background image

ROBERT JORDAN 
    
    
    
CONAN TRYUMFATOR 
    
TYTUŁ ORYGINAŁU: CONAN THE TRIUMPHANT 
PRZEKŁAD ROBERT LIPSKI 
    
Dla Jacques’a Chazaud 
 
PROLOG 
    
   Wielki granitowy pagórek, znany jako Tor Al Kiir, nocą przypominał przyczajoną do skoku 
złowrogą ropuchę. Był otoczony koroną zwalonych ścian i obróconych w ruinę kolumn, a nad 
tym wszystkim krążyły wspomnienia o licznych ophirskich dynastiach, które bez powodzenia 
próbowały tam coś zbudować. Ludzie z dawien dawna zapomnieli, skąd wzięła się nazwa 
owej góry, niemniej uważali to miejsce za pechowe i złowróżbne, wyśmiewając przy tym 
dawnych królów, którzy nie mieli podobnych przeczuć. Śmiech ich wszelako przesycony był 
niepokojem, bowiem góra należała do tych nielicznych miejsc, o których lepiej było nawet 
nie myśleć. 
   Zdawać by się mogło, że toczące się po niebie czarne, burzowe chmury, upodobały sobie tę 
właśnie niezwykłą górę. Były popędzane przez wiatr, którego podmuchy chłostały Janthe, 
rozległe, szczycące się złotymi kopułami i kolumnami z alabastru, miasto na południu. Jednak 
ani gromy, wstrząsające w posadach miejskimi budowlami, ani błyskawice z chmur niby 
płomień ze smoczej paszczy, nie docierały do mrocznego serca Tor Al Kiir. 
   Lady Synelle wiedziała o szalejącej burzy, chociaż jej nie słyszała. To była idealna oprawa 
dla tej nocy. „Niechaj niebiosa rozedrą się na pół — pomyślała — a góry popękają i obrócą 
się w proch, na cześć JEGO powrotu do świata ludzi”. 
   Smukłą sylwetkę kobiety ledwie przesłaniał przepasany złotym łańcuchem, czarny 
jedwabny kaftan, spod którego przebijały cudowne krągłości pełnych jędrnych piersi i bioder. 
Nikt z tych, kto znał ją jako księżniczkę Ophiru, nie zdołałby jej teraz rozpoznać, miała 
ciemne rozpalone oczy, piękne, niczym wyzute z marmuru oblicze, włosy jak utkane z 
platyny, splecione w misterne warkocze i przyozdobione diademem ze złotych ogniw. Na 
wysokości czoła diadem zdobiły cztery rogi oznaczające, iż ta kobieta była Wielką Kapłanką 
boga, któremu zgodziła się służyć. Symbolem kapłaństwa były również bransolety z czarnego 
żelaza, opasujące jej nadgarstki. Tego akurat nie lubiła, gdyż przypominało jej stale, że bóg 
Al Kiir akceptował tylko te służebnice, które godziły się być jego niewolnikami. Czarny 
jedwab, sięgający do kostek, ozdobiony na brzegach złotymi paciorkami, falując ocierał się o 
jej długie, smukłe nogi, gdy boso wiodła niezwykłą procesję w głąb góry, topornie 
wydrążonymi w skale tunelami, oświetlonymi przez pochodnie osadzone w z ciemnym 
żelazie, uformowanym na kształt potwornego, czterorogiego łba. 
   Dwudziestu wojowników w czarnych kolczugach prezentowało się dość niesamowicie. Z 
twarzami ukrytymi pod przyłbicami hełmów, ozdobionych dwoma parami rogów — jedną po 
bokach, a drugą, zakrzywioną opadającą w dół — przypominali bardziej demony z Gehanny 
aniżeli ludzi. Kilony przy ich mieczach również miały kształt czterech rogów. Na piersiach 
mieli wyszyty szkarłatną nicią wizerunek monstrualnego łba. Był on podobny do ozdób 
żelaznych koszy, zwieszających się na łańcuchach z sufitu tuneli. 
   Jeszcze dziwniejsza była kobieta, którą eskortowali. Przyodziana w strój ophirskiej panny 
młodej, miała zgrabnie udrapowane zwoje cienkiego, jasnoniebieskiego jedwabiu, upięte w 

background image

talii złotym sznurem. Długie kruczoczarne włosy sięgały jej do ramion, a w kędziory 
wplecione były białe kwiaty tarli; symbol niewinności. Bose stopy miały świadczyć o pokorze 
i oddaniu. Szła powłócząc nogami, a silne dłonie, brutalnie ściskające za ramiona, 
podtrzymywały ją w pozycji pionowej. 
   — Synelle! — zawołała niewyraźnie ciemnowłosa kobieta. W jej przyćmionym opiatami 
umyśle coś nagle zaczęło świtać. 
   — Gdzie jesteśmy, Synelle? Jak się tu znalazłam? 
   Orszak szedł dalej. Synelle nie dała po sobie poznać, że usłyszała wołanie ciemnowłosej. W 
głębi duszy cieszyła się, że narkotyk przestawał działać. Był niezbędny przy wykradaniu 
kobiety z pałacu w Ianthe i poczynieniu niezbędnych przygotowań, lecz podczas 
nadchodzącej ceremonii jej umysł powinien być czysty. Władza, pomyślała Synelle. W 
Ophirze kobieta nie mogła marzyć o jakiejkolwiek władzy, ale ona tego właśnie pragnęła. 
Mocy i władzy. I zdobędzie je. Mężczyznom wydawało się, że była zadowolona mogąc 
sprawować pieczę nad odziedziczonymi majątkami, które, gdy wyjdzie za mąż, ofiaruje w 
wianie oblubieńcowi. W swym idiotycznym zaślepieniu ani przez chwilę nie pomyśleli o 
królewskiej krwi płynącej w jej żyłach. Gdyby stare prawa nie broniły kobiecie przyjęcia 
korony, byłaby pierwszą pretendentką do tronu bezdzietnego króla, sprawującego obecnie 
rządy w Ianthe. Valdric piastując urząd, przez cały czas nakłaniał swych wiernych lekarzy i 
czarodziejów do znalezienia lekarstwa na wyniszczającą chorobę, która z wolna go zabijała. 
Ani myślał wyznaczyć następcę, jakby nie zdając sobie sprawy, że jeżeli tego nie uczyni, po 
jego śmierci szlachetni lordowie Ophiru rzucą się sobie do gardeł, w walce o tron i schedę. 
   Na pełnych czerwonych ustach Synelle zakwitł uśmiech zadowolenia. Niechaj ci durni 
mężowie puszą się w swych zbrojach i mordują wzajemnie, jak wygłodniałe ogary podczas 
walk w specjalnych jamach. Ockną się ze swego zadufania, by stwierdzić, że Synelle, hrabina 
Asmark, została królową Ophiru. Nauczy ich wtedy służyć, a opornych oćwiczy batogami, 
jak nieposłuszne kundle. 
   Korytarz kończył się wielką, kopulaste sklepioną jaskinią, o której istnieniu większość ludzi 
zdążyła już zapomnieć. Gładką kamienną posadzkę oświetlały stożkowate bierwiona 
osadzone w uchwytach wyrżniętych w litej skale. Jedyną dekoracją w tym pomieszczeniu 
były dwa smukłe drewniane słupy, ozdobione wszechobecnymi wizerunkami rogatego łba. 
Ci, którzy w zamierzchłej przeszłości drążyli ten tunel, nie myśleli o jego wystroju. Miało to 
być więzienie dla twardej jak diament figury o barwie starej krwi, która domino wała w tej 
grocie tak, jak dominowałaby w każdym, największym nawet stworzonym ludzką ręką 
pomieszczeniu. Sprawiała wrażenie posągu, a jednak nim nie była. 
   Masywne ciało wyglądało jak ludzkie, choć było o połowę wyższe od najroślejszego 
mężczyzny. Szerokie dłonie obu rąk miały po sześć zakończonych szponami palców. 
Złowrogą głowę, zwieńczoną rogami, zdobiło troje oczu pozbawionych powiek, pałających 
czernią tak straszną, że zdawała się pochłaniać całe światło. Lekko rozchylone szerokie i 
pozbawione warg usta, ukazywały dziąsła wypełnione rzędami ostrych, jak igły, zębów. 
Potężne ramiona postaci otaczały bransolety i ochraniacze, zdobione jej własnymi 
wizerunkami. W talii ściśnięta była grubym pasem, a na biodrach miała przepaskę z osobliwie 
tkanego złotego materiału. U jednego boku tkwił zwinięty i błyszczący metalicznie czarny 
bicz, u drugiego zaś monstrualny sztylet z rogatymi kilonami. 
   Synelle poczuła, że zapiera jej dech w piersiach, jak za pierwszym razem, gdy ujrzała 
swego boga i za każdym kolejnym spotkaniem. 
   — Przygotujcie narzeczoną Al Kiira — rozkazała. 
   Z gardła kobiety, odzianej w szaty panny młodej, wydobył się zduszony krzyk, gdy dwaj 
eskortujący strażnicy pchnęli ją naprzód. Pospiesznie, nie zwracając uwagi na rzemienie, 
wrzynające się w delikatne ciało, przywiązali ją do dwóch drewnianych słupów. Klęczała 
przed nimi, z rękoma uniesionymi wysoko nad głową. Jej niebieskie oczy nieomal wyszły z 

background image

orbit. Nie była w stanie oderwać wzroku od górującej nad nią, gigantycznej postaci. Gdy 
klęczała z otwartymi w niemym krzyku ustami, sprawiała wrażenie, jakby groza wysączyła z 
niej wszelkie myśli o wzywaniu pomocy czy stawianiu oporu oprawcom. 
   — Taramenon — rzekła Synelle. 
   Usłyszawszy to imię, związana kobieta drgnęła gwałtownie. 
   — On także? — zawołała. — Synelle, co się dzieje? Proszę, powiedz mi to! 
   Synelle nie odpowiedziała. 
   Na to wezwanie kapłanki jeden ze zbrojnych postąpił naprzód, z niewielką, obitą 
mosiądzem szkatułką. Klęknął przed kobietą, która była jednocześnie księżniczką Ophiru i 
kapłanką mrocznego Al Kiira. 
   Wypowiadając niewyraźnie zabezpieczające zaklęcia, Synelle otworzyła szkatułkę i wyjęła 
z niej kolejno kilka przedmiotów. 
   Kapłanka po raz pierwszy usłyszała o Al Kiirze od swojej niani. Opiekunka mówiła o nim 
jak o bogu, pamiętanym jedynie przez garstkę wiernych. Została zwolniona, gdy tylko wyszło 
na jaw, jakie historie opowiada małemu, niewinnemu dziecku. 
   Starucha nie zdążyła wyjawić wiele, zanim ją wydalono. Zdołała jednak zaszczepić w 
Synelle pragnienie potęgi i władzy, otrzymywanej rzekomo przez kapłanki Al Kiira. Synelle 
pożądała też mocy, którą obdarzone były kobiety zaprzedające swe dusze i ciała bogu 
wszelakich żądz, bólu oraz śmierci. Odprawiały one odrażające ceremonie, nakazywane im 
przez złowrogie i wymagające bóstwo. 
   Od tej pory marzyła o władzy i potędze. 
   Księżniczka odwróciła się od szkatułki i trzymając w dłoni małą fiolkę z kryształowym 
korkiem, podeszła do skrępowanej kobiety. Jednym ruchem wyjęła korek i jego wilgotnym 
końcem nakreśliła na ciele ciemnowłosej znak rogów. 
   — To ci pomoże osiągnąć nastrój, który przystoi pannie młodej, Telimo — rzekła 
łagodnym, nieco drwiącym tonem. 
   — Nie rozumiem, Synelle — szepnęła Telima. 
   W jej głosie pojawiła się dziwna zadyszka. Stęknęła i zarzuciła głową, a gęste czarne włosy, 
jak burzowa chmura przesłoniły jej twarz. 
   — Co się dzieje? — Jęknęła. 
   Synelle włożyła fiolkę z powrotem do szkatułki. Używając sproszkowanej krwi i kości 
ponownie nakreśliła ślad rogów, lecz tym razem na podłodze i znacznie większymi znakami. 
Uwięziona kobieta znalazła się w punkcie zetknięcia rogów. Nefrytowa buteleczka zawierała 
krew dziewicy. Synelle musnęła pędzelkiem z włosów dziewicy usta Al Kiira oraz jego 
potężne lędźwie. Teraz pozostało już tylko zaczynać. 
   Synelle wahała się. Nie znosiła tej części rytuału, podobnie jak nienawidziła żelaznych 
bransolet. Jedynymi świadkami ceremonii mieli być strażnicy, gotowi oddać życie dla swej 
pani. Telima zaś i tak już wkrótce przestanie być użyteczna dla świata, a prawdę będzie znać 
tylko ona. 
   Trzeba było to zrobić. Nie miała wyboru. Musiała. 
   Z wahaniem uklękła przed wielką figurą, zaczerpnęła tchu i padła na twarz, rozkładając 
szeroko ręce. 
   — O wielki Al Kiirze — zaintonowała — panie krwi i śmierci, patrz na swą niewolnicę, co 
korzy się przed tobą. Jej ciało należy do ciebie. Twoja jest jej dusza. Przyjmij jej oddanie i 
użyj wedle swojej woli. 
   Rozdygotana wysunęła dłonie, by zacisnąć je na masywnych kostkach posągu, powoli 
poczołgała się do przodu, by ucałować szponiaste stopy. 
   — O wielki Al Kiirze — wyszeptała — panie bólu i żądzy, twoja niewolnica przywiodła ci 
dziś w ofierze oblubienicę. Jej ciało należy do ciebie. Twoja jest jej dusza. Przyjmij jej 
oddanie i użyj wedle swojej woli. 

background image

   W zamierzchłej przeszłości, gdy w miejscu, gdzie dziś jest Acheron postawiono pierwszy 
szałas, w krainie będącej obecnie Ophirem, kult Al Kiira rozkwitał w najlepsze. 
Najdumniejsze i najpiękniejsze kobiety, na żądanie boga składane mu były w ofierze. 
Przyprowadzano mu je całymi orszakami. Odprawiano ceremonie kalające po wieczność 
dusze tych, co je przywiedli i nie dające zapomnieć o mrocznych wspomnieniach tym, którzy 
w nich uczestniczyli. 
   W końcu grupa magów poprzysięgła, że uwolni świat od monstrualnego bóstwa i zjednała 
sobie w tym celu błogosławieństwo Mitry, Ażury oraz wielu innych zapomnianych bogów, 
którzy namaścili ich ciała. Z całej tej grupy ocalał jedynie czarodziej Avanrakash i dzięki 
łasce mocy uwięził Al Kiira poza granicami świata ludzi. To, co znajdowało się w jaskini pod 
Tor Al Kiir, nie było posągiem boga, lecz jego prawdziwym ciałem, uwięzionym od wieków 
w skalnej pułapce. Dwaj wojownicy zdjęli hełmy i wyjęli flety. Wnętrze jaskini wypełniły 
piskliwe, ponure dźwięki muzyki. Dwaj inni ustawili się za plecami klęczącej przy słupach 
kobiety. Pozostali odpięli od pasów pochwy z szerokimi, obosiecznymi mieczami i zaczęli 
wybijać nimi o posadzkę rytm, nadawany przez flety. 
   Synelle podniosła się z gracją, miękkim, wężowym ruchem i zaczęła tańczyć. Jej stopy 
dotykały podłoża równocześnie z uderzeniami mieczów. Poruszała się zwinnie i miękko, jak 
kotka. Każdy krok zgodny był z tradycyjnym, pradawnym układem. Ruchom tancerki 
towarzyszyła pieśń, nucona przez nią w zapomnianym od wieków języku. Wirowała jak 
fryga, a poły szaty unosiły się wysoko, ukazując jej nagie ciało, od talii, aż po kostki. Synelle 
kołysała się i nachylała zmysłowo zza gigantycznego posągu, ku klęczącej kobiecie. 
   Pot zaperlił się na twarzy Telimy, a jej oczy zrobiły się szkliste. Przestała zdawać sobie 
sprawę, gdzie jest, i zaczęła się wić w niewysłowionej ekstazie. Jej oblicze wykrzywił grymas 
rozkoszy zmieszany z przerażeniem, wywołanym świadomością tego doznania. 
   Dłonie Synelle niczym blade ptaki pomknęły ku Telimie, odgarniając kosmyki ciemnych 
włosów z jej twarzy, muskając ramiona i zdzierając jedną z warstw wytwornego stroju 
oblubienicy. 
   Telima krzyknęła, gdy strojący za nią mężczyźni jęli ją chłostać szerokimi rzemieniami, od 
łopatek po pośladki. Spazmatyczne ruchy wywołane były zarówno przez chłostę, jak też przez 
płyn, którym posmarowano jej ciało. Zgodnie z wolą boga, do żądzy dodano bólu. 
   Synelle wciąż tańczyła i śpiewała. Z ciała Telimy zdarto kolejną warstwę cienkiego jak 
mgiełka jedwabiu, a gdy ze słowami pieśni zmieszał się jej krzyk, natychmiast stał się częścią 
zaklęcia. 
   Postać Al Kiira zaczęła nagle wibrować. 
    
   Gdzie nie istniały czas, miejsce ani przestrzeń, coś poruszyło się, na wpół przebudzone z 
długiej drzemki. Macki rozkosznie przyjemnego uczucia zaczęły to pieścić, przerywając 
wątłe nici rytuału. Ale dokąd? Był taki czas, że jego pragnienie zaspokajano z pełnym 
oddaniem. Przyprowadzano doń mnóstwo kobiet. Ich duch pozostawał żywotny przez 
nieskończone stulecia, przyodziany w wiecznie młode powłoki cielesne, ku uciesze i radości 
boga, lubującego się w bólu i żądzach zmysłowych. Pojawiły się wspomnienia, przebłyski, 
ulotne niczym sny. Pośrodku wiecznej nicości powstała nagle rozległa podłoga. Mnóstwo 
kobiet, zrodzonych przed dziewięcioma tysiącami lat, tańczyło nago. One wszelako były 
zaledwie nieciekawymi powłokami. Nawet bóg nie był w stanie utrzymywać kruchych, 
ludzkich jaźni w nieskończoność. Tancerki zniknęły. Skąd pochodziły te doznania, tak 
ostatnimi czasy częste, po nieskończonych się stuleciach pustki, przynoszące ze sobą irytujące 
wspomnienia tego, co zostało utracone? Nie sposób było określić kierunku. Uformowała się 
osłona i pojawił się błogosławiony spokój. Wraz z nim powrócił sen. 
    

background image

   Synelle osunęła się na kamienne podłoże, dysząc ze zmęczenia. W jaskini nie było słychać 
niczego, oprócz szlochów wychłostanej ciemnowłosej piękności, klęczącej nago, między 
dwoma drewnianymi słupami. 
   Kapłanka z trudem podniosła się z ziemi. Znów jej się nie udało. To już kolejny raz. Tak 
wiele przeżyła porażek. Chwiejnym krokiem podeszła do szkatułki, lecz jej dłoń pewnie 
zacisnęła się na rękojeści sztyletu, który był małą repliką noża zwieszającego się u pasa Al 
Kirra. 
   — Taramenonie, misa — rozkazała Synelle. 
   Ceremonia nie przebiegła pomyślnie, niemniej trzeba było doprowadzić ją do końca. 
   Telima jęknęła, gdy Synelle schwyciła jej włosy i odchyliła głowę. 
   — Proszę — zaszlochała. 
   Płacz dziewczyny ucichł, gdy ostrze noża podcięło jej gardło. Wojownik, który wcześniej 
przyniósł szkatułkę, podstawił misę pod buchającą z rany krew. 
   Synelle patrzyła obojętnie, jak lęk w oczach Telimy zamienia się w szklisty spokój śmierci. 
Kapłanka rozmyślała o przyszłości. Jeszcze jedna pomyłka, jak wiele innych w przeszłości. 
Musi kontynuować swą misję, nawet gdyby w tej komnacie miało umrzeć tysiąc kobiet. 
Sprowadzi Al Kiira z powrotem do świata ludzi. Nie spojrzawszy więcej na martwą kobietę, 
odwróciła się, by dokończyć ceremonię. 
 

    
   Długi tabor zbliżający się do wysokich, zwieńczonych blankami, granitowych murów 
Ianthe przemierzał kraj, w którym najwyraźniej nie panował wewnętrzny spokój. Cztery 
dziesiątki konnych w spiczastych hełmach i ciemnoniebieskich wełnianych, poszarzałych od 
kurzu płaszczach, jechały gęsiego, po obu stronach kolumny powolnych, jucznych mułów. 
Nawet tu, na przedmurzach stolicy, wojownicy bacznie rozglądali się na wszystkie strony. 
Połowa z nich wciąż trzymała w gotowości krótkie łuki, do strzelania z siodła. Spoceni 
poganiacze zaczęli energiczniej popędzać muły, gdy cel ich wędrówki znalazł się już w polu 
widzenia. 
   Jedynie dowódca straży, o potężnych barach, rozsadzających niemal ogniwa metalowej 
kolczugi, nie wyglądał na przejętego. W jego lodowato–niebieskich oczach nie było ani krzty 
zaniepokojenia, tak wyrazistego w spojrzeniach innych gwardzistów. Jednak podobnie jak 
oni, bacznie lustrował otoczenie. Odkąd wyruszyli z kopalni złota i drogich kamieni, na 
granicy nemedyjskiej, ich tabor był trzykrotnie atakowany. Dwakroć czujne barbarzyńskie 
zmysły wypatrzyły pułapkę, nim zdążyli w nią wpaść. Za trzecim razem atakujący ich ustąpili 
przed zaciekłymi ciosami obosiecznego, prostego miecza dowódcy. W srogich górach jego 
rodzinnej Cymmerii ludzie, którzy nie potrafili unikać zasadzek, nie dożywali starości. Tam 
właśnie poznał smak walki i zasłużył na miejsce przy ognisku, wśród wojowników, podczas 
gdy jego rówieśnicy przesiadywali jeszcze na kolanach u swoich ojców. 
   Tabor zatrzymał się przed północnowschodnią bramą Ianthe, zwaną Złotą. 
   — Otworzyć bramy! — krzyknął dowódca. 
   Ściągnął hełm, ukazując gęstą grzywę równo przyciętych, czarnych włosów. Jego młode 
oblicze zdradzało mnogość najróżniejszych doświadczeń, obcych większości mężczyzn w 
tym wieku. 
   — Czy wyglądamy jak łupieżcy? Oby Mitra pozbawił was męskości, otworzyć bramy! 
   U szczytu muru pojawiła się głowa w stalowym szyszaku. Mężczyzna miał złamany nos i 
krótką bródkę. 
   — To ty, Conanie? — Odwrócił się, by zawołać: — Otworzyć bramę! 
   Prawe skrzydło obitej żelazem bramy uchyliło się powoli z głośnym skrzypieniem. Conan 
na swym czarnym, aquilońskim ogierze, wjechał do miasta galopem, z trudem mieszcząc się 

background image

w prześwicie, jeszcze nie do końca otwartych wrót. Gdy tylko ostatni juczny muł znalazł się 
za bramą, natychmiast zaczęli ją zamykać zbrojni w kolczugi wojowie. Wielkie drewniane 
skrzydła zawarły się z głuchym łoskotem, a po chwili zablokowała je ogromna, kanciasta 
sztaba. 
   Wojownik, z którym rozmawiał dowódca, pojawił się z szyszakiem pod pachą. 
   — Powinienem był rozpoznać was, po tych przeklętych wschodnich hełmach, 
Cymmerianinie — zaśmiał się. — Wasza Wolna Kompania zyskała sobie naprawdę 
olbrzymią sławę. 
   — Czemu zamykacie bramy, Juniusie? — rzucił Conan. — Do zmierzchu będzie jeszcze 
dobre trzy godziny. 
   — Rozkazy. Może dzięki temu nie wpuścimy do miasta niepożądanych kłopotów. — Junius 
rozejrzał się dookoła i zniżył głos. — Byłoby lepiej, gdyby Valdric umarł jak najrychlej. 
Wówczas hrabia Tiberio mógłby położyć kres wszystkim sporom i waśniom. 
   — Sądziłem, że generał Iskandrian trzyma armię z dala od tych rozgrywek — odparł 
chłodnym tonem Conan. — Ale może ty sam zdecydowałeś się opowiedzieć po którejś 
stronie. 
   Wojak ze złamanym nosem cofnął się i nerwowo oblizał wargi. 
   — Tak tylko mówię — wymamrotał. Nagle wyprężył się, a w jego głosie zabrzmiała 
buńczuczna, złowroga nuta. — Lepiej już jedź, Cymmerianinie. Nawet miejscowym nie 
wolno wałęsać się w pobliżu bramy, a co dopiero najemnym żołdakom. 
   Zdecydowanym ruchem, jakby dla dodania sobie autorytetu, nasadził szyszak na głowę. A 
może po prostu zmroziło go przenikliwe spojrzenie Cymmerianina. 
   Zdegustowany Conan mruknął coś pod nosem. Dźgnął piętami boki rumaka i pogalopował 
w ślad za drużyną. Jak dotąd Iskandrianowi, przez jednych zwanemu Białym Orłem Ophiru, a 
przez innych najlepszym generałem swojej epoki — udawało się ocalić Ophir przed pożogą 
wojny domowej. Robił to, utrzymując armię w lojalności wobec Valdrica, chociaż sam król 
zdawał się o tym nie wiedzieć, ba, nie był nawet świadom, że jego państwo balansowało na 
granicy totalnej zagłady. Jeśli jednak staremu generałowi wojsko wymykało się spod 
kontroli… 
   Conan skrzywił się i pojechał dalej. Nie przepadał za podstępnymi gierkami w walce o 
królewski tron, lecz dla bezpieczeństwa własnego i swojej kompanii zmuszony był jak 
najlepiej zrozumieć. 
   Postronny obserwator nie był w stanie zorientować się, że w obrębie murów Ianthe 
prywatne armie notabli prowadzą między sobą cichą i bezlitosną wojnę podjazdową. Wąskie 
mroczne uliczki i rozległe skwery roiły się od zagonionych ludzi; kupców w wytwornych 
strojach, nędzarzy w łachmanach, dam w jedwabiach, robiących zakupy w otoczeniu świty, 
niosących wielkie kosze służących, napuszonych młodych dziedziców w satynach i 
brokatach, wielmożów przytykających do nosów kulki pachnideł, by zabić wszechobecny 
odór nieczystości, oraz zadziornych czeladników flirtujących, miast pracować, z młodymi 
dziewkami niosącymi kosze pełne pomarańczy, granatów, gruszek i śliwek. Na każdym rogu 
przykucali odziani w łachmany żebracy. Przed ich ślepymi oczami i nad nieudolnie 
obandażowanymi kikutami kończyn unosiły się roje much. Liczba tych oczekujących na 
zmiłowanie rosła w miarę, jak przeróżne kłopoty sprowadzały do miasta coraz więcej 
mieszkańców z okolicznych wiosek i farm. Nierządnice stąpały lubieżnie, pobrzękując 
złotymi łańcuchami i prężąc zmysłowo swe gibkie ciała, przyodziane w bardziej lub mniej 
skąpe jedwabie. Przystawały w prowokujących pozach przed kolumnami pałaców, a nawet na 
szerokich marmurowych stopniach świątyń. 
   Jednak w tym tłumie można było dostrzec coś, co przeczyło pozorom normalności. 
Rumieniec na obliczu, które powinno wydawać się spokojne. Przyspieszony oddech, choć 
nikt się nie spieszył. Nerwowo rzucane spojrzenia, bez widocznych powodów owej 

background image

podejrzliwości. Świadomość tego, co działo się za murami, kładła się mrocznym cieniem na 
całym Ianthe. Choć powszechnie starano się temu zaprzeczać, to wszyscy mieszkańcy lękali 
się, że wkrótce piekło może rozgorzeć w samym mieście. 
   Conan dogonił tabor, który wolno przedzierał się wśród tłumów. Zrównał się ze swym 
porucznikiem, brodatym Nemedyjczykiem. Żołnierz ów musiał ongiś wybierać między 
dezercją z szeregów Straży Miejskiej Belverusu a daniem gardła za zbyt gorliwe 
wykonywanie rozkazów, co okazało się zgubne dla tamtejszego lorda. 
   — Bądź czujny, Machaonie — rzekł Cymmerianin. — Gdyby ci ludzie wiedzieli, co 
wieziemy, mogliby próbować ataku na nas. 
   Machaon splunął. Osłona nosowa jego hełmu nie zakrywała długiej szpetnej szramy, 
przecinającej szeroki nos. Lewy policzek mężczyzny zdobił niebieski tatuaż, przedstawiający 
sześcioramienną kothyjską gwiazdę. 
   — Sam zapłaciłbym sporą sumkę w srebrze, by dowiedzieć się jakim cudem baron Timeon 
zdobył tę dostawę. Nie sądziłem, że nasz gruby zleceniodawca ma jakiekolwiek związki z 
kopalniami. 
   — Nie ma. Zostanie mu trochę złota i może kilka drogich kamieni, reszta trafi gdzie indziej. 
   Ciemnooki weteran rzucił Conanowi pytające spojrzenie, lecz dowódca nie powiedział nic 
więcej. Cymmerianin bez większego trudu zorientował się, że Timeon był jedynie narzędziem 
hrabiego Antimidesa. Ten zaś był chyba jednym z niewielu lordów Ophiru, którzy nie 
spiskowali, by przejąć tron po śmierci obecnego króla. Nie powinien więc mieć sekretnych 
popleczników, a ponieważ było inaczej, to oznaczało, że rozgrywał bardziej złożoną grę, niż 
się komukolwiek zdawało. Antimides bowiem również nie miał żadnych związków z 
kopalniami, a co za tym idzie, nie powinien był otrzymać lwiej części transportu w postaci 
złotych sztab i kufrów pełnych szmaragdów i rubinów. Był to kolejny powód, by człek 
roztropny trzymał język za zębami, póki nie zorientuje się lepiej w sytuacji. Niemniej taki 
stan rzeczy drażnił popędliwego i dumnego młodego Cymmerianina. Dzięki zrządzeniu losu, 
choć nie bez własnych zasług, zdobył w Nemedii przywództwo Wolnej Kompanii. Już w rok 
od przekroczenia granicy Ophiru, cieszyła się ona do skonała reputacją. Konni łucznicy 
kompanii znani byli z waleczności i niezwykłych umiejętności swego przywódcy. Szanowali 
ich nawet ci, którzy mieli powody do nienawiści. Długa i żmudna była droga Conana od 
profesji złodzieja, we wczesnej młodości, do rangi dowódcy oddziału najemników, w wieku, 
kiedy większość mężczyzn mogłaby o tym jedynie marzyć. Była to, jak uznał barbarzyńca, 
wędrówka ku wolności, nigdy bowiem nie znosił wysłuchiwania rozkazów. Tu wszelako był 
pionkiem w grze człowieka, którego nawet nie znał i ta sytuacja nie zadowalała go. 
   Gdy ujrzeli przed sobą pałac Timeona — a była to pretensjonalnie zdobiona, otoczona 
kolumnami bryła białego marmuru z szerokimi schodami, wciśnięta pomiędzy świątynię 
Mitry i zakład garncarski — Conan nagle zsunął się z siodła i cisnął swój hełm oraz wodze 
zdezorientowanemu Machaonowi. 
   — Gdy tylko to wszystko znajdzie się bezpieczne w piwnicznych skarbcach — rzucił 
swemu przybocznemu — daj ludziom, którzy z nami przyjechali, czas wolny do świtu. Niech 
się zabawią. Zasłużyli na to. 
   — Baronowi może się nie spodobać, że opuszczasz tabor, zanim całe złoto zostanie 
wyładowane i umieszczone pod kluczem. 
   Conan pokręcił głową. 
   — Gdybym spotkał się z nim teraz, mógłbym nieopatrznie rzec coś, co lepiej pozostawić 
nie wypowiedziane. 
   — Pewnie będzie tak zajęty swoją nową kochanką, że nawet nie starczy mu czasu, by 
zamienić z tobą dwa słowa. 

background image

   Jeden z członków drużyny, który stał za nimi wybuchnął śmiechem. Był to zdumiewający 
dźwięk, zważywszy iż mężczyzna ów miał ogólnie posępny wygląd. Wydawał się niezwykle 
chudy i wynędzniały, jakby jego ciało trawiła jakaś wyniszczająca choroba. 
   — Timeon miał prawie tyle kobiet co ty, Machaonie — mruknął. — Ale on jest 
przynajmniej bogaty. Zupełnie nie pojmuję, jak ty to robisz. 
   — Gdybyś mniej czasu marnotrawił na grach hazardowych, Narusie — odpowiedział 
Machaon — a więcej polował, być może poznałbyś moje sekrety. A może to dlatego, że nie 
jestem tak kościsty, jak ty. 
   Kilku drużynników wybuchnęło gromkim śmiechem. Narus nie mógł narzekać na 
powodzenie u kobiet. Wszystkie pragnęły go choć trochę podtuczyć i sprawić, by doszedł do 
zdrowia. 
   — Machaon ma dość kobiet, by starczyło dla pięciu mężów — zaśmiał się Tarianus, 
szczupły, ciemnowłosy Ophirczyk. — Narus podrywa za dziesięciu, a Conan za dwudziestu. 
   Tarianus był jednym z tych, którzy dołączyli do kompanii, gdy tylko przybyła do Ophiru. Z 
dwudziestki zostało ich dziewięciu. Jednych zabrała śmierć, innych po prostu zmęczył ciągły 
widok krwi i nieustające zagrożenie. 
   Conan zaczekał, aż śmiech całkiem ucichnie. 
   — Jeśli Timeon ma nową kochankę, a to przecież koniecznie, by mógł wrócić do formy, 
prawdopodobnie w ogóle nie zwróci uwagi, czy jestem w taborze. Zajmij się wszystkim, 
Machaonie. 
   Nie czekając na odpowiedź Cymmerianin wmieszał się w tłum. 
   Chciał trzymać się z dala od Timeona, dopóki nie poprawi mu się nastrój. Poza tym nie 
bardzo wiedział, czego szuka. Może kobiety. Będąc osiem dni w siodle w drodze do kopalni i 
z powrotem, pomijając bezzębne staruchy, nie spotkał żadnej dziewki, na której mógłby 
zawiesić oko. W kopalni nie było miejsca dla kobiet. Mężczyzn skazanych na dożywotnie 
drążenie skał i tak trudno było utrzymać w ryzach, a co dopiero, gdyby jakaś ponętna 
niewiasta zaczęła kusić ich swymi wdziękami. 
   Zdecydował się zatem na kobietę, lecz nie było to nic pilnego. Na razie będzie się po prostu 
wałęsał i przepłukiwał gardło w tutejszych oberżach, wśród zgiełku miasta, tak odmiennego, 
od jawnej grozy szalejącej w najlepsze poza warownymi murami. 
   Ophir, prastare królestwo, istniał obok imperium czarnoksiężników, zwanego Acheronem, 
które z górą trzy tysiąclecia temu obróciło się w proch. Był też jedną z nielicznych krain, 
które oparły się podbojowi mrocznych hord owego mocarstwa. Prawdopodobnie w 
przeszłości stolica Ianthe była starannie i przemyślnie wzniesionym miastem, z wyraźnie 
zarysowanymi i odrębnymi dzielnicami, lecz w miarę upływu lat wielka metropolia 
spiczastych wieżyc i pałaców o złotych kopułach rozrosła się i uległa wielkim przemianom. 
Pojawiło się mnóstwo nowych, krętych uliczek, a na każdej większej wolnej przestrzeni 
powstały nowe budynki. Marmurowe świątynie z nieskończonymi rzędami kolumnad, 
milczące, jeśli nie liczyć płynących z ich wnętrza pieśni kapłanów oraz wiernych, wciśnięte 
były pomiędzy murowane ściany zamtuzów i kuźni wypełnionych brzękiem kowalskich 
młotów. Marmury i alabastry posesji wielmożów graniczyły z szorstkimi belkami ścian 
oberży i warsztatów snycerzy. Miasto posiadało kanalizację, lecz zwykle nieczystości, po 
wylaniu ich do rynsztoka, zalegały tam, wraz z błotem i brudem, których na ulicach nie 
brakowało. Mimo ohydnego odoru i ciasnoty uliczek, mimo lęków trawiących to miasto, 
cieszyło się ono pełnią życia. 
   Nierządnica opleciona w talii paskiem z monet, z którego zwieszał się wąski skrawek 
jedwabiu, uśmiechnęła się zapraszająco do postawnego młodzieńca, przeczesując palcami 
gęste kędzierzawe, ciemne włosy, wypinając krągłe piersi i oblizując, na widok szerokich 
barów Cymmerianina, czerwone zmysłowe usta. Conan odpowiedział jej uśmiechem, od 
którego aż zadygotała. Pomyślał, że może jeszcze do niej wróci, lecz teraz pomaszerował 

background image

dalej, odprowadzany smętnym spojrzeniem kobiety. Rzuciwszy monetę sprzedawczyni 
owoców, zgarnął garść śliwek, by je natychmiast zjeść. Po drodze wrzucał pestki do 
zauważonych przy chodniku otworów kanalizacyjnych. 
   Przy kramie płatnerza przyglądał się przez chwilę bacznym okiem znawcy ostrym klingom. 
Jak dotąd nie napotkał miecza, który mógłby się równać jego orężowi, pradawnemu mieczowi 
Atlanto w, spoczywającemu, jak zawsze, w pochwie z wytartej skóry, u jego boku. Zaczęły 
go nachodzić myśli o kobiecie, wspomnienie ud nierządnicy. Może powinien znaleźć sobie 
dziewkę nieco szybciej, niż zakładał. 
   U złotnika kupił mosiężny pozłacany naszyjnik z bursztynami. Powinien dobrze wyglądać 
na szyi tej kędzierzawej, ciemnowłosej dziewki, albo na szyi jakiejś innej, równie atrakcyjnej 
ladacznicy. Biżuteria, kwiaty i perfumy były, jak zdołał się niejednokrotnie przekonać, 
najlepszymi sposobami na zdobycie kobiety, czy to pospolitej dziewki sprzedajnej, czy córy 
zamożnego notabla. Były lepsze nawet od mieszka złota, choć ladacznica, rzecz jasna, nie 
zrezygnowałaby dla nich z umówionej zapłaty. Perfumy nabył u jednookiego handlarza, który 
trzymał swe towary na tacy zawieszonej na chudej, jak patyk szyi. Buteleczka zawierała płyn 
pachnący różami. 
   Teraz był już gotowy. 
   Wypatrywał otworu kanału, by cisnąć doń ostatnią pestkę. Nagle jego wzrok padł na beczkę 
stojącą przed warsztatem rzemieślnika wytwarzającego wyroby z mosiądzu. Była wypełniona 
kawałkami mosiądzu i spiżu, czekającymi zapewne na przetopienie. Wśród tych metalowych 
szczątków leżała spiżowa figurka długości jego przedramienia, najwyraźniej dość stara, bo 
pokryta śniedzią. Statuetka przedstawiała potwora z czterema rogami, o szerokiej, płaskiej 
głowie trojgiem oczu i szparą ust wypełnionych cienkimi jak igły zębami. 
   Conan zachichotał i przyjrzał się baczniej posążkowi. Było to zaiste nie lada 
szkaradzieństwo. W dodatku nagie i bez wątpienia rodzaju męskiego. Idealny podarek dla 
Machaona. 
   — Widzę, że jesteście, panie, prawdziwym koneserem sztuki. To jedno z moich najlepszych 
dzieł. 
   Conan zmierzył wzrokiem uśmiechniętego, przysadzistego małego człowieczka, który 
pojawił się w drzwiach warsztatu, składając pulchne dłonie na pokaźnym brzuszku, opiętym 
materiałem żółtej tuniki. 
   — Jedno z twych najlepszych dzieł, powiadasz? — W głosie Cymmerianina wyraźnie 
pobrzmiewało rozbawienie. — I tak sobie leży na stercie śmieci? 
   — To przez pomyłkę, szlachetny panie. Mój czeladnik, rozumiecie, to nicpoń i obibok, nie 
rozumie, co się do niego mówi. — Majster przyjął ton przesyconego smutkiem gniewu. 
   — Ani chybi oćwiczę go za to pasem. Jedyne dwie sztuki złota i możecie… 
   Conan przerwał mu, unosząc dłoń. 
   — Jeszcze jedno kłamstwo, i w ogóle niczego nie kupię. Jeśli masz mi do powiedzenia coś 
sensownego, mów, jeżeli nie, to milcz. 
   — Powiadam wam, dostojny panie, ta figurka warta jest co najmniej… 
   Conan odwrócił się na pięcie, a rzemieślnik aż jęknął, głośno. 
   — Panie, proszę zaczekajcie! Na Mitrę, powiem wam prawdę! 
   Conan zatrzymał się i obejrzał przez ramię, z udawanym powątpiewaniem. Pomyślał, że ten 
kupiec nie wytrwałby nawet jednego dnia wśród sprzedawców ulicznych z turami. 
   Choć dzień był chłodny na twarzy tłuściocha zaperlił się pot. 
   — Proszę, szlachetny panie. Wejdźcie do mego składu, porozmawiamy. Proszę. 
   Conan pozwolił wprowadzić się do środka, wciąż udając wahanie, lecz nim przestąpił próg, 
wyłuskał figurkę z beczki. Wewnątrz warsztatu znajdowały się stoły z wyłożonymi na nich 
dziełami rzemieślnika. Na półkach stały misy, wazy, dzbanki i kielichy najróżniejszych 

background image

kształtów i wielkości. Postawny Cymmerianin położył posążek na stole, który aż zaskrzypiał 
pod jego ciężarem. 
   — A teraz — oznajmił. — Podaj mi cenę. I ani słowa o złocie za coś, co zamierzałeś 
przetopić. 
   Na pulchnym obliczu handlarza skąpstwo walczyło z obawą utraty klienta. 
   — Dziesięć sztuk srebra — rzekł w końcu, wysilając się na przymilny uśmiech. 
   Conan z namaszczeniem wyjął z sakiewki pojedynczą sztukę srebra i położył na stole. 
Następnie, skrzyżowawszy ręce na piersiach, czekał w milczeniu. 
   Usta tłuściocha poruszały się przez chwilę bezgłośnie, a jego głowa wykonywała 
energiczne, przeczące ruchy, lecz w końcu handlarz uległ i z westchnieniem pokiwał głową. 
   — Jest wasza — wymamrotał z goryczą. — Za jedną sztukę srebra. Tyle jest warta i na 
dodatek oszczędzę sobie zachodu przetapiania. Ale wiedzcie, że ona przynosi pecha. Dał mi 
ją wieśniak pragnący uwolnić się od nękających go nieszczęść. Wykopał ją na swoim polu. 
   Stary spiż zawsze dobrze się sprzedawał, ale tego nikt jakoś nie chciał. Zresztą odkąd mam 
ją w swoim składzie, mnie również szczęście przestało dopisywać. Jedna z moich córek jest 
brzemienna, lecz niezamężna, druga zadaje się ze stręczycielem, który kupczy jej wdziękami 
trzy domy stąd. Żona odeszła z furmanem. Ze zwykłym furmanem. Powiadam wam, panie, ta 
rzecz… 
   Zamilkł, uświadomiwszy sobie, że odwodzi potencjalnego nabywcę od dokonania zakupu. 
Pospiesznie zgarnął ze stołu sztukę srebra i ukrył za pazuchą. 
   — Jest wasza, za sztukę srebra, szlachetny panie, a to okazja, jakich mało. 
   — Skoro tak twierdzisz — mruknął Conan. — Ale daj mi coś, w co mógłbym to zawinąć. 
Nie chciałbym nieść tego ot tak, przez całe miasto. 
   Spojrzał na posążek i uśmiechnął się, wyobraziwszy sobie wyraz twarzy Machaona, gdy 
podaruje mu statuetkę. 
   — Na widok tego zapłoniłaby się nawet najbardziej wyuzdana dziewka sprzedajna. 
   Kiedy handlarz znikł na tyłach składu, do środka weszło dwóch krępych mężczyzn w 
niegdyś wytwornych, lecz obecnie zaniedbanych strojach miejscowych notabli. Jeden, 
noszący zabrudzoną tunikę z czerwonego brokatu, nie miał nosa ani małżowin usznych, co 
było powszechnie stosowaną karą za pierwsze i powtórne przyłapanie na kradzieży. Za 
następne zostanie zesłany do kopalni. Drugi, łysy o gęstej czarnej brodzie, nosił postrzępiony 
wełniany płaszcz, który niegdyś musiał być ozdobiony złotą lub srebrną lamówką, teraz 
jednak znikł po niej wszelki ślad. Ich wzrok natychmiast podążył ku spiżowej figurce na 
stole. Conan spojrzał na nowo przybyłych. Przynajmniej ich miecze były dobrze utrzymane, a 
owijki rękojeści wyglądały na wytarte, jakby od częstego używania. 
   — Słucham? — spytał właściciel składu, wracając z szarym, pokaźnym workiem w ręku. 
Nie nazwał tych dwóch „szlachetnymi panami”. 
   — Chcę ten posążek — burknął bezuchy, wskazując dłonią spiżową statuetkę. 
   — Dam jedną sztukę złota. 
   Handlarz zakrztusił się, i aż splunął, spoglądając znacząco na Cymmerianina. 
   — Jest mój — odparł ze spokojem Cymmerianin. — Nie zamierzam go sprzedawać. 
   — Dwie sztuki złota — rzucił bezuchy. 
   Conan pokręcił głową. 
   — Pięć — zaproponował łysy. 
   Bezuchy spiorunował go wzrokiem. 
   — Chcesz, to oddaj swoją zapłatę, ale od mojej ci wara! Wiem już, jaką cenę zaproponuję 
temu osłu! — obrócił się na pięcie, jednocześnie dobywając miecza. 
   Conan nie sięgnął po swój oręż. Schwyciwszy posążek cisnął nim w bok. Trzask 
pękających kości towarzyszył wrzaskowi bezuchego, gdy statuetka rozłupała mu obojczyk. 

background image

   Łysy tymczasem wyciągnął miecz z pochwy, lecz Conan zwinnie usunął się przed sztychem 
i trzasnął go statuetką w głowę, niczym maczugą, rozbryzgując dookoła krew i strzępki 
mózgu. Martwy rzezimieszek runął z impetem na stoły, przewracając te, których nie zdołał 
połamać i strącając na podłogę ustawione na nich misy oraz wazy. Conan obrócił się jak fryga 
i w tej samej chwili drugi z napastników pchnął go w pierś trzymanym w lewym ręku 
sztyletem. Ostrze omsknęło się po ogniwach kolczugi, a w chwilę później dwaj mężczyźni 
zwarli się w morderczym uścisku. Przez czas nie dłuższy niż zaczerpnięcie oddechu, gdy 
tylko trwali zetknięci pierś w pierś, Conan wpatrywał się w przepełnione desperacją, czarne 
oczy przeciwnika. Tym razem barbarzyńca nie użył broni. Jego pięść przebyła odcinek nie 
dłuższy niż pół przedramienia i bezuchy potoczył się w tył, by z twarzą zalaną krwią runąć na 
podłogę, gdzie przysypały go zerwane ze ściany półki. Conan nie wiedział czy złodziej żył, 
czy też nie i wcale go to nie obchodziło. 
   Rzemieślnik stał pośrodku składu, przestępując z nogi na nogę. 
   — Mój warsztat! Mój skład! — jęczał. — Całkowita ruina! Ukradliście mi za sztukę srebra 
coś, za co ci dwaj gotowi byli zapłacić pięć sztuk złota, a potem jeszcze obróciliście w 
perzynę moje miejsce pracy! 
   — Obaj mają sakiewki — warknął Conan. — Skonfiskuj ich zawartość na poczet pokrycia 
strat… 
   Przerwał i pociągnąwszy nosem zaklął, bowiem poczuł nagle silny zapach róż. Sięgnąwszy 
do sakiewki wyjął z niej resztki potłuczonej buteleczki. Perfumy zalały mu połę płaszcza i 
kolczugę. 
   — Niechaj ich obu Erlik pochłonie — burknął. Zważył w dłoni spiżową statuetkę. — 
Czemu to coś miałoby być warte pięć sztuk złota? Albo ludzkie życie? 
   Właściciel warsztatu, zajęty przetrząsaniem mieszków dwóch zabijaków, nie odpowiedział. 
   Klnąc z cicha, Conan otarł posążek z krwi i włożył go do przyniesionego przez handlarza, 
płóciennego worka. 
   Tymczasem rzemieślnik aż krzyknął, wysypując z sakiewki garść srebrnych monet. Lecz 
natychmiast je schował, w obawie, że barbarzyńca może mu je odebrać. Drgnął, po czym 
spojrzał na dwóch mężczyzn leżących na podłodze, jakby zobaczył ich tam po raz pierwszy. 
   — Ale co ja mam z nimi zrobić? — jęknął płaczliwie. 
   — Przyjmij ich do terminu — odparł Conan. — Założę się, że nie wrzucanie cennego do 
beczki z odpadkami. 
   Pozostawiając klęczącego na podłodze z rozdziawionymi ustami tłuściocha, Conan wyszedł 
na ulicę. Najwyższy czas, by znalazł sobie jakąś dziewkę. 
   W swym pośpiechu nie zauważył kobiety otulonej od stóp do głów w płaszcz z kapturem, 
której zielone oczy rozszerzyły się ze zdumienia na jego widok. 
   Patrzyła, jak barbarzyńca znika wtapiając się w tłum, po czym, otuliwszy się szczelnie 
płaszczem, wolno podążyła za nim. 
 
II 
    
   Oberża pod „Bykiem i niedźwiedziem” świeciła pustkami. Panująca wewnątrz cisza i 
spokój doskonale współgrała z jego nastrojem. Sprzedajna dziewka o kędzierzawych włosach 
odeszła z klientem, zanim barbarzyńca dotarł do miejsca, gdzie stała. Po drodze do karczmy 
nie napotkał żadnej innej. W izbie kominkowej powietrze przesycone było wonią kwaśnego 
wina i potu. Nie było to z pewnością miejsce dla ludzi wysokiego urodzenia. Kilku mężczyzn, 
woźniców i czeladników w grubych, wełnianych tunikach, siedziało samotnie przy topornych, 
drewnianych stołach, popijając w zadumie. W kącie, oparta plecami o ścianę stała nierządnica 
i miast oferować gościom swe wdzięki, sprawiała wrażenie, jakby ignorowała obecnych w 
izbie mężczyzn. 

background image

   Kasztanowe włosy łagodnymi falami opadały jej na ramiona. Owinięta w zwoje zielonego 
jedwabiu, wyglądała skromniej niż większość szlachcianek z Ophiru i choć nie szokowała 
krzykliwymi ozdobami, jak kobiety jej profesji, to podmalowane na czarno oczy oraz 
obecność w tym właśnie miejscu świadczyły, czym się trudniła. Było wszelako w jej młodej i 
świeżej jeszcze twarzy coś, co pozwoliło Conanowi sądzić, iż nie para się tym fachem od 
dawna. 
   Cymmerianin tak się na nią zapatrzył, że w pierwszej chwili nie zauważył siwiejącego 
mężczyzny, z długą brodą uczonego, opadającą mu aż na piersi, który mamrotał coś pod 
nosem, siedząc z nadtłuczonym kubkiem w dłoni, przy stole pod drzwiami. Gdy go 
spostrzegł, westchnął, zastanawiając się, czy już wkrótce nie pożałuje, iż oderwał wzrok od 
ladacznicy. 
   W tej samej chwili brodacz zauważył Conana i jego ogorzałe oblicze rozjaśniło się w 
pijackim uśmiechu, ukazującym pieńki poczerniałych zębów. Miał na sobie tunikę we 
wszystkich kolorach tęczy pokrytą plamami po winie i jadle. 
   — Conan! — zakrzyknął i skinął na barbarzyńcę tak energicznie, że omal nie spadł ze 
stołka. — Chodź. Usiądź. Napij się. 
   — Ty, Borosie, masz już chyba dosyć — rzucił oschle Conan. — I nie licz, że postawię ci 
choć jeden kubek. 
   — Nie musisz kupować mi wina — Boros zaśmiał się. Sięgnął po dzbanek. — Nie 
potrzeba. Widzisz? Woda. Ale z odrobiną… 
   Urwał i zabełkotał coś niezrozumiale, wolną ręką wykonując nad dzbankiem kilka 
energicznych ruchów. 
   — Na Croma! — zawołał Conan podrywając się od stołu. 
   Kilka osób spojrzało w jego stronę, lecz widząc, że nie szykuje się żadna bijatyka, 
ponownie zajęli się opróżnianiem swych kubków. 
   — Nie rób tego więcej, gdy jesteś pijany, stary głupcze! — dorzucił pospiesznie 
Cymmerianin. — Narus wciąż nie może pozbyć się tych brodawek, które mu pozostały po 
tym, jak usiłowałeś usunąć mu czyraki. 
   Boros cmoknął i podsunął mu dzbanek. 
   — Spróbuj. To wino. Nie masz się czego obawiać. 
   Conan ostrożnie wziął od niego dzbanek i pociągnął nosem. Aż się skrzywił i oddał 
naczynie. 
   — Ty wypij pierwszy, bądź co bądź sam to uwarzyłeś. 
   — Strach waści? — Boros zaśmiał się. — A taki jesteś wielki. Gdybym miał takie muskuły 
jak ty… — Zanurzył nos w dzbanku, odchylił głowę i niemal tym samym ruchem odsunął 
naczynie od ust, parskając i plując. — Na łaskę Mitry! — wykasłał przesuwając po wargach 
wierzchem kościstej dłoni. — Nigdy w życiu nie kosztowałem czegoś podobnego. Musiałem 
wypić dobry łyk tego napitku. Co to jest, na Azurę? 
   Conan stłumił śmiech cisnący mu się na usta. 
   — Mleko. Sądząc po zapachu kwaśne mleko. 
   Boros wzdrygnął się i kaszlnął, ale nie zwrócił wypitego napoju. 
   — Podmieniłeś dzbanki — rzekł, kiedy w końcu odzyskał głos. — Masz zwinne ręce, ale 
moje oko jest szybsze. Jesteś mi winien wino, Cymmerianinie. 
   Conan usiadł na stołku naprzeciw Borosa, kładąc worek z figurką ze spiżu na podłodze. Nie 
przepadał za czarodziejami, ale w gruncie rzeczy Boros nie był magiem. Starzec był adeptem 
ciemnych sztuk, lecz pociąg do alkoholu przywiódł go raczej do rynsztoka niż do panteonu 
mistrzów praktyk czarnoksięskich. Na trzeźwo potrafił leczyć pewne drobne dolegliwości lub 
spreparować napój miłosny. Po kielichu zaś mógł stanowić zagrożenie nawet dla siebie 
samego. Był zeń wszelako dobry kompan do wypitki, tak długo, jak nie zaczynał stosować 
czarów. 

background image

   — Ejże! — zawołał karczmarz i podszedł do nich ocierając dłonie w biały ongiś fartuch. Z 
chudymi kończynami i obwisłym kałdunem wyglądał jak tłusty pająk. 
   — Co to za bałagan na podłodze? Wiedzcie, że to powszechnie szanowana karczma i… 
   — Wina — uciął Conan rzucając mu do stóp garść miedziaków. — I niech je przyniesie ta 
sprzedajna dziewka. — Skinął na dziwnie obojętną ladacznicę. — Może być ta w kącie. 
   — Ona dla mnie nie pracuje — karczmarz chrząknął, nachylając się po dzbanek i monety. 
Osunął się na kolana, by wyłuskać spod stołu pojedynczego miedziaka i uśmiechnął z 
zadowoleniem. — Ale bez obaw, będzie dziewucha jak się patrzy. — Znikł na tyłach 
przybytku i po chwili w izbie pojawiła się pulchna dziewka, której obfite piersi z trudem 
przesłaniał pojedynczy pasek jedwabiu, drugi zaś niezbyt udatnie zakrywał jej srom. 
Dziewucha postawiła przed mężczyznami dzbanek wina i dwa pełne wgnieceń kubki. 
Przysunęła się bliżej Conana, a w jej ciemnych oczach zabłysły pożądliwe iskierki. 
Barbarzyńca prawie jej nie zauważył, wciąż patrzył na kasztanowowłosą kobietę. 
   — Głupcze! — warknęła dziewka służebna. — Równie dobrze jak ją, mógłbyś objąć 
ramionami bryłę lodu. — I wydawszy wargi, odwróciła się. 
   Conan ze zdumieniem odprowadził ją wzrokiem. 
   — Co w nią wstąpiło, na Dziewięć Piekieł Zandru — wybełkotał. 
   — Któż zrozumie kobiety? — mruknął obojętnie Boros. Pospiesznie napełnił kubek i 
jednym haustem wychylił połowę. 
   — Poza tym — dodał niewyraźnym już głosem, gdy zaczerpnął tchu — teraz, kiedy Tiberio 
nie żyje, będziemy mieli moc innych problemów… 
   Resztę słów utopił w kolejnym łyku wina. 
   — Tiberio nie żyje? — rzucił z niedowierzaniem Conan. — Rozmawiałem o nim niedawno 
i nic mi o tym nie wspomniano. Na Czarny Tron Erlika, przestańże pić i mów. Jak to się 
stało? 
   Boros z wyraźnym wahaniem odstawił kubek. 
   — Wieści dopiero zaczęły się rozchodzić. Stało się to ubiegłej nocy. Podciął sobie żyły w 
kopalni. A przynajmniej tak mówią. 
   Conan chrząknął. 
   — Kto by w to wierzył, zwłaszcza że to on, z uwagi na więzy krwi, miał największe szansę 
objęcia spuścizny po Valdricu? 
   — Lud uwierzy w to, co zechce, Cymmerianinie. Lub raczej w to, w co ludzie nie będą się 
bali uwierzyć. 
   „To było nieuniknione” — pomyślał Conan. Liczne były przypadki uprowadzenia żon, 
synów i córek. Czasami wysuwano najróżniejszej natury żądania, a wszystkie dotyczyły 
złamania paktu, wyznania jakieś tajemnicy. Niekiedy po porwaniu zapadała głucha cisza, a 
wielmoży w jego zamku paraliżował śmiertelny strach. Teraz zaczęły się skrytobójcze 
zamachy. Cymmerianin był zadowolony, że jedna trzecia jego Wolnej Kompanii stale strzegła 
pałacu Timeona. Utrata mocodawcy z takiego powodu nie wpłynęłaby korzystnie na reputację 
kompanii. 
   — To wszystko jest ze sobą powiązane — ciągnął niepewnie Boros. — Myślę, że ktoś 
próbuje wskrzesić Al Kiira. Widziałem światła na szczycie tej przeklętej góry i słyszałem 
plotki, jakoby poszukiwano pewnych mrocznych sekretów wiedzy tajemnej. Tym razem nie 
będzie Avanrakasha, aby uwięził go raz jeszcze. Potrzebujemy odrodzenia Moranthesa 
Wielkiego. Teraz tylko on mógłby zaprowadzić tu porządek. 
   — Co ty tam gadasz? Nieważne. Kto jest następny w kolejności po Tiberio? Valentius, czyż 
nie? 
   — Valentius — zachichotał drwiąco Boros. — Nigdy nie pozwolą mu zasiąść na tronie. Jest 
za młody. 
   — To dorosły mężczyzna — rzekł gniewnie Conan. 

background image

   Niewiele wiedział o Valentiusie i w gruncie rzeczy mało go obchodził, ale hrabia był o całe 
sześć lat starszy od niego. Boros uśmiechnął się. 
   — Między tobą a nim, Cymmerianinie, jest pewna różnica. Ty przeżyłeś już dość, by 
starczyło na dwa żywoty obfitujące w mnóstwo przygód. Valentius zna jedynie życie 
dworskie, pełne kurtuazji, gładkich słówek i pachnideł. 
   — Bredzisz — warknął Conan. 
   Jakim cudem tamten mógł czytać w jego myślach? Wielki wzrost nie łagodził jego 
drażliwości na temat młodego wieku, ani gniewu na tych, co uważali, że był zbyt młody, by 
piastować tak wysoką, bądź co bądź, pozycję. Mógł spędzać czas przyjemniej, aniżeli przy 
jednym stole z pijanym niedorobionym czarodziejem. Choćby w towarzystwie tej 
kasztanowowłosej ladacznicy. 
   — Reszta wina jest twoja — powiedział. 
   Podnosząc z podłogi worek ze statuetką począł oddalać się od stołu, pozostawiając Borosa 
sam na sam z niedopitym winem. 
   Dziewczyna nie ruszyła się z kąta nawet, nie zmieniła pozycji, odkąd Conan ją tam po raz 
pierwszy zobaczył. Jej twarz, o kształcie serca, nie zmieniła wyrazu, gdy się zbliżał, lecz w 
spuszczonych oczach barwy północnego nieba o świcie pojawił się wyraz przerażenia. 
Zadygotała, niczym spłoszona łania, jakby chciała zerwać się do ucieczki. 
   — Wypij ze mną kubek wina — zaproponował Conan wskazując pobliski stolik. 
   Dziewczyna spojrzała na niego, jej duże oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. 
   Zamrugał ze zdumienia. Ta niewinna twarzyczka mogła temu przeczyć, ale jeśli chciała, 
żeby wyrażał się bardziej bezpośrednio… 
   — Jeśli nie masz ochoty na wino, co powiesz na to, że dam dwie sztuki srebra za ciebie? 
   Dziewczynie opadła szczęka. 
   — Janie… To znaczy… Chciałam powiedzieć… — Nawet gdy się jąkała, jej głos brzmiał 
dźwięcznym, miłym dla ucha sopranem. 
   — Wobec tego trzy sztuki srebra, a cztery, jeśli okażesz się tego warta. 
   Wciąż gapiła się na niego. Zaczął zastanawiać się, czemu mitręży z nią czas, skoro mógł 
poszukać sobie innej ladacznicy. Pewnie dlatego, że przypominała mu Karelę. Ta dziewka nie 
miała tak rudych włosów, ani tak wysokich kości policzkowych, ale przypominała mu 
wojowniczkę–grasantkę, która dzieliła z nim łoże i obracała jego życie w perzynę, za każdym 
razem, gdy ich ścieżki się przecinały. Karela była kobietą dla każdego mężczyzny, a nawet 
dla samego króla. Po cóż jednak odgrzebywać stare wspomnienia? 
   — Dziewczyno — burknął — jeśli nie chcesz mego srebra, to powiedz, a pójdę szukać 
szczęścia u innej. 
   — Zostań — szepnęła. Najwyraźniej mówienie przychodziło jej z wielkim trudem. 
   — Karczmarzu! — ryknął Conan. — Izbę! 
   Na zaróżowionych policzkach ladacznicy wykwitły rumieńce. Osobnik przypominający 
pająka, pojawił siew okamgnieniu i wyciągnął łapsko po zapłatę. 
   — Cztery miedziaki — mruknął i odczekawszy, aż Conan położy mu monety na dłoni 
dodał. — Na piętrze, po prawej. 
   Conan chwycił gwałtownie za ramiona pokraśniałą dziewczynę i pociągnął ją po 
skrzypiących schodach na górę. 
   Izba wyglądała, tak jak się tego spodziewał — mała klitka z zakurzoną podłogą i 
pajęczynami w kątach. Zapadnięte łóżko, twardy materac, niezbyt czyste koce, do tego 
trójnogi zydel i rozchybotany stół. Jednakże to, po co tu przyszedł, uprawiało się równie 
dobrze, a może nawet lepiej, w stodole, jak w pałacowych salonach. 
   Upuścił z hukiem ciężki worek na podłogę, zatrzasnął drzwi kopniakiem i oparł dłonie na 
ramionach dziewczyny. Przyciągając do siebie, obnażył ją po pas. Miała pełne, jędrne piersi, 

background image

o sterczących sutkach. Krzyknęła, nim pokrył jej wargi swoimi, a potem zesztywniała w jego 
ramionach. Równie dobrze mógł całować posąg. 
   Odsunął się, lecz nie puścił jej ramion. 
   — Co z ciebie za ladacznica? — stęknął. — Można by pomyśleć, że nigdy dotąd nie 
całowałaś się z mężczyzną. 
   — Bo to prawda — ucięła i znów zaczęła się jąkać. — To znaczy, nie. Całowałam się z 
wieloma mężczyznami. Więcej, niż mógłbyś zliczyć. Jestem bardzo… doświadczona. — 
Obnażyła zęby w uśmiechu, który miał zapewne wyglądać zachęcająco, lecz był w 
rzeczywistości grymasem nieskrywanego przerażenia. Conan parsknął drwiąco i cofnął się na 
odległość wyciągniętych ramion. Dziewczyna przez moment próbowała uporządkować swe 
odzienie i nagle znieruchomiała. Oddychała ciężko. Jej piersi unosiły się i opadały w 
intrygujący sposób, a twarz powoli odzyskała poprzedni odcień. 
   — Nie mówisz jak dziewucha ze wsi — rzekł w końcu. — Kim jesteś? Córką kupca, która 
uciekła z domu i boi się tam powrócić? 
   Jej oblicze przybrało wyraz aroganckiej dumy. 
   — Barbarzyńco, wiedz, że masz zaszczyt zaprosić do… swego łoża szlachciankę Ophiru. 
   Nawet to zająknięcie nie odebrało jej wypowiedzi wyniosłości, powagi i namaszczenia. 
   Jej słowa i ubiór — teraz raczej niedbały — okazały się dla Cymmerianinanie do zniesienia. 
Zwrócił głowę w kierunku upstrzonego przez muchy sufitu i wybuchnął gromkim śmiechem. 
   — Śmiejesz się ze mnie? — wysapała. — Jak śmiesz…? 
   — Okryj się — odparował, jego wesołość znikła w jednej chwili. Niezaspokojone żądze 
obudziły w nim gniew. Była smakowitym kąskiem, nie mógł doczekać się, by zakosztować 
jej wdzięków. Nie zamierzał wszelako pakować się w kłopoty, a dziewica szlachetnego rodu, 
która uciekła z domu, nie mogła oznaczać niczego innego. Nie mógł jednak odmówić jej 
pomocy, jeśli takowej potrzebowała. Ta myśl pojawiła się po krótkim wahaniu. Miał miękkie 
serce i to był jego problem. Warknął do dziewczyny. 
   — Zrób to, nim złoję ci skórę moim pasem. 
   Łypnęła na niego błękitnymi oczami, które ścierały się przez chwilę z jego lodowatymi 
szafirami. Conan zwyciężył to bezgłośne starcie, a dziewczyna mamrocząc pod nosem 
poprawiła rozchełstany przyodziewek. 
   — Jak cię zwą? — zapytał. — I nie kłam, bo osobiście odprowadzę cię do tutejszego 
klasztoru. Oprócz pomagania chorym i złaknionym, umieją radzić sobie z dziewczętami, 
które zeszły na złą drogę oraz niesfornymi dziećmi, a jedno i drugie doskonale do ciebie 
pasuje. 
   — Nie masz prawa. Zmieniłam zdanie. Nie chcę twojego srebra. — Uczyniła władczy gest. 
— Odsuń się od drzwi. 
   Conan spojrzał na nią ze spokojem i nawet nie drgnął. 
   — Jeszcze kilka słów, a czeka cię spotkanie ze srogą kobietą, która witką nauczy cię 
dobrych manier i właściwego zachowania. Jak się nazywasz? 
   Spojrzała gniewnie na drzwi. 
   — Jestem lady Julia — odparła oschle. — Nie zhańbię mego rodu wymieniając jego imię w 
takim miejscu, nawet gdybyś torturował mnie rozpalonym żelazem. Nawet gdybyś 
szczypcami rozrywał moje ciało i chłostał je… 
   — Czemu zjawiłaś się tu w przebraniu ladacznicy, lady Julio, miast wyszywać makatki, u 
boku swej rodzicielki? 
   — Jakie masz prawo, by o to…? Niechaj cię Erlik pochłonie! Moja matka od dawna już nie 
żyje, ojciec zaś od trzech miesięcy. Miał długi i nasze włości zostały zajęte na ich poczet. Nie 
mam krewnych, którzy by mnie przygarnęli, ani przyjaciół, którzy chcieliby wziąć sobie na 
głowę dziewczynę, mającą to jeno, co na sobie. I zwracaj się do mnie lady Julio, wciąż jestem 
przecież szlachcianką. 

background image

   — Jesteś głupią dziewką — odparował. — Ale dlaczego wybrałaś akurat to? Czemu nie 
dziewka służebna? Albo chociaż żebraczka… 
   Julia parsknęła wyniośle. 
   — Nie upadłabym tak nisko. Moja krew… 
   — A więc postanowiłaś zostać dziwką? 
   Zauważył, że się zarumieniła. Cóż jednak, ostatnio czyniła to dość często. 
   — Myślałam — zaczęła z wahaniem, po czym umilkła. Kiedy znów się odezwała, jej głos 
brzmiał jak szept. — Nie wydawały się różnić zbytnio od kochanek mego ojca i wyglądały na 
prawdziwe damy. 
   Odnalazła wzrokiem jego twarz i dorzuciła spiesznie. 
   — Ale nic jeszcze nie uczyniłam. Wciąż jestem… To znaczy… Och, dlaczego mówię ci to 
wszystko? 
   Conan oparł się o drzwi topornie przycięte deski zaskrzypiały pod naporem jego ciała. 
Gdyby nie był barbarzyńcą, nie zawracałby sobie nią głowy. Wziąłby ją wedle swych 
upodobań i pozostawił zapłakaną z pieniędzmi, lub nawet bez nich, tak bowiem postępowali 
ci, co mienią się ludźmi cywilizowanymi. Wszystko inne byłoby zadawaniem sobie trudu, 
którego nie była warta. Tylko bogowie wiedzą, z kim była związana poprzez swe 
pochodzenie, gdyż jak dotąd nikt nie próbował ulżyć jej losowi. Nie wiadomo też jakiej 
frakcji mógłby nadepnąć na odcisk ten, kto zechciałby jej pomóc. 
   Skrzywił się, a Julia drgnęła, sądząc, że była tego przyczyną. Ostatnio za dużo myślał o 
frakcjach, zbyt wiele czasu spędzał na błądzeniu w labiryntach ophirskiej polityki. Pozostawi 
to bogom. I dziewce. 
   — Zwą mnie Conan — rzucił nagle. — Jestem kapitanem Wolnej Kompanii. Mamy 
swojego kucharza, bo w kuchni naszego mocodawcy przygotowują frykasy zbyt wykwintne 
dla prostych, żołnierskich żołądków. Ten kucharz, Fabio, potrzebuje dziewki do sprzątania i 
usługiwania. Jeśli chcesz, możesz do nas dołączyć. Posada może być twoja. 
   — Służąca w kuchni! — wykrzyknęła. — Ja! 
   — Zamilcz, dziewko! — ryknął tak przeraźliwie, że aż się zakołysała. Chciał mieć 
pewność, że go usłucha. Skinął głową z zadowoleniem, ujrzawszy jak przyłożyła obie dłonie 
do ust. Wreszcie zamilkła. 
   — Jeśli uznasz, że to nie jest dla ciebie zbyt poniżające, staw się przed zmierzchem w 
pałacu barona Timeona. Jeżeli nie, wiesz jak potoczy się twoja przyszłość. 
   Pisnęła cichutko, gdy postąpiwszy krok naprzód, przytulił ją nieco za mocno do swej 
szerokiej piersi. Zatopił palce w długich włosach dziewczyny i nieomal zmiażdżył jej usta 
brutalnym pocałunkiem. Przez chwilę kopała go w golenie, lecz już wkrótce jej opór osłabł. 
Gdy ją puścił i odsunął od siebie stwierdził, że chwiała się na nogach rozdygotana i wpatrując 
się błękitnymi oczami w jego ogorzałe oblicze. 
   — Wiedz, że w porównaniu z niektórymi uchodzę za za delikatnego — mruknął. 
Podniósłszy z podłogi worek z posążkiem, wyszedł, pozostawiając ją w izbie samą. 
 
III 
    
   Kiedy Conan wrócił do izby kominkowej, Borosa już tam nie było i Cymmerianin przyjął to 
z niekłamaną radością. 
   Przypominający pająka karczmarz postąpił ku niemu zacierając energicznie dłonie. 
   — Niedługo zabawiliście z tą dziewką, panie. Byłem pewien, że was nie zadowoli. Moja 
Selina natomiast… 
   Conan parsknął gniewnie, a mężczyzna czym prędzej zrejterował. Na Croma! Co za dzień! I 
pomyśleć, że wyruszył na poszukiwanie zwykłej ladacznicy, a skończył ratując głupią 

background image

dziewczynę z opresji, w jaką się wpakowała. Dotąd sądził, że tak idiotyczne bohaterskie 
odruchy wywietrzały mu już z głowy dawno temu. 
   Uliczka na zewnątrz była wąska i kręta, upstrzona błotnistymi wyrwami w miejscach, gdzie 
spękane płyty chodnika zostały wydłubane i znikły, bogowie wiedzą gdzie. Niemniej i tu 
koczowali wszechobecni żebracy. Conan cisnął garść miedziaków do najbliższej, podsuniętej 
mu miski i przyspieszył kroku, nim czereda pozostałych jałmużników zdążyła go osaczyć. W 
powietrzu unosiła się woń gnijącej rzepy i łajna, a budynki po obu stronach ulicy zdawały 
odchylać się w bok, jakby pragnęły umknąć przed tym fetorem. 
   Nie dotarł daleko, gdy zorientował się, że żebracy miast pospieszyć za nim, domagając się 
jałmużny, zniknęli. Takie typy miały instynkt drapieżnika, potrafiły wyczuwać zagrożenie. 
Sięgnął po miecz, zanim jeszcze u wylotu uliczki pojawiło się trzech posępnych drabów. 
Przywódca miał prawe oko zasłonięte brudną, postrzępioną szmatą. 
   Dwaj pozostali nosili brody, jeden gęstą, drugi wyjątkowo rzadką. Wszyscy trzej dzierżyli 
w dłoniach miecze. Z tyłu za Cymmerianinem rozległo się szurnięcie stopą o bruk. 
   Nie czekał, by jeszcze bardziej zbliżyli się ku niemu. Cisnął w najbliżej stojącego, 
jednookiego bandziora, workiem z ciężką, spiżową figurką, po czym dobył miecza i jednym 
płynnym ruchem przyjął niską, bojową pozycję. Miecz świsnął mu nad głową, a barbarzyńca 
ciął z obrotu. Ostrze jego broni wgryzło się głęboko w bok stojącego za nim napastnika. 
Buchnęła krew, mężczyzna wrzasnął i ugięły się pod nim nogi. 
   Conan uskoczył gwałtownie, przeturlał się obok padającego rzezimieszka i poderwawszy na 
nogi z mieczem w dłoni, przeszył nim na wylot jednookiego, który skoczył ku niemu, z 
uniesionym w górę orężem. Przez krótką chwilę Conan wpatrywał się w jedyne brązowe oko 
wypełnione rozpaczą i zasnuwające się śmiercią, lecz zaraz podbiegli do niego pozostali, 
usiłując zarąbać potężnego Cymmerianina, póki jego miecz tkwił w ciele zabitego. 
   Conan wyszarpnął sztylet zza pasa herszta bandy i dźgnął nim w gardło jednego z 
napastników. Mężczyzna dławiąc się krwią zatoczył się w tył. Posoka tryskając spomiędzy 
jego zaciśniętych na szyi palców barwiła brudną brodę szkarłatem. Wszystko wydarzyło się 
tak szybko, że dopiero teraz zbiór nadziany na miecz Conana zaczął osuwać się na bruk. Gdy 
upadł, Cymmerianin wyrwał ostrze z jego martwego ciała. Napastnik drgnął konwulsyjnie po 
raz ostatni i znieruchomiał w powiększającej się kałuży krwi. 
   Mężczyzna z kędzierzawą, zmierzwioną brodą nawet nie zdążył włączyć się do walki. Stał 
teraz, z na wpół uniesionym mieczem, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego trupa i 
marszcząc cienki nos. Wyglądał jak szczur, który uświadomił sobie właśnie, że walczy z 
lwem. 
   — To nie jest tego warte — mruknął. — Niezależnie od zapłaty, nie warto ginąć za żadną, 
choćby nawet okrągłą sumkę w złocie. — Jął wolno wycofywać się, a gdy dotarł do 
najbliższej przecznicy, rzuciwszy ostatnie przerażone spojrzenie barbarzyńcy, wbiegł w nią i 
po chwili już go nie było. 
   Conan nie próbował go ścigać. Nie interesowali go rabusie, od których w tym mieście aż się 
roiło. Ci tutaj zaryzykowali i zapłacili za to słoną cenę. Nachylił się, by otrzeć miecz z krwi i 
zamarł, gdyż coś sobie przypomniał. Jeden z rabusiów wspomniał o złocie. Tylko bogaci 
notable mieli przy sobie złoto, a on nie wyglądał na wielmożę. 
   Złotem można było opłacić zabójstwo, choć życia najemnika, nawet gdy był to kapitan, nie 
wyceniono by na więcej niż kilka sztuk srebra. Niewiele było osób, za usunięcie których 
zgodzono by się zapłacić w złocie, chyba że… w grę wchodził zamach. Z głośnym 
okrzykiem, odbijającym się echem wśród kamiennych ścian, Conan podniósł z ziemi worek z 
posążkiem i puścił się pędem, ściskając w dłoni ociekające szkarłatem ostrze. Może w ten 
sposób będzie mu łatwiej dostać się do Timeona. 
   Oczywiście, jeśli już nie było po wszystkim. Jego masywne nogi pracowały jak szalone. 
Barbarzyńca wybiegł co sił na główną ulicę. 

background image

   Kwiaciarka na widok giganta z okrwawionym mieczem w ręku wrzasnęła przeraźliwie i 
uskoczyła mu z drogi. Sprzedawca owoców nie był dość szybki. Potrącony przez 
rozpędzonego barbarzyńcę poleciał w bok, pomarańcze z koszyka, który trzymał, posypały 
się na wszystkie strony. Przekleństwa handlarza, przeznaczone tyleż dla Cymmerianina, co 
dla czeladników usiłujących skraść rozsypane owoce, towarzyszyły Conanowi, gdy biegł w 
głąb zatłoczonej uliczki. Lecz olbrzym ani na chwilę nie zwolnił kroku. Zaskoczeni przez 
barbarzyńcę tragarze gubili rytm i wywracali lektyki z klnącymi na czym świat stoi 
wielmożami. Kupcy w wytwornych szatach i dziewki służebne robiące zakupy dla swoich 
panów, pierzchali na wszystkie strony, klnąc z przerażenia. 
   Wreszcie Conan ujrzał przed sobą pałac Timeona. Gdy wbiegł po alabastrowych schodach, 
dwaj wartownicy stojący przed kolumnowym portykiem postąpili naprzód i nałożyli strzały 
na cięciwy, wypatrując podążającego za barbarzyńcą zagrożenia. 
   — Drzwi! — ryknął do nich. — Niechaj Erlik żywcem obedrze was ze skóry! Otwierać 
drzwi! 
   Pospiesznie rzucili się, by otworzyć przed nim jedno skrzydło masywnych spiżowych 
odrzwi, ozdobionych herbem rodu Timeona, a Conan wpadł jak burza do pałacu. 
   W rozległej sieni powitał go Machaon z dziesiątką wojaków, których buty stukały na 
polerowanych, marmurowych płytkach. Na wpół ubrani i w większości z kubkami w 
dłoniach, zjawili się tu, wyrwani przez jego wrzaski ze swych komnat, gdzie odpoczywali, 
spali lub raczyli się mocniejszymi trunkami. Wszyscy jednak dzierżyli w dłoniach miecze. 
   — Co się dzieje? — rzucił Machaon. — Usłyszeliśmy twoje krzyki… 
   — Gdzie Timeon? — przerwał mu Conan. — Widzieliście go, od czasu naszego przybycia? 
   — Jest na górze z nową kochanką — odparł Machaon. 
   — Co…? Conan obrócił się na pięcie i pognał na piętro po alabastrowej kondygnacji 
schodów, która bez żadnej widocznej podpory pięła się z gracją w górę. Machaon i reszta 
niezwłocznie pospieszyli za nim. Przy wysokich drzwiach łożnicy Timeona, ozdobionych 
wizerunkami niesamowitych bestii, Conan nie zatrzymał się choćby na chwilę. Sforsował je 
barkiem i wpadł do środka. 
   Baron Timeon ze zdławionym krzykiem poderwał się z wielkiego łoża z baldachimem. 
Zgarnął leżącą tuż obok długą szatę z czerwonego brokatu, by zakryć swą nagość i wielki, 
rozkołysany brzuch. Smukła, naga dziewczyna na łóżku zasłoniła małe, acz kształtne piersi 
narzutą. Pochylając głowę zerknęła nieśmiało na Conana przez woal długich, czarnych i 
jedwabistych włosów, które sięgały jej do pasa. 
   — Co to ma znaczyć? — rzucił Timeon zawiązując pasek swego wytwornego szlafroka. 
Zgodnie z obowiązującą wśród notabli modą miał małą trójkątną bródkę. W połączeniu z 
okrągłą jak księżyc twarzą i wyłupiastymi oczami nadawała mu ona wygląd tłustego capa. A 
teraz jeszcze rozjuszonego. 
   — Żądam natychmiastowej odpowiedzi! Wdzierasz się do moich komnat z obnażonym 
mieczem. — Spojrzał na oręż w dłoni Conana. — Krew! — wysapał i zadygotał. 
   Oplótł ramieniem jeden z grubych, ozdobnych wsporników baldachimu, jakby chciał 
utrzymać się w pozycji pionowej, lub może ukryć za słupkiem. 
   — Zostaliśmy zaatakowani? Musisz powstrzymać napastników, póki nie zdołam uciec. To 
znaczy, nim pojadę po pomoc. Powstrzymaj ich, a dostaniesz tyle złota, ile tylko zapragniesz. 
   — Nie zostaliśmy zaatakowani, lordzie Timeonie — rzekł pospiesznie Conan. — W 
każdym razie nie tutaj. Padłem ofiarą napaści w mieście. 
   Timeon spojrzał na dziewczynę. Chyba zdał sobie sprawę, że dla niej nie był już bohaterem. 
Wyprężył się energicznie, obciągnął szatę wygładzającym ruchem i przyczesał rzedniejące 
włosy. 
   — Twoje utarczki z mętami z Ianthe ani trochę mnie nie obchodzą. A moja śliczna Tivia to 
kwiatuszek zbyt delikatny, byś przerażał ją widokiem okrwawionej stali i budzącymi grozę 

background image

opowieściami o bijatykach w ciemnych alejkach. Odejdź, a postaram się zapomnieć o twym 
nieprzystojnym zachowaniu. 
   — Lordzie Timeonie — rzekł Conan, siląc się na cierpliwość. — Gdyby ktoś chciał ci 
wyrządzić krzywdę, może najpierw spróbować usunąć mnie. Wczoraj w nocy z ręki 
zamachowca zginął hrabia Tiberio. Wystawię straże pod drzwiami twych apartamentów oraz 
pod ich oknami, pani. 
   Korpulentny wielmoża znów skierował swe wodniste, błękitne oczy na smukłą dziewczynę. 
   — Nie zrobisz tego. O ile wiem, Tiberio sam odebrał sobie życie. A co się tyczy 
skrytobójców — podszedł do stołu, gdzie leżał jego miecz, cisnął pochwę w kąt i przyjął 
pozycję walki — gdyby któryś z nich zdołał ci się wymknąć, rozprawię się z nim osobiście. 
Teraz już idź. Mam tu sprawy nie cierpiące zwłoki. — Łypnął na dziewczynę, która wciąż 
niezbyt skutecznie usiłowała zasłonić się swą nagość. 
   Conan skłonił się i z wahaniem opuścił łożnicę. Gdy drzwi zamknęły się za nim, warknął: 
   — Cóż za osioł. Nawet na wpół ślepa i bezzębna starucha z pogiętym pogrzebaczem 
przetrzepałaby mu skórę. 
   — I co teraz? — spytał Machaon. — Skoro nie zgadza się na nasze straże… 
   — Tak czy owak, będziemy go strzec — parsknął Conan. — Może odmówić i wzbraniać 
się przed tym, by wywrzeć wrażenie na nowej kochance, ale nie możemy przecież pozwolić, 
by stracił życie na własną prośbę. Wystaw dwóch ludzi w ogrodzie, tak by nie zobaczył ich 
przez okno. I po jednym na każdym końcu tego korytarza. Nie stanę za załomem muru, gdzie 
mogliby się ukryć, gdyby Timeon wyszedł, lecz skąd mogliby obserwować drzwi komnaty. 
   — Dopilnuję tego. — Wojownik o twarzy pooranej bliznami urwał. — Co tam masz? 
   Conan uświadomił sobie, że wciąż ściska pod pachą worek ze spiżową figurką. W 
szaleńczym biegu o życie Timeona zupełnie o nim zapomniał. Teraz zaczął się zastanawiać. 
   Jeżeli rabusie, którzy go zaatakowali, nie próbowali dokonać zamachu na barona — a na to 
coraz wyraźniej wskazywało — to może chodziło im właśnie o posążek. Bądź co bądź dwaj z 
nich próbowali go zabić i przypłacili tę próbę życiem. Sądzili, że jest warta okrągłą sumkę w 
złocie. Może warto byłoby sprawdzić, dlaczego tak uważali, zanim podaruje Machaonowi 
prezent, na który polują żądni krwi awanturnicy. 
   — Taką tam rzecz, kupioną w mieście — odparł. — Wystaw warty natychmiast. Nie chcę 
ryzykować. Kto wie, może moje wcześniejsze przypuszczenia były słuszne. 
   — Wcześniejsze? — powtórzył Machaon, ale Conan już się oddalił. 
   Pokój, który przydzielono Cymmerianinowi, był przestronny i najwyraźniej Timeon uznał 
go za dogodny dla dowódcy oddziału najemników. 
   Kobierce na ścianach były pośledniej jakości, lampy miast ze srebra i złota — z cyny i 
mosiądzu, a podłoga wyłożona prostymi, czerwonymi płytkami. Dwa łukowate okna 
wychodziły na ogród trzy piętra niżej, nie było jednak balkonu. 
   Grunt, że materac na wielkim łóżku okazał się miękki, a stoły i krzesła, z prostego 
lakierowanego drewna, dość wytrzymałe i wygodne, w przeciwieństwie do kruchych 
złoconych mebli w pokojach dla dostojnych gości. 
   Cisnął w kąt worek, a statuetkę postawił na stole. Posążek wydawał się emanować złą aurą. 
Był jak żywy; potwór gotowy rozszarpywać wszystko na strzępy. Musiał stworzyć go 
prawdziwy mistrz. Niewątpliwie parał się jakimiś plugawymi praktykami, w to Conan nie 
wątpił, gdyż w przeciwnym razie nie zdołałby tchnąć w swoje dzieło tak wiele zła. Dobywszy 
sztyletu, postukał w posążek rękojeścią. Nie był wydrążony i nie zawierał ukrytych 
klejnotów. Nie wyglądało też na to, by warstwą spiżu pokryto szczere złoto. Barbarzyńca nie 
wyobrażał sobie, aby ktoś mógł zadać sobie tak wiele trudu. 
   Gdy tak przyglądał się z uwagą rogatej maszkarze, usiłując odkryć jej tajemnicę, rozległo 
się pukanie do drzwi. Zawahał się, po czym nakrył ją workiem i dopiero wtedy otworzył. W 
progu stał Narus. 

background image

   — Jakaś dziewka pyta o ciebie — rzekł mężczyzna o zapadniętych policzkach. — Jest 
ubrana jak ladacznica, ale twarz ma czystą i nadobną, niby świątynna dziewica. Mówi, że ma 
na imię Julia. 
   — Znam ją — rzekł z uśmiechem Conan. 
   Posępny wyraz twarzy Narusa nie zmienił się, jak zwykle zresztą. 
   — Stawiam złoto przeciwko srebru, że ona oznacza kłopoty. Zjawiła się przy frontowych 
drzwiach i zażądała wpuszczenia. Jest arogancka jak księżniczka. 
   Kiedy odesłałem ją do tylnych drzwi, usiłowała opowiedzieć mi o swym pochodzeniu. 
Twierdzi, że jest szlachcianką. Czasy nie są dobre na zadawanie się z takimi jak ona. 
   — Zaprowadź ją do Fabia. — Conan wybuchnął śmiechem. — To jego nowa posługaczka 
do kuchni. Niech każe jej obierać cebulę na zupę. 
   — Z przyjemnością — rzekł Narus i uśmiechnął się lekko. — Zwłaszcza po tym, jak mnie 
potraktowała. 
   Tego dnia przynajmniej jedno poszło po jego myśli, uznał Conan, odwracając się od drzwi. 
Wtem jego wzrok padł na zakryty workiem spiżowy posążek i niemal natychmiast opuścił go 
dobry nastrój. Miał wiele spraw do załatwienia, a niejasne przeczucie mówiło mu, że przez to 
znów wpakuje się po uszy w poważne tarapaty. 
 
IV 
    
   Galbro, mężczyzna, którego twarz nie wzbudzała zaufania, krążył nerwowo po zakurzonym 
pokoju, gdzie polecono mu zaczekać. Jedynymi ozdobami pomieszczenia były dwa wypchane 
orły. Bursztynowe paciorki, którymi zastąpiono ich oczy, zdawały się płonąć silniejszym 
ogniem niż u jakiegokolwiek żyjącego drapieżnego ptaka. Wystroju sali dopełniał długi stół, 
na którym Galbro położył skórzany worek z tym, co zamierzał sprzedać. 
   Nie lubił tych spotkań, pomimo srebra i złota, które trafiało wówczas do jego kieszeni. Nie 
lubił też kobiety, która mu płaciła. Nie znał jej imienia, ani znać nie chciał, nie interesowało 
go nic, co wiązało się z jej osobą. Wiedza taka byłaby niebezpieczna. 
   A jednak niepokój wzbudzała w nim nie tylko kobieta. Był przecież jeszcze ten mężczyzna. 
Urias mówił, że to jakiś przybłęda z północy. Skądkolwiek przybył, zabił pięciu najlepszych 
ludzi Galbro i odszedł nawet nie draśnięty. Nigdy przedtem coś takiego się nie wydarzyło, a 
przynajmniej od czasu jego przybycia do Ophiru. To był zły omen. Po raz pierwszy od wielu 
lat zapragnął znów znaleźć się w Zingarze, w uwielbianych przez złodziei labiryntach uliczek 
na nabrzeżu Kordawy. A nie było to pragnienie zbyt rozsądne, bo miałby małe szansę, aby 
przeżyć tam choć jedną noc, bowiem straż miejska czyhała na jego głowę, a i kompani po 
złodziejskim fachu chętnie poderżnęliby mu gardło. Na uczestników tej gry, bez względu na 
to, po której ze stron się opowiadali, czekały surowe kary, zwłaszcza gdy obie frakcje 
wyczuwały, że robi się je w konia. 
   Odgłos kroków sprawił, że zamarł w bezruchu. ONA weszła do pokoju, a po plecach 
Galbro przebiegły lodowate ciarki. Widział tylko jej oczy — ciemne, zimne i bezwzględne. 
Otuliła się ciasno srebrnym płaszczem, który sięgał do samej podłogi. Dolną część jej twarzy 
przesłaniała woalka, a włosy ukryte miało pod białym, jedwabnym czepkiem upiętym szpilką 
ze sporym rubinem. 
   Rubin nie wywoływał w nim uczucia chciwości. Wszystko, co się z nią wiązało, wzbudzało 
jedynie strach. Nie znosił lęku przed kobietą, ale ta przynajmniej sowicie mu płaciła. Pożądał 
tylko złota, które od niej dostawał, i to musiało mu wystarczyć. 
   Z pewnym niepokojem uświadomił sobie, że czeka, by się odezwał. Zwilżył wargi, które 
zawsze miał spierzchnięte w jej obecności, otworzył skórzany worek i wyłożył na stół to, co 
przyniósł. 
   — Jak widzisz, pani, tym razem mam dla was sporo. Bardzo cenne rzeczy. 

background image

   Spod płaszcza wysunęła się blada, szczupła dłoń, by dotknąć po kolei wszystkich 
przedmiotów. Mosiężna tabliczka z wizerunkiem głowy demona, który tak ją fascynował, 
została pogardliwie odrzucona. Mężczyzna usiłował zachować niewzruszoną powagę. 
   Leandros sporo nad tym pracował i ostatnimi czasy zdołał wcisnąć jej kilka korynthiańskich 
podróbek. Z uwagą przyjrzała się trzem porwanym i postrzępionym fragmentom 
manuskryptów, po czym odłożyła je na bok. Zatrzymała dłoń nad glinianą głową, tak starą, że 
trudno było stwierdzić, czy przedstawiała istotę, o którą jej chodziło. Dołożyła ją do 
pergaminów. 
   — Dwie sztuki złota — rzuciła krótko, kończąc oglądanie. — Jedna za głowę, druga za 
kodeksy. To i tak duplikaty tego, co już posiadam. 
   Sztuka złota za glinianą głowę była wygórowaną ceną, spodziewał się dostać za nią 
najwyżej garść miedziaków, lecz oczekiwał co najmniej dwóch sztuk złota za każdy z 
manuskryptów. 
   — Ależ, pani — wychlipiał. — Przynoszę ci wszystko, co tylko zdołam odnaleźć. Nie 
potrafię odczytać tych manuskryptów, ani nie wiem, czy już takowe posiadasz. Nie masz 
pojęcia, jakim trudnościom muszę stawić czoło, ani jakie ponoszę koszta. Zabito pięciu moich 
ludzi. Za każdą kradzież muszę zapłacić ze swojej kiesy. Dobrych ludzi niełatwo… 
   — Zostało zabitych pięciu ludzi? — Głos kobiety zabrzmiał niczym strzał z bicza, choć 
wcale go nie podniosła. 
   Pod jej spojrzeniem mężczyzna przeżywał katusze, pot wystąpił mu na czoło. Ta zimnooka 
kobieta nie tolerowała porażek i nie cierpiała, gdy ktokolwiek zwracał na siebie uwagę, 
pozostawiając łańcuszek trapów, porzuconych w rynsztokach. Baraca był tego doskonałym 
przykładem. Kothyjczyka znaleziono powieszonego za nogi i choć odartego ze skóry, to 
jeszcze żyjącego. Konał w męczarniach przez wiele godzin, wyjąc jak opętaniec. 
   — W co się wmieszałeś, Galbro — ciągnęła, a jej słowa raniły jak sztylet — że straciłeś aż 
pięciu ludzi? 
   — W nic, pani. To była sprawa prywatna. Powinienem był o tym wspomnieć, pani. Proszę, 
wybacz mi. 
   — Głupcze! Tak łatwo można przejrzeć twoje kłamstwa. Wiedz, że bóg, któremu służę i 
któremu ty służysz za moim pośrednictwem, obdarza mnie mocą sprawiania bólu. 
   Wypowiedziała słowa, których nie zrozumiał, a jej dłoń zakreśliła w powietrzu kilka 
skomplikowanych znaków. 
   Gdzieś, poza zasięgiem jego oczu, rozbłysło oślepiające światło. Wypełniło go przejmujące 
przeświadczenie agonii. Wszystkie mięśnie odmówiły posłuszeństwa i zaczęły drgać 
konwulsyjnie. Runął bezradnie do tyłu, dygocząc jak osika. Jego ciało wygięło się w łuk i w 
efekcie tylko jego głowa i rozedrgane pięty dotykały posadzki. Próbował krzyczeć, lecz żaden 
dźwięk nie był w stanie dobyć się ze sparaliżowanych strun głosowych, nie mógł nawet 
oddychać. Czerń przesłoniła mu oczy i gdzieś w głębi swego jestestwa domagał się śmierci i 
uwolnienia za wszelką cenę od tego wszechogarniającego cierpienia. 
   Wtem ból minął, a mężczyzna, szlochając, osunął się na podłogę. 
   — Nawet śmierć cię nie ocali — wyszeptała — bowiem śmierć to jedna z domen mojego 
pana. Patrz. — Znów wypowiedziała słowa, które rozpaliły jego umysł do białości. 
   Spojrzał na nią błagalnie, usiłując prosić, by go oszczędziła, lecz głos uwiązł mu w gardle. 
Orły poruszyły się. Wiedział, że były martwe, dotykał ich. A jednak poruszyły się, 
rozpostarły skrzydła. Jeden z nich wydał przeciągły, ochrypły skrzek. Drugi sfrunął ze swojej 
żerdzi na stół, chwytając szponami skraj blatu i przekrzywiając łebek. Po zapadłych 
policzkach mężczyzny spływały strużki łez. 
   — Na mój rozkaz rozerwą cię na strzępy — oznajmiła kobieta w woalce. — A teraz mów. 
Opowiedz mi wszystko. 

background image

   Galbro zaczął mówić. Bełkotliwe słowa wylewały się z jego ust, niczym woda z fontanny. 
Szczegółowo opisał spiżową figurkę. Opowiedział o tym, jak się o niej dowiedział i jak 
usiłował ją zdobyć. Mimo swego przerażenia nie podał kobiecie pełnego, prawdziwego opisu 
ogromnego przybysza z Północy. Postanowił przyczynić się do śmierci człowieka, który stał 
się dla niego tak wielkim zagrożeniem, ale jeszcze bardziej pożądał pieniędzy, które kobieta 
w woalce miała mu zapłacić za posążek. Gdyby wymyśliła sposób na zdobycie statuetek bez 
jego pomocy, mogłaby uznać, iż jest już jej niepotrzebny. Wiedział, że korzystała również z 
usług innych, a Baraca przypomniał mu, jak zabójczy mógł okazać się jej gniew. Po 
zakończeniu swej obszernej relacji czekał z niepokojem na jej reakcję. 
   — Nie cierpię tych, co odbierają rzeczy mnie przeznaczone — rzekła w końcu, a 
mężczyzna zadrżał na myśl o jej wściekłości. — Zdobądź dla mnie tę figurkę, Galbro. Bądź 
mi posłuszny i uczyń co każę, a wybaczę ci twoje kłamstwa. Jeśli zawiedziesz… 
   Nie musiała kończyć tej groźby. Wyobrażał ją sobie aż nadto wyraziście, w wielu 
przerażających wersjach. 
   — Będę posłuszny, pani — zaszlochał, szorując twarzą po podłodze. — Będę posłuszny, 
będę posłuszny. 
   Przerwał tę litanię dopiero wtedy, gdy usłyszał, jak kobieta wychodzi z komnaty. Podnosząc 
wzrok, rozejrzał się po pokoju z poczuciem radosnej ulgi, że jest sam i wciąż jeszcze żyje. 
Jego spojrzenie przyciągnęły orły, na których widok aż jęknął. Znów były nieruchome, ale 
jeden z nich wychylił się lekko do przodu z uniesionym skrzydłem, jakby lada moment miał 
zaatakować. Drugi wciąż wpijał się szponami w blat stołu i przyglądał mu się bursztynowymi 
ślepiami. 
   Chciał rzucić się do ucieczki, lecz wiedział, że nie zdołałby umknąć zbyt daleko, bo nie był 
na to dość szybki. To ten przeklęty barbarzyńca z Północy był sprawcą wszystkich jego 
kłopotów. 
   Gdyby nie on, wszystko byłoby jak dawniej. Narastał w nim gniew, wściekłość 
przyćmiewała trawiące go przerażenie. Dopilnuje, by włóczęga z Północy zapłacił za 
wszystko, co go spotkało, i to z nawiązką. 
    
   Synelle zaczekała, aż znajdzie się w swej nieoznakowanej lektyce, Chciała zachować 
anonimowość i zdjęła woalkę dopiero, gdy wokół niej opadły bladoszare zasłony. Tragarze 
wynieśli ją z podwórza niewielkiego domu, gdzie spotkała się z Galbrem. Pozbawieni 
języków, by nie mogli mówić, dokąd ją transportują, wiedzieli, że tej służbie muszą wykazać 
się perfekcją, podobnie jak przebiegły złodziej. 
   To dobrze, że zawsze szła na takie spotkania odpowiednio przygotowana. Ręcznik, w który 
Galbro wycierał spocone ciało, zdobyty przez jednego z jej sług, oraz kilka orlich piór, 
wystarczyły do zastraszenia złodzieja. Mogła teraz odetchnąć, wiedząc, że dusza tamtego 
przepełniona jest pragnieniem absolutnego posłuszeństwa i oddania dla niej. Mimo to po raz 
pierwszy łagodne kołysanie lektyki nie skłoniło jej do drzemki wśród jedwabnych poduszek. 
   Coś, w podanym przez złodzieja opisie spiżowej statuetki, wywołało niepokój i dręczącą 
irytację. Natknęła się na wiele ozdób przedstawiających Al Kiira. Były to na medaliony i 
amulety z wizerunkami jego głowy lub symbolu rogów, nigdy jednak nie napotkała całej 
figurki. 
   Opis był tak dokładny, że może faktycznie taka statuetka istniała. Na jej twarzy pojawiło się 
zdumienie. Chyba w jednym z manuskryptów natrafiła na wzmiankę… 
   Lekko rozchyliła zasłony. 
   — Szybciej! — rozkazała. — Niechaj Erlik pochłonie wasze dusze, szybciej! 
   Tragarze zaczęli biec, przedzierając się zwinnie przez tłum i nie bacząc na wyzwiska, 
jakimi ich obrzucano. Gdyby zawiedli, Synelle potraktowałaby ich znacznie surowiej. Ich 

background image

pani zaś siedząc wśród poduszek uderzała nerwowo piąstką o udo, denerwując się, że tak 
długo trwa przemarsz przez miasto. 
   Gdy tylko lektyka znalazła się na dziedzińcu jej posesji, nim tragarze postawili ją na 
kamiennych płytach, Synelle wyskoczyła na zewnątrz. 
   Na widok domu poczuła zalewającą ją falę wściekłości. Był wielki, jak inne pałace w 
mieście, lecz nie mógł uchodzić za jeden z nich. Wyłożone białym stiukiem ściany i 
czerwony dach stosowne były dla kupca. Albo kobiety. Zgodnie ze starym prawem, w murach 
Ianthe żadna kobieta, nawet księżniczka, nie mogła mieć swego pałacu. Ale ona to zmieni. O 
bogowie, jeżeli to, co przypuszczała, miało okazać się prawdą, zmiany zaczną się w ciągu 
miesiąca. Czemu miałaby czekać, aż Valdric wyzionie ducha? 
   Nawet wojsko nie będzie w stanie się z nią zmierzyć. Iskandrian, Biały Orzeł Ophiru i inni 
lordowie padną jej do stóp. 
   Rzucając służce swój płaszcz podkasała długą szatę i wbiegła na schody, ukazując zgrabne 
łydki. Dotarła na najwyższe piętro posesji, do pozbawionego okien pokoju, gdzie wstęp prócz 
niej miała tylko jedna osoba, w dodatku będąca w mocy zaklęcia wymazującego z jej umysłu 
wspomnienia wszystkiego, co się tam znajdowało, i nakazującego popełnienie samobójstwa, 
gdyby ktoś siłą próbował wydobyć z niej informacje. 
   Na ścianach, w złotych uchwytach, tkwiły blade, wonne świece. Jednak żaden blask nie był 
w stanie rozświetlić mrocznej aury obecnej w tym pomieszczeniu, które zdawało się być 
świątynią zła. Bo była to świątynia, choć brakło w niej posągów bożków czy wotywnych 
podarków. Znajdowały się tu tylko trzy stoły, wypolerowane na wysoki połysk. Na jednym z 
nich stały zakorkowane butle z bulgocącymi płynami lub substancjami roztaczającymi 
osobliwy blask oraz fiolki ze wstrętnymi i szkodliwymi proszkami. Były to narzędzia jej 
mozolnie zdobytych umiejętności. Drugi stół zasłano amuletami i talizmanami. Niektóre z 
nich miały przeraźliwą moc, którą Synelle wyczuwała, lecz jak dotąd nie potrafiła 
wykorzystać. Al Kiir jej to umożliwi. 
   Podeszła spiesznie do trzeciego stołu. Na nim spoczywały fragmenty zwoju — postrzępione 
pergaminowe i welinowe stronice, które żmudnie gromadziła przez całe lata. Zawierały 
mroczne tajniki czarodziejskich praktyk, o których świat usiłował zapomnieć, a które 
obdarzają mocą. Zaczęła je energicznie przeglądać, po raz pierwszy nie zwracając uwagi na 
strzępki sypiące się z prastarych stronic. Z łatwością odczytała treść zapisu, sporządzonego w 
martwym od tysięcy lat języku. Być może była ostatnią osobą na świecie potrafiącą się nim 
posługiwać. Uczonego, który przekazał jej tę umiejętność, udusiła jego własną brodą. W swej 
ostrożności uśmierciła później także jego żonę i dzieci. Śmierć strzegła sekretu dużo lepiej niż 
złoto. 
   W jej ciemnych oczach rozbłysły pożądliwe iskierki, gdy odczytywała znaleziony fragment. 
„Przeto przyzywając wielkiego boga błaganiem, nakłaniać go należy, przez postawienie przed 
sobą wizerunku onego, substytutu, pomostem między światami będącym jako wyraz 
uwielbienia dla tego wszystkiego, co bóg sobą reprezentywa”. 
   Myśląc o słowach czytanego tekstu, do tej pory zawsze widziała siebie przed wizerunkiem 
Al Kiira, lecz to, co znajdowało się w trzewiach góry, nie było rzeźbą. To było materialne 
ciało boga. Podczas ceremonii przed kapłanką powinien znajdować się posążek. Wizerunek. 
Statuetka ze spiżu. To musiało być to. Wybiegając z pokoju poczuła ogarniającą ją falę 
triumfu. 
   Służka gorliwie zapalająca srebrne lampy zwieszające się ze ścian korytarza, skłoniła się 
przed nią niezdarnie, nie wypuszczając z dłoni szczypiec i wiaderka z węglem. 
   Synelle nie zdawała sobie sprawy, że do zmierzchu było już tak blisko. Prawie zapadła już 
noc, a cenny czas płynął nieubłaganie. 
   — Znajdź lorda Taramenona — rozkazała — poleć mu, by natychmiast przybył do mej 
ubieralni. Biegnij, dziewczyno. 

background image

   Służka pobiegła, gdyż niewypełnienie polecenia lady Synelle mogło sprowadzić na nią 
niewyobrażalne wręcz cierpienie. 
   Księżniczka nie musiała pytać, czy przystojny młody lord jest na terenie posesji. Taramenon 
chciał zostać królem, co nie było zbyt mądre, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto nie miał 
odpowiedniego urodzenia ani pieniędzy i wydaje mu się, że starannie to przed nią skrywa. 
Fakt, że był najwytrawniejszym szermierzem w Ophirze, a Synelle postawiła sobie za punkt 
honoru, by zatrudnić na służbę najlepszych fechmistrzów, w walce o tron nie był szczególnie 
liczącym się atutem. Towarzyszył Synelle w jej poszukiwaniach, gdyż w swej arogancji 
wierzył, że nie będzie ona w stanie sprawować rządów, nie mając u swego boku męża. Był na 
tyle pyszny, by sądzić, iż to właśnie on nim zostanie, a co za tym idzie, zdobędzie koronę. 
Synelle nie uczyniła nic, by wyprowadzić go z błędu. Przynajmniej na razie. 
   Gdy weszła do ubieralni, cztery garderobiane — smukłe blondynki w szatach 
wyglądających niczym opary muślinu — przystanęły, by się pokłonić, po czym pospieszyły 
ku niej, z gracją tancerek. Agenci księżniczki sporo się natrudzili, by znaleźć tę czwórkę. 
Były to siostry szlachetnej, korynthiańskiej krwi, które przychodziły na świat w 
równorocznych odstępach. Synelle sama zajęła się ich szkoleniem i łamaniem oporu. 
Podążały za nią usłużnie i bezgłośnie, gdy krążyła po pokoju, pozbawiając ją odzienia tak 
zgrabnie, że ani razu nie zmyliła kroku. Nago prezentowała się jeszcze bardziej ponętnie 
aniżeli w jedwabiach czy satynie. Miała długie nogi, pełne piersi i bardzo szczupłą sylwetkę. 
Jedna z garderobianych trzymała w dłoni lustro oprawione w kość słoniową, druga za pomocą 
delikatnego pędzelka poczerniła węglem powieki Synelle, a potem nałożyła róż na jej wargi. 
Pozostałe zwilżyły jej ciało chłodnymi, zmoczonymi ręcznikami i uperfumowały rzadkimi 
wonnościami z Vendhii, których kropla kosztowała sztukę złota. 
   W przedpokoju rozległ się ciężki tupot męskich butów, więc garderobiane pospieszyły, by 
podać swej pani długą, powłóczystą szatę ze szkarłatnego aksamitu. Synelle rozłożyła 
ramiona, by mogły jej nałożyć ten wspaniały ubiór, dopiero wtedy, gdy kroki zbliżyły się do 
samych drzwi ubieralni. 
   Taramenon aż westchnął na widok kuszących, jedwabistych krągłości, które powitały go, 
gdy wszedł i natychmiast zostały skrzętnie zasłonięte. Był to mężczyzna wysoki, barczysty o 
szerokiej klatce piersiowej, orlim nosie i głęboko osadzonych brązowych oczach, które 
stopiły niejedno niewieście serce. Synelle cieszyła się, że nie podążył za modą i miast 
zapuścić brodę, zawsze gładko się golił. Uradował ją również jego przyspieszony oddech, 
wywołany ujrzeniem jej nago. 
   — Odejdźcie — rozkazała, zawiązując satynowy czerwony pasek swojej szaty. Dziewczęta 
posłusznie opuściły ubieralnię. 
   — Synelle — rzekł ochryple Taramenon, gdy służki wyszły, i postąpił naprzód, jakby chciał 
wziąć ją w ramiona. 
   Powstrzymała go uniesieniem ręki. Nie było czasu na igraszki, choć z przyjemnością 
popatrzyłaby, jak się wije trawiony pożądaniem, którego nie zamierzała zaspokoić. Dzięki 
swoim studiom poznała, jaką władzę może zyskać kobieta nad mężczyzną oddając się mu i 
postanowiła oddać się Al Kiirowi. Wiedziała wszakże o planach Taramenona wobec niej. 
Widziała zbyt wiele dumnych, niezależnych kobiet oddających się mężczyznom tylko po to, 
by odkryć, że wraz z cnotą traciły również swą pychę i niezależność. Nie dla niej 
nasłuchiwanie z niepokojem kroków nadchodzącego kochanka, dzielenie z nim smutków i 
radości, ani spełnianie jego zachcianek niby pokorna, uległa niewolnica. Nie mogła 
ryzykować takiego obrotu spraw. Nigdy nie odda się żadnemu mężczyźnie. 
   — Wyślij dwóch najlepszych szermierzy, aby odnaleźli i śledzili Galbro — poleciła. — 
Tylko tak, żeby się nie zorientował. Poszukuje on spiżowej statuetki, wizerunku Al Kiira 
wielkości męskiego przedramienia, lecz ten posążek jest zbyt ważny, aby można było 

background image

powierzyć go temu złodziejowi. Gdy Galbro znajdzie statuetkę, niech twoi ludzie ją zdobędą i 
natychmiast dostarczą mnie. Rozumiesz, Taramenonie? Słuchasz? 
   — Słucham — rzekł ochrypłym głosem, w którym dało się wyczuć gniewną nutę. — 
Sądziłem, że jeśli wezwałaś mnie, o tej porze do twej przebieralni, chodzi ci o coś innego niż 
o jakąś przeklętą spiżową figurkę. 
   Na jej pełnych wargach pojawił się kuszący uśmiech. Podeszła tak blisko, że piersiami 
dotknęła jego ciała. 
   — Będziemy mieć na to dość czasu, gdy tylko osiągniemy nasz cel. Tron — szepnęła. 
   Przesunęła palcami po wargach mężczyzny. 
   — Będziemy mieli tyle czasu, ile dusza zapragnie. 
   Uniósł ręce, aby ją objąć, lecz zgrabnie wyślizgnęła się z jego uścisku. 
   — Najpierw tron, Taramenonie, a żeby go zdobyć, niezbędna jest nam ta, jak ją nazywasz, 
przeklęta spiżowa figurka. Wyślij ludzi. Jeszcze dziś. Natychmiast. 
   Obserwowała zmienność emocji pojawiających się na jego obliczu, i znów zaczęła 
zastanawiać się nad łatwością przejrzenia mężczyzn. 
   Niewątpliwie wydawało mu się, że jego twarz jest niczym beznamiętna maska, lecz Synelle 
wiedziała doskonale, że dołączał właśnie ten incydent do wielu innych, równie bolesnych, z 
zamiarem odpłacenia jej za doznane upokorzenia, gdy tylko ją zdobędzie. 
   — Tak się stanie, Synelle — wychrypiał w końcu. 
   Kiedy odszedł, na jej ustach pojawił się uśmiech triumfu i spełnionych ambicji. Zdobędzie 
władzę i moc. Wybuchnęła śmiechem. Tak, zyska władzę i moc. Całą. Tylko dla siebie. 
Niepodzielną. 
 

    
   Uliczki Ianthe były mroczne i puste, niemniej w pobliżu pałacu barona Timeona poruszył 
się cień. Postać w płaszczu z kapturem przywarła do bogato zdobionego marmurowego muru, 
a chłodne, zielone oczy ponad wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi bacznie 
obserwowały straże czyniące obchód wśród grubych, żłobkowanych, alabastrowych kolumn. 
Strażnicy nie stanowili problemu, lecz czy mężczyzna, który spał wewnątrz budynku, 
stosował nadal swoje złodziejskie sztuczki, asekurując siew ten sposób? 
   Poły płaszcza rozchyliły się ukazując kobiece ciało, przyobleczone w ciasną tunikę, 
bryczesy ze skóry i miękkie, czerwone buty. Blask księżyca spowił rude włosy zaczesane do 
tyłu i przewiązane rzemykiem. Kobieta pospiesznie odpięła pas z mieczem i przełożyła przez 
ramię, tak że turański scimitar zwieszał się jej na plecach, po czym sprawdziła uwiązany u 
boku skórzany mieszek. Silnymi, szczupłymi palcami zbadała wyżłobienia płaskorzeźb w 
marmurowym murze i po chwili, zwinnie jak małpa, zaczęła piąć się w górę. 
   Zatrzymała się poniżej krawędzi płaskiego dachu. Na gontach dachu zaszurały podeszwy 
butów. A więc pamiętał swe sztuczki i nadal je stosował. Niemniej, pomimo dobrej reputacji, 
jaką zyskiwała sobie Wolna Kompania, byli to tylko żołnierze. Ci na dachu krążyli w tę i z 
powrotem jak obozowi wartownicy. Rytmiczny krok przybliżał się coraz bardziej, by w 
końcu zacząć się oddalać. 
   Zwinnie, niczym pantera wślizgnęła się na dach i bezszelestnie przebiegła niewielką 
odległość, by skryć się w cieniu czterdziestu kominów. Przy wewnętrznej krawędzi dachu 
legła na brzuchu i spojrzała w dół. Poniżej rozciągał się ogród centralny, wokół którego 
zaaranżowano cały pałac. Ujrzała okna jego sypialni. Było w nich ciemno. A więc spał. 
Podejrzewała raczej, iż będzie zabawiał się z kolejną ze swoich niezliczonych dziewek. To 
jedna z rzeczy, która najbardziej się z nim kojarzyła. Pamiętała, jak patrzył na kobiety i jak 
one patrzyły na niego. Informacje pozyskała bez trudu. Obyło się nawet bez łapówek. Musiała 
tylko udawać dziewkę służebną, choć zważywszy na jej niepoślednią urodę nie było to 

background image

łatwym zadaniem. Służki o takich jak jej ponętnych krągłościach, raczej prędzej niż później 
zapraszane są do pana na pokoje. Musiała również porozmawiać na targu z kobietami z 
pałacu Timeona. Chętnie opowiadały zarówno o wielkim domu, gdzie służyły, o ich tłustym 
panu i jego nieustannych niezwykłych hulankach, jak tezo zimnookich wojownikach, których 
najął. Plotkowały najchętniej o tych ostatnich, przekomarzając się i fantazjując o upojnych 
chwilach spędzonych na sianie bądź w zakamarkach ogrodu. 
   Mogła się założyć, że podobnie jak na dachu, warty wystawiono również w ogrodzie, lecz 
się tym nie przejęła. Wyjęła ze skórzanego mieszka linkę z barwionego na czarno jedwabiu, 
do której końca przymocowana była kotwiczka. Zaczepiwszy haki o ślimacznicę na skraju 
dachu, spuściła sznur w ciemność. Lina była dość długa, by kobieta mogła dostać się do okna. 
   Po krótkim zjeździe w dół znalazła się wewnątrz pokoju. Panowała w nim ciemność. W 
dłoni kobiety pojawił się sztylet… i nagle zamarła w bezruchu. A jeśli uzyskała złą 
informację? Nie chciała zabić innego mężczyzny. Musiała mieć pewność. 
   Przeklinając w duchu własną głupotę, sięgnęła po ciemku w stronę stołu po lampę… 
błyskawicznie przypominając sobie również o szczypcach oraz pudle z węglem. Podmuchała 
lekko na węgiel, aż się rozżarzył, i przytknęła do knota. Rozbłysło światło, a ona jęknęła, 
ujrzawszy upiora przycupniętego na blacie stołu, tuż obok. Rogaty czart łypnął na nią 
złowrogo. Mimo iż był to spiżowy posążek, czuła tkwiące w nim zło, a pierwotny, 
zakorzeniony w niej instynkt podpowiadał, że było ono skierowane przeciw kobietom. Czy 
mężczyzna, którego szukała, mógł zmienić się do tego stopnia, że trzymałby w swym pokoju 
coś równie odrażającego? Mężczyzna, którego szukała! 
   Z walącym mocno sercem obróciła się, unosząc sztylet. On wciąż spał, młody gigant 
rozciągnięty jak długi na łóżku. Conan z Cymmerii. Podkradła się bezgłośnie bliżej posłania, 
chłonąc wzrokiem jego widok, ogorzałe oblicze, szerokie bary, masywne ramiona, które… 
   „Dość” — rozkazała sobie. Ile zła wyrządził jej ten człowiek? Była wolna jak sokolica, 
żyjąc na równinach Zamory i Turami, póki on się nie zjawił, przynosząc ze swymi grasantami 
śmierć i zniszczenie. Przez swój męski honor i za sprawą głupiej obietnicy, do złożenia której 
zmusiła go w chwili zagniewania, pozwolił, by sprzedano ją w niewolę, do Zenany w 
Sultanapurze. Za każdym razem, gdy witka smagała jej pośladki i gdy zmuszano ją, by 
tańczyła nago, ku uciesze pana, tłustego kupca oraz jego przyjaciół, pragnęła dopaść Conana i 
odpłacić mu za swe poniżenia. 
   Kiedy w końcu uciekła i zbiegła do Nemedii, by zostać królową tamtejszych przemytników, 
on znów się pojawił. Nim tu dokonał dzieła zniszczenia, zmuszona była pospiesznie 
spakować swe ciężko zapracowane dobra na juczne zwierzęta i ponownie uciekać. 
   Umknęła wtedy, lecz nie zapomniała o nim. To wspomnienie rozpalało w jej sercu ogień, 
żar który nauczyła się kochać, niczym palacz żółtego lotosu swoją fajkę. Owo wspomnienie 
prześladowało ją i popychało do awanturniczego życia i ekscesów, szokujących nawet na 
słynącym z rozwiązłości dworze Aquilonii. Dopiero kiedy przepuściła całe złoto, ponownie 
poznała sens wolności. Powróciła do życia, które kochała, gdzie o jej losie decydowały 
jedynie rozum i miecz. Zdecydowała się na przebywanie w Ophirze i zebrała nową bandę 
wyrzutków. 
   Ile miesięcy upłynęło, odkąd doszły ją pierwsze pogłoski o wielkim przybyszu z Północy, 
którego Wolna Kompania siała strach i zgrozę wśród wszystkich, co ośmielili się jej 
przeciwstawić? Jak długo przekonywała siebie, że nie był to ten sam mężczyzna, który gdy 
się pojawiał, obracał jej życie w ruinę? 
   Znów ich drogi się skrzyżowały, lecz tym razem nie będzie uciekać. W końcu uwolni się od 
niego. Szlochając w głos, uniosła sztylet wysoko i opuściła z impetem. 
    

background image

   Sen Conana rozproszył dziwny dźwięk, który podświadomie skojarzył ze szlochem kobiety. 
To go obudziło. Zdążył jeszcze dostrzec czyjąś postać obok łóżka, opadający sztylet — i 
odturlał się w bok. 
   Sztylet zagłębił się w materac, na wysokości piersi Cymmerianina, a siła z jaką zadano 
uderzenie, zwaliła nań napastnika. Conan natychmiast schwycił atakującego, konotując 
zaskakującą miękkość jego ciała, i cisnął na drugi koniec pokoju. W tym samym odruchu 
zerwał się z łóżka, zacisnął dłoń na pokrytej starą owijką rękojeści swego miecza i 
wyszarpnął go z pochwy. Dopiero wtedy po raz pierwszy wyraźnie ujrzał napastnika. 
   — Karela! — wykrzyknął. 
   Płowowłosa piękność, podnosząc się z podłogi pod ścianą, wyszczerzyła do niego zęby. 
   — Tak, oby Derketo odjęła ci wzrok! — Gdybyż zdołała przedłużyć twój sen o tę jedną 
chwilę… 
   Przeniósł wzrok na sztylet tkwiący w materacu i pytająco uniósł brwi. Rzekł jednak tylko: 
   — Sądziłem, że wyruszyłaś do Aquilonii, by wieść tam żywot damy. 
   — Nie jestem damą — wysapała. — Jestem kobietą! I to dość silną, by rozprawić się z tobą 
raz na zawsze! 
   Sięgnęła dłonią za bark i błyskawicznie rzuciła się na niego, wymachując długim na trzy 
stopy, złowrogo zakrzywionym szabliskiem. 
   W lodowato niebieskich oczach Conana zapłonął gniew. Młodzieniec machnął ręką i dwie 
klingi zderzyły się z głośnym brzękiem. Na twarzy Kareli pojawił się wyraz wielkiego 
zaskoczenia. Jej usta otwarły się z niedowierzaniem, gdy siła ciosu omal nie wytrąciła jej z 
ręki oręża. Cofnęła się o krok i od tej chwili broniła się już tylko przed jego śmigającą klingą. 
Nie zmuszał jej do odwrotu, ale wykorzystywał każdy krok wstecz, by natychmiast podążyć 
za nią. Ona zaś mogła jedynie rejterować, przed potężnymi, zamaszystymi cięciami, zdyszana 
i nadal gotowa do ataku. Jednakże przeciwnik nie pozostawiał jej po temu najmniejszej 
okazji. Gdy miał pewność, że trafi tylko w szablę, uderzał, wkładając w cios całą swoją siłę, 
od której dziewczyna się chwiała. Zuchwały uśmieszek na jego ustach i spokój, z jakim 
walczył, ubodły ją do żywego. Drwił z niej, raniąc bardziej niż najostrzejsza stal. 
   — Niech cię Derketo porwie, ty przerośnięty barbarzyński mięśniaku — wysapała. 
   I w tej samej chwili z głośnym brzękiem scimitar został wytrącony z jej ręki. 
Znieruchomiała na czas nie dłuższy niż zaczerpnięcie tchu, po czym rzuciła się po szablę. 
   Conan odrzucił swój miecz i gdy skoczyła, chwycił ją za tunikę na plecach. Materiał 
opinający jej jędrne, pełne piersi pękł naprzodzie, a impet skoku sprawił, że szata podarła się 
jeszcze bardziej. Pochwycona przez barbarzyńcę w jednej chwili została niemal na wpół 
rozebrana. Conan nie zasypiał gruszek w popiele i rozdartą tuniką unieruchomił jej ręce 
wzdłuż boków. Miał wrażenie, jakby mocował się z prychającym i miotającym dziko rysiem. 
Niemniej, jak zauważył, ten okaz miał największe piersi, jakie widział od wielu już dni. 
   — Tchórzu! — zakrzyknęła. — Pomiocie chromego kozła! Walcz ze mną orężem, a 
nadzieję cię na mą klingę, jak na rożen kapłona, którym jesteś! 
   Bez trudu przyciągnął ją do łóżka, usiadł, i ułożył ją sobie na kolanach. Teraz z łatwością 
już poradził sobie z szamoczącą się kobietą. 
   — O nie! — wykrztusiła. — Tylko nie to! Wytnę ci serce, Cymmerianinie! Pozbawię cię 
męskości… 
   Jej monolog przerwał dziki skowyt, gdy wielka jak bochen chleba dłoń barbarzyńcy 
plasnęła silnie w jej pośladki, opięte ciasno skórą. 
   Nagle ktoś załomotał do drzwi i z korytarza dobiegł głos Machaona. 
   — Co się tam dzieje, Conanie? Wszystko w porządku? 
   — Tak — odparł Cymmerianin. — Po prostu besztam pewną źle ułożoną dziewkę. 
   Na te słowa Karela zaczęła miotać się jeszcze gwałtowniej, lecz w jego żelaznych 
ramionach wszelki opór mijał się z celem. 

background image

   — Puść mnie, Cymmerianinie — warknęła — albo, obiecuję ci, zawiśniesz za nogi nad 
ogniskiem. Puść mnie, oby Derketo skurczyła twoją męskość! 
   Conan odpowiedział uderzeniem, po którym ponownie wrzasnęła. 
   — Próbowałaś mnie zabić, dziewko! — rzekł wolno, po każdym słowie wymierzając jej 
kolejnego siarczystego klapsa. — Nie można było ci nigdy ufać, nawet gdy ujrzałem cię po 
raz pierwszy. W Shadizarze bez słowa ostrzeżenia poderżnęłabyś mi gardło lub pozwoliłabyś, 
aby mnie zamordowano. 
   Wykrzykiwane przez Karelę inwektywy zmieniły się w niezrozumiały bełkot. Wierzgała 
wściekle nogami, lecz on był nieugięty i nie zaprzestał wymierzać kary. 
   — W górach kezankiańskich zdradziecko oddałaś mnie czarownikowi. Ocaliłem ci wtedy 
życie, lecz w Nemedii złotem przekupiłaś oprawców, by wzięli mnie na tortury. Dlaczego? 
Czemu próbowałaś zamordować mnie we śnie? Czemu chciałaś wbić mi nóż w serce? Czy 
kiedykolwiek cię skrzywdziłem? Czy twoja dusza jest aż tak zdradziecka, dziewczyno? 
   Urywane słowa, wypowiedziane błagalnym tonem rozległy się wśród jej krzyków. 
Przeniknęły opokę jego gniewu, kojąc wściekłość i wstrzymując dłoń. Karela błagała go? 
Cokolwiek zrobiła, lub teraz próbowała uczynić, jego postępowanie nie było właściwe. Nie 
mógł jej zabić, lecz nie był też w stanie do końca złamać jej duszy. Zepchnął ją ze swych 
kolan. Z głuchym łupnięciem, ciężko wyładowała na czworakach na podłodze. 
   Wciąż szlochała, a jej twarz wykrzywił grymas bólu, gdy sięgnęła dłońmi do palących 
żywym ogniem pośladków. I nagle, jakby przypomniawszy sobie o obecności Conana, 
cofnęła ręce, a jej zielone oczy jęły miotać weń nienawistne błyskawice. 
   — Oby Derketo odjęła ci wzrok, Cymmerianinie — rzuciła zjadliwie — a Erlik dla zabawy 
igrał twoją duszą. Żaden mężczyzna, którzy mnie tak potraktował, nie pozostał potem przy 
życiu. 
   — A mnie — odparował Cymmerianin — nikt, żaden mężczyzna, ani kobieta nie zdradziła 
równie podle, nie będąc moim wrogiem. Mimo to nie czuję wobec ciebie nienawiści. Lecz 
decydować się na coś takiego! Karelo, wszak morderstwo nigdy nie było twoją domeną. 
Czemu chciałaś to zrobić? Dla złota? Zawsze, ponad wszystko inne, wielbiłaś złoto. 
   — Zrobiłam to dla siebie! — wybuchnęła, uderzając małą piąstką w jego udo. Przymknęła 
powieki, i ściszyła głos do szeptu. — Twoja obecność zmienia moje mięśnie w wino. Gdy na 
mnie patrzysz, zupełnie tracę głowę. Jak mogłabym nie pragnąć twej śmierci? 
   Conan pokręcił głową ze zdumieniem. Nigdy nie twierdził, że potrafi zrozumieć kobiety, a 
co dopiero tę nieposkromioną diablice. 
   Ponownie utwierdził się w przekonaniu, że bogowie, którzy stworzyli mężczyzn, z całą 
pewnością nie byli tymi samymi, co stworzyli kobiety. 
   Gdy uklękła zaszlochana, półnaga i sponiewierana, Conan poczuł, że prócz zdumienia budzi 
się w nim coś jeszcze. Jej ponętne krągłości przykuwały wzrok, a ciało, delikatne i jędrne 
zarazem, wydawało się cudowne w dotyku. Zawsze budziła w nim pożądanie, mimo iż często 
próbowała wykorzystywać swe najsilniejsze atuty, gdy chciała, by postąpił wedle jej woli. 
Nagle stwierdził, że na razie może wstrzymać się z pytaniem, jak i po co przybyła do Ophiru. 
Delikatnie przysunął ją do siebie, między rozchylone nogi. 
 
   Uniosła powieki, ukazując piękne, wciąż pełne łez, zielone oczy. 
   — Co robisz? — zapytała niepewnie. 
   Zdjął z jej ramion rozdartą tunikę i cisnął na podłogę. Przygryzła małymi, białymi zębami 
dolną wargę i pokręciła głową. 
   — Nie — wydyszała. — Nie chcę. Nie. Proszę. 
   Jednym ruchem uniósł kobietę i położył na łóżku, zdejmując jej buty i ściągając z długich 
nóg ciasne skórzane bryczesy. 

background image

   — Nienawidzę cię, Conanie — lecz jak na tak ostre słowa, w jej głosie pobrzmiewała 
zaskakująca, błagalna nuta. — Przybyłam tu, aby cię zabić. Nie zdajesz sobie z tego sprawy? 
   Wyciągnął sztylet z materaca i uniósł w dwóch palcach tuż nad jej twarzą. 
   — Weź go więc, jeśli naprawdę pragniesz mojej śmierci. 
   Ich spojrzenia skrzyżowały się na kilka chwil. Wreszcie, jakby z wysiłkiem, odwróciła 
głowę. Conan uśmiechnął się, cisnął sztylet na podłogę, po czym sprawił, że z ust Kareli 
zaczęły wydobywać się jęki, które nie miały nic wspólnego z bólem i cierpieniem. 
 
VI 
    
   Conana obudziło wdzierające się przez okno światło słoneczne. Otworzył oczy i jego wzrok 
padł na sztylet Kareli, który znów był po rękojeść wbity w materac. Ostrze przebijało kawałek 
pergaminu. Karela zniknęła. 
   — Niechaj Gehanna porwie tę dziewuchę — mruknął odrywając pergamin. 
   Pismo było zamaszyste, a litery smukłe i długie. 
    
   Dług, który masz u mnie, jeszcze się powiększył. Następnym razem umrzesz, 
Cymmerianinie. Nie ucieknę przed tobą z kolejnego kraju. Wierzaj mi, na sutki Derketo, nie 
pozwolę się przegnać. 
    
   Zmarszczył brwi i zmiął kartkę w dłoni. To było w jej stylu, odejść gdy jeszcze spał, 
pozostawiając groźby i ani jednej odpowiedzi na nękające go pytania. Sądził, że skończyła już 
z pogróżkami. Wiedział też, że ta noc podobała się jej, tak jak i jemu. 
   Ubrał się szybko i ruszył do pałacowych podziemi. Zapinał jeszcze pas, gdy dotarł do 
długiego pomieszczenia, w pobliżu kuchni, gdzie jego kompani spożywali posiłek. 
Przygotowywane przez Fabia proste, pożywne jadło, zdaniem lorda, obrażało jego 
doborowych kucharzy. Ponad trzydziestu najemników, bez pancerzy bojowych, lecz z bronią 
u pasa, siedziało za ustawionymi na kozłach, prymitywnymi stołami, wyciągniętymi ze stajni, 
gdzie je przechowywano. Machaon i Narus siedzieli osobno. Byli do tego stopnia zajęci 
trzymanymi w dłoniach skórzanymi kubkami z ciemnym piwem i polewką w drewnianych 
misach, że nie zauważyli, gdy wszedł dowódca. 
   — Witaj, Cymmerianinie — zawołał głośno Machaon. — A jak ci poszło z tą… nieułożoną 
dziewką, wczorajszej nocy? — Głośny rechotliwy śmiech dowodził wyraźnie, że wojownik 
nie omieszkał podzielić się tą informacją z resztą drużyny. 
   „Czy ten przeklęty cap nie umiał trzymać języka za zębami?” — pomyślał Conan. Głośno 
natomiast rzekł: 
   — Podwój straże na dachu, Machaonie. I dopilnuj, by mieli oczy i uszy otwarte. Jak dotąd, 
mogłaby przemknąć niepostrzeżenie między nimi gromada świątynnych dziewic. 
   Conan przysiadł na ławie naprzeciw nich. 
   — Dziewka była nazbyt nieułożoną, prawda? Tak to już jest z kobietami, im bardziej ich 
pragniesz, tym więcej z nimi kłopotów — zarechotał Narus. 
   — Czy musisz je wszystkie bić? — zawołał Taurianus, a w jego głosie pobrzmiewała nuta 
zazdrości. — Wrzeszczała tak głośno, że myślałem, iż lada moment dach zwali mi się na 
głowę. 
   — Jadła! — zakrzyknął Conan. — Mamże umrzeć z głodu? 
   — W tej kuchni jest pewien wyjątkowo smakowity kąsek — zachichotał Machaon. — 
Schrupałbym go w całości. 
   Szturchnął Narusa łokciem, gdy z kuchni wyłoniła się Julia, balansując tacą z misą polewki, 
bochenkiem chleba i kubkiem ciemnego piwa. 

background image

   Sporo się zmieniła, odkąd Conan widział ją po raz ostatni. Długie, kasztanowe włosy miała 
przewiązane zieloną wstążką, a na jej twarzy miast różu i węglowych smug, można było 
dojrzeć krople potu, wyciśnięte przez żar kuchennych pieców. Jej długa szata z miękkiej, 
białej wełny pobrudzona sadzą i plamami wilgoci, miała wyglądać skromnie, lecz opinała 
krągłości dziewczyny tak, że przyciągnęła wzrok wszystkich obecnych w izbie mężczyzn. 
   — Musisz pomówić z tym człowiekiem — rzekła, stawiając tacę przed Conanem. Spojrzała 
na niego pytająco i dramatycznym gestem pokazała ręką na kuchnię — Z tym mężczyzną 
Fabiem. Groził mi… rózgą. Powiedz mu, kim jestem. 
   Conan nabrał polewki kościaną łyżką. Służyły one jego ludziom do spożywania posiłków 
każdego dnia, rano i wieczorem. 
   — Pracujesz w kuchni — mruknął. — To domena Fabia. Nawet gdyby królowa szorowała u 
niego garnki i czyniła to źle, złoiłby jej skórę rózgą, aż miło. Słuchaj co ci mówi i staraj się. 
   Julia parsknęła z oburzeniem, a Machaon zarechotał ochryple. 
   — Jesteś zbyt harda, dziewko — rzucił chichocząc brodaty weteran. — I dobrze 
zaokrąglona, tam gdzie trzeba. Nic ci nie będzie — dodał, podszczypując dziewczynę, na 
poparcie swoich słów. 
   Kasztanowo włosa złośnica pisnęła w głos, po czym chwyciła miskę Conana i wylała jej 
zawartość na głowę Machaona. Narus aż zakrztusił się ze śmiechu. 
   — Głupia dziewka — warknął Conan. — Przecież ja to jadłem. Przynieś mi nową porcję, a 
żywo. 
   — Sam sobie przynieś — odparowała. — Albo zdychaj z głodu, jeśli lubisz jadać z takimi 
jak on. — Obróciwszy się na pięcie wmaszerowała do kuchni sztywno, jakby połknęła kij. 
   Zdenerwowany Machaon palcami ścierał z twarzy gęstą polewkę. 
   — Nadchodzi mnie ochota, by samemu przetrzepać skórę tej dziewce — mruknął. 
   — Bądź dla niej łagodny — rzucił Conan. — W swoim czasie nabierze ogłady, czy będzie 
tego chciała, czy nie. Przywykła wszakże do lżejszego i wystawniejszego życia niż to, które 
obecnie przyszło jej prowadzić. 
   — Chciałbym ją poskromić — powiedział Machaon. — Lecz skoro jest twoja, 
Cymmerianinie, będę się trzymać od niej z daleka. 
   Conan pokręcił głową. 
   — Ona nie jest moja. Ani wasza, póki sama tego nie powie. W mieście jest wiele ladacznic, 
jeśli macie ochotę na uciechy z jakąś nadobną dziewką. 
   Dwaj mężczyźni spojrzeli na niego zdeprymowani, lecz posłusznie skinęli głowami, a tylko 
o to mu chodziło. Mogli uważać, że słusznie rości sobie prawo do dziewczyny, choć bez 
wątpienia zastanawiają się, czemu robił z tego tajemnicę. Jednak nie będą próbowali zdobyć 
jej bez przyzwolenia. Co więcej, nakażę reszcie drużyny, aby dbali o jej bezpieczeństwo. 
Conan sam nie wiedział, dlaczego tak się krył. Może z uwagi na Karelę? Trudno mu było 
myśleć o innych kobietach, gdy w pobliżu znajdowała się ta ognista dziewka. 
   Mogła sprawić mu dziesięć razy tyle kłopotów co Julia. I to bez większego trudu. Karela 
umiała dotrzymywać słowa. Jeśli nie wymyśli sposobu, by ją powstrzymać, może skończyć z 
jej nożem między żebrami. Co gorsza, w kwestii zemsty była bardzo zawzięta, jak Stygijka. 
   Można było spodziewać się po niej, że spróbuje zniszczyć Wolną Kompanię, zanim 
zdecyduje się uśmiercić jego. 
   — Czy słyszeliście może plotki o kobiecie, grasantce? — zapytał z głupia frant. 
   — Będę musiał wziąć kąpiel, aby się tego pozbyć — warknął Machaon wyjmując kawałek 
mięsa spomiędzy włosów i wkładając go do ust. — Nic mi o tym nie wiadomo. Kobiety nie 
bywają grasantkami, służą do innych celów. 
   — Ja również nic nie słyszałem — rzekł Narus. — Kobiety nie trudnią się tak brutalnym 
fachem. Nie nadają się do tego. Może z wyjątkiem tej rudej dziewki, którą spotkaliśmy w 

background image

Nemedii. Twierdziła, że jest grasantką, choć nigdy o niej nie słyszałem. Uraziło ją, że nie 
znałem jej wyczynów. Pamiętacie? 
   — Ona nie jest dziewką — rzekł Conan — i wypruje ci flaki, jeśli usłyszy, że tak ją 
nazywasz. 
   Natychmiast pożałował swoich słów. 
   — Ona tu jest! — zawołał Machaon. — Jak jej było na imię? 
   — Karela — rzekł Narus. — Ma dziewucha charakterek, nie ma co. 
   Machaon roześmiał się nagle. 
   — To ona była tą dziewką, ubiegłej nocy. — Wzruszył ramionami na piorunujące 
spojrzenie Conana. — Cóż, w pałacu nie ma takiej dziewki, której przed ułożeniem się na 
twym posłaniu należałoby rozgrzać zadek. To musiała być ona. Nie położyłbym się z nią do 
łóżka bez zbroi i miecza, a może i drużynnika, by pilnował moich pleców. 
   — To była ona — potwierdził Cymmerianin i dodał posępnie: — Próbowała pchnąć mnie 
sztyletem. 
   — Można się tego po niej spodziewać. — Narus zarechotał. — Sądząc po dzikich 
wrzaskach, chyba nauczyłeś ją moresu. 
   — Byłoby miło — wtrącił Machaon — spiknąć razem ją i naszą Julię. Zapakować je obie 
do jednego worka i zobaczyć, co się stanie. 
   Narusowi od śmiechu aż łzy pociekły po policzkach. 
   — Za taką walkę zapłaciłbym brzęczącą monetą. 
   — Niech Erlik pochłonie was obu — warknął Conan. — Ta kobieta jest naprawdę 
niebezpieczna. Wydaje się jej, że wyrządziłem jej poważną krzywdę i jeśli tylko zdoła, napyta 
nam wszystkim biedy. 
   — A co może uczynić kobieta? — burknął Narus. — Nic. 
   — Nie założyłbym się o moje życie — odparł Conan. — Nie w przypadku Kareli. Chcę, 
żebyście zaczęli wypytywać o nią po karczmach i zamtuzach. Możliwe, że przybrała jakieś 
inne imię, ale wyglądu nie zmieniła. Ktoś na pewno musiał widzieć rudowłosą rozbójniczkę, 
z ciałem służki Derketo. Powiedzcie innym, aby również mieli oczy szeroko otwarte. 
   — Czemu nie potraktujesz jej, jak ubiegłej nocy? — zapytał Machaon. — Spierz ją na 
kwaśne jabłko, i weź do łóżka. No dobrze, już dobrze. — Uniósł dłonie w geście poddania, 
gdy Conan otworzył usta, by zgromić go srogą reprymendą. — Zacznę wypytywać po 
zamtuzach. W ten sposób będę miał wymówkę, by zabawić dłużej w Domu Gołębic. 
   — Nie zapomnij o Domu Słodkich Dziewic — dorzucił Narus. 
   Conan skrzywił się z niesmakiem. Ci głupcy nie znali Kareli tak dobrze jak on. Miał 
nadzieję, że dla dobra całej kompanii zdążają docenić, zanim będzie za późno. Nagle 
uświadomił sobie, że wciąż trzymał w ręku kościaną łyżkę z resztką polewki i czym prędzej 
włożył ją do ust. 
   — Fabio znów przyrządził konia — mruknął przełknąwszy. 
   Narus zatrzymał dłoń z łyżką w powietrzu. 
   — Konia? — wykrztusił. 
   Machaon spojrzał na zawartość miski, jakby spodziewał się, że lada moment wypryśnie z 
naczynia i przegalopuje po nim. 
   — Konia — potaknął Conan, rzucając łyżkę na nieheblowane deski. 
   Narus zakrztusił się. Dopiero po wyjściu z izby Cymmerianin pozwolił sobie na uśmiech. 
Mięso smakowało jak wołowina, ale ci dwaj zasłużyli sobie, by pogłówkować trochę nad 
rodzajem mięsa, użytego przez Fabia do tego posiłku. 
   — Conanie! — Julia wybiegła z pomieszczenia, i zderzyła się z nim, gdy się odwrócił. 
Nerwowo załamywała dłonie. — Conanie, ty przecież nie… to znaczy, zeszłej nocy… chodzi 
o to, że… Urwała i zaczerpnęła tchu. — Conanie, musisz rozmówić się z Fabiem. Uderzył 

background image

mnie. Spójrz. — Odwróciwszy się, podkasała szatę, by pokazać mu alabastrowe krągłości 
swych pośladków. 
   Conan dostrzegł na nich ledwo widoczną różową pręgę. Spojrzał na jej twarz. Julia miała 
zamknięte oczy i wciąż zwilżała pełne wargi koniuszkiem języka. 
   — Pomówię z nim — oznajmił ponuro. Otworzyła oczy, a na jej twarzy pojawił się 
uśmiech. — Powiem mu, że musi tłuc mocniej, jeżeli chce wywrzeć wrażenie na upartej 
posługaczce. 
   — Zeszłej nocy… w twojej komnacie… była kobieta. Akurat przechodziłam obok i… 
usłyszałam. 
   Uśmiechnął się i patrzył, jak na jej policzkach wykwitają rumieńce. A więc podsłuchiwała z 
uchem przy drzwiach? 
   — A co cię to obchodzi? — zapytał. — Twoim zadaniem jest szorować garnki, mieszać 
polewkę i robić wszystko inne, co ci poleci Fabio. 
   — Ale ty mnie pocałowałeś — obruszyła się — I to jak. Nie możesz tak robić, a potem 
mnie ni stąd ni zowąd porzucać. Jestem kobietą, niech cię Derketo pochłonie! Mam 
osiemnaście lat! Nie pozwolę się traktować jak zabawkę! 
   Po raz drugi w przeciągu kilku godzin dziewczyna usiłowała przekonać go o swojej 
kobiecości. Jakaż była jednak między nimi dwiema różnica. Karela była odważna i zuchwała, 
nawet gdy miękła pod wpływem gwałtownej namiętności. Julia, choć z pozoru gniewna i 
zajadła była śmiertelnie przerażona. Karela znała się na sprawach damsko–męskich, Julię 
porażał zwykły pocałunek. Karela wiedziała, kim była i czego pragnęła, Julia… 
   — Chcesz bym wziął cię do mego łóżka? — zapytał półgłosem, ujmując ją pod brodę i 
lekko unosząc głowę. Na jej twarzy i szyi pojawiły się rumieńce, lecz nie próbowała się 
uwolnić. — Powiedz tak, a zaniosę cię tam w jednej chwili. 
   — Inni — wyszeptała. — Będą wiedzieli. 
   — Zapomnij o nich. To ty musisz dokonać wyboru. 
   — Nie mogę, Conanie. — Zaszlochała, kiedy ją puścił i nachyliła się ku niemu, jakby 
pożądała jego dotyku. — Chciałabym powiedzieć tak, ale boję się. Nie mógłbyś mnie tak po 
prostu… wziąć? Wiem, że mężczyźni robią takie rzeczy. Czemu składasz na mnie to brzemię, 
którego nie chcę przyjąć? 
   Było między nimi ledwie cztery lata różnicy, lecz w tej chwili miał wrażenie, jakby 
zmieniły się w czterysta. 
   — Ponieważ nie jesteś niewolnicą, Julio. Twierdzisz, że jesteś już kobietą, lecz gdyby to 
była prawda, umiałabyś powiedzieć tak lub nie i wiedziałabyś, czy naprawdę chcesz tego. 
Kiedyś to nastąpi, do tego jednak czasu… cóż, zabieram do mego łoża tylko kobiety, nie zaś 
przerażone dziewczęta. 
   — Niechaj cię Erlik przeklnie — rzuciła z goryczą. I natychmiast zmieniła ton. Wyciągnęła 
rękę, by dotknąć jego policzka. — Nie. Wcale tak nie myślałam. Mieszasz mi w głowie. 
Kiedy mnie pocałowałeś, sprawiłeś, że zapragnęłam stać się kobietą. Pocałuj mnie znowu, 
spraw, bym to sobie przypomniała. Pocałuj mnie i natchnij odwagą, której potrzebuję. 
   Conan sięgnął po nią i w tej samej chwili korytarz rozbrzmiał echami krzyku, bólu i 
gniewu. Odwrócił się na pięcie, sięgając dłonią do wytartej skórzanej rękojeści swego miecza. 
Krzyk powtórzył się, i o czym barbarzyńca był przekonany, dochodził z góry. 
   — Timeon — wymamrotał. 
   Miecz pojawił się w jego dłoni i w chwilę później Cymmerianin krzycząc w głos popędził 
korytarzem. 
   — Ruszać się, obiboki. To wasz baron wrzeszczy, niczym rodząca kobieta! Do broni, 
łamagi, przeklęte! 
   Na jego zawołanie służący i niewolnicy wylegli na korytarz i rozbiegli się we wszystkie 
strony, pokrzykując histerycznie. Wojownicy kompanii, wyrwani ze swych komnat, biegnąc 

background image

na wezwanie swego dowódcy, bezceremonialnie usuwali ich z drogi. Nakładając pospiesznie 
hełmy i wymachując mieczami, rosnąca w siłę drużyna biegła po marmurowych schodach za 
potężnym Cymmerianinem. 
   W korytarzu przed komnatą Timeona, dwaj wystawieni przez Conana wartownicy patrzyli 
zdezorientowani na bogato zdobione drzwi. Cymmerianin jednym uderzeniem ciała, 
sforsował je, nie zwalniając nawet kroku. Timeon leżał pośrodku wielobarwnego 
iranistańskiego kobierca, a jego ciałem wstrząsały gwałtowne konwulsje, pięty tłukły w 
posadzkę, tłuste dłonie sięgały do gardła. Odrzucił głowę do tyłu i za każdym razem, gdy 
udało mu się zaczerpnąć tchu, wydawał z siebie głośny krzyk. Jego kochanka Tivia, owinięta 
szczelnie płaszczem, stała oparta plecami o ścianę i z oczyma rozszerzonymi przerażeniem 
patrzyła na wijącego się bezradnie mężczyznę. Obok Timeona leżał przewrócony puchar, a w 
dywan wsiąkała duża kałuża wina. 
   — Na Dziewięć Piekieł Zadra! — warknął Conan. Odnalazł wzrokiem Machaona, 
przedzierającego się przez zebrany na korytarzu tłumek. — Machaonie, sprowadź medyka! 
Szybko! Otruto Timeona! 
   — Boros jest w kuchni — odkrzyknął wytatuowany mężczyzna. Conan zawahał się, a 
tamten to zauważył. — Na Gehannę, Cymmerianinie, sprowadzenie innego zajmie pół dnia. 
   Timeon miotał się coraz słabiej. Jego wrzaski przeplatały się teraz z jękami agonii. Conan 
pokiwał głową. 
   — Wobec tego sprowadź go. 
   Machaon zniknął, a Conan odwrócił się w stronę leżącego. Jak to się stało, że ten głupiec 
dał się otruć? Od odpowiedzi na pytanie mogło zależeć życie lub śmierć jego i reszty 
kompanii. Musiał rozwiązać te zagadkę, zanim sprawę wezmą w swoje ręce królewscy kaci. 
Valdric mógł zignorować wiele z tego, co działo się w jego kraju, lecz z pewnością nie 
odpuści morderstwa wielmoży, które na dodatek wydarzyło się w cieniu jego tronu. 
   — Narasie! — zawołał Conan. Mężczyzna o zapadniętych policzkach wsunął głowę do 
pokoju. — Zabezpiecz pałac. Niech nikt nie wychodzi, i żadnych informacji o tym, co zaszło, 
póki na to nie zezwolę. Pośpiesz się, człowieku! 
   Gdy Narus oddalił się, Machaon wprowadził do komnaty Borosa. Były uczeń 
czarnoksiężnika, wydawał się trzeźwy, co Conan przyjął z zadowoleniem. 
   — Został otruty — wyjaśnił Cymmerianin. 
   Boros spojrzał na niego jak na dziecko. 
   — Widzę. 
   Sięgnąwszy do sakiewki, siwobrody mężczyzna ukląkł przy Timeonie. Pospiesznie wyjął z 
mieszka gładki, biały kamyk wielkości męskiej pięści oraz niewielki nożyk. Z niemałym 
trudem rozprostował baronowi jedną rękę, podciągnął rękaw jego szaty i wykonał głębokie 
nacięcie. Gdy pociekła krew, przytknął do rany biały kamień. Po chwili cofnął dłoń. Lecz 
kamyk pozostał, niczym wrośnięty w ciało, a na jego powierzchni pojawiły się czarne nitki. 
   — Kamień bezoar — oznajmił Boros. — Niezastąpiony, gdy wchodzą w grę trucizny. 
Narzędzie medyków, lecz niewątpliwie użyteczne. Tak. 
   Zaczął skubać swą gęstą brodę i nachylił się, by spojrzeć na kamyk. Był teraz całkiem 
czarny i mroczniał jeszcze bardziej, przypominając bryłę żużlu. Miał już odcień kruczego 
skrzydła, lecz i ten pogłębiał się z każdą chwilą. I nagle z gardła Timeona wypłynęło ostatnie, 
rzężące tchnienie, po którym tłusty baron znieruchomiał. 
   — Nie żyje — rzucił Conan. — Wydawało mi się, że wspomniałeś, jakoby ten kamień był 
niezastąpiony przy wszelkich truciznach. 
   — Spójrz na niego! — jęknął Boros. — Mój kamień nie nadaje się już do niczego. Trucizny 
było tyle, że wystarczyłoby do uśmiercenia dziesięciu ludzi. Nie ocaliłbym go, mając nawet 
cały worek bezoarów. 
   — A zatem to morderstwo — wyszeptał Narus. 

background image

   Tłum w korytarzu zaczął szemrać. 
   Dłoń Conana zacisnęła się na mieczu. Większość spośród sześćdziesięciu wojowników, 
którzy mu obecnie towarzyszyli, zaciągnęła się w Ophirze. Była to mówiąca różnymi 
językami zbieranina z kilku krain, nie związana z nim tak bardzo, jak grupa stanowiąca 
podstawę drużyny. Ci często stawali do boju pod jego dowództwem, takie bowiem wiedli 
życie, lecz jeżeli nie zdołajak najszybciej odnaleźć zabójcy, lęk dokona tego co nie udało się 
żadnemu dotąd wrogowi. Sprawi, że pójdą w rozsypkę i rozproszą się na cztery wiatry. 
   — Chcesz bym dowiedział się, kto dodał trucizny do wina? — zapytał Boros. 
   Conanowi na moment odebrało mowę. 
   — A możesz tego dokonać? — zapytał w końcu. — Niechaj cię Erlik pochłonie, jesteś na to 
dość trzeźwy. Jeśli popełnisz jakąś omyłkę, jak ci się to często zdarza „pod dobrą datą”, 
przysięgam, że będzie ona ostatnią w twoim nędznym życiu. 
   — Jestem trzeźwy jak kapłan Mitry — odrzekł Boros. — Nawet bardziej niż większość z 
nich. Ty tam, dziewczyno. Wino pochodziło stąd? 
   Wskazał na kryształową butelkę wypełnioną do połowy rubinowym winem, stojącą na stole 
opodal łóżka. Tivia otworzyła usta, lecz nie odezwała się słowem. Boros pokręcił głową. 
   — Nieważne. Nie widzę innej butli, więc to musi być ta. — Podnosząc się, z głuchym 
stęknięciem sięgnął raz jeszcze do sakiewki. 
   — Czy on naprawdę jest trzeźwy? — Conan zwrócił się półgłosem do Machaona. 
   Brodaty mężczyzna nerwowo pociągał trzy cienkie złote kolczyki, zwisające z jego prawej 
małżowiny. 
   — Chyba tak. Fabio lubi jego towarzystwo, ale nie pozwala mu pić. Zazwyczaj. 
   Cymmerianin westchnął. Wyglądało, że od wzięcia na tortury i przypalania rozpalonym do 
białości żelazem mógł uchronić ich człowiek, który przez pomyłkę był w stanie zarazić ich 
wszystkich trądem. 
   Kawałkiem węgla Boros jął kreślić na stole, wokół butli z winem, jakieś wzory. 
Zaintonował również pieśń, tak cichą, że inni zebrani w komnacie nie zdołali usłyszeć jej 
słów. Lewą ręką rozsypał nad butlą odrobinę zebranego w pergaminowym rulonie proszku, 
prawą tymczasem wykonywał w powietrzu złożone ruchy. W kryształowym naczyniu 
pojawiła się czerwona poświata. 
   — I już — rzekł Boros, opuszczając ręce. — To wcale nie było trudne. — Spojrzał na 
butelkę i zmarszczył brwi. — Cymmerianinie, truciciel jest w pobliżu. Tak mówi poświata. 
   — Na Croma — burknął barbarzyńca. 
   Tłum stojący w progu wycofał się na korytarz. 
   — Im bliżej butli znajdzie się ten, kto zatruł jej zawartość, tym silniejsza będzie poświata 
— wyjaśnił Boros. 
   — Rób swoje — rozkazał Conan. 
   Podnosząc butlę ze stołu, Boros zbliżył się do Machaona. Poświata nie zmieniła się. Gdy 
wyszedł na zewnątrz, energicznie kierując butlę w stronę ludzi zebranych na korytarzu, blask 
przygasł. Nagle brodacz przytknął do połowy wypełnione naczynie do piersi Narusa. 
   Mężczyzna o zapadniętych policzkach odskoczył w tył; blask nie przybrał na sile. 
   — Szkoda — mruknął Boros. — Wyglądałeś mi na współwinowajcę. Pozostaje więc 
tylko… 
   Wzrok wszystkich padł na Tivię, która wciąż przywierała plecami do ściany. Pod wpływem 
spojrzeń drgnęła i energicznie pokręciła głową, lecz nic nie powiedziała. Boros podreptał do 
niej, unosząc butlę z winem przed sobą. Z każdym krokiem blask stawał się silniejszy a gdy 
mężczyzna przystanął o krok przed dziewczyną, wydawało się, że wewnątrz kryształowego 
naczynia goreje czerwony ogień. 
   Starał się nie patrzeć na buchające światłem naczynie. 

background image

   — Nie! — zawołała. — To jakaś sztuczka. Ten, kto zatruł wino, obłożył je jakimś 
zaklęciem. 
   — Nie dość, że trucicielka, to jeszcze mag? — mruknął łagodnie Boros. 
   Conan energicznym krokiem ruszył w stronę dziewczyny. 
   — Mów prawdę! — rzucił gniewnie. — Kto ci za to zapłacił? — Pokręciła głową 
przecząco. — Nie przepadam za torturowaniem kobiet — dorzucił — ale może Boros ma w 
zanadrzu zaklęcie, które zmusi cię do wyznania prawdy. 
   — Cóż, niech no pomyślę. — Starzec zasępił się. — Ależ tak, chyba mam coś 
odpowiedniego. Zaklęcie postarzające. Im dłużej będziesz zwlekać z wyznaniem prawdy, tym 
bardziej się zestarzejesz. Wiedz, dziecko, że ono postępuje bardzo szybko. Na twoim miejscu 
pospieszyłbym się z opowiedzeniem nam wszystkiego, w przeciwnym razie możesz opuścić 
tę komnatę jako zgrzybiała, bezzębna starucha. Szkoda. 
   Tivia desperacko przeniosła wzrok z posępnego Cymmerianina na z pozoru łagodnego 
staruszka, który gładząc leniwie brodę niemal beznamiętnie wypowiedział tak okropną 
groźbę. 
   — Nie znam jego imienia — powiedziała, osuwając się na ścianę. — Nosił maskę. 
Dostałam pięćdziesiąt sztuk złota i proszek, drugie pięćdziesiąt miałam dostać, gdy Timeon 
umrze. To wszystko, co mogę powiedzieć. — Szlochając osunęła się na podłogę. — 
Cokolwiek teraz uczynisz, nie dowiesz się ode mnie nic więcej. 
   — Co z nią zrobimy? — spytał Machaon. — Oddamy pod sąd? 
   — Za zabójstwo wielmoży skażą ją na ścięcie — rzekł Narus. — Szkoda by jej było. Jest 
zbyt ładna, by miała tak skończyć, a zabicie takiego głupca jak Timeon nie powinno zostać 
poczytane za wielką zbrodnię. 
   — Oddanie jej sędziom nic nam nie da — powiedział Conan. 
   Wolałby kontynuować tę rozmowę z Machaonem i Narusem na osobności, lecz drzwi były 
otwarte, a w korytarzu zebrała się większość jego kompanii. Gdyby je zamknął, mogliby się 
rozejść, a na to nie mógł sobie teraz pozwolić. Zaczerpnął tchu i rzekł: 
   — Nasz mocodawca został zamordowany. W normalnych okolicznościach oznaczałoby to 
koniec Wolnej Kompanii. — Z korytarza dobiegły stłumione szepty, z wolna przeradzające 
się w pełne niepewności szemranie. — W normalnych okolicznościach, powiadam. Timeon 
był wszelako stronnikiem hrabiego Antimidesa i uważał, iż powinien on przejąć tron po 
Valdricu. Może zaciągniemy się na służbę do Antimidesa, jeżeli przekażę morderczynię w 
jego ręce. 
   „Była to przynajmniej jakaś szansa” — pomyślał. Antimides mógł ich zatrudnić ot, choćby 
po to, by zachować w sekrecie trawiące go ambicje. 
   — Antimides? — rzekł z powątpiewaniem Machaon. — Ależ Cymmerianinie, przecież 
wszyscy wiedzą, że on jest jedynym, który nie zabiega o przejęcie tronu po śmierci Valdrica. 
   Członkowie zebranej w korytarzu drużyny zgodnie przytaknęli jego słowom. 
   — Timeon zbyt chętnie rozprawiał przy kielichu — rzekł Conan. — o tym, że Antimides 
był tak sprytny, że zdołał oszukać wszystkich i o tym, że on sam stanie się jednym z 
najpotężniejszych lordów Ophiru, kiedy Antimides zasiądzie w końcu na tronie. 
   — No dobrze — mruknął Machaon — ale czy Antimides przyjmie nas na służbę? Skoro 
udaje, że nie bierze udziału w walce o sukcesję, po co miałby potrzebować usług Wolnej 
Kompanii? 
   — Przyjmie nas — rzekł Conan z większą, niż odczuwał, pewnością siebie. — Albo 
znajdzie nam jakieś zajęcie. Gotów jestem to przysiąc. 
   Poza tym, czego już nie dodał, obecnie nie mieli innego wyboru. 
   — To zaklęcie postarzające — odezwał siew końcu Narus — wydaje się co najmniej 
dziwne. Nawet jak na czarodzieja, mającego powszechnie opinię nie lada dziwaka i 
ekscentryka. Po co się go nauczyłeś? 

background image

   — Ze względu na ser — odparł Boros i zachichotał. — W młodości uwielbiałem mocno 
dojrzały ser i stworzyłem w tym celu odpowiednie zaklęcie. Mój mistrz wychłostał mnie 
potem, uważając to, co zrobiłem, za stratę czasu. Prawdę mówiąc wątpię, aby podziałało na 
człowieka. 
   — Oszukałeś mnie — wysapała Tivia. — Przeklęty psi synu! — wrzasnęła i rzuciła się na 
staruszka z rozcapierzonymi i wygiętymi w szpony palcami. 
   Conan schwycił ją za ręce, ale nadal szarpała się, usiłując dopaść starca, który patrzył na 
nią, nie ukrywając zdumienia. 
   — Wydłubię ci oczy, stary oszuście! Ty pomiocie żuka–gnojaka! Potnę twoją męskość na 
plasterki! Twoją matką była wiecznie pijana dziwka, a ojcem ospowaty cap! 
   — Dajcie sznur, żebym mógł skrępować jej ręce — powiedział Conan i dodał po chwili. — 
I knebel. 
   Jej tyrada stała się nie mającą końca litanią inwektyw, którym Machaon przysłuchiwał się z 
jawnym zaciekawieniem. Cymmerianin znacząco spojrzał na Narusa. Ten, skarcony 
wzrokiem, pospieszył, by wypełnić polecenie dowódcy. To było wszystko, czego 
potrzebował, żeby przenieść rozwścieczoną dziewczynę przez miasto. Po chwili wrócił Narus 
rwąc kilka pasów materiału, a Conan mrucząc cicho pod nosem, wprawnie skrępował nimi 
rozszalałą, szamoczącą się dziko trucicielkę. 
 
VII 
    
   Podczas przemarszu przez Ianthe, Conan był obiektem ostrożnego zainteresowania wielu 
osób, głównie ze względu na wijącą się, okutaną płaszczem kobietę, którą dźwigał na 
ramieniu. A może to na nią wszyscy patrzyli? Na ulicach stolicy, spowitej aurą lęku i 
podejrzliwości, nikt nie chciał mieszać się w coś, co mogło zaowocować niepotrzebnymi 
kłopotami poza murami miasta. Byli świadkami porwań i zabójstw, lecz przechodzili mimo, 
obojętnie odwracając wzrok. Nie chcieli wiedzieć, kim mógł być ten młody olbrzym, niosący 
na ramieniu, niczym worek ziarna, dorodną, hożą dziewkę. Ta wiedza mogła być 
niebezpieczna. Nie należało nawet sprawiać wrażenia, że jest się tym zainteresowanym. I z tej 
właśnie przyczyny nikt nie przyglądał się baczniej postawnemu Cymmerianinowi, ani jego 
słodkiemu brzemieniu. 
   Był już w pałacu Antimidesa. Z niemałym trudem, gdyż otyły szambelan o wyniosłych 
manierach, jak zresztą każdy szlachcic w tym kraju, nie był chętny udzielić obcemu 
barbarzyńcy jakiejkolwiek informacji, Conan dowiedział się, że hrabia był gościem króla. 
Król Valdric lubił konwersować z Antimidesem, twierdząc, jakoby to pomagało mu bardziej 
niż jakiekolwiek środki serwowane mu przez medyków i czarodziejów. Lord Antimides 
spędził w pałacu kilka dni. To zadziwiające, jak rozmowny stał się szambelan, gdy wielka 
dłoń przybysza z Północy uniosła go na pół łokcia nad marmurową posadzkę. 
   Królewski pałac w Ophirze był bardziej fortecą niźli marmurowo–alabastrową szykowną 
budowlą, które wznosili co zamożniejsi notable. Nie przez przypadek król żył za masywnymi, 
granitowymi murami, podczas gdy jego lordowie w stolicy mieszkali w posesjach służących 
bardziej wygodzie niż bezpieczeństwu. Niejeden raz na tronie Ophiru zasiadał król, szukający 
w tych murach schronienia, przy czym kilkakroć zdarzało się, iż władca lękać się musiał 
swoich własnych poddanych. Wielmożowie, nie mający w Ianthe warowni, zawsze zmuszani 
byli do opuszczenia miasta i pozostawienia go ludowi. Kontrolowanie Ianthe zaś było 
kluczem do utrzymania korony, i jak mawiano, ten, kto rządził w pałacu, rządził Ophirem. 
   Strażnicy na wieżyczkach barbakanu, przy bramie pałacu, na widok Conana ożywili się. 
Korpulentny sierżant z małą, trójkątną bródką, na modłę popularną wśród szlachty, opadającą 
mu aż na obwisłe podbródki, postąpił naprzód i wyciągnięciem ręki zmusił Cymmerianina, by 
się zatrzymał. 

background image

   — A cóż to? Czy wam, najemnikom, wydaje się, że możecie oddawać nam tanie dziewki, 
gdy już się wam znudzą? — Zachichotał przez ramię do pikinierów stojących za nim, 
rozbawiony własnym poczuciem humoru. — Odejdźcie. Pałac królewski to nie miejsce, 
byście mieli szwendać się tu, spici jak świnie. A jeżeli już musisz wiązać swoje kobiety, 
trzymaj je w ukryciu, by wojsko tego nie widziało. W przeciwnym razie będziemy zmuszeni 
się tym zainteresować. 
   — To podarek dla hrabiego Antimidesa — odrzekł Conan, mrugając porozumiewawczo. 
   — Smakowity kąsek od mego mocodawcy. Może pragnie zaskarbić sobie przychylność 
wielkiego lorda. 
   Tivia zaczęła szamotać się gwałtowniej. Knebel skutecznie tłumił rzucane przez nią słowa, 
zmieniając je w niezrozumiały bełkot. 
   — Chyba niezbyt jej się to podoba — zarechotał sierżant. 
   Conan uśmiechnął się do niego. 
   — Założę się, że lord Antimides będzie wiedział, co z nią zrobić. Czy jej się to podoba, 
czynie. 
   — Z pewnością. Zaczekaj tutaj. 
   Z trzęsącym się ze śmiechu kałdunem, żołnierz zniknął za bramą. Po kilku chwilach wrócił, 
ze szczuplejszym mężczyzną o czarnych, przyprószonych siwizną włosach i w tunice 
złotozielonej barwy, kolorach Antimidesa. 
   Nowo przybyły mężczyzna otaksował wielkiego barbarzyńcę spojrzeniem. 
   — Jestem Ludovic — rzucił oschle. — Rządca hrabiego Antimidesa. Przybyłeś, by się z 
nim spotkać? Kim jesteś? 
   Najwyraźniej ignorował dźwigane przez Conana brzemię. 
   — Jestem Conan z Cymmerii, kapitan Wolnej Kompanii, w służbie barona Timeona. 
   Ludovic z zamyśleniem pogładził się po brodzie jednym palcem, przesunął wzrok na 
szamoczącą się na ramieniu Conana dziewczynę i skinął głową. 
   — Za mną — rozkazał. — Może hrabia znajdzie dla ciebie wolną chwilę. 
   Conan zacisnął wargi. Całe to udawanie i uniżoność przyprawiały go o mdłości. Poszedł 
jednak za szczupłym mężczyzną i minąwszy sklepione łukowato wejście znalazł się wewnątrz 
pałacu. 
   Nawet jeśli z zewnątrz była fortecą, wewnątrz siedziba władców Ophiru była mimo 
wszystko pałacem. Miała lśniące, ściany z białego marmuru, mozaikowe wielobarwne 
posadzki, żłobkowane, alabastrowe kolumny. Z sufitu na srebrnych łańcuchach zwieszały się 
złote lampy, sklepienie pokrywały freski, przedstawiające chwalebne wydarzenia z historii 
Ophiru. Ogrody, otoczone zadaszoną kolumnadą, pyszniły się najwspanialszymi kwiatami i 
roślinami z najdalszych zakątków świata. Po brukowanych dziedzińcach uganiały się skąpo 
odziane dworki, a z ozdobnych fontann tryskały strugi spienionej wody. 
   Dziewczęta rozpierzchły się z chichotem na widok postawnego Cymmerianina i jego 
nieznośnego brzemienia. Bez najmniejszych obaw przyglądały się nowo przybyłym i śmiało 
komentowały to między sobą. Wysoko urodzone kobiety o gorącym spojrzeniu rozprawiały w 
głos o rozkoszach takiej sytuacji, naturalnie bez więzów krępujących ruchy. 
   Ludovic skrzywił się i mamrocząc coś pod nosem, przyspieszył kroku. Conan również, choć 
chciałby, aby rządca mógł iść jeszcze szybciej. 
   Wreszcie Ludovic przystanął przed szerokimi drzwiami zdobionymi w herby Ophiru. 
   — Zaczekaj — powiedział. — Zobaczę, czy hrabia zechce udzielić ci audiencji. 
   Conan otworzył usta, lecz zanim zdążył się odezwać, mężczyzna znikł za drzwiami, które 
niezwłocznie za sobą zamknął. Audiencja, pomyślał z niesmakiem Conan. Antimides już 
teraz zachowywał się tak, jakby nosił na głowie koronę. 
   Drzwi otworzyły się i Ludovic skinął na niego. 

background image

   — Pospiesz się, człowieku, hrabia Antimides poświęci ci kilka chwil. Mamrocząc pod 
nosem, Conan wniósł swoje brzemię do środka. Ujrzawszy wnętrze pomieszczenia, aż uniósł 
brwi ze zdumienia. 
   Może dla przeciętnego człowieka ten pokój nie wyglądał osobliwie, lecz każdy, kto 
wiedział o ambicjach Antimidesa, natychmiast zorientowałby się, iż była to niewielka sala 
tronowa. Na jednej ze ścian wisiał arras przedstawiający Moranthesa Wielkiego 
pokonującego niedobitki wojsk Acheronu na przełęczy w górach Karpash, słynną scenę 
batalistyczną. Na podwyższeniu przed wielkim arrasem stał masywny fotel, z ciemnego 
drewna, którego nogi i poręcze wyrzeźbiono na kształt orłów i lampartów, będących 
pradawnymi symbolami ophirskich królów. 
   Jeśli fotel nie był dość wytworny, by uchodzić za tron, wrażenia tego przydawał siedzący na 
nim mężczyzna. 
   Miał wydatny nos, głęboko osadzone, przenikliwe ciemne oczy, mocny podbródek ze 
starannie przystrzyżoną bródką i zacięte usta. Długie palce z odciskami od rękojeści miecza 
bawiły się łańcuchem z wielkim rubinem, zwieszającym się na piersiach jego wytwornej szaty 
ze złotogłowiu, pod którą nosił szmaragdową jedwabną koszulę. 
   — Wielmożny panie hrabio — zaanonsował Ludovic, chyląc głowę przed mężczyzną na 
fotelu — ten człowiek nazywa siebie Conanem z Cymmerii. 
   — Tak się nazywam — rzekł Conan. 
   Położył Tivię na podłodze wyłożonej grubymi, wielobarwnymi kobiercami z Vendhii i 
Iranistanu. 
   Skuliła się bez słowa, najwyraźniej strach zdominował gorejącą w niej wściekłość. 
   — Hrabia Antimides — oznajmił władca Ludovic — pragnie wiedzieć, co cię do niego 
sprowadza. 
   — Ta dziewczyna nazywa się Tivia — odparł Conan — była nałożnicą barona Timeona. 
Dopóki go dziś rano nie otruła. 
   Antimides uniósł do góry jeden palec, a Ludovic odezwał się ponownie. 
   — Ale dlaczego przyprowadziłeś ją tutaj? Powinna zostać oddana pod sąd królewski. 
   Conan zastanawiał się, dlaczego hrabia nie przemawiał osobiście. Poczynania szlachetnie 
urodzonych były jednak równie nieodgadnione jak zachowanie czarowników. Poza tym 
dręczyło go kilka innych spraw. Nadszedł czas, by wejść do gry. 
   — Jako że baron Timeon wspierał hrabiego Antimidesa w jego dążeniu do osiągnięcia 
sukcesji po Valdricu, wydało mi się słuszne przynieść ją właśnie tutaj. Moja Wolna 
Kompania została pozbawiona mocodawcy. Może hrabia znalazłby… 
   — W moim dążeniu! — wybuchnął Antimides, z twarzą pokraśniałą wściekłością. — Jak 
śmiesz oskarżać mnie o… 
   Urwał, zgrzytnąwszy zębami. Ludovic spojrzał na niego z nieskrywanym zdumieniem. 
Tivia bezskutecznie usiłująca wypluć knebel wydawała się zahipnotyzowana jego 
spojrzeniem. 
   — Ty dziwko — wychrypiał. — A zatem otrułaś swego pana i zostałaś pochwycona na 
gorącym uczynku przez tego barbarzyńskiego najemnika. Módl się, by miłosiernie 
wymierzono ci szybką karę. Odprowadź ją, Ludoviku. 
   Rozpaczliwie, lecz na próżno Tivia próbowała powiedzieć coś przez zatykający jej usta 
knebel. Zaczęła szarpać więzy, gdy rządca ją pochwycił, lecz szczupły mężczyzna bez 
większego trudu przeniósł ją za arras. Drzwi w ścianie otworzyły się i natychmiast zamknęły, 
głusząc krzyki morderczyni. 
   Cymmerianin przypomniał sam sobie, że Tivia była bezlitosną zabójczynią. Zrobiła to dla 
zapłaty i sama się przyznała. Mimo to bolało go, że przyłożył rękę do jej śmierci. W jego 
przekonaniu, kobiety nie powinny umierać brutalną śmiercią, tak jak mężczyźni. Zmusił się, 
by przestać o niej myśleć i skupił uwagę na bystrookim mężczyźnie naprzeciw niego. 

background image

   — Hrabio Antimidesie, sprawa Wolnej Kompanii pozostaje wciąż nie załatwiona. Nasza 
reputacja jest powszechnie znana i… 
   — Wasza reputacja! — wybuchnął Antimides. — Wasz mocodawca zostaje zamordowany, 
a ty śmiesz mówić o waszej reputacji. Co gorsza, przychodzisz do mnie z jakimiś plugawymi 
oszczerstwami. Winienem kazać, by wyrwano ci język! 
   — Ależ Antimidesie, jakie oskarżenia wprawiły cię w taką wściekłość? 
   Na to pytanie obaj mężczyźni drgnęli gwałtownie. Byli tak sobą wzajemnie zaaferowani, że 
nie zauważyli nadejścia trzeciej osoby. Teraz, gdy Conan ją zauważył, z miejsca jął napawać 
oczy wspaniałym widokiem. Długonoga, egzotyczna piękność o pełnych piersiach, gęstych 
włosach barwy czystego srebra i ciemnych oczach, pełnych namiętności, poruszała się z 
gracją tancerki. Przyodziana była w lśniącą, szkarłatną szatę, półprzeźroczystą i rozciętą z 
jednej strony aż do biodra, opinającą jakby z trudem krągłości biustu i ud. 
   — Co cię tu sprowadza, Synelle? — rzucił ostro Antimides. — Nie mam ochoty 
wysłuchiwać dziś twoich ciętych uwag. 
   — Nie widziałam tej komnaty, odkąd przybyłeś do pałacu królewskiego, Antimidesie — 
odrzekła z groźnym uśmiechem. — Ujrzawszy ją, podejrzliwy umysł mógłby pomyśleć, że 
jednak mimo wszystko pragniesz korony, bez względu na to, jak wiele razy zaprzeczałeś temu 
publicznie. 
   Oblicze Antimidesa spochmurniało, a kłykcie palców zaciśniętych na poręczach fotela 
zbielały; uśmiech Synelle pogłębił się. 
   — Właśnie dlatego przyszłam. W pałacu mówią, że zjawił się u ciebie olbrzym z Północy, 
niosąc na ramieniu kobietę spętaną jak prosię. Nie mogłam tego przeoczyć. Ale gdzież ten 
podarunek? Bo to wszak podarunek, czyż nie? 
   — To nie twoja rzecz, Synelle — warknął Antimides. — Zajmij się swoimi kobiecymi 
sprawami. Nie masz niczego pilnego do wyhaftowania? 
   Synelle uniosła brwi i podeszła do Conana. 
   — To ten barbarzyńca? Faktycznie, tak duży jak mi mówiono. Lubię dużych mężczyzn. — 
Wzdrygając się ostentacyjnie, dotknęła palcem jednej ze stalowych płytek jego kolczugi. — 
Jesteś najemnikiem mój przystojny przybyszu z Północy? 
   Uśmiechnął się do niej i nieomal wbrew sobie, pod wpływem ponętnego spojrzenia, 
wyprężył pierś. 
   — Pani, jestem kapitanem Wolnej Kompanii. Nazywam się Conan. 
   — Conan. — Jej usta wypowiedziały to imię jak pieszczotę. — Co cię sprowadza do 
Antimidesa, Conanie? 
   — Dosyć, Synelle — rzucił Antimides. — To sprawa między mną a barbarzyńcą. 
   Łypnął gniewnie na postawnego Cymmerianina, bezgłośnie nakazując mu, by milczał. 
   Conan zjeżył się i odpowiedział, patrząc spode łba. 
   — Pani, przybyłem w poszukiwaniu zatrudnienia dla mojej kompanii, lecz hrabia nie ma 
dla nas nowego mocodawcy. 
   Czy ten kretyn sądził, że brak mu piątej klepki? Wzmianka o Timeonie i koneksjach barona 
z Antimidesem nic by mu nie dała, a mógłby stracić wiele. 
   — Nie ma? — spytała ze smutkiem Synelle. — Właściwie czemu nie mielibyście wstąpić 
na służbę do mnie? — Spojrzała mu zuchwale prosto w oczy i odniósł wrażenie, że ujrzał w 
nich iskierkę pożądania. — Nie chciałbyś mi… służyć? 
   Antimides parsknął drwiąco. 
   — Chyba trochę przesadzasz, Synelle. Nie wystarczy ci już Taramenon? Potrzebujesz 
całego zastępu żołdaków, by cię zadowolić? A może sama pragniesz zasiąść na tronie? 
   Ten żart wywołał u niego gwałtowny wybuch śmiechu, ale mimo to gniew i zazdrość 
dodały zajadłości jego spojrzeniu, które skierował na Conana. 

background image

   Oblicze Synelle stężało, a Conan pomyślał, że musiała ugryźć się w język. Dopiero po 
chwili przemówiła lodowatym tonem. 
   — Mój ród jest równie stary jak twój, Antimidesie. I gdyby sukcesja zależała tylko od krwi, 
byłabym bezpośrednią następczynią Valdrica. — Nerwowo zaczerpnęła tchu i uśmiech 
powrócił na jej usta. — Przyjmę twoją kompanię na służbę, Conanie. Za dwukrotnie wyższą 
zapłatę w złocie, niż otrzymalibyście od Antimidesa. 
   — Zgoda — rzekł Conan. 
   Nie była to do końca służba, jakiej pragnął, lecz przynajmniej jego ludzie ucieszą się z 
wypłacanego w złocie żołdu. 
   Hrabia sposępniały i najwyraźniej nie mógł jeszcze pojąć, co się wydarzyło. 
   — Chyba nie mówisz poważnie, Synelle? — zapytał z niedowierzaniem. — Po co ci 
najemnicy? Wyrzucasz pieniądze w błoto, jak rozkapryszona, nieroztropna dziewczynka. 
   — Zali moje włości nie są, jak inne, obiektem napaści bandytów, zwłaszcza teraz, kiedy 
wojska stacjonują w miastach? Poza tym — dodała z kuszącym uśmiechem, spoglądając na 
Cymmerianina — podobają mi się jego bary. — Jej głos stał się nagle oschły i zimny. — A 
może chcesz powiedzieć, że nie mam prawa brać na służbę zbrojnych? 
   — Kobiety potrzebujące zbrojnych — odrzekł surowo Antimides — powinny sprzymierzać 
się z mężczyzną, który ich posiada. 
   — Ale ja już mam najemnika — odparła, odzyskując w jednej chwili radosny nastrój. — 
Pójdź ze mną, Conanie. Nic tu po nas. 
   Conan wyszedł za nią z komnaty, pozostawiając siedzącego na tronie, pochmurnego 
Antimidesa. 
   W korytarzu odwróciła się gwałtownie do niego. Otworzyła usta, jakby chciała coś rzec. 
Zaskoczony Conan omal na nią nie wpadł. Przez chwilę stała w bezruchu, nie mogąc 
wydobyć z siebie głosu, zapatrzona w barbarzyńcę swymi ciemnymi oczami. 
   — Nigdy jeszcze nie widziałam takiego mężczyzny — wyszeptała, jakby do siebie. — Czy 
to możliwe, że właśnie ty… — urwała, lecz wciąż wpatrywała się weń, jak w transie. 
   Na ustach Conana wykwitł znaczący uśmieszek. W komnacie nie był jeszcze pewien, czy 
flirtowała z nim, by dopiec Antimidesowi, teraz nie miał już wątpliwości. Unosząc ją w 
ramiona, wycisnął na jej ustach gorący pocałunek. Oddała mu go z równą namiętnością, 
ujmując w dłonie jego twarz i przywierając doń całym ciałem. 
   Wtem odsunęła się, pobladła ze zgrozy i spoliczkowała go siarczyście. 
   — Puść mnie! — wrzasnęła. — Zapominasz się! 
   Skonfundowany opuścił ją na ziemię. Cofnęła się chwiejnie dwa kroki, przykładając drżącą 
dłoń do ust. 
   — Racz wybaczyć, pani — rzekł powoli. 
   Czy ta kobieta grała z nim w jakąś grę? 
   — Nic to — wydyszała nerwowo. — Nic to. — Z wolna odzyskiwała panowanie nad sobą, 
a jej głos stawał się lodowaty, jak wtedy, gdy mówiła do Antimidesa. — Zapomnę o tym, co 
tu zaszło i tobie radzę to samo. Przy ulicy Koron mam dom, możesz tam zakwaterować swoją 
kompanię. Na tyłach są stajnie dla waszych koni. Zapytaj, wskażą ci drogę. Idź tam i oczekuj 
dalszych poleceń. I zapomnij, barbarzyńco, jeśli ci życie miłe. 
   Ciekawe, czy kobiety wiedzą, o co im właściwie chodzi, zastanawiał się Conan, patrząc jak 
odchodzi dumna, sztywna i wyniosła w głąb korytarza. Jak zatem można było spodziewać się, 
że zrozumieją je mężczyźni? Jego konsternacja nie trwała jednak długo. Jeszcze raz udało mu 
się ocalić kompanię. Przynajmniej na razie, a to było wszystko, czego mógł teraz oczekiwać. 
Pozostało tylko przekonać ich, że zaciągnięcie się na służbę u kobiety nie było bynajmniej 
hańbą. Z tą myślą jął rozglądać się za wyjściem z pałacu. 
 
VIII 

background image

    
   Masywne mury i wielkie zewnętrzne wieżyce pałacu królewskiego były nie zmieniane od 
stuleci. Wnętrza natomiast przerabiano podczas trwania każdej dynastii, aż stały się w istnym 
labiryntem korytarzy i ogrodów. Conan odniósł wrażenie, że zwiedził je wszystkie, nie 
docierając jednak do celu — bramy barbakanu. 
   Służący, którzy biegli korytarzami, by wypełnić swe obowiązki, nawet nie przystanęli, by 
odpowiedzieć na pytania barbarzyńcy w znoszonej zbroi. Byli niemal równie aroganccy jak 
notable, krążący po placach z fontannami. Kilkakrotnie ironiczna odpowiedź z ust bogatych 
wielmoży o mało nie skłoniła Conana do sięgnięcia po miecz. Smukłe, zmysłowe kobiety 
uśmiechały się doń pożądliwie, oferując mu swe wdzięki równie otwarcie, jak tania dziewka 
sprzedajna. Kilka było na tyle atrakcyjnych, że zastanawiał się, czy nie opóźnić nieco 
powrotu do swych towarzyszy, lecz nawet one kpiły z jego nieznajomości pałacu i śmiejąc się 
udzielały mylnych wskazówek, wskutek czego błądził jeszcze bardziej. 
   Conan wszedł na kolejny dziedziniec i nagle ujrzał przed sobą samego króla Valdrica, 
krążącego, jak zawsze, w towarzystwie swego orszaku. Król wyglądał gorzej niż Narus, 
pomyślał młody Cymmerianin. Szaty ze złotogłowiu zwisały luźno na wynędzniałym ciele, 
wychudłym i zwiędniętym, a przecież kiedyś ważył dwa razy tyle. Mężczyzna niczym laski 
używał wysokiego, inkrustowanego klejnotami, berła Ophiru. Korona, bogato zdobiona 
szmaragdami i rubinami z kopalni na granicy z Nemedią, opadła mu nisko na czoło, a jego 
oczy, zapadnięte głęboko w podkrążonych oczodołach, płonęły gorączkowym blaskiem. 
   Orszak składał się głównie z mężczyzn o długich, gęstych brodach, nielicznej grupki 
szlachty w barwnych jedwabiach i lśniących złocistymi zbrojami żołnierzy trzymających pod 
pachą grzebieniaste hełmy. Brodaci mężczyźni szli na przedzie, przekrzykując się nawzajem 
tak, by Valdric ich usłyszał. Orszak wolno przemierzał dziedziniec. 
   — Tej nocy gwiazdy będą przychylne inwokacji Mitry — zawołał jeden z nich. 
   — Wasza wysokość, zalecam upuszczenie krwi — wykrzyknął drugi. — Właśnie 
otrzymałem nowy transport pijawek z mokradeł Argos. 
   — To nowe zaklęcie z całą pewnością wypędzi z was ostatnie demony — wtrącił trzeci. 
   — Czas postawić wam bańki, królu. — Ten napar… 
   — Równowaga pływów i humorów… 
   Conan skłonił się sztywno, choć nic nie wskazywało, by ktokolwiek go zauważył. Wiedział, 
że było to typowe dla królów. 
   Kiedy się wyprostował, króla i jego orszaku już nie było, tylko jeden siwowłosy żołnierz 
pozostał na dziedzińcu i przyglądał mu się z uwagą. Conan rozpoznał go natychmiast, choć 
nigdy go wcześniej nie spotkał. Iskandrian, Biały Orzeł Ophiru, generał, który trzymał armię 
w ryzach, by nie włączała się w szlacheckie rozgrywki o sukcesję po Valdricu. Mimo wieku i 
siwizny, sprażona słońcem, pomarszczona skóra na twarzy generała była twarda niczym mury 
pałacu, a oczy poniżej gęstych, krzaczastych brwi przenikliwe, czyste i żywe. Pokryta 
odciskami dłoń, którą oparł na rękojeści miecza, była silna i nieruchoma. 
   — To ty przyniosłeś dziewczynę do Antimidesa — rzekł nagle siwowłosy generał. — Jak 
cię zwą? 
   — Conan z Cymmerii. 
   — Najemnik — rzucił oschle Iskandrian. 
   Powszechnie znany był jego stosunek do najemników. Uważał, że żaden obcy wojownik nie 
powinien stąpać po ophirskiej ziemi, nawet gdy służył Ophirczykom. 
   — Słyszałem o tobie. Służysz temu tłustemu głupcowi, Timeonowi, czyż nie? 
   — Służę jeno samemu sobie — odrzekł cierpko Conan. — Moja kompania pracowała dla 
barona Timeona, lecz ostatnio zmieniliśmy front i podjęliśmy pracę u lady Synelle. A w 
każdym razie tak będzie, gdy już wbiję im to do tępych głów, używając po temu niezbędnych 
argumentów. 

background image

   Iskandrian zagwizdał przez zęby. 
   — Zatem napytasz sobie biedy, podobnie jak twoja mocodawczyni. Masz bary jak wół i jak 
podejrzewam, kobiety uważają cię za przystojnego. To rozpali żar w głowie Taramenona, gdy 
dowie się, że mężczyzna taki jak ty znajduje się blisko Synelle. 
   — Taramenon? — Conan przypomniał sobie, że Antimides również o nim wspominał. 
Hrabia nadmienił, że ów Taramenon jest żywo zainteresowany Synelle, lub na odwrót. 
   — Jest najlepszym szermierzem w Ophirze — dodał Iskandrian. — Lepiej naostrz dobrze 
swój miecz i módl się, by dopisało ci szczęście. 
   — O szczęście człowiek troszczy się sam — odparł Conan. — A mój miecz jest zawsze 
naostrzony. 
   — Słuszne poglądy jak dla najemnika — Iskandrian roześmiał się — lub dla żołnierza. 
Nagle sposępniał. — Co cię sprowadza do tej części pałacu, barbarzyńco? Daleko stąd do 
bramy głównej i komnat Antimidesa. 
   Conan zawahał się, po czym wzruszył ramionami. 
   — Zgubiłem się — przyznał, a generał znów wybuchnął śmiechem. 
   — Niezbyt to przystaje do opinii na twój temat. Niemniej znajdę ci przewodnika. — 
Skinieniem ręki przywołał służącego, który skłonił się nisko przed generałem, zupełnie 
ignorując Conana. — Odprowadź tego mężczyznę do bramy barbakanu — rozkazał dowódca. 
 
   — Dziękuję — powiedział Cymmerianin. — Usłyszałem od ciebie pierwsze od dłuższego 
czasu słowa, które nie byłyby drwiną, szyderstwem, czy zwyczajnym kłamstwem. 
   Iskandrian zmierzył go przenikliwym spojrzeniem. 
   — Nie popełnij omyłki, Conanie z Cymmerii. Masz reputację śmiałka obdarzonego 
zmysłem taktycznym i gdybyś był Ophirczykiem, mianowałbym cię jednym z moich 
oficerów. Jesteś jednak najemnikiem i cudzoziemcem. Jeśli sprawy potoczą się po mojej 
myśli, przyjdzie taki dzień, że będziesz musiał opuścić Ophir najszybciej jak to możliwe, lub 
twoje prochy zostaną rozrzucone na tej ziemi. 
   To rzekłszy oddalił się. 
    
   Zanim Conan wrócił do pałacu Timeona jął zastanawiać się, czy kiedykolwiek miał tylu 
przeciwników, jak obecnie. Iskandrian najwyraźniej darzył go tak głęboką antypatią, że 
najchętniej ujrzałby go martwego, przy najbliższej nadarzającej się okazji. Antimides 
nienawidził go z całego serca i bez wątpienia posłałby go, martwego lub nawet żywego, na 
stos pogrzebowy. Synelle nie był do końca pewien; mówiła jedno, a jej ciało domagało się 
czegoś całkiem innego. Próba angażowania się w związek z taką kobietą prawie na pewno 
musiała zakończyć się tragicznie. Karela twierdziła, że pragnęła jego śmierci, choć nie 
wykorzystała sytuacji, ale nigdy, przenigdy nie należało jej lekceważyć. I była jeszcze ta po 
trzykroć przeklęta rogata figurka. Czy druga grupa napastników również jej pragnęła, tak jak 
dwaj pierwsi? Jeżeli tak, mógł założyć się o grubszą sumkę, że spróbują ponownie, choć 
wciąż nie miał pojęcia, co nimi powodowało. 
   Naturalnie mógł uniknąć groźby ataku, pozbywając się figurki, lecz to nie byłoby w jego 
stylu. Zamierzał dowiedzieć się, dlaczego warto było dla niej zabijać i umierać i czemu 
budziła tak wiele grozy. Nie należał do ludzi, którzy z powodu byle utarczki podkulą ogon 
pod siebie i biorą nogi zapas. 
   Cymmerianin omal nie wybuchnął śmiechem, uświadomiwszy sobie, że morderstwo 
Timeona było jednym z jego ostatnich problemów, który został w pełni rozwiązany. 
   Straże jego kompanii, które napotkał przy zdobionym białą kolumnadą portyku, spojrzały 
nań wyczekująco, a on powitał je uśmiechem. 
   — Wszystko w porządku — powiedział. — Mamy mocodawcę i złoto dla tutejszych 
nierządnic. 

background image

   Poklepał wartownika po plecach i odszedł, zarykując się śmiechem, lecz gdy tylko znalazł 
się za progiem budynku, jego oblicze sposępniało. Gdyby znali choć połowę prawdy, w te 
pędy cisnęliby broń precz i zdezerterowali. 
   — Machaonie! — zawołał, a dźwięk jego głosu rozbrzmiał gromkim echem w 
marmurowych ścianach hallu. 
   Narus, stojący na balkonie powyżej: odkrzyknął. 
   — Jest w ogrodzie. Jak ci poszło u Antimidesa? 
   — Zbierz ludzi — polecił mu Conan i przyspieszył kroku. Wytatuowany generał 
rzeczywiście był w ogrodzie, siedział na ławce z dziewczyną. Obejmowali się czule. „Typowe 
— pomyślał Cymmerianin, chichocząc — nawet kiedy ważą się ich losy i kto wie, czy nie 
przyjdzie im uciekać z kraju, on myśli tylko o jednym”. 
   — Zostaw ją — rzekł jowialnie. — Na dziewki przyjdzie czas póź… 
   Przerwał, gdy dziewczyna poderwała się z miejsca. Była to Julia. Dziewczyna pokraśniała, 
a jej piersi uniosły się gwałtownie. 
   Obciągając obiema rękami suknię spojrzała na niego bezradnie, po czym przeniosła 
spojrzenie zapłakanych nagle oczu na Machaona i przebiegnąwszy obok Cymmerianina 
znikła w pałacu. 
   Machaon uniósł obie ręce w górę, gdy Conan gniewnie zbliżył się do niego. 
   — Zanim coś powiesz, najpierw wysłuchaj mnie, Cymmerianinie. Przyszła tu sama, kusząc 
mnie i zwodząc, domagała się pocałunku. Gdy to uczyniłem, nie krzyczała ani nie próbowała 
uciekać. 
   Conan spiorunował go wzrokiem. Ocalił ją przed żywotem nierządnicy, załatwił uczciwą 
pracę, i po co? Aby sama…? 
   — Ona nie jest markietanką, Machaonie. Jeśli jej chcesz, zabiegaj o jej względy. Nie 
obłapiaj jak dziewki w oberży. 
   — Na łaskę Mitry, człowieku! Miałbym o nią zabiegać? Mówisz, jakby była twoją siostrą. 
Na Piekła Zandru, nigdy w życiu nie wziąłem kobiety wbrew jej woli. 
   Młody Cymmerianin otworzył usta, by ostro zripostować tę tyradę, lecz w końcu nie 
odezwał się ani słowem. Skoro Julia sama tego chciała, czyż mógł jej zabronić? Jeżeli 
pragnęła stać się kobietą w pełnym znaczeniu tego słowa, Machaon był z pewnością 
dostatecznie doświadczony, by nauka ta okazała się przyjemna. 
   — Usiłuję bronić kogoś, kto najwyraźniej nie życzy sobie tego, Machaonie — wycedził. 
Dopiero teraz przypomniał sobie, po co odnalazł starego wygę. — Sytuacja rozwija się tak jak 
przewidywałem. Mamy nowego mocodawcę. — Machaon zarechotał i triumfalnie uniósł nad 
głową zaciśniętą pięść. — Narus ma ściągnąć swoich ludzi do holu. Sprowadź resztę, a ja 
poinformuję o wszystkim kompanię. 
   Rozległy, zdobiony wiszącymi na ścianach gobelinami hol szybko się zapełnił. 
Sześćdziesięciu zbrojnych, nie licząc straży, które pozostały na pozycjach, wszak ostrożności 
nigdy za wiele, zajęło pomieszczenie od ściany do ściany. Wszyscy patrzyli wyczekująco na 
Cymmerianina. Conan obserwował ich ze szczytu marmurowych schodów. Ujrzał wśród nich 
Borosa, lecz po tym jak siwobrody mężczyzna zdemaskował dla niego Tivię, wolał go mieć 
przy sobie. Przynajmniej dopóki mag będzie trzeźwy i odpuści sobie uprawianie czarów. 
   — Kompania ma nowego mocodawcę — oznajmił, a w odpowiedzi rozległy się radosne 
gromkie okrzyki. Odczekał, aż zrobi się cicho i dodał: — Nasz żołd wzrośnie dwukrotnie. 
   Bądź co bądź, pomyślał, gdy nastąpił kolejny wybuch radości, Synelle postanowiła przebić 
dwukrotnie ofertę Antimidesa, czemu nie miałaby uczynić tego samego dla Timeona? 
   — Posłuchajcie! — rzucił. — Uciszcie się — Słuchajcie. Będziemy zakwaterowani w domu 
przy ulicy Koron. Udamy się tam za niecałą godzinę. 
   — Ale komu mamy służyć? — zakrzyknął Taurianus. Inni podjęli jego wołanie. 
   Conan wziął głęboki oddech. 

background image

   — Lady Synelle. 
   Nastała głucha cisza. W końcu Taurianus buchnął zdegustowany: 
   — Dlaczego naszym nowym mocodawcą ma być kobieta? 
   — Dlaczego nie? — odparł Conan. — Czy za jej złoto kupicie mniej, gdy wyłożycie je na 
kontuar w oberży? Ilu z was musiałoby przejmować się, co czynić, gdyby po śmierci Valdrica 
okazało się, że opowiedzieliśmy się po niewłaściwej stronie? Nam to nie grozi. Nie będziemy 
mieszać się w walkę o sukcesję. Kobieta nie ma prawa do ubiegania się o tron. Jedyne, co nas 
czeka, to bronienie jej przed bandytami i wydawanie zarobionego złota. 
   — Dwa razy większy żołd? — spytał Taurianus. 
   — Tak — rzekł Conan. Miał ich w garści. Widział to w ich twarzach. — Zbierzcie swoje 
manatki, a żywo! I bez łupienia! Timeon ma tu gdzieś swoich następców. Nie chcę, by 
ktokolwiek z was, łazęgi, stanął przed tutejszym wymiarem sprawiedliwości za kradzież. 
   Uradowana kompania zaczęła się rozchodzić. Conan przysiadł na stopniu. Niekiedy 
wydawało się, że dopiero bitwa pozwalała na skonsolidowanie tej najemniczej hołoty i 
potrzebowali tego, by stawić czoło wrogowi. 
   — Nawet król lepiej by sobie nie poradził — rzekł Boros, pnąc się po schodach na górę. 
   — Niewiele wiem o królach — odrzekł Conan. — Znam się jedynie na stali i bitwach. 
   Siwobrody mężczyzna zachichotał oschle. 
   — Jak sądzisz, w jaki sposób królowie zostają królami. 
   — Nie wiem ani mnie to nie obchodzi — odpowiedział Cymmerianin. — Jedyne, czego 
pragnę, to utrzymać kompanię w ryzach. 
    
   Krople potu błyszczały na ciele nagiej dziewczyny rozciągniętej na kole tortur. Narzędzie 
spowite było blaskiem ogni z węglowych koszy zawieszonych na kamiennych, przesyconych 
wilgocią ścianach lochu królewskiego pałacu. Nieopodal, z kosza pełnego gorejących węgli, 
wystawały rękojeści narzędzi tortur, gotowych do użytku, gdyby okazały się konieczne. 
Sądząc po tym, jak dziewczynie rozwiązywał się język, pomijając wrzaski, którymi od czasu 
do czasu przeplatała swój monolog, gdy ogolony na łyso kat delikatną perswazją nakłaniał ją 
do większej wylewności, przyrządy owe nie będą konieczne. 
   Pobrała zapłatę za otrucie Timeona, ale nie znała człowieka, który jej płacił. Był 
zamaskowany. Przeraziła się, gdy pierwsza porcja trucizny zaaplikowanej baronowi nie 
wywołała widocznej reakcji, toteż wlała wszystko do jego wina. Na bogów, nie wiedziała, 
kim był człowiek, który ją wynajął. 
   Antimides słuchał w milczeniu, podczas gdy kat czynił swoją powinność. Zdumiewało go, 
że człowiek może tak zaciekle walczyć o życie, skoro od początku wiadomo było, że nie ma 
już dla niego żadnej nadziei. Widywał takie zachowania u mężczyzn i kobiet, których kaźń 
zdarzało mu się niekiedy obserwować. Kiedy się odezwał i ujrzał wyraz twarzy Tivii, 
świadczący, że go rozpoznała, zrozumiał, że dziewczyna już wie, iż to jego oblicze skrywało 
się za czarną, jedwabną maską. Mimo to nawet łamana kołem i batożona, nie zdradziła go, 
wierząc, że ją oszczędzi, jeśli tylko przekona się, iż jego sekret nie wyjdzie na jaw. 
   To dziwne, lecz odniósł wrażenie, że zagrożenie zaczęło rosnąć, gdy cel jego działań był już 
tak bliski. Gdyby dziewczyna codziennie podawała Timeonowi truciznę w małych dawkach, 
tak jak jej polecono, śmierć ofiary wyglądałaby na naturalną. On zaś uwolniłby się od głupca, 
który zbyt wiele pił, a po alkoholu stawał się nadmiernie rozmowny. I był jeszcze ten 
barbarzyńca o cudzoziemskim imieniu, który mu ją przyniósł, zwracając na niego uwagę w 
najbardziej niepożądanym momencie. Bez wątpienia można to było złożyć na karb 
gadatliwości Timeona. Skąd jednak wiadomo, że nie powiedział Synelle tego, co sam 
wiedział, lub może podejrzewał? 
   On, Antimides, jako pierwszy dowiedział się o chorobie Valdrica, był pierwszym, gotowym 
do przejęcia tronu po jego śmierci i z całą pewnością nikt nie podejrzewałby go o zbrodniczą 

background image

działalność. Podczas gdy inni walczyli między sobą na terytorium kraju, on pozostał w Ianthe. 
Kiedy Valdric wreszcie umrze, ci którzy pragnęli przejąć po nim tron, ci nieliczni którzy 
przeżyliby skrytobójcze zamachy na swoje życie, przekonaliby się, że to on rezyduje obecnie 
w pałacu królewskim. A ten kto rządzi w pałacu, włada całym Ophirem. Teraz zaś jego 
starannie przygotowane plany były zagrożone, a sekretowi groziło ujawnienie. 
   Trzeba było coś zrobić z Synelle. Zawsze miał pewne plany względem tej parszywej suki. 
Miał dość tych bredni o szlachetnej krwi płynącej w jej żyłach. Czyż nadawała się do czegoś 
więcej prócz rodzenia dzieci? Zamierzał z ogromną przyjemnością złamać ją, skruszyć do cna 
i wykorzystać do spłodzenia dziedziców, którzy zdobędą jeszcze większą władzę od niego. 
Teraz jednak musiał coś z nią zrobić i to szybko. Podobnie jak z barbarzyńcą. 
   Wytężył słuch. Tivia powtarzała się. 
   — Dość, Raga — powiedział i kat opuścił dłoń, w której trzymał bat. 
   Antimides wcisnął mu do łapska złotą monetę. Kupił Ragę dawno temu, ale nigdy nie 
zaszkodzi zadbać o zapewnienie sobie jeszcze żarliwszej lojalności u poddanych. 
   — Jest twoja — rzekł do kata Antimides. Raga wyszczerzył w uśmiechu szczerbate zęby. 
   — Kiedy skończysz, pozbądź się ciała w zwykły sposób. 
   Kiedy hrabia opuścił lochy, wrzaski Tivii znów przybrały na sile. Zatopiony w 
rozmyślaniach nad dalszymi losami Synelle i barbarzyńcy, Antimides ich jednak nie słyszał. 
 
IX 
    
   Dom przy ulicy Koron był duży, piętrowy i kanciasty. Na parterze po jego obu stronach 
znajdowały się stajnie. Drewniany rozklekotany balkon, na który wchodziło się po schodach, 
ciągnął się wokoło podwórza, na wysokości pierwszego piętra. Brudne, czerwone gonty 
pobłyskiwały słabo w promieniach popołudniowego słońca. Odpadający płatami tynk i plamy 
cienia sprawiały, iż budowla przywodziła na myśl trędowatego. Łukowata brama, której 
zardzewiałe zawiasy skrzypiały przejmująco, wiodła z ulicy na dziedziniec, gdzie zakurzoną 
fontannę wypełniały po brzegi zwiędłe, brązowe liście. 
   — Do tego, bez wątpienia są tu jeszcze szczury i pchły — burknął smętnie Narus, zsiadając 
z konia. 
   Taurianus wstrzymał swego wierzchowca i łypnął na niego. — I po to opuszczamy pałac? 
— Stadko gołębi wyleciało trzepocząc skrzydłami z okna na piętrze. — Spójrzcie! Mamy 
spać w gołębniku! 
   — Nazbyt wszyscy przywykliście do pałacowych wygód — warknął Conan, zanim inni 
zaczęli sarkać. — Przestańcie zrzędzić jak gromada starych bab i przypomnijcie sobie czasy, 
kiedy sypialiście w błocie! 
   — Błoto było lepsze niż ta rudera — bąknął Taurianus, ale zsiadł z konia. 
   Mamrocząc pod nosem najemnicy z derkami i tobołami w dłoniach zaczęli szukać dla siebie 
dogodnych miejsc. Kilku odprowadziło do stajni swoje wierzchowce. Wkrótce dobiegły 
stamtąd zduszone przekleństwa na wielką liczbę szczurów i mnogość pajęczyn. Korpulentny 
Fabio pospieszył w poszukiwaniu kuchni. Julia natychmiast podążyła za nim z naręczem 
poczerniałych od sadzy garnków, zawiniątkami ziół i zawieszonymi na szyi warkoczami 
czosnku oraz papryki. Boros stanął przy bramie spoglądając na wszystko zdumiony, choć i on 
rzecz jasna sypiał często w gorszych warunkach. Conan uznał, że Synelle musi wiele się 
nauczyć o właściwym zakwaterowaniu dla jego Wolnej Kompanii. 
   Jego zdaniem, zwracali zbyt wiele uwagi podczas poszukiwania tego domu. Sześć 
dziesiątek zbrojnych na koniach, z tobołami i węzełkami przydającymi im wyglądu ulicznych 
handlarzy, mimowolnie przykuwało wzrok nawet tu, w mieście, gdzie z natury wszyscy 
starali się unikać tego, co mogłoby okazać się niebezpieczne. Cymmerianin dopilnuje, by cała 
kompania trzymała się na uboczu, dopóki nie ucichnie sprawa zabójstwa Timeona. Poza tym 

background image

nie miał ochoty zaglądać do zawiniątek, tobołów i pękatych juków, z których większość 
pobrzękiwała i wydawała się cięższa aniżeli być powinna. Mimo iż zabronił im łupienia, był 
pewien, że niektórzy z nich, delikatnie mówiąc, przywłaszczyli sobie znajdujące się w zasięgu 
rąk srebrne kielichy i złote cacuszka. Większość usłuchała jego rozkazu, głównie Ophirczycy, 
lecz pozostali mieli lepkie palce. 
   Rzucając cugle swojego wierzchowca jednemu z najemników, postawny Cymmerianin udał 
się na poszukiwanie dogodnej dla siebie komnaty. Zarzucił derkę na ramię, a pod pachę 
wetknął worek z posążkiem. Z wyjątkiem broni, zbroi, wierzchowca i odzienia na zmianę 
było to wszystko, co posiadał. 
   Wkrótce natrafił na ogromny, narożny pokój na piętrze, dobrze oświetlony, gdyż miał aż 
czworo okien. Sterta słomy w kącie wskazywała, iż gnieździł się tam szczur. Dwie ławy i stół 
pośrodku pomieszczenia pokrywała gruba warstwa kurzu. Łóżko, zapadnięte, lecz dość duże 
jak dla mężczyzny jego wzrostu, wciśnięte było pod ścianę. Materac zaskrzypiał, gdy go 
nacisnął, a Cymmerianin aż westchnął wspominając puchowe materace w pałacu Timeona. 
Pomyśl o błocie — upominał się srodze. 
   Z dziedzińca dobiegł go głos Machaona. 
   — Conanie, gdzie jesteś? Mam nowe wieści! 
   Cisnąwszy swój dobytek na łóżko, Conan wypadł na balkon. 
   — Cóż to za wieści? Synelle nas wzywa? 
   — Jeszcze nie, Cymmerianinie. Zeszłej nocy skrytobójcy nie próżnowali. Valentius umknął 
z pałacu po tym, jak trzech ludzi z jego własnej straży usiłowało go zgładzić. Zostali co 
prawda usieczeni przez innych, wiernych swemu panu, lecz paniczyk najwyraźniej boi się 
teraz własnego cienia i zaszył się gdzieś, w jakiejś bezpiecznej kryjówce. Znalazł schronienie 
u hrabiego Antimidesa. 
   Conan uniósł brwi. Antimides. Ten młody głupiec nieświadomie oddał się w ręce jednego 
ze swych rywali. Kolejny lord odchodził z tego świata, można by rzec, na własną prośbę. Kto 
był następnym pretendentem do tronu po Valentiusie? To jednak, co działo się wśród 
walczących między sobą frakcji, skonstatował, nie dotyczyło ani jego, ani jego kompanii. 
   — Skończyliśmy z tym, Machaonie — roześmiał się. — Niech się po wyrzynają nawzajem. 
   Brodaty weteran również zarechotał. 
   — A gdy to nastąpi, może obwołamy królem ciebie. Ja byłbym za. Conan chciał 
odpowiedzieć, gdy wtem uświadomił sobie, że jakiś dźwięk, którego być nie powinno, od 
kilku chwili nie daje mu spokoju. Z komnaty, którą właśnie opuścił, dochodziło go 
skrzypienie desek. To nie były odgłosy szczura. Niemal bezszelestnie wysunął miecz z 
pochwy i dał nura do pokoju, przy wtórze zdumionego okrzyku Machaona. 
   Na widok młodego olbrzyma czterech zbrojnych, w tym jeden wspinający się właśnie przez 
okno, okazało podobne zaskoczenie. Ich zdziwienie trwało ledwie chwilę. Gdy tylko 
barbarzyńca przestąpił próg pokoju, w ich dłoniach pojawiły się miecze i mężczyźni 
natychmiast rzucili się do ataku. 
   Conan odbił w bok pchnięcie pierwszego, by się doń zbliżyć i tym samym ruchem wbił 
prawą stopę w brzuch przeciwnika, rozdzierając mu szarą jedwabną tunikę. Mężczyzna stracił 
dech i runął do stóp znajdującego się za nim mężczyzny o sumiastych wąsach. Ten potknął 
się i czubek miecza Conana rozpłatał mu gardło, rozpryskując fontannę krwi. Gdy umierający 
runął na pierwszego napastnika, mężczyzna z zygzakowatą blizną na lewym policzku 
przeskoczył ponad nim, wymachując dziko mieczem na prawo i lewo. Conan przykucnął. 
Świszcząca stal zmierzwiła mu włosy na czubku głowy, a jego własne ostrze prześlizgnęło się 
po brzuchu człowieka z blizną. Ten, z głośnym krzykiem, runął na podłogę, przytrzymując 
oburącz wnętrzności wylewające się z jego rozpłatanego brzucha. Leżący na ziemi 
mężczyzna w szarej tunice pchnął mieczem do góry, pod łuski metalowej kolczugi Conana i 
rozorał mu bok, lecz zaraz potem padł, cięty na odlew w twarz. 

background image

   — Niechaj cię Erlik pochłonie! — ryknął ostatni z mężczyzn, kościsty i wychudły na 
twarzy. Był ostatnim, który wdarł się do pokoju, lecz nie włączył do walki. 
   — Zabiłeś ośmiu moich ludzi! Niechaj Erlik przeklnie całe twoje nasienie! — Z głośnym 
wrzaskiem skoczył na Conana, siekąc zamaszyście od ucha do ucha. 
   Cymmerianin chciał go żywego, by uzyskać odpowiedź na kilka pytań, lecz nie można było 
przez dłuższy czas odpierać tak morderczego ataku. Mężczyzna, z twarzą zlaną potem, 
czerwonymi policzkami i szaleńczym błyskiem w oku, wrzeszczał przeraźliwie zadając 
kolejne cięcia. Ostrza mieczy zetknęły się trzykrotnie, krzesząc iskry, po czym z kikuta szyi 
kościstego napastnika buchnęła krew, a jego głowa potoczyła się po podłodze. 
   Rozległ się tupot stóp i do pokoju wpadł Machaon z grupą najemników. Wszyscy mieli w 
rękach miecze. 
   — Na Mitrę, Cymmerianinie — rzekł wytatuowany mężczyzna, lustrując krwawą jatkę. — 
Nie mogłeś zostawić dla nas choćby jednego napastnika? 
   — Nie pomyślałem o tym — odparł oschle Cymmerianin. 
   Julia przecisnęła się pomiędzy mężczyznami. Na widok ciał uniosła obie dłonie do twarzy i 
krzyknęła. Wtem jej wzrok padł na Conana i błyskawicznie odzyskała rezon. 
   — Jesteś ranny — powiedziała. — Usiądź na łóżku, opatrzę cię. 
   Po raz pierwszy Conan poczuł palący ból w okolicy żeber i wilgoć krwi pod kolczugą. 
   — To tylko draśnięcie — mruknął. — Zabierzcie ich stąd — rzekł do Machaona, wskazując 
na trupy. 
   Machaon polecił swoim ludziom, by wynieśli ciała. 
   Julia jednak nie dała za wygraną. 
   — Draśnięcie czy nie — powiedziała stanowczo — jeśli go nie opatrzę, może zacząć się 
jątrzyć. Przynieście gorącej wody i odzienie — rzuciła przez ramię, usiłując popchnąć 
Conana w stronę łóżka. — Tylko aby czyste! — Ku zdumieniu wszystkich, na jej rozkaz 
dwóch najemników natychmiast opuściło pokój. 
   Rozbawiony Conan pozwolił jej działać. Mamrocząc pod nosem, zdjęła zeń metalowo–
skórzaną tunikę. Delikatnie obmacała ciało wzdłuż długiego, płytkiego zranienia i wyraźnie 
się zatroskała. Wydawała się niepewna, mając na palcach jego krew. 
   — Chyba znów masz nad nami przewagę — rzekł posępnie Machaon, zanim wyszedł z 
pokoju. 
   — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytała obojętnym tonem. — Nic nie mów. Niech 
rana się zasklepi. Żadne z żeber nie jest złamane i obejdzie się bez szycia, ale po 
zabandażowaniu nie wolno ci się będzie przemęczać. Może gdybyś się położył… — 
przerwała gwałtownie. — Na Mitrę, cóż to za diabeł? 
   Conan podążył za jej przerażonym spojrzeniem ku spiżowemu posążkowi, który leżał na 
łóżku, wysunięty z worka. 
   — Drobiazg, który kupiłem w prezencie dla Machaona — powiedział sięgając po posążek. 
   Cofnęła się i stanęła o kilka stóp od niego. 
   — Co cię ugryzło, dziewczyno? To tylko martwy metal. 
   — Ma prawo się bać — rzekł od progu Boros. Patrzył na figurkę jak na żywego demona. — 
To niepojęte zło. Czuję, jak z tego emanuje. Fale są bardzo silne. 
   — Ja również — odparła niepewnie Julia. — Chce mnie zranić. Skrzywdzić. Czuję to. 
   Boros posępnie skinął głową. 
   — Tak, kobiety wyczuwają takie rzeczy. Ceremonie Al Kiira były wyjątkowo odrażające. 
Dziesiątki mężczyzn zabijało się nawzajem, podczas gdy kapłanki śpiewały, zaś tym, co 
ocaleli, żywcem wyrywano serce z piersi. Rytuał tortur, był tak wymyślny, że ofiary całymi 
dniami wyły na ołtarzach, mordowane z niesamowitym okrucieństwem i bardzo powoli. 
Największym złem jednak było składanie ofiar z kobiet. A raczej, rzekłbym, było to coś 
więcej niźli składanie ofiar… 

background image

   — Cóż może być gorszego niż składanie ludzi w ofierze? — zapytała niepewnie Julia. 
   — Oddawanie ich żywcem bogu, którego wyobraża ta figurka — odrzekł Boros — aby były 
jego zabawkami po wieczne czasy. Taki może być los kobiet oddawanych Al Kiirowi. 
   Julia zachwiała się, a Conan warknął. 
   — Dość już, starcze! Tylko ją wystraszyłeś. Przypomniałem sobie, że mówiłeś już 
wcześniej o Al Kiirze, kiedy byłeś pijany. Czyżbyś się znów upił? A może wciąż jeszcze 
wino nie wywietrzało ci z głowy? 
   — Jestem trzeźwy jak niemowlę — odrzekł siwobrody mężczyzna — choć chciałbym być 
pijany jak bela. Jest to bowiem nie tylko wizerunek Al Kiira, Cymmerianinie. To 
konieczność, witalny element kultu tego potwornego bóstwa. Sądziłem, że wszystkie 
zniszczono wiele stuleci temu. Ktoś znów próbuje ściągnąć Al Kiira do naszego świata, a 
gdyby dysponował tym bluźnierczym posążkiem, to mogłoby mu się udać. Gdyby do tego 
doszło, wolałbym chyba nie żyć. 
   Conan wbił wzrok w spiżową figurkę, którą trzymał w ogromnej dłoni. Dwaj ludzie zginęli, 
usiłując odebrać mu ją w warsztacie. Trzej kolejni padli podczas drugiego ataku i bez 
wątpienia chodziło im o to samo. Chudy mężczyzna o fałszywym obliczu, zanim skonał, 
oskarżył Cymmerianina o zabicie ośmiu jego ludzi. Liczba się zgadzała. Ci, co chcieli 
sprowadzić boga do tego świata wiedzieli, że Cymmerianin był w posiadaniu tego 
niezbędnego wizerunku. W pewnym sensie poczuł ulgę. Sądził dotąd, że przynajmniej jeden z 
zamachów, który zagroził jego życiu, był dziełem Kareli. 
   Najemnicy przynieśli gorącą wodę i bandaże. Conan wcisnął posążek pod derkę i dał 
pozostałym znak, by milczeli, dopóki tamci nie wyjdą z pokoju. 
   Gdy znów zostali tylko we trójkę, Julia powiedziała: 
   — Opatrzę twoją ranę, ale nie wyjmuj już tego posążka. Nawet teraz czuję jego zły wpływ. 
   — Zostawię go tam, gdzie teraz leży — zapewnił Conan, a dziewczyna uklękła i zaczęła 
przemywać, a następnie bandażować ranę na jego boku. 
   — Mów dalej, Borosie — powiedział. — Jak do tego doszło, że ów bóg nie potrafi odnaleźć 
drogi do świata ludzi? Mimo rogów nie wygląda mi na bóstwo, którego należałoby się lękać. 
   — Żartujesz sobie — mruknął Boros — ale zapewniam cię, tu nie ma się z czego śmiać. 
Aby opowiedzieć ci o Al Kiirze, muszę wspomnieć o odległej przeszłości. Wiesz, że Ophir 
jest najstarszym spośród wszystkich obecnie istniejących królestw, lecz mało kto zna jego 
prapoczątki. Ja wiem o nich bardzo niewiele. Przed powstaniem Ophiru, na tych ziemiach 
znajdowało się centrum kultu Al Kiira. Najsilniejsi i najprzystojniejsi mężczyźni oraz 
najdumniejsze i najzacniejsze z kobiet sprowadzono tu właśnie, by poddać ich 
najwymyślniejszym ceremoniom, o których już mówiłem. Jak możesz sobie jednak 
wyobrazić, znaleźli się tacy, co sprzeciwili się kultowi Kiira, a najbardziej znanymi spośród 
nich byli członkowie Kręgu Prawej Ręki. 
   — Nie mógłbyś mówić nieco krócej? — rzekł Conan. — Nie musisz mi tego opowiadać jak 
jarmarcznej legendy. 
   Boros parsknął. 
   — Chcesz skrótów czy faktów? Posłuchaj. Krąg Ścieżki Prawej Ręki był prowadzony przez 
niejakiego Avanrakasha, zapewne najpotężniejszego praktyka białej magii, jaki kiedykolwiek 
istniał. 
   — Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego, jak biała magia — powiedział Conan. — Nigdy 
nie widziałem czarownika, który nie cuchnąłby złem i czarną magią, jak sterta końskiego 
łajna. 
   Tym razem starzec zignorował go. 
   — Ludzie ci weszli, jak powiadają, w kontakt z bogami i zawarli pakt. Żaden bóg nie chciał 
stanąć otwarcie do walki z Al Kiirem, gdyż powszechnie obawiano się, iż wszczynając wojnę 
między sobą, wszyscy oni mogliby zostać, koniec końców, unicestwieni. Niektórzy, jak na 

background image

przykład Set, odżegnali się otwarcie od tego, co się miało zdarzyć. Inni wszelako przekazali 
adeptom ścieżki Prawej Ręki część swojej mocy, by w efekcie mogli stawić czoło 
pojedynczemu bóstwu. Pojmujesz zapewne, iż nie mogli dać jej jednemu człowiekowi, gdyż 
uczyniliby go w ten sposób co najmniej półbogiem. Nie dali też wszystkim dostatecznie dużo 
mocy, by nawet śmierć jednego lub dwóch spośród nich nie naruszyła równowagi sił. 
   Nieomal wbrew sobie Conan zaczął przysłuchiwać się słowom starca. Julia chłonęła je z 
otwartymi ustami, zapominając o bandażach, zwisających u boku Conana. 
   — Po bitwie, która potem miała miejsce, zmienił się wygląd całej tej krainy. Wypiętrzyły 
się góry, rzeki zmieniły bieg, stare morza przemieniły się w pustynie. Spośród tych, co 
wyruszyli przeciw Al Kiirowi, przeżył jedynie Avanrakash, a i on był śmiertelnie ranny. 
Mimo to, nim skonał, zdążył swoją magiczną laską oddzielić Al Kiira od ciała, które ów nosił 
w świecie ludzi, by odciąć bóstwo od naszego świata. Potem wszczęto rebelię przeciwko 
wyznawcom Al Kiira i dokonano koronacji pierwszego króla Ophiru. Całe miasto zrównano z 
ziemią, by po wyznawcach kultu nie pozostał żaden ślad. Uczyniono wszystko, by pamięć o 
Al Kiirze zaginęła na zawsze. A ziemskie ciało boga? Ludzie próbowali je zniszczyć, lecz nie 
imał się go najgorętszy ogień i kruszyły się na nim miecze z najtwardszej stali. W końcu 
zamknięto je w pieczarze pod wielką górą, a wszystkie wejścia zasypano, by z upływem 
czasu ludzie w ogóle zapomnieli o jego istnieniu. Ci, co próbowali zatrzeć pamięć o bogu i 
jego kulcie, odnieśli sukces i jednocześnie ponieśli porażkę, gdyż górze nadano nazwę Tor Al 
Kiir. Lecz przez stulecia tylko nieliczni wiedzieli skąd się ona wzięła, a wszyscy inni omijali 
ją, gdyż jakoby miała przynosić pecha. Sądziłem, że jestem ostatnim, który posiada tę wiedzę, 
i że przepadnie ona wraz ze mną w ogniu stosu pogrzebowego. Jednak nocą ujrzałem światła 
na Tor Al Kiir. Doszły mnie słuchy, że ktoś poszukiwał prastarej wiedzy. Ktoś próbuje znów 
sprowadzić Al Kiira do tego świata. 
   Byłem pewien, że to mu się nie uda, z braku podobizny czy figurki bóstwa. Jeśli jednak 
wizerunek Al Kiira trafi w ręce tego osobnika, całą ludzkość czeka niewola, cierpienia i 
powolne konanie. 
   Conan odetchnął głęboko, gdy starzec zakończył wreszcie swoją opowieść. 
   — Odpowiedź jest prosta. Zabiorę tę przeklętą rzecz do najbliższego warsztatu i każę ją 
przetopić. 
   — Nie — zakrzyknął Boros. Przeszedł go gwałtowny dreszcz i mężczyzna z ożywieniem 
przeczesał palcami długą siwą brodę. — Bez właściwych zaklęć uwolniłbyś tylko moce, które 
obróciłyby miasto w stertę gruzów. Kto wie czy nie spłonęłaby przy tym połowa całego tego 
kraju. Uprzedzę twoje pytanie. Nie znam odpowiednich zaklęć, zaś ci, co je znają, woleliby 
zrobić z posążka użytek, zamiast go unicestwić. 
   — A ta laska — rzekła nagle Julia. — Ta, której użył Avanrakash. Czy mogłaby zniszczyć 
posążek? 
   — Roztropne pytanie, moje dziecko — mruknął staruszek. — Odpowiedź brzmi — nie 
wiem. Możliwe, że tak. 
   — Wątpię, by to się nam na coś przydało — burknął Conan. — Laska zapewne obróciła się 
w proch setki lat temu. 
   Boros pokręcił głową. 
   — Bynajmniej. Wszak to laska mocy, laska Avanrakasha. Ludzie z tamtych czasów znali i 
czuli jej moc, przeto uczynili z niej berło Ophiru, którym jest po dziś dzień, choć obecnie 
zdobią ją złoto i klejnoty. Mówi się, że obecność tego berła, dzierżonego jak sztandar przed 
wojskami Ophiru, pozwoliła Moranthesowi Wielkiemu odnieść druzgocące zwycięstwo nad 
siłami Acheronu. Gdybyś zdobył to berło, Conanie… 
   — Nie podejmę próby kradzieży berła króla Valdrica — odrzekł oschle Conan — w 
nadziei, że może tkwi w nim jeszcze resztka mocy. Na Dziewięć Piekieł Zandru, ten człowiek 
podpiera się na tej lasce! Wciąż ma ją przy sobie! 

background image

   — Musisz zrozumieć, Cymmerianinie — zaczął Boros, lecz Conan nie pozwolił mu 
skończyć. 
   — Nie! Ukryję tę po trzykroć przeklętą figurkę pod podłogą, póki nie znajdę dla niej 
lepszego miejsca, gdzie nikt jej nigdy nie odnajdzie. I nie zgrzytaj ze złości zębami, póki tego 
nie uczynię, Borosie. Ponadto trzymaj się do tego czasu z daleka od wina. 
   Boros przywdział pozę urażonej godności. 
   — Trzymałem to wszystko w sekrecie przez blisko pół wieku, Conanie. Nie musisz mnie 
pouczać. 
   Conan chrząknął i pozwolił, by Julia uniosła jego rękę, by dokończyć bandażowania. 
Jeszcze jedno zgniłe jabłko do całej sterty, którą miał przed sobą. Jak unicestwić coś, czego 
nie mógł zniszczyć, z braku godnego zaufania czarodzieja, o których było równie trudno jak o 
dziewicę wśród nierządnic. Mimo to wciąż martwił się bardziej groźbami Kareli niż 
wszystkim innym. „Co knuła ta ognistowłosa dziewka?” — zastanawiał się w duchu. 
 

    
   Karela zatrzymała swoją gniadą klacz na skraju zagajnika, pośród głębokich cieni i 
przyjrzała się z uwagą małej chatce o spiczastym dachu, stojącej na leśnej polanie. Stał przy 
niej uwiązany do palika potężny, kary wierzchowiec bojowy, z czaprakiem godnym 
szlachcica, choć jego barwy, szkarłat i czerń, nie nosiły herbów żadnego z rodów. Miał 
spotkać się tam z nią pewien mężczyzna, lecz wolała zaczekać i upewnić się, że na pewno 
będzie sam. 
   Trzask pękającej gałązki obwieścił przybycie mężczyzny w szorstkiej wełnianej tunice i 
bryczesach, których brąz zlewał się z wszechobecnymi cieniami. Wiedziała, iż dźwięk ten nie 
był przypadkowy, została w ten sposób ostrzeżona, by nie powitać gościa ciosem scimitara, 
który nosiła u pasa. Agorio potrafił przemykać przez las bezszelestnie, jak myśl, jeżeli tego 
zapragnął. Mężczyzna stracił obie małżowiny uszne, obcięto mu je za kradzieże, a jego 
pociągłe oblicze przecinała blizna, nadająca prawemu oku wyraz wiecznego zdziwienia. 
   — Przybył sam, moja pani, jak kazałaś — oznajmił. 
   Karela skinęła głową. Ludzie, którzy z nią obecnie wędrowali, nie byli tak dobrzy jak jej 
ogary z zamorańskich równin. Byli to głównie kłusownicy i drobni złodziejaszkowie, 
wykorzystujący każdą okazję. Nie przepadali za surową dyscypliną, którą im narzuciła, lecz z 
czasem uczyni z nich karną, wytrawną bandę jak inne, z którym ongiś grasowała. 
   Wolno wyjechała na polanę, trzymając się w siodle sztywno, niczym królowa. Nie chciała 
okazywać większej ostrożności i dystansu. 
   Zeskoczyła z siodła, dobyła zakrzywionej szabli i czubkiem klingi otworzyła toporne, zbite 
z desek drzwi chaty. 
   Pojedyncza izba miała surowy wystrój, jak zresztą można było się tego spodziewać. 
Oświetlał ją gorejący w kominku ogień. Wszystko pokrywał kurz, a z gołych, spowitych 
mrokiem belek sufitowych zwieszały się pajęczyny. Pośrodku klepiska stał mężczyzna w 
prostej szkarłatnej opończy narzuconej na zbroję. Oba kciuki zatknięte miał za szeroki, nisko 
opuszczony pas, z przytroczoną doń pochwą z długim, prostym mieczem. Stwierdziła, iż 
wzrostem niemal dorównywał Conanowi, i był niemal tak samo jak on szeroki w barach. Był 
przystojny i ewidentnie lubił kobiety, gdyż na jej widok natychmiast się uśmiechnął. 
   Zamknęła drzwi obcasem buta i czekała, aż mężczyzna przemówi. 
   Nie schowała miecza. 
   — Nie jesteś tym, kogo się spodziewałem, dziewczyno — rzekł w końcu. Z lubością wodził 
wzrokiem po jej krągłościach ukrytych pod obcisłym kaftanem i bryczesami. — Jesteś 
piękna. 

background image

   — I popełniłeś pierwszy błąd. — W jej głosie pobrzmiewała groźba, choć mężczyzna 
zdawał się tego nie pojmować. — Żaden mężczyzna nie mówi do mnie „dziewczyno”. Nim 
będziemy kontynuować, wyjaśnię ci kilka spraw. Twoja wiadomość dotarła do mnie w 
sposób, znany jedynie kilku zaufanym osobom. Skąd ty ich znasz? Kim jesteś i dlaczego 
przekazałeś mi pięćdziesiąt sztuk złota, skoro nie wiedziałeś nawet, czy przyjdę? 
   Taka bowiem suma w gotówce towarzyszyła wiadomości. 
   — A jednak przybyłaś — mruknął z chłodną pewnością siebie, Spod opończy wydobył 
dwie pękate, skórzane sakiewki i rzucił je na stół. Zabrzęczały donośnie. — To jest 
dodatkowe sto sztuk złota, jeśli przyjmiesz moje zlecenie, i drugie tyle czekać będzie na 
ciebie po wykonaniu zadania. 
   Ton jej głosu stał się lodowaty. 
   — Odpowiedz na moje pytania. 
   — Przykro mi, ale to niemożliwe — odrzekł słodkim głosem. — Nie musisz lękać się 
pojmania, ślicznotko. Przybyłem tu sam, zgodnie z umową. Nie ukryłem moich ludzi w lesie. 
   — Ty nie, ale ja tak — powiedziała. I z niemałym zadowoleniem stwierdziła, że się zdziwił. 
   Szybko jednak odzyskał rezon. 
   — Mogłem się tego spodziewać. Gdy doszły mnie słuchy o bandzie grasantów dowodzonej 
przez… kobietę, wiedziałem, że musi być dobra, skoro zdołała przeżyć tak długo. Widzisz, 
zyskujesz sławę. Schowaj szablę. Wschodnia, czyż nie? Czyżbyś pochodziła ze Wschodu, 
moja piękna grasantko? Nie masz jak tamte kobiety śniadej cery, lecz z pewnością 
przewyższasz je wszystkie urodą. 
   Uśmiechnął się jeszcze pogodniej, a uśmiech ten, o czym mężczyzna doskonale wiedział, 
topił serca wszystkich kobiet, które nim obdarzał. „Najprawdopodobniej jego oczekiwania 
potwierdziły się” — skonstatowała. Sądził, że owinął ją sobie dookoła palca. I to jego 
zachowanie — dziewczyna! Ha, dobre sobie! Moja piękna grasantko! Ha! Takie słowa nie 
wywierały na niej żadnego wrażenia! Była na nie odporna. Gniew jeszcze wzmógł jej 
czujności wzmocnił ją wewnętrznie. Mimo to schowała szablę. 
   — Nie opowiem ci mojej historii — warknęła — jeżeli nie usłyszę choćby twojego imienia. 
Mógłbyś przynajmniej powiedzieć mi, co mam zrobić za te dwieście sztuk złota. 
   Jego gorejące oczy wciąż lustrowały ją od stóp do głów, lecz teraz nieco mniej intensywnie. 
   — Baron Inaros opuszcza swoją twierdzę, by udać się do pałacu w Ianthe. Nie miesza się w 
toczące się tu rozgrywki. Lęka się ich. Właśnie dlatego zdecydował się na takie posunięcie. 
Szuka schronienia w stolicy. Nie będzie miał licznej ochrony, nie na tyle, by nie poradziła 
sobie z nią banda dobrze wyszkolonych zbójów. Za swoją zapłatę przyniesiesz mi jego 
księgozbiór, który zabrał ze sobą na dwóch wozach. Resztę, rzecz jasna, co tylko zdołasz 
złupić, możesz zabrać i podzielić się ze swoimi ludźmi. 
   — Księgozbiór! — wybuchnęła Karela. — Czemu miałbyś płacić dwieście, nie, dwieście 
pięćdziesiąt sztuk złota za zbiór jakichś starych, zakurzonych zwojów? 
   — Powiedzmy, że zbieram białe kruki, a wiem, że Inaros ma ich w swojej kolekcji sporo i 
gotów jestem słono za nie zapłacić. 
   Karela omal nie wybuchnęła śmiechem. Nie wierzyła, że miała przed sobą kolekcjonera 
rzadkich ksiąg. Mimo to nie odważyła się nazwać go kłamcą. 
   — Doskonale — rzekła — ale po dostarczeniu tych, hmm, białych kruków, zapłacisz mi 
jeszcze dwieście sztuk złota. — Tym razem to ona się uśmiechnęła. — Czy jesteś gotów 
zapłacić aż tyle? 
   Powoli skinął głową, i znów otaksował ją spojrzeniem. 
   — Powiedziałbym, że zapłacenie takiej sumy za te manuskrypty to pestka, zupełnie jakbym 
otrzymał je od ciebie za darmo, ale ostrzegam, nie przeciągaj struny, bo zlecę to zadanie 
komu innemu, kto może nie dorówna ci urodą, lecz zarazem nie będzie tak chciwy. A teraz 
dobijmy targu. Pora przypieczętować nasz układ. 

background image

   — Co… — zaczęła, ale zanim powiedziała coś więcej, postąpił krok w jej stronę i objął ją. 
Przytulił ją mocno do siebie, nie mogła sięgnąć ręką do boku, po szablę. 
   — Mam swój własny, szczególny sposób pieczętowania układów z kobietami — 
zachichotał. — Walcz, jak chcesz, ale nim skończę, na pewno zdąży ci się to spodobać. 
   Nagle znieruchomiał, gdy ostry czubek sztyletu wbił mu się z boku w szyję. 
   — Poderżnę ci gardło — zaryczała — jak wieprzowi, którym jesteś! Cofnij się. Powoli. 
   Posłusznie cofnął się o kilka kroków, jego oblicze zmieniło się w zastygłą maskę 
wściekłości. Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem sztyletu, sięgnął po miecz. 
   Podrzuciła sztylet, i schwyciła go za czubek. 
   — Założysz się o życie, że nie trafię nim prosto w twoje oko? 
   Opuścił dłoń do boku. 
   Karela walczyła z narastającym pragnieniem zabicia tego mężczyzny. W jej mniemaniu na 
to właśnie zasłużył, jak jednak zdołałaby utrzymać w sekrecie, że zamordowała człowieka, 
który przybył, by ją wynająć? Takie rzeczy zawsze rychło wychodziły na jaw. Wszyscy 
pomyślą, że uczyniła to dla pieniędzy i przestaną ją wynajmować. 
   — Ty bezmózgi pomiocie chromego, parszywego wielbłąda! — rzuciła z frustracją. — 
Ostatnio widziałam figurkę kogoś, kto jest bardzo do ciebie podobny. Równie gładko potrafi 
doprowadzić kobietę do pasji. Ma kły, rogi i dwa razy większą męskość niż u przeciętnego 
człowieka. Pewnie gdyby żył, tak jak ty, myślałby tylko przyrodzeniem. Naturalnie jeżeli w 
ogóle je masz. 
   Zachowywał kamienny spokój przez cały czas trwania jej tyrady. Czerwień odpłynęła z 
jego policzków, w głowie zabrzmiało z trudem skrywane ożywienie, gdy zapytał: 
   — Figurka? Ile ma rogów? A oczu! Czy była podobna do człowieka? 
   Karela spojrzała na niego ze zdumieniem. Jeśli była to próba zbicia jej z pantałyku, to zaiste 
bardzo nietypowa. 
   — Czemu cię to interesuje? 
   — Nieważne. Za to bardziej, niż mogłabyś sądzić. Mów, kobieto. 
   — Przypomina człowieka — rzekła powoli — lecz ma więcej palców u rąk i róg, a każdy z 
nich zakończony szponem. Ma czworo rogów i troje oczu. I jak ty, wręcz cuchnie złem. Złą 
aurą. 
   Znów się uśmiechnął, lecz tym razem nie do niej. Ku jej zdumieniu był to uśmiech triumfu. 
   — Zapomnij o Inarosie — oznajmił. — Przynieś mi ten posążek, a otrzymasz pięćset sztuk 
złota. 
   — Sądzisz, że przyjęłabym od ciebie zapłatę — parsknęła — po tym, co przed chwilą 
zaszło? 
   — Sądzę, że przyjęłabyś zapłatę nawet od samego Erlika. Pomyśl, kobieto. Pięćset sztuk 
złota! 
   Karela zawahała się. Cena była kusząca. Tym bardziej że mogła zarobić tę sumę kosztem 
Conana. Niemniej robienie interesów z tym indywiduum… 
   — Zgoda — rzekła, dziwiąc się samej sobie. — Jak spotkamy się ponownie, kiedy będę już 
miała towar? 
   Zdjął swoją jasnoczerwoną opończę, ukazując złoconą zbroję pod spodem. 
   — Wystaw człowieka w tej opończy nałożonej na tunikę, przed główną bramą pałacu 
królewskiego, gdy słońce stać będzie w zenicie, a o zmierzchu przybędę ze złotem do tej 
chaty. 
   — Zgoda — powtórzyła Karela. — Pójdę już, i radzę ci, byś, zanim uczynisz to samo, 
policzył do tysiąca, bo w przeciwnym razie przekonasz się, czy twój pancerz oprze się bełtom 
z kusz. 
   To rzekłszy wyszła z chaty i po chwili siedziała już w siodle. 

background image

   Gdy wjechała do lasu stwierdziła, iż było jej tak błogo, że miała ochotę śpiewać. Pięćset 
sztuk złota i kolejny cios zadany Cymmerianinowi, choćby nawet niezbyt bolesny. Ale grunt, 
by zadać ten pierwszy, potem pójdzie już łatwiej. Tym razem to Conan będzie zmuszony 
uciekać, nie ona. Pierzchnie stąd, albo zginie. 
    
   Synelle krążyła po swojej sypialni niczym pantera w klatce, nie znosiła tego podniecenia, 
lecz nie była go w stanie stłumić. Srebrne lampy oświetlały komnatę przed mrokiem nocy 
napierającym na okna, rzucając jasny blask na muślinowe zasłony rozpostarte wokół łóżka. 
Jej jasne włosy były pozlepiane od potu, chociaż noc należała do chłodnych. Zazwyczaj 
zazdrośnie chroniła swe egzotyczne piękno pilnując, by każdy kosmyk włosów był należycie 
utrefiony, a policzki uróżowione, nawet gdy była sama. Teraz jednak całe jej wnętrze 
przepełniało niepohamowane wrzenie i nic się już więcej dla niej nie liczyło. 
   Po raz setny przystanęła przed lustrem podziwiając swe pełne, zmysłowe usta. Nie 
wyglądały inaczej niż zwykle, lecz wydawało się jej, że są opuchnięte. Z gniewnym 
warknięciem znów zaczęła spacerować w koło. Długa suknia z najdelikatniejszego jedwabiu 
przywierała do każdej krągłości. Czuła najdrobniejszą cząstkę delikatnego, szarego materiału, 
przesuwającego się po jej skórze. 
   Była w takim stanie odkąd ten… ten barbarzyńca ją pocałował. Nie potrafiła przestać o nim 
myśleć. Wysoki, barczysty z oczami jak górskie jezioro. Nieokrzesany, niecywilizowany 
osiłek. Dziki i nieokiełzany niczym lew, który mógł zmiażdżyć kobietę w uścisku swych 
potężnych ramion. Czuła, jakby w jej wnętrzu gorzał bulgoczący miód. Tej nocy nie mogła 
zasnąć, godzinami przewracała się na łóżku, przepełniona nieznanymi jej dotąd odczuciami. 
   Dlaczego przyjęła na służbę Wolną Kompanię? Aby zrobić na złość Antimidesowi, co jak 
zawsze sprawiało jej niewypowiedzianą przyjemność. Nie musiała zatrzymywać oddziału, 
lecz zwolnienie go Antimides przyjąłby z pewnością za swoją wygraną i ostatecznie jego 
byłoby na wierzchu. I pozostał jeszcze ten barbarzyńca. 
   Rozpaczliwie usiłowała odegnać od siebie myśli o Conanie. 
   — Nie oddam mu się! — zawołała. — Ani jemu, ani żadnemu innemu! Nigdy! 
   To nie wszystko. Były jeszcze inne sprawy, wymagające przemyślenia. Musiały być. 
Kobiety. Tak. Co się tyczyło spiżowej figurki Al Kiira, nie miała już żadnych wątpliwości. 
Ludzie, których Taramenon wysłał za Galbro, przyniosą jej posążek. Potrzebowała jednak 
kobiety, aby urządzić ceremonię i nie mogła to być pierwsza lepsza. Musiała wyróżniać się 
urodą, dumą i zuchwałością. O piękne kobiety nie było trudno, o dumne również, jeżeli 
dobrze poszukać, lecz takie, które łączyłyby w sobie obie te cechy, należały do rzadkości. A 
co z zuchwałością? Wszystkie bez wyjątku drżały przed gniewem mężczyzny i ostatecznie 
poddawały się jego woli, choć przez pewien czas mogły mu się opierać. 
   Dlaczego musiało tak być? Teraz powoli zaczynała to pojmować. Jakaż kobieta mogłaby 
opierać się takiemu mężczyźnie, jak ów barbarzyńca? Znowu on! Z frustracją uderzyła się 
pięścią w udo. Czemu musiał stale nawiedzać jej myśli? 
   Nagle jej oblicze przepełnił wyraz determinacji. Podeszła do stolika z marmurowym blatem, 
który stał pod ozdobioną kobiercem ścianą i dotknęła palcami leżącego na nim 
pergaminowego zwoju. Wewnątrz spoczywały trzy długie czarne, jedwabiste włosy, 
zostawione na jej szacie, gdy barbarzyńca… Jej dłoń zadrżała. Nie mogła teraz o tym myśleć. 
Potrzebowała czystego umysłu. Musiała być opanowana i spokojna. 
   Dlaczego to musiał być on? Czemu nie Taramenon? Ponieważ nigdy nie działał na nią tak, 
jak barbarzyńca? Ponieważ bawiła się z nim, igrała tak długo, że przestał ją interesować jako 
mężczyzna? 
   — To będzie Conan — wyszeptała. — Ale będzie tak, jak ja zechcę. — Zacisnęła dłoń na 
pergaminie i wyszła z komnaty. 

background image

   Niewolnicy, szorujący podłogi w czasie, gdy ich pani przebywała gdzie indziej, usuwali się 
trwożliwie z jej drogi, dotykając czołami posadzki, w wyrazie pokornego oddania. Nie 
zwracała na nich większej uwagi, niż na meble dokoła. 
   Udała się wprost do swojej sekretnej komnaty, zamknęła drzwi i zapaliła lampy. Uczucie 
triumfu zmuszało ją do szybszego działania, była pewna, że już wkrótce jej wysiłki 
zaowocują wielkim sukcesem. 
   Stanęła przy stole zastawionym zlewkami i butelkami, po czym delikatnie wyjęła ze zwoju 
jeden z włosów. Jeden wystarczy, pozostaną dwa, w razie gdyby musiała wykorzystać 
przeciw ogromnemu barbarzyńcy silniejsze czary. 
   Na gładkiej srebrnej tabliczce nakreśliła znak rogów, znak Al Kiira. Uczyniła to krwią 
dziewicy, za pomocą pędzelka z włosiem nie narodzonego dziecka i obsadą z kości palca 
wskazującego jego matki. Po obu stronach płytki ustawiła świece. Zapaliła je. Były czarne, 
wytopione z łoju zamordowanych mężczyzn, wykradzionych z grobów na poświęconej ziemi. 
   Teraz najważniejszy był pośpiech, lecz również dokładność, w przeciwnym razie jej wysiłki 
spełzłyby na niczym. Przygryzając język zębami, nakreśliła na brzegach płytki ostatnie 
symbole. Pożądanie. Żądza. Pragnienie. Potrzeba. Pasja. Tęsknota. 
   Odrzuciła pędzelek, uniosła dłonie nad głowę i opuściła przed sobą, w błagalnym geście, 
odwrócone wnętrzami ku górze. W starym języku, który przyswoiła sobie z takim mozołem, 
zaczęła nucić śpiewną inkantację. Jej głos odbijał się gromkim echem od bladych ścian, 
budząc moc, powiązaną z Al Kiirem, lecz do niego nie należącą, moc tego świata, nie zaś 
pustki, gdzie bóg był uwięziony. Z początku kusiło ją, by wykorzystać tę moc do kontaktu z 
Al Kiirem. W rezultacie tych prób wybuchł pożar, który strawił wieżę je zamczyska, leżącego 
w połowie drogi od granicy z Aquilonią. Ognia, który ją ogarnął, nie sposób było ugasić 
wodą, a wygasł on dopiero wtedy, gdy z budowli nie pozostało nic, prócz popiołów. Jeszcze 
długo potem lękała się podjąć kolejną próbę, zaś ludzie przyglądali się jej znacząco, szepcząc 
o złowrogich czarach, odprawianych w zamku Asnark. Aby zrzucić z siebie podejrzenie, 
oskarżyła o czary pewną kobietę z zamku, starą służącą, która nawet wyglądem przypominała 
wiedźmę, i skazała na spalenie na stosie. Od tej pory Synelle nauczyła się ostrożności. Jak 
wiadomo człowiek uczy się na błędach. 
   Świece wypaliły się powoli, rozlewając w kałużę czarnego tłuszczu. Synelle opuściła ręce, 
po raz pierwszy od wielu godzin oddychając powoli i głęboko. Namalowane na płytce 
symbole i włos zmieniły się w popiół. Okrutny uśmiech pojawił się na jej wargach. Teraz nie 
musiała już lękać się swoich żądz. Barbarzyńca należał odtąd do niej, uczyni z nim, co 
zechce. Był jej niewolnikiem. 
 
XI 
    
   Przechodząc przez zakurzony dziedziniec domu, gdzie kwaterowała jego kompania, Conan 
poczuł, że cierpnie mu skóra na plecach. Włosy na całym ciele zdawały się poruszać, jakby 
żyły własnym życiem. Ze złotej kuli pnącej się na nieboskłon spływał jasny, silny blask. 
Zdawało się go otaczać chłodne powietrze. Tak było odkąd się obudził. Czuł się dziwnie i nie 
pojmował dlaczego. 
   Potężny Cymmerianin nie tłumaczył tego, co się działo, strachem. Znał dobrze swoje 
własne lęki i umiał nad nimi panować. 
   Zresztą żaden lęk nie był mu straszny, gdyż w swoim czasie zdarzało mu się widywać 
rzeczy, które zmroziłyby krew w żyłach większości śmiertelników. Co się tyczy wizerunku, a 
nawet samego Al Kiira, stawiał już czoło demonom i czarownikom. Zmagał się także z 
najróżniejszymi potworami, od olbrzymich, żywiących się ludzkim mięsem robaków, poprzez 
gigantyczne pająki toczące ze swych szczęk jad, mogący przeżreć na wylot najwspanialszą 

background image

zbroję, po smoka z adamantowymi łuskami i ognistym tchnieniem. Pokonał ich wszystkich i 
jeśli tylko miał się na baczności, nie musiał się lękać. 
   — Cymmerianinie — zawołał Narus — weź swój płaszcz. 
   — Później — odkrzyknął Conan do mężczyzny o zapadniętej twarzy, grzebiącego wraz z 
innymi w wielkiej stercie bel i zawiniątek, które tego ranka przywieziono tutaj wozami. 
   Synelle znalazła w końcu zajęcie dla najętej na służbę Wolnej Kompanii. Zawiniątka z 
długimi wełnianymi, szkarłatnymi płaszczami w barwach jej rodu zrzucono, 
bezceremonialnie na dziedzińcu, wraz z całą masą świeżej pościeli i przednich, wełnianych 
koców. Były tu sięgające do kolan Aquilońskie buty z najlepszej, czarnej skóry, małe lusterka 
z polerowanego metalu z Zingary, ostre korynthiańskie brzytwy i tuzin innych rzeczy z wielu 
krain, które mogły przydać się żołnierzowi. Był także ich pierwszy żołd, worek złotych 
monet. Najemnicy uczynili ten dzień swoim wielkim świętem. Fabio przez cały ranek nie 
dawał Julii spokoju, zmuszając padającą z nóg dziewczynę do przenoszenia worków z cebulą 
i grochem, ćwierci wołowych tusz, całych jagniąt oraz przetaczania beczek z winem i piwem 
do kuchni. 
   Fabio odnalazł Conana przy nieczynnej fontannie. Gruby, pulchny kucharz ocierał twarz 
mokrą ścierką. 
   — Conanie, ta leniwa dziewka, którą mnie obarczyłeś, uciekła i ukryła się gdzieś. Popatrz 
tylko, nawet jeszcze nie zamiotła podwórza. Twierdzi, że jest damą. Jeżeli tak, to niech ją 
Erlik pochłonie! Ma niewyparzony język. Zamachnęła się na mnie miotłą, w mojej własnej 
kuchni, i obrzuciła tak plugawym stekiem wyzwisk, że nie powstydziłby się ich żaden 
mężczyzna. 
   Conan z irytacją pokręcił głową. Nie był w nastroju, by wysłuchiwać skarg kucharza, przez 
cały czas miał wrażenie, jakby mrówki chodziły mu po ciele. 
   — Jeśli chcesz, by podwórze było zamiecione — warknął oschle — zrób to sam. 
   Fabio odprowadził go wzrokiem, to co usłyszał, tak go zaskoczyło, że aż opadła mu 
szczęka. 
   Conan przeczesał włosy palcami. Co się z nim działo? Czy to ta przeklęta spiżowa figurka? 
Zło, którym jakoby emanowała, a jakie rzekomo wyczuwała Julia, wywierało nań taki 
wpływ? 
   — Cymmerianinie? — rzekł Boros, wychodząc mu na spotkanie. — Wszędzie cię 
szukałem. 
   — Dlaczego? — burknął Conan, lecz zaraz wziął się w garść. — Czego chcesz? — zapytał, 
nieco bardziej pojednawczym tonem. 
   — Jak to, tej figurki, ma się rozumieć. — Starzec rozejrzał się dookoła, po czym zniżył 
głos. — Czy porzuciłeś już myśli o jej unicestwieniu? Im dłużej o tym myślę, tym bardziej 
jestem przekonany, że laska Avanrakasha to jedyne rozwiązanie. 
   — Nie ukradnę tego przeklętego przez Erlika berła — syknął Conan. 
   Na widok podchodzącego Machaona, Cymmerianin omal nie eksplodował. Brodaty 
najemnik spojrzał pytająco na posępnego młodzieńca, lecz powiedział tylko: 
   — Jesteśmy obserwowani. To znaczy, obserwują nasz dom. 
   Conan zacisnął obie dłonie na szerokim pasie. To była sprawa kompanii, możliwe że coś 
ważnego, a on zbyt długo i zbyt mocno się starał, by zniweczyć to wszystko przez swój 
nieokrzesany charakter. 
   — Ludzie Kareli? — zapytał prawie już normalnym tonem. Zachowanie spokoju 
kosztowało go wiele wysiłku. 
   — Nie, chyba że zaczęła przyjmować do swojej bandy nieopierzonych młodzieńców — 
odrzekł Machaon. — Jest ich dwóch, odzianych i przyozdobionych klejnotami jak 
paniczykowie na balu u królowej, wąchają pachnidła i spacerują wzdłuż ulicy w tę i z 
powrotem. Wygląda na to, że szczególnie interesują się właśnie naszym domem. 

background image

   „Młodzi szlachetkowie” — pomyślał Conan. To mogli być ludzie Antimidesa, jeśli hrabia 
chciał przekonać się, czy Cymmerianin zechce rozpowiadać na prawo i lewo o tym, czego się 
dowiedział. A może szukali figurki, choć szlachetnie urodzeni raczej nie pasowali do 
pospolitych rabusiów, którzy do tej pory przejawiali zainteresowanie posążkiem. Mógł to być 
nawet Taramenon, zazdrosny konkurent Synelle, z przyjacielem, który przybył tu, by samemu 
zobaczyć, kogóż to przyjęła na służbę srebrnowłosa piękność. Zbyt wiele możliwości, by 
rozwikłać tę zagadkę, zwłaszcza przy obecnym stanie jego umysłu. 
   — Jeśli pochwycimy ich, gdy znów będą przechodzić przed budynkiem… — zaczął, a dwaj 
słuchający go mężczyźni aż wzdrygnęli się, zaskoczeni. 
   — Chyba postradałeś rozum — wysapał Boros. — To ten posążek, Cymmerianinie. Źle na 
ciebie wpływa. Trzeba go jak najszybciej unicestwić. 
   — Nie mam pojęcia, o czym gada ten stary grzyb — rzekł Machaon. — Ale porywanie 
szlachetnie urodzonych… w biały dzień, na środku ulicy Ianthe… Cymmerianinie, potrzeba 
by nam wiele szczęścia, byśmy wydostali się z tego miasta z głowami na karkach. 
   Conan zmrużył powieki. Czuł pod czaszką upiorne wirowanie, wzrok mu się zaćmiewał. To 
było śmiertelnie niebezpieczne, musiał mieć jasny umysł, w przeciwnym razie pośle ich 
wszystkich na stracenie. 
   — Milordzie Conanie? — rozległ się czyjś głos. 
   Conan otworzył oczy, by ujrzeć bosonogiego mężczyznę w krótkiej, lamowanej białej 
tunice niewolnika, który przystanął tuż przy nich. 
   — Nie jestem lordem — odburknął. 
   — Tak, milor… wielmożny panie. Mam wam przekazać, że lady Synelle życzy sobie, 
byście niezwłocznie udali się do jej rezydencji. 
   W umyśle Conana natychmiast pojawił się obraz piersiastej szlachcianki, wypierając 
wszystko inne. Jego niepokój zastąpiła fala gorącego pożądania. Roztropnie upomniał sam 
siebie, że zapewne pragnęła jedynie przedyskutować z nim obowiązki kompanii, lecz równie 
dobrze mogłaby próbować uciszyć szeptem sztorm na morzu Vilayet. Kiedy ją po raz 
pierwszy pocałował, zareagowała namiętnie. Niezależnie od tego co mówiła, jej ciało 
zdradzało prawdziwe uczucie. Nie mogło być inaczej. 
   — Prowadź — rozkazał Conan, i nie zwlekając, dziarsko wymaszerował na ulicę. 
Niewolnik podreptał za nim. 
   Conan prawie nie zwracał uwagi na niemal biegnącego przy nim mężczyznę i energicznym 
krokiem przedzierał się przez zatłoczone uliczki. Z każdą chwilą wizja Synelle stawała się 
coraz silniejsza, coraz bardziej zmysłowa, a jego oddech coraz szybszy. Widział ją teraz 
wyraźniej, każdy rys jej twarzy, każdą krągłość ciała, wypukłość piersi ponad kibicią tak 
cienką, że niemal mógłby ją objąć dłońmi, krzywiznę smukłych ud i zmysłowo kołyszących 
się bioder. Wypełniała jego umysł, przyćmiewając mu wzrok, tak że nie widział ludzi dokoła, 
ani nie pamiętał nic ze swej wędrówki do domu Synelle. 
   Znalazłszy się wewnątrz ogromnego budynku, mężczyzna w krótkiej tunice pospieszył, by 
poprowadzić Conana po schodach na górę i dalej korytarzami, do komnaty swej pani, lecz 
Cymmerianin był pewien, że sam doskonale da sobie radę. Pociły mu się dłonie, spragnione, 
by dotykać jej gładkiej niczym jedwab skóry. 
   Niewolnik skłonił się, wskazując drzwi sypialni Synelle. Blado — skóra piękność stała, 
wodząc ręką po alabastrowej szyi. Jej ciemne oczy zdawały się wypełniać twarz, otoczoną 
jedwabistymi falami platynowych włosów. Choć miała na sobie muślinowy peniuar, nie 
zakrywał on jej cudownych wdzięków, gdyż był cienki i przejrzysty niczym mgiełka. 
   — Zostaw nas samych, Scypionie — rzekła niepewnie. 
   Conan nie zdawał sobie sprawy, że sługa wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Oddech uwiązł 
mu w gardle, paznokcie wpiły się w pokryte stwardniałą skórą i odciskami wnętrze dłoni. 
Nigdy jeszcze nie wziął kobiety, która nie chciałaby tego, lecz tym razem był bliski złamania 

background image

owej zasady. Jeden jej gest, jedno słowo wystarczyło, by uznał to za przyzwolenie. Niczego 
więcej nie potrzebował. W jego wnętrzu toczyła się bezgłośna walka, niepohamowana żądza 
wiodła zażarty bój z nieugiętą cymmeriańską wolą. Po raz pierwszy Conan poczuł, że jego 
wola zaczyna przegrywać. 
   — Wezwałam cię tutaj, barbarzyńco — zaczęła, przełknęła ślinę i mówiła dalej: — 
Przywołałam cię do siebie… 
   Zamilkła i podeszła do niego. Delikatnie położył dłonie na jej ramionach, tak niewiele było 
potrzeba, by zdarł z niej tę śmieszną, prawie przezroczystą szatkę. Z trudem się pohamował. 
Gdy spojrzał na uniesioną ku górze twarz kobiety, odczytał w niej strach i tęsknotę. 
Topniejące oczy Synelle były bezdennymi sadzawkami, w których mógł zanurzyć się na 
zawsze. W jego oczach płonęły błękitne ognie. 
   — Nie obawiaj się mnie — rzekł ochryple. — Nie skrzywdzę cię. 
   Przywarła policzkiem do jego torsu. Jej piersi przygniotło ciało barbarzyńcy. Nie widział 
tego, lecz usta Synelle rozpromienił delikatny uśmieszek, łagodzący nieznacznie wyraz lęku 
w jej oczach. 
   — Jesteś mój — wyszeptała. 
   — Pragniesz mnie, odkąd cię po raz pierwszy pocałowałem — wydyszał Conan. — Tak jak 
ja pożądam ciebie. Wiedziałem, że to nie wymysł mojej wyobraźni. 
   — Chodź — powiedziała, ujmując go za rękę i cofając się o dwa kroki. — W sąsiednim 
pomieszczeniu znajduje się moja łożnica. Każę przynieść nam wina i owoców 
sprowadzonych z odległych krain. 
   — Nie — warknął. — Nie zamierzam dłużej czekać. 
   Zacisnął dłoń na jedwabnej cienkiej szacie, materiał pękł z trzaskiem i opadł, ukazując jej 
dorodną nagość. Nie bacząc na protesty Synelle, jakoby do komnaty w każdej chwili mogli 
wejść służący, delikatnie, acz zdecydowanie rozciągnął ją na podłodze. Niedługo potem już 
nie protestowała. 
 
XII 
    
   Słońce znów zaczęło wznosić się na nieboskłon, gdy Conan opuścił dom Synelle, 
zastanawiając się ze znużeniem nad naturą upływających nie wiadomo kiedy chwil. Ona 
jednak zajęła go sobą na tyle, że zupełnie stracił poczucie czasu. Gdyby nie wstała z łóżka, 
kiedy się obudził, może wciąż jeszcze by się z nią zabawiał. Mimo że byli razem przez 
większość dnia i całą noc, i choć prawie nie zmrużył przez ten czas oka, każda myśl o niej 
rozpalała w nim płomień pożądania. Jedynie konieczność spotkania z Wolną Kompanią i 
nieobecność Synelle skłoniły go, by ubrać się i wyjść. 
   Rozbawiony maszerował ulicami jakby nie było na nich żywego ducha. Oczyma duszy 
wciąż widział kobietę, która dzięki powabom ciała miała go w swojej mocy. Kupcy w 
wystawnych szatach z kapturami i nierządnice w skąpym przyodziewku, złożonym z cienkich 
złotych tasiemek i pasków przejrzystego muślinu, schodzili mu raźno z drogi. Sztachetko wie 
w jedwabiach i długobrodzi uczeni rezygnując z godności uskakiwali na bok, gdy z 
niedowierzaniem stwierdzali, że nie zamierza im ustąpić. Usłyszał słane za nim przekleństwa, 
lecz nie zwracał uwagi na wywrzaskiwane na całe gardło potoki inwektyw. Ów bezszmerowy 
bełkot zupełnie go nie dotyczył. 
   Wtem mężczyzna, który nie ustąpił mu z drogi, odbił się od masywnego torsu 
Cymmerianina. Conan ujrzał przed sobą srogie, dumne oblicze, którego widok nie wymazał, 
lecz jedynie przyćmił na chwilę obraz ponętnych ud Synelle. Mężczyzna był młody, mniej 
więcej w jego wieku, lecz tunika z niebieskiego brokatu, przecięta na ukos żółtym pasem, 
złoty łańcuch na piersi, mała, modna bródka i pachnidło w dłoni, zdradzały jego szlachetne 
urodzenie. 

background image

   — Tuś mi, złodzieju — parsknął młody paniczyk. — Mam cię. 
   — Zejdź mi z drogi, głupcze — warknął Conan. — Nie mam czasu, ni ochoty, by grać w 
wasze dworskie gierki. — Cymmerianin zauważył, że, co u szlachty było rzadkością, 
młodzian nosił u pasa miecz. Usiłował ominąć młodzieńca, lecz drugi młody sztachetka, z 
kozią bródką i cienkim wąsikiem na dokładkę, postąpił ku niemu chwiejnym krokiem. Na 
wszystkich palcach obu rąk nosił pierścienie i także był uzbrojony. 
   — Ten cudzoziemiec — oznajmił w głos — ograbił mojego przyjaciela. 
   Conan zastanawiał się, dla kogo były przeznaczone te słowa. Na zatłoczonej ulicy nikt nie 
zwracał na nich trzech uwagi. Wręcz przeciwnie, przechodnie, jakby przeczuwając co się 
święci, zaczęli omijać ich szerokim łukiem. Do czegokolwiek zmierzało tych dwóch typów, 
nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Pragnął jedynie upewnić się, że z jego kompanią było 
wszystko w porządku i możliwie jak najszybciej wrócić do Synelle. Synelle o alabastrowej, 
miękkiej jak atłas skórze. 
   — Dajcie pokój — rzekł, zaciskając potężną pięść — albo porachuję wam wszystkie kości. 
Nic nie ukradłem. 
   — On atakuje — zawołał paniczyk z wąsami i wyszarpnął miecz z pochwy, podczas gdy 
jego kompan rzucił różane pachnidełko w twarz barbarzyńcy. 
   Nawet z umysłem przyćmionym wspomnieniem kobiety, potężny Cymmerianin przeżył 
zbyt wiele bitew, by dać się zaskoczyć. Ostrze, które miało zdjąć mu głowę z szyi, przecięło 
puste powietrze, gdy Conan odskoczył w bok. Gniew oczyścił jego umysł ze wszystkiego, z 
wyjątkiem bitewnej furii. Ci dwaj lalusie pragnęli jego śmierci, a z uwagi na niebezpieczną 
sytuację w kraju i fakt, iż był on cudzoziemcem, zapewne uszłoby im to na sucho. Wybrali 
sobie jednak złą ofiarę. W chwili gdy w jego dłoni pojawił się miecz, Conan potężnym 
kopnięciem w krocze powalił pierwszego szlachetkę. Młodzian zapiszczał jak dziewczyna i 
zgiąwszy się w pół, przyłożył dłonie do zbolałego przyrodzenia. Obróciwszy się na pięcie, 
Conan odbił pchnięcie wąsatego paniczyka, który zamierzał zdradziecko dźgnąć go w plecy. 
   — Crom! — zaryczał. — Crom i stal! 
   I rzucił się dziko do boju, a jego miecz jął słać śmierć i zniszczenie. 
   Jego przeciwnik cofał się krok po kroku, na tunice szlachcica pojawiły się plamy krwi, gdy 
broniąc się rozpaczliwie, nie zawsze zdołał odbić na czas cymmeriańskie ostrze. Na jego 
obliczu pojawiło się niedowierzanie, jakby nie potrafił pojąć, że walczy z lepszym od siebie 
szermierzem. Nieroztropnie spróbował kolejnego ataku. Miecz Cymmerianina raz jeszcze 
przeciął powietrze, by w końcu rozrąbać czaszkę paniczyka, aż do jego czarnych wąsów. 
   Gdy ciało osunęło się na ziemię, szurnięcie butów na chodniku ostrzegło Conana, odwrócił 
się, by sparować cios drugiego napastnika. Stanęli pierś w pierś ze skrzyżowanym orężem. 
   — Jestem lepszy od Demetriosa — rzucił drwiąco szlachcic. — Zaprawdę dziś jeszcze 
dołączysz do swoich bogów, barbarzyńco. 
   Pchnięciem potężnych ramion Conan odrzucił napierającego młodzieńca wstecz. 
   — Biegnij do swojej matki i napij się mleka, to może nabierzesz sił, gołowąsie — 
odparował — i pożyjesz dość długo, by móc chełpić się swymi wyczynami przed kobietami. 
Jeżeli wiesz, co należy z nimi robić. 
   Mężczyzna z okrzykiem wściekłości rzucił się na Conana. Osiem razy ich miecze stykały 
się, krzesząc skry, a brzęk stali rozbrzmiewał wzdłuż całej ulicy, niczym odgłosy z kuźni. 
Wreszcie długie obosieczne ostrze Cymmerianina rozpłatało żebra i tkanki, by dosięgnąć 
ukrytego pod nimi serca. 
   Raz jeszcze, przez krótką chwilę, Conan zajrzał w ciemne oczy przeciwnika. 
   — Byłeś lepszy — rzekł — lecz nie dość dobry. 
   Paniczyk otworzył usta, lecz miast słów popłynęła z nich krew i śmierć zaćmiła mu wzrok. 
   Conan pospiesznie wyrwał miecz z trupa i otarł ostrze w tunikę z niebieskiego brokatu. 
Wokół niego wciąż było sporo wolnej przestrzeni, jak gdyby niewidzialny mur odgrodził go, 

background image

wraz z dwoma ciałami, od reszty przechodniów, spieszących dokądś, i tak zaaferowanych 
swoimi sprawami, że nawet nie spojrzeli w ich kierunku. Sądząc po nastrojach panujących w 
mieście, wątpliwe było, by ktokolwiek przyznał, że widział całe zajście, chyba że pod 
wpływem bardziej lub mniej łagodnej perswazji królewskiego kata. Lecz raczej niewskazane 
było stać i czekać, aż zjawi się tu oddział żołnierzy Iskandriana. Wsunąwszy miecz do 
pochwy, Conan wmieszał się w tłum. Zrobił kilka krokowi dał się pochłonąć ludzkiej ciżbie. 
   Myśli o Synelle nie zaćmiewały już jego umysłu. Gdy zabił drugiego napastnika, 
przypomniał sobie, że Machaon mówił mu o dwóch młodych paniczykach obserwujących 
dom, gdzie stacjonowała Wolna Kompania. Wątpił, by mogło to być dwóch innych 
szlachetnie urodzonych młodzieńców. Jeden zawołał głośno, że Conan ograbił ich, jakby 
chciał zdobyć przez to świadków. Dziwny pomysł, gdy w grę wchodziło morderstwo, ale 
może zabicie go było częścią ich planu. 
   Gdyby im się udało, kto w Ianthe przyjąłby stronę zabitego barbarzyńcy? Przechodnie 
starali się ignorować całe zajście, lecz gdyby wzięto ich na spytki, czyż nie przypomnieliby 
sobie, że Conan został oskarżony o kradzież, a potem zaatakował dwóch wielmożów, 
przypieczętowując tym swoją winę? Z gwardią królewską i oddziałem ophirskiej piechoty, 
Demetrios i jego przyjaciel odwiedziliby Wolną Kompanię, domagając się zwrotu rzekomo 
zagrabionej własności — a opisaliby ją równie dobrze jak Conana, po czym przetrząsnęliby 
cały dom, aby ją odnaleźć. Figurka trafiłaby do rąk tych, którzy zamierzali zrobić z niej 
użytek. Boros mógłby próbować opowiadać o złych bogach i rytuałach odbywających się pod 
Tor Al Kiir, podobnie jak Julia. Nikt jednak nie zechciałby uwierzył w bełkot 
nadużywającego alkoholu byłego ucznia czarnoksiężnika, ani pomywaczki. 
   Conan przyspieszył kroku. Musiał upewnić się, że figurka wciąż znajdowała się pod 
deskami podłogi, w jego sypialni. Był pewien jednego, w Ophirze nie dane mu będzie zaznać 
spokoju, póki ten złowróżbny posążek nie znajdzie się poza zasięgiem tych, co chcieli go 
dostać w swoje ręce. 
    
   Czarne świece zgasły, Synelle z zadowolonym westchnieniem opuściła ręce. Zaklęcie 
wiążące barbarzyńcę zostało zmienione. Wciąż go więziło, lecz w bardziej niż dotąd subtelny 
sposób. 
   Z pełnym znużenia jękiem usiadła na niskim zydlu, krzywiąc się i odgarniając z twarzy 
kosmyk włosów. Otuliła się płaszczem. Szkarłatna, wełniana, pozbawiona ozdób peleryna 
była wszystkim, co zdążyła pochwycić uciekając, bo to była ucieczka — aby zakryć swą 
nagość. Piersi miała nabrzmiałe i nadwrażliwe, uda i podbrzusze pokryte sińcami, efektami 
dzikich karesów Conana. 
   — Skąd mogłam wiedzieć, co w nim obudzę? — wyszeptała. — Kto by pomyślał, że 
mężczyzna może być tak bardzo… 
   Zadrżała mimo woli. 
   W ramionach barbarzyńcy poczuła się niczym w objęciach niekontrolowanego żywiołu, jak 
powódź czy lawina. Narastał w niej ogień, i to on go w niej rozpalił, sycił ich oboje, aż do 
utraty tchu i zmysłów. A kiedy rozbudzane płomienie pochłonęły wszystko na swojej drodze i 
poczęły przygasać, on podsycał je na nowo. Usiłowała przerwać ten nie kończący się cykl i to 
niejednokrotnie, lecz powalała ją fala wspomnień, wspomnień bezładnych, 
nieartykułowanych okrzyków, gdy nie potrafiła odnaleźć w sobie słów, a resztki rozsądku 
prawie nie docierały do oszołomionego rozkoszą umysłu. Jej magia nie tylko obudziła w nim 
namiętność, lecz również wzmogła ją, uczyniła nienasyconą niezaspokojoną i 
wszechogarniającą. Jego silne dłonie manipulowały nią jak lalką. Były tak silne, tak wprawne 
i tak doskonale ją znały. 
   — Nie — wyszeptała gniewnie. 

background image

   Nie mogła myśleć o jego dłoniach. To droga ku pewnej słabości. Miast tego będzie 
wspominać, jak upokorzona i słaba zwlokła się z łóżka, kiedy barbarzyńcę zmógł wreszcie 
sen i lękając się, by go nie obudzić i nie ożywić w nim na nowo uśpionych żądz, cicho 
niczym złodziej wymknęła się z komnaty. Zasnęła na podłodze swego sekretnego pokoju, 
nakryta jedynie płaszczem, bez najcieńszego choćby siennika, na jakich sypiali najpodlejsi 
niewolnicy, zbyt wyczerpana, by myśleć, czy choćby śnić. Pamiętaj o tym, powiedziała sobie, 
a nie o rozkoszach, których wspomnienie tylko wystarczyło, by jej podbrzusze znów 
zapłonęło przyjemnym żarem. 
   Z jej gardła dobył się zduszony krzyk i podniósłszy się chwiejnie na nogi, zaczęła krążyć po 
pokoju. Wzrok padł na srebrny talerz. Czarny łój stwardniał na brzegach naczynia, a na 
powierzchni znajdował się popiół z włosów i krwi. Zaklęcie uległo zmianie. Nie powtórzy się 
już noc, kiedy ona będzie niczym ćma pochwycona w moc żywiołu, burzą żądz cielesnych 
barbarzyńcy. Jej oddech spowolnił się, niemal powrócił do normy. Conan wciąż należał do 
niej, nadal miała go dla siebie, lecz teraz jego żądze będą bardziej kontrolowane. Przez nią, 
ma się rozumieć. 
   Czemu tak długo się tego obawiałam? — zaśmiała się półgłosem. W sumie te rzeczy i 
mężczyźni są całkiem przyjemni. Należy ich tylko odpowiednio kontrolować, a wówczas ich 
siła i moc nie zdadzą się na nic. 
   Tego właśnie kobiety nie potrafiły się nauczyć, a ona dopiero to sobie przyswajała. Jeśli 
kobieta nie jest kontrolowana przez mężczyznę, musi kontrolować jego. Zawsze pożądała 
mocy i władzy. Jakie to cudowne, że właśnie władza i potęga będą w tym przypadku jej 
gwarancją bezpieczeństwa! 
   Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Kto śmie zakłócać jej spokój? I to tutaj! 
Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywie. 
   Jedną ręką przytrzymała połę płaszcza, by zasłonić piersi, drugą zaś otworzyła na oścież 
drzwi, zamierzając zrugać niemiłosiernie głupca, który odważył się nachodzić ją w jej 
sanktuarium. 
   Miast tego bąknęła tylko: 
   — Ty! — ze zdziwieniem w głosie. 
   — Tak, ja — rzekł Taramenon. Z trudem hamował wściekłość. — Przyszedłem ubiegłej 
nocy, chcąc z tobą porozmawiać, ale byłaś… zajęta. 
   Położyła mu dłoń na piersi i delikatnie odepchnęła. Jakże łatwo było nim manipulować, 
nawet mimo gniewu, po czym zamknęła za sobą drzwi. Żaden mężczyzna, nawet on, nie miał 
prawa wejść do tej komnaty. 
   — Dobrze, że tu jesteś — rzekła, jakby w jego głosie nie pobrzmiewała oskarżycielska 
nuta. — Są rzeczy, o których musimy porozmawiać. Trzeba znaleźć pewną kobietę. 
   — Byłaś z nim — wychrypiał wysoki szlachcic. — Dałaś tej barbarzyńskiej świni, co 
obiecałaś mnie. 
   Synelle wyprostowała się, a potem zaatakowała. 
   — Dałam mu to, co było moje. Uczyniłam co chciałam i co uznałam za stosowne. Nikt nie 
ma prawa mówić mi, co powinnam robić, lub nie. 
   — Zabiję go — jęknął w udręce Taramenon. — Usiekę jak psa. 
   — Usieczesz tego, kogo ci wskażę i kiedy ci każę. — Głos Synelle złagodniał, wstrząs 
pokazał gniew Taramenona. Ten mężczyzna wciąż jeszcze mógł okazać się użyteczny, a ona 
dawno już nauczyła się nim kierować i to bez pomocy magii. 
   — Barbarzyńca może się nam przydać. Później będziesz mógł go zabić, jeżeli zechcesz. 
   Ostatnia myśl pojawiła się nagle. Conan był cudownym kochankiem, lecz dlaczego miała 
ograniczać się tylko do niego? Mężczyźni nie poprzestają na jednej kobiecie. Mimo to młody 
olbrzym miał swoje miejsce w jej sercu, z powodu bezmiaru rozkoszy, który przed nią 
roztoczył. Kiedy zostanie królową Ophiru, każe wznieść dla niego wspaniały grobowiec. 

background image

   — Znalazłem osobę, o którą ci chodziło — rzucił posępnie Taramenon. — Kobietę. 
   — Grasantkę? 
   Brwi Synelle wygięły się w łuk. Bez wątpienia była to bardzo brutalna, bezlitosna 
nierządnica z przetłuszczonymi włosami i przepitym wzrokiem. 
   — To najpiękniejsza kobieta, jaką widziałem — odrzekł. 
   Synelle drgnęła i zacisnęła zęby. Czemu ten głupiec zażądał widzenia, zanim dziewki 
służebne nie dopełniły jej porannej toalety? 
   — Nieważne jak wygląda, grunt, by przyniosła mi zwoje z biblioteki Inarosa. 
   Zachichotał, a ona spojrzała na niego. Wydawał się rozluźniony jakby sądził, że to on 
panuje nad sytuacją. 
   — Jeśli zamierzasz naigrawać się ze mnie… — zagroziła. 
   — Nie wysłałem jej po zwoje Inarosa — rzekł Taramenon. Głos uwiązł jej w gardle. Gdy 
znów go odzyskała, syknęła. 
   — A to dlaczego? 
   — Ponieważ zleciłem jej zdobycie figurki Al Kiira, o której wspomniałaś. Ona wie, gdzie ją 
znaleźć. Opisała mi ją bardzo dobrze. To ja dam ci to, czego tak rozpaczliwie pragniesz. 
Sądziłaś, że zdołasz ukryć swe zniecierpliwienie, swoje pragnienie i gorliwość za emocjami, 
które towarzyszyły gromadzeniu przez ciebie pergaminów i tych wszystkich drobiazgów? Ja 
dam ci to, czego pożądasz, Synelle, ja, nie ten barbarzyński zwierz, i oczekuję przynajmniej 
takiej samej, jak on nagrody. 
   Zbladła. Wypuściła płaszcz z dłoni. Peleryna opadła na podłogę. Taramenon sapnął, a jego 
czoło zrosił pot. 
   — Przyjdziesz do mej łożnicy — zaczęła miękko i nagle jej słowa stały się gwałtowne, jak 
chłośnięcia ostro zakończonym rzemieniem bicza — kiedy cię wezwę. Przyjdziesz tam, o tak, 
może nawet szybciej niż myślisz, na pewno wcześniej niż na to zasługujesz, lecz dopiero na 
mój wyraźny rozkaz. — Powoli, spokojnie, otuliła się płaszczem. — A teraz mów, kiedy ten 
posążek ma znaleźć się w twym posiadaniu? 
   — Sygnałem, że go zdobyła — mruknął Taramenon — będzie mężczyzna w mojej 
czerwonej opończy, stojący w samo południe pod główną bramą królewskiego pałacu. Tego 
samego wieczora o zmierzchu, mam spotkać się z nią w leśnej chatce. 
   Synelle pokiwała głową z zamyśleniem. 
   — Mówisz, że jest piękna? Piękna kobieta, która robi to, co mężczyźni i przewodzi im, 
miast usługiwać. Musi być bardzo dumna. Pójdę z tobą na to spotkanie. 
   Kątem oka dostrzegła niewolnika zmierzającego korytarzem w ich stronę i odwróciwszy się 
energicznie, wściekła, że im przerwano, rzuciła gniewnie: 
   — O co chodzi? 
   Mężczyzna upadł na kolana i dotknął czołem marmurowej posadzki. 
   — Mam pilną wiadomość, o pani, od zacnego pana Aelfrica. 
   Nie unosząc głowy podał jej zwój pergaminu. Synelle zmarszczyła brwi i wzięła zwój od 
sługi. 
   Aelfric był seneszalem Asmark, jej rodowych włości. Służył jej dobrze, aczkolwiek na rękę 
mu było, że rzadko go odwiedzała, czy niepokoiła. Takie zachowanie nie leżało w jego 
naturze. Pospiesznie przełamała woskową pieczęć z odciskiem pierścienia Aelfrica. 
    
   Do Mej Wielce Łaskawej Pani, Lady Synelle. Z prawdziwym bólem ślę do Was te słowa. 
Minionego dnia, banda plugawych grasantów tchórzliwie zaatakowała farmy na Waszych 
włościach, paląc pola, puszczając z dymem stodoły i przepędzając bydło do lasów. Nawet 
teraz, gdy wasz pokorny sługa kreśli te słowa, nocne niebo czerwieni się łuną nowych 
pożarów. Upraszam się łaski Miłościwej Pani, błagając o pomoc, bowiem w przeciwnym 
razie wszelakie zbiory przepadną, a Wasz lud, Pani, przymierać będzie głodem. 

background image

   Wasz pokorny sługa 
   Szczerze oddany 
   Aelfric 
    
   Gniewnym ruchem zmięła list w dłoni. Bandyci atakowali jej włości? Gdy zasiądzie na 
tronie dopilnuje, by wszystkich grasantów w kraju ponabijano na pale na murach Ianthe. Na 
razie jednak Aelfric musiał radzić sobie sam. 
   Poczekaj tylko, pomyślała. Z mocą Al Kiira mogła przejąć tron, budząc lęk pospołu wśród 
chłopów i szlachty, lecz czy nie powinna pokazać w jakiś inny sposób, że jest kimś więcej 
aniżeli tylko kobietą? Czyż nie powinna stanąć na czele najemników Conana i samej 
rozprawić się z tymi rozbójnikami? 
   Szturchnęła niewolnika stopą. 
   — Wyjeżdżam na wieś. Niech się wszyscy przygotują. Ruszaj. 
   — Tak, pani — rzekł niewolnik, odpełzając tyłem w głąb korytarza. — Natychmiast, pani. 
— Podniósł się, skłonił nisko i popędził ile sił. 
   — A ty, Taramenonie — ciągnęła. — Poślij zaufanego człowieka, niech wypatruje 
umówionego sygnału od tej kobiety i daj mi znać, potem zaś ruszaj niezwłocznie do zamku 
Asmarh. Tam mnie oczekuj, a być może jeszcze tej nocy twoja cierpliwość zostanie sowicie 
nagrodzona. 
   Niemal wybuchnęła śmiechem na widok pełnego napięcia, lubieżnego wyczekiwania, 
malującego się na jego obliczu. 
   — Idź — ponagliła go tym samym co niewolnika tonem, a Taramenon niezwłocznie 
pospieszył śladem sługi. 
   Wszystko było kwestią utrzymywania właściwej kontroli, powiedziała sobie w duchu. I 
zaczęła rozglądać się za przyborami do pisania, aby przesłać wiadomość barbarzyńcy. 
 
XIII 
    
   Conan sprawdził popręg, wyprostował się i rozejrzał dokoła. Orszak Synelle zatrzymał się 
na kolejny postój, z rozkazu swej pani. Dwadzieścia trzy ciężkie wozy, ciągnięte przez woły, 
załadowane były po brzegi różnościami niezbędnymi hrabinie Asmark, podczas pobytu w 
wiejskiej rezydencji. Były tam zrolowane puchowe materace, barwnie zdobione jedwabne 
poduchy, beczki najprzedniejszego wina z Aquilonii, Korynthii a nawet Khauranu, skrzynie 
najdelikatniejszych i najwspanialszych smakołyków, nie do zdobycia poza stolicą oraz 
nieskończona ilość kufrów pełnych satynowych, atłasowych, aksamitnych i koronkowych 
strojów. Sama Synelle podróżowała w złoconej lektyce, niesionej przez ośmiu muskularnych 
niewolników i otoczonej firanami z jedwabnej, delikatnej siatki, by dopuszczać do środka 
powietrze, lecz by promienie słońca nie dosięgały alabastrowo białej skóry szlachcianki. W 
cieniu wozu czekały cztery jasnowłose służki, wachlując się nawzajem, bo żar był tego dnia 
srogi. Ich gibkie, smukłe ciała przykuwały wzrok wielu, spośród trzydziestu najemników 
strzegących taboru, lecz kobiety zwracały uwagę wyłącznie na rozkazy płynące z lektyki. 
Taborowi towarzyszyło również sześciu służących i niewolników, gotowych spełniać rozkazy 
hrabiny, a prócz tego woźnice, służki, szwaczki a nawet dwóch kucharzy, którzy właśnie 
kłócili się o to, jak należy właściwie przyrządzać kolibrze języczki. 
   — Uważajcie na drzewa, niech was Erlik pochłonie! — zakrzyknął Conan. 
   Najemnicy z niechęcią oderwali wzrok od jasnowłosych dziewcząt i zaczęli przepatrywać 
las biegnący po obu stronach rozległej, trawiastej łąki, gdzie urządzono postój. 
   Cymmerianin był temu przeciwny, podobnie jak sprzeciwiał się wszystkim poprzednim 
postojom. Spowalniani przez wozy mogli dotrzeć do zamku Synelle nie wcześniej niż po 
południu dnia następnego, a i to tylko wtedy, jeśli zwierzęta pociągowe dadzą z siebie 

background image

wszystko. Nawet jedna noc w puszczy, z tym osobliwym orszakiem, niespecjalnie mu się 
uśmiechała, a co dopiero dwie. Trzeba było postawić wielki namiot dla Synelle, drugi, gdzie 
mogła zażyć kąpieli i trzeci, dla jej dworek. Ponadto rozpalano ogień, by ogrzać Synelle, 
ogniska dla kucharzy, dla dworek, by nie lękały się ciemności, a wszystko to bez wątpienia 
przyciągało wzrok i chyba tylko ślepiec nie zwróciłby na nich uwagi. 
   Machaon podjechał do Conana. 
   — Mam wieści o Kareli, Cymmerianinie — oznajmił. — Ostatniej nocy pod „Błękitnym 
Bykiem” napotkałem pewnego oślizgłego szczura, stręczyciela, który przegrał swoje kobiety 
do innego, a co za tym idzie utracił źródło dochodów i któremu po trzecim dzbanku gładko 
rozwiązał się język. Zamierzałem powiedzieć ci o tym wcześniej, ale nasza mocodawczym od 
rana tak cię wzięła do galopu, że zupełnie wyleciało mi to z głowy. 
   — Czego się więc dowiedziałeś? — zapytał ze zniecierpliwieniem Conan. 
   — Znów używa własnego, prawdziwego imienia, to po pierwsze. Nie przebywa w Ophirze 
długo, ale i tak ściga ją już ze dwudziestu łotrów i zyskała sobie taką reputację, że Iskandrian 
płaci za jej głowę dwadzieścia sztuk złota. 
   — Tak niska cena musi wprawiać ją we wściekłość. — Conan zaśmiał się. — Obawiam się, 
że już wkrótce ją podwyższą. — Ale co z możliwością dostarczenia Kareli jakiejś 
wiadomości, lub odnalezieniem jej? Co o tym wiesz? 
   — W którymś momencie nasz typek najwyraźniej uświadomił sobie, że zanadto kłapie 
dziobem, i nabrał wody w usta. — Widząc wyraz rozczarowania na twarzy Cymmerianina, 
Machaon uśmiechnął się. — Powiedział jednak dość, bym mógł zacząć wypytywać innych. 
Na północ od Ianthe, o godzinę jazdy dobrym wierzchowcem, w puszczy Saleliańskiej, stoją 
ruiny starej twierdzy. Tam stacjonuje nocami banda Kareli. Jestem tego pewien. 
   Conan uśmiechnął się szeroko. 
   — Zmuszę ją, by przyznała, iż nie żywi wobec mnie urazy, nawet gdybym musiał posunąć 
się w tym celu do rękoczynów i stłuc jej śliczny zadek na kwaśne jabłko. 
   — To kuracja, która byłaby wskazana nie tylko dla niej — rzekł wytatuowany mężczyzna, 
spoglądając znacząco na lektykę. 
   Conan podążył za jego wzrokiem i westchnął. 
   — Zbyt długo już zwlekaliśmy — rzekł krótko. 
   Kiedy młody Cymmerianin podchodził do osłoniętego siatkowymi firanami palankinu, po 
raz kolejny już usiłował doszukać się sensu w wydarzeniach ostatnich dwóch dni. Poprzedni 
dzień oraz noc wydawały się ulotne niczym sen, lecz sen gorączkowy i pełen szaleństwa, w 
którym pożądanie usuwa wciąż w cień wszystko inne, przyćmiewając umysł. Czy to, co 
pamiętał — mokre od potu uda Synelle i jej namiętne pojękiwania, to prawdziwe 
wspomnienie, czy może wytwór jego wyobraźni? Wszystko wydawało mu się odległe i 
mgliste. Gdy dziś rano go przywołała, nie odczuwał już tak niepohamowanego pożądania. 
Pragnął jej, chciał jej bardziej niż kiedykolwiek jakiejkolwiek kobiety, lecz coś w jego 
wnętrzu hamowało, jakiś bodziec, obcy jego naturze, trzymał go w ryzach. Nie miał w 
zwyczaju tracić nad sobą kontroli będąc z kobietą ale i nie stawał przed nimi skrępowany i 
dziwnie nieswój. Czy jego wspomnienia z dnia poprzedniego były prawdziwe? 
   Na dodatek uległ jej! Gdy władcza i wyniosła, niczym królowa, rozkazała, by zwołał 
swoich ludzi do wymarszu, i przedstawiła mu swoje wskazówki, miał ochotę parsknąć w głos 
i powiedzieć jej oschle, że takie sprawy należą do jego obowiązków. Miast tego zaczął się 
korzyć i nieomal błagać, by pozostawiła w jego gestii dowodzenie kompanią. Nawet wobec 
królów i możnowładców nie zachowywał się w ten sposób. Jak to możliwe, że ta kobieta 
wywierała nań taki wpływ? Poprzysiągł sobie, że tym razem będzie inaczej. Stanął przed 
lektyką i pokłonił się. 

background image

   — Pani, jeśli nie masz nic przeciw temu, powinniśmy już ruszać. W głębi ducha złajał 
samego siebie. Nie zwykł łamać danych sobie obietnic, ale właśnie to uczynił. Co się z nim 
działo? Jednak nic nie mógł na to poradzić. 
   — Pani, niebezpiecznie jest zostawać dłużej w jednym miejscu, mogą napaść na nas 
grasanci, albo i co gorszego. 
   Delikatna dłoń rozchyliła firany i w szparze ujrzał oblicze Synelle, której pełne, zmysłowe 
usta zdobił delikatny uśmiech. Szata podróżna, którą miała na sobie, podkreślała jej ponętne 
wdzięki. Conanowi zaschło w ustach, a dłonie zwilgotniały na ten widok. 
   — Niebezpieczeństwo byłoby mniejsze — oznajmiła — gdybyś mnie usłuchał i zabrał ze 
sobą całą waszą kompanię. 
   Conan zgrzytnął zębami. W głębi duszy chciał powiedzieć tej dziewce, że powinna 
wojaczkę zostawić tym, co się na niej znają, lecz tylko wykrztusił przepraszająco: 
   — Musimy ruszać, pani. 
   Olbrzymim wysiłkiem było dlań wypowiedzenie nawet tych paru słów i obawiał się, że nie 
chciał usłyszeć tego, co jeszcze mogłaby z siebie wydusić. 
   — Doskonale. Zajmij się tym — powiedziała, opuszczając zasłonę. Conan skłonił się i 
odwrócił od lektyki. 
   W jego wnętrzu wrzało, gdy wracał do swego wierzchowca. Może faktycznie tracił rozum. 
   — Do koni! — zakrzyknął, wskakując na siodło. — Na koń i przygotować się do 
wymarszu! Woźnice do wozów! — Rozgadani mężczyźni i chichoczące kobiety rozbiegli się 
do wozów. — Dziewki służebne niech nie wsiadają na platformy! — zawołał. — Musimy 
uzyskać możliwie największą szybkość i nie możemy nadmiernie obciążać wołów! Ruszać 
się! 
   Uprząż zaskrzypiała, gdy silne zwierzęta ruszyły z miejsca, ciągnąc ciężkie wozy. 
Najemnicy przy wtórze szczęku pancerzy znaleźli się na grzbietach swych wierzchowców. 
   Conan uniósł rękę, by dać sygnał do ruszenia w drogę, gdy wtem, od strony lasu wypadła 
zgraja jeźdźców w kolczugach. Przerażone kobiety podniosły głośny krzyk, a woły, 
wyczuwając lęk ludzi, zaryczały posępnie. Tego właśnie obawiał się Cymmerianin, odkąd 
opuścili Ianthe, ale z tego też powodu był na to przygotowany. 
   — Łuki! — rozkazał i krótkie, wygięte łuki do strzelania z koni znalazły się w dłoniach 
trzydziestu najemników. 
   Owe nader silne łuki, nieznane na zachodzie, z wyjątkiem Wolnej Kompanii Conana, 
napinało się inaczej niż tradycyjne. Nakładając strzałę na cięciwę i przytrzymując ją trzema 
palcami, olbrzymi Cymmerianin przyłożył je do policzka, po czym energicznym ruchem 
odciągnął łuk przed siebie. 
   Napastników było prawie stu, jak oszacował. Nie nosili opończy z herbami rodowymi, nie 
mieli także sztandarów ani proporców, lecz wydawali się zbyt dobrze uzbrojeni, jak na 
rozbójników. Zwolnił cięciwę i w tej samej chwili za jego strzałą pomknęło trzydzieści 
innych. Wciąż znajdowali się zbyt daleko, by można było obierać pojedyncze cele, lecz 
zwarta masa napastników okazała się równie dobrą „tarczą”. Kilku spadło z siodeł, jednak 
piesi wojownicy parli przed siebie, z pozbawionym słów okrzykiem bitewnym na ustach. 
Zanim Conan wypuścił trzecią strzałę, upierzone drzewce przeszło przez szczelinę wizjera, w 
ozdobionym białymi piórami hełmie najbardziej wysuniętego naprzód konnego. Mężczyzna 
uniósł obie ręce do twarzy i wyleciał z siodła, przekoziołkowawszy przez koński zad. 
Wrogowie zbliżyli się na tyle, że łuki przestały być odpowiednią przeciw nim bronią. 
   — Dobądźcie mieczy! — zawołał, wkładając łuk na powrót do lakierowanej drewnianej 
pochwy przy siodle. Kiedy dobył miecza i przełożył lewą rękę przez skórzane pasy ciężkiej 
tarczy, ze sterczącym pośrodku szpikulcem, uświadomił sobie nagle, że jego hełm wciąż 
zwieszał się z łęku. Omiotła go fala bojowych okrzyków, niech wiedzą, kto ich usiekł, 
pomyślał. 

background image

   — Crom! — zawołał. — Crom i stal! 
   Ubodzony kolanami barbarzyńcy, wielki, czarny Aquiloński rumak zerwał się do galopu. 
   Conan dostrzegł Synelle, stojącą obok lektyki, z ustami otwartymi w krzyku, którego nie 
słyszał, gdyż krew dudniła mu w uszach, a w chwilę potem jego wierzchowiec zderzył się z 
innym, powalając lżejsze zwierzę i tratując odzianego w zbroję jeźdźca podkutymi stalą 
podkowami. 
   Ogromny Cymmerianin przyjął cięcie na tarczę i odpowiedział ciosem, który rękę dzierżącą 
miecz odrąbał na wysokości ramienia. Natychmiast też zaczął ciąć na odlew, rozrąbując szyję 
drugiemu napastnikowi. 
   Jak przez mgłę widział innych swoich ludzi, włączających się w wir walki. Tak jak to 
zazwyczaj bywało, potyczka podzieliła się na wiele indywidualnych pojedynków. Dopiero 
gdy przebieg walki połączył dwóch towarzyszy broni, mogli oni wspólnie stawić czoło 
wrogowi. 
   Mężczyzna w kolczudze zbliżył się, unosząc wysoko do cięcia prosty, długi miecz, a Conan 
dźgnął go w pierś szpikulcem swojej tarczy, potężnym pchnięciem wysadzając z siodła. 
Doskonale wyszkolony czarny rumak bojowy chłostał przednimi kopytami konie 
przeciwnika, podczas gdy jego pan torował sobie drogę w głąb ciżby nieprzyjaciół ciosami 
niosącej śmierć stali. 
   Spoza zgiełku oręża i przeraźliwych wrzasków umierających dobiegł krzyk: 
   — Conan! Za Cymmerianina! 
   W samą porę, pomyślał Conan przytomnie i w tej samej chwili Narus wraz z dwudziestką 
najemników natarł na ariergardę oddziału wroga. Nie było czasu na dłuższe zastanawianie się, 
gdyż starł się właśnie z wymierzającym zamaszyste ciosy mężczyzną, którego kolczuga 
zbrukana była krwią, lecz nie jego własną. Ujrzał jak jeden z jego ludzi pada, z rozrąbaną na 
pół czaszką. Zabójca przegalopował mimo, wymachując okrwawioną stalą i wydając 
przeciągły okrzyk bojowy. Conan wyjął stopę ze strzemienia i kopnięciem strącił 
triumfującego wroga z siodła. Cymmerianin uwolnił miecz z klinczu i pchnął przeciwnika 
pod brodę, rozdzierając stalowe oka jego kolczugi oraz gardło, z którego natychmiast 
buchnęły potoki krwi. Mężczyzna, którego Conan wysadził z siodła, podniósł się z ziemi 
mniej więcej w tym samym czasie, gdy runął jego kompan, ale miecz młodego olbrzyma 
opadł z całej siły, na uniesione przezeń ostrze, zbijając je w dół, a potem raz jeszcze i 
pozbawione głowy ciało osunęło się na stygnące już zwłoki zabitego przed chwilą łotrzyka. 
   — Crom i stal! 
   — Conan! Conan! 
   — Za Cymmerianina! 
   Tego już było za wiele dla rozbójników w kolczugach, atakowano ich z przodu i z tyłu, a 
pośrodku szalał ogarnięty żądzą zabijania berserker z Północy. Nie sposób było w tym 
chaosie oszacować, z iloma przeciwnikami mieli do czynienia. Najpierw zrejterował jeden, 
potem drugi. Panika zakradła się, niczym złodziej, w ich szeregi i jęła się rozprzestrzeniać. 
Wkrótce umykali już z pola dwójkami i trójkami. Kilku najemników ruszyło w pogoń za 
pierzchającymi, wydając okrzyki niczym myśliwi ścigający jelenia. 
   — Wracajcie, głupcy! — zagrzmiał Conan. — Wracajcie, bodajby was czarny Erlik 
wytracił! 
   Najemnicy niechętnie zaniechali pościgu i po chwili ostatni z rozbójników, który mógł 
jeszcze biec, znikł w ciemnościach . Członkowie kompanii, którzy ich ścigali, dołączyli do 
oddziału, wymachując okrwawionymi mieczami i wydając przeciągłe okrzyki zwycięstwa. 
   — Zaiste, wyborny plan, Cymmerianinie — Narus zaśmiał się, przynaglając konie do 
galopu — nakazać nam, byśmy zostali w tyle, jako niespodzianka dla niepożądanych gości. 

background image

   Jego płytową kolczugę pokrywała krew wrogów. Mężczyzna o wychudzonej twarzy, choć 
wydawał się schorowany, posługiwał się mieczem nie gorzej od Machaona, a od nich obu 
lepszym szermierzem był jedynie Conan. 
   — Dziesięć sztuk złota przeciw jednej, że nawet nie wiedzieli, ilu na nich uderzyło. 
   — Trudno to będzie rozstrzygnąć — rzekł Conan, który jednak myślał już o czymś innym. 
— Machaonie — zawołał po chwili — jakie mamy straty? 
   — Właśnie je oceniam. — Tatuowany weteran szybko dokończył liczenia i podjechał do 
nich. — Dwóch zabitych — oznajmił — i tuzin rannych, których trzeba będzie wozami 
odtransportować do Ianthe. 
   Conan sposępniał i pokiwał głową. Cóż, ponad dwudziestka nieprzyjaciół leżała na zrytej 
kopytami ziemi, trawa i grunt wyglądały tak jakby je zaorano. Tylko kilku mężczyzn 
poruszało się jeszcze. Mniej więcej drugie tyle spoczywało na skraju lasu, powalonych 
strzałami. W ponurym świecie najemnych żołdaków była to niemal sprawiedliwa wymiana, 
gdyż wrogów znajdowało się zawsze i wszędzie, bez trudu, natomiast o nowych kompanów 
zazwyczaj było bardzo trudno. 
   — Sprawdź, czy któryś z nich jest w stanie odpowiedzieć na parę pytań — rozkazał 
Cymmerianin. — Chcę dowiedzieć się, kto wysłał tych ludzi przeciwko nam i dlaczego. 
   Machaon i Narus pospiesznie zsiedli z koni. Przechodząc pomiędzy ciałami od czasu do 
czasu pochylali się nad którymś, a w końcu powrócili dźwigając we dwóch okrwawionego 
mężczyznę z paskudną raną, ciągnącą się od czubka głowy po szyję. 
   — Litości — wychrypiał ledwie słyszalnym głosem. 
   — Powiedz zatem, kto cię nasłał na nas — zażądał natychmiast Conan. — Zamierzaliście 
zabić nas wszystkich, czy chodziło wam o kogoś konkretnego? 
   Cymmerianin nie zmierzał zabijać rannego i bezbronnego mężczyzny, ale więzień wyraźnie 
lękał się najgorszego. Niemal błagalnie wyszeptał: 
   — Hrabia Antimides. Nakazał nam ciebie zabić i pojmać lady Synelle. Mieliśmy przynieść 
ją do niego nagą i w okowach. 
   — Antimides! — syknęła Synelle. Mężczyźni rozstąpili się, by ją przepuścić, gdy ujrzeli, 
jak maszeruje po zbroczonym krwią gruncie. Taki widok, krew i rozkawałkowane ciała, 
ludzie porąbani na kawałki w bitewnym szale, nie był przeznaczony dla oczu kobiety. Synelle 
jakby nie zwracała na to uwagi. 
   — Ośmielił się wystąpić przeciwko mnie? — ciągnęła. — Wyłupię mu oczy i pozbawię 
męskości! I nie tylko… 
   — Pani — rzekł Conan. — Ci, co nas zaatakowali, mogą się przegrupować i ponownie 
spróbować szczęścia, aby cię dopaść. 
   A także i mnie, pomyślał, choć nie przejął się tym tak bardzo jak zagrożeniem dla Synelle. 
   — Musisz czym prędzej powrócić do Ianthe. Pojedziesz konno. 
   — Mam wrócić do miasta? — Synelle pokręciła głową przecząco. — Tak. A gdy tam dotrę, 
Antimides srogo zapłaci za ten podstępny atak! — Jej oczy rozpromieniły się w wyrazie 
pełnego napięcia, rozkosznego oczekiwania. 
   Conan zajął się przygotowaniami, wydając rozkazy swoim ludziom, którzy w mig jęli je 
wykonywać. Wojownicy zdawali sobie sprawę z zagrożenia, wiedzieli, że napastnicy w 
każdej chwili mogli powrócić, i do tego z posiłkami. 
   — Machaonie, przydziel dziesięciu ludzi do ochrony wozów. Wyładuj z nich wszystko, z 
wyjątkiem biżuterii i klejnotów lady Synelle oraz jej strojów. Trzeba zmniejszyć obciążenie 
wozów, żeby nie przemęczać wołów. Lektyka zostanie tutaj, aby tamci myśleli, że lady 
Synelle nie podróżuje już z wozami. Na Croma, oczywiście, że zabierzemy naszych 
poległych! Rozlokuj rannych na kilku wozach, żeby się nie tłoczyli i niech ich służki opatrzą. 
Tak, rannych wroga również weźmiemy. 

background image

   — Nie! — ucięła Synelle. — Ludzie Antimidesa zostaną tutaj! Mieli dostarczyć mnie nagą i 
w kajdanach! Niech zdechną! 
   Conan zacisnął cugle w dłoniach, aż pobielały mu kłykcie. W skroniach czuł upiorne 
pulsowanie. 
   — Ich rannych także zabierzemy — powiedział i odetchnął z trudem. Ledwie mógł 
wydobyć z siebie głos. 
   Synelle spojrzała na niego w dziwny sposób. 
   — Silna wola — rzekła z rozbawieniem. — A jednak może być całkiem przyjemnie… 
   Nagle uznała, że powiedziała za wiele, choć Cymmerianin i tak nic z tego nie zrozumiał. 
   — Pani — mruknął — musisz pojechać na oklep. Nie mamy tu damskich, bocznych siodeł. 
   Wyciągnęła do niego rękę. 
   — Daj mi swój sztylet, barbarzyńco. 
   Gdy brała od niego broń poczuł, jakby z jej palców przepłynęły do jego dłoni niewielkie 
iskierki. Jednym ruchem rozcięła z przodu dół swojej szaty. Narus podprowadził dla niej 
konia, a ona zwinnie wskoczyła na siodło, odsłaniając nagie, alabastrowe uda i gdy już 
znalazła się na grzbiecie wierzchowca, nie uczyniła nic, aby je zakryć. Conan niemal 
namacalnie czuł na sobie jej wzrok, lecz trudno mu było określić, jakiego rodzaju było to 
spojrzenie. Oderwał wzrok od długich nóg szlachcianki i usłyszał cichy śmiech dźwięk ten 
rozpalił jego umysł do czerwoności. 
   — Ruszamy — rozkazał ochrypłym głosem i zajmując pozycję na czele kolumny, 
pogalopował z powrotem w kierunku Ianthe. 
 
XIV 
    
   Karela nasunęła na czoło kaptur swego granatowego płaszcza podróżnego. Na zatłoczonych 
ulicach Ianthe było sporo ludzi, którzy porzuciliby typową dla nich obojętność, by podjąć 
ryzyko zdobycia, obiecanej przez Iskandriana, nagrody za jej głowę. 
   Aż parsknęła na tę myśl. Dwadzieścia sztuk złota! Królowie Zamory i Turami gotowi byli 
zapłacić za jej śmierć tysiąc razy więcej. Kupcy tych krain oferowali jeszcze więcej, byle 
tylko zagwarantowało to bezpieczny przejazd dla ich karawan. Wysokie Rady debatowały 
nad zawarciem z nią ugody, była ścigana przez wojsko. Żaden mężczyzna nie wyruszył w 
drogę, z jednego miasta do drugiego, nie zmawiając, nieskutecznych skądinąd, modlitw o 
ocalenie własnej sakiewki. Teraz, gdy wyznaczono za nią tak żałośnie niską nagrodę, była 
naprawdę wściekła. Tak ją to ubodło i upokorzyło, że z trudem mogła skupić się na celu swej 
wizyty w mieście. 
   Dom, gdzie obozowała zgraja najemnych żołdaków Conana, znajdował się dokładnie na 
wprost niej. Tego ranka obserwowała, jak wyjeżdżał stamtąd z połową swego oddziału. 
Niedługo potem inną bramą wyjechał drugi, większy kontyngent jego ludzi i podążył śladem 
pierwszego. Szczwany lis z tego Cymmerianina! Dawno już nauczyła się szanować jego 
przebiegłość i spryt. 
   Nie miała szans wciągnąć go w zwyczajną pułapkę. Tyle że ona nie była zwyczajną kobietą. 
   Powróciła myślami do szlachcianki, którą eskortował barbarzyńca. Zapewne odwiedził już 
jej łożnicę. Zawsze miał nosa do chętnych dziewek, a niewiele mogło oprzeć się jego 
zawadiackiemu uśmiechowi i spojrzeniu. Rudowłosa z chęcią dobrałaby się do jej skóry. 
Hrabianka, dobre sobie. Nie splamiłaby sobie rąk tą szlachcianką i podobnymi do niej. Karela 
pokazałaby jej, co to znaczy być prawdziwą kobietą, a potem odesłałaby ją Conanowi z 
powrotem, nagą i związaną w płóciennym worku. Kiedy ktoś zaoferował jej pokaźną sumkę 
w złocie za spalenie farm szlachcianki, nie zapytała dlaczego, ani nie dociekała, kim był 
mężczyzna o głęboko osadzonych, władczych oczach, z twarzą ukrytą pod jedwabną, czarną 

background image

maską. Miała dzięki temu okazję ugodzić Conana oraz jego cenną damulkę, więc uczyniła to. 
Będzie go nękać i dręczyć, aż w końcu zmusi go do ucieczki, a jeżeli nie… 
   Gniewnie powróciła myślami do swego ostatniego zlecenia. Nie przejmowała się już 
kobietami, które zdobywał Conan. Takie rozmyślania mogły przyprawić ją jedynie o ból 
głowy. Skoro wziął ze sobą tak wielu ludzi do ochrony tej kobiety, w domu musiało zostać 
zaledwie kilku. Mijając łukowato zwieńczoną bramę zerknęła do środka. Tak. Ujrzała ich 
tylko garstkę, grali w kości przy fontannie na dziedzińcu. Rzucający zaklął, a pozostali 
ryknęli śmiechem, rozdzielając między siebie wygraną. 
   Karela uniosła dłoń do twarzy, jakby odganiała muchę, a wtedy dwaj mężczyźni pchający 
wózek ręczny, na platformie którego znajdowały się przywiązane sznurami drewniane 
skrzynie, skręcili nagle w alejkę za domem. Karela podążyła za nimi. Mężczyźni spojrzeli na 
nią pytająco. Złodziejka kiwnęła głową, na co tamci odwrócili się i zaczęli obserwować ulicę. 
   Jeden z nich, smagłolicy Zamoranin z sumiastym wąsem, którego zabrała ze sobą, z uwagi 
na pamięć dawnych, lepszych czasów rzucił półgłosem: 
   — Nikt nie patrzy. 
   W jednej chwili Karela wspięła się po przemyślnie ustawionych skrzyniach i przez okno 
dostała się do pokoju na pierwszym piętrze. 
   Był to pokój Conana. Jej informator zdobył tę wiadomość praktycznie bez żadnego trudu. 
   Skrzywiła się pogardliwie, lustrując niemal puste pomieszczenie. A więc tu trafił, 
odrzucając luksusy pałacu w Nemedii. Nie znała i nie pojmowała przyczyn, dla których 
opuścił ten kraj, skoro król proponował mu tak wielkie bogactwa i zaszczyty, lecz z niejaką 
satysfakcją odnotowała fakt, że nie wzbogacił się na przygodzie, która zakończyła się jej 
niechlubną ucieczką. Miło wiedzieć, że nie opływał w dostatki. Łóżko było jednak równo 
posłane. Na suficie nie było pajęczyn, w kątach kurzu, podłogę niedawno zamieciono. 
„Kobieta — pomyślała — i z całą pewnością nie była to jego nadobna Synelle”. Cymmerianin 
przyciągał kobiety, jak mężowie nałożnice do swoich haremów. 
   Upomniała się srodze, wszak miała przestać interesować się kobietami Conana. Przyszła tu 
po ową obsceniczną, spiżową figurkę i to wszystko. Gdzie jednak powinna rozpocząć 
poszukiwania? Nie było tu raczej zbyt wielu kryjówek. Może pod łóżkiem. 
   Zanim zdążyła zrobić choć jeden krok, otworzyły się drzwi i do pokoju weszła odziana w 
prostą, białą szatę dziewczyna. Było coś osobliwie znajomego w jej twarzy i włosach, choć 
Karela mogła przysiąc, że nigdy dotąd jej nie widziała. 
   — Ani słowa, dziewko! — rozkazała Karela. — Zamknij drzwi i odpowiadaj na moje 
pytania, a żywo, to nic ci się nie stanie. 
   — Dziewko! — syknęła dziewczyna, a w jej oczach rozbłysły gniewne skry. — Co ty tu 
robisz… dziewko? Chyba dam ci zakosztować witki Fabia. A potem ty odpowiesz mi na kilka 
pytań. 
   — Powiadam ci — zaczęła Karela, ale tamta odwróciła się już ku drzwiom. 
   Złodziejka, tłumiąc w ustach przekleństwo, rzuciła się przez pokój i pochwyciwszy ją, 
kopniakiem zatrzasnęła drzwi. 
   Sądziła, że dziewczyna się podda, lub co najwyżej spróbuje wzywać pomocy, lecz ta, wyjąc 
wściekle, zanurzyła palce w rudych lokach Kareli. Dwie kobiety runęły na podłogę okładając 
się zawzięcie pięściami, kopiąc, drapiąc i szarpiąc jedna drugą za włosy. 
   „Derketo” — pomyślała Karela. Nie chciała zabić tej dziewczyny lecz od dawna zmuszona 
bronić się mieczem zapamiętała, by zawsze mieć się na baczności. Nieomal zawyła, gdy 
przeciwniczka zatopiła zęby w jej barku. Wojownicza dziewucha o mało nie wyrwała jej 
garści włosów z głowy. Rozpaczliwie kopnęła tamtą kolanem w brzuch. Dziewczyna straciła 
dech, a Karela wyślizgnęła się z uścisku i kolanami przygniotła jej ręce do podłogi. Sięgnęła 
po sztylet i uniosła go przed twarzą pokonanej. 

background image

   — A teraz milcz, niech cię Derketo porwie! — wysapała. Dziewczyna spojrzała na nią 
zuchwale, lecz nie odezwała się słowem. 
   Nagle Karela uświadomiła sobie, co w tamtej wydawało się znajome. Barwa oczu była inna, 
lecz kolor włosów i kształt twarzy identyczne. Conan odnalazł kopię jej samej. Nie wiedziała 
czy ma się śmiać, płakać, czy może poderżnąć tamtej gardło. A może zaczekać na 
Cymmerianina i jemu rozpłatać gardło. „To mnie nie obchodzi” — powtórzyła sobie w 
duchu. — „To mnie w ogóle nie obchodzi”. 
   — Jak ci na imię? — wychrypiała. To na nic. Starała się, by jej głos zabrzmiał przyjaźnie, 
jeśli to w ogóle było możliwe, zważywszy że wciąż machała dziewczynie przed nosem swoim 
sztyletem. — Jak cię zwą, dziewko? Chciałabym wiedzieć, z kim rozmawiam. 
   Kobieta leżąca pod nią zawahała się, po czym odrzekła. 
   — Julia. I to wszystko, czego się dowiesz ode mnie. 
   Karela uśmiechnęła się. 
   — Julio, Conan ma spiżowy posążek, który muszę zdobyć. Taką ohydną statuetkę z rogami. 
Jeśli ją widziałaś, na pewno musisz pamiętać. Żadna kobieta nigdy by jej nie zapomniała. 
Powiedz mi tylko, gdzie ona jest, a nic ci nie zrobię i zaraz sobie pójdę. 
   — Nic ci nie powiem! — odparowała Julia. Jednak wzrokiem podążyła w kąt pokoju. 
   Ale nic tam nie było, a przynajmniej tak się Kareli wydawało. Mimo to… 
   — Dobrze Julio, znajdę ją bez twojej pomocy. Będę musiała cię jednak związać. Weź sobie 
do serca moje ostrzeżenie — spróbujesz stawiać opór, albo zaczniesz uciekać, a — groźnie 
machnęła sztyletem — to ostrze przeszyje twoje serce. Rozumiesz? 
   Na twarzy Julii wciąż malowała się wściekłość, lecz pokiwała głową, choć nie bez pewnego 
wahania. 
   Karela starannie rozcięła suknię Julii. Dziewczyna skrzywiła się, poza tym wyraz jej pełnej 
nienawiści twarzy nie uległ zmianie. Tnąc materiał na pasy Karela nie mogła nie zwrócić 
uwagi na zalety nagiego ciała Julii. Cymmerianin zawsze lubił kobiety o krągłych piersiach, 
pomyślała z goryczą. Ale jej piersi były lepsze. To znaczy byłyby, gdyby wciąż interesował ją 
jako mężczyzna, a przecież odcięła się od tego. I to stanowczo. 
   — Odwróć się — rozkazała, szturchając Julię stopą. Kiedy dziewczyna wykonała polecenie, 
Karela szybko i sprawnie skrępowała jej ręce i nogi. 
   Julia jęknęła przez zaciśnięte zęby, gdy złodziejka zaciskała więzy na jej plecach, ale 
groźba sztyletu skutecznie uciszyła wszelakie protesty. Nie będzie jej wygodnie — pomyślała 
złośliwie Karela, ale dziewka wszak nie była posłuszna. Wepchnęła do ust dziewczyny 
zwinięty kawałek materiału i przewiązała jej usta, lecz zanim z nią skończyła, podniosła 
głowę Julii za włosy i patrząc prosto w oczy wysyczała: 
   — Conan lubi krągłe pośladki — a ty masz tyłeczek jak chłopiec — i uśmiechnęła się 
zjadliwie. 
   Julia jęła mocować się dziko z więzami i wydawać gniewne, zduszone przez knebel 
odgłosy, ale Karela zajęła się już kątem pokoju wskazanym jej spojrzeniem dziewczyny. Nic 
tam nie było. Najdrobniejszej szczeliny w ścianie, mogącej świadczyć, że coś w niej ukryto, 
ani otworu w upstrzonym przez muchy suficie… Wtem pod jej stopą ugięła się jedna z desek. 
Złodziejka uśmiechnęła się. 
   Uklękła żwawo i sztyletem podważyła deskę. We wnęce pełnej kurzu i szczurzych 
odchodów spoczywała złowroga statuetka. Sięgnęła po nią, lecz jej dłoń zastygła, drżąc w 
powietrzu, tuż nad rogatym łbem. Nie mogła zmusić się, by jej dotknąć. Zło, które wyczuwała 
już wcześniej, wciąż emanowało z posążka, powodując nieprzyjemny ucisk w dołku. Gdyby 
dotknęła figurki, zapewne dostałaby mdłości. Brutalnym ruchem zdarła z łóżka koc, owinęła 
weń figurkę i uniosła jak worek, z dala od ciała. Nawet teraz czuła złą aurę bijącą ze statuetki, 
lecz dopóki nie musiała na nią patrzeć, mogła to jakoś znieść. 
   Przystanęła przy oknie, i odwróciła się. 

background image

   — Podziękuj ode mnie Conanowi — rzekła do szamoczącej się dziewczyny. — Powiedz, że 
dziękuję mu za pięćset sztuk złota. 
   To rzekłszy wyskoczyła przez okno i zwinnie, po skrzyniach, zeskoczyła na ulicę. W alejce 
czym prędzej ukryła owiniętą kocem figurkę w jednej ze skrzyń, znajdujących się na wozie. 
Gdy to uczyniła ogarnęła ją gwałtowna ulga, kontakt z posążkiem, nawet tak krótkotrwały, 
okazał się wyjątkowo nieprzyjemny. Cieszyła się, że ma to już za sobą. 
   — Spotkamy się za jeden obrót klepsydry — oznajmiła wąsatemu Zamoraninowi — przy 
karelańskich stajniach. 
   Kiedy wtopiła się w tłum na zatłoczonej ulicy, z twarzą ponownie przesłoniętą kapturem, 
uniosła wzrok i ze smutkiem spojrzała na słońce. Tego dnia było już za późno, by posłać 
swego człowieka przed bramę królewskiego pałacu. 
   Dopiero jutro będzie mogła przekazać umowny sygnał, a już o zmierzchu otrzyma swoją 
zapłatę — pięćset sztuk złota. Żałowała, że nie będzie mogła ujrzeć twarzy Conana, gdy 
dowie się, jak wiele stracił. 
 
XV 
    
   Z rozwianymi srebrzystymi włosami i połami rozciętej szaty powiewającymi z tyłu, Synelle 
biegła szerokimi korytarzami swej rezydencji, nie zwracając uwagi na pełne przerażenia 
okrzyki służby i niewolników, zdumionych jej sponiewieranym wyglądem i nie słysząc 
skierowanych ku niej słów szacunku oraz troski, wywołanej tak nieoczekiwanym i nagłym 
powrotem z wyprawy. Conan zostawił dziesięciu swoich łuczników, rozstawionych teraz przy 
wejściach, aby jej strzegli, po czym odjechał, nim zdążyła go zatrzymać. Jeden z ludzi 
Cymmerianina poinformował ją, że ich dowódca poszedł porachować się z hrabią 
Antimidesem. Ona jednak nie zamierzała czekać, aż barbarzyńca rozprawi się z tym po 
trzykroć przeklętym łajdakiem. Antimides ośmielił się ją zaatakować — ją! — i tylko do niej 
mogła należeć zemsta na tym zdradzieckim psie. Zamierzała go zniszczyć, unicestwić, 
obrócić w proch, i uczynić to w taki sposób, że legendy o jej pomście krążyć będą po całym 
świecie, przez wiele następnych stuleci. Ludzie będą prawić o tym, jak pragnął dla siebie 
korony, a dla niej kajdan, w które mógłby ją zakuć, i jak to się skończyło. 
   Zdjęła ze ściany zwierciadło ze szkła podlanego srebrem i udała się z nim do sekretnej 
komnaty. Tam spośród przeróżnych flaszek, retort i butli pełnych odrażających płynów, 
wyjęła niewielką fiolkę z krwią Antimidesa. Aż do tej pory był użytecznym, choć 
nieświadomym narzędziem, siejąc zamęt i osłabiając tych, przed którymi mogłaby się koniec 
końców ukorzyć. Zawsze jednak zdawała sobie sprawę, iż może okazać się dla niej groźny. 
Uzyskała tę krew od jego służki, uprzednio rzuciwszy na nią urok. Dziewka ta czasem dzieliła 
z Antimidesem łoże i oprócz krwi, powodowana magicznym impulsem, przekazywała Synelle 
informacje o wszelkich planach strategicznych swego kochanka. Czar wciąż działał i trwało 
to już dość długo. Płyn w fiolce pozostawał świeży. Nekromantyczne zaklęcie, które potrafiło 
zachować ludzkie szczątki nie tknięte przez stulecia, spisywało się doskonale. 
   Z ogromną pieczołowitością nakreśliła na lusterku krwią hrabiego znak korony Ophiru. 
Później narysowała krwawy łańcuch. 
   — Ujrzysz się w koronie na głowie, skoro tak tego pragniesz, Antimidesie — wyszeptała. 
— Ale to nie będzie trwać długo. I będzie to dla ciebie czas wielkiego bólu i smutku. — 
Zaśmiała się złowrogo i nachylając nad zwierciadłem, kontynuowała swe mroczne dzieło. 
    
   — Zwracamy na siebie uwagę — rzekł Machaon do swych towarzyszy. 
   Kolumna dziewiętnastu zbrojnych jeźdźców w spiczastych hełmach i z okrągłymi tarczami 
na ramionach, pod wodzą Conana sunęła wolno ulicami Ianthe, a tłumy, które rozstępowały 
się przed nimi, rzeczywiście bezczelnie się na nich gapiły. Zabójcza aura otaczała ich niczym 

background image

gęsta mgła, porażając nawet tych, którzy zgodnie ze swą naturą odwracali wzrok udając, że 
nic się nie dzieje. 
   — Będą kłopoty — mruknął posępnie Narus, jadący tuż za Machaonem. — Nawet jeżeli 
zabijemy Antimidesa, a tylko bogowie wiedzą jak liczną ma on straż, Iskandrian nie pozwoli 
ujść bezkarnie zabójcom szlachcica, którzy dokonali swego dzieła w murach miasta, bądź co 
bądź, stolicy kraju. Będziemy musieli uchodzić z Ophiru, o ile rzecz jasna wyjdziemy z tej 
kabały cało. 
   — Nawet jeśli go nie uśmiercimy — dorzucił ponuro Conan — i tak będziemy musieli stąd 
czmychnąć. W przeciwnym razie musielibyśmy przez cały czas siedzieć oparci plecami o 
mur, chyba że chcielibyście przez resztę naszych dni tutaj, oglądać się stale przez ramię? 
   Ataki zaś następowałyby coraz częściej i byłyby coraz brutalniejsze, co do tego Conan nie 
miał wątpliwości. Niezależnie od przyczyn, dla których Antimides chciał pojmać Synelle, na 
pewno będzie pragnął śmierci Conana, aby zamknąć barbarzyńcy usta. Ataki nie ustaną, 
dopóki któryś z nich, Cymmerianin lub Antimides, nie wyzionie ducha. 
   — Nie mówię, że nie powinniśmy go zabić — westchnął Narus. — Powiedziałem tylko, że 
zaraz potem musimy wziąć nogi za pas. 
   — Skoro tak czy owak musimy uciekać — wtrącił Taurianus — to po co w ogóle 
ryzykować? Niech sobie panisko żyje, a my uchodźmy z Ianthe, póki jeszcze nie utoczono 
nam krwi. — Chudy mężczyzna wydawał się jeszcze bardziej chmurny niż Narus, a ciemne 
włosy wypływające spod okapu jego hełmu były pozlepiane w strąki i wilgotne od 
wywołanego strachem potu. 
   — Nigdy nie zostaniesz kapitanem — odparował najemnik o wychudłym obliczu. — Wolna 
Kompania rządzi się i żyje wedle własnych praw. Jeśli atak na nas uszedłby komukolwiek 
bezkarnie, utracilibyśmy reputację i bylibyśmy tak samo martwi, jak gdyby poderżnięto nam 
wszystkim gardła. Poza tym nie bylibyśmy lepsi niż byle włóczykije czy żebracy. 
   Taurianus mruknął coś, lecz przestał skarżyć się w głos. 
   — Oto i pałac Antimidesa — rzekł nagle Machaon. Podejrzliwie zmarszczył brew na widok 
ozdobionej złotą kopułą budowli z marmuru i alabastru. — Nie widzę żadnych straży. Nie 
podoba mi się to, Cymmerianinie. 
   W całym Ianthe od rezydencji Antimidesa większy był jedynie pałac królewski. Budowla 
hrabiego miała imponujące rozmiary. Z ulicy wiodły do niej szerokie, wielkie, marmurowe 
stopnie, gmach zaś zdobiły liczne kolumny, tarasy i wieżyce. Na schodach nie było straży 
pałacowej, a jedno skrzydło wielkich spiżowych wrót było uchylone. 
   „Może to pułapka” — pomyślał Conan. Czyżby Antimides dowiedział się już o 
nieuchronnym odwecie? Czy był teraz w pałacu, otoczony kordonem wiernej gwardii 
przybocznej? Byłoby to głupie posunięcie, zaprotestowałby przeciw niemu każdy 
kompetentny dowódca. Mimo to Antimides mógł w swej arogancji nie usłuchać dobrych rad 
doświadczonego żołnierza i postawić na swoim. 
   Conan odwrócił się w siodle, spoglądając na swoich ludzi. Było to siedmiu żołnierzy, którzy 
oprócz Narusa i Machaona wraz z nim przekroczyli granicę Nemedii. Dotarli z nim aż tutaj i 
byli wobec niego lojalni. 
   Pracował długo i ciężko, aby utworzyć ten oddział i utrzymać go, niemniej z niezłomną 
szczerością powiedział: 
   — Nie wiem z iloma przyjdzie nam się zmierzyć w tym pałacu. Jeśli któryś z was chce 
odejść, niech to uczyni teraz. 
   — Nie gadaj bzdur — rzucił Machaon. 
   Taurianus otworzył usta, lecz zaraz je zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa. 
   Conan skinął głową. 
   — Czterech ludzi zostaje, by pilnować koni — rzekł, zeskoczywszy z siodła. 

background image

   Miarowym, spokojnym krokiem weszli po białych, marmurowych schodach, dobywając po 
drodze mieczy. Conan przestąpił próg, minął drzwi ozdobione herbem rodu Antimidesów i 
znalazł się w długim, kopułowo sklepionym hallu, skąd majestatyczne alabastrowe schody 
pięły się łukiem ku otoczonemu kolumnami balkonowi. 
   Piersiasta służka w prostej, zielonej szacie, z podkasaną po uda spódnicą, spod której 
wyzierały całkiem ponętne i szczupłe nogi, wybiegła z jednego z pomieszczeń niosąc na 
ramieniu sporych rozmiarów i najwyraźniej dość ciężki worek. Z jej ust dobył się krzyk, gdy 
ujrzała wojowników z mieczami w dłoniach, wdzierających się do pałacu. Upuściwszy 
worek, znikła za drzwiami, zza których się wyłoniła. 
   Narus w zamyśleniu zlustrował stertę złotych pucharów i sreber, które wysypały się z 
upuszczonego na podłogę wora. 
   — Domyślasz się, co tu się stało? 
   — Antimides umknął przed naszym gniewem? — rzekł z nadzieją w głosie Machaon. 
   — Nie możemy pozwolić, aby nam uciekł — powiedział Conan. Nie wierzył w ucieczkę 
hrabiego, lecz działo się tu ewidentnie coś dziwnego i to go zaniepokoiło. — Rozproszcie się. 
Znajdźcie go. 
   Rozbiegli się we wszystkie strony, lecz przez cały czas byli czujni i gotowi do walki. Wzięli 
udział w zbyt wielu bitwach i wyszli cało ze zbyt wielu pułapek, by mogli pozwolić sobie na 
zbytnie rozluźnienie i niefrasobliwość. Najemnik, jeśli chciał przeżyć, musiał być gotów do 
walki w każdej chwili. W każdym momencie. „Komnata hrabiego znajduje się zapewne na 
piętrze” — pomyślał Conan. Ruszył po schodach na górę. 
   Przeszukiwał jeden pokój za drugim, nie znajdując żywego ducha. Wszędzie natrafiał na 
ślady pospiesznej ucieczki i plądrowania co cenniejszych rzeczy. Na ścianach widniały puste 
miejsca po gobelinach i kobiercach, zwinięto także dywany. Stoły były powywracane, to co 
na nich stało, zniknęło. Złote lampy poukręcano w połowie, gdy nie udało się wyrwać ze 
ścian obsad, w które je zamontowano. To dziwne, lecz na wszystkich lustrach, które napotkał, 
widniały długie, podłużne pęknięcia. 
   Wreszcie pchnąwszy mieczem drzwi dotarł do pomieszczenia, które wydawało się nie 
tknięte. Meble stały na swoich miejscach, podobnie jak złote misy i srebrne wazony, na 
ścianach wciąż wisiały gobeliny przedstawiające heroiczne sceny z przeszłości Ophiru. 
Jednak jedyne lustro, znajdujące się w pokoju, również było pęknięte. Stało przed nim bogato 
zdobione krzesło, odwrócone oparciem w stronę drzwi, a ze złoconego podłokietnika zwieszał 
się rękaw zielonej, obszywanej złotem, jedwabnej szaty. 
   Stąpając miękko, niczym polujący wielki kot, ogromny Cymmerianin przeszedł przez pokój 
i przyłożył ostrze miecza do szyi mężczyzny siedzącego w fotelu. 
   — Teraz, Antimidesie — wtem Conanowi głos uwiązł w gardle, a krótkie włoski na karku 
zjeżyły się. 
   Hrabia Antimides siedział na krześle sztywno, jakby kij połknął, oczy wychodziły mu z 
orbit, twarz spurpurowiała, a spomiędzy zębów zaciśniętych w agonalnym skurczu wysuwał 
się spuchnięty, poczerniały płat języka. W obrzmiałe wola na jego szyi werżnięte były ogniwa 
złotego łańcucha, którego końce trzymał w rękach, w żelaznym uścisku, jakby nawet po 
śmierci starał się zadzierzgnąć mocniej złotą pętlę. 
   — Na Croma! — mruknął Conan. 
   Nie mógł uwierzyć, że to lęk przed jego zemstą skłonił Antimidesa, aby zasiadł przed 
lustrem i patrząc na swoje odbicie, zadusił się. Conan zbyt wiele razy miał do czynienia z 
czarami, by nie zorientować się, że w grę wchodziła tu jakaś paskudna czarna magia. 
   — Gdzie jesteś, Conanie? 
   — Tutaj! — odparł, słysząc wołanie z korytarza. 
   Do komnaty weszli Narus i Machaon, prowadząc szczupłego, przerażonego młodzieńca w 
brudnych łachmanach, które ongiś musiały być wytworną, satynową szatą. Na jego 

background image

nadgarstkach widniały krwawe ślady po obręczach kajdan, bladość skóry i wynędzniałe 
oblicze świadczyły, iż wiele dni musiał spędzić w ciemnicy o chlebie i wodzie. 
   — Spójrz, kogo znaleźliśmy na dole zakutego w kajdany — rzekł wytatuowany mężczyzna. 
   „Nie taki znowu z niego młodzieniec” — skonstatował po namyśle Conan. Zachowywał się 
jak na mężczyznę przystało, miał dumne, wydatne usta, mięsiste wargi, zuchwały wzrok i 
dziarską postawę. 
   — Kto zacz? — zapytał Cymmerianin. — Mówisz, jakbym powinien go znać. 
   Mężczyzna o chłopięcym wyglądzie, z niemal kobiecą gracją zadarł głowę do góry i 
oznajmił wyniośle: 
   — Jam jest Valentius. — W jego głosie pobrzmiewała nuta rozdrażnienia i zdenerwowania. 
— Teraz jeszcze hrabia, lecz już wkrótce król. Dzięki wam, waszmościowie, za ratunek. — 
Spojrzał niepewnie na Narusa i Machaona. — Jeśli zaiste przybywacie mi na ratunek. 
   Narus wzruszył ramionami. 
   — Powiedzieliśmy mu, po co tu przybyliśmy — zwrócił się do Conana — ale nie uwierzył. 
A w każdym razie niezupełnie. 
   — Na dole jest dwóch strażników, którym podcięto gardła — dodał Machaon — nie 
napotkaliśmy jednak ani jednego żywego. To miejsce ogarnęło jakieś niewytłumaczone 
szaleństwo. Czy Antimides rzeczywiście zbiegł? 
   W odpowiedzi Conan wskazał głową w stronę krzesła o wysokim oparciu. Trzej mężczyźni 
zawahali się przez chwilę, lecz koniec końców podeszli, by rzucić okiem na trupa. 
   Valentius, choć wstrząśnięty, zachichotał. 
   — Jak go do tego zmusiłeś? Zresztą nieważne. To odpowiednia kara za zdradę mego 
zaufania. — Jego oblicze o gładkich delikatnych rysach błyskawicznie spochmurniało. — 
Przybyłem do niego po pomoc i schronienie, a on mnie wyśmiał. Mnie! A potem zakuł w 
kajdany i pozostawił, bym zgnił. Musiałem każdego dnia walczyć ze szczurami o miskę 
plugawej strawy. Łajdak był z niego i kanalia. Prawdziwe ścierwo. Zakłamane na dodatek. 
Powiedział, wybuchając przy tym śmiechem, że nie będzie brudził sobie rąk moją krwią. 
Zamierzał pozostawić to szczurom. 
   — Widziałem śmierć na wielu polach bitew, Conanie — rzekł Machaon — lecz to zaiste 
okrutny i odrażający sposób na zabicie człowieka, choćby nawet w pełni zasługiwał, aby 
umrzeć. 
   Patrzył na trupa, a kłykcie jego zaciśniętej na rękojeści miecza dłoni pobielały. Narus ułożył 
palce w znak mający chronić przed urokami. 
   — Nie ja go zabiłem — powiedział Conan. — Spójrzcie na dłonie, w których trzyma końce 
łańcucha. Antimides zabił się sam. 
   Valentius ponownie zachichotał. 
   — Jednak to się stało, grunt, że stało się skutecznie. — Jego nastrój zmienił się w jednej 
chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szlachcic wydął wargi i splunął w 
obrzmiałe oblicze trupa. — Żałuję wszelako, że nie byłem przy tym obecny. 
   Conan i jego dwaj przyjaciele wymienili spojrzenia. Ten człowiek był wedle prawa krwi 
pierwszym prawnym spadkobiercą tronu Ophiru, po śmierci Valdrica. Młody Cymmerianin, 
zdegustowany, pokręcił głową. Czuł silne pragnienie jak najszybszego pozbycia się 
młodzieńca, lecz gdyby go tak po prostu zostawił, niedawny więzień niechybnie już 
niebawem pożegnałby się z życiem. 
   Może tak byłoby lepiej, dla Ophiru, lecz nie barbarzyńcy było o tym sądzić. Zwrócił się do 
Valentiusa: 
   — Zabierzemy cię do pałacu królewskiego. Valdric zapewni ci ochronę. 
   Szczupły mężczyzna spojrzał na niego, rozdygotany, z przerażeniem w oczach. 
   — Nie! Nie! Nie możesz! Valdric mnie zabije! Jestem pierwszym pretendentem do tronu! 
On mnie zabije! 

background image

   — Mówisz bzdury — warknął Conan. — Valdric nie myśli o niczym innym, prócz 
ratowania własnej skóry. Nie minie jeden dzień, a w ogóle zapomni o twojej obecności w 
pałacu. 
   — Nie rozumiesz — zajęczał Valentius, załamując ręce. — Valdric spojrzy na mnie i 
uświadomi sobie, że umiera, i że to ja będę jego następcą. Zacznie myśleć o długich latach 
życia, jakie jeszcze mam przed sobą i znienawidzi mnie. Każe mnie zamordować! — 
Valentius przeniósł wzrok rozpaczliwie z jednej twarzy na drugą, po czym posępnie 
dokończył: — Wiem, że to uczyni, bo ja również postąpiłbym dokładnie tak samo. 
   Machaon splunął na drogi, grubo tkany turański dywan. 
   — A co z więzami krwi? — zapytał oschle. — Co z przyjaciółmi czy sojusznikami? 
   Przygarbiony, zdesperowany mężczyzna pokręcił głową. 
   — Skąd mam wiedzieć, komu spośród nich mogę wierzyć? Moja własna straż zwróciła się 
przeciwko mnie, mężczyźni, którzy od lat wiernie służyli memu rodowi. — Nagle zaczął 
mówić szybciej, gwałtowniej, a w jego ciemnych oczach pojawiły się dwuznaczne błyski. — 
Ty mnie chroń! Kiedy zostanę królem, obdarzę cię bogactwami i tytułami. Możesz zatrzymać 
sobie pałac Antimidesa, a nawet dostać po nim tytuł hrabiego. Ty i twoi ludzie będziecie 
strażą przyboczną króla. Dam ci niezmierzone bogactwo i władzę, wybierz sobie kobietę, 
szlachciankę, albo dziewkę z ludu, a będzie twoja. Weź dwie lub trzy, jeśli tak sobie życzysz! 
Powiedz czego pragniesz, a dostaniesz to! Powiedz, jakich pragniesz zaszczytów, a 
otrzymasz, co zechcesz. 
   Conan skrzywił się. To fakt, że dla Wolnej Kompanii nie było lepszej służby niż ta, którą 
oferował Valentius, prędzej jednak wolałby służyć żmii. 
   — A co z Iskandrianem? — zapytał. — Generał nie miesza się w te rozgrywki, nie 
opowiada się po stronie żadnej frakcji. 
   Valentius z wahaniem pokiwał głową. 
   — No cóż, jeżeli nie zechcesz mi służyć… 
   — Pozwól nam zatem opuścić to miejsce — rzekł Conan — i to jak najszybciej. Nie byłoby 
dobrze, gdyby zastano nas nad trupem Antimidesa. 
   Mimo to gdy pozostali pospiesznie opuścili komnatę, raz jeszcze odwrócił się, by spojrzeć 
na trupa. Niezależnie od tego, co zabiło Antimidesa, Cymmerianin ucieszył się, że ta magia 
nie dosięgła jego samego. Wzdrygnąwszy się, pospieszył za innymi. 
 
XVI 
    
   Zapadał zmierzch, kiedy Conan wrócił do domu, gdzie stacjonowała jego kompania. 
Szarówka dokoła, poprzedzająca nadejście aksamitnej czerni, doskonale pasowała do jego 
nastroju. Iskandrian dość skwapliwie i chętnie wziął pod opiekę Valentiusa. Obiecał, że 
znajdzie dla niego miejsce w barakach żołnierzy. Lecz stary generał słuchając ich opowieści, 
raz po raz zerkał podejrzliwie na Cymmerianina. Tylko świadectwu Valentiusa, 
potwierdzającemu, że Antimides najwyraźniej udusił się sam, najemnicy zawdzięczali, że 
wolni opuścili te długie, kamienne budowle, a harde spojrzenie, które rzucił paniczyk 
Conanowi wyraźnie świadczyło, iż młodzieniec chętnie zaprzeczyłby wszystkiemu, gdyby 
tylko miał pewność, że nie zostanie uznany za współwinnego morderstwa. 
   I była jeszcze Synelle. Conan zastał ją w osobliwym nastroju, na poły gniewu, na poły 
zadowolenia. Wiedziała już o śmierci Antimidesa, choć nie miał pojęcia, jakim cudem wieści 
na ten temat mogły dotrzeć tu tak szybko. W każdym razie było to powodem jej zadowolenia. 
Szlachcianka złajała go jednak srodze, że odjechał bez jej wyraźnego zezwolenia i że zwlekał, 
zajmując się przekazaniem Valentiusa pod opiekę Iskandriana. 
   To wprawiło ją w jeszcze większą wściekłość, aniżeli samowola Cymmeriana. Przecież to 
ona najęła go na służbę, nie ten fircyk Valentius. Lepiej, aby o tym nie zapominał. Ku swemu 

background image

własnemu zdumieniu wysłuchał jej z pokorą i co najgorsze, musiał nieźle się napocić, by nie 
zacząć błagać mocodawczym o wybaczenie. Nigdy o nic nikogo nie błagał, czy to kobiety czy 
mężczyzny, boga, czy też demona i aż ścisnęło go w dołku, gdy uświadomił sobie, jak był 
tego bliski. 
   Kopniakiem otworzył drzwi swego pokoju i stanął jak wryty. Leżąca w półmroku Julia, 
naga i skrępowana, łypnęła nań rozpaczliwie, usiłując wypluć z ust knebel. 
   — Machaonie! — zakrzyknął. — Narusie! 
   Błyskawicznie uwolnił ją od knebla. Więzy na kostkach i nadgarstkach zadzierzgnięto 
bardzo mocno, a dziewczyna zasupłała je jeszcze bardziej, próbując się uwolnić. Musiał 
używać sztyletu wyjątkowo ostrożnie, aby przeciąć tylko materiał i nie naruszyć ciała. 
   — Kto to zrobił? — zapytał, mozoląc się, by ją uwolnić. 
   Z głośnym jękiem wyjęła z ust wilgotny, zwinięty w kulę pasek materiału i przez chwilę 
poruszała szczęką, zanim odpowiedziała. 
   — Nie pozwól mu, by ujrzał mnie w takim stanie — rzuciła błagalnie. 
   — Pospiesz się! Szybko! 
   Machaon, Narus i Boros wpadli do pokoju, rzucając jeden przez drugiego dziesiątki pytań, a 
Julia wrzasnęła przeraźliwie, gdy Conan przeciął ostatni pasek więzów. Odskoczyła od niego 
i podpełznąwszy do łóżka, zgarnęła z niego koc, aby zakryć swą nagość. 
 
   — Odejdź, Machaonie! — zawołała, zasłaniając się kocem. Pokraśniała. — Nie pozwolę, 
byś mnie taką oglądał. Wyjdź stąd! 
   — Zniknęła — oznajmił bełkotliwym od alkoholu głosem Boros, wskazując na kąt pokoju, 
gdzie Conan ukrył spiżową figurkę. 
   Dopiero teraz Cymmerianin uświadomił sobie, że deska podłogowa została wyjęta, a nisza 
pod nią była pusta. Poczuł osobliwy chłód, jakby dotknęła go niewidzialna dłoń śmierci. 
Wydawało się całkiem logiczne, że tak właśnie zakończy się ten dzień. Bądź co bądź od rana 
wszystko szło mu jak po grudzie. 
   — Może… — wykrztusił Boros — gdybyśmy niezwłocznie ruszyli w drogę i nie 
oszczędzali wierzchowców, zdążylibyśmy przekroczyć granicę zanim ktoś zrobi z tej figurki 
użytek. Zawsze chciałem zobaczyć Wendhię albo Khitaj. Czy ktoś zna odleglejsze od nich 
krainy? 
   — Zamilcz, stary głupcze — warknął Conan. — Julio, kto zabrał figurkę? Na Croma, 
kobieto, przestań przejmować się tym przeklętym kocem! Odpowiedz mi! 
   Nie zaprzestając prób ukrycia pod kocem swych ponętnych kształtów, Julia nieco śmielej 
spojrzała na niego i parsknęła. 
   — To była dziewka w męskim odzieniu, w bryczesach i z mieczem. Kątem oka zerknęła na 
Machaona. — Powiedziała, że mam chłopięcy tyłek. Nieprawda, mam pośladki tak samo 
krągłe jak ona, choć może nie tak wielkie i nie jestem tak rozłożysta w biodrach. 
   Conan zgrzytnął zębami. 
   — Jej oczy — rzucił niecierpliwie. — Miała zielone oczy? I rude włosy? Powiedziała coś 
jeszcze? 
   — Karela? — mruknął Machaon. — Wydawało mi się, że chciała cię zabić, a nie okraść. 
Czemu jednak Boros tak lęka się tej zwędzonej przez nią figurki? Chyba nie wplątałeś nas 
znowu w jakąś kabałę z czarnoksiężnikami, co, Cymmerianinie? 
   — Znasz ją — burknęła oskarżycielskim tonem Julia. — Uwierzyłam, że tak, po tym co 
powiedziała o mnie… — Chrząknęła i zaczęła raz jeszcze. — Pamiętam tylko, że zaklęła, 
używając imienia Derketo i powiedziała, żebym podziękowała ci od niej za pięćset sztuk 
złota. Czy naprawdę dałeś jej aż tyle? Pamiętam dziewki sprzedajne mojego ojca i nie sądzę, 
by ta Karela była warta choć jednej sztuki srebra. 
   Conan walnął się wielkim kułakiem w udo. 

background image

   — Muszę ją odnaleźć, Machaonie, i to jak najszybciej. Ukradła figurkę, która zrządzeniem 
losu znalazła się w mym posiadaniu. Ten pełen złej mocy przedmiot może wywołać 
katastrofę, o jakiej nikomu z nas się nie śniło, jeśli tylko Karela odsprzeda go osobie 
pragnącej zrobić z niego użytek. Powiedz mi dokładnie, jak mogę dotrzeć do ruin tej starej 
twierdzy. 
   Julia jęknęła. 
   — To o to jej chodziło, gdy mówiła o złocie? O tę przeklętą figurkę, o której wspominał 
Boros? Niechaj Mitra strzeże nas wszystkich i tego kraju! 
   — Nie pojmuję z tego ani słowa — burknął Machaon — ale wiem jedno. Jeśli wejdziesz 
nocą do Puszczy Sarelain, niechybnie skręcisz kark. Bór jest tak gęsty, że nawet za dnia 
niebezpiecznie jest go przemierzać. Potrzebny nam ktoś, kto urodził się w tych stronach, 
byśmy nie zgubili się w ciemnościach lasu. 
   — Mogę ją odnaleźć — rzekł Boros, kołysząc się na nogach — dopóty, dopóki będzie 
miała przy sobie figurkę. Zło posążka jest dla mnie niczym światło latarni. — Zakasał 
rękawy, obnażając wychudłe przedramiona. — To tylko kwestia prostego… 
   — Jeśli spróbujesz w tym stanie sprokurować jakieś zaklęcie — rzucił gniewnie Conan — 
własnoręcznie odrąbię ci głowę i zatknę ją na ostrzu włóczni, na Bramie Nadrzecznej. 
   Siwobrody mężczyzna wydawał się urażony, lecz spasował, mamrocząc coś z cicha pod 
nosem. Conan zwrócił się do Machaona. 
   — Nie ma chwili do stracenia. O świcie może być już za późno, byśmy mogli zapobiec 
nieszczęściu. 
   Machaon z wahaniem pokiwał głową, a Narus wtrącił: 
   — Wobec tego weź ze sobą dwudziestkę zbrojnych. Jej banda… 
   — …usłyszy, że nadchodzimy i weźmie nogi za pas — dokończył za niego Cymmerianin. 
— Pójdę sam. Machaonie? 
   Weteran udzielił mu niezbędnych wskazówek. 
    
   Machaon miał rację, pomyślał Conan, gdy niewidoczna gałąź chłosnęła go setny raz po 
twarzy. W tej ciemności nietrudno było skręcić kark. Skierował swego wierzchowca w gąszcz 
winorośli i pnączy, mając nadzieję, że zmierza we właściwym kierunku. Jeszcze w 
dzieciństwie nauczył się odnajdywać drogę wedle położenia gwiazd, lecz nieba prawie nie 
było widać, gdyż puszcza była stara, pełna ogromnych dębów, których konary przeplatały się 
wysoko w górze, tworząc nad jego głową niemal pozbawiony prześwitów, gęsty zielony 
baldachim. 
   — Zawróć — dobiegł go z mroku czyjś głos — chyba że życie ci niemiłe. Jeden ruch a 
poślę ci strzałę między żebra! 
   Conan zacisnął dłoń na rękojeści miecza. 
   — Nie dotykaj tego! — rzucił drugi mężczyzna i zachichotał. 
   — Ja i Tenio dorastaliśmy w tym lesie, wielkoludzie, kłusując nocami na królewskie 
jelenie. On ma lepszy wzrok ode mnie, a gdy na ciebie patrzę, widzę cię dokładnie, jak na 
dłoni. 
   — Szukam Kareli — zaczął Conan i nie powiedział nic więcej. 
   — Dość gadania — uciął pierwszy głos. — Brać go! 
   W tej samej chwili silne dłonie kilkunastu mężczyzn zwlokły potężnego Cymmerianina z 
konia. Conan nie potrafił określić, z iloma napastnikami miał do czynienia, lecz schwycił 
jednego za ramię i wykręciwszy je, złamał jak suchą gałąź. Niewidoczny napastnik zawył 
przeciągle. Cymmerianin nie miał dość przestrzeni, by móc dobyć i użyć miecza, nie widział 
też, na dobrą sprawę, gdzie znajdowali się otaczający go napastnicy. Miast tego wyjął sztylet i 
zaczął wymachiwać nim na prawo i lewo, a każdemu cięciu towarzyszyły głośne wrzaski i 
przekleństwa. Atakujących było jednak zbyt wielu i w końcu powalili go, przydusili do ziemi, 

background image

związali mu ręce za plecami i skrępowali nogi w kostkach, unieruchamiając je wetkniętym 
pomiędzy nogi patykiem. 
   — Ranił któregoś z was ciężej? — zapytał ten, który wcześniej chichotał. 
   — Złamał mi rękę — jęknął ktoś. 
   Inny zaoponował. 
   — Furda tam, twoją rękę, omal nie odciął mi ucha! 
   Przeklinając ciemność, gdyż nie wszyscy widzieli w ciemnościach jak koty, podnieśli 
Conana z ziemi i powlekli w las. Gdy w którymś momencie potknął się i upadł, ciągnęli go 
nadal, dopóki sam nie zdołał się podźwignąć i stanąć na nogi. 
   Nagle ciemność rozstąpiła się przed nim i został wepchnięty do pomieszczenia o 
kamiennych ścianach, oświetlonego pochodniami zatkniętymi w pordzewiałych żelaznych 
obsadach na murach. Na jednej ze ścian znajdował się wielki kominek, w którym radośnie 
buzowały płomienie, podsycane wielkimi polanami. Nad ogniem zawieszony był ogromny 
żelazny kocioł. Koce umieszczone w oknach, a raczej wąskich prześwitach do strzelania z 
łuków, zapobiegały przedostawaniu się światła na zewnątrz. Kilkunastu mężczyzn, istna 
zgraja typów spod ciemnej gwiazdy, rozsiadła się na ławach za topornymi, ustawionymi na 
kozłach stołami, popijając wino z prymitywnych, glinianych kubków i zajadając się gulaszem 
z drewnianych misek. Karela wstała, gdy do pomieszczenia weszli tuż za barbarzyńcą jego 
poskromiciele, skarżąc się w głos na sińce, rany cięte i ogólne sponiewieranie, jakiego doznali 
usiłując go spętać. Miała na sobie obcisłe bryczesy z jasnoszarego jedwabiu, wysokie 
czerwone buty i ciemny, skromny, luźno zasznurowany kaftan, spod którego wyzierały 
kremowe krągłości jej pełnych, obfitych piersi. U pasa opinającego jej zmysłowo zaokrąglone 
biodra, zwieszał się ciężki scimitar. 
   — A więc jednak jesteś większym głupcem, niż sądziłam, Cymmerianinie — powiedziała. 
— Zmuszasz mnie chyba, żebym cię zabiła. 
   — Figurka, Karelo — rzucił ze zniecierpliwieniem. — Nie wolno ci jej sprzedać. Oni 
chcą… 
   — Uciszcie go! — warknęła gniewnie. 
   — …przywołać Al Kiira — wykrztusił jeszcze, lecz w tej samej chwili otrzymał cios pałką 
w tył głowy i ogarnęła go ciemność. 
 
XVII 
    
   Głupiec, pomyślała Karela wpatrując się w ogromną postać leżącego jak kłoda 
Cymmerianina. Czy jego męska arogancja była tak wielka, że wierzył, iż by odzyskać 
posążek wystarczy po prostu przyjechać tu i zażądać jego oddania? Znała jego przymioty i 
wiedziała, iż duma owa była w pełni uzasadniona. Nawet w pojedynkę, uzbrojony tylko w 
swój prosty, obosieczny miecz był najbardziej godnym przeciwnikiem dla… 
   Zaklęła szpetnie w duchu. Cymmerianin nie był już tym samym mężczyzną, który 
uszczknął część niej samej i zabrał ze sobą. Myślała o tym, jaki był, kiedy go po raz pierwszy 
poznała. Złodziejem i samotnikiem, nie mającym nic prócz swego rozumu i silnej ręki 
dzierżącej miecz. A teraz dowodził całym oddziałem i jego ludzie, co musiała skwapliwie 
przyznać, byli bardziej niebezpieczną zgrają niż jej własna banda. 
   — Czy był sam? — zapytała. — Jeżeli ściągnęliście tu całą jego Wolną Kompanię, obedrę 
was ze skóry i obstaluję z niej sobie buty! 
   — Nie było z nim nikogo — odpowiedział niepewnie Tenio. — Nikogo nie widzieliśmy, a 
więc niechybnie był sam. — Mały, szczurowaty człowieczek o pociągłej twarzy i ostrym 
nosie wypluł ząb na dłoń i przyjrzał mu się. — Ja tam radziłbym go ubić. 
   Kilku spośród tych, którzy wyszli z potyczki z połamanymi żebrami i ranami od noża, 
poparło go cichymi pomrukami. 

background image

   Marusas, Zamoranin, ujął w długie, pokryte zrogowaciałą skórą palce, cienki sztylet. 
   — Lepiej go ocućmy. Wygląda na silnego. Nim zdechnie, będzie wył. I to głośno. 
   Naraz wszyscy mężczyźni zaczęli przekrzykiwać się jeden przez drugiego. 
   — Zabij go od razu! Jest zbyt niebezpieczny! 
   — To tylko człowiek! Jeśli go obedrzeć ze skóry, będzie wył jak inni! 
   — Nie walczyłeś z nim w lesie, jak my! Nie wiesz, do czego jest zdolny! Rzuciliśmy się na 
niego w dziesięciu, a i tak rozpłatał mi ramię do kości, a Agoriowi złamał rękę! 
   — Zamilczcie, psy! — krzyknęła Karela i gwar głosów w jednej chwili ucichł, gdy 
mężczyźni przenieśli wzrok na swoją przywódczynię. 
   — Ja decyduję, kto ma umrzeć, a kto pozostanie przy życiu. On nie umrze, a przynajmniej 
nie umrze na razie. Czy któryś z was, kundle zapchlone, ośmiela się podważać moje decyzje? 
Przestańcie pyskować i róbcie, co do was należy! 
   Oparła dłoń na rękojeści scimitara, a w jej zielonych oczach pojawiły się groźne błyski. 
Rozbójnicy, odwrócili wzrok i mamrocząc pod nosem zajęli się opatrywaniem ran, lub 
zaglądaniem do butelki. Jama — ran, postawny, ogolony na łyso Kuszyta, o barach szerszych 
od Conana i grubych palcach zapaśnika, zrejterował jako ostatni, a jego ciemne oblicze 
wykrzywiał grymas gniewu i dezaprobaty. 
   Rozcięty policzek był pamiątką po zetknięciu z pięścią Conana, podczas utarczki w lesie. 
   — No więc, Jamaranie? — zapytała. 
   Wiedziała, że miał chrapkę na objęcie po niej przywództwa i na nią samą, choć nie zdawał 
sobie sprawy, iż zdołała go przejrzeć. Miał swoje zdanie na temat roli kobiet i ich miejsca w 
świecie. Prędzej czy później będzie musiała udowodnić mu, że się mylił, albo nawet go zabić. 
   — Zamierzasz kwestionować moją decyzję? 
   Zdziwił się, ale grymas ten został niemal natychmiast zastąpiony szerokim uśmiechem. 
   — Jeszcze nie — warknął. — Powiem ci kiedy, moja rudowłosa ślicznotko. — Jego wzrok 
pieszczotliwie przesunął się po całym jej ciele, po czym Murzyn, z niewiarygodną lekkością 
jak na mężczyznę jego postury, podszedł do pobliskiego stołu i zgarnąwszy zeń kubek, uniósł 
do ust, odchylił głowę do tyłu i pociągnął solidny łyk. 
   Karela zadrżała, wstrząśnięta i rozjuszona jego bezczelnym zachowaniem. 
   Nigdy dotąd nie wystąpił przeciwko niej w równie jawny sposób. A więc jednak będzie 
musiała go zabić, pomyślała. Ale jeszcze nie teraz. Nastroje w jej bandzie były mocno 
zachwiane. Mimo iż niechętnie to przyznawała, jeden fałszywy ruch mógł zniweczyć 
wszystko, nad czym tak usilnie pracowała. Zgrzytnąwszy zębami zdjęła dłoń z rękojeści 
miecza. 
   „To nie to samo co podczas pobytu w Zamorze — pomyślała ponuro. — Nie te czasy. 
Wówczas nikt z członków bandy nie ośmieliłby się sprzeciwić jej słowu, czy pomyśleć o niej 
jako kobiecie. To wszystko wina Conana”. 
   Zmienił ją w sposób, którego nie pojmowała, i tak jak sobie tego nie życzyła. Wplótł nić 
słabości w jej niezachwiany dotąd charakter i członkowie bandy rychło to wyczuli. 
   Jak na zawołanie, gdy tylko pomyślała o Cymmerianinie, ten stęknął i poruszył się. 
   — Zakneblujcie go — rozkazała. — Ruszcie się, niech was Derketo porwie! Nie mam 
zamiaru słuchać jego bredni. 
   Conan otrząsnął się, gdy Tenio i Jamaran uklękli obok niego. 
   — Karelo — rzucił rozpaczliwie — posłuchaj mnie. Ci ludzie są niebezpieczni. Oni chcą 
sprowadzić na świat zło… 
   Tenio usiłował wetknąć mu do ust zwiniętą szmatę i wrzasnął, gdy Cymmerianin zatopił 
zęby w jego dłoni. Jamaran pięścią wyrżnął barbarzyńcę w twarz. Mężczyzna o szczurzej 
twarzy uwolnił dłoń, i potrząsnął nią, rozpryskując dokoła kropli krwi. Nim Conan znowu 
zdążył się odezwać, Jamaran włożył mu do ust knebel i przewiązał go paskiem materiału. 

background image

Ogolony na łyso mężczyzna wstał, kopnął Conana w żebra i zamierzył się, by uczynić to raz 
jeszcze. Tenio zdrową ręką dobył sztyletu, a w jego oczach pojawiły się mordercze błyski. 
   — Przestańcie! — rozkazała Karela. — Słyszycie? Zostawcie go już! Powoli i z wahaniem, 
dwaj oprawcy odsunęli się od barbarzyńcy. Czuła na sobie spojrzenie tych szafirowych oczu. 
Conan silnie potrząsnął głową, usiłując pozbyć się knebla i przez cały czas mruczał gniewnie. 
Karela, dygocząc odwróciła się i przeniosła wzrok na buzujące w kominku płomienie. 
   Złodziejka wiedziała, że nie wolno jej słuchać młodego barbarzyńcy. Conan zawsze umiał 
ją przekabacić. Był w stanie nakłonić ją do wszystkiego. Gdy jej dotykał, silna wola Kareli 
miękła niczym wosk. Tym razem będzie inaczej, poprzysięgła sobie. 
   Noc wlokła się niemiłosiernie, a Karela czuła, iż dzieje się tak za sprawą wzroku Conana 
utkwionego w jej plecach. Reszta bandy ułożyła się na spoczynek. Większość rozciągnęła się 
po prostu na kamiennej posadzce i przykryła kocami, lecz do królowej złodziei sen wciąż nie 
przychodził. 
   Krążyła niczym lampart w klatce, pobudzona niezłomnym, lodowatym spojrzeniem 
niebieskich oczu. Kazałaby mu je zawiązać, lecz wówczas nie tylko ona, lecz i wszyscy inni 
przekonaliby się, jak wielki wpływ miało na nią spojrzenie młodego olbrzyma. 
   Wreszcie rudowłosa piękność usiadła przed ogromnym kominkiem i wbiła wzrok w 
tańczące, żółte jęzory, jakby ich ruch był najważniejszą rzeczą na całym świecie. Ale nawet 
teraz nie była w stanie uwolnić się do Cymmerianina. Wyobrażała go sobie w płomieniach, 
poddawanego najwymyślniejszym torturom, na które w pełni sobie zasłużył. Nie potrafiła 
pojąć, dlaczego przez to wszystko czuła się jeszcze gorzej, ani czemu od czasu do czasu 
musiała ukradkiem ocierać z policzków łzy. 
   O brzasku wysłała do Ianthe Tenia, ubranego w szkarłatną opończę. Przez resztę dnia 
dzielnie ignorowała Conana. 
   Nie dała mu nic do jedzenia, nie pozwoliła też zaspokoić pragnienia. 
   — Dacie mu jadła i napitku, dopiero kiedy stąd odjadę — postanowiła. 
   Mężczyźni, którzy podzielili się na małe grupki, zużywając większość swej energii na grę w 
karty lub w kości, na jej słowa zareagowali zdumionymi spojrzeniami i pomrukami, 
mającymi oznaczać przyjęcie jej decyzji do wiadomości. 
   Ani na chwilę nie pozwoliła, by w jej obecności Cymmerianinowi wyjęto z ust knebel. 
Zezwoli na to dopiero wtedy, gdy otrzyma upragnione pięćset sztuk złota, a wtedy 
Cymmerianin będzie miał się z pyszna! Dopiero wtedy poczuje się naprawdę szczęśliwa, choć 
na razie było jej dziwnie ciężko na duchu. 
   Słońce jęło chylić się ku zachodowi. 
   Pora, by Karela opuściła nareszcie starą twierdzę. Spiżową figurkę, wciąż owiniętą w koc 
ściągnięty z łóżka Conana, zostawiła na dworze pod drzewem. W pobliżu nie było nikogo, kto 
mógłby ją ukraść, a na wszelki wypadek wolała trzymać się z dala od przeklętego posążka. 
   Przywiązując ciężkie zawiniątko do łęku siodła i z trudem powstrzymując mdłości, jakie 
wywoływała u niej bliskość figurki, usłyszała nagle czyjeś kroki. Odwróciwszy się ujrzała 
Jamarana wychodzącego z pojedynczej wieży, jedynej pozostałości starej twierdzy. 
   — To cenna rzecz — rzucił butnie. — Powiedz, że jest warta aż pięćset sztuk złota. 
   Karela nie odpowiedziała. To nie była odpowiednia pora na zabicie tego zuchwalca. 
   — Powinienem pojechać z tobą — ciągnął postawny mężczyzna, nie doczekawszy się 
odpowiedzi. — Aby dopilnować, byś wróciła bezpiecznie z całym tym złotem. Kto wie, czy 
ów szlachcic nie zdecyduje się na jakiś zdradziecki krok. Poza tym mogłoby przydarzyć ci się 
jeszcze coś gorszego. Kobieta, sama jedna, z tak ogromną fortuną… 
   Mięśnie twarzy Kareli stężały. Czy ten głupiec sądził, że zamierzała uciec ze złotem? 
   — Nie! — ucięła ostro i wskoczyła na siodło. — Jesteś potrzebny tutaj, aby pilnować 
więźnia. 
   — Czuwa przy nim dwudziestu tęgich chłopa. Taka masa złota… 

background image

   — Głupcze! — To słowo zabrzmiało niczym trzaśniecie bata. — Jeśli chcesz przewodzić 
grupie ludzi, musisz nauczyć się myśleć. Ten jeden mężczyzna, choć spętany, jest bardziej 
niebezpieczny niż ktokolwiek, kogo zdarzyło ci się spotkać. Mam nadzieję, że jest was dosyć, 
byście utrzymali go w ryzach do mego powrotu. 
   Zanim Jamaran zdążył wykrztusić z siebie gniewne słowa, które wyczytała na jego obliczu, 
Karela spięła ostrogami chyżego wschodniego gniadosza i pogalopowała wąską ścieżką, 
nieco tylko szerszą od zwykłego jeleniego szlaku. Było ich w tej gęstej puszczy mnóstwo, 
przecinających się i krzyżujących ze sobą, toteż już wkrótce nie musiała obawiać się pościgu. 
   W rzeczy samej nie uważała, by do pilnowania Conana potrzeba było bez mała wszystkich 
członków jej bandy. Jednak to, co powiedziała ogromnemu Kuszycie, było prawdą. 
Cymmerianin był dość niebezpieczny, by w jego obecności nigdy nie czuła się pewnie, a ona 
wszak szczyciła się tym, że nie lęka się żadnego mężczyzny. Wiedziała jak walczył, nawet 
mimo świadomości nieuchronnej porażki, jak zabijał, choć jego chwile zdawały się 
przesądzone i jak zwyciężał w sytuacjach, gdzie śmierć niechybnie była mu pisana. Teraz 
jednak, gdy leżał skrępowany, zakneblowany i strzeżony przez dwudziestkę twardych 
najemników, nie wątpiła, iż po powrocie zastanie go w takim samym położeniu. 
   Nie uważała również, by Jamaran mógł odebrać jej złoto, czy coś, czego niewątpliwie 
pożądał, nie przypłacając tej próby życiem. Była jednak zbyt dumna, by mogła pozwolić na 
jakiekolwiek przejawy braku szacunku ze strony tego rozbójnika, w obliczu nieznajomego 
szlachcica. Na dodatek szlachcic ów z pewnością będzie miał dla niej inne zlecenia, choćby 
zdobycie ksiąg, z czego ostatecznie zrezygnował na rzecz spiżowej figurki. Lecz nie 
zdecyduje się na ponowne skorzystanie z jej usług, jeśli uzna, że Karelanie potrafi utrzymać 
w swojej bandzie dyscypliny. 
   Kiedy Karela dotarła do polany, gdzie stał toporny szałas, słońce było już na wpół ukryte za 
wierzchołkami drzew, a ku wschodowi płożyły się długie cienie. Rumak bojowy w czarno–
szarłatnym czapraku stał samotnie, tak jak poprzednio. Powoli i ostrożnie okrążyła polanę, 
trzymając się przez cały czas w cieniu drzew. Zdawała sobie sprawę, że jest to lustracja 
pobieżna i chaotyczna, ale wciąż czuła złą aurę spiżowej figurki, przytroczonej z tyłu do 
siodła. Podczas jazdy niejeden raz stwierdzała, że wychyla się nadmiernie do przodu, tylko po 
to, by nie dotknąć pośladkami wełnianego koca, w który okutany był posążek. Czuła 
gwałtowne pragnienie jak najszybszego pozbycia się statuetki. 
   Parskając drwiąco, nieco zdumiona własną wrażliwością, Karela wyjechała na polanę i 
zsiadła z wierzchowca. Trzymając przed sobą koc, kopnięciem otworzyła toporne drzwi z 
nieheblowanych desek. 
   — Cóż, lordzie Bezimienny, czy przyniosłeś waść moją… — urwała, zaskoczona. 
   Wysoki szlachcic stał jak poprzednio, w tym samym miejscu, lecz nie był już sam. Kobieta, 
która mu towarzyszyła, otulona szkarłatnym płaszczem, z naciągniętym głęboko kapturem, 
świdrowała Karelę zimnym spojrzeniem chłodnych, ciemnych oczu, ukrytych za jedwabną, 
cienką woalką. 
   Karela odpowiedziała równie hardym spojrzeniem i cisnęła koc z jego zawartością na 
klepisko, u ich stóp. 
   — Oto wasz przeklęty posążek. A teraz, gdzie moje złoto? 
   Kobieta w woalce przyklękła, rozgarniając pospiesznie fałdy grubego wełnianego koca. Na 
widok rogatej figurki aż westchnęła w uniesieniu. Delikatnymi dłońmi uniosła ją i postawiła 
na topornym stole. Karela nie mogła się nadziwić, że ta kobieta dotykała statuetki, nie 
odczuwając przy tym bezgranicznej odrazy. 
   — To Al Kiir — wyszeptała kobieta w woalce. — Tego właśnie szukałam, Taramenonie. 
   Karela zamrugała. Lord Taramenon? Jeśli choć połowa tego, co słyszała o jego 
szermierczych umiejętnościach była prawdą, będzie on z pewnością trudnym przeciwnikiem. 
Opuściła dłoń ku rękojeści scimitara. 

background image

   — Zanim będzie należał do was, oczekuję na swoją zapłatę. Należy mi się za niego pięćset 
sztuk złota. 
   Kobieta w woalce spojrzała na nią. 
   — Czy to właśnie jej również poszukiwałaś? — zapytał Taramenon. Nieznajoma kobieta 
pokiwała głową z zamyśleniem. 
   — Chyba tak. Jak ci na imię, dziewko? 
   — Karela, dziewko! — warknęła rudowłosa grasantka akcentując drugie słowo. — A teraz 
pozwólcie, że przepowiem wam przyszłość, która czeka was, jeśli nie dacie mi umówionej 
zapłaty. Ciebie, mój piękny paniczyku, sprzedam do Koth, gdzie ze swą urodą rychło 
znajdziesz sobie nową panią. — Oblicze Taramenona spochmurniało, lecz kobieta w woalce 
wybuchnęła śmiechem. Karela skoncentrowała swą uwagę na niej. — A ciebie sprzedam do 
Argos, gdzie tańcząc nago w jakiejś podrzędnej tawernie w Messancji, będziesz zabawiać 
klientów za cenę kubka cienkiego piwa. 
   — Jestem księżniczką Ophiru — rzuciła chłodno zawoalowana kobieta. — I mogę kazać 
nadziać cię na pal, na murach pałacu królewskiego. Śmiesz odzywać się w taki sposób do tej, 
przed którą powinnaś drżeć? 
   Karela wyszczerzyła się drwiąco. 
   — Nie tylko śmiem się tak odzywać, lecz na cycki Derketo, wierzaj mi, jeśli natychmiast 
nie otrzymam mojej zapłaty, obedrę cię z tych szatek do naga, by sprawdzić, czy zechcą cię 
przyjąć w tej argosańskiej tawernie. Większość ophirskich szlachcianek to kościste dziewki, 
które nawet starając się ze wszystkich sił, nie potrafią zadowolić mężczyzny. 
   Stal zaszurała o skórę gdy ostrze wysunęło się z pochwy. 
   — Chcę dostać moje złoto i to już! 
   — Ona nie żartuje — powiedziała przyodziana w szkarłat kobieta. — Dostanie, co się jej 
należy. Brać ją. 
   Karela odwróciła się od Taramenona, lecz ten nie zaatakował jej, nawet nie dobył miecza i 
w tej samej chwili skoczyło na nią dwóch, przyczajonych na krokwiach pod sufitem, 
żołnierzy w skórzanych zbrojach lekkiej jazdy. Pod wpływem siły zderzenia Karela ciężko 
wylądowała na twardym klepisku. 
   — Niech was Derketo porwie! — zasyczała, wijąc się rozpaczliwie w ich bezlitosnym 
uścisku. — Wyrwę wam serca gołymi rękami! Ponadziewam was na mój miecz jak kapłony! 
Parszywe psy! 
   Taramenon wyłuskał miecz z jej dłoni i cisnął w kąt. 
   Pomimo jej rozpaczliwej szamotaniny kawalerzyści podźwignęli złodziejkę z klepiska. 
„Idiotko! — złajała samą siebie w myślach. — Dałaś się podejść jak dziewica pożeraczowi 
niewieścich serc!” Dlaczego nie zaczęła zastanawiać się, co się stało z koniem kobiety? 
   — Podejrzewam, iż nie ma co liczyć, że ta kobieta jest dziewicą, to byłby zbytek łaski — 
rzuciła kobieta. 
   Taramenon roześmiał się. 
   — Powiedziałbym, że to byłby cud. 
   — Zdradziecka dziwka! — warknęła Karela. — Przebrzydły fircyk! Pasami będę darła z 
was skórę! Uwolnijcie mnie, albo moi ludzie pozostawią was uwiązanych do pali, na żer 
ścierwojadom! Czy jesteście tak głupi by przypuszczać, że przybyłam tu sama? 
   — Może i nie — rzekł spokojnie Taramenon. — Choć ostatnim razem, gdy rzekomo mieli 
ci towarzyszyć twoi ludzie, nie widziałem tu żywego ducha. Tak czy inaczej wystarczy, że 
krzyknę, a zbiegnie się tu pięćdziesięciu zbrojnych. Chcesz przekonać się, jak poradzą sobie z 
nimi twoi pożałowania godni rozbójnicy? 
   — Dosyć, Taramenonie — ucięła kobieta w woalce. — Starczy już zbędnych słów. A skoro 
o tym mowa, ktoś wspomniał ostatnio o rozbieraniu kogoś do naga. — Przyjrzała się bacznie 
obcisłym bryczesom i luźno zasznurowanemu kaftanowi Kareli, a w jej głowie pojawiła się 

background image

nuta złośliwego rozbawienia. — Jeśli chodzi o moje plany wobec niej… Wydaje mi się, że 
nie jest… zbyt koścista, a zatem powinna chyba się nadać. 
   Taramenon wybuchnął śmiechem, po chwili trzej mężczyźni wzięli się do dzieła. Karela 
zaciekle stawiała opór, a gdy rzecz dobiegła końca, na jej paznokciach i zębach była krew, 
lecz i tak rozebrano ją do naga. Piersi złodziejki unosiły się i opadały przyspieszonym 
rytmem. Lubieżne spojrzenia mężczyzn lustrowały jej nagość, przesuwały się po jej 
zmysłowych krągłościach, smukłych udach i szczupłej talii. Ciemne, kobiece oczy 
przyglądały się jej znacznie chłodniej i jakby z odrobiną zazdrości. 
   Dumna zielonooka kobieta stała sztywno wyprostowana, na tyle, na ile pozwalały jej na to 
wykręcone do tyłu ręce. Nie zamierzała kulić się jak nieśmiała dziewka w noc weselną, nie 
będzie korzyć się przed nimi, ani przed nikim innym. 
   Wysoki szlachcic dotknął policzka, ozdobionego teraz czterema pionowymi, krwawiącymi 
zadrapaniami i spojrzał na szkarłatne krople na koniuszkach palców. Nagle zamierzył się i 
uderzył Karelę w twarz. Siła ciosu była tak duża, że złodziejka i dwaj przytrzymujący ją 
mężczyźni zachwiali się. 
   — Nie skrzywdź jej! — warknęła gniewnie zawoalowana kobieta. — Twoja uroda nie 
ucierpiała ani trochę, Taramenonie. A teraz, przygotuj ją do transportu. 
   — Kilka batów nie wyrządzi jej szkody, Synelle — odparł posępnie przystojny szlachcic — 
a ja w ten sposób nauczę ją moresu. 
   To imię tak zaszokowało Karelę, że nie dosłyszała odpowiedzi kobiety w woalce. 
Mocodawczyni Conana! Czy ta kobieta dowiedziała się o jej związku z Cymmerianinem i 
zapragnęła pozbyć się rywalki? Cóż, miała Cymmerianina, by móc negocjować swoje 
uwolnienie, a jeśli Derketo pozwoli, dostanie również tę zdradziecką szlachciankę, by zawisła 
za nogi u boku barbarzyńcy. 
   Karela otworzyła usta, aby złożyć korzystną jej zdaniem, ofertę — wolność dla Conana w 
zamian za jej własną — lecz w tej samej chwili brutalnie wciśnięty między zęby knebel 
wepchnął jej słowa z powrotem do gardła. Stawiała opór niczym wygłodniała pantera, ale 
trzech mężczyzn to było dla niej zbyt wiele. Ze spokojem, który odczuła jak drwinę, uczynili 
z niej zgrabną paczuszkę. Związali przykurczoną, z kolanami podciągniętymi do brody i 
skrępowawszy nadgarstki, przywiązali jej ręce do kostek, nie przejmując się zbytnio, że 
sznury wrzynały się głęboko w ciało. Kiedy jeden z kawalerzystów przyniósł wielki 
płócienny worek, na wspomnienie swych planów względem Synelle, włącznie z tym, jak 
zamierzała odstawić ją Conanowi, złodziejka oblała się rumieńcem. 
   — Przynajmniej może się nadal czerwienić — zaśmiała się Synelle, gdy Karela została 
bezceremonialnie wrzucona do worka. — Sądząc po jej języku, byłam niemal pewna, że nie 
zostało w niej za grosz przyzwoitości. Zanieście ją do koni. Musimy się pospieszyć, sprawy 
rozgrywają się szybciej niżbym sobie tego życzyła, niemniej musimy im sprostać. 
   — Muszę wrócić do pałacu, aby wypełnić moje obowiązki — oznajmił Taramenon. — 
Dołączę do ciebie tak szybko, jak tylko będę mógł. 
   — Uwiń się możliwie jak najszybciej — rzekła łagodnym tonem Synelle — bo mogę 
zmienić zdanie i przyjąć miast ciebie Conana. 
   Gdy więzienie Kareli kołysząc, podciągnięto w górę, złodziejka poczuła łzy spływające po 
jej policzkach. Niech Derketo porwie Cymmerianina! Raz jeszcze została przez niego 
upokorzona. Miała nadzieję, że Jamaran poderżnie mu gardło. I że uczyni to powoli. 
 
XVIII 
    
   Conan leżał związany na zakurzonej, kamiennej posadzce cały dzień i noc, zabijając czas z 
cierpliwością godną drapieżnika z głębi dżungli. Koncentrował wszystkie swoje myśli oraz 
całą energię na obserwację i wyczekiwanie. Polecenie Kareli, by został napojony i 

background image

nakarmiony zignorowano, i choć czuł lekki głód i pragnienie, zbytnio się tym nie przejmował. 
Bez jedzenia i picia obywał się już niejednokrotnie znacznie dłużej i wiedział, że zaspokoi 
obie te potrzeby, kiedy tylko rozprawi się z pilnującymi go mężczyznami. Prędzej czy później 
ktoś popełni błąd, a on wykorzysta każdą nadarzającą się okazję. Prędzej czy później zyska 
swoją szansę. 
   Zapadła już noc i zapalono wiszące na ścianach lampy, lecz po odjeździe Kareli nikt nie 
zadał sobie trudu, by zasłonić kocami długie, wąskie otwory strzelnicze pełniące tu funkcję 
okien. Gdy zabrakło ognistowłosej przywódczyni, wśród jej podwładnych częściej i gorliwiej 
zaczęły krążyć gliniane, proste dzbany z winem, a czterej mężczyźni, którzy jeszcze nie udali 
się, chwiejnym krokiem, do jednego z pokoi na piętrze wieży, by zapaść w głęboki, pijacki 
sen, nie żałowali sobie mało szlachetnego trunku i zabawiali się grą w kości. Ogień w 
wielkim kominku przygasł, ostatnie z grubych polan, które leżały pod ścianą wypaliły się 
dawno temu, a nowych nie przyniesiono. Żaden z mężczyzn nie zajął się żelaznym kotłem 
wiszącym nad ogniem i teraz z wonią niemytych ciał grasantów mieszał się swąd 
przypalonego gulaszu. 
   Naraz Tenio odrzucił kości i skórzany kubek. 
   — Do tego czasu powinna już wrócić — mruczał. — Co ją powstrzymuje? 
   — Może wybrała wolność — odburknął Jamaran. Przeniósł zmętniały wzrok na Conana i 
obnażył w złowrogim grymasie krzywe, pożółkłe zęby. — A nas zostawiła z tym osiłkiem, 
którego tak się obawiała. 
   Marusas usiłujący zebrać kości do kubka nagle znieruchomiał. 
   — Myślisz, że uciekła na pewno ze złotem? Suma zaiste wydaje się olbrzymia, ale w 
gruncie rzeczy tyle wyniósł jej zysk w zeszłym miesiącu. 
   — Niech was Erlik pochłonie, grajcież! — uciął mężczyzna z rozciętą pośrodku skórzaną 
przepaską zawiązaną w miejscu, gdzie znajdował się ongiś nos, zanim mu go odcięto. W 
bladych oczach mężczyzny stale czaił się wyraz gniewu, jak gdyby wiedział, co ludzie 
myśleli o jego szpetocie i nienawidził ich za to. — Jestem dwadzieścia sztuk srebra do tyłu, 
obstawiłem i zamierzam się odegrać. Grajcież wreszcie, łajdaki! 
   Trzej mężczyźni zignorowali go. 
   Jamaran walnął pięścią, wielkości małej szynki, w blat stołu. 
   — To druga sprawa. Dlaczego kobieta ma otrzymywać dziesięć razy większy zysk z łupów 
niż którykolwiek z nas? Niechby spróbowała sama szczęścia w tym fachu, ciekawe jak wtedy 
by się jej powiodło. Mężczyźni, których spróbowałaby okraść, pokazaliby jej, gdzie winno 
być miejsce kobiety. Bez nas byłaby jedynie zwyczajnym rzezimieszkiem, tanią złodziejką, 
która nie miałaby nawet co marzyć o takich zyskach i która, gdyby ją schwytano, pewno 
próbowałaby za wszelką cenę uniknąć napiętnowania. 
   — Czym bylibyśmy bez niej? — zaoponował Tenio. — Ile zyskalibyśmy sami? Teraz 
jęczysz, że zarabiamy tylko pięćdziesiąt sztuk złota miesięcznie, lecz sam nigdy nie 
wydoliłbyś więcej niż dziesięć. 
   — To kobieta! — rzekł ogromny Kuszyta. — Miejsce kobiety jest w łóżku mężczyzny lub 
przy kuchni, gdzie gotuje mu strawę. One nie są do wydawania rozkazów. 
   Marusas roześmiał się i pociągnął końce swych sumiastych czarnych wąsów. 
   — Sam też chętnie bym jej dosiadł. Byłoby miło założyć takiej klaczce wędzidło, co nie? 
   — Nawet we dwóch nie zdołalibyście jej okiełzać — parsknął Tenio. 
   — Tak jak i wy nie przepadam za wysłuchiwaniem rozkazów kobiety, lecz ona napełnia 
moją kieszeń złotem i to w ilościach, o jakich dotąd nawet mi sienie śniło. Poza tym zdaję 
sobie sprawę, że musiałbym odtąd stale ją wiązać, w przeciwnym razie ryzykowałbym, że 
obudzę się z ustami wypełnionymi krwią z podciętego gardła. Albo może nawet czymś 
gorszym. 

background image

   — Brak ci jajec — prychnął drwiąco Jamaran i kolnął Zamoranina wielgachnym łokciem. 
— Zawsze wiedziałem, że ma w sobie więcej z baby niż z chłopa. Zapewne podczas pobytu 
w Ianthe spędził sporo czasu w Domu Rocznych Jagniątek. 
   Obaj mężczyźni wybuchnęli ochrypłym śmiechem; beznosy również, choć jakby wbrew 
sobie zarechotał gardłowo. 
   Kiedy krew odpłynęła z twarzy Tenia, w jego dłoni w mig pojawił się długi, cienki sztylet. 
   — Nikt nie będzie się ze mnie naśmiewał — rzucił oschle. 
   — Ja mogę, jeżeli tylko zechcę — rzekł Jamaran tonem pełnym powagi — albo odbiorę ci 
ten sztylet i jak tu teraz stoję osobiście obetnę to, co masz między nogami. 
   — Do czarta z wami, przeklęte, jazgoczące baby! — krzyknął beznosy mężczyzna. 
   — Czy naprawdę nie jestem wart, by zagrać ze mną w kości? Spod knebla Conana dobył się 
zdławiony dźwięk. Gdyby nie to, że miał gardło wyschnięte na wiór, barbarzyńca niechybnie 
by zachichotał. Jeszcze chwila i ci mężczyźni pozarzynaliby się nawzajem, a jemu 
pozostałoby tylko uporać się z więzami. 
   Ciskając kubek przez cały pokój i rozpryskując dokoła wino, Jamaran podźwignął się z 
ławy i stanąwszy na nogach, o obwodzie talii przeciętnego mężczyzny, pochylił się nad 
Cymmerianinem. Lodowate, błękitne oczy Conana napotkały spojrzenie ciemnych oczu 
rozbójnika. 
   — Wielki mężczyzna — burknął z pogardą Jamaran i kopniakiem w żebro podbił Conana z 
kamiennej podłogi. — Nie wydajesz mi się wcale taki wielki. — Ponownie kopnął Conana, 
tym razem w plecy. — Dlaczego Kareli tak zależy na twoim życiu? Boi się ciebie? A może 
cię kocha? Może pozwolę ci patrzeć, jak będę się z nią zabawiał, gdy tu wróci. 
   Każde zdanie kończył kopnięciem wielką obutą stopą, aż w końcu Conan zdyszany, 
walcząc o oddech, znalazł się niemal przy samym palenisku kominka. Barbarzyńca łypnął na 
Jamarana, gdy ten przykucnął obok niego, zaciskając dłoń w pięść. 
   — Gołymi rękami pobiłem na śmierć dziesięciu ludzi. Ty będziesz jedenasty. Nie sądzę, 
aby Karela wróciła, zbyt długo jej już nie ma, ale poczekam jeszcze trochę. Chcę, aby przy 
tym była. Aby widziała, jak z tobą skończę. Oglądanie takiego widowiska działa na kobiety. 
   Wielki Kuszyta zarechotał i wyprostował się. Kopnąwszy barbarzyńcę po raz ostatni, 
odwrócił się do stołu. 
   — Gdzie mój kubek? — zakrzyknął. — Chcę wina! 
   Klnąc poprzez knebel, Conan odturlał się od paleniska, przy którym wylądował, lecz nie 
przejmował się ewentualnymi poparzeniami. Był tak pochłonięty wyczekiwaniem na okazję 
do ucieczki, że dopiero teraz doszło do niego, iż Karela ewidentnie się spóźniała. Znał ją 
dostatecznie dobrze, by wiedzieć, że nie uciekła ze złotem. W myślach usłyszał słowa Borosa. 
Najpiękniejsze i najbardziej dumne kobiety z kraju oddawane były na ofiarę Al Kiirowi. 
Niewiele było kobiet piękniejszych od Kareli, a o jej dumie sam mógł solennie zaświadczyć. 
Ta głupia dziewka nie tylko oddała w ręce zwolenników ponownego przywołania Al Kiira 
narzędzie służące do tego celu, lecz również samą siebie, do złożenia w ofierze bóstwu. Był 
tego pewien. A teraz musiał ocalić ją z kabały, w którą się wpakowała. Tylko jak? Jak sam 
miał uwolnić się z pęt? 
   Zmienił pozycję, by ulżyć oparzonemu ramieniu i nagle jego usta wokół knebla wykrzywiły 
się w szerokim uśmiechu. Nie zważając na palący żar, wetknął swe skrępowane nadgarstki w 
płomienie. Zagryzając w ustach knebel, pod wpływem potwornego bólu, napiął mięśnie, 
usiłując rozerwać więzy. Jego muskuły, grube jak postronki, napinały się i prężyły pod skórą. 
Pot zrosił mu twarz. 
   Poczuł woń palonego konopnego sznura. Zastanawiał się, czy ktoś jeszcze zwróci na to 
uwagę, lecz jak dotąd żaden z czterech mężczyzn nie spojrzał nawet w jego stronę. Wzrok 
mieli wbity w dna kubków z winem, a beznosy wciąż sarkał, że nie pozwalają mu się odegrać. 
Nagle sznury puściły, a Conan wyjął swe na wpół usmażone nadgarstki z ognia, trzymając je 

background image

roztropnie, przez cały czas, za plecami. Odszukał wzrokiem swój pradawny prosty, 
obosieczny miecz. Stał oparty o ścianę za popijającymi w najlepsze mężczyznami. Nie miał 
szans dostać go w swoje ręce, wpierw musiał rozprawić się z czterema rozbójnikami, 
znajdującymi się pomiędzy nim a orężem z błękitnej stali. 
   Beznosy z głośnym trzaskiem przewrócił swoją ławę. Conan zamarł w bezruchu. 
Mężczyzna mrucząc coś gniewnie po nosem, zabrał swój kubek i jął krążyć w tę i z powrotem 
po pokoju, sarkając na kompanów, którzy wygrali i bezczelnie wycofali się z gry! Łypał na 
nich zjadliwie. Tamci jednak nie zwracali na niego uwagi, zapatrzeni w dna swoich 
glinianych kubków. Jego wzrok nie podążył jednak ku Cymmerianinowi, leżącemu na 
kamiennej płycie przed kominkiem. Powoli, by nie zwrócić na siebie uwagi, Conan przesunął 
stopy do tyłu, aż poczuł żar liżących je płomieni. Do woni płonącego sznura doszedł obecnie 
smród palonej skóry, lecz podobnie jak za pierwszym razem, tak i teraz, nikt nie zwrócił na to 
uwagi. Wreszcie i te więzy zostały przepalone. Nie było czasu, by zająć się usunięciem 
knebla. Dźwigając się z podłogi, ogromny Cymmerianin schwycił leżący obok kominka 
długi, czarny pogrzebacz. 
   Beznosy jako pierwszy spostrzegł, że Conan uwolnił się z pęt. Jednak nawet nie zdążył 
pisnąć, gdy z jego ust trysnął strumień wina, a potężny cios pogrzebaczem zgruchotał mu 
czaszkę. Pozostali krzycząc przeraźliwie poderwali się na nogi. Tenio wyjął swój sztylet, lecz 
Conan pchnął go w pierś zaostrzonym końcem pogrzebacza i schwycił nóż, wyślizgujący się 
z pozbawionych już czucia palców zabitego. Marusas dobył miecza i niemal w tej samej 
chwili zatoczył się do tyłu, usiłując krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle buchającym 
krwią i przebitym ostrzem ciśniętego celnie sztyletu. 
   Jamaran z głośnym rykiem rzucił się naprzód, by zmierzyć się z Cymmerianinem w walce 
wręcz. Oplótł go grubymi łapskami w pasie i podźwignął w górę. 
   Conan poczuł, że mężczyzna splata dłonie nisko na jego plecach i zamyka uścisk, 
zamierzając złamać mu kręgosłup. Trzasnął Murzyna złączonymi dłońmi po trzykroć w 
nasadę karku, lecz bez żadnych widocznych efektów. Jamaran powoli, lecz nieubłaganie 
przyciągał go ku sobie, wzmacniając uścisk ramion. Cymmerianin wiedział, że jeszcze kilka 
chwil i jego kręgosłup trzaśnie. Rozpaczliwie rąbnął obiema dłońmi w uszy Jamarana. 
   Kuszyta krzyknął i rozluźnił uścisk. Gdy tylko stopy Cymmerianina dotknęły podłogi, 
końcami palców dźgnął swego przeciwnika w gardło. Jamaran chrząknął przeraźliwie, lecz 
równocześnie uderzył na odlew swą ogromną pięścią. Conan zablokował cios i jedną ręką 
oplótł wpół łysego mężczyznę, aby przyciągnąć go ku sobie. Następnie jął okładać go pięścią, 
wymierzając bezlitosne, zadawane z przerażającą siłą ciosy. Po jednym z nich poczuł, jak pod 
jego kłykciami pękają żebra Czarnoskórego. 
   Ciszę nocy przerwał nagle zew ophirskiej armii, szykującej się do ataku. 
   — Kompania Pierwsza, przygotować pochodnie! — rozległ się donośny głos. — Kompania 
Druga do ataku! Nie brać jeńców! 
   Z piętra powyżej dobiegł Conana gorączkowy tupot obutych stóp, rozległy się głośne, 
rozpaczliwe okrzyki. 
   Pochłonięty bez reszty walką, Conan nie miał czasu zastanawiać się nad nowym 
zagrożeniem. Jamaran uderzył go „z byka” w twarz. Conan zachwiał się na nogach, z trudem 
zachowując przytomność. Olbrzymi Kuszyta próbował raz jeszcze zamknąć Conana w 
miażdżącym uścisku, lecz barbarzyńca wyrżnął go kolanem w krocze, co sprawiło, że jego 
przeciwnikowi oczy nieomal wyszły z orbit i zmusiło go do uniesienia się na palcach. 
Cymmerianin wnętrzami dłoni wymierzył jeszcze dwa piorunujące ciosy w podbrzusze 
Jamarana. Ogolona głowa odchyliła się do tyłu z głośnym trzaskiem, gdy kark Kuszyty pękł i 
mężczyzna osunął się bezwładnie na ziemię. 
   Conan wyrwał z ust knebel i cisnął go na zwłoki mężczyzny, który wcześniej groził, że 
zatłucze go na śmierć gołymi rękami. Przez jedną ze szczelin łuczniczych wrzucono do 

background image

środka pochodnię. I następną. Conan przeskoczył ponad stołem, podpierając się ręką o blat, 
schwycił rękojeść stojącego pod ścianą miecza i błyskawicznym ruchem wydobył oręż z 
pochwy. 
   Kiedy żołnierze dostawali rozkaz, aby nie brać jeńców, zazwyczaj zabijali wszystko, co się 
poruszało, nie zastanawiając się, czynie ma wśród potencjalnych ofiar niewinnych osób. 
Conan nie zamierzał tanio sprzedać swej skóry. 
   Do pomieszczenia wpadł jakiś mężczyzna z obnażonym mieczem. Conan odwrócił się ku 
niemu, zamierzył… i wstrzymał ostrze, zanim zdążył rozpłatać na dwoje czaszkę Machaona. 
Zaraz za brodatym weteranem w drzwiach pojawił się Narus i jeszcze dwóch ludzi z jego 
kompanii. 
   — Wy! — zakrzyknął głośnio Conan — Wy nazywacie siebie ophirską armią? 
   Narus wzruszył ramionami i uniósł do góry poobijaną mosiężną trąbkę. 
   — To jeden z mych osobliwych talentów. Przynajmniej od czasu do czasu okazuje się 
użyteczny. — Spojrzał na ciała spoczywające na kamiennej posadzce. — I znów nic dla nas 
nie zostawiłeś. 
   — Jest jeszcze paru na górze — rzekł Conan, ale Narus pokręcił głową. 
   — Wyskoczyli przez szczeliny w ścianach, uznawszy, że jesteśmy tymi, za których się 
podajemy, i umknęli w noc. 
   — Wciąż mamy do wypełnienia trudną i ważną misję — rzekł Conan. — Karela została 
pojmana, a ja mam zamiar ją odbić. 
   „Zapewne zabrali ją na szczyt Tor Al Kiir” — pomyślał. Boros powiedział, że widział tam 
na górze światła, a nic innego nie przychodziło mu akurat do głowy. 
   — Musimy ruszać natychmiast, jeżeli zamierzacie mi towarzyszyć. 
   — Na Mitrę, Conanie — warknął Machaon — czy pozwolisz mi łaskawie powiedzieć choć 
słowo? Nie mamy czasu na dziewki, nawet na takie jak Karela. Przybyliśmy po ciebie, bo w 
Ophirze już wkrótce rozpętają się wszystkie Piekła Zandru. 
   — Al Kiir — Conan poczuł, że coś chwyta go za serce. — A więc udało im się już 
przywołać swego boga. 
   — Nie wiem o żadnym bogu — burknął Machaon — ale Valdric wyzionął ducha, zmożony 
chorobą, która go trapiła, i kontrolę nad pałacem przejął Iskandrian. 
   Conan zdumiał się, na tę wieść. 
   — Iskandrian! 
   — Stary generał opowiedział się za Valentiusem — wyjaśnił Narus. — A ten młody 
fanfaron przyjął imię Maranthesa Drugiego, jakby to miało uczynić zeń wielkiego władcę. 
Słyszałem, że podobno nie czekał na ceremonię pogrzebową, ani nawet na kapłana, lecz zdjął 
koronę z czoła Valdrica, zanim jeszcze ostygło i sam założył ją sobie na głowę. 
   — Przestańże wreszcie gderać, Narusie! — warknął Machaon. — Większość szlachty jest 
takiego samego zdania jak ty, Cymmerianinie. Gromadzili siły, ale Iskandrian storpedował 
każde ich posunięcie. Wyruszył do pałacu z prawie całym garnizonem Ianthe, w godzinę po 
objęciu tronu przez Valentiusa. Jakby tego nie dość, Taurianus mówi w głos, że kompania 
powinna odpowiedzieć się po stronie szlachty. Rozpowiada wszystkim, że jeśli Iskandrian 
zwycięży, będzie to oznaczało koniec Wolnych Kompanii w Ophirze. — Jego oblicze 
sposępniało. — Powiem ci, Conanie, że on ma rację. Iskandrian przepędzi wszystkich 
najemników z tego kraju. 
   — Iskandrianem będziemy przejmować się później — rzekł Conan. — Teraz na pierwszym 
miejscu jest Karela i kilka spraw ważniejszych nawet od niej. Ilu ludzi przyprowadziłeś ze 
sobą, Machaonie? 
   — Siedmiu, łącznie ze mnąi Narusem, tylko tych, z którymi wspólnie przekraczaliśmy 
granicę Nemedyjską. Dwóch zostawiłem, aby strzegli Julii. Nastroje pozostałych są kiepskie, 

background image

Conanie. Jeżeli chcesz utrzymać ich w ryzach, powinieneś natychmiast wrócić na kwaterę. 
Karela, jak każda inna kobieta, może przez pewien czas sama o siebie zadbać. 
   — Znaleźliśmy twojego karego wierzchowca uwiązanego wraz z końmi tych tutaj — dodał 
Narus. 
   — Na Croma — wycedził Conan. Było ich zbyt mało, by mogli stawić czoło temu, co 
spodziewał się napotkać na szczycie Tor Al Kiir. — Wracamy do Ianthe, po resztę kompanii i 
natychmiast znów ruszamy w drogę. Nie, nie po to by przyłączyć się do szlachty. Udamy się 
na Tor Al Kiir. Na pytania przyjdzie czas potem. Do koni, bodajby Erlik żywcem obdarł was 
wszystkich ze skóry! Do koni i módlcie się do wszystkich znanych wam bogów, abyśmy 
zdążyli tam na czas! 
 
XIX 
    
   Podkute żelazem kopyta krzesały iskry na kostkach bruku, gdy Conan galopował 
mrocznymi, pustymi ulicami Ianthe na czele swego siedmioosobowego, doborowego oddziału 
najemników, których płaszcze łopotały na wietrze niczym skrzydła ptaka. Na szczycie 
złowrogiego granitowego garbu Tor Al Kiir migotały pochodnie, odległe punkciki światła na 
bezksiężycowym niebie, drwiące z jego wysiłków i pośpiechu. Zaklął szpetnie, żałując nawet 
tych kilku chwil zmitrężonych na przekupienie straży przy bramie, by zezwoliła im wjechać 
do środka. 
   Miał ochotę zakrzyknąć na tych co spali, czując się chwilowo bezpieczni za murami z 
kamienia i cegieł. Z zamkniętych okiennic zwieszały się, żałobne chorągwie, fontanny 
publiczne przesłonięte były kirem. Każde drzwi ozdobione były gałązkami sa’karranu, 
krzewu czarno–białych jeżyn symbolizujących połączone ze sobą śmierć i odrodzenie. Stolica 
Ophiru opłakiwała śmierć swego króla z obawą i niepewnością. Nikt wszelako w mieście nie 
wiedział, że to, co odczuwał obecnie, było niczym chwiejący się na wietrze płomyk świecy, w 
porównaniu ze zgrozą ogarniętej pożogą puszczy i koszmarem, który miał nadejść wraz ze 
świtem. Galopując pod łukowato sklepionym wejściem do domu, gdzie stacjonowała jego 
kompania, Conan zakrzyknął. 
   — Do mnie! Zbiórka. Do koni a żywo! Ruszać się, na wszystkie Piekła Zandru! 
   Spowity czernią budynek ogarniała jednak posępna, grobowa cisza. Słowa barbarzyńcy 
przetoczyły się gromkim echem przez dziedziniec, odbijając się od jego murów, gdy 
tymczasem do Cymmerianina dołączyła reszta jego drużyny. 
   — Taurianusie! — zawołał. — Borosie! 
   Drzwi uchyliły się z głośnym piskiem zawiasów, z wnętrza popłynęło słabe światło i na 
podwórzec wyszły cztery osoby. Z wolna cieniste sylwetki przerodziły się w Borosa, Julię i 
dwóch najemników z latarniami w dłoniach. Zbrojni byli ostatnimi, prócz tych co 
towarzyszyli mu obecnie, którzy wraz z nim przybyli do Ophiru z Nemedii. 
   — Gdzie reszta? — rzucił gromko Conan. 
   — Odeszli — odparł krótko Boros. — Taurianus — aby Erlik przez ciemność smażył w 
ogniu jego duszę — przekonał większość, że zginąłeś, bo tak długo nie wracałeś. Połowa 
podążyła za nim, by dołączyć do sił szlachty, przeciwko Iskandrianowi. A pozostali? — 
Wzruszył chudymi ramionami. — Zaszyli się gdzieś, najlepiej jak umieli. Bez ciebie strach 
do cna przepełnił ich serca. 
   Conan stłumił w sobie chęć ciśnięcia najwymyślniejszych przekleństw na głowę 
Taurianusa. Nie było na to czasu, na szczycie góry wciąż płonęły pochodnie. To co należało 
uczynić, musiał dokonać z tyloma ludźmi, ilu mu pozostało. Nie zamierzał jednak zmuszać 
żadnego z nich, aby mu towarzyszył. Niechaj sami zadecydują, czy są gotowi ryzykować 
życie w walce z czarownikami, a może nawet ożywionym pradawnym bóstwem. 

background image

   — Borosie — rzekł ponurym tonem. — Opowiedz nam wszystkim o Al Kiirze. Tylko 
krótko, starcze. Czas jego nadejścia jest już bliski, może nawet stanie się to o świcie, jeżeli 
nie zdołamy go powstrzymać. 
   Boros przełknął ślinę i międląc w palcach koniuszek swej szarej brody, jął opowiadać 
łamiącym się, przepełnionym brzemieniem przeżyć wszystkich lat głosem. Mówił o czasach 
poprzedzających powstanie pradawnego państwa Ophiru, rytuałach Al Kiira, kręgu ścieżki 
Prawej Ręki, uwięzieniu boga — demona, ludziach, którzy zamierzali ponownie ożywić ów z 
dawna zapomniany kult oraz o bóstwie, które ma wkrótce zostać sprowadzone raz jeszcze na 
świat i koszmarach z nim związanych. Kiedy skończył, zapadła cisza, przerywana tylko 
pohukiwaniem puszczyka. Słychać było jedynie oddechy mężczyzn, a każdy z nich zdradzał 
rodzący się w ludziach lęk. 
   — Gdybyśmy poszli z tą historią do Iskandriana — rzekł w końcu Conan — uznałby ją za 
fortel szlachty i wyrżnął nas w pień albo uwięził, dopóki nie byłoby za późno na ratunek. 
Jednak ta opowieść jest prawdziwa, każde jej słowo, i wierzę w to z całego serca. Boros 
wyjaśnił wam, co nadchodzi i jaki los może czekać wasze siostry, żony i córki, tylko dlatego, 
że są urodziwe i harde. Wybieram się na szczyt Tor Al Kiir, aby powstrzymać to plugastwo. 
Kto jedzie ze mną? 
   Przez dłuższą chwilę panowała cisza, aż w końcu Julia postąpiła naprzód, unosząc dumnie 
głowę. 
   — Jeśli tym, co zowią siebie mężczyznami, brak odwagi, to przynajmniej ja będę ci 
towarzyszyć. 
   — Ułożysz się zaraz na sienniku i zaśniesz — warknął Machaon — albo zwiążę cię jeszcze 
wprawniej niż Karela, by mieć pewność, że do mego powrotu nie popełnisz żadnego 
głupstwa. 
   Dziewczyna chyżo schowała się za plecami Borosa, zerkając trwożliwie na brodatego 
najemnika, jakby nie miała pewności, do jakiego stopnia groźba była prawdziwa. Machaon 
pokiwał głową z zadowoleniem, po czym odwrócił siew siodle do Conana. 
   — Widziałem więcej magów podążających twoim tropem, Cymmerianinie, niż człowiek 
mógłby zobaczyć w ciągu całego swego żywota. Nie sądzę jednak, by ten jeden raz robił 
komukolwiek jakąś różnicę. 
   — Zew puszczyka w bezksiężycową noc zwiastuje śmierć — mruknął posępnie Narus — 
ale nigdy dotąd nie widziałem boga. Ja również pojadę z tobą, Cymmerianinie. 
   Wreszcie pozostali najemnicy kolejno zgłosili gotowość wzięcia udziału w wyprawie 
Conana. Ich serca przepełniała gorycz upokorzenia, że byle dziewka mogła okazać się 
mężniejsza od nich, lecz również gniew i determinacja oraz pragnienie ocalenia pewnej 
konkretnej kobiety, którą miano złożyć w ofierze obmierzłemu bóstwu. Tak. Mimo strachu 
pojadą z barbarzyńcą! 
   Conan zlustrował swą niewielką drużynę w słabym świetle latarni i westchnął. 
   — Powinno nas wystarczyć — powiedział jakby chciał przekonać o tym samego siebie. — 
Musi wystarczyć. Musi i już. Claranie, Memtesie, przyprowadźcie wasze konie. — Dwaj 
wywołani mężczyźni postawili latarnie za ziemi i pognali w kierunku stajni. — Wyruszamy, 
gdy tylko wrócę — ciągnął barbarzyńca. — Będziemy musieli dostać się na szczyt góry 
pieszo, bo konie nie zdołają wspiąć się na te strome stoki, ale… 
   — Zaczekaj, Conanie — wtrącił Boros. — Spiesz się powoli, bo pośpiech może prowadzić 
do rychłej śmierci. Musisz zdobyć laskę Avanrakasha. 
   — Nie mamy czasu, starcze — rzekł posępnie Conan. Odwrócił się niecierpliwie w siodle, 
świdrując wzrokiem noc, ku mroczniejszej, rozległej plamie czerni Tor Al Kiir. Światła 
pochodni wciąż płonęły na wierzchołku góry, przywołując go i drwiąc z jego, zdawałoby się 
płonnych wysiłków. Co działo się z Karelą, gdy on siedział w siodle bezczynnie, niczym 
posąg? 

background image

   — Czy mając stanąć oko w oko z lwem — wtrącił rezolutnie brodaty mężczyzna — 
powiedziałbyś, że brak ci czasu by uzbroić się we włócznię lub łuk? Że musisz stawić mu 
czoło z gołymi rękami? Masz zmierzyć się z Al Kiirem. Sądzisz, że twa odwaga i stal 
wystarczą, by pokonać boga? Równie dobrze mógłbyś od razu, tu na miejscu, poderżnąć 
sobie gardło. 
   Ogromne dłonie sfrustrowanego Conana zacisnęły się na cuglach, aż zachrupało mu w 
kostkach. Barbarzyńca nie lękał się śmierci, choć nie szukał jej bardziej niż ktokolwiek inny, 
lecz gdyby zginął, jego śmierć poszłaby na marne, Karelę i tak złożono by w ofierze, a Al 
Kiir ponownie zostałby uwolniony. Decyzja zapadła szybko. Cymmerianin rzucił cugle 
Machaonowi i zsiadł z konia. 
   — Zabierz mego wierzchowca do Tor Al Kiir — rozkazał. 
   Zdjął przez głowę kolczugę. Do zadania, jakie miał obecnie wykonać, ciężka zbroja była 
raczej nieprzydatna. Usiadł na ziemi, by zzuć buty. 
   — Spotkam się z wami na rozstajach, u podnóża góry. 
   — Czy wiesz, gdzie znaleźć tę laskę, o której mówił stary? — zapytał Machaon. 
   — W komnacie tronowej — rzekł Boros. — Zgodnie ze starym prawem, z chwilą śmierci 
króla, berło i koronę należy pozostawić na tronie na dziewięć dni i dziesięć nocy. Valentius 
nagiął prawo, od razu nakładając koronę, ale nie odważy się sięgnąć po laskę. 
 
   — Pałac królewski! — wykrzyknął Machaon. — Cymmerianinie, jesteś niespełna rozumu, 
skoro sądzisz, że uda ci się tam wejść. Ruszajmy! Postaramy się dokonać dzieła samą tylko, 
dobrze wyostrzoną stalą! 
   — Byłem ongiś złodziejem — odparł Conan. — Nie będzie to pierwszy pałac, do którego 
dostanę się inaczej niźli głównym wejściem. 
   Przyodziany tylko w przepaskę biodrową, przewiesił sobie pas z mieczem przez pierś, tak 
że swój prastary oręż Atlantów miał teraz na plecach, a sztylet i sakiewkę pod lewym 
ramieniem. Claran i Memtes wyszli ze stajni, prowadząc swoje wierzchowce, podkute kopyta 
koni zadzwoniły głośno na grubych płytach dziedzińca. 
   — Zjawię się na rozstajach, i przyniosę ze sobą laskę — rzekł Cymmerianin. — Nie 
zawiodę. Czekajcie tam na mnie. 
   Długimi, miękkimi susami, niczym polująca pantera, Conan pognał w mrok nocy. Z tyłu, za 
nim, Machaon i pozostali opuścili podworzec i skierowali swoje wierzchowce w przeciwnym 
kierunku, ku Bramie Północnej. Lecz Cymmerianin zlał się już w jedno z ciemnością, był 
niczym zabójczy duch, przemykający pustymi, uśpionymi ulicami. Wszystkie drzwi 
zaryglowano, okna zamknięto na głucho, jakby mieszkańcy miasta ukryli siew swych 
mieszkaniach, sparaliżowani lękiem przed tym, co miało wkrótce nadejść. Tylko od czasu do 
czasu przemknął jakiś bezpański pies, na wpół dziki i wychudzony, lecz wszystkie one bez 
wyjątku omijały szerokim łukiem ogromny kształt, który nie wiadomo skąd i jak wszedł na 
ich terytorium. Pod mocnymi stopami barbarzyńcy bruk ulicy zdawał się przypominać 
kamienie w jego rodzimej Cymmerii i wrażenie to dodało mu skrzydeł, jak wówczas, gdy 
będąc dzieckiem wspinał się na górskie stoki. Jego mocarne płuca z łatwością radziły sobie z 
morderczym biegiem, tym razem bowiem nie ścigał się dla samej radości i dumy zwycięstwa, 
lecz dla Kareli i dla każdej kobiety, która mogła utracić życie, bądź ucierpieć w inny sposób, 
wskutek jego porażki. 
   Znów zahukał puszczyk, a Conan przypomniał sobie słowa Narusa. Może jego zew 
rzeczywiście oznaczał śmierć, jego lub kogoś innego. Crom, srogi bóg mroźnej, skutej lodem 
krainy, gdzie się urodził, dawał człowiekowi życie i silną wolę, nigdy jednak posępny Pan 
Góry nie obiecywał, że to życie potrwa długo, i że silna wola zwycięży w każdej sytuacji. 
Mężczyzna mógł po prostu walczyć, tak długo jak starczy sił, tchu i życia. 

background image

   Cymmerianin nie zwolnił, dopóki nie zamajaczyły przed nim mury pałacu królewskiego. 
Krenele i szczyty wież były tylko cieniami na tle hebanowego nieba. Potężne, obite żelazem 
wrota były zamknięte i zaryglowane, krata opuszczona, barbarzyńca jednak nawet nie spojrzał 
w tym kierunku. Nie od tamtej strony zamierzał dostać się tej nocy do środka. 
   Przesuwał palcami po powierzchni muru, który w mroku był całkiem niewidoczny. Wielki 
mur wzniesiono wiele stuleci temu z głazów, z których każdy ważył dwadzieścia razy więcej 
niż postawny mężczyzna. Jedynie największe katapulty zdołałyby, miotanymi z nich głazami, 
naruszyć te mocarne ściany, jednak Conan wcale nie zamierzał ich burzyć. Nieubłagany czas 
wykruszył zaprawę pomiędzy ogromnymi kamieniami, pozostawiając szczeliny, będące 
niemal idealnymi punktami oparcia dla rąk i nóg cymmeriańskiego górala. 
   Conan piął się w górę zwinnie i pewnie, palce dłoni i stóp bezbłędnie odnajdywały 
wyżłobienia, gdzie wiatr, deszcz i osłabiły zaprawę, a mocne mięśnie naprężały się, by mógł, 
podciągając się pokonać fragment muru, w który wetknąć można było jedynie koniuszki 
palców. Pod sobą miał coraz bardziej powiększającą się przepaść, która dzieliła go od 
chodnika, niewidocznego już w ciemności. Barbarzyńca jednak nie zwolnił tempa i nadal 
wspinał się zwinnie po pionowej ścianie. Miał zbyt mało czasu, by pozwolić sobie na 
nadmierną ostrożność. 
   Na szczycie muru znieruchomiał pomiędzy dwoma wysokimi blankami, ozdobionymi 
kamiennymi lampartami. Wytężył słuch, by wychwycić szuranie butów na wale obronnym, 
skrzypienie skóry i szczęk zbroi. Walka z wartownikami bez wątpienia położyłaby smutny 
kres jego wyprawie, zanim jeszcze ta się na dobre zaczęła. Było cicho, jak makiem zasiał. 
Conan przecisnął się przez krenel. Na wale obronnym nie było ani jednego wartownika. W 
pałacu panowała grobowa cisza. Wyglądało na to, że Iskandrian pozostawił straże tylko przy 
bramie. Biały Orzeł zgodnie ze swoim przydomkiem, miał uderzyć mocno i bezlitośnie. Z 
wału do zewnętrznego muru obronnego biegło łukowate zejście. Tam jednak z pewnością 
zostałby dostrzeżony, bez względu na to, ilu wartowników pozostawiono na straży, czy ilu 
służących ukrywało się w obawie, że w razie utraty korony przez tego kto ją obecnie nosił, 
mogą zostać posądzeni, iż zbyt gorliwie mu usługiwali, a co za tym idzie przypłacić swą 
służalczość głową. Musiał dotrzeć do celu po dachach. Najbliższy z nich, należący do 
pałacowego skrzydła, znajdował się w odległości skoku od zejścia. Nic trudnego dla 
zdrowego, gibkiego mężczyzny. Byłoby łatwiej gdyby można mieć rozbieg po prostej, a nie 
po stromiźnie zejścia do dolnego muru obronnego, i gdyby zapomnieć o odległości od ziemi, 
a w tym przypadku do granitowego chodnika, znajdującego się dwa piętra poniżej pionowej 
ściany. 
   Conan odmierzył odległość i kąt skoku, po czym wziął głęboki oddech i ruszył pędem 
wzdłuż zejścia. Przy szóstym kroku wybił się z całej siły i potężnym susem pokonał odległość 
dzielącą go od dachu. Końcami palców uchwycił się jego krawędzi. Jedna z dachówek 
odłamała się i spadła w ciemność, by roztrzaskać się na kamieniach w dole. Przez mgnienie 
oka Conan wisiał tylko na jednej ręce. Powoli podciągnął się w górę i przerzucił nogę przez 
krawędź dachu. Gont, którego się trzymał, poruszył się pod jego dłonią. Wreszcie rozciągnął 
się płasko na dachu, ostrożnie odsunął obluzowane gonty i spłycając oddech czekał. Czy hałas 
wywołany upadkiem dachówki przyciągnie czyjąś uwagę? Wciąż nic. Żadnej reakcji. 
   Niczym drapieżnik z dżungli, Conan wstał i puścił się biegiem. Jego stopy bezbłędnie 
odnajdywały ukośnie ułożone dachówki. Barbarzyńca wspiął się po granitowych 
maszkaronach na wyższy poziom i dał susa z balkonu wyłożonego biało–czarną kostką, by 
schwycić się występu szczytowego okna. Dotykając piersią gładkiego granitu, znalazł się na 
parapecie wyższego piętra. Wąski gzyms zapewniał oparcie jedynie dla palców stóp, lecz 
Cymmerianin zaraz ruszył dalej. Minął kolejne okna, zarówno te ze słupkami, jak i 
podzielone trójkątnie, aż w końcu przecisnął się przez wąski, łukowato sklepiony otwór 

background image

wentylacyjny i spojrzał z wielkiej wysokości na rozległą komnatę tronową pałacu 
królewskiego. 
   Ogromne, złote lampy zwieszały się na grubych łańcuchach z tego samego metalu, z 
kopułowo sklepionego sufitu. Ich jasne płomienie doskonale oświetlały posadzkę, wyłożoną 
mozaikową kostką, przedstawiającą lamparty i orły, królewskie symbole Ophiru. Pośrodku tej 
posadzki ustawiono przykryte kirem mary, na których spoczywały, wystawione na widok 
publiczny, zwłoki Valdrica. Były przyobleczone we wspaniałą, purpurową szatę, wyszywaną 
złotą nicią i ozdobioną perłami. Przy zwłokach króla nie wystawiono wart. 
   Conan odnalazł wzrokiem tron. Przypominał wielki fotel, na którym siedział Antimides. 
Również zdobiły go wizerunki orłów i lampartów, ten mebel był jednak większy i wykonany 
ze szczerego złota. Oczy zwierząt zrobiono z rubinów, a szpony i pazury z wielkich 
szmaragdów. Nigdzie nie było widać korony. Czy było to zgodne z pradawnym prawem czy 
też nie, pomyślał Cymmerianin, Valentius najwyraźniej nie miał zamiaru rozstawać się z 
królewskim diademem na dziewięć dni, skoro już go zdobył i nałożył sobie na skronie. 
Dostrzegł jednak to, czego szukał i po co tu przybył. Na podłokietnikach tronu spoczywało 
berło Ophiru. Było złote i roziskrzone najróżniejszymi klejnotami, którymi inkrustowano je 
na całej długości. 
   Conan zaczął ostrożnie schodzić do sali tronowej, wykorzystując w tym celu ślimaki i 
arabeski, tak licznie obecne na marmurowych murach. Dwadzieścia stóp nad podłogą. 
Skończyły się rzeźbione ozdoby ścian. Niżej jednak wisiały ogromne gobeliny. Cymmerianin 
oderwał róg jednego z nich i skoczył, używając gobelinu jak sznura. Jego stopy musnęły 
ziemię, więc puścił arras i popędził co tchu ku tronowi. 
   Niemal z wahaniem zważył w dłoni długie berło. Tak wiele ryzykował, a wszystko za 
namową mało wiarygodnego, nadużywającego alkoholu, nieudanego adepta sztuk 
magicznych. Tak wiele zależało od słów tego starca. Dobył noża i zaczął energicznie 
odłupywać z berła warstwę złota oraz klejnoty, upuszczając je na aksamitne siedzisko tronu. 
Na widok drewna znajdującego się pod spodem aż westchnął z zadowolenia, lecz nie 
przerwał, dopóki nie usunął całej zewnętrznej powłoki. W rezultacie dzierżył w dłoni prostą 
drewnianą laską, długą na rozpiętość jego ramion i grubą na dwa palce. 
   „Czy to możliwe, bym miał przed sobą laskę Avanrakasha?” — zastanawiał się. 
   Nie wyczuwał w niej żadnej magicznej mocy, nie wyglądała też na starą. Równie dobrze 
mogła to być laska wycięta w pobliskim lesie nie dawniej niż kilka dni temu. 
   — A jednak znajdowała się wewnątrz berła — wyszeptał. — I to wszystko, co mam. — 
Zgarnął jeszcze na szczęście garść klejnotów z siedziska tronu, nie wnikając co właściwie 
zabiera, po czym włożył je do sakiewki. 
   — Pospolity złodziej — rzekł Taramenon od drzwi sali tronowej. — Sądzisz, że Synelle 
zdziwi się, gdy wróci i ujrzy twoją głowę zatkniętą na grocie włóczni nad Bramą Nadrzeczną? 
   Conan sięgnął ręką za plecy, po chwili w jego dłoni znalazł się stary, wierny miecz. 
Ściskając laskę w lewej ręce, ruszył ku wysokiemu szlachcicowi. Nie miał mu nic do 
powiedzenia, nie było na to czasu. Jednak nawet samo imię jego mocodawczym wystarczyło, 
by poczuł przypływ pożądania. Synelle. Jak mógł na tak długo wyrzucić ją z pamięci? Jak 
mógł wytrzymać bez dotykania jej nadobnego, zmysłowego ciała? Lodowaty bitewny gniew 
stłumił owe myśli, stłamsił je i usunął w cień. 
   Taramenon cisnął w bok szkarłatną, podbitą futrem pelerynę i również dobył miecza. 
   — Wpadłem tu tylko na chwilę, aby napluć Valdricowi w twarz. Oddawanie pokłonu 
trupowi, który był martwy na długo przed tym jak faktycznie wyzionął ducha, niewymownie 
mnie mierziło. Nie spodziewałem się ujrzeć cię tutaj, a widok ten przyjemnie mnie zaskoczył. 
— Naraz gniew zmienił jego oblicze w wykrzywioną, szkaradną maskę. — Opowiem jej o 
twojej śmierci, gdy zobaczę się z nią tej nocy. Nigdy już nie tkniesz jej swymi brudnymi 

background image

paluchami, ty barbarzyński wieprzu! — Z tymi słowami rzucił się naprzód, tnąc zamaszyście 
w głowę Conana. 
   Miecz Cymmerianina z głośnym brzękiem zderzył się z orężem Taramenona. Ophirczyk aż 
wybałuszył oczy, zdumiony siłą ciosu, lecz natychmiast uderzył ponownie. I tym razem ostrze 
Conana sparowało cięcie pośród kaskady iskier. Taramenon walczył z zabójczą finezją 
najlepszego szermierza Ophiru, jego długi miecz był szybki, ruchliwy i niebezpieczny jak 
kothyjska żmija. Conan przypominał w tym starciu pełnego chłodnej zaciętości berserkera z 
północnych krain, a jego oręż był niczym grom. Nie miał czasu do stracenia. Musiał 
zwyciężyć, i to szybko, w przeciwnym razie hałas przyciągnie tu innych zbrojnych, którzy 
mogliby pokonać go choćby samą tylko przewagą liczebną. Jego nie ustające ataki zmusiły 
Taramenona, by przeszedł do rozpaczliwej obrony. 
   Pot spływał po twarzy najlepszego szermierza Ophiru, cofającego się nieubłaganie pod 
naporem ataków niezmordowanego i bezlitosnego demona o twarzy jak z kamienia i 
lodowatych, niebieskich oczach. W głębi tych oczu szlachcic ujrzał swą niechybną śmierć. 
 
   Na twarzy Taramenona pojawił się wyraz paniki i po raz pierwszy w życiu pojął, co znaczy 
strach. 
   — Straże! — zakrzyknął. — Złodziej! Hej straż! 
   W chwili, gdy szlachcic na moment się zdekoncentrował, przywołując straże, ostrze Conana 
przesunęło się po jego mieczu i dosięgło go. Ogniwa kolczugi pękły, ostra stal rozpłatała 
mięśnie i kości, a jelec miecza Cymmerianina zderzył się z klatką piersiową Taramenona. 
Conan spojrzał w jego ciemne, pełne niedowierzania oczy. 
   — Synelle jest moja — wychrypiał. — Moja! 
   Krew puściła się szlachcicowi z ust i upadł. Conan z niejakim zdumieniem spojrzał na trupa 
i dopiero po chwili przypomniał sobie o wyrwaniu miecza z jego piersi. Dlaczego to 
powiedział? Synelle nie odgrywała tu żadnej roli. Ważna była tylko Karela, Al Kiir i laska, 
którą musiał jak najszybciej dostarczyć na rozstaje. Jednak mimo to przed jego oczyma zaczął 
pojawiać się, przywołany z otchłani pamięci, obraz smukłych ud, satynowej skóry, krągłych 
piersi, oraz… Kiwając głową, podszedł chwiejnie po wciśniętą w kąt pelerynę Taramenona, 
by otrzeć nią zakrwawioną klingę miecza i odciąć kilka pasów, którymi mógłby 
przymocować na plecach laskę. „Czyżbym tracił zmysły?” — zastanawiał się. Obraz Synelle 
napływał do jego umysłu coraz silniejszymi falami, jakby chciał nadrobić czas, kiedy nie 
myślał o niej w ogóle. Jął rozpaczliwie odsuwać go od siebie. 
   „Rozstaje — pomyślał. — Na rozstaje i to jak najszybciej. Nie mam chwili do stracenia”. 
   Podbiegł do na wpół zdartego ze ściany arrasu i zaczął się wspinać. Synelle. Rozstaje, 
Szybko. Nie ma czasu. 
 
XX 
    
   Karela stęknęła, gdy worek, w którym ją niesiono, odwrócono do góry dnem i wypadła zeń, 
wciąż naga i spętana, na zimne kamienie. Po długim przebywaniu w ciemnościach światło 
oślepiło ją, oczy wypełniły się łzami. To wprawiło ją we wściekłość, nie pozwoli, by jej 
oprawcy sądzili, iż się załamała. Zamrugała i stwierdziła, że znajduje się w niewielkiej jaskini 
o topornie ciosanych kamiennych ścianach, oświetlonej pochodniami w obsadach z czarnego 
żelaza. 
   I nie była sama. Ujrzała nieopodal Synelle i cztery inne jasnowłose kobiety, o alabastrowej 
skórze, wyglądające niczym bliźniacze siostry. Szlachcianka ubrana była inaczej niż ostatnim 
razem, gdy ją widziała. Teraz miała na nadgarstkach bransolety z czarnego żelaza, a jej 
jedynym odzieniem były dwa paski czarnego jedwabiu, które zwieszały się ze złotego 
łańcuszka z przodu i z tyłu, pozostawiając obnażone biodra i piersi kobiety. Karela zadrżała 

background image

na widok sprzączki złotego paska i widniejącego na nim wizerunku. Przedstawiał głowę 
odrażającego monstrum, którego spiżową figurkę sprzedała — czy raczej usiłowała sprzedać 
— tyle że była cyzelowana w złocie. Srebrzyste loki Synelle zdobił misternej roboty wieniec 
ze złotych ogniw, niemalże diadem, który również nosił symbole plugawego bóstwa, w 
postaci zakrzywionych rogów. 
   Pozostałe kobiety były ubrane podobnie jak Synelle, lecz cienkie pasy okalające ich talie 
wykonano z czarnego żelaza, podobnie jak bransolety na ich kostkach, nadgarstkach i 
szyjach. Nie miały ozdób na włosach. Z pochylonymi głowami przypatrywały się bacznie 
szlachciance o egzotycznej urodzie. 
   Karela przełknęła ślinę i dopiero teraz zwróciła uwagę na dokuczliwą suchość w gardle. 
Gdyby mogła mówić, powiedziałaby Synelle, żeby zatrzymała sobie Conana. Skłamałaby. 
Byle dziewka o bladych włosach nie mogła zmusić jej do zmiany planów, jakie żywiła 
względem Cymmerianina, lecz w obecnej chwili byłoby to wręcz wskazane. Synelle pokiwała 
głową, a cztery kobiety w pasach z żelaza wyjęły skórzane rzemienie. Karela wbrew sobie 
jęła szarpać unieruchamiające ją więzy. Gdyby tylko miała sztylet, wolną jedną rękę, albo 
przynajmniej wyjęto jej z ust knebel, żeby mogła choć odszczeknąć się zuchwale. 
   — Posłuchaj mnie, dziewko — powiedziała Synelle. — Te kobiety przygotują cię do 
ceremonii. Jeśli będziesz się wyrywać, złoją ci skórę, ale tak czy inaczej wypełnią moje 
rozkazy co do joty. Wolałabym, abyś nie była nazbyt sponiewierana, więc skiń głową, jeśli 
zgadzasz się nie stawiać oporu. 
   Karela miała chęć wrzeszczeć na całe gardło. Nie stawiać oporu! 
   Czy ta kobieta sądziła, że miała do czynienia z przy głupią dziewką, którą można zastraszyć 
byle groźbą? Jej zielone oczy miotały w Synelle bezgłośne gromy. 
   Nagle szlachcianka postąpiła dwa kroki do przodu, oparła stopę na podciągniętych aż pod 
brodę kolanach Kareli i przewróciwszy ją na plecy, docisnęła jej głowę do podłogi. 
   — Posmakuj więc tego, co cię czeka. Bijcie, a mocno. 
   Cztery kobiety podeszły bliżej, a ich skórzane rzemienie przecięły powietrze i opadły na 
obnażone pośladki grasantki, naprężone aż do bólu wskutek skrępowania sznurami. 
   Oczy Kareli niemal wyszły z orbit, a ona sama prawie cieszyła się, że miała w ustach 
knebel, w przeciwnym razie jej krzyk byłoby słychać daleko stąd. Po chwili energicznie 
pokiwała głową. Derketo! Nie ma sensu na darmo zbierać cięgów, gdy jesteś związana 
niczym świnia na jarmarku. 
   Synelle dała kobietom znak, by przestały. 
   — Byłam pewna, że zmądrzejesz. 
   Karela usiłowała odnaleźć spojrzenie ciemnych oczu patrzących na nią z góry, lecz w końcu 
upokorzona zmrużyła powieki. Jeden rzut oka na twarz szlachcianki wystarczył, by 
przekonała się, iż ta nigdy nie wątpiła w możliwość złamania uporu rudowłosej złodziejki. 
„Niech no się tylko uwolnię — modliła się w duchu Karela — już ja im odpłacę pięknym za 
nadobne…”. Wtem krępujące ją więzy zostały przecięte. Karela dostrzegła błysk sztyletu. 
Sięgnęła ręką, by go pochwycić… i runęła jak długa na kamienną podłogę, cierpiąc potworne 
katusze. 
   Mięśnie zesztywniałe po tak długim unieruchomieniu całego ciała w niewygodnej pozycji 
odmówiły jej posłuszeństwa. Powoli, przezwyciężając potworny ból uniosła rękę, by 
wyciągnąć z ust knebel. Chciało się jej płakać, sztylet zniknął, a ona nie potrafiła stwierdzić, 
kto go miał i gdzie ukrył. 
   Kiedy upuściła wilgotny kłąb materiału na podłogę, dwie spośród służek Synelle podniosły 
ją z ziemi. Aż stęknęła z bólu. Gdyby jej nie podtrzymały, nie ustałaby na nogach. Trzecia 
służka zaczęła rozczesywać grzebieniem z kości słoniowej jej zmierzwione włosy, ostatnia 
zaś otarła jej pot z czoła, wilgotną, miękką szmatką. 
   Karela poruszała ustami, aby je zwilżyć i móc coś powiedzieć. 

background image

   — Nie sprzedam cię do tawerny — wykrztusiła — wyrwę ci serce gołymi rękami. 
   — Doskonale — rzekła Synelle. — Obawiałam się już, że utraciłaś swoją dumę. Często tak 
bywa. Niektórym wystarcza samo uwięzienie, pęta i fakt znalezienia się tutaj. Cieszę się, że w 
twoim przypadku jest inaczej. 
   Karela parsknęła drwiąco. 
   — A zatem chcesz zarezerwować dla siebie przyjemność upokorzenia mnie, odarcia z mojej 
godności? Niedoczekanie twoje. Nigdy ci się to nie uda. A gdybyś chciała odzyskać 
Conana… 
   — Conan! — Ucięła szlachcianka, a jej ciemne oczy rozszerzyły się w wyrazie zdumienia. 
— Skąd wiesz o barbarzyńcy? 
   — Byliśmy kiedyś — zaczęła Karela i nagle urwała. Była zmęczona i wcale nie chciała 
rozmawiać na drażliwe tematy. — Nieważne, skąd o nim wiem. Jeżeli go pragniesz, przestań 
mi grozić i zaproponuj jakiś korzystny układ. Zacznijmy się targować. 
   Synelle zaśmiała się dźwięcznie. 
   — Sądzisz przeto, że chciałam jedynie pozbyć się niewygodnej rywalki. Powinnam być 
wściekła, że ktoś taki jak ty ma czelność uważać się za moją rywalkę, lecz przyznać muszę, 
że szczerze mnie to rozbawiło. Mniemam, iż poznał w swoim życiu wiele kobiet, a skoro 
zaliczasz się do nich, z przykrością stwierdzam, że nie należy on do wybrednych. Ale to się 
skończy. — Wyciągnęła jedną rękę przed siebie. — Teraz ja mam władzę nad barbarzyńcą. 
Mam go w ręku. Gdy go wezwę, będzie czołgał się przede mną, a gdy rozkażę, będzie tańczył 
jak niedźwiedź na jarmarku. A ty uważasz się za moją rywalkę? — Zadarła głowę do góry i 
wybuchnęła jeszcze donośniejszym śmiechem. 
   — Żadna kobieta nie jest w stanie tak traktować Conana — ucięła Karela. — Wiem, bo 
sama próbowałam, a na Derketo, jestem od ciebie po stokroć bardziej kobieca. 
   — Nadajesz się do wykorzystania podczas ceremonii — rzekła beznamiętnie kobieta o 
srebrnych włosach. — Ja natomiast jestem Najwyższą Kapłanką Al Kiira. Jednak gdybym 
była tylko księżniczką, nie najęłabym cię nawet do usługiwania mi. Moje dworki są 
szlachciankami z Korythii, a dziewczyna, która usługuje mi przy kąpieli i naciera 
wonnościami, jest księżniczką z Vendhii. Wszystkie one, mimo swego szlachetnego 
urodzenia, mają teraz tylko jeden cel, wypełniać każdy mój rozkaz, każdą moją zachciankę. 
Cóż mogłaby robić wśród nich byle grasantka, której miejsce jest jeno wśród niewolników? 
   Karela już miała odparować, gdy u wejścia do jaskini pojawił się mężczyzna w czarnej 
zbroi. Przez chwilę sądziła, że to postać, którą symbolizowała statuetka z brązu. Głupiaś, 
złajała samą siebie. Taki stwór nie istnieje. 
   — Czy Taramenon już przybył? — zwróciła się do mężczyzny Synelle. 
   — Nie, pani. Nie ma także od niego żadnych wieści. 
   — Zapłaci mi za to — syknęła zjadliwie Synelle. — Śmie wystawiać na próbę moją 
cierpliwość? Osobiście dopilnuję, aby pożałował swojej zuchwałości! — Wzięła głęboki 
oddech i wygładziła i tak już obcisły materiał jedwabnej sukni, opinający jej krągłe piersi. — 
Zaczniemy bez niego. Są jeszcze inne rytuały prócz daru kobiet. 
   — A Taramenon, pani? — rzucił mężczyzna z niepokojem w głosie. 
   — Słyszałeś, co powiedziałam! — Synelle wykonała władczy gest ręką i postać w zbroi 
skłoniwszy się, opuściła jaskinię. 
   Karela nasłuchiwała z uwagą, w nadziei, że jakiś strzęp informacji może dopomóc jej w 
ucieczce, lecz dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak została ubrana. W jej włosy wpięto 
kwiaty tarki, a muślinowe warstwy białego jedwabiu nałożono tak, by można było zdzierać je, 
jedna po drugiej, podczas ceremonii. 
   — Co to za głupie żarty? — warknęła. — Faktycznie uważasz mnie za swoją rywalkę, jeśli 
jednak sądzisz, że pozbędziesz się mnie w taki sposób, to chyba postradałaś zmysły! Nie 
poślubię żadnego mężczyzny. Słyszysz, co do ciebie mówię, ty bladolica podobizno kobiety? 

background image

   Usta Synelle wykrzywił złowrogi uśmiech, a wyraz jej twarzy zmroził krew w żyłach 
złodziejki. 
   — Nie poślubisz żadnego mężczyzny — oznajmiła półgłosem wyniosła szlachcianka. — 
Dziś wieczorem pojmiesz za męża boga, a ja stanę się władczynią Ophiru. 
    
   Wysoki biały obelisk z marmuru, stojący na rozstajach dróg, na którym podano odległości 
do granicy Nemedyjskiej i Aquilońskiej, zamajaczył w ciemnościach nocy przed Conanem. 
Żaden dźwięk nie mącił ciszy, z wyjątkiem jego własnego strudzonego oddechu i 
rytmicznego tupotu stóp na kamieniach. Za słupem wznosił się ciemny masyw Tor Al Kiir, 
ogromny granatowy kopiec górujący ponad tą nizinną krainą. 
   Postawny Cymmerianin przykląkł obok marmurowego słupa, lustrując sokolim wzrokiem 
otaczający go mrok. Ani śladu jego ludzi. Wydał cichy dźwięk, naśladując zew 
nemediańskiego jastrzębia. 
   Przytłumione skrzypnięcie ciasno ściśniętej uprzęży obwieściło pojawienie się Machaona i 
innych, prowadzących za sobą wierzchowce. 
   Memtes, idący na samym końcu, dzierżył w dłoni lejce swego konia i potężnego czarnego, 
Aquilońskiego rumaka bojowego Cymmerianina. Najemnicy mieli przewieszone na ukos 
przez plecy łuki oraz kołczany pełne strzał. 
   — Uznałem, że lepiej będzie nie rzucać się zanadto w oczy — rzucił półgłosem tatuowany 
weteran, gwoli wyjaśnienia. — Gdy tu przybyliśmy, minęło nas ze czterdziestu zbrojnych, 
ścigających równie liczny oddział i dwukrotnie przemknęły obok szwadrony lekkiej 
kawalerii. Ci ostatni to bez wątpienia zwiad. 
   — Może się mylę — dodał Narus cicho, by jego głos nie rozszedł się daleko — ale wydaje 
mi się, że Iskandrian szuka dzisiejszej nocy okazji do walki, szlachta zaś stara się go unikać, 
dopóki nie zgromadzi odpowiednio dużych sił. 
   Nigdy nie przypuszczałem, że kiedy wybije godzina rozpoczęcia ostatecznej bitwy o losy 
Ophiru, ja będę w tym czasie wspinał się na szczyt góry. 
   — Wobec tego, jeżeli tak ci zależy na chwale i zaszczytach — warknął Conan — przyłącz 
się do Taurianusa. 
   Poirytowany pokręcił głową. Zazwyczaj nie był tak zgryźliwy, lecz miał wrażenie, że ktoś 
lub coś owładnęło jego myśli, kierując je ku jednemu. Rozpaczliwie, co było dlań nietypowe, 
walczył, by nie zatracić wiary w zasadniczy cel swojej misji i stawić opór zalewającym jego 
umysł falom obrazów Synelle oraz przypływom żądzy, którą wywoływały. 
   — Czy to ta słynna laska? — zapytał Machaon. — Nie wygląda mi na czarodziejską. 
   — Ale to właśnie ona — odparł Conan. — I ma w sobie moc. 
   Miał nadzieję, że to prawda. Rozwiązawszy pasy materiału, którymi przytroczył na plecach 
drewniany kij, ujął go w jedną rękę, a swój długi, prosty miecz w drugą. 
   — Teraz macie ostatnią okazję, by zmienić zdanie. Jeśli ktokolwiek z was nie jest do końca 
przekonany, czy chce wziąć udział w tej walce, niechaj odejdzie. 
   Odpowiedzią był cichy, zabójczy szelest stali wysuwanej ze skórzanych pochew. Conan 
posępnie pokiwał głową. 
   — Wobec tego ukryjcie konie w tym zagajniku opodal i chodźcie za mną. 
   — Twoja zbroja — powiedział Machaon. — Wisi przy siodle. 
   — Nie ma na to czasu — mruknął Conan i nie czekając na pozostałych jął wspinać się po 
kamiennym stoku. 
   Crom nie był bogiem, do którego mężczyźni zanosili modły, nie dawał swoim wyznawcom 
nic, poza darem życia. Teraz jednak Conan odmówił bezgłośną modlitwę do każdego z bóstw, 
które mogło go słuchać. Jeżeli miał umrzeć, niechaj przynajmniej zdąży dotrzeć na miejsce na 
czas. 
    

background image

   Grupka mężczyzn wiedzionych jednym celem pięła się w ciszy po kamiennym zboczu góry, 
zmierzając prosto w paszczę lwa, w tym zaś przypadku do kryjówki prastarego boga. 
    
   Rzemień znów smagnął Karelę po ramionach, a ona zagryzła wargi, by nie krzyknąć. 
Związana pomiędzy słupami zwieńczonymi obscenicznym łbem Al Kiira, uklękła, gdy z jej 
ciała zdarto wszystko, prócz jednej, już ostatniej warstwy cienkiego, błękitnego jedwabiu. To 
nie ból, skądinąd palący, miał wycisnąć spomiędzy jej warg przeciągły skowyt, a w każdym 
razie nie tylko. Pierwej by umarła, nim dałaby swym oprawcom satysfakcję przyznając się do 
tego. Przeszywające żywym ogniem uderzenia, tworzące szkarłatne pręgi na jej ciele były 
bowiem niczym uszczypnięcia, w porównaniu z żarem pożądania rozbudzonym w niej przez 
maść, którą natarła jej skórę Synelle. Karela wiła się w niekontrolowanych spazmach, a 
upokorzenie, jakiego przy tym doświadczała, wycisnęło z jej oczu łzy. 
   Srebrnowłosa szlachcianka tańczyła przed nią, wirując i prężąc się, nucąc słowa, które nikły 
w dźwiękach upiornych fletów i łoskocie mieczy w pochwach, uderzających rytmicznie w 
kamienną podłogę ogromnej jaskini. Pomiędzy Synelle i Karelą stał skradziony Conanowi 
posążek, lecz jego mroczną aurę przyćmiewały fale plugawego zła, bijące z wielkiego 
krwawego posągu, dominującego w tej pieczarze. Troje czarnych ślepi, zdające się spijać 
światło, przyciągało jej spojrzenie. Usiłowała oderwać wzrok od tych diabelskich oczu. 
Modliła się o siłę, by móc tego dokonać, lecz była bezwolna, niczym ptak zahipnotyzowany 
przez węża. 
   Rzemienie smagały ją raz po raz, bez końca. Jej spętane dłonie drżały, gdy resztką sił 
zmusiła się, by nie wrzasnąć na całe gardło. W pewnej chwili bowiem demoniczna, szkarłatna 
figurka zaczęła wibrować, wydając osobliwy brzęczący dźwięk zlewający się z zawodzeniem 
fletów i rozdzierający najgłębsze zakamarki jej kobiecości. Conanie, zachlipała bezgłośnie, 
gdzie jesteś? 
    
   Poruszenie tam, gdzie nie istniały czas ani przestrzeń, gdzie nieskończona nicość była 
wszystkim. Prawie pełne przebudzenie, jak dojmująca rozkosz, przenikająca niewzruszoną 
dotąd opokę. Pojawiła się irytacja, zbyt potężna, by jej ogrom mogły wyobrazić sobie razem 
wzięte umysły wszystkich żyjących ludzi. Czy tej udręce nigdy już nie będzie końca, owym 
powrotom prastarych wspomnień, które niemal odeszły w cień i lepiej, by pozostały 
zapomniane? Czy nie… Pełna świadomość, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, 
świadomość tak chłodna, że mogłaby skuć lodem słońca i zatrzymać poruszające się planety. 
Pojawił się kierunek. Jedno wyraziste pasmo krystalicznie czystego pożądania i bólu, 
ciągnące się w nieskończoność. Wolno, ze znużeniem zrodzonym z całych stuleci 
rozczarowań, w samym sercu pustki pojawiła się reakcja na lśniącą nić oddania i poświęcenia. 
To nadchodziło. 
    
   Conan wyjrzał zza skraju ogromnego, omszałego bloku marmuru, który ongiś miał zostać 
wykorzystany do budowy. W ciemności grały świerszcze, jakiś nocny ptak wydał przeraźliwy 
krzyk. Poza tym wokoło panował kompletny spokój. 
   Pozbawione dachów ściany z nadżartych wilgocią kamieni i kolumny bez szczytów, nigdy 
nie wykończone, a teraz oplecione gęstwiną winorośli zdobiły równy jak stół wierzchołek 
góry. Między kolumnami znajdowało się ponad dwudziestu mężczyzn w czerwonych 
zbrojach i rogatych hełmach. Pochodnie, które trzymał co trzeci z nich, rzucały migotliwe 
cienie na ponure ruiny. Miał ochotę westchnąć z ulgą na widok szkarłatnego symbolu, który 
nosili na piersiach. Przedstawiał on bez wątpienia głowę istoty, której figurkę ukradła Karela, 
głowę Al Kiira. Aż do tej chwili miał wątpliwości, czy udał się we właściwe miejsce. 
Stwierdził, że mężczyźni w czarnych zbrojach zdawali się strzec wejścia do pomieszczeń 
poniżej. Zapewne tam właśnie odbywał się odrażający rytuał. Boros powiedział, że grobowiec 

background image

znajdował się w samym sercu góry. W takim razie powinna to być straż. Złowroga reputacja 
Tor Al Kiir sprawiła, że ludzie powszechnie unikali tego miejsca, zwłaszcza nocą, i to 
uczyniło ich nieostrożnymi. Jedni opierali się o blade, żłobkowe kolumny, inni siedzieli i 
zawzięcie o czymś dyskutowali. Nikt nie patrzył w stronę zbocza góry, nie wypatrywał 
potencjalnych intruzów. 
   Conan dał znak ręką. Idących za nim dziewięciu mężczyzn nie potrzebowało poleceń 
słownych, by rozpłynąć się bezszelestnie w ciemnościach. Cymmerianin odliczał bezgłośnie, 
wiedział dokładnie, ile czasu zajmie jego ludziom rozstawienie się na pozycjach. 
   — Teraz! — zawołał i wyskoczył z ukrycia, rzucając się na wartowników. 
   Na jego okrzyk i widok strażnicy zamarli w bezruchu. Nie spodziewali się żadnego natarcia. 
Wyglądało, że atakował ich samotny desperat. Ta chwila zawahania wystarczyła, by dziewięć 
cięciw zaśpiewało swą pieśń, a dziewięć upierzonych strzał wysączyło dziewięć żywotów. 
   Wartownicy Al Kiira zostali jednak wybrani z uwagi na swe umiejętności i gdy jedni padali 
martwi, ci co pozostali przy życiu, czym prędzej rzucili się w kierunku kolumn, aby się za 
nimi schronić. Conan jednak był już przy nich. Wyrzucając laskę do przodu jak włócznię, 
trafił jednego ze strażników w szyję — chrupnęła kość. Głowa mężczyzny odchyliła się do 
tyłu pod nieprawdopodobnym kątem, a z ust miast okrzyku dobyło się przedśmiertne rzężenie 
i buchnęła krew. 
   — Za Conana! — rozległo się z tyłu, za nim. — Conan! 
   Ktoś ciął mieczem, usiłując go trafić, ale jego prastary oręż odrąbał rękę, trzymającą ów 
miecz. Barbarzyńca uchylił się przed ciosem, który miał pozbawić go głowy i zamachując się 
swoim mieczem, niczym toporem przerąbał klatkę piersiową napastnika, niemal do 
kręgosłupa. Kopnięciem zsunął zwłoki z ostrza i wyprostował się, by stwierdzić, że nie ostał 
się już przy życiu żaden z czarno odzianych wartowników. Jego najemnicy stali pośród ciał z 
mieczami ociekającymi posoką i bacznie wypatrywali kolejnych przeciwników. 
   — Wszyscy nie żyją? — zapytał Conan. Machaon pokręcił głową. 
   — Dwóch uciekło tamtędy. — Wskazał na mroczny otwór, skąd kamienne schody wiodły 
stromo w głąb góry. 
   — Na Croma! — wymamrotał pod nosem Cymmerianin. Szybkim krokiem podszedł do 
wejścia i zaczął schodzić w mrok. Pozostali bez słowa ruszyli za nim. 
    
   Pot ściekał po jej gibkim ciele, gdy Synelle niezmordowanie powtarzała prastare formy i 
układy, wyginając się i prężąc jak kotka, w tańcu będącym odzwierciedleniem odwiecznej 
dwoistości bólu i pożądania. Słowa zapomniane w pomroce dziejów płynęły z jej ust, 
odbijając się donośnym echem pośród ścian, słowa błagalne i gloryfikujące jej odrażającego 
boga. Monstrualna, rogata istota, przed którą tańczyła, pulsowała, niczym struna harfy. 
Dochodzące od niej brzęczenie zagłuszało zupełnie muzykę fletów, dudnienie mieczy, a 
nawet trzask skórzanych rzemieni, lecz zdawało się zlewać z głosem kapłanki i potęgować go. 
Jakiś fragment jej umysłu zarejestrował, że kasztanowo włosa kobieta, teraz już naga, lecz 
wciąż bezlitośnie chłostana rzemieniami, zwisła bezwładnie pomiędzy palami. Nadal nie 
chciała się poddać i uparcie stawiała opór. Ani jeden, choćby najcichszy okrzyk, nie wydobył 
się z jej warg. To dobrze, pomyślała Synelle, nie przerywając ani na chwilę tańca i inkantacji. 
Była pewna, że jej sukces, bo o wynik swych działań już się nie bała, wynikał po części z 
uporu i niezłomnej dumy Kareli, jak również z obecności figurki rogatego bóstwa. Ta 
złodziejka była o wiele lepsza niż butne szlachcianki, które ostatecznie wybuchały płaczem, 
błagając chłoszczących je mężczyzn, by przestali, ba, posuwały się nawet do niewybrednych 
propozycji, z których oprawcy, w zamian za chwilę odpoczynku, mogliby skorzystać. 
   Jeden ze strażników wpadł nagle do komnaty, w okrwawionej i porozdzieranej kolczudze. 
   — Pani, atakują nas! — wysapał. — Są ich setki! Mają zawołanie — Conan! 
    

background image

   Synelle zadrżała, zmyliła krok, lecz zaraz gorączkowo poczęła odnajdywać właściwy rytm i 
słowa inkantacji. „Gdybym teraz przerwała, zdarzyłoby się nieszczęście, katastrofa, jakiej nie 
sposób sobie nawet wyobrazić”. Mimo to jej umysł został zmącony. „Conan? To przecież 
niemożliwe. Wszak niepojęte było, by ktokolwiek odważył się wedrzeć nocą na szczyt Tor Al 
Kiir. Któż zatem…?” 
   Myśli, słowa i ruchy poszły w jednej chwili w zapomnienie. 
   Wszystkie dźwięki ucichły, gdy wielki rogaty łeb odwrócił się ku niej, a troje 
pozbawionych powiek ślepi, czarnych jak sama śmierć spojrzało na nią, niczym gorejące, 
mroczne płomienie plugawego życia. 
    
   Mężczyźni w czarnych kolczugach i rogatych hełmach, dzięki którym wyglądali bardziej 
jak demony niż ludzie, widoczni w słabym świetle zawieszonych na ścianach kaganków, 
wyłaniali się, jakby wprost z litej skały, by bronić topornego kamiennego korytarza. Mogli 
przypominać demony, jednak umierali jak ludzie. Conan wdarł się pomiędzy nich. Jego 
prastary miecz niezmordowanie unosił się i opadał w nieustającym tańcu śmierci, aż droga na 
całej długości zabarwiła się szkarłatem. Ściekająca z miecza krew sprawiała wrażenie, jakby 
pochodziła z ran w błękitnej stali. To była istna rzeź. Barbarzyńca ze swym orężem siał 
przerażające spustoszenie, a ci, którzy odważyli się stawić mu czoło, kolejno umierali. Wielu 
nie było w stanie znieść nawet widoku okrwawionego ostrza, ani spojrzeć w błękitne oczy 
temu, który nim władał. Rzucali się w przesmyk korytarza, omijając barbarzyńcę, by 
napotkać podążających za nim dziewięciu najemników. 
   Conan nie zawracał sobie głowy tymi, którzy zrejterowali nie podejmując z nim walki. To, 
czego strzegli i czego on szukał, znajdowało się gdzieś przed nim i barbarzyńca nie przestał 
siać swoim mieczem śmierci, dopóki nie znalazł się u wejścia do rozległej jaskini. To, co 
ujrzał, zmroziło mu krew w żyłach. 
   Wewnątrz znajdowało się kolejnych dwudziestu mężczyzn w czarnych zbrojach, lecz 
podobnie jak barbarzyńca, zastygli w bezruchu, a w porównaniu z tym, co jeszcze ujrzał w 
pieczarze, wydali mu się niegroźni, niczym mrówki. Karela, z ciałem od stóp do głów 
wysmaganym do krwi, zwisała naga pomiędzy dwoma wysokimi drewnianymi słupami. 
Synelle, w dziwnym czarnym stroju z jedwabiu przylegającym do jej zlanego potem ciała, 
miała na głowie diadem z ozdobami w kształcie rogów. Za nią zaś majaczył kształt, jakby 
żywcem wyjęty z koszmarów szaleńca. Istota, której skóra miała barwę trupiej krwi. To 
przebudzony Al Kiir odchylał głowę do tyłu, a z jego paszczy najeżonej mnóstwem drobnych, 
ostrych kłów, dobywał się śmiech, na dźwięk którego krew zastygała w żyłach. 
   W chwili, gdy rechot złego bóstwa oszołomił Conana, w jego myślach pojawiły się kolejne 
kuszące, zmysłowe wizerunek Synelle. Laska wypadła z dłoni, postąpił krok w kierunku 
szlachcianki. 
   Ciemnooka kapłanka wymierzyła palec wskazujący w młodego barbarzyńcę z Północy i 
jakby zamawiała kolejny dzban wina powiedziała: 
   — Zabić go. 
   Dziwny letarg, który ostatnio ogarniał go w jej obecności, spowolnił dłoń Conana, ale i tak 
jego miecz pozbawił głowy pierwszego z mężczyzn, który odwrócił się ku niemu i to zanim 
jeszcze ów zdążył do połowy wysunąć szablę z pochwy. Szlachta chełpiła się barwnymi 
opowieściami o rycerskości w walce, choć niewiele z nich było prawdziwych, jak też rzadko 
który z wielmożów faktycznie brał udział w boju. Syn możnej krainy Północy umiał jedynie 
zwyciężać. 
   Po zabiciu przez Conana pierwszego wojownika, na barbarzyńcę runęli pozostali. On 
jednak wycofał się do wejścia, gdzie naraz zbliżyć mogło się doń tylko trzech przeciwników. 
Walczył z zaciętością bliską morderczej furii, a jego stal poczyniła w szeregach wroga 

background image

zabójcze spustoszenia. Synelle wypełniła jego umyśl. Dotrze do Synelle, nawet gdyby 
przyszło mu brodzić po pas we krwi. 
   Głośny krzyk sprawił, że spojrzał ponad atakującymi i usiłującymi go zabić wojownikami. 
Al Kiir schwycił Synelle w szponiastą łapę, która niemal całkiem opasała jej wąską kibić, i 
unosił w górę, by przyjrzeć się jej bliżej trzema czarnymi niczym heban ślepiami. 
   Conan zdwoił wysiłki i furię swego ataku. Zdawał się nie zważać na własne życie, nie 
przejmował się, że może zginąć i niebawem zmusił odzianych w ciemne kolczugi mężczyzn, 
by nieco się cofnęli. 
   — To nie ja! — zawołała Synelle, a jej twarz wykrzywił grymas przerażenia. — Jestem twą 
wierną służką, twą niewolnicą, potężny Al Kiirze! Twą kapłanką! To ją przywiodłam, byś 
mógł nasycić swe żądze. 
   Al Kiir odwrócił rogaty łeb ku Kareli, a jego bezwargie usta rozciągnęły się w szerokim 
uśmiechu. Wyszczerzył kły i postąpił krok w stronę złodziejki, wyciągając ogromną łapę. 
   — Nie! — zawołał Conan w przypływie desperacji. — Tylko nie Karela! — Kopnął stopą 
coś, co wydało dziwny dźwięk na kamieniach. Była to laska Avarakasha. 
   Ignorując strażników, którzy wciąż tłoczyli się u wylotu korytarza, Conan podniósł laskę z 
podłogi i cisnął nią jak oszczepem. Drewniany pocisk pomknął ku szerokiej piersi 
monstrualnej istoty, trafił i wbił się w nią. Al Kiir wolną ręką szarpnął drewniany drąg, lecz 
ten zdawał się tkwić w jego ciele, jakby wczepił się w nie niewidocznymi hakami. Z rany 
buchnęła czarna posoka, a rogaty bóg zawył. Przerażający skowyt, który zdawał się nie mieć 
końca, rozdzierał myśli na strzępy i przemieniał mięśnie w wodę. Stal zabrzęczała upadając 
na kamienną posadzkę, gdy czarno odziani mężczyźni, jak na komendę porzucili swe miecze i 
wzięli nogi za pas, mijając Conana, jakby ten nie trzymał w dłoni okrwawionego oręża. On 
zresztą nawet nie zwrócił na nich uwagi, gdyż ochrypły gardłowy wrzask nie pozwalał skupić 
myśli na czymkolwiek innym. Wokół tkwiącej w ranie laski zastygły, niczym paciorki 
obsydianu, krople czarnej posoki. Proces twardnienia jął się rozszerzać, obejmując z wolna 
całą złowrogą postać boga–demona. 
   Synelle zaczęła szarpać rozpaczliwie zakończone szponami palce, które trzymały ją w 
uścisku. Jej długie nogi wierzgały dziko w powietrzu. 
   — Puść mnie! — rzuciła błagalnie. — Puść swą wierną kapłankę, o potężny Al Kiirze. 
   Teraz mocowała się już z palcami z kamienia. Powoli, jakby z ogromnym trudem, rogaty 
łeb odwrócił się, by na nią spojrzeć. 
   — Puść mnie! — wrzasnęła. — Puść mnie! Nie! Mitro, ocal mnie! Wierzgała nogami coraz 
wolniej, aż wreszcie jej nogi skamieniały, a rozdzierające wrzaski ucichły na zawsze. Blada 
skóra szlachcianki rozbłysła w blasku pochodni niczym polerowany marmur. Potem zapadła 
cisza. 
    
   Uciec. Uciec od bólu tak dojmującego, że mógłby uśmiercić tysiąc światów. Ukryć się na 
powrót w znienawidzonym więzieniu nicości. Coś jednak zostało tu sprowadzone. To miało 
na sobie ciało takie, jakie ongiś nosiło, ciało nagiej, kobiety o ciemnych oczach i srebrnych 
włosach. Pławiło się w pustce, a jego usta poruszały się w bezgłośnym krzyku. Zła radość, 
czarna, niczym najmroczniejsza z otchłani. Zapowiadały się długie stulecia rozkoszy, którą 
zapewni mała istotka, zanim żałosna iskierka jej ludzkiej jaźni przy gaśnie i sczeźnie 
zupełnie. Ból jednak nie minął. Wręcz przeciwnie, narastał, krystaliczna nić łącząca to 
miejsce nieistnienia z innym światem pozostała nie tknięta, nie rozerwana. A jednak musi to 
zakończyć, położyć temu kres, w przeciwnym razie czekały go nieskończone wieki agonii i 
niewyobrażalnego cierpienia. To musi się skończyć. 
    
   Conan pokręcił głową, jakby budząc się z wywołanego gorączką koszmaru i podbiegł do 
Kareli. Błyskawicznie uwolnił ją z więzów i pochwycił, by nie upadła. 

background image

   Piękna rudowłosa złodziejka odwróciła ku niemu zlane potem oblicze. 
   — Wiedziałam, że przyjdziesz — wyszeptała z trudem. — Modliłam się, byś mnie ocalił i 
nienawidzę cię za to. 
   Cymmerianin uśmiechnął się mimo woli. Cokolwiek ją spotkało, Karela nic a nic się nie 
zmieniła. Wsunąwszy miecz do pochwy, wziął ją natychmiast na ręce. Z lekkim 
westchnieniem objęła go ramieniem za szyję i przytuliła twarz do jego piersi. Wydawało mu 
się, że poczuł wilgoć łez. 
   Podążył wzrokiem ku przebitemu drewnianą laską, kamiennemu kształtowi krwawej, 
rogatej, monstrualnej bestii, ściskającej w jednej łapie alabastrową postać szamoczącej się 
kobiety, której oblicze zastygło na wieczność w wyrazie niewysłowionej zgrozy. Fala 
uniesienia i mącące jego umysł doznania prysły w jednej chwili. 
   „Czary” — pomyślał gniewnie. Synelle rzuciła na niego urok. Miał nadzieję, że 
gdziekolwiek teraz była, będzie miała dość czasu, by żałować swych czynów. Machaon i 
Narus wpadli do komnaty z okrwawionymi mieczami w dłoni i stanęli jak wryci, pełni 
niepewności i trwogi. 
   — Nawet nie będę pytał, co się tu naprawdę wydarzyło — rzekł mężczyzna o 
wynędzniałym obliczu. — Bo wątpię, czy zdołałbym w to uwierzyć. 
   — Uciekli nam, Conanie — powiedział Machaon. — W sumie dziesięciu ludzi, na nasz 
widok skręcili w jeden z bocznych tuneli. Cokolwiek uczyniłeś, odebrałeś im serce do walki. 
   — A inni? — zapytał Conan, na co tatuowany najemnik ze smutkiem pokręcił głową. 
   — Nie żyją. Ale drogo sprzedali swoją skórę. Wtem Narus wskazał na ogromną kamienną 
figurę. 
   — To… to się… — nie dokończył. 
   Conan odwrócił się. Skamieniałe ciało boga zaczęło drżeć. Z jego wnętrza dobiegło 
brzęczenie, dźwięk z każdą chwilą przybierał na sile i przenikliwy jak zgrzyt dartego metalu. 
   — W nogi! — krzyknął Conan, lecz nie słyszał własnych słów poprzez palący ból, który 
rozrywał mu czaszkę. 
   Jednak jego dwóm towarzyszom nie było potrzeba żadnej zachęty do ucieczki. 
   Biegli co sił w nogach przez wyciosane w skale, toporne kamienne tunele. Conan niosący 
na rękach Karelę, z trudem dotrzymywał kroku swoim kompanom. W szaleńczej ucieczce z 
wnętrza góry przeskakiwali ponad ciałami zabitych strażników, nie natknęli się jednak na 
choćby jednego żywego. A rozdzierająca głowy wibracja podążała za nimi w górę pochyłych 
korytarzy, poziom za poziomem, coraz wyżej i wyżej po schodach, aż do ruin na zewnątrz. 
   Gdy Cymmerianin wypadł poza obręb prastarych alabastrowych kolumn, przeraźliwy 
dźwięk dudniący mu pod czaszką niespodziewanie ucichł. Ptaki odleciały, znikły także 
świerszcze. Nie było słychać nic, prócz szumu tętniącej krwi w uszach. Zanim jednak zdążyli 
odetchnąć w ciszy, cała góra zatrzęsła się w posadach. Niedokończone kolumny runęły, 
omszałe mury rozsypały się w gruzy, bloki marmuru, z których każdy z łatwością mógł 
zmiażdżyć człowieka, rozpryskiwały ziemię jak wodę, ale dźwięk towarzyszący ich upadkowi 
niknął w ogłuszającym łoskocie, który dobywał się z granitowych trzewi Tor Al Kiir. 
   Omijając zwinnie chmury kurzu i latające w powietrzu odłamki skał, Conan zbiegł w dół 
zbocza przyciskając mocno do piersi nagą, na wpół przytomną Karelę. 
   Zbocze góry nocą nie było odpowiednim miejscem na przeczekanie trzęsienia ziemi, 
podobnie zresztą jak tunele w skałach i równina, z walącymi się jedna po drugiej, 
marmurowymi ścianami. Czuł, że uchronić się przed tym szczególnym trzęsieniem mógł 
jedynie oddalając się tak bardzo, jak to było możliwe od jego źródeł, czyli od Tor Al Kiir. 
Biegł przeto, a ziemia pod jego stopami tańczyła, niczym pokład okrętu podczas silnego 
sztormu. Walczył, by zachować równowagę, gdy głazy osuwały mu się spod nóg, a kamienie 
spadały gęsto, niczym grad. Nie wiedział już, czy Machaon i Narus wciąż mu towarzyszyli, 
nie zaprzątał też sobie nimi głowy. 

background image

   Byli mężczyznami i musieli liczyć się z ryzykiem, stawiać czoło niebezpieczeństwu. Conan 
musiał przenieść Karelę w bezpieczne miejsce, gdyż jakiś pierwotny instynkt ostrzegał go, że 
najgorsze dopiero nastąpi. 
   Z hukiem tak donośnym, jakby rozstępowała się ziemia, szczyt Tor Al Kiir eksplodował 
nagle kaskadą ognia. Wierzchołek góry, alabastrowe kolumny i marmurowe ściany, pospołu 
wyrzucone zostały w niebo, rozjaśnione teraz krwistoczerwoną poświatą. Podmuch cisnął 
Conana w powietrze. Barbarzyńca przekręcił się w locie, by przyjąć na siebie cały, niemały 
zresztą impet uderzenia w ziemię. Mimo swych olbrzymich rozmiarów i nadludzkiej siły, nie 
był już w stanie utrzymać się na nogach. Nakrył Karelę swoim ciałem, osłaniając ją przed 
sypiącymi się z nieba kamieniami. Gdy to uczynił, w jego umyśle pojawił się obraz, który na 
zawsze już miał pozostać w jego pamięci — widok mającego dobrych tysiąc kroków słupa 
płomieni, górującego ponad zmienionym wierzchołkiem Tor Al Kiir, jednorodnej kolumny 
ognia, który przyjął kształt laski Avanrakasha. 
 
EPILOG 
    
   W bladym świetle prześwitu Conan spojrzał w kierunku Ianthe, wieżyce miasta tonęły w 
oparach porannej mgły, lecz gładkie czerwone gonty dachów zaczynały już lśnić w blasku 
wschodzącego leniwie słońca. 
   Do miasta zbliżało się wojsko. Konni i piesi zbrojni tworzyli długą barwną kolumnę, z 
proporcami powiewającymi na wietrze, z tarczami przewieszonymi przez plecy. Spod kopyt 
koni i obitych stóp wzbijały się tumany kurzu. 
   „Zwycięskie wojska — pomyślał. — Ale czyje?” 
   Omijając wzrokiem buchający parą krater na szczycie Tor Al Kiir, ruszył pomiędzy 
ogromnymi, zniekształconymi głazami, którymi usłane było obecnie górskie zbocze. 
   Tej nocy zniknęła jedna czwarta wielkiego granitowego masywu, a Cymmerianin nie 
wiedział i nie chciał wiedzieć, co znajdowało się teraz na wierzchołku. 
   Wtem doszedł go głos Narusa, mówiącego z goryczą w głosie: 
   — Kobietom powinno się zabronić uprawiania hazardu. Gotów jestem uwierzyć, że 
podmieniłaś moje kości. Pozwól mi przynajmniej odegrać… 
   — Nie — ucięła Karela, gdy Conan dołączył do trójki swych towarzyszy. 
   Złodziejka miała na sobie bryczesy Narusa, dość ciasno opasujące jej szerokie, krągłe 
biodra i długie, smukłe nogi. Ramiona otuliła jego szkarłatnym płaszczem, a na kolanach 
położyła sobie jego miecz. 
   Spomiędzy pół płaszcza wyzierały wzgórki jej pełnych ponętnych piersi. 
   — Do przyodziania się potrzeba mi czegoś więcej niźli złota. I wcale nie podmieniłam 
kości. Zbyt się śliniłeś i gapiłeś na mnie tymi parszywymi gałami, by zwracać uwagę na to, co 
akurat robisz. 
   Machaon wybuchnął śmiechem, a mężczyzna o wychudzonej twarzy chrząknął usiłując 
naciągnąć kolczugę możliwie jak najdalej, by zakryć kościste kolana. 
   — Możemy iść — oznajmił Conan. — Wygląda na to, że rozegrała się jakaś bitwa i 
ktokolwiek zwyciężył, na pewno znajdą się najemnicy, którym brak mocodawców lub 
przywódców, ludzie, którzy pomogą nam w odtworzeniu kompanii. 
   Na Croma, może nawet będzie ich dość, by każdy z was mógł utworzyć własną kompanię. 
   Machaon, oparty plecami o fragment budowli, która znajdowała się ogni na szczycie góry, 
pokręcił głową. 
   — Tkwię w tym fachu dłużej, niż ty chodzisz po świecie, Cymmerianinie, i wydarzenia 
ubiegłej nocy sprawiły, że w końcu znudziła mi się wojaczka. Mam w Ioth ładny kawałek 
ziemi. Powieszę miecz na kołku i zostanę farmerem. 

background image

   — Ty? — rzekł z niedowierzaniem Conan. — Po miesiącu grzebania w ziemi będziesz 
gotów gołymi rękami rozerwać na strzępy najbliższą wioskę, z samej tylko potrzeby walki. 
   — To niedokładnie tak, jak sobie wyobrażasz. — Brodaty weteran zachichotał. — Teraz na 
tej ziemi pracuje dziesięciu ludzi. Ja będę panem w majątku, jak wielu spośród farmerów. 
Zabiorę Julię z miasta i poślubię, jeśli tylko mnie zechce. Farmer potrzebuje żony, by urodziła 
mu silnych synów. 
   Conan zmarszczył brwi i spojrzał na Narusa. 
   — A ty? Czy również pragniesz zająć się uprawą roli? 
   — Nie żywię zbyt głębokiej miłości do ziemi — odparował mężczyzna o wychudłej twarzy, 
odbierając kości od Kareli, która przyglądała się im leniwie — ale… widzisz, Conanie, nie 
przejmuję się szczególnie czarownikami, a ci ludzie, którzy wyglądali tak, jakby matki 
spłodziły ich z wężami, nie byli groźniejsi niż banda żądnych krwi drabów. Niemniej ten bóg, 
którego dla nas odnalazłeś sprawił, że serce podeszło mi do gardła po raz pierwszy od czasu 
owej pamiętnej Bitwy na Czarną Rzeką, kiedy byłem jeno gołowąsem. Na pewien czas 
zaszyję się w jakimś spokojnym mieście, znajdę sobie dorodną, hożą dziewkę, by ogrzewała 
mi łoże i… — zagrzechotał kośćmi w złożonych dłoniach, po czym rzucił je na ziemię — 
paru młodych zapaleńców mających więcej grosza przy duszy niż rozumu. 
   — Będą musieli być doprawdy bardzo młodzi — Karela zaśmiała się — jeżeli zamierzasz 
wyciągnąć od nich choć kilka miedziaków. Prawda Cymmerianinie? 
   Narus łypnął na nią spode łba i zaklął pod nosem, a kiedy Conan otworzył usta, jego wzrok 
przykuł biały błysk, w dole zbocza. 
   — Na Croma! — mruknął. To byli Boros i Julia. — Ukręcę mu ten chudy kark, że ośmielił 
się ją tu przyprowadzić — warknął po nosem. 
   Pozostali podnieśli się, by podążyć za nim w dół stoku. 
   Kiedy Conan dotarł do starca i dziewczyny, zobaczył, że nie przybyli sami. Julia uklękła 
obok Taurianusa, odrywając szybko pasy swojej szaty, by zatamować krew, sączącą się z 
tuzina rozdarć w kolczudze Ophirczyka. Włosy mężczyzny pozlepiane były ziemią i krwią, a 
z każdym mozolnym oddechem na jego ustach pojawiały się szkarłatne bąble. 
   Boros na widok Conana uniósł obie ręce w górę. 
   — Nie obwiniaj mnie za to. Usiłowałem ją powstrzymać, ale nie jestem tak silny jak ty. 
Uznałem, że najlepiej będzie, jeżeli pójdę z nią i będę ją chronił, najlepiej jak tylko potrafię. 
Powiedziała, że martwi się o Machaona. 
   — O nich wszystkich — odparła Julia i poczerwieniała. — Conanie, znaleźliśmy go 
leżącego tutaj. Nie mógłbyś mu jakoś pomóc? 
   Cymmerianin nie musiał przypatrywać się baczniej ranom Taurianusa, by wiedzieć, że 
mężczyzna już długo nie pociągnie. Ziemia wokoło poczerwieniała od jego krwi. 
   — A więc szlachta przegrała — rzekł cicho. — Najemnik walczący po stronie zwycięzców 
nie musiałby umierać na polu, niczym pies. 
   Ophirczyk otworzył oczy. 
   — Schwytaliśmy Orła — wychrypiał i ciągnął, przerywając co chwilę, by nabrać tchu. — 
Opuściliśmy nasz obóz… zostawiając zapalone ogniska… a Iskandrian… dał się na to złapać. 
Osaczyliśmy go… i niechybnie usieklibyśmy go i jego ludzi… gdy nagle… olbrzymi ogień 
rozdarł niebiosa na dwoje… a białowłosy diabeł… zakrzyknął, że bogowie… są po ich 
stronie. Niektórzy… krzyczeli… że to była… laska… Avanrakash. Ogarnęła nas… panika. 
Rzuciliśmy się… do ucieczki… a jego wojownicy… zaczęli wyrzynać nas… w pień. Ciesz 
się życiem… póki możesz, Cymmerianinie… Iskandrian nadziewa na pal… wszystkich 
najemników… których schwyta. — Nagle podźwignął się na łokciu i wyciągnął do Conana 
dłoń z palcami zakrzywionymi jak szpony. 
   — Jestem lepszym człowiekiem… niż ty! 

background image

   Krew puściła mu się ustami i osunął się na ziemię. Raz jeszcze drgnął konwulsyjnie, po 
czym znieruchomiał z oczyma niewidzącymi już, a wpatrzonymi w niebo. 
   — Wielki płomień — rzekł cicho Narus. — Jesteś człowiekiem przeznaczenia, 
Cymmerianinie. Osadzasz ludzi na królewskich tronach, jeśli nawet nie jest to twoim 
zamiarem. 
   Conan z irytacją wzruszył ramionami. Nie obchodziło go, kto nosił koronę Ophiru, chyba że 
miało to jakiś wpływ na jego własne losy. Teraz gdy Iskandrian stanął u boku Valentiusa, 
może już czas, by myśleć o tym fircyku jako o królu Moranthesie Drugim. Mógł śmiało 
zapomnieć o zebraniu nowego oddziału, gdyż z pewnością zwycięski generał nie pozostawił 
przy życiu ani jednego najemnika. 
   — Udam się zatem do Argos — zadecydował. 
   — Ty! — ryknął nagle Machaon, patrząc na Julię, która drgnęła nerwowo. — Czy nie 
kazałem ci pozostać w Ianthe? Mam ci złoić skórę tui teraz? Życie żony ubogiego farmera jest 
ciężkie i musi ona nauczyć się posłuszeństwa. Czy pozwolisz naszej jedynej świni zdechnąć 
tylko dlatego, że nie nakarmisz jej, gdyż ja ci każę? 
   — Nie masz prawa grozić mi — wybuchnęła dziewczyna o kasztanowych włosach. — Nie 
możesz… — Urwała i uniosła wzrok. 
   — Żona? Powiedziałeś żona?… 
   Zaczerpnęła tchu i uroczyście oświadczyła: 
   — Machaonie, będę troszczyć się o twoją świnkę jak o moją własną, ukochaną siostrę. 
   — Aż tak bardzo nie musisz. — Machaon wybuchnął śmiechem. Gdy odwrócił się do 
Conana, był znowu spokojny i opanowany. — Przebyliśmy wspólnie długą drogę, 
Cymmerianinie, lecz tu się ona kończy. I ponieważ nie mam ochoty, by Iskandrian nadział 
mnie na pal, niezwłocznie wyruszam w drogę. Chcę, nim ten dzień dobiegnie końca, znaleźć 
się możliwie najdalej od Ianthe. 
   — Ja natomiast — oświadczył Narus — udam się do Tarantii, bo jak powiadają, szlachetnie 
urodzeni Aquilończycy mają lekką rękę do wydawania pieniędzy i uwielbiają hazard. 
   — Bywajcie zdrowi — pożegnał ich Conan. — I zadmijcie w róg piekielny, by dać znać, 
jeśli traficie tam przede mną. 
   Julia podbiegła, by ująć Machaona za ramię i wspólnie z Narusem zaczęli schodzić po 
stoku. 
   — Po tym jak urządziła mnie ta głupia dziewka — mruknęła Karela — muszę wypić kubek 
wina, albo się do reszty pochoruję. 
   Conan przyjrzał się jej z zamyśleniem. 
   — Jak już wspomniałem, taki a nie inny bieg wydarzeń zmusza mnie, by udać się do Argos. 
Powiadają, że powstają tam liczne, nowe Wolne Kompanie. Wybierz się tam ze mną, Karelo. 
Za rok razem będziemy rządzić tym krajem. 
   Rudowłosa piękność spojrzała na niego, wyraźnie była wstrząśnięta. 
   — Czy pojmujesz, dlaczego jest to niemożliwe, Cymmerianinie? Na cycki Derketo, 
mężczyzno, budzisz we mnie uśpione tęsknoty które sprawiają, że pragnę być jak ta 
wdzięcząca się dziewka, Julia! Sprawiasz, że pragnę byś mnie chronił, wydobywasz moje 
ukryte słabości. Sądzisz, że jestem kobietą, która będzie słać twoje posłanie i gotować ci 
strawę? 
   — Nigdy cię o to nie prosiłem — zaprotestował ostro, lecz zignorowała go. 
   — Któregoś dnia znalazłabym się o jeden krok za tobą, milcząca, by nie uronić ani jednego 
twojego słowa i za to wszystko wbiłabym ci w plecy sztylet. Potem zapewne opłakiwałabym 
samą siebie i ostatecznie uznałabym, że to ty jesteś odpowiedzialny za owo szaleństwo, że 
sam je na siebie sprowadziłeś i otrzymałeś to, na co zasłużyłeś. Nie pozwolę na to, Conanie. 
Nie dopuszczę do tego! 
   Przepełnił go smutek, lecz duma nie pozwoliła mu uzewnętrzniać tego uczucia. 

background image

   — Przynajmniej pod jednym względem dopięłaś swego. Tym razem to ja uciekam, a ty 
pozostajesz w Ophirze. 
   — Nie, Conanie. Nędznicy, których miałam w swojej bandzie, nie są warci zachodu, by 
znów próbować utworzyć z nich oddział grasantów. Udam się na wschód. 
   — Uniosła głowę, a jej oczy rozbłysły niczym szmaragdy. 
   — Równiny Zamory ponownie poznają Czerwonego Jastrzębia. 
   Sięgnął do sakiewki i wysunął z niej połowę klejnotów, które wyłuskał z berła Ophiru. 
   — Weź je — rzekł oschle. Karela nawet nie drgnęła. — Nie mogę nawet dać przyjaciółce 
pożegnalnego prezentu? 
   Jakby w wahaniem szczupła dłoń zbliżyła się do jego wielkiej ręki. Przesypał na nią 
klejnoty. 
   — Jesteś lepszym człowiekiem, niż ci się zdaje, Cymmerianinie — wyszeptała. — A ja 
jestem głupia. 
   Musnęła wargami jego usta i już jej nie było, pobiegła w dół zbocza, ciągnąc za sobą 
trzepoczący niczym sztandar szkarłatny płaszcz. 
   Conan odprowadzał ją wzrokiem, dopóki nie znikła mu z pola widzenia. 
   — Nawet bogowie nie potrafią pojąć działania kobiecego mózgu. 
   Boros zacmokał. 
   — Mężczyźni natomiast rzadko kiedy myślą mózgiem. 
   Conan spojrzał na brodatego mężczyznę. Zupełnie zapomniał o Borosie. 
   — Teraz możesz wrócić do karczmy i pić, ile dusza zapragnie — mruknął nieco 
rozgoryczony. 
   — Na pewno nie w Ophirze — odparował Boros. Pociągnął dwoma palcami koniuszek swej 
siwej brody i spojrzał nerwowo w stronę obróconego w perzynę wierzchołka góry. — Boga 
nie można zabić równie łatwo, jak byle demona. 
   Al Kiir wciąż jest gdzieś tam i nadal żyje. A jeżeli przyjmiemy, że jego ciało przetrwało i 
spoczywa pogrzebane w głębi tej góry? A jeżeli istnieją jeszcze inne jego podobizny? 
   — Po chwili milczenia ciągnął dalej: 
   Nie zamierzam zostać ani chwili dłużej w tym przeklętym kraju; kto wie, czy komuś jeszcze 
nie przyjdzie do głowy, by przywołać tego rogatego przyjemniaczka. Chyba zdecyduję się na 
Argos. Morski klimat dobrze mi zrobi na płuca, a jeśli dojdą mnie słuchy, że w Ophirze 
znowu dzieje się coś złego, mogę udać się w długi rejs do którejś z odległych krain. 
   — Nie w moim towarzystwie — warknął Conan. — Podróżuję samotnie. 
   — Mógłbym umilić nam wędrówkę kilkoma drobnymi zaklęciami — zaoponował Boros, 
ale Conan pomaszerował już w dół zbocza. Nie przestając mówić, siwobrody mężczyzna 
podreptał za Cymmerianinem, który w milczeniu, dzielnie znosił jego męczącą długą tyradę. 
   Znowu był zdany tylko na siebie, pomyślał, miał tylko swój miecz oraz rozum, lecz nieraz 
już tak bywało. No i rzecz jasna zostało mu jeszcze parę klejnotów w sakiewce u pasa. Na 
pewien czas mu wystarczą. Kupi za nie to i owo. 
   A przecież zmierzał do Argos. Kto wie, co go tam czekało? Biorąc pod uwagę ostatnie 
wydarzenia, w grę wchodziło nawet to, co pozornie nieprawdopodobne. 
   Skoro przypadek, byle zrządzenie losu mogło sprawić, że taki głupiec jak Valentius zasiadł 
na tronie, zostając nowym władcą Ophiru, czemu on nie miałby znaleźć sobie jakiegoś 
królestwa? Właśnie, dlaczego nie? Barbarzyńca uśmiechnął się na tę myśl i przyspieszył 
kroku.