background image

– 7 –

Krew i desperacja

 – Gotuj siê na spotkanie ze swym bogiem! – zakrzykn¹³ herszt

bandy, skoczy³ naprzód i zamachn¹³ siꠄporann¹ gwiazd¹”, by roz-

trzaskaæ Conanowi twarz. Cymmerianin szarpn¹³ siê, przekrêci³ i pra-

wie uwolni³ nogi z œmiertelnego uœcisku, lecz zbyt póŸno...

Nagle poœród nocnej ciszy rozleg³ siê dziwny œwist, jakby strza-

³a przeciê³a powietrze, tyle ¿e g³oœniejszy. W plecach zbójcy utkwi³

pal gruby niczym s³up palisady. „Poranna gwiazda” wypad³a mê¿-

czyŸnie z r¹k i spoczê³a na martwym ciele u stóp Conana.

Cymmerianin wytrzeszczy³ oczy. To nie pal przebi³ na wylot

herszta, lecz w³ócznia! Ale jaka! P³askie, dwustronne ostrze by³o

d³u¿sze, grubsze i szersze ni¿ rêka Conana, a drzewce potê¿niejsze

od jego ramienia.

Któ¿ móg³ cisn¹æ tak ogromn¹ dzidê?

background image

– 8 –

background image

– 9 –

I

Drog¹ wiod¹c¹ od strony Gór Karpash ku siedlisku wystêpku

zwanego Shadizarem pod¹¿a³ m³odzieniec z oksydowanym mie-

czem  u lewego  boku.  M³ody  mê¿czyzna  wygl¹da³  potê¿niej  ni¿

wiêkszoœæ ludzi; by³ wysoki, szeroki w ramionach, mia³ muskular-

ne rêce i nogi. Opalona na br¹z skóra po³yskiwa³a, a niebieskie oczy

b³yszcza³y. Mia³ wystaj¹ce koœci policzkowe i silnie zarysowany

podbródek.

S³oñce pra¿y³o bezlitoœnie na zamorañskiej równinie. Rozgrza-

ne powietrze falowa³o nad spêkan¹ ziemi¹. Podmuch gor¹cego wia-

tru wzbi³ w górê wiruj¹ce smugi kurzu, które po chwili zniknê³y nie

wiadomo gdzie. Potarga³ równie¿ grzywê czarnych w³osów wêdrow-

ca, gdy ten przystan¹³, by poci¹gn¹æ ³yk wody ze skórzanego buk³a-

ka. Napój by³ ciep³y, cuchn¹³ ¿elazem i siark¹, ale Conan z Cymme-

rii  nie  narzeka³.  Pija³  ju¿  gorsze  paskudztwa.  Ugasi³  pragnienie

i rozejrza³ siê wokó³.

Niewiele zobaczy³. P³askowy¿ z rzadka porasta³y kêpki zaroœli,

nic wiêcej. W miejscu oddalonym, mo¿e o trzy godziny drogi wzno-

si³o siê skalne wypiêtrzenie – zbyt ma³e, by nazwaæ je wzgórzem,

lecz poroœniête drzewami rzucaj¹cymi trochê cienia. Tyle przynaj-

mniej dostrzeg³y bystre oczy Conana.

Droga do Shadizaru by³a d³uga i niebezpieczna. Mimo wszyst-

ko, Conan cieszy³ siê, ¿e jest sam. Dotychczas zd¹¿y³ ju¿ napotkaæ

wszelkie zagro¿enie – od ludzi po dzikie bestie. Mia³ szczêœcie, ¿e

prze¿y³, choæ wola³by wêdrowaæ lepiej wyposa¿ony. Teraz ¿a³owa³,

background image

– 10 –

¿e jego spalonej s³oñcem skóry nie chroni jakaœ szata; sz³oby siê

przyjemniej, gdyby cia³u nie dokucza³ skwar.

Cymmerianin rozeœmia³ siê g³oœno.

– A tak... – powiedzia³ sam do siebie. – Przyda³by siê jeszcze

koñ i niejeden worek pe³en z³ota. Jak marzyæ, to marzyæ!

Poci¹gn¹³ nastêpny ³yk wody, zatka³ buk³ak i ruszy³ dalej. Przy-

najmniej mia³ porz¹dn¹ broñ; klinga miecza by³a ostra niczym brzy-

twa. Jego uda os³ania³a para krótkich, skórzanych spodni, a biodra

szeroki pas, przy którym wisia³a sakiewka, co prawda pusta. Za to

buk³ak opró¿ni³ dopiero w po³owie. Co wiêcej, mocne stopy Conana

obute by³y w wygodne sanda³y na grubej podeszwie. Nie jest najgo-

rzej, pomyœla³. Jego bóg, Crom Wojownik, obdarzy³ go przy naro-

dzinach si³¹, sprytem i pewn¹ doz¹ m¹droœci. Potem Conan musia³

radziæ sobie sam. Crom nie dba o tych, co skaml¹ i dopominaj¹ siê

o wiêcej.

Conan widzia³ raz swego boga, a przynajmniej tak mu siê zda-

wa³o. Uœmiechn¹³ siê na to wspomnienie. Taaak... Co cz³owiek zrobi

z tym, co mu ofiarowano, zale¿y tylko od niego. A Conan mia³ teraz

¿yczenie dotrzeæ do Miasta Z³odziei, pobuszowaæ w tej metropolii

i staæ siê bogatym. Za kilka dni dojdzie do celu. A gdy siê ob³owi,

skradzione monety i klejnoty pozwol¹ mu p³awiæ siê w zbytku i luk-

susie. Wino, kobiety...

Na razie czeka³a go dalsza marszruta.

Gdy noc okry³a okolicê welonem zmierzchu, skwar na szczê-

œcie zel¿a³. Conan dobrn¹³ w przyjemnym ch³odzie w pobli¿e ska-

listych wzniesieñ. Trakt do Shadizaru zacz¹³ siê wiæ wœród igla-

stych  drzew  i gêstych  krzewów.  Cymmerianin  dostrzeg³  œlady

drobnej zwierzyny i postanowi³ sporz¹dziæ sid³a, by upolowaæ coœ

na kolacjê. Nadszed³ czas, ¿eby zasi¹œæ przy ognisku, a potem u³o-

¿yæ siê na spoczynek. Nie mia³ opoñczy ani futer, ale miêkkie po-

s³anie mog³y mu zapewniæ ga³êzie poroœniête wonnym igliwiem.

Wieczór by³ du¿o ch³odniejszy od dnia, lecz od gór nie ci¹gnê³o

jeszcze zimno.

Cymmerianin przygotowywa³ trzecie sid³a ze spl¹tanych pn¹-

czy, gdy jego wprawne ucho z³owi³o dŸwiêk niepodobny do odg³o-

sów ziemnych wiewiórek.

Ktoœ kichn¹³. Conan nigdy nie s³ysza³ kichaj¹cego królika, a tym

bardziej takiego, który cicho klnie pod nosem.

background image

– 11 –

Udaj¹c, ¿e niczego nie zauwa¿y³, dalej przygotowywa³ pu³apkê.

Okrêci³ pn¹cza wokó³ pochylonego drzewka i umocowa³ je do na-

ciêtych ko³ków. Jednak czujnie wytê¿a³ s³uch z nadziej¹, ¿e wychwyci

inne dŸwiêki.

Znajdowa³ siê blisko skraju drogi. Sta³ okrakiem na w¹skiej œcie¿-

ce wydeptanej przez zwierzêta i nikn¹cej w gêstych, ciernistych krze-

wach. Na lewo mia³ ma³¹ polanê poroœniêt¹ such¹ traw¹. Po drugiej

stronie traktu wznosi³a siê œciana lasu wyrastaj¹cego z bujnego po-

szycia. Kichniêcie dobieg³o w³aœnie stamt¹d.

Skoñczy³ zastawiaæ sid³a i nadal nas³uchiwa³. Rozleg³ siê odg³os

tarcia metalu o skórꠖ ktoœ niew¹tpliwie wyci¹gn¹³ miecz z pochwy.

Potem chrzêst kolczugi i skrzypniêcie skórzanej zbroi. Jeszcze jedno

kichniêcie i st³umione przekleñstwo, wreszcie szept wzywaj¹cy do

zachowania ciszy. Ktoœ mówi³ z silnym zamorañskim akcentem.

A zatem, wœród drzew Conan mia³ niewidoczne towarzystwo,

którego zamiary nietrudno by³o odgadn¹æ. Ludzie nastawieni przy-

jaŸnie nie kryj¹ siê po krzakach, nie uciszaj¹ wzajemnie i nie doby-

waj¹ broni, lecz wychodz¹ œmia³o na otwart¹ przestrzeñ.

Conan rozejrza³ siê. Móg³ przemkn¹æ w stronê ciernistych krze-

wów. Tam nikt by go nie zaszed³ z ty³u.

Jak pomyœla³, tak zrobi³. Maj¹c za plecami zaroœla, stan¹³ twa-

rz¹ do drzew i wyci¹gn¹³ miecz. Dzieñ nie ca³kiem jeszcze ust¹pi³

miejsca nocy i gasn¹ce promienie s³oñca odbi³y siê w ostrzu, gdy

wysunê³o siê z pochwy, wydaj¹c dŸwiêk tarcia zimnej stali o such¹

skórê. Conan zacisn¹³ na rêkojeœci obie d³onie – praw¹ wy¿ej, lew¹

ni¿ej. Potem wykona³ w powietrzu kilka ciêæ, by rozruszaæ nadgarstki

i ramiona.

 – Hej, nocne psy! – zawo³a³. – Wy³aŸcie i poka¿cie siê!

Po dziesiêciu uderzeniach serca na zakurzony, bity trakt wygra-

molili siê z ha³asem zbójcy. By³o ich szeœciu. Conan nie mia³ w¹tpli-

woœci, ¿e to zwyk³e rzezimieszki, choæ ich odzienie stanowi³a oso-

bliwa  kolekcja  strojów  rycerskich:  kolczugi,  rêkawice  i p³ytkie,

mosiê¿ne he³my podobne do misek. Mo¿e kiedyœ s³u¿yli w armii lub

po prostu napadli na jakiœ zastêp i ograbili s³abeuszy. Dwaj mêŸ-

czy¿ni uzbrojeni byli w krótkie, zakrzywione szable, dwaj inni trzy-

mali w d³oniach drewniane w³ócznie z ostrzami jak sztylety. Jeden

mia³ parê szerokich no¿y, a ostatni dzier¿y³ „porann¹ gwiazdꔠ– ¿e-

lazn¹ kulê naje¿on¹ kolcami, osadzon¹ na trzonku d³ugoœci ramienia

Conana. W sumie, grupka z³oczyñców przypomina³a raczej trupê

wêdrownych b³aznów.

background image

– 12 –

Na czo³o wysun¹³ siê mê¿czyzna z „porann¹ gwiazd¹”. By³ niski,

lecz krêpy i muskularny, a niemal ca³kiem ³ysej czaszki nie chroni³ he³m.

– Nie masz powodu, by nas obra¿aæ, barbarzyñco – przemówi³. –

Nie jesteœmy nocnymi psami, lecz zwyk³ymi... hê... biednymi piel-

grzymami w podró¿y.

Conan parskn¹³ œmiechem. Czy¿by to zapewnienie mia³o go

powstrzymaæ przed u¿yciem miecza?

– Pielgrzymami?!

 – A ju¿ci. I dlatego nie œmierdzimy groszem. Przeto zda³oby

siê nam skromne wsparcie. Mo¿e przypadkiem znalaz³byœ kilka mie-

dziaków, by nas wspomóc?

 – Nie.

 – No có¿... Twój miecz, który dzier¿ysz tak groŸnie, z pewno-

œci¹ jest coœ wart.

Moglibyœmy go zamieniæ na brzecz¹c¹ monetê.

 – Nie zamierzam siê go pozbywaæ.

Obcy zakrêci³ m³ynka „porann¹ gwiazd¹”.

– Zwa¿, ¿e nas jest szeœciu, a ty jeden. Oddaj nam miecz i co-

kolwiek masz cennego, a puœcimy ciê wolno.

 – Wybacz, ¿e ci nie dowierzam, ale ta propozycja nie bardzo mi

siê podoba.

 – Powtarzam: nas jest szeœciu, a ty jeden.

 – Ten stan rzeczy mo¿na zmieniæ. – Conan uœmiechn¹³ siê z³o-

wieszczo, pokazuj¹c mocne, bia³e zêby.

Mê¿czyzna wzruszy³ ramionami i odwróci³ siê do kompanów.

– Widaæ bogowie ka¿¹ nam walczyæ o ¿ycie, bracia. Na niego!

Szóstka zbójców rozproszy³a siê, próbuj¹c osaczyæ Cymmerianina.

Conan obserwowa³, jak siê zbli¿aj¹ i ocenia³ ich si³y. Dwaj otyli w³ócz-

nicy poruszali siê ociê¿ale. Nisko oszacowa³ ich mo¿liwoœci. Ci z sza-

blami byli m³odzi, lecz jeden kula³, a drugi nerwowo przebiera³ palcami

d³oni zaciœniêtej na rêkojeœci broni, jakby gra³ na flecie. Za to ten z dwo-

ma no¿ami musia³ byæ szybki i sprawny, jeœli prze¿y³ podobne spotka-

nia, pos³uguj¹c siê jedynie t¹ broni¹. A herszt bandy, uzbrojony w kol-

czast¹,  ¿elazn¹  kulê,  pewnie  nie  bez  powodu  zosta³  przywódc¹.

Widocznie w³ada³ ni¹ lepiej ni¿ jego przeciwnicy. Ca³a szóstka z pew-

noœci¹ potrafi³a zabijaæ i ani chybi czyni³a to ju¿ wiele razy. Prawdziwe

zagro¿enie stanowili jednak tylko dwaj: herszt i no¿ownik.

Napastnicy zapewne spodziewali siê, ¿e Conan poprzestanie na

parowaniu ich ciosów, maj¹c za plecami os³onê z ciernistych krze-

wów. Taka obrona by³aby zreszt¹ ca³kiem roztropna.

background image

– 13 –

Ale gdy otoczyli go pó³kolem, Cymmerianin post¹pi³ inaczej.

Wzniós³ przeraŸliwy okrzyk bojowy i skoczy³ naprzód.

Najbli¿ej mia³ dwóch w³óczników. Obaj zostali zaskoczeni i spró-

bowali siê cofn¹æ, zadaj¹c jednoczeœnie dŸgniêcia. Nic im z tego nie

wysz³o. Miecz Conana odbi³ na bok pierwsz¹ w³óczniê, zatoczy³ ko³o

w powietrzu i opad³ ze straszn¹ si³¹. Ostra klinga roz³upa³a mosiê¿-

ny he³m i zag³êbi³a siê w czaszce wroga, docieraj¹c do mózgu. Gru-

by w³ócznik pad³, jakby ktoœ odci¹³ mu nogi.

Drugi rzuci³ siê do ucieczki. Cymmerianin wyszarpn¹³ miecz

z g³owy trupa i skoczy³ na zbiega. Ci¹³ p³asko z boku. Ostrze prze-

sz³o miêdzy ¿ebrami rzezimieszka, rozp³ata³o p³uco i przeciê³o ser-

ce. Zbój wrzasn¹³, upuœci³ w³óczniê i uchwyci³ zabójcz¹ klingê tkwi¹-

c¹ w jego ciele. Kosztowa³o go to utratê czterech palców, gdy Conan

gwa³townym ruchem poci¹gn¹³ miecz ku sobie. Cymmerianin od-

wróci³ siê i strz¹sn¹³ krew z ostrza prosto w oczy nerwowego szer-

mierza zachodz¹cego go z ty³u.

 – Na j¹dra Seta...! – wykrzykn¹³ napastnik, ale nie zd¹¿y³ do-

koñczyæ  przekleñstwa.  Potê¿ne  kopniêcie  obutej  w sanda³  stopy

Conana trafi³o go w brzuch i odrzuci³o wprost na no¿ownika.

Cz³owiek z no¿ami nie móg³ siê tego spodziewaæ. Odruchowo

wyci¹gn¹³ obie rêce i dwa ostrza ugrzêz³y w nerkach kamrata a¿ po

rêkojeœci. Szermierz run¹³ twarz¹ w dó³ z jednym z no¿y tkwi¹cym

w ciele.

Drugi mistrz fechtunku ruszy³ na Cymmerianina, poœlizgn¹³ siê

i upad³. Cofaj¹c siê przed atakuj¹cym, Conan z kolei potkn¹³ siê o cia-

³o pierwszego w³ócznika i run¹³ jak d³ugi na ziemiê.

 – Na Croma!

No¿ownik spróbowa³ wykorzystaæ okazjê i rozp³ataæ go od góry

do do³u. Lecz nawet le¿¹c, Conan zdo³a³ odbiæ nó¿. Broñ ugodzi³a

przeciwnika w krocze. £otr zakwili³ dziewczêcym g³osikiem, wypu-

œci³ z d³oni nó¿ i chwyci³ siê za zranione miejsce. S³aniaj¹c siê na

nogach, zrezygnowa³ z walki.

Utykaj¹cy  zbójca  z szabl¹  wsta³  z ziemi  i natar³  na  le¿¹cego

Conana tylko po to, by nadziaæ siê na ostrze miecza. Sta³o siê dobrze

i Ÿle zarazem. Klinga uwiêz³a miêdzy koœæmi ofiary. Konaj¹cy wróg

wyrwa³ Conanowi broñ z rêki. Zwali³ siê u stóp barbarzyñcy i w ago-

nii chwyci³ siê ich jak ton¹cy brzytwy. Nogi Cymmerianina zosta³y

unieruchomione w œmiertelnym uœcisku. Znalaz³ siê w pu³apce!

 – Gotuj siê na spotkanie ze swym bogiem! – zakrzykn¹³ herszt

bandy, skoczy³ naprzód i zamachn¹³ siꠄporann¹ gwiazd¹”, by roz-

2 – Conan groŸny

background image

– 14 –

trzaskaæ Conanowi twarz. Cymmerianin szarpn¹³ siê, przekrêci³ i pra-

wie uwolni³ nogi, ale zbyt póŸno...

Nagle poœród nocnej ciszy rozleg³ siê dziwny œwist. Jakby strza-

³a przeciê³a powietrze, tyle ¿e g³oœniejszy. W plecach zbójcy utkwi³

pal gruby niczym s³up palisady. „Poranna gwiazda” wypad³a mê¿-

czyŸnie z r¹k i spoczê³a na martwym ciele u stóp Conana.

Cymmerianin wytrzeszczy³ oczy. To nie pal przebi³ herszta na

wylot, lecz w³ócznia! Ale jaka! P³askie, dwustronne ostrze by³o d³u¿-

sze, grubsze i szersze ni¿ rêka Conana, a drzewce potê¿niejsze od

jego ramienia.

Zbój zachwia³ siê i pochyli³ w ty³, lecz pozosta³ w pozycji stoj¹-

cej, kiedy têpy koniec ogromnej dzidy opar³ siê o ziemiê. Po jednym

uderzeniu serca martwy rzezimieszek przewróci³ siê na bok.

Conan zgi¹³ siê i rozwar³ palce trupa szermierza zaciœniête na

swoich nogach. Odepchn¹³ zw³oki i oswobodzi³ siê. Spojrza³ na hersz-

ta bandy. Czyje ramiê mog³o cisn¹æ tê wielk¹ w³óczniê z tak ogrom-

n¹ si³¹, by przeszy³a cz³owieka?

Gdy wsta³ i rozejrza³ siê za swym mieczem, wœród drzew zama-

jaczy³y trzy sylwetki. W mroku dostrzeg³, ¿e to kobieta i dwaj mê¿-

czyŸni odziani w skórzan¹ i we³nian¹ odzie¿ z rêcznie tkanej przê-

dzy. Mê¿czyŸni dzier¿yli w³ócznie, co oznacza³o, ¿e to zapewne broñ

rzucona przez kobietê uœmierci³a przywódcê opryszków i zarazem

ocali³a Conana. Niesamowite!

Przygl¹da³ siê im z obaw¹. Wygl¹dali jak wszyscy ludzie, któ-

rych spotka³ w swoim ¿yciu, z jedn¹ wszak¿e, istotn¹ ró¿nic¹. Na-

wet kobieta, najmniejsza z ca³ej trójki, by³a pó³ raza wy¿sza od Co-

nana i niew¹tpliwie wa¿y³a dwakroæ tyle co Cymmerianin.

Conan w milczeniu patrzy³ na trójkê olbrzymów.

II

Mimo oszo³omienia, Conan odnalaz³ swój miecz i pocz¹³ czy-

œciæ klingê koszul¹ jednego z martwych rzezimieszków. Cz³owiek,

który nie dba o broñ, nie zas³uguje, by j¹ posiadaæ.

 – Zawdziêczam wam ¿ycie – rzek³ do olbrzymów.

Trójka wielkoludów porozumia³a siê miêdzy sob¹ w nieznanym

Conanowi jêzyku. Minê³a d³u¿sza chwila, zanim ogromna kobieta

o kruczoczarnych w³osach do ramion zwróci³a siê do Cymmeriani-

background image

– 15 –

na. Mówi³a t¹ sam¹ zamorañsk¹ gwar¹, w której on zagadn¹³ do ol-

brzymów.

 – Potrafisz walczyæ. Nie nale¿ysz do ¿adnego z miejscowych

plemion.

Pomimo wielkich rozmiarów, olbrzymka wygl¹da³a na ca³kiem

atrakcyjn¹ niewiastê, która po prostu uros³a niemal dwakroæ ponad

miarê. By³a niebrzydka i zgrabna, a jej g³os mia³ g³êbokie, dŸwiêcz-

ne i z pewnoœci¹ kobiece brzmienie. Conan widywa³ ju¿ ludzi ucho-

dz¹cych za gigantów, lecz zbudowanych nieproporcjonalnie, z gru-

bymi brwiami i wargami, zniekszta³conymi rêkami i stopami.

 – Jam jest Conan z Cymmerii, kraju le¿¹cego daleko st¹d na

pó³noc – odrzek³. – Zd¹¿am do Shadizaru. – Obejrza³ ostrze broni

i z zadowoleniem stwierdzi³, ¿e nie ucierpia³o wskutek walki.

Na chwilê zapanowa³a cisza, potem kobieta zamieni³a kilka s³ów

z kompanami. Znów mówi³a w tym niezrozumia³ym jêzyku, co przed-

tem. Po d³u¿szej przerwie z powrotem zwróci³a siê do Cymmerianina.

Conan zauwa¿y³, ¿e ca³a trójka podejmuje decyzje bardzo powoli.

 – Niedaleko od drogi do Shadizaru jest nasza wioska. Mo¿e

zechcia³byœ nas odwiedziæ?

 – Czy mieszka tam wiêcej takich... olbrzymów jak wy?

 – Z wyj¹tkiem dzieci, wszyscy podobnie wygl¹damy.

Conan zastanowi³ siê. Wioska gigantów! Bez w¹tpienia widok

godny uwagi. Shadizar czeka³ tak d³ugo, ¿e móg³ poczekaæ jeszcze

dzieñ lub dwa.

 – Chêtnie skorzystam z zaproszenia.

Jeden z wielkoludów podszed³ do martwego herszta bandy i wy-

ci¹gn¹³ z trupa w³óczniê kobiety. Wydobycie broni z cia³a nie spra-

wi³o mu najmniejszej trudnoœci. Wielka dzida wysunê³a siê z mla-

œniêciem  przypominaj¹cym  odg³os  wyci¹gania  buta  z b³ota  lub

gwoŸdzia z mokrego drewna. Mê¿czyzna poda³ j¹ towarzyszcze.

 – Dobry rzut – pochwali³ dziewczynê Conan.

 – Zw¹ mnie Teyle – powiedzia³a olbrzymka. – A nasze plemiê

to Jatte. Czasem trafiam tym do celu... – Opar³a têpy koniec w³óczni

o ziemiê. – Ale mam ma³o si³y w porównaniu z wiêkszoœci¹ naszych

ludzi.

Conan przyjrza³ siê ranie na piersi zbója. W dziurze, któr¹ zro-

bi³a w³ócznia, zmieœci³aby siê jego piêœæ. Nawet najsilniejszy, zwy-

k³y cz³owiek mia³by trudnoœci z uniesieniem i rzuceniem takiej dzi-

dy,  a ta  kobieta  uwa¿a³a  siê  za  s³ab¹!  Jatte  sprawiali  wra¿enie

powolnych, lecz bez w¹tpienia brak zwinnoœci nadrabiali si³¹.

background image

– 16 –

 – Masz po¿ywienie? – zapyta³a Teyle. – Mo¿emy poczêstowaæ

ciê winem, serem i miêsem. Przy³¹cz siê do nas.

 – Ju¿ jestem waszym d³u¿nikiem – odpar³ Conan.

Teyle popatrzy³a na martwych opryszków.

– To hieny. Nie zas³ugiwali na nic innego ni¿ œmieræ. Zamierza-

liœmy siê ich pozbyæ, a ty u³atwi³eœ nam zadanie.

Có¿... By³o w tym sporo racji, choæ Cymmerianin stan¹³ do wal-

ki z w³asnych powodów. A po takim zajêciu cz³owiek g³odnieje.

 – Wspomnia³aœ o winie?

 – W istocie.

Conan spa³ dobrze. Po wybornym winie mia³ przyjemne sny.

Móg³ porz¹dnie wypocz¹æ, wiedz¹c, ¿e przy ognisku towarzyszy mu

troje gigantów. Z pewnoœci¹ nie zamierzali zrobiæ mu nic z³ego, bo

inaczej zabiliby go wraz z hersztem rzezimieszków.

Gdy blask poranka rozjaœni³ bezchmurne niebo, Cymmerianin

wsta³ rzeœki. Czeka³a go kolejna przygoda. Na szczêœcie zapowiada-

³a siê bezpieczniej ni¿ te, które prze¿y³ wczeœniej podczas podró¿y.

Nie obawia³ siê olbrzymów, w koñcu mia³ byæ ich goœciem.

Po obfitym œniadaniu ruszyli w drogê. Tylko Teyle potrafi³a po-

rozumieæ siê z Conanem i w czasie marszu opowiedzia³a mu co nie-

co o historii Jatte.

 – Trzysta lat temu pewien potê¿ny czarownik stworzy³ naszych

przodków, bo potrzebowa³ silnych robotników do budowy swego

zamku. By³ zacnym cz³owiekiem i po wykonaniu pracy ofiarowa³

Jatte wolnoœæ. Od tamtej pory ¿yjemy mniej lub bardziej spokojnie

w wiosce, sk¹d wywodzi siê nasz ród.

Conanowi wyda³o siê, ¿e gdy Teyle wypowiada³a ostatnie zda-

nie, przez jej twarz przemkn¹³ cieñ emocji. O nic siê jednak nie do-

pytywa³.

Przez kilka godzin szli w milczeniu. Czasem Jatte odzywali siê

do siebie, lecz kobieta nie zadawa³a sobie trudu, by t³umaczyæ Cym-

merianinowi ich s³owa.

Ko³o po³udnia dotarli do w¹skiej œcie¿ki wij¹cej siê na prawo

w skalnej rozpadlinie. Conan cierpliwie pod¹¿a³ za trójk¹ olbrzy-

mów. Wkrótce przed wêdrowcami pojawi³ siê strumieñ p³yn¹cy rów-

nolegle do dró¿ki. Nad brzegami ros³y wierzby. Po godzinie marszu

zbli¿yli siê do miejsca, gdzie roœlinnoœæ gêstnia³a, a po nastêpnej –

znaleŸli siê na skraju bagien. Ziemia zrobi³a siê grz¹ska, a korony

background image

– 17 –

wysokich drzew tworzy³y sklepienie przepuszczaj¹ce niewiele œwia-

t³a. Wokó³ brzêcza³y owady i sta³a woda. Tu i ówdzie przenika³ pro-

mieñ s³oñca, lecz nie doskwiera³ upa³, który da³ siê Conanowi we

znaki poprzedniego dnia.

Œcie¿kê dawno pozostawili za sob¹, ale trójka olbrzymów pew-

nie stawia³a kroki. Wielkoludy najwyraŸniej dobrze wiedzia³y, gdzie

st¹paæ, by nie uton¹æ w zdradliwym trzêsawisku. Cymmerianin nie

podj¹³by tej wêdrówki, gdyby musia³ iœæ têdy po raz pierwszy w po-

jedynkê. Zdawa³o siê, ¿e dooko³a s¹ tylko mokrad³a i grz¹skie pia-

ski. Niekiedy drogê przecina³y piechurom wê¿e grube jak nogi Cym-

merianina.  D³ugoœæ  niektórych  gadów  trzykrotnie  przekracza³a

wzrost cz³owieka. Jednak dopóki szed³ za olbrzymami, czu³ siê bez-

pieczny. Skoro grunt nie zapada³ siê pod ich ciê¿arem, to tym bar-

dziej jemu nic nie grozi³o.

Zatrzymali siê na stosunkowo suchym skrawku ziemi, by siê

posiliæ. Wtedy wprawne ucho Conana z³owi³o dziwny dŸwiêk do-

chodz¹cy z oddali. Brzmia³ niczym g³oœne kumkanie wielkiej gro-

mady ¿ab, które wyroi³y siê po ulewnym deszczu.

Olbrzymy te¿ to us³ysza³y.

– Vargowie! – parskn¹³ wy¿szy z mê¿czyzn i splun¹³.

Zdziwiony Conan spojrza³ na Teyle.

– Vargowie?

Skinê³a g³ow¹.

– Bagienne bestie zamieszkuj¹ce moczary. S¹ podobne do Jatte,

lecz bardzo ma³e. Mniejsze nawet od ciebie. Maj¹ zielon¹, nakrapia-

n¹ skórê i spi³owuj¹ sobie zêby w ostre szpice. To najgorszy rodzaj

dzikich. W³ócz¹ siê stadami i ¿ywi¹... naszym miêsem.

Conan zamyœli³ siê. Stworzenia po¿eraj¹ce olbrzymy z pewno-

œci¹ nie gardzi³y te¿ zwyk³ymi ludŸmi. Odruchowo dotkn¹³ rêkojeœci

miecza.

 – To tchórze – uspokoi³a go kobieta. – Atakuj¹ tylko wtedy, gdy

jest ich tuzin, a ofiara jedna. Nie musimy siê ich obawiaæ.

Conan pokiwa³ g³ow¹, ale postanowi³ mieæ siê na bacznoœci.

Pod¹¿yli dalej krêtym szlakiem przez b³ota. Kilka razy towarzy-

sze Cymmerianina ostrzegli go w porê przed zrobieniem fa³szywego

kroku. Uœwiadomi³ sobie, ¿e nikt nie móg³by natkn¹æ siê przypadko-

wo na ich wioskê. A gdyby nawet ktoœ wiedzia³, gdzie le¿y osada,

i zamierza³ tam dotrzeæ, wyprawa okaza³aby siê przera¿aj¹co nie-

bezpieczna. Conan mia³ bystre oko i na d³ugo zapamiêtywa³ miej-

sca, które raz zobaczy³. Mimo to, nie zapuœci³by siê w te tereny bez

background image

– 18 –

zachowania  du¿ej  ostro¿noœci.  Musia³by  siê  zastanawiaæ,  zanim

gdzieœ postawi³by stopê.

PóŸnym popo³udniem dobrnêli wreszcie na skraj wioski Jatte.

Widok by³ zaiste imponuj¹cy.

Domy pobudowano g³ównie z drewna. Mia³y dachy kryte strze-

ch¹ i nawet najmniejsze z nich zdawa³y siê ogromne przy zwyk³ych,

ludzkich siedzibach. Conan zobaczy³ wielu Jatte poch³oniêtych ró¿-

nymi zajêciami. Tu kobiety me³³y ziarno na m¹kê, tam mê¿czyŸni

ciêli drewno na opa³ lub na budulec, ówdzie bawi³y siê dzieci. Cym-

merianin sam poczu³ siê jak malec, gdy¿ potomstwo Jatte dorówny-

wa³o mu wzrostem i budow¹ cia³a, lub nawet nad nim górowa³o.

Nigdy nie spotka³ siê z niczym podobnym.

Niektórzy wieœniacy oderwali siê od pracy i wyszli naprzeciw

powracaj¹cej trójce. Pozdrawiali Teyle i jej towarzyszy, obrzucaj¹c

Conana  zaciekawionymi  spojrzeniami.  Gawêdzili  miêdzy  sob¹

w swoim jêzyku. Cymmerianin us³ysza³, ¿e Teyle wymieni³a jego

imiê.

Trójka  olbrzymów  zaprowadzi³a  goœcia  do  okaza³ej  budowli

w œrodku wioski. Przy wejœciu sta³o dwoje dzieci – ch³opiec i dziew-

czynka. Przerasta³y Conana, choæ nie wygl¹da³y na wiêcej ni¿ trzy-

naœcie wiosen. Nosi³y we³niane koszule, krótkie kilty oraz zielone

buty z cêtkowanej skóry siêgaj¹ce do po³owy ³ydek. Mia³y w³osy

tego koloru co Teyle. Cymmerianin dostrzeg³ rodzinne podobieñ-

stwo.

Kobieta wskaza³a na ch³opca.

– To Oren. – Trzynastolatek uœmiechn¹³ siê. – A to Morja. S¹

bliŸniakami i moim m³odszym rodzeñstwem.

Conan pozdrowi³ dzieci skinieniem g³owy.

 – Wspania³y okaz, Teyle! – ucieszy³ siê Oren.

Cymmerianin zerkn¹³ na olbrzymkê.

– Okaz?

 – Uczy³am ich trochê jêzyka, którym mówisz – wyjaœni³a. – Ale

robi¹ du¿o b³êdów.

Conan przyj¹³ to do wiadomoœci. Có¿ m³odzi czêsto siê myl¹.

 – Mój ojciec czeka na nas – powiedzia³a. – Chce ciê poznaæ.

 – A sk¹d wie, ¿e tu jestem?

 – BliŸniaki z pewnoœci¹ go uprzedzi³y.

We wnêtrzu wielkiego budynku panowa³ pó³mrok. Œwiat³o dzien-

ne wpada³o tu tylko przez kilka otwartych okien. Na œrodku izby sta³

olbrzym niemal dwakroæ wiêkszy od Conana, a obok wielkoluda

background image

– 19 –

widnia³a solidna, lecz pusta klatka. Pod œcianami ustawiono sto³y

i krzes³a. Tu i ówdzie wala³y siê du¿e, wiklinowe kosze.

 – Witaj, Teyle! – zawo³a³ olbrzym.

 – Witaj, ojcze.

Kobieta i Cymmerianin pozostawili innych z ty³u i podeszli do

gospodarza. Oblicze pana domu zdobi³a ciemna broda przyprószo-

na siwizn¹, a nagie cia³o okrywa³a jedynie zwierzêca skóra opasu-

j¹ca biodra i siêgaj¹ca do kolan. Mê¿czyzna by³ muskularny i opa-

lony bardziej ni¿ Conan. Cymmerianin mia³ wra¿enie, ¿e olbrzym

z³ama³by go wpó³ z tak¹ ³atwoœci¹ jak zwyk³y cz³owiek ³amie kij

od miot³y.

 – Oto Conan, ojcze – odezwa³a siê Teyle. – Uœmierci³ na p³a-

skowy¿u piêciu ³otrów. Conanie, to mój ojciec imieniem Raseri, wódz

plemienia Jatte i nasz g³ówny szaman.

 – Piêciu ³otrów, hê?! – zagrzmia³ olbrzym. Jego donoœny bas

zadudni³ echem w pustej izbie. – Doskonale, moja córko! Przypro-

wadzi³aœ mi wspania³y okaz!

Co za okropne okreœlenie, pomyœla³ Conan. Zacz¹³ pow¹tpie-

waæ, ¿e to przypadek. Poczu³ nagle obawê i odwróci³ siê do Teyle.

Zd¹¿y³ dostrzec jej ogromn¹ piêœæ, przy której jego w³asna wy-

dawa³a siê ma³a, i us³ysza³:

– Wybacz.

Zbyt póŸno siê zorientowa³. Nawet szybki refleks nie móg³ go

ju¿ uratowaæ. Potworny cios zwali³ Conana z nóg. W oczach zawi-

rowa³y Cymmerianinowi kolorowe plamy, a potem ogarnê³a go ciem-

noœæ. Straci³ przytomnoœæ.

III

Wóz wolno toczy³ siê zaœnie¿onym Traktem Korynthiañskim,

zmierzaj¹c przez prze³êcz w kierunku Zamory. Z trudem pokony-

wa³ górski szlak. By³ ciê¿ki, d³ugi i szeroki. Mia³ solidn¹, drewnia-

n¹ konstrukcjê, wysokie burty i ustawion¹ w szpic plandekê z gru-

bej,  mocnej  tkaniny,  która  chroni³a  pasa¿erów  przed  kaprysami

pogody. Szeœæ wielkich, drewnianych kó³ opasywa³y ¿elazne obrê-

cze, a piasty obficie wype³nia³ czarny smar. Pasy miedzi wzmac-

niaj¹ce szprychy pozielenia³y ze staroœci, a wymyœlnie rzeŸbione

boki pojazdu wyblak³y od s³oñca. Ze wzglêdu na du¿e wymiary

background image

– 20 –

wóz móg³ poruszaæ siê jedynie szerszymi drogami, choæ szeœæ wo-

³ów id¹cych w zaprzêgu nie wprawia³o go w nale¿ycie szybki ruch.

Na koŸle oddzielonym od wnêtrza zas³on¹ siedzia³ woŸnica ukry-

waj¹cy twarz pod kapturem. W d³oniach chronionych rêkawicami

dzier¿y³ lejce.

Z czeluœci wozu wygramoli³a siê druga postaæ i usiad³a obok

powo¿¹cego. Przystojny mê¿czyzna mia³ w³osy koloru s³omy i g³ad-

ko  ogolone  policzki.  Podobnie  jak  woŸnica,  ubrany  by³  w szar¹,

we³nian¹ opoñczê. Klepn¹³ towarzysza w ramiê.

 – Hej, Penz. Dake chce, ¿ebyœ stan¹³. Czas na posi³ek.

Spod kaptura dobieg³ nieartyku³owany pomruk.

Blondyn pokaza³ w uœmiechu piêkne zêby.

– Ponurak z ciebie, w³ochaczu. Powinieneœ bardziej cieszyæ siê

¿yciem!

Z tymi s³owy przystojniak szarpn¹³ kaptur i zdar³ go z g³owy

Penza.

WoŸnica parskn¹³ i wyr¿n¹³ ¿artownisia na odlew ku³akiem. Cios

by³ silny. Jasnow³osy mê¿czyzna zachwia³ siê i run¹³ z koz³a na za-

œnie¿on¹ drogê. Spad³ z wysoka; siedzenie dzieli³a od ziemi odle-

g³oœæ równa wzrostowi doros³ego cz³owieka. Penz pospiesznie na-

ci¹gn¹³  kaptur  z powrotem.  Ka¿dy,  kto  zobaczy³by,  co  pod  nim

ukrywa, w mig poj¹³by powód rozdra¿nienia.

WoŸnica mia³ oblicze dzikiej bestii. Twarz wilka.

Tam, gdzie zwyk³ym cz³owiekowi wyrasta nos, stercza³ d³ugi

pysk. Gdy Penz wpada³ w z³oœæ, szczerzy³ d³ugie, ostre k³y zdolne

rozszarpaæ cia³o. G³êboko osadzone œlepia zastêpowa³y mu oczy,

a ca³¹ zwierzêc¹ fizjonomiê uzupe³nia³a szorstka sierœæ.

Kiedy wóz przystan¹³, wilko³ak uniós³ siê, by skoczyæ na le¿¹-

cego mê¿czyznê. Wtem mroŸne powietrze przeci¹³ czyjœ g³os, ostry

jak smagniêcie bicza.

 – Penz! Stój!

Cz³owiek o wilczej twarzy zamar³ niczym ra¿ony piorunem.

Zza zas³ony wy³oni³ siê trzeci podró¿ny. By³ przeciwieñstwem

blondyna podnosz¹cego siê w³aœnie ze œniegu. Mia³ smag³¹ cerê i kru-

czoczarne w³osy, a jego oblicze zdobi³y sumiaste w¹sy opadaj¹ce

poni¿ej kwadratowego podbródka. Kiedy zacisn¹³ piêœci, pod szat¹

opinaj¹c¹ krêp¹ sylwetkê zadrga³y mocne miêœnie ramion.

Jasnow³osy stan¹³ na nogi.

– Rozwalê tê w³ochat¹ gêbê!

Smag³y mê¿czyzna spojrza³ na niego surowo.

background image

– 21 –

– Zamilcz, Kreg!

Blondyn, wyraŸnie wœciek³y, nie odezwa³ siê. Popatrzy³ ze z³o-

œci¹ na mówi¹cego, potem spuœci³ wzrok i pocz¹³ otrzepywaæ odzie-

nie. Wola³ trzymaæ jêzyk za zêbami, skoro tak mu kazano.

Ogorza³y zwróci³ siê do Penza:

– Nie wolno ci uderzyæ Krega. Ja wymierzam kary, rozumiesz?

Ja tu rz¹dzê!

Wilko³ak skin¹³ g³ow¹.

 – Powtórz!

Penz wykrztusi³ zrozumia³¹ odpowiedŸ:

– Ty tu rz¹dzisz, Dake.

 – Dobrze – pochwali³ smag³y mê¿czyzna, po czym nagle za-

machn¹³ siê. Cios wielkiej piêœci trafi³ w³ochacza w pierœ. Wilko³ak

polecia³ z wozu, ku uciesze Krega. Ale uœmiech znikn¹³ z twarzy blon-

dyna, gdy zwalisty Penz spad³ i przygniót³ go swym ciê¿arem.

 – A ty nie masz prawa szydziæ z niego, Kreg – warkn¹³ Dake.

Odwróci³ siê i znikn¹³ w g³êbi wozu, pozostawiaj¹c dwóch mê¿czyzn

le¿¹cych na zmarzniêtej ziemi.

Wewn¹trz wóz by³ wiêkszy ni¿ wydawa³ siê z zewn¹trz. Mia³

³awy do siedzenia, zamykane szafki i doœæ miejsca do spania dla tu-

zina ros³ych mê¿czyzn. Kobieta-kot imieniem Tro oraz Sab, cz³o-

wiek o czterech rêkach, siedzieli w milczeniu i trwo¿liwie wpatry-

wali  siê  w Dake’a,  który  po  powrocie  zaj¹³  wyœcie³an¹  ³awê

zarezerwowan¹ wy³¹cznie dla niego. Przywódca spojrza³ na kompa-

nów spode ³ba. Nikt w ca³ej Korynthii, Zamorze, ani nawet w Koth

nie posiada³ takiej kolekcji osobliwoœci jak on, a jednak nie by³ za-

dowolony. Tro tak przypomina³a kotkê jak Penz wilka, lecz pod miêk-

k¹ sierœci¹ jej cia³o mia³o bardzo kusz¹ce kszta³ty i wielu mê¿czyzn

chêtnie p³aci³o za sposobnoœæ zabawienia siê z kobiet¹-kotem. Dake

te¿ j¹ wykorzystywa³, choæ ostatnio trochê odesz³a mu na to ochota.

Druga para r¹k Saba by³a mniejsza od pierwszej, ale s³u¿y³a mu

równie dobrze. Chêtnie siê ni¹ popisywa³, jeœli tylko ktoœ sypn¹³ gro-

szem. Od pewnego czasu jednak okazy Dake’a nie wzbudza³y ju¿

takiej ciekawoœci jak niegdyœ. Musia³ znaleŸæ coœ lepszego, by przy-

ci¹gn¹æ gawiedŸ. Mo¿e coœ wiêkszego?

Skromne umiejêtnoœci magiczne i trupa z³o¿ona z dziwol¹gów

zapewnia³y mu byt, lecz marzy³o mu siê znacznie wiêcej. Chcia³ zo-

staæ nadwornym mistrzem rozrywki u jakiegoœ króla i zgromadziæ

background image

– 22 –

takie bogactwa, by osi¹gn¹æ cel swego ¿ycia. Pragn¹³ mianowicie

tworzyæ coraz dziwniejsze istoty, wyhodowaæ tuziny, mo¿e nawet

setki potworów, jakich nie widzia³y jeszcze ludzkie oczy, i staæ siê

bogiem groteski. Wiedzia³, ¿e najwiêksi magowie potrafiliby zrobiæ

to jednym machniêciem rêki, ale nie posiada³ tak rozleg³ej wiedzy

czarnoksiêskiej i nie móg³ dorównaæ najlepszym cudotwórcom. Po-

zostawa³o mu zadowoliæ siê tym, co umia³ – jeœli nie czeka³a go s³a-

wa wielkiego czarownika, to przynajmniej chcia³ zdobyæ popular-

noœæ jako kolekcjoner.

Wieœæ g³osi³a, ¿e gdzieœ w bok od drogi do Shadizaru ¿yje ple-

miê olbrzymów. Ci, co o tym wiedzieli, utrzymywali te¿, i¿ w pobli-

¿u zamieszkuje rasa kar³ów, a doros³e osobniki nie s¹ wiêksze od

dzieci. Kar³y nie by³y niczym osobliwym, lecz te mia³y podobno zie-

lon¹ skórê jak ¿aby. Zdobycie dwóch takich okazów znacznie zwiêk-

szy³oby szanse Dake’a na pozyskanie mo¿nego patrona. Dlatego

wyruszy³ w kierunku Miasta Z³odziei. Posiada³ nawet przybli¿on¹

mapê zakupion¹ od pewnego bywalca wal¹cej siê karczmy tu¿ za

murami miasta Opkothard. Postawi³ pijaczynie flaszkê mêtnego wiñ-

ska i ten odda³ mu w zamian swój skarb. Za kilka miedziaków Dake

pozna³ miejsce, które mog³o dostarczyæ mu niebywale cennych dzi-

wów natury. Rzecz jasna, by³o wielce prawdopodobne, i¿ mapa jest

fa³szywa i nie warta nawet baraniej skóry, na której j¹ wyrysowano.

Lecz Dake nie wierzy³, by spotka³ go taki zawód. Mia³ dobrego nosa.

Szkic, starannie przechowywany, choæ wygnieciony przez lata u¿yt-

kowania, sprawia³ wra¿enie starego i autentycznego. A jeœli tak, wart

by³ ca³ej winnicy, a nie jednej butelki. I z pewnoœci¹ nikt nie prze-

p³aci³by, gdyby nawet wy³o¿y³ tuzin razy wiêcej.

Myœli o pokonaniu wszelkiej konkurencji i bogatym patronie

nieco poprawi³y Dake’owi humor. Przywódcê wziê³a chêtka na coœ

przyjemnego.

Uœmiechn¹³ siê do kocicy i ruchem g³owy wskaza³ wielkie ³o¿e.

Tylko on mia³ prawo z niego korzystaæ, jeœli nie liczyæ osoby, któr¹

zaprasza³ na pos³anie.

Tro wsta³a, westchnê³a i posz³a, gdzie jej kaza³.

Dake do³¹czy³ do niej i wybuchn¹³ œmiechem, gdy Sab odwróci³

wzrok. Czterorêki kocha³ siê w kocicy z wzajemnoœci¹. Oboje nie

wiedzieli, ¿e Dake zna ich sekret.

Mieli pecha. Nie nale¿eli do gatunku ludzkiego, stanowili tylko

parê dziwol¹gów. Ich pragnienia nie liczy³y siê. Wa¿ne by³o jedynie

to, czego ¿yczy³ sobie Dake, ich pan i w³adca.

background image

– 23 –

Gdy s³oñce dwakroæ zatoczy³o kr¹g po niebosk³onie i tyle¿ razy

ksiê¿yc spowi³ ziemiê swym blaskiem, pasa¿erowie wozu przybyli

do miejsca, gdzie mieli opuœciæ bity trakt.

Penz, Kreg i Dake stali obok pojazdu i patrzyli na œcie¿kê wij¹-

c¹ siê miêdzy ska³ami w stronê widocznego w dole strumienia.

 – Tam – ozwa³ siê wilko³ak i d³oni¹ w rêkawiczce wskaza³ na

po³udnie.

 – Jesteœ pewien? – spyta³ Dake.

 – A ju¿ci. Widzisz zielonoœæ w oddali? To pocz¹tek mokrade³.

Dake znów roz³o¿y³ mapê. Mia³ jej kopiê, któr¹ w³asnorêcznie

odrysowa³ na wypadek, gdyby straci³ orygina³. Wygl¹da³o na to, ¿e

Penz siê nie myli.

 – Musimy ukryæ wóz – powiedzia³ przywódca. – W lesie, o pó³

godziny drogi st¹d. Mijaliœmy go, jad¹c tutaj.

 – A co z wo³ami? – zapyta³ Kreg.

 – Wyprzêgniemy. Niech siê pas¹ do woli. Nie odejd¹ daleko.

Wróc¹, gdy je przywo³am – Dake skin¹³ rêk¹, zginaj¹c palce, jakby

kogoœ przyzywa³. Zaklêcie zmuszaj¹ce zwierzêta domowe do pos³u-

szeñstwa nie by³o trudne, potrafi³ je rzuciæ bez wysi³ku. Nie urodzi³

siê magiem, lecz ¿ycie go nauczy³o, ¿e nawet wielkim czarownikom

nie zawsze dobrze siê wiedzie. Kiedy znajd¹ siê w potrzebie, gotowi

s¹ odsprzedaæ kilka mniej wa¿nych zaklêæ za godziw¹ cenê.

 – Czy nie powinniœmy zostawiæ kogoœ do pilnowania wozu? –

zauwa¿y³ blondyn.

 – Nie ma potrzeby. – Dake umia³ zapewniæ pojazdowi niewi-

dzialn¹, magiczn¹ ochronê. Ka¿dy ciekawski nie znaj¹cy siê na rze-

czy, który podszed³by zbyt blisko, po¿a³owa³by tego. Ogarnê³aby go

paskudna niemoc i zebra³oby mu siê na wymioty. Ta przeszkoda na-

turalnie nie powstrzyma³aby doœwiadczonego magika czy wiedŸmy,

ale te¿ po co ktoœ taki mia³by kraœæ czyjœ wóz, nawet wyj¹tkowo

dobry?

– Wszyscy pójdziemy t¹ œcie¿k¹. Mog¹ mi siê przydaæ wasze

umiejêtnoœci, gdy przydybiemy zdobycz.

Penz zawróci³ wóz, by odjechaæ w stronê kryjówki. Dake przez

chwilê wpatrywa³ siê w odleg³e drzewa wyrastaj¹ce z bagien. Minê-

³y lata od czasu, gdy po raz ostatni zaszczyci³ Shadizar swoj¹ obec-

noœci¹.  Wiedzia³  jednak,  ¿e  w tym  mieœcie  znajdzie  siê  niejeden

mo¿ny opiekun jego mena¿erii. Zw³aszcza, jeœli powiêkszy j¹ o ol-

brzyma i osobliwego kar³a.

background image

– 24 –

Oczyma wyobraŸni widzia³ ju¿ przysz³e mo¿liwoœci. Skrzy¿o-

waæ ze sob¹ dziwol¹gi! Gigantyczny cz³owiek-kot, kobieta lub mê¿-

czyzna... A mo¿e kar³owaty wilko³ak o zielonej sierœci? Czterorêki

karze³ albo wielkolud... To prawda, ¿e nie wszystkie krzy¿ówki ró¿-

nych gatunków siê udaj¹, ale za pomoc¹ czarów pary powinny siê

po³¹czyæ. Dake zna³ kilka prostszych zaklêæ, a za odpowiedni¹ iloœæ

z³ota móg³by posi¹œæ wiêcej.

Odwróci³ siê z uœmiechem i wdrapa³ na ty³ wozu. Mia³ przed

sob¹ mnóstwo ekscytuj¹cych perspektyw.

IV

Conan ockn¹³ siê w klatce.

Bola³a go g³owa i zesztywnia³y mu miêœnie. Zda³ sobie sprawê,

¿e odrêtwia³ od le¿enia na ziemi. Kiedy po chwili przypomnia³ sobie

powód bólu g³owy, nie by³ zbyt uszczêœliwiony.

Olbrzymka zdzieli³a go piêœci¹, wykorzystuj¹c jego nieuwagê.

Cios zaprzecza³ jej twierdzeniu, ¿e jest s³aba. ¯aden mê¿czyzna jesz-

cze tak nie powali³ Conana.

Cymmerianin znalaz³ siê w nieweso³ym po³o¿eniu. Usiad³ i po-

masowa³ bol¹c¹ czaszkê. Potem rozejrza³ siê. Pozbawiono go mie-

cza i pochwy, ale nie zabrano mu odzienia, pasa ani sakiewki. Mia³

krzesiwo i hubkê, móg³ zatem rozpaliæ ogieñ.

Ci, którzy go uwiêzili, musieli przeoczyæ ten fakt i pope³nili b³¹d.

Nie zd¹¿y³ wczeœniej przyjrzeæ siê klatce. Teraz zobaczy³, ¿e

jest zrobiona z twardego, bia³ego materia³u. Nie od razu rozpozna³

budulec. Poprzeczki tworz¹ce kraty mia³y dziwne kszta³ty i ró¿ne

wielkoœci. Po³¹czono je jak¹œ zielonkaw¹ substancj¹, bez w¹tpienia

nieznanym rodzajem kleju. Próby wykruszenia go paznokciem i krze-

mieniem nie zda³y siê na nic. Równie dobrze Conan móg³by d³ubaæ

w skale. Kiedy uderzy³ w bia³e prêty kostkami palców, rozleg³ siê

metaliczny dŸwiêk, jakby postuka³ w br¹z.

Koœci!

Czyje, tego nie wiedzia³. Lecz s¹dz¹c po d³ugoœci, pochodzi³y

od stworzenia wiêkszego ni¿ cz³owiek.

 – A, widzê, ¿e siê obudzi³eœ.

Conan odwróci³ siê i zobaczy³ ojca Teyle, olbrzyma imieniem

Raseri.

background image

– 25 –

Wielkolud podszed³ bli¿ej.

 – Wiesz, dlaczego siê tu znalaz³eœ? Przychodzi ci do g³owy ja-

kiœ powód?

Conan nie mia³ ochoty na pogwarki, ale tamten trzyma³ go w gar-

œci. Lepiej nie dra¿niæ olbrzyma, kiedy siedzi siê w jego klatce.

 – Wiem tyle, ¿e wiêzisz mnie za kratami z wielkich, mocnych ko-

œci – odrzek³. – Podejrzewam, ¿e nale¿a³y do twoich pobratymców. Ale

nie pojmujê, po co mnie tu trzymasz. Mo¿e jesteœcie ludo¿ercami?

Olbrzym rozeœmia³ siê, a¿ zadudni³o.

– Bardzo dobrze! Co do klatki, wszystko siê zgadza. Nasz Stwór-

ca wiedzia³, ¿e jeœli mamy mu siê przydaæ, musimy byæ zbudowani

inaczej ni¿ mali ludzie. Da³ nam mocniejsze koœci. Mylisz siê jed-

nak, s¹dz¹c, i¿ jesteœmy kanibalami, choæ tê ciekaw¹ teoriê uspra-

wiedliwia twoja sytuacja. Nie nale¿ymy do dzikusów jak Vargowie.

Uwa¿amy siê raczej za wyznawców filozofii naturalnej.

Conan nie zna³ tego terminu, wiêc milcza³. Im wiêcej siê dowie

od giganta, tym ³atwiej bêdzie mu uciec.

 – Twoja mina œwiadczy o tym, ¿e nasza doktryna jest ci obca –

ci¹gn¹³ Raseri. – Filozofia naturalna to poznawanie œwiata i jego ta-

jemnic. Chcemy wiedzieæ wszystko o wszystkim.

Olbrzym zbli¿y³ siê do klatki na odleg³oœæ równ¹ swemu wzro-

stowi i spojrza³ z góry na Conana. – Jeœli mamy przetrwaæ w otocze-

niu przewa¿aj¹cej liczby ludzi, którzy boj¹ siê nas i nienawidz¹,

musimy znaæ ka¿dy szczegó³ o naszych wrogach. Przeto pos³u¿ysz

nam za przedmiot dociekañ.

 – Nie jestem mêdrcem – zaprotestowa³ Conan. – Niewiele wam

powiem.

 – Ale nie ty pierwszy siedzisz w tej klatce. Badaliœmy ju¿ tych,

których zwiesz mêdrcami. Wiemy, ¿e mali ludzie ró¿ni¹ siê od sie-

bie, podobnie jak my. Teraz przyszed³ czas, by przepytaæ wojownika

z obcego kraju.

 – Nie muszê tkwiæ za kratami, by udzielaæ odpowiedzi.

 – Obawiam siê, ¿e musisz. Niektóre z pytañ bêd¹ bolesne, bo to

badania natury fizycznej.

Conan popatrzy³ na Raseriego. B³yszcz¹ce, niebieskie oczy Cym-

merianina na moment pociemnia³y. Zamierzaj¹ go torturowaæ! A wiêc,

dobrze. Zobaczy, jacy s¹ silni, gdy otworz¹ klatkê, a on wpadnie

w gniew. Dostrzeg³ swój miecz oparty o œcianê za plecami wielkolu-

da. Wiedzia³, ¿e jest szybszy od Jatte. Jeœli zd¹¿y dopaœæ broni, prze-

kona siê, czy cia³o olbrzymów oka¿e siê twardsze od ostrej stali.

background image

– 26 –

Lepiej zgin¹æ z mieczem w d³oni ni¿ poddaæ siê i cierpieæ w mêczar-

niach. Crom nie jest ³askawy dla wojowników unikaj¹cych walki.

A skoro zanosi siê na rych³e spotkanie z bogiem, lepiej zabraæ ze

sob¹ tylu wrogów, ilu siê da. S¹ gorsze rzeczy ni¿ umieranie. Bez

w¹tpienia jedna z nich to niegodna œmieræ.

Mokrad³a gêsto porasta³a bujna roœlinnoœæ, liczne rozlewiska

pokrywa³a bagienna piana, a grunt by³ zdradliwy. S³oñce tylko gdzie-

niegdzie przebija³o siê przez korony drzew i nawet w po³udnie pa-

nowa³ tu ponury pó³mrok.

Byæ mo¿e z powodu ciemnoœci Kreg zmyli³ drogê i zszed³ ze

œcie¿ki, zamiast pod¹¿aæ œladami Tro, pewnie prowadz¹cej grupkê.

Nagle zacz¹³ ton¹æ w b³otnistej mazi.

 – Na pomoc!

Dake z niesmakiem pokrêci³ g³ow¹.

– Wyci¹gnij go, Penz.

Cz³owiek-wilk skin¹³ ³bem i zdj¹³ z ramienia zwój liny. Trzy-

maj¹c sznur w lewej rêce, okrêci³ koniec w powietrzu, by rzuciæ go

Kregowi.

 – Szybciej, w³ochaty durniu! – Blondyn tkwi³ po uda w mule.

Przy ka¿dym ruchu zapada³ siê coraz g³êbiej.

Dake westchn¹³. Kreg by³ mu bezgranicznie oddany, ale równie

g³upi. Trzeba nie mieæ rozumu, by miotaæ wyzwiska na swego wy-

bawcê, gdy cz³owieka wch³ania bagno. Gdyby Dake nie rozkaza³

Penzowi wydobyæ kompana z grzêzawiska, wilko³ak z uœmiechem

pozwoli³by Kregowi uton¹æ. Kto nie potrzebuje pomocnika, bo uwa¿a

siê za zbyt sprytnego lub ambitnego, jest niebezpieczny. Ale lojal-

noœæ Krega rekompensowa³a jego têpotê.

Penz cisn¹³ linê. Od ton¹cego dzieli³a go niewielka odleg³oœæ,

tote¿ rozwin¹³ tylko kawa³ek zwoju. Gruby i ciê¿ki koniec sznura

mocno uderzy³ Krega w twarz i pierœ, oplataj¹c jego cia³o.

 – Auuu...! Niech ciê Set porwie!

Dake nie widzia³ twarzy Penza ukrytej pod kapturem, ale gotów

by³ siê za³o¿yæ, ¿e wykrzywi³ j¹ wilczy uœmiech.

Wokó³ brzêcza³y owady. Wilko³ak poci¹gn¹³ linê. Rozleg³o siê

g³oœne mlaœniêcie i nogi Krega zosta³y uwolnione z bagnistej pu³ap-

ki. Gdy blondyn prawie ca³kiem wydoby³ siê z grzêzawiska, Penz

szarpn¹³ trochê za mocno i Kreg straci³ równowagê. Pad³ na twarz,

rozpryskuj¹c b³oto.

background image

– 27 –

Za plecami Dake’a Tro i Sab wybuchnêli œmiechem.

Kreg wygramoli³ siê na œcie¿kê. Trz¹s³ siê z gniewu. Rzuci³ wil-

ko³akowi wœciek³e spojrzenie.

– Umyœlnie mnie przewróci³eœ! – Wyrwa³ zza pasa d³ugi szty-

let. – Obetnê ci za to uszy!

 – Schowaj n󿠖 rozkaza³ Dake.

Blondyn by³ zbyt g³upi, by zdawaæ sobie sprawê z ryzyka. Prze-

niós³ p³on¹cy wzrok na swego pana.

– Widzia³eœ, co mi zrobi³!

 – Widzia³em te¿, ¿e to ty spad³eœ ze œcie¿ki. Nastêpnym razem

pozwolê ci uton¹æ!

Penz spokojnie zwija³ linê.

Kreg kipia³ ze z³oœci, ale wsun¹³ sztylet do pochwy.

Dake odwróci³ siê. Pewnego dnia ci dwaj naprawdê skocz¹ so-

bie do garde³! Szkoda by³oby straciæ tak cenny okaz jak Penz, wiêc

jeœli Kreg siê nie pohamuje, zginie. £atwo znaleŸæ nowego pomoc-

nika, o wiele trudniej wilko³aka. To przykre, ale sama lojalnoœæ nie

czyni cz³owieka niezast¹pionym.

Tymczasem by³y wa¿niejsze sprawy: schwytanie kar³a i olbrzyma.

Jakby w odpowiedzi na to, z g³êbi bagien dolecia³ dziwny dŸwiêk.

Mag nigdy dot¹d nie s³ysza³ tak jednostajnego zawodzenia.

 – Co to? – zaniepokoi³ siê Kreg.

 – Ruszajmy naprzód, to siê dowiemy – odpar³ Dake.

W wysuniêtych najdalej na po³udnie dzikich ostêpach mokra-

de³, gdzie jeszcze nigdy nie zapuœci³ siê cz³owiek, wœród najbardziej

zdradliwych grz¹skich piasków i drzew rosn¹cych miejscami gêsto

jak palisada, ¿y³o plemiê Vargów. Na polanie przy ch³odnej sadzaw-

ce siedzia³ jego wódz imieniem Fosull. Spomiêdzy spiczastych, przed-

nich zêbów wyd³uba³ ostrym paznokciem kawa³ek miêsa i prze¿u³

go w zamyœleniu. Fosull by³ najsilniejszy i najwy¿szy ze wszystkich

Vargów; wysokoœæ jego cia³a siêga³a niemal æwierci wzrostu prze-

ciêtnego Jatte. Biega³ i wspina³ siê szybciej ni¿ o po³owê m³odsi

pobratymcy. Nakrapiana, zielona skóra wodza nosi³a tu i ówdzie œla-

dy zmarszczek, a oczy nie widzia³y ju¿ tak dobrze jak tuzin wiosen

wczeœniej, lecz wci¹¿ nikt nie œmia³ odebraæ mu w³adzy. Nawet naj-

starszy syn, Vilken, choæ Fosull wiedzia³, ¿e ten dzieñ zbli¿a siê nie-

uchronnie. Ch³opak musi jeszcze nabraæ doœwiadczenia. Ale nastêp-

nego lata, lub mo¿e trochê póŸniej, trzeba bêdzie ust¹piæ mu miejsca.

background image

– 28 –

Niech m³odzieniec siê przekona, jak ciê¿ko jest rz¹dziæ. Fosull usu-

nie siê w cieñ i zazna zas³u¿onego spokoju w otoczeniu swych dzie-

wiêciu ¿on. Lepiej do¿yæ staroœci jako by³y wódz ni¿ nie do¿yæ jej

wcale.

Pocz¹³ zdejmowaæ skórzane odzienie, by zanurzyæ siê w wo-

dzie, gdy nadbieg³ Brack, jeden ze stra¿ników strzeg¹cych œcie¿ki.

– Hej, wodzu!

Fosull wci¹gn¹³ ze œwistem powietrze i zrobi³ znudzon¹ minê.

– Dzieñ jest gor¹cy i zamierzam za¿yæ przyjemnej k¹pieli. Co

tam znowu?

 – Ktoœ nadchodzi, wodzu.

 – Jatte?

 – Nie. Ludzie pozabagienni. Jacyœ dziwni.

 – Jak to?

 – Jeden ma cztery rêce. Drugi twarz dzikiej bestii. Jest jeszcze

kobieta o wygl¹dzie kota. Dwaj inni s¹ zwyczajni.

 – Ciekawe. Gdzie ich widzia³eœ?

 – Na Dolnym ¯ó³wim Szlaku.

Fosull zamyœli³ siê. Prawda, ¿e ludzie spoza bagien byli du¿o

mniej smaczni od Jatte, ale miêso to zawsze miêso. Lepsze takie ni¿

¿adne. Dieta Vargów ogranicza³a siê ostatnio do dzikich œwiñ i gry-

zoni. Uczta z³o¿ona z piêciu pozabagiennych ludzi, nawet dziwacz-

nych, nie trafia³a siê co dzieñ. K¹piel musia³a zaczekaæ.

 – Dobrze. Zbierz wojowników na Wysokim ¯ó³wiu. Z³apiemy

przybyszów na zakrêcie przy torfowisku.

 – Tak jest, wodzu.

Brack biegiem znikn¹³ w zaroœlach. Fosull siêgn¹³ po w³óczniê

opart¹ o roz³o¿yste drzewo ocieniaj¹ce sadzawkê. Mo¿e dziwacz-

noœæ obcych doda im smaku?

Conan samotnie przesiedzia³ w klatce wiêkszoœæ poranka. Wci¹¿

piek³y go oczy od cuchn¹cego p³ynu, którym Raseri chlusn¹³ na nie-

go przed odejœciem.

Ciecz wylana z ma³ej drewnianej miski œmierdzia³a niczym zde-

ch³y szczur le¿¹cy przez trzy dni w pal¹cym s³oñcu. Ale poza szczy-

paniem pod powiekami i przykrym zapachem, Cymmerianin nie za-

uwa¿y³ innych skutków prysznica. Olbrzym po opryskaniu wiêŸnia

przygl¹da³ mu siê przez chwilê, potem pokiwa³ g³ow¹ w zamyœleniu

i wyszed³.

background image

– 29 –

Conan jeszcze nie s³ysza³ o takiej torturze.

Do izby wesz³a Teyle. Kiedy zbli¿y³a siê do klatki, pos³a³ jej

wœciek³e spojrzenie, lecz nie odezwa³ siê ani s³owem.

 – Widzê, ¿e koughmn pogorszy³ ci nastrój – powiedzia³a.

Conan milcza³.

 – Musisz zrozumieæ... – ci¹gnê³a – ¿e osobiœcie nic do ciebie

nie mam. Ojciec kaza³ mi sprowadziæ okaz wojownika rasy ma³ych

ludzi. Przypadkiem natknê³am siê na ciebie.

Conan uzna³ to wyjaœnienie za ma³o pocieszaj¹ce. Nadal trzy-

ma³ jêzyk za zêbami.

 – Nas jest garstka, a ma³ych ludzi wielu. Musimy poznaæ na-

szych wrogów, by przetrwaæ. Chyba to pojmujesz?

 – Dopóki tu nie przyby³em, nie by³em waszym wrogiem – od-

rzek³ w koñcu Conan.

 – Lecz twój gatunek jest. ¯a³ujê, ¿e zwabi³am ciê tu podstêpem,

ale mam swoje obowi¹zki.

 – Przebaczy³bym ci, gdybyœ wypuœci³a mnie z tej klatki.

 – Ale¿ nie mogê. Chcia³am tylko, ¿ebyœ wiedzia³, i¿ nie powi-

nieneœ braæ tego do siebie.

 – Wygl¹da na to, ¿e przyjdzie mi umrzeæ w waszej niewoli.

Wybacz wiêc, ale muszê braæ to do siebie.

Teyle nie wiedzia³a, co odpowiedzieæ. Odwróci³a siê i odesz³a.

Conan znów przyjrza³ siê klatce. Spojenia drzwi zasmarowano

takim samym klejem jak resztê krat. Ju¿ wczeœniej sprawdzi³, ¿e nie

da siê go zeskrobaæ paznokciem lub krzemieniem, ani te¿ podpaliæ.

Koœci by³y niepalne jak metal.

Cymmerianim pocz¹³ ostro¿nie napieraæ na wszystkie prêty, szu-

kaj¹c s³abego punktu. W rogu wiêzienia znalaz³ koœæ d³ugoœci i gru-

boœci mniej wiêcej swego ramienia. Zaskrzypia³a lekko, gdy j¹ moc-

no poci¹gn¹³. Wyjêcie jej nie otworzy³oby mu drogi ucieczki, ale

przynajmniej zdoby³by narzêdzie do obluzowania pozosta³ych. Po-

nadto, mia³by maczugê. Gdyby Raseri podszed³ doœæ blisko, Conan

móg³by spróbowaæ zgruchotaæ czaszkê olbrzyma. Albo cisn¹æ w nie-

go koœci¹. Lepsze to ni¿ nic.

Cymmerianin uchwyci³ prêt i zacz¹³ go ci¹gn¹æ z ca³ej mocy.

Koœæ zatrzeszcza³a i poruszy³a siê trochê. Odpocz¹³ chwilkê i po-

wróci³ do pracy.

Na myœl o roz³upaniu Raseriemu g³owy uœmiechn¹³ siê ponuro.

Uœmiercenie jednego z wielkoludów choæ czêœciowo wynagrodzi³o-

by mu to, ¿e tak lekkomyœlnie da³ siê zwabiæ w pu³apkê.

background image

– 30 –

Dalej zmaga³ siê z klatk¹.

W tej chwili i tak nie mia³ nic lepszego do roboty.

V

Atak zupe³nie zaskoczy³ grupkê Dake’a.

Ca³a pi¹tka brnê³a przez podmok³¹ polanê, gdy nagle z gêstych

krzaków na wprost wypad³a z wrzaskiem horda zielonych ludków

potrz¹saj¹cych w³óczniami.

W jednej chwili, która ci¹gnê³a siê niczym ¿ywica sp³ywaj¹ca

po korze drzewa, Dake uœwiadomi³ sobie, ¿e on i jego dziwaczna

trupa zostan¹ otoczeni przez przewa¿aj¹ce si³y wroga. Napastników

by³o co najmniej dwudziestu. Musia³ coœ zrobiæ i to szybko, jeœli

chcia³ uratowaæ siebie i swoj¹ mena¿eriê.

Pospiesznie wymówi³ s³owa zaklêcia. Powietrze za jego pleca-

mi rozb³ys³o, rozleg³ siê huk grzmotu i pojawi³ siê olbrzymi, czer-

wony demon. Potwór po trzykroæ przerasta³ wysokiego mê¿czyznê.

GroŸnie wyszczerzy³ lœni¹ce k³y i zamacha³ ³apami uzbrojonymi w pa-

zury zdolne rozp³ataæ wo³u.

Kar³y natychmiast przyhamowa³y i œlizgaj¹c siê na mokrej tra-

wie, stanê³y jak wryte.

Dake skin¹³ rêk¹; demon post¹pi³ krok naprzód.

Zielone ludki rzuci³y siê do ucieczki, szukaj¹c schronienia w za-

roœlach. Popiskiwa³y coœ miêdzy sob¹; bez w¹tpienia wzywa³y na

pomoc swych bogów.

Mag uœmiechn¹³ siê. Rzecz jasna, demon by³ tylko iluzj¹. Móg³

rozwiaæ siê równie ³atwo jak dym z ogniska. Ale z pewnoœci¹ wy-

gl¹da³ naturalnie. A kto przy zdrowych zmys³ach zaryzykowa³by

sprawdzenie tego na w³asnej skórze?

Kiedy kar³y rozpierzch³y siê, Dake zawo³a³ do Penza:

– Z³ap mi jednego!

Wilko³ak skin¹³ ³bem i ruszy³ przez siebie, rozwijaj¹c linê. Okrê-

ci³ j¹ w powietrzu i cisn¹³. Pêtla na koñcu sznura opasa³a umykaj¹ce-

go ludzika. Penz szarpn¹³ lasso i schwytana zdobycz zwali³a siê z nóg.

Œwietnie. Jeœli równie ³atwo da siê pojmaæ olbrzyma, wkrótce

wyrusz¹ w dalsz¹ drogê do Shadizaru.

Zielony karze³ miota³ siê i próbowa³ wstaæ. Nic z tego. Wilko³ak na-

prê¿y³ sznur i jeñcowi nie uda³o siê podnieœæ. Dake podbieg³ do ofiary.

background image

– 31 –

Czerwony demon znikn¹³. Spe³ni³ swoje zadanie i przesta³ byæ

potrzebny. GroŸba ataku zosta³a za¿egnana.

Penz przyci¹gn¹³ bli¿ej kar³a usi³uj¹cego uwolniæ siê z wiêzów.

Mag rzuci³ najpotê¿niejsze ze swych zaklêæ i wiêzieñ uspokoi³ siê

nagle. Czar obezw³adni³ karze³ka.

 – Teraz nale¿ysz do mnie – rzek³ Dake. – Wobec mojej mocy

jesteœ bezsilny.

Trudno by³o orzec, czy zielony ludek zrozumia³ jego s³owa. Ale

zosta³ spêtany niewidzialn¹, magiczn¹ sieci¹ i podobnie jak inne

okazy Dake’a, nie móg³ ju¿ zagroziæ ani uciec swemu nowemu w³adcy.

 – RozluŸnij linꠖ rozkaza³ wilko³akowi czarodziej.

Penz pos³usznie wykona³ polecenie.

Jeniec patrzy³ na przeœladowców. Mag gestem nakaza³ mu wstaæ.

Karze³ podniós³ siê niechêtnie. WyraŸnie zmaga³ siê z krêpuj¹cym

go zaklêciem. Dake uœmiechn¹³ siê. Na pocz¹tku wszyscy próbowali

walczyæ. Ale ten czar mia³ wyj¹tkow¹ moc i naprawdê doskonale

dzia³a³. Lepiej znaæ jedno dobre magiczne zaklêcie ni¿ kilka mar-

nych, a ta sztuczka jeszcze nigdy nie zawiod³a Dake’a.

 – Ruszajmy – powiedzia³ mag.

 – A co... a co z jego wspó³braæmi? – zapyta³ niepewnie Kreg.

 – Widzia³eœ, jakiego stracha napêdzi³ im demon. Zostawi¹ nas

w spokoju.

Kreg nie by³ o tym do koñca przekonany, ale wola³ nie spieraæ

siê ze swym mistrzem. Grupka pod¹¿y³a dalej.

Do izby wkroczy³ Raseri w towarzystwie czterech innych olbrzy-

mów uzbrojonych w d³ugie, proste kije. Grube tyki przypomina³y

wielkoœci¹ w³ócznie wielkoludów. Na znak wodza mê¿czyŸni oto-

czyli klatkê.

Raseri rzuci³ krótki rozkaz i jego ludzie wyci¹gnêli kije przed

siebie.

Pierwszy spróbowa³ dŸgn¹æ wiêŸnia w plecy. Conan wyczu³ ten

zamiar i odwróci³ siê, by stawiæ czo³o napastnikowi. Wyr¿n¹³ potê¿-

n¹ piêœci¹ w tykê i odtr¹ci³ j¹ w dó³. Unikn¹³ pierwszego ciosu, ale

nie zd¹¿y³ obroniæ siê przed nastêpnym. Drugi olbrzym wbi³ mu kij

w krêgos³up.

Cymmerianin zamrucza³ i zrobi³ unik przed trzecim atakiem.

Klatka by³a na tyle wysoka, ¿e móg³ w niej staæ. Ale gdyby chcia³

podskoczyæ, uderzy³by g³ow¹ w kratê z koœci. Pozostawa³o mu za-

background image

– 32 –

tem schylaæ siê lub uskakiwaæ na boki. Niestety, mia³ ograniczone

pole manewru, broni¹c siê przed trafieniami z czterech stron naraz.

Jeden cios trafi³ go w udo. Conan upad³ na bok. Wtedy drugi kij

ugodzi³ go w brzuch.

Musia³ szybko znaleŸæ jakiœ sposób obrony. Czterej napastnicy

byli zbyt silni; jeœli czegoœ nie wymyœli, lada chwila zat³uk¹ go na

œmieræ!

Jedno szturchniêcie chybi³o. Chwyci³ kij i mocno szarpn¹³, by

wyrwaæ go z r¹k wielkoluda. Ale olbrzym poci¹gn¹³ broñ z tak¹ si³¹,

¿e Conan nie zdo³a³ jej utrzymaæ.

W oczy zajrza³a mu œmieræ. Lecz wtem dostrzeg³ nik³¹ nadziejê.

Gdyby przywar³ bokiem do œrodka jednej ze œcian kwadratowej

klatki, trzej przeœladowcy nie dosiêgnêliby go bez zmiany pozycji;

dotychczas stali na swoich miejscach. Naturalnie taki manewr u³a-

twi³by zadanie czwartemu olbrzymowi, ale jeden napastnik to ju¿

nie czterech.

Gdy najbli¿ej stoj¹cy olbrzym wyprowadzi³ dŸgniêcie w jego brzuch,

Conan skoczy³ naprzód, odwracaj¹c siê bokiem. Koniec kija ledwo go

musn¹³. Dopad³ kraty i przycisn¹³ do niej ramiê i biodro. Uchwyci³ tykê

dwiema rêkami, oplót³ j¹ nogami i przyci¹gn¹³ do piersi.

Nawet wielkolud nie móg³ utrzymaæ ciê¿aru Cymmerianina na

drugim koñcu kija. Olbrzym wypuœci³ tykê i Conan run¹³ na ziemiê,

ale poderwa³ siê natychmiast. Zdoby³ broñ!

Jatte by³ zaskoczony. Zanim zd¹¿y³ coœ zrobiæ, Conan przykuc-

n¹³ i dŸgn¹³ z ca³ej si³y.

Dobrze wycelowa³. Kij trafi³ wielkoluda w czo³o. Rozleg³ siê

dŸwiêk, jakby drewniany m³otek uderzy³ w ko³ek namiotu. Ogrom-

ny mê¿czyzna przewróci³ oczami, opad³ na kolana i leg³ na boku.

Klatka zadr¿a³a, gdy jego cia³o zwali³o siê na ziemiê.

Conan szybko wci¹gn¹³ broñ za kraty. Za ciê¿ka, ¿eby wzi¹æ

dobry zamach, ale mo¿e uda mu siê jeszcze kogoœ zdzieliæ, zanim

padnie trupem. Uœmiechn¹³ siê z³owieszczo.

 – Wspaniale! – wykrzykn¹³ Raseri i zacz¹³ klaskaæ. Powiedzia³

coœ do swych towarzyszy. Opuœcili kije.

Cymmerianin przyjrza³ siê wodzowi olbrzymów. Krew kipia³a

w Conanie z wœciek³oœci. Chêtnie da³by wielkoludowi nauczkê, lecz

mimo ma³ego zwyciêstwa wci¹¿ pozostawa³ wiêŸniem na ³asce Ra-

seriego.

 – Jesteœ wielce zaradny – pochwali³ wódz. – Zwa¿ywszy cha-

rakter ataku, tylko tak mog³eœ zareagowaæ.

background image

– 33 –

 – Wypuœæ mnie st¹d, a zobaczysz jeszcze inne reakcje – wark-

n¹³ Conan i potrz¹sn¹³ tyk¹.

Raseri uœmiechn¹³ siê. – Och, nie mogê. To chyba jasne. Czeka

ciê jeszcze wiele prób. Oddaj kij.

 – Ani myœlê. Wolê go zatrzymaæ. Jeœli chcesz, spróbuj mi odebraæ.

 – Nie pozwolê ci zatrzymaæ tej broni, bo móg³byœ jej u¿yæ jako

dŸwigni. Ekad to mocny klej, lecz jesteœ silny i zapewne potrafi³byœ

utorowaæ sobie drogê ucieczki.

Conan nie ruszy³ siê.

 – Ka¿ê im ponowiæ atak – ostrzeg³ Raseri i skin¹³ na trzech gi-

gantów.

 – Lepiej zgin¹æ w walce ni¿ iœæ na rzeŸ potulnie jak koza.

 – Ach tak... Kodeks honorowy wojownika. Doskonale. Ale jesz-

cze nie czas, byœ zgin¹³. Oddaj kij.

 – Ani mi siꠜni.

Raseri zanurzy³ d³oñ w sakiewce u pasa.

Conan przygotowa³ siê. Uniós³ kij i odchyli³ ramiê do ty³u. Tyka

mia³a têpy koniec, ale rzucona z du¿¹ si³¹ mog³a porz¹dnie uszko-

dziæ przeciwnika. Lepsza taka w³ócznia ni¿ ¿adna.

Lecz zanim Cymmerianin zd¹¿y³ jej u¿yæ, Raseri cisn¹³ do klat-

ki zawartoœæ sakiewki. W powietrzu zamigota³ czarny proszek. Co-

nan za póŸno uskoczy³ na bok. Wstrzyma³ wprawdzie oddech, ale

nie ustrzeg³ siê przed wch³oniêciem gryz¹cego py³u. Oczy zasnu³a

mu mg³a i poczu³, ¿e nogi uginaj¹ siê pod nim. Ostatnim wysi³kiem

rzuci³ przed siebie kij. Zbyt s³abo, tajemnicza substancja pozbawi³a

Cymmerianina si³. Têpa dzida ledwo przelecia³a przez kraty i z ³o-

skotem upad³a na pod³ogê, u stóp Raseriego.

Conana ogarnê³a ciemnoœæ.

Raseri by³ zachwycony. Córka przyprowadzi³a mu chyba naj-

cenniejszy okaz, jaki dotychczas bada³. Ma³y cz³owiek z obcego kraju

odznacza³ siê si³¹, odwag¹ i sprytem. Móg³ dostarczyæ wielu wa¿-

nych informacji.

Wódz Jatte podniós³ wzrok znad zapisków i przyjrza³ siê nie-

przytomnemu wiêŸniowi. Dobry humor psu³a szamanowi œwiado-

moœæ, ¿e tacy osobnicy jak ten stanowi¹ powa¿ne zagro¿enie dla

jego plemienia. Miejscowi ludzie nie posiadali umiejêtnoœci cudzo-

ziemca i nie stawiali tak zaciek³ego oporu. Wiêkszoœæ z nich wpada-

³a w pop³och na sam widok Jatte i poddawa³a siê bez walki. Umiera-

3 – Conan groŸny

background image

– 34 –

li szybko i wielu b³aga³o o litoœæ. Gdyby wszyscy byli tacy, plemiê

olbrzymów nie musia³oby siê ich obawiaæ.

Lecz jeœli obcy mia³ sobie równych wœród ma³ych ludzi, to ist-

nienie takich œmia³ków stwarza³o prawdziwy problem. Prêdzej czy

póŸniej œwiat dowie siê o Jatte. Ju¿ nieraz ró¿nym ryzykantom uda³o

siê pokonaæ bagna i nawet Vargów, by dotrzeæ do wioski. Na szczê-

œcie ¿aden st¹d nie wróci³. Ale to tylko kwestia czasu; w koñcu ko-

muœ siê powiedzie.

Teyle nie nadawa³a siê do prowadzenia badañ, mia³a za miêkkie

serce. To, co uznawa³a za tortury, Raseri postrzega³ jako koniecz-

noœæ. Nie widzia³a w ma³ych ludziach wrogów, Raseri zaœ przewidy-

wa³, ¿e bêd¹ im zagra¿aæ. Nie zastanawia³a siê nad przysz³oœci¹,

podczas gdy on myœla³ perspektywicznie. Dziesiêæ lub sto wiosen

mo¿e min¹æ spokojnie, lecz co czeka jego wnuki? Bez poznania prze-

ciwnika i sposobów obrony przed nim, plemiê zginie. Raseri ju¿ daw-

no wyzby³ siê wyrzutów sumienia – robi³, co musia³, dla ratowania

swego ludu. W koñcu, ¿ycie jest trudne, a bogowie najchêtniej po-

magaj¹ tym, którzy sami chc¹ sobie pomóc. Ten Conan w klatce

umrze, lecz jego œmieræ przyniesie korzyœæ Jatte. Tylko to siê liczy.

Wiedza daje si³ê, a im wiêksz¹, tym lepiej.

Raseri pochyli³ siê nad pergaminem i pocz¹³ opisywaæ ostatni

eksperyment. Czyni³ to nadzwyczaj starannie. Jeœli skomplikowane

wnioski mia³y siê na coœ przydaæ, musia³y byæ przedstawione we

w³aœciwej formie, by potem nikt ich fa³szywie nie zinterpretowa³.

W g³êbi bagien Fosull zebra³ wstrz¹œniêtych wojowników na na-

radê. Zgromadzili siê na polanie, gdzie czasem pod jego przywódz-

twem dokonywano uroczystego obrz¹dku zg³adzania pojmanych wro-

gów. S³oñce przeœwieca³o przez ga³êzie i w jego blasku wódz zobaczy³

wiêcej, ni¿by sobie ¿yczy³. Nawet Vargowie, przywykli do walki z trzy-

krotnie wiêkszymi Jatte, byli przera¿eni pojawieniem siê czerwonego

demona, przy którym ludzie-olbrzymy wydawali siê mali. Wci¹¿ nie

mogli dojœæ do siebie po spotkaniu z koszmarn¹ zjaw¹ i wspominali j¹

z trwog¹.

 – Spotkaliœcie kiedy takiego potwora?!

 – Te k³y zgruchota³yby ¿ó³wi¹ skorupê!

 – Patrzy³ prosto na mnie!

 – Cisza! – zagrzmia³ Fosull. – Przestañcie paplaæ jak dzieci!

 – Przecie¿ sam widzia³eœ, wodzu...

background image

– 35 –

 – Widzia³em, ¿e by³ wielki, ale jeden, a nas wielu. Tymczasem

moi wojownicy pierzchali jak myszy przed kotem!

 – A co mieliœmy zrobiæ? Zgin¹æ pod ciosami tych szponów? To

magiczny stwór, nie z tego œwiata!

Fosull nie odezwa³ siê. Nie ulega³o w¹tpliwoœci, ¿e nagle znik¹d

wy³oni³ siê przera¿aj¹cy potwór. ¯adna magia Vargów nie potrafi³a-

by tego dokonaæ. Szaman móg³ wyleczyæ dreszcze, czasem nawet

uzdrowiæ bezp³odne ³ono przy pomocy zaklêæ, ale nie wyczarowa³-

by z powietrza takiego monstrum. W³ócznia zapewne nie wyrz¹dzi-

³aby tej bestii wiêkszej szkody ni¿ cierñ.

 – Mamy tu odbyæ naradê wojenn¹ – przypomnia³. – Musimy

postanowiæ, jak poradziæ sobie z tymi pozabagiennymi ludŸmi. Gdzie

jest mój syn? Vilken, do mnie!

Vargowie nagle zauwa¿yli, ¿e brakuje wœród nich najstarszego

potomka wodza.

 – Vilken! Gdzie jesteœ?

Ale Vilken przepad³. Fosull poczu³ skurcz w ¿o³¹dku, gdy przy-

pomnia³ sobie, ¿e nie widzia³ syna od chwili ataku na obcych.

Czy to mo¿liwe, by jego nastêpca – przysz³y wódz plemienia,

pad³ ofiar¹ potwora? Mo¿e czerwona bestia rodem z najg³êbszych

czeluœci piekie³ prze¿uwa w³aœnie zw³oki jego dziecka?

Fosull odpêdzi³ straszne myœli.

Mimo wszystko, wodzowi nie przystoi okazywaæ emocji w obec-

noœci wojowników. To podrywa jego autorytet. Nie zdradzi³ siê ze

swymi podejrzeniami.

– Zaczynamy naradꠖ oznajmi³.

 – Ludzie pozabagienni mog¹ uciec – zauwa¿y³ jeden z wojowników.

 – Nie uciekn¹. Pod¹¿yli ku wiosce Jatte – odpar³ Fosull. – Lecz

nawet czerwony demon nie pokona wszystkich olbrzymów, dajê za to

g³owê. A kiedy obcy bêd¹ stamt¹d pierzchaæ, zagrodzimy im drogê.

 – Ale jak zwyciê¿ymy magiczn¹ bestiê?

 – Znajdziemy sposób – mrukn¹³ wódz. – Zawsze istnieje jakieœ

rozwi¹zanie.

VI

Grupka  Dake’a  przycupnê³a  w gêstych  zaroœlach  nie  opodal

œcie¿ki. Ktokolwiek przemierza³by szlak, nie dostrzeg³by nikogo

background image

– 36 –

wœród bujnej roœlinnoœci o dziwacznych kszta³tach. Nikt te¿ z pew-

noœci¹ nie zapuœci³by siê bez potrzeby w g¹szcz krzaków. Odzienie

maga bardzo ucierpia³o wskutek przedzierania siê przez cierniste

krzewy rosn¹ce dziesiêæ kroków dalej, tote¿ Dake w¹tpi³, by ktoœ

zaryzykowa³ wyprawê w kolczast¹ gêstwinê.

Brakowa³o tylko Penza. Wilko³ak po chwili do³¹czy³ do resz-

ty ze zwinnoœci¹ pasuj¹c¹ do jego wygl¹du. Przykucn¹³ obok Da-

ke’a.

 – No i...? – zapyta³ mag.

 – Wioska le¿y o dziesiêæ minut drogi st¹d.

Zatem plotka okaza³a siê prawd¹!

– Widzia³eœ jakiegoœ samotnego olbrzyma?

 – Nie. Pracuj¹ w grupach.

Dake zamyœli³ siê. Mia³ prosty plan pochwycenia wielkoluda.

Gdyby natrafili na pojedynczy okaz, towarzysze maga odwróciliby

jego uwagê, ¿eby Dake móg³ podkraœæ siê do niego i rzuciæ obez-

w³adniaj¹ce zaklêcie. Wielkoœæ ofiary nie mia³a wp³ywu na moc czaru,

ale odleg³oœæ tak. Dopóki nie zbli¿y siê do olbrzyma, nic z tego.

Najlepiej by³oby wypatrzyæ drwala œcinaj¹cego drzewo na uboczu,

samotnego myœliwego lub zbieracza. Ich nieobecnoœci nikt by prêd-

ko nie zauwa¿y³. Zanim ktoœ zacz¹³by szukaæ pojmanego wspó³ple-

mieñca, grupka Dake’a by³aby daleko. Mag nie mia³ ochoty na wal-

kê z hord¹ gigantów. Czerwony demon z pewnoœci¹ nie napêdzi³by

im takiego stracha jak kar³om.

W³adca  dziwol¹gów  rzuci³  okiem  na  sw¹  ostatni¹  zdobycz.

Ma³e, paskudne stworzenie. Zêby spi³owane w szpic, zielona skó-

ra nakrapiana jak u ¿aby... Ale w przeciwieñstwie do innych kar-

³ów, ten by³ proporcjonalnie zbudowany. Nie mia³ za du¿ej g³owy,

ani zbyt ma³ych r¹k czy stóp. Przypomina³ po prostu niskiego, zie-

lonego cz³owieczka. Mimo to, Dake cieszy³ siê ze zdobyczy. Na-

wet gdyby nie z³apa³ wielkoluda, wyprawa op³aci³a siê. ¯abowaty

wart by³ zachodu.

 – Jak du¿e s¹ te olbrzymy? – zapyta³ Penza.

Wilko³ak rozpostar³ ramiona.

– Mê¿czyŸni prawie dwa razy tacy jak my. Kobiety trochê ni¿-

sze.

Po dwakroæ przewy¿szaj¹ zwyk³ych ludzi! Wspaniale!

 – Bardzo dobrze. Musimy podejœæ bli¿ej i zaczekaæ na okazjê.

Dake rozmarzy³ siê. Ale¿ sensacja! Mo¿ni patroni bêd¹ siê bili

o niego. Ka¿dy zapragnie roztoczyæ opiekê nad jego mena¿eri¹ i sfi-

background image

– 37 –

nansowaæ hodowlê dziwów natury. Zyska s³awê, pozycjê i szacunek.

Stanie siê bogaty!

Conan ockn¹³ siê i usiad³. Wokó³ panowa³a cisza, ale wyczu³

czyj¹œ obecnoœæ. Odwróci³ siê. Zobaczy³ dwoje dzieci.

Rozpozna³ m³odsze rodzeñstwo Teyle. Przedstawi³a mu bli¿nia-

ki jako Orena i Morjê, o ile te imiona by³y prawdziwe. Ale po co

mia³aby k³amaæ?

 – Na co siê gapicie? – zapyta³. – Nigdy nie widzieliœcie zwy-

k³ego cz³owieka?

 – To my jesteœmy zwykli – odrzek³ Oren. – Ty nale¿ysz do rasy

ma³ych ludzi.

 – Widzieliœmy tylko kilku takich ja ty – doda³a Morja. – Za-

zwyczaj szybko umierali po eksperymentach naszego ojca.

Conan uzna³ to za niezbyt krzepi¹c¹ wiadomoœæ.

 – Ty te¿ d³ugo nie wytrzymasz – zapewni³ Oren.

Rozleg³ siê odg³os kroków.

 – To ojciec!

BliŸniaki rozejrza³y siê w panice.

– Musimy siê ukryæ! – ponagli³a Morja.

Pod przeciwleg³¹ œcian¹, z dala od drzwi wala³y siê wielkie ko-

sze. Dzieci pobieg³y w tamt¹ stronê i schowa³y siê wœród wiklino-

wych pojemników.

Do izby wszed³ Raseri i zbli¿y³ siê do klatki. Popatrzy³ na boki,

jakby czegoœ albo kogoœ szuka³.

 – Nie by³o tu moich m³odszych dzieci? – zapyta³. – Ch³opca

i dziewczynki, którzy licz¹ sobie trzynaœcie wiosen? Nie widzia³eœ

bliŸniaków?

Conan by³ wojownikiem i k³amanie nie le¿a³o w jego naturze.

Nigdy nie ucieka³ siê do oszustwa. Lecz nie widzia³ nic sprzecznego

z honorem w zatajeniu prawdy przed cz³owiekiem, który zamierza³

go torturowaæ i pozbawiæ ¿ycia. Ka¿dy sposób wyprowadzenia wro-

ga w pole wydawa³ siê dobry.

 – Nie.

Raseri mrukn¹³ pod nosem i wyszed³.

Oren i Morja ostro¿nie wyjrzeli z kryjówki. Potem podeszli do

wiêŸnia.

 – Ojciec nie pozwala nam tu wchodziæ, kiedy prowadzi badania

nad ma³ymi ludŸmi lub Vargami – wyjaœni³a dziewczynka. – Gdyby

background image

– 38 –

nas przy³apa³, spuœci³by nam lanie i zabroni³ bawiæ siê w chatkach

dla dzieci przez ca³y cykl ksiê¿ycowy. Dlaczego nas nie wyda³eœ?

 – A po co? Wasz ojciec to mój wróg. Nie zamierzam mu po-

magaæ.

 – ChodŸmy – powiedzia³ Oren. – Lepiej, ¿eby nas tu nie znalaz³,

kiedy wróci.

Ch³opiec ruszy³ ku drzwiom.

 – Skoro uwa¿asz naszego ojca za wroga, to nas te¿ powinieneœ

traktowaæ jak nieprzyjaci󳠖 stwierdzi³a Morja. – Mog³eœ sprawiæ,

¿e zostaniemy ukarani.

 – Nie zale¿y mi na tym. Nie walczê z dzieæmi.

 – Nie jesteœmy mniejsi ani s³absi od ciebie – wtr¹ci³ Oren. –

Za³o¿ê siê, ¿e rzucê w³óczni¹ tak daleko jak ka¿dy ma³y cz³owiek!

 – Mimo to, nie wojujê przeciw dzieciom.

Dziewczynka posz³a za bratem, ale nagle odwróci³a siê i szepnê-

³a, ¿eby ch³opiec jej nie us³ysza³ – Dziêkujemy ci, ma³y cz³owieku.

 – Zw¹ mnie Conanem.

 – Wiêc dziêkujemy ci, Conanie.

Po wyjœciu bliŸniaków Cymmerianin zabra³ siê do pracy. Koœæ,

któr¹ wczeœniej z niema³ym wysi³kiem trochê obluzowa³, rusza³a siê

coraz bardziej. Nie wiedzia³, ile czasu mu zosta³o, ale musia³ próbo-

waæ odzyskaæ wolnoœæ. Lepiej coœ robiæ, ni¿ bezczynnie czekaæ na

œmieræ.

Na przemian poci¹ga³ i popycha³ koœciany prêt klatki, odpoczy-

wa³ i wraca³ do swego zajêcia. Nikt mu nie przeszkadza³. Najwi-

doczniej Raseri nie zamierza³ go karmiæ ani poiæ. Bez w¹tpienia chcia³

sprawdziæ, jak d³ugo wiêzieñ wytrzyma bez po¿ywienia i wody. Co-

nan wiedzia³, ¿e jeœli prêdko nie ucieknie, straci si³y z g³odu i pra-

gnienia. Cokolwiek go czeka³o, nie mia³ ochoty umieraæ z wycieñ-

czenia. Cz³owiek mo¿e doprowadziæ do w³asnego koñca na wiele

ró¿nych sposobów, zw³aszcza zamkniêty w klatce. Albo ¿yæ tak d³u-

go, jak d³ugo siêga zêbami do swego cia³a.

Wierzy³ jednak, ¿e do tego nie dojdzie. Jeœli oprawcy z kijami

znów zostan¹ sprowadzeni, wtedy stawi im czo³a i zginie w walce

œmierci¹ wojownika.

Noc  rozbrzmiewa³a  przeró¿nymi  dŸwiêkami:  popiskiwaniem

nietoperzy, skrzekiem ¿ab, wrzaskiem kotów poluj¹cych w oddali.

W ciemnoœci bzycza³y owady. Tysi¹ce drobnych stworzeñ pokrytych

background image

– 39 –

³usk¹ rozchlapywa³o stoj¹c¹, bagienn¹ wodê wokó³ szóstki przycza-

jonej w zaroœlach na obrze¿ach wioski Jatte.

Dake klepn¹³ siê w szyjê i zabi³ komara dobieraj¹cego mu siê

do skóry. Niech szlag trafi te mokrad³a! Jeszcze nigdy nie widzia³

tyle fruwaj¹cego i pe³zaj¹cego œwiñstwa. Jeœli prêdko nie z³api¹ ol-

brzyma, chmary owadów wypij¹ z nich ca³¹ krew!

Ale wci¹¿ nie nadarza³a siê sposobnoœæ pochwycenia wielkolu-

da. Nikt nie opuszcza³ wioski; przynajmniej mag i jego towarzysze

nie dostrzegli ¿adnego samotnego olbrzyma.

Dake rozwa¿a³ ró¿ne mo¿liwoœci. Poruszanie siê noc¹ w tej okoli-

cy by³o ryzykowne. Wprawdzie nikt by ich nie zobaczy³, ale z drugiej

strony grozi³a im niebezpieczna k¹piel w bagnie. Mo¿e ranek oka¿e siê

szczêœliwszy? Jakiœ gigant wyjdzie wreszcie z wioski i... A jeœli nie?

Kolejny lataj¹cy mieszkaniec moczarów spróbowa³ po¿ywiæ siê

krwi¹ maga. Tym razem przysiad³ na go³ej rêce. Dake trzasn¹³ go

otwart¹ d³oni¹.

Chmary dokuczliwych komarów w koñcu pomog³y czarodzie-

jowi podj¹æ decyzjê. Wioska nie by³a pilnowana przez stra¿e; wi-

docznie mieszkañcy czuli siê bezpiecznie w swych domostwach. Dzi-

wol¹gi zakradn¹ siê wiêc do którejœ z chat i uprowadz¹ œpi¹cego

olbrzyma! Dziêki zwierzêcemu instynktowi Penza i Tro nie powinni

zgubi栜cie¿ki. Gdy wstanie œwit, zdo³aj¹ ju¿ uciec daleko.

Mag gestem przywo³a³ trupê, by wy³o¿yæ swój plan.

Conan znów szarpn¹³ koœæ i us³ysza³ w ciemnoœci cichy trzask.

Prêt przesun¹³ siê. Wprawdzie tylko o w³os, ale na razie to wystar-

czy³o Cymmerianinowi do szczêscia. Conan uœmiechn¹³ siê szero-

ko. Nie móg³ dostrzec spojenia pokrytego zielonkawym klejem, wiêc

po omacku odnalaz³ je palcami. Dotyk powiedzia³ mu wszystko –

skorupa by³a twarda niczym ska³a, lecz ³amliwa; popêka³a od wielo-

krotnego naginania koœci. WyraŸnie wyczuwa³ drobne rysy.

Podwoi³ wysi³ki. Us³ysza³ nastêpne trzaski. Poczu³, ¿e na rêce

sypi¹ mu siê odpryski stwardnia³ego kleju. Koœciany prêt siedzia³

coraz luŸniej. Conan przesun¹³ d³onie bli¿ej z³¹cza; skrzypia³o przy

ka¿dym ruchu. Koœæ poddawa³a siê!

Wreszcie puœci³a – trzyma³ jeden koniec w rêkach.

Conan rozeœmia³ siê g³oœno i bez namys³u wygi¹³ prêt do góry.

Drugi koniec wci¹¿ tkwi³ w spojeniu. Klej rozprysn¹³ siê niczym

kamyk roztrzaskany kowalskim m³otem.

background image

– 40 –

Cymmerianin uniós³ oswobodzon¹ koœæ i przekona³ siê, ¿e ten

element konstrukcji sporo wa¿y. By³ d³ugi jak jego ramiê i grubszy

od nadgarstka. Wspania³a maczuga! Conan z uœmiechem zamachn¹³

siê ni¹ w ciemnoœci. Zdoby³ nie tylko broñ, lecz doskona³e narzê-

dzie. Móg³ obluzowaæ inne z³¹cza, mo¿e nawet od³upaæ klej. Na ra-

zie otwór w kracie klatki nie umo¿liwia³ ucieczki, lecz gdyby jesz-

cze przez kilka godzin nikt nie przyszed³, wiêzieñ powiêkszy³by dziurê

i wydosta³ siê. Drugi raz Jatte nie schwytaliby go tak ³atwo. Mia³

krzesiwo, a kosze le¿¹ce pod œcian¹ œwietnie nadawa³y siê na pod-

pa³kê. Jeœli wznieci³by po¿ar i ogieñ ogarn¹³by kilka domów, miesz-

kañcy wioski zapomnieliby o jeñcu – mieliby co innego na g³owie.

Zas³ugiwali na to, by sp³on¹³ ich ca³y dobytek.

Conan uniós³ maczugê i waln¹³ w kratê. Posypa³ siê zesch³y klej.

Vargowie smacznie spali pod os³on¹ nocy, odgrodzeni od œwia-

ta nieprzebytym, kolczastym g¹szczem. Czuwa³ tylko oddzia³ stra-

¿y i Fosull. Wódz siedzia³ z w³óczni¹ na kolanach tu¿ za lini¹

krzaków i duma³. Zapowiedzia³ wojownikom, ¿e kiedy nadejdzie

czas, ujawni im swój plan pokonania wielkiego, czerwonego de-

mona.

W istocie nie mia³ ¿adnego pomys³u, jak tego dokonaæ. Ow-

szem, coœ przysz³o mu do g³owy. Sta³o siê to wtedy, gdy wœród ludzi

pozabagiennych pojawi³a siê magiczna bestia. Fosull przygl¹da³ siê

smag³emu, krêpemu osobnikowi z czarnymi w³osami i dziwnym za-

rostem na twarzy. Bez w¹tpienia by³ przywódc¹ i to on przywo³a³

potwora. Gdyby przeszy³o go kilka w³óczni, zanim zd¹¿y zawezwaæ

demona, byæ mo¿e jego towarzysze pozostaliby bezradni. A jeœli

nawet demon by przyby³, to po œmierci swego w³adcy móg³by siê

zwróciæ przeciwko reszcie towarzystwa.

Po namyœle Fosull uzna³, ¿e w³asna strategia niezbyt trafia mu

do przekonania. Jednak, o ile atak na czerwonego demona wydawa³

siê ca³kiem g³upi, o tyle ta taktyka mia³a w jego mniemaniu przynaj-

mniej nieco wiêcej sensu. Gdyby nie to, ¿e obcy porwali Vilkena,

pozwoli³by im odejœæ. Po co ryzykowaæ i nara¿aæ siê na nieznane

niebezpieczeñstwa? Ale wódz, który nie spróbowa³by uwolniæ po-

tomka, nied³ugo sta³by na czele plemienia. Vargowie szanowali si³ê,

nie tolerowali s³aboœci. Wojownicy ju¿ niemal zdo³ali sobie wmó-

wiæ, ¿e demon wcale ich nie przerazi³, a jedynie zaskoczy³. Przyzna-

nie siê do strachu oznacza³oby upadek Fosulla.

background image

– 41 –

Jak odzyskaæ Vilkena? To w koñcu najstarszy syn. Wprawdzie

wódz mia³ jeszcze pó³ tuzina mêskiego potomstwa i prawie tyle samo

córek, lecz ¿aden Varg nie pogodzi³by siê z uprowadzeniem pierwo-

rodnego. Ani przez inny szczep Vargów, ani przez Jatte, ani nawet

przez potwora z piek³a rodem. Trzeba coœ zrobiæ!

Fosull westchn¹³ i pocz¹³ obracaæ w palcach w³óczniê. O œwicie

wyrusz¹ w kierunku wioski olbrzymów, ¿eby zobaczyæ, jak sprawy

stoj¹. A jeœli jego pomys³ oka¿e siê bezu¿yteczny, trudno – ka¿dy

kiedyœ umiera. O wszystkim zadecyduj¹ bogowie.

Mo¿e powinien poprosiæ ich o przychylnoœæ? Nawet, jeœli po-

zostan¹ g³usi na jego proœby o pomoc w nadchodz¹cej bitwie, jak to

czêsto bywa³o, nie zaszkodzi spróbowaæ. A nu¿ tym razem go wy-

s³uchaj¹? By³by g³upcem, gdyby nie wypowiedzia³ kilku s³ów skie-

rowanych pod w³aœciwym adresem.

Wódz wsta³ i poszed³ poszuka栜wiêtego kamienia.

VII

Dake, w³adca dziwol¹gów, ostro¿nie wprowadzi³ sw¹ grupkê do

wioski olbrzymów. Nowy nabytek, zielony cz³owieczek, niechêtnie

wyjawi³ swoje imiê; pos³ugiwa³ siê niezbyt wyraŸn¹, lecz zrozumia-

³¹ odmian¹ miejscowego dialektu. Zwa³ siê Vilken. Szed³ niby z oci¹-

ganiem, ale mag od razu zauwa¿y³, ¿e bliskoœæ wielkoludów podnie-

ca Varga. Zapyta³ kar³a, dlaczego.

 – Zjadamy ich, gdy wpadn¹ w nasze rêce – brzmia³a prosta od-

powiedŸ.

Dake uniós³ brwi, lecz nie odezwa³ siê. Co za strata, pomyœla³.

Z drugiej strony, gdyby do œwiata zewnêtrznego przedosta³o siê wiê-

cej olbrzymów, upolowany okaz by³by niewiele wart. Jedyny egzem-

plarz to co innego.

 – Tamten dom – wskaza³ mag.

 – Dlaczego akurat tamten? – spyta³ Kreg.

Co za dureñ! Przecie¿ to bez ró¿nicy. Dake nie raczy³ mu odpo-

wiedzieæ.

Podeszli do budowli. Wilko³ak i kocica zostali na czatach, Dake

i Kreg podkradli siê do drzwi. Czterorêki Sab i zielony Vilken pod¹-

¿yli za mê¿czyznami. Mag dojrza³ ich dwa cienie tañcz¹ce na œcia-

nie wielkiego domu.

background image

– 42 –

Zaraz... Tañcz¹ce cienie? Coœ tu jest nie tak!

Zrozumia³, gdy noc rozœwietli³ pomarañczowy blask; jednocze-

œnie us³ysza³ trzaski i poczu³ dym.

Odwróci³ siê w pó³ kroku.

Budynek za nimi sta³ w ogniu. Z dachu buchnê³y p³omienie i wo-

kó³ zrobi³o siê jasno jak w dzieñ.

Uœpiona wioska nagle o¿y³a. Zewsz¹d rozleg³y siê krzyki.

Ucieczka z klatki by³a jednym z najbardziej satysfakcjonuj¹cych

doœwiadczeñ Conana. W ¿yciu zdarzaj¹ siê niepowodzenia, ale naj-

gorsze jest zaniechanie prób wydostania siê z pozornie tylko bezna-

dziejnej sytuacji. W ka¿dej bitwie s¹ zwyciêzcy i pokonani, taka ju¿

kolej rzeczy. Przegrana w uczciwej walce nie hañbi; nie godzi siê

jedynie poddawaæ, dopóki szansa na wygran¹ wci¹¿ istnieje.

Gdy trzeci prêt koœcianej kraty ust¹pi³ pod ciosami prowizorycz-

nego m³ota, Conan rozeœmia³ siê na ca³e gard³o. Nie na darmo pocho-

dzi³ z kowalskiego rodu, nauka w kuŸni ojca nie posz³a w las. Rodzic

z pewnoœci¹ by go pochwali³. Droga do wolnoœci sta³a otworem. Cym-

merianin natychmiast wyœlizn¹³ siê z klatki i podbieg³ do œciany, gdzie

sta³ miecz. Kiedy przypasa³ pochwê, od razu poczu³ siê lepiej.

Podszed³ do sterty koszy, wœród których wczeœniej schowa³y siê

dzieci. Przukucn¹³ i wydoby³ krzesiwo. Sucha wiklina zatli³a siê od

snopu iskier. Conan rozdmucha³ ¿ar. Pojawi³y siê pierwsze jêzyki

ognia. Wkrótce ca³¹ izbê wype³ni³ blask, dym i gor¹co.

Conan z zadowoleniem przygl¹da³ siê p³on¹cym koszom. Po¿ar

zacz¹³ powoli trawiæ drewnian¹ œcianê i siêgn¹³ strzechy. Oswobo-

dzony jeniec doby³ miecza i pobieg³ ku drzwiom. Ju¿ nikt nie bêdzie

wiêŸniem tego budynku i stoj¹cej w nim klatki.

Uœmiechaj¹c siê z satysfakcj¹, m³ody Cymmerianin wypad³ na

zewn¹trz w ch³odne, bezpieczne objêcia nocy.

Mimo ¿e Fosull ci¹gle siedzia³ poza lini¹ ciernistych krzewów

chroni¹cych  œpi¹cych  wojowników,  zapad³  w lekk¹,  niespokojn¹

drzemkê. Ockn¹³ siê, gdy us³ysza³ krzyk wartownika.

 – Co siê dzieje? – zapyta³, przecieraj¹c oczy.

 – Po¿ar, wodzu! Tam, chyba w wiosce Jatte!

Fosull zerwa³ siê na równe nogi. W oddali niebo przybra³o po-

marañczow¹ barwê. W rzeczy samej, coœ siê pali!

background image

– 43 –

 – Wszyscy wstawaæ! – wrzasn¹³. – Do mnie!

Poczu³ dreszcz podniecenia. K³opoty Jatte mog³y przynieœæ Var-

gom same korzyœci. Mo¿e nawet plemiê bêdzie mia³o gotow¹ pie-

czeñ z olbrzyma lub dwóch!

 –  Szybciej,  durnie!  Bogowie  pokarali  naszych  wrogów

i uœmiechnêli siê do nas!

Diabli wziêli mój plan, pomyœla³ Dake, pospiesznie kieruj¹c sw¹

grupkê za ma³y budynek stoj¹cy obok domu, do którego zamierzali

wejϾ.

Niewielka budowla okaza³a siê doœæ du¿a, by pomieœciæ ca³¹

szóstkê, wiêc schronili siê w œrodku. Mag pocz¹tkowo s¹dzi³, ¿e

to szopa na narzêdzia, ale smród œwiadczy³, ¿e czarnoksiê¿nik siê

omyli³.

 – Fu! – Kreg zatka³ nos. – Chyba trafiliœmy do wychodka ol-

brzymów!

 – Zamilcz, g³upcze! – ofukn¹³ go szeptem Dake. – Ktoœ mo¿e

ciê us³yszeæ! Wychodki same nie mówi¹!

Mag ostro¿nie uchyli³ drzwi i popatrzy³ na p³on¹cy dom. Wie-

œniacy  zgromadzeni  wokó³  po¿aru  próbowali  ugasiæ  ogieñ  wod¹

z wiader.

Dake otrz¹sn¹³ siê z paniki, która ogarnê³a go w pierwszej chwili.

To zdarzenie mog³o okazaæ siê korzystne. Pewnie ca³a wioska zajê³a

siê walk¹ z p³omieniami. Czy to nie najlepszy moment, by pochwy-

ciæ jednego wielkoluda? Zamieszanie bez w¹tpienia potrwa wiele

godzin.

 – Wychodzimy – rozkaza³.

 – Ale... ale pali siê! – zaprotestowa³ Kreg.

 – Po¿ar odwróci ich uwagê, durniu! Z³apiemy olbrzyma i w no-

gi. Szybko!

Szeœæ postaci poczê³o przemykaæ wokó³ wioski, kryj¹c siê za

domami i trzymaj¹c z dala od blasku.

Wiêkszoœæ ludzi gasi³a ogieñ. Dwa wielkie, ¿ywe ³añcuchy ci¹-

gnê³y siê od studni do po¿aru i z powrotem. Wiadra wody wêdrowa-

³y z r¹k do r¹k po czym wraca³y puste. W pobli¿u sta³y grupki po-

krzykuj¹cych gapiów. Nikt nie by³ sam.

Niech ich bogowie przekln¹! Dake potrzebowa³ jednego!

 – ZnajdŸ mi kogoœ! – poleci³ Kregowi.

Blondyn rozejrza³ siê.

background image

– 44 –

– Tam ktoœ stoi jakiœ gigantyczny osobnik – oznajmi³ po chwi-

li. – Jest sam... ale to tylko kobieta.

Mag  spojrza³  we  wskazanym  kierunku.  Kobieta?  Co  z tego?

Olbrzymka jest równie dobra jak olbrzym, czy¿ nie? Mo¿e nawet

lepsza! Gdyby skojarzyæ mê¿czyznê-wielkoluda ze zwyk³¹ kobiet¹,

nie wiadomo, jaki by³by efekt. Ale odwrotnie powinno byæ ³atwiej.

 – Bardzo dobrze. Okr¹¿ysz j¹ z lewej. Kiedy spojrzy w moj¹

stronê, odwrócisz jej uwagê.

Kreg zrobi³, co mu kazano. Dake ruszy³ ku swej zdobyczy.

Kobietê zbyt poch³ania³ widok p³on¹cego domu, wiêc dopiero

w ostatniej chwili zauwa¿y³a, ¿e ktoœ siê do niej podkrada. Zanim

zobaczy³a maga, zd¹¿y³ wypowiedzieæ s³owa zaklêcia. Zamar³a, nie-

mo wpatruj¹c siê w niego. Nie mog³a wydobyæ z siebie nawet szep-

tu, by wszcz¹æ alarm.

Dake omal nie rozeœmia³ siê g³oœno. Uda³o siê! Pojma³ ol-

brzymkê!

Czas uciekaæ. Da³ swoim znak do odwrotu.

Gdy ca³a siódemka wybiega³a z wioski, z mroku naprzeciw wy-

³oni³a siê para ludzi normalnej wielkoœci. Po chwili mag uœwiado-

mi³ sobie, ¿e to dwójka dzieci-wielkoludów!

Pomyœla³, ¿e któremuœ z bogów musi zale¿eæ na powodzeniu tej

wyprawy. Któ¿ nie wykorzysta³by takiej okazji? Szybko wymamro-

ta³ zaklêcie. Nieœwiadome niczego dzieci próbowa³y stawiaæ opór

magii, ale bezskutecznie. Czar Dake’a omota³ je niewidzialn¹ sieci¹.

Có¿ za szczêœcie – schwyta³ nie jednego, a trójkê olbrzymów! Praw-

da, ¿e up³ynie trochê czasu, zanim tych dwoje doroœnie, ale mo¿na

zaczekaæ. A maj¹c mê¿czyznê i dwie kobiety, z pewnoœci¹ uda siê

rozmno¿yæ rasê gigantów.

Mag odwróci³ siê do kocicy.

– WyprowadŸ nas st¹d, Tro. Byle prêdko.

Dziewiêæ postaci zniknê³o wœród bagien.

Conan mia³ wielk¹ ochotê skorzystaæ z zamieszania wywo³ane-

go po¿arem i wypróbowaæ ostrze miecza na jednym lub dwóch ol-

brzymach. Wola³ jednak nie ryzykowaæ. Tylko g³upiec móg³by w po-

jedynkê rzuciæ wyzwanie ca³ej wiosce wielkoludów. W surowym

kraju, jakim by³a Cymmeria, niewielu durniów do¿ywa³o pe³nolet-

noœci, a Conan nie nale¿a³ do tych bezmyœlnych zuchów, którym siê

wydaje, ¿e okpi¹ œmieræ. Uciek³ z niewoli i zniszczy³ swoje wiêzie-

background image

– 45 –

nie wraz z drogocenn¹ pisanin¹ wodza olbrzymów na temat „filozo-

fii naturalnej”. Gdyby w panuj¹cym zamêcie móg³ odnaleŸæ Rase-

riego, z przyjemnoœci¹ posieka³by go na drobne kawa³ki. Ale czy

warto nara¿aæ ¿ycie? Gigantyczne postacie biega³y tam i z powro-

tem, krzycza³y, nosi³y wodê i próbowa³y ugasiæ ogieñ. Na œcianach

domów pl¹sa³y cienie, wokó³ unosi³ siê dym i zapach zwêglonego

drewna, sycza³a para.

O tak, bardzo chêtnie usiek³by wodza Jatte, ale to nie najlepsza

chwila. Ponadto, szaman bez w¹tpienia dysponuje wiêksz¹ iloœci¹

tego zdradliwego, usypiaj¹cego proszku. A kto wie, czy inni te¿ nie

maj¹ magicznego py³u?

Nie, pomyœla³ Conan, wymykaj¹c siê na bagna. Lepiej uwa¿aæ

siê za szczêœciarza, któremu siê uda³o, a w przysz³oœci byæ bardziej

ostro¿nym. Dosta³ nauczkê, ¿e nie nale¿y zbytnio ufaæ obcym, czy to

zwykli ludzie, czy olbrzymy. Crom mo¿e wybaczyæ cz³owiekowi jed-

n¹ omy³kê; powtarzanie tych samych b³êdów z pewnoœci¹ œci¹gnie

gniew boga. Cymmerianin niezbyt drogo zap³aci³ za tê lekcjê, zwa-

¿ywszy, ile mog³a go kosztowaæ.

Conan w skupieniu przypomina³ sobie niebezpieczn¹ drogê przez

mokrad³a. Przebycie jej noc¹ by³o nie lada wyczynem. Zaraz... przy

tamtej roz³o¿ystej paproci œcie¿ka powinna skrêcaæ w tê stronê...

£una po¿aru wci¹¿ jeszcze oœwietla³a szlak. I nie tylko. W po-

marañczowym blasku Cymmerianin zobaczy³ nagle tuzin ma³ych ludzi

o po³owê ni¿szych od niego. Wymachiwali w³óczniami i szczerzyli

ostre zêby; bia³e k³y po³yskiwa³y groŸnie na tle ciemnych twarzy.

Na Croma! A to co?!

Odg³osy gor¹czkowej krz¹taniny w wiosce olbrzymów coraz

s³abiej dochodzi³y do uszu Dake’a. Grupka prowadzona przez koci-

cê oddala³a siê w g³¹b bagien. Mag nie posiada³ siê z radoœci. Nawet

komary wydawa³y mu siê mniej dokuczliwe. Mo¿e polecia³y do ognia

i sp³onê³y? Zanim ktoœ podejmie poœcig, on i jego trupa bêd¹ w po-

³owie drogi do wozu. Za kilka dni wjad¹ do Shadizaru, gdzie czeka

s³awa i maj¹tek. Ech, ¿ycie jest piêkne!

Conan wycofa³by siê, gdyby mia³ dok¹d. Ale za nim le¿a³a wio-

ska, a nie zamierza³ tam wracaæ. Po bokach rozci¹ga³y siê zdradliwe

grzêzawiska, gdzie z pewnoœci¹ by uton¹³. Przed nim zaœ sta³y kar³y

background image

– 46 –

z w³óczniami. ¯adna perspektywa nie by³a poci¹gaj¹ca, wiêc móg³

zrobiæ tylko jedno.

Doby³ miecza. Przeciwnicy zdawali siê równie zaskoczeni spo-

tkaniem jak Conan. Jedyna szansa w tym, ¿e zd¹¿y siê przebiæ, za-

nim przyjdê do siebie. Rzuci³ siê na nich z bojowym okrzykiem.

Szyki wroga natychmiast stopnia³y; po³owa kar³ów pierzch³a ze

œcie¿ki. Inni nie wpadli w panikê. Najodwa¿niejszy albo najg³upszy,

a mo¿e jedno i drugie, stawi³ czo³o Conanowi i dŸgn¹³ w³óczni¹,

celuj¹c w pachwinê.

Cymmerianin zrobi³ unik, miecz zatoczy³ ³uk i ostrze g³adko prze-

ciê³o drzewce. Si³a ciosu odrzuci³a kar³a na bok.

Drugi œmia³ek spisa³ siê lepiej. Obsydianowy szpic krótkiej dzi-

dy rozora³ Cymmerianin skórê nad lewym biodrem. Cymmerianin

ci¹³ w dó³ i klinga przesz³a przez szyjê kar³a. Odr¹bana g³owa odpa-

d³a od tu³owia. Z otwartych ust napastnika nie zd¹¿y³ nawet wyrwaæ

siê okrzyk grozy.

Conan  bez  namys³u  skoczy³  naprzód.  Nadepn¹³  stop¹  obut¹

w sanda³ na trzeciego, przykucniêtego kar³a i wybi³ siê wysoko do

góry jak z trampoliny. Os³upia³y przeciwnik zamar³, œledz¹c jego lot

nad nastêpnym oniemia³ym Vargiem.

Cymmerianin wyl¹dowa³ na œcie¿ce za zdumion¹ band¹ i puœci³

siê pêdem przed siebie. Dopóki dobrze pamiêta³ drogê, nie powinien

zboczyæ ze szlaku. Zdo³a³ oddaliæ siê na spor¹ odleg³oœæ, gdy nagle

potkn¹³ siê i upad³. W tej samej chwili w powietrzu zafurkota³a krótka

w³ócznia i wbi³a siê w drzewo dwa kroki od niego.

Conan wsta³ i pobieg³ dalej. Rzucona dzida œwiadczy³a, ¿e jest

œcigany, choæ nie s³ysza³ za sob¹ pogoni.

Najpierw olbrzymy, potem kar³y... Pomyœla³, ¿e œwiat jest pe³en

tajemnic.

8

Tro widzia³a w ciemnoœci jak ka¿dy kot, tote¿ bezb³êdnie pro-

wadzi³a grupkê Dake’a œcie¿k¹ przez bagna. Przed zrobieniem

fa³szywego kroku chroni³ uciekinierów równie¿ zwierzêcy wzrok

i instynkt Penza, który noc¹ wyczuwa³ niebezpieczeñstwo na od-

leg³oœæ. Nie biegli, lecz posuwali siê naprzód szybkim marszem.

¯aden zwyk³y cz³owiek, nawet o bystrych oczach, nie potrafi³by

background image

– 47 –

iœæ w takim tempie bez nara¿ania siê na ryzyko utoniêcia w grzê-

zawisku.

Ale czy potrafili to Jatte i Vargowie, mag nie wiedzia³.

Dake by³ zmêczony, lecz strach przed olbrzymami i kar³ami do-

dawa³ mu si³. A skoro on nie odpoczywa³, jego niewolnicy musieli

za nim pod¹¿aæ. Nie mieli wyboru.

Tylko Krega nie krêpowa³a moc zaklêcia, które zniewala³o po-

zosta³ych.

– Czy nie moglibyœmy stan¹æ i odsapn¹æ? – spyta³. – Chyba nikt

nas nie œciga? Nie nad¹¿y³by.

Mag pokrêci³ g³ow¹.

– Nie wiadomo.

 – Wiêc zapytajmy naszych jeñców.

Dake zwolni³. Dlaczego sam na to nie wpad³. Kreg zaskakiwa³

go czasami tak prostymi, ale m¹drymi pomys³ami, ¿e dziwi³ siê, cze-

mu nie powsta³y w jego g³owie. Mag nigdy nie chwali³ asystenta, nie

mia³ tego zwyczaju. Prawienie komplementów uwa¿a³ za bezcelo-

we, chyba ¿e mog³o przynieœæ jak¹œ korzyœæ. Bez s³owa zbli¿y³ siê

do olbrzymki.

 – Jak ci na imiê? – zagadn¹³ w tym samym jêzyku, w którym

porozumiewa³ siê z kar³em.

Kobieta próbowa³a wyzwoliæ siê z wiêzów czaru. Napiê³a miê-

œnie ramion, oblicze stê¿a³o jej z wysi³ku, szarpa³a g³ow¹ z boku na

bok. Oczywiœcie nadaremnie. Po chwili wyrzuci³a z siebie – Zw¹ mnie

Teyle!

 – Czy twoi wspó³plemieñcy mogli ruszyæ za nami w ciemnoœci?

Znów miota³a siê przez moment.

– Tak, ale... – Za póŸno ugryz³a siê w jêzyk.

Dake uœmiechn¹³ siê szeroko. Mia³ doœwiadczenie w takich spra-

wach.

– Potrafi¹ dotrzymaæ nam kroku?

 – Nie.

 – Jak szybko zdo³aj¹ iœæ?

 – Du¿o wolniej ni¿ wy.

Mag uœmiechn¹³ siê jeszcze szerzej. Bardzo w¹tpi³, by przed

ugaszeniem po¿aru lub ca³kowitym sp³oniêciem budynku ktokolwiek

zauwa¿y³ znikniêcie trójki olbrzymów. A jeœli nawet, poœcig nie wy-

dawa³ mu siê groŸny.

Zwróci³ siê do kar³a z tymi samymi pytaniami. Zielony mikrus

wyraŸnie pogodzi³ siê ze swym losem i ju¿ siê nie ciska³. Od razu

background image

– 48 –

wyzna³, i¿ Vargowie nie byliby w stanie dogoniæ zbiegów w nocy.

Ponadto, obawialiby siê czerwonego demona.

Zatem przerwa w marszu nie stwarza³a ryzyka.

– Stójcie – rozkaza³ Dake. – Odpoczniemy chwilê.

Grupka zatrzyma³a siê.

Mag spojrza³ na Teyle.

– Zdejmij odzienie.

D³ugo zmaga³a siê ze zniewalaj¹c¹ j¹ moc¹, wreszcie da³a za

wygran¹ i œci¹gnê³a prost¹, rêcznie tkan¹ koszulê.

Nawet w nik³ym blasku gwiazd i ksiê¿yca ledwo przes¹czaj¹-

cym siê przez gêste korony drzew mo¿na by³o dostrzec wielce po-

nêtne, niewieœcie kszta³ty. Tyle, ¿e du¿o wiêksze ni¿ zwyk³ych ko-

biet.  Dake  musia³  przyznaæ,  i¿  w przeciwieñstwie  do  niektórych

zdeformowanych olbrzymów zrodzonych z normalnych rodziców,

Teyle jest ca³kiem zgrabna. Mia³a smuk³¹ figurê, jêdrne piersi wiel-

koœci melonów, szerokie biodra i typowo kobiece, choæ muskularne

nogi i ramiona.

 – Odwróæ siê.

Zrobi³a, co kaza³.

Tak, stwierdzi³ mag, równie atrakcyjna z ty³u jak z przodu. Nie

ma ¿adnej skazy. Wyda na œwiat wspania³e potomstwo. Cia³o wprost

stworzone do rodzenia dzieci.

Jakie one bêd¹, to ju¿ inna sprawa.

 – Odziej siê.

Teyle pos³usznie w³o¿y³a koszulê, lecz ten rozkaz wykona³a du¿o

szybciej.

Dake nie potrafi³by powiedzieæ, czy siê zarumieni³a. Dostrzeg³

jednak, ¿e ch³opiec-olbrzym wlepia wzrok w ubieraj¹c¹ siê kobietê.

Czarodziej nie widzia³ dok³adnie wyrazu jego twarzy. Zaintereso-

wanie? Mo¿e jest ju¿ na tyle doros³y, by zap³odniæ niewiastê?

 – Ruszamy – powiedzia³. – O œwicie musimy byæ daleko st¹d.

Grupka znów pod¹¿y³a bagiennym szlakiem.

Dake zachichota³ pod nosem. Zapewne ju¿ umknêli pogoni,

a zanim wstanie dzieñ, oddal¹ siê jeszcze bardziej. Gdy dotr¹ do

wozu, ma³e zaklêcie sprawi, ¿e pojad¹ szybciej ni¿ porusza siê pie-

chur, nawet olbrzym. A kiedy znajd¹ siê w cywilizowanym œwie-

cie, ani wielkoludy, ani kar³y ju¿ im nie zagro¿¹. Jatte i Vargowie

nie odwa¿¹ siꠜcigaæ uciekinierów tam, gdzie ¿yj¹ normalni lu-

dzie. Nie zaryzykuj¹, bo wnet zostaliby schwytani i uwiêzieni lub

zabici.

background image

– 49 –

Mag rozeœmia³ siê cicho; by³ z siebie zadowolony. S³awa to tyl-

ko kwestia czasu. Widzia³ sw¹ przysz³oœæ w ró¿owych kolorach.

Conan wolno kroczy³ krêt¹ œcie¿k¹, bacznie wypatruj¹c miejsc,

które zapamiêta³. W mroku niewyraŸnie majaczy³y drzewa i gêste

zaroœla. Noc¹ na bagnach by³o ch³odniej ni¿ za dnia, lecz równie

wilgotno.  W powietrzu  kr¹¿y³y  roje  brzêcz¹cych  owadów.  Choæ

Cymmerianin widzia³ w ciemnoœci lepiej ni¿ wiêkszoœæ znanych mu

ludzi, szed³ bardzo ostro¿nie. Kszta³ty, ³atwo dostrzegalne w œwietle

dziennym, teraz kry³y siê za zas³on¹ nocy. Kilka razy Ÿle postawi³

stopê  i tylko  szybki  refleks  uratowa³  go  przed  zapadniêciem  siê

w grzêzawisku. Brak czujnoœci móg³ mieæ fatalne skutki.

Podczas marszu przez moczary nie wykry³ bliskiej obecnoœci

olbrzymów ani ma³ych, zielonych ludzi. Z wyj¹tkiem w³óczni rzu-

conej za nim tu¿ po spotkaniu z Vargami, nic nie wskazywa³o na

poœcig.

Zastanawia³ siê, czy nie przystan¹æ, by sporz¹dziæ pochodniê,

ale porzuci³ ten zamiar. Wprawdzie oœwietlaj¹c sobie drogê szed³by

szybciej, lecz blask móg³by go zdradziæ. Wiêcej szkody ni¿ po¿ytku,

pomyœla³. Cz³owiek siedz¹cy noc¹ przy ognisku nie widzi, co kryje

siê za krêgiem œwiat³a, bo oœlepiaj¹ go p³omienie. W ciemnoœci czu³

siê bezpieczniej. Przyspieszy, gdy siê rozwidni.

By³ g³odny i spragniony. Zaryzykowa³ krótki postój przy stru-

myczku szemrz¹cym cicho w pobli¿u jednego z zakrêtów œcie¿ki.

Woda mia³a zaskakuj¹co s³odki smak. Odœwie¿ony,  ruszy³  dalej.

Kiszki gra³y mu marsza coraz g³oœniej, ale próbowa³ nie zwracaæ na

to uwagi. Wiedzia³, ¿e mo¿e wytrzymaæ bez jedzenia nawet kilka

dni. Lepiej iœæ naprzód z pustym ¿o³¹dkiem ni¿ daæ siê z³apaæ i zgi-

n¹æ.

Z ka¿dym krokiem oddala³ siê od wioski Jatte, ale od czasu do

czasu miêdzy drzewami dostrzega³ jeszcze ³unê na niebie i uœmie-

cha³ siê. Mo¿e pal¹ siê wszystkie domy olbrzymów? Z pewnoœci¹

ich mieszkañcy zas³u¿yli sobie na tak¹ karê.

Gdy sta³o siê jasne, ¿e p³on¹cego budynku nie da siê uratowaæ,

Raseri rozkaza³ swym ludziom, by odst¹pili od gaszenia po¿aru.

Wygl¹da³o na to, ¿e straci³ wiêŸnia i niezwykle cenne zapiski, ale

trudno; nie móg³ ju¿ temu zaradziæ.

4 – Conan groŸny

background image

– 50 –

Wódz i szaman Jatte da³ mieszkañcom wioski nowe zadanie –

zapobiec  rozprzestrzenieniu  siê  ognia  na  najbli¿ej  stoj¹ce  domy.

Wiadra z wod¹ poczê³y wêdrowaæ w inn¹ stronê. Polewano œciany

i dachy, by nie zapali³y siê od przypadkowej iskry. W okamgnieniu

pobliskie budowle przemok³y, niczym po rzêsistej ulewie. Wokó³

unosi³y siê k³êby pary buchaj¹ce z rozgrzanego drewna. Gor¹ce œciany

szybko wysycha³y, wiêc studzono je nieprzerwanie.

Minê³y godziny, nim ogieñ zacz¹³ dogasaæ. Strawi³ wszystko, co

ogarn¹³, ale dalej nie pozwolono mu siêgn¹æ. Nie podsycany, pocz¹³

s³abn¹æ jak wyczerpany starzec. Tu i ówdzie strzela³y jeszcze iskry

z dopalaj¹cych siê belek, gdzieniegdzie pojawi³ siê p³omieñ li¿¹cy

zwêglone krokwie, lecz po¿ar nie zajaœnia³ nowym blaskiem. Stru-

mienie wody dobi³y w koñcu ognist¹ bestiê zdychaj¹c¹ wœród pogo-

rzeliska.

Raseri patrzy³ na tl¹ce siê ruiny. Jakimœ cudem klatka z koœci

ocala³a. Sta³a poœród szcz¹tków budowli. Poczernia³a i przechyli³a

siê, lecz nie uleg³a zniszczeniu.

Kiedy ¿ar bij¹cy od zgliszczy nieco zel¿a³, wódz podszed³ bli-

¿ej, szukaj¹c spalonych zw³ok. Szkoda. Uwiêziony wojownik wyka-

zywa³ siê du¿¹ odpornoœci¹. Móg³by wiele wytrzymaæ. Wiêcej ni¿

którykolwiek z pojmanych dot¹d...

Na Wielkie S³oñce!

Raseri pocz¹³ biegaæ wko³o, nie zwa¿aj¹c na to, ¿e parzy sobie

stopy dymi¹cymi podeszwami sanda³ów.

Ani œladu cia³a! Wiêzieñ znikn¹³!

Olbrzym przystan¹³ i oniemia³y wpatrywa³ siê w pust¹ klatkê.

Wtem jeden z jego sanda³ów zapali³ siê. Wódz zakl¹³ i podskoczy³,

po czym pospiesznie opuœci³ pogorzelisko.

Zadepta³ ogieñ na obuwiu, schyli³ siê i zerwa³ z nóg gor¹ce san-

da³y. Nie przestawa³ kl¹æ w ¿ywy kamieñ.

Jeniec uciek³! Teraz przyczyna po¿aru sta³a siê oczywista. Niech

Stwórca przeklnie go do koñca œwiata!

Szaman odwróci³ siê. Jatte przygl¹dali mu siê ze zdumieniem.

Pokrêci³ g³ow¹. Co siê sta³o, to siê nie odstanie – budynek nie wzniesie

siê z popio³ów. W jaki sposób ma³emu cz³owiekowi uda³o siê oswo-

bodziæ, wiedzia³ tylko on sam. Raseri w¹tpi³, by mia³ jeszcze okazjê

zapytaæ go o to – zbieg z pewnoœci¹ utopi³ siê w bagnie. Ale lepiej

sprawdziæ. Jeœli jakimœ cudem Conan odnalaz³ drogê przez mokra-

d³a, nie mo¿na mu pozwoliæ dotrzeæ do pobratymców. Niektórzy

zapewne domyœlaj¹ siê, gdzie le¿y wioska olbrzymów, lecz dot¹d

background image

– 51 –

nie prze¿y³ nikt, kto widzia³ j¹ na w³asne oczy. Dopóki obcy nie

wiedz¹, jak tu trafiæ, nie s¹ groŸni.

Noc dobiega³a koñca; blady œwit zwiastowa³ rych³e nadejœcie

dnia. Gdy tylko siê rozwidni, wyrusz¹ na poszukiwania uciekiniera.

Musz¹ go schwytaæ!

Raseri zwróci³ siê do m³odego mê¿czyzny: – Przygotuj diab³opsy!

M³odzieniec by³ zaskoczony.

 – Wieziêñ wydosta³ siê z po¿aru i umkn¹³ – wyjaœni³ wódz. –

Trzeba go wytropiæ i z³apaæ.

Szaman rozejrza³ siê za córk¹; najlepiej ze wszystkich radzi³a

sobie z piekielnymi bestiami goñczymi. Przywi¹za³y siê do swej opie-

kunki. – Teyle! – zawo³a³ g³oœno.

Nie odpowiedzia³a. Szuka³ jej przez kilka chwil, ale bez skutku.

Zniknê³a, a wraz z ni¹ bliŸniaki.

Jak¿e wielkim czarownikiem musi byæ ten Conan, skoro potrafi³

wydostaæ siê z klatki i jeszcze uprowadzi³ jego ukochane dzieci?

 – Dawaæ diab³opsy! – wrzasn¹³.

Daleko na moczarach, w bezpiecznej odleg³oœci od wioski Jat-

te, zebrali siê zbici z tropu Vargowie. Najgorzej czu³ siê Fosull.

Wódz sta³ oparty o grube drzewo, a ch³ód g³adkiej kory przeni-

ka³ mu plecy. Poddani przyci¹gnêli poleg³ych wojowników – trzy

ofiary oszala³ego stwora, który nie móg³ byæ niczym innym jak tylko

cz³owiekiem pozabagiennym. Vargowie mieli jeszcze ciê¿ko ranne-

go; nieszczêœnik dogorywa³ i lada chwila wybiera³ siê na spotkanie

ze swymi przodkami.

Kim by³ ten obcy? Ani Fosull, ani jego wojownicy nie rozpo-

znali w napastniku cz³onka grupki widzianej wczeœniej na szlaku

wiod¹cym przez bagna. Nieznajomy zaatakowa³ Vargów znienacka,

rozprawi³ siê z nimi krwawo i znikn¹³ tak szybko, ¿e z pewnoœci¹

przyp³aci³ ucieczkê ¿yciem, ton¹c w grzêzawisku.

 – Wodzu!

Fosull odwróci³ siê.

– Co znowu?

 – Jatte! – odkrzykn¹³ wojownik stoj¹cy na stra¿y. – Spuœcili dia-

b³opsy!

Jakby na potwierdzenie tych s³ów, rozleg³o siê mro¿¹ce krew

w ¿y³ach wycie jednego z potworów. Bardziej przypomina³o g³os

ogromnego, drapie¿nego kota ni¿ psa lub wilka.

background image

– 52 –

Na Wielkiego Boga Lasu! Diab³opsy!

– Kryæ siê! Szybko!

 – A cia³a naszych towarzyszy?

 – Zostawcie je! Mo¿e odwróc¹ uwagê bestii...

Fosull nie skoñczy³ wydawaæ rozkazów, gdy na œcie¿ce pojawi³

siê pierwszy stwór. Z pyska naje¿onego k³ami ciek³a piana.

Ledwie œwita³o, lecz nawet w pierwszym brzasku dnia ³atwo by³o

rozpoznaæ potwora. Po dwakroæ przewy¿sza³ wodza Vargów i bez

wzglêdu na to, czy z piek³a rodem czy nie, ani trochê nie przypomi-

na³ zwyk³ego psa.

Zatrzyma³ siê na polanie, daj¹c ukrytym Vargom okazjê, by przyj-

rzeli siê, potwornemu przeciwnikowi. Mia³ ³eb niedŸwiedzia, g³êbo-

ko osadzone, czarne œlepia i rozdête nozdrza. Strzyg³ ma³ymi, okr¹-

g³ymi uszami i szczerzy³ d³ugie, ostre zêbiska, zdolne rozszarpaæ

ofiarê na strzêpy. Wilczy tu³ów pokrywa³o grube, czerwonawe futro.

Dziêki szerokim, p³askim ³apom z krzywymi pazurami diab³opies

z ³atwoœci¹ porusza³ siê po moczarach; p³ywa³ równie szybko, jak

biega³. Na bagnach nie by³o przed nim ucieczki.

Fosull uniós³ w³óczniê. Vargowie kilka razy ubili tak¹ bestiê,

gdy od³¹czy³a siê od innych. Lecz teraz byli os³abieni liczebnie i mogli

przegraæ walkê, jeœli pojawi siê wiêcej potworów. Jatte rzadko spusz-

czali diab³opsy; w gêstwinie zagra¿a³y im truj¹ce kolce. Ale na otwar-

tej przestrzeni...

Bestia zaczê³a wêszyæ, g³oœno wci¹gaj¹c powietrze. Nagle za-

wróci³a i popêdzi³a dalej.

Fosull z niedowierzaniem patrzy³ w œlad za potworem. Có¿ to,

na wszystkich znanych bogów...?

W polu widzenia zamajaczy³o siedem czy osiem diab³opsów.

Gna³y tropem przewodnika stada.

Wódz Vargów patrzy³ bezmyœlnie na porykuj¹ce bestie, mi-

jaj¹ce  jego  kryjówkê.  Kiedy  zniknê³y,  jeszcze  d³ugo  trzyma³

w³óczniê w górze. Spodziewa³ siê, ¿e przyjdzie mu j¹ rzuciæ po

raz ostatni.

W koñcu opuœci³ broñ. Zatem Jatte nie szukaj¹ Vargów, to jasne.

W takim razie... kogo?

Nagle go olœni³o. Cz³owieka spoza bagien, zabójcê jego trzech

wojowników!

Musi  byæ  w zmowie  z tamtymi,  którzy  uprowadzili  Vilkena.

Pozabagienni podpalili wioskê Jatte i teraz olbrzymy ich œcigaj¹.

background image

– 53 –

Ale gdzie siê podzia³a tamta grupka? Mo¿e posz³a inn¹ œcie¿k¹?

Lecz bez w¹tpienia te¿ uchodzi przed wielkoludami, Fosull by³ tego

pewien.

Jeœli diab³opsy dopadn¹ zbiegów, Vilken zginie razem z innymi.

O ile bestie goñcze pokonaj¹ czerwonego demona, rzecz jasna. Tak¹

walkê warto zobaczyæ.

 – Za nimi! – rozkaza³.

 – Straci³eœ rozum, wodzu?! – nie wytrzyma³ któryœ z wojowni-

ków. – Mamy goniæ diab³opsy?!

 – One nie poluj¹ na nas – odpar³ Fosull. – Za to zaprowadz¹

mnie do syna. Szybciej, ruszaæ siê!

Vargowie przywykli do s³uchania rozkazów. Bez szemrania wy-

szli na œcie¿kê i pod¹¿yli za wodzem. Wokó³ robi³o siê coraz widniej.

Ca³a ta awantura bardzo nie podoba³a siê Fosullowi; zbyt wiele

go kosztowa³a. Czas to zmieniæ, trzeba wzi¹æ sprawy w swoje rêce.

Przyspieszy³ kroku i uœmiechn¹³ siê z³owrogo. W pierwszych pro-

mieniach s³oñca groŸnie zalœni³y jego ostre zêby.

IX

Poranek zasta³ Conana w czêœci mokrade³ gêsto poroœniêtej ni-

skimi, dziwnymi drzewami. Mia³y g³adkie liœcie d³ugie jak ludzkie

ramiê i szerokie na dwie d³onie. Mimo wczesnej pory zrobi³o siê

gor¹co. Nagle gdzieœ w oddali rozleg³ siê dziki wrzask i po chwili

zawtórowa³y mu inne. Cymmerianin nie zna³ bestii wydaj¹cych ta-

kie dŸwiêki. Wprawdzie dochodzi³y z daleka, lecz od razu pomy-

œla³, ¿e to odg³osy pogoni.

Niedobrze. Do kresu bagien pozosta³ jeszcze kawa³ drogi. Tym-

czasem wycie zbli¿a³o siê szybciej, ni¿ szed³.

Cokolwiek go œciga, nied³ugo na pewno dosiêgnie celu. Nie

uœmiecha³o mu siê spotkanie z nieznanym niebezpieczeñstwem na

w¹skim szlaku poœrodku grzêzawiska. Potrzebowa³ kawa³ka wolnej

przestrzeni, by siê broniæ.

Zacz¹³ biec. Ufa³ swojej pamiêci i mia³ nadziejê, ¿e nie zb³¹dzi.

Niedaleko powinno byæ miejsce nadaj¹ce siê do odparcia ataku. Przy

odrobinie szczêœcia zd¹¿y tam dotrzeæ.

Hm... Gdyby szczêœcie mu sprzyja³o, to przede wszystkim nie

znalaz³by siê tutaj. Prawda, ¿e uciek³ z klatki, ale uœmiech losu ode-

background image

– 54 –

gra³ w tym ma³¹ rolê. Jeœli ma umrzeæ w kilka godzin po odzyskaniu

wolnoœci, trudno mówiæ o sprzyjaj¹cej fortunie.

Mimo to, Conan zawsze pamiêta³, ¿e Crom najchêtniej pomaga

tym, którzy nie za³amuj¹ r¹k. Cz³owiek z pó³nocy powinien bardziej

ufaæ ostrej klindze ni¿ opiece bogów. Mieczem mo¿na kierowa栖

bogowie robi¹, co im siê podoba. Conan nigdy nie s³ysza³ o modli-

twie skuteczniejszej od ostrej stali.

Poœcig zbli¿a³ siê. Cymmerianin przyspieszy³.

Widok wozu ukrytego na ma³ej polanie w bok od traktu ucieszy³

Dake’a. Odetchn¹³ z ulg¹ – wszystko posz³o g³adko. Szybko odwo-

³a³ zaklêcie chroni¹ce pojazd i wezwa³ do powrotu pas¹ce siê wo³y.

Nigdzie nie zauwa¿y³ œladów na wpó³ przetrawionego jedzenia, za-

tem podczas jego nieobecnoœci nie by³o tu ¿adnego intruza.

 – Zaprzêgaæ! – poleci³ podw³adnym.

Gdy zabrali siê do pracy, uœmiechn¹³ siê szeroko. Teraz do Sha-

dizaru z czwórk¹ nowych dziwów natury. Po drodze jest kilka mia-

steczek i wsi, gdzie bêdzie móg³ pochwaliæ siê swoj¹ mena¿eri¹.

Wystêpy niecodziennej trupy przynios¹ jaki taki zysk. Do celu pod-

ró¿y z pewnoœci¹ nie dotrze z pust¹ sakiewk¹.

Tak,  jeœli  cz³owiek  ma  g³owê  na  karku,  mo¿e  daleko  zajœæ.

W Shadizarze zadziwi bogatych kupców i z³odziei w³adaj¹cych mia-

stem. Bez w¹tpienia wszyscy bêd¹ siê ubiegaæ o wy³¹cznoœæ na sfi-

nansowanie jego planów.

Mag popatrzy³ na Saba. Czterorêki szybko i zgrabnie zaprz¹g³

jedno ze zwierz¹t poci¹gowych. Czy¿ sam Sab nie jest wystarczaj¹-

co zadziwiaj¹cy? Któ¿ inny ma na pokaz kogoœ takiego? Kto oprócz

Dake’a posiada mê¿czyznê o czterech rêkach, kobietê-kota, wilko-

³aka, trójkê olbrzymów i zielonego kar³a? Oczywiœcie nikt – odpo-

wiedzia³ sobie mag.

Wreszcie œrodek transportu by³ gotowy do odjazdu. Dake zasta-

nawia³ siê przez chwilê, co zrobiæ z Teyle. Choæ we wnêtrzu wozu

mieœci³ siê doœæ wygodnie tuzin ros³ych mê¿czyzn, pojazdu nie za-

projektowano do przewozu olbrzymki. Mog³aby podró¿owaæ le¿¹c

na pod³odze, co najwy¿ej siedz¹c, ale nie zdo³a³aby poruszaæ siê na

stoj¹co. W takiej pozycji nawet Dake mia³ niewiele przestrzeni nad

g³ow¹, a na wybojach uderza³ czasem o dach. Trudno, bêdzie musia-

³a chodziæ na czworakach. Ciekawy widok. ¯eby tylko nie pokale-

czy³a sobie kolan.

background image

– 55 –

Mag nie chcia³, by jej cia³o ucierpia³o wskutek niewygód. Nie

z litoœci; w razie potrzeby bez wahania zar¿n¹³by swoje dziwol¹gi. Ale

po co nara¿aæ na szwank cenny okaz. Uszkodzony towar traci na war-

toœci. Nie, lepiej niech jedzie z Penzem na koŸle. Siedzenie woŸnicy

by³o zadaszone, ¿eby na powo¿¹cego nie pada³o, ale daszek znajdo-

wa³ siê doœæ wysoko, by dziewczyna mog³a siê pod nim zmieœciæ.

Jak zechce siê przespaæ, wczo³ga siê do œrodka.

Uporawszy siê z tym niewielkim problemem, Dake kaza³ wszyst-

kim wsiadaæ. Na zewn¹trz zostali tylko Penz i Teyle. Kiedy wóz

wytoczy³ siê wolno na drogê, mag wskoczy³ na tylny stopieñ. Trzy-

maj¹c siê ramy drzwi, popatrzy³ w kierunku niewidocznej wioski Jatte.

Dobrze zapamiêta³ jej po³o¿enie. Kto wie, gdyby trójce olbrzymów

coœ siê sta³o, mo¿e kiedyœ wróci tam po nowe okazy.

Uœmiechn¹³ siê. U celu podró¿y czeka s³awa i fortuna. Ju¿ nie-

daleko.

Raseri i jego trzej najlepsi myœliwi pod¹¿ali bagiennym szlakiem

za diab³opsami. Gdy dotarli do drzew o wielkich liœciach, bestie goñ-

cze by³y daleko z przodu. Do uszu Jatte dochodzi³o tylko ich niewy-

raŸne wycie.

Wódz olbrzymów nie wierzy³ w szczêœcie ani pomoc bogów.

Wola³ ufaæ swym badaniom i zgromadzonym zapiskom; uwa¿a³, ¿e

s¹ bardziej przydatne od pobo¿nych ¿yczeñ i modlitw. Straci³ w po-

¿arze dokumentacjê dotycz¹c¹ barbarzyñcy sprowadzonego przez

córkê, lecz nie wszystko przepad³o. Raseri pobra³ próbki w³osów

i odzienia jeñca, a nawet skóry z pochwy miecza. Porównywa³ je

z materia³em zdobytym na poprzednich wiêŸniach klatki. Trzyma³

to w najg³êbszej i najzimniejszej piwnicy, gdzie czasem nawet w upal-

ne dni tworzy³ siê szron. Dawno odkry³, ¿e niektóre rzeczy przecho-

wuj¹ siê d³u¿ej w niskiej temperaturze.

Teraz diab³opsy tropi³y zbiega, kieruj¹c siê nik³ym zapachem

próbek. Raseri wiedzia³, ¿e dopóki go czuj¹, nie zaprzestan¹ pogoni

i w koñcu dopadn¹ ofiarê. Sprawdzi³ kiedyœ, ¿e potrafi¹ wywêszyæ

œlady jeszcze po piêciu dniach. ¯adne zwierzê ¿yj¹ce na bagnach nie

mog³o ich przechytrzyæ. Gdyby Conan zmyli³ drogê i uton¹³ w grzê-

zawisku, odnalaz³yby cia³o; gdyby po¿ar³ go wielki, drapie¿ny kot,

przynios³yby w zêbach choæby drobne szcz¹tki.

Raseri szed³ równym krokiem. Nie spieszy³ siê. I tak nie móg³

nad¹¿yæ za psami, podobnie jak Conan nie móg³ im uciec. By³ pe-

background image

– 56 –

wien, ¿e stworzenia przybiegn¹, jak tylko coœ znajd¹. Jeœli rozszar-

pi¹ barbarzyñcê, powróc¹ z tym, co z niego zostanie.

Wódz martwi³ siê jednak o dzieci. Nie pojmowa³, jakim sposo-

bem ma³y cz³owiek zdo³a³ porwaæ trzy istoty, z których najmniejsza

dorównywa³a mu wzrostem i budow¹. Mia³ nadziejê, ¿e wkrótce siê

tego dowie.

 – W lewo! – zawo³a³ Lawi, najm³odszy z tropicieli, id¹cy na

przedzie.

Raseri skin¹³ na dwóch Jatte krocz¹cych z ty³u. Byli braæmi

i jego siostrzeñcami. Jeden zwa³ siê Kouri Starszy, drugi Hmuo

M³odszy.

– W lewo – powtórzy³.

Czterej mê¿czy¿ni skrêcili na rozwidleniu szlaku. Têdy wcze-

œniej pobieg³y psy, zostawiaj¹c wyraŸne œlady.

W oddali rozlega³y siê ledwo s³yszalne g³osy poluj¹cych bestii.

Wódz pomyœla³, ¿e z pewnoœci¹ ju¿ zbli¿aj¹ siê do ofiary.

Conan dobieg³ do polany, któr¹ pamiêta³. Le¿a³a na lewo od œcie¿-

ki, obok stawu pokrytego zielon¹ pian¹ i zaroœniêtego liliami wod-

nymi. Za ni¹ opada³o strome zbocze odgrodzone pó³kolist¹ œcian¹

grubych drzew, po prawej gêsto by³o od kolczastych krzewów. Pro-

wadzi³o tu tylko w¹skie przejœcie wprost ze szlaku. Przedostanie siê

na tê niewielk¹ przestrzeñ inn¹ drog¹ nie nale¿a³o do ³atwych zadañ.

Przeœladowcy musieliby wchodziæ na polanê gêsiego, co dawa-

³o Conanowi pewn¹ przewagê. Chyba ¿e woleliby przeprawiaæ siê

przez wodê lub przedzieraæ przez ciernie. Bestie mog³y okr¹¿yæ go

i wdrapaæ siê zboczem, o ile mia³y doœæ sprytu, by wykonaæ taki ma-

newr. Lecz wspinaczka znacznie spowolni³aby pogoñ. Jeœli potrafi³y

p³ywaæ, pokona³yby staw, ale to te¿ zajê³oby sporo czasu. Nie wie-

dzia³, ile i jakich stworzeñ go œciga. Nie zna³ ich wielkoœci ani mo¿-

liwoœci. S¹dz¹c po odg³osach, zbli¿a³y siê szybko.

Przedosta³ siê na polanê i doby³ miecza. Stan¹³ plecami do krza-

ków, niewidoczny ze œcie¿ki. Wzi¹³ kilka g³êbokich oddechów, zaci-

sn¹³ d³onie na rêkojeœci broni i uniós³ j¹ nad prawym ramieniem ni-

czym  drwal  siekierê.  By³  gotów,  nic  wiêcej  nie  móg³  zrobiæ.

Uœmiechn¹³ siê lekko. Jeœli wybi³a jego godzina, zginie jak na wo-

jownika przysta³o. Zanim to nast¹pi, zatopi zimn¹ stal w cia³ach za-

bójców. Mo¿na umrzeæ gorsz¹ œmierci¹, a nikt nie ¿yje wiecznie.

A zatem, Cromie...? Czy to dziœ mam do ciebie do³¹czyæ?

background image

– 57 –

Bóg Gór nie raczy³ siê odezwaæ. No i dobrze, pomyœla³ Conan.

Lepiej nie znaæ odpowiedzi, dopóki nie nadejdzie.

Fosull i jego wojownicy maszerowali pust¹ œcie¿k¹. Omijali grz¹-

skie piaski i okr¹¿ali stawy przylegaj¹ce do szlaku. Daleko z przodu

s³yszeli wycie diab³opsów. Wódz Vargów podziêkowa³ ju¿ ulubio-

nym bogom za cudowne ocalenie przed bestiami, lecz ich ³aska nie

przywróci³a mu na razie syna i nie pomog³a pomœciæ poleg³ych. Zna-

j¹c naturê psów Jatte, Fosull obawia³ siê, ¿e dopadn¹ i rozszarpi¹

pozabagiennych na strzêpy, zanim Vargowie zd¹¿¹ wkroczyæ na sce-

nê. Szkoda. Wódz mia³ wielk¹ ochotê wymierzyæ im sprawiedliwoœæ

po swojemu, ¿eby zaznali bólu i cierpieñ. Ale có¿... W koñcu mar-

twi to zawsze martwi. Skoro bogowie wybrali na mœcicieli diab³op-

sy, Fosull by³ daleki od tego, ¿eby siê z nimi spieraæ. Wystarczy,

je¿eli odzyska Vilkena. Nie obrazi siê równie¿, jeœli bogowie po-

zwol¹ zgarn¹æ resztki z pañskiego sto³u – przyda³oby siê kilka ka-

wa³ków ludzkiego miêsa, choæ nie za cenê spotkania z psami czy

ogromnymi demonami.

Tak, pomyœla³ wódz: ja i moi ludzie z wdziêcznoœci¹ przyjmie-

my wszystko, co bogowie zechc¹ nam ofiarowaæ.

Dogoni³ go zwiadowca z tylnej stra¿y. Ledwo dysza³.

 – O co chodzi? Melduj.

 – Jatte... wodzu... – wysapa³ wojownik.

 – Gdzie?

 – Za... nami...

 – Ilu ich? Jak daleko?

Zwiadowca uniós³ otwart¹ d³oñ i zagi¹³ kciuk.

– Czterech... Godzinê drogi... st¹d.

Fosull zastanowi³ siê. Jego czternastu wojowników mog³oby

pokonaæ czterech Jatte, choæ wola³by mieæ wiêksz¹ przewagê liczeb-

n¹. Ale skoro dzieli³a ich godzina drogi, walka nie by³a konieczna.

Gdyby psy dopad³y ludzi pozabagiennych, mo¿liwe, ¿e Vargowie

zd¹¿yliby odbiæ Vilkena, a potem umkn¹æ szlakiem uczêszczanym

jedynie przez drobn¹ zwierzynê i zbyt w¹skim dla olbrzymów. Plan

wydawa³ siê dobry, o ile nie dogoni¹ ich Jatte.

 – Prêdzej! – ponagli³ Fosull.

Piêtnastu Vargów przyspieszy³o.

background image

– 58 –

Pogoñ by³a ju¿ blisko. Conan s³ysza³ tupot. Znów wzi¹³ g³êboki

oddech i do po³owy wypuœci³ powietrze. Miecz nieruchomo zawis³

w górze.

Pierwsza bestia wpad³a na polanê tak szybko, ¿e ostrze przeciê-

³o jej zad zamiast karku. Si³a ciosu wstrz¹snê³a napiêtymi miêœniami

ramion Cymmerianina. Omal nie wypuœci³ broni z r¹k, gdy stal trafi-

³a na koœæ ogonow¹ zwierzêcia. Stwór zawy³ i przysiad³. Conan moc-

niej œcisn¹³ rêkojeœæ. Ranne stworzenie poœliznê³o siê i zatrzyma³o

dwa kroki dalej. Otrz¹snê³o siê i spróbowa³o wstaæ, ale za podporê

mia³o ju¿ tylko przednie ³apy.

Paskudna bestia, pomyœla³ Conan. Brzydka i wiêksza od wiel-

kiego psa; czegoœ takiego jeszcze nie widzia³. Zamachn¹³ siê, siek-

n¹³ j¹ w kark i prawie odr¹ba³ ³eb od tu³owia. Stwór dosta³ drgawek,

a po chwili skona³.

Za przywódc¹ stada pod¹¿a³y nastêpne. Cymmerianin przygo-

towa³ siê do starcia. Stan¹³ w w¹skim przesmyku z uniesionym mie-

czem.

Druga bestia zobaczy³a go i rzuci³a siê naprzód. Conan pozwo-

li³ siê jej zbli¿yæ.

Ci¹³ z prawej do lewej, uskakuj¹c w bok. Ostrze rozora³o ³eb

stwora. Pies, czy cokolwiek to by³o, przekozio³kowa³, po czym znie-

ruchomia³.

W polu widzenia pojawi³ siê trzeci. Przystan¹³ i wêszy³, zanim

podniós³ œlepia na Conana. Widocznie zwietrzy³ krew pobratymców,

bo zaskomla³ ¿a³oœnie i nie poruszy³ siê.

Nagle do³¹czy³y do niego trzy inne. Te¿ powêszy³y w powie-

trzu, potem zakrêci³y siê w kó³ko, zbite z tropu.

 – No dalej, psie juchy! PodejdŸcie bli¿ej, a poczêstujê was

stal¹!

Pierwszy z czwórki psów skoczy³ naprzód. Reszta posz³a w je-

go œlady.

Conan rzuci³ siê powstrzymaæ szar¿ê. Ten gwa³towny ruch mu-

sia³ zaskoczyæ atakuj¹c¹ bestiê, bo raptownie przyhamowa³a i pozo-

sta³e wpad³y na ni¹ z ty³u. Jeden pies zsun¹³ siê do stawu. Wrzasn¹³

niczym kot i pocz¹³ gramoliæ siê z wody.

Widz¹c, ¿e psy sko³owacia³y i zmuszone s¹ posuwaæ siê jeden

za drugim, Conan wykorzysta³ przewagê i natar³ na czworono¿ne

diab³y.

Przeciwnik chcia³ zawróciæ, ale inne zagradza³y mu drogê. Klinga

dosiêg³a jego boku. Rozp³ata³a go od ³opatki po brzuch. Buchnê³a

background image

– 59 –

krew. Zwierzê odwróci³o ³eb i k³apnê³o zêbami, próbuj¹c zacisn¹æ

szczêki na zabójczym ostrzu. Zbyt póŸno.

Conan zd¹¿y³ wyszarpn¹æ miecz i dŸgn¹³ miêdzy ¿ebra, gdzie

powinno byæ serce bestii. Œmiertelnie ugodzony zwierz rykn¹³ i pod-

skoczy³, spychaj¹c innego w cierniste krzewy. Próbowa³ jeszcze rzu-

ciæ siê na Cymmerianina, lecz ten szybko post¹pi³ krok do ty³u. Pies

zwali³ siê na ziemiê i zablokowa³ przesmyk miêdzy krzakami a sta-

wem.

Jedna z trzech pozosta³ych bestii wycofywa³a siê. Druga usi³o-

wa³a wydostaæ siê z cierni, lecz grzêz³a wœród kolców coraz g³êbiej.

Trzecia ju¿ prawie wylaz³a z wody.

Conan w trzech susach wspi¹³ siê na le¿¹ce cielsko, sk¹d sko-

czy³ na psa szykuj¹cego siê do odwrotu.

Bestia zakrêci³a siê i uciek³a.

Przyszed³ czas, by rozprawiæ siê z t¹ wy³a¿¹c¹ ze stawu. Unio-

s³a grub¹ ³apê, jakby chcia³a zas³oniæ siê przed ciosem, ale na pró¿-

no. Ostra stal odr¹ba³a wielk¹ koñczynê.

Stwór zawy³ i znów wpad³ do wody. Próbowa³ odp³yn¹æ, lecz

bez jednej ³apy nie móg³ utrzymaæ równowagi; krêci³ siê w kó³ko.

Ostatni przeciwnik wci¹¿ miota³ siê w k³uj¹cym g¹szczu. Cym-

merianin gotowa³ siê do ataku, gdy nieoczekiwanie umykaj¹cy pies

zawróci³. Najwidoczniej zebra³ siê na odwagê, bo rzuci³ siê na Co-

nana, chc¹c dosiêgn¹æ jego gard³a. B³ysnê³y ociekaj¹ce œlin¹ k³y.

Barbarzyñca zrobi³ w ty³ zwrot, by stawiæ mu czo³o. Wtedy poœli-

zn¹³ siê na krwi i opar³ na jednym kolanie. Ten przypadkowy unik go

uratowa³. Rozpêdzony pies przelecia³ nad schylonym cz³owiekiem

i wyl¹dowa³ na grzbiecie swego towarzysza uwiêzionego poœród se-

tek kolców. Ciê¿ar obu bestii wgniót³ je g³êbiej w cierniste krzaki.

Pies bez ³apy ci¹gle zatacza³ krêgi w stawie; nie zdo³a³ siê odda-

liæ. Ostrze miecza przebi³o mu kark. Zielona woda przybra³a barwê

purpury. Bestia jeszcze walczy³a o ¿ycie, lecz przegra³a. Utonê³a,

gdy Cymmerianin znów odwróci³ siê ku zwierzêtom w kolczastej

pu³apce.

O dziwo, jednemu stworowi uda³o siê oswobodziæ. Tylko po to,

by spotkaæ siê z zabójcz¹ stal¹.

Drugi potwór wœciekle k³apa³ pyskiem. Rwa³ siê, by zatopiæ za-

krwawione k³y w ciele cz³owieka. Ale tysi¹ce ma³ych haczyków wbi³y

siê zwierzowi w zad i nie puszcza³y. Lœni¹ca klinga po raz ostatni

odœpiewa³a pieœñ œmierci.

background image

– 60 –

Conan otar³ z twarzy pot i posokê. Uspokoi³ siê i rozejrza³. Wo-

kó³ wala³o siê szeœæ martwych bestii. Nagle poczu³ zmêczenie. Po

walce czêsto siê to zdarza³o, lecz nie by³o czasu na odpoczynek.

Pokona³ diabelskie potwory, jednak ich w³adcy musieli byæ niedale-

ko. Psy, nawet tak przera¿aj¹ce, to jedno; olbrzymy, to co innego.

Wytar³ ostrze miecza o futro zabitego stwora, wsun¹³ broñ do

pochwy i wyszed³ na szlak. Pod¹¿y³ przed siebie, by jak najszybciej

oddaliæ siê od Jatte. Przynajmniej pokaza³ wielkoludom, na co go

staæ. Chocia¿ czêœciowo im odp³aci³ za uwiêzienie go w klatce. Wo-

la³by pozostawiæ za sob¹ trupa Raseriego, ale trudno. Wódz olbrzy-

mów bêdzie zaskoczony, gdy znajdzie swoje psy goñcze.

Cymmerianin uœmiechn¹³ siê z zadowoleniem.

X

Zwiadowca Fosulla wyprzedzaj¹cy zastêp przybieg³ z meldun-

kiem, który brzmia³ wprost nieprawdopodobnie.

 – Wodzu! Diab³opsy s¹ martwe!

 – Wszystkie?!

 – Co do jednego!

Fosull zastanowi³ siê. O nic wiêcej nie spyta³. Wola³, by wojow-

nicy nie widzieli, jakie wra¿enie wywar³a na nim tak niecodzienna

wiadomoϾ.

Vargowie doszli wkrótce do miejsca, gdzie rozegra³a siê walka.

Istotnie, psy nie ¿y³y. Pó³ tuzina najbardziej krwio¿erczych bestii na

bagnach pad³o zapewne od miecza. Nie do wiary!

Wódz obejrza³ pole bitwy i zbada³ œlady. Ka¿dy Varg z jednym okiem

i po³ow¹ mózgu odkry³by, ¿e bestie zaszlachtowa³ pojedynczy cz³owiek.

Któryœ z pozabagiennych. Zapewne ten sam, pó³nagi mê¿czyzna, który

zabi³ kilku Vargów na obrze¿ach wioski Jatte. Odciski stóp ani ¿adne

inne znaki nie wskazywa³y na grupkê ludzi w³adaj¹cych demonem.

Niedobrze. Bardzo niedobrze. Szeœæ psów zar¿niêtych przez jed-

nego cz³owieka. Fosull zafrasowa³ siê. Takiego wojownika nale¿y

omijaæ z daleka, chyba ¿e jest sprzymierzeñcem. A tymczasem id¹

za nim, zamiast œcigaæ tych, co porwali Vilkena. Zupe³nie niedobrze.

Vargowie patrzyli wyczekuj¹co na Fosulla. Mimo strachu, nie

móg³ pokazaæ, ¿e siê boi. Ba, powinien wrêcz zlekcewa¿yæ niebez-

pieczeñstwo. Od tego jest g³owa plemienia.

background image

– 61 –

 – Myœla³em, ¿e psów by³o wiêcej – stwierdzi³ z nonszalancj¹.

Zwiadowca, szybkonogi Olir licz¹cy sobie dziewiêtnaœcie wio-

sen, zamruga³ oczami.

 – Nie rozumiem, wodzu...

 – S¹dzi³em, ¿e by³o ich osiem albo dziewiêæ. Zabiæ tak¹ zgraj¹,

to dopiero coœ!

Ale tylko szeœæ...? – Wzruszy³ obojêtnie ramionami i sprawdzi³

zrogowacia³ym kciukiem ostroœæ obsydianowego szpica swej w³óczni.

Podtekst tego gestu by³ jasny: – on, Fosull, po³o¿y³by trupem szeœæ

diab³opsów i nawet by siê porz¹dnie nie spoci³.

Przez zastêp przebieg³ pomruk niedowierzania, jak domyœli³

siê wódz, ale uœmiechn¹³ siê. Kto chce przewodziæ, musi ucho-

dziæ za odwa¿nego. Od dwunastu wiosen nikt nie rzuci³ mu wy-

zwania. Ostatni przeciwnik nie zd¹¿y³ zrobiæ kroku i unieœæ bro-

ni,  gdy  przeszy³a  go  w³ócznia  Fosulla.  Wiêkszoœæ  z obecnych

wojowników by³a wtedy jeszcze dzieæmi. Opowieœæ o tym mê¿-

nym czynie d³ugo przekazywano sobie z ust do ust. Przez lata

obros³a legend¹ i wielu m³odszych Vargów uwa¿a³o Fosulla za

niezwyciê¿onego. Mimo wszystko, woleli nie lekcewa¿yæ kogoœ,

kto w pojedynkê usiek³ stado diab³opsów i po prostu poszed³ so-

bie dalej.

 – Nic tu po nas – oœwiadczy³ wódz Vargów.

 – Ruszymy za tym, kto to zrobi³? – zapyta³ Olir.

 – Jasne. Za³o¿ê siê, ¿e zaprowadzi nas do pozosta³ych. Zapo-

mnia³eœ, ¿e Vilken jest w ich rêkach?

 – Nnnie... wodzu.

 – Wiêc chodŸmy. IdŸ przodem i b¹dŸ czujny, ¿ebyœ nie wpad³

znienacka na nasz¹ ofiarê.

Fosull popatrzy³ za oddalaj¹cym siê zwiadowc¹. Ch³opak szed³

wolniej ni¿ zwykle. Wódz by³ wiêcej ni¿ pewien, ¿e m³ody Varg

zrobi wszystko, byle tylko unikn¹æ spotkania z tym, co zar¹ba³ psy.

Na jego miejscu post¹pi³by tak samo.

Lawi by³ blady jak p³ótno, kiedy wróci³ tam, gdzie Raseri i dwaj

inni Jatte koñczyli popo³udniowy posi³ek. Czterech olbrzymów za-

trzyma³o siê na odpoczynek w p³ytkim zag³êbieniu otoczonym wiel-

kimi ga³êziami zwalonego piorunem drzewa. Pieñ le¿¹cy tu co naj-

mniej od piêciu wiosen porós³ ju¿ grubym mchem.

 – Ustali³eœ, dlaczego psy ucich³y? Dogoni³y zbiega?

background image

– 62 –

Lawi pokrêci³ g³ow¹ i przysiad³ na du¿ej k³odzie wystaj¹cej z b³o-

ta obok œcie¿ki.

– Owszem, dogoni³y, ale…

 – To dobrze... – przerwa³ mu Raseri.

 – Niedobrze – wtr¹ci³ szybko Lawi. – Psy nie ¿yj¹.

 – Co?! Niemo¿liwe! – wykrzykn¹³ Kouri.

 – Nie mo¿e byæ! – zawtórowa³ Hmuo.

Raseri powstrzyma³ siê od uwag.

 – ChodŸcie i sami zobaczcie.

Gdy wszyscy czterej doszli do miejsca krwawej rzezi, pierwszy

przemówi³ Kouri: – Œlady Vargów! To oni zabili psy. By³ tu du¿y

zastêp kar³ów!

Raseri schyli³ siê. Obejrza³ jedno zwierzê, potem drugie i trzecie.

– Nie. Tych ran nie zada³y w³ócznie Vargów.

 – Zatem kto...? – zdziwi³ siê Hmuo.

 – Conan, nasz zbieg³y wiêzieñ. Widzicie? – Wódz wskaza³ g³ê-

bokie ciêcia. – To od miecza. Obejrzyjcie trzy pozosta³e psy, a znaj-

dziecie to samo.

 – Chcesz powiedzieæ, ¿e wszystkie szeœæ ubi³ jeden ma³y cz³o-

wiek?

Raseri odwróci³ siê do Kouriego.

– A owszem. Ucieczk¹ z klatki i dalej przez bagna dowiód³ swej

nieprzeciêtnej zaradnoœci. Nigdy nie mieliœmy do czynienia z tak

zadziwiaj¹cym okazem ma³ego cz³owieka. Chyba pamiêtacie?

Kouri potar³ czo³o. Podczas znêcania siê nad Conanem, to w³a-

œnie on straci³ kij i zosta³ ugodzony tak, ¿e pad³ nieprzytomny. Jak¿e

móg³by zapomnieæ?

 – Ale co robili tutaj Vargowie? – spyta³ Lawi.

Raseri wzruszy³ ramionami.

– Kto to wie? Mo¿e przyszli siê po¿ywiæ?

 – Œlady wskazuj¹, ¿e pod¹¿yli za tamtym cz³owiekiem, choæ

widzieli jatkê. Chyba nawet oni nie mog¹ byæ a¿ tacy g³upi?

Wódz zastanawia³ siê przez chwilê. – To dziwne – przyzna³. –

I wielce ciekawe. Musieli mieæ nie lada powód. My te¿ widzimy krwa-

we dzie³o zbiega i równie¿ zamierzamy dalej go œcigaæ, czy¿ nie?

 – Rozwa¿my wszystko – powiedzia³ Hmuo. – Dok³adnie zbada-

³em szlak i nie dostrzeg³em œladów Jatte. Co zatem z Teyle, Orenem

i Morj¹? Wygl¹da na to, ¿e nie towarzysz¹ naszemu uciekinierowi.

Raseri pomyœla³, ¿e to jeszcze dziwniejsze. Ale bez w¹tpienia

musi istnieæ jakiœ zwi¹zek miêdzy barbarzyñc¹ i porwaniem dzieci.

background image

– 63 –

Samodzielna ucieczka Conana z klatki by³a niewiarygodnym wyczy-

nem. Mo¿e ktoœ mu pomóg³? Czy¿by mia³ kompanów, których prze-

oczy³a Teyle, gdy go zabiera³a do wioski? Oswobodzili przyjaciela

i z zemsty uprowadzili trójkê Jatte, a teraz uciekaj¹ innym szlakiem

ni¿ Conan?

Wódz stwierdzi³ po namyœle, ¿e ta hipoteza jest nieco naci¹ga-

na. Jednak fakty mówi³y same za siebie: Conan i dzieci zniknêli z wio-

ski w tym samym czasie. Trudno by³o mieæ pewnoœæ, co naprawdê

zasz³o, ale rozum podpowiada³, ¿e nic nie sta³o siê przypadkowo-

.Tak czy inaczej, nale¿a³o uj¹æ barbarzyñcê. Tylko on zna³ odpowie-

dzi na wszystkie pytania.

 – ChodŸmy – rozkaza³ Raseri. – Tutaj nie dowiemy siê niczego

wiêcej. Trzeba z³apaæ Conana.

 – W takim razie, musimy zostawiæ Vargów z ty³u – zauwa¿y³

Kouri.

 – Tak zrobimy, jeœli zajdzie potrzeba.

Conan przeby³ szlak w dobrym tempie. Bagna ustêpowa³y miej-

sca coraz wiêkszym po³aciom suchego gruntu. Trakt do Shadizaru

by³ ju¿ blisko.

Cymmerianin cieszy³ siê z odzyskanej wolnoœci. Po wydostaniu

siê na drogê zamierza³ kontynuowaæ podró¿ bez dalszych niebez-

piecznych przygód, o ile zdo³a ich unikn¹æ. Najwa¿niejsze, ¿e prze-

¿y³. Wprawdzie dokucza³ mu g³ód, lecz z ka¿dym krokiem Conan

oddala³ siê od olbrzymów i kar³ów. Bez ¿alu pozostawia³ za sob¹

mokrad³a.

Spostrzeg³ jadalne jagody, wiêc przystan¹³, by siê posiliæ. Leœne

owoce to nie miêso czy drób, ale lepsze takie po¿ywienie ni¿ burcze-

nie w ¿o³¹dku. Otar³ usta wierzchem d³oni i poszed³ dalej. Wkrótce

powinien dojœæ do miejsca, gdzie po raz pierwszy spotka³ wielkolu-

dów. Jeszcze kawa³ek i znajdzie siê na drodze; nie móg³ siê tego

doczekaæ.

Wóz toczy³ siê wyboistym traktem. Jednostajne ko³ysanie by³o

usypiaj¹ce, dlatego Dake szybko zapad³ w drzemkê. Œni³o mu siê, ¿e

jest w³aœcicielem ogromnego cyrku.

Na wielkiej arenie wystêpuj¹ setki dziwol¹gów, które zebra³ i ro-

zmno¿y³, a na widowni zasiadaj¹ tysi¹ce ludzi. Kobiety-koty wyko-

nuj¹ akrobacje, czterorêkie istoty ¿ongluj¹ tuzinami kolorowych kul,

background image

– 64 –

zielone kar³y i zwaliste olbrzymy paraduj¹ tam i z powrotem, a wil-

ko³aki  staczaj¹  krwawe  walki,  nie  szczêdz¹c  k³ów  i pazurów.

A wszystko to pod najwiêkszym namiotem œwiata. Spiczasty, jedwab-

ny dach wznosi siê wysoko, zdobi¹ go niebiesko-bia³e pasy.

Nagle rozleg³ siê trzask! Z³ama³ siê jeden z grubych s³upów pod-

trzymuj¹cych cyrkow¹ kopu³ê. Namiot opad³ na arenê i widzów.

Us³ysza³ krzyki wzywaj¹ce pomocy: „Dake! Dake! Dake...”.

Obudzi³ siê. Kreg potrz¹sa³ go za ramiê.

– Dake!

Mag gwa³townie odtr¹ci³ rêkê asystenta.

– Dlaczego przerywasz mi drzemkê, durniu?!

W tej samej chwili zauwa¿y³, ¿e wóz stoi.

 – Po co siê zatrzymaliœmy? Nie kaza³em robiæ postoju!

Kreg pokrêci³ g³ow¹.

– Nie, ale z³ama³o siê ko³o.

 – Co?! Poka¿!

Dake wygramoli³ siê tylnymi drzwiami i poszed³ za asysten-

tem do przodu wozu. W rzeczy samej, rozlecia³o siê ko³o od strony

Teyle siedz¹cej obok Penza. Pêk³y cztery szprychy, brakowa³o ka-

wa³ka drewnianej obrêczy, a opasuj¹ca j¹ ¿elazna taœma sp³aszczy³a

siê.

 – Na ³uskowate krocze Seta! Jak to siê sta³o?!

Penz spojrza³ z koz³a w dó³.

– Wjechaliœmy na wielki kamieñ, a zaraz potem w g³êbok¹ dziurê.

 – Nie mog³eœ tego omin¹æ, durniu?!

 – Nie by³o miejsca. Sam zobacz. – Wilko³ak wskaza³ za siebie.

Mówi³ prawdê. Wypadek przytrafi³ siê na zwê¿eniu drogi. Z jednej

strony ros³y gêste zaroœla, z drugiej ci¹gn¹³ siê p³ytki parów o stro-

mym zboczu. Ze œrodka traktu wystawa³y du¿e g³azy.

Mag przekl¹³ szpetnie kilku mniej znanych bogów, nazywaj¹c

przy tym dosadnie ich najbardziej odra¿aj¹ce nawyki. Nawet wo³y

poruszy³y siê niespokojnie, s³ysz¹c tyle obelg naraz.

 – Wy³adujcie i za³ó¿cie zapasowe ko³o – rozkaza³ w koñcu.

Penz pokaza³ k³y w szerokim uœmiechu.

– Nie da rady. Ju¿ je zu¿yliœmy. Pamiêtasz przejazd przez Prze-

³êcz Haraan?

Dake wœciekle zacisn¹³ piêœci. W istocie, wtedy za³o¿yli zapas.

Od tamtego wypadku nie zajechali jeszcze do ko³odzieja, by zmaj-

strowa³ nowy. A ciê¿ar wozu uniemo¿liwia³ jazdê bez jednego ko³a.

 – Nie mo¿esz u¿yæ magii, by to naprawiæ? – zapyta³ Kreg.

background image

– 65 –

Czarownik nie zna³ odpowiedniego zaklêcia, ale nie zamierza³

przyznawaæ siê do niewiedzy. Zw³aszcza temu pó³g³ówkowi.

– Szkoda marnowaæ magii na takie g³upstwo – odpar³. – Ty, Penz

i Sab weŸmiecie narzêdzia i dorobicie potrzebne czêœci. Wokó³ jest

doœæ drzew.

 – Ale¿ min¹ godziny, zanim…

 – No to co? Przez ten czas bêdê podziwia³ krajobraz.

 – Jaki krajobraz?! Tu jest tylko las i zakurzona droga!

 – Trzymaj jêzor za zêbami albo go stracisz, g³upcze!

Kreg poczerwienia³, ale zamilk³. Dobrze wiedzia³, ¿e na jedno

skinienie Dake’a wilko³ak z ochot¹ skoczy mu do gard³a. Lub te¿

mag unieruchomi go swym zaklêciem, po czym rozwali g³owê ka-

mieniem. Kreg ju¿ widzia³, jak jego pan zabija, i by³ pewien, ¿e nie

zawaha³by siê tak¿e tym razem.

 – Sab! Przynieœ narzêdzia! – zawo³a³. – A ty z³aŸ z koz³a, w³o-

chata mordo!

Penz zeskoczy³ z siedzenia woŸnicy, wyl¹dowa³ zgrabnie przed

asystentem i wyszczerzy³ k³y w uœmiechu. Dake nie zauwa¿y³, by

obelga wywar³a na wilko³aku wra¿enie. Penz lubi³ patrzeæ na bezsil-

n¹ z³oœæ Krega. Szkoda, lecz bez w¹tpienia kariera asystenta dobie-

ga koñca. Jeœli Penz zas³u¿y, mo¿e w nagrodê dostanie pozwolenie

na wys³anie swego drêczyciela do Szarych Krain.

Kiedy trójka uzbrojona w pi³y i siekiery odesz³a, Dake rozejrza³

siê za ocienionym miejscem nadaj¹cym siê do drzemki. Mo¿e znów

przyœni mu siê wielki cyrk? By³oby mi³o.

XI

Gdy tylko Conan wyszed³ na drogê, przyspieszy³ kroku. Cieszy³

siê, ¿e wreszcie czuje pod stopami twardy grunt. Mia³ silne nogi.

W ojczystej Cymmerii jeszcze jako ch³opiec dŸwiga³ ciê¿kie k³ody

oraz kamienie, potem przez wiele lat du¿o chodzi³ i biega³. By³ wy-

trzyma³ym piechurem i teraz raŸno pod¹¿a³ przed siebie.

Niewiele ucierpia³ wskutek niemi³ej przygody z olbrzymami. Stra-

ci³ trochê czasu, zazna³ niewygód, ale nic wiêcej. Odzyska³ miecz,

a w Shadizarze czeka³o bogactwo. Nie zamierza³ ju¿ nigdzie zbaczaæ.

Kiedy zaczê³o siê zmierzchaæ, znalaz³ miejsce na nocleg. Zasta-

wi³ sid³a, szybko z³apa³ królika i po zmroku siedzia³ przy ognisku,

5 – Conan groŸny

background image

– 66 –

spo¿ywaj¹c gor¹cy posi³ek. Uœmiecha³ siê, gdy rozrywa³ pieczeñ

bia³ymi, mocnymi zêbami. Kiedyœ opowie wnukom o wielkoludach

i zielonych kar³ach. A na razie mo¿e o nich zapomnieæ. Szkoda cza-

su na rozpamiêtywanie minionych zdarzeñ.

 – Ko³o naprawione – oznajmni³ Kreg. Twarz i rêce mia³ uwala-

ne smarem, ocieka³ potem i w dodatku œmierdzia³.

W górze œwieci³ blady ksiê¿yc.

 – Zajê³o wam to du¿o czasu – skrzywi³ siê Dake. – W dole wzgó-

rza jest strumieñ. IdŸ siê umyæ i wypierz odzienie. WeŸ ze sob¹ Saba

i Penza. Ju¿ za ciemno, by jechaæ dalej. Nie mam ochoty na uszko-

dzenie drugiego ko³a.

Kiedy asystent, czterorêki i wilko³ak odeszli, mag popatrzy³

na drogê za wozem. Przymusowy postój sprawi³, ¿e czasowa prze-

waga nad poœcigiem stopnia³a o kilka godzin. Ale Dake w¹tpi³,

by pogoñ pod¹¿a³a przez bagna równie¿ noc¹. Nawet mimo na-

prawy ko³a z pewnoœci¹ wyprzedzali olbrzymów o pó³ dnia. Jed-

nak z ulg¹ powita³by wschód s³oñca, ¿eby jak najprêdzej ruszyæ

dalej.

Po powrocie Krega i innych kaza³ im ukryæ wóz na ma³ej pola-

nie wœród iglastych drzew o czerwonawej korze. Niezwyk³a trupa

u³o¿y³a  siê  na  spoczynek  wewn¹trz  pojazdu.  Wszyscy  zapadli

w drzemkê.

Fosull Ÿle spa³, mêczy³y go koszmary. Widzia³ wielkie, czerwo-

ne demony, pó³nagich ludzi pozabagiennych, Jatte i mnóstwo innych

postaci, których nie rozpoznawa³. W rzeczywistoœci by³ szybki i zwin-

ny, lecz we œnie ledwo móg³ siê poruszaæ. Zupe³nie opuœci³y go si³y.

Rzuca³ w³óczni¹ tak s³abo, ¿e lecia³a z szybkoœci¹ opadaj¹cego li-

œcia. Na co dzieñ nosi³ kilt z miêkkiej irchy, teraz chodzi³ nago. Pró-

bowa³ znaleŸæ drogê do swej chaty, ale zupe³nie pogubi³ siê wœród

chaszczy. Nie potrafi³ przypomnieæ sobie, którêdy ma iœæ. Podczas

panicznej ucieczki przed stadem czterorêkich kocic uœwiadomi³ so-

bie nagle, ¿e œni. Ale jeszcze d³ugo po przebudzeniu nie móg³ siê

otrz¹sn¹æ.

Pomyœla³, ¿e miewa³ ju¿ przyjemniejsze sny.

background image

– 67 –

Raseri  nie  spa³.  Le¿a³  i rozmyœla³  o wydarzeniach  ostatnich

dwóch dni. Stara³ siê pouk³adaæ sobie wszystko w g³owie, ale nie

sz³o mu zbyt dobrze. Wci¹¿ wiedzia³ za ma³o, by wyeliminowaæ nie-

które mo¿liwoœci.

Wódz Jatte by³ w du¿ym k³opocie. Zazwyczaj potrafi³ ustaliæ

przyczyny zdarzeñ. Oczywiœcie mog³o tak byæ dlatego, ¿e w swoim

œwiecie mia³ do czynienia z prostymi sprawami, które ³atwo dawa³y

siê wyjaœniæ. Tymczasem teraz stan¹³ przed problemem, z jakim siê

dot¹d nie zetkn¹³. Z jednej strony by³o to przygnêbiaj¹ce, z drugiej

jednak podniecaj¹ce, bo przecie¿ wiêksz¹ satysfakcjê daje rozwi-

k³anie skomplikowanej zagadki.

Uœmiechn¹³ siê. Bez w¹tpienia rozszyfruje i tê tajemnicê. Pyta-

nie tylko, kiedy i ile trudu bêdzie go to kosztowaæ?

Oczywiœcie martwi³ siê o dzieci, lecz wmawia³ sobie, ¿e nie za-

gra¿a im wielkie niebezpieczeñstwo, przynajmniej na razie. Gdyby

porywacze – a zak³ada³, ¿e jest ich kilku – zamierzali zabiæ swe ofiary,

nie potrzebowaliby uciekaæ tak daleko od wioski. Nie, z pewnoœci¹

maj¹ inne plany. Mo¿e chc¹ wykorzystaæ Teyle, Orena i Morjê do

eksperymentów, podobnie jak on Conana?

Albo wystawiaæ je na pokaz? Mo¿liwoœci istnia³o tak wiele, ¿e

nie zd¹¿y³ rozpatrzyæ wszystkich, bo w koñcu zmorzy³ go sen.

Conan obudzi³ siê wczeœnie. Coœ mu mówi³o, ¿e im dalej bêdzie

od olbrzymów, tym lepiej. Ledwo œwit zaró¿owi³ niebo, Cymmeria-

nin zerwa³ siê i ruszy³ w drogê. W marszu ogryza³ resztki drugiego

upieczonego królika. Przystan¹³ tylko na chwilê, by zaczerpn¹æ garœæ

wody ze strumyka i op³ukaæ miêso.

Zanim s³oñce wzesz³o na dobre, wêdrowa³ prawie od godziny.

Gdy wspi¹³ siê traktem na niewielkie wzniesienie, zobaczy³ w od-

dali wóz stoj¹cy na skraju drogi. Kryty, szeœcioko³owy pojazd przy-

pomina³ wielkoœci¹ dom. Obok pas³o siê osiem czy dziesiêæ wo³ów.

Cymmerianin skrêci³ w zagajnik i sprawdzi³, czy miecz luŸno

wysuwa siê z pochwy. Niedawna przygoda wzmog³a czujnoœæ Co-

nana. Pasa¿erowie wozu mogli byæ nieszkodliwi, ale wola³ przyjrzeæ

siê im z ukrycia.

Skrada³ siê miêdzy drzewami, staraj¹c siê posuwaæ jak najci-

szej, i stopniowo zbli¿a³ siê do pojazdu.

Wreszcie wypatrzy³ miejsce pokryte suchym igliwiem i przykuc-

n¹³ za roz³o¿ystym krzakiem, by rozeznaæ siê w sytuacji.

background image

– 68 –

Nie czeka³ d³ugo. Z wozu wyszed³ jasnow³osy mê¿czyzna. To-

warzyszy³a mu postaæ otulona opoñcz¹, w kapturze na g³owie. Co-

nan nie móg³ dostrzec jej twarzy, za to dobrze widzia³ pasa¿era, któ-

ry pojawi³ siê jako trzeci.

Ten cz³owiek mia³ ni mniej, ni wiêcej, tylko cztery ramiona!

Cymmerianin zastanawia³ siê nad tym dziwactwem, kiedy wóz

zaskrzypia³ i zatrz¹s³ siê mocno. W drzwiach stanê³a ogromna nie-

wiasta. Musia³a schyliæ g³owê, by nie zawadziæ o framugê. Conan

od razu rozpozna³ Teyle z plemienia Jatte.

Bardzo dziwne... Zdumia³ siê jeszcze bardziej, gdy zobaczy³ jej

m³odsze rodzeñstwo, Orena i Morjê. Za bliŸniakami sz³a kobieta o ko-

cich rysach, obroœniêta krótk¹ sierœci¹. Na koñcu drepta³ zielony,

nakrapiany karze³. Taki sam jak ci, których Conan niedawno napo-

tka³.

Jasnow³osy i czterorêki zaprzêgli wo³y. Zakapturzony przykuc-

n¹³, aby obejrzeæ przednie ko³o. Nakrycie g³owy zsunê³o siê, wte-

dy Cymmerianin ujrza³ zwierzêce oblicze. Pysk psa? Nie, raczej

wilka!

Ale za zbieranina dziwol¹gów! Wszyscy w jednym wozie. Co

to znaczy?

 – Jak ci siê podobaj¹ moje okazy? Interesuj¹ce, prawda? – roz-

leg³ siê g³os za plecami Conana.

Cymmerianin natychmiast odwróci³ siê i wyprostowa³, jednocze-

œnie dobywaj¹c miecza.

 – To nic nie da – rzek³ obcy. Wymamrota³ jakieœ niezrozumia³e

s³owa i uczyni³ rêk¹ gest, jakby coœ rzuca³.

Conan uskoczy³ w bok i uniós³ broñ do ciêcia. Jak ten cz³owiek

podkrad³ siê do niego? Niewielu zdo³a³o zajœæ Cymmerianina od ty³u,

a smag³y, czarnow³osy mê¿czyzna z d³ugimi w¹sami nie wygl¹da³

na zbyt sprytnego. Nie by³ uzbrojony, ale Conan nie opuœci³ miecza.

 – Od³ó¿ broñ – odezwa³ siê nieznajomy. Nie zabrzmia³o to jak

proœba, lecz jak rozkaz.

Conan rozeœmia³ siê g³oœno. Nagle zamilk³. Poczu³ na sobie zim-

ny, œmiertelny uœcisk i rêce zaczê³y odmawiaæ mu pos³uszeñstwa.

Nadgarstki mia³ jak z o³owiu i jakaœ si³a zmusza³a go do opuszcze-

nia ramion.

Próbowa³ walczyæ z krêpuj¹c¹ go moc¹. Na ca³e cia³o wyst¹pi³y

mu krople potu. Wzmóg³ wysi³ek i na chwilê dr¿¹cy miecz znieru-

chomia³ w ch³odnym, porannym powietrzu.

Mê¿czyzna zmarszczy³ brwi.

background image

– 69 –

Ostrze znów zaczê³o drgaæ. Conan opiera³ siê ze wszystkich si³.

Napi¹³ miêœnie, a¿ pod opalon¹ skór¹ spêcznia³y œciêgna. Muskular-

ne ramiona nabrzmia³y. Ale miecz sam kierowa³ siê do pochwy.

Cymmerianin patrzy³ ze zgoz¹ jak jego w³asne rêce chowaj¹ broñ,

jakby nale¿a³y do kogoœ innego.

 – Tak ju¿ lepiej – powiedzia³ czarnow³osy i uœmiechn¹³ siê sze-

roko.

Conan w lot poj¹³, co go pokona³o – magia! Obcy rzuci³ na nie-

go z³y urok!

Cymmerianin zaœmia³ siê i rozpostar³ d³onie, by zacisn¹æ je na

gardle czarownika. Ale wtem powietrze sta³o siê tak gêste, jakby

mia³ przed sob¹ nieprzeniknion¹, niewidzialn¹ œcianê.

 – Tracisz tylko czas – przemówi³ mag. – Jestem Dake i bêdziesz

mi pos³uszny, czy ci siê to podoba, czy nie.

Conan zdo³a³ post¹piæ krok naprzód, lecz ten ruch kosztowa³ go

tyle wysi³ku, ¿e a¿ poczerwienia³.

 – Si³acz z ciebie – zauwa¿y³ Dake. – Byæ mo¿e znajdê ci jakieœ

zajêcie, zamiast pozbawiaæ ciê ¿ycia. Jak ciê zw¹?

Widz¹c, ¿e próby ataku na nic siê nie zdadz¹, Conan zrezygno-

wa³. Nie zamierza³ odpowiadaæ magikowi, lecz ta sama si³a, która

kaza³a mu schowaæ miecz, zmusza³a go teraz do mówienia. Mocno

zacisn¹³ usta, by jej nie ulec.

Minê³o tuzin uderzeñ serca.

 – Conan – us³ysza³ nagle w³asny g³os.

 – Ach, tak. Doskonale. Zatem chodŸmy, Conanie.

Mag ruszy³ do wozu.

Cymmerianin znów spróbowa³ stawiæ opór. Bez skutku. Wbrew

swej woli pod¹¿y³ za czarownikiem. Nie móg³ powstrzymaæ nóg, ani

przyspieszyæ i skoczyæ przeœladowcy do gard³a. Czar mia³ zbyt wielk¹

moc, by siê jej przeciwstawiæ. Conan czu³ siê jak pies na smyczy, do

tego z ciasn¹ obro¿¹ na szyi.

Kiedy wychodzili na drogê, uprzytomni³ sobie, ¿e to z pewno-

œci¹ magia pozwoli³a Dake’owi zajœæ go z ty³u tak cicho. Teyle i bliŸ-

niaki te¿ musi zniewalaæ potê¿ny czar. Zastanawia³ siê, czy wszyscy

pasa¿erowie wozu s¹ pod wp³ywem zaklêcia.

Có¿, nie ma co zgadywaæ, wkrótce siê dowie.

Wygl¹da³o na to, ¿e znów nie dojdzie do Shadizaru, choæ obie-

cywa³ sobie nie zbaczaæ z kursu.

background image

– 70 –

Gdy  Vargowie  dotarli  do  krañca  mokrade³,  nie  napotkawszy

pozabagiennych ani Vilkena, Fosull poczu³ siê mocno zak³opotany.

Mia³ du¿y dylemat. Wyprawa poza moczary by³a wielce niebezpiecz-

na. Ludzie pozabagienni nie nale¿eli do tolerancyjnych, o czym Var-

gowie zd¹¿yli siê przez lata boleœnie przekonaæ. Zastêp kar³ów od

razu œci¹gn¹³by na siebie nieszczêœcie. Wprawdzie potrafi³by siê

obroniæ przed atakiem pojedynczego zbójcy lub zaskoczonego wie-

œniaka, lecz nie przed liczniejsz¹ gromad¹ ludzi. W czasie Wielkiej

Suszy, jakieœ czterdzieœci wiosen temu, dziad Fosulla wyruszy³ z ba-

gien po prowiant na czele setki wojowników.

Wróci³ ze œwiata zewnêtrznego z po³ow¹ dzielnych poddanych.

Filozofia ludzi pozabagiennych wydawa³a siê prosta: jeœli ktoœ jest

inny, nale¿y go natychmiast zabiæ.

Co robiæ? Fosull nie zamierza³ nara¿aæ na œmieræ swoich wo-

jowników. Z drugiej strony, straci³by ich szacunek, gdyby pozwoli³

umkn¹æ porywaczom syna. Wódz wiedzia³, ¿e siê starzeje i nie jest

ju¿ tym samym Vargiem, co kiedyœ. Mimo i¿ wci¹¿ móg³ pokonaæ

ka¿dego wspó³plemieñca, brakowa³o mu dawnej stanowczoœci. Jeœli

zaprzestanie poœcigu, wojownicy wezm¹ to za s³aboœæ i rzuc¹ mu

wyzwanie. Za¿¹daj¹, by odda³ w³adzê. Taki by³ u Vargów zwyczaj.

Niech piek³o poch³onie tych pozabagiennych intruzów!

Coœ trzeba zrobiæ. Wiedzia³ nawet, co. Musia³ spojrzeæ praw-

dzie w oczy, choæby nie chcia³. Piêtnastu Vargów nie ukryje siê ³a-

two poza moczarami, ale jeden tak.

Fosull odwróci³ siê do wojowników.

– Wracajcie. Sam poszukam Vilkena.

 – Ale¿ wodzu!

 – Ca³y zastêp wzbudzi tylko ciekawoœæ i sprowokuje atak. Jed-

nemu z nas mo¿e uda siê pozostaæ nie zauwa¿onym.

 – Ale... ale czerwony demon...!

 – Jam jest Fosull i nie lêkam siê nikogo! Ani Vargów, ani ludzi

pozabagiennych, ani czerwonych demonów! Róbcie, co kaza³em!

Us³uchali niechêtnie i zaczêli pomrukiwaæ miêdzy sob¹ o ogrom-

nej odwadze przywódcy. Kto inny wybra³by siê w pojedynkê prze-

ciw demonowi potê¿niejszemu od Jatte? Fosull by³ pewien, ¿e jeœli

prze¿yje, jego chwa³a przetrwa wiele wiosen i nikt nie œmie rzuciæ

mu wyzwania.

W gruncie rzeczy, ryzykowna wêdrówka wcale mu siê nie uœmie-

cha³a. Mimo to, pocz¹³ uk³adaæ plan. Na mokrad³ach Vargów chro-

ni³ naturalny kamufla¿; potrafili ³atwo wtopiæ siê w otoczenie i ujœæ

background image

– 71 –

uwagi wrogów. Ludzie pozabagienni ró¿nili siê wzrostem. Niektó-

rzy, zw³aszcza dzieci, byli prawie tak mali jak Fosull. Wódz wpad³

na pomys³, jak zamaskowaæ swój wygl¹d – nale¿a³o zdobyæ stosow-

ne odzienie.

Na wszystko znajdzie siê sposób.

XII

Dake wdrapa³ siê na dach wozu po krótkiej drabince umocowa-

nej z ty³u pojazdu. Oczywiœcie spiczasta plandeka nie wytrzyma³aby

jego ciê¿aru, ale poprzeczna deska by³a doœæ gruba i szeroka, by

móg³ na niej usi¹œæ i obserwowaæ drogê za wozem. W s³oneczne dni

robi³ to czêsto. Lubi³ siê opalaæ, a widok z wysoka dawa³ mu poczu-

cie w³adzy.

Mag uwa¿a³, ¿e ma wszelkie powody, by czuæ siê jak w³adca.

Jego myœli zaprz¹ta³a teraz ostatnia zdobycz. Muskularny Co-

nan wydawa³ siê cennym dodatkiem do kolekcji dziwol¹gów. Wpraw-

dzie inne okazy te¿ przyci¹ga³y gawiedŸ w mijanych wioskach, lecz

samo pokazywanie czterorêkiego mê¿czyzny, czy kobiety o twarzy

kota nie przynosi³o godziwych zysków. Ile mo¿na zebraæ od setki

gapiów p³ac¹cych po kilka miedziaków?

Dake zazwyczaj nabija³ sobie kabzê, wykorzystuj¹c cz³onków

trupy w inny sposób. Wielu mê¿czyzn ciekawi³o, jak to jest na po-

s³aniu z kobiet¹-kotem. Pragn¹c prze¿yæ tak¹ przygodê, siêgali g³ê-

biej do sakiewek po d³ugo skrywane srebro. Penz po mistrzowsku

pos³ugiwa³ siê lassem i niejeden chcia³ siê z nim zmierzyæ. Obsta-

wiano wtedy zwyciêzcê konkursu, choæ wynik rywalizacji by³ z góry

przes¹dzony. Zielony karze³ móg³by stawaæ do zawodów w rzucaniu

w³óczni¹ do celu. Olbrzymka z pewnoœci¹ wzbudzi po¿¹danie w nie-

których widzach p³ci mêskiej, choæ nale¿a³oby uwa¿aæ, ¿eby nie

wyda³a na œwiat potomstwa. Kogo zainteresowa³by miniaturowy

wielkolud?

Ale nawet w najmniejszych dziurach zabitych deskami, ludzi

najbardziej podnieca³ hazard. Tam te¿ mieszkali najtwardsi si³acze

zahartowani ciê¿k¹ prac¹ na roli i polowaniem. W takich osadach

najwiêkszych emocji dostarcza³y zak³ady podczas zmagañ osi³ków.

Prosty lud uwielbia³ si³owanie siê na rêce, walkê na piêœci i zapasy.

Dake widzia³ ju¿ ch³opów stawiaj¹cych na swoich faworytów piêæ-

background image

– 72 –

dziesi¹t srebrników, a nawet kilka z³otych dukatów. I to w wioskach,

gdzie ziemia, chaty i ca³y dobytek wydawa³y siê niewarte garœci mie-

dziaków.

Ten, kto wystawi³by silnego i zwinnego zawodnika, móg³by du¿o

zarobiæ. Co prawda w Shadizarze same dziwol¹gi wywo³aj¹ tak¹

sensacjê, ¿e zapaœnik nie bêdzie potrzebny. Z drugiej jednak strony,

miejscy z³odzieje bez w¹tpienia mog¹ postawiæ na walkê wiêcej ni¿

wieœniacy. Ponadto, si³acz dobrze w³adaj¹cy mieczem doskonale

nadawa³by siê na stra¿nika bogactw, które Dake zamierza³ zdobyæ.

Zw³aszcza si³acz zmuszony do lojalnoœci moc¹ zaklêcia.

Co naprawdê potrafi Conan, to siê dopiero oka¿e. Trudno oce-

niaæ  czyjeœ  mo¿liwoœci  po  samym  wygl¹dzie,  choæ  barbarzyñca

z pewnoœci¹ prezentuje siê jak nale¿y. Warto jednak poddaæ go kilku

próbom przed wizyt¹ w najbli¿szej wiosce.

Dake uœmiechn¹³ siê. Znów by³ z siebie zadowolny. Sprytny cz³o-

wiek zawsze ma szansê wspiêcia siê na szczyt, jeœli tylko postêpuje

rozwa¿nie.

Wewn¹trz wozu Conan przygl¹da³ siê towarzyszom niedoli. Z bli-

ska wygl¹dali nie mniej dziwacznie ni¿ z daleka. Kobieta-kot sie-

dzia³a obok czterorêkiego mê¿czyzny. Rozmawiali szeptem. Wilko-

³ak naci¹gn¹³ kaptur i w ogóle siê nie odzywa³. Zielony karze³ drapa³

siê w udo i szczerzy³ w uœmiechu ostre zêby. Trójka olbrzymów spra-

wia³a wra¿enie przygnêbionych. Brakowa³o tylko blondyna, który

teraz powozi³. Jedynie on nie wydawa³ siê omotany si³¹ zaklêcia czar-

now³osego maga.

Teyle le¿a³a wyci¹gniêta na prowizorycznym wyrku. Wtem prze-

krêci³a siê na bok i wspar³a na ³okciu.

– Sam uciek³eœ z klatki mojego ojca? – spyta³a Conana.

 – I owszem.

 – Nie lada wyczyn – stwierdzi³a i po chwili milczenia doda³a: –

Cieszê siê, ¿e ci siê uda³o.

Conan nie kry³ zaskoczenia.

– Dlaczego?

Zatoczy³a rêk¹ ³uk, wskazuj¹c wnêtrze wozu.

– Teraz wiem, co to znaczy byæ wiêŸniem. Nieprzyjemne prze-

¿ycie.

Cymmerianin skin¹³ g³ow¹, ale nie odpowiedzia³. Kilkakroæ prze-

trzymywano go wbrew jego woli, lecz za ka¿dym razem tak samo

background image

– 73 –

nienawidzi³ zamkniêcia. ¯aden cz³owiek nie jest stworzony do ¿ycia

w niewoli – czy to mê¿czyzna, czy kobieta.

 – Co wiesz o czarnow³osym, który zwie siê Dake? – zapyta³

w koñcu.

 – Ma jak¹œ magiczn¹ moc – odrzek³a Teyle.

 – Lepiej wyjaw mi coœ, czego jeszcze nie wiem.

 – Jedziemy do Shadizaru. Dake chce tam pokazywaæ swoke ofia-

ry jako wybryki natury. Zamierza skrzy¿owaæ nas i wyhodowaæ jesz-

cze dziwniejsze istoty.

 – Tak wam powiedzia³?

 – Nie. Ale mówi³ o tym Kreg, ten jasnow³osy mê¿czyzna. Szy-

dzi³ z nas. Tro, Sab i Penz potwierdzili s³owa blondyna.

Teyle przedstawi³a Conanowi trójkê pasa¿erów. Zielony karze³

zwa³ siê Vilken.

Cymmerianin zastanawia³ siê nad tym, co us³ysza³, i rozwa¿a³,

jak najlepiej wykorzystaæ zdobyte wiadomoœci.

 – Ucieczka jest niemo¿liwa – odezwa³ siê Penz, odgaduj¹c, co

Conanowi chodzi po g³owie. – Zaklêcie, które nas krêpuje, jest zbyt

silne. Nie pozwala nam skrzywdziæ maga, ani sprzeciwiaæ siê jego

rozkazom.

Conan przytakn¹³. To prawda, próbowa³ walczyæ z czarem i prze-

gra³. Nawet teraz czu³ na sobie niewidzialne wiêzy.

 – Jestem wiêŸniem Dake’a od piêciu wiosen – ci¹gn¹³ Penz. –

Tro i Sab od trzech. Ani razu moc zaklêcia nie os³ab³a. Nie sposób

siê od niego uwolniæ.

 – Mój ojciec zdo³a tego dokona栖 wtr¹ci³ Vilken, pokazuj¹c

k³y.

Cymmerianin spojrza³ na kar³a. Zielony mikrus mia³ cuchn¹cy

oddech!

– Twój ojciec?

 – A tak. Jest wodzem naszego plemienia. Przybêdzie po mnie.

 – Wydajesz siê tego pewien.

 – Nie mo¿e post¹piæ inaczej, jeœli chce pozostaæ wodzem.

Conan zamyœli³ siê.

 – Nasz rodzic te¿ nas nie zostawi – powiedzia³ Oren. Jego sio-

stra Morja przytaknê³a.

Cymmerianin popatrzy³ na Teyle. Ona równie¿ skinê³a g³ow¹.

– Raseri nie pozwoli, by mali ludzie poznali po³o¿enie naszej

wioski. I nie spocznie, póki nie odnajdzie trójki swoich dzieci.

Conan wzruszy³ ramionami.

background image

– 74 –

– Ani zielonym kar³om, ani wielkoludom nie bêdzie ³atwo wê-

drowaæ przez ziemie ludzi mojej rasy.

 – Mój ojciec to najsprytniejszy z Vargów – pochwali³ siê Vilken.

 – A mój jest dwakroæ sprytniejszy od twojego, bestio – odparo-

wa³ Oren.

Karze³ pokaza³ k³y i poruszy³ siê, jakby chcia³ skoczyæ na ch³op-

ca. Ma³y olbrzym uniós³ siê, by stawiæ czo³o przeciwnikowi.

 – Stójcie! – rozkaza³ Conan.

M³odzieñcy zamarli i spojrzeli na niego.

 – Nic nie zyskamy, walcz¹c miêdzy sob¹.

 – Vargowie to tylko z³oœliwe bestie!

 – A Jatte g³upie góry miêsa!

 – Doœæ!

Ch³opcy z wrogich plemion przeszyli siê nienawistnym wzro-

kiem, po czym znów spojrzeli na Cymmerianina. Pierwszy przemó-

wi³ Vilken.

– A kto ciê wybra³ na wodza, ¿ebyœ œmia³ nam rozkazywaæ?!

Conan uœmiechn¹³ siê z³owieszczo i zacisn¹³ wielk¹ piêœæ przy-

pominaj¹c¹ miêsisty m³ot.

– Sam siê wybra³em. Nie zamierzam spêdziæ reszty ¿ycia jako

wiêzieñ w tym wozie. A zaklêcie Dake’a nie powstrzyma mnie przed

zrobieniem tu porz¹dku!

Niedoszli zapaœnicy uznali widocznie, ¿e lepiej nie doœwiadczyæ

na w³asnej skórze gniewu muskularnego barbarzyñcy. Bez s³owa

odst¹pili od walki.

 – A teraz... – rzek³ Cymmerianin – chcê wiedzieæ wszystko o Da-

ke’u i jego psie, Kregu.

Raseri rozpatrywa³ kilka sposobów doœcigniêcia porywaczy jego

dzieci. Wreszcie wybra³ jeden, jak mu siê zdawa³o, najbardziej roz-

s¹dny. Odes³a³ swoich towarzyszy do wioski, a sam dotar³ do skraju

bagien i wyszed³ na drogê w œwiecie ma³ych ludzi. Logika podpo-

wiada³a olbrzymowi, ¿e najlepiej bêdzie wêdrowaæ noc¹, trzymaj¹c

siê utartych szlaków i unikaj¹c tubylców. Chyba ¿e zajdzie potrzeba

wypytania ich o zbiegów. Wielkolud z pewnoœci¹ wzbudzi sensacjê,

lecz nie tak wielk¹ jak ca³a grupa. Zanim wieœæ o nim obiegnie oko-

licê, zdo³a oddaliæ siê na du¿¹ odleg³oœæ.

Nocna wêdrówka by³a, rzecz jasna, niezbyt bezpieczna, lecz nie-

wiele bestii mog³o stawiæ czo³o Jatte uzbrojonemu w d³ugi, obsydia-

background image

– 75 –

nowy nó¿ i wielk¹ w³óczniê. Za dnia Raseri zamierza³ spaæ w ukry-

ciu. Pamiêta³ wygl¹d Conana, a innych uciekinierów mia³ nadziejê

rozpoznaæ po œladach. W ciemnoœci trudno by³oby pod¹¿aæ ich tro-

pem, ale uwa¿a³, ¿e nie zbocz¹ z raz obranej trasy. Rozpytuj¹c od

czasu do czasu tu i tam, bez w¹tpienia uda mu siê iœæ w³aœciwym

szlakiem. Jeœli on rzuca siê w oczy, to trójka dzieci tym bardziej.

Ktoœ musia³ je zauwa¿yæ.

Kiedy ju¿ dogoni porywaczy, u³o¿y plan ataku. Ogólnie rzecz

bior¹c, postanowi³ wyr¿n¹æ ma³ych ludzi i odebraæ dzieci.

Znalaz³ ocienione miejsce i zatrzyma³ siê w ukryciu, by spo¿yæ

pieczonego królika i suszone owoce, które wzi¹³ ze sob¹. Potem u³o-

¿y³ siê na spoczynek, aby doczekaæ zmroku.

Raseriemu podoba³ siê plan poœcigu. Nie by³ zbyt skompliko-

wany i pozostawia³ mu mo¿liwoœæ manewru, gdyby zasz³a potrzeba.

Wódz Jatte z zadowoleniem zapad³ z sen.

Fosull spêdzi³ w marszu ca³y ranek i zd¹¿y³ odkryæ, ¿e ucieki-

nierzy maj¹ œrodek transportu. To u³atwia³o mu zadanie – g³êbokie

koleiny wozu widaæ du¿o wyraŸniej ni¿ odciski stóp. Ciê¿ar i szero-

koœæ pojazdu gwarantowa³y, ¿e nie zjedzie z drogi, a przynajmniej

pozostanie na twardym gruncie. Zatem dopóki bêdzie sucho, Varg

tak zdolny jak Fosull nie zgubi tropu, choæby mia³ iœæ po œladach na

koniec œwiata.

Co ciekawe, porywacze jego syna podró¿owali z trójk¹ Jatte.

Wódz ocenia³, ¿e to jedna kobieta i dwoje dzieci. Owszem, ta dwój-

ka zostawia³a œlady wielkoœci ludzi pozabagiennych, co mog³o zmy-

liæ mniej wytrawnego tropiciela, ale nie Fosulla. Zna³ obuwie Jatte

jak palce swoich bosych nóg. Jeœli to nie olbrzymy, gotów jest na-

pluæ na grobowiec w³asnego ojca.

Czy Jatte odbywali tê podró¿ dobrowolnie, nie potrafi³ stwier-

dziæ na pewno, ale uwa¿a³, ¿e to ma³o prawdopodobne. Olbrzymy

mia³y z ludzi pozabagiennych jeszcze mniejszy po¿ytek ni¿ Vargo-

wie – nawet nie zjada³y tych, których z³apa³y i zabi³y.

Niedobrze. Co to za ludzie, skoro uprowadzili nie tylko Varga,

ale i Jatte?

Fosull kilkakroæ widzia³ podró¿nych zbli¿aj¹ch siê z przeciw-

ka. Opuszcza³ wtedy trakt i czeka³ w ukryciu, a¿ go min¹.

Na rozstaju dróg przerwa³ tropienie zbiegów i skrêci³ ku ma³ej

osadzie.

background image

– 76 –

Skupisko kilku cha³up trudno by³o nazwaæ wsi¹. Skrada³ siê te-

raz z wielk¹ ostro¿noœci¹, pod wiatr, ¿eby nie wywêszy³y go psy.

Wreszcie wypatrzy³ to, czego szuka³.

Na sznurze rozci¹gniêtym miêdzy dwoma drzewami suszy³o

siê w s³oñcu odzienie pozabagiennych. Varg przyjrza³ siê paru okry-

ciom i wybra³ odpowiednie dla siebie. Zanurzy³ siê w wysokiej tra-

wie i pod os³on¹ gêstych zaroœli podpe³z³ bli¿ej. Poderwa³ siê, pod-

bieg³ do sznura i porwa³ prawie such¹ szatê z kapturem. Natychmiast

rzuci³ siê do ucieczki, gdy¿ jeden z psów zacz¹³ wœciekle ujadaæ.

Ale Fosull zd¹¿y³ siê oddaliæ, zanim ktokolwiek sprawdzi³, co siê

dzieje. Gdyby za¿arta bestia mia³a ochotê go œcigaæ, drogo zap³a-

ci³aby za ten b³¹d. Diab³opsy to jedno, ale zwyk³y kundel to zupe-

³nie co innego.

Znalaz³szy siê w bezpiecznej odleg³oœci od cha³up, Fosull obej-

rza³ zdobycz. Rêcznie tkane, brunatne odzienie by³o szorstkie i sp³o-

wia³e. Szybko skróci³ no¿em rêkawy oraz po³y, ¿eby nie szarga³y siê

po ziemi. Kiedy przywdzia³ p³aszcz i postawi³ kaptur, tylko d³onie

i bose stopy zdradza³y, kim jest. Zauwa¿y³ gliniankê, zaczerpn¹³ gar-

œci¹ mu³, po czym na³o¿y³ maŸ na rêce i nogi. Jego cia³o przybra³o

szar¹ barwê. Wœród ludzi pozabagiennych zdarzali siê niscy mê¿-

czyŸni, nawet kar³y, ale nikt nie mia³ zielonej skóry. Teraz musia³

tylko uwa¿aæ, by nie przygl¹dano mu siê zbyt d³ugo z bliska.

Wróci³ na g³ówny trakt i poszed³ dalej po œladach wozu.

XIII

Kiedy wóz stan¹³, Conan obudzi³ siê spocony.

Wewn¹trz panowa³ straszny zaduch. Gruba plandeka chroni³a

wprawdzie przed s³oñcem, ale nagrzewa³a siê i nie przepuszcza³a

powietrza.

Wszelkie próby wyrwania siê z side³ magii spe³z³y na niczym.

Gdy tylko Cymmerianin ockn¹³ siê z drzemki, znów usi³owa³ poko-

naæ moc krêpuj¹cego go zaklêcia, ale na pró¿no. Nie znalaz³ sposo-

bu, by zmusiæ swoje nogi do ucieczki z ruchomego wiêzienia.

Czu³ siê tak, jakby zwi¹zano go solidnymi linami. Tyle ¿e zwy-

k³e wiêzy mo¿na w koñcu nieco rozluŸniæ; czar wci¹¿ uniemo¿liwia³

jakikolwiek ruch.

 – Wychodziæ! – rozkaza³ Kreg.

background image

– 77 –

Pasa¿erowie pos³usznie wygramolili siê na popo³udniowe s³oñ-

ce. Kiedy Conan zszed³ ze stopnia, lekki wiatr zatarga³ jego czarn¹

grzyw¹. Nareszcie na œwie¿ym powietrzu. Co za ulga po d³u¿szym

pobycie w dusznym pomieszczeniu. Na lewo od drogi rós³ niewiel-

ki zagajnik, prawe pobocze zalega³y g³azy. Niektóre tkwi³y w zie-

mi.

Znienawidzony Dake sta³ nie opodal i uœmiecha³ siê szeroko do

swych niewolników.

 – Zorganizowa³em dla was ma³e przedstawienie – oznajmi³. –

Nowy cz³onek naszej trupy, choæ nie obdarzony przez naturê tak

szczodrze jak reszta, posiada jednak swoisty wdziêk nieokrzesanego

osi³ka. – Z uœmiechem spojrza³ na Cymmerianina, który przeszy³ dre-

czyciela  zimnym  wzrokiem. –  Barbarzyñcy  to  waleczni  ludzie.

Wprawdzie du¿e musku³y nie zawsze œwiadcz¹ o wielkiej sile, lecz

wierzê, ¿e Conanowi jej nie brak.

Cymmerianin rzuci³ okiem na towarzyszy. Twarz Penza pozo-

sta³a bez wyrazu. Vilken jak zwykle szczerzy³ ostre zêby w uœmie-

chu. Czterorêki i kobieta-kot przygl¹dali siê Dake’owi z wyraŸn¹

obaw¹. BliŸniaki gapi³y siê na maga z zaciekawieniem, a Teyle sta³a

z rêkami skrzy¿owanymi na olbrzymich piersiach.

 – Widzisz tamten g³az? – spyta³ Dake, wskazuj¹c na potê¿ny

kamieñ. – Przynieœ mi go, Conanie.

Cymmerianin znów spróbowa³ oprzeæ siê magii, ale dozna³ uczu-

cia, jakby jego nogi nale¿a³y do kogoœ innego. Pos³usznie podszed³

do bezkszta³tnego kamienia, który siêga³ mu do kolan i by³ szeroki

jak jego bary. Przykucn¹³ i opasa³ mocarnymi ramionami kawa³ ska-

³y. Naprê¿y³ miêœnie ud i bioder, wyrwa³ ciê¿ar z piachu i dŸwign¹³

do góry. G³az wa¿y³ chyba tyle, co on.

Conan wyprostowa³ siê i ruszy³ w kierunku Dake’a. Gdy stan¹³

obok maga, zobaczy³ wytrzeszczone oczy Krega.

 – Bardzo dobrze! – pochwali³ w³adca niewolników. – Mo¿esz

go po³o¿yæ.

 – Gdzie?

 – Niewa¿ne. Gdziekolwiek.

Conan najchêtniej zmia¿d¿y³by g³azem Dake’a, lecz wiedzia³,

¿e maga chroni moc zaklêcia. Co nie oznacza³o, ¿e niewarto spróbo-

waæ zaszkodziæ wrogowi. Odwróci³ siê i cisn¹³ wielki kamieñ w stronê

Krega.

 – Na j¹dra Seta! – wrzasn¹³ asystent, rzucaj¹c siê do ucieczki.

Potkn¹³ siê i omal nie run¹³ jak d³ugi. Utrzyma³ siê jednak na nogach

background image

– 78 –

i cudem unikn¹³ przygniecenia ciê¿k¹ ska³¹. G³az opad³ na ziemiê

z g³uchym odg³osem. W powietrze uniós³ siê py³.

 – Ty... ty barbarzyñski durniu! O ma³y w³os byœ mnie trafi³!

Uœmiech Cymmerianina przypomina³ grymas wilczej twarzy Pen-

za. W istocie wilko³ak i ca³a reszta te¿ uœmiechali siê z satysfakcj¹.

Nawet Dake nie móg³ siê powstrzymaæ.

– Ca³kiem nieŸle – przyzna³. – Ale bez w¹tpienia staæ ciê na wiê-

cej. Teraz przynieœ tamten... – wyci¹gn¹³ ramiê.

Conanowi natychmiast spowa¿nia³a twarz. Drugi kawa³ ska³y

nie tkwi³ wprawdzie w piachu, lecz by³ znacznie wiêkszy i zapewne

o po³owê ciê¿szy.

Osi³ek zabra³ siê do pracy. G³az mia³ kszta³t koœlawego grzyba,

co umo¿liwia³o wsuniêcie ramion pod „kapelusz”. Cymmerianin ze-

bra³ siê w sobie, uniós³ go trochê i wolno pocz³apa³ z powrotem. St¹-

pa³ z wysi³kiem, ale nie wlók³ ciê¿aru po ziemi.

 – Wspaniale! – zachwyci³ siê Dake. – Postaw go... – spojrza³

na asystenta, potem na Conana –...tam. I uwa¿aj, ¿ebyœ nie przestra-

szy³ Krega. Nie za blisko.

Gdy Cymmerianin opuœci³ g³az, blondyn popatrzy³ na mocarza

z nienawiœci¹.

 – Jeszcze jeden – powiedzia³ mag. – Niech bêdzie tamten...

Conan powiód³ wzrokiem za palcem Dake’a.

Ska³a przewy¿sza³a cz³owieka i z pewnoœci¹ wa¿y³a dwakroæ

tyle, co on. Zwê¿a³a siê ku górze i by³a ca³kiem g³adka. Za co z³apaæ

taki obelisk? Wzruszy³ ramionami i pokrêci³ g³ow¹.

– Nie widzê sposobu, by to podnieœæ.

 – Musisz spróbowaæ. No, dalej!

Conana ogarnê³a wœciek³oœæ. Tego ju¿ za wiele! Nie jest psem,

¿eby mu rozkazywaæ!

Przez moment zdawa³o mu siê, ¿e moc zaklêcia s³abnie. Poczu³

radoœæ, lecz ukry³ emocje. Czy¿by coœ rozluŸni³o magiczne okowy?

Ale co?

Nagle czar znów omota³ go z ca³¹ si³¹. Nie mia³ innego wyjœcia,

musia³ wykonaæ polecenie. Na zastanawianie siê przyjdzie czas póŸniej.

Zadanie nie wygl¹da³o na ³atwe. Nie doœæ, ¿e g³az by³ g³adki, to

jeszcze zbyt szeroki, aby opleœæ go rêkami. Cymmerianin duma³ przez

chwilê, wreszcie wpad³ na pewien pomys³.

Napar³ na szczyt kamienia, by go lekko przechyliæ. Uda³o siê.

Obszed³ ska³ê i zacz¹³ j¹ pchaæ z drugiej strony. Kiedy j¹ ruszy³,

wróci³ na poprzednie miejsce.

background image

– 79 –

W koñcu obluzowa³ g³az, wroœniêty w ziemiê pewnie od wie-

ków. Wiedzia³, ¿e teraz musi wszystko dok³adnie zgraæ w czasie –

mocno bujn¹æ skalny blok, okr¹¿yæ go szybko i podeprzeæ plecami,

zanim obelisk runie.

Zrobi³, jak zaplanowa³. Gdy ciê¿ar spocz¹³ mu na grzbiecie,

pocz¹³ bardzo powoli uginaæ kolana. Zni¿a³ siê coraz bardziej i pod-

suwa³ pod kamieñ.

Ostro¿nie sprawdzi³, czy nie straci równowagi, wyci¹gn¹³ rêce

za siebie i przytrzyma³ boki masywnej ska³y le¿¹cej na jego bar-

kach.

Ledwo dŸwign¹³ g³az, zda³ sobie sprawê, ¿e siê przeliczy³. Blok

wa¿y³ wiêcej, ni¿ Conan siê spodziewa³. Jeœli Ÿle st¹pnie, ciê¿ar go

przygniecie.

Posuwaj¹c siê krok za krokiem, pokona³ w œlimaczym tempie

odleg³oœæ dziel¹c¹ go od w³adcy niewolników.

 – Zdumiewaj¹ce! – wykrzykn¹³ Dake. – Myœla³em, ¿e ci siê nie

uda. Zrzuæ to, nie chcê, ¿ebyœ zrobi³ sobie krzywdê.

Conan stan¹³ prosto. Skalny blok zsun¹³ siê pionowo z jego ple-

ców i zary³ w piach. Przez moment zdawa³o siê, ¿e runie p³asko, ale

pozosta³ tylko lekko przechylony.

 – Sab, Penz i Kreg do mnie!

Czterorêki, wilko³ak oraz asystent przybiegli na wezwanie swe-

go pana.

 – Unieœcie ten kamieñ.

We trzech otoczyli wysok¹ ska³ê, próbuj¹c j¹ jakoœ uchwyciæ,

ale bez skutku.

 – Przewróæcie go tak jak Conan.

Spróbowali. Lecz gdy g³az siê przechyli³, okaza³ siê dla nich za

ciê¿ki. Mimo wysi³ków, nie zdo³ali go utrzymaæ. Gruchn¹³ o ziemiê,

wzbijaj¹c tuman kurzu.

 – Dosy栖 powiedzia³ mag, po czym zwróci³ siê do Conana: –

Istotnie jesteœ bardzo silny. Znasz zapasy?

 – Owszem – warkn¹³ Cymmerianin.

 – A walkê na piêœci?

 – Co nieco.

 – Masz wprawê w jednym albo w drugim?

 – W obu.

 – Œwietnie! Doskonale! Wyczyœcimy z pieniêdzy wszystkie wio-

ski st¹d do Shadizaru! Bêdê ciê wystawia³ jako mistrza i zapewne

zd¹¿ymy siê wzbogaciæ, zanim dojedziemy do Miasta Z³odziei!

background image

– 80 –

Conan nie odezwa³ siê. Niezbyt uœmiecha³ mu siê udzia³ w wal-

kach, na które ludzie robi¹ zak³ady. Tym bardziej, jeœli zmusza³a go

magia. Z drugiej strony, lepiej byæ zawodnikiem i pozostaæ ¿ywym,

ni¿ okazaæ siê nieprzydatnym i umrzeæ. Dopóki ¿yje, mo¿e uciec

i wzi¹æ odwet. Martwego czeka tylko droga do Szarych Krain, co

gorsza, te¿ za spraw¹ magii.

Trudno, bêdzie walczy³, jeœli trzeba. Ale prawdziwym przeciw-

nikiem pozostanie Dake.

Fosullowi sz³o lepiej, ni¿ siê spodziewa³. Kilku napotkanych

pozabagiennych przygl¹da³o mu siê bacznie, lub wymienia³o uwagi

na temat jego niskiego wzrostu, ale nic poza tym. Byæ mo¿e zauwa-

¿yli, ¿e ostra w³ócznia to nie broñ paradna – nosi³a wyraŸne œlady

zu¿ycia. W koñcu, ma³y cz³owiek z dzid¹ wart jest tyle, co du¿y bez

dzidy. Przynajmniej tak to widzia³ Fosull.

S³oñce sta³o wysoko, gdy za plecami Varga pojawi³ siê wóz pe-

³en beczek. Ci¹gnê³y go cztery wo³y, a powozi³ zaroœniêty grubas.

Rude w³osy na g³owie i brodzie stercza³y na wszystkie strony, ni-

czym masa t³ustych, k³uj¹cych kolców. Odziany by³ w wystrzêpio-

n¹, skórzan¹ koszulê i takie¿ spodnie, a obie czêœci garderoby b³ysz-

cza³y od t³uszczu nie mniej ni¿ sko³tuniona czupryna.

Fosull zszed³ na bok, by ust¹piæ mu z drogi. Tymczasem wóz

zatrzyma³ siê, zamiast min¹æ piechura.

 – Hej, ma³y wêdrowcze! – pozdrowi³ Varga woŸnica.

 – Hej – odpowiedzia³ wódz nieco podejrzliwie. Po co ten poza-

bagienny t³uœcioch stan¹³?

 – Zd¹¿asz do Eliki?

Fosull nie mia³ pojêcia, gdzie le¿y Elika, ani nawet, co to jest.

Lecz wydawa³o mu siê, ¿e zawsze lepiej zd¹¿aæ do konkretnego celu.

– A ju¿ci – odkrzykn¹³ spod kaptura.

 – No to wskakuj. Jadê do tej wioski i z ochot¹ powitam towa-

rzysza podró¿y.

Varg zastanowi³ siê. Przed nim ci¹gnê³y siꠜlady wozu porywa-

czy, a z pewnoœci¹ ³atwiej jechaæ ni¿ iœæ. Grubas wygl¹da³ ¿yczli-

wie. Fosull wdrapa³ siê na kozio³.

T³usty woŸnica popêdzi³ wo³y i pojazd potoczy³ siê wyboistym

traktem.

 – Zw¹ mnie Balorem Buk³akiem, bo wo¿ê wino, ma³y cz³owieczku.

 – Fosull.

background image

– 81 –

 – Zatem, Fosullu, rad jestem ciê poznaæ.

Jechali przed siebie. Balor gada³ bez przerwy, najwyraŸniej za-

dowolony, ¿e ma s³uchacza. Varg tylko potakiwa³ lub zachêca³ woŸ-

nicê, by mówi³ dalej.

 – Rzecz jasna, zbójów tu nie brak – ci¹gn¹³ Buk³ak. – Ale mam

ja dla nich pod rêk¹ moje ¿elazne maleñstwo. – Siêgn¹³ pod siedze-

nie i wydoby³ topór wojenny na krótkim trzonku. Broñ by³a stara

i zapewne niejeden raz przys³u¿y³a siê w³aœcicielowi, o czym œwiad-

czy³y szczerby i rdza na ostrzu oraz zu¿yta rêkojeœæ. Fosull mocniej

œcisn¹³ w³óczniê. Balor schowa³ topór i rozeœmia³ siê.

 – Wszelako ostatnio ³otrów Ÿdziebko przetrzebi³o. Pewnieœ s³ysza³

o tych, co to ich usieczono dni temu kilka przy Korynthiañskim Trakcie?

Fosull nie s³ysza³. Balor mia³ wiêc okazjê do wyg³oszenia kolej-

nej, pó³godzinnej opowieœci. Otó¿ jedna z podlejszych band rzezi-

mieszków zosta³a wybita do nogi na wzgórzach. Ze szcz¹tków pozo-

stawionych przez wilki i sêpy wynika³o, i¿ wiêkszoœæ pechowych

opryszków zginê³a od miecza. Jeden wszak¿e mia³ w ciele dziurê

wielk¹ niczym obwód mêskiego ramienia.

 – Pytam siê ja, co mog³o takow¹ zrobiæ?

Fosull odpar³, ¿e nie wie. Balor wykorzysta³ to, by rozgadaæ siê

o rodzajach œmierci, jakie widzia³ przez lata.

Varg westchn¹³. Wspomnienia nowego kompana wlok³y siê ni-

czym œlimak po nierównej œcie¿ce. Ale jazda wozem by³a mniej

mêcz¹ca i szybsza ni¿ marsz. Ponadto, wódz mia³ nadziejê, ¿e w to-

warzystwie jednego z ludzi pozabagiennych nie zwróci na siebie

uwagi innych. Trudno, s³uchanie nudnych historyjek to niezbyt wy-

soka cena za wygodê i bezpieczeñstwo.

Po jakimœ czasie Fosull odniós³ dodatkow¹ korzyœæ ze wspólnej

podró¿y. Balor przyci¹gn¹³ bowiem jedn¹ z beczek, odszpuntowa³ j¹

i zaproponowa³ poczêstunek. Nie cierpia³ piæ sam, wiêc mia³ nadzie-

jê, ¿e Fosull nie odmówi wychylenia kilku kubków zacnego trunku.

Naturalnie Fosull nie odmówi³.

Podró¿ stawa³a siê coraz przyjemniejsza w miarê, jak cz³owiek

i Varg osuszali kolejne kubki przedniego wina. Zadziwiaj¹ce, jak na-

pój z winogron potrafi podnieœæ na duchu.

W rzeczy samej, przyzna³ wódz, œmiej¹c siê i klepi¹c kompana

w plecy.

W rzeczy samej!

6 – Conan groŸny

background image

– 82 –

Raseri nie mia³ wprawdzie baœniowych, siedmiomilowych bu-

tów, ale d³ugie nogi nios³y go o po³owê szybciej ni¿ ma³ego cz³owie-

ka. Jak dot¹d, nikt nie zaczepia³ giganta, wiêc nie musia³ zwalniaæ.

Widocznie mali ludzie woleli nie wchodziæ w drogê olbrzymowi

z w³óczni¹, bo mogli wiêcej straciæ ni¿ zyskaæ.

Na razie ¿aden podró¿ny nie przeœcign¹³ wodza Jatte, a pod¹¿a-

j¹cy z przeciwka rych³o znikali za horyzontem. Tote¿, gdy doszed³

do wal¹cej siê przydro¿nej karczmy, by³ pewien, ¿e nie dotar³a tu

jeszcze wieœæ o zbli¿aj¹cym siê wielkoludzie.

Raseri musia³ mocno zgi¹æ kark, by przest¹piæ próg niskich drzwi.

Na szczêœcie, chyl¹ca siê ku upadkowi cha³upa mia³a wysoki dach,

wiêc po wejœciu wódz móg³ siê wyprostowaæ.

Pojawienie siê gigantycznego Jatte wzbudzi³o ¿ywe zaintere-

sowanie kilku biesiadników. Na ich twarzach odmalowa³y siê ró¿-

ne uczucia: ciekawoœæ, zaskoczenie i strach. Wódz oceni³, ¿e pó³

tuzina mê¿czyzn to miejscowi ch³opi lub pasterze. Ujrza³ te¿ dwie

kobiety – star¹ babinê i wyzywaj¹co ubran¹ m³ódkê. Domyœli³ siê,

¿e to sprzedajna dziewka, gdy¿ s³ysza³ o zwyczajach ma³ych ludzi;

wiedzia³, i¿ niektóre niewiasty dostarczaj¹ przyjemnoœci za pieni¹-

dze.

 – Cz-cz-czym... mo-mo-mogê... s-s-s³u¿yæ?

Raseri spojrza³ w dó³ na mówi¹cego. Brodaty mê¿czyzna mia³

opaskê na oku i liczne blizny na twarzy.

 – Jad³em i napitkiem.

 – Ma-ma-mamy baraninê i piwo. A tak¿e wino.

 – Niech bêdzie.

Wódz siêgn¹³ do sakiewki przy pasie i wydoby³ kilka miedzia-

ków i srebrników odebranych swym by³ym wiêŸniom.

– Wystarczy?

Chciwe spojrzenie karczmarza powiedzia³o mu, ¿e tak, zanim

tamten zd¹¿y³ siê odezwaæ:

– O tak, z pewnoœci¹!

 – Daj mi tyle, ile warte s¹ te monety – rzek³ Jatte. – Czego nie

zjem i nie wypijê, zabiorê ze sob¹.

 – Ju¿ siê robi!

M³odsza z kobiet przysunê³a siê do Raseriego i obliza³a wy-

schniête wargi, po czym zagadnê³a nieco nerwowo:

– A nie potrzeba ci czegoœ jeszcze, wielmo¿ny panie olbrzymie?

 – O czym mówisz?

Dziewczyna wskaza³a na siebie.

background image

– 83 –

Dwaj mê¿czyŸni poci¹gaj¹cy piwo przy stole za plecami wodza

wybuchnêli œmiechem.

 – Marzycielka z tej naszej Feki, co? – ozwa³ siê jeden.

 – Eee... chyba nie – odpar³ drugi. – Mo¿e siê jej poszczêœci. Ja

bym nie odmówi³.

 – Cha, cha, cha! Ty byœ poszed³ choæby z mysz¹!

Raseri przyjrza³ siê kobiecie.

– Potrzeba mi tylko strawy. I informacji. Przeje¿d¿a³ têdy du¿y

wóz. Jak dawno temu?

Skinê³a g³ow¹.

– A owszem. Wczoraj po po³udniu. Dziwny cz³owiek powozi³.

Ca³y opatulony, w kapturze i rêkawicach, choæ taki gor¹c.

Jatte siêgn¹³ do sakiewki i wrêczy³ dziewczynie kilka srebrników.

– Za fatygê.

Dziewka rozpromieni³a siê.

– Dziêki stokrotne, moœci panie wielkoludzie!

Raseri wzruszy³ ramionami i odwróci³ siê do karczmarza. W³a-

œciciel gospody przyniós³ w³aœnie kilka po³ci zimnego, t³ustego miê-

sa i beczu³kê piwa. Olbrzym wpakowa³ prowiant do worka przewie-

szonego przez ramiê. Posili siê w drodze.

Jeœli wóz ma przewagê tylko jednego dnia, ³atwo go dogoni, bo

wo³y s¹ wolniejsze ni¿ on. Wêdruj¹c noc¹, doœcignie zbiegów jesz-

cze prêdzej, gdy¿ mali ludzie rzadko ryzykuj¹ podró¿ po zmroku,

nawet dobrze oznakowanymi szlakami. Wielkolud to co innego –

niekoniecznie musi siê obawiaæ tego, co oni.

Owszem, napêdzi³ stracha bywalcom karczmy, ale gdyby napo-

tka³ tuzin uzbrojonych ma³ych ludzi, by³oby inaczej – nie ulêkliby siê

samotnego giganta.

Si³a nie zawsze tkwi w wielkoœci, czasem w liczebnoœci.

Raseri opuœci³ gospodê i pomrukuj¹cych klientów. W marszu

prze¿uwa³ kawa³y baraniny i popija³ piwem. Beczu³kê trzyma³, ni-

czym ma³y cz³owiek kufel. Pomin¹wszy powód wyprawy, uwa¿a³ j¹

za po¿yteczn¹. Dawno nie przebywa³ wœród ma³ych ludzi, a zawsze

mo¿na siê nauczyæ czegoœ nowego. W koñcu, wiedza to potêga.

14

Dake od kilku lat nie odwiedza³ Eliki, niewielkiej wioski odda-

lonej o pó³ godziny drogi na po³udniowy zachód od g³ównego trak-

background image

– 84 –

tu. Wóz ledwo mieœci³ siê na w¹skim goœciñcu. Sio³o po³o¿one by³o

w zakolu rzeki Illitese, szerokiego szlaku wodnego zasilanego licz-

nymi strumieniami sp³ywaj¹cymi z po³udniowych zboczy gór Kar-

pash i przybieraj¹cymi podczas wiosennych roztopów.

Kreg wolno prowadzi³ skrzypi¹cy pojazd miêdzy rzêdami przy-

dro¿nych drzew o bia³ej korze. Miejscami drzewa ros³y tak gêsto, ¿e

korony tworzy³y sklepienie nad g³owami podró¿nych. Okoliczny

grunt by³ ¿yzny, a klimat przez ca³y rok na tyle ciep³y, ¿e uprawiano

tu g³ównie winogrona. Urodzajne winnice zapewnia³y ci¹g³e dosta-

wy owoców miejscowym wytwórcom szlachetnego trunku. Miesz-

kañcy Eliki trudnili siê równie¿ rybo³ówstwem, sadownictwem i prac¹

na roli. Nie nale¿eli do wyj¹tkowo zamo¿nych, ale wiod³o im siê

niezgorzej. W przeciwieñstwie do wielu podupadaj¹cych wiosek,

Elika mia³a siê czym pochwaliæ. ¯yli tu silni ludzie, co oznacza³o, ¿e

nie cierpi¹ na brak po¿ywienia.

Zanim wóz wtoczy³ siê do wsi, wieœæ o przyjeŸdzie trupy obie-

g³a wszystkie chaty. Kobiety, mê¿czyŸni i dzieci wylegli t³umnie na

powitanie.

Gdy Dake wynurzy³ siê z pojazdu, Kreg pospiesznie wyci¹gn¹³

grub¹ dechê, która by³a umieszczona pod podwoziem. Odgi¹³ sk³a-

dane nogi i ustawi³ prowizoryczne podium wzd³u¿ burty wozu.

Mag, wspi¹wszy siê na w¹sk¹ platformê, stan¹³ twarz¹ do ga-

piów.

 – Przyjaciele! Oto przyby³ do was W³adca Dziwów Natury, by

dostarczyæ wam rozrywki jakiej jeszcze nie mieliœcie! – Rozpostar³

ramiona, po czym wolno z³o¿y³ d³onie i ci¹gn¹³ dalej donoœnym g³o-

sem: – Dzisiejszego wieczoru za kilka miedziaków zobaczycie cuda,

jakich jeszcze nie widzia³y oczy zwyk³ego cz³owieka! Ujrzycie bo-

wiem zielonego kar³a kanibala z dalekich d¿ungli Zembabwi! Na-

cieszycie siê widokiem Tro, czyli kobiety-kota! Oraz Penza, którego

matk¹ by³a wilczyca, a ojcem hultaj i zabijaka! Jak równie¿ Saba,

mê¿czyzny o czterech ramionach! A z odleg³ych krañców œwiata, a¿

zza ziem Khitai, przywioz³em wam olbrzymy! – Dake z uœmiechem

popatrzy³ na rosn¹cy t³um. – Przyjaciele. Jednym z moich gigantów

jest kobieta tak wielkiej urody i o kszta³tach tak ponêtnych, ¿e nawet

œlepiec gapi³by siê na ni¹ bez koñca. – Mrugn¹³ porozumiewawczo

do widzów. Kilku mê¿czyzn rozeœmia³o siê g³oœno. W lot pojêli, ¿e

szykuj¹ siê dwa przedstawienia: – jedno dla wszystkich, drugie dla

tych, którzy zap³ac¹ ekstra. – A oprócz tych cudów nie znanych cy-

wilizowanemu œwiatu... – mag podniós³ g³os – przywioz³em Conana

background image

– 85 –

z Cymmerii, barbarzyñskiego wojownika z mroŸnej pó³nocy, zapaœ-

nika i boksera, zwyciêzcê ponad stu walk! Conan zaprasza ka¿dego

chêtnego, by siê z nim zmierzy³! A jeœli znajdzie siê wœród was taki,

który go pokona, otrzyma od mistrza dwa z³ote solony!

ZapowiedŸ wywo³a³a ¿ywe poruszenie. Wiêkszoœæ mê¿czyzn

widzia³a nagie kobiety, czasem jakieœ wybryki natury, ale wezwanie

do obstawiania zak³adów podzia³a³a na nich jak woñ smakowitego

jad³a. Zawsze znajdzie siê dureñ o zbyt ma³ym mózgu, a nadto du-

¿ych miêœniach, gotów walczyæ z ka¿dym o pieni¹dze. Dake widy-

wa³ ju¿ g³upców wchodz¹cych miêdzy liny ringu, by stawiæ czo³o

niedŸwiedziowi lub gorylowi dla samego dreszczyka emocji. Wieœæ

o z³ocie z pewnoœci¹ zwabi miejscowego czempiona.

Kiedy w³aœciciel mena¿erii zauwa¿y³, ¿e jego s³owa przyci¹gaj¹

coraz wiêcej ludzi, pocz¹³ jeszcze gorliwiej zachwalaæ wieczorny

spektakl. Jednoczeœnie myœla³ o niezbêdnych przygotowaniach. Plac

oœwietli tyle pochodni, by ka¿dy mia³ mo¿liwoœæ dok³adnie zoba-

czyæ dziwol¹gi. Do Krega bêdzie nale¿a³o pobieranie op³at. Asy-

stent musi dopilnowaæ, ¿eby wszyscy widzowie siêgnêli do sakie-

wek, zanim Dake rozpocznie przedstawienie. Potem mag poka¿e kilka

sztuczek iluzjonistycznych, mo¿e nawet wywo³a czerwonego demo-

na, deszcz ropuch, czy sztuczny po¿ar. Nastêpnie pojedynczo wyjd¹

jego okazy, a on opowie fantastyczn¹ historiê ka¿dego z mutantów.

Oczywiœcie kobiety-koty czy wilko³aki zawsze by³y zdumiewaj¹ce

same w sobie, ale reszta wzbudzi jeszcze wiêksze zainteresowanie,

gdy Dake dorzuci zmyœlon¹ opowieœæ.

Po zaspokojeniu ciekawoœci widowni, wiejskie kobiety zostan¹

odes³ane do domów, a on zdecyduje, czy pokazaæ mê¿czyznom Tro

i Teyle bez odzienia. Za s³on¹ op³at¹ chêtni poznaj¹ je bli¿ej w za-

cisznym wnêtrzu wozu. Byæ mo¿e dla miejscowych cena oka¿e siê

zbyt wygórowana, ale nie zaszkodzi zaproponowaæ mi³osnych us³ug

kocicy i olbrzymki. W Shadizarze bez w¹tpienia wielu staæ na spe³-

nienie takich zachcianek.

Ogrodzona arena pos³u¿y potem za ring i Conan zmierzy siê

z miejscowym œmia³kiem, który podejmie wyzwanie. To oczywiœcie

na koñcu, bo dobra walka to gwóŸdŸ programu. Nad ranem Penz

móg³by wzi¹æ udzia³ w konkursie pos³ugiwania siê lassem, a Vilken

w zawodach rzucania w³óczni¹ do celu. Karze³ uwa¿a siê za mistrza;

warto sprawdziæ, czy to prawda, zanim zejd¹ siê ludzie.

Tak, ten postój z pewnoœci¹ bêdzie udany. Dake zna³ siê na rze-

czy i ocenia³, ¿e wizyta w wiosce bardzo siê op³aci.

background image

– 86 –

 – Cuda, przyjaciele, same cuda! Rzeczy, których sobie nawet

nie wyobra¿acie! Tylko dzisiaj! Kto ich nie zobaczy, bêdzie ¿a³owa³

do koñca ¿ycia!

Conan s³ucha³ Dake’a z wnêtrza wozu.

– £¿e jak pies! – orzek³.

 – To jasne.

Cymmerianin spojrza³ na Penza. W g³osie wilko³aka dŸwiêcza-

³a wyraŸna pogarda.

 – Moja matka mia³a tyle wspólnego z wilczyc¹, ile jego. By³a

córk¹ szlachcica z Argos. Zgwa³ci³ j¹ rodzony brat, przez co mój

wuj sta³ siê zarazem moim ojcem. Prawda, ¿e lubi³ zabijaæ, ale we

mnie jest coœ z prawdziwego wilka.

Milcz¹ca zazwyczaj Tro odezwa³a siê nagle: – Wszyscy wygl¹-

damy dziwacznie, ale to nic nadprzyrodzonego, po prostu wybryk

albo pomy³ka natury.

Teyle te¿ siê wtr¹ci³a: – O nie, moich przodków stworzy³a ma-

gia. Lecz to by³o tak dawno temu, ¿e nikt z ¿yj¹cych cz³onków na-

szego plemienia nie doœwiadczy³ tego na sobie.

 – Niewykluczone – powiedzia³ Sab. – Ale widzia³em ju¿ olbrzy-

mów takich jak ty, zrodzonych z matki i ojca zwyk³ego wzrostu. Sam

dar ¿ycia mo¿na by nazwaæ magi¹, a jednak nie potrafisz lataæ jak

ptak, p³ywaæ pod wod¹ jak ryba, ani pogr¹¿yæ siê w g³êbokich czelu-

œciach Gehenny niczym demon.

Teyle skinê³a g³ow¹.

Vilken rozeœmia³ siê.

– Nie, ale gdyby moje plemiê j¹ z³apa³o, pogr¹¿y³aby siê w g³ê-

bokich czeluœciach wielkiego kot³a i sta³a siê tym, czym ¿ycz¹ sobie

bogowie… – gor¹c¹ straw¹ dla Vargów!

Oren zamachn¹³ siê na kar³a otwart¹ d³oni¹. Trafi³ go tylko w ra-

miê, ale to wystarczy³o, by ¿abowaty zlecia³ ze sto³ka i rozci¹gn¹³

siê jak d³ugi na pod³odze. Zielonoskóry zerwa³ siê na równe nogi

i chwyci³ w³óczniê.

Conan by³ szybszy i z³apa³ za drzewce.

 – Stój! – krzykn¹³.

 – ZadŸgam to rzeŸne bydlê!

 – Siadaj albo po¿a³ujesz.

Zielony cz³owieczek kipia³ z wœciek³oœci. Ch³opiec-olbrzym sta³

z zaciœniêtymi piêœciami i z trudem hamowa³ gniew.

background image

– 87 –

 – Niech ta ¿aba drzewna tylko spróbuje! – wysapa³ z furi¹. –

Tak siê z ni¹ rozprawiê, ¿e ze¿re ten szpikulec!

 – Ty te¿ siadaj – rozkaza³ mu Conan spokojnie, lecz stanow-

czo. – Bo ci przy³o¿ê.

 – Jestem taki du¿y jak ty!

 – I co z tego? Usi¹dŸ.

Oren traci³ panowanie nad sob¹. Zdawa³o siê, ¿e zaraz runie na

Conana albo na Vilkena. Cymmerianin na wszelki wypadek przygo-

towa³ siê do odparcia ataku.

 – Zrób, co ci kaza³ Conan – wtr¹ci³a siê Teyle.

 – Ale... ale przecie¿ sama s³ysza³aœ, siostro, ¿e ten zielony zwie-

rzak nas obrazi³!

 – Tutaj i teraz Vilken nam nie zagra¿a. Wspólnym wrogiem nas

wsystkich jest Dake. Chcesz spêdziæ resztê ¿ycia w tym wozie? Byæ

zmuszonym do spania z w³asnymi siostrami, by potem wyda³y na

œwiat pokraczne dzieci, które te¿ zostan¹ niewolnikami?

Gniew uszed³ z Orena niczym resztki ¿ycia z konaj¹cego. Po-

s³usznie przysiad³ na brzegu ³o¿a.

Teyle przenios³a wzrok na Vilkena.

– A ty, Vargu? Zamierzasz do koñca swych dni popisywaæ siê

przed t³umem ma³ych ludzi na rozkaz kogoœ takiego jak Dake?

Karze³ te¿ nieco ostyg³. Pokrêci³ g³ow¹.

– Mój ojciec mnie nie zostawi.

 – Byæ mo¿e. A na razie, kto jest twoim sprzymierzeñcem?

Mikrus westchn¹³. Wreszcie po d³ugiej chwili wróci³ na miej-

sce.

Conan by³ pod wra¿eniem przemowy Teyle. Nie w¹tpi³, ¿e po-

trafi³by okie³znaæ obu m³odzieñców, ale ona uspokoi³a zapaleñców

nie podnosz¹c nawet g³osu. Jej s³owa widaæ trafi³y im do przekona-

nia. Poczu³ na sobie spojrzenie olbrzymki, odwróci³ siê i skin¹³ g³o-

w¹ na znak aprobaty. Zawsze chêtnie obdarza³ zaufaniem tych, któ-

rzy  na  to  zas³ugiwali.  Zw³aszcza  wtedy,  gdy  dokonali  czegoœ

w sposób, w jaki on by nie post¹pi³.

Teyle uœmiechnê³a siê do niego i równie¿ skinê³a g³ow¹.

W porz¹dku. Chwilowy problem zosta³ rozwi¹zany, ale co przy-

niesie najbli¿sza przysz³oœæ?

Cymmerianin doczeka³ siê odpowiedzi ju¿ po kilku godzinach.

Dake zagoni³ ca³¹ trupê do roboty. Nale¿a³o oczyœciæ du¿y kr¹g zie-

background image

– 88 –

mi znajduj¹cy siê o kilka minut spaceru od œrodka wioski, a potem

otoczyæ plac pochodniami. Kreg trzyma³ miejscowych ciekawskich

z daleka.

Kiedy zapad³ zmrok, arena zosta³a przygotowana. Mag nakaza³

podw³adnym k¹piel w rzece. Conan zdj¹³ odzienie bez oporów, lecz

zauwa¿y³, ¿e nagoœæ wyraŸnie peszy Tro i Teyle. Nie widzia³ ku temu

powodu, bo nie mia³y siê czego wstydziæ. Wprawdzie cia³o pierw-

szej pokrywa³a krótka, miêkka sierœæ, a druga by³a wielkiej postury,

ale obie nale¿a³y do najzgrabniejszych kobiet, jakie zdarzy³o mu siê

ogl¹daæ. Smuk³ych, kszta³tnych sylwetek nie szpeci³a ani jedna fa³d-

ka t³uszczu. Musia³ przyznaæ, ¿e jest na co popatrzeæ. Na szczêœcie

zimna woda skutecznie ostudzi³a jego mêskie zainteresowanie, za-

nim sta³o siê zbyt widoczne.

Czyœci i nieco odœwie¿eni wrócili do wozu. Na wieczerzê spo-

¿yli zimne miêso i owoce podobne do jab³ek. Posi³ek popili ³agod-

nym, bia³ym winem, które Kreg wycygani³ od wieœniaków.

Conan nie ob¿era³ siê, bra³ ma³e iloœci jedzenia i ledwo s¹czy³

napitek. Dobrze wiedzia³, ¿e pe³ny ¿o³¹dek przeszkadza w walce,

a nadmiar trunku sk³ania czasem do zbytecznej brawury, nigdy zaœ

nie dodaje sprytu.

Z zewn¹trz dochodzi³ przyt³umiony gwar zbieraj¹cego siê t³u-

mu. Cymmerianin oceni³, ¿e przedstawienie ju¿ przyci¹gnê³o sporo

ludzi.

W koñcu do publicznoœci wyszed³ Dake. Stan¹³ na platformie

i pocz¹³ opowiadaæ o dalekich krainach, osobliwych plemionach,

ludzkich i zwierzêcych wynaturzeniach. Podnosi³, to znów zni¿a³ g³os.

GawiedŸ s³ucha³a w milczeniu, czasem tylko œmia³a siê z jakiegoœ

dowcipu.

 –... i rozst¹pi³y siê niebiosa! Patrzcie!

Wœród wieœniaków zapanowa³o poruszenie. Jedni wybuchnêli

œmiechem, inni krzyknêli ze zdumienia.

Na dach wozu posypa³y siê ma³e przedmioty. Spada³y z plaœniê-

ciem niczym grudki b³ota, a plandeka ugina³a siê od uderzeñ.

 – Myœla³em, ¿e to iluzja – powiedzia³ Conan.

 – Iluzja poniek¹d zmaterializowana – uœciœli³ Penz. – Wygl¹-

daj¹ jak prawdziwe i mo¿na ich dotkn¹æ, tylko bardzo szybko znika-

j¹.

Znów zagrzmia³ bas Dake’a:

– Nie lubicie ropuch?! Zatem przygl¹dajcie siê! Ka¿ê im siê

wynosiæ tak, jak je przywo³a³em!

background image

– 89 –

Przez ci¿bê przebieg³ g³oœny szmer uznania.

Do wozu zajrza³ Kreg.

– Wychodzisz pierwsza, Tro. Potem Penz, Sab, Conan, Vilken,

olbrzymy. I nie oci¹gaæ mi siê!

Conan skupi³ uwagê na asystencie i nie dos³ysza³ s³ów maga.

Do uszu barbarzyñcy dolecia³ jedynie koniec zapowiedzi:

–... tote¿, przyjaciele, przedstawiê wam teraz piêkn¹ i zadziwia-

j¹c¹ Tro! Oto kobieta, która jest zarazem kotk¹!

Tro rozsunê³a kurtynê w drzwiach i wysz³a. Zaskoczona publi-

ka wstrzyma³a oddech, potem rozleg³y siê okrzyki podziwu.

Na wybiegu pojawiali siê kolejno nastêpni. Cymmerianin chêtnie

rozeœmia³by siê w g³os, s³ysz¹c ³garstwa o sobie p³yn¹ce z ust maga.

Ale nie pozwala³o mu zaklêcie. Tymczasem Dake opowiada³, jak Co-

nan pokona³ w stu walkach mê¿czyzn, dzikie bestie, a nawet demony.

To prawda – wszystkie te istoty stawa³y ju¿ Cymmerianinowi na dro-

dze. Z jednymi rozprawi³ siê mieczem, z innymi go³ymi rêkami. Zwy-

ciê¿y³ te¿ prawdopodobnie wiêcej wrogów ni¿ ktokolwiek inny. Ale

historyjki maga czyni³y z Conana bohatera wiêkszego od bogów. S³u-

chaj¹c opowieœci, mo¿na by pomyœleæ, ¿e potrafi³by w pojedynkê po-

biæ ca³¹ armiê i to jedn¹ rêk¹, bo drug¹ przechyla³by w tym czasie

kufel piwa. W dodatku nie straci³by choæby w³osa na g³owie i nie zd¹-

¿y³by siê nawet spociæ.

Vilken wys³ucha³ podobnych bredni o sobie. Ale zuchwale b³y-

sn¹³ zêbami i zrobi³ tak¹ minê, jakby to wszystko by³o prawd¹ i roz-

pamiêtywanie jego czynów sprawia³o mu przyjemnoœæ.

W koñcu przyszed³ czas na trójkê olbrzymów i to oni wywarli

na t³umie najwiêksze wra¿enie, zw³aszcza Teyle. Conan zauwa¿y³,

¿e niektórzy mê¿czyŸni gapi¹ siê na ni¹ z rozdziawionymi ustami.

Nietrudno by³o zgadn¹æ, o czym myœl¹.

W stosownej chwili wiejskie kobiety poczê³y siê rozchodziæ.

Wiele zabiera³o ze sob¹ mê¿ów, choæ ci niechêtnie opuszczali plac.

Próbowali protestowaæ, lecz krewkie niewiasty si³¹ zmusi³y ich do

pos³uszeñstwa. Gdy t³um przerzedzi³ siê znacznie i pozosta³a jedy-

nie mêska czêœæ widowni, Kreg przyst¹pi³ do pobierania dodatko-

wych op³at. Ka¿dy chêtny wysup³a³ z sakiewki ¿¹dan¹ kwotê, wtedy

Dake  kaza³  Tro  i Teyle  zrzuciæ  odzienie  i paradowaæ  nago  przed

uœmiechaj¹cymi siê po¿¹dliwie widzami.

Conan nie posiada³ siê z oburzenia. Owszem, sam przygl¹da³ siê

kobietom, ale w k¹pieli to co innego. Poza tym, jego te¿ zmuszono do

rozebrania siê; one i on byli niewolnikami. Natomiast pokazywanie

background image

– 90 –

ich za pieni¹dze tym lubie¿nym, wiejskim przyg³upom ca³kowicie roz-

wœcieczy³o Cymmerianina. To nie sprzedajne dziewki! Nieszczêsne

istoty nie mog¹ siê temu sprzeciwiæ, a Dake nabija sobie kabzê!

Mag widocznie uzna³, ¿e wystarczy ju¿ sproœnych uwag, bo za-

koñczy³ pokaz i kaza³ kobietom siê ubraæ.

 – Nacieszyliœcie oczy, a teraz pora na inn¹ rozrywkê. Czy jest

wœród was œmia³ek, który zechce stawiæ czo³o niepokonanemu bar-

barzyñcy? – zapyta³, wskazuj¹c Conana. Cymmerianin by³ tak roz-

sierdzony, ¿e wcale nie musia³ udawaæ groŸnego.

Wieœniacy rozeœmieli siê i porozumieli miêdzy sob¹. Do uszu

Conana dotar³o imiꠄDeri”.

T³um rozst¹pi³ siê, by przepuœciæ wybrañca ludu.

Miejscowy osi³ek górowa³ postur¹ nad Cymmerianinem i wy-

gl¹da³ na têgiego zabijakê. Mia³ krzywy, z³amany nos, podbródek

i jeden policzek poznaczony bliznami i brakowa³o mu pó³ ucha. Skó-

rzana kamizelka opina³a tors ow³osiony gêsto niczym u Penza. Buj-

ne w³osy porasta³y te¿ inne odkryte czêœci cia³. Ciemna, sko³tuniona

czupryna i d³uga broda b³yszcza³y od t³uszczu. Pod obwis³ym brzu-

chem si³acz nosi³ postrzêpione, we³niane portki przewi¹zane szarf¹.

Bose stopy by³y czarne od brudu, a w³ochate ³ydki przypomina³y

futrzane buty.

Po szerokoœci masywnych ramion Conan oceni³, ¿e Deri zwyk³

dŸwigaæ nie lada ciê¿ary. Potê¿ne ³apska pokrywa³a wprawdzie war-

stwa t³uszczu, lecz pod ni¹ napina³y siê stalowe miêœnie.

Deri pokaza³ w uœmiechu szczerbê po dwóch górnych, przed-

nich zêbach.

 – Dajcie tu tego mistrza! Nie widzi mi siê, ¿e umie walczyæ! Za

g³adki! Bardziej to baba niŸli ch³op!

Gapie skwitowali dowcip wybuchem weso³oœci.

 – Jesteœ zapaœnikiem czy bokserem, przyjacielu Deri? – zapyta³

Dake.

 – Mnie tam bez ró¿nicy... – wzruszy³ ramionami wiejski si³acz. –

Wszystkie chwyty dozwolone.

 – A wiêc, za³atwione! – og³osi³ mag. – Dwa z³ote solony dla

zwyciêzcy!

Wyci¹gn¹³ zza pasa dwie b³yszcz¹ce monety i uniós³ w palcach.

Z³oty kruszec zamigota³ w blasku pochodni.

 – Przecie wiadomo, ¿e ja je dostanê. – Deri odwróci³ siê i wy-

szczerzy³ do kompanów przerzedzone zêby. Któryœ klepn¹³ go w ra-

miê, inni skwapliwie przytaknêli.

background image

– 91 –

 – Zobaczymy – odrzek³ Dake. – Mo¿e ktoœ z was, dobrzy lu-

dzie, zechce obstawiæ walkê? Tak jestem pewny swego mistrza, ¿e

proponujê... powiedzmy... dwa do jednego. Co wy na to?

Zachêceni mê¿czyŸni ruszyli ku magowi, potrz¹saj¹c moneta-

mi. Conan ujrza³ w ich d³oniach miedziaki, kilka srebrników, nawet

ma³e sztuki z³ota.

 – Spokojnie, przyjaciele, powoli... Mój asystent, Kreg, bêdzie

przyjmowa³ zak³ady. Wybierzcie spoœród was kogoœ do trzymania kasy.

Przez kilka minut trwa³o zamieszanie. Dake odci¹gn¹³ Conana

na bok. Cymmerianin rozebra³ siê, zosta³ tylko w przepasce na bio-

drach. Wówczas czarownik powiedzia³:

– Nie rozpraw siê z nim zbyt szybko. Daj siê powaliæ raz lub

dwa. Wtedy zaproponujemy trzy do jednego i wyci¹gniemy od nich

resztê pieniêdzy.

Conan patrzy³, jak Deri zrzuca odzienie.

– To nie jest przeciwnik, którego mo¿na lekcewa¿y栖 zauwa¿y³

kwaœno.

 – Niewa¿ne.

 – Tak? To nie ty staniesz naprzeciw niego.

 –  Wierzê  w ciebie,  Conanie. –  Dake  klepn¹³  Cymmerianina

w twarde, mocarne ramiê. – Widzisz, Deri walczy dla pieniêdzy. Je-

œli przegra, bêdzie po prostu równie biedny jak przedtem. Ale jeœli ty

dasz siê pokonaæ, ca³kowicie ciê unieruchomiê, a Kreg poæwiczy na

tobie ciêcia mieczem.

XV

Balor najwyraŸniej nie mia³ nic przeciwko temu, by uchodziæ za

przyk³ad zgubnych skutków nadu¿ywania wina. Leg³ pó³przytomny

w tyle wozu poœród beczek. Niewygodna poza najwyraŸniej mu nie

przeszkadza³a w pijackiej drzemce. Budzi³ siê tylko wtedy, gdy ko³a

wpada³y w g³êbok¹ dziurê lub naje¿d¿a³y na wystaj¹cy kamieñ. Przy

takich okazjach wydziera³ siê ochryp³ym g³osem:

– B¹dŸcie przeklête, wszystkie córy Ophiru i wasze matki te¿!

Fosull  nie  odczuwa³  ¿adnych  dolegliwoœci,  a jedynie  ciep³o

i przyjemne oszo³omienie. Uœmiecha³ siê pod kapturem i krêci³ g³o-

w¹. Buk³ak musia³ widocznie prze¿yæ jakieœ niemi³e przygody z ko-

bietami z Ophiru.

background image

– 92 –

Varg by³ zadowolony, ¿e powozi. Kilka godzin wczeœniej minêli

gospodê, ale zwolnili tylko trochê. W strumieniu obok traktu wo³y

ugasi³y pragnienie, a wódz na³o¿y³ œwie¿e b³oto na twarz i rêce; sta-

re ju¿ wysch³o i zaczê³a spod niego wy³aziæ zielona skóra. Balor spi³

siê niczym mucha sokiem zgni³ego mango i nawet nie zauwa¿y³ krót-

kiego postoju.

Fosull nie mia³ pojêcia, jak daleko jeszcze do Eliki. Zanim Bu-

k³ak odda³ siê we w³adanie bogom wina, wódz zd¹¿y³ siê tylko do-

wiedzieæ, ¿e to ma³a osada w bok od g³ównej drogi.

Niewa¿ne. Œlady wozu porywaczy wci¹¿ by³y widoczne i Varg

zamierza³ pod¹¿aæ nimi, a¿ doœcignie zbiegów. Gdyby minêli skrêt

do Eliki, trudno. Jeœli Balor wytrzeŸwieje na czas, wska¿e, którê-

dy jechaæ. W przeciwnym razie Fosull bêdzie zmierza³ wprost do

celu.

Pod wieczór poczu³ na twarzy podmuchy wilgotnego wiatru;

zanosi³o siê na deszcz.

Z ty³u niebo rozjaœni³ krótki b³ysk. W chwilê póŸniej przetoczy³

siê grzmot. Fosull wiedzia³, ¿e goni ich burza i jest szybsza ni¿ za-

przêg.

Niedobrze. Zwierzêta poci¹gowe mog¹ siê wystraszyæ. Wódz

nie by³ pasterzem i nie zna³ siê na bydle. Lepiej schroniæ siê gdzieœ

przed ulew¹ i uwi¹zaæ wo³y. Poza tym, choæ Varg to nie mrówka

i deszcz nie zmyje go z powierzchni ziemi, z pewnoœci¹ sp³ucze b³o-

to z jego skóry. Ostatecznie, razem z pijanym Balorem wlez¹ pod

wóz, ale lepiej znaleŸæ chatê, grotê lub choæby gêsty zagajnik czy

zaroœla.

Dziad Fosulla nauczy³ go oceniaæ, jak daleko jest burza. Wyma-

ga³o to umiejêtnoœci liczenia. Wprawdzie ¿aden Varg nie opanowa³

biegle tej sztuki, ale wódz potrafi³ skorzystaæ z palców u r¹k i nóg.

Kiedy zobaczy siê b³yskawica, trzeba zacz¹æ odliczanie. Jeœli zd¹¿y

siê dojœæ do ostatniego palca, licz¹c bez poœpiechu, znaczy, ¿e deszcz

lunie za dziesiêæ minut. Fosull nie mia³ pojêcia, dlaczego tak jest, ale

metoda nieraz siê sprawdza³a. Je¿eli uda siê policzyæ mniej palców,

burza nadci¹gnie szybciej. Bêdzie szuka³ kryjówki, dopóki nie oce-

ni, ¿e deszcz jest dziesiêæ minut za nimi. Wtedy przywi¹¿e wo³y,

obudzi Balora i wejd¹ pod wóz. Chyba ¿e trafi siê lepsze schronie-

nie.

Ale bardziej ni¿ przemokniêcia Fosull obawia³ siê czegoœ inne-

go – co stanie siê ze œladami wozu porywaczy po przejœciu ulewy.

Rzêsisty deszcz zmyje koleiny. No có¿... nic na to nie poradzi, bê-

background image

– 93 –

dzie siê martwi³ póŸniej. Vargowie nie maj¹ wp³ywu na pogodê, mimo

ofiar sk³adanych czasem przez szamana s³oñcu i bogom.

Powietrze coraz mocniej pachnia³o deszczem.

Pierwsze krople d¿d¿u spad³y, gdy Raseri podchodzi³ do rzad-

kiego m³odniaka nie daj¹cego dostatecznego schronienia. Wódz zna³

siê na pogodzie jak ka¿dy Jatte – w wiosce rolników i myœliwych

taka wiedza bardzo siê przydawa³a. Oceni³, ¿e nadci¹gaj¹ca burza

szybko minie, choæ bêdzie gwa³towna.

Doby³ obsydianowego no¿a i naci¹³ ga³êzi, po czym prêdko skle-

ci³ sza³as pod niskim drzewem na skraju zagajnika. Prowizoryczn¹

konstrukcjê celowo ulokowa³ z dala od wysokich drzew. Powszech-

nie wiadomo, ¿e bogowie czasem ciskaj¹ gromy na najwy¿sze obiekty

w okolicy, zapewne po to, by nauczyæ je pokory. Wódz Jatte nie za-

mierza³ usma¿yæ siê w blasku b³yskawicy. Widzia³ kiedyœ ziomka

ra¿onego piorunem; nieprzyjemny widok.

W kilka minut pokry³ skoœnie ustawione i zwi¹zane ga³êzie

grubo utkan¹ strzech¹. Nie spodziewa³ siê, ¿e taki dach wytrzyma

wielk¹ nawa³nicê, ale te¿ nie powinien ca³kiem przesi¹kn¹æ. Le-

piej, ¿eby kapa³o na g³owê, ni¿ przemokn¹æ do suchej nitki i zmar-

zn¹æ.

Zanim na dobre zaczê³o padaæ, Raseri wpe³z³ na czworakach do

sza³asu. B³yskawica rozdar³a ciemnoœæ i rozleg³ siê huk grzmotu, lecz

widocznie bogowie postanowili oszczêdziæ giganta. Pobliskie drze-

wo rozpad³o siê od uderzenia pioruna i wokó³ rozszed³ siê sw¹d.

La³o ju¿ jak z cebra, ale nawet ulewa nie oczyœci³a powietrza z odo-

ru wrz¹cych soków roœlinnych.

Parszywa noc, pomyœla³ wódz. By³ szczêœliwy, ¿e ma jakie takie

schronienie.

Wieœniacy zgromadzili siê niemal co do jednego na placu przy

wozie Dake’a. Nie mogli siê doczekaæ rozpoczêcia walki. Nadci¹-

gaj¹ca burza wzmaga³a napiêcie wokó³ ringu. Conan czu³ na sobie

podmuchy wiatru, widzia³ b³yski i s³ysza³ grzmoty. Ale pogoda nie-

wiele go obchodzi³a, gdy stan¹³ na wprost przeciwnika. Bacznie œle-

dzi³, jak tamten zaczyna zachodziæ go z prawej, i pocz¹³ posuwaæ

siê w lewo. Chybotliwe p³omienie pochodni rzuca³y doœæ œwiat³a, by

wy³owiæ z mroku ka¿dy ruch wiejskiego osi³ka.

background image

– 94 –

Cymmerianin, który stoczy³ ju¿ niejeden zwyciêski pojedynek,

zwi¹za³ rzemykiem w³osy z ty³u g³owy, by Deri nie z³apa³ go za czu-

prynê. Wielkie ch³opisko sprawia³o wra¿enie silnego, ale wolnego,

choæ nie nale¿a³o zbytnio liczyæ na jego brak szybkoœci.

Deri zamarkowa³ chwyt za prawy nadgarstek Conana i chcia³

przeciwnika zmyliæ pozorowanym kopniêciem w g³owê. Cymmeria-

nin uchyli³ siê, skoczy³ naprzód i pchn¹³ go dwiema rêkami w ramiê.

Si³acz zatoczy³ siê i celowo upad³, chroni¹c siê przed atakiem.

Przeturla³ siê b³yskawicznie i zerwa³ na nogi.

Wbrew pozorom by³ szybki i potrafi³ padaæ. Conan postanowi³

to zapamiêtaæ.

Deri wyszczerzy³ zêby w uœmiechu.

– Tylko tyle umiesz, panienko?! Cz³ek ma wiêcej utrapienia z ko-

marami niŸli z tob¹!

Lubi³ gadaæ. Niektórzy bezustannie paplaj¹ podczas walki. Co-

nan wola³ oszczêdzaæ energiê, zamiast marnowaæ j¹ na s³owa. Chy-

ba ¿e ur¹ganie mog³o mu zapewniæ przewagê. Czasem wytr¹cony

z równowagi przeciwnik pope³nia b³¹d.

 – To nie ja tarza³em siê w piachu – odparowa³.

Deri rozeœmia³ siê.

– Trza siê rozluŸniæ, no nie?

Conan zatacza³ kr¹g w prawo. Drwiny nie dotr¹ do tego zakute-

go ³ba.

Si³acz zmieni³ pozycjê. Niby chcia³ ruszyæ w prawo, ale nagle

schyli³ siê, wyci¹gn¹³ ³apska i skoczy³ prosto.

Cymmerianin zrobi³ unik i zwin¹³ praw¹ piêœæ, by zdzieliæ czem-

piona w pochylon¹ czaszkê. Chybi³ i waln¹³ w zgiête plecy, tu¿ pod

praw¹ ³opatkê. Mia³ wra¿enie, jakby uderzy³ w pieñ drzewa obci¹-

gniêty skór¹.

Deri chrz¹kn¹³, zanurkowa³ i znów siê przeturla³. Poderwa³ siê

i obróci³.

 – To¿ moja siostra ma bardziej krzepki ku³ak!

 – Trza siê rozluŸniæ, no nie?

Osi³ek znów siê wyszczerzy³.

– Ju¿ ja ci rozluŸniê koœci, barbarzyñco!

Conan uzna³, ¿e lepiej trzymaæ na dystans przeciwnika wiêksze-

go i mo¿e silniejszego od siebie, unikaæ zwarcia i wymierzaæ ciosy

lub kopniaki z bezpiecznej odleg³oœci.

Deri rzuci³ siê naprzód, próbuj¹c chwyciæ wojownika z mena-

¿erii maga.

background image

– 95 –

Cymmerianin uskoczy³ i trafi³ napastnika piêœci¹ w lewy ³uk

brwiowy. Skóra pêk³a od ciosu, ale to nie powstrzyma³o szar¿y. Osi-

³ek zmieni³ tylko kierunek natarcia.

Conan cofa³ siê szybko. Wtem us³ysza³ g³os Dake’a”

– Zostañ na ringu! Kto wyjdzie poza linie, ten przegra!

Barbarzyñca spojrza³ pod nogi, szukaj¹c wyznaczonej granicy

ringu i drogo za to zap³aci³.

Nisko pochylony Deri dopad³ go i oplót³ ramionami w pasie.

Cymmerianin grzmotn¹³ si³acza piêœciami w plecy, ale niewy-

godny k¹t os³abi³ uderzenie.

Deri wyprostowa³ siê, dŸwign¹³ Conana do góry i cisn¹³ w po-

wietrze.

Cymmerianin te¿ wiedzia³ co nieco o padaniu. Lecz gdy próbo-

wa³ zwin¹æ siê w k³êbek przy l¹dowaniu, pechowo uderzy³ ramie-

niem o twardy grunt. Zerwa³ siê, skoczy³ przed siebie i zrobi³ dwa

przewroty w przód.

Zaskoczy³ przeciwnika. Deri spodziewa³ siê, ¿e Conan zaataku-

je z pozycji stoj¹cej. Tymczasem Cymmerianin omal nie zwali³ go

z nóg.

B³ysnê³o siê i prawie równoczeœnie hukn¹³ piorun.

 – Na Mitrê! – wykrzykn¹³ ktoœ.

Grzmot na moment odwróci³ uwagê Deriego. Conan opuœci³ lewe

ramiê i natar³. Trafi³ przeciwnika w pierœ.

Pchniêcie by³o tak silne, ¿e osi³ek rozci¹gn¹³ siê na ziemi jak

d³ugi. Conan z rozpêdu o ma³o nie nadepn¹³ le¿¹cego mê¿czyzny.

Musia³ przeskoczyæ nad powalonym cielskiem.

Deri szybko wsta³, ale ju¿ siê nie uœmiecha³.

Zaczê³o padaæ. Deszcz momentalnie zamieni³ siê w ulewê.

Na Croma! Istny potop! Cymmerianin œciera³ wodê z oczu,

by dostrzec rywala. Na szczêœcie nie miesza³a siê z krwi¹ jak u De-

riego.

Kiedy przesuwa³ siê obok Dake’a, us³ysza³ za plecami jego szept:

– Starczy tej zabawy, Conanie. Wykoñcz drania. W deszczu to

zabawa nie walka.

Conan uda³, ¿e nie us³ysza³. Zabawa? Dobre sobie! Ten wie-

œniak ma si³ê byka! Jeœli za³o¿y mocny chwyt...

Myœl przerodzi³a siê w czyn. Deri rzuci³ siê na wroga. Conan

poœlizgn¹³ siê na b³ocie, próbuj¹c odskoczyæ. Wprawdzie nie upad³,

ale nie wydosta³ siê poza zasiêg wielkich ³apsk. Osi³ek oplót³ go

w pasie, zarechota³ tryumfalnie i uniós³ do góry.

background image

– 96 –

Conan czu³, ¿e pêknie mu krêgos³up, jeœli zaraz siê nie oswobo-

dzi. Stalowe ramiona zaciska³y siê coraz mocniej. Wali³ piêœciami

w grzbiet przeciwnika, lecz nadaremnie. Na Croma! Co za ból...!

Cymmerianin rozwar³ d³onie i trzasn¹³ ze wszystkich si³ w uszy

wieœniaka. Us³ysza³ tak g³oœne plaœniêcie, ¿e bez w¹tpienia og³uszy³

walecznego œmia³ka.

Deri wrzasn¹³ na ca³e gard³o, wypuœci³ Conana z uœcisku i chwy-

ci³ siê za bol¹ce uszy.

To wystarczy³o. Dosta³ kopniaka w krocze.

Oczy wysz³y mu na wierzch, natychmiast z³apa³ siê za przyro-

dzenie.

Conan wzi¹³ potê¿ny zamach i zdzieli³ go piêœci¹ miêdzy oczy.

Uderzy³ tak mocno, ¿e zrani³ sobie kostki palców. Ale bardziej ucier-

pia³ Deri. Run¹³ niczym œciête drzewo. Spod ogromnego cielska try-

snê³y fontanny b³ota. Nawet strugi deszczu nie zdo³a³y ocuciæ powa-

lonego si³acza i po chwili sta³o siê jasne, ¿e jest po walce. Tej nocy

Deri móg³ wróciæ do domu tylko w jeden sposób – na noszach.

 – Dobra robota – pochwali³ Dake.

Cymmerianin spojrza³ na maga. Przez moment w Conanie ki-

pia³a taka wœciek³oœæ, ¿e znów dozna³ uczucia, jakby coœ rozluŸni³o

niewidzialne wiêzy. Nie na tyle jednak, by móg³ zaatakowaæ w³adcê

niewolników, choæ zmiana by³a wyraŸna.

 – Odbierz zak³ady, Kreg – rozkaza³ Dake i odwróci³ siê ty³em

do Conana. – Idê siê osuszyæ w wozie.

Odszed³, rozchlapuj¹c ka³u¿e.

B³yskawica przeciê³a niebo i gruchn¹³ piorun.

Cymmerianin pomyœla³, ¿e to nie bêdzie ³atwe ¿ycie.

Musia³ znaleŸæ jakiœ sposób, by uciec.

XVI

Ulewa wci¹¿ grzmoci³a w plandekê. Dake wytar³ siê i wdzia³

czyst¹ szatê. Uœmiechn¹³ siê szeroko. Ca³kiem udany wieczór, nie-

z³y dochód. Pokaz przyci¹gn¹³ prawie ca³¹ wieœ, jak siê spodziewa³.

Walka Conana z bezzêbnym g³upkiem op³aci³a siê jeszcze bardziej.

Szkoda tylko, ¿e zaczê³o padaæ. Nie mia³ ochoty mokn¹æ, gdy klien-

ci bêd¹ siê zabawiaæ z kocic¹ lub olbrzymk¹ w suchym wozie. Trze-

ba poczekaæ na pogodn¹ noc. Ale i tak nie mo¿na narzekaæ. Dake

background image

– 97 –

nie w¹tpi³, ¿e znaczna czêœæ pieniêdzy wieœniaków trafi³a do jego

sakiewki, a to dobry omen. Wprawdzie udany pocz¹tek nie gwaran-

tuje równie pomyœlnego koñca, ale z pewnoœci¹ pomaga.

Wychyli³ siê z wozu i zawo³a³:

– W³aŸcie do œrodka, durnie! Nie ¿yczê sobie, ¿eby ktoœ siê roz-

chorowa³!

Pos³usznie, bo jak¿eby inaczej, niewolnicza gromadka wykona-

³a polecenie.

Fosull ¿adnym sposobem nie móg³ ocuciæ chrapi¹cego wœród

beczek Balora, w koñcu machn¹³ rêk¹ i sam wlaz³ pod wóz. Wo³y

uwi¹za³ do wielkich kamieni za kó³ka w nozdrzach, wiêc nie oba-

wia³ siê, ¿e uciekn¹. Do chwili rozpêtania siê burzy nie znalaz³ lep-

szej kryjówki; musia³ mu wystarczyæ wóz.

Kiedy Balor poczu³ na sobie krople deszczu, zacz¹³ kl¹æ g³o-

œniej ni¿ przedtem. Nagle z ³omotem spad³ na ziemiê obok tylnego

ko³a. Podpe³z³ przez b³oto do Fosulla i osun¹³ siê na brzuch.

 – Czemuœ mnie nie zbudzi³?

 – Próbowa³em, ale tak smacznie spa³eœ, ¿e...

 – Mog³em uton¹æ!

 – Ale nie uton¹³eœ.

 – Co z wo³ami?

 – Uwi¹zane.

 – Pewnie nie zaœwita³o ci w g³owie, by zabraæ tu nieco wina, hê?

 – I owszem.

B³yskawica oœwietli³a na moment wykrzywion¹ w uœmiechu gêbê

Buk³aka.

– Jak na ma³ego cz³owieczka, rozum masz spory.

 – Anta³ek stoi przy przednim kole.

Wóz nie by³ na tyle wysoki, ¿eby Balor móg³ usi¹œæ pod nim

wyprostowany, lecz zdo³a³ podczo³gaæ siê do niewielkiej beczu³ki.

Po chwili na wpó³ le¿¹c ulokowa³ siê obok Fosulla i czkn¹³, rozsie-

waj¹c zapach trunku.

 – Bojê siê, czy aby woda nas tu nie podmyje – powiedzia³.

 – Wykopa³em rów odp³ywowy dooko³a wozu.

 – A to ci spryciarz! Chcesz wina?

 – Nie odmówiê.

Popijaj¹c, Fosull by³ pe³en czarnych myœli. To nie wiosenny

deszczyk, lecz istne oberwanie chmury! Nazajutrz nie zostanie ani

7 – Conan groŸny

background image

– 98 –

kropla, ale najpierw woda rozmyje koleiny wozu porywaczy Vilke-

na. Jak wtedy wódz odnajdzie zbiegów?

Zielonoskóry zastanawia³ siê, dlaczego bogowie doœwiadczaj¹

go tak ciê¿ko.

Zanim ulewa przesz³a, strzecha sza³asu Raseriego nasi¹k³a wod¹,

jednak schronienie nie zawiod³o nadziei Jatte – pozosta³ prawie su-

chy. Kiedy b³yskawice i grzmoty przesunê³y siê dalej, pocz¹³ siê za-

stanawiaæ, co teraz.

Móg³by opuœciæ kryjówkê, jak tylko ca³kiem przestanie padaæ

deszcz, lecz nie wydawa³o siê to rozs¹dne. Droga z pewnoœci¹ za-

mieni³a siê w b³otnist¹ rzekê i ciê¿ki olbrzym mia³by trudnoœci z po-

ruszaniem siê po grz¹skim gruncie.

Lepiej przeczekaæ i wyruszyæ póŸnym rankiem, gdy s³oñce ju¿

trochê osuszy ziemiê. Jeœli uciekinierów równie¿ z³apa³a burza, te¿

bêd¹ musieli zrobiæ postój – nie zaryzykuj¹ dalszej podró¿y po roz-

miêk³ym trakcie. Wóz zapad³by siê po osie.

Tak. Raseri czu³, ¿e powinien wstrzymaæ siê z podjêciem wê-

drówki. Wódz pogr¹¿y³ siê w drzemce na nieco wilgotnym, leœnym

pos³aniu.

Conana bola³y plecy i ¿ebra. Walczy³ z wieloma groŸnymi prze-

ciwnikami, ale chyba ¿aden nie dorównywa³ si³¹ Deriemu.

Kaganek przy pos³aniu barbarzyñcy kopci³ i dym zostawia³ czar-

ne smugi na brudnej, przemoczonej plandece wozu.

Dake, Kreg i prawie ca³a reszta szybko zapadli w sen. Nie spa³a

tylko Teyle le¿¹ca obok.

 – Boli ciê? – spyta³a szeptem.

 – Trochê, da siê wytrzyma栖 odrzek³ równie cicho.

 – Gdzie?

Conan pokaza³.

Olbrzymka podnios³a siê. Mimo ¿e zrobi³a to bardzo wolno i o-

stro¿nie, wóz zaskrzypia³ pod jej ciê¿arem. Zamar³a na moment, ale

nikt siê nie obudzi³. Usiad³a obok Conana.

 – Po³ó¿ siê na brzuchu – powiedzia³a.

 – Po co?

 – Moje plemiê potrafi leczyæ dotykiem d³oni. Mo¿e bêdê mog³a

ci pomóc.

background image

– 99 –

Cymmerianin wzruszy³ ramionami, ale przekrêci³ siê na brzuch.

Po chwili poczu³ na ciele wielkie rêce. Dziewczyna delikatnie

masowa³a mu plecy od góry do do³u. Gdy dosz³a do najbardziej bo-

l¹cych miejsc, ruchy d³oni usta³y.

Minê³o kilka sekund. Nieruchome palce Teyle robi³y siê coraz

cieplejsze, jakby coœ ogrzewa³o je od wewn¹trz. Miêœnie Conana

przenika³o gor¹co. Dotyk go nie parzy³, ale Cymmerianin nie spo-

dziewa³ siê, ¿e czyjaœ skóra mo¿e osi¹gaæ tak wysok¹ temperaturê.

Ciep³o dzia³a³o koj¹co. Odprê¿y³ siê.

Jak d³ugo trwa³a ta terapia, nie wiedzia³. Lecz kiedy wreszcie

olbrzymka cofnê³a d³onie, ból niemal ca³kiem ust¹pi³.

Usiad³ i spojrza³ na kobietê. Uœmiecha³a siê do niego z góry.

Nawet na siedz¹co by³a du¿o wy¿sza od swego towarzysza niedoli.

 – Pomog³o – szepn¹³. – Czy to rodzaj magii?

 – Mo¿liwe. Sama dobrze nie wiem. Nauczy³a mnie tego babka.

Mówi³a, ¿e ka¿dy mo¿e posi¹œæ tê sztukê, wiêc myœlê, ¿e jeœli to

magia, jest w niej coœ naturalnego. – W g³osie Teyle pobrzmiewa³

smutek.

Conan poczu³ nagle, ¿e powinien j¹ przytuliæ i pocieszyæ. Mimo

wielkiej postury, wydawa³a siê bezradna i zalêkniona. Na wysokoœci

twarzy mia³ jej ogromne piersi, ale wyci¹gn¹³ ramiona i obj¹³ nie-

wiastê.

Nie protestowa³a i te¿ otoczy³a go ramionami, równie potê¿ny-

mi jak jego w³asne.

 – Bojê siê o brata i siostrꠖ wyzna³a. Trzyma³a Conana tak

mocno, jak jeszcze ¿adna kobieta. – I o siebie. Nie wiem, co ten pod³y

cz³owiek mo¿e z nami zrobiæ.

Przyciœniêty do olbrzymich piersi Conan odwróci³ g³owê w bok.

– Nie obawiaj siê, Teyle. Znajdê sposób, ¿eby nas oswobodziæ.

Lecz kiedy g³aska³ j¹ i tuli³ do siebie, nie mia³ pojêcia, jak uda

mu siê dokonaæ tego, co obieca³.

Ranek by³ pogodny, nad wsi¹ rozci¹ga³ siê bezchmurny b³êkit.

Dake sta³ na koŸle i ogl¹da³ okolicê. Na otwartym terenie zalega³o

b³oto, a roœlinnoœæ jeszcze nie wysch³a po deszczu. Nie ujechaliby

daleko, wóz ugrz¹z³by po osie. Musieli odczekaæ kilka godzin, a¿

s³oñce nieco osuszy ziemiê.

Kiedy wszyscy wstali, mag kaza³ Tro przyrz¹dzi栜niadanie.

Poinformowa³ trupê, ¿e trzeba siê wstrzymaæ z odjazdem.

background image

– 100 –

 – A twój demon nie wyci¹gnie nas, jeœli wóz siê zapadnie? –

zapyta³ Vilken.

Kreg wybuchn¹³ œmiechem.

– Ty g³upcze! Demon to tylko iluzja!

 – Trzymaj jêzyk za zêbami, albo ci go wyrwê! – ofukn¹³ go wœcie-

k³y Dake. Co za ba³wan! Po co zdradza ich sekrety? Mag nie obawia³

siê wprawdzie zniewolonej grupki, ale nie móg³ pozwoliæ, by asystent

ujawnia³ tajemnice potencjalnym wrogom. Ten dureñ bez w¹tpienia

jest coraz mniej przydatny. Trzeba coœ z nim zrobiæ i to szybko.

Kiedy Dake i Kreg poszli obejrzeæ drogê, Conan zwróci³ siê do

towarzyszy niedoli:

– Nie uœmiecha mi siê wje¿d¿aæ do Shadizaru jako niewolnik.

Musimy uciec.

 – Próbowaliœmy ju¿ wiele razy – odrzek³ Penz. – To na nic.

 – Czy wtedy po³¹czyliœcie swoje si³y?

 – Tak – powiedzia³a cicho Tro. – Nawet w trójkê nie da³o rady.

 – Ale teraz jest nas oœmioro – zauwa¿y³ Conan. – Liczebnoœæ

czasem dodaje si³.

Troje najstarszych sta¿em wiêŸniów popatrzy³o na niego z po-

w¹tpiewaniem.

 – A co mamy do stracenia? – zachêci³ Cymmerianin.

 – Dake siê wœcieknie i srogo nas ukarze – odpar³ Sab.

 – Nie dowie siê o naszych zamiarach.

 – On zawsze wie – westchn¹³ Penz. – Jesteœmy z nim zwi¹zani

magi¹.

 – Wiêc powiecie mu, ¿e ja was zmusi³em.

Grupka wysypa³a siê z wozu. Prowadzi³ Conan. Pod¹¿yli przez

b³oto w odwrotnym kierunku ni¿ mag i asystent.

Nie uszli nawet dziesiêciu kroków, gdy zatrzyma³a ich niewi-

dzialna przeszkoda. Cymmerianin nic nie zauwa¿y³ w czystym, po-

rannym powietrzu, ale poczu³, jakby napiera³ na uginaj¹c¹ siꠜcianê

z gigantycznych ciêciw. Wytê¿y³ wszystkie si³y i z trudem zdo³a³

post¹piæ jeszcze dwa kroki naprzód. Nagle zapora odbi³a go do ty³u

tak mocno, ¿e omal nie straci³ równowagi na œliskim gruncie. Nogi

rozjecha³y mu siê na glinie i musia³ ust¹piæ.

 – PodejdŸcie do mnie i pchajcie – poleci³.

Pod naporem ca³ej ósemki niewidzialna œciana ugiê³a siê bar-

dziej. Grupce uda³o siê z mozo³em zrobiæ szeœæ kroków. Potem sta-

background image

– 101 –

nêli i przeszkoda zaczê³a powoli spychaæ ich z powrotem. ZnaleŸli

siê w punkcie wyjœcia.

Tl¹ca siê w Conanie z³oœæ zap³onê³a ogniem wœciek³oœci. Z fu-

ri¹ rzuci³ siê na œcianê, dobywaj¹c miecza. Przebije siê przez tê dzi-

waczn¹ zaporê, choæby mia³...

Ku ogólnemu zdumieniu, gwa³towna szar¿a odnios³a skutek. Cym-

merianin posun¹³ siê naprzód o piêtnaœcie kroków. Sam zaszed³ du¿o

dalej ni¿ z pomoc¹ siódemki pozosta³ych. Wci¹¿ wysoko dzier¿y³ miecz,

lecz na razie go nie u¿y³. Dopiero gdy poczu³, ¿e giêtka przeszkoda

znów stawia opór, zamrucza³ groŸnie i siekn¹³ w dó³ z ca³ej mocy.

Czar prys³!

Conan zrobi³ jeszcze piêæ kroków i gniew ust¹pi³ miejsca rado-

œci. Pokona³ magiczne zaklêcie!

Kiedy jednak przesz³a mu z³oœæ, jakaœ niewidzialna rêka pochwy-

ci³a go i cisnê³a w ty³. Poczu³, ¿e leci w powietrzu niczym kamieñ

rzucony przez psotnego boga. Upad³ daleko za grupk¹ zaskoczo-

nych towarzyszy i sun¹³ po ziemi, rozchlapuj¹c b³oto, a¿ zatrzyma³

siê przy wozie.

Wsta³ i zacz¹³ siê czyœciæ, wci¹¿ nie pojmuj¹c, co zasz³o. By³

pewien, ¿e jeszcze trochê i odzyska wolnoœæ, a tymczasem... Jak to

siê sta³o?

W tym momencie pojawi³ siê Dake ze swym psem, Kregiem. Cym-

merianin dostrzeg³ na twarzy maga os³upienie, potem wielk¹ ulgê.

 – Chcia³eœ nas opuœciæ, Conanie, prawda? Czy¿ nie rozumiesz,

¿e to strata czasu i energii? Lepiej oszczêdzaj si³y, byœ móg³ walczyæ

na ringu po drodze do Shadizaru. Mojego zaklêcia nikt nie pokona.

Conan bez s³owa œciera³ z siebie b³oto.

 – Tak czy inaczej jestem tu w³adc¹ i próba buntu podlega suro-

wej karze.

 – Wiêc wymierz j¹ tylko mnie – odezwa³ siê Cymmerianin. –

To ja zmusi³em resztê do ucieczki.

Dake popatrzy³ na gromadkê niewolników, potem znów na Co-

nana.

– Wiem, ¿e to twoja sprawka. Myœlisz, ¿e u¿ywaj¹c brutalnej

si³y, rozwi¹¿esz ka¿dy problem? Zatem, dobrze. Odpokutujesz ten

wystepek.

Mag zwróci³ siê do Krega:

– Jest w twoich rêkach. Tylko nie zrób mu zbyt du¿ej krzywdy,

rozumiesz?

Asystent wyszczerzy³ zêby.

background image

– 102 –

Dake spojrza³ na Cymmerianina.

– Bêdziesz sta³ spokojnie, a Kreg nauczy ciê rozumu, ty barba-

rzyñski durniu. I zapamiêtaj sobie, ¿e sprzeciwianie siê mojej woli

jest daremne.

Otwarta d³oñ trafi³a Conana w twarz. Niepokorny wiêzieñ pa-

trzy³ na swego oprawcê, nie mog¹c siê ruszyæ. Ale te¿ nie odmówi³

sobie przyjemnoœci zadrwienia z Krega.

– Tylko na tyle ciê staæ, psie? Komary tn¹ mocniej.

Blondyn poczerwienia³ z gniewu. Uniós³ nogê do kopniêcia.

 – Ostro¿nie, Kreg – ostrzeg³ Dake. – Je¿eli go uszkodzisz i nie

bêdzie móg³ walczyæ, zrobiê z tob¹ to samo, co ty z nim.

Asystent opanowa³ siê i zrezygnowa³. Zamiast kopniaka wymie-

rzy³ Conanowi cios w ¿o³¹dek. Uderzy³ bardzo mocno i nawet na-

piête miêœnie brzucha nie zamortyzowa³y si³y sierpowego. Cymme-

rianinowi zapar³o dech, kolana siê pod nim ugiê³y. Z najwy¿szym

trudem utrzyma³ siê w pionie.

 – Potrafiê zadaæ ci ból bez uszkodzenia cia³a, barbarzyñco.

Kreg uœmiecha³ siê coraz szerzej, stopniowo wprowadzaj¹c s³o-

wa w czyn.

XVII

Wóz wolno pokonywa³ b³otnisty trakt. Conan le¿a³ na wyrku,

a Teyle znów zajmowa³a siê jego obola³ymi miêœniami. Mia³ trochê

siñców, ale bardziej ucierpia³a duma.

Obok Teyle przycupn¹³ Penz. Bawi³ siê lin¹ – to zwija³, to rozwija³

ciasne spirale. Na zewn¹trz, za zas³on¹, siedzia³ na koŸle Kreg, ko³o

niego podró¿owa³ Dake. Pasa¿erowie musieli rozmawiaæ szeptem.

 – Z nami robi³ to samo – powiedzia³ Penz. – Tro, Sab i ja po-

znaliœmy si³ê jego piêœci. Kreg lubi tak¹ zabawê.

 – Zauwa¿y³em – mrukn¹³ Conan. Nawet gor¹ce d³onie olbrzymki

nie ca³kiem uœmierza³y ból.

 – Lepiej go nie dra¿ni栖 doda³ Sab.

Cymmerianin spróbowa³ wzruszyæ ramionami, co nie by³o wy-

godne, bo le¿a³ na brzuchu.

– Rozwœcieczony cz³owiek czêsto traci panowanie nad sob¹. Pro-

wokowa³em drania, ¿eby w³o¿y³ w bicie wiêcej energii i szybciej siê

zmêczy³, a tym samym wczeœniej skoñczy³.

background image

– 103 –

 – Jesteœ odwa¿ny – przyzna³ Oren. – Móg³ ciê zraniæ.

 – Pociesza³em siê myœl¹, ¿e wtedy Dake go ukarze.

 – Ryzykowa³eœ – stwierdzi³ Penz.

 – Ca³e ¿ycie to ryzyko, przyjacielu.

 – No có¿... Teraz przynajmniej wiemy, ¿e nie rozerwiemy ma-

gicznych wiêzów Dake’a – odezwa³a siê Teyle.

Conan zastanawia³ siê przez moment, czy nie powiedzieæ towa-

rzyszom o swoim odkryciu, ale zrezygnowa³. Ufa³ im, lecz obawia³

siê, ¿e Dake mo¿e zacz¹æ coœ podejrzewaæ i zmusiæ ich do wyjawie-

nia prawdy. Lepiej, ¿eby na razie nie wiedzieli. Tak bêdzie bezpiecz-

niej dla wszystkich.

Cymmerianin czu³ bowiem, ¿e moc zaklêcia mo¿na pokonaæ.

Mimo i¿ brakowa³o mu obycia cywilizowanego cz³owieka, po-

trafi³ logicznie myœleæ. Przekona³ siê, ¿e magiczne wiêzy s³abn¹

wówczas, gdy jest rozwœcieczony do ostatecznoœci. Kiedy furia mija,

niewidzialne pêta znów krêpuj¹ go z dawn¹ si³¹. Ostatnim razem

prawie uda³o mu siê uwolniæ i doszed³ do wniosku, ¿e poniós³ po-

ra¿kê, poniewa¿ przedwczesna radoœæ ostudzi³a kipi¹cy w nim gniew.

Wiedza to potêga. Miecz jest groŸn¹ broni¹, lecz umiejêtne po-

s³ugiwanie siê nim czyni go tuzin razy skuteczniejszym. Bogatszy

o nowe doœwiadczenie, Conan mia³ teraz plan, który zamierza³ zdra-

dziæ pozosta³ym we w³aœciwym czasie. By³ przekonany, ¿e jeœli wpad-

n¹ w taki sza³ jak on, wydostan¹ siê z niewoli. Bogowie musz¹ wie-

dzieæ, ¿e maj¹ ku temu wa¿ny powód.

Najlepiej spróbowaæ, kiedy Dake oddali siê nieco. Inaczej mag

rzuci nowe zaklêcie i przeszkodzi uciekinierom, a wœciek³oœæ nie trwa

wiecznie. Po uwolnieniu siê od tajemnej mocy wystarczy silne ramiê

i w³ócznia lub choæby kamieñ, ¿eby ciemiê¿ca przesta³ zagra¿aæ raz

na zawsze.

Plan by³ prosty, ale zazwyczaj w³aœnie takie okazuj¹ sie najlep-

sze.

Tak wiêc Conan postanowi³ nie ujawniaæ zbyt wczeœnie tego, co

wie. Do Shadizaru jeszcze daleko, z pewnoœci¹ nadarzy siê okazja.

Cymmerianin nie grzeszy³ cierpliwoœci¹, ale zd¹¿y³ siê ju¿ na-

uczyæ, ¿e czasem nie ma innego wyjœcia, jak tylko spokojnie czekaæ.

Fosulla zaczyna³y dra¿niæ ci¹g³e narzekania nowego kompana.

Rudow³osy t³uœcioch bez przerwy poi³ siê winem i pijacki be³kot

rozprasza³ Varga.

background image

– 104 –

Wódz zaniecha³ czêstowania siê zawartoœci¹ beczek; skoro mia³

wykonaæ zadanie, musia³ byæ trzeŸwy. Burza dokona³a tego, czego

siê najbardziej obawia³ – niemal zupe³nie zmy³a z drogi œlady wozu

porywaczy. Tu i ówdzie pozosta³a g³êbsza koleina, lecz mog³o j¹

wypatrzyæ tylko bystre oko. Glêdzenie Balora przeszkadza³o Fosul-

lowi w obserwowaniu traktu, nie mia³ podzielnej uwagi.

Varg rozwa¿a³ kilka sposobów kontynuowania swej misji. Móg³-

by zostawiæ rudzielca i tropiæ uciekinierów na piechotê. Ale poru-

sza³by siê wolniej i ryzykowa³ wiêcej. Albo zatopiæ w³óczniê w ser-

cu grubasa, pozbyæ siê trupa i jechaæ dalej samotnie. Tyle ¿e jeœli po

drodze ktoœ rozpozna³by wóz Buk³aka, bez w¹tpienia zainteresowa³by

siê, dlaczego zaprzêg zmieni³ w³aœciciela i jak dosta³ siê w rêce ma-

³ego cz³owieka o szarej skórze. Fosull nie mia³ ochoty byæ o to naga-

bywany. Tak Ÿle i tak niedobrze.

Pozostawa³o nie s³uchaæ utyskiwañ pijaczyny, skupiæ siê na œle-

dzeniu drogi i czekaæ, a¿ Balora znów zmorzy sen.

Po namyœle Fosull uzna³ to ostatnie wyjœcie za najlepsze. Mimo

wszystko, towarzystwo grubasa mog³o przynieœæ mu wiêcej po¿ytku

ni¿ szkody. W przeb³ysku trzeŸwoœci Balor uprzedzi³ go nawet, ¿e

doje¿d¿aj¹ do Eliki. Mo¿e ktoœ z mieszkañców wioski widzia³ œci-

ganych i udzieli cennych wskazówek?

Tak wiêc Fosull nadal siedzia³ na koŸle i prowadzi³ wóz wysy-

chaj¹cym w s³oñcu traktem. Mia³ nadziejê, ¿e nie zgubi tropu pory-

waczy syna.

Raseri zobaczy³ przed sob¹ odkryty wóz zaprzê¿ony w wo³y. Sza-

man Jatte zwolni³ kroku, by nie wyprzedziæ pojazdu. Wola³ przyjrzeæ siê

pasa¿erom, samemu nie bêd¹c widzianym. Stos beczek i unosz¹cy siê

w powietrzu zapach powiedzia³y mu, ¿e to z pewnoœci¹ transport wina.

Na koŸle siedzia³a dwójka ma³ych ludzi. Postaæ w kapturze wygl¹da³a na

dziecko; zapewne ojciec i syn wioz¹ towar do pobliskiej wioski.

Podró¿ni poruszali siê wolniej ni¿ Raseri i choæ nie wydawali

siê groŸni, postanowi³ iœæ na razie za nimi. Powód by³ prosty: gdyby

ktoœ pod¹¿a³ z przeciwka, zatrzyma³by siê pewnie, by pozdrowiæ

woŸnicê, wtedy wódz zd¹¿y³by siê ukryæ. Zawsze dobrze jest mieæ

pole manewru. Wkrótce znów trzeba bêdzie zapytaæ ma³ych ludzi

o wiêkszy wóz porywaczy, bo deszcz zmy³ œlady. Szaman mia³ na-

dziejê, ¿e kiedy dojdzie do jakiegoœ rozdro¿a, napotka wioskê lub

choæby zagrodê i zasiêgnie jêzyka, zamiast Ÿle skrêciæ.

background image

– 105 –

Trzymaj¹c siê w bezpiecznej odleg³oœci, by w ka¿dej chwili móc

czmychn¹æ  w bok,  jeœli  wóz  stanie,  Jatte  maszerowa³  za  dwójk¹

ma³ych ludzi.

Wtem wiêkszy z nich wgramoli³ siê miêdzy beczki i znikn¹³ z wi-

doku. Raseri przestraszy³ siê, ¿e zosta³ dostrze¿ony, lecz wóz nie

zwolni³, wiêc nic na to nie wskazywa³o. Druga osoba – bez w¹tpie-

nia dziecko, bo któ¿ by inny tak ma³ego wzrostu? – dalej popêdza³

wo³y.

Kilka godzin po opuszczeniu wioski, trupa maga dotar³a do miej-

sca, gdzie zachodnia droga z Ophiru ³¹czy³a siê z szerszym, po³u-

dniowym traktem do Shadizaru. Gdy dojechali do rozwidlenia, s³oñ-

ce  osuszy³o  ju¿  p³ytsze  ka³u¿e,  pozostawiaj¹c  w nich  warstwê

spêkanego b³ota. W oddali unosi³ siê nawet kurz, na co Kreg zwróci³

uwagê swemu panu.

Dake ockn¹³ siê z drzemki na koŸle, wyprostowa³ i spojrza³ przed

siebie. Istotnie, w powietrzu widoczna by³a lekka mgie³ka py³u. Za-

uwa¿y³ te¿ liczne koleiny, œlady butów i sanda³ów. Za skrzy¿owa-

niem z drog¹ do odleg³ej Prze³êczy Ophirskiej, wzd³u¿ szlaku na

pó³noc od granicy z Koth panowa³ du¿y ruch.

 – Ho, ho... – odezwa³ siê mag. – Poprzedza nas karawana jakie-

goœ bogacza. Jest ca³kiem blisko.

Kreg spojrza³ na swego mistrza.

– Sk¹d wiesz?

 – Czy¿ sam nie pokaza³eœ mi tumanów kurzu przed nami? –

odrzek³ Dake.

 – Nnno, tak... ale jak mo¿na poznaæ po kurzu, czy to karawana

bogacza, czy biedny ch³op pêdz¹cy owce lub œwinie?

Dake westchn¹³. Dureñ! Co do tego nie ma ¿adnych w¹tpliwoœci.

– Rusz g³ow¹. Przed nami widaæ koleiny przynajmniej tuzina

wozów i po trzykroæ wiêcej œladów pieszych. A biednego ch³opa nie

staæ na owce. Poza tym, œlady s¹ œwie¿e, odcisnê³y siê ju¿ po desz-

czu i wiod¹ od Przelêczy Ophirskiej. Prosta dedukcja.

 – Zgoda, ale mo¿e to kilku ch³opów, nie s¹dzisz?

Dake westchn¹³ jeszcze g³êbiej. Po co w ogóle zadawaæ sobie

trud i wyjaœniaæ cokolwiek temu g³upkowi?

– Czy nie pamiêtasz, ¿e na Prze³êczy Ophirskiej roi siê od zbój-

ców czyhaj¹cych na nierozwa¿nych podró¿nych?

 – A owszem.

background image

– 106 –

 – Wiêc jak myœlisz, czy nawet du¿a grupa prostych rolników

lub pasterzy mog³aby stawiæ opór bandzie rzezimieszków?

 – Chyba nie.

 – A zatem, skoro ta karawana zd¹¿a stamt¹d, to musi j¹ chroniæ

zastêp zbrojnych. Pewnie najemnicy, choæ mo¿e nawet regularna

armia. A taka eskorta kosztuje. Przeto, cokolwiek wioz¹, jest du¿o

warte.

Oblicze Krega przypomina³o poranne niebo rozjaœnione promie-

niami wschodz¹cego s³oñca, gdy nagle sp³ynê³o na niego olœnienie.

– Aaa... Teraz pojmujê!

Œlepy prêdzej by to dostrzeg³, pomyœla³ Dake. £atwiej przysz³o-

by wyt³umaczyæ os³u, dlaczego nie mo¿e lataæ.

 – PopêdŸ wo³y – rozkaza³. – Chcê zobaczyæ, co to za ludzie.

Kreg pos³usznie wykona³ polecenie.

S³oñce znajdowa³o siê w najwy¿szym punkcie swej codziennej

wêdrówki po niebie, gdy Fosull dojecha³ do skrêtu w kierunku Eliki.

Spity do nieprzytomnoœci Balor chrapa³ w najlepsze. Varg nie wie-

dzia³by, gdzie jest, gdyby nie napotka³ miejscowego wieœniaka, któ-

ry akurat doszed³ do rozwidlenia dróg z przeciwnego kierunku.

 – Hej! – zawo³a³ ch³op. – Czy to winny wóz Balora?

 – A ju¿ci – przytakn¹³ Fosull.

 – Gdzie zatem Buk³ak?

Fosull by³ rad, ¿e nie zadŸga³ pijaczyny.

– Drzemie z ty³u.

Gospodarz rozeœmia³ siê.

– Idê o zak³ad, ¿e ur¿n¹³ siê tym, co wiezie.

 – Zgad³eœ. Powiedz no, dobry cz³owieku, nie widzia³eœ gdzie

w okolicy du¿ego wozu?

 – Szukasz pewnie Dake’a, w³adcy dziwol¹gów?

Serce wodza zabi³o ¿ywiej.

– W rzeczy samej.

Wieœniak smutno pokiwa³ g³ow¹.

– Ciekawy dali pokaz, i owszem. Ale postawi³em ostatniego mie-

dziaka na walkê naszego Deriego z mistrzem magika. Kto by siê spo-

dziewa³, ¿e wioskowy mocarz przegra z barbarzyñc¹?

 – Nie wiesz przypadkiem, gdzie Dake i jego trupa s¹ teraz?

 – W drodze do Shadizaru. – Ch³op machn¹³ rêk¹ w kierunku,

z którego przyby³. – Jakie cztery godziny st¹d, mo¿e piêæ.

background image

– 107 –

W  Fosullu  odezwa³  siê  instynkt  myœliwego.  Poczu³  ch³odny

skurcz w trzewiach. Tylko kilka godzin st¹d!

 – Jeszcze jedno pytanie, przyjacielu. Którêdy do Shadizaru?

Trzeba gdzieœ skrêciæ?

 – Nie. Prosto jak strzeli³. Trzymaj siê tego traktu, a nie zb³¹-

dzisz.

Varg chcia³ wyszczerzyæ zêby w uœmiechu, ale w porê przypo-

mnia³ sobie, ¿e ich widok mo¿e wprawiæ wieœniaka w os³upienie.

– Dziêkujê ci – powiedzia³ tylko. – No, czas ruszaæ.

 – A nie zajedziesz do nas, do Eliki, by dostarczyæ kilka beczek

wina Balora?

 – A ju¿ci... eee... Tyle ¿e w powrotnej drodze.

Z tymi s³owy Fosull chwyci³ lejce, smagn¹³ wo³y po zadach i od-

jecha³. Balor nie dawa³ znaku ¿ycia, wci¹¿ le¿a³ niczym trup. Gdyby

po przebudzeniu mia³ pretensje, ¿e nie zrobili postoju we wsi, za-

wsze mog¹ siê rozstaæ, pomyœla³ wódz. W ten, czy w inny sposób.

Raseri obserwowa³ spotkanie z ukrycia. Uda³o mu siê podejœæ

bli¿ej rozmawiaj¹cych ni¿ siê spodziewa³. Wielka kêpa gêstych za-

roœli ci¹gnê³a siê jak ¿ywop³ot tu¿ przy skraju drogi. Olbrzym bar-

dzo ostro¿nie przedziera³ siê przez krzaki, uwa¿aj¹c, by nie narobiæ

ha³asu. W koñcu znalaz³ siê o kilka kroków od wozu i pieszego, wtedy

us³ysza³ strzêpy zdañ.

Od razu pozna³ po g³osie, ¿e woŸnica to nie dziecko. A zielone

plamki wy³a¿¹ce tu i ówdzie spod szarej skóry na rêkach... Jatte zro-

zumia³ nagle, ¿e to nie skóra, a na koŸle siedzi Varg!

Kiedy wóz odjecha³, a wieœniak oddali³ siê od g³ównej drogi,

Raseri pocz¹³ siê zastanawiaæ nad swym odkryciem.

Informacje o niejakim Dake’u by³y, rzecz jasna, niezwykle cen-

ne. Tylko co, w imiê Stwórcy, robi tutaj Varg?!

Odczeka³ trochê, a gdy uzna³, ¿e wóz jest ju¿ w bezpiecznej

odleg³oœci, opuœci³ kryjówkê i powêdrowa³ dalej.

Vargowie, podobnie jak Jatte, nie mieli zwyczaju wypuszczaæ

siê w podró¿ przez ziemie ma³ych ludzi. Wprawdzie Raseri w³aœnie

to robi³, ale z wa¿nego powodu. W takim razie, Varg te¿ nie bez istot-

nej przyczyny pod¹¿a do Shadizaru œladem porywaczy trójki Jatte...

Aha!

W okamgnieniu wszystko sta³o siê jasne. Wieœniak nazwa³ cz³o-

wieka imieniem Dake „w³adc¹ dziwol¹gów”. Wspomnia³ o pokazie.

background image

– 108 –

Zatem chodzi o w³aœciciela kolekcji osobliwych okazów. Mali lu-

dzie uwa¿aj¹ Jatte za wybryk natury. Czy¿ tak samo nie traktuj¹ Var-

gów?

Ten Dake ma równie¿ Varga, to pewne!

Co do „barbarzyñcy”, Raseri nie w¹tpi³, ¿e tak nazywano Cona-

na. Znalaz³ potwierdzenie swych wczeœniejszych podejrzeñ, i¿ zbie-

g³y z klatki wiêzieñ by³ w zmowie z porywaczami jego dzieci. S¹

tylko o kilka godzin st¹d!

Wódz Jatte uœmiechn¹³ siê ponuro. Ciê¿ki wóz Dake’a jedzie

du¿o wolniej ni¿ ten z winem i wolniej, ni¿ idzie Raseri. Nim za-

padnie noc, byæ mo¿e on i nieznany Varg dopadn¹ wspólnych wro-

gów.

Zamyœlony olbrzym obraca³ w palcach w³óczniê. Wkrótce ta

przygoda siê skoñczy i droga sp³ynie krwi¹ sprawców ca³ego zamie-

szania. A na dok³adkê Varg lub dwóch – nagroda warta nieco wiêk-

szego wysi³ku.

Godzinê po spotkaniu z miejscowym wieœniakiem Fosull zda³

sobiê sprawê, ¿e jest œledzony. Postanowi³ siê dyskretnie upewniæ,

udaj¹c, ¿e sprawdza, czy Balor ci¹gle œpi.

Zd¹¿y³ tylko dostrzec sylwetkê opalonego mê¿czyzny, gdy¿ in-

truz szybko ukry³ siê wœród drzew na skraju drogi. Ale rzut oka wy-

starczy³, by stwierdziæ, ¿e obcy jest zbyt wielki jak na jednego z lu-

dzi pozabagiennych.

Fosull wróci³ na kozio³ i zamyœli³ siê. Bez w¹tpienia za wozem

idzie Jatte, to nie mo¿e byæ nikt inny. ¯aden pozabagienny nie wy-

gl¹da tak potê¿nie. Ale po co Jatte pod¹¿a tropem zaprzêgu z wi-

nem?!

Jaki jest cel jego wêdrówki? Giganci rzadko opuszczaj¹ swoj¹

wioskê, a jeœli ju¿, to prawie zawsze w trójkê albo w czwórkê, ¿eby

pochwyciæ samotnego pozabagiennego cz³owieka. Co robi tutaj po-

jedynczy olbrzym?

Nagle Fosull przypomnia³ sobie, co zobaczy³, gdy odkry³ kolei-

ny wozu porywaczy. Œlady Jatte! Zatem wielkoludy s¹ wiêŸniami

tych samych opryszków!

Oczywiœcie! Któryœ z Jatte wyruszy³, by odbiæ swoich.

Wódz Vargów uœmiechn¹³ siê szeroko. Tym razem wyszczerzy³

zêby, bo nikt go nie widzia³. No có¿... mo¿e uda siê wykorzystaæ

obecnoœæ olbrzyma? Jeœli nie, to przynajmniej zdobêdzie trochê miêsa

background image

– 109 –

do wspólnego kot³a. Gdyby pospieszyli siê wraz z Vilkenem, nie

zd¹¿y³oby siê zepsuæ.

By³oby co œwiêtowaæ!

XVIII

Pierwsz¹ oznakê, ¿e doganiaj¹ karawanê, stanowi³o pojawienie

siê tylnych stra¿y. Zbrojni odwrócili siê przodem do wozu Dake’a

i unieœli piki. Nie mieli przyjemnej powierzchownoœci, za to dosko-

na³y rynsztunek. Za zbrojê s³u¿y³y im mocne, skórzane naramienniki

i ochraniacze na golenie, kolczugi, oraz grube, okr¹g³e tarcze na sze-

rokich pasach. W pochwach u lewego boku tkwi³y krótkie miecze,

w d³oniach lance o p³askich ostrzach. Ta broñ bardziej pasowa³aby

do konnych ni¿ do pieszych, lecz by³a doœæ krótka i lekka, by nada-

wa³a siê do noszenia. Cz³onkowie eskorty mieli te¿ porz¹dne, wyso-

kie buty dobrego kroju. Dake zna³ siê na rzeczy i od razu oceni³, ¿e

ich pan nie ¿a³owa³ pieniêdzy.

 – Stójcie, podró¿ni! A dok¹d to?!

Dake odpowiedzia³ uprzejmie na zaczepkê dowódcy szeœcio-

osobowej dru¿yny.

 – Zmierzamy do Shadizaru.

Krêpy, ry¿y wojak o czerwonym obliczu i kab³¹kowatych no-

gach zmru¿y³ oczy od s³oñca. Popatrzy³ na swoich ludzi, potem znów

na maga.

 – I owszem, to by siê zgadza³o, skoro pod¹¿acie t¹ drog¹. Po co

tam jedziecie?

Ton Dake’a sta³ siê nieco mniej uprzejmy.

– W interesach.

 – A jakie¿ to interesy?

Cierpliwoœæ nigdy nie by³a mocn¹ stron¹ maga, tote¿ szybko

straci³ panowanie nad sob¹.

– To moja sprawa. Nic ci do tego, piechurze.

Ry¿ego zatka³o. Zamruga³ oczami, potem z namys³em podrapa³

siê w brodê. W koñcu powiedzia³:

– W porz¹dku. Ale naszym obowi¹zkiem jest sprawdziæ twój wóz.

 – Jakim prawem?

 – A takim… – Ry¿y wyszczerzy³ zêby i uniós³ wy¿ej pikê. – Spró-

buj nam przeszkodziæ, to podziurawimy tê furê jak sito.

background image

– 110 –

Dake uœmiechn¹³ siê mimowolnie.

– W takim razie, róbcie swoje.

Ry¿y wypi¹³ pierœ, ³ypn¹³ z chytr¹ min¹ na swoich ludzi i ruszy³

naprzód. Obejrza³ siê przez ramiê.

– A niewiast tam czasem nie chowasz?

 – Tak siê sk³ada, ¿e owszem – przyzna³ mag. – Trzy.

 – S³yszeliœcie, ch³opy?! Kobitki!

Piêciu mê¿czyzn zarechota³o weso³o. Wymienili sproœne uwagi.

Kiedy dzielny wojak maszerowa³ wzd³u¿ wozu, Dake odwróci³

siê na koŸle i szepn¹³ przez zas³onê:

– Conanie, za chwilê pewien wœcibski ¿o³dak otworzy tylne drzwi.

Poczêstuj go ku³akiem, tylko nie zabijaj.

Siedz¹cy obok maga Kreg wyszczerzy³ zêby.

 – A reszta tam w œrodku niech dobrze uwa¿a – ci¹gn¹³ Dake. –

Na drodze stoi jeszcze piêciu podobnych cymba³ów. Jak Conan zdzieli

pierwszego, wysypiecie siê na zewn¹trz i z³apiecie tamtych. S¹ uzbro-

jeni, wiêc nie dajcie siê zraniæ. I chcê ich mieæ ¿ywych.

Mag wiedzia³, ¿e to trochê ryzykowna zagrywka, ale niebezpie-

czeñstwo jest niewielkie. Widok trupy dziwol¹gów powinien wy-

starczyæ, by tamci wziêli nogi za pas. Zdziwi³by siê, gdyby sta³o siê

inaczej. Sama Teyle mog³a napêdziæ stracha wiêkszoœci mê¿czyzn.

A inni... Tylko nie lada œmia³ek odwa¿y³by siê stawiæ im czo³o.

Rozochocony ry¿ow³osy siêgn¹³ do klamki.

Koleiny wygl¹da³y na œwie¿e, lecz droga by³a rozje¿dzona ko³a-

mi wielu wozów. Fosull kilkakrotnie przystawa³, zeskakiwa³ z koz³a

i wypatrywa³ w³aœciwego tropu. Dok³adniej badaj¹c liczne œlady,

wydedukowa³, ¿e porywaczy poprzedza du¿a grupa pojazdów za-

przêgowych, jeŸdŸców i pieszych. Szeœcioko³owy wóz pozostawia³

g³êbsze bruzdy i charakterystyczne wy¿³obienia, które Fosull ju¿

dobrze zna³.

Varg wsta³, otrzepa³ kolana i uœwiadomi³ sobie, ¿e wiêksza licz-

ba ludzi utrudni mu zadanie. Nie uœwiadomi³ sobie natomiast, ¿e

czyszcz¹c siê z kurzu, pope³ni³ b³¹d – star³ z zielonych d³oni masku-

j¹c¹ warstwê szarego, zaschniêtego b³ota. Zreszt¹ wszêdzie przebi-

ja³ ju¿ naturalny kolor cia³a. Tylko wiecznemu opilstwu Balora za-

wdziêcza³ to, ¿e jeszcze nie zosta³ zdemaskowany.

Fosull zastanawia³ siê, czy ten grubas kiedykolwiek dowozi swój

³adunek do celu, skoro tyle po drodze spo¿ywa.

background image

– 111 –

Wdrapuj¹c siê na kozio³, rzuci³ za siebie ukradkowe spojrzenie.

Nie zauwa¿y³ postaci Jatte, ani nawet jej cienia, lecz wci¹¿ wyczu-

wa³ blisk¹ obecnoœæ olbrzyma. Nie ma siê co ³udziæ, wielkolud nie

zostawi go w spokoju. Ale ten problem mo¿na rozwi¹zaæ póŸniej.

Najpierw trzeba dogoniæ zbiegów i odzyskaæ syna. Porywacze s¹

tylko kilka godzin przed nim – do zmroku powinno siê udaæ.

Pijaczyna z ty³u wozu nadal spa³ jak zabity.

Raseri nie uwa¿a³ siê za tak dobrego tropiciela jak Varg, jednak

potrafi³ odgadn¹æ, ¿e jego przysz³e ofiary s¹ ju¿ niedaleko. Œlady

kó³ by³y teraz bardziej œwie¿e, choæ gorzej widoczne poœród wielu

innych.

Nie szkodzi; dopóki je widzi, idzie dobrym tropem.

Co zrobiæ z Vargiem, to inna sprawa. Ma³y, zielony potworek

nie mo¿e przeszkodziæ mu w poœcigu. Vargowie mieli trochê zwie-

rzêcego sprytu, ale w oczach Jatte uchodzili za pozbawionych rozu-

mu, przynajmniej w przyt³aczaj¹cej wiêkszoœci. Co oczywiœcie nie

oznacza³o, ¿e nale¿y do niej akurat ten Varg. Skoro zielonoskóry

dotar³ a¿ tutaj i dziêki przebraniu zdo³a³ oszukaæ co najmniej jedne-

go ma³ego cz³owieka, to musi odznaczaæ siê ponadprzeciêtn¹ inteli-

gencj¹. Ale te¿ nie trzeba przeceniaæ mo¿liwoœci tego zwierzaka.

Raseri czeka³, dopóki wóz nie sta³ siê tylko ma³ym punktem gi-

n¹cym na horyzoncie, po czym wyszed³ z ukrycia wœród ska³. Przed

odjazdem Varg obejrza³ siê nie po raz pierwszy – mo¿liwe, ¿e ju¿

wie, i¿ nie jest sam. Jatte nie móg³ na to nic poradziæ, lecz nie zamie-

rza³ siê tym przejmowaæ. Nie obawia³ siê konfrontacji z jednym Var-

giem uzbrojonym podobnie jak on sam. Mimo wszystko, zawsze le-

piej mieæ pole manewru. Wiedza to potêga, nawet pó³g³ówek zdaje

sobie z tego sprawê.

Wódz i szaman Jatte dziarsko kroczy³ w œlad za wozem i uk³a-

da³ ró¿ne plany, by byæ przygotowanym na ka¿d¹ ewentualnoœæ.

Wiêksze szanse ma ten, kogo nic nie zaskoczy. Olbrzym nie w¹tpi³,

¿e potrafi przewidzieæ wszystkie sytuacje.

Zanim drzwi wozu otworzy³y siê, Conan by³ gotów. A nawet

wiêcej – wrêcz pali³ siê, by wy³adowaæ wœciek³oœæ na kimœ, kto za-

s³uguje na to, choæby w najmniejszym stopniu. S³ysza³ rozmowê Da-

ke’a z ¿o³nierzem; obcy mê¿czyzna zachowa³ siê butnie i aroganc-

background image

– 112 –

ko. Prawda, ¿e Cymmerianin chêtniej rzuci³by siê na maga, ale wie-

dzia³, ¿e wysi³ek spe³znie na niczym. W takim razie – lepsze to ni¿

nic. Temu durniowi zachciewa siê kobiet? No to zobaczy...

Drzwi rozwar³y siê gwa³townie. Uœmiechniêty intruz zmru¿y³

oczy, zagl¹daj¹c do mrocznego wnêtrza.

Wtedy Conan skoczy³.

 – Na Mitrê! – zd¹¿y³ wykrzykn¹æ Ry¿y i uœmiech zamar³ na jego

twarzy.

Dla Conana bójka trwa³a stanowczo za krótko. Zacisn¹³ wielk¹

piêœæ i grzmotn¹³ obcego w lew¹ skroñ. Dowódca oddzia³u zwali³

siê na ziemiê, nieprzytomny.

Na Croma! Dajcie tu prawdziwego przeciwnika!

Za plecami Conana zakot³owa³o siê. Towarzysze niedoli wysko-

czyli z wozu, by pojmaæ piêciu ¿o³nierzy. Pierwszy ruszy³ Vilken,

szczerz¹c ostre zêby. Za nim Penz, Oren, Morja, Tro i Sab. Ostatnia

pojawi³a siê Teyle.

Conan zda³ sobie sprawê, ¿e przecie¿ Dake nie zabroni³ mu wziê-

cia udzia³u w tej zabawie. Uœmiechn¹³ siê z³owrogo, biegiem okr¹-

¿y³ wóz i wynurzy³ siê z drugiej strony.

W tym momencie mag postanowi³ wywo³aæ czerwonego demona.

Warto by³o zobaczyæ miny piêciu wojaków. Odwrócili siê jak

jeden m¹¿ i rzucili do ucieczki. Biegli zaiste szybko jak na ludzi

w zbrojach.

Vilken cisn¹³ w³óczniê i ugodzi³ jednego w ods³oniêt¹ czêœæ le-

wego uda. Trafiony pad³ twarz¹ w piach.

Penz okrêci³ nad g³ow¹ lasso i pochwyci³ drugiego. Pêtla zaci-

snê³a siê na kostkach zbiega. Run¹³ jak œciêty.

Conan bez trudu dogoni³ trzeciego. Pchn¹³ go w plecy i ucieki-

nier dosta³ takiego rozpêdu, ¿e nie nad¹¿y³ przebieraæ nogami. Prze-

wróci³ siê, przeturla³ na plecy i wrzasn¹³, ¿eby darowaæ mu ¿ycie.

Czwarty ¿o³nierz zary³ w ziemiê, os³aniaj¹c g³owê przed ciosa-

mi kocicy i Saba. Dar³ siê wniebog³osy, wzywaj¹c na pomoc wszyst-

kich bogów.

Ostatni umkn¹³ z traktu, lecz zosta³ otoczony przez Teyle i bliŸ-

niaki. Gdy zobaczy³ przed sob¹ szybkonog¹ olbrzymkê, odrzuci³ pikê

i podniós³ rêce do góry na znak, ¿e siê poddaje.

Cymmerianin dobrze wiedzia³, jak przera¿aj¹co wygl¹da ca³a

trupa z nim w³¹cznie. Ale poczu³ odrazê do ¿o³nierzy, ¿e tak ³atwo

wpadli w panikê. Ktokolwiek zap³aci³ szóstce zbrojnych za ochro-

nê, wyrzuci³ pieni¹dze w b³oto.

background image

– 113 –

 – Dawajcie ich tutaj! – rozkaza³ Dake. – Coœ mi siê widzi, ¿e

tamci z karawany szeroko rozdziawi¹ gêby, jak przyprowadzimy ich

tyln¹ stra¿ niczym œwinie na rzeŸ.

Pojmani wojacy nie byli oczywiœcie jedynymi stra¿nikami kon-

woju. Pozostali istotnie os³upieli, gdy ujrzeli swych spêtanych towa-

rzyszy drepcz¹cych przed wozem Dake’a. Kiedy osobliwy pochód

dotar³ do œrodka karawany, wywo³a³ ogólne poruszenie.

Konwój okaza³ siê tak bogaty, jak przewidzia³ mag. G³ówn¹

czêœæ stanowi³y du¿e wozy pod bia³o-czerwonymi plandekami. Je-

den z nich by³ nawet wiêkszy od pojazdu Dake’a. W powietrzu uno-

si³ siê zapach perfum i wonnych korzeni, mieszaj¹c siê z odorem

spoconych pieszych i koni. Spod jednej plandeki dochodzi³y przy-

t³umione kobiece g³osy. Mag da³by g³owê, ¿e cokolwiek wiezie ka-

rawana, warte by³oby krocie na g³ównym targu w Shadizarze.

Ponad dwa tuziny zbrojnych niepewnie pochyli³o piki. Niektó-

rzy cz³onkowie eskorty wykonali gesty odpêdzaj¹ce z³o.

 – Hej, a có¿ to za diabelska sztuczka?! – wykrzykn¹³ barczysty

¿o³nierz.

Dake uniós³ siê na koŸle.

– Chcê mówiæ z waszym panem! – zawo³a³ na ca³y g³os.

Na te s³owa pojawi³ siê wysoki mê¿czyzna o królewskim wy-

gl¹dzie, w nakryciu g³owy i w odzieniu z najprzedniejszego, b³ê-

kitnego aquiloñskiego jedwabiu. Mia³ buty ze skóry wielkiej, pu-

stynnej  jaszczurki.  Oblicze  okala³a  starannie  przyciêta,  czarna

broda poprzetykana gdzieniegdzie siwizn¹. Ostry nos przypomi-

na³ dziób, a niebieskie oczy by³y zimne jak stal. Okrutna, aro-

gancka  twarz,  znamionuj¹ca  cz³owieka  potê¿nego  i bogatego,

oceni³ Dake.

Doskonale!

Obcy podszed³ do czarownika w³adczym krokiem.

– Ta karawana nale¿y do mnie – odezwa³ siê g³êbokim baryto-

nem. – Kim jesteœ, ¿e drwisz sobie z moich ludzi?

Dake zna³ bogaczy; wiedzia³, kiedy mo¿na im groziæ, a kiedy

trzeba schlebiaæ. Przybra³ uni¿on¹ pozê.

– Ja? Och, jam jest tylko Dake, skromny w³adca dziwol¹gów,

jaœnie panie. Pod¹¿am do Shadizaru w poszukiwaniu mo¿nego pa-

trona, gotowego wesprzeæ brzêcz¹c¹ monet¹ najbardziej niezwyk³¹

kolekcjê wybryków natury, jak¹ widzia³y ludzkie oczy. Chcia³em

8 – Conan groŸny

background image

– 114 –

jedynie pokazaæ, jak ma³o warci s¹ ci nêdzni stra¿nicy, niegodni, by

strzec tak wielkiego pana.

W³aœciciel konwoju spojrza³ wœciekle na spêtanych ¿o³nie-

rzy.

– To widzê. A zatem, w³adca dziwol¹gów, powiadasz?

Mag wsun¹³ rêkê za zas³onê i da³ gestem rozkaz. Po chwili z tyl-

nych drzwi wozu znów wysypa³a siê gromadka niecodziennych oka-

zów, budz¹c zdumienie i przestrach.

 – Sam zobacz, jaœnie panie...?

 – Capeya – dokoñczy³ w³aœciciel karawany. – I nie jestem wiel-

mo¿¹, tylko zwyk³ym... kupcem.

 – Ach, zatem cz³owiekiem, który dorobi³ siê maj¹tku, a nie dzie-

dzicem fortuny.

Capeya ods³oni³ w uœmiechu mocne zêby.

– W samej rzeczy, mój przyjacielu. – Przyjrza³ siê podchodz¹-

cej bli¿ej trupie. By³ pod wra¿eniem. – Wielce ciekawe zbiorowi-

sko. Nigdy nie widzia³em czegoœ podobnego, nawet podczas Wiel-

kiego  Festiwalu  w Shadizarze.  Doprawdy  niezwyk³a  kolekcja

osobliwoœci.

 – Otó¿ to – przyzna³ z uœmiechem Dake.

 – Pokazy bez w¹tpienia przyci¹gaj¹ t³umy gawiedzi?

 – Moi podopieczni potrafi¹ wiêcej, ni¿ na to wygl¹daj¹, sza-

cowny kupcze. – Mag stara³ siê, jak umia³, by „szacowny kupcze”

zabrzmia³o równie uni¿enie jak „jaœnie panie”. – To oni rozprawi-

li siê z twoj¹ tyln¹ stra¿¹, muszê wyznaæ, z niewielkim wysi³kiem.

 – Wierzê. – Capeya znów siê uœmiechn¹³. – Powiadasz wiêc, ¿e

szukasz patrona?

 – Najkrócej mówi¹c, tak.

 – Mój wóz urz¹dzony jest doœæ wygodnie, przyjacielu Dake.

Mo¿e mia³byœ ochotê spróbowaæ przedniego wina, które ostatnio

zdoby³em? Pogawêdzilibyœmy o sprawach mog¹cych przynieœæ nam...

obopóln¹ korzyœæ.

Mag nie posiada³ siê z radoœci. Có¿ za szczêœcie, ¿e spotka³ tê

karawanê! Wprost nie do wiary! Do Shadizaru jeszcze kilka dni dro-

gi, a on ju¿ ma patrona. Ani przez chwilê nie w¹tpi³, ¿e siê dogadaj¹.

Ale nie da³ po sobie nic poznaæ.

– Có¿, chyba nie odmówiê, przyjacielu Capeya – odrzek³ niby

obojêtnie, choæ w rzeczywistoœci cieszy³ siê jak dziecko. ¯aden ku-

piec jeszcze go nie przechytrzy³, dlaczego Capeya mia³by byæ wy-

j¹tkiem?

background image

– 115 –

Wiedzia³, ¿e ten postój to pierwszy krok na drodze do bo-

gactwa.

XIX

Conanowi nie podoba³o siê, ¿e Dake tak szybko zadzierzgn¹³

wi꟠przyjaŸni z w³aœcicielem karawany. Skumali siê niczym dwie

pch³y na psie. To przymierze mog³o utrudniæ ucieczkê. Prawda, ¿e

gdyby tylko wyrwa³ siê z magicznych wiêzów, ³atwo pokona³by stra¿-

ników konwoju. Mia³ swoj¹ broñ i ma³a armia najemników nie robi-

³a na nim wielkiego wra¿enia. Dla zbójeckiej zbieraniny w³ócz¹cej

siê po górach stra¿nicy mogli byæ groŸni, lecz Cymmerianin wie-

dzia³, ¿e ci wojacy lepiej wygl¹daj¹, ni¿ walcz¹. Owszem, nie nale-

¿a³o ich ca³kiem lekcewa¿yæ, ale te¿ nie by³o siê czego zbytnio oba-

wiaæ. W koñcu, jest ulepiony z trochê lepszej gliny ni¿ zwyk³y rabuœ.

A przy tym, nie musia³by walczyæ ze wszystkimi – wystarczy³oby

rozprawiæ siê z jednym lub dwoma, by droga do wolnoœci stanê³a

otworem. Tak czy inaczej – da³by sobie radê.

Gorzej z innymi wiêŸniami maga, zw³aszcza z dzieæmi. Co-

nan nie zamierza³ zostawiaæ towarzyszy niedoli na pastwê Dake’a.

Teyle okaza³a siê jego przyjaciólk¹ – mimo wczeœniejszej zdra-

dy, opiekowa³a siê nim, gdy tego potrzebowa³. Conan wybaczy³

jej zwabienie go w pu³apkê. Przekona³a siê na w³asnej skórze, co

znaczy niewola. Cymmerianin nie nale¿a³ do bezdusznych ludzi,

którzy  nie  daj¹  skruszonej  grzesznicy  szansy  poprawy.  Teyle

z pewnoœci¹ nie ucieknie bez rodzeñstwa, a skoro mia³by zabraæ

ze sob¹ troje nieboraków, to równie dobrze wszystkich. Zd¹¿y³

ich polubiæ. Wbrew dziwacznemu wygl¹dowi byli daleko bardziej

ludzcy ni¿ Dake i jego parobek. Penz mia³ odra¿aj¹c¹ powierz-

chownoœæ, za to dobre serce; urodziwy Kreg pokaza³, ¿e jest z³y

do szpiku koœci.

Conan maszerowa³ obok wozu maga. W powietrzu unosi³ siê

kurz wzbijany stopami, kopytami i ko³ami. Trudno by³o oddychaæ,

a spocone cia³o pokrywa³o siê brudem. Reszta trupy te¿ siê mêczy³a,

mo¿e z wyj¹tkiem wysokiej Teyle; dziêki du¿emu wzrostowi nie

musia³a wdychaæ tyle py³u. Cymmerianin marzy³ o k¹pieli w ch³od-

nym strumieniu, ale z równym powodzeniem móg³by pragn¹æ pa³a-

cu z rubinów.

background image

– 116 –

Kreg siedzia³ na koŸle. Wygl¹da³ na wœciek³ego. Zapewne za-

zdroœci³ Dake’owi uczty z kupcem. Bardzo dobrze. Ka¿da przykroœæ,

która go spotyka³a, podnosi³a Conana na duchu. Mo¿e zawiedziony

s³uga dŸgnie swego pana no¿em w plecy? Kto wie, nie takie rzeczy

siê zdarzaj¹. Nieobecnoœæ maga stwarza³a okazjê do próby ucieczki.

Tyle ¿e w dzieñ ka¿dy zauwa¿y³by, co siê dzieje. Wprawdzie Cym-

merianin nie w¹tpi³, ¿e po uwolnieniu siê zdo³a³by z miejsca po³o-

¿yæ trupem ze dwóch stra¿ników, ale gdyby spowolni³a go walka

z zaklêciem, Kreg lub któryœ z ¿o³nierzy zd¹¿y³by zatopiæ w³óczniê

w jego plecach. Zdawa³ sobie sprawê, ¿e jest najmniej wartoœcio-

wym okazem w kolekcji – dlaczego mieliby oszczêdzaæ jakiegoœ

barbarzyñcê?

Szed³ wiêc dalej, a czas ucieka³. Ale prêdzej czy póŸniej nadej-

dzie odpowiednia chwila – wtedy bêdzie gotowy.

Fosulla kompletnie zaskoczy³o to, co siê zdarzy³o. Nigdy nie

przysz³oby mu do g³owy, ¿e porywacze jego syna do³¹cz¹ do szere-

gu wozów jad¹cych przed nimi. S³abo zna³ zwyczaje ludzi pozaba-

giennych. Myœla³, ¿e du¿a grupa pod¹¿aj¹ca przodem to po prostu

inni podró¿ni zmierzaj¹cy przypadkiem w tym samym kierunku. Na

lewe j¹dro Zielonego Boga, to ci dopiero komplikacja!

 – Gdzie... gdzie my s¹?

Varg spojrza³ za siebie. Balor gramoli³ siê z beczek, próbuj¹c

usi¹œæ. Jedn¹ rêk¹ trzyma³ siê za g³owê.

 – Na drodze, a gdzie¿by?

Grubasowi uda³o siê przyj¹æ pozycjê siedz¹c¹.

– Ale... To¿ my dawno minêli wioskê!

 – Zajechaliœmy tam z rana – sk³ama³ Fosull. – Nie przypomi-

nasz sobie?

 – Byli my tam?!

 – Ma siê rozumieæ. Sprzeda³eœ dwie beczki wina, potem posta-

wi³eœ pieni¹dze na wyœcigi karaluchów i wszystko straci³eœ.

 – Nie mo¿e byæ!

 – A jednak.

Balor pokrêci³ g³ow¹, jêkn¹³ i obj¹³ j¹ dwiema rêkami.

– Nic nie pamiêtam. By³em pijany?

 – Ani chybi, skoroœ wydoi³ z tuzin dzbanków wina.

 – Tylko? Zwykle po tylu nie tracê pamiêci.

 – To przed wyœcigiem. Potem wy¿³opa³eœ dwakroæ wiêcej.

background image

– 117 –

 – Aaa... to co innego!

 – Mo¿e i teraz przyda³aby ci siê kapka, bo wygl¹dasz, jakbyœ

zachorza³.

 – Nie masz ci lepszego lekarstwa jak klin klinem, co? Chyba

dobrze mi radzisz.

Powiedz no mi raz jeszcze, jak ci na imiê, ma³y przyjacielu?

Szeroko uœmiechniêty Fosull nie zd¹¿y³ zas³oniæ zêbów.

Balor wytrzeszczy³ oczy.

– Chyba za du¿o ¿em wypi³, przyjacielu. Mam zwidy.

 – Powiadaj¹, ¿e wino jest dobre na wszystko, czy¿ nie?

 – M¹drze mówisz. Zrób mi zatem przys³ugê: powoŸ dalej, a ja

siꠟdziebko podleczê. Wynagrodzê ci fatygê w Shadizarze. O ile

do¿yjê...

Po tych s³owach Balor leg³ z powrotem z ty³u wozu i siêgn¹³ po

ma³¹ beczu³kê.

Fosull uwolni³ siê od pijaczyny, ale nadal mia³ problem. Jak od-

zyskaæ syna i wymierzyæ sprawiedliwoœæ porywaczom, skoro pod-

ró¿uj¹ poœród tylu swoich? Mo¿e lepiej zrezygnowaæ z zemsty i tyl-

ko oswobodziæ Vilkena? Oceni³, ¿e znajduje siê jak¹œ godzinê za

rzêdem wozów. Wkrótce zapadnie zmrok. Na bagnach noc jest sprzy-

mierzeñcem Vargów, dlaczego tu mia³oby byæ inaczej? Po ciemku

mo¿na zrobiæ to, co nie uda siê w blasku s³oñca. Zw³aszcza dzia³aj¹c

z zaskoczenia.

Rzecz jasna, depcze mu po piêtach ten przeklêty Jatte. I wie o Fo-

sullu! Wódz Vargów bynajmniej nie marzy³, by znaleŸæ siê miêdzy

m³otem a kowad³em: z jednej strony wielu pozabagiennych, z dru-

giej olbrzym. Bez w¹tpienia trzeba coœ zrobiæ z wielkoludem, a im

szybciej, tym lepiej.

Raptem, zielonoskóremu b³ysnê³a mu w g³owie tak zaskakuj¹ca

myœl, ¿e omal nie zlecia³ z koz³a. Pojawi³a siê niczym grzyb po desz-

czu – nie by³o go i nagle jest. Fosull nie móg³ wprost uwierzyæ, ¿e

coœ takiego wylêg³o siê w jego umyœle. Proste? Ale¿ tak! Niezwy-

k³e? Bez w¹tpienia. A jednak... W³aœnie znalaz³ sposób, jak za jed-

nym zamachem rozwi¹zaæ dwa problemy: uwolnienia Vilkena i o-

becnoœci Jatte.

Wódz kar³ów wyszczerzy³ zêby w szerokim uœmiechu, bo ju¿

siê nie obawia³, ¿e Balor je zobaczy. W³aœnie zaplanowa³ najbar-

dziej zuchwa³e posuniêcie w historii Vargów. Jeszcze nikt nie oœmieli³

siê tego spróbowaæ. Ale w koñcu, czy¿ nie jest najodwa¿niejszy i naj-

sprytniejszy ze wszystkich wspó³plemieñców? Któ¿ inny zdoby³by

background image

– 118 –

siê na tak radykalny krok? To zrozumia³e, ¿e w³aœnie on bêdzie pierw-

szy.

Tak, tylko jego na to staæ.

Rzecz jasna, skutki mog¹ byæ fatalne, ale có¿ warte jest ¿ycie

bez ryzyka.

Na wszystkich bogów, dokona tego!

Gdy koleiny szeœcioko³owego wozu poczê³y stopniowo nikn¹æ

wœród wielu innych, Raseri zda³ sobie sprawê, ¿e oto stan¹³ przed

nowym problemem. Œcigani jechali teraz w towarzystwie sporej grupy

swoich, a to Ÿle wró¿y³o powodzeniu jego misji. Prawdê mówi¹c,

bra³ to wczeœniej pod uwagê, ale nie spodziewa³ siê, ¿e do³¹cz¹ do

innych jeszcze przed du¿ym skupiskiem ludzkim.

Pope³ni³ b³¹d, a nie³atwo godzi³ siê z pora¿k¹.

 – Niech Stwórca przeklnie was wszystkich! – mrukn¹³ pod nosem.

Wódz Jatte tak przej¹³ siê w³asn¹ pomy³k¹, ¿e mniej koncentro-

wa³ siê na tropieniu zbiegów. Uzna³, ¿e dopóki widzi w oddali wóz

z winem, nie ma potrzeby wpatrywaæ siê w œlady zbyt uwa¿nie. Oka-

za³o siê, ¿e znów przyj¹³ z³y tok myœlenia.

Nagle z krzaków po lewej stronie drogi wyskoczy³ zakapturzo-

ny Varg i zamachn¹³ siê w³óczni¹.

 – Stój, Jatte!

Raseri natychmiast uniós³ swoj¹ broñ.

– Zdurnia³eœ Vargu, ¿e wchodzisz mi w drogê w pojedynkê? –

Przygotowa³ siê do rzutu. Wycelowa³ grot w ma³¹, zielon¹ bestiê,

odchyli³ ramiê do ty³u...

 – Nie! Zaczekaj, Jatte.

Olbrzym zdumia³ siê.

– A niby dlaczego?

 – Tropimy tych samych zbiegów.

 – I co z tego?

 – Porwali mojego syna, Vilkena.

 – Tyle mnie to obchodzi, ile krowie ³ajno.

 – Ale pojmali równie¿ troje twoich ludzi.

Raseri przypomnia³ sobie, ¿e wiedza to potêga. Wolno opuœci³

ramiê.

– Widzia³eœ ich?

 – Nie, ale rozpozna³em œlady. Wczeœniej, na trakcie. A to zna-

czy, ¿e jeszcze ¿yj¹.

background image

– 119 –

 – Stwórcy niech bêdzie chwa³a... – odetchn¹³ wódz Jatte. Po-

tem zapyta³: – Po co siê zatrzyma³eœ i zagradzasz mi drogê? Chcesz

byæ martwym Vargiem?

 – Nie. Pragnê odzyskaæ syna. Ty te¿ zamierzasz uwolniæ swo-

ich. Tamtych jest wielu, a nas tylko dwóch.

 – To prawda. A zatem?

 – Proponujê... chwilowe przymierze.

Raseri omal nie wybuchn¹³ œmiechem, jednak propozycja go

zaintrygowa³a. Opuœci³ w³óczniê jeszcze ni¿ej.

– Przymierze? Jatte z Vargiem? Chyba do reszty zg³upia³eœ?

 – Ró¿nimy siê, dlatego mo¿emy siê uzupe³niaæ. Jesteœ potê¿ny,

ale nie schowasz siê tam, gdzie ja. Masz swój spryt, a ja swój. Je-

stem zwinny, a ty silny. Czy¿ razem nie mamy wiêkszych szans ni¿

w pojedynkê?

Wódz Jatte opar³ têpy koniec w³óczni o ziemiê. Patrzy³ na Var-

ga ze zdumieniem.

 – Jak na zwierzaka, jesteœ ca³kiem bystry. Muszê przyznaæ, ¿e

mówisz do rzeczy.

Varg te¿ opuœci³ w³óczniê i wyszczerzy³ ostre zêby w szerokim

uœmiechu.

– Wiêc rozwa¿ysz moj¹ propozycjê?

 – Ju¿ to zrobi³em. Brzmi sensownie, co nie znaczy, ¿e ci ufam.

 – Czy wystarczy s³owo wodza Vargów, ¿e nie musisz siê mnie

obawiaæ, dopóki nie uwolnimy naszych?

 – Jesteœ przywódc¹ plemienia?

Zielony stworek wyprostowa³ siê i wyprê¿y³ pierœ.

– Nikim innym. Zw¹ mnie Fosull.

 – A ¿ebym siê tarza³ w kozim ³ajnie! Jam jest Raseri, wódz i sza-

man Jatte.

 – Zatem sojusz?

Raseri  nie  odpowiedzia³  natychmiast.  W ka¿dej  chwili  mo¿e

rozgnieœæ Varga jak robaka, jeœli bêdzie trzeba. Ale na razie, ma³a

bestia gada logicznie.

 – Zgoda.

 – To dobrze. ChodŸmy wiêc, Raseri. Musimy znaleŸæ sposób,

by odzyskaæ co nasze.

 – ProwadŸ, Fosullu.

Jatte wola³ nie odwracaæ siê do Varga plecami. Wci¹¿ jednak

nie móg³ wyjœæ z podziwu. Nigdy nie przypuszcza³, ¿e spotka tak

rozumny okaz tego gatunku. To przechodzi³o wszelkie dotychczaso-

background image

– 120 –

we wyobra¿enie Jatte o Vargach. Nie docenia³ tych ma³ych, zielo-

nych bestii. Omyli³ siê i to bardzo.

Cudom nie ma koñca.

Dake czu³ w g³owie moc wybornego wina, ale trunek ani trochê

nie zaæmi³ mu umys³u. Wrêcz odwrotnie – bardzo go pobudza³. W³a-

œciwie dobili ju¿ targu, pozosta³o uzgodniæ drobne szczegó³y. Uwa-

¿a³, ¿e wyjdzie na tej transakcji lepiej ni¿ jego partner. Umowa prze-

widywa³a, ¿e w zamian za opiekê i wcale niema³e wsparcie, Dake

bêdzie  oddawa³  kupcowi  æwieræ  zysków  z pokazywania  i innego

wykorzystywania kolekcji dziwol¹gów. Po potr¹ceniu kosztów, rzecz

jasna. Mag nie wierzy³ jednak, ¿eby nie uda³o mu siê ukryæ prawdzi-

wych wp³ywów i ograniczyæ czêœci nale¿nej patronowi do piêtnastu

procent. Prêdzej zatañczy nago na ulicach Shadizaru w koziej skó-

rze na ramionach, ni¿ odda dwadzieœcia piêæ.

 – A co siê tyczy procesu zap³adniania, to...? – spyta³ ostro¿nie

Capeya.

 – Co masz na myœli, wspólniku?

 – Czy nie moglibyœmy... hm... pobieraæ op³aty za wstêp?

Dake ukry³ uœmiech, przystawiaj¹c sobie do ust drewniany, rzeŸ-

biony pucharek z winem. Mo¿e ten kupiec jest sprytniejszy, ni¿ na to

wygl¹da... Œwietny pomys³.

Powiedzia³ to g³oœno, kiwaj¹c g³ow¹ na znak zgody.

 – I muszê przyznaæ, ¿e twój plan stworzenia... cyrku, jak to na-

zwa³eœ, wielkiego krêgu pe³nego atrakcji, jest godny uwagi – ci¹g-

n¹³ Capeya. – Mam posiad³oœci równie¿ w mieœcie Arenjun oraz kil-

ka mniejszych w³asnoœci ziemskich w s¹siednim kraju Khauran na

po³udniowym wschodzie. Tam mog³yby stan¹æ niewielkie repliki

g³ównej areny, o ile wyhodujesz tyle nowych dziwol¹gów, by przy-

ci¹gn¹æ ludzi.

 – Bez obaw, dobry cz³owieku. Z pewnoœci¹ tego dokonam. Po-

siadam pewne... umiejêtnoœci magiczne, które pozwol¹ mi osi¹gn¹æ

cel.

 – Wspaniale. Widzê, ¿e czeka nas d³uga i owocna wspó³praca,

przyjacielu Dake.

 – Te¿ tak myœlê. Wypijmy, zatem, za twoje zdrowie.

 – I za twoje.

Obaj mê¿czyŸni wychylili puchary wina.

Po toaœcie Capeya dwakroæ klasn¹³ w d³onie.

background image

– 121 –

Zza kotary wy³oni³a siê m³oda kobieta w przezroczystych, czer-

wonych jedwabiach. Jad¹cy wóz zako³ysa³ siê lekko.

 – To jedna z moich niewolnic – wyjaœni³ kupiec. – Jest do two-

jej dyspozycji.

 – Wielceœ uprzejmy, druhu. Mo¿e mia³byœ ochotê na wizytê...

panny z kolekcji Dake’a? Pragn¹³bym siê jakoœ odwdziêczyæ.

Oczy kupca zab³ys³y.

 – O tak! M³odsza siostra olbrzymki przypomina jedn¹ z moich

córek. Z pewnoœci¹ znalaz³bym z ni¹ wspó³ny jêzyk.

Mag uœmiechn¹³ siê ze zrozumieniem.

 – Bez w¹tpienia, przyjacielu, bez w¹tpienia... Zatem, gdy za-

trzymamy siê na noc, przyprowadzê j¹ do ciebie, byœ mia³ tê przy-

jemnoϾ.

 – Wspania³omyœlny z ciebie cz³owiek.

 – Nie bardziej wspania³omyœlny ni¿ z ciebie.

Uœmiechnêli siê do siebie, lecz Dake wygl¹da³ na bardziej zado-

wolonego. Tu ciê mam, wspólniku, pomyœla³. Ods³oni³eœ przede mn¹

swoj¹ s³aboœæ. Nie zapomnê, ¿e lubisz napastowaæ dzieci.

Nie, ¿eby maga obchodzi³ los dziewczynki. Sam wykorzysta³by

j¹ ju¿ wczeœniej, gdyby nadarzy³a siê sposobnoœæ. Ale mo¿e zrobi to

dzisiaj, zanim zaprowadzi j¹ do kupca?

Mina Dake’a nie wró¿y³a niczego dobrego.

XX

Noc rozsypa³a po niebie gwiazdy, niczym b³yszcz¹ce ziarnka

piasku, maleñkie punkciki przepuszczaj¹ce œwiat³o zza kurtyny ciem-

noœci. Ksiê¿yc w pe³ni spowi³ ziemiê blad¹, srebrzyst¹ poœwiat¹ na-

daj¹c¹ cieniom dziwaczne kszta³ty. Z dala od siedzib ludzkich sta³a

karawana. Wokó³ p³onê³y ogniska, a zwierzêta poci¹gowe skuba³y

trawê.

Conan musia³ wyjœæ z wozu za potrzeb¹. Wracaj¹c, przygl¹da³

siê obozowi, ch³on¹³ wieczorne zapachy. Gdyby by³ wolny, podoba-

³oby mu siê tutaj. Spokojna noc mia³a swój urok, inny ni¿ wielko-

miejski gwar. Nie przeszkadza³by mu brak têtni¹cych ¿yciem go-

spód, gdzie mo¿na wypiæ i znale¿æ towarzystwo niewiast.

Gdy zbli¿a³ siê do wozu, zauwa¿y³ ciemn¹ sylwetkê znikaj¹c¹

za poblisk¹ kêp¹ zaroœli.

background image

– 122 –

Mia³ bystre oczy, lecz nawet on nie móg³ dostrzec, kto siê tam ukry³.

Przemykaj¹ca postaæ by³a ma³a jak dziecko, ale Cymmerianin wyczu³

instynktownie, ¿e w krzakach chowa siê jeszcze ktoœ. Sam nie wiedzia³

dlaczego, jednak da³by g³owê, ¿e druga osoba jest znacznie wiêksza.

Chêtnie by to sprawdzi³, gdyby nie moc zaklêcia nakazuj¹ca mu

powrót do wozu i obowi¹zków. Magiczne wiêzy nie pozwala³y na

zaspokojenie ciekawoœci.

W œrodku pojazdu czeka³y pilniejsze sprawy.

Morja cicho chlipa³a w k¹cie. Teyle siedzia³a przy siostrze. Pod-

nios³a  na  Conana  oczy  pe³ne  bólu.  Dake  zamierza³  zaprowadziæ

dziewczynkê do kupca, by zaspokoiæ jego perwersyjne zachcianki,

i nikt nie móg³ temu zapobiec. Wszystkich ogarnê³a bezsilna wœcie-

k³oœæ, byli bezradni.

Conan zwróci³ siê szeptem do kocicy:

– Poproœ Dake’a, ¿eby pozwoli³ ci wyjœæ. Jak bêdziesz na dwo-

rze, przyjrzyj siê ostro¿nie krzakom jakieœ trzydzieœci kroków na

lewo st¹d.

Tro zrobi³a zdumion¹ minê.

 – Ktoœ siê tam schowa³. Chcê wiedzieæ, kto.

Skinê³a g³ow¹ i przesz³a na przód wozu, by porozmawiaæ z ma-

giem przez zas³onê.

Conan przy³¹czy³ siê do Teyle.

 – Nie pozwólmy mu na to – poprosi³a ³ami¹cym siê g³osem. –

Przecie¿ Morja jest jeszcze dzieckiem!

 – Mo¿e coœ da siê zrobi栖 spróbowa³ j¹ pocieszyæ. Rozpacz

olbrzymki œcisnê³a mu serce.

Teyle spojrza³a na niego z nadziej¹.

– Co?

Zacz¹³ jej opowiadaæ o swoim odkryciu, ¿e prawdziwa wœcie-

k³oœæ zapewne pokona moc zaklêcia, gdy do œrodka zajrza³ Dake.

Conan zamilk³.

 – Idê skorzystaæ z hojnoœci mojego dobroczyñcy – oznajmi³

mag. – Oczekuje mnie gor¹ca kobieta w czerwonych jedwabiach. –

Popatrzy³ na p³acz¹c¹ Morjê. – Za chwilê przyjdzie po ciebie Kreg.

Przestañ siê mazaæ... Albo nie, zaczekaj! Rycz dalej. O ile siê nie

mylê, Capeyi to siê spodoba. – Spojrza³ na ka¿dego wiêŸnia z osob-

na. – A wy zachowujcie siê cicho – powiedzia³. – Wrócê rano.

Potem odszed³.

 – Conanie...? – odezwa³a siê olbrzymka.

 – Zaczekaj chwilê.

background image

– 123 –

Przyby³ Kreg.

– ChodŸmy, wielka dziewczynko. – Wyszczerzy³ zêby w szero-

kim uœmiechu. – Dziœ w nocy staniesz siê kobiet¹.

Wyci¹gn¹³ Morjê z wozu. Teyle rzuci³a siê za siostr¹, ale nagle

stanê³a, jakby wpad³a na niewidzialn¹ œcianê. Dake uprzedzi³ wszyst-

kich, ¿eby nie próbowali zatrzymywaæ Krega.

Wróci³a Tro.

 – Conanie! – powtórzy³a Teyle ochryp³ym g³osem.

 – Rozumiem, ¿e siê o ni¹ boisz – odpar³. – Ale zaczekaj jesz-

cze moment. – Zwróci³ siê do kocicy. – No i...?

 – Tam s¹ dwaj mê¿czyŸni. Jeden bardzo ma³y jak Vilken. Drugi

jak Teyle, nawet wiêkszy.

 – Ojciec! – wykrzyknêli chórem Vilken i Oren.

Conan uœmiechn¹³ siê. Œwietnie! Im wiêksze zamieszanie, tym

lepiej.

 – S³uchajcie uwa¿nie! – powiedzia³ do towarzyszy. – Myœlê, ¿e

mo¿emy uwolniæ siê z magicznych wiêzów Dake’a. I musimy siê

pospieszyæ, jeœli mamy uratowaæ Morjê.

 – Widzia³a nas ta kobieta podobna do kota – mrukn¹³ Fosull.

 – Chyba nie... – zaprzeczy³ Raseri. – Podnios³aby alarm.

 – Nie, je¿eli jest wiêŸniem jak inni.

 – Czy to nie dziwne, ¿e ani ona, ani barbarzyñca nie próbowali

uciec? Wyszli i wrócili, a przecie¿ nikt ich nie pilnowa³. Mogli po

prostu odejœæ. Co ich powstrzyma³o?

Varg pokrêci³ g³ow¹.

– Tego nie wiem. Masz racjê, to bardzo dziwne.

Raseri zamyœli³ siê. Potem powiedzia³:

– No có¿. Dake i jasnow³osy poszli sobie. Ten drugi zabra³ moj¹

córkê. Powinniœmy uwolniæ tych w wozie, a póŸniej Morjê.

 – Zgadzam siê. Mnie jest trudniej zobaczyæ, wiêc podkradnê

siê do pojazdu, a ty zostañ na stra¿y.

 – W porz¹dku.

Fosull wzi¹³ g³êboki oddech, wypuœci³ powietrze i ruszy³ na spo-

tkanie z uwiêzionym synem.

Dake wyci¹gn¹³ siê wygodnie na miêkkich poduszkach wyœcie-

³aj¹cych wnêtrze wozu i pozwoli³ ponêtnej niewolnicy nape³niæ pu-

background image

– 124 –

char wybornym winem. Poci¹gn¹³ ³yk i uœmiechn¹³ siê do m³odej

kobiety. Odwzajemni³a uœmiech, nieco speszona. Kaganki rozmiesz-

czone tu i ówdzie pod spiczast¹ plandek¹ rzuca³y rozchybotane œwia-

t³o na jej ³adn¹ twarz.

 – Chcia³bym zobaczyæ, jak wygl¹dasz bez tych jedwabi – po-

wiedzia³ mag. – Zrzuæ odzienie.

Dziewczyna zrobi³a, co kaza³. Dake musia³ przyznaæ, ¿e jest na

co popatrzeæ.

Mia³a œniad¹, g³adk¹ skórê, wydatne piersi i szerokie biodra.

Cia³o stworzone do dawania rozkoszy mê¿czyŸnie, pomyœla³.

Wyszczerzy³ zêby.

– PodejdŸ bli¿ej.

Conan czu³, jak wzbiera w nim gniew. Wiedzia³, ¿e w innych

te¿. Nie mo¿na d³u¿ej znosiæ niewolniczego losu, s³uchaæ rozkazów

Dake’a, spe³niaæ jego ¿¹dañ! Doœæ tego!

Barbarzyñca nie zna³ skomplikowanych uczuæ, kierowa³y nim

proste emocje. Tote¿ ³atwo dawa³ upust wœciek³oœci. Ale jeœli s¹-

dzi³, ¿e jego towarzyszom przyjdzie to z trudem, by³ w du¿ym b³ê-

dzie.

Oczy Penza p³onê³y. Œci¹gn¹³ wargi i groŸnie ods³oni³ k³y.

Tro pomrukiwa³a z³owrogo, a Sab zaciska³ cztery piêœci. Oboje

a¿ siê trzêœli.

Vilken zawodzi³ w kó³ko jak¹œ niezrozumia³¹, monotonn¹ pieœñ.

Z ust ciek³a mu œlina.

Teyle wpatrywa³a siê po prostu w pusty k¹t, gdzie przedtem sie-

dzia³a jej siostra. Ale twarz olbrzymki poczerwienia³a. Dziewczyna

oddycha³a szybko i g³oœno.

Nawet Oren nad¹³ siê, jakby zaraz mia³ pêkn¹æ.

Wspólna, wzbieraj¹ca furia by³a niemal namacalna. Zwolna, ni-

czym ciemny dym wype³nia³a wóz, wisia³a w powietrzu, gêstnia³a...

Cymmerianin poj¹³, ¿e nadesz³a odpowiednia chwila. Czas ru-

szaæ... lub zgin¹æ.

 – Teraz! – wrzasn¹³. – Teraz!

Fosull by³ niemal u celu, gdy nagle wóz rozlecia³ siê niczym

melon rzucony o ziemiê. Drzwi z hukiem wypad³y z zawiasów. Przez

powsta³y otwór wyskoczy³ wielki barbarzyñca...

background image

– 125 –

W jego œlady poszed³ inny cz³owiek... nie, m³ody Jatte. Wrzesz-

cza³ na ca³e gard³o...

Bok plandeki rozszarpa³y ostre pazury. Przez dziurê da³ nura

wyj¹cy wilko³ak...

Przodem wydostali siê kobieta-kot i czterorêki mê¿czyzna. Upa-

dli na ziemiê, ale zaraz poderwali siê na nogi...

Vilken... Gdzie Vilken? Jest! Rozpru³ w³óczni¹ drug¹ czêœæ plan-

deki i rzuci³ siê naprzód ze œpiewem na ustach. Na ca³y g³os zawo-

dzi³ Pieœñ Samobójczego Ataku...

Olbrzymka dokoñczy³a dzie³a zniszczenia. Wyprostowa³a siê

i rozdar³a dach niczym pajêcz¹ sieæ. Wo³a³a kogoœ imieniem Mor-

ja...

Fosull sta³ jak oniemia³y poœród tego zamieszania. Nie mia³ po-

jêcia, co robiæ.

 – Têdy! – zagrzmia³ donoœny bas Raseriego zdolny obudziæ nie-

boszczyka.

Wódz Vargów odwróci³ siê. Uciekinierzy te¿ us³yszeli okrzyk.

 – Ojcze! – zawo³a³ Vilken. – Wiedzia³em, ¿e po mnie przyj-

dziesz!

Fosull uœmiechn¹³ siê przelotnie.

– Oto i jestem, synu, choæ zamierza³em ciê odbiæ bez takiego

ha³asu. Szybko! Musimy st¹d uchodziæ!

 – Czy z tob¹ jest Jatte?!

 – PóŸniej o tym pomówimy. Ty te¿ jesteœ w dziwnym towarzy-

stwie.

 – To prawda, ojcze.

Wódz popêdzi³ w kierunku przywo³uj¹cego ich Raseriego. Wrza-

wa zaalarmowa³a ca³¹ karawanê, zewsz¹d nadbiegali ludzie. W po-

wietrzu krzy¿owa³y siê zaskoczone g³osy. Mo¿na by³o zapomnieæ

o potajemnym odwrocie. Lepiej znikaæ st¹d czym prêdzej i przebiæ

w³óczni¹ ka¿dego, kto stanie na drodze.

Dake mrucza³ lubie¿nie przy ka¿dym dotkniêciu wprawnych r¹k

i ust nagiej niewolnicy, gdy nagle poczu³ w skroniach dziwny skurcz.

Przez moment s¹dzi³, ¿e z podniecenia, lecz po chwili dotar³o do

niego, ¿e powod jest inny.

S³udzy wymknêli siê spod kontroli!

Mag zerwa³ siê z poduszek, odepchn¹³ zaskoczon¹ kobietê i za-

kl¹³ szpetnie.

background image

– 126 –

 – Mój panie... czy coœ...?

 – Zamilcz, g³upia! Gdzie moje odzienie?

Zakrêci³ siê, szukaj¹c szaty i butów. Ju¿ wiedzia³, i¿ z ka¿d¹

chwil¹ ma coraz mniejsz¹ w³adzê nad dziwol¹gami. Dlaczego? Co

siê sta³o? Jeszcze nikt nie pokona³ mocy zaklêcia! Jak to mo¿liwe?

Czy¿by Capeya by³ czarownikiem, a on tego nie dostrzeg³? Czy to

zdradziecka sztuczka kupca?

Dake ubra³ siê pospiesznie i wyskoczy³ z wozu.

W obozie panowa³ zamêt. W ciemnoœci rozlega³y siê nawo³y-

wania, ludzie wpadali na siebie i przeklinali, nikt nie pojmowa³, co

zasz³o. Mag pobieg³ do swojego wozu, wo³aj¹c Krega. Na Siedem

Piekie³, co siê wydarzy³o?!

Conan pêdzi³ ile si³ w nogach, a jednak nie nad¹¿a³ za Teyle.

Czar prys³, byli wolni, ale Cymmerianin trzyma³ miecz w pogo-

towiu. W ka¿dej chwili mogli napotkaæ Dake’a. Jeœli mag spróbuje

znów rzuciæ zaklêcie, zawczasu poczêstuje go stal¹.

Biegn¹ca  przodem  olbrzymka  wo³a³a  siostrê  i wtem...  z dala

dolecia³a odpowiedŸ!

Teyle skrêci³a za skupisko wozów i Conan straci³ j¹ z oczu. Na-

gle drogê zagrodzili mu dwaj ludzie z krótkimi mieczami.

Cymmerianin bieg³ za szybko i nawet nie myœla³, by ich omin¹æ.

Zamachn¹³ siê i siekn¹³ mocno z góry na dó³.

Przeciwnicy Ÿle ocenili odleg³oœæ. Zbyt wolno sparowali cios.

Szczêknê³a stal i g³owa tego z lewej spad³a z tu³owia. Drugi straci³

rêkê powy¿ej ³okcia.

Conan tylko trochê zwolni³. Po chwili pêdzi³ dalej, s³ysz¹c za

sob¹ wrzask mê¿czyzny z odr¹banym ramieniem.

Dostrzeg³  Teyle  w momencie,  gdy  dopad³a  Krega.  Pacho³ek

Dake’a puœci³ Morjê i wyszarpn¹³ d³ugi sztylet. Starsza siostra by³a

szybsza. Otwart¹ d³oni¹ zdzieli³a blondyna w twarz, a¿ ch³opak zro-

bi³ salto w powietrzu. Rozci¹gn¹³ siê jak d³ugi z roztrzaskanym no-

sem.

Cymmerianin podejrzewa³, ¿e po takim uderzeniu ten pies jest

co najmniej nieprzytomny, jeœli nie martwy.

 – Teyle!

Olbrzymka odwróci³a siê do nadbiegaj¹cego Conana.

 – Wszystko dobrze – wskaza³a Morjê. – Nie zd¹¿yli do wozu

kupca.

background image

– 127 –

 – To œwietnie. A teraz wynoœmy siê st¹d, ale migiem!

Obie skinê³y g³owami i ruszy³y za Conanem.

Byli wolni, ale nic by im z tego nie przysz³o, gdyby osaczy³y ich

stra¿e. Nawet te têpaki mog³y byæ groŸne w wiêkszej liczbie. Cym-

merianin nie zamierza³ umieraæ tu¿ po odzyskaniu wolnoœci.

Pobiegli odszukaæ pozosta³ych uciekinierów.

XXI

Grupka oddalaj¹ca siê w blasku ksiê¿yca od karawany kupca

stanowi³a zaiste osobliwy widok. Conan, wspomagany ostrym wzro-

kiem kocicy i czu³ym wêchem wilko³aka, prowadzi³ za sob¹ czwór-

kê olbrzymów, dwa zielone kar³y i czterorêkiego mê¿czyznê.

Minêli ma³y wóz, na którym siedzia³ grubas i trzyma³ siê za g³o-

wê. Kiedy podniós³ oczy i ujrza³ uciekinierów, jêkn¹³ coœ o nadmia-

rze wypitego wina.

Cymmerianin narzuci³ szybkie tempo marszu, gdy¿ nie wiedzia³,

czy bêd¹ œcigani, a jeœli tak, to kiedy wyruszy pogoñ. Mimo srebrzy-

stego œwiat³a ksiê¿yca w pe³ni, nocny poœcig by³ ryzykowny, zw³asz-

cza na nieznanym terenie.

Instynkt podpowiedzia³ Conanowi, ¿e lepiej opuœciæ drogê i wê-

drowaæ na prze³aj. Po co u³atwiaæ zadanie œcigaj¹cym?

By³ pewien, ¿e Dake nie zrezygnuje z pojmania swoich niewol-

ników. W koñcu, stanowili Ÿród³o jego dochodów i nagle straci³ ca³y

kapita³. Mag musia³ byæ wœciek³y. Conan pokaza³ mu, ¿e cz³owiek

potrafi zrzuciæ jarzmo niewoli, czym z pewnoœci¹ mocno urazi³ jego

dumê.

 – Uwaga – ostrzeg³a Tro. – Przed nami dó³.

Conan  przesta³  rozmyœlaæ  o poœcigu  i wpatrzy³  siê  w mrok.

Owszem, na lewo dojrza³ zag³êbienie terenu. Skrêci³ w prawo, by je

omin¹æ.

 – Nic nie zauwa¿y³em – odezwa³ siê Oren.

 – Bo jesteœ tylko g³upim, œlepym kawa³em miêsa – odpar³ Vilken.

 – Tak? Ty za to nie jesteœ nawet psim ³ajnem!

 – Spokój! – powiedzieli jednoczeœnie ich ojcowie.

Cymmerianin uœmiechn¹³ siê w ciemnoœci.

background image

– 128 –

Ca³e szczêœcie, Dake nie by³ tak potê¿nym magiem, ¿eby potrafi³

niszczyæ wzrokiem. Inaczej wokó³ niego pozosta³yby same zgliszcza.

Kreg siedzia³ na ziemi u stóp swego pana i trzyma³ siê za z³ama-

ny nos. Krwawienie usta³o, ale w jednej chwili ch³opak przesta³ byæ

przystojnym blondynem.

 – Rusz siê, durniu! Musimy ich goniæ!

Asystent chwyci³ siê ko³a wozu i wsta³ niezgrabnie.

– Po ciemku?

 – Choæby przez ogieñ piekielny, jeœli bêdzie trzeba! – Dake od-

wróci³ siê do stoj¹cego w pobli¿u Capeyi. – Czy to jakiœ problem?

Przypominam, ¿e nale¿y ci siê czwarta czêœæ dochodu od tych, co

uciekli.

 –  A owszem.  Tote¿  zamierzam  sprowadziæ  ich  z powrotem.

W tej okolicy nie grasuj¹ zbójcy. Mo¿emy zostawiæ tuzin zbrojnych

na stra¿y karawany, a dwakroæ tyle zabraæ ze sob¹.

 – Zatem przy³¹czysz siê do poœcigu?

Kupiec uœmiechn¹³ siê.

– Z ochot¹. £owy nie s¹ mi obce. Ubi³em ju¿ niejednego dzika

i wo³u pi¿mowego. Ludzi ³atwiej upolowaæ ni¿ te bestie.

Dake kiwn¹³ g³ow¹, ale nie zgadza³ siê z t¹ opini¹. Dzikie œwi-

nie czy byki mog¹ byæ groŸne, lecz nie dorównuj¹ cz³owiekowi spry-

tem. Poza tym, nie ciskaj¹ w³óczni i nie wymachuj¹ mieczami. Gdy-

by jednak zbli¿y³ siê do uciekinierów, potrafi³by odzyskaæ w³adzê

nad nimi. Tym razem by³by czujniejszy, a w przysz³oœci uwiêzi³by

ich pod siln¹ stra¿¹ w odpowiednio przygotowanym miejscu. Teraz

uda³o im siê psim swêdem, zapewne dlatego, ¿e niewolnica rozpro-

szy³a jego uwagê.

 – Kiedy mo¿emy wyruszyæ? – spyta³.

 – Za pó³ godziny.

 – Dobrze.

Ludzie Capeyi poczêli szykowaæ siê do drogi. Tymczasem Dake

zabra³ z wozu kilka niezbêdnych przyborów – mia³ w zanadrzu jesz-

cze parê zaklêæ, do których potrzebowa³ magicznych przedmiotów.

Zawsze móg³ wywo³aæ deszcz ropuch lub sprowadziæ czerwonego

demona, ale ta broñ nie przynios³aby nale¿ytego skutku. Zbiegowie

wiedzieli przecie¿, ¿e to jedynie iluzja.

Ani przez chwilê nie w¹tpi³, ¿e odzyska niewolników. To tylko

kwestia czasu. Uciekli pieszo i z nêdznym wyposa¿eniem. Bêdzie

musia³ uwa¿aæ, by ci najbardziej wartoœciowi nie odnieœli ran. Inni

s¹ mniej wa¿ni. Barbarzyñca Conan ju¿ zrobi³ swoje, nie jest mu

background image

– 129 –

potrzebny. Niebezpieczny typ – zabi³ jednego stra¿nika i œmiertelnie

zrani³ drugiego. Im szybciej umrze, tym lepiej.

Po godzinie Conan zarz¹dzi³ krótki postój. Nadesz³a chwila, by

bardziej formalnie powitaæ nowych towarzyszy. Teyle zd¹¿y³a ju¿

wyjaœniæ ojcu, jak zostali porwani, i ¿e nie ma w tym winy Conana.

Cymmerianina bynajmniej nie ucieszy³ widok wodza Jatte. Gdy

tylko zobaczy³ olbrzyma, mia³ ochotê przebiæ go mieczem. Ale na

razie, Raseri zagra¿a³ mu du¿o mniej ni¿ Dake i jego nowi kompani.

Vilken przedstawi³ Fosulla jako swego ojca.

Conan by³ pewien, ¿e na miejscu obu wodzów post¹pi³by tak

samo – ¿aden cz³owiek zas³uguj¹cy na to miano nie zostawi³by swo-

ich dzieci w rêkach porywaczy. Ale gdyby mia³ wybór, najchêtniej

znalaz³by siê jak najdalej od tego dziwacznego towarzystwa.

Tyle ¿e nie mia³ wyboru. Owszem, móg³by po¿egnaæ ca³¹ gro-

madkê, omin¹æ szerokim ³ukiem karawanê i pod¹¿yæ do Shadizaru.

Zapewne kupiec Capeya ma tam rozleg³e znajomoœci, lecz w tak

du¿ym mieœcie cz³owiek mo¿e znikn¹æ w t³umie. Przez miesi¹ce lub

nawet lata nie spotka³by pewnie ani bogacza, ani jego najemników.

Ale Conan nie lubi³ zasypiaæ z jednym okiem otwartym i ze œwiado-

moœci¹, ¿e musi siê ukrywaæ. Uwiera³o go to niczym kamyk w bucie.

Dopóki siê dobrze nie zastanowi, co dalej robiæ, zostanie tutaj.

 – Nie mo¿emy pokazaæ im drogi do naszych domostw – ode-

zwa³ siê Raseri.

 – Zgadzam siê z tym – przytakn¹³ Fosull.

Conan pokrêci³ g³ow¹.

– Dake ju¿ j¹ zna. A tam znajdziecie pomoc swoich. Wasze ro-

zumowanie nie ma sensu.

 – Czy ten Dake powiedzia³ innym, jak do nas trafiæ? – zaniepo-

koi³ siê wódz Vargów.

 – Bardzo w¹tpiꠖ odrzek³ Penz. – Nikomu nie zdradza cen-

nych tajemnic.

 – A zatem, jeœli zg³adzimy Dake’a i jego asystenta, nikt siê nie

dowie, gdzie ¿yjemy – stwierdzi³ Raseri.

Conan popatrzy³ po zebranych.

– Mamy jeden miecz, trzy w³ócznie, z czego dwie doœæ krótkie,

i zwój liny. T¹ broni¹ raczej nie pokonamy dwudziestu lub trzydzie-

stu dobrze uzbrojonych ludzi, choæby nawet Ÿle wyszkolonych.

 – Wykorzystamy element zaskoczenia – zauwa¿y³ Fosull.

9 – Conan groŸny

background image

– 130 –

 – Pomijaj¹c nierówne si³y... – ci¹gn¹³ Conan – wasz problem

nie zniknie wraz z zabiciem Dake’a i Krega.

Raseri przyjrza³ mu siê uwa¿nie.

 – Jak to? Nie rozumiem – wtr¹ci³a siê Teyle.

 – Poniewa¿ my znamy po³o¿enie waszej wioski. – Cymmeria-

nin wskaza³ na siebie, Tro, Saba i Penza.

 – I co z tego? – zdziwi³a siê olbrzymka.

 – Oni nie s¹ Jatte, córko.

 – Ani Vargami – doda³ Fosull.

Teyle spojrza³a ojcu prosto w oczy.

– To Conan nas uwolni³, ojcze. To Conan pomóg³ mi uratowaæ

Morjê. I to on stawia³ Dake’owi najwiêkszy opór.

 – Co nie czyni go jednym z nas, moja droga.

 – Wiêc chcesz zabiæ jego i tamtych troje tylko dlatego, ¿e nie s¹

Jatte? – odwróci³a siê do Fosulla. – Ani Vargami?

 – Za to, ¿e wiedz¹, jak nas znaleŸæ.

 – Mamy siê ukrywaæ do koñca ¿ycia, a potem to samo czeka

nasze dzieci i wnuki? Do czasu, a¿ pewnego dnia ludzie pozaba-

gienni nas znajd¹, co jest nieuchronne?

 – Œmieræ te¿ jest nieunikniona, a jednak siê przed ni¹ bronimy,

jak d³ugo mo¿emy.

Kiedy  córka  i ojciec  rozmawiali,  Conan  po  cichu  wyci¹gn¹³

miecz. Raseri dostrzeg³ to i siêgn¹³ po w³óczniê.

 – Zatem pora rozstrzygn¹æ, kto ma ¿yæ, kto umrze栖 powie-

dzia³ Cymmerianin.

Raseri zerwa³ siê i chwyci³ broñ. To samo uczynili Fosull i Vilken.

Penz, Tro i Sab sprê¿yli siê, gotowi do ataku lub obrony.

 – Nie! – krzyknê³a Teyle.

Raseri nawet na ni¹ nie spojrza³.

– Tak byæ musi, córko.

 – To moi przyjaciele! Jeœli ich zabijesz, mi te¿ odbierz ¿ycie!

 – Postrada³aœ rozum?

 – Nie, w³aœnie go odzyska³am!

Oren i Morja stanêli obok siostry.

– Ona ma racjê, ojcze – wtr¹ci³a siê dziewczynka. – To nasi przy-

jaciele.

 – Poszaleliœcie wszyscy?! – zirytowa³ siê wódz Jatte.

 – Co ty na to, Vilkenie? – spyta³ Fosull.

 – Nie chcê ci siê sprzeciwiaæ, ojcze, ale jak na rzeŸne zwierza-

ki, postêpuj¹ ca³kiem s³usznie.

background image

– 131 –

 – Lepiej pos³uchajcie swoich dzieci – doradzi³ Conan. – Bo je-

œli dojdzie do walki i my zwyciê¿ymy, zginiecie na darmo.

Trzyma³ miecz luŸno, gotów go u¿yæ w ka¿dej chwili. Ju¿ siê

przekona³, ¿e koœci Jatte s¹ wyj¹tkowo mocne, ale cia³o z pewnoœci¹

nie oprze siê ostrej stali.

Je¿eli Raseri tylko spróbuje unieœæ w³óczniê, koniec klingi utkwi

w jego sercu. Wiedzia³, ¿e olbrzym jest silniejszy, za to on szybszy.

Sprê¿y³ siê do skoku.

Wielkolud sta³ spokojnie przez d³u¿sz¹ chwilê. W koñcu przemówi³.

– Mój lud zna pewien napój, który sprowadza zapomnienie, za-

æmiewa pamiêæ o niedawnych zdarzeniach. Czy wy czworo zgodzicie

siê go wypiæ, jeœli prze¿yjemy starcie z Dakiem i jego kompanami?

Cymmerianin popatrzy³ na cz³owieka o wilczej twarzy, kobietê

o kocich rysach i mê¿czyznê o czterech ramionach. Ka¿de skinê³o

g³ow¹. Chc¹c nie chc¹c, sta³ siê ich przywódc¹, wiêc go s³uchali.

Spojrza³ na Raseriego.

– Je¿eli dasz nam dowód, ¿e ten napój to nie trucizna.

 – Wypijê go pierwszy – odrzek³ olbrzym. – Czy to wam wystarczy?

 – Tak, o ile zapewnisz nas, ¿e stracimy tylko pamiêæ.

 – Macie moje s³owo.

 – W porz¹dku. Ale skoro dysponujesz takim œrodkiem, dlaczego

nie poda³eœ go swym poprzednim jeñcom i nie puœci³eœ ich wolno?

 – Nie ufa³em tej substancji. Kto wie, mog³a przestaæ dzia³aæ po

jakimœ czasie, i co wtedy?

 – A teraz siê tego nie obawiasz?

 – Wolê zaryzykowaæ ni¿ walczyæ z w³asnymi dzieæmi.

Conan pokiwa³ g³owa.

– Zatem, je¿eli przetrwamy, zgoda.

 – S³yszycie?! – zapyta³ nagle Penz.

Cymmerianin wytê¿y³ s³uch, lecz nie móg³ odgadn¹æ, co zanie-

pokoi³o wilko³aka.

 – Nadci¹gaj¹ konni – powiedzia³ Penz. – I piesi.

 – Lepiej ruszajmy – odrzek³ Conan. – Potem pogadamy. To nie

miejsce na obronê.

 – S³usznie – przyzna³ Raseri.

Fosull zwróci³ siê do syna:

– Biegnij naprzód i sprawdŸ, gdzie bêdziemy mogli stawiæ opór.

Vilken znikn¹³ w ciemnoœci. Reszta pod¹¿y³a za nastêpc¹ wodza.

background image

– 132 –

 – Œlady, wielmo¿ny panie – zameldowa³ jeden z ¿o³nierzy.

Z wysokoœci grzbietu dorodnego konia Dake rozpozna³ Ry¿ego,

który zatrzyma³ go na drodze. Odwróci³ siê do kupca.

– Myœla³em, ¿e go wypatroszysz za nieudolnoœæ?

 – Tak bym zrobi³, i owszem, gdyby nie fakt, ¿e mimo braku

rozumu to nasz najlepszy tropiciel.

 – Wspó³czujê.

 – Wiesz, coraz trudniej znaleŸæ fachow¹ pomoc.

Dake zerkn¹³ na Krega, który wci¹¿ trzyma³ siê za nos. Œwiêta

prawda, pomyœla³.

 – Co nam mówi¹ te œlady? – zapyta³ Capeya.

Dwaj ludzie Ry¿ego badali trop w blasku pochodni. On te¿ po-

chyli³ siê i przyjrza³ miêkkiej ziemi. Po kilku chwilach wyprosto-

wa³ siê.

 –  Bêdzie  ich  dziesi¹tka,  wielmo¿ny  panie –  zameldowa³. –

Czwórka du¿ych i ciê¿kich, jedno nawet wiêksze od kobiety olbrzym-

ki. Dwójka ma³ych, jakby ten zielony, ¿abowaty mia³ ze sob¹ drugie-

go takiego. Reszta zwyczajna.

Dake zamyœli³ siê. Wiêc doszed³ jeden olbrzym i jeden karze³.

Ciekawe...

Mo¿e u¿yli w³asnego zaklêcia, by uwolniæ swoich i resztê? Choæ

to w¹tpliwe. Gdyby byli prawdziwymi czarownikami, nie uciekali-

by, lecz zniszczyli obóz nieprzyjació³. Zadziwiaj¹ce, ¿e pod¹¿ali za

nim taki œwiat drogi. Uparte bestie. Dobrze wiedzieæ.

Dziwne tylko, ¿e dzia³aj¹ razem. Wed³ug s³ów Vilkena, s¹ wro-

gimi plemionami. Z³y znak!

No có¿... Nic na to nie poradzi. Przecie¿ nie zawróci i nie zrezy-

gnuje z ¿y³y z³ota. W najgorszym razie upoluje tylko kilka dziwol¹-

gów. Lepiej odzyskaæ co nieco ni¿ starciæ wszystko.

 – Szukajmy drani – zdecydowa³. – Nie mog¹ byæ daleko. Jeœli

szczêœcie nam dopisze, z³apiemy ich zanim minie nastêpny dzieñ.

Poœcig ruszy³ dalej.

XXII

Vilken wróci³ po kilku minutach i zda³ ojcu raport.

 – W tamtym kierunku nie ma ¿adnego wzniesienia. Tylko p³a-

ski teren i trochê krzaków. Królik siê nie ukryje, a co dopiero my.

background image

– 133 –

Ale jak skrêcimy na po³udnie, mo¿e przed œwitem dojdziemy do ska-

listych wzgórz.

 –  Wyprzedzamy  pogoñ  najwy¿ej  o pó³  godziny –  zauwa¿y³

Conan. – Wprawdzie tamci posuwaj¹ siê wolniej, bo musz¹ wypa-

trywaæ w ciemnoœci naszych œladów, lecz bez w¹tpienia przyspie-

sz¹, jak tylko siê rozwidni.

 – Co radzisz? – spyta³ Raseri.

 – Có¿... Skierujmy siê ku wzgórzom. Na ska³ach nie zostawimy

œladów. Jeœli szybko tam dotrzemy, mo¿e zd¹¿ymy siê przygotowaæ

do spowolnienia poœcigu.

Nikt nie mia³ lepszego pomys³u, tote¿ wszyscy przystali na plan

Conana.

Raseri uwa¿a³, ¿e opanowa³ sytuacjê, jak siê zreszt¹ spodzie-

wa³. Wykona³ ju¿ jedno zadanie – odzyska³ dzieci. Teraz pozosta³o

mu pozbycie siê tych, którzy znaj¹ po³o¿enie wioski Jatte. Wype³-

nienie tej czêœci misji te¿ powinno siê udaæ. Wczeœniej powiedzia³

córce tylko pó³ prawdy. Œmierci nale¿y unikaæ jak d³ugo mo¿na, o ile

czyjaœ œmieræ nie s³u¿y wy¿szym celom. Zap³aci³by ka¿d¹ cenê, byle

mieæ pewnoœæ, ¿e nikt nie znajdzie jego plemienia – odda³by nawet

¿ycie.

Conan musi zgin¹æ, podobnie jak trójka dziwol¹gów i porywa-

cze. Je¿eli nie w walce, to w inny sposób.

Jeœli nawet istnia³y mikstury zaæmiewaj¹ce pamiêæ, to Raseri

nic o tym nie wiedzia³. Potrafi³ natomiast przyrz¹dziæ tuzin truj¹-

cych napojów z pospolitych zió³, liœci lub kwiatów. Zamierza³ po-

czêstowaæ takim p³ynem tych, których skaza³ na œmieræ.

Wprawdzie da³ s³owo, ale z³amanie obietnicy z³o¿onej wrogowi

nie narusza³o norm etycznych olbrzyma. Najwa¿niejsze by³o bez-

pieczeñstwo jego ludu. Jako wódz i szaman mia³ obowi¹zek chroniæ

swe plemiê bez wzglêdu na koszty. Musia³ tylko przetrwaæ tak d³u-

go, by zd¹¿yæ zlikwidowaæ zagro¿enie. Wierzy³, ¿e w³asny spryt

pozwoli mu unikn¹æ bezpoœredniej konfrontacji z Conanem i dziwo-

l¹gami, dopóki nie zniszczy wszystkich przeciwników Jatte.

Fosull chêtnie zabra³by Vilkena i od³¹czy³ siê od reszty, gdyby

wierzy³, ¿e to da im wiêksz¹ szansê bezpiecznego powrotu do domu.

Ale choæ nie ufa³ ¿adnemu ze swych towarzyszy z wyj¹tkiem syna,

background image

– 134 –

uwa¿a³ ich obecnoœæ za mniejsze z³o ni¿ odpieranie ataku we dwóch.

W zamieszaniu  zawsze  mog¹  uciec.  Zawczasu  posmarowa³  grot

w³óczni sokiem z jagód glit, które by³y tak silnie truj¹ce, ¿e ofiara

umiera³a w ciagu kilku uderzeñ serca. Zazwyczaj myœliwy unika³by

u¿ywania trucizny, bo upolowana zwierzyna nie nadawa³aby siê do

jedzenia. Jednak do samoobrony potrzebniejsze jest oddychanie ni¿

jedzenie.

Kiedy  grupka  uciekinierów  przedziera³a  siê  przez  ciemnoœæ

w stronê wzgórz, Fosull zastanawia³ siê, kogo z jego potencjalnych

przeciwników nale¿a³oby dŸgn¹æ w pierwszej kolejnoœci, gdyby mia-

³o do tego dojœæ. Raseri by³ najsilniejszy i z pewnoœci¹ najniebez-

pieczniejszy – Fosull widzia³, jak Jatte ciska w³óczni¹ i przeszywa

Varga na wylot z odleg³oœci ponad stu swoich kroków. Ale nie mo¿-

na te¿ lekcewa¿yæ Conana. Podczas marszu Vilken szeptem opowia-

da³ ojcu o niewoli u Dake’a. Ze s³ów m³odzieñca wynika³o, ¿e bar-

barzyñca  to  równie¿  nie  lada  si³acz,  w dodatku  bardzo  szybki.

Olbrzymki lepiej nie ignorowa栖 zabi³aby Varga jednym ciosem lub

kopniakiem. BliŸniaki wydawa³y siê groŸne, choæ bez w¹tpienia mniej

potrafi³y. Wilko³ak, kocica i czterorêki stanowili wielk¹ niewiado-

m¹. Niedobrze. Najgorszy jest wróg, o którym nic siê nie wie. Trud-

no zgadn¹æ, do czego zdolna jest ta trójka. Fosull przekona³ siê na

razie, ¿e maj¹ wspania³y wzrok i s³uch, a to wystarczy³o, by go po-

wstrzymaæ.

Wódz Vargów szed³ tak zamyœlony, ¿e omal nie potkn¹³ siê o ka-

mieñ. Uwa¿aj, g³upcze! Tylko tego brakuje, ¿ebyœ upad³ i z³ama³ sobie

nogê akurat teraz, gdy planujesz, jak pokonaæ tylu wrogów!

Fosull czu³, ¿e krótki rozejm z Raserim s³u¿¹cy ratowaniu dzie-

ci przesta³ obowi¹zywaæ. Jeœli to ca³e towarzystwo zginie i pójdzie

prosto do Zielonego Piek³a, nie ma zmartwienia. Jeœli wymkn¹ siê

pogoni i prze¿yj¹, spróbuje dopilnowaæ, ¿eby tam trafili, o ile uda

mu siê to zrobiæ bez nadmiernego ryzyka. Szkoda by³oby marnowaæ

tyle dobrego miêsa – z drugiej strony, trudno oczekiwaæ, ¿e doniesie

je do domu, zanim siê zepsuje. Lepiej wiêc, ¿eby Raseri i jego rodzi-

na zginêli i ulegli zepsuciu tutaj, ni¿ ¿eby mieli potem zabijaæ Var-

gów.

W koñcu, ka¿dy musi przede wszystkim troszczyæ siê o swoich.

Conan dotar³ do wzgórz przed innymi i zacz¹³ szukaæ sposobu,

jak zatrzymaæ pogoñ. Poœród ska³ek bieg³a œcie¿ka wydeptana przez

background image

– 135 –

zwierzêta.  Prowadzi³a  do  rozpadliny  miêdzy  wysokimi  œcianami

z czerwonawego kamienia. Przesmyk mia³ szerokoœæ dwóch kroków.

Gdy na niebie rozb³ys³o s³oñce, Cymmerianin pocz¹³ siê wdra-

pywaæ na praw¹ œcianê. Wspina³ siê z wpraw¹ górala nabyt¹ w dzie-

ciñstwie w ojczystym kraju i szybko wydosta³ siê na szczyt ska³y

piêciokrotnie wy¿szej od niego.

W oddali zobaczy³ pieszych i jeŸdŸców; wci¹¿ byli jakieœ pó³

godziny drogi za uciekinierami.

Rozejrza³ siê.

 – Hej, Conanie! Co tam zamierzasz? – zawo³a³ z do³u Penz.

Cymmerianin wychyli³ siê za krawêdŸ. W szczelinie zebra³a siê

ju¿ ca³a grupka.

 – Zgotowaæ niespodziankê naszym znajomym. Mo¿esz tu wleŸæ

ze swoj¹ lin¹?

 – A pewnie!

Kiedy wilko³ak znalaz³ siê na górze, Conan ju¿ uk³ada³ g³azy na

brzegu w¹skiej pó³ki skalnej. Z jednej strony podpar³ chwiejny stos

drobnymi od³amkami, na wierzchu umieœci³ kilka du¿ych kamieni.

 – Wystarczy tej liny, by spuœciæ j¹ do ziemi i przeci¹gnaæ w po-

przek œcie¿ki?

 – Jest dwakroæ d³u¿sza.

 – Odmierz, ile potrzeba.

Penz zrobi³ to i Conan odci¹³ mieczem kawa³ sznura. Owi¹za³

jeden koniec wokó³ kamieni podpieraj¹cych piramidê, resztê opu-

œci³ ostro¿nie w przepaœæ. Musia³ uwa¿aæ, by lina nie poci¹gnê³a za

sob¹ lawiny.

 – Hej, tam w dole! Lepiej siê odsuñcie – ostrzeg³.

Potem razem z Penzem do³o¿yli wiêcej g³azów do stosu. Dwa

niewielkie kamienie osunê³y siê, gro¿¹c konstrukcji zawaleniem, lecz

w ostatniej chwili Cymmerianin i wilko³ak zdo³ali temu zapobiec.

Conan spojrza³ w kierunku pogoni.

– Bêd¹ tu za kilka chwil. ZejdŸmy i przygotujmy siê.

Szybko opuœcili siê na dno szczeliny. Conan przywi¹za³ luŸny

koniec liny do kamienia le¿¹cego w g³êbokim cieniu i przeci¹gn¹³ j¹

przez rozpadlinê. Mia³ nadziejê, ¿e pieszy ani jeŸdziec nie zd¹¿y jej

zauwa¿yæ na tyle wczeœnie, ¿eby unikn¹æ zawadzenia o przeszkodê.

Pojawi³ siê Vilken. Ojciec wys³a³ go do Conana z raportem.

 – Œcie¿ka wije siê w górê wœród ska³ – zameldowa³. – Wy¿ej

ci¹gnie siê kawa³ek p³askiego terenu, potem zaczyna siê zbocze.

Ojciec mówi, ¿e jeœli tam dotrzemy, konni nie bêd¹ mogli nas œcigaæ.

background image

– 136 –

Cymmerianin skin¹³ g³ow¹.

– To dobrze. A jeœli zatrzymamy ich tutaj, nie dogoni¹ nas na-

wet pieszo.

Penz zwin¹³ resztê liny i zarzuci³ na ramiê.

– A je¿eli okr¹¿¹ te ska³y i omin¹ nasz¹ pu³apkê?

 – Musimy siê postaraæ, ¿eby tego nie zrobili – odpar³ Conan.

 – Jak?

 – Ty do³¹czysz do reszty, ja zostanê z ty³u na wabia.

Penz skin¹³ g³ow¹. Wilcza twarz pozosta³a bez wyrazu, ale po-

wiedzia³: – B¹dŸ ostro¿ny, Conanie. Za³o¿ê siê, ¿e Dake chce nas

mieæ ¿ywych, lecz ciebie z pewnoœci¹ bêdzie wola³ martwego.

 – Bez obawy, przyjacielu. Cymmerianie potrafi¹ szybko ucie-

kaæ w razie potrzeby. Wkrótce was dopêdzê.

Kiedy Penz i Vilken odeszli, Conan wróci³ do wylotu skalnej

szczeliny, uwa¿aj¹c, by nie zaczepiæ nog¹ o sznur.

Nie musia³ d³ugo czekaæ.

Dake i Capeya jechali w œrodku falangi, maj¹c z przodu i z ty-

³u konnych oraz pieszych. Brzask zasta³ ich w pobli¿u skalistych

wzgórz.

 – Koniom bêdzie ciê¿ko siê tam wdrapa栖 zauwa¿y³ kupiec. –

Lepiej okr¹¿yæ te wzniesienia. Tamci pewnie kieruj¹ siê ku zboczom

za ska³ami.

 – A nie schowali siê czasem wœród ska³? Mo¿e czekaj¹, a¿ ich

ominiemy?

 – Nie s¹dzê. Nasz tropiciel zauwa¿y³by brak œladów po drugiej

stronie i byliby w pu³apce. Mamy doœæ ludzi, by otoczyæ te kamieni-

ste pagórki. Kilka celnych strza³ po³o¿y³oby trupem ka¿dego, kto

chcia³by siê wymkn¹æ. Tylko durnie szukaliby tu schronienia.

 – Pobo¿ne ¿yczenia... – mrukn¹³ Dake.

Capeya ju¿ mia³ wydaæ rozkaz, by czo³o kolumny zaczê³o skrê-

caæ, gdy Dake us³ysza³ krzyk.

 – S¹ tam!

Mag œcisn¹³ kolanami grzbiet wierzchowca i uniós³ siê w siodle.

Okrzyk wyda³ najlepszy tropiciel – Ry¿y.

Na skraju skalnego wzniesienia sta³ Conan. Najwidoczniej zo-

baczy³  nadci¹gaj¹c¹  pogoñ,  bo  nagle  odwróci³  siê  i da³  nura

w szczelinê.

 – Za nimi! – wrzasn¹³ Capeya.

background image

– 137 –

Czterej pierwsi jeŸdŸcy spiêli rumaki i pocwa³owali naprzód.

Spod kopyt wytrysnê³y fontanny piachu. Za konnymi pobieg³ zastêp

pieszych. Mimo zbroi, poruszali siê ca³kiem ¿wawo.

Kreg nie chcia³ byæ gorszy. Wbi³ piêty w boki wierzchowca i po-

galopowa³ za czo³em poœcigu.

Dake spojrza³ na kupca, a ten uœmiechn¹³ siê. ¯aden nie by³ na tyle

g³upi, by braæ udzia³ w walce. Niech ryzykuj¹ ci, którym siê za to p³aci.

Capeya odwróci³ konia, by ponagliæ jeŸdŸców i pieszych z tyl-

nej stra¿y.

– Ruszaæ siê! Szybciej!

Kiedy wszyscy zbrojni poœpieszyli ku ska³om, dwaj wspólnicy

ruszyli wolno na koñcu. Najemnicy dostali rozkaz, by oszczêdziæ

dziwol¹gi. Ale na tego, kto przyniesie g³owê barbarzyñcy, czeka³a

sakiewka pe³na srebra. Zwa¿ywszy liczbê chêtnych, Conan powi-

nien wkrótce do³¹czyæ do swych przodków.

Dake i Capeya dojechali do wylotu szczeliny, gdy pierwszy jeŸ-

dziec zapuœci³ siê w g³¹b w¹skiego przesmyku. Conan znikn¹³.

Maga ogarnê³o z³e przeczucie. Spojrza³ w górê i zobaczy³ stos

g³azów. Nagle jego uwagê przyku³ oœwietlony s³oñcem skrawek œcia-

ny. Co to za cieñ? Czy to lina zwisa w poprzek rozpadliny? Co tu

robi kawa³ sznura?

I naraz zrozumia³.

 – Staæ! – krzykn¹³. – Zasadzka!

Za póŸno. W mgnieniu oka lina naprê¿y³a siê mocno. Z krawê-

dzi prawej œciany posypa³ siê grad skalnych od³amków. Lecia³y ich

tuziny, spada³y na ludzi i konie. Niektóre kamienie mia³y wielkoœæ

ludzkiej g³owy, inne nawet cztery czy piêæ razy tak¹. Z w¹skiego

w¹wozu nie by³o ucieczki – droga w przód i w ty³ zosta³a odciêta.

Wybuch³a panika. Ci na samym koñcu próbowali jeszcze zawróciæ.

JeŸdziec z czo³a poœcigu zaci¹³ konia i wyrwa³ przed siebie. Nie

ujecha³ daleko. Spadaj¹cy g³az zwali³ go z siod³a i przygwoŸdzi³ do

ziemi. Mê¿czyzna zgin¹³ ze zmia¿d¿on¹ czaszk¹. Rumak cudem

wydosta³ siê z pu³apki.

Dake mia³ wra¿enie, ¿e ta scena rozgrywa siê w zwolnionym

tempie, ci¹gnie siê niczym gêsty syrop w zimowy dzieñ.

Dwaj piechurzy padli przygnieceni jednym wielkim kamieniem.

Rozleg³ siê tylko chrzêst koœci.

Para konnych skona³a pod lawin¹ mniejszych od³amków. Nie-

szczêsne zwierzêta podzieli³y los jeŸdŸców. Dake nigdy nie s³ysza³

tak przeraŸliwego koñskiego wrzasku.

background image

– 138 –

Ry¿y ukry³ siê pod skalnym wystêpem. Odprysk roztrzaskuj¹ce-

go siê obok g³azu ugodzi³ go w szyjê niczym sztylet. Z rany buchnê-

³a krew, gdy wyszarpn¹³ kamienn¹ drzazgê. Upad³ i ziemia wokó³

zabarwi³a siê na czerwono. Szczêœcie opuœci³o Ry¿ego wraz z ucho-

dz¹cym ¿yciem.

Kreg znalaz³ siê w rozpadlinie wraz z innymi. Zeskoczy³ z ko-

nia i pobieg³ z powrotem, trzymaj¹c siê lewej œciany. Bogowie czu-

waj¹cy nad g³upcami musieli wzi¹æ go w opiekê zamiast Ry¿ego, bo

wyszed³ z opresji bez jednego draœniêcia.

Kiedy kurz opad³, Capeya i Dake obliczyli straty: szeœciu zabi-

tych na miejscu, dwóch konaj¹cych, trzech rannych. Pad³y trzy ko-

nie, a jeden dogorywa³ i nadawa³ siê tylko pod nó¿.

Zdradzieckie uderzenie sprawi³o, ¿e si³y ich ma³ej armii stop-

nia³y o jedn¹ trzeci¹.

 – ¯eby wypiêli siê na ciebie wszyscy bogowie! – rykn¹³ za Co-

nanem Dake, choæ bez w¹tpienia barbarzyñca by³ za daleko, by go

us³yszeæ. Mag poprzysi¹g³ sobie, ¿e jak tylko dopadnie tego drania,

obedrze go ¿ywcem ze skóry, posoli i bêdzie patrzy³, jak zdycha w mê-

czarniach!

Ale najpierw musia³ z³apaæ Cymmerianina.

XXIII

 – Uda³o siê? – zapyta³a Teyle.

 – I owszem – odrzek³ Conan.

 – Ilu zginê³o? – chcia³ wiedzieæ Raseri.

 – Nie zatrzymywa³em siê, ¿eby policzyæ.

Grupka prawie dotar³a do stromych zboczy i na razie nie widaæ

by³o pogoni.

 – Mo¿e zabi³eœ wszystkich? – podpowiedzia³a Morja.

 – Nie wydaje mi siꠖ skwitowa³ Fosull.

 – Mo¿e ju¿ nie bêd¹ nas œciga栖 wtr¹ci³ Oren.

Penz, Tro i Sab popatrzyli na siebie.

– Dake nie zrezygnuje, choæby mia³ przyjœæ po nas sam – po-

wiedzia³ wilko³ak. – Wystarczy mu zbli¿yæ siê do ofiary na kilka

kroków, ¿eby rzuciæ zaklêcie.

 – Ju¿ raz wyrwaliœmy siê z jego mocy – przypomnia³ Vilken. –

Dlaczego nie mia³oby siê nam udaæ po raz drugi?

background image

– 139 –

 – Wtedy nie uwa¿a³ – wyjaœni³ Sab. – Je¿eli teraz damy siê

z³apaæ, uwiêzi nas pod stra¿¹. Co z tego, ¿e prze³amiemy moc za-

klêcia, skoro nadziejemy siê na sztylety. Poza tym, zna jeszcze inne

czary.

 – Nie bojê siê deszczu ropuch, ani nieprawdziwego demona –

odpar³ Vilken.

 – On potrafi robiæ ró¿ne rzeczy – odezwa³a siê cicho Tro. – Ma

w zanadrzu nie tylko iluzjê.

 – W³aœnie – przytakn¹³ Penz. – Rzecz jasna, wiêkszoœæ sztu-

czek jest raczej na pokaz. Zamienia wino i ka¿dy inny p³yn w czyst¹

wodê. U¿ywa do tego zielonego proszku. Wypowiada magiczne s³o-

wa i cia³o staje w ogniu. Wywo³uje oœlepiaj¹ce b³yski œwiat³a. Wi-

dzieliœmy to na w³asne oczy.

 – Zamiana wina w wodê niewiele mu pomo¿e – rzek³ Conan,

k³ad¹c d³oñ na rêkojeœci miecza.

 – To niebezpieczny przeciwnik – ostrzeg³a Tro. – Prêdzej bê-

dzie nas œciga³ na koniec œwiata, ni¿ przyzna siê do pora¿ki. Znamy

okrutnika.

 – Wiêc dobrze – odpowiedzia³ Conan. – ZnajdŸmy miejsce da-

j¹ce nam przewagê i skoñczmy z nim raz na zawsze. – Rozleg³y siê

zaniepokojone pomruki, lecz Cymmerianin uci¹³ dyskusjê. – Nie za-

mierzam ogl¹daæ siê za siebie do koñca ¿ycia i baæ siê Dake’a czy

kogokolwiek innego. A skoro Raseri i Fosull obawiaj¹ siê pokazaæ

im drogê do swoich, gdzie dostalibyœmy pomoc, sami musimy zaata-

kowaæ i zwyciê¿yæ... lub przegraæ.

 – Nawet, jeœli w twojej zasadzce zginê³a po³owa przeciwników,

wci¹¿ jest ich wiêcej ni¿ nas – zauwa¿y³ Penz.

Conan popatrzy³ po twarzach towarzyszy.

– Dake zagra¿a nam wszystkim. Ci, co znaj¹ go najlepiej, mó-

wi¹, ¿e nigdy nie przestanie na nich polowaæ. Posiada magiczn¹ moc

zdoln¹ obezw³adniæ nawet silnego mê¿czyznê. Ju¿ wie, gdzie ¿yj¹

Jatte i Vargowie. Jeœli zgubi nasz trop, co powstrzyma go przed cof-

niêciem siê na bagna, by zaczaiæ siê tam i spokojnie czekaæ? Sze-

œcioro z was musi w koñcu wróciæ do domu, prawda?

Nikt nie móg³ zaprzeczyæ, ¿e Cymmerianin rozumuje logicz-

nie.

 – Conan ma racjꠖ przyzna³ Raseri. – Musimy zg³adziæ Da-

ke’a i jego psa. Inaczej nigdy nie zaznamy spokoju.

 – Ale¿ wszyscy mo¿emy zgin¹æ! – zaprotestowa³ Sab.

Conan spojrza³ na czterorêkiego.

background image

– 140 –

– Czy¿ œmieræ nie jest lepsza od ¿ycia w niewoli i spe³niania

ka¿dej zachcianki Dake’a?

Tro i Sab porozumieli siê wzrokiem. Kocica lekko skinê³a g³ow¹.

 – Jasne – odrzek³ czterorêki. – Jesteœmy z tob¹.

 – Ja te¿ – dorzuci³ Penz.

G³os zabra³ Fosull.

– Wprawdzie mo¿na by zwabiæ ich na bagna, gdzie rozprawili-

by siê z nimi moi wojownicy, jednak zgadzam siê z Conanem.

 – Im szybciej pozbêdziemy siê Dake’a, tym lepiej – mrukn¹³

Raseri.

 – Musz¹ zostawiæ konie, ¿eby wdrapaæ siê za nami na tamte

wysokie zbocza – powiedzia³ Conan. – Jeœli znajdziemy dobre miej-

sce do obrony, uzyskamy przewagê. Ruszajmy.

Choæ Cymmerianin nie by³ najstarszy i zapewne nie najm¹drzej-

szy ze wszystkich, reszta uzna³a jego przywództwo. Wiedzieli, ¿e

jest doœwiadczonym wojownikiem. Conan wcale nie mia³ pewnoœci,

czy zdo³a pokona栜cigaj¹cych, ale nie zamierza³ rezygnowaæ z oka-

zji wypróbowania na nich swego miecza. Pozostawa³ prosty wybór:

wygraæ lub przegraæ, prze¿yæ albo zgin¹æ. Zdawa³ sobie sprawê z nie-

bezpieczeñstwa, lecz ³atwo siê z tym pogodzi³. Wynik walki bêdzie

zale¿a³ od jego umiejêtnoœci. Czy¿ mo¿na znaleŸæ lepszy sposób

sprawdzenia siê ni¿ rzucenie na szalê w³asnego ¿ycia?

Gdy wspinali siê coraz wy¿ej i wy¿ej, Raseri uœmiecha³ siê do

siebie. Sprawy same uk³ada³y siê tak dobrze, jakby on sam nimi kie-

rowa³. Kiedy tylko Dake, Conan i dziwol¹gi zgin¹ – zatryumfuje.

Niewa¿ne, jak umr¹. Ale wkrótce z pewnoœci¹ dokonaj¹ ¿ywota. Czy

polegn¹ w walce, czy padn¹ od trucizny – to bez znaczenia.

Fosull doszed³ do wniosku, ¿e perspektywa walki nawet mu od-

powiada. Ludzie pozabagienni byli silniejsi, za to stanowili wiêksze

cele dla w³óczni. Rzecz jasna, bêdzie musia³ ogl¹daæ siê za siebie,

ale lepiej dzia³aæ, ni¿ odejœæ st¹d i ju¿ zawsze wêdrowaæ donik¹d.

Czy bogowie mu pomog¹, czy nie, bez w¹tpienia ¿ywi¹ do niego

trochê ciep³ych uczu栖 tego by³ pewien. Oczywiœcie jego bogowie

s¹ daleko, lecz ludzie pozabagienni pewnie maj¹ w tych górach kil-

ku swoich, których mo¿na by wezwaæ? A zatruta w³ócznia rzucona

z bliskiej odleg³oœci nie zmieni kierunku lotu, chyba ¿e bogowie przy-

background image

– 141 –

³o¿¹ do tego rêkê. Jeœli wódz Vargów ciska sw¹ dzidê, co najmniej

jeden z wrogów ginie, to pewne.

Kreg podjecha³ do Dake’a. Pokryty warstw¹ czerwonawego py³u

wygl¹da³ gorzej ni¿ przedtem.

Mag popatrzy³ na umorusanego asystenta.

– No i...?

 – Zapuœcili siê w góry. Szlak jest w¹ski, stromy i kamienisty.

Nie dla koni.

Dake spojrza³ na Capeyê. Kupiec drzema³ w siodle, ko³ysz¹c

siê w rytm kroków wierzchowca. Nagle ockn¹³ siê.

– Co? Co siê sta³o?

 – Wkrótce bêdziemy musieli zsi¹œæ z koni – wyjaœni³ czaro-

dziej. – I œcigaæ ich pieszo.

Capeya lekcewa¿¹co machn¹³ rêk¹.

– Nie urodzi³em siê na koñskim grzbiecie. Potrafiê chodziæ jak

ka¿dy.

 – Nigdy w to nie w¹tpi³em.

 – Za kilka godzin zrobi siê ciemno – powiedzia³ kupiec. – Tam-

ci z pewnoœci¹ przerw¹ wspinaczkê. Moi ludzie maj¹ pochodnie, wiêc

dogonimy zbiegów.

 – Jesteœ wytrawnym ³owc¹ – pochwali³ Dake.

 – A tak. Moim ofiarom rzadko udaje siê umkn¹æ.

Mag odwróci³ siê do Krega.

– Wracaj na szlak. Ka¿ ludziom uwi¹zaæ zwierzêta i rozbiæ obóz.

Jeœli Capeya pozwoli, zostawimy kogoœ przy koniach do naszego

powrotu.

Kupiec skin¹³ g³ow¹ i asystent odjecha³.

 – Wkrótce bêd¹ nasi – zapewni³ Capeya. – Znajd¹ siê w pu³ap-

ce jak osaczone dziki.

 – Z pewnoœci¹. Ale musimy uwa¿aæ. Dziki nie zrzucaj¹ g³azów

na myœliwych.

 – Masz racjê.

Kiedy s³oñce poczê³o chyliæ siê ku zachodowi, Conan i jego to-

warzysze znaleŸli to, czego szukali. Krêty, górski szlak wydeptany

przez zwierzêta doprowadzi³ ich do bardzo w¹skiej i stromej œcie¿-

ki. Odchodzi³a w bok i piê³a siê wysoko a¿ do rozleg³ej skalnej pó³ki

background image

– 142 –

o powierzchni du¿ej chaty, mo¿e nawet ma³ej gospody. Wdrapanie

siê tam wymaga³o nie lada umiejêtnoœci i ostro¿noœci; ludzie to nie

górskie kozice. Tylko nadzwyczaj dobry ³ucznik móg³by wypuœciæ

ze szlaku strza³ê, która dolecia³aby do skalnego wystêpu.

Cymmerianin wspi¹³ siê do krawêdzi pó³ki. Powy¿ej wznosi³o siê

niemal pionowe zbocze, wysokie na kilkaset kroków. Nie by³o sposo-

bu, by wejœæ tam inaczej ni¿ œcie¿k¹. Chyba ¿e ktoœ okr¹¿y³by górê

i dotar³ na szczyt z drugiej strony, co zajê³oby dzieñ lub dwa. Albo

potrafi³by lataæ. Ale œcigaj¹cy ich ludzie nie mieli ani czasu, ani skrzy-

de³. Miejsce doskonale nadawa³o siê do obrony. Atakuj¹cy musieliby

pi¹æ siê gêsiego, a fa³szywy krok grozi³ zeœlizniêciem siê w dó³.

Conan zszed³ z powrotem na szlak.

–  Wkrótce  zapadnie  noc.  Tam  rozbijemy  obóz –  powiedzia³,

wskazuj¹c pó³kê. – Nikt nie zaprotestowa³, wiêc Cymmerianin ci¹-

gn¹³ dalej. – Zobaczê, czy uda mi siê upolowaæ kilka królików lub

inn¹ drobn¹ zwierzynê. Przez ten czas wdrapcie siê na skalny wy-

stêp. Mo¿ecie nazbieraæ trochê kamieni na wypadek, gdybyœmy mieli

nieproszonych goœci.

Kiedy grupka uciekinierów rozpoczê³a ryzykown¹ wspinaczkê,

barbarzyñca ruszy³ na poszukiwanie kolacji.

Ma³e ognisko wystarczy³o do upieczenia dwóch królików i trzech

wiewiórek ziemnych. Posi³ek nie by³ obfity, ale burczenie w pustych

¿o³¹dkach usta³o. Po drodze kilkakroæ gasili pragnienie w górskich

strumykach, lecz brak po¿ywienia zacz¹³ dawaæ siê im we znaki.

Po jedzeniu Raseri podszed³ do krawêdzi pó³ki. Fosull i Vilken sie-

dzieli z dala od niego i rozmawiali szeptem. Penz pokazywa³ bliŸnia-

kom sztuczki z lin¹. Tro i Sab przytulali siê do siebie pod skaln¹ œcian¹.

Teyle wyssa³a szpik z koœci i cisnê³a j¹ w ogieñ. Conan prze¿u-

wa³ ostatni kês miêsa.

 – Jeszcze nie mia³am okazji podziêkowaæ ci za uwolnienie nas

i uratowanie honoru mojej siostry – odezwa³a siê olbrzymka.

 – Nie ma o czym mówiæ.

 – Wrêcz przeciwnie. – Teyle wzdrygnê³¹ siê.

 – Zimno ci?

 – Trochê.

Conan przysun¹³ siê bli¿ej i otoczy³ dziewczynê ramieniem, na

ile zdo³a³ siêgn¹æ. Ul¿y³a jego bol¹cemu cia³u i by³a niewiast¹, wiêc

przynajmniej móg³ spróbowaæ j¹ ogrzaæ.

background image

– 143 –

 – Mój ojciec pragnie twojej œmierci tak samo jak œmierci Da-

ke’a – rzek³a.

 – Tak?

 – Bardzo zale¿y mu na tym, by nikt nigdy nie odnalaz³ Jatte.

 – Przecie¿ ma napój sprowadzaj¹cy zapomnienie, wiêc...?

Wzruszy³a ramionami.

– Nigdy nie s³ysza³am o czymœ takim.

Conan spojrza³ w stronê Raseriego.

Teyle zorientowa³a siê, ¿e powiedzia³a za du¿o.

– Jest szamanem, wiêc oczywiœcie zna zio³a, o których ja nie

mam pojêcia – dorzuci³a szybko. – No i da³ s³owo.

Jej lojalnoœæ wobec ojca by³a godna pochwa³y, ale Conana by-

najmniej nie uspokoi³o to pospieszne oœwiadczenie. Nie móg³ zapo-

mnieæ, ¿e Raseri z przyjemnoœci¹ zamêczy³by go na œmieræ w imiê

swojej „filozofii naturalnej”. Na ile mo¿na ufaæ komuœ takiemu? Co

warte jest jego s³owo? Wiara w dobre zamiary Teyle zaprowadzi³a

Conana do klatki. Wprawdzie póŸniej uzna³, ¿e mo¿e polegaæ na

olbrzymce, ale nie powiedzia³by tego o Raserim.

¯ycie nauczy³o Cymmerianina, ¿e ludzie zbyt powa¿nie traktu-

j¹cy swe obowi¹zki potrafi¹ byæ bardzo niebezpieczni.

Coœ obudzi³o Conana z drzemki. Ogieñ dawno wygas³, resztki

drewna ¿arzy³y siê tylko i lekko dymi³y. Wœród ska³ panowa³ nocny

ch³ód. Wszyscy spali. Cymmerianin usiad³ i rozejrza³ siê.

Niskie, ciê¿kie chmury przys³ania³y wiêkszoœæ gwiazd i ksiê¿yc.

Powietrze sta³o w bezruchu.

Co przerwa³o barbarzyñcy sen...?

Daleko w dole, na szlaku, b³ysnê³o nik³e, pomarañczowe œwia-

te³ko. Po chwili pojawi³y siê nastêpne. Conan rozpozna³ pochodnie.

Grupa ludzi wolno pokonywa³a kolejne zakrêty. Byli mo¿e godzinê

drogi st¹d, lecz nieprzerwanie piêli siê do góry.

Cymmerianin potrz¹sn¹³ Teyle.

 – Co...?

 – Nadchodz¹ nieproszeni goœcie. Zobacz.

Z ty³u us³ysza³, jak inni zaczynaj¹ wstawaæ. Obudzi³a ich cicha

rozmowa lub mo¿e tak¿e instynktowne przeczucia.

Penz przysun¹³ siê bli¿ej.

– S¹ albo bardzo odwa¿ni, albo bardzo g³upi, ¿eby iœæ przez

góry po ciemku tak niebezpieczn¹ tras¹.

background image

– 144 –

Tro podesz³a do krawêdzi pó³ki. Popatrzy³a w ciemnoœæ i wróci³a.

– S¹ za daleko, ¿ebym mog³a dok³adnie policzyæ, ale jest ich co

najmniej piêtnastu, mo¿e wiêcej.

 – Zatem w twojej pu³apce zginê³o niewielu – stwierdzi³ Penz.

 – Szkoda. Myœla³em, ¿e pójdzie lepiej – odrzek³ Conan.

 – I co teraz? – spyta³a Teyle.

 – Zaczekamy.

 – Mo¿e bêdziemy mieæ szczêœcie i nas nie zauwa¿¹? – odezwa-

³a siê Morja.

 – Gdyby poszli dalej, wrócilibyœmy na dó³ i ukradli im konie –

doda³ jej brat.

 – Nie – odpar³ Raseri. – Wybraliœmy to miejsce, by stoczyæ walkê.

Chyba powinniœmy daæ im znaæ, gdzie jesteœmy. Co ty na to, Conanie?

Cymmerianin zgodzi³ siê z wodzem Jatte. – Noc¹ nie wdrapi¹

siê tutaj, to pewne. Bêd¹ musieli zaczekaæ do œwitu. Kiedy dojd¹ do

œcie¿ki i przystan¹, kolejny grad kamieni dobrze im zrobi.

Na skalnej pó³ce le¿a³o niewiele luŸnych g³azów. W dodatku,

jedne by³y zbyt ma³e, inne zbyt du¿e, ¿eby spe³ni³y swoje zadanie.

Jednak wokó³ wala³o siê trochê od³amków wielkoœci piêœci czy na-

wet g³owy. Ka¿dy z uciekinierów zebra³ po kilka. Krz¹tali siê jak

najciszej, co nie by³o ³atwe w ciemnoœci.

 – Na mój rozkaz rzucajcie kamienie, jak szybko potraficie. Celujcie

w pochodnie, jeœli nie zobaczycie nic innego. Zostawcie trochê na rano.

Conan œcisn¹³ w prawej d³oni od³amek niewiele wiêkszy od jego

piêœci. W lewej mia³ w pogotowiu drugi, mniejszy. Jeœli dopisze im

szczêœcie, roztrzaskaj¹ kilka czaszek lub str¹c¹ ze szlaku trzech czy

czterech ludzi. Liczy siê ka¿de os³abienie wroga.

Patrzyli na wspinaj¹cy siê ku nim poœcig. Conan wiedzia³, ¿e

trzeba dzia³aæ szybko. Nie przetrwaj¹ d³ugiego oblê¿enia – nie wy-

starczy im ¿ywnoœci, a woda ju¿ jest na wyczerpaniu. Za dzieñ lub

dwa wszystko musi siê skoñczyæ.

W ten czy inny sposób.

24

¯o³nierz id¹cy tu¿ przed Dakiem jêkn¹³ i nagle polecia³ g³o-

w¹ w dó³. Dr¹c siê na ca³e gard³o, stoczy³ siê ze zbocza. Na szla-

ku pozosta³a tylko pochodnia. Co siê dzieje?! Co to za ³oskot?

background image

– 145 –

Mag raptem zda³ sobie sprawê, ¿e z góry spadaj¹ kamienie!

 – S¹ nad nami! – wrzasn¹³. – Kryæ siê!

£atwiej by³o wydaæ ten rozkaz, ni¿ go wykonaæ. Z jednej strony

zdradliwego szlaku wyrasta³a tylko naga, skalna œciana. Z drugiej

opada³a stroma pochy³oœæ. Skok w dó³ grozi³ zsuniêciem siê na dno

przepaœci i groŸnym zranieniem lub œmierci¹.

Najemnik za Dakiem wykrzykn¹³ g³oœne przekleñstwo i upad³

z przetr¹con¹ nog¹. W œwietle pochodni mag ujrza³ nag¹ koœæ z³a-

manej koñczyny.

Mê¿czyŸni nios¹cy p³on¹ce ¿agwie pojêli w mig, ¿e s¹ dobrze

widocznym celem. Cisnêli je daleko od siebie i wokó³ zapad³a ciem-

noœæ, co tylko wzmog³o panikê.

 – Ty durniu! – rykn¹³ Capeya, gdy wpad³ na niego jeden z lu-

dzi, który rzuci³ siê do ucieczki. – Ka¿ê ciê wypatroszyæ, poæwiarto-

waæ i... hrrrr...

G³os uwi¹z³ w krtani kupca. Capeya nie dokoñczy³ gróŸb. Ska³a

wielkoœci ludzkiej g³owy roztrzaska³a mu czaszkê niczym piêœæ sko-

rupkê jajka.

W ten oto sposób Dake straci³ bogatego patrona.

 – Niech ciê Set przeklnie! – wrzasn¹³ mag w ciemnoœæ. Siê-

gn¹³ do pasa i wyszarpn¹³ z sakwy Flaszkê B³yskawic. – Zas³oñcie

oczy!

Wypowiedzia³ dwa z trzech magicznych s³ów i odkorkowa³ bu-

telkê. Rzuci³ j¹ do góry, jak najwy¿ej móg³, i dokoñczy³ zaklêcie.

Conan by³ zadowolony, widz¹c kilka pochodni spadaj¹cych ze

zbocza. Pierwszy atak zakoñczy³ siê powodzeniem. Kamieñ to do-

bra broñ, jeœli umie siê j¹ wykorzystaæ; na du¿¹ odleg³oœæ lepsza od

miecza...

Wtem poœród krzyków rannych i przera¿onych us³ysza³ jakby

znajomy g³os.

 – Zas³oñcie oczy! – dobieg³o z do³u.

Czy to nie Dake? I czy Penz, Tro i Sab nie wspominali o zaklê-

ciu, które oœlepia?

Conan ledwo zd¹¿y³ siê odwróciæ i zacisn¹æ powieki. Mimo to,

jego Ÿrenice porazi³ przeraŸliwie jasny blask. Wokó³ zrobi³o siê bia-

³o. W oczach zawirowa³y mu czarne punkty.

Œwiat³o zgas³o tak szybko, jak siê pojawi³o. Conan otworzy³ oczy.

Widzia³ dobrze, choæ plamy jeszcze ca³kiem nie zniknê³y.

10 – Conan groŸny

background image

– 146 –

Inni mieli mniej szczêœcia.

 – Na Zielonego Boga, straci³em wzroku! – wykrzykn¹³ Fosull.

 – Ja te¿! – zawtórowa³ mu Vilken.

Wszyscy zostali mniej lub bardziej oœlepieni. Jedni nie us³yszeli

okrzyku, inni nie pojêli w porê, na co siê zanosi. Tylko czterorêki

widzia³ równie dobrze jak Conan, bo dwiema d³oñmi zdo³a³ zakryæ

oczy.

Obaj cisnêli ostatnie kamienie i pospieszyli na pomoc towarzy-

szom. Bali siê, ¿eby ktoœ poruszaj¹c siê na oœlep nie spad³ z pó³ki.

 – Ani kroku! – zawo³a³ Conan. – Ja i Sab zabierzemy was z kra-

wêdzi.

Dake  zauwa¿y³,  ¿e  grad  kamieni  usta³.  Kiedy  dwa  ostatnie

od³amki spad³y daleko za nim, uœwiadomi³ sobie, ¿e musia³ oœlepiæ

atakuj¹cych. Utrata wzroku trwa³a zaledwie kilka minut – z pew-

noœci¹ za krótko, by zdo³a³ zebraæ ludzi i przypuœciæ szturm. Po-

dejrzewa³, ¿e gdyby nawet dok³adnie zna³ pozycjê zbiegów, nie

by³oby ³atwo dotrzeæ tam i pochwyciæ drani. W ka¿dym razie, nie

po ciemku.

Czyjaœ postaæ zamajaczy³a na szlaku. Ktoœ szed³ w jego kie-

runku.

 – Dake?

Kreg. Wygl¹da³o na to, ¿e jeœli którykolwiek z bogów czuwa³

dot¹d nad tym pó³g³ówkiem, jeszcze nie zrezygnowa³ z opieki.

 – To oni? – zapyta³ Kreg.

 – Owszem. Chyba ¿e króliki albo wiewiórki nabra³y zwyczaju

ciskania w ludzi kamieniami.

 – Co zrobimy?

 – Na razie nic. Wstrzymali atak. Wkrótce siê rozwidni. Kiedy

zaczniemy ich widzieæ, zdecydujemy, co dalej.

 – Aha...

O brzasku Dake wychyli³ siê zza ska³y i spojrza³ w górê.

Ze zbocza wystawa³a rozleg³a pó³ka. Wygl¹da³a jak dziób stat-

ku. Choæ z do³u nie móg³ nikogo dostrzec, postawi³by z³otego solo-

na przeciw miedziakowi, ¿e to kryjówka zbiegów.

Dostanie siê tam i pojmanie ich wydawa³o siê piekielnie trudne.

Do wystêpu prowadzi³a bardzo w¹ska i stroma œcie¿ka us³ana luŸny-

background image

– 147 –

mi, drobnymi kamykami. Poœlizniêcie siê na ¿wirze grozi³o fatalnym

upadkiem.  Dake  nie  mia³  ochoty  na  niebezpieczn¹  wspinaczkê,

zw³aszcza wœród lec¹cych g³azów.

Sprawy nie uk³ada³y siê po jego myœli. Chowa³ w rêkawie ostat-

niego asa, a wykorzystanie go wi¹za³o siê z du¿ym ryzykiem: by³o

to jedno z kilku nie wypróbowanych jeszcze zaklêæ. Wygra³ je w ko-

œci od pewnego zrujnowanego czarodzieja z Zingary. Wed³ug zapew-

nieñ pechowego gracza, czar potrafi³ unieœæ nawet wo³u na ka¿d¹

wysokoœæ, choæby do samego ksiê¿yca. Dake nie bardzo w to wie-

rzy³, ale dwa inne zaklêcia pochodz¹ce z tego samego Ÿród³a dzia³a-

³y jak nale¿y. To w³aœnie jedno z nich da³o mu w³adzê nad dziwol¹-

gami.

Nawet, jeœli nie zosta³ oszukany, sztuczka mia³a wadꠖ móg³

siê unieœæ tylko raz. Poprzedni w³aœciciel zaklêcia twierdzi³ bowiem,

i¿ potrzeba do tego ca³ej mocy magicznej drzemi¹cej w najbli¿szych

z³o¿ach czarodziejskiej energii, a gdy siê j¹ uwolni, spala siê niczym

æma w p³omieniu œwiecy.

Gdyby zdo³a³ wzlecieæ w pobli¿e zbiegów, ponownie rzuci³by

na nich zniewalaj¹ce zaklêcie. Z drugiej strony, nie uœmiecha³o mu

siê wisieæ w powietrzu jako cel dla kamieni i w³óczni.

Nie, to na nic. Pomys³ by³by dobry tylko wtedy, gdyby Dake

móg³ odwróciæ ich uwagê, kiedy siê wzniesie. Jeœli zajm¹ siê czymœ

i nie zauwa¿¹ lataj¹cego napastnika, nieœwiadomie wpadn¹ w jego

rêce. Inaczej szkoda marnowaæ magii.

O ile czarodziej z Zingary nie k³ama³, rzecz jasna.

Dake cofn¹³ siê i pod os³on¹ ska³y wydoby³ z sakwy magiczny

przedmiot potrzebny do lewitacji. By³ to ma³y ptak wyrzeŸbiony

w czarnym, twardym drewnie. Na piersi mia³ wyryte runy wyzwala-

j¹ce moc. Mag przyjrza³ siê symbolom i przypomnia³ sobie ich treœæ.

Skoro zaklêcie mo¿e unieœæ wo³u, to z pewnoœci¹ równie¿ jego wraz

z durnym asystentem. Wystarczy na chwilê odwróciæ uwagê zbie-

gów.

W porz¹dku. Tak zrobi.

Dake uœmiechn¹³ siê szeroko. Nim s³oñce dojdzie do najwy¿-

szego punktu nieba, bêdzie po wszystkim.

 – Co widzisz? – zapyta³ Raseri.

Conan schowa³ siê za krawêdŸ pó³ki. Dwa kroki od niego po-

szybowa³a w górê strza³a, ale opad³a z powrotem pod w³asnym ciê-

background image

– 148 –

¿arem. Z tak znacznej odleg³oœci trafienie nie wyrz¹dzi³oby nikomu

wiêkszej szkody ni¿ uk³ucie komara, jednak ³ucznicy wci¹¿ strzelali.

 – Wiêkszoœæ siedzi w ukryciu – odpowiedzia³. – Teraz ju¿ nie-

jeden mo¿e zobaczyæ nasze kamienie, wiêc nie warto ich marnowaæ.

Chwilowe oœlepienie minê³o, co zreszt¹ przepowiedzia³ Penz,

i wszyscy znów widzieli równie dobrze jak przedtem. Mimo to, Co-

nan kaza³ kompanom trzymaæ siê z daleka od skraju pó³ki. Po co

dawaæ tym na dole okazjê do policzenia zbiegów?

 – Myœlisz, ¿e zaatakuj¹? – spyta³ Oren, którego wyraŸnie pod-

nieca³a ta perspektywa.

 – Kto wie? – odrzek³ Cymmerianin. – Na ich miejscu nie pró-

bowa³bym. Zaczeka³bym i wzi¹³ nas g³odem. Tyle ¿e nie wiedz¹,

czy mamy doœæ wody i po¿ywienia, a ich zapasy te¿ mog¹ siê wy-

czerpaæ.

 – Zatem czekamy, hê? – odezwa³ siê Fosull. – Wcale mi siê to

nie podoba.

 – Ani mnie – przyzna³ Conan. – Ale czekanie jest niekiedy naj-

lepszym wyjœciem. Pozwala unikn¹æ b³êdu, natomiast przeciwnik

mo¿e w tym czasie zrobiæ fa³szywy krok.

 –  Jak  d³ugo...? –  zaczê³a  Teyle  i nagle  urwa³a.  Rozleg³  siê

dŸwiêk, jakby coœ wilgotnego plasnê³o o ska³ê. Potem tych odg³o-

sów by³o coraz wiêcej. Deszcz ropuch!

Mog³y sobie byæ iluzj¹, ale kiedy spada³y, robi³y wra¿enie praw-

dziwych. Jedna wyl¹dowa³a Conanowi na karku. Strz¹sn¹³ j¹ szyb-

ko. Na Croma, co Dake’owi da ta dziecinada?

Poni¿ej, dziewiêciu mê¿czyzn zdolnych do walki popatrzy³o na

maga, jakby straci³ rozum.

 – Chcesz, panie, ¿ebyœmy wdrapali siê t¹ œcie¿ynk¹ na górê?!

Pod gradem kamieni?! Co za durny pomys³! – powiedzia³ jeden.

 – Bez w¹tpienia g³upi – podchwyci³ drugi. – Czemu nie mieli-

byœmy roz³o¿yæ siê tu obozem i zaczekaæ? Przecie tamci nie bêd¹

tkwiæ na skale wiecznie.

 – Nie mam zamiaru czeka栖 oœwiadczy³ Dake. – Rozpoczy-

nam atak. Patrzcie!

Mê¿czyŸni zadarli g³owy. Niebo nad szczytem wzniesiena po-

ciemnia³o i w dó³ polecia³y jakieœ pecyny. Jedna spad³a miêdzy zdu-

mionych stra¿ników.

 – Atakujesz ich ropuchami, panie?

background image

– 149 –

 – W rzeczy samej. A na górê poprowadzi was demon. Przygl¹-

dajcie siê!

Mag wypowiedzia³ zaklêcie i przywo³a³ czerwonego potwora.

Na widok zjawy najemnicy cofnêli siê przera¿eni i poczêli mam-

rotaæ imiona swych bogów.

 –  Skoro  mo¿esz  wys³aæ  tam  coœ  podobnego... –  przemówi³

w koñcu jeden – to po co ci my?

Dake nie móg³ odmówiæ mu s³usznoœci, ale nie mia³ czasu na

wyjaœnienia.

– Mam swoje powody.

 – Byæ mo¿e, przyjacielu, ale nasz pan nie ¿yje. A nie przypomi-

nam sobie, by przekaza³ tobie dowództwo nad stra¿¹. Nawet z two-

im tresowanym demonem taki atak to samobójstwo!

Dake zdumia³ siê. Od kiedy ci durnie tak siê znaj¹ na taktyce?

Przedtem wydawali siê mniej rozgarniêci. Niewa¿ne. Zaatakuj¹, czy

im siê to podoba, czy nie. Celowo zebra³ ich razem, by zaklêcie na-

kazuj¹ce pos³uszeñstwo dosiêg³o wszystkich. Jeszcze nigdy nie pró-

bowa³ zniewoliæ dziewiêciu jednoczeœnie, ale dopóki stoj¹ st³ocze-

ni, powinno siê udaæ.

Zacz¹³ szybko wypowiadaæ magiczne s³owa, uwa¿aj¹c, ¿eby siê

nie pomyliæ.

 – Hej, a to co? – odezwa³ siê trwo¿liwie jeden z wojaków. – Co

siê dzie...?

Nie dokoñczy³. Natomiast Dake zd¹¿y³ dopowiedzieæ zaklêcie do

koñca i ca³a dziewi¹tka znalaz³a siê we w³adaniu czaru. – Cicho, durnie!

 – Ropuchy przesta³y spadaæ! – zawo³a³ z daleka Kreg.

Mag lekcewa¿¹co machn¹³ rêk¹.

– Niewa¿ne.

Da³ znak i demon pocz¹³ w³aziæ na górê. By³ tylko iluzj¹, wiêc

nie przeszkadza³a mu stromizna. W istocie, wygl¹da³ przera¿aj¹co,

lecz ci na pó³ce wiedzieli, czym naprawdê jest – niegroŸn¹ zjaw¹.

Nie szkodzi.

 – Ruszajcie za nim i schwytajcie zbiegów! Ju¿! – rozkaza³ Dake.

Wbrew swojej woli dziewiêciu mê¿czyzn rozpoczê³o niebez-

pieczn¹ wspinaczkê.

 – Nadchodzi czerwony demon – uprzedzi³ Penz.

 – Musimy siê go obawiaæ? – zapyta³ Fosull.

 – Nie, ojcze. To tylko iluzja.

background image

– 150 –

 – Po co Dake go wys³a³? – zastanowi³ siê g³oœno Conan. – Prze-

cie¿ wie, ¿e znamy tê sztuczkê.

 – Mo¿e ma os³aniaæ tych, co id¹ za nim – podpowiedzia³ Penz. –

Patrzcie.

Wszyscy podeszli do krawêdzi i spojrzeli w dó³. Dziewiêciu lu-

dzi wspina³o siê gêsiego œcie¿k¹.

 – Przygotujcie kamienie – poleci³ Conan.

 – Têdy! – rozkaza³ Kregowi Dake. – Prêdzej!

 – Co zrobimy?

Obaj pobiegli szlakiem za najbli¿szy zakrêt.

 – Odwróæ siê i schyl grzbiet, ¿ebym móg³ na ciebie wsi¹œæ –

powiedzia³ mag.

Asystent rozdziawi³ usta ze zdumienia, ale pos³ucha³. Dake wlaz³

mu na plecy z drewnianym ptakiem w zaciœniêtej d³oni. Opasa³ ra-

mieniem pierœ Krega i œcisn¹³ go kolanami, by nie spaœæ.

 – Nic nie rozumiem.

 – Zaraz bêdziemy na górze.

 – Myœlisz, ¿e dam radê ciê wnieœæ?

 – Zamilcz, g³upcze! Magia nas uniesie. Jak oderwiemy siê od

ziemi, wyci¹gnij rêce i trzymaj siê zbocza. Uwa¿aj, ¿eby nas nie zo-

baczyli. Chcê siê do nich podkraœæ.

 – Aha...

Dake wypowiedzia³ s³owa zaklêcia zapisanego runami, kieruj¹c

czarodziejsk¹ energiê na Krega. Przez chwilê nic siê nie dzia³o.

 – Uda³o siê! – wykrzykn¹³ nagle asystent.

 – Rzecz jasna, têpaku! Przecie¿ mówi³em.

Wbrew w³asnym s³owom, mag wcale nie by³ pewien, czy zaklê-

cie zadzia³a. Ze zdumieniem poczu³, ¿e nogi Krega odrywaj¹ siê od

ziemi i obaj unosz¹ siê niczym b¹belki powietrza w kuflu piwa.

 – Trzymaj siê tu¿ przy zboczu!

Asystent pos³usznie chwyta³ siê palcami ska³y jak nurek p³yn¹-

cy wzd³u¿ dna stawu.

Zatem stary czarownik nie k³ama³. Cudom nie ma koñca!

Kamienie miotane muskularnym ramieniem Cymmerianina zmu-

si³y czterech atakuj¹cych do odwrotu. Pozostali uchylali siê przed

rzutami jego towarzyszy.

background image

– 151 –

 – Czy to wszyscy? – spyta³ Fosull, bior¹c zamach. Skalny od³a-

mek polecia³ niezbyt daleko, odbi³ siê od zbocza i nie wyrz¹dzi³

krzywdy ¿adnemu z piêciu mê¿czyzn.

 – Chyba tak – odrzek³ Raseri.

 – Nie widzê Dake ani Krega – zauwa¿y³ Conan.

 – Mo¿e noc¹ zaczêli wdrapywaæ siê z innej strony – podsunê³a

Teyle.

 – Nie s¹dzê.

 – Nie zaryzykowaliby – powiedzia³ Penz.

 – Ci ¿o³nierze musz¹ byæ bardzo odwa¿ni albo bardzo g³upi –

stwierdzi³ Raseri. Jego kamieñ w³aœnie trafi³ jednego w pierœ i pe-

chowiec stoczy³ siê w dó³.

 – Albo zniewoleni zaklêciem – mruknê³a Tro.

Dake nie wiedzia³, jak d³ugo magia utrzyma ich w powietrzu.

Mia³  tylko  nadziejê,  ¿e,  zd¹¿y  zaskoczyæ  zbiegów.  Pociesza³  siê

myœl¹, ¿e nie jest zbyt wysoko nad zboczem i w razie upadku wyl¹-

duje miêkko na Kregu.

Wznieœli siê powy¿ej poziomu skalnej pó³ki i zobaczyli ucieki-

nierów rzucaj¹cych kamieniami w atakuj¹cych. Teraz trzeba by³o

lecieæ niemal poziomo, by dotrzeæ do celu.

 – Ostro¿nie, ostro¿nie...

Poni¿ej, czerwony demon wdrapa³ siê na krawêdŸ wystêpu i sta³

ca³kiem bezu¿yteczny. Conan i reszta ignorowali go zupe³nie. Prze-

chodzili nawet przez niego, nie mówi¹c o kamieniach przelatuj¹cych

na wylot przez zjawê. Tuziny ropuch podskakiwa³y jeszcze bez po-

trzeby. Wkrótce obie iluzje mia³y znikn¹æ.

 – Tam. Kieruj siê na tamten wielki g³az na tylnym skraju pó³ki.

Kreg wykona³ rozkaz. Gdy zbli¿yli siê do skalnego bloku,

blondyn uchwyci³ siê go mocno. Dake zeskoczy³ z pleców wier-

nego  s³ugi.  Uwolniony  od  ciê¿aru  asystent  omal  nie  odlecia³

w przestrzeñ. Zacisn¹³ d³onie na skale i zamacha³ nogami w po-

wietrzu.

 – Hej! Na pomoc!

 – Cicho, durniu! – sykn¹³ mag.

 – Ale... jakbym nic nie wa¿y³!

 – Poczekaj chwilê. Z³apiê tamtych i wrócê do ciebie.

 – Ale... ale...

 – Powiedzia³em, zamknij gêbê!

background image

– 152 –

Dake skrada³ siê szybko do dziwol¹gów i przeklêtego barbarzyñ-

cy. Ca³a grupka zgromadzi³a siê na krawêdzi pó³ki i by³a zajêta ata-

kowaniem wspinaj¹cych siê ludzi. Jeszcze kilka kroków i jego ofia-

ry znów zniewoli magiczna moc...

Chyba szósty zmys³ ostrzeg³ Conana przed niebezpieczeñstwem.

Cymmerianin odwróci³ siê i zobaczy³ za plecami Dake’a.

 – Z ty³u, za nami! – krzykn¹³. – Rozdzielcie siê!

Jednoczeœnie odskoczy³ w bok, by znaleŸæ siê jak najdalej od innych.

Dake podchodzi³ coraz bli¿ej. Mamrota³ szybko jakieœ niezrozu-

mia³e s³owa. Grupka próbowa³a rozbiec siê w ró¿ne strony. Przera¿o-

ny Oren chwyci³ pierwszy lepszy kamyk i z ca³ej si³y cisn¹³ w maga.

Dake wypowiedzia³ ostatnie s³owa zaklêcia i niewidzialna sieæ

opad³a na dziwol¹gi. Nie dosiêg³a tylko Conana.

 – Nie ruszaæ siê! – rozkaza³ mag tym, których zdo³a³ uwiêziæ.

Zamarli pos³usznie jak ¿ywe pos¹gi.

Na jego nieszczêœcie rozkaz nie powstrzyma³ nadlatuj¹cego ka-

mienia. Ma³y lecz ostry kawa³ek ska³y ugodzi³ go w usta. Zgruchota³

dwa przednie zêby i rozci¹³ wargi.

Dake skrzywi³ siê i otar³ krew. Niewa¿ne. Ch³opak odpowie mu

za to. PóŸniej. Teraz trzeba rzuciæ czar na Conana. Niech skoczy

z pó³ki na pewn¹ œmieræ!

Mag ruszy³ ku swej ostatniej ofierze. Cymmerianin doby³ mie-

cza i pocz¹³ siê cofaæ. Nadaremnie. Dake po raz drugi zacz¹³ wyg³a-

szaæ tajemn¹ formu³ê.

Przy czwartym s³owie poj¹³ nagle, ¿e nie jest w stanie go wymó-

wiæ! Œlini³ siê, plu³ krwi¹ i resztkami zêbów, ale tylko coœ sepleni³

szczerbatymi ustami. Wszystko na nic!

Conan przygotowa³ siê na spotkanie ze swym bogiem, ale za-

mierza³ to uczyniæ wymachuj¹c broni¹. Mo¿e zd¹¿y zadaæ szybki

cios,  zanim  czar  zadzia³a.  Wzi¹³  g³êboki  oddech,  uniós³  ramiê

i z okrzykiem rzuci³ siê naprzód.

Dake wpad³ w panikê. Uskoczy³ przed ostr¹ stal¹ i wrzasn¹³ do

jeñców. Chcia³ im rozkazaæ: „Braæ go! Zabiæ!”, ale wysz³o z tego:

– Paæ ko! Apiæ!

background image

– 153 –

Nikt siê nie poruszy³.

 – Aaaaa! – wydar³ siê mag.

Cymmerianin zrozumia³, ¿e dzieje siê coœ dziwnego. Nie móg³

siê ju¿ zatrzymaæ i polecia³ przed siebie. Nawet, gdyby zaklêcie za-

dzia³a³o, z rozpêdu wpad³by na Dake’a. Tymczasem mag zamiast go

unieruchomiæ, ucieka³ przed nim!

Conan znalaz³ siê na skraju pó³ki. Omal nie straci³ równowagi

i ratuj¹c siê, wypuœci³ miecz. Broñ spad³a z krawêdzi i utkwi³a kilka

kroków ni¿ej.

Odwróci³ siê twarz¹ do przeciwnika.

Dake wyszarpn¹³ zza pasa d³ugi sztylet i pocz¹³ siê cofaæ.

Cymmerianin by³ zaskoczony. Dlaczego czar nie dzia³a na nie-

go? Przecie¿ Dake jest wystarczaj¹co blisko. Po co siêgn¹³ po broñ,

skoro ma na swoje us³ugi magiê?

Conan uœmiechn¹³ siê. OdpowiedŸ mog³a byæ tylko jedna: z t¹

magi¹ jest coœ nie tak!

 – Straci³eœ moc, ³owco niewolników?

Mag cofa³ siê dalej.

Cymmerianin rozpostar³ ramiona, pochyli³ siê i powoli naciera³.

Dake nagle skoczy³ na niego ze sztyletem wycelowanym w serce.

Conan zrobi³ unik i trzasn¹³ okrutnika w ramiê. Maga odrzuci³o

na bok, ale zdo³a³ siê zamachn¹æ. Koniec ostrza przeci¹³ Conanowi

skórê na piersi.

Piêœæ Cymmerianina trafi³a Dake’a w ¿o³¹dek. Magowi zapar³o

dech, plun¹³ krwi¹ i upuœci³ broñ. Nogi ugiê³y siê pod nim.

Conan nie pozwoli³ mu upaœæ. Pochwyci³ go i uniós³ nad g³ow¹.

Zrobi³ trzy kroki w stronê krawêdzi pó³ki...

 – Neee! – zawy³ szczerbaty Dake. – Neee!

Cymmerianin naprê¿y³ potê¿ne miêœnie, ugi¹³ ramiona i kolana,

po czym cisn¹³ ciemiê¿yciela w dó³.

 – Aaaa...!

Cia³o d³ugo spada³o, zanim trzasnê³o o p³ask¹ ska³ê. Krzyk usta³

niczym uciêty no¿em. Trup Dake’a stoczy³ siê ze zbocza, odbi³ siê

od szlaku i znikn¹³ z widoku.

Czterej najemnicy stoj¹cy jeszcze na stromej pochy³oœci zadarli

g³owy. Nagle musieli sobie przypomnieæ, ¿e maj¹ gdzieœ pilniejsze

sprawy, bo odwrócili siê i zbiegli œcie¿k¹ na ³eb na szyjê. Wypadli

na szlak i nie zwalniaj¹c popêdzili przed siebie.

Conan odwróci³ siê. Towarzysze podchodzili, by mu pogratulowaæ.

Wraz ze œmierci¹ Dake’a czar przesta³ dzia³aæ i odzyskali wolnoœæ.

background image

– 154 –

 – Na pomoc!

Cymmerianin obejrza³ siê. W miejscu, gdzie pó³ka wyrasta³a ze

zbocza, unosi³ siê w powietrzu Kreg.

Penz ruszy³ w tamtym kierunku, okrêcaj¹c nad g³ow¹ linê.

Blondyn wzlecia³ wy¿ej niczym liœæ nad ¿arem ogniska.

Wilko³ak rzuci³ lasso. Pêtla opasa³a ramiona Krega, lecz ten

szarpn¹³ j¹ zbyt pospiesznie. Zsunê³a siê i zacisnê³a na jego szyi.

Asystent zakaszla³. Dusi³ siê. Uchwyci³ jednak sznur i nieco roz-

lu¿ni³ splot.

Wiatr znosi³ Krega poza krawêdŸ pó³ki. Penz zapiera³ siê noga-

mi i naprê¿a³ linê, lecz sam omal nie uniós³ siê w powietrze. Conan

rzuci³ siê na pomoc. Chwyci³ sznur i zacz¹³ ci¹gn¹æ, ale wymaga³o

to wielkiego wysi³ku.

 – SprowadŸcie mnie na dó³! – wrzeszcza³ jasnow³osy!

Conan i Penz ci¹gnêli ze wszystkich si³, lecz efekt by³ mizerny.

Kreg znalaz³ siê wysoko nad najbardziej strom¹ czêœci¹ zbocza.

 – Raseri, pomó¿ nam! – zawo³a³ Conan.

Jatte podbieg³ do kompanów, ale w tym momencie czarodziej-

ska energia utrzymuj¹ca Krega w górze wyczerpa³a siê. Cz³owiek

przypominaj¹cy ptaka na uwiêzi zamieni³ siê nagle w kowad³o na

koñcu sznura. Zamacha³ rêkami i run¹³ w dó³. Puszczaj¹c pêtlê na

szyi, pope³ni³ b³¹d, lecz przy tej szybkoœci spadania i tak nie mia³

szans. Cymmerianin i Penz zdo³ali utrzymaæ linê, choæ mo¿e dla

Krega by³oby lepiej, gdyby zrezygnowali.

Gruby sznur naprê¿y³ siê. Us³yszeli nieprzyjemny trzask. Spoj-

rzeli na siebie. Reszta wychyli³a siê za krawêdŸ pó³ki. Kreg wisia³

w dole niczym na szubienicy.

Twarz Penza wykrzywi³ wilczy uœmiech.

XXV

Ci, którzy najd³u¿ej byli wiêŸniami Dake’a, pierwsi chcieli siê

upewniæ, czy w istocie nie ¿yje. Conan dotar³ na miejsce, gdy Penz

uwa¿nie ogl¹da³ kilka rzeczy osobistych zabranych trupowi.

 – Oprócz wozu i ukrytego w nim sejfu z monetami, niewiele

zyska³ na cudzej krzywdzie – zauwa¿y³ Sab.

 – Teraz ju¿ siê niczego nie dorobi – parsknê³a Tro. – Mam nadzie-

jê, ¿e jego ofiary stan¹ mu na drodze przez Szare Krainy do Gehanny.

background image

– 155 –

 – Jakie macie plany? – zapyta³ Conan. – Nareszcie jesteœcie

wolni.

Tro, Sab i Penz wymienili spojrzenia.

– Chyba powinniœmy wróciæ i zabraæ jego wóz – powiedzia³

Penz. – Jemu ju¿ nie bêdzie potrzebny i chyba nikt nie odmówi nam

prawa do pojazdu. Pojechalibyœmy tam, gdzie nasz wygl¹d nie by³-

by niczym niecodziennym. Mo¿e przy³¹czysz siê do nas, przyjacie-

lu? Czêœæ wozu nale¿y siê tobie.

 – Nie, dziêki. Wolê pójœæ w³asn¹ drog¹. Zabierajcie wóz i mo-

nety Dake’a. Macie moje b³ogos³awieñstwo. – Conan spojrza³ w gó-

rê. Ze zbocza schodzi³a czwórka Jatte i para Vargów. – Myœlicie, ¿e

istnieje miejsce, które chcecie znaleŸæ?

Wilko³ak, kocica i czterorêki wzruszyli ramionami.

Penz popatrzy³ na Conana.

– Kto wie? Powiadaj¹, ¿e na Morzu Zachodnim, u wybrze¿y

Czarnych Królestw, jest wyspa, gdzie zgodnie ¿yj¹ wszystkie wy-

bryki natury. Mo¿e warto siê przekonaæ, czy to prawda? Za pieni¹-

dze Dake’a wyruszymy w podró¿, najmiemy nawet stra¿e, jeœli zaj-

dzie potrzeba. Dziwol¹gów pod ochron¹ zbrojnych nikt nie bêdzie

niepokoi³.

Jatte i Vargowie do³¹czyli do reszty.

 – Czy on naprawdê nie ¿yje? – zapyta³ Vilken.

 – Bez w¹tpienia.

 – Ca³e szczêœcie.

 – Zakoñczyliœmy nasz¹ wspóln¹ sprawꠖ powiedzia³ Conan.

 – Nie ca³kiem – przypomnia³ Raseri.

Cymmerianin spojrza³ na olbrzyma.

 – Ty i twoi towarzysze wiecie, jak znaleŸæ Jatte – wyjaœni³ wiel-

kolud.

 – I Vargów – doda³ Fosull.

 – Kiedy zejdziemy w doliny, przygotujê napój zapomnienia –

ci¹gn¹³ Raseri. – Wypijecie go i bêdziecie mogli odejœæ.

Conan zerkn¹³ na Penza, Tro i Saba. Nie zaprotestowali. On by³

mniej sk³onny pogodziæ siê z utrat¹ pamiêci. Ale có¿...

 – Zgoda. Zatem wracajmy tam, sk¹d zaczêliœmy wspinaczkê.

Olbrzym wyszczerzy³ w uœmiechu bia³e, mocne zêby.

Raseri znalaz³ wszystko w zaroœlach niedaleko miejsca, gdzie

przywi¹zano konie kupca, które dawno zniknê³y. Zebra³ korzeñ chu,

background image

– 156 –

liœcie krzewu hemin i cierpkie, bia³e ³odygi chwastu pok. Po³kniêcie

nawet jednej z tych roœlin grozi³o œmierci¹, napój ze wszystkich trzech

powodowa³ natychmiastowy zgon. Ma³y ³yk powala³ wo³u. Wódz

Jatte zamierza³ nak³oniæ swe przysz³e ofiary do wypicia pe³nych kub-

ków.

Wróci³ do ogniska, gdzie reszta piek³a króliki i uœmiechn¹³ siê.

Uwa¿a³, ¿e ¿aden z tych ma³ych ludzi czy Vargów nie dorównuje mu

sprytem.

Conan patrzy³, jak Vilken i Oren popisuj¹ siê przed sob¹. Varg

demonstrowa³ wprawê w pos³ugiwaniu siê w³óczni¹, Jatte w rzutach

kamieniami. Zadziwiaj¹ce, ¿e tak szybko zawarli pokój. Kto wie,

gdyby nie wodzowie, mo¿e potrafiliby ¿yæ w zgodzie?

Kiedy Raseri zbli¿y³ siê do ognia, Cymmerianin podszed³ do

Penza. Wilko³ak siedzia³ w kucki i ogryza³ nogê pieczonego królika.

 – Nauczy³eœ siê od Dake’a jakiejœ sztuczki magicznej? – zapy-

ta³ Conan.

Penz otar³ t³uste wargi wierzchem d³oni.

– Owszem. Wprawdzie nie potrafiê wywo³aæ deszczu ropuch

ani wezwaæ demona i nie umiem nikogo zniewoliæ ani te¿ nie zdoby-

³em sztuki latania. Ale wiem, jak u¿yæ zielony proszek. Cymmeria-

nin przyjrza³ siê Penzowi badawczo. Wilko³ak wyszczerzy³ zêby. –

Ja te¿ nie ufam olbrzymowi.

Conan klepn¹³ go w ramiê.

– To dobrze.

Raseri zagotowa³ p³yn w p³askim he³mie jednego z poleg³ych

najemników. Po godzinie uzna³, ¿e wywar dostatecznie wystyg³ i roz-

la³ go do czterech ma³ych, metalowych kubków zabranych zabitym

¿o³nierzom. W prowizorycznym garnku pozosta³a jeszcze po³owa

ciemnej cieczy.

Penz wzi¹³ napój dla siebie i trójki przyjació³. Kiedy odwróci³

siê  plecami do olbrzyma, potajemnie wsypa³ odrobinê zielonego

proszku do ka¿dej porcji.

Gdy tylko poda³ kubki Conanowi, Sabowi i Tro, Raseri zawo³a³:

– Wypijcie i zapomnijcie!

Ca³a czwórka unios³a naczynia. Conan popatrzy³ na wodza ol-

brzymów.

background image

– 157 –

 – Czemu siê wahacie? – zapyta³ Raseri. – Czy¿ nie da³em wam

s³owa, ¿e to nieszkodliwe? Zapomnicie jedynie, gdzie mieszkaj¹ Jatte.

 – Zgoda, tak powiedzia³eœ – przyzna³ Cymmerianin i zerkn¹³ do

kubka. Mêtna ciecz poczê³a musowaæ i po chwili zrobi³a siê przezro-

czysta niczym woda. Dostrzeg³ przez ni¹ dno metalowego naczynia.

Teyle schyli³a siê, chwyci³a pusty kubek i zanurzy³a w he³mie.

– Ja te¿ wypijê, ojcze. Chcê im pokazaæ, ¿e mówi³eœ prawdê.

 – Nie! – krzykn¹³ Raseri i wyrwa³ jej naczynie.

 – Czy¿byœ siê obawia³, ¿e córka napije siê tego, co ma nam

zaszkodziæ? – spyta³ Conan.

Olbrzym groŸnie popatrzy³ na Cymmerianina, potem przeniós³

wzrok na resztê.

 – Conan pyta w imieniu nas wszystkich – powiedzia³a Tro.

Wœciek³oœæ wykrzywi³a twarz wielkoluda. Zdawa³o siê, ¿e wódz

Jatte rzuci siê na nich lub przynajmniej wrzaœnie. Opanowa³ siê

jednak.

– Nie, nie obawiam siê tego. Wola³bym zachowaæ w³asne wspo-

mnienia, ale trudno. Patrzcie!

Chwyci³ kubek i wychyli³ duszkiem ca³¹ zawartoœæ.

Fosull podbieg³ do ogniska, z³apa³ puste naczynie i nape³ni³ ciecz¹.

– Nikt nie zawstydzi Varga. – Wypi³ wszystko prawie tak szyb-

ko jak Raseri.

 – Wstrêtne – wzdrygn¹³ siê. – Ale teraz wasza kolej, pozaba-

gienni! Umowa to umowa!

Conan popatrzy³ na przyjació³ i skin¹³ g³ow¹. Wypili.

Raseri odwróci³ siê i zwymiotowa³ gwa³townie.

 – Co siê sta³o? – zaniepokoi³ siê Fosull. – Co to znaczy?

Jatte opró¿ni³ ¿o³¹dek i spojrza³ na resztê.

 – Ojcze...?

 – To trucizna – powiedzia³ Conan.

 – Ojcze!

 – Zgadza siê. Podejrzewa³em, ¿e bêd¹ chcieli, ¿ebym wypi³ ten

wywar, wiêc przedtem po³kn¹³em olej z pn¹czy brill. Pokry³ moje

wnêtrznoœci warstw¹ ochronn¹, by nie wch³onê³y trucizny. Ale dla

nich jest ju¿ za póŸno. Zatruty napój kr¹¿y w ich organizmach i bêd¹

martwi za kilka uderzeñ serca. Tajemnica o istnieniu Jatte nie wyj-

dzie na jaw.

Zdawa³o siê, ¿e zielona skóra Fosulla przybra³a po trzykroæ bled-

szy odcieñ. Opad³ na kolana i zacharcza³. By³ mniejszy od Raserie-

go, wiêc trucizna dzia³a³a na niego szybciej.

background image

– 158 –

 – Otru³eœ mnie?! – wybe³kota³. – Swojego sojusznika?!

 – Nie udawaj g³upszego, ni¿ na to wygl¹dasz, Vargu – odpar³

wódz Jatte. – Jesteœ tylko pod³ym zwierzakiem. Zabi³byœ mnie przy

pierwszej okazji.

Fosull uœmiechn¹³ siê s³abo.

– Masz racjê, Jatte. Ale nie zasnê na wieki samotnie. – To mó-

wi¹c, cisn¹³ w³óczniê.

Raseri uskoczy³ i dzida tylko drasnê³a go w ramiê. Przycisn¹³

d³oñ do skaleczenia, by zatamowaæ krwawienie.

 – Znów siê mylisz, Vargu, choæ nie ca³kiem. Ci mali ludzie umr¹

razem z tob¹. Dotrzymaj¹ ci towarzystwa.

Vilken upuœci³ swoj¹ w³óczniê i podbieg³ do ojca. Kiedy go chwy-

ci³, Fosull g³oœno liczy³.

 –... trzy... cztery... piêæ...

 – Co on robi?! – spyta³a Teyle.

 –... osiem... dziewiêæ... dziesiêæ!

 – Trucizna pad³a mu na mózg – orzek³ Raseri.

 – O nie – zaprzeczy³ Fosull, szczerz¹c zêby w ostatnim uœmie-

chu. – Chcia³em siê tylko upewniæ, czy nie usuniesz trucizny, zanim

zacznie dzia³aæ.

 – Co?!

 – A tak. W twojej ranie jest sok z jagód glit. Do zobaczenia

w piekle, Jatte!

Raseri oderwa³ d³oñ od ramienia i zobaczy³ z przera¿eniem, ¿e

miejsce zadraœniêcia poczernia³o. Nogi ugiê³y siê pod nim i ciê¿ko

usiad³ na ziemi.

– Umrê, ale uratowa³em tajemnicê Jatte! Wszyscy wypiliœcie tru-

ciznê i zaraz do³¹czycie do mnie!

Teyle uklêk³a i przytuli³a szamana.

– Ojcze!

Conan pokrêci³ g³ow¹.

– Nie, Raseri. Twój podstêp siê nie uda³. Wypiliœmy zwyk³¹ wodê.

Penz wykorzysta³ jedn¹ z magicznych sztuczek Dake’a i w ten spo-

sób nas ocali³.

Wódz Jatte w panice wytrzeszczy³ oczy.

Fosull opad³ na twarz i zakoñczy³ ¿ycie.

Po chwili Raseri poszed³ w jego œlady.

background image

– 159 –

 – Przykro mi, ¿e tak to siê skoñczy³o – powiedzia³ Conan do

Teyle. Stali obok wielkiego stosu, na którym p³onê³y zw³oki obu

wodzów. Wysokie p³omienie rozœwietla³y zapadaj¹cy zmierzch.

 – Sam œci¹gn¹³ na siebie nieszczêœcie – odrzek³a.

 – Co zamierzasz?

 – Jestem teraz wodzem Jatte – odpowiedzia³a. – Muszê wróciæ

i zaj¹æ siê moim ludem.

 – A co z nami?

 – Wiem,  ¿e  nie  macie  wobec  nas  z³ych  zamiarów.  Mo¿ecie

odejϾ.

 – Co bêdzie z Vargami?

 – Mo¿e ja i Vilken zawrzemy rozejm. Zbyt wielu naszych zgi-

nê³o niepotrzebnie. Czas po³o¿yæ temu kres.

Cymmerianin skin¹³ g³ow¹.

 – A ty, Conanie? – spyta³a Teyle.

 – Pod¹¿ê do Shadizaru. Przeby³em d³ug¹ i krêt¹ drogê, ale chy-

ba w koñcu tam dotrê.

 – ¯yczê ci szczêœcia.

 – Dziêki.

Lecz gdy Teyle podesz³a bli¿ej do stosu, Conan zacz¹³ siê zasta-

nawiaæ nad celem dalszej wêdrówki. Po tylu przygodach, które prze-

¿y³ w ostatnich latach i miesi¹cach, bycie z³odziejem wyda³o mu siê

nagle... po prostu nudne.