background image

 

R

Y

S.

 J

AR

OSŁA

W

 ŁO

KIETEK

prawnik

Piątek – niedziela | 28–30 marca 2014

Czy sądy w swoich orzeczeniach powinny się 

powoływać na artykuł, który został 

przez TK uznany za niekonstytucyjny 

przy jednoczesnym stwierdzeniu, 

że utraci on moc dopiero za jakiś czas?

Szukajcie, 

a znajdziecie. 

Inny przepis

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               1 / 8

background image

 

C2

 

„Prawnik” powstaje we współpracy z   

Krajową Radą Sądownictwa

   

Naczelną Radą Adwokacką 

 

Krajową Radą Komorniczą

   

Krajową Radą Notarialną

 

 

Krajową Izbą Doradców Podatkowych 

 

Krajową Radą Radców Prawnych

Prawo dostępu do informacji o dzia-

łalności organów władzy publicznej 

oraz osób pełniących funkcje publicz-

ne przysługuje każdemu obywatelowi. 

Gwarantują je liczne regulacje między-

narodowe, ustawy, a przede wszystkim 

konstytucja. Mimo tego w wielu przy-

padkach żądanie udzielenia wiadomości 

o działalności osób piastujących funk-

cje publiczne czy instytucji państwo-

wych spotyka się z odmowną decyzją 

urzędników lub nie zawsze zgodnymi 

z prawem  próbami utrudnienia dostę-

pu do danych. W jakich przypadkach 

taka odmowa jest zasadna, kiedy moż-

na ograniczyć prawo do informacji pu-

blicznej, a kiedy bezwzględnie należy 

udzielić jej obywatelowi? Odpowiedzi na 

to i wiele innych pytań można znaleźć 

w monografii dr Joanny Taczkowskiej-

-Olszewskiej.

Autorka omawia w niej dostęp do in-

formacji publicznej w ujęciu instytucji 

prawnej, pokazując pozytywne i nega-

tywne aspekty zagadnienia. Prezen-

towana książka, z uwagi na wybitnie 

naukowy charakter, jest adresowana 

przede wszystkim do prawników po-

szukujących wnikliwego ujęcia zagad-

nienia. Z pewnością zawarte w niej 

informacje będą przydatne także dla 

urzędników, którzy w ramach wyko-

nywania swoich obowiązków zawo-

dowych zajmują się sprawami zwią-

zanymi z udostępnianiem informacji 

obywatelom. Ale na lekturze skorzystać 

mogą też przeciętni Kowalscy nie za-

wsze świadomi, że informacja publiczna 

to nie tylko wiadomości udostępniane 

w internetowym Biuletynie Informacji 

Publicznej i możliwość przysłuchiwa-

nia się obradom rady gminy. Co więcej, 

bezprawne nieudostępnienie informa-

cji publicznej może stanowić przestęp-

stwo, za które grozi kara nawet do roku 

więzienia.  

AM

biblioteka

 

prawnika

Informacja publiczna 

okiem prawnika

Joanna Taczkow-

ska-Olszewska, 

„Dostęp do informacji 

publicznej w polskim 

systemie prawnym”, 

Warszawa 2014,  

wyd. C.H. Beck 

cytat

 

tygodnia 

Czy można na gruncie 
obecnych przepisów 

ukształtować inną kulturę 
postępowania prokuratorów 
i sądów? Tak. Jednak lata 
praktyki dowodzą, że konieczna 
musiałaby być zbiorowa hipnoza. 
Proszę nie traktować tego jako 
wypowiedzi protekcjonalnej czy 
prześmiewczej, raczej jako wyraz 
bezradności, uzasadniającej 
potrzebę sięgnięcia po skuteczne 
narzędzie zarządcze

Michał Królikowski, 
wiceminister sprawiedliwości,  
w wywiadzie na łamach DGP

Z dwóch rodzajów polemik zdecydowa-

nie wolę tę konstruktywną. Otwiera ona 

pole dyskursu nad zgłoszonymi argu-

mentami i dzięki temu zazwyczaj do-

brze służy sprawie. Na łamach „Prawni-

ka” przeczytałem ostatnio felieton pod 

znamiennym tytułem „Jak na amery-

kańskim filmie” (DGP 51/2014) autorstwa 

prof. Lecha Gardockiego, który obszernie 

wypowiedział się na temat rekodyfikacji 

prawa karnego procesowego dokonanej 

nowelą do kodeksu postępowania kar-

nego z września ubiegłego roku (wejdzie 

ona w życie – w swej zasadniczej części 

– 1 lipca 2015 r.) Ponieważ autor tego 

felietonu zarzucił mi brak wyobraźni 

i niepoprawny optymizm w kwestii po-

wodzenia przyjętej reformy, nie mogę 

jego słów pozostawić bez odpowiedzi. 

Destruktywna krytyka

Niestety, wypowiedzi prof. Gardockiego, 

znakomitego przecież znawcy prawa 

karnego i niekwestionowanego autory-

tetu w tej dziedzinie, nie wnoszą do dys-

kusji nad reformą niczego. Gorzej, jego 

krytykę uznać muszę za zdecydowanie 

destruktywną także z innego powodu. 

Wpisuje się ona bowiem w rozlegający 

się ostatnio tu i ówdzie defetystyczny 

lament, który w moim przekonaniu nie 

znajduje żadnego sensowego uzasad-

nienia, a  jest do tego prawdziwie nie-

bezpieczny. 

Profesor Gardocki przechodzi do po-

rządku dziennego nad faktem, że moż-

liwości obecnego modelu postępowania 

karnego, będącego w swym zasadniczym 

trzonie spuścizną po minionej epoce, 

uznać trzeba za wyczerpane. Dla niko-

go nie jest wszak tajemnicą, że postępo-

wania karne w Polsce są nieakceptowal-

nie przewlekłe, co dotyczy także i tych, 

w toku których podejrzani, a następnie 

oskarżeni, pozbawieni są wolności. Stan 

ten spotyka się nieustannie z krytyką ze 

strony Europejskiego Trybunału Praw 

Człowieka i niemało kosztuje polskiego 

podatnika, którego ostatecznie obciążają 

sowite odszkodowania wypłacane oskar-

żonym (także oskarżonym słusznie). Po-

stępowania nadmiernie przewlekłe nie 

tylko uderzają w zagwarantowane kon-

stytucyjnie prawo do rozpoznania spra-

wy bez zbędnej zwłoki, ale są także nad-

miernie kosztowne, co – pomimo skoku 

cywilizacyjnego Polski w ostatnich latach 

– nie jest okolicznością bez znaczenia.

Nie może w tej sytuacji dziwić, że do-

strzeżono potrzebę zmian. Wybór drogi, 

na którą pchnięto polski proces karny, 

został poprzedzony wszechstronnymi 

konsultacjami zarówno ze środowiskami 

naukowymi, jak i z praktykami. Oczy-

wiście wybrana droga nie jest jedyną 

możliwą. Wybrano ją dlatego, że w po-

wszechnym mniemaniu nie ma po pro-

stu takiej, która niosłaby większe szanse 

na uzdrowienie sytuacji. Bez wątpienia, 

konkretne rozwiązania legislacyjne, któ-

re budują nowy model postępowania 

karnego, mogą być kwestionowane.

Kontradyktoryjność, na której oparty 

jest nowy model polskiego procesu kar-

nego, ma to do siebie, że może jej być 

w procesie więcej lub mniej. Postępo-

wanie przygotowawcze, które poprze-

dza kontradyktoryjną fazę procesu, może 

być w mniejszym lub większym stopniu 

zredukowane, co pozostaje w związku 

z zakładanym poziomem skuteczno-

ści ścigania karnego. Postępowanie od-

woławcze może być bardziej lub mniej 

reformatoryjne lub kasacyjne, co pozo-

staje z kolei w powiązaniu z poziomem 

jego gwarancyjności. Wszystko to mogło 

i pewnie wciąż jeszcze może być przed-

miotem dyskusji. Wydaje się jednak, że 

nie jest wygórowanym oczekiwaniem, 

iż podejmujący krytykę wybranych roz-

wiązań wskaże się takie kierunki i takie 

rozwiązania, które mogą okazać się lep-

sze z punktu widzenia celu, jaki chcemy 

osiągnąć. 

Nie, bo nie

Niestety, głosy krytyki, które czytamy 

i które słyszymy, są raczej bezproduk-

tywne. Najczęściej pochodzą one od tych, 

którzy w związku z wejściem w życie no-

weli obawiają się większego niż dotąd 

obciążenia pracą i wyrażają obawę o jej 

jakość. To można nawet w jakimś sensie 

zrozumieć. Gorzej jest, jeżeli destruktyw-

ne „nie” uzasadnione jest jednym tylko 

argumentem: „bo nie”. Z ubolewaniem 

muszę zauważyć, że niemal wszystkie 

zasłyszane głosy krytyki nie są poprze-

dzone uważną lekturą uchwalonej usta-

wy nowelizującej kodeks, a w każdym 

razie lekturą, której towarzyszyłaby wola 

zrozumienia jej sensu. Chyba podobnie 

jest z wyrażoną między wierszami tek-

stu prof. Gardockiego obawą, że nowy 

polski proces karny będzie procesem dla 

bogatych. A dzisiaj nie jest? – chciałoby 

się zapytać. Bezkrytyczna wiara w obiek-

tywizm aparatu ścigania i w paternalizm 

sądu niejednego zaprowadziła już na ma-

nowce. Zakładana przez nowelę bierność 

sądu w postępowaniu dowodowym za-

funkcjonuje wówczas, gdy uda się zakty-

wizować strony postępowania i na tyle, 

na ile to możliwe, zrównać ich pozycje 

procesowe. Nowela czyni to otwierając 

– zwłaszcza przed obroną – nieznane 

obecnie perspektywy. Wyrównuje wszak 

szanse procesowe stron, w znacznie szer-

szym zakresie otwierając prawo do ko-

rzystania z pomocy prawnej ex officio. 

Co jeszcze można zrobić?

Żeby zostało po staremu

Dyskusja wolna od konstruktywnych pro-

pozycji jest doprawdy niezmiernie ryzy-

kowna. Nie ulega bowiem wątpliwości, że 

powodzenie reformy w wielkim stopniu 

zależy od tzw. czynnika ludzkiego. Prak-

tyka ukształtowana pod rządami obec-

nego modelu zakorzeniona jest głęboko 

wśród uczestników gry procesowej i w 

związku z tym istnieje realne niebezpie-

czeństwo, iż zaakceptowanie nowych ról 

procesowych, a także odmiennych metod 

działania, nie będzie takie proste.

Co więcej, nowe rozwiązania skon-

struowane zostały w sposób ostrożny 

i w gruncie rzeczy nie wykluczają defi-

nitywnie możliwości procedowania po 

staremu. Mają zaś dostarczyć organom 

procesowym oraz stronom procesu na-

rzędzi, których wykorzystanie mogłoby 

pozwolić na bardziej efektywne działa-

nie. Jeżeli więc pozwolimy na ugrunto-

wanie się przekonania, że nowela niesie 

za sobą wyłącznie zło i – jak to założył 

prof. Gardocki – nie może przynieść ni-

czego dobrego, to rzeczywiście może spo-

tkać ją totalne fiasko. Defetystyczna kry-

tyka okaże się wówczas samospełniającą 

się przepowiednią.

Do wejścia w życie nowych rozwiązań 

pozostało jeszcze sporo czasu. Wydłużo-

ne vacatio legis powinno posłużyć zapo-

znaniu się z czekającymi nas nowościa-

mi i rzeczowej dyskusji. Dyskusje takie 

rzeczywiście toczą się na łamach prasy 

prawniczej, a także w ramach zakrojo-

nego na szeroką skalę programu szkoleń 

sędziowskich i prokuratorskich firmo-

wanego przez Krajową Szkołę Sędziów 

i Prokuratorów. Czas, jaki jeszcze upłynie 

do wejścia w życie noweli, pozwoliłby też 

z pewnością na dokonanie jakichś korekt 

ustawy. Do tego potrzebna jest jednak 

dyskusja konstruktywna. Jeżeli jedyne 

twierdzenie krytyczne sprowadza się do 

przyrównania nadchodzącego procesu 

do modelu anglosaskiego, a jedyną kon-

kluzją wypowiedzi dyskutanta jest suge-

stia, iż „jest jeszcze wystarczająco dużo 

czasu, aby z przyjętych rozwiązań się 

wycofać”, to żadną miarą wypowiedź ta 

nie może być uznana za konstruktywną. 

Wobec zastanego stanu rzeczy postulat 

pozostawienia wszystkiego po staremu 

ocenić więc trzeba jako nawoływanie do 

kapitulanctwa. 

polemika

 

na początek

O nowym modelu procesu karnego. 

I obawach prof. Lecha Gardockiego

Jeżeli pozwolimy na 

ugruntowanie się 

przekonania, 

że nowela niesie za 

sobą wyłącznie zło 

i nie zaowocuje 

niczym dobrym, 

to rzeczywiście może 

spotkać ją totalne 

fiasko. 

Defetystyczna 

krytyka okaże się 

wówczas 

samospełniającą się 

przepowiednią

Jeżeli jedyną 

konkluzją jest 

sugestia, iż 

„jest jeszcze 

wystarczająco 

dużo czasu, aby 

z przyjętych 

rozwiązań się 

wycofać”, to żadną 

miarą wypowiedź 

ta nie może 

być uznana za 

konstruktywną

Prof. Piotr HofMAński

przewodniczący komisji  

kodyfikacyjnej Prawa karnego,  

sędzia sądu Najwyższego, profesor 

Uniwersytetu Jagiellońskiego

FOT

MA

T.

 P

r

ASO

WE

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               2 / 8

background image

 

prawnik 

 28–30 marca 2014 nr 61 (3702)  

gazetaprawna.pl

Dominika 

Bychawska-

-Siniarska

 

koordynatorka 
projektu „Europa 
Praw Człowieka” 
Helsińskiej Fundacji 
Praw Człowieka

prosto

 

ze Strasburga

Pamiętamy film „Terminal” 

z Tomem Hanksem. Bohater 

jako obywatel państwa, które 

przestało istnieć w trakcie jego 

lotu, utknął na długie miesią-

ce na lotnisku. Podobne histo-

rie zdarzają się naprawdę. 13 

marca 2014 r. Europejski Try-

bunał Praw Człowieka w skła-

dzie Wielkiej Izby (17 sędziów) 

wypowiedział się co do od-

szkodowania za „wymazanie” 

obywateli Socjalistycznej Fe-

deracyjnej Republiki Jugosła-

wii (SFRJ), którzy w  trakcie 

odzyskiwania przez Słowenię 

niepodległości stali się bez-

państwowcami. Kiedy SFRJ 

przestała istnieć, „wymazani” 

zostali pozbawieni ostatniej re-

zydentury, a za tym m.in. pra-

wa do swobodnego poruszania 

się. Ponadto ich warunki by-

towe znacząco się pogorszyły. 

Przed odzyskaniem niepodle-

głości przez Słowenię 25 czerw-

ca 1991 r. Mustafa Kurić oraz 

siedmiu innych skarżących po-

siadało obywatelstwo SFRJ oraz 

jednej z republik wchodzącej 

w jej skład (niebędącej Słowe-

nią). Jako obywatele SFRJ uzy-

skali  prawo do rezydentury na 

terytorium Słowenii, niemniej 

jednak nie wystąpili o przyzna-

nie im obywatelstwa tego kra-

ju w ustawowym terminie do 

25 grudnia 1991 r. W związku 

z powyższym 26 lutego 1992 r. 

ich nazwiska zostały usunięte 

z rejestru stałych rezydentów. 

W skardze do Strasburga 

argumentowali, że ich wyma-

zanie miało poważne i długo-

trwałe konsekwencje. Zostali 

oni pozbawieni dokumentów, 

niektórzy zostali eksmitowa-

ni z mieszkań, nie mogli pra-

cować ani podróżować, zostali 

pozbawieni własności, żyli kilka 

lat w warunkach urągających 

ich godności i zagrażających 

zdrowiu. 

Liczba obywateli bez prawa 

do stałego pobytu w Słowe-

nii w 1992 r. wynosiła ponad 

25 tys. Niektórzy z „wymaza-

nych” dobrowolnie opuścili 

Słowenię, inni zostali depor-

towani. Część otrzymała prawo 

pobytu na podstawie decyzji 

Trybunału Konstytucyjnego 

z 1999 r. i zmian legislacyjnych 

wprowadzonych w 2010 r.

Trybunał w  wyroku izbo-

wym (7 sędziów) 13 lipca 2010 r. 

uznał, że władze Słowenii naru-

szyły prawo do poszanowania 

życia prywatnego i rodzinnego 

osób wymazanych (art. 8 kon-

wencji), jak również nie prze-

widziały procedury umożliwia-

jącej im dochodzenie swoich 

praw (art. 13 konwencji).

Sprawa została przekazana 

do Wielkiej Izby, która 26 lipca 

2012 r. jednomyślnie podtrzy-

mała poprzedni wyrok, wska-

zując dodatkowo, iż w spra-

wie doszło do dyskryminacji 

bezpaństwowców. Sędziowie 

podkreślili przede wszystkim, 

że skarżący zostali pozbawieni 

statusu prawnego, który wcze-

śniej gwarantował im dostęp 

do wielu uprawnień – ubezpie-

czenia zdrowotnego, prawa do 

emerytury, zasiłków socjalnych, 

prawa do odnowy dokumen-

tów, jak np. dowód osobisty czy 

prawo jazdy. Ponadto, stracili 

oni możliwość zatrudnienia.

Trybunał zaznaczył, iż upo-

rządkowanie prawa poby-

tu obywateli SFRJ stanowiło 

niezbędny krok, jaki powinny 

podjąć władze Słowenii, aby 

uniknąć efektu „wymazania”, 

które doprowadziło do narusze-

nia art. 8 konwencji. Pomimo 

przyjęcia zmian legislacyjnych 

w 2010 r. władze Słowenii nie 

naprawiły w sposób komplek-

sowy i wystarczająco szybko 

konsekwencji wynikających 

z wymazania nazwisk z reje-

stru stałych rezydentów.

Skarżący otrzymali po 20 

tys. euro zadośćuczynienia. 

Trybunał pozostawił kwestię 

odszkodowania otwartą, dając 

stronom możliwość zawarcia 

ugody do 24 czerwca 2013 r. Sę-

dziowie zdecydowali się objąć 

sprawę procedurą wyroku pilo-

tażowego, dając władzom Sło-

wenii jeden rok na opracowa-

nie planu odszkodowawczego 

dla osób wymazanych.

Procedura wyroku pilotażo-

wego stosowana jest w spra-

wach dotyczących problemów 

strukturalnych, stanowiących 

podłoże powtarzających się 

spraw. Gdy trybunał otrzymuje 

kilka skarg, które łączy wspólny 

zarzut, może dokonać wyboru 

jednej lub kilku z nich do prio-

rytetowego załatwienia według 

procedury pilotażowej. Zada-

niem trybunału w wyroku pilo-

tażowym jest nie tylko stwier-

dzenie naruszenia konwencji 

w konkretnej sprawie, ale rów-

nież zidentyfikowanie proble-

mu systemowego i przekazanie 

rządowi wskazówek w zakresie 

rodzaju środków niezbędnych 

do tego, by go rozwiązać. 

Ponieważ rząd Słowenii nie 

przedstawił planu odszkodo-

wawczego w wyznaczonym 

terminie, trybunał dwa tygo-

dnie temu przyznał skarżącym 

odszkodowania wahające się 

od 29 tysięcy do 72 tysięcy euro. 

Sędziowie zatwierdzili również 

procedurę odszkodowawczą ad 

hoc wprowadzoną przez wła-

dze, umożliwiającą uzyskanie 

przez wymazanych ryczałto-

wego odszkodowania przyzna-

wanego co miesiąc. Nadzór nad 

wykonaniem wyroku i wypła-

tą odszkodowań pełnić będzie 

Komitet Ministrów Rady Eu-

ropy. Historia niczym z filmu, 

a może się powtórzyć po raz 

kolejny w kontekście konfliktu 

na Krymie.

Wymazane obywatelstwo

Paulina Szewioła 
paulina.szewiola@infor.pl

C

hciała zostać architektem, ale 

pomysł ten skutecznie wy-

perswadowała jej w liceum 

nauczycielka matematyki, 

twierdząc, że nie ma predys-

pozycji do nauk ścisłych. Zdecydowała 

się więc na studia prawnicze. – Był to 

bardziej wybór z rozsądku niż z miłości 

– śmieje się po latach  mec. Witkowska. 

Jednak okazał się na tyle trafiony, że te-

raz radczyni na każdym kroku podkreśla 

to, jak bardzo lubi swój zawód. 

Karierę zaczynała w Państwowym 

Arbitrażu Gospodarczym, a gdy ten 

przekształcony został w wydziały go-

spodarcze sądów powszechnych, konty-

nuowała praktykę orzeczniczą w sądzie 

rejonowym, a następnie wojewódzkim 

w Gdańsku.  

Radcą prawnym formalnie jest od 

1994 r. Od tego czasu zdążyła wyrobić 

sobie opinię cenionego eksperta m.in. 

z zakresu ochrony dóbr osobistych. To 

ona reprezentowała premiera Donal-

da Tuska w głośnym sporze z Jerzym 

Urbanem, wydawcą i redaktorem na-

czelnym tygodnika „NIE”, w związku 

z primaaprilisową publikacją  gazety 

„Tusk na podsłuchu”. W artykule za-

rzucano szefowi rządu, że podczas me-

czu piłkarskiego używał nieparlamen-

tarnych zwrotów. Witkowska sprawę 

wygrała, a na łamach gazety ukazały 

się przeprosiny za publiczne podanie 

nieprawdziwych informacji, godzących 

w dobra osobiste premiera. Sama pełno-

mocniczka rozstrzygnięcie w tej spra-

wie kwituje krótko: – Sprawiedliwości 

stało się zadość. 

Mecenas Witkowska posiada także bo-

gate doświadczenie w obsłudze praw-

nej podmiotów gospodarczych, w tym 

banków, przedsiębiorstw z branży mo-

toryzacyjnej, spożywczej, produkcyj-

nej oraz spółdzielni mieszkaniowych. 

W  środowisku znane i docenianie jest 

jej zaangażowanie w działania na rzecz 

praw kobiet. Jest laureatką „Kryształo-

wego serca”, nagrody, którą samorząd 

radcowski przyznaje osobom szczególnie 

aktywnym w świadczeniu bezpłatnej po-

mocy prawnej. Swoją pracę pro publico 

bono traktuje jak służbę. – Wykonujemy 

zawód zaufania publicznego. Aby je budo-

wać, powinniśmy wspierać społeczność, 

w której funkcjonujemy – tłumaczy mec. 

Witkowska. I jak sama podkreśla aktyw-

ność w sferze non – profit to świetny spo-

sób na zawodowe spełnienie i czerpanie 

prawdziwej satysfakcji z tego co się robi.  

Jeżeli dodamy do tego jej zaangażo-

wanie w akcje społeczne organizowane 

przez gdańską izbę, to powierzenie jej 

funkcji przewodniczącej Komisji Praw 

Człowieka Krajowej Rady Radców Praw-

nych wydaje się decyzją wręcz oczywi-

stą. Zespół, którym pokieruje Magdalena 

Witkowska, ma za zadanie popularyzo-

wać informacje o efektywnej ochronie 

praw człowieka oraz reagować na po-

jawiające się naruszenia wolności jed-

nostki. Do jego kompetencji należeć bę-

dzie także monitorowanie orzecznictwa 

ETPC oraz kontrola implementacji wy-

roków trybunału. Sama mec. Witkow-

ska dostrzega w tym projekcie szansę 

na podniesienie świadomości prawnej 

obywateli.  – Wiedza naszego społeczeń-

stwa w tym zakresie stoi wciąż na bar-

dzo niskim poziomie, dlatego tak ważne 

są działania zmierzające do upowszech-

nienia tej problematyki w ludzkiej świa-

domości – tłumaczy. 

Oprócz tego udziela się w samorzą-

dzie radcowskim, a swoje doświadczenie 

w medialnych sprawach wykorzystu-

je także w pracy rzecznika prasowego 

gdańskiej izby. 

Wśród współpracowników ma opi-

nię osoby pracowitej i oddanej sprawom 

klientów. – Obserwuję karierę mec. Wit-

kowskiej od samego początku, czyli od 

czasów aplikacji. Pracowałyśmy razem 

w Państwowym Arbitrażu Gospodar-

czym, a obecnie prowadzimy razem 

kancelarię. I mogę powiedzieć, że do-

bro klienta od zawsze stanowiło dla niej 

najwyższą wartość. Jej zaangażowanie 

w pracę zawodową jest naprawdę god-

ne podziwu – opowiada Joanna Gibas-

-Kobierecka, radca prawny, wspólnik 

kancelarii radców prawnych Gratus s.c. 

W wolnych chwilach mec. Magdalena 

Witkowska ćwiczy jogę i czyta litera-

turę faktu, a w szczególności biografie 

wybitnych ludzi. Poświęca się również 

nauce francuskiego, którą rozpoczęła ze 

względów zawodowych, ale wciągnęło 

ją to na tyle, że obecnie szlifuje język 

także dla przyjemności. Włada też an-

gielskim i rosyjskim. 

Prawniczka znad morza 

M

A

TERIA

ły

 P

RASO

WE

Samorząd radcowski po raz pierwszy w swojej 

historii powołał Komisję Praw Człowieka. 

Koordynację prac gremium powierzył  

mec. Magdalenie Witkowskiej 

Prenumerata:

Cena prenumeraty DZIENNIKA GAZETA PRAWNA: Wersja Standard – miesięczna (marzec 2014 r.): 100,80 zł – marzec – grudzień 2014 r.: 912,50 zł. Wersja Premium – miesięczna 
(marzec 2014 r.): 117,60 zł – marzec – grudzień 2014 r.: 1080,00 zł. Wszystkie ceny brutto (zawierają 8 % VAT) Więcej informacji na stronie www.gazetaprawna.pl/prenumerata

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               3 / 8

background image

 

C4

zostało domniemanie konstytucyjno-

ści, co do zasady będzie twierdząca. 

Należy pamiętać, że w polskim 

systemie prawnym sądy, w tym także 

Sąd Najwyższy, podlegają ustawom. 

Usunięcie przepisu z systemu 

prawnego może mieć miejsce albo za 

sprawą ustawodawcy (poprzez 

uchwalenie ustawy uchylającej 

obowiązywanie jakiejś regulacji) bądź 

na mocy wyroku Trybunału Konstytu-

cyjnego stwierdzającego niekonstytu-

cyjność kwestionowanego przepisu 

i określającego moment, w którym 

przestaje on obowiązywać. Sądy 

powinny zatem stosować przepis 

uznany za niekonstytucyjny, jeżeli 

Trybunał Konstytucyjny w wyroku 

odroczył termin utraty jego mocy 

obowiązującej. Obowiązek stosowania 

przepisów uznanych za sprzeczne 

z konstytucją wynika także z przyjęte-

go w polskim systemie prawnym 

modelu kontroli konstytucyjności 

ustaw. W przeciwieństwie do rozpro-

szonego systemu amerykańskiego, 

o zgodności ustawy z konstytucją 

decydować może wyłącznie Trybunał 

Konstytucyjny. W Stanach Zjednoczo-

nych zakwestionować zgodność 

ustawy z konstytucją może nie tylko 

Sąd Najwyższy, ale każdy sąd stanowy 

lub federalny. W sprawie Marbury 

vs. Madison (1803 r.) Sąd Najwyższy 

stwierdził, że ustawa federalna 

sprzeczna z konstytucją jest nieważna 

i sądy powinny odmówić jej stosowa-

nia. Na bezwzględny obowiązek 

stosowania niekonstytucyjnych 

przepisów czasowo utrzymanych 

w mocy wskazywał sam Trybunał Kon-

stytucyjny, między innymi w wyroku 

z 2 lipca 2003 r., sygn. K 25/01, 

w którym stwierdził wprost,  

że „do nadejścia wskazanego przez 

trybunał terminu uznany za niezgod-

ny z konstytucją przepis zachowuje 

moc obowiązującą, a zatem musi być 

przestrzegany i stosowany przez 

wszystkich jego adresatów. Zgodnie 

bowiem z art. 190 ust. 1 konstytucji 

takie rozstrzygnięcie umieszczone 

w tekście rozstrzygnięcia Trybunału 

Konstytucyjnego jest nie tylko 

ostateczne, ale i ma moc powszechnie 

obowiązującą. Zakresem tej mocy 

objęte są także wszystkie sądy”. 

Stanowisko wyrażone przez Trybunał 

Konstytucyjny potwierdzone zostało 

także w wielu wyrokach Sądu 

Najwyższego. Przykładem mogą być 

wyrok z 29 marca 2000 r., sygn.. III RN 

96/98, oraz z uchwała Sądu Najwyższe-

go z 3 lipca 2003 r., sygn. III CZP 45/03, 

dotyczące obowiązku stosowania przez 

sądy uznanych za niekonstytucyjne 

przepisów ustawy o najmie lokali 

i dodatkach mieszkaniowych w kon-

tekście czynszów regulowanych. 

Najbardziej chyba kontrowersyjnym 

orzeczeniem w sprawie obowiązku 

dalszego stosowania przepisu 

uznanego za sprzeczny z konstytucją, 

gdyż dotyczącego stanu faktycznego 

dotykającego postępowania karnego, 

praw i wolności obywatelskich, było 

postanowienie Sądu Najwyższego 

z 13 grudnia 2005 r., sygn. III KK 

318/05. Sąd stwierdził w nim, że 

odroczenie wyrokiem Trybunału 

Konstytucyjnego utraty mocy 

obowiązującej przepisu kodeksu 

postępowania karnego dotyczącego 

procedury przekazania obywatela 

polskiego na podstawie europejskiego 

nakazu aresztowania oznacza, że 

w tym czasie nie można, na podstawie 

art. 55 ust. 1 konstytucji, odmówić 

wykonywania ENA wydanego przez 

TemaT Tygodnia

 

Stosowanie niekonstytucyjnych regulacji

Szukajcie, a znajdziecie. Inny przepis

Sąd jako organ stosujący prawo z całą 

pewnością nie może zignorować faktu, 

iż dany przepis jest sprzeczny z ustawą 

zasadniczą

Czy sądy w swoich orzeczeniach powinny się 

powoływać na artykuł, który został przez TK uznany  

za niekonstytucyjny przy jednoczesnym stwierdzeniu,

że utraci on moc dopiero za jakiś czas?

miejsca przed normą ustawy zasadni-

czej. Niezawisły sąd ma więc możli-

wość, a nawet obowiązek 

bezpośredniego zastosowania przepisu 

konstytucji, jeżeli jest to w danej 

sprawie możliwe w odniesieniu do 

konkretnego, rozstrzyganego przez ten 

sąd stanu faktycznego. Oczywiście 

korzystając z tej możliwości, sąd musi 

zachować najdalej idącą ostrożność, 

dokładnie wczytać się w konkretne 

orzeczenie TK i jego uzasadnienie, 

a także zważyć chronione konstytucją 

dobro prawne naruszone przez 

niekonstytucyjny przepis. Wszędzie 

tam, gdzie sąd po przeprowadzeniu 

takiej analizy uzna za celowe i możli-

we bezpośrednie zastosowanie normy 

konstytucyjnej, powinien pominąć 

niekonstytucyjny przepis pomimo 

odroczenia przez TK terminu utraty 

jego mocy obowiązującej.   

Postulat ten nabiera szczególnego 

znaczenia na gruncie prawa karnego, 

gdzie ewentualne stosowanie niekon-

stytucyjnych przepisów może mieć 

bardzo poważne konsekwencje, przede 

wszystkim tam, gdzie dojdzie w ten 

sposób do naruszenia podstawowych 

wolności i swobód obywatelskich. 

F

unkcjonowanie w systemie 

prawnym przepisu, wobec 

którego Trybunał Konstytu-

cyjny stwierdził, że jest 

niezgodny z konstytucją, lecz 

odroczył utratę jego mocy obowiązują-

cej, jest niewątpliwie sytuacją 

niepożądaną. Jednak odpowiedź na 

pytanie, czy sądy muszą stosować 

przepis, wobec którego uchylone 

inne państwo wobec obywatela 

polskiego. Przyjmuje się, że za 

obowiązkiem stosowania przepisu, 

wobec którego uchylone zostało 

domniemanie konstytucyjności, 

przemawia ochrona innych, co 

najmniej równoważnych wartości, 

będących przedmiotem ochrony 

konstytucyjnej. Innym powodem, ze 

względu na który odracza się utratę 

mocy obowiązującej przepisu uznane-

go za niezgodny z konstytucją, jest 

chęć umożliwienia uchwalenia przez 

parlament nowelizacji usuwającej 

niezgodny z konstytucją stan prawny. 

O ile w przypadkach dotyczących 

niekonstytucyjności tzw. czynszów 

regulowanych mogliśmy mówić 

o ochronie prawa własności prywatnej, 

o tyle odroczenie terminu uchylenia 

obowiązywania było uzasadnione 

ochroną praw lokatorów i nadmier-

nym wzrostem czynszów. W przypad-

ku wydawania obywateli polskich 

obcym państwom, przed nowelizacją 

konstytucji, a po wyroku Trybunału 

Konstytucyjnego dotyczącym ENA, 

trudno mi znaleźć takie wartości 

chronione konstytucyjnie, które 

pozwalałyby poświęcić ochronę 

obywateli polskich przed ekstradycją.

Podobnie w przypadku uznanego za 

sprzeczny z konstytucją art. 75 par. 1 

k.k. Choć formalnie powinien być on 

stosowany, nie było w mojej ocenie 

jakichkolwiek powodów ustanowienia 

tak długiego odroczenia utraty mocy 

obowiązującej przez ten przepis. Sądy 

mogły przecież, gdy okoliczności 

dotyczące skazanego za tym przema-

wiały, zarządzić wykonanie zawieszo-

nej kary pozbawienia wolności na 

podstawie art 75 par. 2 k.k. 

Choć sądy powinny stosować uznane 

za niekonstytucyjne przepisy, bo tylko 

Trybunał Konstytucyjny może określać 

moment utraty mocy obowiązującej 

przez ustawę, to zasadą powinna być 

utrata mocy obowiązującej z chwilą 

ogłoszenia wyroku Trybunału 

Konstytucyjnego, a odroczenie winno 

mieć miejsce wyłącznie w przypadkach  

wyjątkowych.

I

nstytucja czasowego utrzymania 

w mocy niekonstytucyjnego aktu 

prawnego określona w art. 71 

ust. 2 ustawy o Trybunale 

Konstytucyjnym, może budzić 

wątpliwości prawne i wywoływać 

spory. Zgodnie z tym przepisem 

trybunał, stwierdzając niezgodność 

jakiegoś aktu prawnego z konstytucją, 

może odroczyć na określony czas 

utratę mocy przez ten przepis. Cel tego 

rozwiązania jest oczywisty: jeśli 

niezwłoczna utrata mocy przez 

Łukasz kluska

sędzia

W

yroki Trybunału 

Konstytucyjnego 

zgodnie z art. 190 ust. 3 

konstytucji wchodzą 

w życie z dniem 

ogłoszenia, jednakże ten sam przepis 

daje możliwość odroczenia przez TK 

daty utraty mocy obowiązującej 

niekonstytucyjnego aktu normatywne-

go lub jego przepisu. Termin takiego 

odroczenia nie może przekroczyć 

osiemnastu miesięcy, gdy chodzi 

o ustawę, a w przypadku innego aktu 

normatywnego jest krótszy i wynosi 

maksymalnie dwanaście miesięcy. 

W praktyce oznacza to, iż w systemie 

prawa nadal funkcjonuje i posiada moc 

obowiązującą akt lub jego przepis, co 

do którego nie ma już wątpliwości, iż 

jest sprzeczny z konstytucją. Powstaje 

więc pytanie, czy sąd ma względny, czy 

też bezwzględny obowiązek stosowa-

nia niekonstytucyjnej normy prawnej 

w okresie odroczenia? Sąd jako organ 

stosujący prawo z całą pewnością nie 

może zignorować faktu, iż dany 

przepis jest sprzeczny z ustawą 

zasadniczą. Z drugiej jednak strony nie 

powinien pomijać przepisu, który 

ciągle obowiązuje. Czy jest więc 

racjonalne wyjście z tej trudnej 

sytuacji? Należy w tym miejscu przypo-

mnieć, iż zgodnie z art. 8 ust. 1 i 2 

konstytucji jest ona najwyższym 

prawem Rzeczypospolitej Polskiej, a jej 

przepisy stosuje się bezpośrednio, 

chyba że konstytucja stanowi inaczej. 

Natomiast zgodnie z art. 178 ust. 1 

ustawy zasadniczej sędziowie w spra-

wowaniu swojego urzędu są niezawiśli 

i podlegają tylko konstytucji oraz 

ustawom. 

W doktrynie i orzecznictwie dominuje 

pogląd, iż zasada bezpośredniego 

stosowania konstytucji znajdzie 

zastosowanie wszędzie tam, gdzie 

dany przepis ustawy zasadniczej jest 

jasny i precyzyjny, a uregulowana 

w nim materia nie ma dalszego 

rozwinięcia lub konkretyzacji w akcie 

prawnym niższego rzędu. Tymczasem 

w sytuacji odroczenia przez TK daty 

utraty mocy obowiązującej niekonsty-

tucyjnego przepisu stanowi on tego 

rodzaju rozwinięcie lub konkretyzację. 

Trzeba jednak pamiętać, że jest to 

rozwinięcie lub konkretyzacja 

niezgodna z konstytucją, więc jej 

zastosowanie nie powinno mieć 

zbIgnIeW 

krüger

adwokat z kancela-

rii krüger & Partnerzy 

adwokaci

MacIej  

strączyńskI

sędzia, prezes stowarzy-

szenia sędziów Polskich 

„Iustitia”

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               4 / 8

background image

 

prawnik 

 28–30 marca 2014 nr 61 (3702)  

gazetaprawna.pl

Szukajcie, a znajdziecie. Inny przepis

Instytucja czasowego utrzymania 

niekonstytucyjnego przepisu w mocy 

może skłaniać parlament do uchwalania 

wątpliwych regulacji dla osiągnięcia 

doraźnych celów politycznych

niekonstytucyjny przepis spowodowa-

łaby lukę prawną, uniemożliwiającą 

funkcjonowanie jakiegoś organu 

państwa lub instytucji prawnej, 

konieczne jest zastąpienie wadliwego 

przepisu innym. Ustawodawca musi 

mieć na to czas.

Trybunał ma możliwość sygnalizowa-

nia ustawodawcy, że jakieś rozwiąza-

nie ustawowe prawdopodobnie jest 

wadliwe, jeszcze przed rozpoznaniem 

wniosku o zbadanie jego zgodności 

z konstytucją. Daje mu ją art. 4 ust. 2 

ustawy o TK, przewidujący przedsta-

wienie organom stanowiącym prawo 

uwag stwierdzających uchybienia 

i luki w prawie. Jeżeli więc już na 

wstępnym etapie postępowania 

sędziowie TK mają podstawy przewi-

dywać, że zaskarżony przepis okaże 

się niekonstytucyjny, a funkcjonowa-

nie systemu prawnego bez zastąpie-

nia go prawidłowym może być 

niemożliwe, mogą władzę ustawo-

dawczą i wykonawczą ostrzec. Inna 

rzecz, czy politycy tych ostrzeżeń 

posłuchają.

Przykładowo, Trybunał Konstytucyjny 

wytknął zawczasu w opisanym trybie 

niezgodność z konstytucją instytucji 

asesora sądowego. Wskazał, że asesor 

nie posiada niezbędnych do orzekania 

gwarancji niezawisłości, gdyż jest 

powoływany i może być w każdej 

chwili odwołany przez ministra 

sprawiedliwości, przedstawiciela 

władzy wykonawczej. Politycy 

pozostawali jednak głusi na słowa 

trybunału, choć czasu na zmianę 

wadliwego przepisu mieli sporo. 

Efektem tego było wydanie przez 

trybunał wyroku z 24 października 

2007 r. stwierdzającego niezgodność 

z konstytucją przepisów o asesorach. 

Przepisy te wygasały jednak 18 miesię-

cy po opublikowaniu wyroku – 6 maja 

2009 r. Trybunał orzekł, że wyroki 

wydane przez asesorów sądowych 

pozostają w mocy – przyjęcie przeciw-

nego stanowiska spowodowałoby 

straszliwy chaos prawny. Asesorzy 

stanowili w 2007 r. jedną czwartą 

obsady sądów rejonowych.

Z chwilą opublikowania wyroku TK 

ówczesny minister sprawiedliwości 

Zbigniew Ćwiąkalski przestał powoły-

wać asesorów. Ci, którzy byli już 

powołani, orzekali jednak nadal. 

Wywoływało to zrozumiałe kontro-

wersje, skoro trybunał uznał, że 

wydawanie przez nich wyroków jest 

niekonstytucyjne. Problem był też 

z powołaniem orzekających asesorów 

na stanowiska sędziów, bo większość 

z nich 6 maja 2009 r. nie osiągała 

wymaganego do nominacji stażu 

orzekania, a ich zbiorowe odejście ze 

służby w tym dniu rozłożyłoby na 

łopatki sądownictwo. Sytuacja ta 

jednak przydała się ministrowi 

sprawiedliwości. Włączył on przepisy 

przejściowe umożliwiające wcześniej-

sze powołanie asesorów na sędziów do 

nieakceptowanej wówczas w środowi-

sku prawniczym ustawy o Krajowej 

Szkole Sądownictwa i Prokuratury. 

W ten sposób uniemożliwił prezyden-

towi Lechowi Kaczyńskiemu, który też 

był przeciwny powołaniu KSSiP, 

zawetowanie tej ustawy. Gdyby 

bowiem prezydent ustawę zawetował, 

odpowiedzialność za zapaść wymiaru 

sprawiedliwości spowodowaną nagłym 

odejściem asesorów spadłaby na niego. 

Rząd wykorzystał sytuację i osiągnął 

cel polityczny, natomiast sprawa 

asesorów zakończyła się porażką 

Polski w Europejskim Trybunale Praw 

Człowieka w Strasburgu. Już przy 

pierwszej skardze trybunał strasbur-

ski, w listopadzie 2010 r., powołał się 

na wyrok TK i uznał wydawanie 

wyroku przez asesora za naruszenie 

obywatelskiego prawa do niezawisłe-

go sądu. Nie był to ostatni wyrok tej 

treści i Polska płaci odszkodowania.

Niekiedy uznanie przepisu za 

niezgodny z konstytucją dawało 

sądom możliwość orzekania w okre-

ślony sposób nawet bez zmiany 

przepisu. W swoim czasie TK uznał za 

niezgodną z konstytucją treść przepisu 

art. 632 pkt 2 kodeksu postępowania 

karnego w tej części, w której stanowił 

on, że osoba uniewinniona nie ma 

prawa do zwrotu od Skarbu Państwa 

kosztów ustanowienia obrońcy 

z wyboru. Sądy, nie czekając na 

zmianę rzepisu, zaczęły koszty te 

– zgodnie z orzeczeniem TK – przy-

znawać osobom uniewinnionym. 

Również obecnie ten sam przepis, już 

zmieniony, jest dotknięty wadą 

stwierdzoną przez trybunał. Uznał on 

za niezgodne z konstytucją obciążanie 

kosztami procesu oskarżyciela 

prywatnego, jeżeli sąd umorzył 

postępowanie z powodu przedawnie-

nia, jako że skutków przewlekłości 

postępowania nie może ponosić 

pokrzywdzony. Przepis pozostawiono 

bez zmiany, natomiast dodano art. 

632a, pozwalający na obciążenie 

w takich sytuacjach kosztami 

oskarżonego lub Skarbu Państwa.

Ciekawy skutek wywołał wyrok 

trybunału z 7 września 2006 r., 

dotyczący art. 540 par. 2 k.p.k. Przepis 

stanowił, że jeżeli trybunał stwierdzi 

niezgodność z konstytucją przepisu 

stanowiącego podstawę skazania, 

postępowanie się wznawia. Trybunał 

uznał, że ograniczenie to nie jest 

zasadne, ponieważ niezgodna 

z konstytucją może być nie tylko 

podstawa skazania, ale i inny przepis, 

na podstawie którego wydano 

orzeczenie. Wyrok dotyczył sytuacji, 

w której za niezgodne z konstytucją 

uznano oskarżanie w niektórych 

sprawach o wykroczenia przez straże 

miejskie. Niezgodny z konstytucją był 

więc nie przepis będący podstawą 

skazania, ale przepis pozwalający 

straży miejskiej oskarżać. Gdy zaś nie 

ma oskarżyciela, nie może być też 

sprawy. Sądy, stosując bezpośrednio 

orzeczenie trybunału, zaczęły więc 

wznawiać postępowania, w których 

występował nieuprawniony oskarży-

ciel. Sam przepis, bezzasadnie 

ograniczający podstawę wznowienia, 

zmieniono dopiero po trzech latach 

i wydaniu wielu orzeczeń przez sądy.

18 listopada 2010 r. trybunał orzekł 

o niezgodności z konstytucją art. 218 

par. 1 kodeksu karnego i art. 24 ust. 1 

ustawy o systemie ubezpieczeń 

społecznych. Przepisy przewidywały 

dwukrotne karanie, w różnej formie, 

za ten sam czyn. Ustawodawca nie 

zrobił nic i oba sprzeczne z konstytucją 

przepisy obowiązywały jeszcze przez 

18 miesięcy. Jednakże przez ten czas 

sądy mogły ich po prostu nie stosować 

– sprzeczność przepisów z konstytucją 

wychwycił zresztą sąd rozpoznający 

taką właśnie sprawę karną i wystąpił 

do trybunału.  

Stwierdzić trzeba, że każda sytuacja, 

w której przepis uznany za niekon-

stytucyjny pozostaje w mocy, jest 

wysoce niepożądana. Sądy mogą 

sobie z tym poradzić, stosując wprost 

orzeczenie trybunału. Jednak 

instytucja czasowego utrzymania 

niekonstytucyjnego przepisu w mocy 

może skłaniać parlament do uchwa-

lania wątpliwych prawnie przepisów 

dla osiągnięcia doraźnych celów 

politycznych. Zanim nierychliwy 

Trybunał rozpozna sprawę, zanim 

wyrok wejdzie w życie, cele niekon-

stytucyjnej ustawy zostaną osiągnię-

te. A to na pewno nie jest pożądane 

w państwie prawa, choć dla polityków 

wygodne.

T

emida, patronka sądownic-

twa, ma zawiązane oczy 

i trzyma w dłoni wagę. Nie 

jest ona ślepa, jak twierdzą 

niektórzy. Przewiązano jej 

oczy, bo na wadze ma z jednej strony 

przepis, z drugiej zaś prawa obywatela. 

Przewiązanie Themis oczu uniemożli-

wia jej zachwycenia się blichtrem 

jednej lub drugiej wartości. Powinna 

ona bowiem ważyć te wartości 

w sposób obiektywny. Zbytni radyka-

lizm, zarówno po jednej, jak i po 

drugiej stronie szali godzi za każdym 

razem ostatecznie zarówno w prawo, 

jak i obywatela. 

Tak samo powinno się dziać z przepi-

sami uznanymi za niezgodne z konsty-

tucją, co do których wskazano inny 

termin wejścia ich w życie. Oczywiście 

sąd związany jest sentencją wyroku 

TK, ale jednocześnie jest związany 

konstytucją. 

W jednym z wyroków TK (SK 1/04) 

stwierdził, że wyrok określający inny 

termin utraty mocy obowiązującej 

aktu normatywnego jako niezgodne-

go z konstytucją przepisu „stawia 

wyzwanie i możliwości wyboru 

przez same sądy takiego środka 

proceduralnego, który najlepiej 

pozwoli na osiągnięcie efektu 

najbliższego nakazowi wykładni 

i stosowania prawa w zgodzie 

z konstytucją”. 

Innymi słowy: poszukajcie, czy nie 

ma innego przepisu, który możecie 

zastosować zamiast tego, tak by 

zachować wartości konstytucyjne 

i ochronić obywatela, a jednocześnie 

postąpić zgodnie z prawem.

W sądownictwie administracyjnym 

powyższa zasada jest obowiązująca od 

dawna, dzięki takim sędziom jak m.in. 

Janusz Trzciński, Roman Hauser, 

Marek Zirk-Sadowski, Małgorzata 

Jaśkowska. 

W sądownictwie powszechnym jest 

gorzej, a to za sprawą SN, który potrafi 

orzec w sposób wzajemnie sprzeczny. 

Przykład: w jednym z wyroków TK (SK 

49/05) uznano,  

że pewien przepis w zakresie, w jakim 

ogranicza dostęp do waloryzacji 

sądowej, zagwarantowanej w innym 

przepisie, w odniesieniu do zobowią-

zań pieniężnych powstałych przed 

30 października 1950 r., wynikających 

z obligacji emitowanych przez Skarb 

Państwa jest niezgodny z konstytucją 

i odroczono utratę mocy o 12 miesięcy. 

W trakcie tych 12 miesięcy pan 

wystąpił o wznowienie postępowania. 

SO zasądził na rzecz powoda kwotę X, 

SA zmniejszył ją do Y. Poszła skarga 

kasacyjna do SN (II CSK 410/10), który 

uchylił ww. wyroki i odrzucił skargę 

o wznowienie postępowania, uznano 

bowiem, że przepis trwa, więc 

wznowienia być nie może. Dla 

porównania wskażę, że w innym 

wyroku SN ( III PK 96/06) uznano, iż 

odroczenie wejścia w życie orzeczenia 

TK stwierdzającego sprzeczność 

przepisu ustawy z konstytucją nie 

stanowi przeszkody do uznania przez 

sąd, że przepis ten był sprzeczny 

z konstytucją od jego uchwalenia, a sąd 

może odmówić stosowania tego 

przepisu.

Ostatnio dyskusja powróciła na kanwie 

przypadku opisanego w artykule 

„Prawo obowiązuje, choć nie powinno” 

(DGP 48/2014). Rozmawiałam z kilko-

ma sędziami, których mam zaszczyt 

znać, i każdy z nich powiedział, że 

zamiast stosować ww. przepis 75 par. 1 

k.k. kierują sprawę na posiedzenie 

jawne, żądając uprzednio wywiadów 

kuratorów i danych z KRK i dopiero 

wtedy wydają postanowienie, każdora-

zowo badając okoliczności. Załóżmy, że 

mamy matkę trojga dzieci, jedyną 

żywicielkę rodziny, dbającą o dom 

i dzieci. Mąż nieporadny życiowo, 

pracy znaleźć nie może, alkohol w tle. 

Kobieta, nie mając środków do życia, 

dokonuje kradzieży. Dostaje wyrok 

w zawiasach. Po jakimś czasie znowu 

brak pieniędzy powoduje, że kradnie. 

Dostaje wyrok w zawiasach. Czy trzeba 

koniecznie ją wsadzać do więzienia, bo 

przepis jest? 

Sędziowie wiedzą, że pani kradła, ale 

dostrzegają, że wsadzenie jej do 

więzienia spowoduje, iż zawieszona 

będzie jej władza rodzicielska na czas 

odsiadki, mąż w ciągu alkoholowym 

nie będzie zarabiać i opiekować się 

dziećmi, zaraz może być jakieś 

ograniczenie władzy rodzicielskiej czy 

odebranie dzieci itd. Jak widać, jak się 

chce, można znaleźć inny przepis, 

pamiętając wytyczne TK z wyroku SK 

9/10. Doprowadzanie do wznowienia 

postępowania po kilkunastu miesią-

cach tylko dlatego, że dany przepis 

wtedy utraci moc i tak wynika 

z przepisów, jest zachowaniem zbyt 

formalistycznym, opartym na blichtrze 

istnienia przepisu, nie zaś na wadze 

pomiędzy obywatelem a prawem. 

Postępowań sądowych i tak mamy  

aż nadto, po co je więc mnożyć? Czy 

Themis, bogini i uosobienie sprawiedli-

wości, prawa i wiecznego porządku, 

naprawdę by tego chciała?

Zebrała i opracowała Anna Krzyżanowska

Współpraca Ewa Ivanova

Monika 

kryWoW

prezes ogólnopolskiego 

Stowarzyszenia 

asystentów Sędziów  

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               5 / 8

background image

 

C6

LegisLaCja

 

Projekt ustawy o Trybunale Konstytucyjnym

Niestety, zaproponowany projekt nowej 

ustawy prawie żadnego problemu nie roz-

wiązuje. Jest gorzej: problemy wręcz stwa-

rza i wpycha sąd konstytucyjny, poważną 

instytucję, w bardzo poważne kłopoty. 

Budzi bowiem – delikatnie mówiąc – kon-

trowersje. Eksperci go opiniujący zgłosili 

długą litanię uwag odnoszących się do 

proponowanych regulacji ustroju i proce-

dury rozpoznawania spraw przez TK. Za-

strzeżenia dotyczą przepisów budzących 

wątpliwości interpretacyjne (a więc naru-

szających konstytucyjne – czyli doskonale 

znane sędziom TK – zasady przyzwoitej 

legislacji), przepisów budzących wątpli-

wości co do ich zgodności z konstytucją, 

regulacji, które nie zapewniają osiągnię-

cia pożądanego celu ustawy lub zupełnie 

niweczą ten cel, a także regulacji, w któ-

rych pominięto istotne kwestie, wyma-

gające ingerencji ustawodawcy. Jest więc 

źle, a może być co najmniej tak samo źle. 

Ustawa o trybunale powinna zaś być 

wizytówką tego organu, jako strażnika 

porządku konstytucyjnego Rzeczypo-

spolitej Polskiej. Regulacja ustawowa 

powinna być solidnym fundamentem 

funkcjonowania sądu konstytucyjnego. 

Absurdalna byłaby sytuacja, w której usta-

wa regulująca funkcjonowanie Trybu-

nału Konstytucyjnego oraz postępowa-

nie przed nim, mające na celu zbadanie 

konstytucyjności aktów normatywnych, 

sama byłaby niekonstytucyjna. Tym bar-

dziej absurdalne byłoby, gdyby niekon-

stytucyjną ustawę przygotował sam try-

bunał. A jednak to nie teoretyczna wizja, 

ale – o zgrozo – rzeczywistość.

Dla przykładu, sędziowie TK wymyślili 

taką konstrukcję: wskazano krąg podmio-

tów uprawnionych do wskazywania osób, 

spośród których zgłaszani będą kandy-

daci na stanowiska sędziego trybunału, 

wybierani przez Sejm. Zgłoszenia będzie 

przyjmował marszałek Sejmu, lista zgło-

szonych osób będzie zaś następnie prze-

kazywana posłom i podawana do publicz-

nej wiadomości. Włączenie środowisk 

prawniczych i zainteresowanie opinii 

publicznej wyborami sędziów trybuna-

łu to faktycznie społecznie szczytny cel. 

Obywatele powinni się interesować funk-

cjonowaniem najważniejszych w kraju 

instytucji.

Trybunał jednak – w tej swojej pisar-

skiej działalności – zupełnie zapomniał 

o swojej zasadniczej roli. Zapomniał bo-

wiem o konstytucji. W świetle jej art. 

194 TK składa się z sędziów wybiera-

nych indywidualnie przez Sejm spośród 

osób wyróżniających się wiedzą prawni-

czą. Konstytucyjne prawo Sejmu zostało 

w projekcie istotnie ograniczone, skoro 

organ ten może wybierać spośród wąskiej 

liczby kandydatów, uprzednio wybranych 

przez inne niż Sejm podmioty. W ten spo-

sób, który obmyślił TK, gwarancje konsty-

tucyjne stałyby się iluzoryczne. 

Ponadto, konstytucja zastrzega, że 

kandydat na sędziego TK powinien się 

wyróżniać wiedzą prawniczą. Tu jednak, 

gdzie należałoby coś zmajstrować w prze-

pisach, pozostały one nietknięte. A warto 

byłoby ten fakt w jakiś sposób stwierdzić. 

W projekcie pominięto jednak ten dość 

istotny szczegół i określając tryb zgłasza-

nia kandydatów na sędziego, wskazano 

jedynie, że uprawniony podmiot do zgło-

szenia kandydata dołącza uzasadnienie 

oraz zgodę osoby zgłaszanej. W ocenie 

Czy projekt ustawy 

o lekarzach powinni 

pisać lekarze, 

a o hydraulice 

– hydraulicy? 

To zasadne pytanie 

w kontekście 

toczących się 

dyskusji o modelu 

funkcjonowania 

Trybunału 

Konstytucyjnego

Sędziowie we własnej sprawie 

Można nawet założyć, że gdyby 

projektowana ustawa o TK została 

uchwalona, byłaby jedyną niekonstytucyjną 

ustawą, której niekonstytucyjności nie 

można byłoby stwierdzić

ich skutków, a także uregulowanie nie-

których zagadnień związanych z warun-

kami funkcjonowania i obsługą prac Try-

bunału Konstytucyjnego.

Brzmi ambitnie. Nie traćmy jednak 

z oczy istoty problemu. Faktycznie, nie 

sposób zaprzeczyć, że obecna ustawa 

o Trybunale Konstytucyjnym wymaga 

ingerencji prawodawcy, i to w sporym 

zakresie. Regulacja jest niepełna, na jej 

gruncie mamy do czynienia z wielo-

ma niedoskonałościami, lukami praw-

nymi, odesłaniami do innych ustaw 

(w tym do ustawy o Sądzie Najwyższym 

i ustawy – Prawo o ustroju sądów po-

wszechnych), pozbawiającymi ustawę 

spójności systematycznej. Praktyka funk-

cjonowania trybunału wywołuje liczne 

dyskusje. Ktoś się do tego – po latach ta-

kiego dryfowania – wreszcie zabrał. Może 

więc należałoby go wesprzeć, a nie kryty-

kować. I należałoby, gdyby projekt rzeczy-

wiście był lekiem na choroby trybunału 

i dzięki nowym przepisom trybunalskie 

dryfowanie zmieniłoby się w kurs, który 

ma cel. A celem tym są podane powyżej 

– zawarte w uzasadnieniu projektu – za-

dania stojące przed TK.

P

rojekt nowej ustawy o Try-

bunale Konstytucyjnym 

trafił do Sejmu z inicja-

tywy prezydenta Bro-

nisława Komorowskie-

go w lipcu ub.r. Nikt nie 

miał jednak wątpliwości, 

że dokument napisał sam Trybunał Kon-

stytucyjny, a właściwie niektórzy jego 

sędziowie. Takie rozwiązanie może się 

wydawać właściwe. W końcu który organ 

władzy publicznej mógłby wiedzieć wię-

cej, co w trybunalskiej trawie piszczy, niż 

sam trybunał? Który organ byłby bardziej 

zainteresowany w dostosowaniu obecnej 

regulacji ustawowej do odbiegającej od 

niej praktyki funkcjonowania trybuna-

łu? Nadto, który organ, jeśli nie trybu-

nał, byłby w stanie opracować ustawę 

niemożliwą do zakwestionowania przed 

trybunałem? Pozory jednak mylą.

Celem tej nowej ustawy, zgodnie z tre-

ścią uzasadnienia do projektu, jest dosta-

tecznie klarowne i trwałe umocowanie 

pozycji trybunału jako organu władzy są-

downiczej; uregulowanie procedury roz-

poznawania spraw w sposób adekwatny 

do istoty procesu kontroli konstytucyj-

ności prawa, właściwej tylko dla trybu-

nału; stworzenie warunków organiza-

cyjnych służących sprawności orzekania; 

sprecyzowanie kryteriów kandydowania 

na stanowisko sędziego trybunału; bar-

dziej szczegółowe uregulowanie statusu 

sędziego trybunału; zracjonalizowanie 

trybów rozpoznawania spraw przed try-

bunałem (na rozprawie lub posiedzeniu 

niejawnym); uwzględnienie ukształto-

wanej typologii orzeczeń trybunału oraz 

Marek ChMaj

dr hab., prof. SWPS 

w Warszawie, 

konstytucjonalista, 

wspólnik w kancelarii 

Chmaj i Wspólnicy

MI

C

h

A

ł 

D

y

JUK

/REPO

R

TER

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               6 / 8

background image

 

prawnik 

 28–30 marca 2014 nr 61 (3702)  

gazetaprawna.pl

autorów projektu nie ma więc potrze-

by potwierdzenia, że kandydat spełnia 

wymagania zastrzeżone w konstytucji. 

Zaufanie w tym zakresie może się jednak 

okazać zgubne.

Sędziowie TK zaproponowali rów-

nież, by wygaśnięcie mandatu sędziego 

trybunału w przypadku prawomocne-

go orzeczenia o jego złożeniu z urzędu 

zostało uzależnione od stwierdzenia tej 

okoliczności przez Zgromadzenie Ogól-

ne TK. Bezpieczna konstrukcja. Ozna-

cza bowiem, że w razie niepodjęcia przez 

zgromadzenie odpowiedniej uchwały 

niemożliwe będzie złożenie sędziego 

trybunału z urzędu, mimo prawomoc-

nego orzeczenia. To tylko kilka wątpli-

wości z wielu problemów jakie sędziowie 

konstytucyjni zgotowali prezydentowi, 

ustawodawcy oraz wymiarowi sprawie-

dliwości. 

Pomijając kwestie merytoryczne, opra-

cowywanie przez podmioty zaintereso-

wane projektów ustaw lub nowelizacji 

na własne potrzeby należy uznać co naj-

mniej za nieeleganckie. Działanie takie 

pomija zresztą podstawowe standardy 

demokracji. I znowu odwołam się do kon-

stytucji, której przestrzeganie – jako kon-

stytucjonaliście – leży mi na sercu. I sę-

dziom trybunału działanie w granicach 

konstytucji też nie powinno być obce. 

Mają jej strzec, także – jak się okazuje 

– przed sobą.

W świetle więc konstytucji inicjatywa 

ustawodawcza przysługuje posłom, Sena-

towi, prezydentowi i Radzie Ministrów 

oraz grupie co najmniej 100 tys. obywate-

li mających prawo wybierania do Sejmu. 

Nie będzie z mojej strony nadużyciem, 

gdy zacytuję w tym zakresie słowa same-

go Trybunału Konstytucyjnego, według 

którego: „Przez pojęcie inicjatywy usta-

wodawczej należy rozumieć uprawnienie 

do wniesienia projektu ustawy do Sejmu 

(…). Art. 118 ust. 1 konstytucji zawiera dwa 

istotne wskazania w tym względzie.

Po pierwsze, uprawnienie do wniesie-

nia projektu przysługuje enumeratyw-

nie wymienionym w konstytucji pod-

miotom. Po drugie, w razie skorzystania 

przez uprawniony podmiot z prawa do 

wniesienia projektu parlament ma obo-

wiązek rozpatrzenia go w trybie określo-

nym przepisami prawa” (wyrok TK z 18 

kwietnia 2012 r.). W przypadku projektu 

ustawy o TK inicjatywa ustawodawcza, 

z której skorzystał prezydent, jest nie-

wątpliwie nadużyciem jego dobrej woli. 

W istocie głowa państwa została przez 

trybunał wykorzystana do wniesienia 

projektu ustawy, który powstał w miej-

scu, w którym powstać nie powinien.

Zagrożenia, jakie stwarza taka sytu-

acja, są poważne. Można nawet założyć, 

że gdyby projektowana ustawa została 

uchwalona, byłaby ona jedyną niekon-

stytucyjną ustawą, której niekonstytu-

cyjności nie można byłoby stwierdzić. 

Zgodnie bowiem z przepisami ustawy 

o TK (tak w nowym, jak i w dotychczaso-

wym brzmieniu) sędzia trybunału pod-

lega wyłączeniu od udziału w rozstrzy-

ganiu w sprawach, w których wydał lub 

uczestniczył w wydaniu zakwestionowa-

nego aktu normatywnego. Wyłączenie od 

udziału w rozstrzyganiu takiej sprawy 

byłoby zasadne również w odniesieniu 

do sędziów kolejnej kadencji trybunału 

z uwagi na istnienie okoliczności mo-

gących wywołać wątpliwość co ich bez-

stronności. Nie sposób być bowiem bez-

stronnym we własnej sprawie.

I tutaj ostatnia uwaga: projekt ustawy 

wzbudza kontrowersje w samym trybu-

nale. Według posiadanych przez autora 

niniejszego felietonu informacji w pra-

cach wzięła udział tylko część sędziów 

skupiona wokół prezesa prof. Andrzeja 

Rzeplińskiego. Jest spora grupa sędziów, 

którzy z rozwiązaniami zawartymi w pro-

jekcie się nie zgadzają, a którzy nie mieli 

wpływu na jego ostateczny kształt. Ale 

czy oni będą mogli mieć w tej sprawie 

przymiot bezstronności?

Sędziowie we własnej sprawie 

stawki minimalne

 za czynności pełnomocników

Skarb Państwa jest łaskawy, 
bo sięga do cudzej kieszeni

na tyle cwani, aby ubiegać się o prawni-

ków z urzędu), wedle ustalonych przez 

tenże Skarb Państwa kryteriów, które 

są zupełnie nierynkowe, angażując do 

tej publicznej pomocy profesjonalnych 

prawników, którzy działają wedle sta-

wek rynkowych, ale płacąc im z budżetu 

tyle, ile Skarb Państwa uzna za stosow-

ne, czyli tyle, ile wskazano w rozporzą-

dzeniu.

Paradoks tej niezbyt zdrowej sytu-

acji jest potęgowany dodatkowo przez 

fakt, który w publicznej dyskusji zdaje 

się umykać – prawnicy wyznaczeni na 

pełnomocników z urzędu nie mogą co 

do zasady uchylić się od tego „zaszczy-

tu”, i to nawet wówczas, gdy wiedzą, że 

za kilkuletni proces z wymianą pism, 

przesłuchiwaniem świadków, kilkuna-

stoma rozprawami, na które często trze-

ba dojechać kilkadziesiąt kilometrów, 

setką telefonów i spotkaniami z klien-

tem, który ma swoje pomysły na spra-

wę i „wymaga od mecenasa, bo sąd mu 

go dał”, dostaną z budżetu 60 zł brutto, 

czyli 40,99 zł do ręki (sic!).

Gdyby natomiast świadczyli pomoc 

na rzecz klienta, z którym umówili się 

bez przymusu i pośrednictwa Skarbu 

Państwa i który to klient zapłaciłby im 

z własnej kieszeni, to za to samo za-

angażowanie dostaliby od kilkuset do 

kilku tysięcy złotych. Wykonawcą woli 

Skarbu Państwa jest co prawda w tym 

wypadku sędzia, bo to on przydziela peł-

nomocników ubogim i wynagradza rad-

ców prawnych i adwokatów, zasądzając 

im koszty, ale wszyscy wiemy, że sędzia 

działa w granicach prawa, to zaś ustalają 

nasi przedstawiciele w Sejmie oraz inni 

wykonawcy prawa – urzędnicy. 

Jak widać, zatem państwo polskie 

dość specyficznie gospodaruje pomo-

cą prawną: dba o to, aby było jak naj-

więcej prawników, aby móc ich pod 

przymusem przydzielić rzeszy bied-

nych tułających się po sądach (innym 

tej pomocy odmawia, na dodatek na 

podstawie dość uznaniowych kryte-

riów, dochodząc do wniosku, że są zbyt 

bogaci), a następnie płaci tym prawni-

kom z budżetu państwa według sztyw-

nego cennika.

A może należałoby rozpocząć akcję 

obywatelskiego nieposłuszeństwa i roz-

ważyć w ramach struktur samorządów 

zawodowych radców prawnych i adwo-

katów, czy nie ignorować wezwań są-

dów do wyznaczania pełnomocników 

z urzędu? Może wówczas sądy zaczęłyby 

szukać profesjonalnej pomocy na ryn-

ku według stawek tam panujących? To 

nie jest nawoływanie, a jedynie trzeźwy 

osąd rzeczywistości.

Składają się na nią takie oto sytu-

acje, dodam, że prawdziwe: radca praw-

ny zatrudniony na etacie jest wyzna-

czony do sprawy z urzędu; wcale tego 

nie chce, ale chcąc uniknąć przykrych 

dla siebie konsekwencji zawodowych, 

godzi się na to. Następnie po kilku la-

tach procesu zasądzana jest mu kwota 

180 zł brutto. Wcale nie chce jej odbierać 

i nawet gotowy jest złożyć oświadczenie 

przekazujące kwotę na Skarb Państwa 

albo inny szczytny cel lub zawierające 

zrzeczenie się tej kwoty, ale otrzymu-

je informację, że jeśli nie dopełni for-

malności umożliwiających wypłatę, to 

do urzędu skarbowego wpłynie donie-

sienie, że ukrywa dochody, a ponadto 

jego rzecznik dyscyplinarny zostanie 

zawiadomiony, że postępuje nieetycz-

nie. Zmuszony przez okoliczności bierze 

dzień urlopu i udaje się do odpowiedniej 

komórki sądu, aby odebrać zasądzoną 

mu kwotę. Jakież jest jego zdziwienie, 

gdy dowiaduje się, że w tym celu musi 

wystawić fakturę! Ale jak to, skoro nie 

prowadzi działalności?

Nic nie szkodzi. Musi na potrzeby tej 

poważnej wypłaty zrejestrować się jako 

płatnik VAT, a następnie wystawić fak-

turę. Trochę się w tym gubi, bo na co 

dzień nie zajmuje się podatkami, ale 

sprawami rodzinnymi. Idzie więc do 

radcy prawnego biegłego w sprawach 

podatków. Ten informuje go o koniecz-

ności zapłaty za rejestrację na potrze-

by VAT kilkuset złotych i takiej samej 

kwoty za wyrejestrowanie się z VAT 

po wystawieniu jednorazowej faktu-

ry, ponadto alarmuje nieszczęśnika, że 

w celu uniknięcia odpowiedzialności 

karnoskarbowej musi złożyć do urzędu 

skarbowego czynny żal, bo faktura zo-

stanie wystawiona za późno, a następ-

nie podejmuje się prowadzenia sprawy 

po kosztach i inkasuje od „szczęśliwca” 

obdarzonego przez sąd sprawą z urzędu 

kwotę 800 zł netto.

Wszystko kończy się pomyślnie, ale 

radca prawny zaangażowany w sys-

tem pomocy państwa dla najbiedniej-

szych sam jest biedniejszy o ok. 1500 zł 

i 2 dni urlopu wypoczynkowego, który 

chciał poświęcić na sprawy rodzinne, 

a nie na załatwianie formalności zwią-

zanych z niechcianymi pieniędzmi. Nikt 

mu też nie zwróci za czas poświęcony na 

sprawę, wysyłkę pism, dojazdy do sądu 

i na spotkania z klientem, telefony do 

niego i urlop, który brał na rozprawy, 

bo przecież pracodawca nikogo nie wy-

puści z pracy, aby załatwiał sprawy są-

dowe, które nie są przez niego zlecone. 

Ktoś powie, że na biednego nie trafi-

ło. Ale akurat w tym przypadku klient 

korzystający z dobrodziejstwa pomocy 

z urzędu podjeżdżał pod sąd nowym 

luksusowym autem, radca prawny zaś, 

który prowadził jego sprawę poruszał 

się – i to nie z własnej woli – metrem 

i tramwajem.

Wyłania się z tego dość jednoznaczny 

przekaz – koszty obsługi administracyj-

nej (znaczki pocztowe, benzyna, opła-

ty za parking, bilety komunikacji, ra-

chunki za telefon, koszty materiałów 

biurowych) większości spraw z urzędu  

przekraczają, czasami bardzo znacznie, 

kwoty, które za te sprawy płaci w swej 

łaskawości Skarb Państwa. Tego typu 

sprawy przynoszą kancelariom wymier-

ne straty finansowe. I nie ma na to spo-

sobu, bo rządzą przymus i matematycz-

ne wyliczenie.

Czas zatem tę nienormalną sytuację 

zmienić. Decydenci powinni zrozumieć, 

że droga do właściwie funkcjonujące-

go wymiaru sprawiedliwości wiedzie 

poprzez wprowadzenie normalnych, 

czytelnych i sprawiedliwych reguł dla 

wszystkich w nim poruszających się. Nie 

tylko dla klientów, sędziów, prokurato-

rów, ale również dla radców prawnych. 

To ważne, by ten problem zauważać, 

a nie udawać, że nic się nie stało i my 

(czyli profesjonalni prawnicy) sami so-

bie z tym jakoś poradzimy.

Jakoś już było. Czas by zaczęło być po 

prostu normalnie.

Bardzo dobrze, że „Prawnik” podjął tak 

istotną problematykę, jaką są stawki mi-

nimalne za czynności radców prawnych 

i adwokatów. Kwestia ta bowiem od lat 

jest skwapliwie pomijana w dyskusji 

nad reformą wymiaru sprawiedliwo-

ści. Czyżby był to temat wstydliwy? Dla 

profesjonalnych prawników, którzy na 

co dzień spotykają się z tym, napiszę 

wprost, koszmarem, wcale nie jest on 

wstydliwy. Jest niezwykłej wprost wagi.

Oczywiście w przestrzeni publicznej 

utarło się, że sprawa zarobków pełno-

mocników jest „niepolityczna”. Kiedy 

jednak słyszę w mediach narzekanie 

posłów na to, że ich zarobki od lat nie 

uległy zmianie i należy je dostosować 

do rynkowych realiów, to myślę sobie, 

że nadszedł właściwy czas, by postawić 

również zagadnienie stawek minimal-

nych na porządku dziennym.

I nie chodzi o to, że zrównuję – nawet 

mentalnie – kwestie zarobków parla-

mentarzystów i radców prawnych oraz 

adwokatów, jednak wydaje mi się, że 

jeśli już polscy parlamentarzyści prze-

łamali psychologiczne tabu związane 

z ich poborami, to również my, praw-

nicy, nie powinniśmy się obawiać i gło-

śno zacznijmy się upominać o zwykłą 

ludzką sprawiedliwość. Właśnie bowiem 

o sprawiedliwość tu chodzi. Paradok-

sem jest tu przy tym fakt, że profesjo-

nalni prawnicy stanowiący istotną część 

wymiaru sprawiedliwości muszą się jej 

sami domagać.

Stawki minimalne to nic innego, jak 

cennik, według którego Skarb Państwa 

płaci radcom prawnym i adwokatom za 

ich usługi świadczone na rzecz obywate-

li, którym wcześniej wspaniałomyślnie 

ten sam Skarb Państwa przyznał praw-

nika z urzędu, bo powiedzieli, że są na 

tyle ubodzy, iż nie jest ich stać na wy-

najęcie prawnika na rynku. Mamy wów-

czas do czynienia z lekką schizofrenią. 

Z jednej strony Skarb Państwa uprawia 

swoistą pomoc publiczną i interwen-

cjonizm, wspomagając z publicznych 

środków ubogich (którzy nawiasem mó-

wiąc, często wcale nie są ubodzy, ale są 

Obsługa spraw z urzędu przynosi 

kancelariom wymierne straty. I nie 

ma na to sposobu, bo rządzą przymus 

i matematyczne wyliczenie

A może należałoby rozpocząć akcję 

obywatelskiego nieposłuszeństwa i rozważyć, 

czy nie ignorować wezwań do wyznaczania 

pełnomocników z urzędu? Może wówczas sądy 

zaczęłyby szukać profesjonalnej pomocy na 

rynku według stawek tam panujących?

ArkAdiusz koper

radca prawny, wicedziekan rady 

oirp w Warszawie

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               7 / 8

background image

 

C8

Opinie

 

Sądy rodzinne

 Redakcja: ul. Okopowa 58/72; 01-042 Warszawa, tel. 22 530 40 40, faks: 22 530 40 39; e-mail: gp@infor.pl 

 Redaktor naczelna: Jadwiga Sztabińska  

 Zastępcy redaktor naczelnej: Andrzej Andrysiak, Dominika Sikora, Paweł Nowacki 

 Sekretarze: Rafał Drzewiecki, Marcin Hadaj, Anna Godlewska, Leszek Majkut,  

Mirosław Mazanec, Mira Suchodolska 

 Redaguje: Ewa Szadkowska 

 Szef działu foto: Krzysztof Cieślewicz 

 Biuro reklamy (tel. 22 530 44 44):  

Dyrektor: Monika Szulc-Wąsikowska, tel. 22 530 40 17 

 Szef studia DTP: Jacek Obrusiewicz 

 Produkcja: Elżbieta Stamler, tel. 22 530 42 24

wienia nie powinno, poza wyjątkowymi 

sytuacjami, obejmować odszkodowania 

pieniężnego. Chodzi raczej o skłonienie 

nieletniego do podjęcia osobistych starań 

o naprawienie szkody w naturze (np. po-

przez zamalowanie wykonanych napisów 

lub rysunków na ścianie budynku). W typo-

wych sprawach ewentualne ciężary finan-

sowe mogą zostać nałożone na rodziców, 

w trybie art. 7 par. 1 pkt 2 u.p.n. Nie da się 

jednak wykluczyć i takich sytuacji, w któ-

rych celowe będzie zobowiązanie nielet-

niego, który np. posiada znaczny majątek, 

do zapłacenia na rzecz poszkodowanego 

określonej kwoty pieniężnej. Ale i w razie 

potrzeby naprawienia szkód o niewielkim 

czy wręcz znikomym wymiarze material-

nym, zobowiązanie nieletniego do ich na-

prawienia z kieszonkowego, również może 

okazać się rozwiązaniem niepozbawio-

nym sensu. Nie zapominajmy też o tym, 

że nieletni, którzy ukończyli 16 lat, są zdol-

ni do podjęcia zatrudnienia na gruncie 

art. 190 par. 1 i 2 k.p.

Postanowienie sądu rodzinnego nie 

jest oczywiście wyrokiem skazującym 

w rozumieniu art. 11 k.p.c., jednakże z ra-

cji swej prawomocności wiąże strony, sąd, 

który je wydał oraz inne sądy i organy, 

w myśl art. 365 par. 1 k.p.c. w zw. z art. 

20 par. 1 u.p.n. Orzeczenie obowiązku 

naprawienia szkody na podstawie art. 6 

pkt 2 u.p.n. stwierdza w sposób pewny 

przede wszystkim sprawstwo nieletnie-

go określonego czynu, a nadto pośrednio 

zaistnienie samej szkody (co do zasady), 

aczkolwiek nie może być uznane za ści-

sły dowód wysokości szkody – i w tym 

zakresie na poszkodowanym (powodzie 

w ewentualnym procesie cywilnym od-

szkodowawczym) spoczywać będzie cię-

żar udowodnienia tej okoliczności, zgod-

nie z ogólną regułą art. 6 k.c. 

Orzeczenie przez sąd rodzinny takiego 

środka wychowawczego wymaga prze-

sądzenia dwóch zasadniczych kwestii, 

czyli dopuszczenia się przez nieletniego 

określonego czynu karalnego bądź czy-

nu stanowiącego przejaw demoralizacji 

oraz tego, że następstwem owego czynu, 

pozostającym z nim w związku przyczy-

nowo-skutkowym, jest powstanie okre-

ślonej szkody o charakterze majątkowym. 

Ustalenie tego jest w zasadzie tożsame 

z dwiema z trzech przesłanek odpowie-

dzialności cywilnej z tytułu czynu niedo-

zwolonego. Przypomnieć trzeba bowiem, 

że na gruncie art. 415 k.c. kto z winy swej 

wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany 

jest do jej naprawienia, przy czym w myśl 

reguły art. 361 par. 1 k.c. obowiązek od-

szkodowawczy obejmuje jedynie normal-

ne następstwa działania lub zaniechania, 

z którego szkoda wynikła. Nie budzi przy 

tym wątpliwości, że zachowanie nielet-

niego polegające na popełnieniu czynu 

karalnego bądź przejawie demoralizacji 

jest czynem bezprawnym; bezprawność 

w rozumieniu prawa cywilnego obejmuje 

bowiem naruszenie nie tylko norm sta-

nowionego prawa powszechnie obowią-

zującego, ale również zasad współżycia 

społecznego i dobrych obyczajów. 

Postanowienie sądu stwierdzające, że 

nieletni popełnił określony czyn i nakła-

dające na niego środek wychowawczy 

w postaci obowiązku naprawienia wy-

rządzonej szkody, nie przesądza trze-

ciego z elementów odpowiedzialności 

deliktowej nieletniego, czyli winy. Sąd 

rodzinny w postępowaniu w sprawach 

nieletnich w ogóle problematyką winy 

się nie zajmuje. W ujęciu prawno-kar-

nym, w którym winę rozumie się jako 

zarzut nieusprawiedliwionego złamania 

prawa (teoria normatywna winy), nie-

letniemu w ogóle nie można jej przypi-

sać z racji nieosiągnięcia odpowiedniego 

wieku (17 lat, 15 lat – art. 10 par. 1 i 2 k.k.), 

co stanowi okoliczność ustawowo wyłą-

czającą winę. To jest zresztą podstawo-

wą przyczyną odrębności postępowania 

w sprawach nieletnich od postępowania 

karnego. Natomiast w rozumieniu pra-

wa cywilnego, na gruncie którego domi-

nuje teoria psychologiczna winy, przez 

winę rozumie się podjęcie określonego 

bezprawnego zachowania umyślnie lub 

nieumyślnie, tzn. wskutek niedochowa-

nia należytej staranności (niedbalstwo). 

Odnosząc tak rozumiane pojęcie winy 

do odpowiedzialności odszkodowawczej 

nieletnich, należy jednak pamiętać, że na 

gruncie art. 426 k.c. ustawodawca przewi-

dział bezwzględną przesłankę negatywną 

odpowiedzialności cywilnej na zasadzie 

winy, w postaci małoletniości poniżej 

13 lat, aczkolwiek nie wyklucza to od-

powiedzialności odszkodowawczej na 

zasadzie słuszności, w myśl art. 428 k.c. 

Dyskusyjne jest w praktyce, czy środek 

wychowawczy w postaci obowiązku na-

prawienia szkody na gruncie art. 6 pkt 2 

u.p.n. może zostać zastosowany w sto-

sunku do nieletnich, którzy lat 13 nie 

ukończyli, właśnie z uwagi na brzmienie 

art. 426 k.c. Ponadto nieletni poniżej 13. 

roku życia nie odpowiadają za stypizowa-

ne czyny karalne, ale jedynie za demorali-

zację (art. 1 par. 1 pkt 1 i 2 u.p.n.). W mojej 

ocenie nie ma przeszkód normatywnych 

dla orzekania tego środka wobec spraw-

ców poniżej 13. roku życia, jak już bowiem 

pisałam, jego stosowanie jest niezależne 

od odpowiedzialności cywilnoprawnej 

nieletniego. W takim wypadku jednak, 

jego orzeczenie mieć będzie walor je-

dynie moralno-wychowawczy, bowiem 

ewentualne powództwo odszkodowaw-

cze (przed sądem cywilnym) przeciwko 

nieletniemu skazane będzie zasadniczo 

na niepowodzenie, chyba że zachodziłyby 

podstawy do zasądzenia odszkodowania 

na zasadzie słuszności, co jednak w prak-

tyce zdarza się sporadycznie. 

Wymaga przypomnienia, że stosowa-

nie środka wychowawczego w postaci zo-

bowiązania do naprawienia szkody ustaje 

z mocy prawa z chwilą ukończenia przez 

nieletniego 18. roku życia, w myśl art. 73 

par. 1 u.p.n. Należy jednak zaznaczyć, że 

nie oznacza to ustania odpowiedzialności 

cywilnoprawnej (deliktowej). Co więcej, 

jeżeli nieletni popełnił czyn karalny, któ-

ry treściowo odpowiada przestępstwu, to 

przedawnienie roszczeń odszkodowaw-

czych z tego tytułu podlega regulacji art. 

442 par. 2 k.c. (tj. 10 lat od dnia popełnie-

nia czynu), jakkolwiek bowiem nieletni 

nie może podlegać karze za przestępstwo, 

jednak jego czyn od strony przedmioto-

wej odpowiada znamionom typu czynu 

zabronionego (por. wyrok Sądu Najwyż-

szego z 18 stycznia 2012 r., II CSK 157/11, 

OSNC-ZD 2013/30/44). 

Reasumując, środek w postaci zobo-

wiązania nieletniego do naprawienia 

wyrządzonej szkody, poza wartością 

wychowawczą i sprawiedliwościowo-

-naprawczą, ma ten dodatkowy walor, 

że ułatwia poszkodowanemu uzyskanie 

orzeczenia odszkodowawczego w drodze 

ewentualnego procesu cywilnego – o ile 

rzecz jasna istnieją ku temu wszystkie 

przesłanki określone w kodeksie cywil-

nym, a szkoda nie zostanie przez nielet-

niego naprawiona dobrowolnie.

Zobowiązanie do naprawienia szkody 

wywołuje skutki prawne dalej idące niż 

pozostałe środki wychowawcze określone 

w art. 6 pkt 2 ustawy z 26 października 

1982 r. o postępowaniu w sprawach nie-

letnich (dalej: u.p.n.). Nie tylko bowiem 

nakłada na młodego winowajcę ciężar 

o charakterze wychowawczym, lecz sta-

nowi jednocześnie formalne potwier-

dzenie istnienia podstaw zobowiązania 

odszkodowawczego o charakterze cy-

wilnoprawnym. Oczywiście ustawa nie 

reguluje zakresu odpowiedzialności od-

szkodowawczej deliktowej nieletnich, 

a zastosowanie samego instrumentu ma 

na celu uzmysłowienie nieletniemu skut-

ków jego działań oraz trudu i kosztów 

usunięcia wyrządzonych szkód (wyrok 

Sadu Najwyższego z 18 stycznia 2012 r., 

II CSK 157/11, OSNC-ZD 2013/30/44). Nie 

niweczy to jednak całokształtu skutków 

prawnych procedury.

Postulować należy, aby w praktyce są-

dowej po omawiany środek wychowawczy 

sięgać w sytuacjach, w których nieletni 

swoim postępowaniem o charakterze czy-

nu karalnego lub demoralizacji wyrządził 

rzeczywistą i wymierną szkodę majątko-

wą. Rzecz jasna zobowiązanie do jej napra-

Cenna lekcja  

dla nieletniego sprawcy

Sądy rodzinne rzadko sięgają  

po środek wychowawczy 

w postaci zobowiązania 

nieletniego do naprawienia 

wyrządzonej przez niego szkody. 

Warto zmienić tę praktykę

W razie potrzeby naprawienia szkód 

o niewielkim czy wręcz znikomym wymiarze 

materialnym zobowiązanie nieletniego  

do ich naprawienia z kieszonkowego również 

może się okazać dobrym rozwiązaniem

FOT

. m

A

T

e

RIA

ły

 P

RASO

W

e

ALEKSANDRA PARtyK

prawnik, asystent sędziego w Sądzie Rejonowym 

dla Krakowa-Podgórza, w wydziale rodzinnym 

i nieletnich

▪  wnikliwe komentarze 

i opinie prawniczych autorytetów

▪ orzeczenia sądów, projekty ustaw

▪ trendy na rynku prawniczym
▪  aktualne informacje dla każdej 

z korporacji prawniczych

S

S

E

E

R

R

R W

W

W

I S

R

R

E K

K

O

O M

M

E

E N D

D

D

O

O

O

W

W

W

W A

N Y

  P

R

R

R

Z

Z

Z E Z   D G P

Czytaj w serwisie dla prawników

  AUTOPROmOCjA

Wygenerowano dnia 2015-02-20 dla loginu: johnprctorbob@gmail.com

                               8 / 8