background image
background image

Przekład

Anna Hikiert

Błażej Niedziński

Aleksandra Jagiełowicz

Redakcja stylistyczna

Magdalena Stachowicz

Korekta

Jolanta Gomółka

Elżbieta Steglińska

Projekt graficzny okładki

Ian Keltie, David Stevenson

Ilustracja na okładce

Ian Keltie

Druk

Wojskowa Drukarnia w Łodzi Sp. z o.o.

Tytuł oryginału

Fate of the Jedi #5: Allies

Copyright © 2010 by Lucasfilm Ltd. & ® or ™ where indicated.

All Rights Reserved.

Used Under Authorization.

For the Polish translation

Copyright © 2011 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4143-2

Warszawa 2011. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 22620 40 13,22620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Jeffreyowi R. Kirby'emu, z powodów liczniejszych niż gwiazdy na niebie

background image

BOHATEROWIE POWIEŚCI

Allana Solo - dziewczynka
Ben Skywalker - Rycerz Jedi (mężczyzna)
Han Solo - kapitan „Sokoła Millenium” (mężczyzna)
Gavar Khai - Miecz Sithów (mężczyzna)
Jagged Fel - przywódca Galaktycznego Imperium (mężczyzna)
Jaina Solo - Rycerz Jedi (kobieta)
Lando Calrissian - przedsiębiorca (mężczyzna)
Leia Organa Solo - Rycerz Jedi (kobieta)
Luke Skywalker - Wielki Mistrz Jedi (mężczyzna)
Madhi Vaandt - dziennikarka (Devaronianka)
Natasi Daala - przywódczyni Galaktycznego Sojuszu (kobieta)
Sarasu Taalon - Arcylord Sithów (Keshiri)
Tahiri Veila - była Rycerz Jedi (kobieta)
Vestara Khai - uczennica Sithów (kobieta)
Wynn Dorvan - asystent admirał Daali (mężczyzna)

background image

ROZDZIAŁ 1

Na pokładzie „Cienia Jade"

Ben zastanawiał się, czy zanim wszystko zacznie się układać po jego myśli z przyczyn 

innych niż szczęśliwy zbieg okoliczności, osiągnie wiek własnego ojca.

W końcu doszedł do wniosku, że pewnie będzie sporo starszy.
Co prawda te kilka lat po wojnie upłynęło im względnie spokojnie, ale dobre czasy szybko 

się skończyły; jego ojciec został aresztowany i skazany na dziesięć lat wygnania. Jakby tego było 
mało, Jedi, którzy w młodości przebywali w położonej w Otchłani stacji kosmicznej Schronienie (a 
Ben miał nieszczęście być jednym z nich), zaczynali popadać w obłęd. Jakiś czas temu wraz z 
ojcem odkryli, że za szaleństwo dotykające Jedi odpowiada najprawdopodobniej jakaś mroczna i 
potężna istota, a kiedy postanowili złożyć jej wizytę wewnątrz Otchłani, natknęli się na... Sithów. 
Tej jedynej, która przeżyła konfrontację z nimi, nie można było co prawda odmówić wdzięku, ale 
nie zmieniało to faktu, że jest Sithanką, pochodzącą z planety zamieszkiwanej przez liczne plemię 
jej pobratymców. Sithanką, która wciąż dotrzymywała im towarzystwa. W tej właśnie chwili 
dziewczyna stała u ich boku i uśmiechała się złośliwie, ich statek zaś otaczało kilkanaście fregat z 
jej ziomkami na pokładach.

Hm, cóż... zdecydował po krótkim namyśle Ben. Zanim wszystko się jako tako ułoży, 

będzie miał na pewno o wiele więcej lat niż jego własny ojciec.

Luke postąpił zgodnie z instrukcjami przekazanymi mu przez tajemniczego Sitha, dowódcę 

„Czarnej Fali”, i sprowadził „Cień” na orbitę Dathomiry. W gruncie rzeczy nie miał wyboru - co 
innego mógł zrobić, otoczony jedenastoma fregatami typu ChaseMaster, gotowymi w każdej chwili 
otworzyć do nich ogień?

- Mądry wybór - pochwaliła Vestara. - Bardzo sobie cenię własne życie, więc cieszę się, że 

postanowiliście z nami współpracować. Gdybyście spróbowali ucieczki, nasi nie zawahaliby się 
was zniszczyć. Ani przez chwilę.

Luke przyjrzał jej się z namysłem. Najwyraźniej wcale nie był taki pewien, czy postąpił 

słusznie.

- Może wiesz - podjął Ben - co oni zamierzają z nami zrobić? Będziemy główną atrakcją 

jakiejś rytualnej sithańskiej imprezki?

- Nie mam pojęcia - odparła Vestara, Ben jednak nie umiałby zgadnąć, czy kłamie, czy też 

mówi prawdę.

- Doceniamy waszą chęć współpracy, Mistrzu Skywalkerze - rozległ się głos, który 

wcześniej ich przywitał. Ben i Luke wymienili spojrzenia, obaj zbici z tropu. Vestara nie 
omieszkała najwyraźniej poinformować swoich przełożonych o tym, kto ją więzi, ale skąd w takim 
razie te przejawy szacunku i wszystkie formalności?

- Nazywam się Sarasu Talon. Jestem Arcylordem Sithów i dowódcą tej floty - ciągnął głos. - 

Sporo słyszeliśmy o waszych czynach. Obserwowaliśmy ciebie i twojego syna i wiele o was 
wiemy.

- Żałuję, że nie mogę powiedzieć tego samego o was - odparł Luke. - Nic nie wiem o tobie 

ani o twoim ludzie, Arcylordzie Taalonie.

- Zgadza się, nie wiesz - przyznał Sith. - Jestem jednak gotów temu zaradzić... w miarę 

moich skromnych możliwości. Twój statek ma na pokładzie Headhuntera Z-95, zgadza się?

- Dokładnie - przyznał Luke. - Domyślam się, że poprosisz mnie o przybycie na twój statek 

flagowy i rozmowę przy szklaneczce... czegoś, co tam Sithowie piją.

- Razem z Vestarą - uściślił Taalon. - Będziesz ją musiał oczywiście nam zostawić. Jestem 

pewien, że zdołamy to rozwiązać w pokojowej atmosferze.

- Dziękuję, ale nie skorzystam z twojej propozycji - odparł grzecznie Luke. - Wszystko, co 

masz mi do powiedzenia, można przekazać na odległość. Vestara wcale nie jest takim złym 

background image

towarzyszem podróży. Trafiałem znacznie gorzej. Sądzę, że zostanie z nami jeszcze przez jakiś 
czas.

Ben znów zerknął na Sithankę. Jego ojciec miał rację. Ves wcale nie była najgorszym 

towarzyszem...

- Wrócimy do tej kwestii za chwilę - zapowiedział Taalon. - Uczennica Vestara Khai 

świetnie się spisała, informując nas o wszystkim, ale jestem pewien, że sam już do tego doszedłeś. 
Wiemy, że masz... problem z niektórymi Jedi wychowanymi w Otchłani. Jesteśmy przekonani, że 
zostało to spowodowane interwencją istoty znanej nam jako Abeloth. Vestara miała z nią do 
czynienia osobiście. Wielu naszych uczniów wykazuje objawy podobne do tych wykazywanych 
przez waszych młodych Jedi.

- Wasi Sithowie też przebywali w Otchłani? - zdziwił się Luke.
- Nie, ale podobne odchylenia w zachowaniu nie mogą być spowodowane niczym innym.
Ben nie był tego wcale taki pewny, jednak nie zamierzał wyciągać pochopnych wniosków. 

Napotkał wzrok ojca, a Luke wzruszył lekko ramionami. Cóż, może ci Sithowie wcale nie 
próbowali ich oszukać.

- Jest nas wielu - dodał znacząco Taalon. - A was tylko trzech. - Trzecią osobą, o której 

mówił, był Dyon Stadd, wrażliwy na Moc mężczyzna, który dołączył do Luke’a i Bena na 
Dathomirze i przebywał w tej chwili na pokładzie swojego jachtu Suieb Soro. - Wierz mi, obydwaj 
mamy w tym interes.

- Czyżbyś proponował oficjalny rozejm? - Luke był tak zaskoczony, że nie zawracał sobie 

nawet głowy maskowaniem zdziwienia. Ben także przez chwilę wyglądał, jakby nie wierzył 
własnym uszom, Vestara jednak - sądząc po jej aurze w Mocy - wydawała się bardziej 
zaszokowana niż obaj Skywalkerowie razem wzięci.

- Dokładnie tak - nadeszła odpowiedź.
Luke wybuchnął głośnym śmiechem.
- Przepraszam, ale to, eee... nie brzmi za bardzo w stylu Sithów.
Kiedy Taalon znów się odezwał, w jego głosie słychać było wyraźny chłód.
- Ten... twór, Abeloth... ma czelność krzywdzić naszych uczniów. Naszych nowicjuszy. 

Bawi się Plemieniem... to znaczy Sithami. Nie możemy dłużej znosić takich zniewag. I nie 
będziemy. Zamierzamy lecieć do Otchłani i dać tej Abeloth nauczkę.

Ben zerknął na ojca.
- To już brzmi bardziej w stylu Sithów - stwierdził.
Luke skinął głową.
- A może nie ma potrzeby, żeby dawać jej nauczkę? - zasugerował Taalonowi. - Może po 

prostu musimy się dowiedzieć, dlaczego to robi?

- I grzecznie poprosić, żeby przestała? - parsknął dowódca „Czarnej Fali”, a Benowi 

przemknęło przez myśl, że sam Han Solo mógłby się od niego uczyć sarkazmu.

- Dopiero co poprosiłeś mnie grzecznie, żebym wam pomógł - wytknął mu spokojnie Luke. 

- Najwyraźniej stać cię na dobre maniery. Jeśli w ten sposób mielibyśmy osiągnąć nasz cel, 
zmniejszając albo nawet całkiem unikając ofiar, czy nie byłoby to najlepsze rozwiązanie?

Zapadła cisza.
- Całkiem możliwe, że Abeloth nie będzie skłonna podjąć... kulturalnego dialogu. Co wtedy, 

Mistrzu Skywalkerze?

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby uwolnić chorych Jedi spod jej wpływu - odparł 

Luke. - Możesz być tego pewien. - W jego głosie nie było zaciętości, ale Ben rozpoznawał ten ton. 
Kiedy Luke Skywalker mówił w ten sposób, można było mieć prawie pewność, że zrealizuje to, co 
zamierzał.

- A więc zgadzasz się? - spytał Taalon.
Luke nie spieszył się z odpowiedzią. Ben dobrze wiedział, że jego ojciec bije się z myślami. 

Szczerze powiedziawszy, chłopiec był zaskoczony, że się w ogóle zastanawia. Byli Jedi, a oni - 
Sithami. Nie mogło być mowy o żadnym sojuszu. Gdyby do niego doszło, każda z grup nieustannie 
obawiałaby się o własne życie.

background image

Z drugiej jednak strony... Ben zerknął ukradkiem na Vestarę. Była jedną z nich. Jedną z - 

najwyraźniej licznego - Plemienia Sithów. Przecież nie mogli cały czas wbijać sobie noży w plecy, 
bo już dawno by wyginęli. Widocznie ten... odłam Sithów nauczył się, czym jest współpraca. Sama 
Vestara udowodniła im to, bo na Dathomirze współpracowała z Benem i jego ojcem, który zresztą 
dzięki temu uniknął śmierci.

- Rzeczywiście przyświeca nam wspólny cel - przyznał wreszcie Luke po długim milczeniu. 

- I zdecydowanie lepiej byłoby dążyć do niego razem, niż wchodzić sobie przy tym nawzajem w 
drogę. Nie myśl jednak, że uśpicie moją czujność. Niewiele jest konfliktów sięgających głębiej niż 
zatarg Jedi i Sithów.

Taalon westchnął.
- To... coś, z czym obaj walczymy... możliwe, że jest jeszcze starsze - powiedział cicho. - 

Cóż, nie liczę na to, że się zaprzyjaźnimy. W tej sytuacji ponawiam prośbę o dostarczenie nam 
Vestary Khai. Wspólnie, sprzymierzeni w sojuszu, jakiego nie widziano od zarania galaktyki, 
Sithowie i Jedi zdołają pokonać ich wspólnego wroga - w taki czy inny sposób. A potem... cóż, 
zobaczymy, dokąd nas to wszystko zaprowadzi. Co ty na to?

- Vestara zostaje z nami.
Sithanka zamarła i trwała tak w bezruchu, dopóki z głośnika nie dobiegły słowa:
- Nic z tego. Nie mogę na to przystać.
- W takim razie nici z naszego sojuszu - stwierdził twardo Luke.
Znów długa cisza.
- Ma informacje, których potrzebujemy - oznajmił wreszcie Sith. - Leci z nami albo nie 

mamy o czym rozmawiać.

- Informacje o tym, jak dotrzeć do naszego wspólnego wroga i stawić mu czoło? - spytał 

Mistrz Jedi, powołując się na słowa Taalona. - Nie mam nic przeciwko temu, żeby się nimi z nami 
podzieliła. Bo właśnie o tych informacjach mówisz, prawda?

- W takim razie, jeśli ma pozostać pod twoją... opieką - skapitulował Taalon - musisz 

obiecać, że nic jej się nie stanie. Absolutnie nic. W przeciwnym razie zaatakujemy was i zgładzimy. 
Możesz mi wierzyć, że zginiecie w niewypowiedzianych mękach i nie zostanie z was nawet mamy 
pył.

- Jeśli dotrzymacie waszej części umowy, będzie z nami absolutnie bezpieczna - zapewnił 

go Luke. - Jedi nie mają w zwyczaju torturować dzieci.

Nazwana dzieckiem Vestara lekko się zjeżyła i Ben uśmiechnął się mimowolnie, kiedy 

jednak dotarło do niego, że jest w tym samym wieku co ona, łypnął na ojca spode łba.

- A więc umowa stoi - skwitował Taalon.
- Nie tak szybko - przystopował go Mistrz Jedi. - Chyba powinniśmy ustalić, kto będzie 

kierował tym sojuszem.

- Proponuję obarczyć tym obowiązkiem naszą dwójkę, mnie i ciebie - zaproponował 

dowódca „Fali”. - Żaden Sith nie przyjmie rozkazów od Jedi. Jestem też pewien, że nikt z waszych 
nie podporządkowałby się poleceniom Arcylorda Sithów.

- Masz całkowitą rację - przyznał Luke. - Ja z kolei proponuję, żebyśmy zaczęli tę 

współpracę od dzielenia się informacjami. Ty pierwszy.

- Cóż, Mistrzu Skywalkerze, masz nasze źródło informacji dosłownie pod ręką. Może 

zacznij od niego. Będziemy gotowi do odlotu w ciągu pół godziny.

- My także. Jesteśmy w kontakcie. „Cień Jade”, bez odbioru.
- Tato? - zagadnął Ben, kiedy połączenie zostało przerwane. - Właśnie zgodziłeś się 

pomagać Sithom.

Luke pokręcił głową.
- Nie, synu. Zgodziłem się, żeby to Sithowie pomagali nam.
Chłopiec zmierzył go spojrzeniem, w którym niedowierzanie walczyło o lepsze z 

ciekawością.

- I wierzysz, że dotrzymają słowa?
- Wierzę, że będą działać w zgodzie z własnym interesem - poprawił syna. - A tak długo, jak 

background image

ich cele pokrywają się z naszymi, nic nie stracimy.

- A jeśli przestaną się z nimi pokrywać?
- Będzie tak, jak powiedział Taalon - westchnął Luke. - Zobaczymy. Jestem na to 

przygotowany. Są takie dwa stare powiedzenia, Ben. Jedno głosi, że wróg mojego wroga jest moim 
przyjacielem - wygłosił z lekkim rozbawieniem - drugie zaś każe trzymać się blisko przyjaciół, a 
jeszcze bliżej wrogów. - Uniósł jedną brew i odwrócił się do Vestary, która stała wyprostowana, z 
rękami założonymi na plecach. - A teraz - powiedział - do rzeczy. Arcylord Taalon zapewnił mnie, 
że wiesz wszystko o ich planach.

Ves podała mu niewielki czip.
- Większość z tego została zapisana tutaj - wyjaśniła.
- A reszta? - spytał Luke.
Uśmiechnęła się lekko i postukała palcami w skroń.
- Jest tutaj i tu zostanie, dopóki nie okaże się niezbędna. Na naszym świecie mamy grę 

karcianą zwaną Mahaa’i Shuur, co w wolnym przekładzie oznacza „sukces absolutny”. Zasady są 
nieco skomplikowane, ale cel jest prosty: zwycięża ten, kto nigdy nie musi grać ostatnią kartą.

Luke Skywalker zmierzył Vestarę Khai takim samym spojrzeniem, jakim - dawno temu - 

obrzucił go barman imieniem Wuher w kantynie w Mos Eisley: zimnym i podejrzliwym, całkiem 
jakby szukał pretekstu, żeby przestać być sympatycznym. Sithanka stała tyłem do niego, ręce miała 
wsparte na biodrach, a jej brązowe włosy spływały swobodnie na plecy. Spoglądała w stronę 
armady, która zaczynała formować szyk, żeby opuścić orbitę Dathomiry. Luke nie musiał 
sondować jej poprzez Moc, żeby wyczuć, o czym myśli, szybko jednak skarcił się w duchu: błąd. 
Ta dziewczyna jest Sithanką, tak jak reszta jej pobratymców. A to, zdaniem Mistrza Jedi, oznacza 
tyle, że nie można jej ufać. Nawet jeśli propozycja połączenia sił i podboju Otchłani z pomocą 
armady większej niż zdołałby zgromadzić sam z pokładu „Cienia Jade”, była szczera, gdzieś musiał 
tkwić haczyk. Luke był tego pewien. Mieli przecież do czynienia z Sithami, którzy zbudowali 
swoją kulturę na bazie spisków i knowań.

A Vestara Khai była jedną z nich. Mimo to nie mógł zaprzeczyć, że oprócz wad dostrzega w 

niej rozmaite zalety, które - szczerze powiedziawszy - zaskoczyły go i wprawiły w zakłopotanie. 
Nie miał złudzeń, że coś knuje, najpewniej zdradę, jednak musiał też przyznać, że z pewnością 
tęskni za swoimi współbraćmi. Z jej piersi wyrwało się ciche westchnienie, jakby na potwierdzenie 
jego podejrzeń.

Obarczył Bena zadaniem przekopania się przez otrzymane od Vestary informacje. Liczył na 

to, że obowiązek oderwie myśli jego syna od niewątpliwie atrakcyjnej dziewczyny w jego wieku, z 
którą - przynajmniej przez jakiś czas - będzie dzielił pokład. Nie martwił się o niego, sądząc po jego 
aurze w Mocy. W swoim krótkim życiu Ben przeszedł więcej niż niejeden, który dożył słusznego 
wieku. Wątpił, żeby skusiły go wizje zdobycia władzy, potęgi czy sławy - którymi ziomkowie 
dziewczyny zazwyczaj próbowali skusić Jedi.

Był też jednak świadom, że Ben mógł czuć się lekko zdezorientowany. Vestarze nie można 

było odmówić urody i wdzięku, a jej doświadczenia życiowe były pewnie zbliżone do doświadczeń 
jego własnego dziecka. Na pewno wiele przeszła. Była też wyjątkowo, niespotykanie wręcz, silna 
Mocą. A takie połączenie miało prawo wyprowadzić ojca młodego Jedi z równowagi.

Na pokładzie „Cienia” panowała dość niezręczna cisza. Jedynym słyszalnym dźwiękiem 

były ciche westchnienia Vestary i szelesty wydawane przez Bena, studiującego i konsultującego 
dane.

I może właśnie dlatego kurant zwiastujący nadejście wiadomości tak bardzo ich zaskoczył. 

Nikt się co prawda nie zdradził nerwowym gestem, ale aura niepokoju była wyraźnie wyczuwalna. 
Mistrz Jedi podniósł wzrok na ekran i zmarszczył lekko brwi. Na wyświetlaczu widniały trzy 
słowa:

VESTARA KHAI. POUFNE.
Jeśli chodzi o Luke’a, równie dobrze mogłoby to być:

background image

UWAGA! NIEBEZPIECZEŃSTWO!
- Od kogo to, tato? - spytał Ben.
- Nie wiem. Ale jest zaadresowana do naszego gościa. Masz jakiś pomysł, kto mógłby 

chcieć się z tobą skontaktować, Vestaro?

Dziewczyna, musiał to przyznać, wyglądała na równie zaskoczoną jak on. Wyczuwał 

promieniujące od niej lekkie zaniepokojenie, niczym echo odległego szeptu w Mocy.

- Nie mam pojęcia - wyznała i nie wyczuł w jej głosie fałszu. - Czy mogłabym ją gdzieś...
- Nie bardzo mogę ci zapewnić odosobnione miejsce, w którym odebrałabyś prywatną 

wiadomość - wszedł jej w słowo Luke - tym bardziej od kogoś, kto nie chce się przedstawić.

Ves tylko skinęła głową.
- Rozumiem. Na twoim miejscu postąpiłabym podobnie.
Skywalker wcisnął przycisk na konsoli.
- Tu „Cień Jade”, do anonimowego nadawcy wiadomości do Vestary Khai - rzucił do 

mikrofonu. - Przykro mi, ale nie mogę zezwolić jej na odebranie prywatnej informacji.

W głośnikach zapanowała cisza. Luke niemal widział, jak po drugiej stronie odbiorca 

nadstawia uszu. Po chwili na wyświetlaczu pojawiła się druga wiadomość, zaadresowana do 
LUKE’A SKYWALKERA:

WIADOMOŚĆ MOŻE ZOSTAĆ WYŚWIETLONA PUBLICZNIE.
- A niech mnie, rozgarnięty Sith! - mruknął Luke i wcisnął inną kontrolkę.
Kilka sekund później nad konsolą zamajaczyła rozmazana holograficzna postać mężczyzny 

ubranego w tradycyjne, czarno-srebrzyste szaty Sithów. U jego pasa wisiał miecz świetlny; wzór 
sugerował, że model ma swoje lata. Długie, ciemne włosy nieznajomego były zebrane w ciasny 
kok; twarz miał poznaczoną bruzdami, ale przystojną.

Vestarę zdradziło gwałtowne westchnienie, a jej aura w Mocy zawrzała od emocji. Była 

wśród nich miłość, radość i ulga, jednak dziewczyna szybko się opamiętała i je stłumiła. Luke 
zerknął na nią, a potem przeniósł wzrok na hologram. Obydwoje - i Vestara, i postać na hologramie 
- sprawiali wrażenie, jakby z całej siły próbowali powstrzymać uśmiech. Luke przypomniał sobie 
jednak, że ich nowa towarzyszka często tak wyglądała z powodu niewielkiej blizny w kąciku ust.

- Córko - odezwał się z nieskrywaną ulgą w głosie mężczyzna z hologramu. - Cieszę się, że 

jesteś cała i zdrowa.

Luke otworzył szerzej oczy. „Córko”?
Vestara skłoniła z szacunkiem głowę.
- Ojcze... Masz rację, nic mi nie jest. Dobrze cię widzieć. Cieszy mnie, że jesteś jednym z 

tych, którzy dostąpili honoru uczestnictwa w tej misji.

- A ty przynosisz zaszczyt naszemu Plemieniu - odparł Khai ojciec. - Domyślam się, że jako 

jedyna ocalałaś z... zespołu wysłanego na zwiad.

- Tak, ojcze. Dziękuję. Wiesz, że zawsze staram się przynieść naszemu rodowi chlubę.
- Mistrzu Skywalkerze - dodał Khai - to bardzo wielkoduszne, że zapewniasz mojej córce 

gościnę.

- Cóż... - bąknął Luke, lekko zmieszany.
- Domyślam się, że Arcylord Taalon zgodził się, żeby nadal była twoim gościem - dodał 

Khai ojciec. - Wbrew woli jej ojca?

- Postawmy sprawę jasno - westchnął Mistrz Jedi. - Sithom i Jedi nie jest razem po drodze. 

To mieszanka równie wybuchowa jak gaz tibanna. Gdybyście to wy zostali otoczeni przez 
jedenaście statków Jedi, a na pokładzie twojego statku znalazłby się mój syn... Sądzę, że także 
zdecydowałbyś się zatrzymać go przez jakiś czas przy sobie.

Khai rozważał przez chwilę słowa Mistrza Jedi, wreszcie skinął głową.
- Masz rację. Rozumiem cię doskonale, Mistrzu Skywalkerze. Obiecałeś, że nie stanie jej się 

żadna krzywda i według mnie słowo Luke’a Skywalkera gwarantuje, że mojej córce włos z głowy 
nie spadnie. - Głos Khaia był czysty i melodyjny, podobnie jak wszystkich członków 

background image

Zapomnianego Plemienia, z którymi Luke miał dotychczas do czynienia.

- W takim razie chyba nie mamy o czym dyskutować - stwierdził Mistrz Jedi bez ogródek. - 

Przyjmij ode mnie wyrazy szacunku i przekaż je...

- Tato... - wszedł mu w słowo Ben.
Luke zmarszczył czoło.
- Tak?
Chłopiec wskazał dyskretnie podbródkiem hologram i Luke wyciszył dźwięk.
- Wiem, że nie możemy jej do nich wysłać ot, tak - powiedział Ben, oglądając się przez 

ramię na Vestarę. Dziewczyna milczała, co było dość zaskakujące w tej sytuacji. - Co nam jednak 
szkodzi pozwolić im choć przez chwilę ze sobą porozmawiać?

- Bardzo wiele - warknął Luke, bardziej surowo niż zamierzał. - I doskonale o tym wiesz. - 

Do tej pory nie ukrywali swojej podejrzliwości względem Vestary, więc Luke nie widział powodu, 
dla którego miałby teraz to zmienić.

- Ale... - zawahał się Ben. - Sam mówiłeś: co by było, gdybym to ja był na jej miejscu? - W 

jego oczach błysnęła stanowczość. - Co by było, gdybym to ja był jeńcem ojca Vestary? Hologramy 
są w porządku i tak dalej, ale sam dobrze wiesz, że to nie to samo, co rozmowa w cztery oczy. 
Przecież widać jak na dłoni, że się za sobą okropnie stęsknili.

Cóż, Ben miał rację, Luke nie mógł zaprzeczyć.
- Podczas prywatnej rozmowy będzie mogła mu przekazać to, czego się od nas dowiedziała 

- przypomniał surowo synowi.

Ben przewrócił oczami.
- Tato, przecież już to zrobiła! - przypomniał mu. - Jak inaczej Sithowie dowiedzieliby się o 

dotkniętych chorobą Jedi?

Luke obejrzał się na Vestarę. Nie spodziewał się przymilnego uśmiechu i fałszywego 

pochylenia głowy; Sithowie nie mieli zwyczaju tak się obnażać, jednak musiał przyznać z 
uznaniem, że dziewczyna nie próbuje żadnych sztuczek. Najwyraźniej była na to za mądra.

Nie odpowiedział Benowi, ale odwrócił się do konsoli i aktywował z powrotem dźwięk.
- Nawet wściekły nexu troszczy się o własne młode, pozwolę ci więc złożyć córce krótką 

wizytę - rzucił do mikrofonu. - Wiedz, że moja gościnność nie dotyczy całej rodziny Khai. 
Zezwalam ci wejść na pokład „Cienia Jade”, zaznaczam jednak, że masz być sam i nieuzbrojony. - 
Luke był świadom, tak samo jak Khai, że żaden potężny użytkownik Mocy nie potrzebuje broni, 
żeby mimo to stanowić zagrożenie, jednak wspominanie o tym byłoby w tych okolicznościach 
arogancją i Luke dobrze o tym wiedział. - Jakakolwiek próba naruszenia zasad z twojej strony 
będzie oznaczała unieważnienie zawartego między nami traktatu - dodał.

Khai zmarszczył czoło. Na pierwszy rzut oka widać było, że z trudem powstrzymuje 

wzburzenie.

- Nigdy by mi przez myśl nie przeszło, żeby w jakikolwiek sposób naruszyć układ, którego 

zawarcie moi przełożeni uznali za konieczne - stwierdził oschle.

- Jeśli rzeczywiście jesteś troskliwym ojcem, pragnącym spotkać się ze swoim dzieckiem, 

nie będę wam stał na drodze - odparł Luke.

Mężczyźni mierzyli się przez chwilę spojrzeniami. Kątem oka Luke zauważył, że Ben i 

Vestara zerkają na siebie. Chłopiec podszedł do Sithanki; wydawało się, że zamierza położyć jej 
dłoń na ramieniu, ale zatrzymał się w pół ruchu.

Khai był twardy, Luke musiał to przyznać. Nie zdradził się żadnym gestem. Wreszcie 

powiedział:

- Przyjmuję twoje warunki.

Jakiś czas później niewielki, przypominający kapsułę statek Khaia zadokował do pierścienia 

cumowniczego „Cienia Jade”. Portal był umieszczony na spodzie jednostki. Vestara, Ben i Luke 
czekali, aż mężczyzna wynurzy się z rękawa łączącego oba statki.

Khai ojciec budził respekt posturą i potęgą, która przesycała jego aurę w Mocy - co nie było 

background image

zresztą zaskoczeniem. Był znacznie wyższy od Luke’a, a szczupłe ciało miał imponująco 
umięśnione. Na oko Mistrz Jedi dawał mu czterdzieści parę lat, jednak w kruczoczarnych włosach 
Sitha nie było śladu siwizny, a bruzdy na twarzy wyglądały raczej na wyżłobione troską czy 
radością niż na piętno czasu.

U pasa nie miał broni, a skanery, które wykryłyby nawet najdrobniejszą cząstkę metalu na 

jego ciele, nic nie wykazały. Przed wejściem na pokład „Cienia” Sith zatrzymał się w progu rękawa 
i rozrzucił szeroko ramiona - szczupłe, silne, o poznaczonych zgrubieniami dłoniach i długich, 
zręcznych palcach.

- Miecz Gavar Khai - powiedział, kłaniając im się w pas. - Proszę o pozwolenie wejścia na 

pokład.

- Pozwolenie przyznane - odparł uroczyście Luke. - Jestem Mistrz Luke Skywalker, a to mój 

syn, Ben Skywalker, Rycerz Jedi. Oto zaś twoja córka, cała i zdrowa.

Vestara najwyraźniej celowo stłumiła uczucia, które niewątpliwie przepełniały ją w takiej 

chwili, bo oprócz blasku w oczach, który ją zdradził, była spokojna - tak bardzo, że wydawała się 
niemal znudzona. Skłoniła się nisko, z szacunkiem.

- Ojcze...
Miecz - cokolwiek to u Sithów znaczyło - Gavar Khai otworzył znów ramiona i Vestara 

padła mu w objęcia. Przez krótką chwilę wyglądali jak zwykły, stęskniony ojciec i kochająca córka, 
i Luke poczuł się lekko speszony, jednak szybko się otrząsnął. Na pewno byli rodziną, może nawet 
się kochali i za sobą tęsknili, jednak nie zmieniało to faktu, że są Sithami. Najprawdopodobniej 
świetnie umieli walczyć w zespole, tak samo jak on i Ben.

Wreszcie Vestara uwolniła się z objęć ojca, jednak nie odwracała do nich twarzy, dopóki 

znów nad sobą nie zapanowała.

- Dziękuję, że pozwoliliście mi się z nią zobaczyć - powiedział Gavar Khai, otaczając córkę 

ramieniem. - Jej matka i ja bardzo za nią tęskniliśmy.

Luke’owi, kiedy to usłyszał, napłynęły do głowy setki różnych pytań, jednak wątpił, czy 

zdołałby uzyskać odpowiedź na choćby jedno z nich. A jeśli już, to na pewno niezbyt szczerą.

- Sam jestem ojcem - powiedział tylko. - Wiem, co czujesz. Jeśli chcecie, możecie 

skorzystać z moich kwater, żeby porozmawiać. Tylko krótko - uściślił.

Vestara spojrzała na Luke’a, a potem na Bena, który wzruszył nieznacznie ramionami.
- Dziękuję - powiedział Gavar Khai. - To bardzo miło z twojej strony. Wątpię zresztą, żeby 

zainteresowały was plotki o matce Vestary, służbie czy obejściu.

- Ja także w to wątpię - zgodził się Luke i ojcowie uśmiechnęli się do siebie. Obydwaj 

doskonale wiedzieli, że jeśli w tej rozmowie rzeczywiście pojawią się wzmianki o matce, służbie 
czy domu, to tylko mimochodem. Sithowie na pewno mieli do omówienia znacznie ważniejsze 
sprawy.

Luke wskazał Gavarowi swoją kabinę i Khaiowie weszli do środka. Kiedy drzwi się za nimi 

zasunęły, Luke i Ben wrócili do sterowni.

- Skąd ta nagła zmiana? - spytał Ben, gdy tylko usiedli. - Wydawało mi się, że jesteś 

przeciwny prywatnej wizycie...

- Powiedziałem, że mogą porozmawiać. Nie obiecywałem, że rozmowa będzie prywatna.
- Rozumiem, ale i tak uważam, że nic nam z tego nie przyjdzie. To znaczy, Khai jest 

uprzejmy, kulturalny i tak dalej, ale wątpię, czy będą rozmawiali w basicu, żebyśmy mogli ich 
podsłuchać.

- Masz rację - zgodził się Luke. - Będą z pewnością rozmawiać w tym języku, którym 

mówiła wcześniej Vestara. - Wcisnął przycisk na konsoli i rozległ się głos Gavara - mężczyzna 
rzeczywiście mówił obcym, melodyjnym językiem. Chwilę później odpowiedziała mu Vestara.

- Jest piękny - westchnął Ben, a Luke nie był pewien, czy mówi o głosie dziewczyny, czy o 

języku. - Ale co nam z tego przyjdzie? - ponowił pytanie. - Przecież nie mamy go nawet w bazach 
danych. Nijak tego nie przetłumaczymy.

Luke uśmiechnął się do niego szeroko.
- My nie. Ale znam kogoś, kto sobie z tym poradzi.

background image

- Będą nagrywać każde nasze słowo - ostrzegła ojca Vestara.
- To oczywiste. Przynajmniej ja bym tak zrobił na ich miejscu - odparł Gavar. - Tyle że 

nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z keshirskim. Wątpię, czy zdołają go rozszyfrować na tyle 
szybko, żeby nasza rozmowa na coś im się przydała.

Vestara skinęła głową.
- To nie jest statek dyplomatyczny - zgodziła się z ojcem.
- Czy możesz się tu swobodnie poruszać? - spytał Gavar, sięgając do wewnętrznej kieszeni. 

Wyciągnął z niej kawałek flimsiplastu i rysik. - To dobrze - powiedział, kiedy Vestara przytaknęła. 
- Narysuj mi go, podczas gdy będziemy rozmawiać.

Ves natychmiast zabrała się do roboty, jednak słysząc szelest szat obejrzała się na stojącego 

za jej plecami ojca. Szukał czegoś w wewnętrznej kieszeni, a po chwili wyciągnął w jej stronę... 
shikkar.

Vestara rozpromieniła się na ten widok. Oczywiście! Czujniki nie wykryły broni, bo shikkar 

był ze szkła! Rozpoznała natychmiast sztylet; był to okaz z prywatnej kolekcji ojca, prawdziwe 
dzieło sztuki, wykonane przez jednego z najsłynniejszych artystów na Kesh, Turę Sangę. Shikkar 
był wąski i elegancki, wykonany z czarnego i białego szkła. Miał smukłą długą rękojeść i ostrze o 
szerokości palca, a pozorna kruchość broni była zwodnicza. Jedynym słabym punktem sztyletu było 
łączenie rękojeści z klingą; łatwo można było szybkim ruchem odłamać uchwyt. Vestara 
zastanawiała się, przeciwko komu użyje tej broni. Czy zabije nią Bena? A może, przy odrobinie 
szczęścia, uda jej się pozbawić życia samego potężnego Luke’a Skywalkera? Przecież już raz udało 
jej się go zranić... Uznała, że jeśli tylko nadarzy się okazja, nie zawaha się tego powtórzyć. Przyjęła 
od ojca broń z pełnym szacunku skinieniem głowy i ukryła ją pieczołowicie we własnych szatach.

- Jak mama? - spytała.
- Dobrze. Bardzo za tobą tęskni, ale jest z ciebie dumna.
Vestara uśmiechnęła się smutno.
- Cieszę się. Nie zniosłabym myśli, że przynoszę wam wstyd. Niczego nie pragnę bardziej, 

niż zostać pewnego dnia Mieczem, jak ty... a może nawet wspiąć się jeszcze wyżej? - Nie 
próbowała ukrywać przed ojcem emocji; wiedziała, że jest dumny z ambicji córki i nie ma jej za złe 
chęci przewyższenia go rangą.

- Świetnie się spisałaś na Dathomirze - pochwalił ją. - Chociaż twoja Mistrzyni nie żyje, 

wciąż jesteś uczennicą. Kiedy skończymy porachunki z Abeloth i Skywalkerami, znajdziemy ci 
nowego Mistrza. Jestem pewien, że wielu z chęcią wzięłoby cię pod swoje skrzydła.

Vestara wypięła dumnie pierś, napawając się komplementem.
- Więźniowie Siostry Nocy podlegają teraz segregacji pod względem zdolności i biegłości w 

Mocy - ciągnął Gavar.

- Współpracują? - Vestara była zaskoczona.
- Część tak, ale zdecydowana większość nie. - Miecz Sithów wzruszył ramionami. - 

Właściwie to bez znaczenia, bo i tak muszą spełniać naszą wolę. Inaczej mogą gorzko pożałować. 
Mała porcja bólu często skłania ich do zmiany zdania. - Uśmiechnął się. - I tak oto Plemię 
zawładnęło następną planetą... Właśnie tego potrzebujemy, jeśli mamy być silni i podbić galaktykę.

Ves przytaknęła.
- To dobrze, że się przydały. - Obejrzała się przez ramię. - A uczniowie? Jak się czują?
Gavar zmarszczył czoło; przez chwilę nie wiedział, co jego córka ma na myśli.
- Uczniowie?
- Ci, których... opętała Abeloth - wyjaśniła z troską.
Khai parsknął zduszonym śmiechem, ale poprzez Moc do dziewczyny dotarło jego 

rozczulenie.

- Kochana córko, uczniów Plemienia Sithów nie dotknęła żadna choroba, której nie 

zdołałoby uleczyć porządne lanie.

- Ale... - zaczęła Vestara.

background image

- Wiem, co Taalon powiedział Skywalkerowi. To czysta fikcja, a pomysł na to podsunęłaś 

nam właśnie ty, moja mądra dziewczynko. Potrzebowaliśmy wiarygodnego powodu, który 
skłoniłby Skywalkerów do sprzymierzenia się z nami, a pretekst choroby, dotykającej naszych 
uczniów - takiej samej, która nęka młodych Jedi - jest wręcz idealny. Co tu dużo mówić, to strzał w 
dziesiątkę.

- Rozumiem - stwierdziła Vestara. Plan był rzeczywiście świetny, bo przemawiał do 

idealistycznej natury obydwu Skywalkerów. Brzmiał też przekonująco, a najlepszym dowodem był 
fakt, że sama Vestara uwierzyła w mistyfikację. - W takim razie... dlaczego naprawdę się z nimi 
bratamy?

Gavar przyjrzał się jej uważnie.
- Jak dotąd świetnie sobie radziłaś, trzymając język za zębami i nie ujawniając swoich uczuć 

- pochwalił ją. - Sądzę jednak, że tę informację zachowam na razie dla siebie.

Ves poczuła ukłucie żalu, ale zdławiła je od razu. Była pewna, że ojciec nic nie zauważył.
- Oczywiście - przyznała potulnie. - Skoro tak uważasz...
- Mnie także jest przykro z powodu Lady Rhei i Ahriego Raasa - podjął Gavar, zmieniając 

temat. Vestara zmarszczyła lekko brwi; zmazała palcami złowróżbną linię, którą niechcący 
narysowała. Będzie musiała pamiętać, żeby przed wyjściem z kabiny wytrzeć dłoń.

Darzyła Lady Olaris Rheę szacunkiem i podziwiała ją. Była jej bez reszty posłuszna, jak 

przystało na prawdziwą uczennicę Sithów, jednak nie czuła do niej ślepego przywiązania. Czuła żal 
z powodu śmierci Ahriego, chociaż kiedyś była przygotowana, by zadać mu ją osobiście, gdyby 
zaszła taka potrzeba. Przypomniała sobie słowa swojej świętej pamięci Mistrzyni: „Pragnij każdej 
rzeczy, jaka ci się zamarzy, jeśli tylko da ci to satysfakcję. Nigdy jednak nie kochaj nikogo ani 
niczego tak bardzo, żebyś nie mogła znieść jego straty”, powiedziała jej kiedyś Rhea.

- Zginęli z rąk Skywalkerów godną śmiercią - powiedziała tylko. - Poznałeś ich. Wiesz, że 

polec w starciu z takim przeciwnikiem to żaden wstyd.

- Masz rację - przyznał Gavar Khai. Podszedł do córki i uścisnął ją pokrzepiająco za ramię, 

zerkając przy okazji na szkic. - Jednak nie chciałbym, żeby któreś z nas podzieliło los Olaris czy 
Ahriego.

Ves uśmiechnęła się szeroko.
- Ja także.
- Cieszę się, że ich poznałem - wyznał Miecz Sithów. - Ta chwila kontaktu z nimi, chociaż 

krótka, pozwoliła mi się zorientować, jakimi są przeciwnikami. A misja, która nas czeka, ułatwi 
nam zdobycie nowych informacji.

Vestara przyjrzała się krytycznie swojemu rysunkowi. Dodała jeszcze kilka objaśnień.
- Będę ci przekazywać wszystko, czego się dowiem - obiecała.
- Jestem pewien, że będziesz miała wiele okazji do poznania ich obyczajów... może nawet 

uda ci się zdobyć ich zaufanie?

Vestara skończyła rysować; oddała skrawek flimsi ojcu i umyła ręce pod kranem.
- Zrobię, co w mojej mocy, pamiętaj jednak, że jestem Sithanką, ale także ich jeńcem - 

przypomniała Gavarowi. - Nie mam złudzeń, według mnie pozwolą mi się dowiedzieć tylko tyle, 
ile sami zechcą ujawnić. No, chyba że coś sporadycznie im się wymknie, jeśli nie będą się 
pilnowali.

Gavar Khai położył córce ręce na ramionach i odwrócił ją do siebie.
- Idę o zakład, że Mistrzowi Skywalkerowi nic się nie wymknie - stwierdził, a dziwna nuta 

w jego głosie sprawiła, że Vestara poczuła lekki niepokój.

- Fakt - zgodziła się. - Za to Ben jest dość nieuważny.
- Podoba ci się. - To było stwierdzenie, nie pytanie, i żołądek Vestary fiknął nieprzyjemnego 

koziołka. Chciała zaprzeczyć, ale wiedziała, że to nie ma sensu. Nic nie umknęło uwagi jej ojca. 
Nawet nie korzystając z Mocy, wiedziałby, gdyby spróbowała go okłamać.

- Tak - przyznała cicho, unikając jego wzroku. - Wydaje mi się atrakcyjny. Przepraszam. 

Zrobię, co w mojej mocy, żeby...

Gavar ujął ją pod podbródek i zmusił, żeby spojrzała mu w oczy.

background image

- Nie.
- Nigdy bym nie... - zająknęła się Ves. Nie czuła się tak... bezbronna, odsłonięta i rozbita od 

czasu, kiedy zabiła swoją pierwszą ofiarę.. Była wtedy zaskoczona i przerażona ilością krwi, a 
łatwość, z jaką pozbawiła kogoś życia, wyprowadziła ją z równowagi.

- To nam się może przydać - podjął spokojnie, z wyrachowaniem Gavar. - Oczywiście, nie 

chciałbym, żebyś się w nim zakochała - dodał znacząco. - Jeśli jednak naprawdę coś do niego 
czujesz, nie bój się okazać mu tego. Tym bardziej, jeśli zdoła wyczuć to poprzez Moc. Będzie 
wiedział, że twoje zainteresowanie jest prawdziwe, a to sprawi, że przestanie być czujny. Zacznie 
się przed tobą otwierać, mówić ci więcej... Może nawet ci zaufa? Wtedy będziesz mogła to 
wykorzystać. - Oczy zalśniły mu nieprzyjemnym blaskiem, kiedy przyszedł mu do głowy pewien 
pomysł. - Może mogłabyś spróbować go... nawrócić?

- Przeciągnąć na Ciemną Stronę? - domyśliła się Vestara i ta myśl przyprawiła ją o dziwny 

dreszcz. Czyżby czuła... nadzieję? Gdyby Ben został jednym z nich, Sithów, nie musiałaby się 
przejmować kiełkującym uczuciem. Wtedy nic nie stałoby na przeszkodzie ich związkowi. 
Znaleźliby się po tej samej stronie barykady - zabijając, walcząc ramię w ramię ku chwale 
Plemienia, realizując plan podboju galaktyki przez Sithów. Była przekonana, że pewnego dnia Ben 
stanie się równie potężny jak jego ojciec. Może nawet zostanie Lordem? Albo Arcylordem! A 
wtedy oboje...

Z rozmarzenia wyrwał ją pobłażliwy śmiech ojca.
- Ja także na to liczę - zapewnił ją, jakby czytał jej w myślach. - Jako Sith Ben Skywalker 

przyniósłby chlubę naszej rodzinie. Wtedy mogłabyś się nim cieszyć bez żadnych ograniczeń. Jeśli 
jednak nie uda ci się go przeciągnąć na naszą stronę, będziesz się musiała zadowolić igraniem z 
jego uczuciami. A przynajmniej do czasu, kiedy przestanie nam być potrzebny.

Vestara kiwnęła głową.
- Tak jest, ojcze. Nie musisz się o mnie martwić.
Gavar Khai przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu.
- Nigdy nie byłem zmuszony cię karać, moje dziecko - powiedział wreszcie. - Zawsze 

spełniałaś pokładane w tobie nadzieje. Kieruje tobą Ciemna Strona Mocy. - Położył dłonie na jej 
ramionach i uścisnął mocno. - Vestaro, jesteś prawdziwym dzieckiem rodu Khai. Wiem, że mogę 
na ciebie liczyć. Nie zawiedziesz mnie.

Dziewczyna wyprężyła się dumnie, zadowolona z pochlebstwa i z obietnicy potęgi, którą 

niosły ze sobą słowa ojca. Kiedyś marzyła o dostąpieniu zaszczytu zostania Lady Sithów, ale jej 
ambicje nie znały ograniczeń. Wiedziała, że to przeznaczenie - albo sama Ciemna Strona - 
postawiło na jej drodze Skywalkerów. Całkiem możliwe, że w jej rękach, dosłownie i w przenośni, 
leżał los jej ludu. A ona zamierzała dopilnować, by wszystko poszło zgodnie z planem.

Ku chwale jej rodu, Plemienia - i dla własnej korzyści.

ROZDZIAŁ 2

Na pokładzie „Cienia Jade"

- Nie mam najmniejszej ochoty wracać do Otchłani - burknął Ben. - Ten jeden raz w 

zupełności mi wystarczył.

- No cóż - westchnął Luke - zrobiłeś to już raz, więc przynajmniej masz pojęcie, czego się 

spodziewać.

Ben skrzywił się niechętnie.
- Co wcale nie znaczy, że tym razem będzie mi łatwiej.
Vestara skinęła głową.
- To prawda - skwitowała. - Nam także nie było łatwo.
Luke potarł z namysłem podbródek. Tadar’Ro, jeden z Aing-Tiich, zdradził im tajemnicę 

background image

bezpiecznej drogi. Prowadziła do miejsca w Otchłani, które dawno temu odwiedził Jacen Solo. Nie 
było jednak zaskoczeniem, że użył w tym celu zagadki - w końcu Aing-Tii byli tajemniczą rasą 
niezbyt skłonną do bratania się z innymi obywatelami galaktyki. „Ścieżka Prawdziwego 
Oświecenia wiedzie przez Otchłań Nieprzeniknionej Ciemności - powiedział im na pożegnanie. - 
Jest wąska i zdradliwa, ale jeśli nią podążycie, znajdziecie to, czego szukacie”. Ben i Luke 
rzeczywiście podążali „ścieżką prawdziwego oświecenia”, i rzeczywiście nie mogli zaprzeczyć, że 
była ona zdradliwa. Podczas tej podróży przelatywali między dwiema czarnymi dziurami w rejonie 
znanym jako strefa stabilna numer jeden. Stabilność była w tym miejscu ostatnią rzeczą, jaką 
można było znaleźć. Benowi przypadła wtedy w udziale wątpliwa przyjemność nawigowania, i 
chociaż podołał niewdzięcznemu zadaniu dzięki połączeniu zdolności pilotażu i wyczucia Mocy, to 
jednak tamto doświadczenie nie należało do przyjemnych. Luke także nie miał ochoty powtarzać tej 
pełnej wrażeń przejażdżki, szczególnie w towarzystwie tuzina innych jednostek, o które musiałby 
się martwić.

- Zastanawiam się, czy nie moglibyśmy poprosić pewnej osoby o pomoc - stwierdził z 

namysłem. - W pobliżu Otchłani mieszka mój stary znajomy, który może pożyczyłby nam statek...

Vestara natychmiast nadstawiła uszu niczym wietrzący niebezpieczeństwo nexu.
- Ma być więcej statków? - zaciekawiła się. - Chcesz wezwać posiłki?
- Mówiłem o statku. Jednym - uściślił Luke. - A dokładniej o wyspecjalizowanym 

holowniku asteroid, który pomógłby nam poradzić sobie z polem grawitacyjnym czarnych dziur. 
Jest spory i wyposażony w więcej emiterów promieni ściągających, niż było to dozwolone. Mój 
znajomy ma fioła na punkcie usprawnień i majdrowania przy tego typu sprzęcie.

- Mówisz o Landzie? - zgadł Ben. - Lecimy na Kessel?
Vestara słuchała chciwie, chłonąc i zapamiętując każde słowo.
Luke nie zwracał na nią uwagi. Ta informacja nie była tajna.
- Mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni tam lecieć - odparł. - Liczę, że to Lando przyleci 

do nas i spotkamy się w Otchłani, żeby podjąć działania tak szybko, jak to możliwe. Wolałbym tego 
nie odkładać. - W jego głosie zabrzmiała stanowcza nuta. - Im dłużej ta... istota tkwi sobie 
bezpiecznie w swoim barłogu, tym potężniejsza się staje i tym więcej krzywd może nam wyrządzić. 
Powinniśmy ją powstrzymać tak szybko, jak się da. Musimy sobie przy tym zapewnić możliwie jak 
największą przewagę.

- No tak - bąknął Ben, popatrując z ukosa na Vestarę. - Posiłki to chyba dobry pomysł... 

Landowi nie zakazali wspierania ciebie - dodał pod adresem ojca. - Nie jest Jedi. Dlaczego nie 
miałby nam pomóc?

- Sądzę, że kiedy dotrzemy do tej całej Abeloth, nasze połączone siły dadzą jej radę - 

zasugerował Luke. - Potrzebujemy tylko „Łowcy Asteroid”, dzięki któremu bezpiecznie dolecimy 
na miejsce.

Vestara zmrużyła oczy.
- Dziwne, że nie korzystasz ze swoich rozległych, jak sądzę, koneksji, Mistrzu Skywalkerze 

- stwierdziła bez ogródek. - Skoro ten ktoś mógłby nas wesprzeć swoją flotą, to czemu nie?

- Siedzisz przy suto zastawionym stole - zripostował Luke - ale żeby zaspokoić głód, nie 

musisz zjadać wszystkiego. Inni też chcą się posilić.

- A może - zauważyła Vestara - lepiej wrócić później po dokładkę. Na wypadek, gdyby 

znów dopadł cię głód.

Ben skrzywił się, wstał z fotela i ruszył do mesy.
- Skoro już mowa o jedzeniu, to ja zgłodniałem. Ktoś ma ochotę coś przekąsić?
- Pójdę z tobą - zaofiarowała się Vestara i wyszli razem ze sterowni „Cienia”.
- Czyżbyś lubiła gotować? - zagadnął Ben po drodze.
- Nie - uśmiechnęła się drapieżnie Ves. - Wolę polować. Świetnie sobie radzę z parangiem. 

Szkolili nas w polowaniu na gady. Gotowaniem zajmują się służący.

- Chciałbym zobaczyć See-Threepia pitraszącego kolację - parsknął z rozbawieniem Ben. - 

Pozwalamy mu tylko podawać przystawki.

- Kim jest See-Threepio?

background image

Głosy dzieciaków stopniowo cichły, aż wreszcie Luke przestał je słyszeć. Zaraz wysłał do 

Tendrando Arms krótką wiadomość, a chwilę później - mimo powagi sytuacji - uśmiechnął się pod 
nosem, kiedy nad konsolą pojawiła się miniaturowa kopia Landa Calrissiana. Nawet w mierzącej 
niespełna czterdzieści centymetrów wersji ciemnoskóry mężczyzna wyglądał imponująco. Nie miał 
co prawda na sobie swojej charakterystycznej peleryny, a czerwona atłasowa koszula wyglądała na 
codzienny strój, ale sztyblety lśniły, a kanty czarnych spodni były widoczne nawet w tym 
miniaturowym wydaniu. Lando sprawiał wrażenie prawdziwie ucieszonego widokiem starego 
znajomego; rozłożył ręce w geście powitania.

- Witaj, stary druhu! Kopę lat! - wykrzyknął. - Nie spodziewałem się, że cię zobaczę, dopóki 

nie udowodnisz tym pomyleńcom ze świecznika GS, że to im odwaliła szajba!

Luke uśmiechnął się pod nosem, słysząc te niewybredne epitety pod adresem przywódczyni 

Sojuszu, admirał Daali.

- Ja także głęboko wierzę w zdolności przywódcze Natasi Daali - odparł wymijająco.
- Boisz się, że ktoś nas podsłuchuje, tak? - wypalił prosto z mostu Lando i wyszczerzył w 

uśmiechu imponujące uzębienie.

- Może - bąknął Luke półgębkiem.
- Słyszałem, że wybrałeś się z młodym na jakąś wariacką przejażdżkę - zagadnął Lando.
- Coś w tym stylu - przyznał Luke. - Dobrze cię widzieć, Lando, ale nie po to zawracam ci 

głowę, żeby pogadać o starych dobrych czasach. - Przeszedł do rzeczy: - Chciałbym cię prosić o 
pewną przysługę.

- Przysługę dla Luke’a Skywalkera? Jasna sprawa! O co chodzi?
- Potrzebuję twojego „Łowcy Asteroid”.
Lando ściągnął brwi.
- „Łowcy Asteroid”? - powtórzył, jakby się przesłyszał. - Dlaczego sądzisz, że ten gruchot 

wciąż jest na chodzie?

- Bo wiem, że masz słabość do antyków - wyjaśnił po prostu Luke. - A ten rupieć to jeden z 

trzech statków ze stoczni BramDorc... przynajmniej o ile mi wiadomo. Poza tym wiem, że z 
ciężkim sercem oddajesz swoje cacka na złom.

Calrissian wzruszył ramionami i parsknął śmiechem.
- No cóż, taki już jestem. Przejrzałeś mnie. Ta-ak, wciąż go mam. Domyślam się, że masz 

zamiar zrobić małe przemeblowanie w jakimś polu asteroid?

„Łowca Asteroid” był holownikiem asteroid z serii Colossus i Beta, produkowanym przez 

nieistniejące już zakłady BramDorc. Nie było o nich wiadomo właściwie nic więcej poza tym, że 
mieściły się gdzieś w Nieznanych Regionach i specjalizowały w produkcji sprzętu ciężkiego 
kalibru. Zniknęły bez śladu z galaktycznych rejestrów spółek jakieś pięć lat przed bitwą o Yavina. 
Luke miał rację - istniały tylko dwie inne jednostki produkowane przez BramDorc: wodny 
patrolowiec „Lodołamacz” i zbiornikowiec do przewozu skroplonej tibanny, nazwany dowcipnie 
„Gazelą”, przekształcony w orbitalną fortecę przez jednego z pomniejszych hersztów przestępczego 
półświatka, Hutta.

Luke doskonale zdawał sobie sprawę, że ten antyk powinien trafić do muzeum - tak jak 

„Lodołamacz”, który spędzał emeryturę w muzeum statków kosmicznych na New Brampis - albo 
na złomowisko. Nikt tak naprawdę nie wiedział, ile lat ma „Łowca Asteroid”, chociaż w 
arkaniańskich rejestrach orbitalnych figurował już w 524 roku przed bitwą o Yavina. W czasach 
swojej awanturniczej młodości Lando pokonał nim wiele tras. Pewnego wieczoru, kiedy dzieci 
zasnęły już kamiennym snem, a żony życzyły im dobrej nocy, Han wyjawił Luke’owi kilka 
ciekawostek związanych z tym statkiem.

Maro... tak bardzo za tobą tęsknię, westchnął w duchu Mistrz Jedi. Mógłby przysiąc, że 

czuje w pobliżu jej obecność.

...a Luke wciąż je pamiętał. Jedną z nich był interesujący fakt, że - podobnie jak w 

przypadku kilku innych jednostek w swojej kolekcji - Lando wygrał „Łowcę Asteroid” od pewnego 
hulaki, Brubba, w nieprawdopodobnej, sześciogodzinnej sesji siłowania się na ręce. Han wspomniał 
też mimochodem, że całe zajście mogło być ustawione... albo i nie. Inną ciekawą plotką o 

background image

holowniku był fakt, że jego załoga składała się z samych droidów o raczej... niezwykłym 
oprogramowaniu. Chociaż Luke ciągnął przyjaciela za język, Han nie dał się namówić na 
ujawnienie szczegółów, zbywając pytania enigmatycznym uśmieszkiem. Może teraz nadarzała się 
okazja, by dowiedzieć się, o czym mówił Solo?

- Jeśli chodzi o ścisłość - odpowiedział wreszcie na pytanie Landa - szykuje mi się mała 

wycieczka do Otchłani.

Na dźwięk jego słów Calrissianowi nieco zrzedła mina.
- Do Otchłani? A po cholerę cię tam ciągnie? To nie jest najmilsze miejsce w galaktyce.
- Fakt - westchnął Luke. - Wygląda jednak na to, że nie mamy z Benem wyjścia. To część 

naszej... misji. Coś w rodzaju pielgrzymki do miejsc, które podczas swojej pięcioletniej podróży 
odwiedził Jacen.

Calrissian spoważniał i pokiwał współczująco głową.
- Hm, tak, słyszałem o tym co nieco.
Luke’owi po raz kolejny przemknęło przez myśl, że Lando jest całkiem niezłym aktorem; 

facet wypracował do perfekcji ukrywanie wrodzonej prawości i wrażliwości pod pozorami 
rubasznego, pewnego siebie zawadiaki. Mimo wszystko czasem spod warstewki blefu przeświecała 
jego prawdziwa natura, chociaż pewnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Lando Calrissian był bez 
reszty oddany tym, których nazywał przyjaciółmi.

- Na razie utknęliśmy tutaj - podjął Luke. - I odkryliśmy, że w Otchłani jest coś... właściwie 

raczej ktoś... kim trzeba się zająć - dokończył.

Lando skinął głową.
- Aha. Tak się właśnie zastanawiałem, co się tam święci. Słyszałeś o wydarzeniach na 

Kessel, prawda?

Zgadza się, Luke słyszał. Leia opowiedziała mu o dziwnych wstrząsach, które groziły 

zniszczeniem Kessel, a wraz z nią całych zakładów Tendrando Arms. Jego siostra wspomniała też, 
że Allana odbierała poprzez Moc dziwne sygnały. Dziewczynka upierała się, że „coś na nią czeka” 
w kosmosie. To „coś” chciało wiedzieć, kim jest mała, i było „smutne, ale straszne”. Allana miała 
co prawda tylko osiem lat, ale była córką Tenel Ka i Jacena Solo, wnuczką Leii Organy Solo i 
prawnuczką Anakina Skywalkera. Moc miała zapisaną w genach.

Leia i Han nie mieli wątpliwości, że ich wnuczka mówi prawdę, a przynajmniej 

przedstawiają tak, jak pojmował ją jej młody umysł. Teraz, kiedy Luke sobie o tym przypomniał, 
ogarnął go jeszcze większy niepokój. Był pewien, że istotą, która próbowała się skontaktować z 
dziewczynką, była Abeloth.

Pokiwał głową.
- Tak, słyszałem. Podobno jednak na razie macie spokój.
- Na razie - westchnął Lando i na moment posmutniał, ale zaraz jakby właśnie zdał sobie 

sprawę z sytuacji, błysnął swoim najlepszym firmowym uśmiechem. - Cóż, chwilowo to musi 
wystarczyć - rzucił.

- Na to wygląda. Nie wiedziałem, że jesteś taki refleksyjny, Lando.
Calrissian machnął lekceważąco ręką.
- Lepiej tego nie rozpowiadaj, ucierpiałaby na tym moja reputacja. To jak... zamierzacie tam 

lecieć tylko we dwójkę? Ty i Ben? - wrócił do tematu. - Wiesz, że nawet na pokładzie „Łowcy 
Asteroid” to nie będzie relaksująca przejażdżka? Jeśli o mnie chodzi, to nienawidzę tego miejsca.

- Właściwie to udało nam się razem z Benem już raz tam dotrzeć na pokładzie „Cienia”, ale 

nie było łatwo - odparł Luke. - Jednak z grupą statków... „Łowca Asteroid” bardzo by się nam 
przydał. Ten moloch jest taki wielki, że prawie tworzy własne pole grawimetryczne.

Lando przyjrzał mu się okrągłymi ze zdziwienia oczami.
- Że niby co? Grupa czego...?
- Kilku... wspólników chce się tam z nami wybrać.
Chociaż przyjaciele rozmawiali na odległość, Lando natychmiast rozgryzł Luke’a i 

przyszpilił go wzrokiem.

- Wspólnicy, co? Jacy znów wspólnicy? Bo zakładam, że czcigodny Luke Skywalker nie 

background image

obraca się w towarzystwie łajdaków i meneli.

Luke już miał zaprzeczyć, ale uznał, że lepiej będzie milczeć. Znał Landa od lat i wiedział, 

że ekspirat kosmiczny nie zamierza go oceniać po istotach, z jakimi przestawał czy przestaje.

- Hm, oni... No cóż, to Sithowie.
Lando wyglądał, jakby ktoś zdzielił go między oczy. Opadła mu szczęka, oczy wyszły z 

orbit, a starannie budowany przez lata wizerunek człowieka, który widział już wszystko i nic go nie 
zdziwi, legł w gruzach.

- Ss... Sithowie? - wykrztusił wreszcie przez ściśnięte gardło.
- Sithowie - potwierdził Luke. - I to, hm, całkiem ich sporo. To... długa historia.
- Żarty na bok - stwierdził Lando. - Ta historia jest wliczona w cenę wypożyczenia, 

Skywalker.

Luke dobrze wiedział, że Lando nie weźmie od niego złamanego kredyta. Nawet nie 

mrugnął.

- Opowiem ci wszystko, kiedy tylko będę mógł. - Uśmiechnął się do przyjaciela. - Czy 

słusznie zakładam, że zgodzisz się spuścić „Łowcę Asteroid” ze smyczy na małą przejażdżkę?

- Jeśli tylko obiecasz odprowadzić go całego i zdrowego do hangaru... i was, przy okazji, 

też... jest wasz. Muszę cię jednak ostrzec, że powinieneś się uzbroić w tę waszą słynną cierpliwość 
Jedi. Staruszek od dawna nie był na chodzie i trochę mi zajmie, zanim go rozbujam. Wprowadziłem 
w nim kilka... eee, usprawnień.

Luke nie mógł powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu. Lando, tak samo jak Han, 

zawsze dłubał przy swoich statkach, całkiem jakby im obu nie mieściło się w głowie, że można 
latać czymś w takim stanie, w jakim zeszło z linii produkcyjnej. I chociaż to podejście bawiło 
Luke’a, nie mógł zaprzeczyć, że to właśnie dzięki dwójce majsterkowiczów „Cień Jade” był 
prawdziwym cudem techniki.

- Jestem pewien, że ten gruchot zrobi wszystko sam... no, może oprócz zaparzania kafu i 

dostarczania mi go do łóżka - zażartował.

- Wiesz co, Luke? To świetny pomysł! Zaraz się tym zajmę - stwierdził Lando żartobliwie, 

pocierając z namysłem podbródek.

- Jak myślisz, ile to potrwa? - wrócił do tematu Luke.
Calrissian obliczał coś w myśli przez chwilę.
- Hm... ta stara balia trochę się już przykurzyła. Jakiś tydzień... może dwa.
Skywalker nie zdołał ukryć rozczarowania.
- Aż tyle? - Nie żałował decyzji o sprzymierzeniu się z Sithami. Przemyślał ją dobrze i 

wiedział, że wybrał właściwie. Wiedział też, że im dłużej będzie się babrał w tym szambie, tym 
większe prawdopodobieństwo, że wreszcie natknie się na dianogę. Chciał stawić czoło Abeloth tak 
szybko jak to możliwe i wywiązać się z obietnic, które złożył, zanim pojawili się Sithowie, a które 
wypełnić musiał. To było równie pewne jak fakt, że Ben co kilka godzin robił się głodny.

Lando podniósł ręce w geście mówiącym „to nie moja wina”.
- Hej, to ty potrzebujesz specjalnego statku do polowania na potwory w Otchłani, nie ja. 

Zrobię, co w mojej mocy, żeby był gotowy za tydzień, ale pamiętaj, Luke, że to prawdziwy antyk. 
Tak samo jak jego mechaniczna załoga. Musisz się z nim obchodzić delikatnie, czy to jasne?

- Ale nie zdechnie mi w samym środku Otchłani, jak myślisz? - zaniepokoił się półżartem 

Skywalker.

- Hola, hola! Czyja powiedziałem coś takiego? - Lando wyglądał na urażonego, ale Luke 

wiedział, że Calrissian tylko się z nim droczy. - Jak myślisz, na co potrzebuję tyle czasu?! Właśnie 
na upewnienie się, że do tego nie dojdzie! Chcę ci tylko zasygnalizować, że może potrzebować 
nieco więcej czułości, to wszystko.

Luke westchnął. Podczas krucjaty przeciwko Abeloth będzie potrzebował każdej możliwej 

przewagi, to chyba oczywiste. Jeśli Lando mówił o dwóch tygodniach, będzie musiał poczekać 
dokładnie tyle i mieć nadzieję, że Sithowie nie zirytują się zanadto tym opóźnieniem. A holownik 
naprawdę bardzo, ale to bardzo im wszystko ułatwi.

- Będę o tym pamiętał - obiecał. - I... dzięki, naprawdę. Ustawimy kurs na Kessel i...

background image

- O nie, mój drogi panie, co to, to nie. Nie będziesz mi tu przyprowadzał żadnych 

sithańskich pomiotów - wszedł mu w słowo Calrissian. - Gdyby rozeszły się plotki, że kumam się z 
tymi wariatami, to nie byłaby za dobra reklama dla mojego interesu.

Luke pomyślał smętnie, że gdyby plotki się rozeszły, ucierpiałby na tym nie tylko Lando, 

ale nie powiedział tego głośno, tylko słuchał, co ma do powiedzenia jego przyjaciel.

- Spotkajmy się na Klatooine - zaproponował Lando. - To blisko Otchłani, część Gromady 

Si’Klaata.

- Skądś znam tę nazwę... - mruknął Luke, ale uznał, że może po prostu „Klatooine” brzmi 

podobnie do „Tatooine” i to dlatego planeta wydała mu się znajoma.

Lando uśmiechnął się jednak szeroko i pokiwał głową.
- Przecież to ostatni przystanek na sławnej Trasie na Kessel - podsunął. - Jak możesz o tym 

nie pamiętać?

- Fakt - zgodził się Luke. - Trasa na Kessel... Han raczy nas tą historyjką co najmniej raz do 

roku.

Lando parsknął z rozbawieniem.
- Wierz mi, trasa była jeszcze ciekawsza, kiedy wokół szwendały się stada Huttów - 

zapewnił przyjaciela. - Czy raczej pełzały, skoro nie mają nóg. Tak czy inaczej, to wciąż oficjalnie 
przestrzeń tych oślizgłych glutów, ale podczas wojny z Yuuzhan Vongami nieźle im się oberwało. 
Teraz jest tam względnie spokojnie, tak że ty i twoi... eee, wspólnicy, nie powinniście mieć żadnych 
problemów w tym rejonie. Kilka dni na orbicie, a może nawet zejście na planetę, żeby rozprostować 
kości, nie zrobi wam różnicy.

Luke dotknął konsoli i na ekranie pojawiła się mapa. Widniał na niej obszar Otchłani i 

pobliska Kessel. Wyraźnie zaznaczono granice przestrzeni Huttów, a w niej Gromadę Si’Klaata, z 
planetami takimi jak Nimia, Ques, Lant, łotra, Yoruibuunt czy Sriluur. Klatooine także była wśród 
nich, ale Luke nie martwił się zbytnio. Lando może i był hazardzistą i ryzykantem, ale nigdy nie 
naraziłby świadomie przyjaciela na niebezpieczeństwo, wyznaczając niepewny punkt zborny.

- Dzięki, Lando. Naprawdę wielkie dzięki.
- Nie ma sprawy, Luke - zapewnił go Calrissian. - Traktuj tylko tego staruszka z 

odpowiednią czułością i szacunkiem. I... uważaj na siebie, dobra? - Uśmiechnął się ciepło i 
hologram znikł.

- Threepio to android protokolarny - wyjaśnił Ben, buszując w kambuzie. Po tym, jak 

zapasy „Cienia” zostały splądrowane przez Wędrowców Umysłów, uzupełnili je częściowo na 
Dathomirze, ale szczerze powiedziawszy, nie było z czego wybierać. Wziął kilka owoców, jakieś 
warzywa, i zabrał się do przyrządzania czegoś w rodzaju sałatki, dorzucając parę ugotowanych 
składników. Nie przywiązywał wielkiej wagi do dathomirskiej flory ani fauny, poza tymi jej 
elementami, które mogły go zranić, otruć, udusić czy pożreć. - Wie wszystko o etykiecie i takich 
tam... Wiesz, języki, historia, obyczaje...

- Ale nie kulinaria - uzupełniła Vestara z uśmiechem, odbierając z jego rąk miseczkę sałatki.
- Na pewno nie kulinaria - zgodził się Ben i odwzajemnił uśmiech. Vestara często 

zachowywała się sztywno, pilnując utrzymania między nimi dystansu... kiedy się jednak 
uśmiechała, wyglądała na swój wiek. Twarz jej jaśniała, w brązowych oczach zapalały się ciepłe 
ogniki i... hm, no cóż, lubił, jak się uśmiechała.

Wreszcie dotarło do niego, że dziewczyna przygląda mu się wyczekująco, i zarumienił się 

lekko, zawstydzony własnymi myślami. Spuścił wzrok i wrócił do krojenia.

- Fakt, ciocia Leia próbowała poprawić mu oprogramowanie - dodał. - Ale to jej 

przyprawomięso... - Urwał i zbeształ się w duchu. To nie była zwykła dziewczyna, z którą mógł 
sobie ucinać pogawędki o rodzinnych przepisach kulinarnych. A on właśnie wyjawił jej imię 
własnej ciotki.

Vestara zrobiła zdziwioną minę, nie przestając się przy tym uśmiechać.
- I co z tym przyprawomięsem? - spytała. - Czym się je... przyprawia?

background image

- Eee, nie wiem, ale prawda jest taka - westchnął Ben, nie odrywając od krojonych warzyw 

wzroku, jakby ta czynność wymagała skupienia dorównującego nawigacji przez Ryft Kathol - że 
byłoby miło, gdyby Threepio nauczył się gotować.

Vestara usiadła z wdziękiem przy stole i zaśmiała się cicho.
- Mówisz o tym droidzie, jakby był częścią waszej rodziny!
Ben nalał im po szklance niebieskiego mleka (Luke go serdecznie nie znosił, ale jego 

zdaniem było całkiem niezłe) i wzruszył ramionami. Podał jedną szklankę Vestarze; kiedy ją od 
niego brała, ich palce na chwilę się spotkały.

- No cóż - bąknął, lekko zmieszany - chyba po trosze tym właśnie jest. To znaczy, ma... 

osobowość. - Uśmiechnął się nagle szeroko. - I to bardzo ciekawą. Poza tym jest w mojej rodzinie 
od dawna.

- Od jak dawna? - Vestara upiła łyk mleka i zerknęła na Bena znad brzegu szklanki, 

wyraźnie zaciekawiona.

Chłopiec mógłby pójść o zakład, że chciałaby się dowiedzieć o nim jak najwięcej. Pewnie 

tylko czekała, aż rozwiąże mu się język i coś jej wypaple.

- Od bardzo dawna - powiedział wymijająco. Najwyższy czas odwrócić role, uznał. Nadział 

na widelec kawałek jakiegoś niezidentyfikowanego warzywa. - Mówiłaś, że lubisz polować - 
zmienił temat. - Jakie zwierzęta do tej pory upolowałaś? - I czy polujesz na mnie? - dodał w myśli. 
Czaisz się, czekasz cierpliwie na odpowiedni moment?

Vestara zwlekała chwilę, przeżuwając sałatkę - wyraźnie grając na zwłokę. Przełknęła i 

starannie otarła usta serwetką, a potem posłała mu jeden ze swoich promiennych uśmiechów, 
jednak tym razem Ben miał nieodparte wrażenie, że był on nieco wymuszony.

- Martwe - powiedziała - kiedy z nimi kończyłam.
Była znów czujna, zamknięta w sobie, tak samo jak on. Z trudem powstrzymał się, żeby nie 

westchnąć.

Dokończyli posiłek w niezręcznej ciszy.

ROZDZIAŁ 3

Biuro przywódcy Fela, kompleks ambasady Galaktycznego Imperium, Coruscant

Nie było bardzo późno, ale na tyle, żeby mózg Jaggeda Fela był zmęczony, a on sam miał 

problemy z koncentracją. Potarł piekące od wielogodzinnego wlepiania w ekrany datapadów oczy i 
odłożył ten, który właśnie czytał, na piętrzący się na jego biurku stos. Kierowany nagłym 
impulsem, ułożył wszystkie notesy komputerowe w równą wieżę. Cóż, było ich całkiem sporo.

Odwrócił swoje niezwykle drogie i wyjątkowo wygodne (zakupione jednak raczej z 

konieczności niż dla zwykłej zachcianki, zważywszy na fakt, ile czasu w nim spędzał) krzesło obite 
nerfią skórą w stronę wideościany i wcisnął guzik.

Na ekranie natychmiast pojawiła się twarz, którą znał aż za dobrze: płowowłosego 

mężczyzny o nienagannej fryzurze, ubranego w elegancką marynarkę. Twarz, wykrzywiona 
grymasem fałszywej troski, należała do tak zwanego „dziennikarza” Javisa Tyrra. Za nim, 
dokładnie w centrum obiektywu holokamery, stał Raynar Thul. Wyraźnie nadstawiał uszu, żeby 
usłyszeć coś niesłyszalnego dla innych.

Thul był Jedi, który zaginął podczas wojny z Yuuzhan Vongami, aby pojawić się nagle parę 

lat później jako UnuThul, jeden z Dwumyślnych. Poprowadził wtedy Killików na podbój 
terytorium Chissów. Był szalony i straszliwie okaleczony; długo leczył rany pod opieką 
uzdrowicielki Jedi, Mistrzyni Cilghal. Jego potworne blizny udało się co prawda usunąć, jednak w 
obiektywie kamery wyglądał dziwnie sztywno i sztucznie. Pozostawiono mu wolność wyboru, 
jednak Thul na razie nie zdecydował się na opuszczenie Świątyni Jedi.

- Siedzę właśnie na schodach Świątyni Jedi i rozmawiam z Raynarem Thulem, który... - 

background image

mówił Tyrr.

Jag skrzywił się brzydko i zmienił kanał.
- ...była Jedi Tahiri Veila - relacjonowała kobieta o długich, czarnych włosach, zebranych w 

węzeł na czubku głowy. - Zarzuty wobec niej...

Jag zacisnął gniewnie usta. Jeśli było coś, na co miał jeszcze mniejszą ochotę niż na 

oglądanie zarozumiałego uśmieszku Javisa Tyrra, to na pewno na rewelacje o sytuacji Tahiri. Znów 
zmienił kanał i na ekranie pojawiła się twarz następnego reportera. Jak na ludzkie standardy, niemal 
idealna fizjonomia Javisa Tyrra była znacznie przyjemniejsza dla oka niż ta, jednak Fel 
zdecydowanie przedkładał zwierzęce i na pozór tępe oblicze Perrego Needma i jego rzetelne relacje 
nad wymuskaną buźkę i sensacje tamtego pismaka. Needmo był Chevinem; tak jak wszyscy 
przedstawiciele jego rasy, był zwalisty i potężny, a surowy wygląd podkreślała jeszcze ruchliwa, 
wydłużona trąba, zakończona mięsistymi wargami. Otaczała go aura statecznej, rzeczowej osoby, 
która dużo widziała i dużo wie; emanował pewnością siebie i budził zaufanie. Poza tym w jego 
programie można było zawsze liczyć na obiektywizm i elementarną uczciwość w przedstawianiu 
faktów takimi, jakimi były naprawdę, dzięki czemu oglądanie jego relacji nie podnosiło od razu 
ciśnienia. Jego sprawozdanie będzie miłą odmianą po wszechobecnym „Javis Tyrr przedstawia”.

- ...przez Madhi Vaandt - informował właśnie Needmo i zaraz zastąpił go obraz młodej 

Devaronianki, stojącej przed czymś, co wyglądało na slumsy Coruscant. Na jej widok Jaga kolejny 
raz uderzyło, jak bardzo różnią się od siebie przedstawiciele obojga płci u Devaronian. 
Devaronianki wyglądały, jakby należały do całkiem innej rasy, a ich zachowanie i charakter nie 
mogły się bardziej różnić od zwyczajów i obejścia ich samców. Fakt, że potrzebowali siebie 
nawzajem do zapewnienia ciągłości gatunku, zawsze wydawał się Jagowi jakąś kosmiczną, 
absurdalną pomyłką.

Devaronianie mieli czerwonawą skórę, dwa imponujące rogi czołowe (z których byli bardzo 

dumni) i ostre kły, u kobiet zaś - z wyjątkiem dłoni, stóp i twarzy o jasnej, przypominającej ludzką 
karnacji - całe ciało pokrywało miękkie, białe, brązowe albo rude futro, a w miejscu, w którym u 
ich partnerów wyrastały rogi, widniały tylko nieco ciemniejsze plamy.

Mężczyźni z Devarona mieli reputację nieodpowiedzialnych włóczęgów i było ich w 

galaktyce wszędzie pełno; zachowywali się w sposób nie najlepiej świadczący o ich rasie, więc 
większość obywateli galaktyki miała ich za nicponi i łajdaków. Partnerki Devaronian były jednak 
ich całkowitym przeciwieństwem. Często można je było spotkać na posadach rządowych i 
stanowiskach dyrektorskich; były doskonale ułożone, spokojne i rozsądne.

Reporterka, której relację oglądał Jago, nie była wyjątkiem. Nie można jej też było odmówić 

urody. Javis Tyrr na pewno pozazdrościłby jej uroku i aury uczciwości, którą bez wątpienia 
zjednywała sobie rzesze widzów. W przeciwieństwie do Tyrra (który pewnie płacił swoim stylistom 
i charakteryzatorom za nadgodziny), włosy Madhi Vaandt były przystrzyżone krótko i lekko 
potargane, jakby ograniczała się do przeczesywania ich palcami. Miała oczywiście makijaż, 
konieczny w ostrym świetle kamer, jednak był on na tyle lekki, że nie maskował ciemniejszych 
plamek na czole, przeświecających przez pasma białych włosów, ani też piegów. Nosiła proste, 
wygodne i praktyczne ubranie - beżowe spodnie i lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami, a także 
kamizelkę z mnóstwem kieszeni. Patrzyła prosto w obiektyw skośnymi, zielonymi, żywymi oczami, 
a długie, spiczaste uszy miała odchylone do tyłu.

- Dziękuję, Perre - powiedziała łagodnym, śpiewnym głosem ze śladem akcentu. - Nadaję 

dla was na żywo z mrocznych, ponurych i pełnych sekretów poziomów Coruscant, znanych wam 
też pewnie jako Niższe Coruscant, Coruscańskie Podziemie, Dolne Miasto albo Podpoziomy 
Coruscant. Jego pochodzenie nie jest oczywiście żadną tajemnicą. - Vaandt ruszyła przed siebie. Za 
jej plecami Jag widział obrośnięte koralem yorik balustrady i schody, a także szablopnącza i inne 
rośliny rosnące wszędzie, gdzie tylko udało im się zapuścić korzenie. Co pewien czas w tle 
przemykała jakaś postać, ale trudno było stwierdzić, jakiej rasy. Nie miało to zresztą znaczenia. Jag 
wiedział, że w tym miejscu wszyscy cierpią. Skrzywił się znów - tym razem współczująco.

- To stare miejsce o bardzo bogatej historii, nazwane kiedyś Yuuzhan'tarem. Po zakończeniu 

wojny reszta Coruscant została wyzwolona i zrekonstruowana, ale te poziomy nigdy nie odzyskały 

background image

dawnej świetności.

Urwała i pochyliła się nieznacznie w stronę kamery.
- Nade mną widzą państwo strzeliste wieżowce. Cywilizację. Porządek. Ten porządek, który 

w ciągu lat ustanawiał Galaktyczny Sojusz. A mimo to, w samym środku ich starań, renowacji, 
świadectw kroków podjętych przez GS... - zawiesiła na chwilę głos i zatoczyła krąg szczupłym, 
porośniętym białą sierścią ramieniem. Obiektyw kamery skierował się na grupkę młodych 
mężczyzn, ubranych we fragmenty plastoidowych zbroi i białe bezrękawniki. Kiedy spostrzegli, że 
są nagrywani, rozpierzchli się niczym robaki spod nagle odwróconego kamienia. - ...to miejsce 
zostało zapomniane, a zamieszkujące je istoty pozostawione same sobie, na pastwę losu. 
Cywilizacja tu nie sięga, nie dociera tu prawo ani porządek. Mieszkańcy tego miejsca nie mają co 
liczyć na opiekę zdrowotną ani ochronę. W najlepsze kwitnie tu handel nielegalnymi substancjami i 
inne, potępiane w cywilizowanych zakątkach galaktyki procedery, a morderstwa są na porządku 
dziennym - i nikt nie ściga winnych zbrodni. Nikt nie próbuje powstrzymać brudnych porachunków 
ani zająć się Cthonami. Ofiary śmiertelne są codziennością, a ciała są okradane, zanim staną się 
pożywieniem Mrocznych. To niebezpieczne, przerażające miejsce, dlatego lepiej i wygodniej 
zapomnieć o nim, bo przecież nie musimy oglądać go na co dzień. - Cóż, sprawa była paląca, Jag 
nie mógł się z nią nie zgodzić. Rzeczywiście, dlaczego nikt się tym wcześniej nie zajął? To było 
dziwne... i niepokojące.

Madhi Vaandt znów znalazła się w centrum obrazu; obok jej przyjaznej, piegowatej twarzy, 

na której malował się łagodny uśmiech, pojawiło się oblicze młodego mężczyzny. Był wysoki, 
chudy, brudny i nerwowy. Madhi objęła go przyjaźnie ramieniem.

- Będziemy śledzili losy tego oto młodego Tarynda przez kilka następnych tygodni. 

Przekonacie się, przez co ten chłopiec musi przechodzić po to, żeby po prostu przetrwać... w 
samym sercu stolicy Galaktycznego Sojuszu. Dowiecie się...

- Chciałabym cię prosić o przysługę - odezwała się Jaina Solo.
Jag nie słyszał, kiedy weszła - tak bardzo był skupiony na relacji Madhi Vaandt - ale nie dał 

nic po sobie poznać.

- Ja także mam do ciebie interes - odparł, oglądając się na narzeczoną, stojącą przed jego 

biurkiem z rękami wspartymi na biodrach. - A tak w ogóle... proszę, uprzedzaj mnie, zanim 
wpadniesz, dobrze?

Jaina odsunęła na bok stertę datapadów i oparła ręce na biurku.
- Jaśnie oświecony przywódco sił imperialnych, Jaggedzie Felu, Miecz Jedi Jaina Solo prosi 

o audiencję - rzuciła, przewracając oczami. - Czy mogę?

- Wiesz doskonale, że mogłaś mnie zastać w trakcie ważnych negocjacji albo pracy nad 

jakimś projektem wielkiej wagi - upomniał ją Jag.

- Po co mi wciskasz ten kit? - obruszyła się młoda Solo. - Przecież wiedziałabym, gdybyś 

był zajęty. Ashik by mnie uprzedził, że nie wolno ci przeszkadzać.

Ashikiem nazywano Kthira’shi’ktarloo, Chissa, który był asystentem, adiutantem i szefem 

osobistej ochrony Jaggeda. Fel ufał mu bezgranicznie. Nikogo nie dziwiło, że na to stanowisko 
wyznaczył przedstawiciela rasy Chissów. Ashik był wysoki, miał długi nos, pełne wargi i 
świdrujący wzrok; był uprzejmy, elokwentny i rozumiał uczucie łączące Jaga i Jainę. Nie miał 
jednak skrupułów, by zabraniać Jainie - albo komukolwiek innemu - dostępu do przełożonego, jeśli 
uznał to za stosowne. Jaina początkowo miała mu to za złe, jednak teraz szanowała jego 
stanowczość i konsekwencję.

Jagged westchnął. Chyba wiedział, o jaką przysługę chodzi Jainie, ale nie bardzo 

uśmiechało mu się mieszać w tę sprawę. Miał nieodparte wrażenie, że wszystko - wydarzenia i 
ludzie - cały czas usiłuje stanąć na drodze ich szczęściu. Chociaż obiecał narzeczonej, że nie 
dopuści, żeby rozdzieliły ich takie błahostki jak polityka - i miał niezłomny zamiar tej obietnicy 
dotrzymać - musiał przyznać, że z każdym dniem rzucano im pod nogi nowe kłody.

- Pewnie tak - stwierdził markotnie. - Do rzeczy. O co chodzi?
Jaina uśmiechnęła się słodko, przerzuciła nogi na drugą stronę biurka i wskoczyła mu 

zręcznie na kolana. I chociaż Jaga wciąż niepokoiła przyczyna tego nagłego najścia, to tuląc ją w 

background image

ramionach, nie mógł powstrzymać uśmiechu. Wymienili namiętny pocałunek i Jagged natychmiast 
poczuł, że wiszące między nimi napięcie zauważalnie opada. Kochał Jainę Solo całym sercem, 
zamierzał ją poślubić i nic w całej galaktyce nie mogło mu w tym przeszkodzić ani zmienić jego 
uczuć.

Narzeczona zsunęła mu się z kolan i uśmiechnęła promiennie.
- No, no - mruknął Jag. - Takie przysługi mogę ci robić codziennie...
Jaina dała mu żartobliwego kuksańca.
- To była łapówka, nie przysługa! - parsknęła. - Uznałam, że skoro mam zostać żoną 

polityka, muszę stać się bardziej wyrachowana.

- Powinnaś, to prawda - odparł swoim urzędowym, poważnym głosem, akcentując te słowa 

skinieniem głowy. Przyciągnął ją znów do siebie, spragniony ciepła jej ciała. - Tak czy siak, podoba 
mi się taki system przekupstwa - wymruczał w jej obojczyk. - Do rzeczy, Jedi Solo: zamieniam się 
w słuch. Czego sobie życzysz?

Jaina spoważniała.
- Chodzi o Tahiri - powiedziała z lekkim wahaniem.
Jag ściągnął brwi.
- Tak właśnie myślałem...
- Jag, ona straciła już dwóch adwokatów - przypomniała mu Jaina. - Jeśli następnego 

dostanie z urzędu, będzie skończona.

- Jaino, wiem, że obydwoje mamy na pieńku z przywódczynią Sojuszu Daalą, ale naprawdę 

wątpię, żeby pani admirał posunęła się tak daleko i dała jej kogoś, kto ją... umoczy.

- Moim zdaniem będzie wręcz przeciwnie. - Jaina spojrzała na niego chmurnie.
Odwzajemnił spojrzenie bez mrugnięcia.
- Serio?
- Jasne! - parsknęła Solo. - Samobójstwo Niathal dopiekło jej do żywego. Tahiri Veila to 

znakomity cel, na którym może wyładować swoją frustrację. Sądzisz, że przepuści taką okazję? Jest 
jak Anji i jej wypchana eopie.

Porównanie było trafne, Jag nie mógł zaprzeczyć. Zanim Han, Leia i Allana zostali 

zmuszeni do przeprowadzki, Jag i Jaina byli u nich na obiedzie. Podczas wizyty Jag miał 
przyjemność poznać nowego członka rodziny Solo, młodą nexu o imieniu Anji, osieroconą, bo Leia 
musiała zabić jej matkę podczas pościgu za oszalałą Natuą Wan, która na Coruscańskich Targach 
Zwierząt uwolniła dzikie stworzenia. Zgodnie z relacją Jainy Allana uparła się, że z tego powodu 
mają obowiązek zaopiekować się pozbawionymi matki małymi - a przynajmniej jednym z nich. 
Szczęśliwe maleństwo zostało przez nich przygarnięte i nazwane Anji.

Małemu neksiątku przystrzyżono kolce, obcięto pazurki i założono implant, dzięki któremu 

nie mogło gryźć do krwi. Anji uwielbiała Allanę i - jak na drapieżnika - zachowywała się 
zaskakująco łagodnie, wrodzoną agresję zwykła jednak wyładowywać na wypchanej eopie. Nie 
pozwalała nikomu do niej podejść, warcząc i kłapiąc pełną ostrych kłów paszczęką, i chociaż miała 
implanty, Jag bał się, że w końcu rozszarpie zabawkę na strzępy. Najwyraźniej jednak pluszak 
został wykonany solidnie i był odporny na kły drapieżników, bo wychodził z całej serii 
dotychczasowych ataków zwycięsko. Jagowi przeszło nawet przez myśl, żeby skontaktować się z 
wytwórcami zabawki - ich produkty zdawały się bardziej trwałe niż pancerze, które czasem nosił.

- Fakt - mruknął i zmienił pozycję na krześle. - Przykro mi, że sędzia Lorteli wzbroniła 

Nawarze Venowi reprezentować Tahiri, i że Mardek Mool wypadł z gry, ale... czego ode mnie 
oczekujesz?

- Masz znajomości - stwierdziła bez ogródek Jaina. - Znasz wiele wysoko postawionych 

osobistości. Mógłbyś kogoś znaleźć...

Zamrugał, nie dowierzając własnym uszom.
- Jaino, nie mogę wykorzystać moich koneksji, żeby wpłynąć na wynik procesu sądowego...
- Wcale o to nie proszę. Chciałabym tylko, żebyś się rozejrzał za kimś, kto będzie skłonny 

podjąć się obrony Tahiri. Wiesz, że inaczej ta sprawa jest przesądzona.

Jag znów westchnął, opadł na miękkie oparcie fotela i przymknął oczy. Jaina wiedziała, że 

background image

nie powinna naciskać, więc tylko wtuliła się w jego ramiona. Jagged Fel zazwyczaj robił wszystko, 
co w jego mocy, żeby postępować słusznie, oczywiście bez przekraczania swoich kompetencji. A w 
tej sytuacji słuszne było znalezienie komuś oskarżonemu o morderstwo prawnika, którego 
naprawdę będzie obchodził jego los; kogoś, kto zechce działać w interesie tej osoby i walczyć o 
wygraną w sprawie, która była z góry skazana na niepowodzenie.

- Będę musiał działać nieoficjalnymi kanałami - odparł po krótkim namyśle Jag. - Nie mogę 

w to angażować służb imperialnych...

- Jasne, że nie. Rozumiem.
Jagged otworzył oczy, spojrzał na swoją narzeczoną... i zaparło mu dech w piersiach. Jaina 

uśmiechała się do niego promiennym, ciepłym uśmiechem. Wiedział, że niewielu w tej galaktyce 
dane było oglądać ten widok, bo Jedi Solo zachowywała ten uśmiech wyłącznie dla rodziny... i dla 
niego, co czyniło go równie rzadkim i cennym jak perły smoka krayt. W tej chwili nie była 
Mieczem Jedi, córką stanowczo zbyt sławnych rodziców ani siostrą zmuszoną do łamiącego serce 
czynu - zabicia Lorda Sithów, który był jej bratem bliźniakiem. Była po prostu Jainą Solo, 
bezbronną i niewinną. Na widok tego uśmiechu serce mu zmiękło jak wosk; podniósł dłoń i z 
nieskończoną czułością odgarnął jej z czoła pasemko ciemnych włosów.

- Dobrze, kochanie. Obiecuję ci, że znajdę jej najlepszego, najuczciwszego i najbardziej 

przyzwoitego prawnika, jakiego zdołam wygrzebać - przyrzekł czule.

- Cudownie - wymruczała mu do ucha Jaina. - Chcę, żeby to był ktoś, kto wygra tę sprawę.

Cela 2357, Galaktyczne Centrum Sprawiedliwości

Tahiri Veila siedziała w swojej zalanej oślepiającym światłem, sterylnie czystej celi, 

położonej głęboko w czeluściach Galaktycznego Centrum Sprawiedliwości. Z twarzą ukrytą w 
dłoniach dumała nad tym, za czym tęskniła.

Tęskniła za wolnością, bez dwóch zdań. Brakowało jej swobody robienia, co tylko zechce, 

no i prywatności. W tych czterech ścianach zabrano jej możliwość decydowania o tym, co chce 
robić. Nie mogła wyjść na zewnątrz ani odwiedzić Świątyni. Z żalem myślała o znajomym, 
pokrzepiającym ciężarze miecza świetlnego u pasa.

Tęskniła za tym wszystkim, ale najbardziej brakowało jej czegoś, za czym nigdy by się nie 

spodziewała tęsknić: miękkiej i świeżej trawy pod bosymi stopami. Miała ten luksus w swoich 
dawnych kwaterach i teraz, pozbawiona go, czuła dziwną pustkę i żal.

Mogła oczywiście zdjąć tu buty, nikt jej tego nie zabraniał. W końcu trzymali ją w celi 

Galaktycznego Sojuszu, nie w byle klatce. Tutaj jednak mogła stąpać jedynie po zimnych i 
twardych kafelkach. Ich odpychająca sterylność sprawiała, że jeszcze bardziej tęskniła za domem.

I właśnie dlatego Tahiri nie zdejmowała butów; przez większość czasu gapiła się 

bezmyślnie w czarno-białe ściany i rozmyślała nad tym, że różne rzeczy nie były wcale takie 
czarno-białe, jak jej się kiedyś zdawało. Westchnęła i potarła zmęczone oczy; potem przeczesała 
palcami jasne włosy, wstała i przespacerowała się tam i z powrotem po celi. Czuła się jak 
uwięzione w klatce zwierzę. Cóż, całkiem możliwe, że właśnie tym jest, przemknęło jej przez myśl. 
Jak na ironię Świątynia Jedi była tuż-tuż: Centrum Sprawiedliwości mieściło się po przeciwnej 
stronie Placu Wspólnoty.

Przecież mogła tego wszystkiego uniknąć... Wystarczyło tylko zrobić to, co robiła już 

nieraz: odwrócić się od ludzi, którzy byli jej przyjaźni, i zrobić coś głupiego. W tamtych czasach 
działała pod wpływem Jacena Solo, tęskniąc za jego nieżyjącym bratem, gnana pragnieniem 
spełnienia własnych zachcianek. Zamordowała z zimną krwią starszego mężczyznę, dobrego 
człowieka. I to nie podczas walki. Nie działała przy tym w samoobronie ani nie broniła niewinnych. 
Zabiła go celowo, w pełni świadoma tego, co robi. Włamała się do jego kwater i zażądała, żeby 
podporządkował jej woli moffów. Groziła mu przemocą, zaatakowaniem cywili. A kiedy starzec 
odmówił i się postawił, zastrzeliła go bez skrupułów.

Takiego właśnie przedstawienia sprawy zażądał od niej Mardek Mool. Nie musiał mówić, 

background image

że to pomysł Daali, ale to było jasne. Na ironię zakrawał fakt, że to właśnie przywódczyni Sojuszu 
Natasi Daala, tak bardzo wyczulona na podobne działania w wykonaniu Jacena Solo, próbowała 
skłonić Tahiri do zdrady tych, którzy dali jej drugą szansę. Mimo wszystko nie można było 
odmówić pani admirał pewnych racji: Tahiri rzeczywiście zabiła Gilada Pellaeona, a kłamstwo i 
zdrada, jakich się wtedy dopuściła, usprawiedliwiały poniekąd dalsze matactwa. Jedyną różnicą był 
fakt, że gdyby teraz Tahiri dopuściła się znów zdrady, zdradziłaby wrogów Daali, nie jej przyjaciół.

To jednak nie wchodziło w rachubę. Tahiri nie zamierzała znów wstąpić na tę samą ścieżkę 

kłamstw i obłudy, co to, to nie. Zdawała sobie sprawę, że szanse na jej uniewinnienie są - w 
najlepszym razie - nikłe. Marne. Nawet Han Solo nie poważyłby się postawić na nią złamanego 
kredyta.

Nie wierzyła co prawda, że cała władza sądownicza Coruscant jest przeżarta korupcją, 

chociaż znaczna jej część była rzeczywiście robaczywa. Bardzo znaczna część.

Jedi próbowali zapewnić jej rzetelnego adwokata - Nawarę Vena; nie spodziewała się tego i 

bardzo ją to poruszyło. Ubodło ją też, że sędzia Lorteli odmówiła mu możliwości bronienia jej. 
Mool, kolejny adwokat, którego jej przydzielono, najwyraźniej także szczerze chciał jej pomóc, 
jednak również jego starania zakończyły się fiaskiem.

Niespodziewanie pomoc nadeszła ze strony Jainy Solo. Córka Leii i Hana odwiedziła ją dwa 

dni temu i z uśmiechem oznajmiła, że „ktoś zdołał znaleźć dla niej godnego reprezentanta 
interesów”. Tym kimś musiał być oczywiście Jagged Fel, a fakt, że ktoś się o nią troszczy - i że Jedi 
ją wspierają - bardzo Tahiri zdziwił i podniósł na duchu.

Jej nowy adwokat miał się zjawić lada chwila. Wiedziała o nim tylko tyle, że kiedyś cieszył 

się w branży dużym poważaniem, ale wycofał się z zawodu jakiś czas temu. Był Bothaninem i 
nazywał się Eramuth Bwua’tu. Ciekawiło ją, czy to nie jakiś krewny admirała Neka Bwua’tu. 
Wiedziała, że ma na koncie wiele wygranych spraw, ale nie miała okazji nigdzie tego sprawdzić, 
poza tym archiwa na ten temat zostały wyczyszczone jeszcze przed jej narodzinami. A teraz nie 
bardzo wiedziała, czego oczekiwać.

Kiedy drzwi jej celi się otworzyły, zerwała się na równe nogi; tętno lekko jej przyspieszyło. 

Tylko spokojnie, nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, powtórzyła sobie w myśli i zamrugała zdziwiona 
na widok gościa. Eramuth Bwua’tu był bez wątpienia najbardziej wytworną, dystyngowaną istotą, 
jaką kiedykolwiek widziała.

Wyższy niż przeciętny Bothanin i wyjątkowo szczupły, wyglądał jak ktoś z innej epoki. 

Miał ciemnobrązowe, lśniące futro (tu i ówdzie zaczynające rzednąć z powodu wieku), z którym 
silnie kontrastowała biała, wypielęgnowana sierść wokół ust i na policzkach. Wyciągnął do niej 
dłoń w rękawiczce i Tahiri uścisnęła ją na powitanie.

Nosił się bardzo elegancko: na głowie miał fantazyjny kapelusik, a jego kamizelka, frak i 

spodnie były doskonale skrojone i odprasowane. Buty lśniły, wypolerowane do perfekcji, a całości 
dopełniała czarna, prosta laseczka, zakończona srebrną gałką w kształcie głowy jakiegoś 
zwierzęcia, którego Tahiri nie rozpoznawała. W tej samej ręce trzymał niewielką czarną teczkę, 
najpewniej z nerfiej skóry.

- Eramuth Bwua’tu - przedstawił się. Uścisk jego dłoni był mocny, ale nie zanadto; witając 

się, patrzył jej prosto w oczy. Wzrok miał bystry i inteligentny, a głos - donośny i melodyjny. Tahiri 
bez trudu wyobraziła go sobie prowadzącego sprawę w sądzie i wykrzykującego na przykład: 
„Sprzeciw!” albo coś bardziej górnolotnego: „Wysoki Sądzie, niech sprawiedliwości stanie się 
zadość!”

- Tahiri Veila - wykrztusiła i wbrew woli uśmiechnęła się lekko, chociaż sama nie wiedziała 

dlaczego.

- Poproszono mnie o reprezentowanie pani jako klientki - dodał uprzejmym tonem Eramuth. 

- Proszę spocząć.

- Wolałabym stać.
Bothanin uśmiechnął się do niej dobrodusznie i pomachał z żartobliwą dezaprobatą swoją 

laseczką.

- Cóż, obawiam się, że ja wręcz przeciwnie, a dobre maniery nie pozwalają mi tego uczynić, 

background image

dopóki panienka nie spocznie. - Mrugnął do niej wesoło i Tahiri posłusznie usiadła. Znów miała 
ochotę się uśmiechnąć.

- Dziękuję, moja droga. - Eramuth położył dłoń na piersi i skłonił jej się lekko, a potem 

przysunął sobie krzesło. Gdyby na jego miejscu był ktoś inny, Tahiri uznałaby taki gest za 
przesadnie teatralny i sztuczny, jednak w wydaniu tego Bothanina sprawiał wrażenie autentycznego 
i całkowicie naturalnego. Eramuth Bwua’tu był czarujący - i nie chodziło tylko o zachowanie czy 
wygląd; emanował po prostu wewnętrznym urokiem.

Złapała się na tym, że wzbiera w niej nadzieja, ale stłumiła ją bezwzględnie, z rozmysłem.
- Czy jest pan krewnym admirała Neka Bwua’tu? - spytała grzecznie.
Bothanin uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na nią uważnie.
- W rzeczy samej - potwierdził. - To mój bratanek. Przynosi naszej rodzinie chlubę, w 

przeciwieństwie do jego zdziwaczałego wuja. - Uśmiechał się przy tym miło, ale Tahiri nagle 
tknęło złe przeczucie.

- Zdziwaczałego...? - powtórzyła bezwiednie. No tak, jeszcze tego jej brakowało: prawnika 

wariata...

- Tylko dla Bothan - uspokoił ją Eramuth. - Czy orientuje się pani w kulturze Bothan, moja 

kochana?

W ustach kogoś innego podobna poufałość tylko by ją rozzłościła, jednak Eramuth wprost 

tryskał życzliwością i dobrymi intencjami.

- Hm, nie chciałabym zostać posądzona o wiarę w stereotypy, ale przedstawiciele pańskiej 

rasy są znani z... eee, zamiłowania do politycznych gierek.

Eramuth roześmiał się rubasznie, ale dobrodusznie. Dźwięk był tak miły dla ucha, że Tahiri 

natychmiast zapragnęła usłyszeć go znowu.

- Ma pani zadatki na dyplomatę!
- Eee... wątpię - zaprotestowała niepewnie.
- Powiem tak: zdarza się, że pewnym klanom zależy na pokierowaniu pewnymi sprawami 

sądowymi tak, a nie inaczej. Czasem oznacza to dla mojego klienta uniewinnienie... co, oczywiście, 
jest po mojej myśli. To znaczy, pod warunkiem że według mnie ów klient jest rzeczywiście 
niewinny. Nigdy nie podejmowałem się obrony kogoś, w kogo niewinność nie wierzyłem z całego 
serca. I zapewniam panią, że nigdy bym się tego nie podjął, moja droga. - Mówił z wielką pasją, a 
na jego twarzy malował się wyraz najwyższej powagi. Tahiri dosłownie nie mogła oderwać od 
niego oczu. Czuła dziwne dławienie w gardle i mrowienie na karku.

- Poza tym jestem jednak nieodrodnym Bothaninem, który zawsze chce wygrywać. - 

Uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem. - Nie biorę spraw, jeśli nie wierzę, że je wygram. A już na 
pewno nie zrezygnowałbym dla poprowadzenia takiej sprawy z mojej wygodnej akademickiej 
posadki na emeryturze.

- To bardzo... pokrzepiające - bąknęła Tahiri.
Eramuth znów uśmiechnął się do niej promiennie, sięgnął przez stół, poklepał ją delikatnie 

po ręce, a potem przystąpił do wypełniania formalności. Szybko i sprawnie ściągnął rękawiczki, 
sięgnął do teczki i wyjął...

- Flimsiplast? - Tahiri nie posiadała się ze zdumienia.
- Oczywiście - zapewnił ją, ale zaraz sięgnął do aktówki po datapad. - Korzystam też z 

notesów komputerowych, moja droga. Nie musisz się obawiać, nie jestem tak zupełnie zacofany. 
Lubię po prostu mieć na podorędziu coś... bardziej namacalnego. Dane można szybko usunąć, a 
tusz... tusz tak łatwo się nie poddaje.

Podał jej notes.
- Są tu wszystkie informacje o twoim procesie. To samo mam tutaj. - Wskazał na plik 

flimsiarkuszy. - Wypisane czarno na białym tym tuszem, który tak uwielbiam. Możemy to razem 
przejrzeć. - Zaszeleścił kartkami, a potem odłożył na bok czysty notes i pisak. - A teraz, kochana - 
powiedział, kiwając zachęcająco głową - opowiedz mi o wszystkim od początku.

ROZDZIAŁ 4

background image

Biuro przywódczyni Sojuszu, Coruscant

- Tahiri Veila dostała adwokata - powiedział Wynn Dorvan. Siedział naprzeciwko 

przywódczyni Sojuszu Natasi Daali, zdając jej poranną relację z wydarzeń. Odmówił kafu, który 
mu zaproponowała. Jego mały chitlik, Kieszonka, spał w części garderoby, od której wziął swoje 
imię. Pokój, w którym siedzieli, utrzymano w odcieniach lśniącej czerni i bieli, co przywołało stare, 
dobre czasy Imperium, kiedy to Daala pięła się po szczeblach kariery i za którymi najwyraźniej 
wciąż tęskniła; panował tu bezwzględny porządek, graniczący ze sterylnością.

- To dobrze - skwitowała Daala. - Będzie jej potrzebny, skoro postawiła nas w takiej 

sytuacji.

Dorvan stłumił poirytowane westchnienie. Nie pochwalał pierwotnego planu Daali 

rozliczenia się z Tahiri. GS oskarżył ją o zdradę i morderstwo, co oznaczało, że jeśli zarzuty 
zostaną potwierdzone, dziewczyna zostanie skazana na śmierć. Daala wysłała do obrońcy Tahiri 
negocjatora, który miał zaproponować cichą, potajemną umowę. Jeśli Tahiri zgodzi się szpiegować 
wśród Jedi i przekazywać jej raporty, zarzuty zostaną oddalone.

Zdaniem Dorvana w GS nie powinno się praktykować czegoś takiego. Szpiegowanie było 

oczywiście całkiem w porządku i nie miał nic przeciwko. Dorvan rozumiał doskonale potrzebę 
prowadzenia wywiadu, ale ten przypadek był... wyjątkowy. To wyglądało jak zdrada i próba 
podcięcia nóg komuś, kto właśnie starał się na nie wstać. Po cichu Wynn podziwiał Tahiri za to, że 
odmówiła pójścia na taki układ i przyjęcia adwokata, który miał go wcielić w życie. Co prawda nie 
było to na rękę GS, ale dziewczynie nie można było odmówić odwagi.

Poza tym uczciwy proces nie zaszkodzi zanadto reputacji tego samego Sojuszu. Jeśli chodzi 

o ścisłość, to wręcz przeciwnie - dobrze na tym wyjdą. I o tym właśnie Dorvan zamierzał przekonać 
Daalę. Znów.

- Kogo dostała? - zainteresowała się pani admirał.
- Eramutha Bwua’tu, wuja admirała Neka Bwua’tu. Ma opinię przenikliwego i energicznego 

obrońcy, ale jakiś czas temu odszedł na emeryturę. Obecnie jest profesorem akademickim.

Daala zamarła z kubkiem kafu przy ustach.
- Żartujesz sobie ze mnie? - spytała ostro.
Dorvan podniósł na nią wzrok znad datapada i zamrugał nieprzytomnie.
- Proszę pani, czuję się urażony. Nigdy nie pozwoliłbym sobie na żarty w takiej sprawie.
Dorvan w ogóle rzadko żartował, ale kiedy już sobie na to pozwalał, jego żarty były 

zgryźliwe, pełne ironii i dotyczyły przeważnie błahych spraw. Kieszonka najwyraźniej wyczuła 
zdenerwowanie swojego pana, bo poruszyła się niespokojnie. Wynn poczuł, jak jej miękkie, ciepłe 
ciałko ociera się mu o biodro.

- Racja - przyznała Daala. - Co prawda dzięki temu wydaje mi się to jeszcze zabawniejsze. 

Admirał Bwua’tu i ja jesteśmy w bardzo... bliskich stosunkach.

- Eramuth Bwua’tu ma reputację nieprzekupnego - przestrzegł ją Dorvan. - Jest to dość 

dziwną cechą u Bothan, ale notka, którą sporządziła dla mnie Desha, jest bardzo... wyczerpująca w 
tej kwestii.

Desha Lor była nieco zbyt idealistycznie nastawioną, młodą Twi’lekanką, którą sama Daala 

wyznaczyła na osobistą asystentkę Dorvana. Była nieprawdopodobnie wręcz naiwna i uczciwa, 
więc przywódczyni Sojuszu nie poczuła się zaskoczona, że Desha uznała za stosowne poruszyć tę 
kwestię w notatce.

- Nie ma tam żadnych istotnych faktów, mam rację? - Nie wyglądała już na rozbawioną.
- Nie, proszę pani - potwierdził Dorvan. - Szkoda, że przed obsadzeniem jej na stanowisku 

mojej asystentki nie zbadała pani jej predylekcji. Teraz musimy ją przyjąć z całym 
dobrodziejstwem inwentarza.

Uśmiech na chwilę powrócił na twarz Daali. Mało kto odważał się w obecności 

background image

przywódczyni Sojuszu na taką szczerość i bardzo to sobie u swojego asystenta ceniła. Wynn 
Dorvan wiedział o tym i nie nadużywał jej pobłażliwości, jednak czasem wypowiadał tego rodzaju 
uwagi, żeby uzyskać to, co jego zdaniem było potrzebne dla dobra GS.

- Rozumiem - westchnęła. - Tak czy owak, kimkolwiek by się okazał jej adwokat, Veila ma 

taką szansę na wywalczenie uniewinnienia, co eopie wrzucona do jamy rankora na przetrwanie.

Jego przełożona wydawała się absolutnie pewna swego i Dorvan nie mógł się z nią nie 

zgodzić. Chociaż współczucie wobec dziewczyny wydawało się zrozumiałe, nie można jej było z 
tego powodu wybaczyć czynów, których się dopuściła. W ciągu ostatniego roku sprawa Tahiri nie 
posunęła się ani o krok, bo Daala nie była skłonna drążyć tematu. Musiała poświęcić się bez reszty 
odbudowie Galaktycznego Sojuszu po tym, co uczynił z nim Jacen Solo, a Dorvan rozumiał jej 
decyzję i pochwalał zapał, z jakim oddała się poprawie sytuacji. GS wiele jej zawdzięczał. Teraz 
jednak Daala zamierzała się zająć tymi, których uznawała za wrogów - zarówno swoich, jak i GS. 
Najpierw rozprawiła się z Lukiem Skywalkerem, a teraz przyszła kolej na Tahiri Veilę.

Daala wyznaczyła do prowadzenia sprawy Sula Dekkona - sławnego (chociaż wielu 

nazwałoby go raczej niesławnym) chagriańskiego prawnika, znanego z zamiłowania do 
prowadzenia procesów na wzór kowakiańskich małpojaszczurek skłonnych do głupich żartów. 
Zdaniem Dorvana, jako formalista i wielbiciel litery prawa, Dekkon był dobrym wyborem. A jeśli 
ten proces miał zostać przeprowadzony podręcznikowo i zakończyć się bezstronnym wyrokiem, 
wolnym od wszelkich nacisków stosowanych dla uzyskania pożądanego efektu (nawet nacisków 
Natasi Daali), to Tahiri będzie potrzebowała kogoś równie silnego po swojej stronie.

Tak się złożyło, że Daala sama podsunęła Dorvanowi pewien pomysł.
- Zarzuty przeciwko Veili są mocne, a Dekkon na pewno świetnie sobie poradzi - zaczął. - 

Powinna pani dostrzec w tym pewną... szansę...

Daala ściągnęła brwi i spojrzała na niego badawczo.
- Wyjaśnij, proszę.
Dorvan opadł na oparcie swojego krzesła, złożył dłonie na datapadzie i spojrzał jej prosto w 

oczy.

- Dopiero co powiedziała pani, że Tahiri na pewno przegra ten proces. Zakładając, że nie 

dojdzie do żadnych nieprzewidzianych komplikacji - a jeśli mam być szczery, w tym przypadki coś 
takiego jest nierealne - zgadzam się w pełni z tym zdaniem. A to z kolei daje pani okazję do 
obrócenia wszystkiego na korzyść GS.

- Tak? - Nie spuszczając z niego żywych, zielonych oczu, Daala sięgnęła po filiżankę i upiła 

łyk kafu.

- Proponuję, żeby zlikwidowała pani specjalny sąd dla Jedi. Niech Tahiri zostanie osądzona 

jak każdy inny. To pokaże wszystkim, że Jedi nie mają żadnych specjalnych przywilejów, ale nie 
dotyczą ich też żadne specjalne ograniczenia.

Pani admirał zmrużyła zielone oczy.
- Tak samo jak ciebie.
Dorvan zamrugał, zdziwiony.
- Przepraszam?
- Tego samego zażądał ode mnie przywódca Fel. - Daala westchnęła i zapatrzyła się na 

chwilę w filiżankę. Kiedy milczenie się przedłużało, przekonany, że pani admirał nie zamierza 
dodać nic więcej, Dorvan podjął:

- Niestety, incydent z sędzią Lorteli nie wyszedł nam na dobre.
Przywódczyni Sojuszu skrzywiła się lekko. Tamto zajście traktowała jak osobistą porażkę. 

Sędzia Arabelle Lorteli została przez nią osobiście wyznaczona na przewodniczącą sądu 
specjalnego zajmującego się sprawami Jedi. Dorvan nie użyłby może otwarcie słowa 
„skorumpowana”, ale Lorteli była bez dwóch zdań skłonna zrobić wszystko, byle tylko zadowolić 
kobietę, która dała jej tę pracę. Jej gorliwość nie szła zazwyczaj w parze z niezłomnością, i Jedi 
skrzętnie to wykorzystali. Nikt nie był pewien, czy wypróbowali na niej sztuczkę z wpływaniem na 
umysł, czy może przekonali ją w bardziej tradycyjny sposób, ale liczył się efekt.

To właśnie wyznaczona na swoje stanowisko przez admirał Daalę Arabelle Lorteli 

background image

podpisała pozwolenie, dzięki któremu Corran i Mirax Hornowie mogli odwiedzić swoje dzieci w 
wieży biurowej Palema Grasera. Skutki tego zajścia nie zrujnowały co prawda wizerunku 
przywódczyni Sojuszu w oczach społeczeństwa, za to Dorvanowi bardzo utrudniły kilka spraw. 
Jaina Solo, uzbrojona w podpisane przez Lorteli pismo, z bandą żądnych krwi dziennikarzy 
depczących jej po piętach, w towarzystwie innych Jedi dostali się do budynku, żądając widzenia z 
Valinem i Jysellą Hornami. Kiedy ich wpuszczono, cała galaktyka ujrzała zamrożone w karbonicie 
rodzeństwo, zawieszone w charakterze trofeów w gabinecie pułkownika Wruqa Retka, Yaki, który 
zawiadywał tym najwyraźniej wcale nie tak tajnym, jak mogłoby się zdawać, więzieniem. 
Rozwścieczona Mirax znokautowała Yakę, a zmuszona do natychmiastowej reakcji Daala nie miała 
innego wyjścia niż wycofać się i publicznie zwolnić Lorteli. Od tamtego czasu nie wyznaczono jej 
następcy, a specjalny sąd do spraw Jedi został zawieszony.

- To idealny moment - argumentował Dorvan. - Poza tym od czasu incydentu z Hornami i 

tak przecież nic się nie ruszyło w tej sprawie. Pozwalając, aby ten proces został rozstrzygnięty 
przez zwykły system sądowniczy, uniknęłaby pani sensacji, a nawet zyskała sympatię jako osoba 
łaskawa i współczująca. Moim zdaniem taki sposób nie ma minusów, tylko same plusy. Albo Tahiri 
zostanie uznana za winną, a tym samym będzie podlegała odpowiedniej jurysdykcji i czekają 
wyrok, albo - co bardzo mało prawdopodobne - zostanie uniewinniona, a wtedy wszyscy uznają, że 
pani i GS postąpiliście honorowo, przyjmując tę porażkę z godnością i spokojem.

- Tahiri Veila zabiła z zimną krwią Gilada Pellaeona - przypomniała mu lodowato Daala. - 

Zasługuje na karę. Tak jak inni.

Dorvan wiedział, że jego przełożona wciąż jeszcze nie może pogodzić się z samobójstwem 

admirał Cha Niathal. Wiedział też, dlaczego chce, żeby Tahiri Veila cierpiała. Nie chciała oskarżać 
Kalamarianki, ale - zmuszona do okazania bezstronności - w końcu nie miała innego wyjścia. 
Dorvan doskonale zdawał sobie sprawę, że wymaganie od niej bezstronnego postępowania po raz 
drugi, a tym bardziej, jeśli chodziło o Tahiri Veilę, byłoby przeciąganiem struny.

Niathal wybrała honorowy, poprzedzony długą tradycją sposób wybrnięcia z sytuacji, 

idealny dla polityka, którego kariera legła w gruzach: zakończyła życie w czasie i miejscu, które 
sama wybrała. Było to oczywiście niepokojące, ale Wynn podejrzewał, że Daala bierze to 
samobójstwo - jak i wszystko inne związane z tą sprawą - za bardzo do siebie.

- Proszę pani, jeśli wolno mi się wtrącić... wiem, że Gilad Pellaeon był pani przyjacielem. 

Nie mogę też nie zauważyć, że śmierć admirał Niathal bardzo panią zaskoczyła. Sądzę jednak, że 
nie powinna pani pozwolić, żeby uznano to za osobistą wendetę.

Wyglądało na to, że cierpliwość Daali się wyczerpała.
- Niathal zapłaciła cenę za pomaganie Jacenowi Solo, chociaż nawet nie nacisnęła spustu - 

warknęła ostro. - I Veila także powinna. Morderstwo to morderstwo. Nie ma znaczenia, czy 
Pellaeon był moim starym przyjacielem, wrogiem czy kimś całkiem obcym.

Dorvan skinął głową. Fakt, miała rację.
Przywódczyni GS założyła ręce na piersi i zamyśliła się głęboko.
- Gdybym to zrobiła, Jedi uznaliby to za ustępstwo... - mruknęła bardziej do siebie niż do 

Dorvana.

- Możliwe - przyznał asystent. - Ale możliwe także, że byliby pani za nie bardzo wdzięczni.
- Albo by stwierdzili, że wygrali tę rundę, stali się zbytnio zadowoleni z siebie i 

nieostrożni...

- Przepraszam, proszę pani, ale wydawało mi się, że próbujemy działać dla dobra 

Galaktycznego Sojuszu i jego obywateli, nie zaś uczestniczyć w partyjce sabaka... - zwrócił jej 
delikatnie uwagę.

Ku jego zaskoczeniu Daala uśmiechnęła się pod nosem.
- Polityka to zawsze gra, Dorvan. Musisz się tego wreszcie nauczyć.
- Wolałbym nie, proszę pani - wyznał z rozbrajającą szczerością Wynn. - Nie potrafię 

zachować sabakowej twarzy.

Jego uwaga, wygłoszona śmiertelnie poważnym tonem, rozbawiła przywódczynię. Daala 

parsknęła śmiechem.

background image

- Powiedzmy, że masz rację - podjęła po chwili temat. - Powiedzmy, że będą mi wdzięczni. 

Może nawet uznają, że należy mi się jakoś odwdzięczyć. Powiedzmy... przekazaniem Sothaisa 
Saara, jak myślisz?

Sothais Saar był ostatnią ofiarą „obłędu Jedi”, jak czasem nazywała tę dziwną, gnębiącą 

Zakon przypadłość. Postawny i silny Chev był niebezpieczny, jak wszyscy „szaleni Jedi”, na razie 
jednak przetrzymywano go w Świątyni i starania Daali, próbującej przekonać Mistrza Kentha 
Hamnera, żeby go przekazał władzom GS, nie dawały rezultatu.

- Całkiem możliwe - zgodził się Dorvan. - To na pewno dałoby nam przewagę w 

negocjacjach. Poza tym moim zdaniem...

Daala spojrzała na niego wyczekująco.
- Tak?
- Jeśli mam być szczery, uważam, że to właściwe posunięcie i nic przy tym nie stracimy.
Admirał westchnęła.
- Przemyślę to - obiecała. - Coś jeszcze? - Ostry, chłodny ton dał mu do zrozumienia, że ma 

nadzieję, że asystent nie zaskoczy jej niczym więcej.

Cóż, będzie musiał ją rozczarować.
- Hm, tak naprawdę to nic ważnego, ale...
- W takim razie nie powinieneś o tym wspominać - zauważyła trafnie Daala. - Zbyt dobrze 

cię znam.

- Cóż, proszę pani, ma pani rację. Wygląda na to, że na kilku światach doszło do... 

zamieszek i protestów.

- Zamieszek i protestów? - zdumiała się admirał. - Przeciwko GS? - Wyprostowała się i 

zmrużyła oczy; wyglądała jak szykujący się do ataku drapieżnik.

- Nie, proszę pani. Wszystko to lokalne incydenty. Zamieszki na tle religijnym, reakcje w 

odpowiedzi na niesprawiedliwą reprezentację mniejszości, niewolnictwo... Tego typu rzeczy.

Daala sięgnęła wypielęgnowaną dłonią po jego datapad.
- Większość z tych planet to zacofane światy o pomniejszym znaczeniu - dodał Dorvan. - 

Stąd moje wahanie, czy w ogóle poruszać tę sprawę. Mimo to...

- ...podobne zajścia często bywają zarzewiem czegoś większego - dokończyła Daala. - Jeśli 

dopną swego, inne światy mogą zechcieć wziąć z nich przykład.

- I o to chodzi. A skoro Galaktyczny Sojusz potępia niewolnictwo, uznałem, że powinienem 

pani zasygnalizować tę sprawę.

Przywódczyni przejrzała listę na monitorze.
- Vinsoth? Naprawdę? Dziwne. Sądziłam, że u nich to już zamknięta sprawa. Chevowie są 

traktowani przez Chevinów znacznie lepiej niż tak zwany „wolny lud” na innych planetach.

- Może sami zainteresowani wcale tak tego nie postrzegają - podsunął Dorvan.
- To może sami Chevowie raczyliby nieco rozeznać się w sytuacji? - warknęła Daala z 

wyraźną irytacją. Oddała Dorvanowi datapad, westchnęła i potarła ze znużeniem skronie. - Wiesz, 
chciałabym czasem mieć dzień bez złych wieści.

~ W takim razie poproszę o dostarczenie raportu Deshę - zażartował Wynn.
Daala uśmiechnęła się smętnie, ale nie wyglądała na specjalnie rozbawioną.
- Coś jeszcze?
Rzeczywiście, Dorvan miał jeszcze kilka spraw w zanadrzu. Przebiegł wzrokiem listę na 

ekranie komputerowego notesu. Plotki o niezadowolonych moffach nie były niczym nowym. W 
Senacie dyskutowano o zagrożeniach, a parady dumy rasowej organizowane przez przedstawicieli 
różnych gatunków raz po raz blokowały pewne części miasta - także nic godnego uwagi. 
Wystarczyło oddelegować dodatkowe służby do pilnowania porządku.

- Chyba nie. Jeśli pani pozwoli, wybiorę się teraz na lunch... tradycyjnie już, na stopniach 

Świątyni.

Zaczął kultywować ten zwyczaj dosłownie parę dni temu, zabierając ze sobą swoje drugie 

śniadanie (wcześniej jadał w biurze, bo nigdy nie miał tyle czasu, żeby marnować go w kafejce) i 
spożywając je w towarzystwie Raynara Thula, który codziennie zwykł kręcić się w pobliżu.

background image

Thul, który zjawiał się w okolicy Świątyni koło południa, wydawał się dziwną osobą jak na 

Jedi - niby był człowiekiem, jednak coś w jego wyglądzie i zachowaniu nieustannie Dorvana 
niepokoiło. Podczas tych posiedzeń umysł jego rozmówcy dryfował w różnych niesamowitych i 
fascynujących kierunkach, a Dorvan z premedytacją naprowadzał Thula na interesujące go tematy, 
pragnąc sprawdzić, czy zdoła wyciągnąć z niego coś, co mogłoby okazać się użyteczne dla GS. 
Poza tym nie mógł zaprzeczyć, że czerpie też z tych rozmów zwykłą, ludzką satysfakcję.

Przez jakiś czas Raynara otaczała co prawda chmara żądnych sensacji reporterów, ale ich 

grono stopniowo topniało, kiedy okazało się, że młody człowiek nie ma im do wyjawienia nic 
wartego zamieszczenia w holotabloidach. Raynar Thul przywykł do obcowania z dziennikarzami, 
więc w towarzystwie Dorvana także czuł się swobodnie.

- Jak ci idzie? - zainteresowała się Daala.
Wynn wzruszył ramionami.
- Thul to fascynujący... człowiek. Lunch od dawna nie smakował mi tak jak w jego 

towarzystwie. Jeśli jednak pyta pani o szanse na skłonienie go do współpracy, nie liczyłbym na to 
zbytnio.

- Cóż, nie brałeś urlopu, odkąd dla mnie pracujesz, mój drogi, więc jeśli masz ochotę 

spędzać swoje przerwy śniadaniowe na wysłuchiwaniu opowieści szaleńca, nie będę ci w tym 
przeszkadzać - parsknęła.

- Dziękuję, proszę pani - odparł Dorvan z pełną powagą i wstał, szykując się do wyjścia.
- Wynn?
- Tak, psze pani?
- Jeśli chodzi o te polityczne gierki, o których wspomniałam... Naprawdę sądzę, że 

najwyższy czas, żebyś nauczył się odpowiednio je rozgrywać - westchnęła Daala. - Możesz zacząć 
od poinformowania Raynara Thula, że począwszy od dnia dzisiejszego, będzie jadał w 
towarzystwie Wynna Dorvana, mojego szefa kadr.

Dorvan zatrzymał się w pół kroku, uśmiechnął i skinął głową. Natasi Daala mówiła całkiem 

serio.

- Cóż, psze pani, w takim razie jestem gotów przyjąć jego gratulacje... albo kondolencje.
Tym razem Daala zaśmiała się serdecznie.

Klatooine była suchą, jałową planetą. Ben, Vestara i Luke wpatrywali się w milczeniu w 

piaszczystą, żółtą kulę, poznaczoną nielicznymi punktami zielonej roślinności i błękitnymi plamami 
oceanów.

- Wygląda cudownie - parsknęła Vestara, marszcząc nos.
- Nie lubisz pustynnych planet? - zagadnął dziewczynę Luke. - Czy na twoim rodzinnym 

świecie jest dużo zieleni?

Vestara zacisnęła usta; nie odpowiedziała, ale też nie okazała irytacji, którą zdaniem Bena 

musiała czuć. Chłopiec nie wiedział, w jaką gierkę pogrywają ona i jego ojciec, ale miał już dosyć 
panującego na pokładzie „Cienia” napięcia.

Miał ochotę porozmawiać z dziewczyną - normalnie, zwyczajnie, jak ze swoją 

rówieśniczką. Żałował, że nie może jej zaufać. Żałował, że jest Sithanką.

- Co więc jest takiego ciekawego w tym zadupiu? - spytał, bardziej żeby przerwać 

niezręczną ciszę niż z prawdziwej ciekawości.

- Nic szczególnego - odparł Luke. - Przez jakiś czas będziemy mieli do czynienia z 

mieszkańcami tej planety. Minie kilka dni, zanim skontaktuje się z nami Lando, a to niezła okazja, 
żeby uzupełnić zapasy przed wyruszeniem w rejon Otchłani. - Wcisnął przycisk na konsoli i w 
powietrzu przed nimi pojawił się obracający się z wolna hologram. Przedstawiał dwunożną istotę o 
łysej czaszce, głęboko osadzonych oczach i obwisłym podgardlu, podkreślającym pełną ostrych 
kłów paszczę. Ręce i stopy dziwnej istoty przypominały kończyny humanoidów, ale rysy twarzy 
obcego skojarzyły się Benowi z...

- Pies - stwierdził. - Klatooinianie pochodzą od psów, zgadza się?

background image

- Masz dobre oko - pochwalił syna Luke. - Zgadza się.
Vestara wydęła z obrzydzeniem pełne wargi.
- Co za brzydal - mruknęła pod nosem.
Luke uśmiechnął się blado.
- Nie oceniałbym ich tak pochopnie - upomniał ją. - Może i nie są najpiękniejsi, ale 

powstanie ich kultury datuje się na okres jeszcze przed erą Starej Republiki. Patrzysz na jedną z 
najstarszych ras galaktyki.

- Aha - mruknęła bez entuzjazmu Vestara, ale kątem oka Ben zauważył, że jest pod 

wrażeniem. On także nabrał do Klatooinian respektu.

- Służyli Huttom przez ponad dwadzieścia pięć tysięcy lat - dodał Luke.
Na dźwięk tych słów Ben skrzywił się i westchnął.
- Wiesz, tato? Kiedy na Stacji Ujście powiedziałeś mi, że według ciebie nie spędziłem z 

Huttami wystarczająco dużo czasu i że pora to zmienić... myślałem, że żartujesz.

- Niezbadane są ścieżki Mocy - stwierdził enigmatycznie, ale na wpół żartem Luke. Chociaż 

Ben się nie obejrzał, wyobrażał sobie, jak Vestara nadstawia uszu na dźwięk słowa „Huttowie”, 
jednak dziewczyna uparcie milczała. W skrytości ducha miał nadzieję, że nie będzie musiała ich 
poznać osobiście.

- Klatooinianie postrzegali Huttów jako coś w rodzaju bogów, a ci bez skrupułów 

wykorzystywali ten fakt - ciągnął Luke. - Wrobili ich, zmuszając do podpisania układu, w myśl 
którego mieszkańcy Klatooine zobowiązali się im służyć przez nieokreślony czas.

Vestara podniosła brwi.
- Nieźle - stwierdziła. - Ci Huttowie... są chyba bardzo cwani?
- Cwani? - podchwycił Luke. - Cóż, niektórzy na pewno. Zapewniam cię jednak, że nie są to 

istoty, z którymi chciałoby się zawrzeć bliższą znajomość. Na mocy tej umowy Klatooinianie są 
zobowiązani rozstawać się z większością swoich młodych, jak tylko te osiągną pewien wiek. Te 
dobrze wychowane otrzymują nieźle płatne posady na innych światach; czasem nawet pozwala im 
się zostać na ojczystej planecie z ich rodzinami. Te bardziej krnąbrne nie mają tyle szczęścia. 
Ogólnie rzecz biorąc, nikt się tu nie cacka z niewolnikami.

- Przydzielają im zadania w zależności od zasług - zgadła Vestara. - Rozumiem.
- No, to niekoniecznie tak - poprawił ją dość ostro Luke. - Raczej w zależności od 

posłuszeństwa. To nie to samo.

- Pozycja Huttów w galaktyce nieco osłabła po wojnie z Yuuzhan Vongami - dopowiedział 

Ben. - Nie są już tak silni. Ale dlaczego Klatooinianie wciąż są im posłuszni?

- Są istotami honorowymi i szanują układ - wyjaśnił Luke. - Jeśli już zobowiązują się służyć 

Huttom, są lojalni i rzetelni. Zdarzają się co prawda głosy sprzeciwu, ale mało prawdopodobne, 
żeby Klatooinianie jako rasa zbuntowali się i powstali przeciwko Huttom... przynajmniej dopóki ci 
ostatni nie pogwałcą zasad paktu. A już na pewno nie pozwoli na coś takiego ich rząd.

- Z tego co mówiłeś, wynika, że Huttowie to sprytne istoty, które są w tym sojuszu górą - 

zauważyła Vestara. - Byłoby bardzo głupio z ich strony próbować naruszyć ustalone zasady. Za 
dużo by na tym stracili.

- A jaką oni w ogóle funkcję pełnią w tym układzie? - zainteresował się Ben. - Są po 

prostu... „bogami” Klatooinian?

Luke podniósł dłoń.
- Chwileczkę, młody człowieku. - Nawiązał połączenie. - Tu „Cień Jade” z Coruscant. 

Prosimy o pozwolenie na lądowanie.

- „Cień Jade”, tu agent kontroli lądowania Barada K’lar ze stolicy planety, Treemy. Jaki jest 

cel waszej wizyty? - Głos był szorstki i przerywany powarkiwaniem, chociaż jego właściciel mówił 
nienagannym basikiem.

- Chcielibyśmy uzupełnić zapasy, a także zobaczyć waszą piękną Fontannę...
Ben zmarszczył brwi; podchwycił wzrok ojca i powtórzył bezgłośnie: „Fontannę”?
- Ach, tak... - Głos nagle stał się znacznie cieplejszy i Ben wyszczerzył się w szerokim 

uśmiechu; najwyraźniej właśnie dotarło do niego, co robił jego ojciec. - Fontanna Przedwiecznych 

background image

Huttów. Oczywiście, bardzo chętnie udostępniamy ją wszystkim do zwiedzania. Czy znacie 
zasady?

- Z tego co mi wiadomo, nikomu nie wolno się do niej zbliżać na kilometr za 

pośrednictwem lub przy użyciu jakiegokolwiek wytworu współczesnej technologii - odparł Luke.

- Zgadza się, Fontanna Przedwiecznych Huttów jest... wyjątkowym zabytkiem - przyznał 

Barada. - Właśnie dlatego staramy się nie kalać jej żadnymi śladami czasów nam współczesnych. 
Żeby ją obejrzeć, należy ubrać się prosto, pozbyć wszelkich elementów technologii, poruszać się 
pieszo... w zamian za to będzie wam dane obejrzeć jeden z najstarszych cudów tej galaktyki. 
Wszyscy zainteresowani muszą też przestrzegać godziny policyjnej, zaczynającej się sześćdziesiąt 
standardowych minut po zmroku. W tym czasie musicie przebywać albo na pokładzie swojego 
statku, na terenie odpowiedniego portu kosmicznego, albo też w granicach miasta, które 
odwiedzacie. Fontanna znajduje się na Pustyni Derelkoos, wiele kilometrów od naszej stolicy, 
Treemy. Jestem więc zmuszony nalegać, żebyście rozsądnie zaplanowali waszą wizytę, aby mieć 
czas na powrót do waszego statku albo kwatery. „Cień Jade”, przyznaję wam pozwolenie na 
lądowanie. Wyznaczeniem miejsca w hangarze zajmie się dokmistrz.

- Dziękuję, „Cień Jade” bez odbioru. - Luke zakończył połączenie.
- Niezły sposób na pozyskanie ich przychylności - ocenił Ben. - Ale... Fontanna 

Przedwiecznych Huttów? Przecież to nie jest ojczysta planeta Huttów, tylko podbity przez nich 
świat.

- Wygląda na to, że niedawno zmienili nazwę - wyjaśnił Luke. - W bazie danych figuruje po 

prostu jako Fontanna Przedwiecznych. To naturalna forma skalna, położona, jak wspomniał Barada, 
na Pustyni Derelkoos. Podobno jest naprawdę niezwykłym zjawiskiem... turyści podróżują z 
najdalszych zakątków galaktyki, żeby ją zobaczyć.

- A czy myją obejrzymy? - spytała Vestara.
- Chyba będziecie zbyt zajęci aprowizacją, żeby się bawić w zwiedzanie zabytków - 

skwitował Luke.

- Nie idziesz z nami? - zdziwił się Ben i Luke skrzywił się w duchu, słysząc w głosie syna 

prawdziwą radość. Perspektywa włóczenia się z Vestarą bez przyzwoitki najwyraźniej bardzo mu 
odpowiadała. Dwójka młodych spojrzała na siebie, z całych sił, choć kompletnie bezskutecznie 
starając się ukryć zadowolenie. Luke’a zirytowała sama świadomość, że złości się za to na własne 
dziecko.

- Dyon Stadd też z wami idzie - ostudził zapał dzieciaków. - Ja muszę przedyskutować parę 

rzeczy z naszymi nowymi sojusznikami. Poza tym - pozwolił sobie na oszczędny uśmiech - 
pamiętajcie, że dorastałem na Tatooine. Widziałem tyle piachu, że starczy mi do końca życia.

ROZDZIAŁ 5

Na pokładzie „Cienia Jade”

Luke nie miał zamiaru spać zbyt długo, ale pobyt na Dathomirze kompletnie go wykończył. 

Uznał, że krótka drzemka pomoże mu odzyskać siły znacznie skuteczniej niż zwykła medytacja. 
Wysłał Dyona z dwójką nastolatków po zaopatrzenie i postanowił się przespać.

Nie powiedział o tym Benowi, ale po śmierci Mary postanowił zostawić jej rzeczy w 

kabinie, którą z nią dzielił. Statek należał do jego żony, więc wydawało mu się czymś naturalnym 
zachować jej przedmioty osobiste na czas tej niespodziewanej, ale ważnej podróży, w którą 
wyprawiali się jej mąż i syn.

Właśnie dlatego w szafie nadal wisiały ubrania Mary. Czasami, kiedy Luke sięgał po swoje 

rzeczy, przystawał na chwilę i dotykał kurtki, bluzy albo sukienki, którą kiedyś nosiła; przypominał 
sobie chwilę, kiedy ostatni raz miała ją na sobie.

Półprzytomnie wymamrotał imię żony i przewrócił się na drugi bok.

background image

We śnie otworzył oczy i wpatrzony w przemykające za iluminatorami gwiazdy poczuł n& 

plecach dotyk ciepłego, kobiecego ciała. Wstrzymał oddech i nie śmiał się poruszyć; ostatkiem sił 
powstrzymywał się przed odwróceniem w jej stronę, zamknięciem w mocnym uścisku i złożeniem 
na jej ustach namiętnego pocałunku ze słowami: „Miałem straszny, po prostu straszny koszmar, 
ukochana. Śniło mi się, że cię straciłem”.

A Mara zaśmiałaby się wtedy cicho i odszepnęła: „Masz zbyt żywą wyobraźnię, wieśniaku. 

Chodź do mnie i sam się przekonaj, jaka jestem prawdziwa”.

Wiedział, że śni, a mimo to wszystko wydawało się takie realne... Słyszał ciche 

westchnienie i delikatny szelest pościeli, kiedy wtulała się w jego plecy. Coś jednak było nie tak... 
To nie była Mara. Nie mogła być. Mara nie żyła; została zabita przez Jacena Solo.

Przekonaj się, jaka jestem prawdziwa...
- Jestem prawdziwa - dobiegł go zza pleców ledwie słyszalny szept.
I Luke Skywalker, rozpaczliwie pragnący mu wierzyć, odwrócił się na drugi bok, żeby 

wziąć w ramiona...

Pustkę.
Zamrugał, pewny, że nie śpi. Co prawda był tego pewien także kilka chwil wcześniej, 

chociaż oczywiście musiał się mylić.

Dotarło do niego, że cały się trzęsie, a w oczach ma łzy. Nie płakał z powodu Mary od 

bardzo dawna; nie zdarzyło mu się to nawet wtedy, kiedy spotkał jej... ducha? ... w Jeziorze Widm 
w Otchłani. Dlaczego więc teraz czuł taki ból, jakby dopiero co zadano mu ranę, która przecież 
powinna się już dawno temu zagoić? Pogodził się już z jej śmiercią i wiedział o tym, był tego 
pewien... A mimo to...

Sięgnął do poduszki i pogładził ją; była zimna, nie miała w sobie śladu ciepła, na pewno 

przed chwilą nie leżała na niej żywa osoba. Z westchnieniem przekręcił się na plecy i zagapił 
bezmyślnie w sufit.

To wina statku, uznał. I ostatniej... wizji, w której miał okazję porozmawiać z ukochaną, 

nieodżałowaną żoną. Przypuszczał, że Ben także to czuje. „Cień Jade” był częścią Mary, która 
chroniła ich, utrzymywała przy życiu i opiekowała się nimi podczas tej podróży. Podróży, dzięki 
której mieli nadzieję znaleźć rozwiązanie choroby dręczącej Rycerzy Jedi i ustalić, co tak naprawdę 
przydarzyło się zabójcy Mary, Jacenowi Solo.

Pomyślał o innej kobiecie, która przebywała teraz na ich statku - o Vestarze Khai, uczennicy 

Sithów. Nie był ślepy i potrafił dostrzec pierwsze objawy romansu rozkwitającego pod samym jego 
nosem. Ben oczywiście wszystkiemu by zaprzeczył, ale Mistrz Jedi widział aż za dobrze, jak jego 
syn wodzi za Sithanką wzrokiem i znajduje różne wymówki, byle tylko móc kręcić się gdzieś obok. 
Martwiło go to i wiedział, że Mara także byłaby tym faktem zaniepokojona.

Nic dziwnego, że tak silnie odczuwał jej obecność.
A mimo to...
Nawet ten krótki, pełen majaków sen postawił go na nogi. Cieszyło go to, bo chciał być 

wypoczęty i czujny przed rozmową, która go czekała - z Arcylordem Sarasu Taalonem.

Na pokładzie „Czarnej Fali”

- Ach, Mistrz Skywalker - przywitał go Sarasu Taalon; odchylił się na oparcie fotela 

dowodzenia i uśmiechnął wyćwiczonym, drapieżnym uśmiechem. Jego sinawa twarz miała idealne, 
regularne rysy - ostre, ale piękne, emanujące męskim magnetyzmem. Odcień skóry, szczególnie 
ceniony przez Keshirich, czynił go szczególnie atrakcyjnym - zresztą nie tylko dla nich. Silne palce 
miał poznaczone licznymi zgrubieniami, ale bez widocznych blizn czy zniekształceń, co 
sugerowało, że od najmłodszych lat nawykł do walki i często - jeśli nie zawsze - wygrywał. 
Ciemnoczerwone włosy nosił krótko przystrzyżone - nie w hołdzie dla mody, ale najwyraźniej ze 
względów praktycznych, a spojrzenie jego dużych, wyrazistych oczu kazało przypuszczać, że nic 
się przed nim nie ukryje. Przyglądał się hologramowi Wielkiego Mistrza Skywalkera, 

background image

znienawidzonego wroga, z którym przyszło mu się teraz sprzymierzyć, z nieprzeniknionym 
wyrazem twarzy.

- Miałeś jakieś wieści od twojego przyjaciela?
Luke Skywalker odwzajemnił uśmiech z wymuszoną uprzejmością.
- Tak. Poinformował mnie, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, spotka się z nami za 

dziesięć do dwunastu dni.

- Szkoda, że nie możemy szybciej skorzystać z pomocy tego... holownika. - Na ustach 

Taalona błąkał się cień szyderczego uśmiechu.

- Wierz mi, nie powinieneś żałować tej zwłoki - zapewnił go Luke. - Lando to mistrz w 

swoim fachu. A skoro nie miałeś dotąd okazji nawigować przez Otchłań, nie zdajesz sobie sprawy, 
jak bardzo przyda nam się ten sprzęt.

Taalon zacisnął szczęki, wyraźnie niezadowolony z opóźnienia i urażony przymówką. I tak 

żałował już, że dał się uziemić na orbicie tej planety. Jak większość przedstawicieli Plemienia 
Sithów Sarasu Taalon był niezwykle ambitny i bardzo irytowały go wszelkie przeszkody 
utrudniające mu realizację planów. Mierziło go czekanie na orbicie tego zapyziałego światka, 
brzydkiej, żółtobrązowej kuli piachu.

- Cóż - westchnął - w takim razie pozostaje mi tylko wierzyć, że twój statek okaże się tak 

przydatny, jak twierdzisz. Nie mogę się doczekać starcia z Abeloth.

- Mam szczerą nadzieję, że nie będzie musiało dojść do walki - odparł Luke. - Tak jak 

powiedziałem wcześniej, naszym celem nie jest jej zniszczenie, tylko próba zrozumienia i jakiś 
rodzaj ugody, uświadomienia jej, co robi... o ile to możliwe. To niepokojąca, niebezpieczna istota, 
nie ma co do tego wątpliwości, ale zanim podniosę na nią broń, chciałbym zyskać trochę czasu, 
żeby dokładnie ocenić sytuację.

Taalon, ukrywając rozdrażnienie, przywołał na twarz pobłażliwy uśmiech.
- Jasne - zgodził się - pamiętaj jednak, że ona sieje spustoszenie w szeregach waszej 

młodzieży. Trzeba będzie ją zmusić do cofnięcia tej... klątwy.

- Oczywiście - zgodził się Luke. - Jednak według mnie zabijanie zawsze powinno być 

ostatecznością. W dodatku jej śmierć oznaczałaby, że nasi Jedi i wasi uczniowie nigdy już nie 
wyzdrowieją. Mamy zbyt mało informacji o niej, żeby wiedzieć, co dokładnie się dzieje.

- Rzeczywiście - przytaknął Taalon. - Czy jest coś jeszcze, o czym powinniśmy 

porozmawiać? - Sarasu Taalon z całego serca nienawidził Luke’a Skywalkera. Miał przemożną 
ochotę porazić go błyskawicami Mocy, udusić albo rozpłatać swoim mieczem świetlnym. Przy 
odrobinie szczęścia i pomocy Ciemnej Strony może będzie miał okazję spełnić swoje pragnienie, 
kiedy już zmuszą Abeloth do współpracy z Sithami. Przez krótką chwilę pławił się w marzeniach o 
tym triumfalnym momencie.

- Nie, to wszystko - wyrwał go z zamyślenia Luke. - Czy będziesz lądował na Klatooine?
- Wątpię.
- Ja też nie. Nie przepadam za piaskiem. „Cień Jade”, bez odbioru.
- Kapitanie... - zagadnęła Taalona Leeha Faal, jego pierwsza oficer, także Keshiri. Idąc za 

przykładem przełożonego, ona również nosiła krótkie włosy, ale na wysokie czoło opadały jej 
pojedyncze, dłuższe kosmyki.

- Tak? O co chodzi?
- Przeglądaliśmy informacje o Klatooine i...
- Nie mów, że na tej stercie piachu może być coś wartego zainteresowania - wszedł jej w 

słowo Taalon.

- Hm, sir, szczerze powiedziawszy, jest jedna rzecz, którą mógłby pan ewentualnie 

zobaczyć. Czy mogę? - Wskazała komputer. Taalon przeglądał jej się przez chwilę w milczeniu. 
Lepiej, żeby to naprawdę było ważne; jeśli nie, to taka bezczelność nie ujdzie jej płazem.

- No dobrze, co to takiego? - westchnął ostentacyjnie.
Leeha nie zawahała się, ale jej pewność siebie w Mocy nieco zmalała - co prawda tylko na 

chwilę, ale zauważalnie. Szybko pochyliła się nad konsolą, wklepała ciąg komend i za chwilę na 
ekranie pojawił się nieprawdopodobnie piękny obiekt. Wyglądał niczym gejzer w chwili erupcji, 

background image

zatrzymany na wieki w bezruchu; każda kropla i rozbryzg wody sprawiały wrażenie zamrożonych, 
dzięki czemu można było bez końca napawać się jej urodą i filigranową kruchością tego zjawiska. 
Gejzer obracał się na ekranie komputera pokładowego, ukazując w pełnej krasie swoje misterne 
strugi, a Taalon patrzył na to widowisko ze ściśniętym że wzruszenia gardłem. Podobnie jak każdy 
członek Plemienia Sithów, bardzo cenił piękno - czy to w rysach twarzy żywej istoty, czy to w 
splocie ręcznie tkanej materii, czy nawet w kształtach rękojeści sztyletu shikkar.

Ten widok poruszał najczulsze struny jego duszy.
Musiał to coś... zdobyć.
- Jest... niezwykła - wykrztusił wreszcie. - Czy to rzeźba?
Zadowolona z reakcji przełożonego, Leeha uśmiechnęła się promiennie.
- Nie, sir. To wytwór natury. Coś w rodzaju szkła.
Taalon odwrócił się do niej gwałtownie, ale wyraz jej twarzy mówił mu, że dziewczyna nie 

żartuje. Szkło...? Jeśli to rzeczywiście było szkło, to wspanialsze i robiące większe wrażenie niż 
cokolwiek, co miał w swojej kolekcji - a nawet wszystkie budowle Tahv.

- Ale... jak to możliwe? Co to takiego?
- Nazywają ją Fontanną Przedwiecznych Huttów - wyjaśniła Leeha. - Głęboko w jądrze 

planety powstaje substancja zwana wintrium. W dawnych czasach, jeszcze zanim zaczęto 
prowadzić jakiekolwiek rejestry, dziesiątki tysięcy lat temu nastąpił proces pękania skorupy 
planety. Wintrium wytrysnęło na powierzchnię, ale podczas zetknięcia z powietrzem nastąpiła 
reakcja chemiczna, w wyniku której zastygło.

Taalon pomyślał, że gdyby twór był dziełem rąk żywej istoty, natychmiast kazałby ją 

porwać, a potem zmusił do stworzenia równie pięknej - albo nawet piękniejszej - rzeźby do swojej 
prywatnej kolekcji. Niestety, pech chciał, że to zjawisko było naturalne. A on nie mógł zmusić 
natury do współpracy.

- Domyślam się, że ta... Fontanna... jest bardzo cenna dla Klatooinian?
- Oczywiście - potwierdziła Faal. - Traktują ją jak świętość. Czas jest w ich kulturze i całym 

galaktykopoglądzie otaczany wielką czcią i szacunkiem - dodała. Najwyraźniej zanim postanowiła 
zakłócić spokój swojego kapitana, uważnie przestudiowała zagadnienie. - W miarę upływu lat 
wintrium twardnieje.

Ciekawe, zadumał się Taalon. Tworzywo, które z czasem staje się coraz trwalsze? A gdyby 

tak stworzyć broń, która im jest starsza, tym mocniejsza...?

Pogładził z namysłem swoją starannie przystrzyżoną brodę, nie spuszczając oka z obrazu 

fontanny. Leeha podjęła:

- Klatooinianie również wierzą, że wraz z upływem czasu rosną w siłę. Jedną z przyczyn, 

dla których zdecydowali się służyć Huttom jakieś dwadzieścia pięć tysięcy lat temu, było 
zobowiązanie Huttów, że będą dbać o Fontannę.

Taalon zmarszczył czoło.
- Huttowie? Czy to od nich wzięła nazwę ta... Fontanna?
- Cóż, tak... chociaż początkowo nazywano ją po prostu Fontanną Przedwiecznych.
- Kim są ci Huttowie?
Leeha bez wahania pochyliła się nad konsolą, nie fatygując się nawet prosić o pozwolenie 

(Taalon przyjął to z uznaniem jako świadectwo inicjatywy i pewności siebie) i przywołała na ekran 
komputera następny obraz: potężnej, przypominającej olbrzymią larwę istoty o kluchowatym 
cielsku, wielkiej głowie, szerokich ustach i dwóch króciutkich rączkach. Była całkowitym 
przeciwieństwem fontanny - nie miała w sobie ani odrobiny piękna.

- Huttowie dożywają nawet tysiąca lat; pewnie dlatego po przybyciu na Klatooine zostali 

uznani za potomków mitologicznych przedwiecznych. To inteligentni, egoistyczni manipulatorzy, 
którzy świadomie wykorzystują wiarę Klatooinian w swoje boskie pochodzenie. Podstępnie skłonili 
tubylców, żeby wysyłali swoje dzieci do pracy na ich rzecz - tam, gdzie Huttowie uznają to za 
stosowne: jako górników do niebezpiecznych kopalń, pracowników fizycznych, żołnierzy i 
chłopców na posyłki.

Taalon poczuł dziwny respekt dla tych wielkich robali.

background image

- Na jak długo zawarli ten układ? - spytał.
Leeha uśmiechnęła się otwarcie.
- Na zawsze.
- No, no... - mruknął z podziwem. - Chyba powinniśmy się od nich uczyć.
- Plemię nieustannie doskonali swoje zdolności i przygotowuje się do ostatecznego objęcia 

rządów w galaktyce - wyrecytowała Leeha. Mądra z niej dziewczyna, uznał Taalon. Na pewno 
daleko zajdzie.

Przywołał z powrotem na ekran obraz Fontanny i przyglądał jej się przez długą chwilę.
- Czy istoty spoza planety mogą się do niej zbliżać? - spytał.
- Ależ oczywiście, sir - zapewniła go Faal. - Wszystko wskazuje na to, że to coś w rodzaju 

atrakcji turystycznej, chociaż obwarowanej kilkoma surowo przestrzeganymi zasadami. 
Klatooinianie traktują ją jak święte miejsce, zastygłe w czasie, więc nie życzą sobie, żeby 
zwiedzający przynosili ze sobą jakiekolwiek osiągnięcia techniki. Ich posiadanie jest zabronione w 
promieniu kilometra od fontanny, a złamanie tej zasady uznaje się za świętokradztwo.

- Rozumiem. - Taalon pokiwał głową. - Szczerze powiedziawszy, nie planowałem wizyty na 

tej planecie podczas oczekiwania na przyjaciela Mistrza Skywalkera, jednak zmieniłem zdanie. 
Chciałbym zobaczyć to wyjątkowe zjawisko na własne oczy. Mam przeczucie, że ten wspaniały 
widok ukoi moje skołatane nerwy.

Szeroki uśmiech podkreślił idealne rysy twarzy atrakcyjnej Keshiri.
- Oczywiście, sir. Ja także sądzę, że to wspaniały pomysł.
Taalon odwzajemnił uśmiech.

Na pokładzie „Cienia Jade”

Uczucie powróciło: dziwne, trochę niepewne wrażenie, że ktoś go obserwuje. Luke podniósł 

wzrok znad panelu kontrolnego i rozejrzał się dookoła, a potem przymknął oczy i wytężył inne 
zmysły.

Nie, na pewno nie był sam. Cóż, w istocie nigdy nie był sam - póki miał przy sobie Moc, 

tworzoną przez wszystkie żywe istoty, a nawet te, które opuściły już świat żywych. Wiedział, że 
Mara zawsze jest obok niego - a przynajmniej jakaś jej cząstka, nie mówiąc już o tym, że zawsze 
będzie mu o niej przypominał Ben, przynajmniej dopóki będzie w pobliżu.

Trwał tak z zamkniętymi oczami jeszcze przez jakiś czas, aż wreszcie poczuł nieskończenie 

lekki, niemal nierealny dotyk kobiecej dłoni na policzku; z piersi wyrwało mu się głębokie 
westchnienie.

Tęsknię za tobą, pomyślał.
Ja za tobą także - nadeszła odpowiedź. Ale wkrótce będziemy razem.
Pewnego dnia na pewno, zgodził się. Z marzeń wyrwał go kurant modułu łączności; kiedy 

otworzył oczy, uśmiechnął się szeroko na widok danych rozmówcy, który próbował się z nim 
skontaktować. Wcisnął kilka kontrolek i w powietrzu przed nim pojawiła się postać złocistego 
androida protokolarnego. Wyglądał na wyjątkowo zadowolonego - na tyle, na ile droidy są w stanie 
okazywać zadowolenie, chociaż akurat See-Threepio był w tym mistrzem.

- Pan Luke! - zawołał, przestępując radośnie z nogi na nogę. - Co za niespodziewana 

przyjemność pana widzieć! Tak bardzo się cieszę, że uznał pan za właściwe skonsultować się ze 
mną! Na pewno wie pan, że nie dostaję zbyt wielu adresowanych do mnie wiadomości... Zwykle 
jestem wykorzystywany do tak nieciekawych zadań, jak informowanie o tożsamości rozmówcy, 
kiedy ktoś próbuje się skontaktować z panem Hanem albo panienką Leią. To naprawdę wielki 
zaszczyt.

Luke nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Witaj, Threepio - powiedział ciepło. - Brakowało mi ciebie.
- Na wszystkie nieba galaktyki, nam także pana brakuje, panie Luke! Czy jest coś, co 

mógłbym dla pana zrobić?

background image

- Mam tu pewien problem i wydaje mi się, że mógłbyś mi pomóc go rozwiązać - odparł 

Luke, manipulując przy kontrolkach. - Za chwilę prześlę ci rozmowę. Chciałbym, żebyś ją dla mnie 
przetłumaczył.

- Ojejku! Jak pan zapewne wie, władam biegle ponad sześcioma milionami języków...
- Tak, wiem. Ale chyba nie tym.
- Och, jest pan pewien?
- Absolutnie. Pochodzi ze świata, o którym nic nie wiemy. Nie znam nazwy planety języka 

ani nawet ludu, który się nim posługuje. Chciałbym, żebyś tego wysłuchał i porównał z innymi 
znanymi językami, a potem w miarę możliwości przetłumaczył. To pilne. Bardzo.

Ktoś mógłby stwierdzić, że kontaktując się z Threepio, Luke narusza warunki umowy 

zawartej z Daalą, żądając dostępu do informacji ze źródeł Jedi, android jednak należał także do 
Hana, który nie był Jedi. Zwracając się do niego osobiście, Mistrz Jedi nie łamał żadnych zasad, a 
Threepio także nie czuł się zmuszony do uczestniczenia w czymś nielegalnym.

- Och, jej! Co za wyzwanie! - ucieszył się. - Zajmę się tym niezwłocznie, panie Luke. Jak 

cudownie móc się znów do czegoś przydać! To nużące, być ciągle odsyłanym do gotowania, 
sprzątania i odbierania wiadomości. Bardzo brakuje mi działań, do których zostałem stworzony.

- Na pewno świetnie sobie poradzisz - zapewnił androida Luke. - Daj mi znać, jak tylko uda 

ci się to rozgryźć.

- Zrobię to bez nanosekundy zwłoki - obiecał gorliwie Threepio i Jedi wiedział, że 

dokładnie to ma na myśli.

- W takim razie do usłyszenia - zakończył rozmowę.
- Proszę o siebie dbać, panie Luke - odparł uprzejmie Threepio i Skywalker mógłby 

przysiąc, że w jego głosie pobrzmiewała prawdziwa troska. - A także o panicza Bena.

Luke rozłączył się i opadł na oparcie krzesła, zastanawiając się, w jakie też tarapaty pakują 

się właśnie jego syn i nastoletnia Sithanka.

ROZDZIAŁ 6

Treema, stolica Klaatoine

Dyon Stadd, który służył Hanowi, Leii i Allanie za przewodnika podczas ich wizyty na 

Dathomirze, był pogodnym, sympatycznym człowiekiem. Najwyraźniej wcale nie miał Luke’owi, 
Benowi ani Vestarze za złe, że władają Mocą lepiej niż on. Ben natychmiast go polubił. Czas 
spędzony na Dathomirze sprawił, że Stadd nie przejmował się wszystkim tak bardzo jak ojciec 
Bena, a poza tym był mu bliższy wiekiem niż ktokolwiek z jego rodziny. i dlatego chłopiec był 
zadowolony, że jeśli już ktoś musi „pilnować” jego i Vestary, bo jego własny ojciec nie ufa mu na 
tyle, żeby powierzyć opiekę nad Sithanką, to jest to Dyon. Ben zwiedził w swoim krótkim życiu 
wystarczająco wiele planet, żeby Treema, stolica tego jałowego świata, nie robiła na nim 
specjalnego wrażenia. Na pewno oferowała zwiedzającym wiele atrakcji - przynajmniej jak na 
Klatooine - ale, szczerze powiedziawszy, nie były one zbyt imponujące, sądząc choćby po tym, co 
Ben oglądał przy podejściu „Cienia Jade” do lądowania.

Luke poinformował syna, że Klatooinianie są starożytną rasą, a Treema - najstarszym 

miastem na planecie, które w miarę dobrze prosperuje, pewnie dzięki temu, że leży w pobliżu 
Fontanny Przedwiecznych Huttów. Miasto piętrzyło się poziomami, które zdawały się zbudowane 
jedne na drugich, co nasuwało Benowi skojarzenia z monstrualnym stosem naleśników. Statki 
mogły lądować wewnątrz każdego poziomu, ale najdroższe było lądowisko położone na samym 
szczycie miasta; ceny spadały w miarę zbliżania się do parteru. Powód takiego stanu rzeczy był 
prosty: im wyżej, tym lepszą ochronę przed burzami piaskowymi i większe bezpieczeństwo dawała 
konstrukcja. Wpływ na to miał także fakt, że wyższe poziomy były po prostu nowsze. Luke i Ben 
uznali, że najlepiej będzie posadzić „Cień” gdzieś w połowie konstrukcji, więc wylądowali na 

background image

poziomie trzydziestym czwartym.

Kiedy wraz z Vestarą i Dyonem opuścili statek i ruszyli w stronę turbowind, Ben zagadnął 

Stadda:

- No to... jakie masz rozkazy?
Dyon uśmiechnął się do nich przyjaźnie.
- Trzymać was na oku i z dala od kłopotów.
Vestara łypnęła na niego spode łba.
- Czy Mistrz Luke naprawdę tak powiedział?
- Nie - odparł Dyon, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Kazał mi tylko nie spuszczać oka z 

waszej dwójki.

- I to wszystko? - spytał podejrzliwie Ben. - Żadnych wskazówek, gdzie nie możemy 

chodzić ani czego nie wolno nam robić?

Dyon wzruszył ramionami i zerknął do datapada, który trzymał w ręku.
- Sądzę, że jeśli tylko dostaniemy wszystko, co jest na tej liście, i wrócimy cali i zdrowi, 

możemy robić, co nam się żywnie podoba.

Ben obdarzył Vestarę szelmowskim uśmiechem, a ta odwzajemniła się lekkim skrzywienie 

ust.

Obok każdej turbowindy umieszczono dwie duże mapy: pierwsza przedstawiała układ 

każdego z poziomów, a druga - dokładny plan poziomu, na którym byli. Ben przypuszczał, że 
podobne plany zostały ustawione na każdym poziomie. Vestara zatrzymała się w pół kroku i 
przyjrzała krytycznie głównej mapie.

Ben przewrócił oczami.
- Wskoczmy po prostu do turbowindy, wybierzmy poziom i dajmy się zaskoczyć! - 

zaproponował.

Ves zmarszczyła nos.
- Nie brzmi zbyt ciekawie. - Poszukała wzrokiem wsparcia u Dyona. - Jak sądzisz? Jesteś 

tropicielem...

Dyon skinął głową.
- Cóż, mamy mnóstwo czasu na poznanie planety - stwierdził. - Dzięki zwiedzaniu różnych 

poziomów możemy dowiedzieć się więcej o tym miejscu.

Za czasów świetności Huttów to miejsce musiało wyglądać naprawdę imponująco. 

Wprawdzie podczas wojny z Yuuzhan Vongami Klatooine nie ucierpiała, Huttowie jednak ponieśli 
znaczne straty. Wyglądało na to, że planeta nigdy potem nie odzyskała dawnego blasku. Hangary 
na poziomie trzydziestym czwartym były w całkiem niezłym stanie, ale na tym się kończyło - im 
niżej, tym wydawało się gorzej. Wkrótce okazało się, że i windy są bardzo kapryśne.

Dowoziły ich - albo i nie - na różne poziomy miasta, niekoniecznie zgodnie z ich 

życzeniem. Na niektórych piętrach tętniło życie, w przeciwieństwie do innych, ekskluzywnych i 
zamkniętych dla plebsu obszarów, kontrastujących ostro ze slumsami na dolnych poziomach. Część 
lokali zaadaptowano w celach handlowych: mijali warsztaty naprawcze, sklepiki, budki z częściami 
i różnego rodzaju stragany, sąsiadujące z ekskluzywnymi restauracjami i barami, często 
nastawionymi wyłącznie na turystów. Do tych ostatnich było najtrudniej dotrzeć, bo część z nich 
udostępniano wyłącznie pewnej szczególnej grupie zwiedzających, którzy dysponowali 
odpowiednią gotówką.

W pewnej chwili trafili na mroczny, zasnuty dymem poziom, wypełniony jazgotem 

rozmów, muzyki i ciężkimi, podejrzanymi aromatami. Przez moment Ben miał wrażenie, że coś się 
pali, ale chwilę później zdał sobie sprawę, że to tylko sztuczny dym z jednego z klubów.

Vestara, pokasłując, ruszyła przed siebie. Dyon położył jej lekko dłoń na ramieniu.
- Luke nie byłby chyba zbyt szczęśliwy, gdybyście za długo się tu szwendali - zauważył 

znacząco.

Kiedy Ben spróbował wybadać otoczenie poprzez Moc, wyczuł, że otaczają ich lokale 

rozrywkowe; zerknął ukradkiem na Vestarę. Dziewczyna nie mówiła dużo o swojej ojczystej 
planecie, ale jednego był pewien: chociaż była Sithem i przyznała się, że nieraz zabijała z zimną 

background image

krwią, była w niej jakaś niewinność; wszystko sugerowało, że do tej pory prowadziła proste, 
skromne życie. Miał dziwne przeczucie, że nie jest przygotowana na niektóre z widoków, na jakie 
trafiliby niewątpliwie, gdyby zapuścili się w tę szemraną okolicę.

Z drugiej strony jednak, podobnie jak on, musiała wyczuwać, że emocje kłębiących się w 

pobliżu istot skłaniają się raczej ku Ciemnej Stronie Mocy. Właściciele tych spelun, jaskiń hazardu 
i innych przybytków mętnego autoramentu żywili się chciwością, strachem, rozpaczą i samotnością. 
To zaś musiało działać na uczennicę Sithów jak magnes. Ben z troską patrzył, jak w jej pięknych 
oczach pojawia się ciekawość i zapał. Chociaż rozczarowany słowami Dyona, skinął głową i cofnął 
się do turbowindy.

- Zobaczmy, co jest na najniższym poziomie - zaproponował Stadd. Jeśli nawet zauważył 

reakcję Vestary na zew Ciemnej Strony, nie dał nic po sobie poznać.

Kiedy drzwi otworzyły się z sykiem, Ben o mało się nie zachłysnął.
- Czy to... cyrk? - spytał, próbując coś dostrzec w hałaśliwym, kolorowym tłumie, 

kłębiącym się w przestrzeni przesyconej mieszaniną najrozmaitszych zapachów - nie wszystkich 
przyjemnych.

- To chyba jakiś bazar - stwierdził z wahaniem Dyon, kiedy wyszli z windy. Pod stopami 

mieli nie durabeton, ale ubitą ziemię. Właściwie było to logiczne - zakłady rzemieślnicze i stoiska 
handlowe przeważnie stawiano pod gołym niebem. Sądząc po zapachu, wielu tubylców wciąż 
jeszcze korzystało z żywych środków transportu.

Podobnie jak mieszkańcy wielu innych jałowych, ale gęsto zaludnionych światów, 

Klatooinianie nauczyli się wydzierać glebie niezbędną do życia wodę za pośrednictwem osiągnięć 
technologii. Dzięki temu mogli uprawiać rośliny. Na dłuższą metę inwestycja w droidy, technologię 
nawadniającą i nowoczesne skraplacze opłacała się bardziej niż importowanie żywności. A tym 
bardziej, kiedy w perspektywie ma się spędzenie życia pod pantoflem Huttów, pomyślał Ben. Zaraz 
jednak przypomniał sobie z rozbawieniem, że przecież Huttowie nie noszą pantofli.

Tak oto znaleźli się na terenie zacienionego targowiska, owiewani sztucznym, chłodnym 

powietrzem, wsłuchując się w melodię wygrywaną przez grupkę grajków na dziwnych 
instrumentach nad pustymi futerałami, otoczeni tłumem handlującym egzotycznymi owocami, 
warzywami, orzechami, zbożem i mięsem.

Ben lubił przyglądać się reakcjom Vestary na nowe rzeczy, raczej jednak dla samej 

przyjemności patrzenia na nią niż na ciekawość wszystkiego, co ich otacza. Cichy głosik 
podpowiadał mu, że lubi na nią patrzeć niezależnie od tego, co się dzieje, ale szybko go odrzucił. 
Dla niego był to jeszcze jeden bazar - jak wiele innych, które oglądał wcześniej. I chociaż Vestara 
nie chciała mu się przyznać, ile planet widziała dotychczas ani z iloma rasami miała kontakt, to 
sądząc po jej zachowaniu, Ben mógłby się założyć, że nigdy nie miała do czynienia z tyloma 
kulturami i gatunkami obywateli galaktyki co on.

Na pierwszy rzut oka było widać, że jest ciekawa, spragniona nowości; miała ochotę 

wszystkiego dotknąć, powąchać - a jeśli to możliwe - posmakować. Zadawała setki pytań, słuchając 
chciwie odpowiedzi, chłonąc wiedzę i przyswajając każdy strzęp informacji. Jeśli chodzi o Dyona, 
to ryneczek wzbudził jego szczere zainteresowanie, głównie ze względu na cel ich podróży; był bez 
reszty pochłonięty studiowaniem listy zakupów, którą wręczył mu Luke, i wybieraniem towarów. 
Wkrótce Ben i Vestara zostali w tyle. Młody Skywalker nie miał absolutnie nic przeciwko temu - 
wręcz przeciwnie. Zerknął na Dyona, pogrążonego w rozmowie z rumianą, starszą kobietą, 
obsługującą stragan ze sporym akwarium, skinął lekko głową i obejrzał się na Ves.

- Mówisz, że nie rosną nigdzie indziej? - pytała właśnie młodego Klatooinianina. Pomimo 

deklarowanej wcześniej niechęci do tej rasy, Vestara patrzyła mu prosto w oczy i zachowywała się 
bardzo kulturalnie.

- Naprawdę, nigdzie indziej, jak galaktyka długa i szeroka - zapewnił ją tubylec. Ves skinęła 

głową i pochyliła się nad fioletowym owocem, o którym rozmawiali. Podniosła go do nosa i 
powąchała, przesuwając kciukiem po chropowatej skórce. Klatooinianin zmierzył ją przy okazji 
pełnym uznania wzrokiem. Ben podejrzewał, że gdyby dziewczyna zauważyła taksujące spojrzenie 
obcego, sprzedawcy nieźle by się oberwało. Dobrze, że Luke zabronił jej wziąć ze sobą miecz 

background image

świetlny, pomyślał, chociaż sam przez chwilę miał ochotę zrobić użytek z własnej broni; nie 
podobał mu się pożądliwy wzrok handlarza, jednak zmusił się do zachowania spokoju.

Podszedł za to do Vestary i dotknął trzymanego przez nią owocu, chociaż tak naprawdę 

wcale się nim nie interesował. Stojący kilka metrów dalej właściciel budki, najprawdopodobniej 
ojciec młodego Klatooinianina, uśmiechnął się do nich przelotnie i wrócił do umieszczania cen na 
workach z towarem.

- A dlaczego? - dopytywała Ves.
- Właściwie to nikt nie wie tego na sto procent - odparł młody sprzedawca. - Dotąd żadne 

laboratorium nie zdołało odtworzyć panujących tutaj warunków. Może to te śladowe ilości 
wintrium w glebie... Nikt tak naprawdę tego nie wie. Proszę, częstuj się. To darmowa próbka.

Usta Ves szpeciła blizna, przez co powstawało wrażenie, że wciąż błąka się po nich cień 

uśmiechu - teraz jednak dziewczyna naprawdę się uśmiechnęła. Była wyraźnie zachwycona.

- Dziękuję - powiedziała. - A... jak się go je?
Chłopak parsknął krótkim śmiechem, wziął od niej owoc i obrał go szybko ze skórki.
- Proszę. Smacznego.
Miąższ owocu był soczysty i miał bursztynowy kolor. Vestara wgryzła się w niego z 

lubością i starła ściekający po brodzie sok.

- Kelkad, mój syn, ma rację - odezwał się sklepikarz, który podszedł do nich 

niepostrzeżenie. - Wygląda na to, że to wintrium zawarte w ziemi stymuluje wzrost pak’pah i 
nadaje im tę niespotykaną słodycz. Poza naszym skromnym światem wintrium nie występuje 
nigdzie indziej.

- A czy nie można go wyprodukować sztucznie? - zaciekawiła się Vestara.
- Nie - odparł właściciel straganu. - Zresztą nie pozwoliliśmy na poddanie go analizie, do 

której tak naprawdę potrzeba więcej substancji, niż można uzyskać z próbki gleby. To bardzo 
złożony pierwiastek, a jedynym sposobem, żeby zdobyć go więcej, byłoby uszkodzenie Fontanny.

Fontanna, przypomniał sobie Ben. Wiedział, co tubylec ma na myśli.
- Kiedy mój ojciec dostał zgodę na lądowanie, kontrola lotów o niej wspominała - wtrącił 

szybko. - Nazywacie ją Fontanną Przedwiecznych Huttów, prawda?

Kelkad stał teraz tyłem do ojca, zajęty układaniem towaru na straganie; uwagi Bena i 

Vestary nie umknęło, że skrzywił się na dźwięk słowa „Hutt”.

- Zgadza się - przytaknął handlarz. - Wszyscy mogą ją oglądać, nawet z całkiem bliska. Nie 

śmielibyśmy wchodzić między Fontannę a tych, którzy chcą ją podziwiać... oczywiście z należnym 
szacunkiem.

- Rozumiem, że zwiedzanie regulują pewne zasady - powiedziała Vestara. - Gościom nie 

wolno zabierać ze sobą żadnych wytworów współczesnej technologii ani przyprowadzać w pobliże 
statków i innych pojazdów mechanicznych, prawda?

- Masz całkowitą rację - potwierdził z uśmiechem sklepikarz. Za jego plecami Kelkad wciąż 

miał naburmuszoną minę. Ben zmarszczył z namysłem brwi. Co mogło go tak wyprowadzić z 
równowagi?

- Jest jedyna w swoim rodzaju - ciągnął starszy Klatooinianin. - Nie tryska wodą, tylko 

wintrium, zastygłym tak dawno temu, że nikt nie wie, kiedy dokładnie. To właśnie z powodu tej 
świętej ponadczasowości nie chcemy kalać jej obecnością techniki.

- Wintrium występuje tylko u was - przypomniała sobie Vestara. - A więc na Klattoine nie 

ma żadnych innych miejsc, skąd mogłaby zostać pobrana próbka czystego wintrium, tak?

- Tak. A dzięki temu, że nikt nie zbezcześci fontanny, nikt nie będzie mógł hodować 

pak’pah.

- Ale dlaczego nikomu nie wolno uszczknąć wintrium z Fontanny? - dopytywała Ves.
Klatooinianin był wyraźnie urażony jej pytaniem.
- To by było... niewłaściwe, a większość przybywających tutaj turystów jest wystarczająco 

obeznana z panującymi tu zwyczajami, żeby tego nie robić. Bezczeszcząc Fontannę, naruszyliby 
pakt vontorski.

- Jaki pakt? - dociekała Vestara; zanim jednak starszy Klatooinianin zdążył odpowiedzieć, 

background image

odezwał się jego syn:

- Ponad dwadzieścia pięć tysięcy lat temu Barada M’Beg, Klatooinianin, którego imię nosi 

większość mężczyzn na moim świecie... włącznie z moim ojcem... podpisał z Huttami pakt. W 
zamian za obietnicę Huttów, zobowiązujących się chronić Fontannę, Barada M’Beg przysiągł, że 
mój lud będzie im służył po wsze czasy. - Głos Kelkada brzmiał uprzejmie, chłodno, niemal 
obojętnie, ale Barada zerknął na niego z wyraźną troską i rozejrzał się ukradkiem dookoła. Na 
rynku było jednak tak tłoczno i głośno, że chyba nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi.

- Dokładnie tak było - potwierdził słowa syna. - A Huttowie dotrzymali słowa. Nikt nigdy 

nie ośmielił się zbezcześcić Fontanny. Chcielibyście coś u nas kupić?

Ben w lot pojął aluzję.
- Eee... - bąknął - chyba tak... tak sądzę. Smakowało ci pak’pah, Vestaro?
Dziewczyna od razu załapała.
- Jasne! Weźmiemy, hm... z tuzin.
- Już się robi - zaoferował się Kelkad. - Pomogę wam wybrać najdorodniejsze.
Barada rzucił ostatnie zatroskane spojrzenie na syna, łypnął spode łba na Ves i Bena i 

odszedł bez słowa. Trójka młodych nachyliła się nad koszem z owocami, wybierając bez pośpiechu 
najładniejsze, i kontynuowała półgłosem przerwaną rozmowę.

- Nie podoba ci się ten pakt, prawda, Kelkad? - wypaliła Vestara.
- Nie - przyznał Klatooinianin. - A w galaktyce jest wielu myślących podobnie jak ja. 

Niektórzy wymówili Huttom posłuszeństwo i żyją wolno, na innych światach.

- O co w ogóle chodzi z tym posłuszeństwem? - spytał Ben szeptem. - Czy oni robią z was 

niewolników?

- To także - westchnął smutno Kelkad. - Robią z nami, co im się podoba.
Ben zmarszczył czoło, lekko zaniepokojony.
- Niebezpiecznie jest wygłaszać tutaj takie opinie - zauważył ostrożnie. - Dlaczego w ogóle 

o tym z nami rozmawiasz?

- Bo słyszałem, że jesteście Jedi - odparł Kelkad.
Vestara nawet nie mrugnęła, ale Ben uznał, że słowa Kelkada tak naprawdę nie mają dla 

niej żadnego znaczenia. Nie pracowała dla Huttów, a on jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, żeby 
Plemię Sithów przejmowało się obcymi, zamieszkującymi zapyziałe planetki rasami i ich liczącymi 
ponad dwadzieścia pięć tysięcy lat układami o „posłuszeństwo”.

- Cóż, masz rację. A przynajmniej częściowo - skwitował słowa chłopaka Ben. - Jestem 

Rycerzem Jedi.

Kelkad uśmiechnął się do niego promiennie - pierwszy raz, odkąd zaczęli tę rozmowę.
- Jedi potępiają niewolnictwo.
- Cóż, owszem, ale wasz pakt jest w pewnym sensie... legalny, prawda? To znaczy, nie 

zostaliście przecież schwytani i zmuszeni do czegoś wbrew woli...

Ben nie patrzył na Vestarę, ale wyczuł, że jej aura w Mocy lekko zafalowała. Właśnie tak 

Sithowie postąpili przecież z Siostrami Nocy. Zaczynał coraz lepiej orientować się w reakcjach 
dziewczyny w Mocy, czytać z jej przeważnie obojętnej twarzy i rozumieć język ciała - chociaż 
Sithanka przez większość czasu pilnowała się i starała kontrolować.

- Racja, ale... ja nie podpisywałem żadnego paktu - stwierdził gorzko Kelkad, a głośniej 

dodał: - Ten wygląda nieźle. - Ostentacyjnie wrzucił następny owoc do torby Vestary. - Poza tym 
nie mogę decydować o własnym losie. To nie jest w porządku. I Jedi o tym wiedzą, prawda?

Spojrzał Benowi błagalnie prosto w oczy, a chłopak poczuł się winny. Nie pierwszy raz 

przyszło mu wybierać między tym, co słuszne, a tym, co właściwe w świetle prawa, i szczerze 
powiedziawszy, zaczynało go to męczyć, bo takich dylematów napotykał ostatnio coraz więcej i 
więcej. Chciał powiedzieć Klatooinianinowi coś pokrzepiającego i mądrego - tak jak to robił jego 
ojciec, kiedy napotykał podobne problemy - ale nie umiał znaleźć słów.

Na szczęście Kelkad nie czekał na jego odpowiedź i nie miał podobnych problemów z 

wysławianiem się.

- Wkrótce na mnie też przyjdzie pora - podjął. - Może pozwolą mi zostać tutaj i pomagać 

background image

ojcu, ale równie dobrze mogą mnie wysłać na jakąś niebezpieczną planetę, gdzie każą mi walczyć i 
zabijać wrogów Huttów. To samo spotka na tym świecie wszystkich innych w moim wieku. A 
wszystko to dlatego, że Barada M’Beg poprosił Huttów o ochronę Fontanny Przedwiecznych. Nie 
zamierzam nazywać jej imieniem Huttów. To świętokradztwo. Oni wcale nie są Przedwiecznymi. 
Wszystko, co zrobili, żeby ją chronić, to przysłanie kilku strażników z Masterami. Jednak my... - 
urwał, a Ben obejrzał się przez ramię. Ojciec Kelkada najwyraźniej znów przysłuchiwał się ich 
rozmowie.

- Twój tata patrzy - zauważył cicho. - Chyba martwi się o ciebie...
- Jasne, że się martwi - parsknął Kelkad, nie ukrywając rozdrażnienia. - Wie, że jeśli do uszu 

Huttów dotrze to, o czym mówię, może mnie stracić na zawsze. Ale ja nie mogę już tego 
wszystkiego w sobie tłumić! - Zacisnął pięść na pak’pah, które właśnie trzymał, aż spomiędzy jego 
palców pociekł lepki sok.

- Chciałbym ci jakoś pomóc - wyrwało się Benowi. - Ale jestem tylko zwykłym Jedi. 

Przykro mi...

- Wiem. - Kelkad spuścił głowę. - Ale... kiedy wrócisz do domu... czy mógłbyś pójść do 

Świątyni? Porozmawiać z Mistrzami? Słyszeliśmy o Mistrzach Jedi...

Vestara przyglądała im się uważnie, więc Ben tylko skinął głową.
- Powiedz im, że nasz lud jest cierpliwy - poprosił cicho Klatooinianin. - Ale czas ma dla 

nas duże znaczenie... darzymy go szacunkiem za to, czego dokonuje i jak wszystko kształtuje. 
Wiemy aż za dobrze, że w obliczu czasu wszystko traci znaczenie. - Uśmiechnął się, odsłaniając 
ostre kły. - Nawet pakty.

Ben pokiwał powoli głową i wręczył Kelkadowi parę kredytów, a Vestara z uśmiechem 

zabrała torbę. Odwrócili się bez słowa i wyszli na ulicę rozdzielającą rzędy straganów, gdzie mogli 
swobodnie rozmawiać.

Ben sięgnął po pak’pah i zaczął bezmyślnie obracać owoc w dłoni. Nie był głodny, ale 

musiał coś zrobić z rękami.

- A więc Jedi pomagają niewolnikom? - zagadnęła go Vestara.
- Hm, no-o... tak, jeśli tylko możemy - bąknął Ben. Z jakiegoś niepojętego powodu był na 

dziewczynę zły. - Zmuszanie wolnych istot do robienia czegoś wbrew ich woli, kiedy są zupełnie 
niewinne... - westchnął i zabrał się do obierania owocu ze skórki.

- Sługi i niewolnicy są zawsze przydatni - powiedziała cicho; dla niej było to zupełnie 

normalne, skoro od małego ją do tego przyzwyczajano. - Wydaje mi się, że twój ojciec nie miał 
racji, przynajmniej nie do końca. Z tego co słyszałam i wywnioskowałam ze słów Kelkada, 
Huttowie wysyłają młodych Klatooinian tam, gdzie najlepiej się sprawdzą... - Wgryzła się w 
pak’pah i oblizała lśniące od soku wargi.

- Tam, gdzie się najlepiej sprawdzą zdaniem Huttów, nie zaś ich samych - poprawił ją Ben. - 

To duża różnica.

- Ale my nie wysy... - urwała nagle, chwytając się ręką za gardło. Niedojedzony owoc 

wypadł jej z ręki, którą wczepiła kurczowo w ramię Bena; wyraźnie traciła oddech.

Ben natychmiast zapomniał o rozmowie i skupił całą uwagę na Vestarze, która niewątpliwie 

zadławiła się owocem. Natychmiast, niemal bezwiednie, sięgnął ku niej poprzez Moc, szukając 
kawałka owocu, który ugrzązł w gardle, a także fizycznie, otaczając ją ramieniem. Oczywiście nie 
musiał się o nią martwić. Vestara była silna Mocą i nawet w takiej chwili nie straciła głowy. 
Wpadła widać na ten sam pomysł, co on, bo kawałek, który utknął jej w gardle, zaraz wylądował, 
wypluty, na ziemi.

- Wszystko w porządku? - spytał mimo to.
Ves skinęła głową. Przez chwilę Ben zastanawiał się, czy tego wszystkiego nie ukartowała, 

ale poprzez Moc czuł, że nie udawała; naprawdę mało brakowało, a by się udławiła. Uśmiechnęła 
się do niego, odrobinę zawstydzona i lekko zarumieniona.

- No, ładnie - stwierdziła. - Przepraszam...
- Nic się nie stało - zapewnił ją Ben; nadal obejmował ją w talii, stwierdzając z pewnym 

zakłopotaniem, że wcale nie ma ochoty zabierać ręki ani podejmować przerwanej rozmowy. Mieli 

background image

na tamten temat różne zdania i raczej nie doszliby do porozumienia, a on powoli zaczynał mieć 
dosyć ciągłych prób przekonania dziewczyny do swoich racji. A w tej chwili mieli ze sobą 
współpracować. Vestara była piękna i rezolutna, nie mógł temu zaprzeczyć, a na razie nie mieli do 
roboty nic innego poza spacerowaniem po bazarze na egzotycznej planecie. Czy naprawdę musieli 
w takiej chwili się kłócić? Nie mogli na jakiś czas zapomnieć o wszystkim, co ich dzieli? Ben czuł 
się dziwnie rozdarty, ale Vestara nadal sprawiała wrażenie nieco zakłopotanej, a to go nieco 
podniosło na duchu. Naprawdę nie chciał myśleć o niej źle. Uścisnął pokrzepiająco jej ramię; fakt, 
że dziewczyna nie zareagowała gwałtownie na ten drobny gest, dziwnie go ucieszył. Więcej - 
przysunęła się bliżej i uśmiechnęła do niego, a tego się zupełnie nie spodziewał. Blizna w kąciku jej 
ust, której - jak wiedział - tak bardzo nie lubiła, sprawiła, że jej uśmiech wydawał się szerszy niż w 
rzeczywistości.

Chciał jej powiedzieć... bardzo chciał powiedzieć, że nie chce się z nią sprzeczać, walczyć z 

nią i przekonywać do swoich racji... W jego życiu, szczególnie ostatnio, i tak nawarstwiło się 
stanowczo zbyt wiele negatywnych emocji. „Wiem, że myślimy tak samo, przynajmniej jeśli chodzi 
o niektóre sprawy - chciał jej powiedzieć. - Czasem boję się wierzyć w to, że naprawdę jesteś... jaka 
jesteś. Tak bardzo chciałbym ci pokazać, jak wygląda mój świat, powierzyć ci moje myśli, 
podzielić się z tobą moimi przekonaniami... I mam nadzieję, że kiedyś zechcesz tego wysłuchać. 
Teraz jednak wszystko, czego pragnę, to dzielić z tobą te chwile sam na sam i być... sobą. Chcę, 
żebyśmy oboje po prostu byli sobą. Czy to naprawdę takie trudne?”

Chociaż miał w głowie kompletny mętlik, jakimś cudem zdołał wziąć się w garść.
- Skąd masz tę bliznę? - spytał tylko.
Vestara uśmiechnęła się szerzej, dziwnie łobuzersko. Na ten widok serce zabiło mu 

przyspieszonym rytmem.

- Ach, to pamiątka z czasów, kiedy zaczynałam nauki. Żeby udowodnić, że jestem godna, 

by dostąpić szkolenia, musiałam stawić czoło czterem rukarom. Karmiono je tak, żeby miały 
odpowiednią siłę, ale starano się nie wywoływać u nich stanu maksymalnej agresji. Miałam spore 
szanse.

Szli teraz wolniej, nie kierując się w żadne konkretne miejsce. Po chwili milczenia Ves 

podjęła:

- Rzuciły się na mnie wszystkie naraz, z wysuniętymi pazurami, tak długimi, jak moja dłoń, 

i ogonami najeżonymi zatrutymi kolcami... Zabiłam trzy, ale w ostatniej chwili, kiedy już-już 
zamierzyłam się na ostatniego, żeby porąbać go na kawałki, machnął łapą i chlasnął mnie prosto w 
usta. Stąd ta blizna.

Ben uśmiechnął się do niej współczująco. Niedawna sprzeczka odeszła w zapomnienie, 

rozwiała się niczym poranna mgła w promieniach wschodzącego słońca.

- Cóż, szczerze powiedziawszy, nie jestem pod wrażeniem. Jeśli o mnie chodzi, to... - Jego 

słowa zagłuszył nagły krzyk, dobiegający od strony straganów; zaraz potem rozległ się głośny huk i 
trzask. Przez chwilę Ben i Vestara patrzyli na siebie w osłupieniu; potem Skywalker dobył miecz i 
puścił się pędem w stronę targowiska - najszybciej jak umiał. Vestara była tuż za nim.

ROZDZIAŁ 7

Mos Eisley, Tatooine

Miała jedenaście lat, była brudna, wychudzona i stanowczo zbyt cwana; przynajmniej tak 

twierdził jej pan. Nazywała się Kitaya Shuul i była niewolnicą.

Tuż pod łopatką miała wszczepiony czip, dzięki któremu zawsze i wszędzie można było ją 

namierzyć. Jej pan, Hutt Truugo, zawsze wiedział, gdzie jest - o każdej porze dnia i nocy, a ona 
wiedziała, że cały czas jej pilnuje. Gdyby Truugo nie spodobało się miejsce, w którym dziewczynka 
przebywa, bez mrugnięcia okiem mógł zdetonować ładunek. A wtedy Kitaya nie byłaby już dłużej 

background image

ani brudna, ani wychudzona, ani zbyt cwana, bo nie zostałoby z niej nic poza kilkoma krwawymi 
strzępkami.

To jednak nie mogło jej powstrzymać.
Na jej szczęście, jednym z obowiązków, które często powierzał jej Truugo, było 

sporadyczne - no cóż, właściwie to regularne - szpiegowanie. Dopilnował, żeby nauczyła się kilku 
języków i żeby inni jego niewolnicy przekazali jej wszystko, co wiedzieli. Kit mówiła płynnie w 
czterech językach, a osiem dalszych rozumiała - potrafiła rozszyfrować zawarte w wypowiedziach 
informacje, jej ludzki język nie był jednak przystosowany do naśladowania ich dźwięków i tonacji.

Jak na ironię, służąc swojemu panu, planowała jednocześnie jego upadek.
Niewolnictwo praktykowano od zarania dziejów galaktyki. W czasach Republiki Tatooine 

była zbyt mało znaczącą planetką, żeby ktokolwiek na niej zawracał sobie głowę walką z 
niewolnictwem, a w dobie Galaktycznego Sojuszu nic się tak naprawdę nie zmieniło, bo planeta nie 
dołączyła do nowego ustroju. Tatooine, tak jak przez większość swoich dziejów, była pozostawiona 
sama sobie. Każdy musiał tu się troszczyć o siebie.

A Kit miała twardy zamiar zostać jedną z osób, które zniosą niewolnictwo.
Wszystko zaczęło się od książek, przemyconych na czipach albo zakodowanych pośród 

instrukcji naprawczych w datapadach. Czy była to poezja, czy proza, literatura faktu czy fikcja, Kit 
chłonęła wszystko równie chciwie jak każdą kroplę wody na tym suchym, jałowym świecie. Wśród 
jej lektur były historie o rewolucjach i pokojowych negocjacjach, świadectwa aktów przerażająco 
brutalnych i nieskończenie miłosiernych, opowieści o jednostkach i sagi rozmaitych ludów. A 
wszystko to nieustannie ją inspirowało.

Wkrótce udało jej się nawiązać kontakt z kilkoma osobami, które prowadziły tu „interesy”. 

Tak się składało, że owe „interesy” załatwiano w lokalach, do których Truugo wysyłał ją na 
przeszpiegi. Przez jakiś czas Kit żyła w strachu, że ktoś ją w końcu nakryje albo że Hutt wyśle ją z 
misją szpiegowania któregoś z jej kontaktów.

Nazywali siebie Lotem Wolności i walczyli o zniesienie niewolnictwa w całej galaktyce - 

nie tylko na tych światach, których mieszkańcy mieli na tyle przyzwoitości, żeby zabronić niecnych 
praktyk. Czasem udawało im się w ten czy inny sposób znaleźć przedstawicieli danego ludu, 
których głos się liczył na ich ojczystej planecie, i skłonić do działania na rzecz zmiany sytuacji. 
Bywało też, że ich organizacja - jeśli tak tajemniczą i działającą w ukryciu grupę można było w 
ogóle określić tym mianem - pomagała jednostkom w ucieczce z niewoli, w przybieraniu nowych 
tożsamości i rozpoczynaniu nowego życia. Uczestników ruchu prowadzących te akcje nazywano 
pilotami, a przebieg ich misji określano mianem „trasy lotu”. Takie „trasy” dzieliły się na kilka 
etapów, a większość pilotów znała tylko niewielkie odcinki szlaków, którymi przerzucali 
uciśnionych na upragnioną wolność. Przyczyna takiego podziału była prozaiczna - tak było 
bezpieczniej, na wypadek gdyby kogoś schwytano.

Kit nie mogła uciec i doskonale o tym wiedziała. Wszystko wskazywało na to, że 

niewolnictwo dotrzymuje kroku nowinkom technicznym; za każdym razem, kiedy już-już 
wydawało się, że znaleziono sposób na rozbrojenie urządzenia ograniczającego albo 
zdemontowania jakiegoś szczególnie wymyślnego, podporządkowującego mechanizmu, 
wymyślano następne. Kitaya już do tego przywykła, zresztą właściwie to nie miała wcale tak źle - a 
na pewno lepiej niż inni, o których słyszała. Jej pan bił ją tylko wtedy, kiedy był z niej 
niezadowolony, no i nie przymierała głodem. Cóż, przynajmniej przez większość czasu. Wiedziała, 
że najlepszym dla niej wyjściem byłoby zostać tutaj, na Tatooine, w niewoli u tej wielkiej, oślizgłej 
larwy.

Założyła za ucho pasemko brudnych, zmierzwionych włosów i przyspieszyła kroku; bose, 

poznaczone zgrubieniami stopy wybijały rytm na ubitym piachu, kiedy zmierzała do miejsca, w 
którym miała dziś szpiegować dla Truugo.

Nie bała się, że ktoś ją rozpozna. Mało kto ją tu znał, bo rzadko zadawała się z 

miejscowymi, a proste sztuczki, takie jak zmiana koloru włosów, nowa peruka, odpowiednia 
postawa, protezy albo zmiana ubrania na bardziej niechlujne czy całkiem przyzwoite sprawiały, że 
za każdym razem trudno w niej było rozpoznać tę samą osobę. Chociaż poruszała się szybko, nie 

background image

biegła, żeby nie zwracać na siebie niepotrzebnie uwagi; prędko pokonywała uliczki zaśmieconego 
portu kosmicznego. Nawet o tej porze kręciło się tu sporo istot - Mos Eisley nigdy nie spało, zresztą 
nikt nie przestrzegał tu ścisłych godzin prowadzenia działalności, bo to źle wpływało na interesy.

W pobliżu kantyny Kit nieco zwolniła. Lokal, zwany oficjalnie kantyną Chalmuna - chociaż 

nikt tak o nim od dawna nie mówił - miał od dziesięcioleci reputację miejsca, w którym szemrane 
typy załatwiają swoje ciemne sprawki. Zdaniem Truugo, serwowano tu też najlepszego 
sarlakogrzmota w mieście. Jak zwykle, w lokalu wrzało jak w ulu; jeszcze zanim weszła do środka, 
Kit ledwie zdążyła uskoczyć przed wytaczającym się z knajpy zwalistym Gamorreaninem. Potężna 
istota łypnęła na nią maleńkimi, świńskimi oczkami i chrząknęła złowrogo. Dziewczynka znała 
gamorreański, ale tego dnia słyszała już sporo gorszych obelg, więc tylko zeszła ewidentnie 
wstawionemu delikwentowi z drogi i zaczekała, aż zniknie w mroku.

Kiedy upewniła się, że w pobliżu nikt się nie kręci, znalazła sobie miejsce pod ścianą w 

pobliżu wyjścia - nie na tyle blisko, żeby ktoś ją niechcący stratował, ale wystarczająco, żeby 
widzieć wchodzących i dobrze wszystko słyszeć dzięki aparaturze wzmacniającej głos.

Usiadła na starym kocu i wyciągnęła zza pazuchy ceramiczną miseczkę. Przygarbiła się, 

bardzo przekonująco symulując zmęczenie i cierpienie. Lewą rękę zgięła w łokciu, a dłoń zacisnęła 
na ramieniu, więc luźny rękaw dawał w półmroku wrażenie - nawet z bardzo bliska - że pod ścianą 
siedzi nieletnia kaleka, żebrząca o jedzenie i kredyty. Słuchawka w uchu wyłapywała i wzmacniała 
wszystkie sygnały - a skupiania się na dźwiękach i rozpoznawania ich Kit była uczona od małego.

Słyszała kroki, stukot kopyt, skrzypienie kół przejeżdżających w pobliżu pojazdów, 

wzbijających w powietrze kłęby kurzu. Wyciągnęła błagalnie drugą rękę i zaczęła wodzić 
wzrokiem za przechodniami. Wpatrywała się w nich intensywnie ogromnymi niebieskimi oczami, 
które wydawały się za duże w wychudzonej i umorusanej twarzyczce.

- Kilka kredytów! - zagadywała błagalnie. - Coś na ząb! Proszę, będę wdzięczna za każdy 

kęs jedzenia albo trochę drobnych...

Kitaya nie oczekiwała, że ktoś zwróci na nią uwagę, bo na Tatooine nikt nie miał czasu dla 

nędzarzy i pokrzywdzonych przez los - i rzeczywiście, przez większość czasu była dla kłębiącego 
się wokół tłumu dosłownie niewidzialna. Od czasu do czasu ktoś rzucił jej kredyta albo coś do 
jedzenia. Przyglądała się tłumowi bystrym wzrokiem - na pozór w poszukiwaniu kogoś, kto się nad 
nią zlituje, jednak w istocie próbując wyłowić ze zbiorowiska twarzy tę jedną, jedyną.

Nie musiała długo czekać. Wkrótce spostrzegła ubranego w ciemne, znoszone szaty 

Bothanina; większość jego pyska skrywał cień rzucany przez głęboki kaptur, więc przyglądała mu 
się dobrą chwilę, zanim się upewniła, że jest tym, kogo szuka. Bothanie mieli z natury skłonność do 
uczestniczenia w mętnych przedsięwzięciach, więc na Tatooine często można było ich spotkać. Tak 
czy inaczej, ten tutaj był osobą, w której poszukiwaniu Kit się tu zjawiła, nie miała co do tego 
wątpliwości.

Nadstawiła uszu i wsłuchała się w hałas dobiegający z kantyny: muzykę zespołu, zgrzyt 

przesuwanych krzeseł i szczęk szklanek; szybko przefiltrowała gwar, skupiając się na głosach 
gości. Rozpoznała rozmowę kilku Twi’lekanek, namawiających klientów na małe sam na sam, 
charakterystyczne charczenie toydariańskiego hazardzisty Yola Saana, sprytnego oszusta, który 
dawał się specjalnie ogrywać na tyle często, żeby nie skończyć z twarzą w piachu na tyłach 
kantyny; słyszała kilku przekrzykujących się piskliwie, bez wątpienia zalanych w trupa Jawów, a 
także paru przedstawicieli innych ras, omawiających szczegóły transakcji kupna, sprzedaży i 
wynajmu statków. Innymi słowy, wieczór jak co dzień.

Bothanin wszedł do środka, zupełnie nie zwracając uwagi na Kit, która dalej grała rolę 

biednej kaleki, jednocześnie wciąż czujnie nadstawiając uszu.

Teraz Bothanin odezwał się łagodnym, śpiewnym, miłym dla ucha tonem. Mówił w 

ojczystym języku, więc Kit nie miała najmniejszego problemu ze zrozumieniem cichych, 
gardłowych pomruków, akcentowanych co jakiś czas przeciągłym warknięciem. Tajemniczy gość 
zamówił u pracującej na nocną zmianę Ackmeny Gwiezdną Niespodziankę. Kobieta przywitała go 
dość uprzejmie, podała zamówionego drinka i wróciła do obsługiwania innych klientów, a Bothanin 
ruszył do stolika, wymieniając po drodze zdawkowe grzeczności z kilkoma bywalcami. Chwilę 

background image

później podeszła do niego jedna z Twi’lekanek, zanim jednak zdążyła przedstawić swoją 
propozycję, wszedł jej w słowo:

- Wybacz, złotko, ale nie jestem zainteresowany. Nie żebyś nie była słodziutka...
Wszystko wskazywało jednak na to, że Twi’lekanka od komplementów woli twardą walutę, 

bo odwarknęła dość niecenzuralnie. Kit stłumiła uśmiech i wróciła do podsłuchiwania. Po jakimś 
czasie zaczęła się trochę niepokoić, bo Bothanin długo milczał. Może Truugo miał złe informacje? 
Wiedziała jednak, że jeśli wróci do swojego pana z pustymi rękami, będzie bardzo niezadowolony i 
nie omieszka jej tego okazać. Poruszyła się niespokojnie na zmiętym kocu.

- Spóźniłeś się. - Na dźwięk kobiecego głosu dziewczynka zmarszczyła brwi. Był lekko 

zachrypnięty i Kit znała go aż za dobrze - należał do Ackmeny, która cieszyła się na Tatooine 
dużym szacunkiem i była tu bardzo popularna. Zaczynała pracę jako barmanka na nocną zmianę, a 
sławę zyskała dzięki wokalnym występom. Chociaż nie musiała tego robić, jakiś czas temu wróciła 
na stare śmiecie i stanęła znów za barem - pewnie z sentymentu albo z nudów. I chociaż w kantynie 
zawsze było tłoczno od przyjezdnych, nie brakowało tu także stałych bywalców, którzy wprost 
uwielbiali tę szorstką w obejściu, ale w gruncie rzeczy ciepłą kobietę. Nigdy nie zdradziła, ile ma 
lat (chociaż wszyscy wiedzieli, że musi mieć dobrze po osiemdziesiątce), a jednak tryskała energią, 
której mogła jej pozazdrościć niejedna młódka. Kit była zaskoczona i zmartwiona, że to Ackmena 
jest uwikłana w jakieś brudne interesy, które na pewno zainteresują jej pana.

- Obawiam się, że nie miałem innego wyjścia - odparł Bothanin. - Chyba zwróciłem na 

siebie czyjąś uwagę.

Czyjeś palce zabębniły o stół.
- Tobie odrobina uwagi nie zaszkodzi. Ale pilotom tak.
Kitaya ugryzła się w język, żeby stłumić okrzyk zaskoczenia.
Rozejrzała się ukradkiem dookoła, ale wyglądało na to, że nikt nie zwracał na nią uwagi. 

Nie wierzyła własnym uszom! Jeśli się nie myliła, to ten Bothanin, którego polecono jej 
podsłuchiwać, i popularna barmanka byli członkami Lotu Wolności!

- Masz rację - przytaknął cicho Bothanin. - Pilot, którego drogę przejąłem, ostatnio... się 

wycofał.

Tak, teraz wszystko nabrało dla Kit sensu. Przełknęła dławiącą ją w gardle grudę, kiedy 

uświadomiła sobie, że jej kontakt, Ryn o imieniu Tohrm, musiał zostać zamordowany przez jedną z 
organizacji czerpiących zyski z handlu niewolnikami. Zjawił się na Tatooine kilka tygodni temu; 
Kit uznała po prostu, że ostatnio go nie widać, bo zaczęło się robić niebezpiecznie i wolał 
przeczekać. Cóż, najwyraźniej miała rację; niebezpieczeństwo okazało się poważniejsze, niż 
sądziła.

Teraz musiała jednak zdecydować, co robić. Wysłano ją z poleceniem śledzenia Bothanina, 

więc nie mogła wrócić bez informacji, ale też nie mogła powiedzieć Truugo prawdy. Żałowała, że 
nie wie, dlaczego Hutt kazał jej go szpiegować, bo wtedy mogłaby zmyślić na poczekaniu jakąś 
wiarygodną historyjkę... Słuchała uważnie dalszej rozmowy, jednocześnie próbując znaleźć wyjście 
z tej trudnej sytuacji.

- Przykro mi to słyszeć - szepnęła Ackmena i Kit poznała, że kobieta mówi szczerze. - Jakoś 

wierzyłam, że po prostu znalazł sobie inne zajęcie... - Głośniej zaś dodała: - Mam nadzieję, że 
poradzisz sobie z transportem tego tedoniańskiego wina tak dobrze jak Tohrm.

- Jeszcze nie zdarzyło mi się zgubić przesyłki - uspokoił ją Bothanin i parsknął śmiechem.
Tak, to było to! - olśniło nagle Kit. Przemyt! Dzięki temu nie będzie musiała wciągać w to 

Ackmeny i może zdoła...

Przerwała rozmyślania na widok postaci po drugiej stronie wąskiej, ruchliwej uliczki. Istota 

nie spuszczała oka z drzwi kantyny i dziewczynka natychmiast wzmogła czujność. Zachowywała 
się jakby nigdy nic, ale dalej chłonęła każde dobiegające z wnętrza knajpy słowo, jednocześnie 
kątem oka obserwując podejrzanego gapia.

Przez kilka następnych minut para wewnątrz gawędziła o niczym, a postać po drugiej 

stronie ulicy ani drgnęła. Kit musiała jednak przyznać, że kimkolwiek była, opanowała do perfekcji 
zdolność wtapiania się w otoczenie.

background image

- Niestety, muszę się zająć klientami, a moja mała Chadra-Fanka zazwyczaj traci głowę 

dwadzieścia minut po tym, jak zostawię ją za barem samą - westchnęła wreszcie Ackmena. - Jeśli 
wpadniesz pojutrze, będę miała dla ciebie gotowy towar.

Kit poczuła ukłucie lęku. „Towar” oznaczał oczywiście przemycanych niewolników, ale na 

pewno nie byli to tutejsi, tatooińscy słudzy - ci mieli wszczepiane nadajniki. Niewolnicy z innych 
światów byli często transportowani na Tatooine, żeby w ukryciu czekać na transport do wolności. 
Kitaya przywykła już do myśli, że ona sama może tylko marzyć o opuszczeniu tej sterty piachu.

Odprowadziła spojrzeniem Bothanina, który wyszedł z kantyny, łopocząc długą peleryną, i - 

tak jak wcześniej - nie zwrócił na nią uwagi. No tak, piloci nie mogli sobie pozwolić na publiczne 
okazywanie współczucia. Musieli zgrywać twardzieli. Kiedy członek Lotu Wolności zniknął jej z 
oczu, poszukała wzrokiem tajemniczego obserwatora, jednak nie było po nim śladu.

Stang! - wyrwało jej się, a serce zatrzepotało gwałtownie w piersi. Wiedziała, że może 

zostać na swoim posterunku jeszcze przez chwilę, a potem wrócić do Truugo z jakąś wymyśloną na 
poczekaniu historyjką i nikt nie będzie nic podejrzewał. Nikt nie będzie miał do niej pretensji...

Nikt, z wyjątkiem niej samej.
Kit podjęła decyzję i wstała; spakowała swój skromny dobytek w małe zawiniątko i ruszyła 

w ślad za bothańskim pilotem. Przedzierając się zwinnie przez tłum z wprawą nabytą podczas 
długoletniej praktyki, uwolniła z rękawa zgięte ramię, krzywiąc się lekko, kiedy do zdrętwiałej 
kończyny wróciło krążenie.

Wypatrzenie Bothanina w tłumie nie zajęło jej wiele czasu; w tej okolicy ruch był nieco 

mniejszy i Kitaya zwolniła, rozglądając się za obserwatorem spod kantyny. Wkrótce go namierzyła 
- trzymał się kilka kroków za pilotem. Od Bothanina dzieliła go podobna odległość, co ją od 
tajemniczego obserwatora. Śledził jej cel, nie miała co do tego wątpliwości.

Kilka metrów dalej ulica była praktycznie wyludniona. Dziewczynce zaschło w ustach; z 

trudem przestawiała sztywniejące ze strachu nogi, ale zaszła za daleko, żeby teraz zawrócić. 
Bothanin najwyraźniej nie wiedział, że jest śledzony. A może wiedział? Tak czy inaczej, nie mogła 
ryzykować.

Wyczulony słuch, szkolony od małego do wyłapywania wszelkich strzępków sygnałów, 

pozwolił jej dosłyszeć dźwięk wysuwanego z pochwy ostrza.

Zareagowała instynktownie, bez zastanowienia - jednym susem doskoczyła do śledzącej 

Bothanina postaci, wbijając jej paznokcie w policzki. Bothanin zareagował równie szybko, 
zaalarmowany nagłym ruchem - obrócił się na pięcie i wycelował podręczną broń w pierś śledzącej 
go istoty. Całe zajście trwało dosłownie kilka sekund i przebiegło w niemal całkowitej ciszy. Kit 
usłyszała lekki szelest i chwilę później ciało napastnika zwaliło się z głuchym jękiem na ziemię. 
Natychmiast zerwała się na równe nogi, dysząc ciężko, wpatrzona szeroko otwartymi oczami w 
trupa.

- Kim jesteś? - usłyszała i odwróciła się w stronę Bothanina, który trzymał ją na muszce 

dziwnej broni, tej, co przed chwilą odesłała niedoszłego zabójcę na tamten świat. Z twarzy 
odpłynęła jej cała krew.

- Nn... nazywam się Kitaya - wykrztusiła. - Znałam Tohrma. Jestem niewolnicą.
Bothanin zmrużył oczy w wąskie szparki.
- Udowodnij!
Odwróciła się do niego plecami i odsłoniła spod koszuli lekko wybrzuszone miejsce pod 

łopatką, w które wszczepiono jej czip nadajnika.

- No tak... - bąknął, wyraźnie zmieszany. - Wybacz. Nie powinnaś była tego robić - 

upomniał ją. - Mogłaś zostać ranna albo nawet zginąć. Wiedziałem, że mnie śledzi.

Kit spuściła wzrok i podciągnęła koszulę.
- Mało brakowało, a dałabym się nabrać - burknęła.
- Ja go nabrałem, chyba nie zaprzeczysz? - odparł Bothanin. Ich oczy się spotkały i 

uśmiechnęli się do siebie. Pilot uklęknął obok trupa i przeszukał ciało. Kit zauważyła, że ma na 
dłoniach rękawiczki.

- Kto to był? - spytała.

background image

- Trudno stwierdzić. - Bothanin wzruszył ramionami. - Prawdopodobnie członek jakiejś 

przestępczej organizacji handlującej żywym towarem. Ostatnio zaczęli węszyć wśród członków 
Lotu.

Kitayi zrzedła mina, bo przypomniała sobie, po co jej pan wysłał ją do kantyny dziś 

wieczór.

- Je, eee... kazano mi cię szpiegować - wyznała, spuszczając wzrok. - Ale nie martw się. 

Wymyślę dla mojego pana jakąś historyjkę. Jesteś ostatnią osobą, którą chciałabym wpędzić w 
tarapaty. To znaczy - poprawiła się - oprócz Ackmeny.

Bothanin przytaknął i lekko zjeżył futro.
- Dzięki, mała - mruknął. - Niechętnie proszę cię o jeszcze jedną przysługę, ale... czy 

mogłabyś się skontaktować z Ackmeną i dać jej znać, że będziemy musieli przełożyć sprawę 
naszego... transportu do czasu, zanim nie podeślę do niej kogoś innego?

Kit pokiwała entuzjastycznie głową.
- Jasne, nie ma sprawy.
- Dzięki. Chciałbym móc coś dla ciebie zrobić...
Spojrzała na niego ze ściągniętymi brwiami.
- Właśnie coś dla mnie robisz - powiedziała cicho, a po chwili milczenia dodała motto Lotu: 

- „Będziemy wolni”.

Bothanin podszedł do niej i uścisnął delikatnie jej ramię.
- Tak - potwierdził. - Będziesz. - Owinął się szczelniej ciemną peleryną, obejrzał się ostatni 

raz za siebie i zniknął w mroku.

Minęła dobra chwila, zanim do Kit dotarło, że nie zapytała go nawet o imię.

ROZDZIAŁ 8

Nie! Nie, nie, nie, nie!
Wszystko stracone! Bezpowrotnie... Dyon nie miał pojęcia, skąd to wie, ale doznał nagłego 

olśnienia. Fałsz, fałsz i obłuda, kołatało mu się po głowie. Nikt z nich nie był prawdziwy; żadne z 
nich nie było tym, za kogo się podawali - wszyscy udawali, ci podli oszuści, a on był jedyną osobą, 
która przejrzała ich podły spisek.

Ale dlaczego w ogóle przybyli tutaj, do tej zapuszczonej nory, na Klatooine? Dlaczego 

zawracali sobie głowę udawaniem sprzedawców owoców?! I co od niego chcieli? Przecież nawet 
nie był Jedi, tylko przypadkową osobą, która próbowała na Dathomirze zarobić na życie...

- Sześćdziesiąt kredytów - zażądał Nikto obsługujący stragan i spojrzał wyczekująco na 

niego swoimi paciorkowatymi, czarnymi oczkami.

Na wszystkie nieba galaktyki! - przeszło spanikowanemu Dyonowi przez myśl. Oni czytają 

w myślach! Skąd ten typ wie, że właśnie myślał o kredytach?! Zrosił go zimny pot. Miał ochotę 
stąd uciec, krzyczeć, poprzewracać stoliki i dać nogę z tego piekła najszybciej jak się da; czuł się 
jak zapędzona w kąt bestia, którą czeka rychła śmierć - albo pojmanie. Albo - nie daj Mocy - 
sklonowanie... skopiowanie? Nie miał pojęcia, jak tego dokonali.

Z trudem zachował względny spokój. Miał niejasne wrażenie, że gdzieś na krańcach jego 

skołatanego umysłu czai się wyjaśnienie... rozwiązanie... Czy jest zwierzyną, którą chcą upolować?

Nie, poprawił się szybko w myśli. Jestem człowiekiem. To oni są bestiami, potworami, ale 

wiem, jak je wytropić i schwytać. Nikto... nie, poprawił się znów Dyon. Nie Nikto, tylko 
przedstawiciel jakiejś obcej rasy, o której nic nie wiedział - jeszcze - nie był tym, za kogo się 
podawał, tylko oszustem, jednym z tych, którzy z jakichś niezrozumiałych przyczyn usunęli 
mieszkańców tego świata i podmienili ich sobowtórami. Rozmiar i nikczemność tego 
przedsięwzięcia były nieprawdopodobne, trudne do ogarnięcia umysłem, porażające...

Nie-Nikto łypnął na niego spode łba, wyraźnie nachmurzony - a ponieważ przedstawiciele 

tej rasy zawsze sprawiali wrażenie ponurych, grymas wyglądał naprawdę groźnie.

- Masz pieniądze czy nie, człowieku? - warknął i Stadd z niedowierzaniem zdał sobie 

background image

sprawę, że tamten się z niego natrząsa. Nieprawdopodobne! Miał czelność jeszcze podkreślać, że 
Dyon został jedynym człowiekiem na tej planecie. A może w całej galaktyce? Czyżby to oznaczało, 
że...

Odwrócił się i poszukał wzrokiem Bena i Vestary. Nie było po nich śladu. No jasne, że nie 

było po nich śladu! - zreflektował się. Niech to szlag! A więc oni też... Ich też to spotkało - nie byli 
tymi, za których się podawali. A na pewno Vestara. W końcu była Sithanką, a wszyscy wiedzieli, 
że Sithom nie można ufać. Będzie musiał powiedzieć o wszystkim Luke’owi, jak tylko...

Nic z tego... - uzmysłowił sobie nagle, a wnętrzności skręcił mu lodowaty strach. Przecież 

Luke też został podmieniony! I teraz to coś... ten ktoś, kto go pojmał albo co gorsza zabił, nosił 
twarz i ciało Wielkiego Mistrza Luke’a Skywalkera jak kostium.

Oblizał spierzchnięte wargi i zmusił się do zachowania spokoju. Tak, tylko spokój mógł go 

uratować. Musi nad sobą panować. Nie-Ben i nie-Vestara musieli być gdzieś w pobliżu, ukrywając 
się przed jego wzrokiem i przygotowując atak na niego w chwili, kiedy tylko okaże, że wie, co się 
święci. Nie dopuści do tego, co to, to nie, postanowił z mocą. Uśmiechnął się słabo do Nikta, który 
westchnął ciężko.

- No dobra - mruknął. - Twardy z ciebie klient. Pięćdziesiąt kredytów. Ale ani kredyta 

mniej. To rozbój w biały dzień. Na całej planecie nie znajdziesz skappi lepszych od moich.

Niesamowite, jak zgrabnie wychodziło temu... Obcemu udawanie prawdziwego Nikto. 

Dyon poczuł nawet dla niego coś w rodzaju podziwu. Ale jak ma wybrnąć z tego impasu? Czy 
powinien kupić owoc i po prostu odejść, jakby nigdy nic? Nie, uznał po namyśle. Nie może mieć 
zajętych rąk, jeśli przyjdzie mu walczyć.

- Rozmyśliłem się - poinformował sprzedawcę, z trudem opanowując drżenie głosu.
Nie-Nikto posłał mu gniewne spojrzenie i wskazał pazurzastym palcem na owoc w dłoni 

Dyona. Stadd kompletnie zapomniał, że go trzyma. Ściskał go tak mocno, że skórka popękała, a 
lepki sok i miąższ spływały mu po ręce.

- Musisz zapłacić przynajmniej za ten jeden - oznajmił nie-Nikto. - I przestań blokować 

kolejkę. Ustąp miejsca tym, którzy wiedzą, co chcą kupić.

Koszula przylgnęła Dyonowi do ciała; był cały mokry, ale nie od potu spowodowanego 

pustynnym żarem. Sięgnął do jednej z licznych kieszeni w kamizelce i wyszperał czip kredytowy, 
który czym prędzej rzucił sprzedawcy.

Ten parsknął śmiechem, wyraźnie udobruchany.
- To najlepsze skappi na Klatooine, ale aż tyle nie kosztuje! - zapewnił go. - Poczekaj 

chwilę, zaraz wydam ci resztę.

Dyon nie miał zamiaru zostać tu ani chwili dłużej. Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem 

ruszył przed siebie. Nie miał pojęcia, gdzie idzie; wiedział tylko, że musi stąd uciec. Musi...

- Hej! Twoja reszta!
Dyon przyspieszył kroku, ale nagle, jakby znikąd, wyrósł przed nim Klatooinianin w 

plastoidowej zbroi. W kaburze na biodrze miał pistolet blasterowy WESTAR-34, który - choć 
podniszczony - wyglądał bez dwóch zdań na sprawny. Uśmiechał się do Dyona. Fałszywie.

- Halo, nie tak prędko! Chyba zapomniałeś reszty - powiedział radośnie.
Ten Obcy najwyraźniej starał się zablokować mu drogę! Nie chcieli dopuścić, żeby im 

uciekł. Dyona ogarnęła fala paniki. Musiał działać!

Nie wiedział, co go do tego pchnęło - działał pod wpływem impulsu; położył rękę na szyi 

Obcego, ścisnął ją lekko i powiedział:

- Śpij.
Strażnik bez słowa protestu zwalił się na ziemię, posłusznie zamknął oczy i zachrapał 

donośnie.

Ktoś w tłumie krzyknął, a wtedy Dyon wyciągnął rękę i nagle z licznych stoisk 

poszybowały w powietrze setki obiektów: noże, owoce, połcie mięsa, a nawet grad małych żab. 
Dyon cisnął tym wszystkim w Obcych, a potem jakby nigdy nic podniósł drugą dłoń i stojący w 
pobliżu stół, zarzucony stertami okrągłych, żółtych owoców, poszybował w górę. Zawisł na chwilę 
i runął prosto na zgromadzony tłum. Rozległy się okrzyki strachu i bólu.

background image

Dyon przykucnął przy śpiącym strażniku, wyjął z jego kabury blaster i co sił w nogach 

pobiegł ku piaszczystym wydmom - ku wolności.

Teren handlowy najniższego poziomu miasta otaczał parking zastawiony najróżniejszymi 

pojazdami i zwierzętami jucznymi, a dalej rozciągało się brudne ogrodzenie - na pierwszy rzut oka 
bardziej symboliczne niż funkcjonalne. Pojazdy stały w równych, schludnych rzędach - z przerwą 
w pobliżu bramy, obok której leżał zakrwawiony Klatooinianin, trzymający się zdrową ręką za 
zranione ramię, z którego wciąż jeszcze unosił się dym. Próbował bezskutecznie podźwignąć się na 
nogi. Był ranny, ale nie śmiertelnie, zresztą kilka osób już mu biegło na pomoc.

W oddali, nad wydmami, unosiła się chmura piachu.
- Ukradł pojazd! - zauważyła Vestara, choć to było oczywiste.
- Tak - potwierdził Ben, też całkiem niepotrzebnie. Oboje wiedzieli, że sprawcą zajścia był 

Dyon. Ben sięgnął ku mężczyźnie poprzez Moc. Stadd, przerażony, natychmiast spróbował ukryć 
się przed dotykiem chłopca - tak samo jak Ben chował się przed mackami tajemniczego 
„przyjaciela”, próbującego go wybadać z Otchłani. Vestara także bez trudu rozpoznała znajomą 
obecność.

Ben rozejrzał się szybko dookoła. Większość pojazdów miała już swoje lata i pamiętała 

lepsze czasy, ale wśród nich był jeden skuter repulsorowy, który rokował nadzieje, że nie rozsypie 
się przy pierwszym dotknięciu - o ile obejdą się z nim odpowiednio łagodnie.

- Chyba powinniśmy też coś ukraść i lecieć za nim - zaproponował.
- Jedi? - Vestara nie posiadała się ze zdumienia. - Ukraść?
- Hm, no cóż, właściwie nie tyle ukraść, co pożyczyć - stwierdził wymijająco Ben. - To taka 

stara tradycja Jedi. Chodź. Tamten wygląda całkiem nieźle.

Ves wzruszyła ramionami, wyciągnęła rękę, zwinęła ją w pięść i szarpnęła. Skuter uniósł się 

ze swojego miejsca parkingowego, wzleciał nad rzędy śmigaczy, sprzęt rolniczy i kilka sztuk bydła, 
które zabeczało, zaniepokojone tym dziwnym widokiem, a potem pofrunął i opadł miękko na hałdę 
piasku jakiś metr od nich. Teraz to Ben zrobił wielkie oczy. Dziewczyna manewrowała pojazdem 
za pośrednictwem Mocy z taką łatwością, jakby nie ważył więcej niż pak’pah. Kiedy zauważyła 
jego osłupienie, wyszczerzyła zęby w uśmiechu i Ben szybko się opamiętał.

- No tak, dobra - bąknął, wskakując na siodełko i odpalając silnik. - To może ja poprowadzę.
Vestara wskoczyła na siedzenie za nim i oplotła go ramionami, a chwilę później skuter 

obudził się do życia. Szczęśliwie odwrócony plecami do dziewczyny, pozwolił sobie na uśmiech 
zadowolenia, kiedy poczuł na ciele jej dotyk; obrócił obejmy kierownicy i ruszył w ślad za 
spłoszonym Dyonem.

- Jak myślisz, dokąd poleciał? - spytał Sithankę, próbując przekrzyczeć szum wiatru i ryk 

silnika.

- Z tego, co pamiętam z mapy - odkrzyknęła Vestara - Treema to jedyne duże miasto w 

promieniu kilkuset kilometrów. Gdyby naprawdę chciał uciec, powinien był ukraść statek.

- Logika to ostatnia rzecz, której można się spodziewać po tych Jedi, kiedy im odbija - 

odparł Ben.

Ale gdzie też Dyon mógł się kierować? Przy podróży śmigaczem, zanim dotrze 

gdziekolwiek, skończy mu się woda; ślad prowadził na zachód, ku nabrzmiałemu dyskowi 
purpurowego słońca.

- Fontanna! - wykrzyknęła nagle Vestara.
- Fontanna Przedwiecznych Huttów? - Ben zmarszczył brwi. Po co Dyon miałby tam lecieć? 

Ale przecież... co skłaniało wszystkich szalonych Jedi do podejmowania dziwnych decyzji? - 
uprzytomnił sobie. Choremu umysłowi podobne działania musiały się wydawać całkiem logiczne.

- Na zachodzie jest tylko jeden obiekt oprócz Treemy - argumentowała Vestara. Objęła go 

ciaśniej jedną ręką w pasie, a drugą wskazała jakiś punkt na horyzoncie. - Zobacz. O, tam. Widzisz 
to migotanie? To na pewno ona.

No tak, wspaniale, pomyślał z przekąsem Ben. Szalony użytkownik Mocy na skuterze, 

background image

lecący prosto do starożytnego, uświęconego miejsca, od którego w promieniu kilometra zabronione 
było korzystanie z wszelkiej technologii. Ben sięgnął po komunikator, ale lecieli tak szybko, że 
zdjęcie ręki z kierownicy niebezpiecznie przechyliło ją na bok. Zaklął pod nosem.

- Połącz się z moim ojcem - poprosił Vestarę. - Powiedz mu, co się stało.

- Mistrzu Skywalker? - głos należał do Vestary, ale zagłuszał go jakiś hałas... szum wiatru? 

Luke zmarszczył lekko brwi.

- Vestaro? Wszystko w porządku? Gdzie Ben?
- Nie, nie wszystko w porządku, a Ben jest razem ze mną - wyjaśniła. - Ścigamy Dyona 

Stadda. Wygląda na to, że podczas wizyty na rynku coś mu odbiło. Zaczął być agresywny i 
zaatakował przechodniów.

Luke przymknął oczy. Tylko nie to... tylko nie teraz, pomyślał z udręką. Cóż, pocieszył się, 

dobrze chociaż, że - najwyraźniej dzięki sithańskiemu wychowaniu - Vestara nawet w sytuacji 
krytycznej nie traciła głowy i umiała zrelacjonować sytuację jasno i rzeczowo. Spokojnie, po kolei, 
powtórzył sobie w myśli.

- Czy są jakieś ofiary? Ranni? Zabici?
- Nic oprócz kilku koszy rozkwaszonych owoców i potrzaskanych skrzynek - 

poinformowała Vestara.

Udzieliło jej się zdenerwowanie Bena. To by było na tyle, jeśli chodzi o zwięzłość i 

rzeczowość, westchnęła w duchu.

- Cóż, tak naprawdę oberwało się kilku osobom, ale ani Ben, ani ja nie wyczuliśmy ofiar 

śmiertelnych.

- No, to już coś - odetchnął Luke. - Czy wiecie, dokąd ucieka?
- Kieruje się dokładnie na zachód od Treemy - odparła dziewczyna. - Leci skuterem 

repulsorowym, tak jak my. Najprawdopodobniej za jakieś pięć minut naruszy barierę wokół 
Fontanny.

- Czy wysłano już za nim jakieś lokalne służby?
Cisza.
- Tak - usłyszał wreszcie. - Za nami lecą cztery pojazdy naziemne i sześć powietrznych. 

Szybko się zbliżają.

- Co to za jednostki?
Znów krótkie milczenie.
- Nie rozpoznaję ich.
No tak, przecież była Sithanką, a na nich zawsze trzeba było brać poprawkę. Luke 

przypuszczał, że Vestara dobrze wie, z jakimi pojazdami mają do czynienia - może nawet lepiej niż 
Ben, ale uznał, że nie ma sensu ciągnąć jej za język.

- To bez znaczenia - stwierdził krótko. - Czy wyglądają, jakby zamierzali was... - Już miał 

powiedzieć „zaatakować”, ale jego wątpliwości rozwiał trudny do pomylenia z czymkolwiek innym 
odgłos blasterowej kanonady. - Vestaro?!

- Nic nam nie jest - zapewniła go spokojnym, pewnym głosem. - Chyba mają kiepskiego 

cela, zresztą większość strzałów udaje mi się odbijać. Poza tym chcą chyba raczej dorwać Dyona, 
nie nas.

- Gdzie Ben?
- Prowadzi.

Z każdą sekundą zmniejszali dzielący ich od Stadda dystans. Ben nie był specjalnym 

znawcą sztuki, ale musiał przyznać, że Fontanna Przedwiecznych robi wrażenie.

Wznosiła się nad piaszczystą równiną niczym gigantyczna, zastygła fala, a zadziwiała tym 

bardziej, że w takim otoczeniu wydawała się kompletnie nie na miejscu. Szkliste sople wintrium 
lśniły oślepiającym blaskiem w zachodzącym słońcu - tak mocno, że Benowi zaczęły łzawić oczy. 

background image

Zmrużył je i dalej podziwiał filigranową konstrukcję. Nie sądził, że będzie tu potrzebował 
ochronnych gogli, a wydarzenia przybrały tak niespodziewany obrót i potoczyły się tak szybko, że 
nie było czasu na ich szukanie. Zaczynał rozumieć, dlaczego jego ojciec tak bardzo nie lubił 
piaszczystych planet.

Tak czy inaczej, Fontanna była naprawdę niesamowita, a - o ile Ben się orientował - 

Tatooine nie miało turystom do zaoferowania nic innego, no, może poza efektownym zachodem 
bliźniaczych słońc. W każdym razie na pewno nie było tam niczego, co mogłoby się równać z 
Fontanną. Nawet z tej odległości wydawała się znacznie większa, niż się spodziewał. Nic 
dziwnego, że Klatooinianie otaczali ją taką czcią i tak się o nią troszczyli. Żałował, że nie może się 
jej dokładniej przyjrzeć, ale nie mieli czasu na podziwianie widoczków.

Ogień z blasterów co chwila rozbryzgiwał piasek w szklaną mgiełkę, a siedząca za nim 

Vestara wierciła się i często zmieniała pozycję (Ben musiał przyznać, że chociaż rozpraszające, 
było to całkiem przyjemne), starając się odbijać kierowane w ich stronę strzały. Dyon był już tuż-
tuż; chłopiec widział teraz, że on ma starszy model skutera. Zacisnął zęby i zaczął lecieć zakosami, 
próbując uniknąć ataku i jednocześnie skłonić Stadda do zawrócenia z obranej drogi, co 
pozwoliłoby uniknąć naruszenia świętego prawa Klatooine, ustanowionego dwadzieścia pięć 
tysięcy lat temu. Nagle poczuł ukłucie bólu w miejscu, w którym obejmowało go ramię Vestary, i 
aż się zachłysnął, zaskoczony i zły.

- Przestań! - krzyknęła mu prosto w ucho Vestara. - Przez ciebie trudniej mi odbijać strzały!
- Unikanie jest lepsze niż odbijanie - odgryzł się. - I nie waż się używać na mnie tego 

poodoo Ciemnej Strony.

- Jestem lepsza w odbijaniu niż ty w unikach - odburknęła Ves. - I nie zawaham się przed 

niczym, żeby powstrzymać tego szurniętego, niedorobionego Jedi, nawet używaniem poodoo 
Ciemnej Strony! - Była śmiertelnie poważna i Ben nagle zdał sobie sprawę, że przecież nawet nie 
zna znaczenia słowa poodoo. Nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. Śmiał się tak 
nieprzerwanie, dopóki Ves nie poraziła go następnym wyładowaniem energii Ciemnej Strony.

- Lecę do was „Cieniem Jade”, ale nie wiem, czy zdążę na czas - zabrzmiał w głośniku 

komunikatora głos Luke’a. - Musicie powstrzymać Dyona za wszelką cenę, a jeśli to możliwe, 
spróbujcie pojmać go żywcem.

- To chyba jasne! - obruszyła się Vestara. Ben poczuł, że podnosi dłoń i usłyszał lekkie 

skwierczenie, kiedy odbiła następny strzał. - Jest chory. Musimy mu pomóc.

- Wybacz, Vestaro, ale... w twoich ustach, to znaczy - w ustach Sitha, takie wyznanie nie 

brzmi zbyt przekonująco. Sithowie nie mają w zwyczaju wyrażać współczucia - stwierdził kwaśno 
Luke.

- Nie wszyscy Sithowie czerpią przyjemność z bezsensownego zadawania bólu i z zabijania 

- odparła Vestara. - A poza tym pamiętaj, że nasi uczniowie... - zaakcentowana skwierczeniem 
przerwa - także ucierpieli przez Abeloth, tak samo jak wasi Jedi. Jeśli mamy się dowiedzieć, o co w 
tym wszystkim chodzi, musimy schwytać i utrzymać przy życiu każdego z nich.

Co tu dużo mówić, miała rację, ale Ben w głębi duszy czuł, że dziewczyna po prostu 

próbuje usprawiedliwić swoją poprzednią reakcję, całkiem jakby wstydziła się tego, że okazała 
współczucie. Zastanawiał się, czy trafnie odgadł jej intencje, czy też po prostu próbuje przekonać 
sam siebie, że ona nie jest z gruntu zła. Po chwili jednak jego myśli zaprzątnęło coś innego.

Przed nimi wznosiło się ogrodzenie podobne do tego, które otaczało Treemę. Wszystko 

wskazywało na to, że była to jedyna bariera, która oddzielała Fontannę od zwiedzających. W 
różnych punktach ogrodzenia rozmieszczono bramki, oczywiście zamknięte na trzy spusty, ale tak 
naprawdę drewniany płot nie był żadną przeszkodą. Najwyraźniej lokalne władze pilnowały, żeby 
nawet tutaj nie znalazły się elementy mechaniczne, które zbrukałyby święte miejsce. Wszystko 
jednak wskazywało na to, że zakaz nie dotyczył strażników patrolujących teren. Byli ubrani w 
plastoidowe pancerze i uzbrojeni w ciężkie blastery DL-44 i wyglądali naprawdę groźnie - tym 
bardziej że te blastery były właśnie wycelowane w Dyona Stadda, który zdecydowanie zamierzał 
przelecieć skuterem przez jedną z zamkniętych bramek.

- Zeskakuj! Szybko! - krzyknął Ben.

background image

Vestarze nie trzeba było dwa razy powtarzać. W ułamku sekundy ona i Ben poderwali się z 

siodełka skutera i zgrabnie wylądowali na miękkim piasku. Podczas skoku Jedi dobył miecza; 
ledwie złapał równowagę, aktywował ostrze i natychmiast zabrał się do odbijania blasterowego 
ognia. Rozpędzony skuter leciał prosto na ścianę i stojących przy niej dwóch strażników, którzy na 
widok maszyny bez pilota podjęli jedyną słuszną decyzję i dali nura w bok. Sekundę później pojazd 
uderzył na pełnym gazie w ogrodzenie i chociaż nie przeleciał na drugą stronę, to wybił w deskach 
całkiem pokaźną dziurę, w której utknął do połowy.

Na dźwięk przenikliwego krzyku Ben odwrócił głowę, nie przestając jednak instynktownie 

odbijać kierowanych w ich stronę strzałów. Vestara stała nieopodal w lekkim rozkroku, z rękami 
wyciągniętymi przed siebie i z rozcapierzonymi palcami; na jej twarzy malował się grymas gniewu 
i nienawiści, a po dłoniach przelatywały niebieskie wyładowania Mocy, którymi raziła dwóch 
następnych strażników. Ciała mężczyzn zadrżały konwulsyjnie, a z ust wydarł im się rozdzierający 
krzyk. Dopiero wtedy uczennica Sithów podniosła ramiona i odepchnęła wijących się 
nieszczęśników na bok. Odwróciła się do Dyona Stadda, zmrużyła oczy i wyciągnęła ręce w jego 
stronę...

- Vestaro! - krzyknął Ben. - Nie! - Wiedział, co się za chwilę stanie.
Ves zamierzała zrobić to, o czym wspominał jego ojciec - postąpić tak, jak postąpiłby Sith, 

jak leżało w naturze Sithów: zamierzała ich zdradzić i zamordować z zimną krwią Dyona Stadda, 
bo Sithowie zawsze zabijali Jedi. Dane słowo nic dla niej nie znaczyło, tak samo jak Ben, bo była 
zaprzedana Ciemnej Stronie Mocy i...

W ostatniej chwili przed zderzeniem pilotowanego przez Stadda skutera z ogrodzeniem 

mężczyznę poderwała nagle do góry jakaś niewidzialna siła. Wrzasnął, zaskoczony, ale nie mógł 
nic poradzić - przeleciał w powietrzu jeszcze kilka metrów, a potem wylądował bezpiecznie na 
piasku.

W tym czasie jego maszyna zderzyła się z płotem i wśród fontanny drzazg została 

zredukowana do sterty złomu. Gdyby Dyon wciąż prowadził, zostałaby z niego mokra plama.

Zamrugał nieprzytomnie. Strzelanina ustała, bo wszyscy nagle rzucili się w stronę 

oszołomionego Jedi, który właśnie bezskutecznie próbował usiąść. Vestara wyskoczyła w górę z 
siłą i wdziękiem narglatcha i zanim ktokolwiek zdołał dotrzeć do Dyona, wylądowała obok niego, 
uklękła nad nim okrakiem, zamachnęła się i rąbnęła go pięścią w szczękę. Głowa mężczyzny 
odskoczyła na bok, a jego ciało opadło bezwładnie na piasek. Ves syknęła cicho, potrząsnęła 
obolałą dłonią, przewróciła Stadda na brzuch i związała mu nadgarstki linką, którą nosiła u pasa.

Ben opuścił miecz i patrzył bez słowa, jak Sithanka wstaje, otrzepuje kolana z piasku, a 

potem odsuwa się, przepuszczając strażników, którzy dźwignęli nieprzytomnego Dyona z ziemi i 
wzięli go między siebie. Sięgnął po komunikator i nie spuszczając oka ze strażników i ogłuszonego 
Dyona, nawiązał połączenie.

- Zatrzymała go - rzucił do mikrofonu. - To znaczy, Vestara. - Był jeszcze zdyszany. - 

Właśnie zajęły się nim lokalne służby. Czy mam interweniować?

- Nie, jeszcze nie - brzmiała odpowiedź, ale Luke nie skomentował rewelacji syna. - O mały 

włos, a sprofanowałby ich najświętsze miejsce, a poza tym dopuścił się kradzieży - dodał za to. - 
GS nie ma w tym rejonie żadnej władzy, tak samo jak my. Wkrótce do was dotrę i spróbuję z kimś 
porozmawiać, kiedy już Dyonowi zostaną przedstawione zarzuty. Może gdy emocje nieco opadną, 
zgodzą się przekazać go pod moją kuratelę.

- Tato - zniecierpliwił się Ben. - Nie słyszałeś, co powiedziałem? Vestara go zatrzymała! 

Mogła go zabić, ale tego nie zrobiła!

- Cieszy mnie, że nie pogwałciła naszej umowy - powiedział chłodno Luke i przerwał 

połączenie.

Ben spojrzał gniewnie na komunikator. Jego ojciec widocznie nie miał zamiaru zmienić 

zdania o Vestarze, nieważne, jak bardzo dziewczyna starała się udowodnić, że jest godna zaufania. 
A Bena zaczynało to drażnić.

- Wyglądasz na wkurzonego - usłyszał nagle za plecami głos rówieśniczki i prawie 

podskoczył. Zupełnie nie słyszał, kiedy podeszła. - Co się stało? Przecież zatrzymaliśmy go w samą 

background image

porę. Wszyscy powinni być zadowoleni.

- Nie cieszy mnie zbytnio, że następny wychowanek Otchłani dostał świra, i to tuż pod 

naszym nosem - burknął wymijająco Jedi. - Ale przynajmniej masz teraz dobre pojęcie, przez co 
przechodzimy.

Vestara pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Opowieści to jedno, ale być świadkiem naocznym czegoś takiego to zupełnie co innego. 

Cieszę się, że to nie był ktoś z twoich bliskich. Coś takiego musi boleć. - Wyglądała na prawdziwie 
poruszoną. Stała o krok od niego; spoconą twarz miała umorusaną piaskiem, a pierś falowała jej w 
rytm niespokojnego oddechu; brązowe, rozpuszczone włosy były zmierzwione i brudne. Kiedy ich 
spojrzenia się spotkały, Ben ostrożnie wybadał jej aurę w Mocy i z ulgą stwierdził, że dziewczyna 
naprawdę nie stara się go oszukać ani nic przed nim ukryć. Mówiła szczerze i była naprawdę 
przejęta.

- Dziękuję - powiedział. - Was chyba mogło spotkać to samo...
- Nie znam żadnego z uczniów, którzy postradali zmysły - odparła Vestara i Ben czuł, że 

mówi prawdę. - Ale z pewnością byłoby mi ciężko, gdyby tak było.

- Jesteś Sithem - wyrwało mu się. - Nie powinnaś się martwić o nikogo, nawet o tych, 

których nazywasz przyjaciółmi.

Sithanka wzruszyła ramionami.
- Oczywiście, że się o nich martwię. Jestem człowiekiem, Ben, nie robotem. Kocham moją 

rodzinę i mojego uvaka Tikka... tak jak kochałam mojego przyjaciela Ahriego. Którego zabiłeś - 
dokończyła spokojnie.

Ben skrzywił się w duchu, ale nie skomentował.
- A kochałaś swoją Mistrzynię? - drążył. - Lady Rheę?
Pokręciła głową.
- Nie, chociaż czułam wobec niej respekt, a nawet strach.
- Czy strach jest lepszy od miłości?
Dziewczyna zmrużyła oczy i wydęła nozdrza, i Ben natychmiast poczuł ukłucie winy 

spowodowane natarczywością swoich pytań.

- Czasem tak. A czasem nie. - Odwróciła się od niego i obejrzała na Dyona Stadda, 

pakowanego właśnie bezceremonialnie do pojazdu służb ochrony. - Co z nim zrobimy? Pozwolicie 
Klatooinianom go zatrzymać?

- Na razie tata upiera się, żeby nie interweniować - wyjaśnił Ben. - Chce porozmawiać 

później z odpowiednimi władzami i przekonać je, żeby nam go przekazały. W tej chwili wiem tylko 
jedno: że bardzo przydałby mi się saniprysznic.

Napięcie zdecydowanie zelżało, kiedy Vestara posłała mu w odpowiedzi promienny 

uśmiech.

- Otóż to. Chciałam powiedzieć to samo.
Ben spojrzał na nią z udawanym oburzeniem, po czym zerknął w stronę miasta.
- Hm - mruknął. - Do Treemy mamy ładny kawałek. - Nagle, tknięty dziwnym przeczuciem, 

obejrzał się za siebie, dokładnie w tej samej chwili co Vestara, i zobaczył lufę wycelowanego w 
nich blastera.

- Chyba mogę was podrzucić - stwierdził strażnik.

ROZDZIAŁ 9

Budynek sądu i aresztu w Treemie, Klatooine

- Nasi ojcowie wkrótce tu będą - powiedział Ben, ale Vestara zmarszczyła tylko czoło i 

prychnęła z rozdrażnieniem.

- Nie musielibyśmy tu czekać, żeby nas wypuścili, gdybyś po prostu pozwolił mi ich 

background image

przekonać, żeby nas puścili.

„Tu” było starą, brudną celą, położoną głęboko w trzewiach budynku sądu i aresztu w 

Treemie. System bezpieczeństwa był przestarzały i kompletnie nieprzystosowany do strzeżenia 
dwójki biegłych w Mocy osób. Mogli stąd zwiać w każdej chwili - Ves wiedziała o tym i ten fakt 
bardzo ją irytował.

- Problem w tym - westchnął Ben - że mój ojciec chce, żebyśmy współpracowali z 

lokalnymi służbami bezpieczeństwa. Gdybyś użyła sztuczki z wpływaniem na umysł w stosunku do 
niewłaściwej osoby, mogliby się połapać i naprawdę wkurzyć. Lepiej robić, co nam każą, i się nie 
wychylać.

Vestara znów prychnęła, skrzyżowała ostentacyjnie ramiona na piersi i odsunęła się od 

niego na zimnej, durastalowej ławce. Widać było, że chce maksymalnie zwiększyć dzielącą ich 
odległość, ale w celi było tylko jedno siedzisko. Jedynym źródłem światła było kilka prętów 
jarzeniowych, pamiętających lepsze lata, a w powietrzu wisiała woń stęchlizny i pleśni.

- Mój tata na pewno wybrnąłby z tej sytuacji inaczej - burknęła.
- Twój tata... - zaczął Ben zjadliwie, ale ugryzł się w język. - Nieważne.
Vestara łypnęła na niego spod oka; sprawiała wrażenie raczej ciekawej niż rozzłoszczonej.
- Mój tata co? No? Słucham.
Teraz to Ben założył ręce na piersi.
- Powiedziałem, że to nieważne. Nasi ojcowie po prostu... bardzo się od siebie różnią.
- No chyba! - rzuciła Vestara gniewnie. - Jeden z nich to Jedi, a drugi - dumny i cieszący się 

powszechnym poważaniem Sith!

Ben odwrócił się w jej stronę i już miał się odgryźć, ale na widok uśmiechu dziewczyny 

odjęło mu mowę. To nie był ten pozorny uśmieszek, spowodowany blizną w kąciku ust, ale 
prawdziwy, szczery i ciepły uśmiech. Droczyła się z nim, teraz to do niego dotarło. A może 
próbowała go sprowokować? Nie umiał zgadnąć, więc postanowił podjąć wyzwanie. Może czegoś 
się o niej dowie, a w najgorszym razie po prostu czymś się zajmie.

- Mam wrażenie, że jesteś do swojego ojca bardzo przywiązana, a jednak... wiele was dzieli 

- zagadnął pozornie od niechcenia.

- A ty zbytnio się ze swoim spoufalasz. Czasem jesteś naprawdę bezczelny. Powinien 

częściej spuszczać ci manto.

- Mój tata nigdy mnie nie uderzył i za nic by tego nie zrobił! - oburzył się Ben, ale nagle coś 

sobie przypomniał. - To znaczy, kiedy byłem młodszy, często sprawiał mi niezłe lanie podczas sesji 
sparingowych, ale to zupełnie co innego.

- Aha! Więc dobrze zgadłam! - W jej oczach zamigotały psotne ogniki. - Za rzadko byłeś 

bity. Przydałby ci się porządny sithański dryl. Wtedy już nigdy nie strzeliłoby ci do głowy odgryzać 
się tak po szczeniacku rodzicowi, którego powinieneś darzyć szacunkiem.

- Coś mi się zdaje, że gdyby mój ojciec to usłyszał, miałby lepsze zdanie o Sithach - 

zażartował Jedi. Rozprostował ramiona, splótł dłonie za plecami i wyciągnął nogi. - Chyba 
ucieszyłby się, gdybym przestał mu się odgryzać. „Tak, panie ojcze”, „Nie, panie ojcze”, „Jesteś 
wprost genialny, drogi ojcze”...

Vestara parsknęła śmiechem.
- Jakoś nie mogę sobie ciebie wyobrazić w roli posłusznego synalka.
- To dobrze.
- A poza tym ja wcale tak się do mojego taty nie zwracam!
Ben skinął lekko głową.
- Też prawda. Ale zachowujesz się w jego obecności... strasznie sztywno.
- A ty wręcz przeciwnie.
Wzruszył ramionami.
- Racja. Tata mawia, że odziedziczyłem niewyparzoną gębę po mamie. - Cieszył się, że jej o 

tym powiedział. Jeśli Plemię, jak mówili o sobie Sithowie, dysponowało statkami takiej klasy jak 
fregaty ChaseMaster, na pewno mieli też dostęp do przyzwoitych baz danych.

- Cóż, Wielkiemu Mistrzowi Luke’owi Skywalkerowi jedno trzeba przyznać... to wyjątkowo 

background image

cierpliwy człowiek - stwierdziła Ves. - Mój ojciec nie zniósłby żadnych uwag od matki. Tak 
naprawdę ona nie jest nawet wrażliwa na Moc.

- A czy to ma jakieś znaczenie? Wpływa na sposób, w jaki kogoś traktujesz?
Vestara zmarszczyła lekko brwi.
- Oczywiście! - żachnęła się.
- No tak, rzeczywiście - mruknął Ben. - Dla Sithów na pewno.
Pochyliła się do przodu, opierając dłońmi na ławce. Ben miał wrażenie, że chce, aby ją 

zrozumiał.

- Tacy po prostu jesteśmy - zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. - Im więcej umiesz, tym 

dalej zajdziesz. A sukcesy oznaczają bogactwo, potęgę i bezpieczeństwo.

- Serio? - Odwrócił się w jej stronę. - W takim razie, skoro to takie ważne, dlaczego Gavar 

Khai nie poślubił kobiety wrażliwej na Moc?

Vestara otworzyła szerzej oczy, bo uświadomiła sobie, że nigdy wcześniej się nad tym nie 

zastanawiała.

- Chyba... chyba po prostu dlatego, że się kochali...
- No, no! Jakbym słyszał Jedi! - uśmiechnął się do niej łobuzersko, a ona zarumieniła się 

lekko i odwróciła wzrok.

- Wciąż się kochają, a mój ojciec kocha mnie - dodała, jakby próbowała się przed nim 

usprawiedliwić. - Po prostu... tacy jesteśmy. Tak żyjemy.

- Wiesz - podjął Ben, nie do końca pewien, w jakie ubrać słowa to, co chce jej przekazać - 

był czas, kiedy nie byłem z moim tatą tak blisko. Właściwie to dopiero po śmierci mamy... - urwał, 
zastanawiając się, czy naprawdę powinien jej o tym mówić, ale po chwili uznał, że nie ma nic do 
stracenia. I tak prędzej czy później się dowie, a może dzięki temu zacznie widzieć wszystko w 
innym świetle. - ...zbliżyliśmy się do siebie.

- Przykro mi - powiedziała Vestara i Ben znów czuł, że mówi szczerze; także poprzez Moc 

emanował od niej prawdziwy żal. - Utrata rodzica musi być naprawdę bolesna. Gdyby to mnie 
spotkało coś takiego... chyba bardzo trudno byłoby mi się pozbierać.

W takim razie mam nadzieję, że to nie ja będę musiał obciąć twojemu ojcu głowę mieczem 

świetlnym, pomyślał ponuro Ben. Wyczuła w Mocy zmianę jego nastroju i spłoszyła się wyraźnie.

- To było bardzo trudne dla nas obydwu - dodał, posyłając jej poprzez Moc lekki gest 

pokrzepienia. - Była... wspaniałą kobietą i cudowną matką.

Vestara zastanawiała się nad czymś przez chwilę, po czym stwierdziła z lekkim wahaniem:
- Mam wrażenie, że ty i twój ojciec dobrze się ze sobą czujecie, całkiem jakbyście cały czas 

świetnie się bawili.

- Serio? - Ben wrócił myślą do chwil, które dzielił razem z ojcem podczas tej podróży. 

Raczej nie nazwałby tego „świetną zabawą”. Z drugiej strony jednak... lubili ze sobą rozmawiać, 
często się przekomarzali i rzeczywiście sprawiało im to prawdziwą przyjemność. I śmiali się razem. 
Bardzo często. - Tak, chyba masz rację.

Vestara nie odpowiedziała. Ben nie wątpił, że dziewczyna kocha swoją rodzinę, ale na 

pewno nie można było o niej powiedzieć, że „świetnie się bawi” w towarzystwie Gavara Khai. Po 
spotkaniu z nim Ben odniósł wrażenie, że przebywanie w towarzystwie Miecza Sithów musi być 
jak nieustanne balansowanie na ostrzu noża. Wątpił, żeby głowa rodziny Khai tolerowała pomyłki 
podobne do tych, jakie w swoim krótkim życiu popełnił Ben. Zastanawiał się, czy Sithowie, tak jak 
pewne zwierzęta, o których kiedyś słyszał, zabijają swoje dzieci, jeśli stwierdzą, że są pod jakimś 
względem niedoskonałe.

Nie podobała mu się ta myśl, i to bardzo - podobnie jak widok smutnej, zamyślonej Vestary. 

Postanowił coś z tym zrobić.

- Skoro już mowa o dobrej zabawie - zaczął - znasz jakieś kawały?

Kiedy Luke podprowadzał „Cień Jade” do lądowania, pierwszą jego myślą było, że 

budynki, w których mieściło się więzienie i sąd, widziały na pewno lepsze czasy. Farba 

background image

pokrywająca potężną, durabetonową kopułę była wyblakła i spękana, a umieszczone nisko nad 
ziemią, owalne okienka i drzwi - obdrapane i wypaczone. Na pierwszy rzut oka widać było, że tej 
planety nie zamieszkują miłośnicy piękna. Prawie wszystko na tym świecie, może z wyjątkiem 
zapierającej dech w piersiach Fontanny Przedwiecznych, było praktyczne, zniszczone i do bólu 
przeciętne.

Luke westchnął, rozpoznając ten typ architektury. Kopułki lepiej znosiły szalejące tu burze 

piaskowe, bo na obłych powierzchniach piasek nie miał się jak gromadzić, a uderzenia wiatru w 
ściany nie były tak dotkliwe jak w przypadku tradycyjnych, kanciastych budynków. Nie był na 
Tatooine już od bardzo, bardzo dawna i miał szczerą nadzieję, że uniknie konieczności powrotu na 
ten pustynny świat, ale najwyraźniej los postanowił spłatać mu figla.

Posadził statek na miękkim piasku i zszedł po rampie, mrużąc oczy w blasku oślepiającego 

południowego słońca. Na dole zobaczył, że ktoś idzie w jego stronę i skrzywił się ze współczuciem.

Gavar Khai musiał się dosłownie gotować w tym klimacie w swoich ciężkich czarno-

srebrzystych szatach, ale jeśli rzeczywiście tak było, to nie dał nic po sobie poznać. Szedł 
wyprostowany, z podniesioną głową, jakimś cudem pewnie stawiając kroki w grząskim piasku. 
Luke’owi przyszło do głowy, że chyba korzysta przy tym z Mocy i ta myśl go zaniepokoiła. W jego 
pojmowaniu używanie Mocy do tak banalnych celów było... co najmniej niestosowne. Ale to 
prawda, że Sithowie nie zwykli darzyć Mocy szacunkiem. Korzystali z jej Ciemnej Strony do 
osiągania własnych, egoistycznych celów i spełniania zachcianek, jak choćby ułatwianie sobie 
marszu przez piach.

Vestara musiała mu donieść o wszystkim i Luke sądził, że Ben nie mógł jej przed tym 

powstrzymać. Podszedł do Sitha i skinął mu głową na powitanie, zanim jednak zdążył otworzyć 
usta, żeby przemówić, Gavar go ubiegł.

- Moja córka trafiła do aresztu przez twojego syna - powiedział bez ogródek. - Wiedz, że nie 

jestem tym zachwycony, Jedi.

Luke uniósł brwi, ale zachował spokój.
- Z tego co mi wiadomo, pewien młody nieszczęśnik stracił rozum i zamierzał sprofanować 

Fontannę. Nasze dzieci zdołały go przed tym powstrzymać.

- Jestem pewien, że to Ben zmusił ją do współpracy - stwierdził chłodno Gavar. - Postawmy 

sprawę jasno, Skywalker: moja córka jest na razie twoim więźniem. Chociaż przewyższamy was 
liczebnie, zgodziliśmy się współpracować z wami, żeby położyć kres wspólnemu zagrożeniu. 
Jestem więcej niż pewien, że kazałeś Benowi pilnować, by Vestara ani przez chwilę nie była sama.

Luke uśmiechnął się wbrew własnej woli.
- Chyba zapomniałeś, jaka twoja latorośl potrafi być żywiołowa, Khai. - Celowo nie użył 

honorowego tytułu Sitha, Miecz. - Z moich obserwacji wynika, że Vestara nie lubi siedzieć z 
założonymi rękami i pozwolić, żeby cała zabawa przypadła w udziale innym.

Khaiowi zafalowały nozdrza, kiedy brał głęboki, uspokajający oddech.
- To prawda - warknął. - Moja córka jest odważna. Tak czy inaczej, wiesz, co mam na 

myśli.

- Dlaczego zamiast stać tutaj i spierać się bez sensu, nie wejdziemy do środka i nie dowiemy 

się prawdy od naszych dzieci? - zaproponował Mistrz Jedi. - Jestem pewien, że te ciężkie, ciemne 
szaty to niezbyt wygodny strój w tym pustynnym klimacie.

Khai wzruszył ramionami.
- Nie zwracam na takie rzeczy uwagi. Sith musi umieć przystosować się do każdego 

klimatu, a dzięki Mocy możemy dopasowywać temperaturę otoczenia do naszych potrzeb. Dziwię 
się, że nie korzystasz w tym celu z jej dobrodziejstw. Sądziłem, że jesteś biegły we władaniu Mocą.

- Czasem łatwiej jest po prostu stosownie się ubrać - wyjaśnił Luke i ruszył w stronę drzwi 

budynku. Khai parsknął i podążył za nim.

Wejścia do kompleksu sądowniczego strzegło dwóch Klatooinian, którzy kazali im się 

wylegitymować. Kiedy Gavar i Luke wyłuszczyli powód swojej obecności, wpuszczono ich do 
środka.

Wewnątrz było ciemno, ale niewiele chłodniej niż na zewnątrz. Skądś dobiegał nikły, 

background image

metaliczny szczęk, prawdopodobnie odgłosy przestarzałego systemu wentylacyjnego, który pilnie 
potrzebował naprawy. Za zniszczonym biurkiem pod ścianą siedziała Klatooinianka; sprawiała 
wrażenie zdenerwowanej. Na blacie przed nią leżała niechlujna sterta datapadów, a mała czerwona 
plakietka głosiła: Abara Mun, oficer służb więziennych i bezpieczeństwa.

- Mistrz Luke Skywalker i Miecz Gavar Khai - zaanonsował ich przybycie jeden ze 

strażników.

Abara Mun podniosła na nich wzrok; jej płaty policzkowe zadrżały od szybkiego ruchu 

głowy.

- Ach, tak - powiedziała. - Świetnie. Wasze dzieci zostały zatrzymane w celu przesłuchania. 

A że zgodnie z naszym prawem są jeszcze nieletnie, czekaliśmy z tym na was.

Khai zaczął coś mówić, ale Luke szybko wszedł mu w słowo:
- Rozumiemy - stwierdził krótko. - Mam nadzieję, że nie są o nic oskarżone?
Mun wstała.
- Ależ nie, skądże znowu! Jeśli chodzi o ścisłość, to wręcz przeciwnie... ich sprawna akcja 

pomogła w porę ująć niedoszłego profana. Musicie być z nich dumni. Jestem pewna, że ich młode 
będą naprawdę niesamowite - rzuciła z uznaniem i wstała zza biurka. Minęła dobra chwila, zanim 
Sith i Jedi zorientowali się, co miała na myśli, i obaj natychmiast zareagowali. Podobnie.

- Tylko że oni nie są parą - zaczął wyjaśniać Luke.
- Nie ma mowy o żadnych dzieciach - protestował jednocześnie Khai. Jak na komendę 

urwali i spojrzeli po sobie; Luke opamiętał się pierwszy i uśmiechnął do zakłopotanej Mun.

- Naszych dzieci nic nie łączy... nie tak, jak pani myśli. Są po prostu... przyjaciółmi.
Mun uniosła brew i wzruszyła ramionami.
- Odniosłam inne wrażenie, ale skoro tak twierdzicie... Bardzo sobie tutaj cenimy dążenie do 

spłodzenia silnego potomstwa i właściwe wychowanie, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy 
muszą być tego samego zdania. - Odpowiedź brzmiała dyplomatycznie, ale Luke wyczuwał w 
słowach Klatooinianki ślad dezaprobaty. Gestem poleciła im iść za sobą i poprowadziła ich przez 
pogrążone w półmroku, wąskie, kręte korytarze o durabetonowych ścianach. Budynek 
nieprzyjemnie kojarzył się Luke’owi z bunkrem.

Zastanawiał się, co też zobaczyła albo wyczuła w ich dzieciach Klatooinianka, że wzięła je 

za parę. Czy skłoniło ją do tego coś w zachowaniu Bena albo Vestary, czy może bliższy związek 
między przebywającymi razem istotami przeciwnych płci był dla tej rasy czymś naturalnym?. 
Porozmawia z Benem, kiedy będą mieli dla siebie kilka minut na osobności, uznał. Kiedy w grę 
wchodzili Sithowie, nie istniało coś takiego jak niewinny flirt. Nie miał złudzeń, że Vestara bez 
skrupułów wykorzystałaby wrodzoną pogodę ducha i łagodność jego syna, żeby przeciągnąć go na 
Ciemną Stronę. A chociaż Luke wiedział, że nie zdołałaby tego dokonać, to na myśl o tym, co się 
stanie, kiedy do niej to dotrze... cierpła mu skóra.

Skręcili za róg i znaleźli się w dość przestronnym holu, w którym umieszczono cztery 

zakratowane celki i drzwi prowadzące prawdopodobnie do następnego korytarza. Mistrz Jedi był 
zaskoczony, że tak duże miasto ma tylko cztery cele, ale po chwili stwierdził, że widocznie poziom 
przestępczości nie jest tu zbyt duży. Przypomniał sobie, że na mocy paktu vontorskiego Huttowie 
trzymają Klatooine twardą ręką. Nie miał wątpliwości, że każde uchybienie albo naruszenie prawa 
skutkowało natychmiastowym wysłaniem w jakieś bardzo nieprzyjemne miejsce. To najwyraźniej 
skutecznie odstraszało potencjalnych przestępców, ale zdaniem Luke’a takie rozwiązanie nie było 
ani właściwe, ani uczciwe.

Z lekkim zaskoczeniem zauważył, że stare drzwi nie mogły być żadną przeszkodą dla kogoś 

nawet słabo wrażliwego na Moc. Zarówno Ben, jak i Vestara byli bardzo silni Mocą i Skywalker 
doskonale wiedział, że gdyby tylko przyszła im na to ochota, ucieczka z tego, pożal się Mocy, 
„więzienia” zajęłaby im nie więcej niż kilka sekund. Mun zatrzymała się przed najbliższą celą i 
wklepała kod w panel dostępu.

Usłyszeli głos Bena:
- ...a wtedy rankor mówi: to w takim razie co właśnie zjadłem? - A potem perlisty, 

dziewczęcy śmiech, który nagle ucichł, kiedy drzwi z opornym skrzypieniem zaczęły się odsuwać. 

background image

Zanim zniknęły całkiem w ścianie, ich oczom ukazała się para nastolatków, stojących prawie na 
baczność przed durastalową ławką. Miny mieli skruszone.

- Eee... cześć, tato - wykrztusił Ben. - Całkiem, hm, szybko wam poszło.
Vestara splotła ręce za plecami i dygnęła, nieco spłoszona.
- Witaj, ojcze. Dziękuję, że po mnie przyszedłeś.
- Wygląda na to, że w samą porę - stwierdził surowo Gavar Khai. - Chodź, Vestaro. 

Zostawmy Skywalkerów ich sprawom. - Zanim Luke zdążył zaprotestować, Gavar uciszył go 
ostrym spojrzeniem. - Nie martw się, nie ucieknę z nią nigdzie. Poczekamy na was na zewnątrz. - 
Vestara rzuciła Benowi szybkie spojrzenie spod opuszczonych rzęs i pospiesznie dołączyła do ojca.

Luke nie przejął się zbytnio, ale też w tej sytuacji nie mógł zbyt wiele zdziałać. Żałował 

tylko, że nie będzie mógł podsłuchać rozmowy tej dwójki na zewnątrz.

- To nie zajmie dużo czasu - zapewnił Sitha. - Zobaczymy się później.

ROZDZIAŁ 10

Gavar i Vestara skłonili jak na komendę głowy idealnie zsynchronizowanym ruchem, jakby 

ćwiczyli ten gest wielokrotnie, odwrócili się i poszli do wyjścia. Kiedy ich kroki ucichły, Luke 
obejrzał się na Mun.

- Gdzie przetrzymujecie Dyona Stadda? Wydaje mi się, że te cele nie spełniają wymogów 

bezpieczeństwa w przypadku osób oskarżonych o poważniejsze wykroczenia.

Mun warknęła melodyjnie.
- Zgadza się - potwierdziła. - Rzadko mamy tu do czynienia z przypadkami łamania prawa, 

a poza tym bardzo niewielu spośród nas jest wrażliwych na Moc. Musieliśmy przedsięwziąć 
specjalne środki. Proszę za mną. - Podeszła do drzwi na drugim końcu korytarza i zwolniła blokadę. 
Dalej, tak jak Luke przypuszczał, ciągnął się następny korytarz. Sięgając poprzez Moc, Jedi 
ostrożnie wybadał najbliższe otoczenie. Nie musiał długo szukać - wyczuł Stadda kilka metrów 
niżej. Jego aura w Mocy była przytłumiona, ale stabilna. Mistrz Skywalker czuł też niedaleko 
obecność dwóch innych istot, zapewne strażników.

Najwyraźniej Ben wpadł na ten sam pomysł, bo zauważył na głos:
- Macie cele w piwnicach.
- Nie do końca - stwierdziła Mun wymijająco. Pręty jarzeniowe rozmieszczone wzdłuż 

korytarza świeciły słabym blaskiem; kilka nie działało. W ich świetle Luke zobaczył dwóch 
Klatooinian, strzegących potężnej klapy w podłodze. Nie wyglądali na specjalnie uszczęśliwionych 
przydzielonym im zadaniem; ich smętne, psie pyski wydawały się jeszcze smutniejsze i bardziej 
zrezygnowane niż zwykle i Luke szybko zrozumiał, dlaczego: właz zabezpieczono granatem typu 
CryoBan WW-47, zmodyfikowanym tak, żeby można go było zdalnie detonować. Eksplozja 
takiego granatu pochłaniała całe ciepło z otoczenia, zamrażając wszystko w promieniu rażenia. Nie 
zabiłby Dyona, ale by go unieruchomił i prawdopodobnie uszkodził mu układ nerwowy.

- Cóż, chyba rzeczywiście uznali go za niebezpiecznego - mruknął Ben pod nosem.
- Na pewno mógłby tu narobić niezłego bałaganu - zgodził się Luke, przypominając sobie 

niewielką liczbę osób wrażliwych na Moc wśród mieszkańców i słabe uzbrojenie nawet służb 
militarnych.

- Dostał porządną dawkę środka uspokajającego - wyjaśniła Mun. - Postaraliśmy się też 

ograniczyć mu w miarę naszych skromnych możliwości swobodę ruchów. - Uklękła i zabrała się do 
rozbrajania granatu. - Na dole pilnuje go trzeci strażnik.

- Mamy ze sobą coś, co może być skuteczniejsze w przypadku osoby władającej Mocą - 

wtrącił Ben.

Mun łypnęła na niego z rozdrażnieniem, ale Luke czuł, że nie jest zła na jego syna, tylko 

zdenerwowana całą sytuacją.

- Nie wątpię. Flimsikarton zalakowany sokiem z drzewa vartik byłby bardziej skuteczny w 

przypadku użytkownika Mocy niż to, czym tu dysponujemy. Nie mamy środków, żeby radzić sobie 

background image

z takimi przypadkami, więc z chęcią oddam go w wasze ręce.

Kiedy otworzyła właz, ze środka doleciała ich woń, której nikt chyba by się nie spodziewał 

na tym piaszczystym, suchym świecie: wilgotny, stęchły odór zastałej wody i pleśni.

- To nie cela, tylko stara studnia - stwierdził Ben, zaglądając do środka. Szyb był głęboki, a 

na samym dnie migotało słabe światło, którym przyświecał sobie strażnik, celujący teraz z 
przedpotopowego blastera w głowę nieprzytomnego Stadda. Chłopiec pomyślał smętnie, że pewnie 
lepiej byłoby, gdyby nieszczęśnik nie widział zbyt wiele w chwili, kiedy Dyon się obudzi, wyrwie 
mu z rąk blaster i skręci mu Mocą kark.

Mun skinęła głową.
- Na naszym świecie większość domostw jest zbudowana na studniach. To bardzo stara 

tradycja. W taki sposób zabezpieczano się na wypadek suszy. Od dawna korzystamy jednak z 
różnego rodzaju skraplaczy, więc ta studnia musi być naprawdę zabytkiem.

Ben chyba myślał o tym samym, bo powiedział:
- Trochę niebezpiecznie jest zostawiać coś takiego wewnątrz budynku. Dlaczego nic z nią 

nie zrobiliście? Przecież mogliście ją czymś zalać... jakieś dziesięć tysięcy lat temu.

Mun spojrzała na niego spokojnie.
- Cóż, technologia czasem zawodzi. Bywa, że nie można na nią liczyć tam, gdzie jest 

najpotrzebniejsza, młody Skywalkerze.

- Ale przecież... nie leżycie na samym krańcu Trasy na Kessel. Huttowie... - Ben urwał w 

pół zdania, a Mun uśmiechnęła się smutno. Nie musiała mu nic wyjaśniać. Huttowie byli kapryśni i 
nikt od nich nie oczekiwał konsekwencji.

Luke wrócił myślą do paktu i przypomniał sobie szczątkowe informacje o Klatooinianach. 

Przestrzegali umowy od dwudziestu pięciu tysięcy lat, a mimo to wierzyli, że tak jak Fontanna, 
będąca przedmiotem ich czci, urosną z czasem w siłę. Przypuszczał, że oprócz powodu, który 
podała im Mun, były też inne.

Teraz jednak musieli się poświęcić wyciągnięciu stąd Dyona. Mistrz Jedi podchwycił 

spojrzenie syna, skinął głową i już po chwili zeskoczyli razem, wspomagając się Mocą, do szybu 
studni. Luke wyhamował tuż nad dnem i wylądował ostrożnie obok skutej, leżącej twarzą do ziemi 
postaci. Strażnik został zapewne poinformowany, czego może się spodziewać, bo nie wystrzelił ani 
nie wydawał się szczególnie zaskoczony dziwną wizytą. Ben pochylił się nad Dyonem, wyciągnął 
kajdanki ogłuszające zabrane z pokładu „Cienia Jade” i obejrzał się na ojca.

- Nic mu nie jest - poinformował. - Opatrzono mu wszystkie rany. Jest nieprzytomny i 

pewnie szybko się nie ocknie. Dobrze się nim tu zajęli.

Luke uśmiechnął się do podenerwowanego strażnika.
- Teraz my się nim zaopiekujemy. Dzięki.
Ben wstał i wspólnie sięgnęli po Moc. Luke uśmiechnął się pod nosem do słodko-gorzkich 

wspomnień; pamiętał, jak dawno temu, tylko parę lat starszy od swojego syna, stał na powierzchni 
bagnistej planety, wdychając - jak teraz - stęchłe, wilgotne powietrze, przesycone zapachem 
butwiejących szczątków, i próbował podnieść Mocą zatopionego X-winga. Dygotał i sapał z 
wysiłku, ale na próżno - jego starania spełzły na niczym i myśliwiec zaraz zapadł się znów w 
bagnisko.

A wtedy mały, kruchy Yoda pozornie od niechcenia wyciągnął go z mętnej sadzawki, jakby 

stateczek ważył nie więcej niż piórko.

Uśmiechnął się szerzej i sięgnął poprzez Moc do syna; połączyli siły, ostrożnie podnosząc 

bezwładne, posiniaczone i podrapane ciało Dyona Stadda. Ben wyciągnął przed siebie obie ręce, 
naśladując gest podnoszenia ciała Dyona; Luke poruszył tylko nieznacznie ręką i wkrótce ciemny 
kształt zaczął szybować szybko, ale stabilnie w stronę światła studni. Kiedy minął zrąb, opuścili go 
ostrożnie na ziemię.

Ben wyskoczył ze studni pierwszy, a po nim Luke, i wkrótce stali już pewnie na ziemi. 

Chłopiec zerknął do szybu, a potem spojrzał na Mun i strażników.

- Co z tamtym?
- Mamy drabinkę linową - wyjaśnił jeden ze strażników.

background image

- Możemy go stamtąd wyciągnąć - stwierdził Ben, a Luke stłumił uśmiech cisnący mu się na 

usta na widok wyrazu twarzy syna. Młody Jedi miał minę tak obojętną, że pozazdrościłby mu jej 
każdy grywający w sabaka hazardzista, włącznie z Hanem Solo. - To dla nas żaden problem.

- Rommul prawdopodobnie woli wydostać się stamtąd w bardziej... tradycyjny sposób - 

powiedziała z uśmiechem Mun. - A teraz proszę, żebyście z waszym... podopiecznym poszli za 
mną. Czeka nas trochę flimsiroboty, ale potem będziecie go mogli zabrać ze sobą.

Vestara zamrugała, oślepiona przez promienie klatooińskiego słońca. Spędzili z Benem w 

celi jakieś pół godziny i chociaż była oświetlona, to pręt jarzeniowy nie dawał zbyt wiele światła, 
więc kiedy wyszła z panującego w budynku półmroku w blask pustyni, natychmiast zaczęły jej 
łzawić oczy.

Ojciec nie dał jej ani chwili na ochłonięcie.
- Co ty sobie wyobrażasz? - warknął w keshirskim. Chociaż nie podniósł głosu i nie tknął jej 

nawet palcem, czuła jego palący gniew, tak silny, że niemal ścięło ją z nóg.

Patrzyła na niego, wciąż mrugając, okropnie zakłopotana.
- Zrobiłam to, co do mnie należało - odparła w końcu. - To, o co mnie prosiłeś. Nie 

pozwoliłam, żeby Ben Skywalker znikł mi z oczu.

- Pomogłaś mu! - Słowa ojca smagały jak bicz. Vestara nie posiadała się ze zdumienia. Jej 

ojciec nigdy dotąd nie był na nią taki wściekły. Zdarzało się oczywiście, że złościł się, kiedy coś 
przeskrobała - ale który rodzic nie zdenerwuje się czasem na własne dziecko? Przez większość 
czasu był jednak dla niej dobry, otaczał ją miłością i dawał do zrozumienia, że jest z niej dumny i 
że jej ufa. Jego reakcja kompletnie ją zaskoczyła, ale nie dała nic po sobie poznać - była na to za 
dobrze wyszkolona. Nie pokazała, jak bardzo zabolały ją jego słowa. Sięgnęła po Moc, żeby 
rumieniec nie zdradził jej wzburzenia, i odezwała się spokojnym, pewnym głosem:

- Jeśli dobrze zrozumiałam, mieliśmy utwierdzić Skywalkerów w przekonaniu, że walczymy 

o wspólny cel. Przekonaliśmy ich już, że nasi uczniowie cierpią na tę samą chorobę co ich Rycerze. 
Kiedy jeden z nich zaczął zdradzać objawy choroby, nie zastanawiałam się długo i uznałam, że 
najrozsądniej będzie pomóc w jego zatrzymaniu pod pozorem współpracy z Jedi.

Powoli, ale zauważalnie gniew jej ojca topniał.
- Wolałbym, gdyby ci się udało go zabić... albo schwytać i przekazać nam.
- Gdybym tylko mogła, nie zawahałabym się ani chwili - zapewniła go Ves. Kłamała. 

Studiowała w napięciu twarz ojca, ale nic nie wskazywało na to, że ją przejrzał. Żałowała, że musi 
go oszukać, ale nie miała wyjścia: to jego irracjonalny gniew zmusił ją do przeinaczenia faktów. - 
Nie byłam uzbrojona, a poza tym nie tylko ja i Ben ścigaliśmy Dyona Stadda. Ben uważa teraz, że 
naprawdę chcę im pomóc, bo udowodniłam, że można mi zaufać. Czy nie tego ode mnie żądałeś? 
Żebym wkradła się w jego łaski? - To była klasyczna taktyka obrócenia argumentów przeciwnika 
na swoją korzyść. Vestara celowo przejęła inicjatywę i zmusiła swojego ojca do obrony.

- Masz rację. - Gniew Gavara znikł bez śladu, zastąpiony przez wyrachowanie. - A więc bez 

wahania zaproponowałaś mu pomoc?

Pokręciła stanowczo głową.
- Bez jednej chwili. Pracowaliśmy razem, jako zespół. I zrobię wszystko, żeby tak nas odtąd 

traktował. Wiem też, że Benowi zależy na przekonaniu o tym własnego ojca.

- Spałaś z nim?
Bezpośrednie pytanie bardzo ją zabolało, ale znów zdołała zachować kamienną twarz. Była 

Sithanką. Od małego szkolono ją do używania każdej broni z dostępnego arsenału i nieobca była jej 
taktyka wykorzystywania fizycznych żądz innych dla osiągnięcia własnego celu. Wiedziała, co 
Gavar ma na myśli, jednak czym inna była świadomość własnych zdolności, a czym innym 
słuchanie z ust własnego ojca o takich rzeczach.

- Nie - wyznała. - Jeszcze nie.
- Musisz sprawić, żeby cię pragnął - stwierdził stanowczo Khai. - Ale nie możesz mu się 

oddać, dopóki nie będziesz pewna, że naprawdę ci się to opłaci. Chcę, żeby Ben Skywalker jadł ci z 

background image

ręki jak Tikk, kiedy z nim skończysz.

Vestara uśmiechnęła się leciutko na myśl o swoim ukochanym pupilu. Nie pytała, co się z 

nim dzieje. Został w Świątyni Sithów, kiedy Ves opuściła Kesh, żeby wyruszyć na podbój 
galaktyki. Nie miała pojęcia, czy wciąż tam jest, czy może wrócił do jej rodzinnego domu, ale nie 
chciała drażnić ojca pytaniem o ulubieńca.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy - obiecała. - Mistrz Skywalker robi wszystko, co może, 

żeby trzymać nas od siebie na dystans. Chyba wyczuwa, co razem planujemy. - Celowo użyła tego 
sformułowania, żeby zapewnić ojca, że wciąż jest oddaną córką, posłuszną jego woli. Wyczuwała 
jego zadowolenie; wybuch nagłego gniewu był już tylko wspomnieniem.

- Nie wątpię - stwierdził Gavar. - Jesteś wspaniałą młodą kobietą, moja droga, a Ben to 

zdrowy na ciele i umyśle młody mężczyzna. Jestem pewien, że mu się podobasz i nie mam żadnych 
wątpliwości: on liczy na to, że uda mu się cię „ocalić” i przeciągnąć na Jasną Stronę Mocy.

Vestara pokiwała głową. Jej ojciec, tak samo jak ona, przestudiował uważnie informacje o 

Skywalkerach, których dostarczył im Statek. Wiedziała, że ma rację.

- Zastanawiam się tylko, dlaczego Mistrz Skywalker go do tego nie zachęca. - Ves 

wzruszyła ramionami.

Gavar Khai przyglądał się przez chwilę córce w milczeniu, po czym ujął ją pod podbródek i 

zmusił, żeby spojrzała mu w oczy. Uśmiechnął się do niej ciepło; niespodziewane rozdrażnienie 
zastąpiła znów znajoma czułość i duma z jej osiągnięć.

- Bo Mistrz Skywalker nie jest takim zaślepionym, narwanym głupcem jak jego syn - 

wyjaśnił spokojnie. - Ben jest młody, w gorącej wodzie kąpany i pełen wiary w idealistyczne 
bzdury. Nie to, co Luke Skywalker, na pewno. Ten jest mądrzejszy. Bardziej doświadczony. Widzi, 
jak silna jesteś Mocą i doskonale zdaje sobie sprawę, tak samo jak ja, że nie uda się ciebie zawrócić 
z raz obranej drogi.

- Mimo wszystko... jego żona była kiedyś Ręką Imperatora - przypomniała mu córka. - A on 

sam nawrócił na Jasną Stronę jednego z najpotężniejszych Sithów w historii galaktyki. Jeśli jest 
ktoś, kto potrafi zawracać ludzi ze ścieżki Ciemnej Strony, to tylko Luke Skywalker.

- Nie powiedziałem wcale, że Skywalker nie zdołałby skłonić kogoś do porzucenia 

własnych ideałów - upomniał ją łagodnie Gavar. - On jednak uważa - bardzo słusznie zresztą - że 
przekabacenie ciebie na ich stronę jest niemożliwe.

- Wielka szkoda - westchnęła Vestara. - Wszystko ułożyłoby się znacznie prościej, gdyby 

Luke, tak samo jak Ben, był przekonany, że zdoła mnie skłonić do zmiany zdania. Czy nie 
powinnam zacząć się zachowywać tak, jakbym zastanawiała się nad zdradzeniem ciebie i 
Plemienia?

Khai rozważał przez chwilę jej słowa.
- Nie - powiedział wreszcie stanowczo. - Jestem pewien, że byłabyś bardzo przekonująca, 

ale starszy Skywalker szybko by cię rozgryzł. Postępuj tak jak dotychczas. - Kiedy podniósł wzrok, 
Vestara obejrzała się przez ramię. Z budynku wyszedł właśnie Luke, mrużąc oczy w ostrym 
klatooińskim słońcu. Za nim w powietrzu wisiało bezwładne ciało Dyona Stadda, eskortowane 
przez Bena. - No proszę - powiedział Gavar Khai. - Skywalkerowi udało się wynegocjować 
uwolnienie Stadda. Ciekawe. Dyon opuścił swoje więzienie, ale chyba najwyższy czas, moja droga, 
żebyś ty wróciła do swojego - westchnął i spojrzał znów na córkę. - Wiedz, że pozwalam ci na to 
tylko ze względu na dobro Sithów.

- Wiem, ojcze.
Pochylił się i ucałował ją w czoło.
- Spraw, żebym był z ciebie dumny, córko - powiedział na pożegnanie. Vestara skłoniła 

głowę i ruszyła w stronę Jedi. Ben uśmiechnął się do niej, wciąż skupiając się na utrzymaniu 
nieprzytomnego Dyona w powietrzu. Nie odwzajemniła uśmiechu, śledzona badawczym wzrokiem 
Luke’a Skywalkera. - Cieszę się, że oddali chłopaka pod waszą opiekę, Mistrzu Skywalker - 
zawołał do niego Khai. - Mam nadzieję, że gdyby to był jeden z naszych uczniów, ty także 
dzieliłbyś naszą radość.

- Szczerze? Wątpię w to - odparł Luke prosto z mostu.

background image

- Twoja szczerość jest bardzo... ożywcza - stwierdził dyplomatycznie Khai.
- Wyobrażam sobie, że wśród Sithów to rzadki towar. Cieszę się, że doceniasz jego wartość. 

Vestaro? Czas na nas.

- I to już wszystko na dziś. Żegna się z państwem Perre Needmo. Dobrej nocy. - Droid 

kamerzysta dał zbliżenie na długi pysk reportera i jego mądre, spokojne oczy, otoczone siecią 
zmarszczek.

- Cięcie! - zawołał reżyser, Jorm Alvin, człowiek w średnim wieku, o czarnych włosach, 

przyprószonych na skroniach mocną, wyraźną siwizną. Szpakowata czupryna była jedyną cechą 
jego wyglądu, która rzucała się w oczy. Nieco zbyt niski, żeby jego wzrost można było 
zaklasyfikować jako średni, miał wylewający się zza paska brzuch i twarz wprawdzie sympatyczną, 
ale trudną do zapamiętania. No, może poza miłym uśmiechem. Alvic przyjaźnił się z Perrem 
Needmem od wielu, wielu lat i wyreżyserował prawie wszystkie części programu Przegląd 
wydarzeń Perrego Needma
 od czasu jego powstania. - Dobra robota, Perre, jak zwykle zresztą - 
pochwalił reportera.

- Dzięki, Jorm - odparł Chevin. - Ale to zasługa nas wszystkich. Cały zespół świetnie się 

spisał, szczególnie dobrze wypadły wywiady. - Needmo ułożył datapady na swoim biurku w równy 
stosik, wstał z fotela i podniósł wzrok na reżyserkę. - Zastanawiałem się, czy nie zechcielibyście 
zostać dziś nieco dłużej? Mam pewien pomysł, który chciałbym wam przedstawić.

- Co to takiego? - zaciekawiła się Sima Shadar, producentka. Technicy przerwali swoją 

pracę, wymienili spojrzenia i wzruszyli ramionami. W ciszy rozległo się poirytowane piśnięcie 
myszobota, któremu ktoś zastąpił drogę; po chwili robocik pomknął dalej.

- Chodzi mi od pewnego czasu po głowie taka myśl - podjął Needmo - żeby zacząć 

nadawanie nowego cyklu.

- Hm, Perre... pojutrze mamy spotkanie zarządu. Możemy przedyskutować twoją propozycję 

i... - zaczęła Sima, ale umilkła, kiedy Chevin pokręcił zdecydowanie potężnym łbem.

- Nie - powiedział. - To ważne. Dlatego chcę was zapoznać z tym projektem najszybciej jak 

to możliwe.

Jorm i Sima spojrzeli po sobie.
- No dobrze, Perre - zgodziła się producentka i Needmo pokiwał z zadowoleniem głową, 

chociaż tak naprawdę nie spodziewał się, że ktoś wyrazi sprzeciw. Sima wcisnęła guzik na konsoli i 
z głośników w studio i na zapleczu popłynął jej głos:

- Uwaga, uwaga! Cały personel! Perre prosi, żebyście wszyscy spotkali się na krótkim 

zebraniu, zanim wyjdziecie do domu. Zapraszam na główny plan.

Na chwilę zapadła cisza, po której rozległy się potwierdzenia: „Jasne”, „Tak jest, szefowo!” 

Wkrótce zebrała się spora grupka scenarzystów, reżyserów i montażystów; większość zaopatrzyła 
się w przekąski i jedzenie na wynos. Atmosfera była luźna; chociaż powinni już wychodzić do 
domów, nikt nie wyglądał na rozdrażnionego czy niezadowolonego. Lubili swoją pracę i wiedzieli, 
że Needmo nie prosiłby ich o zostanie po godzinach, gdyby w grę nie wchodziło coś naprawdę 
ważnego. Kilka osób usiadło na krzesłach, część wybrała podłogę.

- Mieliśmy w programie kilku gości, komentujących sytuację na Tatooine, Karfeddionie i 

Thalassii. Wywiązało się też parę bardzo żywych dyskusji w tej kwestii, jak i w sprawie 
działalności Lotu Wolności - zaczął Needmo. Podreptał na środek sali i rozejrzał się po twarzach 
zgromadzonych. - Mój instynkt podpowiada mi jednak, że to będzie grubsza historia i nie 
chciałbym, żeby przeszła nam koło nosa. Musimy trzymać rękę na pulsie i nie pozwolić, żeby 
ludzie o tej sprawie zapomnieli. Koniecznie należy ją wyjaśnić. Chociaż w Przeglądzie Perre 
Needmo relacjonował wydarzenia rzetelnie i obiektywnie, to jednym z powodów, dla których 
opuścił ojczystą Vinsoth, była chęć niesienia dobrej nowiny istotom tej galaktyki. A jeśli w jakimś 
wydaniu nie miał do tego okazji, starał się przynajmniej zawrzeć w nim coś, co podniosłoby ludzi 
na duchu.

- Dobry pomysł - stwierdziła Sima, wklepując coś do komputerowego notesu. - Możemy 

background image

poprosić Darrica Tevula, żeby regularnie przedstawiał relacje z...

Needmo zamachał wielkimi łapami.
- Nie, nie chodzi o sam komentarz - zaprotestował. - Widzę to tak: wyślijmy tam kogoś. 

Ktoś powinien odwiedzić niektóre z tych światów, przeprowadzić wywiady z członkami rządów i 
buntownikami.

Wśród zgromadzonych rozległy się szmery, pomruki, a nawet parę cichych gwizdów. Jorm 

podrapał się po głowie, ale przytaknął.

- To dobry pomysł - przyznał. - Powiedziałbym nawet, że świetny. Jestem pewien, że bardzo 

by nam podniósł oglądalność, chociaż muszę przyznać, że to byłaby dla nas zupełna nowość. Do tej 
pory nie zajmowaliśmy się takimi programami.

- Wszyscy pracujemy tutaj bardzo ciężko na to, żeby odciąć się od „reporterów” pokroju 

Javisa Tyrra i podobnego sleemo pseudodziennikarstwa - odparł Needmo. - To w tym celu 
zdecydowaliśmy się na zachowanie poważniejszej formy programu. Nie proponuję zmiany, tylko 
zwiększenie zakresu. Mam przeczucie, że te zamieszki to nie tylko kilka przypadkowych 
incydentów.

Nikt w Przeglądzie wydarzeń Perrego Needma nie był wrażliwy na Moc, ale wszyscy 

dorobili się przez lata pracy wyczulonego instynktu i mieli nosa do gorących tematów. Wśród 
pracowników krążył nawet żart, że nikt nie ma większego nosa do dobrych tematów niż Perre 
Needmo, który zresztą wcale się o to nie obrażał, wręcz przeciwnie - czasem sam żartował w ten 
sposób.

- W takim razie nie ma na co czekać - stwierdził Jorm. - Czy ktoś z naszych etatowych 

pracowników ma doświadczenie z pracą w terenie?

- Madhi Vaandt - podsunął natychmiast realizator oświetlenia. Zawtórował mu chór pełnych 

aprobaty pomruków. Jakiś czas temu Madhi prowadziła relacje z dolnych poziomów Coruscant, w 
których przedstawiała skandaliczne warunki życia zamieszkujących je istot. Uparcie działała jako 
wolny strzelec, ale stacja, która nadawała Przegląd wydarzeń Perrego Needma, zatrudniała ją 
czasem do różnych projektów.

- Doskonale - ocenił Jorm. - Ten ostatni reportaż, który dla nas robiła, cieszył się bardzo 

dużym uznaniem. Ktoś nawet zaczął organizować zbiórki leków i przytułki dla tych nieszczęsnych 
dzieciaków z dolnego Coruscant. Poza tym Madhi nie szuka poklasku i świetnie wypada przed 
holokamerą.

Needmo zmarszczył trąbkę na znak poparcia pomysłu.
- Słyszeliście, moi drodzy? - zawołał pełnym dumy głosem. - Otwieramy mieszkańcom tej 

galaktyki oczy na problemy, a oni zaczynają je dostrzegać i próbują rozwiązywać! Widziałem pracę 
Vaandt i jestem jak najbardziej za. Skontaktujcie się z jej agentem najszybciej jak to możliwe. 
Najlepiej by było, gdyby zgodziła się lecieć na dwie, może trzy planety. A jedną z nich... - urwał i 
nabrał tchu - ...jedną z tych planet musi być Vinsoth.

Członkowie zespołu wymienili między sobą spojrzenia. Vinsoth był ojczystym światem 

Needma. Od tysięcy lat jego lud, Chevinowie, niewolili humanoidalną rasę Chevów. Trzeba 
przyznać, że Chevowie nie byli traktowani ze szczególnym okrucieństwem, a niektórzy twierdzili 
nawet, że nie mają na co narzekać. Ich kultura kwitła, mieli pełne wsparcie, jeśli chcieli się 
zajmować sztuką. Przemoc fizyczna wobec nich była zabroniona i karana wysoką grzywną, a 
czasem nawet więzieniem.

Needmo patrzył po zgromadzonych, mrużąc dobrotliwie oczy.
- No, co? - spytał łagodnie. - Co w tym złego? Nie możemy robić w dobrej wierze reportażu 

o niewolnictwie na innych światach, zapominając o tym, że osoba, od której bierze nazwę cały 
program, pochodzi z jednego z takich światów. Gdybyśmy postąpili inaczej, bylibyśmy 
hipokrytami; stracilibyśmy zaufanie widzów i wiarę, jaką w nas pokładają. Poza tym... to po prostu 
byłoby nie w porządku.

- Perre - odchrząknął Jorm - zasłużyłeś na swoją reputację tym, jaki jesteś i co robisz. To, 

skąd pochodzisz, nie ma żadnego znaczenia.

- I to samo powinno dotyczyć wszystkich istot - zauważył Needmo. - Nikt nie może być 

background image

sądzony według swego pochodzenia ani oceniany przez pryzmat świata, na którym się urodził. 
Liczy się to, jacy jesteśmy. Możecie mi wierzyć, wiem coś o tym. Staram się zachować neutralność 
podczas przedstawiania informacji, ale przymykanie oka na sytuację na Vinsoth nie byłoby 
neutralne. Nie będę sam relacjonował sytuacji ani jej komentował, chociaż moja opinia jest 
wszystkim dobrze znana. Madhi się tym zajmie. Nie ma napiętych terminów, a ja nie zamierzam jej 
cenzurować - dodał, patrząc wymownie na Simę. - Widzowie wyciągną własne wnioski. Tak będzie 
najlepiej dla naszego programu i dla nich. Czy nie o to zawsze walczyliśmy?

Needmo wiedział, że jego zespół zdaje sobie sprawę z tego, iż nie ma sensu z nim 

dyskutować. Instynkt jeszcze nigdy go nie zawiódł. Zdecydowanie przedkładał solidne, spokojne i 
wyważone relacjonowanie faktów nad modną ostatnio histeryczną formę „dziennikarstwa” opartego 
na skandalach, które zdecydowanie bardziej nadawałyby się do holoszmatławca. Zatrudnienie 
Madhi było co prawda czymś nowym, ale Needmo nie miał wątpliwości, że to właściwy krok. 
Madhi Vaandt miała reputację osoby, która nazywa rzeczy po imieniu. Była żywą, impulsywną 
osobą i nie bała się wyciągać na światło dzienne historii, które niekoniecznie były piękne i nie 
zawsze miały szczęśliwe zakończenie. Nie obawiała się wyprawić do Podmiasta jedynie w 
towarzystwie holoekipy, a jeśli przedstawi sytuację na Vinsoth z taką samą rzetelnością, i to w 
programie prowadzonym przez Cheva, nikt nie ośmieli się podważyć jej wiarygodności.

Wszyscy zgromadzeni wiedzieli, że Needmo zdecydowanie potępia sytuację na jego 

rodzinnym świecie. Postanowił nie mieszać się do polityki, ale sprzeciw wobec praktykowania na 
jego ojczystej planecie niewolnictwa był jednym z powodów, dla których opuścił Coruscant. 
Wyznawał zasadę, że pewne rzeczy powinny zniknąć z galaktyki raz na zawsze.

Producentka wzruszyła ramionami.
- To show Perrego Needma, szefie. Jeśli tak ma być, to będzie. Poza tym mogę się założyć, 

że program przebije oglądalność Jedi wśród nas Javisa Tyrra.

Wybuch śmiechu rozładował napięcie.
- No, skoro tak - podjął Needmo, wymachując z rozbawienia trąbką - to chyba 

wystarczający powód, który powinien nas przekonać, że warto się tym zająć, nie sądzicie? - Znów 
śmiechy. Needmo wiedział, że jego ekipa wspiera go całym sercem, i był z nich dumny... z każdego 
z nich. W ciągu lat pracy zgromadził zespół wspaniałych fachowców i każdego wieczoru kładł się 
spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ciężko pracowali, żeby informować i 
uświadamiać widzów, i udawało im się to. W głębi duszy miał cichą nadzieję, że dzięki temu 
galaktyka stanie się odrobinę lepszym miejscem.

ROZDZIAŁ 11

Sala rozpraw numer dziewięć, Coruscant

Eramuth Bwua’tu prowadził Tahiri Veilę przez tłum reporterów, których odgradzał tylko 

czerwony sznur i kilku naburmuszonych strażników. Jedną rękę trzymał na jej plecach, a w drugiej 
miał kunsztownie zdobioną laseczkę, którą stukał ostentacyjnie o marmurową podłogę w rytm ich 
kroków.

Holoreporterzy, obwieszeni mnóstwem symboli najróżniejszych stacji, gazet i rozgłośni 

walczyli zaciekle o ich uwagę. Każdy z nich był zdecydowany za wszelką cenę zdobyć ujęcie albo 
linijkę, która stanie się hitem dzisiejszych wiadomości.

- Panienko Veilo? Tutaj!
- Tahiri! Jak się pani czuje w dniu rozprawy?
- Była Jedi Veilo, jak pani sądzi, w którym punkcie zaczęła się pani zwracać przeciwko 

swoim? - Ostatnie pytanie zadał oczywiście nie kto inny jak największy sleemo reporterskiego 
światka, Javis Tyrr. Tahiri trzymała głowę wysoko i patrzyła spokojnie przed siebie.

- Świetnie, moja droga, tak trzymać! - mruknął do niej łagodnie Eramuth. - Prasa to banda 

background image

szubrawców, ale wolne społeczeństwo nie może bez nich funkcjonować. Czy jesteś na to gotowa, 
moja droga?

- Tak - odparła Tahiri ledwie słyszalnym szeptem, który mogło wyłapać tylko czułe ucho 

Bothanina. Była gotowa. Od momentu, w którym przedstawiono jej nakaz aresztowania, wiedziała, 
że ta chwila nadejdzie i nie miała złudzeń co do tego, jak trudna będzie droga do uniewinnienia, o 
ile w ogóle było to możliwe.

Ale Eramuth, wytworny, staroświecki i szarmancki Eramuth Bwua’tu przywrócił jej 

nadzieję. Kiedy mu opowiadała całą historię, jak została uczennicą Jacena, słuchał jej uważnie i 
robił dokładne notatki. A ona nie pominęła żadnego szczegółu i nie była dla siebie pobłażliwa. 
Wyznała wszystko, czego się dopuściła, ale nie brała na siebie odpowiedzialności za czyny innych.

Eramuth co prawda lekko na nią naciskał, jednak nie musiał uciekać się do perswazji. Kiedy 

skończyli, Tahiri z lekkim rozbawieniem stwierdziła, że wie o niej więcej niż jej najbliżsi 
przyjaciele. Po namyśle uświadomiła sobie ze smutkiem, że nie miała właściwie żadnych przyjaciół 
- od czasu kiedy została adiutantką Caedusa.

Główne wejście prowadziło przez ciąg dwuskrzydłowych, automatycznie rozsuwanych 

drzwi. Tahiri pierwszy raz widziała miejsce, w którym będzie spędzała większość czasu przez 
najbliższe... cóż, tak długo, jak będzie trzeba. Sala sądowa numer dziewięć Galaktycznego Centrum 
Sprawiedliwości wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażała. Pomyślała, że jej elegancki, 
ekscentryczny obrońca świetnie tu pasuje. Wiedziała zresztą, że czuje się tu jak u siebie w domu, bo 
powiedział jej, że bronił w tej sali i wygrał dwadzieścia siedem spraw.

Ściany pokrywały ciemne drewniane panele, a podłogę wyłożono takimi samymi 

marmurowymi płytami jak hol. Przejście między miejscami dla publiki wyłożono grubym i 
miękkim czerwonym dywanem. Po prawej stronie stały fotele dla ławy przysięgłych - w różnych 
kształtach i rozmiarach, co oznaczało, że o losie Tahiri będzie rozstrzygać wiele istot, i to nie tylko 
humanoidów. Zastanawiała się, czy to dobrze, czy źle, ale ufała, że Eramuth dopilnował, by nie 
znalazł się tu nikt niepowołany. Wszystkie fotele, niezależnie od kształtu i wielkości, wyglądały na 
wygodne. Na członkach ławy przysięgłych spoczywały poważne obowiązki, więc podczas 
rozprawy musieli mieć jak najlepsze warunki.

Po prawej stronie mieli zasiadać przedstawiciele prasy; między fotelami ustawiono 

przyprawiającą o zawrót głowy rozmaitość sprzętu, oznaczonego skrzętnie plakietkami stacji, do 
których należał. Tahiri z ulgą zauważyła miejsce zarezerwowane dla twórców Przeglądu wydarzeń 
Perrego Needma.
 Cóż, przynajmniej jedna stacja nada rzetelną relację i nie rozdmucha tego do 
rozmiarów nie wiadomo jakiej sensacji...

Dobre i to.
Naprzeciwko stały dwa piękne ciemnobrązowe marmurowe stoły z Ithora. Jak 

poinformowano Tahiri, obrona miała zasiadać za tym po lewej, za którym ustawiono dwa stare, 
drewniane krzesła, wypolerowane tak mocno, że wydawały się świecić własnym blaskiem w 
porannym świetle, padającym z dwóch rzędów okien umieszczonych wysoko na ścianach. 
Wyglądało na to, że pozwani nie zasługują na takie luksusy jak członkowie ławy przysięgłych. Za 
drugim stołem miał zasiadać oskarżyciel, a na przeciwległym końcu wznosiło się wysokie 
stanowisko sędziowskie - także ze starożytnego ithoriańskiego marmuru - oraz fotel dla świadków.

Fotel sędziowski, w przeciwieństwie do praktycznych, ale wygodnych siedzeń dla publiki i 

ławy przysięgłych, a także wytwornych, choć twardych krzeseł dla oskarżonego i oskarżyciela, 
wyglądał niemal jak tron. Na pierwszy rzut oka widać było, że także jest bardzo stary - kunsztownie 
zdobiony, z wysokim oparciem, obity grubą tkaniną. Poręcze miał najeżone rozmaitymi 
przyciskami, które dziwnie kontrastowały z klasycznym stylem mebla. Stół, za którym stało 
krzesło, był wypolerowany do połysku i także wyposażony w rozmaitą aparaturę.

Na przedniej ścianie widniało godło Galaktycznego Sojuszu, a tuż obok stał nieruchomo 

lśniący android protokolarny, który miał się zajmować tłumaczeniem, jeśli będzie przemawiał 
świadek niewładający basikiem. Tahiri domyślała się, że miał też wszystko nagrywać. Obok 

background image

jednych z dwojga drzwi wiodących do komnat sędziowskich na tyłach sali stał potężny, zwalisty 
mężczyzna - pomocnik sądowy; ze swoim nosem (najwyraźniej łamanym) i niskim czółkiem 
wyglądał raczej jak wykidajło, nawet mimo nienagannego, szykownego munduru.

Nagły szum i tupot kroków dowodził, że przedstawicielom mediów pozwolono wejść na 

salę. Wszyscy pospiesznie ruszyli do swoich miejsc i, rozmawiając ściszonymi głosami, zajęli się 
ustawianiem sprzętu. Eramuth pokierował Tahiri w stronę ławy i szarmancko odsunął dla niej 
krzesło, czekając, aż usiądzie, zanim sam zajął miejsce. Wydawał się spokojny i pewny siebie; 
rozglądał się po sali z nostalgicznym wyrazem twarzy.

- Nigdy nie przegrałem w tej sali, moja droga Tahiri. Nigdy - powiedział do niej. - I nie 

zamierzam dopuścić, żeby ta rozprawa była pierwszą.

Skinęła głową, nagle dziwnie przytłoczona. Dziwne. Ta sala, pachnąca pastą do polerowania 

mebli i skórą, z kurzem tańczącym w smugach światła, pełna szeptów i odgłosów kliknięć 
uruchamianego sprzętu, a także szuraniem kroków, uprzytomniła jej powagę sytuacji bardziej niż 
areszt z jego niewygodami, niż kajdanki ogłuszające (uznała za ironię fakt, że w podobne zakuła 
kiedyś Bena Skywalkera) i wszelkie restrykcje, które do tej pory ją spotkały.

Cieszyła się, że Eramuth sprawia wrażenie tak pewnego siebie i rozluźnionego, bo - chociaż 

od najmłodszych lat stawiała czoło niezliczonym niebezpieczeństwom - Tahiri bardzo się teraz 
denerwowała. Umiała walczyć, tutaj jednak, w tej atmosferze formalnej powagi, czuła się 
zalękniona bardziej niż w obliczu najbardziej przerażającego wroga, z jakim przyszło jej walczyć.

Bothanin uścisnął pokrzepiająco jej ramię.
- Nadchodzi Sul Dekkon, prokurator - szepnął jej do ucha. Tahiri wyciągnęła szyję, starając 

się, żeby nie wyglądało to zbyt ostentacyjnie. Do sali wchodził właśnie wysoki, niebieskoskóry 
Chagrianin, ubrany w szaty w kolorach czerni i rdzy, otoczony wianuszkiem przedstawicieli 
mediów, obserwatorów i pismaków.

Kilka kroków za nim wypatrzyła w tłumie znajome twarze Hana Solo i jego żony, Leii 

Organy Solo. Kiedy ją zauważyli, uśmiechnęli się do niej ciepło. Byli obecni na sali, kiedy 
przedstawiano jej zarzuty, i najwyraźniej zamierzali jej kibicować podczas rozprawy. A 
przynajmniej podczas tej jej części, poprawiła się w myśli. To był bardzo miły gest z ich strony.

Skinęła im lekko głową i wróciła wzrokiem do prokuratora. Jego podwójne rogi były długie 

i imponujące. Na ostre końcówki dolnych letrogów, wyrastających z mięsistych wypustek po obu 
stronach głowy, które przypominały Tahiri twi’lekańskie lekku, nasadził wypolerowane kule z 
jakiegoś metalu, lśniące jasno w promieniach słońca wpadających przez okno do sali sądowej. Oczy 
miał prokurator głęboko osadzone, ale bystre i przenikliwe, i świdrował właśnie nimi Tahiri.

- Mieliśmy już kiedyś ze sobą do czynienia - wyjaśnił jej szeptem Eramuth. - Podczas jednej 

z moich ostatnich spraw. - Nie podniósł wzroku na Chagrianina. Nalał szklankę wody ze stojącego 
na stole dzbanka i podał Tahiri, dając jej dobry pretekst do odwrócenia wzroku. Dzięki temu nie 
wyglądało na to, że nie wytrzymała jego spojrzenia.

- Wygrałeś? - spytała cicho i upiła łyk wody.
- Oczywiście.
- Świetnie - mruknęła, odstawiając szklankę. - Czyli teraz ma rachunek do wyrównania.
- Dajmy mu szansę - stwierdził Eramuth beztrosko. Wstał i podał rękę Chagrianinowi, który 

wśród szelestu ciemnych szat dotarł właśnie do ich stołu.

Sul Dekkon był znacznie wyższy niż Bothanin i górował na nim, kiedy wymieniali uścisk 

dłoni. Eramuth nawet nie mrugnął.

- Sul - przywitał się z prokuratorem uprzejmie. - Dobrze wyglądasz.
- Ty także, Eramuth - odparł Sul. Miał ostrzejszy głos niż Bwua’tu i wyrażał się bardziej 

szorstko. - Widzę, że nie narzekasz na profesorski los?

Bothanin uśmiechnął się i zastrzygł prawym uchem.
- Przekazywanie wiedzy i doświadczenia następnemu pokoleniu to bardzo szczytne i 

satysfakcjonujące zajęcie - powiedział.

- Następnemu? - Dekkon pokręcił głową i uśmiechnął się zdawkowo. - Nie bądź taki 

skromny. Teraz musisz już uczyć wnuki, Eramuth.

background image

- Z wiekiem wiele rzeczy nabiera szlachetności - odparł Bwua’tu. - Abothański umysł jest 

tego doskonałym przykładem.

- Możliwe - przyznał Chagrianin - ale wyszedłeś nieco z wprawy, chyba nie zaprzeczysz?
Eramuth roześmiał się serdecznie.
- Wprawa jest niczym, jeśli wygrało się tyle spraw co ja, mój drogi! Doszedłeś chociaż do 

połowy tej liczby?

Obaj byli prawnikami i chociaż żaden z nich nie miał wrażliwości na Moc, potrafili 

znakomicie skrywać emocje. Tyle że dla kogoś o zdolnościach Tahiri równie dobrze, zamiast 
prawić jeden drugiemu pozorne uprzejmości, mogli wywrzaskiwać sobie w twarz obelgi i pretensje, 
które aż w nich kipiały. Właściwie dotyczyło to tylko Dekkona, bo Eramuth był nadal spokojny i z 
satysfakcją bawił się w drażnienie prokuratora. Okazywał przy tym wdzięk, którego 
pozazdrościłaby mu niejedna tancerka.

W oczach Dekkona, kiedy otwierał usta, żeby odpowiedzieć koledze po fachu, lśnił gniew, 

ale poruszenie na tyłach sali przerwało ich rozmowę. Wykidajło pomocnik otworzył drzwi i do 
środka weszło w ciszy dwunastu przysięgłych. Dekkon skinął Eramuthowi krótko głową i wrócił na 
swoje miejsce. Wyjął kilka datapadów i ułożył je na stole przed sobą. Eramuth ukłonił mu się i 
usiadł z powrotem obok Tahiri.

- Chyba mamy całkiem niezłą ławę przysięgłych - szepnął Tahiri na ucho. - Większość z 

nich to rozumne, bezstronne istoty, część nawet ci współczuła.

Była Jedi kątem oka przyglądała się przysięgłym. Byli wśród nich ludzie, Bithowie, Chadra- 

Fanowie, Wookie - całkiem jakby zjawili się tu przedstawiciele wszystkich planet, będących 
członkami Galaktycznego Sojuszu. Zastanawiała się, czy któryś z nich jest wrażliwy na Moc. W 
końcu miała to być ława sądząca ją jak sobie równą... Szybko stwierdziła jednak, że to mało 
prawdopodobne. Na pewno zaraz podniosłyby się głosy argumentujące, że wrażliwy na Moc 
członek ławy przysięgłych mógłby nadużywać swoich wyjątkowych zdolności. Jeden z członków 
ławy, Kalamarianin, przyglądał jej się wyłupiastym okiem, przekonany, że zachowuje neutralny 
wyraz twarzy. Bardzo się mylił. Widać było od razu, że jej nie lubi.

- A część nie - dopowiedziała, nie spuszczając wzroku z Kalamarianina, który właśnie 

zajmował miejsce.

- Racja, ale tego akurat można się było spodziewać - powiedział Eramuth spokojnie. - Nie 

można mieć wszystkiego. Jedyną rzeczą, która tak naprawdę przemawia na korzyść Dekkona, są 
fakty.

Tahiri przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Spojrzała na Bothanina z niedowierzaniem.
- Chwileczkę. Coś ty powiedział?
Bwua’tu uśmiechnął się i nalał sobie wody. Ręka lekko mu drżała, ale wydawał się 

absolutnie spokojny; to drżenie Tahiri zauważyła już wcześniej. Tak czy inaczej, Eramuth miał 
swoje lata.

- Powiedziałem, że Dekkon ma fakty. My za to mamy coś więcej: możemy decydować, jak 

ława przysięgłych je zinterpretuje i jak się do nich ustosunkuje. A co ważniejsze, moja droga, 
mamy ciebie. - Upił długi łyk. - Mamy tę osobę, jaką byłaś, tę, jaką jesteś, i tę, jaką chcesz się stać. 
I wierz mi, po stokroć wolę mieć po swojej stronie takie atuty niż coś tak prostackiego jak zimne, 
twarde fakty.

- Ale... dlaczego? - Tahiri czuła się, jakby ktoś kopnął ją w splot słoneczny. Czy ten 

Bothanin oszalał?

- Ponieważ, moja kochana, istoty tej galaktyki w głębi duszy wcale nie lubią rzeczy, które są 

zimne i twarde. Zjawiły się tu, a przynajmniej znakomita większość z nich... niech będą 
błogosławieni... z zamiarem rzetelnego wypełnienia obowiązku. Jeśli uznają cię za winną, będą 
musieli być tego pewni ponad wszelką wątpliwość. I tutaj, panienko Tahiri Veilo, zaczyna się nasza 
działka: musimy im dać jak najwięcej powodów do wątpliwości.

Zanim Tahiri zdołała zadać chociaż jedno ze stu cisnących jej się na usta pytań, pomocnik 

sądowy wyszedł na środek sali i oznajmił głosem tak donośnym, że transpastal w oknach prawie 
zadrżała:

background image

- Proszę wstać. Sędzia Mavari Zudan.
Tahiri znała to nazwisko, chociaż nigdy wcześniej nie widziała Falleenki, która właśnie 

weszła tylnymi drzwiami na salę. Zaczęła się zastanawiać, czy nie wpadła właśnie z deszczu pod 
rynnę. Co prawda cała ta farsa z sądem Jedi szczęśliwie się skończyła, a zmanipulowana sędzia 
Lorteli została po cichu odsunięta od sprawy, ale Mavari Zudan była przecież osobą 
odpowiedzialną za skazanie Luke’a Skywalkera.

Nosiła ciemne sędziowskie szaty, które kojarzyły się Tahiri bardziej ze strojem kata, a 

surowa twarz o ostrych rysach jeszcze pogłębiała to wrażenie. Usiadła na sędziowskim fotelu, 
sięgnęła po staroświecki, ciężki młotek i uderzyła nim w stół.

- Otwieram rozprawę w sprawie Tahiri Veili - ogłosiła.

- Masz gości - powiedział strażnik. - Cofnij się i usiądź na krześle.
Pierwszy dzień rozprawy był długi i męczący, i Tahiri czuła się wyczerpana - jednak nie na 

tyle, żeby słowa strażnika nie zaciekawiły jej i nie zaskoczyły. Jedyną osobą, która mogła ją 
odwiedzać od czasu przedstawienia jej zarzutów, był jej adwokat. Kiedy posłusznie usiadła na 
krześle, do celi weszło dwóch strażników. Podczas gdy jeden z nich trzymał ją na muszce blastera, 
drugi skrępował jej nadgarstki i kostki kajdankami ogłuszającymi, co było standardową procedurą 
zawsze, kiedy otwierano drzwi. Zniosła bez słowa skargi bolesną operację, jednak bardziej niż to 
upokorzenie zaprzątała jej głowę myśl, kim też są jej tajemniczy goście.

Strażnicy cofnęli się i do celi weszło dwoje ludzi - wysoki, szczupły mężczyzna i drobna, 

ciemnowłosa kobieta. Oboje uśmiechnęli się do niej promiennie.

- Trochę nam to zajęło, ale w końcu udało się nam wywalczyć pozwolenie na widzenie z 

tobą - odezwała się Leia.

Tahiri wskazała krępujące jej kończyny kajdanki.
- Wybaczcie, że nie wstanę, żeby się z wami przywitać - przeprosiła. - Cieszę się, że was 

widzę.

- Lepiej byłoby na pewno spotkać się przy filiżance kafu - westchnął Han i obejrzał się na 

strażników. - Czy wasze mamy nie mówiły wam, że nieładnie jest podsłuchiwać?

Mężczyźni nie ruszyli się z miejsca i nie odpowiedzieli.
Han i Leia spojrzeli po sobie; Leia wyprostowała się dumnie i popatrzyła na nich kolejno.
- Rozumiem, że macie swoje obowiązki i musicie kontrolować wszelkie informacje, które są 

dostarczane więźniowi w sposób inny niż przez prawnika. Jedynym powodem, dla którego tu 
przybyliśmy, jest fakt, że mamy do przekazania pewne bardzo prywatne wiadomości. Sądzę, że 
obaj czulibyście się bardzo niezręcznie słuchając ich. Czy możemy liczyć na chwilę prywatności?

Obaj mężczyźni sprawiali wrażenie bardzo zakłopotanych już od chwili, kiedy usłyszeli 

określenie „bardzo prywatne”.

- Wiemy, że cieszy się pani powszechnym szacunkiem - powiedział jeden z nich potulnie. 

Przeniósł wzrok na Hana i nieco ostrzej dodał: - Pan także, kapitanie Solo. Jednak rozkazy to 
rozkazy.

- Boicie się, że spróbujemy ją stąd wyciągnąć, czy jak? - parsknął Han. - Człowieku, to jest 

Jedi, i to jedna z najlepszych! Te zabaweczki, które jej założyliście, na nic by się nie zdały, gdyby 
ona nie zechciała pozostawać tu z własnej woli. Czy to jasne? - Zerknął na Tahiri, szukając 
potwierdzenia, i chociaż sytuacja była poważna, więźniarka z trudem opanowała napad nerwowego 
śmiechu. Sądziła, że cokolwiek Solo mają jej do powiedzenia, perswazja Hana przyniesie więcej 
szkody niż pożytku.

- Są całkiem skuteczne - stwierdziła wymijająco. - Ale rzeczywiście, jestem tu z własnej 

woli. Nie mam zamiaru uciekać.

- My także nie chcielibyśmy, żeby jej to strzeliło do głowy - podjął Han. - Wolimy, żeby tu 

została i żeby wszyscy mogli się przekonać, jak bardzo się co do niej mylili.

Leia podeszła bliżej do strażników.
- Panowie - powiedziała cicho - wszystko, co mam do powiedzenia Tahiri Veili, dotyczy 

background image

wyłącznie mojej sytuacji rodzinnej.

Rodzina? O nie! - pomyślała natychmiast Tahiri.
- Czy coś się stało? Coś się przytrafiło Amelii? Albo Jainie? - spytała z niepokojem.
Han położył jej szeroką dłoń na ramieniu i uścisnął.
- Nic im nie jest, wszystko w porządku - zapewnił ją łagodnie. - Kochanie? - Obejrzał się na 

żonę. - Mogę wyjść, jeśli...

- Chcę, żebyśmy powiedzieli jej to razem - weszła mu w słowo Leia. Zerknęła na męża i 

Tahiri zobaczyła, że oczy lśnią jej od łez. Wcześniej zaniknęła się na Moc, ale teraz sięgnęła po nią, 
żeby wybadać Solo. Czuła jego ból, ale podszyty dziwną, cichą radością.

Strażnicy wymienili spojrzenia.
- Zostawimy was samych, ale wasza rozmowa będzie monitorowana - ostrzegł jeden z nich.
- Dziękuję, to dla nas naprawdę wiele znaczy. - Leia obdarzyła ich uśmiechem, który wciąż 

jeszcze topił serca jak wosk. Mężczyźni wyszli i ciężkie drzwi zasunęły się z hukiem. W kącie pod 
sufitem mała kamera z obiektywem nakierowanym na Tahiri mrugała światełkami sygnalizującymi, 
że urządzenie jest aktywne.

- Leio? Hanie? O co chodzi?
Przysunęli sobie krzesła i usiedli obok. Han objął ją, a Leia ujęła jej ręce w swoje drobne 

dłonie. Z jej brązowych oczu wyzierała troska i Tahiri pomyślała nagle, że to prawdziwy cud: oto 
zaledwie dwa lata po tym, jak wywiązała się między nimi brutalna walka na miecze świetlne, kiedy 
to spróbowała tak głupio aresztować oboje Solo na rozkaz Jacena, tak bardzo się przejmują jej 
losem. Wiedziała, że oboje mieli wielkie serca, a fakt, że tu przyszli, był tylko jeszcze jednym na to 
dowodem.

Leia szybko strzepnęła, ukradkiem ręką w stronę kamery. Rozległ się lekki trzask i Tahiri 

uśmiechnęła się, bo dotarło do niej, że Leia, nie mogąc wymusić na strażnikach całkowitej 
prywatności, oślepiła po prostu urządzenie Mocą.

- Musimy zachować wszelkie środki ostrożności - wyjaśniła księżniczka. - Informacje, które 

mam ci przekazać, pochodzą od Luke’a i Bena.

- Czy wszystko u nich w porządku?
- W tej chwili tak - potwierdził Han. - Są...
Leia odchrząknęła i spojrzała na męża znacząco. Pod wpływem jej wzroku zamknął z 

kłapnięciem szczękę i zamilkł.

- Są cali i zdrowi - dokończyła, ściskając dłoń Tahiri. - Ale nie o tym chcemy z tobą 

porozmawiać. Mieli... cóż, chyba można to tak nazwać... coś w rodzaju wizji, tyle tylko, że było to 
znacznie bardziej realne. Podczas swojej wędrówki udali się w mentalną i duchową podróż i trafili 
do miejsca zwanego Jeziorem Widm. Pewna jego część nosi nazwę Zwierciadła Wspomnień. W 
tym miejscu... podobno można rozmawiać z umarłymi.

Nagle Tahiri już wiedziała. Poczuła, że krew odpływa jej z twarzy, a oczy otwierają się 

szeroko; usta wyschły i zbladły. Han mocniej otoczył ją ramieniem. Jeśli Luke Skywalker twierdził, 
że jego spotkanie ze zmarłymi było prawdziwe, to Tahiri także nie miała co do tego wątpliwości. A 
fakt, że Leia i Han zrobili wszystko, co w ich mocy, żeby się z nią zobaczyć, mówił sam za siebie, 
kogo spotkali Ben i Luke.

Jej oczy nabrzmiały łzami, które zaraz stoczyły się po policzkach. Spróbowała podnieść 

rękę, żeby je zetrzeć, ale krępujące jej nadgarstki kajdanki były połączone z tymi przy kostkach u 
nóg, więc nic z tego nie wyszło. Leia podniosła dłoń i czule otarła jej policzki.

- Widział Marę, Jacena... i Anakina - powiedziała cicho. Ona także doznała szoku po 

otrzymaniu informacji od brata, ale już doszła do siebie, chociaż na pewno bardzo to wszystko 
przeżyła. Siedzący po drugiej stronie Han Solo odchrząknął. Tahiri nie mogła oderwać wzroku od 
twarzy Leii, ale czuła, że ten człowiek, który - gdyby Moc zdecydowała się nadać wydarzeniom 
inny bieg - mógłby teraz być jej teściem, z trudem panuje nad emocjami.

Otworzyła usta, ale nie udało jej się wykrztusić ani słowa. Nie wiedziała, o co chce spytać. 

Czy jest spokojny? Co powiedział? Czy ją pamięta?

- Anakin objawił im się jako pierwszy - podjęła Leia. - Luke i Ben powiedzieli mu, że jego 

background image

poświęcenie ocaliło Jedi i że nigdy nie było nikogo równie silnego jak on. I nigdy żaden Rycerz mu 
nie dorówna. - Uśmiechnęła się smutno. - Anakin odparł, że Zakon nie może czekać na nadejście 
wielkiego Jedi, który go poprowadzi, i że każdy Rycerz Jedi powinien postępować w zgodzie z 
samym sobą, bo kiedy jego światło zgaśnie, inni nie mogą się pogrążyć w mroku.

Tahiri zagryzła wargi, ale łzy nie przestawały płynąć. Wróciła myślą do czasów, kiedy 

wędrowała z Jacenem po nurcie, próbując znaleźć wyjście z tej sytuacji, uwolnić się od obsesji na 
punkcie Anakina i pogodzić z jego śmiercią... Nie udało się.

- Pytał o ciebie. Pytał, czy wszystko u ciebie w porządku.
- Co... - Tahiri wzięła głęboki oddech i zamrugała, usiłując się opanować. Kompletnie jej to 

nie wyszło. - Co mu powiedzieli?

Leia uśmiechnęła się ciepło.
- Że na pewno będzie dobrze. A potem... Anakin poprosił, żeby ci przekazali, że... wciąż cię 

kocha.

Tahiri całkiem się rozkleiła. Dławiła w sobie te wszystkie uczucia od tak dawna... 

Wędrówka po nurcie, flirt z Ciemną Stroną, proces, który zmuszał ją do powtórnego rozważenia 
najgorszych, najpotworniejszych i najbardziej bolesnych chwil jej przeszłości... Cały czas tłumiła 
emocje, które to w niej wywoływało, ale teraz nie miała już na to siły.

Wciąż ją kocha! I zawsze będzie kochał, tak jak ona nie przestanie kochać jego... To właśnie 

było rozwiązanie, potwierdzenie, którego szukała samotna, zraniona, zagubiona Tahiri. Wśród 
urywanego szlochu, otoczona ramionami przez Leię i Hana, czuła, że rana, którą nosiła w sobie 
przez te wszystkie lata, zaczyna się powoli goić. Straszny, lodowy okruch, który nosiła w sercu 
przez cały ten czas - choć z jego obecności nie zdawała sobie nawet sprawy - zaczynał topnieć.

Zawsze będzie ją kochał i zawsze będzie przy niej. Teraz mogła już sobie odpuścić, 

pozwolić, żeby sny o Anakinie odeszły, odsunąć nienawiść wobec siebie samej za to, co uczyniła i 
kim się stała. Minęło kilka długich chwil, zanim podniosła głowę z ramienia Leii i spojrzała 
najpierw na nią, a potem na Hana.

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała, pociągając nosem. - Wiem, że mnie nie skażą. Nie 

skażą mnie dlatego, że mam za dużo do zrobienia, zbyt wiele rzeczy do naprawienia, 
wyprostowania. Tak wiele mostów do odbudowania. I zamierzam to wszystko zrobić.

- Dla Anakina - dopowiedziała Leia cicho, ale Tahiri pokręciła głową. Jej złote włosy 

rozsypały się na ramionach.

- Nie tylko dla niego. Także dla siebie samej.
- Dobrze powiedziane, dzieciaku - powiedział Han lekko zachrypniętym głosem. - Wiem, że 

nasz chłopiec właśnie tego by chciał.

I Tahiri wiedziała, że Han Solo ma rację.

ROZDZIAŁ 12

Świątynia Jedi, Coruscant

Kenth Hamner upił łyk kafu z filiżanki i zerknął na stos datapadów na swoim biurku. Tyle 

rzeczy zaniedbał, ale taka była natura przywództwa - trzeba było dokonywać wyborów, szeregować 
zadania pod względem ważności. Nie dało się zrealizować wszystkiego. Rolą Hamnera było 
dopilnowanie, żeby nie pominąć żadnego z priorytetów.

W tym celu, idąc za przykładem kobiety, którą traktował jak sól w oku, awansował jedną z 

najbardziej obiecujących uczennic, młodą kobietę nazwiskiem Kani Asari, na swoją asystentkę. 
Podobnie jak wiele innych decyzji, które był zmuszony ostatnio podjąć, nie zyskało to poparcia 
wśród części Mistrzów. Dochodziły do niego narzekania, zwłaszcza co bardziej bezpośrednich 
osób, jak Kyp Durron czy - niebędący nawet Jedi - Han Solo, które nawet nie starały się ukryć 
niezadowolenia. Przecież Luke, Wielki Mistrz, twórca nowego Zakonu, nie musiał mieć 

background image

„asystentki”. Czy Hamner nie mógł sobie sam parzyć kafu i sam czytać swoich datapadów? Czy 
poduszki też ktoś musiał mu poprawiać?

Nikt z nich nie miał pojęcia, ile spraw przewija się przez jego biurko w ciągu jednego dnia - 

ba, w ciągu jednej godziny. Prawdopodobnie nawet nieustraszony Han Solo nie potrafiłby tego 
wszystkiego udźwignąć. I oczywiście każdy, kto miał do niego jakąkolwiek sprawę, uważał, że to 
najbardziej palący problem w całym znanym wszechświecie.

Hamner ignorował gderaczy i miał nadzieję, że ta jasnowłosa, drobna dziewczyna, która 

świetnie wywiązywała się ze swoich obowiązków, także ich ignoruje lub, jeszcze lepiej, w ogóle 
nie słyszy.

Wyczuł Kani po drugiej stronie drzwi.
- Wejdź - zawołał, wstał i podszedł do niewielkiego kredensu.
Wetknęła w szparę jasną główkę z promiennym uśmiechem, którym maskowała podkrążone 

oczy. Jeszcze raz Hamner poczuł wzburzenie na myśl o tym, jak niesprawiedliwie jest traktowana. 
Wyglądało na to, że tylko on zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężko jego asystentka pracuje.

- Dzień dobry, Mistrzu Hamner - przywitała go, zajmując swoje zwykłe miejsce.
- Dzień dobry, Kani. Napijesz się kafu?
- O tak, poproszę - powiedziała z wdzięcznością. Podgrzał swoją filiżankę, nalał drugą dla 

niej i zaniósł obie na biurko. Kani wypiła łyk, odstawiła filiżankę i wyciągnęła swój datapad. 
Popatrzyła na niego wyczekująco spod równo obciętej grzywki.

Hamner zmrużył oczy. Zauważył jej płaszcz, rozczochrane włosy i rozmyty makijaż.
- Nie spałaś tej nocy, co? - Kiedy wychodził, tuż przed północą, obiecywała, że wkrótce 

pójdzie do siebie. Najwyraźniej tej obietnicy nie dotrzymała.

- Eee... nie, Mistrzu. Ale to nic. Postaram się dzisiaj wyjść wcześniej.
- Dopilnuję tego - zapewnił, marszcząc brwi. - To ważne, żeby poświęcić trochę czasu na 

odpoczynek. A przynajmniej na medytację.

- Tak jest, Mistrzu - powiedziała. - Po południu przejdę się do sali fontann.
- Dobrze. A teraz powiedz mi, co nowego, skoro położyłaś się później niż ja. - Usadowił się 

wygodnie w fotelu, popijając gorący kaf.

- No cóż, mam dobre i złe wiadomości.
Potarł oczy.
- Dobrze, że chociaż są jakieś dobre. Zacznijmy od nich.
- Pewnie już o tym wiesz, ale proces Tahiri Veili na razie przebiega pomyślnie. Media 

przedstawiają jej sprawę pozytywnie, no i rozmawiałam wczoraj z Nawarą Venem. Jest pod 
wrażeniem tego, jak Bwua’tu sobie radzi. Oglądałeś jakieś relacje?

- Trochę.
- A zatem wiesz, że Eramuth Bwua’tu to dosyć... barwna postać.
Hamner uśmiechnął się lekko, co rzadko mu się ostatnio zdarzało.
- Być może tego właśnie było nam trzeba - stwierdził. - W każdym razie to naprawdę dobre 

wieści. Chociaż to był dla niego cios, kiedy „sąd Jedi” Daali nie pozwolił mu reprezentować Tahiri, 
Ven cały czas liczy na korzystne orzeczenie. Chociaż obawiam się, że całkowite oczyszczenie z 
zarzutów jest niemożliwe. - Szczera skrucha Tahiri i jej zachowanie, odkąd porzuciła Ciemną 
Stronę, niewątpliwie wyszły jej na dobre. Hamner, podobnie jak wszyscy inni Jedi, był 
zadowolony, ale i zaskoczony, że przywódczyni Sojuszu zgodziła się rozwiązać sąd Jedi przed 
procesem. Wiedział, że Daala zgodziła się na to tylko dlatego, iż była pewna rozstrzygnięcia, 
najwyraźniej jednak nie było ono wcale takie oczywiste.

- Ven ostrzega, że wynik nie jest przesądzony, a obecne przychylne dla Jedi nastroje 

denerwują przywódczynię Sojuszu.

- Niech się złości - warknął Hamner. - Chciała trzymać się przepisów, to się trzymamy. 

Niech teraz ponosi konsekwencje. A te złe wiadomości?

- Mistrzyni Cilghal jest bardzo zaniepokojona ostatnią... hm, falą, chyba tak trzeba 

powiedzieć... eee...

- Zachorowań? - podpowiedział Hamner. Kani pokiwała głową. - No cóż, ja też jestem 

background image

zaniepokojony.

Były już doniesienia o pięciu obłąkanych Jedi, z których wszyscy przebywali w 

dzieciństwie w Schronisku. Dwa przypadki miały miejsce w ciągu ostatnich trzydziestu sześciu 
godzin.

Nawet sam Luke Skywalker miał z jednym takim do czynienia. Wprawdzie nie był to na 

szczęście Rycerz ani nawet Jedi, ale bądź co bądź użytkownik Mocy, wpisujący się w ten sam 
schemat. Niejaki Dyon Stadd, o ile Hamner dobrze zapamiętał nazwisko. Oczywiście Luke nie 
kontaktował się z nim bezpośrednio. Młody Ben porozumiał się z Cilghal i przez nią ta informacja 
trafiła do Hamnera. Hamner tęsknił za czasami, kiedy Jedi mogli wymieniać informacje bez 
uciekania się do tego rodzaju kombinacji.

Z utęsknieniem czekał na powrót Luke’a Skywalkera.
- Cilghal napisała szczegółowy raport na temat ostatnich przypadków: Jedi Kunora Banna i 

Turi Altamik. - Oboje byli ludźmi. Kunor na szczęście zachorował w Świątyni, więc został 
schwytany i odizolowany, zanim ktokolwiek na zewnątrz się o tym dowiedział. Mniej szczęścia 
mieli z Turi, która zdołała uciec ze Świątyni. Po krótkim pościgu złapali ją, jednak stary dobry Javis 
Tyrr zdążył zarejestrować incydent holokamerą. Jej nadnaturalnej wielkości postać o dużych 
zielonych oczach, otwartych szeroko ze strachu i determinacji, o szerokich ustach wykrzykujących 
oskarżenia i krótkich złotych włosach, mokrych od potu, pozostawiła w świadomości widzów 
równie mocny ślad co Jysella Horn.

- Jest tam coś wyjątkowego albo niezwykłego?
- Obawia się, że tempo... zachorowań rośnie - powiedziała Kani. - Stan Sothaisa Saara w 

ogóle się nie poprawia. Często muszą mu podawać środki uspokajające i Mistrzyni Cilghal mówi, 
że zaczynają się wyczerpywać zapasy. Wkrótce powinna otrzymać kolejną dostawę, ale jest 
zaniepokojona.

- Tempo zachorowań rośnie? Może po prostu dopiero teraz spływają informacje z innych 

źródeł, kiedy już wiemy, czego szukać. - Mówił to z nutą nadziei w głosie. Mogło tak być, ale także 
obawy Cilghal mogły okazać się uzasadnione. Czas pokaże. - Poproś, żeby w wolnej chwili 
przyszła do mnie porozmawiać - polecił Kani, która posłusznie zapisała jego życzenie.

Było jeszcze parę istotnych spraw - kilka światów prosiło o pomoc Jedi w rozmaitych 

konfliktach, a nawet, w dwóch przypadkach, w potencjalnych powstaniach, które miały obalić 
rządy uważane za nadmiernie surowe. Kiedy Kani wspomniała o podziemnej organizacji o nazwie 
Lot Wolności, która swoim zasięgiem obejmowała już kilka światów i stawiała sobie za cel 
zniesienie niewolnictwa w całej galaktyce, Hamner westchnął w duchu. Nagle przypomniał sobie o 
Saarze i jego raporcie na temat utrzymujących się tu i ówdzie systemów niewolniczych. Bardziej 
niż kiedykolwiek zapragnął, by ten ponury Chev wyzdrowiał i usłyszał, że sprawa, o którą tak 
zaciekle walczył, zyskuje poparcie.

Postanowił poruszyć temat na najbliższym zebraniu Mistrzów, ale wątpił, żeby w tym 

momencie możliwe było udzielenie komukolwiek pomocy czy publicznego poparcia. Wiedział, że 
niektórzy by tego chcieli, był jednak pewien, że wobec obecnej sytuacji z Daalą przeważą głosy 
rozsądku.

Dwie filiżanki kafu później Kani zakończyła swoje sprawozdanie.
- Powiadomię Mistrzynię Cilghal, że chcesz się z nią widzieć, i będę dalej obserwować 

proces - oznajmiła. - Dostałam też informacje od wszystkich Mistrzów oprócz dwóch, że będą 
obecni na dzisiejszym zebraniu. Coś jeszcze?

- Tak - powiedział Hamner. - Masz się udać do Sali Tysiąca Fontann, jak tylko skończysz 

rozmawiać z Mistrzynią Cilghal.

Rzuciła mu zmęczony uśmiech, dopiła kaf i wyszła. Hamner odchylił do tyłu oparcie fotela i 

dał chwilę odpocząć oczom, zbierając myśli. Na dźwięk swojego komunikatora otworzył znów 
oczy, lekko poirytowany.

- Hamner - powiedział.
- Mistrzu Hamner... - odezwał się kobiecy głos.
Wyprostował się natychmiast w fotelu.

background image

- Admirał Daala - odparł.
- Pewnie jesteś zaskoczony.
- Muszę przyznać, że tak. Zwykle kontaktuje się ze mną pani sekretarz, Wynn Dorvan.
- Postanowiłam udać się prosto do źródła. Mam mnóstwo spraw na głowie, Kenth, i wiem, 

że ty też. Możemy zakończyć to przeciąganie liny. Żadnych mediatorów, żadnych komunikatów 
prasowych ani sesji zdjęciowych, żadnego krążenia wokół tematu. Wiesz, czego chcę. I wiesz 
dlaczego.

- Tak, pani admirał - przyznał, zachowując oficjalny ton. - Wiem, o kogo pani chodzi, i 

znam wszystkie powody, jakie mi pani podała. Sothais Saar jest Chevem i w związku z tym przez 
większą część swojego życia był czyjąś własnością. Proszę wyświadczyć mu tę uprzejmość i mówić 
o nim jak o osobie, a nie o przedmiocie. Nawet jeśli jest umysłowo chory.

- Daj spokój, Hamner - parsknęła. - Nie baw się w semantykę. Wiesz, o co mi chodzi. Chcę 

Saara i chcę Altamik.

- Nie dostaniesz ich. Nikt już ci nie ufa, Daala. Nie rozumiesz? Okaż trochę dobrej woli. 

Zapracuj na nowo na nasze zaufanie. Jeśli to „przeciąganie liny” tak ci doskwiera, to możesz je 
zakończyć.

Nastąpiła chwila ciszy.
- Ty też. W tej chwili. Zanim sytuacja pogorszy się na tyle, że będziesz mógł tylko 

pomarzyć o tym, żeby ze mną porozmawiać.

W jej głosie był niepokojący ton.
- Nie reaguję zbyt dobrze na groźby, pani admirał. Tak samo jak Solo oraz jak inni Jedi. 

Muszę cię prosić o udowodnienie swojej wiarygodności. W przeciwnym razie nie mamy o czym 
rozmawiać.

- Wielka szkoda. Mówisz, że reprezentujesz Jedi? Mam nadzieję, że także ich rodziny. Do 

widzenia. Mistrzu Hamner.

Otworzył usta, żeby coś dodać, ale ona już się rozłączyła. I nie odpowiadała, kiedy Kani 

próbowała się z nią skontaktować. Nawet Wynn Dorvan nie chciał z nim rozmawiać. Hamner mógł 
co najwyżej podyskutować z podenerwowanym kobiecym głosem, który oświadczył:

- Bardzo mi przykro, ale dostałam wyraźne polecenie od przywódczyni Galaktycznego 

Sojuszu, żeby z nikim nie łączyć ani jej, ani Wynna Dorvana.

Stał przez chwilę, próbując się uspokoić. Potem wyjął swój komunikator i połączył się z 

Kani.

- Zwołaj Mistrzów. Natychmiast. Przyspieszamy zebranie. i wszyscy mają być obecni.

Jaina dostała wezwanie w samym środku procesu Tahiri. Marszcząc brwi, spojrzała na 

mrugające światełko na swoim komunikatorze, wyszła na zewnątrz. Gdy usłyszała, że ma stawić się 
na nadzwyczajnym zebraniu Mistrzów, poinformowała Kani, znaną niektórym Mistrzom jako 
„P.K.” - Pupilka Kentha, że natychmiast rusza.

Kiedy dotarła na miejsce, większość Mistrzów już tam była. Podeszła do Kypa Durrona.
- Musimy przestać się tak spotykać - powiedziała.
- Wiem - odparł. - To niestosowne, ale nie mogę się powstrzymać.
- Niestosowne jest to - zauważyła Jaina, zbyt zaniepokojona, żeby ciągnąć te żarty - że cały 

czas jestem zapraszana na te zebrania. Nie jestem Mistrzem, tylko Mieczem Jedi, a te ciągłe 
zaproszenia oznaczają, że według Mistrzów Miecz Jedi może być potrzebny. Niestosowne jest też 
to, że zwołano nadzwyczajne zebranie, chociaż normalnie miało się odbyć za parę godzin.

Kyp pokiwał głową i westchnął.
- Wiem. P.K. nie była zbyt uczynna, kiedy ją zapytałem, co jest grane.
- Nie powinieneś nazywać tak Kani. To dobra dziewczyna - oburzyła się Jaina, patrząc na 

niego gniewnie.

- To nie znaczy, że nie jest Pupilką Kentha - odparował Kyp. - I nie patrz tak na mnie. 

Przecież to twój ojciec wymyślił to przezwisko.

background image

Jaina skuliła ramiona.
- Wiem - przyznała.
Hamner, na pozór spokojny, ewidentnie starał się ukryć swoje emocje w Mocy, jednak i tak 

dało się wyczuć jego wzburzenie. Jaina stała przy drzwiach, oparta o ścianę, z rękami 
skrzyżowanymi na piersi. Nigdy nie widziała Kentha Hamnera bardziej wkurzonego, więc zżerała 
ją ciekawość, o co tu chodzi.

W końcu zjawili się wszyscy, którzy mieli przybyć. Zajęli swoje miejsca i czekali 

niecierpliwie.

- Niedawno skontaktowała się ze mną przywódczyni Sojuszu - zaczął bez wstępów Hamner. 

- Z przebiegu naszej rozmowy wnioskuję, że powinniśmy się przygotować na kolejny atak. 
Najprawdopodobniej znów ze strony Mandalorian.

Jaina zauważyła, że wszystkie oczy zwracają się ku niej, także Hamnera, i uznała to za 

pozwolenie na zabranie głosu.

- W takim razie powinniśmy dać sobie radę, sądząc po tym, jak poradziliśmy sobie z nimi 

ostatnim razem - stwierdziła bez ogródek. - Nie zginął ani jeden Jedi, a oni stracili całkiem sporo 
swoich. Powiedzmy sobie szczerze: najpoważniejszą konsekwencją tego całego incydentu było to, 
że musieliśmy opóźnić start. StealthX-y w dalszym ciągu są tu uwięzione, ale nie sądzę, żeby 
Mando mogli zdziałać coś więcej niż do tej pory.

- Tym razem pojawiło się coś nowego - oznajmił Hamner, a dziwny ton w jego głosie 

sprawił, że Jainie zjeżyły się włoski na karku. - Tuż przed końcem rozmowy... a dodajmy, że ani 
ona, ani Wynn Dorvan nie odpowiadali potem na moje wielokrotnie ponawiane próby kontaktu... 
powiedziała, że mam szansę zakończyć tę gierkę, którą ze sobą prowadzimy. Zanim sytuacja, 
cytuję: „Pogorszy się na tyle, że będę mógł tylko pomarzyć o tym, żeby z nią porozmawiać”.

- To złowrogo brzmiąca, ale dość mglista groźba - stwierdził Kyle Katarn. - Czy ona 

naprawdę myślała, że coś takiego skłoni cię do wydania Saara i Altamik?

- Nie wiem. Powiedziałem jej, że mówię w imieniu Mistrzów i że w tej chwili nie mamy do 

niej za grosz zaufania. Że musi odzyskać wiarygodność w naszych oczach, żebyśmy mogli wrócić 
do negocjacji. Na to ona odpowiedziała, że ma nadzieję, że wypowiadam się także w imieniu rodzin 
Jedi.

Gdyby ktoś wrzucił do sali detonator termiczny, nie wywołałby silniejszej reakcji niż te 

słowa. Saba Sebatyne machnęła ogonem tak mocno, że połamała jedno z krzeseł.

- Teraz posunęła się za daleko! Grozić naszym rodzinom! - wysyczała.
- Co to ma znaczyć? Czy to na pewno groźba? - Katarn, jak zawsze spokojny, starał się 

uzyskać więcej informacji i uciszyć emocje.

- To stek banciego poodoo! - Jaina była tak wściekła, że miała ochotę pójść w ślady Saby i 

coś rozwalić. Prawie wszyscy krzyczeli, nawet niektórzy na ogół spokojni Mistrzowie, jak Octa 
Ramis i Katarn. O dziwo, Jaina zauważyła, że Corran Horn zachował milczenie, chociaż na jego 
skroni pulsowała żyłka. Jaina poczuła palący wstyd. Jego rodzinę Daala już zabrała i nic nie 
wskazywało na to, żeby miał ją w najbliższym czasie odzyskać.

Hamner poprosił o ciszę, a w końcu użył Mocy, żeby wzmocnić swój głos tak, aby 

przekrzyczeć wrzawę.

- Cisza! - wrzasnął.
Teraz przekazał poprzez Moc niezwykle silną sugestię, która, choć wszyscy zebrani 

potrafiliby się jej oprzeć, odniosła skutek. Opanowanie zaczęło gasić gniew, chociaż w powietrzu 
wciąż unosił się niepokój.

Nasze rodziny, pomyślała Jaina. Powróciła myślami do restauracji i do okrzyków 

przerażenia małej Allany. Sytuacja szybko robiła się bardzo nieprzyjemna.

- Groźba była celowo mglista - zauważył Hamner. - Zresztą prawdopodobnie bez pokrycia. - 

Z pewnością sam w to nie wierzył. Tak samo jak Jaina i, jak podejrzewała, wszyscy obecni Jedi. 
Daala nie miała zwyczaju blefować. A szósty zmysł, zawsze ostrzegający Jainę o 
niebezpieczeństwie, zaczął działać. Poczuła go niczym łaskotanie nieprzyjaznych palców na karku.

- Musimy startować! - warknęła Saba. - Powinniśmy byli to zrobić, zanim zostaliśmy tu 

background image

uwięzieni. Teraz musimy odlecieć, zanim Daala zrobi coś, żeby jeszcze bardziej sparaliżować 
Zakon.

- Ona ma rację - zgodziła się Jaina. Słowa jakby same wypłynęły jej z ust.
- Daj spokój, Jaina, zastanów się - powiedział Kyp, zbyt zdenerwowany, żeby zważać na 

słowa. - Już o tym rozmawialiśmy. Jak tylko wystartujemy, usłyszą nas i zestrzelą jak ptaki łowne.

- Nie, jeśli ktoś nam pomoże - odparła Jaina. Hamner rzucił jej gniewne spojrzenie.
- Nie tym razem, Jaino. Żadnej Ciemnospójni, żadnych innych spisków. Nie potrzebujemy 

teraz złej reklamy. Sytuacja jest delikatna i nie pozwolę ci narażać na szwank naszej reputacji.

- Ale ja nie chcę...
- Nieważne!
Jaina niechętnie zamknęła usta. Przez następnych kilka minut przysłuchiwała się wrzawie. 

Wszyscy krzyczeli, nikt nikogo nie słuchał i nikt nie miał zamiaru nic zrobić.

Poza Jainą.
Po cichu, dyskretnie podeszła do drzwi. Odczekała dłuższą chwilę, a potem się wymknęła.
Był ktoś, kto mógł im pomóc.

ROZDZIAŁ 13

- Próbowałem ją zatrzymać - zapewnił Ashik, gdy wpadła do gabinetu Jaggeda Fela niczym 

małe tornado.

- Równie dobrze mógłbyś próbować zatrzymać czas - mruknął pod nosem Jag.
- To ważne - oznajmiła Jaina od progu. Obejrzała się na Ashika. - Możesz nas zostawić 

samych na parę chwil? Muszę porozmawiać z Jagiem na osobności.

Ashik spojrzał na Jaga, który skinął głową. Chiss zmarszczył lekko brwi i zamknął za sobą 

drzwi.

- A więc co jest takie ważne, że musiałaś prawie walnąć Ashika w nos? - spytał Jag, 

rozsiadając się w fotelu i przyglądając się jej.

- Potrzebuję twojej pomocy.
- O co chodzi tym razem?
Jaina skrzywiła się lekko, słysząc ton jego głosu.
- Wiem... ostatnio wygląda na to, że przychodzę do ciebie tylko wtedy, kiedy czegoś 

potrzebuję. Przepraszam, ale tym razem... Jag, to naprawdę poważna sprawa.

Westchnął i rozluźnił się, wyciągając ku niej prawą rękę. Wzięła ją w swoją lewą, 

przymierzając się, żeby przycupnąć na jego biurku, i jego wzrok zatrzymał się na chwilę na 
połyskującym kamieniu na jej serdecznym palcu. Ten widok złagodził nieco jego irytację. Jaina to 
Jaina. Zawsze tak było i, gwiazdom dzięki, zawsze będzie. I kochał ją - pomimo tego i właśnie 
dlatego.

- W porządku. Co się dzieje?
Oblizała usta.
- To zostanie między nami.
- ...dobra.
- Nie mogę ci powiedzieć wszystkiego. Jeszcze nie teraz. Ale... - Wzięła głęboki oddech. - 

Luke trafił na coś naprawdę dużego. Coś, co stanowi zagrożenie dla całej galaktyki. Potrzebuje 
pomocy. Jedi mieli mu ją zapewnić. Mamy w Świątyni niewielką flotę stealthX-ów, gotową do 
wylotu, ale od ataku Mandalorian GS obserwuje nas jak vyrjastrząb. Nie ma szans, żebyśmy 
wystartowali. A dzisiaj Daala w rozmowie z Kenthem Hamnerem, chcąc go zmusić do wydania 
Saara, użyła paskudnej, niejasnej pogróżki pod adresem naszych rodzin. Jag, musimy odlecieć, i to 
szybko. Musimy wysłać te statki do Luke’a, bo...

- Zaraz, zaraz, powoli - przerwał jej Jag. Puścił jej ręce i uniósł swoje w obronnym geście. - 

Po pierwsze, Luke nie może korzystać z niczyjej pomocy. Takie były warunki ugody.

- On nic nie wie o naszych zamiarach, więc nie będzie miał kłopotów. A kiedy 

background image

niebezpieczeństwo zostanie zażegnane, wszyscy, nawet Daala, przekonają się, że to było absolutnie 
konieczne.

- A czego konkretnie ode mnie oczekujesz?
Wyprostowała się nieznacznie, słysząc chłód w jego głosie.
- Żebyś odwrócił uwagę Daali. Sprawił, żeby przestała nas obserwować. Albo... - Otworzyła 

szerzej oczy, co świadczyło o tym, że wpadła na jakiś pomysł. Zaraz jednak pokręciła głową. - Nie, 
nie mogę cię o to prosić.

- Mów.
Wyglądało na to, że Jaina toczy ze sobą wewnętrzną walkę.
- Musisz mi uwierzyć: nie prosiłabym cię o to, gdybym nie sądziła, że to absolutnie 

konieczne. - Mówiła powoli, z ociąganiem, i Jag wiedział, że mówi prawdę. To nie był kaprys. - 
Może... mógłbyś dać nam swoje statki. Parę imperialnych okrętów. Wtedy nie musielibyśmy 
wysyłać stealthX-ów. Moglibyśmy po prostu...

- Czy ja dobrze rozumiem? Mam albo okłamać Daalę, żeby się od was odczepiła, albo 

udostępnić wam imperialne okręty, nie informując o tym Galaktycznego Sojuszu, żebyście mogli 
uganiać się za jakimś nieokreślonym zagrożeniem dla galaktyki? Jaina, reperkusje czegoś takiego... 
- Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. - Zdajesz sobie sprawę, że prawdopodobnie prosisz 
mnie o pomoc w rozpętaniu wojny? Po to, żeby walczyć z wrogiem, o którym nie chcesz mi nawet 
nic powiedzieć?

Odwróciła wzrok, wiercąc się nerwowo.
- No dobrze... jeśli tak to ująć, to nie brzmi najlepiej - przyznała. - Ale, Jag, to jest realne. I 

niebezpieczne. To... to ma związek z Sithami. Proszę, zaufaj mi!

Sithowie. Teraz rozumiał już trochę lepiej. Sithowie byli dla Jainy osobistym wyzwaniem w 

stopniu niemal niepojętym dla niego. Ona lepiej niż ktokolwiek, kogo znał, wiedziała, do czego są 
zdolni, i znała cenę, jaką potrafili wyegzekwować od każdego. Daala twierdziła zawsze, że 
ostatecznie nie ma wielkiej różnicy między Sithami i Jedi. Rozumiał już, dlaczego Jaina chciała 
działać natychmiast, zamiast czekać na pozwolenie i pomoc - ponieważ i tak nie dostałaby ich.

Odpowiedział łagodnie i z najgłębszym żalem:
- Wiem, dlaczego o to prosisz. Ale... przecież rozumiesz, że nie mogę tego zrobić. Nie mogę 

prosić moich podwładnych o popełnienie przestępstwa, które spowodowałoby gigantyczny incydent 
dyplomatyczny, mogący doprowadzić do wybuchu wojny. Nie mogę tego zrobić z tysiąca 
powodów. Rozumiesz to, prawda?

Wyciągnęła do niego ręce w błagalnym geście.
- Jag, to ja, Jaina. Po prostu mi zaufaj. Wszystko będzie dobrze, przyrzekam. Ale musimy 

wysłać do Luke’a jakąś flotę, zanim będzie za późno!

- Gdyby chodziło o mnie, Jaino, uwierzyłbym ci. Podążyłbym za tobą wszędzie, polegając 

tylko na twoim słowie. A wiesz, co to dla mnie znaczy.

Przełknęła ślinę i pokiwała głową. Wiedziała. Kiedyś nadużyła jego zaufania, więc ta 

deklaracja nie przyszła mu łatwo.

Drzwi się rozsunęły, Ashik wpadł do środka, chwycił za pilota i włączył monitor. Jaina i Jag 

już mieli zaprotestować przeciw takiemu wtargnięciu, ale szybko o tym zapomnieli, gdy zobaczyli, 
co się dzieje.

Na ekranie widać było znajomy kształt Świątyni Jedi. Jaina wstrzymała oddech i otworzyła 

szeroko oczy. Potem kamera się cofnęła, pokazując, że Świątynia jest całkowicie otoczona. Przez 
Mandalorian i ich pojazdy.

Jag natychmiast zauważył co najmniej pół tuzina tra’kadów, statków Mandaloriańskich 

Protektorów. Powolne, silnie uzbrojone i zbudowane z beskaru, były to w istocie latające czołgi. 
Teraz stały na ziemi, w różnych punktach opustoszałego placu, atakując jednak z powietrza, mogły 
wyrządzić znaczne szkody konstrukcji Świątyni. Wspomagało je kilka czołgów szturmowych klasy 
Canderous o charakterystycznej pomarańczowej barwie. Były też inne ciężkie pojazdy naziemne, a 
różnego typu bombowce wykonywały powolne, złowrogie przeloty nad Świątynią.

- ...jest oblężona - mówił znajomy głos Javisa Tyrra. - Oblężenie na Coruscant... Można by 

background image

pomyśleć, że przywódczyni Galaktycznego Sojuszu zabrakło pomysłów albo że postanowiła 
powrócić do dawnych czasów, gdy rządy sprawowano żelazną ręką.

- Szybko poszło - powiedziała wstrząśnięta Jaina.
Jag oderwał wzrok od ziarnistych holoobrazów i popatrzył na nią.
- Wiedziałaś o tym?
- Próbowałam ci powiedzieć - odparła Jaina cicho. - Daala rozmawiała z Mistrzem 

Hamnerem...

- ...o rodzinach, tak, ale...
Jaina wyglądała, jakby miała zamiar walnąć pięścią w ścianę, wzięła jednak tylko głęboki 

oddech.

- Jag, ona oblega Świątynię. Wykorzystuje Mandalorian. Za późno na wyprowadzenie 

stealthX-ów. Była za szybka, a teraz nie będzie chciała nas słuchać. Ale i tak możesz mi pomóc. 
Proszę.

Jag przeniósł wzrok na Mandalorian otaczających Świątynię. Rozważył jeszcze raz prośbę 

Jainy. Pomyślał o Daali ujeżdżającej tę guarlarę w nadziei na przechwycenie dwójki Jedi. Pomyślał 
o zamachu na niego i na Solo. Zamachu, za którym, jak podejrzewali, stała Daala.

Podejrzewali...
Ale nie wiedzieli tego na pewno.
Zamknął na chwilę oczy, po czym otworzył je i spojrzał na swoją narzeczoną.
- Porozmawiam z Daalą i spróbuję ją przekonać, żeby zakończyła oblężenie - powiedział 

cicho i spokojnie. - Nic więcej nie mogę zrobić.

Jaina zastygła na długą chwilę. Gdy wreszcie przemówiła, jej głos był przytłumiony i 

dziwnie łagodny.

- Nie powinnam cię o to prosić. Nie powinnam prosić, żebyś zrobił coś wbrew sobie, a 

jednak się na to zdobyłam.

- Jaino, na pewno znajdzie się jakiś...
- To się nie uda, Jag. Choćbyśmy nie wiem jak się starali. Nasze obowiązki zawsze będą ze 

sobą kolidować. Muszę to zrobić... tak samo, jak ty musisz odmówić mi pomocy. Przykro mi.

Powoli zdjęła pierścionek zaręczynowy i z zaskakującą delikatnością położyła go na biurku. 

W oczach miała łzy, ale bez wahania wstała i wyszła.

Mógł ją zawołać. Mógł przeprosić i zaproponować, że potajemnie zrobi dla niej wszystko, 

czego chciała. Ona rzuciłaby mu się w ramiona, objęła mocno i znów wszystko byłoby między nimi 
dobrze.

Tylko że wcale by tak się nie stało. Miała rację. Jag był tym, kim był, i Jaina była, kim była. 

I teraz, po raz ostatni, stanęło to pomiędzy nimi.

Jagged Fel podniósł powoli pierścionek zaręczynowy i ścisnął go mocno w dłoni, a potem z 

krwawiącym sercem i kamiennym wyrazem twarzy, chociaż nikt go nie mógł zobaczyć, zaczął 
obserwować rozgrywające się przed nim wydarzenia.

Komunikator Dorvana zabrzęczał.
- Dorvan - odebrał sekretarz.
Usłyszał głos Daali.
- Włącz holowiadomości. Szybko.
Dorvan westchnął i wykonał polecenie. Sprzeciwiał się długo instalacji wideoekranu w jego 

gabinecie, ale ostatnio Daala nalegała. Powiedziała, że przecież i tak nikt nie nakryje jej sekretarza 
na oglądaniu holoseriali.

Domyślał się, co zobaczy, zanim jeszcze rozległ się charakterystyczny, jakże irytujący głos 

reportera. Na szczęście Dorvan nie musiał go oglądać. Kamera była skierowana na Świątynię Jedi, 
otoczoną przez Mandalorian w swoich charakterystycznych zbrojach.

- ...jest oblężona. Oblężenie na Coruscant... Można by pomyśleć - mówił Tyrr - że 

przywódczyni Galaktycznego Sojuszu zabrakło pomysłów albo że postanowiła powrócić do 

background image

dawnych czasów, gdy rządy sprawowano żelazną ręką.

Słowom reportera towarzyszyły skaczące, ziarniste ujęcia znajomych postaci. Jedną z nich 

był sympatycznie wyglądający starszy mężczyzna o gęstych, falujących srebrzystych włosach i 
życzliwym spojrzeniu, który stał w Senacie, przemawiając żarliwie. Następnie pojawił się 
wizerunek charakterystycznie poruszającej się postaci w czerni w powiewającym płaszczu i masce, 
która przeobraziła się w twarz Jacena Solo.

Dorvan nie był człowiekiem podatnym na propagandę czy manipulacje. Widział w swoim 

życiu wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, jak łatwo można wykorzystać obrazy do określonych 
celów. Jednak te ujęcia Palpatine’a, Dartha Vadera i Jacena Solo wzbudziły w nim niepokój, 
ponieważ to porównanie nie było wcale takie niedorzeczne. Daala zachowywała się w sposób, który 
przywodził na myśl dawnych tyranów. No i miała imperialną przeszłość, która ciągnęła się za nią 
niczym płaszcz Vadera.

- Oglądasz to? - Głos Daali drżał z oburzenia.
- Pani admirał, pani powiązania z Imperium już wcześniej były przedstawiane w 

negatywnym świetle - powiedział spokojnie. - To przykre i nieuczciwe, ale większość istot 
mających choć trochę oleju w głowie natychmiast przejrzy Tyrra.

- Nieważne. Oglądają to wszędzie, a nie ma nikogo, kto relacjonowałby po prostu 

wydarzenia. Nikogo, kto podawałby suche informacje bez wykorzystywania Vadera, Palpatine’a i 
Caedusa w połączeniu z inwektywami. Tak być nie może.

Dorvan poczuł coś na kształt trwogi. Nachylił się do przodu i przemówił do Daali swoim 

najbardziej chłodnym i uspokajającym głosem:

- Pani admirał, to jest wolna prasa. Proszę mi wierzyć, oni mają swój mechanizm 

autoregulacji. Lepiej się nie mieszać, tak jak robili to moffowie.

- Może jednak powinniśmy? Może powinniśmy znaleźć własnego reportera i zapewnić mu 

informacje z pierwszej ręki? - Była wyraźnie wściekła i miała ochotę przejść do ataku.

Dorvan nie mógł na to pozwolić. Przestrzegał ją, że może zacząć być postrzegana jak drugi 

Palpatine, nie zdołał jej jednak wyperswadować oblężenia. Według niego Mandalorianie to był zły 
pomysł. Nie chciał, żeby Daala w ogóle z nich korzystała, ale ona ignorowała jego wielokrotnie 
ponawiane sugestie. Miał ochotę powiedzieć: „No cóż, gdyby nie zarządziła pani oblężenia 
Świątyni, reporterzy nie mogliby wykorzystać tego przeciwko pani”. Jednak to by w niczym nie 
pomogło. Zrobiła to i oblężenie trwało.

Ale gdyby Daala zniżyła się do takich samych metod, jakich używali w tej sytuacji jej 

wrogowie, albo zaczęła ograniczać wolność prasy, przyniosłoby to jeszcze więcej kłopotów, być 
może poważniejszych i o gorszych konsekwencjach dla Galaktycznego Sojuszu. Kłopotów, które 
można by rozwiązać jedynie doraźnie, podążając dalej tą drogą. Było to błędne koło i nie można 
było pozwolić, żeby Daala w nim utknęła.

On nie mógł jej na to pozwolić. Siedział przez chwilę nieruchomo, rozmyślając.
- Jesteś tam, Dorvan?
- Tak, oczywiście. Nie wydaje mi się, żeby wszczynanie wojny z prasą było dobrym 

pomysłem. Ale chyba wiem, jak nałożyć kaganiec naszemu płowowłosemu redaktorowi.

- Naprawdę? Jak?
~ Lepiej, żeby pani nie znała szczegółów. Ale zapewniam panią, że będzie to całkowicie 

legalne i nie rzuci żadnych podejrzeń na panią ani na Sojusz.

- Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć, Wynn - powiedziała ciepłym głosem. - Zawsze 

znajdziesz jakieś wyjście z sytuacji.

- To moja praca.
Wyłączył komunikator i rozsiadł się wygodnie w fotelu ze wzrokiem utkwionym w ekranie. 

Cóż, w pewnym sensie oszukał Daalę. Nie zdradził jej szczegółów nie dlatego, że lepiej, żeby ich 
nie znała, choć niewątpliwie było to prawdą, ale dlatego, że sam jeszcze ich nie obmyślił. Tyrr 
wciąż paplał o „oblężeniu Świątyni”, o „uwięzionych w środku” i tak dalej. Gdzie była jego troska 
o Jedi, kiedy nadawał tamten materiał...

No właśnie. To był klucz. Tylko jak...

background image

Oglądał relację bardzo uważnie. Teraz na ekranie królował sam Tyrr. Oświetlenie było 

znakomite, a Tyrr był niemal - ale tylko niemal - przekonujący w swojej udawanej trosce.

O tak. To było to.
Wcisnął guzik na komunikatorze.
- Desha?
- Tak? - Głos Deshy Lor był rześki i czujny, tak jak sama młoda Twi’lekanka.
- Chciałbym, żebyś trochę poszperała. - Wyjaśnił jej, czego ma się dowiedzieć, ale nie 

wspominał po co. Rzadko kiedy musiała znać powody, więc i on rzadko kiedy je podawał. Desha 
posłusznie wszystko zanotowała i zapewniła go z właściwym sobie optymizmem, że otrzyma 
żądane informacje tak szybko, jak to tylko możliwe, albo nawet jeszcze szybciej.

Wyciągnął Kieszonkę z jej ulubionego legowiska i pogłaskał. Poruszyła się, rozdziawiła 

malutki pyszczek, ziewając, i od razu znowu zasnęła, wyciągnięta na jego ręce. Tyrr wciąż 
przemawiał melodramatycznym tonem.

- Ciesz się tą ostatnią relacją, póki możesz, Javis - powiedział cicho Dorvan i pozwolił sobie 

na nieznaczny uśmiech zadowolenia.

ROZDZIAŁ 14

Umalor, Vinsoth

Była to knajpa o ordynarnej nazwie „Pijany Ootak” i, sądząc po wystroju, mogła się mieścić 

w dowolnym miejscu galaktyki. Tak się jednak złożyło, że znajdowała się na Vinsoth.

Pijany Ootak - nazwa pochodziła od miejscowego ssaka z rzędu naczelnych, znanego z 

wyszukiwania sfermentowanych owoców i obżerania się nimi aż do odurzenia - był zatłoczonym, 
zgiełkliwym i śmierdzącym miejscem, w którym najrozmaitsze istoty zakładały się, piły i 
krzyczały. Powietrze zasnuwał dym, a co pewien czas rozbrzmiewał głośny śmiech.

Zakłady i krzyki koncentrowały się wokół tego, co działo się przy centralnym stole. Na 

jednym jego końcu, w zdecydowanie zbyt dużym fotelu o wysokim oparciu, siedziała smukła, 
delikatnie zbudowana przedstawicielka rasy humanoidalnej. Nosiła prosty strój: znoszone buty, 
spodnie, koszulę i kamizelkę z kilkoma kieszeniami. Miała długie uszy, różową skórę, zmierzwioną 
białą czuprynę i błyszczące oczy. Teraz właśnie mrugała nimi powoli, kiwając przy tym głową. 
Obok niej stał człowiek o jasnych, siwiejących włosach, błękitnych oczach i dosyć zatroskanym 
wyrazie twarzy.

Na drugim końcu stołu siedział Chevin. Był szczuplejszy niż większość przedstawicieli jego 

rasy, a jego szeroka twarz sprawiała wrażenie srogiej i kanciastej. Przyćmione przez dym światło 
połyskiwało na złotym kółku tkwiącym w jednym z jego nozdrzy. Jego szaty, fioletowoniebieskie, 
przeplatane złotymi nićmi, tworzącymi przyjemne, geometryczne wzory, świadczyły o pewnej 
zamożności. W tej chwili jednak z ubrania unosił się charakterystyczny smród alkoholu, którego 
niejeden kieliszek został w ciągu wieczoru rozlany na te szaty. Za plecami Chevina zebrał się 
niewielki tłumek. Niektórzy z zebranych wyglądali na jego przyjaciół lub służących, inni po prostu 
ustawili się tak, żeby mieć dobry widok. Tuż za Chevinem stało dwoje Chevów.

Chevin i różowoskóra humanoidka mieli przed sobą po jedenaście kieliszków ustawionych 

do góry dnem. Pomiędzy nimi stała butelka twi’lekańskiego trunku - napoju znanego ze swojej 
mocy.

Brukał, Chevin będący właścicielem Pijanego Ootaka, nalał im po jeszcze jednym kieliszku 

zielonego płynu, po czym zakorkował z powrotem butelkę. Nie tak dawno jeszcze była 
nienapoczęta; teraz wydawała się już prawie pusta.

Kiedy podano jej kieliszek, humanoidka drgnęła, jakby nagle się ocknęła, po czym sięgnęła 

po niego trzęsącymi się rękami. Zbliżyła kieliszek do ust i znieruchomiała. Wzięła głęboki oddech. 
Rozległ się pomruk, a kredyty zaczęły wędrować z rąk do rąk.

background image

- Nie tak szybko - powiedziała, nieco tylko niewyraźnym głosem. - Dam radę...
Podniosła kieliszek do ust, oblizała wargi, a następnie przechyliła kieliszek szybkim ruchem 

nadgarstka. Rozległy się pojedyncze brawa i kredyty znów powędrowały z rąk do rąk.

- Hej, Guumak - odezwał się Brukał, lekko skrzywiony z gniewu. - Musisz dopłacić. 

Obstawiamy każdą rundę. Jesteś tak pijany, że zapomniałeś?

Drugi z Chevinów wyglądał na zdenerwowanego. Ze wzburzenia zmarszczył pysk. 

Popatrzył na swoją rywalkę, wyraźnie nie mogąc zrozumieć, jakim cudem tak drobna istota mogła 
konkurować z nim w piciu. Skinął jednak, żeby podać mu kolejny kieliszek.

- Najpierw forsa - powiedział Brukał, grożąc mu palcem.
Guumak odwrócił się do dwójki Chevów stojących za nim.
Ubrana w elegancką suknię w przygaszonych kolorach Chevanka o czarnych włosach, 

spiętych wysadzaną klejnotami opaską, trzymała niewielki woreczek i wyglądała na równie 
zdenerwowaną jak Chevin. Powiedziała coś w swoim ojczystym języku i wskazała na woreczek, 
najwyraźniej pusty.

Guumak stęknął, wyciągnął rękę i złapał stojącego obok Cheva za nadgarstek. Pociągnięty 

mocno do przodu Chev zachwiał się lekko.

- Stawiam Shohtę. - Guumak wskazał na Cheva, który wyglądał, jakby był w szoku.
- Panie... - stęknął, zerkając niepewnie to na pijanego Chevina, to na delikatnie wyglądającą 

istotę, z którą rywalizował jego pan. Tym razem Guumak wpatrywał się w kieliszek przez dłuższą 
chwilę, zanim go podniósł i wlał sobie jego zawartość do ust. Jednym haustem połknął alkohol.

W tym momencie jego sprawność motoryczna zawiodła go całkowicie. Kieliszek upadł i 

roztrzaskał się o durabetonową podłogę, a sekundę później jego śladem podążył sam Chevin.

Rozległy się żywiołowe owacje, chociaż wiele istot rzucało też krzywe spojrzenia w stronę 

zwyciężczyni, sięgając do portfeli, sakiewek i kieszeni. Ta uśmiechnęła się, zadowolona, i wstała, 
podczas gdy tłum zaczął się rozpraszać w różne strony. Białowłosa odzyskała równowagę, a 
człowiek, który stał przy niej, odetchnął z ulgą i podał jej szklankę czystej, bezalkoholowej wody. 
Wypiła ją łapczywie.

- Jak żeś to, kriff, zrobiła? - spytał półgłosem jej towarzysz.
- Devaronianie mają dwie wątroby - odparła równie cicho Madhi Vaandt, uśmiechając się 

nieznacznie.

Mężczyzna popatrzył na nią, a potem i on zaczął się uśmiechać.
- Ach, rozumiem. Więc nie możecie się upić.
- Ależ możemy i robimy to. Tyle że potrzeba nam do tego bardzo dużo alkoholu. 

Dowiedziałeś się czegoś? - Para wycofała się do zacienionego kąta, schodząc z drogi Wookiemu, 
który właśnie taszczył ciało nieprzytomnego Chevina. Tuż za nim szła zaniepokojona Chevanka. 
Obejrzała się przez ramię i spojrzała w oczy Cheva, który towarzyszył wcześniej Guumakowi. On 
rzucił jej uśmiech, który miał jej dodać otuchy, po czym odwrócił się i podszedł do człowieka oraz 
Devaronianki. Skłonił głowę i odchrząknął.

- Jestem Shohta. To zaszczyt móc pani służyć - powiedział dziwnie mechanicznie.

Tydzień wcześniej Madhi Vaandt i jej kamerzysta, Tyl Krain, skończyli kręcenie materiału 

na Tatooine. Tam właśnie otrzymała pierwszy list, który ujawniał istnienie grupy zwanej Lotem 
Wolności. Jak dowiedziała się z listu, była to luźno powiązana grupa, która za główny cel stawiała 
sobie wyplenienie niewolnictwa w całej galaktyce. Od pewnego czasu członkowie Lotu 
obserwowali jej pracę reporterską i zapowiadali, że będą robić to dalej, jeśli stwierdzą, że Madhi 
może im pomóc.

Drugi list przyszedł przed zaledwie paroma godzinami. „Spodziewaliśmy się, że trafi pani 

tutaj, na Vinsoth, gdzie niewolnictwo pokryte jest warstwą lukru, żeby wydawało się strawniejsze - 
napisane było w liście. - Obserwujemy panią i rozważamy wtajemniczenie pani w naszą 
działalność. Musimy jednak panią ostrzec, że jakakolwiek publiczna wzmianka na temat Lotu, 
poprzedzająca taki krok z naszej strony, spowoduje zerwanie wszelkich kontaktów. Życzymy 

background image

przyjemnego pobytu. Proszę zwrócić przy okazji uwagę, jak różnie, a jednocześnie jak podobnie 
wygląda niewolnictwo na różnych światach”.

Madhi widywała niewolnictwo na Tatooine, ale z daleka. Teraz była zmuszona naprawdę 

spojrzeć w oczy problemowi reprezentowanemu przez konkretną istotę. Patrzyła na Shohtę z 
zakłopotaniem. Stał w milczeniu, jakby był do tego przyzwyczajony, i po prostu czekał.

- Eee... nie trzeba - powiedziała w końcu Madhi. - Nie musisz mi służyć.
- Ależ muszę - upierał się. - Wygrała mnie pani w zawodach. W tym lokalu jestem tyle 

samo wart co kredyty. Może pani zapytać Brukała. - Odwrócił się i wskazał na właściciela, zajętego 
nalewaniem drinków. Brukał był najwyraźniej przyzwyczajony do wyławiania z gwaru swojego 
imienia, bo podniósł wzrok, spojrzał na Madhi swoimi małymi, ciemnymi oczkami i pokiwał 
głową.

- Jest twój - burknął, po czym wrócił do obsługiwania klientów.
Madhi poczuła, że przewraca jej się żołądek.
- Tyle samo wart co kredyty... - powtórzyła i pokręciła głową. - Ale nie dla mnie.
- Pani...? - Shohta przerwał i zaczekał grzecznie.
- Vaandt. Madhi Vaandt - odpowiedziała.
- Pani Madhi Vaandt, należę teraz do pani. Jeśli wrócę do mojego poprzedniego pana, 

zostanę surowo ukarany, on zaś zostanie ukarany przez Brukała za niedotrzymanie warunków 
zakładu. Proszę, żeby przyjęła mnie pani jako wygraną. Jeśli zawiodę panią w jakikolwiek sposób, 
to zapewniam, że szybko się uczę i drugi raz się to nie powtórzy. Mam bardzo dobre pochodzenie.

- Pochodzenie? - Madhi i jej kamerzysta wymienili spojrzenia.
- Chciałaby pani może zobaczyć rodowód? Jestem pewien, że jak tylko pan Guumak... eee, 

dojdzie do siebie po zawodach, z chęcią przedstawi pani stosowną dokumentację.

Krain się otrząsnął, przynajmniej częściowo, i zerknął na swój chronometr.
- No cóż, mieliśmy zacząć nagranie za piętnaście minut, ale możemy poczekać.
Madhi pokręciła głową, przez co jej biała czupryna jeszcze bardziej się rozczochrała.
- Nie - powiedziała. - Nie ma takiej potrzeby.
- Ale, yyy... ta... istota...
- Shohta?
- Tak, proszę pani?
- Twoim pierwszym zadaniem jako mojego... mojego niewolnika - ledwo przeszło jej to 

słowo przez gardło - będzie występ przed kamerą razem za mną. Dla serwisu holowiadomości.

- Obawiam się, że nigdy wcześniej nie występowałem - powiedział, przestępując nerwowo z 

nogi na nogę. - Jestem raczej osobistym służącym, a nie aktorem, chociaż wielu członków mojej 
rasy znanych jest ze swoich talentów scenicznych.

- Wystąpisz ze mną w wiadomościach - powtórzyła Madhi - i będziesz odpowiadał tylko na 

pytania, które ci zadam. Nie będą trudne.

Pokłonił się nisko, ale z godnością.
- Cokolwiek pani rozkaże.
- Chciałabym, żeby wszyscy udzielający wywiadów byli równie zdyscyplinowani - 

zażartowała odruchowo Madhi, ale zaraz spoważniała. - Nie, wcale nie o to mi chodzi.

- Jedenaście minut - poinformował kamerzysta.
Madhi skinęła na Shohtę.
- Chodź ze mną.
Siedem minut później, gdy akurat zaczynało świtać, stali kilka metrów od knajpy. Krain 

ustawił kamerę tak, żeby obejmowała część lokalu, ale nie ukazując jego nazwy. Nic, co odbywało 
się w środku, nie było nielegalne, przynajmniej na Vinsoth, a zarówno Tyl, jak i Madhi byli 
wystarczająco doświadczeni, żeby wiedzieć, że nie należy nikogo drażnić, jeśli nie jest to 
konieczne. A w tym wypadku nie było.

Madhi trzymała mikrofon i zupełnie nie było po niej widać, że niecałe pół godziny 

wcześniej obaliła prawie litr wysokoprocentowego twi’lekańskiego trunku. Obok niej stał Shohta. 
Wyglądał na przygotowanego, ale skrępowanego. Gładził nerwowo swój płaszcz.

background image

- Jedziemy - powiedział Krain.
- Stoję przed lokalem w stolicy Vinsoth, Umalorze - zaczęła Madhi. - Nad miastem świta 

nowy dzień, ale wciąż niewiele światła udało się rzucić na instytucję niewolnictwa, która 
funkcjonuje tu niezmiennie od tysięcy lat. Na tej planecie Chevowie są niewolnikami Chevinów. 
Niektórzy uważają, że to bardzo cywilizowany układ, bo Chevinowie dbają o Chevów, szanują ich 
kulturę i pozwalają na jej rozwój. - Oczy Madhi błyszczały z przejęcia. Nie starała się tłumić 
emocji. - Reporterska uczciwość każe mi przyznać, że większość Chevów jest faktycznie dobrze 
traktowana. Ich życie bywa lżejsze niż życie wielu wolnych istot gdzie indziej. Tylko że oni nie są 
wolni. Są własnością, można ich kupować i sprzedawać... a nawet wygrać w karty. Ja sama jakąś 
godzinę temu wzięłam udział w grze hazardowej i chciałabym państwu pokazać, co mi 
zaoferowano jako środek płatniczy.

Shohta przesunął się niepewnie w pole widzenia kamery, zerkając nerwowo to na 

kamerzystę, to na Madhi. Devaronianka uśmiechnęła się do niego, po czym skierowała przejęty 
wzrok z powrotem na widzów, których zawsze wyobrażała sobie po drugiej stronie obiektywu.

- Znamy te oklepane historyjki o tym, co się dzieje, kiedy komuś zabraknie pieniędzy przy 

hazardzie. Na stole ląduje biżuteria, czasem akty własności. Shohta także jest własnością i teraz, 
zgodnie z obowiązującym na tej planecie prawem, należy do mnie, tak samo jak moja kurtka. 
Shohta - zwróciła się do niego - mówiłeś wcześniej, co możesz mi zaoferować jako niewolnik. Czy 
mógłbyś opowiedzieć o tym widzom?

- Oczywiście, proszę pani - odparł natychmiast z wyraźną ulgą. - Nazywam się, jak pani 

wie, Shohta Laar. Jestem wyszkolony na osobistego służącego. Gotuję, sprzątam, zajmuję się 
sprawami osobistymi, takimi jak sprawunki czy rozkład dnia, przeprowadzam rozmowy z innymi 
niewolnikami, których chce kupić mój właściciel, mogę też robić wiele innych rzeczy.

- Rozumiem - powiedziała Madhi. - Mówiłeś też wcześniej, że masz rodowód. Możesz 

powiedzieć coś więcej na ten temat?

- To świadczy o tym, że pochodzę z jednej z najbardziej cenionych rodzin niewolniczych - 

wyjaśnił Shohta, unosząc rękę, żeby pokazać zespawaną bransoletkę. Była piękna jak na tego 
rodzaju przedmiot. - Mogę udokumentować swoje pochodzenie do kilkudziesięciu pokoleń wstecz. 
Linia Laarów jest czystej krwi.

- Dobra hodowla - wtrąciła Madhi.
- Bardzo - zgodził się Shohta.
- I uważasz, że będę zadowolona z twoich usług?
- Mam taką nadzieję, proszę pani.
- A co mogłabym zrobić, gdybym była niezadowolona? Zgodnie z prawem? - Madhi 

bacznie mu się przyglądała, aż Shohta zaczął zdradzać pewne oznaki zakłopotania.

- No... cóż, należę do pani. Mogłaby pani zrobić wszystko, co pani zechce.
- Mogłabym cię bić? Głodzić? Wychłostać publicznie?
- Publicznie nie. Za zamkniętymi drzwiami tak.
Madhi nie ustępowała.
- Gdyby twoje dzieci także należały do mnie, mogłabym je bić, żeby cię ukarać?
- Tak, mogłaby pani.
Madhi przeszyła go wzrokiem.
- Mogłabym cię... zabić? Zmusić cię do... zbliżenia ze mną?
Niewolnik czuł się teraz wyraźnie nieswojo, jednak wyprostował ramiona i odpowiedział na 

pytanie.

- Co tylko pani zechce. Może pani w dowolny sposób dysponować moją osobą.
- Co tylko zechcę - powtórzyła Madhi. - Tylko dlatego, że wygrałam w grze hazardowej, 

mam teraz żywą istotę, która oddycha, myśli, czuje i z którą mogę zrobić wszystko, na co tylko 
mam ochotę. - Przyglądała mu się przez chwilę, po czym odwróciła się z powrotem w stronę 
kamery. Czuła na twarzy rumieniec oburzenia i miała nadzieję, że widać go pomimo makijażu. - 
Oto paskudne oblicze niewolnictwa. Owszem, Chevinowie pozwalają Chevom malować, pozwalają 
im odgrywać ich tradycyjne sztuki, żeby mogli zarabiać na obrazach i przedstawieniach. Na ogół 

background image

dobrze traktują swoich niewolników, ponieważ nie niszczy się cennej własności. Być może 
Chevowie mają szczęście. Ale mają go tylko tyle, na ile pozwolą im ich właściciele. A co, jeśli 
Shohta nie będzie miał szczęścia?

Odwróciła się znów ku niemu. Shohta otworzył szeroko oczy, ale stał spokojnie. Był 

rzeczywiście bardzo dobrze wyszkolonym niewolnikiem, stwierdziła z bólem serca Madhi.

- No cóż, a więc zrobię z tobą to, na co mam ochotę, Shohto. A wiesz, co to będzie?
Oblizał wyschnięte wargi.
- Nie, proszę pani. Proszę mi powiedzieć, żebym mógł posłuchać.
- Uwolnię cię.
Nie opadła mu wprawdzie szczęka, ale oczy otworzyły się jeszcze szerzej.
- Chcesz być wolny? - Wiedziała, że to jest decydujący moment. Gdyby Shohta powiedział, 

że woli być niewolnikiem, cały plan spaliłby na panewce. Musiałaby skasować nagrany materiał i 
zacząć od nowa, a to, co było dla niej najważniejsze, czyli pragnienia i potrzeby samych 
niewolników, straciłoby znaczenie.

Chev przez długą chwilę się nie odzywał. Potem spojrzał jej w oczy.
- Łaskawy właściciel jest mimo wszystko właścicielem, a wygodna klatka więzieniem - 

powiedział cicho. - Tak. Tak, chcę być wolny.

Madhi zamrugała szybko. Kiedy odwróciła się ponownie do kamery, jej głos był zupełnie 

nieprofesjonalnie ochrypły ze wzruszenia.

- A więc załatwione - oświadczyła. - Później, kiedy zostaną otwarte urzędy, dopełnię 

formalności. Zatrudnię cię w mojej ekipie, jeśli będziesz chciał. Jeśli zaś nie, możesz udać się, 
dokąd tylko chcesz.

- Myślę, że... chciałbym pracować dla pani - odparł, ostrożnie ważąc słowa. Ukłonił się 

nisko, tak jak to robił przez całe życie. Kiedy jednak się wyprostował, jego twarz miała już inny 
wyraz. Malowała się na niej duma, pewność siebie i wdzięczność, która nie miała nic wspólnego ze 
służalczością. Madhi się uśmiechnęła.

Była pewna, że na następnej planecie, na którą polecą, Lot Wolności nawiąże z nią 

bezpośredni kontakt. A kiedy do tego dojdzie, Shohta Laar będzie obok niej.

ROZDZIAŁ 15

Kryjówka rodziny Solo, Coruscant

Threepio dziwnie się zachowywał.
Allana nie podejrzewała, żeby to mogła być wina jakiejś usterki, jednak zachowanie droida 

było bez wątpienia nietypowe. W ciągu ostatnich paru dni wydawał się zarazem bardziej 
zadowolony i bardziej zdenerwowany niż zazwyczaj. Threepio zawsze był czymś zdenerwowany; 
bez tego najwyraźniej nie potrafił funkcjonować. Ta cecha charakteru droida intrygowała Allanę, 
ale zaobserwowała to samo u żywych istot, więc przyjęła ją po prostu do wiadomości bez 
specjalnego niepokoju.

Ostatnio jednak złocisty android protokolarny zdawał się być zdenerwowany nie na kogoś 

innego, tylko na siebie. To zaś - o czym Allana wiedziała - było w jego przypadku zdecydowanie 
nietypowe.

Razem z Anji, stąpającą bezszelestnie przy jej boku, zaczęła obserwować Threepio. Ktoś 

inny mógłby to nazwać „węszeniem”, jednak Allana wiedziała, że chodzi po prostu o zbieranie 
informacji. Bo może ktoś majstrował przy jego oprogramowaniu, a może droid potrzebował 
regulacji. Potrafiła jednak przyznać sama przed sobą, że głównym powodem, dla którego zajęła się 
obserwacją i zbieraniem informacji, była nuda. Wyprawa na Dathomirę okazała się tak ekscytująca, 
pomimo niebezpieczeństw, jakie tam napotkała, że w porównaniu z nią powrót do domu, nawet z 
dziadkiem, babcią i ciocią Jainą, oznaczał straszliwą monotonię. Poza tym, chociaż rozumiała 

background image

konieczność korzystania z tych tymczasowych, wynajętych kwater, brakowało jej znajomej wygody 
prawdziwych mieszkań rodziny Solo.

Któregoś dnia dziadek zastał ją nadąsaną nad lekcjami, a kiedy wyjaśniła mu, o co chodzi, 

pokiwał głową.

- Doskonale cię rozumiem, mała. Ale nawet najlepsze statki potrzebują czasami naprawy.
- Nie jestem ranna i nie potrzebuję naprawy - odparła Allana.
- Nie, fizycznie nie. Ale niekiedy trzeba odpocząć i złapać oddech, zanim znów rzucisz się 

w wir wydarzeń - powiedział.

- Ty jakoś nie musisz.
Uśmiechnął się szeroko. Był to jeden z tych uśmiechów, które zawsze wywoływały podobną 

reakcję i niezwykłą łagodność na twarzy jej babci.

- No, ale pamiętaj, że ja mam parę lat więcej. - Złapał ją za nos i Allana zachichotała. - 

Jestem pewien, że zanim skończysz tyle lat co ja, zobaczysz i zrobisz tyle rzeczy, że nawet te 
przygody, które przeżyliśmy na Dathomirze, będą ci się wydawały nudne. Ale na razie myślę, że 
odrobina spokoju jest dobra dla małych dziewczynek.

- Dziadku, ja mam już osiem lat!
Na jego twarzy pojawił się na chwilę dziwny wyraz, a Allana wyczuła w Mocy 

promieniujący od niego żal.

- Może i tak, ale zawsze będziesz moją małą dziewczynką.
Allana uznała, że rozumie, o co mu chodzi.
- Tak samo jak Jaina, tak?
- Uhm.
- I... jak Jysella dla Mirax i Corrana? Mimo że jest dzielnym i doświadczonym Rycerzem 

Jedi?

Żal Hana przybrał na sile i Anji zaczęła się niespokojnie wiercić. Położyła uszy i nastroszyła 

kolce.

- Dziadku - powiedziała cierpliwie Allana. - Już to przerabialiśmy. Nie możesz być smutny, 

bo Anji się wtedy denerwuje.

Han znów się uśmiechnął, posadził sobie Allanę na kolanach i mocno przytulił. Roześmiała 

się i poczuła, że jemu także poprawia się humor, a smutek ustępuje miejsca bezgranicznej miłości.

- No dobra, to co powiesz na to? Ty nie będziesz się na mnie złościć, nawet jak będziesz już 

dorosła i będziesz mogła mną poniewierać przy użyciu Mocy, a ja będę cię dalej nazywał moją 
małą dziewczynką.

Roześmiała się wesoło.
- Umowa stoi, dziadku.
Jednak dziadek nie zawsze był przy niej, żeby ją zabawiać, a poza tym dziwne zachowanie 

Threepio było o wiele ciekawsze niż to całe „łapanie oddechu”, o którym mówił Han.

Nieraz słyszała, jak droid mówi sam do siebie albo do Artoo. Mówił na przykład: „Wielkie 

nieba, powinienem poprosić o modernizację, to trwa stanowczo zbyt długo!” albo: „Jaka to ulga 
robić to, do czego zostałem zaprojektowany”, albo: „Och, jej, może nowszy model lepiej służyłby 
państwu Solo. Jestem koszmarnie przestarzały i zupełnie się sypię”.

Tego nigdy nie mówił Artoo.
Teraz zobaczyła, jak Threepio rozgląda się, omiatając wszystko wokół fotoreceptorami. 

Schowała się za rogiem, zanim odwrócił się w jej stronę. Anji popatrzyła na nią, a Allana 
przyłożyła palec do ust. Zwierzątko nawet nie pisnęło. Dwa razy w tygodniu Allana i Anji ćwiczyły 
z zawodowym treserem. Nexu mogły być szkolone jako zwierzęta myśliwskie lub obronne, a dzięki 
dwóm parom oczu bardzo dobrze reagowały na sygnały wzrokowe. Chcąc mieć swojego 
ukochanego zwierzaka przy sobie w trakcie swoich podchodów, Allana szybko nauczyła Anji 
reagować na ten niemal uniwersalny gest nakazujący zachowanie ciszy.

Nasłuchiwała, aż usłyszała szczęk i warkot Threepio zmierzającego do gabinetu. Poczuła 

lekki zawód. Wyglądało na to, że Threepio nie ma zamiaru robić nic bardziej dramatycznego niż 
przekazanie wiadomości jej dziadkom.

background image

Mimo wszystko to też mogło być ciekawe. Zakradła się i oparła o ścianę gabinetu, 

nasłuchując. Pewnie to jednak okaże się nudne.

I wtedy usłyszała głos swojego wujka:
- Threepio! Miło cię widzieć.
Luke?
- Pan Luke! Ja również bardzo się cieszę. Miło mi pana poinformować, że udało mi się 

wykonać to, o co pan prosił.

Prosił? Czy to nie oznaczało pomocy? Przecież babcia Leia nie powinna pomagać 

Luke’owi. Ale jednak polecieli na Dathomirę... Allana była zupełnie zdezorientowana.

- To wspaniale.
- Mogę to panu teraz powiedzieć, jeśli pan sobie życzy.
Allana otworzyła szeroko oczy.
- Właściwie - mówił wujek Luke - mógłbyś mi to po prostu przesłać. Chciałbym 

przesłuchać to sobie parę razy w dowolnej chwili i miejscu.

- Ach! Całkowicie rozumiem, biorąc pod uwagę tajny charakter tej informacji.
„Tajny” to było poważne słowo, Allana o tym wiedziała. Robiło się coraz ciekawiej. Mała 

była jednocześnie podekscytowana i zaniepokojona. Nie chciała, żeby ktoś wpakował się w kłopoty 
- ani Luke, ani babcia, ani nikt. Ale musiała się też dowiedzieć dokładnie, co się dzieje.

- Nie lubię podsłuchiwać - ciągnął Luke - ale jak się ma Sithów na statku, to... cóż, jeszcze 

bardziej nie lubię nie wiedzieć, co oni planują.

- Istotnie, panie Luke. Pan współpracujący z Sithami! Kto by pomyślał! To niespotykana 

sytuacja i, jeśli wolno mi zauważyć, nie sądziłem, że kiedykolwiek będę jej świadkiem.

Oczy Allany zrobiły się wielkie jak spodki, na których podawano jej wieczorną gorącą 

czekoladę. To nie mogła być prawda! Wujek Luke Skywalker nigdy nie zgodziłby się na 
współpracę z Sithami!

- No cóż, właściwie to nie jesteś jej świadkiem, Threepio. Mam nadzieję, że będziesz się 

trzymał od tego jak najdalej.

- W pełni podzielam pańską nadzieję, panie Luke. Czuję, że przydałaby mi się gorąca kąpiel 

w oleju po tłumaczeniu tak nieprzyjemnej rozmowy.

A więc to była prawda. Allana poczuła lęk i konsternację. Anji podniosła głowę i syknęła, 

wyczuwając jej emocje, a kolce na jej grzbiecie się nastroszyły. Allana skrzywiła się i złapała Anji, 
chcąc ją uspokoić, jednak zwierzątko było jeszcze młode i niedostatecznie wytresowane, więc kiedy 
dziewczynka zbyt mocno ją chwyciła, Anji parsknęła i zaczęła wierzgać, próbując się uwolnić. 
Kiedy Allana ją puściła, nexu wyskoczyło jak z procy i pognało na swoich wielkich łapach, po 
czym zatrzymało się gwałtownie i odwróciło, popiskując żałośnie na swoją panią.

- Och! Kto tam jest? Panienka Allana! - Threepio pospieszył do drzwi. Allana nawet nie 

próbowała się ukryć. Wpatrywała się w Threepio, targana sprzecznymi emocjami. Za jego plecami 
widziała wnętrze pokoju, gdzie na biurku widniał niewielki hologram Luke’a Skywalkera.

- Threepio... - powiedział miniaturowy Luke. - Co się dzieje? Allana?
- Co panienka tu robi? - zganił ją Threepio.
- Mogłabym zapytać cię o to samo - odparowała Allana. - Was obu.
- Podsłuchiwanie rozmów, które nie są przeznaczone dla czyichś narządów słuchu, 

uznawane jest za sprzeczne z zasadami grzeczności w osiemdziesięciu siedmiu i czterech 
dziesiątych procenta znanych kultur - poinformował z oburzeniem Threepio.

Allana, nie zwracając na niego uwagi, podeszła do hologramu Luke’a. Łzy leciały jej jak 

groch i to ją denerwowało, bo nie chciała płakać; chciała być spokojna i opanowana jak jej matka i 
babcia. Chciała też zadawać właściwe pytania, tymczasem z jej ust wydobyło się płaczliwe:

- Dlaczego, wujku? Dlaczego przyłączyłeś się do Sithów?
Na twarzy Luke’a, która miała zaledwie kilka centymetrów wysokości, odmalowało się 

współczucie.

- Kochanie, to nie tak, jak myślisz. Nie przeszedłem na Ciemną Stronę. Przysięgam.
- Więc dlaczego? - zapytała zbolałym głosem Allana. - Po co się z nimi w ogóle zadajesz? 

background image

Dlaczego Threepio się zakrada, żeby z tobą porozmawiać?

- To bardzo skomplikowane - powiedział Luke. - Threepio, jesteś tam jeszcze?
- W samej rzeczy, panie Luke.
- Zawołaj Hana i Leię. Myślę, że powinni wytłumaczyć wszystko Allanie.
- Oczywiście. - Sądząc po głosie, droid poczuł ulgę, że może się oddalić. - Pójdę po nich 

natychmiast. - Przy wtórze warczących serwomechanizmów wyszedł pospiesznie z pokoju.

Allana chwyciła za oparcie sofy, bo poczuła, że ma miękkie kolana.
- Babcia i dziadek o tym wiedzą?
- No cóż, nie o wszystkim - przyznał z uśmiechem Luke. - Właściwie... nie prosiłem ich o 

pozwolenie na wykorzystanie Threepio do tłumaczenia z keshirskiego. Ci Sithowie, z którymi 
współpracuję, mówią tym językiem. Nie chciałem stawiać twoich dziadków w niezręcznym 
położeniu, więc zwróciłem się bezpośrednio do Threepio.

Allana przetarła oczy, usiłując zrozumieć coś z tego wszystkiego.
- Wiem, co robią szpiedzy - powiedziała, biorąc głęboki oddech. - Ty... ty też robisz coś 

takiego? Do tego był ci potrzebny Threepio?

- Mniej więcej - odparł Luke.
- Więc... jest ich dwóch, tak?
- Prawdę mówiąc, dużo więcej - wyznał Luke. - Wygląda na to, że istnieje cała planeta 

zamieszkana przez Sithów.

Zanim Allana zdążyła dosłownie zemdleć z wrażenia, para silnych rąk podniosła ją do góry 

i mocno objęła. Allana z początku się opierała, wciąż skonsternowana i zła, jednak po chwili, kiedy 
zobaczyła, że upór Hana - i jego silne ramiona - nie ustępuje, poddała się im. Objęła dziadka za 
szyję i przytuliła swój miękki policzek do jego drapiącej twarzy. Trzymał ją przez długą minutę, a 
potem postawił. Leia klęczała obok i Allana przylgnęła teraz do niej na dłuższą chwilę. Leia 
odchyliła się, dotknęła uspokajająco buzi dziewczynki, po czym wstała i, trzymając mocno rączkę 
Allany w swojej dłoni, odwróciła się w stronę brata. Artoo wjechał za nimi do pokoju i zatrzymał 
się obok Threepio. Zaćwierkał zaciekawiony do swojego humanoidalnego kolegi, ale Threepio 
machnął ręką, co miało oznaczać „nie teraz”.

- Threepio mówił, że chciałeś z nami porozmawiać, bo Allana jest zdenerwowana.
- Obawiam się, że skorzystałem z jego biegłej znajomości sześciu milionów języków, żeby 

przetłumaczyć rozmowę z języka Keshirich - wyjaśnił Luke.

- Ach tak? - powiedzieli równocześnie oboje Solo i spojrzeli pytająco na droida. Threepio 

uniósł ręce w obronnym geście i zrobił krok do tyłu.

- To nie moja wina - powiedział. - Proszę nie mieć do mnie pretensji. Jestem 

zaprogramowany, żeby służyć pomocą!

Artoo wydał wysoki pisk, który zabrzmiał niemal jak nagana.
- Nie, to moja wina - przyznał Luke. - Tylko że... kierując prośbę do droida, a nie do Jedi, 

nie złamałem warunków wygnania.

- Łatwiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie, co, młody? - spytał Han. - Coraz bardziej 

przypominasz mnie. Może z czasem zaczniesz nawet wyglądać równie dobrze.

- Nie, dzięki, nie chcę wyglądać jak zrzędliwy, pomarszczony stary dureń.
- Kto tu jest pomarszczony? - Żarty były wymuszone, jednak nieco pomogły rozładować 

napięcie. Allana to wyczuła i jej także pomogło to się uspokoić. Poczuła, jak coś się ociera o jej 
nogę. Była to Anji; popatrzyła na nią poważnie, mrugając czworgiem oczu, a potem, mrucząc, 
stuknęła mocno głową w łydkę Allany.

- Dlaczego nic mi nie powiedzieliście? - Allana mogła być z siebie dumna, bo to było dobre 

pytanie i zadała je spokojnie, jak dorosła.

- Jak widać, niektórzy wielu rzeczy nikomu nie mówią - mruknął Han, ale zamilkł, gdy Leia 

posłała mu surowe spojrzenie.

- Ponieważ dzieje się teraz wiele rzeczy, skarbie - wyjaśniła babcia, gładząc krótkie, 

ufarbowane na czarno włosy Allany. - Wiele rzeczy, o których nie musisz wiedzieć. Ale też takie, 
które musisz poznać. Staramy się znaleźć dobre rozwiązanie, o czym ci mówić i kiedy, żebyś była 

background image

możliwie bezpieczna i szczęśliwa.

- Jestem Chume’da - powiedziała cicho Allana. - Powinnam wiedzieć o tym wszystkim.
Leia nie dawała za wygraną.
- Ale masz dopiero osiem lat, a my jesteśmy twoimi opiekunami. Nie rozwiążesz wszystkich 

problemów galaktyki.

- Ty też nie, babciu.
- Mała ma rację - zauważył Han.
- Więc... wiem na razie, że wujek Luke poprosił Threepio o pomoc w tłumaczeniu, żeby 

wiedzieć, co mówią jacyś Sithowie - ciągnęła Allana. - Ale też wiem, że z nimi współpracuje. 
Wszystko się zgadza, wujku?

- Tak - potwierdził Luke. - Dziwnie to brzmi, jak się tak to poskłada do kupy, ale to 

wszystko prawda.

- Ale nie przechodzisz na Ciemną Stronę. - Pomimo wysiłków nie zdołała opanować drżenia 

głosu. Nawet po dwóch latach, kiedy wspominała Dartha Caedusa, bo już nie myślała o żółtookim 
mężczyźnie jako o swoim ojcu, miała wrażenie, jakby jakaś ręka ściskała jej serce, utrudniając 
oddychanie.

- Nie - powiedziała Leia głosem, który był jednocześnie łagodny i stanowczy. - Nikt z nas 

nie przechodzi na Ciemną Stronę.

Allana pokiwała głową, trzymając Leię za rękę.
- To... dlaczego jesteś miły dla Sithów?
- Ponieważ w Otchłani czai się coś złego - wyjaśniła Leia. - i podejrzewamy, że to coś 

odpowiada za chorobę Rycerzy.

Allana otworzyła szeroko oczy, a nadzieja przegnała strach.
- To znaczy... że już wiadomo, co jest Barvowi, Yaqeel i innym?
- Tak nam się wydaje. Ale wujek Luke sam nie może im pomóc.
- Tylko że... Sithowie nie są uczciwi, prawda?
Han i Leia wymienili spojrzenia.
- No cóż, na ogół można się spodziewać, że Sithowie będą dbać tylko o własne interesy - 

stwierdził Han. - Na szczęście wygląda na to, że mają ten sam problem co my. Więc Luke połączył 
z nimi siły, żeby znaleźć rozwiązanie.

- A jeśli to podstęp? - Dorośli zachichotali, a twarz Allany spłonęła rumieńcem. Leia 

wyczuła jej wstyd i ponownie ścisnęła jej rękę.

- To była pierwsza rzecz, jaka przyszła nam wszystkim na myśl, kochanie. Luke też 

spodziewa się podstępu.

- Dlatego poprosiłem Threepio o tłumaczenie - dodał Luke. - Żebym wiedział, co oni 

planują, i był na to przygotowany.

Allana pokiwała głową.
- Rozumiem - powiedziała. - Przynajmniej tak mi się wydaje.
- To dosyć skomplikowana i nieprzyjemna sytuacja - wtrącił Han.
- I dlatego nic mi nie powiedzieliście?
- Mieliśmy zamiar ci powiedzieć, naprawdę - odparła Leia. - Jak tylko byśmy uznali, że 

powinnaś o tym wiedzieć.

- Czyli kiedy?
Leia nie patrzyła na Luke’a. Rzeczywiście planowali z Hanem wyjaśnić Allanie, co się 

dzieje, dopiero kiedy wyruszą jako część oddziału uderzeniowego Jedi. Ale nie mogła powiedzieć o 
tym Luke’owi przed czasem. To faktycznie była dosyć skomplikowana i nieprzyjemna sytuacja, jak 
trafcie ujął to Han. Nie mogli powiedzieć Luke’owi o oddziale uderzeniowym, bo nie pozwoliłby 
im się do tego mieszać, żeby nie złamać warunków ugody. Z tego samego powodu zwrócił się o 
pomoc do Threepio i tylko do niego. A nikt nie będzie opowiadał ośmioletniej dziewczynce o 
brutalnych realiach podsłuchiwanych rozmów i paktów zawieranych z wrogiem. Dobrze by było, 
gdyby mogli ją ochronić przed takimi rzeczami.

Ale nie mogli jej ochronić i, co ważniejsze, nie powinni. Galaktyka potrzebowała istot, które 

background image

potrafiły bez lęku spojrzeć w jej mroczne i paskudne oblicze, żeby uczynić ją lepszym miejscem. 
Allana miała stać się jedną z takich istot.

I dlatego takim spokojem i pewnością emanowała w Mocy Leia, nie zaś swoimi obawami i 

żalem. A kiedy odpowiedziała wnuczce, zrobiła to z miną doświadczonego polityka.

- We właściwym czasie.
Allana popatrzyła na nią sceptycznie.
- To jeden z tych wykrętów dorosłych, tak jak „zobaczymy”?
Mimo powagi sytuacji Leia nie mogła się nie roześmiać.
- Tak - przyznała.
Allana westchnęła.
- No dobrze - powiedziała Leia; położyła rękę na ramieniu dziewczynki i skierowała ją w 

stronę drzwi. - Przeszkodziliśmy w rozmowie, która nie była naszą sprawą. Luke ma prawo 
porozmawiać z droidem, który kiedyś do niego należał. - Leia pociągnęła Hana za rękaw, 
ponaglając go, żeby wyszedł razem z nią, Allaną i Anji. Przed wyjściem Han odwrócił się jeszcze w 
stronę hologramu, wzruszył ramionami, prezentując uśmiech, którym nieraz rozbrajał potencjalnych 
napastników, i oświadczył:

- Ja w każdym razie nic nie słyszałem.
- Chodź, zobaczymy, może jest coś fajnego na holowideo - zaproponowała Leia. Zwykle 

Allana potrafiła ich od razu przejrzeć, kiedy próbowali odwrócić jej uwagę, tym razem jednak 
ochoczo pokiwała głową. Zadowoliła się wyjaśnieniem, które jej podali, i Leia była wdzięczna za tę 
drobną przysługę.

Allana sięgnęła do przycisku i wideościana obudziła się do życia. Leia miała właśnie iść po 

coś do chrupania, ale kiedy zobaczyła na ekranie Świątynię Jedi, zatrzymała się i wytrzeszczyła 
brązowe oczy.

- O nie - wyszeptała.
- Oblężenie? - wykrzyknął Han. - Co ta Daala sobie, do cholery, wyobraża?
Zaskoczona okropnym widokiem swojej ukochanej Świątyni, otoczonej przez Mandalorian i 

maszyny oblężnicze, Leia nie zbeształa go nawet za wyrażanie się przy dziewczynce. Anji zaczęła 
warczeć, a Allana próbowała ją uspokoić.

- Co się dzieje? - spytała piskliwym z niepokoju głosem.
- Nie wiem, skarbie - powiedziała Leia. - Ale dziadek i ja wszystkiego się dowiemy.
W tej właśnie chwili wszedł Threepio.
- Bardzo przepraszam, księżniczko Leio, ale jak tylko skończyłem rozmawiać z panem 

Lukiem, odebrałem nagraną wcześniej wiadomość od pana Jaggeda Fela.

- Od Jaga? Czego chciał? - spytał Han, wstając. Allana zaczęła zsuwać się z kanapy, ale 

zatrzymała się, widząc surowe spojrzenie dziadka. - Zostań tu, kochanie - powiedział, łagodząc 
srogą minę czułym słowem. - Threepio, popilnuj jej, dopóki nie wrócimy, dobrze?

- Oczywiście, kapitanie Solo.
Wpadli do gabinetu i zamknęli za sobą drzwi. Dreszcze niepokoju przebiegały Leii po 

plecach, raz po raz. Wcisnęła szybko guzik, żeby odsłuchać. Wiadomość była typowa dla Jaga - 
chłodna, precyzyjna, rzeczowa.

- Leio, Hanie... Jeśli jeszcze nie wiecie, Mandalorianie z rozkazu Daali rozpoczęli oblężenie 

Świątyni Jedi. Jaina była przed chwilą u mnie w biurze. Opowiedziała mi o tym, co się dzieje w 
Świątyni, i poprosiła o pomoc. Nie mogłem spełnić jej prośby. Zerwała zaręczyny i obawiam się, że 
postanowiła wyruszyć sama. Mam zamiar porozmawiać z Daalą, gdy tylko to będzie możliwe, 
chociaż wątpię, żeby to coś dało. - Pauza. - Jaina robi to, co musi. Wszyscy o tym wiemy. Żałuję, że 
tak się to potoczyło i że nie będę członkiem waszej rodziny.

- Zerwała z nim? - jęknął Han z niedowierzaniem.
- Na to wygląda - odparła zasmucona wiadomością Leia. - Jag celowo mówił 

niejednoznacznie, na wypadek gdyby transmisja została przechwycona, ale wygląda na to, że Jaina 
powiedziała mu o oddziale uderzeniowym i poprosiła o pomoc w jego wyekspediowaniu.

Han pokiwał głową.

background image

- A Jag, jak to Jag, odmówił. A Jaina, jak to Jaina, zerwała zaręczyny i... - Otworzył szeroko 

oczy pod wpływem nagłego olśnienia. - I wystartowała sama. Ta dziewczyna poleciała na 
Klatooine zupełnie sama!

- Nie patrz tak na mnie - powiedziała Leia. - Zrobiłbyś to samo.
- Musimy ją powstrzymać.
Leia pokręciła głową.
- Nie, musimy powstrzymać Daalę.

ROZDZIAŁ 16

Na pokładzie „Cienia Jade"

Luke rozsiadł się w fotelu pilota i westchnął ciężko. Mała Allana stawała się stanowczo zbyt 

bystra dla swojego ciotecznego dziadka. Na szczęście Leia, jak można się było spodziewać, 
opanowała sytuację. Podenerwowany Threepio, przepraszając i usprawiedliwiając się na przemian, 
przesłał pospiesznie dane i się rozłączył.

To był długi dzień, pełen wydarzeń, których Luke wolałby uniknąć. Dyon Stadd postradał 

zmysły, zaatakował strażnika, ukradł skuter rakietowy i o mały włos nie spowodował kryzysu 
politycznego, który mógł do głębi wstrząsnąć miejscową cywilizacją.

Potem Mistrz Jedi podsłuchał, jak jego syn, Rycerz Jedi, opowiada dowcipy uczennicy Sith, 

która chichotała jak zwyczajna szesnastoletnia dziewczyna. Luke nie wiedział, które z tych 
wydarzeń zaniepokoiło go bardziej - i już sam ten fakt bardzo go denerwował.

Wrócili z nieprzytomnym ciągle Dyonem i od razu powstał problem, co z nim zrobić. Luke 

uzmysłowił sobie, że muszą sprzedać jacht, który wcześniej należał do Vestary, a obecnie do 
Dyona. Nie miał nic przeciwko temu; kredyty można było przeznaczyć na zapasy. Musieli przecież 
mieć Dyona na oku, a Luke nie miał zamiaru oddawać jachtu któremuś z Sithów. Gdyby jego statek 
nadal należał do Ręki Imperatora, bez wątpienia miałby specjalne miejsce do przetrzymywania 
więźniów i nie byłyby to luksusowe kwatery. „Cień Jade” został jednak zaadaptowany do potrzeb 
Mary Jade Skywalker, a chociaż Mara z pewnością nie wyruszyłaby w jakąkolwiek podróż, długą 
czy krótką, nie będąc przygotowana na wszelkie ewentualności, nie było na nim czegoś takiego jak 
cela więzienna.

Był natomiast punkt medyczny, wyposażony w łóżko z całkiem solidnymi pasami, oraz 

mnóstwo zapasów leków. Dyon znajdował się teraz pod wpływem środków uspokajających, a 
kroplówka nieprzerwaną, kojącą strużką wprowadzała do jego ciała substancje chemiczne. Był 
skrępowany w klatce piersiowej, pasie, nadgarstkach i udach, a na dokładkę miał jeszcze kajdanki 
ogłuszające założone na kostki. Podłączono go do monitora, który miał wysłać sygnał 
ostrzegawczy, gdyby jego stan uległ zmianie, a Luke postawił przy łóżku małego myszobota, żeby 
przez cały czas go obserwował.

Wkład Bena ograniczył się do powieszenia swojej pałki ogłuszającej vor’cha przy drzwiach, 

tak żeby była pod ręką. Dotąd nie miał jeszcze okazji jej użyć, ale Tadar’Ro - mnich rasy Aing-Tii, 
który ofiarował ją Benowi - uważał najwyraźniej, że to niezwykle potężna broń.

- To prezent od kamiennych typów, zaprojektowany do unieszkodliwiania ich wrogów - 

zauważył Ben. - Jestem pewien, że potrafi zwalić z nóg.

Ogólnie rzecz biorąc, było to niewiele w porównaniu z wyposażeniem Świątyni Jedi na 

Coruscant i z wszystkim, co Luke chciałby mieć do dyspozycji, jednak musiało wystarczyć. 
Wyglądało na to, że będą w stanie przez jakiś czas okiełznać Dyona, który nie był wyszkolonym 
Rycerzem Jedi, a jego zdolności posługiwania się Mocą były nieszczególnie rozwinięte. Luke był 
wdzięczny za te drobne uśmiechy losu.

Kiedy przytwierdzili Dyona do łóżka, Ben, nieudolnie siląc się na swobodny ton, oznajmił:
- Zajrzę do Vestary. Zobaczę, co u niej.

background image

- Zrób tak - zgodził się Luke. - Powiedz jej też, że idziemy na spacer i zamkniemy ją w jej 

kwaterze, dopóki nie wrócimy.

Ben ściągnął brwi.
- Co takiego?
- Słyszałeś, synu. - Głos Luke’a był spokojny, ale nieznoszący sprzeciwu. - Dyon jest 

przywiązany, ale może być bardzo niebezpieczny. A niebezpieczne osoby są często 
wykorzystywane przez Sithów.

- Nie wierzę własnym uszom - powiedział Ben z pretensją w głosie. Jego błękitne oczy 

błyszczały gniewem i poczuciem krzywdy. - To ona go unieszkodliwiła, tato.

- Wiem o tym - odparł Luke, posługując się Mocą, żeby opanować własną rosnącą irytację. - 

Ale ty byłeś tuż przy niej. Gdyby cię tam nie było, mogłaby zrobić coś zupełnie innego.

- Kiedy...
- Spokojnie, Ben. - Luke wsparł swoje słowa Mocą, żeby Ben wiedział, że ojciec naprawdę 

nie żartuje. - Idź teraz, powiedz to Vestarze, włącz zewnętrzny system sterowania na jej drzwiach, a 
potem spotkajmy się na zewnątrz.

Ben oddychał szybko i nerwowo, ale skinął oschle głową i głośno tupiąc, poszedł wykonać 

polecenie. Luke został jeszcze przez chwilę, wpatrując się w leżącego na brzuchu Dyona. Pokręcił 
smutno głową. Cilghal nie będzie zadowolona, kiedy się o tym dowie. Miał zamiar wysłać jej 
krótką wiadomość, kiedy Ben będzie rozmawiał z Vestarą. Leżąca przed nim nieruchomo postać 
przypominała mu, dlaczego podjął tę trudną i budzącą liczne wątpliwości decyzję o sojuszu z 
Sithami - po to, żeby dowiedzieć się, na czym polega władza Abeloth nad tymi nieszczęsnymi 
istotami, i żeby tę władzę zakończyć.

Poszedł wysłać Cilghal wiadomość i zmarszczył lekko brwi, widząc, że w tym samym 

czasie ktoś próbuje się z nim skontaktować. Wcisnął guzik i poczuł ulgę, kiedy zobaczył złocistą 
sylwetkę Threepio w pomniejszeniu. Wprawdzie niedawna rozmowa obfitowała w chwile napięcia, 
jednak dobrze się skończyła i Luke był bardzo ciekaw, co Threepio zdołał ustalić.

Luke zaczął czytać przesłane przez Threepio tłumaczenie. Szczerze mówiąc, był trochę 

zaskoczony, że android protokolarny tego dokonał. Threepio świetnie się spisał, porównując 
miliony różnych języków, żeby ułożyć coś, co wprawdzie nie przypominało literatury, ale było 
przynajmniej zrozumiałe i przypuszczalnie zbliżone do treści tamtej rozmowy. Chociaż, jak 
stwierdził Luke, całość przypominał nieco sposób, w jaki mówił Yoda.

Czytając, nie mógł powstrzymać pełnego satysfakcji uśmiechu na widok uwagi Gavara 

Khai, że rozmowa nie zostanie szybko przetłumaczona. Najwyraźniej nie znali Threepio - ani 
wybujałego ego złocistego droida.

Przesuwał prędko wzrokiem po ekranie. A zatem Vestara przekazała ojcu plany statku. 

Żadna niespodzianka. Luke nie był tym przesadnie zmartwiony. Jeśli Sithowie mieli dostęp do tego, 
do czego podejrzewał, że mieli, to i tak bez trudu powinni zdobyć plany jachtu gwiezdnego klasy 
Horizon firmy SoroSuub.

Sama Vestara podróżowała podobnym statkiem. Modyfikacje „Cienia Jade” stanowiły 

większy problem, ale też nie taki znów poważny.

Czytał dalej, uśmiechając się od czasu do czasu na widok wiernego, choć w niezamierzony 

sposób zabawnego tłumaczenia.

Głos kobiecy: Jak idzie matczyny rodzic?
Głos męski: Bez ciebie, ale z dumą z twojego działania.
Głos kobiecy: Staram się robić wam dumę.
Głos męski: Dathomira była dobra. Ciemne kobiety zabrane uszeregowane według 

umiejętności i siły w Mocy.

Głos kobiecy: Zadowolona, idą one?
Głos męski: Tak i nie. Iść będą, słuchać albo ból wywołany. Ból wywołany sprawia drugi 

namysł. Nauka uczyni nas potężnymi i rozpowszechnionymi.

background image

Luke zmarszczył na chwilę brwi. Ciemne kobiety - Siostry Nocy. Wiedział, że to Vestara 

była odpowiedzialna za uprowadzenie Sióstr Nocy. Najwyraźniej oceniano je na podstawie ich 
umiejętności i zdolności posługiwania się Mocą. Te, które nie chciały się podporządkować, były 
torturowane.

Głos kobiecy: Szczęśliwa ja użyteczne one. Stan uczących się?
Głos męski: Uczących się?
Głos kobiecy: Uszkodzenie umysłowe Abeloth.
Głos męski: Nic złego z uczącymi się, ale ta przemoc fizyczna się poprawi.
Głos kobiecy: (nieprzetłumaczalne słowo oznaczające wtrącenie)
Głos męski: Świadomy ja, co Taalon powiedział Skywalkerowi. Jest nieprawda. Ty 

podzielasz myśl. Skywalkera potrzebowaliśmy, więc mówimy: co rani ich uczących się, rani też 
naszych.

Luke uśmiechnął się gorzko. Spodziewał się tego. Uczniom Sithów nic nie było. Zmyślili to 

wszystko, żeby przekonać Luke’a do współpracy. Wzruszył w duchu ramionami.

Zesztywniał lekko, kiedy Vestara zapytała o prawdziwy powód, dla którego Sithowie 

postanowili zawrzeć z nim sojusz, i skrzywił się, zawiedziony, gdy Gavar Khai uchylił się od 
odpowiedzi.

Następnych parę zdań nie przyniosło nic ciekawego. A potem nastąpiło to, czego się 

spodziewał.

Głos kobiecy: Zaprzeczam. Ben głównie mówi.
Głos męski: Ciągnie cię do chłopaka Skywalkera.
Głos kobiecy: Potwierdzam. Pociągający on jest. Żałuję. Postaram się...
Głos męski: Zaprzeczam. Użyteczne jest to. Nie zakochuj się, ale nie obawiaj się pociągu 

ujawniać. Moc przekaże jego prawdziwość. Obrona osłabnie. Mów więcej, ufaj więcej. 
Wykorzystaj to. Możliwość przekierowania.

Głos kobiecy: Na Stronę Cienia?

Luke poczuł na plecach dreszcz odrazy. Khai namawiał własne dziecko, szesnastoletnią 

dziewczynę, żeby wszelkimi sposobami starała się uwieść Bena. Khai mówił dalej, 
podekscytowany perspektywą zdobycia Sitha Bena Skywalkera; potem przypomniał córce, że jeśli 
nie .uda jej się przeciągnąć Bena na Ciemną Stronę, będzie mogła bawić się nim... tylko dopóki 
będzie użyteczny.

Ben musi to zobaczyć, pomyślał Luke.
W tej samej chwili wyczuł obecność swojego syna i odwrócił się. Ben wetknął rudą głowę 

przez drzwi, łypiąc gniewnie.

- Tato, czekam na zewnątrz od piętnastu minut.
- Przepraszam - powiedział szczerze Luke. Skinął na chłopca, żeby podszedł bliżej. - 

Zamknij drzwi.

Ben prychnął, cały czas wzburzony.
- Dyon jest nieprzytomny, a Vestara zamknięta w swoim pokoju. Zastanawiałem się, czyjej 

nie powiedzieć, że pójdzie spać bez kolacji.

- Musisz coś zobaczyć - oznajmił Luke, pozwalając, żeby gniew syna spłynął po nim. - 

Pamiętasz oczywiście, jak Gavar Khai wszedł na pokład, a ja powiedziałem ci, że nagrywam jego 
rozmowę z córką.

Ben pokiwał głową, mrużąc błękitne oczy.
- Tak... mówiłeś, że nie zrozumiemy keshiriańskiego, ale znasz kogoś, kto... ach, Threepio?
- To powinno cię zainteresować - powiedział jego ojciec.
Ben dziwnie ucichł. Luke przesłał transmisję na monitor drugiego pilota, po czym rozsiadł 

się w fotelu i zamknął oczy, żeby Ben mógł na osobności przeczytać zapis rozmowy.

background image

Od czasu do czasu słychać było rozbawione prychnięcie, a potem Ben zamilkł. Kiedy Luke 

usłyszał, jak syn zapada się w fotelu, otworzył oczy.

- A więc planuje mnie uwieść - odezwał się Ben, próbując nie okazywać w głosie żadnych 

emocji. - Przeciągnąć mnie na Ciemną Stronę. Chyba spodziewałem się, że taki ma plan.

- Ona jest Sithem, Ben - powiedział cicho Luke. - Od urodzenia. Ma to we krwi. Właściwie 

trudno oczekiwać po niej czegoś innego. W pewnym sensie to nawet nie jej wina. Ale musiałeś się 
o tym dowiedzieć.

- Żebym mógł udawać, że to kupuję? - parsknął Ben. - Żebyśmy to my mogli wykorzystać 

ją, wyciągnąć od niej informacje, tak jak ona chciała to zrobić ze mną?

- Nie - odparł Luke, cały czas łagodnie. - Żebyś nie pozwolił się zranić.
- Nie przejdę na Ciemną Stronę, tato. - Ben, wściekły, skierował swój gniew na Luke’a. Ten 

jednak nie dał się sprowokować.

- Wiem o tym. Nie podejrzewam, że ci to grozi. Skoro Caedus nie zdołał cię skłonić, żebyś 

się do niego przyłączył, pomimo więzi, jaka była między wami, to Vestara nie ma najmniejszych 
szans. Ale i tak możesz ucierpieć. I to porządnie.

- Nie martw się o mnie - powiedział Ben, wstając. - Potrafię o siebie zadbać. To tyko 

dziewczyna, tato. Więc... o czym chciałeś ze mną porozmawiać?

Luke uśmiechnął się smutno.
- O tym - odparł.
- Aha. - Ben poruszył się niespokojnie w swoim fotelu. - Słuchaj, muszę... muszę się trochę 

przewietrzyć, dobra?

- Jasne - zgodził się Luke. Jego syn bywał w gorszych miejscach niż ten względnie spokojny 

port kosmiczny, a wcześniej tego dnia pomógł lokalnym władzom. Wiedział, że nic mu nie będzie. 
Gdy chłopak wstał, Luke dodał: - Wiem, że Lando w ciągu paru dni przygotuje „Łowcę Asteroid” 
do lotu, ale zaczynam myśleć, że może powinniśmy wyruszyć szybciej. Zacznijmy przesuwać 
flotyllę w kierunku Otchłani. Lando nas dogoni.

- Jestem za - rzucił Ben, stojąc już w drzwiach kabiny. - Im szybciej skończymy z tymi 

Sithami, tym lepiej.

Luke odprowadził go wzrokiem. Wiedział, że nie jest pierwszym ojcem, któremu krwawi 

serce na widok cierpiącego dziecka. Większość rodziców jednak nie musiała się martwić, że ich 
dziecko straciło głowę dla Sitha. Jak wszystko, w czym Sithowie maczali palce, nawet młodzieńcza 
miłość mogła stać się przez nich o wiele bardziej bolesna i mroczna.

Sama w swojej kajucie, przegryzając owoc pak’pah, Vestara wyczuła, że coś się wydarzyło 

pomiędzy Lukiem a Benem. Nie wiedziała tylko dokładnie co. Ben był zdenerwowany, choć nie na 
nią, kiedy zapukał wcześniej do jej drzwi, przynosząc kilka owoców jako gest pojednawczy.

- Tata i ja wychodzimy na trochę - oznajmił.
- Tak? Myślałam, że on nie lubi tej planety - odparła i niemal natychmiast zdała sobie 

sprawę, jak nieszczerze to zabrzmiało.

- No, ja też, ale wiesz, jak to jest. Rodzice. - Rzucił jej niepewny uśmiech. - Nie wiem, jak 

długo nas nie będzie, ale przyniosłem ci to na wypadek, gdybyś zgłodniała.

Spuściła głowę.
- Rozumiem. Dziękuję.
Ben, wyraźnie skrępowany, wzruszył ramionami. Vestara uśmiechnęła się do niego.
- To nic, Ben. Mój ojciec zrobiłby tak samo.
- Zabawne, są tak różni, a jednocześnie dziwnie podobni do siebie.
- Racja. - Patrzyli na siebie przez chwilę z zakłopotaniem, po czym Ben rzucił dziewczynie 

jeszcze jeden szybki uśmiech i zamknął za sobą drzwi, które przesunęły się z cichym szumem.

Była głodna, więc ucieszyła się, że może coś zjeść, zwłaszcza że musiała teraz 

skoncentrować się na Skywalkerach. Nie znała szczegółów tego, co się wydarzyło, ale wydawało 
jej się, że nie musi. Luke był zaniepokojony zainteresowaniem, jakie Ben przejawiał wobec niej, a 

background image

Bena denerwowało jego pouczanie. Vestara była przekonana, że gdyby Luke wiedział, jak dobrze 
Ben jest strzeżony, nie martwiłby się tak bardzo.

Ben ją lubił, a ona, jak wyznała ojcu, także go lubiła. Niewątpliwie ułatwiało jej to zadanie, 

chociaż dodawało element niepokoju, którego się nie spodziewała. Wcześniej tego dnia, po 
rozmowie z Kelkadem na temat historii niewolnictwa na Klatooine, byli niebezpiecznie blisko 
sporu o ideały - czego za wszelką ceną starała się unikać. Ben był dobroduszny i wyrozumiały, ale 
też bystry i inteligentny. Niełatwo byłoby go nawrócić, jeśli w ogóle dałoby się go nakłonić do 
wstąpienia na ścieżkę mroku. Wiedziała, że jeśli da mu chwilę na zastanowienie się nad dzielącymi 
ich różnicami, to przegra tę bitwę.

Musiała działać szybko, więc celowo zakrztusiła się kawałkiem owocu pak’pah, który 

mogłaby usunąć natychmiast, posługując się Mocą. Niebezpieczeństwo było realne - ktoś, kto nie 
był użytkownikiem Mocy, już by nie żył. Musiało być realne, ponieważ Ben wyczułby oszustwo. 
Incydent zupełnie wytrącił go z równowagi, a wkrótce potem jeszcze większe wzburzenie wywołał 
u niego obłąkany użytkownik Mocy, zmierzający w kierunku Fontanny. Ona i Ben świetnie się 
spisali jako zespół. Vestara uśmiechnęła się nieznacznie, wspominając to wydarzenie. Nawet 
siedzenie w paskudnej starej celi było zabawne - i pouczające. Chcąc zrozumieć dowcipy Bena, 
Vestara musiała pytać o wiele najwyraźniej zwykłych spraw. Pewnie dlatego, że pytała ze szczerej 
ciekawości, Ben chętnie udzielał jej wyjaśnień i dzięki temu Vestara wiele się dowiedziała.

A teraz Luke hamował swojego syna, nakazując mu ostrożność. Poczuła, że Ben opuszcza 

statek i jej serce zadrżało z niepokoju.

Próbowała się rozerwać, grając w holograficzną grę, ale niepokój nie ustępował. Po jakiejś 

godzinie Ben wrócił. Niemal od razu rozległo się pukanie do drzwi.

- Tak, Ben? - Nie próbowała ukryć faktu, że rozpoznała jego obecność. Był świetnie 

wyszkolony w posługiwaniu się Mocą, więc wiedział, że ona potrafi go wyczuć. Drzwi się 
otworzyły.

Wciąż był zdenerwowany, ale tym razem jego gniew był zimny, nie gorący, i nie był 

skierowany na Luke’a, tylko na nią. Leżała na łóżku, ale się podniosła, przyglądając mu się 
badawczo.

- Tata wysyła wiadomość do flotylli - oznajmił krótko! - Wkrótce wyruszamy.
- Tak? Wasz przyjaciel Lando już przyleciał?
- Jeszcze nie. Ale tata i tak chce lecieć. Mówi, że Lando dołączy do nas, kiedy będzie mógł.
- Myślałam, że ściągacie „Łowcę Asteroid” po to, żeby przeprowadził nas przez Otchłań - 

powiedziała Vestara, marszcząc lekko brwi.

- No, tak... sam nie wiem. Tata się niecierpliwi. Ja też. Chciałbym mieć to już za sobą. 

Pomyślałem, że dam ci znać. - Drzwi się zamknęły.

Vestara poczuła ściskanie w żołądku. Coś poszło nie tak. Cokolwiek Luke powiedział 

Benowi, zapadło mu to głęboko w pamięć. Będzie musiała bardzo się postarać, żeby odzyskać 
utracony teren. Próbowała przekonać samą siebie, że napięcie smutek, który odczuwa, wynika z 
obawy przed reakcją ojca, jednak wiedziała, że to nie do końca prawda.

Kontakt z Benem sprawiał jej przyjemność, a teraz wszystko przepadło. Być może wróci - 

cóż, w końcu jako Sith była przebiegła i silna, więc na pewno wróci - jednak chłód, z jakim chłopak 
na nią patrzył, poruszył ją bardziej, niż mogłaby się spodziewać.

- Dlaczego po prostu nie urodziłeś się Sithem, Ben? - powiedziała cicho i przyłożyła 

zarumieniony policzek do chłodnej, miękkiej poduszki.

ROZDZIAŁ 17

To była dobra decyzja. Luke wiedział to, gdy tylko otworzył oczy. Miał kolejny z tych 

ulotnych, lecz słodkich i kojących snów, w których otulała go kochająca kobieca obecność.

Już czas - szeptała. Jej oddech muskał delikatnie jego kark, prawą ręką objęła jego tors, a 

palce splotła z jego palcami. - Musisz lecieć do Otchłani. Zbyt wiele istnień od tego zależy... nie 

background image

wyłączając ciebie i Bena.

Wyczuwając troskę i miłość, Luke mocno zaciskał oczy. Wdychał jej zapach - znajomy, 

ukochany. „Wiem. Ta dziewczyna jest zbyt niebezpieczna dla niego. Muszę się dowiedzieć jak 
najwięcej o Sithach, a potem zerwać ten sojusz”.

Więc leć. Leć do Otchłani.
Luke przypomniał sobie, jak z pomocą Wędrowców Umysłów ze Stacji Ujście wprowadził 

się w stan zwany przez nich Poza Cieniami. Tam, w Jeziorze Widm, widział swoją żonę.

Czy zobaczę cię ponownie w Otchłani?”
Delikatny dotyk na plecach. O tak, kochany. Zobaczysz mnie znowu. Jestem tam i będę na 

ciebie czekać. Obiecuję.

Po tych słowach natychmiast się obudził. Zastanawiał się, jak zawsze, czy gdyby się 

odwrócił i wyciągnął rękę, pościel byłaby jeszcze ciepła.

Wstał, ubrał się i poszedł zajrzeć do Dyona. Młody mężczyzna był wciąż nieprzytomny, ale 

twarz miał spokojną i beztroską. Trudno było sobie wyobrazić Dyona, jak wrzeszczy i rzuca się na 
innych, ale nie on pierwszy zapadł na tę dziwną chorobę, choć Luke miał rozpaczliwą nadzieję, że 
będzie ostatni. Mistrz Jedi sprawdził kroplówkę, pasy i wyniki Dyona, po czym poszedł wysłać 
wiadomość.

Było jeszcze wcześnie, więc zarówno Ben, jak i Vestara, zgodnie z biologiczną potrzebą ich 

młodych organizmów, byli pogrążeni w głębokim śnie w swoich osobnych kwaterach. Luke 
przygotował sobie coś szybkiego i prostego na śniadanie, a zaledwie dwadzieścia minut po 
wysłaniu wiadomości otrzymał odpowiedź.

Lando Calrissian wyglądał mniej nieskazitelnie niż zazwyczaj. Miał na sobie praktyczne i 

poplamione ubranie robocze, co wskazywało, że zapewne sam pracował przy „Łowcy Asteroid”. 
Miał też marsową minę, która dowodziła, że nie jest zadowolony z otrzymanej od Luke’a 
wiadomości.

- Co jest, Skywalker? - wypalił bez wstępów. - Prosisz mnie, żebym ci pomógł z „Łowcą 

Asteroid”, a potem odlatujesz bez niego?

- Sytuacja się zmieniła - odparł Luke. Pokrótce zaznajomił Landa z wszystkim, co się 

wydarzyło, nie wspominając o wewnętrznej potrzebie, która nakazywała mu wyruszyć. Lando nie 
był użytkownikiem Mocy, a tacy jak on często krzywo patrzyli na podobne rzeczy.

- Rozumiem - powiedział Lando. - Ja też nie chciałbym mieć na statku szalonego Jedi 

dłużej, niż to konieczne.

- On nie jest Jedi, tylko użytkownikiem Mocy.
- Jeden czort - stwierdził Lando, błyskając białymi zębami w przelotnym uśmiechu. - 

Domyślam się, że obecność bandy znudzonych Sithów też nie sprzyja spokojnym snom.

Luke pomyślał o swoim śnie i tylko się uśmiechnął.
- Nie będziemy się zapuszczać w niebezpieczne rejony bez ciebie - obiecał - ale chciałbym, 

żeby przynajmniej wszyscy się czymś zajęli.

Lando westchnął.
- Mogę przyspieszyć naprawy, ale i tak potrwa to jeszcze co najmniej kilka dni. Myślisz, że 

zdołasz zająć swoich kumpli Sithów błyskotkami wystarczająco długo, żeby nie przyszło im do 
głowy, że skóra Skywalkera świetnie się nadaje na pasek?

- Myślę, że mi się uda - odparł Luke. - Dzięki.
- Nie ma sprawy, Luke. Uważaj na siebie.

Luke spodziewał się, że druga rozmowa będzie lepiej przyjęta. I miał rację.
- Całkowicie się z tobą zgadzam - powiedział Taalon, kiwając swoją fioletową głową, z 

palcami złożonymi w piramidkę. - Jak już wspominałem, uważam, że ten statek byłby przydatny, 
jednak niecierpliwi mnie to opóźnienie. Chciałbym zająć się już wspólnym celem: ochroną naszych 
młodzików i ustaleniem, kim lub czym dokładnie jest Abeloth.

Luke się uśmiechnął. Uważnie kontrolował swoją obecność w Mocy, wyzbywając się 

background image

wszelkich negatywnych emocji związanych z faktem, że ma niezbity dowód na kłamstwa Taalona. 
Gdyby nawet Taalon wyczuł u niego irytację, przypisałby ją otwartej niechęci i nieufności Luke’a 
wobec Sithów, której zresztą nigdy nie ukrywał.

- A zatem jesteśmy zgodni. Skontaktowałem się już z Landem; wyruszy za nami 

najszybciej, jak to będzie możliwe. Wykorzystajmy ten dzień, żeby wszystko dokładnie sprawdzić i 
upewnić się, że każdy statek ma odpowiednie zapasy. Wyruszymy za dwadzieścia cztery 
standardowe godziny.

Taalon uniósł długi palec wskazujący w strofującym geście.
- Chwileczkę - powiedział. - Może rozsądnie byłoby zostawić niewielką grupę, powiedzmy 

trzy czy cztery fregaty, żeby zaczekały na twojego przyjaciela. Na wypadek gdyby pojawiły się 
jakieś problemy.

Luke nie był zachwycony perspektywą pozostawienia statków Sithów, choćby jednego czy 

dwóch, na Klatooine. Wolał mieć swoich wrogów przed sobą, tak żeby mógł ich pilnować. Jednak 
w Otchłani łączność byłaby niemożliwa. A gdyby faktycznie pojawił się jakiś problem? Co będzie, 
jeśli Cilghal dowie się czegoś ważnego? Luke wolał, żeby nie kontaktowała się z Sithami, ale 
mogła zostawić na Klatooine zaszyfrowaną wiadomość, którą statek Sithów mógłby mu w razie 
potrzeby przekazać.

- Niechętnie przyznaję rację Sithowi, ale w tym wypadku muszę to zrobić - powiedział w 

końcu.

Taalon uśmiechnął się nieszczerze.
- Sithowie zawsze mają rację, Mistrzu Skywalker. My rozważamy wszystkie możliwości.
- Jeden statek.
- Cztery.
- Wystarczy jeden do przekazania informacji o opóźnieniach czy trudnościach.
- Jeden statek może mieć problemy techniczne.
- A więc dwa. Chcę, żeby reszta poleciała z nami na wypadek, gdybyśmy to my mieli jakieś 

kłopoty.

Taalon westchnął.
- Zgoda. Dwa. Wybiorę statki i wydam im rozkazy. Będziemy gotowi do startu za 

dwadzieścia cztery... nie, za dwadzieścia trzy godziny i czterdzieści siedem minut. - Uśmiechnął się 
z wyższością.

Przez krótką chwilę Luke zazdrościł Hanowi jego braku opanowania w podobnych 

sytuacjach. Kapitan Solo z ochotą przyłożyłby Taalonowi w jego idealny, fioletowy nos i Luke 
musiał przyznać, że nie próbowałby za wszelką cenę powstrzymać swojego starego przyjaciela.

Taalon rozsiadł się wygodnie w fotelu z szerokim uśmiechem na twarzy. Przebiegł w 

myślach kwestie logistyczne, a następnie wysłał trzy komunikaty.

Natychmiast otrzymał odpowiedź na pierwszy z nich. Jego zastępczyni, Leeha Faal, zjawiła 

się przed nim w ciągu kilkunastu sekund.

Zasalutowała i stanęła na baczność.
- Tak, Arcylordzie?
- Dobrze mi służyłaś - powiedział - a teraz potrzebuję twojej posługi w innym charakterze. 

Gratuluję, Faal. Powierzam ci twoje pierwsze dowództwo.

Otworzyła szeroko oczy i Taalon poczuł jej zadowolenie w Mocy.
- Dziękuję, Arcylordzie. Czy mogę zapytać, nad którym statkiem?
- Nad „Skrzydlatym Sztyletem” - odparł. - Poinformowałem kapitana Syndora o jego 

nowym stanowisku jako twojego zastępcy.

Na jej ładnej lawendowej twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
- Rozumiem - powiedziała. - Spakuję swoje rzeczy i bezzwłocznie udam się na „Skrzydlaty 

Sztylet”, żeby objąć dowództwo. Jakie masz dla mnie pierwsze zadanie?

- Zrobisz to, na co sama zwróciłaś moją uwagę - oznajmił Taalon, a następnie zdradził jej 

szczegóły.

background image

Ben i Luke przeprowadzali kontrolę systemów przed startem. Luke wydawał się zupełnie 

spokojny, nawet uradowany faktem, że w końcu ruszą w kierunku Otchłani. Ben natomiast był 
wciąż wzburzony tym, czego się dowiedział.

Udawał, że spodziewał się takiej zdrady i manipulacji ze strony Vestary, i w pewnym sensie 

tak było. Jednak w niczym nie umniejszało to bólu, jaki poczuł, kiedy się o tym przekonał. Co 
gorsza, nie mógł na ten temat porozmawiać z nią. Luke odradzał mu konfrontację.

- Dopóki nie wie, że potrafimy przetłumaczyć jej rozmowy - przekonywał Luke - nie będzie 

próbowała ich zataić. A także nie powiadomi innych Sithów, że znaleźliśmy sposób, żeby ich 
zrozumieć. Dzięki temu mamy szansę dowiedzieć się o nich jak najwięcej przez ten czas, który z 
nimi spędzimy. Wiesz o tym, Ben.

Ben wiedział, jednak wcale nie było mu przez to łatwiej. Wyczuł Vestarę stojącą przy 

wejściu do kabiny.

- Vestaro, nie powinnaś tu wchodzić.
- Dlaczego nie? - spytała. - Pilotowałam już prawie identyczny statek. Nie dowiem się tutaj 

niczego nowego ani ściśle tajnego.

Luke zerknął na nią przez ramię, po czym skupił ponownie uwagę na liście kontrolnej.
- Racja, w porządku. Czego chcesz?
- Chciałam cię prosić, żebyś opowiedział mi o waszym punkcie medycznym.
Ben odwrócił się ku niej i popatrzył gniewnie.
- Po co?
Skrzyżowała ręce na piersi i rzuciła mu figlarne spojrzenie, które w jakiś sposób 

przypominało mu Jainę.

- Z dwóch powodów. Gdyby coś wam się stało, to tylko ja będę mogła wam pomóc.
- Gdyby coś nam się stało, pewnie rozpaliłabyś ognisko i odtańczyła taniec radości.
Nagły, jasny błysk w Mocy - słowa Bena ją zabolały. Szybko to jednak zatuszowała.
- Możecie się nam jeszcze przydać. A może po prostu będziemy chcieli zachować was przy 

życiu, żeby was potorturować. - Tak, była naprawdę wkurzona. Wbrew sobie Ben poczuł wyrzuty 
sumienia.

- Często to dzisiaj powtarzam Sithom, ale masz rację, Vestaro - przyznał Luke. - Jednak z 

pewnością zdobyłaś już pewną wiedzę na temat punktu medycznego. Sama mówiłaś, że Soro-
Suuby nie są ci obce.

- Mistrzu Skywalker, nie powinieneś udawać głupiego. To ci nie przystoi. Wiesz tak samo 

dobrze jak ja, że „Cień Jade” nie jest zwykłym statkiem. Jestem pewna, że w waszym punkcie 
medycznym znajduje się sporo rzeczy, które nie należą do standardowego wyposażenia statku tej 
klasy. Poza tym w razie gdybyś zapomniał, przetrzymujecie tam szalonego więźnia. Muszę 
wiedzieć, jak go najlepiej okiełznać, na wypadek gdyby coś się zdarzyło. A nawiasem mówiąc, 
lepiej, żebyście przestali zamykać mnie w mojej kajucie, kiedy opuszczacie statek.

Ben pożałował, że jego ojciec nie wziął kogoś innego jako zakładnika na Stacji Ujście.
- Tato?
Luke westchnął i wstał.
- Zaraz wrócimy. To nie potrwa długo.
Ben potarł oczy nasadą dłoni i się przeciągnął. Żałował, że Vestara jest... no cóż... Wolałby, 

żeby była brzydsza albo głupia, albo chociaż niemiła. Ale nie była. Wiedział, że ona jest Sithem i że 
próbuje nim manipulować, ale pal to licho. Wiedział też, że w jakimś sensie nie jest jej obojętny. 
Chciała przeciągnąć go na Ciemną Stronę, ale może to on mógłby przeciągnąć ją na Jasną? Było w 
tej dziewczynie dobro. Czuł to w Mocy. Nie była taka jak Jacen - jeszcze nie. Zdecydowanie 
bardziej przypominała Tahiri. Owszem, urodziła się Sithem i wychowywała na planecie, która była 
ich pełna. Ale może pozostała Sithem dlatego, że nie znała innej drogi. Może gdyby pokazał jej 
taką drogę, zdecydowałaby się ją obrać.

W końcu nawet w rozmowie z Gavarem Khai przyznała, że lubi Bena. W głowie chłopca 

zrodziło się pewne pytanie. Kiedy ojciec wrócił parę minut później, Vestary z nim nie było.

background image

- Tato?
- Tak?
- Myślisz, że Gavar Khai zabiłby własną córkę, gdyby go zawiodła?
Luke się zamyślił.
- Myślę, że bardzo mu na niej zależy, ale... jest niezwykle wymagający. Tak, sądzę, że 

gdyby go zawiodła, a on by się o tym dowiedział, toby ją zabił.

Ben otrzymał odpowiedź na swoje pytanie. A nie było to pytanie, które zadał przed chwilą 

ojcu.

Miło być Sithem, dowodzić własnym okrętem i mieć do wykonania tak przyjemne zadanie, 

rozmyślała Leeha Faal. Rozsiadła się wygodnie w fotelu dowódcy, delektując się tym uczuciem. Jej 
fotel, jej statek. Mądrze postąpiła, opowiadając się parę lat temu po stronie Sarasu Taalona. 
Obserwowała, jak jego gwiazda wschodzi pośród Kręgu, i postarała się, żeby dostać przydział na 
„Czarną Falę”. „Postarała się” znaczyło oczywiście, że zaaranżowała zabójstwo swojego 
bezpośredniego konkurenta i dwóch potencjalnych. Ich ciał nigdy nie odnaleziono. Najwyraźniej 
ogromne, agresywne rukaro, mimo iż zostały przegnane z głównych miast Kesh, wciąż wytrwale 
szukały żeru, walcząc o zachowanie gatunku.

Jej przeczucia okazały się trafne. I oto teraz znajdowała się na orbicie tej zapyziałej planety, 

wyznaczona do wykonania zadania, które powinno szczególnie zadowolić dowodzącego tą całą 
ekspedycją. A gdy to już będzie załatwione, dołączy do floty i weźmie udział w ostatecznym 
triumfie Sithów. Przy sile, jaką dysponował Taalon, i po wyeliminowaniu Skywalkerów kto wie, 
jak daleko mogła...

- Wiadomość, pani kapitan - poinformował Syndor. Uśmiechnęła się do niego czarująco. 

Przed nią to on był kapitanem tego statku i zaskakująco dobrze znosił degradację do roli zastępcy. 
Co oczywiście oznaczało, że cichcem knuje jakąś intrygę. Musiała zachować czujność, ale w końcu 
była Sithem. Krążył wśród nich żart, że Sithowie rodzą się zawsze twarzą do góry, żeby nikt ich nie 
zaatakował od tyłu. - Od Arcylorda Sarasu Taalona.

Chodziło jedynie o głos dowódcy, ale to wystarczyło.
- Flotylla jest gotowa do wylotu w kierunku Otchłani - oznajmił melodyjny głos Taalona. - 

Dołączcie do nas, kiedy będziecie mogli.

- Oczywiście - odparła Leeha. - Mam nadzieję, że nastąpi to wkrótce.
- Jak my wszyscy - powiedział Taalon. - Nie chciałbym, żebyście przegapili całą zabawę. 

Pamiętaj o swoich obowiązkach.

- Zawsze pamiętam - zapewniła Leeha.

Sarasu Taalon powiedział Luke’owi, że zostawił dwa statki, żeby zaczekały na „Łowcę 

Asteroid”. Nie była to cała prawda, chociaż nie można też powiedzieć, żeby było to wierutne 
kłamstwo. Statki miały być już w Otchłani, kiedy Lando wyruszy ze swoim holownikiem asteroid, 
jednak Lando powinien szybko je dogonić.

Sithowie uznali po prostu, że lepiej, żeby ich tu nie było, kiedy nadleci „Łowca Asteroid”. A 

więc następnego dnia, kiedy Leeha Faal otrzymała wiadomość, że „Łowca” dotrze na miejsce w 
ciągu dwunastu godzin, wysłała uprzejmą i niejasną odpowiedź, a następnie przekazała rozkazy 
kapitanowi drugiego okrętu, „Gwiezdnego Grabieżcy”.

Kapitan Vyn Holpur skwapliwie skorzystał z okazji. Ten starszy mężczyzna o 

bladozielonych oczach i czarnych, elegancko siwiejących włosach był Mieczem, a w swoim czasie 
był na dobrej drodze do zostania Lordem. Nikt nie wiedział dokładnie, co się stało, ale wydarzył się 
jakiś skandal, po którym nie było już mowy o awansie. Mimo wszystko Taalon cenił Vyna na tyle 
wysoko, że zabrał go ze sobą. Wykonanie tego zadania mogło bardzo pomóc Holpurowi w 
odbudowaniu swojej pozycji.

Taalon przekazał rozkaz Faal, ona Vynowi, a on posłuchał.

background image

Lekki frachtowiec „Gwiezdny Grabieżca”, pilotowany przez samego Holpura, unosił się nad 

piaskiem, mknąc prosto do celu, na zachód od Treemy. W oddali widać było przedmiot ich 
pożądania. Promienie słońca odbijały się w nim ostro. Wszyscy musieli mrużyć oczy i pamiętać, 
żeby nie patrzeć bezpośrednio na Fontannę Przedwiecznych Huttów.

Holpur otrzymał pełną dokumentację na temat tej pradawnej naturalnej formacji. Przeczytał 

bez zainteresowania o wintrium, które tworzyło przepiękną, błyszczącą „rzeźbę”, o tym, jak długo 
istniała, jak święta była dla Klatooinian, jak ważną rolę odegrała w podpisaniu paktu vontorskiego. 
Wiedział, że jego statek nie dostanie pozwolenia na zbliżenie się do Fontanny, ponieważ w 
promieniu jednego kilometra wokół niej obowiązywał zakaz używania jakiejkolwiek współczesnej 
technologii.

Wszystko to nie miało dla niego większego znaczenia. Zależało mu natomiast na 

zadowoleniu Sarasu Taalona i odzyskaniu utraconej pozycji. Dlatego też był zupełnie spokojny, 
kiedy usłyszał pierwsze ostrzeżenia:

- Tu Ochrona Fontanny do nieznanego statku. Zbliżacie się na odległość pięciu kilometrów 

od Fontanny. Proszę zmienić kurs.

Holpur poprawił szaty, siedząc w fotelu. Rozszerzył swoje zmysły w Mocy, zwracając 

uwagę na emocje członków swojej załogi. Niektórzy czuli się trochę niepewnie. Nie, jak 
podejrzewał, z powodu jakichś tam skrupułów, ale z obawy przed złapaniem i ukaraniem. Inni byli 
podekscytowani, ciesząc się tą drobną przygodą po tak długim okresie czekania i bezczynności. 
Jeszcze inni mieli neutralne nastawienie. Holpur wszystko to odnotował, aby po wykonaniu zadania 
nagrodzić tych, którzy wierzyli w niego i w powodzenie misji, i wymierzyć karę tym, którzy 
zwątpili.

- Załoga nieznanego statku, zbliżacie się szybko do strefy zakazanej. Natychmiast zmieńcie 

kurs albo otworzymy ogień!

Holpur nachylił się do przodu i wcisnął guzik interkomu.
- Tak jak ustaliliśmy - powiedział - musimy to zrobić szybko. Anyul, Marjaak, jesteście 

gotowi?

- Tak jest, kapitanie. - Anyul, dwudziestoczteroletnia gibka blondynka, i Marjaak, 

białowłosy Keshiri, stali gotowi do skoku i wykonania zadania, jak tylko otworzy się właz. Wybrał 
ich bardzo starannie. Oboje byli Mieczami i oboje dostąpili tego zaszczytu w stosunkowo młodym 
wieku. Oboje byli sprawni, szybcy i zdyscyplinowani. Jednym słowem - przygotowani.

Teraz w końcu i Holpurowi mocniej zabiło serce. To był ryzykowny manewr, chociaż 

Taalon przedstawił to jak dziecinną igraszkę. To samo prawo, które mieli złamać, powinno 
zapewnić im ochronę na wystarczająco długi czas, żeby mogli wykonać zadanie.

Klatooinianie otworzyli ogień z kilku niewielkich działek blasterowych. Holpur zmarszczył 

lekko brwi, gdy statek oberwał i się zakołysał. Mógł wprawdzie wytrzymać o wiele więcej, jednak 
Holpur miał nadzieję, że uda się uniknąć nawet tak mizernego ataku. Chciał bez uszczerbku 
doprowadzić statek do Otchłani, żeby odnaleźć Abeloth, okryć się chwałą i odzyskać dobre imię.

Nagle ogień ustał. Holpur o mało nie parsknął śmiechem.
Znaleźli się w strefie zakazanej.
„Gwiezdny Grabieżca” otworzył właz. Wyleciał z niego mały, elegancki, choć niezbyt nowy 

skiff, po czym „Gwiezdny Grabieżca” uciekł z pola rażenia naziemnych blasterów.

Fontanna Przedwiecznych Huttów majaczyła w oddali, jasna, piękna i błyszcząca. Użycie w 

tej strefie czegokolwiek poza najbardziej prymitywną technologią było rażącym pogwałceniem 
zarówno prawa, jak i tradycji. Było nie tylko nielegalne, ale też uznawane za bluźnierstwo. Jednak 
sami Klatooinianie nigdy z własnej woli nie złamaliby świętego prawa, dlatego też mogli co 
najwyżej ścigać ich z tą starodawną bronią.

Skiff osiadł na powierzchni, wzniecając kłęby kurzu. Zanim jeszcze wylądował, otworzył 

się właz, a Anyul i Marjaak posłużyli się Mocą, żeby skoczyć z gracją w pobliże Fontanny. 
Podobnie jak troje Sithów za nimi, trzymających w rękach karabiny blasterowe, mieli na sobie 
kompletne zbroje z durasplotu. Wiedzieli, że to powinno wystarczyć.

Para podbiegła do Fontanny. Anyul szybko i precyzyjnie dobyła miecz świetlny i zaczęła 

background image

odłupywać kawałki dużej „fali” wintrium. Marjaak próbował odciąć cieńszy fragment w kształcie 
sztyletu. Wintrium okazało się zaskakująco mocne. Nawet ich zasilane kryształami lignan miecze 
świetlne miały trudności z rozcięciem delikatnie wyglądającego materiału.

Trójka Sithów za ich plecami zajęła pozycje obronne, gotowa bronić Marjaaka i Anyul z 

narażeniem własnego życia.

Widząc jednak, że nie ma takiej potrzeby, odzyskali dobry humor.
- Wolne żarty - powiedział Turg, rudowłosy mężczyzna po czterdziestce. - To ma być 

obrona liczącego dwadzieścia pięć tysięcy lat paktu?

Jego towarzysze, Vran i Kaara - rodzeństwo o czarnych włosach i błękitnych oczach - śmiali 

się tak bardzo, że nie byli w stanie nic odpowiedzieć, chociaż strzelali całkiem nieźle.

Zauważyli, że strażnicy, stojący za murkiem otaczającym Fontannę, mieli blastery i 

porządne zbroje. Jednak ci Klatooinianie, którzy biegli ku nim, krzycząc: „Bluźniercy! Zapłacicie 
za to!”, nosili proste pancerze płytowe, a uzbrojeni byli w dzidy, strzały, miecze i sieci. Wyglądali 
jak aktorzy odtwarzający historyczną bitwę.

Zabijanie ich to była łatwizna, tylko że ze wszystkich stron nadciągali kolejni. Turgowi 

śmiech uwiązł w gardle, gdy z tyłu spadła na niego sieć i zacisnęła się natychmiast. Jego 
towarzysze zaklęli i ruszyli mu na pomoc. Kaara, ciemnowłosa kobieta, stęknęła, trafiona czymś 
twardym, a po chwili wydała stłumiony okrzyk zdumienia, gdy durasplot zaczął syczeć i dymić. 
Kwas wżarł się w jej pancerz, a potem w skórę.

Jej brat Vran włączył swój miecz świetlny i uwolnił Turga jednym precyzyjnym, idealnym 

cięciem czerwonej klingi. Nie zatrzymując się, wykonał obrót i uśmiercił przeciwnika, który 
zaatakował Kaarę. Kobieta upadła na piasek, zagryzając usta, żeby nie krzyczeć z bólu. Nie mogąc 
nic na to poradzić, jej brat skupił się na zemście. Furia i nienawiść zwiększyły jeszcze jego zabójczą 
szybkość.

Marjaak obejrzał się przez ramię.
- Szybciej - rzucił do swojej partnerki. Anyul pokiwała głową, zaciskając zęby. Napięła 

mięśnie, dodając ich siłę do siły Mocy, żeby przebić się mieczem świetlnym przez kryształ.

Rudowłosy Turg przeszedł do ataku, nacierając na zbliżających się Klatooinian. Jeden z 

nich celował w niego dzidą, pozostali trzej mieli uniesione miecze. Sith bez wysiłku rozciął dzidę 
na pół razem z dzierżącym ją napastnikiem. To samo zrobił z pozostałą trójką, posyłając trzy 
miecze - każdy z kawałkiem zaciśniętej na nim ręki - w powietrze.

Zaświszczały wypuszczane strzały. Turg wyczuł je i odwrócił się od niechcenia, odbijając je 

z jeszcze większą łatwością, niż zrobiłby to z ogniem blasterowym. Tamtym udało się z kwasem i 
Kaarą, ponieważ wykorzystali moment zaskoczenia. Ale teraz Klatooinianie ponosili dotkliwe 
straty z rąk Turga i Vrana. Kaara skonała bez jęku, jak przystało na Miecz Sithów.

Dwoje Sithów wyznaczonych do pobrania próbek wintrium pociło się z wysiłku.
- Tego się prawie nie da przeciąć - wymamrotał Marjaak.
Anyul rzuciła mu gniewne spojrzenie.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem, durniu - wypaliła, nie przerywając pracy. Okropnie 

twarda substancja w końcu zaczęła ustępować pod jej naporem.

Już... prawie...

ROZDZIAŁ 18

Na pokładzie „Gwiezdnego Grabieżcy”

- Kapitanie - zwrócił się do Holpura oficer łącznościowiec. - Starszyzna próbuje się z nami 

skontaktować. Chcą, żebyśmy wylądowali i poddali się karze za zbezczeszczenie świętego miejsca.

Holpur zachichotał.
- Naprawdę zabawne - powiedział.

background image

W pobliżu Fontanny, na zachód od niej, znajdował się okazały gmach, coś na kształt pałacu. 

Była to siedziba Starszyzny, ciała zarządzającego Klatooine. Holpur wiedział, że jego członkowie 
wstają co rano i spoglądają na wschód, by zobaczyć pierwsze promienie słońca odbijające się od 
Fontanny. Teraz bez wątpienia mieli przed sobą zgoła odmienny widok.

Wyświetlił obraz pałacu Starszyzny na niewielkim ekranie obok swojego fotela i przyglądał 

mu się w zamyśleniu. Budynek nie miał żadnego uzbrojenia. Każdy mógł po prostu podejść i 
zastukać do drzwi. Co oni sobie wyobrażali? Sam „Gwiezdny Grabieżca” mógłby obrócić go w 
gruzy. Przez chwilę rozważał ten pomysł, jednak zanadto bawiła go myśl o tych ujadających na 
niego istotach, przypominających mrówki, które zaraz rozdepcze.

- Połącz ich - polecił.
- Tak jest.
- ...powtarzam, poddajcie się! Naruszyliście świętą przestrzeń! Nie będziemy tego 

tolerować!

- Kapitanie - odezwał się oficer łącznościowiec. - Wysyłają sygnał alarmowy. Chcą wezwać 

Huttów, żeby przyszli im z pomocą.

- A niech sobie wzywają - powiedział Holpur. - Wiem, jak wygląda sytuacja. Huttowie nie 

interesują się zbytnio tą planetą od czasu wojny z istotami znanymi jako Yuuzhan Vongowie. Miną 
dni, a przynajmniej godziny, zanim Huttowie raczą wysłać odsiecz, a my wtedy będziemy już 
daleko.

Wewnątrz pałacu Starszyzny

- Powtarzam, poddajcie się!
Darima Kedari chodził tam i z powrotem. Na nadzwyczajnym posiedzeniu Starszyzny 

panował chaos. Wszyscy się nawzajem przekrzykiwali i w końcu Darima, piastujący urząd 
Kanclerza, zrezygnował z uprzejmości w stosunku do innych członków rady.

- Cisza! - wrzasnął, wymachując swoją ceremonialną laską. - Nie słyszę własnych myśli!
Gdy tylko dowiedzieli się o profanacji, skontaktowali się oczywiście z siłami obronnymi w 

Treemie. Te parę statków, które do czegokolwiek się nadawały - chyba z pięć jednostek różnej 
wielkości - było już w drodze. Starszyzna mogła oczywiście skorzystać z przebywających w 
Treemie najemników, jednak to wymagało czasu, a Fontannę bezczeszczono właśnie teraz. 
Huttowie nie pozostawili im prawie żadnych środków do obrony, zapewniając Klatooinian, że w 
razie potrzeby przyjdą im z pomocą, zgodnie z postanowieniami paktu. Więc gdzie teraz byli? 
Wysłano pilną wiadomość z apelem, który musiał przykuć uwagę ich panów:

„Fontannę sprofanowano. Przybywajcie bezzwłocznie”.
Teraz wszystko pogrąży się w chaosie.
Wściekłość i gniew rozdzierały mu serce. Ten bezcenny, cudowny twór, ten ponadczasowy 

symbol piękna i siły... został splamiony krwią. Obcy, którzy nie rozumieli go ani nie kochali, 
przyszli i po prostu wzięli to, na co mieli ochotę. Jak oni śmieli!

- Jak mogliśmy tego nie przewidzieć? - zawołał, zaciskając pięści, wstrząśnięty profanacją.
- Nie sądziliśmy, że ktoś mógłby ją zniszczyć - zauważyła wątła staruszka, Mashu Tek 

Barik. W oczach miała łzy. - Zawsze była dostępna dla każdego. Nie pobieramy żadnych opłat za 
jej oglądanie czy nawet dotykanie. Nie mogliśmy sobie wyobrazić... czegoś takiego.

Wskazała kościstą ręką w kierunku Fontanny.
- Gdzie są statki? - zapytał ktoś inny. - Gdzie statki, które miały bronić Fontanny?
- Za późno - powiedziała cicho Mashu. - To już się stało. Stało się.
I nagle ten fakt dotarł do Darimy z taką siłą, że Kanclerz oblał się potem i musiał chwycić 

się oparcia swojego krzesła. Mashu miała rację. Stało się.

- Huttowie przylecą - odezwał się kolejny głos. Krew tętniła Darimie w uszach, tak że nie 

mógł rozpoznać, kto to mówi. - Zniszczą tych bluźnierców. Zapłacą za to, co zrobili. Zapłacą. 
Zapłacą!

background image

Inni potakiwali z nadzieją, ale Darima spojrzał na Mashu. Kiwała się lekko w przód i w tył, 

wpatrując się w lekki frachtowiec, który otworzył się, żeby wpuścić z powrotem skiff. Wpuścić go 
razem z bluźniercami i ze skradzionym wintrium.

Na pokładzie „Łowcy Asteroid”

- Jak to „reszta odleciała”?
Lando Calrissian siedział w ruchomym repulsorowym fotelu w sterowni zabytkowego statku 

„Łowca Asteroid”. Patrzył gniewnie na jeden z opuszczanych monitorów, na którym aktualnie 
widniała głowa i ramiona fioletowej kapitan Sithów, która przedstawiła się jako Leeha Faal.

Uśmiechała się. Nie był to miły uśmiech, jednak nie umniejszał jej atrakcyjności. Cóż, Sith 

to Sith.

- Pański Mistrz Skywalker bardzo na to nalegał - powiedziała. - Uważał, że lepiej będzie 

zebrać flotę bliżej samej Otchłani. Zostawił z tyłu „Skrzydlaty Sztylet” i „Gwiezdnego Grabieżcę”. 
Jesteśmy sojusznikami, kapitanie Calrissian.

Sojusznicy, no tak. Sithowie latający fregatami.
- Oczywiście, Luke mówił mi, że z wami współpracuje. - Lando był z siebie dumny. Jego 

aksamitny głos nie stracił nic ze swojego uroku, nawet kiedy wypowiadał słowa, które budziły w 
nim niepokój czy wręcz odrazę. Rzucił jej jeden ze swoich najlepszych uśmiechów, uniósł ręce i 
mrugnął. - A więc przybyłem. Jesteście gotowi, pani kapitan?

- Wkrótce będziemy - zapewniła kojącym, miłym dla ucha głosem. - „Gwiezdny Grabieżca” 

powinien być tu niebawem. Przeprowadzimy kontrolę techniczną, a potem jak najszybciej 
wyruszymy, żeby dołączyć do naszych towarzyszy w drodze do Otchłani.

- W porządku - odparł Lando. - Dajcie znać, jak będziecie gotowi. Bez odbioru.
Wcisnął staromodny, błyszczący guzik. Ładną buźkę Faal zastąpił pusty ekran. Jej uśmiech 

zniknął jak wyłączony nagle pręt jarzeniowy.

Chociaż był jedyną żywą istotą na statku, Lando nie był sam. Miał pełną załogę do swojej 

dyspozycji, tyle że w całości złożoną z droidów. Obrócił fotel i spojrzał na tego, z którym miał 
najbliższy kontakt. Był to robot pokładowy RN8 firmy Cybot Galactica.

- Ja sobie flaki wypruwam, żeby doprowadzić was, droidy, i ten statek do ładu, a Luke 

pryska stąd beze mnie. Ale miło z jego strony, że zostawił tak atrakcyjny komitet powitalny.

Ornate wyprostowała się i odwróciła kulistą głowę, żeby spojrzeć na niego trójką swoich 

błękitnych fotoreceptorów. Wewnątrz przezroczystej kuli skrzyła się jednostka obliczeniowa, a 
złotawobrązową osłonę jej tułowia zdobiły komety i gwiazdy. Była bardzo stara, ale niezawodna i 
piękna jak dzieło sztuki.

- Nie jestem zaprogramowana do oceny ludzkich norm atrakcyjności - wymruczała Ornate 

niskim głosem.

- A ja owszem - odparł wesoło Lando. Ornate odwróciła tylko głowę w stronę konsolety 

nawigacyjnej. Lando uśmiechnął się szeroko i obrócił fotel w samą porę, żeby zobaczyć biały błysk 
wskazujący, że ktoś wyszedł właśnie z nadprzestrzeni.

Nagle pojawiły się cztery najeżone bronią statki o zwalistych, groźnie wyglądających 

sylwetkach. Lando poczuł ściskanie w żołądku, a jego dobry humor prysnął.

- No, pięknie - mruknął. - Tego nam było trzeba. Huttowie. - Na czoło wystąpił mu pot. 

Czekał, żeby przekonać się, jak go przywitają, jednak Huttowie najwyraźniej mieli co innego na 
głowie. Po niecałej minucie pomknęli jak jeden statek w stronę atmosfery. Lando odetchnął z ulgą, 
która trwała około dwóch sekund.

- Faal do „Łowcy Asteroid”! - Ton głosu był naglący.
- Tu „Łowca Asteroid”. Słucham, pani kapitan.
- Zostaliśmy zaatakowani! Powtarzam, zaatakowani! Proszę o niezwłoczną pomoc!
- Co się dzieje? Ornate, przygotuj „Skałoskoczka”! - Droid skłonił skrzącą się kulę głowy i 

przystąpił do przygotowywania małego skiffa. - Kto was atakuje?

background image

- Huttowie! Otworzyli ogień!
No, świetnie. Po prostu świetnie.
- Kapitanie Calrissian, zapewniam pana, że to jakieś straszne nieporozumienie! - ciągnęła 

Faal. Siliła się na spokój, ale jej głos nie brzmiał już tak przyjemnie. - Proszę tylko, żeby jako nasz 
sojusznik przyszedł nam pan z pomocą!

- Nie wyląduję tym maleństwem. Mogę co najwyżej wziąć skiff.
Cztery statki Huttów, bez wątpienia posiłki dla jakichś atmosferycznych okrętów biorących 

już udział w walce, zmierzały teraz w stronę powierzchni planety.

- W takim razie może przyda się pan gdzie indziej. Czy zna pan jakieś istoty na tym 

świecie?

Znał, owszem, ale większość z tych istot nie ucieszyłaby się specjalnie na jego widok. 

Zwłaszcza, jeśli jego nowi „sojusznicy” zadarli z Huttami.

- Eee... kilka - powiedział.
- Jeśli nie przerwą ataku, zniszczą „Gwiezdnego Grabieżcę” i wszystkich na pokładzie - 

mówiła dalej Faal. - Czy może pan...

Kolejne sześć okrętów Huttów wyszło z nadprzestrzeni i rozproszyło się kamie, otaczając 

„Skrzydlaty Sztylet”. Na szczęście nie zdawali sobie najwyraźniej sprawy, że Lando ma cokolwiek 
wspólnego ze statkiem Sithów czy z tym, co działo się na powierzchni planety. Lando zastanawiał 
się, czy nie byłoby najrozsądniej po prostu odpalić silniki i mszyć w kierunku Otchłani, zostawiając 
te dwa statki Sithów samym sobie. W końcu przyleciał tu pomóc Luke’owi, a nie jego kumplom. Z 
drugiej jednak strony... lepiej chyba nie drażnić Sithów.

Nadleciał jeszcze jeden statek.
- Co to, impreza? - zawołał Lando do Ornate. - Ile statków potrzebują Huttowie do...
Urwał w pół zdania, gdy zobaczył, co to za statek. A właściwie niezupełnie zobaczył. Był 

jak zjawa, minimalne zagęszczenie rozgwieżdżonej przestrzeni. Jednak Lando miał spore 
doświadczenie w dostrzeganiu rzeczy, które inni mogliby przegapić.

To był myśliwiec typu StealthX, co oznaczało obecność Jedi.
- Pozdrów go - polecił Ornate. - Szybko. - Droid wykonał rozkaz. Lando wiedział, że aby 

uniknąć wykrycia, statki te muszą zachować ciszę, więc nie był pewien, czy pilot tego myśliwca 
zechce odpowiedzieć. Jednak ze staroświeckiego systemu łączności zatrzeszczał znajomy głos. Był 
słaby, prawdopodobnie przekazywany za pomocą osobistego komunikatora, a nie systemu łączności 
statku.

- Wujku Lando, co ty tu robisz?
Lando zamrugał gwałtownie.
- Jaina? Mógłbym zapytać cię o to samo.
- Ja spytałam pierwsza. - Lando chciał powiedzieć, że to nie najlepsza pora na żarty, ale w 

jej głosie była jakaś powściągliwość, która sprawiła, że ugryzł się w język. Ona nie żartowała.

- Przyleciałem pomóc Luke'owi, tyle że on najwyraźniej wyruszył beze mnie i... eee... 

zostawił tu paru kumpli. - Zastanawiał się, czy Jaina wie o „kumplach”. - Jaina, posłuchaj, coś tu się 
dzieje. A... koledzy Luke’a...

- Wiem o nich. - W jej głosie słychać było rozdrażnienie i gniew.
- Tak? To dobrze. No więc oni są w to uwikłani i proszą mnie o pomoc.
Jaina wymamrotała coś pod nosem.
- W takim razie zobaczmy, co się tam dzieje. Pozwolenie na dokowanie?
- Jasne. Ale nie powiedziałaś mi, co ty tu robisz.
- Nie. Nie powiedziałam. Lecisz ze mną czy nie?
- Dobra, nie zdejmuj skafandra - burknął Lando. - Lepiej nie bierz tego maleństwa. 

Wprowadź go do hangaru i polecimy razem skiffem.

Oczywiście nie było to takie proste. Czekając na Jainę, Lando próbował nawiązać kontakt z 

planetą i przez kilka długich, pełnych napięcia minut nie było żadnej odpowiedzi. Wreszcie na 

background image

jednym z opuszczanych monitorów pojawiła się Klatooinianka z nieufnym wyrazem twarzy i 
opryskliwym głosem.

- Tu Abara Mun. Na Klatooine panuje obecnie stan wyjątkowy i cała przestrzeń powietrzna 

planety jest zamknięta. Nikt nie otrzyma zgody na start ani lądowanie aż do odwołania. - Nachyliła 
się do przodu, żeby zakończyć połączenie.

- Chwileczkę! - wykrzyknął Lando. - Znam Darimę Kedariego!
Mun zastygła w bezruchu i popatrzyła na niego sceptycznie. Lando usłyszał za plecami 

zgrzytliwy odgłos otwieranego włazu, a potem kroki Jainy na starym durastalowym pokładzie.

- Znamy się od lat. Proszę go zapytać.
Chwila milczenia.
- To chyba jest możliwe - powiedziała w końcu Mun. - Skontaktuję się z nim i zapytam.
- Bardzo proszę. - Jej twarz zniknęła, a w jej miejsce pojawiła się flaga Klatooine. Lando 

wypuścił powietrze, po czym odwrócił się i uścisnął Jainę. - Witaj, młoda damo. No, powiedz 
wujkowi... przyleciałaś pomóc Luke’owi, tak?

Objęła go, a potem odsunęła się i pokiwała głową. Wyglądała na zmęczoną i dawno już nie 

widział jej tak przygaszonej.

- Miałam być jedną z wielu - powiedziała. - Jedi zebrali całą flotę stealthX-ów. Luke i Ben 

musieli sobie radzić zupełnie sami. Z Sithami, Lando. Z całym plemieniem Sithów. A więc 
mieliśmy przylecieć i zapewnić mu środki do zakończenia tego wymuszonego sojuszu.

- Więc dlaczego jesteś sama? Nie to, żebyś nie była groźnym przeciwnikiem - dodał 

pospiesznie.

- Ponieważ Daala rozpoczęła oblężenie Świątyni i nie mogliśmy wystartować, bo zaraz by 

nas zestrzelili.

- Co takiego?
Przetarła oczy.
- To długa historia i bez znaczenia w tej chwili. Musimy dostać się do Luke’a.
- Jest teraz w Otchłani. Zostawił śliczną i niepokojąco uroczą kobietę, żeby na mnie 

zaczekała, ale najwyraźniej pojawiły się jakieś kłopoty. Nie wiem, czy Luke chce, żebym im 
pomógł, czy raczej ich tu zostawił.

- Kapitanie - odezwała się swoim łagodnym, aksamitnym głosem Ornate. - Kanclerz Darima 

Kedari pragnie z panem rozmawiać.

Lando uśmiechnął się znacząco.
- Widzisz? - powiedział do Jainy. Ona tymczasem zwróciła uwagę na głos droida.
- Urocza z niej rozmówczyni - zauważyła kpiąco.
- Jeśli o to chodzi... zresztą potem ci powiem - odparł Lando, nieco zmieszany. - Ornate, 

połącz go.

Na ekranie pojawił się starszy Klatooinianin, ubrany w sztywne szaty, wykonane z 

błyszczącego materiału. Wokół szyi miał kołnierz, a na głowie płaski kapelusz zakrywający uszy. 
Lando zaprezentował jeden ze swoich słynnych czarujących uśmiechów.

- Darima! Jak się masz?
- Muszę być w poważnych tarapatach, skoro z tobą rozmawiam - odparł płaczliwym głosem 

Kanclerz - ale wygląda na to, że nie mam innego wyjścia.

- Eee, chyba tak - wyjąkał Lando, jednak szybko odzyskał rezon. - Pozwól, że przedstawię 

ci Jedi Jainę Solo. Jaino, to jest Kanclerz Darima Kedari, przewodniczący Starszyzny Klatooinian. 
Znamy się od wieków.

Jaina uśmiechnęła się i skłoniła głowę.
- Panie Kanclerzu... - powiedziała.
Darima otworzył szerzej swoje ciemne oczy, otoczone głębokimi zmarszczkami.
- Jaina Solo! Pani sława już tu dotarła. Najpierw Mistrz Skywalker, teraz pani. Dwoje, ni 

mniej, ni więcej. - Wydawał się coś rozważać. - Mam pytanie do was obojga, gdyż wierzę, że w tej 
krytycznej chwili zesłali nam was Przodkowie. Czy jesteście formalnie... a może nieformalnie 
związani z kapitanami albo członkami załogi „Gwiezdnego Grabieżcy” lub „Skrzydlatego 

background image

Sztyletu”?

Lando podrapał się po głowie, ostrożnie ważąc słowa.
- Przyleciałem tu na prośbę Luke’a Skywalkera - powiedział. - Wiem, że Luke z nimi 

współpracował, ale ja sam nigdy wcześniej ich nie spotkałem.

~ A ja przyleciałam zobaczyć się z Lukiem, ale on się mnie nie spodziewa. - Jaina wolała 

nie mówić nic więcej.

- Znaleźliśmy się... w kryzysie - przyznał Darima. Jego policzki zadrżały lekko. - Załoga 

„Gwiezdnego Grabieżcy” złamała zakaz używania technologii w strefie wokół Fontanny. Podobno 
ośmielili się nawet wziąć próbki wintrium.

Lando rozdziawił ze zdumienia usta.
- Co takiego? - Nic dziwnego, że widział tyle statków należących do Huttów. Niedobrze. 

Bardzo niedobrze.

- Chyba wiesz, co to oznacza, Lando - powiedział ponuro Darima. - Rozumiesz już pewnie, 

dlaczego nie pozwalamy nikomu lądować na Klatooine. To wszystko, co możemy zrobić, żeby nie 
dopuścić do zamieszek.

- Co ty powiesz. Dziwię się, że możecie zrobić chociaż to.
- Zaraz, o co chodzi? - spytała Jaina, patrząc to na jednego, to na drugiego. - Co się stało? 

Lando, wyglądasz... poważnie. To mnie niepokoi.

- Jest taka naturalna formacja zwana Fontanną Przedwiecznych Huttów - wyjaśnił z posępną 

miną Lando. - Dla Klatooinian jest ona święta. W promieniu jednego kilometra nie można używać 
niczego poza najbardziej prymitywną technologią.

Jaina wyglądała na skonsternowaną.
- Nie chcę być niegrzeczna, ale... zwykle nie przejmujesz się zbytnio takimi rzeczami. - 

Spojrzała na Darimę. - Bez urazy, panie Kanclerzu.

- Tu chodzi o coś więcej niż nasza duma rasowa czy obraza uczuć religijnych, Jedi Solo. 

Ochrona Fontanny grała kluczową rolę przy zawarciu paktu vontorskiego dwadzieścia pięć tysięcy 
lat temu - powiedział Darima. - Huttowie zobowiązali się ją chronić. W zamian nasz lud oraz 
Niktowie przyrzekli wieczne poddaństwo. Huttowie nie ochronili Fontanny. Jeśli nie robią tego, co 
do nich należy...

Teraz to Jaina otworzyła z wrażenia usta.
- Jeśli nie robią tego, co do nich należy, to umowa jest nieważna i Huttowie stracą 

niewolników, których mieli od dwudziestu pięciu tysięcy lat. No dobra, chyba już rozumiem, 
dlaczego wszyscy są tak zdenerwowani. - Wyglądała na równie oszołomioną jak Lando.

- Pakt stanowi, że w przypadku zbezczeszczenia Fontanny potrzeba co najmniej dwóch 

przybyszów spoza planety do wydania osądu, jako że zarówno Huttowie, jak i Klatooinianie są 
stronami w ewentualnym sporze.

- Och, daj spokój, Darima, na pewno znajdzie się ktoś inny.
Kanclerz popatrzył na niego spokojnie.
- To terytorium Huttów, Lando. Przylatują tu istoty, które prowadzą z nimi interesy. 

Zdarzają się też takie, które przybywają zobaczyć Fontannę, ale tych jest niewiele. Wy dwoje 
zjawiliście się akurat w dniu, w którym doszło do profanacji. I chociaż sam nie wierzę, że to 
mówię... ufam ci, że sprawiedliwie wysłuchasz obu stron. To samo mogę powiedzieć o Jedi, nawet 
takim, którego nigdy wcześniej nie spotkałem.

Jaina i Lando wymienili spojrzenia.
- Daj nam chwilę - poprosił Lando.
- Oczywiście. - Ornate posłusznie wyciszyła dźwięk.
- Nie chcę się w to mieszać - powiedział Lando do Jainy. - Jestem za tym, żeby ich zostawić 

i lecieć do Luke’a.

- Ja też bym była za tym, gdyby nie fakt, że od tego zależy wolność całej rasy - odparła 

Jaina. - Twój przyjaciel ma rację. To nie jest miejsce, które przyciągałoby porządne i uczciwe 
istoty. Każdy inny, kogo znajdą, będzie myślał tylko o tym, co mu się bardziej opłaca. Huttowie na 
pewno wygrają.

background image

- A ty potrafisz być bezstronna? - wyraził wątpliwość Lando. - Załóżmy, że Huttowie 

udowodnią, że zrobili wszystko, co mogli. Będziesz umiała spojrzeć Klatooinianom w oczy i 
powiedzieć im, że dalej mają żyć w niewoli?

Spodziewał się jakiejś opryskliwej odpowiedzi z jej strony. Tymczasem ona spuściła głowę, 

kierując wzrok na swoją lewą rękę. I wtedy zauważył, że nie ma na niej pierścionka 
zaręczynowego. Nagle zrozumiał, dlaczego jest taka przybita.

- Ostatnio podejmuję wiele trudnych decyzji, kierując się tym, co według mnie jest słuszne, 

Lando. Decyzji, których nie chciałam podjąć - powiedziała cicho. - Jestem Mieczem Jedi. Stoję na 
straży sprawiedliwości... podobno. Jeśli Huttowie naprawdę dotrzymali swojej części umowy, to 
moja odpowiedź brzmi: tak. Będę potrafiła spojrzeć Starszyźnie w oczy i powiedzieć im o tym.

- Naprawdę wolałbym tego nie robić.
- To nie rób. Weź „Łowcę Asteroid” i leć za Lukiem do Otchłani. Mam nadzieję, że ja też 

tam wkrótce dotrę. Będę jednym z sędziów, a na drugie miejsce znajdą kogoś innego. Naprawdę nie 
ma sprawy. - Patrząc na nią, widział, że mówi szczerze. Podjęła decyzję za siebie i pozwalała mu 
podjąć taką, która będzie dobra dla niego.

- Czasami zdecydowanie za bardzo przypominasz swoją matkę, wiesz? - mruknął. - 

Cholerni dyplomaci. - Westchnął ciężko i skinął na Ornate, która ponownie włączyła dźwięk.

- W porządku, Darima. Macie swoich dwóch sędziów.

ROZDZIAŁ 19

Klatooine

Lecąc małym skiffem ponad powierzchnią planety, Lando i Jaina mogli się sami przekonać, 

że Mun i Kanclerz Kedari nie przesadzali. Jeśli już, to raczej bagatelizowali rozmiary zajść. Stolica 
była otoczona przez statki rozmieszczone zarówno na powierzchni, jak i w powietrzu. Dokoła 
kłębiły się maleńkie sylwetki uzbrojonych strażników i Jaina wzdrygnęła się mimowolnie.

Lando zauważył ten niekontrolowany odruch.
- W porządku?
- To wygląda zupełnie jak to, co Mando robią teraz ze Świątynią. Jest tylko kwestią 

głupiego szczęścia, że i ja nie zostałam tam uwięziona. Wyszłam niecałe pół godziny wcześniej.

- Ha! Może stary Darima miał rację. Może naprawdę zesłali nas Przodkowie.
- Chciałabym, żeby Przodkowie zesłali raczej kogoś, kto skopie Daali tyłek... - Jaina 

westchnęła i poruszyła się niespokojnie na fotelu pasażera.

- Jesteś po prostu podminowana, bo nie siedzisz za sterami.
- To też. Nie mogę uwierzyć, że mamy słuchać Huttów i Sithów, a na koniec będziemy 

musieli opowiedzieć się po którejś ze stron.

- No cóż, powiem tak: znałem para Huttów, którzy byli porządnymi istotami. Ale musimy 

spróbować zachować bezstronność.

- Moglibyśmy rozwalić jednych i drugich. To by było sprawiedliwe - stwierdziła z 

uśmiechem Jaina.

- Nie kuś. Zbliżamy się już do Fontanny. Pałac jest tuż obok. Przyjrzyj się. Piękna rzecz, co?
Po tym, jak zobaczyła Treemę, Jaina wolała odwracać wzrok, teraz jednak posłuchała 

Landa. I oczy wyszły jej na wierzch.

- Eee... Lando! Sam się przyjrzyj.
Gdy to zrobił, z ust wyrwało mu się barwne przekleństwo. Pod nimi znajdowała się 

Fontanna Przedwiecznych Huttów, lub po prostu Przedwiecznych, w zależności od tego, z kim się 
rozmawiało. I Jaina musiała przyznać, że jest piękna. Znacznie mniej piękny był za to tłum, który 
się wokół niej zgromadził. Złożony był z Klatooinian, którzy w tej krytycznej chwili chcieli dostać 
się jak najbliżej tego świętego zjawiska, stanowiącego tak ważny element ich kultury i historii. Tyle 

background image

że było ich zbyt wielu; ogromna ciżba przepychających się, napierających istot.

- Muszą ich być tysiące - powiedziała Jaina i natychmiast się poprawiła: - Dziesiątki tysięcy.
- A za parę godzin będą setki tysięcy - dodał Lando. - Nawet jeśli stan wyjątkowy oznacza 

wyłączenie głównych kanałów łączności, Klatooinianie mają swoje sposoby przekazywania 
informacji.

Lecieli w milczeniu, kierując się w stronę dużego lądowiska pałacu. Tam czekał na nich 

Kanclerz Kedari z kilkoma asystentami. Na żywo wydał się Jainie znacznie mniej onieśmielający. 
Był niższy, niż się spodziewała, wspierał się ociężale na pięknie rzeźbionej lasce, a jego język ciała 
sugerował, że jest bliski załamania. Jaina wcale mu się nie dziwiła. Nie potrafiła sobie wyobrazić, 
jak ona by zareagowała na zbezczeszczenie czegoś, co stanowiło część jej tożsamości. I tak już 
ciężko przeżyła zerwanie zaręczyn.

- Witajcie. Jesteście tutaj oboje bardzo mile widziani - powiedział Darima. - Normalnie 

witałbym was z większą pompą, ale, jak chyba zdążyliście już zauważyć, liczy się czas. Musimy 
jak najszybciej przywrócić ład, a do tego potrzebny jest werdykt. Proszę za mną.

Weszli za nim do windy towarowej, prostej i funkcjonalnej, więc tym bardziej Jainę 

zaskoczył przepych dużej sali, w której wysiedli. Przed sobą zobaczyła potężne, ozdobne kolumny, 
które podtrzymywały pomalowany na granatowo sufit. Sprytnie ukryte soczewki mieniły się i 
migotały, tworząc iluzję gwiezdnej panoramy. Teraz, za dnia, efekt był słabo widoczny, ale Jaina 
uznała, że po zmroku widok musi zachwycać. Okrągłe okna na całej długości przestronnej sali 
wpuszczały ukośnie padające światło. Równo rozmieszczone wzdłuż kamiennej ściany kinkiety 
zapewniały oświetlenie wieczorem. Przeciwległa ściana była w całości wykonana z transpastali, za 
którą rozciągał się zapierający zazwyczaj dech widok na Fontannę. Teraz oczywiście obraz był 
zatrważający. Jaina żałowała, że nie można go jakoś zasłonić, ale nie było żadnych zasłon ani 
żaluzji.

Na całej długości sali rozstawiono fotele, zaprojektowane wyraźnie z myślą o wygodzie 

humanoidalnych ras, ale środek sali był pusty.

- Od wieków nie zapadł tu żaden wyrok - objaśnił Darima, kiedy weszli do sali. - Teraz 

odbywają się tu przedstawienia i wykłady. - Głos miał smutny. Skinął sękatą ręką i zaprowadził ich 
do części pomieszczenia znajdującej się na wprost Fontanny. Na marmurowym podium stały trzy 
fotele; kolejne ustawiono z boku.

- Jedi Solo, pani i kapitan Calrissian usiądziecie tu razem ze mną. Reszta Starszyzny zajmie 

miejsca w pobliżu, żeby mogli obserwować przebieg procesu. Wkrótce zjawią się obie strony.

Jaina usiadła w fotelu. Chociaż zaprojektowany ewidentnie z myślą o bardziej rosłych 

istotach, okazał się tak wygodny, jak się spodziewała. Wprawdzie zwisały jej nogi, ale do tego była 
przyzwyczajona. Poza tym miała nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo.

- Więc... co mamy robić? - spytała Darimę.
- Słuchać - odparł po prostu Kanclerz. - Wiecie, o co toczy się gra. Wiecie, co znaczy dla 

nas Fontanna. Wiecie, o czym stanowi pakt vontorski. Wysłuchajcie każdego, kto zabierze głos. 
Pani, jako Jedi, ma pewne umiejętności orzekania o winie lub niewinności. Ty, Lando, potrafisz za 
to oceniać istoty. Musiałeś się tego nauczyć z uwagi na twoje... środowisko.

- Hej - obruszył się Lando. - To było też twoje środowisko.
Darima zachichotał cicho.
- Ale już nie jest - odparł. - W każdym razie musicie sądzić sprawiedliwie, żeby Przodkowie 

byli zadowoleni z wyroku.

- Postaramy się - powiedziała tylko Jaina.
Wyczuła teraz obecność innych istot zbliżających się do sali. Jedna grupa przypominała 

Darimę. Byli zatroskani, rozgniewani, zrozpaczeni, ale w środku spokojni i zdecydowani. Musiała 
to być reszta Starszyzny. Szerokie drzwi na końcu sali rozsunęły się, a oni weszli, poruszając się 
powoli, lecz z godnością, po czym przeszli przez środek sali, żeby zająć swoje miejsca. Jaina poszła 
za przykładem Landa i wstała, przyglądając się przybyłym. Jedna z nich, kobieta wyglądająca na 
znacznie starszą od pozostałych, spojrzała Jainie w oczy wnikliwym, badawczym wzrokiem, zanim 
usiadła w swoim fotelu.

background image

Jaina i Lando zrobili to samo. Siedzący obok niej Darima pochylił się lekko w fotelu, 

ściskając mocno swoją laskę, jednak poza tym nie zdradzał żadnych oznak zdenerwowania. Jaina 
wyczuła teraz istoty, które miała osądzić. Energia Ciemnej Strony spowijała je niczym 
błyszczojedwabny płaszcz. Jaina czuła ją niemal fizycznie, jak zapach, niemal przyjemny, ale zbyt 
przesłodzony; woń zgnilizny, która zdradzała prawdziwą naturę swojej siły. Przełknęła ślinę, 
przypominając sobie swoją ostatnią walkę z Jacenem. Wiedziała, że wraz z jego śmiercią ten 
ohydny zapach, który nie był zapachem, przestał przenikać jego duszę. Jacen był mroczny i 
potężny, ale jego więź z Ciemną Stroną nie trwała długo. Te istoty za drzwiami - niektóre były 
ludźmi, niektóre nie - były nią przesiąknięte. I to od zawsze.

Istoty były tylko dwie. Jedna z nich, płci żeńskiej, odznaczała się olśniewającą urodą; miała 

niewiarygodnie idealne rysy i piękną fioletową skórę. Poruszała się z gracją, wodząc wzrokiem po 
twarzach oczekującej trójki. Miała na sobie czarne szaty, ale żadnej broni. Żadnej poza - oczywiście 
- swoją głęboką więzią z Ciemną Stroną Mocy. Kiedy szła, jej czarne, lśniące włosy płynęły za nią 
z aksamitną lekkością. Jaina zerknęła ukradkiem na Landa. Wprawdzie nie gapił się z otwartymi 
ustami ani nie ślinił, jednak na wszelki wypadek dała mu kuksańca w Mocy. Porządnego. Poruszył 
się lekko i spojrzał na nią.

Drugi Sith emanował tym samym mrocznym miazmatem. Był to starszy człowiek o bardzo 

dystyngowanym wyglądzie i bladozielonych oczach. On także miał na sobie tradycyjne szaty 
Sithów i szedł jakieś pół metra za swoją towarzyszką. Oboje podeszli do podium i nisko się 
ukłonili, a potem przesunęli się w lewo i stanęli na baczność, z rękami splecionymi z tyłu.

Drzwi otworzyły się ponownie. Jaina usłyszała cichy szum sań repulsorowych. Wiozły one 

wyjątkowo korpulentnego i nieatrakcyjnego przedstawiciela rasy Huttów, i chyba robiły to z 
wielkim wysiłkiem. Gdy dotarły do podium, Hutt powiódł dookoła oczami, niemal całkiem 
ukrytymi pod fałdami ciemnoniebieskiej, lśniącej skóry, po czym skinął jedną ze swoich krótkich 
rąk w geście, który miał niewątpliwie wyrażać szacunek, ale wyglądał po prostu jak machnięcie. Z 
trudem dosięgną! drążka sterowniczego i ustawił sanie po prawej stronie podium, naprzeciwko 
dwójki Sithów. Darima wstał, trzymając się kurczowo swojej laski.

- Kapitan Leeha Faal ze „Skrzydlatego Sztyletu”... kapitan Vyn Holpur z „Gwiezdnego 

Grabieżcy” - powiedział. - Kapitanie Holpur, ciąży na panu kilka zarzutów. Jest pan oskarżony o 
złamanie zakazu używania technologii w pobliżu Fontanny Przedwiecznych Huttów, zabicie kilku 
broniących jej strażników i, co najbardziej bulwersujące, o fizyczne uszkodzenie samej Fontanny. - 
Ostatni zarzut wypowiedział łamiącym się głosem. - Kapitan Faal... rozumiemy, że kapitan Holpur 
odpowiada przed panią, dlatego pani również się tu znalazła. Ciążą na pani te same zarzuty, jako że 
Holpur znajduje się pod pani dowództwem.

Oboje Sithowie pokiwali głowami.
- Rozumiemy - powiedziała Faal.
Darima odwrócił się w stronę Hutta.
- Tooga Jalliissi Gral, ty odpowiadasz za obronę tego świata, łącznie ze świętą Fontanną. 

Biorąc pod uwagę znaczenie Fontanny, można by sądzić, że jej ochrona powinna być dla ciebie 
absolutnym priorytetem. Nie zdołałeś jednak zapobiec jej zbezczeszczeniu.

Trzeba przyznać, że Tooga zdawał się traktować proces bardzo poważnie. Bo też powinien, 

pomyślała Jaina.

- To poważne zarzuty, Kanclerzu - zagrzmiał - i mam nadzieję, że zdołam udowodnić, iż 

Huttowie nie są winni zaniedbania obowiązków.

Darima pokiwał głową i skinął na jednego z pozostałych członków Starszyzny.
- Sześć standardowych godzin temu strażnicy Fontanny Przedwiecznych Huttów 

poinformowali o zbliżającym się statku...

Jaina z mieszaniną przerażenia i fascynacji słuchała klatooiniańskiej wersji wydarzeń. 

Odtworzono nagranie ostrzeżenia nadanego przez strażników, jednak niewiele ono wyjaśniło. Gdy 
Lando zapytał, czy nie ma żadnych nagrań samego czynu, powiedziano mu, że każde skierowanie 
tego rodzaju aparatury na Fontannę byłoby uznane za profanację.

Jaina westchnęła.

background image

Kiedy członek Starszyzny skończył swoją przemowę, Darima wstał i spojrzał na dwoje 

Sithów.

- Kapitan Faal, kapitanie Holpur... możecie teraz zabrać głos.
- Dziękuję - powiedziała Faal. Podeszła do przodu i stanęła na wprost Jainy i Landa. Jaina 

wiedziała, że to bezcelowe, ale mimo wszystko spróbowała wyczuć ją w Mocy. Bez efektu; Faal 
potrafiła oczywiście bez trudu ukryć swoją obecność w Mocy. - Występują w tej sprawie pewne 
fakty, które chciałabym naszym dwóm... sędziom, jak sądzę... przybliżyć - ciągnęła Faal. Jaina 
zwróciła uwagę, że Holpur pozostał na swoim miejscu. On także blokował swoją obecność w 
Mocy. Jaina stwierdziła, że więcej dowiedziałaby się od rośliny doniczkowej. - Po pierwsze, nasze 
statki przebywały tu przez kilka dni i w tym czasie nie złamaliśmy żadnej z waszych zasad, a nawet 
aktywnie przyczyniliśmy się do udaremnienia profanacji Fontanny. Jedna z naszych uczennic, 
Vestara Khai, pomogła powstrzymać niejakiego Dyona Stadda od wtargnięcia skuterem 
rakietowym w strefę zakazaną wokół Fontanny.

Jaina była zaskoczona, ale szybko to ukryła. Nie miała zamiaru zdradzać Sithom więcej, niż 

oni byli skłonni zdradzić jej. Słyszała, że Ben donosił o kolejnym chorym użytkowniku Mocy, 
który w dzieciństwie przebywał w Schronisku, a obecnie znajduje się pod ich opieką, na pokładzie 
„Cienia Jade”. Nie wiedziała natomiast, że powstrzymali go od zbezczeszczenia Fontanny... ani że 
pomógł im w tym Sith.

- Wszystko to prawda - przyznał Darima. - I zostało należycie odnotowane.
- Tym bardziej haniebny jest wasz czyn - odezwał się lekko drżący kobiecy głos. Jaina 

obejrzała się i zobaczyła, że przemówiła ta bardzo stara i wątło wyglądająca Klatooinianka, która 
tak bacznie się jej przyglądała, kiedy weszła do sali razem z innymi.

Faal zwróciła swoją piękną twarz w stronę Klatooinianki i skłoniła z szacunkiem głowę.
- Gdyby stało się to z mojego rozkazu, czy też rozkazu kogokolwiek z mojej floty, kto byłby 

władny wydać taki rozkaz, to miałaby pani absolutną rację.

- Zaraz, zaraz... chcesz powiedzieć, że strażnicy to wszystko zmyślili? Że te nagrania są 

sfałszowane? - spytała Jaina. Wiedziała, że na jej twarzy maluje się sceptycyzm, ale nie dbała o to.

- Nie, Jedi Solo - odparła Faal. Jainę przeszedł lekki dreszcz, gdy zdała sobie sprawę, że 

Sithowie doskonale wiedzą, kim ona jest. - Bynajmniej. Chcę powiedzieć, że kapitan Holpur działał 
całkowicie niezależnie.

Holpur bezskutecznie próbował ukryć szok. Poczucie zdrady i zaskoczenie wyraźnie 

zarysowały się w Mocy, zanim zostały pospiesznie stłumione. Pod okiem zadrgał mu mięsień. Nic 
jednak nie powiedział.

- Nie mam pojęcia, co mu strzeliło do głowy. - Faal spojrzała teraz na Holpura z pogardą i 

gniewem. - Wiedział, tak jak my wszyscy, jaką świętością jest Fontanna i jak bardzo dumni byliśmy 
z dzielnej, młodej Vestary, że zapobiegła takiej profanacji na świecie, który tylko odwiedzamy.

Jaina zaniechała prób ukrywania swoich uczuć i wypuściła cały gniew i odrazę do Mocy. 

Nie wierzyła w ani jedno słowo Faal i dała jej to do zrozumienia.

Faal nawet nie mrugnęła.
- Oświadczam, że Holpur i cała załoga „Gwiezdnego Grabieżcy” działali w tej kwestii na 

własną rękę.

- Czy to prawda, kapitanie Holpur? - spytał Darima.
Lando i Jaina wymienili spojrzenia. Lando był równie sceptyczny co ona.
- To prawda - skłamał Holpur. Mówił spokojnie; miał parę sekund na opanowanie się. - 

Sądziłem, że sprawię naszym przywódcom miłą niespodziankę, jeśli uda mi się zdobyć próbki 
wintrium.

- Zaraz, zaraz - wtrąciła Jaina. - Wzięliście próbki? Gdzie one są?
- Ich statek został przeszukany zaraz po sprowadzeniu na powierzchnię - oznajmił Darima. - 

Na pokładzie nie znaleziono żadnych próbek wintrium.

- A więc nie ma żadnych dowodów - stwierdził Lando.
- Świadkowie twierdzą, że widzieli dwóch członków załogi, którzy próbowali odciąć 

kawałki Fontanny. - Do tej pory członkowie Starszyzny byli zadziwiająco milczący, teraz jednak 

background image

zaczęli wiercić się niespokojnie.

- Ale ich nie macie? - naciskała Jaina. Darima pokręcił głową. Szkoda. Przy takich twardych 

dowodach sprawa byłaby oczywista.

- Nawet jeśli nie wzięliście próbek, próbowaliście to zrobić. Chciałeś wykorzystać tę świętą 

Fontannę ludu, który okazywał nam wyłącznie gościnność, dla własnych korzyści - warknęła Faal. 
Trzeba było przyznać, że jest dobra. Lepsza od wielu aktorek występujących w holofilmach. - 
Zobacz teraz, do czego doprowadził twój egoizm. Panie Kanclerzu, uważam, że winni tego 
świętokradztwa powinni za nie zapłacić. Oddaję „Gwiezdnego Grabieżcę” i jego załogę do 
dyspozycji pańskiego rządu. Proszę zająć statek, załogę zaś wtrącić do więzienia albo stracić, 
zgodnie z tym, co stanowi wasze prawo.

Jaina nigdy, naprawdę nigdy nie sądziła, że może jej być żal Sitha. Kiedy jednak patrzyła na 

Holpura, jak ze spokojem przyjmuje rolę kozła ofiarnego, poświęcając może nawet własne życie po 
to tylko, żeby inni nie musieli ponosić odpowiedzialności - chociaż była przekonana, że ten biedny 
kapitan robi tylko to, co mu kazano - stwierdziła, że budzi w niej głęboką litość, a nawet szacunek.

Ale tak to jest wśród Sithów, nie ma rady, pomyślała. Jedi nigdy nie pozwoliłby komuś 

innemu, by wziął na siebie jego winę. Oczywiście Jedi nigdy też nie sprofanowałby z rozmysłem 
świętego miejsca dla własnej korzyści.

Po namyśle stwierdziła, że nie jest jej go aż tak bardzo szkoda. Skoro Sithowie tak 

postępowali wobec siebie... Holpur po prostu się przeliczył. Miał pecha.

- Weźmiemy pod uwagę pani słowa - oświadczył Darima, po czym zwrócił się do Hutta: - 

Rozumiem, że jakkolwiek kapitan Faal nie czuje się winna, przyznaje, że doszło do profanacji. Co 
ty na to, Toogo?

- Czyż nie zjawiliśmy się w ciągu kilku chwil od waszego wezwania? - zapytał Tooga, 

rozkładając swoje krótkie ręce. - Czy nie zaatakowaliśmy statku winowajców? Nie otoczyliśmy 
drugiego?

- Odpowiadasz pytaniem na pytanie - zauważył Darima.
- Typowe dla Huttów - mruknął Lando do Jainy.
- A cóż w tym złego? Moje pytania są retoryczne. Przybyliśmy niemal natychmiast. 

Zrobiliśmy wszystko, czego od nas oczekiwano. Ochroniliśmy Fontannę. - Spojrzał na Landa i 
Jainę, żeby zobaczyć, czy to kupują.

- Ochroniliście? - wykrzyknęła Jaina. - Według paktu mieliście nie dopuścić, żeby 

cokolwiek się jej stało. Chyba jednak się stało. Zdaje się, że została naruszona całkiem porządnie.

- Tak jak wiele innych ras, ucierpieliśmy mocno z rąk Yuuzhan Vongów! - zaprotestował 

Tooga. - Jest nas tutaj niewielu, byliśmy zmuszeni uciekać na inne światy, a mimo to wciąż 
jesteśmy tu obecni. Nikt nie mógł temu zapobiec. Zareagowaliśmy szybko i zażegnaliśmy 
zagrożenie. Mamy nawet przestępców, których można przykładnie ukarać!

Jaina nie potrafiła powstrzymać prychnięcia. Nie chciała opowiadać się po żadnej ze stron. 

Zarówno Huttowie, jak i Sithowie byli egocentrycznymi kłamcami, gotowymi rzucić każdego 
dzikowilkom na pożarcie, żeby ratować własną skórę. Zaczynała żałować, że nie posłuchała rady 
Landa i że po prostu nie odlecieli. Lando przyglądał jej się przez chwilę, po czym przemówił.

- Kanclerzu... sądzę, że Jedi Solo i ja słyszeliśmy już wystarczająco dużo, żeby wydać 

wyrok. Czy moglibyśmy porozmawiać gdzieś na osobności?

- Naturalnie - odparł Darima. Dał znak, żeby udali się za nim. Zeszli z podium. Jaina 

patrzyła cały czas przed siebie, ale czuła, że zarówno Faal, jak i Tooga bacznie ją obserwują. 
Darima zaprowadził ich do niewielkiego bocznego pomieszczenia. Chociaż znacznie bardziej 
przytulne niż przestronna sala, którą opuścili, było ono nie mniej wspaniałe i wystawne. Mimo 
braku okien pręty jarzeniowe zapewniały wystarczające oświetlenie, sofa zaś i fotele wyglądały 
zachęcająco. Przed sofą stał niewielki stolik, na którym spoczywała przykryta taca.

- Przygotowaliśmy poczęstunek, na wypadek gdybyście zgłodnieli - powiedział Darima. - 

Po prawej stronie drzwi jest panel łączności. Zawiadomcie nas, kiedy podejmiecie decyzję lub jeśli 
będziecie chcieli jeszcze coś do jedzenia czy picia.

- Pewnie nie macie koreliańskiej whisky? - spytał Lando. - Najchętniej napiłbym się 

background image

Rezerwy Whyrena, ale inną też nie pogardzę.

Darima się uśmiechnął.
- Pamiętam, że ją lubiłeś. Niestety, tego nie mamy, ale przyślę ci butelkę jednego z naszych 

lokalnych specjałów.

- Dzięki.
Darima skinął głową i zamknął drzwi. Jaina spojrzała na Landa.
- To nie pora na żarty - zbeształa go.
- A kto tu żartuje?
- Będziesz teraz pił?
- Nie wyobrażam sobie lepszej chwili. Wiesz, że twój ojciec zrobiłby to samo. Zwłaszcza 

gdyby miał Rezerwę Whyrena.

- Pewnie tak. - Jaina westchnęła i klapnęła na fotel. - Lando, co my mamy zrobić? Żaden 

wyrok nie uczyni zadość sprawiedliwości. Nikt tutaj nie jest niewinny. Sithowie zbezcześcili 
Fontannę, bo nie uwierzyłam nawet na chwilę, że Holpur działał na własną rękę, a Huttowie ich nie 
powstrzymali.

Lando usiadł obok niej i uniósł pokrywę znad tacy. Leżały na niej jakieś niezidentyfikowane 

przekąski. Wziął jedną, włożył sobie do ust i pokiwał z uznaniem głową.

- A skąd wiesz, że Sithowie kłamali?
Odwróciła powoli głowę i popatrzyła na niego.
- Bo to Sithowie - powiedziała.
- Rozumiem twój punkt widzenia, ale to zwykłe uprzedzenie.
- Chyba widziałeś, jak Holpur zareagował, kiedy Faal wrzuciła go pod śmigacz.
- Tak, widziałem. Ale musimy opierać się na raportach i na tym, co mówią Sithowie i 

Tooga. Spróbuj tych niebieskich. Są bardzo dobre.

- Dzięki, nie jestem głodna.
- Będzie więcej dla mnie. - Chapnął następną. Jaina poczuła przypływ irytacji, ale szybko go 

opanowała. Lando był, jaki był. Radził sobie z różnymi sytuacjami na swój sposób.

- Więc ta Faal myśli, że jesteś po jej stronie, tak? Bo przyleciałeś Luke’owi na pomoc, a 

Luke zawarł z nimi sojusz?

- Tak. Ale fakt, że puszczają do walki fregatę, nie może wpływać na naszą decyzję.
- Wiem - powiedziała i opadła znów na fotel. - Musimy po prostu zrobić to, co słuszne.
Tylko jak poznać, co jest słuszne, kiedy wszystkie możliwości po kolei sprawiają, że czujesz 

się, jakbyś potrzebował sanisauny?

Pół godziny później podeszli w ciszy do podium i stanęli każde przed swoim krzesłem. 

Zapisali swoje oświadczenie na datapadzie i przekazali Darimie, który odchrząknął i zaczął czytać:

- My, Lando Calrissian i Jaina Solo, oświadczamy, że rozważyliśmy tę sprawę z należytą 

dbałością. Kierowaliśmy się wyłącznie tym, co uważamy za sprawiedliwe, nie ulegając żadnym 
wpływom. Stwierdzamy, że do rozstrzygnięcia są dwie kwestie: to, czy Fontanna została 
zbezczeszczona, a jeśli tak, kto jest temu winien, oraz czy Huttowie zapewnili Fontannie właściwą 
ochronę. Jeśli chodzi o tę pierwszą sprawę, ze wszystkich relacji, nawet z zeznań oskarżonych, 
wynika, że „Gwiezdny Grabieżca” świadomie i celowo naruszył strefę ochronną wokół Fontanny. 
Kapitan Leeha Faal zgodziła się oddać całą załogę „Gwiezdnego Grabieżcy” w ręce wymiaru 
sprawiedliwości w celu osądzenia jej zgodnie z klatooiniańskim prawem.

Ciche pomruki aprobaty i kiwanie głowami zauważyli ze strony Starszyzny. Ze strony 

Sithów za to ujawniły się dwie zupełnie odmienne reakcje. Kapitan Holpur zesztywniał, a potem 
opuścił nieznacznie ramiona. Twarz mu pobladła, a po chwili poczerwieniała. Kapitan Faal nie 
uśmiechnęła się ani w żaden inny sposób nie okazała zadowolenia. Miała doprawdy twarz 
wytrawnego gracza w sabaka. Za to w jej oczach pojawił się na krótką chwilę błysk triumfu. Jaina 
wiedziała, że zbezczeszczenie Fontanny karane jest śmiercią. W pewnym sensie żałowała, że. do 
tego doszło, ale ci Sithowie doskonale wiedzieli, co robią, niezależnie od tego, czy wypełniali 

background image

rozkazy, czy nie. Takie prawo obowiązywało na tym świecie, a ona nie miała innego wyboru, jak 
tylko uznać ich winę.

- Ponadto, jeśli chodzi o działania Toogi Jalliissiego Grala, stwierdzamy, że wprawdzie nie 

wypełnił dokładnie postanowień paktu vontorskiego, jednak postąpił zgodnie z jego duchem. Rasa 
Huttów poważnie ucierpiała i ich niezdolność do obrony Fontanny przed tak niespodziewanym i 
otwartym atakiem, jaki nie zdarzył się od dwudziestu pięciu tysięcy lat, nie powinna być uznana za 
zaniedbanie obowiązków. Fontanna została zbezczeszczona w następstwie wydarzeń, których 
Huttowie, odpowiedzialni za jej ochronę, nie mogli przewidzieć.

Tooga zamknął oczy z wyraźną ulgą. Członkowie Starszyzny wydawali się jednak 

zaskoczeni werdyktem, chociaż Jaina niemal natychmiast wyczuła, że niektórzy z nich doskonale 
rozumieli powody takiej decyzji i zgadzali się z nią.

- Na tym kończy się to nadzwyczajne posiedzenie - oznajmił Darima. Stuknął trzy razy w 

podium swoją laską, po czym odwrócił się w stronę Landa i Jainy. - Dziękuję wam za pomoc. 
Jesteście wolni.

Jego obecność w Mocy zdradzała rezygnację i żal.
- Nie zgadzasz się z naszą decyzją - powiedziała Jaina.
Darima popatrzył na nią ze smutkiem.
- Nie chodzi o to, Jedi Solo. Właściwie powiedziałbym, że w tych okolicznościach 

wydaliście wyjątkowo dobrze przemyślany werdykt. Problem w tym, że nie ma żadnego znaczenia, 
jakikolwiek wyrok by zapadł.

- Jak to? - spytał Lando.
- Jest już za późno - stwierdził Darima. - Na całym Klatooine wybuchają zamieszki. 

Huttowie są atakowani, nawet porządni właściciele sklepów, którzy mieszkają tu od lat. Z całej 
galaktyki płyną doniesienia o powstaniach. Lando, mój lud był wiemy postanowieniom paktu przez 
dwadzieścia pięć tysięcy lat. Wielu ma tego dość, a ten incydent... myślę, że nawet gdyby Huttowie 
w porę interweniowali i nie dopuścili do naruszenia przez „Gwiezdnego Grabieżcę” strefy 
zakazanej, nic by to nie zmieniło. Zbyt wielu obywateli szuka każdego pretekstu do zerwania paktu. 
A „Gwiezdny Grabieżca” im go dał.

- Co teraz będzie? - spytała Jaina.
- To wiedzą tylko Przodkowie - odparł Darima. - Ofiarujemy im załogę „Gwiezdnego 

Grabieżcy”. Prawo w tej kwestii jest jednoznaczne. Taka profanacja kończy się karą śmierci. To 
jednak nie wystarczy. Obawiam się, że Klatooine znalazło się w punkcie krytycznym. Jesteśmy 
świadkami końca pewnej epoki... i narodzin nowej. Boję się, że ta nowa zostanie zrodzona we krwi.

- Zwykle tak bywa - powiedziała cicho Jaina. - Przykro mi, że nie mogliśmy bardziej 

pomóc.

Kanclerz uśmiechnął się łagodnie.
- Staraliście się postąpić sprawiedliwie. Niczego więcej nie moglibyśmy od was oczekiwać. 

Wierzcie mi, że to nie nic wspólnego z waszą decyzją, ale przynajmniej możemy powiedzieć, że 
dopełniliśmy wszystkich formalności. Idźcie już, póki możecie bezpiecznie odlecieć.

Odlecieć. Razem z uśmiechniętą, zadowoloną z siebie Leehą Faal.
Jaina cieszyła się, że nie zjadła przekąsek, które dla nich przygotowano. Była pewna, że 

teraz wszystko by zwróciła.

Leeha Faal podeszła do skazanego na śmierć Vyna Holpura.
- Twoja rodzina zostanie wynagrodzona za twoje czyny - powiedziała cicho.
- Dziękuję - odparł oficjalnym tonem. - Powiedz im, że miałem dobrą śmierć.
Uśmiechnęła się nieznacznie.
- Tego nie mogę im powiedzieć, bo nie zobaczę, jak umierasz. Chyba jednak możemy 

założyć, że taka będzie. To nie powinno długo potrwać. Kawałki były duże i ostre, prawda?

Pokiwał głową.
- Szkoda, że nie mogliśmy zabrać próbek ze sobą, ale i tak mogą się jeszcze do czegoś 

background image

przydać. A jeśli to nie wystarczy, wierzę, że dzielnie zniesiesz każdą formę egzekucji, jaką tutaj 
uznają za właściwą. To samo powiedz swojej załodze. Ich rodziny będą o nich pamiętać. Podobnie 
jak Arcylord Sarasu Taalon, kiedy wypełnimy swoją misję w Otchłani.

Holpur uśmiechnął się słabo.
- Wybaczysz mi, jeśli się nie ukłonię?
- Oczywiście. - Skinęła głową, odwróciła się i wyszła. Wyjęła komunikator i przemówiła do 

niego: - Syndor? Wszystko w porządku. Możemy odlecieć. Ale wcześniej musisz coś dla mnie 
zrobić, i to szybko. Chcę, żebyś...

Dalszej części rozmowy już nie usłyszał. Odprowadził ją wzrokiem, słysząc ciężkie kroki 

klatooiniańskich strażników, którzy podeszli do niego od tyłu i przytrzymali, a potem skrępowali 
ręce za plecami.

ROZDZIAŁ 20

Przed Świątynią Jedi, Coruscant

Nazywał się Belok Rhal. Nie był zbyt wysoki, miał krótko ostrzyżone jasne włosy i błękitne 

oczy. Jego nos wyglądał, jakby został kilkakrotnie złamany, a na lewym policzku widniała długa 
blizna. Poruszał się z płynnym wdziękiem.

Został mianowany dowódcą mandaloriańskich sił oblegających Świątynię i Daala w dużej 

mierze dała mu wolną rękę w kwestii sposobów działania.

- Chcę dostać Cheva Sothaisa Saara i Turi Altamik rasy ludzkiej - oznajmiła. - Jeśli Jedi ich 

wydadzą, twoja misja będzie zakończona. Jeśli nie... - Wzruszyła ramionami. - Pora, żeby 
zrozumieli, z kim mają do czynienia.

Rhal pokiwał z uśmiechem głową.
- Zrozumiałem.
Od kilku godzin nie odpowiadał na jakiekolwiek próby kontaktu ze strony Jedi. Cisza 

powinna wytrącić ich z równowagi. Teraz jednak nadeszła pora, żeby rozruszać trochę 
towarzystwo. Miał na sobie zbroję z beskaru, pomalowaną jaskrawo w różne odcienie czerwieni i 
żółci. Przeżyła ona już niejedno starcie i być może miała przeżyć kolejne w trakcie tej misji.

Zdjął hełm, żeby obserwujący go Jedi zobaczyli jego twarz. Na wrogów, jak zauważył, ten 

widok działał bardziej deprymująco niż bezosobowy hełm.

Rhal poprosił gestem o wzmacniacz i przemówił. Jego głos docierał do Świątyni i jeszcze 

dalej.

- Nazywam się Belok Rhal. Zapamiętajcie to nazwisko. Jestem tu z upoważnienia 

Galaktycznego Sojuszu w celu zatrzymania dwojga Jedi: Sothaisa Saara i Turi Altamik - powiedział 
niskim, szorstkim głosem. - Otrzymaliście rozkaz przekazania ich pod opiekę Galaktycznego 
Sojuszu, ale mu się nie podporządkowaliście. Wszystkie prawne metody zostały wyczerpane. 
Przywódczyni Galaktycznego Sojuszu poprosiła mnie, żebym skłonił was do wydania tych dwojga 
Jedi. I tak się też stanie. - Odczekał chwilę, żeby jego słowa dotarły do świadomości adresatów. - 
Jeśli nie spełnicie tego żądania, które jest wiążące i zgodne z wszelkimi prawami, których rzekomo 
przestrzegacie, poniesiecie konsekwencje. Możecie uwierzyć mi na słowo. Nie interesuje mnie nic 
innego poza widokiem Turi Altamik i Sothaisa Saara opuszczających Świątynię. Macie na to 
trzydzieści sześć godzin.

Głos przed Świątynią wydawał się zimny, niemal martwy, a poczucie zagrożenia 

przyprawiało Hamnera o dreszcze. Wyczuwał, że pozostali Mistrzowie podzielają jego niepokój.

Saba Sebatyne prychnęła.
- To nie jest pachołek Daali - powiedziała. - Ten Belok Rhal nie żartuje.

background image

- Też tak sądzę - zgodził się Hamner. Odwrócił się twarzą do Mistrzów. - Mistrzu Katarn, 

melduj.

- Nie mam dobrych wiadomości. Jak wiemy, broń i pojazdy, które zgromadzili wokół 

Świątyni, mogą wyrządzić poważne szkody - oznajmił Katarn. - Co gorsza, wysłaliśmy uczniów, 
żeby sprawdzili wszystkie wyjścia ze Świątyni, nawet te ukryte, i przy każdym są jacyś Mando.

- To niemożliwe - powiedziała Saba. - Jest wiele tajnych przejść.
- Możliwe, jeśli ktoś puścił farbę - odparł Kyp.
- Być może to Reeqo i Melari - stwierdził z zadumą Hamner. Dwójka uczniów jakiś czas 

temu opuściła Zakon ze strachu przed gniewem Daali. Nie można było wykluczyć, że zostali 
pojmani i powiedzieli wszystko, co wiedzieli. Poza tym także odpowiednio nakierowana aparatura 
mogła ujawnić wydrążone pod ziemią tunele i zbadać, dokąd one prowadzą.

- Więc znajdziemy inne wyjścia - powiedziała spokojnie Octa Ramis z rękami 

skrzyżowanymi na piersi. - Świątynia nieraz była niszczona i odbudowywana. Wydaje się możliwe, 
a nawet prawdopodobne, że coś zostało przeoczone, zapomniane albo się zawaliło. Kenth, 
uczniowie żyją ostatnio w ciągłym stresie. Są zaniepokojeni i potrzebują jakiegoś zajęcia, czegoś, 
co da im poczucie, że są przydatni. Proponuję, żeby każdy z nas i każdy dostępny Rycerz wziął po 
kilku uczniów i zaczął z nimi szukać wyjścia. Seha i ja zajmiemy się koordynacją. Ona ma 
doświadczenie w poruszaniu się po podziemiach.

- To świetny pomysł, Mistrzyni Ramis - odparł Hamner.
- Musimy szybko znaleźć wyjście, a przynajmniej drogę, którą można by dostarczyć zapasy 

- zauważyła Cilghal. - Zaczyna nam brakować środków uspokajających dostatecznie silnych, żeby 
powstrzymać chorych Jedi. A oczywiście nie możemy w żaden sposób wykorzystać Mocy, żeby im 
pomóc. - Hamner pokiwał głową, dając znać, że zrozumiał.

- Myślę, że znajdziemy jakiś sposób na uzupełnienie zapasów. Wtedy zyskamy przewagę. 

Będziemy mogli to przeczekać.

Kyle Katarn pokręcił jednak głową.
- Teoretycznie zapasów nam wystarczy, owszem. Ale są inne, ważniejsze powody, żeby nie 

czekać. Niepokoi mnie to, jaki wpływ na ludność może mieć tak duże zgromadzenie Mandalorian. 
Pół biedy, jeśli są skupieni na nas i zajęci walką. Ale to są ludzie czynu. Jeśli trafią się jakieś 
cywilne protesty, sytuacja może się szybko wymknąć spod kontroli. Im dłużej to będzie trwało, tym 
większe prawdopodobieństwo, że do tego dojdzie. Mogą ucierpieć niewinne istoty, podczas gdy my 
będziemy tu siedzieć i czekać.

- No cóż, Jaina jest na zewnątrz i wiesz, że ani ona, ani jej rodzina nie należą do osób, które 

czekałyby z założonymi rękami. Miała poszukać jakiejś pomocy. Odzywała się? - spytał Kyp.

Hamner się skrzywił. Nie wiedział, czy cieszyć się z faktu, że nikogo z klanu Solo nie było 

w Świątyni, kiedy zaczęło się oblężenie. Jaina była inteligentna i zaradna, a Katarn miał słuszność 
co do cywilów, ale sytuacja cały czas wymagała ekwilibrystycznej zręczności. Daala znów miała 
przewagę.

- Użyjemy kodów, żeby przekazać na zewnątrz informacje o tym, czego nam potrzeba - 

powiedział, ignorując chwilowo Kypa i Katarna, a skupiając się na prośbie Cilghal. - Jeśli 
znajdziemy jakieś wyjście ze Świątyni, nawet zbyt małe, żeby przeszedł przez nie Jedi albo uczeń, 
to będziemy mogli uzupełnić zapasy i...

- Mistrzu? - To była Kani, asystentka Hamnera. Na jej ładnej twarzyczce malował się wielki 

niepokój. - Ochrona donosi, że Mando właśnie zaczęli używać urządzeń zagłuszających. Łączność 
wewnątrz Świątyni nie jest zakłócona, ale jeśli chodzi o połączenia zewnętrzne... no cóż, dochodzą 
tylko w jedną stronę. Daala albo ten Rhal mogą się z nami skontaktować, ale nie odwrotnie. 
Jesteśmy całkowicie zależni od tego, co on zrobi, i nie możemy wysłać żadnych wiadomości z 
prośbą o zaopatrzenie czy cokolwiek.

Z ust Corrana Horna wyrwało się głośne, gniewne przekleństwo.
- Hamner, to się musi skończyć! Jesteśmy tu uwięzieni bez możliwości wyjścia czy 

porozmawiania z kimkolwiek z zewnątrz, ze świadomością potencjalnego zagrożenia dla cywilów i 
z groźbą pod adresem naszych rodzin wiszącą nam nad głowami. Mamy troje Jedi, którzy uważają 

background image

nas za podstępnych oszustów, a teraz zaczyna nam brakować środków do opieki nad nimi. Gdybyś 
przestał myśleć o tym, jak udobruchać Daalę...

- Udobruchać? - Kentha Hamnera niełatwo było wyprowadzić z równowagi, ale słowa 

Corrana go zabolały. - Nie staram się nikogo udobruchać, próbuję znaleźć rozwiązanie! W każdej 
chwili mogę to zakończyć, Horn. Wystarczy, że wydam Saara i Altamik. Ona nawet nie wie o 
Bannie. Dwoje Jedi i możemy wszyscy iść do domów...

Urwał w pół zdania. Wzrok Corrana był zimny i gniewny. Horn nie wróciłby do swojej 

rodziny, nawet gdyby mógł opuścić teraz Świątynię. W domu czekała na niego tylko żona, równie 
udręczona, przybita i rozgniewana jak on. Jego dzieci nie przebywały tutaj, pod troskliwą opieką 
Jedi. Były zamrożone w karbonicie i powieszone na ścianie jak dekoracje.

- Przepraszam, Corran - powiedział Hamner zupełnie szczerze. - Ale znaleźliśmy się w tym 

punkcie dlatego, że sprzeciwialiśmy się Daali, a nie dlatego, że próbowaliśmy ją udobruchać. 
Jestem otwarty na wszelkie sugestie.

- Wysłała Beloka Rhala, żeby zajął się sytuacją. Celowo nie chce z nami rozmawiać. Może 

więc powinniśmy pogadać z nim, szukając jednocześnie innych rozwiązań - zaproponowała Octa 
Ramis.

- Nie możemy - odparł Hamner, z trudem zachowując cierpliwość. - Nie słyszałaś, co 

mówiła Kani? Wszystkie wychodzące połączenia są blokowane.

Octa się uśmiechnęła.
- Istnieje bardziej tradycyjny sposób, Kenth. Wyślij po prostu kogoś przed Świątynię, żeby 

porozmawiał o warunkach. Może uda się chociaż przesunąć termin, żeby zyskać trochę czasu na 
opracowanie innego planu.

- Jakoś nie sądzę, żeby ten pan był specjalnie rozmowny - mruknął Kyp.
- Ja też nie - zgodził się Kyle Katarn, gładząc się w zamyśleniu po brodzie. - Z przykrością 

to mówię, ale na razie, przynajmniej dopóki się stąd nie wydostaniemy, Daala naprawdę ma nas w 
garści. Ma większość Mistrzów w jednym miejscu; łączność jest praktycznie zerwana; wszystkie 
wyjścia są obserwowane. Jeśli nie zostaniemy uwolnieni dzięki skoordynowanej akcji spoza 
planety, co nie jest niemożliwe, ale mało prawdopodobne, zwłaszcza w tak krótkim czasie, to 
możemy tu trochę posiedzieć. Przesunięcie tego trzydziestosześciogodzinnego terminu to jedyne, co 
mi na razie przychodzi do głowy. Potrzebujemy więcej czasu, a tymczasem chronometr odlicza 
każdą uciekającą minutę.

Hamner westchnął.
- Chyba masz rację. W każdym razie warto spróbować. Pójdę i spróbuję...
- Nie - odezwało się kilka głosów naraz.
- To ja pełnię obowiązki Wielkiego Mistrza. Ze mną Rhal będzie chciał rozmawiać.
- Jasne - powiedział Kyp - i capnie cię, zanim się obejrzysz.
Kenth zmarszczył brwi.
- Daala by się nie ośmieliła.
- Nie wiemy już, czego możemy się po niej spodziewać - zauważył Katarn. - Groziła 

naszym rodzinom i przysłała tego Mando, dając mu najwyraźniej wolną rękę, a o nim tym bardziej 
nic nie wiemy. Lepiej ich nie kusić.

Hamner pokiwał powoli głową.
- Nie lubię prosić, żeby ktoś inny podjął za mnie ryzyko - powiedział. - Ale to słuszna 

uwaga. Kto byłby gotów pójść?

Kilkoro Mistrzów otworzyło usta, ale jako pierwszy przemówił ktoś, po kim nikt się tego 

nie spodziewał.

- Ja pójdę - zaproponowała Kani.
- Co? - zawołało kilka głosów jednocześnie.
- Wykluczone - skwitował stanowczo Hamner.
- Ale to ma sens, naprawdę. Jeśli wyjdzie któryś z Mistrzów, czy choćby ktoś w pełnym 

stroju Jedi, mogą podejrzewać pułapkę albo jakiś atak. Ja nawet nie jestem jeszcze pełnoprawnym 
Rycerzem Jedi. Nie stanowię większego zagrożenia, za to mam u ciebie posłuch. Dlatego też jestem 

background image

dobrym partnerem do negocjacji.

Mistrzowie popatrzyli po sobie.
- P.K... to znaczy Kani ma rację - przyznał Kyp.
- P.K.? - Kani spojrzała na niego z zaciekawieniem.
Zbył to machnięciem ręki, unikając jej wzroku. Wyglądał na lekko skrępowanego.
- My, Mistrzowie, jesteśmy wszyscy dobrze znani z widzenia - ciągnął. - Większość Jedi 

tutaj to Rycerze. Wolałbym nie wysyłać uczennicy, ale ona rzeczywiście może zdziałać więcej niż 
ktokolwiek z nas.

Hamner spojrzał na Kani z niepokojem.
- Mogą cię aresztować, Kani. Wiesz o tym.
Wzruszyła szczupłymi ramionami.
- I co z tego? Nic nie zrobiłam. Nic nie wiem. No, w każdym razie niewiele. Nie mieliby ze 

mnie wielkiego pożytku, a poza tym, Mistrzu Hamner... to w końcu Galaktyczny Sojusz. Nawet 
Tahiri Veila ma prawo do dobrego traktowania i sprawiedliwego procesu.

Hamner się zastanowił. Ona faktycznie mogła zrobić to, czego ani on, ani żaden z Mistrzów 

nie mógł. Ten Mando chciałby dopaść Hamnera - poprzez Kani mógł do niego dotrzeć. Ale poza 
tym niewiele mógł z nią zrobić. Nie wiedziała nic o planowanym starcie stealthX-ów ani o Sithach i 
bardzo niewiele o Sothaisie i Turi. Ale spędziła na tyle dużo czasu z Hamnerem, że wiedziała, jak 
mógłby zareagować na różne warunki i żądania. Kani była bystrą młodą kobietą i potrafiła szybko 
podejmować decyzje. Krótko mówiąc, może się okazać użyteczna jak nikt inny.

- No dobrze - powiedział. - Wyjdź bez broni, z rękami na widoku. Nie daj im żadnego 

powodu, żeby otworzyli do ciebie ogień.

Pobladła lekko, gdy dotarło do niej, że to naprawdę się stanie, ale pokiwała głową.
- A więc do dzieła.
Dziesięć minut później Kani Asari była przygotowana do wyjścia. Włożyła uczniowskie 

szaty i miała przy sobie jedynie komunikator. Reszta Mistrzów - a także spory tłumek innych Jedi 
uwięzionych w Świątyni - zebrała się w holu przy głównym wejściu. Wszyscy uważali, żeby nie 
zbliżać się do drzwi z obawy przed snajperami.

Kani wyglądała na zdenerwowaną. Miała szeroko otwarte oczy i przyspieszony oddech. 

Hamner położył jej rękę na ramieniu w uspokajającym geście.

- Kani, nie musisz tego robić. To nie jest rozkaz.
Spojrzała na niego.
- Wiem, Mistrzu. Ale chcę.
- Wiesz, co masz im powiedzieć.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Wiem. „Mówię w imieniu Mistrza Kentha Hamnera, który pragnie przystąpić do 

negocjacji w celu pokojowego rozwiązania tej sytuacji”. Bla, bla, bla i tak w kółko, aż wymyślicie, 
co dalej.

- Nie daj się zastraszyć - powiedział Katarn. - To Mandalorianie, oni lubią wzbudzać lęk.
- Nie dam, Mistrzu Katarn. - Wygładziła szaty, przeczesała ręką jasne włosy, po czym 

spojrzała jeszcze raz na Mistrza Hamnera. - Miejmy nadzieję, że Daala się wkrótce odezwie - 
powiedziała, poklepując wetknięty w rękaw komunikator.

- Miejmy nadzieję, że wrócisz przed obiadem - odparł Hamner. Ścisnął ją za ramię i 

delikatnie popchnął.

Kani ruszyła dziarskim krokiem. Gdy tylko wyszła na schody, uniosła ręce wysoko w górę, 

a następnie obróciła się powoli, żeby pokazać, że nie ma broni. W różnych miejscach wokół wejścia 
były rozmieszczone ekrany, na których wyświetlano obraz z kamer monitoringu, i Mistrzowie 
podeszli do nich jak jeden mąż.

Hamner zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech, i wypuścił powoli powietrze. Obawiał 

się, że mogą otworzyć ogień, zanim zobaczą, że dziewczyna jest nieuzbrojona.

Kani zaczęła schodzić po schodach. Z kręgu Mandalorian i ich pojazdów oblężniczych 

wystąpiła jedna postać. Był to Belok Rhal, który, pomimo zbroi, wbiegł żwawo na schody.

background image

- To dobry znak - wyszeptał Hamner. - Skoro Rhal sam wyszedł jej na spotkanie, to znaczy, 

że uznaje ją za formalną emisariuszkę Świątyni.

Inni nie wyglądali na równie przekonanych. Rhal zatrzymał się w połowie drogi i zlustrował 

Kani od stóp do głów.

- Nie jesteś Sothais Saar - powiedział. Miał widocznie mikrofon przymocowany do zbroi, bo 

słychać go było wyraźnie.

- Nie, proszę pana - odparła Kani. Było ją słychać przez ten sam mikrofon. Hamner był z 

niej dumny; głos nie drżał jej ani trochę.

- Turi Altamik też nie jesteś, chociaż jesteś podobna.
- Jestem uczennicą Jedi Kani Asari, asystentką Mistrza Kentha Hamnera. Mistrz Hamner 

polecił mi podjąć z panem negocjacje w związku z tą sytuacją.

- Negocjacje?
- Tak jest, proszę pana.
Mando przyglądał się jej przez długą chwilę. A potem, zanim ktokolwiek zorientował się, co 

zamierza, wyciągnął ręczny blaster, który nosił przy pasku, wycelował nim w Kani z odległości 
mniej niż pół metra i wystrzelił.

Kani Asari nie zdążyła nawet krzyknąć. Nie żyła, zanim jeszcze upadła na schody.

ROZDZIAŁ 21

Świątynia Jedi, Coruscant

- Nie! - jęknął Hamner.
Słyszał krzyki innych Mistrzów i Rycerzy, równie zaszokowanych i oburzonych tym 

groteskowym okrucieństwem, tym zuchwałym morderstwem, ale nie rozumiał ich słów. W uszach 
huczała mu krew. To nie mogła być prawda! Kani była jeszcze dzieckiem, nie miała broni i wyszła, 
żeby negocjować! To niemożliwe, żeby została po prostu zabita jak...

- Wydawało mi się, że wyraziłem się jasno, ale najwyraźniej Jedi rozumieją tylko 

najprostszy przekaz - powiedział Rhal. - Jestem tutaj w jednym konkretnym celu. Tym celem jest 
aresztowanie Sothaisa Saara i Turi Altamik. To - Rhal trącił nogą bezwładne ciało Kani z wypaloną 
w piersi dziurą - nie jest ani Sothais Saar, ani Turi Altamik. Nie mam zamiaru z nikim negocjować, 
dyskutować, ani nawet nikogo przesłuchiwać. Nikt nie opuści Świątyni, dopóki ta sprawa nie 
zostanie rozwiązana. Każdy, kto będzie próbował, zostanie potraktowany w ten sam sposób. Macie 
teraz dwadzieścia cztery godziny na wydanie Jedi. Po upływie tego czasu wasza Świątynia zostanie 
zrównana z ziemią, członkowie Zakonu wybici, a Altamik i Saar zatrzymani. Dziewczyna zostaje 
tutaj jako przykład. Gdyby ktokolwiek spróbował zabrać ciało, rozpoczniemy ostrzał Świątyni.

Odwrócił się i zszedł po schodach. Kani leżała tam, gdzie upadła, z otwartymi szeroko 

oczami zwróconymi ku niebu.

- Co za bezduszny... podły... Idę po nią - powiedział Kyp, zamieniając słowa w czyn.
- Nie! - Głos Hamnera był wyraźny i ostry niczym smagnięcie biczem. - Nie pozwolę 

skrzywdzić nikogo więcej! To rozkaz, Durron!

- Nie zostawię jej tam! - W oczach Kypa błyszczał gniew.
- Głupotą byłoby połączyć się z nią w śmierci - zauważyła Saba. Promieniowała furią, ale 

była to furia zimna, kontrolowana i skoncentrowana. - To nie jest odpowiedni moment. Uderzymy 
na Daalę, kiedy będziemy lepiej przygotowani. A uderzymy na pewno.

- Daala nie wyraziła na to zgody - stwierdził pewnym głosem Katarn. - Ten... osobnik... 

działa na własną rękę.

- Daala go wynajęła - syknęła Saba. - Jest za to odpowiedzialna.
- Nie powinienem był jej puścić - mruczał Kenth. - Nie powinienem był jej puścić.
- Wszyscy myśleliśmy, że to dobry pomysł - odparła Octa, stając za nim. - Sądziliśmy, że 

background image

będzie bezpieczniejsza niż ktokolwiek inny.

- Nikt nie jest bezpieczny - stwierdził Corran Horn. - Nikomu nie można ufać. Ani 

Sojuszowi, ani Daali, ani nikomu. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Im szybciej to zrozumiemy, tym 
lepiej dla nas.

Kenth Hamner stał sam, wpatrując się w ciało Kani na monitorze, kiedy reszta Mistrzów i 

innych Jedi już się rozeszła. Byli wściekli, ale nie mogli walczyć, jeszcze nie, więc chcieli 
nakierować swoją energię na coś pozytywnego. Ramis, z przybitą Sehą przy boku, próbowała 
nakłonić Hamnera, żeby poszedł coś zjeść, ale on pokręcił w milczeniu głową, więc w końcu 
postanowiła zająć się przydzielaniem zadań uczniom.

Stal w tym miejscu, ponieważ uzmysłowił sobie, że nie wie, dokąd ma pójść. Normalnie 

udałby się do swojego gabinetu, dokończył pracę, spędził trochę czasu w Sali Tysiąca Fontann, a 
potem poszedł do swojej kwatery w Świątyni. Ale to zdecydowanie nie był normalny dzień.

Hamner nie chciał konfliktów z innymi Mistrzami, ale Wielki Mistrz Luke Skywalker 

powierzył mu zadanie. Tym zadaniem było kierowanie Zakonem Jedi i Hamner miał zamiar 
wypełnić je najlepiej, jak potrafił. Bolało go jednak, a czasem irytowało, że decyzje, które jemu 
wydawały się oczywiste, rozsądne i jednoznaczne, rzadko były tak samo postrzegane przez Radę.

Czekały na niego obowiązki, nawet teraz, kiedy Świątynia była oblężona, a na schodach 

leżało sztywniejące ciało niewinnej dziewczyny. Ale nie mógł się ruszyć, jeszcze nie.

Nagle rozległ się dźwięk jego komunikatora. Nie odrywając wzroku od Kani, wyciągnął 

urządzenie i wcisnął guzik.

- Hamner.
Po krótkiej chwili odezwał się znajomy głos:
- Mistrzu Hamner, dziękuję, że zgodził się pan ze mną porozmawiać. - Przyjemny, 

mruczący głos Bothanina.

Hamner szybko doszedł do siebie i odpowiedział opanowanym tonem:
- Admirał Bwua’tu. Co za niespodzianka. - Po co admirał Nek Bwua’tu kontaktował się z 

nim ni stąd, ni zowąd na bezpiecznym kanale w samym środku oblężenia? I jak... Nie, to wiedział 
bez pytania. Bwua’tu był głównodowodzącym Marynarki Wojennej Galaktycznego Sojuszu. Mógł 
obejść sygnały zagłuszające Sojuszu, jeśli tylko chciał.

- Z pewnością. Ale to raczej ważna i pilna sprawa.
- Patrzę właśnie na ciało dziewczyny zamordowanej przez bezdusznego bydlaka, którego 

wyznaczyliście do prowadzenia oblężenia - powiedział Hamner. - Zapewniam, admirale, że 
wysłucham pana z należytą uwagą.

- Dosadnie powiedziane, Mistrzu Hamner - ciągnął przyjemny głos - ale pańscy Jedi 

znajdują się obecnie poważnym niebezpieczeństwie.

Hamner roześmiał się, chociaż był to gniewny śmiech.
- Doprawdy? Dziękuję, że zwrócił mi pan na to uwagę, admirale. Z pewnością sami byśmy 

nie zauważyli, że jesteśmy oblegani przez siły Galaktycznego Sojuszu ani że moja asystentka 
została właśnie zastrzelona z zimną krwią.

Bwua’tu wydawał się niewzruszony jego sarkazmem.
- Głęboko ubolewam nad śmiercią dziewczyny. Właśnie w nadziei na uniknięcie dalszego 

rozlewu krwi zwracam się do pana. Mówiąc o niebezpieczeństwie, nie miałem na myśli oblężenia, 
Mistrzu Hamner.

Hamner podejrzewał pułapkę. Bwua’tu był porządnym gościem i świetnym admirałem. Jego 

lojalność wobec Galaktycznego Sojuszu była niepodważalna; Hamner wiedział, że Bothanin złożył 
nawet przysięgę krevi, co oznaczało, że zobowiązywał się przedkładać interesy Galaktycznego 
Sojuszu ponad interesy ojczystego świata czy swojego ludu. Hamner to szanował. Jednak Bwua’tu 
był także przebiegły; przysięga krevi oznaczała, że działa przede wszystkim na rzecz Sojuszu, a 
ponadto Hamner podejrzewał, że, chociaż oboje starali się zachować jak największą dyskrecję, 
Bwua’tu jest dla przywódczyni Sojuszu kimś więcej niż tylko przyjacielem i doradcą.

background image

- Wyświadczmy sobie przysługę, Hamner, i bądźmy ze sobą szczerzy - zaproponował 

Bwua’tu. - Oszczędzimy w ten sposób czas, a być może także parę istnień.

- Bardzo chętnie - odparł Hamner, przygotowując się psychicznie.
- Doszły mnie słuchy, że Jedi gromadzą, w nieznanym mi jeszcze celu, znaczącą siłę 

uderzeniową w postaci myśliwców typu StealthX.

Ściskanie, które Hamner czuł w żołądku, jeszcze się wzmogło. O dziwo jednak, jego szósty 

zmysł nie ostrzegał przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Zrobił wdech i wydech, budując w 
sobie spokój.

- Mówiąc „szczerzy”, rozumiem, że to właśnie miał pan na myśli. Ale plotki to 

nieokiełznany żywioł, admirale. Pan powinien o tym wiedzieć najlepiej.

- To prawda - przyznał Bwua’tu. - Jednak nagrania zarejestrowane przez Mandalorian 

walczących w Świątyni to nie plotki. Gromadzicie tam spore siły. Wygląda na to, że 
przygotowujecie się na coś poważnego.

Hamner zamknął oczy i zaraz je otworzył.
- Kto jeszcze o tym wie? - Nie było sensu zaprzeczać, skoro mieli nagrania grupy 

uderzeniowej.

- Nieliczni Mandalorianie, którzy przeżyli - odparł Bwua’tu. - I ja.
- Przywódczyni Sojuszu?
- Nie. I szczerze mówiąc, wolałbym, żeby się nie dowiedziała.
Hamner był skonsternowany.
- Rozumiem.
- Nie wydaje mi się. Mistrzu Hamner, proszę mi wierzyć. Gdybym życzył wam źle, nie 

rozmawiałbym teraz z panem. Poinformowałbym przywódczynię Sojuszu o nagraniach i zamiast 
oblężenia mielibyście frontalny atak. Daala nie brałaby pod uwagę innej możliwości niż taka, że te 
statki miały być użyte przeciw niej i Galaktycznemu Sojuszowi.

- Ale pan bierze.
- Owszem... i zastanawiam się nad różnymi możliwościami.
- Czy rozmawiam teraz z głównodowodzącym marynarki czy z... przyjacielem Natasi Daali?
Bwua’tu wydawał się zupełnie niewzruszony tą uwagą.
- Z głównodowodzącym marynarki. Przywódczyni Sojuszu nic o tym nie wie. Ani o 

myśliwcach, ani o naszej rozmowie.

- Proszę mi wybaczyć moje wątpliwości.
- Wobec tego może to, co mam do powiedzenia, przekona pana o mojej wiarygodności. 

Obaj jesteśmy wojskowymi. Istotami honoru, istotami z zasadami. Wiedząc o tym, pragnę zadać 
panu pytanie: czy te statki zostały zgromadzone z zamiarem użycia ich przeciwko Daali lub 
Galaktycznemu Sojuszowi?

Hamner nie musiał się nawet zastanawiać. Szybko i zgodnie z prawdą powiedział:
- Nie.
- Wierzę panu, Mistrzu Hamner. Takiej odpowiedzi się spodziewałem. Rozumiem zatem, że 

Jedi mają inny obiekt ataku. Czy wiecie o jakimś innym wrogu? Może nawet wspólnym wrogu?

- Tak sądzę - odparł Hamner. Wiedział, że gdyby ktokolwiek z Rady słyszał tę rozmowę, 

byłby wściekły. Jednak wszystkie jego zmysły, zmysły w Mocy, którym jako Jedi powinien 
zawierzyć, a także jego racjonalny umysł, nakazywały mu w tej chwili szczerość. - Jednak nie 
wydaje mi się, żeby przywódczyni Sojuszu chciała słuchać tego, co mamy do powiedzenia na temat 
tego... potencjalnego wspólnego wroga.

- Ona może nie. Aleja owszem.
Hamner zastanawiał się przez długą chwilę, po czym podjął decyzję.
- Nie mogę panu powiedzieć nic więcej - oświadczył w końcu. Nie mógł ujawnić 

szczegółów bez poczucia, że zdradza Jedi, nawet jeśli to miałoby mu zyskać przychylność Bwua’tu. 
- Przykro mi.

- Rozumiem. Być może później zmieni pan zdanie. Moja propozycja brzmi następująco: 

Chciałbym prosić, żebyście się wstrzymali ze startem waszej flotylli stealthX-ów do czasu, aż 

background image

powiem, że możecie startować.

- Wykluczone - obruszył się Hamner. Tego już było za wiele. - Ja znam sytuację, admirale. 

Pan nie. Nie będę ustalał momentu startu według pańskiego rozkładu.

Westchnienie.
- No cóż, w takim razie powinien pan mieć świadomość, że przywódczyni Galaktycznego 

Sojuszu bez wahania każe je zestrzelić, gdy tylko wystartują. A ja nie zdołam jej powstrzymać, o ile 
relacje między nią a Jedi nie ulegną poprawie. Jednak moja, powiedzmy... szczególna pozycja 
stwarza mi szansę złagodzenia napięć pomiędzy obiema stronami.

Hamner uniósł brwi, zaskoczony jego wyznaniem. Bwua’tu potwierdzał plotki o sobie i 

Daali - nie byle jaki gest z jego strony.

- Rozumiem - powiedział tylko Hamner.
- Gdyby zgodził się pan zaczekać do chwili, którą panu wskażę, osobiście gwarantuję, że 

jeśli tylko te myśliwce nie będą podejmować żadnych działań sprzecznych z interesami 
Galaktycznego Sojuszu, Jedi otrzymają pełne wsparcie floty przy tej operacji.

Propozycja zaskoczyła Kentha, ale obudziła też w nim nadzieję.
- Nie jestem pewien, czy jest pan upoważniony do składania tego rodzaju obietnic.
- Jestem zwierzchnikiem marynarki, Hamner. To moje statki. Wyślę je potajemnie, jeśli 

będę musiał, żeby wywiązać się z tej umowy.

To wydawało się zbyt piękne, żeby mogło być prawdą.
- Nie składałby pan takiej oferty, gdyby nie oczekiwał pan czegoś w zamian - powiedział.
- Faktycznie byłby to kiepski interes, gdybym miał odejść z pustymi rękami. Najlepsze 

negocjacje, jak pan z pewnością rozumie, to takie, których wynik satysfakcjonuje obie strony.

Zaczyna się, pomyślał Hamner, a ton jego głosu zdradzał irytację, kiedy zapytał:
- Czego pan chce? Wydania Sothaisa i Turi? Zgody na przeszukiwanie każdego Jedi 

wchodzącego do kafejki? Wszczepienia nadajników, żeby można było śledzić ich każdy ruch?

- Niczego tak drastycznego. Chcę tego, co najlepsze dla Sojuszu. Ślubowałem stać na straży 

jego interesów. I szczerze mówiąc, Mistrzu Hamner, jestem przekonany, że konflikt między głową 
tej tak bliskiej mi organizacji a istotami najlepiej nadającymi się do jej ochrony w żadnym razie nie 
leży w interesie Sojuszu. Podzielam niektóre odczucia admirał Daali co do waszego Zakonu i jego 
roli, ale nie wszystkie. Zarówno przywódczyni Sojuszu, jak i wielu Jedi zamiast działać, reagują, a 
to dla nikogo nie jest dobre. Niedługo nikt nie będzie mógł się podrapać po nosie, żeby go ktoś nie 
zamroził w karbonicie albo nie obciął ręki, którą się drapie. Jeśli ta flotylla wystartuje, Daala was 
zniszczy; nie tylko te stealthX-y, ale cały Zakon Jedi, jeśli tylko będzie mogła. Wtedy nie będzie 
już odwrotu i wszyscy na tym ucierpią. Ja chcę czegoś odwrotnego. Zależy mi na rozwiązaniu, na 
którym wszyscy zyskają. A obaj wiemy, że to możliwe.

Hamner milczał przez chwilę, rozważając różne możliwości, a jego szlachetne czoło 

przecięła bruzda. Represje Daali przynosiły same szkody. Jedna niewinna osoba już straciła życie. 
Po raz pierwszy od dawna Hamner i Mistrzowie, którym podobno przewodził, byli zgodni - Luke 
Skywalker potrzebował pomocy. Wszyscy, nie wyłączając Hamnera, denerwowali się tym, że start 
się opóźnia, podczas gdy statki są gotowe do lotu. Przydałyby się już wcześniej, kiedy Skywalker 
tkwił na Dathomirze. Był tam sam, bez pomocy, zmuszony do zawarcia mrocznego i 
niebezpiecznego paktu - z Sithami, na litość gwiazd!

Hamner wiedział, że Bwua’tu jest z nim szczery. Miał wiele powodów, żeby mówić prawdę, 

a Hamner nie widział żadnego, dla którego Bothanin miałby kłamać. StealthX-y były przygotowane 
do startu, ale nie pomogłyby w niczym Skywalkerowi, gdyby zostały od razu zestrzelone z nieba. 
To byłaby prawdziwa katastrofa, Bwua’tu miał rację. Po czymś takim Daala i Jedi nie mogliby już 
wrócić do pokojowych negocjacji. Jedi zabijano by bez powodu, a niewinni cywile znaleźliby się w 
samym środku konfliktu. To było absolutnie nie do przyjęcia.

Ale gdyby Bwua’tu dotrzymał słowa, wówczas grupa uderzeniowa mogłaby wyruszyć i 

zapewnić wreszcie Skywalkerowi pomoc, której niewątpliwie potrzebował. I zrobić to przy 
wsparciu Marynarki Wojennej Galaktycznego Sojuszu - oficjalnym czy nie, to w tej chwili nie 
miało znaczenia.

background image

Ani przez chwilę nie myślał o tym, żeby poddać to Mistrzom pod głosowanie. Było w nich 

zbyt dużo negatywnych emocji, żeby mogli go wysłuchać i zrozumieć, jak korzystna jest ta umowa. 
Nie zechcą czekać; palili się do działania już, w tej chwili. Nie potrafiliby dostrzec racji, które 
nakazywały cierpliwość. Hamner nie był tym zachwycony, ale jego zadanie, wyznaczone mu przez 
samego Wielkiego Mistrza Luke’a Skywalkera, było jasne - chronić interesy Zakonu Jedi i samych 
Jedi.

Wziął głęboki oddech i podjął decyzję.
- Zgoda. Chociaż, Nek...
- Tak, Kenth?
- Działaj tak szybko, jak to możliwe. Nie mamy dużo czasu. Im dłużej będziemy odwlekać 

start, tym większe niebezpieczeństwo, że zginą różne istoty. Nie tylko Jedi.

- Rozumiem. Sądzę, że sytuacja wkrótce osiągnie punkt krytyczny. Wtedy być może 

zechcesz mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Kenth Hamner, pełniący obowiązki Wielkiego Mistrza Rady Jedi, odpowiedział cicho i 

poważnie:

- Być może o losy galaktyki.
- Nie sądzisz, że to brzmi nieco... melodramatycznie?
Nie wiem, co może być melodramatycznego w całej planecie pełnej Sithów i tajemniczej, 

złowrogiej istocie w Otchłani, która może kontrolować Jedi w całej galaktyce, pomyślał Hamner.

- Ani trochę - powiedział. - To raczej delikatnie powiedziane.
Chwila ciszy.
- Rozumiem. W takim razie dołożę wszelkich starań, żeby trwało to jak najkrócej, Mistrzu 

Hamner. Będziemy w kontakcie.

Hamner wyłączył komunikator. Brzemię przywództwa okazało się w tym przypadku o wiele 

cięższe, niż nawet on mógłby to sobie wyobrazić. Zawarł właśnie umowę, którą zakwestionowałby 
zapewne każdy z Mistrzów.

Wiedział jednak, że nie mógł postąpić inaczej. Z głębokim żalem spojrzał ostatni raz na 

ciało Kani, po czym odwrócił się od drzwi Świątyni i ruszył, wprawdzie nie lekkim, ale 
przynajmniej pewnym krokiem.

ROZDZIAŁ 22

- Oskarżenie wzywa na świadka byłą Jedi Tahiri Veilę - powiedział Sul Dekkon. Odwrócił 

się, zawijając teatralnie szatą, i zmierzył Tahiri swoim przeszywającym spojrzeniem.

Wstała ze spokojną twarzą. Oczywiście nie czekała na ten moment, ale była na niego 

gotowa. Przygotowywali się do tego z Eramuthem.

- Odpowiadaj zgodnie z prawdą, ale nie mów nic, o co cię nie zapyta - radził jej Eramuth. - I 

nie przejmuj się, jeśli będzie wyglądało, że zyskuje przewagę. Ja też mam prawo zadawać ci 
pytania, więc będę mógł wszystko wyprostować.

- To brzmi, jakby to była gra - zauważyła Tahiri. - Gra, w której stawką jest moja 

przyszłość, a może nawet życie.

- Może nie tyle gra, co forma sztuki - odparł Eramuth, popijając kaf. - A ja jestem mistrzem 

tej sztuki. - Uśmiechnął się szeroko i mrugnął do niej, pewny siebie. Teraz, kiedy wstawała, żeby 
złożyć zeznania, wciąż wyglądał na zupełnie spokojnego i rozluźnionego. To dodawało jej otuchy.

Powiedział jej wcześniej o Mando oblegających Świątynię, żeby nie zaskoczyło jej to w 

trakcie zeznawania.

- To nawet działa na naszą korzyść - twierdził. - Mandalorianie w środku miasta zwykle nie 

działają na mieszkańców uspokajająco i relaksująco. To powinno wzbudzać raczej sympatię do 
ciebie niż do przeciwnej strony, chociaż na widowni prawdopodobnie nie będzie zbyt wielu 
przyjaznych twarzy.

Stwierdziła, że chyba sobie z tym poradzi.

background image

Naprzeciwko niej stanął woźny sądowy.
- Proszę podać imię i nazwisko.
- Tahiri Veila.
- Czy przysięga pani mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę?
- Przysięgam.
- Czy przysięga pani nie używać Mocy, w jakiejkolwiek formie i w jakimkolwiek zakresie, 

dla wpłynięcia na orzeczenie ławy przysięgłych lub wyrok sędziego?

Tahiri zacisnęła zęby. Mimo wszystko złożenie takiej przysięgi było lepsze niż 

odpowiadanie przed specjalnym sądem dla Jedi.

- I tak bym tego nie zrobiła, ale tak, przysięgam. - Po sali przeszedł szmer oburzenia z 

powodu jej zgryźliwej odpowiedzi. Wiedziała, że nie powinna tego mówić, a ledwo dostrzegalne 
karcące spojrzenie Eramutha tylko to potwierdziło, ale nie mogła się powstrzymać.

Woźny przeszedł powoli na swoje zwyczajowe miejsce. Jego kroki były tak ciężkie, że 

Tahiri dziwiła się, iż nie trzęsie się pod nimi podłoga. Jego miejsce zajął Chagrianin ze sztucznym 
uśmiechem na twarzy. Tahiri nie odpowiedziała uśmiechem, tylko popatrzyła na niego w milczeniu, 
wyczekująco. Zastanawiała się, czy będzie udawał troskę, żeby uśpić jej czujność, czy rzuci się na 
nią jak anooba.

- Zanim zaczniemy, może chce się pani napić wody? - zapytał. A więc troska. Spojrzała na 

dzbanek z wodą i pustą szklankę po swojej prawej stronie.

- Nie, dziękuję. Nawet bez użycia Mocy mogę sobie nalać szklankę wody, jeśli będę chciała.
Znów rozległ się pomruk dezaprobaty, ale usłyszała też chichot paru osób. Chagrianin posłał 

jej krzywy uśmiech.

- Skoro nie chce się pani pić, może zechce pani opowiedzieć sądowi o pani... związku z 

Jacenem Solo?

Teraz ruszył do ataku. Szybko się potrafił przełączyć, nie ma co. Przez chwilę myślała, że 

Eramuth zgłosi sprzeciw, ale on wydawał się zupełnie spokojny.

- Oczywiście - powiedziała, zgodnie ze wskazówkami prawnika nie dając się sprowokować. 

- Znałam Jacena Solo przez pół życia.

- Więc nie było między wami osobistych relacji?
Spodziewała się tego i odparła ze spokojem:
- Były.
Dekkon bezskutecznie próbował ukryć błysk podniecenia w oczach.
- Zechce pani przybliżyć nam naturę tych relacji.
- Sprzeciw - wtrącił Eramuth. - Sąd z pewnością nie przejawia niezdrowego zainteresowania 

szczegółami życia prywatnego pani Veili.

- Wysoki Sądzie, staram się ustalić, jak blisko oskarżona była związana z Jacenem Solo i 

czy łączące ich relacje miały charakter prywatny, czy zawodowy.

Sędzia Zudan zastanawiała się przez chwilę, po czym orzekła:
- Uchylam sprzeciw. Oskarżenie może kontynuować.
Tahiri poczuła rumieniec występujący jej na policzki, ale zachowała spokój.
- Czy można by powiedzieć, że pani i Jacen Solo byliście kochankami? - ciągnął Dekkon.
- Byliśmy związani - powiedziała bez ogródek Tahiri. - Miłość nie miała tu nic do rzeczy.
- A zatem możemy założyć, że łączyły was fizyczne...
- Sprzeciw! - zawołał znów Eramuth. Zjeżyły mu się wąsy i wyglądał jak uosobienie 

urażonego poczucia przyzwoitości. - Tego rodzaju pytania zakrawają na obsceniczność. Związek 
został już ustalony. Nie musimy znać szczegółów. To jest proces, a nie holoserial.

- Podtrzymuję - powiedziała sędzia. - Proszę zmienić sposób zadawania pytań.
Oskarżyciel przywoływał kolejne rozdziały jej historii, przedstawiając wszystko w lekko 

negatywnym świetle. Poczuła wzburzenie, ale stłumiła je w sobie. Spodziewała się tego, a poza tym 
wiedziała, że jeśli Eramuth uzna, że coś może jej zaszkodzić, to wróci do tego, kiedy przyjdzie czas 
na pytania obrony, i wszystko sprostuje.

Wreszcie Dekkon przeszedł do najnowszych wydarzeń. Eramuth wyglądał na 

background image

rozluźnionego, może nawet odrobinę znudzonego, jednak zachowywał czujność na tyle, żeby 
przysięgli nie pomyśleli, że mu nie zależy. Przedstawiciele prasy wszystko rejestrowali, ale teraz 
zaczęli uważniej obserwować przebieg postępowania. Jedynym pozytywnym efektem oblężenia 
Świątyni było to, że wprawdzie proces Tahiri wciąż jeszcze był tematem dla prasy, jednak uwaga 
dziennikarzy była teraz podzielona. Mimo wszystko nie mogła znieść tych wygłodniałych spojrzeń.

Pomyślała o tym, jak Solo przyszli do niej, żeby jej powiedzieć, że nawet po śmierci Anakin 

wciąż ją kochał. Wiedzieli, kim ona jest. Ben wiedział, kim ona jest, i Luke, i Jaina. Nawet Jag, 
który znalazł jej Eramutha. Wszyscy, którzy mieli dla niej znaczenie, rozumieli i wybaczyli, i nawet 
gdyby ten proces zakończył się niepomyślnie, Tahiri wiedziała że to wystarczy.

- A więc w tym czasie oficjalnie współpracowała już pani z Darthem Caedusem.
Było to właściwie zgodne z prawdą. Tahiri teraz wiedziała, że zanim Jacen zaczął jej 

szukać, przeszedł już na Ciemną Stronę. Eramuth zastrzygł delikatnie uchem, ale poza tym 
wydawał się spokojny.

- Tak.
- Została pani poproszona o wykonanie paru poleceń, które większość istot posiadających 

sumienie mogłaby uznać za trudne do przełknięcia. Jak pani się na to zapatrywała?

- Wiele istot wykonywało rozkazy Jacena Solo - odparła Tahiri, z trudem zachowując 

spokojny ton.

- Ach tak - powiedział Dekkon, odwracając się, żeby spojrzeć znacząco na przysięgłych. - 

„Ja tylko wykonywałem rozkazy”. Dobrze znane słowa, powtarzane przez wszystkich, którzy nie 
chcą wziąć odpowiedzialności za wyrządzone krzywdy. Jednak bez istot wykonujących rozkazy 
Darth Caedus nie mógłby dokonać takich spustoszeń, jakich dokonał. Wiele istot byłoby wciąż 
wśród żywych, gdyby ktoś nie powiedział po prostu: „Tak jest”.

- Sprzeciw - odezwał się Eramuth. - Mój szanowny kolega doskonale wie, jakie 

konsekwencje groziły każdemu, kto sprzeciwiłby się Lordowi Sithów, którym Jacen już był, albo 
którym się stawał, kiedy zagiął parol na moją klientkę. Poza tym to nie była cywilna korporacja. 
Tahiri Veila nie byłaby po prostu nielojalnym pracownikiem. Należała do organizacji wojskowej i 
nie mogła nie wykonać rozkazu przełożonego. Zwłaszcza jeśli tym przełożonym był pułkownik 
Solo. Chyba nie muszę nikomu z tu obecnych przypominać o tym, jaką władzę pułkownik Solo 
wówczas posiadał.

- Podtrzymuję - powiedziała sędzia. Najwyraźniej Eramuth rzeczywiście nie musiał o tym 

nikomu przypominać.

Dekkon pokiwał głową, jakby wcale nie był rozczarowany. Z rękami splecionymi na 

plecach, w swoich wytwornych, niemal teatralnych szatach zamiatających podłogę, kontynuował 
przesłuchanie.

- Za pozwoleniem Wysokiego Sądu, wycofuję sugestię, że oskarżona powinna nie posłuchać 

wyraźnego rozkazu wydanego przez przełożonego. Tylko... - Urwał nagle z wyrazem twarzy, jakby 
coś właśnie przyszło mu do głowy. - Zakładając oczywiście, że polecenie zamordowania...

- Sprzeciw!
- ...zabicia - Dekkon spojrzał na sędzię, która skinęła głową - zabicia admirała Gilada 

Pellaeona było wyraźnym rozkazem. Czy było i czy tak zostało sformułowane?

- Sprzeciw! - wykrzyknął znów Eramuth, podrywając się. - Sąd z pewnością zdaje sobie 

sprawę, że w przypadku Lorda Sithów nawet najdrobniejsza sugestia, każde wyrażenie jego woli 
musi być traktowana jak rozkaz!

- Wysoki Sądzie - odparł Dekkon. - Wszyscy zgadzamy się co do tego, że w organizacji 

wojskowej rozkazy muszą być wykonywane. Próbuję jedynie ustalić, czy taki rozkaz faktycznie 
został wydany, czy też Tahiri Veila działała z własnej inicjatywy.

- Uchylam - oznajmiła Zudan. Jej twarz nie zdradzała najdrobniejszych śladów emocji. - 

Proszę kontynuować. Mecenasie Bwua’tu, proszę usiąść. Sąd nie chciałby, żeby przypłacił pan 
swoje żywiołowe reakcje jakimś urazem.

- Dziękuję, Wysoki Sądzie - powiedział Dekkon, skłaniając głowę, podczas gdy po sali 

przeszedł chichot.

background image

Eramuth zastrzygł uchem. Pomimo tego pokazu energii Tahiri dostrzegła, że siadając, 

wsparł się na poręczy krzesła. Miał kamienną minę, za to Tahiri była pewna, że jej twarz zapłonęła 
z gniewu w odpowiedzi na upomnienie pod adresem jej prawnika. Był to niepotrzebny i, prawdę 
mówiąc, małostkowy przytyk do jego wieku. Tahiri zauważyła, że go to zabolało. Miała ochotę 
użyć Mocy, żeby pozbyć się rumieńca, ale oczywiście nie mogła. Zamiast tego wzięła kilka 
głębokich, uspokajających oddechów. Nie chciała okazywać emocji, żeby nie dać satysfakcji tej 
karykaturze prawnika.

- Pani Veila - ciągnął Dekkon, uśmiechając się do niej, jakby byli dwojgiem przyjaciół 

prowadzących pogawędkę przy filiżance kafu. - Nikt nie kwestionuje tego, że obowiązkiem 
podwładnego jest wykonywanie rozkazów przełożonego, nawet jeśli się z nimi nie zgadza. Proszę 
więc powiedzieć sądowi, własnymi słowami, jaki rozkaz wydał pani pułkownik Solo.

Słowa uwięzły jej w gardle. Tahiri przełknęła ślinę, wiedząc, że Dekkon to zobaczy, że 

zobaczy to sędzia i przysięgli, i że zobaczy to Eramuth.

- Czekamy, pani Veila. - Znów ten przyjazny uśmiech, uśmiech piaskowej pantery 

szykującej się do ataku.

Wyprostowała ramiona i spojrzała mu prosto w oczy.
- Nie wydał formalnego rozkazu.
Dekkon zamrugał.
- Nie wydał?
- Nie.
Tahiri czekała na sprzeciw, ten jednak nie nastąpił. Ku jej zaskoczeniu Eramuth wyglądał, 

jakby nie był tym nawet zainteresowany. Nachylał się do przodu, jedną ręką wspierając się na 
swojej lasce, a drugą wertował datapad. Skupiła ponownie uwagę na Chagrianinie.

- Zatem nigdy nie dostała pani rozkazu zabicia admirała Pellaeona.
- Nie. On...
- A więc... Chciałbym mieć całkowitą jasność: nie złamałaby pani żadnego formalnego 

rozkazu, gdyby nie wyciągnęła pani blastera i nie strzeliła z najbliższej odległości do 
nieuzbrojonego dziewięćdziesięciodwuletniego człowieka?

- Sprzeciw. - Eramuth nie podniósł nawet wzroku znad datapadu.
- Z całym szacunkiem, Wysoki Sądzie, to są fakty.
A Tahiri z obrzydzeniem zdała sobie sprawę, że Dekkon ma rację, nawet jeśli ubrał te fakty 

we wstrętne, nikczemne słowa. Dostrzegła, że kilkoro przysięgłych lekko się wzdrygnęło. Jeden czy 
dwóch zmrużyło z dezaprobatą oczy.

- Uchylam - powiedziała sędzia. - Świadek może odpowiedzieć na pytanie.
- Nie. - Tahiri była zaskoczona tym, jak spokojnie brzmi jej głos. - Nie złamałam 

formalnego rozkazu. Ale...

Dekkon odwrócił się gwałtownie.
- Proszę o odczytanie przysięgłym mojego pytania i odpowiedzi oskarżonej.
Na środek wyszedł droid i beznamiętnie, bez tej radości, którą z wykonywania 

zaprogramowanych zadań zdawał się czerpać C-3PO, wyrecytował:

- „A więc... Chciałbym mieć całkowitą jasność: nie złamałaby pani żadnego formalnego 

rozkazu, gdyby nie wyciągnęła pani blastera i nie strzeliła z najbliższej odległości do 
nieuzbrojonego dziewięćdziesięciodwuletniego człowieka?” „Nie. Nie złamałam formalnego 
rozkazu. Ale...”

Dekkon odwrócił się w stronę przysięgłych i uniósł ręce niemal przepraszająco.
- To wszystko, co chciałem usłyszeć, pani Veila. Oddaję świadka do dyspozycji obrony.
- Ach tak? Już pan skończył? Dziękuję, mecenasie. - Eramuth upił łyk wody i wstał z 

krzesła. Bez swojej laski podszedł do Tahiri, uśmiechając się do niej łagodnie. Bardzo chciała 
wyczuć go w Mocy, żeby zorientować się w sytuacji, ale nie mogła tego zrobić, nie łamiąc 
przysięgi. A na pewno nie chciała pogrzebać w taki sposób swoich szans na pozytywne 
rozstrzygnięcie procesu.

- Pani Veilo - zwrócił się do niej Eramuth. Jego melodyjny głos docierał wyraźnie i jakby 

background image

bez wysiłku do wszystkich zakątków sali. - Z pewnością na tym etapie swojej kariery Jacen Solo 
był już w istocie Darthem Caedusem. - Eramuth położył wystarczający, ale nie nadmierny nacisk na 
dwa ostatnie słowa. - A pani miała świadomość, kim jest pani przełożony.

Tahiri pokiwała głową.
- Tak - potwierdziła. - Pod koniec nie ukrywał tego przede mną.
- Wszystkim tu obecnym znane są wydarzenia ostatnich dwóch lat. Widzieliśmy relacje w 

serwisach informacyjnych. Myślę jednak, że sąd nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co znaczy 
obecność Mrocznego Lorda Sithów dla tych, którzy znajdują się w jego otoczeniu. Może 
zechciałaby pani własnymi słowami opowiedzieć, co sądziła pani o Jacenie Solo i jak zaczęła się 
wasza współpraca?

Nie musiała czuć go w Mocy, żeby wiedzieć, że za jego słowami kryje się jeszcze coś: 

„Zaufaj mi”. Widziała to w jego oczach. I zaufała mu. Musiała - nie miała wyboru.

Spojrzała na droida pełniącego funkcję protokolanta sądowego.
- Czy mogę jeszcze prosić o wodę? To może trochę potrwać.
I potrwało. Zaczęła od początku. Tahiri wiedziała, że będzie ciężko, ale nie spodziewała się, 

że aż tak. Opowiedziała o spacerach po nurcie, na które zabierał ją Jacen, o tym, jak cofali się w 
czasie, żeby odwrócić coś, czego żałowała przez prawie dwadzieścia lat.

- Spacery po nurcie są niebezpieczne, prawda? - spytał Eramuth.
- No... - Tahiri się zawahała. - Jacen tak mówił. Twierdził, że podejmuję ryzyko, które 

'może zaważyć na losach galaktyki, jeśli nie będziemy ostrożni. Później dowiedziałam się, że to 
nieprawda. Owszem, można spowodować niewielkie zmiany, jednak struktura Mocy jest płynna, 
dzięki czemu prawdziwa ścieżka zostaje odtworzona.

- Ale on podstępem uzależnił panią od siebie. Okłamał panią, mówiąc, że robi pani coś 

niebezpiecznego, podczas gdy wiedział z całą pewnością, że wszystko będzie dobrze?

- Tak, zgadza się.
- Sprzeciw!
Eramuth położył z rozbawieniem uszy i zwrócił spokojne oblicze w kierunku sędzi.
- Za pozwoleniem Wysokiego Sądu - powiedział. - Z całym szacunkiem, Wysoki Sądzie, to 

są fakty.

Uwaga wywołała lekką wesołość na sali. Falleenka zmrużyła oczy i westchnęła.
- Uchylam. Obrona może kontynuować.
- Dziękuję, Wysoki Sądzie. - Eramuth skierował ponownie swoją uwagę na Tahiri. - Proszę 

mi wytłumaczyć, dlaczego później powtarzała pani te wycieczki. Wydaje się, że osiągnęła pani cel 
za pierwszym razem. Ofiarowała pani Anakinowi Solo pocałunek, którego odmówiła mu przed jego 
śmiercią prawda?

Tahiri spuściła głowę, skrępowana osobistą naturą pytania. Musiała jednak zaufać 

Eramuthowi.

- Eee... Jacen zawsze potrafił stworzyć takie wrażenie, że coś jeszcze zostało. Jakieś 

niedokończone sprawy. I... trudno było nie tęsknić do powrotu.

- Żeby jeszcze raz zobaczyć twarz ukochanej osoby. - Głos Eramutha był łagodny. - Chyba 

każdy na tej sali zrozumie, jak pociągająca musi być taka możliwość. Czy kiedykolwiek próbowała 
pani coś zmienić? Coś o podstawowym znaczeniu? Na przykład niezwykle kusząca musiała być 
perspektywa ocalenia Anakina Solo, nie tylko dla siebie, ale też z myślą o tym, co mógł zrobić dla 
galaktyki.

Tak... pomimo tego wszystkiego, co później nastąpiło, pomimo upływu lat, pomimo 

koszmarów, które nawiedzały ją od tamtego strasznego dnia, Tahiri miała wrażenie, że to wszystko 
dopiero co się wydarzyło. Oczami duszy znów zobaczyła Anakina. Czuła jego policzek na swojej 
dłoni, czuła jego zapach, smak jego ust na swoich. Był jej pierwszą i jedyną miłością, jej 
najlepszym przyjacielem i został jej odebrany tak wcześnie... za wcześnie. Kiedy dowiedziała się od 
Hana i Leii, że Anakin nawet po śmierci myślał o niej i ją kochał, pod pewnymi względami 
pomogło jej to zaleczyć rany, lecz pod innymi tylko wzmogło jej ból.

Zanim odpowiedziała, napiła się wody, co dało jej chwilę na uspokojenie.

background image

- To prawda. Chciałam jeszcze raz zobaczyć Anakina, żeby móc zamknąć ten rozdział w 

moim życiu, ale... sposób, w jaki się to odbywało, to, jak Jacen zawsze odciągał mnie, zanim byłam 
gotowa... To było raczej jak rozdrapywanie ran niż ich leczenie. I rzeczywiście nieraz chciałam 
walczyć u jego boku. Ocalić go w jakiś sposób.

- Ale nigdy pani tego nie zrobiła - naciskał Eramuth. - Pomimo tego, jak silna była pokusa, 

jak silny ból.

Tahiri zagryzła wargę.
- Nie - powiedziała cicho. - Nigdy. Jacen przekonał mnie, że to mogłoby zagrozić 

przyszłości.

- Przyszłość mogłaby być lepsza dzięki pani interwencji. Nie myślała pani o tym? - Jego ton 

był lekki, swobodny.

Tahiri zmarszczyła brwi.
- Nie mogłabym podjąć takiego ryzyka. Nie potrafiłabym sama się zdecydować. To byłoby 

zaprzeczenie wszystkiego, w co wierzę jako Jedi!

Uśmiechnął się łagodnie, mrużąc oczy.
- Jako Jedi - powtórzył, nadając każdemu ze słów odpowiednią wagę. - A jednak są osoby 

na tej sali, które twierdzą, że jest pani Sithem. Czy uważa się pani za Sitha, Tahiri Veilo?

Emocje odebrały jej głos, więc pokręciła tylko głową. Nie wiedziała, czy uważa siebie za 

Jedi, ale wiedziała - tak samo jak wiedział to Ben Skywalker, nawet wtedy, kiedy zadawała mu 
cierpienie - że nie jest Sithem.

- Ale jest pani przekonana, że Jacen Solo wówczas nim był?
Pokiwała głową.
- Widziałam... - Odchrząknęła. - Widziałam, jak jego oczy robią się żółte.
- Co mogą zrobić Sithowie komuś, kto staje im na drodze? - Eramuth odsunął się teraz, 

nieznacznie tylko utykając. Oczy miał skierowane na przysięgłych, ale uszy odwrócił do tyłu, 
wsłuchując się w jej słowa. - Komuś, kto nie wypełnia ich rozkazów czy nawet, powiedzmy, 
sugestii albo niewypowiedzianych żądań?

- Myślę, że wszyscy wiedzą, do czego zdolni są Sithowie.
- Być może. Ale pani ma informacje z pierwszej ręki. Proszę opowiedzieć sądowi o tym, co 

może spotkać kogoś, kto, powiedzmy, sprawi Sithowi zawód.

Tahiri przez chwilę milczała. Potem spokojnie zaczęła mówić:
- Zaczyna się od gróźb, czy może raczej obietnic, bo zdecydowanie są gotowi je spełnić. To 

może być aluzja, sugestia, niedokończone zdanie, którego sens można odgadnąć, więc nie muszą 
tego mówić wprost. Może chodzić o coś, co zrobią tobie albo komuś, kogo kochasz, albo jakimś 
ideałom, które wyznajesz. I obiecują zranić ciebie albo ich, albo to coś w taki sposób, który będzie 
najbardziej bolesny.

Na sali zapadła cisza.
- Potem jest fizyczne cierpienie - ciągnęła Tahiri. - Jednym z najbardziej znanych 

przykładów jest duszenie Mocą. To polega na tym, że sięgają poprzez Moc i po prostu... zaciskają 
rękę. I to jest tak, jakby ta ręka trzymała cię za gardło, tylko o wiele silniej. - Zacisnęła pięść, a 
następnie opuściła powoli. - Przysięgli słuchali jej w nabożnym skupieniu. - I... wtedy się dusisz. 
Wykorzystują Moc, żeby zmiażdżyć ci tchawicę. Oczywiście to nie wszystko. Mogą siłą woli 
rzucić tobą o gródź. Dalej są błyskawice Mocy - błękitna energia, która wydobywa się z ich palców. 
Parzy, ogłusza, poraża i jest bardzo bolesna. Nie do wytrzymania. Wreszcie jest to, co mogą zrobić 
z twoim umysłem. Jacen Solo przesłuchiwał, a właściwie, jeśli mam być szczera, torturował 
więźniarkę, wdzierając się do jej umysłu. Nie mogła tego znieść. To ją zabiło. Bardzo boleśnie.

Mówiła beznamiętnym tonem, tak jakby mówiła o pogodzie. Wiedziała, że nie drży, ale w 

żołądku czuła ściskanie, które nie chciało minąć; nie mijało od czasu, kiedy po raz pierwszy 
chodziła po nurcie, cofając się w czasie, i wepchnęła siebie z przeszłości w ramiona Anakina Solo. 
Odkąd weszła na ścieżkę Ciemnej Strony. Ben próbował ją zatrzymać i sądziła, że mu się udało. 
Chciała, żeby mu się udało.

Nie chciała być jak Jacen.

background image

Nigdy nie chciała być jak Jacen.
Eramuth nakrył jej dłonie swoimi - były ciepłe, kojące, miękkie.
- Za pozwoleniem Wysokiego Sądu, chciałbym poprosić przysięgłych, żeby, wiedząc, co 

groziło tej młodej kobiecie za niespełnienie nawet najbardziej mglistej sugestii Lorda Sithów 
Dartha Caedusa, zastanowili się, jak sami postąpiliby w podobnej sytuacji.

Przysięgli milczeli. Nawet Kalamarianin, który z taką uwagą jej się przyglądał, spuścił 

głowę.

Nagle drzwi w głębi sali się otworzyły. Ruch przykuł uwagę Tahiri, spojrzała w tamtym 

kierunku i wytrzeszczyła oczy.

Zobaczyła ducha. Nie był to piętnastoletni chłopak, którego pamiętała i kochała, tylko 

Anakin taki, jakim byłby, gdyby przeżył. Brązowe włosy, błękitne oczy, które nigdy nie były 
zimne, kiedy patrzyły na nią...

- Anakin - szepnęła. Mikrofon wychwycił każdą sylabę.
Na widowni rozległ się szmer i wszystkie głowy odwróciły się w kierunku, w którym 

patrzyła Tahiri. Młody człowiek wyglądał na okropnie skrępowanego i próbował się schować. 
Poruszenie na widowni wzrosło.

- Spokój! - zawołała sędzia Zudan. - Pan z tyłu! Proszę się przedstawić i powiedzieć, co 

pana tu sprowadza.

Zanim jeszcze otworzył usta, Tahiri wiedziała, kim on jest. Pustka, jaką pozostawiła po 

sobie opuszczająca jej organizm adrenalina, wywołała u niej dreszcze i Tahiri cieszyła się, że nie 
musi stać.

Oczywiście nie był to Anakin Solo, chociaż wyglądał zupełnie jak on. Był to oczywiście 

Dab Hantaq, który został porwany jako dziecko przez senator Viqi Shesh i poddany operacji 
plastycznej, w wyniku której wyglądał zupełnie jak najmłodsze dziecko Hana i Leii Solo. Shesh 
planowała wykorzystać go w intrydze, która miała na celu porwanie Bena Skywalkera, jednak jej 
plan się nie powiódł.

Tahiri przeklinała się w duchu za swoją reakcję. Wiedziała o istnieniu Daba. Spotkała go 

nawet niedawno, kiedy został przydzielony Jainie Solo jako obserwator. Nie spodziewała się jednak 
zobaczyć go tutaj, właśnie teraz, gdy wspominała, jak bardzo tęskniła za Anakinem i jak bardzo 
wstrząsnęła nią jego śmierć.

- Przepraszam, Wysoki Sądzie, nie chciałem przeszkadzać - powiedział Dab. - Miałem 

nadzieję, że znajdę sobie jakieś miejsce, ale mogę wyjść.

- Wysoki Sądzie - odezwał się Eramuth. - Proszę o krótką przerwę. Pojawienie się tej... 

istoty... którą łączy takie podobieństwo ze świętej pamięci Anakinem Solo, wyraźnie poruszyło 
moją klientkę. Chciałbym dać jej parę chwil na dojście do siebie.

Zudan skinęła głową.
- Dziesięć minut przerwy. A pan, młody człowieku, niech sobie znajdzie miejsce albo stanie 

z tyłu i się nie odzywa.

- Tak jest - odparł Dab, speszony. Spojrzał przepraszająco na Tahiri, odwrócił wzrok i zajął 

się szukaniem nieistniejącego krzesła. Szok i żal Tahiri zamieniły się w gniew. Niepewnym 
krokiem opuściła miejsce dla świadka i, ignorując wyciągniętą rękę Eramutha, udała się do swojego 
krzesła. Usiadła. Wpatrując się w stół, spróbowała pozbierać myśli.

Co on tu robił? Po co przyszedł? Czy nie wiedział, jak ona zareaguje, widząc...
I nagle zrozumiała. Eramuth usiadł na swoim miejscu i spojrzał na nią ze współczuciem.
- To ty mu kazałeś przyjść - powiedziała. Głos miała łagodny, ale w środku kipiała ze złości.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Przyznaję. I muszę powiedzieć, że wybrał idealny moment.
- Dlaczego? - W jej głosie wzbierały emocje, z trudem zdołała je opanować. - Dlaczego mi 

to robisz? Dlaczego każesz mi przez to przechodzić?

- Mam nadzieję, że kiedy się trochę uspokoisz, to mi wybaczysz - powiedział szczerze 

Eramuth. - Już ci mówiłem: fakty przemawiają na korzyść oskarżenia. My musimy mieć jakiś inny 
atut, a konkretnie serca przysięgłych. Twoja historia, drogie dziecko, jest poruszająca. Nie 

background image

skłamałem ani razu, podobnie jak i ty, a mimo to przysięgli słuchali z otwartymi uszami, otwartymi 
umysłami i coraz bardziej otwartymi sercami.

- Chcesz, żeby mi współczuli - syknęła.
- Ściśle rzecz biorąc - głos Bothanina był przyjemny i melodyjny, nawet kiedy mówił 

prawie szeptem - chcę, żeby wczuli się w twoją sytuację. Bardzo wiele wycierpiałaś w swoim 
krótkim życiu. Chcę, żeby to dostrzegli, ponieważ tylko wtedy będą mogli zrozumieć, dlaczego 
zrobiłaś to, co zrobiłaś. I że to, co zrobiłaś, było nieuniknione. Twoja reakcja na widok biednego 
Daba nie mogła być udawana. Każda istota na sali to wyczuła, nawet my, którzy nie jesteśmy 
użytkownikami Mocy. Nie musiałem się bardzo starać, żeby się w tobie zakochali, mówiąc 
obrazowo, a pojawienie się Daba i twoja reakcja tylko to przypieczętowały.

Tahiri ukryła na chwilę twarz w dłoniach. Koniuszkami palców dotknęła blizn na czole, 

pamiątek po czasie, który spędziła wśród Yuuzhan Vongów. Wzięła głęboki oddech, po czym 
podniosła głowę.

- Wiem, że starasz się po prostu wygrać tę sprawę - powiedziała, z trudem odzyskując 

panowanie nad sobą. - Rozumiem to. Ale nie wiem, czy chcę wygrać w taki sposób.

- Spójrz na to inaczej, moja droga - odparł Eramuth. - Kiedy już wygramy, będziesz miała 

całe życie na pogardzanie mną i moją taktyką.

ROZDZIAŁ 23

Na pokładzie „Cienia Jade"

Ben, Luke i Vestara patrzyli przez transpastalowy iluminator na „Łowcę Asteroid”. Ben 

dowiedział się od Luke’a, że to niezwykle użyteczny statek, że jest wielki i potężny i może 
eskortować mniejsze jednostki, lecąc nad nimi niczym jakaś opiekuńcza istota. Ogromna, paskudna, 
robakowata opiekuńcza istota.

„Łowca Asteroid” był bez wątpienia najbrzydszym statkiem, jaki kiedykolwiek widział.
Z pewnością był duży. W tej kwestii jego ojciec miał rację. Ponad dwa kilometry długości, 

ściśle rzecz biorąc. Ale z tymi końcówkami, wyglądającymi jak co najmniej setka teleskopowych 
nóg, którymi chwytał asteroidy, zwisającymi z płaskiego „brzucha”, z zaokrąglonym grzbietem i 
okrągłą „głową” na dziobie, w której ulokowany był mostek i kwatery mieszkalne, cóż...

- Wygląda jak owad - stwierdziła krótko Vestara. Zmarszczyła z dezaprobatą nos. - Ale 

brzydki!

- Ma trzymać asteroidy - odparł Ben. - Nie musi być ładny. - Dlaczego się jej sprzeciwiał? 

Przecież się z nią zgadzał! A jednak... Przez chwilę zastanawiał się, czy to wszystkie dziewczyny 
wywołują podobną reakcję u nastoletnich chłopaków, czy tylko te, które są Sithami.

Popatrzyła na niego.
- To, że coś jest funkcjonalne, nie znaczy, że musi być brzydkie. Weźmy taki miecz 

świetlny. Jest niezwykle funkcjonalny i bardzo niebezpieczny, a przy tym jest pięknym 
przedmiotem.

- Możemy podyskutować o estetyce statków wydobywczych później - powiedział Luke. W 

jego głosie słychać było zmęczenie. - I podejrzewam, że jeśli „Łowca Asteroid” ocali nam życie, to 
wszyscy uznamy, że jest przepiękny. Podprowadź nas, Ben.

„Łowca Asteroid” nie robił się wcale ładniejszy, w miarę jak się do niego zbliżali. 

Poobijany i połatany, wyglądał na ledwie zdatny do lotu. Z drugiej jednak strony to samo można 
było powiedzieć o „Sokole Millenium”. Ben zauważył teraz, że „nogi” wyrastają z brzegów 
brzucha, płaski spód statku zaś pokryty jest ogromnymi, okrągłymi generatorami promieni 
ściągających. Jego szacunek dla zdezelowanego, starego statku nieco wzrósł. Jeśli to wszystko 
działało jak trzeba, to ten stary holownik naprawdę potrafił pociągnąć coś olbrzymiego - albo kilka 
mniejszych rzeczy.

background image

- Można by to zmodyfikować tak, żeby rozciągnąć pole na kilka niniejszych statków - 

zauważył. - Żeby je ochraniać.

- Jestem pewien, że Lando już o tym pomyślał - odparł Luke. - Jeśli chodzi o 

majsterkowanie, to zwykle jest o krok przed wszystkimi.

Ben przypomniał sobie, jak po raz pierwszy lecieli przez Otchłań, następnie wyobraził 

sobie, jak lecą przez nią z tym kolosem ponad sobą, i nagle stwierdził, że mógłby polubić „Łowcę 
Asteroid”.

Luke wcisnął guzik.
- „Cień Jade” do „Łowcy Asteroid”. Cieszę się, że do nas dołączyłeś, Lando.
- Ja też, stary. - Głos Landa wydawał się zaskakująco zmęczony. - Słuchaj, wiem, że 

wszyscy chcą już ruszać, ale chciałbym cię oprowadzić po tym starym holowniku, zanim 
zabierzemy go do Otchłani.

Coś tu było nie tak. Ben zauważył, jak jego ojciec leciutko mruży oczy. Luke stał tyłem do 

Vestary, więc ona pewnie tego nie dostrzegła. Ben uważnie kontrolował emocje, którymi emanował 
w Mocy.

- Jasne - rzucił od niechcenia jego ojciec. - Zaraz będę. Tylko załatwmy to szybko, dobra?
- To nie potrwa dłużej niż partia sabaka, zakładając, że gra się z Hanem - odparł Lando z 

odrobiną swojej dawnej pogody ducha.

- W porządku. Bez odbioru. - Luke wstał. - Ben, przejmujesz dowództwo, dopóki nie wrócę.
- Jasne - powiedział jego syn. - Odprowadzę cię do Łowcy Głów. - Odwrócił się w stronę 

Vestary. - Zaraz wracam. Niczego nie dotykaj.

- Oczywiście - odparła, lekko zdegustowana.
To przypominało grę. Ben wiedział, że gdy tylko znikną jej z oczu, Vestara usiądzie za 

sterami. Prawdopodobnie rzeczywiście nie będzie niczego dotykać; każda próba nawiązania 
łączności ze okrętami Sithów zostałaby automatycznie zarejestrowana w banku danych statku. Ale 
będzie obserwować. Oboje o tym wiedzieli.

Ben wzruszył w duchu ramionami. Ważniejsze było to, co Lando miał do powiedzenia jego 

tacie. Tyle zdołał wywnioskować z tonu głosu Landa.

Szli razem w kierunku jednoosobowego myśliwca typu Z-95 Łowca Głów.
- Pewnie się zorientowałeś, że Lando ma mi coś do przekazania - powiedział cicho Luke.
Ben pokiwał głową.
- Tak, i nie brzmiało to najlepiej.
- Miej ją na oku, Ben. Jest sympatyczna, wiem o tym.
- Ale jej nie lubisz.
- Nie ufam jej.
- Ja też jej nie ufam. Nie po tym, co usłyszałem. - W ciszy zawisło pomiędzy nimi 

niewypowiedziane zdanie: „Ale i tak ją lubię”.

Dotarli do znajdującego się na rufie hangaru. Drzwi się rozsunęły. Luke położył synowi 

rękę na ramieniu.

- Wrócę najszybciej jak się da.
- Dobrze - powiedział Ben. Wprawdzie nie był zachwycony perspektywą ponownej 

wyprawy w głąb Otchłani, jednak chciał mieć już to wszystko za sobą. Marzył, żeby dorwać tę 
Abeloth, poznać parę odpowiedzi i być może wrócić do domu. Pożegnać Vestarę, zapomnieć o niej 
i...

I co? Co zrobić, kiedy ten sojusz zostanie rozwiązany? Co mogli zrobić? Ona była Sithem z 

planety pełnej Sithów, a on i jego tata byli Jedi. Opuścił ramię, na którym spoczywała ręka ojca, i 
nie próbował nawet ukryć w Mocy swojego zmęczenia i przygnębienia.

- Wiem - powiedział Luke. - Później będziemy się tym martwić.
- Czytanie w myślach to jakaś nowa technika Mocy, którą poznałeś i zapomniałeś mi o tym 

powiedzieć?

- Nie. Jestem twoim ojcem. To należy do moich obowiązków.

background image

Jeśli z zewnątrz statek wyglądał na stary i niebudzący zbytniego zaufania, to jego wnętrze 

zwiększyło tylko wątpliwości Luke’a co do tego, czy powinien w ogóle wprowadzać Łowcę Głów 
do ogromnego hangaru „Łowcy Asteroid”. Bał się, że przy lądowaniu myśliwiec może zrobić 
dziurę w zaśniedziałym pokładzie.

Jednak to, co zobaczył, natychmiast przyciągnęło jego uwagę, przerywając rozmyślania o 

tym, jak coś równie starego może być zdatne do lotu. Był to myśliwiec typu StealthX, którego 
nowoczesna, elegancka sylwetka i czarne, pokryte gwiazdami poszycie ostro kontrastowały ze 
starym hangarem. Po chwili wyczuł znajomą obecność w Mocy. Była ciepła i kochająca, chociaż jej 
blask był nieco przytłumiony, okryty smutkiem, a może żalem. Gdy posadził ostrożnie Łowcę Głów 
na pokładzie i wyszedł z kabiny, drzwi hangaru otworzyły się z wyraźnym zgrzytem. Weszły przez 
nie dwie postacie - jedna drobna i kobieca, w kombinezonie lotniczym, druga wysoka i atletycznie 
zbudowana, w eleganckich spodniach i krótkiej pelerynie. Oboje mieli zmarszczone brwi.

- Lando - przywitał się Luke i skinął staremu przyjacielowi na powitanie, po czym spojrzał 

na swoją siostrzenicę. - Jaina - zwrócił się do niej, jednocześnie ucieszony i zirytowany jej 
widokiem. - Co ty tu robisz?

- To długa historia - odparła.
- Tak jak moja - dodał Lando. - Ale moja jest pilniejsza.
- Słucham.
Otworzył szeroko niebieskie oczy, ale nie przerywał, kiedy jego stary przyjaciel opowiadał 

o zbezczeszczeniu przez Sithów miejsca kultu, o ich bezczelnych kłamstwach, o trzymaniu strony 
Huttów i o nadciągającej rewolucji.

- Nie powinienem był nigdzie lecieć - powiedział cicho Luke. - Taalon mnie wykiwał. 

Nalegał, żeby zostawić kogoś, kto zaczeka na „Łowcę Asteroid”, i niech to szlag... to miało sens.

- Owszem, to miało sens, wujku Luke - przyznała Jaina. - Bo nie mogłeś wiedzieć, co 

planują. Kto mógł przypuszczać, że posuną się do tak drastycznego kroku dla jakiegoś dziwnego, 
przypominającego szkło materiału?

Luke potarł oczy. Był na siebie wściekły.
- W tym rzecz, Jaino. Nie znamy tych Sithów. Nie wiemy, co nimi kieruje, w co oni grają 

ani dlaczego tak naprawdę postanowili zawrzeć ten sojusz ze mną. Wiem, co mówili, ale nie 
powinniśmy tego traktować jak coś choćby częściowo prawdziwego.

Jaina i Lando wymienili spojrzenia.
- Spójrz na to w ten sposób - powiedział Lando. - Fontanna nie wyglądała na specjalnie 

zniszczoną. Ty masz przynajmniej jedną fregatę Sithów z głowy, a dla Klatooinian to może być 
impuls do tego, żeby uwolnić się w końcu od fatalnej umowy, która nigdy nie powinna zostać 
zawarta.

- Nie przyleciałem tu, żeby wszczynać rewolucje - odparł Luke i wzdrygnął się w duchu, bo 

zdał sobie sprawę, jak to zabrzmiało.

- Może nie tym razem - zgodziła się Jaina. - Ale tak wyszło.
I koniec końców myślę, że to dobrze. Chcieliśmy po prostu, żebyś wiedział, co się dzieje.
- Dzięki - powiedział Luke. - Ale wróćmy do mojego pytania, Jamo. Co ty tu robisz?
Jaina oparła ręce na biodrach i spojrzała na wujka.
- Daala znów sięga po swoje stare sztuczki.
Luke westchnął.
- Co tym razem zrobiła?
- Mieliśmy kilka nowych przypadków zachorowań wśród Jedi - wyjaśniła Jaina. - 

Właściwie to dwa.

- Sothais Saar i kto jeszcze?
- Dwa oprócz Saara. - Luke zagwizdał cicho, po czym skinął głową, dając jej znak, żeby 

mówiła dalej. - Turi Altamik i Kunor Bann. Daala na szczęście nie wie o Bannie, ale naciska, 
żebyśmy wydali Saara i Turi.

- W jaki sposób naciska? - Luke zachował spokojny wyraz twarzy, ale miał złe przeczucia.

background image

- Najpierw w zawoalowany sposób zasugerowała Hamnerowi, że rodziny Jedi mogą 

zapłacić, jeśli nie będziemy tańczyć tak, jak ona nam zagra. Akurat wtedy wyszłam ze Świątyni, 
więc nie zostałam uwięziona, kiedy Mando zaczęli oblężenie.

Luke wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
- Oblężenie? Daala oblega Świątynię, żeby zmusić Jedi do wydania dwóch istot?
Jaina skinęła głową.
- To niedorzeczne, obraźliwe i przerażające, prawda? Wiem, że to Jedi wariują, ale mówię 

ci, Daala podejmuje decyzje, które nie świadczą o jej zdrowiu psychicznym ani o rozsądku. - 
Zawahała się. - Wujku, nie sądzisz, że przydałaby ci się pomoc? Wiem, że zawarłeś umowę z 
Daalą, ale ona zdecydowanie nie zachowuje się teraz racjonalnie, a ty musiałeś sprzymierzyć się z 
Sithami przeciwko tej... tej nieznanej istocie w Otchłani. Może wysłanie posiłków to nie jest zły 
pomysł? Czy taka sytuacja nie jest ważniejsza od twojej umowy z Daalą?

Luke westchnął.
- Nie mogę prosić o posiłki czy jakąkolwiek pomoc. Jaino, przybyłaś tu sama i z własnej 

inicjatywy. Jesteś moją siostrzenicą i chcesz pomóc. To mogę zaakceptować. Ale tu chodzi o coś 
więcej niż tylko dotrzymanie mojej umowy z Daalą. Sądzę, że jestem bliski odkrycia, co się stało z 
Jacenem, i znalezienia leku dla tych, którzy przebywali w czasie wojny w Schronisku. Daala 
twierdzi, że Jedi nie można ufać. Jeśli Wielkiemu Mistrzowi Jedi nie można wierzyć na słowo, to 
komu można?

Jaina odwróciła wzrok. Była przygnębiona, a Luke nie wiedział dlaczego. Nagle jego wzrok 

padł na rękę dziewczyny - i wtedy pojął przyczynę jej smutku.

Zmarszczyła brwi, widząc jego spojrzenie, i jakby z zażenowaniem schowała rękę za 

plecami.

- Tak, zerwałam zaręczyny. Jestem Mieczem Jedi... to ty mnie tak nazwałeś, wujku Luke. I 

muszę o tym zawsze pamiętać. Nieważne, jakie są moje prywatne pragnienia czy potrzeby. Mam 
swoje obowiązki.

Luke nie znał szczegółów. Nie wiedział, czy to była słuszna decyzja, czy fatalna. Ale w tej 

chwili nie miało to znaczenia. Albo między nią i Jagiem wszystko się ułoży, albo nie. Tymczasem 
jednak...

- No cóż, na pewno przyda mi się jeszcze jeden Jedi. Wyślę ci wszystko, co wiem na temat 

Abeloth. Ale na razie... ruszajmy w drogę.

Ben podniósł wzrok, kiedy Luke wrócił do kabiny.
- I co, „Łowca Asteroid” jest ładniejszy od środka? - spytał i odwrócił się, żeby popatrzeć na 

ojca. Luke ściśle kontrolował emocje, ale Ben był jego synem i natychmiast zwrócił uwagę na jego 
stężałe rysy i sztywną postawę.

- Nie jest - odparł bez ogródek Luke, potwierdzając pierwsze wrażenie Bena. - Połącz się z 

„Czarną Falą”. Chcę porozmawiać z Taalonem. To pilne.

W tej samej chwili weszła Vestara. Popatrzyła pytająco na Bena, który wzruszył tylko 

ramionami i wykonał polecenie.

- Mistrzu Skywalker - odezwał się miękkim głosem Taalon. - Widzę, że twój przyjaciel i 

jego... statek dotarli szczęśliwie.

- Owszem, i jesteśmy prawie gotowi do wylotu. Zauważyłeś zapewne, że dotarł też tylko 

jeden ze statków, które zostawiłeś na Klatooine.

- Istotnie. Jak rozumiem, twój przyjaciel Lando i twoja... siostrzenica, prawda? Jaina 

Solo?... odegrali kluczową rolę w rozwiązaniu tej sytuacji.

- Sytuacji? - powtórzyła Vestara.
- Jaina? - powiedział w tej samej chwili Ben.
Luke uciszył ich ruchem dłoni.
- Wydali werdykt, który był w ich przekonaniu sprawiedliwy. Mam nadzieję, że zdajesz 

sobie sprawę z konsekwencji swoich działań i z tego, ile istnień to może kosztować. Szkoda, że nie 

background image

udało ci się zdobyć żadnych próbek.

Ben spojrzał na Vestarę. Tym razem to ona wzruszyła ramionami i pokręciła z konsternacją 

głową. Wydawała się równie zaintrygowana jak on.

- Próbek? - odpowiedział urażonym tonem Taalon. - Mistrzu Skywalker, to chyba 

oczywiste, że „Gwiezdny Grabieżca” działał na własną rękę. Przyznaję, że Plemię przejawia pewną 
fascynację szkłem i w ogóle pięknymi przedmiotami, ale żeby wywołać tego rodzaju incydent dla 
kilku próbek? Proszę cię! To spowodowałoby więcej problemów, niż nam potrzeba w tej chwili. 
Nie, to była głupota ze strony Holpura i zapłacił za to.

- O tak. Zapłacił razem z całą załogą, ponieważ twoja kapitan Leeha Faal wystawiła go do 

wiatru - stwierdził chłodno Luke. - Ale to chyba normalne zachowanie wśród Sithów. Chciałem 
tylko, żebyś wiedział, że ja wiem, i mam nadzieję, że nie wystawisz mnie do wiatru tak samo jak 
swoich podwładnych. Tak czy owak, przed konfrontacją z Abeloth mamy o jeden statek mniej. 
Mam nadzieję, że to nie przeważy szali.

- Mówisz tak, jakbyś spodziewał się walki, Mistrzu Skywalker - odparł Taalon.
- Zawsze jestem gotowy do walki, kiedy jest to konieczne. Czy twoja flota jest 

przygotowana?

- Rozpoczęli kontrole techniczne, jak tylko wasz „Łowca Asteroid” i „Skrzydlaty Sztylet” 

do nas dołączyli - oznajmił Taalon.

- To dobrze. Chcę omówić plan działania, zanim wlecimy do Otchłani. Vestara, Ben i ja 

byliśmy już na Stacji Ujście. Przesłałem ci raport na temat tego, co tam widzieliśmy.

Luke’a to okropnie męczyło, Ben to wiedział. Nie chciał dzielić się z Sithami jakąkolwiek 

wiedzą, ale jeśli mieli skutecznie działać jako sojusznicy, to Sithowie musieli dowiedzieć się tego, 
co Luke i Ben wiedzieli o pewnych sprawach. Stacja Ujście była jedną z nich.

- Stacja Ujście była w nie najlepszym stanie, kiedy ją opuszczaliśmy. Zanim udamy się na 

planetę Abeloth, chcę jeszcze raz polecieć na stację. Sądzę, że znajdziemy tam przydatne 
informacje.

- Jakie informacje? - Taalon natychmiast wzmógł czujność.
- Będę wiedział więcej, kiedy dotrzemy na miejsce - powiedział Luke, unikając odpowiedzi. 

Ben rozumiał, że tak naprawdę wcale nie chodzi o informacje. Luke chciał po prostu sprawdzić, czy 
uda się naprawić stację, przywrócić ją na właściwe miejsce. Zarówno Luke, jak i Ben byli coraz 
bardziej przekonani, że Stacja Ujście odgrywa kluczową rolę w utrzymaniu Abeloth w jej obecnym 
położeniu.

- Jesteś bardzo tajemniczy, Mistrzu Skywalker. Byłbyś świetnym Sithem.
Luke wziął głęboki oddech, a Ben poczuł, jak jego ojciec wykorzystuje Moc, żeby przegnać 

ślady gniewu i obawy, zastępując te negatywne emocje skupieniem i spokojem. Nie dał się 
sprowokować Taalonowi.

- Lecimy w ustalonej formacji - przypomniał Luke. - „Cień Jade” i „Czarna Fala” na 

przodzie, „Łowca Asteroid” pośrodku i nad nami. Łączność będzie w najlepszym razie przerywana, 
a kiedy zbliżymy się do planety Abeloth, zaniknie całkowicie. Każdy statek ma wytyczony kurs. 
Przelot między dwiema czarnymi dziurami w drodze na Stację Ujście będzie trudny, ale wykonalny 
i znacznie mniej niebezpieczny przy asyście „Łowcy”. W razie gdybyśmy się rozdzielili, każdy 
statek dostanie też współrzędne punktu zbornego. Kiedy zaczniemy się zbliżać do planety, 
powinniśmy wszyscy zachować najwyższą czujność. Abeloth może nas zaatakować bardzo 
brutalnie, chociaż może będziemy mieli szczęście i uda nam się ją zaskoczyć.

Ben i Vestara wymienili spojrzenia. Vestara, która spotkała już Abeloth, pokręciła powoli 

głową. Żadne z nich w to nie wierzyło i wiedzieli, że Luke też w to nie wierzy, ale teoretycznie 
istniała taka możliwość.

- Tam się przegrupujemy i ocenimy sytuację. Wtedy ustalimy dalszy plan.
- Zgoda. Sytuacja jest niepewna i podlega ciągłym zmianom, ale przystosujemy się. 

Jesteśmy Sithami.

- A my Jedi. Też potrafimy się przystosować. Bez odbioru.
- Tato, co się stało na Klatooine? - wypalił Ben, gdy tylko Luke zakończył połączenie. - 

background image

Gdzie jest Jaina?

Luke obejrzał się na Vestarę.
- Twoi przyjaciele Sithowie naruszyli strefę ochronną wokół Fontanny. Co więcej, użyli 

podobno mieczy świetlnych do odrąbania kawałków wintrium, chociaż nikt nie może ich znaleźć. 
Wygląda na to, że „Gwiezdny Grabieżca” działał na własną rękę, a reszta Sithów ubolewa nad tym 
dyplomatycznym incydentem. Który, nawiasem mówiąc, może doprowadzić do zerwania paktu 
vontorskiego i wyzwolenia Klatooinian.

Ben z wrażenia otworzył usta, a Vestara wytrzeszczyła brązowe oczy. Ben przypomniał 

sobie ich rozmowę z Kelkadem na rynku i jego sugestię, że przynajmniej niektórzy z Klatooinian 
nie mają ochoty nadal służyć, tak jak ich przodkowie. Zastanawiał się, co dzieje się w tej chwili na 
Klatooine, i chociaż radowała go myśl, że to, co było w istocie niewolnictwem, dobiegnie końca, to 
nie miał złudzeń, że będzie to pokojowe zakończenie. Miał nadzieję, że Kelkadowi nic się nie 
stanie, ale pomyślał, że pewnie nigdy się tego nie dowie.

- Nie wierzę w to - ciągnął Luke - i wątpię, żeby ktokolwiek wierzył. Jeśli chodzi o Jainę, to 

przyleciała, żeby poinformować o aktualnej sytuacji na Coruscant i wziąć udział w walce, jeśli do 
niej dojdzie.

Ben spojrzał na ziejącą przed nimi Otchłań. Pomyślał o mackach i zimnym, pełzającym 

pragnieniu. Jego reakcja była łagodniejsza niż wcześniej, ale i tak przychodził mu do głowy milion 
rzeczy - a może cztery miliony - które wolałby zrobić niż dobrowolnie wrócić w to miejsce, żeby 
spotkać tę tajemniczą Abeloth.

Niespecjalnie pocieszył go fakt, że kiedy obejrzał się przez ramię, zobaczył, że Vestara 

również wygląda, jakby wolała być wszędzie, tylko nie tu.

- No to w drogę - powiedział cicho Luke i dziwna flota złożona z Jedi, Sithów oraz byłego 

hazardzisty i biznesmena ruszyła w kierunku Otchłani.

ROZDZIAŁ 24

Daala z kamienną twarzą patrzyła na upadającą dziewczynę.
W rozmowie z Belokiem Rhalem wyraziła zgodę na użycie siły i powierzyła mu pełną 

odpowiedzialność za wykonanie zadania.

- Róbcie, cokolwiek będzie konieczne, ale chcę mieć tych dwoje Jedi.
Była zaskoczona wyznaczonym przez niego terminem, ale teraz, kiedy zastrzelił to 

dziecko...

Nie. Kani Asari, bo takie nazwisko powtarzał z przejęciem holodziennikarz, nie była 

dzieckiem. To była dorosła kobieta, chociaż młoda, i uczennica Jedi. Nie była niewinna. A jeśli jej 
śmierć - jakkolwiek brutalna - spowoduje, że Jedi przemyślą swoje postępowanie, to być może 
młoda Kani Asari swoją ofiarą ocali życie innym.

A jednak... Kiedy holokamera najechała na sztywniejące zwłoki, Daala sięgnęła po pilota i 

zmieniła kanał.

Na tym nowym pokazywano coś równie niepokojącego - spazmatyczny chaos zamieszek. 

Była to jasna, pustynna planeta o błękitnym niebie i brązowym piasku. I pełna blasterowego ognia. 
Obraz z kamery latał szaleńczo, kiedy trzymający ją dziennikarz uciekał w obawie o własne życie. 
Mówił coś w jednym z nielicznych języków, których Daala nie rozumiała, ale rozpoznawała rasy 
poległych, uchwyconych przez drgającą kamerę.

Huttowie. Klatooinianie. Niktowie.
Włoski zjeżyły jej się na karku. To przecież niemożliwe. Wcisnęła przycisk tłumacza i z 

głośników popłynął basie.

- ...ataku na Fontannę cztery standardowe godziny temu. Zapanował istny obłęd; krzyki, 

śpiewy i spontaniczne tańce sąsiadują ze śmiercią i blasterowym ogniem. Żaden Hutt nie jest 
bezpieczny na tym świecie, gdzie wcześniej byli niekwestionowanymi panami. Powtarzam: pakt 
vontorski, który obowiązywał przez ponad dwadzieścia pięć tysięcy lat, został wypowiedziany, a 

background image

radość...

Nie mogła w to uwierzyć. Spodziewała się zobaczyć w roli reportera tę devaroniańską 

dziewczynę, Madhi Vaandt. To była jej domena; o końcu niewolnictwa trąbiła do znudzenia i Daala 
była pewna, że Devaronianka pluje sobie w brodę, że to przegapiła. W każdym razie poczuła ulgę, 
że oszczędzono jej tego widoku. Była w takim nastroju, że mogłaby rzucić w ekran filiżanką z 
kafem, gdyby zobaczyła na nim rozradowaną twarz Madhi.

Przegląd wydarzeń Perrego Needmo miał swoją wierną widownię, a seria reportaży na 

temat niewolnictwa w różnych odległych, a czasem niepokojąco nieodległych miejscach była 
bardzo popularna. Zainspirowała kilkanaście pokojowych i parę gwałtownych akcji protestacyjnych 
na światach, z których reportaże były nadawane, a także zachęcała lokalne społeczności Tatooinian, 
Chevów i - prawdopodobnie - Klatooinian do organizowania swoich pochodów i demonstracji tutaj, 
na Coruscant.

Jej komunikator zabrzęczał. Nie musiała nawet sprawdzać, kto to.
- Tak, Dorvan, widziałam.
- Nie wygląda to dobrze. Zastrzelenie nieuzbrojonej młodej kobiety...
- Jedi nigdy nie są nieuzbrojeni.
- No tak, to prawda, ale...
- Wiem, o co ci chodzi. Ale to tylko pokazuje, jak poważna jest sytuacja. Kenth Hamner 

miał dość czasu na wydanie tych Jedi. Teraz ponosi konsekwencje swoich decyzji. Ubolewam nad 
tym, ale dałam Belokowi Rhalowi wolną rękę.

- Jeśli taki incydent się powtórzy...
- Wynn, to Jedi. Oni nie są głupi. Myślisz, że po tym, co zobaczyli, któryś jeszcze spróbuje 

czegoś takiego?

Chwila milczenia.
- Nie.
- To oblężenie ma w założeniu zakończyć rozlew krwi, pomóc w przejęciu przez nas 

szalonych Jedi, a także, miejmy nadzieję, spowodować wyciągnięcie wniosków przez Jedi i ich 
podporządkowanie się jako grupy.

- Mam nadzieję, że ma pani rację. Jest coś jeszcze, na co chciałem zwrócić pani uwagę.
- Incydent na Klatooine?
- Jak zwykle jest pani o krok przed mną. To utrudnia mi pracę, ale tak, o to chodzi. W 

połączeniu z innymi incydentami może to zapoczątkować kolejne rozruchy gdzie indziej. Desha 
właśnie złożyła na moim biurku raport na temat jeszcze jednego marszu wolnościowego, który ma 
wszelkie przesłanki ku temu, żeby zamienić się w prawdziwą rewoltę. A ten incydent na Klatooine 
niewątpliwie tylko zaogni sytuację.

Jeszcze jeden? Co się działo?
- Gdzie? - Wyłączyła dźwięk, ale słuchając Dorvana, cały czas patrzyła na rozgrywające się 

w ciszy radosne zamieszki na Klatooine.

- Blaudu Sextus.
- Pierwsze słyszę.
- Nie tylko pani. Na szczęście, mając teraz ważniejsze sprawy, holowiadomości na razie nie 

poruszają tego tematu.

Daala zastanawiała się przez chwilę, czy usłyszała subtelną reprymendę w jego głosie. 

Uznała jednak, że nie. Dorvan, jeśli już wygłaszał jakieś komentarze, robił to w typowy dla siebie 
otwarty, ironiczny sposób.

- Ta planeta to leżąca na uboczu kolonia górnicza - ciągnął jej asystent. - Tamtejsze siły 

policyjne poradzą sobie z niewielkimi protestami, ale jeśli to się przerodzi w prawdziwą rewoltę, 
nie zdołają zapanować nad sytuacją. Bez naszej interwencji rząd może upaść.

Daala patrzyła na zbliżenie zwijającego się z bólu Hutta. Ktoś posłał mu wiązkę blasterową 

prosto w ogon. Daala nie przepadała zbytnio za Huttami, ale jednak były to rozumne istoty, zdolne 
do nienawiści, chciwości, miłości czy współczucia tak samo jak wszyscy. Owszem, te dwie ostatnie 
cechy nie występowały w nadmiarze wśród przedstawicieli tej rasy, ale się zdarzały.

background image

Demonstracje, do których dochodziło na Coruscant, miały jak dotąd pokojowy przebieg. 

Jednak przemoc jest zaraźliwa. A pakt vontorski był najsłynniejszym przykładem niewolnictwa w 
galaktyce. Bez niego...

- Nie możemy na to pozwolić - stwierdziła stanowczo Daala. - Blaudu Sextus nie może 

upaść.

- Planeta jest naprawdę bardzo na uboczu. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, korzystniej 

dla Sojuszu byłoby chyba wstrzymać się w tym momencie od interwencji w politykę wewnętrzną i 
pozwolić, żeby problem sam się rozwiązał w ten czy inny sposób.

Daala przełączyła z powrotem na poprzedni kanał. Głos Javisa Tyrra - czy Dorvan nie miał 

coś z nim zrobić? - był na szczęście wciąż wyciszony, za to kamerzysta prezentował długie, bardzo 
pochlebne ujęcie uzbrojonych Mando, stojących nieruchomo niczym posągi w ciasnym kręgu zbroi 
z beskaru i broni wokół Świątyni Jedi.

- Czy Lot Wolności przypisał sobie w jakiś sposób protesty na Blaudu Sextus?
- Nie, wygląda na to, że one mają wymiar lokalny. Stąd moja uwaga.
Ale Daala wiedziała, że Lot wkrótce to zrobi. A wtedy ta mała reporterka zajmie się Blaudu 

Sextus. A potem...

- Nie - powiedziała Daala. - Jeśli rząd upadnie, rebelianci dojdą do wniosku, że mogą zacząć 

podgryzać terytorium Sojuszu. Lot Wolności zintensyfikuje swoją działalność, zacznie podjudzać 
potencjalnych rewolucjonistów i będziemy mieli powstania pleniące się jak chwasty na całych 
Zewnętrznych Rubieżach. Ten incydent na Klatooine nie mógł się wydarzyć w gorszym momencie. 
Musimy położyć temu kres, zanim się rozprzestrzeni.

- No cóż, niewolnicy rasy Octusi...
- W Galaktycznym Sojuszu nie ma niewolników, Wynn - wycedziła przez zęby.
- Oczywiście. Eee... służący rasy Octusi są pacyfistami, więc jeśli w holowiadomościach 

pojawią się obrazki oddziałów Galaktycznego Sojuszu, występujących przeciwko nim w pełnym 
wyposażeniu bojowym, to nie postawi nas to w dobrym świetle.

Daala pokiwała powoli głową, wciąż oglądając relację z oblężenia. Kiedy kamera 

zatrzymała się na przeciętej blizną twarzy Beloka Rhala, zmrużyła zielone oczy. Tak, to było 
jedyne rozwiązanie. Wszystko wymykało się spod kontroli. Nie mogła pozwolić, żeby ta iskra 
przedostała się do innych zapalnych regionów Sojuszu. Trzeba to koniecznie zatrzymać. Opanować. 
I wiedziała, kto może tego dokonać.

- No cóż - powiedziała. - W takim razie na Blaudu Sextus nie będzie oddziałów Sojuszu w 

pełnym wyposażeniu bojowym.

- Nie bardzo rozumiem.
- Skontaktuj się z Belokiem Rhalem. Powiedz mu, że potrzebujemy mandaloriańskiej 

brygady szybkiego reagowania, żeby to stłumić. Natychmiast.

- Mandalorianie? Po tym, co się stało? - Głos Wynna Dorvana rzadko kiedy wyrażał coś 

więcej niż ciętą ironię. Teraz jednak zdradzał niedowierzanie. - To nie będzie wyglądało lepiej niż 
oddziały Sojuszu. A może nawet gorzej.

- Jeśli rewolta nie zdąży wybuchnąć, to w ogóle nie będzie wyglądało - odparła Daala, z 

każdym słowem coraz bardziej przekonana, że to właściwe rozwiązanie.

- A jeśli wybuchnie? Ta devaroniańska dziennikarka od Needma jest ostatnio prawie 

wszędzie.

- Jeśli wybuchnie i Vaandt czy ktokolwiek inny to wychwyci, jeśli pokażą to w 

holowiadomościach, to kto nam udowodni, że to my wynajęliśmy Mandalorian?

- Nie rozumiem.
- Mówiłeś, że Blaudu Sextus to kolonia górnicza, zgadza się?
- Tak, ale co...
- Więc znajdź jakąś firmę górniczą. To przez nią przelejemy zapłatę. Jeśli holowiadomości 

zaczną drążyć temat, będzie wyglądało po prostu na to, że legalna korporacja stara się chronić 
swoje interesy.

- Eee... rozumiem. Każę Deshy Lor się tym zająć.

background image

- Wolałabym, żebyś sam to zrobił, Wynn.
- Desha udowodniła już, że potrafi...
- Mandalorianie. Desha. Nie ma mowy.
- Rozumiem. Zaraz się tym zajmę.

Wynn Dorvan westchnął. Mała samiczka chitlika siedziała mu na uchu i skubała włosy. 

Pozwalał jej na to. Patrzył przed siebie, ale nie widział ścian swojego gabinetu w kolorze złamanej 
bieli ani dzieł sztuki na tych ścianach. Widział tylko Mandalorianina strzelającego do nieuzbrojonej 
uczennicy, która wyszła z propozycją zawieszenia broni. A teraz Daala chciała ich znów 
wykorzystać?

Nieśmiałe pukanie do drzwi. Wiedział, kto to.
- Wejdź, Desha.
Twi’lekańska dziewczyna wetknęła głowę do środka. Spuchnięte powieki zdradzały, że 

płakała. Nie był zaskoczony; ucieszył się za to, że starała się tłumić emocje wynikające z jej 
miękkiego serca.

- Proszę pana, to znowu państwo Solo.
- Jakżeby inaczej - westchnął. Gdy tylko rozpoczęło się oblężenie, wydano rozkaz 

zatrzymania obojga Solo, ale oczywiście zniknęli z pola widzenia. Próbowali się z nim 
skontaktować niewykrywalnymi metodami, Daala jednak nie chciała o tym słyszeć. Bardzo jasno 
dała do zrozumienia, że „nie chce rozmawiać z nikim z tej rodziny, dopóki obecna sytuacja nie 
zostanie opanowana lub oni wszyscy nie znajdą się w areszcie”.

Nie potrafił sobie wyobrazić, jak niewybrednymi epitetami mogliby Solo określić jego i 

Daalę po tym, jak tamta uczennica została brutalnie zamordowana na schodach Świątyni.

Na schodach Świątyni. Zmarszczył brwi. Było w tych słowach coś... Odsunął to na bok. 

Później mu się przypomni.

Wiedział, co Han i Leia mogą mu powiedzieć, i stwierdził, że musiałby się w większości z 

tym zgodzić, jednak w tej chwili nic by to nie dało.

- Powiedz im, że nie mogę teraz rozmawiać. I połącz mnie z Belokiem Rhalem.
- Tak jest - odparła Desha i zamknęła za sobą drzwi. Kieszonka skubała go teraz w ucho. 

Wziął ją delikatnie i włożył do jej małego gniazdka w rogu biurka. Przetoczyła się na grzbiet, 
odsłaniając brzuch. Pogładził jej miękkie futerko palcem wskazującym, kręcąc w duchu głową na 
myśl, że za chwilę nakaże Mandalorianom zebrać oddział do stłumienia pokojowej rewolty. 
Podniósł chitlika i, nie przestając głaskać, włożył go sobie do prawej kieszeni marynarki.

Żołądek głośnym burczeniem przypomniał mu, że nie jadł jeszcze śniadania, a zbliżała się 

już pora lunchu. Najwyraźniej niezależnie od tego, z czym zmagał się jego umysł, ciało wciąż miało 
swoje potrzeby i dawało mu to do zrozumienia.

Parę chwil później przez komunikator odezwał się zimny, niemal beznamiętny głos.
- Rhal. Czego?
- Mówi Wynn Dorvan, sekretarz przywódczyni Galaktycznego Sojuszu. Rozmawiam z 

panem z jej upoważnienia. Chciałbym prosić, żeby...

Jego wzrok padł na chronometr i nagle wszystko ułożyło się w całość.
Schody Świątyni Jedi. Lunch.
Za niecałe piętnaście minut Raynar Thul powinien wyjść na schody, żeby zjeść lunch, tak 

jak to robił codziennie, odkąd cieszył się wolnością. Dorvan często jadał razem z nim.

I czuł instynktownie, że taka błahostka jak banda gotowych go zastrzelić Mandalorian nie 

powstrzyma Raynara Thula przed zjedzeniem lunchu tam, gdzie zawsze to robił.

- Dorvan. Proszę mówić.
Dorvan poczuł, jak pot występuje mu na czoło. Mimo to mówił swoim normalnym, 

spokojnym, niemal bezbarwnym tonem:

- Chciałbym prosić, żebyście nie otwierali ognia. Wiem z pewnego źródła, że Raynar Thul 

za piętnaście minut wyjdzie ze Świątyni.

background image

- Obiecałem Jedi, że zastrzelimy każdego, kto nie jest Saarem ani Altamik - odparł z irytacją 

w głosie Rhal.

Umysł Wynna pracował z prędkością hipernapędu.
- Wiem, ale pracuję nad Thulem od miesięcy. Codziennie jem z nim na schodach lunch. 

Może dzięki niemu uda mi się przekonać Jedi, żeby się poddali.

Chwila milczenia. Dorvan zaczął już myśleć, że Mando tego nie kupi. Zabiją Thula tak 

samo, jak zabili Kani, a opinia publiczna po prostu tego nie zniesie. Będą protesty, może nawet 
zamieszki, których Daala za wszelką cenę chciała uniknąć. Nastroje społeczne zwrócą się 
przeciwko Sojuszowi, a wtedy...

- To jest rozkaz przywódczyni Galaktycznego Sojuszu. - Wynn zwykle nie kłamał, ale tym 

razem uznał, że sytuacja tego wymaga. - Będę tam za parę chwil. Czekajcie.

- Nie cofnę wydanego rozkazu ani obietnicy złożonej Jedi. To by osłabiło mój autorytet, a 

Daala zapewniała mnie, że mogę robić to, co uznam za stosowne. Odpowiadam przed nią, nie przed 
panem.

- Nie ośmielicie się do mnie strzelać!
- Oczywiście, że nie. - Sądząc po jego tonie, Rhal pomyślał, że Dorvan uważa go za idiotę. - 

Ale pan nie jest Jedi.

- Więc nie będziecie strzelać, jeśli ja będę na tych schodach!
- Nie. Ale pięć z tych piętnastu minut już minęło. Jeśli ten Thul ma wyjść, to radziłbym się 

pospieszyć.

Dorvan zerwał się z fotela i popędził do drzwi.

ROZDZIAŁ 25

Dorvan wiedział, że osobie na jego stanowisku, tak wysoko w hierarchii Galaktycznego 

Sojuszu, nie przystoi biec przez plac do Świątyni. Wiedział, że Daali by się to nie spodobało. 
Wiedział też, że to żer dla reporterów. No i wiedział, że gdyby któryś z Mando stojących 
naprzeciwko miał nerwowy palec, to już po nim.

To wszystko było nieważne. Chodziło o ludzkie życie. Nie spuszczał oczu ze stopni 

Świątyni. Thul jeszcze nie wyszedł, ale ciało Kani wciąż tam leżało. Zwolnił trochę i wyciągnął 
swój identyfikator, bo mała grupka Mandalorian zrobiła wyłom w formacji i ruszyła truchtem w 
jego kierunku.

- Wynn Dorvan, kierownik kancelarii admirał Daali - wydyszał. - Przepuśćcie mnie. 

Komandor Rhal mnie oczekuje.

Wydawało się, że oglądają jego identyfikator przez całą wieczność, potem gapią się na 

niego i znów na identyfikator. Przyszła mu do głowy okropna myśl: co będzie, jeśli Rhal kazał im 
powstrzymać go tak długo, żeby zdążyli zabić Thula? Po tym, co dzisiaj zobaczył, uznał, że Rhal 
byłby do tego zdolny.

Mijały cenne sekundy. Wreszcie przepuszczono go machnięciem ręki i mógł iść dalej przez 

gęste szeregi maszyn i ludzi. Dwóch Mando ruszyło za nim w szyku, wchodząc w rolę eskorty. No i 
dobrze, pomyślał Dorman. Niech mnie pilnują. Zaczął przepychać się przez tłum, starając się iść jak 
najszybciej. Jeden z żołnierzy z jego „eskorty” zagadnął kobiecym głosem:

- Właściwie dokąd się pan wybiera?
- Do wejścia - odparł Dorvan. - Na schody blisko wejścia.
Wojowniczka Mando, z twarzą ukrytą pod hełmem, obejrzała się na niego.
- To nie jest najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
- Nieważne. Doprowadźcie mnie tam.
- W porządku, to pański pogrzeb. - Dorvan zdał sobie sprawę, że ona może mieć rację. 

Dosłownie.

Na razie jednak bardzo skutecznie torowała mu drogę przez krąg zbroi z beskaru. Dorvan 

nigdzie nie widział Rhala, choć bez wątpienia musiał tam być. Prawdopodobnie właśnie brał na cel 

background image

wejście do Świątyni.

Nagle znalazł się na miejscu. Schody wznosiły się w górę. Wydawały się niezmiernie 

wysokie, jakby rzucały mu wyzwanie; może nigdy nie zdoła dotrzeć na górę, zanim Thul znajdzie 
się w zasięgu strzału. Wbiegał po dwa stopnie naraz i jak tylko znalazł się na górze, zauważył ruch 
za filarem.

Miał rację.
Raynar Thul zrobił krok naprzód i wyciągnął dłoń. Dorvan chwycił ją z ulgą.
- Wynn - odezwał się Thul. - Nie powinieneś tu przychodzić. To niebezpieczne. - Wskazał 

głowa w kierunku Mandalorian.

- Wiem - odparł Wynn, z trudem chwytając oddech. Kiedyś był dość wysportowany, ale 

siedząca praca sprawiła, że nieco osłabł i teraz drżał od nadmiaru adrenaliny.

- Wiedziałeś, że tutaj będę, nawet po tym, co stało się z Kani, prawda? - zapytał Thul. Jego 

twarz, podejrzanie błyszcząca, rozciągnęła się w uśmiechu.

- Wiedziałem - zgodził się Dorvan.
Wyszli razem na słońce. Rozległ się szczęk i Dorvan zdał sobie sprawę, że to odgłos setek 

karabinów, które właśnie w niego wycelowano. Przełknął ślinę, ale Thul wydawał się 
niewzruszony. Podszedł do pierwszego schodka i usiadł. Kilka stopni niżej, prawie u stóp schodów, 
leżało ciało Kani. Thul przyglądał mu się przez chwilę, po czym sięgnął do małej saszetki, którą 
miał przy sobie. Dorvan zrobił krok, aby go zasłonić na wypadek, gdyby któryś z Mando uznał, że 
torba zawiera coś groźniejszego od kanapki, którą właśnie wydobył Thul.

Na razie odetchnął i opadł na schodek obok niego.
- Przyniosłeś sobie coś na lunch? - zapytał Thul.
- Trochę... trochę się spieszyłem.
Thul uśmiechnął się znowu.
- Proszę - rzekł i podał mu pół kanapki. Dorvan wziął ją, choć odebrało mu apetyt 

spoglądanie na ciało Kani.

Thul jadł powoli i metodycznie, jak zawsze. Dorvan wiedział, że nie oznacza to braku 

szacunku dla Kani; podejrzewał nawet, że jednym z powodów, dla których Thul znalazł się tutaj, 
było oddanie hołdu dziewczynie.

Bo nawet po tym morderstwie Jedi nie zostali pokonani. Kani, choć martwa, była górą, tak 

samo jak Thul. Dorvan oderwał kawałek skórki, żeby poczęstować nią Kieszonkę, która wychyliła 
łebek, zwabiona zapachem chleba. Zaczął się zastanawiać, jak tym razem Jedi mają zamiar się z 
tego wyplątać.

Mimo całego pokazu siły, jaki zorganizowała Daala, mimo zgrupowania Mandalorian, 

którzy teraz trzymali ich na muszce, gdyby Dorvan miał się z kimś założyć, prędzej postawiłby na 
siedzącego obok mężczyznę niż na żołnierzy przed sobą.

- Spójrz na to, Han, dobrze?
Głos Leii dotarł do jej męża, który w gabinecie ich bezpiecznego apartamentu czyścił 

właśnie miotacze. Były w idealnym stanie, ale przynajmniej Han mógł robić coś, co sprawiało mu 
przyjemność.

- Nie mam ochoty na nic patrzeć, chyba że to głowa Daali na końcu włóczni. - I dodał z 

nadzieją w głosie: - A może to naprawdę głowa Daali?

- No, nie całkiem... za to mamy szefa jej sztabu pędzącego w górę po schodach do Świątyni.
Han wstał i podszedł do holoodbiomika.
- Coś podobnego - mruknął, zdumiony widokiem na ogół spokojnego i opanowanego 

Wynna Dorvana w pełnym galopie.

- Mamy potwierdzenie, że to istotnie prawa ręka admirał Daali, szef kancelarii Wynn 

Dorvan biegnie teraz na złamanie karku po schodach obleganej Świątyni Jedi - mówił do kamery 
Javis Tyrr. - W eskorcie Mandalorian przebija się przez tłum i nie widzę, aby ktokolwiek do niego 
celował, więc musimy przyjąć, że jest tutaj jako oficjalny przedstawiciel Galaktycznego Sojuszu. 

background image

Zdaje się, że Jedi wyrazili zgodę na...

Han szeroko otworzył usta.
- Thul? - bąknął zaskoczony.
Leia wytrzeszczyła brązowe oczy.
- Ależ tak, to Raynar Thul - mówił Javis Tyrr. Kamera zogniskowała się na Thulu i 

Dorvanie ściskających sobie prawice. - Widzowie czternastego odcinka naszego programu Jedi 
pośród nas
 wiedzą na pewno, że Raynar Thul został zrehabilitowany i codziennie o tej porze 
spożywał lunch na schodach Świątyni. Przeprowadziłem z nim kilka wywiadów i wygląda na to, że 
nic, nawet mandaloriańskie oblężenie nie jest w stanie powstrzymać Thula przed skorzystaniem z 
regularnej przerwy na posiłek.

- Ale co, u licha, robi tam Dorvan? - zawołał Han. - Myślisz, że próbuje dogadać się z 

Thulem?

Leia pokręciła powoli lekko posiwiałą głową.
- Nie, tu nie o to chodzi - odparła. - Myślę, że Dorvan próbuje ocalić życie Thula.
- No cóż, to szlachetnie z jego strony, ale mógł przecież ocalić życie P.K.... tfu, Kani... i 

pewnie całej gromady innych osób, gdyby razem z Daalą po prostu się wycofali.

Jak na zamówienie kamera zostawiła posilającą się parę, ukazując ciało Kani i wysychającą 

obok kałużę krwi.

- Nie wiem, jak oni w ogóle mogą jeść, siedząc tam i patrząc na nią.
- Cóż, Thul już mnie w żaden sposób nie zaskoczy, ale Dorvan karmi swoją połową kanapki 

chitlika.

Istotnie, kamera z nanosekundową pamięcią, jakiej ostatnio używali holodziennikarze, 

przesunęła się od ponurego widoku ciała i dała zbliżenie na małe, urocze zwierzątko, siedzące na 
kolanach Dorvana i chrupiące trzymaną w łapkach skórkę chleba.

Han prychnął, zdegustowany, za to Leia nagle zamarła. Spojrzał na nią uważnie.
- Co jest? Coś ci nagle przyszło do głowy?
Odwróciła się ku niemu z szerokim uśmiechem.
- Już wiem, jak pomóc Jedi.

Seha Dorvald była zmęczona, brudna i spragniona. Przez ostatnie siedem godzin ona i jej 

Mistrzyni, Octa Ramis, każda z pomocą sześciu uczniów, zbadały tyle zapieczętowanych i 
niedostępnych wyjść ze Świątyni, ile się dało. Niektórzy z uczniów byli wystarczająco szczupli, aby 
wśliznąć się do szybów, które byłyby nie do przejścia dla dorosłych. Do tej pory jednak nie natrafili 
na żaden otwór dość szeroki na całej długości, aby przedostali się przez niego chociaż najmniejsi.

Dobra wiadomość, jeśli tak ją można nazwać, była następująca: żaden z tych tajnych... 

szybów wentylacyjnych - Seha uważała, że to najlepsze określenie - nie ściągnął jeszcze uwagi 
Mandalorian. To już było coś. A wszystko wskazywało, że przynajmniej niektóre z nich można 
poszerzyć.

Seha pełzła właśnie wąskim przejściem, aby zameldować się u Mistrzyni Ramis. U szyi 

miała zawieszony pręt żarowy, który dawał przynajmniej trochę światła. Tunel był z wszystkich 
stron obudowany starożytnymi, śliskimi od pleśni cegłami. Niektóre z nich były popękane, 
wydzielając odór mokrej ziemi i zgnilizny. Seha ruszyła powoli przed siebie, wbijając wzrok w 
przestrzeń dwa metry przed sobą. Była zmęczona, mokra i zmarznięta, a ponieważ już wracała, nie 
była zbyt uważna. Jej dłoń wpadła w coś miękkiego i zanurzyła się w tym z chlupotem. Smród 
rozkładu omal nie przyprawił jej o wymioty. Wolała nawet nie wiedzieć, na jakie paskudztwo 
trafiła. Odepchnęła na bok gnijący zewłok, otarła dłoń o cegły i ruszyła dalej.

Jej komunikator zaszczebiotał. Skrzywiła się z irytacją, zatrzymała się i z trudem 

przetoczyła na bok, żeby go dosięgnąć.

- Seha - zameldowała się.
- Seha... zauważyłaś coś niezwykłego? - odezwała się jej Mistrzyni.
- Eee... nie, Mistrzyni, właściwie to nie. Przekazałam ci wszystkie informacje, jakie 

background image

zebrałam po drodze. Nie wiem, jak stary jest ten tunel, ale z pewnością jest ślepy. - Poczuła się 
dziwnie niepewnie.

- Cóż... pospiesz się, dziecko. Jest tutaj coś, co powinnaś zobaczyć.
Pomimo zmęczenia Seha poczuła ciekawość i trochę przyspieszyła. Po piętnastu minutach 

stare cegły pokrywające ściany tunelu ustąpiły miejsca metalowej wykładzinie i wreszcie ujrzała w 
oddali migoczące światełko. Niebawem zeskoczyła z szybu do magazynu, gdzie już czekała Octa.

- A więc co takiego...
Urwała nagle. Octa Ramis stała obok półek zastawionych różnej wielkości skrzynkami. 

Seha nie wiedziała, co zawierały, zresztą mało ją to obchodziło, bo pod nogami Octy zauważyła 
trzy gryzonie. Nie wyglądały specjalnie sympatycznie, ot, zwykłe plugastwo. Tyle że stały słupka, 
jakby były tresowane, i miały coś przywiązane do grzbietów.

- Skąd one się tu wzięły? - wykrztusiła.
- Jest ich więcej. O wiele więcej. Wchodzą przez każdy otwór, przez który mogą się 

przecisnąć - odparła Octa, wyraźnie ucieszona. - Na początku nie rozumieliśmy, co się dzieje, kilka 
z nich wystraszyliśmy, kilka nawet zabiliśmy. Myśleliśmy, że zakłóciliśmy spokój jakiegoś 
nieznanego gniazda, ale potem mistrz Horn zobaczył to.

Schyliła się i podniosła jedno ze zwierzątek, podsuwając je Sehi pod nos. Gryzoń w ogóle 

się nie wyrywał.

Do jego grzbietu przymocowana była mała fiolka jakiejś cieczy.
- To lek, którego potrzebuje Cilghal. - szepnęła Seha. - Środki uspokajające, które 

powstrzymują chorych Jedi przed wyrządzeniem sobie krzywdy.

Nagle zwierzątka przestały być obrzydliwymi, brudnymi gryzoniami. W tej chwili 

wydawały jej się najpiękniejszymi, najwspanialszymi stworzeniami galaktyki.

- Właśnie - odparła Octa, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Nie znam jeszcze tożsamości 

naszych tajemniczych dobroczyńców, ale mogę się domyślać.

- Valin, używając Mocy, przekonał żyjące tu stworzenia, żeby pomogły mu w ucieczce - 

przypomniała sobie Seha. - Nic dziwnego, że mistrz Horn pierwszy zauważył, że te szczury są 
jakieś inne.

- Ale tym razem przyszły pomóc chorym Jedi. Wciąż mamy za mało leków, ale wreszcie 

jest ich dość; wystarczy na co najmniej kolejne dwanaście godzin. A kto wie, może przyślą ich 
więcej.

- Z tego wynika, że skoro możemy przyjmować tu lekarstwa - powoli odparła Seha - 

możemy też wysyłać wiadomości.

- Już to zrobiliśmy - wyjaśniła Octa. - A teraz chodź, pozdejmujemy fiolki z tych maluchów 

i zaniesiemy je Cilghal. A tobie - dodała - przyda się sanipara.

Seha parsknęła śmiechem po raz pierwszy od rozpoczęcia oblężenia.

ROZDZIAŁ 26

Bezpieczna kryjówka Solo, Coruscant

Cała trójka Solo siedziała skulona na sofie, każdy z kubkiem gorącej czekolady w dłoniach. 

Allana siorbała swoją tak hałaśliwie, że Leia uśmiechnęła się łagodnie.

- Przyda ci się golenie, młoda damo - zauważyła żartobliwie, wycierając jej serwetką wąsy z 

bitej śmietany. Allana zachichotała, patrząc w ekran. Pociągnęła kolejny łyk i znów zrobiła sobie 
wąsy. Tym razem Leia tylko pokręciła głową. Han rozparł się na sofie, obejmując wnuczkę. Anji 
ulokowała się na kolanach obojga i posapywała lekko przez sen.

Taką już mieli dziwną tradycję. A może nie taką dziwną. Leia była adoptowaną córką 

księcia i polityka, w wieku dziewiętnastu lat została senatorem własnego świata. Dyplomacja, 
ważne galaktyczne wydarzenia - wszystko to stanowiło część jej dzieciństwa, na równi z 

background image

zabawkami czy jej ukochaną, paskudnie śmierdzącą thrantą. Allana miała podobne pochodzenie. 
Jeżeli holowiadomości nie były pełne jawnej przemocy lub niepokojące, a Przegląd wydarzeń 
Perrego Needmo
 z reguły taki nie był, Leia z wielką przyjemnością oddawała się przy nim 
wypoczynkowi po ciężkim dniu.

Muzyka czołówki dobiegła końca i ekran wypełniła twarz Perrego Needmo, siedzącego za 

biurkiem. Dla humanoidów Chevinowie nie są szczególnie atrakcyjni, ale w Needmo było coś, co 
Leii zawsze się podobało. Mądrość i spokój jego pomarszczonej twarzy, siwizna w małych kępkach 
włosów... Zresztą nawet gdyby te wiadomości prowadziła najbrzydsza istota w galaktyce, to były 
one tak neutralne, a czasem wręcz optymistyczne, że oglądała je z przyjemnością.

Oczywiście, wiadomością dnia było oblężenie Świątyni Jedi. Jak zwykle w tym programie, 

łagodzono co drastyczniejsze sceny. Starano się nie pokazywać nawet tego, co mogłoby im 
znacznie podnieść oglądalność. Leia dowiedziała się zatem, że Dorvan dokończył swój „lunch” z 
Raynarem Thulem - podczas którego przypadkiem podsunął jej pomysł, jak przemycać leki i 
wiadomości do otoczonych Jedi - a następnie zabrał ciało Kani i dokądś wyniósł. Wkrótce potem 
biuro przywódczyni Sojuszu wydało oświadczenie:

„Fatalnie się stało, że przez dążenie do sprawiedliwości w Galaktycznym Sojuszu ktoś 

stracił życie. Nasze serca są z Kani Asari i jej rodziną. Możemy mieć tylko nadzieję, że jej 
poświęcenie nie będzie daremne”.

Przegląd wydarzeń Perrego Needmo nie zajmował się tym pozornie ważnym wydarzeniem, 

raczej impasem politycznym. Przeprowadzano wywiady z różnymi istotami na ulicach, a większość 
z nich niechętnym okiem patrzyła na oblężenie Jedi.

- Ktoś już zginął - mówiła Ithorianka, mrugając wielkimi oczami. - Myślę, że przywódczyni 

Sojuszu słusznie stara się pohamować Jedi, skoro mogliby wyrządzić szkodę społeczeństwu, nie tak 
jednak należy się do tego zabierać. Wolałabym negocjacje niż okupację albo strzelanie, skoro i 
Daala, i Jedi chcą dobrze.

Pozostali wyrażali podobne opinie. Holokamery przesuwały się po całkiem pokaźnym 

tłumie, wymachującym transparentem z napisami „Uwięzić Jedi, to uwięzić naszą wolność”. Były 
też inne podobne w treści. Jeden z nich przedstawiał Daalę ubraną w szaty Palpatine’a z napisem 
„Nigdy więcej”.

- Hm... - mruknął Han. - Czy mi się wydaje, czy Daala świetnie wygląda w tych szatach? 

Jakby się w nich urodziła.

- Daala najlepiej wygląda w mundurze admirała - dyplomatycznie odparła Leia. - Zwłaszcza 

kiedy pamięta, co naprawdę należy do jej obowiązków.

- Zdaje się, że już dawno zapomniała. Próbowała nas zabić, pamiętasz?
Trudno było temu zaprzeczyć i Leia rozsądnie powstrzymała się od komentarza.
Już doszli jako tako do siebie po zamordowaniu Kani. Odnaleźli nową nadzieję w działaniu. 

Leia na szczęście przypomniała sobie, że zapas środków uspokajających Cilghal jest na 
wyczerpaniu, a ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebowali Jedi, było oczekiwanie, aż trzy 
zdezorientowane istoty spróbują ucieczki lub przemocy - wobec siebie lub innych. Przedsięwzięcie 
ryzykowne, ale się powiodło - gryzonie wykonały polecenie, odnajdując każde, nawet najmniejsze 
przejście, w którym się mieściły. A kiedy jeden z nich przyniósł wiadomość, Leia poczuła, że ucisk 
w jej żołądku nieco zelżał.

„Do naszych dobroczyńców” - zatytułował Kenth Hamner zaszyfrowaną notatkę. Nie 

podpisał się oczywiście, ale Leia znała to staranne, płynne pismo. - „Wszyscy mamy się dobrze. 
Aby zniszczyć ducha Jedi, trzeba czegoś więcej niż pokazu brutalności Mandalorian. Jeśli ta 
wiadomość do was dotrze, odpowiedzcie”.

Leia zrobiła to ręcznie, używając tego samego kodu, aby Jedi rozpoznali jej pismo tak, jak 

ona poznała pismo Kentha. Prawdopodobieństwo przechwycenia listu było niewielkie, ale jednak 
istniało, więc starała się pisać zwięźle, dopóki się nie przekona, że wiadomości przechodzą. 
Wkrótce dostała notatkę, że rozpatrywane są wszystkie drogi ucieczki i że Jedi się trzymają. Grupa 
uderzeniowa była gotowa do ataku, jak tylko będzie to możliwe. A więc nie opuścili jej brata. List 
zamykała prośba o więcej leków i spis potrzebnych środków. Han i Leia spędzili większą część 

background image

wieczoru na gromadzeniu tylu buteleczek, ile tylko mogli znaleźć, przywiązywaniu przesyłek do 
uspokojonych Mocą stworzeń i wysyłaniu ich bezpieczną drogą, o kilkaset metrów odległą od 
pierścienia Mandalorian i ich maszyn śmierci.

O tej porze nie mogli już zrobić nic więcej, więc wrócili do domu akurat na czas, aby 

spędzić spokojną chwilę z wnuczką. Leia przywołała całą miłość, jaką czuła do tych dwojga ludzi, 
oddalając od siebie na chwilę niepokój o Jedi. Pozwoliła, aby jej serce wypełniło uczucie dla Hana i 
Allany - i tak, nawet dla Anji, która w tej samej chwili podniosła łebek i pytająco na nią spojrzała. 
Dzisiaj nie było bloku Madhi Vaandt, co zmartwiło Leię. Lubiła zadziorną, młodą Devaroniankę, 
której reportaże dziwnie dodawały jej energii.

- Ostatni punkt dzisiejszego programu to jednocześnie nowa wiadomość i kilka słów od 

redakcji. - Needmo miał poważną minę. - My wszyscy z Przeglądu wydarzeń Perrego Needmo od 
dawna wierzymy w dziennikarską tradycję niezależnej, uczciwie zdobytej, dokładnej informacji. 
Nie szpiegujemy, nie zmyślamy i nie uciekamy się do nielegalnych metod. Czasem w programie 
gościmy dziennikarzy, którzy pasjonują się tym, o czym piszą, i szukają sprawiedliwości tak samo 
jak rzetelności. Zawsze sprawdzamy materiał redakcyjny, jak choćby cykl reportaży Madhi Vaandt 
o instytucji niewolnictwa w galaktyce. To samo zrobiliśmy z dzisiejszymi informacjami.

Przez ostatnie kilka lat nasz szanowany dotąd zawód stał się przedmiotem ataków. 

Niekoniecznie ze strony rządów, zainteresowanych zniszczeniem wolnej prasy - choć od czasu do 
czasu i to się zdarzało - głównie z naszych własnych szeregów. Pojawiła się zachłanność, egoizm i 
bezwzględność, stawianie na pierwszym miejscu oglądalności i osobistej sławy za każdą cenę. A 
jeśli nawet ci, którzy pracują w naszym programie, gardzą takimi działaniami, nigdy publicznie nie 
stawialiśmy zarzutów żadnemu koledze dziennikarzowi, który zdecydował się ruszyć tą ścieżką. 
Trzymaliśmy się z daleka od takich metod, wierząc w rozsądek widzów, którzy wesprą nas, kiedy 
uznają, że warto.

Leia spojrzała na Hana i ujrzała nadzieję w jego brązowych oczach. Nie miała odwagi się 

odezwać. Po tym wszystkim, co musieli wytrzymać, nie chciała zgasić tej nadziei. Mimo wszystko 
skrzyżowała palce.

- Kiedy jednak jakiś dziennikarz naruszył prawo, a my mamy na to dowody, uznajemy, że 

posunął się za daleko. Branie pieniędzy za manipulowanie informacjami w żądanym kierunku jest 
pogwałceniem kodeksu etycznego każdego przyzwoitego dziennikarza, a użycie zaawansowanej 
technologii w celu uzyskania informacji bez wiedzy i zgody zainteresowanej osoby stanowi 
naruszenie prawa Galaktycznego Sojuszu.

No właśnie. Leia poczuła, że mimo woli jej twarz rozświetla uśmiech; Han wrzasnął 

radośnie, omal nie rozlewając czekolady:

- Najwyższy czas!
Nigdy dotąd Leia nie była tak zadowolona, widząc wypełniającą ekran, prostacką gębę 

Javisa Tyrra. Teraz Tyrr się nie uśmiechał; elegancko zwykle uczesane włosy były zmierzwione, a 
w oczach reportera czaiła się panika. Needmo mówił dalej na tle zmieniających się obrazów.

- Zatrzymali dziennikarza, który kłamał? - zapytała nagle Allana.
Leia z trudem powstrzymała się od śmiechu.
- Zdaje się, że tak - powiedziała.
- Dzisiaj po południu, o czternastej, w oparciu o anonimową informację Javis Tyrr został 

aresztowany w swojej rezydencji pod zarzutem nielegalnego szpiegowania. Ukryte kamery nie są 
niestety niczym nowym w arsenale kogoś zdeterminowanego, by zdobyć materiał za wszelką cenę, 
istnieją jednak prawa, które zabraniają stosowania innych nielegalnych urządzeń. Niestety, wydaje 
się, iż urządzenie użyte przez Tyrra znikło, ale pozostały inne dowody. Ujawniono nagranie 
pokazujące Tyrra podczas instalowania takiej aparatury.

Han i Leia wymienili spojrzenia.
- Czy myślisz o tym samym co ja? - zapytała Leia.
- Jaina nie dałaby im czipu.
Leia zmarszczyła brwi w zadumie.
- Więc skąd...

background image

- Kto to może wiedzieć? - odparł Han. - Czy to zresztą ma znaczenie? Gość dostał to, co mu 

się należy. Ktoś go przyłapał, i już. - Uniósł w górę niedopity kubek czekolady. - Jego zdrowie, 
kimkolwiek jest. Jeśli się dowiem, stawiam mu drinka.

Anji mruczała głośno, jakby pobudzona radością, która w tak oczywisty sposób wypełniła 

pokój. Leia pogłaskała stworzonko, a potem zmierzwiła krótkie, ufarbowane na czarno włosy 
Allany.

I nagle do niej dotarło.
- Hej, Han!
- Co takiego?
- Która ze znanych nam osób jest sprytna, metodyczna, cierpliwa, wierzy w uczciwość i lubi 

pracować za kulisami?

- Wielu jest takich - odparł Han.
- Zawężę ci wybór. Kto, mając te wszystkie cechy, wspiera również Daalę?
- Dorvan! - natychmiast zawołał Han.
- Daala zawsze wypadała całkiem dobrze w materiałach Javisa Tyrra - zauważyła Leia.
- Tak, to prawda. Poza tym Dorvan ma możliwości węszenia tu i tam. Cóż, przynajmniej 

wyświadczył nam przysługę, podobnie jak Daala. Co tam... wyświadczył przysługę całemu 
dziennikarstwu.

- Nie wiem, co myśleć o Dorvanie - mruknęła. - W jednej chwili wydaje mi się, że jest po 

naszej stronie, w drugiej - że stoi murem za Daalą.

- Z pewnością stąpa po bardzo cienkiej linie. Mam nadzieję, że kiedy sprawy naprawdę 

staną na ostrzu noża, znajdzie się po właściwej stronie.

Leia spojrzała na niego. Zgadzała się z tym, ale nie chciała tego przyznać. Ona także w 

najbliższej przyszłości przewidywała kryzys. Dorvan był dobrym człowiekiem, ale zdarzało się, że 
dobrzy ludzie tak długo znajdowali się po niewłaściwej stronie, że nie mieli już odwrotu.

Allana milczała, przyglądając im się uważnie. Anji przestała mruczeć. Leia uśmiechnęła się 

do swojej rodziny, odpychając od siebie wątpliwości. Chciała otoczyć ich spokojem i miłością, aby 
miło zakończyć wieczór. Problemy niech się zaczną jutro, nie dzisiaj.

- Kto chce jeszcze gorącej czekolady? - zapytała.

ROZDZIAŁ 27

Na pokładzie „Spadającej Gwiazdy”

Wiadomość o rozwiązaniu paktu vontorskiego była wstrząsem. Madhi z jednej strony 

popierała bunt Nikto i Klatooinian, z drugiej jednak czuła złość, że nie było jej tam, kiedy wszystko 
się rozgrywało. Natychmiast zażądała zmiany planów; postanowiła wyruszyć na Klatooine i zebrać, 
co się jeszcze da. Tyl Krain i pilot „Spadającej Gwiazdy”, Twi’lek nazwiskiem Remmik Kulavinar, 
nie odnieśli się do tego zbyt entuzjastycznie, ale dowiedziała się, że Shohta był za. Obserwowała go 
przez kilka ostatnich dni z bardzo mieszanymi uczuciami - od fascynacji do rozpaczy. Dawny 
niewolnik pod względem emocjonalnym miał wiele do nadrobienia. Czasem wydawał się 
dziecinny, kiedy indziej wściekły. Przede wszystkim jednak wydawało jej się, że Shohta żyje 
naprawdę może po raz pierwszy od urodzenia.

W drodze na Klatooine zarejestrowała krótki reportaż, aby wysłać go na Coruscant. Pokażą 

go w kolejnym Przeglądzie wydarzeń Perrego Needmo.

- Obserwowanie tej przemiany, którą teraz przechodzi Shohta, to prawdziwy przywilej - 

mówiła, spoglądając w kamerę. - Jest to przerażające i ekscytujące, i uczy pokory. A pomyślmy 
tylko, że taka zmiana losu, od niewolnika do wolnej istoty, może nastąpić w miliardach 
przypadków... cóż, w opinii pewnego dziennikarza galaktyka nie jest przygotowana na takie 
emocje, na tyle wolności i swobody. Rządy będą nadrabiać straty, bo pożytek z wolnej istoty dla 

background image

społeczeństwa jest o wiele większy niż z niewolnika. Jestem szczęśliwa, mogąc przeżywać tak 
wielkie chwile naszej historii. Mówiła Madhi Vaandt z pokładu „Spadającej Gwiazdy”.

Tyl zwykle uśmiechał się i chwalił, czasem też żądał zrobienia kolejnego ujęcia, jeśli nie był 

zadowolony z jej pracy, z nagrania dźwięku lub z oświetlenia. Tym razem jednak nie powiedział 
nic.

- Co się dzieje, Tyl?
- Remmik mówi, że dostałaś jakąś wiadomość - odparł. - Nie chciał ci przerywać pracy, ale 

twierdzi, że nie jest w stanie zidentyfikować nadawcy ani prześledzić trasy.

- Co w niej jest? - Madhi nie miała wielu sekretów przed swoją załogą, mogli swobodnie 

słuchać wszystkich jej wiadomości. Stanowili jedną grupę i mieli jeden cel.

- Jest zaszyfrowana - odparł Tyl. - Musisz dać próbkę głosu, aby w ogóle ją odtworzyć.
Madhi zmarszczyła brwi.
- To bardzo ciekawe... - zastanowiła się. - No to chodźcie!
Wybiegła z pomieszczenia, które w czasie podróży służyło jej za studio, i udała się do 

kokpitu. Jej mała załoga podążyła za nią i stłoczyła się w ciasnej przestrzeni. Remmik podniósł 
wzrok, kiedy stanęła nad nim.

- Tyl mi powiedział - poinformowała go. Remmik skinął głową i wstał, przekazując jej 

kontrolki. Usiadła i wcisnęła przycisk. - Tu Madhi Vanndt, aktywuję rozpoznanie głosu. Proszę 
rozkodować wiadomość.

Czekała niecierpliwie. Nagle odezwał się głos:
- Witaj, Madhi Vaandt. Wiem, że dostałaś nasz ostatni list. Dziękuję, że zachowałaś 

milczenie w sprawie Lotu Wolności. Wprawdzie jesteśmy dumni z tego, co robimy, ale plotki już 
zapewne krążą, a my wolelibyśmy, żebyś ujawniła to, co wiesz, dopiero w chwili, którą sami 
wybierzemy.

Cała ekipa chichotała nerwowo. Madhi miała rozpromienioną minę.
- Kieruj się współrzędnymi, które za chwilę otrzymacie - mówił dalej głos. - Spotkam się 

tam z tobą. Masz być sama. Opowiem ci więcej o naszej misji oraz przekażę informacje, które z 
pewnością uznasz za korzystne.

- Sama? Ależ Madhi - odezwał się Shohta, opuszczając słowo „pani”, mogące sugerować, że 

reporterka jest jego właścicielką. - Nie podoba mi się to. To może być pułapka. Jestem pewien, że 
przez swoje raporty narobiłaś sobie sporo wrogów.

- Ja też jestem tego pewna - odparła. - Ale w tej wiadomości powołali się na swój list.
- Który również mógł napisać ktoś, kto chce cię zwabić w pułapkę - zauważył Chev. - 

Pomyśl o tym. Ostrzegano cię, abyś nikomu nie mówiła o Locie, dopóki ta tajemnicza, nieznajoma 
istota nie zdecyduje się z tobą porozmawiać.

Madhi spojrzała na niego. Losy Shohty sprawiły, że stał się nieufny. W czasie służby u 

Guumaka niewątpliwie widział wiele kłamstw i zdrady. Zresztą, uczciwie mówiąc, jego argumenty 
miały sens. Nie wykluczała, że to jej reportaże są odpowiedzialne za wzniecenie protestów na 
niektórych światach i że więcej niż kilka istot z przyjemnością zobaczyłoby ją martwą.

- Jest coś takiego, jak instynkt dziennikarski - odparła. - Niektórzy nazywają to nosem. Mój 

instynkt mówi mi, że oni mnie nie skrzywdzą. Bywałam już w sytuacjach gorszych od tej, Shohto. 
Naprawdę. Ale dziękuję ci za troskę. - Spojrzała na Remmika.

- Lećmy na to spotkanie - poleciła.

Miejsce, do którego ich wysłano, nie miało nawet nazwy. Księżyc nad planetą Vartos był 

właściwie kawałkiem skały z dala od szlaków, z cienką, ale zdatną do oddychania atmosferą. 
Wydawało się, że nie ma na nim żadnych lokalnych roślin ani zwierząt, podobnie jak wody. 
Miejsce, do którego ich skierowano, było niemal całkiem płaskie, tylko gdzieniegdzie krajobraz 
urozmaicały niewielkie formacje skalne.

Statek osiadł łagodnie, wzniecając chmurę pyłu. Na nocnym niebie świecił drugi księżyc i 

tarcza Vartos niczym para oczu. Madhi funkcjonowała tylko dzięki adrenalinie, nie spała dwie 

background image

doby. Jej zawód często rzucał ją w niebezpieczne miejsca, gdzie nie zawsze znajdowała ciepłą 
strawę, wygodne łóżko i osobiste bezpieczeństwo. A jednak, jak każdemu dziennikarzowi, myśl o 
zdobyciu dobrego materiału wynagradzała jej wszystko.

- Jesteś pewna, że nie chcesz wziąć urządzenia naprowadzającego albo rejestratora? - 

zapytał Tyl. Madhi energicznie pokręciła głową.

- Daj spokój, Tyl. Uważasz, że jestem Javisem Tyrrem? - Śmiech rozładował napięcie. - 

Wiesz, że kontakt kazał mi przyjść samej, więc chcę pokazać, że można mi ufać. Wezmę 
komunikator i rejestrator i na pewno zapytam o pozwolenie, zanim go włączę. Ja tak pracuję.

Tyl westchnął.
- Martwię się o ciebie, Madhi. Podejmujesz ogromne ryzyko.
Narzuciła na ramiona kamizelkę z mnóstwem kieszeni i podeszła do otwartego włazu. 

Zanim zeskoczyła, obejrzała się przez ramię z żartobliwym uśmieszkiem. - Tak się zdobywa dobry 
materiał, Tyl. Powinieneś już o tym wiedzieć.

I wyszła w noc, uzbrojona jedynie w pręt żarowy.
Blask księżyca i planety nieźle oświetlał teren, więc Madhi mogła iść szybko i pewnie. 

Współrzędne były bardzo szczegółowe i Madhi od razu się zorientowała, że miejscem spotkania 
jest jedna z kilku formacji skalnych, które zauważyła z góry. Zatrzymała się po jakichś piętnastu 
minutach marszu i obejrzała za siebie. Wciąż widziała światełka statku.

Ruszyła znowu naprzód, aż zatrzymała się w cieniu nawisu skalnego, który wyglądał jak 

połamane zęby. Nie widziała nikogo, nic nie słyszała, ale i tak wiedziała, że ktoś tam jest.

- Jestem sama, tak jak prosiłeś - powiedziała.
- Dziękuję - rozbrzmiał głos tuż nad jej uchem.
Mimo woli podskoczyła i obejrzała się za siebie. Tuż za nią stał Bothanin, ubrany w ciemny 

strój, o twarzy ukrytej pod kapturem. Odsunął go teraz i uśmiechnął się, błyskając białymi zębami 
w świetle księżyca.

- Musisz często robić takie rzeczy - zauważyła, dochodząc do siebie.
- Istotnie. - Ukłonił się lekko. - Ale ty radzisz sobie lepiej od innych.
- Podejrzewam, że to ty byłeś istotą, która dała mi list na Vinsoth - powiedziała, odzyskując 

profesjonalną równowagę. Wsunęła dłoń do kieszeni. - Mogę nagrywać naszą rozmowę?

- Myślałem, że już to robisz.
Pokręciła głową.
- Prowadzę wywiady, a nie wywiad - odparła.
- Podoba mi się to - odparł. - Możesz nagrywać, ale tylko do własnego użytku. Mój głos i 

twarz nie mogą się znaleźć na ekranie. Wiele istot mogłoby zginąć... i ja także.

Skinęła głową.
- Rozumiem. - Włączyła rejestrator. - A możesz mi podać swoje imię?
- Nie podam ci prawdziwego - odparł Bothanin. - Ale możesz mnie nazywać Blink (ang. - 

błysk, mgnienie).

- Dobrze, Blink. Jesteś członkiem Lotu Wolności, prawda? Jak długo istnieje organizacja?
- Formalnie? Od około sześciu lat. Nieoficjalnie pojedyncze osoby i niewielkie grupy 

pomagały niewolnikom w ucieczkach od czasów, kiedy pojawiła się instytucja niewolnictwa. 
Zawsze, kiedy ktoś uciskał i gnębił, ktoś inny uwalniał i karmił.

Piękne słowa, pomyślała Madhi. Szkoda, że sama ich nie wymyśliłam. Ten gość to 

urodzony przywódca.

- Opowiedz, jak działacie - poprosiła.
- To luźna organizacja - odparł Blink. - Każde ogniwo zna tylko kilka kolejnych. W ten 

sposób, jeśli ktoś z nas zostanie schwytany, nie może wiele zdradzić podczas tortur, nawet gdyby 
chciał.

- Spodziewacie się takiej sytuacji?
Jego oczy zabłysły w świetle.
- Niektóre kultury nie wahają się stosować tortur. Pomyśl, co my robimy, Madhi. Niektórzy 

uważają, że chcemy obalać rządy, niszczyć kultury, rujnować całe światy.

background image

- A ty w to wierzysz?
- Tak - odparł stanowczo ku jej zaskoczeniu. - Zmierzamy do ostatecznego i całkowitego 

wyeliminowania instytucji niewolnictwa. Zapewniam jednak, że nie dążymy do chaosu, lecz do 
nowego porządku, który później nastąpi. Porządku, który nadejdzie, kiedy wszystkie istoty będą 
mogły oddychać swobodnie. Wolimy oczywiście, żeby stało się to w sposób pokojowy. Wiesz o 
tym sama, skoro relacjonujesz nasze historie z taką pasją.

Zdała sobie sprawę, że to prawda. Była z tego dumna, ale jednocześnie wiedziała, że 

powinna zachować dziennikarską bezstronność. Skierowała rozmowę z powrotem na organizację.

- A gdybyś ty został schwytany, jak wielu uczestników ruchu mógłbyś zdradzić?
- Tylko czworo - odrzekł. Uśmiechnął się, znowu odsłaniając białe zęby. - Ale ja nie 

powiem nic.

- Wierzę ci - odparła z przekonaniem. - Korzystacie z terminologii lotniczej: trajektoria lotu, 

pilot, ładunek i tak dalej?

- Tak. W ten sposób jest bezpieczniej, gdyby nas ktoś przypadkiem podsłuchał. W 

dziewięćset dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na tysiąc, jeśli usłyszysz takie słowa w 
porcie kosmicznym, nie padają one z ust członków Lotu Wolności.

- Ale ten tysięczny raz może to być któryś z nich.
Skinął głową.
- Co sądzisz o sytuacji na Klatooine? Czy to także działanie Lotu? - pytała dalej Madhi.
Blink już miał odpowiedzieć, ale najpierw zastrzegł:
- Poza protokołem.
Madhi natychmiast wyłączyła rejestrator.
- Tylko dla moich uszu - odparła.
- Dla twoich pięknych uszu - uściślił Bothanin. Madhi zachichotała. - A więc nie. Stacjonują 

tam oczywiście nasi piloci i inne załogi Lotu, ale naruszenie Fontanny... uważamy to za odrażający 
czyn. Szanujemy zniewolone społeczeństwa, o których uwolnienie walczymy tak ciężko, więc 
staramy się nie uczynić nic, co mogłoby ich obrazić. Później być może powiemy prawdę, ale na 
razie chcemy wszystkim dać do myślenia. Niech się nas boją ci, którzy twierdzą, że zbyt wiele 
stracą przez obalenie niewolnictwa.

- Jak się skończy bunt na Klatooine?
- Przemoc to godna pożałowania metoda, ale w pewnych okolicznościach zrozumiała. 

Huttowie, Klatooinianie i Nikto muszą w końcu dojść do porozumienia, ale na własną rękę. 
Członkowie Lotu już opuszczają Klatooine, aby trafić tam, gdzie są potrzebne.

- To znaczy gdzie?
Blink zachichotał.
- To już musisz sama rozwiązać - odparł. - A ja muszę odejść. Dokąd się teraz wybierasz?
- Nie wiem, czy powinnam ci powiedzieć - odparła ostrożnie.
- Powiedziałbym, że na Klatooine. Ale to nie tam się rozegra najważniejsza historia. Na 

twoim miejscu udałbym się na Blaudu Sextus.

Madhi spojrzała na niego zmieszana.
- Nigdy o nim nie słyszałam.
- Sprawdź to - odparł i cofnął się, stapiając z cieniem rzucanym przez skały. - Chyba 

będziesz zadowolona.

ROZDZIAŁ 28

Na pokładzie „Cienia Jade"

- Mam dziwne uczucie - odezwał się Ben, kiedy powoli przepływali przez Otchłań, i lekko 

zmarszczył brwi.

background image

- To znaczy? - zapytał Luke.
- Jakbym... jakbym już kiedyś tu był!
- Gdybym nie był tak tolerancyjnym ojcem, wytargałbym cię za uszy - odparł Luke.
Ben wyszczerzył zęby.
- Ja to zrobię - zaofiarowała się Vestara.
- Spróbuj tylko - odparł chłopiec. Vestara uśmiechnęła się z udaną słodyczą, by w końcu 

szczerze zachichotać.

Przekomarzanie się kiepsko im szło, ale Luke nie psuł dzieciakom zabawy. Odkąd weszli w 

Otchłań, niewiele rozmawiali, a wszyscy, nie wyłączając jego, byli napięci jak struny. Nazwanie 
sojuszu z Sithami „niepokojącym” było klasycznym niedopowiedzeniem. Luke’owi nie podobał się 
brak łączności z prawie tuzinem sithańskich fregat i z „Łowcą Asteroid”.

Wymienili informacje. Każda grupa miała taką samą mapę gwiezdną obszaru, z 

wyznaczonym i opisanym kursem. „Łowca Asteroid” wisiał nad nimi jak paskudna kwoka nad 
kurczętami, gotów złapać „Cień Jade” lub którąkolwiek z fregat, gdyby wykazywała tendencję do 
dryfowania. Albo, jak Luke dyskretnie ostrzegł Lando, do oddalenia się we wrogich zamiarach.

Ponad nimi unosiły się bliźniacze czarne dziury, które zdaniem Bena wyglądały niepokojąco 

podobnie do pary ślepiów. Ben siedział w fotelu pilota, a Luke nie zamierzał zająć jego miejsca. 
Raz już chłopiec doskonale sobie poradził, przeprowadzając ich przez to miejsce, a jego ojciec 
wierzył, że potrafi zrobić to po raz drugi.

- Wszystkie wiatruny w szyku? - zapytał Luke.
- Obecne i odliczone. Jesteśmy na przodzie stada, a sądząc z tempa „Łowcy Asteroid”, 

pozostanie on nieco z tyłu, na wypadek gdyby ktoś zabłądził.

Luke skinął głową.
- No to jazda, synu.
Ben na chwilę zamknął oczy, oddychając równomiernie. Przy tym manewrze jego przyrządy 

były praktycznie bezużyteczne, Moc mogła się okazać o wiele bardziej niezawodnym 
przewodnikiem. Vestara niecierpliwiła się w fotelu.

Ben zaklął cicho.
Stang... Nie ma jej tu. Nigdy bym nie pomyślał, że będę szczęśliwy, czując tę mackę, ale 

dlaczego jej tu nie ma?

- Co masz na myśli? - zapytał Luke.
- Korzystałem już z Mocy, żeby przeprowadzić „Cień Jade” pomiędzy czarnymi dziurami 

przez stabilną strefę Jeden do Stacji Ujście. Czułem wtedy dziwne, mackowate stworzenie, które 
sięgało po mnie. Rozpoznałem je z czasów, kiedy mieszkałem w Otchłani jako dziecko. Było 
żarłoczne i chciało mnie znaleźć... a może zatrzymać przy sobie. A ja użyłem go jako liny, po której 
przeprowadziłem „Cień”.

- Ale teraz go tu nie ma - zauważył Luke. - Widocznie nie chce, abyśmy go wyczuli. Nie 

dziwi mnie, że tam macka jest zdolna tak dokładnie ukryć się w Mocy. Musi być potężna.

- No cóż, to mi nie ułatwia życia - uznał Ben. - Mogę spróbować, ale musisz wiedzieć, tato, 

że nie czuję się wcale pewnie, nawigując „Cieniem”. A co dopiero, gdybym miał poprowadzić całą 
flotę...

- To zrozumiałe - zgodził się Luke. - Daj, przejmę stery.
- Ja mogę poprowadzić - odezwała się nagle Vestara, zaskakując ich obu. - Znam drogę.
Luke i Ben spojrzeli po sobie.
- Dotarłaś na Dathomirę w zdezelowanym statku - zauważył Luke - i nie sądzę, abyś sobie 

dała radę z tym.

- Oczywiście, nie jestem tak dobra jak Ben czy ty, ale sporo potrafię. Szybko się uczę.
- Szybko się uczysz? - ocknął się Ben, nagle bardzo czujny. Luke też nadstawił uszu - czy 

miało to znaczyć, że przedtem nie była szkolona? Ale Vestara już zamilkła i odwróciła się w stronę 
konsoli.

- Jesteś bardzo silny Mocą, Mistrzu Luke - zauważyła.
- Dziękuję.

background image

- To nie komplement, po prostu właściwie oceniamy wro... sojuszników - poprawiła się. - 

Jednak ty masz największe szanse dowiezienia nas tam w jednym kawałku. Proszę o pozwolenie 
wyznaczenia kursu i przejęcia obowiązków drugiego pilota.

- To uczciwe postawienie sprawy - zgodził się Luke, zajmując miejsce pilota. Vestara 

rzuciła mu szybkie spojrzenie, jakby próbując odczytać jego myśli, po czym usiadła obok. Jej palce, 
długie i smukłe, zwinnie poruszały się po konsoli, jakby grała na jakimś instrumencie, a gładkie 
czoło zmarszczyło się w skupieniu.

- Proszę - powiedziała. - Oto jest...
Urwała.
Luke musiał się opanować, aby jego zaskoczenie nie rozległo się echem w Mocy. Gwiezdna 

mapa, którą wywołała, wyglądała dokładnie tak samo jak ta na Stacji Ujście, kiedy wszedł do sali z 
białymi szafami. Zobaczył wtedy obrazy holograficzne różnych miejsc, samej stacji i coś, co 
wydawało się kompletną mapą Otchłani.

W mapie Vestary była luka w kształcie półksiężyca. Kiedy Luke jej dotknął, z długiego 

pęknięcia w płaszczu czarnych gwiazd wyłoniła się pustka. Właśnie w tę pustkę, w ten półksiężyc 
zabierała ich Vestara. On sam i Ben też lecieli tą drogą, ale nie dotarli dość daleko, aby to zobaczyć. 
Pośrodku półksiężyca widniał świetlisty punkt - błękitna gwiazda.

Obraz uległ jednak zmianie od czasu, kiedy Luke widział go na Stacji Ujście. A sądząc z 

reakcji Vestary, ona też była zaskoczona. Wtedy półksiężyc wyglądał jak kilkudniowy nów. Teraz 
był to już półokrąg, jak w pierwszej kwadrze.

- Urósł - odezwała się zaskoczona Vestara. - Ten obszar - wskazała na ciemne półkole. Jest 

teraz większy, niż był.

- Widziałem mapę tego obszaru w Stacji Ujście, więc wiem, że masz rację - zgodził się 

Luke.

- Ta gwiazda jest słońcem w świecie Abeloth - ciągnęła Vestara, odzyskując równowagę. - 

Światło ma niebieskie, całkiem ładne. Tamten świat jest nieprzyjazny, dziwnie nienaturalny. 
Zwierzęta żywią się przy użyciu fotosyntezy, a rośliny na nie polują. - Uśmiechnęła się do Bena i 
Luke’a. - To naprawdę coś.

- A Abeloth wszystko kontroluje - podsumował Luke.
- Zgadza się.
- Świetnie - mruknął Ben.
Luke nie odpowiedział. Coraz bardziej był przekonany, że zadaniem Stacji Ujście było 

utrzymanie tej istoty w ryzach, otoczenie jej świata czarnymi dziurami, aby nie mogła uciec. Kiedy 
byli tam z Benem, stacja popadała w ruinę. Wydawało się teraz, że przez krótki okres ich 
nieobecności sytuacja zmieniła się na niekorzyść. Przestrzeń ograniczająca Abeloth niebezpiecznie 
się poszerzyła, a jaskrawoniebieska gwiazda płonęła jak wciągnięta na maszt flaga, wyzywając ich, 
aby przyszli ją pokonać.

Musimy to zrobić, pomyślał Luke.
- Prawdopodobnie napotkamy tam Statek - odezwała się Vestara, próbując podtrzymać 

rozmowę.

- Taaa - mruknął Ben - Prawdopodobnie.
Obejrzała się na niego przez ramię.
- Wiesz coś o Statku?
- Wiem, i to całkiem sporo. Pilotowałem go przez jakiś czas.
- Jestem pod wrażeniem - mruknęła. Próbowała przekazać informację o trasie do innych 

okrętów tej szczególnej floty. - Statek jest potężny. Wymaga silnej woli, aby nim sterować.

- Rozumiem, że tyją masz?
Odpowiedziała, nie patrząc na niego:
- Kiedy Statek przybył na naszą planetę, ze mną pierwszą się skontaktował.
Luke ukrył uśmieszek. Vestara była inteligentna, sprytna i zaskakująco silna Mocą. Ale nie 

umiała ukryć, że Ben się jej podoba, tak samo jak - niestety - ona jemu. Teraz usiłowała mu 
zaimponować, a przy okazji, przechwalając się swoim kontaktem ze Statkiem, ujawniła, że to ten 

background image

przedziwny pojazd przybył do nich, a nie na odwrót. Luke nie wiedział, czy to ma jakieś 
znaczenie... jeszcze nie, ale była to istotna część układanki, stanowiącej historię Zapomnianego 
Plemienia.

- Kiedy się zbliżyliśmy - ciągnęła Vestara - poczuliśmy także inną obecność. Była... zimna. 

I wnikała w człowieka. Była agresywna. - Obejrzała się przez ramię. - Jak... bo ja wiem? Może jak 
mroczna macka?

- Ty też to czułaś?
- To z pewnością Abeloth - zdecydował Luke. - Ciekawe, że podobnie ją odczuwają 

Sithowie i Jedi.

- Mam wrażenie, że macka to macka, nieważne, na kogo wpływa.
- Ale przez to odnalezienie jej staje się tym większym wyzwaniem - mruknął Luke. - Cóż, 

podobno wyzwania nas wzmacniają.

- Mówisz jak mój ojciec - zauważyła Vestara.
- Sith czy Jedi, zdaje się, że ojcowie korzystają z tego samego podręcznika - odparł Luke. - 

Dostaliście odpowiedź?

- Nie. Wątpię, czy informacja przeszła. Będą musieli po prostu się nas trzymać.
- Jestem pewien, że opowiedziałaś im o świecie Abeloth i wyjaśniłaś, jak go znaleźć.
Spojrzała na niego obojętnie, z chłodem w brązowych oczach.
- Oczywiście, że tak. Nie zrobiłbyś tego samego dla swoich Jedi?
- Pewnie, że bym zrobił. Miejmy zatem nadzieję, że nikt nie zabłądzi.

Luke zawsze kochał swojego syna. Ostatnimi laty Ben wyrósł na młodzieńca, którego ojciec 

nie tylko kochał, ale i szanował. Manewrując teraz „Cieniem Jade” przez Otchłań, drogą, która 
istotnie była „wąska i zdradliwa”, jak powiedział im Aing-Tii, docenił dobrą robotę, jaką wykonał 
Ben za pierwszym razem. Nawet z pomocą obecności Abeloth w Mocy, musiało to być trudne 
wyzwanie. Luke oczyścił umysł i skoncentrował się na Mocy. Podobnie jak za pierwszym razem 
główny ekran pokazywał tylko szum. Turbulencje wprawiały jacht w drżenie, choć opiekuńczy cień 
„Łowcy Asteroid” dawał stabilność, o jakiej Ben nie mógł nawet marzyć. Luke miał nadzieję, że 
pozostałe statki dają sobie radę z przelotem równie dobrze albo nawet lepiej niż „Cień Jade”.

Temperatura powłoki wzrosła, gdy weszli w strefę stabilną numer jeden. Gładko, ze 

zręcznością dowodzącą długiej praktyki, Luke zmniejszył prędkość statku. Wszystko szło tak 
dobrze, jak się spodziewał, a jednak coś było nie tak, inaczej niż za pierwszym razem. Oczywiście, 
obecność Abeloth była teraz ukryta, ale o tym Luke wiedział. Chodziło o coś innego...

I nagle zrozumiał.
Kiedy ostatnio lecieli tą drogą, obaj wyczuwali coś, co w pierwszym momencie wzięli za 

zbiorowy umysł roju. Dopiero później dowiedzieli się, że to Spijacze Umysłów, czy też Wędrowcy 
Umysłów, jak sami siebie nazywali, obecni na Stacji Ujście. Początkowo wydawali się bardziej 
przypominać Rój Killików niż pojedyncze istoty. Teraz jednak Luke nie wyczuwał nic. Czy 
Abeloth była tak potężna, że mogła ukryć w Mocy również ich obecność? Byli niewolnikami, więc 
nie było to niemożliwe.

Jedynego innego wytłumaczenia Luke nie chciał brać pod uwagę.
- Tato - odezwał się Ben. - Wędrowcy Umysłów... nie wyczuwam ich.
- Wiem. Ja też - odparł Luke. Kabinę wypełniło milczenie. Luke nadal przeszukiwał Moc 

zmysłami, usiłując odnaleźć jakiekolwiek oznaki życia na stacji, która teraz była już niezbyt 
odległa.

Nic nie znalazł, za to poczucie zagrożenia sprawiło, że włoski zjeżyły się mu na karku. 

Zanurkował natychmiast, zdając siebie, Bena i Vestarę na łaskę uprzęży awaryjnych. „Cień Jade” 
przemknął pod ogromną skałą, której nie było tu poprzednim razem, mijając ją zaledwie o kilka 
centymetrów.

- Mam złe przeczucia - mruknął Ben.
Luke włączył z powrotem czujniki nawigacyjne, a potem reflektory i od razu zrozumiał, 

background image

czemu nie wyczuwają śladu życia na Stacji Ujście.

Stacja Ujście już nie istniała.

ROZDZIAŁ 29

Wewnątrz Gromady Otchłani

Wielki, wirujący cylinder Stacji Ujście, otoczony przez tuzin połączonych z nim rur, zniknął 

z pola widzenia. Z ogromnej konstrukcji i istot, które na niej żyły - jeśli Wędrowców Umysłów 
można nazwać istotami - pozostały jedynie szczątki. Resztki białawych kopuł wisiały w lodowatej 
przestrzeni jak skorupki rozbitych jaj, otoczone drobniejszym złomem - pozostałościami różnych 
typów statków. Nie byli dość blisko, aby dostrzec ciała, ale na pewno też tam były.

Próbując opanować szok, Luke rozsyłał fale spokoju do całej reszty floty, a jednocześnie 

sprawnie manewrował „Cieniem”. Wyczuwał zdumienie i pretensje Sithów, całkiem jakby byli 
obrażeni, że cokolwiek ośmiela się stanąć im na drodze.

- Po prostu znikła - odezwał się cicho Ben. Stwierdził rzecz oczywistą, ale musiał przerwać 

milczenie.

- Nie wykrywam żadnych oznak życia - dodał Luke. - Cokolwiek się tu stało, dokonano 

całkowitego zniszczenia.

Vestara milczała. Ben obejrzał się na nią przez ramię.
- To chyba nie jest wasza sprawka, co?
Do tej pory dziewczyna, tak samo jak jej towarzysze, wytrzeszczała zdumione oczy; teraz 

prychnęła pogardliwie.

- Jasne. To ja podłożyłam bombę, która rozerwała na strzępy całą stację. A potem nie 

zdołałam uciec przed dwójką Jedi. Jak ci się to podoba?

Ben się zaczerwienił.
- Przepraszam. Jestem tylko... no wiesz, w lekkim szoku.
Trochę złagodniała.
- Tak, wiem, ja też. Wydawało mi się, że to raczej Jedi stosują takie metody: niszczą 

wytwory techniki, aby nie trafiły w ręce złych ludzi.

- Zapewniam cię, że nie chcielibyśmy jej zniszczyć - zaperzył się Ben. Luke rzucił mu 

ostrzegawcze spojrzenie.

- A niby dlaczego? - zapytała Vestara.
Luke kątem oka pochwycił błysk światła.
- Niech to - mruknął. - Kto z waszych Sithów jest na tyle głupi, żeby się zapuszczać w ten 

śmietnik?

Dwie fregaty Chasemaster postanowiły widocznie zignorować jedyne rozsądne rozwiązanie 

i ruszyły przed siebie z prędkością o wiele za dużą, aby przebić się bezkolizyjnie przez pole 
szczątków. Niefortunny dowódca miał pewnie nadzieję, że nabije sobie punkty u Taalona, zbierając 
informacje, a może nawet przechwytując jakieś ciało. Śmiałe, ale szalone posunięcie. Luke, Ben i 
Vestara przyglądali się teraz, jak fregata poniewczasie, zauważywszy swój błąd, próbuje uniknąć 
kolizji.

W tym momencie do akcji, najszybciej jak mógł, ale i tak o wiele za wolno, wkroczył 

ogromny, ciemny obiekt. Luke przechwycił silną falę determinacji, gdy „Łowca Asteroid” 
uruchomił potężny promień ściągający, próbując zagarnąć nim jednocześnie obie fregaty.

Jedna z nich zwolniła i zatrzymała się. Druga także zwolniła, ale nie dość, i nie zdołała 

uniknąć przeznaczenia. Ben, Vestara i Luke nie odwrócili wzroku przed nagłym rozbłyskiem 
światła. Luke poczuł, jak tuzin istnień na fregacie zgasł - jedne natychmiast, inne po chwili.

- Co za marnotrawstwo - mruknął. - Bezużyteczne poświęcenie. Tylko szczątków przybyło.
Wyczuł szybko ukrytą falę gniewu Vestary.

background image

- Można by się po Jedi spodziewać więcej współczucia - zauważyła.
- Współczucie jest dla tych, którzy na nie zasługują - odparł.
- Zdaje się, że Lando zdołał ściągnąć przynajmniej jedną - wtrącił Ben, zanim Vestara 

zdążyła odpowiedzieć. - Jestem pewien, że dla załogi tej fregaty „Łowca Asteroid” jest teraz 
najwspanialszym statkiem w galaktyce.

„Łowca Asteroid” odholował ocalony statek na bezpieczną odległość. Teraz pracowicie 

przemieścił się z powrotem w kierunku szczątków, które stały się zgubą drugiego Chasemastera, 
wysunął teleskopowe łapy stabilizacyjne i zanurzył je głęboko w szczątkach, które kiedyś były 
stacją, a może statkiem. Trudno powiedzieć.

- To wina Abeloth - szepnęła Vestara, przerywając milczenie.
- Myślisz, że ona mogła to zrobić? - zapytał Luke.
Wzruszyła ramionami.
- Ma wielką potęgę i jest bardzo silna Mocą. Ale Otchłań jest taka ogromna, że mógł to 

zrobić ktoś inny.

Istniała taka możliwość, nawet Ben musiał to przyznać. Nikt dokładnie nie wiedział, co się 

kryje w tej gigantycznej gromadzie. Kiedyś pomieściła Schronisko i kolonię Daali, gdzie pani 
admirał ukrywała się przez wiele lat, odbudowując swoją flotę. Żadna z tych organizacji nie miała 
pojęcia o istnieniu drugiej.

Ale Ben nie bardzo wierzył w zbiegi okoliczności.
- Szkoda - odezwała się Vestara - że straciliśmy okazję dokładniejszego zbadania stacji.
- Żałuję tylko tych istot, które zostały zniszczone - cicho odparł Luke. - Trudno zliczyć, ile 

istnień zginęło w tym... incydencie.

„Łowca Asteroid” Landa oczyszczał właśnie szlak przez szczątki. Poruszał się powoli, ale 

skutecznie i po kilku chwilach Luke uznał, że można bezpiecznie ruszyć naprzód.

- Ciekawe, ile czasu zajmie oczyszczenie tego pola - zastanawiała się głośno Vestara. - Moi 

ludzie się niecierpliwią.

Luke spojrzał na nią zezem i bez słowa pokazał palcem na wrak fregaty Chasemaster.
Dziewczyna zamilkła.

Luke upewnił się teraz, że Stacja Ujście została zaprojektowana po to, aby unieszkodliwić 

Abeloth, tę istotę niewyobrażalnie starą i bardzo niebezpieczną, jak twierdziła jego ukochana Mara. 
Szaleństwem byłoby uważać, że on i Ben zdołają się do niej zbliżyć tylko we dwóch. Chociaż 
zapewniał Sithów, że chce tylko z nią porozmawiać, zrozumieć jej postępowanie, to nie mógł tam 
być mile widziany. Patrząc na chaos przed sobą, uznał, że mogą zostać rozdeptani jak owady.

Vestara mówiła im już to i owo o Abeloth, ale Luke chciał wiedzieć więcej.
- Zdaje się, że mamy mnóstwo czasu do zabicia - odezwał się do Vestary. - Opowiedz mi o 

Abeloth.

Spojrzała na niego czujnie.
- Wiesz już wszystko, co wiedzą moi ludzie.
- No to powiedz nam coś, czego nie powiedziałaś im. Powiedz, jak się przy niej czułaś. I 

jaka ona jest.

Brązowe oczy dziewczyny zwęziły się w szparki.
- Nie złość się, Ves - odezwał się Ben, a Luke się zastanowił, czy jego syn zauważył, że 

nazwał dziewczynę zdrobniałym imieniem. - Wiesz, że tylko dlatego nie powiedziałaś więcej 
Sithom, bo nie miałaś możliwości. Siedzimy w tym razem... i w końcu to wasz Arcylord 
zaproponował ten sojusz.

Vestara skinęła głową. Może to logika ją przekonała, a może Ben.
- Abeloth... uderza w ciebie emocjonalnie. Wiem, że wy, Jedi, tego nie lubicie.
- Przeciwnie - odrzekł Luke. - Uczą nas ufać swoim uczuciom.
- Naprawdę? To interesujące. Abeloth... - zawahała się na moment, po czym zaczęła mówić 

z większą szczerością niż kiedykolwiek: - Jej świat, jak już wam mówiłam, jest nienaturalny. I 

background image

ogromnie niebezpieczny. Straciliśmy tam wielu naszych. A kiedy ją znaleźliśmy... fakt, że nie 
musieliśmy już nieustannie uważać na wszystko, co nas otacza, był tak wielką ulgą, że byliśmy 
wdzięczni za samą jej obecność. I była piękna... z początku. Była... zniewalająca. Tak, myślę, że to 
dobre słowo.

- Fizycznie piękna? - zapytał Luke.
- Nie tylko. Nie mogłeś oderwać od niej wzroku, niezależnie od tego, jaką postać przybrała. 

Pragnąłeś tylko patrzeć na nią, być przy niej. To było jak narkotyk.

Luke i Ben wymienili spojrzenia.
- Więc zmieniała wygląd?
- Z dnia na dzień, a także zależnie od tego, kto był w pobliżu - odparła Vestara. - Zwykle 

jednak wyglądała mniej więcej jak człowiek. Raz miała jasne włosy, kiedy indziej ciemne, krótkie 
albo długie. Rysy twarzy jej się zmieniały, kolor oczu także. Aż do chwili... - zawiesiła głos. - Aż 
do chwili, kiedy zobaczyłam ją naprawdę.

Ben pochylił się do przodu.
- Jak to było?
- Mówiłam już, że każdy słucha Abeloth. Chcieliśmy być przy niej... ponieważ dzięki niej 

byliśmy bezpieczni. W pewnym momencie jednak rośliny zaatakowały lady Rheę, choć Abeloth 
była blisko. Pozwoliła im. Wtedy zrozumiałam, że zostaliśmy zdradzeni, a kiedy ją zobaczyłam 
następnym razem...

Vestara zawsze panowała nad sobą. Była Sithem, członkiem Plemienia. Musiała więc umieć 

panować nad sobą. Teraz jednak Luke zauważył, że lekko pobladła. A kiedy znów przemówiła, jej 
głos drżał lekko.

- Miała długie, żółte włosy, spływające aż do ziemi. Małe oczka, głęboko osadzone w 

ciemnych oczodołach... wyglądały jak czarne gwiazdy. A usta sięgały dosłownie od ucha do ucha. 
Jej krótkie, zniekształcone ręce miały wijące się macki zamiast palców. Była ohydna.

Luke skinął głową.
- Nadal jest - powiedział. - Widziałem ją.
- I nie uznałeś za stosowne nam o tym powiedzieć? Kiedy się na nią natknąłeś? - wybuchnął 

Ben.

- Nie było to właściwie spotkanie - odparł jego ojciec - ale coś w rodzaju duchowej wizyty. 

Ludzie na Stacji Ujście nauczyli mnie techniki zwanej Wędrówką Umysłu. Można przy tym 
opuścić fizyczne ciało i udać się gdzie indziej. Zaczynam teraz sądzić, że miejsca, które 
odwiedziłem, istnieją naprawdę. Z pewnością istnieje Abeloth. A także... inne rzeczy.

- Opuszczanie ciała... - szepnęła Vestara. - Te wszystkie żywe trupy... one też to robiły, 

prawda?

Luke potwierdził.
- To podobno bardzo wciągające. Większość z nich nie chce wracać.
- I widziałeś ją? Podczas Wędrówki Umysłu?
- Doskonale ją opisałaś.
- No cóż - odparła ze sztuczną wesołością. - Przynajmniej we trójkę rozpoznamy ją od razu, 

jak tylko zobaczymy.

Weszli na orbitę wokół planety Abeloth, oczekując ataku w każdej chwili. Nic się nie 

wydarzyło, ale martwiło to Bena bardziej niż otwarty atak.

- Wciąż jej nie wyczuwam - poskarżył się Luke. - Chyba się ukrywa.
- Jak pajęczyca w sieci, czekająca, aż muchy same do niej przylecą - mruknął Ben. - I nagle 

poczuł nową obecność. Nie Abeloth, ale... coś znajomego.

Statek.
Oczy Vestary rozszerzyły się w tej samej chwili, a na jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. 

Ben zdumiał się, że dziewczyna może żywić takie uczucia do statku szkoleniowego Sithów.

- To Statek - wyjaśnił ojcu. - Jest tutaj.

background image

Zmarszczył brwi, usiłując nazwać to, co wyczuwał w sferze medytacyjnej Sithów.
Oczekiwał, że Statek będzie przepełniony złą radością. Służył Abeloth, która najwyraźniej 

miała potężne możliwości korzystania z energii Ciemnej Strony. Statek został zaprojektowany tak, 
aby wyczuwać silne osobowości i słuchać ich. Był stworzony, aby służyć Sithom, więc 
prawdopodobnie chętnie by się poddał Abeloth. A jednak Ben wyczuwał...

- Statek jest w rozpaczy - mruknął. - Jest... zagubiony.
Vestara wbiła w niego wzrok, ale nie umiał odczytać wyrazu jej twarzy.
- Wyjaśnij to - zażądał Luke.
- Trudno powiedzieć, ale... wydaje mi się, że nie podoba mu się zanadto służba u Abeloth.
- Próbowała go wykorzystać przeciwko nam - powiedziała Vestara. - Abeloth nastawiła 

Statek przeciwko Sithom, istotom, które go stworzyły i którym miał służyć. Nie może wykonać 
zadania, nie zdradzając drugiej strony, i to sprawia mu cierpienie.

Ben prychnął z rozbawieniem.
- Sfera medytacyjna Ciemnej Strony ma sumienie - mruknął. - Kto by pomyślał?
Statek przypomniał Benowi, że jest bardzo skomplikowanym pojazdem, i Ben musiał się z 

tym zgodzić.

- Powinniśmy więc przygotować się na to, że z radością nas zaatakuje, Benie - zauważył 

Luke. - Jesteśmy jedynym celem, który może mu wskazać Abeloth, tak żeby nie odczuł 
najmniejszego dyskomfortu.

Ben się z nim zgodził.
- Tak samo byłoby z Jainą i Lando - dodał.
- Gdybyśmy mogli jakoś uwolnić go od woli Abeloth, stałby się potężnym sojusznikiem - 

zastanowiła się Vestara. - Wiem, że mnie lubi i że nie chciałby wyrządzić krzywdy ani mnie, ani 
Plemieniu. Ale sam nie może się sprzeciwić.

- To możliwe - odrzekł Luke. - Ale wszystko przed nami. Na razie cieszę się, że do nas nie 

strzela. Czas ruszyć na planetę i zobaczyć, co się tam dzieje.

Ben zajmował fotel drugiego pilota. Wciąż nie było żadnej łączności z Sithami na fregatach, 

więc czekali, aż wszyscy zbiorą się na orbicie. Każda z fregat otworzyła luki, wypuszczając po dwa 
dobrze uzbrojone pojazdy atmosferyczne, bez wątpienia po dach załadowane Sithami.

Stang - mruknął Ben. - Będziemy musieli wylądować „Cieniem”, prawda?
- Tak. A w czym problem?
- Chodzi o Dyona - odparła Vestara, jakby czytając w myślach Bena.
- No właśnie. Abeloth może próbować go uwolnić.
Luke obejrzał się na monitor.
- Jest przytomny, choć wciąż pod wpływem narkotyku.
- Sprawdzę, co z nim, zanim wy dwaj posadzicie „Cień” - zaproponowała Vestara.
- Daj mu jeszcze jedną dawkę - zawołał za nią Luke.

Narkotyk krążył w jego żyłach. Dyon Stadd wyczuwał to, był tego świadom, choć jakimś 

zakątkiem umysłu wiedział, że nie powinien. Czuł, że narkotyk zaćmiewa mu umysł, spowalnia 
ciało, czyniąc go niewolnikiem fizycznych potrzeb tak samo, jak kajdanki ogłuszające zniewalały 
go tu, w przedziale medycznym.

Jednak to nie wystarczyło, aby odciąć jej wpływ.
Łzy spływały mu spod przymkniętych powiek, kiedy daremnie i bezsensownie zmagał się z 

więzami, a serce bolało, jakby ściskała je niewidzialna dłoń.

Chodź do mnie. Wróć do domu - wzywała.
Z piersi Dyona wyrwał się zdławiony szloch. Nie można dopuścić, żeby tamci pomyśleli, że 

go złamali. Gdyby mógł, z radością by im wykrzyczał w twarze, te doskonałe kopie prawdziwych 
twarzy, że to nie oni go złamali. Właściwie nikt go nie złamał. W istocie wiedział od dawna, co się 
dzieje. Odkrył prawdę. A teraz dotarł tutaj, żeby znaleźć zrozumienie i siłę do stawienia oporu.

Znał ją, a jednocześnie nie znał. Wiedział tylko, że była miła, dobra i wyrozumiała, i jakimś 

background image

cudem znała wszystkie odpowiedzi, których szukał.

Jesteś prawdziwy, Dyonie. Są jeszcze inni. Nie jesteś sam. Chodź do mnie.
A więc nie jest sam.
Otworzył szeroko czerwone od płaczu, ale bystre oczy. Patrzył na dziewczynę Sithów - a 

raczej tego, kto przebrał się za dziewczynę Sithów - i milczał. Czekał, aż ona przemówi.

- Woła cię teraz, prawda? Abeloth cię woła?
Nie odpowiedział.
Pochyliła się nad nim. Jej twarz, słodka i niewinna, bez wątpienia była równie doskonałą 

repliką prawdziwej Vestary, jak ten obcy - prawdziwego Wielkiego Mistrza Jedi. Dziewczyna 
zmarszczyła brwi w zadumie.

- Wiem, że według ciebie wszyscy jesteśmy oszustami - powiedziała cicho. - Wiem, że Ben 

i Luke powtarzają ci, że się mylisz, że jesteś szalony. I wiem, że ty tak nie uważasz.

Dyon Stadd się nie odezwał. Uznał, że to jeszcze jedna sztuczka.
Dziewczyna uśmiechnęła się trochę smutno.
- Prawdziwa Vestara próbowałaby cię oszukać. W końcu była Sithanką.
Zmrużył oczy.
- A ty stoisz nade mną i twierdzisz, że nie jesteś Vestarą. - To nie było pytanie, tylko 

stwierdzenie.

Skinęła powoli głową, nie spuszczając z niego spojrzenia brązowych oczu.
- Wiesz, że oszuści, którzy zajęli miejsce Luke’a i Bena, są twoimi wrogami. Ja też udaję 

przed nimi, ale są i tacy, którzy w tajemnicy im się sprzeciwiają. Pomyśl o tym. Czy uważasz, że 
Sithowie i Jedi naprawdę mogliby cokolwiek wspólnie uzgodnić?

- Ale ty nie jesteś tak naprawdę Sithem.
- Nie. Ale jestem jedną z tych, którzy sprzeciwiają się fałszywym Jedi. I próbuję z nimi 

walczyć. Jak my wszyscy, ci, którzy postanowili wejść w rolę Sithów.

Zamrugał szybko. Czuł krążący w jego ciele narkotyk, przez który miał wrażenie, jakby w 

żyłach zamiast krwi płynął gęsty miód. Oszuści opanowali wszystkich. Dlaczego „dobrzy” mieliby 
wcielać się w Sithów, a „źli” w Jedi? Wszyscy byli jednakowi.

- Wszyscy jesteście oszustami - podsumował. - Wszyscy jesteście wrogami. Nie mam 

powodu, żeby ci wierzyć, za to mam wiele powodów, aby uważać, że próbujesz mnie oszukać.

Uśmiechnęła się.
- Sprytny jesteś, Dyonie Stadd. Nawet otumaniony narkotykiem, dalej jesteś sprytny. Ale 

pomyśl: co ja mam do zyskania? I tak jesteś zamknięty. Co by mi dało oszukiwanie ciebie?

Zmarszczył brwi, bo nie mógł niczego wymyślić. Ale był pewien, że jest odpowiedź.
Przysunęła się bliżej. W jednej dłoni miała strzykawkę, napełnioną jasnobłękitną cieczą. 

Druga zaciskała się na czymś, czego nie mógł dostrzec.

- Ci z nas, którzy są Sithami... trzymają stronę Abeloth - szepnęła. - A Abeloth dokładnie 

wie, co się dzieje i jak to powstrzymać.

Dyon przestał na chwilę oddychać. Skąd ona...
- Pomyśl o tym, Dyonie. Wiem, że to trudne, kiedy się ma narkotyk we krwi, ale pomyśl. Z 

kim sprzymierzają się Sithowie? Komu służy Statek?

- Abeloth - wyszeptał Dyon. Wszystko źle, okropnie nie w porządku. Fałszywi Jedi są źli, a 

fałszywi Sithowie dobrzy? Było to sprzeczne ze wszystkim, w co nauczono go wierzyć i w co 
zawsze wierzył. Ale z drugiej strony... od pojawienia się Innych nic nie było takie samo.

- Pomyśl o Statku - szepnęła Vestara.
- Czym jest Statek?
- To pojazd szkoleniowy Sithów. I jest tutaj... chroniąc Abeloth. Nie jest fałszywy, nie został 

zamieniony, to tylko statek. I służy Abeloth.

Zimna i jasna myśl przeszyła mu mózg. Jeśli Statek był pojazdem szkoleniowym Sithów, 

musiał służyć Ciemnej Stronie. A jeśli dawniej służył Ciemnej Stronie, teraz zaś Abeloth, to 
znaczy, że Abeloth...

W jego skroniach eksplodował rozżarzony do białości ból. Poderwał się i opadł w więzach. 

background image

o czym myślał? Właśnie coś przyszło mu do głowy, jakiś pomysł, ale ulotnił się nagle. Narkotyk 
nie pozwalał mu zatrzymać żadnej myśli. A to musiało być coś ważnego, coś, co pomogłoby mu 
zrozumieć, co się dzieje.

Na jego twarz padł cień. To była nie-Vestara, dobry fałszywy Sith. Patrzył na nią w 

milczeniu, dygocząc z bólu, który nie chciał odejść. Uklękła przy nim i pochyliła się tak, że jej 
twarz znajdowała się w odległości kilku centymetrów.

- Abeloth cię wzywa - szepnęła. - A my... istoty, które zastąpiły Sithów, stoimy po twojej 

stronie. Możesz nas do niej doprowadzić?

Skinął głową, wywołując kolejną falę bólu.
- Mogę - wychrypiał.
- A zrobisz to? i znów jasna, ostra myśl zaczęła wciskać się w jego mózg, ale została 

odepchnięta i bezlitośnie zmiażdżona.

- Tak.
Uśmiechnęła się słodko i ogarnęła go ciepłym spojrzeniem.
- Mam lek, który usunie narkotyk z twojego organizmu - powiedziała. - Ale najpierw... czas 

oszukać fałszywych Jedi.

Podeszła do monitora i przesunęła nad nim ręką. Dyon obserwował, jak wskaźniki, które 

przedstawiały aktywność jego mózgu, zwalniają. Nie-Vestara uśmiechnęła się znowu.

- Teraz Luke będzie myślał, że dałam ci kolejną dawkę narkotyku, aby cię uspokoić, a nie 

antidotum.

Podeszła do łóżka i przycisnęła igłę do jego skóry. Poczuł, jak ją przebija, wywołując 

gorące uczucie bólu. Przez chwilę zastanawiał się, czy na pewno dobrze robi, wierząc jej; to mógł 
być fatalny moment słabości, a ta igła - sposobem na zadanie mu śmierci. Jednak w kilka uderzeń 
serca później poczuł, jak oszołomienie opuszcza jego umysł niczym mgła parująca w gorącym 
słońcu. Zamrugał zaskoczony.

Dotrzymała słowa.
- Wkrótce wrócę. A wtedy odepnę ci kajdanki ogłuszające.
- Nie - zaprotestował. - Rozkuj mnie teraz, muszę do niej iść!
- Pójdziesz - obiecała nie-Vestara. - Ale nie od razu. Teraz musisz nadal udawać 

nieprzytomnego, jeśli Luke i Ben przypadkiem tu wejdą. A kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, 
uwolnię cię. Jeśli mnie jednak zdradzisz, jeśli ujawnisz, że ci pomogłam, wszystko przepadnie. 
Rozumiesz?

Powoli pokiwał głową.
~ Obiecujesz, że wrócisz?
- Obiecuję. - Uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, odwróciła się i wyszła. Dyon Stadd 

pozostał sam. Przymknął oczy.

Pomogła mu. I dalej będzie mu pomagać.
Bo jednak... wydaje się, że Sithowie zawsze dotrzymywali słowa.

ROZDZIAŁ 30

Planeta Abeloth. We wnętrzu Otchłani

- To było prawdziwe - szepnął Ben, kiedy podchodzili do lądowania. - Naprawdę 

widzieliśmy wszystko przy okazji Wędrówki Umysłów. Spójrz na to miejsce.

Luke skinął głową. Okolica była skąpana w świetle pozornie zimnej, błękitnej gwiazdy, 

która temu światu służyła za słońce. Pod nimi widniał krater wulkanu, a jeszcze niżej, przesłonięta 
smużkami dymu unoszącymi się z wulkanu, niczym szkarłatny wąż wiła się karmazynowa rzeka.

Vestara doprowadziła ich tam, gdzie najpierw wylądowali Sithowie. Po drodze wyminęli 

uzbrojony krążownik, tkwiący na orbicie.

background image

- To „Niestrudzony Pogromca” - poinformowała Vestara. - Statek, który nas tu przywiózł.
Ben zagwizdał cicho i z podziwem.
- Dlaczego go zostawiliście i udaliście się Statkiem do Stacji Ujście?
Vestara nie odpowiedziała.
Ben westchnął i pokręcił głową.
- W porządku, zachowaj swoje tajemnice. Znajdź nam tylko bezpieczne miejsce do 

lądowania.

- Tutaj to raczej eufemistyczne określenie - odparła. Spojrzała mu przez ramię i dodała: - 

Znam to miejsce. Tu właśnie po raz pierwszy spotkaliśmy Abeloth. Wyląduj na plaży, przynajmniej 
będę znała układ terenu.

Opadali powoli, kierując się na pas błękitnego piasku, który wskazała im Vestara.
- Widzicie tę jaskinię? - pokazała. - Jakiś kilometr nad podstawą wulkanu? Tam ją 

znaleźliśmy.

- O, super... zapukamy do jej drzwi w kilka minut od lądowania - mruknął Ben.
- Niekoniecznie - sprzeciwił się Luke. - Nigdy jej tu nie widziałem podczas Wędrówki 

Umysłów. Może być wszędzie. Ale to równie dobre miejsce, żeby zacząć, jak każde inne.

Zmarszczył brwi, jakby coś nagle przyszło mu do głowy.
- Co jest? - zapytał Ben.
- Może istnieje lepsze miejsce... ale na razie wylądujmy tutaj i spotkajmy się z Taalonem.
Luke sprowadził „Cień Jade” do łagodnego lądowania na błękitnym piasku. Kilka statków 

Sithów zdołało wylądować tuż obok, inne musiały sobie znaleźć dogodne miejsce.

Rozpalone powietrze uderzyło Bena niemal fizycznie, kiedy wraz z Vestarą i Lukiem zeszli 

na piasek. Vestara dostała z powrotem swój miecz świetlny - włączyła go teraz i rozejrzała się 
wokoło. Czerwony promień ostrza wydawał się fioletowy w niebieskim świetle; chyba świecił 
jaśniej niż miecze Luke’a i Bena.

Dziewczyna wbiła wzrok w wysokie paprocie, rosnące gęsto nad brzegiem, i Luke ujrzał 

nagle, jak rzuca się ku nim, odcinając wystające liście. Rośliny zwinęły się jakby z bólu i cofnęły, 
ociekając sokami jak krwią z odciętych łodyg.

Stang - mruknął Ben. - Te rośliny są naprawdę mięsożerne.
- Przecież Vestara wam o tym powiedziała, prawda? - rozległ się melodyjny, arogancki głos. 

Szedł ku nim Gavar Khai, również z zapalonym mieczem. Towarzyszyli mu Arcylord Sarasu 
Taalon i kobieta imieniem Keshiri, smukła i śliczna, o krótkich włosach okalających idealnie piękną 
twarz. - Myślisz, że mogłaby się pomylić w takiej sprawie?

- Wiedziałem, że się nie pomyliła - odparł Luke. - Myślałem, że kłamie.
Gavar Khai nie wydawał się obrażony taką opinią o córce.
- Powiedziała nam także, że Abeloth widziano po raz pierwszy w tym miejscu - dodał Luke. 

Wskazał wylot jaskini, malutki, wielkości paznokcia ciemny owal u stóp wulkanu. - Ale jestem 
prawie pewien, że jej tam nie ma. - Skinął głową Taalonowi. - Miło cię wreszcie poznać, 
Arcylordzie Taalonie.

- I ciebie, Wielki Mistrzu Skywalkerze. A to kapitan Leeha Faal.
Luke zdawkowo skinął jej głową. Ben pamiętał to nazwisko - to była właśnie ta kobieta, 

która radośnie porzuciła swoich towarzyszy, kiedy zostali przyłapani na zbezczeszczeniu Fontanny. 
Cudownie.

- Teraz, kiedy wymieniliśmy uprzejmości, muszę pomyśleć, jak działać dalej - odezwał się 

Luke.

Ben ze złośliwą satysfakcją obserwował, jak Arcylord staje jak wryty i usiłuje się uspokoić.
- Jestem otwarty na propozycje - powiedział w końcu. - Jednak wydaje mi się, że jeśli 

Vestara wie, iż ta jaskinia jest miejscem, które odwiedza Abeloth, powinniśmy ją zbadać.

- Zgadzam się, ale najpierw przeszukajmy teren.
- Strata czasu i zasobów - ostro odparł Taalon; jego cierpliwość wyraźnie była na 

wyczerpaniu.

- Nie zgadzam się. Nie musielibyśmy nawet w tym celu opuszczać statków.

background image

- Wiesz tak samo dobrze jak ja, że czujniki są tu bezużyteczne!
- Nie myślałem o czujnikach. Myślałem o Wędrówce Umysłu.
Ben ostro spojrzał na ojca, Vestara wytrzeszczyła oczy. Pozostali Sithowie patrzyli tępo na 

Luke’a.

- To technika, której nauczyli mnie Jedi na Stacji Ujście. - ciągnął Luke. - Potrafili 

opuszczać swoje ciała i...

- Widziałam, co Wędrówki Umysłu z nimi zrobiły na Stacji - warknęła Vestara. - Możesz do 

nich dołączyć, jeśli chcesz, ale, radzę ci, Arcylordzie, żeby nikt z Sithów tego nie próbował.

Luke spojrzał na nią krzywo.
- Stali się tacy dopiero po wielokrotnym praktykowaniu tej metody. Myślę też, że byli 

manipulowani przez Abeloth. Wędrówka Umysłów jest kusząca, ale wydaje mi się, że wszyscy 
tutaj mamy dość silnej woli, żeby nie dać się uwieść.

- To ich prawie zabiło. Widzieliśmy, co z nich zostało - protestowała Vestara. - Puste 

skorupy, które...

- Vestaro - ostro zganił ją Gavar Khai.
Vestara skłoniła się przed ojcem.
- Wybacz, ojcze, ale uważam, że propozycja mistrza Skywalkera jest niebezpieczna.
- Oczywiście, że jest - przyznał Luke. - Ale równie niebezpieczne jest kręcenie się w kółko 

w nadziei, że gdzieś natkniemy się na Abeloth. Wolałbym, żebyśmy ją namierzyli, zanim ona 
namierzy nas.

Taalon zamyślił się na chwilę.
- Muszę się dowiedzieć czegoś więcej o tej Wędrówce Umysłu, zanim się zgodzę.
Luke zgodził się i wyjaśnił całą procedurę, podkreślając konieczność monitorowania ich ze 

strony osób, które pozostaną. Ben słuchał z roztargnieniem, sondując Moc zmysłami i nie 
spuszczając oka z żarłocznej, drapieżnej roślinności.

- Kiedy z Benem zastosowaliśmy Wędrówkę po raz pierwszy, odwiedziliśmy wiele miejsc. 

Nie byłem pewien, czy to prawdziwe, fizyczne miejsca, ale teraz już wiem. W pewnym momencie 
spotkaliśmy Abeloth... próbowała mnie zmusić, żebym się zbliżył. Cieszę się, że tego nie zrobiłem, 
bo w tamtej... przestrzeni mogła być silniejsza. Teraz jednak, kiedy rozumiem, jak działa 
Wędrówka Umysłu, uważam, że w ten sposób moglibyśmy dowiedzieć się, gdzie jest Abeloth, nie 
ryzykując życia w czasie przypadkowych poszukiwań. Zagrożenie, jakie stanowi obszar Poza 
Cieniami, jest realne. Ale pamiętajcie, że to bardzo przyjemne doświadczenie. Będzie was kusiło, 
aby tam pozostać, tylko że oznaczałoby to śmierć.

- Każdy, kto zginie, zasłużył na swój los - warknął Taalon. - Zostawię tu każdego, kto nie 

będzie dość silny, aby oprzeć się urokowi tego miejsca.

Luke nic nie odpowiedział. Nie był pewien, czy zabranie mniejszej liczby Sithów to dobrze, 

czy źle. Abeloth była potężna i bardzo niebezpieczna. Mogą potrzebować każdej pary rąk.

- Nie obawiaj się, dowódco - odezwał się Khai. - Wybrałeś do tej misji tylko najsilniejszych 

i najpotężniejszych Sithów. Nikt cię nie zawiedzie.

- Teraz także wybiorę najsilniejszych i najpotężniejszych Sithów, aby mi towarzyszyli - 

rzekł Taalon. - Khai, ty i Faal będziecie mi towarzyszyć.

Luke zauważył troskę, jaka pojawiła się na twarzy Vestary... a także mściwy, triumfalny 

uśmiech na ustach Khaia. Spojrzał na syna, który miał zrezygnowaną minę.

- Wiesz, o co zamierzam cię poprosić - odezwał się łagodnie.
- Chcesz, żebym tu został i miał oko na ciebie, w razie gdyby się coś działo.
- To prawda - zgodził się Luke i wskazał głową Vestarę. - I żebyś ją miał na oku.
Nie dodał: „To nie powinno być dla ciebie szczególnie trudne”.
Vestara wzniosła oczy ku niebu.
- Kiedy wy dwaj dacie się przekonać, że nie zamierzam złamać umowy, którą zawarło 

Plemię?

- Jeszcze nie - odparł Luke. Ben nagle i głęboko zainteresował się skórką przy paznokciu. 

Luke spojrzał na pozostałych.

background image

- Macie godzinę na przygotowania. Przekażę instrukcję, jak osiągnąć stan Poza Cieniami i 

gdzie się wszyscy spotkamy.

Sithowie bardzo starali się nie wyglądać na zakłopotanych, ale z kiepskim skutkiem. Luke 

pozwolił sobie skwitować ich zmieszanie lekkim uśmieszkiem.

Dyon wyczuwał ją. Znajdowali się teraz na jej świecie i ona też tam gdzieś była. Tak bardzo 

chciał do niej pójść, ale nie mógł, dopóki nie-Vestara nie wróci i...

Usłyszał szelest i otworzył oczy. Dziewczyna pojawiła się nagle, jakby wezwał ją samym 

myśleniem o niej. Wyglądało na to, że się spieszy.

- Ben i Luke będą tu za chwilę. Mogę poluzować ci więzy, ale najpierw musisz mi coś 

obiecać.

Zmrużył oczy. Tego się nie spodziewał.
- Co? - zapytał.
- Luke udaje się na Wędrówkę Umysłu, aby spróbować odnaleźć Abeloth. Ben będzie...
- Nie! - krzyknął Dyon i zaczął się szarpać. Położyła dłoń na jego piersi i poczuł, jak używa 

Mocy, żeby go uspokoić. - On nie może do niej dotrzeć!

- Zamknij się i daj mi dokończyć! - syknęła. - Luke nie zamierza wędrować sam. Będzie z 

nim trzech Sithów, w tym mój dowódca. Dopilnują, żeby nie znalazł jej w tym królestwie 
rzeczywistości.

Przestał się miotać.
- Słucham.
Nie-Vestara nagrodziła go uroczym uśmiechem.
- A więc kiedy Ben będzie zajęty monitorowaniem Luke’a, ty uciekniesz i pierwszy 

odnajdziesz Abeloth. Powiesz jej o naszym planie. Powiesz także, że ci, którzy zastąpili Sithów, są 
po jej stronie. To Skywalkera musi się obawiać, nie nas. Jeśli mam poluzować ci więzy, musisz dać 
mi słowo, że zaczekasz z ucieczką do chwili, aż powiem ci, że nadeszła właściwa pora.

Mogę oczywiście skłamać, pomyślał Dyon. Mogę potwierdzić, a potem wyrwać się stąd, 

kiedy uznam za stosowne. Nie muszę jej ufać.

- Dobrze - rzekł.
Przez chwilę uważnie patrzyła mu w oczy, po czym skinęła głową.
- W porządku - powiedziała. - Zaufajmy sobie nawzajem, a oboje na tym skorzystamy. I 

Abeloth także.

Teraz zajęła się jego kajdankami ogłuszającymi. Odpięła prawy, po czym pochyliła się, 

żeby otworzyć lewy. Był to świetny moment, aby zaskoczyć ją, zaatakować oszustkę, obezwładnić, 
nawet zabić, gdyby mu to przyszło do głowy. Ale nie zrobił tego. Udowodniła przecież, że jest 
godna zaufania. Nie była taka jak prawdziwi Sithowie czy fałszywi Jedi. Dyon nie zdradzi kogoś, 
kto mu pomógł.

- Kiedy będziesz szukał Abeloth, uważaj na rośliny. Są mięsożerne - poradziła.
- Dziękuję - odrzekł cicho. Leżał, jakby wciąż jeszcze był skrępowany.
Nie-Vestara zamarła na chwilę, skupiając się na czymś, czego Dyon nie mógł wyczuć.
- Nadchodzą. Muszę iść, ale wkrótce wrócę razem z nimi. I jak tylko będzie można, powiem 

ci, kiedy możesz uciec. Posłuchaj, co masz zrobić...

- Znasz procedurę, prawda? - zwrócił się Luke do syna. Weszli do przedziału medycznego. 

Vestara podążała za nimi.

Ben skinął głową i wszedł do małej kabiny, przelotnie zerkając na Dyona, który leżał na 

leżance, wciąż przywiązany i pogrążony we śnie.

- Tak. Mam podłączyć cię do kroplówki, monitorować oznaki życia i mieć nadzieję, że tym 

razem nie będę musiał gnać Poza Cienie, żeby cię ratować.

Luke się uśmiechnął.

background image

- Nie sądzę, aby do tego doszło. Mamy konkretne zadanie. Tym razem wiem, dokąd mam 

pójść i kogo szukam. I uwierz mi, nie zamierzam tracić na to więcej czasu, niż naprawdę muszę.

- Ona wie, że tu jesteśmy - odezwała się Vestara. Wypowiedziała te słowa bez szczególnego 

nacisku, ale z tak absolutną pewnością, że Bena przeszedł dreszcz.

- No cóż, jakoś jeszcze nie poczułem żadnych macek - mruknął, usiłując pozbyć się 

niemiłego wrażenia.

- Jeśli nawet poczujesz, będziesz wiedział, jak to załatwić - zapewnił go Luke. Położył rękę 

na ramieniu syna i uścisnął mocno. Zajął miejsce na wolnym łóżku obok leżanki Dyona, a Ben 
wkłuł mu kroplówkę szybko i jakby od niechcenia.

Teraz Luke wiedział to, o czym nie miał pojęcia za pierwszym razem, podczas Wędrówki 

Umysłu. Każde miejsce, które odwiedzał, miało odpowiednik w rzeczywistości. Był teraz na 
świecie Abeloth i mógłby zobaczyć Jezioro Widm, udać się tam pieszo, z mieczem świetlnym w 
dłoni... gdyby wiedział, gdzie je znaleźć.

Na Stacji Ujście jego przewodnicy ugięli się przed wolą Abeloth, kiedy żądała, aby go do 

niej przyprowadzili. Mieli uwięzić go w tamtym miejscu, aż jego fizyczne ciało zginie. Ocalał 
jedynie dzięki decyzji Bena, który udał się za nim na ryzykowną wyprawę. W tej drugiej wędrówce 
duchowej także nie znajdzie się wśród przyjaciół, ale tym razem nikt z jego towarzyszy podróży nie 
życzył Abeloth dobrze.

Zgodnie z obietnicą nauczył potrzebnej techniki Sithów, którzy uparli się, aby mu 

towarzyszyć. Szybko pojęli, o co chodzi, czego się zresztą spodziewał. Ostrzegł ich, że mogą się 
spodziewać uczucia podniecenia, wręcz euforii, i że nie powinni mu ufać. Poradził im, żeby ktoś 
nad nimi czuwał, monitorował ich oznaki życia i był przygotowany, aby podążyć za nimi, gdyby 
zaczęło robić się niebezpiecznie. Skwitowali jego ostrzeżenia wzniesieniem ramion, jakby był 
dzieckiem ostrzegającym ich, że ogień parzy, i stwierdzili, że na pewno sobie poradzą. Zgodzili się 
jednak na podłączenie do kroplówki i na monitorowanie sygnałów życiowych.

Pouczył ich, że mają podążać za iskrzącym fioletowym światłem, które pojawi się, kiedy się 

„przebudzą” - z braku lepszego określenia - Poza Cieniami. Potem podał im bardzo dokładny opis 
miejsca, w którym powinni się pojawić.

Luke przybył tam pierwszy, z pewnością dlatego, że był już otrzaskany z techniką, i 

rozejrzał się po okolicy Jeziora Widm. Stał, jak kiedyś, na brzegu wąskiego jeziora, skąpanego w 
błękitnym świetle słońca. Powierzchnia wody była tak samo nieruchoma i ciemna jak ostatnim 
razem, kiedy tu był. Nad jednym brzegiem zwisała granitowa skarpa, na drugim widać było łąkę 
pokrytą kamieniami, wysokimi kępami mchu i małymi strumykami, wijącymi się tu i ówdzie.

A daleko, na drugim końcu Jeziora Widm, wirowały srebrzyste mgły - Mgły Zapomnienia. 

Tym razem jednak Luke nie ujrzał unoszącej się w powietrzu postaci kobiecej, wzywającej go ku 
sobie.

Sithowie pojawili się jeden za drugim. Najpierw przybył Taalon, niespodziewanie, jakby się 

potknął, ale szybko doszedł do siebie. W chwilę potem zjawili się Khai i Leeha Faal. Rozejrzeli się 
ciekawie.

- Co to za miejsce? - zainteresowała się Faal.
- Mój przewodnik nazwał je Jeziorem Widm - odrzekł Luke. - Ten jego koniec znany jest 

jako Zwierciadło Wspomnień. Jeśli będziecie chcieli przedostać się z jednego końca na drugi, 
musicie pokonać niebezpieczną ścieżkę, inaczej wpadniecie w Głębie Wieczności.

- Co za pompatyczne nazwy - prychnął Gavar Khai.
- Muszę się z tobą zgodzić - odrzekł Luke. - Ale tylko takie nazwy znam.
- Widma - mruknął Khai, spoglądając na wodę. - Nic tu nie widzę.
Luke wzruszył ramionami.
- Nie wiem, jak to wszystko działa - wyznał szczerze. - Sam widziałem wielu ludzi, których 

rozpoznałem. Widocznie każdy reaguje inaczej.

Khai spojrzał na niego badawczo.

background image

- Doprawdy? Byłbym bardzo zainteresowany, jakich to ludzi widywał Mistrz Skywalker.
- Powiem ci, jeśli znów ich zobaczę - obiecał Luke.
- Czy byli nieprzyjaźnie nastawieni? - zapytał Taalon.
Luke poczuł ucisk w sercu.
- Nie - rzekł. - Nikt, kogo tam widziałem, nie miał wrogich zamiarów.
Nawet Jacen. Już nie. Otrząsnął się ze wspomnienia, choć musiał przyznać, że miał nadzieję 

choć jedną z ukochanych twarzy znów ujrzeć na powierzchni. Pomyślał o pokrzepieniu, jakie niosła 
mu Mara przez kilka ostatnich dni, pojawiając się w jego snach jak ciepła kobieca obecność na 
pokładzie „Cienia Jade”.

Nawet śmierć nie może rozdzielić tak głęboko związanych ze sobą ludzi. Niechętnie 

odsunął od siebie myśli o zmarłej żonie i skoncentrował się na teraźniejszości.

- To właśnie tutaj zobaczyłem Abeloth - rzekł, pokazując na odległe mgły. - Unosiła się tam 

i chciała, żebym do niej przyszedł. To są Mgły Zapomnienia.

- Ale wtedy nie poszedłeś do niej?
- Ruszyłem w jej kierunku, ale ostrzegano mnie, aby tego nie robić. Cieszę się, że 

posłuchałem.

Taalon uważnie wpatrywał się w mgły.
- Teraz nic tam nie widzę.
- Ja też nie - zgodził się Luke. - Ale to, że jej nie widzimy, nie znaczy, że jej tu nie ma.
Faal włączyła się do rozmowy:
- Chcesz więc udać się w miejsce zwane Mgłami Zapomnienia?
- Jeśli istnieją jakieś odpowiedzi, sądzę, że tam je znajdziemy - odpowiedział Luke.
- W Mgłach Zapomnienia? - zapytała Faal z lekkim niedowierzaniem. - Odpowiedzi może 

tam leżą, ale jak sobie przypomnisz pytanie?

Taalon mierzył ją gniewnym wzrokiem, aż umilkła.
- Jeśli jesteś tego pewien, Mistrzu Skywalkerze, to chodźmy sprawdzić - uśmiechnął się 

krzywo. - A skoro dobrze znasz to miejsce, możesz nas poprowadzić.

- Dzięki - oschle odparł Luke, choć i tak zamierzał pójść przodem. Wierzył, że Sithowie nie 

napadną go od tyłu - nie teraz, kiedy jest jedyną osobą, która wie, jak się tam dostać. - Ścieżka 
prowadzi tuż przy brzegu, w płytkiej wodzie. Nie wchodźcie za daleko w głąb Jeziora. Niewiele 
wiem na temat Głębi Wieczności, ale powiedziano mi, że kiedy już ktoś tam wpadnie, nikt go nie 
może uratować. Jest stracony na zawsze. Może to kłamstwo, a może prawda. Osobiście się nie palę, 
żeby się przekonać. - Powiódł wzrokiem po wszystkich obecnych, aby się przekonać, czy zdają 
sobie sprawę z powagi sytuacji.

- A teraz idźcie za mną. Stawiajcie nogi tam, gdzie ja, i zawsze sprawdzajcie, czy macie pod 

nimi pewny grunt.

Ostrożnie wszedł do zimnej wody i ruszył na drugi brzeg, uważnie stąpając. Początkowo 

jezioro wydawało się całkowicie nieporuszone. Żadnych rozbryzgów, najmniejszej fali.

A potem zjawili się Oni.
Z głębin zaczęły wynurzać się twarze umarłych, wciąż pozostając jakieś kilka centymetrów 

pod powierzchnią. Mieli przymknięte powieki i wyraz spokoju. Wielu z nich Luke znał za życia. 
Rozglądał się, ale nie zobaczył tej jednej jedynej twarzy, którą miał nadzieję ujrzeć. Sam był 
zaskoczony, jaką goryczą napełniło go to rozczarowanie.

Sithowie byli zbyt zdyscyplinowani, żeby głośno zareagować, ale nie zdołali ukryć w Mocy 

swojego zaskoczenia. Luke słyszał imiona Sithów - szeptane, wywoływane z zaskoczeniem lub 
radością.

A potem odpowiedzi. Zatrzymał się i obejrzał, wsłuchując się w rozmowy. Nie bardzo 

chciał, aby martwi Sithowie udzielali rad żywym, ale z drugiej strony czuł, że nie może im tego 
zabronić. Rzadko zdarzała się taka szansa; nie mógł jej odebrać nawet wrogowi.

Nie musiał się zresztą martwić. To byli ich bliscy, a nie generałowie i stratedzy wojskowi. 

Słowa brzmiały czule i łagodnie: nigdy niewypowiedziane pożegnania, przysięgi wiecznej miłości 
powtórzone raz jeszcze. Czuł zażenowanie i widział, że Sithowie także są rozdarci pomiędzy 

background image

radością z nieoczekiwanych spotkań a utrzymaniem swojego groźnego i tajemniczego wizerunku w 
oczach Luke’a.

- To jakaś sztuczka - rzekł Taalon, ale w jego głosie brzmiała lekka, jakże lekka 

niepewność.

- Może i tak - zgodził się Luke. - Ale jaki miałaby sens.
Odwrócił się i ruszył przed siebie.
- Nie powinniśmy zwlekać.
Poszli za nim, krok za krokiem. Tym razem posuwali się naprzód, nie tak jak poprzednim 

razem, kiedy Luke i Ben próbowali dotrzeć do Mgieł. Szczerze mówiąc, Luke wbrew woli poczuł, 
że budzi się w nim nadzieja. Nie wiedział, co go czeka w płynnej szarości tańczących smużek mgły, 
ale był gotów to sprawdzić. Więcej niż gotów.

Ostatnio nie zaszedł tak daleko. Teraz też droga stała się trudniejsza. Zwolnił, ostrożnie 

postawił nogę...

Kamień usunął mu się spod stopy i Luke poleciałby w przód, ale silna dłoń z całej siły 

chwyciła go za ramię i szarpnięciem postawiła na nogi.

- Dziękuję - powiedział do Gavara Khaia. Ich oczy spotkały się i Sith skinął głową.
- Nie chciałbym tak szybko stracić przewodnika - powiedział. - Poza tym... teraz wielki 

Luke Skywalker ma dług wobec rodu Khai.

- Powiedziałbym raczej, że jesteśmy kwita - odparł Luke, uwalniając ramię z durastalowego 

uścisku Sitha. - Oszczędziłem twoją córkę.

Czarne brwi Khaia zbiegły się u nasady nosa.
- Tylko dlatego, że ją śledziłeś! - warknął. - Tylko...
- Khai! - skarcił go Taalon. - Później. Musimy znaleźć Abeloth, potem możemy się 

rozliczać.

Khai zjeżył się, ale zamilkł. Luke odwrócił się, by ruszyć dalej.
W tym momencie rozległ się głośny krzyk. Luke odwrócił się i zobaczył, że Leeha Faal 

upadła w płytką wodę. Odetchnął z ulgą, podobnie jak pozostali Sithowie. Nawet Faal uśmiechała 
się niepewnie.

- Pośliznęłam się - wyjaśniła zakłopotana i zaczęła się podnosić. - Byłam pewna, że...
Nagle chwyciła ją za nadgarstek purpurowa dłoń. Potem następne dłonie usiłowały zacisnąć 

się na jej nogach. Szarpnęła rękę, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a silne, smukłe ciało 
napięło się, chcąc wrócić w bezpieczne miejsce.

- Arcylordzie! - jęknęła. Uwolniła jedną dłoń i błagalnie wyciągnęła ją do niego, niezdolna 

ukryć przerażenia. Atramentowa woda nawet nie falowała, kiedy kobieta desperacko walczyła z 
ledwie widocznymi widmami.

- Leeha! - Taalon rzucił się ku niej, ale Gavar Khai złapał go za ramię i w ostatniej chwili 

powstrzymał wodza przed pogrążeniem się w zimnej, czarnej głębinie. - Nie, nie, puść mnie...

Dłoń Leehy kurczowo zacisnęła się na wystającym głazie. Kobieta spróbowała wydostać się 

na ścieżkę, ale martwe istoty w wodzie już ją dopadły i żadna żywa istota nie mogłaby ich 
powstrzymać. Dłoń ześliznęła się, Leeha otworzyła usta do krzyku, a wtedy wypełniła je woda i 
zamknęła się nad jej nieskazitelną, purpurową twarzą.

Taalon, wciąż przytrzymywany przez Gavara Khaia, wyciągnął rękę w stronę wody. Khai 

unieruchomił mu ją jednak i odciągnął go dalej.

- Za późno! - krzyknął.
Rzeczywiście było za późno. Leeha Faal znalazła się poza ich zasięgiem. Luke zapatrzył się 

w jej smukłe, drgające konwulsyjnie ciało, bezlitośnie unoszone w dół, w wieczny mrok.

Na „Skrzydlatym Sztylecie” ciałem Leehy Faal wstrząsały spazmy. Jej czynności życiowe 

zmieniały się w zwariowanym tempie, a monitor piszczał alarmująco.

- Co się dzieje? - zawołała jedna z asystentek, usiłując jednocześnie trzymać wijącą się 

Keshiri i odczytywać wskazania monitora.

background image

- Nie wiem! Ja...
Ciało Faal wygięło się nagle w łuk, zesztywniało, a potem zwiotczało. Zygzakowate linie, 

wskazujące aktywność jej mózgu, nagle rozlały się w płaski sygnał, choć serce biło nadal i płuca 
pracowały.

Asystenci spojrzeli po sobie. Kobieta odchrząknęła i włączyła komunikator.
- Sumar do kapitana Syndora - odezwała się. - Kapitan Faal uległa wypadkowi. Ustała cała 

aktywność mózgu. Znów jest pan dowódcą „Skrzydlatego Sztyletu”. Gratuluję, komandorze.

- Dziękuję - rozległ się głos Syndora. Nie próbował nawet ukrywać zadowolenia. - Odłączyć 

podtrzymywanie życia i zgłosić się na swoje stanowiska. Czekamy na rozkazy od Arcylorda 
Taalona.

- Co się stało? - zapytał Taalon. Wyrwał ramię z uścisku Khaia i skierował swój gniew na 

Luke’a. - Co oni jej zrobili?

- Nie wiem - odparł Luke.
- Kłamca! - splunął Taalon. Wskazał palcem na ciemną powierzchnię jeziora, tak spokojną, 

jakby nigdy nie rozegrała się tu walka na śmierć i życie. - Kto to był? Mówiłeś, że te zjawy są 
nieszkodliwe!

- Nie wiem, kto to był - powtórzył Luke, zachowując spokój. - Powiedziałem tylko, że te, 

które ja spotkałem, były nieszkodliwe.

Wydawało się teraz, że Głębie Wieczności zaludnione są nieprzyjaciółmi. Leeha była 

Sithem i Luke wiedział co najmniej o jednym haniebnym czynie, który popełniła, a mimo to 
żałował jej. Intuicja podpowiadała mu, że jej śmierć nie będzie tak litościwa i szybka jak utonięcie.

Taalon wydawał się niezwykle poruszony śmiercią Faal, ale już dochodził do siebie.
- Pospieszmy się. Im mniej czasu tu spędzimy, tym lepiej.
Luke nie mógł się z tym nie zgodzić. Odwrócił się, aby ruszyć dalej, i nagle znieruchomiał.
Poczuł, że Mara ostrzega go, żeby nie iść w mgłę.
„Zapomnij o niej - prosiła. - To jedna z Pradawnych. Zostaw ją w spokoju... zaufaj mi”.
Mara...
- Co jest, Skywalker? - warknął Taalon. - Przecież mówiłeś, że odpowiedzi leżą tam, we 

mgle.

Nie zobaczył Mary, a przecież jej szukał. Myślał, że skoro tak silnie odczuwa jej obecność 

na statku, będzie tutaj na niego czekała. Znów spojrzał w wodę. Ujrzał wiele istot, ale nie rozpoznał 
żadnej.

Musi porozmawiać z żoną. Ufał jej, ufał bardziej niż komukolwiek innemu. Miała 

niezwykłą intuicję, instynkt, który mógłby pomóc jej uratować jego i Bena. Z pewnością ona też 
tego pragnie.

- Mara? - zawołał cicho, wiedząc, że w tym miejscu jego żona usłyszy nawet szept.
Panowała cisza. Nie powtórzył jej imienia. Albo przyjdzie, albo nie. I nagle ją zobaczył: 

drobny kształt na wodzie. Podpłynęła do niego, a jej rude włosy falowały wokół niej jak obłok.

Pomimo wszystko się uśmiechnął.
- Mara - powtórzył szeptem. Otworzyła szmaragdowe oczy i się uśmiechnęła.
- Skywalker - przemówiła ciepłym głosem. - Co ty tu znowu robisz?
Przykucnął nad wodą. To nie miało sensu; Mara nie była materialna, podobnie zresztą jak 

on, a może nawet bardziej, ale i tak chciał być bliżej niej.

- Ta kobieta we mgle - rzekł. - Nie ma jej teraz. Przyszliśmy po nią, Maro. Musimy ją 

powstrzymać.

Zmarszczyła rude brwi.
- Widzę, z kim się teraz zadajesz - stwierdziła. - Śmierdzą Ciemną Stroną na odległość.
Zaśmiał się łagodnie.
- Rzeczywiście - odparł, oglądając się przez ramię. Tamci obserwowali go bardzo uważnie. - 

Jestem pewien, że odebrali to jako wielki komplement. Ale dobrze się czuję z tym wyborem, 

background image

przynajmniej na razie. Uważam, że jest słuszny, podobnie jak ściganie Abeloth. Czy jest coś 
jeszcze, co mogłabyś mi powiedzieć?

- O niej? Poza ostrzeżeniem, żebyś trzymał się od niej z daleka? Nic. - Pokręciła głową, aż 

włosy zawirowały wokół niej. - Skoro jednak wróciłeś, mam wrażenie, że i tak mnie nie 
posłuchasz. - Złagodziła te słowa uśmiechem pełnym łagodnej rezygnacji.

- Masz rację. Muszę to zrobić. Za duża stawka. Myślałem, że to najbardziej logiczne 

miejsce, aby ją odnaleźć.

- Nie, jeśli ona nie zechce być odnaleziona.
Skinął głową.
- W porządku. Wracamy do starych, dobrych sposobów śledzenia wroga.
- Wysyłając Rękę Imperatora?
Luke roześmiał się głośno.
- Chciałbym, abyś tu ze mną była - powiedział i nie obchodziło go, że Sithowie usłyszą 

miłość w jego głosie. Niech sobie słyszą. Miłość to potęga. Wznosi i obala świątynie, kształtuje 
historię miliardów - i jednej pary. Cieszył się, że kochał i nadal kocha tak głęboko.

- Bo przecież byłaś - poprawił się. - To znaczyło dla mnie tak wiele. Widzieć cię w swoich 

snach... prawie móc się odwrócić i dotknąć cię, zanim się zbudzę.

- Luke... - przerwała mu łagodnie.
Nie chciał, żeby powiedziała, że już musi odejść; nie odejdzie wcześniej, aż Luke wyrzuci z 

siebie wszystko, co mu leży na sercu.

- Nawet na jawie czuję cię przy sobie. Przemawiasz do mnie.
- Luke!
Zamilkł i spojrzał na nią. Widmo Mary Jade Skywalker przez chwilę szukało jego wzroku, 

po czym odezwało się cicho:

- Ktokolwiek odwiedzał cię na „Cieniu Jade”... to nie byłam ja.

ROZDZIAŁ 31

Luke omal się nie przewrócił pod wpływem wstrząsu. Zachwiał się na nogach i cofnął o 

krok.

- Coś ty powiedziała?
Przypomniał sobie kobiecą obecność na pokładzie „Cienia Jade”, wślizgującą się w jego 

sny, a nawet te chwile na granicy snu i jawy. Wtulone w niego ciało, obejmujące go ramię... był 
całkowicie przekonany, że to Mara. Statek należał do niej, a ona była jego żoną. Kto to miał być, 
jeśli nie Mara?

- Co jest, Skywalker? - przemówił Gavar Khai. W jego głosie brzmiała troska. Uznał 

widocznie, że jeśli coś jest wystarczająco groźne, aby wyprowadzić Luke’a z równowagi, wszyscy 
powinni się z tym liczyć. Może nawet tak było.

- To nie byłam ja - powtórzyła Mara.
Któż inny mógłby....
I nagle zrozumiał. Wzdrygnął się ze zgrozy i obrzydzenia. Próbował coś powiedzieć, ale nie 

mógł. Zdławił w sobie szok i falę mdłości. Teraz na nic mu się nie przydadzą.

- Tak, to nie byłaś ty - wykrztusił wreszcie ochrypłym głosem. - Powinienem był wiedzieć, 

wybacz mi.

Jej oczy błyszczały łagodnie. Była ponad zazdrością i gniewem.
- Nie mogłeś przecież wiedzieć. Jest pradawna, potężna i niebezpieczna. Bardzo 

niebezpieczna, a wy chcecie ją pokonać. Ona nigdy nie jest tym, czym się wydaje. Pamiętaj o tym. 
A następnym razem, kiedy poczujesz obok siebie w łóżku widmową obecność... - uśmiechnęła się i 
zaczęła zanurzać w wodzie, a owal jej twarzy w otoczeniu ognistych włosów stawał się coraz 
mniejszy - ...upewnij się najpierw, że to ja.

Luke roześmiał się, choć zabrzmiało to niemal jak szloch, i skinął głową.

background image

- Skywalker, jeśli masz do powiedzenia coś, co mogłoby nam pomóc, zrób to, proszę - głos 

Taalona był zimny i poirytowany.

Luke odetchnął głęboko.
- Musimy wracać. Natychmiast.
Ben stłumił ziewnięcie. Siedzenie przy ciele ojca było dokładnie tak samo nudne teraz jak 

przedtem na Stacji Ujście, a nawet jeszcze bardziej, bo lęk przed nieznanym nie podtrzymywał w 
nim czujności. Luke wiedział, co robi, jego ciało było bezpieczne, a Ben nie czuł ani śladu Abeloth.

- Jak sądzisz, dlaczego ona się przed nami ukrywa? - zapytał Vestarę.
- Chciałabym móc powiedzieć: dlatego, że się nas boi. - odpowiedziała. - Ale myślę, że 

tylko z nami igra.

- Czy... czy uważasz, że możemy ją pokonać?
- Jestem Sithanką, Ben. Powinnam uważać, że Sith potrafi pokonać każdą istotę w znanym 

wszechświecie.

Jej głos brzmiał poważnie, ale kiedy spojrzał na nią, ujrzał na jej twarzy uśmiech, który 

zaraz znikł, kiedy dodała:

- Ale ona jest prastara i bardzo potężna. Myślę, że jedynym sposobem jest przechytrzenie 

jej.

- Chcecie ją przechytrzyć? Tato zamierza wybrać się do niej i porozmawiać sobie. Obawiam 

się, że tym razem muszę opowiedzieć się po stronie Taalona. Nie sądzę, aby to wiele pomogło, poza 
tym, że wszyscy zginiemy.

- Ale jesteś przygotowany, aby wesprzeć go, kiedy spróbuje.
- Sithowie też. - Zawahał się i spojrzał na nią z ukosa. - Prawda?
Wzrok Vestary powędrował w bok.
- Zrobimy wszystko, co trzeba, aby osiągnąć nasz cel.
- A jaki to cel?
- Nie wiem wszystkiego, Benie. Jestem tylko uczennicą - warknęła.
- Vestaro - powiedział łagodnie. - Nie jesteś tym jeszcze zmęczona? Tym spiskowaniem, 

knuciem, strzelaniem w plecy? Nie byłoby ci miło po prostu... komuś zaufać? Całkowicie wyzbyć 
się podejrzeń?

Znów podniosła na niego wzrok i w ciemnej głębi jej oczu pojawił się smutek.
- To pięknie brzmi, Benie. Ale to nie mój świat.
Ale mógłby nim być.
Już miał te słowa na końcu języka i pewnie by je wypowiedział, gdyby Luke właśnie się nie 

poruszył. Spojrzał na ojca, sprawdził kroplówkę i upewnił się, że powrót do ciała będzie spokojny.

Dokładnie w tym momencie Dyon ryknął, skoczył na równe nogi i rzucił się do drzwi.
- Vestara! - krzyknął Ben. - Zatrzymaj go!
Ale dziewczyna cofnęła się, pozwalając, aby chory wybiegł. Ben wytrzeszczył na nią oczy, 

wściekły i przerażony, niezdolny do opuszczenia ojca, dopóki Luke w pełni nie wróci do ciała. 
Vestara odwróciła się twarzą do Bena i skrzyżowała ręce na piersiach.

Błękitne oczy Luke’a otworzyły się i zatrzymały na twarzy syna.
- Co się stało?
- Dyon właśnie dał nogę - warknął Ben. - A Vestara mu pozwoliła.

Dyon nie mógł w to uwierzyć. Nie-Vestara dotrzymała słowa, pozwoliła mu przejść 

swobodnie, a może nawet powstrzymała nie-Bena przed pościgiem. Miał nadzieję, że za udzieloną 
mu pomoc nie spotkają jej przykrości. Sięgnął w Moc, choć jego zdolność do posługiwania się nią 
była ograniczona, i wydał milczący okrzyk, skierowany do istoty, która go tu wezwała:

„Nadchodzę! Nadchodzę!”
Ostrożnie przemknął koło „Cienia Jade” i przyjrzał się roślinom porastającym brzeg. Nie 

miał broni, a przez nie właśnie prowadziła droga do Abeloth. Odetchnął głęboko i z bijącym sercem 
ruszył przed siebie.

background image

Rośliny ani drgnęły. Roześmiał się, aż osłabł z ulgi. Zrobił kolejny krok i jeszcze jeden, 

poruszając się z coraz większą swobodą. Ani mu nie pomagały, ani nie przeszkadzały. 
Zachowywały się jak zwykłe rośliny na każdym innym świecie.

Dyon uznał to za znak. Czuł, że z każdą chwilą poprawia mu się humor. Kiedy dotarł na 

szczyt skarpy, rozejrzał się po plaży i stojących na niej kilkunastu fregatach, po czym podniósł 
wzrok na wulkan. Wyczuwał ją tam, wyczekującą. Oczy napełniły mu się łzami. Wiedział, że musi 
być bardzo ostrożny. Nie może pozwolić, aby nieprzyjaciele poszli jego śladem. Wierzył nie-
Vestarze, że nie-Sithowie wspierają Abeloth, ale mimo wszystko nie mógł narazić swojej pani na 
niebezpieczeństwo. Może się przecież zdarzyć, że nie-Jedi go zobaczą.

Powoli, choć kusiło go, by puścić się pędem, wszedł na kolejny pagórek, po czym ześliznął 

się ze zbocza.

- Co zrobiłaś? - Luke usiadł raptownie, ciskając z oczu gromy.
- Puściłam go wolno - oznajmiła Vestara. - Przekonałam go, że jestem po stronie jego i 

Abeloth. Strasznie mu się do niej spieszyło, a w dodatku wiedział, gdzie jej szukać. Zapewniłam go 
więc, że Sithowie są jego i Abeloth najdroższymi przyjaciółmi, i umieściłam na nim czip 
naprowadzający. - Sięgnęła do kieszeni szaty, pogrzebała w niej chwilę i wyjęła małe urządzenie. 
Pomachała mu nim przed nosem i uśmiechnęła się lekko. - I świetnie działa. A wy jak tam, 
zobaczyliście coś Poza Cieniami?

Ben zaśmiał się bez radości.
- To nie mogłaś nam powiedzieć?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wierzyłam, że mi zaufacie.
- Masz rację, nie ufamy ci - odparł Luke. - Ale teraz to i tak jedyny ślad, jaki mamy. 

Straciliśmy Faal przez duchy w Jeziorze Zjaw... widocznie dawni wrogowie wciąż żywili do niej 
urazę. Wpadła do wody i wciągnęli ją na dno.

Vestara znów wzruszyła ramionami.
- I tak za nią nie przepadałam. Powiedziałabym, że udało jej się zgromadzić całkiem sporo 

dawnych wrogów.

- To chyba dotyczy większości Sithów - mruknął Luke. Spojrzał na Bena. - Chyba mamy 

nad Abeloth pewną przewagę. Wydaje się... że jest mną dziwnie zainteresowana. Nie jestem tylko 
pewien dlaczego.

- Wszystkimi Jedi czy konkretnie tobą? - zapytał Ben.
- Konkretnie mną. Ona... Ben, czy odnosiłeś czasem wrażenie kobiecej obecności na statku?
Chłopak skinął głową.
- Tak... i nawet myślałem, że to mama. Przecież to jej statek i w ogóle... a ty i ona przez 

długi czas byliście na nim całkiem sami. Wydawało mi się, że w jakimś sensie nad nami czuwa.

- Mnie też - odparł Luke. - Ale widziałem się z mamą w Jeziorze. Powiedziała, że to nie 

ona.

Ben raptownie wciągnął powietrze i cofnął się lekko. Nie potrzebował potwierdzenia, o 

kogo naprawdę chodzi.

- To... naprawdę upiorne, tato.
- Wiem - powiedział Luke i skrzywił się lekko. - Ale dobra nowina jest taka, że możemy 

użyć tego przeciwko niej.

- Rzeczywiście, wydawała się naprawdę tobą zainteresowana - wtrąciła się nagle Vestara. 

Odwrócili się, żeby na nią spojrzeć.

Ben aż jęknął.
- Znowu to samo. Ves, czemu nam nie powiedziałaś?
- Nie sądziłam, że to coś osobistego. Myślałam, że po prostu pociąga ją każda potęga. - Głos 

dziewczyny brzmiał szczerze, wręcz przepraszająco. - Przykro mi. Powinnam była wam powiedzieć 
wcześniej.

background image

- Cóż, przynajmniej wiemy, że to nie tylko nasza wyobraźnia - skwitował Luke. - Chodźcie. 

Musimy się spotkać z Taalonem i resztą, żeby zobaczyć, gdzie nas poprowadzi urządzenie Vestary.

Była tam i czekała na niego. Stała u wejścia do jaskini, między dwoma wielkimi głazami. 

Suknia otulała ciasno jej wysoką, smukłą postać, rozwiewana łagodnym wiatrem, który igrał też z 
gęstymi, czarnymi włosami. Zwróciła się ku niemu z szerokim uśmiechem, a jej szare oczy lśniły 
radością.

- To ty, Dyon - powiedziała. - Znalazłeś mnie. Wróciłeś do domu.
Stal przez chwilę nieruchomo, drżąc z wysiłku, ociekając potem, i chłonął ją wzrokiem.
Kochał ją. Czuł jej pragnienia, potrzeby, tęsknotę... równie słodką jak intensywną. Była jak 

oplatająca go winorośl. Ciągnęła go ku sobie. Nie był w stanie się oprzeć, ale też nie próbował. 
Czuł się wreszcie doceniony i kochany. Jak zagubione dziecko, które wreszcie znalazło drogę do 
ukochanej matki, Dyon chwiejnym krokiem ruszył w stronę Abeloth.

Kiedy ujęła jego dłonie w swoje, poczuł, że ogarnia go spokój. Spokój i pewność. 

Popatrzyła mu w oczy, nie podnosząc wzroku, tak była wysoka, i w jej szarych źrenicach pojawił 
się uśmiech.

- Byłem taki samotny - wyszeptał.
- Wiem - odparła, delikatnie dotykając jego policzka - Wszystko, co wiesz, wszystko, czego 

się dowiedziałeś... przecież te istoty nie rozumieją, kim jesteśmy. Masz braci i siostry, Dyonie. Są 
rozproszeni wszędzie. Kiedyś byłeś tu ze mną, tu, w Otchłani. Kiedyś wszyscy byliście ze mną. 
Teraz jesteście daleko, ale jedno po drugim wracacie do życia. A kiedy już się ockniecie, usłyszycie 
moje wołanie i przyjdziecie do mnie.

- Ja już przyszedłem - szepnął Dyon. - Tu jest moje miejsce. Przez całe życie szukałem tego 

jednego celu.

- A teraz do niego dotarłeś - zgodziła się Abeloth i zrobiła krok do przodu, pokonując 

dzielącą ich odległość. Teraz stali o kilka centymetrów od siebie. Była tak blisko, że Dyon czuł 
pieszczący mu twarz powiew i zapach jej oddechu, słodki jak kwiaty. - Masz mi służyć. Zostaniesz 
ze mną, żeby być częścią mnie. Potrzebuję cię, Dyonie. Bardzo cię potrzebuję.

- Chcę być z tobą, z moimi braćmi i siostrami - powiedział cicho. - Chcę zrozumieć.
- Zrozumiesz - zapewniła go. - Będziesz z nimi... i ze mną, póki żyję. A ja... - szepnęła, 

wyciągając silne, ciepłe dłonie, by dotknąć jego policzków - ...będę żyła wiecznie.

I wtedy zaczęła się tortura.
Stał w miejscu tak nieruchomo, jakby wrósł stopami w skałę. Nie mógł się ruszyć, nie mógł 

się cofnąć, nie mógł wykrzyczeć bólu ani ostrzeżenia, bo właśnie w tej chwili zrozumiał, że ta istota 
nie jest tą, za kogo ją brał, tym, za co się podawała... czy to w ogóle była ona? Uśmiech, niedawno 
tak słodki, nagle stał się okrutny. Wypełzł na jej twarz, rozszerzył jak szczelina w ziemi, a usta 
nabrzmiały w przerażającym grymasie. Oczy z łagodnie szarych stały się srebrne, potem białe, 
cofnęły się, zapadły w poczerniałe nagle oczodoły, jakby w studnię. Włosy się wydłużyły i falami 
spłynęły aż do stóp; te silne, ludzkie dłonie, które tak czule tuliły jego twarz, przemieniły się w 
cienkie, oślizłe macki, które zdawały się wbijać w jego czaszkę, wwiercać w mózg i wysysać to, co 
tam znalazły.

W miejscach, gdzie wniknęły macki, poczuł straszliwy żar, jak od rozżarzonego do białości 

metalu; rozszedł się odór spalonego ciała. Serce skurczyło mu się z przerażenia, kiedy ujrzał, jak 
ohydna, szeroka paszcza podsuwa się bliżej, coraz bliżej, dotyka jego ust...

Paszcza oderwała się nagle, do warg przylgnęła złocista mgiełka. Mgiełka litościwie 

zasłoniła jej twarz, kiedy ssała i ssała...

Z piersi Dyona wyrwał się głęboki, pełen bólu jęk, pochodzący z najgłębszych zakamarków 

jego duszy, wypływającej w tej złocistej mgle. Każdy centymetr, każda komórka jego ciała była 
atakowana. Nie przypominało to skoncentrowanego, palącego bólu, jaki czuł w skroni; ten ból był 
głęboki i przenikliwy. Ognisko cierpienia w jego skroni z rozżarzonego do białości stało się nagle 
lodowate i rozeszło się po całym ciele. Abeloth ssała dalej...

background image

Energia życiowa, odbiera mi esencję życia... - zrozumiał Dyon.
...czerpała z niego, w zamian napełniając go lodowatym zimnem. Śliskim, mrocznym 

zimnem, które owinęło mu się wokół szyi, blokując gardło, zamykając je. Potem zaatakowało serce, 
wnętrzności, aż bezlitośnie rozpełzło się po każdym zakamarku jego ciała.

Czuł, jak więdnie, zmienia się w żywego trupa, suchego niczym skorupa, jakby przez wiele 

wieków tkwił zakopany w piasku.

Abeloth zachichotała gardłowo.
- Służyłeś mi dobrze, lepiej niż ktokolwiek inny od bardzo dawna. Wkrótce staniemy się 

jednością, Dyonie Stadd. Już nigdy mnie nie opuścisz. I pozwolisz mi kontynuować...

ROZDZIAŁ 32

- Jest w jaskini - mruknęła Vestara, zerkając na urządzenie naprowadzające. Jej twarz 

pokrywały krople potu, kosmyki ciemnych włosów przylgnęły do policzków i karku. Wszyscy 
smażyli się w błękitnym świetle słońca. Luke podejrzewał, że w innych okolicznościach Sithowie 
marnowaliby Moc na tworzenie chłodnych powiewów i obniżanie temperatury ciała. Ale nie tu i nie 
teraz. Nie było czasu na drobiazgi. Sithów było dwudziestu; przebijali się przez żarłoczne rośliny, 
czające się na brzegach i w samej czerwonej rzece.

A właściwie zostało ich dwudziestu. Żółte rośliny wodne i lejkowate drzewa pochłonęły 

dwóch Sithów, zanim zostały pokonane - spalone energią Mocy, pocięte mieczami świetlnymi w 
trzech różnych kolorach i szklanymi parangami. Zniszczone łodygi zwisały ponuro nad grupą 
stojącą u stóp klifu.

- Wydaje się to zbyt oczywiste - oznajmił Taalon. Zmarszczył brwi, obserwując mały, 

ciemny kształt jakiś kilometr od stóp wulkanicznej góry. - Nawet jeśli Abeloth nie jest świadoma, 
że umieściliśmy na Dyonie urządzenie śledzące, wie, że to w tym miejscu Vestara spotkała ją po raz 
pierwszy. Dlaczego miałaby właśnie tutaj czekać, aż ją zaatakujemy?

- To może być lepiej bronione miejsce, niż Vestarze się wydawało - rzekł Luke z 

powątpiewaniem. - Ostateczny bastion jej potęgi. - Doszedł do wniosku, że całe to miejsce cuchnie 
Ciemną Stroną. Było jej najwięcej tam, gdzie znajdowała się jaskinia, oczywiście, ale Luke 
pamiętał inne miejsca, gdzie energia Ciemnej Strony emanowała równie mocno, a nawet mocniej. - 
A może to po prostu pułapka, która na nas czeka? To wydaje mi się najbardziej prawdopodobne.

- Pułapka jest pułapką tylko wtedy, kiedy stanowi zaskoczenie - stwierdził Gavar Khai. - W 

przeciwnym wypadku to tylko przeszkoda, którą trzeba pokonać.

- Przynajmniej co do tego się zgadzamy. Sprawdźmy zatem, kto ma rację.
Pomimo upału przemieszczali się w górę ścieżki dość szybko, z bronią w ręku, z 

wyczulonymi zmysłami.

Nie było pułapki. Nie było ataku. Abeloth też nie było, pozostawiła po sobie jedynie swoje 

narzędzie.

Dyon leżał na podłożu jaskini. Jego twarz i ramiona majaczyły w półmroku. Szybkie 

sprawdzenie, zarówno metodami konwencjonalnymi, jak i poprzez Moc, upewniło ich, że jest sam. 
Ben podbiegł do niego.

- Wciąż żyje - zawołał. - Ale ledwo, ledwo.
Dyon otworzył oczy. Luke już myślał, że zacznie się szarpać, ale on tylko podniósł rękę i 

złapał Bena za ramię.

- Ben... tak mi przykro - wymamrotał.
Chłopiec i Luke wymienili spojrzenia.
- Już nie uważasz, że się podszywam pod Bena?
- To ona... ona nie jest taka, jak się wydaje - jęknął Dyon. - Oszukała mnie. Ty wciąż 

wydajesz mi się nie taki jak trzeba, ale wiem, że to jej wpływ. Próbowała mnie zabić. Wyczuła, że 
nadchodzicie, i pozostawiła mnie na pewną śmierć.

- Wierzę, że odeszła, ale nie dlatego, że się nas bała - powiedział Luke. Razem z Benem 

background image

pomogli Dyonowi stanąć na nogi. Jego policzki powoli odzyskiwały normalną barwę. - Jak się 
czujesz?

- Teraz już nieźle. Przyszliście w samą porę - odparł i uśmiechnął się słabo do Luke’a. - 

Ona... próbowała wyssać ze mnie energię życiową.

- Zdaje się, że kiedy kontakt został zerwany, wróciłeś do siebie - dodał Ben. - Ciekawe, 

kiedy spróbuje zaatakować nas.

Uśmiechnął się do Dyona, który z każdą chwilą zdawał się odzyskiwać siły.
- Dokąd poszła? - zapytał Luke.
Dyon wskazał w głąb jaskini. W czerwonej poświacie kilku włączonych mieczy świetlnych 

ujrzeli wylot tunelu, za którym była tylko całkowita ciemność.

- Weszła do środka - rzekł Dyon.
- Wiesz, dokąd prowadzi ten tunel?
- Nie mam bladego pojęcia.
Luke obejrzał się na pozostałych.
- Myślę, że weszła tam, żeby zająć lepszą pozycję do ataku. To sprytne posunięcie. W tym 

tunelu mogą kryć się wszelkiego rodzaju pułapki i zagrożenia. Z pewnością czeka, żeby na nas 
napaść, jak tylko się tam pojawimy.

- Nie wyczuwam jej przez Moc - odezwał się cicho Taalon, a to wyznanie wyraźnie 

sprawiło mu ból. - Teraz, kiedy Dyona nie ma przy niej, nie mamy wyjścia. Trzeba się Urna dostać.

Zebrani poruszyli się niepewnie. Vestara zrobiła krok w stronę ojca, który lekko uścisnął jej 

ramię. Luke'owi przyszło do głowy, że pójdą na pewną śmierć; Abeloth miała teraz wszystkie atuty 
w rękach. Jeśli jednak zginą lub zostaną uwięzieni, po nich przyjdzie następnych kilkuset Sithów. 
Nie będzie to równa walka, ale i tak w miarę uczciwa.

- Też tak myślę - zgodził się Luke. - Ben i ja możemy iść pierwsi, a jeśli coś się zacznie 

dziać, poinformujemy resztę.

Lawendowe policzki Taloona z gniewu przybrały odcień ciemnoszkarłatny.
- Uważasz nas za tchórzy, Mistrzu Skywalkerze?
- Nie - odparł Luke. - To ty użyłeś tego określenia.
- Nie boję się jej. Ani ja, ani nikt inny - warknął Taalon.
- A więc jesteś głupcem - odparł Luke. - Powinieneś się bać. Brak lęku czyni człowieka 

nieuważnym, a nieuwaga może zabić. - Podał Dyonowi komunikator. - Ty zostajesz tutaj.

- Wolałbym pójść z wami - zaprotestował Dyon.
- Już i tak bardzo nam pomogłeś - pocieszył go Luke. - Potrzebuję kogoś, komu mogę 

zaufać, jeśli ona postanowi wrócić. Taalon, weź kilku ludzi... zostaniecie tutaj jako wsparcie dla 
Dyona.

Oczy Taalona zwęziły się w szparki. Luke wiedział, że drażni tego Sitha, próbując 

kontrolować sytuację, ale wiedział też, że jeśli okaże chociaż cień słabości, może się to źle 
skończyć. Mistrz Jedi był w jakiś sposób ważny dla Abeloth, choć sama myśl budziła w nim 
obrzydzenie. Taalon o tym wiedział. Nie lubił Luke’a i chętnie by go zaatakował, ale nie zrobi tego, 
dopóki nie osiągnie własnych celów.

- Mądrze będzie zabezpieczyć wszystkie ewentualne drogi jej ucieczki - powiedział tylko 

Taalon i skinął na dwóch innych Sithów.

- Dajcie znać, jeśli zauważycie cokolwiek niezwykłego - polecił i spojrzał na Luke’a. 

Uśmiechnął się fałszywie i dodał: - Chodźmy zatem do Abeloth, Mistrzu Skywalkerze. A skoro to 
twój plan... - zawiesił głos i zapraszająco wyciągnął rękę w stronę przepastnej, czarnej paszczy 
tunelu.

Luke nie uważał, żeby wędrówka przez ciasny, ciemny tunel w towarzystwie kilku Sithów 

za plecami miała stać się największą radością jego życia, ale nie było tak źle, jak się obawiał.

Tunel, najpewniej sztucznie stworzony, był okrągły w przekroju i dość szeroki, aby każdy 

mógł iść prosto, a nawet zachować swobodę ruchów. Początkowo opadał nieco, prowadząc w głąb 

background image

góry. Korzenie przebijały się przez skałę całymi kępami, śliskie od cieczy, która rozpuszczała 
ciałka małych zwierzątek. Abeloth widocznie nie miała czasu zastawić na nich jakichś wymyślnych 
pułapek czy zapadni. Największe zagrożenie stanowiły korzenie, które nagle ożywały, przebijały 
się przez sklepienie i próbowały owinąć się wokół szyi, albo wypełzały spod ziemi, polując na 
kostki nóg. Śluz nie był żrący, więc nikt nie odniósł obrażeń. Korzenie zresztą szybko 
zdyscyplinowano szklanymi parangami, które każdy Sith nosił przy sobie, lub szybkimi, 
precyzyjnymi ciosami miecza świetlnego.

- Zdaje się, że mamy szczęście - odezwał się Gavar Khai.
- Na razie - ostrzegł Luke. On i Ben szli przodem, potem Taalon, Vestara i Khai. - Może 

Abeloth tylko oszczędza siły.

- Jak na Jedi, którzy podobno mają pozytywne nastawienie do życia, jesteś strasznym 

pesymistą. - zauważył Khai. Aż biła od niego pewność siebie. Khai był silny Mocą, podobnie jak 
jego córka. Luke był też pewien, że jest doskonale wyszkolony w walce. Zauważał jednak w tych 
Sithach jakąś naiwność, która go zbijała z tropu. Jakby jednocześnie byli starożytni i bardzo młodzi. 
Miał nadzieję żyć na tyle długo, aby sprawdzić, co się za tym kryje.

- Jestem tylko realistą, Khai. Widziałem już w życiu niejedno i wiem, że zawsze trzeba 

oczekiwać nieoczekiwanego. Sithowie już raz nie docenili Abeloth. Ilu waszych straciliście 
ostatnim razem, Taalonie?

Arcylord Sithów nie odpowiedział. Napięcie wzrosło i resztę drogi przez tunel przebyli w 

milczeniu, które mąciły jedynie odgłosy przecinania zbłąkanych korzeni.

Wreszcie Luke przystanął.
- Wyłączyć miecze - polecił.
- Co? - zdziwił się Taalon.
- Zrób to po prostu - odparł Luke. Rozległy się szmery, ale czerwone ostrza zaczęły gasnąć 

jedne po drugich.

Daleko z przodu zobaczyli niebieską smugę światła, co oznaczało koniec tunelu.
Luke sięgnął w Moc, ale znowu nic nie wyczuł. Zmarszczył brwi, zaintrygowany. Nie miał 

wątpliwości, że Abeloth dokładnie wie, gdzie są. Jeśli potrafiła dosięgnąć jego świadomości na 
pokładzie „Cienia Jade”, i to we śnie - na samą myśl zrobiło mu się niedobrze - z pewnością wie, 
jak ich znaleźć tutaj, gdzie jej moc jest największa. Był absolutnie pewny, że czeka tam na nich, 
gotowa do skoku.

- A teraz włączcie miecze - szepnął. - I bądźcie gotowi na wszystko.
W podziemnym korytarzu, który miał ich doprowadzić prosto w ręce - lub macki - Abeloth, 

rozległy się zwielokrotnione trzaski i syki włączanych mieczy. Luke podniósł prawą rękę z 
mieczem i odliczał:

- Trzy, dwa, jeden...
Teraz rzucili się wszyscy naraz do przodu i wybiegli na jaskrawe światło dnia.
Znaleźli się na starym dziedzińcu, zarośniętym winoroślą, paprociami i różną inną 

roślinnością. Ze wszystkich stron wznosiły się strome ściany. W górę sterczały filary porośnięte 
niebieskozielonym mchem. Pośrodku widniała sadzawka z fontanną; szmer wody płynął ku nim w 
gorącym, nieruchomym powietrzu, które cuchnęło siarką. Z wnętrza fontanny, dławiąc Luke’a w 
Mocy tak, jak opary siarki drażniły jego zmysły, unosiła się energia Ciemnej Strony.

Luke poznał to miejsce od razu. Był już tutaj Poza Cieniami. Tu właśnie po raz pierwszy 

zobaczył Abeloth, jej groteskowe oblicze w ciemnej chmurze śmierdzącej siarką. To tutaj czuł jej 
macki owijające mu się wokół nogi, próbujące zimnym dotykiem dotrzeć do jego wnętrza. Tu 
szeptała jego imię.

„Luke... - mówiła - chodź do mnie”.
Wtedy jej odmówił, a Mara ostrzegła go, aby nie ścigał Abeloth dalej.
Nie widział jej, nawet nie czuł, a jednak był pewny, że gdzieś tu jest.
- Abeloth! - zawołał. - Abeloth, jestem tutaj!
- Ja także.
Drgnął gwałtownie. Kiedy się odwracał, żeby na nią spojrzeć, zauważył, że jego towarzysze 

background image

stoją jak wryci z wyrazem czystego przerażenia na twarzach. Nie miał jednak dla nich czasu, nie 
teraz, kiedy wreszcie się pojawiła.

Stała przed nim - ale nie była to ta ohydna postać, którą widział Poza Cieniami. Nie miała 

rozczochranych włosów w kolorze siana, małych, głęboko osadzonych oczek, ust od ucha do ucha i 
ramion, które kończyły się wijącymi mackami. Teraz ukazała się jego oczom w innym kształcie.

Wyglądała jak normalna kobieta. Miała długie, kręcone, ciemne włosy, gęste i ciężkie. Jej 

oczy były szare i zmrużone w uśmiechu. I nagle się zmieniła - teraz włosy miała krótkie, o barwie 
miodu, a oczy lśniły srebrzystym odcieniem szarości.

- Luke - przemówiła, wychodząc mu naprzeciw. W jej oczach lśniły łzy, a ramiona, które 

wyciągała ku niemu, drżały. - Przyszedłeś po mnie. Nareszcie. Wiedziałam. Przez cały czas 
wierzyłam w ciebie.

Po raz drugi tego dnia Luke poczuł się wstrząśnięty. Wytrzeszczył oczy na Abeloth, 

potwora, który skrzywdził tak wiele istot. Który doprowadzał młodych Jedi do szaleństwa. Tej 
starożytnej, złej istoty bała się nawet Mara Jade.

Teraz ją poznał.
Nagle ze zgrozą pojął, dlaczego na pokładzie „Cienia Jade” Abeloth potrafiła dotrzeć do 

niego tak blisko, z taką czułością. Dlaczego tak łatwo pomylił ten kontakt, który powinien być mu 
wstrętny, z dotknięciem jego żony.

Bo przecież kiedyś kochał ją całym sercem. Kochał bardziej niż cokolwiek na świecie. 

Pragnął wydać ostatnie tchnienie w jej ramionach.

- Callista - szepnął.

ROZDZIAŁ 33

- Wiedziałam, że mnie poznasz - szepnęła istota. Jej szare oczy jaśniały jak gwiazdy, 

błyszczały w nich łzy radości. - Zawsze umiałeś mnie rozpoznać. Odgadłeś, że esencja mojego bytu 
stała się częścią statku. Poznałeś mnie w cudzym ciele, i nawet tutaj też mnie poznałeś.

Luke widział ją jakby na końcu długiego tunelu. Słyszał w uszach łomot własnego tętna. Nie 

był tak wstrząśnięty od dnia, kiedy Darth Vader wypowiedział te straszliwe słowa: „Jestem twoim 
ojcem”.

Nie mógł nic na to poradzić. Wyciągnął rękę, ujął jej dłoń i spotkali się w Mocy.
Czas stanął w miejscu.
Ta istota rzeczywiście była Abeloth. To ona wśliznęła się w umysł jego syna, kiedy był 

jeszcze dzieckiem. To ona stworzyła szalonych Jedi, ona zmieniła rośliny w drapieżników 
atakujących jej wrogów. Zniszczyła Stację Ujście i setki nieszczęśników, którzy tam mieszkali. 
Była potworem, emanującym energią Ciemnej Strony, napędzanym złem i nienawiścią, strachem, 
tęsknotą i samotnością. Przedstawiała sobą wszystko, czego zwalczaniu Luke poświęcił swoje 
życie.

Ale, choć to prawie nie do pomyślenia, była także Callistą.
Nie było tu oszustwa ani udawania. To nie iluzja, użyta po to, żeby zmusić go do myślenia o 

utraconej miłości, żeby go zmiękczyć i uderzyć w chwili, kiedy wyzbędzie się osłon. To naprawdę 
była Callista.

Zakochał się w niej, kiedy po śmierci ciała jej duch przeniknął w drednota „Oko 

Palpatine’a”. Fizycznie Callista została zniszczona, ale użyła swych umiejętności w Mocy, aby 
stopić się w jedno z okrętem. Rozmawiała z Lukiem, dzieląc się z nim wizjami ze swego życia 
poprzez Moc. Śnił o niej wtedy, tak samo, jak potem na pokładzie „Cienia Jade”. Czuł, że leży obok 
niej, a silne ciało tuli się do niego krzepiąco. Pokochał tego ducha szczerze i głęboko. Później jego 
uczennica, Cray Mingla, z osobistych powodów zdecydowała się oddać Calliście swoje ciało, aby 
wreszcie mogli być razem z Lukiem.

Wciąż oszołomiony, przypomniał sobie, jak Vestara opisywała Abeloth: według niej czasem 

miała ciemne, gęste, kręcone włosy, jak Callista w swoim pierwszym życiu, a kiedy indziej krótkie, 

background image

miodowozłociste, modne loki, jakie nosiła Cray Mingla.

W oczach zapiekły go łzy, a serce wezbrało słodko-gorzkim bólem. Och, tak, to była ona, 

jego Callie, a miłość, którą wtedy dla niej czuł, wciąż istniała - słodka, ciepła i prawdziwa.

Stając się na nowo człowiekiem, Callista straciła kontakt z Mocą. Potrafiła jedynie dotknąć 

Ciemnej Strony. Rozstali się dawno temu, kiedy ona wyruszyła w podróż, próbując odzyskać 
władzę nad Mocą.

Czuł, jak Callista wnika do jego myśli. Jej miłość opływała go, otaczała i przenikała, jasna, 

prawdziwa i silna. Poczuł łzy spływające po twarzy. Pochylił się do przodu i przycisnął czoło do jej 
czoła.

Aż tutaj przybyła w poszukiwaniu Mocy - i znalazła jedynie samotnego, nieszczęsnego 

potwora uwięzionego w sercu Otchłani. Istota, która zwabiła Jacena i zaszkodziła tak wielu, 
pochłonęła Callistę, wykorzystując ją tak samo jak innych przed nią i po niej.

Otaczające Luke’a ciepło nagle znikło. Cofnął się, kiedy poczuł jej obecność w Mocy. Czułe 

pragnienie Callisty stało się desperackie, przerażone, wygłodniałe. Poczuł macki wślizgujące się do 
samego wnętrza jego duszy. Odzyskała go znowu po tak długim czasie, zbyt długim. Była szalona, 
że zostawiła za sobą to, co ich łączyło. Że pozwoliła, aby ożenił się z inną i miał dziecko, które nie 
było z jej ciała. Popełniła błąd i nie zamierza go powtórzyć już nigdy. Odnaleźli się - ona i Luke 
Skywalker - mając za sobą tyle niewłaściwych wyborów i gorzkiego żalu. Jej jedyna prawdziwa 
miłość. Teraz będą już razem na zawsze.

To nie tak miało być! Luke delikatnie dotknął jej policzka, a ona przycisnęła jego dłoń. Jeśli 

chce jej pomóc, musi ją stąd zabrać, znaleźć sposób, aby oddzielić ciepłą, upartą, dzielną, kapryśną 
Callistę od potwora z Otchłani, zdolnego do niewyobrażalnego okrucieństwa. Musi wysnuć jasną 
nitkę Callisty z ponurego gobelinu Abeloth. Wiedział, że może to uczynić, jeśli ona mu na to 
pozwoli...

Pozwolić? Pozwolić mu? Pozwolić odebrać sobie Moc, którą odkryła? Pozwolić, aby stała 

się czymś gorszym niż ta wspaniała istota, w którą się przemieniła? Nie, Luke nigdy tego nie 
zrozumie; raczej ona sprawi, że stanie się do niej podobny, nauczy go, jak przekroczyć własne 
ograniczenia. Na pewno kiedyś będzie się śmiał z nędznego stworzenia, którym był. Tak jak ona 
śmieje się teraz z jego niewłaściwie skierowanych uczuć. Dlatego tutaj przybył. Ścieżka Luke’a 
doprowadziła go tutaj, poza wszelką nadzieję, marzenia i pragnienia, do Otchłani, z powrotem w 
ramiona Callisty. I teraz już nigdy nie odejdzie.

Zawsze będą razem.
Callista - taka, jaka jest, i Luke - taki, jakim pomoże mu się stać.
Na wieczność.
A wtedy serce Luke’a pękło po raz drugi.
Przypomniały mu się słowa Mary: „Ona nigdy nie jest tym, czym się wydaje”.
Ta istota nie była Callistą. To prawda, miała na sobie jej części niczym odrażający kostium; 

Luke je dostrzegał i sprawiało mu to ból. Tylko że to nie była ona. Callista kiedyś przysięgła, że już 
nigdy więcej nie użyje Mocy, skoro jedynym sposobem, aby z niej czerpać, było dotknięcie 
Ciemnej Strony. Walczyła dzielnie w Wojnach Klonów, poświęciła życie, aby ratować innych. Była 
Jedi. Teraz zrozumiał, że umarła; było tak, jakby ujrzał jej pozbawione życia ciało.

Kobieta, którą kochał, przepadła. Abeloth zagarnęła ją, tak samo jak przedtem wielu innych. 

Luke pragnął dotrzeć do Callisty, uratować ją, ale z rozpaczą zrozumiał, że nie zostało z niej nawet 
tyle, by było co ratować.

Przykro mi, nie potrafię ci pomóc.
Callista... nie, to nie Callista, musi przestać myśleć o niej w taki sposób... Abeloth opuściła 

ręce i odstąpiła w tył, wstrząśnięta.

- Po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, razem i osobno... wyrzekniesz się mnie? - 

Srebrzystoszare oczy napełniły się łzami, które spłynęły po policzkach.

Luke przełknął ślinę, zmuszając się do spokoju i czujności. Stanął swobodnie, lekko 

kołysząc się na piętach, z wciąż płonącym mieczem świetlnym w dłoni.

- Na pewno kiedyś miałaś w sobie coś z Callisty - powiedział łagodnie. - Ale wszystko, co 

background image

było w niej dobre, prawdziwe i prawe - znikło. Zniszczyłaś to, pozostawiając po sobie marne 
resztki. To samo próbowałaś zrobić z Dyonem. Pomimo miłości, którą kiedyś czułem do Callisty, 
nie potrafię ci niestety pomóc.

Wpatrywała się w niego nadal, a rozpacz na jej twarzy poruszyłby serce twardsze niż 

Luke’a. Jego serce było już jednak złamane świadomością tego, co się stało. Jego Callie odeszła na 
zawsze.

Widział teraz, jak osuwa się na kolana. Wydawała się oszołomiona, wstrząsał nią szloch. 

Pochyliła nisko głowę.

- A więc skazałeś na zagładę wszystko, co kochasz, Luke’u Skywalkerze - odezwała się 

dziwnym, nie swoim głosem - głosem Abeloth.

Kiedy podniosła głowę, jej twarz wyglądała inaczej: znów stała się potworem o małych 

oczkach i szerokich ustach. A jednak niewielka jej część pozostała Callistą. Luke nie był pewien, 
która to część, wiedział tylko, że jej zamiarem jest sprawić mu ból.

Odepchnął ją, a teraz ona go zniszczy.
Nagle Abeloth, zaskoczona, spojrzała w górę. Luke też to poczuł - ukłucia energii Ciemnej 

Strony ponad ich głowami. Abeloth wyraźnie nie miała z tym nic wspólnego. Obudziła się w nim 
nadzieja.

W swojej arogancji i skoncentrowaniu na Luke’u Abeloth zapomniała o Sithach wokół nich. 

Po prostu przestała dostrzegać kogokolwiek innego, nawet jeśli był obecny fizycznie. Tym bardziej 
ignorowała tych, których z nim nie było. A przez ten czas pozostali Sithowie rozpoczęli tkanie.

Siostry Nocy z Dathomiry użyły Mocy, aby stworzyć coś w rodzaju sieci, którą nazywano 

pajęczyną kontroli. Pracując razem, splotły wici energii Mocy i ogarnęły nią ogromny obszar. Nitki 
energii krzyżowały się i przeplatały niczym przędza, rozwijająca się z kłębka rzucanego z jednego 
końca na drugi. Istoty objęte tą siecią muszą słuchać tkaczy. Luke, Ben i Vestara mieli okazję 
zetknąć się z tym na Dathomirze.

Nikt mi już nie wmówi, pomyślał Luke, że Sithowie nie potrafią się uczyć i że nie poznają 

się na dobrym pomyśle. To Vestara zasugerowała, aby ci, którzy nie będą zaangażowani 
bezpośrednio w atak na Abeloth, pracowali wspólnie. Sieć była niepewna, niewprawna, ale przy tak 
licznych i silnych użytkownikach Mocy - setkach, a nie dziesiątkach - nawet taka amatorska 
plecionka wystarczyła, aby zaniepokoić Abeloth. Mieli nadzieję, że to pomoże.

Popatrzyła spode łba na Luke’a i uniosła ręce w gniewnym geście.
Nagle Luke zrozumiał, co zamierza. Kogo chce zaatakować.
Nie jego.
Musiał ją uprzedzić.

Był gdzieś tam, Jaina go czuła - Statek, pojazd szkoleniowy Sithów, który Ben kiedyś 

pilotował, kiedy znalazł go na Ziost i obudził z wiekowego snu. Pojazd, który ona, Jag i Zekk nie 
tak dawno napotkali na asteroidzie Lumiyi - to wtedy Zekk odesłał go do Alemy Rar z instrukcją 
znalezienia sobie lepszego mistrza. I tak się rzeczywiście stało - Statek odnalazł Zapomniane 
Plemię Sithów.

Jaina dobrze wiedziała, że jeśli ona może go wyczuć, także Statek wyczuwają.
Nie przejmę się tym, pomyślała, w duchu wzruszając ramionami i skierowała swojego 

stealthX-a w stronę, gdzie wyczuwała zaczajoną sferę medytacyjną.

Ze słów tej milkliwej sithańskiej dziewczyny, które Luke przekazał Jainie, wynikało, że 

Statek bardzo się zaprzyjaźnił z Sithami z Zapomnianego Plemienia, a dopiero później Abeloth 
wezwała go do siebie na służbę. Vestara podobno czuła, że Statek nie jest szczęśliwy, przebywając 
blisko Abeloth, ale wszystko to mogły być kłamstwa Sithów. W każdym razie dla Jedi i tak był 
nieprzyjacielem, niezależnie od tego, kto go kontrolował. Jaina miała nieodpartą ochotę rozwalić 
ten przeklęty pojazd na kawałki.

Wyczuwała go teraz znacznie wyraźniej. Spodziewała się zobaczyć go w atmosferze, jak 

atakuje tych, co zamierzają krzywdzić jego panią. Ale Statek wisiał spokojnie na orbicie i... nie 

background image

robił nic.

Czekał.
Widziała go teraz, maleńką kropkę na wyświetlaczu taktycznym.
- Drabie, przybliż mi go trochę - poprosiła.
- A po co coś takiego oglądać? One są brzydkie.
Jaina uśmiechnęła się lekko.
- Nie, to nie.
Dała swojemu robotowi astromechanicznemu nowe imię i coś w rodzaju osobowości, a 

ostatnio pogrzebała w nim, żeby zaktualizować oprogramowanie i dołączyć poczucie humoru. 
Teraz robot przestał się wymądrzać, posłuchał i Jaina po raz pierwszy dobrze się przyjrzała sferze 
medytacyjnej Sithów.

Wcześniej nigdy nie widziała jej z tak bliska. Naprawdę okazała się paskudna. Wyglądała 

jak ogromne, żółtopomarańczowe oko, pokryte żyłkami; oko miało kolce po czterech stronach, a za 
napęd służyły mu nietoperze skrzydła. Jaina pokręciła głową; uznała za niezwykłe, że to jej kuzyn 
odnalazł ten obiekt, wsiadł do środka i zmusił go do posłuszeństwa.

Widzę cię, Jedi Solo - dotarło do niej.
Widzę cię, wielkie, pomarańczowe paskudztwo, przesłała Statkowi.
Statek nie zareagował i nagle Jaina poczuła, że to coś ją ignoruje. Pierwszą reakcją była 

irytacja.

Pracujesz z Abeloth, tak?
Jestem zaprogramowany, aby poddawać się czyjeś silnej woli. Dziewczyna jest silna, ty  

jesteś nawet silniejsza, Mieczu Jedi, ale żadna z was nie umiałaby zniszczyć władzy, jaką ona ma  
nade mną, Jest starsza i potężniejsza, niż możesz to sobie wyobrazić.

Taka potężna, że kazała ci tutaj wisieć, ponieważ może cię potrzebować, zamiast pozwolić ci  

walczyć ze mną?

Odpowiedziało jej milczenie w Mocy.
- Dość gadania - zwróciła się do Draba. - Wypuść pierwszą ciemną bombę.
Poczuła lekki wstrząs pod fotelem, kiedy bomba została wypchnięta z wyrzutni. Sięgnęła ku 

niej poprzez Moc, nie spuszczając wzroku ze Statku i kierując bombę prosto na niego. Statek po 
prostu tkwił w miejscu. Przez jeden przerażający moment Jaina zastanawiała się, czy on naprawdę 
jest rozumny. Dlaczego jej nie atakuje albo nie usuwa się z drogi? Czy woli zginąć śmiercią 
samobójczą od pocisku Jedi, niż kontynuować współpracę z Abeloth przeciwko Sithom, którym 
podobno miał służyć? Czy on naprawdę...

I nagle, kompletnie zaskoczona, poczuła, że Statek przejmuje kontrolę nad bombą i wysyła 

ją w nieszkodliwy, spiralny lot. Odwrócił się przodem do niej, a jego powierzchnia zaczęła się 
przeistaczać. Pojawiły się na niej dziwne wyrostki. Jaina zrozumiała, że Statek wytwarza własną 
broń i kieruje ją na nią.

Bitwa się rozpoczęła, pomyślała.
Świetnie.

Abeloth kipiała furią. Ben poczuł, jak emanująca z niej czysta nienawiść całkiem go 

obezwładnia. Pot wystąpił mu na czoło; wstrząsnęło nim dotknięcie zagrożenia, którego jeszcze 
niedawno tak bardzo się obawiał. Abeloth zwróciła ku niemu małe oczka, a Ben chwycił miecz. 
Jeśli to naprawdę jest Callista - albo to, co pozostawił potwór z Otchłani z kobiety, którą niegdyś 
kochał jego ojciec - to musiała dobrze wiedzieć, jaki cel wybrać, aby zranić Luke’a Skywalkera 
możliwie najboleśniej.

A co Boi może zdziałać przeciwko niej? Cóż, musi przynajmniej spróbować.
Zauważył, że ojciec daje mu znak, a sam chwyta miecz świetlny i atakuje stwora. Taalon i 

Khai także rzucili się do walki. Ben ruszył w ich stronę. Vestara nie odstępowała go ani na krok.

Abeloth wpatrywała się w Bena, który biegł w jej stronę. Uśmiechnęła się i skinęła trzema 

cienkimi mackami, które służyły jej za palce.

background image

Biegnącej obok Bena Vestarze oczy wyszły na wierzch, gdy coś chwyciło ją za gardło, 

uniosło dwa metry nad ziemię i potrząsnęło. Upuściła miecz świetlny, jedną ręką dotknęła szyi, 
usiłując rozluźnić niewidzialny uścisk, drugą wyciągnęła przed siebie, szeroko rozpościerając palce. 
Błękitna błyskawica Mocy wytrysnęła z jej dłoni i przez chwilę bezładnie błądziła po ziemi, nie 
dosięgając celu. I nagle promień skręcił, niczym rozgrzany metal, kierując się wprost na swoje 
źródło. Jednocześnie z ziemi wystrzeliła biała łodyga zwieńczona długimi na palec kolcami. 
Owinęła się wokół Vestary i zaraz cofnęła niczym wąż gotów do ataku. Vestara objęła się 
ramionami, osłaniając się przed drugim atakiem.

- Vestara! - krzyknął Ben. Skoczył ku niej, siekąc mieczem roślinę i krzycząc głośno. 

Dziewczyna runęła na ziemię twardo jak kamień, lądując na wyciągniętym ramieniu z twarzą 
wykrzywioną bólem. Nogi jej drgały konwulsyjnie. Z kilku ran na jej piersi i ramieniu płynęła krew 
i widać było, że coś jest nie w porządku z jej ramieniem. Z oczu ciekły jej łzy, ale była dziwnie 
milcząca.

Vestara...
Ben uniósł ją w ramionach i razem uciekli od furii Abeloth. Położył dziewczynę na ziemi, 

jak najdalej od roślin, które zdawały się pełznąć w jej kierunku. Skórę miała pokrytą potem, oczy 
uciekały jej w głąb czaszki.

Ben zdał sobie sprawę, że cały dygocze, ale nie wypuszczał jej z ramion.
- Już dobrze, trzymam cię, Ves, wszystko będzie dobrze - szeptał. Jego palce przestały 

drżeć, kiedy badał jej rany. Wydawało się, że żadna nie zagraża jej życiu; ramię prawdopodobnie 
było tylko zwichnięte. Rany okazały się głębokie, ale żadna nie naruszyła ważnych organów ani 
tętnic. Odetchnął z ulgą. Wszystko będzie dobrze, pomyślał. Uśmiechnął się do niej i zamierzał się 
podnieść, kiedy mała dłoń, śliska od krwi, zacisnęła się na jego ramieniu.

- Nie zostawiaj mnie... - szepnęła Vestara. - To była trucizna...
Ben poczuł się tak, jakby ktoś mocno ścisnął mu serce. Zaklął brzydko. Nie miał pojęcia, że 

kolce na łodygach mogą być zatrute, ale Vestara już tu kiedyś była. Jeśli uważała, że ciernie są 
zatrute, Ben nie miał zamiaru ryzykować. Popatrzył w stronę ojca, jednocześnie grzebiąc w torbie 
w poszukiwaniu czegoś, czegokolwiek, co mogłoby pomóc.

Abeloth walczyła z pięcioma potężnymi użytkownikami Mocy: Lukiem Skywalkerem, 

Arcylordem Taalonem, Mieczem Gavarem Khaiem oraz dwoma innymi, których Ben nie znał. 
Wyglądało to prawie jak taniec: walczący wyskakiwali w górę, wywijali salta w powietrzu i 
przetaczali się po ziemi. Okrzyki i przekleństwa w melodyjnym języku Keshirich, jedyny w swoim 
rodzaju syk mieczy świetlnych odbijających błyskawice Mocy, smród siarki w powietrzu - 
wszystko to oszałamiało Bena.

I nagle na jego oczach Abeloth znikła.
Krąg pięciu przeciwników dalej nieświadomie walczył ze sobą. Gavar Khai warknął 

wściekle, kiedy jego czerwone ostrze gładko przecięło zamiast potwornej Abeloth - jednego z jego 
towarzyszy Sithów. Luke musiał użyć Mocy i wyskoczyć w górę, aby uniknąć przelatującego obok 
ostrza. Lekko wylądował na stopach, rozglądając się za nieprzyjacielem. Drwiący śmiech zabrzmiał 
echem ze wszystkich stron jednocześnie. Wojownicy odskoczyli od siebie, Abeloth zaś pojawiła się 
znowu, tym razem w głębi dziedzińca. Wybuchnęła głośnym śmiechem, kiedy pozostała czwórka 
ruszyła w jej stronę. Ich towarzysz leżał martwy i zapomniany. Ben zauważył, że pnącza podpełzają 
do ciała i zaczynają je pożerać.

Trzech Sithów i Luke otoczyli Abeloth i tym razem wydawało się, że zaczyna tracić siły. 

Ben pragnął im pomóc, ale przecież Vestara...

Gavar Khai rzucił się do przodu, całą siłą opuszczając miecz na wirującą, tańczącą postać 

roześmianej Abeloth. W ostatniej chwili jednak ostrze zmieniło kierunek i Ben ze zgrozą ujrzał, jak 
zmierza prosto w stronę jego ojca. W tym samym momencie poczuł, że sieć, splatana gdzieś 
wysoko, zaciska się na nich.

Sithowie zdradzili.

background image

Statek był niezły, trzeba przyznać. Jaina dwa razy próbowała mu przeszkodzić w 

skierowaniu na nią jej własnej ciemnej bomby, zanim jej się udało. Teraz przeszła na działa 
laserowe i uśmiechała się posępnie, widząc i czując, jak strzały trafiają sithański okręt.

On zresztą odpowiadał ogniem na ogień, nieustannie i szybko. Jaina mocno ściągnęła 

drążek, aż przeciążenie wbiło ją w fotel. Drab zapiszczał z przerażenia.

Po czyjej jesteś stronie? - usłyszała pytanie.
Nie starczyło jej tchu, żeby odpowiedzieć, wprowadziła tylko stealthX-a w beczkę. Znalazła 

się pod kulistym pojazdem, tam, gdzie jeszcze nie wyrosły mu działa, i wystrzeliła serię torped.

Tylko że działa właśnie wyrosły i otworzyły ogień. Powierzchnia iluminatorów stealthX-a 

Jainy pociemniała nagle, a ona wraz z myśliwcem wpadła w niekontrolowany korkociąg. 
Rozpaczliwie próbowała wyjść z niego, zanim będzie za późno.

- Tato! - wrzasnął Ben. Luke usłyszał go i w samą porę zapalił własne ostrze. Czerwień i 

zieleń starły się z sykiem.

- Ben, proszę... - to znów Vestara.
Chłopiec strząsnął uczepioną jego ramienia dłoń i obrzucił Vestarę pełnym odrazy 

spojrzeniem, po czym skoczył w sam środek walki. Używając Mocy, rzucił się na plecy Gavara 
Khaia, zwalił go z nóg i odskoczył, zanim tamten zdołał powstać.

A więc Vestara zabawiła się jego kosztem... Gorzka świadomość tego faktu i słuszny gniew 

dodały Benowi sił. Natarł na Gavara Khaia z taką energią, że w ciemnych oczach Sitha pojawił się 
wyraz podziwu.

- Dobry jesteś jak na szczeniaka, - rzekł.
- Powinienem był to zrobić od razu, jak tylko cię zobaczyłem - warknął chłopak. Odskoczył 

w tył, ale odrobinę za późno i czerwone ostrze przecięło dół jego tuniki. Skrzywił się, kiedy 
musnęło także skórę pod nią. Khai zrobił fintę i znów skoczył na niego.

Luke na razie skierował swoją uwagę na Abeloth, co ucieszyło Bena. Chciał Khaia tylko dla 

siebie. Zamierzał zniszczyć ten sithański pomiot, pociąć go na kawałki za to, co zrobił z Vestary.

W gniewie stracił czujność, wysunął się za daleko i znów musiał odskoczyć przed paradą 

Khaia. Wylądował na kolanie, przechwytując jego ostrze swoim, po czym wyprowadził boczne 
kopnięcie, które omal nie zaskoczyło Sitha.

- Już lepiej - ocenił Khai. - Niech gniew przepływa przez ciebie. Musisz mnie znienawidzić 

tak mocno, jak potrafisz. To nakarmi Ciemną Stronę w tobie.

Mógł sobie darować. Ben słyszał nieraz tę śpiewkę i nie robiła na nim wrażenia. Słowa 

miały całkiem przeciwny skutek: uspokoiły młodego Rycerza i rozjaśniły mu w głowie.

A więc jednak Sithowie ich zdradzili. Vestara wykorzystała swoje rany, usiłując grać na 

uczuciach, jakie do niej żywił; wszystko po to, aby go zatrzymać, kiedy jej ojciec zaatakuje Luke’a. 
Kątem oka Ben widział Taalona i drugiego Sitha stosujących technikę sieci Mocy - tę samą, którą 
zasugerowała Vestara - nie po to, aby zdławić Moc Abeloth, tylko ją obezwładnić, choć walczyła 
teraz naprawdę zawzięcie. Luke zaś wykorzystywał swoje mistrzowskie panowanie nad Mocą, aby 
ją zniszczyć.

I nagle Ben, ogarnięty dumą i miłością, zauważył, że pomimo przewagi wroga, Luke 

zwycięża.

Sieć zaczynała działać, odbierając Moc przez Abeloth. Ben zobaczył na jej twarzy 

przerażenie, poczuł je też w migotaniu jej aury Mocy. Luke zaś walczył tak, jak Ben nie widział 
jeszcze nigdy: z gniewem, bólem, miłością i poczuciem obowiązku. Napadał i uskakiwał, a jego 
miecz świetlny poruszał się tak szybko, że wyglądał jak płomień. Ben aż krzyknął z radości i 
mocniej nacisnął na Gavara Khaia, który już nie drwił i nie napawał się przewagą. Chyba zaczął się 
poważnie obawiać, że może nie wyjść żywy z tego starcia.

Nagła fala uderzeniowa uniosła Bena do góry. Przez sekundę czuł się jak sparaliżowany; nie 

zdążył użyć Mocy, aby pokierować upadkiem, więc twardo wylądował. Na moment pociemniało 
mu w oczach, a kiedy doszedł do siebie, usłyszał krzyki. Zerwał się na nogi i chwycił za miecz.

Abeloth znikła. Zrozumiał, podobnie jak wszyscy inni, co musiało się stać. Zebrała 

wszystkie siły, wysłała potężny ładunek Mocy, aby na chwilę zrzucić z siebie atakujących - i 

background image

uciekła.

- Dokąd poszła? - krzyknął, na moment zapominając o Khaiu.
Luke odzyskał zmysły szybciej niż on, ale zamiast odpowiedzieć, rzucił się w kierunku 

tunelu, choć Ben zauważył, że ojciec musiał być co najmniej lekko ranny.

Razem z Sithami podążył za nim, zapominając o podziale wśród nich. Ben słyszał, że 

Vestara idzie za nim w pewnej odległości; wyczuwał w Mocy jej ból, żal i zdecydowanie. Skrzywił 
się i odciął na razie Moc.

Trzej Sithowie, których Taalon zostawił do pomocy Dyonowi, zostali już unieszkodliwieni. 

Nie mieli widocznych ran, ale na twarzach zastygł im wyraz przerażenia. Abeloth tymczasem 
wróciła do Dyona, aby dokończyć to, co zaczęła.

Mężczyzna leżał na plecach z twarzą wykrzywioną strachem. Abeloth siedziała na nim 

okrakiem w odrażającej parodii miłości; palce-macki zacisnęła na jego twarzy, a wyszczerzona 
paszcza sięgała prawie ust. Oboje spowijała złocista energia. Abeloth zasyczała, wyczuwając 
obecność Luke’a, który właśnie wybiegł z jaskini. Odwróciła się w jego stronę.

Jej rysy zafalowały, płynnie przybierając wygląd Callisty. Błagalnym gestem wyciągnęła do 

niego dłoń.

- Luke... proszę! Nie rozumiesz? To naprawdę ja. Callie, twoja Callie. Kocham cię. Nigdy 

nie przestałam cię kochać... Proszę...

Ona nigdy nie jest tym, czym się wydaje...
I nagle zrozumiał. Nie była Callistą.
Nie była nawet Abeloth.
Wierząc w swoje przeczucie, jak tyle razy wcześniej, Luke opuścił miecz... prosto na wijące 

się ciało Dyona Stada.

„Abeloth” cofnęła się, kiedy świetliste ostrze przeszyło pierś Dyona, sięgając aż do 

kamiennego podłoża jaskini. Mężczyzna wygiął się w tył, zagiętymi w szpony palcami usiłując 
dosięgnąć twarzy Luke’a.

- Tato! Co robisz? - rozległ się głos Bena. Sithowie też coś krzyczeli. Luke zignorował ich 

wszystkich, wbijając wzrok w Dyona.

Rozszerzone, błagalne, ludzkie oczy Dyona Stada zmieniły się nagle. Wyglądały teraz jak 

twarde punkciki światła, jak gwiazdy w głębokiej studni nicości. Sięgające ku niemu ręce zmieniły 
się w macki, szeroka paszcza się rozwarła. Luke wyczuł kolejny atak - niszczycielską falę czarnej 
ciemnej energii i sprężył się, aby go odeprzeć.

Odchodziła. Poczuł to. Poczuł, jak szybko znika, dziwnie mała w śmierci. Odsunął się od jej 

ciała i usiadł na ziemi. Siedział tak dłuższą chwilę, chwytając oddech.

Ben znalazł się przy nim.
- Tato? Wszystko w porządku? Czy ona...
Luke z trudem podniósł dziwnie ciężką głowę. Uśmiechnął się, kiedy ujrzał Dyona Stada 

leżącego na boku, nieprzytomnego, ale żywego, a potem popatrzył na potwora, który najpierw 
przybrał twarz Callisty, a potem Dyona.

- Już wiem - powiedział, choć z wyschniętego gardła wydobył się jedynie szept. - Wiem, że 

ona nie żyje.

ROZDZIAŁ 34

Nad planetą Abeloth

- Bezpośrednie trafienie w silnik numer dwa - poinformował Jainę Drab.
Stang - zaklęła Jaina. Statek znów otworzył ogień. Jej myśliwiec wyszedł z korkociągu i 

background image

znów nad nim zapanowała - w samą porę, aby skręcić z toru następnej serii torped.

- Cel na Statek - warknęła, kreśląc ósemki, aby uniknąć ataku.
- Matryca celownicza uszkodzona - zameldował jej robot.
Kolejne trafienie. StealthX zadygotał.
- Ekran celowniczy wyłączony.
Jaina gniewnie zacisnęła usta. Wciąż jeszcze miała Moc. Statek wirował szybko, ale z pełną 

sterownością; wyczuwała jego mroczną satysfakcję. Nagle zatrzymał się i zdawał się ją 
obserwować.

- Statek ma nas na celowniku - poinformował ją Drab.
- Widzę - warknęła. - Gotów...
Nagle poczuła, że uwaga Statku słabnie. W chwilę później już go nie było. Odlatywał i to 

nie na dół, na planetę, aby pomóc Abeloth, lecz w drugą stronę, w kierunku przestrzeni.

- Co on wyprawia? - zapytała głośno.
- Może ucieka, bo jest wyraźnie w mniejszości - zasugerował Drab.
- Chciałabym - mruknęła. Z trzema silnikami i bezużyteczną matrycą celowniczą miała z 

nim niewielkie szanse. Nie, musiało się stać coś innego, nie wiedziała tylko co. Na szczęście Statek 
nie wybrał się na dół, aby strzelać do Luke’a i Bena.

- No dobrze, Drabie - rzekła. - Wracajmy na „Łowcę Asteroid” i zobaczmy, co się tam 

dzieje.

Oddział psychiatryczny, Świątynia Jedi, Coruscant

Cilghal z ciężkim sercem podążała do oddziału psychiatrycznego. Jak każda uzdrowicielka, 

żałowała głęboko każdego straconego życia, a zastrzelenie Kani na stopniach świątyni głęboko ją 
zasmuciło. Był to także ciężki cios dla morale oblężonych Jedi i prawdopodobnie na to też liczyli 
Mandalorianie. Jedi wciąż nie mieli szczęścia w poszukiwaniach jakiejkolwiek drogi ucieczki, choć 
genialny pomysł Leii, aby przesłać im ogromnie potrzebne lekarstwa na grzbietach gryzoni, nieco 
podniósł ją na duchu.

Małe stworzenia mogły jednak przenosić jedynie małe fiolki. Odsunęli w ten sposób od 

siebie nieuniknione, ale na krótko. Chronometr odmierzał czas oblężenia. Coś się musi zmienić, tak 
czy inaczej.

Wprawdzie isalamiry nie dopuszczały do użycia Mocy w najbliższym sąsiedztwie 

pacjentów, ale Cilghal skorzystała z niej teraz, aby się uspokoić. Czas na kolejną dawkę środka 
usypiającego; na razie są czujni i rozbudzeni, a jeśli nawet nie mogą wyczuwać jej w Mocy, zawsze 
pozostaje język ciała. Im spokojniejsza będzie uzdrowicielka, tym spokojniejsi będą także pacjenci.

Było ich teraz troje: Sothais Saar, Turi Altamik i Kunor Bann. Każde z nich miało własną, 

wygodną przestrzeń mieszkalną, o ścianach wykonanych z transpastali; kamery zwykle były 
wyłączone w miejscach bardziej intymnych, ale w razie potrzeby można je będzie włączyć. Kiedy 
nie spali, Saar zwykle znajdował się w stanie gwałtownego pobudzenia i wymagał środka 
uspokajającego, Altamik drapała ściany, a Bann kiwał się w tył i w przód z twarzą zalaną łzami. 
Kiedy znaleźli się w jej polu widzenia, zwolniła i się zatrzymała.

Shul Vaal, jej twi’lekański kolega, podszedł do niej. Zwykle spokojny, teraz wyraźnie tłumił 

podniecenie.

- Mistrzyni Cilghal - zaczął - coś się dzieje...
Cilghal uniosła dłoń i Vaal zamilkł.
Sothais Saar siedział spokojnie przy małym stoliku. Wszyscy pacjenci mieli notatniki, ale 

rzadko ich używali, chyba że po to, by je podrzeć. Teraz głowa Cheva o ciężkich brwiach pochylała 
się nad notatnikiem. Jedi wydawał się całkiem pogrążony w lekturze.

Turi Altamik czesała długie włosy. Była spięta i zmęczona, ale nie dało się zauważyć 

śladów szaleństwa, które zwykle wykrzywiało jej zadziorną, ładną buzię posępnym grymasem. 
Vaal stał sobie spokojnie, z rękami założonymi do tyłu, wyglądając przez transpastal. Na widok 

background image

Cilghal uśmiechnął się niepewnie, uniósł dłoń i pomachał jej.

- Nie wierzę... - szepnęła Cilghal. - To niemożliwe... a może jednak?
Wydawali się... zdrowi. Wszyscy troje.
- To może być podstęp - ostrzegł Vaal. - Seff Hellin już kiedyś oszukał Soło. Po prostu 

udają, że są zdrowi.

- Cała trójka naraz? Jednocześnie? Nie mogliby tego skoordynować, nie mają żadnej 

możliwości porozumiewania się.

Poczuła, że wypełniają szalona nadzieja, ale zdławiła ją w sobie. Jeszcze nie ma dowodu. 

Nie będzie się cieszyć, dopóki się nie przekona z całkowitą pewnością, że wszyscy troje wrócili do 
normalnego stanu.

A wtedy... wtedy będzie miała do przekazania nowinę, która wzniesie morale Jedi do 

samego nieba.

Uzbrojeni w pałki ogłuszające i pistolet ze środkiem uspokajającym, weszli na kładkę 

wiodącą na górny poziom bloku. Cilghal desperacko pragnęła, aby zgromadzić teraz przy sobie 
wszystkich chorych Jedi. Byłoby interesujące sprawdzić, czy Valin Horn, który pierwszy zdradził 
oznaki szaleństwa, teraz również wykazałby pozytywne objawy, ale cóż... był zatopiony w 
karbonicie. Na razie uznała, że musi się cieszyć chociaż z tej trójki.

- Najpierw Jedi Saar - poleciła Vaalowi, który w zadumie skinął głową. - On był najbardziej 

pobudzony, no i jest chory najdłużej z całej trójki.

Zatrzymali się przed drzwiami celi z transpastali. Vaal zastukał lekko w szybę. Saar obejrzał 

się i zobaczył ich. Uśmiechnął się swoim sztywnym, formalnym uśmieszkiem - i wstał.

- Sothais - odezwał się Vaal. - Chcemy wejść.
- Tak się cieszę, że was widzę - odparł. - Proszę, proszę, wchodźcie.
Uzdrowiciele wymienili spojrzenia, po czym Cilghal wprowadziła kod. Saar nie zrobił 

żadnego ruchu; nie zamierzał atakować ani uciekać, stał tylko przy stole, wciąż trzymając w ręku 
notatnik.

- Pamiętam wszystko - oznajmił spokojnie. - I jestem straszliwie zakłopotany. Tak mi 

przykro, że cię zaatakowałem, Mistrzyni Cilghal. I muszę jak najszybciej przeprosić szefa 
kancelarii Dorvana.

- A więc już nie uważasz, że jesteśmy oszustami? - zapytała Cilghal.
Policzki Cheva oblały się szkarłatem.
- W pewnym momencie naprawdę tak sądziłem. Wydawało się to... normalne. Nie potrafię 

tego lepiej wyjaśnić. Kiedy mi się to zdarzało, wydawało się całkowicie wiarygodne.

Vaal gestem wskazał na notatnik:
- Co czytasz, Sothaisie?
- Aktualizację mojego traktatu - odrzekł. - Zdaje się, że na Klatooine było powstanie. Jestem 

zadowolony z tej pracy i mam nadzieję, że zainspiruje inne uciśnione istoty, aby wzięły swój los we 
własne ręce.

Tak mógł mówić tylko Saar. Cilghal podjęła decyzję. Ryzykowną, ale chciała dać mu 

szansę.

- Mógłbyś pójść z nami do ambulatorium? Chcielibyśmy przeprowadzić kilka testów.
- Oczywiście - odpowiedział, ale się nie ruszył.
- Jedi Saar, co się dzieje?
- Przypuszczam, że zechcesz mnie w jakiś sposób skrępować - odparł, lekko zdumiony.
- Nie, nie zechcę - zapewniła. - Chodź.
Ruszyła przodem, podświadomie oczekując na cios.

Hamner był w swoim biurze. To na ogół czyste, uporządkowane miejsce było teraz 

zarzucone notatnikami i zastawione niedopitymi, zimnymi kubkami kafu. Sam Hamner był 
nieogolony i wykończony. Ślęczał nad starymi planami Świątyni i zapisywał notatki ze swojej 
rozmowy z Bwua’tu. Gdyby tylko Bothanin zaczął działać! Gdyby zmusił Daalę do odwołania 

background image

oblężenia, tego strasznego oblężenia, które wyrządza im tyle krzywdy!

Komunikator zapiszczał. Włączył go.
- Hamner.
- Mistrzu Hamner? - odezwała się Cilghal. Jej głos był jeszcze bardziej piskliwy niż zwykle.
- Co się dzieje? Wszystko w porządku? Skończyły wam się środki uspokajające?
- Jest bardziej niż w porządku - zapewniła Kalamarianka, najwyraźniej uradowana. - 

Jestem... ogromnie szczęśliwa, bo mogę zameldować, że cała trójka Jedi wydaje się zupełnie 
zdrowa.

Zmęczenie nagle uleciało.
- Co? Wszyscy wyzdrowieli? Jak to się stało?
- Nie jestem pewna, ale zdaje się, że nastąpiło to u wszystkich jednocześnie. 

Przeprowadziliśmy wszystkie możliwe testy i wygląda na to, że wszyscy troje są w porządku. Mogę 
się jedynie domyślać, że wyprawa Mistrza Skywalkera jakimś cudem odniosła sukces, znalazła 
przyczynę i spowodowała uleczenie.

Hamner poczuł ucisk w gardle. Zabrakło mu słów. Podniósł do czoła drżącą rękę i milczał 

przez chwilę.

- Mistrzu Hamner?
- To cudowne, cudowne wieści, Cilghal. Coś takiego było nam ogromnie potrzebne. A 

zwłaszcza mnie... Dziękuję.

I co dalej? - pomyślał Ben, spoglądając na Sithów, którzy stali wokół, wbijając wzrok w 

ciało ich wspólnego wroga. Co teraz? Nie wyłączył miecza.

Luke wstał i podszedł sprawdzić, co z Dyonem.
- Powinien odzyskać zdrowie, ale pilnie potrzebuje opieki. Ben, zabierz go na „Cień”.
- Ale...
Luke spojrzał na niego ostro i Ben zamilkł.
- Moja córka też jest ranna - rzekł Gavar Khai, podchodząc do Vestary, aby obejrzeć jej 

rany. Dziewczyna była blada, ale nawet teraz starała się nie okazać słabości. - Zabiorę ją na mój 
statek i...

- Chyba jeszcze nie podjęliśmy decyzji, co robić dalej, Khai - nieoczekiwanie wtrącił się 

Taalon. Arcylord Sithów spojrzał w zadumie na Luke’a. - Wciąż mamy jej ciało do zbadania.

- I całe to miejsce, a także inne, które widziałem Poza Cieniami - zgodził się Luke. - Jestem 

pewien, że jesteście równie ciekawi jak ja, kim była Abeloth.

- Istotnie - przyznał Taalon. - Zdaje się, że nasz sojusz jeszcze trochę potrwa.
Ben tylko westchnął.
- Z pewnością nie potrzebujemy aż tylu kręcących się tu Sithów, którzy nie mają nic do 

roboty poza knuciem zdrady - mruknął Luke.

- Boisz się? - zagadnął Taalon z bladym uśmiechem.
- Szczerze mówiąc, nie - odparł Luke. - Ale ty chyba się boisz.
Uśmiech znikł, a oczy Taalona zabłysły.
- Zachowuj się przyzwoicie, Skywalker, albo się zdenerwuję i ty i twój chłopak zginiecie, 

zanim usłyszycie odpowiedzi na swoje pytania.

- Odeślij ich - zażądał Luke. - A ja wtedy odeślę Landa i Jainę. Dwóch Jedi, trzech Sithów. 

Proporcja trochę niesprawiedliwa. Na waszą korzyść.

Taalon i Khai wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się nieznacznie.
- Zgadzam się - rzekł Arcylord.
- No to w porządku - odparł Luke. - Ben, zabierz Vestarę i Dyona na „Cień Jade” i 

zaopiekuj się nimi. Skontaktuj się też z Jainą i Landem i powiedz im o warunkach, jakie 
uzgodniliśmy.

Ben spodziewał się, że Khai lub Taalon zaprotestują. Khai jednak tylko spojrzał na swojego 

dowódcę, a Taalon powiedział:

background image

- Jestem pewien, że wasze ambulatorium jest nieźle wyposażone. Vestara zasługuje na 

najlepszą opiekę. Potrzebujemy jej do pilnowania chłopaka. Nie spuszczaj go z oka, dziecko, 
zrozumiałaś?

Ben musiał się naprawdę starać, żeby nie wznieść oczu do nieba. Ojciec wziął Vestarę za 

zakładniczkę, a teraz Taalon usiłował odwrócić sytuację, jakby to Ben miał być pilnowany przez 
dziewczynę. To w ogóle nie miało sensu, przynajmniej jego zdaniem. Ukląkł przy Dyonie, wziął go 
na ręce możliwie najdelikatniej i spojrzał na Vestarę.

- Zdaje się, że możesz chodzić sama - mruknął. Wciąż był wściekły i urażony jej 

wcześniejszym podstępem. - Idziemy.

Taalon obserwował, jak odchodzą. Zastanawiał się, czy chłopak, Khai albo Vestara zostali 

zaatakowani przez Abeloth, tak jak on.

Wiedział, że istota, która teraz leżała martwa u ich stóp, unieruchomiła go tylko na sekundę, 

aby spróbować uwieść Skywalkera.

Ale równie dobrze mogło to trwać wieczność. Los Faal mocno go zaniepokoił, choć nigdy 

by się do tego nie przyznał, i wydawało się, że Abeloth jest tego świadoma.

W ciągu tej sekundy, która była niczym cała wieczność, zajrzała do jego wnętrza, zniewoliła 

go w stopniu, jakiego on, Arcylord Sithów, nawet sobie nie wyobrażał, i dostrzegła to, czego Sarasu 
Taalon najbardziej się bał ujawnić.

I przywołała to z powrotem.
A on znów biegł na pokrytych pęcherzami, krwawiących stopach, biegł, ciężko dysząc, a 

serce omal mu nie eksplodowało. Oni zaś byli za nim.

Wszystkie te istoty, którym odebrał, złamał lub wypaczył życie. Wszyscy przyjaciele, 

których zdradził, wszyscy rywale, których ukochane torturował, nieszczęsne ukochane, a także ci, 
którzy nawet nie znali jego twarzy. Ale dopóki nie przegra, nie mogą go tknąć. Jak długo będzie 
wygrywał wszystkie bitwy, nie popełni błędów, odnajdzie każdego wroga, nic mu nie będzie.

Ale w pewnej chwili coś się stało z jego stopą.
Kostka go zawiodła i upadł, uderzając o ziemię, po której tak uparcie biegł. Łzy, pełne 

wstydu łzy nikczemnego strachu spływały mu po twarzy, kiedy niezdarnie próbował się podnieść.

Opadli go, szarpiąc i kąsając, ich dotyk mroził i parzył jednocześnie. Zrozumiał, że go nie 

zabiją, nie od razu. Będą go rozrywać na części, kawałek po kawałku. A nawet wtedy jego 
cierpienia nie dobiegną końca. Abeloth pokazała mu, że tak będzie.

- Arcylordzie? - zagadnął go Khai, przyglądając mu się z uwagą.
Serce zamarło Taalonowi w piersi. Nie może się zawahać. Nie w jego obecności. A już na 

pewno nie w obecności Skywalkera.

Nie może się zawahać, pomylić ani przeliczyć.
Nigdy.

- Ben, Ben, wszystko w porządku? Czy Luke jest cały i zdrowy? - Jaina machnięciem ręki 

odpędziła robota, który próbował opatrzyć jej skaleczenie na czole. Głos Bena był transmitowany 
przez interkom statku z mostka.

- Wszystko w porządku. Dopadliśmy ją. - Głos Bena aż tryskał dumą i Jaina nie mogła go o 

to winić. Słuchała, jak relacjonuje walkę, podczas gdy robot medyczny kręcił się wokół niej. Nie 
chciała tego przyznać, z różnych zresztą powodów, ale wydawało jej się zawsze, że Sithowie 
potrafią współpracować. Tym razem było to z korzyścią dla wszystkich. I pewnie tylko tym razem.

- A wy mieliście jakieś kłopoty? - zapytał, kiedy skończył opowieść.
- Niewiele. Miałam małą utarczkę z paskudnym wehikułem zwanym Statkiem - Teraz to ona 

się zaśmiała, kiedy Ben zażądał szczegółów. - Niestety, spasowaliśmy. Nagle przestał do mnie 
strzelać i po prostu odleciał. Mój stealthX był zbyt poobijany, żeby go gonić. Lando pomoże mi go 
naprawić.

background image

- Tak sobie odleciał? Hm... - mruknął Ben. - Zastanawiam się...
Urwał i Jaina poniewczasie zrozumiała, że prawdopodobnie nie był sam. Mogłaby się 

założyć, że ta dziewczyna jest z nim.

- W każdym razie mam rozkazy od taty dla ciebie i Landa - dodał Ben.
W tym momencie otworzyły się drzwi i stanął w nich Lando.
- W samą porę - zauważyła Jaina. - Luke i Ben załatwili Abeloth i Luke ma dla nas rozkazy.
- Cześć, Lando - zawołał Ben. - Tato, ja, Taalon i Vestara oraz jej ojciec zostaniemy tutaj i 

trochę się rozejrzymy. Zobaczymy, czy uda nam się dowiedzieć czegoś o Abeloth. Tato postanowił, 
że wy oboje wrócicie do bazy.

Jaina aż otworzyła usta.
- Mamy odlecieć? Przebyliśmy taki szmat drogi, żeby mu pomóc, a on chce, żebyśmy 

zostawili go tam na dole z ojcem tej dziewczyny i z Arcylordem?

- Tak powiedział - brzmiała odpowiedź Bena. Jaina spojrzała na Landa, jakby w 

poszukiwaniu pomocy, ale ten tylko wzruszył ramionami.

- Nie patrz na mnie - mruknął. - Ja tu tylko sprzątam.
- Jaino, masz wracać do domu. I Lando też.
W jego głosie było coś takiego, że Jaina znieruchomiała. Skinęła na Landa, żeby wyciszył 

łączność.

- Rozumiem - szepnęła. - Luke chce, żebyśmy dostarczyli gdzie trzeba informacje o Abeloth 

i Zapomnianym Plemieniu.

Wiemy teraz na ich temat o wiele więcej, a wszystko to może się przydać Jedi. Może nawet 

warto będzie przekazać je Daali. - Ostatnie zdanie wypowiedziała jednak z nutą powątpiewania w 
głosie.

- Może i tak. - Lando również miał wątpliwości. - Zadowolę się poinformowaniem Jedi, że 

Luke żyje, a Abeloth nie. - Wcisnął znowu przycisk interkomu.

- Masz rację, Ben - powiedziała Jaina. - Muszę rzeczywiście wracać do domu, Lando też. 

Tendra i Fuks będą się martwić. Przypuszczam, że Sithowie też odlecą?

- Wszyscy, z wyjątkiem tej trójki - zapewnił ją Ben.
- No to w porządku. Uważaj na siebie i na tatę, dobrze?
- Jasne. Trzymaj się, Jaino.
- No i co naprawdę zrobimy? - zapytał Lando.
- Moje zaufanie do tych Sithów nie sięga dalej niż na odległość rzutu Sithem.
- Jesteś Jedi, Jaino, możesz rzucać całkiem daleko.
- Wiesz, co mam na myśli.
- Owszem, i zgadzam się z tobą. Ale twój stealthX nie nadaje się w tej chwili do niczego, a 

ta staruszka nigdy nie była zaprojektowana do walki. Może lepiej na tym wyjdziesz, jeśli zrobisz to, 
o co prosi Luke...

Spojrzała na niego koso.
- ...dla odmiany - nie mógł się powstrzymać, żeby tego nie dodać.
- Oj, zamknij się. Wracamy na Coruscant, zanim zmienię zdanie.

ROZDZIAŁ 35

Prezydent Natasi Daala w swoim prywatnym apartamencie sączyła koktajl, spoglądając 

przez ogromne transpastalowe okno na nocny krajobraz Coruscant. Tu nigdy nie było cicho i 
ciemno. Wszędzie widniały jaskrawe plamy koloru, pojazdy spiesznie podążały w swoich sprawach 
o każdej porze dnia i nocy. Wokół jej budynku strzelały w niebo inne, jeszcze wyższe, w 
większości oświetlone. Część z nich to były apartamentowce, jak ten, w którym sama mieszkała. 
Inne mieściły firmy i biura. A ona wiedziała, kto gdzie mieszka i jaki lokal wynajmuje. Była jedną z 
najpotężniejszych istot w galaktyce, więc Wynn Dorvan nalegał, aby orientowała się dokładnie, 
kim są jej „sąsiedzi”.

background image

Było to miłe i na swój sposób krzepiące. Zatłoczone miasto miało w sobie życie, energię i 

smak, które Daala uważała za fascynujące. Pociągnęła kolejny łyk, lód w jej szklance zadźwięczał. 
Wystrój mieszkania Daali, w przeciwieństwie do zorganizowanego chaosu, który panował na 
zewnątrz, był prosty, niemal surowy. Główny pokój miał wysokie sklepienie i bezpretensjonalne, 
ale wygodne umeblowanie. Zdobiły go głównie dzieła sztuki - niewielkie statuetki, fontanna w 
rogu, oprawione, surowe abstrakcje Ku Chousara, jednego z najsłynniejszych artystów swoich 
czasów. W tle rozlegały się ciche, nienatrętne dźwięki łagodnej muzyki instrumentalnej. Wszystko 
było uporządkowane, o czystych liniach, utrzymywało harmonię formy i funkcji. Była to jej 
osobista kryjówka.

Ubiór Daali również hołdował tej samej zasadzie. Miała na sobie tunikę i spodnie z 

seledynowego błyszczojedwabiu i proste pantofle. Doskonale wiedziała, że zieleń podkreśla kolor 
jej oczu i rude włosy, ale poza tym strój był po prostu wygodny. Spełniał zatem podwójne zadanie, i 
o to chodziło. Daala lubiła efektywność tak samo jak porządek.

Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi, sama poszła wpuścić gościa. Kucharz wykonał swoje 

zadanie, potrawy musiały już tylko utrzymywać ciepło. Wysłała go do domu, a roboty wyłączyła na 
noc. Roboty to użyteczne istoty i dobrze przygotowały jej apartament, ale do dzisiejszej rozmowy 
pragnęła całkowitej prywatności - z różnych przyczyn.

Otworzyła drzwi, uśmiechnięta. Przed nią stał lekko zaskoczony admirał Nek Bwua’tu.
- Sama wpuszczasz gości, Natasi? - zapytał ciepłym głosem, z rozbawieniem i sympatią. - 

Czy powiesz mi też, że sama ugotowałaś kolację?

Zaśmiała się, gestem zaprosiła go do środka i uściskała.
- Nigdy, Nek. Nie po to wspinałam się po drabinie hierarchii, żeby sama sobie gotować.
- A ja to lubię. Nawet przy tym wypoczywam - wyznał Bwua’tu. - Ale z pewnością nie 

zaprosiłaś mnie tu po to, abym ci podał mój słynny przepis na steki z nerfa w sosie i piure z korzeni 
taku.

Daala uśmiechnęła się lekko i podeszła do baru.
- Obawiam się, że nie po to. Może innym razem.
Nek westchnął.
- Kiedy oboje będziemy na emeryturze - mruknął.
Uśmiechnęła się do niego przez ramię.
- Może i tak - zgodziła się i wskazała na baterię butelek. - To co zwykle?
Bothanin się uśmiechnął.
- Bardzo proszę - zgodził się. Daala nalała i podeszła do niego z drinkiem. Bwua’tu uniósł 

szklankę i lekko trącił jej kieliszek.

- Za nieobecnych przyjaciół - rzekł łagodnym głosem, innym niż ten, który wszyscy znali.
Powinna była spodziewać się tego toastu, ale i tak jej uśmiech przybladł.
- Za nieobecnych przyjaciół - powtórzyła, nie zdradzając tonem, że ją to zabolało. Wypili i 

wskazała mu gestem sofę. Usiadł posłusznie, wciąż trzymając szklankę i nie spuszczając 
zamyślonego wzroku z Daali.

- Twój wuj sprawia mi kłopot za kłopotem - oznajmiła. Usiadła obok niego na sofie zwinięta 

jak nexu we własnym gnieździe. Jej język ciała dowodził otwartości i swobody.

Bwua’tu się zaśmiał.
- Wujek Eramuth - mruknął. - Wyobrażam sobie. On jest bardzo dobry w tym, co robi, sama 

wiesz. Jeśli w ogóle jest w stanie to zrobić.

- Owszem - zgodziła się oschle, po czym zapytała: - Co rozumiesz przez Jeśli jest w stanie”?
- Wujek Eramuth jest w dość podeszłym wieku jak na bothańskie standardy - wyjaśnił 

Bwua’tu. - I zawsze był nieco ekscentryczny. Widziałaś sama, jak się ubiera.

Skinęła głową.
- Widziałam - odparła. - Zawsze myślałam, że to część jego strategii... oczarować 

przysięgłych swoimi nieco przestarzałymi, wręcz dziwacznymi manierami.

- Ależ, nigdy nie mówiłem, że to nie wynika z wyrachowania - zgodził się Nek. - Ale cienka 

granica pomiędzy wymyśloną oryginalnością i nie całkiem zdrowymi zmysłami z czasem się 

background image

zaciera.

- Doprawdy? Zapamiętam to sobie, dziękuję.
- Nie skreślaj go jednak - poprosił Nek. - Wiem, że tkwi w tym pewna sprzeczność, ale tak 

jak mówiłem... jest bardzo dobry w tym, co robi. Twoja obecna sprawa może wcale nie być tak 
oczywista, jak ci się wydaje.

Daala westchnęła. Pochyliła się w jego stronę, ale popatrzyła tylko smutno i się odwróciła. 

Wyjrzała za okno, skąpane w kolorowych plamach światła.

- Mówiłeś o nieobecnych przyjaciołach, Nek. Gil był jednym z nich. Cha Niathal też. Już 

zbyt wielu ich odeszło.

W jego ciemnych oczach pojawiło się współczucie.
- Rozumiem cię. Wszyscy straciliśmy ich zbyt wielu. To cena starości.
- Mów za siebie - odparła z pozorną lekkością.
- Masz rację. Ty, moja droga, nie zestarzejesz się nigdy. Ambicja daje ci młodość. - Uniósł 

szklankę w drwiącym salucie.

Uśmiechnęła się nieco sztucznie.
- Nie jestem tego pewna. Obawiam się, że ostatnich kilka tygodni przydało mi sporo lat.
- Wiem. Sytuacja z Jedi, Mandalorianie... - ze zrozumieniem odparł Nek.
Zwróciła się ku niemu. Był jej starym przyjacielem i czymś więcej, a dzięki wszystkim 

bóstwom, które istnieją lub nie, wciąż nie należał do nieobecnych. Jeszcze nie.

- Nie budzi moich wątpliwości żadna z decyzji, jakie do tej pory podjęłam. Ze Skywalkerem 

postąpiłam słusznie. I z szalonymi Jedi też. Wciąż uważam, że to, co się tu dzieje, jest w porządku. 
Chodzi mi o te... bunty.

Ciągnęła z ogniem w oczach:
- Nek, to są pożary. Na razie niewielkie, zaledwie smużki dymu, i to na światach, o których 

większość nigdy nie słyszała, a jeśli nawet słyszała, to co ich to obchodzi? Przynajmniej do tej pory 
tak było. Nawet Klatooine jest dość daleko, aby nie wpłynąć na codzienne życie większości 
obywateli Galaktycznego Sojuszu. Nie powinno ich obchodzić to, co się tam dzieje. A jednak...

- Tymczasem mała devaroniańska dziewczynka Needmo wprowadza ich wprost na salony.
Daala skinęła głową.
- Rzeczywiście. W dodatku robi to sprytnie. Javisem Tyrrem mogłam manipulować, 

przynajmniej do pewnego stopnia. Kontrolowałam część z tego, co robi, czego się dowiaduje i 
kiedy się tego dowiaduje.

- Wykorzystywał cię - zauważył Nek.
- Już tego nie robi - odparła po prostu.
Nek musiał się roześmiać.
- Rzeczywiście. Jak ci się udało wreszcie okiełznać tego warczącego psa?
- Ach, to nieoceniony Wynn Dorvan. Skontaktował się z operatorką kamery Tyrra, która 

była jego wspólniczką. Miała ponagrywać wszystko, co kombinował ostatnio. Widocznie Wynn 
użył zarówno marchewki, jak i bata, żeby ją skłonić do współpracy. Jeśli będzie grzeczna, jej 
nazwisko pozostanie w tajemnicy. Jeśli nie, wyląduje w jednej celi z Tyrrem.

- Eleganckie, proste i skuteczne. Może od czasu do czasu powinienem sobie wypożyczyć 

Dorvana.

- Tylko kiedy ma wolne - westchnęła. - To prawda, cieszę się, że Tyrr już mnie nie dręczy. 

Ale ta Madhi Vaandt... jest poza moim zasięgiem. To zbyt gruba sprawa. Nie mogę uciszyć 
wiadomości.

Uszy Neka uniosły się czujnie, wychwytując subtelny ton, z jakim wypowiedziała słowo 

„wiadomości”

- A co możesz uciszyć?
Spojrzała na niego chłodno.
- Najchętniej same bunty. Właściwie powinnam była zabrać się do tego od samego 

początku. Wtedy Vaandt nie miałaby o czym opowiadać, bo zajęlibyśmy się wszystkim cichutko i 
za kulisami. I wszyscy mogliby dalej żyć spokojnie. Dorvan znakomicie potrafił wywęszyć 

background image

wszystkie miejsca, gdzie mogłyby się pojawić kłopoty. Mogłam tam wysłać Mandalorian, zanim 
wszystko się ruszyło. Zablokować całą sprawę.

- Natasi - powoli zaczął Bwua’tu, rozważając każde słowo, zanim padło. - Możliwe, że 

niektóre z tych buntów musiały wybuchnąć. Nie sądzisz chyba, że istoty, które podżegają do buntu, 
robią to wyłącznie po to, żeby ci zepsuć humor... nawet jeśli naprawdę do tego dojdzie.

Niewielu mogłoby odzywać się w ten sposób do Daali, nie wywołując jej wściekłości. Jedną 

z tych osób był Dorvan, a drugą Nek. Pozostałych już nie było pośród żywych.

- Jednym z tematów, o których nieustannie słyszę, jest istnienie instytucji niewolnictwa na 

tak wielu światach. Szczerze mówiąc, jeśli to przez tyle lat istniało, teraz też może trochę poczekać. 
Najpierw sprowadzimy Jedi na właściwe miejsce, a wtedy wszystko się ułoży. Nie jestem 
dyktatorem, Nek, wiesz o tym. Ale nie mogę stracić kontroli nad sytuacją. Nie mogę nawet 
dopuścić do pozorów, że ją tracę.

Bwua’tu wychylił resztę drinka i wstał, aby przygotować sobie następny.
- Dolać ci? - zapytał, podchodząc do baru.
- Nie, dziękuję - burknęła. - A ty grasz na zwłokę.
Zachichotał, napełniając szklankę.
- Zastanawiam się nad najlepszą odpowiedzią. - Odwrócił się do niej przodem, kręcąc 

płynem w szklance. - Zgadzam się, że potrzebne ci jest jakieś zwycięstwo. Ale nie jestem pewien, 
czy tłumienie legalnych form protestu przeciwko rządowi planety jest właściwym sposobem, aby 
pokazać, że kontroluje się sytuację. Zwłaszcza zaś użycie Mandalorian.

- To nie jest Galaktyczny Sojusz - odparła.
- Ale oni nigdzie nie są szczególnie łubiani, a ich ciągłe wykorzystywanie wcale nie 

doprowadza cię tam, gdzie twierdzisz, że chciałabyś się znaleźć. Znakomitym przykładem jest 
obecny pat z Jedi.

Daala westchnęła i przetarła oczy.
- Mówisz jak Dorvan.
- Żeby mówić jak Dorvan, musiałbym być bardziej monotonny.
Tym razem roześmiała się naprawdę szczerze. Nek także się uśmiechnął i usiadł znowu 

obok niej, opiekuńczo obejmując ją ramieniem. Oparła się o niego i przez dłuższą chwilę milczeli, a 
kiedy się odezwała, jej głos był ledwie słyszalny:

- Nie mogę przestać myśleć o Cha Niathal.
- To ona podjęła decyzję o odebraniu sobie życia. Nie jesteś za to odpo...
Niecierpliwie machnęła ręką, żeby go uciszyć.
- To prawda, nie czuję się winna. Ale to, co powiedziała... stwierdziła, że nie popełniła 

błędu w sprawie Jacena, że nikt nie był w stanie przewidzieć, kim się stanie i co zrobi. I jej list 
pożegnalny... „Uczyniłam to z honorem, świadomie i z własnego wyboru”.

Podniosła na niego wzrok.
- Już dawno przestałam lękać się śmierci. Chyba nie można być zawodowym wojskowym, 

bojąc się umrzeć. Ale... powierzono mi opiekę nad pomyślnością Galaktycznego Sojuszu. Każda 
decyzja, jaką podejmuję, określa nie tylko moje własne życie, ale los miliardów istot. Muszę działać 
jak Niathal - z honorem, świadomie i z własnego wyboru. Jeśli teraz nie będę stanowcza, jeśli się 
załamię, rozpęta się chaos i wszystko, czego pragniemy, zostanie zmiecione przez wzbierający 
przypływ.

Przyglądał się jej, a jego oczy w przyćmionym świetle wyrażały czułość.
- Każdy z nas robi to, co musi - rzekł łagodnie.

„Każdy z nas robi to, co musi”.
Admirał Nek Bwua’tu nie był przyzwyczajony do wygłaszania ironicznych uwag, ale teraz, 

o trzeciej piętnaście rano, kiedy cicho opuszczał apartament Daali, czuł, że własne słowa go 
prześladują.

Skinął robotowi ochroniarzowi u wejścia do lśniącego apartamentowca. Zwykle zostałby na 

background image

noc i wyjechał wcześnie rano tym samym małym ścigaczem, którym tu przybył. Roboty miały w 
programach dyskrecję, a żywe istoty, które czasem zajmowały się ochroną, były za nią dobrze 
opłacane. Ale dzisiaj... dzisiaj chciał jeszcze wrócić do biura.

Musi porozmawiać z Kenthem Hamnerem.
Okolica była zamieszkana przez wielu potężnych i bogatych obywateli Coruscant, a o tej 

porze nocy panowała tu cisza. Admirał przeniósł dyskretny, ręczny miotacz z wewnętrznej do 
prawej kieszeni doskonale skrojonego płaszcza. Cóż, nie znalazłby się na stanowisku, którym 
dzisiaj się cieszył, gdyby nie był przygotowany na wszelkie ewentualności. Wyszedł w noc, 
zachowując czujność, ale ogólnie był spokojny.

Szedł wzdłuż jednego z eleganckich chodników dla pieszych, dzięki którym ci, którzy mogli 

sobie pozwolić na mieszkanie na najwyższych poziomach miasta, nie musieli mieszać się z tymi, 
którzy sobie na to pozwolić nie mogli. Kolorowe światła mijających go rozmaitych pojazdów 
oświetlały mu drogę wszystkimi barwami tęczy. O tej godzinie na ulicach nie było wielu istot, ale 
już wkrótce to się zmieni.

Daala popełniała błąd za błędem, chociaż w dobrych intencjach. Zależało mu na niej 

ogromnie, ale złożył przysięgę krevi, więc pierwszym i ostatnim obiektem jego lojalności był 
Galaktyczny Sojusz. A Daala, jak matka o dobrych intencjach i niewłaściwych przekonaniach, 
oddalała się od swoich podopiecznych, a co gorsza, krzywdziła ich karami, które miały na celu coś 
całkiem przeciwnego.

Odwiedził ją dzisiaj z wielu powodów. Po pierwsze, zawsze lubił jej towarzystwo. Po 

drugie, chciał być dla niej dobrym i pomocnym słuchaczem. A po trzecie, ponieważ miał nadzieję 
wysondować jej zamiary względem Jedi.

No i nie udało mu się dotrzeć tak daleko. Wiedział, że nie będzie chciała poznać innych 

punktów widzenia; zamiast tego wyłożyła swoją opinię na temat Madhi Vaandt, buntów i potrzeby 
ich zdławienia, zanim wymkną się spod kontroli. Zauważała tylko nieład i chaos, jaki spowodują, 
ale nie chciała albo nie umiała dostrzec, do czego doprowadzi ją polityka, której broni.

Szedł szybko, głęboko zamyślony; niebawem znalazł się na chodniku osłoniętym 

transpastalą. Niewiele było takich miejsc, gdzie piesi mogli schronić się w przypadku 
niesprzyjającej pogody. Wiatr zmienił kierunek, a do nozdrzy admirała dotarł lekki zapach 
człowieka. Skierował uszy w tył, jego futro zafalowało niespokojnie. Zapach przybrał na sile.

Bwua’tu zatrzymał się, ściskając w dłoni rękojeść małego miotacza, ukrytego w kieszeni 

płaszcza, i odwrócił się powoli.

Nikogo nie zobaczył.
Spojrzał w górę, ale za późno. Jeden napastnik już spadał bezszelestnie. Usłyszał co 

najmniej jeszcze jednego, wypełzającego z miejsca, gdzie się ukrywał - pod chodnikiem. Bandyci, 
rabusie, drapieżcy, zaczajeni w nadziei na słabszą od siebie ofiarę.

Bwua’tu jednak sam też był drapieżnikiem w kwiecie wieku i z miotaczem w kieszeni; w 

dodatku znał się na walce wręcz. Zanurkował w bok, uważając, żeby nie podcięli mu nóg; udało mu 
się wylądować w pozycji stojącej.

Tak, było ich dwóch. Jeden z nich miał na sobie normalny cywilny strój, drugi nosił 

brązowe i płowe szaty, a więc...

Rozległ się trzask i syk, kiedy miecz świetlny ożył. Bwua’tu wytrzeszczył oczy, 

zaskoczony.

- Co zrobiłeś z admirałem Bwua’tu? - wykrzyknęli. Obaj byli Jedi, przekonanymi, że jest 

sobowtórem „prawdziwego” admirała. Nie było czasu na dyskusje, nie z szalonymi Rycerzami Jedi. 
Wyrwał miotacz i strzelając raz za razem, jednocześnie sięgał do sygnalizacji alarmowej w kieszeni 
kamizelki i przysuwał się w stronę poręczy.

Bothanie byli znacznie zwinniej si od ludzi, a tak wysportowany osobnik jak Bwua’tu był w 

stanie bezpiecznie zeskoczyć na inny poziom.

Okazało się jednak, że Jedi także.
Ten z mieczem świetlnym odbijał strzały z miotacza, jakby to były zawody sportowe. Drugi 

rzucił się za Nekiem, który przetoczył się na bok. Bwua’tu wyciągnął długą rękę i chwycił się 

background image

poręczy chodnika, drugą nie przestając strzelać. Jego czujne uszy wychwyciły okrzyk bólu i odgłos 
upadku ponad głową. Stękając z wysiłku, podciągnął się jedną ręką na chodnik, po czym przerzucił 
przez poręcz tę wciąż uzbrojoną w miotacz i solidnie zahaczył się łokciem. Potem bezpiecznie 
przetoczył się przez barierkę.

Słyszał za sobą hałas - stukot lądujących stóp i jedyny w swoim rodzaju syk miecza. 

Prowadzony czystym instynktem, przetoczył się na prawo. Czuł żar i słyszał skwierczenie topiącej 
się durastali. Kopnął z całej siły.

Jedi odskoczył, ale obuta stopa Bwua’tu zdołała trafić go pod kolanem i upadł. Bothanin 

uniósł rękę z miotaczem.

Ułamek sekundy później stwierdził, że patrzy na skauteryzowany kikut, który został z jego 

ramienia.

Jedi uniósł miecz, aby zadać kolejny cios. Bwua’tu obrócił się gwałtownie i wyciągnął 

kikut, aby odbić cios.

Sam się zdziwił, że udało mu się to zrobić. Wciąż zapalony miecz świetlny potoczył się po 

chodniku, a Jedi zanurkował za nim. Bwua’tu natychmiast rzucił się na niego, zakładając mu 
zdrowe ramię na szyję, i zatopił zęby w jego barku.

Mężczyzna krzyknął, chwycił miecz świetlny i uderzył Bwua’tu przez ramię, jakby 

wykonywał rytuał samobiczowania. Rozżarzony do białości ból smagnął ciało admirała; Bothanin 
aż zaryczał. Puścił gardło przeciwnika, złapał za rękę z mieczem, przycisnął go do chodnika i 
uderzył tą ręką o twardą durastal.

Jedi wypuścił miecz, ale Nek nie miał czasu cieszyć się zwycięstwem. Jego skroni dosięgał 

potężny cios i na chwilę świat stał się biały. Jak przez mgłę zdał sobie sprawę z tego, że pierwszy 
napastnik wyczołguje się spod niego i ujrzał blask miecza.

Czas Bwua’tu rozciągnął się w pojedynczą, cienką linię. W tym momencie z całkowitą 

pewnością uświadomił sobie dwie rzeczy. Nieraz już spoglądał śmierci w oczy i teraz wiedział, że 
jeśli nie zadziała szybko i prawidłowo, śmierć zwycięży.

Zrozumiał, że ludzie, którzy go zaatakowali, nie byli Jedi. W przeciwnym razie nie 

wytrzymałby walki z nimi przez całe trzy minuty.

A to nasuwało pytanie: kim są i kto ich wysłał? Na szukanie odpowiedzi nie było teraz 

czasu.

Wyciągnął zdrową rękę, chwycił swoje odcięte ramię, owinął żywy palec wskazujący wokół 

martwego, odwrócił się i wystrzelił z miotacza wprost w twarz Jedi.

Nek zaznał chwilowej satysfakcji, widząc poczerniałe kości i spalone ciało, zanim trup 

upadł na niego. Nagle przeszył go przeraźliwy ból od ciosu miecza świetlnego, wciąż płonącego w 
śmiertelnym uścisku człowieka. Bwua’tu zadygotał, usiłując zrzucić z siebie ciało - i to był jego 
koniec.

ROZDZIAŁ 36

- Wysoki Sądzie, chciałbym przedstawić nowe dowody.
Tahiri zesztywniała. Siedzący obok niej Eramuth zastrzygł uchem.
- Tak późno? - wymamrotał, po czym wstał. - Wysoki Sądzie, obrona żąda informacji na 

temat natury i źródła tych tak zwanych nowych dowodów.

- Proszę podejść bliżej - rzekła sędzia Zudan, przywołując ich skinieniem. Obaj posłusznie 

podeszli i trzy głowy zbliżyły się do siebie. Przez kilka minut wymieniali ostre, sugestywne szepty.

Ucho Eramutha trzepotało jak szalone. Tahiri poczuła, że zamiera jej serce.
Wrócił, usiadł obok i szepnął jej do ucha:
- To jest nagranie, które podobno zrobiono podczas twojej... eee... rozmowy z Giladem 

Pellaeonem.

- Co? - krzyknęła, nie mogąc się pohamować. Eramuth łagodnie i uspokajająco położył jej 

na ramieniu pokrytą sierścią dłoń.

background image

- Przeszło wszystkie testy, wydaje się prawdziwe. Spróbuję ich powstrzymać przed 

odtworzeniem go już teraz, ale jeśli nie dam rady, będę musiał przekazać je do ekspertyzy moim 
własnym ekspertom. A oni są w tym dobrzy.

Uśmiechnął się, próbując ją pocieszyć, ale na próżno. Wiedziała, co wtedy powiedziała i co 

zrobiła. Niezmordowane wysiłki jej adwokata, zmierzające do wywołania współczucia ławy 
przysięgłych, właśnie miały obrócić się wniwecz. Nic, co teraz powiedzą czy zrobią, nie zmieni 
opinii przysięgłych, kiedy usłyszą prawdę.

Dekkon wysunął się do przodu, powiewając szatą. Głos miał prawie tak melodyjny jak 

Eramuth.

- Szanowna ławo przysięgłych - zaczął. - Wiem, że proces trwa już długo, ale usłyszycie 

teraz informację absolutnie niezbędną dla podjęcia przez was decyzji o winie lub niewinności 
Tahiri Veili. Nie mogę ujawnić moich źródeł, ale zapewniam was, że zanim postanowiłem 
przedstawić ten dowód, sprawdziłem go dobrze. To, co za chwilę usłyszycie, jest oryginalnym 
nagraniem.

Zawiesił głos i rozejrzał się wokół z władczą miną.
- Szanowna ławo, będziecie teraz świadkami morderstwa. Morderstwa popełnionego przez 

tę kobietę na dziewięćdziesięciodwuletnim, nieuzbrojonym mężczyźnie!

Wskazał na Tahiri, oskarżająco potrząsając długim, niebieskim palcem. Jakimś cudem udało 

jej się zachować niewzruszoną twarz.

- Obrona chciałaby, abyście uważali Tahiri za biedną, zdezorientowaną, zbłąkaną i chorą z 

miłości dziewczynkę, zwabioną na Ciemną Stronę Mocy... zauważcie, że tylko chwilowo... przez 
potężnego lorda Sithów. Mój szacowny kolega będzie wam udowadniał, że jedynie wypełniała 
rozkazy, że jest ofiarą w takim samym stopniu jak sam admirał Gilad Pellaeon. Ale to, co 
usłyszycie, szanowne istoty, będzie czystą prawdą.

- Sprzeciw! - Eramuth zerwał się na równe nogi. - Wysoki Sądzie, żądam dwudziestu 

czterech godzin na sprawdzenie rzetelności tego tak zwanego „prawdziwego” nagrania, zanim 
zostanie odtworzone przed ławą przysięgłych.

- Sprzeciw oddalony.
- Ależ Wysoki Sądzie! Jeśli się okaże, że dowód został w jakikolwiek sposób sfabrykowany 

lub zmanipulowany, ława przysięgłych i tak znajdzie się pod jego wpływem! Trudno jest 
zapomnieć coś, co się raz usłyszało, nawet, jeśli się wie, że to fałsz.

Dekkon zmierzył go wzrokiem.
- Nie sądzę, aby przysięgli byli tak naiwni, żeby uwierzyć w coś, co się może okazać 

fałszerstwem, mecenasie Bwua’tu - zdecydowała sędzia Zudan. - Jeśli dowód okaże się 
sfałszowany, przysięgli po prostu nie wezmą go pod uwagę przy ustalaniu wyroku. I proszę usiąść, 
zanim ukarzę pana za obrazę sądu.

Eramuth stał jeszcze przez chwilę, po czym przycupnął na ławie.
- Absolutnie wierzę w uczciwość przysięgłych - rzekł. - Ale zapewniam, że sprawdzę to 

nagranie bardzo dokładnie.

Tahiri ciągle miała wrażenie, że to tylko strata czasu i kredytów. Pamiętała ten dzień z 

bolesną jasnością i podejrzewała, że ktoś w jakiś sposób zdołał przechwycić każde słowo, jakie 
wtedy padło.

Zapis zaczynał się banalnie, jak często bywa ze świadectwami wielkiej wagi: odgłos 

otwierającego się i zamykającego włazu, cichy szelest, jakby ktoś wyjmował urządzenie 
rejestrujące z kieszeni.

I znów otwierający się właz.
Głos kobiety. Tahiri.
- Przepraszam, sir, ale musiałam z panem porozmawiać.
Kilka głów odwróciło się, by na nią spojrzeć. Starała się zachowywać obojętny wyraz 

twarzy, ale rozpoznała własny głos. To nie było fałszerstwo.

- Można było zapukać.
Umarły przemówił. Głos był rozpoznawalny dla niemal każdego w sali. Należał do admirała 

background image

Gilada Pellaeona.

Tahiri nagle zesztywniała pod wpływem fali adrenaliny. Została nagle przeniesiona w czasie 

do tej chwili, prawdziwie przełomowej chwili jej życia. Powróciły obrazy i dźwięki, i zapachy i 
tamta pewność, że musi zrobić to, co planuje. A na to jakże żywe wspomnienie nakładał się obraz 
tego, co działo się tu i teraz. Sala sądowa. Sędzia, który może nawet nie siedział w kieszeni Daali, 
ale z pewnością popierał ją politycznie. Sul Dekkon, który robił co mógł, aby ukryć ironiczny 
uśmieszek. I Eramuth, biedny dandys Eramuth, który dla niej pokonał wszelkie przeszkody i znalazł 
się tak blisko wygrania prawdopodobnie ostatniej swojej sprawy.

- Sir, na szali tej wojny ważą się losy żywych istot. Jeżeli dopuści pan do rozbicia Sojuszu, 

wszyscy przegramy - znów jej głos, zimny, brutalny, zdeterminowany. Dziwnie płaski, pomyślała 
Tahiri. Pozbawiony życia, czego na pewno nie można było powiedzieć o głosie Pellaeona, choć w 
chwili śmierci...

...morderstwa...
...miał dziewięćdziesiąt dwa lata i za kilka chwil ucichnie na zawsze. Czy Jacen naprawdę 

wyssał z niej aż tyle? Zaledwie się rozpoznawała.

- Nie zamierzam na to pozwolić, pani porucznik. Ani mi to w głowie. Udzielam tylko 

wsparcia Sojuszowi.

- Jeśli pułkownik Solo zostanie odsunięty od pełnienia obowiązków, GS pogrąży się w 

chaosie.

Dość zabawnie było słyszeć te słowa teraz i właśnie w tym otoczeniu. Po śmierci Jacena 

Solo w GS nie było nic nieporządnego. Cokolwiek uczyniła Daala, jakim zagrożeniem stała się dla 
Jedi, Luke’a Skywalkera czy samej Tahiri, z pewnością przywróciła spokój i porządek. Chaos 
panował teraz tylko w sercu Tahiri - i być może w głowie Eramutha Bwua’tu.

Adwokat był na tyle doświadczony, aby zachować neutralny wyraz twarzy, ale jego lewe 

ucho zadrżało. Dwa razy. Serce Tahiri zamarło. To, co teraz nastąpi, stanie się jej zgubą i nawet 
najbardziej błyskotliwy obrońca galaktyki nie będzie w stanie jej uratować, kiedy przysięgli usłyszą 
wszystko na własne uszy.

- Obawiam się, że nie mogę się z tobą zgodzić, moja droga, ale prawda jest taka, że nie 

muszę, mam rację? - Głos nieboszczyka, przemawiający spokojnie i pewnie. - Lojalność to 
wspaniała rzecz. Nie myśl, że jej nie doceniam, ale Jacen Solo to uosobienie chaosu, nie lekarstwo 
na niego. - Wtedy Tahiri nie zdawała sobie z tego sprawy, ale teraz słyszała wyraźnie rozbawienie 
w jego głosie. Zastanawiała się, jak musiała wyglądać w jego oczach - boleśnie młoda i naiwna, i w 
takim absolutnym błędzie. - Czy mogę ci jeszcze w czymś pomóc?

- Moffowie cię posłuchają, jeśli każesz im się wycofać. Widziałam, jak liczą się z twoim 

zdaniem. Moff Quille chciał ci się postawić, ale... pokazałeś mu, gdzie jego miejsce. Wyczuwam w 
innych rzeczy, o których nawet ci się nie śniło.

Quille. Był uzależniony od Jacena, tak samo jak ona, i wkrótce po wydarzeniach z nagrania 

przejął komendę nad „Krwawą Płetwą”. Nigdy nie udało mu się zejść z tego statku żywym. Został 
zabity przez Mandalorian, kiedy opanowali okręt, a jego śmierć była równie gwałtowna, jak 
człowieka, którego zdradził.

- Nie widzę powodu, dla którego miałbym odmówić prośbie admirał Niathal. Koniec 

dyskusji.

Niathal też już nie żyje. Duchy trzymały się nieźle w tym skrawku przeszłości. Tahiri z 

nagrania westchnęła lekko i po raz drugi zebrani usłyszeli szelest tkaniny.

- Proszę, admirale. Proszę po prostu zrobić, co mówię. - Kliknięcie odbezpieczanej broni.
W sali było wiele istot otrzaskanych z bronią: palną i po widowni przebiegł lekki szmer, 

kiedy rozpoznano ten dźwięk.

- Proszę odwołać flotę i dać Jacenowi Solo szansę. On musi wygrać tę walkę.
- Wygrać...
- Nie może pozwolić, żeby Fondor znowu zagroził GS. To kwestia... przyzwoitości, ale 

dzięki temu pokaże też całej galaktyce, jak wysoka jest stawka w tej grze.

Tahiri oparła się chęci ukrycia twarzy w dłoniach. Już zapomniała, jak to wszystko 

background image

brzmiało. Wtedy miało to jakiś sens, ale teraz...

Ławnicy zaczęli zerkać na nią, nawet się z tym nie kryjąc. Twarze niektórych wyrażały 

pogardę i wstręt. Inni wydawali się zmieszani. Jeszcze inni wyglądali na zdradzonych, jakby to 
dotyczyło ich osobiście. Tahiri podejrzewała, że tak jest w istocie. Eramuth poprowadził ławę 
przysięgłych w długą podróż, aby lepiej ją poznali i obdarzyli sympatią, zobaczyli krok za krokiem, 
jak bezlitośnie została złamana, a potem równie brutalnie ustawiona do pionu. Ale ten beznamiętny 
głos Pellaeona wypowiadający takie słowa...

- Uszanuję kapitulację i nie pozwolę na zrównanie z ziemią terenów cywilnych. I nie 

dopuszczę, żeby jakiś niewydarzony despota wysługiwał się siłami Imperium dla własnych, 
egoistycznych celów.

Jak to możliwe, żeby ława przysięgłych, słysząc te słowa, nie czuła współczucia i podziwu 

dla tego, kto je wypowiedział? Jak to możliwe, aby zdecydowali, że ktoś, kto zabił tego człowieka, 
nie był winny morderstwa lub zdrady?

- Wiesz, że umrzesz.
Teraz w sali rozległy się gniewne pomruki. Tahiri przymknęła powieki. Nie chciała patrzeć, 

jak ława przysięgłych, która w ciągu ostatnich kilku dni zaczynała ją darzyć współczuciem, teraz w 
ciągu kilku minut zmieniła zdanie. Nie chciała patrzeć na poruszające się ucho Eramutha. Nie 
chciała oglądać coraz szerszego uśmieszku satysfakcji na twarzy prokuratora.

Wiedziała, że już zaledwie sekundy dzieliły Pellaeona od śmierci... z jej rąk.
Ale teraz ona także umrze. Zastanawiała się, czy Pellaeon w jakiś sposób tego nie rozumiał i 

czy nie odczuwał satysfakcji zza grobu. On i Natasi Daala, ta stara wiedźma... to oni będą się śmiać 
ostatni.

- Mam dziewięćdziesiąt dwa lata. Oczywiście, że umrę - i to już pewnie niedługo - ale liczy 

się dla mnie sposób, w jaki to się stanie. Proszę, żebyś opuściła moją kabinę.

W jaki sposób umrze... Tahiri nagle i boleśnie przypomniała sobie Anakina i to, jak umarł. 

Spora różnica. Poświęcił jasne, piękne życie dla innych. A ona umrze, bo wykonają na niej wyrok 
śmierci za zastrzelenie z miotacza dziewięćdziesięciodwuletniego nieuzbrojonego starca.

Jacen zwabił ją na Ciemną Stronę pokusą miłości, słodyczy, ostatniego pocałunku. Jakie to 

gorzkie i pełne ironii, że ta miłość, miłość do dobrego i szlachetnego człowieka, stała się 
narzędziem w ręku jego własnego brata i zmieniła Tahiri w osobę zdolną do tego czynu.

Tahiri była teraz zadowolona, że Anakin nie żyje... nie żyje i jest tam, gdzie nie może tego 

oglądać.

Miała taką nadzieję.
Z całego serca pragnęła, aby wtedy, kiedy się to działo, po prostu „wyszła z kabiny” 

Pellaeona.

Nagranie bezlitośnie trwało dalej.
- Masz ostatnią szansę. Musisz tylko kazać im przestać. Moffowie cię usłuchają.
Długie, ciężkie milczenie, a potem głos Pellaeona:
- Tu Pellaeon do floty. Do floty... Powtarzam: mówi admirał Pellaeon. Rozkazuję wam 

oddać wszystkie jednostki do wyłącznej dyspozycji admirał Niathal i usunąć Jacena Solo, na honor 
Imperium...

A potem, ten nieuchronny dźwięk strzału z miotacza, głuchy stuk ciała rzuconego na ścianę. 

Teraz w sali sądowej rozległo się nie tylko przelotne westchnienie. Tym razem był to głośny jęk 
szczerej zgrozy, dłonie przyłożone do ust i rozszerzone, gniewne oczy. A potem wszystkie głosy 
umilkły; obecni starali się usłyszeć ostatnie słowa dobrego człowieka.

- A więc tak wygląda nowy Zakon Sithów Jacena... Mordowanie cywili... z bezpiecznej 

odległości i rozkazywanie... dziecku... aby zabiło staruszka... Upewnij się tylko, że zdołasz 
bezpiecznie zsiąść z tego... „Krasnopłetwina”.

- Mogę pana ocalić, admirale. Jeszcze nie jest za późno. Serce to elastyczny mięsień...
Tahiri już nie mogła się powstrzymać. Zasłoniła twarz rękami, ale w ten sposób sprawiła 

tylko, że zamiast rzeczywistej sceny w sali sądowej ukazał się jej obraz umierającego starca.

- Idź... Gnij sobie gdzie indziej... villipie.

background image

Odgłos szurania, jakby ktoś niepewnie przestępował z nogi na nogę.
- Nie żyje już? - zapytał jeden z moffów.
- Jeszcze nie. - Quille, zdradziecki Quille... nigdy go nie lubiła i w końcu dostał to, na co 

zasłużył. Ale wielu powie też, że Tahiri Veila wkrótce dostanie to, na co zasłużyła. - Lepiej go nie 
dotykać, żebyśmy byli czyści.

I jeszcze szept Pellaeona:
- Quille...
I nagle Tahiri zrozumiała, że admirał wiedział o nagraniu. Kto to zrobił? Kto przekazał je 

oskarżeniu? Podniosła szybko wzrok i ujrzała, że Eramuth ciężko opiera się na lasce, ale twarz ma 
czujną. Gdyby mogli się zorientować, skąd to pochodzi, kto mógł mieć taki plan...

Eramuth zapewne miał nadzieję, że przynajmniej ostatnia część nagrania jest sfałszowana, 

ale Tahiri doskonale wiedziała, że nikt przy nim nie manipulował.

Rozległ się odgłos zamykanych drzwi, a potem cisza.
Dekkon podszedł i przycisnął wyłącznik.
Skończone.
Wszystko skończone.

PODZIĘKOWANIA

Książka ta nie narodziła się z próżni. Zespół ludzi, którzy tworzą niniejszą serią to  

niezwykła grupa wyjątkowych osób, zawsze robiących na mnie wrażenie swoim profesjonalizmem,  
talentem i poczuciem humoru. Chciałabym podziękować mojej redaktor Shelly Shapiro, a także jej  
odpowiedniczce w Lucas Licensing Ltd. - Sue Rostoni. Obie nieustannie wspierały mnie i zachęcały  
do pracy. Jestem też niewymownie wdzięczna Lelandowi Chee i Pablowi Hidalgo, którzy zawsze  
błyskawicznie i wyczerpująco odpowiadali na moje pytania (Pablowi szczególnie dziękuję za  
możliwość wykorzystania planety Klatooine, którą stworzył). Popełniłabym straszliwą gafę, gdybym  
zapomniała o dwóch autorach współtworzących ze mną tę serię: o Aaronie Allstonie, który jest dla  
mnie wzorem zachowania pogody ducha i dobrego humoru mimo przeciwności losu, a także o  
Troyu Denningu, który w swej mądrości i umiejętności dawania dobrych rad mógłby konkurować z 
Mistrzem Yodą. Z chęcią postawię wam drinka w kantynie. Jestem też głęboko wdzięczna  
czytelnikom, którzy znaleźli czas na lekturę
 Omenu i zapewnienie mnie, jak bardzo im się podobał. 
Mam nadzieję
że ta i następna napisana przeze mnie część serii także spełni wasze oczekiwania.  
Jeszcze raz chciałabym także podziękować George 'owi Lucasowi za podarowanie nam tej odległej  
galaktyki.

Spis Treści

BOHATEROWIE POWIEŚCI
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12

background image

ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
ROZDZIAŁ 25
ROZDZIAŁ 26
ROZDZIAŁ 27
ROZDZIAŁ 28
ROZDZIAŁ 29
ROZDZIAŁ 30
ROZDZIAŁ 31
ROZDZIAŁ 32
ROZDZIAŁ 33
ROZDZIAŁ 34
ROZDZIAŁ 35
ROZDZIAŁ 36
PODZIĘKOWANIA

 

background image