background image

BENTE PEDERSEN

DZIECIĘ NIEBIOS

background image

1

Dziecko   przyszło   na   świat   pewnej   lutowej   nocy   w   samym   środku   surowej   zimy. 

Równinę nad Dwiną, ściśniętą szponami mrozu, spowiła bezkresna biel. Hulał północny wiatr, 

a od jego gwałtownych uderzeń drżały ściany chaty.

- Co jak co, głosik to ona ma donośny - stwierdził oschle Jewgienij, ale ze wzruszenia 

ugięły się pod nim nogi.

Uklęknął przy łóżku, nie potrafiąc zapanować nad uczuciami, które nim zawładnęły. 

Gniew, strach, zawód, a równocześnie bezgraniczna czułość i trudna do określenia radość.

Gdy   patrzył   na   maleństwo   w   zawiniątku   wymachujące   zawzięcie   czerwonymi 

piąstkami, na purpurową główkę tuż przy twarzy Raiji, jego twarde serce zmiękło jak wosk.

A przecież najmniej ze wszystkich życzył sobie narodzin tego dziecka. Minionej jesieni 

i zimy nachodziły go różne ponure myśli i nie raz pragnął, by Raija straciła maleńkie życie, 

jakie w sobie nosiła. O zgrozo, nawet modlił się żarliwie o to, by dziecko Wasilija i jego żony 

umarło, zanim zdąży się narodzić.

Ale ono przyszło na świat i zagłuszyło sztorm. Otwarte usteczka rozproszyły mroczne 

myśli.   Maleńka   miała   pomarszczone,   skulone   ciałko,   jej   główkę   pokrywał   ciemny   puch 

włosków, a twarzyczkę wykrzywiały gniewne grymasy. Trudno więc było ustalić, do kogo jest 

podobna.   Raija   delikatnie   tuliła   dziecię   z   miłością   w   spojrzeniu,   w   uśmiechu,   w   każdym 

najdrobniejszym geście.

Jewgienij stanął bliżej przy łóżku, na którym obie leżały, i poczuł, że dłużej nie zniesie 

zła, które zawładnęło jego sercem i czyniło go kimś obcym, kimś, kogo sam nie chciałby znać.

Dziecko przyszło na świat. Jego istnienia nie da się ukryć. Zresztą wszystkie dokumenty 

zaświadczą, że to on jest ojcem.

Narodziła się tak lekko, nie sprawiając Raiji wielkich boleści. Nie znajdował na to 

innego określenia jak tylko takie, że pojawiła się w ich życiu niczym anioł.

Usiadł obok Raiji, delikatnie dotknął rozgrzanej twarzyczki maleństwa i uśmiechnął się 

niepewnie do żony.

Pamiętał, jaka wydawała mu się piękna, kiedy wydała na świat Misze.

Teraz promieniała tą samą urodą.

Nie czuł nienawiści do niej ani do dziecka. Czy można nienawidzić bezbronnej istoty?

Mała   przestała   na   chwilę   płakać.   Popatrzyła   ciemnymi   oczkami   w   mrok.   Nabrała 

powietrza i znów dała o sobie znać.

- Co z ciebie za matka? Czemu nie nakarmisz naszego dziecka? - zapytał Jewgienij, 

background image

uchwyciwszy spojrzenie żony.

Usłyszała, co powiedział, i zrozumiała go. Do oczu napłynęły jej łzy, ale zamrugała 

powiekami, żeby je powstrzymać, bo przecież nie powinno się płakać w takiej chwili.

- To silna mała kobietka - stwierdziła, odpinając nocną koszulę i przystawiając dziecko 

do piersi. - I jaka wybredna - dodała, bo maleństwo zrazu tylko dotykało jej języczkiem i 

drapało leciutko drobnymi paluszkami. A gdy wreszcie zaczęło ssać, cud wydawał się jeszcze 

większy.

- Jak ją nazwiemy? - zapytał Jewgienij, a obawiając się tego, co usłyszy, wolał sam 

zaproponować imię, którego tak naprawdę bardzo nie chciał: - Wasilissa?

Raija pokręciła głową.

- Nie, to jest Natalia - odpowiedziała. Jewgienij nie zapytał, skąd przyszło jej to do gło-

wy. Wolał pozostać w nieświadomości.

Tej  nocy, kiedy przyszła na świat, nie była może najpiękniejszym dzieckiem, jakie 

Jewgienij widział, ale głos miała donośny jak mało który noworodek. Później także potrafiła 

domagać się swego. Była głodnym wszystkiego dzieckiem, od jedzenia poczynając, na przeży-

ciach, bliskości, śmiechu, ich głosach, uwadze kończąc. Domagała się i otrzymywała to, czego 

chciała. W chacie nad Dwiną traktowano ją jak małą księżniczkę.

Wypiękniała.

Oczy straciły ciemnogranatowy odcień charakterystyczny dla wszystkich noworodków i 

przybrały barwę zieleni. Włosy miała czarne i gęste. Brwi wyginały się łukowato identycznie 

jak brwi Raiji. Usta, w kącikach lekko uniesione, z wysuniętą odrobinę dolną wargą, tak samo 

jak Misza odziedziczyła po matce. Nie miała natomiast wysuniętych kości policzkowych Raiji i 

zdecydowanego podbródka. Szczupła i drobna twarz kształtem przypominała twarz Wasilija. 

Dla tych, którzy wiedzieli, czyjego podobieństwa się dopatrywać, dziedzictwo Uskowów było 

aż nadto widoczne.

Jewgienij pocieszał się, że mogło być gorzej. W jego sennych koszmarach Raija rodziła 

syna, któremu nadawała imię Wasilij.

Kiedy ludzie, uśmiechając się ze złośliwą satysfakcją, pytali mimochodem, do kogo 

mała jest właściwie podobna, Jewgienij wzruszał tylko ramionami i nie przejmując się tym, co 

sobie pomyślą, odpowiadał:

- Do samej siebie.

Nie zwracał uwagi na śmiech i drwiny.

Natalia była księżniczką, i to w pewnym sensie jego księżniczką. To jego, a nie Wasilija 

zapamięta jako ojca. Wasilij nigdy nie upomni się o nią.

background image

Natalia nie stanowiła zagrożenia. Pojawiła się w ich życiu niczym promyk słońca i jak 

każde małe dziecko wywróciła ich dotychczasowy świat do góry nogami.

Miała   zaledwie   dziesięć   miesięcy,   kiedy   zaczęła   chodzić.   Tuptała   wokół   na 

malusieńkich stopkach. Dotykała wszystkiego. Czyniła to z największym zdumieniem. Zielone 

oczy chłonęły wszystko chciwie. Miała takie dorosłe spojrzenie. Wcześnie zaczęła śpiewać, 

najpierw właściwie bawiąc się dźwiękami, by wnet smakować słów. A gdy wreszcie zaczęła 

mówić, a było to późnym latem w wieku półtora roku, z jej ust popłynął potok słów, którego 

nikt nie był w stanie powstrzymać.

Była malutka, drobniejsza niż Misza w jej wieku, ale wszędzie jej było pełno i bardziej 

niż Misza absorbowała wszystkich.

Miała gęste, czarne, jedwabiste włosy, błyszczące oczki i uśmiech od ucha do ucha. 

Nieustannie   słychać   było   szybki   tupot   jej   maleńkich   nóżek,   radosne   piski   i   zadowolone 

westchnienia. Jej śmiech przypominał wesoły plusk strumyka.

Natalia była niczym tchnienie wiatru w letniej spiekocie.

Ci, którzy ją kochali, uznali ją od samego początku za niezwykłe dziecko. Na przykład 

Raija, jeszcze nim wydała ją na świat, myślała o niej jak o wyjątkowym kwiatku na łące życia. 

Zawsze była przekonana, że to dziecko wyrośnie na kogoś nieprzeciętnego.

Nikomu jednak nie przyszło do głowy, jaką naprawdę tajemnicę nosi w sobie Natalia.

Szybko się wszystkiego uczyła, więc mówiono, że jest mądra i rozsądna. A że była 

śliczna, nazywali ją księżniczką i aniołem.

- Misza mokry - zawołała Natalia i poklepała Michaiła po udach. Właśnie dotąd mu 

sięgała.

W piętnastym roku życia Misza bardzo się wyciągnął. Widać już było, że gdy dorośnie, 

będzie   wysoki   jak   jego   ojciec.   Na   razie   wyglądał   nieporadnie,   ramiona   i   nogi   sprawiały 

wrażenie, jakby nie należały do niego.

Raija dostrzegała, że z czasem syn zmężnieje. I upodobni się do Jewgienija.

- Misza umył się, ale już nie jest mokry, Natalio - wyjaśnił Michaił z uśmiechem.

- Misza mokry - ciągnęła w sobie tylko właściwy sposób niezrażona Natalia. W jej 

zielonych   oczach   kryła   się   stanowczość.   -   Woda   -   dodała   i   zacisnęła   maleńką   buźkę,   z 

niezadowoleniem spoglądając na brata, który jej albo nie dowierzał, albo wcale nie rozumiał. - 

Woda. Misza mokry.

Roześmiał się. I ustąpił. Podniósł malutką i zakręcił w tańcu, aż zapiszczała radośnie.

- Może trochę mokry - powiedział dobrodusznie i przycisnął swój nos do jej noska.

Natalia złapała go za włosy i pociągnęła, aż krzyknął dziko. Trochę zbyt dziko, by 

background image

mogło to być prawdziwe. Natalia jednak, zachwycona, puściła go w końcu.

- Muszę już iść. Tata na mnie czeka - wyjaśnił Misza siostrzyczce. - Muszę mu pomóc, 

rozumiesz? Muszę się wszystkiego nauczyć, żeby w przyszłości być taki jak on. Nie mogę tu z 

tobą zostać.

Pokiwała swoją ciemną główką z rozwichrzonymi włosami.

- Misza mokry - powiedziała niemal bezgłośnie. Stała z założonymi do tyłu rączkami i 

zadarłszy   głowę,   przyglądała   się   mu   badawczo.   -   Mokry   -   powtórzyła   i   uśmiechnęła   się 

szeroko. - Taaaki mokry!

Rozłożyła ramiona i zakręciła się w tańcu.

Misza   wzruszył   ramionami.   Pokiwał   młodszej   siostrze   raz   jeszcze   na   pożegnanie   i 

odszedł.

Tym razem nie zdecydował się jechać konno. Równie szybko i bez wysiłku można się 

było   dostać   do   Archangielska,   płynąc   niewielką   łodzią   z   nurtem   rzeki.   Dwina   niosła 

bezpiecznie i pewnie jak koński grzbiet.

Wróciwszy z rejsu na zachodnie łowiska, Michaił upewnił się w przekonaniu, że to 

woda jest jego żywiołem i do niej należy.

Olga, tak samo jak Tonią, pasjonowała się końmi. Ujeżdżała je, jakby urodziła się na 

końskim grzbiecie. On zaś był synem morza. Czuł się w swoim żywiole, wszystko jedno, czy 

siedział w małej łodzi, czy płynął na pokładzie statku.

Wiedział, że jego przyszłość związana będzie z morzem, i ta świadomość napawała go 

spokojem. Zawsze ciągnęło go do wody.

Roiły mu się różne marzenia. Czasem zdawały się bardziej realne niż to, co działo się tu 

i   teraz.   Wyobrażał   sobie,   jak   zostanie   kapitanem   na   własnym   statku,   jak   czuć   będzie   w 

nozdrzach zapach słonej morskiej wody, a załogą będzie mu wiatr. Przyszłość taka zdawała się 

Michaiłowi czymś oczywistym, był wszak synem armatora. Nigdy nie myślał o tym, że aby 

plany i marzenia się urzeczywistniły, najpierw z życia usunąć się musi ojciec. Zresztą który 

młody chłopak o tym myśli?

On w każdym razie wiedział jedno: gdy dorośnie, zacznie się prawdziwe życie...

Michaił,   pochłonięty   rozmyślaniami,   zapatrzył   się   w   siebie   i   całkiem   zapomniał   o 

mieliznach, które przecież dobrze znał. Ocknął się dopiero, gdy łódź utknęła.

Zaklął pod nosem. Gdyby mama go usłyszała, zdumiona uniosłaby brwi. Dobrze o tym 

wiedział. Uważała go za świętoszka i nie miała pojęcia, że jej dziecko zna takie słowa.

Michaił wstał, żeby odepchnąć się wiosłem, ale zarył łódkę jeszcze głębiej w piachu. 

Był wściekły na samego siebie. Pomyślał, że Olga pęknie ze śmiechu, gdy jej o tym opowie. 

background image

Nie był jednak pewien, czy to uczyni. Dość się już z niego naigrywała!

Nie ma co, utknąłem na dobre, stwierdził w duchu.

Nie namyślając się więc wiele, zdjął ubranie, buty i wskoczył do rzeki. Pociągnął łódź 

na głębszą wodę.

Woda była chłodniejsza, niż się spodziewał.

Szczękając zębami, wdrapał się do łodzi i powiosłował dalej z nurtem Dwiny. Zmusił 

się, by pozostać jeszcze przez chwilę bez ubrania, tak by wiatr osuszył mokre ciało. W uszach 

dźwięczał mu mądry głosik małej Natalii, powtarzający w kółko: „Misza mokry!”

Rzeczywiście, teraz był mokry. Uśmiechnął się sam do siebie i wciągnął spodnie na 

wilgotne   jeszcze   ciało.   Łódka   zachwiała   się   niebezpiecznie,   ale   na   szczęście   utrzymał 

równowagę.

Zostanie kiedyś marynarzem. Nie boi się wody.

Tymczasem w chacie nad Dwiną Natalia przyciskała nos do szyby. Musiała wejść na 

ławę, by dosięgnąć okna.

-   Misza   mokry!  -   powiedziała   i   roześmiała   się,   stukając   dłońmi   o  gładką,   chłodną 

powierzchnię okna. - Misza mokry!

- Ciągle powtarzasz to samo? - uśmiechnęła się Raija i zwichrzyła córeczce włosy.

Natalia pokiwała głową.

- Moookry! - chichotała.

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu i wyściskała słodkie maleństwo. Jej mały 

nieprzewidywalny wietrzyk.

- Na pewno już wysechł - zapewniła i pocałowała małą w policzek. Znowu poczuła, 

jakim cudem jest to dziecko. Maleńkie ciałko tryskające życiem. Główka pełna najróżniejszych 

pomysłów. Aksamitne policzki i promienny uśmiech.

Nie   miała   się   czego   wstydzić,   że   ją   urodziła.   Dzięki   Natalii   poczuła   się   bogatsza, 

odkryła w sobie nowe pokłady miłości.

- Do tej pory Misza na pewno już wysechł, nie sądzisz?

Raija przycisnęła nos do policzka Natalii, rozkoszując się jej zapachem, i uśmiechnęła 

się do siebie.

Zastanawiała się czasem, czy inni ludzie także przywiązują taką wagę do zapachów, czy 

w ogóle zwracają na nie uwagę. Może to tylko ona kolekcjonuje je tak starannie, próbując 

wywołać obrazy z czarnej czeluści pamięci.

-   Mokry   -   trwała   przy   swoim   Natalia.   Miała   najpiękniejszy   na   świecie   uśmiech, 

serdeczny i radosny, rozjaśniający pucołowatą twarzyczkę. Ząbki białe jak perełki, a w oczach 

background image

radosne figliki. - Mokry - mówiła, jakby delektując się tym słowem.

Raija znów się zaśmiała, rozbawiona uporem dziecka i jego naturalną radością.

Dzieci nie mają w sobie cienia fałszu...

- Podoba ci się to słowo? - zapytała, ale do Natalii nie dotarło pytanie mamy. Stała przy 

oknie zapatrzona w stronę rzeki i niezmordowana mruczała pod nosem w kółko to samo.

- Kąpałeś się, synu? - zapytał Jewgienij. Widząc mokre włosy Miszy, uśmiechnął się z 

grymasem. - Lepiej nie mów tego mamie - dodał z ojcowską troską. - My, mężczyźni, musimy 

się trzymać razem.

- Właśnie - odrzekł Misza,  marszcząc  brwi.  Jego  oczy zasnuły się mgłą,  ale zaraz 

rozchmurzył się.

- Mam nadzieję, że nie straciłeś łodzi? Michaił pokręcił głową.

- Natknąłem się na mieliznę - wyjaśnił krótko i znów zmarszczył brwi, trapiony natrętną 

myślą. - Poszukam Olgi - rzucił.

Właściwie nie zachowywał się tak celowo. Nie był w złym humorze. Nie miał powodu, 

by w rozmowie z ojcem skąpić słów. Samo jakoś tak wyszło.

Coś ściskało go w gardle. No i ta uporczywa myśl wciąż nie dawała mu spokoju.

- A co, już nie masz żadnych kolegów? - wyraził zdziwienie Jewgienij.

Nie rozmawiał z żoną o tym, co go martwiło. Była tak zajęta przy małym dziecku, że 

pewnie podobne obawy w ogóle nie przyszły jej do głowy.

Zamierzał się jej poradzić i przygotować do rozmowy z Michaiłem, ale jakoś nie trafiała 

się  okazja.  Teraz  jednak uznał,   że  nadeszła  najwyższa  pora,   by  poważnie rozmówić  się  z 

synem.

- Poczekaj! - zatrzymał go. Być może zabrzmiało to jak nakaz, bo chłopak odwrócił się 

zdziwiony i spojrzał na ojca pytająco oczami do złudzenia przypominającymi oczy Raiji.

Jewgienija poraziło, jak bardzo syn jest podobny do Aleksieja. Gdyby Raija urodziła 

jego tragicznie zmarłemu bratu dziecko, mogłoby wyglądać jak Michaił.

Nie powinienem tak myśleć! skarcił się w duchu, a na głos powiedział:

- Siadaj! Znów zabrzmiało to jak rozkaz. Michaił wykonał posłusznie polecenie ojca i 

usiadł   na   brzegu   krzesła.   Jewgienij   jednak   nie   zajął   miejsca   obok.   Nagle   pożałował,   że 

sprowokował tę rozmowę. Powinien wcześniej poradzić się Raiji. Czuł, że skazany jest na 

niepowodzenie. Źle zaczął.

- Chyba zbyt wiele czasu spędzasz z Olgą - odezwał się niepewnie.

Nie przypuszczał nigdy, że będzie się czuł taki zakłopotany w towarzystwie syna. Sporo 

czasu upłynęło, odkąd sam był wyrostkiem, speszonym, niepewnym, nie mającym pojęcia, jak 

background image

się wysłowić ani skąd czerpać mądrość.

Przeżył od tamtej pory kawał życia, jako dorosły mężczyzna zebrał wiele doświadczeń, 

a jako ojciec zdobywał nowe każdego dnia. Teraz przede wszystkim kierował się ojcowską 

troską.

- Lubię Olgę!

- Nie masz innych znajomych, których także byś lubił?

Jewgienij zmrużył oczy i spojrzał na syna, w duchu modląc się, żeby chłopak zrozumiał 

jego intencje. Chętnie uniknąłby dokładnego tłumaczenia i wykładania kawy na ławę.

-  Owszem  - odparł  Michaił.  - Ale   Olgę  lubię   najbardziej.  Świetny z  niej  kompan. 

Całkiem jak chłopak.

- Ale to jednak nie chłopak - uchwycił się słów syna Jewgienij.

Czy ten szczeniak nie może tego pojąć? Przecież w innych sprawach wykazuje się dużą 

bystrością umysłu! denerwował się w duchu.

- Olga jest dziewczyną. Teraz, kiedy oboje podrośliście, to... po prostu uważam, że 

spędzacie ze sobą zbyt wiele czasu. To niezbyt fortunne i dla ciebie, i dla niej.

- Dlatego, że jestem chłopakiem, a ona dziewczyną? - spytał Michaił zdumiony. Nie był 

pewien, czy ojciec żartuje, czy mówi poważnie.

-   Żadnej   dziewczynie   w   wieku   Olgi   nie   wolno   przebywać   samej   w   towarzystwie 

chłopców - odrzekł Jewgienij z powagą. - Dlatego ze względu na Olgę powinieneś wziąć pod 

uwagę to, co ci powiedziałem. Nie warto, by za bardzo wyróżniała się wśród innych dziewcząt. 

Chyba ma jakieś koleżanki?

- Coś mi się zdaje, że nie o to wcale chodzi - odparł Michaił. - Czego się właściwie 

obawiasz, tato?

Jewgienij nabrał powietrza do płuc i patrząc synowi prosto w oczy, wypalił:

- Boję się, że któregoś dnia zauważysz, że Olga nie jest chłopcem. Dostrzeżesz w niej 

budzącą się kobietę i ulegniesz fascynacji. Boję się, że zaczniecie igrać z ogniem, nie dorósłszy 

do takich zabaw. Rzeczywiście, obawy moje są być może podyktowane własnym interesem. 

Ale myślę też o tobie, a przede wszystkim o Oldze. To zbyt dobra dziewczyna, by zajść w ciążę 

z nieodpowiedzialnym wyrostkiem. Wyraziłem się dostatecznie jasno?

Michaił pokiwał głową, czując, jak na przemian zalewają go fale gorąca i chłodu. Nie 

miał   śmiałości   spojrzeć   ojcu   w   oczy.   Wstał   i   ze   wzrokiem   utkwionym  w   ścianę,   rzekł   z 

przekorą:

- Poszukam Olgi. Możesz być spokojny, nie mam zamiaru jej uwieść. Lubię ją, to 

prawda, ale traktuję jak siostrę.

background image

Jewgienij westchnął. Nie mógł na siłę zmusić chłopaka, by został. Zresztą nawet nie 

miał ochoty.

Wystarczy,   że   ostrzegł   syna,   otworzył   mu   oczy   i   uświadomił   to,   czego   nie   chciał 

dostrzec.

Ale tak naprawdę ta rozmowa go nie uspokoiła.

-  Czy   twoi   rodzice   też  prowadzą  z  tobą  takie   głupie   rozmowy?  -  zapytał   Michaił, 

siadając obok Olgi na kupce słomy.

Gładko przyczesane włosy nie całkiem mu jeszcze wyschły.

- Jak to głupie? - nie rozumiała Olga. Machała nogami i żuła jakieś źdźbło.

- Ojciec twierdzi, że za dużo czasu spędzam w twoim towarzystwie - wydobył z siebie 

wreszcie Misza.

Napotkawszy na moment spojrzenie Olgi, poczuł się jeszcze bardziej nieswojo, mimo że 

powtarzał jedynie słowa ojca.

Olga uniosła brew i uśmiechnęła się lekko.

W dość dusznej stajni panował spokój, bo wszyscy woźnice gdzieś wyszli. Gniada klacz 

żuła starannie siano. Michaił uznał, że Olga trochę ją przypomina, bezmyślnie gapiąc się przed 

siebie i milcząc irytująco.

-   Dorośli   bywają   niekiedy   głupi   -   odezwała   się   w   końcu   przyjaciółka   z   lekkim 

westchnieniem.

Michaiłowi   wydało  się   nagle,   że   ma   przed  sobą  jakąś   inną  Olgę.   Po  raz   pierwszy 

zauważył, że dziewczyna, którą znał całe swoje życie, udaje kogoś innego. Ale nie zdobył się 

na to, by powiedzieć Oldze, że jej słowa zabrzmiały równie głupio jak upomnienia ojca.

Bał się, że ostro odparuje, bo zawsze była bardziej wygadana.

Wyobraził sobie, jak prostuje dumnie kark i nazywa go smarkaczem.

Nie chciał, by traktowała go jak dziecko, ale jak kogoś równego sobie.

Już kiedy miał cztery lata, a ona pięć, pragnął dorównać jej wiekiem i wzrostem. Z 

czasem jednak zatarła się między nimi ta różnica.

Teraz odnosił wrażenie, że powróciła.

Poczuł niepokój. Zdawało mu się, że się wygłupił.

-   Posłuchasz   go?   -   zapytała   Olga,   obserwując   uważnie   Misze   swymi   brązowymi, 

lśniącymi oczami. Jej spojrzenie paliło i piekło, jakby ptak wbił się szponami w nagą skórę. - 

Postąpisz tak, jak ci każe ojciec? - powtórzyła.

- Niby dlaczego? - zapytał. - Przecież cię lubię, jesteś mi bliska niczym siostra, chociaż 

nie łączą nas więzy krwi. Prawie tak samo bliska jak Natalia - dodał i westchnął ciężko. - 

background image

Naprawdę rodzice nigdy nie prawili ci takich morałów?

Olga pokręciła głową, a na jej twarzy odmalował się lekki zawód.

- Może ich zdaniem nie jestem dość dorosła? - zastanawiała się na głos. - Chociaż 

przecież dzieckiem też już nie jestem.

- Czego tu zazdrościć? Chciałabyś, żeby ci prawili takie kazania? Jeśli ci tak bardzo 

zależy, mogę poprosić tatę, to pouczy i ciebie.

Uśmiechnął się szeroko i wyrzucił z siebie to, co najbardziej nie dawało mu spokoju:

- Ojciec się boi, że cię uwiodę.

Roześmiała się trochę niepewnie, ale i tak go uraziła. Poczuł gorycz, zacisnął wargi i w 

jednej chwili pożałował, że jej o tym powiedział. Niestety, za późno.

Być może rzeczywiście jest jeszcze dzieckiem.

Mrużąc oczy, spojrzał na Olgę. Z winy ojca zmienił swój stosunek do niej. Wezbrała w 

nim  złość,   zacisnął   pięści   i   wyszarpnął   słomę.  Najchętniej   by  uciekł,   ale   z  drugiej   strony 

ciągnęło go, by zostać.

Nagle nagromadziło się w nim tyle sprzeczności. Nic już nie było proste.

- Kąpałeś się? - zauważyła dopiero teraz Olga, stając się jakby na powrót dawną Olgą.

- Tak - odparł Michaił krótko, bo stracił ochotę, by jej o tym opowiadać.

Zwykle mówili sobie o wszystkim. Ale może teraz już nic nie będzie takie jak dawniej?

Nie miał pojęcia.

Wszystko   się   okropnie   skomplikowało.   Pożałował,   że   nie   został   w   domu,   tam 

przynajmniej Natalia niczego nie udawała.

Może był jeszcze wyrostkiem, kochającym mocno swoją młodszą siostrę. I co z tego? 

Lepiej być wyrostkiem niż dorastającym młodzieńcem, któremu ojciec nie ufa.

- Nie mam ochoty być dorosły - oznajmił.

-   A   ja   bardzo   -   odparła   Olga,   uśmiechając   się.   Na   jej   twarzy   odmalowało   się 

oczekiwanie, którego Michaił nie pojmował.

Najwyraźniej Olga była już mniej dziecinna niż on.

background image

2

- Pan na kei! - powiedziała zarumieniona Natalia, trzymając Jewgienija mocno za palec.

-   Tak,   tak,   kochanie   -   uśmiechnęła   się   Raija,   zagniatając   ciasto   rękami   po   łokcie 

ubielonymi mąką.

Antonia zaśmiała się cicho i mruknęła:

- Powinnaś była siebie słyszeć. Olga zdrapała z dłoni resztki ciasta, wytarła dłonie w 

fartuch i wykorzystując moment, że matka patrzy w inną stronę, szybko podeszła do Natalii, by 

pomóc jej zdjąć czapeczkę i kurtkę. Jewgienij przyjął z ulgą jej pomoc.

- Mogę ją tu zostawić? - zapytał. - Bryka bardziej niż twoje źrebaki na wiosnę, Toniu. 

Cud, że nie wpadła do wody!

- Dziwny ten pan na kei - mówiła tymczasem Natalia do Olgi, która uważniej słuchała 

małej niż dorośli.

- Skąd się tam wziął?

- Z morza - odpowiedziała Natalia. - Pan był w morzu.

Uśmiechnęła się szeroko i żywo gestykulując, pulchną rączką omal nie uderzyła Olgi w 

oko.

- Zszedł ze statku? - pytała Olga, kulając do małej kłębek wełny. - Z tego dużego?

- Nie, z morza. - Tupnęła nogą mała. - Z morza! Olga ustąpiła z uśmiechem.

- A więc wyszedł z morza. Znasz go?

- Pan - powtórzyła Natalia i poturlała kłębek do Olgi, czekając niecierpliwie, by ta od 

razu poturlała go do niej z powrotem.

-   Ty   w  jej   wieku   tyle   nie   mówiłaś   -  powiedziała   Antonia   do   córki.   -   Natalia   jest 

wyjątkowo rozmowna, wyrośnie z niej gaduła.

- Podobnie jak niektóre osoby, które znam - zażartował Jewgienij i pośpiesznie wyszedł, 

uciekając przed ripostą.

Raija umówiła się tego dnia z Antonią na pieczenie chleba. Przyjechała do miasta i 

zostawiła Natalię razem z Misza i Jewgienijem w porcie. Nie byli wprawdzie tym zachwyceni, 

ale Raija postawiła na swoim, okazując się z nich najbardziej uparta.

Nie spodziewała się, że pieczenie zajmie im tyle czasu. Czasami jednak potrzebowała 

takich chwil, gdy skupić się mogła tylko na sobie. Trochę wstydziła się podobnych myśli, ale 

nic nie była w stanie poradzić na to, że nawet zwykłe pieczenie chleba wydawało się jej 

przyjemniejsze, gdy robiła to nie Bykowa, nie mama, nie żona Jewgienija, ale ona, Raija.

Tylko Raija.

background image

Olga   gawędziła   z   Natalią,   szczęśliwa,   że  wywinęła   się   od  pracy.   Raija   tymczasem 

radowała się, że Olga zabawia Natalię i ona sama jeszcze przez chwilę może nie zajmować się 

córeczką.

- Dziecko... w morzu - odezwała się Natalia i ze śmiechem poturlała do Olgi kłębek 

szarej włóczki, z którego rozwijała się coraz dłuższa przędza.

-   Ty   przecież   nie   wchodziłaś   do   morza.   Olga   zareagowała   jak   dorośli,   którzy   w 

rozmowie z dziećmi nieustannie je poprawiają, przekonani, że pociechy nie wszystko rozumieją 

i że brakuje im słów, by wyrazić swoje myśli.

- Dziecko. W morzu - powtórzyła Natalia stanowczo, ani myśląc ustąpić.

Ta mała potrafiła z wyjątkowym uporem trwać przy swoim.

Większość ludzi jej ustępowała.

Olga także.

Tonią podśpiewywała sobie przy pieczeniu. Włosy i policzki ubrudziła trochę mąką, ale 

uśmiechała   się   promiennie.   Zdawało   się,   że   bije   od   niej   ciepło   promyków   słońca   i   blask 

migoczących gwiazd, a wszystko to spływa wprost do zagniatanego przez nią ciasta.

Raija   żałowała   bardzo,   że   pod   tym   względem   nie   jest   podobna   do   Toni.   Czerpała 

bowiem przyjemność z pieczenia chleba tylko wówczas, gdy musiała wyrzucić z siebie złość. 

Zagniatając ciasto, pozbywała się gniewu.

Ponieważ   teraz   nie   była   zdenerwowana,   wyrabiała   ciasto   bez   specjalnego 

zaangażowania. Przyszła, żeby pomóc Toni, bo chciała być miła dla swej przyjaciółki, a poza 

tym ceniła sobie jej towarzystwo.

Nagle ktoś szarpnął drzwi, z hukiem uderzając o ścianę. Do środka wbiegł Jewgienij z 

rozwichrzonymi włosami.

Wspaniale wygląda, uderzyło Raiję.

- Chodź, kobieto, natychmiast! - krzyknął, a w jego oczach malowała się niecierpliwość.

- Co się stało? - zapytała Antonia ze spokojem, nie przerywając pracy.

Zanurzała   dłonie   i   unosiła,   jakby   ciasto   było   morzem,   a   ona   nim   władała,   sama 

narzucając rytm falom.

-   Tatuś!   -   Natalia   porzuciła   Olgę   i   kłębki   wełny.   Uchwyciła   się   kurczowo   nogi 

Jewgienija   i   przylgnęła   policzkiem   do   jego   spodni.   Uśmiechnęła   się   uszczęśliwiona,   gdy 

potarmosił jej czuprynkę i podarował jej uśmiech przeznaczony tylko dla niej. - Dziecko w 

morzu - powiedziała.

Jewgienij  przełknął ciężko ślinę i mrużąc oczy, popatrzył na małą. Potem podniósł 

wzrok na Raiję, która zdążyła już zetrzeć z dłoni resztki ciasta i mąki, bo po wzburzeniu męża 

background image

poznała, że chodzi o coś ważnego. Zresztą tylko w takich chwilach mówił do niej: „kobieto”.

- Musisz iść do porodu - wyjaśnił Jewgienij i zamyślony pogłaskał Natalię po głowie.

Brakowało mu odwagi, by spojrzeć na dziecko. Jakby się bal, że dostrzeże w jej twarzy 

coś, czego u dziecka być nie powinno.

- Do kogo? - zainteresowała się Antonia. - Chodzi o kogoś znajomego? Może ja też 

pójdę? Jeśli to coś poważnego...

- Żona kupca z norweskiego statku, tego, co wczoraj przypłynął do portu, zaczęła rodzić 

- odpowiedział Jewgienij. - Nie pojmuję, jak można zabrać w rejs ciężarną kobietę.

Raija ściągnęła brwi. Zrozumiała, dlaczego Jewgienij przybiegł po nią. Wszystko w niej 

jednak protestowało przeciwko temu. Nie chciała tam pójść, choć wiedziała, że musi.

- Ona jest na statku? Jewgienij skinął głową.

-   Przyszli   do   mnie   po   pomoc.   Wiedzą,   co   potrafisz.   Zresztą   uważam,   że   postąpili 

słusznie. Przecież tylko ty się z nią jakoś dogadasz.

Raija pokiwała głową i westchnęła.

Ostatecznie   może   pomóc   przyjść   na   świat   dziecku,   o   ile   oczywiście   nie   będzie 

komplikacji i poród odbędzie się prawidłowo. A nawet jeśli pojawią się kłopoty, to także temu 

jakoś zaradzi.

Poza tym rzeczywiście tylko ona może się porozumieć z tą kobietą. Niechętnie wracała 

do wspomnień, ale uznała, że nie ma innego wyjścia.

Trochę obawiała się, że znów dadzą o sobie znać niezabliźnione rany, znów odezwą się 

urywane wspomnienia, których nie do końca rozumie, a które ciągle bolą.

Sięgnęła po szal i zarzuciła go sobie na ramiona, a uchwyciwszy wzrok Antonii, rzekła:

- Spokojnie dokończ pieczenia. Jeśli będą jakieś kłopoty, przyślę po ciebie.

Tonią pokiwała głową i uśmiechnęła się.

Raija przed wyjściem ucałowała Natalię. Przykucnęła i poprosiła córeczkę, żeby była 

grzeczna.  Zapewniła  ją,  że  niebawem  wróci,  nie mając  pojęcia,   jak  bardzo daleka  jest  od 

prawdy. Wreszcie wyszła, poganiana przez Jewgienija, który niecierpliwie przebierał nogami, 

nie pojmując, dlaczego żona tak się grzebie.

- Statek handlowy przypłynął z zachodu, z Tromso, ale większość załogi pochodzi z 

Bergen - wyjaśnił po drodze. - Sama wiesz, jak rzadko cumują u nas statki z tamtych stron.

Nazwy, które wymieniał Jewgienij, nie wywoływały w Raiji żadnych wspomnień, choć 

czuła, że powinny.

- Marynarze gadają, że właściciel statku zabrał ze sobą żonę, bo bał się, że go porzuci - 

uśmiechnął się krzywo Jewgienij. - Podobno ma już swoje lata i jedyne, co da się o nim miłego 

background image

powiedzieć, to to, że jest bogaty. Ona zaś jest jeszcze bardzo młoda, a przy tym piękna.

Raija   nie   uśmiechnęła   się,   nie   bawiły   jej   te   słowa.   Poza   tym   gdzieś   w   środku 

paraliżował ją strach. Jej własne korzenie znów przypominały o sobie. Że też nigdy się nie 

uwolni się od korzeni drzewa, które wrosło w czarną skalę oddzielającą ją od przeszłości!

Nie miała pojęcia, czy kiedyś ujrzy w całości to drzewo. Do tej pory zdołała dotrzeć 

tylko do kilku gałęzi, wystających ze skały. Przerażało ją to.

Statek zacumował na uboczu od portu. Był smuklejszy i zgrabniejszy niż rosyjskie 

szkuty. Na widok norweskich liter pociemniało Raiji w oczach. Nie miała siły odczytać nazwy 

statku. Nie miała siły sprawdzić, czy wydaje się jej znajoma.

Jewgienij tymczasem poprowadził ją wzdłuż kei do miejsca, gdzie czekali marynarze w 

szalupie.

Otoczywszy ją ramieniem, popatrzył w oczy z czułością, pogłaskał ją i zaproponował:

- Mogę z tobą popłynąć. Raija pokręciła głową.

- Tylko byś przeszkadzał - odparła, przekonana, że ma rację. - Ale zadbaj o to, żeby 

Tonią wkrótce się tu zjawiła. A może Oleg też... Przyda się jeszcze jedna osoba, która zna 

język.

Jewgienij skinął głową. Poczuł suchość w gardle, gdyż domyślił się, że Raija wyczuwa, 

co się z nią stanie.

- Oleg przyjdzie niezależnie od wszystkiego - obiecał i pośpiesznie dotknął jej włosów, 

które znów tak uroczo rozwichrzył wiatr. Poślinił palec i starł z jej skroni ślad mąki. - Przez 

cały czas myślami będę z tobą - zapewnił, ale nie pocałował jej, mimo że go bardzo korciło. 

Krępowała go obecność obcych ludzi. Raija wzruszyła ramionami.

- Będzie dobrze - powiedziała. Zawsze potrafiła pocieszać innych. Odwróciła się do 

marynarzy i przyjrzała im się uważnie. Byli to młodzi chłopcy, może tylko odrobinę lepiej 

odziani niż marynarze na rosyjskich szkutach. Najwyraźniej armatorzy, wszystko jedno, czy ze 

wschodu, czy z zachodu, nie grzeszą hojnością.

Z   pamięci   wygrzebała   słowa,   ale   nie   miała   pewności,   czy   są   właściwe,   póki   nie 

wypowiedziała ich na głos. Niczym młode ptaki, które wpierw próbują skrzydeł, tak i ona 

wypuściła na wolność drzemiące gdzieś w niej głęboko słowa.

- Zawieziecie mnie na statek? - zapytała. - Podobno jakaś kobieta tam rodzi.

Popatrzyli na nią szeroko rozwartymi oczami.

- Mówisz, pani, po norwesku?

Ich zdumienie sprawiło jej przyjemność. Oznaczało, że wysłowiła się właściwie. Zresztą 

ona też ich zrozumiała.

background image

- Norweżka? - zdziwili się.

- Nie, Rosjanka - odrzekła, prostując kark.

Zakłuło ją w piersiach, ale przecież to, co im powiedziała, było najbliższe prawdy. 

Zresztą, co ich obchodzi historia jej życia.

- Chyba nie powinniśmy zwlekać - upomniała marynarzy, którzy nagle oprzytomnieli i 

w pośpiechu pomogli Raiji zejść do łodzi.

Zawstydzili   się,   że   tak   się   zapomnieli.   Ale   w   końcu   nieczęsto   spotyka   się   kobietę 

mówiącą po norwesku z rosyjskim akcentem.

Raija zacisnęła powieki, żeby nie patrzeć w otchłań. Nie pozbyła się całkiem lęku przed 

wodą, ciągle jej się zdawało, że głębia chce ją pochłonąć. Tymczasem los nieustannie pchał ją 

ku morzu, zmuszając, by wciąż na nowo pokonywała w sobie ten strach.

Marynarze, wiosłując zamaszyście, dowieźli Raiję do norweskiego żaglowca.

Kolejny raz ktoś obcy potrzebował jej pomocy.

- Przysłali takie chuchro? - zadudnił rosły mężczyzna nie pierwszej już młodości, kiedy 

przyprowadzono Raiję do jednej z większych kajut. Nie zważał na to, że kapitan mruga i 

chrząka, usiłując dawać mu znaki. - Nie mają tu w Rosji dorodniejszych bab? Ta wygląda tak, 

jakby sama jeszcze nigdy nie rodziła. Odeślij ją!

- Mam syna, który niebawem skończy piętnaście lat - odezwała się Raija. - Nie raz już 

odbierałam porody, nawet bardzo skomplikowane...

Mężczyzna wlepił w nią wzrok, równie zdumiony jak marynarze, których spotkała w 

porcie.

- Mówisz po norwesku?

- Nazywam się Raisa Bykowa - przedstawiła się i wyciągnęła rękę na powitanie.

Zaskoczony, uścisnął jej dłoń, ale zapomniał ucałować ją zgodnie ze zwyczajem w oba 

policzki.

- Czy to pańska żona spodziewa się dziecka? - zapytała Raija.

- Jesteś Norweżką? Raija uśmiechnęła się swoim najpiękniejszym uśmiechem, niczym 

rozgwieżdżone niebo i wiosenne słońce rozpromieniając wszystko wokół. Twarz jej pojaśniała i 

odmłodniała. Nikt, kto teraz by na nią spojrzał, nie uwierzyłby, że jest matką piętnastoletniego 

syna.

Tym razem Raija użyła swego uroku z pełną premedytacją, choć zwykle tego unikała 

Doskonale   wiedziała,   że   mężczyźni   pod   wpływem   jej   uśmiechu   całkowicie   zmiękną.   Nie 

spodziewali się kogoś jej pokroju, byli więc bezbronni wobec jej czaru.

Mężczyzna, który nazwał ją chuchrem i chciał odesłać z powrotem do Archangielska, 

background image

teraz gotów był jeść jej z ręki.

A więc tam, na zachodzie, mężczyźni są tak samo powierzchowni!

Raija taka była pewna swego, że nie czuła nawet satysfakcji, kiedy właściciel statku, 

kłaniając się jej w pas, podprowadził ją do kolejnych drzwi.

Raija przypuszczała, że kapitan był zmuszony odstąpić swoją kajutę, ale nie zapytała o 

to.

- Nie mamy na pokładzie więcej kobiet - wyjaśnił kupiec i przedstawił się wreszcie: - 

Nazywam się Lorentz Weimer. Moja rodzina wywodzi się z Niemiec. Słodka Karolina nie 

chciała zostać sama w Tromso. Powinienem odwieść ją od pomysłu, by płynęła ze mną w rejs, 

ale nie potrafię jej niczego odmówić.

Zaśmiał się wymuszonym śmiechem.

Jewgienij nie przesadził. Kobieta była bardzo młoda. Mogłaby z powodzeniem uchodzić 

za córkę mężczyzny, którego poślubiła.

Raija ujrzała pobladłą twarz, zalęknione błękitne oczy i drżące usta. Rozsypane blond 

loki okalały głowę. Czoło pokrywał perlisty pot, a po policzkach spływały łzy.

Lorentz Weimer miał nie mniej niż pięćdziesiąt pięć lat, jego żona zaś, jak szeptano 

wśród   załogi,   szesnaście.   Raija   przysiadła   na   brzegu   łóżka.   Uchwyciła   szczupłą   dłoń, 

wczepioną w koc. Dziewczyna ścisnęła jej rękę, jakby czuła, że tylko Raija może ją uratować. 

Jakby gra toczyła się o jej życie.

- Jestem Raisa - przedstawiła się Raija. - Przybyłam tu, żeby ci pomóc. Bardzo cię boli?

Kobieta pokiwała głową. Nie zdziwiło jej wcale, że Raija mówi do niej w jej ojczystym 

języku.   Czuła   głęboką   wdzięczność,   że   zjawił   się   ktoś,   w   dodatku   kobieta,   kto   się   o   nią 

zatroszczy i zechce jej pomóc.

- Dziecko nie powinno się jeszcze urodzić, to za wcześnie - szlochała.

- A kiedy? - zapytała Raija, czując przeszywający ją dreszcz.

Przeraziła się. Strach, malujący się w oczach tej młodej ciężarnej dziewczyny, spłynął 

na nią. Zauważyła,  że jest bardzo szczupła, a w takich  przypadkach zwykle nie wszystko 

przebiega prawidłowo.

- Dopiero po powrocie z rejsu - odpowiedział za nią mąż. - Zapewniała mnie, że dziecko 

przyjdzie na świat dopiero na jesieni. Inaczej bym jej ze sobą nie zabrał. Ale błagała mnie na 

klęczkach.

Błękitne   oczy   młodej   kobiety   wyrażały   coś   zdecydowanie   przeciwnego   niż   słowa 

płynące z ust męża. Ale nie sprzeciwiała mu się na głos.

Raija domyśliła się, jak mają się sprawy.

background image

-   Czy   wody   odeszły?   -   zapytała.   Karolina   potwierdziła,   pochlipując   cicho.   Raija 

przełknęła ciężko. Zacisnęła zęby tak mocno, że aż zabolały ją szczęki, i odwróciwszy się przez 

ramię, rzuciła:

-   Najlepiej   będzie,   jeśli   sprowadzicie   tu   jeszcze   moją   przyjaciółkę.   Powiadomcie 

mojego męża, on zatroszczy się o to, by ją tu przysłać. Powiedzcie mu też, żeby przybył Oleg. I 

to jak najszybciej.

- Kim jest twój mąż? - zapytał Lorentz Weimer tubalnie.

- Nazywa się Jewgienij Byków - odparła krótko Raija. - Jest armatorem.

- A, to ten jednoręki...

Weimer   pokiwał   głową   i   popatrzył   na   Raiję   badawczo.   Domyśliła   się,   co   sobie 

pomyślał.

- Potrzebuję przegotowanej wody - zakomenderowała. - Gorącej słodkiej wody. Poza 

tym będą mi potrzebne czyste opatrunki. Jeśli nie macie, podrzyjcie na pasy prześcieradła albo 

obrusy. Muszę mieć też jakąś miskę, żeby umyć ręce, i miskę do umycia niemowlęcia.

Ociągając się trochę, dodała po chwili:

- Proszę przynieść jeszcze wódki. Być może zajdzie konieczność, żeby podać matce coś 

mocniejszego.

Kupiec z zachodu wyraźnie chciał zaprotestować, ale Raija nie dała mu dojść do słowa.

- Tu ja decyduję - rzekła. - Jeśli nie dostanę tego, o co proszę, odejdę. Wtedy ktoś z was 

może mnie zastąpić, ale coś mi się zdaje, że spośród tu obecnych znam się na tym najlepiej.

Rozejrzała się po twarzach, a mężczyźni, pobladłszy, wycofali się.

- Poza tym wolałabym, żeby przyszły ojciec także stąd wyszedł - dodała.

Lorentz z wyraźną ulgą opuścił kajutę.

- Boisz się? - zapytała Raija, dobrze wiedząc, że to głupie pytanie. Zależało jej jednak, 

żeby nawiązać bliższą więź z młodą kobietą. Przedrzeć się przez mur, którym szczelnie się 

otoczyła, zajrzeć pod zastygłą na bladej twarzy maskę.

Kobieta   pokiwała   głową.   Zagryzła   dolną   wargę.   Na   spierzchniętych   sinoróżowych 

ustach pojawiła się czerwona strużka krwi.

- Ile masz lat?

- Siedemnaście. Raija była zaskoczona. Lekki uśmiech rozluźnił nieco spiętą twarz, 

oczy odrobinę się ożywiły.

- Wiem, wyglądam jak dziecko. Moja mama uważa, że to dobrze. Dzięki temu łatwiej 

było odwlec trochę moje zamążpójście, nie narażając rodziny na wstyd. Ale i tak w końcu 

wyszłam za mąż.

background image

Zaśmiała się głucho.

- Poród zaczął się przedwcześnie - powiedziała Raija bezradnie, czując, jak ściska ją w 

żołądku. - Może być ciężki i bolesny.

-   W   bólu   rodzić   będziesz   swoje   potomstwo   -   wymamrotała   Karolina,   ściskając 

kurczowo dłonie i przymykając powieki.

Raija zacisnęła zęby i westchnęła. Zastanawiała się, co też jeszcze nawbijano do głowy 

temu siedemnastoletniemu dziewczęciu. Kobiecie, a zarazem ciągle jeszcze dziecku.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy - obiecała Raija - ale musisz się postarać stosować 

do tego, co ci powiem. Nie wiem, czy nam się uda.

Czuła, że musi być szczera. Nie chciała przerazić Karoliny, ale nie potrafiła też jej 

kłamać prosto w oczy.

- Musisz urodzić to dziecko. Może się jednak zdarzyć, że nie uda nam się uratować 

maleństwa.

- Lepiej pozwólcie mi umrzeć - wyszeptała Karolina. - Ale ratujcie dziecko. Lorentz tak 

bardzo   pragnie   syna.   Tylko   dlatego   mnie   poślubił.   Jego   pierwsza   żona   nie   obdarzyła   go 

potomkiem. Ratujcie dziecko!

Do kajuty wniesiono wodę i podarte na pasy prześcieradła, a także nożyce.

Raija zakasała rękawy i strzepnęła z ręki resztki mąki. Dziwne wydało jej się, że jeszcze 

przed chwilą zagniatała ciasto na chleb. Ale przecież wypiekanie chleba i narodziny dziecka są 

nierozłącznie związane z życiem kobiety.

Skurcze nasilały się, ale odstępy między nimi nie były jeszcze dostatecznie krótkie. 

Przyszła matka jęczała z bólu i zduszonym głosem żaliła się:

- Czy to możliwe, by bolało jeszcze mocniej? Tak strasznie cierpię. Nie wytrzymam 

więcej. Czuję, jakby coś rozrywało mnie od środka.

Raija ocierała mokrą szmatką spocone czoło rodzącej. Trzymała mocno szczupłe, białe 

dłonie,   które   nigdy  nie  szorowały  podłogi,   nigdy   nie  prały  ubrań  ani  nie  piekły  chleba,   i 

pocieszała Karolinę łagodnie. Nie mówiła jednak, że to dopiero początek. Ból nasilać się będzie 

stopniowo, miała więc nadzieję, że ciało młodej kobiety przygotuje się na to, co ma nastąpić, i 

zniesie najgorsze.

Rodzenie jest bardzo bolesne.

Cierpienie, a zarazem bezmierna miłość oddzielone jakże płynną granicą. Potęgujący się 

ból, u którego kresu znajduje się wielkie spełnienie i szczęście, nie dające się wyrazić słowami. 

Radość, której nie sposób objąć rozumem.

Raija   wiedziała   o   tym.   Zapragnęła,   by   móc   opowiedzieć   o   tym   Karolinie,   ale   ta, 

background image

pogrążona w boleściach, głucha była na słowa pociechy. Nic do niej nie docierało. Jedyne, co 

mieściło się w świecie jej odczuć, to ból i pragnienie, by się go pozbyć.

Raija trzymała ją za ręce, ocierała z potu jej „czoło i przemawiała słowami, które, choć 

nie trafiały do cierpiącej, to jednak jej pomagały. Ważny był ton, ciepłe dłonie i łagodne oczy. I 

uśmiech, który Karolina dostrzegała przez zasłonę łez.

Raija   z   niecierpliwością   wyczekiwała   Toni.   Cała   była   w   strachu,   bo   skurcze 

następowały coraz częściej.

Dziecko rodziło się za wcześnie. Raija obawiała się, że płód jest martwy. Próbowała 

sobie wyobrazić, jakiej wielkości będzie maleństwo.

Karolina napinała ciało okryte kocami. Trzymała się kurczowo Raiji,  zamykała się, 

drżała. Była taka szczupła, taka wąska w biodrach.

Raija bała się.

- Wszystko będzie dobrze - mówiła. - Tylko nie walcz! Poddaj się bólowi. Wyobraź 

sobie, że unosi cię potężna fala. Pomyśl, że jesteś jesiennym liściem, a ból to wiatr. Nie możesz 

z nim walczyć. Wtedy jest gorzej dla ciebie, moja droga. Daj się ponieść, nie sprzeciwiaj się!

- To tak strasznie boli! - krzyczała Karolina, wlepiając w Raiję swe błękitne oczy. - Jak 

mam   przestać   walczyć?   Nie   chcę,   żeby   mnie   tak   bolało.   Nie   chcę   tego   dziecka.   Nie 

wytrzymam!

- Musisz urodzić - tłumaczyła Raija, a kąciki ust drgały jej ze współczucia dla rodzącej. 

- Nic na to nie poradzisz - powtarzała cierpliwie. - Dziecko musi się wydostać. Postaraj się! 

Tylko pogorszysz wszystko, jeśli będziesz z tym walczyć. Uwierz mi. Oddychaj miarowo, nie 

wstrzymuj oddechu. Nie przyj jeszcze, jeszcze za wcześnie!

- Nie chciałam tego dziecka - płakała Karolina. - Nie chciałam. Nie chciałam tego 

wstrętnego dziada. Nie chciałam w ogóle mieć dzieci. Teraz też nie chcę.

- Ciii - prosiła Raija. - Tracisz za dużo sił. Przestań mówić. Odpręż się. Oddychaj. Nie 

krzycz. To zaraz minie. Dziecko wyjdzie, kiedy już będziesz gotowa. Odpoczywaj w przerwie 

pomiędzy skurczami.

Karolina starała się. Raija dostrzegła jej wysiłki. Ale martwiła się, że położnica utraciła 

zbyt dużo sił. Opierając się, szkodziła samej sobie i utrudniała tym, którzy chcieli jej pomóc.

Czy Tonią i Oleg nie powinni już tu być? zastanawiała się w popłochu Raija, która nie 

spodziewała się, że poród tak szybko wejdzie w ostatnią fazę. Skurcze były coraz częstsze.

Popatrzyła  w  pociemniałe  oczy  Karoliny,  która,  ściskając   jeszcze   mocniej   jej   dłoń, 

przymknęła powieki.

Przestała krzyczeć. Ale słychać było zgrzyt zaciskanych zębów. Jęczała chrapliwie. Jej 

background image

głos docierał jakby gdzieś z głębi. Ciało wygięło się w łuk.

Skurcze następowały teraz już jeden po drugim.

Raija poczuła, jak oblewa ją pot i szczypią oczy. Wstała, otarła czoło i przyniosła 

płócienne szmatki.

Odchyliwszy  koc,   podniosła  koszulę  rodzącej.  Ujrzawszy biodra  Karoliny,  szczupłe 

niczym Michaiła, zadrżała. Dobry Boże, czy dziecko zdoła się przecisnąć?

- Wytrzymaj - prosiła, nie będąc w stanie dłużej skrywać lęku.

Karolina na moment popatrzyła przytomniej. Jakby poczuła się oszukana, dostrzegłszy 

malujący się strach na twarzy Raiji.

- Nie mogę - wyszeptała.

Ale parła. Raija już nie musiała jej niczego podpowiadać. Ciało Karoliny wiedziało, jak 

reagować.

Stała się liściem unoszonym przez wiatr, maleńką łodzią targaną przez fale. Poddała się 

skurczom wywołującym najgorszy ból.

Raija odkryła, że oddycha razem z Karoliną, że prze razem z nią. Czekała napięta 

każdym skrawkiem ciała. I pomagała Karolinie, która robiła wszystko, by wydać na świat 

dziecko.

Strasznie krwawiła. Raija wymieniała co chwila kawałki płótna. Straciła poczucie czasu. 

Widziała jednak, jak bardzo Karolina jest już zmęczona i jak przeraźliwie się boi.

- Czy to się kiedyś skończy? - jęczała.

-   Wkrótce   -   obiecała   Raija,   nie  do   końca   przekonana,   czy  bliska   jest   prawdy.   Już 

niczego nie była pewna. - Przyj, kochana!

- Przecież mocniej już nie mogę! Kolejny skurcz. Karolina wczepiła się palcami w koc. 

Zsunęła się i zaparła stopami o krawędzie koi. Wygięta w łuk, parła, jęcząc przez zaciśnięte 

zęby.

- Widzę główkę - zawołała Raija, wstrzymując oddech. - Wytrzymaj, Karolino. Widzę 

główkę, jeszcze trochę przyj. Jeszcze trochę. Kochana, wytrzymaj! Nie opieraj się. Nabieraj 

powietrza między skurczami. Słyszysz? Między skurczami. Oddychaj!

- Nie mogę - wrzasnęła Karolina. - Nie zniosę tego dłużej!

- Musisz! Raija rozchyliła kolana rodzącej, ale ta zacisnęła je z powrotem. Rozchyliła je 

więc znów na siłę, walcząc z opierającą się Karoliną. Płakała ze złości i rozpaczy razem nią.

- Jeszcze trochę! - krzyknęła, ale zaraz pożałowała. Przecież nie tak należy zwracać się 

do kobiety wydającej na świat dziecko. - Jeszcze troszeczkę! - Zmieniła ton. - Nie jestem na 

ciebie   zła.   Ale   nie   wolno   ci   teraz   poprzestać,   bo   zabijesz   siebie   i   dziecko.   Dziecko   jest 

background image

prawidłowo ułożone. Jeszcze trochę i będę mogła ci pomóc. Na razie nie mogę sięgnąć tak 

głęboko.

Karolina, wpatrzona w Raiję, parła. Bezskutecznie.

background image

3

Raija   całkiem   straciła   poczucie   czasu.   Wewnętrzną   kajutę   bez   okien   rozświetlało 

jedynie skąpe światło lampy palącej się niezależnie od pory dnia. Wydawało się więc, że czas 

przestał płynąć.

Zza zamkniętych drzwi doleciały ją podniesione głosy. To znaczy, że wszyscy ci, z 

którymi wcześniej rozmawiała, czekali tam. Niby blisko, ale tak naprawdę daleko od tego, co tu 

się działo.

Tonią z rozwichrzonymi włosami wśliznęła się do środka. Zdjęła z siebie pelerynę, 

odpięła mankiety i podwinęła rękawy do łokcia.

-   Ona   strasznie   krwawi   -   powiedziała   Raija.   Antonia,   ogarnąwszy   wzrokiem 

zakrwawione prześcieradło i czerwone ścierki obok koi, kiwnęła tylko głową.

- Muszę jej pomóc - rzekła Raija. - Może będziesz musiała sama przyjąć dziecko. 

Poradzisz sobie?

-   Muszę,   mam   inny   wybór?   -   odpowiedziała   Antonia   i   przysunęła   bliżej   jedną   z 

miednic.   Wypłukała   i   wykręciła   szmatki.   -   Przynieście   gorącej   wody!   -   zawołała   przez 

zamknięte drzwi. - Tłoczą się na zewnątrz i nie mają odwagi wejść do środka - prychnęła. - 

Potężni i silni mężczyźni.

- Może i dobrze - odparła Raija. - Nie wiem, czy wytrzymaliby taki widok.

Przesunęła się aż do wezgłowia i uklęknęła przy koi.

Karolina jakby się poddała. Dawno już przestała krzyczeć i jęczeć, tylko łzy płynęły jej 

z oczu nieprzerwanym strumieniem.

- Wiem, że jesteś zmęczona - szeptała Raija. - Wiem, że już brakuje ci sił. Strasznie się 

nacierpiałaś! Ale teraz spróbujemy razem. Pomogę ci, na ile zdołam. Powiem, kiedy przeć. 

Postaraj   się   wyczuć   skurcze.   Powiedz,   czy   czujesz   targającą   tobą   falę...   Słyszysz   mnie, 

Karolino?

Raija trzymała kobietę za ręce, próbując je ogrzać. Trzymała najmocniej, jak mogła.

- Słyszę - wyszeptała Karolina, resztkami sił ściskając dłoń Raiji.

- Musisz odnaleźć w sobie porywy wiatru. Fruń wraz z nim. Nie opieraj się. Pamiętasz? 

Masz przeć, Karolino, przeć! Ja ci pomogę. Obiecuję, że uczynię wszystko, co w mojej mocy. 

A Antonia odbierze poród. Pomożemy ci obie, ja i Tonią. Ale ty też musisz się postarać.

Karolina pokiwała głową.

Raija pochyliła głowę, zamknęła oczy i ścisnęła dłonie rodzącej.

Całą sobą była teraz z nią. Nie miała pewności, czy da radę, wiedziała tylko, że musi 

background image

spróbować. Wierzyła, że zdoła przekazać położnicy siłę, której tak bardzo potrzebowała.

Zebrała   w   sobie   całą   odwagę,   pomyślała   o   tym   wszystkim,   co   w   niej   niezłomne, 

niepokorne... Wyobraziła sobie kwiaty, roślinki w pączkach wyrastające wbrew wszystkiemu ze 

skalistego nagiego podłoża. Targane wiatrem śliczności wystające na wysokość małego palca 

nad dywan porostów.

I usłyszała gdzieś   z  boku  własny  głos. Powtarzała  w kółko,  jakby  zaklinała, jedno 

słowo: „Przyj!”

Wyczuwała skurcze. Zdawało się, że pochodzą z jej własnego ciała. Obie z Karoliną 

znalazły się na tym samym morzu i rzucały nimi te same fale nocnego sztormu, fale wieczności. 

Razem walczyły pośród spienionych grzyw, by nie dać się pochłonąć złotobiałemu chichotowi 

bałwanów.

- Przyj!

Ciało Raiji było takie gorące, jakby palił je ogień. Płonęła. Oddawała swoje ciepło, 

oddawała ów przechodzący przez nią strumień. Jej dłonie niemal żarzyły się.

A potem znów porwały ją fale. Porwał ją wicher. Uniósł ją, ale ona już o tym nie 

wiedziała, odpłynęła.

Leciała w powietrzu, lżejsza od obłoków. Istniała i nie istniała. Wieczna i niewidzialna. 

Była niczym, a zarazem wszystkim.

Raija użyczała swych sił. Musiała. To była jedyna jasna myśl, przenikająca jej umysł. 

Wiedziała, po co się tu znalazła. Nie mogła zawieść. Napełniła rodzącą strumieniem energii, a 

potem straciła świadomość.

Antonia   walczyła   ze   łzami.   Nie   była   taka   szorstka   i   twarda,   jak   jej   się   zdawało. 

Wspomnienia wkradały się i prześladowały ją w najmniej pożądanej chwili.

Tyle krwi. Dziewczyna jest bardzo wąska w biodrach, pomyślała.

Ale przecież dziecka nie da się wcisnąć z powrotem do brzucha!

Antonia   przeklinała   męża   młodej   kobiety,   przeklinała   wszystkich   mężczyzn,   którzy 

czynili kobiety brzemiennymi. Przeklinała, dobrze wiedząc, że nie powinno się używać takich 

słów przy narodzinach. Jej złość i tak na nic się nie zda.

Bała się patrzeć na Raiję, ale jakby przyciągana niewidzialną siłą, mimowolnie zerkała 

w jej stronę.

Ta klęczała przy głowie położnicy, ściskając mocno jej dłonie. Miała zamknięte oczy, a 

z jej ust w rytm ledwie wyczuwalnych skurczów wydobywały się w kółko te same słowa.

Tonią nie rozumiała języka norweskiego, ale domyśliła się, o co Raija prosi młodziutką 

kobietę.

background image

Sama powtarzała błagalnie te same słowa, tyle że po rosyjsku, w tej samej chwili, gdy 

wypowiadała je Raija.

Rodząca była bardzo osłabiona. Straciła dużo krwi. Antonia bała się, czy uda się ją 

uratować. Odsuwała jednak powracającą natrętnie myśl, że młoda żona kupca umrze.

Raija błagała ją, by parła. Kobieta poddawała się jej błaganiu, ale parła słabo, ledwie 

wyczuwalnie. Antonia wyobraziła sobie dwoje umarłych, matkę i dziecko. Straciła nadzieję, że 

to może się skończyć dobrze.

Oblizywała słone wargi, krople potu zalewały jej oczy. Dłońmi przytrzymywała stopy 

kobiety, by chociaż w ten sposób jej pomóc.

Powoli   zauważyła   zmianę.   Nie   miała   odwagi   łudzić   się   nadzieją,   ale   w   Karolinę 

wyraźnie wstąpiły nowe siły.

Parła mocniej, zapierając się stopami o kant koi, unosiła kolana.

Emanowała   z   niej   złość   i   przekora,   płacz   i   ból,   bunt   i   miłość.   I   jeszcze   jedno: 

pragnienie, by wreszcie było po wszystkim.

Antonia złapała się na tym, że wstrzymuje oddech razem z rodzącą, jakby poddawała się 

tej samej fali. Zamykała oczy, by wyrwać się ze szponów wspomnień. Nie chciała przypominać 

sobie maleństwa, które urodziła i pochowała na wschód od Uralu.

Z kobiety chlustała krew, ale coraz wyraźniej widać było maleńką główkę dziecka.

Antonia wzięła się w garść. Porzuciła przykre wspomnienia i zakasała wysoko rękawy 

bluzki. Jeszcze tylko przemknęło jej przez myśl, czy Olga domyśli się, by włożyć bochenki do 

pieca, gdy ciasto urośnie, ale zaraz skupiła się na tym, co w tej chwili było najważniejsze.

Tonią   nie   raz   pomagała   oźrebić   się   klaczom.   Zdarzało   się   jej   nawet   odwrócić   źle 

ułożony płód, ratując w ten sposób niejedno źrebię.

Teraz nie było wcale trudniej.

Maleńka główka!

Na ten widok wezbrały w niej fale czułości i z trudem powstrzymała łzy.

Matka parła z całej siły. Antonia delikatnie przytrzymywała główkę dziecka, by jej, 

broń Boże, nie uszkodzić. Pociągnęła leciutko, wyczuła ramionka i uchwyciła je.

Chlusnęła krew, a potem wydostało się dziecko, sine i śliskie niczym ryba. Maleństwo 

otworzyło buźkę i zachłysnęło się powietrzem.

Nie krzyczało. Jęknęło tylko żałośnie.

Antonia   nie   była   w   stanie   dłużej   powstrzymać   łez.   Otarła   oczy,   nie   zważając,   że 

pobrudziła się krwią.

Odcięła pępowinę i zawiązała. Uniosła dziecko, a serce ścisnęło jej się z rozpaczy.

background image

Mały chłopczyk kwilił niczym pisklę.

Umyła go i otuliła kocykiem. Był bardzo maleńki.

Nie widziała jeszcze nigdy takiej drobinki.

Otuliła go podwójną warstwą płóciennych pieluch i zapłakała.

Matka   maleństwa   leżała   nieprzytomna.   Majaczyła   coś,   ale   Antonia   i   tak   jej   nie 

rozumiała.

Raija, oparta głową o krawędź koi, ściskała zupełnie białymi dłońmi ręce młodziutkiej 

matki.

Antonia przypomniała sobie, że Raija uprzedzała ją, że być może będzie musiała sobie 

poradzić sama.

Antonia miała pełną świadomość,  że gdyby nie pomoc przyjaciółki,  która użyczyła 

swojej energii, żona kupca nie przeżyłaby porodu.

Umarłaby i ona, i dziecko.

Tak naprawdę nie wiadomo, czy to nie byłoby lepsze. Przynajmniej nikt nigdy nie 

dowiedziałby się prawdy.

Nie wolno tak myśleć, skarciła się w duchu.

Teraz trzeba oddać dziecko komuś, kto się nim zaopiekuje przez chwilę, i zająć się 

matką. Trzeba ją ratować.

Tuż przy drzwiach sąsiedniej kajuty Antonia natknęła się na Olega, kapitana statku i 

kupca, ojca dziecka.

Czekali.

To było trudniejsze, niż przypuszczała.

Przygarnęła maleństwo mocniej do piersi, jakby chciała osłonić je przed spojrzeniami i 

ofiarować mu całą swoją czułość.

Popatrzyła na Olega zasmucona i rzekła błagalnie:

- Muszę pomóc matce, Raija podróżuje... Uratowała życie jej i dziecku.

Oleg przetłumaczył słowa żony na norweski, ale nie spuszczał z niej wzroku.

Domyślił się, że coś jest nie tak jak powinno.

Do Antonii podszedł siwy kupiec i wyciągnął ręce po dziecko. Chciał je wziąć od niej, 

ale ona wzbraniała się, przyciskając maleństwo jeszcze mocniej do piersi, jakby należało do 

niej.

- To przecież ojciec - odezwał się Oleg z uśmiechem i powiedział coś do mężczyzny.

Zaśmiali się rubasznie.

- Pozwól mu potrzymać dziecko, Toniu - łagodnie upomniał żonę Oleg. - Chce się 

background image

przekonać, czy może już wznieść toast za syna.

Antonia westchnęła ciężko i popatrzyła na Weimera. Wzbudzał w niej niechęć, nie 

spodobał jej się grymas na jego twarzy. Ale uchwyciwszy spojrzenie obcokrajowca, oznajmiła:

- To syn.

Oleg przetłumaczył.

W reakcji na jego słowa nastąpiło to wszystko, czego Antonia się spodziewała: śmiech, 

ulga, duma. Mężczyźni tak reagują, gdy urodzą im się synowie. Nigdy nie mogła tego pojąć. 

Przecież narodzona dziewczynka jest takim samym cudem jak chłopiec.

Zebrani poklepywali ojca po ramieniu, a on rechotał zadowolony.

Wyciągnął ręce, żeby pokazać wszystkim syna.

Antonia zacisnęła powieki. Nie chciała na to patrzeć.

Pośpiesznie odwróciła się do Olega i wyrzuciła z siebie:

- Dziecko nie ma oczu...

Oleg odruchowo przetłumaczył jej słowa, uświadamiając sobie ich sens, dopiero gdy 

wypowiedział je na głos.

Śmiech ucichł gwałtownie. Zapadła grobowa cisza, zupełnie jakby nagle Tonią została z 

dzieckiem sama.

Ale gdy podniosła powieki, ujrzała, że tak nie jest.

Byli wszyscy, których widziała, nim zamknęła oczy.

Świeżo upieczony ojciec odwrócił się z obrzydzeniem. Nie miał już ochoty brać dziecka 

na ręce.

Antonia poprosiła więc Olega:

- Weź maleństwo i potrzymaj przez chwilę. Trzeba je ogrzać. Ja muszę wracać do jego 

matki. Wybierz mu jakieś imię. Boję się, czy dane mu będzie żyć.

Podała   Olegowi   maleńkie   zawiniątko   i   pośpiesznie   opuściła   grono   osłupiałych 

mężczyzn wzbudzających w niej nienawistne uczucia.

Zajęła się położnicą. Kobieta leżała blada i nieprzytomna. Ciągle krwawiła, choć już nie 

tak mocno.

Antonia nakazała marynarzom spalić łożysko, poplamione prześcieradła i opatrunki.

Świeżo upieczony ojciec nie wszedł nawet na chwilę do żony, żeby zobaczyć, jak się 

czuje.

W Antonii narastał coraz większy gniew. Ciskała w duchu gromy.

Była jednak tu obca. Nie mogła potrząsnąć kupcem i zmusić, by okazał choć odrobinę 

czułości,   której   pewnie   i   tak   nie   miał   w   sobie.   Serce   jej   pękało,   kiedy  myślała  o   młodej 

background image

kobiecie. Umyła ją, przebrała w czystą koszulę nocną. Ubrań na szczęście, i to pięknych, jej nie 

brakowało. Mąż zapewne nie ofiarował Karolinie miłości, ale rzeczy przynajmniej nie skąpił.

Raija nadal klęczała przy koi. Na jej bladej twarzy perlił się pot. Była zupełnie zimna. 

Mimo to Antonia właściwie nie martwiła się o nią. Oglądała ją już w takim stanie. Raija sama 

podjęła decyzję, choć wiedziała, na co się naraża.

Gdyby teraz zobaczył ją ktoś inny, pewnie by się przeraził. Może więc lepiej, że ojciec 

dziecka nie odważył się tu zajrzeć, a właściwie nie uznał za stosowne tego zrobić.

Otworzyły się drzwi i do kajuty wszedł Oleg z maleństwem na rękach.

Tonią otuliła chłopczyka w jeszcze jeden wełniany szal, bo zdawało jej się, że potrzeba 

mu więcej ciepła.

- Ma taką przezroczystą skórę. Widziałeś, Oleg? Mój Boże, przypuszczałeś, że taka 

kruszyna może się narodzić?

Oleg westchnął. Dotknął leciutko palcem główki chłopca.

- Kupiec nazwał go Anton - powiedział. - Podobno tak ma na imię jego teść. Odgrażał 

się, że to za karę, że wcisnął mu córkę, która rodzi kalekie dzieci.

Antonię zalała fala nienawiści.

- Zobaczył chociaż syna? Oleg pokręcił głową.

- Nie chciał. Wziął karafkę z koniakiem i powiedział, żeby mu nie przeszkadzać, póki 

nie rozmówi się z żoną.

Antonia była taka wściekła, że łzy same popłynęły jej z oczu, choć zdawało się jej, że 

wypłakała wszystkie.

- Tak słabo oddycha - powiedziała. - Jego matka leży nieprzytomna, powinnam go 

czymś nakarmić, może dam mu posłodzonej wody.

Oleg wyjął z kieszeni bryłkę cukru i uśmiechnął się do żony. Rozpuścił cukier w letniej 

wodzie, sięgnął po czysty kawałek płótna, zwinął go i zanurzył w płynie.

Namoczony rożek Tonią przyłożyła dziecku do buzi.

Tliło się w nim życie. Usteczka zaróżowiły się. Poruszył leciutko rączkami i delikatnie 

kopnął nóżkami.

Mógłby   sobie   jeszcze   pobyć   w   brzuchu   mamy,   pomyślała   Tonią.   Niestety,   temu 

maleństwu i tak by to nie pomogło. W jego twarzy nie było otworów na oczy.

Niemowlę zaczęło ssać.

- Jedz, mały Antonku - przemawiała do niego czule Antonia i ucałowała drobniutkie 

policzki pokryte delikatną skórą.

Zlękła się, że może ją uszkodzić od samego dotykania. Był taki piękny, mimo wszystko.

background image

-   Przynajmniej   umiem   wymówić   jego   imię   -   uśmiechnęła   się   do   Olega,   który 

tymczasem podniósł Raiję z podłogi i usadził w fotelu.

Antonia   trzymała   dziecko   nazwane   podobnie   jak   ona.   Podawała   mu   na   nasączonej 

szmatce wodę z cukrem. Obejmowała je czule i z największą miłością kołysała w ramionach.

Jego prawdziwa matka leżała nieprzytomna i majaczyła coś w malignie. Oleg rozumiał 

jej słowa, ale twierdził, że pozbawione są sensu.

Raija siedziała nieruchomo. Oddychała powoli, ale zauważyli, że powraca już z chłodu i 

wieczności, z której czerpała swe siły.

Antonia nie martwiła się o nią. Lękała się o dziecko.

- Nie pozwolę, żebyś marzł, maleńki - przemawiała doń łagodnie. - Nie będziesz płakał. 

Poczuj ciepło i bicie serca.

Antonia oddała mu całą miłość i czułość, jaką w sobie nosiła. Do uszka szeptała mu 

pieszczotliwe słowa i śpiewała ciche kołysanki.

Ukołysała go do wiecznego snu, nucąc melodię.

Antonia nie przestawała nucić i kołysać dziecka, mimo że wiedziała,  iż już jej nie 

słyszy. Trzymała je kurczowo w objęciach, jakby to było jej własne, choć dawno przestało 

oddychać.

Cierpiała nad jego stratą.

Oleg musiał niemal siłą odebrać jej martwe maleństwo. Zakrył mu twarz kawałkiem 

płótna i płacząc, powtarzał przez łzy:

- Ono nie było nasze, Toniu. Nie możesz go tak dłużej trzymać! Nie jest nasze, nie było.

- Ależ tak - sprzeciwiła się Tonią. - Było nasze! Oleg nie odpowiedział. Odszedł z 

martwym dzieckiem w ramionach.

Antonia szlochała. Wyobrażała sobie, jaką ulgę poczuje ojciec, który nie zaakceptował 

dziecka. Może rozpowie,  że urodziło się martwe? A tym, którzy znają prawdę, zapłaci za 

milczenie.

Antonia odruchowo wyszła za Olegiem. Czuła, że w kajucie, gdzie leżała nieprzytomna 

matka dziecka i Raija, jeszcze przez chwilę nie będzie potrzebna. Natknęli się na kupca, który 

zdążył opróżnić pół karafki, co mu bynajmniej nie dodało urody.

Gdy Oleg powiedział, że dziecko umarło, kupiec odrzekł coś, co tak wzburzyło Olega, 

że aż się cofnął. Antonia nie zrozumiała, o co chodzi.

- Co on mówi? - zapytała męża, nie spuszczając wzroku z kupca.

Nienawidziła go i chciała, by to odczuł.

- Kazał zaszyć ciało dziecka w worek i wyrzucić do morza.

background image

Antonia odwróciła się, bo nie była w stanie znieść takiej bezduszności. Zresztą nie było 

o co walczyć.

Dziecko nie żyło.

Wróciła   do kajuty.   Usiadła   obok  koi,   na  której   leżała  młoda  matka,  i   oparłszy  się 

plecami o ścianę, zapłakała.

Nie miała pojęcia, co się wokół niej dzieje. Pogrążyła się w rozpaczy.

Pierwsza ocknęła się Raija, zziębnięta i blada.

- Co z dzieckiem? - zapytała, budząc Antonię, która zasnęła na siedząco.

- Z dzieckiem? - powtórzyła Tonią z twarzą nieruchomą jak maska i opowiedziała 

wszystko Raiji o maleńkim chłopczyku, który otrzymał imię Anton i który na jej rękach zasnął 

wiecznym snem, wtulony w jej pierś.

Raija nie rozpłakała się, tylko zacisnęła pięści. Jej twarz zhardziała, uwydatniając kości 

policzkowe. Zmarszczyła brwi, a ciemne oczy zapłonęły intensywnym blaskiem.

- Pewnie już kazał wyrzucić maleństwo do morza - dodała Antonia twardym głosem.

- Gdzie moje dziecko? - doleciał głos z koi. Młoda kobieta oprzytomniała, a jej błękitne 

oczy rozglądały się za maleństwem. - Gdzie moje dziecko? - krzyknęła i chciała się poderwać, 

ale nie starczyło jej sił.

Raija uchwyciła dłonie Karoliny Weimer i opowiedziała jej o maleńkim synku, który 

otrzymał imię Anton i zasnął na wieki.

-   Był   taki   maleńki,   widać   nie   było   mu   przeznaczone   zagościć   długo   na   naszym 

ziemskim padole.

- Tak chciałam go przytulić - zapłakała Karolina. Raija nie wiedziała, jak ją pocieszyć.

- Powiedziałaś jej wszystko? - odezwała się Antonia po rosyjsku.

- Nie - odparła Raija. - To jeszcze młode dziewczę, nie zniosłaby całej prawdy.

Przemawiała łagodnym głosem, głaszcząc Karolinę po głowie. Pocieszała ją jak matka.

-   To   był   maleńki   aniołek,   użyczony   nam   tylko   na   chwilę   -   mówiła   łagodnie.   - 

Rozpromienił na chwilę nasze życie, zstępując na krótko z nieba. Pomyśl o nim w taki właśnie 

sposób,   Karolino.   Miał   ciemne   włoski   i   był   najmniejszym   dzieckiem,   jakie   można   sobie 

wyobrazić. To prawdziwy cud, że przez chwilę był w stanie sam oddychać. To cud, że przez 

chwilę tu z nami był.

- Chciałam go zobaczyć! - szlochała Karolina, odwracając twarz. - Chcę go zobaczyć!

Raija zacisnęła zęby i w duchu przeklinała męża tej młodej kobiety, przeklinała za 

wszystko, czego się dopuścił.

Gdyby nie ciągnął żony ze sobą w rejs, leżałaby przynajmniej teraz w domu otoczona 

background image

bliskimi: matką, siostrami. Wiedziałyby, jak ją pocieszyć. Miałaby bliskich przy sobie, a nie 

obce kobiety.

Raija nienawidziła go, ale mimo to ze względu na to dziewczę wzięła go w obronę.

- Twój mąż chciał ci zaoszczędzić przykrego widoku. Bał się, czy będziesz dość silna. 

Zatroszczył się o wieczny spoczynek waszego dziecka.

- Co z nim zrobił? - przerwała jej głosem silnym niczym smagnięcie bicza.

Wpatrywała się przytomnie swymi błękitnymi oczami.

- Kazał wrzucić do morza - odparła Raija. Karolina zaniosła się szlochem, przerywanym 

dzikimi wrzaskami.

- To taki grób, na który będziesz mogła pójść także po powrocie do domu - pocieszała ją 

Raija, nie wiedząc, skąd biorą się w niej takie słowa.

Miała wrażenie, że powtarza nie swoje myśli.

Jakby ktoś stał za nią i mówił, a ona tylko powtarzała bezwiednie na głos, napełniona 

siłą, potrzebną, by przekonać innych.

- To taki grób, który nie ma ani początku, ani końca. Staniesz sobie na brzegu morza w 

swoich rodzinnych stronach, Karolino, i wspomnisz synka. Będziesz miała przed oczyma inne 

krajobrazy, ale bezkresne morze będzie takie samo. Bo tylko morze nie ma początku ani końca. 

Tylko morze nie jest podzielone granicami. Gdyby dziecko zostało pochowane tu, w ziemi, nie 

mogłabyś później być blisko niego. A przecież nie mogłabyś zabrać ze sobą jego ciała. Jest lato, 

a droga do Norwegii daleka.

Płacz Karoliny ucichł dopiero, gdy wyczerpana zasnęła. Raija czuła jednak, że zdołała 

choć trochę przywrócić jej spokój.

Mimo to opuszczała ją z bólem.

Zanim wróciła na ląd, zażądała jeszcze rozmowy z Lorentzem Weimerem.

Nie ukłoniła mu się, choć wiedziała, że w swoich stronach jest ważną osobistością. Dla 

takich ludzi posiadanie syna jest punktem honoru. Przypomniało jej się, z jaką nadzieją czekał 

na potomka, ale nie była w stanie zdobyć się na współczucie.

Zresztą nawet nie próbowała.

- Przyszłaś oczywiście po zapłatę, chociaż pozostaliśmy bezdzietni - raczej stwierdził, 

niż zapytał.

Raija odrzuciła głowę do tyłu, nic nie odpowiadając. Ale uchwyciła jego spojrzenie i 

wzrokiem zmusiła do milczenia.

-   Pańska   żona   wymaga   opieki   -   oznajmiła.   -   Opieki   godnej   samej   królowej.   Jeśli 

pozwoli pan, by żaglowiec wyruszył w dalszy rejs, nim Karolina wróci do zdrowia, zabije ją 

background image

pan.

Siedział zamyślony.

- Czy ona może urodzić więcej dzieci? - zapytał. Raija nie odpowiedziała wprost.

- Jest jeszcze młoda - odparła. - Ale jest bardzo wąska w biodrach, a ten poród bardzo ją 

wyczerpał. Mocno się wykrwawiła. W każdym razie pańska żona potrzebuje dużo spokoju, a 

przy następnym porodzie trzeba zadbać, by były przy niej najlepsze akuszerki. Ale nie wolno 

jej  tknąć, póki wszystkie rany dobrze się nie zrosną. Proszę się nie zbliżać  do niej  przed 

powrotem do domu. A najlepiej poczekajcie z tym do nowego roku.

Nie odpowiedział nic, popatrzył tylko na Raiję badawczo i zapytał:

-   Skąd   o   tym   wszystkim   wiesz?   Przecież   sama   jeszcze   jesteś   młoda.   Nie   jesteś 

Norweżką, choć płynnie posługujesz się naszą mową. Kim ty właściwie jesteś?

Raija   nie   odpowiedziała.   Nie   czuła   się   w   żaden   sposób   zobowiązana,   by   zdradzać 

tajemnicę swojego pochodzenia.

- Nie powiedziałam Karolinie o oczach dziecka - zmieniła temat.

- A jakże miałaś powiedzieć? - zaśmiał się głucho. - Przecież nie miało oczu.

Spojrzenie Raiji paliło niczym rozżarzone węgle, ale kupiec niewzruszony przyglądał 

się jej badawczo.

- W Finnmarku krąży taka opowieść... - rzekł zamyślony. - To stara historia. Wydarzyła 

się na jarmarku jesiennym czy zimowym w Skibotn. Ale to chyba niemożliwe, żebyś miała z 

rym coś wspólnego. To było już tak dawno... Podobno jakiś człowiek zastrzelił Lapończyka, 

poszukując młodej kobiety, która została oskarżona o czary i miała spłonąć na stosie koło 

twierdzy Vardo, skąd jednak udało jej się uciec. To była prawdziwa piękność. Włosy miała 

czarne jak smoła. Ludzie gadają, że cumowała wtedy w fiordzie rosyjska szkuta, ale odpłynęła 

nieoczekiwanie następnej nocy po zabójstwie Lapończyka. Kobieta zaś zapadła się jak kamień 

w wodę. Nikt więcej o niej nie słyszał.

Raija nic nie odpowiedziała. Zresztą wymienione przez kupca nazwy nie wywoływały w 

niej żadnych wspomnień. Czuła tylko ból w całym ciele, dudnienie w skroniach i zaciskającą 

się wokół czoła niewidzialną obręcz.

Była taka zmęczona.

Bardzo ją wyczerpały godziny spędzone przy łożu rodzącej.

- Może to ty - zakończył kupiec, ale Raija tylko wzruszyła ramionami, a jej spojrzenie 

pozostało nieprzeniknione.

- Nic nie mówcie, panie, żonie o oczach dziecka - powtórzyła i odeszła, nie udzielając 

mu odpowiedzi.

background image

Nie zostali w mieście, chociaż był już późny wieczór, gdy wreszcie dotarli do chaty 

Antonii   i   Olega.   Natalia   nie   spała.   Nie   wydawała   się   jednak   zmęczona.   Była   wyjątkowo 

rozmowna. Wdrapała się na kolana Raiji i mocno ściskała ją za szyję, ani myśląc zejść.

- Pan na kei - odezwała się. - Dziecko w morzu... Raija poczuła ukłucie w sercu. 

Jewgienij także się odwrócił, słysząc, co mówi córka. Zmarszczył brwi i już chciał już coś 

powiedzieć, ale zrezygnował.

- Na kei było dużo panów - odpowiedziała Raija łagodnie, całując Natalię w czoło.

- Pan i dziecko - odparła Natalia. - Razem. Bo dziecko nie widzi.

Raija poczuła, jak przechodzą ją ciarki pomimo ciepłej letniej nocy.

background image

4

-   Człowiekowi   trudno   się   uspokoić   po   czymś   takim,   nawet   jeśli   się   wygada   - 

powiedziała Antonia.

Raija, nie mogąc znieść tego ranka samotności, zaraz po wyjeździe do portu męża i syna 

zaprzęgła wóz i przyjechała do Archangielska.

Teraz siedziały razem z Antonią i łatały koszule. Żadna z nich nie przepadała za taką 

robotą, ale w towarzystwie zapominały o tej niechęci.

-   To   biedactwo   przeżyło   piekło!   -   westchnęła   Antonia   i   zniżyła   głos.   -   Sama 

poddałabym się rozpaczy, gdyby nie to, że musiałam się trzymać. A potem, kiedy zobaczyłam 

dziecko, miałam ochotę umrzeć.

Raija nie opowiedziała jej, co mówiła Natalia w drodze powrotnej do domu. Miała to na 

końcu języka, ale zabrakło jej odwagi, by zwierzyć się Antonii.

To na pewno nic nie znaczy, uspokajała się w duchu.

- Może lepiej by było, gdyby umarli oboje? - westchnęła Antonia.

Raija popatrzyła na przyjaciółkę poruszona i zaprotestowała gorąco:

- Nie! Życie jest święte.

- Nie rozumiem cię - odparła Antonia i pokręciła głową. - Mam wrażenie, że nawet 

gdyby w grę wchodziło ratowanie najgorszego wroga, nie zawahałabyś się i uczyniłabyś to 

samo, co dla tej kobiety na statku.

- Nigdy nie wiadomo, jak się człowiek zachowa - odparła Raija, która nie uważała się za 

kogoś wyjątkowego.

Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że życie jest święte, a na norweskim statku 

uczyniła tylko to, co należało.

Walka i ból odcisnęły w niej trwałe piętno, choć przeżywała poród Karoliny z innej 

perspektywy niż Antonia. Nie wszystko widziała na własne oczy, ale za to odczuła każdym 

skrawkiem swojego ciała.

Najbardziej jednak utkwiła jej w głowie historia, którą opowiedział jej Lorentz Weimer.

Zabity Lapończyk. Mężczyzna strzelający do kobiety. Rosyjski statek handlowy, który 

tej samej nocy pośpiesznie odpłynął z fiordu. Oskarżenie o czary. Czy to mogło mieć jakiś 

związek z nią?

Oleg i Jewgienij opowiadali jej zupełnie inną historię.

Czy te zdarzenia znajdują odbicie w jej snach?

Trudno powiedzieć.

background image

Lyngen   i  Skibom -  obie  nazwy brzmiały obco w  jej   uszach. Nie  przywoływały w 

pamięci żadnego obrazu, nawet gdy zamykała oczy.

Jak wielu kobietom udało się zbiec i uniknąć spalenia na stosie? Ile z nich mogło 

wyglądać podobnie jak ona? Ile z nich uciekło na wschód?

Te myśli napełniały ją trwogą.

Kim są Lapończycy?

Raija nie wiedziała. Z tonu wypowiedzi Lorentza Weimera można było wywnioskować, 

że Lapończyk to człowiek o niższym statusie społecznym. Raija czuła, że nie może o to pytać 

Jewgienija. Zresztą nawet nie chciała. Dość już mu przysporzyła trosk.

Może Oleg będzie mógł jej coś wyjaśnić?

Z   drugiej   strony   nie   miała   odwagi   dzielić   się   z   nikim   swoimi   myślami,   mimo   że 

nagromadziło się ich już tyle, że wnet nie zdoła ich pomieścić w głowie.

Otrząsnęła się pośpiesznie. Trzasnęły drzwi i do izby wpadł zdyszany Michaił.

Ten chłopak robi wokół siebie tyle hałasu tego lata, pomyślała Raija. Jakby miał za 

wiele par rąk i nóg. Jego ruchy zdawały się nieporadne, niespokojne.

- Człowiek o niemieckim nazwisku z norweskiego żaglowca chce rozmawiać z mamą.

Misza unikał spojrzeniem Olgi. Unikał rozmowy z nią. Nie odchodził od Natalii, która 

domagała się, by ją wziął na ręce. Objęła go mocno za szyję pulchnymi rączkami, przytuliła się 

policzkiem do jego twarzy i westchnęła uszczęśliwiona, że ma dla siebie swojego ukochanego 

starszego brata.

- Przyszedł do portu. Zdaje się, że to coś pilnego, bo zwracał się do ojca takim tonem, 

jakby był generałem i rozkazywał swoim żołnierzom podczas bitwy.

Raija uśmiechnęła się, wyobrażając sobie tę scenę. Jej syn odziedziczył po niej zdolność 

postrzegania rzeczy i opowiadania o nich, potrafił ubrać w słowa swoje przeżycia.

- Niech poczeka - odezwała się Antonia. - Dobrze mu to zrobi.

Olga tylko pokręciła głową.

- Boże, mamo, jaka ty jesteś dziecinna! W twoim wieku!

Misza   mimo   woli   zerknął   na   przyjaciółkę   i   posłał   jej   lekki   uśmiech,   ale   gdy   ona 

odwzajemniła mu się promiennym uśmiechem, szybko umknął spojrzeniem.

- Dobrze by mu zrobiło, gdyby trochę poczekał - przyznała Toni rację rozbawiona Raija. 

- Ale ze względu na Jewgienija powinnam chyba zachować się bardziej uprzejmie.

Śmiech Antonii zadźwięczał niby dzwoneczki.

Natalia nie chciała zostać, nie chciała też puścić Miszy. Kazała sobie założyć płaszczyk 

i czapkę. Misza był dumny, że Natalia wybrała jego, a nie Olgę, ale równocześnie poczuł się 

background image

zakłopotany.

Nie wiedział, co Olga o tym sądzi, bo nie popatrzył w jej stronę.

Weimer nie wydał się Raiji sympatyczniejszy, niż zapamiętała go z poprzedniego dnia. 

W półmroku kajuty zdawało jej się, że jest w nim coś ludzkiego, ale światło dnia obnażyło go 

bezwzględnie. Próbował się co prawda uśmiechać, ale wychodziło mu to nieszczerze.

Przywitał się sztywno z Raiją i pocałował zgodnie ze zwyczajem w oba policzki.

- Płyniemy na zachód - oznajmił.

Raija wstrzymała oddech, ale zdusiła w sobie głęboką niechęć. Bywają takie chwile, 

kiedy emocje należy trzymać na wodzy.

- Musimy popłynąć do Onegi, może także do Kiem. Ponieślibyśmy zbyt duże straty, 

gdybyśmy za długo zostali w Archangielsku.

- Pańska żona tego nie przetrzyma - oznajmiła Raija lodowato.

- Mam tego świadomość. Nie zamierzam narażać jej życia - odparł Lorentz Weimer, 

uśmiechając się cierpko, jakby przejrzał na wylot, co myśli  o nim Raija. - Czy można ją 

przetransportować?

- Dokąd? - zapytała Raija, nie zamierzając w ciemno zgodzić się na coś, co mogłoby 

zaszkodzić biednej Karolinie.

- Czy zgodziłabyś się podjąć opieki nad moją żoną do czasu, gdy po nią nie wrócę? 

Potrafisz się z nią porozumieć, ona ci ufa. Oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem.

- Nie zapewnię jej warunków, do jakich przywykła - odpowiedziała Raija po chwili 

milczenia.

Odwróciła się do Jewgienija i wyjaśniła, o co chodzi.

- Bardzo mi żal tej dziewczyny - powiedziała szybko, chociaż norweski kupiec i tak nie 

znał rosyjskiego. - Boję się, że ta kanalia popłynie z nią, jeśli się nie zgodzę. Zaryzykuje, nie 

zważając na grożące jej zdrowiu niebezpieczeństwo. Ona nie przedstawia dla niego już żadnej 

wartości.

- Nie zmuszaj mnie! - odparł Jewgienij najwyraźniej nie zachwycony tym pomysłem.

Raija pokiwała głową.

- Wiem, że on na to nie zasługuje, ale ona owszem. Uchwyciwszy wzrok kupca z 

Norwegii, odpowiedziała:

- Znieście ją na ląd, resztą sama się zajmę. Zadbam o to, by podstawiono wóz. Proszę 

tylko powiedzieć, kiedy.

- Może od razu? - zaproponował, nie tracąc czasu.

Ten człowiek był na wskroś kupcem. Raiję przeraziło, że wszystko nieustannie ujmuje 

background image

w kategoriach zysków i strat.

Wyglądało na to, że Karolina znalazła się po stronie strat, co z całą pewnością jej 

zakomunikował.

- Dobrze - zgodziła się Raija.

-   Znowu   udajesz   mamuśkę   -   westchnął   Jewgienij.   -   Mamuśkę   wszystkich 

skrzywdzonych. Kiedy wreszcie z tym skończysz? Pokrzywdzeni jakoś poradzą sobie i bez 

ciebie.

- Ona potrzebuje kogoś - odpowiedziała Raija. - Wiem, że nie muszę tego robić, ale z 

drugiej strony ta młoda kobieta znalazła się sama w obcym kraju. Ma dopiero siedemnaście lat. 

Możesz to sobie wyobrazić, Jewgieniju? Nie ma tu nikogo. Nie może liczyć nawet na własnego 

męża, bo on bardziej troszczy się o swoje zyski niż o jej zdrowie. Ona przestała dla niego ist-

nieć w momencie, gdy wydała na świat kalekie dziecko. Kupiec Weimer chce się jej pozbyć. 

Gdyby nie to, że jestem żoną armatora, pewnie popłynąłby w dalszy rejs, nie zważając na jej 

stan. Ale boi się rozgłosu i plotek. - Raija uśmiechnęła się. - Choć raz przydała się moja pozycja 

społeczna.

Jewgienij objął ją ramieniem i przyciągnął mocno do siebie. Oparł brodę na jej włosach 

i pogłaskał po plecach.

- Czasami marzę o tym, żeby ci wszyscy nieszczęśnicy nie istnieli - powiedział. - Ci, 

przed którymi otwierasz ramiona i swoje serce. Wszyscy ci, którym podcięto skrzydła, których 

podeptano czy opluto. Chciałbym, żebyś ich nie dostrzegała. Zdaje mi się, że wówczas bardziej 

należałabyś do mnie, Raiju, mój aniele.

Pokręciła głową.

- Nie można mieć drugiego człowieka na własność, Jewgieniju. Wierzę, że wszyscy ci, 

o których wspomniałeś, nieprzypadkowo znaleźli się na drodze wytyczonej mi przez los. Nie 

mogę ich minąć obojętnie.

Jewgienij popatrzył na nią przeciągle. Dostrzegł powagę w jej twarzy. Chyba dopiero 

teraz zrozumiał ją naprawdę. Nigdy wcześniej nie pojmował, jakie to dla niej ważne.

Reijo   powiedział   kiedyś,   że   Raija   musi   koniecznie   mieć   kogoś,   kto   jej   potrzebuje. 

Inaczej nie czułaby się spełniona.

Reijo to rozumiał i zaakceptował. Żył z nią i kochał, dzieląc się nią ze wszystkimi, 

którzy jej potrzebowali.

Teraz Jewgienij był towarzyszem jej życia.

-   Kocham   cię   -   powiedział   cicho.   -   Możesz   zapełnić   całą   chatę   tymi,   którzy   cię 

potrzebują, najmilsza. I tak będę cię kochał. Mimo wszystko. A może właśnie dlatego. Nie 

background image

jestem pewien. Wiem jedynie, że jesteś moją miłością.

Raija roześmiała się. Wspięła się na palce i pocałowała go lekko. Wymknęła się, gdy 

chciał ją mocniej przytulić.

- Nie teraz! - zawołała. - Nie teraz.

I  lekko,   jakby  tanecznym  krokiem,   wybiegła   z  kantoru.   Czarny  obłok,   czarna  fala, 

gwałtowna, zmiatająca wszystko niczym huragan. Mignął mu tylko brzeg spódnicy i już jej nie 

było.

Jak zwykle.

- Ja też ciebie potrzebuję - rzucił w powietrze Jewgienij, ale ona już nie mogła tego 

usłyszeć.

Raija znalazła Michaiła razem z Natalią na nabrzeżu. Syn, siedząc w kucki, obserwował 

swoją małą siostrzyczkę. Natalia stała przy samej krawędzi. Nigdy nie czuła lęku przed wodą w 

przeciwieństwie do Raiji, która ledwie się opanowała, by nie podbiec do córeczki i jej nie 

przytrzymać. Nie chciała jednak swoich własnych lęków przenosić na dziecko.

Usiadła więc obok Michaiła, który spojrzał na nią z ukosa.

Natalia nie zauważyła przybycia mamy i paplała sobie spokojnie. Gawędziła, śmiała się 

sama do siebie.

- Zobaczyła w wodzie swoje odbicie - wyjaśnił Michaił spokojnie. - I myśli, że ktoś tam 

jest. Rozmawia sobie z dziewczynką, którą widzi.

- Często to robi? Michaił pokiwał głową i uśmiechnął się promiennie.

- Jest urocza, prawda?

Raija przytaknęła. Rzeczywiście, ta jej mała córeczka była niezwykła. Śmiała się teraz 

do  swojego  odbicia   zupełnie  tak  samo,   jak  śmiała   się  do  Raiji,   kiedy  razem  się  bawiły  i 

śpiewały.

-   Pan   -   powiedziała   Natalia   i   wskazała   palcem   na   wodę.   Cała   jej   twarzyczka 

rozpromieniła się w uśmiechu. Spojrzała na Raiję i Michaiła i tupnęła maleńkimi stopkami. - 

Pan!

Raija, zebrawszy się na odwagę, podeszła bliżej krawędzi i chwyciła Natalię. Trochę to 

pomogło, ale i tak szarozielona toń i cichy plusk fal wywołały u niej zawroty głowy. W wodzie 

ukazało się odbicie ich obu. Obraz poruszył się, zafalował.

- Zobacz, to my - Raija pokazała palcem najpierw na Natalię, a potem na siebie. Jej 

zielone odbicie w wodzie uczyniło ten sam ruch. - Ty i ja, kochanie. To jest nasze odbicie. W 

wodzie nie ma nikogo, rozumiesz, kochanie? Nie można mieszkać w wodzie.

Natalia uśmiechnęła się cierpliwie, jakby z wyrozumiałością, ale więcej nie wspomniała 

background image

o żadnym panu.

- My - powtórzyła zachwycona i zaklaskała w dłonie. Jeszcze głośniej zaśmiała się, 

kiedy zobaczyła, że dziewczynka w wodzie robi to samo. Najchętniej wychyliłaby się jeszcze 

bardziej, tak ją to bawiło.

Raija wzięła ją na ręce i odsunęła się od wody. Nie ufała morzu.

- Biegnij do Toni i poproś, by zaprzęgła konie do krytego wozu - zwróciła się do syna. - 

Tylko   żeby   był   solidny.   Ty   nie   siadaj   na   koźle.   Tym   razem   potrzebuję   doświadczonego 

woźnicy. Niech Tonią sama przyjedzie.

- Co się stało? - zapytał Misza, nie patrząc na matkę. Czubkiem buta grzebał w piachu. 

Najwyraźniej domyślał się odpowiedzi.

- Zamieszka u nas jakiś czas ta kobieta, która wczoraj straciła dziecko - odparła Raija. - 

Trzeba się nią zaopiekować, a tylko ja potrafię się z nią porozumieć.

Michaił popatrzył na matkę przeciągle. Raija wyczytała w ciemnych oczach syna niemy 

wyrzut. Taki sam, jaki widziała w spojrzeniu Jewgienija. I ten sam grymas w kącikach ust.

- W naszej chacie jest dość miejsca, Misza - odparła, w duchu zła na siebie, że tłumaczy 

się przed czternastoletnim chłopcem. - Pokażmy, że i w naszych sercach nie brakuje miejsca dla 

kogoś, kto nas potrzebuje. Ta kobieta nie ma tu nikogo, trzeba się nią zaopiekować. Jest jeszcze 

taka młoda, tylko trochę starsza od ciebie.

Wzruszył ramionami i rzucił krótko:

- Pójdę już i powiem Toni, że moja mama znowu odgrywa wielkoduszną.

Raija odprowadziła syna spojrzeniem i przytuliła mocniej do siebie Natalię. Nie miała 

pojęcia, jak rozumieć oskarżenia Jewgienija i Miszy. Czy odpychała ich od siebie? Przecież 

stara  się nieustannie  okazywać im swoją troskę. Niczego  im  nie brakuje,  gdy  zajmuje  się 

innymi.

Z głową pełną niespokojnych myśli patrzyła w stronę norweskiego żaglowca.

Czekała.

Tonią przyjechała wozem, zanim jeszcze marynarze zdążyli przetransportować Karolinę 

Weimer na ląd. Widziała więc, jaką się popisali pomysłowością.

-   Powinnam   zażądać,   by   być   przy   tym   -   jęczała   Raija,   która   teraz   mogła   tylko 

obserwować zdarzenie z daleka, nie będąc w stanie uczynić niczego, by pomóc przerażonej 

kobiecie, której krzyki zgromadziły w porcie tłum gapiów.

- Nienawidzę mężczyzn! Nienawidzę marynarzy i kupców - mamrotała Antonia przez 

zaciśnięte zęby. - Czy żaden z tych zuchów nie mógł jej po prostu znieść na rękach do szalupy? 

Chyba, do diabła, nie jest znów taka ciężka.

background image

Kobietę leżała przywiązana na drzwiach, które czterech marynarzy opuszczało na linach 

tuż przy burcie w dół do szalupy. Morze było spokojne, ale przecież nigdy nie jest zupełnie 

nieruchome. Teraz też lekko falowało. Mężczyźni zaś nie opuszczali lin idealnie równo, bo 

przecież nie było to takie proste. Drzwi zakołysały się, szarpnęło nimi i kilkakrotnie uderzyły o 

burtę. Wrzaski kobiety uleciały w niebo niczym niesione na ptasich skrzydłach i zagłuszyły 

krzyk szybujących mew.

Szalupę rzuciło na burtę żaglowca, który bujał się na falach, jakby tańczył.

Kobieta krzyczała przeraźliwie.

- Jeśli ona to przeżyje, to znaczy, że jest mocniejsza niż większość ludzi, których znam. 

Nie pojmuję, jak oni mogą ją tak narażać - denerwowała się Raija, rozplatając warkocz.

Stała niecierpliwie na nabrzeżu, czekając, aż żona Weimera zostanie przewieziona na 

ląd.

- On chce się jej pozbyć - stwierdziła Antonia ponuro. - Gdyby Oleg postąpił tak wobec 

mnie, zastrzeliłabym go, odzyskawszy siły. Nie zważałabym na to, że życie jest święte.

- Więc rozumiesz, Antoniu, że to dziewczę mnie potrzebuje?

Przyjaciółka pokiwała głową.

- Rozumiem - stwierdziła, śledząc spojrzeniem dopływającą do brzegu łódź. - Myślę, że 

ona żyje, bo w innym wypadku kupiec Weimer nie zadawałby sobie tyle trudu, tylko od razu 

wyrzucił ciało za burtę.

Czekały. Raija gryzła nerwowo kostki dłoni i ciskała przekleństwa, których na co dzień 

nie używała.

Natalia stała na wozie i trzymając się za ramę, podskakiwała sobie. Ani przez chwilę nie 

usiedziała spokojnie.

- Mila pani - powiedziała. - Miła, miła, miła. Raija słyszała córeczkę, ale puszczała 

mimo uszu jej słowa. Tylko przez moment zakiełkował w niej ledwie niezauważalny lęk, ale go 

zlekceważyła.

Natalia próbowała tylu słów. Szybko zaczęła mówić, zestawiać wyrazy w najróżniejszy 

sposób,   jakby   szukając   prawidłowej   kombinacji.   Nie   wszystkie   miały   sens,   ale   niektóre   i 

owszem.

I te budziły niepokój, który Raija jednak starannie odsuwała.

Kiedy   Karolinę   przenoszono   z   lodzi   na   ląd,   płakała   rozpaczliwie.   Nadal   leżała 

przywiązana do drzwi, na szczęście starannie otulona kocami. Oczywiście w żaden sposób nie 

zmieniało to faktu, że musiało to być dla niej straszne przeżycie.

Raija przymknęła oczy i wyobraziła sobie męża Karoliny kołyszącego się w powietrzu 

background image

przy burcie przytroczonego w taki sam sposób do lichych drzwi, by nie mógł ruszyć ani ręką, 

ani nogą.

Najlepiej jeszcze podczas burzy.

Trochę jej to pomogło przezwyciężyć największy gniew.

Nie   odezwała   się   ani   słowem,   kiedy   wnoszono   młodą   żonę   kupca   do   wozu,   ale 

przypilnowała, by ułożono ją delikatnie.

Lorentz Weimer przygładził  włosy i nakazał marynarzom przenieść z łodzi torby z 

rzeczami żony.

- Ufam, że pozostawiam Karolinę w najlepszym rękach - oświadczył gładko.

- Nie boi się pan? - zapytała Raija, nie bawiąc się dłużej w grzeczności i ceregiele. 

Uznała, że człowiek, który tak traktuje żonę, nie zasługuje na nic innego.

- Jak to? - Lorentz zmrużył oczy zdezorientowany.

Wygląda   jak   ryba   wyrzucona   na   piasek,   pomyślała   Raija,   której   podsuwane   przez 

wyobraźnię obrazy poprawiały samopoczucie.

- Przecież pan, panie Weimer sugerował, że jestem czarownicą. Czyż nie insynuował 

pan, że uciekłam ze stosu?

Zaśmiał się tubalnie, udając rozbawienie.

- Jak mógłbym pomyśleć coś takiego o czarującej żonie armatora Bykowa? - powiedział 

z   fałszywą   serdecznością.   -   Zresztą   pan   armator   opowiedział   mi,   jak   spotkaliście   się   w 

Finnmarku i jak miłość przywiodła cię, pani, w te strony. Nawet takie zatwardziałe serce jak 

moje poruszyła ta piękna historia.

A więc uznał za konieczne zapytać Jewgienija, pomyślała Raija z gniewem. Wyobraziła 

sobie, jak mąż wygłasza ckliwą opowieść, a Oleg barwnie ją tłumaczy. Trudno się dziwić, że 

ten drań się wzruszył.

-   Karolina   ma   do   pani   zaufanie   -   ciągnął   Lorentz   Weimer.   -   A   ja   jestem   bardzo 

wdzięczny, że żona armatora zgodziła się przyjąć w swoje progi mój najdroższy skarb.

Raija z trudem powstrzymała uśmiech.

- Zaopiekujemy się pańską żoną - powiedziała. - Może ma pan życzenie pojechać i 

sprawdzić, w jakich warunkach ją zostawia? Przy okazji spokojnie pożegna się pan z małżonką.

Kupiec wycofał się.

- Niestety, kapitan statku bardzo się spieszy. Obawiam się, że mógłby odpłynąć beze 

mnie, gdybym na czas nie wrócił na pokład.

Zajrzał tylko do wozu i rzucił kilka słów, których Raija nie dosłyszała, ale nie miała 

wątpliwości, że nie było to gorące wyznanie miłosne.

background image

Potem Lorentz pocałował ją w rękę, tak samo pożegnał się z Antonią i jakby ktoś go 

gonił, pośpiesznie oddalił się z nabrzeża.

- Żałuję, że nie można zabijać myślą - powiedziała Antonia, spluwając na ziemię w 

miejsce, gdzie przed chwilą stał kupiec.

Raija zatknęła za uszy kilka niesfornych kosmyków, zdjęła z kozła Natalię, by Antonia 

mogła   tam   usiąść,   po   czym   z   dzieckiem   usadowiła   się   obok   Karoliny.   Na   szczęście   ją 

rozwiązano,   zresztą   inaczej   marynarze   nie   mogliby   zabrać   ze   sobą   drzwi,   na   których   ją 

transportowali.

Karolina uczepiła się żałośnie ręki Raiji i zapłakała bezgłośnie.

- On mnie nienawidzi - szepnęła i więcej już się nie odezwała.

Łzy jednak nie przestawały płynąć jej z oczu.

- Będzie ci u nas dobrze - pocieszała ją Raija i pogłaskała młodą kobietę po głowie, 

uśmiechając się do niej promiennie.

- Pani chora - odezwała się Natalia i poklepała ją po głowie.

Karolina spojrzała na nią z ukosa zranionym wzrokiem, zamknęła oczy i odwróciła się 

tyłem do Natalii.

Raija przygarnęła dziecko do siebie i wyjaśniła z powagą:

- Pani jest chora i smutna. Zamieszka u nas jakiś czas. Teraz jest bardzo zmęczona i nie 

może się bawić ani rozmawiać. Poza tym ona używa innych słów niż ty i ja. Nie rozumie, co do 

niej mówisz. A ty nie zrozumiesz jej. Tylko mama może z nią rozmawiać, bo mama zna te 

dziwne obce słowa z innego kraju.

- A tata? Raija pokręciła głową.

- Ani tata, ani Misza, ani Tonią, ani Olga, ani Natalia. Tylko jeszcze Oleg.

Natalia zapatrzyła się w Karolinę Weimer. Raija nie spodziewała się, że mała tak bez 

oporu przyjmie jej wyjaśnienia. Na świecie ludzie mówią tyloma różnymi językami. Nawet ją 

to dziwiło i zdawało się równie niepojęte jak kształty obłoków sunących po niebie.

- Chora pani - odezwała się Natalia. - Miła pani. Chore, małe dziecko...

Mała pokiwała głową i popatrzyła na Karolinę wielkimi, zatroskanymi oczami. Raiję 

przeszły ciarki.

-   Mama   znowu   odgrywa   Madonnę   -   stwierdził   Michaił,   obserwując   z   niechęcią 

oddalający się powoli wóz powożony przez Antonię.

- Jak możesz tak mówić?! - oburzyła się Olga.

- No cóż, może to nieładnie z mojej strony, ale to prawda.

Michaił   nie   miał   ochoty   rozmawiać   z   Olgą,   ale   nikomu   innemu   nie   mógł   tego 

background image

powiedzieć.

- Przecież doskonale wiesz, że nie masz racji - upomniała go Olga, sadowiąc się na 

blacie stołu. Patrzyła tak dorośle, jakby rozumiała powody postępowania jego matki, jakby 

rozumiała to, co w nim wywoływało jedynie gorycz, złość, smutek. Co sprawiało, że czuł się 

odrzucony.

- Ta młoda kobieta straciła dziecko.

- I co z tego?

- Nie możesz tego zrozumieć! - prychnęła Olga.

- Nie, ja nie mogę - oburzył się, nie uciekając wzrokiem. - Za to ty możesz! Ciekawe, co 

wiesz o porodzie. Zdaje się, że niewiele więcej ode mnie.

Zarumieniła   się.   Wyglądała   niemal   pięknie.   Misza   poczuł   radość,   że   zbił   trochę   z 

pantałyku przemądrzałą przyjaciółkę. Przydałoby się trochę utrzeć jej nosa, by nie patrzyła tak 

na wszystkich z góry.

- Potrafię sobie to wyobrazić - odgryzła się Olga. - Bo jak się zapewne domyślasz, ja 

także kiedyś urodzę dzieci. Dlatego dziewczęta są wrażliwsze w tych sprawach niż chłopcy.

Wzruszył ramionami. Jednak nie udało mu się jej całkiem wyprowadzić z równowagi. 

Ale nie miał ochoty sprzeczać się z nią dłużej. Po co? Nie był głupi.

- Słyszałeś, że dziecko nie miało oczu?

Nic o tym nie wiedział, więc nie odezwał się. Przeszły mu dreszcze po plecach. Zdziwił 

się, czemu ta wiadomość go ominęła, skoro Olga ją zna.

- Nie jesteś już dzieckiem, Misza - rzekła Olga. - Jesteś już na tyle duży, by umieć się 

dzielić swoją mamą z innymi, nie odczuwając przy tym gniewu ani zazdrości.

Nie odpowiedział.

Dzielić się mamą z innymi?

Czy nie czynił tego przez całe swoje życie?

- Zachowuj się więc jak dorosły! Nie cierpiał, kiedy nim tak dyrygowała.

- Przecież ja nawet nie mogę z nią spokojnie porozmawiać - wybuchnął. - Ona już w 

ogóle nie zauważa mojej obecności. Zresztą... kobiety niech się trzymają razem, ja idę do portu.

Olga spojrzała tylko na niego swoimi brązowymi oczami. Czy odgadła jego myśli?

Z rękami w kieszeniach Michaił długimi krokami przemierzył izbę. Nacisnął klamkę. 

Może zdążył się odwrócić tyłem, nim jego twarz oblał ciemny rumieniec. Nie miał jednak co do 

tego pewności, usłyszał bowiem za plecami chichot Olgi.

Poszedł na nabrzeże i stanął blisko krawędzi tam, gdzie wcześniej bawiła się Natalia. 

Popatrzył w wodę i ujrzał zniekształcone odbicie samego siebie. Nawet gdyby płakał, obraz w 

background image

wodzie by tego nie zdradził.

Stał tak i przyglądał się swojej dziwnej postaci. Zrobiło mu się nieprzyjemnie.

Olga na pewno uważa go za głupca. Mama mówi, że jest już duży, ojciec, że za młody. 

Dla Natalii zaś jest dorosłym bratem. Sam zupełnie się w tym pogubił i nie wie tak naprawdę, 

kim jest.

W domu mama opiekuje się tą obcą kobietą. Nic już nie jest takie jak dawniej.

Zapragnął ujrzeć w wodzie odbicie maleńkiej siostrzyczki. Albo tego pana, o którym 

cały czas mówiła. Dobrze byłoby z kimś porozmawiać.

Z kimś, kto może by zrozumiał. Kto udzieliłby rady, a może nawet pomógł.

Ale w zielonkawej, lekko rozkołysanej wodzie nie dostrzegł nikogo.

background image

5

- Na dobrą sprawę Weimer mógłby umieścić żonę u kogokolwiek - stwierdził Jewgienij 

i westchnął ciężko.

Minął tydzień od chwili, gdy przyjęli pod swój dach Karolinę, a ona nie odezwała się do 

nikogo nawet słowem. Z początku płakała dniami i nocami, teraz chlipała w poduszkę już tylko 

wtedy, gdy zdawało jej się, że wszyscy śpią. Za dnia zaś uparcie milczała.

- Rozmowna to ona w każdym razie nie jest - dodał Jewgienij, sadowiąc się na progu 

stajni.

Towarzyszył Raiji, która wieszała pranie. Natalia już spała, Michaił pogalopował konno 

na wieczorną przejażdżkę, a Karolina została w izbie. Siedziała nieruchomo w fotelu i patrzyła 

obojętnie, jakby nikogo nie dostrzegała.

- To jest nie do zniesienia - ciągnął Jewgienij, przyglądając się zgrabnej sylwetce żony.

Raija musiała wspinać się na palcach, by zawiesić mokrą bieliznę.

Za wysoko umocowałem sznurki, pomyślał. Zapominał często, jaka jest drobna, bo w 

jego sercu zajmowała bardzo wiele miejsca.

Raija skończyła pracę i usiadła obok męża. Objął ją, a ona oparła mu głowę na ramieniu. 

Przyjemnie było chwilę odpocząć.

- Uważasz, że tym razem za dużo wzięłam na swoje barki, tak?

Jewgienij nie odpowiedział. Upajał się ciszą, bliskością żony i tym, że przez chwilę ma 

ją tylko dla siebie.

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale odkąd ona pojawiła się w naszym domu, ani razu się 

nie kochaliśmy.

Raija popatrzyła na niego z ukosa.

- Bywają ważniejsze sprawy - odparła, a na jej twarzy odmalowało się zmęczenie.

Słowa   żony   dotknęły   go   do   żywego,   a   dostrzegłszy   w   jej   oczach   dziwny   wyraz, 

mimowolnie pomyślał, że komuś innemu nie odpowiedziałaby w ten sposób.

Wstał gwałtownie i oddalił się w stronę rzeki.

Raija,   odprowadzając   wzrokiem   męża,   uświadomiła   sobie,   że   znów   go   zraniła.   A 

przecież nie miała na myśli nic złego. Przecież mogła cofnąć niefortunne słowa.

Nie zrobiła jednak tego, dzięki czemu odwlekła w czasie rozmowę na dręczący ją temat. 

Wolała zranić męża niż wyznać mu, czym naprawdę się trapi.

Jewgienij stanął na brzegu. Podnosił kamienie i z całej siły ciskał je do wody. Plusk 

przywołał   w   jego   pamięci   wspomnienia.   Wystarczyłoby   zamknąć   oczy,   a   ujrzałby   dwóch 

background image

chłopców, tak samo stojących nad rzeką i rzucających do wody kamienie. Starszy z nich, gdyby 

tylko chciał, bez trudu wygrałby z młodszym zawody, ale zawsze pozwalał, by ten rzucił dalej. 

Mały chłopiec bardzo się złościł, gdy przegrywał.

Jewgienij bardzo kochał Aleksieja. Rozumiał, że młodszy brat po prostu musi błyszczeć, 

że lubi, gdy uwaga wszystkich koncentruje się na nim, dlatego sam wspaniałomyślnie usuwał 

się w cień. Aleksiej uwielbiał brylować, nie potrafił bez tego żyć, taką już miał naturę. Nie 

znaczyło to jednak, że był złym człowiekiem.

Raija pod wieloma względami go przypominała. Nic dziwnego, że Aleksiej tak bardzo 

ją pokochał. Pewnie zdawało mu się, że odkrył w niej cząstkę samego siebie.

Raija   roztaczała   wokół   siebie   blask   Nie   czyniła   tego   z   premedytacją,   jednak 

wspomagając najbardziej potrzebujących, mimowolnie ściągała na siebie spojrzenia.

Jewgienij pomyślał sobie, że skoro potrafił żyć w cieniu swojego brata, to chyba tym 

łatwiej powinien usunąć się w cień żony, kobiety, którą kocha całym swoim sercem.

Skłamałby,   upierając   się,   że   Raija   wymaga   od   niego   rzeczy   niemożliwych.   Sama 

przecież często podejmowała się o wiele trudniejszych zadań.

Wrócił więc do żony, która nadal siedziała w miejscu, w którym ją zostawił, podał jej 

dłoń i pomógł wstać.

- Kocham cię - oznajmił. - Nie zawsze cię rozumiem, ale i tak cię kocham, Raiju. Czy 

znajdziesz w swoim sercu trochę miejsca dla mnie?

- Masz je niezmiennie od chwili, gdy cię poznałam - uśmiechnęła się.

Przypomniał   sobie   tamtą   noc   rozświetloną   płomieniami   palącego   się   sklepu,   ludzi 

daremnie   próbujących   ugasić   pożar   i   ciskającą   gromy   rozgniewaną   kobietę   o   czarnych 

rozpuszczonych włosach. Jakie to szczęście, że Raija nic nie pamięta. Nie całowałaby go teraz 

tak kusząco, koniuszkiem języka łaskocząc kąciki ust.

Dawno już nie smakował takich pocałunków.

-   Czy   to   nagroda   za   to,   że   cię   przeprosiłem?   -   zapytał,   nie   mając   bynajmniej   nic 

przeciwko temu. Naprawdę nie? - zdziwił się, odkrywając, że to raczej zachęta z jej strony.

Patrzył   z   przyjemnością   w   rozbawione   oczy   żony,   które   na   co   dzień   nierzadko 

przesłaniał smutek. Teraz stała się na powrót jego dawną Raiją.

- Wstydziłabyś się zrobić to w stajni? - zapytał, całując skronie ukochanej.

Wsunęła dłonie za koszulę męża i wodząc po nagiej skórze, mruknęła, zanurzając twarz 

w zagłębieniu na jego szyi:

- Wnieś mnie lepiej do środka, bo jeszcze chwila i zrobię to tutaj, nie zważając na 

wstyd.

background image

Niczym dwoje zakochanych przemknęli się ukradkiem do stajni, wdychając w nozdrza 

znajomy zapach zwierząt i siana. Raija zwinnie wdrapała się po drabinie na pięterko, na ciasny, 

pogrążony w półmroku stryszek, na który sączyło się przez szpary w deskach tylko odrobinę 

światła.

Jewgienij potrzebował więcej czasu, by wejść na górę, ale Raija go nie pospieszała ani 

nie proponowała pomocy. Wiedziała, że mimo pewnych trudności na pewno sobie poradzi. W 

ten sposób także okazywała mu szacunek.

Dawno już nie kochali się ze sobą.

Ułożyła się wygodnie, czekając na męża, a kiedy wsunął się przez otwór, uśmiechnęła 

się doń promiennie. Jewgienij popchnął nogą drzwiczki i zatrzasnął je.

Stryszek pogrążył się w mroku. Pachniało sianem, końmi, pachniało latem.

Ich ciała odnalazły się bez trudu. Całowali się ciasno objęci. Pocałunki połączyły ich 

bardziej, niż zdołałyby uczynić to słowa. Zniknęła gdzieś dzieląca ich przepaść niedomówień. 

Gorące, wilgotne wargi szukały i odnajdywały się nawzajem.

Pocałunki Jewgienija były słone niczym morze. Raiję zawsze to zadziwiało, ilekroć 

tulili   się   do   siebie.   Przecież   nie   stał   jak   dawniej   po   kolana   w   morskiej   wodzie,   a   ciągle 

przesiąknięty był jej zapachem.

Kochali   się   pośpiesznie,   jakby   połączeni   tajemnicą,   jakby   smakowali   zakazanego 

owocu.

Dorośli,   rozsądni   ludzie,   jakimi   byli,   powinni   odłożyć   to   na   noc.   Po   ciemku,   z 

zaciśniętymi powiekami wypełnić we wspólnym łożu małżeńskie powinności.

Ale w ich przypadku nigdy tak się to nie odbywało. Raija nie pytała innych o ich 

pożycie. Nawet Antonia, zwykle taka bezpośrednia, nie poruszała tego tematu. Tę sferę życia 

można dzielić wyłącznie z jedną ukochaną osobą. Najintymniejszych przeżyć nie wyjawia się 

niepowołanym.

To było takie cudowne, takie upajająco słodkie. Dotknęła gorącej skóry Jewgienija. 

Zręcznie   rozpięła   guziki   koszuli   i   zdjęła   z   niego   koszulę.   Całowała   leciutko   nagi   tors   i 

delikatnie gładziła palcami,  a pod wpływem jej pieszczot ciało męża rozpalało się jeszcze 

mocniej.

On odgarnął na kark jej włosy i zebrał je w dłoni. Rozczesywał je palcami, pozwalając 

im swobodnie spływać, opuszkami zaś wyszukiwał na szyi żony wrażliwych miejsc, jeszcze 

bardziej pobudzając jej zmysły.

Rozpięła   bluzkę   i   rozwiązała   troczki   stanika,   kusząc   jego   dłoń,   by   zakosztowała 

ukrytych przyjemności.

background image

Jewgienij nie należał do tych, którym trzeba dwa razy powtarzać to samo. Wystarczyło 

lekko napomknąć, a reszty domyślał się w lot. Usta szeptały jej do uszu nieskładne, przesycone 

uczuciem słowa. Słowa przesiąknięte gorącym oddechem, słowa stworzone dla tej tylko chwili. 

Rodziły się na jego wargach, by zaraz ulecieć.

Wsunął dłoń pod jej stanik i rozchylił wargi w uśmiechu, kiedy, spragniona pieszczot, 

przywarła ciałem do jego ręki.

Niecierpliwie podwinęła spódnicę i zawiązała ją na biodrach. Pod spodem była naga. O 

tej porze roku nie nosiła bielizny. Zacisnęła kolana na jego osłoniętych szorstkimi spodniami 

udach. Powoli sunęła w górę, coraz wyżej i wyżej.

Kto zdołałby wytrzymać takie napięcie?

- Jak bardzo mam być gotowa? - zapytała chrapliwie.

Frywolne żarciki i tłumiony śmiech w takich chwilach najbardziej burzyły jego krew. 

Nie potrzebował więcej, by jej pragnąć.

Tylko uśmiechu.

Był gotowy, każdym skrawkiem swego ciała niecierpliwie jej pożądał, a równocześnie z 

całą premedytacją powstrzymywał się, jakby chciał przedłużyć ten upojny stan.

Tylko ktoś naprawdę spragniony doceni w pełni smak wody. Jaką ulgę czuje niemal 

umierający z głodu wędrowiec, któremu pozwolono najeść się do syta!

- Musisz zatęsknić - odpowiedział, całując jej piersi.

Koniuszkiem   języka   drażnił   je   niczym   zgłodniały   nektaru   trzmiel   nieprzytomnie 

latający z kwiatka na kwiatek.

Uniosła się na łokciach i zacisnęła nogi wokół jego bioder.

Zauważył, jak bardzo go pożąda, wyczuwał ten zapach, chciał jej smakować, ale go 

powstrzymała.

- Zwykle lubisz, jak cię całuję - rzekł z błyskiem w oku, równie jak ona spragniony.

-   Nie   chcę   teraz   twoich   ust,   chcę   ciebie   -   odparła,   a   jej   oczy   zalśniły   w   mroku 

niezwykłymi refleksami, jakby to były szlachetne kamienie albo płonący ogień. - Chcę ciebie! - 

powtórzyła. - Ściągaj spodnie!

Jewgienij  powątpiewał, czy inne żony mówią tak do swoich mężów. Może jedynie 

Antonia.   Tak,   ona   zawsze   była   bardzo   bezpośrednia.   Tak   samo   jak   Raija   bardziej   była 

kochanką niż żoną.

Rozluźniła   uścisk   kolan,   odpięła   bluzkę   i   rozchyliwszy   szeroko   jak   wachlarz   uda, 

ułożyła się na plecach na miękkim sianie. Wsparła się o podłoże i przyjęła Jewgienija, który 

zanurzył się w niej aż do dna. Oplotła go ramionami i nogami.

background image

Odbyło się to tak gwałtownie, pośpiesznie, jakby musieli się przed kimś kryć. Słodycz 

rozlała się w ich ciałach. Przez szpary między spróchniałymi deskami wpadały cienkie strużki 

światła, trzeszczała podłoga, pachniało końmi i sianem.

Byli dla siebie jakby obcy, nowi, kochając się w otoczeniu zdecydowanie innym niż to, 

do którego przywykli.

Raija, niczym ptak roztaczający trele pod pogodnym niebem, wydawała z siebie odgłosy 

radości płynące wprost z serca.

Przez chwilę całowali się w ciszy, ale zaraz znów zapragnęli usłyszeć siebie, jakby to 

potęgowało ich rozkosz.

Mieli dużo miejsca, leżeli na miękkim sianie na przewietrzonym stryszku. Zniknęły 

gdzieś dzielące ich granice. Turlali się rozbawieni, odsuwali od siebie, by za chwilę znów 

wpaść sobie w ramiona.

Pieścili się dłońmi, wargami, ocierali o siebie ciałami. Powoli okiełznali gwałtowny 

strumień i wreszcie wyciszeni, wtulili się w siebie. Tak bardzo jak to tylko możliwe.

A potem znów wzmogli pieszczoty. Ich ciała falowały wspólnym rytmem. Znów porwał 

ich wartki nurt. Stali się rzeką płynącą ku bezkresnemu morzu, zjednoczeni w tym samym 

nurcie.

Jewgienij z jękiem wtulił się w zagłębienie na szyi Raiji. Z przymkniętymi oczami spijał 

z jej skóry smak potu i miłości.

Krzyknęła targana niepohamowaną radością.

Kochała i doznawała rozkoszy.

W końcu ustali znużeni i leżąc obok siebie, spletli dłonie w uścisku.

- Jesteś niczym nie oswojona klacz - uśmiechnął się.

- A ty jedynym ogierem w stadzie? - drażniła się z nim Raija.

- Nie potrzebuję stada - zapewnił ją. - Wystarczy mi jedna dzika klacz.

Cmoknęła i przesłała mu pocałunek.

- Nie zasługuję na ciebie - mruknął. - Cii!  Doleciały ich z dołu odgłosy, na które 

wcześniej nie zwrócili uwagi. Parskały konie. Musiało ich być więcej niż te dwa, obok których 

się przemykali.

- Misza wrócił - wyszeptała Raija rozbawiona. Twarz Jewgienija stężała. Zerwał się i 

pośpiesznie się ubrał. Przeczesał palcami włosy.

- On się i tak domyśli - uśmiechnęła się Raija. - Cóż innego można robić tu na górze...

Ale Jewgienij nie uznał tego za zabawne. Szarpnął drzwiczki i czym prędzej zszedł na 

dół.

background image

Usłyszała podniesione głosy męża i syna, ale nie starała się rozróżnić słów.

Nie spieszyła się. Powoli poprawiła ubrania. Czuła rozpływający się po całym ciele 

spokój.

Czyżby   Jewgienij   wstydził   się,   że   ich   dorastający   syn   mógł   coś   usłyszeć?   Poczuła 

ukłucie w sercu, słysząc, jak zakłopotany mąż usiłuje wytłumaczyć ich obecność na stryszku, 

jakby zapominając, co przed chwilą dzielili.

Przecież   w   większości   chat   w   Archangielsku   całe   rodziny   sypiają   w   jednej   izbie. 

Rodzice kochają się pod cienkim kocem, podsłuchiwani przez niejedną parę uszu. Jewgienij 

również jako dziecko zaciskał oczy, ale dobrze słyszał charakterystyczne odgłosy.

Ona pewnie też w dzieciństwie przeżyła to samo. Nie pamiętała wprawdzie, ale miała 

przeczucie, że wychowała się w ubogiej chacie.

Czy to wstyd, że ludzie czerpią radość z wzajemnej bliskości?

Przecież to takie cudowne czuć przy sobie ciało ukochanego człowieka!

Jej   syn   nie   powinien   wzrastać   w   przekonaniu,   że   coś   takiego   może   odbywać   się 

wyłącznie pod osłoną ciemności.

Jewgienij ciągle coś wyjaśniał. Słyszała jego głos. Przeczesała palcami włosy i zaplotła 

je w warkocz, czekając, aż mąż skończy.

Kiedy Raija zeszła po drabinie, natknęła się na Michaiła, który zmierzył ją wymownym 

spojrzeniem. Ale nie udało mu się zachować maski obojętności. Był jeszcze taki młody i nadal 

bardzo związany z rodzicami.

Raija dostrzegła to.

Usiadła na kupce siana obok syna i namyślając się, gryzła źdźbło. Michaił też trzymał w 

ustach słomkę. Spróbowała go sobie wyobrazić za jakieś pięć, a może dziesięć lat.

Przychodziło jej to z trudem, tym większym że przecież samą siebie musiała postarzyć 

w myślach. Nie potrafiła myśleć o sobie jako o pięćdziesięcioletniej kobiecie. Nie wierzyła, że 

dożyje takiego sędziwego wieku. Zresztą nie była wcale pewna, czy by chciała.

- Co powiedział ci tata? - zapytała. Michaił tylko zerknął na nią z ukosa. Wypluł źdźbło 

i sięgnął po nowe.

- Nie słyszałaś? - Nie.

- A ja was słyszałem - odparł. Raija pokiwała głową w milczeniu.

- To było... obrzydliwe...

Raija na moment zaniemówiła. Jak on śmie, pomyślała. Taki młodzik wyobraża sobie, 

że może oceniać dorosłych.

- Domyśliłeś się po odgłosach, że dla mnie to było nieprzyjemne? A może dla taty?

background image

Michaił nie odpowiedział. Siedział nieruchomo, nie patrząc na nią.

- Jesteś na tyle dorosły, by o tym wiedzieć. Wiesz, jak to robią zwierzęta. Chłopcy w 

twoim wieku często rozmawiają o tym, śmieją się, ale pali ich ciekawość. To normalne, że 

ludzie się kochają.

- Ale nie gdzie popadnie. Nie w stajni! Jak zwierzęta. Raija wzruszyła ramionami i 

roześmiała się.

- A skąd ty możesz o tym wiedzieć? Takie szczegóły zwykle zachowuje się dla siebie. 

Nikt nie rozpowiada o tym na prawo i lewo. A my z tatą nie robimy tego z musu, ale dlatego, że 

sprawia nam to przyjemność.

Michaił spąsowiał aż po końce uszu. Może wyraziła się nazbyt otwarcie, ale było jej 

wszystko jedno.

- Mam nadzieję, że kiedyś też pokochasz kogoś całym sercem i przeżyjesz równie 

upojne chwile. Wierzę, że znajdziesz szczęście w ramionach ukochanej kobiety.

- Z Wasią też byłaś taka szczęśliwa? - cisnął. Słowa syna zabolały niczym zdradliwy 

cios. Mogła go zrugać i zarzucić mu bezczelność, ale choć nie musiała, odpowiedziała mu, 

pochyliwszy głowę:

- Mam dziwną naturę, synu. Nie potrafię do końca zrozumieć tego, co dyktuje mi serce. 

Nie życzę ci, byś kiedykolwiek musiał przeżywać podobne rozterki. Trudno mi to wyjaśnić, ale 

Wasilija też kochałam. I nie żałuję tego, co się stało. Cieszę się, że mam Natalię.

Misza milczał. Chętnie by wyszedł, ale nie mógł, bo mama zagradzała mu przejście do 

drzwi.

- Tata obawia się, że mógłbym to zrobić z Olgą - odezwał się po chwili.

Raija   spojrzała   na   Misze   zaskoczona.   Ale   zaraz   roześmiała   się.   Rozbawiły   ją   lęki 

Jewgienija.

- Tobie tymczasem nawet to nie przyszło do głowy? - domyśliła się.

Michaił przytaknął ponuro, nie pojmując, co mamę tak bawi.

Samemu bynajmniej nie było mu do śmiechu, chociaż drgnęły mu kąciki ust.

-   Zauważyłam,   że   ostatnio   unikasz   Olgi   -   stwierdziła   Raija   i   poklepała   Misze   po 

ramieniu.

Syn nie uchylił się bardziej niż zwykle.

- Tata miał ciężkie dzieciństwo - wyjaśniła. - Razem ze swoim bratem przeżył wiele 

niedobrego. Dlatego chciałby cię chronić. Dlatego cię przestrzega.

Raija   wspomniała   o  tym   celowo.   Za   nic   w  świecie   nie   chciała   dopuścić,   by   dwaj 

najbliżsi jej mężczyźni stali się wrogami. Nie pozwoli, by pod ich dachem doszło do czegoś 

background image

takiego.

- Może on sam ci kiedyś o tym opowie - dodała i znów się zaśmiała. - Czy twoja 

niewinna dusza bardzo ucierpiała z powodu odgłosów, jakie doszły cię ze stryszku? - zapytała, 

uchwyciwszy spojrzenie syna. Patrzyła mu prosto w oczy, nie zważając na to, że się rumieni 

zakłopotany. - Czy nie bardziej obrzydliwe byłoby, gdybyśmy się z tatą kłócili i wyzywali? 

Gdybyśmy nigdy nie mówili sobie nic miłego? Nie przytulali się do siebie ani nie całowali?

Syn uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem.

- Pewnie dopiero za parę lat sam zapragniesz być z kimś tak blisko i doświadczyć tych 

niebiańskich rozkoszy. Mam nadzieję... - Raija uśmiechnęła się i dodała: - Jestem twoją matką, 

a ty zawsze pozostaniesz moim synkiem. Nie wątpię, że będę tak sądzić, nawet gdy dorośniesz, 

a wzrostem i siłą dorównasz ojcu.

Popatrzyła przeciągle na Misze. W jego twarzy dostrzegła swoje rysy, a także rysy 

Jewgienija. Mieszanka, która tak zawsze ją zdumiewała. W tym chłopcu zawierała się cząstka 

jej i cząstka Jewgienija.

Ale on sam był kimś odrębnym. Właściwie nie należał do nich. Był sobą.

- A jeśli kiedyś usłyszę przypadkiem ciebie razem z kimś, kogo kochasz... - uśmiechnęła 

się. - Wtedy może też uznam, że to obrzydliwe. Zapomnę, że jesteś mężczyzną, bo dla mnie 

pozostaniesz zawsze moim synkiem.

- Nie sądzę, mamo - odparł Misza z dorosłą powagą.

Chwilami   porażał   Raiję   swoją   dojrzałością.   Nie   potrzebował   wielu   wyjaśnień,   by 

zrozumieć. Potrafił myśleć samodzielnie i ufał sobie. W przebłyskach. Bo za chwilę znów 

zachowywał się jak szczeniak uganiający się za własnym ogonem.

- Wiesz, mamo, ty właściwie wiele rozumiesz. Chciałbym, żebyś częściej tak ze mną 

rozmawiała. No wiesz, tak jak z dorosłym...

Raija pocałowała go pośpiesznie i zbierając się do wyjścia, obiecała:

- Postaram się o tym pamiętać. Ale wiesz, że jeszcze trochę czasu musi upłynąć, nim 

naprawdę będziesz dorosłym mężczyzną. Rozumiemy się?

Michaił pokiwał głową całkowicie tego świadomy.

- Mamo...

Raija zatrzymała się. Misza rozłożył ramiona, które wydawały się jakby za długie i 

uśmiechnął się tak samo jak ona.

- Wiesz... - powiedział z ociąganiem. - Podziwiam cię za to, że troszczysz się o innych. 

Co   prawda   czasem   się   złoszczę,   bo   mi   się   zdaje,   że   bardziej   zajmujesz   się   obcymi   niż 

najbliższymi,   ale   przeważnie   jestem   z   ciebie   dumny.   Chcę,   żebyś   o   tym   wiedziała.   Nie 

background image

przeszkadza   mi   obecność   tej   kobiety.   Jest   co   prawda   jakaś   dziwna,   ale   wiem,   że   ciebie 

potrzebuje. Zamilkł. Ale to, co powiedział, bardzo Raiję uradowało. Czuła, że może być dumna 

ze swojego syna, który potrafi dostrzec coś więcej niż tylko czubek własnego nosa.

background image

6

Jewgienij przechadzał się po podwórku z rękami w kieszeniach.

- Nie mogę znieść jej spojrzenia - wyjaśnił Raiji, odwrócił się i skierował się ku rzece. 

Zawsze ciągnęło go do wody.

Nie zapytał nawet żony, o czym rozmawiała z Misza.

Raija weszła do chaty sama.

Przy kuchennym stole zobaczyła Karolinę Weimer opartą o blat. Jej ciałem wstrząsały 

drgawki.

Raija poczuła nagle, że znalazła się w jakimś obcym, nierzeczywistym świecie, mimo że 

stała we własnej kuchni.

Przytulne, wymalowane na niebiesko pomieszczenie uważała za serce domu i lubiła 

szczególnie.   Na   belkach   u   powały,   ociosanych   ostrzem   siekiery,   odznaczały   się   słoje 

przypominające żyły w ludzkim ciele.

Kuchnia, miejsce, gdzie gotuje się i spożywa strawę. Gdzie przetwarza się to wszystko, 

co potrzebne jest, by żyć.

W poryty blat stołu wsiąkła krew. Wypełniła liczne rysy pozostawione przez ostrze noża 

używanego do zwykłych, codziennych prac.

Raija chwyciła nóż i z nienawiścią rzuciła go na podłogę, jak najdalej od siebie.

Czym prędzej  położyła  Karolinę na  ławie,  złapała to,  co miała pod  ręką,  fartuch i 

chustkę, i owinęła krwawiące nadgarstki młodej kobiety. W przejrzystych oczach dostrzegła 

niemą pogardę, bezdenną rozpacz i pogrzebane nadzieje. Raiji zrobiło się słabo, gdy patrzyła na 

czerwone ślady po ostrzu noża, dowód desperackiego czynu. Przez chwilę zdawało jej się, że 

czas przestał płynąć, a ona unosi się w powietrzu wśród obłoków.

Płacząc ze złości i rozczarowania, zaciskała dłonie na nadgarstkach Karoliny.

Potrzebuję pomocy, przemknęło jej przez myśl, widząc, jak prowizoryczne opatrunki 

szybko nasiąkają krwią. Sama nie dam rady przeciwstawić się śmierci!

Rozejrzała się wokół przerażona.

Natalia spała. W piecu, do którego dawno nie podkładano drewna, ledwie żarzył się 

ogień.

Raija krzyknęła tak głośno, że zadrżały szyby w oknach.

Rozległo się trzaśniecie drzwi, ale kiedy odwróciła głowę, zobaczyła, że są zamknięte. 

Zmrużyła oczy. Uświadomiła sobie, że Jewgienij nie mógłby w tak krótkiej chwili dobiec tu 

znad rzeki, Misza też nie. Zresztą nie wiadomo, czy w ogóle usłyszeli jej wołanie.

background image

Poczuła lekki uścisk w ramię.

Była pewna, że się nie myli. Wiedziała, że nie jest sama, i napełniło ją to spokojem.

Bez lęku odwróciła głowę.

Ujrzała mężczyznę o czarnych, potarganych przez wiatr włosach. W szerokiej, miłej 

twarzy błysnęły wąskie oczy z miodowobrązowymi plamkami wokół czarnych źrenic. Zwróciła 

uwagę na proste brwi i usta wyrażające zdecydowanie.

Poczuła na swych ramionach jego silne dłonie.

Nie byli sobie obcy. Znała dobrze ten dotyk.

Przybysz wskazał ruchem głowy Karolinę. Nic nie powiedział, ale Raija zrozumiała, że 

chce jej pomóc. Spłynął na nią spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Kiedy Jewgienij z Michaiłem wpadli do kuchni, zobaczyli leżącą na ławie Karolinę i 

Raiję, która klęczała obok i ściskając dłońmi nadgarstki młodej Norweżki, trzymała jej ręce 

uniesione nad klatką piersiową.

Karolina była nieprzytomna.

Raija odbywała swą niezwykłą podróż.

W drzwiach do alkierza stała Natalia. Patrzyła szeroko otwartymi oczami, ale nie była 

przestraszona. Kiedy Michaił wziął ją na ręce, złapała go za szyję i przytuliła się policzkiem do 

jego twarzy.

- Miły pan - powiedziała zaspana.

- Gdzie? - spytał Michaił.

- Z mamą - odparła. Michaił poczuł dreszcze. Bał się spojrzeć w stronę Raiji. Cieszył 

się, że musi zanieść Natalię z powrotem do łóżka.

- Jedź po Antonię! - usłyszał polecenie ojca. - I sprowadź doktora! Ja nie mogę ich tak 

zostawić. Nie odejdę od mamy. Ktoś musi przy niej być...

- Może już jest - rzucił Michaił. Ojciec spojrzał na niego ostro, ale nic nie odpowiedział.

- Pośpiesz się! - zakomenderował po chwili, unikając wzroku syna.

Michaił pognał do Archangielska, jakby sam diabeł deptał mu po piętach.

- Nie wiem, co ją uratowało - orzekł lekarz, zwracając się z powagą do Jewgienija.

Zbadał Karolinę Weimer, która wprawdzie nie odzyskała jeszcze przytomności, ale nic 

już nie zagrażało jej życiu.

- Pańskiej żonie jednak nie potrafię pomóc - powiedział otwarcie, gdy wyszli do kuchni. 

- Nie wiem, co się z nią dzieje.

- Przejdzie jej - odparł krótko Jewgienij, patrząc gdzieś w bok.

Lekarz nie dociekał szczegółów. Wiedział, że o żonie armatora Bykowa krążą różne 

background image

opowieści,   portowa   biedota   śpiewa   nawet   o   niej   piosenki,   ale   nigdy   nie   wsłuchiwał   się 

dokładnie w ich słowa.

Teraz zrozumiał jednak, że tę kobietę nie bez powodu otacza legenda.

Był rozsądnym człowiekiem. Może gdyby dociekał prawdy, otrzymałby odpowiedź, 

wolał jednak nie pytać, żeby nie burzyć swojego spokoju. Nie chciał narażać się na konieczność 

formułowania sądów.

To, co zobaczył, wolał nazwać cudem i łaską opatrzności, uznając, że niebezpiecznie 

byłoby myśleć inaczej.

Zostawił rannej kobiecie lekarstwa na wzmocnienie. Nie był pewien, czy w ogóle są 

potrzebne, ale nie powiedział tego na głos.

Do Archangielska odwiózł go syn armatora. Nie zamienili jednak w drodze powrotnej 

wielu słów.

- Misza twierdzi, że Natalia opowiada o jakimś panu!

Antonia ze skrzyżowanymi na piersi rękoma oparła się o futrynę i nie spuszczając z 

wzroku z Jewgienija, czekała na odpowiedź.

- To prawda - potwierdził. - Stałem nad rzeką, gdy usłyszałem wołanie Raiji. Biegiem 

rzuciłem się jej na pomoc. Misza był w stajni. Zdążył więc dobiec do chaty przede mną, ale to 

ja wpadłem pierwszy do środka. Karolina leżała na ławie, a Raija klęczała obok na podłodze.

Na chwilę zamilkł i pokręcił głową.

- Natalia stała boso w tym samym miejscu, gdzie ty teraz. Oczy miała szeroko otwarte i 

uśmiechała się. Nie była ani trochę przestraszona. Kiedy sobie o tym przypomnę, przechodzą 

mnie ciarki.

- Nie zdawała sobie sprawy z tego, co się stało - wtrąciła Antonia.

Jewgienij potrząsnął głową i wykrzywił kąciki ust.

- Chciałbym w to wierzyć - odparł zamyślony. - Strasznie się boję, Tonią Możesz sobie 

powątpiewać, ale ja wiem swoje. Mała sprawiała wrażenie, jakby doskonale wiedziała, co się 

dzieje. Nie mów mi, że Natalia nie ma jeszcze dwóch lat. Widziałem ją. Miała taką minę, jakby 

była   święcie   przekonana,   że   wszystko   się   dobrze   skończy.   Jakby   tak   ufała   temu...   Misza 

opowiada, że Natalia rozmawia z jakimś wymyślonym panem z morza.

- Olga w jej wieku też miała przyjaciół, których tylko ona widziała. To normalne u 

dzieci - odparła Antonia ze spokojem.

Jewgienij pokręcił głową zniecierpliwiony.

- Wiem o tym! - przerwał jej. - Ale Misza mówi, że ona z nim rozmawia. Twierdzi, że 

ten pan jest w morza.

background image

Popatrzył przeciągle na Antonię i wyznał:

- Raija bardzo kochała pewnego mężczyznę. To była jej pierwsza miłość. Pierwsza i z 

tego, co wiem, największa. Łączyła ich osobliwa, trudna do wytłumaczenia więź, której nikt, 

kto ich znał, nie podawał w wątpliwość. On pomógł nam uratować Raiję przed stosem. Dzięki 

zbiegowi okoliczności, na pozór niemożliwych, Raiji udało się uciec. Przez jakiś czas żyli 

razem, ale potem, gdy wrócili na wybrzeże, on został zastrzelony. Kula przeznaczona była dla 

niej, ale on zasłonił ją własnym ciałem.

- To na jego cześć wybrałeś imię dla syna - domyśliła się Antonia, starając odsunąć od 

siebie wzruszenie.

Wolałaby o tym nie wiedzieć. Opowiadając jej prawdę, Jewgienij czynił ją współwinną i 

zmuszał do milczenia.

Oczywiście, że nie powtórzy tego nikomu, ale wiele ją kosztowało ukrywanie prawdy 

przed Raiją. Poza tym nie była pewna, czy przez takie postępowanie nie zadają Raiji cierpienia.

- Po co go wspominasz? Przecież on nie żyje, prawda?

- A sądzisz, że tu, w tej izbie, stał dzisiaj żywy człowiek? Myślisz, że Natalia widzi w 

wodzie człowieka z krwi i kości?

- Ja myślę, że Natalia widzi kogoś, kogo sobie sama wymyśliła - odparła Antonia. - Nie 

wierzę w duchy, Jewgieniju. Przywykłam do tego, że Raija - Raisa podróżuje. Nie rozumiem 

tego,   ale  akceptuję.   Nigdy   nie   uwierzę  jednak,   że   umarli   wracają   do   naszego   świata.   Nie 

potrafię, Jewgieniju.

- Mikkal nie ma grobu - powiedział Jewgienij cicho. - Przyjaciele chcieli go pochować 

w jego rodzinnych stronach, w głębi lądu na bezkresnej równinie. Ale łódź, którą płynęli, 

rozbiła się i poszła na dno razem z ciałem Mikkala. Morze stało się jego grobem, Toniu. 

Rozumiesz więc chyba, dlaczego właśnie o nim myślę. Dlaczego strach ściska mi serce.

- Przesadzasz - odrzekła Antonia pewnym głosem, nie dając po sobie poznać, że trochę 

ją zaraził swym niepokojem.

Tym razem Olga wypatrzyła Michaiła. Czekała na niego i przybiegła, gdy tylko się 

pojawił. Nie musiał więc czuć się zakłopotany.

- Mogę jechać do was? Tata mi pozwolił - zawołała i wskoczyła na wóz, nim zdążył 

cokolwiek odpowiedzieć.

Było mu wszystko jedno.

- Będzie żyła - powiedział z dorosłą powagą, bo czuł się tak, jakby od dzisiejszego 

ranka przybyło mu lat.

Poradził  sobie z odpowiedzialnym zadaniem, mimo że serce przepełniał mu strach. 

background image

Sprowadził i odwiózł doktora.

- Jak to się mogło stać? - dziwiła się Olga. Michaił spojrzał w jej błyszczące, żądne 

sensacji oczy i poczuł się nieswojo. Po raz kolejny uświadomił sobie, że tragedie budzą w 

ludziach oprócz smutku także ciekawość.

Dostrzegł to najpierw u siebie, a teraz to samo zauważył u Olgi. Z jednej strony okropne 

było się przekonać, że przyjaciółka nie różni się od innych, z drugiej zaś pocieszyło go, że on 

sam nie jest najgorszy. Ale nie wstydził się przez to ani trochę mniej.

- Ktoś przecież mógł ją powstrzymać! - upierała się przy swoim Olga, przekonana o 

swojej racji.

- Mnie nie było w pobliżu - przerwał jej. - Wybrałem się na konną przejażdżkę.

- A Raija - Raisa? A Jewgienij? Michaił oblał się rumieńcem i popędził biednego konia. 

Znów przypomniały mu się te odgłosy. Prześladowały go natrętne obrazy. Najchętniej zamknął-

by oczy, ale nie mógł, przecież powoził.

Po rozmowie z mamą zmienił trochę swój stosunek do tego, co rodzice robili tam we 

dwoje. Mama potrafiła szczerze wyjaśnić nawet najtrudniejsze sprawy. Ale potem, kiedy weszli 

do chaty, znów wszystko wydało mu się obrzydliwe i wstrętne.

- Oni w tym czasie kochali się w stajni - rzekł bezlitośnie, patrząc przed siebie.

Za nic w świecie nie mógłby w tej chwili spojrzeć na Olgę.

- Nakryłeś ich? - zachichotała. Michaił zerknął na nią spode łba.

- Nakryłeś ich? - powtórzyła. Okropna dziewczyna! Trudno z nią wytrzymać!

Chyba nie sądzi, że będzie jej odpowiadać na takie pytania?

- Widziałeś ich? - drążyła.

- Słyszałem - wyznał.

Olga   zaśmiała   się   i   odrzuciła   głowę   do   tyłu.   Podpatrzyła   ten   gest   u   jego   matki. 

Zdenerwowało go to i omal nie rzucił się na nią, byleby przestała ruszać głową, pozwalając 

włosom falować na wietrze. Tylko jego mama ma do tego prawo. Teraz jednak o niej też nie 

chce myśleć.

- Boję się o Natalię - wyrwało mu się.

Właściwie chciał to zachować w tajemnicy, w każdym razie przed Olgą, bo mamie 

może by powiedział. Zły był na samego siebie, że się wygadał.

- A to dlaczego? - zainteresowała się Olga, nadal chichocząc. - Chyba przesadzasz, 

Misza. Cóż może grozić małej Natalii?

- Nie chodzi o to, że coś jej zagraża. Raczej o to, co się z nią dzieje! Wydaje mi się, że 

w   naszej   rodzinie   nie   tylko   mama   ma   wyjątkowe   zdolności.   Natalia   też   nie   jest   zupełnie 

background image

zwyczajna. Ona widzi mężczyznę w morzu. Rozmawia z nim. Siedziałem przy niej na kei. 

Nikogo tam nie było, a ona paplała w najlepsze.

- Dzieci mają bujną wyobraźnię - prychnęła Olga i zamilkła nagle, pochłonięta myślą, 

na którą naprowadził ją Michaił.

- Ona widziała tego mężczyznę dziś w domu, jak stał koło mamy - ciągnął Misza.

- Może ją źle zrozumiałeś? Michaił pokręcił głową.

- Wiem, co mówiła. Rozumiem moją młodszą siostrę lepiej niż inni. Zresztą ona mówi 

wyjątkowo wyraźnie. Chyba nie zaprzeczysz, że mama ma ponadnaturalne zdolności. Myślę, że 

Natalia odziedziczyła je po niej. Boję się, bo uważam, że to nic dobrego dla takiego małego 

dziecka.

Olga przyjęła milczeniem jego słowa, ale po chwili odezwała się niepewnie:

- Kiedy Jewgienij przybiegł po Raiję - Raisę, żeby sprowadzić ją do rodzącej Karoliny, 

Natalia powiedziała „dziecko w morzu”. Paplała o tym panu, którego widziała w wodzie, i 

nagle, zupełnie bez związku, powiedziała: „dziecko w morzu”. A przecież wtedy jeszcze nikt 

nie wiedział, że ojciec każe wyrzucić ciało zmarłego synka za burtę.

Olga   plątała   się   w   słowach,   a   w   jej   głosie   pobrzmiewał   lęk.   Przysunęła   się   bliżej 

Michaiła, a on napotkał jej spojrzenie i zauważył czający się w jej oczach strach. Bała się chyba 

tak samo jak on, mimo że była o rok starsza. Domyślił się, że nie odważyłaby się mu o tym 

powiedzieć, gdyby on pierwszy nie wyraził swojego niepokoju.

Kiedy ujrzeli wyłaniające się w oddali zabudowania, Michaił przestał popędzać konia. Z 

niechęcią myślał o powrocie do domu.

- Skąd Natalia mogła wiedzieć? - zapytała Olga.

- Nie mam pojęcia - odrzekł. - I to mnie napawa lękiem.

- Czy twoi rodzice czegoś się domyślają? Pokręcił głową.

- Mówiłem tacie o rozmowach Natalii z niewidzialnym panem. Zresztą on też ją słyszał. 

Nie wspomniałem mu jednak o swoich podejrzeniach. Przecież ma swój rozum.

- Myślisz, że oni uznaliby nas za niemądrych, gdybyśmy im zwrócili na to uwagę?

- Może, ale przywykliśmy już do tego - dodał dorośle.

- Chyba nie możemy im tego powiedzieć - stwierdziła.

Przyznał jej rację i dodał:

- Będę miał na oku Natalię. Muszę jej pilnować. Przecież to moja siostra.

Kiedy weszli  do stajni,  żeby zaprowadzić konia,  Olga  zachichotała,  rozglądając  się 

dookoła. Zachowywała się tak, jakby szukała jakichś śladów.

Michaił, zrezygnowany, wskazał jej ruchem głowy na stryszek.

background image

Wspięła się po drabinie i wetknąwszy głowę do pomieszczenia na górce, zaśmiała się.

-   Nic   tu   nie   widać   -   zawołała   rozbawiona.   Michaiła   denerwowało   jej   zachowanie. 

Krzątał   się   przy   koniu   dłużej,   niż   to   było   konieczne,   a   potem   zajrzał   jeszcze   do   innych. 

Każdego poklepał  i zagadnął. Olga tymczasem zniknęła w czeluściach stryszku. Po chwili 

wyjrzała i zaczęła go drażnić.

- Przyznaj się, nie masz odwagi tu wejść!

- Nie, po prostu nie chcę! - odpowiedział, co Olga przyjęła gromkim śmiechem.

Zdenerwowała go. Nie chciał tam wchodzić i już! Za nic w świecie nie da się namówić!

Wyszedł ze stajni i usiadł na progu, czekając na Olgę. Nie zamierzał wspominać więcej 

o tym, o czym rozmawiali po drodze z miasta.

- Chcesz iść do domu? - zapytała.

- Nie chcę, ale muszę - przyznał szczerze. Podała mu rękę, żeby pomóc mu wstać. Zaraz 

jednak cofnęła dłoń jak oparzona.

Misza zachowywał się jakby nigdy nic. W każdym razie nie zarumienił się. Zerknął 

ukradkiem na Olgę, ale i na jej twarzy nie dostrzegł rumieńców.

Dziwne! Z pozoru wyglądała tak jak zwykle, a mimo to między nimi wszystko się 

zmieniło. Michaił nie mógł tego pojąć.

Nagle znów jego głowa napełniła się myślami, które wprawiały go w zakłopotanie.

Jej   oczom   ukazał   się   cudowny   krajobraz.   Otwarta,   soczysto   zielona   przestrzeń 

pofałdowana wzgórkami ciągnęła się aż po horyzont. Błękit nieba raził w oczy. Pomyślała, że 

nie należy zbyt długo zadzierać głowy i wpatrywać się w bezmiar niebiańskiego oceanu, by się 

w nim nie utopić, choć taka perspektywa wydawała się bardzo kusząca.

To miejsce było absolutnie doskonałe.

Niemal   czuło   się   łagodne   tchnienie   cudownej   krainy,   a   delikatne   muskanie   wiatru 

przypominało najczulszą pieszczotę.

Słońce, złote niczym dojrzałe moroszki, zsyłało ciepło i lśniące promienie na tę arkadię: 

na rośliny, zwierzęta i ludzi. Tylko nieliczne lekkie obłoczki sunące po niebie rzucały raz po raz 

cień.

Błogosławiona   kraina,   zaludniona   przez   umiłowanych   przez   Stwórcę   mieszkańców, 

którzy otrzymali w darze ten raj. Bezkresne, zielone pastwiska opromienione miłością.

Jej oczy wypatrzyły przejrzystą, błękitną wodę, zwierciadło owej krainy szczęśliwości, 

które pożyczało od nieba swą barwę. Ukochane przez słońce, rozrzucające w nim złote iskry.

Nieoczekiwanie też doleciały ją głosy, które wcale nie wydały się jej obce. Usłyszała 

śpiew ptaków. Niektóre zawodziły żałośnie, inne zanosiły się radosnym trelem. Jedne nuciły 

background image

sobie   od   niechcenia,   a   inne   z   maleńkich   gardeł   dobywały   kunsztownych   dźwięków, 

wyśpiewując   pod   niebiosa   pieśń   życia.   Ze   zdumieniem   uświadomiła   sobie,   że   zna   nazwy 

skrzydlatych stworzeń, które zanoszą się wesołym świergotem, jakby ją witały. Każdego ptaka 

potrafiła rozpoznać po śpiewie.

W   oddali,   tam   gdzie   wzgórze   zlewało   się   z   niebem,   mignęło   jej   stado   reniferów. 

Zmrużyła oczy i rozpoznała zwierzęta iskrzące z daleka bielą niczym śnieg w pogodny, mroźny 

dzień. Na jasnym tle odbijały się gęste, ciemne poroża podobne do nagich gałęzi.

Stała cicho, przymknęła oczy i nasłuchiwała, całą sobą chłonąc wrażenia.

Wciągnęła w nozdrza woń tej krainy i rozpoznała znajomy zapach wrzosów, zarośli, 

charakterystyczny zapach bagien i pastwisk. Rozpoznała głosy ptaków, szelest skradającego się 

lisa, tupot kopyt reniferów i ich pomruki dobywające się gdzieś głęboko z gardeł. Doleciały ją 

też odgłosy rozmowy. I chociaż słowa brzmiały jakoś inaczej, rozumiała je.

Otworzyła   oczy   i   ujrzała   znajomy   widok.   Z   rozstawionych   w   krąg   spiczastych 

namiotów unosiły się ku niebu smużki dymu. Widziała już takie miejsca, ale to wydało się jej 

jeszcze piękniejsze i doskonalsze. To był raj.

Czy wolno stąpać po tym zielonym kobiercu? Czy mam do tego prawo? Ostrożnie 

zrobiła parę kroków. Tak jak przypuszczała, poczuła pod stopami miękki mech, a nie jakiś 

ugór. Z soczystej zieleni wystawały liliowe wrzosy.

Zakręciło jej się w głowie. Zapragnęła zawirować w tańcu, pobiec boso przed siebie.

- Zdejmij buty - usłyszała znajomy głos. Równie znajomy jak otaczający ją krajobraz, 

który musiała kochać ponad wszystko na długo wcześniej, nim ujrzała tę krainę.

Obok niej stał mężczyzna. Jego czarne włosy potargał wiatr. Miał na sobie spodnie ze 

skóry i skórzaną kurtkę założoną na nagi tors. Przez ramię przewiesił arkan.

Raija mimowolnie zakryła twarz. Opuszkami palców wyczuła siateczkę zmarszczek. 

Wygładziła włosy. Chciała się odwrócić, żeby mężczyzna nie oglądał jej w takim stanie.

Był taki młody.

- Jesteś piękna - powiedział i uśmiechnął się. Kanciasta twarz nabrała ciepła. W wąskich 

oczach  odbijało się  słońce,  a proste brwi zdawały się tak czarne,  jakby były pomalowane 

węglem.

Był taki młody i taki urodziwy. Wolny.

Zrozumiała, że go kocha, a właściwie że kochała, zanim go tu zobaczyła. Zawsze go 

kochała.

- Ciągle jesteś piękna, Mały Kruku - stwierdził z czułością, ale nie dotykał jej. Ona zaś 

nie zdobyła się na to, by wyciągnąć dłoń i pogładzić palcami umiłowaną twarz. - Dla mnie 

background image

zawsze byłaś piękna i taka już pozostaniesz.

Raija zdjęła buty, ale nie chciała ich trzymać w ręce. Miała ochotę pobiec przed siebie. 

Stała jednak, nie chcąc go zostawić.

- Pragnąłem ci tylko pokazać to miejsce - rzekł, unosząc rękę, jakby oprowadzał ją po 

swoim   królestwie.   -   Tak   wygląda   wieczność,   pełnia   doskonałości.   Chciałem,   żebyś   to 

zobaczyła. Będę tu na ciebie czekał. Niczego się nie lękaj. Nie ma tu cierpienia. Tylko to, co 

widzisz. Pamiętaj, że tu na ciebie będę czekał.

Popatrzył na nią przeciągle. Patrzył i patrzył, a potem pobiegł...

- Zanim się obudziłaś, zrzuciłaś z nóg buty - powiedział Jewgienij, uśmiechając się do 

Raiji.

Przemawiał wesoło, jakby się z nią droczył. Raija pamiętała. Pamiętała, skąd przybywa. 

Przypomniawszy sobie mężczyznę stamtąd, poczuła dreszcze.

- Co z Karoliną? - spytała chrapliwie.

- Żyje - odparł Jewgienij. - Udzielono jej pomocy. Raija kiwnęła głową, ale nie mogła o 

tym mówić. Tym razem jednak pamiętała, skąd wraca. Przypomniała sobie też, że ta kraina 

opromieniona słońcem nazywa się Saivo.

background image

7

Postanowili podjąć rozmowę. Opowiedzieli Raiji wszystko szczerze, tak by mogła sama 

zobaczyć to ich oczami.

Michaił   stał   obok   Jewgienija   zakłopotany,   wyjawiając   to,   co   wcześniej   powiedział 

Antonii, ojcu, Oldze. Jewgienij zaś powiedział o tej chwili, kiedy zaspana Natalia, stojąc w 

drzwiach, mówiła o miłym panu.

Olga   nie  odzywała  się,   ale   Raija   zauważyła,   że   posyłają   sobie   z  Misza   ukradkiem 

porozumiewawcze spojrzenia.

Nie rozumiała, o co im chodzi, co wspólnie ukrywają. Tej nocy połączyła ich jakaś 

tajemnica. Coś się musiało wydarzyć między nimi po jej rozmowie z Misza w stajni.

- Nic nie czułaś? - pytał Jewgienij Raiję, dotykając jej kolan i wpatrując się w nią 

intensywnie.

Odniosła wrażenie, że jej silny mąż się boi, i poruszyło to w niej czułe struny. Był taki 

opiekuńczy, chciał jej dobra. Ale nigdy by nie zrozumiał. Nie zdawał sobie sprawy, jaką mocą 

została obdarzona.

Antonia podeszła o krok bliżej. Antonia była niebezpieczna, zbyt dobrze znała Raiję, 

może nawet lepiej niż ona samą siebie.

-   Nic   nie   widziałaś?   -   zapytała   przyjaciółka.   Tak,   Antonia   była   najgroźniejsza,   bo 

potrafiła poznać, kiedy Raija udaje. Jewgienij nigdy się nie domyślał, kiedy kłamała.

Raija   w   milczeniu   patrzyła   na   Antonię,   a   potem   długo   nie   spuszczała   wzroku   z 

Jewgienija.   Spojrzała   też   na   swojego   syna   i   na   córkę   Antonii.   Oni   wszyscy   byli   jej 

najbliższymi, tworzyli wspólnie rodzinę.

Ale istniały jeszcze inne więzy.

Znów przypomniała jej się twarz młodego mężczyzny. Teraz, w otoczeniu najbliższych, 

uświadomiła sobie, jak egzotycznie wyglądał. Zrozumiała, że należał do obcego ludu. Nie 

pochodził z tych stron.

On pochodził zza skały blokującej jej pamięć. Już wcześniej jego twarz mignęła jej parę 

razy we śnie. Majacząc jakby we mgle, niknęła wciąż w mroku, tak że nigdy nie udało się Raiji 

przyjrzeć dokładnie jego rysom.

Dopiero teraz.

Kiedy wszystko w niej wołało o pomoc, pojawił się on. Dotknął jej ramion. Wydawał 

się taki rzeczywisty, choć rozsądek podpowiadał jej coś zupełnie przeciwnego.

Teraz już wie.

background image

On istniał za tą skałą. Pogrążony w mroku. Był częścią jej życia. Miała pewność, że się 

nie myli. Wprawdzie we śnie nie mówił, że ją kocha, a jednak tak właśnie było. W niczyich 

oczach nie widziała tyle miłości.

Odniosła wrażenie, że pod wpływem jego spojrzenia kruszeje skała odgradzająca ją od 

przeszłości.

Nie   wiedziała   jednak,   czy   jest   dość   silna,   by   wyjść   na   spotkanie   minionego.   By 

dowiedzieć się prawdy.

I żyć potem dalej jakby nic się nie stało.

Kochała go, to pewne. Jak mogłaby go nie kochać?

- Nic nie pamiętam - odpowiedziała wreszcie, wytrzymując spojrzenia zebranych wokół 

niej osób.

Nie uchyliła się nawet przed wzrokiem Toni, która długo nie spuszczała z niej oka.

- Nikogo nie widziałam - powtórzyła bez zmrużenia oka, odwracając się do Jewgienija.

W   ciszy   dało   się   wyczuć   ulgę.   Tylko   Antonia   uniosła   lekko   brew,   najwyraźniej 

powątpiewając w słowa Raiji, ale nie drążyła tego tematu.

Raija tymczasem ciągle tkwiła w mroku nocy, która miała się ku końcowi. Rozmyślała 

o pieszczotliwym przydomku, którym zwrócił się do niej mężczyzna. Nikomu z tu obecnych nie 

wpadłoby do głowy, żeby nazwać ją Małym Krukiem.

Ten mężczyzna musiał ją znać od dawna, kto wie, czy nie od czasu, gdy była dzieckiem.

Gdyby wyłonił się z mroków jej pamięci, może by się dało rozwikłać tę zagadkę, a skała 

oddzielająca ją od przeszłości rozprysnęłaby się w drobny mak. Nie wiedziała jednak, czy 

zniosłaby   ciężar   prawdy.   Czy   potrafiłaby   żyć,   poznawszy   tajemnice   z   przeszłości,   która 

najwyraźniej kryła w sobie więcej niespodzianek, niż Raija przypuszczała. Może lepiej nie 

pamiętać tego, co się kiedyś zdarzyło?

Może lepiej nie wracać do korzeni?

Kto wie, czy to nowe życie nie jest dla niej łaską, wybawieniem?

Nie umiała sobie na to odpowiedzieć.

Teraz chciała tylko spać. Spać i śnić, wierząc, że w którymś ze snów odnajdzie znowu 

jego.

Lekarz przyjechał sprawdzić, jak czuje się Karolina. Starał się zachować obojętność, ale 

z trudem krył zdumienie. Młoda kobieta bowiem została wyleczona w niezrozumiały sposób.

Nie   zapytał   Raiji,   jak   tego   dokonała,   choć   był   pewien,   że   musiała   użyć   jakichś 

nadzwyczajnych zdolności.

- Pomogło to lekarstwo, które pan zostawił, doktorze - powiedziała Raija.

background image

Ona także nauczyła się udawać. Nie lubiła tego, ale przekonała się, że czasami więcej 

można osiągnąć, jeśli człowiek postępuje według ustalonych reguł. Miała tylko nadzieję, że 

doktor nie zajrzy do słoiczka na półce przy drzwiach. Od razu poznałby, że lekarstwo stoi 

nietknięte.

Lekarz nic nie odrzekł, ale zbierając się do wyjścia, zapytał:

- Dlaczego nie robi pani tego częściej? Raija zwlekała z odpowiedzią. Nie miała ochoty 

o tym rozmawiać, ale nie wypadało lekceważyć medyka.

-  Nie   ja  o  tym  decyduję  -  odezwała   się  po  chwili  milczenia.   -  Po  prostu  czasami 

otrzymuję dar, który muszę wykorzystać. Ale nie chciałabym, żeby coś takiego przytrafiało mi 

się pięć razy dziennie.

Popatrzyła na lekarza z powagą i dodała:

- Za każdym razem czuję się tak, jakbym oddawała cząstkę siebie. Gdybym to robiła 

częściej, pewnie szybko dokonałabym żywota.

Popatrzył na nią przeciągle. Widział, że ma do czynienia z kobietą wyjątkową.

-   Może   kiedyś   kobiety   takie   jak   wy,   Bykowa,   uczynią   świat   lepszym   -   rzekł   z 

przekonaniem.

- Kiedyś może tak, ale ja żyję teraz - odparła ze smutkiem.

Pokiwał głową i wyszedł. W drodze powrotnej do miasta zastanawiał się, jaki byłby 

świat, gdyby zaroiło się od kobiet jej pokroju.

Ale choć myślał intensywnie, nie potrafił sobie tego wyobrazić.

- Co mówił o mnie? Pewnie mnie potępia?

Raija aż się wzdrygnęła, usłyszawszy nieoczekiwanie głos Karoliny Weimer. Przywykła 

już bowiem do jej milczenia.

Usiadła na brzegu łóżka i pogłaskała młodą kobietę po włosach. Poprawiła niesforny 

kosmyk   równie   naturalnie,   jakby   poprawiała   włosy   Natalii   czy   Michaiłowi.   Pokochała   to 

dziewczę.

- Może potępia, nie wiem. Nie wspomniał nic o tym.

- A ty?

- Jak bym mogła? - Raija pokręciła głową. - Bardzo mnie zasmuciło, że próbowałaś 

sobie odebrać życie, ale cię nie potępiam. Raczej staram się zrozumieć.

- Powinniście mi byli pozwolić umrzeć - rzekła Karolina ze smutkiem.

Nie roztkliwiała się nad sobą ani nie próbowała żebrać o współczucie. Mówiła szczerze.

Raija zwróciła uwagę na jedno: Karolina mówiła w liczbie mnogiej.

- Kim był ten mężczyzna? - zapytała Norweżka.

background image

- Który? Raija usłyszała strach w swoim głosie.

-   Nie   widziałam   go   tu   wcześniej   -   ciągnęła   Karolina.   -   Trzymał   dłonie   na   twoich 

ramionach. Miał czarne włosy i takie dziwne oczy. Ubrany też był jakoś inaczej. Podobnie 

ubierają się Lapończycy górscy w naszych stronach. Latem, kiedy pędzą renifery, mają na sobie 

takie stroje. Byliśmy kiedyś oglądać ich obozowiska w dolinie Troms, niedaleko Tromso. Ale 

tu w Rosji chyba nie spotyka się Lapończyków?

Karolina nawet nie miała pojęcia, jak ważne było to, co powiedziała. Raija poczuła się 

tak, jakby otrzymała w prezencie nowe, brakujące elementy obrazu przeszłości, i przeszły ją 

dreszcze.

Ukryła starannie w sercu zasłyszane słowa. Kiedyś powstanie z nich historia jej życia, 

począwszy od nieznanych, przesłoniętych czarną skałą korzeni.

Raija trzymała chłodne dłonie Karoliny i leciutko gładząc bandaże, odpowiedziała:

- Nie wiem. On nie był rzeczywisty. Nie zaprzeczam, że coś czułam, kogoś  może 

widziałam, ale nie wiem, kto to był.

Karolina rozszerzyła oczy, na chwilę zapominając o sobie.

- Jak to nierzeczywisty! - zdumiała się. - Przecież go widziałam! Stał za tobą i trzymał 

cię za ramiona. Patrzył na ciebie, na mnie. On ci pomógł!

Raija pokiwała głową ze słowami:

- Tak, a jednak nie był to człowiek z krwi i kości. Przydarzają mi się czasem takie 

dziwne rzeczy. Tylko dlatego udało mi się dwukrotnie uratować ci życie. Tym razem jednak 

potrzebowałam pomocy. I pomoc nadeszła.

Karolina przełknęła ciężko ślinę. Po tak długim okresie milczenia dziwnie się czuła, 

rozmawiając.

- Był bardzo urodziwy - powiedziała po chwili i uśmiechnęła się lekko. - Może to jakiś 

anioł? Chociaż anioły chyba nie noszą ubrań ze skóry. Poza tym nie miał skrzydeł. Ale był taki 

piękny! Emanowała z niego siła i wolność.

Raija uśmiechnęła się. Wszystko się zgadzało. Ukazała się im ta sama postać. Przeraziło 

ją tylko, że i Natalia widziała zjawę.

- Pomyśl sobie, że to był sen - powiedziała. - Lepiej nie roztrząsajmy dłużej, kto nas 

odwiedził. I tak się tego nigdy nie dowiemy. Po prostu uznajmy, że przyśnił ci się mężczyzna, 

który tak jak i ja, Karolino, nie chciał, żebyś umarła. Twoje życie to cenny dar, to świętość.

- A życie mojego dziecka nie było dość cenne?

- Mnie się zdaje, że twój synek był maleńkim aniołkiem - odrzekła Raija, uśmiechając 

się łagodnie.

background image

- Jesteś pewna, że on naprawdę nie żyje? Może Lorentz tylko mi go odebrał? Widziałaś, 

że dziecko było martwe?

- Twoje dziecko nie żyje - powtórzyła z naciskiem Raija.

Karolina długo jej się przyglądała, zwilżając językiem spierzchnięte wargi.

- Słyszałam rozmowy - rzekła w końcu. - Nie spałam bez przerwy i nie przez cały czas 

płakałam. Z dzieckiem coś było nie tak, prawda? Nie było zdrowe, dlatego mi go nie pokazano? 

Ktoś mówił, że dobrze, iż umarło. Rozumiem teraz, dlaczego Lorentz chętnie się mnie pozbył. 

Nie chce mieć kalekich synów. Z tego też powodu moje dziecko nie ma prawdziwego grobu.

- Skoro wiesz, czemu pytasz? - odparła Raija. - Sama prosiłam twojego męża, żeby 

oszczędził ci prawdy. Bałam się, że się załamiesz.

- Wolałabym dowiedzieć się prawdy od niego, niż słyszeć za plecami tłumione szepty.

Urwała i leżała cicho. Zamknąwszy oczy, odgrodziła się od Raiji. Znów pogrążyła się 

we własnym świecie, do którego nie dopuszczała nikogo.

Raija siedziała przy Karolinie, póki ta nie zasnęła.

Misza bawił się z Natalią na podwórzu. Bez proszenia został w domu. Właściwie sam 

się zadeklarował. Raija podejrzewała co prawda, że to za sprawą Jewgienija, ale przyjemnie jej 

było, że tak się o nią troszczą.

Dzieci nie zauważyły, gdy siadła na schodach z robótką w ręku. Musiała czymś zająć 

ręce, żeby nie zwariować.

Wciąż na nowo powracały do niej te same wspomnienia. Raija nie mogła tego znieść. 

Uporczywe myśli doprowadzały ją do obłędu.

Nawet nie musiała zamykać oczu, aby zobaczyć tego mężczyznę ze snu. Graniczyło to z 

szaleństwem. Jak to możliwe, by zawładnęła nią jakaś nierealna postać? Nie powinna na to 

pozwolić!

- Jaki jest ten miły pan? - usłyszała cichy głos Miszy, zwracającego się z powagą do 

Natalii.

Raija   poczuła  ukłucie   w  sercu.   Chciała   się   poderwać   i   powstrzymać  syna.   Chciała 

krzyknąć, że nie ma prawa wypytywać Natalii. Nie uczyniła jednak nic. Trzymała w dłoniach 

kawałek materiału w błękitno - brązową kratkę, z którego szyła spódniczkę z fartuszkiem dla 

córeczki, i nie ruszyła się nawet z miejsca.

- Jest taki jak tata?

- Tata? - powtórzyła Natalia jasnym głosikiem, a jej twarzyczka rozpromieniła się.

Uśmiechnęła się serdecznie od ucha do ucha.

- Czy ten pan jest taki duży jak tata? Dziecko pokręciło głową i trzymając palec w buzi, 

background image

uśmiechało się bez przerwy.

- A może jest mały? - drążył Michaił.

- Nieee! Duuuży! - odparła Natalia i wysoko podniosła rączki, jakby chciała pokazać.

Raija uśmiechnęła się rozbawiona. Niepokój trochę ustąpił. Dla Natalii wszystko było 

duże, wszystko, co było większe od niej samej.

- W morzu - paplała mała. - Miły pan w morzu.

- Był tu u nas w domu? - spytał Michaił i przytrzymał Natalię za ręce, gdy chciała się 

wyrwać.

Mała wierciła się i złościła. Nie podobała jej się ta zabawa. Nie chciała się dłużej tak 

bawić. Miała ochotę pobiegać. Krzyknęła więc wniebogłosy.

Michaił westchnął zrezygnowany i wypuścił ją z rąk. Natalia pokicała dookoła jak mały 

zajączek, a jej śmiech unosił się niczym niesiony na skrzydłach motyla.

Misza uśmiechnął się.

Raija zauważyła, że jest zawiedziony, ale i on nie potrafił się gniewać na Natalię. Było 

to po prostu niemożliwe.

Natalia   zakręciła   się   w   tańcu,   a   potem   przybiegła   do   Raiji,   z   radością   sobie 

podśpiewując:

- Mama, mama, mama...

Raija   bez   żalu   odłożyła   robótkę   i   chwyciła   córeczkę   w   ramiona.   Z   przyjemnością 

przytuliła się do jej miękkiego, pulchnego policzka.

- Kochana mama - westchnęła Natalia uszczęśliwiona i zwinęła się w kłębuszek na 

kolanach Raiji, pozwalając się ściskać i całować.

Przyjmowała pieszczoty jak coś najbardziej oczywistego.

Spotykała się na co dzień tylko z miłością. Zresztą zasługiwała na nią.

- Kocham cię, mamusiu - powiedziała. Takie słowa były niczym plaster miodu na serce 

Raiji. Pozwalały zapomnieć o chłodzie, zwątpieniu, o strachu.

- Miły pan też kocha mamusię - zaszczebiotała. Raiji zdawało się, że krew zakrzepła jej 

w żyłach.

Ponad   ciemną   główką   córeczki   napotkała   spojrzenie   Michaiła.   On   też   słyszał,   co 

mówiła Natalia, ale tylko zmrużył oczy, udając obojętność i przeczesał palcami włosy, tak samo 

jak jego ojciec.

Raiję przeszły dreszcze, choć niebo było pogodne, a nieliczne obłoki nie zakrywały 

słonecznej tarczy.

-   Kim  on  jest?  -   zapytał   Michaił   po   chwili   milczenia.   Kiedy   tak   siedział  obok  na 

background image

schodach, wydał jej się niemal dorosły. Gdyby spojrzała na niego pod słońce, ujrzałaby ciemny 

zarys męskiej sylwetki.

Choć nie musiała odpowiadać, zapragnęła mu jednak wszystko wyjaśnić. To przecież jej 

syn! Ale w tej chwili nie było to możliwe. Nie potrafiła. Zresztą nie była pewna, czy by jej 

uwierzył.

- Dlaczego Natalia go widzi? - nie dawał za wygraną Misza.

- Chciałabym znać odpowiedzi na twoje pytania - odparła Raija.

Śmiech Natalii zabrzmiał niczym wesołe, dźwięczne perełki. Ożywczy niczym poranna 

rosa albo łagodny deszczyk.

- Boję się - wyznał Michaił. - Przeraża mnie to.

- Sądzisz, że ja się nie lękam? - spytała Raija. Michaił uścisnął jej dłoń. Miał takie same 

ręce jak niegdyś Jewgienij.

Misza   przecież   jeszcze   jest   dzieckiem,   pomyślała.   Nie   mogę   go   obarczać   swoimi 

problemami   i   oczekiwać,   że   będzie   mnie   pocieszał   jak   dorosły.   Nadal   jestem   za   niego 

odpowiedzialna.

Odrzekła więc:

- Zapewne dlatego mnie to spotyka, bo mimo wszystko mam w sobie dość siły, by z tym 

żyć. Zresztą kimkolwiek jest ów mężczyzna, to przecież nie robi nam nic złego i nie zamierza 

nas skrzywdzić.

Michaił milczał, ale jego oczy wpatrywały się w nią badawczo. Czasami ten jej syn 

potrafił   być   niebezpieczny.   Wiele   rzeczy   nie   umykało   jego   uwagi.   Bardzo   był   pod   tym 

względem podobny do niej. Kierował się intuicją i wyczuwał nastroje.

Za   nic   w   świecie   nie   powinien   się   teraz   niczego   domyślić,   uznała   Raija,   strzegąc 

prawdy.

- Czasami chciałbym, żebyś była zwyczajna, mamo - westchnął Misza. - Ale, niestety, 

nie jesteś.

Raija zapragnęła przebić  się  przez  pancerz,  jakim się  otoczył, i  dowiedzieć  się,  co 

dręczy   syna.   Był   taki   daleki,   obcy.   Chciałaby   wiedzieć,   dokąd   tak   ucieka   myślami.   Co 

naprawdę o niej sądzi, a czego jej nie mówi.

Michaił przypomniał sobie znów tajemnicę ojca. Bał się w niej pogrążyć. Nie chciał w 

tym   uczestniczyć,   przekonany,   że   cokolwiek   uczyni,   zdradzi   jedno   z   rodziców.   Tak   to 

przynajmniej odbierał. Straszne byłoby zawieść mamę.

-  Do  jesieni   wszystko  wróci  do  normy  -  obiecała   Raija,   nie   do  końca  pewna,   czy 

dotrzyma przyrzeczenia. - Postaramy się, żeby Karolina była zupełnie zdrowa, kiedy już będzie 

background image

opuszczać nasz dom.

- Nie potrafisz być zwyczajna, mamo - stwierdził  Michaił. - Nie uda ci się, nawet 

gdybyś się starała!

- Dzieci nie powinny być takie domyślne - uśmiechnęła się Raija. - Nie wzdrygaj się, 

Misza, jesteś moim dzieckiem i pozostaniesz nim nawet wtedy, gdy skończysz pięćdziesiąt lat - 

dodała, ucinając rozmowę.

Pośpiesznie  wstała  i  wróciła  do chaty,  gdzie  czekało ją gotowanie,  zmywanie  oraz 

mnóstwo innych codziennych zajęć.

Karolina   nie   spała,   ale   gdy   Raija   do   niej   zajrzała,   szybko   zamknęła   oczy.   Raija 

domyśliła się, że Karolina także na swój sposób ucieka.

- Mam dla ciebie zupę - powiedziała.

Miska parzyła ją w ręce. Pachniało kusząco mięsem i cebulą, ale dla Karoliny Weimer 

pewnie zapach ten był obcy.

Jeśli Lorentz Weimer zamierzał zapewnić swojej żonie warunki, do jakich przywykła, to 

zwrócił się do niewłaściwej osoby.

- Dziękuję, nie mam ochoty - odrzekła Karolina cicho, ledwie poruszając wargami.

Wydawała   się   zupełnie   bezbarwna.   Przy   bladej   twarzy   nawet   włosy   wyglądały   na 

bardziej spłowiałe niż zwykle.

- Jeśli nie będziesz jadła, to zabraknie ci siły nawet na to, żeby mi się sprzeciwić - 

rzuciła Raija.

- Naprawdę dziękuję. Nie teraz. Raija nie zmuszała jej. Zaniosła miskę z powrotem do 

kuchni. Nie zamierzała jednak szykować dla chorej czegoś innego. Odgrzeje jej zupę, gdy 

zgłodnieje. Trudno, musi jeść to co wszyscy.

- Lorentz mnie zostawił - odezwała się Karolina. - On nie wróci.

- Że też opowiadasz takie bzdury! - zdenerwowała się Raija. - Twój mąż popłynął tylko 

do   Kiem   i   Onegi,   a   potem   oczywiście   wróci.   Nie   przetrzymałabyś   trudów   takiego   rejsu. 

Potrzebujesz opieki. Nie jestem pewna, czy załoga potrafiłaby ci ją zapewnić.

- On się chce mnie pozbyć - upierała się Karolina cienkim głosem. - Nie jestem mu już 

potrzebna.  Niepotrzebna  mu żona,  która wydała na  świat  kalekę.  Lorentz  chce  mieć  dużo 

synów. Dlatego wziął sobie młodą żonę. Ale po tym, co się stało, stracił wiarę, że urodzę mu 

zdrowych potomków. Dlatego chce się mnie pozbyć Wiem o tym!

Raiji przemknęło przez myśl, że Karolinę mogłoby dotknąć większe nieszczęście niż to, 

że uwolniłaby się od pozbawionego serca męża, ale nie powiedziała tego na głos.

Zostać samej w świecie Karoliny nie było łatwiejsze, niż żyć z człowiekiem pokroju 

background image

Lorentza Weimara. Jedno i drugie było beznadziejne.

-   Zabrał   mi   moje   dziecko!   Chciałam   je   przytulić.   Nawet   mi   nie   było   wolno   go 

potrzymać przez chwilę.

- Kiedy odzyskałaś przytomność, maleństwo już nie żyło - powiedziała cicho Raija. - A 

ty byłaś taka osłabiona.

- Jesteś  po jego stronie? Karolina próbowała się podnieść,  ale nie miała dość siły. 

Opadła na poduszkę niebezpiecznie blada, a zza firanek rzęs popłynęły strumienie łez.

- Chciałam wziąć na ręce moje dziecko, nawet jeśli umarło. Czy to tak trudno pojąć? 

Przecież to był mimo wszystko mój syn. Obojętnie, jak wyglądał. To ja go nosiłam w swoim 

łonie, był mój. Znałam go. Lorentz nawet nigdy nie przyłożył dłoni do mojego brzucha, żeby 

poczuć, jak to maleństwo kopie. Nigdy nie zapytał, czy się rusza. Nigdy nie poprosił, bym mu 

opowiedziała, jakie to uczucie. Ale to Lorentz kazał wyrzucić moje dziecko za burtę, zanim 

wzięłam je w ramiona. Lorentz nadał mu imię. Lorentz zadecydował! On, który nigdy nie 

troszczył się o to, by pokochać to dziecko. On go nie kochał! Nigdy go nie kochał!

Karolina wykrzyczała z siebie gniew i ucichła. Twarz miała nadal bladą, ale już nie 

płakała. Znów ogarnęła ją apatia.

- Chciałam przytulić synka, rozumiesz? Potrzymać na rękach. A teraz nie wiem, ani czy 

naprawdę  istniał,  ani czy umarł.  Rozpaczam po nim,  ale  tak naprawdę nie  wiem,  po  kim 

rozpaczam. Nie wiem, czy powinnam okryć się żałobą. Urodziłam dziecko, ale tak naprawdę 

nigdy go nie miałam!

Raija trzymała ją za ręce i tuliła. Tylko tyle mogła dla niej zrobić.

background image

8

- Podobają mi się te kwiaty. W rozświetlone słońcem przedpołudnie Karolina siedziała 

wraz z Raiją na ciepłej skórze na schodach. Kolana miała okryte pięknym tkanym kocem, a na 

ramiona zarzucony szal Raiji. W związanych jedynie tasiemką włosach wyglądała tak młodo, 

że można by ją wziąć za dziewczynkę. Raija śmiała się, nazywając ją „cioteczką”. Karolinę też 

bawił ten żart.

- Na bukiety raczej się nie nadają. Są za duże - odparła Raija. - A rozrastają się dookoła 

niczym zaraza. Daremnie by się starać zapanować jakoś nad nimi. Same decydują o tym, gdzie 

chcą rosnąć.

- Ale rosną! - wtrąciła Karolina, która pochodziła z miasta, gdzie  panował surowy 

klimat. - Marzę o tym, żeby mieć ogród - zwierzyła się. - Siostry Lorentza mają piękne ogrody 

z różami sprowadzonymi aż z Europy, z Niemiec. Róże to cudowne kwiaty o niebiańskim 

wprost zapachu. Nikt inny w Tromse nie ma takich. Ale te tutaj także są piękne. Podobnych nie 

uświadczysz w moich stronach.

Karolina uśmiechnęła się lekko.

- Wyglądają jak wielkie krwawniki. Jak wy je nazywacie?

-   Nijak   -   odparła   Raija.   -   Tylko   ja   czasem,   gdy   się   denerwuję,   używam   niezbyt 

przyzwoitych   określeń,   ale   nie   powiem   ci,   jakich.   Sok   z   tych   roślin   strasznie   parzy.   Ale 

właściwie masz rację, są całkiem urodziwe. Poza tym rozkrzewiają się i rosną wysoko, tworząc 

osłonę przed wiatrem. Kiedy będziesz wyjeżdżać, możesz wziąć ze sobą nasiona. - Zaśmiała 

się. - Będziesz miała takie rośliny, jakich nie ma nikt inny w Tromso. One się łatwo przyjmują i 

rosną bez opamiętania. Mam nadzieję, że masz dość miejsca, bo nim się obejrzysz, utworzą 

gęsty las.

- O, nic, co posiada Lorentz, nie jest małe - odparła Karolina cicho i dodała po chwili: - 

Prócz mnie. Tylko ja nie przedstawiam żadnej wartości.

Raiji cisnęły się na usta niezbyt przyjemne słowa na temat kupca Weimera, ale milczała, 

obawiając się, że Karolina poczuje się urażona i uzna za atak na nią. A przecież nie o to 

chodziło.

- Może to zabrzmi niestosownie - odezwała się wreszcie Raija - ale pamiętaj, że jesteś 

młoda. Możesz urodzić jeszcze wiele dzieci.

Karolina popatrzyła na nią przenikliwie. Na jej dziecinnej twarzy nie odznaczała się 

nawet jedna zmarszczka. Nawet w okolicach oczu, gdzie wraz z upływem czasu często tworzą 

się zmarszczki od uśmiechu.

background image

- Tak, mogę - powiedziała Karolina, a jej klarowne, błękitne oczy błysnęły nienawiścią.

Zaskoczyła tym Raiję, która domyślała się, że dziewczynie od wczesnych lat wpajano, 

iż nie należy okazywać emocji.

- Ale Lorentz zaczyna się starzeć i nie może czekać. A chce koniecznie zapewnić sobie 

męskiego potomka. Ma trzy córki ze służącymi. Głośno się o tym nie mówi, ale ja wiem. 

Pewnie gdyby jakaś dziewka ze służby urodziła mu syna, wolałby go oficjalnie uznać, niż 

ożenić się ze mną. Uśmiechnęła się.

-   Rozumiesz   chyba,   o   co   mi   chodzi.   Lorentza   nie   można   zawieść,   tak   jak   ja   go 

zawiodłam. Jemu się śpieszy, bo ja mam duże szanse, by go przeżyć. Nie może się mnie 

pozbyć, ale musi mieć syna.

Raija wzdrygnęła się.

- Chłód - powiedziała Karolina cicho.

Raija domyśliła się, że nie ma na myśli pogody. Pytanie, czy mogłaby uwolnić się od 

męża, Raija uznała za bezsensowne. Nie mogła.

- Skąd znasz norweski? - zmieniła temat Karolina. - Nigdy mi nie mówiłaś.

- Bo nie wiem. Nie pamiętam - odpowiedziała Raija i wstała, nie mogąc usiedzieć na 

miejscu.

Pytanie to nie dawało jej  spokoju.  Wiele   wiedziała   i  wiele   potrafiła,   ale  nie miała 

pojęcia, dlaczego.

- Przybyłam do Archangielska niczym obcy ptak - zaśmiała się. - No i tu zostałam, 

przywykłam. Nie czuję się już obco w tym mieście, chociaż prawdziwą Rosjanką pewnie nigdy 

się nie stanę. Sama nie wiem dokładnie, kim jestem.

Karolina Weimer nie dopytywała się o nic więcej. Chyba już myślała o czym innym. 

Nie   została   nauczona,   by   troszczyć   się   o   bliźnich.   Zainteresowanie   jej   było   jedynie 

powierzchowne. Przyglądając się dorastającym do wysokości dorosłego mężczyzny roślinom, 

powiedziała z namysłem:

- Zupełnie przypominają dzięgiel, ale dzięgiel jest mniejszy. Niektórzy, głównie biedota, 

jadają kwiaty tej rośliny i musi im to starczyć za całe pożywienie.

Okropne, prawda? Tak mi tylko wpadło do głowy.

- Czasami nie bierz tego do ust - ostrzegła Raija i poczuła pulsowanie w skroniach.

Wyobraziła sobie roślinę, mniej więcej do połowy tak wysoką jak ta, która rosła w jej, 

jak   to   mawiała,   ogrodzie.   Roślinę   o   mocnych   liściach,   długiej,   pustej   w   środku   łodydze, 

zakończonej   sztywnym   wianuszkiem   kwiatów.   Znała   jej   smak,   chrupiący,   niemal   słodki   i 

orzeźwiający.

background image

Dzięgiel.

Tak, jadała go. To znaczy, że należała do biedoty. Zresztą tego była zawsze niemal 

pewna. Być może właśnie z tego powodu czuła się tak swobodnie w towarzystwie Wasilija. 

Wprawdzie Jewgienij też pochodził z ubogiej rodziny, ale on w odróżnieniu od Wasi szybko 

przywykł do dobrobytu.

A więc nie jest całkiem pozbawiona korzeni. Tkwią one gdzieś daleko stąd.

-   Natalia   nie   jest   podobna   do   ciebie.   Do   Jewgienija   też   nie.   Czarujące   dziecko. 

Aniołeczek!

Raija słuchała jednym uchem zachwytów Karoliny. Nie miała ochoty się jej zwierzać. 

W tej chwili wprawdzie jej podopieczna zdawała się być troskliwa i miła, ale zaraz pewnie 

znów spojrzy na nią z góry, jakby chciała podkreślić dzielącą je różnicę społeczną.

- Natalia jest sobą - ucięła. - Lepiej wracaj do izby, Karolino, bo nam się na dobre 

rozchorujesz i wyzioniesz ducha.

- O, nie, takiej przyjemności nie mam zamiaru sprawić Lorentzowi - odparła z goryczą i 

zaśmiała się głucho.

Raija znów pomyślała o dzięglu.

Tej nocy Raiji nie śnił się czarnowłosy mężczyzna o miodowych oczach. Właściwie nic 

jej się nie śniło. Leżała w objęciach Jewgienija, czując ciepło płynące od jego ciała. Niczym 

cuma wiązał ją z życiem w Archangielsku. Przerażało ją to, ale i napawało spokojem.

Tyle że mężczyzna o miodowych oczach nie pojawił się w jej śnie.

Przynajmniej tego nie pamiętała.

Jewgienij   obserwował   Raiję   ukradkiem,   coraz   bardziej   zafrasowany.   Napawało   go 

lękiem, że Raija nic nie mówi i zachowuje się tak, jakby coś przed nim ukrywała, mimo że jej 

oczu nie zasnuwała mgła ani nie płonęły policzki, jak wówczas gdy żył jeszcze Wasia.

Przez   sen   Raija   powtarzała:   „Mikkal”,   a   wymawiając   to   imię,   uśmiechała   się 

uszczęśliwiona, jakby w mroku nocy widziała ukochanego. Wtulona w ramię męża, wzdychała 

zadowolona.

Jewgienij tłumaczył sobie, że zazdrość jest głupotą, bo przecież Mikkal od dawna nie 

żyje. Ale przyłapał się na tym, że uważnie obserwuje Raiję.

Tego dnia powróciły jeszcze inne wspomnienia.

Kiedy   Jewgienij   dotarł   do   Archangielska,   natknął   się   na   dwóch   znajomych 

młodzieńców. Ucieszył się ze spotkania, mimo że na ich widok przypomniał sobie wszystko, co 

najchętniej wyrzuciłby z pamięci.

Nikołaj   Norkin,   od   ostatniego   razu,   gdy   się   widzieli,   zmężniał   i   spoważniał,   ale 

background image

jednocześnie wyglądał na weselszego.

Uścisnął serdecznie dłoń Jewgienija, który od razu zauważył, że ręce Nikołaja nie są już 

takie białe i delikatne, jakby dotykały tylko papieru.

- Wróciłeś na dobre? - zapytał.

Nikołaj pokręcił głową.

- Na razie jeszcze nie. Czekam, aż moja rodzina będzie mi w stanie wybaczyć. A może 

to ja muszę wydorośleć, żeby wybaczyć im? Chcielibyśmy z Walerijem odwiedzić Raiję. Jeśli 

oczywiście nie będziesz miał nic przeciwko temu.

Jewgienij uśmiechnął się.

-   Chyba  nie  muszę   się   obawiać   dwóch   takich   parweniuszy.   O  ile   pamiętam,   Raija 

traktuje was po matczynemu. Tylko zachowujcie się grzecznie!

Opowiedział im przy okazji o Norweżce, która przebywa pod ich dachem.

- Możemy z nią porozmawiać - oznajmił Nikołaj z miną niewiniątka. - Nauczyliśmy się 

wielu potrzebnych słów, kiedy żeglowaliśmy wzdłuż norweskiego wybrzeża.

- Niestety większość z nich to przekleństwa - wtrącił Walerij Uskow, bratanek Wasilija.

Podobieństwo do Uskowów stało się jeszcze bardziej widoczne w jego rysach. Jewgienij 

mimowolnie zastanowił się, jak Raija zareaguje, gdy zobaczy chłopaka. W mroku łatwo wziąć 

go było za Wasilija.

Ale przecież nie będzie pilnować i śledzić młodzieńców! A tym bardziej chronić Raiji, 

gdy ona być może wcale tego nie potrzebuje. Musi jej ufać.

Poza tym o tej porze roku zmrok nie zapada. Jeszcze przez parę tygodni cieszyć się będą 

białymi nocami. Raija więc nie ulegnie złudzeniu, że przyszedł ten, którego już nie ma wśród 

żywych. Ale wspomnienia z przeszłości na pewno powrócą na nowo. Co do tego nie miał 

wątpliwości.

Niepokój zagościł w jego sercu.

Raija   siedziała   przy   krosnach   i   delektowała   się   ciszą.   Z   przyjemnością   przetykała 

czółenko między nitkami osnowy. Lubiła tkać, lubiła tworzyć nowe wzory. Nie przejmowała 

się tym, że Natalia zabiera jej kłębki i turla je po podłodze.

Pofarbowała wełnę wczesnym latem. Udało jej się otrzymać motki w najpiękniejszych 

odcieniach brązu i żółci, przechodzącej w kolor rdzy, a także wszystkie tony zieleni. Brakowało 

jej tylko niebieskiego. Ubolewała, że nie potrafi wyczarować błękitnej barwy, jaką przybiera 

niebo w słoneczny letni dzień. Zapragnęła otrzymać głęboki odcień szafiru, jaki mają jeziora w 

pogodne jesienne popołudnie, kiedy niebo przegląda się w nich kokieteryjnie jak w zwierciadle. 

Chętnie nadałaby włóczce chłodny ton granatu, jaki spowija niebo podczas mroźnych zimo-

background image

wych nocy, gdy nad głowami ludzi faluje, kusząc i drażniąc, polarna zorza.

Tak bardzo gorąco pragnęła uzyskać wszystkie te odcienie! Miała je w głowie i pod 

powiekami, ale nie potrafiła otrzymać podczas farbowania w specjalnej balii. Brakowało jej 

wełny w tym kolorze. Wiedziała, że jej tkaniny nigdy nie będą stanowić całości, jeśli nie 

wplecie w nie barwy nieba, barwy własnego życia.

- Idą panowie - zaszczebiotała Natalia i rozrzuciła po podłodze kłębki.

Raija uśmiechnęła się do niej.

Karolina miała w gruncie rzeczy rację, nazywając córeczkę Aniołkiem. Czasami tak 

właśnie wyglądała, gdy odsłaniała rząd drobnych ząbków w promiennym uśmiechu. W tej 

małej dziewczynce nieustannie gościł śmiech i radość.

- Kłębki to panowie, maleńka? - zapytała, przetykając zieloną włóczkę.

Zielone były liście, zielone trawy i wszelka inna bujna, soczysta roślinność lata, wśród 

której tylko gdzieniegdzie wystawały suche trawy. Wplotła więc tu i ówdzie żółte i brązowe 

nitki, by zaznaczyć plamki na zielonym tle.

Natalia była naprawdę obdarzona wyobraźnią. Żywszą niż jej własna. Niestety, Raija 

nie wiedziała, czy jako dziecko snuła podobne fantazje. Mało kto pamięta dokładnie swoje 

dzieciństwo, jej jednak nie dane było pamiętać czegokolwiek.

Nagle otworzyły się drzwi, choć nie słychać było wcześniej pukania. A kiedy do środka 

weszli goście, Raiję przeszły ciarki po plecach.

W niewielkiej  izbie przybysze tylko przez chwilę  zdawali  się mrocznymi cieniami. 

Chociaż rozpoznała ich obu, na moment zamarła, ujrzawszy sylwetkę Wasilija w ciele chłopca, 

którego znała jako Walerija, jego bratanka.

Zaraz   jednak   ochłonęła   i   Z   radością   wyściskała   ich   obu,   zarówno   tego,   który 

wychowywał się w biedzie, jak i drugiego, który mógłby żyć po królewsku.

Walerij   Uskow   i   Nikołaj   Norkin   byli   tacy   różni,   ale   w   marynarskich   koszulach   i 

prostych spodniach wydawali się dziwnie jednakowi.

Raija zauważyła, że dawna wrogość między nimi zniknęła, przeobrażając się w przyjaźń 

i braterstwo. A więc i nienawiść przemieniła się w coś dobrego.

W pewnym sensie obaj byli jej synami. Nie urodziła ich wprawdzie, ale była przy nich 

w najtrudniejszych, najtragiczniejszych momentach ich życia.

- Jak dobrze was znowu widzieć! - zawołała, nie mogąc się powstrzymać, by ich nie 

pocałować, czym wprawiła ich w lekkie zakłopotanie.

Zarumienili się i spuścili  oczy. Raija roześmiała się, uszczypnęła ich w policzki,  a 

potem zwichrzyła czupryny.

background image

- Nie potrzebujecie się czerwienić. Jestem dla was za stara. Nawet gdyby zsumować 

wasze lata, i tak miałabym więcej.

Wybuchnęli   serdecznym   śmiechem,   burząc   tę   barierę,   która   nieoczekiwanie   stanęła 

między nimi, gdy zobaczyli w niej piękną kobietę.

-   Przyszli   panowie   -   odezwała   się   Natalia.   Młodzieńcy   dopiero   teraz   zauważyli 

pośrodku   izby   małego   brzdąca.   Pucatą   dziewczynkę   uśmiechniętą   od   ucha   do   ucha,   z 

dołeczkami w policzkach i oczkami o barwie morza, w którym odbijają się promyki słońca. Z 

włosami czarniejszymi niż wnętrze jaskini.

- Panowie przyszli - wołała zachwycona dziewczynka. Raija przypomniała sobie, co 

wcześniej mówiła córeczka, i przeszły ją ciarki.

- Dobry Boże - wyrwało się Walerijowi, który, pobladłszy, nie mógł oderwać oczu od 

dziecka.

Patrzył to na nią, to na Raiję i przełykał ciężko ślinę. Nikołaj uciekł spojrzeniem w bok. 

Może nie miał najbystrzejszego oka w tych sprawach, ale w tym przypadku trudno było się 

mylić.

- Czy Jewgienij się domyśla? - zapytał w końcu Walerij, wbijając wzrok w Raiję.

Pokiwała głową.

-   Wszyscy   wiedzą   -   odpowiedziała.   -   Takie   sprawy   trudno   utrzymać   w   tajemnicy. 

Przecież mieszkaliśmy razem tamtego lata, nie kryjąc się przed ludźmi. Myślałam, że plotki 

dotarły dalej niż do Archangielska. Walerij znów przełknął ślinę, zrozumiawszy, że Piotr dla 

jego dobra pominął je milczeniem. Dobrze wiedział, że wujek Wasia kochał Raiję, domyślał się 

też, że i Raiji Wasia nie jest obojętny. Ale coś takiego nie przyszłoby Walerijowi nigdy do 

głowy.

- Jest podobna do niego - rzekł, czując, że zaschło mu w gardle. - Dobry Boże, jak 

bardzo!

Raija wzięła na ręce Natalię i stanęła obok Walerij a.

- Przywitaj się z Walerijem - zwróciła się do córeczki i pocałowała ją w policzek. - To 

twój kuzyn. Nie zaszkodzi, byś o tym wiedziała. Pewnie i tak nie zapamiętasz, ale najwyżej ci o 

tym później przypomnę. Kiedyś będziesz dość duża, żeby zrozumieć.

- Uskowa na wskroś - stwierdził Walerij.

- No, nie zupełnie na wskroś, ja też mam z tym coś wspólnego! Do mnie też jest trochę 

podobna. Ale cieszę się, że Wasilij pozostawił coś po sobie. Był zbyt wspaniałym człowiekiem, 

żeby odejść bez śladu. Dumna jestem, że ją urodziłam i że on jest jej ojcem.

- Zupełnie jak aniołek - powiedział Walerij i nieśmiało podał małej palec.

background image

Natalia nie zawiodła. Złapała go i nie puściła, póki nie wziął jej na ręce i nie podrzucił 

kilka razy do góry. Pokrzykiwała przy tym radośnie.

Natalia jak zwykle postawiła na swoim.

Walerij, który trochę bał się małych dzieci, przynajmniej tak mu się zdawało, teraz nie 

mógł się nią nacieszyć i wcale nie miał ochoty wypuścić jej z rąk.

Była   tak   ciepła,   taka   ufna.   Poza   tym   stanowiła   jedyną   więź   łączącą   go   z   rodziną. 

Należeli do siebie, on i ta mała dziewczynka!

Więzy krwi zyskały nagle dla Walerija nowe znaczenie.

- Tylko ktoś taki jak ty może chodzić z dumnie uniesioną głową po czymś takim - 

stwierdził zakłopotany, bo brakowało mu wprost słów podziwu.

- No i jest jeszcze ktoś, kto potrafi! wybaczyć - odpowiedziała cicho Raija i uchwyciła 

spojrzenie młodzieńca, przypominające ukochane spojrzenie Wasilija.

Ale   przecież   to   nie   on,   mimo   uderzającego   podobieństwa!   Raija   zmuszała   się,   by 

pamiętać, że stoi przed nią inny człowiek, który niekoniecznie potrafi zrozumieć jej najskrytsze 

myśli, tak jak rozumiał Wasilij.

Zresztą nie miała zamiaru szukać u niego takiego zrozumienia. Nie można wskrzesić 

umarłego w innym człowieku. To byłoby nadużycie.

- Mam klucz do izby Wasi - rzekła. - Chętnie bym umieściła was tam obu, ale nie mogę, 

nie ma miejsca. Jewgienij opowiadał wam może o Karolinie?

Walerij pokiwał głową.

- Wchodziłaś tam po tym, co się stało? - zapytał zdziwiony.

Raija przytaknęła.

- Posprzątaliśmy, a potem izba stała zamknięta. Nie chciałam do niej zaglądać. Wasia 

nie kojarzy mi się wcale bardziej z tym miejscem niż z innymi. Rzadko odwiedzam jego grób. 

Bardziej potrzebna jestem żywym. A jeśli go potrzebuję, mam go zawsze tutaj - wskazała z 

powagą na serce.

Karolina obudziła się, ale leżała cicho okryta kocem utkanym przez Raiję.

Raija jednak zajrzała do niej, zapraszając, by przyszła się przywitać z gośćmi.

- Przecież i tak się nie potrafię porozumieć, więc równie dobrze mogę tu zostać.

- Zajmowałam się kiedyś nimi tak, jak teraz opiekuję się tobą - wyjaśniła jej Raija. - W 

pewnym sensie więc wszyscy tworzycie rodzinę. Poza tym podejrzewam, że oni znają trochę 

twój język. Obaj żeglowali wzdłuż wybrzeża norweskiego.

Raija zauważyła, że Karolina, zupełnie bezwiednie, zmarszczyła lekko nos. Zrozumiała, 

że tę młodą arystokratkę przeraża nie to, że ma się spotkać z obcymi, ale że ci obcy wywodzą 

background image

się z nizin społecznych. Ale zaraz zawstydziła się w duchu. Być może opory Karoliny nie 

wynikają z niechęci do biedoty. Może po prostu onieśmiela ją spotkanie z dwoma młodymi 

mężczyznami, których nie zna.

Serce jej zmiękło.

Karolina   była   bardzo   specyficzna.   Nie   dało   jej   się   lubić   nieustannie.   Czasami 

pokazywała się z takiej strony, że Raija aż zamierała. Powtarzać sobie musiała wówczas, że ta 

młoda kobieta nie jest niczemu winna, bo takie odebrała wychowanie.

Raija rozczesała Karolinie włosy i zaplotła starannie. Rozumiała, że jak każda kobieta 

chce ładnie wyglądać.

- Jesteś śliczna - powiedziała i pocałowała Karolinę w policzek. - Nic się nie obawiaj, 

już ja ich przypilnuję. Jeśli tylko spróbują się źle zachować, będą mieli ze mną do czynienia. 

Pamiętaj jednak, że wszyscy należycie do mojej rodziny.

Raiję uderzył wzrok Karoliny i jej złagodniała w uśmiechu twarz. Pomyślała, że ta 

młoda kobieta zbyt rzadko się śmieje, choć rozumiała, że w ostatnim czasie nie miała ku temu 

wielu powodów.

- Strasznie liczna ta twoja rodzina, Raiju - powiedziała. - Masz takie dobre serce i 

znajdujesz w nim miejsce dla tylu ludzi. Jak ty to robisz?

Raija nie umiała jej tego wyjaśnić. Nie czuła się inna lepsza od innych. Po prostu była 

sobą.

-   Cóż,   nie   potrafię   inaczej   -   odparła   od   niechcenia   i   popychając   lekko   Karolinę, 

poprowadziła ją do kuchni.

Wśród drewnianych ścian izby rozlegał się śmiech Natalii, radosny niczym szemranie 

wody i plusk kamyków w przejrzystym potoku. Walerij i Nikołaj tańczyli z dziewczynką w 

kółko i podrzucali ją wysoko swoimi silnymi rękami. A wykrzykiwali przy tym, zachwyceni 

niemal tak samo jak mała Natalia.

Nikołaj, ujrzawszy wchodzące do kuchni kobiety, przekazał małą Walerijowi. W jego 

oku pojawił się osobliwy błysk. Raija rozumiała go. Karolina była na swój sposób piękna. 

Przypominała przezroczystego elfa tańczącego w porannej mgle nad jeziorkami w lesie.

Nikołaj ujął dłoń Karoliny i pocałował, kłaniając się przy tym dwornie, czym wprawił ją 

w najwyższe zdumienie.

- Nikołaj Norkin - przedstawił się gładko. - Marynarz.

Słowa te wypowiedział w ojczystym języku Karoliny. Była tym tak zaskoczona, że w 

pierwszej chwili nie pomyślała, iż jego maniery nie świadczą o przynależności do biedoty.

- To zaszczyt powitać taką elegancką damę i do tego tak urodziwą - rzekł Nikołaj, 

background image

uśmiechając się przekornie, gdy zauważył ostrzegawcze mruganie Raiji. - Nie mówię, niestety, 

płynnie po norwesku - dodał kokieteryjnie, doskonale wiedząc, że to nieprawda. Miał talent do 

języków obcych.

-   Nie   spodziewałam   się,   że   będziecie   umieli   powiedzieć   cokolwiek   -   wyrwało   się 

Karolinie, która cofnęła dłoń, jakby się sparzyła.

Przyjrzała się uważnie Norkinowi i zmarszczyła czoło, ale nie umiała stwierdzić, co ją 

w nim zaniepokoiło.

- Walerij Uskow - przedstawił się Walerij, unikając bliższego kontaktu. Nie pocałował 

Karoliny w rękę, jak uczynił przyjaciel, ani nie pocałował jej w oba policzki, jak uczyniłby, 

witając się z kimkolwiek innym.

Trzymał na rękach Natalię i miał nadzieję, że była to odpowiednia wymówka.

Raija zauważyła, jak Karolina stłumiła okrzyk, przenosząc wzrok to na Walerija, to na 

Natalię. W kręgach, z których się wywodziła, nie należało okazywać zaskoczenia. Byłoby to 

nieuprzejme.

Ale   podobieństwo  tych   dwojga   było   uderzające.   Karolina   nie  znała  Wasilija,   Raija 

zresztą nie widziała powodu, dla którego miałaby jej o nim opowiedzieć. A od nikogo innego 

chora nie mogła dowiedzieć się prawdy, ponieważ nie znała rosyjskiego.

Karolina wyciągnęła więc teraz własne wnioski.

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

Walerij widział twarze obu kobiet i zarumienił się po czubek głowy.

- Walerij jest naprawdę członkiem mojej rodziny - wyjaśniła Raija, pragnąc uwolnić 

chłopaka od fałszywych podejrzeń.

Wprawdzie Karolina i tak nikomu by o tym nie powiedziała, ale sytuacja była bardzo 

kłopotliwa dla Walerij a.

Raiji zrobiło się go żal.

- Walerij i jego siostra wychowywali się u mnie Jego wuj Wasilij był kapitanem na 

statkach Jewgienija. A co to za życie dla dzieci na pokładzie statku? Nikołaj zamierzał ożenić 

się z siostrą Walerija, ale Jelizawieta umarła. Wasilij też już nie żyje prawie od trzech lat...

Być może Karolina wyczuła ból w słowach Raiji, a może potrafiła dobrze liczyć, bo o 

nic nie pytała.

Raija   zaś   nie   zamierzała   jej   mówić   więcej.   Nie   miała   ochoty   odkrywać   przed   nią 

swojego   serca.   Aż   takim   zaufaniem   nie   darzyła   tej   delikatnej   osóbki,   której   udzieliła 

schronienia.

Nikołaj podał Karolinie krzesło i pomógł jej usiąść. Sam siadł przy piecu niemal u jej 

background image

stóp. Gawędzili o błahych sprawach. Karolina wreszcie poczuła się swojsko, bo przywykła do 

takich rozmów. Norkin zresztą doskonale znał konwenanse.

Raija tymczasem wzięła na ręce Natalię, otworzyła drzwi i wyszła z nią na schody. Za 

nią podążył Walerij, którego norweska dama z wielu powodów wprawiała w zakłopotanie. 

Wolał towarzystwo małej dziewczynki.

- Ta kobieta nie jest jedną z nas - stwierdził z naciskiem, siadając na schodach obok 

Raiji.

Zbierał w dłoni kamyki, które mu przynosiła Natalia.

- Linie będzie smutno - powiedziała mała.

-   Karolina   rozmawia   z   Nikołajem,   nie   będzie   jej   więc   smutno,   kiedy   my   tu   sobie 

posiedzimy - odpowiedziała Raija.

Natalia popatrzyła na nią przeciągle z powątpiewaniem w oczach, ale zaakceptowała 

słowa mamy. Pobiegła po nowe kamyki.

- Nigdy nie czuję się gorszy w towarzystwie Nikołaja - wyrwało się Walerijowi. Rzucał 

bezwiednie kamykami w duży kamień leżący parę metrów przed nim. Trafiał niemal za każdym 

razem. - A ona jednym spojrzeniem sprawiła, że poczułem się nikim. Na Nikołaja tak nie 

patrzyła. Zauważyłaś? Czy oni rozpoznają się po zapachu?

Raija zwichrzyła mu czuprynę. Miał dwadzieścia lat, ale ciągle było w nim coś z tego 

małego chłopca, którego powierzył jej Wasilij. Chłopca, który nikomu nie ufał, a jej pozwolił, 

by przytuliła go do swojego serca.

- Myślę, że mną także jest nieco rozczarowana - pocieszyła go Raija. - Spodziewała się, 

że   armator   ma   większy   dom.   A   ja   też   nie   jestem   taka   jak   kobiety,   z   którymi   przywykła 

obcować. Ale ufa mi. To dosyć dziwne. Ona w ogóle jest dość dziwna.

Walerij uśmiechnął się półgębkiem, zupełnie tak samo jak robił to Wasilij. Raija na ten 

widok znów poczuła przechodzące jej po plecach ciarki.

- Ona myśli, że Natalia jest moim dzieckiem. Walerij pokręcił głową i roześmiał się.

- Nic nie szkodzi - odparła Raija, uśmiechając się także. - I tak nikomu nie powie. Poza 

tym zbyt długo nie będzie zaprzątać sobie tym głowy. Za bardzo zajęta jest sobą.

Walerij odrzucił kark.

- Nikiemu się spodobała, a przecież pod żadnym względem nie przypomina Jelizawiety. 

Chyba trudno sobie wyobrazić kogoś bardziej odmiennego. A może właśnie dlatego zwrócił na 

nią uwagę?

- Karolina jest żoną jednego z najbogatszych kupców w Tromso. Na nic więc się nie zda 

to, że przypadła Nikołajowi do gustu. On zresztą się domyśli, że nie wolno mu się zbytnio 

background image

zaangażować.

Walerij wzruszył ramionami, a napotkawszy spojrzenie Raiji, rzekł:

-   Nie   wiem.   Niki   jest   świetnym   kompanem,   ale   pozostał   Norkinem.   On   też   myśli 

głównie o sobie. Jego korzenie dają o sobie znać. Tak samo jak u niej. Są siebie warci.

Raija miała nadzieję, że chłopak się myli.

background image

9

- Nazwisko Norkin obiło mi się już kiedyś o uszy - odezwała się Karolina i popatrzyła 

na Raiję wyczekująco.

Cały dzień powstrzymywała się od zadawania pytań, ale pod wieczór ciekawość wzięła 

górę nad konwenansami.

Raija pewnie nawet by się nie zdziwiła jej zainteresowaniem, ale po tym, co powiedział 

Walerij, odczuła lęk.

- Nikołaj jest synem właściciela Przedsiębiorstwa Handlowego Norkin - odparła oschle. 

- I jedynym spadkobiercą. Ale odciął się od rodziny.

- Przedsiębiorstwo Handlowe Norkin - delektowała się Karolina, a na jej ustach pojawił 

się uśmiech.

Wyglądała jak zadowolony kotek, który oblizuje się, opróżniwszy miseczkę z mlekiem.

- Chciał się ożenić z siostrą tego drugiego? - zapytała, wbijając w Raiję błękitne oczy, a 

na jej bladej twarzy odmalowało się zdumienie.

Raiję zabolało, że Karolina potraktowała Walerija jak kogoś nic nie wartego. Nawet nie 

użyła jego imienia. „Ten drugi” brzmiało mniej więcej tyle samo co „nikt”.

- Jelizawieta i Nikołaj bardzo się kochali - odparła Raija z przekorą w głosie. Zdawała 

sobie sprawę, że zachowuje się trochę dziecinnie, ale przyniosło jej to ulgę. - Jelizawieta była 

piękna. Dostarczyłaby rodowi Norkinów świeżej krwi, bo oni tam zbyt często żenią się między 

sobą. Ale nie udało się, nie było jej to pisane.

- Na co umarła? Raija przymknęła powieki. Tych wspomnień nie chciała wyciągać na 

światło dzienne, a tym bardziej powierzać ich Karolinie, która sama niedawno przeżyła wielką 

tragedię.

- Nie mam prawa opowiadać o tym nikomu - odparła.

Może   przesadzała.   Karolina   pewnie   by   zniosła   prawdę   o   Jelizawiecie,   choć   nie 

otrząsnęła   się   jeszcze   z   nieszczęścia,   które   ją   dotknęło.   Nie   była   takim   delikatnym 

kwiatuszkiem, za jaki ją miała Raija, ani różą w ogrodzie, choć Lorentz Weimer chciał taką 

właśnie ją widzieć.

- Najlepiej zapytaj Nikołaja - dodała Raija, żeby nieco złagodzić swoje słowa. - Może ci 

o tym opowie. Pochodzicie z tych samych sfer. On wprawdzie nie żył w ostatnich latach jak na 

Norkina przystało, ale sądzę, że prędzej czy później będzie musiał wrócić do swoich.

-   Ma   maniery   -   stwierdziła   Karolina   i   oczy   jej   zalśniły.   Opanowała   się   jednak 

pośpiesznie i odwróciła do Raiji plecami.

background image

Raija westchnęła, domyślając się, jakie myśli snują się jej po głowie. Nie spodziewała 

się, że Karolina jest usposobiona tak marzycielsko.

Jewgienij wziął kubek z kwasem chlebowym i od razu zauważył rezygnację w oczach 

Raiji.

-   Za   dużo   masz   na   głowie   -   stwierdził.   -   Moim   zdaniem   ona   jest   rozpieszczona. 

Powinniśmy może oddać ją pod opiekę komuś innemu.

- Powoli dochodzi do siebie - westchnęła Raija i usiadła obok męża.

Oparła mu głowę na ramieniu, a on ją objął. Bawił się jej włosami, nawijał na palce 

kosmyki wymykające się z warkocza owiniętego wokół głowy.

- Wydaje mi się, że dziś była mi bardzo wdzięczna, ale nie podziękowała nawet słowem. 

Nieładnie z mojej strony tak mówić, prawda?

- Przecież jesteś szczera - stwierdził Jewgienij. - Po prostu szczera, Raiju, mój aniele.

- Aż jej ślinka leci na Nikołaja. Zresztą głównie z jego winy. Zachował się szarmancko. 

Pocałował ją w rękę i konwersował z nią uprzejmie, tak jak jest w zwyczaju w wyższych 

sferach. Nie wiedziałam, że tak potrafi. Zawsze mi się zdawało, że tym gardzi i od tego właśnie 

chciał uciec. Ale być może się myliłam. Kto wie, czy po prostu nie zatęsknił za dawnym ży-

ciem. Siedział u stóp Karoliny jak jakiś paź. Uważam, że przesadził. Walerijowi też się to nie 

podobało.

- Cóż, w naszym środowisku inaczej adoruje się kobiety - uśmiechnął się Jewgienij. - Ja 

w każdym razie nigdy nie siedziałem u twoich stóp. Przynajmniej nie pamiętam.

- Rzeczywiście, taki beznadziejny nigdy nie byłeś.

- A inni? Raija przymknęła oczy. Nie miała siły niczego udowadniać ani jemu, ani 

sobie. Trudno. Jewgienij musi się z tym pogodzić.

- Wasia w każdym razie nie - odparła. - Dobrze o tym wiesz. On nigdy nie płaszczyłby 

się przed nikim. Ale proszę cię, Jewgieniju, nie wracajmy do przeszłości! On nie żyje. Jesteśmy 

my. Ty i ja. Razem.

Poczuła nagle zaciskającą się wokół czoła obręcz.

Mrugała powiekami, ale obraz mężczyzny o miodowych obwódkach wokół źrenic i 

włosach czarnych jak noc nie znikał. Pomyślała, że on raczej też nie należał do tych, którzy 

klękaliby przed kimkolwiek.

- Myślę, że nikt tego nie robił - odezwała się w końcu. I dodała po chwili: - Czasami 

potrafię niemal przeniknąć przez mrok oddzielający mnie od przeszłości. Czuję się tak, jakbym 

stała przy drzwiach wykutych w grubej skalnej ścianie. Drzwiach, które prowadzą być może w 

głąb skały, a może na drugą jej stronę. Jestem tak blisko, a nie mogę przejść... nie mam siły...

background image

- Czy to takie ważne dla ciebie? - zapytał cicho, jakby żałośnie. Wyczuła w jego głosie 

drżenie i urazę. To rzucone z pozoru mimochodem pytanie nie było wcale błahe. Jewgienij 

bowiem pytał naprawdę o to, czy ich związek, czyli to, co razem stworzyli, jej nie wystarcza. 

Czy nie znalazła oparcia i szczęścia w tym, co jej ofiarował.

Raija mogłaby odpowiedzieć, że jest zadowolona i więcej jej do szczęścia nie trzeba. Ze 

nie odczuwa tęsknoty, spoglądając ku horyzontowi. Mogła tak powiedzieć.

Ale skłamałaby.

A przecież postanowiła skończyć z kłamstwem.

- Myślę, że to ważne - przyznała łagodnie, choć stanowczo.

Czuła, że to ważniejsze niż wiele innych spraw w jej życiu.

- Nie mogę ci pomóc - odrzekł Jewgienij chrapliwie. Raija spojrzała na niego. Wyczuła 

w jego słowach, a właściwie między wierszami, jakiś fałszywy ton.

Ale Jewgienij wyglądał zwyczajnie. Może się przesłyszała?

- Mogę jedynie być przy tobie - rzekł zmęczonym głosem. - I kochać cię, tu i teraz. 

Kochać zawsze. Więcej uczynić nie mogę, Raiju. Jestem w twoim życiu tylko tym, kim mi być 

pozwolisz. Nie odgradzaj się ode mnie ścianą. Nie zostawiaj mnie po drugiej stronie!

Jego usta były słone, spierzchnięte, a pocałunki suche. Powstrzymywał w sobie wielki 

ogień.

- Nie mogę się z tobą teraz kochać - rzekł nieoczekiwanie. - Może to dziwne, ale po 

prostu nie mogę, chociaż jesteś moją największą miłością.

Zwykle ona go od siebie odsuwała. Ona się wycofywała.

Ale   teraz   to   on   się   odgrodził.   A   wszystko   dlatego,   że   odsłoniła   się   przed   nim   i 

opowiedziała o skale. O tym, że musi przez nią przeniknąć. Ranili się nawzajem, mimo iż się 

kochali.

Zabolało ją to.

Ale dotknęła wargami jego ust i przywołała uśmiech na jego twarzy.

Nie zdołała jednak przebić się przez dzielący ich mur.

-   Kocham   cię   -   powiedziała.   To   nie   było   kłamstwo.   Raija   nigdy   nie   kłamała   w 

uczuciach. Wiedział o tym. Słów, na których mu zależało, nie usłyszał od niej.

Nikołaj przychodził często do chaty nad Dwiną, a Walerij razem z nim. Uśmiechał się 

półgębkiem, marszczył brwi tak samo jak to robił Wasilij i w ten sam sposób co Natalia.

A lato było piękne, pogodne. Tylko nieliczne chmurki przesuwały się wysoko na niebie, 

tak że nawet orły nie mogły ich dotknąć swoimi skrzydłami.

Raija zaplanowała tego dnia pranie, a gdy oznajmiła to Karolinie, ta wzbiła oczy ku 

background image

niebu.

- Sama pierzesz? - zapytała zdumiona. Nawet pod wpływem szczerego śmiechu Raiji 

nie pozbyła się resztek niedowierzania. Spojrzała krytycznie na jej ręce.

- Całkiem gładkie nie są - przyznała Raija z uśmiechem. - Ale ja lubię sama wykonywać 

swoje obowiązki.

Karolina wzdrygnęła się.

- Nie oczekuję, że będziesz mi pomagać - pośpiesznie uspokoiła ją Raija. - Przede 

wszystkim dlatego, że nie jesteś jeszcze całkiem zdrowa. Z tego powodu też proszę, byś nie 

spacerowała zbyt długo z Nikołajem.

Wychodząc z chaty, Raija chwyciła Nikołaja za ramię i niemal siłą szarpnęła za sobą na 

schody. Przytrzymała go pod ścianą i spojrzała mu prosto w oczy.

Nie dorównywała mu wzrostem, ale kiedy przybierała surową minę i zachowywała się 

tak władczo, mało kto odważyłby się jej sprzeciwić.

- Uff! Raiju - mateczko, wyglądasz groźnie - zaśmiał się Nikołaj, ale zrozumiał, że nie 

jest to pora na żarty.

- Jakie masz wobec niej plany? - zapytała Raija.

- Plany? - Uniósł brwi zdziwiony.

Miał coś takiego w twarzy. Nie porażał może urodą, ale potrafił wywołać odpowiednie 

wrażenie. Raija jednak nie dała się zwieść jego urokowi.

- Tym razem nie ma tu twojej matki, która przemówiłaby ci do rozsądku - rzekła. - 

Zresztą pewnie i tak byś jej nie posłuchał. Dlatego ja muszę o to zapytać. Jakie masz plany 

wobec Karoliny, Niki? Chyba rozumiesz, że ona nie jest dla ciebie. Nie chcę, żebyś ją zranił.

Nikołaj roześmiał się. Objął Raiję i uścisnął, a potem, odsunąwszy ją na odległość 

ramion, popatrzył w oczy i pokręcił głową.

-   Kiedyś   prawie   cię   znienawidziłem   za   to,   że   Jelizawieta   tak   się   ciebie   słuchała   - 

powiedział. - Zdawało mi się, że stoisz nam na drodze do szczęścia.

W jego stłumionym śmiechu wyczuła cierpienie. Zrozumiała, że on także nosi w sobie 

wspomnienia, którymi nie chce się z nikim dzielić.

- Ona nie jest nową Jelizawietą - zapewnił Nikołaj Raiję. - To tylko flirt. Wszyscy tak 

się zabawiają w moich sferach.

Nikołaj Norkin uśmiechnął się z lekkim grymasem, a w jego głosie zabrzmiała pogarda. 

Niby mówił o sobie, ale z takim dystansem, jakby go to nie dotyczyło.

- Karolina może się w tobie zakochać - rzekła z troską Raija. - Chcę jednak, żebyś 

wiedział, że ma za sobą bardzo ciężki poród, nie próbuj więc w żaden sposób się do niej 

background image

dobierać. Jesteś na tyle dorosły, że mogę ci to powiedzieć bez owijania w bawełnę.

Nikołaj roześmiał się rozbrajająco.

- Nie próbuj tego obracać w żart! Mówię poważnie - upomniała go Raija. - Wiem, że 

bez trudu mógłbyś ją omotać. Ona niemal żebrze o to, by mieć o czym marzyć. Ale proszę, nie 

krzywdź jej. Widziałeś opatrunki na jej rękach, prawda? Ona nie zrobiła tego dla zabawy ani po 

to, żeby kogoś nastraszyć. Chciała umrzeć. Sporo wysiłku mnie kosztowało, żeby ją odratować. 

Nie wiem, czy udałoby mi się to po raz kolejny. Kiedyś nadejdzie dzień, gdy nie zdołam tego 

uczynić. Bardzo mnie to wyczerpuje.

Nikołaj ustąpił. Oparł się o ścianę i popatrzył na Raiję przeciągle.

- Wyglądasz zbyt młodo, by upominać mnie jak matka - uśmiechnął się. - Ale mimo to 

cię posłucham. Obiecuję, że nie przekroczę granic przyzwoitości. Ale nie zaprzeczam, że to 

bardzo słodkie dziewczę. Czy jej mąż jest na tyle stary, bym mógł mieć nadzieję, iż niebawem 

wyzionie ducha?

Raija spojrzała na niego tak, że zrozumiał bez słów, iż jej zdaniem z takich spraw nie 

wolno sobie stroić żartów. Mimo to z uśmiechem ciągnął:

- Jeśli  tak, to gotów jestem na nią poczekać. To chyba niezła partia. Nawet w tak 

wybrednej rodzinie jak moja powitano by ją z radością.

- Nie kpij! - poprosiła Raija. - Nawet o tym nie myśl, Niki.

- Dlaczego? - Wzruszył ramionami. - Karolina dobrze wie, że to tylko niewinny, nic nie 

znaczący flirt. Ona lubi prowadzić takie błahe rozmowy. Ty z nią tak nie rozmawiasz, a Walerij 

ani nie potrafi, ani nie ma ochoty. Poza powitaniem nie zamienił z nią słowa. A ja ją zabawiam. 

Ona potrzebuje się trochę pośmiać, Raiju.

- Może.

Raija nie była co do tego w pełni przekonana. Nikołaj tymczasem uwolnił się i na 

odchodnym pocałował ją lekko w policzek.

- Gdybyś  ty,  Bykowa,  moja droga  Raiju  -  mateczko, była  samotna,  uderzyłbym w 

konkury do ciebie. Może spodobałyby mi się dojrzalsze kobiety? Kto wie?

Klepnęła go ze śmiechem, ale miała nadzieję, że choć trochę z tego, co mu powiedziała, 

weźmie sobie do serca.

Walerij pomógł Raiji nanosić wody do dużego kotła w pralni, pod którym rozpaliła 

ogień. Zawsze gotowała białe rzeczy. Bardzo dużą wagę przywiązywała do tego, żeby wokół 

niej było czysto.

Prawdę   mówiąc,   gotowała   też   rzeczy   ciemniejsze.   Właściwie   wszystko   oprócz 

samodziału.

background image

Potrzeba było dużo wody. Trochę nanosił wcześniej Michaił, zanim wyjechał z ojcem 

do miasta. Ale Raija nie robiła wielkich ceregieli z tego, gdy sama musiała przynieść parę 

wiader wody.

Dorzuciła torfu do ognia. W pralni zrobiło się nieludzko gorąco, chociaż drzwi były 

otwarte na oścież. Na zewnątrz panował ciepły letni dzień, trudno więc było spodziewać się 

stamtąd ochłody.

Walerij zajął się Natalią. Bawił się z nią, udawał konia, trolla i wiatr. Natalia była 

szczęśliwa, że poświęca jej tyle uwagi.

Raija   widziała,   że   oboje   należą   do   siebie.   Byli   do   siebie   podobni.   Natalia   jakby 

wyczuwała łączące ich silne więzi, mimo że była jeszcze taka mała. Jej śmiech dźwięczał 

niczym muzyka. Zdawał się radośniejszy niż szczebiot ptaków o poranku.

Raiji przemknęła myśl, że tak właśnie radują się anioły, i przeszedł ją zimny dreszcz, 

mimo że stała w gorącej pralni z podwiniętymi do łokci rękawami, a wilgotne loki opadały jej 

na czoło i kark.

Wylewając z siebie litry potu, mieszała gotowaną w kotle bieliznę ułamanym wiosłem, 

które trzymała w obu rękach. Było to zajęcie męczące, ale zarazem przyjemne. Gorąca biała 

para wypełniła niewielkie pomieszczenie. Spódnica nasiąkła wilgocią i zrobiła się cięższa. Ale 

to była ciepła i przyjazna wilgoć.

Pot smakował słono jak morska woda. Jak pocałunki Jewgienija. Zmieszał się ze łzami, 

które popłynęły jej z oczu.

Raija płakała  bez  powodu.  Płakała,  bo  dobrze  było  trochę się  zmęczyć nawet  taką 

codzienną czynnością. Płakała, bo była na swój sposób szczęśliwa i zadowolona z otaczającego 

ją świata. Cieszyło ją, że Natalia bawi się i śmieje razem z Walerijem nad brzegiem Dwiny. Ze 

jej dziecko ma prócz niej jeszcze kogoś bliskiego, z kim łączą ją więzy krwi.

Wyszła na dwór na słońce. Wśród szumu rzeki rozlegał się głosik Natalii, a wysoko na 

błękitnym niebie słychać było krzyk unoszących się na skrzydłach mew.

Raija usiadła na chwilę, by odpocząć. Natalia zaraz przybiegła do niej. Zacisnęła mamie 

na szyi pulchne rączki i przytuliła się policzkiem do jej twarzy.

-   Kochana   mama,   kochana   mama!   -   zawołała.   Raija   ukołysała   ją   w   ramionach   i 

napomknęła, że cała będzie mokra.

- Bardzo mokra - przytaknęła Natalia z powagą. - Boli! Raija złagodziła uścisk, sądząc, 

że Natalię zabolało, gdy ją mocno przytulała.

Natalia uwolniła się z objęć mamy, ale złapała ją za rękę, żeby jej pomóc wstać. I nie 

dała za wygraną, póki Raija się nie podniosła. Mała pociągnęła ją za sobą na brzeg rzeki.

background image

- Miły pan - powiedziała.

Walerij   siedział   oparty   o   ścianę   pralni,   odprowadzając   je   spojrzeniem.   Na   pozór 

obojętnie   zerwał   źdźbło   trawy,   ale   przygryzał   je   zamyślony.   Uśmiechnął   się,   gdy   Raija 

obejrzała się na niego.

Natalia chciała iść nad Dwinę.

- Miły pan - powiedziała.

Nagle zaczęło jej się spieszyć, pobiegła więc, a Raija za nią, choć coś w środku w niej 

protestowało.

Natalia zatrzymała się na przy brzegu. Usiadła i zaczęła paplać po swojemu. Słowa nie 

miały żadnego związku, ot, taka zabawa dźwiękami. Podobnie gaworzyła, zanim nauczyła się 

dobrze mówić.

Ale Raiję przeraziło spojrzenie dziecka utkwione w jeden punkt, jakby na coś, a może 

na kogoś.

Raija bała się dokończyć tę myśl.

Ale rzeczywiście, gdyby ktoś siedział obok Natalii, mała patrzyłaby na niego dokładnie 

w ten sam sposób. Natalia przerywała raz po raz swoją paplaninę, tak jakby kogoś słuchała.

Raija zamknęła oczy przerażona. Wyobraziła sobie mężczyznę w skórzanym ubraniu. 

Był przystojny, ale miał nietutejszą urodę. Otaczała go jakaś obca poświata. Równocześnie 

wydawał się znajomy. Miał takie dobre oczy, dobre ręce, a jego twarz emanowała ciepłem.

Jeśli to jego Natalia widziała, nic dziwnego, że nazywała go miłym.

Wymyślam sobie, strofowała się w duchu Raija.

To,   że   dostrzegam   rzeczy   niezauważalne   dla   innych   i   potrafię   więcej   niż   zwykli 

śmiertelnicy, to jedno. Natalia niech będzie normalnym dzieckiem. Nie chcę, by dotknęło ją 

takie dziedzictwo.

- Miły pan - odezwała się mała i rozłożyła szeroko rączki. - Miły dla Talii, bardzo miły.

- To dobrze - uśmiechnęła się Raija. Natalia wyglądała tak radośnie. Była szczęśliwa. 

Jej oczy lśniły. Raija widziała kiedyś zielone kamienie szlachetne. Oczy Natalii miały taką 

samą barwę, ale były piękniejsze niż obsadzone w złocie czy srebrze kamienie, którymi bogate 

damy przyozdabiały szyje. Bo odbijało się w nich życie.

- Pan kocha mamę. Uśmiech zamarł na ustach Raiji. Natalia patrzyła w powietrze i 

nasłuchiwała uważnie. Uśmiechnęła się tak, jakby ktoś opowiedział jej coś zabawnego i po-

głaskał ją w policzek.

Gdyby tak było, pochyliłaby się w tę stronę, z której skierowany był dotyk.

Natalia przechyliła główkę w prawo.

background image

Raiję przeszły ciarki. Czyżby ktoś stał między nią a dzieckiem?

- Talia i miły pan - mówiła mała - pójdą do... do Sa... Potknęła się na tym słowie. 

Zmarszczyła brwi zupełnie tak samo jak Wasilij i Walerij.

- ...do Saivo - wydukała wreszcie Natalia. Raiję oblał zimny pot. Chwyciła córeczkę i 

mocno przytuliła do siebie. Wycałowała ją w czoło i w policzki. Pogłaskała jej czarne włoski 

delikatniejsze niż jedwab.

Najchętniej nie wypuściłaby dziecka spod opiekuńczych skrzydeł.

Ale to przecież niemożliwe.

Jak wszystkie dzieci Natalia także została jej tylko użyczona.

- Mama bardzo cię kocha, maleńka - szepnęła jej do ucha. - Nie mam nic cenniejszego 

niż ty, Natalio.

-   Kocham   mamę!   -   zawołało   dziecko   i   zarzuciło   Raiji   rączki   na   szyję.   Malutkim 

noskiem   potarła   nos   Raiji   i   popatrzyła   z   miłością   swoimi   zielonymi   oczkami,   w   których 

odbijały się słoneczne promienie.

Zaraz jednak zaczęła się wiercić. Chciała pobiegać. Trawa była taka miękka, a rzeka 

mruczała swą pieśń, przy której chciało się tańczyć.

Raija wypuściła z rąk Natalię. Jej ramiona nie mogły ochraniać dziecka przez cały czas. 

Kochać dziecko to dać mu przestrzeń, wolność, pozwolić mu rozłożyć skrzydła.

- Tyle życia w tej małej - powiedziała Karolina, która siedziała na schodach otulona w 

koc utkany przez Raiję.

Nikołaj   zatroszczył   się,   by   miała   ciepło,   i   rozłożył   dodatkowo   na   stopniach   skórę. 

Karolina zerkała ukradkiem na jego odsłonięte, silne ramiona. Podobało jej się, że ma taką 

jasną karnację. Nigdy nie widziała tak mocnych ramion u mężczyzn w kręgach, w których się 

obracała.

Oczywiście, czasem rzucała ukradkowe spojrzenia na plebejuszy... Zarumieniła się.

Widziała ich na wsi w czasie żniw, rozebranych do połowy. Śmiesznie białe ciała z 

ogorzałymi twarzami i dłońmi. Spalone słońcem karki i białe brzuchy. Mięśnie drgające pod 

skórą, bez warstw tłuszczu, jakie odkładają się od dobrobytu.

Widziała spocone ciała, ogorzałe dłonie, ale nigdy nie marzyła, by ich dotknąć.

Nie zadawała się z plebsem.

Nikołaj natomiast należał, tak jak i ona, do wyższych sfer, nawet jeśli na jakiś czas 

porzucił wystawne życie.

Miał umięśnione ciało plebejusza, ale należał do jej świata. Nie było więc grzechem 

rzucać ku niemu spojrzenia.

background image

W każdym razie nie takim ciężkim grzechem.

- Mała jest podobna do tego twojego kompana - rzekła Karolina. - Ma takie trudne do 

wymówienia imię - uśmiechnęła się, jakby się usprawiedliwiała.

Właściwie  nie musiała  tego robić,  Nikołaj  zrozumiałby,  dlaczego  jej  usta  nie lubią 

smaku imienia tamtego mężczyzny.

Nikołaj to jeden z Norkinów. Przyszedł na świat w pałacu.

- Są spokrewnieni - uciął Nikołaj krótko. - Nie słyszałaś, co mówiła Raija?

- On jest ojcem małej?

Nikołaj   poderwał   się,   nie   patrząc   na  Karolinę.   Mimowolnie   rozgniewał   się   na  nią. 

Włożył ręce do kieszeni i zacisnął pięści.

Nagle przypomniało mu się wszystko to, co porzucił. Nie pamiętał już, że ludzie mogą 

być tacy puści.

- Nie - uciął. - A ty chciałabyś mieć jeszcze dzieci?

Trochę mu ulżyło, gdy zobaczył, jak się skuliła. Zaraz jednak się zawstydził. Usiadł 

obok i objąwszy ją ramieniem, rzekł:

- Przepraszam, Karolino. Nie powinienem ci zadawać takich pytań. Wiem, że przeżyłaś 

wielką tragedię. To było bezduszne z mojej strony, bezmyślne. Możesz mi wybaczyć?

Wybaczyła, ale twarz jej pobladła. Cerę miała mlecznobiałą, tak przezroczystą, że aż 

strach było jej dotknąć. Nikołaj zastanawiał się, czy choć trochę się zarumieni od słońca.

- Oczywiście, że chciałabym mieć dzieci - odpowiedziała cienkim, zalęknionym głosem. 

- Czyż nie takie właśnie jest zadanie kobiety i żony? Zadanie, a równocześnie radość.

Spuściła wzrok i nerwowo splotła palce. Nikołajowi zrobiło się jej żal. Przecież nie 

chciał jej tak zdenerwować. Właściwie nawet ją lubił. Uważał, że jest słodka. Jej bezradność 

wzruszała go i sprawiała, że coś w nim topniało.

Chyba nie różniła się specjalnie od młodych kobiet, które pamiętał z pałacu swojego 

ojca, z czasów gdy uznano, że osiągnął wiek właściwy do ożenku. Żadna jednak nie miała w 

oczach takiej bezradności i żadna nie wydawała się tak zagubiona.

Ale też nie pozostawiono ich samych na zupełnie obcej ziemi.

Nikołajowi zrobiło się jej żal. Zawstydził się, że tak wtargnął bez zaproszenia do jej 

intymnego świata. Przecież nie było to w jego stylu.

Dlatego też otworzył przed nią serce i wyjawił swoją tajemnicę.

- Ja także straciłem dziecko - rzekł. - Jelizawieta spodziewała się mojego dziecka, gdy 

umarła. Próbuję je sobie wyobrazić, choć nigdy nie było mi dane trzymać go na rękach. Ona 

umarła na moich oczach. Tuliłem ich oboje, ale dziecka nigdy nie ujrzałem.

background image

Karolina   Weimer   wpatrywała   się   w   niego   rozszerzonymi   ze   zdumienia   oczyma. 

Zapomniała, że kobieta, o której jej opowiada, była siostrą tego, którego imienia nie chciała 

wymawiać,   by  nie  splamić  swoich   ust.  Wyobraziła   sobie  umierającą  kobietę  w ramionach 

Nikołaja i zrozumiała, dlaczego uciekł.

- To znaczy, że coś nas łączy - wyrwało się jej..

Raija   weszła   do   pralni,   a   Natalia   za   nią,   trzymając   się   mocno   spódnicy   mamy. 

Towarzyszył im Walerij.

background image

10

Dzień nie zakończył się dobrze.

Niebo rozpościerało się nad ziemią niczym ogromna lśniąca kula z niebieskiego szkła. 

Na żyznym brzegu Dwiny trawa zieleniła się jak przedtem, a kwiaty kłaniały się na wietrze 

zadowolone.

Ale ten dzień zakończył się źle.

Właściwie w ogóle się nie zakończył.

Walerij pomógł Raiji wyciągnąć mokre pranie z wielkiego kotła i włożyć do koszy. 

Były takie ciężkie, że we dwoje musieli je zanieść na brzeg do płukania.

Raija podwinęła spódnicę. Stojąc tak po łydki w wodzie i płucząc upraną bieliznę, 

poczuła prawdziwy smak lata. Bolały ją plecy i ramiona, ale nie chciała, by ktoś jej pomagał. 

Uważała, że jak każda kobieta potrafi sobie sama poradzić.

- Natalia nie wchodzi do wody! - powstrzymała córeczkę, która przybiegła za nimi i 

chciała   być   tam,   gdzie   mama.   -   Zostań   na   brzegu,   skarbie!   -   poprosiła,   wiedząc,   że   nie 

upilnowałaby jej, zajęta pracą.

Natalia, o dziwo, posłuchała bez sprzeciwu, choć zazwyczaj próbowała postawić na 

swoim, a jej błagalnej mince trudno było się oprzeć.

Obejrzała się na odchodzącego w stronę pralni Walerija i dogoniła go. Raija patrzyła 

przez chwilę za nimi i zrobiło jej się cieplej na sercu. Z przyjemnością obserwowała, jak Natalia 

ufnie chwyciła dłoń Walerija i przebiera pośpiesznie nóżkami, żeby dotrzymać mu kroku. On 

zaś zwolnił nieco, by mała mogła za nim nadążyć.

Zwróceni do siebie twarzami, rozmawiali. Natalia nie znała wszystkich dorosłych słów, 

którymi się posługiwał Walerij, on także nie pojmował całej jej paplaniny, ale żadnemu z nich 

to nie przeszkadzało. Dobrze im było razem. Łączyły ich silne więzy.

Raija wypłukała w rzece koszule, bluzki, halki, pończochy, bieliznę i ułożyła wszystko 

w koszu. Potem przyszła kolej na poszewki i prześcieradła.

Dłonie jej już poczerwieniały od zimnej wody, palce zesztywniały i pobolewały trochę, 

ale się tym nie przejmowała.

Raija płukała.

Czuła, że życie kobiet to jakby nieprzerwana żegluga. Woda towarzyszy im od bólu i 

radości   narodzin   poprzez   codzienność   pełną   ubrań,   które   trzeba   uprać,   podłóg   do 

wyszorowania, kubków i misek do pozmywania, i dzieci, które trzeba wykąpać.

Woda.

background image

Ręce zanurzone w niej po łokcie.

Woda to życie.

Raija uśmiechnęła się do siebie. Dawno nie rozmyślała na takie tematy.

Dzień nie zakończył się dobrze.

Dla Raiji zatrzymał się mniej więcej w chwili, gdy stała po kolana w rzece.

Pamiętała, że jedno z prześcieradeł porwał nurt, jakby na suknię dla matki Dwiny.

Pamiętała   swoje   krwistoczerwone   dłonie.   Takie   szczegóły   utkwiły   jej   w   pamięci, 

wypierając cierpienie.

Walerij lubił słuchać Natalii. Nie wszystko, a właściwie niewiele rozumiał, ale lubił ją 

mieć koło siebie.

Kiedy ta mała pociecha kręciła mu się pod nogami, czuł się doroślejszy. Prawie na tyle 

dojrzały, by założyć rodzinę.

Sam tak naprawdę nigdy nie miał rodziny. W dzieciństwie przeżył tyle niepewności, 

lęku i ponurych chwil, że wymazał niemal zupełnie z pamięci ten okres. Nie chciał wracać do 

straszliwych wspomnień nawet teraz.

Gdy opiekę nad nim i siostrą przejął Wasilij, też nie tworzyli prawdziwej rodziny. Tylko 

w owe miesiące, kiedy mieszkali u Raiji i Jewgienija, oglądał z bliska rodzinne życie.

Przypomniał sobie, jak się wówczas modlił o to, by Jewgienij umarł. Wydawało mu się, 

że wtedy Raija poślubiłaby Wasilija, a on stałby się prawdziwym członkiem rodziny.

Jakie naiwne marzenia noszą w sobie dzieci!

Walerij zapragnął mieć własne dzieci. Gdzieś głęboko w sercu odczuwał taką tęsknotę, 

mimo że żadnej ze znanych mu kobiet nie wyobrażał sobie w roli ich matki. Pragnął ofiarować 

potomstwu zupełnie inne dzieciństwo niż to, w którym sam doświadczył tyle cierpienia.

Kiedyś  przekaże  Natalii   dziedzictwo  Uskowów. Dziewczynka  wprawdzie  nie nosiła 

tego nazwiska, ale chciał, by usłyszała opowieści,  które niegdyś Wasilij  opowiadał swoim 

bratankom, nauczyła się piosenek, które Wasilijowi śpiewano w dzieciństwie do snu. Być może 

nie   stanowiło   to   jakiegoś   wyjątkowego   bogactwa,   ale   Walerij   pragnął   przekazać   małej 

wszystko, co pamiętał.

Wyjął z wielkiego kotła resztę bielizny. Przesunął ciężki kosz pozostawiony przez Raiję 

i podniósł go z trudem. Z kosza pociekła gorąca woda. Syknął i odwrócił się do wyjścia. Przez 

ramię zawołał do Natalii, żeby poszła za nim.

- Idziemy do mamy - powiedział.

- Miły pan - zawołała Natalia i podskakując, klasnęła w dłonie. - Miły pan!

Ujrzawszy   radosną   twarzyczkę   dziewczynki,   Walerij   znów   dał   się   oczarować.   Jej 

background image

uśmiech mógł zmiękczyć najtwardsze serca.

- No nie taki znów miły - uśmiechnął się i święcie przekonany, że Natalia podąża za 

nim, wytoczył się z pralni.

Dzień nie zakończył się dobrze.

Przeciął go rozdzierający krzyk.

Walerij rzucił kosz i wbiegł do pralni.

Raija wypuściła z rąk prześcieradło, które popłynęło z prądem rzeki. Potykając się, 

biegła co sił w nogach, a mokry brzeg spódnicy plaskał jej o łydki.

Nikołaj, zdezorientowany, też puścił się biegiem i wpadł do pralni niemal równocześnie 

z Raiją.

Walerij trzymał na rękach Natalię, krzyczącą wniebogłosy.

Dziewczynka wdrapała się na odwrócone puste wiadro, po nim na stołek i wpadła do 

opróżnionego z prania kotła.

Jej krzyk zdawał się nie mieć końca.

A na zewnątrz niebo pozostało tak samo błękitne. Trawa równie zielona. Rzeka toczyła 

wody, szemrząc nadal swą pieśń, a słońce spokojnie wędrowało po niebie.

Dzień nie zakończył się dobrze.

Czuła się tak, jakby płynęła pod wodą: nie było zupełnie cicho, ale też nie dochodziły 

jej dźwięki. Nie czuła ani bólu, ani spokoju, nie czuła nic.

Kiedy sprowadzili Jewgienija, Raija nadal klęczała oniemiała na mokrej podłodze w 

pralni z Natalią w ramionach.

Nie udało im się odebrać jej dziecka. Nie reagowała na prośby ni na groźby.

Trzymała córeczkę kurczowo, tuląc mocno. Nie odezwała się ani słowem, nie uroniła 

ani jednej łzy, ale dziecka nie wypuszczała z rąk.

Karolina   Weimer   jadła   zimną   zupę   w   pustej,   pomalowanej   na  niebiesko   jak   niebo 

kuchni.

Prosty drewniany stół wydawał jej się większy niż przykryte adamaszkowymi obrusami 

eleganckie stoły, przy których zdarzało jej się spożywać posiłki.

Siedziała odwrócona plecami do okna. Nie chciała na nich patrzeć, nie chciała o nich 

myśleć.

Nie chciała o tym wszystkim myśleć.

Było cicho.

Krzyk przeciął dzień. Ale umilkł. Teraz tylko cisza dzwoniła w uszach.

Jewgienij popatrzył na syna i rzekł:

background image

- Musisz sprowadzić Tonie! Gnaj, co koń wyskoczy, i czym prędzej wracaj. Z tym nie 

poradzę sobie sam...

Misza pokiwał głową. Twarz mu zastygła. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. 

Czuł ulgę, że wolno mu będzie stąd uciec.

Najgorsza była ta cisza.

Galopował   ostro,   po   policzkach   płynęły   mu   łzy.   Wiatr   chłodził   mu   twarz,   a   pęd 

powietrza osuszał słone krople.

Wzburzony, wykrzyczał swój ból tak przeraźliwie, że spłoszył konia, który omal nie 

zrzucił go z grzbietu.

Opanował się ogromnym wysiłkiem woli. Wyczerpany gwałtownym wybuchem żalu, 

nie miał siły więcej krzyczeć. Targał nim gniew. Wszystko w nim protestowało przeciwko 

niesprawiedliwości tego świata.

Natalia nie zrobiła nikomu nic złego. Jego mała siostrzyczka była taka dobra i miła! Nie 

znał słodszego dziecka. Lubił wracać wieczorami do domu właśnie dlatego, że ona tam czekała. 

Ponieważ jej twarz promieniała silniej niż lampa, ponieważ jej śmiech brzmiał tak radośnie. 

Uczyniła go kimś ważnym.

To niesprawiedliwe!

Gniew ściskał mu żołądek, serce, gardło.

Cwałował jak oszalały przez ulice Archangielska, ślepy i głuchy na wszystko. Gnał, 

jakby czuł na karku oddech goniącego go diabła. O mały włos stratowałby ludzi.

Jego koń był kompletnie zdrożony, gdy dotarł na miejsce, ale Michaił nawet tego nie 

zauważył.

- Musisz ze mną jechać! - zawołał, wpadając do izby, gdzie Antonia grubym piaskiem i 

wodą szorowała do białości deski podłogi. - Natalia nie żyje! Musisz przyjechać, tata mówi, że 

sam sobie z tym nie poradzi!

- Co z Raiją? - zapytała Antonia, zorientowawszy się, że nie może wypytywać teraz 

Miszy o szczegóły tego, co się stało.

Widziała, ile wysiłku kosztowało go przekazanie tragicznej wiadomości.

Michaił zamknął oczy, zachwiał się i upadłby, gdyby nie złapał się futryny.

- Nie wiem - odparł. - Nic nie wiem. Nie wypuszcza z rąk Natalii.

Antonia nie pytała o nic więcej.

- Zostań tu! - nakazała Miszy. - Teraz nie powinieneś tam wracać. Nie dasz rady. Wejdź 

do środka, połóż się i wypłacz. Jak zgłodniejesz, Olga przygotuje ci coś do jedzenia.

Nie sprzeciwiał się. Dobrze, że ktoś za niego zadecydował, że nie musiał sam myśleć.

background image

- Olga zajmie się koniem - dodała Antonia, spojrzawszy na córkę, która wyjątkowo nie 

wyraziła sprzeciwu, wpatrzona w Misze. Ten oparł łokcie o kuchenny stół i ukrywszy twarz w 

dłoniach, szlochał.

Dziewczynka wyszła. Oporządziła konia, zaprowadziła go do stajni i zadbała, by nic mu 

nie brakowało. Kiedy wróciła, Misza ciągle płakał.

Czuła się zakłopotana. Chętnie pogłaskałaby go po głowie, ale coś ją powstrzymywało. 

Ukryła dłonie w fałdach spódnicy.

Widziała już kiedyś, jak płakał. Ale nie tak rozdzierająco. Nie mogła go pocieszyć. Nie 

miała pojęcia, co się właściwie stało. Nie chciała być wścibska, była jednak ciekawa.

To okropne, że mała Natalia nie żyje.

Przecież dzieci nie umierają tak nagle, z niczego.

Natalia nie żyje.

Nigdy więcej nie usłyszą jej szczebiotu, rozkosznej paplaniny, nie zobaczą uśmiechu na 

jej twarzy. Nigdy więcej pulchne rączki nie uwieszą się na niczyjej szyi. Nigdy więcej nie 

przytuli się pulchnym policzkiem, delikatniejszym niż miękki aksamit.

Nigdy więcej.

„Nigdy”, straszne słowo.

Michaił zanosił się szlochem, a łzy ciekły na drewniany blat. Olga była pewna, że już na 

zawsze pozostanie w tym miejscu ciemniejsza plama i za każdym razem przypominać jej będzie 

o śmierci Natalii.

Stała, opierając ręce na oparciu krzesła, a w głowie dudniło jej jedno słowo: „śmierć”. 

Zdawało jej się, że odbija się ono echem i wypełnia całą izbę. Wszystko wokół niej powtarzało 

w kółko: „Śmierć, śmierć...”

Michaił płakał.

A na dworze było tak pięknie! Miało się ku wieczorowi, niebo było bezchmurne. Olga 

wyobraziła   sobie,   jak   w   nocy   zabarwi   się   płomieniem,   a   czerwona   słoneczna   poświata 

roztańczy się na falach Morza Białego i płynącej wartko Dwiny.

Nad rzeką zaś zawiśnie delikatna, biała siateczka mgły. Elfy w tiulowych sukienkach 

wirować będą lekko po powierzchni wody.

To będzie piękna noc.

Natalia nie żyje.

Olga   nagle   zrozumiała   wszystko.   Gdzieś   głęboko   w   serce   zapadły   jej   dwa   słowa: 

„nigdy” i „śmierć”. Pojęła, że oznaczają to samo.

Usiadła   obok   Michaiła   i   oparła   się   plecami   o   ścianę.   Przypomniała   sobie   małą, 

background image

uśmiechniętą   twarzyczkę   Natalii   z   dołeczkami   w   policzkach.   Zdawało   jej   się,   że   słyszy 

cieniutki, zawsze taki stanowczy głosik. I coś w niej pękło.

- Nie! - zawołała. - Nie...

Wierzyła i nie wierzyła zarazem w to, co usłyszała od Miszy.

Odwróciła się do niego i objęła go ramionami, przytulając twarz do jego pleców. Czuła, 

jak wstrząsa nim szloch, ale nie umiała go pocieszyć. Brakowało jej słów.

Sama się rozpłakała.

Rozpaczali oboje.

Tym dwóm słowom: „śmierć” i „nigdy”, mogli przeciwstawić jedynie łzy.

Obejmowali się kurczowo w spazmatycznym szlochu.

- Jak to się stało? - zapytała w końcu Olga. Michaił opowiedział jej wszystko, nie mogąc 

powstrzymać łez. Wypłakiwał całe cierpienie i ból.

- Ona już nie żyła - mówił udręczony, a przed oczyma miał nadal obraz matki z Natalią 

w ramionach. - Tak mówił Nikołaj. Krzyknęła i w jednej chwili już nie żyła.

Nie żyła.

Olga zamknęła oczy, ale na niewiele się to zdało. Wyobraziła sobie to wszystko, co 

zobaczył Misza. Nie potrzebowała prosić, by opowiedział dokładniej. Straszliwy ból przeszył 

każdy skrawek jej ciała, poczuła niemal, jak przeniknął jej do krwi.

- Biedne maleństwo! Tak cierpiało! Michaił tylko pokiwał głową. Opowiedział to, co 

zobaczył. Ale ani słowem nie wspomniał, co czuje. Tymczasem wszystko go paliło i piekło. 

Zdradliwy szept przypominał mu, jak nie chciał, żeby Natalia przyszła na świat. Tyle razy 

pragnął, żeby umarła, zanim się narodzi.

Ale to przecież było kiedyś!

Zanim pojawiła się w ich życiu. Zanim stała się najcudowniejszym małym stworzeniem, 

jakie w ogóle można sobie wyobrazić.

Była jak aniołek Bardzo ją kochał. Bardziej niż byłby w stanie wyjaśnić Oldze. Nawet 

ona by tego nie pojęła.

Właśnie dlatego, że kiedyś nie chciał jej narodzin, później pokochał ją jakby podwójnie.

Olga nie zrozumiałaby tego.

Michaił obejmował Olgę i pozwalał, by wypłakała się w jego koszulę. Głaskał ją po 

głowie i czuł się jak dorosły mężczyzna.

Zaraz potem jednak sam wypłakiwał się na jej piersi i to ona 'wichrzyła mu „włosy i 

trzymała drżące od płaczu ramiona.

Płakali oboje.

background image

Natalia nie żyła.

Raiję oddzielono w końcu od martwego dziecka.

Antonii udało się ją przekonać, by wypuściła dziecko z rąk. Objęła mocno Raiję, żeby ją 

podnieść z zimnej, kamiennej posadzki, ale ona tylko pokręciła głową i pozostała w tej samej 

pozycji. Przemoczona, klęczała na kolanach, patrząc ze zdumieniem na swoje puste ręce. Ruchy 

miała powolne.

- To moja wina - odezwała się, podnosząc wzrok na Antonię. - Nie powinnam spuszczać 

jej z oka, powinnam na nią uważać, nie powinnam pozwolić, żeby się ode mnie oddaliła!

Antonia słuchała przyjaciółki, z której ust wylewał się potok oskarżeń pod własnym 

adresem. Słowa, które sforsowały tamę milczenia, popłynęły z siłą wodospadu.

Antonia niczemu nie zaprzeczała. Usiadła obok Raiji i słuchała w milczeniu.

W drzwiach stanął Jewgienij i także przysłuchiwał się temu, co mówi Raija. Antonia 

dała mu znak dłonią, jakby go chciała powstrzymać.

Zrozumiał. Pozostał jeszcze przez chwilę i pokręciwszy lekko głową, obrzucił Raiję 

spojrzeniem pełnym miłości. W końcu zacisnął pięść i wyszedł. Uznał, że Antonia ma rację; nie 

mógł teraz dotrzeć do Raiji. Otoczyła się szczelnym murem, niedostępna dla nikogo. A przecież 

on też kochał Natalię! Z pełnym przekonaniem mógł to powiedzieć.

Ponieważ   jednak   nie   był   ojcem   Natalii,   Raija   zamknęła   się   sama   w   swoim   bólu. 

Jewgienij nie miał na to żadnego wpływu.

Raija zadecydowała, że to jej dziecko i jej ból.

Ufał, że później go do siebie dopuści.

Później.

- Czy to moja wina? - powtarzała Raija w kółko.

Patrzyła w ciemne oczy Antonii i spojrzeniem pytała wciąż o to samo. Nie czekała 

jednak, aż Antonia jej odpowie. Nim Antonia zdążyła otworzyć usta, Raija już mówiła dalej.

- Dlaczego moje dziecko musiało umrzeć? Dlaczego zginęło w taki sposób?

Wciąż na nowo dawała wyraz wątpliwościom i wyrzutom sumienia. Stawiała pytania, 

na które nie było odpowiedzi, a które w równym stopniu dręczyły Antonię.

- Ona tak cierpiała, Toniu - mówiła Raija, wpatrując się wielki kocioł do gotowania 

bielizny. - Tak cierpiała, że wolałam, żeby umarła.

Zamilkła na długą chwilę.

- Czy mogłam poświęcić siebie, żeby ją uratować? Myślisz, że mogłam, Toniu?

Cisza.

- Nawet o tym nie pomyślałam. Słyszałam tylko ten jej krzyk. Maleńka, tak bardzo 

background image

cierpiała! Pragnęłam tylko jednego: skrócić jej cierpienie...

Raija potrząsnęła głową. Nasiąkłe wilgocią włosy zwisały w strąkach.

- Nie myślałam, Toniu, o tym, żeby ona żyła. Chociaż... może przez chwilę? Ale nie 

wierzyłam.   Widziałam  ją.   Jej   krzyk  rozsadzał   mi   głowę.   I   myślałam  jedynie  o   tym,  żeby 

uwolnić moje dziecko od bólu. I to jak najszybciej.

Raija oddychała cicho.

- Nie wiem, czy użyłam swojej mocy. Nie wiem, czy cokolwiek zrobiłam, po prostu nie 

wiem. Nie pamiętam, Toniu. Wiem jedynie, że pragnęłam uwolnić ją od cierpienia. Ale czy 

chciałam jej śmierci? Nie wiem. Myślisz, że chciałam?

Antonia znów nie potrafiła odpowiedzieć Raiji. Ściskała tylko jej chłodne dłonie.

-   Moje   ręce   były   krwistoczerwone   -   powiedziała   Raija.   -   Myślisz,   że   chciałam   jej 

śmierci? Jak sądzisz, może ona umarła, bo ja jej coś zrobiłam?

- Nie wiem - odparła Tonią. - Ale nie możesz tutaj siedzieć, bo będziesz chora.

- Chora? - zdziwiła się Raija. - Gdzie Natalia? Patrzyła długo na Antonię. Może ujrzała 

w jej oczach własne odbicie i wszystko sobie przypomniała?

- Możesz przyprowadzić do mnie Walerija? - poprosiła. - Chcę z nim porozmawiać. Ty 

nie przychodź, Toniu. Tylko Walerij.

- Mogę odejść od ciebie? Raija pokiwała głową, ściskając dłonie.

- Ja tu zostanę. A ty przyprowadź Walerija.

Walerij siedział w pomalowanej na niebiesko kuchni i płakał, powtarzając w kółko to 

samo pytanie: „Czy to moja wina?”

Odpowiadali mu, że nikt tu nie zawinił, ale im nie dowierzał.

- Powinienem sprawdzić, czy idzie za mną. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Chciał 

powiedzieć o tym Raiji., ale słowa nie przechodziły mu przez gardło. Rzucił się na klęczki, 

Raija otoczyła go ramionami i tak drżąc, trwali oboje w objęciach.

Zacisnęli   powieki,   żeby   nie   patrzeć   na   to   miejsce,   ale   wciąż   mieli   przed   oczami 

koszmarny obraz, a w uszach świdrował im rozdzierający krzyk.

W końcu Walerij wstał i pomógł Raiji się podnieść. Przytrzymał ją, gdy zachwiała się, z 

trudem utrzymując się na ścierpniętych nogach.

Zataczając   się,   wyszli   razem   z   pralni.   Pod   zachwycającym   barwami   nieboskłonem 

skierowali się na brzeg Dwiny.

Kosz z wypraną bielizną stal w tym samym miejscu, gdzie Raija go zostawiła, a ona 

pomyślała mimo woli, że prześcieradło pewnie dopłynęło już do Morza Białego.

Wsłuchani w odwieczną pieśń rzeki, płakali objęci. Raija siadła na brzegu, a kiedy 

background image

Walerij usadowił się obok, zapytała:

- Czy ona kogoś zobaczyła? Mówiła, że ktoś tam jest?

- Nie - odparł Walerij, ale zmarszczył czoło, jakby myślał o czymś intensywnie.

- Nie widziała czasem miłego pana?

- Ja myślałem, że ona mówi tak o mnie... - odrzekł Walerij, czując, jak ściska go serce.

- Nie pytaj mnie, dlaczego, Waleriju - poprosiła Raija i westchnęła ciężko. - Ale wiedz, 

że to jest jakaś pociecha. Kiedyś ci może o tym opowiem. Ale nie teraz.

-   Myślałem,   że   ona   idzie   za   mną...   Prosiłem,   żeby   wyszła...   Nigdy   bym   nie 

przypuszczał.

Raija potrząsnęła głową i uśmiechnęła się blado. Otarła łzy, ale nowe nie przestawały 

płynąć jej z oczu. Nie dało się zatrzymać potoku słonych kropli.

-   Nikt   nie   mógł   tego   przewidzieć   -   odparła.   -   Ani   ty,   ani   ja.   Nie   obwiniam   cię, 

Waleriju...

Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.

- Czy to moja wina? - zapytała, właściwie nie oczekując odpowiedzi.

Walerij pokręcił głową.

- To nie była niczyja wina.

Miał rację. Raija dobrze o tym wiedziała, ale potrzebowała, by ją w tym utwierdził.

- Była aniołkiem - powiedziała.

- Przybyła do nas tylko na chwilę - dodał Walerij.

background image

11

Raija nie była przygotowana na to, że jej życie tak gwałtownie się zmieni. Nikt jej nie 

uprzedził, że dni mogą wlec się powoli, a nocami nastanie cisza tak wielka, że aż dzwonić 

będzie w uszach.

Natalią zajęła się sama, pozwalając jedynie, by towarzyszyli jej Jewgienij, Michaił i 

Walerij. Przed innymi zatrzasnęła drzwi.

Umyła starannie ciałko martwego dziecka i ubrała w najpiękniejszą sukienkę, czerwoną 

jak życie, jak krew, jak barwa, którą przybrało niebo pierwszej nocy po tragicznym wypadku.

Czuwała przy Natalii przez cztery noce i tyle samo dni. Dni i noce stopiły się w jedno. 

Nie miały początku ani końca. Zlały się razem jak wody rzeki wpływające do słonego morza.

Nie rozmawiała z nikim. Nie pozwalała się pocieszyć. Unikała tych, którzy chcieli się 

do niej zbliżyć. Nie jadła.

Siedziała przy trumnie z dzieckiem i płakała.

Piątej nocy, wyczerpana, zasnęła na siedząco.

- Nie będziesz sama - powiedział. - Nikt nie jest stworzony do samotności, nawet ty, 

Raiju.

Nie   miała   pojęcia,   jak   się   tam   znalazła,   ale   czuła,   że   w   tym   właśnie   miejscu   być 

powinna.

Był piękny dzień, krajobraz porażał swym pięknem.

W   tej   krainie   nie   istniał   ból   ani   smutek,   ani   cierpienie.   Jedynie   dobro.   Wokół 

przechadzali się uśmiechnięci i radośni ludzie. Pasły się dorodne zwierzęta.

- Kiedyś cię zabiorę i zostaniesz tu na dobre - po

wiedział, uśmiechając się. - Kiedyś... 

ale nie teraz. Jest jeszcze za wcześnie, Raiju.

- A moje dziecko? - zapytała. - Czy jest tu moje dziecko? Czy to ty jesteś tym miłym 

panem?

Uśmiechnął się znowu. Był taki urodziwy, taki pociągający, kiedy się uśmiechał.

Zapragnęła, by jej dotknął. Ale wyczuwała, że to niemożliwe.

Pamiętała dotyk jego dłoni na ramionach. Pamiętała ten ułamek chwili.

On należał do tego miejsca. Zupełnie innego niż to, skąd przyszła. Rozumiała, że nie 

można mieszać ze sobą tych dwóch światów.

- Możesz płakać po niej. To nic złego. Ale chcę, żebyś wiedziała, że ona nie cierpi. 

Zabrałem ją ze sobą, bo nadszedł jej czas.

- Dlaczego? - zapytała Raija.

background image

Ręce zdawały się jej ciążyć. Oczy daremnie wypatrywały Natalii. Może on kłamał?

- Dlaczego właśnie Natalia? Była jeszcze taka mała! Nie zdążyła nawet pożyć. Nie 

zrobiła nic złego! Była moim dzieckiem, naszym promyczkiem, naszą radością, światełkiem, 

naszym aniołkiem.

- Śmierć nie jest karą - przerwał jej, a z jego młodej twarzy biła powaga, jakby posiadł 

całą  mądrość tego  świata.  Jakby  wiedział   to wszystko, na co ona bezskutecznie usiłowała 

znaleźć odpowiedź. Raija czuła, że pojmuje nawet jej ból. Miał takie głębokie spojrzenie.

Ale nie chciała go zrozumieć. Nie potrafiła doszukać się jakiejś racji w tym, że jej 

dziecko leży martwe w drewnianej trumience. Nie była w stanie dopatrzyć się sensu w takiej 

okropnej śmierci.

Nie przemawiało do niej, że może to być przeznaczenie lub palec Boży.

Nie zniosłaby takiego wytłumaczenia.

Natalia była słońcem. Była aniołem. Była jej dzieckiem.

- Dzieci są nam użyczone - powiedział mężczyzna. Jakby tego nie wiedziała! Ale dzieci 

powinno się wypuszczać spod skrzydeł ku życiu, a nie ku mrokowi śmierci!

Dzieci są użyczone, to prawda.

Ale nie tak.

- Nadeszła jej pora - tłumaczył ze spokojem mężczyzna. - Żyła na tyle długo, byście 

dostrzegli w niej promyk słońca i radość. Myślę, że zdążyła pozostawić po sobie trwały ślad w 

waszych sercach. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Kochaliście ją i zapamiętacie. Nie da się 

cofnąć czasu, nie da się jej przywrócić życia.

Stał   skąpany   w   słonecznej   poświacie,   a   jego   cera   przybrała   złotawy   odcień. 

Zmrużywszy oczy, spoglądał ku Raiji. Nad wąskimi szparkami odznaczały się czarne, proste 

kreski brwi.

- Może była aniołem, który zstąpił do was na ziemię i na chwilę podzielił się z wami 

światłem.

Raija chciała mu się sprzeciwić.

On jednak uśmiechnął się tylko, jakby posiadł wszelką mądrość. Wiedział, gdzie jest jej 

dziecko, ale jej nie pokazał go ani nie pozwolił dotknąć.

Rozpłynął się w powietrzu i zniknął.

A może to ona zniknęła? Może została odciągnięta z tej rajskiej krainy gdzieś na skraju 

tęczy, po drugiej jej stronie?

Nie mogła tam się teraz dostać.

- Zasnęła, Bogu dzięki! - powiedział Jewgienij po cichu do Walerija. - Nawet ją musiało 

background image

to w końcu wyczerpać. Zaniesiesz ją do chaty?

Walerij kiwnął głową. On także się bał. Wszyscy ukrywali lęk, nie zwierzając się sobie 

nawzajem. W milczeniu zerkali ukradkiem w stronę stodoły na uchylone okienko, w którym 

świeciła się lampa.

W letnie noce nie zapadał mrok, ale ich myśli i serca pogrążyły się w ciemności.

Podniósł Raiję ostrożnie i przeraził się, że jest całkiem zimna. Palcami odszukał tętnicę 

na szyi. Wyczuł puls, ale nie był pewien, czy mu się nie zdaje. Przyłożył kciuk. Zarejestrował 

powolne uderzenia.

- Ona żyje - powiedział Jewgienij z twarz spiętą, jakby pozbawioną wyrazu. - Coś 

takiego jej się zdarza - dodał, otwierając i zamykając drzwi.

Położyli ją tak, jak zasnęła, zdjęli jej jedynie buty.

Walerijowi wydała się taka młoda. Obca, choć równocześnie znajoma.

Uważał ją za ciotkę, ale traktował jak matkę. I tak na nią patrzył. Owszem, dostrzegał, 

że jest piękna, ale nigdy do końca nie rozumiał, dlaczego Wasilij tak ją pokochał. Nie potrafił 

pojąć, że wuj gotów był zmienić dla niej całe swoje życie i ofiarować jej wszystko.

Dopiero teraz zrozumiał.

Wuj Wasilij był silnym człowiekiem. Nie oczekiwał ślepego podziwu ze strony kobiety. 

Nie marzył też o tym, by nadmiernie chronić ukochaną i decydować za nią. Wasilij szukał 

kobiety, przy której mógłby żyć. Niewiele kobiet to rozumiało, bo mało kto tego od nich 

oczekiwał.

Walerij popatrzył na Raiję, na jej bladą twarz otoczoną wieńcem czarnych włosów. 

Spała, ale jej usta wyrażały powagę.

Jej twarz o zdecydowanych rysach przywodziła na myśl dziki krajobraz. Sama w sobie 

była drobna, ale nie znać po niej było cienia słabości.

Walerij zauważył w niej tę Raiję, którą kochał Wasia. I zrozumiał wuja.

- Bogu dzięki! - westchnęła Antonia, kiedy już wrócili do kuchni. Ona też była blada i 

zmęczona. Musiała uporać się ze wszystkimi pracami w gospodarstwie, którymi na co dzień 

zajmowała się Raija. - Ona... podróżuje? - zapytała Jewgienija.

Skinął lekko głową.

Antonia miała na końcu języka: „Bogu dzięki”, ale powstrzymała się. Bo za to akurat 

nie było co dziękować Stwórcy.

- Chyba powinnam zabrać tę młodą damę do Archangielska - westchnęła znowu. - Niki 

mógłby ją częściej odwiedzać. Miałaby z kim porozmawiać.

Karolina   spała,   dużo   spała.   Przynajmniej   tak   to   wyglądało.   Na   pytania   Walerija 

background image

odpowiadała półsłówkami. A przy Nikołaju też nie była rozmowniejsza. Nie próbowała zbliżyć 

się do Raiji. Po prostu odcięła się od wszystkich. Przyjmowała jedynie ich opiekę i jadła, co jej 

podano.

- Naprawdę chcesz ją zabrać? - zapytał Jewgienij.

-  Szczerze   mówiąc   nie  -  odpowiedziała   Antonia.   -  Przecież   z  nią  nie  jest   tak  źle! 

Mogłaby zwlec się z łóżka i trochę pomóc. Okazać trochę serca. Ona tymczasem kaprysi. Nie 

zaprzeczaj, Nikołaju! To są zwykłe kaprysy! Przecież nie jej jest najciężej.

- Jesteś bardzo okrutna - uznał Nikołaj. - Wszak ona też straciła dziecko!

- Wiem o tym - odparła oschle Tonią. - Byłam przy tym. Jest mi przykro, ale ona chyba 

powinna zrozumieć, że przecież z tego powodu nikt jej nie będzie współczuł do końca życia. 

Mogłaby się postarać choć trochę odwdzięczyć Raiji, która tyle dla niej zrobiła!

Michaił   przysłuchiwał   się   tej   rozmowie   i   patrzył   ze   zdumieniem   na   dorosłych. 

Zastanawiał się i coraz bardziej wątpił, czy rzeczywiście ludzie z wiekiem stają się mądrzejsi.

W ich słowach trudno było się doszukać sensu.

Antonia w kółko wałkowała to samo. Zupełnie tak samo kręciły się napędzane siłą wody 

koła, które na wiosnę umieszczał z ojcem na strumyku, kiedy był młodszy.

- To chyba nie wyścigi - wybuchnął wreszcie, nie mogąc dłużej tego znieść.

Zerwał się gwałtownie z krzesła, chwycił kurtkę i rzucił podniesionym głosem:

- Czy to ważne, która z nich bardziej cierpi? Żadnej z pewnością nie będzie od tego 

lepiej. Wasza kłótnia nie zwróci dziecka Karolinie ani nie sprawi, by Natalia znów była z nami!

Trzasnął drzwiami tak mocno, że aż się zatrzęsła chata, i wybiegł na dwór. Powędrował 

na oślep przed siebie, omijając stajnię i pozostałe zabudowania. Nie potrzebował ścian ani 

dachu nad głową.

- Mogę iść z tobą? - usłyszał za plecami głos doganiającej go Olgi. - Ja też uważam ich 

za głupców! Zresztą oni sami chyba to sobie teraz uświadomili.

Przeszli razem nad rzekę i usiedli na brzegu. Olga podciągnęła kolana, otulając nogi 

spódnicą.   Uniesione   kolana   przypominały   górskie   szczyty,   a   ramiona,   którymi   je   objęła, 

zasłaniające je chmury.

- Zakochałeś się w niej? - zapytała Olga, opierając policzek na ręce i patrząc uważnie na 

Michaiła. Zdmuchnęła z oczu kosmyk włosów. - Dlatego się rozzłościłeś, prawda? Dlatego jej 

broniłeś?

- Pytasz, czy zakochałem się w Karolinie? Michaił wpatrywał się w Olgę, mrużąc oczy z 

niedowierzaniem.

- Wiesz, Olga, teraz to ty jesteś głupia! - odrzekł, bo nie spodziewał się, że przyjaciółka 

background image

może zachować się tak nierozumnie.

- Przecież jest piękna - tłumaczyła się Olga.

- Czy w takiej chwili można się w ogóle w kimś zakochać? - wybuchnął Michaił. - Moja 

młodsza   siostra   poparzyła   się   na   śmierć,   a   ty  mnie   pytasz,   czy   się   zakochałem   w   jakiejś 

beznadziejnej kobiecie z Norwegii. Boże drogi, Olga, jak ty możesz być taka bezmyślna?

- Ja też rozpaczam - odparła żałośnie Olga. - Chociaż dość często mi uświadamiałeś, że 

Natalia nie jest moją siostrą. Wiem o tym, ale mam prawo płakać po niej. Nie możesz mi tego 

zabronić, Misza.

- Ona nie była taka jak my - rzekł Michaił, jakby nie słyszał słów Olgi. - Natalia nie była 

jedną z nas.

Rzucał kamieniami do rzeki. Jeden po drugim. Czasem kilka naraz. Rzucał ze złością, 

poruszając gwałtownie ręką.

- Nie sądzę, by ona odeszła sama - dodał po chwili. - Ktoś po nią przyszedł. Walerij 

mówił, że tuż przed tym strasznym wypadkiem trajkotała coś o miłym panu. Podobno mama też 

słyszała. On ją zabrał! Mów sobie, co chcesz, Olga, ale ja w to wierzę. Natalia kogoś widziała.

Oldze zaschło w gardle. Nie zamierzała się sprzeciwiać Miszy. Bała się go urazić. Ale 

nie wiedziała właściwie, co o tym wszystkim sądzić. Michaił tymczasem ciągnął z namysłem:

-   Myślę,   że   mama   wie,   kim   jest   ten   mężczyzna.   Myślę,   że   znała   go   w   swoim 

wcześniejszym życiu.

Cisnął kamieniami i zamilkł gwałtownie.

Przestraszył się, że omal nie wygadał wszystkiego, co wie. Omal nie zdradził tajemnicy, 

którą powierzył mu ojciec podczas rejsu na zachód.

Tajemnicy,  dzięki  której ich  rodzina mogła istnieć.  Najchętniej Michaił  zrzuciłby z 

siebie to brzemię. Zbyt mocno mu ciążyło.

- Zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? - zapytała Olga i nie dodała więcej, póki na 

nią nie spojrzał. - Zdajesz sobie sprawę? - powtórzyła z naciskiem.

- Myślę, że tak - odparł Michaił, oddychając z drżeniem. Zerknął w stronę chaty, z 

której komina unosił się dym, potem w stronę stajni, aż wreszcie zatrzymał na dłużej wzrok na 

okienku w stodole, gdzie ustawili trumnę z Natalią. Czarne, puste okno.

- Tak mało wiemy o mamie, zanim tu przybyła, prawda? - powiedział, próbując jakoś z 

tego wybrnąć.

- Przecież mówisz o mężczyźnie, który nie istnieje - przerwała mu Olga z brutalną 

szczerością. - O mężczyźnie, którego my nie możemy zobaczyć. Twierdzisz, że Natalia go 

widziała i dlatego, twoim zdaniem, była inna niż my. Nie mówisz tego na głos, ale myślisz to 

background image

samo o Raiji - Raisie!

Olga zamilkła.

- Tak - potwierdził Misza niechętnie, marząc o tym, by odwrócić się do niej plecami i 

odejść.

- Uważasz, że ten mężczyzna to ktoś, kogo Raija znała, a kto już nie żyje.

Pokiwał głową twierdząco, ale specjalnie uczynił to nieznacznie, jakby w obawie, że 

Olga   wyśmieje   go   swoim   dźwięcznym  śmiechem.   Łatwo  wszystko  przekręcała.   Ktoś   inny 

wysłuchałby   tego,   co   powiedział,   bez   słowa,   ale   ona,   oczywiście,   musiała   urządzić 

przedstawienie.

Zapadła kłopotliwa cisza.

Olga stwierdziła fakty, cóż więc jemu pozostało do dodania?

- Natalia o wielu rzeczach wiedziała wcześniej - rzekł po chwili. - Może o tym, że 

umrze, też? Nie mam pojęcia. Dlaczego więc nie uniknęła nieszczęścia? Była taka mała! Nic 

już nie wiem, Olga! Jestem taki zmęczony. To wszystko jest dla mnie jak koszmarny sen. Nie 

mogę się pogodzić z tym, że jej już nie ma wśród nas. Lepiej by było, gdybym to ja umarł 

zamiast niej. Zdążyłem już przecież przeżyć swoje! Może mamy moja śmierć by aż tak nie 

załamała? Nie wiem, Olga. To takie bolesne...

Olga wstała, pogłaskała go w policzek i pocałowała. Bez słowa otarła mu łzy. Długo 

stali w milczeniu, trzymając się za ręce.

- Ona nie żyje - odezwała się w końcu Olga. - Stało się i nie możemy tego zmienić. Ale 

nigdy jej nie zapomnimy. Może masz rację, Misza. Może ona rzeczywiście kogoś widziała? 

Może ten ktoś przyszedł ją zabrać? Kto wie, czy nie przebywa teraz w miejscu najlepszym dla 

takich aniołów i jest jej tam dobrze?

Michaił zapragnął, by Olga nie potrafiła tak ładnie mówić. Zdawało mu się bowiem, że 

tylko   chce   go   w   ten   sposób   pocieszyć.   Była   mądrzejsza   od   wszystkich   dorosłych   razem 

wziętych. Rozumiała go aż nadto dobrze. Tak wspaniałe, że mógł ją trzymać teraz za rękę!

Nie patrząc na przyjaciółkę, ścisnął jej dłoń, a ona odwzajemniła uścisk.

Niebo pobladło. Była noc.

Na grobie Natalii umieszczono krzyż.

Gromadka najbliższych stała blada, pogrążona w bólu. Na pogrzeb nie przybyły tłumy. 

W   części   osób   taka   śmierć   jak   śmierć   Natalii   budziła   lęk,   dla   innych   zaś   strata   dziecka 

wydawała się czymś błahym.

Po smutnej uroczystości zasiedli razem przy stole, ale nikt nie miał ochoty na posiłek.

Karolina   Weimer   rozgrzebywała   jedzenie   na   talerzu   bardziej   niż   zwykle.   Starannie 

background image

wybierała, co wziąć do ust, a co odłożyć na bok. Usiadła ze wszystkimi, jednak swym pełnym 

dystansu   zachowaniem   demonstrowała,   że   nie   należy   do   tego   grona.   Zdawało   się,   że   nie 

dostrzega nikogo prócz Nikołaja, któremu posyłała raz po raz lekki uśmiech. Dlatego też za-

skoczenie było pełne, gdy nieoczekiwanie odezwała się do Raiji.

- Po co ta rozpacz? - spytała. - Możesz urodzić jeszcze niejedno dziecko.

Nikołaj  złapał  Karolinę za ramiona, aż jęknęła, i podniósł z krzesła.  Opanował się 

jednak i popchnął ją w stronę drzwi do alkierza.

-   Idź   tam!   -   nakazał   zdecydowanym   głosem.   Bez   słowa   sprzeciwu   wypełniła   jego 

polecenie, ale wyszła z dumnie uniesioną głową.

- Nic nie szkodzi - odezwała się Raija. - Ja powiedziałam jej to samo. Po stracie dziecka 

przekonywałam ją, że jest młoda i urodzi zapewne jeszcze niejedno. Zabolały mnie jej słowa, 

ale teraz rozumiem, co ona wtedy czuła. Powinnam się była domyślić.

- Czy ona jest już na tyle zdrowa, by można ją było stąd zabrać? - zapytał Nikołaj.

- Spaceruje o własnych siłach - odparł chłodno Walerij. - A gdy nikogo nie ma w 

pobliżu, potrafi sobie poradzić. Słabowitą udaje jedynie, kiedy jest wokół niej wiele ludzi.

- Całkowicie się z tobą zgadzam. Nie ujęłabym tego lepiej - odparła Antonia, patrząc na 

Walerija. - Ona już wy dobrzała, rany się zagoiły. Powinna teraz się trochę więcej ruszać, a nie 

ciągle siedzieć okryta kocem. Od tego szybciej nie wyzdrowieje.

Nikołaj nabrał powietrza w płuca.

-   Zabieram   ją   ze   sobą   do   Archangielska   -   rzekł.   -   Raija   ma   teraz   dość   własnych 

kłopotów.

- Ludzie będą gadać - sprzeciwiła się Raija zmęczonym głosem.

- Zabiorę ją do siebie - oznajmił Nikołaj. - Dorosłem i mam teraz więcej odwagi niż 

kiedyś. Zresztą ona pochodzi z wyższych sfer, więc pewnie zostanie dobrze przyjęta przez moją 

rodzinę. A ludzie pogadają trochę z początku, ale w końcu przestaną. Nikt nie odważy się 

zarzucić niemoralności Norkinowi. To nazwisko nadal cieszy się poważaniem. Poza tym w 

mojej rezydencji jest dość pokoi i jeśli zechcę, możemy się z Karoliną w ogóle nie spotykać.

Nikt nie zaprotestował.

Nikołaj   wszedł   do   alkierza.   Karolina   demonstracyjnie   przykryła   się   kocem   aż   pod 

brodę, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że zachował się nieodpowiednio.

On jednak udawał, że tego nie widzi. Nie tłumacząc niczego, sięgnął po ustawione pod 

jedną ze ścian walizki Karoliny. Przemknęło mu tylko przez myśl pytanie, po co jej ten cały 

dobytek.   Nie   roztrząsał   jednak   tego,   lecz   zgarnął   do   walizek   wszystko,   co   stanowiło   jej 

własność. Nie starał się porządnie składać ubrań. Ostatecznie w pałacu nie brakowało służby, 

background image

gotowej na skinięcie palca spełnić każde polecenie.

- Co robisz? - zapytała Karolina, a w jej podniesionym głosie pobrzmiewał niepokój. - 

Co robisz, Nikołaju Norkin?

- Pakuję twoje rzeczy, Karolino Weimer - odparł. - Dziś jeszcze się stąd wyprowadzisz. 

Raija ma teraz co innego na głowie.

- Ale Lorentz spodziewa się mnie zastać tutaj - zaprotestowała.

- Nie obawiaj się. Dostarczymy cię Lorentzowi - przerwał jej Nikołaj. - Nie doznasz 

żadnego uszczerbku. Zabiorę cię do jednego z moich pałaców. Wprawdzie nie ma tam nikogo z 

mojej rodziny, za to jest służba, która się tobą zajmie. Będziesz miała do dyspozycji więcej 

osób niż tutaj.

Nie protestowała już tak zdecydowanie, choć nie do końca była przekonana do jego 

planów.

- Kto jeszcze tam zamieszkuje prócz ciebie? - zapytała. - Mam nadzieję, że spotkam 

jakieś kobiety. Muszę dbać o swoją reputację. Mój mąż byłby bardzo niezadowolony, gdybym 

zachowała się niestosownie.

- Nie obawiaj się, zatroszczę się o to - odparł lekko Nikołaj, nie patrząc na Karolinę.

Zdenerwowało go, że nadal mu się podoba, choć powinien być na nią zły. Kochał Raiję 

bardziej niż własną matkę, a to, co Karolina jej powiedziała, uznał za niewybaczalne.

Mimo to nadal uważał, że młoda Norweżka jest słodka.

- Pójdziesz sama - rzekł do niej chłodno. - Tylko nie zapomnij podziękować za gościnę. 

Spodziewam się po pani Weimer odpowiednich manier.

Karolina wyszła i podziękowała za gościnność. Ale aż nazbyt było wyraźne, że słowa te 

nie płyną wprost z serca, lecz zostały wypowiedziane pod przymusem.

Jewgienij odetchnął, nie kryjąc ulgi, gdy drzwi się za nią zamknęły.

- Jesteście wobec Karoliny trochę niesprawiedliwi - odezwała się Raija. - To przecież 

nie jej wina, że jest, jaka jest. Zapomnieliście już, jak zachowywał się Niki, nim posmakował 

życia na morzu? Oni po prostu odebrali inne wychowanie i dlatego myślą nie tak jak my.

- Oni chyba w ogóle nie nauczyli się myśleć - wyraził swą opinię Walerij. - Mam 

nadzieję, że ten norweski żaglowiec niedługo przypłynie z Onegi czy Kiem. Bo tu nie ma 

miejsca dla Karoliny Weimer. Nawet w pałacu Nikołaja, mimo że jemu zdaje się coś innego.

-   Sporo   czasu   upłynęło  od   śmierci   Jelizawiety   -   odezwała   się   cicho   Raija,   patrząc 

Walerijowi w oczy.

Patrzyła na niego przeciągle, uśmiechnęła się ciepło, ze zrozumieniem, i dodała:

- Karolina nie jest taka jak Jelizawieta. Ani ty, ani ja nie rozumiemy teraz w pełni 

background image

postępowania Nikołaja. Zbyt mocno kochaliśmy Jelizawietę. Znaczyła dla nas tak wiele. Ale 

żadne z nas nie ma prawa decydować za Nikołaja. Jest dorosły. Jeśli dostrzegł w Karolinie coś, 

co wywołuje w nim piękne uczucia, nie mamy prawa tego niszczyć. Nie wolno nam umniejszać 

jej w jego oczach.

- Ona jest mężatką - zauważył Walerij.

-   Nikołaj   dobrze   o   tym   wie.   Karolina   także.   Oni   wyznają   się   lepiej   niż   my   na 

konwenansach. Zapewne znają też zasady, którymi należy się kierować w podobnej sytuacji.

Walerij nie odpowiedział, tylko wbił wzrok w blat stołu i zacisnął zęby. Upór Uskowów 

nie znikał wraz z wiekiem.

Chata opustoszała. Michaił na prośbę Raiji wyniósł łóżeczko Natalii. Wcześniej nikt nie 

miał odwagi tego uczynić.

- Ona już nie potrzebuje łóżeczka - powiedziała Raija. - Póki co więc w naszym domu 

obejdziemy się bez niego. Ja jestem już za stara na dzieci, a Michaił jeszcze zbyt młody, by 

obdarzyć nas wnukami, które by wypełniły tę dzwoniącą w uszach ciszę.

Uśmiechnęła się blado. Michaił z ulgą opuścił izbę, ale ustawiwszy mebel w kącie 

stajni, zapłakał.

Raija zauważyła ślady łez na policzkach syna, kiedy wrócił, mimo że wcześniej opłukał 

twarz   i   oczy   zimną   wodą.   Przytuliła   go   mocno  jak   wówczas,   gdy   był   małym   dzieckiem. 

Zabolało go, ale Michaił nie skarżył się. Był na tyle duży, by zrozumieć.

- Myślę, że ona odeszła do jakiejś szczęśliwszej krainy - powiedziała Raija łagodnie, 

wtulona twarzą we włosy syna. - Myślę, że jest jej tam lepiej. Ona nie poszła tam sama, Misza.

background image

12

W izbach opustoszało. Raija siedziała przy krosnach i tkała, przetykając na przemian 

brązową i szarą włóczkę. Tkała całe pledy wyłącznie z wełny z ciemnych owiec.

Smutny i mroczny był dla niej koniec lata.

Łapała się wciąż na tym, że nasłuchuje głosu Natalii.  Kiedy przymykała powieki i 

trwała tak przez jakiś czas, potrafiła niemal wywołać radosny głosik córeczki.

Zamykała oczy, pragnąc zapaść w głęboki sen. Chciała odbyć podróż do zielonej krainy 

pod wysokim niebem, tam gdzie przebywała Natalia i on, mężczyzna o miodowych oczach.

Raija prowadziła jakby podwójne życie. To wewnętrzne, niewidoczne dla innych, często 

było znacznie bogatsze.

Dużo tkała.

Nigdzie nie chodziła.

Tragedia, która ją dotknęła, odstraszyła innych. Bali się ją odwiedzać. Przykre,  jak 

szybko ludzie zapomnieli, że to właśnie ona zawsze wspierała ich w najtrudniejszych chwilach.

Jewgienij codziennie jeździł do portu. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że zniósł dzielnie 

cios, jaki dotknął ich rodzinę, ale szeptem dodawali wytłumaczenie: „Przecież to nie było jego 

dziecko”.

O Raiji krążyły plotki, że tragedia tak ją załamała, iż unika ludzi.

Ludzie pamiętali dobrze Wasilija.

Całe   miasto  rozprawiało,   że  Natalia   była   jego  dzieckiem.   Póki  mała  żyła,   nikt   nie 

odważył się o tym głośno mówić. Szeptano jedynie po kątach. Teraz przestali się kryć.

Podobno Bykowa tak ciężko zniosła tragedię, bo Wasilij był jej największą miłością, 

gadano.

Ludziom nie wystarczało nieszczęście,  które dotknęło żonę Jewgienija, ubarwiali je 

więc i dodawali zmyślone szczegóły, żeby zwiększyć tragizm sytuacji.

W chacie nad Dwiną zaś Raija siedziała przy krosnach i nie miała pojęcia, co się o niej 

wygaduje. Łączyła czarną włóczkę z brązową, czarną z szarą. Nie wiedziała, czy zatrzyma dla 

siebie gotowe pledy. Nie miała też pojęcia, czy komukolwiek przypadną do gustu.

Może na wiosnę wyśle je szkutą na zachód?

- Lorentz na pewno zapyta mnie o blizny - powiedziała Karolina Weimer.

Siedziała   na  balkonie   w  pałacu  Norkinów.   Na  każdym  piętrze,   prócz  najwyższego, 

ciągnęły się wzdłuż ścian balkony.

Były   zadaszone,   a   podtrzymywały   je   fantazyjnie   rzeźbione   kolumny.   Ramy   okien 

background image

otaczały podobne zdobienia.

Było tu zupełnie inaczej niż w chacie Jewgienija i Raiji nad Dwiną. Karolina nadal nie 

mogła się nadziwić, że Bykowowie nie pobudowali czegoś porządniejszego. Niemożliwe, by 

interesy Jewgienija i Olega szły tak kiepsko, by nie stać ich było na to, aby mieszkać na 

odpowiednim poziomie.

- To mu wszystko opowiesz - odparł Nikołaj. Siedział na poręczy, oparty plecami o 

kolumnę.

Miał stąd dobry widok.

Także na nią.

Nikołaj nic na to nie mógł poradzić, że Karolina wywoływała w nim sprzeczne uczucia.

Daremnie próbował się przed nimi bronić.

Chyba tylko sobie utrudnił życie, zabierając ją do pałacu. W każdym razie nie mógł 

uczynić czegoś bardziej głupiego, jeśli nie chciał jej widywać. Sam zaplątał się w tę sieć, z 

której nie dało się uciec.

- Mam mu opowiedzieć? Zwariowałeś? Nie udawała przerażonej. Ona była przerażona. 

Nikołaj już nie raz widział ów strach w jej oczach.

Ilekroć była mowa o jej mężu, reagowała jak zalęknione dziecko, jak spłoszone zwierzę 

nasłuchujące czujnie.

- Przecież rozmawiałaś o tym z Raiją.

- Raija jest kobietą. A to zupełnie co innego. Zresztą nie miałam wówczas  nikogo 

innego, z kim mogłabym porozmawiać.

- A w domu masz kogoś takiego, komu mogłabyś się zwierzyć?

Umknęła  spojrzeniem.  Nikołaj   znał   odpowiedź  na  to  pytanie.  Nie   powinien   tak  jej 

docinać. Nie robiłby tego jednak, gdyby nie miał pewności, że wyjdzie jej to na dobre.

Może dzięki temu wreszcie dorośnie.

Może wreszcie, przeglądając się w lustrze, ujrzy odbicie samodzielnej kobiety.

- Ze mną przecież rozmawiałaś o tym.

- To co innego! Ty jesteś...

Karolina przerwała i odwróciła głowę w bok. Miała taką szczupłą, białą szyję. Włosy, 

szczotkowane codziennie, nabrały blasku.

Nikołaj wiedział, że Karolina jest taką kobietą, z którą mógłby się pokazać. Umiała się 

zachować w towarzystwie. Potrafiła się odpowiednio ubrać. Nie wprawiała w zakłopotanie 

niestosownym zachowaniem. Znała konwenanse.

Na pewno zostałaby zaakceptowana przez jego rodzinę. Mogłaby zamieszkać w tym 

background image

domu na innych warunkach niż tylko w charakterze gościa.

- Wiem - powiedział. Karolina nieoczekiwanie spojrzała na niego i uchwyciła jego 

wzrok. Nikołaj nigdy by nie pomyślał, że kiedyś się na to zdobędzie.

Zarumieniła się, ale nie starała się wcale tego ukryć. To nie była gra. Oboje doskonale 

zdawali sobie z tego sprawę. Ale czuli się w swoim towarzystwie dziwnie bezpieczni. Na 

przekór wątpliwościom i przeciwieństwom cenili w sobie pewne cechy, choć nie towarzyszył 

temu pożar zmysłów.

- Jesteś jedyny, z którym mogłabym porozmawiać - powiedziała Karolina z lekkim 

uśmiechem. - Jedyny, który wydaje się mnie rozumieć.

- Raija też cię rozumiała - zapewnił Nikołaj, a widząc, jak Norweżka potrząsa głową z 

niedowierzaniem, dodał: - Wszystkie kobiety się jej trochę boją. Pomimo wieku nadal jest zbyt 

piękna. Jej uroda wydaje się im groźna.

Karolina była innego zdania. W czym innym według niej tkwił problem. Raija, owszem, 

dominowała, ale nie jej uroda wywoływała lęk.

- Ona nie jest taka jak ludzie, do których przywykłam - wyjaśniła Karolina, starannie 

dobierając słowa. Nie chciała urazić Nikołaja, wyrażając się nieodpowiednio o Raiji. Był dla 

niej zbyt ważny.

Nikołaj zaśmiał się, ale nie lekceważąco. Zupełnie inaczej niż Lorentz, który miał w 

zwyczaju wyśmiewać ją tak, że czuła się upokorzona. Lorentz zresztą na wiele sposobów starał 

się utwierdzić ją w przekonaniu, że jest nic nie warta.

Karolina nie miała pojęcia, że istnieją tacy mężczyźni jak Nikołaj. Nigdy nie zauważyła 

takiej łagodności u mężczyzn w sferach, z których się wywodziła. Nie przypuszczała, że to 

takie ważne. W ogóle niewiele wiedziała o mężczyznach.

A na co teraz przyda jej się taka wiedza? Wnet wróci Lorentz i popłyną z powrotem na 

zachód. Znów ta okropna kajuta. Okropny statek. Morze...

Na samą myśl robiło jej się niedobrze.

- A co powiedziałabyś na to, byśmy poznali się bliżej? - spytał Nikołaj, nie wstając z 

miejsca.

Pieścił ją spojrzeniem. Oboje osiągnęli ten stopień zażyłości, że uznał, iż może o to 

zapytać. Nie zostało zbyt wiele czasu, by odwlekać to dłużej. A równocześnie nie byli ze sobą 

aż tak blisko, by jej odmowa go złamała, jeśli wolałaby nie wychodzić poza granice flirtu. Do 

niej należy wybór, czy potraktuje to tylko jako zabawę.

Ale on nie żartował.

Tym razem nie było tak jak z Jelizawietą. Nie tonął w powodzi uczuć, nad którymi nie 

background image

był w stanie zapanować. Nie musiał się wynurzać, by zaczerpnąć tchu.

Nie trawił go ogień namiętności.

Ale było coś takiego w Karolinie, co go do niej przyciągało.

- Nie powinieneś mnie o to pytać - uśmiechnęła się z lekkim smutkiem.

W każdym razie przyjęła jego słowa z równą powagą. Ale czy ma się z tego powodu 

cieszyć czy smucić, Nikołaj nie wiedział.

- Dlaczego nie? - zapytał.

- Dlatego, że nigdy nie będę mogła się na to zgodzić - odparła, trzepocząc jasnymi 

rzęsami.

Nie rozpłakała się. Udało jej się powstrzymać łzy.

- Nie powinieneś pytać, Niki! A więc wiedziała, jak brzmi zdrobnienie od jego imienia. 

Nigdy wcześniej tak się do niego nie zwracała.

Wzruszyło go to.

Nie mógł podejść do niej i jej dotknąć. Nie chciał, by myślała, że chodzi mu tylko o jej 

ciało. Bo to nie była prawda.

Nie podniecała go w taki sposób. Poruszała w nim zupełnie inne struny. Wydawała mu 

się czarująca.

- Mogłabyś się od niego uwolnić - zaproponował. - Słyszałem już o takich przypadkach.

Nie   wyraził   się   zbyt   fortunnie.   Przerażenie,   jakie   odmalowało   się   na   jej   twarzy, 

przekonało go o tym aż nazbyt wyraźnie.

- Nie mogłabym! To by zniszczyło moją rodzinę! Uznano by mnie za kobietę rozwiązłą.

- Dla mnie to bez znaczenia - zażartował Nikołaj, próbując ratować sytuację.

Zależało mu na tym, by wiedziała, że jego propozycja jest poważna. Chciał też wierzyć, 

że istnieje dla nich jakaś nadzieja.

- Z Tromso do Archangielska jest daleko - powiedział.

- Nie dość daleko - odparła trzeźwo. Była zdumiona, że Nikołaj nadal trwa przy swoim 

pomyśle. Zaszokowało ją to, ale i trochę jej pochlebiło.

- Na tej trasie kursują statki handlowe, Nikołaju. Plotki docierają daleko, wiesz dobrze.

- A gdybyś mogła wybierać. Zgodziłabyś się? Zaśmiała się.

-   To   zabrzmiało   niemal   jak   oświadczyny,   Nikołaju   Norkin!   Takiego   pytania   nie 

powinieneś chyba kierować do mężatki. A może o to właśnie chodzi? Czujesz się bezpieczny, 

bo wiesz, że nie będziesz musiał podejmować żadnych wiążących decyzji?

- Zgodziłabyś się? - powtórzył z uporem.

- Tak - odparła.

background image

Zsunął się z poręczy i popatrzył przed siebie. Odwrócony do niej plecami, westchnął 

ciężko:

- Wygląda na to, że kobiety, których pragnę, nie są dla mnie.

I uśmiechnął się z goryczą.

- Kiepski ze mnie spadkobierca potężnego nazwiska i niemałej fortuny. Zobaczysz, 

wraz ze mną skończy się ród Norkinów.

- Jeśli zależy ci na przedłużeniu rodu, powinieneś zwrócić swoją uwagę na inną kobietę. 

Ja, jak ci wiadomo, nie najlepiej się sprawiłam w tym względzie - stwierdziła z sarkazmem 

Karolina i staranniej okryła się kocem.

Roześmiał  się  głośno.  Karolina  Weimer  nigdy  nie  zdobyłaby się  na  takie   słowa w 

Tromso. Widać było, że tu, z dala od rodzinnych stron, pozbyła się niektórych zahamowań.

Za gładką, wypolerowaną fasadą Nikołaj dostrzegł inną Karolinę i zapragnął poznać ją 

bliżej. Obawiał się jednak, że zabraknie mu na to czasu.

- W takim razie pozostaje nadzieja, że niebawem twój mąż wyzionie ducha!

Karolina wykrzywiła twarz z niesmakiem, ale nie oburzyła się głośno.

- Przyślesz mi wiadomość, jeśli to się stanie? - zapytał Nikołaj, kucając przy niej.

Chwycił jej chłodne, drobne dłonie i rozgrzał je własnymi.

- Przyślesz mi list, jeśli on umrze w ciągu najbliższych lat?

- Czy zdajesz sobie sprawę, o co pytasz, Nikołaju Norkin? - wyszeptała z lękiem.

Nikołaj skinął głową. Był świadom wypowiedzianych przez siebie słów, choć i jego one 

trochę wystraszyły.

Nie zamierzał posuwać się aż tak daleko. Ale skoro uczynił ten decydujący krok, nie 

zamierzał się wycofać. Już nie!

Zbyt gorzkie doświadczenia zebrał w przeszłości.

Teraz   postanowił   wziąć   odpowiedzialność   za   własne   słowa.   Zresztą   kiedy   już   je 

wypowiedział, nabrał przekonania, że postąpił słusznie.

- Nie mogę jednak czekać w nieskończoność - dodał. Mówił klarownie i zdecydowanie, 

jakby wcześniej ułożył sobie mowę, tymczasem była ona wytworem tej chwili.

- Mogę czekać dwa lata, Karolino. No, powiedzmy, trzy... Trzy lata od dnia twojego 

wyjazdu. Jeśli odzyskasz wolność w ten jedyny akceptowany przez ciebie sposób, wiedz, że ja 

tu na ciebie czekam. I z ogromną radością cię poślubię, by dzielić z tobą życie. Bardzo tego 

pragnę. Ale nie mogę czekać wieczność. Gdy upłyną trzy lata, znajdę sobie inną kobietę, która 

nie będzie do ciebie podobna pod żadnym względem.

Karolina nie odzywała się przez długą chwilę. Nikołaj nie obiecywał jej złotych gór, ale 

background image

jego słowa na pewno pozostawią trwały ślad w jej sercu.

- Przyślę ci wiadomość - rzekła w końcu. - Jeśli będę wolna...

Trochę ścisnęło ją w żołądku, kiedy uświadomiła sobie, że życzy Lorentzowi śmierci.

- W każdym razie ofiarowałeś mi jakąś nadzieję - dodała. - Może nie powinnam tego 

mówić, ale to prawda.

Nikołaj ucałował jej dłoń gorącymi wargami, a jego oczy patrzyły błagalnie.

- Czy wolno mi będzie ciebie pocałować, Karolino? Wiem, że to nie uchodzi. Nie 

powinienem z tobą przebywać sam na sam. Ale przyznaję, że poleciłem służbie trzymać się z 

dala od balkonu. Chciałem mieć ciebie tylko dla siebie.

- Pocałuj mnie! - wyszeptała pospiesznie w obawie, że za chwilę pożałuje swych słów, 

skrępowana gorsetem nakazów i zakazów, nałożonych na nią przez wychowanie.

Nie   chciała,   by   Nikołaj   był   taki   zasadniczy   i   szlachetny   po   czubki   palców.   Nagle 

zapragnęła, aby dał upust pierwotnym żądzom.

Nikołaj był zwinny i łagodny niczym kot. Z zapałem zaspokajał ciekawość. Nie musiał 

okiełznać ognia namiętności. Ale pocałunki smakują słodyczą, niezależnie od tego, co kryje się 

za nimi.

Objął Karolinę, tę wypożyczoną mu porcelanową lalkę. A raczej nie wypożyczoną, lecz 

zabraną po kryjomu.

Był   ostrożny.   Rozchylił   jej   wargi   i   dotykał   ich   pieszczotliwie   koniuszkiem   języka. 

Ścisnął ją mocniej, a jego pocałunki stały się intensywniejsze.

Słyszał, jak wzdycha, czuł gorący oddech na swym policzku, i nie mógł oderwać od niej 

ust.

Objęła go za szyję i wbiła się paznokciami w nagi kark pod koszulą. Jej dłonie nie 

leżały już skromnie na jego ramionach.

Była taka wygłodzona.

A on nie zamierzał przestać jej karmić.

Na początku nie było w nim wielkiego żaru, ale skusiła go słodycz pocałunków.

Całował   jej   policzki,   ucho.   Karolina   z   przymkniętymi   powiekami   upajała   się 

pieszczotami, a zanurzywszy palce we włosach Nikołaja, gładziła go, rozbudzona.

Pocałował jej szyję, rozkoszując się jej białą, gładką skórą. Leciutko gryzł ją i ssał, 

znacząc alabastrową powierzchnię własnymi śladami.

Pragnął jej.

Pragnął więcej.

Nie był już taki szlachetny. Nie pytał o pozwolenie. Zrobiło mu się gorąco, ale nie 

background image

wiedział, czy to popołudniowy upał mu doskwiera, czy też burzy się w nim krew?

Wymacał guziczki na jej plecach. Przez krótką chwilę zapragnął, by jej suknia zapinała 

się z przodu jak suknie dziewcząt z ludu.

Pochyliła się tak, by mógł dosięgnąć. Ale nic nie powiedziała. W razie czego będzie 

mogła zaprzeczyć, jakoby to ona go do tego zachęcała.

Na niego przerzuci całą winę za to, co się stało, i powie, że po prostu nie była w stanie 

oprzeć się jego natarczywości.

Nikołaj dokładnie wiedział, jakich użyłaby słów, gdyby musiała. Słyszał wielokrotnie 

takie opowieści. Właśnie dlatego poprzysiągł sobie, że nigdy nie weźmie w ramiona kobiety w 

szeleszczącej sukni.

Suknia Karoliny uszyta była z lekko krochmalonej bawełny. Ale pod palcami wydawała 

się   miękka.   Nie   szeleściła.   Tylko   pieściła,   tylko   zapraszała.   A   niezbyt   drobne   guziki   bez 

większych oporów dały się rozpiąć.

Nie   przestając   całować   Karoliny,   odsłonił   jej   dekolt.   Odchyliła   się   lekko   i   ułożyła 

wygodniej w fotelu, jakby go zapraszała.

Sunął wargami wzdłuż nieznanych równin, szukał dolin i pagórków.

Dłonie tymczasem wyszukiwały tasiemek i sznureczków.

Usta zaznaczały to, co odkrywały dłonie. Niewidzialne linie graniczne, znaki, widoczne 

tylko jego oczom, paliły jej skórę.

Zsunął suknię tak nisko, jak się dało. Uwolnił ręce Karoliny z rękawów.

Pytającym wzrokiem odszukał jej spojrzenia. Czekał na jej ruch.

Mogła się wycofać. Mogła go od siebie odsunąć. Ale ona zamknęła oczy, ukrywając się 

w mroku. Odsłoniła jedynie w uśmiechu białe zęby.

Nikołaj nigdy nie widział jej takiej zmysłowej. W jej rozluźnionej, wyczekującej twarzy 

malowało się wewnętrzne szczęście, mimo że nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy.

Całował wnętrza jej dłoni, widział, że oddycha szybciej i powstrzymuje się, by głośno 

nie jęczeć. Nie chciała zdradzić, że pieszczoty sprawiają jej przyjemność.

Nikołaj   słyszał   rozmowy   dam   na  ten   temat.   Przekonywały   się   nawzajem,   że   tylko 

kobiety lekkich obyczajów czerpią z miłości rozkosz.

Widać to kłamstwo powtarzane jest nie tylko w jego kraju.

Nie miał odwagi poprosić Karoliny, by się rozluźniła. Lękał się mówić, że to nie grzech 

odczuwać ekstazę, bo ten dar otrzymały kobiety na równi z mężczyznami.

Nie  chciał   zakłócić   słowami  drżącej  ciszy,   obawiając się,   że Karolina  mogłaby się 

ocknąć ze stanu upojenia i z panicznym lękiem w oczach uciec z krzykiem z jego objęć.

background image

Całował jej ramiona, dłońmi pieścił białe wzgórki. Sunął wzdłuż krajobrazu ciała, jakby 

odkrywał nowy ląd.

Jej   skóra   była   biała   niczym   mleko.   Nigdy   wcześniej   takiej   nie   widział.   Niczym 

przezroczysta   chińska   porcelana.   Pod   skórą   widoczne   były   błękitne   żyłki,   takie   same,   jak 

dostrzec   można,   oglądając   pod   światło   dna   filiżanek   z   prawdziwej   porcelany   z   Dalekiego 

Wschodu.

Zatrzymał dłonie na jej piersiach. Nie potrafił się powstrzymać, by nie dotknąć ustami 

nabrzmiałych pąków, podobnych do tych na wiosennych drzewach. Język igrał figlarnie wokół 

nich. Czuł, jak twardnieją i stają się bardziej spiczaste.

Karolina poddała się pieszczotom. Doznawała rozkoszy.

Jej usta przypominały kwiat. Policzki zarumieniły się.

Nikołaj znał te objawy.

Pieścił ją ustami i dłońmi. Pragnął ofiarować jej chwile, jakich nie otrzymała od nikogo.

Wiedział,   że   nie   miała   innych   mężczyzn   przed   Lorentzem,   któremu   gorąco   życzył 

śmierci, choć nigdy nie widział go na oczy. Nie sądził, by ów Lorentz zadał sobie kiedykolwiek 

trud,   by   dostarczyć   żonie   uciech   cielesnych.   Raczej   tylko   zaspakajał   pośpiesznie   własne 

potrzeby.

Nikołaj   uniósł   dół   sukni   Karoliny,   a   także   kilka   warstw   halek.   Pod   spodem   miała 

sięgające kolan pantalony.

Większość   panien,   pod   których   spódnice   udało   mu   się   zakraść,   nie   nosiło   takich 

nowomodnych strażników cnoty. Z tamtymi było mu łatwiej.

Pieścił jej uda, grzał dłonie w ich cieple.

Przypomniał sobie upomnienia Raiji. Brzęczały mu w uszach natrętnie, ale on bronił się 

w duchu, że przecież nie zamierza w nią wchodzić. Nie zamierza uczynić niczego wyłącznie dla 

zaspokojenia własnej żądzy.

Chciał   jej   jedynie   pokazać,   że   można   się   kochać   także   w   inny,   łagodny   sposób. 

Wprowadzić ją w krainę rozkoszy, których smaku nigdy nie poznała.

- Nie - szepnęła, kiedy chciał poluzować tasiemki. - Nie...

Posłuchałby   jej,   gdyby   mówiła   bardziej   przekonująco.   Gdyby   to   samo   powtórzyła 

więcej razy. Odsunął się trochę i czekał. Spodziewał się, że otworzy oczy i powie, że tego sobie 

nie życzy.

Ale ona tylko usadowiła się wygodniej w fotelu z odchylonym oparciem. Właściwie 

teraz bardziej leżała, niż siedziała.

Jej piersi przypominały białe szczyty na tle nieba. Sterczące, kuszące.

background image

Rozsunęła kolana i niczym wiosenny kwiat otworzyła się przed nim.

Nikołaj zsunął do kolan ten fragment bielizny, który bronił dostępu do ukrytego między 

jej udami ciepła.

Koc, którym wcześniej się okrywała, upadł na podłogę obok fotela. Ale Karolina nie 

wyglądała na zmarzniętą.

Dłonie Nikołaja pieściły jej ciało: uda, brzuch, biodra, pośladki.

Pocierał delikatnie tam, gdzie jej sprawiało to największą przyjemność, aż krzyknęła, 

osiągnąwszy stan ekstazy, której nigdy wcześniej nie zaznała.

Pocałował jej piersi, policzki, założył jej z powrotem suknię i zapiął starannie.

Okrywszy Karolinę kocem, usiadł u jej stóp.

-  A  ty  niczego   ode  mnie  nie  chcesz?  -  zapytała  po  długiej   chwili,   kiedy  wreszcie 

otworzyła oczy.

Nikołajowi zdawało się już, że zasnęła. Pokręcił głową.

- To było tylko dla ciebie.

- Żałuję, że nie spotkałam cię wcześniej - wyrwało jej się.

- A Nikołaj nie przyjdzie? - zapytała Raija, kiedy do chaty wszedł tylko Walerij.

- Nie, właśnie uwodzi na balkonie norweską damę - odparł oschle bratanek Wasilija, 

marszcząc charakterystycznie dla Uskowów brwi.

Nie musiał ściszać głosu w obawie, że jego słowa wyłapie para dziecięcych uszu.

- Przechodziłem tamtędy - wyjaśnił. - Szedłem od tej strony, której mało kto używa. 

Widziałem Nikołaja w momencie, gdy właśnie zdejmował suknię z Karoliny.

Raija mimowolnie uśmiechnęła się. Obdarzona bujną fantazją z łatwością wyobraziła 

sobie tę scenę.

- Niki jest dorosły - powiedziała. - Mam tylko nadzieję, że potraktuje ją ostrożnie. Ona 

nie doszła jeszcze całkiem do siebie po trudnym porodzie.

Walerij uśmiechnął się krzywo.

- Mało która kobieta zareagowałaby tak jak ty w tej chwili - stwierdził. - Czy z równym 

spokojem przyjęłabyś wiadomość o tym, że to ja liżę ją między udami?

- Teraz to wyrażasz się jak prostak! Raija zwichrzyła mu włosy i dodała zamyślona:

- Gdyby tak było, znaczyłoby, że to dla ciebie coś bardzo ważnego. Wy, Uskowowie, 

traktujecie miłość śmiertelnie poważnie.

Patrzyła długo na niego.

- Pozostałeś tylko ty, Waleriju, no i Piotr. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy!

- Obawiam się, że to może być trudne - odparł. - Wygląda bowiem na to, że nad naszą 

background image

rodziną wisi jakaś klątwa.

- Czasem mi się zdaje, że to ja jestem tym przekleństwem - odpowiedziała Raija. - 

Niekiedy wolałabym, aby Wasilij nigdy nie stał mi się tak bliski. Ale to nie było możliwe. Od 

pierwszej chwili... Nie, nie dało się tego uniknąć.

- Wiem o tym - odrzekł Walerij. - I zastanawiam się, czy chciałbym kogoś aż tak mocno 

kochać. Czy nie istnieje coś pośredniego?

-   Owszem   -   odparła   Raija,   uśmiechając   się.   -   Ale   nie   wiem,   czy   takim   jak   ty   to 

wystarczy. Jestem pewna, że żyjąc namiastką, pytałbyś, czy nie istnieje coś więcej.

- Czy ty też teraz o tym rozmyślasz? Raija milczała.

background image

13

-   To   dla   ciebie   coś   poważnego?   -   zapytała   Raija   Nikołaja,  przybierając   zatroskane 

matczyne spojrzenie.

Popatrzyła   na   niego   tak,   jakby   patrzyła   na   swojego   syna,   Michaiła,   gdyby   nie 

akceptowała jego postępowania.

-   Bóg   raczy   wiedzieć   -   westchnął.   -   Trudno   mi   się   od   niej   oderwać.   Ona   teraz 

wypoczywa, a Antonia mówiła, że cię tu znajdę.

W   porcie   panował   ożywiony   ruch.   Lato   miało   się   ku   końcowi.   Z   dalekich   rejsów 

powracały macierzyste szkuty, a zagraniczne statki, które przypłynęły do Rosji, pośpiesznie 

podnosiły żagle i kierowały się na zachód, do domu.

Raija już dawno nie odwiedzała Archangielska. Dziś też trudno jej było się zebrać.

Ale musiała.

Sny   nie   natchnęły   jej   prawdą.   Nie   znajdowała   ukojenia   w   tkaniu.   Zresztą   tkała 

wyłącznie ponure pledy.

Zrozumiała jednak, że nikt inny nie nada na powrót sensu jej życiu, jeśli ona sama go 

nie odnajdzie.

- Sypiasz razem z nią? - zapytała Raija, a kiedy skinął głową, jęknęła przerażona: - 

Boże, Niki! Przekroczyłeś granice flirtu - stwierdziła po chwili, poprawiając wymykające się z 

upiętej fryzury kosmyki włosów.

- Gdyby była wolna, ożeniłbym się z nią - powiedział Nikołaj. - Traktuję ją bardzo 

poważnie. Nie jest Jelizawietą, ze wszystkich kobiet przypomina ją najmniej. Kto wie, czy nie 

dlatego właśnie ją wybrałem.

- Byłbyś wspaniałym mężem dla Karoliny. Szkoda, że ona musi wracać.

-   Cóż,   niektórym   z   nas   nie   jest   pisane   szczęście   -   stwierdził   Nikołaj,   wzruszając 

ramionami.

- Ona czeka na Lorentza?

- Czeka - uśmiechnął się Nikołaj. - Ale równocześnie ma nadzieję, że jej wyjazd się 

jeszcze trochę odwlecze. Boi się wszystkiego, biedulka. Nie przywykła do tego, by lekceważyć 

ustalone normy. Z jednej strony nie chce wracać w swoje rodzinne strony, z drugiej zaś serce jej 

się wyrywa. Rozumiesz to?

- Czy mogłabym ją odwiedzić? Jak myślisz, zechce ze mną porozmawiać?

- Na pewno. - Nikołaj pokiwał głową.

- Zajrzę tylko na chwilę do Jewgienija - wyjaśniła Raija. - Tak dawno tu nie byłam, że 

background image

mój mąż powątpiewa, czy sobie sama poradzę. Wy, mężczyźni, jesteście dziwni.

Karolina wzruszyła się. Nie widziała Raiji od dnia pogrzebu Natalii.

Wiele się wydarzyło od tamtej pory.

Tak wiele, że teraz, na wspomnienie swoich słów, zarumieniła się ze wstydu. Choć 

przeprosiny z trudem przechodziły jej przez gardło, wyjąkała:

- Nie powinnam ci była tego mówić, Raiju. Zachowałam się okropnie. Może w innych 

okolicznościach nie sprawiłabym ci takiej przykrości, ale wtedy...

Raija objęła ją i poklepała dobrotliwie po plecach.

- Przyjmuję przeprosiny - powiedziała. - Zresztą tak naprawdę powtórzyłaś tylko moje 

własne słowa. Ja też powinnam cię za to przeprosić. I zapomnijmy już o wszystkim.

-   Bardzo   wyszczuplałaś   -   stwierdziła   Karolina,   kiedy   Raija   zdjęła   z   ramion   szal   i 

powiesiła go na balustradzie. - Ja natomiast przybieram na wadze jak tuczona gęś - zaśmiała się 

niepewnie. - Co mówią o mnie ludzie? Niki nie chce mi nic wyjawić. Ale czasami wydaje mi 

się, że wyczytuję plotki z twarzy służących.

- O Norkinach nikt nie śmie plotkować - uśmiechnęła się Raija. - Ale chyba wszyscy 

myślą, że jesteś kochanką Nikiego.

Karolina okryła się rumieńcem.

- On się nie wstydzi - stwierdziła Raija. - A twój mąż póki co nie przypłynął. Plotki na 

pewno jeszcze doń nie dotarły. Nie musisz się zamartwiać.

- Ty potrafiłabyś wznieść się ponad to - westchnęła Karolina. - Nikołaj mówił mi dużo o 

tobie. Tutejsi ludzie uważają cię za boginię. A ja jestem zwyczajna. Tylko nazwisko mojego 

ojca czyniło mnie kimś. A teraz godności dodaje mi nazwisko mojego męża. Ale nie w tych 

stronach.   Tutaj   jestem   nikim.   Nawet   gdy   jestem   z   Nikołajem,   przysłania   mnie   cień   innej 

kobiety. Nie mnie najbardziej chciałby mieć u swego boku. Gdyby to działo się w moich 

stronach, byłabym kimś ważniejszym od tamtej, ale nie tu. Tu stoję w cieniu Jelizawiety, której 

jego rodzina nie chciała zaakceptować.

Raija słuchała uważnie, pozwalając się wyżalić Karolinie z tego, co ukrywała nawet 

przed Nikołajem.

-  Dla   Nikołaja  jesteś   Karoliną  -   zapewniła  w  końcu.   -  Nie  wolno  ci   w  to  wątpić. 

Jelizawieta nie żyje. Nie może ci go odebrać.

- Odpycham go od siebie - rzekła Karolina Weimer. - Przypominam mu moje nazwisko 

i wszystko to, co nas dzieli. Ale daremnie.

Popatrzyła w stronę portu, w stronę cumujących tam statków. Widziała także te, które 

opuszczały Archangielsk.

background image

- Przecież Lorentz musi tu przybyć. Nie wierzę więc w tę deskę ratunku, której chwyta 

się Nikołaj. Robię wszystko, by zniszczyć to uczucie, bo nie mogę znieść myśli o tym, że nie 

zostanie spełnione.

Jewgienij   pojawił   się   w   pałacu   po   południu.   Ale   nie   przyszedł   po   Raiję.   Szukał 

Nikołaja.

- Jeden z naszych frachtowców przypłynął właśnie z Onegi - wyjaśnił mu po rosyjsku. - 

Kapitan twierdzi, że opuścili tamtejszy port niemal równocześnie z norweskim żaglowcem.

Przerwał i zerknął ukradkiem w stronę Karoliny. Raija wyczuła, że coś się musiało stać.

- Żaglowiec ma o wiele większą powierzchnię żagli niż frachtowiec - dodał.

Nikołajowi nie musiał tego tłumaczyć. Zresztą Raiji też nie. A Karolina nie rozumiała, o 

czym mówi, mimo że chodziło właśnie o nią.

- Czemu więc jeszcze nie przypłynęli? - zapytał Nikołaj.

Jewgienij pokręcił głową.

- Sądząc po tym, co mówią marynarze z frachtowca, żaglowiec nie wziął kursu na 

Archangielsk.

- Na pewno był to ten sam żaglowiec?

- Na pewno. Nikołaj zacisnął pięści i zaklął. Potem podszedł do Karoliny i objąwszy ją 

mocno, przytulił czoło do jej czoła. Nie spuszczając z niej wzroku, rzekł:

- Chodzi o ciebie, Karolino. Twój mąż kieruje się już na zachód. Płynie do domu, a 

ciebie postanowił tu zostawić.

- Nie! - krzyknęła. Nikołaj pokiwał głową.

- Obawiam się, Karolino, że to prawda. On nie zamierza przypłynąć tu po ciebie. Takie 

znalazł rozwiązanie. Tyle dla niego znaczysz!

- Nienawidzę go - rzekła Karolina Weimer, która nigdy wcześniej nie użyła tak ostrych 

słów.

Może jedynie w myślach. Nauczyła się trzymać język za zębami i nie ulegać emocjom.

- Niech sobie płynie! - szepnął jej z żarem do ucha Nikołaj. - Niech płynie. Takie 

rozwiązanie jest i nam na rękę. Widzisz, wszystko się układa po naszej myśli.

- Wszyscy i tak by się dowiedzieli, że nie możesz mnie formalnie poślubić - odparła 

zgaszona. - Zostanę tu uznana za kobietę rozwiązłą.

Nikołaj spojrzał na Jewgienija.

- Możemy go dogonić? - zapytał. - Jeśli wypłyniemy od razu?

Jewgienij pokiwał głową.

- Popłynę za nim - rzekł Niki do Karoliny. - Jewgienij ma własne statki. Popłyniemy 

background image

którymś z jego lekkich frachtowców. Złapię Lorentza, Karolino, i zmuszę, by zawrócił do 

portu. Choć tak naprawdę jestem przekonany, że lepiej byłoby ci ze mną.

- Popłynę z tobą - odparła. - Nie możesz mi tego zabronić. On nie zawróci. Ale skoro 

odstawił mnie na ląd, w ogóle nie cumując przy brzegu, to i na pokład może mnie zabrać, nie 

wpływając do portu.

-   Naprawdę   tak   myślisz?   Była   pewna   swojego   zdania.   Tak   zmienił   ją   pobyt   w 

Archangielsku,  że w jednej  chwili  sama  zapakowała wszystko,  co chciała  ze sobą  zabrać. 

Wzięła ze sobą tylko jedną walizkę.

- Zegnaj, Raiju - powiedziała. - Niewiele znaczę, ale nie pozwolę Lorentzowi siebie 

zniszczyć. Pewnie zamierzał sam wrócić do domu i rozgłosić, że umarłam przy porodzie wraz z 

dzieckiem. Nie pozwolę na to!

Doprawdy zmieniła się Karolina od tamtej pory, gdy przetransportowano ją do brzegu 

na noszach z drzwi.

- Uważaj, żeby Niki nie zrobił głupstwa - poprosiła Raija Jewgienija.

Ten tylko pokiwał głową i zwichrzył jej włosy.

- Pewnie nie przypuszczałaś, że jeszcze kiedyś wyruszę w morze - uśmiechnął się i 

pocałował ją w policzek. - Zabiorę ze sobą Misze. Dobrze chłopakowi zrobi, gdy poczuje pod 

stopami deski pokładu.

Raija zgodziła się.

-   Uważaj   na   siebie,   Jewgieniju!   -   poprosiła.   -   Czekam   na   ciebie.   Może   wreszcie 

zaczniemy żyć na nowo? Musimy! Przecież Natalii nic nie zwróci życia.

Jewgienij przygarnął ją mocno i pocałował z żarem, jakby byli bardzo młodzi i na zabój 

zakochani.

- Kocham cię, aniele - rzekł. - Wrócę z radością. Cieszę się, Raiju. Może i dla nas 

nastanie nowy dzień? Kto wie, czy jeszcze nie urodzisz mi dziecka?

Raija roześmiała się.

- Jesteś taka piękna, gdy się uśmiechasz - powiedział poważnie i ruszając w pogoń za 

innymi, zawołał: - Pryncypał musi już lecieć!

Jeszcze raz ucałował Raiję i pobiegł. Z daleka wydawał się taki młody jak Nikołaj.

Mimo wszystko, pomyślała Raija, mam jeszcze tak wiele!

Z  Archangielska   wypływała  zupełnie  inna  Karolina   niż  ta,  która  przybyła  tu  przed 

paroma tygodniami. Stała na pokładzie wpatrzona w horyzont. Bez lornetki szukała w oddali 

żaglowca, którym przypłynęła na wschód.

- Nie powinnaś tu stać, Karolino! Nikołaj podszedł do niej pośpiesznie i okrył ją swoją 

background image

kurtką. Pozwoliła mu na to.

- Jesteś jeszcze zbyt słaba - dodał. Nigdy jeszcze nie widział, by z jej oczu wyzierała 

chłodna nienawiść. Teraz poznał jeszcze tę jedną stronę jej charakteru i cieszył się, że nie 

przeciwko niemu jest zwrócona.

- Niech ten łajdak mnie zobaczy - odparła. - I wszyscy marynarze na statku. Jeśli 

popłynie mimo to beze mnie, któryś z nich z pewnością opowie, co widział. Niech się później 

tłumaczy w Tromso i w Bergen. Wszyscy na pokładzie zobaczą, że żyję i mam się całkiem 

dobrze.

Nikołaj uścisnął ją pospiesznie. Stał przez chwilę za jej plecami, obejmując ją w pasie. 

Najchętniej by ją zatrzymał, ale nie mógł. Zresztą sam namówił Jewgienija, by dogonić statek 

jej męża.

Nad wieczorem zauważyli żaglowiec norweski. Rozłożyli wszystkie żagle, choć nie 

było to całkiem bezpieczne. Wiatr im sprzyjał.

Jewgienij nakazał Karolinie schować się pod pokładem.

- Zawołamy cię, gdy tylko ich dogonimy - obiecał. - Nie umkną ci te wydarzenia, 

Karolino.   Wszyscy   cię   zobaczą.   Podpłyniemy   tak   blisko,   że   będziesz   mogła   z   nimi 

porozmawiać.

Wiał   tak   silny   wiatr,   że   trudno   jej   było   utrzymać   się   w   pozycji   stojącej.   Dlatego 

pozwoliła się odprowadzić pod pokład. Siedziała tam, zaciskając pięści, i pomstowała w myśli.

Po raz pierwszy czuła, co to naprawdę znaczy kogoś nienawidzić.

Podpływali   coraz   bliżej.   Marynarze   znali   te   wody   i   wiedzieli,   jak   się   ustawić,   by 

dogonić uciekającą łódź. Wiedzieli, w którym miejscu trzymać się trzeba bliżej lądu, a gdzie 

wypływać bardziej w morze. Wiedzieli, jak najlepiej wykorzystać wiatr.

To były ich wody. Fale Morza Białego nie raz kołysały ich do snu.

Znali Biełoje Morie.

Dogonili żaglowiec z Norwegii. Tak szybko dopłynęli, że załoga żaglowca pewnie się 

zorientowała, iż ich ścigają.

Ale kapitan nie dał komendy, by zrefować żagle. Płynęli dalej jakby nigdy nic.

- On naprawdę zamierza uciec - syknął Nikołaj przez zaciśnięte zęby.

Trudno było to pojąć. Nadal nie rozumiał, jak można uczynić coś podobnego. Fakt, że 

chodziło o Karolinę, wywoływał w nim podwójną złość.

- Przyprowadź ją! - poprosił Jewgienij. - Zrobimy im niespodziankę. Poczciwy Lorentz 

Weimer nigdy nie zapomni swej podróży handlowej do Rosji!

- Dopływamy - powiadomił Karolinę Nikołaj i w ciemności wziął ją w ramiona.

background image

-  Nie   ma  aż  takiego   pośpiechu  -  zapewnił,   gdy   się  zerwała.   -  Oparł   ją  o  ścianę  i 

pocałował żarliwie. Ogrzał ją tym pocałunkiem, pocałował jej szyję, sycił się jej zapachem. - 

Zapomnisz o mnie? - zapytał, trzymając ją w uścisku. Stała między ścianą a nim.

- Jakżebym mogła?

- Pamiętasz o naszej umowie? Nie zapomnij, co ustaliliśmy, Karolino.

- Nadal podtrzymujesz swoją propozycję? - zdziwiła się.

- Tak - odparł, przyciskając czoło do jej czoła. Pomimo mroku mignęła biel zębów. 

Choć żadne z nich nie miało teraz powodów do śmiechu.

- W takim razie nie zapomnę - obiecała Karolina. - Jeśli owdowieję, zawiadomię cię, 

Niki. Trzy lata od dzisiaj.

Znów pocałowali się, jakby chcieli pocałunkiem przypieczętować swoją umowę.

Z trudem oderwali się od siebie.

Nikołaj miał ochotę jej wyznać, że jeśli będzie trzeba, zaczeka na nią pięć, a nawet 

dziesięć lat. Ale nie powiedział.

Ruszył przodem, prowadząc ją na pokład.

Podpłynęli już na tyle blisko żaglowca, że widzieli marynarzy na pokładzie.

- Poznaję kapitana - powiedziała Karolina, zatrzymując się przy relingu. Chwyciła się 

kurczowo liny.

Obok niej stanął Nikołaj i otoczył ją ramieniem. Chciał jej ofiarować swoje ciepło. I 

dodać odwagi, jeśli zajdzie taka potrzeba.

- Widzę Lorentza - odezwała się znów i zadrżała na całym ciele. Poczuł to przez kurtkę. 

Jej głos znów zabrzmiał cicho i trwożliwie.

Nikołaj zerknął na nią ukradkiem i dostrzegł w jej oczach lęk.

- Zostań ze mną - szepnął żarliwie. - Zostań, Karolino! Będzie ci tu lepiej niż z tamtym 

człowiekiem. On cię w ogóle nie chce!

- Nie mogę - odpowiedziała blada jak ściana, choć jej lęk jakby nieco zelżał. - Chętnie 

bym została, Niki. Nie myśl, że jest inaczej. Ale nie mogę! Nie mogę żyć w grzechu. Muszę 

wracać do domu. I to razem z nim. To mój mąż, Nikołaju. Mój małżonek wobec Boga i ludzi.

- Nie znam bardziej upartej istoty niż ty - westchnął Nikołaj, pragnąc w duchu gorąco, 

by Lorentz Weimer padł trupem na pokładzie, zanim dogonią żaglowiec. - Czy to, że ciebie 

kocham, może coś zmienić?

Spojrzała na niego.

- Sięgasz po taką broń, by mnie zatrzymać, Niki? Pokręcił głową dotknięty. To on 

odkrywa przed nią całą swoją miłość, a ona go nie rozumie?

background image

- Wiele znaczą dla mnie twoje słowa - mówiła. - Ale one nie są w stanie niczego 

zmienić. Lorentz nadal jest moim mężem.

- Nie kochasz mnie?

- Owszem. Nikołaj zrozumiał, że nie może wywierać większej presji. Karolina podjęła 

decyzję i nie zmieni zdania, nawet jeśli będzie ją błagać na klęczkach. Lepiej więc dodać jej 

otuchy i wesprzeć ją w tej trudnej chwili.

Nie przyszło mu to łatwo, ale nie chciał, by zapamiętała go słabym.

- Przecież to nie Bóg - rzucił przez zęby, kiedy podpłynęli jeszcze bliżej norweskiego 

statku. - Ani diabeł - dodał. - Kocham cię. Pamiętaj o tym koniecznie. Znaczysz dla mnie 

więcej, niż ci się zdaje!

Może to pomogło, bo uśmiechnęła się, ale jej ciało pozostało napięte i drżało jak struna.

Byli coraz bliżej.

Oleg krzyknął.

Do relingu podszedł kapitan i zawołał do nich:

- Uiściliśmy wszystkie opłaty. Nie mamy żadnych innych zobowiązań wobec rosyjskich 

władz. Czego chcecie? Jeśli jesteście piratami, to ostrzegamy, że mamy broń i będziemy się 

bronić.

Stojący niczym ściana za swoim kapitanem uzbrojeni w karabiny mężczyźni postąpili 

parę kroków wprzód. Wycelowali prosto w załogę frachtowca.

- Cholera - mruknął Nikołaj, czując, jak strach ściska go za gardło.

Aż takie środki przedsięwziął mąż Karoliny, żeby się jej pozbyć!

Zabolało go to.

Nie chciał nawet myśleć, co ona w tym momencie czuje. Jakie to dla niej upokorzenie. 

Nikt nie ma prawa tak traktować drugiego człowieka. Nie można być aż tak na wskroś złym i 

bezwzględnym.

Jewgienij nie bał się muszkietów. Wystąpił z niewielkiej gromadki załogi frachtowca i 

zawołał:

- Nie będę rozmawiać z tobą, kapitanie! Jestem pryncypałem i armatorem. Nazywam się 

Byków. Zresztą znasz mnie. Wiesz, kim jestem.

Oleg przetłumaczył pośpiesznie jego słowa. Ledwie skończył, a Jewgienij dodał:

- Żądam rozmowy z Lorentzem Weimerem!

- Nie ma go tu! - krzyknął kapitan, nie czekając, aż Oleg przetłumaczy.

Zrozumiał, o co chodzi, słysząc nazwisko właściciela statku.

Jewgienij kiwnął na Karolinę. Nikołaj podprowadził ją do Jewgienija.

background image

Stanęła tam drobna jak cień, ubrana na ciemno, jasnowłosa. Kupiec grubo się mylił, 

sądząc, że jego żona umarła.

-  Mamy na  pokładzie  panią Weimer  -  powiedział  Nikołaj.  Wszedł   Jewgienijowi  w 

słowo, ale umilkł, zgromiony jego spojrzeniem.

Zrozumiał, o co chodzi.

To była taka gra. Jewgienij rzucił na szalę tytuły i władzę, by kapitan wiedział, że stoi 

wyżej od niego w hierarchii. Kapitan dowodził wprawdzie statkiem, ale był opłacany przez 

kupca.

W szeregach na pokładzie żaglowca zapanowało poruszenie. Kapitan nie był pewien, co 

powinien uczynić, czyjego rozkazu posłuchać. Nie ulegało wątpliwości, że rozpoznał Karolinę.

I wtedy pojawił się Lorentz Weimer. Dostojny niczym car.

Kapitan wycofał się. Widać było wyraźnie, że jest szczęśliwy, że nie musi odpowiadać 

za to, co się stanie. Za taką odpowiedzialność nie był wynagradzany. Chętnie umył od tego 

ręce.

- Ozdrawiałaś, Karolino! - zawołał jej mąż. - A słyszałem, że umarłaś. Podobno w 

Archangielsku panuje epidemia, dlatego nie mieliśmy odwagi zawinąć do portu. Czy to czasem 

nie ty sama rozpuściłaś takie plotki? Może wolałaś zostać, niż wracać do domu?

Słyszałem   to   i   owo   o   tobie,   Karolino.   Podobno   mieszkałaś   wygodnie   w   pałacu 

należącym do wysoko urodzonych ludzi.

- On o wszystkim wie - wyszeptała Karolina, pobladłszy jeszcze bardziej.

-   Chce   cię   zostawić   -   odparł   Nikołaj.   -   Gdyby   o   nas   wiedział,   musiałby   również 

wiedzieć, że w Archangielsku nie było żadnej epidemii. On kłamie, moja droga.

- Twoja żona, Weimer, chce wracać do domu! - zawołał Jewgienij, czekając, aż Oleg 

przetłumaczy jego słowa na norweski. - Przeprowadzę ją na pokład żaglowca. Mam ci dwa 

słowa do powiedzenia!

-   Puść   moją   żonę   samą   -   odparł   Lorentz   Weimer   lodowato.   -   Nie   życzę   sobie   na 

pokładzie żadnych obcych. Tylko moja żona, nikt więcej.

-   Ciekawe,   jaki   on   wiezie   ładunek?   -   mruknął   Walerij.   Nikt   nie   potrafił   mu 

odpowiedzieć, choć pomyśleli swoje.

- Karolina nie da rady przejść na wasz pokład bez pomocy! - Znów zapomniał się 

Nikołaj.

-   To   niech   zostanie!   -   burknął   Lorentz   Weimer.   -   Ustawimy   się   burtą   do   was   i 

pozwolimy   wam   podpłynąć   bliżej.   Rzucimy   drabinkę.   Ale   nikomu   prócz   Karoliny   nie 

zezwalamy wejść na pokład. Zastrzelimy każdego, kto nie posłucha tego rozkazu.

background image

Chwilę  trwało,   nim frachtowiec  podpłynął  bokiem  do żaglowca.  Cala   załoga  miała 

świadomość, że wykonują manewr, pilnowani przez uzbrojonych w muszkiety Norwegów.

- On coś na pewno przemyca - stwierdził Jewgienij. Popatrzył na Karolinę i pokręcił 

głową. Podpłynęli zupełnie blisko. Rzucili w górę cumy, a na dół spuszczona została sznurowa 

drabinka.

- Znając mojego męża, nie zdziwiłabym się wcale, gdyby była przegniła - uśmiechnęła 

się Karolina.

Ucałowała Jewgienija, a nawet Walerija. Na koniec podeszła do Nikołaja i pozwoliła 

mu się pocałować mimo obstrzału spojrzeń z góry.

Ale gdy stanęła przy drabince, złapał ją strach. Zakręciło jej się w głowie. Chwyciła się 

szczebla, jakby się wzbraniając przed wspinaczką po chwiejnej drabince.

Jewgienij przytrzymał jej dłoń i jeszcze raz wzrokiem zapytał, czy na pewno chce wejść 

na górę.

Karolina pokiwała twierdząco.

Jewgienij   postawił   stopę   na   pierwszym   szczeblu   drabinki.   Obciążył   ją,   żeby   była 

stabilniejsza. Chciał pomóc Karolinie. Zrobił krok.

W pierwszej chwili nikt nie pojął, co się stało, kiedy rozległ się huk. Zobaczyli tylko, 

jak Jewgienij spada. Na jego piersi pojawiła się krwawa plama, która powiększała się niczym 

rozwijający się kwiat.

On zaś patrzył w niebo z niedowierzaniem.

Karolina tymczasem wspinała się po szczeblach drabinki.

- Wracaj! - krzyknął Nikołaj.

- Nie mogę - odpowiedziała, nim wciągnięto ją przez reling na pokład.

Z góry zrzucono cumę utrzymującą oba statki obok siebie.

A na pokładzie frachtowca leżał martwy Jewgienij.

background image

14

Noc   napierała   nachalnie.   Raiji   wydawało   się,   że   w   ciszy   nocy   słyszy   jakieś 

nawoływanie.

Uparła się, że wróci do domu, mimo iż Antonia na kolanach niemal ją błagała, by 

została w Archangielsku.

-   Przecież   Jewgienij   i   Misza   popłynęli.   Będziesz   zupełnie   sama   -   tłumaczyła 

przyjaciółce.

Raija jednak nie dała się przekonać. Postawiła na swoim. Wróciła do domu, tam gdzie 

było jej miejsce.

Ale chata wydała jej się taka pusta. Wędrowała od izby do izby, jakby miała nadzieję 

kogoś spotkać.

Rozsądek jej podpowiadał, że to niemożliwe. Przecież Natalia nie żyje, a Misza z ojcem 

popłynęli w morze. Sama całowała Jewgienija na pożegnanie.

Ale coś w niej pragnęło, by pomieszczenia zapełniły się ludźmi, których kocha.

Usiadła przy krosnach. W izbie panował mrok, mimo że zapaliła lampę i podkręciła 

mocniej płomień.

Okropnie ponuro wyglądały tkaniny utkane ze zgaszonych brązów, słotnych szarości i 

czerni.

A przecież Natalia tak bardzo kochała barwy. Zawsze wybierała do zabawy jaskrawo 

kolorowe kłębki. Na szare rzadko zwracała uwagę.

Dłonie Raiji sięgnęły mimowolnie po kłębki, które wybrałaby Natalia: żółte, napuszone, 

jakby   skradły   słońcu   promienny   blask,   płomienne   oranże,   przy   których   jesienne   liście 

poblakłyby z zazdrości, czerwone, a wreszcie zielone niczym soczysta trawa na łące, po której 

tańczyła boso Natalia w pogodne dni lata.

Raija utkała zielony pas łąki przetykany żółtymi plamami, chmury na tle płomiennego 

nieba letniej nocy, słońce, morze i obłoki odbijające się w jego falach.

Tkała   jak   w   natchnieniu.   Bezwiednie   przekładała   barwne   nitki,   łączyła   kolory. 

Niepotrzebny był jej żaden wzór. Wszystko ułożyło się samo w harmonijną całość.

W tkaninie Raija zawarła wszystkie swoje uczucia.

Zaklęła w niej Natalię.

Znużona, usnęła przy krosnach.

Tym razem nie ujrzała go w cudownej zielonej krainie pod wysokim niebem, za którą 

tak tęskniła.

background image

Tym razem on przyszedł do niej.

Stanął przy gotowej tkaninie i pogładził delikatnie barwną powierzchnię ogorzałymi 

dłońmi.

Raiji zdawało się, że to ją głaszcze.

Wiedziała, że nie może jej dotknąć, i to, co uczynił, musiało starczyć za pieszczotę.

- Zrozumiałaś - odezwał się łagodnym głosem. - Naprawdę zrozumiałaś, Raiju. Jestem z 

ciebie   dumny.   Przecież   twoje   dziecko   nie   ukryło   się   w   ponurych   barwach,   w   których 

próbowałaś ją odnaleźć. Twoje dziecko lubiło jasne, wesołe kolory. Twoja córka cala była 

śmiechem, którego nie możesz zapomnieć. Myślę, że wspominać ją będziesz, ilekroć sama się 

roześmiejesz.

Raija pragnęła zapytać go o Natalię, ale nie mogła odnaleźć właściwych słów.

Uświadomiła sobie, że on nie przemawia do niej ani po rosyjsku, ani po norwesku.

Rozumiała   go,   choć   nie   pojmowała,   w   jaki   sposób,   bo   ilekroć   usiłowała   mu 

odpowiedzieć, coś się w niej zamykało i nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

- Pewnie chciałabyś, żebym cię teraz ze sobą zabrał - ciągnął. - Chętnie bym to uczynił, 

ale nie mogę. Tam, gdzie przebywam, czas nie istnieje. Dla mnie to nie ma znaczenia, ale z tobą 

jest inaczej. Będzie ci teraz ciężko, Raiju. Ale wiedz, że tylko dlatego przytrafia ci się coś 

takiego, że jesteś dość silna, aby to znieść.

Raiji słowa te wydały się dziwnie znajome. Miała niemal pewność, że sama wyraziła się 

podobnie, ale do kogo, kiedy i dlaczego, nie pamiętała. Zresztą we śnie nie próbowała tego 

dociekać.

- Jesteś silna, Raiju. I nie zostaniesz sama. Będziesz wiedziała, jak należy postąpić. 

Wierzę, że spośród wielu wybierzesz właściwą drogę. A kiedy już uporasz się z tym wszystkim, 

co konieczne, wtedy będziesz mogła pójść ze mną. Przyjdę po ciebie. Namiot już czeka. Jesteś 

silna, Raiju!

Echo tych słów tłukło jej się po głowie, kiedy rankiem obudziła się ze snu, i nie dawało 

jej spokoju.

„Jesteś silna, Raiju!”

A jeśli nie okaże się dość silna?

Intrygowało ją, dlaczego tak dobrze zapamiętała ten sen.

Był taki piękny.

„Jesteś silna, Raiju”, śpiewało jej w duszy, kiedy na dziedzińcu rozległ się stukot kół.

Wyjrzała na dwór i w jednej chwili zrozumiała wszystko. Zobaczyła usadowionych na 

koźle Misze i Olega, Antonię zgarniającą spódnicę i zeskakującą na ziemię, zobaczyła Nikołaja 

background image

i Walerija. Brakowało tylko jednej osoby.

- Jesteś silna, Raiju...

Misza podszedł do niej pierwszy. Wziął ją w ramiona, sam pozwalając się objąć. Syn i 

pocieszyciel w jednej osobie. Dziecko, potrzebujące matczynej otuchy, i mężczyzna, na którego 

piersi mogła się wypłakać.

- Tata nie żyje - powiedział, prowadząc ją w stronę wozu. Wyjaśnił, co się stało.

Uchylili koc, pod którym leżał Jewgienij, i odsłonili twarz. Oczy miał zamknięte. Nie 

chcieli jednak pokazywać jej krwawej róży na jego piersi.

Zobaczyła ją później sama, kiedy myła i ubierała ciało męża.

- Jesteś silna, Raiju. Była silna, przez chwilę...

Koniec   lata   przyniósł   jesienne   chłody.   Ziemia   jednak   nie   zmarzła,   więc   bez   trudu 

wykopali mu grób.

Niebo zabarwiło się na horyzoncie czerwoną poświatą.

Raija wpatrywała się w przygotowany dół, wystarczająco głęboki, by pochować w nim 

mężczyznę, którego kochała i z którym było jej tak dobrze.

Jutro wyprawią mu pogrzeb.

Zakopią trumnę i usypią kopiec, a u wezgłowia wbiją krzyż, który nagle wydał jej się 

jakiś obcy.

Miał dobre życie. W końcu nikomu nie obiecuje się, że będzie żył wiecznie. Ale Raija 

chętnie by zatrzymała przy sobie męża jeszcze przez jakiś czas.

Kochała go na swój sposób.

Oleg odłożył łopatę, podszedł do Raiji i otoczył ją ramieniem. Niemal utopiła się w 

przyjaznych objęciach tego potężnego mężczyzny.

- Po co tu przyszłaś, Raiju? - zapytał cicho i odciągnął ją na bok. - Czy ta Tonią nie 

potrafi cię zatrzymać w chacie? Chyba będę musiał wbić wam do głowy trochę rozumu, jednej i 

drugiej! Przecież sami poradzimy sobie z wykopaniem dołu! Byliśmy jego przyjaciółmi. A ty 

uważaj lepiej na siebie! Gdzie Michaił? Chłopak powinien chyba być w domu przy matce.

- Pozwoliłam mu pojechać do miasta, do portu - wyjaśniła Raija zmęczonym głosem. - 

To przecież nie jego wina, że tak kocha morze. Ty i Jewgienij zaszczepiliście mu tę miłość, 

więc bardziej was należy winić, nie jego. On bardzo przeżywa śmierć ojca. Lepiej więc, żeby 

był teraz tam, gdzie czuje się najlepiej.

Oleg puścił Raiję i długo się jej przyglądał. Miała około czterdziestu lat, ale wyglądała 

znacznie   młodziej.   Zachowała   dziewczęcą   sylwetkę   i   nadal   była   niebezpiecznie   piękna, 

zupełnie jak wówczas, gdy zabrali ją na pokład „Sankt Nikołaja” w jednym z fiordów na 

background image

zachodzie.  Przybyły jej  jedynie  drobniutkie  zmarszczki  wokół  oczu  i w okolicach  ust,  ale 

ciemne oczy nie straciły swego blasku. Roztaczała wokół siebie ciągle taki sam czar.

Czuwała już tyle nocy, nie spała od tamtego ranka, gdy przywieźli Jewgienija wozem.

Wszyscy myśleli, że to nieszczęście kompletnie ją załamie i odbierze jej rozum. Ledwie 

przecież zdążyła się otrząsnąć po śmierci Natalii.

Rozpaczała, czuwając przy marach. Płakała, złorzecząc Bogu i ludziom.

Ale nie straciła rozumu.

Przez cały ten czas byli przy niej Oleg z Tonią. Raija co prawda wiele razy prosiła, by 

poszli do siebie, ale zaraz błagała, by jednak z nią zostali.

- Jesteś wyjątkowa, Raiju - rzekł Oleg łagodnie. - Ale teraz już wracaj do domu. Musisz 

się przespać. Jewgienij gniewałby się, widząc, że o siebie nie dbasz. On nie żyje, to prawda, ale 

ty przecież nie umarłaś.

Raija nie odpowiedziała. Popatrzyła na niego przeciągle, a potem odwróciła się i ruszyła 

w stronę chaty. Kolorowy szal zsunął jej się z głowy, a czarne loki załopotały na wietrze. 

Olegowi przyszło na myśl, że wyglądają zupełnie jak ptasie skrzydła.

Serce   ścisnęło   mu   z   żalu,   kiedy   uświadomił   sobie,   jak   bardzo   Raija   będzie   teraz 

samotna.

Jewgienij stanowił jej oparcie w życiu, opokę, na której zbudowała cały swój świat. 

Inni, którzy mogliby teraz być jej wsparciem, odeszli tak samo jak Jewgienij.

Michaił kochał morze.

Nie   bez   wyrzutów   sumienia   Oleg   zauważył   to   z   całą   jaskrawością.   Na   równi   z 

Jewgienijem ponosił za to winę.

Przyjaciel   przeznaczył   syna   morzu.   Takie   było   jego   największe   marzenie.   Ale   z 

pewnością nigdy nie pomyślał, że z tego powodu Raija zostanie zupełnie sama.

Jewgienij planował, że z czasem wycofa się z interesów i spędzi starość u boku Raiji na 

brzegu Dwiny.

Pewnie nigdy nie przypuszczał, że umrze przed nią.

Raija zostanie teraz zupełnie sama.

Noc była chłodna, jak bywają nawet letnie noce na północy.

Raija nie mogła zasnąć. Czuła się kompletnie wyczerpana, a przecież wiedziała, że musi 

być silna. Musi podczas pogrzebu zachować się godnie, by uczcić pamięć męża.

Udało jej się to, kiedy umarł Wasilij. Poradziła sobie nad grobem Natalii.

Jewgienij był dobrym mężem. Uszczęśliwił ją. Żadne z nich nigdy nie przypuszczało, że 

taki spotka ich koniec.

background image

Raija zarzuciła szal na ramiona i przeszła przez izbę, starając się stąpać po cichu, by nikt 

jej nie usłyszał. Nie chciała wysłuchiwać znowu upomnień przyjaciół, że powinna wypocząć. 

Rozumiała, że chcieli dla niej jak najlepiej, ale przecież to był jej smutek, jej ból i żałoba.

Piec w kącie izby nadal wysyłał miłe ciepło, ale nic nie mogło ogrzać lodowatego 

chłodu, jaki zagościł w jej wnętrzu.

Daleko na zachodzie ujrzała na niebie świetlisty blask. Patrzyła nań ze zdumieniem. O 

tej porze roku zwykle nie widywało się zorzy polarnej. Blask przykuwał jej wzrok. Patrzyła w 

tamtą stronę jak zahipnotyzowana.

A potem wszystko wokół niej zniknęło.

Ostatnie, co pamiętała, to ów blask.

Obudziła   się   tuż   przed  świtem.   Już   dniało,   gdy   wstała  ścierpnięta.  Nie   chciała,   by 

ktokolwiek zobaczył, że spała na podłodze.

Dziś zostanie pochowany Jewgienij.

Raija   zatrzymała   się   gwałtownie   i   zamknęła   oczy.   Nagle   zrozumiała,   że   nie 

przypadkiem   przyśniła   jej   się   polarna   zorza.   Ten   niezwykły   sen   niósł   w   sobie   głębsze 

przesłanie.

I uczucie wewnętrznej pustki zniknęło.

Raija przełknęła ślinę i wyszła na spotkanie tego dnia.

Godnie jak na Raisę Bykową przystało.

Ale   kiedy   później   odchodziła   od  grobu,   trzymając   rękę  na  ramieniu   swego   prawie 

piętnastoletniego syna, nie miała już żadnych wątpliwości, że powrót do roli Raisy Bykowej nie 

jest możliwy.

Tę kobietę pogrzebała razem z mężem, z którym przeżyła to życie.

Od grobu odeszła Raija córka Erkkiego. Raija Alatalo.

Noc i polarna zorza zdjęły zasłonę z jej pamięci i odsłoniły prawdę.

Wiedziała już, kim jest. Pamiętała wszystko. Żadna skała nie blokowała jej dostępu do 

przeszłości.

Ujrzała wszystko w pełnym świetle.

Zobaczyła twarze i miejsca. Przypomniała sobie imiona i nazwy. Wiedziała, kiedy tam 

była i dlaczego.

Ale nadal mieszkała w chacie nad Dwiną w postaci Raiji - Raisy. Dla tych, dla których 

musiała, pozostała Bykową. Carycą.

Była wdową po Jewgieniju, niektórzy traktowali ją także jak wdowę po Wasiliju. W 

swoim życiu żyła w wielu wcieleniach.

background image

Cieszyła się jedynie, że otaczający ją ludzie nie ma - . ją pojęcia o jej tajemnicach.

Przejrzała   wszystkie   rzeczy   Jewgienija.   Wszystkie   dokumenty   i   papiery,   jakie 

pozostawił. Przeczytała każdy wyraz i zapisane starannym szerokim pismem liczby.

Miała dziwne przeczucie, że pozostawił jej jakiś list z wyjaśnieniem.

A wiele powinien jej wyjaśnić!

Nic jednak nie znalazła.

Usprawiedliwiła go. Nie spodziewał się, że śmierć dopadnie go tak nieoczekiwanie. Nie 

zdążył napisać listu. Tkwiło w niej jednak głębokie przekonanie, że miał zamiar wyznać jej całą 

prawdę.

Mężczyzna o miodowych oczach więcej się nie pojawił w jej snach. Czekała na niego.

Modliła się, by uchylił jej choć rąbka tajemnicy tego, co ją czeka.

Ale żarliwe modlitwy nie pomogły.

Nie przybył.

Raija zrozumiała, że musi sobie sama poradzić z własną przyszłością, z prawdą.

Nie miała nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Nie ufała nikomu.

Wydawało jej  się,  że  w  oczach  bliskich  dostrzega  jakiś   fałsz.  Jakby coś   przed  nią 

ukrywali.

Nawet w spojrzeniu Michaiła.

Nie ufała więc już nikomu.

Nikomu.

Pierwszy dowiedział się tego od niej Walerij.

Na jej prośbę Oleg przydzielił Walerijowi pracę na lądzie.

Chciała go mieć przy sobie. Był najbliższym krewnym Wasilija. I traktowała go jak 

syna.

Nie byłaby taka samotna, gdyby żył Wasilij. Ale nie było im to pisane.

Stała razem z Walerijem najpierw przy grobie Wasilija, a potem na dłużej zatrzymali się 

przy grobie Natalii. Na śniegu odcisnęły się ich ślady, tworząc ścieżkę pomiędzy mogiłami.

- Na wiosnę stąd wyjadę - powiedziała Raija znienacka, wyrażając nieoczekiwanie na 

głos myśl, którą długo kryła w sobie.

- Wyjedziesz? - zapytał Walerij przerażony. - Nie możesz stąd wyjechać! Twoje miejsce 

jest w Archangielsku. Co my poczniemy bez ciebie? Nie możesz zostawić grobu Natalii!

- Nie wyjadę na zawsze - uspokoiła go Raija, chociaż nie była pewna, czy mówi prawdę. 

- Po prostu wyjadę tak jak ty, tak jak wszyscy mężczyźni co roku na wiosnę. Też bym chciała 

się trochę stąd ruszyć, zobaczyć kawałek świata.

background image

- Dlaczego? - zapytał. - Czy nie jest ci tu dobrze?

- Teraz nie jest - odparła szczerze. Walerij poczerwieniał i czubkiem buta rozgrzebując 

śnieg, mruknął:

- Nie powinienem tak mówić. Ale myślałem, że twoje życie jest tu przy nas.

- Może - uśmiechnęła się Raija. - Wiele mi się tu przydarzyło dobrego, choć nie brakuje 

też złych wspomnień. Bywałam tu jednak bardzo szczęśliwa. Na wiele sposobów. Kochałam 

tu... - urwała na moment i dodała: - ...na wiele sposobów.

- Dużo kobiet płynie w rejs na statkach handlowych - przyznał Walerij. - No, w każdym 

razie niektóre. Nikogo nie zdziwią więc twoje plany. Zresztą nikt nie uważa za dziwne tego, co 

ty robisz.

W tym stwierdzeniu tkwiło wiele prawdy.

- Czy chciałbyś popłynąć ze mną? - zapytała Raija. Bardzo chciała mieć przy sobie 

Walerija, a także wszystkich, których kochała. Miała nadzieję, że będzie to możliwe.

- Zgadzam się na wszystko, o co mnie poprosisz - powiedział Walerij Uskow.

- W takim razie zamustruję cię na wiosnę na „Raiji”. Popłyniesz ze mną na zachód, 

Walerij u.

Olegowi zupełnie nie spodobał się ten pomysł. Ani jemu, ani Antonii.

Przyjaciółka tłumaczyła:

- Rozumiem, że jesteś przygnębiona i chciałabyś uciec od wszystkiego, co przypomina 

ci Jewgienija i Natalię.

- Gdyby nie to, że Morze Białe jest skute lodem, pewnie popłynęłabyś od razu - wtrącił 

się  Oleg.  -  Nie  postępuj   pochopnie,  Raiju!  Nie  mogę   ci  oczywiście   niczego   zabronić,  ale 

pamiętaj, że to męczący rejs!

- Przecież kiedyś zabrałeś ze sobą Antonię i Olgę - odparła Raija. - Nie słyszałam, byś 

wówczas wspominał o niebezpieczeństwie. A Wasilij pokonał tę trasę nawet na niewielkich, 

mało stabilnych łodziach.

- To co innego - zapewniał ją Oleg. - Jesteś teraz w nie najlepszej formie. Przeżyłaś w 

krótkim czasie straszne tragedie, Raiju. Każdy odradzałby ci takie eskapady. Zastanów się, 

poczekaj   do   wiosny.   Wtedy   porozmawiamy.   Musisz   trochę   odpocząć,   dojść   do   siebie. 

Wstrzymaj się z tą wyprawą do następnego sezonu. Misza skończy wówczas szesnaście lat i 

będzie mógł zostać pryncypałem. Teraz latem będzie miał dopiero piętnaście. Tylko raz płynął 

na zachód! Powinien przejść najpierw przez wszystkie stopnie na statku, mimo że już jest 

armatorem.

- Jeśli chcesz, poczekam do wiosny, ale możesz być pewien, że nie zmienię zdania. A ty 

background image

będziesz musiał to zaakceptować. Bo jestem matką twojego wspólnika, Olegu Jurków! I mam 

nadzieję, że on nie sprzeciwi się mi w tej sprawie.

Wyszła. Ale gdy zamykała drzwi, usłyszała, jak Antonia prosi męża, żeby porozmawiał 

z Misza. I dodała, że trzeba temu przeszkodzić.

- Chcesz płynąć na zachód, mamo? Do Norwegii? Dlaczego? - pytał Michaił. Na jego 

twarzy malowało się zdziwienie. Często się zapominał. Nadal był młodym chłopcem, chociaż 

bardzo się starał odgrywać w domu rolę mężczyzny.

Oleg miał rację w tym jednym. Misza był jeszcze bardzo młody. Nie skończył nawet 

piętnastu lat.

-   Chcę   -   odparła   Raija.   -   Coś   mnie   tam   ciągnie.   Myślę,   że   nie   muszę   ci   więcej 

tłumaczyć. Zresztą nic więcej nie mogę dodać. Po prostu muszę tam popłynąć. Rozumiesz?

Misza pokiwał głową zamyślony. A Raija pojęła, że jej syn w jakiś sposób miał swój 

udział w tajemnicy. Znał prawdę o niej.

- Chcę, żebyśmy popłynęli tam na „Raiji”. Ty będziesz kapitanem.

- Nie wiem, czy potrafię - odparł szczerze.

- Oleg popłynie z nami. Póki co się nie zgadza, ale jestem pewna, że popłynie. Będzie 

też Walerij, może zabierzemy Nikołaja. Ale chcę, żebyś to ty, mój syn, był kapitanem. To dla 

mnie bardzo ważne.

- Będę potrzebował pomocy we wszystkim - uśmiechnął się Misza. - Ale zrobię to dla 

ciebie, mamo. Powiedz, co cię do tego skłoniło?

Raija także się uśmiechnęła i pocałowała go. Pomimo że starał się być dorosły, nadal 

pozwalał jej na takie czułości.

- Czasem w człowieku nagromadzi się taka tęsknota, synku. Może to aniołowie zstępują 

na ziemię i obdarowują nas marzeniami? Nie wiem. Wiem jedynie, że muszę popłynąć na 

zachód. Tylko to jedno trzyma mnie teraz przy życiu. I chcę, żebyś to ty mnie tam zawiózł.

- Zrobię, jak sobie życzysz, mamo - odparł Michaił. - Skoro aniołowie obdarowali cię 

takim marzeniem, trzeba się zatroszczyć, by się spełniło.