background image

 

Huntington Samuel 

„ZACHÓD I RESZTA: KWESTIE SPORNE MIĘDZY 
CYWILIZACJAMI” 

 

W świecie, który tworzy się na naszych oczach, stosunki między państwami i grupami państw 
należącymi do różnych cywilizacji nie będą zażyłe, a często przybiorą charakter 
antagonistyczny. Jednakże na styku niektórych cywilizacji konfliktów tych może być więcej. 
W skali mikro najbardziej konfliktogenne linie graniczne między cywilizacjami to te, które 
oddzielają świat islamu od prawosławnych, hinduskich, afrykańskich i chrześcijańskich 
(zachodnich) sąsiadów. W skali makro główny podział przebiega między Zachodem i całą 
resztą, przy czym najgwałtowniejsze konflikty wybuchają między krajami muzułmańskimi i 
azjatyckimi z jednej a Zachodem z drugiej strony. (Niebezpieczne starcia, do jakich dojdzie w 
przyszłości, wynikną najprawdopodobniej z wzajemnego oddziaływania arogancji Zachodu, 
nietolerancji islamu i chińskiej pewności siebie.^ 

Zachód jako jedyna z cywilizacji miał przemożny, a niekiedy niszczycielski wpływ na 
wszystkie inne. Relacja między siłą i kulturą Zachodu a siłą i kulturą innych cywilizacji to 
najbardziej znamienna cecha współczesnego świata. W miarę jak inne cywilizacje rosną w 
siłę, zachodnia kultura traci na atrakcyjności. Narody z innych kręgów kulturowych mają 
coraz głębsze poczucie związku ze swymi rodzimymi kulturami i pokładają w nich zaufanie. 
Stąd centralnym problemem w stosunkach między Zachodem a resztą jest niewspółmierność 
między zamiarami Zachodu (zwłaszcza Ameryki), który stara się propagować swoją 
uniwersalną kulturę, a jego coraz słabszymi możliwościami w tym względzie. 

Upadek komunizmu jeszcze ten dysonans pogłębił, bo Zachód umocnił się w przekonaniu, że 
jego ideologia demokratycznego liberalizmu odniosła zwycięstwo w skali globalnej, nadaje 
się więc dla wszystkich. Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, które zawsze miały 
poczucie posłannictwa, jest przekonany, że inne narody powinny przyjąć zachodnie wartości 
demokracji, wolnego rynku, ograniczonego rządu, praw człowieka, indywidualizmu i 
praworządności i oprzeć na nich swoje instytucje. W innych cywilizacjach mniejszość 
przyjmuje i propaguje te wartości, ale przeważające postawy są całkiem inne - od 
rozpowszechnionego sceptycyzmu po zaciekły opór. To, co dla Zachodu jest 
uniwersalistyczne, innym kojarzy się z imperializmem. 

Zachód usiłuje (i nie będzie w tych usiłowaniach ustawał) utrzymać swoją wyjątkową 
pozycję. Broniąc własnych interesów, definiuje je jako interesy „społeczności światowej". 
Jest to rzeczownik zbiorowy o eufemistycz-nym odcieniu (zamiast dawnego „Wolnego 

Ś

wiata"), który ma uprawomocnić w skali globalnej działania podejmowane w interesie 

Stanów Zjednoczonych i innych zachodnich mocarstw. Zachód próbuje na przykład włączyć 
systemy gospodarcze krajów niezachodnich w globalny, zdominowany przez siebie system. 
Poprzez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne międzynarodowe instytucje gospodarcze 

background image

 

promuje swoje interesy i narzuca innym państwom politykę gospodarczą, jaką sam uważa za 
stosowną. Gdyby jednak wśród narodów spoza kręgu cywilizacji zachodniej przeprowadzić 
ankietę na temat MFI, z pewnością poparliby go ministrowie finansów i garstka innych osób, 
prawie wszyscy inni natomiast oceniliby go bardzo nieprzychylnie. Zgodziliby się z Geor-
gijem Arbatowem, który określił urzędników MFI jako „neobolszewików, którzy z 
upodobaniem odbierają innym ludziom pieniądze, narzucając niedemokratyczne i obce reguły 
postępowania ekonomicznego i politycznego i tłumiąc wolność gospodarczą" '. 

Ludzie spoza Zachodu bez wahania wskazują na przepaść, jaka dzieli głoszone przezeń 
zasady od działań. Ceną pretensji do uniwersalizmu jest hipokryzja, mierzenie rzeczy 
podwójną miarą i wszelkie „ale nie". Zachód wspiera demokrację, ale nie wtedy, gdy wynosi 
ona do władzy islamskich fundamentalistów. Jest za nie-rozprzestrzenianiem broni masowej 
zagłady, gdy dotyczy to Iranu i Iraku, ale nie Izraela. Wolny handel to siła napędowa wzrostu 
gospodarczego, ale nie rolnictwa. Prawa człowieka to kwestia sporna w stosunkach z 
Chinami, ale nie z Arabią Saudyjską. Agresja przeciw zasobnemu w naftę Kuwejtowi spotyka 
się z gwałtowną reakcją, ale mało się robi w wypadku agresji na Bośniaków nie 
posiadających ropy. jStosowanie podwójnej moralności w praktyce to nieunikniony koszt 
trzymania się uniwersalnych standardów.) 

Po zdobyciu niezależności politycznej kraje niezachod-nie chcą się wyzwolić od 
gospodarczej, militarnej i kulturalnej hegemonii Zachodu. W Azji Wschodniej proces 
gospodarczego dorównywania Zachodowi jest daleko zaawansowany. Kraje azjatyckie i 
islamskie szukają różnych dróg na skróty, chcąc osiągnąć równowagę militarną w stosunkach 
z Zachodem! Uniwersalistyczne aspiracje cywilizacji zachodniej, słabnąca potęga Zachodu i 
coraz większa kulturowa pewność siebie innych cywilizacji to pewna gwarancja, że kontakty 
między Zachodem a całą resztą nie będą się na ogół łatwo układać.jlch charakter, a także 
stopień wzajemnej wrogości, wyglądają jednak rozmaicie. Można tu wyróżnić trzy kategorie. 
Stosunki między Zachodem a jego ambitnymi rywalami, islamem i Chinami, są stale napięte, 
a często bardzo antagonistyczne. Między Zachodem a Ameryką Łacińską i Afryką, 
cywilizacjami słabszymi i w pewnej mierze od niego zależnymi, konfliktów będzie o wiele 
mniej (zwłaszcza z Ameryką Łacińską). Jeśli chodzi o jR.osję, Japonię i Indiej ich relacje z 
Zachodem będą się plasować gdzieś pośrodku, zawierając elementy współpracy i konfliktu. 
Wspomniane trzy państwa-ośrodki raz będą bowiem sprzymierzać się z Zachodem, a innym 
razem z jego ambitnymi rywalami. | Są to cywilizacje „kolebiące się" (swing civilizations) 
między Zachodem z jednej, a blokiem islamskim i chińskim z drugiej strony, l/ 

Islam i Chiny mają bogate tradycje kulturowe, bardzo odmienne od kultury Zachodu i w ich 
własnym mniemaniu nieporównanie lepsze. Siła tych cywilizacji i ich pewność siebie w 
odniesieniu do Zachodu wciąż rosną, a konflikty miedzy systemami wartości i interesami są 
coraz częstsze i ostrzejsze.flŚwiat islamu nie ma państwa-ośrod-ka, dlatego stosunki 
poszczególnych jego państw z Zachodem bardzo różnie się kształtują. jOd lat 
siedemdziesiątych przejawia się jednak stały, wyraźnie antyzachodni trend, którego oznaką 
jest rozkwit fundamentalizmu, przejmowanie władzy przez bardziej antyzachodnie ekipy, 
niby-wojna między niektórymi islamskimi ugrupowaniami a Zachodem, osłabienie więzi, 
jakie w okresie zimnej wojny łączyły niektóre państwa muzułmańskie ze Stanami 

background image

 

Zjednoczonymi ze względu na interesy bezpieczeństwa. Traktowanie różnic w pewnych 
sprawach jako kwestii o zasadniczym znaczeniu to główny element roli, jaką cywilizacje te 
będą odgrywać w kształtowaniu przyszłości świata. Czy instytucje o globalnym zasięgu, 
podział władzy oraz polityka i gospodarka państw w XXI wieku będą odzwierciedlać przede 
wszystkim zachodnie wartości i interesy, czy też będą kształtowane przez świat islamu i 
Chiny? 

Teoria stosunków międzynarodowych wychodząca z realistycznych założeń prognozuje/że 
państwa-ośrodki cywilizacji niezachodnich zjednoczą się, by się przeciwstawić potędze 
Zachodu, (w niektórych rejonach świata już to nastąpiło. Nie wydaje się jednak, żeby w 
najbliższej przyszłości miała się wyłonić wielka antyzachodnia koalicja. Cywilizacja islamska 
i chińska różnią się od siebie zasadniczo pod względem religii, kultury, struktury społecznej, 
tradycji, polityki i podstawowych założeń stylu życia. Każda z nich z osobna ma 
prawdopodobnie mniej wspólnego z drugą niż z cywilizacją zachodnią, j Ale w polityce tak 
już jest, że wspólny wróg tworzy wspólne interesy. Kraje islamskie i chińskie widzące w 
Zachodzie swego antagonistę mają powody do podejmowania wspólnych działań przeciw 
Zachodowi, tak jak alianci współpracowali niegdyś ze Stalinem przeciwko Hitlerowi. 
Współpraca dotyczy różnych kwestii, między innymi praw człowieka, gospodarki, a 
szczególnie rozwoju potencjału militarnego (w grę wchodzi zwłaszcza broń masowej zagłady 
i środki jej przenoszenia), o co starają się kraje obu wymienionych kręgów kulturowych, 
chcąc przeciwstawić się militarnej przewadze Zachodu. Na początku lat dziewięćdziesiątych 
wytworzyło się antyzachodnie „konfuc-jańsko-islamskie powiązanie" między Chinami i 
Koreą Północną z jednej strony, a Pakistanem, Iranem, Irakiem, Syrią, Libią i Algierią z 
drugiej, przy czym były to stosunki o różnym natężeniu. 

Kwestie będące przedmiotem sporu między Zachodem a innymi krajami nabierają coraz 
większego znaczenia na arenie międzynarodowej. Zachód podejmuje działania na trzech 
odcinkach. Po pierwsze, stara się utrzymać swoją przewagę militarną poprzez politykę 
nierozprzestrzenia-nia i zapobiegania-rozprzestrzenianiu broni nuklearnej, biologicznej i 
chemicznej oraz środków ich przenoszenia. Po drugie, próbuje upowszechniać swoje 
polityczne wartości i instytucje, wywierając na inne kraje nacisk, żeby respektowały prawa 
człowieka zgodnie z ich zachodnią koncepcją i przyjęły zachodni model demokracji. Po 
trzecie, chce chronić kulturową, społeczną i etniczną integralność społeczeństw zachodnich, 
ograniczając liczbę imigrantów i uchodźców z innych krajów. W tych trzech obszarach 
Zachód już napotyka i wygląda na to, że będzie napotykał na trudności, broniąc swoich 
interesów. 

ROZPRZESTRZENIANIE BRONI 

Konsekwencją globalnego rozwoju gospodarczego i społecznego jest zmiana w rozkładzie 
potencjału militarnego. Japonia, Chiny i inne kraje azjatyckie, w miarę jak się bogacą, rosną 
w potęgę militarną. Tak będzie też w końcu z krajami muzułmańskimi, a także Rosją, jeśli 
uda jej się zreformować gospodarkę. W ostatnich dziesięcioleciach 

background image

 

XX wieku najnowocześniejsza broń trafia z krajów zachodnich, Rosji, Izraela i Chin w drodze 
transferu handlowego do wielu państw niezachodnich, które rozwijają także własny przemysł 
zbrojeniowy. Procesy te będą trwać nadal, a być może jeszcze się nasilą w pierwszych latach 

XXI wieku. Pomimo to jeszcze długo tylko Zachód, czyli przede wszystkim Stany 
Zjednoczone z pewną pomocą Wielkiej Brytanii i Francji, będzie zdolny do wojskowej 
interwencji w prawie każdym rejonie świata. Wyłącznie Stany Zjednoczone będą 
rozporządzać siłami lotniczymi zdolnymi do zbombardowania każdego praktycznie miejsca 
na świecie. Na takich elementach opiera się militarna pozycja Stanów jako globalnego 
mocarstwa oraz Zachodu jako dominującej na świecie cywilizacji. W najbliższej przyszłości 
układ militarnych sił konwencjonalnych między Zachodem a resztą świata będzie na korzyść 
Zachodu. Rozbudowa liczącego się potencjału konwencjonalnego wymaga tyle czasu, 
nakładów pracy i kosztów, że państwa niezachodnie szukają innych sposobów stworzenia 
przeciwwagi dla potęgi Zachodu w tym względzie. Jedną z dróg na skróty byłoby zdobycie 
broni masowej zagłady i środków jej przenoszenia. Państwa-ośrodki cywilizacji oraz kraje 
będące mocarstwami regionalnymi lub aspirujące do takiej roli mają ku temu szczególną 
motywację. 

Posiadając taką broń, mogłyby stać się hegemonami wobec innych państw swojej cywilizacji 
i regionu. Byłyby poza tym zdolne do odparcia interwencji Stanów Zjednoczonych lub innego 
mocarstwa spoza danej cywilizacji czy regionu. Gdyby Saddam Husajn wstrzymał się z 
inwazją na Kuwejt dwa lub trzy lata, czyli do czasu uzyskania przez Irak broni atomowej, 
raczej na,pewno zawładnąłby Kuwejtem, a może i saudyjskimi polami naftowymi. Państwa 
niezachodnie wyciągnęły z lekcji wojny w Zatoce oczywiste wnioski. Dla wojskowych z 
Korei Północnej wyglądały one następująco: „Nie dopuścić, by Amerykanie wprowadzili 
swoje siły zbrojne, nie pozwolić im na włączenie lotnictwa, przejęcie inicjatywy, nie 
dopuścić, by w wojnie, w której walczą, ponieśli niskie straty". Wysoki rangą indyjski 
wojskowy sformułował to jeszcze bardziej otwarcie: „Nie wdawać się w walkę ze Stanami 
Zjednoczonymi, jeśli się nie posiada broni atomowej"2. Lekcję tę wzięli sobie do serca 
liderzy polityczni i dowódcy wojskowi w całym świecie niezachodnim, bo wniosek z niej 
płynący był niedwuznaczny: „Jeśli macie broń atomową, Stany Zjednoczone was nie 
zaatakują". 

Lawrence Freedman stwierdził: „Broń atomowa, zamiast jak to zwykle było umacniać 
politykę z pozycji siły, sprzyja w rzeczywistości tendencji do fragmentacji układu 
międzynarodowego, w którym wielkie niegdyś mocarstwa odgrywają ograniczoną rolę". W 

ś

wiecie, jaki nastał po zimnej wojnie, broń atomowa spełnia więc zupełnie inną funkcję niż 

podczas zimnej wojny. Wtedy, jak stwierdził sekretarz obrony Les Aspin, broń nuklearna 
rekompensowała Zachodowi radziecką przewagę w dziedzinie broni konwencjonalnej. Była 
„wyrównywaczem" (eąualizer). Obecnie Stany Zjednoczone posiadają potencjał 
kowencjonalny, któremu nikt nie dorównuje, „a nasi potencjalni przeciwnicy mogą wejść w 
posiadanie broni nuklearnej. Niewykluczone, że skończymy jako ci, do których się 
wyrównuje (egualizee)"3. 

background image

 

Nic więc dziwnego, że Rosja w swoim planowaniu obronnym  położyła  nacisk  na  rolę  
broni  atomowej, a w 1995 roku zakupiła od Ukrainy dodatkowe rakiety międzykontynenalne 
i bombowce. „Słyszymy teraz to, co sami w latach pięćdziesiątych mówiliśmy o Rosjanach" - 
powiedział pewien amerykański ekspert od spraw uzbrojenia. „Dzisiaj Rosjanie mówią: 
musimy mieć broń atomową, żeby wyrównać przewagę, jaką tamci mają w dziedzinie broni 
konwencjonalnej". Sytuacja się odwróciła: w okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone nie 
zgodziły się złożyć deklaracji, że nie użyją broni atomowej jako pierwsze. Brak takiej 
deklaracji służył celom odstraszania. Po zimnej wojnie, gdy broń nuklearna zyskała nową 
odstraszającą funkcję, Rosja praktycznie odwołała w 1993 roku wcześniejszą radziecką 
deklarację o powstrzymaniu się od użycia tej broni jako pierwsza ze stron. Podobnie 
zachowują się Chiny - rozwijając swoją pozimnowojenną strategię ograniczonego 
odstraszania, zaczęły kwestionować własne zobowiązanie w tym względzie, ogłoszone w 
1964 roku4. Inne państwa-ośrodki i mocarstwa regionalne wchodzące w posiadanie broni 
atomowej i innych środków masowej zagłady pójdą zapewne za tym przykładem, by 
zmaksymalizować odstraszający efekt swego arsenału i zapobiec ewentualnemu zachodniemu 
atakowi z użyciem broni konwencjonalnej. 

Broń atomowa może zagrozić Zachodowi w bardziej konkretny sposób. Chiny i Rosja mają 
rakiety balistyczne z głowicami atomowymi, które mogą dosięgnąć Europę i Amerykę 
Północną. Korea Północna, Pakistan i Indie rozbudowują swoje arsenały rakietowe i za jakiś 
czas Zachód też prawdopodobnie znajdzie się w ich zasięgu. Bronią atomową można się poza 
tym posłużyć jeszcze inaczej. Eksperci od spraw militarnych przewidzieli całe spektrum 
aktów przemocy - od mało intensywnych działań wojennych, jak terroryzm czy sporadyczne 
działania partyzanckie, poprzez wojny ograniczone, większe wojny ze zmasowanym użyciem 
broni konwencjonalnej, po wojnę atomową. Terroryzm był zawsze bronią słabych, czyli tych, 
którzy nie rozporządzają konwencjonalną siłą zbrojną. Od II wojny światowej broń atomowa 
również stała się środkiem rekompensującym ich braki w dziedzinie broni konwencjonalnej. 
W przeszłości działania terrorystów miały zasięg ograniczony - tu mogli zabić kilka osób, tam 
zniszczyć jakieś urządzenia. Do zmasowanej przemocy niezbędne były wielkie siły zbrojne. 
W jakimś momencie dojdzie jednak do tego, że garstka terrorystów będzie w stanie dokonać 
aktów przemocy i zniszczenia na ogromną skalę. Terroryzm i bomba atomowa, wzięte 
oddzielnie, są bronią słabych spoza kręgu cywilizacji zachodniej. Jeśli zostaną połączone, 
słabi urosną w siłę. 

Po zakończeniu zimnej wojny głównie państwa islamskie i konfucjańskie podejmowały 
starania na rzecz produkcji broni masowej zagłady i środków ich przenoszenia. Pakistan, a 
także prawdopodobnie Korea Północna, mają już kilka bomb lub głowic atomowych, a 
przynajmniej są w stanie szybko je skonstruować. Produkują też lub starają się nabyć rakiety 
dalekiego zasięgu do ich przenoszenia. Irak posiada znaczny potencjał broni chemicznej i 
usilnie próbował zdobyć broń biologiczną i atomową. Iran opracował zakrojony na szeroką 
skalę program produkcji broni atomowej, ma coraz większy arsenał środków jej przenoszenia. 
W 1988 roku prezydent Raf-sandżani oświadczył: „Irańczycy muszą się wyposażyć w broń 
chemiczną, bakteriologiczną i radiologiczną do celów ofensywnych i defensywnych". W trzy 
lata później wiceprezydent Iranu stwierdził na forum konferencji islamskiej: „Izrael wciąż 

background image

 

posiada broń nuklearną, my, muzułmanie, musimy więc wspólnie zbudować bombę atomową, 
nie bacząc na działania ONZ mające zapobiec jej rozprzestrzenianiu". W latach 1992 i 1993 
wysocy rangą funkcjonariusze amerykańskiego wywiadu potwierdzali, że Iran stara się 
uzyskać broń atomową, a w 1995 roku sekretarz stanu Warren Christopher oświadczył: „Iran 
wszelkimi środkami dąży do wyprodukowania własnej broni nuklearnej". Inne państwa 
muzułmańskie zainteresowane posiadaniem tej broni to między innymi Libia, Algieria i 
Arabia Saudyjska. Jak się barwnie wyraził Ali Mazrui, „półksiężyc widnieje nad grzybem 
atomowym", co może zagrozić nie tylko Zachodowi. Niewykluczone, że islam „podejmie w 
końcu grę w rosyjską ruletkę z dwiema innymi cywilizacjami - hinduizmem w Azji 
Południowej oraz syjonizmem i upolitycznionym judaizmem na Bliskim Wschodzie"5. 

To właśnie w dziedzinie rozprzestrzeniania broni najbardziej i najkonkretniej rozbudowały się 
koligacje kon-fucjańsko-islamskie, przy czym głównie Chiny dostarczały wielu państwom 
muzułmańskim broni konwencjonalnej i niekonwencjonalnej. W ramach tych transakcji 
zbudowały między innymi tajny, silnie strzeżony reaktor atomowy na algierskiej pustyni, 
rzekomo do celów naukowych, ale zdaniem wielu zachodnich ekspertów mogący 
wyprodukować pluton. Sprzedały Libii materiały do produkcji broni chemicznej, dostarczyły 
Arabii Saudyjskiej rakiety średniego zasięgu CSS-2, zaopatrzyły Irak, Libię, Syrię i Koreę 
Północną w technologie lub materiały nuklearne. Irak zakupił też od Chin duże ilości broni 
konwencjonalnej. W uzupełnieniu chińskich dostaw, Korea Północna na początku lat 
dziewięćdziesiątych wyposażyła Syrię w rakiety Scud-C (dostarczono je przez Iran), a 
następnie w ruchome wyrzutnie6. 

W tych konfucjańsko-islamskich zbrojeniowych koligacjach centralne miejsce zajmują 
stosunki między Chinami i w mniejszym stopniu Koreą Północną z jednej strony a 
Pakistanem i Iranem z drugiej. W latach 1980-1991 te dwa kraje były głównymi odbiorcami 
chińskiej broni, tuż za nimi znajdował się Irak. Bliska współpraca militarna między Chinami a 
Pakistanem zaczęła się w latach siedemdziesiątych. W 1989 roku oba kraje podpisały na 
okres dziesięciu lat umowę o „współpracy wojskowej w dziedzinie zakupu, wspólnych badań 
naukowych, wspólnej produkcji, transferu technologii, a także eksportu do krajów trzecich, na 
mocy wzajemnego porozumienia". W 1993 roku podpisano uzupełniającą umowę o 
kredytowaniu przez Chiny pakistańskich zakupów broni. Chiny stały się „najbardziej 
niezawodnym i największym dostawcą sprzętu wojskowego do Pakistanu, zaopatrując go w 
praktycznie wszystkie rodzaje towarów mających związek z obronnością, przeznaczonych dla 
całej pakistańskiej armii". Pomogły mu także zbudować fabryki odrzutowców, czołgów, 
artylerii i pocisków rakietowych. O wiele poważniejsze znaczenie miała pomoc w stworzeniu 
i rozbudowie potencjału nuklearnego: przypuszcza się, że Chiny dostarczyły Pakistanowi 
uranu do wzbogacania, doradzały, jak skonstruować bombę, i prawdopodobnie pozwoliły na 
dokonanie próby na swoim poligonie atomowym. Następnie wyposażyły Pakistan w rakiety 
balistyczne M-11 o zasięgu 300 km zdolne do przenoszenia ładunków nuklearnych, łamiąc 
tym samym zobowiązanie złożone Stanom Zjednoczonym. W zamian otrzymały od Pakistanu 
technologię umożliwiającą samolotom tankowanie w powietrzu oraz pociski typu Stinger7. 

W latach dziewięćdziesiątych Chiny łączyła już także zakrojona na szeroką skalę współpraca 
wojskowa z Iranem. Podczas wojny iracko-irańskiej w latach osiemdziesiątych Chiny 

background image

 

dostarczyły Iranowi 22 procent posiadanej przezeń broni, a w 1989 stały się jedynym wielkim 
dostawcą. Nie kryły się także ze swym udziałem w irańskich staraniach o zdobycie broni 
atomowej. Po podpisaniu „wstępnego chińsko-irańskiego porozumienia o współpracy" 
zawarły w styczniu 1990 roku dziesięcioletnią umowę o współpracy naukowej i transferze 
technologii militarnej. We wrześniu 1992 roku prezydent Rafsan-dżani, któremu towarzyszyli 
irańscy eksperci nuklearni, odwiedził Pakistan, a następnie udał się do Chin, gdzie podpisał 
kolejne porozumienie, tym razem o współpracy w dziedzinie nuklearnej. W lutym 1993 roku 
Chiny zgodziły się zbudować w Iranie dwa reaktory o mocy 300 megawatów. W ramach 
realizacji porozumienia Chiny przekazywały Iranowi technologię nuklearną i informacje z tej 
dziedziny, szkoliły irańskich naukowców i inżynierów i dostarczyły kalutron (separator 
izotopów). W 1995 roku pod naciskiem Stanów Zjednoczonych „anulowały" (zgodnie z 
wersją amerykańską) czy też „zawiesiły" (tak brzmiała wersja chińska) transakcję sprzedaży 
dwóch reaktorów. Chiny były też głównym dostawcą rakiet i technologii rakietowej. Między 
innymi pod koniec lat osiemdziesiątych zaopatrzyły Iran za pośrednictwem Korei Północnej 
w pociski Silkworm, a także, w latach 1994-1995, „dziesiątki, a może setki systemów do 
naprowadzania pocisków rakietowych i skomputeryzowane obrabiarki". Udzieliły też Iranowi 
licencji na produkcję rakiet typu ziemia-ziemia. Pomoc tę uzupełniała Korea Północna, która 
eksportowała do Iranu Scudy, pomagała rozbudowywać przemysł zbrojeniowy, a w 1993 
roku zgodziła się dostarczyć rakiety Nodong o zasięgu 600 mil. Na trzecim ramieniu tego 
trójkąta Iran i Pakistan także aktywnie rozwijały współpracę w dziedzinie nuklearnej. Irańscy 
naukowcy szkolili się w Pakistanie, a w listopadzie 1992 roku Pakistan, Iran i Chiny zawarły 
porozumienie o wspólnym realizowaniu nuklearnych przedsięwzięć8. Zakrojona na szeroką 
skalę pomoc Chin dla Pakistanu i Iranu przy konstruowaniu broni masowej zagłady świadczy 
o wyjątkowo bliskich związkach między tymi krajami. 

Tabela 8.1 

NIEKTÓRE CHIŃSKIE DOSTAWY BRONI W LATACH 1980-1991 

 

Iran 

Pakistan 

Irak 

Czołgi Transportery opancerzone Sterowane pociski przeclwczołgowe Działa/wyrzutnie 
rakiet Myśliwce Rakiety ziemla-woda Rakiety zlemia-powletrze  540 300 7500 1200* 140 
332 788* 

1100 100 50 212 32 222* 

1300 650 720 

Ź

ródło: Karl W. Eikenberry, Explaining and Influenclng Chinese Arms Transfer, Washington, 

National Defense Uniyersity, Instltute for National Strategie Studies, McNalr Paper nr 36, 
luty 1995, s. 12. 

* Transakcje nie potwierdzone. 

W wyniku takiego rozwoju wydarzeń i potencjalnego zagrożenia dla interesów Zachodu 
kwestia rozprzestrzeniania broni masowej zagłady nabrała dlań pierwszorzędnego znaczenia. 
Na przykład w 1990 roku 59 procent Amerykanów było przekonanych, że zapobieganie 
rozprzestrzenianiu broni nuklearnej stanowi ważny cel polityki zagranicznej. W 1994 roku 
myślało już tak 82 procent społeczeństwa i 90 procent kierowników polityki zagranicznej. 

background image

 

Prezydent Clinton we wrześniu 1993 roku podkreślił priorytetowe znaczenie nieproliferacji, a 
jesienią 1994 roku ogłosił „stan podwyższonej gotowości" w związku z „nadzwyczajnym 
zagrożeniem, jakie dla bezpieczeństwa narodowego, polityki zagranicznej i gospodarki 
Stanów Zjednoczonych stwarza rozprzestrzenianie broni nuklearnej, biologicznej i 
chemicznej oraz środków jej przenoszenia". W 1991 roku CIA utworzyła Ośrodek 
Nieproliferacji (Nonproliferation Center) zatrudniający 100 osób, a w grudniu 1993 roku 
sekretarz obrony Aspin ogłosił nową inicjatywę obronną ds. zapobiegania proliferacji i 
oznajmił o stworzeniu nowego stanowiska - asystenta sekretarza ds. bezpieczeństwa 
nuklearnego i zapobiegania proliferacji9. 

W okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone i Związek Radziecki zaangażowały się w 
klasyczny wyścig zbrojeń, konstruując coraz bardziej wyszukaną pod względem 
technologicznym broń nuklearną i środki jej przenoszenia. Każda ze stron gromadziła coraz 
większe zapasy. Po zimnej wojnie zasadnicza rywalizacja w kwestii zbrojeń przybrała 
odmienny charakter. Antagoniści Zachodu starają się uzyskać broń masowej zagłady, Zachód 
usiłuje temu zapobiec. Nie jest to już kwestia rozbudowy arsenałów po obu stronach, ale 
rozbudowy z jednej, a powstrzymywania z drugiej. Rozmiar zachodniego arsenału 
nuklearnego i jego potencjał nie są, jeśli nie liczyć retoryki, elementem rywalizacji. Podczas 
wyścigu zbrojeń w jego dawnej formie wynik zależał od zasobów, zaangażowania i 
technologicznej kompetencji obu stron. Nie był z góry przesądzony. Wynik wyścigu zbrojeń 
w jego obecnej postaci łatwiej przewidzieć. Wysiłki Zachodu mogą spowolnić rozbudowę 
potencjału militarnego innych krajów, ale jej nie zahamują. Wiele jest zresztą czynników, 
które podkopują te wysiłki: ekonomiczny i społeczny rozwój krajów niezachodnich, bodźce 
ekonomiczne, skłaniające wszystkie kraje, zachodnie i nie-zachodnie, do zarabiania na handlu 
bronią, technologią i umiejętnościami ekspertów, a także polityczna motywacja państw-
ośrodków cywilizacji i mocarstw regionalnych, które chcą zachować swoją lokalną 
hegemonię. 

W propagandzie na rzecz nieproliferacji Zachód twierdzi, że służy ona interesom wszystkich 
narodów, pragnących międzynarodowego ładu i stabilizacji. Zdaniem innych narodów 
nieproliferacja służy utrzymaniu hegemonii Zachodu. Znajduje to wyraz w różnych 
postawach wobec tej kwestii. Po jednej stronie będzie Zachód, a zwłaszcza Stany 
Zjednoczone, po drugiej - regionalne mocarstwa, których bezpieczeństwo zostałoby przez 
proliferację zagrożone. Daje się to zwłaszcza zauważyć na przykładzie Korei. W 1993 i 1994 
roku wizja północno-koreańskiej bomby atomowej wywołała głęboki psychologiczny kryzys 
w Stanach Zjednoczonych. W listopadzie 1993 roku prezydent Clinton stwierdził 
niedwuznacznie: „Nie wolno dopuścić, żeby Korea Północna wyprodukowała bombę 
atomową. Musimy być w tej kwestii bardzo stanowczy". Senatorzy, członkowie Izby 
Reprezentantów i byli funkcjonariusze administracji Busha rozważali ewentualność 
prewencyjnego ataku na koreańskie urządzenia nuklearne. Zaniepokojenie Amerykanów 
wynikało w znacznej mierze z ich obaw wywołanych proliferacją w skali globalnej. 
Koreańskie przedsięwzięcia atomowe nie tylko mogłyby zahamować i skomplikować 
ewentualne amerykańskie działania w Azji Wschodniej, lecz także, gdyby Korea sprzedała 
swą technologię i broń, w Azji Południowej i na Bliskim Wschodzie. 

background image

 

Korea Południowa patrzyła na bombę przez pryzmat swoich regionalnych interesów. Dla 
wielu jej mieszkańców groźna broń będąca w posiadaniu północnego sąsiada była bombą 
koreańską, która nigdy nie zostałaby użyta przeciw Koreańczykom, ale w obronie ich 
niepodległości i interesów przed Japonią czy innym potencjalnym zagrożeniem. Wysocy 
urzędnicy i oficerowie południowokoreańscy nie kryli, że byłoby po ich myśli, gdyby 
zjednoczona Korea rozporządzała takimi możliwościami. Byłoby to jak najbardziej w 
interesie Korei Południowej: Phenian poniósłby koszty budowy bomby i zostałby 
skompromitowany na arenie międzynarodowej, Seul zaś ewentualnie odziedziczyłby tę broń. 
Połączenie nuklearnego arsenału Północy z potencjałem przemysłowym Południa 
zapewniłoby Korei po zjednoczeniu należną jej rolę jednego z głównych aktorów 
wschodnioazjatyckiej sceny. O ile więc w pojęciu Waszyngtonu na Półwyspie Koreańskim 
zaistniał w 1994 roku poważny kryzys, o tyle w Seulu takiego poczucia nie było. Różnice 
między postawami obu stolic można określić jako „niewspółmierność panicznych nastrojów". 
„Odkąd kilka lat temu zaczęła się ta cała historia z północnokoreańską bombą atomową, tak 
się jakoś dziwnie składa, że im dalej od Korei, tym więcej się mówi o 'kryzysie' " - zauważył 
pewien dziennikarz w samym apogeum owego „kryzysu" w czerwcu 1994 roku. Podobna 
rozbieżność między amerykańskimi interesami w dziedzinie bezpieczeństwa a interesami 
mocarstw regionalnych przejawiła się w Azji Południowej. Stany Zjednoczone bardziej się 
niepokoiły rozprzestrzenianiem broni atomowej niż mieszkańcy regionu. Okazało się, że 
Indie i Pakistan łatwiej akceptują atomowe zagrożenie ze strony sąsiada niż amerykańskie 
propozycje mające na celu ograniczenie lub wyeliminowanie tego zagrożenia10. 

Starania Stanów Zjednoczonych i innych państw zachodnich zmierzające do zapobieżenia 
proliferacji „wyrównawczej" broni masowej zagłady powiodły się jedynie w ograniczonym 
zakresie i tak zapewne będzie dalej. Zaledwie miesiąc upłynął od oświadczenia prezydenta 
Clintona, że nie wolno dopuścić, by Korea Północna weszła w posiadanie broni atomowej, a 
wywiad poinformował go, iż prawdopodobnie ma już jedną albo i dwie ". W polityce 
amerykańskiej zaszła zmiana: zaczęto stosować wobec Koreańczyków strategię kija i 
marchewki, by ich nakłonić do nierozbudowywania nuklearnego potencjału. Nie udało się 
Stanom Zjednoczonym powstrzymać zbrojeń nuklearnych Indii i Pakistanu ani postępów 
czynionych w tym względzie przez Iran. 

Na konferencji poświęconej Układowi o Nierozprzestrzenianiu Broni Nuklearnej w kwietniu 
1995 roku zajmowano się przede wszystkim sprawą jego przedłużenia - czy ma to być na czas 
nieograniczony, czy na 25 lat. Stany Zjednoczone bardzo optowały za pierwszym 
rozwiązaniem, lecz zdaniem wielu innych krajów wchodziłoby ono w grę tylko wtedy, gdyby 
pięć mocarstw nuklearnych dokonało znaczącej redukcji swoich zasobów broni atomowej. 
Egipt był przeciwny przedłużeniu na czas nieokreślony, domagając się, żeby Izrael podpisał 
Układ i wyraził zgodę na inspekcje. Stany Zjednoczone wywalczyły w końcu jednomyślne 
poparcie dla przedłużenia na czas nieokreślony, posługując się wielce skuteczną strategią 
wykrętów, łapówek i gróźb. Na przykład ani Egipt, ani Meksyk, przeciwne takiej formule, nie 
mogły pozostać na swoich pozycjach, są bowiem zależne gospodarczo od Stanów 
Zjednoczonych. Chociaż Układ przedłużono jednomyślnie, delegaci siedmiu państw 

background image

10 

 

muzułmańskich (Syrii, Jordanii, Iranu, Iraku, Libii, Egiptu i Malezji) oraz jednego 
afrykańskiego (Nigerii) wyrazili podczas końcowej debaty odmienne opinie12. 

W 1993 roku doszło do przeformułowania podstawowych celów Zachodu (określanych 
poprzez amerykańską politykę) z nieproliferacji, czyli nierozprzestrzeniania broni masowej 
zagłady, na kontrproliferację - zapobieganie jej rozpowszechnianiu. Oznaczało to realistyczne 
uznanie faktu, że proliferacji w pewnym zakresie nie da się umknąć. W jakimś momencie w 
polityce amerykańskiej nastąpi kolejna zmiana - od zapobiegania Stany Zjednoczone przejdą 
do dostosowania się do proliferacji, a także, jeśli rząd zdoła się pozbyć zimnowojennej 
mentalności, do jej wykorzystywania w interesie własnym i Zachodu. W 1995 roku Stany 
Zjednoczone i Zachód pozostają jednak przy polityce powstrzymywania, która w ostatecznej 
instancji skazana jest na niepowodzenie. Rozprzestrzenianie się broni nuklearnej i innej broni 
masowej zagłady to jeden z głównych przejawów powolnego, lecz nieuchronnego procesu 
dyfuzji siły w świecie, na który składa się wiele cywilizacji. 

PRAWA CZŁOWIEKA I DEMOKRACJA 

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w ponad trzydziestu krajach przestały istnieć 
reżimy autorytarne i nastała demokracja. Ta seria transformacji miała kilka przyczyn. 
Głównym czynnikiem sprzyjającym politycznym zmianom był bez wątpienia rozwój 
gospodarczy. Jednakże polityka i działania Stanów Zjednoczonych, głównych mocarstw 
zachodnioeuropejskich i instytucji międzynarodowych też się przyczyniły do ustanowienia 
demokracji w Hiszpanii, Portugalii, wielu krajach Ameryki Łacińskiej, na Filipinach, w Korei 
Południowej i w Europie Wschodniej. Demokratyzacja poczyniła największe postępy w 
krajach, gdzie silny był wpływ chrześcijaństwa i Zachodu. Nowe demokratyczne systemy 
władzy okazały się najbardziej stabilne w tych krajach południowej i środkowej Europy, które 
były w przeważającej mierze katolickie lub protestanckie, w mniejszym zaś stopniu w 
Ameryce Południowej. W Azji Wschodniej katolickie, znajdujące się pod silnymi 
amerykańskimi wpływami Filipiny wróciły do demokracji w latach osiemdziesiątych, a 
politycy wyznający chrześcijaństwo zapoczątkowali demokratyczne przemiany w Korei 
Południowej i na Tajwanie. Jak już wspomniano, na obszarach byłego Związku Radzieckiego 
demokracja wygląda najstabilniej w republikach bałtyckich. Jej zakres i stabilność w 
republikach prawosławnych różnie się kształtują i mają mniej pewny charakter. Perspektywy 
demokracji w republikach muzułmańskich nie wyglądają zachęcająco. W latach 
dziewięćdziesiątych przemiany demokratyczne dokonały się w większości krajów poza 
Afryką (i z wyjątkiem Kuby), których mieszkańcy są wyznawcami zachodniego 
chrześcijaństwa lub tam, gdzie wpływy chrześcijańskie są silne. 

Te przemiany, a także upadek Związku Radzieckiego, zrodziły w krajach Zachodu (zwłaszcza 
w Stanach Zjednoczonych) przekonanie, że zachodzi właśnie demokratyczna rewolucja w 
skali globalnej i że zachodnie koncepcje praw człowieka oraz formy demokracji politycznej 
zatriumfują niebawem na całym świecie. Wspieranie tego procesu stało się jednym z 
głównych priorytetów Zachodu. Uznała to administracja prezydenta Busha, a sekretarz stanu 
James Baker oświadczył w kwietniu 1990 roku, że „demokracji nie da się powstrzymać", i że 
w świecie, jaki nastał po zimnej wojnie „prezydent Bush wyznaczył nam nową misję: jest nią 

background image

11 

 

wspieranie i konsolidacja demokracji". Podczas kampanii wyborczej w 1992 roku Bili Clinton 
nieustannie powtarzał, że działania na rzecz demokracji staną się jednym z głównych 
priorytetów jego ekipy. Demokratyzacja była jedyną kwestią z dziedziny polityki 
zagranicznej, której poświęcił całe ważne wystąpienie podczas swej kampanii. Objąwszy 
urząd prezydencki zalecił zwiększenie dotacji dla Narodowego Funduszu na rzecz 
Demokracji (National Endowment for Democracy) o dwie trzecie. Asystent Clintona do 
spraw bezpieczeństwa narodowego określił główną linię jego polityki zagranicznej jako 
„rozszerzanie demokracji", a sekretarz obrony stwierdził, że jest to jeden z czterech głównych 
celów. Usiłował też stworzyć w swoim departamencie wysokie stanowisko do promowania 
tego właśnie celu. Propagowanie praw człowieka i demokracji było też, w mniejszym 
zakresie i nie tak jawnie, ważnym elementem polityki zagranicznej państw europejskich, a w 
kontrolowanych przez Zachód międzynarodowych instytucjach gospodarczych określało 
kryteria, jakimi się kierowano przy przyznawaniu pożyczek i pomocy finansowej krajom 
rozwijającym się. 

Oceniając stan rzeczy w roku 1995 należy stwierdzić, że amerykańskie i europejskie działania 
odniosły dość umiarkowany sukces. Prawie wszystkie cywilizacje niezachodnie opierały się 
zachodnim naciskom. Wymienić tu można kraje z kręgu hinduistycznego, prawosławnego, 
afrykańskiego, a w pewnym stopniu nawet latynoamerykańskiego. Największy opór wobec 
demokratyzacji w zachodnim wydaniu stawiał jednak islam i Azja. U źródeł tego oporu legły 
szersze procesy kulturowej asertywności, które znalazły wyraz w Odrodzeniu Islamu i 
azjatyckiej samoafirmacji. 

Powodem niepowodzeń Stanów Zjednoczonych w Azji było przede wszystkim bogacenie się 
i coraz większa pewność siebie krajów tego kontynentu. Publicyści azjatyccy wciąż 
przypominali Zachodowi, że czasy zależności i podporządkowania już przeminęły, a Zachód, 
który w latach czterdziestych wytwarzał połowę światowego produktu gospodarczego, 
dominował w Organizacji Narodów Zjednoczonych i był autorem Powszechnej Deklaracji 
Praw Człowieka, należy do przeszłości. „Działania na rzecz propagowania praw człowieka w 
Azji - stwierdził jeden z polityków singapurskich - muszą uwzględniać zmieniony układ sił w 

ś

wiecie pozimnowojennym. Wpływy Zachodu w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej 

znacznie osłabły" 13. 

I tak jest w istocie. O ile zawarte między Stanami Zjednoczonymi i Koreą Północną 
porozumienie w sprawach nuklearnych można określić mianem „wynegocjowanej 
kapitulacji", o tyle kapitulacja Stanów Zjednoczonych przed Chinami i innymi mocarstwami 
azjatyckimi w kwestii praw człowieka miała charakter bezwarunkowy. Kiedy administracja 
Clintona zagroziła Chinom odebraniem klauzuli największego uprzywilejowania, najpierw 
zobaczyła, jak jej sekretarz stanu doznał upokorzenia w Pekinie, gdzie pozbawiono go nawet 
możliwości zachowania twarzy, po czym zareagowała odejściem od swoich założeń 
politycznych i oddzieleniem statusu KNU od kwestii praw człowieka. Chiny z kolei 
odpowiedziały na tę demonstrację słabości jeszcze większym nasileniem działań, wobec 
których administracja Clintona zgłaszała zastrzeżenia. Podobnie potoczyły się sprawy w 
Singapurze, gdzie administracja próbowała interweniować w sprawie obywatela 

background image

12 

 

amerykańskiego skazanego na chłostę, i w Indonezji, gdzie Amerykanie usiłowali 
protestować przeciw represjom na Wschodnim Timorze. 

Kilka powodów złożyło się na to, że rządy państw Azji potrafiły się tak skutecznie oprzeć 
naciskom Zachodu w kwestii praw człowieka. Firmom amerykańskim i europejskim bardzo 
zależało na rozwoju obrotów handlowych i zwiększeniu inwestycji w tych szybko 
rozwijających się krajach, wywierały więc silną presję na rządy swoich państw, żeby te nie 
psuły stosunków gospodarczych. Kraje azjatyckie uznały ponadto wspomniane naciski za 
naruszenie swojej suwerenności i wspomagały się wzajemnie, kiedy tylko kwestia tego typu 
wynikła. Biznesmeni z Tajwanu, Japonii i Hongkongu inwestujący w Chinach byli żywotnie 
zainteresowani utrzymaniem przez ten kraj przywilejów wynikających z klauzuli 
największego uprzywilejowania w stosunkach z USA. Rząd Japonii dystansował się na ogół 
od polityki amerykańskiej w kwestii praw człowieka. Niedługo po wydarzeniach na Placu 
Tiananmen premier Kiichi Miyazawa oznajmił: „Nie dopuścimy, żeby abstrakcyjne 
koncepcje praw człowieka zakłóciły nasze stosunki z Chinami". Kraje ASEAN nie miały 
zamiaru wywierać nacisków na Birmę i w 1994 roku powitały na swoim spotkaniu 
przedstawicieli tamtejszej junty wojskowej. Tymczasem Unia Europejska musiała przyznać, 
jak stwierdził jej rzecznik, że prowadzona przez nią polityka „nie odniosła większych 
skutków" i że będzie musiała się pogodzić z postawą krajów ASEAN wobec Birmy. Kraje, 
które umocniły się dzięki rozwojowi gospodarczemu, jak Malezja i Indonezja, zaczęły 
stosować „retorsje" wobec „państw i firm krytykujących ich politykę czy podejmujących inne 
działania budzące zastrzeżenia z ich strony" '4. 

Rosnąca potęga ekonomiczna krajów Azji sprawia, że uodparniają się coraz bardziej na 
naciski Zachodu w kwestii praw człowieka i demokracji. „W warunkach dzisiejszej siły 
gospodarczej Chin - zauważył w 1994 roku Richard Nixon - wszystkie amerykańskie kazania 
na temat praw człowieka brzmią mało stosownie. Za jakieś dziesięć lat będą bezsensowne. Za 
dwadzieścia lat - po prostu śmieszne" ls. Może się jednak okazać, za sprawą rozwoju 
gospodarczego Chin, że zachodnie kazania okażą się niepotrzebne. Rozwój ten umacnia 
pozycję rządów państw azjatyckich wobec Zachodu, ale w przyszłości umocni też pozycję 
azjatyckich społeczeństw wobec władz ich państw. Jeśli do kolejnych krajów Azji zawita 
demokracja, stanie się to dlatego, że będzie jej sobie życzyła rosnąca w siłę miejscowa 
burżuazja i klasa średnia. 

W odróżnieniu od porozumienia o przedłużeniu Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni 
Nuklearnej na czas nieokreślony, zachodnie starania na rzecz propagowania praw człowieka i 
demokracji poprzez agendy ONZ spełzły właściwie na niczym. Z nielicznymi wyjątkami, jak 
potępienie Iraku, rezolucje dotyczące praw człowieka prawie zawsze przepadały w 
głosowaniach na forum ONZ. Poza kilkoma krajami Ameryki Łacińskiej nie było rządów 
chętnych do przyłączenia się do działań propagujących coś, co postrzegano jako „imperializm 
praw człowieka". Na przykład w 1990 roku Szwecja w imieniu 20 państw zachodnich zgłosiła 
projekt rezolucji potępiającej reżim wojskowy w Birmie, ale sprzeciw krajów azjatyckich, i 
nie tylko, nie dopuścił do jej uchwalenia. Odrzucano także rezolucje potępiające Iran za 
naruszanie praw człowieka, a w latach dziewięćdziesiątych przez pięć kolejnych lat Chinom 
udawało się mobilizować kraje azjatyckie do obalania inicjowanych przez Zachód rezolucji 

background image

13 

 

dotyczących pogwałcenia tych praw w Państwie Środka. W 1994 roku Pakistan przedłożył w 
Komisji Praw Człowieka ONZ projekt rezolucji potępiającej Indie za naruszanie praw 
człowieka w Kaszmirze. Kraje przyjazne Indiom pospieszyły im z pomocą, ale uczyniło to 
również dwóch najbliższych przyjaciół Pakistanu, Chiny i Iran, będących obiektem 
podobnych potępień. Przekonały Pakistan, żeby wycofał rezolucję. „The Economist" 
skomentował, że Komisja Praw Człowieka ONZ, która nie potrafiła potępić brutalnych akcji 
indyjskich w Kaszmirze „tym samym usankcjonowała je. Innym krajom mordowanie również 
uchodzi na sucho: Turcja, Indonezja, Kolumbia i Algieria uniknęły krytyki. Komisja wspiera 
w ten sposób rządy masakrujące swych obywateli i stosujące tortury, czyli postępuje 
dokładnie na przekór intencjom jej założycieli" 16. 

Różnice poglądów na temat praw człowieka między Zachodem a pozostałymi cywilizacjami 
oraz ograniczona zdolność Zachodu do osiągnięcia zamierzonych celów ujawniły się bardzo 
wyraźnie na zorganizowanej pod auspicjami ONZ w czerwcu 1993 roku Światowej 
Konferencji Praw Człowieka w Wiedniu. Po jednej stronie stanęły kraje Europy i Ameryki 
Północnej, po drugiej blok około pięćdziesięciu państw niezachodnich. Wśród najbardziej 
aktywnej piętnastki był jeden kraj latynoamerykański (Kuba), jeden buddyjski (Birma), cztery 
konfucjańskie, bardzo zróżnicowane pod względem ideologii politycznej, systemów 
ekonomicznych i stopnia rozwoju (Singapur, Wietnam, Korea Północna i Chiny) oraz 
dziewięć muzułmańskich (Malezja, Indonezja, Pakistan, Iran, Irak, Syria, Jemen, Sudan i 
Libia). Na czele tej azjatycko-islamskiej grupy stanęły Chiny, Syria i Iran. Pozycję pośrednią 
między dwoma blokami zajęły kraje latynoamerykańskie z wyjątkiem Kuby, które czasami 
wspierały Zachód, a także kraje afrykańskie i prawosławne, niekiedy wspierające stanowisko 
Zachodu, ale częściej występujące przeciw niemu. 

Wśród kwestii spornych, co do których państwa zajęły różne stanowiska, pokrywające się z 
podziałami cywilizacyjnymi, można wymienić: uniwersalizm a relatywizm kulturowy w 
podejściu do praw człowieka, względny priorytet praw ekonomicznych i społecznych, w tym 
prawa do rozwoju, w stosunku do praw politycznych i obywatelskich, warunkowanie pomocy 
ekonomicznej kryteriami politycznymi, utworzenie urzędu Komisarza ONZ ds. Praw 
Człowieka, zakres ewentualnego udziału organizacji pozarządowych zajmujących się 
prawami człowieka w konferencji na szczeblu rządowym, określenie praw, jakimi 
konferencja powinna się zająć. Wyniknęły też kwestie bardziej szczegółowe, jak na przykład: 
czy pozwolić Dalajlamie na wygłoszenie przemówienia na konferencji, i czy należy otwarcie 
potępić akty naruszania praw człowieka w Bośni. 

W sprawach tych stanowiska państw zachodnich i bloku azjatycko-islamskiego zasadniczo się 
różnią. Dwa miesiące przed konferencją w Wiedniu kraje azjatyckie odbyły spotkanie w 
Bangkoku i przyjęły deklarację, w której podkreślono, że prawa człowieka muszą być 
rozpatrywane „w kontekście... szczególnych cech narodowych i regionalnych, a także 
zaplecza historycznego, religijnego i kulturowego". Stwierdzała ona również, że 
monitorowanie praw człowieka narusza suwerenność państw, a uzależnianie pomocy 
ekonomicznej od stanu ich przestrzegania jest sprzeczne z prawem do rozwoju. Rozbieżności 
w tych kwestiach, a także wielu innych, były tak poważne, że prawie cały dokument 
opracowany na ostatnim spotkaniu przygotowawczym do konferencji wiedeńskiej, jakie 

background image

14 

 

odbyło się w Genewie na początku maja, składa się ze zdań ujętych w nawiasy, co oznacza 
zastrzeżenia zgłoszone przez jeden lub więcej krajów. 

Państwa zachodnie były na konferencję wiedeńską źle przygotowane, znalazły się w 
mniejszości, a podczas obrad poczyniły więcej ustępstw niż ich oponenci. Skończyło się więc 
na tym, że poza silnym zaakcentowaniem praw kobiet, deklaracja przyjęta przez konferencję 
stanowiła pewne minimum. Jak stwierdził jeden z rzeczników praw człowieka, był to 
dokument „ułomny i zawierający sprzeczności", oznaczający zwycięstwo koalicji azjatycko-
islamskiej i porażkę Zachodu17. Nie było w niej jednoznacznego potwierdzenia praw do 
wolności słowa, prasy, zgromadzeń i wyznania, pod wieloma względami nie dorównywała 
więc nawet Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka przyjętej przez ONZ w 1948 roku. 
Zmiana ta była wyrazem słabnięcia potęgi Zachodu. Pewien amerykański działacz na rzecz 
praw człowieka zauważył, że „przestał istnieć międzynarodowy system praw człowieka z 
1945 roku. Hegemonia Ameryki została podkopana, Europa, nawet biorąc pod uwagę 
wydarzenia z 1992 roku, to już niewiele więcej niż półwysep. Dzisiejszy świat jest w równym 
stopniu arabski, azjatycki i afrykański, jak zachodni. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka 
i konwencje międzynarodowe mniej się dzisiaj odnoszą do większości obszarów naszej 
planety niż bezpośrednio po II wojnie światowej". Podobne poglądy wyraził azjatycki krytyk 
Zachodu: „Po raz pierwszy od przyjęcia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka w 1948 
roku na czoło wysunęły się kraje spoza kręgu judeochrześcijańskiego i tradycji prawa 
naturalnego. Ta bezprecedensowa sytuacja będzie określać na nowo politykę 
międzynarodową w kwestii praw człowieka. Stworzy też więcej okazji do konfliktów"18. 
Zdaniem innego obserwatora, wielkim zwycięzcą kori-ferencji wiedeńskiej okazały się Chiny 
„przynajmniej jeśli uznać za kryterium sukcesu rozkazywanie innym,  by usunęli się z drogi. 
Pekin zwyciężał już przez sam fakt, że się szarogęsił przez całą konferencję" ". Zachód, 
przegłosowany i wymanewrowany w Wiedniu, zdołał jednak w kilka miesięcy później 
odnotować na swoim koncie dość znaczący sukces w rozgrywce z Chinami. Władze Chin  
usilnie  się  starały i  wiele  zainwestowały  w  to, by letnie igrzyska olimpijskie w 2000 roku 
odbyły się w Pekinie. Sprawę tę szeroko w Chinach rozpropagowano, a oczekiwania 
społeczne były bardzo rozbudzone. Władze Chin starały się stworzyć międzynarodowe lobby 
namawiając inne rządy, by te wywarły nacisk na komitety olimpijskie w swoich krajach. Do 
kampanii włączył się Tajwan i Hongkong. Z drugiej strony Kongres Stanów Zjednoczonych, 
Parlament Europejski i organizacje broniące praw człowieka energicznie się przeciwstawiały 
kandydaturze Pekinu. Chociaż głosowanie w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim jest 
tajne, głosy rozłożyły się wyraźnie według podziałów cywilizacyjnych. W pierwszym 
głosowaniu Pekin przy dużym poparciu ze strony krajów afrykańskich zajął pierwsze miejsce, 
przed Sydney. W kolejnych głosowaniach, po wyeliminowaniu Istambułu, przymierze 
konfucjańsko-islamskie przerzuciło znaczną większość swych głosów na Pekin. Po 
wyeliminowaniu Berlina i Manchesteru głosy te przypadły w udziale Sydney, które 
zwyciężyło w czwartym głosowaniu. Pekin poniósł sromotną klęskę, za którą winą obarczył 
Stany Zjednoczone. 

W czterech głosowaniach rozkład głosów wyglądał następująco: 

pierwsze     drugie     trzecie     czwarte 

background image

15 

 

Pekin  32 

37 

40 

43 

Sydney 

30 

30 

37 

45 

Manchester 

11 

13 

11 

 

Berlin  9 

 

 

Istambuł 

 

 

 

Wstrzymało się 

 

 

Razem 89 

89 

89 

89 

„Ameryce i Wielkiej Brytanii - skomentował Lee Ku-an Yew - udało się utrzeć Chinom nosa. 
Rzekomym pretekstem były 'prawa człowieka'. Prawdziwy powód miał charakter polityczny, 
chodziło o zamanifestowanie siły Zachodu"20. Z pewnością sport obchodzi o wiele więcej 
ludzi na świecie niż prawa człowieka, ale biorąc pod uwagę porażkę Zachodu w tej kwestii na 
konferencji wiedeńskiej i gdzie indziej, ta odosobniona demonstracja   jego   „siły"   była   
także   przypomnieniem o słabości. 

Również paradoks demokracji osłabia gotowość Zachodu do jej propagowania w świecie 
pozimnowojennym. Podczas zimnej wojny przed Zachodem, a zwłaszcza Stanami 
Zjednoczonymi, stawał problem „zaprzyjaźnionych tyranów" - chodziło o współpracę z 
juntami wojskowymi i dyktatorami, którzy ze względu na swój antykomunizm byli 
użytecznymi sojusznikami na froncie zimnej wojny. Współpraca taka nie była łatwa, a 
czasem stawała się krępująca, kiedy zaprzyjaźnione reżimy w jaskrawy sposób gwałciły 
prawa człowieka. Dawała się jednak usprawiedliwić jako mniejsze zło: wspomniane rządy 
bywały na ogół mniej represyjne od reżimów komunistycznych. Można się było spodziewać, 

ż

e długo nie przetrwają, a poza tym były bardziej podatne na wpływy amerykańskie i inne. 

Dlaczego nie podjąć współpracy z mniej brutalnym zaprzyjaźnionym tyranem, jeśli 
alternatywą jest bardziej brutalny i nieprzyjazny? Po zimnej wojnie wybór może okazać się 
trudniejszy: alternatywą dla przyjaznego tyrana jest nieprzyjazna demokracja. Założenie, 
które Zachód tak łatwo poczynił, że demokratycznie wybrany rząd będzie prozachodni i 
chętny do współpracy, wcale nie musi się sprawdzić w niezachodnich społeczeństwach, gdzie 
wybory mogą wynieść do władzy antyzachodnich nacjonalistów i fundamentalistów. Zachód 
z ulgą przyjął interwencję algierskich wojskowych, którzy w 1992 roku anulowali wyniki 
wyborów, gdy się okazało, że Islamski Front Ocalenia (FIS) zdobył przewagę. Poczuł się też 
pewniej, kiedy fundamentalistyczna Partia Dobrobytu w Turcji i nacjonalistyczna Janata w 
Indiach po wyborczych zwycięstwach zostały odsunięte od władzy w 1995 i 1996 roku. Z 
drugiej strony, gdy uwzględnić kontekst rewolucji irańskiej, okaże się, że Iran ma pod 
pewnymi względami jeden z bardziej demokratycznych ustrojów w świecie muzułmańskim, a 
wolne wybory w wielu krajach arabskich, z Arabią Saudyjską i Egiptem włącznie, prawie na 
pewno wyniosłyby do władzy rządy o wiele mniej przychylne zachodnim interesom niż ich 
niedemokratyczni poprzednicy. Władze wybrane przez naród w Chinach mogłyby być 
radykalnie nacjonalistyczne. Przywódcy Zachodu, zdając sobie sprawę, że procesy 
demokratyczne w krajach niezachodnich często wyłaniają rządy nieprzyjazne Zachodowi, 

background image

16 

 

próbują wpływać na wyniki wyborów, a także tracą entuzjazm dla propagowania demokracji 
w tych krajach. 

IMIGRACJA 

Jeśli demografia rozstrzyga o losie społeczeństw, ruchy ludności stanowią siłę napędową 
historii. W minionych wiekach zróżnicowane wskaźniki przyrostu naturalnego, warunki 
ekonomiczne i polityka władz powodowały masowe migracje Greków, Żydów, plemion 
germańskich, Nordyków, Turków, Rosjan, Chińczyków i innych ludów. Niekiedy przebiegały 
one w sposób względnie spokojny, niekiedy dość gwałtownie. Rasą, która osiągnęła 
mistrzostwo w demograficznej inwazji, byli jednak dziewiętnastowieczni Europejczycy. 
Między rokiem 1821 a 1924 około 55 min Europejczyków wyemigrowało za morza, w tym 
34 min do Stanów Zjednoczonych. Ludzie Zachodu podbijali, a niekiedy unicestwiali inne 
ludy, odkrywali i zasiedlali mniej zaludnione terytoria. Ten eksport ludności można chyba 
uznać za najważniejszy aspekt rozkwitu potęgi Zachodu między wiekiem XVI a XX. 

Pod koniec XX wieku jesteśmy świadkami innej, większej nawet fali migracji. W 1990 roku 
legalnych migran-tów w skali całego świata było około 100 min, uchodźców - 19 min, a 
migrantów nielegalnych prawdopodobnie co najmniej 10 min. Ta nowa fala była po części 
skutkiem procesu dekolonizacji, tworzenia nowych państw, oraz polityki zachęcania lub 
zmuszania ludzi do przemieszczania się. Była jednak również wynikiem modernizacji i 
rozwoju technicznego. Dzięki rozwojowi środków transportu migracja stała się łatwiejsza, 
szybsza i tańsza, rozwój łączności stworzył bodźce do poszukiwania nowych okazji 
zarobkowania, ułatwił też kontakty między migrantami a ich rodzinami w kraju. Emigrację 
dziewiętnastowieczną pobudził gospodarczy rozwój Zachodu, emigracja współczesna jest 
wynikiem podobnego rozwoju krajów niezacho-dnich. Migracja stała się samonapędzającym 
się procesem. Jak twierdzi Myron Weiner, „jeśli istnieje jakiekolwiek pojedyncze 'prawo' 
rządzące migracją, to wygląda ono tak, że kiedy potok ten już się zacznie, sam się potem 
napędza. Migranci ułatwiają wyjazd z ojczystego kraju swoim krewnym i znajomym, 
dostarczając im niezbędnych informacji, środków finansowych, pomagając znaleźć pracę i 
mieszkanie na nowym terenie". Skutkiem jest, jak to określił Weiner, „kryzys migracyjny w 
skali globalnej"21. 

Ludzie Zachodu konsekwentnie i zdecydowanie przeciwstawiali się rozprzestrzenianiu broni 
atomowej, popierali też demokrację i prawa człowieka. W kwestii imigracji ich poglądy były 
natomiast ambiwalentne i ulegały zmianom, w miarę jak w ostatnich dwóch dziesięcioleciach 
XX wieku zmieniał się układ sił w tym względzie. Do lat siedemdziesiątych kraje europejskie 
były, ogólnie rzecz biorąc, nastawione przychylnie do imigracji, a niektóre, zwłaszcza 
Niemcy i Szwajcaria, popierały ją, by złagodzić niedobór siły roboczej. W 1965 roku Stany 
Zjednoczone zniosły kwoty imigracyjne z lat dwudziestych, nastawione na przyjmowanie 
imigrantów europejskich, i radykalnie zmieniły odnośne przepisy, umożliwiając wielki wzrost 
imigracji z nowych krajów, jaki nastąpił w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. 
Jednakże z końcem lat osiemdziesiątych wysokie wskaźniki bezrobocia, wzrastająca liczba 
imigrantów i ich głównie „nieeuropejski" charakter doprowadziły do radykalnych zmian w 

background image

17 

 

nastawieniu i polityce Europejczyków. W kilka lat później podobne procesy wystąpiły w 
Stanach Zjednoczonych. 

Większość migrantów i uchodźców końca XX wieku to ludzie przemieszczający się z jednego 
do drugiego kraju niezachodniego. Jednakże napływ migrantów do krajów Zachodu zbliżył 
się w liczbach bezwzględnych do zachodnich wskaźników emigracji z XIX wieku. W 1990 
roku w Stanach Zjednoczonych było około 20 min imigrantów w pierwszym pokoleniu, w 
Europie 15,5 min, w Australii i Kanadzie - 8 min. Liczba imigrantów w stosunku do ogólnej 
populacji osiągnęła w większych krajach europejskich 7-8 procent. W Stanach 
Zjednoczonych imigranci stanowili w 1994 roku 8,7 procent populacji, dwa razy więcej niż w 
1970 roku, przy czym w Kalifornii było ich 25 procent, a w Nowym Jorku 16 procent. W 
latach osiemdziesiątych przybyło do Stanów Zjednoczonych około 8,3 min ludzi, a w latach 
1990-1994 - 4,5 min. 

Nowi imigranci pochodzą w znacznej większości z krajów niezachodnich. W Niemczech było 
w 1990 roku 1675 000 Turków ze stałym prawem pobytu, kolejne największe grupy to 
Jugosłowianie, Włosi i Grecy. Do Włoch napływali głównie imigranci z Maroka, Stanów 
Zjednoczonych (można przypuszczać, że byli to Amerykanie włoskiego pochodzenia 
powracający do kraju przodków), Tunezji i Filipin. W połowie lat dziewięćdziesiątych we 
Francji mieszkały blisko 4 min muzułmanów, a w całej Europie Zachodniej - do 13 min. W 
latach pięćdziesiątych dwie trzecie imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych 
pochodziło z Europy i Kanady, w latach osiemdziesiątych mniej więcej 35 procent o wiele 
większej ich liczby pochodziło z Azji, 45 procent z Ameryki Łacińskiej, a mniej niż 15 
procent z Europy i Kanady. Przyrost naturalny w Stanach Zjednoczonych jest niski, a w 
Europie praktycznie zerowy. Migranci szybko się mnożą, i to w głównej mierze ich zasługą 
będzie w przyszłości przyrost ludności krajów zachodnich. Skutek jest taki, że Europejczycy 
coraz bardziej się obawiają „inwazji dokonywanej nie tyle przez armie i czołgi, co tę masę 
ludzką, która mówi innymi językami, wyznaje innych bogów, należy do innych kultur. Boją 
się, że imigranci odbiorą im miejsca pracy, zajmą ziemię, będą żyć na koszt ich systemu 
opieki społecznej i zagrożą miejscowemu stylowi życia"22. Fobie te, których źródłem jest 
spadek przyrostu naturalnego, znajdują podstawę, jak zauważa Stanley Hoffmann, „w 
autentycznym zderzeniu kultur i niepokoju o narodową tożsamość"23. 

Na początku lat dziewięćdziesiątych dwie trzecie imigrantów żyjących w Europie stanowili 
muzułmanie, a europejskie niepokoje związane z imigracją dotyczą głównie ich napływu. Jest 
to wyzwanie demograficzne - na imigrantów przypada 10 procent urodzeń w Europie 
Zachodniej, a w Brukseli na Arabów 50 procent - a także kulturowe. Społeczności 
muzułmańskie - czy będą to Turcy w Niemczech, czy Algierczycy we Francji - nie 
zasymilowały się z kulturą krajów-gospodarzy i mało wskazuje, że kiedykolwiek to nastąpi, 
co również niepokoi Europejczyków. ,,W całej Europie narasta obawa - stwierdził w 1991 
roku Jean Marie Domenach - przed muzułmanami, którzy tworzą zwartą społeczność ponad 
granicami państwowymi i są czymś w rodzaju trzynastego narodu Wspólnoty Europejskiej". 
Amerykański dziennikarz następująco skomentował kwestię imigrantów: 

background image

18 

 

„Europejska wrogość ma osobliwie selektywny charakter. Niewielu Francuzów niepokoi się 
naporem ze Wschodu - Polacy są przecież Europejczykami i katolikami. Większość nie 
obawia się także niearabskich imigrantów z Afryki ani nimi nie pogardza. Obiektem wrogości 
są przede wszystkim muzułmanie. Słowo 'immigre' to właściwie synonim wyznawcy islamu, 
drugiej największej religii Francji. Wyraża kulturowy i etniczny rasizm, głęboko 
zakorzeniony w historii tego kraju"24. 

Ksenofobia Francuzów ma jednak bardziej kulturowy niż etniczny charakter. Akceptują 
czarnych Afrykanów, którzy w ich ciałach ustawodawczych posługują się bezbłędną 
francuszczyzną, ale nie akceptują muzułmańskich uczennic w chustkach na głowach. W 1990 
roku 76 procent Francuzów było zdania, że w ich kraju jest za dużo Arabów, 46 procent - że 
za dużo Afrykanów, 40 procent - że Azjatów, a 24 procent, że Żydów. W 1994 roku 47 
procent Niemców stwierdziło, że nie chcieliby mieć za sąsiadów Arabów, 39 procent - 
Polaków, 36 procent - Turków, a 22 procent - Żydów25. W Europie Zachodniej 
antysemityzm skierowany przeciw Arabom w znacznej mierze zastąpił tradycyjny 
antysemityzm. 

Społeczny opór przeciw imigracji i wrogość do imigrantów znalazły skrajny wyraz w aktach 
przemocy przeciw imigranckim społecznościom i pojedynczym osobom. Szczególnie 
przejawiło się to w Niemczech na początku lat dziewięćdziesiątych. Bardziej znamienny był 
wzrost liczby głosów oddawanych na prawicowe, nacjonalistyczne, wrogie imigrantom partie. 
Ich elektorat nie był jednak zbyt liczny. Partia Republikańska w Niemczech zdobyła 7 procent 
głosów w wyborach europejskich w 1989 roku, ale tylko 2,1 procent w krajowych wyborach 
w następnym roku. We Francji elektorat Frontu Narodowego, który w 1981 roku był prawie 
niezauważalny, wzrósł do 9,6 procent ogólnej liczby wyborców w 1988 roku, po czym 
ustabilizował się na poziomie 12-15 procent w wyborach regionalnych i parlamentarnych. W 
1995 roku dwóch nacjonalistycznych kandydatów na urząd prezydenta zdobyło 19,9 procent 
głosów, a Front Narodowy obsadził stanowiska burmistrzów w kilku miastach, w tym w 
Tulo-nie i Nicei. We Włoszech liczba głosujących na MSI/Przymierze Narodowe wzrosła z 
około 5 procent w latach osiemdziesiątych do 10-15 procent na początku lat 
dziewięćdziesiątych. W Belgii na Blok Flamandzki/Front Narodowy głosowało w wyborach 
lokalnych 1994 roku 9 procent wyborców, przy czym w Antwerpii Blok uzyskał 28 procent. 
W Austrii w wyborach powszechnych liczba głosujących na Partię Wolności zwiększyła się z 
niespełna 10 procent w 1986 roku do ponad 15 procent w 1990 i prawie 23 w 199426. 

Partie europejskie sprzeciwiające się muzułmańskiej imigracji były w dużej mierze 
zwierciadlanym odbiciem islamskich partii w krajach muzułmańskich. Jedne i drugie 
zaliczały się do autsajderów, jedne i drugie potępiały skorumpowany establishment i jego 
stronnictwa, wykorzystywały nastroje związane ze złą sytuacją ekonomiczną, zwłaszcza z 
bezrobociem, apelowały do uczuć etnicznych i religijnych, atakowały obce wpływy. W obu 
przypadkach marginalna ekstrema dopuszczała się aktów terroru i przemocy. Zarówno 
islamiści, jak europejscy nacjonaliści większe triumfy święcili przeważnie w wyborach 
lokalnych niż ogólnokrajowych. Establishment polityczny w świecie islamu i w Europie 
podobnie reagował na te wydarzenia. W krajach muzułmańskich, o czym była już mowa, 
władze przyjmowały na ogół bardziej islamską orientację, odwoływały się do symboliki i 

background image

19 

 

praktyk religijnych. W Europie partie głównego nurtu zapożyczały retorykę od prawicowych 
partii wrogich imigracji i propagowały ich metody. Tam, gdzie system demokratyczny działał 
skutecznie i poza partią islamską lub nacjonalistyczną istniały jeszcze co najmniej dwie inne, 
o odmiennych programach, elektorat partii skrajnych nie przekraczał progu 20 procent. 
Uzyskiwały one więcej głosów tylko wtedy, gdy nie było żadnej innej poważnej alternatywy 
wobec partii lub koalicji rządzącej. Tak się stało w Algierii, w Austrii i w znacznym stopniu 
we Włoszech. 

Na początku lat dziewięćdziesiątych czołowi politycy europejscy rywalizowali o względy 
antyimigracyjnie nastawionych obywateli. Jacąues Chirac oświadczył w 1990 roku, że 
imigracja musi zostać całkiem powstrzymana. Minister spraw wewnętrznych Francji Charles 
Pas-qua opowiadał się w 1993 r. za „zerową imigracją", także Francois Mitterrand, Edith 
Cresson, Yalery Giscard d'Estaing i inni politycy głównego nurtu zajęli postawę krytyczną 
wobec imigracji. W wyborach parlamentarnych 1993 roku była to jedna z głównych kwestii, 
przyczyniła się niewątpliwie do zwycięstwa partii konserwatywnych. Na początku lat 
dziewięćdziesiątych nastąpiły znamienne zmiany w polityce francuskich władz: utrudniono 
dzieciom obcokrajowców nabywanie obywatelstwa, rodzinom cudzoziemców - wjazd do 
kraju, cudzoziemcom - staranie się o azyl, a Algierczykom otrzymywanie wiz francuskich. 
Nielegalni imigranci podlegali deportacji, poszerzono kompetencje policji i innych władz 
mających do czynienia z imigracją. 

Kanclerz Helmut Kohl i inni politycy niemieccy także wyrażali zaniepokojenie z powodu 
imigracji. Najważniejszym posunięciem władz było wprowadzenie poprawki do Art. XVI 
niemieckiej konstytucji, na mocy którego zapewniano dotąd azyl „osobom prześladowanym z 
przyczyn politycznych", a także obcięcie zasiłków dla ubiegających się o azyl. W 1992 roku 
przybyło do Niemiec 438000 potencjalnych azylantów, w dwa lata później tylko 127000. 
Wielka Brytania już w 1980 roku drastycznie zmniejszyła zezwolenia imigracyjne do około 
50000 osób rocznie, dlatego kwestia ta wywoływała tu mniej emocji i oporów niż na 
kontynencie. Jednakże między 1992 a 1994 rokiem liczbę osób ubiegających się o azyl, które 
miały prawo pozostawać na terytorium brytyjskim, zmniejszono z ponad 20000 do niespełna 
10000. Po zniesieniu ograniczeń w przemieszczaniu się na terenie Unii Europejskiej 
Brytyjczycy zaczęli się przede wszystkim obawiać napływu nieeuropejskich imigrantów z 
kontynentu. Ogólnie rzecz biorąc, w połowie lat dziewięćdziesiątych kraje Europy Zachodniej 
konsekwentnie zmierzały do ograniczenia do minimum lub wręcz całkowitego zastopowania 
imigracji z krajów pozaeuropejskich. 

W Stanach Zjednoczonych kwestia imigracji stanęła na porządku dziennym nieco później niż 
w Europie i nie wywołała takich emocji. Stany zawsze były krajem imigrantów, tak się 
właśnie postrzegały, i na przestrzeni dziejów dopracowały się bardzo skutecznych procesów 
asymi-lowania nowo przybyłych. Poza tym w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych 
bezrobocie było tu znacznie niższe niż w Europie, a strach przed utratą pracy nie stanowił 
decydującego czynnika, który by kształtował postawy wobec imigracji. Poza tym przybysze 
napływający do Ameryki pochodzili z wielu różnych krajów, w skali ogólnokrajowej mniej 
się więc obawiano niż w Europie zalania przez jedną obcą grupę, choć obawy takie były 
realne w poszczególnych częściach kraju. Mniejszy niż w Europie dystans dzielił największe 

background image

20 

 

grupy imigrantów od kultury kraju-gospodarza: Meksykanie są katolikami i mówią po 
hiszpańsku, Filipińczycy też wyznają katolicyzm, a do tego są anglojęzyczni. - 

Pomimo to w ciągu ćwierćwiecza, jakie nastąpiło po wydaniu w 1965 roku aktu prawnego, 
który umożliwił znaczne zwiększenie imigracji z Azji i Ameryki Łacińskiej, nastąpiły 
poważne zmiany w nastrojach amerykańskiej opinii publicznej. W 1965 roku tylko 33 procent 

ż

yczyło sobie ograniczenia imigracji, w 1977 - 42 procent, w 1986-49 procent, a w 1990 i 

1993 - 61 procent. Badania z lat dziewięćdziesiątych konsekwentnie wykazują, że 60 procent 
lub więcej ankietowanych opowiadało się za ograniczeniem imigracji27. O ile na postawy 
wobec tej kwestii wpływają warunki ekonomiczne, o tyle równomiernie narastający opór 
wobec imigracji zarówno w złych, jak i dobrych okresach wskazywałby na to, że takie 
czynniki, jak kultura, przestępczość i styl życia odgrywały tu istotniejszą rolę. „Wielu 
Amerykanów, może nawet i większość - skomentował pewien obserwator w 1994 roku - 
nadal postrzega swoje państwo jako kraj zasiedlony przez Europejczyków, którego system 
prawny wywodzi się z Anglii, językiem jest angielski (i powinien pozostać), instytucje i 
budowle publiczne inspirowane są zachodnimi, klasycznymi standardami, religia ma korzenie 
judeochrześcijańskie, a protestanckiej etyce pracy kraj zawdzięcza swą wielkość". Dając 
wyraz swym obawom, 55 procent ankietowanych stwierdziło, że uważają imigrację za 
zagrożenie dla amerykańskiej kultury. O ile dla Europejczyków imigracyjne zagrożenie ma 
postać arabską lub muzułmańską, o tyle dla Amerykanów jest ono latynoamerykańskie i 
azjatyckie zarazem, ale przede wszystkim meksykańskie. Amerykanie zapytani w 1990 roku o 
to, z jakiego kraju przybywa do Stanów zbyt dużo imigrantów, wymieniali Meksyk dwa razy 
częściej niż jakikolwiek inny kraj. W dalszej kolejności była Kuba, Orient (bliżej 
nieokreślony), Ameryka Południowa i Łacińska (też ogólnie), Japonia, Wietnam, Chiny i 
Korea28. 

Narastający w latach dziewięćdziesiątych sprzeciw społeczeństwa wobec imigracji wywołał 
reakcję polityczną podobną do tej, jakiej widownią była Europa. W amerykańskim systemie 
politycznym partie prawicowe i antyimigracyjne nie zdobywały głosów, ale coraz więcej było 
wrogich imigracji publicystów i grup nacisku, działających coraz aktywniej i coraz głośniej. 
Wiele resentymentów skupiło się na 3,5-4-milionowej rzeszy nielegalnych imigrantów, a 
politycy odpowiednio na to reagowali. Podobnie jak w Europie reakcja okazała się 
najsilniejsza w tych stanach i okolicach, które ponosiły w związku z imigracją największe 
koszty. W 1994 roku Floryda, w której ślady poszło następnie sześć innych stanów, pozwała 
władze federalne o zwrot 884 min dolarów, czyli rocznych wydatków na edukację, opiekę 
społeczną, egzekwowanie prawa oraz inne cele związane z obecnością nielegalnych 
imigrantów. W Kalifornii, gdzie imigrantów jest najwięcej (zarówno w liczbach absolutnych, 
jak i proporcjonalnie), gubernator Pete Wilson zdobył społeczne poparcie, domagając się 
pozbawienia dzieci nielegalnych imigrantów dostępu do szkół publicznych i nieprzyznawania 
obywatelstwa amerykańskiego dzieciom nielegalnych imigrantów urodzonym w Stanach. 
Postulował też, by stan zaprzestał finansowania pomocy medycznej w nagłych wypadkach dla 
nielegalnych przybyszów. W listopadzie 1994 roku mieszkańcy Kalifornii powszechnie 
zaaprobowali tzw. Propozycję 187, na mocy której pozbawiono tych ludzi i ich dzieci prawa 
do oświaty, ochrony zdrowia i zasiłków z pomocy społecznej. 

background image

21 

 

W tym samym roku administracja Clintona, zmieniając swe wcześniejsze stanowisko, 
zaostrzyła kontrolę nad imigracją, wydała surowsze przepisy dotyczące azylu politycznego, 
rozbudowała Urząd ds. Imigracji i Naturalizacji (Immigration and Naturalization Service), 
wzmocniła Straż Graniczną i zbudowała zapory wzdłuż granicy z Meksykiem. W 1995 roku 
Komisja ds. Reformy Imigracji, działająca z upoważnienia Kongresu od 1990 roku, zaleciła 
obniżenie rocznych kwot imigracyjnych z ponad 800 000 do 550000 osób, przyznając 
pierwszeństwo małym dzieciom i małżonkom (ale nie dalszym krewnym) obywateli i 
rezydentów. Wywołało to „ogromne oburzenie rodzin Amerykanów pochodzenia 
azjatyckiego i latynoskiego"29. W latach 1995-96 Kongres rozpatrywał projekty aktów 
prawnych realizujących wiele zaleceń Komisji i nakładających ograniczenia na imigrację. W 
połowie lat dziewięćdziesiątych imigracja stała się więc jedną z najpoważniejszych kwestii 
politycznych w Stanach Zjednoczonych, a Patrick Buchanan, ubiegając się w 1996 roku o 
urząd prezydenta, uczynił z opozycji wobec imigracji główny motyw swej kampanii 
wyborczej. Stany Zjednoczone idą w ślady Europy i też się starają znacznie ograniczyć 
napływ przybyszów spoza kręgu cywilizacji zachodniej. 

Czy Europie i Stanom uda się powstrzymać tę falę? We Francji pojawił się znamienny motyw 
demograficznego pesymizmu, zapoczątkowany przez powieść Jeana Raspa-ila z lat 
siedemdziesiątych. Wątek ten rozwinął w naukowym opracowaniu 20 lat później Jean-Claude 
Ches-nais, a w 1991 roku Pierre Lellouche podsumował następująco: „Historia, bliskość 
geograficzna i ubóstwo przesądziły los Francji i Europy, które zostaną zalane przez 
przybyszów z przegranych krajów południa. Europa była w przeszłości biała i 
judeochrześcijańska. Przyszłość będzie jednak inna"*30. Ta przyszłość nie jest jednak 

Książka Raspaila Le Camp des Saints ukazała się po raz pierwszy w 1973 roku nakładem 
paryskiego wydawnictwa Editions Robert Laffont. Nowe wydanie opublikowano w 1985 
roku, kiedy kwestia imigracji znalazła się na porządku dziennym. W roku 1994 Matthew 
Connelly i Paul Kennedy zwrócili na nią uwagę Amerykanów: Must It Be be Rest Against the 
West?, „Atlantic Monthly", t. 274 (grudzień 1994), s. 61 i n. Przedmowa Raspaila do 
francuskiego wydania z 1985 roku została opublikowana po angielsku w „The Social 
Contract", t. 4 (zima 1993-94), s. 115-117. 

przesądzona raz na zawsze, żadna przyszłość nie będzie też trwała w nieskończoność. Nie 
chodzi tu o to, czy Europa zostanie zislamizowana, a Stany Zjednoczone staną się krajem 
latynoskim. Problem w tym, czy Europa i Ameryka staną się społeczeństwami 
rozszczepionymi, złożonymi z dwóch odrębnych i separujących się wspólnot z dwóch 
różnych kręgów kulturowych. Rozwój wydarzeń zależy od liczby imigrantów i zakresu ich 
zasymilowania przez kulturę zachodnią. 

Społeczeństwa europejskie na ogół albo nie chcą imigrantów asymilować, albo napotykają w 
tym względzie na duże trudności. Nie bardzo poza tym wiadomo, jak dalece muzułmańscy 
przybysze i ich dzieci chcą się asymilować. Jeśli tak wielki napływ nadal będzie trwał, 
powstaną kraje podzielone na społeczności chrześcijańskie i muzułmańskie. Da się tego 
uniknąć, jeśli rządy i narody Europy okażą się gotowe do poniesienia kosztów związanych z 
ograniczeniem tej imigracji. Byłyby to bezpośrednie obciążenia podatkowe wynikające z 

background image

22 

 

przyjęcia antyimig-racyjnych posunięć, społeczne koszty dalszego alienowa-nia się 
istniejących już grup ludności napływowej, a także potencjalne długofalowe koszty 
niedostatku siły roboczej i niskiego przyrostu naturalnego. 

Problem muzułmańskiej inwazji demograficznej straci jednak prawdopodobnie na ostrości, 
wskaźniki przyrostu demograficznego w krajach północnoafrykańskich i bliskowschodnich 
po osiągnięciu najwyższego poziomu (co w niektórych krajach już nastąpiło) zaczną bowiem 
spadać31. Jeśli powodem imigracji jest presja demograficzna, napływ muzułmanów może w 
2025 roku okazać się o wiele mniejszy. Inaczej wygląda sprawa w wypadku Afryki 
subsaharyjskiej. Ewentualny rozwój gospodarczy i mobilizacja społeczna w krajach Afryki 
Zachodniej i Środkowej stworzą dodatkowe bodźce i możliwości migracji. Zagrożenie 
„afrykanizacją" Europy zajmie miejsce zagrożenia „islamizacją". Wymiar tego zagrożenia 
będzie także w znacznym stopniu zależał od tego, jak bardzo ludność krajów afrykańskich 
zostanie zdziesiątkowana przez . choroby, oraz jak bardzo Afryka Południowa przyciąga 
będzie imigrantów z innych obszarów kontynentu. 

O ile Europa ma kłopot z muzułmanami, o tyle w Stanach Zjednoczonych narasta problem 
Meksykanów. Przy utrzymywaniu się obecnych tendencji i kontynuowaniu obecnej polityki 
struktura społeczeństwa amerykańskiego drastycznie się zmieni w pierwszej połowie XXI 
wieku (patrz tabela 8.2): biali będą stanowili połowę, a Latynosi jedną czwartą. Podobnie jak 
w Europie, zmiana polityki imigracyjnej i skuteczne wprowadzanie w życie ograniczających 
imigrację posunięć mogłyby tę prognozę zmienić. Nawet jednak w takim wypadku zasadniczą 
kwestią pozostanie zakres asymilacji Latynosów w społeczeństwie Stanów Zjednoczonych. 
Na ich drugie i trzecie pokolenie działają w tym względzie liczne bodźce i naciski. Imigracja 
meksykańska różni się jednak pod potencjalnie ważnymi względami od innych imigracji. Po 
pierwsze, przybysze z Europy i Azji przemierzają oceany, Meksykanie przechodzą piechotą 
przez granicę albo w bród przekraczają rzekę. Do tego jeszcze coraz większa dostępność 

ś

rodków transportu i łączności umożliwia im utrzymanie bliskich kontaktów ze społecznością 

w kraju ojczystym i utożsamianie się z nią. Po drugie, imigranci z Meksyku zamieszkują 
głównie południowo-zachodnie stany USA, tworząc ciągły pas meksykańskiej populacji, od 
Jukatanu po Kolorado (patrz mapa 8.1). Po trzecie, pewne dowody wskazują, że występuje 
wśród nich większy opór wobec asymilacji niż w innych grupach imigrantów. Chcą zachować 
meksykańską tożsamość, co wyraźnie się przejawiło podczas batalii o Propozycję 187 w 
Kalifornii w 1994 roku. Po czwarte, obszar, na którym osiedlają się przybysze z Meksyku, 
został zaanektowany przez Stany Zjednoczone po ich zwycięstwie nad Meksykiem w połowie 
XIX wieku. Rozwój ekonomiczny Meksyku prawie z pewnością zrodzi w tym kraju nastroje 
rewanżystowskie. Amerykańskie zdobycze terytorialne z XIX wieku mogą 

Mapa 8.1 

Ź

ródło: w opracowaniu o dane U.S. Census Bureau. Rodger Doyle Copyright 1995 for U.S. 

News & World Report. 

Tabela B.2 

background image

23 

 

RASOWA l ETNICZNA STRUKTURA LUDNOŚCI STANÓW ZJEDNOCZONYCH (W 
PROCENTACH) 1995 

2020                    2050 

(szacunkowo)         (szacunkowo) 

Biali -nle-Latynosi Latynosi Czarni Azjaci i mieszkańcy wysp Pacyfiku Indianie i Eskimosi 
Razem (w min) 

74 10 12 3 <1 263 

64 16 13 6 <1 323 

53 25 14 8 1 394 

Ź

ródło: U.S. Bureau of the Census, Population Prolectlons of the United States by Agę, Sex, 

Kace, andHispanic Orlgiir. 1995 to 2050, U.S. Government Printing Office, Washington 
1996, s. 12-13. 

zostać zagrożone, a być może i odebrane w wyniku meksykańskiej ekspansji demograficznej 
w XXI wieku, i Zmieniający się układ sił między cywilizacjami coraz bardziej utrudnia 
Zachodowi realizację celów związanych z rozprzestrzenianiem broni masowej zagłady, 
prawami człowieka, imigracją i innymi sprawami. Jeśli w tej sytuacji chciałby on ograniczyć 
ponoszone straty, powinien umiejętnie posłużyć się swoimi zasobami ekonomicznymi, 
stosując wobec innych krajów taktykę kija i marchewki, umacniać swoją jedność i 
koordynować politykę, by innym krajom utrudnić wygrywanie jednych państw zachodnich 
przeciw drugim, a także podkreślać i wykorzystywać różnice między państwami 
niezachodnimi. Jego zdolność do zastosowania takiej strategii będzie z jednej strony zależała 
od charakteru i nasilenia konfliktów z cywilizacjami-rywalami, z drugiej zaś od umiejętności 
rozpoznania i rozbudowania interesów wspólnych z cywilizacjami zajmującymi pozycję 
pośrednią.