracyjnie podnosząc 

papier. - Dziękuję. Możesz odejść. - Kiedy

Skacke zamknął za sobą drzwi, popatrzył na Kollberga. - Jeszcze ci mało? 

Nie masz dosyć na dzisiaj?

background image

-

No dobrze, jutro też będzie dzień. Co to za świstek?

Martin Beck przebiegł tekst oczami.

-

Od Hjelma. Zbadał część próbek i przedmiotów z pogorzeliska przy 

Skóldgatan.   Żeby,   jak   pisze,   „wykluczyć   ich   ewentualny   związek   z 

zarzewiem pożaru". Wynik negatywny. - Westchnął i odłożył notatkę. - 

Wczoraj zmarła ta młoda Olsen.

-

Uhm, przeczytałem w gazecie - obojętne skonstatował Kollberg. - 

Wiesz, dlaczego ten geniusz został policjantem?

Martin Beck milczał.

-

Ja wiem - kontynuował Kollberg. - Stoi czarno na białym w jego 

papierach.   Powiedział,   że   pracę   w   policji   traktuje   jako   odskocznię   w 

swojej karierze. Marzy mu się posada komendanta.

Kollberg   znów   dostał   ataku   śmiechu.   O   mały   włos   nie   udławił   się 

drożdżówką.

-

Szczerze   mówiąc,   nie   podoba   mi   się   ten   pożar   -   powiedział   pod 

nosem Martin Beck.

-

Co ty tam przymarudzasz? - Kollberg złapał oddech. -Niby czemu 

miałby się podobać? Dlatego że cztery osoby zginęły w płomieniach, a 

dwumetrowy idiota dostanie medal? -Spoważniał. - Wszystko jest jasne, 

prawda?   Malm   odkręca   gaz   i   popełnia   samobójstwo.   Chromoli   to,   co 

będzie potem, bo myśli wyłącznie o sobie, poza tym kiedy wybucha pożar, 

jest  stuprocentowo  martwy. Trzy   niewinne   osoby   tracą   życie,   a  policja 

traci świadka i szansę zapuszkowania Olofssona, czy jak mu tam. Ty i ja 

nie mamy z tą sprawą nic wspólnego. Dobrze mówię?

Martin Beck długo i starannie wycierał nos.

-

Wszystko gra - podsumował Kollberg. - I nie próbuj mi wmawiać, że 

background image

„gra za dobrze". Albo że twoja przewspaniała

intuicja... - Urwał i obrzucił Martina Becka krytycznym spojrzeniem. - 

Kurde, fatalnie wyglądasz.

Martin Beck wzruszył ramionami.

Kollberg pokiwał głową.

Znali się jak łyse konie. Kollberg wiedział, co gryzie Martina Becka, ale 

niepytany nie zamierzał podejmować tego tematu.

-

Zapomnij o tym pieprzonym pożarze - powiedział lekkim tonem. - Ja 

już zapomniałem. Wpadniesz do mnie wieczorkiem? Gun będzie na jakimś 

kursie, możemy wypić po maluchu i rozegrać partyjkę szachów.

-

Czemu nie - odparł Martin Beck.

Przynajmniej o kilka godzin opóźni powrót do domu.

Rozdział 11

Gurwald   Larsson   został   wypisany   ze   szpitala   po   przedpołudniowym 

obchodzie w piątek piętnastego marca. Lekarz zalecił mu odpoczynek i 

wręczył   dziesięciodniowe   zwolnienie,   do   poniedziałku   dwudziestego 

piątego.

Pół godziny później wyszedł na wiatr, przed głównym wejściem przywołał 

taksówkę i pojechał na komendę na Kungsholmen. Nie kontaktując się z 

kolegami, udał się do swojego pokoju, widziany jedynie przez strażnika w 

holu. Tam odbył kilka rozmów telefonicznych, w tym co najmniej jedną, 

za   którą   naraziłby   się   na   ostrą   reprymendę   przełożonych,   gdyby 

przypadkiem ją słyszeli.

Rozmawiając, zapisywał rozmaite dane na kartce, po czym ułożył z nich 

listę osób.

Ze   wszystkich   policjantów   zajmujących   się   pożarem   przy   Skóldgatan 

background image

tylko   Gunvald   Larsson   był   z   wyższych   sfer.   Jego   ojciec   uchodził   za 

majętnego, mimo że masa spadkowa nie należała do imponujących. Mały 

Gunvald   dorastał   w   eleganckiej   dzielnicy   Óstermalm   i   uczęszczał   do 

najlepszych   szkół.   Dosyć   szybko   się   jednak   okazało,   że   jest 

problematycznym członkiem rodziny; miał odmienne poglądy, które zwykł 

głosić świątek - piątek. W końcu ojciec nie widział

innego wyjścia, jak postać go do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej.

Gunvald   Larsson   źle   się   czuł   wśród   wojskowych   i   po   kilku   latach 

przeniósł się do floty handlowej. Tam szybko się zorientował, że może 

zrobić   niewielki   użytek   z   wiedzy   zdobytej   w   szkole   i   doświadczenia 

zdobytego na trałowcach, niszczycielach i przestarzałych pancernikach.

Jego bracia i siostry zawczasu się ustatkowali. Kiedy zmarli rodzice, byli 

już dobrze sytuowani i ustawieni. Nigdy nie nawiązał z nimi kontaktu, 

praktycznie zapomniał o ich istnieniu.

Ponieważ   nie   uśmiechało   mu   się   spędzenie   reszty   życia   w   marynarce, 

musiał   pomyśleć   o   innym  zawodzie,   wymagającym  odrobiny   ruchu,   w 

którym  jego   cudaczne   wykształcenie   byłoby   w   miarę   przydatne.   I  tym 

sposobem   został   policjantem.   Ku   zdumieniu   i   niemałemu   przerażeniu 

krewnych mieszkających na Lidingó i Óstermalmie.

Opinie   o   jego   policyjnych   kwalifikacjach   były   w   najwyższym   stopniu 

podzielone. Poza tym prawie nikt go nie lubił.

Gunvald Larsson najczęściej kierował się własnym rozumem i stosował, 

oględnie mówiąc, nieortodoksyjne metody.

Równie nieortodoksyjnie prezentowała się sporządzona przez niego lista:

„Goran Malm, 42, złodziej, nie żyje (samobójstwo?) Kenneth Roth, 27, 

złodziej, nie żyje, pochowany Kristina Modig, 14, młodociana dziwka, nie 

background image

żyje, pochowana

Madeleine Olsen, 24, ruda kurwa, nie żyje Kent Modig, 5, dziecko (dom 

dziecka) Clary Modig, 7 mies., niemowlę (dom dziecka) Agnes Sóderberg, 

68,   sklerotyczka,   dom   starców   Rosenlund   Herman   Sóderberg,   67, 

sklerotyczny ochlapus, dom opieki Hógalid

Max Karlsson, 23, gangster, Timmermansgatan 12

Anna-Kajsa   Modig,   30,   dziwka,   szpital   na   Sódermalmie   (oddz. 

psychiatryczny)

Carla Berggren, ?, dziwka, Gótgatan 25"

Przeczytał listę i zdecydował, że warte zachodu są trzy ostatnie osoby. Z 

pozostałych   cztery   zmarły,   dwoje   małych   dzieci   o   niczym   nie   miało 

pojęcia, a starsze małżeństwo cierpiało na demencję.

Złożył  kartkę,   schował  do   kieszeni  i  wyszedł.   Nawet  nie   skinął  głową 

strażnikowi.   Odszukał   samochód   stojący   na   policyjnym   dziedzińcu   i 

pojechał do domu.

W  sobotę   i   niedzielę   siedział   w   czterech   ścianach,   pochłonięty   lekturą 

powieści Saxa Rohmera.

Ani przez chwilę nie pomyślał o pożarze.

W   poniedziałek   osiemnastego   marca   wstał   wcześnie,   zerwał   ostatnie 

plastry, wziął prysznic, ogolił się i starannie dobierał garderobę. Potem 

wsiadł   do   samochodu   i   udał   się   na   Gótgatan,   gdzie   mieszkała   Carla 

Berggren.

Wdrapał   się   na   drugie   piętro,   przeciął   asfaltowe   podwórko,   dotarł   do 

brudnej   klatki   z   łuszczącą   się   brązową   farbą   i   rozchwierutanymi 

poręczami, pokonał jeszcze trzy piętra i zatrzymał się przed popękanymi 

drzwiami opatrzonymi blaszaną skrzynką na listy i odręczną kartonową 

background image

wizytówką: „Carla Berggren, Modelka".

Nie   zauważył   dzwonka,   więc   lekko   kopnął   w   drzwi,   otworzył   je   i 

nieproszony wszedł do środka.

Jednopokojowe   mieszkanie.   Stęchły   zaduch.   Ciemno.   Popsuta   roleta 

przesłaniała okno do połowy. Ciepło. Pokój ogrzewały dwa elektryczne 

grzejniki starej daty, ze spiralnymi żarnikami. Na podłodze poniewierały 

się części garderoby i rozmaite drobiazgi. Tylko łóżko nie nadawało się na 

śmietnik. Duże, zasłane stosunkowo czystą pościelą.

Carla Berggren leżała na łóżku i czytała jakieś piśmidło z opowieściami o 

miłości. Podobnie jak poprzednio, kiedy

ją widział, była naga i podobnie wyglądała. Oczywiście nie miała gęsiej 

skórki,   nie   histeryzowała   i   nie   zanosiła   się   spazmatycznym   płaczem. 

Sprawiała wrażenie wyjątkowo spokojnej.

Drobna,   bardzo   szczupła   tleniona   blondynka   o   małych   zwiotczałych 

piersiach, które przypuszczalnie prezentowały się najlepiej w tej właśnie 

pozycji,   to   znaczy,   kiedy   leżała   na   plecach,   i   z   mysią   kępką   między 

nogami.

Przeciągnęła się ospale i ziewnęła.

-

Trochę dla mnie za wcześnie, ale nie ma sprawy.

Gunvald Larsson milczał, co najwyraźniej opacznie zrozumiała.

-

Oczywiście najpierw forsa. Połóż na stole. Znasz stawkę? A może 

chcesz coś ekstra? Masażyk?

Schylił się i wszedł do tyciego pokoju. Ledwie się zmieścił. Zalatywało 

seksem,   cielesnymi   wyziewami,   starym   dymem   tytoniowym   i   tanimi 

kosmetykami.   Zrobił   krok   w   stronę   okna,   żeby   podciągnąć   roletę. 

Sprężyna była popsuta, więc w efekcie niemal całkowicie ją opuścił.

background image

Dziewczyna przyglądała się jego poczynaniom.

-

A, poznaję cię. To ty uratowałeś mi życie, co nie?

-

Tak.

-

Strasznie dziękuję.

-

Bardzo proszę.

Zadumała się, lekko rozchyliła nogi i prawą dłonią przesunęła po kroczu.

-

To zmienia postać rzeczy. Ma się rozumieć, dostaniesz za darmo.

-

Proszę coś na siebie narzucić.

-

Prawie wszystkim się podobam.

-

Mnie nie.

-

I wszyscy mówią, że jestem dobra.

-

Z zasady nie przesłuchuję gołych... łudzi.

Zawahał się na ułamek sekundy, jakby nie był pewien, do jakiej kategorii 

ją zaliczyć.

-

Przesłuchanie? A, jasne, przecież jesteś gliną. Ja nic nie zrobiłam.

-

Jest pani prostytutką.

-

Nie bądźmy małostkowi. Seks jeszcze nikomu nie zaszkodził.

-

Proszę się ubrać.

Westchnęła, wygrzebała z pościeli szlafrok i włożyła, nie zawiązując.

-

O co chodzi?

-

Chcę zapytać o parę rzeczy.

-

Jakich rzeczy? O mnie?

-

Między innymi. Na przykład co pani robiła w tamtym domu?

-

Nic nielegalnego. Mówię prawdę.

Gunvald Larsson wyjął długopis i kilka kartek wyrwanych z notesu.

-

Jak się pani nazywa?

background image

-

Carla Berggren. A właściwie...

-

Właściwie? Tylko bez kłamstw.

-

Nie   -   powiedziała   z   dziecięcą   godnością.   -   Nie   okłamię   cię. 

Nazywam się Karin Sofia Pettersson. „Berggren" to nazwisko panieńskie 

mamy. A „Carla" lepiej brzmi.

-

Skąd pani pochodzi?

-

Z Skillingarydu. W Smalandii.

-

Od kiedy mieszka pani w Sztokholmie?

-

Od ponad roku. Prawie półtora.

-

Ma tu pani stałą pracę?

-

Zależy, co się przez to rozumie. Od czasu do czasu najmuję się jako 

modelka. Bywa ciężko.

-

Ile pani ma lat?

-

Siedemnaście... prawie.

-

Czyli szesnaście?

Pokiwała głową.

-

Co pani robiła w tamtym mieszkaniu?

-

Mieliśmy takie małe party.

-

Ma pani na myśli kolację?

-

Nie. Seksparty.

-

Seksparty?

-

Tak. Nigdy ci się nie obiło o uszy? Fajna rzecz.

-

Aha. - Gunvald Larsson obojętnie odwrócił kartkę. - Jak dobrze znała 

pani te osoby?

-

Tego, który tam mieszkał, nigdy przedtem nie widziałam. Kent, czy 

jak mu tam...

background image

-

Kenneth Roth.

-

Naprawdę?   Tak   czy   inaczej,   wcześniej   o   nim   nie   słyszałam. 

Madeleine znałam tylko trochę. Oboje nie żyją, co?

-

Tak. A Max Karlsson?

-

Jego znam. Spotykamy się od czasu do czasu dla przyjemności. Żeby 

się rozerwać. To on mnie tam zabrał.

-

Jest alfonsem?

Pokręciła głową.

-

Nie, nikt taki nie jest mi potrzebny - odparła z naiwną powagą. - Nie 

opłaca się. Oni chcą tylko szmalu. Procenty i takie tam.

-

Czy znała pani Gorana Malma?

-

Tego, który się zabił i podpalił chałupę? Który mieszkał piętro niżej?

-

Tak.

-

W życiu o nim nie słyszałam. Palant. Zdrowo mu odwaliło.

-

A inni go znali?

-

Chyba   nie.   Na   pewno   nie   Max   ani   Madeleine.   Może   Kent   albo 

Kenneth, bo tam mieszkał.

-

Co robiliście?

-

Pieprzyliśmy się.

Gurwald Larsson przeszył ją spojrzeniem.

-

Może więcej konkretów, dobrze? O której przyszliście? I dlaczego 

akurat tam?

-

Max   mnie   ściągnął.   Powiedział,   że   szykuje   się   fajna   impreza.   Po 

drodze zabraliśmy Madeleine.

-

Poszliście pieszo?

-

W taką pogodę? Nie. Wzięliśmy taryfę.

background image

-

O której byliście na miejscu?

-

Koło dziewiątej. Mniej więcej.

-

I co było potem?

-

Ten,   który   tam   mieszkał,   miał   dwie   butelki   wina,   piliśmy, 

nastawiliśmy gramofon i tak dalej.

-

Nie zauważyła pani niczego szczególnego? Pokręciła głową.

-

Niby co?

-

Proszę mówić dalej.

-

Potem Madeleine się rozebrała. Wcale nie była ładna. No to i ja się 

rozebrałam. Chłopcy też. A potem... potem tańczyliśmy.

-

Nago?

-

No, fajna rzecz.

-

Aha. Co dalej?

-

Trochę to trwało, a potem usiedliśmy i paliliśmy.

-

Paliliście?

-

Uhm. Hasz. Żeby poczuć kopa. Dobrze robi.

-

Kto częstował?

-

Max. On...

-

Tak? Co on?

-

Uf.   Obiecałam   mówić   prawdę.   Ja   nic   nie   zrobiłam.   Poza   tym 

uratowałeś mi życie.

-

Co Max?

-

Max opyla hasz. Najczęściej dzieciakom.

Gunvald Larsson zanotował.

-

Co dalej?

-

Potem chłopcy rzucali monetą. Byłyśmy w formie, na lekkim haju, 

background image

chichotałyśmy, rozumiesz, normalka.

-

Rzucali monetą?

-

No.   Maksowi   trafiła   się   Madeleine   i   wyszli   do   pokoju.   Ja   i   ten 

Kenneth zostaliśmy w kuchni. Chodziło o to...

-

Tak?

-

E, na pewno byłeś na takich party. Najpierw rzuca się monetą, potem 

jest zmiana, a na końcu zbiorówka, jeśli chłopcy mają jeszcze siłę. To jest 

najfajniejsze.

-

Zgasiliście światło?

-

Tak. Ten chłopak i ja położyliśmy się w kuchni na podłodze. Tylko...

-

Tylko co?

-

Stało   się   coś   dziwnego.   Uderzyłam   w   kimono.   Obudziła   mnie 

Madeleine. Przylazła do kuchni, potrząsnęła mną i powiedziała, że Max 

się wścieka, bo nie przyszłam. A ja leżałam na tym gościu.

-

Zamknęliście drzwi do kuchni?

-

Tak. Kenneth też zasnął. Madeleine zaczęła go tarmosić. Zapaliłam 

zapalniczkę, spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że byłam z nim godzinę 

z hakiem.

Gunvald Larsson pokiwał głową.

-

Byłam strasznie klapnięta, ale jakoś się pozbierałam i poszłam do 

pokoju.   Maksxowi   nic   nie   dolegało.   Chwycił   mnie,   rzucił   na   wyro   i 

powiedział...

-

No, co powiedział?

-

Przyłóż   się.   Tak   powiedział.   Bo   z   tej   rudej   wywłoki   nie   było 

wielkiego pożytku. A potem...

-

Tak?

background image

-

Nic nie pamiętam aż do wybuchu. Huknęło jak z armaty, wszędzie 

było pełno dymu i ognia. A potem ty... Makabra.

-

I niczego dziwnego pani nie zauważyła?

-

Tylko   to,   że   zasnęłam.   Normalnie   mi   się   to   nie   zdarza.   Byłam  z 

wieloma   prawdziwymi   kozakami   i   wszyscy   mi   mówili,   że   jestem 

piekielnie dobra. I ładna.

Gunvald   Larsson   skinął   głową,   schował   notatki   i   długo   przyglądał   się 

dziewczynie.

-

Moim zdaniem jest pani brzydka. Obwisłe piersi, wory pod oczami, 

chorowity wygląd. Kupa nieszczęścia. Jeszcze parę lat ćpania, a będzie 

pani   tak   obrzydliwa,   że   nikt   pani   nie   tknie   nawet   w   bokserskich 

rękawicach. Żegnam.

Zatrzymał się na podeście i po chwili wrócił do mieszkania. Dziewczyna 

zdjęła szlafrok i opuszkami palców obmacywała pachę.

Zachichotała.

-

Jak byłam w szpitalu, wyrosły mi włosy. Zmieniłeś zdanie?

-

Uważam,  że powinna  pani  kupić  bilet do  Smalandii,  pojechać do 

domu i znaleźć sobie uczciwą pracę.

-

Tam nie ma pracy.

Zatrzasnął drzwi z taką siłą, że o mały włos nie wyleciały z zawiasów.

Przez   chwilę   stał   na   Gótgatsbacken.   Czego   się   dowiedział?   Że   gaz   z 

mieszkania Malma prawdopodobnie przedostał się do kuchni piętro wyżej 

pionem wodno-kanalizacyjnym. Dlatego tych dwoje usnęło. Ale stężenie 

nie było na tyle duże, by doszło do wybuchu, kiedy Karin Sofia Pettersson 

zapaliła zapalniczkę.

Co to znaczy? Na dobrą sprawę nic, w każdym razie nic, z czego mógłby 

background image

zrobić użytek.

Czuł, że się lepi. Wizyta u szesnastolatki w obskurnym pokoju sprawiła 

mu fizyczną przykrość. Czym prędzej pojechał

do Sturebadet*, gdzie spędził trzy błogie godziny w łaźni tureckiej.

Tego   poniedziałkowego   popołudnia   Martin   Beck   odbył   rozmowę 

telefoniczną, przy której nie chciał mieć żadnych świadków. Poczekał, aż 

Kollberg   i   Skacke   zejdą   mu   oczu,   wybrał   numer   SKL   i   poprosił   o 

połączenie z Hjelmem, wybitnym technikiem kryminalistycznym.

-

Widziałeś zwłoki Malma przed obdukcją i po obdukcji?

-

Owszem - odparł kwaśno Hjelm.

-

Czy zauważyłeś coś godnego uwagi?

-

Raczej nie. No, może prócz tego, że całe ciało było zwęglone. Ze 

wszystkich stron, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Łącznie z plecami, mimo że 

leżał na plecach. - Hjelm zawiesił głos i dodał po namyśle: - Oczywiście 

materac też zajął się ogniem.

-

Uhm.

-

Nie rozumiem was - powiedział Hjelm z lekkim wyrzutem. - Czy to 

dochodzenie nie zostało zamknięte? A...

W tym momencie  Kollberg  otworzył  drzwi i  Martin   Beck  natychmiast 

zakończył rozmowę.

* Łaźnia z tradycjami, otwarta w Sztokholmie przy Sturegatan w 1885 

dzięki   inicjatywie   lekarza   C.   Curmana,   w   1902   powiększona   o   kryty 

basen, po pożarze w 1985 odbudowana, obecnie jedna z atrakcji centrum 

handlowego.

Rozdział 12

W porze lunchu we wtorek, dziewiętnastego, Gunvald Larsson był niemal 

background image

gotowy o wszystkim zapomnieć. Wiedział, że niektóre jego poczynania w 

ostatnich dniach nie miały nic wspólnego z regulaminem i jak dotąd nie 

wytropił  nic   takiego,   co   by   je   usprawiedliwiało.  W  gruncie   rzeczy   nie 

udało   mu   się   doszukać   śladu   związku   między   Goranem   Malmem   a 

pozostałymi osobami, które były w domu, kiedy wybuchł pożar, ani tym 

bardziej zlokalizować zarzewia ognia.

Przedpołudniowa wizyta w szpitalu na Sódermalmie przyniosła wyłącznie 

potwierdzenie dość oczywistych przypuszczeń. Kristina Modig mieszkała 

na mansardzie, dlatego że u matki było za mało miejsca i nie chciała się 

gnieździć z hałaśliwym młodszym rodzeństwem. Chyba nie najlepiej się 

prowadziła, ale co policji do tego? Jako nieletnia podpadała ewentualnie 

pod   kuratelę   komisji   opieki   nad   dzieckiem,   tyle   że   powołane   do   tego 

instytucje   i   urzędy   coraz   częściej   patrzyły   przez   palce   na   wyskoki 

dziewczynek.   Zbyt   dużo   było   takich   przypadków,   za   mało   opiekunów 

społecznych, brak środków poprawczych. W rezultacie dzieci robiły, co 

chciały, społeczeństwo zyskało fatalną opinię, rodzice i nauczyciele byli 

zrozpaczeni i bezsilni. Ale, jako się rzekło, policji nic do tego.

Anna-Kajsa   Modig   z   pewnością   wymagała   opieki   psychiatrycznej. 

Gunvald   Larsson,   choć   z   natury   niewrażliwy,   od   razu   to   zauważył. 

Chaotyczna i niekomunikatywna, miała napady  dreszczy  i bez przerwy 

wybuchała   płaczem.   Usłyszał,   że   w   mansardzie   był   piecyk   naftowy,   o 

czym już wiedział. Rozmowa nic nie dała, ale wyszedł dopiero wtedy, 

kiedy zniecierpliwiony lekarz wyprosił go za drzwi.

Z   mieszkania   przy   Timmermansgatan,   gdzie   rzekomo   mieszkał   Max 

Karlsson,  nie  dochodziły  żadne  odgłosy,  mimo   że  energicznie   kopał w 

drzwi. Najprawdopodobniej po prostu nikogo nie było w domu.

background image

Gunvald Larsson pojechał do siebie, do Bollmory, przepasał się kraciastym 

fartuszkiem i przyrządził sobie smaczny posiłek, który składał się z jajek, 

bekonu i podsmażonych ziemniaków. Potem wybrał herbatę odpowiednią 

do stanu ducha. Kiedy zjadł i pozmywał, minęła trzecia.

Przez chwilę stał przy oknie i patrzył na wieżowce swojego schludnego, 

acz przeraźliwie nudnego przedmieścia, po czym zszedł do samochodu i 

wrócił na Timmermansgatan.

Max Karlsson mieszkał na pierwszym piętrze starego dobrze utrzymanego 

domu.   Gunvald   Larsson   zaparkował   trzy   przecznice   dalej.   Nie   z 

przezorności,   tylko   permanentnego   braku   miejsc   postojowych. 

Maszerował   szybkim   krokiem   i   niespełna   dziesięć   metrów   od   bramy 

zauważył   idącą   z   naprzeciwka   nastolatkę.   Mogła   mieć   plus   minus 

trzynaście lat. Wyglądała jak tysiące innych: długie rozpuszczone włosy, 

obcisłe   czarne   dżinsy,   pikowana   kurtka,   wyświechtana   skórzana   torba. 

Prawdopodobnie   wracała   ze   szkoły.   Niczym   się   nie   wyróżniała   i   z 

pewnością   nie   zwróciłby   na   nią   uwagi,   gdyby   nie   jej   zachowanie. 

Poruszała   się   z   przesadną   nonszalancją,   jakby   udawała   naturalność,   a 

jednocześnie nie mogła się powstrzymać przed lękliwym rozglądaniem na 

boki.   Kiedy   napotkała   jego   spojrzenie,   lekko   się   zawahała   i   zwolniła 

kroku. Dlatego

ją minął i pomaszerował przed siebie. Dziewczynka potrząsnęła głową i 

weszła do bramy.

Gunvald Larsson natychmiast zrobił w tył zwrot i ruszył za nią. Mimo 

gabarytów był zwinny i szybki. Kiedy nastolatka stanęła przed drzwiami 

Karlssona, przyczaił się na półpiętrze. Zapukała cztery razy. Aha, coś w 

rodzaju kodu. Usiłował zapamiętać rytm, co okazało się łatwiejsze, niż 

background image

myślał, bo po pięciu, sześciu sekundach dziewczynka zapukała ponownie. 

Puk-puk-puk-puk. Drzwi natychmiast się otworzyły, brzęknął odsuwany 

łańcuch i drzwi się zamknęły. Nie usłyszał żadnych słów. Zszedł na dół, 

oparł się plecami o ścianę i czekał.

Po   paru   minutach   drzwi   na   piętrze   się   otworzyły   i   na   schodach 

rozbrzmiały  kroki.   Nastolatka   pojawiła   się  w  bramie,   zapinając  boczną 

kieszeń   torby.   Gunvald   Larsson   wyciągnął   lewą   rękę   i   chwycił   ją   za 

nadgarstek.   Znieruchomiała   i   wpatrywała   się   w   niego.   Nie   próbowała 

wzywać   pomocy,   nie   wyrywała   się,   nie   zamierzała   uciekać.   Nawet   się 

zbytnio nie przestraszyła. Wyglądała na zrezygnowaną, jakby od dawna się 

tego spodziewała. Gunvald Larsson bez słowa otworzył boczną kieszeń i 

wyjął   pudełko   po   zapałkach,   w   którym   było   dziesięć   białych   tabletek. 

Puścił dziewczynkę i skinieniem głowy pozwolił jej odejść. Obrzuciła go 

zdumionym spojrzeniem szarych oczu i wybiegła z bramy.

Gunvald Larsson się nie spieszył. Przyglądał się przez chwilę tabletkom, 

schował pudełko do kieszeni i powoli wszedł na piętro. Przez pół minuty 

nasłuchiwał   pod   drzwiami.   Z   mieszkania   nie   dobiegały   żadne   odgłosy. 

Opuszkami   palców   wystukał   dwie   serie   po   cztery   puknięcia,   z 

pięciosekundową przerwą.

Max Karlsson otworzył. Wyglądał zdecydowanie schludniej niż podczas 

ich pierwszego spotkania, nie ulegało jednak wątpliwości, że to on i że się 

wzajemnie rozpoznali.

- Dzień dobry! - przywitał się Gunvald Larsson, wsuwając stopę między 

drzwi a futrynę.

-

O, to pan...

-

Chciałem się dowiedzieć, jak się pan czuje.

background image

-

Dzięki, dobrze.

Mężczyzna   znalazł   się   w   kłopotliwej   sytuacji.   Policjant   posłużył   się 

kodem. Gdyby zatrzasnął mu drzwi przed nosem, byłoby jasne, że coś 

ukrywa.

-

Mam kilka pytań.

Sytuacja Gunvalda wcale nie była łatwiejsza. Nie dość, że nie miał prawa 

pakować się do cudzego mieszkania, nie mógł się domagać rozmowy z 

lokatorem, jeśli ten sobie tego nie życzył.

-

Bo ja wiem...

Max Karlsson nie kwapił się do odsunięcia łańcucha. Nie wiedział, jak się 

zachować.

Gunvald Larsson rozwiązał ten problem, z całą siłą napierając na drzwi 

prawym   ramieniem.   Śruby   mocujące   łańcuch   puściły   z   trzaskiem. 

Karlsson błyskawicznie się cofnął.

Gunvald Larsson wszedł do środka i zamknął drzwi na klucz.

-

Dziadostwo - obwieścił, patrząc na zniszczony łańcuch.

-

Odbiło panu?

-

Przydałyby się dłuższe śruby.

-

Co jest grane, do cholery?! Jakim prawem pan się tu włamuje?

-

Nie   miałem   takiego   zamiaru.   To   nie   moja   wina,   że   łańcuch   się 

popsuł. Mówiłem przecież, że powinien pan wkręcić dłuższe śruby.

-

Czego pan chce?

-

Chwili rozmowy.

Gunvald Larsson rozejrzał się, żeby się upewnić, czy mężczyzna jest sam. 

Nieduże   przytulne   mieszkanko.   Max   Karlsson,   zadbany,   postawny   i 

barczysty,  mierzył co  najmniej  sto   osiemdziesiąt pięć   centymetrów.  Na 

background image

pewno nie da sobie w kaszę dmuchać.

-

Rozmowy? - Karlsson zacisnął pięści. - O czym?

-

O tym, co pan robił w tamtym mieszkaniu, zanim wybuchł pożar.

-

Aha. - Karlsson odrobinę się wyluzował. - O to chodzi.

-

Oto.

-

Urządziliśmy kameralny wieczorek. Kanapki, piwo, gramofon.

-

Coś w rodzaju rodzinnego spotkania?

-

Tak. Byłem z narzeczoną, z Madeleine, a...

Karlsson nie dokończył i usiłował przybrać pogrzebową minę.

-

A co? - aksamitnym głosem spytał Gunvald Larsson.

-

A Kenneth był z Carlą.

-

Nie na odwrót?

-

Na odwrót? To znaczy?

-

A kim jest ta uczennica, która była tutaj pięć minut temu?

-

Jaka uczennica? Nikogo tu nie było...

Gunvald Larsson uderzył go. Szybko, mocno, znienacka.

Maksa Karlssona odrzuciło na dwa kroki. Nie upadł.

-

Ochujałeś, psie?!

Gunvald Larsson uderzył po raz drugi.

Mężczyzna chwycił się stołu, ale nie utrzymał równowagi i przewrócił się, 

ściągając obrus i stojącą na nim elegancką kryształową karafkę. Wstał. W 

kąciku   ust   pojawiła   się   strużka   krwi,   prawą   dłoń   zacisnął   na   ciężkim 

krysztale.

-

Do kurwy nędzy!

Przesunął po twarzy wierzchem lewej dłoni, zobaczył krew i zamierzył się 

karafką.

background image

Gunvald Larsson uderzył po raz trzeci.

Karlsson zatoczył się i zwalił na podłogę razem z krzesłem. Nie zdążył się 

ruszyć, kiedy Gunvald Larsson kopnął go w prawy nadgarstek. Karafka z 

głuchym trzaskiem wylądowała na ścianie.

Max Karlsson powoli dźwignął się na kolano. Zasłonił dłonią jedno oko, w 

drugim, rozbieganym, czaił się strach. Gunvald Larsson zerknął na niego.

-

No, gdzie towar?

-

Jaki towar?

Gunvald   Larsson   zacisnął   dłoń   w   pięść.   Mężczyzna   zareagował 

błyskawicznie:

-

Nie, tylko nie to, przestań, ja...

-

Gdzie?

-

W kuchni.

-

Gdzie w kuchni?

-

W kuchence, pod najniższą blachą.

-

To rozumiem.

Gunvald   Larsson   popatrzył   na   swoją   pięść.  Wielką,   pokrytą   różowymi 

plamkami w miejscach, gdzie spaliły się jasne włosy. Max Karlsson też na 

nią popatrzył.

-

Jak było z Rothem i dwiema dziwkami? - zapytał Gu-nvald Larsson.

-

Pieprzy...

-

Nie interesują mnie wasze seksualne plugastwa. Chcę wiedzieć, kto 

podpalił dom.

-

Podpalił... Nie, kurde, nic o tym nie wiem. Przecież Kenneth zginął...

-

Czym się zajmował? Prochami?

-

Skąd niby mam wiedzieć...

background image

-

Nie kłam, bo jak...

-

Nie! Zaraz! Tylko nie to! Lepiej zabierz mnie do kicia.

-

Chciałbyś, co? - Gunvald Larsson postąpił o krok. - Czy Kenneth 

Roth też opylał prochy?

-

Nie... Gorzałę...

-

Alkohol?

-

Tak.

-

Kradziony?

-

Tak.

-

Z przemytu?

-

Tak.

-

Gdzie go trzymał?

-

Na...

-

Gadaj!

-

U siebie na strychu.

-

Ale ty nie handlujesz alkoholem? Karlsson pokręcił głową.

-

Tylko dziwkami i prochami?

-

Tak.

-

A czym się parał Malm?

-

Nie znałem go.

-

Czyżby?

-

Nie znałem go zbyt dobrze.

-

Ale ty, Roth i Malm mieliście wspólne interesy, prawda? Karlsson 

oblizał wargi. Wciąż zasłaniał prawe oko. Lewe

połyskiwało nienawiścią i strachem.

-

Tak jakby.

background image

-

Roth i Malm się znali?

-

Tak.

-

Więc Roth handlował wódą.

-

Tak.

-

A   ty   narkotykami.   Ostatni   raz   dziesięć   minut   temu.   Właśnie 

zakończyłeś działalność. Co robił Malm?

-

Chyba zajmował się samochodami.

-

Aha. Inaczej mówiąc, byliście detalistami, każdy z innej branży. Co 

was łączyło?

-

Nic.

-

Pytam o szefa.

-

Nie mieliśmy żadnego szefa. Nie wiem, o czym pan mówi.

Pięść uderzyła po raz czwarty z ogromną siłą. Trafiła mężczyznę w prawe 

ramię i cisnęła nim o ścianę.

-

Nazwisko!!! - ryknął Gunvald Larsson. - Nazwisko, ale już!!!

-

Olofsson - ochryple wyszeptał Karlsson. - Bertil Olofsson.

Gunvald Larsson długo przyglądał się Maksowi Karlsso-nowi, któremu 

dziesięć dni wcześniej uratował życie.

-

Mów prawdę, ona bratem, wiosną, jesienią, zimą i latem, prawda 

zawsze się ostanie i zawsze ją zdobi letnie ubranie*- rzekł z filozoficzną 

zadumą.

Karlsson łypnął na niego zdrowym okiem.

-

No dobrze - skonstatował Gunvald Larsson. - A teraz proszę wstać, 

pomaszerować do kuchni i okazać towar.

Skrytkę   zmyślnie   zaaranżowano.   Niewykluczone,   że   przy   pobieżnym 

przeszukaniu nikt by jej nie zauważył. W dolnej części kuchenki leżały w 

background image

eleganckich   porcjach   haszysz   i   stymulanty.   Ilość   nie   zwalała   z   nóg. 

Karlsson był dilerską płotką, sprzedawał narkotyki uczniom na przerwie 

śniadaniowej w zamian za ich tygodniówkę, pieniądze, które podciągnęli 

rodzicom albo ukradli, włamując się do kiosku lub automatu**. Na pewno 

nie miał pojęcia o łańcuszku pośredników i nie zdawał sobie sprawy, że na 

źródło zła składały się wyjątkowo skomplikowane, fałszywe spekulacje 

polityczne i chybione teorie społeczne.

Gunvald Larsson wyszedł do przedpokoju i zadzwonił na policję.

-

Przyślijcie tu swoich geniuszy od narkotyków - rzucił lakonicznie.

* „Tala sanning, den bestór, sommar, vinter, hóst och var, den gar ut i alla 

vader   och   bar   alltid   sommarklader"   -   Wierszyki   z   babcinego   i 

dziadkowego sztambucha [za: Karły Olsson 1945]. W oryginale prawdę 

zdobi „królewskie ubranie".

** Wieloznaczne. Automaty telefoniczne, wydające bilety komunikacyjne, 

drobne artykuły spożywcze itp.

Po   Maksa   Karlssona   stawiło   się   dwóch   funkcjonariuszy   z   zespołu 

zajmującego   się   zwalczaniem   narkomanii.   Rośli,   rumiani,   w 

wyzywających,   pstrych   wełnianych   swetrach   i   kominiarkach.   Jeden 

zasalutował.

-

Fajne ubranka - zauważył kąśliwie Gunvald Larsson. -Brakuje tylko 

wędek. Czy nie pogniotą się wam nogawki mundurowych spodenek, które 

bezceremonialnie wpychacie pod skarpety? A tak w ogóle, nie salutuje się 

w swetrze.

Pogromcy   narkotykowych   mafiosów   zarumienili   się   w   dwójnasób   i 

patrzyli to na przewrócone meble, to na podbite oko złoczyńcy.

-

Doszło   do   awanturki   -   obojętnie   stwierdził   Gunvald   Larsson.   - 

background image

Przekażcie waszemu przełożonemu, że gość nazywa się Max Karlsson i 

będzie milczał jak grób.

Wzruszył ramionami i wyszedł.

Miał rację. Gość milczał jak grób. Nawet nie był uprzejmy podać imienia i 

nazwiska.

Gunvald Larsson dowiedział się, że w domu przy Skóldgatan było trzech 

drobnych gangsterów; dwóch nie żyło, trzeciemu groziło więzienie. Nie 

miał pojęcia o zarzewiu pożaru i nie liczył na to, że kiedykolwiek będzie je 

miał.

Tak   czy   inaczej,   uświadomił   sobie,   że   jest   na   zwolnieniu   lekarskim. 

Pojechał do domu, rozebrał się i wziął prysznic. Potem wyłączył telefon, 

położył się i oddał lekturze powieści Saksa Rohmera.

Rozdział 13

Wielkie bum gruchnęło pół godziny przed lunchem następnego dnia, czyli 

w   środę   dwudziestego   marca,   i   całkowicie   nie-zasłużenie   oberwało   się 

Kollbergowi.

Siedział   przy   biurku   w   komendzie   południowej   w   Vastber-dze   i 

rozwiązywał   zadanie   szachowe   zamieszczone   w   „Svenska   Dagbladet". 

Ponieważ bez przerwy myślał o lunchu, nie mógł się skoncentrować i nie 

szło mu najlepiej. Przed godziną zadzwonił do żony z informacją, że zje w 

domu. Dał jej sporo na czasu na pichcenie, więc mógł się spodziewać 

czegoś wyjątkowo pysznego.

Rano zadzwonił Martin Beck. Wspomniał o jakimś zebraniu w Głównym 

Zarządzie   Policji   i   powiedział,   że   przyjdzie   później.   To   natchnęło 

Kollberga   do   zlecenia   pewnego   zadania   Skackemu;   wprawdzie 

wzmacniało muskulaturę, ale było pozbawione sensu.

background image

Zadowolony z życia, zerknął na zegarek i z radością pomyślał o najbliższej 

przyszłości.

I właśnie wtedy zadzwonił telefon.

-

Kollberg, słucham.

-

Hm, tak. Hjelm z tej strony. Cześć!

Kollberg   nie   przypominał   sobie,   żeby   ostatnio   prosił   o   cokolwiek 

laboratorium techniki kryminalistycznej.

-

Cześć! W czym mogę pomóc? - zapytał w dobrej wierze.

-

To byłby precedens w historii kryminalistyki.

Hjelm,   zrzęda   i   nadwrażliwiec,   był   utalentowanym   technikiem. 

Doświadczenie   ich   nauczyło,   że   lepiej   z   nim   nie   zadzierać.   Kollberg 

bardzo się pilnował, żeby nie wdawać się z nim w niepotrzebne dyskusje.

-

Czasami wątpię w waszą poczytalność - dodał Hjelm.

-

To znaczy? - uprzejmie zapytał Kollberg.

-

Dziesięć   dni   temu   Melander   podesłał   nam   mnóstwo   rupieci   z 

pogorzeliska, od starych puszek po konserwach do bambulca z odciskiem 

palca Gunvalda Larssona.

-Aha.

-

Aha?   I   kto   to   mówi?   Nie   musisz   grzebać   się   w   śmieciach 

dwadzieścia cztery  godziny  na dobę. Nieporównanie łatwiej włożyć do 

foliowej   torebki   zamarzniętą   psią   kupę   i   nakleić   kartkę   z   napisem 

„przedmiot nieznany", niż ustalić, co to jest. Prawda?

-

Wiem, że macie bardzo dużo pracy - powiedział przymilnie Kollberg.

-

Dużo pracy? Czy to jakiś żart? Masz pojęcie, ile próbek badamy co 

roku?

Kollberg nie miał najmniejszego pojęcia i wolał nie zgadywać.

background image

-

Pięćdziesiąt   tysięcy.   A   wiesz,   ilu   mamy   ludzi?   -   Hjelmo-wi 

odpowiedziała cisza. - No właśnie. Kiedy przez sześć dni ślęczeliśmy nad 

tymi cudami, zadzwonił Rónn i powiedział, że dochodzenie zamknięte i 

możemy wszystko wywalić do kosza.

Kollberg z irytacją popatrzył na zegarek.

-

Uhm. Zgadza się.

-

Doprawdy?   Nic   się   nie   zgadza!   Ledwie   zaczęliśmy   wywalać, 

zadzwonił Gunvald Larsson i powiedział, że dochodzenie wcale nie jest 

zamknięte, że mamy kontynuować, bo to cholernie pilne i ważne.

-

Nie był do tego upoważniony - pospieszył z wyjaśnieniem Kollberg. 

- Dostał w łeb i jest bardziej zamulony niż zwykle.

-

No tak. A w poniedziałek przypadkiem natknąłem się na Hammara, 

który powiedział mi to samo co ty. Że dochodzenie zamknięte i że jest po 

sprawie.

-

I?

-

I   kwadrans   później   zadzwonił   nie   kto   inny,   tylko   sam   Beck   z 

pytaniem,   czy   nie   znaleźliśmy   czegoś   „dziwnego"   w   związku   z   tym 

pożarem.

-

Martin?

-

Otóż   to.   Urocza   gromadka.   Melander,   Rónn,   Larsson,   Hammar   i 

Beck. I każdy mówi co innego.

-

I?

-

I dzisiaj usiłuję złapać kogoś, kto za to wszystko odpowiada. I co 

słyszę? Larsson jest na zwolnieniu lekarskim i siedzi w domu. Dzwonię do 

niego do domu, ale nikt nie odbiera. Potem próbuję namierzyć Hammara, 

ale Hammar wziął wolne. Kiedy spytałem o Melandera, dowiedziałem się, 

background image

że od godziny siedzi w klopie. Rónn już wyszedł, Beck jest na jakimś 

zebraniu,   a   Skacke   szuka   Rónna.   W  końcu   udało   mi   się   dorwać   Eka. 

Właśnie   wrócił   z   urlopu,   nie   ma   zielonego   pojęcia,   o   czym   mówię,   i 

odsyła  mnie   do  Hammara,  który  wziął  wolne,   do  Becka,  który   jest na 

zebraniu, do Rónna, który już wyszedł, ewentualnie do Skackego, który 

szuka Rónna. Zostałeś tylko ty.

Na moje nieszczęście, pomyślał Kollberg i zapytał:

-

Z czym dzwonisz?

-

Ten   facet,   Malm,   leżał   na   plecach   na   materacu   i,   jak   mówiłem 

Beckowi, miał podejrzanie mocno zwęglone plecy. Doszliśmy z Beckiem 

do wniosku, że skoro materac się palił... to chyba logiczne, prawda?

-

Jasne. Słuchaj, dochodzenie jest zamknięte.

-

Wątpię. Tak się składa, że znaleźliśmy w materacu kilka drobiazgów, 

których nie powinno tam być.

-

Jakich drobiazgów?

-

Choćby sprężynki, aluminiowej łuski i pewnych chemikaliów.

-

O czym to świadczy?

-

O podpaleniu.

Rozdział 14

Lennart Kollberg nie był z tych, którym odejmuje mowę, ale tym razem 

zamurowało go na amen i gapił się przez okno na ohydny przedmiejski 

industrialny pejzaż. Odmurowało go po minucie.

-

Że co? - zapytał oszołomiony. - Co masz na myśli?

-

Nie dotarło? - Hjelm nie krył zadowolenia. - Wyraziłem się nie dość 

jasno? To było podpalenie.

-

Podpalenie?

background image

-

Tak.   Na   sto   procent.   Ktoś   umieścił   w   materacu   zapalnik   z 

opóźnionym zapłonem. Taką chemiczną minibombę zegarową.

-

Zegarową?

-

Otóż   to.   Zmyślna   zabawka.   Prosta   w   obsłudze,   ciut   większa   od 

pudełka   zapałek.   Oczywiście   niewiele   z   niej   zostaje.   Bez   gruntownej 

analizy łatwo ją przeoczyć. Trzeba wiedzieć, czego się szuka.

-

Ale ty wiedziałeś. Psim swędem?

-

W   naszym   zawodzie   nie   zdajemy   się   na   przypadek.   Po   prostu 

zakonotowałem pewne szczegóły i wyciągnąłem logiczne wnioski.

Kollberg   pozbierał   się   na   tyle,   żeby   się   zniecierpliwić.   Zmarszczył 

gniewnie jasne brwi.

-

Skończ   z   tym   ględzeniem   o   własnej   genialności.   Masz   coś   do 

powiedzenia, to wyduś to, do cholery!

-

Już to zrobiłem. Jeśli chcesz, żebym ci to wyłożył jeszcze raz, proszę 

bardzo.   Otóż   ktoś   umieścił   w   materacu   Malma   chemiczną   bombę 

zapalającą. Do chemicznej substancji zapalnej z zapalnikiem podłącza się 

malutki   mechanizm   sprężynowy,   przypominający   prosty   mechanizm 

zegarka. Dostaniecie więcej szczegółów, kiedy wszystko sprawdzimy.

-

Jesteś tego pewien?

-

Czy jestem pewien? Nie mamy zwyczaju niczego się domyślać. Poza 

tym   to   ciekawe,   że   nikogo   nie   zastanowił   fakt,   że   ubranie   i   skóra   na 

plecach były niemal całkowicie zwęglone i że doszczętnie spłonął tylko 

materac, podczas gdy łóżko było w nie najgorszym stanie.

-

Bomba zapalająca w materacu. - Kollberg nie krył sceptycyzmu. - 

Zegarowa, wielkości pudełka zapałek... Do pierwszego kwietnia zostało 

jeszcze dziesięć dni.

background image

Hjelm burknął coś w odpowiedzi. Na pewno nie były to uprzejmości.

-

W życiu o czymś takim nie słyszałem.

-

A ja słyszałem - odciął się Hjelm. - Z tego, co wiem, w Szwecji ta 

zabawka jest stosunkowo nowa, ale nie na południu, zwłaszcza we Francji. 

Oglądałem ją w Paryżu. W La Surete.

Do pokoju wszedł, nie pukając, Skacke, stanął jak wryty i gapił się na 

speszone oblicze Kollberga.

-

Może   by   nie   zaszkodziło,   gdyby   panowie   od   czasu   do   czasu 

odbywali podróże szkoleniowe - dodał jadowicie Hjelm.

-

Na jaki czas można coś takiego nastawić?

-

Na   osiem   godzin.   Przynajmniej   te   bombki,   które   widziałem   w 

Paryżu. I można je zdetonować praktycznie natychmiast.

-

Ale chyba je słychać. Nie tykają?

-

Nie głośniej niż twój zegarek.

-

Co się dzieje w chwili detonacji?

-

Następuje   wybuch,   ogień   rozprzestrzenia   się   w   parę   sekund   i  nie 

można go ugasić zwykłymi środkami. Ten, kto śpi, ma znikome szanse na 

przeżycie, jeśli w ogóle jakieś ma. W dziewięciu przypadkach na dziesięć 

policja uważa, że przyczyną było zaprószenie albo snuje inne domysły... - 

Hjelm zawiesił głos. - Chyba że technik, który bada sprawę, zna się na 

rzeczy i jest spostrzegawczy.

-

Nie.   To   absurd.   Musi   być   jakiś   umiar   w   zbiegach   okoliczności. 

Próbujesz mi wmówić, że cwaniaczek Malm pozatykał wszystkie szpary i 

wywietrzniki, otworzył gaz i położył się na łóżku, w którym ktoś umieścił 

tykającą maszynę piekielną? I zanim wyleciał w powietrze, zdążył odebrać 

sobie życie? I że od bomby zapalił się gaz, dom eksplodował i trzy inne 

background image

osoby spłonęły na oczach najgłupszego detektywa, jakiego kiedykolwiek 

nosiła ziemia? Który sobie stał i się na to gapił? Jak to wyjaśnisz?

-

To nie moja sprawa - powiedział Hjelm z wyjątkowym ciepłem w 

głosie. - Ja tylko przekazuję fakty. Wyjaśnienia pozostawiam wam. Chyba 

od tego jest policja, prawda?

-

Żegnam!

Kollberg rzucił słuchawkę na widełki.

-

O co chodzi? - zapytał Skacke. - Czy ktoś umarł? Rónna nie było...

-

Milcz!   I   pukaj,   zanim   wparujesz   do   pokoju   przełożonego.   Nie 

zapominaj, co się przydarzyło Stenstrómowi. - Wstał, podszedł do drzwi, 

włożył jesionkę i kapelusz. - Mam dla ciebie bardzo ważne zadanie. - 

Wycelował   w   Skackego   gruby   palec   wskazujący.   -   Zadzwonisz   do 

Głównego Zarządu Policji i powiesz Martinowi, żeby natychmiast urwał 

się z nasiadó-wy. Potem odszukasz Rónna i Hammara i wyciągniesz z 

klopa Melandera, nawet gdybyś musiał wyważyć drzwi. Powiesz

im,   żeby   w   te   pędy   skontaktowali   się   z   szefem   sekcji   SKL  Hjelmem. 

Przekaż to samo Ekowi, Strómgrenowi i każdemu z pierwszego wydziału, 

który się napatoczy. Jak się z tym uporasz, pójdziesz do swojego pokoju, 

zadzwonisz do Hjelma i dowiesz się, co jest grane.

-

Wychodzisz? - spytał Skacke.

-

Sprawa służbowa. - Kollberg zerknął na zegarek. - Za dwie godziny 

będę na Kungsholmsgatan.

Już   na   Vastberga  Alle   niewiele   brakowało,   żeby   wpadł   za   nadmierną 

szybkość.

W domu przy Palandergatan żona wyszła z kuchni w chmurze wonnych 

oparów.

background image

-

Rany,   ale   ty   dziwacznie   wyglądasz   -   zagaiła   niefrasobliwie.   - 

Jedzenie jeszcze niegotowe. Mamy kwadrans dla siebie.

-

Tylko nie tam. - Kollberg spojrzał na drzwi sypialni. -Materac może 

eksplodować.

Rozdział 15

Tego   samego   dnia   po   południu   zintensyfikowane   wysiłki   przyniosły 

rezułtaty. Udało się wytropić Hammara, któremu udało się zebrać nieco 

zaskoczony   zespół   na   odprawę.   Zespół   składał   się   z   Martina   Becka, 

Fredrika Melandera, Lennarta Kollberga i Einara Rónna.

Hammar był ponury jak chmura gradowa. Zrównanie wiosenne przyniosło 

słońce i ciepło, przy śniadaniu rozmawiał z żoną o rychłej emeryturze i 

spędzeniu   wolnych   dni   w   domku   kempingowym   na   wsi.   Był   święcie 

przekonany,   że   pożar   ma   z   głowy,   i   zdążył   o   tym   zapomnieć. 

Znienawidzony Hjelm pokrzyżował mu wszystkie plany.

-

Czy Larsson jeszcze nie wyzdrowiał? - zapytał.

-

Nie - odparł Kollberg. - Spoczywa na laurach.

-

Będzie w poniedziałek - poinformował Rónn, wycierając nos.

Hammar odchylił się na krześle, przesunął dłonią po włosach i podrapał 

się po karku.

-

Wygląda na to, że musimy się zająć Bertilem Olofsso-nem. Malm był 

nędzną płotką, żałosnym typkiem, zapijaczonym obibokiem i wszystkim, 

co   najgorsze.   Jeśli   ktoś   zadał   sobie   tyle   trudu,   żeby   kogoś   takiego 

uśmiercić, to pewnie dla-

tego,   że   Malm   musiał   mieć   jakiegoś   haka   na   Olofssona,   coś   o   nim 

wiedział. Dlatego trzeba go przejrzeć na wylot, poznać od podszewki.

-

Aha - bąknął Kollberg, wyczulony na komunały.

background image

-

Co wiemy o Olofssonie? - zapytał Hammar inkwizytorskim tonem.

-

Że zniknął - powiedział Rónn.

-

Kilka lat temu dostał rok bodaj za kradzież - dodał Martin Beck. - 

Musimy przejrzeć akta.

Melander wyjął fajkę z ust.

-

Półtora   roku   za   kradzież   i   podrabianie   dokumentów.   W   1962. 

Odsiedział wyrok w Kumli.

Popatrzyli na niego z pełnym rezygnacji zdumieniem.

-

Co nieco wiemy o twojej pamięci, ale nie podejrzewałem cię o to, że 

masz w głowie cały rejestr skazanych - zauważył Kollberg.

-

Kilka dni temu zajrzałem do akt Olofssona - odparł niewzruszenie 

Melander. - Pomyślałem, że warto wiedzieć, kto zacz.

-

A czy przypadkiem nie dowiedziałeś się, gdzie on jest?

-

Nie.

W pokoju zapadła cisza.

Przerwał ją Kollberg.

-

No? Mów!

Melander ssał fajkę i myślał.

-

To całkiem zwyczajny typ. Wyrok, o którym wspomniał Martin, nie 

był   pierwszy.  Ale   po   raz   pierwszy   nie   w   zawieszeniu.   Wcześniej   był 

sądzony za paserstwo, nielegalne posiadanie narkotyków, kradzież pojazdu 

mechanicznego,   prowadzenie   samochodu   bez   zezwolenia   i   kilka 

mniejszych wykroczeń. Był pod dozorem, który zdjęto dwa lata temu.

-

I był poszukiwany, kiedy Malm wpadł, jadąc jego wozem - dorzucił 

Kollberg. - Za kradzież samochodu?

-

Tak   -   włączył   się   Martin   Beck.   -   Sprawdziłem   to.   Policja   z 

background image

Gustavsbergu namierzyła skradzione auta na jego posesji na Varmdó. Ma 

tam dom, który odziedziczył po ojcu. Stoi z dala od innych zabudowań, w 

lesie,   można   do   niego   dotrzeć   ponadkilometrową   wąską   bitą   drogą. 

Radiowóz   z   Gustavsbergu   pojechał   tamtędy   zupełnie   przypadkowo. 

Chłopcy   nikogo   nie   zastali,   ale   na   podwórzu   za   domem   były   trzy 

samochody, a w garażu czwarty - z nowiutkim lakierem. Poza tym znaleźli 

lakier,   pistolety   natryskowe,   materiały   szlifierskie,   tablice   rejestracyjne, 

dowody badań technicznych i trochę innych narzędzi. Jak tylko dostali 

potwierdzenie,   że   samochody   zostały   skradzione,   wysłali   po   Olofssona 

dwóch ludzi do jego mieszkania w Arście. Nie było go. Do tej pory się nie 

pojawił.

Martin Beck podszedł do szafki i nalał sobie wody.

-

Kiedy tam byli? - spytał Hammar.

-

Dwunastego lutego. Czyli ponad miesiąc temu.

Kollberg wertował kieszonkowy kalendarz.

-

W poniedziałek  -  uściślił.  - Czy   podjęto  jakieś ekstra-kroki,  żeby 

dopaść Olofssona?

Martin Beck pokręcił głową.

-

Nie, tylko rutynowe. Najpierw liczyli na to, że prędzej czy później 

wróci do domu. Potem, kiedy wpadł Malm, dowiedzieli się, że Olofsson 

jest za granicą, i czekali, obserwując jego mieszkanie i posesję na Varmdó.

-

Myślisz, że Olofsson mógł dostać cynk, że chłopcy z Gu-stavsbergu 

wywęszyli, czym się zajmuje, i zwiał, zanim policja przyjechała do Arsty? 

- zapytał Rónn.

Kollberg ziewnął.

-

Chodzi ci o to, że się ukrywa? - odpowiedział pytaniem Martin Beck. 

background image

-  Wątpię.  W  okolicy   nie   było   żywego   ducha,   nikomu,   kto   mógłby   go 

ostrzec, że po posesji kręci się policja.

-

Czy   wiemy,   kiedy   ostatnio   był   w   swoim   mieszkaniu?   -wtrącił 

Melander. - Czy ktoś rozmawiał z sąsiadami?

-

Chyba nie - odparł Martin Beck. - Poszukiwali Olofssona rutynowo.

-

Czyli byle jak - skomentował Hammar, oparł dłonie na blacie i wstał. 

-   Do   roboty,   panowie!   Popytajcie   sąsiadów   i   wszystkich,   którzy   mają 

jakikolwiek   związek   z   Olofssonem.   Zapoznajcie   się   z   protokołami 

przesłuchań i wywiadami środowiskowymi, ze wszystkim, co mamy o tym 

parszywym  fagasie,   żebyśmy   wiedzieli,   kogo   ścigamy!  I   znajdźcie   go! 

Teraz! Natychmiast! Jeśli to   on  podrzucił  Malmowi to  paskudztwo,  na 

pewno   gdzieś   się   zaszył.   Gdybyście   potrzebowali   posiłków,   wystarczy 

jedno słowo!

-

Posiłków? - zdziwił się Kollberg. - Niby skąd?

-

No... - Hammar wzruszył ramionami. - Przecież macie tego młokosa 

Skackego.

Kollberg podniósł się i skierował do drzwi. Na dźwięk nazwiska „Skacke" 

zatrzymał się i otwierał usta,  żeby  coś powiedzieć, kiedy  Martin Beck 

wypchnął go na korytarz.

-

Pieprzenie trzy po trzy - powiedział Kollberg. - Gdyby wierzyć w 

brednie Hammara, Skacke miałby wielkie szanse na posadkę szefa policji. 

-  Wzdrygnął   się.   -   Dzięki   Bogu,   jestem   za   stary,   żeby   czegoś   takiego 

doczekać.

Resztę popołudnia spędzili na ściąganiu informacji o Ber-tilu Olofssonie.

Martin Beck skontaktował się z zespołem do spraw kradzieży, któremu 

zależało na ujęciu Olofssona, ale z powodu braku personelu zrezygnował z 

background image

obserwacji jego mieszkania i domu na Varmdó.

O Olofssonie dowiedzieli się, co następuje: Urodził się trzydzieści sześć 

lat   temu,   ukończył   sześcioletnią   szkołę   podstawową,   potem   imał   się 

różnych zajęć, ostatnio nie miał stałego zatrudnienia. Ojciec zmarł, kiedy 

skończył   osiem   lat,   dwa   lata   później   matka   ponownie   wyszła   za   mąż. 

Dziesięć lat młodszy przyrodni brat dentysta pracował w Góteborgu. Bertil

Olofsson   miał   za   sobą   nieudane,   bezdzietne   małżeństwo   i   po   wyroku 

przemieszkiwał z pięć lat starszą kobietą.

W   opinii   psychologów   był   emocjonalnie   labilny,   miał   aspołeczne 

predylekcje   i   blokady   psychiczne.   Kurator   ponoć   nie   był   w   stanie 

nawiązać z nim kontaktu z powodu jego wrogiej postawy i niechęci do 

współpracy.

Zanim wszyscy się rozeszli, Martin Beck wyznaczył im zadania. Einar 

Rónn   miał   pojechać   do   Segeltorpu,   żeby   porozmawiać   z   mamą   i 

ojczymem   Olofssona,   Melander   miał   zdobyć   wiarygodne   dane   o   jego 

aktywności, wykorzystując sobie tylko wiadome kontakty z półświatkiem. 

On, Martin Beck, miał wespół z Kollbergiem przeszukać mieszkanie w 

Arście i dom na Varmdó.

Benny'ego Skackego na razie wyłączono ze sprawy.

Rozdział 16

Nie było jeszcze ósmej w czwartkowy poranek, kiedy Kollberg przyjechał 

po Martina Becka. Martin Beck siedział w kuchni w szlafroku i rozmawiał 

z Ingrid, która mogła dłużej pospać i miała czas, żeby przed wyjściem do 

szkoły zjeść porządne śniadanie. On zadowolił się herbatą z mlekiem. Ona 

moczyła chleb chrupki z żółtym serem w czekoladzie, wcinała z apetytem 

i opowiadała o spotkaniu FWN*, na którym była poprzedniego wieczoru. 

background image

Na   dźwięk   dzwonka   Martin   Beck   ciaśniej   zawiązał   szlafrok   i   położył 

papierosa na popielniczce, mimo że Ingrid na pewno sobie nie odmówi 

kilku sztachnięć, kiedy zniknie jej oczu.

Otworzył drzwi.

-

Jeszcze nieubrany? - z wyrzutem spytał Kollberg.

-

Umawialiśmy się na ósmą.

Martin Beck ruszył pierwszy do kuchni.

-

Jest za dwie ósma. Cześć, Ingrid!

-

Dzień dobry  - wymruczała Ingrid, z miną winowajcy rozpędzając 

ręką chmurę dymu.

Kollberg usiadł na krześle Martina Becka i lustrował stół. Wprawdzie był 

już po solidnym śniadaniu, ale z powodzeniem

* Front Wyzwolenia Narodowego.

poradziłby sobie z następnym. Martin Beck postawił przed nim filiżankę 

herbaty, a Ingrid przysunęła masło, ser i koszyk z pieczywem.

-

Zaraz będę gotowy - powiedział Martin Beck i wyszedł z kuchni.

Ubierając się, słyszał przez na wpół otwarte drzwi, jak Ingrid wypytuje 

Kollberga o jego siedmiomiesięczną córkę Bodil i jak Kollberg opowiada 

o jej talentach z kiepsko ukrywaną ojcowską dumą.

Chwilę później Martin Beck wrócił do kuchni ogolony i ubrany.

-

Właśnie załatwiłem opiekunkę do dziecka - obwieścił Kollberg.

-

Tak,   przy   najbliższej   okazji   chętnie   posiedzę   przy   Bodil.   Mogę, 

prawda? Maluchy są przeurocze.

-

Rok   temu   powiedziałaś,   że   nie   znasz   niczego   obrzydliw-szego   - 

zauważył Martin Beck.

-

E tam, rok temu byłam bardzo dziecinna.

background image

Martin Beck puścił oko do Kollberga.

-

Naturalnie - rzekł z szacunkiem. - Przepraszam. Teraz jesteś dojrzałą 

kobietą.

-

Nie zgrywaj się - odparowała Ingrid. - W życiu nie będę dojrzałą 

kobietą, tylko dziewczyną, a potem starszą panią.

Wymierzyła ojcu cios pięścią w brzuch, poszła do siebie i zamknęła drzwi. 

Kiedy Martin Beck i Kollberg ubierali się w przedpokoju, dobiegła ich 

głośna muzyka.

-

The  Beatles  -  powiedział  Martin   Beck.   - To  cud,   że  uszy   jej   nie 

odpadną.

-

Rolling Stonesi - poprawił go Kollberg.

-

Naprawdę słyszysz jakąś różnicę?

-

Jasne, jest wielka różnica - odparł Kollberg i ruszył po schodach.

O tej porze na ulicach prowadzących do centrum panował duży ruch, ale 

Kollberg,   uważany   przez   wszystkich   z   wyjątkiem   jego   samego   za 

nerwowego i dość marnego kierowcę, świetnie znał Sztokholm i okolice, 

dzięki czemu przemykali bocznymi drogami, o których istnieniu Martin 

Beck   nie  miał  pojęcia,   przecinali  osiedla   willowe   i  osiedla   o  wysokiej 

zabudowie.   Zaparkował   przed   względnie   nowym   wieżowcem   przy 

Sandfjardsgatan w Arście.

- Czynsze są tu z pewnością niemałe - powiedział Kollberg, kiedy weszli 

do automatycznej windy. - Wierzyć się nie chce, że taki typas jak Bertil 

Olofsson mieszka w porządnym domu.

Martin Beck potrzebował niespełna pół minuty na otworzenie drzwi, co 

trudno uznać za rekord, ponieważ otwierał je kluczem, który  dostał ze 

spółdzielni.   Na   mieszkanie   składał   się   pokój,   przedpokój,   kuchnia   i 

background image

łazienka. Wezwanie do zapłaty  czynszu, które leżało  na chodniku przy 

drzwiach   pośród   ulotek   reklamowych   i   innej   makulatury,   opiewało   na 

kwotę kwartalną w wysokości tysiąca dwustu dziewięćdziesięciu sześciu 

koron i pięćdziesięciu jeden óre. Nie licząc wezwania, w stercie poczty nie 

było nic godnego uwagi. Od ponad miesiąca nikt nie usuwał piętrzących 

się   przy   drzwiach   reklam,   folderów   i   najrozmaitszych   gratisowych 

przesyłek. Na samym spodzie leżała OFERTA SPECJALNA najbliższego 

sklepu spożywczego, zawierająca wykaz różnych pyszności, cen sprzed 

obniżki i aktualnych. Na przykład słoik rolmopsów za dwa sześćdziesiąt 

trzy   kosztował   jedyne   dwa   czterdzieści   dziewięć.   Martin   Beck   złożył 

ulotkę i schował do kieszeni.

W pokoju był stół jadalny, trzy krzesła, łóżko, szafka nocna, dwa fotele, 

długa ława, telewizor i komoda. Wszystkie meble wyglądały na kupione 

niedawno   i   za   jednym   zamachem.   Panował   jako   taki   porządek.   Na 

nieposłanym łóżku leżała pomarszczona narzuta. Na stole jadalnym stała 

opróżniona brudna

popielniczka.   Bibliotekę   stanowiła   bodaj   jedna   nieprzeczytana   książka: 

wydanie kieszonkowe Raff i Rififi z agentem FBI Jer-rym Cottonem w roli 

głównej.   Na   ścianach   zamiast   obrazów   wisiały   zdjęcia   samochodów   z 

pism   motoryzacyjnych   i   mniej   lub   bardziej   obnażonych   kobiet   z   pism 

erotycznych.

W  kuchni,   w   zlewie   poznaczonym   plamami   dawno   wyschniętej   wody, 

stały poodwracane szklanki, talerze i kubki. We włączonej lodówce było 

pół kostki margaryny, dwa piwa, zeschnięta cytryna i twardy jak kamień 

kawałek żółtego sera. W szafkach znaleźli paczkę herbatników, torebkę 

cukru i puszkę po kawie. Szafa na sprzęt do sprzątania była pusta, szczotka 

background image

i   szufelka   leżały   pod   zlewem.   Pod   zlewem   stała   też   papierowa 

reklamówka ze śmieciami. W jednej z szuflad zobaczyli dużo pudełek po 

zapałkach.

Martin   Beck   wyszedł   do   przedpokoju   i   otworzył   drzwi   do   łazienki. 

Zalatywało   przykrym   zapaszkiem   z   muszli   klozetowej,   której 

przypuszczalnie nikt nigdy nie czyścił. Podobnie jak wanny i umywalki, o 

czym świadczyły smugi brudu. W szafce zobaczył zużytą szczoteczkę do 

zębów, wyciśniętą do cna pastę, maszynkę do golenia, złamany grzebień, 

tłusty   kurz   i   kłaki.   Frotowy   ręcznik   na   wieszaku   koło   umywalki   był 

sztywny od brudu.

Martin Beck miał dosyć i zaczął przeszukiwać szafę. Na dole stały dwie 

pary   butów   oblepionych   grubą   warstwą   kurzu   i   brezentowy   worek   z 

cuchnącymi ciuchami. Na pręcie wisiały druciane ramiączka, a na nich 

dwie   poplamione   koszule,   trzy   jeszcze   bardziej   poplamione   swetry 

trykotowe, dwie pary spodni z terylenu, tweedowa marynarka, jasnoszary 

letni garnitur i granatowy popelinowy płaszcz.

Martin Beck zamierzał przejrzeć kieszenie, kiedy Kollberg zawołał go z 

kuchni.

Wysypał do zlewu zawartość papierowej reklamówki i trzymał w dłoni 

pomiętą torebkę foliową.

-

Zobacz.

W   rogu   torebki   było   trochę   zielonkawych   okruchów.   Kollberg   wziął 

szczyptę i roztarł między kciukiem a palcem wskazującym.

-

Hasz.

Martin Beck twierdząco pokiwał głową.

-

To wyjaśnia, dlaczego zbierał pudełka po zapałkach. Zawartość tej 

background image

torebki zmieściłaby się mniej więcej w trzydziestu pudełkach.

Dalsze   przeszukiwanie   przyniosło   marne   rezultaty.   Kilka   pamiątek 

wskazywało   na   to,   że   Bertil   Olofsson   spędzał   urlopy   na   Wyspach 

Kanaryjskich   i   w   Polsce.   Cztery   rachunki   znalezione   w   kieszeniach 

tweedowej   marynarki   nosiły   datę   grudniową   i   pochodziły   z   restauracji 

Ambassadeur. W szufladce szafki nocnej prócz dwóch prezerwatyw było 

amatorskie zdjęcie krągłej brunetki w bikini na plaży. Na odwrocie ktoś 

napisał: „Berra with love, Kay".

Nie   było   żadnych   innych   rzeczy   osobistych   i   absolutnie   nic,   co 

sugerowałoby aktualne miejsce pobytu właściciela mieszkania.

Martin Beck zadzwonił do drzwi po sąsiedzku. Otworzyła mu kobieta. 

Zadali jej kilka pytań.

-

Sami wiecie, jak to jest w takich blokach - powiedziała. - Nie myśli 

się o lokatorach. Chyba go widziałam ze dwa razy, nie mieszka tu zbyt 

długo.

-

Czy przypomina pani sobie, kiedy widziała go ostatnio? - zapytał 

Kollberg.

Kobieta pokręciła głową.

-

Nie, nie mam pojęcia. Jakiś czas temu. Może na Boże Narodzenie... 

Nie wiem.

W   dwóch   mieszkaniach   na   tym   samym   piętrze   nikogo   nie   zastali.   W 

każdym razie nikt im nie otworzył. Dozorcy chyba tu nie było. Na tablicy 

ogłoszeń zobaczyli informację, by

w sprawach lokalowych zwracać się do palacza urzędującego pod innym 

adresem.

Kiedy   wyszli   z   klatki,   Kollberg   wrócił   do   samochodu,   a   Martin   Beck 

background image

przeciął   ulicę   i   ruszył   do   sklepu   spożywczego.   Pokazał   kierownikowi 

ulotkę reklamową z ofertą specjalną.

-

Nie pamiętam, kiedy  ją rozsyłaliśmy. Zwykle robimy to w piątki. 

Proszę poczekać. - Kierownik na moment zniknął na zapleczu. - W piątek 

dziewiątego lutego.

Martin Beck skinął głową i poszedł do Kollberga.

-

Nie było go w domu co najmniej od dziewiątego lutego.

Kollberg obojętnie wzruszył ramionami.

Sockenvagen i Nynasvagen minęli tereny przemysłowe

Hammarby   i   wyjechali   na   Varmdóvagen.   W   Gustavsbergu   zajrzeli   na 

komisariat   i   porozmawiali   z   jednym   z   dwóch   funkcjonariuszy,   którzy 

zauważyli skradzione samochody na posesji Olofssona. Wytłumaczył im, 

jak tam trafić.

Trafili po kwadransie.

Dom stał w ustronnym miejscu. Wyboisty i kręty dojazd okazał się leśną 

ścieżką.   Po   niegdyś   zadbanej   posesji   -   gazony,   skalniaki,   wysypane 

piaskiem   alejki   -   zostało   jedynie   wspomnienie.   Na   żwirowym   placyku 

przed domem śnieg już stopniał, ale pośród drzew nadal zalegały szaro-

białe zaspy. Na skraju lasu, w głębi ogrodu był stosunkowo nowy garaż. 

Pusty.   Trzy   samochody,   które   sądząc   po   śladach   opon,   parkowały   na 

żwirowym podjeździe, usunięto.

-

Niepotrzebnie je zabrali - powiedział Kollberg. - Jak wróci, od razu 

się połapie, że była tu policja.

Martin Beck oglądał drzwi do domu. Były zamknięte na zamek patentowy 

i dużą mosiężną kłódkę. Ponieważ tylko Olofsson miał klucze, czekał ich 

wysiłek fizyczny. Wyjęli ze schowka w wozie śrubokręty i inne narzędzia, 

background image

kilka minut harowali - i gotowe.

Dom składał się z dużego pokoju urządzonego na ludowo, dwóch sypialni, 

kuchni i toalety. Było chłodno i wilgotno, cuchnęło stęchlizną i naftą. Do 

ogrzewania służył kominek w dużym pokoju, mały piec opalany drewnem 

w kuchni i piecyk naftowy w jednej z sypialni. Na podłodze chrzęścił pod 

nogami   piasek   i   grudki   zaschniętej   gliny.   Zniszczone   meble   w   dużym 

pokoju znaczyły plamy. Kuchenny stół, ławy, piec i półki zawalały puste 

butelki,   tłuste   talerze,   kubki   z   zeschniętymi   fusami   po   kawie   i   brudne 

kieliszki. Na pryczy w jednej z sypialni leżało poplamione prześcieradło i 

podarta kołdra.

Nigdzie żywego ducha.

W małym przedpokoju jedne z drzwi prowadziły do komórki, gdzie półki 

uginały   się   od   trefnego   towaru,   przypuszczalnie   pochodzącego   ze 

skradzionych   samochodów.   Były   tu   radia   tranzystorowe,   aparaty 

fotograficzne, lornetki, latarki, narzędzia, spinningi, strzelba myśliwska i 

walizkowa maszyna do pisania. Martin Beck stanął na taborecie i zerknął 

na najwyższą półkę. Stare młotki, kule i bramki do krokieta, spłowiała, 

zrolowana   flaga   szwedzka   i   fotografia   w   ramce.   Zaniósł   fotografię   do 

pokoju, żeby ją pokazać Kollbergowi.

Przedstawiała młodą blondynkę i chłopczyka w spodenkach do kolan i 

jedwabnej koszulce z krótkim rękawem. Oboje uśmiechali się, szczęśliwi. 

Kobieta była piękna. Krój jej sukienki i fryzura wskazywały na koniec lat 

trzydziestych. Stali na tle tego domu.

-

Chyba rok albo dwa lata przed śmiercią ojca - powiedział Martin 

Beck. - Chałupa wyglądała wtedy trochę inaczej.

-

Ma ładną matkę - przyznał Kollberg. - Ciekawe, jak poszło Rónnowi.

background image

Einar Rónn przez dobrą chwilę błąkał się samochodem po Segeltorpie, 

zanim znalazł willę, w której mieszkała matka Bertila Olofssona. Obecnie 

nosiła nazwisko Lundberg, jej

drugi mąż był szefem jednego z działów dużego domu towarowego.

Otworzyła mu kompletnie siwa szczupła kobieta, która nie wyglądała na 

więcej niż pięćdziesiąt pięć lat. Mimo że wiosna ledwie się zaczęła, miała 

letnią   opaleniznę.   Z   brązem   opalenizny   kontrastowały   drobne   białe 

zmarszczki wokół ślicznych szarych oczu.

Pytająco uniosła brwi.

-

Tak? Pan do kogo?

Rónn przełożył kapelusz do lewej ręki i wyjął legitymację.

-

Pani Lundberg, prawda?

Skinęła głową, w jej spojrzeniu pojawił się błysk niepokoju.

-

Chodzi o pani syna, Bertila Olofssona. Chciałbym zadać pani kilka 

pytań.

Zmarszczyła brwi.

-

Co tym razem narozrabiał?

-

Mam nadzieję, że nic. Czy mógłbym wejść na chwilę?

Kobieta z wahaniem puściła klamkę.

-

Taaak... Proszę.

Rónn   powiesił   jesionkę,   położył   kapelusz   na   stoliku   w   przedpokoju   i 

poszedł   za   nią   do   dużego   pokoju,   urządzonego   ze   smakiem,   acz   bez 

przepychu. Wskazała mu fotel przy kominku i usiadła na kanapie.

-

Aha - zagaiła lakonicznie. - Słucham. Nie jestem przewrażliwiona na 

punkcie Bertila, więc proszę od razu przejść do rzeczy. Co takiego zrobił?

-

Liczymy   na   to,   że   będzie   nam   mógł   pomóc   w   pewnej   sprawie. 

background image

Właściwie   chciałbym   jedynie   spytać,   czy   pani   wie,   gdzie   on   obecnie 

przebywa.

-

Nie ma go u siebie, w Arście?

-

Nie, od jakiegoś czasu tam się nie pokazał.

-

A   w   domu   letniskowym?   Mamy...   On   ma   dom   na   Varm-dó. 

Zbudował go mój były mąż, ojciec Bertila, i teraz należy do niego. Może 

jest tam?

Rónn pokręcił głową.

-

Czy nic pani nie mówił, że zamierza gdzieś wyjechać?

Matka Bertila Olofssona rozłożyła ręce.

-

Nie. Bardzo rzadko ze sobą rozmawiamy. Nie mam pojęcia, czym się 

zajmuje ani gdzie jest. Na przykład tutaj był ponad rok temu i to tylko 

dlatego, że chciał pożyczyć trochę pieniędzy.

-

A nie kontaktował się z panią telefonicznie?

-

Nie. Wprawdzie ostatnie trzy tygodnie spędziliśmy w Hiszpanii, ale 

nie wydaje mi się, żeby dzwonił. Nic nas nie łączy. - Westchnęła. - Mój 

mąż i ja już dawno straciliśmy nadzieję... Nie sądzę, by Bertil się zmienił.

Rónn w milczeniu przyglądał się kobiecie. Na jej twarzy pojawił się wyraz 

goryczy.

-

A może zna pani kogoś, kto wie, gdzie go znaleźć? Jego narzeczoną, 

kolegę?

Roześmiała się, dobitnie, krótko i fałszywie.

-

Nie.   I   cieszę   się,   że   ominęła   mnie   ta   wątpliwa   przyjemność.   - 

Wpatrywała się w kominek, po czym przeniosła wzrok na Rónna. - Coś 

panu powiem. Kiedyś Bertil był naprawdę uroczym chłopcem, ale wpadł 

w złe towarzystwo, uległ jego wpływom, zbuntował się przeciwko mnie, 

background image

mojemu mężowi i swojemu bratu, praktycznie wszystko negował. Potem, 

w   zakładzie   karnym   dla   trudnej   młodzieży,   nauczył   się   nienawiści   do 

bliźnich i zaczął brać narkotyki. - Obrzuciła Rónna wrogim spojrzeniem. 

-To   oczywiście   rzecz   powszechnie   akceptowana,   że   nasze   szkoły   i 

placówki   wychowawcze   przygotowują   do   narkomanii   i   przestępczości. 

Nie dałabym złamanego grosza za tę waszą opiekę.

Rónn   w   dużej   mierze   się   z   nią   zgadzał   i   nie   bardzo   wiedział,   jak 

zareagować.

-

No. Tak się może zdawać. - Wziął się w garść. - Nie chciałem pani 

denerwować, nie po to przyszedłem. Czy mógłbym jeszcze o coś spytać?

Skinęła głową.

-

W   jakiej   relacji   są   pani   synowie?   Spotykają   się,   mają   ze   sobą 

kontakt?

-

Już   nie.   Gert   jest   stomatologiem,   ma   prywatną   praktykę   w 

Góteborgu.  Ale   kiedy   jeszcze   tutaj   studiował,   udało   mu   się   namówić 

Bertila, żeby zrobił porządek z zębami. Gert to miły, przyzwoity chłopiec. 

Przez jakiś czas byli przyjaciółmi. Potem coś się wydarzyło i przestali się 

widywać.   Dlatego   nie   wydaje   mi   się,   żeby   Gert   wiedział   cokolwiek   o 

Bertilu.

-

Nie wie pani, czemu przestali się widywać?

-

Nie. Coś się stało. Z Bertilem zawsze coś się dzieje, prawda?

Popatrzyła wnikliwie na Rónna.

Odchrząknął,   zakłopotany.   Może   powinien   uznać   rozmowę   za 

zakończoną?

Wstał i wyciągnął rękę.

-

Bardzo dziękuję za pomoc, pani Lundberg.

background image

Uścisnęła mu dłoń.

Wyjął wizytówkę i położył na brzeżku stołu.

-

Gdyby się do pani odezwał, prosiłbym o telefon, jeśli można.

W milczeniu odprowadziła go do drzwi.

-

Do widzenia pani!

W połowie drogi do furtki się odwrócił. Stała wyprostowana w drzwiach i 

patrzyła za nim. Teraz wyglądała znacznie starzej.

Rozdział 17

Obraz   Bertila   Olofssona   nieco   się   przejaśnił.   Wiedzieli,   że   handlował 

kradzionymi   autami,   które   przed   sprzedażą   najprawdopodobniej 

lakierował   i   wyposażał   w   fałszywe   numery.   Poza   tym   handlował 

narkotykami. Nie był dużym dilerem, przypuszczalnie zaliczał się do tych 

narkomanów,   którzy   opylają   towar,   żeby   móc   sfinansować   własne 

potrzeby.

Te   rewelacje   nie   zachwycały   przesadną   odkrywczością.   Ponieważ 

Olofsson od lat był znany policji, mniej więcej wiedziano, czym się parał. 

To,   co   ewentualnie   mógłby   o   nim   powiedzieć   Malm,   wydawało   się 

znacznie   grubszą   sprawą,   skoro   Olofsson   poczuł   się   zmuszony   do 

uciszenia go, dużo przy tym ryzykując.

Jeśli to on zainstalował w materacu Malma mały zmyślny aparacik. Swoje 

podejrzenia opierali wyłącznie na domysłach, ale w tej sytuacji nikt w 

głównej kwaterze śledczej nie wątpił w trafność tych domysłów.

Fredrik Melander początkowo nie miał szczęścia do swoich wtyczek w 

półświatku.   Najpierw   okazało   się,   że   jego   najbardziej   wiarygodny 

informator,   były   kasiarz,   wrócił   do   swojego   fachu   i   odsiadywał   ósmy 

miesiąc trzyletniego wyroku w Harlandzie. Potem stwierdził, że zniknęła 

background image

piwiarnia na

Sódermalmie, gdzie chodzili ludzie, którzy mogli znać Malma i Olofssona, 

i gdzie byl w dobrych stosunkach z właścicielką. Po prostu dom, w którym 

się   mieściła,   został   rozebrany,   właścicielka   wyjechała   ze   Sztokholmu   i 

podobno otworzyła trafikę w Kumli. Po tych niepowodzeniach Melander 

udał się do restauracji trzeciej kategorii, też na Sódermalmie, gdzie do 

stałych gości należało dwóch starych złodziei, którzy - jeśli mieli dobry 

dzień   -   mogli   udzielić   wartościowych   informacji   w   zamian   za   jedną 

szklaneczkę   grogu.   Albo   dwie.   I   znowu   szczęście   mu   nie   dopisało. 

Restauracja   zmieniła   nazwę,   tabliczka   nad   wejściem   informowała: 

„Dzisiaj   wieczorem   tańce".   W  witrynie   wisiały   duże   kolorowe   zdjęcia 

orkiestry,   składającej   się   z   czarnowłosych   mężczyzn   z   dziwnymi 

instrumentami   w   dłoniach,   które   niemal   całkowicie   zasłaniały   szerokie 

falbaniaste rękawy. W gablocie przy  drzwiach, gdzie dawniej skromny, 

odręczny jadłospis kusił klientów gołąbkami i grochówką, teraz pysznił się 

kolorowy i w wersji hiszpańskiej.

Melander wszedł, stanął przy drzwiach i oglądał lokal. Sufit obniżono, 

oświetlenie  było bardziej stłumione, przybyło stolików, które przykryto 

kraciastymi obrusami. Na ścianach wisiały plakaty z obrazkami korridy i 

tancerzami   flamenco.   Był   piątkowy   wieczór   i   mniej   więcej   połowę 

stolików okupowała młodociana, hałaśliwa publika. Nikt nie zwracał na 

niego   uwagi.   Po   chwili   dostrzegł   znajomą   kelnerkę.   Ubrała   się   jak   na 

maskaradę, jakby nie mogła się zdecydować, czy wybrać kostium ludowy 

z Dalarny, czy Carmen.

Melander   przywołał   ją   gestem   i   spytał,   gdzie   teraz   przesiadują   stali 

bywalcy dawnej, nieistniejącej restauracji. Podała mu nazwę knajpy, która 

background image

znajdowała się nieco dalej, na tej samej ulicy. Podziękował i wyszedł.

Nareszcie   los  się   do  niego   uśmiechnął.   Na  kanapie   pod   krótszą   ścianą 

znany mu osobnik z posępną miną sączył srebrny grog*. Melander liczył 

na to, że spotka właśnie jego albo kolegę. Swego czasu mężczyzna był 

wziętym   fałszerzem,   ale   wiek   i   alkohol   zmusiły   go   do   porzucenia 

intratnego zajęcia. Poza tym miał za sobą krótką i niezbyt fortunną karierę 

włamywacza. Teraz rzadko kiedy udawało mu się niezauważenie zwędzić 

choćby   parę   badziewnych   skarpet.   Nosił   ksywkę   Ple-rez,   którą 

zawdzięczał kręconym, rudawym i - co podówczas stanowiło ewenement - 

półdługim włosom. Łatwo było go zidentyfikować i kilka razy przez nie 

wpadł.

Ledwie   Melander   usiadł   naprzeciwko   Plereza,   ten   od   razu   się 

rozpromienił. Rysowała się możliwość postawienia kolejki.

-

No, Plerez, co tam u ciebie? - zagaił Melander.

Plerez zamieszał resztki drinka i wychylił do dna.

-

Bryndza. Cienko ze szmalem, żadnej kwatery. Chyba się rozejrzę za 

jakąś robotą.

Melander wiedział, że Plerez  ani razu nie  zhańbił się uczciwą pracą,  i 

przyjął tę nowinę ze spokojem.

-

Hm, nie masz gdzie mieszkać.

-

Tak   jakby.  W  zimie   przez   jakiś   czas   kimałem   w   Hógalid,   ale   to 

parszywy adres. - W drzwiach kuchni dostrzegł kelnerkę. - Cholernie mnie 

suszy.

Melander przywołał kelnerkę.

-

No, jeżeli stawiasz, to może się przerzucę na coś szlachetniejszego - 

rzekł Plerez i zamówił dżin z tonikiem.

background image

Melander poprosił o kartę dań.

-

A co zwykle pijesz? - zapytał, kiedy kelnerka poszła po menu.

-

Czystą z lemoniadą. Niebo w gębie to nie jest, ale trzeba myśleć o 

finansach.

Melander   potakująco   skinął   głową.   Zgadzał   się   w   stu   procentach. 

Ponieważ tym razem płaciło państwo, zamówił dla

* Czysta wódka z lemoniadą.

nich, mimo protestów Plereza, po golonce i puree z ziemniaków i brukwi. 

Kiedy   posiłek   stanął   na   stole,   Plerez   zdążył   wysuszyć   szklaneczkę   i 

Melander poprosił o następną. Obawiając się, że Plerez wkrótce się upije i 

nie będzie z nim żadnego kontaktu, czym prędzej przeszedł do rzeczy.

Plerez raczył się trunkiem.

-

Bertil Olofsson? Jak on wygląda?

Melander nigdy nie spotkał się z Olofssonem, ale widział go na zdjęciu i 

pamiętał rysopis.

Plerez w zamyśleniu przeczesał swoje słynne włosy.

-

Aha. Tak, już wiem. Ćpun, no nie? Interesy w branży samochodowej 

i wszystkiego po trochu. Osobiście nie znam go za dobrze, ale wiem, kto 

to jest. Co cię interesuje?

Melander odsunął talerz i sięgnął po fajkę.

-

Wszystko. Czy wiesz, gdzie się podziewa?

Plerez pokręcił głową.

-

Nie, dawno go nie widziałem. Ale nie obracamy się w tych samych 

kręgach.   On   przesiaduje   w   takich   miejscach,   do   których   ja   nigdy   nie 

zaglądam.   Podobno   bywa   w   jakimś   klubie   kilka   przecznic   stąd. 

Najczęściej przychodzą tam młodzi ludzie. Olofsson jest starszy.

background image

-

Czym się zajmuje oprócz narkotyków i samochodów?

-

Nie   wiem.   Chyba   tylko   tym.   Słyszałem,   że   dla   kogoś   pracuje. 

Olofsson   nigdy   nie   był  orłem,   ale   parę   lat   temu   nagle   zaczęło   mu   się 

powodzić. Wydaje mi się, że pracuje dla kogoś, kto rozkręcił jakiś wielki 

biznes. Rozumiesz, ludzie gadają, ale nikt nic nie wie na bank.

Plerezowi zaczął się plątać język. Melander zapytał go o Gorana Malma.

-

Widziałem go ze dwa razy w kafejce Uven. Ponoć był w tej chałupie, 

co się sfajczyła. Robił w detalu. Nikt ważny. Poza tym nie żyje, biedaczek.

Na odchodne Melander po chwili wahania wcisnął Plere-zowi do ręki dwie 

dziesięciokoronówki.

-   Dzwoń,   gdyby   coś   ci   się   przypomniało.   I   możesz   się   dyskretnie 

rozejrzeć.

Kiedy odwrócił się w drzwiach, Plerez przywoływał kelnerkę.

Melander   znalazł   klub,   o   którym   mówił   Plerez.   Widząc   młodocianą 

klientelę tłoczącą się przed wejściem, uznał, że wyglądałby jak struś w 

stadku kurcząt, i pomaszerował dalej.

Po powrocie do domu zadzwonił do Martina Becka z pytaniem, czy mogą 

zaryzykować i wysłać do klubu Skackego.

Benny   Skacke   był   zachwycony.   Po   rozmowie   z   Martinem   Beckiem 

natychmiast zadzwonił do swojej dziewczyny i powiedział, że z powodu 

ważnej   misji   śledczej   nie   spotkają   się   wieczorem.   Wyjaśnił   w 

zawoalowanych słowach, że chodzi o schwytanie groźnego mordercy. Ale 

jej tym nie zaimponował, przeciwnie, była nadąsana.

Większą część dnia poświęcił na wykonanie planu, który sobie założył i 

którego się trzymał we wszystkie wolne dni. Najpierw przez pół godziny 

ćwiczył ze sztangą, potem pojechał na basen w Akeshov, posiedział w 

background image

saunie i przepłynął tysiąc metrów, a kiedy wrócił do domu, przez dwie 

godziny uczył się prawa.

Późnym popołudniem zaczął się zastanawiać, co na siebie włożyć, żeby w 

niczym   nie   przypominać   policjanta.   Najchętniej   przebrałby   się   za 

playboya. Zwykle nosił się oficjalnie, nie wyobrażał sobie, by mógł się 

pokazać w pracy bez krawata. Ponieważ Skacke nie był stałym bywalcem 

lokali   gastrono-miczno-rozrywkowych,   wyjątkowo   rzadko   chodził   do 

restauracji   i   nocnych   klubów,   nie   bardzo   wiedział,   jakie   stroje   tam 

obowiązują. Miał jednak mętnawe przeczucie, że jego przeciętne, nijakie 

garnitury, które wisiały w szafie, nie mieszczą

się w kanonie mody wymaganej w środowisku młodych playboyów. W 

końcu   pojechał   do   rodziców   na   Kungsholmen   i   pożyczył   garnitur   od 

młodszego   brata.   Mama   zrobiła   klopsiki   nadziewane   w   sosie 

śmietanowym,   więc   skorzystał   z   okazji   i   przy   obiedzie   opowiedział 

zaskoczonym i dumnym z syna rodzicom kilka kompletnie zmyślonych 

historii,   świadczących   o   jego   najeżonej   niebezpieczeństwami   pracy 

detektywa, i jedną, która się przytrafiła Gunvaldowi Larssonowi.

Kiedy   wrócił   do   siebie,   do  Abrahamsbergu,   od   razu   włożył   garnitur. 

Dziwnie się czuł, ale był bardzo zadowolony, przeglądając się w lustrze. Z 

całą pewnością żaden policjant nie miał takiej kreacji.

Długa, mocno wcięta w talii marynarka miała ukośne kieszenie z klapkami 

i duży kołnierz na wysokiej stójce. Bardzo ciasne spodnie zapinały się pod 

pępkiem, nogawki opinające uda rozszerzały się poniżej kolan i podczas 

marszu  okręcały   wokół  łydek.  Garnitur był  z  błękitnego   manczesteru  i 

tworzył komplet z jaskrawopomarańczowym golfem.

Benny Skacke uznał, że jest doskonale nierozpoznawalny, kiedy tuż po 

background image

dziesiątej   przekroczył   próg   nocnego   klubu.   Mieścił   się   na   poziomie 

piwnicy i zanim go tam wpuszczono, musiał uiścić opłatę członkowską w 

wysokości trzydziestu pięciu koron.

Lokal składał się z trzech sal, dwóch dużych i jednej mniejszej. Powietrze 

było gęste od dymu tytoniowego i ludzkich oparów.

W   jednej   z   większych   sal   goście   tańczyli   do   muzyki   jakiejś   oszalałej 

kapeli popowej, w drugiej pili piwo i toczyli przeraźliwie głośne rozmowy. 

W mniejszej panowała względna cisza. Przeznaczono ją dla tych, którzy 

chcieli posiedzieć przy stoliku, coś przekąsić, napić się wina i trzymać za 

ręce   w   romantycznym   blasku   chybotliwych   płomieni   świec. 

Przypuszczalnie są milczący dzięki takiemu oświetleniu, pomyślał Skacke. 

Oczywiście groziła im śmierć z powodu braku tlenu.

Przecisnął się do baru i po chwili udało mu się zaopatrzyć w kufel piwa. 

Kręcił   się   z   nim   po   salach   i   obserwował   towarzystwo.   Niektóre 

dziewczyny nie wyglądały na więcej niż czternaście lat, co najmniej pięciu 

mężczyzn   miało   ponad   pięćdziesiątkę,   średnią   wieku   ocenił   na 

dwadzieścia pięć, trzydzieści.

Zdecydował, że zanim wda się z kimś w rozmowę, posłucha, o czym tu 

mówią.   Dyskretnie   przysunął   się   do   czterech   trzydziestolatków,   którzy 

stali blisko siebie w kącie sali. Sądząc po ich minach, dyskutowali o czymś 

poważnym, marszczyli brwi, w zamyśleniu popijali piwo, uważnie słuchali 

rozmówcy,   czasami   sobie   przerywali,   o   czym   świadczyły   gesty 

zniecierpliwienia. Skacke zrozumiał ich dopiero wtedy, gdy znalazł się tuż 

obok.

-

Nie   wydaje   mi   się,   żeby   ona   w   ogóle   była   w   posiadaniu 

jakiegokolwiek libido - powiedział pierwszy. - Wolałbym Ritę.

background image

-

Rita nie uprawia zbiorówek - zaoponował drugi. - Prędzej Bebban.

Pierwszy i trzeci wydali pomruki aprobaty.

-

Okej   -   skwitował   pierwszy.   -  Weźmiemy   Bebban   i   będzie   trójka. 

Poszukajmy jej.

Czterej panowie zginęli w tłumie tańczących. Skacke został i łamał sobie 

głowę, co to takiego „libido". Musi to sprawdzić, kiedy wróci do domu.

Przy barze zrobiło się nieco luźniej i udało mu się dopchać do kontuaru. 

Zamówił drugie piwo i mimochodem zagadnął barmana:

-

Mignął ci gdzieś Berra Olofsson?

Mężczyzna wytarł ręce w pasiasty fartuch i pokręcił głową.

-

Nie, nie widziałem go od tygodni.

-

A może jest któryś z jego kumpli?

-

Tak, przed chwilą widziałem Ollego.

-

Gdzie jest teraz?

-

Gdzieś tutaj.

Barman obrzucił spojrzeniem salę i wskazał jakiś punkt za Skackem.

-

Stoi tam.

Skacke odwrócił się i zobaczył co najmniej piętnastu mężczyzn, którzy 

mogliby być Ollem.

-

Jak on wygląda?

Barman uniósł brwi ze zdziwienia.

-

Myślałem,   że   go   znasz.   Tam,   z   tyłu.   W   czarnym   golfie,   ten   z 

baczkami.

Skacke wziął piwo, położył pieniądze na kontuarze i znów się odwrócił. 

Tym razem natychmiast zauważył Ollego. Stał z rękami w kieszeniach i 

rozmawiał z niską blondynką o nastroszonej fryzurze i obfitym biuście.

background image

Skacke podszedł do nich i klepnął mężczyznę po ramieniu.

-

Siema, Olle!

-

Siema...

Skacke skinieniem głowy przywitał się z blondynką, która obdarzyła go w 

odpowiedzi łaskawym spojrzeniem.

-

Jak się żyje? - zapytał Olle.

-

Świetnie.   Słuchaj,   szukam   Berry,   Berry   Olofssona.   Widziałeś   go 

ostatnio?

Olle wyjął ręce z kieszeni i dotknął palcem wskazującym piersi Skackego.

-

No właśnie nie. Sam go szukam. W domu go nie ma. Cholera wie, 

gdzie się podziewa.

-

A kiedy go ostatnio widziałeś?

-

Piekielnie dawno temu. Czekaj... Na początku lutego. Powiedział, że 

wybiera się na tydzień do Paryża. Od tamtej pory z nim nie gadałem. Co 

od niego chcesz?

Blondynka przeniosła się kilka metrów dalej, do innego towarzystwa. Od 

czasu do czasu łypała na Skackego.

-

E... mam do niego taką jedną sprawę...

Olle wziął go pod ramię i się pochylił.

-

Jeśli chodzi o panienki, to możesz to załatwić ze mną. Przejąłem od 

Berry kilka sztuk.

-

Jasne, ktoś musi doglądać interesu, kiedy go nie ma.

Olle zarechotał.

-

Mowa.

Skacke pokręcił głową.

-

Nie. Nie panienki. Inne rzeczy.

background image

-

A,   kapuję.   W  tym   ci   nie   pomogę.   Ledwie   mi   starcza   na   własne 

potrzeby.

Blondynka wróciła i pociągnęła Ollego za rękaw.

-

Już idę, dziecinko.

Oboje poszli na parkiet.

Skacke, tancerz nie pierwszej świetności, poprosił do tańca dziewczynę, 

która   w   jego   ocenie   mogła   należeć   do   stajni   Olofssona   albo   Ollego. 

Popatrzyła na niego ze znudzoną miną, zgodziła się i zaczęła mechaniczne 

wygibasy. Była mało kontaktowa, dowiedział się tylko tyle, że nie zna 

Olofssona.

Trzy równie uciążliwe pląsy z innymi, mniej lub bardziej rozmownymi 

partnerkami też skończyły się na niczym.

Dopiero piąta dziewczyna, prawie jego wzrostu, o błękitnych wyłupiastych 

oczach, dużej pupie i małych sterczących piersiach, miała to i owo do 

powiedzenia.

-

Berra? Jasne, że go znam.

Stała jak przyklejona do podłogi, kręciła tyłkiem, wypinała biust i strzelała 

palcami. Skacke nie musiał się wysilać.

-

Ale już dla niego nie pracuję - dodała. - Pracuję solo.

-

Wiesz, gdzie on jest?

-

W Polsce. Słyszałam, jak parę dni temu ktoś o tym mówił.

-

Jesteś pewna, że w Polsce?

-

Tak. Tylko nie pamiętam, kto to mówił.

-

Od kiedy tam siedzi?

Wzruszyła ramionami.

-

Nie wiem. Nie ma go od jakiegoś czasu, ale na pewno znowu się 

background image

pojawi. A co cię interesuje? Gandzia?

Musieli się wydzierać, żeby przekrzyczeć muzykę.

-

Może coś dla ciebie skołuję! Ale dopiero jutro!

Skacke trafił jeszcze na trzy dziewczyny, które znały Bertila Olofssona. 

Nie miały pojęcia, gdzie się podziewa. Nie widziały go od paru tygodni.

O   trzeciej   w   nocy   światła   zaczęły   migać.   Koniec   zabawy.   Skacke 

przespacerował się kawałek, zanim złapał taksówkę. Głowa ciążyła mu od 

piwa i fatalnego, zadymionego powietrza. Marzył o łóżku.

W kieszeni miał numery telefonów czterech dziewczyn: dwie chciały mu 

pozować, jedna była ogólnie zainteresowana, ostatnia chciała mu sprzedać 

narkotyki.   Podsumowanie   wieczoru   wypadło   dość   kiepsko.   Rano   miał 

zdać raport Martinowi Beckowi, a dowiedział się właściwie tylko tyle, że 

Bertil Olofsson zniknął.

Ale dwa szczegóły powinny mu się liczyć na plus. Wiedział, kiedy mniej 

więcej Olofsson zniknął i że mógł być w Polsce.

Zawsze coś, pomyślał Benny Skacke.

Rozdział 18

Kiedy   świeżo   wykąpany   Gunvald   Larsson   wszedł   do   komendy   przy 

Kungsholmsgatan i wjechał windą na piętro, gdzie mieścił się wydział do 

spraw przemocy fizycznej, nie miał pojęcia o rozwoju sprawy Malma. Był 

poniedziałek dwudziestego piątego marca, jego pierwszy dzień w pracy po 

zwolnieniu lekarskim.

Nie   odpowiadał   na   telefony   po   wtorkowym   spotkaniu   z   Maksem 

Karlssonem, od informacji o śmierci Madeleine Olsen gazety ani słowem 

nie wspomniały o pożarze. Mimo że w swoim czasie na pewno czeka go 

medal,   bohaterski   wyczyn   i   tragedia   stanowiły   zamknięty   rozdział   i 

background image

pamięć   o   Gunval-dzie   Larssonie   blakła   coraz   bardziej   w   zakamarkach 

zbiorowej świadomości. Świat był zły, co znajdowało swoje odbicie na 

pierwszych   stronach   gazet.   Szwedzka   prasa   niechętnie   donosi   o 

samobójstwach, raz - z przyczyn etycznych, dwa - dlatego, że jest ich 

kompromitująco dużo. Pożar, w którym giną trzy osoby, to nie cukierek, 

nie można go ssać zbyt długo. Poza tym nie było powodu do przesadnych 

wiwatów   na   cześć   policji.   Nie   radziła   sobie   z   plagą   narkomanii   ani   z 

niezliczonymi   demonstrantami,   nie   potrafiła   zagwarantować 

elementarnego spokoju i bezpieczeństwa na ulicach i tak dalej.

Nic dziwnego, że Gunvald Larsson patrzył z niekłamanym zdumieniem na 

doborowe   towarzystwo   wychodzące   z   odprawy   u   Hammara.   Byli   tam 

Melander, Ek, Rónn i Strómgren, by nie wspomnieć o Martinie Becku i 

Kollbergu,   o   których   mówił   z   wyjątkową   niechęcią   i   tylko   w   razie 

absolutnej   konieczności.   Po   korytarzu   kręcił   się   Skacke,   próbując   z 

afektowaną powagą dorównać kolegom, którym na razie nie sięgał do pięt.

-

Co się, do cholery, dzieje? - spytał Gunvald Larsson.

-

No, Hammar chce dojść do ładu, czy główna kwatera śledcza ma być 

tutaj, czy w Vastberdze - odparł posępnie Rónn.

-

Kogo śledzimy?

-

Niejakiego Olofssona. Bertila Olofssona.

-

Olofssona?

-

Przeczytaj   to   -   odezwał   się   Melander,   pukając   główką   fajki   w 

maszynopis.

Gunvald Larsson czytał. Zmarszczył krzaczaste brwi i w miarę lektury 

coraz bardziej przypominał znak zapytania.

-

Co to ma być? Jakiś żart?

background image

-

Niestety, nie - odrzekł Melander.

-

Podpalenie,   owszem,   ale   bomba   zapalająca   w   materacu...   Chcesz 

powiedzieć, że ktoś bierze to na serio?

Rónn ponuro pokiwał głową.

-

Czy w ogóle istnieją takie urządzenia?

-

No. Tak mówi Hjelm. Ponoć wynaleziono je w Algierii.

-

W Algierii?

-

Są bardzo popularne w Ameryce Południowej - dodał Melander.

-

Okej, a co z tym cholernym Olofssonem? Gdzie on jest?

-

Zniknął - lakonicznie poinformował Rónn.

-

Zniknął?

-

Rzekomo przebywa za granicą, ale nikt tego nie wie. Interpol też nie 

może go znaleźć.

Guiwald   Larsson   myślał,   dłubiąc   w   swoich   dużych   przednich   zębach 

nożykiem do papieru. Melander chrząknął i poszedł. Przyszli Martin Beck 

i Kollberg.

-

Olofsson - powiedział Gunvald Larsson mniej lub bardziej do siebie. 

- Ten sam, który dostarczał dragi Maksowi Karłssonowi i szmuglowaną 

gorzałę Rothowi. I miał na posyłki Malma w interesie samochodowym.

-

I   jego   nazwisko   było   w   wozie   Malma,   kiedy   wpadł   na 

Sódertaljevagen   -   uzupełnił   Martin   Beck.   -   Chłopcom   od   kradzieży 

zależało na tym, żeby nie zgubić Malma z oczu, bo chcieli się dobrać do 

Olofssona. Czekali, aż się pojawi, i sądzili, że Malm będzie świadczył 

przeciwko niemu, żeby ocalić własną skórę.

-

A   zatem   Olofsson   jest   kluczową   postacią   w   tej   historii.   Jego 

nazwisko bez przerwy gdzieś wypływa.

background image

-

Myślisz, że to umknęło naszej uwagi? - wtrącił Kollberg z głęboką 

urazą.

-

No   to   wystarczy   go   zgarnąć   i  po   sprawie   -   triumfalnie   obwieścił 

Gunvald Larsson. - Rzecz jasna, to on sfajczył chałupę.

-

Skunks zapadł się pod ziemię - powiedział Kollberg. -Nie dotarło to 

do ciebie?

-

Dlaczego nie dajemy listów gończych do gazet?

-

Bo nie chcemy go spłoszyć - wyjaśnił Martin Beck.

-

Raczej nie można spłoszyć kogoś, kto zniknął.

Kollberg obrzucił Gunvalda Larssona zrezygnowanym

spojrzeniem i wzruszył ramionami.

-

Tępota nie zna granic.

-

Dopóki   Olofsson   myśli,   że   my   myślimy,   że   Malm   odebrał   sobie 

życie,   a   gaz   eksplodował   wskutek   nieszczęśliwego   wypadku,   czuje   się 

bezpieczny - ze spokojem wyjaśnił Martin Beck.

-

To dlaczego się ukrywa?

-

No, dobre pytanie - skwitował Rónn.

-

Mam inne dobre pytanie. - Kollberg patrzył przed siebie. -W piątek 

Jacobsson od narkotyków powiedział nam, że Max Karlsson, który trafił 

do   nich   we   wtorek,   wyglądał   tak,   jakby   ktoś   przepuścił   go   przez 

wyżymaczkę. Ciekawe, co to za ktoś.

-

Karlsson   wyśpiewał,   że   on,   Roth   i   Malm   dostawali   towar   od 

Olofssona - powiedział Gunvald Larsson.

-

Teraz tego nie mówi.

-

Ale mnie powiedział.

-

Kiedy? Jak go przesłuchiwałeś?

background image

-

Uhm.

Martin Beck wyjął florydę i spłaszczył tekturowy ustnik.

-

Już   to   mówiłem   i   powtórzę,   Gunvaldzie.   Wpadniesz   prędzej   czy 

później.

Zadzwonił telefon. Rónn odebrał.

Gunvald Larsson ziewnął.

-

Aha - rzekł obojętnie. - Tak myślisz?

-

Nie   tylko   myślę   -   odparł   z   powagą   Martin   Beck.   -   Jestem   tego 

pewien.

-

Wykluczone   -   powiedział   Rónn   do   słuchawki.   -   Zniknął?   To 

niemożliwe.   Nic   nie   znika   samo   z   siebie.   No   jasne,   rozumiem,   że   mu 

przykro... Co?... Powiedz mu, że płacz w niczym nie pomoże. Nam na 

przykład zniknął pewien gość. Co by to było, gdybym ja zaczął płakać? 

Jak coś albo ktoś zginie, to trzeba... Co?

Patrzyli na niego z zaciekawieniem.

-

No, o to chodzi, że trzeba szukać, aż się znajdzie - oznajmił Rónn i 

starannie odłożył słuchawkę.

-

Co zginęło? - spytał Kollberg.

-

Moja żona...

-

Co? - włączył się Gunvald Larsson. - Unda zginęła?

-

Nie.   Kilka   dni   temu   dałem   małemu   na   urodziny   wóz   strażacki. 

Zapłaciłem trzydzieści dwa pięćdziesiąt. I gdzieś się

zapodział.   W   mieszkaniu.   A   teraz   marudzi   i   chce   nowy.   Zniknął. 

Wariactwo. Wyparował w mieszkaniu. O, taki.

Rónn pokazał na palcach.

-

Przedziwne - zauważył Kollberg.

background image

Rónn nie opuszczał palców.

-

Przedziwne. No, można tak powiedzieć. Znika cały wóz strażacki. 

Tej wielkości. Za trzydzieści dwa pięćdziesiąt.

Zapadła cisza. Gunvald Larsson wpatrywał się w Rónna, marszcząc brwi. 

W końcu mruknął do siebie:

-

Wóz strażacki, który zniknął...

Rónn wlepił w niego tępe spojrzenie.

-

Czy   ktoś   rozmawiał   z   Zachrissonem?   -   nieoczekiwanie   spytał 

Gunvald Larsson. - Tym półgłówkiem z komisariatu w parafii Marii?

-

Tak - odparł Martin Beck. - Nic nie wie. Malm pił piwo w jakiejś 

knajpie na Hornsgatan aż do zamknięcia, do ósmej, i wrócił do siebie. 

Zachrisson poszedł za nim i marzł przez trzy godziny. Widział trzy osoby 

wchodzące do domu. Jedna nie żyje, jedna siedzi. Potem ty się zjawiłeś.

-

Niezupełnie o to mi chodziło - obwieścił Gunvald Larsson, wstał i 

wyszedł.

-

Co go napadło? - zdziwił się Rónn.

-

Podejrzewam, że nic - powiedział Kollberg.

Zastanawiał się, skąd Gunvald Larsson zna imię żony

Rónna. On nawet nie miał pojęcia o jej istnieniu. Pewnie dlatego, że był 

pozbawiony zmysłu obserwacji.

Gunvald Larsson zastanawiał się, jakim cudem znajdą mordercę, skoro nie 

potrafią odszukać policjanta.

Była   piąta   po   południu,   od   blisko   sześciu   godzin   przemierzał   miasto 

wzdłuż i wszerz, tropiąc Zachrissona, jakby uczestniczył w biegu za lisem. 

W komisariacie w parafii Marii usłyszał, że Zachrisson właśnie zakończył 

służbę. Jego telefon

background image

domowy nie odpowiadał. W końcu ktoś zasugerował, że pewnie poszedł 

popływać. Gdzie? Najprawdopodobniej na basen w Akeshov, w pół drogi 

do   Vallingby.   W   Akeshov   Zachrissona   nie   było,   a   dwóch   usłużnych 

policjantów   poinformowało   go,   że   nigdy   nie   obiło   im   się   o   uszy   to 

nazwisko   i   że   Zachrisson   pewnie   jest   na   basenie   w   Eriksdalu,   gdzie 

zwykle ćwiczą policjanci. Gunvald Larsson ponownie przeciął miasto - 

szare, chłodne, wietrzne i pełne trzęsących się z zimna, antypatycznych 

ludzi.   Szczególnie   antypatyczna   była   kąpielowa   w   Eriksdalu,   która   nie 

chciała go wpuścić w ubraniu na pływalnię. Z sauny wyszło kilku golasów 

utrzymujących,   że   są   policjantami.   Owszem,   znali   Zachrissona,   ale   od 

paru dni go nie widzieli. I tak dalej.

Teraz   stał   na   parterze   starej   zadbanej   kamienicy   przy   Tors-gatan   i 

świdrował   wzrokiem   brunatne   drzwi.   Powyżej   otworu   na   listy   widniał 

biały kartonik z nazwiskiem Zachrissona: napisane odręcznie, drukowane 

litery oplatało coś w rodzaju winorośli, starannie wymalowanej zielonym 

długopisem.

Dzwonił, dobijał się, kilka razy użył nogi, co przyniosło tylko taki skutek, 

że z mieszkania obok wychyliła głowę sąsiadka i popatrzyła na niego z 

wyrzutem.   Gunvald   Larsson   łypnął   na   nią   wściekle   i   natychmiast   się 

wycofała. Usłyszał chrzęst łańcucha i trzask zamków. Pewnie za chwilę 

zacznie się barykadować meblami.

Gunvald Larsson drapał się po brodzie i zastanawiał, co robić. Zostawić 

wiadomość? Może napisać ją na tym ohydnym białym kartoniku?

Na klatkę weszła trzydziestopięcioletnia kobieta. Niosła dwie papierowe 

torby   z   artykułami  kolonialnymi.   Idąc   do  windy,  bojaźliwie   zerkała   na 

Gunvalda Larssona.

background image

-

Ej tam!

-

Tak? - odezwała się, wystraszona.

-

Szukam policjanta, który tu mieszka.

-

Zachrissona?

-

Właśnie.

-

Detektywa?

-

Co?

-

Detektywa   Zachrissona?   Tego,   który   uratował   wszystkich   ludzi   z 

płonącego domu?

Gunvald Larsson spojrzał na nią.

-

Tak, zdaje się, że to jego szukam.

-

Jesteśmy z niego dumni.

-

Ach, tak.

-

Jest naszym dozorcą - wyjaśniła. - Bardzo solidny i porządny.

-

Uhm.

-

Ale surowy. Nie cacka się z dziećmi. Czasami wkłada czapkę, żeby 

je nastraszyć.

-

Czapkę?

-

Tak, ma w kotłowni policyjną czapkę.

-

W kotłowni?

-

Oczywiście.   Nie   był   pan   tam?   Zwykle   pracuje   na   dole.   Jak   pan 

zapuka, może otworzy.

Postąpiła krok w stronę windy, zatrzymała się i spojrzała na Gunvalda 

Larssona z rozradowaną miną.

-

Mam nadzieję, że pan w uczciwych zamiarach? Z Zachrissonem nie 

ma żartów.

background image

Gunvald   Larsson   znieruchomiał,   dopóki   skrzypiąca   kabina   windy   nie 

zniknęła mu z oczu. Potem szybko zszedł krętymi schodami do piwnicy i 

stanął przed zamkniętymi drzwiami przeciwpożarowymi. Chwycił klamkę 

obiema dłońmi. Drzwi ani drgnęły.

Załomotał pięścią. Nic. Odwrócił się i pięć razy kopnął obcasem w grubą 

blachę. Huk.

Nagle po drugiej stronie rozległ się władczy głos:

-

Precz!

Gunvaldowi   Larssonowi   chwilowo   odjęło   mowę   po   usłyszanych 

rewelacjach.

-

Nie wolno wam się bawić na terenie posesji! - Głos brzmiał głucho i 

groźnie. - Powiedziałem raz i wystarczy!

-

Otwieraj!!! Ale już, zanim rozwalę całą chałupę w drobny mak!

Dziesięć sekund ciszy, potem chrzęst rygli i drzwi uchyliły się wolno, ze 

zgrzytem.

Zachrisson wyjrzał zza nich z przerażoną i zakłopotaną miną.

-

O! Aha. Przepraszam... Nie wiedziałem.

Gunvald Larsson odsunął go na bok, wszedł i zamarł. W kotłowni panował 

idealny porządek. Posadzkę przykrywała kolorowa plastikowa plecionka. 

Naprzeciwko opalanego ropą kotła parowego stał biały kawiarniany stolik, 

okrągły, na ozdobnej żeliwnej podstawie. Były tam również dwa trzcinowe 

krzesła z brezentowymi poduszkami w niebiesko-pomarańczową kratkę, 

obrus w wielkie kwiaty, ręcznie malowany czerwony wazon z sześcioma 

plastikowymi   tulipanami   (cztery   czerwone,   dwa   żółte),   popielniczka   z 

zielonej   porcelany,   butelka   lemoniady,   szklanka   i   rozłożone   pismo.   Na 

ścianie  wisiały  dwa  przedmioty:  policyjna  czapka i kolorowa  rycina  w 

background image

ramce, przedstawiająca Jego Królewską Mość. Pismo okazało się czymś w 

rodzaju magazynu kryminalnego, jednym z tych, które traktują w równych 

częściach   o   striptizerkach   i   klasycznych   sprawach   kryminalnych, 

przerysowanych nie do poznania.

Najwyraźniej   Gunvald   Larsson   oderwał   Zachrissona   od   lektury   tekstu 

Szalony lekarz pokroił 2 nagie kobiety na 60 części albo od studiowania 

całostronicowego   zdjęcia   różowej   jak   prosię   damy   o   wielkich   tłustych 

piersiach   i   często   używanym,   wygolonym   organie   płciowym,   który 

kusząco pokazywała, odsłaniając go palcami.

Zachrisson miał na sobie podkoszulek, filcowe kapcie i granatowe spodnie 

od munduru.

W pomieszczeniu było bardzo ciepło.

Gunvald Larsson nic nie powiedział. Poprzestał na dokładnym przyjrzeniu 

się rozmaitym szczegółom wyposażenia.

Zachrisson nie spuszczał go z oka i nerwowo przestępo-wał z nogi na 

nogę. W końcu chyba uznał, że najlepiej będzie przybrać lżejszy ton, i 

zagaił z wysiloną wesołością:

-

Cóż, jak się już musi gdzieś pracować, to czemu by się przy okazji 

miło nie urządzić.

-

To tym straszysz dzieciaki? - spytał Gunvald Larsson, pokazując na 

czapkę od munduru.

Zachrisson spurpurowiał na twarzy.

-

Nie rozumiem...

Gunvald Larsson błyskawicznie mu przerwał.

-

Nie   przyszedłem   tu   rozmawiać   o   wychowywaniu   dzieci   ani   o 

dekoracji wnętrz.

background image

-

Aha.

-

Chcę tylko coś ustalić. Kiedy wróciłeś na Skóldgatan, zanim zacząłeś 

ratować wszystkich ludzi z pożaru, wydukałeś coś o wozie strażackim, 

który powinien już być na miejscu. Co, do cholery, miałeś na myśli?

-

No, ja... więc... jak zobaczyłem... to nie ja...

-

Przestań bełkotać! Mów po ludzku!

-

No,   zobaczyłem,   że   się   pali,   kiedy   byłem  na   Rosenlunds-gatan,   i 

pobiegłem z powrotem, to znaczy do najbliższej budki telefonicznej. W 

centrali mi powiedzieli, że dostali zgłoszenie o pożarze i że wóz strażacki 

już tam jest.

-

I co? Był?

-

Nie, ale...

Zachrisson umilkł.

-

Ale co?

-

Ale ten w centrali naprawdę tak powiedział. „Wysłaliśmy jeden wóz. 

Już tam jest". Tak powiedział.

-

Jak to się trzyma kupy? Czyżby ten pieprzony wóz zniknął gdzieś po 

drodze?

-

No, nie wiem...

-

Pobiegłeś z powrotem jeszcze raz, prawda?

-

Oczywiście, kiedy pan... kiedy ty...

-

I co wtedy powiedziały te tęgie głowy z centrali?

-

Nie wiem, bo za drugim razem poleciałem do skrzynki alarmowej.

-

Ale za pierwszym telefonowałeś z budki?

-

Tak, bo była bliżej. Zadzwoniłem i w centrali powiedzieli...

-

...że   wóz   już   tam   jest.   Wiem,   słyszałem.  Ale   co   powiedzieli   za 

background image

drugim razem?

-

Nie... nie pamiętam.

-

Nie pamiętasz?

-

Byłem zdenerwowany...

-

O pożarach zawiadamia się również policję, prawda?

-

Oczywiście... Tak mi się zdaje... To znaczy...

-

No   to   gdzie   się   podział   ten   wóz   policyjny,   który   powinien 

przyjechać? Też zniknął?

Mężczyzna w podkoszulku i spodniach od munduru z rezygnacją pokręcił 

głową.

-

Nie wiem.

Gunvald Larsson utkwił w nim wzrok.

-

Jak mogłeś być tak niewyobrażalnie głupi, żeby nie powiedzieć o 

tym szefostwu grupy dochodzeniowo-śledczej?!

-

Że co? O czym miałbym powiedzieć?

-

O tym, że kiedy dzwoniłeś, straż pożarna już dostała zgłoszenie! I że 

wóz strażacki zniknął! Kto ich zawiadomił pierwszy, co? Przesłuchiwali 

cię kryminalni, prawda?! Wiedziałeś, że jestem chory, prawda?! A może 

się mylę?

-

Nie, ale nie rozumiem...

-

Nie dziwota. Nie pamiętasz, co ci powiedzieli za drugim razem? A 

pamiętasz, co sam mówiłeś?

-

„Pali się, pali się"... albo coś w tym rodzaju. No... miałem cykora. I 

biegłem.

-

„Pali się, pali się"? A nie wspomniałeś przypadkiem, gdzie się pali?

-

Jasne, że tak. Chyba krzyknąłem albo prawie krzyknąłem: „Pali się 

background image

na Skóldgatan!" I potem strażacy przyjechali.

-

Nic nie powiedzieli, że tam już jest wóz strażacki?

-

Nie. - Zachrisson myślał przez chwilę. - Przecież go nie było - dodał 

głupkowato.

-

A jak dzwoniłeś pierwszy raz, z budki, krzyknąłeś to samo? „Pali się 

na Skóldgatan"?

-

Nie.   Kiedy   dzwoniłem   z   budki,   byłem   mniej   zdenerwowany   i 

podałem właściwy adres.

-

Właściwy adres?

-

Tak. Ringyagen 37.

-

Przecież dom stał przy Skóldgatan.

-

Tak,   ale   właściwy   adres   to   Ringvagen   37.   Pewnie   dlatego,   żeby 

listonosz miał łatwiej.

-

Łatwiej? - Gunvald Larsson zmarszczył czoło. - Jesteś pewien?

-

Tak.   Jak   zaczynaliśmy   pracę   w   komisariacie   w   parafii   Marii, 

musieliśmy się nauczyć nazw wszystkich ulic i adresów pocztowych w 

drugim dystrykcie.

-

Więc jak dzwoniłeś z budki, powiedziałeś: „Ringvagen 37", a potem, 

za drugim razem: „Skóldgatan"?

-

Tak. Tak myślę. Wszyscy wiedzą, że posesja o adresie Ringvagen 37 

jest na Skóldgatan.

-

Ja nie wiedziałem.

-

To znaczy chciałem powiedzieć, że wszyscy z drugiego dystryktu.

Gunvald Larsson usiłował to rozgryźć.

-

Tu jest pies pogrzebany - odezwał się po chwili.

-

Pies?

background image

Gunvald   Larsson   podszedł   do   stolika   i   zerknął   na   rozłożone   pismo. 

Zachrisson przemknął obok, żeby je capnąć, ale Gunvald Larsson zdążył 

na nim położyć swoją wielką owłosioną dłoń.

-

Tu jest błąd - powiedział. - Powinno być sześćdziesiąt osiem.

-

Co?

-

Ten lekarz w Anglii, doktor Ruxton, przeciął piłą żonę i służącą na 

sześćdziesiąt osiem części. I nie były nagie. Żegnam!

Gunvald Larsson opuścił tę dziwaczną kotłownię przy Torsgatan i pojechał 

do domu. Wsuwając klucz do zamka w drzwiach swojego mieszkania w 

Bollmorze, o wszystkim zapomniał, bo taki miał zwyczaj. Przypomniał 

sobie   dopiero   następnego   dnia   przed   południem   w   swoim   pokoju 

służbowym.

Sprawa   była   piekielnie   zagmatwana.   Nie   mógł   się   w   tym   połapać   i 

postanowił porozmawiać z Rónnem.

-

To cholernie dziwne - zaczął. - Nie rozumiem.

-

Czego?

-

Tej historii z wozem strażackim, który zniknął.

-

No, czegoś dziwniejszego chyba nie widziałem.

-

Aha, też się nad tym zastanawiałeś.

-

No,   jeszcze   jak.   Odkąd   mały   powiedział,   że   go   nie   ma.   Nie 

wychodził na dwór, bo jest przeziębiony i musi siedzieć w domu. Całkiem 

po prostu zniknął w mieszkaniu.

-

Idioto, myślisz, że mówię o twoich kłopotach z zabawkami?

-

Nie? To o czym mówisz?

Gunvald Larsson wyłuszczył mu, co i jak.

Rónn podrapał się po nosie.

background image

-

Sprawdzałeś w straży?

-

Tak. Dzwoniłem przed chwilą. Odebrał ktoś niespełna rozumu.

-

Może mu się wydawało, że to ty jesteś niespełna rozumu.

-

Ech!

Gunvałd Larsson wyszedł, trzaskając drzwiami.

Następnego przedpołudnia, w środę dwudziestego siódmego, podsumowali 

wyniki śledztwa i stwierdzili, że nie ma żadnych. Olofsson się nie odnalazł 

mimo rozesłanego tydzień wcześniej listu gończego. To, czego się o nim 

dowiedzieli, na przykład, że jest narkomanem i zawodowym przestępcą, 

nie było niczym nowym. Poszukiwano go w całym kraju i przez Interpol. 

Z pewną dozą przesady można by powiedzieć, że na całym świecie. W 

tysiącach egzemplarzy rozesłano jego zdjęcie, odciski palców i rysopis. 

Spłynęło   trochę   bezwartościowych   informacji,   ale   na   szczęście   niezbyt 

dużo, bo prasa, radio i telewizja na razie milczały, więc społeczeństwo, 

czyli   Wielki   Detektyw,   nie   miało   pola   do   popisu.   Rozpoznanie   w 

półświatku   przyniosło   tyle,   co   kot   napłakał.   Zawiodła   tak   zwana 

inwigilacja wewnętrzna. Nikt nie widział Olofssona od końca stycznia lub 

początku lutego. Rzekomo był za granicą. Ale za granicą też nikt go nie 

widział.

-

Musimy go dopaść - oświadczył Hammar. - Teraz. Natychmiast.

Z grubsza tylko tyle miał do powiedzenia.

-

Tego   rodzaju   polecenia   są   mało   konstruktywne   -   zauważył   po 

odprawie   Kollberg,   siedząc   na   biurku   Melandera   i   apatycznie   majtając 

nogą.

Melander odchylił się na krześle, skrzyżował wyprostowane nogi, wetknął 

fajkę między zęby i przymknął oczy.

background image

-

Co jest? - spytał Kollberg.

-

Fredrik myśli - wyjaśnił Martin Beck.

-

Przecież widzę. Ale o czym?

-

O jednym z kardynalnych grzechów policji - odparł Melander.

-

Tak? Którym?

-

O braku wyobraźni.

-

I kto to mówi?

-

Wiem, że nie jestem od niego wolny - spokojnie przyznał Melander. - 

Zastanawiam się, czy to dochodzenie nie jest szkolnym przykładem braku 

wyobraźni, a konkretniej: jednostronności naszych działań.

-

Mojej wyobraźni nic nie dolega - stwierdził Kollberg.

-

Poczekaj - przerwał mu  Martin Beck, stojąc w swoim ulubionym 

miejscu, tuż przy drzwiach, z łokciem na szafce z archiwaliami. - Mógłbyś 

to dokładniej wytłumaczyć, Fredrik?

-

Najpierw   zadowalamy   się   teorią,   że   gaz   eksplodował   wskutek 

nieszczęśliwego wypadku. Potem, kiedy uzyskujemy niezbite dowody, że 

ktoś   usiłował   pozbawić   Malma   życia   za   pomocą   wyrafinowanego 

zapalnika,   mamy   wyraźny   trop.   Musimy   znaleźć   Olofssona,   czyli   w 

domyśle: to robota Olofssona. I trzymamy się tego tropu jak odmóżdżona 

sfora. Kto wie, czy nie wpadniemy w ślepą uliczkę.

-

„Wpadniemy"   to   właściwe   słowo   -   skomentował   zniechęcony 

Kollberg.

-

Ten notorycznie popełniany błąd zaprzepaścił setki ważnych śledztw. 

Policja   chwyta   się   czegoś,   co   uważa   za   rozstrzygające   fakty.   Fakty 

wskazują   określony   kierunek,   któremu   się   podporządkowuje   wszystkie 

operacje. Inne oceny nie mają racji bytu. Coś przyjmuje się za pewnik 

background image

tylko dlatego, że jest pod ręką i zwykle się sprawdza. Na świecie roi się od 

przestępców,   którym   się   upiekło   dzięki   doktrynerskim   poczynaniom 

policji. Co by było, gdyby ktoś odnalazł Olofssona właśnie teraz, w tym 

momencie,   w   jakiejś   paryskiej   kawiarence   albo   na   tarasie   hotelu   w 

Hiszpanii czy w Maroku, i gdyby Olofsson potrafił udowodnić, że siedzi 

tam od dwóch miesięcy?

-

Chodzi   ci   o   to,   żebyśmy   się   odczepili   od   Olofssona?   -zapytał 

Kollberg.

-

Nie. Olofsson wydaje się oczywistym podejrzanym, odkąd Malm stał 

się dla niego zagrożeniem. Trzeba go odszukać za wszelką cenę. Chodzi 

mi o to, że zapominamy o innej ewentualności: Olofsson może nie mieć 

żadnego związku z naszym dochodzeniem. W czym nam pomoże, jeśli się 

okaże,   że   handlował   narkotykami   i   montował   fałszywe   tablice 

rejestracyjne? To nas kompletnie nie interesuje.

-

Cholernie bym się zdziwił, gdyby Olofsson nie maczał w tym palców 

- powiedział Kollberg.

-

Ja   też.   Ale   zdarzają   się   dziwne   zbiegi   okoliczności.   Dziwnym 

zbiegiem okoliczności Malm popełnił samobójstwo tego samego dnia, w 

którym   ktoś   usiłował   go   zamordować.   Przyznaję,   że   mnie   to   zmyliło, 

kiedy przeprowadzałem wizję lokalną. Zwróciłem uwagę na jeszcze jeden 

dziwny zbieg okoliczności. Od pożaru minęły prawie trzy tygodnie i nikt 

w tym czasie nie widział Olofssona ani nic o nim nie słyszał. To skłoniło 

pewne osoby do wyciągnięcia pewnych wniosków. A kto pomyślał o tym, 

że nikt nie miał kontaktu z Olofssonem dużo wcześniej, na miesiąc przed 

pożarem?

Martin Beck się wyprostował.

background image

-

To prawda.

-

Takie   rozumowanie   pociąga   za   sobą   określone   konsekwencje   - 

powiedział Kollberg.

Rozważyli konsekwencje.

Nieco dalej, na tym samym piętrze, Rónn zajrzał do Gun-valda Larssona.

-

Wczoraj o czymś myślałem.

-

O czym?

-

Dwadzieścia lat temu pracowałem przez parę miesięcy w Skanii, w 

Lundzie.   Nie   pamiętam,   dlaczego.   -   Rónn   zrobił   wymowną   pauzę,   po 

czym rzekł z emfazą: - Straszne.

-

Co?

-

Skania.

-

Aha. I o tym myślałeś?

-

Nic, tylko krowy, świnie, pola i studenci. I upał. Zwalał z nóg. No i 

kiedy   tam   byłem,   wybuchł   pożar.   W   środku   nocy   spaliła   się   fabryka. 

Potem się okazało, że podpalił ją przez pomyłkę nocny stróż. Zaalarmował 

straż, ale był tak otumaniony, że zadzwonił do strażaków z Malmó. Bo z 

Malmó pochodził. I kiedy płonęła fabryka w Lundzie, strażacy w Malmó 

rzucili   się   na   ratunek   z   tymi   swoimi   magirusami,   ze   skokochronami   i 

całym kramem.

-

Chcesz   powiedzieć,   że   Zachrisson   jest   niespełna   rozumu   i   na 

przykład z centrum Sódermalmu mógłby wezwać strażaków z Nacki?

-

No, coś w tym stylu.

-

Odpada. Obdzwoniłem wszystkie możliwe komendy policji. Tamtej 

nocy w żadnej nie mieli zgłoszenia o pożarze.

-

Gdybym był na twoim miejscu, obdzwoniłbym wszystkie możliwe 

background image

komendy straży pożarnej.

-

Gdybyś był na moim miejscu, miałbyś po dziurki w nosie pożarów. 

Poza   tym   zawsze   jest   większa   szansa,   że   policja   udzieli   sensownej 

odpowiedzi. Ciut większa.

Rónn podszedł do drzwi.

-

Einar?

-

No?

-

A po co im skokochrony do gaszenia fabryki w środku nocy?

Rónn myślał.

-

Nie wiem. Może mam zbyt bujną wyobraźnię.

-

Naprawdę?

Gunvald   Larsson   wzruszył   ramionami   i   dłubał   w   zębach   nożykiem  do 

papieru.

Następnego   dnia   przed   południem   zaczął   jednak   obdzwaniać 

podsztokholmskie   komendy   straży   pożarnej.   Zdumiewająco   szybko 

uzyskał ciekawą odpowiedź.

-

Sie robi - powiedział przesadnie kumpelskim tonem gość z jednostki 

obejmującej gminy Solna i Sundbyberg. - Już sprawdzam... Yes, mieliśmy 

tamtego   wieczoru   fałszywy   alarm.   Ringvagen   37   w   Sundbybergu. 

Dokładnie o dwudziestej trzeciej dziesięć. Zgłoszenie telefoniczne. No i?

-

Policja nic o tym nie wie. Czy nie powinien tam pojechać ktoś od 

nas?

-

Jasne, że powinien, i pojechał. Na miejscu był radiowóz. Jakżeby 

inaczej.

-

Czy telefonowano przez centralę, czy bezpośrednio do was?

-

Chyba   do   nas.  Ale   nie   mam   stuprocentowej   pewności.   Jest   tylko 

background image

lakoniczny wpis: „Anonimowe zgłoszenie telefoniczne. Fałszywy alarm".

-

Co robicie po otrzymaniu takiego zgłoszenia?

-

Oczywiście wyjeżdżamy.

-

Tak, rozumiem, ale czy przekazujecie je dalej?

-

No pewnie, glinom.

-

Komu?

-

Glinom. I informujemy centralę. Kapujesz, jak wybucha duży pożar, 

to   znaczy   taki,   który   widać   z   daleka,   telefony   się   urywają.   Bywa,   że 

bezpośrednio   do   nas   dzwoni   dwadzieścia   pięć   osób,   a   setka   innych 

wykręca   dziewiątkę   i   cztery   zera   albo   korzysta   ze   skrzynek 

przeciwpożarowych.   Dlatego   wyjeżdżając   na   akcję,   powiadamiamy 

centralę. Inaczej byłby pioruński bajzel.

-

Kapuję. Czy wie pan, kto przyjął zgłoszenie?

-

No pewnie. Doris Martensson.

-

Jak mogę się z nią kontaktować?

-

Nijak, staruszku. Wczoraj wybyła na urlop. Do Grecji.

-

Do Grecji? - z wyraźnym niesmakiem powtórzył Gun-vald Larsson.

-

Coś w tym złego?

-

Gorzej być nie może.

-

Gadanie. Nie spodziewałem się, że jakiś gliniarz będzie mi wciskał 

komunistyczną ciemnotę. Zeszłej jesieni byłem na Akropolu, czy jak mu 

tam. Kapitalnie! Porządek jak ta la la. I policja z klasą. Macie się od kogo 

uczyć, chłopaki.

-

Morda   w   kubeł,   idioto!   -   wrzasnął   Gunvald   Larsson,   rzucając 

słuchawkę.

Nie   zdążył   się   wszystkiego   dowiedzieć,   ale   miał   powyżej   uszu   tej 

background image

rozmowy.

Poszedł do Rónna.

-

Czy mógłbyś zadzwonić do straży Solna-Sundbyberg i spytać, kiedy 

Doris Martensson wraca z urlopu?

-

No, mógłbym. Co ci jest? Wyglądasz jak po ataku apopleksji.

Gunvald Larsson bez słowa wrócił do siebie, usiadł za biurkiem i wybrał 

numer komendy policji przy Rasundavagen na Solnej. Lepiej mieć to od 

razu za sobą.

-

Dzwoniłem   do   was   wczoraj   w   ważnej   sprawie.   Pytałem,   czy 

siódmego marca około jedenastej w nocy nie odebraliście zgłoszenia o 

pożarze.

-

Wiem, to ja z panem rozmawiałem i powiedziałem, że nie dostaliśmy 

żadnego meldunku.

-

Tak się składa, że wiem o fałszywym alarmie. Mianowicie tamtej 

nocy ktoś zawiadomił straż w Sundbybergu o pożarze na Ringvagen 37 i 

zgodnie   z   procedurą   poinformowano   o   tym   policję.   Czyli   na   miejscu 

powinien być radiowóz.

-

Dziwne. Nie mamy tu żadnej notatki.

-

To sprawdź, do cholery, kto był wtedy na służbie!

-

Chłopcy z patrolu? Chwileczkę.

Gunvald Larsson czekał, nerwowo bębniąc palcami po biurku.

-

Mam.   „Ósemka:   Eriksson   i   Kvastmo   z   aspirantem   Lind-skogiem, 

trójka: Kristiansson i Kvant"...

-

Wystarczy   -   przerwał   mu   Gunvald   Larsson.   -   Gdzie   są   te   dwa 

pomioty?

-

Kristiansson i Kvant? Na patrolu.

background image

-

Przyślij ich do mnie. Tylko piorunem!

-

Ale...

-

Żadnych   ale.   Chcę   widzieć   tych   idiotów   u   siebie   na 

Kungsholmsgatan w ciągu piętnastu minut. Mają tu stać jak posągi!

Ledwie się rozłączył, drzwi się uchyliły i zajrzał Rónn.

-

Doris   Martensson   wraca   za   trzy   tygodnie.   Będzie   w   pracy 

dwudziestego drugiego kwietnia. Ten, co odebrał, był nieźle wkurzony. 

Chyba nie jest z twojego fanklubu.

-

Tak, mój fanklub topnieje.

-

No, na to wygląda.

Szesnaście minut później Kristiansson i Kvant zameldowali się w pokoju 

Gunvalda   Larssona.   Obaj   ze   Skanii,   niebieskoocy,   szerocy   w   barach, 

mierzący   sto   osiemdziesiąt   sześć   centymetrów.   Obaj   mieli   złe 

doświadczenia   z   poprzednich   spotkań   z   olbrzymem   siedzącym   za 

biurkiem.   Trafieni   spojrzeniem   Gunvalda   Larssona   znieruchomieli, 

rzeczywiście   do   złudzenia   przypominając   dwa   kamienne   posągi 

policjantów patrolowych w skórzanych kurtkach z błyszczącymi guzikami, 

poprzecznymi pasami, pistoletami i pałkami. Różnił ich subtelny drobiazg: 

Kristiansson kurczowo trzymał czapkę pod lewą pachą, Kvant nie zdjął 

swojej z głowy.

-

Do licha, to on - szepnął Kristiansson. - Ten parszywiec...

Kvant milczał. Jego zawzięta mina świadczyła o tym, że nie pozwoli sobą 

pomiatać.

-

No tak - odezwał się Gunvald Larsson. - Jesteście, żałosne cymbały.

-

O co właściwie cho... - zaczął Kvant i umilkł, widząc, że Gunvald 

Larsson wstaje z krzesła.

background image

-

Chodzi o pewien techniczny  detałik. Siódmego marca dziesięć po 

jedenastej w nocy zostaliście wezwani na Ring-vagen 37 w Sundbybergu, 

żeby sprawdzić zgłoszony pożar. Pamiętacie?

-

Nie - bezczelnie odparował Kvant. - Nie pamiętam.

-

Przestań kłamać! - wrzasnął Gunvald Larsson. - Pojechaliście pod 

ten adres czy nie pojechaliście? Odpowiadać!

-

Może i tak - powiedział Kristiansson. - Byliśmy... to znaczy wydaje 

mi się, że chyba pamiętam. Ale...

-

Ale co?

-

Ale nic się nie stało - dokończył Kristiansson.

-

Nic już więcej nie mów, Kalle, nie pogrążaj się - upomniał kolegę 

Kvant i oświadczył gromkim głosem: - Ja nie pamiętam.

-

Jeśli usłyszę jeszcze jedno łgarstwo - zagrzmiał dziesięć razy głośniej 

Gunvald Larsson - osobiście dopilnuję, żebyście wylecieli stąd na zbity 

pysk do magazynu rzeczy znalezionych w Skanór-Falsterbo, czy skąd tam 

jesteście. Możecie kłamać przed sądem albo gdzie wam się podoba, tylko 

nie tutaj! I zdejmij czapkę, sukinsynu!

Kvant zdjął czapkę, wcisnął ją pod lewą pachę i zerknął na Kristianssona.

-

To twoja wina, Kalle, gdybyś nie był takim cholernym leniem...

-

Przecież   ty   w   ogóle   nie   chciałeś   tam   jechać   -   zaoponował 

Kristiansson. - Powiedziałeś, że niczego nie słyszeliśmy, że wracamy  i 

kończymy zmianę. Powiedziałeś, że radiostacja nawala.

-

To całkiem co innego - rzekł Kvant. - Nic się nie poradzi na popsutą 

radiostację. Taka okoliczność jest poza kontrolą policjanta.

Gunvald Larsson opadł na krzesło.

-

No, dalej!

background image

-

Ja   wtedy   prowadziłem   -   zaczął   Kristiansson.   -   Odebraliśmy 

wiadomość...

' •

-

Bardzo niewyraźnie - wtrącił Kvant.

Gunvald Larsson obrzucił go miażdżącym spojrzeniem.

-

Żadnych bajek! Od powtarzania kłamstwo nie będzie prawdziwsze.

-

I pojechaliśmy tam - podjął zalękniony Kristiansson. -Pod ten adres 

w Sundbybergu, na Ringvagen 37. Był tam wóz strażacki, ale nic się nie 

paliło. Nic się nie stało.

-

Oprócz   fałszywego   alarmu,   czego   nie   zgłosiliście.   Z   lenistwa   i 

głupoty. Tak było?

-

Tak - wymamrotał Kristiansson.

-

Byliśmy wyczerpani - dodał Kvant z błyskiem nadziei w głosie.

-

Czym?

-

Długą i ciężką służbą.

-

Pocałuj mnie w dupę. Ile mieliście interwencji?

-

Ani jednej - przyznał Kristiansson.

Mało imponujące, ale przynajmniej zgodne z prawdą, pomyślał Gunvald 

Larsson.

-

Była paskudna pogoda - wyjaśnił Kvant. - Zła widoczność.

-

Akurat   mieliśmy   zjeżdżać   -   dodał   Kristiansson.   -   Zakończyliśmy 

zmianę.

-

Siv była ciężko chora - powiedział Kvant. - Siv to moja żona.

-

I nic się nie stało - powtórzył Kristiansson.

-

Otóż to - rzekł łagodnie Gunvald Larsson. - Nic się nie stało. Nie 

licząc   kluczowego   dowodu   w   sprawie   potrójnego   morderstwa.   Won!   - 

wrzasnął. - Wynoście się do wszystkich diabłów! Precz mi z oczu!

background image

Kristiansson i Kvant wypadli z pokoju. Niewiele teraz mieli wspólnego z 

posągami.

-

Jezu - jęknął Kristiansson, ocierając pot z czoła.

-

Powiem   ci   to   po   raz   ostatni,   Kalle.   Nic   nie   widzimy   i   nic   nie 

słyszymy, ale jeśli przypadkiem coś zobaczymy albo usłyszymy, musimy, 

do diabła, o tym zameldować.

-

Jezu - powtórzył mało twórczo Kristiansson.

Dwadzieścia   cztery   godziny   później   Gunvald   Larsson   skrupulatnie 

wszystko przemyślał, po czym sformułował swoje przemyślenia na piśmie 

w dość przystępnej formie.

„O godzinie 23.10 7 marca 1968 dom przy Skóldgatan zajął się ogniem. 

Oficjalny adres posesji to Ringvagen 37. O godzinie 23.10 tego samego 

dnia i roku jeszcze niezidentyfikowana osoba powiadomiła telefonicznie 

jednostkę   straży   pożarnej   Solna-Sundbyberg   o   pożarze   posesji   na 

Ringvagen 37. Ponieważ w Sundbybergu jest ulica o nazwie Ringvagen, 

wóz   strażacki   udał   się   tam.   Jednocześnie   rutynowo   poinformowano   o 

przypuszczalnym pożarze policję i centralę, czyli sztokholmskie centrum 

powiadamiania   ratunkowego,   aby   uniknąć   dublowania   się   akcji 

gaśniczych.   Około   godziny   23.15   policjant   B.   Zachrisson   zadzwonił   z 

budki   telefonicznej   przy   Rosenlundsgatan   do   centrali   i   zgłosił   pożar 

posesji na Ringvagen 37, nie podając nazwy gminy. Ponieważ pracownicy 

centrali   już   otrzymali   wiadomości   z   jednostki   straży   pożarnej   Solna-

Sundbyberg,   uznali,   że   zgłoszenie   dotyczy   tego   samego   domu,   i 

poinformowali B. Zachrissona, że wóz strażacki wyjechał i powinien być 

na miejscu. (Rzeczywiście był, ale na Ringvagen 37 w Sundbybergu. O 

godzinie   23.21   policjant   Zachrisson   ponownie   zaalarmował   centralę, 

background image

korzystając   ze   skrzynki   alarmowej.   Ponieważ   tym   razem,   według   jego 

relacji,   powiedział:   »Pali   się!   Pali   się   na   Skóldgatan!«   -nie   zachodziła 

możliwość pomyłki. Strażacy wyjechali do posesji na Ringvagen 37 w 

Sztokholmie, czyli domu przy Skóldgatan.

To nie policjant B. Zachrisson dzwonił do straży Solna-Sundbyberg.

Wnioski:   Doszło   do   podpalenia,   które   spowodował   chemiczny   środek 

łatwopalny   z   zapalnikiem   czasowym.   Jeśli   dać   wiarę   świadectwu   B. 

Zachrissona, mógł on zostać podrzucony do mieszkania Malma najpóźniej 

o godzinie 21.00. Czyli mechanizm zegarowy nastawiono na trzy godziny. 

W tym czasie sprawca mógł się oddalić w dowolnym kierunku. O tym, że 

pożar   wybuchnie   o   godzinie   23.10,   wiedziała   tylko   ta   osoba,   która 

podłożyła   ogień   (ewentualnie   jeśli   zachodzi   podpalenie,   to   podpaliła). 

Prawdopodobnie   to   ona   (inaczej   mówiąc:   podpalacz)   powiadomiła 

jednostkę straży pożarnej w Sundbybergu.

Pytanie nr 1: Dlaczego podpalacz zadzwonił do niewłaściwej jednostki 

straży   pożarnej?   Hipotetyczna   odpowiedź:   Dlatego,   że   znajdował   się 

wówczas na Solnej albo w Sundbybergu, i dlatego, że bardzo słabo znał 

Sztokholm i okolice.

Pytanie nr 2: Dlaczego podpalacz w ogóle zaalarmował straż pożarną? 

Hipotetyczna   odpowiedź:   Dlatego,   że   chciał   zamordować   Malma   i   nie 

miał   powodu,   by   pozbawiać   życia   lub   ranić   dziesięciu   innych   osób 

przebywających w domu. W mojej opinii to aspekt istotny, przemawiający 

za starannym zaplanowaniem zbrodni i jej profesjonalnym charakterem".

Gunvald Larsson przeczytał to, co napisał. Po paromi-nutowym namyśle 

poprawił „wiadomości" na „wiadomość" i wykreślił „policję i". Zrobił to 

tak skutecznie, że pierwotną wersję udałoby  się odczytać wyłącznie za 

background image

pomocą technik kryminalistycznych.

-

Gunvald wpadł na trop - powiedział Martin Beck.

-

Jak śliwka w kompot - skwitował Kollberg.

-

Nie. Pierwszy prawdziwy trop.

Kollberg przeczytał notatkę i pokiwał głową.

-

Brawo, Larsson! Super! Zwłaszcza zdanko w nawiasie: „ewentualnie 

jeśli zachodzi podpalenie, to podpaliła". Mucha nie siada.

-

Aha, tak uważasz - życzliwie zauważył Gunvald Larsson.

-

Żarty na bok. Musimy znaleźć tego cholernego Olofssona i skojarzyć 

go z wezwaniem strażaków. Ale jak?

-

Bardzo prosto - stwierdził Gunvald Larsson. - Zgłoszenie przyjęła 

facetka, która może rozpoznać jego głos. Panienki z centrali bywają w tym 

dobre. Niestety, ma urlop i jest nieosiągalna. Wraca za trzy tygodnie.

-

Do tego czasu musimy dorwać Olofssona - powiedział Kollberg.

-

No - zgodził się Rónn.

Powyższa wymiana zdań odbyła się w piątkowe popołudnie dwudziestego 

dziewiątego marca.

Mijały dni. Minął jeden tydzień. Mijał drugi. Po Bertilu Olofssonie wciąż 

nie było śladu.

Rozdział 19

Malmó, trzecie co do wielkości miasto w Szwecji, liczy trzy razy mniej 

mieszkańców niż Sztokholm i nie leży na połączonych z sobą, wyżynnych 

wyspach,   tylko   rozpościera   się   na   płaskiej   równinie.   Usytuowane   na 

południu, sześćset kilometrów od stolicy, stanowi bramę wychodzącą na 

Stary Kontynent. Żyje się tu spokojniej, mniej agresywnie, policjanci są 

sympatyczniejsi  i  bardziej   proobywatelscy.  Łagodny   klimat  sprawia,   że 

background image

choć   często   pada   deszcz,   zimy   nie   są   mroźne.   Kiedy   w   okolicach 

Sztokholmu  puszczają lody, fale  Sundu od dawna z leniwym pluskiem 

obmywają piaszczyste plaże i niskie wapienne płasko wzgórz a.

W  porównaniu   z   resztą   kraju   wiosna   przychodzi   tutaj   wcześnie.   Luty, 

marzec i kwiecień zaskakują słońcem, czystym, bezchmurnym niebem, a 

niekiedy morską ciszą.

Tak właśnie było w sobotnie popołudnie szóstego kwietnia.

W szkołach zaczęły się ferie wielkanocne, dużo osób wyjechało do swoich 

domów   letniskowych   lub   z   wizytą   do   przyjaciół   i   znajomych.   Przy 

drogach żółciły się wiosenne kwiaty, lada dzień drzewa wypuszczą liście.

W porcie przemysłowym, w północno-wschodniej części miasta, panował 

wyjątkowy spokój, co w zasadzie nie powinno

dziwić, ponieważ znajduje się on daleko od osiedli mieszkaniowych i nie 

nęci   amatorów   pieszych   lub   samochodowych   wycieczek.   Na   długich 

rampach straszyły dźwigi z opuszczonymi ramionami, wagony towarowe, 

stosy desek i sterty zardzewiałych żelaznych belek, na ogrodzonym terenie 

fabrycznym   poszczekiwał   stróżujący   pies,   najwyraźniej   spragniony 

towarzystwa,   przy   kei   cumowało   kilka   duńskich   pogłębiarek,   których 

załogi   pojechały   na   święta   do   domu.   Przed   jednym   z   zamkniętych   na 

głucho   budynków   stało   dwieście   jaskrawo-niebieskich   traktorów. 

Przypłynęły z Anglii i niebawem trafią do okolicznych rolników.

Nie licząc psa, dał się słyszeć jedynie cichy syk oddalonej

0

kilkaset metrów rafinerii. Intensywna woń ropy mogła drażnić osoby 

o wyczulonym węchu.

Na   terenie   portowym   przebywały   tylko   dwie   istoty   ludzkie   - 

sześcioipółletni   chłopcy.   Leżeli   na   brzuchu,   bardzo   blisko   siebie,   z 

background image

rozrzuconymi   nogami,   przechyleni   za   krawędź   kei   i   wędkowali.   Mieli 

ciemne   włosy   i   piwne   oczy   i   mimo   kalendarzowej   zimy   wyglądali   na 

opalonych.

Przyszli   tutaj   ze   swoich   ruderowatych   domów,   usytuowanych   we 

wschodnich   dzielnicach   miasta,   z   finkami   za   pasem   i   żyłkami   w 

kieszeniach   spodni.   Godzinę   z   okładem   kręcili   się   pośród   dwustu 

traktorów i na co najmniej pięćdziesięciu siedzieli. Wrzucili do wody dwie 

znalezione butelki, w które bezskutecznie próbowali trafić kamieniami, i 

odkręcili z silnika wózka widłowego parę części, ich zdaniem ciekawych i 

wartościowych.

Teraz leżeli na kei i wędkowali.

Nie byli Szwedami i to w pewnym sensie wszystko tłumaczyło. Żaden 

tubylec, nawet ich rówieśnik, nigdy nie wpadłby na pomysł łowienia ryb w 

porcie   przemysłowym   z   tej   prostej   przyczyny,   że   szanse   złapania 

czegokolwiek   były   mniej   więcej   takie   same   jak   znalezienie   żywego 

śledziowca w puszce sardeli. Bytowały tu jedynie w dennym mule stare 

szlamowate węgorze. A takich nie złowi się na haczyk.

Chłopcy, noszący imiona Omer i Miodrag, urodzili się w Jugosławii. Ich 

ojcowie   pracowali   w   stoczni,   a   matki   w   zakładach   włókienniczych. 

Mieszkali   w   Szwecji   zbyt   krótko,   żeby   nauczyć   się   języka.   Miodrag 

potrafił powiedzieć tylko: „raz, dwa, trzy". Widoki na lepszą znajomość 

szwedzkiego   były   marne,   bo   dni   powszednie   spędzali   w   przedszkolu, 

gdzie siedemdziesiąt procent dzieci stanowili obcokrajowcy. Poza tym ich 

rodzice zamierzali wrócić do Jugosławii, jak zarobią dość pieniędzy na 

dostatnie życie.

Leżeli nieruchomo i wpatrując się w wodę, myśleli, że niedługo weźmie 

background image

wielka ryba, może tak wielka i silna, że ich wciągnie i utoną.

I właśnie wtedy stało się coś, co zdarza się wyjątkowo rzadko, bo wymaga 

szczególnych warunków klimatycznych i hydrologicznych. Kwadrans po 

trzeciej tego cichego słonecznego popołudnia prądy z cieśniny przywiały 

do   brudnego   portowego   basenu   świeżą,   czystą   wodę.   Nagle   Omer   i 

Miodrag zobaczyli pod jej powierzchnią swoje żyłki, ciężarki i robaki na 

haczykach.   Woda   była   coraz   przejrzystsza,   widzieli   dno,   na   nim   stary 

nocnik i zardzewiałą żelazną belkę, a dalej, około dziesięciu metrów od 

kei,   zauważyli   coś,   co   wprawiło   ich   w   najwyższe   zdumienie   i 

błyskawicznie pobudziło wyobraźnię.

Tym czymś był samochód. Nie mieli cienia wątpliwości. Niebieski, stał 

tyłem do nabrzeża, z zamkniętymi drzwiami i kołami w szlamie, jakby 

ktoś go tam zaparkował, na placyku w sekretnym podwodnym mieście. 

Cały, nieuszkodzony. Według nich był w świetnym stanie.

Woda zaczęła mętnieć, niespełna minutę później nie widzieli ani auta, ani 

nocnika, ani przynęty, tylko czarnozieloną taflę z połyskującymi perłowo 

plamami benzyny i siwymi lepkimi płatami ropy.

Rozejrzeli się za kimś, komu mogliby pokazać znalezisko. A raczej o nim 

opowiedzieć,   bo   nie   było   już   czego   pokazywać.   Ale   tej   pięknej 

kwietniowej soboty  port przemysłowy ział pustką. Nawet samotny  pies 

przestał szczekać.

Omer   i   Miodrag   schowali   żyłki   do   kieszeni,   wypchanych   starymi 

świecami,   kawałkami   miedzianych   rurek,   zardzewiałymi   nakrętkami   i 

bolcami, i puścili się biegiem. Kiedy przystanęli, żeby zaczerpnąć tchu, 

wciąż byli na terenie rozległego portu. Nic dziwnego, nie mieli jeszcze 

siedmiu lat.

background image

Dopiero   dziesięć   minut   później   dobiegli   do   Vastkustvagen.   Arterią 

wylotową mknęły samochody, a w nich obojętni, anonimowi ludzie. Nikt 

nie zwracał uwagi na dwóch małych chłopców, którzy stali na chodniku i 

machali   rękami,   zwłaszcza   że   byli   śniadoskórzy   i   wyglądali   jak 

najzwyklejsza cudzoziemska hołota.

Zatrzymał   się   dopiero   dwudziesty   piąty   samochód.   Czarno-biały 

volkswagen z anteną na dachu i słowem „Policja" po bokach.

Mundurowi   Elofsson   i   Borglund   nie   zrozumieli   ani   słowa.   Elofsson 

odniósł wrażenie, że chłopcy pokazują na basen portowy i że jeden z nich 

mówi   „auto".   Pogodni   i   życzliwi,   poczęstowali   malców   dropsami, 

zamknęli boczną szybę, uśmiechnęli się, pomachali im na pożegnanie i 

odjechali.

Ponieważ Elofsson i Borglund byli dość sumienni, a poza tym nie mieli na 

głowie nic naglącego, udali się do wschodniej części portu, skręcili w lewo 

i zatrzymali się tuż  przed obmurowaniem. Borglund  wysiadł. Zobaczył 

przedziwnie   pofałdowany   krajobraz   -   dzieło   pogłębiarek   -   i   usłyszał 

poszczekiwanie psa i syk rafinerii.

Dwadzieścia cztery godziny później na kei w porcie przemysłowym stanął 

inny   policjant,   inspektor   kryminalny   Mansson.   Na   brejowatej   wodzie 

kołysała się puszka po piwie i stary, sflaczały kondom.

Zjawił  się   tutaj  z  powodu  pogłoski,  która  przebyła  dość  długą  drogę   i 

uległa   pewnym   modyfikacjom.   Podobno   dwóch   jugosłowiańskich 

chłopców widziało wpadający do portowego basenu radiowóz. Chłopcy 

byli w wieku przedszkolnym, nie mówili po szwedzku i pokazywali różne 

miejsca. Okazało się, że nie brakuje ani jednego policyjnego „auta".

Mansson żuł w zamyśleniu wykałaczkę i wsłuchiwał się w szczekanie psa. 

background image

Miał   pięćdziesiąt   lat,   pokaźne   gabaryty,   flegmatyczny   temperament   i 

pogodne usposobienie. Niespiesznie przemierzył keję tam i z powrotem. 

Niczego niezwykłego nie zauważył.

Wyjął z ust przeżutą wykałaczkę i wrzucił do wody. Kołysała się spokojnie 

między   kondomem   a   puszką   po   piwie.   Wzruszył   ramionami,   wyjął   z 

kieszonki na piersi następną, odwrócił się i poszedł do samochodu.

Jutro ściągnę tu płetwonurka, pomyślał.

Rozdział 20

Płetwonurek   znalazł   samochód,   kiedy   zanurzył   się   po   raz   trzydziesty 

pierwszy.

-

Aha - powiedział Mansson, przesuwając wykałaczkę między zębami 

i zastanawiając się, co dalej.

Do tej chwili, do czternastej dwadzieścia trzy ósmego kwietnia 1968 roku, 

był   absolutnie   pewien,   że   samochód   istniał   wyłącznie   w   wyobraźni 

chłopców.

Teraz sytuacja się zmieniła.

-

Jak on stoi? - spytał.

-

Cholernie trudno cokolwiek zobaczyć, ale na mój gust tyłem. Pod 

lekkim kątem, jakby jechał wzdłuż parapetu i nie zdążył skręcić. Około 

piętnastu metrów do nabrzeża.

Mansson pokiwał głową.

-

Nie   ma   tu   żadnych   znaków   ostrzegawczych   -   dodał   młody, 

niedoświadczony nurek, który nie miał nic wspólnego z policją.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat Mansson widział co najmniej dziesięć 

samochodów wyławianych z wody. Wszystkie były puste i zgłoszono ich 

kradzież.   Nikt   nie   stanął   przed   sądem,   ale   istniały   powody   do 

background image

przypuszczeń,   że   to   właściciele   wybrali   taki   sposób   pozbycia   się 

wysłużonych rzęchów, żeby zainkasować pieniądze od ubezpieczyciela.

-

Możesz powiedzieć coś więcej?

-

Jak   mówiłem,   niewiele   widać.  Wóz   mały,   pełno   w   nim   szlamu   i 

innego badziewia. - Płetwonurek zawiesił głos. - Na pewno długo tu stoi.

-

Trzeba go podnieść - zdecydował Mansson. - Czy jest sens, żebyś 

zszedł tam jeszcze raz, zanim będziemy gotowi do wyciągania?

-

Chyba nie. Przydam się dopiero do podczepiania lin.

-

To idź coś zjeść.

Piękna pogoda, dosłownie rzecz ujmując, odleciała. Siwe niebo zasnuły 

deszczowe   chmury,   gnane   północno-zachodnim   wiatrem.   Zimnym   i 

porywistym. W porcie trwała normalna, codzienna praca, przy parapecie 

stukotały i świszczały pogłębiarki, mały holownik posapywał u wejścia, 

lokomotywa   spalinowa   popychała   kilka   wagonów   towarowych,   co 

sygnalizował  mężczyzna   z  czerwoną   chorągiewką,  rozładowywano   trzy 

frachtowce,   które   przypłynęły   tego   ranka.   Jakaś   przekupna   wtyczka   w 

policji lub straży pożarnej zawiadomiła prasę i kilkunastu dziennikarzy i 

fotografów   marzło   od   ładnych   paru   godzin,   stercząc   na   nabrzeżu   bądź 

siedząc   w   samochodach.   Żurnaliści   i   płetwonurek   przyciągnęli   uwagę 

ciekawskich,   którzy   krążyli   na   wietrze   z   podniesionymi   kołnierzami   i 

rękami w kieszeniach.

Mansson nie zarządził blokady, nawet nie próbował ograniczać dostępu do 

czegokolwiek.

Od czasu do czasu podchodzili do niego dziennikarze.

-

No? - pytali.

Albo coś w tym stylu.

background image

Na   kolejne   „no?"   faceta   z   reporterskiego   wozu   Mansson   odparł 

flegmatycznie:

-

Na dnie stoi samochód. Wyciągniemy go za pół godziny. - Popatrzył 

na pytającego, którego znał od lat, i zmrużył oczy. - Przekaż to kolegom, 

bo i tak nie da się tego ukryć.

-

Pewnie pusty.

-

Taaa. - Mansson wymienił wykałaczkę. - Nic więcej nie wiem.

-

Jak zwykle ubezpieczenie?

-

Wyciągniemy i zobaczymy. - Mansson ziewnął. - Na pewno przez 

najbliższe trzydzieści minut nic się nie będzie działo. Możecie wyskoczyć 

na kawę.

-

No to cześć!

-

Czołem!

Mansson   wrócił   do   wozu.   Zsunął   pilśniowy   kapelusz   na   tył   głowy   i 

wydając   instrukcje   przez   radiostację,   zauważył,   że   część   żurnalistów 

posłuchała jego rady i odjechała.

Elofsson   i   Borglund   też   byli   na   kei.   Siedzieli   w   swoim   vołkswagenie 

dwadzieścia pięć metrów dalej i marzyli o kawie.

Po kilku minutach Elofsson podszedł do Manssona, z rękami splecionymi 

z tyłu.

-

Co mówić ludziom, którzy nas pytają, co tu robimy?

-

Mówcie,   że   za   pół   godziny   będziemy   wyciągać   starego   grata. 

Możecie w tym czasie napić się kawy.

-

Dzięki.

Mały   wóz   policyjny   zniknął   w   zawrotnym   tempie.   Siedzący   w   nim 

policjanci   mieli   poważne   miny,   jakby   wykonywali   niecierpiące   zwłoki 

background image

polecenie służbowe.

Pewnie   kiedy   się   znajdą   poza   zasięgiem   słyszalności,   włączą   syrenę   i 

koguta, pomyślał Mansson, chichocąc pod nosem.

Przygotowania   do   wyciągnięcia   samochodu   zajęły   blisko   godzinę. 

Elofsson, Borglund i dziennikarze zdążyli wrócić, do gapiów przyłączyli 

się   sztauerzy,   marynarze   i   pracownicy   firm   portowych.   W   sumie 

zgromadziło się około stu pięćdziesięciu osób.

-

No to zaczynamy - powiedział Mansson.

Operację   przeprowadzono   szybko   i   sprawnie.   Zgrzytnęły   napięte   liny, 

zabulgotała czarna maź i wychynął dach.

-

Uwaga na podnośnik!

I wyłonił się cały samochód, ociekający szlamem i brudną wodą. Wisiał 

trochę krzywo, M&nsson taksował go wzrokiem,

fotografowie pstrykali jak najęci. Byt mały i stary, praktycznie niewiele 

wart. Ford anglia albo popular. W każdym razie obecnie rzadko spotykany, 

ale w swoim czasie bardzo powszechny.

Chyba   niebieski,   czego   nie   można   było   stwierdzić   ze   stuprocentową 

pewnością, ponieważ lakier oblepiała szarozielona warstwa śluzu. Boczne 

szyby wybite albo opuszczone. W środku pełno błota.

-

Stawiamy! - krzyknął Mansson.

Obstąpił go zwarty tłum.

-

Odsuńcie się, proszę, żeby zrobić miejsce temu grucho-towi.

Wszyscy natychmiast się rozstąpili. Gruchot stanął na kei z piekielnym 

zgrzytem   błotników   i   przedniego   zderzaka,   który   się   z   jednej   strony 

oderwał.

Wyglądał żałośnie. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś wyjechał z 

background image

fabryki w Dagenham nowiutki i lśniący, że jego pierwszy właściciel usiadł 

za kierownicą, drżąc z podniecenia, z sercem przepełnionym dumą.

Elofsson podszedł do samochodu i zajrzał do środka. Ci, którzy patrzyli na 

niego od tyłu, zauważyli, jak sztywnieje i błyskawicznie prostuje plecy.

Mansson zbliżył się wolnym krokiem, pochylił i zerknął przez pozbawiony 

szyby otwór w prawych przednich drzwiach.

Pośród   uniesionych   na   sztorc   foteli   z   zardzewiałymi   sprężynami   i 

sczerniałych kawałków desek siedział zamulony nieboszczyk. Mansson w 

życiu   nie   widział   czegoś   okropniejsze-go.   Topielec   nie   miał   oczu   ani 

żuchwy.

Mansson szybko się odwrócił.

Elofsson odruchowo zaczął odsuwać tych, którzy stali najbliżej .

-

Nie   odpychaj   ludzi.   -   Mansson   spojrzał   w   oczy   ciekawskich   i 

obwieścił   głośno   i   spokojnie:   -  W  samochodzie   jest   martwy   człowiek. 

Wygląda koszmarnie.

Nikt nie podszedł, żeby popatrzeć.

Rozdział 21

Mansson   niewiele   sobie   robił   z   tego,   że   podczas   wykonywania 

obowiązków służbowych policjantom nie wolno dopuszczać do obecności 

osób postronnych ani pozwalać się fotografować, „chyba że przełożony 

zdecyduje   inaczej   albo   jeśli   nie   można   tego   uniknąć".   Mansson 

zachowywał   się   naturalnie   również   w   sytuacjach   nienaturalnych,   a 

ponieważ szanował bliźnich, mógł liczyć na wzajemność.

Poniedziałkowego   popołudnia   na   kei   w   porcie   przemysłowym   odwalił 

kawał dobrej roboty, mimo że ani on, ani ktokolwiek inny w ogóle się nad 

tym nie zastanawiał.

background image

Gdyby   to   Mansson   odpowiadał   za   spokojny   przebieg   manifestacji 

szykujących   się   tego   długiego   upalnego   lata,   których   jak   zwykle 

oczekiwano w dużym napięciu, przypuszczalnie do wielu z nich by nie 

doszło.  Niestety, zajęli się  tym ludzie, którzy  myśleli,  że Rodezja leży 

gdzieś   koło   Tasmanii,   że   spalenie   flagi   amerykańskiej   jest   karalne,   a 

wysmarkanie   się   w   pół-nocnowietnamską   chwalebne.   Ich   zdaniem 

najlepszy kontakt z ludźmi mogły zapewnić niezrównane środki zaradcze 

w   postaci   armatek   wodnych,   pałek   i   toczących   pianę   owczarków 

niemieckich.

Ale Mansson miał co innego na głowie. Myślał o topielcu.

Topielcy   nigdy   nie   prezentują   się   najlepiej,   ten   jednak   wyglądał 

wyjątkowo paskudnie.

Zauważył to nawet obducent.

-

Ech, co za szkarada.

I   wziął   się   do   pracy.   Mansson   stanął   w   kąciku   i   patrzył,   głęboko 

zadumany. Młody, jeszcze zielony obducent posyłał mu od czasu do czasu 

pytające spojrzenia.

Mansson był pewien, że czekają go kłopoty. Przeczuwał, że coś jest nie 

tak, w chwili kiedy samochód wyłonił się z wody. Najprostsze, rutynowe 

rozwiązanie   nie   wchodziło   w   grę.   Nie   było   mowy   o   oszustwie 

ubezpieczeniowym.   Kto   zadawałby   sobie   tyle   trudu,   żeby   spychać   do 

basenu portowego dwudziestoletniego gruchota? I po co?

Logiczna odpowiedź wydawała się przerażająco oczywista, dlatego bez 

mrugnięcia okiem przyjął wstępne orzeczenie obducenta:

-

Koleżka nie żył, zanim wylądował w wodzie.

-

Jak długo był w wodzie?

background image

-

Hm,   trudno   wyczuć.   -   Obducent   przyglądał   się   ohydnym, 

nabrzmiałym szczątkom. - Czy tam są węgorze?

-

Pewnie tak.

-

Kilka miesięcy. Co najmniej dwa, może cztery. - Coś tam sprawdził 

zgłębnikiem.   -   Rozkład   nastąpił   dosyć   szybko.   Nie   tylko   wskutek 

naturalnego   procesu.   Przypuszczalnie   w   wodzie   było   mnóstwo 

chemikaliów i innych świństw.

-

Czy   ta   historia   z   węgorzami   to   nie   bujda?   -   spytał   Mansson   na 

odchodne.

-

Węgorze są zagadkowymi żyjątkami.

-

Dziękuję za dzisiaj.

Wyniki   obdukcji,   zakończonej   dzień   później,   były   przygnębiające. 

Podobnie jak rezultaty  badań kryminalistycznych, które zajęły  znacznie 

więcej czasu.

Przygnębiające   nie   dlatego,   że   niczego   nie   znaleziono.   Przeciwnie. 

Chciałoby się powiedzieć, że znaleziono za dużo.

W  poniedziałek   dwudziestego   drugiego   kwietnia   Mansson   wiedział,   co 

następuje:

Niebieski   ford   prefect,   rocznik   1951,   dawno   temu   niedbale 

przelakierowany,   był   na   fałszywych   tablicach   rejestracyjnych,   nie   miał 

dowodu   przeglądu,   dowodu   opłaty   podatkowej   ani   imiennej   tabliczki. 

Dzięki rejestrowi samochodów udało się skontaktować z dwoma ostatnimi 

prawowitymi właścicielami. Ogrodnik z Oxie kupił go w 1956 z drugiej 

ręki w niezłym stanie, jeździł osiem lat i sprzedał jednemu z pracowników 

za sto koron. Pracownik miał z niego pożytek przez trzy miesiące. Wóz 

był sprawny, ale - jak powiedział - okropnie wyglądał, więc go zostawił na 

background image

parkingu   za   halą   targową   przy   Drottning-torget.   Po   kilku   tygodniach 

zauważył,   że   ford   zniknął.   Uznał,   że   usunęła   go   policja   albo   Miejski 

Zarząd Dróg.

Ani   policja,   ani  Miejski   Zarząd   Dróg   niczego   takiego   nie   odnotowały. 

Czyli samochód najprawdopodobniej skradziono. Od tamtej pory nikt go 

nie widział.

O ostatnim pasażerze niebieskiego forda też udało się to i owo ustalić. 

Miał   około   czterdziestki,   sto   siedemdziesiąt   dwa   centymetry   wzrostu, 

włosy popielate. Nie zmarł wskutek utonięcia, tylko uderzenia w potylicę. 

W   czaszce   była   dziura,   wokół   której   nie   dopatrzono   się   pęknięć,   co 

wskazywało na to, że spowodował ją jakiś kulisty przedmiot.

Mężczyzna po prostu został uśmiercony.

Narzędzie   zbrodni   znajdowało   się   w   samochodzie:   okrągły   kamień   w 

czarnej męskiej nylonowej skarpetce o średnicy mniej więcej dziewięciu 

centymetrów, naturalnie  uformowany. Granitowy   otoczak.  Skarpetka  od 

palców   do   ściągacza   miała   dwadzieścia   dziewięć   centymetrów, 

wyprodukowano   ją   we   Francji,   była   dobrej   jakości,   znanej   firmy, 

przypuszczalnie nigdy nienoszona.

Odciski palców nie do zdjęcia. Na resztkach skóry linie papilarne były 

ledwie widoczne.

W   samochodzie   nie   znaleziono   nic,   co   pozwoliłoby   na   identyfikację 

topielca   (miał   na   sobie   ubranie   pośledniego   gatunku,   zagraniczne, 

nieznanego producenta) lub mogło naprowadzić na ślad sprawcy.

Poszukiwania   osób   posiadających   jakąkolwiek   wiedzę   o 

przelakierowanym   na   niebiesko   fordzie   prefect,   rocznik   1951,   który 

wykreślono z rejestru w 1964, spełzły na niczym. Nikt się nie zgłosił. Co 

background image

swoją   drogą   dość   oczywiste,   ponieważ   cały   kraj   przepoczwarzał  się   w 

jedno   wielkie   cmentarzysko   samochodów,   gdzie   wysłużeni, 

pokiereszowani pupile spoczywali w całunie spalin swoich następców.

Mansson   zakończył   lekturę,   opuścił   pokój,   a   chwilę   później   gmach 

komendy. Ze spuszczoną głową przeciął Davids-hallstorg, kierując się do 

monopolowego.

Mansson był żonatym kawalerem. Dziesięć lat temu, kiedy córka wyszła 

za południowoamerykańskiego inżyniera i wyjechała z nim do Ekwadoru, 

on i małżonka zaczęli sobie działać na nerwy. Wyprowadził się od niej do 

kawalerki na Regements-gatan, dwa kroki od Fridhemstorget. W piątkowe 

wieczory   jeździł   do   swojej   ślubnej   i   zostawał   do   poniedziałku.   Jego 

zdaniem to był mądry układ. Już w połowie tygodnia przechodziła mu 

złość i oboje nie mogli się doczekać wspólnego weekendu.

W dni powszednie Mansson lubił przesiadywać w starym wytartym fotelu 

i wychylać kilka głębszych przed snem. Tak jak tego poniedziałkowego 

wieczoru.

Poniedziałkowe wieczory zawsze sprawiały mu przyjemność. Po pierwsze, 

miał już dość żony i wiedział, że nie będzie musiał jej oglądać aż do piątku 

(mimo że zaczynał za nią tęsknić w środę). Po drugie, przez ostatnie trzy 

dni wypijał  tylko  po jednym  piwie  do obiadu,  ponieważ  małżonka  nie 

gustowała w mocniejszych trunkach.

Teraz sączył trzeciego gripenberga i myślał o topielcu.

Gripenberga   robi   się   z   ośmiu   centylitrów   dżinu,   jednej   trzeciej   butelki 

toniku grapefruitowego i pokruszonego lodu. Nauczył go przyrządzania 

tego drinka fińsko-szwedzki oficer kawalerii, rzecz jasna Gripenberg, w 

Villmanstrand,   tuż   po   wojnie,   kiedy   tonik   grapefruitowy   był   jeszcze 

background image

ekskluzywnym napojem. I tego się trzymał.

Mansson   brał   udział   w   wielu   śledztwach,   żadne   jednak   nie   miało   nic 

wspólnego z nieboszczykiem w samochodzie. Wydawało się oczywiste, że 

to morderstwo z premedytacją. Sprawca posłużył się skutecznym, prostym 

narzędziem, którego pochodzenie było praktycznie nie do wykrycia i nie 

wzbudzało niczyjej uwagi. Otoczaki były wszędzie, a posiadacz czarnej 

męskiej skarpetki nikogo nie dziwi.

Topielec zginął od jednego uderzenia. Potem morderca wpakował go do 

zdezelowanego samochodu i zepchnął wrak do wody.

W   końcu   przypuszczalnie   ustalą   tożsamość   ofiary,   ale   Mansson   miał 

przykre uczucie, że sprawca się tym zanadto nie przejmie.

Trudna sprawa. Pewnie dużo czasu upłynie, zanim wszystko się wyjaśni. 

Jeśli się wyjaśni.

Rozdział 22

Doris Martensson  wróciła  do  domu  w  sobotę  wieczorem dwudziestego 

kwietnia.

Teraz był poniedziałek, ósma rano. Stała przed dużym lustrem w sypialni, 

podziwiała   opaleniznę   i   widziała   oczyma   wyobraźni,   jak   będą   jej 

zazdrościć koleżanki i koledzy z pracy. Na prawym udzie i na lewej piersi 

miała   paskudne   malinki.   Zapinając   biustonosz,   pomyślała,   że   przez 

najbliższy   tydzień,   a   może   dziesięć   dni,   będzie   musiała   dać   sobie   na 

wstrzymanie, żeby uniknąć krępujących pytań i mętnych tłumaczeń.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Wciągnęła sukienkę przez głowę, wsunęła stopy 

w   kapcie   i   poszła   otworzyć.   Za   progiem   stał   olbrzymi   blondyn   w 

tweedowym garniturze i krótkiej rozpiętej sportowej kurtce.

Wpatrywał się w nią błękitnymi oczami.

background image

-

Jak było w Grecji?

-

Cudownie.

-

Czy pani wie, że junta wojskowa skazuje dziesiątki tysięcy osób na 

gnicie w więzieniach i że codziennie torturuje się ludzi na śmierć?  Że 

wiesza  się kobiety  na żelaznych obręczach  i wypala im sutki klemami 

podłączonymi do prądu?

-

Nie myśli się o takich rzeczach, kiedy świeci słońce, wszyscy tańczą 

i są szczęśliwi.

-

Szczęśliwi?

Popatrzyła na niego z uznaniem i pomyślała, że jej opalenizna świetnie się 

komponuje   z   białą   sukienką.   Od   razu   zauważyła,   że   to   prawdziwy 

mężczyzna.   Duży,   silny   i   obcesowy.   Może   nawet   trochę   brutalny. 

Świetnie.

-

Kim pan jest? - spytała zaciekawiona.

-

Jestem policjantem. Nazywam się Larsson. Dziesięć po jedenastej w 

nocy siódmego marca tego roku odebrała pani zgłoszenie telefoniczne. To 

był fałszywy alarm. Pamięta pani?

-

Oczywiście.   Rzadko   się   zdarzają   fałszywe   alarmy.   Ring-vagen   w 

Sundbybergu.

-

Zgadza się. Co powiedziała ta osoba?

-

Pali się na domu Ringvagen 37. Pierwsze piętro.

-

Dzwonił mężczyzna czy kobieta?

-

Facet.

-

Powiedział coś jeszcze?

-

Nie, tylko tyle.

-

Jest pani pewna każdego słowa?

background image

-

Prawie.

Wyjął kilka luźnych kartek i długopis.

-

Czy coś zwróciło pani uwagę?

-

Jasne. Mnóstwo rzeczy.

Gunvald Larsson wydawał się zaskoczony. Zmarszczył brwi i pożerał ją 

wzrokiem.   Szwedzi   jednak   coś   w   sobie   mają,   pomyślała.   Przeklęte 

malinki. Ale może mu to nie wadzi.

-

Naprawdę? - spytał. - Co na przykład?

-

Przede wszystkim to, że dzwonił z automatu. Usłyszałam kliknięcie, 

zanim   rozmowa   została   połączona.   Przypuszczalnie   dzwonił   z 

Sundbybergu.

-

Dlaczego pani tak sądzi?

-

Dlatego, że w kilku budkach są stare wywieszki z bezpośrednimi 

numerami do nas. Normalnie wszyscy wykręcają teraz dziewiątkę i cztery 

zera. Do centrali w Sztokholmie.

Gunvald Larsson pokiwał głową i coś zapisał.

-

Powtórzyłam adres i zapytałam: „Tutaj? W Sundbyber-gu?" Potem 

chciałam go spytać o nazwisko i takie tam.

-

Ale pani nie spytała?

-

Nie. Powiedział „tak" i się rozłączył. Jakby mu się śpieszyło. Ludzie, 

którzy do nas dzwonią i mówią, że się pali, przeważnie są zdenerwowani.

-

Więc się rozłączył?

-

Tak. Wątpię, czy zdążył usłyszeć moje „w Sundbybergu".

-

Aha.

-

Zapytałam, ale przerwał mi w pół zdania, powiedział „tak" i odwiesił 

słuchawkę.

background image

-

Czy   wie   pani,   że   jednocześnie   wybuchł   pożar   pod   tym   samym 

adresem w Sztokholmie?

-

Wiem, że był wielki pożar w Sztokholmie, bo jakieś dziesięć minut 

później powiadomiła mnie o tym centrala, ale paliło się przy Skóldgatan. - 

Przyjrzała mu się badawczo. - Czy to nie pan uratował ludzi z tego domu?

Nie odpowiedział.

-

Tak. Poznaję pana ze zdjęć. Ale nie wyobrażałam sobie, że pan jest 

taki potężny.

-

Najwyraźniej ma pani dobrą pamięć.

-

Jak tylko się dowiedziałam, że to był fałszywy alarm, próbowałam 

sobie odtworzyć przebieg rozmowy. Policja o to pyta. To znaczy tutejsza 

policja. Ale tym razem nikt się nie odezwał.

Gunvald Larsson spochmurniał. Dodało mu to uroku. Wysunęła do przodu 

prawe biodro i zgięła prawą nogę w kolanie, unosząc piętę. Miała zgrabne 

nogi, w dodatku opalone.

-

Co jeszcze pani pamięta?

-

Nie był Szwedem.

-

Obcokrajowiec?

Mocniej   zmarszczył   czoło   i   świdrował   ją   wzrokiem.   Cholera,   po   co 

włożyła kapcie. Ma takie ładne stopy. A to bierze.

-

Tak. Mówił z silnym obcym akcentem.

Duży policjant zastanawiał się przez chwilę.

-

Z jakim akcentem?

-

Nie był Niemcem ani Finem. Oczywiście nie był też Norwegiem ani 

Duńczykiem.

-

Skąd pani wie?

background image

-

Przez   jakiś   czas   miałam   niemieckiego...   narzeczonego,   a   Finów 

łatwo rozpoznać.

-

Czy powiedziałaby pani, że mówił źle po szwedzku?

-

Nie,   skądże   znowu.   Rozumiałam   go,   mówił   swobodnie   i   bardzo 

szybko. - Zmarszczyła czoło i pomyślała, że teraz powinna wyglądać dość 

interesująco. - Hiszpanem raczej też nie był. Ani Anglikiem.

-

Amerykanin?

-

Na pewno nie.

-

Skąd ta pewność?

-

Znam wielu cudzoziemców w Sztokholmie. I co najmniej dwa razy 

w roku wyjeżdżam na południe. Poza tym Anglicy i Amerykanie nigdy nie 

nauczą   się   szwedzkiego.   Może   to   Francuz.   Albo   Włoch.   Nie,   raczej 

Francuz.

-

Ale to tylko domysł, prawda?

-

Bo ja wiem... Powiedział na przykład: „dymu".

-

Dymu?

-

A dokładniej: „ymu". Z ledwie słyszalnym „d".

Zerknął do notatek.

-

Wróćmy   do   jego   słów.   Najpierw   powiedział:   „Pali   się   w   domu 

Ringvagen 37".

-

Nie.   „Pali   się   na   domu   Ringvagen   trzydzieści   siedem.   Pierwsze 

piętro".   A   dokładniej:   „ymu",   i   „tszidzieści".   Jakby   z   francuskim 

akcentem...

-

Czy miała pani też francuskiego narzeczonego?

-

Nie, znam kilku... mam kilku francuskich przyjaciół.

-

A jak powiedział „tak"?

background image

-

Z otwartym „a", jak po skańsku.

-

Jeszcze się do pani odezwiemy. Jest pani fenomenalna.

-

Może chciałby pan...

-

Rzecz jasna, mam na myśli pani pamięć. Do widzenia!

-

Czy   można   uznać   za   prawdopodobne,   że   Olofsson   mówi   po 

szwedzku z silnym obcym akcentem i wymawia „ymu" zamiast „domu", i 

„tszi" zamiast „trzy"? - odezwał się Gunvald Larsson, kiedy następnego 

dnia zebrali się w komendzie na Kungsholmsgatan.

Popatrzyli na niego pytająco.

-

I myli pierwsze piętro z parterem. - Gunvald Larsson nie doczekał się 

odpowiedzi i po chwili milczenia zwrócił się do Martina Becka: - Ten 

Sracke, czy jak mu tam, ten od ciebie, w Vastberdze...

-

Skacke.

-

Właśnie. Czy cokolwiek umie?

-

To zależy.

-

Czy mógłby pojeździć po Sudbybergu i obejrzeć budki telefoniczne?

-

Nie możesz tego zlecić tamtejszej policji?

-

Za nic. Wyślijcie go. Niech weźmie mapę i pozaznacza wszystkie 

publiczne   budki,   w   których   wiszą   stare   tabliczki   z   numerem   straży 

pożarnej w Sundybergu.

-

Mógłbyś wyjaśnić, o co chodzi?

Gunvald Larsson wyjaśnił.

Martin Beck w zamyśleniu pocierał brodę.

-

Dziwne - powiedział Rónn.

-

Co jest dziwne? - zapytał Hammar, hałaśliwie wchodząc do pokoju w 

towarzystwie depczącego mu po piętach Kollberga.

background image

-

Wszystko - odrzekł posępnie Rónn.

-

Gunvałd,   jesteś   oskarżony   o   przewinienie   służbowe   -oświadczył 

Hammar, wymachując kartką papieru.

-

Przez kogo?

-

Przez aspiranta Ułlhołma z Solnej. Podobno został poinformowany, 

że   uprawiasz   wśród   strażaków   bolszewicką   propagandę.   W   godzinach 

pracy. Na służbie.

-

A, Ullholm. Nie pierwszy raz.

-

Za to samo?

-

Nie.   Wtedy   zbrukałem   reputację   policji,   używając   w   dyżurce 

komisariatu   w   parafii   Klary   pewnego   wulgaryzmu   odnoszącego   się   do 

narządów płciowych.

-

Na mnie też doniósł - powiedział Rónn. - Zeszłej jesieni, po rzezi w 

autobusie. Za to, że nie podałem swojego nazwiska i stopnia służbowego, 

kiedy   próbowałem   odpytywać   umierającego   świadka   w   szpitalu 

Karolińska.   Widział,   że   odzyskał   przytomność   na   niecałe   trzydzieści 

sekund i umarł.

Hammar popatrzył na wszystkich po kolei.

-

No, jak się sprawy mają?

Zaległa   cisza   i   po   kilku   sekundach   Hammar   wyszedł.   Wrócił   do 

permanentnych   rozmów   z   prokuratorami,   ludźmi   z   Głównego   Zarządu 

Policji i innymi wyższymi urzędnikami, którzy bez przerwy go pytali, jak 

się sprawy mają. Ciężko pracował.

Martin Beck był ponury i zamyślony. Na domiar wszystkiego dopadło go 

pierwsze wiosenne przeziębienie i mniej więcej co pięć minut wycierał 

nos.

background image

W końcu się odezwał:

-

Jeśli to dzwonił Olofsson, mógł zmienić głos. Co wydaje się całkiem 

prawdopodobne.

Kollberg potrząsnął głową.

-

Czy   Olofsson,   rodowity   sztokholmczyk,   dzwoniłby   do   straży   w 

Sundbybergu?

-

Otóż to - powiedział Gurwald Larsson.

Z grubsza tyle wydarzyło się we wtorek dwudziestego trzeciego kwietnia.

W środę i czwartek nie działo się nic.

W piątek na odprawie Gunvald Larsson zapytał:

-

Jak tam Wracke?

-

Skacke - poprawił go Martin Beck i kichnął.

-

Jest bardzo skryty - odparł Kollberg.

-

Naturalnie sam powinienem się tym zająć. - Gunvald Larsson miał 

kwaśną minę. - Żeby to sprawdzić, wystarczyłoby jedno popołudnie.

-

Miał różne inne rzeczy na głowie, zabrał się do tego dopiero wczoraj 

- usprawiedliwił Skackego Martin Beck.

-

Jakie różne inne?

-

Tak   się   składa,   że   interesują   nas   nie   tylko   budki   telefoniczne   w 

Sundbybergu.

Poszukiwania   Olofssona   nie   przyniosły   niczego   nowego,   ich 

intensyfikacja nie była możliwa. Rozesłano wszystko, czym dysponowali, 

od rysopisu i zdjęć po odciski palców i uzębienie.

Dla Martina Becka koniec tygodnia okazał się bardzo trudny. Nie dość, że 

gryzł się dochodzeniem, które lada moment utknie na dobre, i nękała go 

szybko   postępująca   infekcja   wirusowa,   spotkał   go   bolesny   cios   natury 

background image

osobistej. Córka Ingrid zapowiedziała rychłą wyprowadzkę z domu. Nic w 

tym nienormalnego ani zaskakującego. Niedługo kończyła siedemnaście 

lat, była pod wieloma względami dorosła, mądra i dojrzała i oczywiście 

miała prawo do samodzielnego życia. Od dawna zdawał sobie sprawę, że 

ten   moment   jest   coraz   bliżej,   nie   potrafił   jednak   przewidzieć   swojej 

reakcji.   Zaschło   mu   w   ustach,   miał   mętlik   w   głowie,   kichał  i   milczał. 

Dobrze znał córkę, wiedział, że nie podjęła tej decyzji pochopnie, że ją 

gruntownie przemyślała.

Praktyczna małżonka dorzuciła swoje trzy grosze:

-

Trzeba przejrzeć wszystko, co Ingrid powinna ze sobą zabrać. Nie 

musisz się o nią martwić, poradzi sobie. Wiem, co mówię, bo sama ją 

wychowałam.

Niestety, w dużej mierze miała rację.

Syn, trzynastolatek, zareagował jeszcze bardziej lakonicznie.

-

Super. Przeniosę się do twojego pokoju. Tam są lepsze gniazdka.

W  niedzielę   po   południu   znalazł   się   z   Ingrid   sam   w   kuchni.   Siedzieli 

naprzeciwko siebie, przy stole z laminatowym blatem, gdzie przez lata co 

rano pili czekoladę.

Nagle położyła dłoń na jego dłoni.

-

Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale mimo wszystko powiem. 

Dlaczego ty też tego nie zrobisz? Dlaczego się nie wyprowadzisz?

Popatrzył na nią zdumiony.

Nie spuściła wzroku.

-

Tak, ale... - zaczął z wahaniem i urwał, bo całkiem po prostu nie miał 

pojęcia, co powiedzieć.

Na pewno będzie często i długo rozmyślał o tej ich zwięzłej rozmowie.

background image

W   poniedziałek,   dwudziestego   dziewiątego,   wydarzyły   się   niemal 

jednocześnie dwie rzeczy.

Jedna nie była przesadnie godna uwagi.

Skacke położył raport na biurku Martina Becka. Świetnie napisany i wręcz 

nieprawdopodobnie   szczegółowy.   W   Sundbybergu   było   sześć   budek 

telefonicznych, w których nadal wisiały stare tabliczki. W dwóch innych 

stare tabliczki mogły wisieć siódmego marca, a potem je zdjęto. Na Solnej 

nie było ani jednej budki z taką tabliczką. Nikt nie prosił Skackego, żeby 

sprawdzał na Solnej, ale najwyraźniej to zrobił.

Martin   Beck   siedział   zgarbiony   za   biurkiem   i   trącał   raport   palcem 

wskazującym prawej dłoni. Skacke stał dwa me-

try dalej, do złudzenia przypominając psa, który czeka na smakołyk.

Może   powinienem   mu   powiedzieć   coś   pochlebnego,   pomyślał   Martin 

Beck. Zanim przyjdzie Kollberg i zacznie się wyzłośliwiać.

Dylemat sam się rozwiązał, bo zadzwonił telefon.

-

Beck, słucham.

-

Chce   z   panem   rozmawiać   jakiś   inspektor.   Nie   zrozumiałem 

nazwiska.

-

Łącz.... Beck, słucham.

-

Czołem! Tu Per Mansson z Malmó.

-

Cześć! Jak się miewasz?

-

Nieźle.   W   poniedziałki   jak   zwykle   trochę   nieswojo.   No   i   mamy 

wielkie halo w związku z tym meczem tenisowym. No wiesz, z Rodezją. - 

Mansson   zrobił   długą   pauzę.   -   Szukasz   niejakiego   Bertila   Olofssona, 

prawda?

-

Prawda.

background image

-

Mam go.

-

U siebie?

-

Uhm, w Malmó. Nie żyje. Znaleźliśmy go trzy tygodnie temu, ale do 

dzisiaj nie wiedziałem, kto to jest.

-

Jesteś pewien?

-

Na dziewięćdziesiąt procent. Zgadza się górne uzębienie. Jest dosyć 

specyficzne.

-

A reszta? Odciski palców, pozostałe zęby i...

-

Żuchwy   nie   znaleźliśmy,   a   odcisków   palców   nie   dało   się   zdjąć. 

Widzisz, długo był w wodzie.

Martin Beck wyprostował plecy.

-

Jak długo?

-

Obducent mówi, że co najmniej dwa miesiące.

-

Kiedy go wyciągnęliście?

-

Ósmego, w poniedziałek. Siedział w samochodzie na dnie basenu 

portowego. Mali chłopcy...

-

To   znaczy,  że  siódmego   marca   już  nie   żył  -  przerwał  mu   Martin 

Beck.

-

Siódmego marca? No pewnie. Od miesiąca albo dłużej. Kiedy ktoś 

go ostatnio widział u was?

-

Trzeciego lutego. Podobno wtedy wyjechał za granicę.

-

Aha.   Dobrze.  To   mi   pomoże   w   ustaleniu   daty.   Zlikwidowano   go 

między czwartym a ósmym lutego. Plus minus.

Martin   Beck   milczał.   Wszystko   jasne.   Kiedy   palił   się   dom   przy 

Skóldgatan, Olofsson nie żył od miesiąca. Melander miał rację. Byli na 

fałszywym tropie.

background image

Mansson też milczał.

-

Jak to wygląda? - zapytał Martin Beck.

-

Dziwnie.   Cholernie   dziwnie.   Zginął   od   uderzenia   kamieniem   w 

skarpecie, pochowano go w starym rzęchu, gdzie nic nie było, nie licząc 

narzędzia zbrodni i dwóch trzecich Olofssona.

-

Przyjadę   najszybciej,   jak   będę   mógł.   Ja   albo   Kollberg.   Potem 

zaprosimy cię tutaj.

Mansson westchnął.

-

Czy to konieczne?

Wenecja Północy kojarzyła mu się z przedsionkiem piekła.

-

Tak. Sprawa jest skomplikowana. Bardziej niż przypuszczasz.

-

Oj,   doprawdy?   -   Mansson   nie   krył   ironii.   -   Wobec   tego   do 

zobaczenia.

Martin   Beck   odłożył   słuchawkę   i   popatrzył   na   Skackego   nieobecnym 

wzrokiem.

-

Świetnie się spisałeś.

Rozdział 23

Za kilkanaście godzin zaczynała się Noc Walpurgi i wiosna; ta ostatnia 

przynajmniej na południu Szwecji. Poranny samolot z Brommy wylądował 

na Bulltofcie w Malmó zgodnie z rozkładem, czyli za pięć dziewiąta, z 

garstką biznesmenów i oblanym zimnym potem, bladym komisarzem na 

pokładzie. Martin Beck był przeziębiony, bolała go głowa, nie lubił latać, a 

płyn, który Scandinavian Airlines System zwykł nazywać kawą, ani trochę 

nie poprawił mu samopoczucia.

Mansson, duży, barczysty, stał na płycie lotniska z rękami w kieszeniach 

płaszcza i pierwszą tego dnia wykałaczką w ustach.

background image

-

Czołem! Marnie wyglądasz.

-

I tak się czuję - powiedział Martin Beck. - Jest tu jakaś toaleta?

Noc Walpurgi to ważne święto w Szwecji. Ludzie ubierają się wiosennie, 

piją   na   umór,   tańczą,   weselą   się,   jedzą   pyszności   i   wypatrują   lata.   W 

Skanii na poboczach dróg kwitną pierwsze kwiaty, drzewa wypuszczają 

pierwsze liście, na wiosennych pastwiskach pasą się krowy i jest już po 

zasiewach.   Studenci   wkładają   białe   czapki,   szefowie   związków 

zawodowych wyciągają z toreb przeciwmolowych czerwone sztandary

i przypominają sobie słowa Synów robotniczego znoju*. Pierwszy maja 

tuż-tuż, pora znowu poudawać socjalistę. Podczas symbolicznego pochodu 

nawet   policjanci   stają   na   baczność,   kiedy   orkiestry   dęte   grają 

Międzynarodówkę.   Jedynym   zadaniem   policji   jest   organizacja   ruchu 

kołowego, przypilnowanie, żeby nikt nie napluł na amerykańską flagę, i 

niedopuszczenie do głosu kogoś, kto podstępnie wmieszałby się w tłum 

demonstrantów i miałby naprawdę coś do powiedzenia.

Ostatni dzień kwietnia to czas przygotowań, sposobienia się do wiosny, 

miłości i kultowych akcji politycznych. To dzień radosny, zwłaszcza jeśli 

trafi się ładna pogoda.

Martin Beck i Mansson spędzili ten radosny dzień na oglądaniu tego, co 

zostało z Bertila Olofssona, i kilkakrotnym obejściu starego samochodu, 

który stał w kącie na dziedzińcu komendy. Poza tym obejrzeli kamień, 

czarną męską skarpetkę i odcisk zębów górnej szczęki Olofssona i długo 

studiowali protokół obdukcyjny. Mało mówili, bo nie było o czym.

-

Czy  jest coś, co łączy  Olofssona z Malmó?  - zapytał przy  jakieś 

okazji Mansson. - Oczywiście pomijając to, że u nas zginął.

Martin Beck pokiwał głową.

background image

-

Olofsson   zajmował   się   dilerką   narkotyków   i   kradzionymi   autami. 

Przede wszystkim autami, które on i inni przela-kierowywali i przykręcali 

fałszywe tablice rejestracyjne. Potem zaopatrywali je w lewe dokumenty i 

wywozili za granicę. Niewykluczone, że często był w Malmó przejazdem i 

że od czasu do czasu tu się zatrzymywał. Zdziwiłbym się, gdyby nie miał 

u was jakichś znajomych.

-

Menel   -   mruknął   pod   nosem   Mansson.   -   Bardzo   wyniszczony. 

Dlatego obducent źle ocenił jego wiek. Żałosny typ.

*  Arbetets   sóner   -   najstarszy   hymn   szwedzkiego   ruchu   robotniczego, 

autorstwa   H.   Menandera,   opublikowany   w   1885   w   piśmie   „Social-De-

mokraten" A. Palma.

-

To samo można powiedzieć o Malmie. Ale to niczego nie zmienia, 

prawda?

-

Jasne.

Kilka godzin później siedzieli w pokoju służbowym Manssona i patrzyli 

na   asfaltowy   dziedziniec,   gdzie   parkowały   czarno-białe   samochody   i 

kręcili się funkcjonariusze.

-

Taaak   -   odezwał   się   Mansson.   -   Punkt   wyjścia   nie   jest   taki 

beznadziejny, jak mogłoby się wydawać.

Martin Beck popatrzył na niego z lekkim zdziwieniem.

-

Wiemy, że trzeciego lutego był w Sztokholmie, a lekarz przysięga, że 

nie żył najpóźniej siódmego. Czas skurczył się do trzech, czterech dni. Na 

pewno znajdę kogoś, kto go spotkał. Prędzej czy później.

-

Skąd ta pewność?

-

Miasto nie jest duże, kręgi, w jakich się obracał Olofsson, jeszcze 

mniejsze. Mam swoje kontakty. Na razie nie robiłem z nich użytku, bo nie 

background image

wiedziałem, kogo szukać. I zainteresuję tym prasę.

-

Nie   możemy   pozwolić   na   żadną   publikację.   Poza   tym   to   sprawa 

prokuratora.

-

Ja tak nie pracuję. To nie w moim stylu.

-

Ale o nas nie wspomnisz?

-

Guzik mnie obchodzi, co się dzieje w Sztokholmie -z emfazą odparł 

Mansson. - A ten numer z prokuratorem to tylko pro forma. Przynajmniej u 

nas.

Martin   Beck   odleciał   do   domu   tego   samego   dnia   wieczorem.   Był   w 

Sztokholmie o dziesiątej, a dwie godziny później zgasił światło i leżał na 

wersalce w dużym pokoju w Bagar-mossen.

Nie spał.

W przeciwieństwie do małżonki, której miarowe pochrapywanie słyszał 

wyraźnie   zza   zamkniętych   drzwi   do   sypialni.   Dzieci   nie   było.   Ingrid 

malowała plakaty w jakiejś piwnicy na

jutrzejszą   młodzieżową   odszczepieńczą   demonstrację,   Rolf   bawił   się 

pewnie   na   prywatce   zakrapianej   piwem   przy   wtórze   muzyki   z   płyt 

gramofonowych.

Martin Beck czuł się samotny. Czegoś mu brakowało. Nie miał ochoty 

zajrzeć do Ingi i zerwać z niej nocną koszulę. Pomyślał, że powinien mieć 

na to ochotę z inną kobietą. Choćby z cudzą żoną. Jeśli tak, z którą?

Potem  zastanawiał   się   nad   śledztwem.   Nic   się   nie   zgadzało.  Wszystko 

wydawało   się   absurdalne   i   nieprawdopodobne,   jakby   się   wydarzyło   za 

górami, za lasami, o czym się czyta w gazetach.

Ingrid   przyszła   o   drugiej   w   nocy.   Pewnie   żona   nie   zgodziła   się   na 

późniejszy powrót. Rolfa nie obowiązywały żadne zakazy, mimo że był 

background image

cztery lata młodszy od siostry, miał zaledwie połowę jej inteligencji, jedną 

setną instynktu samozachowawczego i zero zaradności. Ale Rolf był płci 

męskiej.

Wślizgnęła   się   na   palcach   do   dużego   pokoju,   pochyliła   nad   nim   i 

pocałowała w czoło. Udawał, że śpi. Pachniała potem, mydłem i farbą.

Absurdalne, pomyślał.

Zasnął godzinę później.

Kiedy   Martin   Beck   przyszedł   na   Kungsholmsgatan   przed   południem 

drugiego maja, trafił na rozmowę Kollberga z Me-landerem.

-

Absurdalne - powiedział Kollberg i uderzył pięścią w blat biurka z 

taką siłą, że podskoczyło wszystko prócz Melandera.

-

Tak, przedziwne - flegmatycznie przyznał Melander.

Kollberg zdjął marynarkę, poluzował krawat i rozpiął kołnierzyk koszuli.

-

Przedziwne! - Pochylił się nad biurkiem. - Ktoś podrzuca Malmowi 

bombę   zegarową.   My   sądzimy,   że   to   robota   Olofssona.   Tymczasem 

Olofsson od miesiąca nie żyje, bo ktoś

rozłupał mu czaszkę, wsadził do starego grata i zepchnął do wody. A my 

siedzimy z ręką w nocniku. • .

Umilkł, żeby nabrać oddechu. Melander się nie odezwał. Obaj skinieniem 

głowy przywitali się z Martinem Beckiem. Na odczepnego, jakby go nie 

było w pokoju.

-

Jeśli   przyjmiemy,   że   między   usiłowaniem   zabójstwa   Malma   a 

zamordowaniem Olofssona istnieje jakiś związek...

-

Gdybanie - przerwał mu Melander. - Nie mamy na to cienia dowodu. 

Chociaż wydaje się mało prawdopodobne, żeby tych spraw nic nie łączyło.

-

Bardzo   słusznie.   Takie   zbiegi   okoliczności   są   wysoce 

background image

nieprawdopodobne.   Dlatego   można   założyć,   że   trzeci   element   świetnie 

pasuje do tej układanki.

-

Masz na myśli samobójstwo Malma?

-

Owszem.

-

Tak, mógł odebrać sobie życie, bo wiedział, że gra jest skończona.

-

Właśnie. Uznał, że w porównaniu z tym, co go czeka, przyjemniej 

odkręcić gaz.

-

To znaczy, że się bał.

-

I najwyraźniej miał ku temu powody.

-

Wniosek byłby taki, że nie liczył na to, że mu się upiecze. Bał się, że 

zostanie zamordowany. A jeśli tak, to przez kogo?

Kollberg się zastanawiał.

-

A może to Malm zabił Olofssona?

Melander   wyjął   z   szuflady   biurka   połówkę   jabłka,   odkroił   plasterek 

nożykiem do papieru i włożył do woreczka z tytoniem.

-

Wątpliwe   -   odparł,   nie   podnosząc   głowy.   -   Nie   bardzo   sobie 

wyobrażam, żeby taka oferma była zdolna do popełnienia zbrodni tego 

kalibru. Z moralnego punktu widzenia nie miał żadnych skrupułów, ale 

pozostają sprawy techniczne.

-

Pięknie,   Fredrik.   Twoja   logika   jest   bez   zarzutu.   Jak   byś   to 

podsumował?

Melander milczał.

-

Jaki płynie z tego jasny jak słońce, logiczny wniosek?

-

Że   Olofsson   i   Malm   zostali   sprzątnięci   -   niechętnie   przyznał 

Melander.

-

Przez kogo?

background image

-

Nie wiem.

-

Uhm. Ale jednego możemy być pewni.

-

Tak. Chyba tak.

-

Robota profesjonalisty - mruknął półgłosem Martin Beck.

-

Otóż to - przytaknął Kollberg. - Profeska. Tylko zawodowca stać na 

takie numery jak kamień w skarpetce i cudaczna bomba.

-

Zgadza się - powiedział Melander.

-

Dlatego siedzimy tu jak jełopy i gapimy się jak sroki w gnat. Do tej 

pory mieliśmy do czynienia z amatorami. I tak nam to weszło w krew, że 

praktycznie też jesteśmy amatorami.

-

Dziewięćdziesiąt  osiem  procent  wszystkich   przestępstw   popełniają 

amatorzy. Nawet w Stanach Zjednoczonych.

-

To nas nie usprawiedliwia.

-

Nie, ale daje do myślenia.

-

Chwileczkę - wtrącił się Martin Beck. - W innych punktach to też się 

zgadza. Po przeczytaniu notatki służbowej Gunvalda, czy jak to nazwać, 

zastanawiałem się...

-

...dlaczego ten, kto podłożył Malmowi bombę, wzywa straż pożarną? 

-   wszedł   mu   w   słowo   Kollberg   i   pół   minuty   później   sam   udzielił 

odpowiedzi: - Dlatego, że jest profesjonalistą. Fachowcem. Miał sprzątnąć 

Malma, nie chciał pozbawiać życia dziesięciu innych osób.

-

Uhm. Sensowna argumentacja - przyznał Melander. -Czytałem, że 

zawodowcy są mniej krwiożerczy od amatorów.

-

Też to czytałem - powiedział Kollberg. - Wczoraj. Nasz zacny kolega 

Hedin, klasyczny amator, siedemnaście lat temu

1 r>y

background image

zabił   w   Skanii   dziewięć   osób,   niczym   się   nie   kierując.   Podpalił   dom 

starców, bo miał denną narzeczoną.

' .

-

Hedin był obłąkany - przypomniał Martin Beck.

-

Wszyscy amatorzy są psychiczni. Czasami ich choroba ujawnia się 

dopiero w momencie dokonywania zbrodni. Z zawodowcami jest inaczej.

-

Ale   w   Szwecji   nie   ma   zawodowych   morderców   -   zauważył 

Melander.

Kollberg posłał mu powłóczyste spojrzenie.

-

A niby czemu miałby być Szwedem?

-

Jeśli nie jest, to by  się znowu zgadzało z tym, do czego doszedł 

Gunvald - wtrącił Martin Beck.

-

Przede   wszystkim   potwierdzałoby   nasze   domysły   -stwierdził 

Kollberg.   -   Skoro   przy   nich   jesteśmy,   równie   dobrze   możemy   jeszcze 

trochę pogdybać. Czy według was gość, który zaminował łóżko Malma i 

roztrzaskał czaszkę Olofssonowi, wciąż jest w Szwecji? Czy myślicie, że 

został choćby dzień dłużej?

-

Nie - odparł Melander. - Bo i po co?

-

Oczywiście   nic   nie   przemawia   za   tym,   że   chodzi   o   tego   samego 

sprawcę.

-

Przemawia - powiedział Melander. - Jeden drobiazg.

-

Tak - włączył się Martin Beck. - Żeby zabić w Malmó i wysadzić 

dom na Skóldgatan, trzeba mieć jakieś rozeznanie w terenie.

-

Uhm. - Kollberg odął usta. - Czyli kiedyś już był w Szwecji.

-

I nieźle mówi po szwedzku - dodał Melander.

-

I nie najgorzej zna Sztokholm i Malmó - dodał Kollberg.

-

Ale nie na tyle, żeby  zaalarmować straż  w Sztokholmie,  a nie w 

background image

Sundbybergu - powiedział Martin Beck.

-

Poza   tym   komu   przyszłoby   do   głowy   podać   adres   Ringvagen   37 

zamiast Skóldgatan - dorzucił Kollberg. -

Oczywiście pomijając ludzi z Miejskiego Zarządu Dróg i co poniektórych 

policjantów.

Melander zapali! fajkę.

-

Dostał adres na kartce i mapę z zaznaczonym miejscem.

-

Osoba o ograniczonej orientacji - uściślił Martin Beck.

-

Obcokrajowiec - powiedział Kollberg. - Zagraniczny profesjonalista. 

W   obu   wypadkach   używa   narzędzi   zbrodni,   którymi   w   Szwecji   nikt 

wcześniej się nie posłużył. Hjelm twierdzi, że ten mechanizm zapłonowy 

wynaleziono we Francji i swego czasu był popularny w Algierii. Gdyby 

szwedzki   gangster   wpadł   na   pomysł   zabicia   Olofssona,   pewnie   by   to 

załatwił żabką albo łańcuchem do roweru.

-

Kamień w skarpecie był wykorzystywany w czasie wojny - zauważył 

Martin   Beck.   -   Posługiwali   się   nim   szpiedzy,   agenci   i   im   podobni. 

Wysyłano   ich   do   likwidacji   kolaborantów   i   osób   uznawanych   za 

niepożądane. Woleli nie ryzykować rewizji, nie chcieli być przyłapani z 

nożem albo z bronią palną.

-

Były takie przypadki w Norwegii - dodał Melander.

Kollberg podrapał się po głowie.

-

No dobrze, ale musi być jakiś motyw.

-

Jasne - powiedział Martin Beck. - Związek Malma z Olofssonem jest 

faktem.   Dlaczego   usuwa   się   ludzi   za   pośrednictwem   zawodowych 

morderców?

-

Bo   są   niewygodni   -   odparł   Melander.   -   Można   się   domyślać,   co 

background image

łączyło   Olofssona   i   Malma.   Zajmowali   się   kradzionymi   samochodami, 

które przypuszczalnie sami kradli.

-

Dla złodzieja kradziony wóz nie ma większej wartości -powiedział 

Martin Beck. - Sprzedaje go za bezcen, za tyle, ile mu dadzą.

-

Olofsson i Malm przelakierowywali samochody, załatwiali fałszywe 

tablice i dokumenty i wywozili za granicę. Tam albo je sami upłynniali, 

albo komuś przekazywali.

-

Raczej to drugie. - Kollberg z irytacją pokręcił głową. -Z kimś do 

spółki odpowiadali za szwedzką filię wielkiej firmy, która zajmowała się 

mnóstwem innych rzeczy. Czegoś nie dopatrzyli i firma postanowiła się 

ich pozbyć.

-

Coś w tym stylu - zgodził się Melander.

-

Ciekawe,   jak   koledzy   zareagują   na   tę   naszą   teorię.   -   Kollberg 

wzdrygnął   się.   -   Kto   w   to,   kurde,   uwierzy?   -   Po   półmi-nutowej   ciszy 

przysunął   do   siebie   telefon   i   wybrał   kilka   cyfr.   -Einar?   Jestem   u 

Melandera. Mógłbyś zajrzeć na chwilę?

Po niespełna trzydziestu sekundach Rónn stanął w drzwiach.

Kollberg popatrzył na niego z poważną miną.

-

Doszliśmy   do   wniosku,   że   Malm   i   Olofsson   pracowali   dla 

międzynarodowego syndykatu zbrodni, czegoś w rodzaju mafii. Sądzimy, 

że organizacja miała ich dosyć i przysłała do nas z zagranicy zawodowego 

mordercę, żeby ich zabił.

Rónn długo się w nich wpatrywał.

-

Kto wymyślił coś tak głupiego? To się zdarza tylko w filmach albo w 

książkach. Podpuszczacie mnie?

Kollberg wymownie wzruszył ramionami.

background image

Rozdział 24

Na   planie   Sundbybergu   Benny   Skacke   zaznaczył   czarnym   krzyżykiem 

osiem budek telefonicznych. Potem każdy krzyżyk obrysował kółkiem za 

pomocą cyrkla. Mimo że wszystkie budki były w śródmieściu i kilka kółek 

zachodziło   na   siebie,   obszar,   na   jakim   się   znajdowały,   miał   przeszło 

kilometr   kwadratowy.   Gunvald   Larsson   nie   robił   sobie   nadziei   na 

jakikolwiek rezultat ani tym bardziej na sukces, kiedy posłał Skackego, 

żeby na ponadkilometrowej przestrzeni o gęstej zabudowie znalazł ślad 

mężczyzny, który wieczorem siódmego marca dzwonił do straży pożarnej. 

To, że zaalarmował straż, korzystając z jednej z tych ośmiu budek, było 

domniemaniem,   nawet   jeśli   sporo   za   tym   przemawiało.   Gdyby 

potwierdziło się inne domniemanie, że ów mężczyzna mieszkał lub nadal 

mieszka w Sundbybergu, pozostawał problem jego odszukania. Wiedzieli 

tylko tyle, że mówił po szwedzku z obcym akcentem.

Skacke podjął się tego zadania z wielkim entuzjazmem i po pierwszych 

tygodniach   opornej   współpracy   z   tamtejszą   policją   zaczął   działać   sam. 

Miał   przepytać   wszystkich   lokatorów   mieszkających   w   pobliżu 

zaznaczonych budek telefonicznych, co nawet dla młodego mężczyzny o 

dobrze umięśnionych nogach było dość męczące. Ale Skacke nie dał za 

wygraną. Mimo

że Gunvald Larsson i Martin Beck dawno przestali liczyć na cokolwiek i 

już nie byli zainteresowani, jak mu idzie, w każdej wolnej chwili jeździł 

do Sundbybergu i pukał do każdych drzwi. Wieczorami padał z nóg i walił 

się łóżko, zaniedbując treningi i studia prawnicze. Co gorsza, zaniedbał 

również Mo-nicę.

Skacke poznał Monicę osiem miesięcy temu na zawodach pływackich, w 

background image

których oboje brali udział. Od tamtej pory spotykali się coraz częściej. 

Chociaż nigdy nie rozmawiali o ślubie, wydawało się oczywiste, że razem 

zamieszkają,   jak   tylko   znajdą   w   miarę   przyzwoite   lokum.   Skacke 

wynajmował   pokój,   a   dwudziestoletnia   Monica,   przyszła 

kinezyterapeutka, mieszkała z rodzicami.

Kiedy zadzwoniła szesnastego maja wieczorem i po raz siódmy w tym 

tygodniu   bezskutecznie   próbowała   się   z   nim   umówić,   była,   oględnie 

mówiąc, niezadowolona.

-

Musisz odwalać całą robotę w tej pierońskiej policji? Czy nie ma tam 

innych policjantów?

Benny Skacke usłyszał to pytanie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni. 

Jego przełożeni, zwłaszcza Martin Beck, często je słyszeli od swoich żon i 

dawno przestali się silić na odpowiedzi. Ale Skacke tego nie wiedział. 

Wiedział, że powierzono mu zadanie, które musi wykonać i wykona.

-

Jasne,   że  są   -  odparł.   -  Obiecałem  sobie,   że   znajdę   gościa,   który 

dzwonił   z   budki   w   Sundbybergu.   Niestety,   nie   mogę   się   tylko   tym 

zajmować.   Jutro   będę   tam   chodził   po   domach   przez   cały   dzień.   Chcę 

zacząć z samego rana, dlatego tej nocy muszę się wyspać. - Usłyszał, że 

Monica bierze oddech, żeby coś powiedzieć, więc czym prędzej dodał: - 

Nie gniewaj się, kochanie. Oczywiście, że chciałbym się z tobą spotkać, 

ale jeśli mam do czegoś dojść, muszę dać z siebie wszystko.

Monica   zagroziła,   że   umówi  się   z   Rullem,   nauczycielem  gimnastyki,   i 

rzuciła słuchawkę. Skacke aż za dobrze znał tego

obleśnego   typka,   który   nie   tylko   świetnie   wyglądał,   ale   był   od   niego 

lepszy   prawie   we   wszystkich   dyscyplinach   sportu,   nie   wyłączając 

pływania. Właściwie Skacke mógłby się wykazać jedynie w piłce nożnej i 

background image

często   marzył   o   takim   dniu,   kiedy   zwabi   Rullego   na   boisko.   Tak   się 

zdenerwował na samą myśl o Monice z tym zadufanym w sobie pajacem, 

że musiał wypić na uspokojenie dwie szklanki mleka.

Potem,   ledwie   położył   dłoń   na   słuchawce,   żeby   do   niej   zadzwonić, 

zadźwięczał   telefon.   Cud   nad   cudy   Monica.   Skruszona,   prosiła   o 

wybaczenie.   Rozmawiali   ponad   godzinę   i   umówili   się   nazajutrz   w 

Sundbybergu na późny lunch, po jej zajęciach w szkole.

W  piątek   rano   Skacke   pojechał   do   swojego   ukochanego   Sundbybergu, 

żeby kontynuować chodzenie po domach. Codziennie przekreślał na mapie 

zaliczone kwartały i odnotowywał lokatorów, których nie zastał. Z Urzędu 

Imigracyjnego dostał adresy obywateli spoza Skandynawii mieszkających 

w Sundbybergu. Wyruszył przed siódmą, żeby złapać tych, których nie 

zastał, zanim wyjdą do pracy.

O dziewiątej zredukował listę do połowy.

Potem udał się pieszo do osiedla, które postanowił zwizytować tego dnia. 

Wszedł   do   parku   położonego   na   lekkiej   pochyłości,   zwieńczonej 

skupiskiem   wieżowców   na   wzgórzu.   Był   to   raczej   kawałek   dzikiej 

przyrody, którą, o dziwo, łaskawie oszczędzono i uwzględniono w planach 

budowlanych. Na obrzeżach ścieżki zieleniła się soczysta trwa, a nieco 

dalej,   na   zboczu,   w   nietkniętym  ludzką   ręką   lasku   zasłanym  igliwiem, 

majaczyły   pośród   sosen   szare,   granitowe   głazy   i   omszałe   kamienie. 

Ścieżka, dzieło ludzkich stóp, wiła się między brzozami i dębami. Przez 

liście przesiewało się słoneczne światło, rzucając połyskliwe złote plamki 

na suchą udeptaną ziemię i korzenie drzew. Skacke zwolnił kroku. Przez 

krótką   chwilę   poczuł   zapach   sosnowych   igieł   i   nagrzanej   słońcem 

próchnicy.

background image

Kiedy znów wciągnął nosem powietrze, zalatywało spalinami i zjełczałym 

olejem do frytek z pobliskiego baru grillowego.

Pomyślał o Monice. Umówili się o trzeciej, cieszył się na to spotkanie. 

Rzadko nie widzieli się dłużej niż tydzień.

W pierwszym wieżowcu nie zastał tylko dwóch lokatorów. Inni nic nie 

wiedzieli o cudzoziemcu, który by tam mieszkał na początku marca, i nie 

słyszeli o telefonie do straży pożarnej. W drugim wieżowcu zastał dwóch 

cudzoziemców,   Fina   i   Włocha.   Fin   fatalnie   mówił   po   szwedzku   i   z 

pewnością nie z takim akcentem, o jakim wspomniała Doris Martensson. 

Włoch siódmego marca był w domu, w Mediolanie. Nieproszony, pokazał 

paszport i stemple. Czy znali jakichś obcokrajowców? Owszem, mnóstwo, 

i co z tego?

Hm, dobre pytanie.

Kiedy Skacke obszedł wszystkie domy na wzgórzu, było przed dwunastą. 

Zgłodniał. Udał się do baru w jednym z wieżowców, zamówił czekoladę i 

kanapkę   z   żółtym   serem.   W  środku   żywej   duszy.   Nie   licząc   kelnerki. 

Obsłużyła   go,   wróciła   za   ladę   i   znudzonym   wzrokiem   patrzyła   przez 

szybę.   Za   szybą   był   duży   plac,   jeden   z   tych,   jakie   się   widuje   pośród 

bloków   w   większości   przedmiejskich   sypialni   Sztokholmu   i   okolic. 

Najczęściej   nosi   nazwę   piazza.   Taki   rozczulający   wkład   urbanistów   w 

przydanie kamiennym pustyniom południowoeuropejskiego sznytu.

Drzwi się otworzyły, na progu stanął mężczyzna w haftowanej jedwabiem 

niebieskiej aksamitnej jarmułce, z nylonową siatką w dłoni. Wolno ruszył 

do lady, ukradkiem zerkając na Skackego spod groźnie ściągniętych brwi.

Na   widok   kelnerki   rozbłysły   jego   brązowe   oczy,   rozwarł   ramiona   i 

odezwał się ze śpiewnym, fińsko-szwedzkim akcentem:

background image

- Ach, bosze moj, panienko, straszna u mnie dzisiaj krapu-la*. Jak się 

nazywa ten cudowny napój, który zwykle kupuję?

* Z łac. crapula - kac.

-

Tom collins - powiedziała dziewczyna.

-

Tak. Muszę zaraz mieć osiem puszek, proszę panienki. Tylko zimne. 

Zimne jak tybetański wodospad.

Podał jej siatkę i zniknęła na zapleczu. Mężczyzna w jar-mułce przeglądał 

zawartość   portmonetki   z   zatroskaną   miną.   W   głębi   trzasnęły   drzwi 

lodówki.   Chwilę   później   kelnerka   wróciła   z   siatką   pełną   puszek 

lemoniady.

-

Chyba nie można dostać na kredyt? - spytał mężczyzna.

-

Można, czemu nie. Pan przecież tutaj mieszka, więc... Można, czemu 

nie - powtórzyła jak zaczarowana.

Mężczyzna schował portmonetkę i wziął siatkę.

-

Wspaniale. Może to wcale nie jest taki okropny dzień. -Podszedł do 

drzwi   i   się   odwrócił.   -   Panienka   chyba   jest   aniołem.   W   poniedziałek 

przyniosę pieniądze. Do zobaczenia!

Skacke odsunął filiżankę i wyjął mapę z wewnętrznej kieszeni. Zdążyła się 

zniszczyć i musiał podkleić ją taśmą. Przekreślił teren wokół placu vel 

piazzy, spojrzał  na  zegarek  i pomyślał,   że  przed  spotkaniem  z  Monicą 

powinien się uporać z budynkami po drugiej stronie zalesionego zbocza. 

W ten sposób zaliczy duży kawałek Sundbybergu, łącznie ze starszymi 

domami przy jednej z większych ulic u podnóża wzniesienia, które już 

obszedł. Budynki były nowoczesne i niższe od niedawno zwizytowanych.

Dwadzieścia po drugiej został mu tylko narożny blok. Tuż przed nim stała 

budka telefoniczna ze starą tabliczką z lokalnym numerem straży pożarnej.

background image

W bramie jakiś facet pił piwo. Podetknął Skackemu butelkę pod nos i 

bełkotliwie zagadał. Po chwili Skacke zorientował się, że to Norweg i że 

świętuje   siedemnastego   maja*.   Okazał   legitymację   i   poinformował 

urzędowym tonem, że zabrania się

* Święto państwowe w Norwegii, rocznica uchwalenia konstytucji 1814.

spożywania   napojów   alkoholowych   na   ulicy.   Mężczyzna   wyraźnie   się 

wystraszył.

-

Ponieważ nie jest pan Szwedem, tym razem nie wyegzekwuję prawa 

- rzekł służbiście. - Proszę mi oddać butelkę i zmykać.

Skacke   wylał   resztę   piwa   do   studzienki   ściekowej,   przeciął   jezdnię   i 

wyrzucił butelkę do kosza. Kiedy się odwrócił, Norweg posłał mu mętne 

spojrzenie i zniknął za rogiem.

Skacke wjechał windą na najwyższe piętro i zadzwonił do trojga drzwi. 

Nikt nie otworzył. Niezadowolony, wpisał nazwiska lokatorów na listę i 

zszedł piętro niżej.

Pierwsze drzwi uchyliła kobieta z włosami ufarbowanymi henną. Nosiła 

okulary w zielonej plastikowej oprawce. Miała siwe odrosty, wyglądała na 

sześćdziesiąt lat.  Musiał powtórzyć  dwa  razy, co  go  sprowadza,  zanim 

zrozumiała, o co mu chodzi.

-

Naturalnie.   Wynajmuję   jeden   pokój.   To   znaczy   wynajmowałam. 

Mówi pan „cudzoziemiec"? Na początku marca? Chwileczkę... Wydaje mi 

się, że na początku marca miałam Francuza. Albo Araba. Nie pamiętam.

Skacke osłabł z wrażenia. Przewróciłby go byle podmuch wiatru.

-

Araba? - powtórzył. - W jakim języku mówił?

-

Po   szwedzku.   Oczywiście   nie   najlepiej,   ale   można   go   było 

zrozumieć.

background image

-

Czy mogłaby pani sobie przypomnieć, kiedy tutaj mieszkał?

Skacke nie spojrzał na tabliczkę, zanim zadzwonił do drzwi. Odsunął się i 

udając, że wyciera nos, przeczytał nazwisko: Borg.

W tym momencie kobieta otworzyła drzwi na oścież.

-

Może pan wejdzie?

Skacke przestąpił próg i zamknął drzwi. Miedzianowło-sa kobieta poszła 

przodem do pokoju i wskazała niebieską

pluszową kanapę pod oknem. Skacke usiadł. Pani Borg wysunęła szufladę 

sekretarzyka i wyjęła księgę kasową w brunatnej okładce.

-

Zaraz   panu   powiem,   kiedy   to   było.   -   Kartkowała   księgę.   - 

Odnotowuję   wszystkie   płatności,   ten   mężczyzna   był   ostatni,   więc 

powinnam bez trudu znaleźć... O, mam! Czwartego marca zapłacił z góry 

za   cały   tydzień,   ale   wyprowadził   się   wcześniej,   po   czterech   dniach. 

Ósmego. Nie domagał się zwrotu pieniędzy za trzy dni. - Usiadła z księgą 

na krześle przy stole naprzeciwko kanapy. - Hm, dziwne. Dlaczego go 

szukacie? Czy zrobił coś złego?

-

Szukamy osoby, która ewentualnie mogłaby nam pomóc w śledztwie. 

Jak on się nazywał?

-

Alfonse Lasalle.

Ponieważ wymówiła „e" na końcu imienia i nazwiska, Skacke wyciągnął 

wniosek, że nie jest z francuskim za pan brat. Podobnie jak on.

-

Jak to się stało, że właśnie jemu wynajęła pani pokój?

-

Jak   to   się   stało?   Mówiłam   już,   że   wynajmowałam   jeden   pokój. 

Dopóki mąż nie zachorował. Musiał być cały czas w domu, nie życzył 

sobie obcych ludzi, więc poprosiłam biuro wynajmu pokoi o wykreślenie 

nas z rejestru.

background image

-

Czyli korzystała pani z usług biura pośrednictwa. Co to za biuro?

-

Svea.   Mieści   się   na   Sveavagen.   Przysyłali   nam   lokatorów   od 

sześćdziesiątego drugiego, kiedy się tutaj wprowadziliśmy.

Skacke wyjął notatnik i długopis. Kobieta patrzyła na niego, zaciekawiona.

-

Jak wyglądał? - spytał, trzymając długopis w gotowości.

Kobieta przekrzywiła głowę i mrużąc oczy, spojrzała w sufit.

-

Jak  by  to...  Wyglądał  na  południowca.  Ciemny, dość   niski.   Gęste 

czarne włosy, zachodzące nisko na czoło, długie na skroniach. Ciut wyższy 

ode mnie; ja mam metr sześćdziesiąt

cztery. Duży nos, trochę zakrzywiony, i prościutkie czarne brwi. Brązowe 

oczy. Tęgawy, ale nie gruby.

-

Ile mógł mieć lat?

-

Wydaje   mi   się,   że   około   trzydziestu   pięciu,   może   czterdzieści. 

Trudno powiedzieć.

-

Czy przypomina pani sobie coś jeszcze? Coś szczególnego?

Zastanawiała się przez chwilę i pokręciła głową.

-

Nie,   chyba   nie.   Nie   mieszkał   tu   długo.   Był   uprzejmy,   dobrze 

wychowany. Przystojny, schludny.

-

A jak mówił?

-

Z akcentem, jak cudzoziemcy. Dosyć zabawnie.

-

Mogłaby   pani   dokładniej   to   opisać?   Może   coś   utkwiło   pani   w 

pamięci?

-

Bo ja wiem... Mówił „pyni" zamiast „pani" i „kafa", kiedy chodziło 

mu   o   kawę.   Upłynęło   za   dużo   czasu,   poza   tym   nie   jestem   dobra   w 

naśladowaniu ludzi.

Skacke myślał nad kolejnym pytaniem. Przygryzł długopis i spojrzał na 

background image

miedzianowłosą kobietę.

-

Co on tu robił? Był turystą, pracował? Jak spędzał czas?

-

Trudno   powiedzieć.   Miał   mały   bagaż,   tylko   jedną   walizkę. 

Wychodził przed południem i wracał późnym wieczorem. Miał oczywiście 

swój klucz, więc nie zawsze wiedziałam, o której   był   z   powrotem. 

Zachowywał się bardzo cicho, dyskretnie.

-

Czy   pani   lokatorzy   mogli   korzystać   z   telefonu?   Czy   on   gdzieś 

dzwonił?

-

Raczej nie, to znaczy nie mogli, chyba że ktoś musiał. Ale Lasalle 

nigdzie nie telefonował.

-

A nie mógł dzwonić bez pani wiedzy? Na przykład w nocy.

-

W nocy na pewno nie. Mam gniazdko w przedpokoju i w sypialni i 

wieczorem zawsze przenoszę aparat do sypialni.

-

Czy   pamięta   pani,   o   której   wrócił   siódmego   marca?   Czyli   w 

przeddzień wyjazdu.

Pani Borg zdjęła nietwarzowe okulary, wytarła je o spódnicę i włożyła.

-

W ostatni wieczór... Chyba go wtedy nie słyszałam. Zwykle kładę się 

o wpół do jedenastej... Nie, nie wiem, jak to było tamtej nocy.

-

Proszę   się   zastanowić.   Zadzwonię   do   pani.   Może   pani   sobie   coś 

przypomni.

-

Oczywiście. Zastanowię się.

Skacke zapisał numer jej telefonu w czarnym notatniku.

-

Pani Borg, wspomniała pani, że Lasalle był ostatnim lokatorem.

-

Tak. Kilka dni po jego wyjeździe Josef zachorował. To znaczy mój 

mąż. Musiałam zrezygnować z wynajęcia pokoju następnemu chętnemu.

-

Mógłbym obejrzeć ten pokój?

background image

-

Naturalnie.

Drzwi do pokoju znajdowały się w holu, na wprost drzwi wejściowych. W 

pomieszczeniu o powierzchni mniej więcej trzy metry na pięć było łóżko, 

szafka nocna, stół, dwa krzesła, fotel, małe biurko i duża staroświecka 

szafa z owalnymi lustrami.

-

Tuż obok jest toaleta - poinformowała pani Borg. - Mąż i ja mamy 

łazienkę obok sypialni.

Skacke pokiwał głową i się rozejrzał. Bezosobowy pokój, jak w hotelu 

trzeciej   kategorii.   Na   stole   leżał   kraciasty   lniany   obrus,   na   biurku 

poplamiona   podkładka   do   pisania.   Ściany   zdobiły   dwa   oleodruki   i 

wianuszek   nieśmiertelników.   Podłogę   przykrywał   wysłużony   dywan. 

Narzuta i zasłonki wyblakły od częstego prania.

Skacke   stanął   przy   oknie.   Wychodziło   na   ulicę.   Widział   stąd   budkę 

telefoniczną   i   kosz,   do   którego   wrzucił   butelkę   po   piwie.   Zegar   przed 

sklepem zegarmistrzowskim wskazywał dziesięć po trzeciej. Popatrzył na 

swój zegarek. Dziesięć po trzeciej.

Błyskawicznie   pożegnał   się   z   panią   Borg   i   zbiegł   po   schodach, 

przeskakując po dwa stopnie. W bramie coś sobie przypomniał, wsiadł do 

windy i wjechał na czwarte piętro. Kobieta spojrzała na niego, zdziwiona. 

Nie spodziewała się, że tak szybko wróci.

-

Czy posprzątała pani po ostatnim lokatorze? - spytał, zdyszany.

Uniosła brwi.

-

Czy posprzątałam? Oczywiście, że...

-

Odkurzanie, pucowanie mebli i tak dalej.

-

Zwykle   robię   gruntowne   porządki   tuż   przed   pojawieniem   się 

następnego lokatora. Wcześniej to nie ma sensu, bo czasami pokój stoi 

background image

pusty   przez   kilka   dni   albo   tygodni.   Zmieniam   pościel,   opróżniam 

popielniczki i wietrzę. Dlaczego pan o to pyta?

-

Proszę   niczego   nie   ruszać.   Musimy   sprawdzić   ewentualne   ślady, 

odciski palców itepe.

Obiecała, że nie wejdzie do pokoju. Skacke pożegnał się po raz drugi, 

zbiegł po schodach i puścił się pędem na spóźnione spotkanie z Monicą, 

zaprzątnięty jedną myślą: Czyżbym w końcu miał fart?

Kiedy   dotarł   do   restauracji,   w   której   Monica   czekała   na   niego   od 

dwudziestu pięciu minut, przyznał sobie awans i tylko krok dzielił go od 

nominacji na szefa policji.

Na Kungsholmsgatan Gunvald Larsson zarzucił go pytaniami:

-

Jak  był ubrany?   - A  dziesięć   sekund  później: -  Płaszcz,  jesionka, 

palto?   Garnitur?   Buty?   Skarpetki?   Koszula?   Krawat?   Pomada?   Zęby? 

Palił? Jeśli tak, to co i ile? Jak wyglądała

pościel, której używał? Spał w piżamie czy w męskiej koszuli nocnej? Czy 

rano   pił   kawę?   -   Pół   minuty   później:   -   Dlaczego   bździągwa   nie 

zameldowała go zgodnie z procedurą? Czy obejrzała jego paszport? Czy 

napędziłeś jej strachu?

Skacke obrzucił go zdołowanym spojrzeniem i ruszył do wyjścia.

-

Chwila moment, Dracke - powstrzymał go Gunvald Larsson.

-

Tak?

-

Masz załatwić odciski palców na wczoraj!

Skacke wyszedł.

-

Idiota! - burknął Gunvald Larsson do zamkniętych drzwi.

W pokoju w Sundbybergu zdjęto sporo odcisków palców. Po wykluczeniu 

tych, które zostawiła pani Borg i Skacke, zostały trzy, w tym jeden kciuka, 

background image

znakomicie zachowany dzięki pomadzie do włosów.

We wtorek dwudziestego pierwszego maja kopię odcisku kciuka wysłano 

do Interpolu. Cóż innego im pozostało?

Rozdział 25

W poniedziałek po wniebowstąpieniu Martin Beck zadzwonił do Malmó.

Hammar stał dwa metry dalej.

-

Zadzwoń do Malmó i spytaj, co słychać.

Martin Beck wcale się do tego nie palił. Ledwie usłyszał głos Manssona, 

przypomniał sobie, ile razy sam musiał odpowiadać na równie idiotyczne 

pytanie,   zadawane   przez   przełożonych,   dziennikarzy,   żonę,   głupawych 

kolegów, wścibskich znajomych. „Co słychać"?

Mimo to odchrząknął i zapytał:

-

Cześć! Co słychać?

-

Jak będę coś miał, to się odezwę.

Martin Beck usłyszał to, na co zasłużył.

-

Spytaj, czy ma coś dla nas - podsuflował Hammar.

-

Czy masz coś dla nas? - powtórzył Martin Beck.

-

O Olofssonie?

-

Tak.

-

Kto ci tam podpowiada za plecami?

-

Hammar.

-

Aha, rozumiem.

-

Spytaj,   czy   wziął   pod   uwagę   aspekt   międzynarodowy   -szepnął 

Hammar.

-

Czy wziąłeś pod uwagę aspekt międzynarodowy?

-

Owszem - odparł Mansson. - Wziąłem.

background image

Zapadła cisza. Martin Beck zaniósł się kaszlem. Hammar opuścił pokój, 

trzaskając drzwiami.

-

Wyniósł się? - spytał Mansson.

-

Tak. Słuchaj, naprawdę nie chcę...

-

Ech! Przywykłem do tego. Co do Olofssona...

-

No?

Martin Beck usłyszał szelest bibułki. Mansson rozpakowywał wykałaczkę.

-

Jest tutaj mało znany. Udało mi się namierzyć dwie osoby, które się z 

nim zetknęły. Nieciekawy typ. Mocny w gębie i...

Mansson umilkł.

-

I?

-

Zadufany w sobie, nabzdyczony skurwiel ze Sztokholmu.

Z tonu Manssona można było wywnioskować, że zgadzał się z taką oceną 

mieszkańca stolicy.

-

Wiedziały, czym się zajmuje?

-

Tak i nie. Widzisz, dotarłem tylko do dwóch informatorów, którzy 

kojarzą go z nazwiska i kilka razy się z nim spotkali. To recydywiści. 

Podobno przemycał narkotyki, ale  na małą  skalę. Wpadał od czasu do 

czasu,   widywali  go  sporadycznie.   Odnieśli  wrażenie,   że   przyjeżdżał  ze 

Sztokholmu.   Zawsze   nowymi   furami   i  zawsze   się   przechwalał,   ale   nie 

śmierdział groszem. Zatrzymywał się w Malmó na jeden dzień, góra kilka 

dni. Ostatnio się nie pokazywał. Jeden z informatorów przeki-blował całą 

zimę, wyszedł dopiero w kwietniu.

Cisza. Martin Beck milczał.

-

Za mało wiem - odezwał się po dłuższej chwili Mansson. - Na razie 

nie ma o czym mówić. Co nieco wyciąg-

background image

nąłem od informatorów, coś tam sam wyszperałem, ale to nie trzyma się 

kupy.

-

Rozumiem.

-

Na pewno często jeździł do Polski. Miał na sobie polski garnitur.

-

Co przemawiałoby za tym, że tam sprzedawał samochody.

-

Możliwe - przyznał Mansson. -1 co z tego? Chyba ważniejsze...

-

Tak?

-

Malm i Olofsson spotykali się w Malmó. Widywano ich razem.

-

Aha.

-

Ale nie w tym roku. Malm był lepiej znany niż Olofsson. I bardziej 

lubiany. Moi ludzie kilka razy na nich wpadli i odnieśli wrażenie, że robią 

w jednej branży. Ale nie o to mi chodziło, to znaczy nie to jest ważniejsze.

-

Aha.

-

Sam   nie   wiem...   Za   dużo   znaków   zapytania.   Olofsson   musiał 

przecież gdzieś nocować. Albo wynajmował pokój, albo u kogoś mieszkał. 

Nie udało mi się nic wyniuchać.

-

To nie takie łatwe.

-

Na pewno się uda. To kwestia czasu. Ale wiem, gdzie zatrzymywał 

się   Malm.   Najczęściej   w   małych   pensjonatach,   no   wiesz,   niedaleko 

Vastergatan i Master Johansgatan.

Martin Beck słabo znał Malmó i wymienione ulice nic mu nie mówiły.

-

Świetnie - powiedział, żeby coś powiedzieć.

-

Ech, to było proste. I mało ważne.

Martin Beck zaczął tracić cierpliwość.

-

A co jest ważne?

-

No to, gdzie mieszkał Olofsson.

background image

-

Może   wpadał   tylko   na   kilka   godzin.   Przejazdem.  Albo   żeby   się 

spotkać z Malmem.

-

Nie wydaje mi się. Miał tu gdzieś jakąś metę. Tylko gdzie?

-

Skąd mam, u licha, wiedzieć? A ty skąd wiesz, że miał jakąś metę?

-

Bo miał tutaj dziewczynę - odparł Mansson.

-

Co? Dziewczynę?

-

Tak. Był widywany w jej towarzystwie. Pierwszy raz co najmniej 

półtora roku temu, a ostatnio tuż przed Bożym Narodzeniem.

-

Musimy ją odszukać.

-

Właśnie nad tym pracuję. Trochę o niej wiem, wiem, jak wygląda i 

tak   dalej,   ale   nie   znam   jej   nazwiska   ani   adresu.   -Mansson   umilkł   na 

chwilę. - Dziwne.

-

Co takiego?

-

Że   nie   mogę   jej   znaleźć.   Jeśli   mieszka   w   Malmó   albo   gdzieś 

niedaleko, już powinienem był ją namierzyć.

-

Może być mnóstwo powodów. Na przykład nie jest z Malmó, tylko 

ze Sztokholmu. Albo nie jest Szwedką.

-

Nie... jest stąd. Cóż, zobaczymy. Znajdę ją.

-

Tak myślisz?

-

Na mur. Ale trochę to potrwa. W czerwcu wybywam na urlop.

-

Ach, tak.

-

Uhm. Po powrocie będę kontynuował poszukiwania. Dam ci znać, 

jak ją znajdę. Trzymaj się!

-

Cześć!

Martin   Beck   długą   chwilę   siedział   ze   słuchawką   w   dłoni,   mimo   że 

rozmówca już się rozłączył. Westchnął i wytarł nos.

background image

Mansson wiedział, co robi, i powinien działać wedle własnego rozumu i 

rozeznania.

Rozdział 26

W   sobotę   pierwszego   czerwca   Mansson   poleciał   z   żoną   do   Rumunii. 

Zaplanował trzytygodniowy urlop co do dnia, miał wrócić po sobótce, w 

poniedziałek dwudziestego czwartego.

Swoje   spostrzeżenia   dotyczące   topielca   najwyraźniej   zabrał   z   sobą, 

podobnie   jak   przemyślenia   i   teorie   o   życiu   Olofssona   i   jego   marnym 

końcu, ponieważ z Malmó nie napływały  żadne wieści, które mogłyby 

zainteresować Martina Becka.

Nie tylko Mansson miał wolne w czerwcu. Mimo rozmaitych mętnych 

sugestii, że z powodu wrześniowych wyborów do parlamentu z urlopami 

należy   poczekać,   szeregi   policji   -   zwłaszcza   kadra   dowódcza   - 

zdumiewająco szybko się przerzedziły. Lipiec i sierpień zapowiadały się 

pracowicie i większość postanowiła czym prędzej skorzystać z prawnie 

przysługującego wypoczynku.

Melander zaszył się na Varmdó, a Gunvald Larsson z Rón-nem dyskretnie 

wybyli   do  Arjeplog,   gdzie   w   blasku   polarnego   słońca   spędzali   śliczne 

letnie noce na łowieniu ryb. Głównie rozmawiali o lipieniach, trociach i 

różnych   odmianach   błystek.   Czasami   Rónn   nagle   posępniał   i   się   nie 

odzywał. Myślał wtedy o wozie strażackim.

Hammar myślał wyłącznie o rychłej emeryturze i o tym, że do tego czasu 

nic nie powinno się wydarzyć.

Martin Beck często zastanawiał się nad tym, że jest mu wszystko jedno, 

czy   dostanie   urlop,   czy   nie.   Siedział   w   Vast-berdze   nad   rutynowymi 

czynnościami, a czas wolny poświęcał na wymyślenie sposobu wyłgania 

background image

się od świętowania sobótki w towarzystwie małżonki i szwagra.

Kollberg,   który   czasowo   zastępował   komisarza,   przeniósł   się   do 

Sztokholmu,   do   wydziału   do   spraw   przemocy   fizycznej.   Nie   był 

zachwycony.   Nie   cierpiał   dusznego,   gorącego   pokoju   na 

Kungsholmsgatan, pocił się i klął w żywy kamień. Chciał być w domu, z 

żoną. Tylko to sprawiało mu przyjemność.

Melander rąbał drewno na działce przed domem letniskowym i z czułością 

myślał o swojej brzydkiej żonie, która opalała się nago na kocu za szopą.

W   Eforie   nad   Morzem   Czarnym   Mansson   patrzył   leniwie   na   gołębi 

potiomkinowski   pejzaż   i   zastanawiał   się,   jak   udało   się   wprowadzić 

socjalizm i w trzy lata wykonać plan pięcioletni w kraju, gdzie panował 

czterdziestostopniowy upał i nie było toniku grejpfrutowego.

Trzy tysiące kilometrów na północ Gunvald Larsson, odziany w buty z 

cholewami i sportową kurtkę, zerkał zdegustowany na ohydny czerwono-

niebiesko-zielony wełniany sweter Rónna, z łosiami na piersi.

Rónn tego nie widział, bo zaprzątały go myśli o wozie strażackim.

Benny Skacke siedział w komendzie i wstawiał przecinki w raporcie, który 

przed chwilą napisał. Zastanawiał się, ile to jeszcze potrwa, zanim zostanie 

szefem policji.

Każdy był zajęty sobą.

Nikt   nie   myślał   o   Malmie   ani   Olofssonie,   ani   czternastolatce,   która 

spłonęła żywcem na strychu w domu przy Skóldgatan.

Przynajmniej nic na to nie wskazywało.

W piątek dwudziestego pierwszego czerwca Martin Beck poczuł się jak 

przestępca,   po   raz   pierwszy   od   czasów,   kiedy   w   wieku   piętnastu   lat 

podrobił   podpis   mamy   na   zwolnieniu,   żeby   zerwać   się   ze   szkoły   i 

background image

popatrzeć na jeden z pancerników kieszonkowych Hitlera, który zawinął 

do Sztokholmu.

Właściwie   nie   dopuścił   się   niczego   zdrożnego.   Ba,   można   by   to   było 

uznać   za  coś  absolutnie   normalnego   i  niemającego  żadnego   związku   z 

przestępstwem, ponieważ kłamstwo ścigane przez prawo nie wchodzi w 

rachubę, dopóki nie położy się dłoni na Biblii i nie przysięgnie mówić 

prawdy i tylko prawdy.

Całkiem po prostu oznajmił małżonce, że nie pojedzie na wieś z nią i 

Rolfem,   bo   obowiązki   służbowe   zmuszają   go   do   pracy   podczas 

świątecznych dni.

Poinformował o tym głośno i wyraźnie, bezczelnie patrząc Indze w oczy. 

Zełgał w dniu letniego przesilenia, najdłuższym i najpiękniejszym dniu 

roku. Kłamstwo było wynikiem spisku, w którym brał udział ktoś jeszcze, 

kto obiecał pełną dyskrecję i sztamę w razie kłopotliwych pytań.

Ten ktoś czasowo zastępował komisarza.

Nazywał   się   Sten   Lennart   Kollberg   i   jego   rola   inspiratora   była   zbyt 

oczywista, by uznać ją choćby za dwuznaczną.

Na   spisek   złożyły   się   dwie   przyczyny.   Pierwsza,   to   głęboka   niechęć 

Martina   Becka   na   samą   myśl   o   spędzeniu   dwóch   albo   trzech   dni   w 

towarzystwie   małżonki   i   chlejącego   szwagra,   które   zapowiadały   się 

koszmarniej niż zwykle, bo Ingrid pojechała do Leningradu na jakiś kurs 

językowy   i   w   nikim   nie   miałby   oparcia.   Druga,   to   pozostający   do 

dyspozycji Kollberga dom letniskowy jego teściów w Sórmlandii, gdzie 

tymczasowy   komisarz   już   zawiózł   pokaźne   ilości   prowiantu   i 

życiodajnych napitków.

Mimo   tych   mocnych,   a   w   każdym   razie   wytłumaczalnych,   powodów 

background image

Martin   Beck  czuł  się  podle.   Brzydził  się  kłamstwem,   nie  przywykł  do 

takich sytuacji. Dużo później zda sobie

sprawę, że właśnie ta chwila odmieni jego życie. Hm, lepiej późno niż 

wcale.

Nie miało to nic a nic wspólnego z jego zawodem. Policjanci nie kłamią 

rzadziej  od  innych,  szwedzcy   policjanci nie   kłamią   rzadziej  od  swoich 

zagranicznych kolegów. Według statystyk jest raczej na odwrót.

W   przypadku   Martina   Becka   chodziło   o   zwykłą   moralność.   Przyjął 

określoną   postawę,   z   której   sam   się   rozgrzeszył   wbrew   wyznawanym 

dotychczas wartościom. Tylko przyszłość pokaże, jak zsumują się wygrane 

i przegrane w bilansie jego życia.

Tak   czy   inaczej,   po   raz   pierwszy   od   lat   spędził   przemiły   i   w   miarę 

niefrasobliwy weekend. Przynajmniej na razie udało mu się zapomnieć o 

drobnym oszustwie.

Kollberg,   świetny   organizator   i   konspirator,   znakomicie   dobrał 

towarzystwo. Słowo „policja" padło zaledwie kilka razy, rozmowy o pracy, 

znienawidzonej, zmitologizowanej Służbie były surowo zabronione.

Z jednym wyjątkiem. No, może dwoma. O długim, ciepłym zmierzchu 

Martin Beck siedział na trawie z Asą Torell, Kollbergiem i paroma innymi 

osobami,   podziwiając   majowe   drzewko,   które   sami   przystroili   i   wokół 

którego tańczyli. Byli porządnie zmęczeni i pogryzieni przez komary.

-

Myślisz,   że   kiedykolwiek   się   dowiemy,   kim   był   ten   gość   z 

Sundbybergu? - spytał rozkojarzony Martin Beck.

Kollberg nie wahał się ani sekundy.

-

Never.

-

Jaki  gość   z   Sundbybergu?   -  zainteresowała   się  Asa  Torell,   młoda 

background image

utalentowana osóbka, wszystkiego ciekawa.

-

Wydaje   mi   się,   że   ta   sprawa   eksploduje   na   naszych   oczach   - 

skomentował Kollberg. - Tak jak się zaczęła.

-

Aha.   Już   wiem,   o   czym  mówicie   -   powiedziała  Asa  Torell.   -   Na 

czyich oczach?

-

Naturalnie   moich   -  przyznał  Kollberg.  - Tylko  ja  mam  to  gdzieś. 

Jeszcze chwila, a cię zastrzelę, jak zaczniesz opowiadać o glinach.

Asa Torell kończyła szkołę policyjną.

Przy innej okazji wymieniła z Martinem Beckiem kilka uwag na ten temat.

-

Postanowiłaś zostać policjantką, bo Ake zginął?

-

Nie, właściwie nie. - Obracała papierosa w dłoni. -Chciałam zmienić 

zawód. Zacząć nowe życie. Poza tym to potrzebne.

-

Co? Dziewczyny policjantki?

-

Rozsądni ludzie, którzy decydują się na pracę w policji. Pomyśl o 

tych wszystkich idiotach w branży.

Wzruszyła   ramionami,   uśmiechnęła   się   i   cicho,   na   bosaka,   odeszła. 

Szczupła kobieta o dużych piwnych oczach i krótkich ciemnych włosach.

Poza tym nie wydarzyło się nic godnego uwagi i w niedzielę Martin Beck 

wrócił do domu na lekkim kacu, zadowolony i bez przesadnych wyrzutów 

sumienia.

Srebrzysty turbośmigłowy ił-18 linii Tarom przewoził Pera Manssona z 

upalnego   lotniska   w   Konstancy   do   zdecydowanie   przewiewniejszej 

Bulltofty w Malmó. Ponieważ wiał porywisty południowo-wschodni wiatr, 

maszyna zatoczyła szeroki łuk nad Sundem, zanim usiadła na szwedzkiej 

ziemi.   Był   piękny   letni   dzień.   Mansson   wyraźnie   widział   Saltholm, 

Kopenhagę   i   pięć   statków   pasażerskich   kursujących   między   Malmó   i 

background image

Danią,   które   wydawały   się   absolutnie   nieruchome,   okolone   białą, 

skamieniałą   falą   dziobową.   Nieco   później   zobaczył   port   przemysłowy, 

gdzie blisko trzy miesiące temu nadzorował wyciąganie z basenu wraku i 

topielca. Ale tego nie roztrząsał, bo nie był na służbie.

Uparcie   patrzył   przez   okno   przede   wszystkim   dlatego,   że   nie   chciał 

oglądać swojej żony. Choć po kilku pełnych wrażeń

dniach znów się w niej zakochał, teraz, po trzech wspólnych tygodniach 

oboje   mieli   siebie   dosyć.   Marzył   o   kawalerce   na   Regementsgatan, 

samotnych   wieczorach   z   wykałaczką   w   kąciku   ust   i   schłodzonym 

gripenbergu w zasięgu ręki. Mało tego, tęsknił nawet do widoku ponurego, 

wyasfaltowanego dziedzińca komendy.

W   Malmó   wcale   nie   było   tak   sielankowo   i   spokojnie,   jak   mogło   się 

wydawać z pokładu samolotu. Już w pierwszym tygodniu wpadł w wir 

pracy.  Zajmował   się   wszystkim:   od   rozruchów   politycznych   i   bójki   na 

noże   po  genialny   napad  na   bank,  zaplanowany   akurat  w  jego   mieście, 

który   postawił   na   nogi  policję   z   połowy   kraju,   zanim  po   kilku   dniach 

sprawę wyjaśniono.

Miał   co   robić   i   dlatego   dopiero   w   trzeci   poniedziałek   lipca   zaczął   się 

poważnie   zastanawiać   nad   Olofssonem.   Późnym   wieczorem   wysnuł 

wnioski   z   tego,   co   widział   przy   podchodzeniu   do   lądowania,   i   kiedy 

wreszcie wszystko złożył do kupy, rzecz wydawała się niemal oczywista.

O wpół do dwunastej w nocy jednym haustem wychylił drinka, wstał z 

fotela   i   poszedł   spać,   przekonany,   że   wkrótce   znajdzie   odpowiedź   na 

najbardziej irytujące go pytanie.

Rozdział 27

Pierwsza połowa lipca była chłodna i deszczowa. Urlopowicze, zachęceni 

background image

ciepłym, pięknym czerwcem, zrezygnowali z wyjazdów do południowych 

krajów, żeby cieszyć się szwedzkim latem, po czym klęli na czym świat 

stoi, patrząc na deszcz z mokrych namiotów i przyczep kempingowych i 

marząc o zalanych słońcem plażach Morza Śródziemnego. Ale kiedy w 

połowie drugiego tygodnia na błękitnym niebie pojawiła się ognista kula 

zasnuta   rozedrganym   upalnym   powietrzem,   kiedy   z   wilgotnej   ziemi   i 

zieleni zaczęły buchać pachnące opary, ucichły przekleństwa miotane na 

ojczyznę i dumni Szwedzi włożyli nowiutkie kolorowe ciuszki i ruszyli na 

podbój wsi i przysiółków. Na szosach zaroiło się od lśniących pojazdów, 

na   przydrożnych   parkingach,   pośród   stert   śmieci,   biwakowały   całe 

rodziny.   Ich   członkowie   wyjmowali   z   samochodów   turystyczny   sprzęt, 

termosy i prowiant, w kłębach kurzu i spalin słuchali melodyjek płynących 

z odbiorników tranzystorowych, dzielili się uwagami o przejeżdżających 

autach,   patrzyli   na   rachityczną   roślinność   po   drugiej   stronie   szosy   i 

współczuli biedakom, którzy zostali w mieście.

Martin Beck sobie nie współczuł. W każdym razie nie dlatego, że musiał 

siedzieć w Sztokholmie i pracować przez cały

lipiec.   Przeciwnie,   latem   najlepiej   czuł   się   w   mieście.   Nie   brał   wtedy 

urlopu, bo mimo wszystko kochał Sztokholm i lubił swobodnie się po nim 

poruszać - bez tłoku, pośpiechu, rozpychania się, bez nasilającego się z 

roku na rok ruchu samochodowego, który go przytłaczał, deprymował i 

dusił trującymi gazami. W upalne lipcowe niedziele włóczył się pustymi 

ulicami   śródmieścia   albo   spacerował   wieczorami   wzdłuż   nabrzeża, 

wdychając niesiony bryzą zapach trawy skoszonej gdzieś na łące opodal 

Malaren albo wodorostów z archipelagu.

We   wtorek,   szesnastego   lipca   siedział   bez   marynarki   przy   biurku   w 

background image

Vastberdze   i   umierał   z   nudów.   Przed   południem   zamknął   sprawę 

zabójstwa.   Wszystko   był   jasne,   oczywiste,   smutne   i   bez   sensu. 

Jugosłowianin i Fin razem pili na kempingu, pokłócili się i Fin pchnął 

Jugosłowianina nożem na oczach kilkunastu bezradnych świadków. Udało 

mu się zbiec z miejsca zbrodni, ale tego samego dnia wieczorem został 

zatrzymany w pustym wagonie kolejowym na Centralnym. W Finlandii i 

Szwecji   miał   bogatą   kartotekę,   poza   tym   przyjechał   do   Szwecji 

nielegalnie, bo miesiąc wcześniej otrzymał dwuletni zakaz przekraczania 

szwedzkiej granicy.

Potem Martin Beck uporał się z kilkoma sprawami rutynowymi, a teraz 

patrzył w okno i się nudził. Kollberg nadal czasowo zastępował komisarza 

na Kungsholmen. Skacke gdzieś wyszedł. Martin Beck sam mu coś zlecił, 

ale   nie   pamiętał,   co.   Słyszał  kroki  na  korytarzu,  dźwięk   otwieranych  i 

zamykanych   drzwi,   stukot   maszyny   do   pisania,   głosy   dobiegające   z 

sąsiedniego pokoju i przez chwilę się zastanawiał, czyby tam nie zajrzeć i 

nie wyciągnąć kogoś na kawę. Ale zrezygnował. Nie chciało mu się.

Podniósł   podkładkę   do   pisania   i   wyjął   listę   niezałatwio-nych   spraw. 

Wprawdzie   pamięć   miał   świetną,   ale   zauważył,   że   od   jakiegoś   czasu 

zaczyna szwankować, i postanowił zapisywać to, czym nie mógł się zająć 

od razu. Mankament obranej

metody polegał na tym, że zapominał o istnieniu listy, która długo leżała w 

schowku, zanim sobie o niej przypomniał.

Nie załatwił tylko dwóch spraw. Wykreślając długopisem te załatwione, 

usiłował sobie przypomnieć, czego dotyczy punkt pierwszy: „Ernst Sigurd 

Karlsson".   Na   samym   dole   widniało   nazwisko   Zachrissona.   Tego 

przynajmniej   znał.   Był   policjantem   i   zamierzał   go   poprosić   o   zdanie 

background image

dokładnej relacji z poczynań Malma, którego Zachrisson śledził. Pozostali 

ludzie   przydzieleni   do   obserwacji   Malma   złożyli   wyczerpujące 

wyjaśnienia, Zachrissona odpytano bardzo pobieżnie tuż po pożarze. Teraz 

był na urlopie.

Martin Beck zapalił florydę, odchylił się na krześle i wypuścił dym prosto 

w sufit.

- Ernst Sigurd Karlsson - powiedział półgłosem.

W tej samej chwili przypomniał sobie, kto zacz. Kompletnie mu nieznany 

mężczyzna,   który   napisał  na   kartce   jego   imię   i  nazwisko,   a   potem  się 

zastrzelił.  Wciąż   nie   miał   pojęcia,   dlaczego.   Nie   dziwiło   go,   że   ludzie 

wiedzą, kim jest. Z racji jego pracy często wymieniano go w gazetach, 

niejednokrotnie musiał się produkować w telewizji.

Wsunął listę pod podkładkę, wstał i ruszył do drzwi. Filiżanka herbaty nie 

zaszkodzi, pomyślał.

W poniedziałek, dwudziestego drugiego lipca Zachrisson wrócił z urlopu i 

Martin Beck skontaktował się z nim już przed południem.

Teraz siedział w jego pokoju w Vastberdze. Odchrząknął i jednostajnym 

głosem zaczął czytać swoje notatki. Godziny i miejsca według schematu. 

Niekiedy podnosił głowę i coś uzupełniał z pamięci.

Ostatnie   dziesięć   dni   życia   Malma   cechowała   nuda   i   monotonia. 

Większość czasu spędzał w dwóch piwiarniach na Horns-gatan. Niemal 

zawsze wracał do domu sam, podchmielony,

około ósmej. Dwa razy kupił wódkę i sprowadził sobie prostytutkę. Nie 

ulegało   wątpliwości,   że   cierpi   na   brak   gotówki.   Po   śmierci   Olofssona 

znalazł   się   w   trudnej   sytuacji.   W   przeddzień   samobójstwa   Zachrisson 

widział go przed jedną z piwiarni. Żebrał, żeby uciułać na piwo.

background image

-

Czyli był kompletnie spłukany - mruknął Martin Beck.

-

Tego   dnia,   w   którym   umarł,   próbował   pożyczyć   pieniądze   - 

powiedział Zachrisson. - W każdym razie tak mi się zdaje. Poszedł do 

kogoś   na...   -   Odwrócił   stronę   w   notatniku.   -   Rano,   o   dziewiątej 

czterdzieści, opuścił mieszkanie na Skóldgatan i udał się na Karlsviksgatan 

4.

-

Karlsviksgatan - powtórzył Martin Beck.

-

Tak.   Na   Kungsholmen.   Wjechał   windą   na   czwarte   piętro   i   kilka 

minut   później   wyszedł.   Był   zdenerwowany   i   dziwnie   wyglądał. 

Pomyślałem, że ten, od kogo chciał pożyczyć pieniądze, go pogonił albo 

nie było go w domu.

Zachrisson wnikliwie popatrzył na Martina Becka, jakby się spodziewał 

pochwały za sztukę wyciągania wniosków.

-

Karlsviksgatan 4. - Martin Beck w ogóle na niego nie spojrzał. - 

Skąd ja znam ten adres? Chyba już komuś o tym mówiłeś?

-

Komisarzowi Kollbergowi.  Polecił mi  spisać  nazwiska  wszystkich 

lokatorów.

-

I?

Zachrisson zajrzał do notatnika.

-

Nie   było   ich   dużo.   Seved   Blom,   A.   Svensson,   Ernst   Si-gurd 

Karlsson...

Karlsviksgatan,   krótka   i   mało   znana   uliczka,   znajduje   się   tuż   obok 

Fridhemsplanu i ciągnie od Norr Malarstrand do Hantver-kargatan. Martin 

Beck dojechał tam w kwadrans samochodem.

Nie   wiedział,   na   co   właściwie   liczy,   jako   że   Ernst   Sigurd   Karlsson 

zakończył życie cztery i pół miesiąca temu.

background image

Na czwartym piętrze rzeczywiście widniały tabliczki z nazwiskami Seved 

Blom i A. Svensson. I jedna nowa: Skog. Martin Beck zadzwonił, ale nikt 

mu nie otworzył. Zadzwonił więc po sąsiedzku.

Ledwie   odprawił   Zachrissona,   skontaktował   się   telefonicznie   z 

funkcjonariuszami, którzy byli w mieszkaniu Ernsta Sigurda Karlssona tuż 

po jego samobójczej śmierci, i dowiedział się, kto zawiadomił policję.

Kapitan   Seved   Blom   zaprosił   Martina   Becka   do   środka   i   zaczął 

opowiadać, jak to układając pasjansa, usłyszał strzał. Ponowne podzielenie 

się tą tragiczną historią, krok po kroku, z najdrobniejszymi szczegółami, 

sprawiało mu widoczną przyjemność.

Martin Beck pozwolił mu się wygadać, po czym przystąpił do zadawania 

pytań.

-

Co pan wie o zmarłym? Czy rozmawialiście ze sobą?

-

Nie. Witaliśmy się, to wszystko. Wydawał się zamknięty w sobie.

-

Widział pan może jego znajomych?

Kapitan Blom przecząco pokręcił głową.

-

On chyba nie miał znajomych. Zawsze było u niego cicho, nikt nigdy 

go nie odwiedzał. A, przepraszam, tego samego dnia rano, co dość dziwne, 

przyszedł   jakiś   znajomy.   Akurat   tego   dnia.   Obskurny   typ.   Właśnie 

wynosiłem śmieci, przyjechała karetka, policjanci odjechali, a on dzwonił 

do   drzwi.   Spytałem,   kogo   szuka,   i  kiedy   zrozumiałem,   że   jest  bliskim 

znajomym Karlssona, powiedziałem, co się stało. I że gdyby chciał się 

dowiedzieć czegoś więcej, niech porozmawia z policją.

-

Czy powiedział pan, że Karlsson popełnił samobójstwo?

-

Raczej   nie.   Chyba   napomknąłem,   że   nie   żyje   i   że   była   u   niego 

policja.

background image

Martin Beck wrócił do Vastbergi, zapalił papierosa i długo myślał, zanim 

wybrał numer Hammara.

-

Czysty obłęd - skonstatował przełożony. - Nie zaszkodziłoby dorwać 

kogoś, kto jeszcze żyje. Dlaczego zanim się zastrzelił, napisał na kartce 

twoje nazwisko? Jakie stąd płyną wnioski?

-

Wydaje mi się, że Karlsson, Olofsson i Malm grali w jednej drużynie 

i Karlsson z jakiegoś powodu chciał się wycofać. Postanowił zadzwonić 

na   policję,   może   coś   o   mnie   słyszał,   zapisał   nazwisko,   a   potem   się 

rozmyślił. Nie wiem, jaką pełnił funkcję. Co ty na to?

-

Jak   na   lato.   Bujda   na   resorach.   Mamy   trzy   trupy:   jeden 

zamordowany,   drugi   zamordowany   i   uśmiercony   na   własne   życzenie, 

trzeci popełnił samobójstwo. Jak byś to wytłumaczył?

Martin Beck westchnął.

-

Przypuszczam, że Malm był coraz bardziej zdenerwowany, w końcu 

nie wytrzymał i poszedł do Karlssona, żeby go spytać, gdzie się podział 

Olofsson. Kiedy usłyszał, że Karlsson nie żyje, postanowił się zabić.

Zapadła cisza.

-

Tak - odezwał się Hammar. - Oczywiście możesz mieć rację. Ale 

nigdy nie trafiła mi się sprawa z tyloma „jeśli", „gdyby", „ewentualnie". 

Niczego nie wiemy na pewno. Zwołam odprawę. Dam znać, kiedy.

Hammar się rozłączył. Martin Beck siedział przez chwilę ze słuchawką w 

dłoni   i   próbował   sobie   wyobrazić   reakcję   Kollberga.   Odłożył   ją   i   nie 

zdążył podnieść, kiedy zadzwonił telefon.

-

Bingo! - odezwał się Kollberg.

-

Bo?

-

Przyszła odpowiedź z Interpolu. Odciski palców Lasal-le'a.

background image

-

Jasny gwint!

-

Mają ten kciuk, ale gość nie nazywa się Alfonse Lasalle.

-

To czyj to odcisk?

-

Tylko   posłuchaj.   Mężczyzna   od   kciuka   ma   zdaniem   francuskiej 

policji   dużo   tożsamości:  Albert   Corbier,  Alfonse   Benette,   Samir   Riffi, 

Alfred  Laffey, Augustę  Cassin  i Augustę  Dupont.  Później doślą  więcej 

nazwisk.   Nie   wiedzą,   kim   jest,   przypuszczają,   że   ma   libańskie 

obywatelstwo   i   że   w   ostatnich   latach   przebywał   głównie   we   Francji   i 

Afryce   Północnej.   Podobno   był   w   OAS.   Jest   podejrzany   o   różne 

przestępstwa i współudział w przestępstwach. Między  innymi o handel 

narkotykami, przemyt waluty i morderstwo.

-

Nigdy nie siedział?

-

Najwyraźniej   nie.   Jest   śliski   jak   węgorz.   Zmienia   paszporty, 

nazwiska i narodowości częściej niż slipy i do tej pory nie udało mu się 

niczego udowodnić.

-

A rysopis?

-

Nie  są  pewni.  Wysłali jeden,  ale   piszą,   że  może   się   nie  zgadzać. 

Klawo. Zaraz... O, mam. Wiek: około trzydziestu pięciu lat, wzrost: sto 

siedemdziesiąt, waga: osiemdziesiąt, włosy czarne, oczy brązowe, zdrowe 

zęby, moment... to po francusku, nie mam przekładu... prosta linia czoła u 

nasady włosów, gęste proste brwi, lekko zakrzywiony nos z centymetrową, 

ledwie widoczną blizną na lewym skrzydełku, poza tym żadnych defektów 

fizycznych ani znaków szczególnych.

-

To pasuje do Lasalle'a. Oczywiście nie wiedzą, gdzie jest?

-

Nie. Zadzwonię za chwilę. Muszę dopilnować tłumaczenia.

Martin   Beck   siedział   z   głuchą   słuchawką   w   ręku.   Kiedy   ją   odłożył, 

background image

pomyślał, że nie zdążył nic powiedzieć o Ernście Si-gurdzie Karlssonie.

Rozdział 28

W e wtorek rano, dwudziestego trzeciego lipca Mansson wybrał się do 

Kopenhagi. Ponieważ mu się śpieszyło, popłynął wodolotem. Nazywał się 

„Flyvefisken"* i pokonywał Sund w trzydzieści pięć minut. Poza tym nie 

miał żadnych plusów. Człowiek podskakiwał w fotelu lotniczym, a jak nie 

udało mu się dostać miejsca przy oknie, mógł nie zobaczyć nawet skrawka 

wody.

W Danii Mansson miał znakomite układy. Ominął wszystkie pośrednie 

instancje i międzypaństwowe komplikacje i udał się od razu do inspektora 

Mogensena.

-

Cześć! Szukam pewnej kobiety. Nie wiem, jak się nazywa.

-

Cześć! - odparł Mogensen. - Jak wygląda?

-

Ma   krótkie   kręcone   blond   włosy   i   niebieskie   oczy.   Grube   rysy, 

szerokie   usta,   zdrowe   zęby   i   dołek   w   brodzie.   Mniej   więcej   sto 

sześćdziesiąt  centymetrów  wzrostu,   szerokie   ramiona,   szerokie   biodra   i 

wąska talia. Krótkie mocne nogi, kształtne łydki. Ma około trzydziestu 

pięciu lat. Szwedka. Na pewno ze Skanii, przypuszczalnie z Malmó.

-

Pociągająca - skomentował Mogensen.

* flyvefisken (duń.) - ryba latająca.

-

Nie byłbym tego taki pewien. Nosi długie ciemne swetry i długie 

spodnie albo krótkie kraciaste kiecki. O tej porze roku raczej to drugie. Na 

nogach sandały albo drewniaki. Bez pończoch i skarpetek. Lubi bardzo 

szerokie   paski,   mocno   ściągnięte   w   talii.   Niewykluczone,   że   jest 

narkomanką.   Ma   jakieś   artystyczne   zamiłowania.   Ci,   co   ją   widzieli, 

mówią, że zawsze ma plamy farby na rękach albo coś w tym stylu.

background image

-

Świetnie.

I po sprawie.

Dobre stosunki Manssona z Mogensenem datowały się od końca wojny. 

Poznali się, kiedy Mogensen przyjechał z Niemiec do Trelleborga. Był 

jednym z około dwóch tysięcy duńskich policjantów aresztowanych przez 

gestapo   dziewiętnastego   września   czterdziestego   czwartego   i 

wywiezionych do niemieckiego obozu koncentracyjnego.

Od tamtej pory utrzymywali bliskie kontakty. Nieformalne, praktyczne, ku 

obopólnej   korzyści.   To,   co   Manssonowi   zajęłoby   pół   roku,   gdyby   się 

trzymał   drogi   służbowej,   Mogensen   załatwiał   w   jeden   dzień.  A  kiedy 

Mogensen   potrzebował   czegoś   w   Malmó,   Mansson   zwykle   się   z   tym 

uwijał w parę godzin. Różnica w czasie brała się stąd, że Kopenhaga jest 

cztery razy większa od Malmó.

Do   dobrego   skandynawskiego   tonu   należy   opinia,   że   współpraca 

szwedzkiej i duńskiej policji jest wręcz znakomita. W praktyce wygląda to 

trochę inaczej, na co w pewnym stopniu mają wpływ trudności językowe.

Prawdę,   że   przy   minimum   wysiłku   wszyscy   Szwedzi   i   Duńczycy   się 

rozumieją, z biegiem lat zaczęto powszechnie wyznawać na najwyższych 

szczeblach   bilateralnych.   Często   jednak   życie   ją   modyfikuje,   jeszcze 

częściej jest przejawem myślenia życzeniowego, iluzją. Albo całkiem po 

prostu kłamstwem.

Ofiarami tego chciejstwa padli między innymi Hammar i pewien wybitny 

duński kryminolog. Znali się od lat i razem

mieszkali podczas niezliczonych kongresów. Byli dobrymi przyjaciółmi, 

każdy zapewniał wszem wobec, że doskonale opanował język kolegi i że 

nie sprawia mu on najmniejszej trudności. Co, jak sarkastycznie dodawali, 

background image

nie powinno być obce każdemu przeciętnie uzdolnionemu Skandynawowi.

Po   trwającej   dziesięciolecia   znajomości,   spotkaniach   w   salach 

konferencyjnych i na innych wyższych szczeblach los sprawił, że spędzili 

weekend   w   domku   kempingowym   Hammara   wyłącznie   w   swoim 

towarzystwie.   Wtedy   się   okazało,   że   nie   potrafią   się   dogadać   w 

najprostszych   codziennych   sprawach.   Kiedy   Duńczyk   chciał   pożyczyć 

mapę,   Hammar   przyniósł   mu   swoje   zdjęcie,   i   wszystko   diabli   wzięli. 

Runęły   ich   dotychczasowe   wyobrażenia.   Po   serii   żenujących   pomyłek 

przeszli na angielski i doszli do wniosku, że wcale się nie lubią.

Sekret   owocnej   współpracy   Manssona   i   Mogensena   polegał   między 

innymi na tym, że naprawdę dobrze się dogadywali. Nie mieli złudzeń, że 

wszystko   pojmą   w   lot,   więc   komunikowali   się   po   skandynawsku,   w 

narzeczu ich autorstwa, które na ogół tylko oni rozumieli. Poza tym byli 

sensownymi  policjantami,  żaden nie  przejawiał  skłonności  do dzielenia 

włosa na czworo.

O wpół do trzeciej po południu Mansson wrócił do kopenhaskiej komendy 

przy Polititorvet i odebrał napisaną na maszynie kartkę z nazwiskiem i 

adresem.

Kwadrans   później   stał   przed   starą   kamienicą   na   Laederstraede   i 

porównywał numer na kartce z ledwie widocznymi cyferkami nad wąską 

ciemną   bramą.   Brama   prowadziła   na   podwórze.   Zewnętrznymi 

drewnianymi schodami, które podejrzanie uginały się pod jego ciężarem i 

przypominały drabinkę w kurniku, dotarł do drzwi z łuszczącą się farbą i 

bez tabliczki z nazwiskiem.

Zapukał.

Otworzyła przysadzista kobieta, ładnie zbudowana, szeroka w ramionach i 

background image

biodrach,   wąska   w   talii,   o   zgrabnych   mocnych   nogach.   Mniej   więcej 

trzydziestopięcioletnia, miała jasne krótkie kręcone włosy, zmysłowe usta, 

niebieskie oczy i dołek w brodzie. Była boso, w zapaćkanym fartuchu, 

który kiedyś chyba był biały. Pod fartuch włożyła czarny golf. Więcej nie 

zobaczył, bo mocno ściągnęła się w talii szerokim skórzanym paskiem. W 

głębi dostrzegł kuchnię. Ciemną i malutką.

Popatrzyła na niego pytająco.

-

Coś pan za jeden? - zapytała na powszechną w Malmó modłę.

-

Czy pani Nadja Eriksson?

-

Tak.

-

Czy znała pani Bertila Olofssona?

-

Tak. Coś pan za jeden?

-

Bardzo   przepraszam.   Wolałem   się   najpierw   upewnić,   czy   dobrze 

trafiłem. Nazywam się Per Mansson i jestem z policji z Malmó.

-

Z policji? Co tu robi szwedzki policjant? Nie ma pan prawa mnie 

nachodzić.

-

Nie mam. I nie mam żadnych podkładek. Chciałbym z panią przez 

chwilę porozmawiać. I powiedzieć coś o sobie. Jeśli się pani nie zgodzi, 

odejdę.

Przyglądała mu się, dłubiąc w uchu żółtym ołówkiem.

-

O co chodzi?

-

O chwilę rozmowy.

-

O Bertilu?

-

Tak.

Wytarła ołówek o rękaw i przygryzła dolną wargę.

-

Nie przepadam za policjantami.

background image

-

Może mnie pani uważać za...

-

Za kogo? Za osobę prywatną czy za kota sąsiadki?

-

Obojętne.

Parsknęła śmiechem.

-

W porządku! Proszę wejść.

Okręciła   się   na   pięcie   i   przeszła   przez   malutką   kuchnię.   Mansson 

zauważył, że ma brudne stopy.

Za   kuchnią   znajdowała   się   przestronna   pracownia   ze   skośnym   oknem, 

której   nawet   nie   można   byłoby   nazwać   nie-posprzątaną.   Wszędzie 

poniewierały się obrazy, gazety, tubki farby, pędzle i części garderoby. Na 

umeblowanie składały  się: duży stół, kilka krzeseł typu windsorskiego, 

dwie szafy i łóżko. Ściany zdobiły plakaty i obrazy, na postumentach stały 

rzeźby, niektóre owinięte mokrym płótnem, jedna w trakcie narodzin. Na 

łóżku leżał ciemnoskóry młodzieniec w białym siatkowym podkoszulku i 

slipkach. Miał czarne kręcone włosy na piersi, a na szyi srebrny łańcuszek 

z krzyżykiem.

Mansson   rozejrzał   się   po   zabałaganionym   pokoju:   był   brudny   i 

zapuszczony, ale swojski. Spojrzał pytająco na młodego człowieka.

-

Proszę się nim nie przejmować - powiedziała kobieta. -Nie rozumie 

ani słowa. Zresztą mogę go odprawić.

-

Nie musi pani.

-

You better run along, baby*.

Chłopak natychmiast wstał, podniósł z podłogi spodnie khaki, włożył je i 

wyszedł.

-

Ciao! - rzucił na pożegnanie.

-

To pedzio - lakonicznie wyjaśniła kobieta.

background image

Mansson zerknął speszony  na rzeźbę. Jeśli się nie mylił, przedstawiała 

celującego w niebo penisa, naszpikowanego ze wszystkich stron starymi 

śrubami i zardzewiałymi skrawkami żelaza.

-

To tylko model. W plenerze będzie miał sto metrów wysokości. - 

Zmarszczyła brwi. - Czy nie jest okropny? Myśli pan, że ktoś zechce to 

kupić?

Mansson   pomyślał   o   publicznych   dziełach   sztuki   upiększających   jego 

miasto.

-

Czemu nie.

* You better run along, baby (ang.) - spływaj, mały.

-

Co   pan   o   mnie   wie?   -   spytała,   wbijając   w   rzeźbę,   z   błyskiem 

sadystycznej radości, jeszcze jeden skrawek żelaza.

-

Prawie nic.

-

Nic dziwnego. Mieszkam tu od dziesięciu lat. Zajmuję się tym, co 

widać. I nigdy nie będę sławna.

-

Znała pani Bertila Olofssona, prawda?

-

Tak - potwierdziła ze spokojem.

-

Czy wie pani, że on nie żyje?

-

Uhm. Kilka miesięcy temu wspomniały coś o tym tutejsze gazety. 

Dlatego pan przyjechał?

Mansson pokiwał głową.

-

Co chce pan wiedzieć?

-

Wszystko.

-

Nieźle.

Zapadła cisza. Nadja wzięła drewniany młotek i kilka razy uderzyła nim w 

rzeźbę.   Z   miernym   skutkiem.   Zwichrzyła   krótkie   jasne   włosy   i 

background image

zmarszczyła czoło. Stała ze spuszczoną głową, patrząc na własne stopy. 

Była niczego sobie. Jej naturalna dojrzałość zrobiła na Manssonie duże 

wrażenie.

-

Chcesz się ze mną przespać? - zapytała nieoczekiwanie.

-

Czemu nie.

-

To dobrze. Łatwiej nam się będzie potem rozmawiało. W szafie na 

górnej półce znajdziesz czyste prześcieradła. Zamknę drzwi wejściowe i 

trochę się opłuczę. Zwłaszcza stopy. Wrzuć brudną bieliznę do worka.

Mansson wyjął czyste wymaglowane prześcieradła i posłał łóżko. Potem 

usiadł, wypluł przeżutą wykałaczkę na podłogę i zaczął rozpinać koszulę.

Nadja   przeszła   przez   pokój   w   czarnych   drewniakach,   z   frotowym 

ręcznikiem na ramieniu. Z tego, co udało mu się zobaczyć, nie miała blizn 

na   rękach   ani   udach,   w   ogóle   się   nie   dopatrzył   żadnych   znaków 

szczególnych.

Śpiewała pod prysznicem.

Rozdział 29

Telefon zadzwonił trzy po ósmej rano. Był piątek, dwudziesty szósty lipca. 

Pełnia lata, bardzo ciepło. Martin Beck zdjął marynarkę i ledwie wszedł do 

pokoju, zaczął podwijać rękawy koszuli.

Podniósł słuchawkę.

-

Beck.

-

Cześć! Mansson z tej strony. Znalazłem tę dziewczynę.

-

Tę, która znała Olofssona?

-

Uhm. I jeszcze jednego świadka.

-

Dobrze. Gdzie jesteś?

-

W Kopenhadze.

background image

-

Tam ją znalazłeś? W Danii?

-

Uhm.

-

Czego się dowiedziałeś?

-

Na przykład tego, że Olofsson był tutaj po południu siódmego lutego. 

Za dużo tego jest, żebym ci opowiadał przez telefon.

-

Przyjedź do Sztokholmu. Tak będzie najlepiej.

-

Właśnie mam taki zamiar.

-

Nie mógłbyś zabrać z sobą tej kobiety?

-

Wątpię, żeby chciała. Zresztą nie będzie potrzebna. Ale mogę spytać.

-

Kiedy ją odszukałeś?

-

We wtorek. Dość długo z nią rozmawiałem. Zaraz jadę na Kastrup*, 

ustawię się w kolejce i pierwszym samolotem przylecę na Arlandę**.

-

Okej.

Martin Beck odłożył słuchawkę i w zamyśleniu pocierał brodę. Mansson 

wydawał   się   zaskakująco   pewny   swego.   Poza   tym   z   własnej   woli 

zaproponował przyjazd do Sztokholmu. Chyba rzeczywiście na coś wpadł.

Mansson zjawił się w komendzie na Kungsholmsgatan tuż przed pierwszą. 

Opalony,   spokojny,   radosny,   w   sandałach,   spodniach   khaki   i   luźnej 

kraciastej koszuli.

Wprawdzie   nie   towarzyszyła   mu   kobieta,   ale   przywiózł   kasetowy 

magnetofon. Położył go na stole i rozejrzał się po pokoju.

-

Był cholerny ścisk - zaczął. - Cześć! Dzień dobry.

W pół godziny, kiedy zadzwonił z Arlandy, zdążyła się zebrać gromadka 

znamienitych detektywów: Hammar, Melander, Gunvald Larsson, Rónn i 

posiłki z Vastbergi w osobach Martina Becka, Kollberga i Skackego.

-

Będą oklaski?

background image

Martin Beck, który nie znosił tłoku, zastanawiał się, skąd u Manssona, w 

dodatku parę lat starszego, tyle energii i pogody ducha.

Mansson położył dłoń na magnetofonie.

-

No więc sprawy tak się mają: Kobieta nazywa się Nadja Eriksson, 

ma trzydzieści siedem lat, jest rzeźbiarką. Urodziła się i wychowała w 

Arlóv,   na   przedmieściach   Malmó,   od   ponad   dziesięciu   lat   mieszka   w 

Danii. A teraz posłuchajcie, co mówi.

Włączył magnetofon i natychmiast usłyszeli jego głos z taśmy:

* Kastrup - port lotniczy pod Kopenhagą.

** Arlanda - port lotniczy pod Sztokholmem.

-

Rozmowa z Anną Desiree Eriksson, urodzoną szóstego maja 1931 

roku w Malmó. Rzeźbiarka. Niezamężna. Zwana Nadją.

Martin Beck nastawił uszu. Nie ulegało wątpliwości, że Rónn zachichotał, 

ale czy Mansson na taśmie też nie wydał z siebie tłumionego śmiechu?

-

Zreasumujmy   pani   wiedzę   o   Bertilu   Olofssonie   -   kontynuował 

Mansson.

-

Oczywiście. Proszę chwilkę poczekać.

Kobieta   mówiła   ze   skańskim   akcentem,   ale   pozbawionym   płaczliwego 

zaśpiewu. Miała głęboki, jasny i dźwięczny głos. Coś zaszeleściło.

-

No   więc   poznałam   go   prawie   dwa   lata   temu.   We   wrześniu 

sześćdziesiątego szóstego. Ostatni raz widziałam go na początku lutego 

tego   roku.   Przyjeżdżał   tu   regularnie,   najczęściej   na   początku   każdego 

miesiąca   i   zatrzymywał   się   na   dzień   albo   dwa.   Góra   trzy.   Nigdy   nie 

zostawał dłużej. Przeważnie zjawiał się w okolicach piątego i wyjeżdżał 

siódmego, ósmego. Kiedy był w Kopenhadze, mieszkał, o ile mi wiadomo, 

tylko u mnie, nigdzie indziej.

background image

-

Dlaczego zjawiał się tak regularnie?

-

Miał coś w rodzaju grafiku, którego musiał się trzymać. Za każdym 

razem   przyjeżdżał   tu   z   zagranicy,   najczęściej   przez   Malmó.   Czasami 

samolotem albo promem. I zostawał parę dni. Spotykał się z kimś... Po 

prostu raz w miesiącu musiał tu być w wyznaczonym terminie.

-

Czym się zajmował Olofsson?

-

Mówił, że jest biznesmenem. W pewnym sensie nim był. Złodzieje to 

też biznesmeni, prawda? Przez pierwsze pół roku naszej znajomości nie 

powiedział ani słowa, co robi i skąd jest. Potem się rozgadał. Nie potrafił 

utrzymać języka za zębami. Musiał szpanować. Ja nie jestem ciekawska i 

może   dlatego,   że   o   nic   go   nie   pytałam,   zaczął   pękać.   Czy   mam 

opowiedzieć o... cholera, ale gorąco...

Mansson obrócił wykałaczkę językiem i bez żenady podrapał się w kroku.

-

Teraz będzie krótka przerwa. Błąd techniczny.

Po trzydziestosekundowej głuchej ciszy znów usłyszeli głos Nadji.

-

Tak, Bertil. Nieboraczek. Niby cwany, ale w gruncie rzeczy głupi 

szpaner, któremu uderzało do głowy najmniejsze powodzenie. Na przykład 

kiedy zarobił trochę grosza albo dowiedział się o czymś, czego w jego 

mniemaniu nikt nie wiedział. Ciągle miał niesamowite plany, ględził o 

wielkiej szansie i tak dalej. Bez umiaru przeceniał własną inteligencję. 

Kiedy się w końcu połapał, że mniej więcej wiem, co robi i jaki z niego 

biznesmen, zaczął pozować na superhipergangstera. Mówił o milionowych 

obrotach, zabijaniu ludzi łańcuchem do roweru itepe. Tymczasem cienko 

prządł.

-

Gdyby dookreślić jego pracę i założyć, że...

Mansson nie dokończył.

background image

-

Chyba wiem, czym się zajmował - odpowiedziała Nadja po kilku 

sekundach. - On i dwóch kolesiów obrabiali w Sztokholmie skradzione 

samochody. Niektóre sami kradli, inne kupowali od złodziei za półdarmo. 

Potem   je   podrasowywali,   żeby   nikt   ich   nie   rozpoznał,   i   wywozili   za 

granicę, chyba głównie do Polski. Tam odbierał je ktoś, kto nie płacił im 

żywą gotówką, tylko biżuterią albo kamieniami, na przykład brylantami. 

Wiem to na pewno, bo jesienią Bertil sprezentował mi jeden kamyk, kiedy 

wydawało mu  się, że zostanie milionerem. Tego biznesu nie wymyślili 

sami, robili za pomagierów. Idiota mówił o sztokholmskiej filii koncernu. 

Dlatego musiał co miesiąc przyjeżdżać do Kopenhagi. Przekazywał komuś 

cacka  za  sprzedane   samochody  i  odbierał  gotówkę. Ten  ktoś był  tylko 

kurierem. Przylatywał z Paryża albo z Madrytu, albo skądś

tam,   dokładnie   nie   wiem,   bo   nigdy   go   nie   poznałam.   Olofsson   miał 

przynajmniej tyle oleju w głowie. Nie chciał, żebym spotkała gościa z 

pieniędzmi,   i   nikomu   nie   zdradził,   gdzie   sam   mieszka.   Cholernie   mu 

zależało, żeby mnie do tego nie mieszać. Myślę, że to było dla niego coś w 

rodzaju wyjścia awaryjnego. Załatwił sobie mieszkanie, o czym nikt prócz 

nas nie miał pojęcia. Nigdy Bertila z nikim nie poznałam i nigdy nikogo 

nie wpuściłam do domu, kiedy u mnie był. Nawet poli...

Głos zanikł.

-

Nie   najlepszy   jest   ten   sprzęt   -   obojętnie   zareagował   Mansson.   - 

Pożyczyłem go od Duńczyków.

Znów usłyszeli głos Nadji, nie wiedzieć czemu dziwnie zmieniony.

-

Na czym skończyłam? Aha, że nawet policja nigdy by do mnie nie 

trafiła, gdyby Bertil nie zabrał mnie kilka razy do Malmó, gdzie spotykał 

się z tak zwanym partnerem, łach-mytą Girrem. Miał na nazwisko Malm. 

background image

On też przewoził samochody ze Sztokholmu do Ystad lub Trelleborga i 

stamtąd dalej, za granicę. Najpierw przemalowywał je w jakimś garażu i 

przykręcał fałszywe tablice.  Pojechałam do Malmó ze cztery  albo pięć 

razy,   głównie   dlatego,   że   byłam   ciekawa.  Tak   czy   inaczej,   za   każdym 

razem śmiertelnie się nudziłam. Zamykali się w pokoju, pili, przechwalali, 

grali   w   pokera   z   różnymi   biznesmenami,   a   ja   siedziałam   w   kącie   i 

ziewałam. O ile wiem, Bertil musiał tam jeździć, bo Malm był spłukany i 

potrzebował pieniędzy na powrót do Sztokholmu. A ciągnął mnie ze sobą, 

żeby się popisać przed kolesiami. Myślę...

Znów przerwa. Mansson ziewnął i zmienił wykałaczkę.

-

No, żeby im pokazać, że ma dziewczynę. Bertil Olofsson nie był 

typem... mężczyzny, który potrzebuje kobiety. Kobiety jako kobiety. Malm 

był drugim członkiem tej trzyosobowej sztokholmskiej filii. Trzeciego nie 

poznałam. Mówili o nim „Sigge". Zdaje się, że załatwiał lewe papiery.

Sigge. Ernst Sigurd Karlsson, pomyślał Martin Beck.

Krótka pauza, tym razem nie techniczna. Kobieta chyba się zastanawiała, 

Mansson milczał, na taśmie i w komendzie.

-

Powinnam zaznaczyć, że doszłam do tego sama. Ale wiem, że mam 

rację. Jak już wspomniałam, Bertil nie potrafił utrzymać języka za zębami, 

poza tym niejedno można było zrozumieć, kiedy rozmawiali z Malmem. 

Od   lata   zeszłego   roku   Olofsson   zaczął   coraz   bardziej   zadzierać   nosa. 

Mówił,   że   „centrala   czerpie   zbyt   wygórowane   zyski".   Powtarzał   to   za 

każdym   razem,   kiedy   tu   przyjeżdżał.   Filia   sztokholmska,   czyli   przede 

wszystkim on, odwala całą robotę i ponosi ryzyko, a centrala zgarnia lwią 

część.  Ale   najwyraźniej   nie   miał   pojęcia,   gdzie   ta   centrala   się   mieści. 

Gdyby   on   i   te   dwa   ptaszki,   Sigge   i   Girre,   się   usamodzielnili   i   sami 

background image

poprowadzili   filię   sztokholmską,   zarobiliby   mnóstwo   pieniędzy.   Tak 

mówił. Podejrzewam, że w końcu padło mu na mózg. W grudniu zrobił 

coś kretyńskiego...

-

Co?! - odezwał się Gunvald Larsson, zdumiony jak siedmiolatek na 

poranku w kinie.

-

Postanowił śledzić tego gościa, który dawał mu pieniądze. Zdaje się, 

że wcześniej wyniuchał, dokąd on wraca, nie wiem, może do Paryża albo 

do Rzymu, i prosto ze spotkania poleciał tam pierwszym samolotem, i 

poczekał   na   niego.   Kiedy   zjawił   się   u   mnie   piątego   stycznia,   był 

niesamowicie zdeterminowany, powiedział, że zbadał sytuację i pojedzie 

do   Francji.   Tak,   wymienił   Francję.   Może   kłamał.   Jak   chciał,   potrafił 

kłamać. W każdym razie wybierał się na południe, żeby przycisnąć kogo 

trzeba. Wspomniał, że on, Malm i ten trzeci mogli teraz stawiać warunki, 

że spodziewa się co najmniej trzy razy wyższych dochodów. Wydaje mi 

się, że naprawdę tam pojechał, bo jak go następnym razem zobaczyłam, 

był   potwornie   wystraszony   i   zdenerwowany.   Powiedział,   że   centrala 

zgodziła się wysłać negocjatora. Zawsze operował takim słownictwem,

jakby   chodziło   o   zwykłe   posunięcia   biznesowe.   Udawał   nawet   przede 

mną,   chociaż   wiedział,   że   wszystko   rozumiem.   Przyjechał   tu   szóstego 

lutego. Tego dnia wychodził co najmniej dziesięć razy, żeby sprawdzić, 

czy negocjator już jest w hotelu. Ja nie mam telefonu. Wspomniał, że to 

będzie decydujące spotkanie i że Malm czeka na wiadomość w Malmó. 

Następnego dnia, siódmego lutego, pamiętam, że była środa, o trzeciej 

wyszedł po raz trzeci i nie wrócił. Koniec, kropka.

-

Hm, może powinniśmy teraz omówić wasze wzajemne relacje.

Kobieta odpowiedziała bez wahania.

background image

-

Mieliśmy   umowę.   Jestem   narkomanką.   To   znaczy,   kiedy   pracuję, 

czasami palę hasz i regularnie biorę hiszpańską fene-drynę, simpatinę i 

centraminę.   Wspaniałe   tabletki,   całkowicie   bezpieczne.  Ale   z   powodu 

wściekłej nagonki na dilerów, było o nie coraz trudniej i cena skoczyła co 

najmniej pięciokrotnie. Po prostu mnie na to nie stać. Kiedy przypadkiem 

zobaczyłam   Bertila   Olofssona   w   Nyhavn,   zahaczyłam   go   o   fenedrynę. 

Pytałam każdego, kto się napatoczył. Powiedział, że, owszem, ma dojście i 

że   ja   mam   coś,   czego   on   szuka:   potrzebuje   mieszkania   na   dwie   noce 

miesięcznie. Wahałam się, bo nie był zbyt rajcowny, ale kiedy się okazało, 

że   nie   zwraca   uwagi   na   kobiety,   dobiliśmy   targu.   Raz   w   miesiącu 

zatrzymywał się u mnie na jedną noc, czasami dłużej, i za każdym razem 

przywoził mi moją miesięczną porcję. Odkąd zniknął, nie biorę tabletek, 

bo, jak mówiłam, są za drogie. I skutek jest taki, że gorzej i wolniej mi się 

pracuje. Z tego punktu widzenia szkoda, że go zabili.

Mansson wyciągnął rękę i wyłączył magnetofon.

-

No, to tyle.

-

Co   to,   do   diabła,   było?   -   Kollberg   nie   krył   zdziwienia.   - 

Słuchowisko?

-

Niezwykle   sprawne   przesłuchanie   -   skomentował   Hammar.   -   Co 

zrobiłeś, żeby mówiła tak swobodnie?

-

Ech, to żadna sztuka - odparł skromnie Mansson.

-

Przepraszam, że o coś spytam - włączył się Melander, wskazując na 

magnetofon cybuchem. - Dlaczego ta kobieta dobrowolnie nie zgłosiła się 

na policję?

-

Jej papiery nie do końca są w porządku. Nic poważnego. Duńczykom 

to nie przeszkadza. Poza tym miała w nosie Olofssona.

background image

-

Genialne przesłuchanie - przyznał po raz drugi Hammar.

-

To właściwie tylko podsumowanie - zauważył Mansson.

-

Słuchaj no - odezwał się Gunvald Larsson. - Czy można zaufać tej 

donnie?

-

Na mur. Najważniejsze... - Mansson urwał, czekając, dopóki wszyscy 

nie   umilkną.   -   Najważniejsze,   że   Olofsson   opuścił   swoje   tymczasowe 

lokum u... w Kopenhadze o trzeciej, w środę, siódmego lutego. Z kimś się 

umówił. Ten ktoś najprawdopodobniej przeprawił się z nim przez Sund 

pod pretekstem spotkania z Malmem, zabił, wpakował do starego rzęcha i 

zepchnął do basenu portowego.

-

Tak - powiedział Martin Beck. - To automatycznie pociąga za sobą 

pytanie, jak Olofsson znalazł się w porcie przemysłowym.

-

Właśnie.   Wiemy,   że   prefect   nie   był   na   chodzie,   od   lat   nikt   nie 

uruchamiał silnika. Wiemy, że ludzie widzieli tego grata w porcie przez 

parę dni, ale nikt się nad tym nie zastanawiał, bo wszędzie poniewiera się 

mnóstwo złomu. Czyli opakowanie było już na miejscu.

-

Kto to zaaranżował? - spytał Kollberg.

-

Chyba   mniej   więcej   wiemy,   kto   to   zaaranżował,   gorzej   z 

odpowiedzią, kto podstawił samochód. Mógł to zrobić Malm. Siedział w 

tym czasie w Malmó i był pod telefonem.

Hammar zaczął się niecierpliwić.

-

Jak Olofsson dostał się do tego portu?

-

Samochodem - odpowiedział Martin Beck.

-

Otóż to - przytaknął Mansson. - Jeśli spotkał się w Kopenhadze z 

tym   dziwolągiem,   który   go   zabił,   znaczyłoby   to,   że   musieli   się 

przeflancować z Kopenhagi do Malmó, czyli skorzystać z promu. Chyba 

background image

że ktoś jest pływakiem długodystansowym i brak mu piątej klepki.

-

Albo leci tranzytem - uzupełnił Kollberg.

-

Owszem, ale ten wariant odpada. Ponieważ przewożenie zwłok jest 

mało   komfortowe,   Olofsson   raczej   odbył   tę   podróż   cały   i   zdrowy.   Na 

promie,   który   zabiera   samochody.   Sprawca   wyjechał   z   Kopenhagi 

samochodem.

-

Dlaczego? - wtrącił się Gunvald Larsson. - Musiał mieć samochód?

-

Chwileczkę.   Postaram   się   streszczać.   Wiemy,   że   Olofsson   i   jego 

zabójca wyjechali z Kopenhagi do Malmó tego samego dnia wieczorem, 

czyli   siódmego   lutego.   Właśnie   zamierzałem   powiedzieć,   jak   do   tego 

doszedłem.

-

Jak do tego doszedłeś? - zapytał Gunvald Larsson.

Mansson obrzucił go znużonym spojrzeniem.

-

Jeśli nie zabił Olofssona w Kopenhadze ani na promie, musiał to 

zrobić   w   Malmó.   Gdzie   w   Malmó?   Przypuszczalnie   w   porcie 

przemysłowym. Jak się dostał do portu przemysłowego? Samochodem, bo, 

niech skonam, inaczej się nie da. Jakim samochodem? Tym, który zabrał z 

Danii.   Dlaczego?   Dlatego,   że   gdyby   był   niespełna   rozumu   i   wziął 

taksówkę albo coś wynajął w Malmó, od razu byśmy o tym wiedzieli.

Powrócił   spokój.   Wszyscy   w   milczeniu   wpatrywali   się   w   Manssona. 

Odrobinę zwolnił tempo.

-

W   związku   z   tym   podjąłem   określone   kroki.   Dwa.   Po   pierwsze, 

zleciłem chłopakom sprawdzenie promów wypływających z Kopenhagi po 

południu i wieczorem siódmego lutego. Okazało się, że kelner z promu 

kolejowego   „Malmóhus"   rozpoznał   Olofssona   na   zdjęciu   i   podał   dość 

dokładny rysopis

background image

towarzyszącego   mu   mężczyzny.   Poza   tym   moi   ludzie   znaleźli   jeszcze 

dwóch świadków, innego kelnera i oficera pokładowego, który odpowiadał 

za   rozmieszczenie   samochodów   i   wagonów   kolejowych   na   deku 

transportowym.   Dlatego   jesteśmy   absolutnie   pewni,   że   za   kwadrans 

dziesiąta   wieczorem   siódmego   lutego   Olofsson   odpłynął   z   portu   w 

Kopenhadze promem kolejowym „Malmóhus", który przybił do Malmó 

kwadrans po jedenastej. Ostatni kurs. Codzienna trasa od lat. Wiemy, że 

był   w   towarzystwie   mężczyzny,   którego   rysopis   za   chwilę   podam.   - 

Mansson   bez   pośpiechu   zmienił   wykałaczkę   i   spojrzał   na   Gunvalda 

Larssona. - Wiemy też, że podróżowali pierwszą klasą, siedzieli w salonie 

dla   palących,   wypili   po   piwie   i   zjedli   po   dwie   kanapki   z   rostbefem   i 

żółtym serem, co zresztą potwierdziło badanie treści żołądka Olofssona.

-

I to go zabiło - mruknął pod nosem Kollberg. - Wypisz, wymaluj 

kanapeczki Szwedzkich Kolei Państwowych.

Hammar poczęstował go morderczym spojrzeniem.

-

Wiemy nawet, przy którym stole siedzieli. I wiemy, że mieli jasnego 

forda taunusa na duńskich numerach. W swoim czasie uzyskamy bliższe 

informacje o samochodzie. A tak w ogóle był jasnoniebieski.

-

Jak... - zaczął Martin Beck i umilkł. - Aha, wynajęty...

-

Uhm.   Towarzysz   Olofssona   nie   zadał   sobie   trudu,   żeby   tłuc   się 

wozem nie wiadomo skąd. Przyleciał do Kopenhagi i wynajął taunusa na 

Kastrup. Powiedział, że nazywa się Cra-vanne, i okazał francuskie prawo 

jazdy i francuski paszport. Zwrócił samochód ósmego lutego, podziękował 

i odleciał. Nie wiemy dokąd ani pod jakim nazwiskiem. Ale chyba wiem, 

gdzie   się   zatrzymał.   W   obskurnym   hoteliku   w   Nyhavn.   Tam 

wylegitymował   się   libańskim   paszportem   jako   Riffi.   Nie   mam   jednak 

background image

stuprocentowej pewności, że to on. W każdym razie osoba o tym nazwisku 

nocowała tam z siódmego na ósmego. Ludzie z Nyhavn nie lubią policji.

-

Czyli wniosek z tego taki, że ten ktoś przyjechał do Kopenhagi, żeby 

zlikwidować Olofssona - skwitował Martin Beck. - Spotkali się siódmego, 

późnym   wieczorem   pojechali   do   Malmó   i...   Zaraz,   powiedziałeś   „po 

pierwsze", a po drugie?

-

Zleciłem powtórkę - flegmatycznie odparł Mansson. -Jeszcze jeden 

rzut   oka   na   forda   prefecta,   żeby   sprawdzić,   jak   wpadł  do   wody.  Sami 

rozumiecie, że dobrze wiedzieć, czego się szuka. Wtedy łatwiej znaleźć.

-

Co znaleźć? - zainteresował się Melander.

-

Ślady zepchnięcia. Mówiłem, że prefect nie mógł się sam stoczyć. 

Więc jak wylądował w wodzie? Stał na wolnym biegu, popchnął go inny 

samochód,   ze   sporą   prędkością,   bo   inaczej   nie   spadłby   tak   daleko   od 

nabrzeża. Od tyłu, zderzak w zderzak. Są ślady na obu samochodach.

-

Ale kto podstawił prefecta do tego pieprzonego portu? -włączył się 

Gunvald Larsson.

-

Wydaje mi się, że Malm go tam przyholował z jakiegoś złomowiska. 

Zatrzymał się jak zwykle w pensjonacie w zachodniej dzielnicy Malmó, 

gdzie przyjechał czwartego lutego.

-

Wobec tego równie dobrze Malm mógł... - zaczął Hammar i umilkł.

-

Nie   -   odparł   Mansson.   -   Malm   miał   lepszy   instynkt 

samozachowawczy niż Olofsson. Siódmego rano wybył jak oparzony do 

Sztokholmu.   To   pewne.   Moim   zdaniem   miał   podstawić   w   określone 

miejsce   samochód,   którego   nie   da   się   namierzyć.   Zlecił   mu   to 

telefonicznie z Kopenhagi Cravanne albo Riffi. Malm to zrobił, ale zdał 

sobie   sprawę,   że   przegięli   i   gra   skończona.   Ktoś   słabo   mówiący   po 

background image

szwedzku dzwonił do niego do pensjonatu siódmego w południe. Usłyszał, 

że   Malm   wyjechał.   Chcecie   teraz   poznać   rysopis?   Żeby   niczego   nie 

przeoczyć, nagrałem wszystko na taśmę.

Mansson zmienił kasetę i włączył magnetofon.

-

Cravanne albo Riffi wygląda na trzydzieści pięć-czter-dzieści lat. Ma 

minimum   sto   sześćdziesiąt   osiem,   maksimum   sto   siedemdziesiąt   dwa 

centymetry wzrostu, waży jak na swój wzrost trochę za dużo z powodu 

krępej, mocnej budowy  ciała. Nie jest gruby. Ma czarne włosy, czarne 

brwi, ciemnobrązowe oczy i zdrowe białe zęby. Czoło dość niskie, linia 

nasady   włosów   jest   niemal   idealnie   równoległa   do   linii   brwi.   Na 

skrzydełku   wyraźnie   zakrzywionego   nosa   ma   bliznę,   którą   odruchowo 

pociera palcem. Albo zadrapanie. Jeśli to zadrapanie, to zdążyło zniknąć 

bez śladu. Ubiera się schludnie i gustownie: garnitur, czarne buty, biała 

koszula i krawat. Zachowuje się spokojnie, z obyciem. Ma ciemny tembr 

głosu i zna co najmniej trzy języki: francuski, przypuszczalnie jego język 

ojczysty, angielski, biegle z francuskim akcentem, i szwedzki, stosunkowo 

dobrze z wyraźnym, obcym akcentem.

Koniec taśmy.

-

No tak - flegmatycznie skonstatował Mansson. - Mówi wam to coś?

Gapili się na niego, jakby zobaczyli ducha.

-

Hm. To byłoby tyle. Na razie. Załatwiliście mi jakiś pokój? Duszno 

tu jak diabli. Przepraszam na chwilę.

Mansson wyszedł na korytarz.

Rónn wstał i ruszył za nim. Większość czasu przesiedział, nie myśląc o 

Olofssonie i gangsterskiej bandzie, tylko o wybitnych talentach Manssona 

do przeszukiwania mieszkań.

background image

Podszedł do niego.

-

Słuchaj, chciałbyś do mnie wpaść na kolację?

-

Jasne - odparł mile zaskoczony Mansson. - Chętnie.

-

No to fajnie.

Choć od zniknięcia wozu strażackiego, który Mats dostał na swoje czwarte 

urodziny, minęły już cztery miesiące i malec chyba o nim zapomniał, Rónn 

nie przestał się zastanawiać, jak

to się stało. Wciąż go czasem szukał, milimetr po milimetrze przepatrując 

całe mieszkanie.

Kiedy  po  raz   enty   podniósł pokrywę  spłuczki  klozetowej,  przypomniał 

sobie słowa Manssona. Blisko pół roku temu szukali ważnej strony raportu 

i Martin Beck spytał, kto jest dobry w rewizjach. Zgłosił się Mansson, 

dokooptowany ze Skanii do udziału w tropieniu masowego mordercy. „Ja - 

powiedział.  -Umiem szukać.  Jeśli  coś  gdzieś  jest,  na  pewno  znajdę".  I 

rzeczywiście znalazł brakującą stronę.

Dzięki tej umiejętności Mansson nie był skazany na samotną kolację w 

taniej jadłodajni i mógł się rozkoszować specjałami kuchni Undy Rónn. 

Lubił dobrze zjeść, był wybredny i potrafił docenić smacznie przyrządzone 

danie.

Już po jajecznicy na chrupiących, dobrze wysmażonych słupkach mięsa 

renifera,   o   kremowej   konsystencji,   którą   sam   zwykł   przyrządzać, 

westchnął   rozanielony,   a   kiedy   na   stole   pojawił   się   półmisek 

złotawobrązowych pardw, pochylił się i głęboko wciągnął powietrze. Co 

za zapach!

-

Hm! Skąd to wytrzasnęliście o tej porze roku?

-

Dostaliśmy od mojego brata z Karesuando - odrzekła Unda. - Często 

background image

poluje. I między innymi zaopatruje nas w mięso renifera.

Rónn podał mu galaretkę z jarzębiny.

-

W zamrażarce mamy całego rena. Z jesiennych odłowów.

-

Chyba bez rogów - powiedział Mansson.

Mats, który wyżebrał miejsce przy stole, parsknął śmiechem.

-

Hi, hi! Logów się nie je. Logi się odcina.

Mansson zmierzwił mu czuprynę.

-

Bystry z ciebie smyk. Kim będziesz, kiedy dorośniesz?

-

Strażakiem.

Mats zeskoczył z krzesła i wybiegł, wyjąc jak wóz strażacki.

Rónn skorzystał z okazji, żeby o wszystkim opowiedzieć.

-

Zaglądałeś pod renifera? - spytał Mansson.

-

Wszędzie zaglądałem. Jak kamień w wodę.

Mansson otarł usta serwetką.

-

Spokojnie, na pewno się znajdzie.

Po kolacji Unda wyprosiła ich z kuchni i podała kawę w dużym pokoju. 

Rónn wyjął butelkę koniaku.

Mats leżał w piżamie przed telewizorem i patrzył z zainteresowaniem na 

poważne   persony,   które   siedziały   na   półokrągłej   kanapie   i   o   czymś 

dyskutowały.

Zabrał głos młody człowiek z mądrą miną.

-

Uważam, że społeczeństwo na wszelkie możliwe sposoby powinno 

przeciwdziałać   rozwodom   par   małżeńskich,   które   posiadają   dzieci,   lub 

powinno je utrudniać, ponieważ dzieci samotnych rodziców mają mniejsze 

poczucie   bezpieczeństwa   od   swoich   rówieśników,   skutkiem   czego   są 

bardziej   podatne   na   uzależnienie   od   alkoholu   bądź   narkotyków   - 

background image

powiedział i zniknął w postaci jasnego punktu z ekranu telewizora, który 

wyłączył Rónn.

-

Brednie   -   skomentował   Mansson.   -   Sam   jestem   najlepszym 

przykładem.   Poznałem   ojca,   kiedy   miałem   przeszło   czterdziestkę.   Od 

pierwszego roku życia wychowywała mnie tylko matka i żadna krzywda 

mi się nie stała. W każdym razie żadna większa krzywda.

-

Odszukałeś ojca po tylu latach?

-

Nic   podobnego.   Po   co?   Poznaliśmy   się   przez   przypadek   w 

monopolowym przy Davidshallstorg. Byłem wtedy aspirantem.

-

Jakie to uczucie spotkać ojca w takich okolicznościach?

-

Praktycznie mało mnie to obeszło. Stałem do kasy, a w kolejce obok 

stał   duży   gość,   siwowłosy,   mojego   wzrostu.   Miał   co   najmniej 

siedemdziesiąt lat, ale świetnie się trzymał. Podszedł do mnie i powiedział: 

„Dzień dobry, to ja jestem

ojcem   aspiranta.   Dużo   razy   myślałem,   żeby   się   przywitać,   kiedy 

widziałem aspiranta w mieście, ale się nie złożyło. Słyszałem, że aspirant 

dobrze sobie radzi".

-

I co ty na to?

-

Nie   bardzo   wiedziałem,   jak   się   zachować.   W   końcu   staruszek 

wyciągnął rękę i się przedstawił: „Jónsson". Powiedziałem: „Mansson" i 

uścisnęliśmy sobie dłonie.

-

Widujecie się od tamtej pory?

-

Czasami na siebie wpadamy. Zawsze uprzejmie się ze mną wita.

Unda przyszła po Matsa, który przysypiał na kolanach Rónna. Wyniosła 

go i po chwili wróciła.

-

Chce, żebyście mu powiedzieli „dobranoc".

background image

Kiedy weszli do pokoju, chłopiec już spał. Mansson fachowo zlustrował 

pomieszczenie, zanim po cichu się wycofali i zamknęli drzwi.

-

Zakładam, że tam szukałeś - odezwał się Mansson.

-

Ba! Przewróciłem jego pokój do góry nogami. I całe mieszkanie. Ale 

rozejrzyj się. Może coś przeoczyłem.

Rónn niczego nie przeoczył. Wszystko wspólnie przepatrzyli i Mansson 

nie znalazł takiego zakamarka, którego Rónn co najmniej kilka razy by nie 

przeszukał. Znów usiedli przy kawie i koniaku w towarzystwie Undy.

-

To naprawdę dziwne - przyznała. - Był przecież całkiem spory.

-

No, miał około trzydziestu centymetrów długości - uściślił Rónn.

-

Mówiłeś, że Mats nie wychodził z domu przez kilka dni, kiedy go 

dostał - powiedział Mansson. - A nie mógł go wyrzucić przez okno?

-

Nie - odparła Unda. - Jak widzisz, wszystkie okna zabezpieczyliśmy 

łańcuszkami, żeby ich nie otworzył. I sami ich nie otwieramy, kiedy kręci 

się w pobliżu.

-

A jak się otworzy na łańcuszku, szpara jest za mała, żeby mógł przez 

nią przecisnąć wóz strażacki - dodał Rónn.

Mansson obracał koniakówkę w dłoniach.

-

Torba na śmieci? Może tam go włożył?

Unda przecząco pokręciła głową.

-

Nie. Stoi w szafce razem z proszkami do prania, drzwiczki mają coś 

w rodzaju blokady.

-

Aha.   -   Mansson   w   zamyśleniu   sączył   koniak.   -   Macie   tu   jakieś 

pomieszczenie na strychu?

-

Nie, w piwnicy - powiedział Rónn.

-

Znosiliście tam jakieś rzeczy, kiedy zniknął wóz strażacki?

background image

Rónn spojrzał na żonę, która pokręciła głową.

-

Nie.

-

Czy coś w tym czasie wynieśliście z mieszkania? Na przykład do 

naprawy? Albo do pralni?

-

Wszystko piorę sama. Mamy pralnię w piwnicy.

-

Może odwiedzili go koledzy i któryś zabrał zabawkę?

-

Nie. Dość długo był przeziębiony i nikt go nie odwiedzał.

-

Czy był tutaj ktoś inny, kto mógłby zabrać wóz strażacki Matsa? - 

spytał Mansson po chwili milczenia.

-

Parę razy wpadły do mnie przyjaciółki - powiedziała Unda. - Ale one 

nie kradną zabawek. Poza tym były tu przed jego urodzinami. Einar zaczął 

szukać jak szalony jeszcze tego samego dnia wieczorem, jak tylko wrócił z 

pracy.

Rónn ponuro przytaknął.

-

Czuję się jak na prawdziwym przesłuchaniu - skonstatowała Unda, 

chichocąc.

-

Uważaj,   bo   pan   inspektor   zaraz   wyciągnie   pałkę   i   przejdzie   do 

trzeciego etapu - uprzedził ją Rónn.

-

Dobrze się zastanówcie. Czy był tutaj ktoś jeszcze po cokolwiek, coś 

przyniósł, chciał odczytać licznik prądu, hydraulik albo inny rzemieślnik?

-

Nie   -   powiedział   Rónn.   -   Przynajmniej   ja   nic   o   tym   nie   wiem. 

Myślisz, że ktoś mógł ukraść zabawkę?

-

Hm, czemu nie? Ludzie kradną dziwne rzeczy. W Malmó pewien 

gość podawał się za pracownika firmy dezynsek-cyjnej Anticimex. Kiedy 

go dorwaliśmy, miał w mieszkaniu sto trzynaście par damskich fig. Nic 

innego   go   nie   interesowało.   Ale   pomyślałem   raczej   o   tym,   że   wóz 

background image

strażacki mógł zostać zabrany przez przypadek, niechcący.

-

Jeśli już, to ty powinnaś coś o tym wiedzieć, Unda, bo siedzisz w 

domu.

-

Właśnie   się   zastanawiam.   Nie   przypominam   sobie   żadnych 

rzemieślników.   Ten,   który   wymieniał   szybę   w   oknie,   był   chyba   dużo 

wcześniej, prawda?

-

No. W lutym.

-

No.   -   Unda   przygryzła   staw   palca   wskazującego.   -   Już   wiem! 

Dozorca odpowietrzał kaloryfery. Parę dni po urodzinach Matsa.

-

Odpowietrzał kaloryfery - powtórzył Rónn. - Nic nie mówiłaś.

-

Wyleciało mi z głowy.

-

Czy   przyniósł   narzędzia?   -   spytał   Mansson.   -   Musiał   mieć   klucz 

francuski albo żabkę. Pamiętasz, czy miał jakąś torbę z narzędziami?

-

Wydaje mi się, że tak, ale nie jestem pewna.

-

Mieszka w tym domu?

-

Uhm, na parterze. Nazywa się Svensson.

Mansson odstawił koniakówkę.

-

Idziemy, Einar. Złożymy wizytę waszemu dozorcy.

Otworzył   im   drobny,   żylasty   mężczyzna   około   sześćdziesiątki,   w 

ciemnych starannie wyprasowanych spodniach i śnieżnobiałej koszuli z 

podwiązkami na rękawach.

Mansson od razu zauważył na szafce torbę z narzędziami.

-

Dobry wieczór, panie Rónn - przywitał się dozorca. -W czym mogę 

pomóc?

Rónn nie bardzo wiedział, jak zacząć.

-

Czy to należy do pana? - spytał Mansson, wskazując na torbę.

background image

-

Tak - odparł zdumiony Svensson.

-

Kiedy była panu ostatnio potrzebna?

-

Hm,   nie   wiem,   jakiś   czas   temu.   Przez   kilka   tygodni   leżałem   w 

szpitalu, zastępował mnie Berg... Dlaczego pan pyta?

-

Czy moglibyśmy do niej zajrzeć?

Dozorca przestawił torbę na stolik przy drzwiach.

-

Proszę. Ale...

Ledwie   Mansson   otworzył   torbę,   dozorca   zapuścił   do   niej   żurawia   i 

osłupiał.   Rónn   podszedł   bliżej.   Między   młotkami,   śrubokrętami   i 

obcęgami połyskiwał czerwony wóz strażacki.

Kilka dni później, we wtorek, trzydziestego lipca, Martin Beck i Kollberg 

siorbali kawę w Vastberdze i na własny użytek podsumowywali wyniki 

śledztwa.

-

Czy Mansson pojechał do domu? - spytał Martin Beck.

-

Tak, wybył w sobotę. Najwyraźniej nie przepada za Sztokholmem.

-

Dał mu się we znaki zeszłej zimy, po masakrze w autobusie.

-

Odwalił kawał dobrej roboty. W życiu bym się tego nie spodziewał 

po takiej ciapie. Jedno mnie zastanawia...

-

No?

Kollberg pokręcił głową.

-

Coś było nie halo z przesłuchaniem tej dziewczyny.

-

Dlaczego tak myślisz?

-

Sam nie wiem. Tak czy inaczej, mamy z głowy tę cholerną sprawę. 

Wszystko jest jasne. Olofsson, Malm i ich fałszerz Karlsson chcieli się 

odłączyć i zacząć na własną rękę.

-

A propos Karlssona, byliśmy  w zakładzie ubezpieczeń, tam gdzie 

background image

pracował, i znaleźliśmy wszystko do podrabiania dokumentów: pieczątki, 

druki   i   tak   dalej.   Trzymał   to   w   szafie.   Szef   jego   oddziału   spakował 

klamoty   do   kartonu,   nie   wiedząc,   co   to   takiego.   Gdybyś   chciał   rzucić 

okiem, mamy je na Kungs-holmsgatan.

-

Był   niezłym   fałszerzem   -   przyznał   Kollberg.   -   No   więc   ci   trzej 

panowie za dużo wiedzieli i dlatego został wysłany Lasal-le vel Riffi vel 

Cravanne... Jak go nazwiemy?

-

Wszystko jedno.

-

Okej, niech będzie Ktokolwiek. Ktokolwiek pojechał do Kopenhagi, 

a stamtąd do Malmó, gdzie sprzątnął Olofssona. Malm się spietrał i dał 

dyla. Potem zatrzymali go gliniarze i...

-

Uhm. I Malm, i Karlsson zostali na finansowym lodzie. Wiedzieli 

albo przeczuwali, co spotkało Olofssona. Byli spłukani, w desperacji, w 

końcu Malm postanowił sprzedać samochód, żeby coś zarobić, i od razu 

wpadł.

-

Co prawda szybko wyszedł, ale to niczego nie zmieniło. On i Sigge 

Karlsson tylko czekali, aż pojawi się Ktokolwiek i ich zlikwiduje. Żyli 

trochę na kredyt.

-

I   Ktokolwiek   rzeczywiście   przyjechał.   Musiał   się   z   nimi   jakoś 

skontaktować,   przypuszczalnie   telefonicznie,   albo   go   wypatrzyli,   jak 

sprawdzał ich adresy. Sigge Karlsson totalnie się załamał i strzelił sobie w 

usta. W nagłym przebłysku świadomości chciał do ciebie zadzwonić, ale 

się rozmyślił.

Martin Beck pokiwał głową.

-

Malm jest w tarapatach, nie przejmuje się, że ktoś może go śledzić, 

idzie do Siggego Karlssona i dowiaduje się, że Karlsson nie żyje.

background image

-

Za wyżebrane miedziaki kupuje piwo, wraca do domu i otwiera gaz. 

Ale   wcześniej   Ktokolwiek,   który   jest   w   mieście,   żeby   zrobić   swoje   i 

szybko   się   ulotnić,   podrzuca   mu   do   łóżka   zmyślne   urządzenie.   Dzień 

później odlatuje Gdziekolwiek. Na

placu boju zostajemy  my. The Keystone Cops. Platfusy. Ty, ja, Rónn i 

Larsson przez pięć miesięcy kręcimy się w kółko, szukając gościa, który 

nie żyje od ponad czterech tygodni, i kogoś o niewiadomym nazwisku, kto 

od początku jest poza naszym zasięgiem. Szczyt idiotyzmu.

-

Może on wróci... - powiedział w zadumie Martin Beck.

-

Optymista. Jego noga nigdy u nas nie postanie.

-

Hm,   nie   byłbym   taki   pewien.   Czy   pomyślałeś,   że   ma   tu   świetne 

wejście, bo mówi po szwedzku?

-

Właśnie. Cholera, gdzie on się nauczył języka?

-

Mógł kiedyś pracować w Szwecji albo trafił do nas w czasie wojny 

jako uchodźca. Tak czy inaczej, na pewno będzie nieoceniony, jeśli firma 

zechce znowu otworzyć sztokholmską filię. Poza tym nie ma pojęcia, że 

wiemy o jego istnieniu. Równie dobrze może się znowu tu pojawić.

Kollberg przekrzywił głowę. Miał sceptyczną minę.

-

A czy ty pomyślałeś o tym, co by było, gdyby wrócił i sam z siebie 

do   nas   przyszedł?   Co   moglibyśmy   mu   udowodnić?   Że   mieszkał   w 

Sundbybergu. To nie jest karalne.

-

Fakt, za pożar go nie wsadzimy, ale jest wplątany w tę historię w 

Malmó. W morderstwo Olofssona.

-

Może i tak, ale to nie nasza broszka. Zresztą on nie wróci.

-

Nie jestem przekonany. Poproszę Interpol i francuską policję, żeby 

mieli oczy otwarte i dali znać, jeśli go gdzieś namierzą.

background image

-

Proś, proś - zgodził się Kollberg i ziewnął.

Rozdział 30

Nieco ponad miesiąc później Lennart Kollberg siedział w swoim pokoju w 

Vastberdze i zastanawiał się, gdzie się podziała pewna siedemnastolatka. 

Ludzie bez przerwy przepadali, zwłaszcza dziewczęta i najczęściej latem. 

Prawie wszystkie się odnajdowały. Niektóre jechały stopem do Nepalu, 

żeby siedzieć z nogami na krzyż i palić opium, niektóre dorabiały, pozując 

do niemieckich świerszczyków, inne wyprawiały się z kumplami na wieś, 

zapominając   o   telefonie   do   domu.   Ale   siedemnastolatka,   która   teraz 

uśmiechała się do niego ze zdjęcia, chyba zaginęła na dobre. Patrzył na nią 

i myślał ze smutkiem, że być może się odnajdzie w nie najlepszym stanie, 

na przykład w Strómmen albo w bajorku w rezerwacie w Nacce.

Martin Beck był na urlopie, a Skacke nie dawał znaku życia, mimo że 

powinien być gdzieś w pobliżu.

Padał ożywczy  letni deszcz, spłukiwał kurz z zieleni, wesoło bębnił w 

okno.

Kollberg   lubił   deszcz,   szczególnie   w   rześkim   wydaniu,   po   dławiącym 

upale. Z przyjemnością patrzył na ołowiane zwały chmur, które od czasu 

do czasu się rozsuwały, przepuszczając wachlarzowate snopy słonecznego 

światła. Pomyślał, że nie-

długo   pojedzie   do  domu,   w  najgorszym  razie   o  wpół  do  szóstej,  czyli 

zważywszy na to, że była sobota, dość późno.

I oczywiście zadzwonił telefon.

-

Cześć, tu Strómgren.

-

Cześć.

-

Odebrałem teleks i nie bardzo wiem, o co chodzi.

background image

-

Jaki teleks?

-

Nadany z Paryża. Właśnie dostałem przekład. „Poszukiwany Lasalle 

prawdopodobnie w drodze z Brukseli do Sztokholmu. Rejs specjalny SN 

X3,   przewidywany   przylot:  Arlanda,   osiemnasta   piętnaście.   Nazwisko: 

Samir Malghagh. Paszport marokański".

Kollberg milczał.

-

Jest do Becka, ale Beck ma wolne. Nic nie rozumiem. A ty?

-

Ja, niestety, rozumiem. Kogo tam macie?

-

U   nas?   Nie   licząc   mnie,   nikogo.   Zadzwonić   do   kryminalnych   z 

Marsty?

-

Gdzie?

Brak odpowiedzi.

-

Spokojna   głowa,   poradzę   sobie.   Powiedziałeś:   „kwadrans   po 

szóstej"?

-

Osiemnasta piętnaście. Tak tu napisali.

Kollberg spojrzał na zegarek. Parę minut po czwartej. Stosunkowo dużo 

czasu.   Nacisnął   widełki   telefonu,   rozłączył   się   i   wybrał   swój   numer 

domowy.

-

Wygląda na to, że będę musiał wyskoczyć na Arlandę.

-

Jasna cholera - zaklęła Gun.

-

Też tak myślę.

-

O której wrócisz?

-

Mam nadzieję, że nie później niż o ósmej.

-

Pospiesz się.

-

Tego możesz być pewna. Cześć!

-

Lennart?

background image

-

Tak?

-

Kocham cię. Cześć!

Nie zdążył nic powiedzieć, bo odłożyła słuchawkę. Uśmiechnął się, wstał i 

wyszedł na korytarz.

-

Skacke!!!

Słyszał tylko deszcz, tym razem mniej przyjemny. Przeszedł całe piętro, 

zanim natknął się na żywą istotę.

-

Gdzie, u diabła, jest Skacke?

-

Gra w nogę - odparł policjant.

-

Co takiego? W godzinach pracy?!

-

Powiedział,   że   to   bardzo   ważny   mecz   i   że   wróci   przed   wpół   do 

szóstej.

-

W jakiej drużynie gra?

-

W policyjnej.

-

Gdzie?

-

Na boisku w Zinkensdamm. Do wpół do szóstej legalnie się zwolnił.

Rzeczywiście   się  zwolnił,  ale   to  niczego  nie   zmieniało.   Nie  bawiła   go 

wyprawa na Arlandę w pojedynkę. Poza tym Skacke był wtajemniczony i 

mógł przejąć pałeczkę, jak tylko Kollberg uściśnie dłoń panu Ktokolwiek. 

Jeśli w ogóle do tego dojdzie. Włożył płaszcz przeciwdeszczowy, zszedł 

do samochodu i pojechał do Zinkensdamm.

Na białych plakatach zobaczył zielony napis: „Sobota 15.00: KS Policja - 

ZS Reymersholm".  Nad kościołem Marii Magdaleny  wisiała przecudna 

tęcza,   a   nad   boiskiem   mżył   kapuśniaczek.   Po   sponiewieranej   murawie 

biegało   dwudziestu   dwóch   przemoczonych   zawodników,   którym   dość 

niemrawo kibicowało około stu osób.

background image

Kollberg   kompletnie   nie   interesował   się   sportem.   Obrzucił   boisko 

bacznym spojrzeniem, podszedł do przeciwległego

dłuższego   boku   i   zauważył   niemundurowego   policjanta,   który   stał 

samotnie przy barierce i nerwowo pocierał dłonie.

-

Jesteś kimś w rodzaju menedżera?

Mężczyzna pokiwał głową, nie odrywając oczu od piłki.

-

No to ściągnij tu zaraz tego typka w pomarańczowej koszulce, który 

się właśnie potknął na piłce.

-

To   niemożliwe.   Wykorzystaliśmy   wszystkie   zmiany.   Absolutnie 

wykluczone. Poza tym zostało tylko dziesięć minut do zakończenia.

-

Ile jest?

-

Trzy dwa dla Policji. Jeśli wygramy ten mecz...

-

No?

-

To możemy wejść do... o, nie... uff... do trzeciej ligi.

Dziesięć minut to nie koniec świata. W dodatku mężczyzna wyglądał na 

tak udręczonego, że Kollberg postanowił go nie dobijać.

-

Dziesięć minut to nie koniec świata - powiedział dobrodusznie.

-

W  dziesięć   minut   dużo   się   może   wydarzyć   -   odparł   złowieszczo 

mężczyzna.

Miał rację. Drużyna w zielonych koszulkach i białych spodenkach strzeliła 

dwie   bramki   i   wygrała,   czemu   towarzyszyły   ochrypłe   wiwaty   starych 

pijaczków i innych weteranów, z których głównie składała się publiczność. 

Skacke dostał kopniaka w nogę i zwalił się jak długi w błotnistą kałużę.

Kiedy Kollberg w końcu do niego dotarł, miał glinę we włosach i sapał jak 

zajeżdżona lokomotywa. Poza tym był kompletnie załamany.

-

Pospiesz   się   -   przynaglił   go   Kollberg.   -   Ktokolwiek   będzie   na 

background image

Arlandzie kwadrans po szóstej. Musimy go przywitać.

Skacke piorunem zniknął w szatni.

Kwadrans   później   siedział   w   samochodzie   obok   Kollberga,   wykąpany, 

uczesany i schludny.

-

Pięknie - mruknął Kollberg. - Żeby dostać takie lanie.

-

Mieliśmy   publikę   przeciwko   sobie   -   powiedział   Skacke.   -   A 

Reymersholm to jeden z najlepszych zespołów w lidze. Co zrobimy z tym 

Lasalle'em?

-

Porozmawiamy.   Szanse   na   przyskrzynienie   są   moim   zdaniem 

minimalne.   Jeśli   go   zgarniemy,   przypuszczalnie   urządzi   niezły   cyrk, 

wsiądzie nam na kark Ministerstwo Spraw Zagranicznych i skończy się na 

tym, że będziemy musieli przepraszać i giąć się w lansadach. Nasza jedyna 

możliwość to  zbić go z pantałyku, żeby  się  odsłonił. Ale jeśli jest tak 

szczwany, jak o nim mówią, na pewno nie da się nabrać. Jeżeli to w ogóle 

on.

-

Jest bardzo groźny, prawda?

-

Tak, podobno tak. Ale nie dla nas.

-

Czy   nie   powinniśmy   go   śledzić,   żeby   zobaczyć,   jakie   ma   plany? 

Myślałeś o tym?

-

Myślałem o tym, ale uważam, że mój pomysł jest lepszy, bo istnieje 

cień szansy, że straci rezon. A jeśli nie, to go przynajmniej nastraszymy. - 

Kollberg umilkł na chwilę. - Jest przebiegły i bezwzględny, ale niezbyt 

rozgarnięty.  I w  tym  nasza  nadzieja.  -  Znów  umilkł,  po czym dodał z 

przekąsem: -Naturalnie większość policjantów też nie grzeszy nadmiarem 

rozumu, więc pod tym względem szanse są wyrównane.

Na  autostradzie   prowadzącej  na   północ   był  duży   ruch,   ale   mieli  sporo 

background image

czasu   i   Kollberg   jechał   z   umiarkowaną   prędkością.   Skacke   zaczął   się 

wiercić.

Kollberg zerknął na niego podejrzliwie.

-

Co ty wyprawiasz?

-

Nie cierpię tej kabury z szelkami.

-

Nosisz pistolet?

-

Jasne.

-

Nawet kiedy grasz w piłkę?

-

No nie, na czas meczu zamykam go w szafce.

-

Cymbał.

Kollberg, odkąd sięgał pamięcią, nie  nosił broni.  Należał do żarliwych 

orędowników całkowitego rozbrojenia policji.

-

Gunvald Larsson ma taki klips, który przypina do paska u spodni - 

powiedział Skacke. - Ciekawe, skąd go wytrzasnął.

-

Pan   Larsson   najchętniej   chodziłby   z   niklowaną   spluwą   smith   & 

wesson   czterdzieści   cztery   magnum   z   rzeźbioną   rękojeścią   z   goncalo 

alves,   o   średnicy   lufy   osiem   i   trzy   ósme   cala,   ze   srebrną   cyzelowaną 

tabliczką imienną.

-

Jest coś takiego?

-

O, tak. Kosztuje przeszło tysiąc koron i waży plus minus półtora kilo.

Milczeli dłuższą chwilę. Skacke siedział sztywno i nerwowo zwilżał wargi 

czubkiem języka.

Kollberg lekko szturchnął go łokciem.

-

Wyluzuj,  chłopaku.  Nic  nadzwyczajnego  się  nie   stanie.   Pamiętasz 

rysopis?

Skacke niepewnie skinął głową i resztę drogi mruczał coś do siebie z miną 

background image

winowajcy.

Samolot   Caravelle   Belgijskich   Linii   Lotniczych   Sabena   wylądował   z 

dziesięciominutowym   opóźnieniem.   Kollberg   ziewał   od   ucha   do   ucha, 

mając serdecznie dosyć Arlandy i zestresowanego młodszego kolegi.

Przez szklane drzwi patrzyli na kołującą maszynę. Kollberg stał tuż przy 

drzwiach,   Skacke   pięć   metrów   dalej,   w   głębi   poczekalni.   Rutyna.   Nie 

musieli tego z sobą uzgadniać.

Pasażerowie opuścili pokład i gęsiego ruszyli do wyjścia.

Kollberg gwizdnął pod nosem. Na rejs specjalny załapał się nie byle kto. 

Pierwszy kroczył przysadzisty brunet w nienagannym ciemnym garniturze, 

śnieżnobiałej koszuli i lśniących czarnych butach. Rosyjski dyplomata na 

eksponowanym   stanowisku.   Kollberg   zapamiętał   go   sprzed   pięciu   lat, 

kiedy przyjechał do Szwecji z oficjalną wizytą. Teraz był jakąś polityczną 

szychą w Paryżu albo w Genewie, albo gdzieś tam. Dwa metry

za nim szła jego piękna małżonka, a cztery metry za nią Sa-mir Malghagh 

vel Lasalle. W każdym razie rysopis się zgadzał. Miał pilśniowy kapelusz i 

niebieski garnitur z szantungu.

Kollberg przepuścił Rosjanina, po czym odruchowo odwrócił głowę, żeby 

rzucić okiem na małżonkę. Była naprawdę ładna. Skrzyżowanie Tatiany 

Samojłowej, Juliette Greco i Gun Kollberg.

To spojrzenie okazało się największą pomyłką w jego życiu.

Skacke źle je zrozumiał.

Kollberg błyskawicznie popatrzył na słynnego Libańczyka, czy kim tam 

teraz był, podniósł prawą dłoń do ronda kapelusza i postąpił pół kroku 

naprzód.

-

Excusez moi, monsieur Malghagh...

background image

Mężczyzna przystanął, pokazał w uśmiechu bielusieńkie zęby i z pytającą 

miną też podniósł prawą dłoń do ronda kapelusza.

W tym momencie Kollberg dostrzegł kącikiem oka, co się święci za jego 

plecami. Skacke zagrodził drogę rosyjskiemu dyplomacie, a ten po prostu 

go   odepchnął,   zapewne   przekonany,   że   ma   do   czynienia   z   natrętnym 

reporterem. Było przecież po praskiej wiośnie, w Czechosłowacji trwał 

kryzys. Skacke się zachwiał, niewiele brakowało, żeby upadł, i wyciągnął 

spod marynarki walthera kaliber 7, 65.

-

Skacke, do jasnej cholery!!! - wrzasnął Kollberg.

Ledwie Malghagh zobaczył pistolet, twarz mu stężała i na

ułamek   sekundy   w   ciemnobrązowych   oczach   pojawiły   się   zdumienie   i 

strach. W jego dłoni błysnął nóż. Pewnie ukrywał go w prawym rękawie, 

pomyślał Kollberg.  Ostrze miało co najmniej dwadzieścia  centymetrów 

długości i półtora centymetra szerokości.

Kollberg w lot pojął, że mężczyzna chce mu podciąć gardło, i tylko dzięki 

wprawie i refleksowi zdążył się osłonić ramieniem. Napastnik z maestrią 

obrócił nóż w dłoni i zaatakował niżej. Kollberg poczuł pchnięcie tuż pod 

żebrami na lewo od przepony. Nóż wszedł jak w masło, pomyślał, zginając 

się wpół, świadomy, co robi i dlaczego. Wiedział, że w ten sposób na kilka 

sekund przyblokuje przeciwnika. Na ile? Pięć, może sześć.

W tym czasie kompletnie ogłupiały Skacke kciukiem odbezpieczył pistolet 

i kiedy Malghagh, czy jak mu tam, wyciągnął nóż po ciosie i Kollberg 

upadł z pochyloną głową, żeby osłonić tętnicę szyjną, wycelował i strzelił.

Trafił Lasalle'a, czy jak mu tam, w klatkę piersiową. Bandzior runął na 

plecy i znieruchomiał na marmurowej posadzce. Nóż wyleciał mu z dłoni.

Wszyscy   znieruchomieli.   Skacke   stał   z   wyprostowaną   ręką,   celując   po 

background image

odrzucie   ukośnie   w  górę,   mężczyzna   w  garniturze   z   szantungu   leżał  z 

rozrzuconymi ramionami, Kollberg, zwinięty w kłębek, przyciskał dłońmi 

okolice przepony. Inni zamarli w niemym osłupieniu.

Po dłuższej chwili Skacke podbiegł do Kollberga i klęknął przy nim z 

pistoletem w ręku.

-

Co z tobą? - spytał zdyszany.

-

Źle.

-

Dlaczego na mnie spojrzałeś? Myślałem...

-

Mało brakowało, żebyś rozpętał trzecią wojnę światową - szepnął 

Kollberg.

Potem oczywiście zapanował chaos, wybuchła panika, ludzie krzyczeli i 

bezładnie się miotali jak zwykle, kiedy jest po wszystkim.

Ale dla Kollberga nie było po wszystkim. W karetce mknącej na sygnale 

do szpitala w Mórby bał się, że to już koniec. Spojrzał na mężczyznę w 

garniturze   z   szantungu   na  noszach   obok.   Leżał  metr  od  niego,   w  jego 

oczach   były   ból   i   śmiertelny   strach.   Usiłował   podnieść   rękę, 

prawdopodobnie   chciał   się   przeżegnać.   Z   miernym   skutkiem.   Ledwie 

drgnęła.

Ha!   Skonasz   przed   ostatnim   namaszczeniem,   pieprzony   mańkucie, 

pomyślał bezbożnie Kollberg.

Miał rację. Mężczyzna zmarł, zanim dojechali do szpitala. Kiedy karetka 

zaczęła zwalniać, opadła mu szczęka, z ust trysnęła krew.

Kollberg panicznie się bał, że umrze. To niesprawiedliwe, pomyślał tuż 

przed utratą przytomności. Guzik mnie obchodziła ta sprawa. Gun czeka...

-

Czy on umrze? - spytał Skacke.

-

Nie - odpowiedział lekarz. - W każdym razie nie z tego powodu. Ale 

background image

będzie mógł panu podziękować dopiero za miesiąc albo dwa.

-

Podziękować?

Skacke pokręcił głową i podszedł do telefonu.

Miał do kogo dzwonić.