background image

MEG CABOT 

CZWARTY WYMIAR 

Przekład Aleksandra Januszewska 

Tytuł oryginału A TALE OF THE MEDIATOR TWILIGHT 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Benjamina 

background image

To był zwykły sobotni poranek w Brooklynie. Nic nie kazało mi podejrzewać, że tego 

dnia moje życie zmieni się na zawsze. Absolutnie nic. 

Wstałam wcześnie, żeby pooglądać kreskówki. Nie miałam nic przeciwko temu, żeby 

wstać  wcześnie,  jeśli  chodziło  o  spędzenie  paru  godzin  z  królikiem  Bugsem  i  jego 

przyjaciółmi.  Nie  znosiłam  tylko  wstawać  wcześnie  do  szkoły.  Już  wtedy  za  nią  nie 

przepadałam.  W  zwykły  dzień  tygodnia  tata  łaskotał  mnie  w  pięty,  żebym  podniosła  się  z 

łóżka. 

Ale nie w soboty. 

Tata chyba czuł to samo. To znaczy, jeśli chodzi o soboty. Zawsze wstawał pierwszy, 

ale w soboty wstawał jeszcze wcześniej i zamiast owsianki z brązowym cukrem, którą karmił 

mnie  w  tygodniu,  przygotowywał  mi  tosty  Mama,  która  nie  znosiła  zapachu  syropu  klo-

nowego, Zostawała w łóżku, dopóki talerze nie zostały opłukane i włożone do zmywarki, stół 

wytarty, a kuchnia wywietrzona. 

W  tamtą  sobotę  -  zaraz  po  moich  szóstych  urodzinach  -  zmyliśmy  z  tatą  naczynia  i 

posprzątaliśmy, a potem wróciłam do oglądania filmów. Nie pamiętam, co akurat oglądałam, 

kiedy  wszedł  tata,  żeby  się  ze  mną  pożegnać,  ale  film  musiał  być  dobry,  bo  strasznie 

chciałam, żeby się pośpieszył i już sobie poszedł. 

- Idę pobiegać - powiedział, całując mnie w czubek głowy. - Cześć, Suze. 

- Cześć - powiedziałam. 

Chyba  nawet  na  niego  nie  spojrzałam.  Wiedziałam,  jak  wygląda.  Wysoki  z  gęstymi, 

ciemnymi,  posiwiałymi  w  niektórych  miejscach  włosami.  Tego  dnia  miał  na  sobie  szare 

spodnie do joggingu i koszulkę z napisem H

OMEPORT

,

 

M

ENEMSHA

,

 ŚWIEŻE OWOCE MORZA NA 

OKRĄGŁO PRZEZ CAŁY ROK

,

 

pamiątka naszej ostatniej wyprawy na Martha's Vineyard. 

Żadne z nas nie zdawało sobie sprawy, że to ostatnie ubranie, jakie na siebie włożył. 

- Na pewno nie chcesz iść ze mną do parku? - zapytał. 

-  Ta  -  ato  -  powiedziałam,  przerażona  myślą,  że  mogłaby  mnie  ominąć  choć  minuta 

kreskówki. - Nie. 

- Baw się dobrze - odparł. - Powiedz mamie, że w lodówce jest świeżo wyciśnięty sok 

z pomarańczy. 

- W porządku - mruknęłam. - Cześć. I wyszedł. 

Czy postąpiłabym inaczej, wiedząc, że nigdy więcej go nie zobaczę - w każdym razie, 

żywego? Oczywiście, że tak. Poszłabym z nim do parku. Zmusiłabym go, żeby spacerował, a 

nie  biegał.  Gdybym  wiedziała,  że  dostanie  ataku  serca  tam,  na  ścieżce  w  parku,  i  umrze  na 

oczach obcych ludzi, przede wszystkim zamiast do parku, kazałabym mu pójść do lekarza. 

background image

Ale nie wiedziałam. Skąd mogłam wiedzieć? 

No skąd? 

background image

Kamień leżał dokładnie tam, gdzie wskazała pani Gutierrez, pod obwisłymi gałęziami 

przerośniętego hibiskusa na jej podwórku. Wyłączyłam latarkę. Pomimo pełni gruba warstwa 

chmur  przywiana  znad  morza  koło  północy  oraz  lepka  wilgoć  ograniczały  widoczność  do 

zera. 

Ale  światło  i  tak  nie  było  mi  już  potrzebne.  Zabrałam  się  do  kopania.  Zanurzyłam 

palce w wilgotnej, miękkiej ziemi i usunęłam kamień z miejsca, w którym spoczywał. Dał się 

łatwo  poruszyć,  nie  był  ciężki.  Zaczęłam  grzebać  w  dziurze,  szukając  metalowego  pudełka, 

które, jak zapewniła mnie pani Gutierrez, powinno tam być... 

Nie było go jednak. Pod palcami nie wyczułam niczego poza mokrą ziemią. 

Wtedy w pobliżu trzasnęła pod czyimś ciężarem leżąca na ziemi gałązka. 

Znieruchomiałam. Wdarłam się w końcu na teren prywatny; ostatnia rzecz, jakiej mi 

było trzeba, to powrót do domu w asyście funkcjonariuszy policji Carmelu w Kalifornii. 

Po raz kolejny. 

Potem,  z  sercem  bijącym  jak  oszalałe,  usiłując  gorączkowo  wymyślić  jakieś 

wyjaśnienie,  żeby  się  wyplątać  z  tej  sytuacji,  rozpoznałam  szczupły  cień  -  ciemniejszy  niż 

wszystkie inne wokół - o jakiś metr ode mnie. W uszach nadal czułam silne pulsowanie, ale 

teraz już z innego powodu. 

- To ty - powiedziałam, podnosząc się z wolna na chwiejnych nogach. 

- Cześć, Suze. - Głos, który mnie dobiegł w wilgotnym powietrzu, brzmiał głęboko i 

pewnie... w przeciwieństwie do mojego, który wykazywał denerwującą skłonność do drżenia, 

kiedy on był gdzieś w pobliżu. 

A nie tylko głos mi drżał, kiedy się zjawiał. Starałam się nie dać tego po sobie poznać. 

-  Oddaj  -  powiedziałam,  wyciągając  rękę.  Odrzucił  głowę  do  tyłu  i  wybuchnął 

śmiechem. 

- Zgłupiałaś? - powiedział. 

-  Mówię  poważnie,  Paul  -  oznajmiłam  stanowczo;  moja  pewność  siebie  zaczynała 

jednak ustępować niczym piasek osypujący się pod stopami. 

-  Suze,  to  dwa  tysiące  dolarów  -  stwierdził,  jakbym  o  tym  nie  wiedziała.  -  Dwa 

tysiące. 

-  Należą  do  Julia  Gutierreza  -  powiedziałam  zdecydowanie,  chociaż  czułam  się 

zupełnie inaczej. - Nie do ciebie. 

background image

- Och, jasne - stwierdził z ironią. - I co Gutierrez zrobi, wezwie gliny? Nie ma pojęcia, 

że czegoś mu brakuje. W ogóle nie zdawał sobie sprawy, że to tutaj było. 

- Bo jego babcia umarła i nie zdążyła mu o tym powiedzieć - przypomniałam. 

-  Więc  niczego  nie  zauważy,  prawda?  -  Wyczuwałam  w  ciemności,  że  Paul  się 

uśmiecha. Słyszałam śmiech w jego  głosie. - Nie będzie mu brakować czegoś, o czym i tak 

nie wiedział. 

-  Pani  Gutierrez  wie.  -  Opuściłam  rękę,  żeby  nie  zauważył  jej  drżenia,  ale  rosnącą 

niepewność w głosie trudniej było ukryć. - Jak odkryje, że ukradłeś pieniądze, znajdzie cię. 

-  A  skąd  wiesz,  że  już  tego  nie  zrobiła?  -  zapytał  tak  obojętnie,  że  dostałam  gęsiej 

skórki... a nie miało to nic wspólnego z jesiennym chłodem. 

Nie  chciałam  mu  uwierzyć.  Ale  nie  miał  powodu,  żeby  kłamać.  Było  oczywiste,  że 

pani  Gutierrez,  szukając  pomocy  wszędzie,  gdzie  się  dało,  przyszła  również  do  niego.  Jak 

inaczej dowiedziałby się o pieniądzach? 

Biedna pani Gutierrez. Zaufała niewłaściwemu pośrednikowi. Ponieważ wyglądało na 

to, że Paul dopuścił się w stosunku do niej nie tylko kradzieży: o, nie. 

Jak ostatnia idiotka, stałam na środku jej podwórza i wzywałam ją po imieniu - na tyle 

głośno, na ile się odważyłam - tak, na wszelki wypadek. Nie chciałam obudzić pogrążonej w 

żałobie rodziny, śpiącej w skromnym, tynkowanym domku parę metrów dalej. 

-  Pani  Gutierrez?  -  Wyciągałam  szyję,  szepcząc  jej  imię  w  mroku  i  usiłując  nie 

zwracać  uwagi  na  zimno  w  powietrzu...  i  w  sercu.  -  Pani  Gutierrez?  Jest  pani  tam?  To  ja, 

Suze... Pani Gutierrez? 

Nie  byłam  specjalnie  zaskoczona,  że  się  nie  zjawia.  Wiedziałam,  naturalnie,  że  Paul 

jest w stanie pozbywać się umarłych na dobre. Nigdy nie przyszło mi po prostu do głowy, że 

może być na tyle podły, żeby to zrobić. 

Powinnam była się domyślić. 

Odwróciłam się w jego stronę; znad morza napłynął zimny wiatr. Rozrzucił mi włosy 

wokół twarzy, aż kilka długich, ciemnych pasm przywarło do błyszczyka na ustach. Miałam 

jednak poważniejsze zmartwienia. 

-  To  oszczędności  jej  życia  -  powiedziałam,  nie  dbając  o  to,  czy  zauważy  drżenie 

mojego głosu, czy nie. - Wszystko, co miała, żeby zostawić dzieciom. 

Paul, z dłońmi wsuniętymi głęboko w kieszenie skórzanej kurtki, wzruszył ramionami. 

- Powinna je była złożyć w banku - stwierdził. 

Może trzeba z nim podyskutować, pomyślałam. Może zdołam mu wyjaśnić... 

- Wielu ludzi nie ma zaufania do banków. Na próżno. 

background image

- Nie moja wina - powiedział, ponownie wzruszając ramionami. 

-  Ty  nawet  nie  potrzebujesz  tych  pieniędzy  -  krzyknęłam.  -  Rodzice  kupują  ci,  co 

chcesz. Dwa tysiące dolarów to dla ciebie nic, a dla dzieci pani Gutierrez to majątek! 

-  Powinna  była  lepiej  o  nie  zadbać  -  burknął  tylko.  A  potem,  chyba  na  widok  mojej 

miny  -  chociaż  nie  wiem,  jak  to  możliwe,  bo  chmury  były  gęstsze  niż  przedtem  -  dodał 

łagodniej: - Suze, Suze, Suze. - Wyciągnął jedną rękę z kieszeni i przysunął się, żeby położyć 

mi ją na ramieniu. - Co ja mam z tobą zrobić? 

Milczałam. Nie sądzę, żebym zdołała wydobyć głos, gdybym próbowała. Oddychałam 

z  trudem.  Mogłam  myśleć  tylko  o  pani  Gutierrez  i  krzywdzie,  jaką  jej  wyrządził.  Jak  to 

możliwe,  żeby  ktoś,  kto  tak  ładnie  pachniał  -  przenikliwy,  świeży  zapach  jego  wody 

kolońskiej  unosił  się  w powietrzu  -  ktoś,  od  kogo  biło  tyle  ciepła  -  szczególnie  pożądanego 

przy chłodnej pogodzie i złudnej ochronie, jaką przed zimnem dawała mi wiatrówka - mógł 

być takim... 

Cóż, złym? 

- Coś ci powiem - odezwał się Paul. Czułam, jak głos wibruje w jego ciele, tak blisko 

staliśmy. 

- Podzielę się z tobą. Tysiąc na łebka. 

Musiałam  przełknąć  -  coś  naprawdę  nieprzyjemnego  -  zanim  zebrałam  się  na 

odpowiedź: 

- Jesteś chory. 

- Nie bądź taka, Suze - powiedział z wyrzutem. - Musisz przyznać, że to sprawiedliwe. 

Ze swoją połową możesz zrobić, co ci się podoba. Odeślij to Gutierrezom, jeśli chcesz. Ale 

jeśli masz rozum, kupisz sobie za to samochód - teraz, kiedy wreszcie zrobiłaś prawo jazdy. Z 

taką  kasą  mogłabyś  wpłacić  zaliczkę  za  jakieś  przyzwoite  cztery  kółka,  zamiast  podkradać 

mamie samochód z podjazdu, kiedy zaśnie... 

- Nienawidzę cię - parsknęłam i uwolniłam się z jego uścisku, nie zwracając uwagi na 

lodowaty  podmuch,  który  natychmiast  owionął  miejsce,  które  przedtem  on  ogrzewał  swoim 

ciałem. 

-  Nie,  nieprawda  -  powiedział.  Zza  chmur  na  moment  wysunął  się  księżyc,  ale  to 

wystarczyło, żeby zobaczyć krzywy uśmiech na twarzy Paula. - Jesteś wściekła, bo wiesz, że 

mam rację. 

Nie wierzyłam własnym uszom. Mówił poważnie? 

- Odbieranie pieniędzy zmarłej kobiecie jest czymś właściwym? 

background image

- Oczywiście - stwierdził. Księżyc zniknął, ale po głosie Paula można było poznać, że 

jest  rozbawiony.  -  Ona  ich  już  nie  potrzebuje.  Ty  i  ojciec  Dominik.  Para  naiwniaków. 

Chciałbym cię o coś zapytać. Skąd wiesz, czego ona od ciebie chciała? Sądziłem, że uczysz 

się francuskiego, nie hiszpańskiego. 

Nie  od  razu  odpowiedziałam.  A  to  dlatego,  że  rozpaczliwie  usiłowałam  wymyślić 

odpowiedź,  w  której  nie  musiałabym  wymówić  słowa,  którego  nie  znosiłam  wymawiać  w 

jego  obecności;  słowa,  które  za  każdym  razem,  kiedy  je  słyszałam  albo  nawet  kiedy  o  nim 

pomyślałam, powodowało, że serce zaczynało tłuc się mi w piersi, a krew żywiej pulsowała w 

moich żyłach. 

Na nieszczęście u Paula to słowo nie wywoływało podobnej reakcji. 

Zanim wymyśliłam kłamstwo, sam sobie odpowiedział. 

-  Och,  fakt  -  odezwał  się  niespodziewanie  bezbarwnym  głosem.  -  On.  Ale  jestem 

głupi. 

Zanim  zdołałam  powiedzieć  coś,  co  rozładowałoby  napięcie,  albo  przynajmniej 

odwróciło jego myśli od Jesse'a, ostatniej osoby na świecie, o której Paul powinien myśleć - 

dodał zupełnie innym tonem: 

- Cóż, nie wiem, jak ty, ale ja mam dość. Kończę na dzisiaj. Do zobaczenia, Simon. 

Odwrócił się, żeby odejść. Tak po prostu. 

Wiedziałam,  oczywiście,  co  muszę  zrobić.  Nie  miałam  na  to  ochoty...  w  gruncie 

rzeczy,  żołądek  podszedł  mi  do  gardła,  a  dłonie  nagle  zwilgotniały  z  zupełnie 

niezrozumiałych powodów. 

Ale jaki miałam wybór? Nie mogłam pozwolić mu odejść z pieniędzmi. Próbowałam 

go przekonać, ale nie udało się. Jesse'owi to by się nie spodobało, ale nie widziałam innego 

wyjścia.  Skoro  Paul  nie  chciał  rozstać  się  z  pieniędzmi  dobrowolnie,  to  musiałam  mu  je 

odebrać. 

Uznałam, że mam duże szanse. Paul wsadził pudełko do wewnętrznej kieszeni kurtki. 

Wyczułam je, kiedy obejmował mnie ramieniem. Musiałam tylko odwrócić jakoś jego uwagę 

- celny cios w splot słoneczny załatwiłby prawdopodobnie sprawę - a potem złapać pudełko i 

cisnąć  je  przez  najbliższe  okno  do  domu.  Brzęk  rozbitego  szkła  przestraszyłby,  oczywiście, 

Gutierrezów, ale mocno wątpię, czy wezwaliby policję... znalazłszy dwa tysiączki zielonych 

rozsypane po podłodze. 

Nie był to może najlepszy plan, ale jedyny, na jaki wpadłam. 

Zawołałam go. 

background image

Odwrócił  się.  Księżycowi  spodobało  się  akurat  w  tym  momencie  wyskoczyć  zza 

gęstej  zasłony  chmur  i  w  jego  bladym  świetle  zobaczyłam  na  twarzy  Paula  wyraz 

bezsensownej  nadziei.  Ta  nadzieja  wyraźnie  wzrastała  w  miarę,  jak  zbliżałam  się  do  niego 

przez trawnik. Chyba myślał przez chwilę, że udało mu się wreszcie mnie złamać. Odkrył mój 

słaby punkt. Przeciągnął na złą stronę. 

A to wszystko za jedyne tysiąc dolców. 

Nic z tego. 

Wyraz  nadziei  zniknął  z  jego  twarzy  z  chwilą,  gdy  zauważył  moją  pięść.  Wydawało 

mi  się  nawet,  że  w  jego  niebieskich,  bladych  jak  księżycowe  światło  oczach  dostrzegam 

urazę.  Później  księżyc  ponownie  ukrył  się  za  chmurami  i  znowu  pogrążyliśmy  się  w 

ciemności. 

Zaraz potem Paul, poruszając się nadspodziewanie szybko, złapał moje nadgarstki w 

bolesnym  uścisku,  podcinając  mi  jednocześnie  nogi.  W  sekundę  później  leżałam  na  mokrej 

trawie przywalona jego ciężkim ciałem, z twarzą o parę centymetrów od jego twarzy. 

- To był błąd - powiedział zdecydowanie zbyt swobodnym tonem, biorąc pod uwagę, 

jak szybko biło jego serce tuż koło mojego. - Cofam ofertę. 

Jego  oddech  jednak,  w  przeciwieństwie  do  mojego,  nie  był  urywany.  Mimo  to 

starałam się ukryć przed nim strach. 

- Jaką ofertę? - wysapałam. 

-  Podziału  pieniędzy.  Zatrzymam  całą  sumę.  Naprawdę  mnie  uraziłaś,  wiesz  o  tym, 

Suze? 

- Jestem o tym przekonana - odparłam z taką ironią, na jaką tylko było mnie stać. - A 

teraz złaź ze mnie. To moje ulubione ridersy, przez ciebie poplamią się trawą. 

Paul  nie  miał  jednak  ochoty  mnie  puścić.  Nie  przyjął  też  mojej  nieudolnej  próby 

obrócenia całej tej sytuacji w żart. W jego głosie brzmiała śmiertelna powaga. 

- Chcesz, żeby twój chłopak zniknął, tak samo jak pani Gutierrez? - wysyczał. 

Z  jego  ciała  płynęło  ciepło,  więc  jedynym  wyjaśnieniem,  dlaczego  nagle  moje  serce 

zamieniło się w kawałek lodu, było to, że na skutek przerażenia krew chyba zamarzła mi w 

żyłach. 

Nie  mogłam  jednak  okazać  strachu.  Słabość  u  ludzi  takich  jak Paul  wywołuje  raczej 

okrucieństwo niż współczucie. 

-  Zawarliśmy  porozumienie  -  powiedziałam,  z  wysiłkiem  poruszając  ustami,  równie 

zmarzłymi ze strachu jak serce. 

background image

-  Obiecałem,  że  go  nie  zabiję  -  odparł  Paul.  -  Nie  mówiłem  nic  na  temat 

niedopuszczenia do tego, żeby umarł. 

Zamrugałam oczami, zupełnie ogłupiała. 

- O... o czym ty mówisz? - wyjąkałam. 

- Domyśl się. - Pochylił się i pocałował mnie lekko w zlodowaciałe usta. - Dobranoc, 

Suze. 

A potem podniósł się i rozpłynął w ciemności. 

Trochę  to  trwało,  zanim  do  mnie  dotarło,  że  jestem  wolna.  Chłodne  powietrze 

ogarnęło  mnie  wszędzie  tam,  gdzie  przedtem  zasłaniał  mnie  swoim  ciałem.  W  końcu 

wydobyłam z siebie dość siły, żeby przetoczyć się na brzuch. Czułam się, jakbym wyrżnęła 

głową w mur. Zdołałam jednak zawołać: 

- Paul! Poczekaj! 

Wtedy  właśnie  u  Gutierrezów  ktoś  włączył  światło.  Podwórko  rozjaśniło  się  niczym 

pas startowy na lotnisku. Otworzyło się okno i ktoś zawołał: 

- Hej, ty! Co ty tam robisz? 

Nie  czekałam,  żeby  sprawdzić,  czy  zdecydują  się  wezwać  policję.  Poderwałam  się  z 

ziemi i pognałam w stronę ogrodzenia, które pokonywałam pół godziny wcześniej. Samochód 

mamy stał tam, gdzie go zostawiłam. Wskoczyłam do środka i ruszyłam w długą podróż do 

domu,  przeklinając  całą  drogę  pewnego  kolegę  po  fachu  oraz  plamy  z  trawy  na  nowych 

dżinsach. 

Nie miałam pojęcia, co mnie jeszcze czeka ze strony Paula. 

Wkrótce miałam się tego dowiedzieć. 

background image

Zrobił to. W końcu. W głębi duszy zawsze chyba wiedziałam, że to zrobi. Można by 

pomyśleć,  że  po  tym,  co  przeszłam,  powinnam  była  się  tego  spodziewać.  To  dla  mnie  nic 

nowego.  A  wszystko  wskazywało,  że  tak  się  stanie.  A  jednak  cios,  kiedy  padł,  uderzył  jak 

piorun z jasnego nieba. 

-  No,  więc  dokąd  idziesz  na  kolację  przed  balem  zimowym?  -  zapytała  mnie  Kelly 

Prescott  na  czwartej  lekcji  w  pracowni  językowej.  Nawet  nie  czekała  na  odpowiedź.  Kelly 

Prescott  ona  nie  interesowała.  Nie  po  to  pytała.  -  Paul  zabiera  mnie  do  Cliffside  Inn  - 

ciągnęła. - Znasz Cliffside Inn, prawda, Suze? Na wybrzeżu Big Sur? 

- Och, pewnie - mruknęłam. - Znam. 

Tak  w  każdym  razie  powiedziałam.  Czy  to  nie  zabawne,  jak  nasz  umysł  potrafi  się 

przestawić  na  autopilota?  Na  przykład,  jak  to  się  dzieje,  że  można  powiedzieć  jedno,  a 

pomyśleć  zupełnie  co  innego?  Bo  kiedy  Kelly  to  powiedziała  -  o  tym,  że  Paul  zabierają  do 

Cliffside  Inn  -  pierwszą  myślą,  jaka  przyszła  mi  do  głowy,  nie  było  wcale:  Och,  pewnie. 

Znam. Nic podobnego. Myślałam coś w stylu: Co? Kelly Prescott? Paul Slater zabiera Kelly 

Prescott na bal zimowy? 

Ale, dzięki Bogu, nie powiedziałam tego głośno. Zwłaszcza że Paul siedział zaledwie 

parę  stanowisk  dalej  i  nastrajał  dźwięk  w  magnetofonie.  Najmniej  chyba  życzyłam  sobie, 

żeby uznał, że się obraziłam, bo zaprosił na bal kogoś innego. Już to było złe, że poczuł mój 

wzrok na sobie, a co dopiero, gdyby do niego doszło, że o nim mówię. Uniósł brwi pytająco, 

jakby chciał powiedzieć: „Czy mogę w czymś pomóc?” 

Wtedy zauważyłam, że ma na uszach słuchawki. Z ulgą zdałam sobie sprawę, że nie 

słyszał,  co  powiedziała  Kelly.  Słuchał  błyskotliwej  konwersacji  między  Dominique  a 

Michelem, naszymi drogimi francuskimi przyjaciółmi. 

- Ma pięć gwiazdek - oznajmiła Kelly, sadowiąc się przy swoim stanowisku. - Chodzi 

mi o Cliffside Inn. 

- Wspaniale - powiedziałam, zdecydowanie odwracając wzrok od Paula i przysuwając 

sobie krzesło. - Z pewnością będziecie się świetnie bawić. 

- Och, tak - zgodziła się Kelly. Odrzuciła miodowozłote włosy do tyłu, żeby nałożyć 

słuchawki. - To takie romantyczne. A ty dokąd się wybierasz na kolację przed balem? 

Wiedziała,  oczywiście.  Wiedziała  doskonale.  Ale  chciała  mnie  zmusić,  żebym  to 

powiedziała. Bo dziewczyny jak Kelly już takie są. 

background image

-  Chyba  nie  wybiorę  się  na  tańce  -  powiedziałam,  siadając  obok  i  wkładając 

słuchawki. 

Kelly  spojrzała  na  mnie  ponad  ścianką  działową.  Jej  twarz  wyrażała  głębokie 

współczucie.  Udawane  współczucie,  rzecz  jasna.  Nic  nie  obchodzę  Kelly  Prescott.  Ani  też 

nikt inny, poza nią samą. 

-  Nie?  Och,  Suze,  to  okropne!  Nikt  cię  nie  zaprosił?  Uśmiechnęłam  się  tylko  w 

odpowiedzi.  Uśmiechnęłam  się,  starając  się  nie  zwracać  uwagi  na  świdrujący  wzrok  Paula, 

wbijający mi się w tył głowy. 

- To fatalnie - powiedziała Kelly. - Wygląda na to, że Brad też nie będzie mógł pójść, 

bo  Debbie  jest  akurat  chora.  Hej,  mam  świetny  pomysł.  -  Kelly  zachichotała.  -  Powinniście 

wybrać się na tańce razem z Bradem! 

-  Zabawne  -  powiedziałam,  podczas  gdy  Kelly  zanosiła  się  od  śmiechu  z  własnego 

dowcipu.  Ponieważ  nie  ma  nic  żałośniejszego  niż  dziewczyna,  która  na  szkolnym  balu 

zimowym zjawia się w towarzystwie własnego brata przyrodniego. 

Poza, być może, dziewczyną, która w ogóle nie udaje się na ten bal. 

Włączyłam  magnetofon.  Dominique  natychmiast  zaczęła  się  skarżyć  Michelowi  na 

dormitoire

Jestem pewna, że Michel wymrukiwał odpowiedzi pełne współczucia (zawsze to 

robi), ale zupełnie ich nie słyszałam. 

Bo  w  ogóle  nie  miało  sensu  to,  co  się  stało.  Jak  Paul  mógł  zaprosić  Kelly  Prescott, 

skoro to ja byłam tą dziewczyną, z którą za wszelką cenę chciał się umówić... wszystko jedno 

dokąd? Nie to, żebym była tym zachwycona, oczywiście. Ale musiałam mu rzucić od czasu 

do czasu jakąś kość, choćby po to, żeby nie zrobił z moim chłopakiem tego, co zrobił z panią 

Gutierrez. 

Zaraz,  zaraz.  Czy  to  o  to  chodziło?  Paulowi  znudziło  się  w  końcu  zawracać  sobie 

głowę dziewczyną, którą musiał szantażować, żeby zechciała spędzić z nim trochę czasu? 

Cóż, dobrze. Jeśli Kelly go chce, niech go sobie w końcu bierze. 

Problem tylko polega na tym, że trudno jest mi zapomnieć, jak czułam się, kiedy Paul 

leżał na mnie tam, w ogrodzie Gutierrezów. Bo to było przyjemne uczucie - ciężar jego ciała, 

jego ciepło - mimo strachu. Naprawdę przyjemne. 

Przyjemne uczucie... niewłaściwy chłopak. 

A  ten  właściwy?  Tak,  nie  należał  do  tych,  którzy  rozciągnęliby  dziewczynę  na 

trawniku. A ciepło? Nie wydzielał go przez półtora stulecia. 

                                                 

 dormitoire - (fr.) sypialnia, tutaj - w internacie (przyp. tłum.). 

background image

Oczywiście, nie jego wina. Z tym ciepłem. Jesse nie mógł nic na to poradzić, że jest 

martwy, tak samo, jak Paul nie mógł nic poradzić na to, że był... no, Paulem. 

A jednak, zaprosić Kelly zamiast mnie... to mnie doprowadzało do szału. Od tygodni 

przygotowywałam  się  do  tego,  że  mnie  zaprosi  -  i  do  tego,  jak  zareaguje  na  moją  odmowę. 

Chyba  nawet  zaczynała  mnie  wciągać  gra,  jaką  toczymy  między  sobą...  jakbyśmy  odbijali 

piłeczkę w tenisie w hotelu, w którym poznaliśmy się zeszłego lata. 

Tylko  że  teraz  odnosiłam  wrażenie,  że  Paul  posłał  na  moje  boisko  piłeczkę,  której 

nigdy nie zdołam odbić. 

O co chodzi? 

Słowa,  naskrobane  na  kartce  wyrwanej  z  zeszytu,  którą  ktoś  pomachał  przez 

drewnianą ścianką dzielącą nasze boksy, zamajaczyły mi przed oczami. Wyrwałam kartkę z 

palców, które ją trzymały, i napisałam: 

Paul zaprosił Kelly na bal zimowy,

 

po czym wsunęłam 

ją za ściankę. 

Parę sekund później kartka ponownie sfrunęła na moje biurko. 

Myślałam, że zaprosi Ciebie!!!, 

napisała moja najlepsza przyjaciółka Cee Cee. 

Wygląda na to, Ŝe nie, nabazgroliłam w odpowiedzi. 

Cóż,  może  to  i  lepiej, 

stwierdziła  Cee  Cee. 

I  tak  nie  chciałaś  z  nim  pójść,  prawda? 

Przecież jest Jesse? 

No właśnie. Co z Jesse'em? Gdyby Paul zaprosił mnie na bal i spotkał się z, delikatnie 

rzecz  ujmując,  brakiem  entuzjazmu,  znowu  zacząłby  rzucać  tajemnicze  groźby  pod  jego 

adresem - z których najnowsza dotyczyła, zdaje się, nowo nabytej umiejętności zapobiegania 

temu, żeby umarli umierali... Cokolwiek by to znaczyło. 

A  jednak  dzisiaj  zaprosił  na  tańce  kogoś  innego.  I  to  nie  kogokolwiek,  ale  Kelly 

Prescott,  najładniejszą,  cieszącą  się  największym  powodzeniem  w  szkole  dziewczynę...  tę 

samą, którą, co przypadkiem wiedziałam, Paul pogardzał. 

Coś tu się nie zgadzało... i wcale nie chodziło o to, że rezerwowałam wszystkie tańce 

dla chłopaka, który nie żył od stu pięćdziesięciu lat. 

Ale o tym nie wspomniałam Cee Cee. Najlepsza przyjaciółka czy nie, szesnastoletnia 

dziewczyna - nawet szesnastoletnia albinoska, która ma przypadkiem ciotkę medium - nie jest 

w stanie przyjąć wszystkiego i wszystko zrozumieć. Owszem, wiedziała o Jessie. Ale Paul? O 

nim się nawet nie zająknęłam. 

Chciałam, żeby tak zostało. 

NiewaŜne, nabazgrałam. A co u Ciebie? Adam juŜ Cię zaprosił? 

background image

Zanim  przekazałam  kartkę  Cee  Cee,  rozejrzałam  się,  żeby  sprawdzić,  czy  siostra 

Marie  -  Rose,  nauczycielka  francuskiego,  nie  patrzy  w  naszą  stronę,  ale  zamiast  niej 

zobaczyłam ojca Dominika, który stał w progu pracowni i machał do mnie ręką. 

Zdjęłam słuchawki bez specjalnego żalu - narzekanie Dominique i Michela nie byłoby 

fascynujące  po  angielsku,  a  po  francusku  było  nie  do  zniesienia  -  i  pośpieszyłam  do  drzwi. 

Czułam na sobie czyjeś uważne spojrzenie. 

Nie zamierzałam dać mu satysfakcji i popatrzeć w jego stronę. 

-  Susannah  -  powiedział  ojciec  Dominik,  kiedy  wyślizgnęłam  się  z  pracowni 

językowej na pasaż pod arkadami, który służył za szkolny korytarz w Akademii Misyjnej im. 

Junipero Serry. - Cieszę się, że udało mi się ciebie złapać przed wyjazdem. 

- Wyjazdem? - Dopiero wtedy zwróciłam uwagę, że ojciec D trzyma torbę podróżną i 

ma mocno zaniepokojony wyraz twarzy. - Dokąd ojciec wyjeżdża? 

-  Do  San  Francisco.  -  Twarz  ojca  Dominika  była  niemal  równie  biała  jak  jego 

starannie przystrzyżona broda. - Obawiam się, że stało się coś strasznego. 

Uniosłam brwi. 

- Trzęsienie ziemi? 

-  Niezupełnie.  -  Ojciec  Dominik  przesunął  okulary  w  drucianej  oprawie  w  stronę 

nasady  perfekcyjnie  zarysowanego  orlego  nosa,  zerkając  na  mnie  z  góry.  -  Chodzi  o 

wielebnego. Miał wypadek i jest w stanie śpiączki. 

Starałam  się  wyglądać  na  stosownie  zmartwioną,  ale  prawda  jest  taka,  że  wielebny 

nigdy mnie specjalnie nie obchodził. 

Zawsze zajmuje się nic nieznaczącymi głupstwami - jak na przykład, dziewczynami w 

minispódniczkach  na  terenie  szkoły.  Nigdy  za  to  nie  interesuje  się  sprawami  istotnymi,  jak 

podawane w porze lunchu obrzydliwie zimne hot dogi. 

- Ojej - powiedziałam. - Ale co się stało? Wypadek samochodowy? 

Ojciec Dominik odchrząknął. 

- Eee, nie. On, hm, udławił się. 

- Ktoś próbował go udusić? - zapytałam z nadzieją. 

-  Oczywiście,  że  nie.  Doprawdy,  Susannah  -  skarcił  mnie  ojciec  D.  -  Udławił  się 

kawałkiem hot doga na parafialnym barbecue. 

No,  no!  Poetycka  zemsta!  Nie  powiedziałam  tego  głośno,  wiedząc,  że  ojciec  D  nie 

byłby zachwycony. Zamiast tego zapytałam: 

- Och, więc jak długo ojca nie będzie? 

background image

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparł  ojciec  D  z  miną  ofiary.  -  To  nie  mogło  się  zdarzyć  w 

gorszym momencie. Chociażby weekendowa aukcja... 

Akademia  Misyjna  nie  ustaje  w  wysiłkach  mających  na  celu  gromadzenie  funduszy. 

W ten weekend miała się odbyć doroczna aukcja staroci. Dary napływały przez cały tydzień - 

składowano  je  w  piwnicy  na  plebanii.  Do  najciekawszych  przedmiotów,  jakie  wpłynęły  do 

komitetu organizacyjnego, należała tabliczka ouija

 z przełomu wieków (dar ciotki Cee Cee, 

Pru) oraz srebrna klamra od pasa - oceniana przez Towarzystwo Historyczne Carmelu na sto 

pięćdziesiąt  lat  -  znaleziona  przez  mojego  przyrodniego  brata  Brada  podczas  sprzątania 

strychu,  którym  został  ukarany  za  wyrządzone  zło  -  jego  natury  w  tej  chwili  sobie  nie 

przypominam. 

-  Chciałem  jednak,  żebyś  wiedziała,  gdzie  jestem.  -  Ojciec  Dominik  wyciągnął  z 

kieszeni  komórkę.  -  Zadzwoń  do  mnie,  jeśli  zdarzy  się  coś,  eee,  niezwykłego,  dobrze, 

Susannah? Mój numer... 

- Znam numer telefonu ojca - powiedziałam. Ojciec D miał nową komórkę, ale nie aż 

tak nową. Czy muszę dodawać, jakie to idiotyczne, że on, który nigdy nie chciał - ani nie miał 

pojęcia,  jak  używać  -  komórki,  w  przeciwieństwie  do  mnie  ją  posiadał?  -  A  przez  „coś 

niezwykłego”  należy  rozumieć  zaliczenie  przez  Brada  śródsemestralnego  testu  z 

trygonometrii czy też zjawiska nadprzyrodzone, jak pojawienie się ektoplazmy w bazylice? 

- To ostatnie - odparł ojciec D, chowając komórkę. - Mam nadzieję, Susannah, że to 

potrwa najwyżej dzień czy dwa, ale doskonale pamiętam, że w przeszłości wpakowanie się w 

sytuację  śmiertelnego  niebezpieczeństwa  nie  zajmowało  ci  więcej  czasu.  Bardzo  cię  proszę, 

żebyś zachowała ostrożność podczas mojej nieobecności. Nie chciałbym wrócić do domu po 

to,  żeby  odkryć,  że  kolejna  część  szkoły  przeniosła  się  w  niebyt.  Och,  poza  tym  dopilnuj, 

żeby Szatan miał dość jedzenia... 

- No nie - powiedziałam i cofnęłam się. Po raz pierwszy od dawna moje nadgarstki i 

dłonie nie nosiły czerwonych śladów wściekłych kocich pazurów i chciałam, żeby tak zostało. 

- Teraz ksiądz opiekuje się tym kociskiem, nie ja. 

- A co ja mam zrobić, Susannah? - zmartwił się ojciec D. - Poprosić siostrę Ernestynę, 

żeby  do  niego  zajrzała  od  czasu  do  czasu?  Na  plebanii  w  ogóle  nie  powinno  być  żadnych 

zwierząt, ze względu na alergię. Musiałem się przyzwyczaić do spania przy otwartym oknie, 

tak  żeby  ten  piekielny  stwór  mógł  wchodzić  i  wychodzić,  kiedy  mu  się  podoba,  żeby  go 

nowicjuszki nie zauważyły... 

                                                 

 ouija - do seansów spirytystycznych (przyp. tłum.). 

background image

-  Świetnie  -  przerwałam,  wzdychając  ciężko.  -  Wstąpię  po  karmę  dla  zwierząt  po 

szkole. Jeszcze coś? 

Ojciec Dominik wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę papieru. Rzucił na nią okiem 

i powiedział: 

-  Och.  Pogrzeb  u  Gutierrezów.  Wszystko  załatwione.  A  całą  rodzinę  umieściłem  na 

liście najbardziej potrzebujących, tak jak prosiłaś. 

- Dzięki, ojcze D - powiedziałam cicho, kierując wzrok ku fontannie na dziedzińcu. 

W Brooklynie, gdzie się wychowałam, listopad oznaczał śmierć wszelkiej roślinności. 

Tutaj, w Kalifornii - mimo że to północna Kalifornia - listopad oznacza tyle, że turyści odwie-

dzający Misję noszą stroje khaki zamiast bermudów, a surferzy na plaży Carmelu zamieniają 

kostiumy  z  krótkim  rękawem  na  te  z  długim.  Na  klombach  nadal  rosną  czerwone  i  różowe 

kwiaty, a w południe, kiedy zwalniają nas na lunch, można się nieźle spocić w promieniach 

słońca. 

A  jednak,  przy  temperaturze  około  dwudziestu  stopni,  zadrżałam...  i  to  wcale  nie 

dlatego, że stałam w chłodnym cieniu pod arkadami. Nie, gęsią skórkę na moich ramionach 

wywołało  zimno  płynące  z  wnętrza.  Ponieważ  pomimo  niezaprzeczalnego  piękna  ogrodów 

Misji nie ulegało wątpliwości, że pod tymi cudownymi płatkami kryje się coś ciemnego i... 

...cóż, przypominającego Paula. 

To  prawda.  Ten  chłopak  potrafił  najpiękniejszy  dzień  uczynić  pochmurnym. 

Przynajmniej w moim odczuciu. Czy ojciec Dominik czuł coś podobnego, nie jestem w stanie 

powiedzieć,  ale...  jakoś  w  to  wątpiłam.  Po  dość  burzliwym  początku  roku  Paul  ostatecznie 

dużo  rzadziej  kontaktował  się  z  dyrektorem  niż  ja.  Było  to  trochę  dziwne,  zważywszy,  że 

wszyscy troje zajmowaliśmy się pośrednictwem. 

Taki  układ  chyba  jednak  odpowiadał  zarówno  Paulowi,  jak  i  ojcu  D.  Obaj 

zachowywali  dystans,  wykorzystując  mnie  w  charakterze  łączniczki  w  razie  absolutnej 

konieczności. Wynikało to częściowo z tego, że - powiedzmy to - obaj byli facetami. Ale też z 

tego,  ze  zachowanie  Paula  -  przynajmniej  w  szkole  -  poprawiło  się  znacząco  i  nie  było 

powodu,  żeby  go  posyłać  do  gabinetu  dyrektora.  Paul  stał  się  wzorowym  uczniem,  miał 

bardzo dobre stopnie, a nawet zyskał nominację na kapitana szkolnej drużyny tenisowej. 

Gdybym  tego  nie  widziała  na  własne  oczy,  nie  uwierzyłabym.  Ale  tak  było.  Rzecz 

jasna, Paul wolał nie wtajemniczać ojca D w swoją działalność pozalekcyjną, bo zdawał sobie 

sprawę, ze ksiądz raczej by jej nie zaaprobował. 

background image

Weźmy chociażby przypadek Gutierrezów. Duch zgłosił się do nas po pomoc, a Paul 

zamiast zrobić, co należy, ukradł mu dwa tysiące dolarów. Na coś takiego ojciec Dominik na 

pewno nie przymknąłby oka. 

Tyle  że  o  tym  nie  wiedział.  To  jest,  ojciec  D.  Ponieważ  Paul  nie  zamierzał  mu 

powiedzieć, a ja, prawdę mówiąc, tez nie. Bo gdybym powiedziała ojcu Dominikowi coś, co 

zaszkodziłoby  wizerunkowi  Paula  -  piątkowego  kujona,  o  jaki  się  starał  -  to  to,  co  spotkało 

panią Gutierrez, spotkałoby również mojego chłopaka. 

Albo raczej chłopaka, z którym mogłabym chodzić. Gdyby żył. 

Paul miał na mnie haka, zgadza się. Ustawił mnie, jak chciał. Cóż, może niezupełnie 

tam, gdzie chciał, ale blisko... 

Dlatego  też  musiałam  użyć  podstępu,  żeby  zapewnić  Gutierrezom  jakiś  rodzaj 

zadośćuczynienia,  bo  zostali  okradzeni,  nawet  jeśli  nie  byli  tego  świadomi.  Nie  mogłam, 

naturalnie, pójść na policję. (No, rozumie pan, panie oficerze, duch pani Gutierrez powiedział 

mi,  że  pieniądze  są  ukryte  u  niej  na  podwórku  pod  kamieniem,  ale  kiedy  tam  poszłam, 

stwierdziłam, ze zabrał je juz inny pośrednik... Kim jest pośrednik? Och, to taka osoba, która 

jest  łącznikiem  między  światem  żywych  a  światem  umarłych.  Ojej,  proszę  poczekać...  co 

robicie z tą kamizelką?) 

Zamiast tego umieściłam Gutierrezów na misyjnej liście potrzebujących, co zapewniło 

pani  Gutierrez  przyzwoity  pogrzeb,  a  jej  bliskim  dość  pieniędzy,  żeby  spłacili  chociaż 

częściowo jej dług. Który nie wynosił z pewnością aż dwa tysiące dolarów... 

-  ...podczas  gdy  mnie  nie  będzie,  Susannah.  Włączyłam  się  trochę  za  późno.  A  nie 

mogłam zapytać: 

„O czym to ksiądz mówił?” Zacząłby się dopytywać, jakie myśli pochłonęły mnie na 

tyle, że nie zwracałam uwagi na jego słowa. 

- Obiecujesz, Susannah? 

Błękitne  oczy  ojca  Dominika  wpiły  się  w  moje.  Czy  miałam  inne  wyjście,  niż 

przełknąć ślinę i skinąć głową? 

- Oczywiście, ojcze D - powiedziałam, nie mając pojęcia, co obiecuję. 

-  Cóż,  muszę  stwierdzić,  że  teraz  czuję  się  lepiej  -  odparł  i  faktycznie  miałam 

wrażenie, że rozluźnił się i przyjął swobodniejszą postawę. - Wiem, naturalnie, że mogę ufać 

wam  obojgu.  Tylko...  strasznie  bym  nie  chciał,  żebyś  zrobiła  coś...  eee,  głupiego...  kiedy 

wyjadę. Każdemu trudno jest oprzeć się pokusie, a szczególnie młodym ludziom, którzy nie 

zdają sobie w pełni sprawy z konsekwencji swoich czynów. 

Och. Już wiedziałam, o czym mówił. 

background image

-  Ale  jeśli  chodzi  o  ciebie  i  Jesse'a  -  ciągnął  ojciec  Dominik  -  następstwa  byłyby  po 

prostu katastrofalne, gdybyście przypadkiem, eee... 

- ...ulegli nieopanowanej żądzy? - dokończyłam za niego. Ojciec Dominik zerknął na 

mnie żałośnie. 

-  Susannah,  mówię  poważnie.  Jesse  nie  należy  do  tego  świata.  Przy  odrobinie 

szczęścia nie zabawi tutaj dużo dłużej. Im bardziej się do siebie przywiążecie, tym boleśniej 

będzie się wam rozstać. Bo kiedyś to nastąpi, Susannah. Nie można zakłócić naturalnego... 

Ble,  ble,  ble.  Ojciec  D  poruszał  wargami,  ale  ja  się  znowu  wyłączyłam.  Nie  czułam 

potrzeby  wysłuchiwania  po  raz  kolejny  wykładu.  A  więc  ojcu  Dominikowi  nie  ułożyło  się 

szczęśliwie z duchem ukochanej dziewczyny z czasów średniowiecza. Ale to nie znaczy, że 

mnie  i  Jesse'owi  przeznaczone  jest  to  samo.  Zwłaszcza  biorąc  pod  uwagę,  czego 

dowiedziałam się od Paula, który chyba posiadał dużo rozleglejszą wiedzę na temat pośred-

niczenia niż ojciec Dominik... 

...szczególnie  jeśli  chodzi  o  ten  drobny,  mało  znany  fakt,  że  pośrednicy  są  w  stanie 

przywrócić zmarłym życie. 

Był tylko jeden szkopuł: trzeba było mieć jakieś ciało, w którym dałoby się umieścić 

duszę właściwego zmarłego.  A ciało to nie jest  coś, co ma się zwykle pod ręką. W każdym 

razie  nie  takie,  które  byłoby  skłonne  dobrowolnie  poświęcić  zamieszkującą  je  aktualnie 

duszę. 

-  Oczywiście,  ojcze  D  -  zapewniłam,  kiedy  skończył  wreszcie  przemowę.  -  Niech 

ksiądz się dobrze bawi w San Francisco. 

Ojciec Dominik skrzywił się. Przypuszczam, że ludzie udający się do San Francisco, 

żeby  odwiedzić  dostojników  kościelnych  w  stanie  śpiączki,  niekoniecznie  mają  czas  na 

turystykę, na przykład obejrzenie mostu Golden Gate czy Chinatown itd. 

- Dziękuję, Susannah. - Rzucił mi przenikliwe, wymowne spojrzenie. - Zachowuj się. 

- A czy kiedykolwiek było inaczej? - zapytałam lekko zdumiona. 

Nie pofatygował się nawet, żeby odpowiedzieć; potrząsnął głową i odszedł. 

background image

No, to o czym to gwarzyliście sobie dzisiaj z ojczulkiem na francuskim? - dopytywał 

się Paul. 

- O pogrzebie pani Gutierrez - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. No, mniej więcej. 

Doszłam  do  wniosku,  że  nie  opłaca  się  oszukiwać  Paula.  Ma  niesamowitą  zdolność 

odkrywania prawdy. 

To,  oczywiście,  wcale  nie  znaczy,  że  mówię  mu  samą  prawdę  i  tylko  prawdę.  Po 

prostu  nie  stosuję  wobec  Paula  Slatera  polityki  pełnej  otwartości.  Ze  względów 

bezpieczeństwa. 

Względy  bezpieczeństwa  kazały  mi  nie  wyjawiać  Paulowi  tego,  że  ojciec  Dominik 

udał się do San Francisco i nie wiadomo, kiedy wróci. 

-  Chyba  cię  to  już  nie  martwi,  co?  -  zapytał  Paul.  -  Ta  sprawa  z  panią  Gutierrez? 

Wiesz, te pieniądze zostaną wykorzystane z pożytkiem. 

-  Och,  z  pewnością,  wiem.  Kolacja  w  Cliffside  Inn  wyniesie  ile?  Stówę  od  łebka?  I 

pewnie wynajmiesz limuzynę. 

Paul, wsparty na poduszkach, uśmiechnął się niemrawo. 

- Kelly ci powiedziała? Tak szybko? 

- Przy pierwszej okazji. 

- Długo nie czekała. 

- Kiedy ją zaprosiłeś? Wczoraj wieczorem? 

- Zgadza się. 

- A więc około dwunastu godzin - powiedziałam. - Nieźle, zważywszy, że przez jakieś 

osiem prawdopodobnie spała. 

- Och, w to wątpię - odparł Paul. - Wtedy robią najwięcej. To znaczy, sukuby. Kelly 

mruży oczy najwyżej na jedną, dwie godziny w nocy i tyle. 

- Romantyczne. - Odwróciłam pożółkłą kartkę starej książki, leżącej na łóżku między 

mną a Paulem. - Nazwać dziewczynę, z którą się wybierasz na bal zimowy, sukubem. 

- Ona przynajmniej chce iść ze mną - powiedział Paul z twarzą bez wyrazu, jeśli nie 

liczyć ciemnej brwi, która ledwo zauważalnie uniosła się nieco wyżej niż druga. - Ożywcza 

odmiana, muszę stwierdzić, w stosunku do tego, jak się tutaj zwykle rzeczy mają. 

- Czyżbyś słyszał, jak się skarżę? - zapytałam, przewracając kolejną kartkę. 

background image

Byłam dumna z siebie, że zdołałam - przynajmniej na zewnątrz - zachować całkowitą 

obojętność wobec całej sprawy. Bo w środku krzyczałam: Co się dzieje? Dlaczego zapraszasz 

Kelly, a nie mnie? Nie to, że mnie w ogóle obchodzą te głupie tańce, ale w co ty teraz grasz, 

Paulu Slaterze? 

Zdumiewające, że nie dałam nic po sobie poznać. W każdym razie, nic mi o tym nie 

wiadomo. 

-  Chodzi  tylko  o  to,  że  chętnie  dowiedziałabym  się  wcześniej,  że  nie  zostałam 

uwzględniona w twoich planach - powiedziałam głośno. - Mogłam przecież zdążyć już wydać 

majątek na sukienkę. 

Kącik ust Paula uniósł się gwałtownie. 

-  Nie  zrobiłaś  tego  -  powiedział.  -  I  wcale  nie  zamierzałaś.  Odwróciłam  wzrok. 

Czasami trudno było wytrzymać jego spojrzenie, było takie przenikliwe, takie... 

Błękitne. 

Silna, opalona dłoń spoczęła na mojej, nie pozwalając mi przewrócić strony. 

- To tutaj. - Paul raczej nie ma problemu z patrzeniem mi w oczy (chyba dlatego, że są 

zielone i tak przenikliwe jak, hm, algi). Nie spuszczał wzroku z mojej twarzy. - Przeczytaj. 

Spojrzałam w dół. Książka, którą Paul wyciągnął na naszą „lekcję pośrednictwa”, była 

tak  stara,  że  kartki  kruszyły  się  w  palcach.  Powinna  znajdować  się  w  muzeum,  a  nie  w 

sypialni siedemnastoletniego chłopca. 

Ale właśnie tam trafiła, zabrana - wątpię, żeby Paul był świadomy, że ja o tym wiem - 

ze zbiorów dziadka. Księga umarłych - taki miała tytuł. 

Tytuł  nie  był  jedynym  przypomnieniem,  że  wszystko  przemija.  Wydzielała  zapach, 

jakby  mysz  czy  inne  małe  stworzenie  dostało  się  nie  tak  dawno  temu  między  jej  stronice  i 

ulegało powolnemu rozkładowi. 

- „Jeśli wierzyć przekładowi z 1924 roku - czytałam głośno, zadowolona, że głos nie 

drży mi tak jak palce - które zawsze drżą, kiedy Paul mnie dotyka - zdolności zmienników nie 

kończyły  się  na  komunikacji  ze  zmarłymi  i  umiejętności  teleportacji  między  ich  światem  a 

naszym, ale obejmowały również swobodne przemieszczanie się w czwartym wymiarze”. 

Przyznaję,  nie  bardzo  wczuwałam  się  w  lekturę.  Było  średnio  zabawne  siedzieć  w 

szkole cały dzień, a potem, przymusowo, pobierać lekcje pośredniczenia. Jasne, odbywały się 

tylko raz w tygodniu, ale to, proszę mi wierzyć, więcej niż dosyć. Dom Paula nie stracił nic ze 

swojej  sterylności  w  ciągu  tych  paru  miesięcy,  kiedy  go  odwiedzałam.  Był  tak  samo 

przerażający jak zwykle... 

background image

...tak samo, jak dziadek Paula, który, jak sam twierdził, prowadził półżycie w pokoju 

niedaleko  sypialni  Paula.  Na  to  półżycie  składała  się  opieka  najmowanych  całodobowych 

pielęgniarzy,  zajmujących  się  przynoszeniem  starszemu  panu  ulgi  w  rozlicznych  chorobach 

oraz nieustanne oglądanie kanału rozrywkowego. Nic dziwnego, że Paul unikał pana Slatera - 

czy  też  doktora  Slaskiego,  jak  sam  mi  się  przedstawił  -  jak  zarazy.  Dziadek  nie  stanowi 

najbardziej interesującego towarzystwa, nawet kiedy nie udaje otumanionego lekami. 

Pomimo  mojego  braku  zapału  Paul  puścił  moją  dłoń  i  rozparł  się  z  powrotem  na 

poduszkach, niezwykle zadowolony z siebie. 

- No? - Znowu jedna brew powędrowała do góry. 

-  No,  co?  -  Przewróciłam  kartkę;  na  następnej  stronie  widniała  jedynie  kopia 

cytowanego hieroglifu. 

Uśmieszek  zniknął  z  jego  twarzy.  Stała  się  równie  pozbawiona  wyrazu  co  ściana  za 

jego plecami. 

- A więc tak chcesz to rozegrać - powiedział. Nie miałam pojęcia, o czym mówi. 

- Rozegrać co? - zapytałam. 

- Mógłbym to zrobić, Suze - odparł. - Nie powinno być trudno dojść do tego. A kiedy 

mi się uda... cóż, nie będziesz mogła mi zarzucić, że nie dotrzymałem umowy. 

- Jakiej umowy? Paul zacisnął szczęki. 

- Żeby nie zabijać twojego chłopaka - powiedział bezbarwnym tonem. 

Gapiłam  się  na  niego,  autentycznie  zdumiona.  Nie  mogłam  zrozumieć,  co  się  dzieje. 

Spędzamy razem całkiem miłe - no, dobrze, może nie miłe, ale zwyczajne - popołudnie, a on 

nagle zaczyna grozić, że zabije... albo raczej, że nie zabije, mojego chłopaka. O co właściwie 

chodziło? 

- O - o czym ty mówisz? - wyjąkałam. - Co to ma wspólnego z Jesse'em? Czy to... czy 

to z powodu tańców? Paul, gdybyś mnie poprosił, poszłabym z tobą. Nie wiem, dlaczego to 

zrobiłeś i zaprosiłeś Kelly, nawet nie... 

Uśmieszek  powrócił,  ale  tym  razem  Paul  tylko  pochylił  się  i  zamknął  książkę.  Z 

wiekowych stronic podniósł się tuman kurzu, niemal prosto na moją twarz, ale nie zwróciłam 

na to uwagi. Z sercem w gardle czekałam na odpowiedź. 

Pisane mi jednak było rozczarowanie, ponieważ Paul rzucił jedynie: 

- Nie przejmuj się tym. - Po czym podniósł się z łóżka. - Jesteś głodna? 

-  Paul.  -  Poszłam  za  nim,  stukając  głośno  butami  od  Stuarta  Weitzmana  na  gołej, 

wyłożonej płytkami podłodze. - Co się dzieje? 

background image

-  A  dlaczego  sądzisz,  że  coś  się  dzieje?  -  zapytał,  idąc  długim,  rozświetlonym 

korytarzem. 

- O rany, nie wiem. - Strach sprawił, że zabrzmiało to uszczypliwie. - To, co przedtem 

powiedziałeś o Jessie. I to, że zostawiłeś mnie na lodzie, jeśli chodzi o bal zimowy. A teraz 

to. Coś knujesz. 

-  Naprawdę?  -  Paul  spojrzał  na  mnie,  wchodząc  na  kręcone  schody  prowadzące  do 

kuchni. - Poważnie tak myślisz? 

- Tak - powiedziałam. - Tylko jeszcze nie wpadłam na to, co. 

-  Wiesz,  jakie  teraz  sprawiasz  wrażenie?  -  zapytał  Paul,  otwierając  lodówkę  i 

zaglądając do środka. 

- Nie. Jakie? 

- Jakbyś była zazdrosna o inną dziewczynę. Zatkało mnie. 

-  A  jak  się  rzeczy  mają  na  planecie  niespełnionych  życzeń?  Znalazł  puszkę  coli  i 

otworzył ją z trzaskiem. 

- Ładne - skwitował moją uwagę. - Nie, poważnie. Podoba mi się. Kiedyś może sam to 

wykorzystam. 

- Paul. - Wpatrywałam się w niego uważnie, w gardle mi zaschło, a serce tłukło mi się 

w piersi. - Co ty knujesz? Poważnie. 

-  Poważnie?  -  Pociągnął  długi  łyk  napoju.  Mimo  woli  zwróciłam  uwagę,  kiedy 

przełykał, jak mocno jest opalony. - Asekuruję się. 

- A cóż to znaczy? 

-  To  znaczy  -  powiedział,  zamykając  lodówkę  i  opierając  się  o  nią  plecami  -  że 

zaczyna mi się tutaj podobać. Dziwne, ale prawdziwe. Nigdy nie myślałem, że jestem typem 

nadającym  się  na  kapitana  szkolnej  drużyny  tenisa.  Mój  Boże,  w  poprzedniej  szkole...  - 

Znowu  pociągnął  łyk  coli.  -  Ale  mniejsza  o  to.  Faktem  jest,  że  zaczyna  mnie  wciągać  to 

szkolne życie. Chcę iść na bal zimowy. Chodzi o to, że pewnie nie będziesz chciała ze mną 

być przez jakiś czas, po tym jak... cóż, zrobię to, co planuję. 

Drzwi  lodówki  były  zamknięte,  więc  to  nie  z  jej  powodu  poczułam  nagle  zimny 

dreszcz przebiegający po plecach. Widocznie zauważył, że drżę, bo powiedział z uśmiechem: 

- Nie martw się, Susie. W końcu mi wybaczysz. Z czasem zdasz sobie sprawę, że tak 

będzie le... 

Nie  dokończył.  A  to  dlatego,  że  podeszłam  i  wytrąciłam  mu  puszkę  z  ręki. 

Wylądowała z hukiem w zlewie ze stali nierdzewnej. Paul spojrzał zaskoczony na pustą dłoń, 

jakby nie mógł zrozumieć, gdzie się podziało jego picie. 

background image

-  Nie  wiem,  co  planujesz,  ale  jedno  niech  będzie  jasne:  jeśli  coś  mu  się  stanie  - 

syknęłam  nie  głośniej  niż  napój  wydobywający  się  z  puszki,  ale  znacznie  gwałtowniej  - 

cokolwiek, to pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś. Zrozumiałeś? 

Zaskoczenie na jego twarzy ustąpiło miejsca irytacji. 

- Tego nie obejmowała nasza umowa. Obiecałem tylko, że nie... 

- Cokolwiek. I nie nazywaj mnie „Susie”. 

Serce biło mi tak mocno, że nie rozumiałam, jak mógł tego nie słyszeć - jak mógł nie 

zauważyć, że jestem bardziej przerażona niż rozgniewana... 

A  może  i  zauważył,  bo  rozciągnął  usta  w  uśmiechu  -  w  uśmiechu,  który  zdążył 

sprawić, że połowa dziewczyn w szkole zakochała się w nim na zabój. 

- Nie martw się, Suze - powiedział. - Moje plany wobec Jesse'a? Są o wiele bardziej 

humanitarne niż to, co przewidziałaś dla mnie. 

- Ja... 

Paul pokręcił głową. 

- Nie obrażaj mnie, udając, że nie wiesz, co mam na myśli. Nie musiałam udawać. Nie 

miałam pojęcia, o co mu chodzi. 

Nie  zdołałam  mu  jednak  tego  powiedzieć,  ponieważ  w  tym  samym  momencie 

otworzyły się drzwi z boku i ktoś zawołał: 

- Halo? 

Był to doktor Slaski wraz z opiekunem - wrócili właśnie z kolejnej tury niekończących 

się  wizyt  lekarskich.  Okrzyk  pochodził  od  opiekuna.  Doktor  Slaski  -  czy  też  Slater,  jak 

nazywał go Paul - nigdy się nie odzywał. W każdym razie nie wtedy, kiedy poza mną był w 

pobliżu jeszcze ktoś inny. 

-  Hej  -  powiedział  Paul,  wchodząc  do  salonu  i  spoglądając  na  przykutego  do  wózka 

inwalidzkiego dziadka. - Jak było? 

- Świetnie - odparł pielęgniarz z uśmiechem. - Prawda, panie Slater? 

Dziadek Paula nie odpowiedział. Głowę miał spuszczoną na piersi, jakby spał. 

Tyle że nie spał. Był nie mniej świadomy niż ja. W zniszczonym i kruchym starczym 

ciele  krył  się  umysł  tryskający  inteligencją  i  pełen  żywotności.  Nie  jestem  w  stanie  pojąć, 

dlaczego  uznał  za  stosowne  to  ukrywać.  Mnóstwa  rzeczy  dotyczących  Slaterów  nie 

rozumiem. 

- Przyjaciółka zostaje na kolacji, Paul? - zapytał wesoło opiekun. 

- Tak - powiedział Paul. 

background image

-  Nie  -  powiedziałam  w  tym  samym  momencie.  Po  czym  nie  patrząc  mu  w  oczy, 

dodałam: - Wiesz, że nie mogę. 

To,  przynajmniej,  było  prawdą.  Czas  posiłków  to  w  moim  domu  czas  dla  rodziny. 

Wystarczy opuścić jeden z wymyślnych posiłków przygotowanych przez mojego ojczyma, a 

wymówkom nie ma końca. 

-  W  porządku  -  powiedział  Paul  przez  wyraźnie  zaciśnięte  zęby.  -  Odwiozę  cię  do 

domu. 

Nie sprzeciwiałam się. Byłam bardziej niż chętna do wyjścia. 

Przejażdżka mogła być dużo przyjemniejsza, niż była. Chodzi o to, że Carmel należy 

do  najpiękniejszych  miejsc  na  świecie,  a  dom  Slaterów  leży  tuż  nad  oceanem.  Słońce 

zachodziło  i  wydawało  się,  że  niebo  staje  w  płomieniach,  a  z  dołu  dobiegał  odgłos  fal 

rytmicznie uderzających o nadbrzeżne skały. Do tego Paul, którego widok też nie jest, no cóż, 

niemiły  dla  wzroku,  prowadzi  nie  jakiś  tam,  przechodzący  z  ojca  na  syna  samochód,  ale 

srebrzysty  kabriolet  bmw,  w  którym,  o  czym  przypadkiem  wiem,  wyglądam  wyjątkowo 

dobrze - z ciemnymi włosami, bladą cerą i znakomicie dobranym obuwiem. 

A  jednak  napięcie  panujące  w  samochodzie  można  by  ciąć  nożem.  Jechaliśmy  w 

całkowitym  milczeniu,  aż  dotarliśmy  wreszcie  na  ulicę  Sosnowego  Wzgórza  99,  pod  pełen 

tajemniczych  zakamarków  wiktoriański  dom  na  Wzgórzach  Carmelu,  który  moja  mama  i 

ojczym nabyli przeszło rok temu, ale jeszcze nie skończyli odnawiać. A ponieważ powstał w 

początkach wieku - XIX, nie XX - wymagał mnóstwa przeróbek... 

Żadne  jednak,  nawet  najnowocześniejsze  oświetlenie  nie  mogło  usunąć  w  cień 

awanturniczej  przeszłości  tego  domu,  ani  faktu,  że  przed  paroma  miesiącami  odkopano  tam 

na  podwórku  szkielet  mojego  chłopaka.  Nadal  nie  mogłam  postawić  stopy  na  tarasie,  nie 

odczuwając mdłości. 

Już miałam wysiąść z auta bez słowa pożegnania, kiedy Paul wyciągnął rękę i położył 

dłoń na moim ramieniu. 

-  Suze  -  odezwał  się,  a  kiedy  odwróciłam  głowę,  zobaczyłam  w  jego  niebieskich 

oczach zakłopotanie. - Posłuchaj. Co byś powiedziała na zawieszenie broni? 

Zamrugałam  oczami.  Żarty  sobie  stroił?  Groził,  że  usunie  mojego  chłopaka;  okradł 

ludzi, którym miał pomóc; nie raczył zaprosić mnie na szkolne tańce i upokorzył w rezultacie 

przed najpopularniejszą dziewczynę w szkole. A teraz chciał buzi i pa, pa? 

- Nie ma mowy - burknęłam, zgarniając swoje podręczniki. 

background image

-  Daj  spokój,  Suze  -  powiedział,  oślepiając  mnie  uśmiechem,  od  którego  serce 

topniało.  -  Wiesz,  że  jestem  nieszkodliwy.  No,  w  zasadzie.  Poza  tym,  co  mógłbym  zrobić 

Jesse'owi? Ma ojca Dominika, żeby go chronił, prawda? 

Niezupełnie. W każdym razie, nie teraz. Ale Paul o tym nie wiedział. Jeszcze nie. 

- Przykro mi z powodu tej sprawy z Kelly. Ale ty nie chciałaś iść ze mną. Jak możesz 

mieć  do  mnie  pretensję  o  to,  że  mam  ochotę  zabrać  dziewczynę,  której...  cóż,  której  się 

podobam? 

Może to przez ten uśmiech. Może przez sposób, w jaki mrugał błękitnymi oczętami. 

Nie wiem, dlaczego, ale nagłe poczułam, że mięknę. 

- A co z Gutierrezami? - zapytałam. - Oddasz pieniądze? 

- Hm. Cóż, nie. Nie mogę tego zrobić. 

- Paul, możesz. Nic nie powiem, przysięgam... 

- Nie o to chodzi. Nie mogę, ponieważ... ja, eee, potrzebuję ich. 

- Na co? 

Paul uśmiechnął się. 

- Dowiesz się. 

Otworzyłam drzwi i wysiadłam, wbijając obcasy głęboko w usłaną igłami ścieżkę. 

- Do widzenia, Paul - powiedziałam i zatrzasnęłam drzwiczki, ucinając jego słowa: 

- Nie, Suze, poczekaj! 

Odwróciłam  się  i  ruszyłam  w  stronę  domu.  Mój  ojczym  Andy  rozpalił  ogień  w 

którymś  z  licznych  kominków.  Silna  woń  spalonego  drewna  wypełniała  rześkie  wieczorne 

powietrze, mieszając się z jeszcze innym zapachem... 

Curry. To był wieczór kurczaka tandoori. Jak mogłam zapomnieć? 

Za  plecami  słyszałam,  jak  Paul  cofa  samochód  i  odjeżdża.  Nie  obejrzałam  się. 

Weszłam po schodkach w świetle płynącym z jadalni i stanęłam przed frontowymi drzwiami. 

Otworzyłam je i zawołałam: 

- Jestem w domu! 

Ale tak naprawdę nie byłam. Bo teraz dom oznaczał dla mnie coś innego i tak było od 

jakiegoś czasu. I on już tu nie mieszkał. 

background image

Garść kamyków zagrzechotała z hałasem, uderzając o grube, oprawne w  ołów szkło. 

Rozejrzałam się zaniepokojona, czy to nie zwróciło czyjejś uwagi. Lepiej jednak, żeby usły-

szeli  stuk  drobinek  żwiru  o  szybę  niż  mnie,  szepczącą  imię  kogoś,  kto  wcale  nie  powinien 

tutaj mieszkać... 

Kogoś, kto w rzeczywistości właściwie w ogóle nigdzie nie mieszkał. 

Zjawił się niemal natychmiast, nie w oknie, ale tuż koło mnie. Tak to jest z umarłymi. 

Nie muszą się przejmować schodami. Czy ścianami. 

- Susannah. - Światło księżyca uwypukliło rysy jego twarzy. Plamy cienia znajdowały 

się tam, gdzie powinny być oczy, a blizna na brwi - ślad po ugryzieniu psa w dzieciństwie - 

stała się całkiem biała. 

Ale  nadal,  mimo  tych  księżycowych  sztuczek,  Jesse  był  najprzystojniejszym 

chłopakiem,  jakiego  spotkałam.  Nie  sądzę,  żeby  to  miłość  sprawiała,  że  tak  go  oceniłam. 

Pokazałam  Cee  Cee  jego  miniaturowy  portret,  który  przypadkiem  -  specjalnie  wyniosłam  z 

siedziby  Towarzystwa  Historycznego  Carmelu,  a  ona  przyznała  mi  rację.  „Niesamowicie 

przystojny” - tak się dokładnie wyraziła. 

- Nie musisz sobie zawracać tym  głowy  - powiedział, strząsając z mojej  dłoni resztę 

kamyków. - Wiedziałem, że tu jesteś. Słyszałem, jak mnie wołałaś. 

Tyle że wcale tak nie było. Właściwie nie zawołałam go. Ale wszystko jedno. Był ze 

mną i tylko to się liczyło. 

-  O  co  chodzi,  Susannah?  -  zapytał.  Wysunął  się  z  cienia  plebanii,  więc  mogłam  w 

końcu  zobaczyć  jego  oczy.  Ciemne  i  lśniące,  były  pełne  inteligencji...  inteligencji  i  czegoś 

jeszcze. 

Czegoś, jak myślałam z przyjemnością, przeznaczonego tylko dla mnie. 

- Wpadłam, żeby powiedzieć „cześć” - oznajmiłam ze wzruszeniem ramion. Było tak 

chłodno, że mój oddech tworzył chmurkę pary między nami. 

Tak się nie działo, kiedy odzywał się Jesse. Ponieważ on, rzecz jasna, nie oddycha. 

-  O  trzeciej  nad  ranem?  -  Ciemne  brwi  uniosły  się  do  góry,  ale  raczej  w  wyrazie 

rozbawienia niż niepokoju. - W dzień powszedni? 

Tu mnie złapał, oczywiście. 

background image

- Ojciec D prosił, żeby przynieść jakieś kocie jedzenie - wyjaśniłam, potrząsając torbą. 

- Nie chciałam, żeby siostra Ernestyna nakryła mnie na tym, jak je podrzucam. Nie powinna 

wiedzieć o Szatanie. 

- Kocie jedzenie - powtórzył Jesse. To go na dobre rozbawiło. - I tylko tyle? 

Nie tylko i dobrze o tym wiedział. Ale chodziło o coś innego, niż sądził. W każdym 

razie niezupełnie. 

Ale  kiedy  przyciągnął  mnie  do  siebie,  nie  stawiałam  oporu.  Zwłaszcza  że  jest  jedno 

jedyne  miejsce  na  świecie,  gdzie  czuję  się  bezpiecznie,  i  tam  właśnie  byłam...  w  jego 

ramionach. 

- Zimno ci, querida - szepnął w moje włosy. - Trzęsiesz się. Owszem, ale nie z zimna. 

No,  może  nie  tylko.  Zamknęłam  oczy  i  rozpłynęłam  się  w  jego  objęciach,  napawając 

dotykiem jego silnych ramion i twardej piersi, w którą wtulałam policzek. Żałowałam, że to 

nie  może  trwać  wiecznie  -  że  nie  mogę  być  ciągle  w  jego  ramionach,  gdzie  nic  nie  mogło 

mnie zranić. Bo on by do tego nie dopuścił. 

Nie  wiem,  jak  długo  tak  staliśmy  w  ogródku  na  plebanii  ojca  D.  Ocknęłam  się, 

dopiero kiedy Jesse, gładząc mnie po włosach, w końcu odsunął się lekko, żeby móc spojrzeć 

mi w twarz. 

-  O  co  chodzi,  Susannah?  -  zapytał  ponownie.  Jego  głos  zabrzmiał,  zważywszy 

sytuację, zaskakująco szorstko. - Co się stało? 

- Nic - skłamałam, ponieważ nie chciałam, żeby to się skończyło... światło księżyca, 

jego uścisk, cokolwiek... w ogóle wszystko. 

-  Nieprawda,  że  nic  -  powiedział  i  odsunął  dłonią  kosmyk  włosów,  który  wiatr 

przylepił  do  moich,  pokrytych  błyszczykiem,  warg.  Ten  problem  mnie  prześladuje.  -  Znam 

cię, Susannah. Wiem, że coś cię gnębi. Mów. 

Ujął  mnie  za  rękę  i  pociągnął.  Poszłam  za  nim,  chociaż  nie  wiedziałam  dokąd. 

Mogłabym towarzyszyć mu wszędzie, nawet do wnętrza piekieł. Ale on, oczywiście, nigdy by 

mnie tam nie zabrał. 

W przeciwieństwie do niektórych ludzi. 

Trochę  jednak  się  opierałam,  kiedy  zobaczyłam,  dokąd  faktycznie  idziemy.  To  nie 

było może piekło, ale... 

- Do samochodu? - Zagapiłam się zaskoczona na hondę accord mojej mamy. 

-  Zmarzłaś  -  stwierdził  stanowczo  Jesse,  otwierając  dla  mnie  drzwiczki  od  strony 

kierowcy. - Możemy porozmawiać w środku. 

background image

Rozmowa  nie  była  dokładnie  tym,  co  mi  chodziło  po  głowie.  Uznałam  jednak,  że  to 

akurat  moglibyśmy  robić  równie  dobrze  w  samochodzie,  jak  i  w  ogródku.  I  byłoby  dużo 

cieplej. 

Tylko że Jesse nie miał takich zamiarów. Chwycił mnie za dłonie, kiedy  usiłowałam 

objąć go za szyję i zdecydowanie ułożył je na moich kolanach. 

- Powiedz mi - odezwał się w mroku, a ton jego głosu dawał jasno do zrozumienia, że 

nie ma ochoty na żarty. 

Westchnęłam  i  spojrzałam  w  szybę.  Miejsce  nie  należało  do  najbardziej 

romantycznych  zakątków,  jeśli  chodzi  o  całowanie  się.  Big  Sur  już  bardziej.  Bal  zimowy, 

zdecydowanie tak. Ale parking przy plebanii w Misji im. Junipero Serry? Niespecjalnie. 

- O co chodzi, querida?. - Pochylił się i odgarnął mi włosy z czoła. Na widok mojej 

miny, odsunął rękę. 

- Och. Chodzi o niego -  powiedział zupełnie innym tonem. Chyba nie powinnam się 

dziwić.  Ze  domyślił  się  bez  moich  wyjaśnień.  Tylu  rzeczy  mu  nie  powiedziałam  -  nie 

odważyłam  się.  Na  przykład  moja  umowa  z  Paulem:  że  nie  wyśle  Jesse'a  w  zaświaty,  a  w 

zamian za to ja będę spędzać z nim każde środowe popołudnie, aby nauczyć się czegoś więcej 

o naszym  wyjątkowym  darze... chociaż, prawdę  mówiąc, przez większość czasu chyba Paul 

myślał  o  tym,  jak  mi  wpakować  język  w  usta,  a  nie  jakie  by  mi  tu  jeszcze  przekazać  stare 

mądrości. 

W Jesse'em te lekcje nie wzbudziłyby zapewne entuzjazmu... tym bardziej, gdyby się 

domyślił,  z  czym  mogą  się  wiązać.  Jesse  z  Paulem  nie  mieli  dla  siebie  ciepłych  uczuć,  ich 

znajomość była podszyta wrogością od samego początku. Paul był przekonany, że jest lepszy 

od  Jesse'a  tylko  dlatego,  że  żyje,  a  Jesse  jest  martwy,  natomiast  Jesse  nie  przepadał  za 

Paulem,  który  urodził  się  juz  uprzywilejowany  -  ze  zdolnością  komunikowania  się  z 

umarłymi - ale wykorzystywał dar losu dla własnych, egoistycznych celów. 

Naturalnie, ich wzajemna niechęć mogła również mieć coś wspólnego ze mną. 

Wcześniej,  zanim  w  moim  życiu  pojawił  się  Jesse,  fantazjowałam  czasem,  jak  by  to 

było  wspaniale,  gdyby  dwóch  chłopaków  o  mnie  walczyło.  Teraz,  kiedy  do  tego  naprawdę 

doszło, zrozumiałam, jaka byłam głupia. Nie było nic śmiesznego w areszcie domowym, jaki 

zarobiłam ostatnim razem, kiedy się wzięli za czuby, niszcząc przy okazji połowę domu. A ta 

bójka nie była nawet z mojej winy. Chyba. 

-  Nic  takiego  -  powiedziałam,  unikając  jego  wzroku,  ponieważ  zdawałam  sobie 

sprawę, że jeśli zapatrzę się w te ciemne, bliźniacze jeziora, będę zgubiona, jak zwykle. - Po 

prostu Paul... zachowuje się gorzej niż zwykle. 

background image

- Gorzej? - Spojrzenie, jakie rzucił mi Jesse, było ostre jak sztylet. - Gorzej pod jakim 

względem? Susannah, jeśli on cię dotknął... 

-  Nie  to  -  przerwałam  pośpiesznie,  uświadamiając  sobie  z  zamierającym  sercem,  że 

przemówienie,  które  ćwiczyłam  pół  nocy  -  przemówienie,  o  którego  doskonałości  byłam 

przekonana,  tak  że  musiałam  udać  się  na  plebanię  natychmiast,  w  środku  nocy,  w  dodatku 

„pożyczonym” samochodem mamy - dalekie było od doskonałości... W gruncie rzeczy, było 

zupełnie  do  kitu.  -  Chodzi  o  to,  że  ostatnio  groził...  cóż,  że  zrobi  coś,  czego  do  końca  nie 

rozumiem. Zrobi coś tobie. 

Jesse wydawał się rozbawiony. Nie takiej reakcji oczekiwałam. 

-  Więc  zjawiłaś  się  tutaj  pędem  -  powiedział  -  głuchą  nocą,  żeby  mnie  ostrzec? 

Susannah, jestem wzruszony. 

- Jesse, mówię poważnie. Myślę, że Paul coś knuje. Pamiętasz panią Gutierrez? 

-  Oczywiście.  -  Jesse  przetłumaczył  dla  mnie  wolę  zmarłej  kobiety,  jako  że  mój 

hiszpański ogranicza się w zasadzie do „taco”, no i, oczywiście, „querida”. - A co z nią? 

Opowiedziałam mu szybko o spotkaniu z Paulem na podwórku u Gutierrezów. Mimo 

że bardzo skrótowo opisałam, jak Paul ukradł pieniądze, zanim ja zdołałam położyć na nich 

rękę, Jesse wyraźnie się wściekł. W jego oczach ujrzałam stalowy błysk. Powiedział też coś 

po hiszpańsku, czego nie zrozumiałam, ale podejrzewam, że było to coś niezbyt pochlebnego 

pod adresem Paula. 

- Ojciec D się tym zajmie - zapewniłam pośpiesznie, na wypadek gdyby Jesse wpadł 

na  pomysł,  żeby  sam  to  załatwić  -  przed  czym  wiele  razy  go  już  ostrzegałam.  Nie 

wspomniałam,  że  ojciec  D  nic  nie  wie  o  kradzieży...  wie  tylko,  że  Gutierrezowie  są 

potrzebujący. Byłam pewna, co powiedziałby Jesse, gdyby odkrył, że nie powiadomiłam ojca 

Dominika o ostatnim Wyczynie Paula. 

Wiedziałam również, niestety, co zrobiłby Paul, gdyby odkrył, że na niego doniosłam. 

-  Ale  nie  tym  się  martwię  -  ciągnęłam.  -  Chodzi  o  to,  co  Paul  powiedział,  kiedy... 

kiedy  próbowałam  go  skłonić  do  zwrotu  pieniędzy.  -  Uznałam,  że  lepiej  pominąć  fakt,  że 

usiłowałam  dołożyć  Paulowi  w  splot  słoneczny...  Jak  i  to,  co  Paul  powiedział  wcześniej 

tamtego dnia - że jego plany wobec Jesse'a były bardziej ludzkie niż moje wobec niego. Bo 

miałam wrażenie, że już wiem, co miał na myśli. Nie mógł się bardziej mylić. - Coś o tobie i 

co zamierza ci zrobić. Nie zabić... 

-  To  -  przerwał  Jesse  suchym  tonem  -  byłoby  trudne,  querida,  biorąc  pod  uwagę,  że 

już jestem martwy. 

Spojrzałam na niego gniewnie. 

background image

- Wiesz, co mam na myśli. Powiedział, że nie zamierza cię zabijać. Zamierza... chyba 

nie dopuścić, żebyś umarł. 

Nawet w ciemnym wnętrzu samochodu zauważyłam, jak Jesse unosi brwi do góry. 

-  Ten  człowiek  ma  niezwykle  wysokie  mniemanie  o  swoich  umiejętnościach  - 

odezwał się. 

-  Jesse.  -  Nie  mogłam  uwierzyć,  że  nie  traktuje  poważnie  groźby  Paula.  -  On  nie 

żartował. Powtórzył mi to już parę razy. Naprawdę podejrzewam, że on coś szykuje. 

-  Slater  zawsze  coś  knuje,  jeśli  chodzi  o  ciebie,  Susannah  -  powiedział  Jesse  tonem 

wskazującym na to, że jest mocno znudzony tematem. - On jest w tobie zakochany. Ignoruj 

go, a w końcu da sobie spokój. 

-  Jesse.  -  Nie  mogłam,  oczywiście,  powiedzieć  mu,  że  niczego  nie  pragnęłabym 

bardziej, jak zignorować Paula i jego pokrętne pomysły, ale nie jestem w stanie tego zrobić, 

ponieważ  przyrzekłam,  że  tego  nie  zrobię...  w  zamian  za  życie  Jesse'a.  Albo  przynajmniej 

jego obecność w tym wymiarze. - Naprawdę myślę... 

-  Nie  zwracaj  na  niego  uwagi,  Susannah.  -  Jesse  uśmiechał  się  lekko,  potrząsając 

głową.  -  On  to  mówi  tylko  dlatego,  że  wie,  jak  to  na  ciebie  działa  i  wtedy  nie  możesz  go 

ignorować. „Och, Paul! Nie, Paul!” 

Spojrzałam na niego przerażona. 

- Czy usiłowałeś przed chwilą mnie naśladować? 

-  Nie  dawaj  mu  powodu  do  satysfakcji  -  ciągnął  Jesse,  jakby  mnie  nie  usłyszał  -  a 

zmęczy się i w końcu odejdzie. 

-  Ja  wcale  tak  nie  mówię.  -  Zagryzłam  niepewnie  dolną  wargę.  -  Naprawdę  tak  to 

brzmi? 

-  A  teraz,  jeśli  to  już  wszystko  -  ciągnął  Jesse,  lekceważąc  mnie  tak,  jak  ja  miałam 

lekceważyć Paula - sądzę, że powinnaś wrócić do domu, querida. Jeśli twoja mama się obudzi 

i stwierdzi, że cię nie ma, wiesz, że będzie się martwić. A poza tym, czy za parę godzin nie 

idziesz przypadkiem do szkoły? 

- Ale... 

Querida. - Jesse pochylił się w moją stronę i położył mi dłoń na karku. - Za bardzo 

się przejmujesz. 

- Jesse ja... 

Nie  dokończyłam  -  a  w  sekundę  później  nie  pamiętałam  już  nawet,  co  chciałam  mu 

powiedzieć. A to dlatego, że przyciągnął mnie - delikatnie, ale stanowczo - do siebie i zakrył 

mi usta swoimi wargami. 

background image

Oczywiście,  kiedy  jego  usta  dotykają  moich,  nie  sposób  myśleć  o  czymś  innym,  jak 

tylko  o  odczuciach,  jakie  one  wywołują  -  a  które  są  niebywale  przyjemne  i  pożądane.  Nie 

mam  zbyt  wielkiego  doświadczenia  w  tej  dziedzinie,  ale  wiem,  że  to,  co  się  dzieje,  kiedy 

Jesse mnie całuje, jest... cóż, niezwykłe. 

I to nie dlatego, że on jest duchem. Wystarczy, że dotknie moich ust, a czuję się tak, 

jakby  wybuchły  we  mnie  fajerwerki  na  czwartego  lipca  i  rozpalały  się  coraz  bardziej  i 

bardziej, aż w końcu nie mogę znieść żaru. Jedynym sposobem ugaszenia tego ognia wydaje 

się jeszcze większa bliskość jego ciała... 

Ale  to,  naturalnie,  nie  wychodzi,  bo  kiedy  się  przytulam,  Jesse,  w  którym  podobny 

ogień też chyba płonie, dotyka mnie gdzieś, na przykład pod bluzką, gdzie, oczywiście, chcę 

być  dotykana,  ale  gdzie,  jak  on  uważa,  jego  ręce  nie  mają  powodu  się  zapuszczać.  Na  tym 

całowanie się kończy, a Jesse przeprasza, że mnie obraził, chociaż obrażanie się jest ostatnią 

rzeczą,  jaka  przyszłaby  mi  w  tym  momencie  do  głowy,  co  mu  już  niejednokrotnie 

bezskutecznie tłumaczyłam. 

Ale  tak  to  jest,  jeśli  zakochujesz  się  w  chłopaku  urodzonym  w  czasach,  kiedy 

mężczyźni traktowali kobiety jak delikatne, kruche porcelanowe laleczki, a nie istoty z krwi i 

kości.  Usiłowałam  mu  wyjaśnić,  że  teraz  wszystko  wygląda  inaczej,  ale  on  uporczywie 

obstaje przy tym, że wszystko poniżej szyi jest niedostępne aż do miodowego miesiąca... 

Zdarza  mu  się  jednak,  kiedy  się  całujemy,  pod  wpływem  chwili  zapomnieć,  że  jest 

dziewiętnastowiecznym dżentelmenem. 

Czułam, jak jego ręka przesuwa się po pasku moich dżinsów. Nasze języki splotły się, 

a  ja  wiedziałam,  że  ta  ręka  lada  chwila  wsunie  się  pod  sweter  i  powędruje  w  kierunku 

biustonosza.  Wyśpiewałam  w  duchu  modlitwę  dziękczynną  za  to,  że  włożyłam  biustonosz 

rozpinany z przodu. Potem, z zamkniętymi oczami, sama zajęłam się odkrywaniem nowych 

obszarów,  przesuwając  dłonie  wzdłuż  ściany  twardych  mięśni,  wyczuwalnych  przez  jego 

koszulę... 

...dopóki palce Jesse'a, zamiast zanurzyć się w moje 34B, nie unieruchomiły moich rąk 

w żelaznym uścisku. 

- Susannah - wydyszał z trudem, oddychając ciężko i opierając czoło na moim. 

- Jesse. - Ja sama też nie mogłam złapać tchu. 

- Myślę, że powinnaś już jechać. Skąd wiedziałam, że to powie? 

Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy to robić - to znaczy, całować się - dużo częściej 

i wygodniej, gdyby Jesse nie trzymał się głupiego pomysłu mieszkania z ojcem Dominikiem, 

background image

skoro  już  jesteśmy,  z  braku  lepszego  określenia,  parą.  To  w  końcu  w  moim  pokoju  został 

zamordowany dawno, dawno temu. Czy to nie mój pokój powinien dalej nawiedzać? 

Nie  wyraziłam  tego  jednak  głośno,  ponieważ  wiem,  że  Jesse,  jako  staroświecki 

dżentelmen, nie aprobuje wspólnego mieszkania par przed ślubem. Zdecydowanie usunęłam 

też  z  pamięci  ostrzeżenie,  jakiego  udzielił  mi  ojciec  Dominik  tuż  przed  wyjazdem  do  San 

Francisco,  na  temat  nieulegania  pokusom  związanym  z Jesse'em.  Ojcu  D  łatwo  mówić. Jest 

księdzem.  Nie  ma  pojęcia,  jak  to  jest  być  pełnokrwistą,  nastoletnią  pośredniczką. 

Dziewczyną. 

- Jesse - powiedziałam, nadal nieco zadyszana od pocałunków. - Ciągle myślę... wiesz, 

o tej sprawie z Paulem. Kto wie, może rzeczywiście wykombinował coś nowego, żeby... nas 

rozdzielić?  A  teraz,  kiedy  ojciec  D  wyjechał  nie  wiadomo  na  jak  długo,  ja...  Cóż,  nie 

uważasz, że byłoby lepiej, gdybyś na jakiś czas wrócił do mojego domu? 

Jesse,  mimo  że  jeszcze  przed  chwilą  trzymał  rękę  pod  moją  bluzką,  nie  okazał 

entuzjazmu. 

- Tak, żebyś mogła mnie chronić przed tym złoczyńcą, panem Slaterem? - Wydawało 

mi  się,  czy  też  był  bardziej  rozbawiony  niż,  eee,  zirytowany?  -  Dzięki  za  zaproszenie, 

querida, ale sam potrafię się o siebie troszczyć. 

- Ale kiedy Paul odkryje, że ojca D nie ma, może cię szukać. A jeśli nie będzie mnie w 

pobliżu, żeby go powstrzymać... 

-  To  cię  może  zaskoczyć,  Susannah  -  odparł  Jesse,  podnosząc  głowę  i  ponownie 

układając moją rękę na kolanach - ale potrafię dać sobie radę ze Slaterem bez mojej pomocy. 

W jego głosie brzmiało teraz wyraźnie rozbawienie. 

- Teraz wracasz do domu - dźgnął. - Dobranoc, querida. 

Pocałował  mnie  raz  jeszcze,  przelotnie,  na  do  widzenia.  Wiedziałam,  że  lada  chwila 

zniknie. 

Było  jednak  coś  jeszcze,  czego  koniecznie  chciałam  się  dowiedzieć.  Normalnie 

zapytałabym ojca Dominika, ale skoro wyjechał... 

- Poczekaj - powiedziałam. - Zanim odejdziesz... jeszcze jedna rzecz. 

Jesse zaczął już migotać. 

- Tak, querida

- Czwarty wymiar - rzuciłam. 

Był w trakcie dematerializowania się, ale wrócił. 

- Co z nim? 

background image

- Hm - mruknęłam. Z pewnością myślał, że pytam po to. żeby  go zatrzymać na parę 

cennych sekund. A tak naprawdę? Pewnie miał rację. - Co to jest? 

- Czas - powiedział Jesse. 

- Czas? - powtórzyłam. - To jest to? Po prostu... czas? 

- Tak. Czas. Dlaczego pytasz? Do szkoły? 

- Pewnie - powiedziałam. - Do szkoły. 

- Czego to was teraz uczą - powiedział, potrząsając głową. 

- Kocie jedzenie. - Podałam mu torbę. - Nie zapomnij. 

- Dobranoc, querida. 

I  zniknął.  O  tym,  że  w  ogóle  tutaj  był,  świadczyły  mocno  zaparowane  od  naszych 

oddechów szyby. Albo raczej mojego oddechu, bo Jesse przecież nie oddycha. 

background image

Pan Walden podniósł do góry plik zadrukowanego papieru i powiedział: 

- Tylko ołówki numer 2, bardzo proszę. 

Ręka Kelly Prescott natychmiast wystrzeliła w górę. 

- Panie Walden, to nie do przyjęcia. - Kelly śmiertelnie poważnie traktuje swoją rolę 

przewodniczącej  klasy  trzeciej...  zwłaszcza  jeśli  chodzi  o  rozkład  imprez  tanecznych.  Oraz, 

widocznie,  sprawdziany  umiejętności.  -  Powinniśmy  zostać  uprzedzeni  co  najmniej 

dwadzieścia cztery godziny wcześniej, że będzie sprawdzian. 

- Spokojnie, Prescott. - Pan Walden, nasz wychowawca, zaczął rozdawać formularze. - 

To  są  testy  dotyczące  predyspozycji  zawodowych,  nie  wiedzy.  Wyniki  nie  zostaną 

umieszczone w waszej dokumentacji. Mają wam pomóc - podniósł broszurkę leżącą na biurku 

i  przeczytał  głośno  -  „ustalić,  jaka  kariera  zawodowa  jest  najbardziej  zgodna  z  waszymi 

szczególnymi umiejętnościami i/oraz zainteresowaniami i/oraz osiągnięciami”. Zrozumiano? 

Po prostu odpowiedzcie na pytania. - Rzucił stos papierów na moją ławkę, żebym przekazała 

je wzdłuż rzędu. - Macie pięćdziesiąt minut. I bez gadania. 

- „Co bardziej ci odpowiada: a) praca w pomieszczeniu? czy b) praca na zewnątrz?” - 

usłyszałam  głos  Brada  z  drugiego  końca  sali.  -  Hej,  a  gdzie  jest:  „c)  praca  w  warunkach 

silnego odurzenia”? 

- Ty świrze - zachichotała Kelly Prescott. 

-  „Jesteś  »sową«  czy  »rannym  ptaszkiem«„?  -  Adam  McTavish  udawał  oburzenie.  - 

To jest kwestionariusz dyskryminujący narkoleptyków. 

- „Wolisz pracować: a) sam czy b) w grupie?” - Moja najlepsza przyjaciółka Cee Cee 

z trudem powstrzymywała obrzydzenie. - Och, mój Boże, jakie to głupie. 

- Co w poleceniu „bez gadania” - zapytał pan Walden - jest dla was niezrozumiałe? 

Nikt nie zwrócił na niego uwagi. 

-  To  jest  głupie  -  oświadczył  Adam.  -  W  jaki  sposób  za  pomocą  tego  testu  można 

ustalić, czy nadaję się do robienia jakiejś kariery? 

-  To  sprawdza  twoje  uzdolnienia,  głupolu.  -  Kelly  była  zdegustowana.  -  Jedynym 

zajęciem, do którego się nadajesz, jest sprzedawanie hamburgerów w McDonaldzie. 

-  Gdzie  ty,  Kelly,  będziesz  smażyć  frytki  -  zauważył  Paul  suchym  tonem,  co 

spowodowało wybuch śmiechu w klasie... 

background image

Aż w końcu pan Walden, który usadowił się za biurkiem i usiłował skupić na lekturze 

najnowszego wydania „Magazynu dla amatorów surfingu”, ryknął: 

-  Czy  chcecie  zostać  po  lekcjach,  żeby  to  skończyć?  Będę  zachwycony,  mogąc  was 

zatrzymać; nie mam nic lepszego do roboty. Bądźcie cicho, jeden z drugim i bierzcie się do 

roboty. 

To w znacznym stopniu uciszyło gaduły. 

Niechętnie  wypełniałam  maleńkie  kwadraciki.  Moja  niechęć  nic  wynikała, 

oczywiście,  wyłącznie  z  tego,  że  praktycznie  nie  spałam  całą  noc.  To  mi  z  pewnością  nie 

pomagało, ale istotne było co innego. Tak, te testy, jeśli o mnie chodzi, nie miały specjalnego 

znaczenia.  Moja  przyszłość  została  już  ustalona...  od  dnia,  w  którym  się  urodziłam.  W 

dorosłym  życiu  miałam  tylko  jedną,  jedyną  opcję.  A  każda  inna  kariera,  jaką  bym  wybrała, 

kłóciłaby się z moim prawdziwym powołaniem, którym jest, naturalnie, pomaganie umarłym 

w odnajdywaniu drogi do ostatecznego kresu ich podróży. 

Zerknęłam na Paula. Pochylał się nad kwestionariuszem, wypełniając kratki z lekkim 

uśmiechem.  Ciekawa  byłam,  co  wpisuje  jako  obszar  zainteresowań.  Nie  zauważyłam  takiej 

możliwości, jak przywłaszczenie pieniędzy. Albo podstępna kradzież. 

Po  co,  zastanawiałam  się,  w  ogóle  się  fatygował?  To  na  nic.  I  tak  będziemy  przede 

wszystkim pośrednikami, niezależnie od zawodu, jaki wybierzemy. Choćby ojciec Dominik. 

Och,  pewnie,  udało  mu  się  utrzymać  swój  status  pośrednika  w  tajemnicy...  nawet  przed 

Kościołem, ponieważ, jak się wyraził, jego szefem jest Bóg, i to Bóg stworzył pośredników. 

Oczywiście,  ojciec  D  nie  jest  wyłącznie  księdzem.  Przez  wiele,  wiele  lat  pracował 

jako nauczyciel, zdobył nawet różne nagrody - dopóki nie awansowano go na dyrektora. 

Ale z nim to inna sprawa. On na serio uważa, że zdolność widzenia i rozmawiania ze 

zmarłymi to dar od Boga. Nie widzi tego we właściwym świetle: jako przekleństwa. 

Tylko...  tylko  że,  oczywiście,  gdyby  nie  to  przekleństwo,  nigdy  nie  spotkałabym 

Jesse'a. 

Jesse.  Małe  niezapełnione  kwadraciki  zaczęły  się  rozpływać,  kiedy  łzy  napłynęły  mi 

do oczu. 

Och, wspaniale. Teraz płaczę. W szkole. 

Ale  co  mogłam  na  to  poradzić?  Siedzę  tu,  moja  przyszłość  bez  żadnych 

niespodzianek...  ukończenie  szkoły,  college,  kariera  zawodowa.  Cóż,  raczej  pseudokariera, 

skoro i tak wiadomo, czym tak naprawdę będę się zajmować. 

A co z Jesse'em? Jaka czekała go przyszłość? 

background image

- Co się z tobą dzieje? - szepnęła Cee Cee. Wytarłam oczy rękawem koszuli firmy Miu 

Miu. 

- Nic - odszepnęłam. - Alergia. 

Cee Cee ze sceptyczną miną wróciła do kwestionariusza. 

Zapytałam  go  kiedyś,  kim  chciał  być.  Oczywiście,  Jesse'a.  Wiecie,  zanim  umarł. 

Miałam  na  myśli  jakiś  zawód,  ale  on  nie  zrozumiał.  Kiedy  wreszcie  zdołałam  mu  to 

wytłumaczyć, uśmiechnął się, ale ze smutkiem. 

-  Za  mojego  życia,  Susannah,  to  wyglądało  inaczej  -  powiedział.  -  Byłem  jedynym 

synem swojego ojca. Miałem odziedziczyć ranczo i pracować na nim, żeby utrzymać matkę i 

siostry po śmierci ojca. 

Nie dodał, że miał się również ożenić z dziedziczką sąsiedniego rancza, tak aby z ziem 

obu  rodów  stworzyć  potężny  majątek.  Nie  wspomniał  także,  że  to  ta  dziewczyna  kazała  go 

zabić, bo podobał jej się bardziej inny mężczyzna, na którego jej ojciec nie bardzo chciał się 

zgodzić.  Ponieważ  ja  i  tak  już  o  tym  wszystkim  wiedziałam.  Niełatwo  się  żyło,  nawet  w 

połowie XIX wieku. 

- Och - powiedziałam tylko. Jesse nie mówił z rozgoryczeniem, ale, moim zdaniem, to 

nie  było  w  porządku.  A  gdyby  on  nie  chciał  być  ranczerem?  -  No,  a  kim  chciałbyś  być? 

Wiesz, jakbyś miał wybór? 

Zamyślił się. 

- Nie wiem. Wtedy było inaczej, Susannah. Ja byłem inny. Myślałem... czasami... że 

chciałbym zostać lekarzem. 

Lekarz. To miało sens - przynajmniej dla mnie. Za każdym razem, kiedy przywlekłam 

się  do  domu  z  którąś  częścią  ciała  pulsującą  bólem  -  czy  od  jadu  trującej  rośliny,  czy  na 

skutek odparzenia - Jesse zawsze udzielał mi pomocy,  a dotyk miał przyjemny jak kaszmir. 

Byłby wspaniałym lekarzem. 

- Więc czemu nie byłeś? - zapytałam. - Czemu nie zostałeś lekarzem? Z powodu ojca? 

-  Tak,  głównie  dlatego  -  odparł.  -  Nigdy  nie  ośmieliłem  się  nawet  komuś  o  tym 

wspomnieć. Ledwie mogłem sobie pozwolić na opuszczenie rancza na parę dni, a co dopiero 

na kilka lat, żeby studiować medycynę. Ale sądzę, że to by mi się podobało. Szkoła lekarska. 

Chociaż wtedy, kiedy żyłem - dodał - nie wiedziano tyle o medycynie, co dzisiaj. Myślę, że 

teraz taka praca byłaby znacznie ciekawsza. 

Wiedział,  co  mówi.  Przez  sto  pięćdziesiąt  lat  obserwował,  jak  wynalazki  - 

elektryczność,  samochody,  samoloty,  komputery...  nie  wspominając  już  o  penicylinie  i 

background image

szczepionkach na choroby, które w przeszłości regularnie uśmiercały miliony - sprawiają, że 

świat zmienia się nie do poznania w stosunku do tego, w którym dorastał. 

Zamiast trzymać się kurczowo przeszłości, jak zrobiłoby wielu na jego miejscu, Jesse 

z ogromną ciekawością śledził zmiany, czytając wszystko, co mu wpadło w ręce - od tanich 

powieści  po  encyklopedie.  Twierdził,  że  musi  mnóstwo  nadrobić.  Jego  ulubioną  lekturę 

stanowią chyba niemające nic wspólnego z literaturą piękną tomiszcza pożyczane od ojca D, 

wszystko od filozofii po badania nad nowymi wirusami - książki, jakie mogłabym podarować 

tacie  na  Dzień  Ojca,  gdyby  mój  ojciec  nie  był,  no,  wiecie,  martwy.  Mój  ojczym  z  kolei 

bardziej ucieszyłby się z książki kucharskiej. Ale rozumiecie, o co mi chodzi. Jesse'owi to, co 

ja uważam za suche i nieinteresujące,  wydaje się niezwykle podniecające. Może dlatego, że 

widział na własne oczy, jak to się wszystko rozwija. 

Wzdychając,  spojrzałam  na  setki  opcji  zawodowych  przede  mną  na  ławce.  Jesse  nie 

żył, ale nawet on wiedział, kim chciałby być... kim byłby, gdyby nie umarł. Albo nie byłby, 

biorąc pod uwagę oczekiwania jego ojca. 

A oto ja, uprzywilejowana na wszelkie sposoby, i jedyne, o czym myślę, to być... 

Cóż, być z Jesse'em, kiedy dorosnę. 

- Jeszcze dwadzieścia minut. 

Głos  pana  Waldena  wyrwał  mnie  z  zamyślenia.  Stwierdziłam,  że  wzrok  mam 

utkwiony w morzu, odległym o jakiś kilometr od Misji i widocznym z niemal każdego okna 

w  szkole...  ze  szkodą  dla  takich  uczniów  jak  ja.  Nie  wychowałam  się,  jak  większość  moich 

kolegów,  blisko  morza.  Stanowiło  ono  dla  mnie  nieustające  źródło  zachwytu  i 

zainteresowania. 

Coś takiego, uświadomiłam sobie, to niczym fascynacja Jesse'a współczesną nauką. 

Tylko  że  w  przeciwieństwie  do  Jesse'a  mogłam  coś  z  tym  swoim  zainteresowaniem 

zrobić. 

-  Jeszcze  dziesięć  minut  -  oznajmił  pan  Walden,  powtórnie  przywołując  mnie  do 

rzeczywistości. 

Dziesięć  minut.  Spojrzałam  na  swoją  ankietę,  w  połowie  pustą.  Zauważyłam,  jak  z 

sąsiedniej  ławki  Cee  Cee  zerka  na  mnie  z  niepokojem.  Skinęła  głową,  wskazując 

kwestionariusz. „Bierz się do roboty”, ponaglały jej fiołkowe oczy. 

Sięgnęłam  po  ołówek  i  zaczęłam  zaznaczać  kratki  jak  leci.  Było  mi  obojętne,  jakie 

odpowiedzi  wybieram.  Ponieważ,  prawdę  mówiąc,  nie  obchodziła  mnie  przyszłość.  Bez 

Jesse'a  nie  miałam  żadnej  przyszłości.  Z  nim,  oczywiście,  także  nie  miałam  przyszłości.  Co 

background image

on  mógł  właściwie  zrobić?  Towarzyszyć  mi  w  college'u?  W  pierwszej  pracy?  Pierwszym 

mieszkaniu? 

Tak. Tak się stanie. 

Paul miał rację. Jestem głupia. Głupia, że zakochałam się w duchu. Głupia, myśląc, że 

mamy jakąś przyszłość przed sobą. Głupia. 

-  Czas  minął.  -  Pan  Walden  zdjął  nogi  z  ławki.  -  Proszę  odłożyć  ołówki.  Przekażcie 

kwestionariusze do przodu. 

Nie zdziwiłam się, kiedy Paul podszedł do mnie w przerwie na lunch. 

-  To  było  bez  sensu  -  powiedział  cicho,  idąc  ze  mną  w  kierunku  szafek.  -  To  jest, 

drogę kariery mamy już ustaloną, prawda? 

- Cóż, nie da się zarobić na życie, zajmując się tym, co my - powiedziałam, a potem 

przypomniałam sobie, że Paul ma sposób, żeby rozwiązać ten problem. - Uczciwie zarobić na 

życie - sprostowałam. 

Zamiast jednak zawstydzić się, jak się spodziewałam, Paul uśmiechnął się szeroko. 

-  Dlatego  zdecydowałem  się  na  zawód  prawnika  -  oznajmił.  -  Twój  tata  był 

prawnikiem, zgadza się? 

Skinęłam  głową.  Nie  lubię  rozmawiać  z  Paulem  o  tacie.  Ponieważ  mój  tata  uosabiał 

wszystko, co dobre. Zaś Paul wszystko, co... nie jest. 

- Tak mi się właśnie wydawało - ciągnął Paul. - W dziedzinie prawa nic nie jest czarne 

ani białe. Wszystko jest szare. O ile znajdzie się precedens. 

Nic  nie  powiedziałam.  Łatwo  wyobraziłam  sobie  Paula  jako  prawnika.  Nie  takiego, 

jakim  był  mój  ojciec,  obrońcę  publicznego,  ale  z  gatunku  tych,  co  to  bronią  bogate 

osobistości,  ludzi  przekonanych,  że  stoją  ponad  prawem...  a  ponieważ  dysponują 

nieograniczonymi funduszami na obronę, w pewnym sensie mają rację. 

-  Co  do  ciebie  -  powiedział  Paul  -  sądzę,  że  powinnaś  podjąć  pracę  społeczną. 

Urodziłaś się, żeby robić coś dla innych. 

- Owszem - odparłam, zatrzymując się przy swojej szafce. - Może pójdę w ślady ojca 

D i zostanę zakonnicą. 

-  No,  to  -  powiedział  Paul,  opierając  się  o  sąsiednią  szafkę  -  byłoby  zwykłe 

marnotrawstwo.  Miałem  raczej  na  myśli  pracownika  społecznego.  Albo  terapeutę.  Bardzo 

dobrze sobie radzisz z problemami innych ludzi. 

Czy tak nie było rzeczywiście? To dlatego dzisiaj miałam takie zapuchnięte, zmęczone 

oczy. Ponieważ zeszłej nocy, po rozstaniu z Jesse'em wróciłam do domu i poszłam do łóżka... 

ale  nie  po  to,  żeby  zasnąć.  Leżałam  zupełnie  rozbudzona  i  gapiłam  się  w  sufit,  rozmyślając 

background image

nad  tym,  co  powiedział  Jesse.  Nie  o  Paulu,  ale  o  tym,  co  Paul  dał  mi  wcześniej  do 

przeczytania:  „Zdolności  zmienników  nie  kończyły  się  na  komunikacji  ze  zmarłymi  i 

umiejętności  teleportacji  między  ich  światem  a  naszym,  ale  obejmowały  również  swobodne 

przemieszczanie się w czwartym wymiarze”. 

Czwarty wymiar. Czas. 

Na dźwięk tego słowa dostawałam gęsiej skórki, mimo że był typowy piękny jesienny 

dzień w Carmelu i ani śladu zimna W powietrzu. Czy to mogła być prawda? Czy pośrednicy - 

albo  zmiennicy,  jak  uporczywie  nazywali  ich  Paul  i  jego  dziadek  -  podróżują  w  czasie,  tak 

samo jak między światem żywych i umarłych? 

A jeśli - jeśli - tak było, to co, u diabła, to oznaczało? 

Co ważniejsze, dlaczego Paulowi tak zależało, żebym o tym wiedziała? 

-  Wyglądasz  na  wykończoną  -  zauważył,  kiedy  odłożyłam  książki  i  sięgnęłam  po 

papierową  torbę  z  lunchem,  jaki  przygotował  mi  ojczym:  sałatką  z  kurczaka  tandoori.  -  Co 

jest? Problemy ze snem? 

- Powinieneś się domyślić - odparłam, patrząc na niego z gniewem. 

- A co ja takiego zrobiłem? - zapytał szczerze zdumiony. Nie wiem, czy to zmęczenie, 

czy też fakt, że test kompetencji skłonił mnie do rozmyślań na temat przyszłości... mojej i Jes-

se'a. Nagle poczułam się strasznie znużona Paulem i jego gierkami. I postanowiłam wypytać 

go trochę. 

- Czwarty wymiar - przypomniałam. - Podróże w czasie? Uśmiechnął się. 

- Och, świetnie. Doszłaś do tego. Zabrało ci to trochę czasu. 

- Naprawdę myślisz, że zmiennicy mogą podróżować w czasie? - zapytałam. 

- Nie myślę - powiedział Paul. - Ja to wiem. 

Znowu przejął mnie niewytłumaczalny  chłód. Staliśmy w cieniu pod arkadami, ale o 

parę  kroków  dalej  upalne  słońce  zalewało  dziedziniec  Misji.  Kolibry  skakały  z  jednego 

kwiatka hibiskusa na drugi. Turyści robili ujęcia kamerami cyfrowymi. 

Więc skąd ta gęsia skórka? 

- Skąd? - zapytałam. Nagle zaschło mi w gardle. - Robiłeś to? 

- Jeszcze nie - odparł niedbale. - Ale zrobię. Wkrótce. 

- Tak - mruknęłam, starając się pokryć strach ironią. - Cóz, może mógłbyś cofnąć się 

do tej nocy, kiedy ukradłeś pieniądze pani Gutierrez i tym razem tego nie zrobić? 

-  Boże,  przestaniesz  się  tego  czepiać?  -  Potrząsnął  głową.  -  To  były  nędzne  dwa 

tysiące dolarów. Zachowujesz się, jakby chodziło o dwa miliony. 

background image

-  Hej,  Paul.  -  Kelly  Prescott  oderwała  się  od  swojej  paczki  -  Cee  Cee  przezwała  je 

Wiedźmami  z  Carmelu  -  i  ruszyła  w  naszą  stronę,  wachlując  się  mocno  umalowanymi 

rzęsami. - Idziesz na lunch? 

- Za chwilę - odparł Paul... niezbyt grzecznie, zważywszy, że miała być jego partnerką 

na sobotnim balu. 

Kelly,  urażona,  opanowała  się  na  tyle,  żeby  poczęstować  mnie  morderczym 

spojrzeniem,  zanim  skierowała  się  na  podwórze,  gdzie  pod  gołym  niebem  jadaliśmy 

codziennie lunch. 

-  No,  więc  nie  rozumiem.  -  Wpatrzyłam  się  w  niego  uważnie.  -  Co  z  tego,  jeśli 

potrafimy przemieszczać się w czasie? Wielkie mi rzeczy. Przecież i tak nie możemy niczego 

zmienić. 

- Dlaczego? - W niebieskich oczach Paula zabłysła ciekawość. - Bo Doc z Z powrotu 

do przyszłości tak powiedział? 

- Bo nie możemy... nie możemy zmieniać naturalnego porządku rzeczy. 

-  Czemu  nie?  Czy  nie  robisz  tego  codziennie,  zajmując  się  pośrednictwem?  Czy  nie 

zakłócasz naturalnego porządku rzeczy, odsyłając duchy w zaświaty? 

- To co innego. 

- A to dlaczego? 

- Bo ci ludzie już nie żyją! Nie mogą zrobić niczego, co by zmieniło bieg historii. 

- Jak pani Gutierrez i jej dwa tysiące dolarów? - Paul popatrzył na mnie przenikliwie. - 

Myślisz, że gdybyś dała te pieniądze jej synowi, to by nie zmieniło biegu historii? Nawet w 

małym stopniu? 

-  Ale  to  co  innego,  niż  wkraczać  w  czwarty  wymiar,  żeby  zmienić  coś,  co  już  się 

zdarzyło. To jest po prostu... niewłaściwe. 

- Czyżby, Suze? - Kącik ust Paula uniósł się do góry. - Nie sądzę. I wiesz, co? Myślę, 

że tym razem twój chłopczyk, Jesse, zgodzi się. Ze mną. 

Nagle pod arkadami powiało lodowatym chłodem. 

background image

Proszę,  bądź  w  domu,  proszę,  bądź  w  domu,  proszę,  bądź  w  domu,  modliłam  się, 

czekając, aż ktoś odpowie na dzwonek do drzwi. Proszę, proszę, proszę, proszę... 

Nie  wiem,  czy  ktoś  wysłuchał  mojej  modlitwy,  czy  też  kalecy  archeolodzy  nie  tak 

często  wychodzą  z  domu.  W  każdym  razie  pielęgniarz  doktora  Slaskiego  otworzył  drzwi. 

Jego twarz rozjaśniła się, kiedy zobaczył, że to ja tak natrętnie dobijałam się do drzwi. 

-  Och,  cześć,  Susan  -  zawołał,  przekręcając  imię,  chociaż  mnie  samą  wyraźnie 

zapamiętał. - Szukasz Paula? O ile wiem, nadal jest w szkole... 

-  Wiem,  że  jest  w  szkole  -  powiedziałam,  wchodząc  pośpiesznie  do  holu,  zanim 

pielęgniarz  zdążył  zamknąć  drzwi.  -  Nie  przyszłam,  żeby  się  z  nim  zobaczyć.  Chciałam 

spotkać się z jego dziadkiem, jeśli to możliwe. 

-  Z  jego  dziadkiem?  -  Pielęgniarz  był  zaskoczony.  Nic  dziwnego.  Według  jego 

rozeznania, pacjent od lat z nikim świadomie nie rozmawiał. 

A to nieprawda. Rozmawiał zaledwie parę miesięcy temu. Ze mną. 

-  Wiesz,  Susan,  dziadek  Paula  nie...  nie  czuje  się  dobrze  -  powiedział  powoli 

pielęgniarz.  -  Nie  mówimy  o  tym  w  jego  obecności,  ale  ostatnie  badania...  Cóż,  wyniki  nie 

były najlepsze. Właściwie, lekarze uważają, że niewiele mu już zostało... 

-  Chcę  mu  zadać  tylko  jedno  pytanie  -  powiedziałam.  -  Jedno  krótkie  pytanie.  To 

zajmie chwilę. 

- Ale... - Pielęgniarz, młody człowiek, którego wypłowiałe pod wpływem słońca dredy 

wskazywały,  że  prawdopodobnie  cały  swój  wolny  czas  spędzał  na  plaży,  podrapał  się  w 

brodę. - To jest, on nie może... on już niespecjalnie rozmawia. Wiesz, Alzheimer... 

-  Czy  mogłabym  chociaż  spróbować?  -  zapytałam,  nie  przejmując  się  tym,  że 

sprawiam  wrażenie  stukniętej.  Byłam  zdesperowana.  Musiałam  koniecznie  poznać 

odpowiedzi, których udzielić mi mogła tylko jedna osoba na ziemi. A ta osoba znajdowała się 

w tym domu. - Proszę? Nic złego się nie stanie, prawda? 

- Nie - odparł pielęgniarz powoli. - Nie, chyba nie. 

-  Świetnie  -  powiedziałam,  po  czym  prześlizgnęłam  się  obok  niego,  wbiegając  po 

schodach  po  dwa  stopnie  naraz.  -  To  zajmie  parę  minut.  Możesz  nasz  zostawić  samych? 

Zawołam, jeśliby potrzebował pomocy. 

-  Dobrze,  w  porządku  -  powiedział  pielęgniarz,  zamykając  drzwi  z  roztargnieniem.  - 

Ale... czy nie powinnaś być w szkole? 

background image

-  Jest  przerwa  obiadowa  -  oznajmiłam  wesoło,  wbiegając  po  schodach,  a  następnie 

kierując się korytarzem w stronę pokoju doktora Slaskiego. 

Zresztą  nie  kłamałam.  Była  pora  lunchu.  A  to,  że  nie  powinniśmy  wtedy  opuszczać 

terenu  szkoły?  Cóż,  uznałam,  że  nie  warto  o  tym  wspominać.  Mniej  przerażał  mnie  gniew 

siostry  Ernestyny,  gdyby  odkryła,  że  się  urwałam,  niż  konieczność  wyjaśnienia  mojemu 

przyrodniemu  bratu  Bradowi,  dlaczego  tak  strasznie  potrzebne  są  mi  kluczyki  od  land  - 

rovera. Tylko dlatego, że dostał prawo jazdy na pięć sekund przede mną (no, dobrze, na parę 

tygodni  przede  mną),  wydaje  mu  się,  że  sędziwy  land  -  rover,  „samochód  dzieci”,  należy 

wyłącznie do niego i tylko on może wozić do i ze szkoły mnie i młodszego brata, Davida. 

Żeby  wymusić  od  niego  kluczyki,  użyłam  jako  pretekstu  „kobiecych  środków 

higienicznych”  w  „schowku  na  rękawiczki”.  Nie  miałam  pojęcia,  co  zrobi,  kiedy  lunch  się 

skończy,  a  on  zobaczy,  że  samochodu  nie  ma.  Bez  wątpienia  nakabluje.  To  mu  chyba 

sprawiało największą przyjemność w życiu. 

Niestety, nigdy nie udawało mi się odpłacić mu pięknym za nadobne, bo Brad z reguły 

ma na mnie jakiegoś haka. 

W  każdym  razie  nie  zamierzałam  marnować  ani  chwili  cennego  czasu  na 

zastanawianie  się,  co  zrobi  Brad,  kiedy  odkryje,  że  wzięłam  samochód.  Zamiast  tego 

pośpieszyłam do pokoju dziadka Paula. 

Jak  zwykłe  królował  kanał  Game  Show.  Pielęgniarz  ustawił  fotel  doktora  Slaskiego 

przed  ekranem  plazmowego  telewizora.  Dziadek  Paula  nie  wydawał  się  jednak  zwracać 

najmniejszej  uwagi  na  Boba  Parkera.  Gapił  się  tylko  uporczywie  w  jakiś  punkt  na  środku 

wypolerowanej na wysoki połysk, wyłożonej kafelkami, podłogi. 

Nie dałam się zwieść. 

-  Doktorze  Slaski?  -  Chwyciłam  pilota  i  ściszyłam  głos  w  telewizorze,  a  potem 

stanęłam obok starszego pana. - Doktorze Slaski, to ja, Suze. Suze, przyjaciółka Paula. Muszę 

z panem pomówić przez chwilę. 

Dziadek Paula nie odpowiedział. Chyba że za odpowiedź uznać strumyczek śliny, jaki 

wydobył się z jego ust. 

-  Doktorze  Slaski  -  powtórzyłam,  przysuwając  sobie  krzesło,  tak  żeby  znaleźć  się 

bliżej jego ucha. Nie chciałam, żeby pielęgniarz słyszał, o czym mówimy, więc zniżyłam głos 

do szeptu. - Doktorze Slaski, pańskiego pielęgniarza tu nie ma, Paula też. Jesteśmy tylko we 

dwoje.  Chcę  z  panem  pomówić  o  czymś,  co  on  mi  powiedział.  O,  eee,  pośrednikach.  To 

ważne.  Kiedy  tylko  doktor  Slaski  usłyszał,  że  w  pobliżu  nie ma  ani  pielęgniarza,  ani  Paula, 

background image

uległ  metamorfozie.  Wyprostował  się  na  krześle  i  podniósł  głowę,  patrząc  na  mnie 

zamglonymi oczami. Ślinienie ustało, jak nożem uciął. 

-  Och  -  powiedział,  kiedy  stwierdził,  że  to  ja.  Nie  wydawał  się  tym  faktem 

zachwycony. - To znowu ty. 

To nie było całkiem w porządku, w końcu poprzednim razem to on mnie szukał... żeby 

przekazać  tajemnicze  ostrzeżenie  na  temat  swojego  wnuka,  którego  porównał,  ni  mniej,  ni 

więcej, tylko do diabła. 

Postanowiłam jednak puścić to mimo uszu. 

-  Tak,  to  ja,  doktorze  Slaski  -  powiedziałam.  -  Suze.  Niech  pan  posłucha.  Chodzi  o 

Paula. 

- Co ten gnojek znowu wymyślił? 

Dziadek i wnuk chyba niewiele mieli dla siebie serdecznych uczuć. 

- Nic - powiedziałam. - Nic jeszcze nie zrobił. W każdym razie, o ile wiem. Chodzi o 

to, co, jak sam twierdzi, może zrobić. 

- Co to jest, zatem? - zapytał doktor Slaski. - Lepiej, żeby to było coś dobrego. Za pięć 

minut zaczyna się Kłótnia rodzinna. 

Dobry Boże. Czy ja też, zastanawiałam się, kiedy dojdę do wieku doktora Slaskiego, 

skończę  przykuta  do  fotela  inwalidzkiego  i  uzależniona  od  programów  telewizyjnych? 

Ponieważ  doktor  Slaski  -  albo  pan  Slater,  jak  Paul  wolał,  aby  o  nim  mówiono  -  także  jest 

pośrednikiem, takim, który dotarł na krańce ziemi, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o swoim 

niezwykłym darze. Zdaje się, że to, czego szukał, znalazł w grobowcach starożytnego Egiptu. 

Problem  w  tym,  że  nikt  mu  nie  uwierzył.  Nie  uwierzył  w  istnienie  ludzi,  których 

jedyne  zadanie  polega  na  kierowaniu  duchów  umarłych  do  miejsca  ostatecznego 

przeznaczenia, ani też w to, że doktor Slaski jest jednym z nich. Liczne prace starszego pana, 

większość  opublikowana  na  własny  koszt,  nie  przyciągnęły  uwagi  środowisk  naukowych  i 

akademickich i porastały obecnie kurzem w plastykowym pudle pod tapczanem jego wnuka. 

Co gorsza,  własna  rodzina doktora Slaskiego usiłowała, jak się wydaje, jego samego 

wpakować pod tapczan.  Ojciec Paula posunął się aż do zmiany  nazwiska, bo nie  chciał być 

kojarzony ze starszym panem. 

A  co  doktor  Slaski  zyskał  w  zamian  za  swoje  starania?  Śmiertelną  chorobę  i 

towarzystwo  wnuka.  Chorobę,  tak  przynajmniej  sam  twierdził,  wywołało  zbyt  częste 

przebywanie  w  „krainie  cienia”  -  stacji  pośredniej  między  dwoma  światami.  A  Paul?  Cóż, 

Paula  załatwił  sobie  na  własne  życzenie.  Sądzę,  że  miał  powody,  aby  czuć  gorycz  wobec 

ludzi. Dlaczego jednak Paul budził w nim podobne uczucia, dopiero zaczynało mi świtać. 

background image

Starałam się mówić powoli, żeby mieć pewność, że do niego dotarło. 

- Paul twierdzi, że pośrednicy... 

- Zmiennicy. - Doktor Slaski upierał się, że ludzi takich jak on, Paul czy ja powinno 

się nazywać zmiennikami, ze względu na naszą (w moim wypadku, świeżo odkrytą) zdolność 

do  zmiany  wymiaru,  przenoszenia  się  z  krainy  żywych  do  krainy  umarłych.  -  Zmiennicy, 

dziewczyno, już ci mówiłem. Nie każ mi tego jeszcze raz powtarzać. 

-  Zmiennicy  -  poprawiłam  się.  -  Paul  twierdzi,  że  zmiennicy  potrafią  podróżować  w 

czasie. 

- Rzeczywiście - mruknął doktor Slaski. - No i co z tego? Szczęka mi opadła. To było 

silniejsze  ode  mnie.  Gdyby  rąbnął  mnie  kijem  bejsbolowym  w  tył  głowy,  nie  byłabym 

bardziej zdumiona. - Pan... pan o tym wiedział? 

- Oczywiście, że o tym wiem - stwierdził kwaśno doktor Slaski. - Kto, twoim zdaniem, 

napisał pracę, z której mój głupawy wnusio czerpie swoją wiedzę na ten temat? 

Oto, co mnie spotkało za brak uwagi podczas lekcji pośrednictwa u Paula. 

- Ale dlaczego pan mi o tym nie powiedział? 

Doktor Slaski poczęstował mnie ironicznym spojrzeniem. 

- Nie pytałaś - powiedział. 

Siedziałam  jak  kłoda  i  gapiłam  się  na  niego.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Przez  cały 

czas...  cały  czas  posiadałam  jeszcze  jedną  zdolność,  o  której  nie  miałam  pojęcia.  Do  czego 

jednak  mogłabym  tę  umiejętność  wykorzystać?  Było  parę  dni,  kiedy  włosy  fatalnie  mi  się 

układały, więc fajnie byłoby do nich wrócić i poprawić fryzurę, ale poza tym... 

Wtedy, niczym grom z jasnego nieba, spłynęła na mnie myśl. 

Tata. Mogłabym cofnąć się w czasie i uratować tatę. 

Nie. Nie, to nie mogło działać w ten sposób. Na pewno nie. Bo gdyby mogło... gdyby 

mogło... 

Wtedy wszystko byłoby inaczej. 

Wszystko. 

Doktor Slaski zakaszlał gwałtownie. Drgnęłam i dotknęłam jego ramienia. 

- Doktorze Slaski? Dobrze pan się czuje? 

- A jak myślisz? - zapytał niezbyt życzliwie. - Zostało mi sześć miesięcy życia. Może 

mniej, jeśli ci przeklęci lekarze będą się upierać przy swoim i wypompowywać ze mnie życie. 

Myślisz, że mogę się dobrze czuć? 

-  Ja...  -  To  był  egoizm  z  mojej  strony,  wiedziałam  o  tym,  ale  nie  miałam  czasu 

wysłuchiwać żalów na temat stanu jego zdrowia. Musiałam dowiedzieć się czegoś więcej na 

background image

temat tej mocy, którą on - a może i ja - posiadał. - Jak? - zapytałam gorączkowo. - Jak to się 

robi? To znaczy, podróżuje w czasie? 

Doktor Slaski spojrzał na ekran. Na szczęście nadal pokazywano tabele wyników we 

Właściwej cenie. Kłótnia rodzinna jeszcze się nie zaczęła. 

- To łatwe - powiedział. - Jeśli ten idiota, mój wnuczek, mógł na to wpaść, to każdy 

głupi może. 

Nie zostało nam dużo czasu. Kłótnia rodzinna miała się zacząć lada chwila. 

- Jak? - powtórzyłam. - Jak? 

-  Potrzebujesz  czegoś  -  powiedział  doktor  Slaski  z  przesadną  cierpliwością,  jakby 

zwracał się do pięciolatki. - Jakiegoś przedmiotu z czasów w które chcesz się przenieść. Żeby 

się tam jakoś zakotwiczyć. 

Przypomniałam sobie film o podróżach w czasie. 

- Czegoś, jak, na przykład, moneta? 

-  Moneta  może  być  -  powiedział  doktor  Slaski,  choć  minę  miał  sceptyczną.  - 

Oczywiście,  musiałabyś  mieć  monetę,  należącą  kiedyś  do  konkretnej  osoby,  która  była  w 

tamtym czasie i stała w  tym miejsca, w którym ty  będziesz się znajdować.  I musisz wybrać 

miejsce powrotu, tak żeby nie wpaść na nikogo przypadkowego. 

-  To  znaczy...  -  Zamrugałam  oczami.  -  Chce  pan  powiedzieć,  że  jak  się  wraca,  to 

wraca cała osoba? Nie tylko...? 

- Dusza? - parsknął doktor Slaski. - Dobre by to było, włóczenie się po jakimś innym 

stuleciu bez żadnego ciała. Nie, kiedy się przemieszczasz, to przemieszczasz się cała. Dlatego 

trzeba to mądrze rozegrać. Nie można sobie, ot tak, bez pojęcia skakać w czasie i przestrzeni. 

Chyba że chcesz się przekręcić na lewą stronę. Udajesz się do miejsca, o którym wiesz, że ta 

osoba kiedyś w nim była, trzymasz przedmiot, który do niej należał i... 

- I? - zapytałam, wstrzymując oddech. 

-  Zamykasz  oczy  i  przenosisz  się.  -  Doktor  Slaski,  znudzony  rozmową,  przeniósł 

wzrok na ekran. 

- I to wszystko? - To było łatwe. - Chce pan powiedzieć, że mogę sobie tak skakać w 

czasie i odwiedzać, kogo mi się podoba? 

- Oczywiście, że nie  - odparł doktor Slaski, nie  odrywając wzroku od telewizora. Po 

chwili  coś  jeszcze  przyszło  mu  do  głowy:  -  Musi  być,  naturalnie,  martwy.  Ktoś,  z  kim 

pracowałaś  jako  zmienniczka.  Nigdy  nie  doszedłem,  jaka  jest  tego  przyczyna,  ale  to  musi 

mieć  coś  wspólnego  z  energią  tego  człowieka,  jego  osobowością.  Musi  być  jakieś  łącze...  - 

background image

Doktor  Slaski  umilkł,  zagubiony  w  dociekaniach,  którymi  zajmował  się  dziesiątki  lat 

wcześniej. 

-  To  znaczy...  -  Zamrugałam  oczami  zaskoczona.  -  Można  się  cofnąć  w  czasie  tylko 

wtedy, jeśli chodzi o pomoc dla ducha? 

- Mądra dziewczynka - mruknął przeciągle, wracając do oglądania telewizji. 

Jego  sarkazm  tym  razem  mi  nie  przeszkadzał.  Duchy?  Duchy,  z  którymi  mam  do 

czynienia? Duchy jak... 

...cóż, na przykład mój tata. 

Mam mnóstwo rzeczy, które kiedyś do niego należały.  Nadal przechowuję koszulkę, 

którą  nosił  w  dniu  swojej  śmierci.  Wyciągnęłam  ją  z  rzeczy,  które  zwrócił  nam  szpital,  i 

trzymałam pod poduszką przez całe miesiące po jego śmierci... aż do dnia, kiedy znowu  go 

zobaczyłam, jako ducha, i wyjaśnił mi, dlaczego tak jest, że ja go widzę, a mama nie. 

Myślałam,  że  mama  o  tym  nie  wiedziała  -  o  tej  koszulce  -  ale  teraz  sądzę,  że  było 

inaczej. Z pewnością musiała ją znaleźć, kiedy ścieliła mi łóżko albo bawiła się we wróżkę od 

zębów. 

Nigdy  o  tym  nie  wspomniała.  Szczerze  mówiąc,  nie  mogła  wspomnieć,  ponieważ 

przez lata trzymała popioły taty w jego ulubionym kuflu do piwa - zanim wreszcie, tuż przed 

ślubem  z  Andym,  zdobyła  się  na  to,  żeby  je  rozrzucić  po  parku,  w  którym  umarł  pierwszy 

mąż. 

Uświadomiłam  sobie,  że  to  właśnie  do  parku  będę  musiała  pójść,  jeśli  zechcę  odbyć 

podróż w czasie, żeby go uratować, ponieważ nasze stare mieszkanie zostało sprzedane, a nie 

mogłam tak po prostu zwrócić się do nowych właścicieli ze słowami: „Czy mogłabym postać 

przez chwilę w waszym salonie? Muszę tylko cofnąć się w czasie, żeby uratować życie ojcu”. 

Oczywiście,  zarówno  park  jak  i  mieszkanie  znajdowały  się  na  drugim  końcu  kraju. 

Ale  miałam  trochę  pieniędzy  zaoszczędzonych  przy  niańczeniu  dzieci.  Może  starczyłoby 

nawet na samolot... 

Byłam w stanie to zrobić. Mogłam nie dopuścić do śmierci taty. 

-  Co  jeszcze?  -  zapytałam  doktora  Slaskiego,  zerkając  na  telewizor.  Dzięki  Bogu, 

reklama. - Kiedy mamy przedmiot... który należał kiedyś do ducha i jesteśmy tam, gdzie on 

kiedyś przebywał? Co wtedy? 

Doktor Slaski wyglądał na lekko zirytowanego. 

-  Trzymasz  tę  rzecz  -  tę  kotwicę  -  i  nic  innego.  To  ważne.  Nie  możesz  niczego 

dotykać,  bo  możesz  to  zabrać  ze  sobą.  Potem  wyobrażasz  sobie  tę  osobę.  I  tyle.  Proste  jak 

drut. - Doktor Slaski skinął w stronę telewizora. - Zrób głośniej. Kłótnia będzie za minutę. 

background image

Nie  do  wiary,  że  to  takie  łatwe.  Tak  po  prostu  mogłam  przenieść  się  w  czasie  i 

zapobiec śmierci kochanej osoby. 

- Oczywiście - dodał doktor Slaski niedbale - kiedy już się dostaniesz, dokąd chciałaś, 

musisz  bardzo  uważać.  Nie  należy  zmieniać  historii...  przynajmniej  nie  za  bardzo.  Trzeba 

bardzo starannie rozważyć konsekwencje swoich czynów. 

Milczałam.  Jakie  następstwo  miałoby  uratowanie  życia  mojemu  tacie?  Poza  tym  że 

mama,  zamiast  latami  wypłakiwać  sobie  oczy  w  poduszkę  -  póki  nie  spotkała  Andy'ego  - 

byłaby szczęśliwa? Ze ja byłabym szczęśliwa? 

Wtedy  mnie  olśniło.  Gdyby  tata  żył,  mama  nigdy  nie  poznałaby  Andy'ego.  Albo 

raczej, może by go i spotkała, ale nie wyszłaby za niego za mąż. 

A wówczas nigdy nie przeprowadziłybyśmy się do Kalifornii. 

Nigdy nie poznałabym Jesse'a. 

Nagle zrozumiałam znaczenie tego, co powiedział doktor Slaski. 

- Och - powiedziałam. 

Doktor Slaski patrzył - mimo bielma przesłaniającego niebieskie oczy, które poza tym 

wyglądały zupełnie jak u Paula - przenikliwie. 

-  Tak  myślałem,  że  w  którymś  momencie  padnie  to  „och”  -  stwierdził.  -  Nie  takie 

proste to przemieszczanie się w czasie, prawda? I pamiętaj o tym, że im dłużej przebywasz w 

czasie innym niż twój własny, tym dłużej dochodzisz do siebie po powrocie - dodał niezbyt 

miłym tonem. 

-  Dochodzę  do  siebie?  O  co  chodzi...  może  boleć  mnie  głowa?  -  Tak  się  czułam  po 

każdej podróży w inny wymiar. Zawsze. 

Doktor Slaski wydał się nagle czymś rozbawiony. Nie patrzył w ekran, więc musiało 

to być związane ze mną. 

-  To  coś  trochę  gorszego  niż  ból  głowy  -  stwierdził  sucho,  poklepując  materac,  na 

którym siedział. - Jeżeli nie nazywamy tego wprost utratą masy  komórek mózgowych. A to 

najmniejsze  zło,  jakie  cię  może  spotkać.  Będziesz  zbyt  wiele  podróżować  w  czasie,  a 

skończysz  jako  warzywo,  zanim  dorośniesz  na  tyle,  żeby  móc  kupić  piwo  w  sklepie, 

zaręczam ci. 

- Czy Paul o tym wie? - zapytałam. - To jest... o utracie komórek? 

- Powinien - odparł doktor Slaski - o ile czytał moją pracę na ten temat. 

A jednak zdecydował się spróbować. 

background image

-  Dlaczego  Paul  chce  podróżować  w  czasie?  -  zapytałam.  Raczej  nie  kierowała  nim 

chęć udzielenia komuś pomocy, bo jedyną osobą, której Paul Slater miałby ochotę pomagać, 

był... cóż, on sam. 

-  Skąd  mam  wiedzieć?  -  Doktor  Slaski  był  znudzony.  -  Nie  rozumiem,  dlaczego  w 

ogóle  spędzasz  tyle  czasu  z  tym  chłopakiem.  Mówiłem  ci,  że  jest  nic  niewart.  Zupełnie  jak 

jego ojciec, ten się mnie wstydzi... 

Nie zwracałam uwagi na oskarżenia doktora Slaskiego pod adresem wnuka. Myślałam 

intensywnie.  Co  takiego  powiedział  Paul  wtedy,  na  podwórku  Gutierrezów?  Ze  nie  zabije 

Jesse'a... 

...ale że mógłby zrobić coś, żeby zapobiec jego śmierci. 

I  dopiero  teraz  ostatecznie  pojęłam.  Tu,  w  pokoju  doktora  Slaskiego,  który  właśnie 

odnalazł pilota, nastawił głośniej telewizor i krzyknął: 

- Cholera, przegapiliśmy pierwszą część! 

Paul  zamierzał  przenieść  się  w  przeszłość.  W  czasy  Jesse'a.  Ale  nie,  żeby  go  zabić. 

Żeby uratować mu życie. 

background image

- Ojcze Dominiku? - Mój głos brzmiał niespokojnie, nawet dla mnie samej. - Ojcze D, 

jest ksiądz tam? 

- Tak, Susannah. - Ojciec Dominik sprawiał wrażenie znużonego. Ale może wynikało 

to  z  tego,  że  nadal  nie  bardzo  wiedział,  jak  używać  telefonu  komórkowego.  -  Tak,  jestem. 

Myślałem, że należy wcisnąć inny guzik, żeby odebrać, ale chyba... 

- Ojcze Dominiku, stało się coś strasznego. - Nie czekałam, aż zapyta, po co dzwonię, 

tylko  wyrzuciłam  z  siebie,  co  miałam  do  przekazania.  -  Paul  dowiedział  się,  w  jaki  sposób 

przenosić się w czasie, i chce cofnąć się do dnia śmierci Jesse'a, żeby uratować mu życie. 

Nastąpiła długa przerwa. Potem usłyszałam głos ojca Dominika: 

- Susannah, gdzie jesteś? 

Rozejrzałam  się.  Stałam  w  kuchni  Paula,  rozmawiając  z  zamontowanego  na  ścianie 

telefonu.  Zapytałam  pielęgniarza  doktora  Slaskiego,  czy  mogę  z  niego  skorzystać. 

Powiedział, żebym się nie krępowała. 

- Jestem w domu u Paula - powiedziałam. - Ojcze Dominiku, czy ksiądz mnie słyszał? 

Paul odkrył sposób, żeby nie dopuścić do śmierci Jesse'a. 

- Cóż - odparł ojciec Dominik. - To wspaniała nowina. Ale  czy nie powinnaś być w 

szkole? Jest dopiero parę minut po pierwszej... 

-  Ojcze  D!  -  niemal  wrzasnęłam.  -  Ksiądz  nie  rozumie!  Jeśli  Paul  uratuje  Jesse'owi 

życie, ja i Jesse nigdy się nie spotkamy! 

- Hm. - Ojciec Dominik nie śpieszył się z odpowiedzią. - Zmienianie biegu historii to 

nigdy nie jest dobry pomysł, jak sądzę. Weźmy, na przykład to, co się zdarzyło w tym filmie. 

Co to było? Och, tak, Powrót do przyszłości. 

- Ojcze Dominiku. - Prawie płakałam ze zdenerwowania. - Proszę, to nie jest film. To 

moje życie. Musi mi ksiądz pomóc. Musi ksiądz wrócić i pomóc mi go powstrzymać. Mnie 

nie posłucha. Wiem, że nie. Ale może księdza... 

- Cóż, nie mogę na razie wrócić, Susannah - powiedział ojciec Dominik. - Wielebny 

nie  jest...  eee,  ten  hot  dog  siedział  mu  w  gardle  dłużej,  niż  podejrzewano...  Susannah,  czy 

powiedziałaś, że Paul wynalazł sposób na podróżowanie w czasie? 

- Tak - powiedziałam przez zaciśnięte zęby. Zaczynałam żałować, że trzymałam przed 

ojcem Dominikiem w tajemnicy to, ile się nauczyłam od Paula podczas  naszych środowych 

sesji. 

background image

- Wielki Boże - powiedział ojciec D. - To naprawdę interesujące. A w jaki mianowicie 

sposób on to robi? 

- Musi tylko mieć coś starego. Coś, no, wie ksiądz, co należało do osoby, którą chce 

spotkać w przeszłości. Ten ktoś musi być duchem, znajomym duchem. A potem trzeba tylko 

stanąć w miejscu, w którym, jak nam wiadomo, ta osoba była - i gotowe. 

- O mój Boże - wykrzyknął ojciec Dominik. - Czy ty wiesz. Susannah, co to znaczy? 

-  Tak  -  odparłam  żałośnie.  -  To  znaczy,  że  przeprowadzę  się  do  Carmelu,  a  tu  nie 

będzie nikogo, kto by nawiedzał mój pokój, bo Jesse nigdy nie zostanie w nim zamordowany. 

- Nie - powiedział ojciec Dominik. - A właściwie tak, chyba tak będzie rzeczywiście. 

Ale co ważniejsze, to znaczy, że będziemy mogli zapobiec śmierci wszystkich duchów, jakie 

spotkamy, po prostu cofając się w czasie i... 

-  Nie  będziemy  mogli  -  przerwałam  bezbarwnym  tonem.  -  Chyba  że  chcielibyśmy 

skończyć  tak,  jak  dziadek  Paula,  któremu  zostało  sześć  miesięcy  życia.  To  nie  to  samo,  co 

przenoszenie  się  w  wymiar  duchów.  Całe  ciało  podróżuje...  i,  jak  sądzę,  ponosi 

konsekwencje. Ale Paul planuje tylko jedną podróż. 

-  Tak  -  odezwał  się  ojciec  Dominik.  Wydawało  się,  jakby  był  bardzo  daleko  -  dużo 

dalej niż w San Francisco, w każdym razie. - Tak, rozumiem. 

-  Ojcze  Dominiku!  -  wykrzyknęłam.  Traciliśmy  kontakt...  i  to  nie  tylko  dlatego,  że 

połączenie telefoniczne nie było najlepsze. - Musi go ksiądz powstrzymać! 

- Ale dlaczego miałbym to zrobić, Susannah? - zapytał. - To, co Paul zamierza zrobić, 

jest w gruncie rzeczy bardzo szlachetne. 

- Szlachetne? - wrzasnęłam. - A co w tym szlachetnego? 

- Stworzy Jesse'owi drugą szansę na życie - stwierdził ojciec Dominik. - A z tego, co 

mówisz, wynika, że zaryzykuje w dodatku własne. Uważam, że to bardzo wspaniałomyślne. 

- Wspaniałomyślne! - Nie wierzyłam własnym uszom. - Ojcze D, zapewniam księdza, 

że motywy Paula nie mają w sobie niczego szlachetnego. On to robi tylko po to, żeby... 

- Tak? - Ojciec Dominik nagle cały zamienił się w słuch. Ale jak tu wyjaśnić księdzu, 

że facet usiłuje wyeliminować Jesse'a po to, żeby dobrać się do mnie? 

Zwłaszcza że Paul chciał pozbyć się Jesse'a, ale ratując mu życie? 

-  Chodzi  o  to,  że...  -  To  nie  miało  sensu,  ale  było  mi  wszystko  jedno.  -  Czy  ksiądz 

może go wyrzucić ze szkoły, na przykład? 

-  Nie,  Susannah  -  powiedział  ojciec  Dominik.  Wydawało  mi  się  czy  w  jego  głosie 

słyszałam cichutki chichot? - Nie mogę go usunąć. W każdym razie nie za to. 

background image

- Ale musimy mu przeszkodzić. - Moje protesty, nawet jak dla mnie, wypadały coraz 

bladziej. - To... to nie jest naturalne, co on planuje. 

-  Bardzo  możliwe  -  odparł  ojciec  Dominik  -  ale  nie  niemoralne.  Nie  jest  nawet 

nielegalne, na tyle, na ile mogę stwierdzić. 

To byłoby niesłychane. - Paul dokonujący czegoś, co można postrzegać jako moralne. 

, - Ale ciągle się zastanawiam - ciągnął ojciec Dominik w zamyśleniu - w jaki sposób 

zamierza dokonać tego małego cudu. 

-  Mówiłam  ojcu  -  powiedziałam  z  goryczą.  -  Wystarczy,  jeśli  będzie  miał  coś,  co 

należało do tej osoby, a potem znajdzie się w miejscu, gdzie ona przebywała... 

- Tak - odezwał się ojciec Dominik. - Ale co Paul posiada z rzeczy, które należały do 

Jesse'a? 

To  mi  zamknęło  usta  na  dobrą  chwilę.  Ojciec  Dominik  miał  rację.  Paul  nie  miał 

niczego,  co  kiedyś  znajdowało  się  w  posiadaniu  Jesse'a.  Nie  mógł  zapobiec  morderstwu, 

ponieważ nie miał niczego z przeszłości Jesse'a. 

- Och - powiedziałam, czując, jakby pętla zaciskająca się na mojej szyi rozluźniła się 

nieco. - Och, ma ksiądz rację. 

-  Oczywiście,  że  mam  -  zgodził  się  ojciec  Dominik,  jakby  odrobinę  roztargniony.  - 

Chociaż to jest coś, czego powinnaś się być może nauczyć, Susannah. Jeśli on ci wytłumaczy 

dokładnie, jak to się robi. 

-  Co?  -  Okręciłam  sobie  przewód  telefoniczny  wokół  palca.  -  Żeby  cofnąć  się  w 

przeszłość i uratować Jesse'owi życie? 

- Dokładnie - potwierdził ojciec Dominik. - Może to jest przyczyna, dla której wciąż 

błąka się po ziemi. Ponieważ nie było przeznaczone mu umrzeć. 

Wpadłam w takie przygnębienie, że przez chwilę w ogóle się nie odzywałam. W mojej 

pamięci pojawił się niespodziewanie plakat, jaki moja nauczycielka angielskiego z dziewiątej 

klasy  powiesiła  w  naszej  pracowni,  a  który  przedstawiał  dwie  mewy  lecące  nad  plażą... 

Plakat, który zawsze przychodził mi na myśl w najmniej odpowiednim momencie. J

EŚLI COŚ 

KOCHASZ

,

  ZWRÓĆ  MU  WOLNOŚĆ

,

 

głosił  napis  pod  obrazkiem.  J

EŚLI  TAK  MA  BYĆ

,

  WRÓCI  DO 

CIEBIE

Niewidzialna pętla znów zacisnęła mi się na szyi, tak że traciłam oddech. 

- To bzdura, ojcze D - ryknęłam w słuchawkę. - Słyszy mnie ksiądz? Bzdura! 

- Susannah... - przestraszył się ojciec Dominik. 

- To nie dlatego Jesse wciąż tu przebywa - krzyknęłam. - Nie dlatego. Jesse i ja mamy 

być razem, a jeśli ksiądz tego nie widzi, to księdza cholerny problem! 

background image

Teraz ojciec Dominik wydawał się bardziej niż przestraszony. Był zły. 

- Susannah - powiedział. - Nie ma powodu, żebyś używała takiego języka... 

-  Nie,  nie  ma  -  zgodziłam  się.  -  Zwłaszcza  że  nie  mam  nic  więcej  ojcu  do 

powiedzenia. - Odłożyłam słuchawkę. 

Sekundę później ze zmartwioną miną pojawił się pielęgniarz doktora Slaskiego. 

- Susan? - zapytał. - Wszystko w porządku? 

- Nic mi nie jest - zapewniłam, przerażona odkryciem, że mam wilgotne policzki. 

- Usłyszałem - powiedział pielęgniarz - że krzyczysz... 

- Nieważne. Wychodzę. Nie martw się. 

I poszłam sobie, nie żegnając się z doktorem Slaskim. Nie miałam mu nic więcej do 

powiedzenia, podobnie jak ojcu D. Tylko jedna osoba mogła powstrzymać Paula od tego, co 

zamierzał zrobić. 

Tą osobą byłam ja. 

Oczywiście,  sama  świadomość  tego  nie  mogła  zastąpić  planu  działania.  Nad  tym 

właśnie myślałam w drodze powrotnej do szkoły. Nad planem. 

Dopiero kiedy wjeżdżałam na parking Akademii Misyjnej, Zaczęło do mnie docierać, 

co  powiedział  ojciec  Dominik.  Paul  nie  miał  żadnego  przedmiotu  należącego  kiedyś  do 

Jesse'a, który mógłby go przenieść w tę okropną noc, kiedy Jesse umarł. Byłam tego niemal 

pewna.  Jesse  został  zamordowany,  a  ciała  nie  odnaleziono  -  aż  do  niedawna.  Jego  własna 

rodzina sądziła, że uciekł, żeby uniknąć niechcianego małżeństwa. 

Co  takiego  mógł  Paul  posiadać  z  rzeczy  Jesse'a,  co  pozwoliłoby  mu  wrócić  do  dnia 

jego  śmierci?  Nic.  Z  tamtych  czasów  zachował  się  jedynie  miniaturowy  portret  Jesse'a  - 

przechowywany  przeze  mnie  w  bezpiecznym  miejscu  w  domu  -  oraz  kilka  listów,  które 

napisał  do  narzeczonej.  A  te  znajdowały  się  na  wystawie  w  Muzeum  Towarzystwa 

Historycznego Carmelu. 

Paul nie mógł mieć żadnej rzeczy, której mógłby użyć, aby skrzywdzić Jesse'a. Albo 

raczej, żeby go uratować. Żadnej. Jesse był bezpieczny. 

Co oznaczało, że ja też. 

Uczucie  ulgi  okazało  się  jednak  przejściowe.  Och,  nie,  nie  miało  to  związku  z 

Jesse'em.  To  się  nie  zmieniło.  Moja  świeżo  odzyskana  równowaga  duchowa  uległa 

zachwianiu,  kiedy  usiłowałam  dostać  się  z  powrotem  do  szkoły.  Tym  razem  nie  z  powodu 

Paula.  Nie,  to  siostra  Ernestyna  zrujnowała  mój  z  najwyższym  trudem  osiągnięty  stan 

wewnętrznego  spokoju  akurat  w  momencie,  kiedy  starałam  się  wmieszać  w  tłum  kolegów  i 

koleżanek zmierzających na kolejną lekcję, udając, że byłam z nimi cały czas. 

background image

-  Susannah  Simon!  -  Przenikliwy  głos  zastępczyni  dyrektora  poderwał  do  lotu 

przerażone  gołębie  siedzące  na  belkach  zadaszenia.  -  Przyjdź  natychmiast  do  mojego 

gabinetu! 

Świadkiem  tej  sceny  był  przypadkiem  najmłodszy  z  moich  przyrodnich  braci.  Kiedy 

usłyszał  polecenie  siostry,  wyraźnie  pobladł...  co  zdumiewające,  biorąc  pod  uwagę  jego 

naturalną, właściwą rudzielcom bladość. 

-  Suze  -  powiedział  David  z  przerażoną  miną.  Jakżeby  inaczej?  Zazwyczaj,  jeśli 

miewam  kłopoty,  to  nie  z  powodu  spóźnienia.  Nie,  na  ogół  wiąże  się  to  ze  zniszczeniem 

cudzej  własności...  przy  czym  ktoś  z  reguły  traci  przytomność,  o  ile  nieżycie.  -  Co  zrobiłaś 

tym razem? 

-  Nieważne  -  powiedziałam,  nieco  rozczarowana,  że  wpadłam  z  powodu  takiego 

głupstwa jak opuszczenie szkoły. Starzeję się. 

Poszłam za siostrą Ernestyną do jej gabinetu, w którym, inaczej niż u ojca Dominika, 

na półkach nie było żadnych nagród za dokonania pedagogiczne. Nikt widocznie nie uważa 

siostry Ernestyny za genialnego pedagoga. Jej specjalnością jest dyscyplina - zwyczajnie i po 

prostu. 

Zdołałam,  jak  sądzę,  się  wywinąć.  Zauważyła  moją  nieobecność  na  religii,  zaraz  po 

lunchu,  więc  powiedziałam  jej,  że  z  nagłych  przyczyn  musiałam  koniecznie  udać  się  do 

apteki. Napomknęłam o środkach higienicznych w nadziei, że się odczepi. Na nią jednak nie 

podziałało to tak jak na Brada. 

- Trzeba było iść do pielęgniarki - stwierdziła cierpko. 

Za popełnioną zbrodnię kazała mi napisać wypracowanie na tysiąc słów - o tym, jak 

ważne  jest  dotrzymywanie  zobowiązań.  Ponadto  miałam  się  stawić  na  sobotniej  aukcji 

staroci, żeby pomóc uczniom dziewiątej klasy przy stoisku z wypiekami. 

W sumie uważam, że mogło być gorzej. 

Tak, w każdym razie, myślałam. Dopóki nie wpadłam na Paula Slatera. 

Czaił  się  za  jedną  z  kamiennych  kolumn  podtrzymujących  zadaszenie  wokół 

dziedzińca i dlatego nie zauważyłam go, kiedy szlam z gabinetu siostry Ernestyny na lekcję 

trygonometrii. Wysunął się z cienia, gdy przechodziłam obok. 

- Oto powraca wędrowiec - powiedział. 

Przycisnęłam dłoń do piersi, jakbym mogła w ten sposób przywrócić normalny  rytm 

sercu, które na jego widok niemal wyskoczyło spomiędzy żeber. 

- Czy ty musisz to robić? - zapytałam rozzłoszczona. - O mało  gaci nie zgubiłam ze 

strachu. 

background image

- Szkoda. - Uśmiech Paula był zdecydowanie świętokradczy, zważywszy, że staliśmy 

w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od kościoła. - A więc? Dokąd to cię poniosło? 

Pewnie mogłabym skłamać. Ale po co? Dowiedziałby się prawdy zaraz po powrocie 

do domu, kiedy pielęgniarz wspomniałby o mojej wizycie. 

Wysunęłam więc podbródek i nie przejmując się szalejącym tętnem, rzuciłam: 

- Do ciebie. 

Ciemne brwi Paula opadły błyskawicznie w grymasie zdumienia. 

- Do mnie? Po co jechałaś do mojego domu? 

-  Żeby  pogadać  -  parsknęłam  -  z  twoim  dziadkiem.  Brwi  Paula  zmarszczyły  się 

jeszcze bardziej. 

- Moim dziadkiem? - Potrząsnął głową. - Po co, u diabła, chciałaś się z nim widzieć? 

Facet jest kompletnie odrealniony. 

- Nie czuje się dobrze - przyznałam. - Ale nadal jest w stanie rozmawiać. 

- Tak - powiedział Paul drwiąco. - Może o programach telewizyjnych. 

-  Owszem,  o  tym  -  powiedziałam,  wiedząc,  że  to,  co  za  chwilę  powiem,  zdenerwuje 

go, ale nie miałam innego wyjścia - i o podróżach w czasie. 

Paul szeroko otworzył oczy. Tak jak myślałam - zaskoczyłam go. 

- Podróże w czasie? Rozmawialiście o podróżach w czasie? Z dziadkiem Świrkiem? 

-  Z  doktorem  Slaskim  -  sprostowałam.  -  Owszem,  tak.  Słowa  „doktor  Slaski” 

podziałały na niego, jak cios pięścią. 

Minę miał tak zdumioną, jakbym go rzeczywiście uderzyła. 

- Czy ty... - Wyraźnie miał problem z wysłowieniem się. Skłaniał się chyba ku: „Czy 

ty zwariowałaś?” 

-  Nie  -  oznajmiłam.  -  Twój  dziadek  też  nie.  Ale  sądzę,  że  ty  może  tak  -  ciągnęłam, 

nierozważnie, wiem, ale już mi nie zależało. Nie teraz, kiedy wiedziałam, o co mu chodzi. 

- Wiem, że twój dziadek to Oliver Slaski - oświadczyłam. - Sam mi powiedział. 

Wytrzeszczył na mnie oczy. To było tak, jakbym na jego oczach zaczęła zmieniać się 

w kogoś zupełnie innego niż ta Suze, którą znał. Może faktycznie się zmieniłam. Z pewnością 

byłam na niego bardziej wściekła niż kiedykolwiek - nawet bardziej niż za pierwszym razem, 

kiedy usiłował pozbyć się Jesse'a. Ponieważ wtedy nie wiedział tego, co teraz... Ze on i ja? 

Tak, to się nie mogło zdarzyć. 

-  Nie  rozmawiał  z  tobą  -  odezwał  się  Paul  w  końcu,  patrząc  na  mnie  niebieskimi, 

nieprzeniknionymi i zimnymi jak Pacyfik w listopadzie oczami. - On z nikim nie rozmawia. 

background image

- Może nie z tobą - powiedziałam. - Dlaczego miałby to robić, skoro traktujesz go tak, 

jak  traktujesz...  jakby  ci  wybitnie  przeszkadzał,  jakby  był  -  jak  to  ująłeś?  -  och,  tak, 

odrealniony.  No,  twój  własny  ojciec  zmienił  nazwisko,  tak  się  go  wstydził.  Ale  gdybyś 

zechciał kiedyś poświęcić trochę czasu, odkryłbyś, że doktor Slaski nie jest taki oderwany od 

świata, jak ci się wydaje... i ma o tobie parę ciekawych rzeczy do powiedzenia. 

-  W  to  nie  wątpię  -  powiedział  Paul  z  krzywym  uśmiechem.  -  Chyba  nawet  wiem, 

jakie.  Jestem  pomiotem  szatana.  Nie  jestem  nic  wart.  Powinnaś  trzymać  się  ode  mnie  z 

daleka. Czy to mniej więcej tyle? 

- W dużym stopniu - stwierdziłam. - A biorąc pod uwagę, że wybierasz się w podróż 

w  czasie,  żeby  nie  dopuścić  do  śmierci  Jesse'a,  powiedziałabym,  że  twój  dziadek  ma  sto 

procent racji. 

Jego oczy ożywiły się, ale pozostały tak samo zimne. Nawet uśmiechnął się lekko. 

-  Więc  w  końcu  doszłaś  do  tego,  co?  Trochę  ci  to  zajęło...  Nie  pozwoliłam  mu 

skończyć. Podeszłam do niego, tak że nasze twarze znalazły się zaledwie parę centymetrów 

od siebie i powiedziałam z całą zajadłością, na jaką byłam w stanie się zdobyć: 

-  Owszem,  doszłam  do  tego.  I  tyle  ci  mogę  powiedzieć,  że  jeśli  sądzisz,  że  nie 

dopuszczając do mojego spotkania z Jesse'em, zmienisz moje uczucia w stosunku do ciebie, 

to bujasz w świecie marzeń. 

Paul wyglądał na zranionego. Wiedziałam, że to tylko gra. Bo on nie ma uczuć. Nie, 

skoro zamierzał zrobić to, o co go podejrzewałam. 

Starał się jednak najlepiej, jak potrafił, żeby mi udowodnić, że nie mam racji. 

- Ależ, Suze - powiedział, otwierając szeroko niewinne, błękitne oczęta. - Ja po prostu 

robię  to,  czego  ty  chcesz.  Po  tej  historii  z  panią  Gutierrez  zacząłem  się  zastanawiać... 

Naprawdę pragnę wstąpić na ścieżkę światła. A czyż ratowanie życia Jesse'owi nie jest rzeczą 

słuszną?  Oczywiście,  jeśli  go  naprawdę  kochasz,  powinnaś  życzyć  mu  wszystkiego,  co 

najlepsze, nieprawdaż? A czy długie, szczęśliwe życie nie jest czymś najlepszym dla niego? 

Zamrugałam  oczami,  kompletnie  zbita  z  tropu  jego  talentem  do  odwracania  kota 

ogonem. 

- To nie... ja... - Nie mogłam wydobyć z siebie słów. Stałam i jąkałam się jak głupia. 

- W porządku, Suze - powiedział, kładąc mi rękę na ramieniu - żeby pocieszyć mnie, 

jak  sądzę,  w  godzinie  próby.  -  Nie  musisz  mi  dziękować.  A  teraz,  nie  uważasz,  że 

powinniśmy  wracać?  Chyba  nie  chcesz,  żeby  siostra  Ernestyna  ponownie  złapała  cię  na 

wagarach, co? 

background image

Gapiłam  się  na  niego  oniemiała.  W  życiu  nie  spotkałam  kogoś  tak  pokręconego...  z 

wyjątkiem,  być  może,  mojego  przyrodniego  brata  Brada.  Tyle  że  Bradowi  brakowało 

inteligencji  Paula  i  rzadko  udawało  mu  się  wykręcić  coś  więcej  niż  imprezę  w  domu  bez 

wiedzy rodziców... a nawet to sprowadziło na niego kłopoty tylko w postaci glin. 

-  Jesteś...  jesteś  naćpany  -  wyjąkałam  w  końcu  -  jeśli  myślisz,  że  uratowanie  Jesse'a 

tamtej nocy - nocy jego śmierci - zagwarantuje mu długie życie. Kto powiedział, że Diego nie 

spróbuje drugi raz? Albo jeszcze następny? Co ty chcesz zrobić, zostać w roku 1850 jako jego 

ochroniarz? 

-  Jeśli  to  konieczne  -  powiedział  Paul  obrzydliwie  słodziutkim  głosem.  -  Widzisz, 

zrobiłbym  wszystko  -  absolutnie  wszystko,  co  potrzeba  -  żeby  zapewnić  Jesse'owi  spokojną 

śmierć w łóżku, późną starością, tak aby nigdy, przenigdy nie potrzebował pośrednika. 

Kolory  dziedzińca  -  czerwone  dachówki  Misji,  różowe  kwiaty  hibiskusa,  głęboka 

zieleń  palm  -  zlały  się  w  jedną,  wirującą  plamę,  kiedy  zrozumiałam  sens  jego  słów.  Coś 

paskudnego zaczęło rosnąć mi w gardle. 

- Dlaczego to robisz? - Spojrzałam na niego ze zgrozą. - Wiesz przecież, że to nic nie 

zmieni. Usunięcie Jesse'a nie sprawi, że zaczniesz mnie obchodzić. Nie interesujesz mnie w 

ten sposób. 

- Czyżby? - powiedział Paul z uśmiechem równie zimnym jak jego oczy. - Zabawne, 

mógłbym przysiąc, że ostatnim razem, kiedy się całowaliśmy, podobało ci się. Przynajmniej 

trochę. Dość, żeby... 

Jego głos zamarł znacząco... co jednak miał na myśli, nie potrafię sobie wyobrazić. 

- Dość, żeby co? - zapytałam. 

- Dość - odparł Paul - żeby myśleć o usunięciu duszy z mojego ciała i wprowadzeniu 

tam Jesse'a. 

background image

-  Nie  próbuj  zaprzeczać  -  odezwał  się  Paul  w  odpowiedzi  na  moje  zaszokowane 

spojrzenie. - Wiem, że planowałaś to od momentu, kiedy popełniłem błąd i powiedziałem ci o 

tym.  -  Ciepło  jego  dłoni  niemal  parzyło  skórę  na  moim  ramieniu.  -  Uratowanie  życia 

Jesse'owi  to  z  mojej  strony  bardziej  obrona  konieczna  niż  cokolwiek  innego.  Ponieważ 

prawda jest taka, że dosyć lubię swoje ciało i nie mam ochoty pozbywać się go dla niego. 

Poruszałam ustami - wiem o tym, bo Paul wyraźnie czekał na jakiś odzew. 

Nie mogłam jednak wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Tak mnie zamurowało. 

W  końcu  wszystko  ułożyło  się  do  kupy.  Oskarżenie,  które  Paul  rzucił  mi  w  twarz 

wtedy  u  siebie  w  kuchni.  Ze  jego  plany  wobec  Jesse'a  są  o  wiele  bardziej  ludzkie  niż  moje 

wobec niego. Bo on zamierzał uratować Jesse'a, podczas gdy ja rzekomo zamierzałam zabić 

Paula. 

Naturalnie, nie miałam takich pomysłów. 

Ale to chyba niespecjalnie go obchodziło. 

- Wszystko w porządku - zapewnił. - No, wiesz, w jakiś sposób to mi nawet pochlebia, 

naprawdę. To, że uważasz mnie za dość przystojnego, żeby umieścić duszę swojego chłopaka 

w  moim  ciele.  To  dowód,  że  bez  względu  na  to,  co  mówisz,  trochę  przynajmniej  ci  się 

podobam. Albo że chociaż lubisz się ze mną całować. 

- To kompletna... - udało mi się wreszcie odzyskać głos. Na nieszczęście brzmiał jak 

jęk  potępionej  duszy.  Nie  przejęłam  się  tym.  Chciałam  tylko  przekonać  go,  jak  bardzo  się 

myli. - ...bzdura! Jak mogłeś... skąd ci przyszło do głowy, że ja... 

- Och, daj spokój, Suze - powiedział Paul. - Sama przyznaj.  Ze mną przeżywasz coś 

realnego.  Nie  wmawiaj  mi,  że  kiedy  jesteś  z  Jesse'em,  nie  myślisz  -  choćby  wam  było  nie 

wiem  jak  przyjemnie  -  o  tym,  że  to  wszystko  złudzenie.  Nie  słyszysz  naprawdę  bicia  jego 

serca.  Jego  skóra  nie  jest  naprawdę  ciepła.  Bo  on  nie  ma  skóry.  To  wszystko  jest  tylko  w 

twojej głowie... Nie tak jak to - dodał, gładząc delikatnie kciukiem moje ramię. 

Dopóki  nie  cofnęłam  go  gwałtownie,  robiąc  krok  do  tyłu.  To  go  zaskoczyło,  ale 

podniósł ręce do góry na znak, że więcej mnie nie dotknie. 

-  Hola,  w  porządku,  Suze.  Przepraszam.  Ale  nie  możesz  zaprzeczyć,  że  kiedy  się 

całujemy, nie usiłujesz mnie odepchnąć. W każdym razie nie tak natychmiast... 

poczułam ogień na policzkach. Strasznie się zmieszałam. Ze tej on musi o tym mówić, 

i to właśnie w szkole... 

background image

...zwłaszcza że Jesse... Tak, to było jego nowe terytorium. Z pewnością krążył gdzieś 

w pobliżu. 

Nie  mogłam  jednak  zaprzeczyć  temu,  co  mówił  Paul.  Właściwie  mogłam,  ale  to  by 

było kłamstwo. 

-  Oczywiście,  że  lubię,  kiedy  mnie  całujesz  -  powiedziałam,  chociaż  każde  słowo 

musiałam z siebie wykrztusić, tak głęboko tkwiły w gardle. - Świetnie całujesz i wiesz o tym. 

- A co miałam powiedzieć? Tak było. - Ale to nie znaczy, że cię lubię. 

Co również odpowiadało prawdzie. Ale Paul się tym nie przejął. 

—  To  tylko  dowodzi,  że  mam  rację  -  oznajmił  pewnym  tonem.  -  Pragniesz  mojego 

ciała, ale z duszą Jesse'a w środku. 

-  Myślę,  że  to,  co  spotkało  Jesse'a,  było  straszne  -  powiedziałam  powoli,  mając  na 

myśli morderstwo. - I, w porządku, zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, żeby przywrócić 

go do życia, gdyby to było możliwe. Ale nie w ten sposób. 

- Dlaczego nie? - zapytał Paul, wzruszając ramionami. - Co cię powstrzymuje? Wiele 

razy stwierdziłaś, że jestem odrażającą istotą, nierokującą żadnych nadziei na poprawę... nic 

niewartą,  z  wyjątkiem  moich  umiejętności  w  dziedzinie  całowania.  Dlaczego  więc  nie 

wykopać  mojej  duszy  z  ciała,  by  stworzyć  doskonałemu  pod  każdym  względem  Jesse'owi 

drugą szansę na życie? 

Faktem jest, że jego oskarżenia były całkowicie bezpodstawne. Nigdy nie przyszło mi 

do głowy to, co, jak podejrzewał, knułam od dłuższego czasu. Och, dobrze, może czasem taka 

myśl  przemknęła  mi  przez  głowę.  Ale  natychmiast  przechodziłam  nad  tym  do  porządku 

dziennego. 

Teraz  jednak  -  może  dlatego,  że  mi  to  wmawiał  -  jakaś  cząstka  mnie  ożywiła  się  i 

pomyślała:  „Czemu  nie?”  Paul  nie  zasługiwał  na  te  wszystkie  wspaniałe  rzeczy,  które  mu 

przypadły w udziale. Nawet nie umiał ich docenić! Okradł ludzi, którzy żyli skromniej niż on, 

swoją rodzinę traktował bez cienia szacunku, nie był dobry dla mnie... ani dla Jesse'a. 

Dlaczego  nie  miałabym  wysłać  Paula  w  krainę  wielkiej  niewiadomej  i  dać  Jesse'owi 

jego  ciało...  i  jego  życie? Jesse'owi  należała  się druga  szansa,  a  z  pewnością  byłby  lepszym 

Paulem Slaterem niż ten był kiedykolwiek w życiu... 

Oczywiście,  Jesse'owi  to  by  się  nie  spodobało.  Z  pewnością  uważałby,  że  nie  wolno 

obrabowywać Paula z życia, które do niego należało, tylko po to, żeby on sam mógł znowu 

mieszkać wśród żywych. 

I byłoby strasznie dziwnie patrzeć w niebieskie oczy Paula, wiedząc, że to Jesse nimi 

spogląda na mnie. 

background image

To nie byłoby morderstwo. Jego ciało nadal by  żyło. A jego dusza... cóż, znalazłaby 

się tam, gdzie teraz jest dusza Jesse'a; włóczyłaby się bez celu po ziemi, nie mając pojęcia, co 

ją czeka w przyszłości. 

Wzięłam się w garść. Rozsądek wrócił - chłodny jak woda bulgocząca w fontannie na 

środku dziedzińca Misji. Usłyszałam swoją odpowiedź na pytanie Paula - „Dlaczego więc nie 

wykopać mojej duszy z ciała...” - równie chłodną i opanowaną, jak samo pytanie: 

- Hm - mruknęłam ironicznie - bo to byłoby morderstwo, czyż nie? 

Mięśnie twarzy Paula napięły się. 

- W najlepszym razie usprawiedliwione zabójstwo - powiedział. - A oboje wiemy, że 

bym nie umarł. I zasłużyłem na to, prawda? Za moje grzechy? 

- Może i tak - powiedziałam, czując się tak, jak zawsze się czuję po odbyciu długiej 

sesji kickboxingu z kasetą wideo. Rozładowana, ale totalnie zmęczona. Bo, w gruncie rzeczy, 

odbyłam właśnie wyczerpujący trening. Tyle że emocjonalny. - Rzecz w tym jednak, że nie 

do mnie należy osąd. 

- Dlaczego nie? - odparł Paul. - Zwykle nie masz problemów z osądzaniem mnie. 

Nie pozwoliłam, żeby miał ostatnie słowo. 

- Twój dziadek powiedział mi kiedyś, że kiedy zdał sobie sprawę, do czego pośrednicy 

są  zdolni,  popełnił  błąd,  myśląc,  że  jest  Bogiem.  Popatrz,  dokąd  go  to  zaprowadziło.  Nie 

powtórzę jego błędu. 

Paul  zamrugał  oczami.  On  naprawdę  myślał,  że  ja  chcę  to  zrobić.  Wymianę  dusz.  A 

teraz, kiedy go oświeciłam, wydawał się... cóż, równie zdumiony jak ja przedtem. 

-  Widzisz  więc  -  powiedziałam,  wykorzystując  uzyskaną  przewagę.  -  Ten  twój  plan 

podróży w czasie, żeby uratować Jesse'a jest po prostu bez sensu. Po pierwsze dlatego, że nie 

możesz  cofnąć  się  w  czasie,  chyba  że  osoba,  którą  chcesz  spotkać,  potrzebuje  twojej 

pomocy... a Jesse jej nie potrzebuje. Po drugie, nigdy nie zamierzałam ukraść ci ciała i dać go 

Jesse'owi.  Ale,  wiesz,  możesz  sobie  dalej  pochlebiać,  że  było  inaczej,  jeśli  cię  to  tylko 

uszczęśliwi. 

O  parę  sekund  za  późno  zdałam  sobie  sprawę,  że  nie  powinnam  okazywać  takiej 

pewności  siebie.  Przynajmniej  jeszcze  nie  wtedy.  Ponieważ,  kiedy  po  tych  słowach 

odwróciłam  się,  żeby  odejść  -  potrząsając  lekceważąco  czupryną  -  coś  w  nim  jakby  pękło. 

Jego ręka wystrzeliła nagle w górę i ścisnęła boleśnie moje ramię. 

- O, nie - warknął. - Nie wykręcisz się z tego tak łatwo... 

Mylił się. W następnej chwili jego ręka opadła z mojego ramienia i została wykręcona 

za jego plecami w raczej, na oko, bolesnej pozycji. 

background image

-  Czy  nikt  ci  nie  mówił  -  zapytał  Jesse  lekko  rozbawionym  tonem  -  że  dżentelmen 

nigdy nie zachowuje się tak poufale wobec damy? 

Dość zabawne, jeśli przypomnieć sobie, jak poufale zachowywał się Jesse w stosunku 

do mnie, kiedy widzieliśmy się ostatnio. Uznałam jednak, że lepiej do tego nie wracać. 

- Jesse - powiedziałam. - Nic mi nie jest. Możesz go puścić. 

Jesse jednak nie zwalniał uchwytu. Przypadkowy przechodzień mógłby zobaczyć, jak 

Paul zgina się  w dziwacznej pozie, z twarzą białą od bólu. Ponieważ, rzecz jasna, tylko my 

dwoje widzieliśmy ducha, który go trzymał. 

- Nie chciałem jej nic zrobić - powiedział Paul zduszonym głosem. - Przysięgam! 

Jesse spojrzał na mnie. 

- Czy on cię skrzywdził, Susannah? Potrząsnęłam głową. 

- Wszystko w porządku - stwierdziłam. 

Więził Paula w uścisku jeszcze przez sekundę czy dwie - pewnie, żeby pokazać, na co 

go  stać  -  a  potem  puścił  go  tak  raptownie,  że  Paul  stracił  równowagę  i  upadł  na  kolana,  na 

kamienne płytki posadzki. 

- Nie musiałaś go wzywać - powiedział urażonym tonem. 

- Nie wzywałam. - Mówiłam prawdę. 

-  Nie  musiała  -  powiedział  Jesse,  opierając  się  o  jeden  z  filarów  podtrzymujących 

zadaszenie.  Złożył  ramiona  na  piersi  i  przyglądał  się  beznamiętnie,  jak  Paul  podnosi  się  i 

otrzepuje ubranie. 

- Poczułeś zakłócenia Mocy, czy co? - zapytał Paul ze złością. 

- Coś w tym rodzaju. - Jesse przeniósł spojrzenie z Paula na mnie i znowu na Paula. - 

Czy dzieje się tutaj coś, o czym powinienem wiedzieć? 

-  Nie  -  powiedziałam  szybko.  Być  może  zbyt  szybko,  ponieważ  brew  Jesse'a  -  ta 

przecięta szramą - uniosła się pytająco. 

Paul ku mojej wściekłości zachichotał szyderczo. 

-  Och,  tak  -  powiedział.  -  Cóż  za  wspaniała  więź  was  łączy.  To  naprawdę  cudowne, 

jak bardzo szczerzy jesteście wobec siebie. 

Jesse wbił ciemne oczy w Paula. Chęć do śmiechu odrobinę mu chyba przeszła, choć 

Jesse nie powiedział ani słowa. Potem spojrzał badawczo na mnie. 

- To nic takiego - wymamrotałam, ogarnięta nagłą paniką. - Paul właśnie... on chciał 

coś ci zrobić. Ale zmienił zdanie. Prawda, Paul? 

- Niezupełnie - powiedział Paul. - Hej, mam pomysł. Zapytajmy Jesse'a, czego on by 

chciał, dobrze? Powiedz, Jesse, jakbyś się poczuł, gdybym ci powiedział, że mógłbym... 

background image

-  Nie  -  przerwałam,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Nagle  zrobiło  mi  się  duszno.  -  Paul, 

naprawdę, to niepotrzebne. Jesse nie... 

- Suze. - Paul zwrócił się do mnie jak do trzyletniego dziecka. - Pozwólmy Jesse'owi 

zdecydować.  Jesse,  a  gdybym  ci  tak  powiedział,  że  oprócz  wielu  wspaniałych  rzeczy,  które 

my, pośrednicy, potrafimy robić, okazało się również, że umiemy przenosić się w czasie? I że 

wspaniałomyślnie  zaoferowałem,  że  wrócę  w  twoje  czasy  -  do  tej  nocy,  kiedy  cię 

zamordowano - i uratuję ci życie. Co ty na to? 

Jesse  nie  spuszczał  z  Paula  spojrzenia  ciemnych  oczu.  Jego  twarz  wyrażała 

niezmiennie zimną wzgardę. 

- Uznałbym, że jesteś kłamcą - odparł z niesamowitym spokojem. 

-  Widzisz,  tak  myślałem,  że  to  powiesz.  -  Paul  miał  gadane  i  pewność  siebie 

komiwojażera  zachwalającego  swój  towar.  -  Ale  jestem  tu  po  to,  żeby  ci  powiedzieć,  że  to 

absolutna prawda. Pomyśl o tym, Jesse. Nie musiałeś umierać tamtej nocy. Mogę cofnąć się 

w czasie i cię ostrzec. Oczywiście, nie będziesz mnie znał, ale sądzę, że jeśli ci powiem - w 

1850  roku  -  że  przybywam  z  przyszłości  i  że  zginiesz,  jeśli  mnie  nie  posłuchasz,  to  mi 

uwierzysz. 

- Tak myślisz? - zapytał Jesse z tym samym, lodowatym spokojem. - Bo ja nie. 

To  na  sekundę  czy  dwie  przyhamowało  Paula,  a  w  tym  czasie  trochę  uspokoiłam 

oddech. Moje serce wezbrało uczuciem dla chłopaka wspartego o kamienny filar obok mnie. 

Nie było sensu ukrywać tego przed Jesse'em. On nigdy by nie wybrał życia beze mnie. Nigdy, 

za bardzo mnie kocha. 

Tak przynajmniej myślałam, zanim Paul znowu nie wystąpił ze swoją gadką. 

- Chyba nie rozumiesz, o czym mówię. - Pokręcił głową. - Mówię o przywróceniu ci 

życia, Jesse. Żadnego wałęsania się jako duch przez półtora stulecia i przyglądania, jak twoi 

bliscy  starzeją  się  i  umierają  jeden  po  drugim.  Nic  z  tych  rzeczy.  Będziesz  żyć.  Do  późnej 

starości,  o  ile  zdołam,  wiesz,  pozbyć  się  tego  typa,  Diega,  który  cię  zabił.  Jak  mógłbyś 

powiedzieć „nie” na taką propozycję? 

- Zwyczajnie - odezwał się Jesse głosem niezdradzającym żadnych uczuć. - Nie. 

Tak! - pomyślałam uradowana. Tak! Paul zamrugał oczami. Raz. Drugi. 

A  potem  odezwał  się,  ale  bez  cienia  życzliwości,  jaką  przed  chwilą  usilnie  starał  się 

okazywać: 

-  Nie  bądź  idiotą.  Daję  ci  szansę,  żebyś  żył.  Żył.  Co  zamierzasz  robić,  włóczyć  się 

tutaj  przez  całą  wieczność?  Chcesz  patrzeć,  jak  ona  się  starzeje  -  wycelował  palec  w  moją 

stronę  -  i  w  końcu  obraca  się  w  proch,  tak  jak  twoja  rodzina?  Nie  pamiętasz,  jak  się  wtedy 

background image

czułeś?  Chcesz  przejść  przez  to  jeszcze  raz?  Chcesz,  żeby  poświęciła  dla  ciebie  normalne 

życie - małżeństwo, dzieci, wnuki - dla ciebie, który nie może jej wesprzeć, nie może nawet... 

-  Paul,  przestań  -  powiedziałam  ostro,  ponieważ  zobaczyłam,  jak  twarz  Jesse'a  z 

każdym słowem traci swój beznamiętny wyraz. 

Paul jednak nie skończył. Daleko mu było do tego. 

-  Myślisz,  że  wyświadczasz  jej  przysługę,  tkwiąc  tutaj?  -  zapytał.  -  Człowieku,  ty 

tylko nie dajesz jej normalnie żyć... 

- Przestań! - krzyknęłam na Paula i chwyciłam jednocześnie Jesse'a za ramię. 

Dwie rzeczy zdarzyły się jednocześnie. Po pierwsze, drzwi klas dookoła otworzyły się 

nagle i uczniowie zaczęli przemieszczać się między salami na następną lekcję. 

Po drugie, obiema rękami chwyciłam Jesse'a za ramię i zaglądając mu z niepokojem w 

twarz, powiedziałam: 

- Nie słuchaj go. Proszę. Nie dbam o takie rzeczy jak małżeństwo, dzieci. Chcę tylko 

ciebie. 

Było jednak za późno. Widziałam, że jest za późno. Słowa Paula wyraźnie poruszyły 

Jesse'a. Na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego zmieszania. Unikał mojego wzroku. 

- Mówię poważnie - powiedziałam, potrząsając nim rozpaczliwie. - Nie zwracaj uwagi 

na to, co on wygaduje! 

-  Hm,  cześć,  Suze.  -  Głos  Kelly  Prescott  przebił  się  przez  hałas  zatrzaskiwanych 

drzwiczek od szafek i gwar rozmów. - Często gadasz do ściany? 

Zerknęłam  przez  ramię  i  zobaczyłam  ją,  ze  złośliwym  uśmieszkiem  na  ustach,  w 

otoczeniu  gromadki  Wiedźm  z  Carmelu.  Zdawałam  sobie,  oczywiście,  sprawę  z  tego,  jaki 

widok miały przed sobą. Stałam z rękami uniesionymi w górę, ściskając powietrze i mówiąc 

do kolumny. 

Jakby  moja  reputacja  osoby  pokręconej  nie  była  dostatecznie  Ugruntowana.  Teraz 

faktycznie mogłam sprawiać wrażenie kogoś, kto stracił kontakt z rzeczywistością. 

Kiedy  odwróciłam  głowę,  żeby  powiedzieć  Jesse'owi,  że  później  dokończymy 

rozmowę, było za późno. Zdążył już zniknąć. 

Opuściłam  ręce  i  odwróciłam  się  w  stronę  Paula,  który  stal  tam,  gdzie  przedtem.  Na 

jego twarzy malował się gniew, zakłopotanie, ale i zadowolenie z siebie. 

- Wielkie dzięki - powiedziałam. 

- Nie ma za co. - Odszedł, pogwizdując. 

background image

-  Czy  w  tym  jest  pszenica?  -  zapytała  mnie  drobna  kobieta  w  ogromnych  okularach 

przeciwsłonecznych, podnosząc do góry czekoladowe ciasteczko. 

- Tak - zapewniłam. 

- A w tym? - Wskazała herbatniki. 

- Tak - powiedziałam. 

- A co z tym? - Meksykańskie ciasteczko weselne. 

- Też. 

- Chcesz powiedzieć - zapytała oburzona - że pszenica jest we wszystkich wypiekach, 

jakie macie? 

Opuściłam krzesło. Kołysałam się na nim z nudów, żeby sprawdzić, jak bardzo mogę 

je odchylić, żeby się nie przewrócić. 

-  Bo  Tyler  nie  je  pszenicy  -  ciągnęła  kobieta,  przytulając  stojącego  obok, 

pucołowatego chłopczyka. Zamrugał w moją stronę niebieskimi oczkami spomiędzy palców 

matki z doskonałym manikiurem. - Jest na diecie bezglutenowej. 

- Proszę spróbować tego - powiedziałam, wskazując batoniki cytrynowe. 

-  Czy  zawierają  nabiał?  -  zapytała  podejrzliwie  kobieta.  -  Bo  nie  daję  Tylerowi 

również produktów z laktozą. 

-  Ani  laktozy,  ani  glutenu,  przysięgam  -  powiedziałam.  Kobieta  wyjęła  dolara,  a  ja 

podałam jej batoniki. Wręczyła jeden Tylerowi, który przyjrzał mu się uważnie, wbił w niego 

zęby...  po  czym  obdarzył  mnie  olśniewającym  uśmiechem  -  niewątpliwie  pierwszym  tego 

dnia  -  podczas  gdy  matka  ujęła  go  za  rękę  i  poszła  dalej.  Shannon,  sprzedająca  ze  mną 

wypieki, zrobiła wystraszoną minę. 

- W tych batonikach jest i pszenica, i nabiał - zauważyła. 

- Wiem. - Ponownie odchyliłam krzesło. - Zrobiło mi się żal tego małego. 

- Ale... 

-  Nie  powiedziała  wcale,  że  jest  uczulony.  Powiedziała  tylko,  że  mu  nie  daje  tych 

rzeczy. Biedny dzieciak. 

-  Suu  -  uuze  -  stwierdziła  ósmoklasistka,  przeciągając  moje  unię.  -  Ale  jesteś 

niesamowita. Twój brat Davidek mówił, że taka jesteś, ale nie wierzyłam. 

-  Och,  jestem  niesamowita,  zgadza  się  -  odparłam.  Dziwnie  było  słyszeć,  jak  ktoś 

nazywa mojego brata „Davidkiem”. Dla mnie był poważnym Davidem. 

background image

- Tak, jesteś taka - stwierdziła Shannon ze śmiertelną powagą. 

Wszystko  jedno.  Takie  już  moje  pieskie  życie,  że  sterczę  na  szkolnym  kiermaszu, 

podczas  gdy  reszta  świata  cieszy  się  cudowną  sobotą.  Niebo  nad  głową  było  tak  błękitne  i 

pozbawione  chmur,  że  aż  kłuło  w  oczy.  Temperatura  utrzymywała  się  w  granicach 

przyjemnych  dwudziestu  jeden  stopni.  Piękny  dzień  na  plażę  albo  cappuccino  w  kafejce  na 

powietrzu, albo nawet na spacer. 

A  gdzie  ja  byłam?  O,  tak,  warowałam  z  uczniami  ósmej  klasy  przy  stoisku  z 

wypiekami na aukcji staroci zorganizowanej na terenie Misji, z której dochód przeznaczono 

na cele dobroczynne. 

-  Nie  mogłam  uwierzyć,  kiedy  siostra  Ernestyna  powiedziała  nam,  że  będziesz 

pomagać  przy  stoisku  -  mówiła  Shannon.  Osmoklasistka,  jak  się  przekonałam,  nie  była 

nieśmiała.  Lubiła  rozmawiać.  Bardzo.  -  Jesteś  przecież  z  jedenastej  klasy,  i  w  ogóle.  No  i 

wiesz, jesteś taka niesamowita. 

Niesamowita. Tak, zgadza się. 

Nie spodziewałam się tylu ludzi na aukcji. Och, pewnie, kilkorga rodziców, chcących 

pokazać, jak interesują się szkołą dzieci. Ale nie bandy zapalonych kolekcjonerów antyków. 

A  właśnie  tacy  ludzie  przyszli.  Byli  wszędzie,  zupełnie  nieznani  mi  ludzie, 

spacerujący  tu  i  tam,  popatrujący  na  przedmioty  wystawiane  na  licytację,  wymieniający 

konspiracyjne szepty. Od czasu do czasu któryś przystawał przy naszym stoisku i dawał dolca 

w  zamian  za  herbatnik  Rice  Krispies  czy  coś  podobnego.  Przeważnie  jednak  gapili  się  na 

przyszłe trofea... W tym wypadku stanowiła je obrzydliwa klatka na ptaki z wikliny albo stary 

zegarek  z  Myszką  Miki,  albo  szklana  kula  z  mostem  Golden  Gate,  albo  jeszcze  jakiś  inny 

śmieć. 

Licytowanie  rozpoczęło  się  z  opóźnieniem,  ponieważ  to  wielebny  miał  być  osobą 

prowadzącą.  Nie  wyszedł  jednak  jeszcze  ze  śpiączki  i  w  związku  z  tym  siostra  Ernestyna 

wykonała kilka gorączkowych telefonów w poszukiwaniu jakiegoś godnego zastępcy. 

Można  sobie  wyobrazić  moje  zaskoczenie,  kiedy  wspięła  się  na  podwyższenie  na 

dziedzińcu  i  oznajmiła  do  mikrofonu  rzeszy  zbieraczy  staroci,  że  z  powodu  nieobecności 

wielebnego  licytację  poprowadzi  nie  kto  inny,  jak  Andy  Ackerman,  prezenter  popularnego 

programu w telewizji kablowej poświęconego majsterkowaniu... 

...i mój ojczym. 

Andy  wszedł  na  podium,  machając  dyskretnie  ręką,  onieśmielony  oklaskami. 

Zmieszana jak nigdy w życiu, zaczęłam się osuwać na krześle... 

background image

Och, ale zaraz, było coś bardziej żenującego niż własny ojczym prowadzący szkolną 

licytację antyków. A mianowicie to, że oklaski pochodziły głównie od kobiety w pierwszym 

rzędzie. 

Mojej matki. 

- Hej - zawołała Shannon. - Czy to nie jest... 

- Tak - przerwałam. - Owszem, jest. 

Parę minut później aukcja się rozpoczęła, a Andy świetnie naśladował oglądanych w 

telewizji  licytatorów,  którzy  potrafią  tak  szybko  mówić.  Wskazywał  na  brzydkie 

pomarańczowe, plastykowe krzesło i oznajmiając, że to „autentyczny Eames”, pytał, czy ktoś 

miałby ochotę postawić na nie sto dolarów. 

Sto dolarów? Nie dałabym za nie paczki herbatników. 

Ale  patrzcie  państwo,  publiczność  zaczęła  podnosić  ręce  i  wkrótce  krzesło  zostało 

sprzedane za trzysta pięćdziesiąt dolców! I nikt nie narzekał, jakie to zdzierstwo. 

Najwidoczniej siostrze Ernestynie udało się przekonać publiczność, że szkoła bardzo 

potrzebuje  funduszy  na  renowację  boiska  do  siatkówki,  bo  ludzie  wyrzucali  pieniądze  na 

zupełnie bezwartościowe śmiecie. Na własne oczy widziałam, jak ciotka Cee Cee, Pru, i mój 

wychowawca pan Walden rywalizują o wyjątkowo paskudną lampę. Kupiła ją ciotka Pru - za 

sto  siedemdziesiąt  pięć  zielonych  -  a  potem  podeszła  do  pana  Waldena,  pewnie  żeby  się 

chełpić.  Tylko  że  parę  minut  później  zobaczyłam,  jak  piją  lemoniadę  i  rozmawiają  ze 

śmiechem,  jak  podsłuchałam,  o  zorganizowaniu  wspólnej  opieki  nad  lampą,  jakby  to  było 

dziecko jakiejś rozwiedzionej pary. Na ich widok Shannon zawołała: 

- Ach, czy to nie słodkie? 

Nie,  w  żaden  sposób.  Zupełnie  nie  jest  słodkie  to,  że  dziwaczna  ciotka  twojej 

przyjaciółki wpada z wzajemnością w oko twojemu szkolnemu wychowawcy, a ty sama nie 

możesz  nawet  liczyć  na  telefon  od  swojego  chłopaka,  ponieważ  -  zgadnijcie?  -  on  jest 

przypadkiem duchem i nie ma telefonu. 

Co  nie  znaczy,  że  gdyby  Jesse  zadzwonił,  miałabym  mu  dużo  do  powiedzenia.  Co 

niby  miałaby  mu  powiedzieć:  „Och,  a  tak  przy  okazji,  Paul  chce  odbyć  podróż  w  czasie  i 

spowodować, że nie umrzesz. A ja zamierzam go powstrzymać. Ponieważ chce, abyś włóczył 

się  zawieszony  w  próżni  przez  sto  pięćdziesiąt  lat,  żebyśmy  mogli  się  całować  w 

samochodzie mojej mamy W porządku? Pa!” 

Poza  tym,  to  wyglądało  mało  prawdopodobnie.  To  znaczy,  ta  podróż  Paula.  On  nie 

miał  tego  przedmiotu  -  kotwicy,  o  którym  wspominał  doktor  Slaski.  Rzeczy,  która 

przeniosłaby go w tamtą noc, kiedy Jesse został zamordowany. 

background image

Tak  się,  w  każdym  razie,  pocieszałam,  dopóki  Andy  nie  podniósł  w  górę  srebrnej 

sprzączki  od  paska,  którą  Brad  znalazł  na  strychu  podczas  sprzątania.  Wtedy,  zaklinowana 

przez  ponad  wiek  między  deskami  podłogi  pod  oknem  na  strychu,  była  tak  brudna  i 

pociemniała  ze  starości,  że  ledwie  rzuciłam  na  nią  okiem.  Andy  wrzucił  ją  do  pudełka  z 

napisem A

UKCJA W 

M

ISJ

,

 

a ja zupełnie o niej zapomniałam. 

Teraz,  kiedy  ją  podniósł,  zalśniła  w  promieniach  popołudniowego  słońca.  Ktoś  ją 

wyczyścił  i  wypolerował.  Andy  opowiadał,  że  to  zabytek  z  czasów,  kiedy  nasz  dom  był 

jedynym  hotelem  w  okolicy  -  tak  naprawdę  był  to  zwykły  zajazd  -  liczący  sobie,  według 

Towarzystwa Historycznego Carmelu, około stu pięćdziesięciu lat. 

Mniej więcej od tylu lat mój chłopak nie żyje. 

-  Ile  dostanę  za  tę  piękną  srebrną  klamrę?  -  pytał  Andy  -  Wspaniały  przykład 

starodawnego rzemiosła. Proszę popatrzeć na wygrawerowane ozdobne D. 

Siedząca obok mnie Shannon odezwała się nagle: 

- Czy twój brat czasem o mnie mówi? To znaczy, Davidek. 

Obserwowałam leniwie ojczyma. Słońce paliło niemiłosiernie i trudno było myśleć o 

czymś innym niż o pójściu na plażę. 

-  Nie  wiem  -  odparłam.  Rozumiałam,  oczywiście,  udrękę  Shannon.  Zadurzyła  się  w 

chłopaku. Chciała tylko wiedzieć, czy nie traci czasu. 

Jako siostra obiektu jej gorących uczuć, myślałam... fuj. A takie o tym, że David jest 

stanowczo za mały, żeby mieć dziewczynę. 

-  Jeden  z  członków  Towarzystwa  Historycznego  -  nie  myśl,  że  cię  nie  widzę,  Bob  - 

ciągnął  Andy  ze  śmiechem  -  uważa  nawet,  że  klamra  mogła  należeć  do  kogoś  z  klanu 

Diegów, bardzo starej i szanowanej rodziny, która osiadła w tych stronach jakieś dwieście lat 

temu. 

Szanowanej,  pożal  się  Boże.  Diegowie  -  a  przynajmniej  duchy  dwojga  członków  tej 

rodziny,  których  miałam  wątpliwą  nieprzyjemność  spotkać  -  byli  wyłącznie  złodziejami  i 

mordercami. 

- Sądzę, że to, a nie tylko piękne wykonanie sprawi - ciągnął Andy - że pewnego dnia 

kolekcjonerzy bardzo się nią zainteresują... kto wie, może nawet dzisiaj! 

- David raczej nie rozmawia w domu o dziewczynach - Zwróciłam się do Shannon. - 

W każdym razie, nie ze mną. 

-  Och.  -  To  ją  strasznie  przygnębiło.  -  Ale  czy  sądzisz...  no,  jeśli  Davidkowi 

spodobałaby się jakaś dziewczyna, to taka, która byłaby podobna do mnie? 

background image

- Zacznijmy licytację tego pięknego wyrobu jubilerskiego od stu dolarów - powiedział 

Andy. - Sto dolarów. W porządku, mamy sto. A co powiecie państwo na sto dwadzieścia pięć 

dolarów? Kto da sto dwadzieścia pięć? 

Myślałam  o  tym,  o  co  pytała  mnie  Shannon.  David  i  dziewczyna?  Najmłodszy  z 

przyrodnich braci. Nie mogłam go sobie wyobrazić z dziewczyną, tak samo jak za kierownicą 

samochodu czy grającego w piłkę. To po prostu nie ten typ. 

-  Trzysta  pięćdziesiąt  -  usłyszałam  głos  Andy'ego.  -  Czy  dobrze  słyszę,  trzysta 

pięćdziesiąt? 

Przypuszczam jednak, że pewnego dnia David poprowadzi samochód. Ja na przykład 

teraz jeżdżę, ale były czasy, kiedy moja rodzina wątpiła, czy to kiedyś nastąpi. Było logiczne, 

że pewnego dnia David skończy szesnaście lat i będzie robił to, co starsi bracia, Jake i Brad, i 

ja... No, wiecie, zrobi prawo jazdy. Będzie wkuwał matmę. Całował się z przedstawicielkami 

płci przeciwnej. 

-  Mój  Boże,  Bob  -  powiedział  Andy  do  mikrofonu.  -  Nie  żartowałeś,  mówiąc,  jak 

znaczący,  będzie  ten  przedmiot  dla  dzisiejszej  licytacji,  prawda?  Już  osiągnął  siedemset 

dolarów. Czy ktoś... Dobrze, siedemset pięćdziesiąt. Czy dobrze usłyszałem: osiemset? 

- Pewnie - zwróciłam się do Shannon. - Dlaczego miałabyś się nie podobać Davidowi? 

To znaczy, zakładając, że ktoś mu się jakoś szczególnie podoba. A nie mówię, że tak jest. O 

ile mi wiadomo. 

-  Naprawdę?  -  zmartwiła  się  Shannon.  -  Bo  Davidek  jest  taki  mądry.  Myślę,  że 

podobają mu się tylko inteligentne dziewczyny. A mnie matematyka nie idzie zbyt dobrze. 

- Jestem pewna, że David nie dbałby o coś takiego - powiedziałam, chociaż wcale nie 

byłam o tym przekonana. - Pod warunkiem, że jesteś, no wiesz, miłą osobą, i w ogóle. 

- Naprawdę? - Shannon zaczerwieniła się ślicznie. - Naprawdę tak myślisz? 

Boże, co ja powiedziałam? 

Na szczęście w tej chwili Andy opuścił młotek z hałasem i odwrócił uwagę Shannon, 

krzycząc: 

- Sprzedane za tysiąc sto dolarów! 

- Ojej - powiedziała Shannon. - To dużo pieniędzy. 

Nie  tylko  ona  była  zaskoczona.  Przez  tłum  przeleciał  pomruk  zdumienia.  Jak  dotąd, 

żaden  ze  staroci  nie  osiągnął  takiej  ceny  nawet  w  przybliżeniu.  Wyciągnęłam  szyję,  żeby 

zobaczyć co za kretyn ma tyle kasy, że wyrzuca ją w błoto, i zdziwiłam się, widząc, że Andy 

nadal trzyma klamrę znalezioną u nas na strychu... 

...a Paul Slater, właśnie on, przedziera się przez tłum, żeby ją odebrać. 

background image

Patrzyłam,  jak  wyraźnie  zadowolony,  potrząsa  ręką  Andy'ego,  bierze  klamrę,  a 

następnie wyciąga książeczkę czekową. Co za dupek, pomyślałam. Od dawna wiedziałam, że 

Paul jest dziwakiem. Ale żeby wywalać ciężko zarobione pieniądze - no, może nie tak ciężko, 

bo z pewnością płacił za klamrę pieniędzmi ukradzionymi Gutierrezom - na takiego śmiecia... 

Przecież to było chore. 

Nie  trzymało  się  kupy.  Dlaczego  Paul  Slater  wydawał  tysiąc  sto  dolarów  na  starą, 

zniszczoną  klamrę  od  paska...  nawet  jeśli  ją  wyczyszczono  i  nawet  jeśli  należała  kiedyś  do 

kogoś z klanu Diegów? 

Wtedy  nagle,  jakby  ktoś  walnął  mnie  w  głowę  młotkiem  licytatora,  wbijając  w  nią 

trochę rozumu, wszystko stało się jasne. 

Poczułam  się  tak,  jakbym  miała  za  chwilę  zwrócić  te  wszystkie  ciastka  i  ciasteczka, 

którymi  napychałyśmy  się  za  plecami  siostry  Ernestyny.  Chyba  było  to  po  mnie  widać,  bo 

Shannon nagle wciągnęła głośno powietrze i zapytała: 

- Dobrze się czujesz? 

- Nieświeży baton cytrynowy - powiedziałam. - Zaraz wrócę. - Wstałam i zaczęłam się 

przedzierać  pośpiesznie  od  stoiska  z  wypiekami,  za  rzędami  rozkładanych  krzeseł,  wzdłuż 

przejścia aż do podwyższenia, gdzie Paul odbierał swój łup. 

Zanim zdołałam do niego dotrzeć, ktoś chwycił mnie za ramię. 

Serce  biło  mi  tak  mocno  z  powodu  Paula  i  jego  planów  niedopuszczenia  do  śmierci 

mojego chłopaka, że podskoczyłam na kilometr do góry, tak się przestraszyłam. 

Okazało się, że to tylko moja matka. 

- Susie, kochanie - powiedziała, uśmiechając się anielsko w stronę Andy'ego. - Czy to 

nie świetna zabawa? A Andy radzi sobie znakomicie, prawda? 

- Eee... Tak, mamo - powiedziałam. 

- To urodzony aktor, nie sądzisz? 

Ależ ona go kocha. Jakie to śmieszne. Miłe. Ale jednak śmieszne. 

- Owszem. Posłuchaj, mamo, muszę... 

Nie musiałam się niepokoić. Paul sam mnie znalazł. 

-  Suze  -  odezwał  się,  schodząc  po  schodkach  z  podium.  Spóźniłam  się.  Dokonał 

transakcji. W dłoni trzymał klamrę. - Cieszę się, że cię widzę. 

- Muszę z tobą porozmawiać - powiedziałam z większym naciskiem, niż zamierzałam, 

ponieważ moja matka i siostra Ernestyna, stojąca w pobliżu z jeszcze ciepłym czekiem Paula 

w ręce, odwróciły się i spojrzały na mnie pytająco. 

- Susie, kochanie - powiedziała mama. - Dobrze się czujesz? 

background image

- Wszystko w porządku - zapewniłam pośpiesznie. Czy to było widać? Czy wiedziały, 

że serce wali mi jak młotem, a w ustach mam sucho jak na pustyni? - Muszę tylko pilnie po-

rozmawiać z Paulem. 

- A kto zajmuje się stoiskiem? - zapytała siostra Ernestyna. 

-  Shannon  nad  wszystkim  panuje  -  powiedziałam,  ujmując  Paula  pod  ramię. 

Przyglądał  się  nam  -  mamie,  siostrze  Ernestynie  i  mnie  -  z  lekko  ironicznym  uśmiechem, 

jakby bawiło go wszystko, co mówimy. 

-  Dobrze,  ale  nie  zostawiaj  jej  samej  zbyt  długo  -  upomniała  mnie  surowym  głosem 

siostra  Ernestyna.  Wiedziałam,  że  niezupełnie  to  chciałaby  powiedzieć,  ale  na  więcej  nie 

mogła sobie pozwolić w obecności mojej matki. 

- Zaraz wrócę, siostro - powiedziałam. 

A potem odciągnęłam Paula daleko od podwyższenia i składanych krzeseł, za jeden ze 

stołów z rzeczami przeznaczonymi do licytacji. 

- Co ty wyprawiasz? - syknęłam, jak tylko znaleźliśmy się poza zasięgiem słuchu. 

- Hej, Suze - powiedział z nadal rozbawioną miną. - Też mi miło, że się spotkaliśmy. 

-  Nie  wygłupiaj  się.  -  Mówiłam  z  trudem  ze  względu  na  suchość  w  ustach,  ale  nie 

zamierzałam się poddać. - Po co kupiłeś tę klamrę? 

-  To?  -  Paul  otworzył  dłoń.  Srebro  błysnęło  w  promieniach  słońca,  a  potem  palce 

Paula z powrotem zacisnęły się na klamrze. - Och, nie wiem. Kupiłem ją, bo jest taka ładna. 

-  Taka  ładna,  że  warta  tysiąc  sto  dolarów?  -  Patrzyłam  na  niego  wściekła  i  miałam 

nadzieję,  że  nie  zauważy,  jak  się  trzęsę.  -  Daj  spokój,  Paul.  Nie  jestem  głupia.  Wiem, 

dlaczego ją kupiłeś. 

- Naprawdę? - Uśmiech Paula dzisiaj wyjątkowo działał mi na nerwy. - Oświeć mnie 

zatem. 

- Tylko że to ci się nie uda. - Serce tłukło mi się o żebra, ale wiedziałam, że nie ma 

odwrotu. - Nazwisko Jesse'a to de Silva. A więc S a nie D. To nie jego klamra. 

Spodziewałam  się,  że  ta  informacja  zmyje  z  twarzy  Paula  nieznośny  uśmieszek.  Ale 

tak się nie stało. Kąciki jego ust ani drgnęły. 

-  Wiem,  że  to  nie  jest  klamra  Jesse'a  -  oznajmił  spokojnie.  -  Co  jeszcze,  Suze?  Czy 

mogę odejść? 

Wytrzeszczyłam  na  niego  oczy.  Czułam,  jak  krew  zaczyna  płynąć  mi  wolniej,  a 

okropny  szum  w  uszach,  który  się  pojawił,  kiedy  zrozumiałam,  że  to  on  jest  nowym 

właścicielem klamry, nagle zniknął. Po raz pierwszy od dobrych paru minut byłam w stanie 

wziąć głęboki oddech. Przedtem czułam się jak ryba na piasku. 

background image

-  A  więc...  więc  wiesz  -  powiedziałam  z  dziwaczną  ulgą  -  wiesz,  że  nie  możesz  jej 

użyć, żeby cofnąć... cofnąć się w czasie i uratować Jesse'a. 

- Oczywiście - powiedział Paul, uśmiechając się szerzej niż przedtem. - Zamierzam jej 

użyć, żeby cofnąć się w czasie i powstrzymać mordercę Jesse'a. Cześć, Suze. 

background image

10 

Diego.  Feliks  Diego,  człowiek,  który  zabił  mojego  chłopaka  na  prośbę  Marii, 

nienawistnej  narzeczonej  Jesse'a.  Chciała  poślubić  Diega,  handlarza  niewolników  i 

najemnego mordercę, zamiast mężczyzny, którego wybrał jej ojciec, swojego kuzyna (fuj!). 

Jesse  nie  dotarł  na  ślub.  A  to  dlatego,  że  zginął  po  drodze.  Zabił  go  Feliks  Diego, 

chociaż nikt w tamtych czasach o tym nie wiedział. Nigdy nie znaleziono jego ciała. Ludzie - 

nawet jego własna rodzina - uznali, że wolał raczej uciec, niż ożenić się z kobietą, której nie 

kochał i która też nie darzyła go uczuciem. Maria wyszła za mąż za Feliksa i razem spłodzili 

gromadę dzieciaków, które również wyrosły na morderców i złodziei. 

Nie tak dawno temu na żądanie Paula ta para złożyła mi wizytę. Paul spotkał przedtem 

ducha Diega. Właściwie to go wezwał. 

A teraz Paul chciał przeszkodzić Diego w zabiciu Jesse'a... prawdopodobnie zabijając 

samego  Diega.  Zmiennikom  łatwo  jest  zabijać  ludzi.  Wystarczy  usunąć  duszę  z  ciała, 

odprowadzić ją do tak zwanej stacji przejściowej, gdzie ważą się ich dalsze losy - cokolwiek 

by to miało być, niebo,  piekło, kolejne życie - i  tyle. Potem z powrotem  na ziemię. Jeszcze 

jedna niewyjaśniona śmierć, jeszcze jedno ciało w kostnicy. 

Albo, w wypadku Diega, lodownia, ponieważ około 1850 roku w Kalifornii nie było 

kostnic. 

Tylko  że  to  nie  miało  się  tak  potoczyć.  Nie  zamierzałam  do  tego  dopuścić.  Och, 

pewnie, Diego zasługiwał na śmierć. Był skończonym draniem. W końcu to on zabił mojego 

chłopaka. 

Gdyby jednak Diego umarł, to by znaczyło, że Jesse pozostanie wśród żywych. 

A wtedy nigdy bym go nie spotkała. 

Wiedziałam,  naturalnie,  że  sama  nie  powstrzymam  Paula  -  chyba  że  go  zabiję. 

Potrzebowałam wsparcia. 

Na  szczęście  wiedziałam,  gdzie  go  szukać.  Jak  tylko  licytacja  dobiegła  końca  i 

zabrzmiało  zwięzłe  „Możecie  odejść”  siostry  Ernestyny,  zostałyśmy  z  Shannon  zwolnione, 

pobiegłam  do  samochodu  mamy,  który  mi  wspaniałomyślnie  pożyczyła  w  nagrodę  za  moją 

„dobrowolną”  pomoc  w  Misji.  Paul  odszedł  w  sekundę  po  rzuceniu  swojej  małej  bomby  o 

powstrzymaniu Diega. Nie miałam pojęcia, dokąd się udał. 

Ale wiedziałam, gdzie szukać odpowiedzi na to pytanie. 

background image

Kiedy  wjechałam  na  Scienic  Drive,  słońce  właśnie  zachodziło,  malując  niebo  na 

zachodzie  na  ciemnopomarańczowo,  a  morzu  nadając  barwę  płomieni.  Okna  drogich 

nadmorskich willi odbijały światło słońca, więc nie sposób było zobaczyć wnętrza. 

Ale  i  tak  wiedziałam,  że  za  lśniącymi  szybami  rodziny  siadają  właśnie  do  kolacji... 

rodziny  takie  jak  moja.  Za  to,  co  robiłam,  groziły  mi  poważne  kłopoty...  oczywiście  nie 

dlatego,  że  próbowałam  powstrzymać  Paula  przed  uratowaniem  życia  mojemu  chłopakowi, 

ale dlatego że nie stawiłam się na kolację. Andy nic zna się na żartach, jeśli chodzi o rodzinne 

posiłki. 

Ale  czy  miałam  inne  wyjście?  Chodziło  o  życie.  No,  dobrze,  życie  odrażającego 

mordercy, który zasługiwał na śmierć. Ale to nieważne. Należało powstrzymać Paula. 

A znałam tylko jednego człowieka, którego mógłby, ewentualnie, posłuchać. 

Kiedy  jednak  wjechałam  na  podjazd  przed  domem  Slaterów.  stwierdziłam,  że 

niepotrzebnie panikowałam. Stał tam nie tylko srebrny kabriolet bmw Paula, ale też czerwony 

porsche boxster, którego znałam aż za dobrze. 

Wiedziałam,  że  Paul  w  najbliższym  czasie  nie  będzie  podróżować  po  innych 

wymiarach. 

Zaparkowałam za boxsterem i pobiegłam po schodach do drzwi nowoczesnego domu, 

a tam oparłam się na dzwonku. Znad morza nadlatywał chłodny, rześki wiaterek. Kiedy się go 

wdychało, czuło się niemal, że świat jest cudownym miejscem... wszystko, co wydzielało taki 

czysty i świeży zapach musiało być dobre, prawda? 

Nieprawda.  Wody  w  Zatoce  Carmelu  potrafią  być  zdradliwe,  pełne  niebezpiecznych 

wirów, które wciągnęły w śmiertelną pułapkę setki niespodziewających się niczego turystów. 

To,  że  Paul  mieszkał  tutaj,  o  parę  metrów  od  tego  morderczego  żywiołu,  nie  wydawało  się 

przypadkowe. 

Osobiście  otworzył  drzwi.  Widocznie  spodziewał  się  dostawy  czegoś  do  jedzenia,  a 

nie mojego przybycia, ponieważ miał ze sobą portfel. 

Trzeba  mu  przyznać,  że  kiedy  stwierdził,  że  to  ja,  a  nie,  powiedzmy,  mój  przyrodni 

brat  Jake  z  pizzą  z  Peninsula  Pizza,  powieka  mu  nawet  nie  drgnęła.  Wsunął  portfel  z 

powrotem  do  kieszeni  starannie  wyprasowanych  bojówek  i,  uśmiechając  się  nieznacznie, 

powiedział: 

- Suze. Czemu zawdzięczam tę przyjemność? 

-  Nie  obiecuj  sobie  za  dużo  -  odparłam.  Przy  odrobinie  szczęścia  mógł  wziąć  moją 

nagłą chrypkę za przejaw lekceważenia, a nie za to, czym naprawdę była, czyli strach. - Nie 

przyszłam, żeby się z tobą zobaczyć. 

background image

-  Paul?  -  Znajomy  głos  odezwał  się  w  głębi  domu,  cieniutki  niczym  dźwięk 

wietrznych  dzwonków.  -  Sprawdź,  czy  dodali  więcej  tych...  no,  wiesz.  Jak  to  się  nazywa. 

Gorących dodatków. 

Paul obejrzał się przez ramię. Kelly Prescott - bosa, z ramiączkami wyjątkowo skąpej 

sukienki od Betsey Johnson zsuniętymi z ramion - schodziła po schodach. 

- Och - mruknęła, kiedy zobaczyła, że to ja, a nie pizza. - Suze. Co ty tu robisz? 

- Przepraszam, że przeszkadzam - powiedziałam, mając nadzieję, że nie domyśla się, 

jak  szybko  bije  mi  serce  pod  konserwatywną  białą  bluzką,  którą  włożyłam,  żeby  ułagodzić 

siostrę Ernestynę. - Muszę chwilę porozmawiać z dziadkiem Paula. 

-  Dziadkiem  Świrkiem?  -  Kelly  spojrzała  pytająco  na  Paula.  -  Mówiłeś,  że  on  nie 

może rozmawiać! 

-  Zdaje  się  -  powiedział  Paul  z  uśmieszkiem  rozbawienia,  który  nie  opuszczał  jego 

twarzy - że może. Ale tylko z Suze. 

Kelly rzuciła mi jadowite spojrzenie. 

- Rany, Suze - powiedziała. - Nie wiedziałam, że tak gustujesz w staruszkach. 

-  To  cała  ja  -  odparłam  ze  śmiechem  i  z  nadzieją,  że  nie  brzmiał  on  w  ich  uszach 

równie nerwowo jak w moich. - Przyjaciółka staruszków. Więc... mogę wejść? 

Spodziewałam  się,  że  Paul  może  się  nie  zgodzić.  Musiał  przecież  wiedzieć,  po  co 

przyszłam.  Musiał  wiedzieć,  że  chciałam  porozmawiać  z  doktorem  Slaskim,  żeby  się 

przekonać,  czy  nie  ma  jakiegoś  sposobu  przeszkodzenia  jego  wnukowi  w  igraniu  z 

przeszłością... i narobieniu bałagan w moim obecnym życiu. 

Zamiast jednak rozzłościć się, czy choćby lekko zdenerwować, Paul otworzył szerzej 

drzwi i zaprosił mnie do środka. 

- Gość w dom... 

Zdobyłam  się  na  uśmiech  pod  adresem  Kelly,  kiedy  przechodziłam  obok  niej  w 

drodze  na  piętro.  Nie  odwzajemniła  go.  Zrozumiałam  dlaczego,  kiedy  znalazłam  się  w 

salonie.  W  kominku  palił  się  ogień,  a  na  chromowo  -  szklanym  stoliku  przy  długiej,  niskiej 

kanapie stały kieliszki do brandy. Najwyraźniej przerwałam im słodkie sam - na - sam. 

Usiłowałam nie brać tego do siebie, że Paul nigdy nie częstował mnie brandy ani też 

nie palił w kominku podczas moich licznych wizyt. Ostatecznie, nie jestem wolna. A jednak 

uznałam,  że  mocno  przesadził.  Kelly  od  tak  dawna  durzyła  się  w  nim,  że  zadowoliłaby  się 

suszoną wołowiną z lemoniadą, a co dopiero ogniem na kominku i courvoisierem. 

background image

Minęłam  salon  i  ruszyłam  długim  korytarzem  prowadzącym  do  pokoju  doktora 

Slaskiego.  Z  daleka  słyszałam  kanał  rozrywkowy.  Słodki  głosik  Boba  Parkera  musiał 

stwarzać przyjemny akompaniament do intymnych spotkań Paula i Kelly. 

Zapukałam  do  drzwi,  na  wypadek  gdyby  starszy  pan  był  akurat  myty,  czy  coś.  Nikt 

nie  poprosił,  żebym  weszła,  więc  popchnęłam  lekko  uchylone  drzwi.  Pielęgniarz  leżał  w 

fotelu  w  rogu  pokoju,  ucinając  sobie,  prawdopodobnie  dobrze  zasłużoną,  drzemkę.  Doktor 

Slaski, na szpitalnym łóżku, również wydawał się drzemać. 

Było  mi  niezręcznie,  oczywiście,  przerywać  mu  sen,  ale  jaki  miałam  wybór?  Chyba 

dobrze  robiłem,  zawiadamiając  go,  że  jego  wnuk  ma  ochotę  zmienić  bieg  historii,  czyli 

dokonać czegoś, co doktor Slaski uznawał za krańcowo niebezpieczne? 

- Doktorze Slaski - szepnęłam, tak żeby nie obudzić pielęgniarza. - Doktorze Slaski? 

Nie śpi pan? To ja, Suze. Suze Simon. Muszę pana zapytać o coś naprawdę ważnego. 

Doktor Slaski otworzył jedno oko i spojrzał na mnie. 

- Lepiej - zaświszczał (z jego oddechem było chyba coś nie w porządku) - żeby to było 

coś dobrego. 

- Nie jest - zapewniłam. - Żadna dobra wiadomość, w każdym razie. Chodzi o Paula. 

Doktor Slaski skierował wzrok na sufit. 

- Czemu mnie to nie dziwi? 

- Chodzi o to - powiedziałam, siadając na krześle przy łóżku - że odkryłam, dlaczego 

Paul chce cofnąć się w czasie. Powieki doktora Slaskiego uniosły się nieco wyżej. 

- Żeby uchronić ludzkość przed okrucieństwami Stalina? - wychrypiał. 

- Hm. Nie - powiedziałam. - Żeby nie dopuścić do śmierci mojego chłopaka. 

Dziadek Paula zamrugał zamglonymi oczami. 

- A to jest coś złego, ponieważ...? 

- Ponieważ, jeśli Paul cofnie się w czasie i uratuje Jesse'a - szepnęłam, tak żeby to nie 

dotarło do uszu pielęgniarza - nigdy go nie spotkam! 

- Paula? 

- Nie. - Nie mogłam uwierzyć. - Jesse'a! Doktor Slaski oblizał popękane wargi. 

- Ponieważ - wycharczał - Jesse nie... 

-  Nie  żyje,  jasne?  -  Zerknęłam  z  niepokojem  na  wciąż  pogrążonego  we  śnie 

pielęgniarza. - Jesse nie żyje. Mój chłopak jest duchem. 

Doktor Slaski powoli opuścił powieki. 

-  Nie  mam  -  westchnął  -  cierpliwości  do  tego  wszystkiego.  Nie  czuję  się  dzisiaj 

najlepiej. 

background image

- Doktorze Slaski! - Pochyliłam się, dotykając jego ramienia. 

- Proszę, musi mi pan pomóc. Proszę powiedzieć Paulowi, że nie może tego zrobić. Ze 

nie może bawić się w podróżowanie w czasie. Ze to niebezpieczne, że skończy tak jak pan. 

Proszę mu coś powiedzieć, cokolwiek. Musi go pan powstrzymać, zanim zrujnuje mi życie! 

Doktor Slaski, z zamkniętymi oczyma, pokręcił powoli głową. 

-  Zwracasz  się  do  niewłaściwej  osoby  -  oznajmił.  -  Nie  mam  kontroli  nad  tym 

chłopakiem. Nigdy nie miałem. I nie będę miał. 

-  Ale  może  pan  spróbować,  doktorze  Slaski  -  krzyknęłam.  -  Proszę,  musi  pan  to 

zrobić! Jeśli uratuje Jesse'a... jeśli mu się uda... 

-  Serce  ci  pęknie.  -  Doktor  Slaski  otworzył  oczy  i  wpatrywał  się  we  mnie.  -  Twoje 

życie nie będzie nic warte. 

- Tak! 

- Ile ty masz lat? - zainteresował się. - Piętnaście? Szesnaście? Naprawdę sądzisz, że 

twoje życie się skończy, jeśli chłopak, w którym się zadurzyłaś - nawet nie chłopak, duch! - 

przypadkiem zniknie? Za rok, zresztą i tak nie będziesz o nim pamiętać. 

- To nieprawda - syknęłam przez zaciśnięte zęby. - To, co łączy mnie i Jesse'a... to coś 

wyjątkowego. Paul o tym wie. Dlatego próbuje to zniszczyć. 

Doktor Slaski wyraźnie się zainteresował. 

-  Doprawdy?  -  zapytał  z  pewnym  ożywieniem.  -  A  dlaczego,  jak  myślisz,  chce  to 

zrobić? 

- Ponieważ... - Byłam zakłopotana, że muszę mówić o tym, ale nie widziałam innego 

wyjścia.  Wzięłam  głęboki  oddech.  -  Bo  on  uważa,  że  powinniśmy  być  razem.  On  i  ja.  Bo 

jesteśmy pośrednikami. 

Suche,  pokryte  brązowymi  plamami  usta  doktora  Slaskiego  rozciągnęły  się  w 

uśmiechu. 

- Zmiennikami - sprostował. 

- Zmiennikami - powtórzyłam. - Wszystko jedno. To nie jest w porządku i pan o tym 

wie. 

-  Wręcz  przeciwnie  -  stwierdził  doktor  Slaski,  pokasłując.  -  To  chyba  najmądrzejsza 

rzecz,  jaką  ten  chłopak  dotąd  zrobił.  I  do  tego  romantyczna.  Niemal  przywraca  mi  wiarę  w 

niego. 

- Doktorze Slaski! 

background image

- A poza tym, to co jest w tym złego? - Doktor Slaski patrzył na mnie z gniewem. - Ja 

mam wrażenie, że on ci oddaje przysługę. Albo raczej twojemu chłopakowi. Myślisz, że ten 

Jessup... 

- Jesse. 

-  Myślisz,  że  ten  Jesse  lubi  być  duchem?  Poniewierać  się  przez  całą  wieczność  w 

niebycie,  patrzeć,  jak  przeżywasz  swoje  życie,  podczas  gdy  on  jest  zawieszony  w  próżni, 

nigdy się nie starzejąc, nigdy nie mając okazji znowu poczuć smaku ciasta z jagodami. Czy 

takiego życia mu życzysz? Musisz go bardzo kochać, jeśli tak jest. 

Ton jego głosu sprawił, że poczułam gorąco na policzkach. 

-  Oczywiście,  że  nie  chcę  dla  niego  takiego  losu  -  zaprzeczyłam  gwałtownie.  -  Ale 

jeśli alternatywą byłoby nigdy go nie spotkać - no, to tego też nie chcę. I on też nie! 

- Ale nie zapytałaś go o to, prawda? 

- No, ja... 

- Zapytałaś? 

- Cóż. - Spuściłam wzrok, bo nie mogłam wytrzymać jego spojrzenia. - Nie. Nie, nie 

zapytałam. 

-  Tak  też  myślałem  -  stwierdził  doktor  Slaski.  -  Wiem  też  dlaczego.  Boisz  się,  co 

mógłby odpowiedzieć. Boisz się, że mógłby wybrać jednak życie. 

Spojrzałam na niego gniewnie. 

- To nieprawda! 

- Prawda i wiesz o tym. Boisz się, że chciałby raczej przeżyć swoje życie, takie, jakie 

miało być, nigdy cię nie spotkawszy... 

- Musi być jakieś inne wyjście! - prawie krzyknęłam. - Nie może być tylko jedno albo 

drugie. Paul mówił coś o transferze dusz... 

- Ach. Ale do tego potrzebujesz ciała, do którego można by przenieść duszę. 

Przyszła mi do głowy ponura myśl - o Paulu. 

- Chyba mam jedno. 

Doktor Slaski jakby czytał w moich myślach: 

- Ale tego nie zrobisz. Uniosłam brwi. 

- Nie? 

-  Nie  -  odparł.  Jego  głos  brzmiał  coraz  słabiej.  -  Nie  zrobisz  tego.  On  tak.  Gdyby 

sądził, że w ten sposób coś osiągnie. Ale nie ty. Nie masz tego w sobie. 

- Mam - powiedziałam, starając się, żeby mój głos zabrzmiał pewnie. 

Doktor Slaski potrząsnął znowu głową. 

background image

-  Nie  jesteś  taka  jak  on  -  powiedział.  -  Czy  ja.  Nie  ma  się  o  co  obrażać.  To  dobrze. 

Będziesz dłużej żyć. 

- Może - powiedziałam, wpatrując się w swoje dłonie oczami pełnymi łez. - Ale co z 

tego, skoro nie będę szczęśliwa. 

Doktor Slaski milczał przez chwilę. Jego oddech stał się tak chrapliwy, że po minucie 

czy dwóch pomyślałam, że zasnął i podniosłam głowę, przestraszona. 

Ale nie spał. Patrzył cały czas na mnie. 

- Kochasz tego chłopca? - zapytał w końcu. 

- Jesse'a? - Skinęłam głową, nie mogąc mówić. 

-  Jest  coś,  co  mogłabyś  zrobić  -  wysapał.  -  Sam  tego  nigdy  nie  zrobiłem,  ale 

słyszałem, że to możliwe. Oczywiście, nie polecam tego. To prawdopodobnie krótsza droga 

na cmentarz, gdzie ja się wkrótce znajdę. 

Pochyliłam się na krześle. 

- Co to jest? - zawołałam. - Proszę mi powiedzieć. Zrobię wszystko... wszystko! 

-  Coś,  co  by  nie  wymagało  cudzej  śmierci  -  powiedział  doktor  Slaski  i  dostał  ataku 

kaszlu, który trwał chyba wieki. Kiedy w końcu koszmarne, wstrząsające jego ciałem skurcze 

minęły, powiedział: 

- Kiedy będziesz wracać... 

- Wracać? W czasie, tak? 

Nie odpowiedział. Patrzył tylko w sufit. 

- Doktorze Slaski? Wracać z podróży w czasie? To pan miał na myśli? 

Doktor Slaski nie dokończył zdania. Bo kiedy doszedł do połowy, szczęka mu opadła, 

oczy zamknęły się i zapadł w głęboki sen. 

Tak przynajmniej sądziłam. 

Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Już  miał  mi  udzielić  jakiejś  cennej  rady,  w  jaki  sposób 

uratować Jesse'a i nagle sen go zmorzył? O co tu chodzi? 

Dotknęłam jego ręki w nadziei, że się obudzi. 

- Doktorze Slaski? - zawołałam trochę głośniej. Kiedy nie odpowiedział, wpadłam w 

panikę. - Doktorze Slaski? - krzyknęłam. - Doktorze Slaski, proszę się obudzić! 

Mój krzyk wyrwał z drzemki chrapiącego pielęgniarza. Zerwał się z fotela, wołając: 

- Co? Co się dzieje? 

-  Nie  wiem  -  wyjąkałam.  -  On...  on  się  nie  budzi.  Dłonie  pielęgniarza  natychmiast 

zaczęły krążyć nad ciałem dziadka Paula, badając puls, poprawiając kroplówkę... 

A potem pochylił się nad starcem i zaczął mu ugniatać klatkę piersiową. 

background image

- Dzwoń 9 - 1 - 1 - wrzasnął do mnie Stałam, nic nie rozumiejąc. 

-  Rozmawiał  ze  mną  -  powiedziałam.  -  Prowadziliśmy  zupełnie  normalną  rozmowę. 

Co prawda, dużo kasłał, ale... ale czuł się dobrze. A potem znienacka... 

Pielęgniarz musiał powtórzyć: 

- Wezwij 9 - 1 - 1! Dzwoń po karetkę! 

Wtedy  dopiero  zauważyłam  telefon  w  pokoju.  Podniosłam  słuchawkę  i  wykręciłam 

numer.  Poprosiłam  o  przysłanie  karetki  i  podałam  adres.  W  tym  czasie,  za  moimi  plecami, 

pielęgniarz  nałożył  doktorowi  Slaskiemu  maskę  tlenową  na  twarz,  a  teraz  napełniał  czymś 

strzykawkę. 

- Nie rozumiem - powtarzał. - Godzinę temu wszystko było w porządku. W zupełnym 

porządku! 

Ja  też  nie  rozumiałam.  Chyba  że  doktor  Slaski  był  poważniej  chory,  niż  na  to 

wyglądał. 

Nie  miałam  tam  już  nic  do  roboty,  więc  uznałam,  że  lepiej  będzie,  jak  sobie  pójdę  i 

zawiadomię  Paula,  że  jego  dziadek  miał  jakiś  atak.  Wróciłam  do  salonu  w  porę,  żeby 

zobaczyć, jak Kelly, siedząca obok Paula na kanapie, z nogami na jego kolanach, pakuje mu 

język w usta... Chętnie zapłaciłabym, żeby mi oszczędzono tego widoku. 

- Ehm - mruknęłam z holu. 

Kelly odsunęła się nieznacznie od Paula i popatrzyła na mnie ze złością. 

-  Czego  chcesz?  -  zapytała.  Biorąc  pod  uwagę  jej  wrogość  w  stosunku  do  mnie,  aż 

trudno uwierzyć, że sprawowałyśmy obecnie funkcje przewodniczącej i wiceprzewodniczącej 

samorządu trzeciej klasy i codziennie (no dobrze, co tydzień) musiałyśmy się spotykać, żeby 

omawiać ważne kwestie, na przykład, dokąd udać się na szkolną wycieczkę albo jakie kwiaty 

zamówić na szkolny bal wiosenny. 

Nie zwracając uwagi na nią, oznajmiłam: 

- Paul, twój dziadek dostał chyba ataku serca. 

Spojrzał na mnie na pół przymkniętymi oczami. Ta Kelly musi mieć niezłą siłę ssącą. 

- Co? - zapytał głupio. 

-  Twój  dziadek.  -  Odsunęłam  kosmyk  włosów  z  oczu.  Miałam  nadzieję,  że  nie 

zauważy, jak bardzo drży mi ręka. - Karetka jest już w drodze. Miał wylew, czy coś takiego. 

Paul  nie  wyglądał  na  zaskoczonego.  Mruknął  „och”  tonem  jakby  lekkiego 

rozczarowania, ale bardziej chyba z powodu przerwanej sesji całowania z Kelly niż z powodu 

dziadka, który jak wszystko na to wskazywało, umierał. 

- Nie odchodź - powiedział Paul, wyplątując się z nóg Kelly. 

background image

-  Paul  -  zawołała  Kelly.  Udało  jej  się  rozciągnąć  jego  imię  do  dwóch  sylab,  tak  że 

wyszło coś w rodzaju „Popol”. 

-  Wybacz,  Kelly  -  powiedział  Paul,  poklepując  ją  dobrodusznie  w  łydkę.  -  Dziadek 

Świrek znowu przedawkował medykamenty. Muszę się tym zająć. 

Kelly wydęła wdzięcznie usta. 

- Ale jeszcze nawet nie przywieźli pizzy! 

- Musimy wziąć na wstrzymanie, kotku. „Kotku”. Zadrżałam. 

A potem uświadomiłam  sobie, co on właściwie powiedział. Kiedy przechodził obok, 

kierując się do pokoju dziadka, złapałam go za ramię. 

- Co masz na myśli, mówiąc, że przedawkował leki? - syknęłam. 

- Hm - odparł Paul, uśmiechając się półgębkiem. - Bo tak właśnie się stało? 

- Skąd wiesz? Nie widziałeś się z nim nawet! 

- Hm - mruknął, uśmiechając się szerzej. - Być może nawet jakoś w tym pomogłem. 

Cofnęłam rękę, jakby jego skóra nagle zaczęła mnie parzyć. 

- Zrobiłeś to? - Nie mogłam w to uwierzyć. 

A powinnam. Naprawdę powinnam. Bo to był Paul. 

- Na Boga, Paul, dlaczego? 

- Wiedziałem, że przyjdziesz się z nim zobaczyć po dzisiejszej licytacji - powiedział, 

wzruszając ramionami. - A szczerze mówiąc, nie są mi potrzebne kłopoty ze strony staruszka. 

Teraz pozwolisz, że cię przeproszę... 

Potem  ruszył  spacerkiem  do  pokoju  dziadka.  Patrzyłam  za  nim;  z  trudem  do  mnie 

docierało to, co przed chwilą usłyszałam. 

A jednak... 

A  jednak  miało  sens.  To  w  końcu  był  Paul.  Chłopak,  którego  poglądy  w  dziedzinie 

etyki wydawały się dużo bardziej niż zwichnięte. 

Z pustką w głowie wróciłam do salonu, gdzie Kelly właśnie wkładała buty i piszczała 

do telefonu: 

- Nie, mówię ci, wpadła tutaj, domagając się wyjaśnień, co robię z jej chłopakiem. No, 

dobra, nie powiedziała tego dokładnie w ten sposób. Wymyśliła historyjkę o tym, jak to chce 

porozmawiać  z  dziadkiem  Paula.  Tak,  wiem,  z  tym,  który  nie  jest  w  stanie  mówić.  Wiem, 

słyszałaś kiedyś żałośniejszą wymówkę? A potem ona... - Kelly podniosła głowę, napotykając 

mój wzrok. - Och, przepraszam, Deb, muszę kończyć, zadzwonię później. - Rozłączyła się i 

spojrzała na mnie z gniewem, nie ruszając się z miejsca. - Dzięki - powiedziała w końcu - że 

zepsułaś wieczór, który zapowiadał się naprawdę miło. 

background image

Kusiło  mnie,  żeby  powiedzieć  jej  prawdę  -  że  niczego  nie  zepsułam.  To  Paul, 

najwyraźniej,  podał  dziadkowi  zwiększoną  dawkę  leków.  Tak  mi  to,  w  każdym  razie, 

przedstawił. 

Ale po co miałam się wysilać? I tak by mi nie uwierzyła. 

-  Przepraszam  -  powiedziałam  tylko,  idąc  w  stronę  drzwi.  Kiedy  je  otworzyłam,  na 

progu stał mój przyrodni brat Jake, z pudełkiem pizzy w ręku. 

- Peninsula Pizza, to będzie dwadzieścia siedem dziewięćdziesiąt... - Głos mu zamarł, 

kiedy dotarło do niego, że to ja. - Suze? Co ty tu robisz? 

- Właśnie wychodzę. 

- Tak, dobrze, tak będzie lepiej. - Jake spojrzał na zegarek. - Spóźnisz się na kolację. 

Tata cię zabije. 

Jeszcze jedna przyjemność, której nie mogę się doczekać. 

-  Kelly  -  zawołałam  w  stronę  schodów.  -  Jest  pizza!  -  A  do  Jake'a  powiedziałam:  - 

Mam nadzieję, że pamiętałeś o ostrej papryce. I wyszłam. 

background image

11 

Z powodu licytacji Andy spóźnił się z kolacją i wyszło na to, że zjawiłam się w porę. 

Mama nie mogła zrozumieć, dlaczego tak cicho zachowuję się przy stole. Przestraszyła się, że 

za długo siedziałam na słońcu, pilnując stoiska z wypiekami. 

-  Siostra  Ernestyna  powinna  była  dać  wam  przynajmniej  parasol  -  powiedziała, 

zabierając  się  do  przyrządzonej  przez  Andy'ego  polędwicy  wieprzowej.  -  Ta  dziewczynka, 

która z tobą siedziała... jak jej było na imię? 

- Shannon. 

Ale nie ja to powiedziałam. To był David. 

-  Tak,  Shannon  -  powiedziała  mama.  -  Jest  ruda  jak  David.  Za  dużo  słońca  szkodzi 

ludziom o tym kolorze włosów. Mam nadzieję, że miała jakiś daszek na głowie. 

Spodziewałam  się,  że  David  wystąpi,  jak  zwykle,  z  komentarzem  -  na  przykład 

statystyką przypadków raka skóry u uczniów klasy ósmej w północnej Kalifornii, czy czymś 

takim.  Miał  głowę  pełną  bezużytecznych  informacji  tego  rodzaju.  David  jednak  milczał, 

przerzucając  ugniecione  ziemniaki  z  jednej  strony  talerza  na  drugą.  Brad,  który  zjadł  już 

własne oraz te, które zostały na półmisku, zawołał: 

- Człowieku, jesz to, czy się bawisz? Jeśli ich nie chcesz, daj je mnie. 

-  Davidzie  -  powiedział  Andy.  -  Dokończ,  co  masz  na  talerza.  David  nabrał  łyżką 

ziemniaki i zjadł je. 

Spojrzenie  Brada  przeniosło  się  natychmiast  na  mój  talerz.  Wyraz  nadziei  zniknął 

jednak, kiedy zobaczył, jaki jest czysty. Nie dlatego, oczywiście, że ja tak wszystko zmiotłam. 

Wcale nic. 

Miałam  jednak  Maksa,  rodzinnego  psa  -  zsyp  na  śmiecie  u  boku,  i  niesamowitą 

wprawę w podrzucaniu mu tego, czego sama nie mogłam przełknąć. 

- Mogę przeprosić? - zapytałam. - Może rzeczywiście trochę się przegrzałam... 

- Twoja kolej Suze, żeby włożyć naczynia do zmywarki - oświadczył Brad. 

- Nieprawda. - Nie do wiary. Czy ci ludzie nie zdawali sobie sprawy, że miałam dużo 

ważniejsze  sprawy  na  głowie  niż  głupie  zajęcia  domowe?  Musiałam  dopilnować,  żeby  mój 

chłopak umarł, tak jak to się stało. - Moja była w zeszłym tygodniu. 

-  O,  nie  -  powiedział  Brad.  -  Zamieniliście  się  z  Jakiem  na  tygodnie,  nie  pamiętasz? 

Ponieważ on w tym tygodniu pracuje po południu. 

Rzeczywiście tak było - widziałam dowód na własne oczy dzisiaj, u Paula. 

background image

-  W  porządku  -  powiedziałam,  odsuwając  krzesło  i  omal  nic  tratując  przy  okazji 

Maksa. - Zajmę się tym. 

- Dziękuję, Susie - powiedziała mama z uśmiechem, kiedy zabierałam jej talerz. 

Nie  byłam  równie  uprzejma.  Mruknęłam  „nieważne”  i  poszłam  do  kuchni  ze  stertą 

talerzy  i  nieodstępującym  mnie  psem.  Maks  uwielbia,  kiedy  na  mnie  przypada  kolej 

zmywania naczyń, ponieważ wszystkie resztki zeskrobuję do jego miski, zamiast do kosza. 

Ale tego wieczoru nie byliśmy z Maksem sami w kuchni. 

Mimo że nie od razu zauważyłam obecność kogoś trzeciego, zorientowałam się, że coś 

jest nie tak, kiedy Maks nagle podniósł głowę znad miski i uciekł z podkulonym ogonem, nie 

dokończywszy  jedzenia.  Tylko  jedno  było  w  stanie  zmusić  Maksa  do  zostawienia 

niedojedzonej wieprzowiny - przybysz z zaświatów. 

Zmaterializował się w chwilę później. 

- Cześć, dzieciaku - powiedział. - Jak leci? 

Nie krzyknęłam, czy coś. Po prostu nalałam Cytrynowej Radości do garnka, w którym 

Andy gotował ziemniaki, i napełniłam go gorącą wodą. 

-  Świetnie  wybrany  moment,  tato  -  powiedziałam.  -  Wpadłeś  tylko,  żeby  się 

przywitać, czy też doszły cię plotki, że cierpię akurat duchowe katusze? 

- Uśmiechnął się. Nie wyglądał inaczej niż w dniu, w którym Umarł... Nie inaczej niż 

za każdym razem, kiedy mnie nawiedzał od tamtej pory. Nadal nosił koszulkę, w której umarł 

- koszulkę, którą przez tyle lat trzymałam pod poduszką. 

- Słyszałem, że masz... jakieś problemy - powiedział tata. 

Tak  to  jest  z  duchami.  Kiedy  nie  nawiedzają  ludzi,  siedzą  sobie  w  wymiarze 

duchowym i plotkują. Tata poznał nawet Jesse'a... Czasami nawet boję się o tym myśleć. 

No i, oczywiście, po śmierci... cóż... nie ma się specjalnie dużo do roboty. Zdawałam 

sobie sprawę, że tata poświęca dużo wolnego czasu na szpiegowanie mnie. 

- Trochę upłynęło, odkąd ostatnio gawędziliśmy - ciągnął, rozglądając się z uznaniem 

po  kuchni.  Jego  spojrzenie  padło  na  rozsuwane  szklane  drzwi  i  saunę  za  nimi.  Gwizdnął  z 

wrażenia. - To coś nowego. 

-  Andy  ją  zbudował  -  powiedziałam.  Zabrałam  się  do  szklanej  brytfanki,  w  której 

Andy piekl wieprzowinę. 

- Czy jest coś, czego ten facet nie potrafi? - zapytał tata. W jego słowach zabrzmiała 

ironia. Tata nie lubi Andy'ego. W każdym razie, niespecjalnie. 

- Nie - odparłam. - Andy jest bardzo utalentowany. I nie mam pojęcia, co widziałeś - 

czy słyszałeś - ale u mnie wszystko gra, tato. Poważnie. 

background image

- Nie oczekiwałem niczego innego. - Tata przyjrzał się uważnie blatom kuchennym. - 

Czy to prawdziwy granit? Czy może imitacja? 

- Tato. - O mało nie rzuciłam w niego ścierką. - Przestań grać na zwłokę i powiedz, co 

masz do powiedzenia. Bo jeśli to jest to, o czym myślę, to nic z tego. 

- A myślisz, że co? - zapytał tata, krzyżując ręce na piersi i opierając się o kuchenny 

blat. 

- Nie dopuszczę do tego, tato - oznajmiłam. - Po prostu nie. 

Tata  westchnął.  Nie  dlatego,  że  się  zasmucił.  Westchnął  ze  szczęścia.  Za  życia  był 

prawnikiem. Po śmierci nadal uwielbiał interesujące dyskusje. 

- Jesse zasługuje na jeszcze jedną szansę - powiedział. - Oboje o tym wiemy. 

-  Jeśli  on  nie  umrze  -  odparłam,  atakując  garnek  po  ziemniakach  z  większym 

zacięciem, niż to było konieczne - nigdy go nie spotkam. To samo dotyczy ciebie. 

Tata uniósł brwi. 

- To samo... och, chcesz powiedzieć, że myślałaś o uratowaniu mnie? - Wyraźnie się 

ucieszył. - Suze, to najmilsza rzecz, jaką od ciebie kiedykolwiek usłyszałem. 

To wystarczyło. Tych parę słów. Coś we mnie nagle jakby pękło i po chwili płakałam 

już w jego ramionach... po cichu, tak żeby nikt w domu nie usłyszał. 

-  Och,  tato  -  łkałam  w  jego  koszulkę.  -  Nie  wiem,  co  robić.  Chcę,  żebyś  wrócił. 

Naprawdę. 

Tata pogłaskał mnie po włosach i powiedział najmilszym na świecie głosem: 

- Wiem. Wiem, że chcesz, dzieciaku. To tylko wzmogło mój płacz. 

- Ale jeśli cię uratuję - chlipałam - nigdy go nie spotkam. 

- Wiem - powtórzył tata. - Susie, ja wiem. 

-  Co  mam  zrobić,  tato?  -  zapytałam,  odrywając  głowę  od  jego  piersi  i  usiłując  się 

opanować  -  koszulkę  miał  już,  praktycznie,  przemoczoną.  -  Jestem  taka  skołowana.  Pomóż 

mi. Proszę. 

-  Susie.  -  Tata  uśmiechnął  się,  nadal  czule  gładząc  moje  włosy.  -  Nigdy  nie 

przypuszczałem,  że  doczekam  dnia,  kiedy  akurat  ty  przyznasz,  że  potrzebujesz  pomocy. 

Zwłaszcza ode mnie. 

Otarłam pięścią łzy nadal spływające mi po twarzy. 

-  Oczywiście,  że  cię  potrzebuję,  tato  -  szepnęłam.  -  Zawsze  cię  potrzebowałam. 

Zawsze będę potrzebować. 

-  Nie  wiem.  -  Tata,  zamiast  głaskać,  teraz  mierzwił  mi  włosy.  -  Ale  chciałbym 

wiedzieć jedno. To przemieszczanie się w czasie. Czy to niebezpieczne? 

background image

Pociągnęłam nosem. 

- Cóż - powiedziałam. - Tak. 

- A ty naprawdę myślisz - ciągnął tata, mrużąc oczy, tak że  wokół nich pojawiło się 

mnóstwo  zmarszczek  -  że  pozwoliłbym  mojej  małej  dziewczynce  ryzykować  życie,  żeby 

uratować moje? 

- Ale tato... 

-  Nie,  Suze.  -  Zmarszczki  pogłębiły  się.  Tata  wydawał  się  jeszcze  poważniejszy,  niż 

stał się z czasem. - Nie dla mnie. 

Dałbym wszystko, żeby znowu żyć... - Teraz oprócz zmarszczek zauważyłam też łzy 

w jego oczach - ale nie, jeśli to by miało ci zagrażać. Podniosłam na niego oczy - tak samo 

błyszczące od łez, jak jego. 

- Och, tato - powiedziałam. Gardło miałam ściśnięte do bólu. 

Ujął moją twarz w dłonie. 

-  Nie  chciałbym  mówić  w  imieniu  Jesse'a  -  powiedział,  odchylając  moją  głowę,  tak 

żebyśmy  patrzyli  sobie  w  oczy.  -  Ale  chyba  mogę  bezpiecznie  stwierdzić,  że  pomysł 

narażania twojego życia w celu uratowania jego nie spodoba mu się tak samo, jak mnie. A tak 

naprawdę, myślę, że nie spodoba mu się jeszcze bardziej. 

Położyłam ręce na jego dłoniach. 

- Rozumiem to, tato. Naprawdę. I nie cofnę się w czasie dla ciebie, jeśli naprawdę tego 

nie chcesz. Ale... nie mogę mu na to pozwolić, tato. To znaczy Paulowi. 

-  Nie  możesz  mu  pozwolić  uratować  życia  chłopakowi,  którego  podobno  kochasz  - 

powiedział tata z niezbyt uszczęśliwioną miną. - Coś tu wybitnie nie pasuje, Suze. 

-  Wiem,  tato  -  powiedziałam.  -  Ale  ja  go  kocham.  Wiesz  o  tym.  Nie  możesz  żądać, 

żebym  spokojnie  siedziała  i  pozwoliła  Paulowi  to  zrobić.  Jeśli  mu  się  uda,  nie  będę  nawet 

pamiętać, że spotkałam Jesse'a. 

- Zgadza się - stwierdził tata rzeczowym tonem. - Więc to nie będzie bolało. 

- Będzie - upierałam się. - Będzie bolało, tato. Ponieważ w głębi duszy będę wiedziała. 

Będę  wiedziała,  że  był  ktoś...  ktoś,  kogo  miałam  spotkać.  Tylko  że  go  nigdy  nie  spotkam. 

Spędzę resztę życia, czekając, aż się pojawi, ale to nigdy nie nastąpi. Co to za życie, tato, co? 

Co to za życie? 

-  A  co  to  za  życie  -  zapytał  tata  łagodnie  -  dla  Jesse'a  spędzić  wieczność  jako  duch, 

zwłaszcza jeśli tobie stanie się coś złego i umrzesz przed nim? 

-  Wtedy  -  powiedziałam,  siląc  się  na  dowcip  -  będziemy  przynajmniej  mogli  razem 

nawiedzać ludzi przez resztę wieczności. 

background image

- Z Jesse'em, który już nigdy nie pozbędzie się poczucia winy, bo będzie wiedział, że 

przyczynił się do twojej śmierci? Nie sądzę, Suze. 

Tu mnie złapał. Gapiłam się na niego i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. 

- Suze, przez całe swoje życie - ciągnął tata ze współczuciem - zawsze podejmowałaś 

słuszne decyzje. Niekoniecznie najłatwiejsze. Ale właściwe. Nie psuj tego teraz, kiedy stoisz, 

zapewne, wobec najważniejszej decyzji, jaką kiedykolwiek będziesz musiała podjąć. 

Otworzyłam usta, żeby mu powiedzieć, że się myli... że moja decyzja jest słuszna... że 

robię to, czego, w moim przekonaniu, życzyłby sobie Jesse... 

Ale wiedziałam, że to nie ma sensu. 

Zamiast tego powiedziałam: 

- W porządku, tato. Ale jest jedna rzecz, której nie rozumiem. 

- Dlaczego kasztanowy odcień farby do włosów ma takie wzięcie? - Wskazał głową na 

mnie. 

- Hm. - Uśmiechnęłam się mimo woli. - Nie. Nie rozumiem, dlaczego, jeśli uważasz... 

że  miałeś  udane  życie  i  że  tyle  się  nauczyłeś,  odkąd  umarłeś...  Skoro  naprawdę  tak  jest,  to 

czemu jeszcze tu jesteś? 

- Powinnaś wiedzieć. Zamrugałam oczami. 

- Powinnam? Skąd? 

- Bo sama to powiedziałaś. 

- Kiedy... 

- Hm... Suze? 

Odwróciłam  się  na  pięcie  i  zamiast  łagodnych  brązowych  oczu  taty  spojrzałam  w 

niespokojne, niebieskie oczy Davida. 

- Nic ci nie jest? - Na bladej twarzyczce Davida malował się niepokój. - Czy ty... czy 

ty przed chwilą płakałaś? 

-  Oczywiście,  że  nie  -  odparłam,  pospiesznie  chwytając  ścierkę  -  tata  na  szczęście 

zniknął - i wycierając nią policzki. - Wszystko w porządku. A co? 

- Hm... - David rozejrzał się po kuchni z szeroko otwartymi oczami. - Nie... nie jesteś 

sama? 

Poza tatą David jest jedynym członkiem rodziny, który zna prawdę o mnie... a raczej 

sporą jej część. Gdybym powiedziała mu całą prawdę... cóż, pewnie dałby sobie z tym radę, 

mając taki bystry i otwarty umysł. 

Nie sądzę jednak, żeby mu się to spodobało. 

- Teraz tak. - Wiedziałam, co ma na myśli. 

background image

- Przyszedłem tylko po  deser - powiedział David. - Tata powiedział... powiedział, że 

zrobił ciasto z jabłkami. 

- W porządku - stwierdziłam. - Ja już skończyłam. Idę na górę. 

Ruszyłam  do  drzwi,  ale  głos  Davida  -  w  ciągu  paru  ostatnich  miesięcy  zmienił  się  z 

piskliwego na głęboki - zatrzymał mnie w miejscu. 

- Suze, jesteś pewna, że nic ci nie jest? Wydajesz się... smutna. 

-  Smutna?  -  Zerknęłam  na  niego  przez  ramię.  -  Nie  jestem  smutna.  No,  nie  zbyt 

smutna. Tylko... tylko jest coś, co muszę zrobić. - Już postanowiłam, że mimo zastrzeżeń taty, 

nie oddam Jesse'a tak łatwo. - Coś, czego specjalnie nie chcę zrobić. 

-  Och  -  powiedział  David.  Potem  twarz  mu  się  rozjaśniła.  -  No,  to  zrób  to  szybko. 

Wiesz, tak jak się zrywa plaster opatrunkowy. 

Zrób  to  szybko.  Strasznie  bym  chciała.  Nie  miałam  jednak  pojęcia,  na  kiedy  Paul 

planuje  swoją  podróż  w  przeszłość.  Wiedziałam  tylko,  że  mogę  się  obudzić  jutro  rano  bez 

żadnych wspomnień związanych z Jesse'em. 

- Dzięki. - Zdobyłam się przed Davidem na nikły uśmiech. - Będę to miała na uwadze. 

Pół godziny później, kiedy udało mi się wreszcie złapać przez telefon ojca Dominika, 

moją ostatnią deskę ratunku - już się nie uśmiechałam. 

Ojciec  D  wbrew  moim  oczekiwaniom  nie  okazał  zrozumienia  wobec  mojej  męki. 

Myślałam, że wiadomość, którą chciałam się z nim podzielić - że Paul kupił klamrę należącą 

do Feliksa Diega, a potem prawdopodobnie o mało nie otruł własnego dziadka - wzbudzi w 

staruszku iskrę słusznego oburzenia. 

Ojciec  Dominik  jednak  w  tym  wypadku  zgadzał  się  z  tatą.  Jesse  umarł  zbyt  młodo, 

zbyt  gwałtownie.  Miał  prawo  otrzymać  drugą  szansę  życia.  To  moralnie  naganne  z  mojej 

strony usiłować do tego nie dopuścić. 

A  może  był  inny  powód  tego,  że  ojciec  D  zachowywał  się  tak  beztrosko.  Wielebny 

wyszedł już ze śpiączki i wracał powoli do zdrowia. 

- Ha - powiedziałam, kiedy przekazał mi tę radosną, w jego przekonaniu, nowinę. - To 

wspaniale, ojcze D. A co do Paula... 

-  Nie  martwiłbym  się  tym  tak  bardzo,  Susannah  -  powiedział.  -  Przyznaję,  że  źle 

postąpił wobec dziadka - jeśli rzeczywiście zrobił coś takiego... 

- Sam mi powiedział, ojcze D - przerwałam. - No, prawie. 

- Tak. Cóż, wy oboje macie skłonność do, eee, wyolbrzymiania pewnych faktów... 

-  Ojcze  D  -  powiedziałam,  zaciskając  palce  na  słuchawce.  -  Osobiście  wezwałam 

karetkę. 

background image

- Skoro tak mówisz. Ale, Susannah, żeby Paul mógł tego dokonać - odbyć tę podróż w 

czasie, o której wspominałaś - o ile dobrze zrozumiałem, musi znaleźć się dokładnie w tym 

miejscu,  gdzie  przebywała  osoba,  którą  chce  zobaczyć,  i  to  w  czasie,  do  którego  pragnie 

wrócić. 

-  Owszem  -  powiedziałam.  -  Więc?  -  Zwykle  nie  byłam  taka  obcesowa  wobec  ojca 

Dominika, ale to były, przyznacie, okoliczności łagodzące. 

- Czy to zatem nie oznacza, że Paul musiałby zacząć podróż w twoim pokoju? - Ojciec 

Dominik  wydawał  się  trochę  roztargniony.  Tak  było  faktycznie.  Pakował  się  właśnie  przed 

powrotem do domu. Zamierzał wrócić do Carmelu jeszcze tej nocy. - Czy to nie tam Diego 

zabił  Jesse'a?  W  twoim pokoju?  Raczej  mało  prawdopodobne,  żeby  Paul  dostał  się  do  two-

jego pokoju, Susannah - ciągnął. - Nie bez twojego pozwolenia. 

Prawie  wypuściłam  słuchawkę  z  rąk.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Niepojęte,  że  nie 

przyszło mi to wcześniej do głowy. 

Bo  ojciec  Dominik  nie  mylił  się.  Paul  nie  mógł  się  cofnąć  w  czasie  do  nocy,  kiedy 

umarł Jesse... chyba że dokonałby drobnego włamania. Bo tylko w ten sposób mógł się dostać 

do mojego pokoju. To był jedyny sposób. 

-  Nie  pomyślałam  o  tym  -  powiedziałam  z  uczuciem  rosnącej  ulgi.  -  Ale  ksiądz  ma 

rację. O, mój Boże, ksiądz ma całkowitą rację. Ojcze Dominiku, jesteś geniuszem! 

- Eee... - mruknął ojciec D. - Dziękuję, Susannah. Tak myślę. Chociaż, gdybyś chciała 

postąpić  właściwie,  pozwoliłabyś  Paulowi  działać,  a  Jesse'owi  przeżyć  swoje  życie  w 

niezakłócony sposób, tak jak miało być... 

- Hm. - Tę śpiewkę już słyszałam i zdążyła mi się znudzić. Na szczęście odezwał się 

sygnał, że ktoś czeka na rozmowę. Znakomite zgranie w czasie. 

-  Ojej,  ktoś  jest  na  drugiej  linii,  ojcze  D  -  powiedziałam.  -  Muszę  kończyć.  Do 

zobaczenia, kiedy ksiądz wróci. 

Rozłączyłam się. Czułam się o wiele lepiej, niż... cóż, po dzisiejszej licytacji. Jesse był 

bezpieczny. Paul nie mógł sprawić, że zniknie, ponieważ w tym celu musiałby mieć dostęp do 

mojego pokoju. Jak inaczej cofnąłby się do 1850 roku? 

Potrzebował jakiegoś miejsca, miejsca, które istniało w roku 1850 i w chwili obecnej. 

Miejsca,  w  którym  kiedyś  przebywał  Feliks  Diego.  Dokąd  mógłby  pójść?  Do  centrum 

handlowego? 

- Halo? - powiedziałam, przełączając się na drugą rozmowę. 

- Suze? - To była Cee Cee, której z podniecenia brakowało tchu. - O, mój Boże, nigdy 

nie uwierzysz, co się właśnie stało. 

background image

-  Co?  -  zapytałam  bez  większego  zainteresowania.  Ponieważ,  no,  naprawdę,  dokąd 

mógłby pójść Paul, jak nie do mojego pokoju? 

- Zaprosił mnie. - Głos Cee Cee drżał. - Adam.  Adam zaprosił mnie na bal zimowy. 

Byliśmy  akurat  w  Coffee  Clutch,  wiesz,  piliśmy  cappuccino  -  pojechałabyś  z  nami,  ale 

wiedziałam, że jesteś na licytacji przez cały dzień... 

- E - he - mruknęłam. 

-  ...i  on  mnie  zaprosił.  Tak  ni  stąd,  ni  zowąd.  Musiałam  wybiec  na  zewnątrz  i 

zadzwonić do ciebie. On jest w środku. Ja tylko... O, mój Boże. Musiałam komuś powiedzieć. 

Zaprosił mnie. 

Poza tym, nic nie wskazuje na to, żeby Paul miał to zrobić w najbliższym czasie. To 

znaczy, cofnąć się w czasie. Nie teraz, kiedy jego dziadek jest w szpitalu. - To wspaniale, Cee 

Cee - powiedziałam do słuchawki. 

-  Chyba  powinnam  wrócić  i  powiedzieć  „tak”  -  ciągnęła  Cee  Cee.  -  Powinnam  się 

zgodzić, prawda? Czy też grać niedostępną? Nie chcę, żeby pomyślał, że tak się do tego palę. 

A to już następny weekend. Właściwie powinien był mnie zaprosić dawno temu... 

Nagle dotarło do mnie, o czym mówi Cee Cee. Parsknęłam śmiechem. 

-  Cee  Cee  -  powiedziałam.  -  Czyś  ty  zgłupiała?  Rozłącz  się,  wejdź  do  środka  i 

powiedz „tak”. 

-  Powinnam  tak  zrobić,  prawda?  Ja  tylko...  Wiesz,  tak  chciałam,  żeby  to  się  stało,  a 

teraz, kiedy się spełniło, ja... cóż, nic mogę w to uwierzyć... 

- Cee Cee! 

- Rozłączam się - powiedziała Cee Cee. Usłyszałam kliknięcie. 

On  i  Kelly  wyglądali  tak  ładnie...  tak  „przyjaźnie”  na  tej  kanapie.  Może  dał  sobie 

spokój. Może już mu przeszło to „bycie ze mną”. 

Może moje życie stanie się znowu normalne. 

Może... 

background image

12 

Czy to tego samego reżysera, który nakręcił Szczęki? - zapytał Jesse. - Nie chce mi 

się w to wierzyć. Sobotni wieczór. Wieczór romantycznych spotkań. No, dobrze, chociaż my 

z  Jesse'em  nie  możemy  praktycznie  nigdzie  wyjść  (bo  jak?),  Jesse  odwiedza  mnie  w 

większość sobotnich wieczorów. Fakt, to nie jest tak romantyczne jak kolacja czy kino. Fakt, 

że musimy być cicho, żeby moja rodzina nie zorientowała się, że nie jestem sama w pokoju. 

Ale przynajmniej jesteśmy razem. 

W ten konkretny sobotni wieczór miałam mnóstwo na głowie, ale nic takiego, o czym 

chciałabym opowiadać Jesse'owi. 

To nie znaczy jednak, że nie mogliśmy spędzić paru godzin, oglądając filmy na wideo. 

W  tej  dziedzinie  Jesse  ma  wiele  do  nadrobienia,  biorąc  pod  uwagę,  że  za  jego  życia  nawet 

jeszcze nie wynaleziono filmów. 

Jak  dotąd,  jego  ulubionym  był  Ojciec  chrzestny.  Zamierzałam  wyleczyć  go  z  tej 

słabości, pokazując mu E. T. Jak można przedkładać Don Corleone nad  Drew  Barrymore w 

wieku sześciu lat? 

Ale sześcioletnie dziecko z trudem przyciągnęło uwagę Jesse'a. 

Szczęki są dużo lepsze - stwierdził. 

Szczęki to z kolei jego drugi ulubiony film. Podobają mu się jednak nie te fragmenty, 

które powinny. Lubi na przykład kawałek, gdzie mężczyźni pokazują sobie nawzajem blizny. 

Nie pytajcie dlaczego. Do tego trzeba pewnie być mężczyzną. 

W końcu wyłączyłam E.T. i powiedziałam: 

- Porozmawiajmy. 

Miałam oczywiście na  myśli: Całujmy się. Wszystko szło jak najlepiej, dopóki Jesse 

nie przestał mnie w pewnym momencie całować i nie powiedział: 

- Byłbym zapomniał. Co Paul robił w Misji dzisiaj wieczorem? Czyżby się nawrócił? 

Zabrzmiało to tak przedziwnie, że aż odsunęłam się nieco od Jesse'a. 

- Co? 

-  Twój  przyjaciel  Paul  -  powiedział  Jesse.  Próbowałam  odsunąć  się  jeszcze  bardziej, 

ale  on  nie  puszczał  mnie.  Było  przyjemnie,  ale  zupełnie  nie  mogłam  się  skoncentrować. 

Zwłaszcza  że  jego  wargi  nadal  muskały  moje,  i  to  w  jaki  sposób.  -  Widziałem  go  całkiem 

niedawno w bazylice... zamkniętej, jak wiesz. Co on tam robił o tej porze, jak sądzisz? Raczej 

nie wygląda na kogoś, kto myślałby o stanie duchownym. Chyba że nagle poczuł powołanie... 

background image

Wyrwałam się z jego ramion. 

Cóż, każdy by tak zrobił, gdyby nagle padł na niego blady strach. 

-  Susannah?  -  Jesse  patrzył  na  mnie  uważnie;  w  jego  ciemnych  oczach  pojawił  się 

niepokój, którego... cóż, którego tam przed chwilą nie było. - Co ci jest? 

- O,  Boże.  - Jak mogłam być taka  głupia? Jak, jak, jak? Siedzę tu i oglądam filmy - 

filmy - z moim chłopakiem, niczego nie podejrzewając. Myśląc, że Paul musiałby przyjść do 

mojego  domu,  żeby  odbyć  podróż  w  czasy  Jesse'a.  Myśląc,  że  inaczej  by  mu  się  nie  udało. 

Myśląc, że nie odważyłby się na to teraz, kiedy jego dziadek jest w szpitalu. Myśląc, że skoro 

spotyka się teraz z Kelly, to po co miałby w ogóle to robić? 

Paul nie troszczył się o dziadka. Nie troszczył się o nikogo ze swojej rodziny i zawsze 

tak było. 

I z pewnością nie obchodziła go Kelly. Dlaczego miałaby go obchodzić? Ona go nie 

rozumiała, nie wiedziała, kim jest naprawdę... 

No  i,  oczywiście,  było  inne  miejsce  istniejące  także  za  czasów  Jesse'a.  Miejsce,  w 

którym Feliks Diego bywał zapewne często za życia. 

Misja. Misja Junipero Serry, zbudowana w XVIII wieku. 

-  Muszę  iść  -  powiedziałam,  gramoląc  się  na  nogi  i  sięgając  po  kurtkę.  Czułam  się 

chora. - Przykro mi, Jesse, ale muszę... 

-  Susannah.  -  Jesse  również  się  podniósł,  chwytając  mnie  za  ramię  stanowczo,  ale 

jednocześnie delikatnie. Jesse nigdy nie sprawiłby mi bólu. Nie specjalnie. - O co chodzi? Co 

się dzieje? Dlaczego to dla ciebie takie ważne, że Paul jest w bazylice? 

- Nie rozumiesz - powiedziałam. Poważnie czułam, że się rozchoruję. To musiało być 

widoczne na mojej twarzy, bo Jesse nagle wzmocnił uścisk... a twarz mu pociemniała. 

- Przekonaj się, querida - powiedział głosem tak twardym, jak dotyk jego ręki. 

Wtedy  nagle  -  nie  potrafię  wytłumaczyć,  jak  to  się  stało  -  wyrzuciłam  z  siebie 

wszystko. 

Nie  chciałam  mu  mówić.  Nie  dlatego,  żeby  go  nie  denerwować.  Boże,  nic  z  tych 

rzeczy. Nie, nie chciałam, żeby się dowiedział, z jak najbardziej egoistycznych pobudek: ze 

strachu, że przyzna rację ojcu Dominikowi i mojemu tacie - że woli szansę na drugie życie niż 

spędzenie wieczności jako duch. 

Ale wyjawiłam wszystko, począwszy od tego, co mi powiedział doktor Slaski, aż po 

rozmowę  telefoniczną  z  ojcem  Dominikiem.  To  był  niepowstrzymany  potok  słów. 

Chciałabym je wepchnąć z powrotem do ust. 

Było jednak za późno. O wiele za późno. 

background image

Jesse  słuchał  nieporuszony;  nie  przerywał,  nawet  kiedy  opowiedziałam  mu  o  moim 

układzie z Paulem: tajemnej umowie dotyczącej środowych „lekcji pośrednictwa” w zamian 

za obietnicę nieodesłania mojego chłopaka w zaświaty. 

-  Ale  teraz  on  nie  chce  cię  zabić,  Jesse  -  powiedziałam  z  goryczą.  -  On  chce  cię 

uratować.  Uratować  ci  życie.  Cofnie  się  w  czasie,  żeby  powstrzymać  Feliksa  Diega  przed 

morderstwem. A jeśli to zrobi... jeśli to zrobi... 

-  Ty  i  ja  nigdy  się  nie  spotkamy.  -  Na  twarzy  Jesse'a  widniał  spokój,  głos  brzmiał 

zwyczajnie. 

Nigdy żadne stwierdzenie tak mnie nie zmroziło. Jakby mi ktoś wbił sztylet w serce. 

-  Tak  -  powiedziałam  gorączkowo.  -  Nie  rozumiesz,  muszę  tam  iść  -  teraz. 

Natychmiast - powstrzymać go. 

-  Nie,  querida  -  powiedział Jesse  tym  samym,  spokojnym  tonem.  -  Nie  możesz  tego 

zrobić. 

Przez  chwilę  ogarnęło  mnie  takie  przerażenie,  że  serce  o  mało  nie  przestało  mi  bić. 

Myślałam, że umrę. 

Jesse  chciał  żyć.  Mój  tata,  ojciec  Dominik,  doktor  Slaski,  Paul...  wszyscy  oni  mieli 

rację.  Wszyscy,  tylko  nie  ja.  Jesse  wolał  życie  od  spotkania  ze  mną;  wolał  żyć,  niż  mnie 

poznać... 

...niż mnie pokochać... 

Powinnam się była domyślić. A może nawet w głębi duszy wiedziałam. Jaki człowiek 

-  zwłaszcza  taki,  który  umarł  w  wieku  Jesse'a,  mając  jakieś  dwadzieścia  lat  -  nie  chciałby 

otrzymać drugiej szansy na życie? Jaki człowiek nie oddałby wszystkiego, żeby ją dostać? 

A co takiego miał Jesse? Nic. Tylko mnie. 

Tata od dawna mnie winił za to, że Jesse nie może przenieść się w inne rejony. Ojciec 

Dominik też tak twierdził... że powinnam go uwolnić, jeśli go kocham. 

A teraz wiedziałam. Jesse woli wolność niż mnie. 

Boże. Byłam głupia. Ależ byłam koszmarnie głupia. 

Jesse puścił moje ramię. 

Spodziewałam  się,  że  usłyszę:  „Nie  możesz  tego  zrobić,  bo  ja  chcę  tej  szansy.  Chcę 

mieć  szansę  na  ponowne  życie”.  Zamiast  tego  powiedział  głosem  tak  zimnym  jak  wiatr  za 

oknem: 

- Nie możesz tego zrobić. On jest niebezpieczny. Ja pójdę. Powstrzymam go. 

Nie  byłam  pewna,  czy  dobrze  usłyszałam.  Czy  powiedział  -  czy  było  możliwe,  że 

powiedział to, co jak sądzę, powiedział? 

background image

-  Jesse  -  odezwałam  się.  -  Chyba  nie  rozumiesz.  On  chce  cię  uratować.  Chce  nie 

dopuścić, żebyś... umarł tamtej nocy. 

- Rozumiem - powiedział Jesse. - Rozumiem, że Paul jest głupcem, który uważa się za 

Pana  Boga.  Nie  wiem,  skąd  u  niego  przekonanie,  że  ma  prawo  bawić  się  moim 

przeznaczeniem. Ale wiem, że mu się nie uda. Jeśli zdołam go powstrzymać. 

Krew  znowu  zaczęła  krążyć  w  moich  żyłach.  Znowu  mogłam  oddychać.  Ogarnęła 

mnie nieopisana ulga. 

Chciał zostać. Jesse chciał zostać. Zostać, bardziej niż żyć. Wolał zostać - ze mną - niż 

żyć. 

-  Nie  zdołasz  -  powiedziałam  głosem,  który  nawet  w  moich  uszach  zabrzmiał 

dziwacznie  piskliwie.  Uczucie  ulgi  wprawiło  mnie  w  stan  oszołomienia.  -  Nie  możesz  go 

powstrzymać, Jesse. Paul... 

- A co ty zamierzasz zrobić, Susannah? - zapytał ostro. Gdybym nawet nie uwierzyła 

przedtem  w  jego  chęć  pozostania  w  tym  miejscu  i  czasie,  ta  szorstkość  przekonałaby  mnie 

ostatecznie. - Namówić go do zmiany planów? Nie. To niebezpieczne. 

Uczucie  do  Jesse'a  napełniło  mnie  odwagą,  o  jaką  nie  podejrzewałam  siebie. 

Narzuciłam skórzaną kurtkę i powiedziałam: 

- Paul nic mi nie zrobi, Jesse. To przecież z mojego powodu on to robi. 

-  Nie  chodzi  mi  o  Paula  -  odparł  Jesse.  -  Mam  na  myśli  podróże  w  czasie.  Slaski 

twierdzi, że to niebezpieczne? 

- Tak, ale... 

- Więc tego nie zrobisz. 

- Jesse, ja się nie boję... 

- Nie - powiedział Jesse. Było coś w jego oczach, co mnie Zaskoczyło. - Ja pójdę. Ty 

zostajesz. Zostaw to mnie. 

- Jesse, nie... 

W sekundę później stwierdziłam, że mówię do ściany. Jesse zniknął. 

Wiedziałam,  oczywiście,  dokąd  się  udał.  Przeniósł  się  do  bazyliki,  żeby  zamienić 

słowo z Paulem. 

A mogłam się założyć, że będzie to słowo poparte pięścią. 

Mogłabym  się  też  założyć,  że  Jesse  zjawi  się  za  późno.  Paula  nie  będzie  w  Misji  w 

momencie, kiedy Jesse zacznie go szukać. 

Albo raczej, będzie. Ale nie w tej bazylice, którą znamy. 

background image

Miałam  tylko  jedno  wyjście.  Nie,  jak  chciał  Jesse,  zwalić  wszystko  na  niego.  Nie, 

kiedy mogłam obudzić się rano bez żadnych wspomnień. 

Wiedziałam, co muszę zrobić. 

Tym  razem  nie  zamierzałam  popełnić  po  raz  kolejny  tego  samego  błędu  i  zasięgać 

czyjejkolwiek opinii. 

Podeszłam  do  łóżka,  podniosłam  poduszkę  i  wyjęłam  miniaturowy  portret  Jesse'a  - 

ten, który podarował niegdyś swojej narzeczonej Marii. Ten, na którym spałam od dnia, kiedy 

go ukradłam... eee... kiedy mi go dano. 

Popatrzyłam  w  ciemne,  spokojne  oczy  Jesse'a,  zamknęłam  oczy  i  wyobraziłam  go 

sobie  -  Jesse'a  w  tym  samym  pokoju  -  tylko  bez  łóżka  z  baldachimem  i  staroświeckiego 

telefonu (dzięki, mamo). 

Nie,  wyobraziłam  go  sobie  tak,  jak  musiał  wyglądać  sto  pięćdziesiąt  lat  wcześniej. 

Bez białych, marszczonych firanek w oknie. Bez zarzuconej poduszeczkami ławy pod oknem. 

Bez dywanu na drewnianej podłodze. Bez - ojej! - łazienki, ale może z... jak to się nazywało? 

Och, tak, nocnikiem? 

Bez  samochodów.  Telefonów.  Komputerów.  Kuchenek  mikrofalowych.  Lodówek. 

Telewizorów. Magnetofonów. Samolotów. Penicyliny. 

Tylko  trawa.  Trawa  i  drzewa,  i  niebo,  drewniane  wozy  z  końmi  i  błoto,  i...  I 

otworzyłam oczy. Byłam na miejscu. 

background image

13 

To był i nie był mój pokój. W miejscu, w którym powinno być łóżko z baldachimem, 

stało  obecnie  łoże  na  mosiężnych  nogach.  Zakrywająca  je  kolorowa  kołdra  doprowadziłaby 

mamę  do  obłędu,  gdyby  wypatrzyła  ją  w  jakimś  sklepie.  Zamiast  toaletki  z  dużym, 

podświetlanym lustrem stała komoda, a na niej miska i dzban z wodą. 

Lustra nigdzie nie zauważyłam, za to na podłodze leżał chodniczek dziergany z... cóż, 

różnych  rzeczy.  Nie  widziałam  zbyt  wyraźnie,  bo  jedynego  światła  dostarczały  promienie 

księżyca  wpadające  przez  okno.  Nie  było  włącznika  elektryczności.  Zaczęłam  go 

instynktownie szukać, kiedy tylko otworzyłam oczy i znalazłam się w głębokim mroku. Tam 

gdzie powinien być włącznik, moja ręka natrafiła na gładką, drewnianą ścianę. 

A to mogło oznaczać tylko jedno. 

Udało mi się. 

Ho ho. 

Ale gdzie był Jesse? Pokój był pusty. Łóżko nie wyglądało, jakby ktoś w nim ostatnio 

spał. 

Czyżbym  przybyła  za  późno?  Jesse  został  już  zabity?  A  może  zjawiłam  się  za 

wcześnie i Jesse jeszcze nie dojechał? 

Mogłam to sprawdzić tylko w jeden sposób. Chwyciłam za klamkę - tyle że zamiast 

klamki była teraz zasuwa - i wyszłam na korytarz. 

Panowała tam niemal atramentowa ciemność. Rzecz jasna, nie było włącznika. Kiedy 

macałam  ścianę,  usiłując  odruchowo  go  znaleźć,  dotknęłam  jakiegoś  obrazka  w  ramce,  czy 

czegoś podobnego... 

...co  natychmiast  zleciało  ze  ściany  i  spowodowało  huk,  chociaż  nie  słyszałam 

dźwięku rozbitego szkła. Nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam znaleźć tego, co zrzuciłam, 

bo  było  za  ciemno.  Ruszyłam  więc  po  schodach,  kierując  się  jedynie  pamięcią  przy 

pokonywaniu różnych zakrętów. 

Zobaczyłam  blask,  zanim  usłyszałam  pośpieszne  kroki  w  dole  schodów.  Zbliżał  się 

jakiś człowiek... człowiek ze świecą. 

Jesse? Czy to mógł być Jesse? 

Kiedy zeszłam na dół, przekonałam się, że to kobieta - i nie ze świecą, tylko z jakąś 

latarenką.  W  pierwszym  odruchu  pomyślałam,  że  jest  strasznie  gruba  -  Boże,  jak  ona  się 

odżywia? Twinkies to oni przecież nie mieli w czasach Jesse'a... eee, to jest, obecnie. 

background image

Potem  jednak  stwierdziłam,  że  ma  na  sobie  coś jak  spódnicę  na  rusztowaniu  i  to,  co 

wzięłam za tuszę, było w rzeczywistości ubraniem. 

- Jezu! - wykrzyknęła kobieta na mój widok. - Skąd się tu wziąłeś? 

Uznałam,  że  lepiej  będzie  zignorować  pytanie.  Zamiast  tego  zapytałam  jak 

najuprzejmiej: 

- Czy Jesse de Silva jest tutaj? 

-  Co?  -  Kobieta  uniosła  latarenkę  wyżej  i  przyjrzała  mi  się  uważniej.  -  Boże  - 

krzyknęła. - Ależ ty jesteś dziewczyną! 

-  Hm  -  mruknęłam.  To  mi  się  wydawało  oczywiste.  Włosy,  ostatecznie,  mam  dość 

długie  i  zawsze  noszę  je  rozpuszczone.  Poza  tym,  jak  zwykle,  użyłam  mascary.  -  Tak,  psze 

pani. Czy Jesse jest tutaj? Bo ja naprawdę muszę z nim pomówić. 

Kobieta  jednak,  zamiast  docenić  moją  uprzejmość,  zacisnęła  mocniej  usta.  Zaraz 

potem podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko, próbując mnie przez nie wykurzyć. 

- Precz - powiedziała. - Precz stąd. Powinnaś wiedzieć, że nie wpuszczamy tu takich 

jak ty. To przyzwoity dom. 

Stałam z wybałuszonymi na nią oczami. Przyzwoity dom? Jasne, że tak. To mój dom. 

- Nie chcę sprawiać kłopotu, psze pani - powiedziałam. Rozumiałam, jakie to dziwne 

zastać  obcą  dziewczynę  we  własnym  domu...  nawet  jeśli  to  był  zajazd.  Który  przypadkiem 

należał do mnie. A przynajmniej do mojej mamy i jej drugiego męża. - Ale naprawdę muszę 

porozmawiać z Jesse'em de Silva. Czy może mi pani powiedzieć, czy... 

- Czy ty mnie bierzesz za głupią? - odezwała się kobieta niezbyt miłym tonem. - Pan 

de Silva nie poświęciłby ani odrobiny czasu... komuś twojego pokroju. Musi porozmawiać z 

Jesse'em de Silva, rzeczywiście! Precz! Precz z mojego domu! 

A  potem,  z  zaskakującą  jak  na  kobietę  w  rozłożystej  spódnicy  siłą,  złapała  mnie  za 

kołnierz skórzanej kurtki i wypchnęła za drzwi. 

- Krzyżyk na drogę - powiedziała i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. 

Nie  byle  jakie  drzwi,  w  dodatku.  Moje  własne  drzwi.  Moje  własne  frontowe  drzwi  - 

drzwi mojego domu. 

Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Z  tego,  co  wiedziałam,  od  Jesse'a  i  z  książek  z  serii 

Domek  na  prerii,  w  XIX  wieku  spędzano  czas  na  ubijaniu  masła  i  głośnym  czytaniu  przy 

kominku. Nie było mowy o złośliwych niewiastach wyrzucających dziewczęta z ich własnego 

domu. 

Przygnębiona, odwróciłam się i ruszyłam po schodkach prowadzących z ganku... 

background image

...i  o  mało  nie  padłam  na  twarz.  Bo  tam,  gdzie  powinny  być  schodki,  żadnych 

schodków  nie  było.  To  znaczy,  pewnego  dnia  będą.  A  poza  światłem  księżyca,  które  w  tej 

chwili,  na  nieszczęście,  nie  dopisało  z  powodu  przemieszczającej  się  chmury,  nie  było 

żadnego  innego  światła.  Poważnie,  panowały  straszliwe  ciemności.  Brakowało  kojącego 

światła latarń - nie byłam nawet pewna, czy w miejscu, gdzie powinna być ulica Sosnowego 

Wzgórza, w ogóle była ulica. 

Odwróciłam  głowę  w  jedną  i  drugą  stronę,  ale  nie  dostrzegłam  świateł  w  oknach... 

ponieważ  z  tego,  co  widziałam,  w  pobliżu  nie  było  żadnych  okien.  Dom,  przed  którym 

stałam, mógł być jedynym domem w tej okolicy... 

I właśnie mnie z niego wyrzucono. Znajdowałam się w 1850 roku i nie miałam dokąd 

pójść ani jak się stamtąd wydostać. Chyba że w staroświecki sposób. 

Mogłam,  jak  sądzę,  udać  się  do  Misji.  Tam  prawdopodobnie  wylądował  Paul. 

Wyciągnęłam  szyję,  wypatrując  znajomej  czerwonej  kopuły  bazyliki,  widocznej  z  ganku 

mojego domu, na Wzgórzach Carmelu. 

Zamiast jednak widoku Doliny Carmelu rozciągającej się u moich stóp, rozbłyskującej 

światełkami  aż  do  ciemnej  płaszczyzny  morza,  zobaczyłam  tylko  mrok  nocy.  Żadnych 

świateł. Żadnej czerwonej kopuły, oświetlonej na użytek turystów. Nic. 

Zapewne,  uświadomiłam  sobie,  nie  było  świateł.  Jeszcze  ich  nie  wynaleziono.  W 

każdym razie żarówek. 

Boże.  Jak  można  było  w  tych  warunkach  gdziekolwiek  trafić?  Czym  się  kierowano, 

jakimiś tam gwiazdami? 

Podniosłam  głowę,  żeby  sprawdzić,  czy  znajdę  może  jakąś  wskazówkę  na  niebie  i 

omal znowu nie zleciałam z ganku. Bo na niebie lśniło więcej gwiazd, niż widziałam w życiu. 

Droga Mleczna bieliła się szeroką smugą, świecąc tak mocno, że prawie zaćmiewała księżyc, 

który wreszcie wysunął się zza chmur. 

Ho,  ho.  Nic  dziwnego,  że  Jesse  nie  wpadał  w  zachwyt,  kiedy  udawało  mi  się 

wypatrzyć Wielki Wóz. 

Westchnęłam. Cóż, nie mogłam nic zrobić, jak tylko ruszyć w stronę Misji z nadzieją, 

że wpadnę na Paula - albo Jesse'a... to znaczy, dawnego Jesse'a - gdzieś po drodze. 

Udało mi się zejść z ganku - po nędznych drewnianych schodkach, nie takich, jak w 

moim „teraz”, betonowych - kiedy to poczułam. Pierwsze ciężkie, zimne krople deszczu. 

Deszczu.  Nie  żartuję.  Spojrzałam  w  górę,  żeby  się  przekonać,  czy  to  taktycznie 

deszcz, a nie zawartość nocnika jakiegoś lokatora z górnego piętra (fuj!), i dostrzegłam zbitą 

background image

masę czarnych chmur nadciągających od strony morza. Byłam tak bardzo zajęta oglądaniem 

gwiazd, że ich wcześniej wcale nie zauważyłam. 

Wspaniale. Przemieszczam się półtora stulecia w czasie i co mnie spotyka za ten trud? 

Wywalenie z własnego domu i deszcz. Prawdziwa ulewa. 

Wysoko  na  niebie  pojawiła  się  błyskawica.  Parę  sekund  później  rozległ  się  długi, 

głęboki pomruk - gdzieś uderzył piorun. 

Bajecznie.  Burza  z  piorunami.  Utknęłam  podczas  dziewiętnastowiecznej  burzy,  nie 

mogąc się nigdzie schronić. 

Wiatr wzmógł się, przynosząc zapach, którego początkowo nie potrafiłam rozpoznać. 

Po jakiejś minucie już wiedziałam. Wspomnienie odżyło w jednej chwili: parę wypadów do 

Central Parku, kiedy jeszcze mieszkałam w Brooklynie. 

Koń. W pobliżu znajdowały się konie. 

A zatem musiała być i stajnia. Prawdopodobnie sucha. Może nawet niestrzeżona przez 

kobiety w obszernych spódnicach, które traktują człowieka jak wyrzutka. 

Kuląc się przed deszczem, który padał coraz mocniej, pobiegłam w tamtym kierunku i 

wkrótce znalazłam się na tyłach domu, przed ogromną stodołą, w miejscu, gdzie Andy zamie-

rzał zrobić basen, kiedy pokończymy szkoły i będzie go na to stać. 

Drzwi  stodoły  były  zamknięte.  Zbliżałam  się  do  nich,  modląc,  żeby  dały  się 

otworzyć... 

Dały się. Odsunęłam jedno skrzydło i wślizgnęłam się do środka, w chwili kiedy niebo 

przecięła kolejna błyskawica i odezwał się, tym razem głośniej, piorun. 

W stodole było przynajmniej sucho. Ciemno jak w grobie, ale sucho. 

Zapach  koni  przybrał  na  sile  -  słyszałam,  jak  wiercą  się  niespokojnie  w  swoich 

boksach, przestraszone hałasem na zewnątrz - ale tłumił go jakiś inny zapach. To chyba siano. 

Jako  dziewczyna  mająca  niewiele  wspólnego  z  wsią,  nie  mogłam  tego  stwierdzić  z  całą 

pewnością. Ale wydawało mi się, że to coś, co chrzęści pod moimi butami, może być sianem. 

No, wszystko szło znakomicie. Przybyłam, żeby uratować życie mojemu chłopakowi - 

a raczej, żeby przeszkodzić komuś innemu w uratowaniu go - a, jak dotąd, udało mi się tylko 

wprawić we wściekłość gospodynię. 

Och, i zmokłam na deszczu. I znalazłam stodołę. 

Świetnie. Doktor Slaski nie żartował, kiedy ostrzegał mnie przed podróżami w czasie. 

Piknik to z pewnością nie był. 

A kiedy w sekundę później wyciągnęłam rękę, żeby wyżąć wodę z włosów, poczułam 

ciężką dłoń na ramieniu... 

background image

Cóż, miałam serdecznie dosyć lat pięćdziesiątych XIX wieku. 

Na szczęście dla mnie, odgłos pioruna stłumił mój krzyk. Inaczej gospodyni albo, co 

gorsza,  jej  mąż,  jeśli  go  miała,  zjawiliby  się  tutaj  w  mgnieniu  oka.  I  nie  skończyłoby  się 

pewnie tylko na strachu. 

- Zamknij się! - szepnął Paul. - Chcesz, żeby zastrzelili nas oboje? 

Obróciłam  się  na  pięcie.  W  ciemności  widziałam  zaledwie  zarys  postaci.  Ale 

wystarczyło, żeby mój puls, przed chwilą galopujący, niemal zamarł. 

-  Co  ty  tu  robisz?  -  zapytałam  z  nadzieją,  że  nie  wyczuje  mojego  zmieszania. 

Wzbudzał  we  mnie  mieszaninę  uczuć:  złość,  że dotarł  tu  przede  mną;  strach,  że  w  ogóle  tu 

był; oraz ulgę na widok znajomej twarzy. 

- A jak myślisz? - Paul rzucił mi coś szorstkiego i ciężkiego. Złapałam to niezręcznie. 

- Co to? 

- Koc. Wytrzyj się. 

Z  wdzięcznością  zarzuciłam  koc  na  ramiona.  Mimo  że  nadal  miałam  na  sobie 

skórzaną kurtkę, dygotałam z zimna. Nie sądzę, żeby tylko z powodu deszczu. 

Koc pachniał silnie końmi. Ale wcale nie było tak źle. 

-  A  zatem  -  powiedział  Paul,  przesuwając  się  w  obręb  światła,  wpadającego  przez 

półotwarte drzwi stodoły, tak żebym mogła zobaczyć jego twarz. - Udało ci się. 

Pociągnęłam  żałośnie  nosem.  Starałam  się  nie  pamiętać,  że  jestem  przemarznięta, 

przemoczona i w stodole. W 1850 roku. 

-  Naprawdę  sądziłeś,  że  ci  się  powiedzie?  -  spytałam,  zadowolona,  że  udało  mi  się 

wreszcie zapanować nad drżeniem głosu. Szczękanie zębami to odrębna sprawa. - Myślałeś, 

że na to pozwolę? 

Paul wzruszył ramionami. 

- Uznałem, że warto spróbować. Wiesz, Suze, nadal są szanse, że mi się uda. Jeszcze 

go tu nie ma. 

- Kogo? - zapytałam głupio. Ciągle zastanawiałam się, jak się pozbyć Paula i odnaleźć 

Jesse'a bez uprzedzania go o tym. 

- Jesse'a - powtórzył Paul tonem, jakby mówił do osoby niedorozwiniętej umysłowo. I 

wiecie co? Chyba rzeczywiście tak jest. -  Zjawiliśmy się o dzień za wcześnie. On będzie tu 

jutro. 

- Skąd wiesz? - zapytałam, ocierając cieknący nos wierzchem dłoni. 

- Rozmawiałem z tą damą. Panią O'Neil. Właścicielką twojego domu. 

background image

-  Rozmawiała  z  tobą?  -  zdziwiłam  się.  -  Ze  mną  nie  chciała  rozmawiać.  Wyrzuciła 

mnie. 

- A co zrobiłaś, zmaterializowałaś się na jej oczach? - zapytał Paul drwiąco. 

- Nie - odparłam. - No, niezupełnie na jej oczach. 

Paul potrząsnął głową. Widziałam jednak, że się lekko uśmiecha. 

- Pewnie niewiele brakowało, żeby dostała ataku serca. Co mogła o tobie pomyśleć? - 

Wskazał ręką na mój strój. 

Przyjrzałam się sobie. W dżinsach i skórzanej kurtce nie przypominałam raczej żadnej 

z  dziewiętnastowiecznych  panienek,  jakie  widziałam  na  filmach.  Albo,  co  istotniejsze,  na 

zdjęciach z tamtej epoki. 

- Powiedziała, że prowadzi przyzwoity dom i że nie powinnam się tam pokazywać  - 

oznajmiłam. 

Poczułam się dotknięta, kiedy Paul wybuchnął śmiechem. 

- Co jest? - zapytałam. 

- Nic - odparł, wciąż się śmiejąc. 

- Powiedz. 

- Dobrze. Tylko się nie wściekaj. Pomyślała, że jesteś panną lekkich obyczajów. 

Posłałam mu gniewne spojrzenie. 

- Nieprawda! 

- Tak było. Mówiłem, żebyś się nie wściekała. 

- Nie jestem ubrana jak burdelmama - stwierdziłam. - Mam na sobie spodnie. 

-  I  właśnie  o  to  chodzi  -  oznajmił  Paul.  -  Szanujące  się  kobiety  w  tym  stuleciu  nie 

noszą  spodni.  Dobrze,  że  Jesse  cię  nie  widział.  Prawdopodobnie  nawet  by  z  tobą  nie 

rozmawiał. 

Miałam tego kompletnie dość. 

- Rozmawiałby. Jesse nie jest taki - warknęłam ze złością. 

-  Nie  ten  Jesse,  którego  znasz  -  powiedział  Paul.  -  Ale  my  nie  mówimy  o  Jessie, 

którego  znasz,  prawda?  Mówimy  o  tym,  który  nigdy  cię  nie  spotkał.  Który  nie  stał  z  boku 

przez sto pięćdziesiąt lat, obserwując, jak świat się zmienia. Mówimy o Jessie, który jest teraz 

w drodze do Carmelu, żeby poślubić dziewczynę swoich... 

- Zamknij się - parsknęłam, zanim dokończył zdanie. 

Paul uśmiechnął się szerzej. 

- Przepraszam. Trochę będziemy musieli poczekać. Nie ma sensu spędzać tego czasu 

na kłótniach. Chodźmy na strych, przesiedzimy tam burzę. 

background image

Zanurzył  się  ponownie  w  ciemnościach.  Usłyszałam  chrzęst  butów  na  drewnianych 

szczeblach. Jeden z koni zarżał. 

- Nie bój się, Suze - zawołał Paul z wysokości jakichś dwóch metrów nad ziemią. - To 

tylko konie. Nie ugryzą. Jeśli nie podejdziesz za blisko. 

Nie to mnie akurat przerażało. Ale nie miałam zamiaru się do tego przyznawać. 

- Chyba zostanę tutaj, na dole - powiedziałam w ciemność, z której dobiegał jego głos. 

- Jak uważasz - odparł Paul. - Jeśli chcesz, żeby cię złapali, to mi tylko ułatwi zadanie. 

Pan  O'Neil  był  tu  niedawno,  żeby  sprawdzić,  czy  z  końmi  wszystko  w  porządku.  Jestem 

jednak  przekonany,  że  nie  zastrzeliłby  dziewczyny.  To  znaczy,  gdyby  w  porę  zdał  sobie 

sprawę z tego, że jesteś dziewczyną. 

To mnie popchnęło w stronę drabiny. 

- Nienawidzę cię - oświadczyłam, wspinając się po szczeblach. 

- Nie, nieprawda - odezwał się Paul z mroku ponad moją głową. Słyszałam śmiech w 

jego głosie. - Ale możesz śmiało tak sobie wmawiać, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej. 

background image

14 

Na strychu było ciepło.  Ciepło i sucho. Nie tylko z powodu siana. Także dlatego, że 

oboje z Paulem siedzieliśmy tak blisko siebie - tylko żeby się ogrzać, zaznaczyłam, kiedy mi 

pokazał wielką, wygrzebaną przez siebie, niszę w sianie. 

-  Nie  chcę  umrzeć  z  zimna  -  oznajmiłam,  gdyż  końska  derka  nie  spełniła  raczej 

zadania. W każdym razie nadal szczękałam mocno zębami, a dżinsy nie schły tak szybko, jak 

bym sobie życzyła. 

- Będę trzymać ręce przy sobie - zapewnił Paul. I, jak na razie, dotrzymywał słowa. 

-  Czegoś  nie  rozumiem  -  powiedziałam,  podczas  gdy  na  zewnątrz  bębnił  deszcz,  a 

niebo  rozjaśniały  od  czasu  do  czasu  błyskawice,  choć  limit  piorunów  na  dzisiejszy  wieczór 

chyba się już wyczerpywał. - Co ty tutaj robisz? Czy nie miałeś szukać Feliksa Diega? Żeby 

go powstrzymać? 

- Owszem. - W ciemności panującej dokoła z trudem dostrzegałam profil Paula - i to 

tylko dzięki światłu przedostającemu się przez szpary w drewnianych ścianach stodoły. 

-  Więc...  dlaczego  tego  nie  robisz?  Chyba  że  -  zdrętwiałam  ze  strachu  -  już  go 

znalazłeś. Ale w takim razie, dlaczego... 

-  Uspokój  się,  Simon  -  powiedział  Paul.  -  Nie  znalazłem  go.  Jeszcze  nie.  Ale  oboje 

wiemy, że zjawi się tu jutro, tak samo jak Jesse. 

Uspokoiłam  się.  No,  przynajmniej  odrobinę.  A  zatem  Paul  nie  dopadł,  jak  na  razie, 

Diega. A to oznaczało, że nadal miałam czas... 

Tylko  na  co?  Co  mogłabym  zrobić,  gdybym  spotkała  Jesse'a?  Nie  mogłabym  mu 

powiedzieć,  żeby  nie  zatrzymywał  się  u  pani  O'Neil,  bo  zginie,  ponieważ  w  gruncie  rzeczy 

chciałam, żeby zginął. Jak inaczej spotkałabym go i umawiała się na randki - w XXI wieku? 

Musiałam się trzymać Paula, i tyle. Trzymać się Paula i nie pozwolić mu powstrzymać 

Diega.  Może  nawet  nie  zobaczę  Jesse'a.  Co  pewnie  byłoby  lepsze.  No,  bo  gdybym  go 

spotkała,  co  takiego  mogłabym  mu  powiedzieć?  A  gdyby,  podobnie  jak  pani  O'Neil,  wziął 

mnie za jakąś damę z półświatka? Tego bym nie zniosła... To mi przypomniało... 

- Czy ludzie zauważą, że nas nie ma? - zapytałam. - To znaczy, w naszym czasie? Czy 

też, kiedy wrócimy, będzie tak, jakby żaden czas w ogóle nie upłynął? 

- Nie wiem. - Miałam wrażenie, że Paul próbował się zdrzemnąć, kiedy się pojawiłam. 

Teraz,  zdaje  się,  usiłował  to  nadrobić  i  moje  niekończące  się  pytania  tylko  go  drażniły.  - 

Czemu nie zapytałaś mojego dziadka? Oboje tak się zaprzyjaźniliście... 

background image

- Nie miałam okazji, nie pamiętasz? - Popatrzyłam na niego z uwagą - w każdym razie 

próbowałam  -  w  ciemności.  Ciągle  nie  wiedziałam,  dlaczego  doktor  Slaski  wybrał  mnie  na 

powierniczkę, a nie swojego wnuka. Może dlatego, że Paul wykorzystuje ludzi. I kradnie. I, 

och, prawda, świadomie podał dziadkowi za dużą dawkę leków. 

- On nie jest taki, za jakiego go bierzesz, Paul - powiedziałam, mając na myśli doktora 

Slaskiego. - Nie jest twoim wrogiem. Jest taki jak my. 

-  Nie  mów  tak.  -  Niebieskie  oczy  Paula  wpiły  się  nagle  we  mnie  poprzez  mrok.  - 

Nigdy. 

-  Dlaczego?  On  jest  pośrednikiem,  Paul.  Zmiennikiem.  Masz  to  prawdopodobnie  po 

nim.  Mnóstwo  wie.  A  jedną  z  rzeczy,  o  których  wie,  jest  to,  że  im  więcej  korzystamy  z... 

naszej mocy... tym większe mamy szanse, żeby skończyć tak jak on... 

- Powiedziałem ci, żebyś tak nie mówiła - warknął Paul. 

- Ale gdybyś tylko dał mu szansę, zamiast nazywać go świrem i celowo... 

-  Nie  jesteśmy  tacy  jak  on,  jasne?  Ty  i  ja?  Jesteśmy  zupełnie  inni.  On  był  głupi. 

Próbował  powiedzieć  ludziom.  Próbował  ich  przekonać,  że  pośrednicy  -  zmiennicy  - 

wszystko jedno - że istniejemy. Wszyscy się z niego śmiali. Mój tata zmienił nazwisko, Suze, 

ponieważ  nikt  by  go  nie  traktował  poważnie,  gdyby  wiedział,  że  jest  spokrewniony  z  kimś, 

kogo uważano za opętanego. Więc nigdy - nigdy więcej - nie mów, że jesteśmy tacy jak on 

albo że skończymy tak jak on. Ja już wiem, jak skończę. Zamrugałam oczami. 

- Och, naprawdę? A jak, mianowicie? 

- Nie tak jak on - zapewnił Paul. - Ja będę taki jak mój tata. 

- Twój tata nie jest pośrednikiem - przypomniałam. 

- Chodzi mi o to, że będę bogaty jak mój tata - powiedział Paul. 

- A niby jak? - zapytałam ze śmiechem. - Okradając ludzi, którym masz pomagać? 

-  A  ty  znowu  swoje  -  powiedział  Paul,  potrząsając  głową.  -  Kto  ci  mówił,  Suze,  że 

mamy pomagać umarłym? Hę? No, kto? 

- Wiesz doskonale, że nie powinieneś brać tych pieniędzy. Nie były twoje. 

-  Owszem.  Tam,  skąd  je  wziąłem,  jest  ich  jeszcze  więcej,  a  w  przeciwieństwie  do 

ciebie  nie  mam  skrupułów,  żeby  je  brać.  Pewnego  dnia  będę  bogaty,  Suze.  I,  inaczej  niż 

dziadek Świrek, zachowam kontrolę. 

-  Chyba  że  zniszczysz  sobie  komórki  mózgowe,  przeskakując  w  przeszłość  i  z 

powrotem - zauważyłam. 

- Tak, owszem. Ale to jednorazowa sprawa. Potem nie będę już miał po co wracać. 

background image

Spojrzałam na jego profil. Pod końską derką dotykaliśmy się tylko bokami. Ale Paul 

wydzielał mnóstwo ciepła. Było mi aż za ciepło pod przykryciem. 

Zdałam sobie wtedy sprawę, że jedynym chłopakiem, obok którego leżałam tak blisko, 

był  Jesse,  a  ciepło,  jakie  wydzielał?  Tak,  wyobrażałam  je  sobie.  Ponieważ  duchy  nie 

wydzielają  ciepła.  Nawet  wobec  pośredników.  Nawet  wobec  pośredników,  którzy  są 

przypadkiem w nich zakochani. 

- To nie w porządku - powiedziałam cicho, patrząc na zamknięte powieki Paula. - To, 

co robisz Jesse'owi. On tego nie chce. 

Paul otworzył oczy. 

- Powiedziałaś mu? 

- Słyszał, jak o tym mówiliśmy - odparłam. - I wcale mu się to nie podoba. Nie chce, 

żebyś się w to mieszał, Paul. Udawał się do Misji, żeby cię zatrzymać, w momencie kiedy ja 

się tutaj zjawiłam. 

Paul przyglądał mi się przez parę sekund; w mroku trudno było odczytać wyraz jego 

oczu. 

-  Sypiasz  z  nim?  -  zapytał  brutalnie.  Otworzyłam  usta;  na  policzkach  poczułam 

gorąco. 

- Oczywiście, że nie! - Potem, uświadamiając sobie, co powiedziałam, wyjąkałam: - T 

- to i tak nie twoja sprawa. 

Paul  jednak,  zamiast  ucieszyć  się,  że  udało  mu  się  wprawić  mnie  z  zakłopotanie, 

czego się spodziewałam, patrzył na mnie z powagą. 

- Wobec tego nie rozumiem - powiedział po prostu. - Dlaczego on? Dlaczego nie ja? 

Och. Więc o to chodzi. 

- Bo on jest uczciwy - powiedziałam. - I jest dobry. I jestem dla niego ważniejsza niż 

cokolwiek innego... 

- Dla mnie też byś była - oznajmił Paul. - Gdybyś dała mi szansę. 

-  Paul  -  powiedziałam.  -  Gdyby  nastąpiło  trzęsienie  ziemi  albo  coś  takiego,  a  ty 

miałbyś możliwość, żeby mnie uratować, ale tylko ryzykując własne życie, ratowałbyś siebie, 

a nie mnie. 

- Nieprawda! Jak możesz tak mówić? 

- Bo tak jest. 

-  Twierdzisz,  że  twój  doskonały  Jesse  gotów  byłby  cię  uratować  nawet  kosztem 

własnego życia? 

- Tak - stwierdziłam z absolutną pewnością. - Bo już tak robił. Kiedyś. 

background image

- Nie, nieprawda, Suze - odparł Paul równie pewnym tonem. 

- Owszem, tak, Paul. Nawet nie wiesz... 

-  Owszem,  wiem.  Jesse  nie  mógł  ryzykować  własnego  życia,  żeby  uratować  twoje, 

ponieważ  przez  cały  czas,  odkąd  go  poznałaś,  on  już  był  martwy.  Więc  niczego  nie 

ryzykował, ratując cię. Czyż nie tak? 

Otworzyłam  usta,  żeby  zaprzeczyć,  i  wtedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  Paul  ma  rację. 

Tak rzeczywiście było. Przykra prawda, ale prawda. 

- Co ci się stało, że jesteś taki zgorzkniały? - zapytałam. -  Zawsze dostawałeś to,  co 

chciałeś,  przez  całe  życie.  Wystarczyło  poprosić  i  już  to  miałeś.  Ale  tobie  zawsze  jest  za 

mało. 

- Nie dostałem wszystkiego, czego chciałem - stwierdził Paul z naciskiem. - Chociaż 

staram się to zmienić. 

Potrząsnęłam głową, bo wiedziałam, do czego pije. 

- Chcesz mnie, Paul, tylko dlatego, że nie możesz mnie mieć - powiedziałam. - Sam to 

przyznasz. To jest, o Boże. Masz Kelly. Wszyscy faceci w szkole jej pragną. 

- Wszyscy faceci w szkole - powiedział Paul - są idiotami. Puściłam to mimo uszu. 

- Czułbyś się o wiele lepiej - oznajmiłam - gdybyś zadowolił się tym, co masz, zamiast 

myśleć o czymś, czego nigdy nie zdobędziesz. 

Paul uśmiechnął się tylko. Uśmiechał się, układając wygodnie, żeby zasnąć. 

- Na twoim miejscu, Suze, nie byłbym tego taki pewien - powiedział tonem, który, jak 

dla mnie, brzmiał zanadto zarozumiale. 

- Ty... 

- Śpij, Suze. 

- Ale ty... 

- Czeka nas długi dzień. Po prostu śpij. Zdumiewające, ale faktycznie zasnęłam. Nie 

myślałam,  że  będę  w  stanie  to  zrobić.  Ale  może doktor  Slaski  miał  rację.  Podróże  w  czasie 

wyczerpują. Nie sądzę, żebym w innej sytuacji zasnęła... no, wiecie, biorąc pod uwagę siano, 

konie,  deszcz  oraz,  ach  tak,  przystojnego  -  ale  -  śmiertelnie  -  niebezpiecznego  chłopaka 

leżącego obok. Położyłam głowę i zaraz potem film mi się urwał. 

Obudziłam  się  gwałtownie.  Nie  pamiętałam  nawet,  że  spałam.  Przez  szpary  między 

deskami  w  ścianach  stodoły  wpadały  smugi  światła.  I  to  wcale  nie  szarego  światła 

oznaczającego świt. Pełnego, słonecznego światła, świadczącego o tym, że było już dobrze po 

ósmej... A przede mną klęczał Paul ze śniadaniem. 

background image

-  Skąd  to  wziąłeś?  -  zapytałam,  siadając.  Paul  trzymał  ciasto.  Całe  ciasto.  Szarlotkę, 

sądząc po zapachu. 

Nadal było ciepłe. 

- Nie pytaj - odparł, wyciągając, o dziwo, dwa widelce z tylnej kieszeni. - Jedz. 

-  Paul.  -  Z  dołu  dobiegł  jakiś  szelest.  Paul  mówił  przyciszonym  głosem.  Teraz 

zrozumiałam, dlaczego. 

Nie byliśmy sami. 

- Chodźcie no tutaj - odezwał się męski głos. Mówił chyba do koni. 

- Ukradłeś je? - zapytałam, zanurzając w cieście widelec. Podróże w czasie nie tylko 

wywołują zmęczenie. Również głód. 

- Mówiłem, żebyś nie pytała - odparł Paul, ładując sobie porcję ciasta do ust. 

Kradzione  czy  nie,  smakowało  całkiem  nieźle.  Wprawdzie  jadałam  lepsze  -  ale  nie 

wiem,  czy  na  Dzikim  Zachodzie  wysokogatunkowy  cukier  i  takie  rzeczy  były  w  ogóle 

dostępne. 

Wystarczyło jednak, żeby uciszyć burczenie w moim żołądku... i wkrótce uświadomić 

mi inną potrzebę. Paul chyba czytał w moich myślach. 

- Za stodołą jest budka - poinformował mnie. 

- Co za budka? 

- No, wiesz - uśmiechnął się. - Uważaj na pająki. Myślałam, że żartuje. 

Nie  żartował.  Pająki  były.  A  jeszcze  gorsze  okazało  się  to,  czego  używano  jako 

papieru toaletowego. Powiem tyle, że dzisiaj nie uznano by tego za materiał piśmienniczy, nie 

mówiąc już... no, wiecie... o innym przeznaczeniu. 

Na  dodatek  musiałam  się  śpieszyć,  żeby  nikt  mnie  nie  zobaczył  w  moim 

dwudziestopierwszowiecznym ubranku i nie zaczął zadawać pytań. 

Przyszło mi to z trudem, bo kiedy wymknęłam się ze stodoły poraził mnie widok, jaki 

zobaczyłam... 

Całkowita pustka. 

Naprawdę.  Niczego,  z  żadnej  strony.  Żadnych  domów.  Żadnych  słupów 

telefonicznych.  Brukowanych  dróg.  Żadnego  Circle  K.  Żadnego  In  -  N  -  Out  Burger.  Nic. 

Tylko drzewa. I piaszczysty trakt, który, podejrzewałam, ciągnął się aż do drogi. 

Dostrzegłam jednak czerwoną kopułę bazyliki. Wznosiła się tam, w dolinie pod nami, 

z morzem w tle. To się przynajmniej nie zmieniło przez ostatnich sto pięćdziesiąt lat. 

Za to, dzięki Bogu, wprowadzono kanalizację. 

background image

Kiedy  zakradłam  się  znowu  na  strych,  po  panu  O'Neilu  nie  było  ani  śladu.  Zabrał, 

zdaje się, konie i poszedł zająć się tym. czym mężczyźni tacy jak on zajmowali się we dnie w 

roku. Paul czekał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. 

- Co jest? - zapytałam, sądząc, że będzie sobie stroił żarty na temat wychodka. 

- Nic - powiedział tylko. - Ale... mam dla ciebie niespodziankę. 

Myślałam, że chodzi o coś nowego do jedzenia, mimo że nasyciłam się ciastem: 

-  Co  takiego?  Nie  mów,  że  to  jajko  McMuffin,  bo  wiem,  że  nie  mają  tutaj  barów 

samochodowych. 

- To nie jajko - odparł Paul. 

A  potem,  zanim  się  obejrzałam,  wyciągnął  coś  z  kieszeni  -  sznur.  I  chwycił  mnie  za 

ręce. 

Poprzednio już, rzecz jasna, wiązano mnie sznurem. Nigdy jednak nie zrobił tego ktoś, 

komu zdarzyło się mnie całować. Naprawdę nie  spodziewałam się, że Paul może zrobić coś 

tak  perfidnego.  Uratować  życie  mojemu  chłopakowi,  tak  żebym  go  nigdy  nie  spotkała,  tak. 

Ale związać mi ręce sznurem? 

Raczej nie. 

Walczyłam, oczywiście. Udało mi się wpakować mu parę razy łokieć w odpowiednie 

miejsce.  Nie  mogłam  jednak  krzyczeć,  bo  nie  chciałam  sprowadzić  pani  O'Neil,  która 

pobiegłaby po szeryfa. W więzieniu nie byłabym w stanie niczego zrobić dla Jesse'a. 

Na razie chyba jednak i tak nie mogłam wiele zdziałać. 

-  Wierz  mi  -  powiedział  Paul,  zaciskając  więzy,  które  już  praktycznie  zahamowały 

mój krwiobieg. - Mnie to sprawia dużo większy ból niż tobie. 

- Nieprawda - warknęłam, szarpiąc się. Ale trudno było stawiać opór, leżąc na brzuchu 

w sianie z kolanem Paula ugniatającym plecy. 

-  Cóż  -  powiedział,  zabierając  się  z  kolei  do  moich  nóg.  -  Chyba  masz  rację.  Otóż, 

mnie to w ogóle nie boli. A ty w nic się nie wpakujesz, kiedy ja będę szukać Diega. 

-  Dla  takich  ludzi  jak  ty,  Paul,  jest  specjalne  miejsce  -  oświadczyłam,  wypluwając 

siano. Siana miałam naprawdę po dziurki w nosie. 

- Poprawczak? - zapytał swobodnym tonem. 

- Piekło - odparłam. 

-  Suze,  nie  bądź  taka.  -  Skończył  z  moimi  nogami  i,  na  wszelki  wypadek,  żeby  nie 

przyszło mi do głowy  sturlać się ze strychu, przywiązał koniec sznura do pobliskiej belki. - 

Przyjdę cię rozwiązać, jak tylko zabiję Diega. Potem wrócimy do domu. 

- I nigdy już się do ciebie nie odezwę - oznajmiłam. 

background image

-  Oczywiście,  że  się  odezwiesz  -  zapewnił  Paul  radośnie.  -  Nie  będziesz  nic  z  tego 

pamiętać.  Bo  nie  będziemy  podróżować  w  czasie,  żeby  uratować  Jesse'a.  Bo  nie  będziesz 

nawet wiedziała, kto to jest Jesse. 

- Nienawidzę cię - powiedziałam, tym razem z pełnym przekonaniem. 

- Teraz tak - zgodził się Paul. - Ale jutro, kiedy obudzisz się we własnym łóżku, nie. 

Ponieważ bez Jesse'a ja będę najlepszym chłopakiem, jaki ci się trafi w życiu. Będziemy tylko 

ty i ja, dwoje zmienników kontra reszta świata. Czy to nie będzie zabawne? 

- Idź do... 

Nie  dokończyłam,  bo  Paul  wyjął  z  kieszeni  coś  jeszcze.  Czystą  białą  chusteczkę. 

Powiedział  mi  kiedyś,  że  zawsze  nosi  ją  przy  sobie,  bo  nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  trzeba 

będzie kogoś zakneblować. 

- Nie waż się! - syknęłam. 

Było  jednak  za  późno.  Wsunął  mi  chusteczkę  do  ust,  zabezpieczając  ją  kawałkiem 

sznurka. 

Jeśli  przedtem  nie  czułam  do  niego  nienawiści,  to  teraz  owszem.  Nienawidziłam  go 

każdą komórką ciała, każdym uderzeniem serca. Zwłaszcza kiedy poklepał mnie po głowie i 

powiedział: 

- Do zobaczenia. 

A potem zsunął się po drabinie i zniknął na dole. 

background image

15 

Nie wiem, jak długo tak leżałam. Na tyle długo, żeby zacząć się zastanawiać, czy nie 

zamknąć oczu i nie przenieść się do domu. Kto wie, gdzie bym wylądowała? Pewnie gdzieś 

na podwórku. W kępie sumaka jadowitego, bo przecież teraz nie było tam stodoły. Wszystko 

jednak wydawało się lepsze niż leżenie w niewygodnej pozycji w sianie na strychu, gdzie nie 

wiadomo co łaziło mi we włosach. 

Ale  świat  bez  Jesse'a?  Tobym  sobie  właśnie  zapewniła,  gdybym  się  poddała.  Świat 

bez  jedynego  celu  w  życiu.  No,  mniej  więcej.  Wiem  oczywiście,  że  kobiety  potrzebują 

mężczyzn, jak ryba roweru i tak dalej. Tylko że... 

Tylko że go kochałam. 

Nie  mogłam  się  na  to  zdobyć.  Byłam  zbyt  samolubna.  Nie  zamierzałam  się  poddać. 

Jeszcze  nie.  Miałam  wciąż  przed  sobą  wiele  godzin,  przynajmniej  od  momentu,  kiedy  Paul 

mnie zostawił. Cienie, nie mogłam tego nie zauważyć, wydłużały się. 

A  jednak,  o  ile  pani  O'Neil  powiedziała  Paulowi  prawdę  i  Jesse  miał  przyjechać  tej 

nocy, nadal nie było za późno. Paul mógł nie znaleźć Diega. Mógł wrócić, nie wykonawszy 

zadania. A gdyby wrócił i rozwiązał mnie... 

No, dowiedziałby się mnóstwa na temat, co to znaczy „boli”, o, to na pewno. Bo tym 

razem przygotowałabym się na jego przyjęcie. 

Nie  wiem,  jak  długo  leżałam,  planując  zemstę  na  Paulu  Slaterze.  Śmierć  wydawała 

się,  oczywiście,  za  łagodną  karą.  Wieczność  w  charakterze  ducha  -  ciągłe  unoszenie  się 

między jednym a drugim wymiarem - to było to, na co zasłużył. Niech zasmakuje tego, przez 

co przechodził Jesse przez te wszystkie lata. To powinno go nauczyć... 

Mogłam mu to załatwić. Mogłam usunąć jego duszę z ciała i spowodować, że nigdy 

by do niego nie wrócił... 

...a jego ciało dać komuś innemu. Komuś, komu należała się szansa na kolejne życie... 

Ale  nie  zdobyłabym  się  na  to.  Wiedziałam,  że  nie.  Nie  mogłabym  całować  warg 

Paula, wiedząc, że to Jesse oddaje mi pocałunki. To by było zbyt... wulgarne. 

I  kiedy  leżałam,  rozmyślając  nad  tym  wszystkim,  doszły  do  mnie  dźwięki,  na  które 

moje uszy nastroiły się tak precyzyjnie przez ostatni rok, że choćbym była na mistrzostwach 

w piłce nożnej i tak bym je usłyszała. 

Głos Jesse'a. 

background image

Wołał  kogoś.  Nie  słyszałam  dokładnie  słów.  Brzmiały  jednak...  nie  wiem.  Jakoś 

inaczej. 

Zbliżał się. To znaczy, jego głos. 

Był coraz bliżej stodoły. 

Znalazł mnie. Nie wiem jak - doktor Slaski nie wspominał o tym, że duchy są zdolne 

do podróży w czasie. Ale może są. Może to potrafią, tak samo jak zmiennicy, i Jesse cofnął 

się w czasie, żeby mnie odnaleźć. Żeby mnie uratować. Pomóc uratować siebie. 

Zamknęłam  oczy,  intensywnie  powtarzając  w  myślach  jego  imię.  To  na  ogół 

skutkowało.  Jesse  materializował  się  przede  mną,  ciekaw,  jaką  to  mam  do  niego  strasznie 

pilną sprawę. 

Nie tym razem. Otworzyłam oczy i... nic. 

Ale jego głos wciąż dobiegał z dołu. 

- Nie, nie, tak będzie w porządku, pani O'Neil - mówił. 

Pani O'Neil. Pani O'Neil widziała Jesse'a? 

Drzwi stodoły otworzyły się. Słyszałam, jak skrzypnęły. Potem... 

Odgłos kroków. 

Ale jakim sposobem Jesse stąpa tak głośno? Przecież jest duchem. 

Wijąc  się,  starałam  się  doczołgać  jak  najbliżej  krawędzi,  żeby  coś  zobaczyć.  Jednak 

sznur,  którym  Paul  przywiązał  mnie  do  belki,  nie  pozwalał  mi  przesunąć  się  wystarczająco 

daleko. Teraz słyszałam go jeszcze lepiej - dużo lepiej. Przemawiał cichym, kojącym tonem 

do... do... 

Do swojego konia. 

Jesse rozmawiał z koniem. Zwierzę parskało cichutko w odpowiedzi. 

Wtedy  wreszcie  zrozumiałam.  To  nie  był  Jesse  Duch,  który  przybył,  żeby  mnie 

ratować.  To  był  Żywy  Jesse,  który  nawet  mnie  nie  znał.  Żywy  Jesse,  który  stawił  się  na 

spotkanie z przeznaczeniem, dziś w nocy w moim pokoju. 

Zamarłam, czując mrowienie w całym ciele - nie tylko z powodu długiego leżenia w 

niewygodnej pozycji. Musiałam go zobaczyć. Musiałam. Ale jak? 

Poruszył się, a ja odwróciłam głowę w kierunku, z którego dobiegał dźwięk... 

...i  zobaczyłam  przez  szparę  między  deskami  podłogi  kolorową  plamę.  Jego  konia. 

Zobaczyłam jego ręce manewrujące przy siodle. To był Jesse. Był dokładnie pode mną. Był... 

Dlaczego  zrobiłam  to,  co  zrobiłam,  dotąd  nie  jestem  w  stanie  pojąć.  Nie  chciałam, 

żeby Jesse odkrył moją obecność. To mogłoby wszystko popsuć. Kto wie, może by go nawet 

tej nocy nie zamordowano. A wtedy nigdy bym go nie spotkała. 

background image

Ale  pragnienie  ujrzenia  go  -  żywego  -  było  na  tyle  silne,  że  nie  zastanawiając  się 

dłużej, zaczęłam ze wszystkich sił uderzać stopami o podłogę strychu. 

Ręce poruszające się przy siodle nagle znieruchomiały. Usłyszał mnie. Usiłowałam go 

zawołać, ale knebel skutecznie udaremnił wszelkie próby. 

Tłukłam stopami jeszcze mocniej. 

- Czy ktoś tam jest? - usłyszałam wołanie Jesse'a. 

Uderzyłam ponownie. 

Tym  razem  nie  odezwał  się.  Wspinał  się  po  drabinie.  Słyszałam,  jak  drewniane 

szczeble skrzypią pod jego ciężarem. 

Ciężarem. Jesse miał ciało. 

A potem zobaczyłam jego ręce - duże, brązowe, zręczne ręce - na szczycie drabiny, a 

w sekundę później jego głowę... 

Serce mi zamarło. 

To był on. Jesse. 

Ale nie taki, jakiego znałam wcześniej. Był żywy. Po prostu... był. W niepodważalny 

sposób  zajmował  przestrzeń,  jakby  do  niego  należała,  jakby  nie  pozostawało  jej  nic  innego, 

jak ustąpić mu miejsca, bo jak nie, to byłoby źle. 

Nie  świecił.  Promieniował.  Nie  spektralnym  blaskiem,  do  którego  przywykłam,  ale 

pełnią zdrowia i siły. Tak jakby Jesse, którego znałam, stanowił jedynie blade odbicie - cień - 

tego,  na  którego  patrzyłam  teraz.  Nigdy  nie  uderzył  mnie  tak  bardzo  widok  jego  czarnych 

włosów,  układających  się  w  puklach  na  opalonym  karku,  ciemnobrązowych  oczu,  bieli 

zębów, mocnych, długich nóg, kiedy obok mnie klęknął, żyłek na odwrocie brązowych dłoni; 

ścięgien w nagich ramionach... 

- Panienko? 

I ten jego glos. Jego głos! Tak głęboki, że niemal wprawiał w drżenie mój kręgosłup. 

To był jego glos, owszem, ale teraz z efektem stereo, zupełnie... 

- Panienko? Nic ci nie jest? 

Jesse  przyglądał  mi  się  z  troską  w  ciemnych  oczach.  Jedną  ręką  sięgnął  do  buta  i  w 

następnej  chwili  w  jego  dłoni  błysnął  długi,  ostry  nóż.  Patrzyłam  jak  urzeczona  na  ostrze 

zbliżające się do mojego policzka. 

- Nie bój się - mówił Jesse. - Rozwiążę cię. Kto ci to uczynił? Knebel zniknął. Usta 

bolały  od  sznura,  który  wpijał  się  w  nie.  Potem  zostały  uwolnione  moje  ręce.  Były  obolałe, 

ale nieskrępowane. 

background image

- Czy możesz mówić? - Ręce Jesse'a dotykały teraz moich stóp, nóż przecinał więzy. - 

No, już. 

Odłożył  nóż  i  zbliżył  coś  do  mojej  twarzy  Woda.  Z  manierki.  Wzięłam  ją  i 

pociągnęłam chciwie. Nie miałam pojęcia, że tak strasznie chce mi się pić. 

-  Spokojnie  -  powiedział  Jesse  -  ten  jego  głos!  -  Przyniosę  ci  więcej.  Zostań  tutaj, 

sprowadzę pomoc. 

Na dźwięk słowa „pomoc” moje ręce, jakby niezależnie ode mnie, puściły manierkę i 

chwyciły Jesse'a za koszulę na piersi. 

To  nie  była  koszula,  w  której  zwykle  go  widziałam.  Uszyta  z  miękkiego,  białego 

płótna,  przypominała  tamtą,  ale  podchodziła  wyżej  pod  szyję.  Miał  również  na  sobie 

kamizelkę - chyba z mory. 

-  Nie  -  wychrypiałam  i  sama  się  zdziwiłam,  jak  bardzo  zmienił  mi  się  głos.  -  Nie 

odchodź. 

Naturalnie nie chodziło o to, że mógłby sprowadzić panią O'Neil, która rozpoznałaby 

we  mnie  podejrzaną  osobniczkę,  włóczącą  się  po  jej  domu  poprzedniej  nocy.  Po  prostu  nie 

mogłam znieść myśli o rozstaniu z nim. Ani teraz. Ani nigdy. 

To był Jesse. Prawdziwy Jesse. Ten, którego kochałam. 

A który miał wkrótce umrzeć. 

- Kim jesteś? - zapytał Jesse. Podniósł manierkę i kiedy stwierdził, że nie jest całkiem 

pusta, podał mi ją z powrotem. - Kto to zrobił - kto cię tutaj zostawił w tym stanie? 

Wypiłam  resztę  wody.  Znałam  Jesse'a  dostatecznie  długo,  żeby  wiedzieć,  że  jest 

oburzony - oburzony na człowieka, który postąpił ze mną w ten sposób. 

- Pewien... mężczyzna - powiedziałam. Rzecz jasna, Jesse - ten Jesse - nie miał pojęcia 

o Paulu... Nie wiedział też, kim ja jestem. 

Zmarszczył  brwi  -  brew  przecięta  blizną  wyglądała  wyjątkowo  cudnie.  U  Żywego 

Jesse'a blizna dużo mniej rzucała się w oczy niż u Jesse'a Ducha. 

- Czy ten sam mężczyzna dał ci ten przedziwny strój? - zapytał Jesse, przyglądając się 

krytycznie moim dżinsom i skórzanej kurtce. 

Miałam ochotę się roześmiać. Wydawał się zupełnie innym Jesse'em - albo raczej, sto 

razy  prawdziwszym  Jesse'em  niż  ten,  którego  znałam  -  ale  jego  pogarda  wobec  mojej 

garderoby? To się nie zmieniło ani trochę. 

- Tak - powiedziałam. Uznałam, że w to łatwiej mu będzie uwierzyć. 

- Dopilnuję, żeby chłosta go nie ominęła - oznajmił Jesse pewnym siebie tonem, jakby 

w każdy dzień tygodnia zdarzało mu się chłostać rzezimieszków za przebieranie dziewcząt w 

background image

dziwaczne stroje i pozostawianie ich związanych na sianie w stodole. - Kim jesteś? Rodzina z 

pewnością cię poszukuje... 

- Hm - mruknęłam. - Nie szukają mnie. To znaczy... nie sądzę. Nazywam się Suze. 

Ciemne brwi zmarszczyły się ponownie. 

- Suuse? 

-  Suze  -  odparłam  ze  śmiechem.  Nie  mogłam  się  powstrzymać.  Od  śmiechu.  Tak 

cudownie było go widzieć takim. - Susannah. Jak w Och, Susannah, nie płacz, bo już dość. 

Uświadomiłam  sobie  z  drżeniem,  że  to  samo  mu  powiedziałam  w  moim  własnym 

pokoju,  pierwszego  dnia,  kiedy  go  poznałam,  tego  dnia,  kiedy  przyjechałam  do  Carmelu. 

Wtedy  nie  wiedziałam  jeszcze,  że  ta  chwila  stanie  się  punktem  zwrotny  w  moim  życiu  - 

wszystko, co działo się wcześniej, należało do czasu PRJ: Przed Jesse'em. Wszystko, co stało 

się  później,  PJ  -  Po  Jessie.  Nie  wiedziałam,  że  ten  chłopak  w  bufiastej  koszuli  i  obcisłych 

czarnych spodniach będzie pewnego dnia znaczył dla mnie więcej niż życie... będzie dla mnie 

wszystkim. 

Wiedziałam jednak coś jeszcze: Źle to wymyśliłam. Zupełnie źle. 

Ale nie było za późno, żeby to naprawić. Na szczęście. 

-  Susannah  -  powiedział  Jesse,  siadając  koło  mnie  na  sianie.  -  Susannah  O'Neil,  być 

może?  Jesteś  spokrewniona  z  państwem  O'Neil?  Pozwól,  że  ich  zawołam.  Ucieszą  się,  że 

jesteś bezpieczna... 

-  Nie  -  powiedziałam,  potrząsając  głową.  -  Moja,  hm,  rodzina,  jest  daleko  stąd.  - 

Naprawdę  daleko.  -  Nie  możesz  ich  sprowadzić.  Bardzo  dziękuję,  ale...  nie  możesz  ich 

sprowadzić. 

-  Zatem  ten  człowiek...  -  Jesse  był  podekscytowany.  A  czemu  nie?  Pewnie  nie  co 

dzień  natykał  się  na  szesnastoletnią  dziewczynę,  związaną  i  zakneblowaną,  pozostawioną  w 

stodole. - Kam on jest? Wezwę szeryfa. Musi zapłacić za to, co zrobił. 

Choćbym  nie  wiem  jak  chciała  napuścić  Jesse'a  -  Żywego  Jesse'a  -  na  Paula,  to  nie 

wydawało  się  rozsądne.  Nie  wtedy,  kiedy  Jesse  miał  sam  za  chwilę  znaleźć  się  w  trudnej 

sytuacji. Paul stanowił mój problem, nie jego. 

-  Nie  -  powiedziałam.  -  Nie,  tak  jest  dobrze.  -  Widząc  jego  zaskoczenie,  dodałam:  - 

Teraz jest wszystko w porządku. Nie wzywaj szeryfa... 

-  Już  nie  musisz  się  go  bać,  Susannah  -  powiedział  Jesse  łagodnie.  Wyraźnie  nie 

zdawał sobie sprawy z tego, że miał do czynienia z dziewczyną, która skopała niejeden tyłek 

w  swoim  czasie.  Tyłki  duchów  w  większości,  ale  wszystko  jedno.  -  Nie  pozwolę,  aby  cię 

skrzywdził. 

background image

- Nie boję się go, Jesse. 

- Zatem... - Twarz Jesse'a pociemniała nagłe. - Zaraz. Skąd znasz moje imię? 

Ach. To się nazywa wpadka, co? 

Jesse  patrzył  na  mnie  badawczo  ciemnymi  oczami.  Nieźle  musiałam  wyglądać.  Jaka 

dziewczyna  zachowałaby  świeżość  po  parogodzinnym  leżeniu  w  sianie  z  zakneblowanymi 

ustami? 

To, oczywiście, nie miało znaczenia. Ale i tak zrobiło mi się głupio. Podniosłam rękę i 

odgarnęłam jakiś kosmyk z oczu, próbując umieścić go z powrotem za uchem. Takie już moje 

szczęście,  pierwszy  raz  spotykam  swojego  chłopaka  -  za  jego  życia  -  i  wyglądam  jak 

czupiradło. 

- Czy ja cię znam? - zapytał Jesse, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Spotkaliśmy się 

już? Jesteś... jesteś jedną z dziewcząt Andersonów? 

Nie  miałam  pojęcia,  kim  mogą  być  dziewczyny  Andersonów,  ale  poczułam  ukłucie 

zazdrości.  Ponieważ  to  były  dziewczyny,  które  poznały  Jesse'a  -  Żywego  Jesse'a.  Ciekawa 

byłam, czy wiedzą, jakie mają szczęście. 

- Nie spotkaliśmy się - powiedziałam. - Jeszcze. Ale... znam cię. Właściwie wiem... o 

tobie. 

- Tak? - Sprawiał wrażenie, jakby coś nagle zrozumiał. - Czekaj... tak! Przyjaźnisz się 

z jedną z moich sióstr. Chodzicie razem do szkoły? Z Mercedes? Znasz Mercedes? 

Potrząsnęłam głową, grzebiąc w kieszeni kurtki. 

- A więc znasz Józefinę? - Jesse nadal przyglądał mi się z uwagą. - Jesteś chyba mniej 

więcej w jej wieku, masz piętnaście lat, tak? Nie możesz znać Marty, jest dużo starsza... 

Znowu  potrząsnęłam  głową  i  podałam  mu  to,  co  wydobyłam  z  kieszeni.  Spojrzał  na 

przedmiot, który trzymałam w dłoni. 

0ombre de Dios — wyszeptał i wyjął mi go z ręki. 

Był to miniaturowy portret Jesse'a, ten, który ukradłam z Towarzystwa Historycznego 

Carmelu.  Teraz  się  przekonałam,  jak  marny  to  był  obraz.  Och,  artysta  dobrze  oddał  kształt 

głowy Jesse'a, kolor jego oczu i, do pewnego stopnia, wyraz twarzy. 

Ale  zupełnie  umknęło  mu  to,  co  sprawiało,  że  Jesse  był...  cóż...  Jesse'em.  Żywa 

inteligencja  w  ciemnych  oczach.  Wyrażający  pewność  siebie  zarys  pełnych,  zmysłowych 

warg. Delikatność chłodnych, silnych rąk. Siła - teraz przyczajona, ale tkwiąca tuż pod skórą, 

tak  że  mogła  ujawnić  się  w  każdej  chwili  -  mięśni  wyrobionych  przez  lata  pracy  na  ranczu 

razem z parobkami, ukrytych pod miękką płócienną koszulą i czarnymi spodniami. 

background image

- Skąd to masz? - zapytał Jesse, zaciskając portrecik w pięści. Jego oczy wydawały się 

sypać iskry, tak był rozgniewany. - Tylko jedna osoba ma taki portret. 

- Wiem. Twoja narzeczona Maria. Jedziesz, żeby ją poślubić. A w każdym razie takie 

są twoje plany. Jesteś teraz w drodze, ale do rancza jej ojca została jeszcze długa droga, więc 

noc spędzisz tutaj. 

Gniew przeszedł w zdumienie, gdy Jesse podniósł wolną rękę, aby przeczesać palcami 

czarne  włosy  -  wykonywał  ten  gest  przy  mnie  tyle  razy,  kiedy  się  na  mnie  złościł,  że  łzy 

napłynęły mi do oczu; ten widok - to było coś tak znajomego... i tak pięknego. 

- Skąd wiesz to wszystko? - zapytał zmieszany. - Przyjaźnisz się... jesteś przyjaciółką 

Marii? Czy ona... ci to dała? 

- Niezupełnie. Wciągnęłam głęboko powietrze. 

- Jesse, nazywam się Susannah Simon - wyrzuciłam z siebie, bojąc się, że za chwilę 

zmienię  zdanie.  -  Jestem  kimś,  kogo  nazywają  pośrednikiem.  Przybywam  z  przyszłości.  I 

jestem tu po to, żeby nie dopuścić, aby tej nocy cię zamordowano. 

background image

16 

Bo, ostatecznie, nie mogłam tego zrobić. Myślałam, że mogę. Naprawdę sądziłam, że 

mogę  spokojnie  stać  z  boku  i  pozwolić,  żeby  Jesse'a  zamordowano.  Oczywiście,  jeśli  w 

przeciwnym razie miałabym go nigdy nie spotkać? Pewnie, żaden problem. Nie ma sprawy. 

Ale  to  było  przedtem.  Zanim  go  zobaczyłam.  Zanim  zaczęliśmy  rozmawiać.  Zanim 

mnie dotknął. Zanim się przekonałam, jaki był, jaki mógłby być, gdyby żył. 

Teraz zrozumiałam, że nie mogę biernie czekać i pozwolić go zabić, tak samo jak nie 

mogłabym...  cóż,  wepchnąć  mojego  młodszego  brata  Davida  pod  pędzący  samochód  albo 

podać  mamie  trujących  grzybów.  Nie  mogłam  dopuścić  do  śmierci  Jesse'a,  nawet  jeśli  to 

oznaczało, że już go nigdy nie zobaczę. Za bardzo go kochałam. 

To proste. 

Och,  wiedziałam,  że  znienawidzę  siebie  za  to.  Wiedziałam,  że  obudzę  się  i,  jeśli  w 

ogóle będę pamiętać, co zrobiłam, znienawidzę siebie na resztę życia. 

Ale  co  miałam  robić?  Musiałam  działać,  gdy  drogiej  mi  osobie  groziło  śmiertelne 

niebezpieczeństwo. Ojciec Dominik, mój tata, oni wszyscy - włącznie z Paulem - mieli rację. 

Musiałam ratować Jesse'a za wszelką cenę. 

Tak należało postąpić. 

Ale, naturalnie, nie było to łatwe. Łatwo byłoby wyciągnąć palec w jego stronę, kiedy 

patrzył na mnie z wyrazem niedowierzania na twarzy i zawołać: „Ha! Ale cię nabrałam! To 

tylko żart”. 

Zamiast tego powiedziałam: 

- Jesse. Słyszałeś, co mówiłam? Powiedziałam, że przybyłam z przyszłości, żeby nie 

dopuścić... 

- Słyszałem. - Jesse uśmiechnął się do mnie łagodnie. - Wiesz, co powinniśmy zrobić? 

Sprowadzę,  jeśli  pozwolisz,  panią  O'Neil.  Zajmie  się  tobą,  a  ja  w  tym  czasie  pojadę  po 

doktora do miasta. Myślę, że mężczyzna, który cię związał i zostawił, mógł również uderzyć 

cię w głowę... 

-  Jesse  -  powiedziałam  stanowczo.  Nie  do  wiary.  Zdobywam  się  na  największe 

poświęcenie w życiu, ratując ukochanego i zdając sobie sprawę, że już nigdy go nie zobaczę, 

a on oskarża mnie o brak piątej klepki. - Paul nie uderzył mnie w głowę. Jasne? Nic mi nie 

jest.  Trochę  chce  mi  się  jeszcze  pić,  ale  poza  tym  wszystko  w  porządku.  Chcę  tylko,  żebyś 

mnie  wysłuchał.  Dziś  w  nocy  Feliks  Diego  wślizgnie  się  do  twojego  pokoju  w  zajeździe  i 

background image

udusi cię. Potem wrzuci twoje ciało do płytkiego grobu i nikt go nie znajdzie, aż dopiero po 

upływie półtora stulecia, kiedy mój ojczym zacznie instalować saunę przy tarasie. 

Jesse tylko na mnie spojrzał. Nie jestem pewna,  ale chyba dostrzegłam litość w jego 

oczach. 

- Jesse, mówię poważnie. Musisz wrócić do domu. Rozumiesz? Wsiadaj na konia, jedź 

z powrotem do domu i nawet nie myśl o poślubieniu Marii de Silva. 

- Maria cię przysłała - odezwał się w końcu Jesse. Jego twarz pociemniała z gniewu. - 

Chce w ten sposób zachować twarz, tak? Cóż, wracaj do swojej pani i powiedz jej, że to się 

nie  uda.  Nie  dopuszczę,  żeby  jej  rodzina  uznała,  że  nie  jestem  na  tyle  dżentelmenem,  aby 

osobiście to zerwać - niezależnie kogo na mnie nasyła z dziwacznymi opowieściami. Zobaczę 

się z nią jutro, czy jej się to podoba, czy nie. 

Zamrugałam oczami, kompletnie ogłupiała. O czym on mówi? 

Potem,  zbyt  późno,  przypomniałam  sobie  sekret,  który  kiedyś  wyjawił  mi  -  i  tylko 

mnie - Jesse... że udawał się na rancho de Silvów nie po to, żeby poślubić Marię, ale żeby z 

nią zerwać... 

...Co wyjaśnia, dlaczego jej listy odnaleziono zeszłego lata przy jego zwłokach - kiedy 

mój ojczym przypadkiem je odkopał. W XIX wieku zasady dobrego wychowania wymagały, 

aby  pary  zrywające  zaręczyny  zwracały  sobie  nawzajem  listy:  Diego  zamordował  Jesse'a, 

zanim taka wymiana się odbyła, tak aby ojciec Marii nie mógł zadawać niewygodnych pytań 

dotyczących  zerwania  -  jak,  na  przykład,  czego  takiego  dowiedział  się  Jesse  o  swojej 

narzeczonej, że rozmyślił się w sprawie małżeństwa. 

- Poczekaj - powiedziałam. - Chwileczkę. Jesse, Maria mnie nie przysłała. Nawet nie 

znam Marii. No, właściwie spotkałyśmy się, ale... 

- Musisz ją znać. - Jesse spojrzał na oprawiony portrecik, który trzymał w dłoni. - Dała 

ci to. Musiało tak być. Skąd inaczej znalazłby się w twoim posiadaniu? 

-  Hm  -  mruknęłam,  wzruszając  ramionami.  -  Ukradłam  go.  Zmiana  na  jego  twarzy 

uświadomiła mi, że popełniłam błąd. 

-  Och,  nie  -  zawołałam,  podnosząc  obie  ręce  do  góry,  jakbym  się  poddawała.  - 

Spokojnie. Nie ukradłam go twojej najdroższej Marii, wierz mi. Ukradłam go z Towarzystwa 

Historycznego  Carmelu,  jasne?  Z  muzeum,  gdzie  leżał  nie  wiadomo,  jak  długo.  Mogę  się 

założyć, że twoja ukochana Maria nadal ma swój. To znaczy, twój portret. 

- Nie zrobiono kopii - oznajmił twardym tonem Jesse. 

-  Wiem.  -  Boże,  jakie  to  było  trudne.  -  Ale  popatrz  na  ten,  który  trzymasz,  Jesse. 

Spójrz, jaki się wydaje stary, jak popękała farba, jak pociemniała ramka. A to dlatego, że ma 

background image

prawie  dwieście  lat.  Ukradłam  go  w  przyszłości,  Jesse.  Użyłam  go,  żeby  wrócić  tutaj,  w 

przeszłość,  i  ostrzec  cię...  -  Ściśle  biorąc,  to  nie  była  zupełnie  prawda,  ale  coś  koło  tego.  - 

Musisz  mi  uwierzyć,  Jesse.  Paul  -  chłopak,  który  mnie  związał  -  pomoże  mi  w  tym.  Teraz 

szuka Feliksa Diega, żeby go powstrzymać, zanim ten dobierze się do ciebie... 

Jesse potrząsnął głową. 

-  Nie  wiem,  kim  jesteś  -  powiedział  niskim,  beznamiętnym  głosem,  jakim  nigdy  ze 

mną nie rozmawiał. - Ale zamierzam zwrócić to... - Pomachał mi portrecikiem przed nosem. - 

...prawowitej  właścicielce.  Bez  względu  na  to,  jaką  grę  prowadzisz,  to  już  koniec. 

Rozumiesz? 

Grę?  Nie  mogłam  tego  pojąć.  Nadstawiam  dla  niego  karku,  a  on  się  wścieka,  bo 

ukradłam jego głupi portret? 

- To nie żadna gra, Jesse. Gdyby tak było rzeczywiście - gdyby Maria naprawdę mnie 

przysłała - skąd wiedziałabym to wszystko, co wiem? Skąd bym wiedziała, że Maria i Diego 

kochają się potajemnie? Skąd bym wiedziała, że twoja dziewczyna - kawał łajdaczki, zresztą - 

w ogóle nie chce wyjść za ciebie? I że jej ojciec nie akceptuje Diega, i uważa, że jeśli poślubi 

ciebie,  to  w  końcu  zapomni  o  tamtym?  Skąd  mogłabym  wiedzieć,  że  tych  dwoje  uknuło 

spisek,  żeby  zabić  cię  tej  nocy,  a  ciało  ukryć,  tak  żeby  uznano,  że  uciekłeś  przed 

małżeństwem z Marią? 

-  0otnbre  de  Dios.  -  Jesse  zerwał  się  na  nogi.  Zwróciłam  mimowolnie  uwagę,  jak 

strych  zatrząsł  się  lekko  pod  jego  ciężarem.  Coś  takiego  z  Jesse'em  Duchem  byłoby  nie-

możliwe. 

Nie tylko tym Jesse Duch różnił się od obecnego. Uświadomiłam to sobie w sekundę 

później,  kiedy  Żywy  Jesse  schylił  się  nade  mną  i,  chwyciwszy  za  ramiona,  potrząsnął 

gniewnie. 

-  Wiesz  to  wszystko,  bo  Maria  ci  powiedziała!  -  warknął  przez  zaciśnięte  zęby.  - 

Przyznaj! Powiedziała ci! - Równie szybko jak przedtem mnie złapał, teraz puścił i odwrócił 

się. Wydając jęk rozpaczy, przeczesał włosy palcami. 

Ból pulsował w miejscach, których przed chwilą dotknął. 

-  Posłuchaj,  przykro  mi  -  powiedziałam  szczerze.  Rozumiałam,  jak  się  czuł. 

Ostatecznie,  nie  tylko  jego  serce  krwawiło  w  tej  stodole.  -  Ze  względu  na  to,  że  twoja 

dziewczyna chce cię zabić, i w ogóle. Nawet jeśli zamierzałeś z nią zerwać. Jeśli to mogłoby 

cię  jakoś  pocieszyć,  to  uważam,  że  bez  niej  będzie  ci  o  wiele  lepiej  niż  z  nią.  Za  każdym 

razem, kiedy się spotykałyśmy, próbowała mnie zabić, ale to nieważne. Lepiej, żebyś teraz się 

background image

dowiedział, że to łajdaczka i zerwał z nią, niż gdybyś to odkrył dopiero po ślubie. Bo nawet 

nie wiem, czy, no, wiesz, w twoich czasach ludzie mogą się rozwodzić. 

- Przestań mówić takie rzeczy! - Jesse chwycił się za głowę obiema rękami. 

-  Co?  Ze  łajdaczka?  -  Może  i  byłam  trochę  za  ostra.  -  Cóż,  w  porządku.  Ale 

dziewczyna wydaje się mocno nieciekawa. 

-  Nie.  -  Jesse  odwrócił  się  ponownie  w  moją  stronę.  Zaskoczyła  mnie  intensywność 

spojrzenia, z jakim wpijał się w moje oczy. - „Twoje czasy”. „Przyszłość”. Ty... ty... Wybacz, 

panno  Susannah.  Obawiam  się  jednak,  że  będę  musiał  wezwać  szeryfa.  Ponieważ  jest 

oczywiste, że pomieszało ci się w głowie. 

-  „Panna”  Susannah!  -  Ku  mojemu  śmiertelnemu  przerażeniu  poczułam  wilgoć  w 

kącikach oczu. Nic nie mogłam na to poradzić. To było takie... takie... 

Niesprawiedliwe. 

-  A  więc  jestem  panna  Susannah,  tak?  -  zapytałam,  nie  przejmując  się  łzami.  -  Och, 

wspaniale. Przebywam taką drogę, ryzykuję uszkodzenie komórek mózgowych, a ty mi nawet 

nie wierzysz? Praktycznie zapewniam sobie całe życie ze złamanym sercem, a ty myślisz, że 

zwariowałam? Dzięki, Jesse. Nie, naprawdę. Świetna sprawa. 

Szloch nie pozwolił mi skończyć. Nie mogłam już tego znieść. Nie mogłam nawet na 

niego patrzeć, bo jego widok oślepiał mnie, jak najwspanialsza świąteczna choinka. Zakryłam 

twarz rękami i rozpłakałam się. 

Może dość już zrobiłam. Może to, że powiedziałam mu o planie Marii i Diega, skłoni 

go  do  powrotu  do  domu  jeszcze  dzisiaj.  Mimo  że  informacja  pochodziła  ze  źródła,  które 

uważał  za  niewiarygodne.  Nic  więcej  nie  mogłam  zrobić,  prawda?  No  bo,  w  jaki  sposób 

mogłam sprawić, żeby mi uwierzył? 

I wtedy sobie przypomniałam. 

Opuściłam ręce i spojrzałam na niego, nie dbając, że widzi moje łzy. 

- Lekarz - powiedziałam. 

-  Tak.  -  Jesse  wydobył  skądś  chusteczkę  i  podał  mi  ją.  Wydawał  się  teraz  trochę 

udobruchany. - Pozwól, że ci go sprowadzę. Naprawdę uważam, panno Susannah, że wbrew 

temu, co twierdzisz, nie jesteś w dobrym... 

- Nie. - Odepchnęłam chusteczkę niecierpliwym gestem. - Nie dla mnie. Ty. 

Kąciki ust Jesse'a uniosły się w lekkim uśmiechu. 

- Ja potrzebuję lekarza? Zapewniam cię, panno Susannah, że nigdy w życiu nie czułem 

się lepiej. 

background image

-  Nie.  -  Podniosłam  się  na  nogi.  Usiłowałam  stanąć  po  raz  pierwszy,  odkąd  mnie 

rozwiązał, i z pewnym trudem utrzymywałam równowagę. 

Ale udało mi się wstać bez pomocy. Stałam naprzeciwko niego, dysząc ciężko - nie z 

wysiłku, ale z podniecenia. 

-  Lekarz - powtórzyłam, patrząc na jego śmiałą,  teraz zatroskaną twarz.  Przewyższał 

mnie o jakieś piętnaście centymetrów, ale nie dbałam o to. Podniosłam brodę. - W głębi duszy 

pragniesz  zostać  lekarzem  -  powiedziałam.  -  Nie  pytałeś  ojca,  ale  wiesz,  że  by  ci  na  to  nie 

pozwolił.  Potrzebuje  cię  na  ranczu,  bo  jesteś  jedynym  synem.  Nie  mogliby  się  bez  ciebie 

obejść na tak długo, ile wymaga ukończenie szkoły medycznej. 

Wyraz  twarzy  Jesse'a  uległ  zmianie.  Podejrzliwość,  którą  widziałam  w  jego  oczach, 

odkąd pokazałam mu portret, zniknęła, a na jej miejscu pojawiło się coś... 

Coś, jakby zadziwienie. 

- Skąd? - Jesse przyglądał mi się z najwyższym zdumieniem. - Skąd możesz...? Nigdy 

nikomu o tym nie mówiłem. 

Ujęłam jedną z jego dłoni... 

...jej  ciepło  wstrząsnęło  mną.  Zawsze,  kiedy  Jesse  mnie  obejmował...  zawsze,  kiedy 

głaskał mnie po włosach, a ja napawałam się jego ciepłem... teraz wiedziałam, że ono nie było 

prawdziwe. To ciepło było tylko w mojej głowie. Teraz ono było realne. Zgrubienia na dłoni, 

które znałam tak dobrze... były realne. Prawdziwy Jesse. 

- Powiedziałeś mi o tym. Powiedziałeś mi o tym w przyszłości. Jesse pokręcił głową, 

ale nie za mocno. Tylko troszeczkę. 

- To... to niemożliwe. 

-  Owszem,  jest  możliwe.  Widzisz,  dziś  w  nocy  Diego  cię  zabije.  Ale  umrze  tylko 

twoje  ciało,  Jesse.  Twoja  dusza  nigdzie  nie  odejdzie,  bo...  cóż,  chyba  nie  tak  miało  być.  - 

Spojrzałam  na  niego  czule,  nie  puszczając  jego  dłoni.  -  Myślę,  że  miałeś  żyć.  Ale  umarłeś. 

Więc twoja dusza błąkała się, dopóki ja się nie pojawiłam, jakieś sto pięćdziesiąt lat później. 

Jestem kimś, kto pomaga... cóż, ludziom, którzy zmarli. Powiedziałeś mi, że chciałeś być le-

karzem,  Jesse.  Powiedziałeś  mi  o  tym  w  przyszłości.  Czy  teraz  mi  wierzysz?  Czy  zechcesz 

teraz stąd odjechać i nigdy nie wracać? 

Jesse  spojrzał  na  nasze  splecione  dłonie,  na  moje  blade,  na  tle  jego  opalonej  skóry, 

palce,  które  przy  jego  odciskach  musiały  mu  się  wydawać  bardzo  miękkie.  Milczał.  Co 

takiego, w gruncie rzeczy, mógł powiedzieć? 

Ponieważ jednak był Jesse'em, coś powiedział... dokładnie to, co należało powiedzieć: 

background image

-  Jeśli  wiesz  o  mnie  coś  takiego  -  odezwał  się  cicho  -  o  tym,  że  chciałbym  zostać 

lekarzem  -  czego  nigdy  nie  mówiłem  Marii  -  ani  nikomu  z  żyjących  -  wobec  tego  muszę... 

muszę... ci uwierzyć. 

- A więc kiedy już wiesz, musisz stąd odjechać, Jesse. Siadaj na konia i jedź. 

- Zrobię to - powiedział. 

Staliśmy tak blisko, że mógłby wyciągnąć ręce i ująć moją twarz w dłonie. 

Nie zrobił tego, naturalnie. 

Czułam jednak bijące od niego ciepło, nie tylko z dłoni, którą trzymałam, ale z całego 

ciała.  Był tak promienny i pełen życia, że czułam niemal każdy włos na jego  głowie, każdą 

cząsteczkę jego skóry. Tak bardzo go kochałam... 

...a on się nigdy, przenigdy miał się o tym nie dowiedzieć. 

Ale tak właśnie musiało być. Bo przynajmniej miał życie przed sobą. 

- Ale - powiedział Jesse, puszczając nagle moją rękę i odwracając się - nie dzisiaj. 

Miałam  wrażenie,  jakby  ktoś  mi  dołożył  w  głowę.  Wszystkie  miejsca,  ogrzewane 

przed chwilą ciepłem jego ciała, ogarnął teraz chłód. 

- C - co? - wyjąkałam głupio. - Nie co? 

- Nie dzisiaj - oznajmił Jesse, skinąwszy głową w kierunku drzwi stodoły, przez które 

nie wpadały już wydłużone cienie. Słońce zaszło. Cienie zniknęły. - Jutro pojadę na ranczo de 

Silvów,  żeby  pomówić  z  Marią  i  jej  ojcem.  Ale  nie  dzisiaj.  Robi  się  późno.  Za  późno  na 

podróż. Zostanę tutaj na noc i odjadę jutro rano. 

- Ależ nie możesz! - Te słowa wyrwały się z głębi mojej duszy. - Musisz wyjechać już 

teraz, Jesse, dziś wieczorem! Nic nie rozumiesz, to zbyt niebezpieczne... 

Na jego ustach pojawił się doskonale znany mi uśmiech. 

- Potrafię o siebie zadbać, panno Susannah - stwierdził. - Nie boję się Feliksa Diega. 

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. 

- A powinieneś! - praktycznie wrzasnęłam. - Biorąc pod uwagę, że on cię zabije! 

-  Ach.  Ale,  o  ile  dobrze cię  zrozumiałem, tak  miało  być,  zanim  przybyłaś,  aby  mnie 

ostrzec... za co ci dziękuję. 

Nie mogłam pojąć, dlaczego wszystko zmierza w złą stronę. 

-  Jesse  -  podjęłam  jeszcze  raz  rozpaczliwy  wysiłek  przekonania  go.  -  Nie  możesz 

spędzić nocy w tym domu. Rozumiesz? To zbyt niebezpieczne. 

Jesse zaskoczył mnie jednak. Cóż, dlaczego nie? Zawsze tak robi. 

- Rozumiem - powiedział. 

- Naprawdę? - Wytrzeszczyłam na niego oczy. - Naprawdę? Więc wyjedziesz? 

background image

- Nie - odparł. - Nie wyjadę. 

- Ale... 

- Zostanę tutaj - powiedział, wskazując brodą strych. - Z tobą. Aż do rana. 

Szczęka mi opadła. 

- Tutaj? - powtórzyłam. - Tutaj... w stodole? 

- Z tobą - powiedział Jesse. 

- Ze mną? 

- Tak - potwierdził. 

Dopiero teraz zrozumiałam, o co mu chodzi. Cofnęłam się o sto pięćdziesiąt lat, aby 

go chronić - no, w każdym razie, tym się zajmowałam - a on próbował chronić mnie. 

To było tak typowe dla niego, że prawie się rozpłakałam. Poważnie. 

Ale tylko prawie. 

Ponieważ pytanie, które mi zadał, odciągnęło moją uwagę. 

-  Muszę  jednak  wiedzieć...  Dlaczego?  -  Ciemne  oczy  wpatrywały  się  we  mnie  z 

uwagą. 

- Co dlaczego? - wymamrotałam, zahipnotyzowana, jak zwykle, jego spojrzeniem. 

- Dlaczego to zrobiłaś - przebyłaś całą tę drogę - żeby ostrzec mnie przed Diegiem? 

Ponieważ cię kocham. 

Trzy  proste  słowa.  Trzy  proste  słowa,  których  nie  mogłam  za  nic  w  świecie 

wypowiedzieć.  Nie  przed  tym  Jesse'em,  którego  praktycznie  nie  znałam.  Już  myślał,  że  mi 

odbiło. Nie chciałam pogarszać sprawy. 

- Ponieważ to nie powinno było cię spotkać. I tyle. 

To, w każdym razie, zaczęłam mówić, kiedy odezwał się męski głos: 

Señor de Silva? 

Powiem tylko, że nie był to pan O'Neil. 

background image

17 

Krew zastygła mi w żyłach. Znałam ten głos. Znałam go aż za dobrze. Jego właściciel 

próbował raz mnie zabić. 

-  To  on  -  szepnęłam.  Niepotrzebnie,  rzecz  jasna,  Jesse  przecież  doskonale  znał  tego 

człowieka. 

Wysunął  się  z  cienia  skrywającego  jego  twarz.  Wyrażającą,  jak  z  ulgą  zauważyłam, 

głęboką nieufność. Zaczynał mi wierzyć. 

-  Kto  tam?  -  zawołał,  podnosząc  lampę  i  przekręcając  maleńką  śrubkę,  tak  aby 

uzyskać większy płomyk. 

Człowiek na dole powiedział coś po hiszpańsku, czego nie zrozumiałam. Z wyjątkiem 

dwóch ostatnich słów. Nie były trudne do rozszyfrowania, nawet dla mnie. 

Feliks Diego. 

Stało się, pomyślałam. Teraz już nie ma odwrotu. 

Jesse  odpowiedział  też  po  hiszpańsku,  a  Diego  przemówił  tonem,  który,  choć  nie 

rozumiałam słów, brzmiał zbyt słodko, aby wzbudzić zaufanie. Miałam wrażenie, że zaprasza 

Jesse'a do czegoś. 

A Jesse wyraźnie się wykręcał. 

- No? - szepnęłam z niepokojem, kiedy rozmowa skończyła się i Diego wreszcie sobie 

poszedł. 

Jesse  podniósł  jednak  rękę,  najwyraźniej  nie  do  końca  przekonany,  czy  tamten 

rzeczywiście odszedł. 

Jakiś  czas  potem,  kiedy  wieczór  nieodwołalnie  przeszedł  w  noc  i  nie  sposób  było 

niczego zobaczyć poza złotym kręgiem światła rzucanego przez lampę, Jesse powiedział: 

-  To  był  Feliks  Diego.  Twierdzi,  że  jego  pan  -  ojciec  Marii  -  wysłał  go,  żeby 

sprawdził, czy mam wszystko, czego mi trzeba towarzyszył mi jutro w dalszej drodze. 

- Czy ojciec Marii postępował podobnie podczas twoich poprzednich wizyt? 

- Nie - odparł zwięźle Jesse. 

- Co mu powiedziałeś? 

- Ze niczego nie potrzebuję. 

Odpowiadał na pytania, ale widać było, że myślami jest zupełnie gdzie indziej. Starał 

się połączyć dziwaczne historie, jakimi go uraczyłam, z tym, co teraz zaszło, i efekt niezbyt 

mu się podobał. 

background image

- Powiedziałem mu, że noc spędzę tutaj - ciągnął. - Bo mój koń jest chory. Stwierdził, 

że koń wygląda na zdrowego i zaprosił mnie na zewnątrz, na szklaneczkę... 

Wciągnęłam powietrze. 

- Nie zgodziłeś się, prawda? 

-  Oczywiście,  że  nie.  -  Po  raz  pierwszy  Jesse  wyglądał,  jakby  rzeczywiście  mnie 

dostrzegał,  kiedy  na  mnie  patrzył.  -  Sądzę,  że  masz  rację.  On  chyba  naprawdę  chce  mnie 

zabić. 

Nie odpowiedziałam radosnym: „A nie mówiłam”, no bo jaki by to miało sens? Poza 

tym  Jesse  wydawał  się  dostatecznie  przygnębiony.  Właściwie  nie  tyle  przygnębiony,  co 

zaszokowany, i coś jeszcze. Coś, czego nie potrafiłam nazwać... 

W każdym razie nie potrafiłam do momentu, kiedy ponownie usłyszałam skrzypienie 

drabiny.  Podejrzewając,  że  to  Diego  wraca,  zbliżyłam  się  do  krawędzi  stryszku,  gotowa 

posłać duszę drania do lepszego świata... 

Jesse  stanął  jednak  przede  mną,  oddzielając  mnie  od  drabiny  wyciągniętym 

ramieniem. 

Wtedy zrozumiałam, czym było to „coś”, które dostrzegłam w jego oczach. 

Okazało się jednak, że to nie Feliks Diego wspinał się po drabinie. 

- Och, wspaniale - powiedział Paul, wdrapawszy się w końcu na sam szczyt. - Och, po 

prostu wspaniale. Co on tutaj robi? - Popatrzył z gniewem na Jesse'a, który odwzajemnił mu 

się podobnym spojrzeniem. 

-  Znalazł  mnie,  Paul  -  wyjaśniłam.  Nie  uznałam  za  konieczne  wspomnieć,  że  sama 

postarałam się o to, żeby mnie znalazł. 

Paul  był  wściekły.  Jeśli  zwrócił  uwagę  na  to,  jak  bardzo  żywy  Jesse  różnił  się  od 

martwego,  nie  dał  tego  po  sobie  poznać.  Jesse  natomiast  skinął  głową  w  stronę  Paula  i 

zapytał: 

- To on? Mężczyzna, który cię związał? 

Powinnam  była,  oczywiście,  zaprzeczyć.  Powinnam  była  przewidzieć,  na  co  się 

zanosi. Ale nie pomyślałam o tym. 

- Owszem, to on - powiedziałam. 

Dopiero, jak ręce Jesse'a zacisnęły się w pięści, uświadomiłam sobie swój błąd. 

- Nie, poczekaj! - krzyknęłam. 

Za  późno.  Jesse  rzucił  się  na  Paula  jak  bokser  i  przewrócił  go,  tak  że  przestraszone 

hałasem konie zaczęły rżeć i biegać niespokojnie w swoich przegrodach. 

- Przestań! - zawołałam, podbiegając do nich i usiłując ich rozdzielić. 

background image

Ale  to  było  tak,  jakbym  próbowała  rozdzielić  dwie  góry.  Paul,  przynajmniej,  nie 

zaangażował się w walkę tak bardzo, jak Jesse, bo słyszałam, jak krzyczał: 

- Ściągnij go ze mnie, Suze, ściągnij... 

Na  dźwięk  tych  słów  Jesse  sam  go  puścił  i  cofnął  się,  dysząc  ciężko.  W  tym 

zamieszaniu  trochę  mu  się  rozpięła  koszula  i  zobaczyłam  jego  umięśniony,  płaski  brzuch. 

Trudno było, mimo powagi sytuacji, nie zachwycić się tym widokiem. 

- Co, do... - Paul wygramolił się z siana, otrzepując ubranie. - Boże, Suze. Co ty mu o 

mnie naopowiadałaś? Czy on nie wie, że jestem tutaj pozytywnym bohaterem? To ty miałaś 

zamiar pozwolić... 

- On wie - przerwałam pospiesznie. 

Paul przestał się otrzepywać i posłał mi spojrzenie pełne niedowierzania. 

- Wie? - powtórzył. - Wie naprawdę? 

- Wie - stwierdziłam ponuro. 

- Cóż - mruknął Paul zaintrygowany. - Co wywołało tę zmianę? Myślałem... 

- To było przedtem - powiedziałam szybko. 

- Przed czym? - Paul znalazł źdźbło siana we włosach i wyciągnął je. 

- Zanim go zobaczyłam - powiedziałam cicho, nie patrząc na żadnego z nich. 

Paul  milczał,  co  było  dość  niezwykłe  jak  na  niego.  Jesse,  naturalnie,  nie  rozumiał,  o 

czym mówimy. Nadal był wściekły na Paula za to, że mnie związał. 

- Nie wiem, czy w czasach, z których przybywasz, uważa się za normalne zostawianie 

gdzieś związanych i zakneblowanych niewiast - odezwał się surowo. - W tych jednak czasach 

podobne zachowanie, zapewniam cię, każdego dżentelmena kosztowałoby więzienie. 

Słowo  „dżentelmen”  wymówił  tonem  dającym  do  zrozumienia,  że  w  żadnym 

wypadku nie uważa, aby mogło dotyczyć Paula. Paul tylko zerknął w jego stronę. 

-  Wiesz,  co  -  powiedział.  -  Chyba  wolę  twojego  ducha.  Uznałam,  że  mądrzej  będzie 

zmienić temat. 

- On już tu jest - powiedziałam do Paula. - Chodzi mi o Feliksa Diega. 

- Wiem. Szedłem za nim. 

- Myślałam, że chcesz się go pozbyć! 

- Tak, cóż, nie mogłem tak po prostu podejść do niego i wyrwać mu duszy na oczach 

wszystkich. 

- Dlaczego nie? 

- Bo by mnie zastrzelono. 

- Ale mógłbyś się natychmiast przenieść w przyszłość... 

background image

-  Hm,  i  zostawić  cię  związaną  na  strychu  u  pani  O'Neil?  Raczej  nie.  Musiałbym 

wrócić, żeby cię wybawić z tej sytuacji. - Przeniósł wzrok na Jesse'a. - Nie zdawałem sobie, 

oczywiście, sprawy, że Jego Książęca Wysokość zjawił się tutaj pierwszy i zrobił to za mnie. 

- No, to co zrobimy? - zapytałam. Paul znowu spojrzał na Jesse'a. 

- Cóż - powiedział. - A co chce zrobić cudowny chłopczyk? 

- Cudowny chłopczyk? - W oczach Jesse'a był gniew. - Czy ten ktoś jest w przyszłości 

moim przyjacielem? - spytał mnie. 

- Nie - odpowiedziałam, po czym zwróciłam się do Paula: - Próbowałam skłonić go do 

wyjazdu, ale on nie chce. 

-  Koleś  -  powiedział  Paul.  -  Nie  mówię  ci  tego,  bo  cię  lubię.  Wierz  mi.  Ale  jeśli 

zostaniesz, będziesz sztywny. Proste. Ten cały Diego - on nie żartuje. 

-  Nie  boję  się  go  -  stwierdził  Jesse,  jakbyśmy  byli  niespełna  rozumu,  nie  chcąc  mu 

uwierzyć. 

- Widzisz? - zwróciłam się do Paula. 

- Świetnie. - Paul przysiadł na kupie siana, z bolesną miną. - Po prostu fantastycznie. 

Kiedy Diego przyjdzie go zabić, będzie mógł dołożyć również tobie i mnie. 

Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale Jesse mnie ubiegł. 

- Jeśli myślisz, że zostawię cię z nią samego - powiedział, nie spuszczając wzroku z 

Paula - to nie znasz mnie w ogóle w tej twojej przyszłości. 

-  Nie  martw  się  -  powiedział  Paul,  podnosząc  rękę  zmęczonym  gestem.  -  Niczego 

innego bym się po tobie nie spodziewał, Jesse. Cóż, to tyle na razie. - Rozparł się wygodnie 

na sianie. - Czekamy. Jeśli wróci, sądząc, że zasnąłeś, i będzie chciał wykonać swoją robotę, 

capniemy go. 

- Nie. - Jesse był bardzo stanowczy. Nie podniósł głosu. Ani odrobinę. Ale głos miał 

twardy jak stal. - Ja się z nim zmierzę. 

- Hm, bez obrazy - odezwał się Paul - ale Suze i ja zjawiliśmy się tutaj specjalnie po 

to, żeby... 

-  Powiedziałem,  że  ja  to  zrobię  -  powiedział  Jesse  tym  samym  lodowatym  tonem, 

którego,  o  czym  zdążyłam  się  przekonać,  używał  tylko  wtedy,  kiedy  coś  go  naprawdę 

rozgniewało. - To mnie zamierza zabić. Ja jestem tym, który go powstrzyma. 

Wymieniliśmy z Paulem spojrzenia. Paul westchnął, wziął końską derkę i rozłożył ją 

na sianie w ciemnym kącie strychu. 

- Świetnie - powiedział. - Obudźcie mnie, kiedy przyjdzie pora wracać do domu. 

Ku mojemu najwyższemu zdumieniu zamknął oczy i chyba zapadł w drzemkę. 

background image

Jesse  zerkał  w  stronę  Paula  z  niechęcią.  Kiedy  zauważył  mój  wzrok,  zapytał  nieco 

łagodniejszym niż przedtem tonem: 

- Czy wy dwoje jesteście przyjaciółmi tam, skąd przybyliście? 

-  Hm.  Raczej  nie.  Bardziej  może...  współpracownikami.  Oboje  mamy  ten  sam... 

powiedzmy, dar. 

- Do podróżowania w czasie - powiedział Jesse. 

- Tak. I do... innych rzeczy. 

- A kiedy zabiję Diega - zwróciłam uwagę na to „kiedy” zamiast Jeśli” - wrócicie tam, 

skąd przybyliście? 

- Tak. - Starałam się nie myśleć, jak potwornie trudna będzie dla mnie ta chwila. 

- A chcecie mi pomóc - powiedział Jesse równie cichym głosem jak ja - ponieważ...? 

Uświadomiłam  sobie,  że  nie  udzieliłam  odpowiedzi  na  to  pytanie,  kiedy  zadał  je  po 

raz pierwszy. W ciepłym świetle lampy - Jesse przykręcił płomień, tak żeby Diego pomyślał, 

że  śpi  -  nigdy  nie  wyglądał  tak  przystojnie,  jak  w  tej  chwili.  Ponieważ,  rzecz  jasna,  nigdy 

przedtem  nie  widziałam go  żywego.  Jego  brązowe  oczy  lśniły  delikatnie,  rzęsy  były  równie 

ciemne jak cienie na strychu. Usta - mocne, miękkie usta, które nie całowały mnie tak często, 

jakbym  chciała  i  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  miały  już  nigdy  tego  nie  robić  - 

wydawały się hipnotycznie kuszące. Zmusiłam się, żeby oderwać od niego wzrok, przenosząc 

go na przetarte miejsce na kolanie dżinsów. 

- Ponieważ tym się właśnie zajmuję - powiedziałam, tylko że coś przeszkadzało mi w 

gardle i słowa brzmiały dość chrapliwie. 

Zakasłałam. 

-  I  robisz  to...  -  Jesse  miał,  zdaje  się,  na  myśli  cofanie  się  w  przeszłość  w  celu 

ostrzeżenia  potencjalnych  ofiar  morderstwa  przed  czekającym  je  losem  -  ...dla  wszystkich 

ludzi, którzy zmarli przed czasem? 

- Eee... niezupełnie. Jesteś... szczególnym przypadkiem. 

-  I  wszystkie  dziewczęta  z  twoich  czasów  -  ciągnął  Jesse  w  zamyśleniu,  nie 

zauważając chyba mojego zmieszania ani fascynacji jego ustami - są takie jak ty? 

- Jak ja? Jak... czy są pośredniczkami? 

- Nie. - Jesse potrząsnął głową. - Nieustraszone jak ty. Odważne jak ty. 

Uśmiechnęłam się trochę niepewnie. 

- Nie jestem dzielna, Jesse. 

- Zostałaś tutaj. - Wskazał ręką strych. - Mimo że wiesz - albo wydaje ci się, że wiesz 

- że zdarzy się coś strasznego. 

background image

-  No,  tak  -  powiedziałam.  -  Bo  właśnie  dlatego  przybyłam.  Żeby  się  nie  zdarzyło. 

Chociaż, prawdę mówiąc... - rzuciłam ostrożne spojrzenie w stronę Paula, na wypadek, gdyby 

- i pewnie tak było  - podsłuchiwał - przybyłam  po to, żeby przeszkodzić jemu, Paulowi. W 

powstrzymaniu  Diega.  Ponieważ,  jeśli  dzisiaj  nie  umrzesz,  no,  wiesz,  to  ty  i  ja  -  w 

przyszłości, z której pochodzę - nigdy się nie spotkamy. Nie mogłam znieść myśli, że tak się 

może  stać.  A  ty  nawet  -  w  przyszłości  -  powiedziałeś,  że  tego  nie  chcesz.  Tylko...  tylko... 

jestem tutaj, i to się stanie. Widzisz więc, w ogóle nie jestem odważna. 

Wątpię,  żeby  zrozumiał  choć  słowo  z  tego,  co  powiedziałam.  Nie  miało  to  jednak 

znaczenia.  Było  to  możliwie  bliskie  przeprosinom.  Czułam,  że  jestem  mu  to  winna. 

Przeprosiny. Za to, co zrobiłam. 

Za zniszczenie tego, co nas łączyło. 

- Myślę, że się mylisz - powiedział Jesse. - Co do tej odwagi. Ale co on mógł wiedzieć 

na ten temat? Uśmiechnęłam się tylko do niego. 

Właśnie wtedy to usłyszałam. 

background image

18 

Nie umiem tego wytłumaczyć. Nie urodziłam się z nadzwyczajnym słuchem, czy coś. 

Po prostu... usłyszałam. Skrzypnięcie drzwi stodoły. 

A  Jesse,  przy  drabinie,  zamarł.  Także  usłyszał  ten  dźwięk.  W  sekundę  później  Paul 

usiadł na sianie. Nie spał. Wcale a wcale. 

Czekaliśmy w pełnym napięcia milczeniu, ledwie oddychając. 

Rozległo się kolejne skrzypnięcie. Tym razem buta na szczeblu drabiny. 

Diego. Z pewnością. Diego przyszedł, żeby zabić Jesse'a. 

Jesse musiał wyczuć mój niepokój, bo podniósł rękę w moją stronę, w uniwersalnym 

geście oznaczającym: „Stój”. Chciał, żebyśmy z Paulem zostawili Diega jemu. 

Tak. Właśnie tak. 

Potem  zobaczyłam  -  głowę  i  ramiona  Diega,  masywne  i  czarne  na  tle  mrocznej 

stodoły. Głowę miał odwróconą w stronę leżącego Jesse'a - nie widział nic innego. 

Powoli stąpając cicho po sianie, z obawy, żeby nie obudzić ofiary, Diego wdrapał się 

na strych. Kiedy podchodził coraz bliżej - na odległość półtora metra... metra... jeszcze bliżej 

-  naprężałam  się,  gotowa  do  skoku.  Nie  miałam  pojęcia,  co  zrobię,  żeby  go  zatrzymać.  Nie 

był ułomkiem, a ja nie ćwiczyłam karate. Ale myśl o zabraniu  go w inny  wymiar narzucała 

się sama. 

Paul  jednak  przytrzymywał  mnie  za  rękaw  kurtki  i  odciągał  do  tyłu,  tak  żeby  dać 

Jesse'owi szansę na osobiste rozwiązanie problemu. Zabawne, że w tej jednej jedynej sytuacji 

Paul był po stronie Jesse'a, co mu się nigdy dotąd nie zdarzyło. 

Był  tuż  -  tuż.  Diego  znalazł  się  tuż  obok  rzekomo  pogrążonego  we  śnie  Jesse'a. 

Sięgnął  do  czegoś  -  po  pas.  Błysnęła  klamra...  ta  sama  klamra,  która  znalazła  się  w  jakiś 

sposób na strychu mojego domu... 

Kiedy  Diego  owinął  sobie  końce  pasa  wokół  pięści,  napinając  go,  żeby  udusić  nim 

swoją ofiarę, ciszę przeciął chłodny, spokojny głos Jesse'a. 

Po hiszpańsku. Powiedział coś po hiszpańsku. 

Dlaczego? Dlaczego poszłam na francuski, a nie na hiszpański? 

Diego, kompletnie zaskoczony, cofnął się o krok. Nie mogłam wytrzymać. 

-  Co  on  powiedział?  -  syknęłam  do  Paula.  Paul,  niezbyt  zachwycony  rolą  tłumacza, 

odparł: 

- „A więc to prawda”. A teraz cicho siedź, żebym słyszał, co mówią. 

background image

Diego szybko doszedł do siebie. Nie opuścił nawet rąk z pasem. Powiedział coś tylko. 

Tym razem nie musiałam ponaglać Paula. 

- Powiedział: „A więc wiesz. Tak, to prawda. Jestem tu, żeby cię zabić”. 

Jesse odpowiedział. Jedynym słowem, jakie zrozumiałam, było imię. 

- „Maria cię przysłała?” 

Diego zaśmiał się. Potem skinął głową. I rzucił się naprzód. 

Chyba  nie  krzyknęłam.  Wiem,  że  wciągnęłam  masę  powierza,  żeby  je  wyrzucić  z 

siebie w krzyku. Ale wstrzymałam oddech. Bo Jesse, zamiast usunąć się Diego z drogi, jak ja 

bym :robiła, podniósł się na spotkanie przeciwnika. 

Obaj znajdowali się niebezpiecznie blisko krawędzi, prawie cztery metry nad ziemią. 

W ciemności trudno było dokładnie twierdzić, co się dzieje, ale jedno wydawało się pewne: 

Diego miał przewagę, jeśli chodzi o ciężar ciała. 

Teraz oboje z Paulem byliśmy na nogach, zupełnie niezauważani przez walczących na 

skraju strychu. Usiłowałam skoczyć z pomocą, ale Paul mi nie pozwolił. 

- To równa walka - oznajmił. 

W  chwilę  później  jednak,  kiedy  przeciwnicy  odskoczyli  od  siebie,  a  Diego  odrzucił 

pas  z  szyderczym  śmiechem,  stwierdziłam,  że  walka  nie  była  w  żaden  sposób  równa. 

Ponieważ Diego nie wiadomo skąd wyciągnął nóż. Błyszczał złowrogo w świetle stojącej na 

ziemi lampy. 

Powietrze z moich płuc uszło gwałtownie. 

- Jesse! - krzyknęłam. - Nóż! 

To odwróciło na chwilę uwagę Diega i dało Jesse'owi czas na wyciągnięcie własnego 

noża zza cholewy... tego, którym przeciął mi więzy. 

- W porządku, tak jest - powiedziałam, kiedy to zobaczyłam. - Ktoś zaraz... 

-  O  to  właśnie  chodzi  -  powiedział  Paul,  ściskając  mnie  jeszcze  mocniej.  -  Pod 

warunkiem, że to będzie ten właściwy facet. 

Nie  rozumiałam  Paula.  Jesse  i  Diego  krążyli  teraz  wokół  siebie,  zbliżając  się 

niebezpiecznie do krawędzi. Mogliśmy ich powstrzymać. Mogliśmy ich powstrzymać z taką 

łatwością. Dlaczego on... 

Olśniło  mnie.  Może  Paul  był  po  stronie  Diega?  Może  to  była  jakaś  dziwaczna 

pułapka?  Czy  naprawdę  nie  zdołał  odszukać  Diega  w  ciągu  dnia,  czy  tylko  udawał,  żeby 

potem patrzeć z przyjemnością, jak Jesse umiera? 

Wyrwałam mu się. 

background image

- Chcesz, żeby Jesse zginął - wrzasnęłam. - Chcesz tego, tak? Paul spojrzał na mnie, 

jakbym zwariowała. 

- Żartujesz? Przeniosłem się tutaj tylko po to, żeby nie zginął. 

- Więc dlaczego mu nie pomagasz? 

- Nie potrzebuję - Jesse uchylił się przed ciosem Diega - pomocy. 

- Kim są ci ludzie? - warknął Diego, ponownie atakując Jesse'a. 

- Nikim - odparł Jesse. - Nie zwracaj na nich uwagi. To sprawa między tobą a mną. 

- Widzisz? - powiedział Paul, nie bez satysfakcji. - Uspokoisz się? 

Jak mogłam się uspokoić, patrząc, jak mój chłopak - no, ściśle mówiąc, nie był jeszcze 

moim  chłopakiem  -  toczy  walkę  na  śmierć  i  życie?  Stałam  z  duszą  na  ramieniu,  ledwie 

oddychając i obserwując błysk zimnego metalu między oboma walczącymi... 

I wtedy to się stało. Diego odwrócił się nagle i w mgnieniu oka chwycił... 

Mnie. 

Zaskoczył mnie tak, że nie byłam w stanie myśleć. W jednej chwili stałam obok Paula 

i patrzyłam ze zgrozą na to, co się działo... 

...a  w  następnej  znalazłam  się  w  samym  środku  walki,  z  ramieniem  Diega 

przygniatającym mi szyję i ostrzem jego srebrnego noża przy tętnicy. 

- Rzuć nóż - rozkazał Jesse'owi. Trzymał mnie tak blisko, że czułam wibrację głosu w 

jego ciele. - Albo dziewczyna zginie. 

Jesse zbladł. Ale nie zawahał się ani chwili. Rzucił nóż. Paul wrzasnął: 

- Suze! Przenieś się! 

Po  sekundzie  dotarło  do  mnie,  co  miał  na  myśli.  Diego  mnie  dotykał.  Wystarczyło 

przywołać  w  myślach  ten  korytarz,  którego  tak  nienawidziłam  -  tę  stację  pomiędzy  dwoma 

planami istnienia - i znaleźlibyśmy się tam oboje... 

...i pozbylibyśmy się go raz na zawsze. 

Zanim jednak zdążyłam choćby zamknąć oczy, Diego odepchnął mnie i rzucił się na 

Jesse'a. Usiłowałam krzyknąć, kiedy upadałam,  ale z obolałego od uścisku Diega  gardła nie 

wydobył się żaden dźwięk. 

Nie  spadłam  ze  strychu.  Upadłam  na  jakiś  metalowy  -  i  częściowo  szklany  - 

przedmiot. Przedmiot, który pękł pod moim ciężarem. Wylała się z niego na siano jakaś ciecz. 

Od której strych stanął w płomieniach. 

Lampa. Przewróciłam się na lampę i rozbiłam ją. I wywołałam pożar. 

background image

Ogień rozprzestrzenił się szybciej, niż mogłabym to sobie wyobrazić. Nagle oddzieliła 

mnie od pozostałych pomarańczowa ściana. Widziałam ich po drugiej stronie. Paul wpatrywał 

się we mnie w niemym przerażeniu, zaś Jesse i Diego... 

Cóż, Jesse starał się przeszkodzić Diego w zanurzeniu noża w jego sercu. 

- Paul! - krzyknęłam. - Pomóż mu! Pomóż Jesse'owi! 

Ale  Paul  tylko  stał  i  patrzył  w  moją  stronę.  To  Jesse  w  końcu  wyswobodził  się  z 

uścisku Diega. To Jesse wykręcił mu ramię, tak że tamten wypuścił nóż. To Jesse wymierzył 

mu cios w twarz, który posłał go... 

Przez krawędź strychu na ziemię. 

Rozległ się głuchy łomot uderzającego o ziemię ciała i niepozostawiające wątpliwości 

chrupnięcie kości... kręgów szyjnych. 

Konie także go usłyszały. Zarżały przenikliwie, kopiąc w ściany przegród. Czuły dym. 

Podobnie jak O'Neilowie. Na zewnątrz stodoły słychać było krzyki. 

-  Udało  ci  się  -  krzyknęłam,  patrząc  na  zasapanego  Jesse'a  poprzez  ogień  i  dym.  - 

Zabiłeś go! 

- Suze. - Paul nadal mi się przyglądał. - Suze. 

- Udało mu się, Paul! - Nie mogłam w to uwierzyć. - Będzie żył. - I zwróciłam się z 

radością do Jesse'a: - Będziesz żył! 

Jesse nie wyglądał na szczęśliwego. Powiedział tylko: 

- Susannah. Nie ruszaj się. 

Wtedy  zobaczyłam,  co  się  stało.  Ogień  odciął  mnie  całkowicie  od  pozostałej  części 

strychu.  Nawet  od  jego  krawędzi.  Otaczały  mnie  płomienie.  Oraz  dym.  Dym  tak  gęsty,  że 

ledwie ich widziałam. 

Nic dziwnego, że Paul się na mnie gapił. Znalazłam się w ogniowej pułapce. 

- Suze - powiedział. Jego głos brzmiał słabo. Potem krzyknął: - Jesse, nie... 

Jednak  za  późno.  W  następnej  chwili  jakiś  duży  przedmiot  przeleciał  przez  dym  i 

ogień  i  uderzył  we  mnie,  przewracając  na  ziemię.  Po  chwili  zrozumiałam,  że  to  Jesse, 

owinięty  końską  derką,  która  służyła  mi  za  okrycie  poprzedniej  nocy...  Końską  derką,  która 

się teraz tliła. 

- Chodź - powiedział, odrzucając ją, chwytając mnie za rękę i stawiając na nogi. - Nie 

mamy czasu. 

- Suze! - usłyszałam krzyk Paula. Nie widziałam go już, dym zupełnie go zasłonił. 

- Zejdź na dół - wrzasnął do niego Jesse. - Zejdź na dół i pomóż im przy koniach. 

Paul go nie słuchał. 

background image

- Suze! - ryknął. - Przenieś się! Natychmiast! To twoja jedyna szansa! 

Jesse odwrócił się i zaczął kopać deski w ścianie obok. Ściana drżała pod uderzeniami. 

Przenieść się? Mój umysł pracował jakby na wolniejszych obrotach, może z powodu 

dymu.  Nie  sądzę  jednak,  żebym  mogła  się  przenieść.  A  co  z  Jesse'em?  Nie  mogłam  go 

zostawić.  Nie  po  to  zadałam  sobie  tyle  trudu,  żeby  go  uratować  przed  Diegiem,  aby  teraz 

pozwolić mu zginąć w płomieniach. 

-  Suze  -  krzyknął  ponownie  Paul.  -  Przenieś  się!  Ja  też  to  zrobię.  Spotkamy  się  po 

drugiej stronie! 

Po drugiej stronie? O czym on mówił? Odbiło mu? Och, jasne. To Paul. Oczywiście, 

był porąbany. Usłyszałam trzask. Jesse ujął mnie za rękę. 

- Będziemy musieli skoczyć - powiedział, przysuwając twarz bardzo blisko mojej. 

Poczułam  chłód  na  policzkach.  Powietrze.  Świeże  powietrze.  Odwróciłam  głowę  i 

stwierdziłam, że Jesse wybił dość desek, żeby dało się przecisnąć przez dziurę. Na zewnątrz 

było  ciemno.  Ale  kiedy  podniosłam  głowę,  żeby  powdychać  więcej  świeżego  i  rozkosznie 

chłodnego powietrza, zobaczyłam gwiazdy na niebie. 

- Zrozumiałaś mnie, Susannah? - Jesse przysunął twarz tuż do mojej. Na tyle blisko, 

żeby  mnie  pocałować.  Dlaczego  mnie  nie  całował?  -  Wyskoczymy  razem,  kiedy  policzę  do 

trzech. 

Poczułam, jak obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. No, to już lepiej. Lepiej, 

jeśli chodzi o całowanie się... 

- Raz... 

Czułam,  jak  bije  jego  serce.  Jak  to  możliwe?  Serce  Jesse'a  przestało  bić  sto 

pięćdziesiąt lat temu. 

- Dwa... 

Płomienie  lizały  mnie  po  piętach.  Było  mi  strasznie  gorąco.  Dlaczego  się  nie 

pośpieszył i nie pocałował mnie wcześniej? 

- Trzy... 

A  potem  pofrunęliśmy  w  powietrzu.  Nie  dlatego,  że  mnie  całował.  Nie,  dlatego  że 

naprawdę lecieliśmy w powietrzu. 

Jak  tylko  chłodny  powiew  oczyścił  mój  umysł  z  dymu,  zrozumiałam,  co  się  dzieje. 

Mknęliśmy z Jesse'em ku ziemi, która wydawała się bardzo odległa. 

Tak  więc  zrobiłam  jedyną  rzecz,  którą  mogłam  zrobić.  Przywarłam  do  niego, 

zamknęłam oczy i pomyślałam o domu. 

background image

19 

Grzmotnęłam  tak  mocno  o  ziemię,  że  wszelkie  powietrze  ze  mnie  uleciało.  To  tak, 

jakby  dostać  w plecy podkładem kolejowym - co mi się kiedyś przydarzyło, więc  wiem, co 

mówię.  Leżałam  oszołomiona  i  nie  mogłam  ani  złapać  tchu,  ani  się  poruszyć,  niezdolna  do 

niczego, do niczego poza odczuwaniem bólu. 

Świadomość  wróciła  powoli.  Mogłam  poruszyć  nogami.  To  był  dobry  znak. 

Poruszyłam także rękami. Też dobrze. Wrócił oddech - z bólem, ale jednak. 

Potem usłyszałam. 

Świerszcze. 

Nie  rżenie  koni,  opierających  się  przy  wyprowadzaniu  z  płonących  boksów.  Nie  ryk 

ognia wokół. Nawet nie swój urywany oddech. 

Świerszcze, które cykały beztrosko, jakby nie miały nic lepszego do roboty. 

Otworzyłam oczy. 

Zamiast ognia i dymu, i płonącej stodoły, zobaczyłam tylko gwiazdy, setki świecących 

zimno gwiazd, odległych o miliony kilometrów. 

Odwróciłam głowę. 

I zobaczyłam swój dom. 

Nie zajazd pani O'Neil, tylko swój dom. Byłam na podwórzu. Widziałam taras, który 

zbudował Andy. Ktoś zostawił światła w saunie. 

Dom. Byłam w domu. 

I żyłam. Z trudem, ale żyłam. 

I  nie  byłam  sama.  Nagle  ktoś  ukląkł  koło  mnie,  przesłaniając  światła  w  łaźni  i 

powtarzając moje imię. 

- Suze? Suze, nic ci nie jest? 

Paul tarmosił mnie, dotykając obolałych miejsc. Próbowałam odepchnąć jego ręce, ale 

on nie przestawał, aż w końcu powiedziałam: 

- Paul, dosyć! 

-  Jesteś  cała.  -  Opadł  koło  mnie  na  trawę.  Wydawał  się  bardzo  blady  w  świetle 

księżyca. Ale spokojny. - Dzięki Bogu. Przedtem się nie ruszałaś. 

- Nic mi nie jest - stwierdziłam. 

background image

Potem  przypomniałam  sobie,  że  niezupełnie.  Ponieważ...  Jesse...  straciłam  Jesse'a. 

Uratowaliśmy go, żebym mogła stracić go na zawsze. Ból - dużo gorszy od tego, jaki czułam, 

lądując na zimnej, twardej ziemi - chwycił mnie jak w imadło. 

Jesse. Odszedł. Odszedł na dobre... 

Tylko że... 

Jeśli to prawda, dlaczego o nim pamiętam? 

Uniosłam się na łokciach, nie zwracając uwagi na ból w żebrach. 

Wtedy  go  zobaczyłam.  Leżał  na  brzuchu,  w  trawie,  niedaleko  mnie,  zupełnie  bez 

ruchu, zupełnie nie... 

Wydzielając blasku. 

Nie otaczała go żadna poświata. 

Spojrzałam na Paula. Zamrugał oczami. 

- Nie wiem - powiedział, jakby z przymusem. - W porządku, Suze? Nie wiem, jak to 

się stało. Byliście tu oboje, kiedy się zjawiłem. Nie wiem, jak to się stało... 

Podniosłam  się  na  rękach  i  kolanach  i  poczołgałam  w  jego  stronę.  Chyba  płakałam. 

Nie jestem pewna. Ale ledwie widziałam cokolwiek wyraźnie. 

- Jesse! - Byłam już przy nim. 

To on. Naprawdę on. Prawdziwy Jesse. Żywy Jesse. 

Tylko  że  nie  wydawał  się  taki  żywy.  Wyciągnęłam  rękę,  badając  tętno  na  jego  szyi. 

Wyczułam je - wstrzymałam oddech - ale było słabe. Oddychał, ale ledwo ledwo. Bałam się 

go dotknąć, bałam się go poruszyć... 

Ale jeszcze bardziej bałam się nic nie zrobić. 

-  Jesse!  -  krzyknęłam,  odwracając  go  i  potrząsając  za  ramiona.  -  Jesse,  to  ja,  Suze! 

Obudź się! Obudź się, Jesse! 

- To na nic, Suze - powiedział Paul. - Już próbowałem. Jest tutaj... ale go nie ma. Nie 

naprawdę. 

Trzymałam głowę Jesse'a w ramionach. Tuliłam go do siebie. W księżycowym świetle 

wydawał się martwy. 

Ale nie był. Nie był martwy. Wiedziałabym, gdyby był. 

-  Myślę,  że  sknociliśmy  to,  Suze  -  powiedział  Paul.  -  Nie  miałaś...  nie  miałaś 

sprowadzić go tutaj. 

-  Nie  zamierzałam  -  odparłam.  Mój  głos  był  tak  słaby,  że  świerszcze  praktycznie  go 

zagłuszały. - Nie zrobiłam tego specjalnie. 

- Wiem - powiedział Paul. - Ale... myślę, że może powinnaś to odstawić. 

background image

- Odstawić dokąd? - wściekłam się. Teraz mówiłam głosem znacznie głośniejszym od 

cykania  świerszczy.  Tak  głośnym,  w  gruncie  rzeczy,  że  przestraszone  świerszcze  umilkły.  - 

W sam środek pożaru? 

- Nie. Ja tylko... ja tylko nie sądzę, żeby on mógł tutaj zostać, Suze, i... żyć. 

Tuląc  Jesse'a,  zastanawiałam  się  usilnie.  To  nie  w  porządku.  Nikt  nas  nie  uprzedził. 

Doktor  Slaski  nie  mruknął  słowa.  Po  -  wiedział  tylko,  że  trzeba  sobie  wyobrazić  czas  i 

miejsce, do którego chce się przenieść i... 

I nie dotykać niczego, czego nie chce się ze sobą zabrać w podróż w czasie. 

Jęknęłam i pochyliłam twarz ku twarzy Jesse'a. To była moja wina. To wszystko moja 

wina. 

-  Suze.  -  Paul  położył  rękę  na  moim  ramieniu.  -  Pozwól  mi  spróbować.  Może  ja 

zdołam go przenieść z powrotem... 

-  Nie  możesz.  -  Podniosłam  głowę,  mój  głos  był  zimny  jak  ostrze,  które  Diego 

przytknął mi do gardła. - To go zabije. Nie jest taki jak my. Nie jest pośrednikiem. Jest... jest 

człowiekiem. 

Paul potrząsnął głową. 

-  Może  jednak  miał  wtedy  umrzeć,  Suze.  Tak,  jak  mówiłaś.  Może  słusznie  mnie 

ostrzegałaś, że nie powinniśmy się wtrącać. 

- Wspaniale. - Zaśmiałam się gorzko. - Wspaniale, Paul. A więc teraz się zgadzasz ze 

mną? 

Paul stał nieporuszony, z wyrazem niepokoju na twarzy. Gdybym była wtedy zdolna 

do innych uczuć niż rozpacz, znienawidziłabym go. 

Ale  nie  potrafiłam.  Nie  mogłam  go  znienawidzić.  Nie  mogłam  myśleć  o  niczym 

innym,  poza  Jesse'em.  Nie  uratowałam  go,  powiedziałam  sobie,  tylko  po  to,  żeby  siedzieć  i 

patrzeć, jak umiera. 

-  Idź  do  wiaty  -  odezwałam  się  cichym,  spokojnym  głosem.  -  I  wejdź  do  domu 

tamtymi  drzwiami.  Nigdy  nie  pamiętają,  żeby  je  zamknąć.  Na  haku  przy  drzwiach  wiszą 

kluczyki od samochodu mamy. Weź je i wracaj, pomożesz mi wsadzić go do samochodu. 

Paul spojrzał na mnie, jakbym oszalała. 

- Samochód? - W głosie brzmiało powątpiewanie. - Zamierzasz... gdzieś go zawieźć? 

- Tak, głupolu - parsknęłam. - Do szpitala. 

- Do szpitala. - Paul potrząsnął głową. - Ale Suze... 

- Zrób to! 

background image

Zrobił.  Wiem,  że  nie  miało  to  dla  niego  sensu,  ale  zrobił.  Zabrał  kluczyki,  wrócił  i 

pomógł  mi  zanieść  Jesse'a  do  samochodu  mamy.  Nie  było  to  łatwe,  ale  wspólnymi  siłami 

daliśmy radę. Zaciągnęłabym go sama, gdyby to było konieczne. 

Potem  ruszyliśmy;  Paul  prowadził,  a  ja  trzymałam  głowę  Jesse'a  na  kolanach.  Nie 

uważałam, że to, co robię, nie ma sensu. Łudziłam się chyba, że w szpitalu mu pomogą. W 

końcu  medycyna  poszła  do  przodu  w  ciągu  ostatnich  stu  pięćdziesięciu  lat.  Dlaczego  nie 

mieliby  uratować  człowieka,  który  właśnie  przybył  z  innego  czasu,  poprzez  inny  wymiar? 

Dlaczego by nie? 

Otóż nie. 

Och, próbowano. W szpitalu. Przybiegli z noszami, kiedy Paul oznajmił, że mamy w 

samochodzie  nieprzytomnego  człowieka.  Założyli  Jesse'owi  maskę  tlenową,  podczas  gdy 

lekarz  z  pogotowia  mnie  przesłuchiwał.  Czy  pacjent  brał  narkotyki?  Za  dużo  wypił?  Miał 

atak? Ból głowy? Skarżył się na ból w ramieniu? 

Nie  dało  się  znaleźć  medycznego  wyjaśnienia  śpiączki,  w  jaką  zapadł  Jesse.  Tak 

właśnie  oświadczył  lekarz,  kiedy  przyszedł  się  ze  mną  zobaczyć  parę  godzin  później. 

Żadnego konkretnego wyjaśnienia. Tomografia komputerowa mogłaby coś wykazać. Czy nie 

wiem przypadkiem, jaki rodzaj ubezpieczenia posiada Jesse? Może znam numer oddziału, w 

którym jest ubezpieczony? Telefon do kogoś z najbliższej rodziny? 

Przyjęli go o szóstej rano. O siódmej zadzwoniłam do mamy opowiedziałam jej, gdzie 

jestem  -  w  szpitalu,  z  przyjacielem.  O  ósmej  zadzwoniłam  do  jedynej  osoby,  która,  jak 

sądziłam, mogła mieć jakiś pomysł na to, co zrobić. 

Ojciec  Dominik  wrócił  z  San  Francisco  poprzedniej  nocy.  Wysłuchał  mnie  bez 

żadnych uwag. 

- Ojcze Dominiku, ja... chyba zrobiłam coś strasznego. Nie chciałam, ale... Jesse jest 

tutaj. Prawdziwy Jesse. Żywy. Jesteśmy w szpitalu. Przyjedź, proszę. 

Przyjechał.  Na  widok  jego  wysokiej,  silnej  postaci  zmierzającej  w  stronę  twardego 

plastykowego krzesła, na którym spędziłam ostatnich parę godzin, omal się nie załamałam. 

Ale nie zrobiłam tego. Wstałam i w chwilę później byłam w jego objęciach. 

- Coś ty zrobiła? - szeptał raz po raz. Nie zwracał się wyłącznie do mnie. Paul też tam 

był. - Co wyście zrobili? 

-  Coś  złego  -  powiedziałam,  odrywając  mokrą  od  łez  twarz  od  jego  koszuli.  -  Ale 

nieumyślnie. 

-  Próbowaliśmy  go  ratować  -  odezwał  się  zgnębiony  Paul.  -  Jego  życie.  Prawie  nam 

się udało... 

background image

-  Wtedy  przeniosłam  go  tutaj.  Och,  ojcze  Dominiku...  Uciszył  mnie  i  wszedł  do 

pokoju,  gdzie  leżał  Jesse.  Koc,  którym  go  przykryto,  ledwie  się  poruszał  przy  każdym, 

płytkim oddechu. Jesse Duch, jak sobie uświadomiłam, wyglądałby teraz lepiej - na bardziej 

żywego - niż Żywy Jesse. 

Ojciec  Dominik  przeżegnał  się,  tak  mocno  zaniepokoił  go  ten  widok.  Pielęgniarka 

zmierzyła  właśnie  Jesse'owi  puls  i  zapisywała  go  na  tabliczce.  Uśmiechnęła  się  smutno  na 

widok księdza, po czym wyszła. 

Ojciec Dominik przyjrzał się Jesse'owi. 

Nie odzywał się. 

-  Chcą  wiedzieć,  jaki  ma  rodzaj  ubezpieczenia  -  powiedziałam  z  goryczą  -  zanim 

zrobią następne badania. 

- Rozumiem... - powiedział ojciec Dominik. 

- Nie wiem, co mogą wykazać kolejne badania - odezwał się Paul. 

-  Nigdy  nie  wiadomo  -  parsknęłam,  wyżywając  się  na  Paulu,  ponieważ  nie  mogłam 

wyżyć  się  na  osobie  najbardziej  winnej,  czyli...  sobie  samej.  -  Może  jest  coś,  co  mogliby 

zrobić. Może... 

- Czy twój dziadek jest gdzieś tutaj? - zapytał Paula ojciec Dominik. 

Paul oderwał wzrok od nieprzytomnego Jesse'a. 

- Owszem - przytaknął. - To znaczy, tak, proszę księdza. Tak sądzę. 

-  Może  powinieneś  pójść  go  odwiedzić.  -  Ojciec  D  mówił  spokojnym  głosem.  Jego 

obecność,  muszę  przyznać,  dodawała  mi  otuchy.  -  Jeśli  jest  przytomny,  może  będzie  mógł 

udzielić nam jakiejś rady. 

- Nie będzie chciał ze mną rozmawiać - stwierdził Paul. - Nawet jeśli jest przytomny. 

-  Myślę  -  powiedział  cicho  ojciec  Dominik  -  że  jeśli  można  wyciągnąć  z  tego  jakąś 

naukę,  to  taką,  że  życie  upływa  i  jeśli  są  jakieś  płoty  do  naprawienia,  to  trzeba  je  naprawić 

szybko, bo potem będzie za późno. Idź i pogódź się z dziadkiem. 

Paul otworzył usta, żeby zaprotestować, ale spojrzenie ojca Dominika zamknęło mu je 

z powrotem. Spojrzał jeszcze raz w moją stronę, po czym opuścił pokój, wyraźnie przybity. 

- Nie gniewaj się na niego, Susannah - powiedział ojciec Dominik. - Chciał dobrze. 

Byłam zbyt zmęczona, żeby się spierać. Okropnie zmęczona. 

-  Myślał,  że  ukradnie  mi  Jesse'a.  Nawet  pamięć  o  nim.  Ojciec  Dominik  wzruszył 

ramionami. 

- W końcu, Susannah, może tak byłoby lepiej, nie sądzisz? Lepiej niż tak, w każdym 

razie. - Skinął głową w kierunku nieruchomej postaci. 

background image

Cóż, pewnie miał rację. 

- I tak musiałby kiedyś odejść, Susannah - ciągnął ojciec D. - Pewnego dnia. 

- Wiem. - Czułam dławienie w gardle. 

Wtedy sobie przypomniałam. W życiu ojca Dominika też był duch. Duch dziewczyny, 

którą kochał, może równie mocno jak ja Jesse'a. 

- Ja... - Mówiłam z trudem, w gardle tkwiło mi coś gigantycznego, nie do przełknięcia. 

- Przepraszam, ojcze Dominiku, Zapomniałam. 

Ojciec D uśmiechnął się ze smutkiem i dotknął mojego ranienia. 

-  Nie  bądź  dla  niego  za  surowa  -  powiedział,  mając  na  myśli  Paula.  Potem  rzucił 

jeszcze  raz  okiem  na  Jesse'a  i  dodał:  -  Nie  bardzo  wiem,  co  moglibyśmy  zrobić.  Tylko  to 

ubezpieczenie. Myślę, że tym można by się zająć. Zaraz wrócę. Przynieść ci coś? Jadłaś coś? 

Myśl  o  tym,  że  miałabym  przepchnąć  jakieś  jedzenie  przez  zaciśnięte  gardło, 

rozbawiła mnie, że aż zaśmiałam się lekko. 

- Nie, dzięki - powiedziałam. 

-  W  porządku.  -  Ojciec  Dominik  skierował  się  do  drzwi.  Na  progu  przystanął  i 

odwrócił się do mnie. - Przykro mi, Susannah - powiedział cicho. - Przykro mi, że nie było 

mnie przy tobie, kiedy... to się stało. I jest mi bardziej przykro, niż potrafię to wyrazić, że to 

musiało się skończyć w ten sposób. 

Z tymi słowami wyszedł. 

Stałam przez chwilę bez ruchu, z pustką w głowie. Dopiero po chwili dotarło do mnie 

znaczenie tego, co powiedział. 

Ojciec  Dominik  miał  rację.  To  był  koniec.  Mogłam  zaprzeczać,  ile  mi  się  podobało, 

ale było po wszystkim. Jesse umierał na moich oczach, a ja nie mogłam niczego, absolutnie 

niczego, dla niego zrobić. 

I  to  była  moja  wina.  Opuszczał  mnie  z  mojej  własnej  winy.  Jasne,  mogłam  się 

pocieszać, że gdziekolwiek trafi, będzie mu lepiej niż tu, ze mną, na ziemi, gdzie prowadził 

życie - nieżycie. 

Ale to nie zmniejszyło bólu. 

Opadłam  na  krzesło  obok  szpitalnego  łóżka.  Płakałam  tak  mocno,  że  nic  nie 

widziałam.  Ale  nie  za  głośno.  Nie  chciałam,  żeby  przybiegła  pielęgniarka  z  mnóstwem 

środków  uspokajających.  Czego  mi  brakowało,  uświadomiłam  sobie,  to  obecności  mamy. 

Nie, nie mamy. Taty. Gdzie był mój tata, kiedy go naprawdę potrzebowałam? 

- Susannah. 

background image

Pomyślałam  o  grobie  Jesse'a,  tym  z  kamieniem  nagrobnym,  za  który  zapłaciliśmy 

oboje z ojcem Dominikiem. Co było w tym grobie, skoro ciało Jesse'a znajdowało się tutaj? 

Nic. Był pusty. 

Ale nie na długo. Nie, nie na długo. 

- Susannah. 

A  w  jego  czasie?  Co  robili  teraz  państwo  O'Neil?  Prawdopodobnie  grzebali  w 

zgliszczach stodoły. Z pewnością znajdą jeden szkielet. Ale czy będą wiedzieli, że nie należy 

do Jesse'a? A czy rodzina Jesse'a wpadnie w rozpacz, czy będzie się wiecznie zastanawiać, co 

stało się z ich synem i bratem? 

Nie.  W  żaden  sposób  nie  da  się  ustalić,  że  to  ciało  Diega.  Pomyślą,  że  to  zwłoki 

Jesse'a. Rodzina de Silva wyprawi pogrzeb. Niewłaściwemu człowiekowi. 

Poczułam  rękę  na  ramieniu.  Wspaniale.  Ktoś  był  w  pokoju.  Widział,  jak  wypłakuję 

sobie oczy. Czy nie można pozwolić dziewczynie się wypłakać w samotności? 

- Odejdź - parsknęłam, podnosząc głowę. - Nie widzisz, że... 

Wtedy zobaczyłam, że postać obok mnie promienieje. 

background image

20 

Podskoczyłam  chyba  na  kilometr  w  powietrze.  Tak  się  przestraszyłam.  Na  pewno 

zerwałam  się  z  krzesła  z  taką  prędkością,  że  je  przewróciłam.  Stałam,  dysząc  i  patrząc 

zupełnie suchymi nagle oczami. 

Ponieważ koło łóżka stał i przyglądał się leżącemu Jesse'owi... Jesse. 

Przenosiłam wzrok z jednego Jesse'a na drugiego, nie dowierzając własnym oczom. 

Ale  to  była  prawda.  Było  ich  dwóch:  martwy  i  żywy.  A  właściwie  należałoby 

powiedzieć: martwy i umierający. 

- J - Jesse? - Otarłam łzy umazanym sadzą rękawem. 

Jesse jednak nie patrzył na mnie. Wpatrywał się w... cóż, samego siebie, na łóżku. 

- Susannah - szepnął. - Co... co ty zrobiłaś? 

Tak  się  ucieszyłam  na  jego  widok,  że  nie  myślałam  trzeźwo,  podeszłam  do  niego  i 

chwyciłam go za rękę. 

- Jesse, ja się przeniosłam. To znaczy, w czasie - wymamrotałam. 

Oderwał  ciemne  oczy  od  postaci  na  łóżku  i  skupił  spojrzenie  na  mnie.  Nie  wydawał 

się uszczęśliwiony. 

-  Przeniosłaś  się?  -  Patrzył  gniewnie.  -  Udałaś  się  za  Slaterem?  Po  tym,  jak  ci 

powiedziałem, że sam potrafię się o siebie zatroszczyć? 

Był  wściekły.  Jego  złość  napełniła  mnie  takim  szczęściem,  że  zaśmiałam  się  cicho. 

Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, co to znaczy, że widzę go tutaj, w szpitalu. 

- Zadbałeś o swoje sprawy - zapewniłam. - Powiedziałam ci - tobie z przeszłości - o 

Diegu  i  on  cię  nie  zabił,  Jesse.  Ty  zabiłeś  jego.  Ale  potem...  potem...  wybuchł  pożar.  - 

Przełknęłam  ślinę;  ochota  do  śmiechu  przeszła  mi  zupełnie.  -  W  stodole.  W  stodole 

O'Neilów... 

Zmrużył oczy. 

- O'Neilowie - mruknął. Wydawał się równie oszołomiony, jak ja. - Pamiętam ich. 

- Tak - powiedziałam. - Wybuchł pożar, a ty, Jesse... ty mnie uratowałeś. A w każdym 

razie, próbowałeś... Ale... ale... 

Glos  mi  zamarł.  Jesse  puścił  moją  rękę.  Przysunął  się  do  łóżka  i  patrzył  na  leżące, 

prawie pozbawione oddechu ciało. 

- Nie rozumiem - powiedział Jesse. - Jak to się stało? Zagryzłam wargi. Nie było czasu 

na wyjaśnienia. Nie teraz, kiedy każda chwila mogła być naszą ostatnią... 

background image

- Zrobiłam to - wyrzuciłam z siebie. - Nie chciałam. Chciałam cię uratować, Jesse, a 

nie... Ale dotykałam cię nadal, kiedy przenosiłam się w czasie, w przyszłość, i ty... po prostu 

przeniosłeś się ze mną. 

Jesse  chyba  po  raz  pierwszy,  odkąd  znalazł  się  w  pokoju,  spojrzał  na  mnie,  jakby 

rzeczywiście mnie widział. 

-  Naprawdę  się  cofnęłaś?  -  Patrzył  na  mnie  szeroko  otwartymi  oczyma.  -  W 

przeszłość? W moją przeszłość? 

Skinęłam głową. Co miałam powiedzieć? 

- A Paul? Poszedłem za nim do bazyliki, ale on zniknął. Ścigałaś go? 

Skinęłam ponownie. 

-  Chciałam  mu  przeszkodzić.  W...  uratowaniu  ciebie.  Ale  ostatecznie...  nie  mogłam, 

Jesse. To nie w porządku. To, co zrobił ci Diego. Nie mogłam dopuścić, żeby się powtórzyło. 

Więc ci powiedziałam. A ty go zabiłeś. Zabiłeś Diego. Ale potem był pożar i... - Spojrzałam 

na postać na łóżku. Nie mogłam stłumić szlochu. - A teraz myślę, że to pożegnanie. Przykro 

mi, Jesse. Bardzo, bardzo mi przykro. 

Oczy  znowu  zaszły  mi  łzami.  Nie  mogłam  uwierzyć,  że  to  się  rzeczywiście  dzieje. 

Zawsze  uważałam  swój  „dar”  za  przekleństwo,  ale  nigdy,  nigdy  nie  nienawidziłam  go  tak 

mocno, jak teraz. Żałowałam, że w ogóle usłyszałam o pośrednictwie. Żałowałam, że w ogóle 

widziałam jakieś duchy. Żałowałam, że się urodziłam. 

Poczułam rękę Jesse'a na policzku. 

Querida - powiedział. 

Oparł  drugą  rękę  na  łóżku,  żeby  zachować  równowagę,  i  przechylił  się,  żeby  mnie 

pocałować. Ostatni pocałunek, zanim zostanie mi odebrany na zawsze. 

Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na dotyk chłodnych ust. Żegnaj, Jesse. Zegnaj. 

Jego usta ledwie mnie musnęły. Usłyszałam, jak wzdycha. Odsunął głowę od mojej i 

spojrzał w dół. Ręką dotykał nogi swojego ciała. 

Coś wydawało się przez niego przepływać. Zajaśniał mocniej przez chwilę, wpatrując 

się we mnie intensywniej niż kiedykolwiek, odkąd go poznałam. 

A potem został wchłonięty przez własne ciało, jak dym w wywietrznik. I zniknął. 

Och, jego ciało zostało. Ale duch Jesse'a - duch, którego kochałam - odszedł. Na jego 

miejscu... 

Była  pustka.  Wyciągnęłam  ręce,  pragnąc  chwycić  choć  jakąś  cząstkę  Jesse'a,  ale 

przecięły tylko powietrze. 

background image

Jesse  odszedł.  Odszedł  naprawdę.  Wrócił  do  ciała,  które  opuścił  tak  dawno  temu... 

ciała, które na moich oczach zadrżało gwałtownie, jakby odrzucało powracającą duszę... 

Potem znieruchomiało jak martwe. 

Wiedziałam, co się stało. Ciało Jesse'a przeniosło się w przyszłość, owszem. Ale nie 

jego dusza, ponieważ dwie jednakowe dusze nie mogę istnieć w tym samym wymiarze. Ciało 

Jesse'a pozostawało bez duszy równie długo jak dusza Jesse'a bez ciała. 

Teraz zjednoczyły się wreszcie... 

Ale za późno. Miałam stracić ich obu. 

Nie mam pojęcia, jak długo stałam, trzymając Jesse'a za rękę i wpatrując się w niego z 

rozpaczą. Na tyle długo, że wrócił ojciec Dominik. 

-  Nie  martw  się,  Susannah,  wszystko  załatwione  -  powiedział.  -  Jesse  przejdzie 

wszystkie potrzebne badania. 

- To już nieważne - wymamrotałam, nie puszczając jego dłoni... zimnej dłoni. 

-  Nie  porzucaj  nadziei,  Susannah  -  odparł  ojciec  Dominik.  -  Nigdy  nie  porzucaj 

nadziei. 

Roześmiałam się z goryczą. 

- A czemu to, ojcze Dominiku? 

-  Bo,  wiesz,  to  wszystko,  co  mamy.  -  Położył  mi  rękę  na  ramieniu.  -  Zrobiłaś,  co 

zrobiłaś,  ponieważ  go  kochałaś,  Susannah.  Kochałaś  go  dostatecznie  mocno,  żeby  pozwolić 

mu odejść. To najwspanialszy dar, jakim można kogoś obdarzyć. 

Potrząsnęłam głową, nadal niewiele widząc przez łzy. 

- To nie tak idzie, ojcze Dominiku. 

- Co takiego? - zapytał łagodnie. 

- To powiedzenie. Ono brzmi: „Jeśli coś kochasz, zwróć mu wolność. Jeśli tak ma być, 

wróci do ciebie”. Nie wiedział ksiądz? Ojciec tego nie czytał? 

Podniosłam  oczy,  żeby  sprawdzić,  co  ojciec  Dominik  o  tym  sądzi,  ale  on  wcale  na 

mnie  nie  patrzył.  Wpatrywał  się  w  Jesse'a  na  łóżku.  Niebieskie  oczy  ojca  Dominika, 

zauważyłam, były tak samo pełne łez jak moje. 

- Susannah - odezwał się zduszonym głosem. - Patrz. Spojrzałam. W tej samej chwili 

poczułam, jak palce dłoni, które trzymałam, zaciskają się na mojej. 

Rumieńce,  których  przed  chwilą  nie  było,  napłynęły  do  twarzy  Jesse'a.  Nie  była  już 

blada jak prześcieradło. Jego cera miała teraz ten sam oliwkowy odcień, jak przy pierwszym 

spotkaniu w stodole O'Neilów. 

background image

To nie wszystko. Pierś Jesse'a wznosiła się i opadała pod kocem w widoczny sposób. 

Żyły na szyi pulsowały. Uniósł powieki... 

...i  zapadłam  się  tak  samo,  jak  za  każdym  razem,  kiedy  na  mnie  patrzył,  w  ciemną 

głębię jeziora, jaką stanowiły oczy Jesse'a... Oczy, które nie tylko mnie widziały, ale również 

poznawały, Znały moją duszę. 

Podniósł  rękę,  zerwał  maskę  tlenową  i  wypowiedział  słowo.  Ale  było  to  słowo,  na 

dźwięk którego moje serce zaśpiewało. 

Querida. 

background image

21 

- Suze! - Usłyszałam z dołu głos mamy. - Suze! Siedziałam przy toaletce, podziwiając 

swoje uczesanie. Poleciłyśmy z Cee Cee całe popołudnie na włosy i paznokcie. 

Cee  Cee  nie  potrzebuje  specjalnych  zabiegów,  jeśli  chodzi  o  to  pierwsze...  jej  białe 

włosy są z natury proste. Upięła je jednak do góry i cały czas narzekała, że się rozsypią. 

U mnie jednak zabiegi zostawiły widoczny ślad, bo moje włosy były równie ciemne i 

lśniące jak w momencie, kiedy wyszłam z salonu. 

-  Suze!  -  zawołała  mama  po  raz  trzeci  i  ostatni.  Zerknęłam  na  zegar.  Kazałam  mu 

czekać prawie pięć minut. 

Dostatecznie długo, uznałam. 

- Idę - krzyknęłam, chwytając wieczorową torebkę i lekki biały szal od sukienki. 

Podbiegłam do drzwi pokoju i otworzyłam je. Po schodach wspinał się Jake z ciężkim 

plecakiem, pełnym książek. Z biblioteki. 

- Czy piekło zamarzło? - zapytałam, kiedy mnie mijał. 

- Nie zaczynaj ze mną, mam egzaminy końcowe - warknął. Potem, już przy drzwiach 

swojego pokoju, odwrócił się i, chyba całkiem szczerze, powiedział: - Ładna sukienka. - Po 

czym zniknął w czeluściach swojej kawalerskiej jaskini. 

Uśmiechnęłam  się  mimo  woli.  To  był  pierwszy  komplement,  jaki  udało  mi  się 

wydrzeć Jake'owi. 

Ruszyłam po schodach, unosząc lekko suknię. To były te same schody, uświadomiłam 

sobie,  z  których  przepędziła  mnie  pani  O'Neil  jakieś,  och,  sto  pięćdziesiąt  lat  temu. 

Zastanawiałam  się,  czy  w  obecnym  stroju,  wzięłaby  mnie  za  pannę  lekkich  obyczajów. 

Raczej wątpiłam. 

Przyjemnie,  pomyślałam,  mieć  takie  schody.  Schody,  dzięki  którym  można  mieć 

prawdziwe  „wejście”.  Dotarłam  do  ostatniego  półpiętra,  tego,  które  powinno  służyć 

dziewczynom  wybierającym  się  na  bal  zimowy  za  scenę,  na  której  obracałyby  się,  każąc 

osobom w salonie podziwiać suknię. Zatrzymałam się, szykując do występu. 

Ale niepotrzebnie.  Zorientowałam się od razu.  Mój ojczym biegał po pokoju z łyżką 

pełną czegoś zielonego i namawiał każdego, kogo dopadł, żeby spróbował, tylko spróbował. 

Mama  usiłowała  dociec,  jak  działa  jej  nowa  kamera  cyfrowa  i  nie  bardzo  jej  to  szło. 

Najmłodszy z moich przyrodnich braci, David, rozmawiając z moim chłopakiem, wyrzucał z 

siebie  z  prędkością  karabinu  maszynowego  informacje  na  temat  nowych  wynalazków  w 

background image

aeronautyce,  o  których  się  dowiedział  z  kanału  Discovery.  A  Maks,  pies  rodziny,  wciskał 

nochal w spodnie mojego chłopaka. 

Przypuszczam, że była to typowa scenka rodzinna, która z pewnością powtarza się co 

wieczór w milionach domów. Dlaczego więc łzy napłynęły mi do oczu? Och, nie z powodu 

Andy'ego i jego łyżki, ani też mamy z jej kamerą, ani Davida z jego głębokim przekonaniem, 

że każdy pragnąłby poznać dokładny przebieg programu, jaki obejrzał. Nie, to dlatego, że pies 

rodziny pakował nochal w niewłaściwe miejsca u mojego chłopaka, a mój chłopak musiał go 

odpychać, łzy napłynęły mi do oczu. 

Ponieważ  Maks  wyczuwał  zapach  mojego  chłopaka.  Maks  mógł  wreszcie  powąchać 

Jesse'a. 

David pierwszy zauważył mnie na półpiętrze. Głos mu zamarł; stał tylko, gapiąc się na 

mnie. Po chwili wszyscy już patrzyli w moją stronę. 

Pośpiesznie zamrugałam oczami, aby pozbyć się łez. Zwłaszcza kiedy Maks przybiegł 

do mnie i próbował władować mi wielki, włochaty łeb pod sukienkę. 

-  Och,  Susie  -  zaszczebiotała  mama  i  ku  zdumieniu  wszystkich  -  zwłaszcza  jej 

własnemu - pstryknęła zdjęcie. - Wyglądasz ślicznie. 

Andy wyczuł kolejną ofiarę i uniósł łyżkę w moją stronę, ale matka powstrzymała go 

stanowczo. 

- Andy, nie podchodź z tym do niej, kiedy jest tak ubrana - ostrzegła. 

Uśmiechnęłam się. Spojrzałam na Jesse'a - on też się uśmiechał. Takim tajemniczym 

uśmiechem,  przeznaczonym  tylko  dla  mnie  -  chociaż  teraz,  rzecz  jasna,  wszyscy  mogli  go 

zobaczyć. 

Zaparł mi dech w piersiach, jak zawsze. 

-  Więc  -  powiedziałam  na  tyle  swobodnym  tonem,  na  ile  pozwalało  mi  ściśnięte 

gardło. Ale tym razem z radości. - Widzę, że poznaliście już Jesse'a. 

Andy, zanim pobiegł z łyżką z powrotem do kuchni, podsumował wrażenia w dwóch 

słowach: 

- Może być. Mama promieniała. 

- Jak miło cię poznać - zwróciła się do Jesse'a. - A teraz chodź tutaj, chcę wam obojgu 

zrobić zdjęcie. 

Zeszłam  na  sam  dół  i  stanęłam  obok  Jesse'a  przed  kominkiem.  Wydawał  się 

niewiarygodnie  wysoki  i  przystojny  w  smokingu.  I  nawet  nie  przejmowałam  się,  że  mama 

ośmiesza  mnie  wobec  niego.  Przypuszczam,  że  takie  rzeczy  nie  mają  znaczenia,  kiedy  traci 

background image

się  motywację  do  życia,  a  potem,  wbrew  wszelkim  przeciwnościom,  odzyskuje  ją  z 

powrotem. 

- To dla ciebie - powiedział Jesse, kiedy podeszłam blisko. Wręczył mi coś, co trzymał 

w  dłoni.  Pojedynczą  białą  orchideę,  z  takich,  jakie  spotyka  się  na  pogrzebach.  Albo  na 

grobach. 

Wzięłam ją z lekkim uśmiechem. Tylko my dwoje wiedzieliśmy, jakie znaczenie ma 

ten kwiat. Dla mamy, która podbiegła, żeby mi go przypiąć do sukni, zanim zrobi zdjęcie, to 

była tylko ozdoba. 

- No, to teraz proszę o uśmiech. - Pstryknęła zdjęcie, nie zmuszając nas, na szczęście, 

do dalszego pozowania. 

Andy  wynurzył  się  ponownie  z  kuchni,  tym  razem  bez  łyżki,  z  wyrazem  ojcowskiej 

troski na twarzy. 

-  Przyprowadzisz  ją  do  domu  przed  północą,  zrozumiałeś,  młody  człowieku?  - 

powiedział, wyraźnie zadowolony, dla odmiany, z roli ojca dziewczynki, a nie chłopca. 

- Przyprowadzę, proszę pana - odparł Jesse. 

- O pierwszej - zwróciłam się do Andy'ego. 

- O dwunastej trzydzieści - odparował Andy. 

-  O  dwunastej  trzydzieści  -  zgodziłam  się.  Kłóciłam  się  tylko  dlatego,  że,  cóż,  tak 

wypada.  Nie miało znaczenia, kiedy Jesse odprowadzi mnie do domu. Mieliśmy przed sobą 

całe życie. 

- Suze - szepnęła mama, poprawiając mi szal - podoba nam się, nie zrozum mnie źle. 

Ale czy nie jest, cóż, trochę dla ciebie za stary? W końcu, to uczeń college'u - w wieku Jake'a. 

Gdyby wiedziała. 

-  Dzięki  temu  jesteśmy  prawie  równi  -  oświadczyłam.  -  Dziewczęta  dojrzewają 

szybciej niż chłopcy. 

Akurat  w  tej  chwili  Brad  przywlókł  się  z  pokoju  telewizyjnego,  gdzie  coś  oglądał. 

Kiedy zobaczył nas nadal w drzwiach, twarz wykrzywiła mu się ze zniecierpliwienia. 

- Jeszcze nie wyszliście? - burknął i poszedł do kuchni. Spojrzałam na mamę. 

- Wiem, o czym myślisz - powiedziała, poklepując mnie po plecach. - Baw się dobrze. 

Na zewnątrz otoczyło nas rześkie powietrze wieczoru. Jesse obejrzał się przez ramię, 

sprawdzając, czy moi rodzice nie patrzą. Potem wziął mnie za rękę. 

-  Gdybym  miał  do  wyboru:  zrobić  to  jeszcze  raz  albo  spędzić  wieczność  w  ogniu 

piekielnym, wybrałbym piekło. 

background image

- Nie będziesz musiał tego powtarzać - odparłam ze śmiechem. - Teraz cię znają. Poza 

tym, spodobałeś im się. 

- Nie twojej matce - stwierdził Jesse. 

- Owszem, tak - sprzeciwiłam się. - Ona tylko myśli, że jesteś trochę dla mnie za stary. 

-  Gdyby  wiedziała  -  powiedział  Jesse,  wyrażając  -  co  często  mu  się  zdarzało  - 

dokładnie to, o czym wcześniej pomyślałam. 

- Z kolei twój ojczym zaprosił mnie na jutro na kolację. 

- Niedzielną kolację? - Byłam pod wrażeniem. - On cię naprawdę musi lubić. 

Doszliśmy do samochodu Jesse'a - no, tak naprawdę to był samochód ojca Dominika. 

Ojciec  D  pożyczył  go  Jesse'owi  na  tę  okazję.  To  nie  znaczy,  rzecz  jasna,  że  Jesse  posiadał 

prawo  jazdy.  Ojciec  D  wciąż  pracował  nad  tym,  żeby  zdobyć  dla  niego  świadectwo 

urodzenia... kartę ubezpieczenia społecznego... świadectwa szkolne, tak żeby mógł starać się 

o miejsce w college'u i stypendium. 

Poczciwy  ojczulek  zapewnił  nas,  że  to  nie  będzie  trudne.  „Kościół,  powiedział,  ma 

swoje sposoby”. 

- Pani - powiedział Jesse, otwierając przede mną drzwiczki. 

- Dziękuję - odparłam, wślizgując się do środka. Jesse obszedł samochód i wsunął się 

na fotel kierowcy. 

- Jesteś pewien, że wiesz, jak się to prowadzi? - zapytałam na wszelki wypadek. 

- Susannah. - Jesse włączył silnik. - Nie obijałem się jako duch przez sto pięćdziesiąt 

lat,  jedząc  cukierki.  Poczyniłem  parę  obserwacji  to  tu,  to  tam.  I  z  całą  pewnością  -  zaczął 

wycofywać samochód z podjazdu - potrafię prowadzić. 

-  W  porządku.  Tylko  się  upewniałam.  Bo  zawsze  mogę  poprowadzić,  jeśli  to  będzie 

potrzebne... 

- Siedź, gdzie siedzisz - powiedział Jesse, skręcając w ulicę Sosnowego Wzgórza i nie 

potrącając przy tym skrzynki na listy, co mnie, posiadaczce prawa jazdy, rzadko się udawało - 

i wyglądaj ładnie, jak przystało na młodą damę. 

- Zaraz, który to wiek mamy teraz? 

- Litości - powiedział zgnębiony. - Robię to dla ciebie, w tym małpim stroju. 

- Pingwinim. 

- Susannah. 

- Tak się mówi. Tak to się nazywa. Musisz się podszkolić w gwarze, jeśli nie chcesz 

odstawać. 

background image

-  Wszystko  jedno  -  powiedział  Jesse,  tak  świetnie  naśladując  -  cóż,  mnie  -  że  aż 

palnęłam go żartobliwie w ramię. 

Siedziałam  i  wyglądałam  ładnie  przez  resztę  podróży  do  Misji.  Na  miejscu 

pozwoliłam  mu  nawet  obejść  auto  i  otworzyć  dla  mnie  drzwiczki.  Jesse  podziękował  mi, 

wspominając, że jego męskie ego dostało dostatecznie dużo cięgów w zeszłym tygodniu. 

Wiedziałam,  o  czym  mówi  i  nie  miałam  pretensji,  że  czuje  się  tak,  a  nie  inaczej.  Ze 

szpitala wyszedł jak człowiek nowo narodzony, bez przeszłości, a w każdym razie, bez takiej, 

która mogłaby mu obecnie pomóc, bez rodziny - poza mną, oczywiście, i ojcem Dominikiem 

- i bez grosza przy duszy. Gdyby nie ojciec Dominik, kto wie, jak by się to skończyło? Och, 

przypuszczam,  że  mama  i  Andy  pozwoliliby  mu  się  do  nas  wprowadzić...  Ale  nie  byliby 

zachwyceni.  Tymczasem  ojciec  Dominik  znalazł  Jesse'owi  małe  -  ale  ładne  i  schludne  - 

mieszkanie, a teraz szukał mu pracy. Do college'u miał pójść później, kiedy już przygotuje się 

i zda egzaminy na poziomie szkoły średniej. 

Kiedy  jednak  wpadliśmy  na  ojca  D  przy  wejściu  na  salę  taneczną  -  urządzoną  na 

dziedzińcu  Misji,  przekształconym  na  ę  okazję  w  zalaną  światłem  księżycowym  oazę,  z 

migotliwymi  światełkami  okręconymi  wokół  pni  palm  oraz  wielobarwnymi  światłami  w 

fontannie - udawał, że widzi Jesse'a po raz pierwszy - ze względu na stojącą w pobliżu siostrę 

Ernestynę. 

- Miło mi cię poznać - powiedział ojciec Dominik, ściskając mu rękę. 

Jesse nie zdołał powstrzymać uśmiechu. 

- Mnie również, proszę księdza. 

Kiedy  siostra  Ernestyna,  przyjrzawszy  się  mojej  sukni  -  pewnie  spodziewała  się  po 

mnie  stroju  z  rozcięciem  do  pępka,  a  nie  skromnej  białej  sukni  od  Jessiki  McClintock  - 

odeszła, ojciec Dominik przestał udawać. 

- Mam dobre wiadomości. Masz pracę. Jesse był podekscytowany. 

- Naprawdę? Co to za praca? Kiedy zaczynam? 

-  W  poniedziałek  rano,  a  chociaż  płaca  nie  będzie  wysoka,  to  jest  coś,  co  myślę, 

będzie  ci  wyjątkowo  odpowiadało  -  wygłaszanie  pogadanek  o  starym  Carmelu  w  Muzeum 

Towarzystwa Historycznego. Sądzisz, że dasz radę robić to przez jakiś czas? W każdym razie 

dopóki nie umieścimy cię w szkole medycznej? 

Uśmiech Jesse'a wydawał się - przynajmniej w moich oczach - jaśniejszy od księżyca. 

- Tak przypuszczam - odparł. 

-  Wspaniale.  -  Ojciec  Dominik  podsunął  okulary  wyżej  na  nosie  i  uśmiechnął  się  do 

nas. - Przyjemnego wieczoru, dzieciaki. 

background image

Podziękowaliśmy z Jesse'em i poszliśmy tańczyć. 

Nie był to bal z połowy XIX wieku, ale bawiliśmy się dobrze. Był poncz i ciastka, i 

rodzice - opiekunowie. No, był też didżej i sztuczny dym, ale to nieważne. Jesse był wyraźnie 

zadowolony, zwłaszcza kiedy podeszli do nas Cee Cee z Adamem, a on mógł obojgu uścisnąć 

ręce i powiedzieć: 

- Dużo o was słyszałem. 

Adam, który nie miał pojęcia o istnieniu Jesse'a, zmarszczył czoło. 

- Nie mogę tego samego powiedzieć o sobie - oznajmił. 

Ale  Cee  Cee,  która  stała  się  blada  jak  jej  suknia,  kiedy  przedstawiłam  Jesse'a, 

zachowywała się z większą życzliwością. Czy też entuzjazmem. 

-  A  -  ale  -  wyjąkała,  przenosząc  spojrzenie  z  twarzy  Jesse'a  na  moją  i  z  powrotem  - 

czy... czy nie... 

- Już nie - powiedziałam. 

- Cóż. - Cee Cee mimo zmieszania uśmiechnęła się i doda -  - Cóż! To wspaniale! 

Wtedy zauważyłam jej ciotkę gawędzącą nieopodal z panem Waldenem. 

- Co ona tu robi? - zapytałam Cee Cee. 

Adam parsknął śmiechem i zanim Cee Cee zdążyła odpowiedzieć, wyjaśnił: 

- Pan Walden dyżuruje. Zgadnij, kogo przyprowadził do pary? 

- Oni nie chodzą ze sobą - powiedziała Cee Cee z naciskiem. Tylko się przyjaźnią. 

- Jasne - stwierdził Adam z szerokim uśmiechem. 

- Suze. - Cee Cee owinęła mocniej ramiona koronkowym szalem. - Pójdziesz ze mną 

do toalety? 

- Zaraz wrócę - zwróciłam się do Jesse'a. 

- W jaki sposób... - zaczęła Cee Cee, jak tylko zaciągnęła mnie do toalety. 

Nie  zdołała  jednak  dokończyć  zdania,  ponieważ  za  nami  wpadła  gromadka 

pierwszaków, które skupiły się przy umywalkach, poprawiając przed lustrem fryzury. 

- Kiedyś ci opowiem - zapewniłam ze śmiechem. Cee Cee skrzywiła się. 

- Słowo? 

- Jeśli mi powiesz, jak ci się układa z Adamem. 

Cee Cee westchnęła i przyjrzała się własnemu odbiciu. 

-  Bajecznie  -  powiedziała.  A  spojrzawszy  na  mnie,  dodała:  -  Tobie  też.  Masz  to 

wypisane na twarzy. 

- „Bajecznie” to dobre określenie - stwierdziłam. 

- Tak myślę. No, chodźmy. Nie wiadomo, co też Adam może tam wygadywać. 

background image

Odwróciłyśmy  się  w  momencie,  kiedy  otworzyły  się  drzwi  i  do  środka  wkroczyła 

Kelly Prescott. Rzuciła mi wyjątkowo jadowite spojrzenie, którego nie zrozumiałam, dopóki 

nie  ukazała  się  za  nią  siostra  Ernestyna  z  taśmą  krawiecką  w  ręku.  Wówczas  zwróciłam 

uwagę  na  rozcięcie  w  eleganckiej  sukni  Kelly.  Sięgało  znacznie  wyżej  niż  do  kolana,  jak 

przewidywał regulamin. 

Prześlizgnęłyśmy się obie z Cee Cee za plecami zakonnicy i chichocząc wypadłyśmy 

na pasaż przy dziedzińcu. 

Nie przestawałam się śmiać, dopóki nie zobaczyłam Paula. 

Stał w cieniu, szalenie przystojny w smokingu. Widocznie czekał na powrót Kelly - po 

drobnych poprawkach stroju. Wyprostował się na mój widok. 

- Hm, powiedz Jesse'owi, że będę za moment, dobrze? - poprosiłam Cee Cee. 

Cee Cee skinęła głową i odeszła. Zbliżyłam się do opartego o kamienny filar Paula. 

- Cześć - powiedziałam. Wyjął ręce z kieszeni. 

- Cześć - odparł. 

Po czym żadne z nas, wydawało się, nie miało pomysłu na to, co jeszcze powiedzieć. 

W końcu odezwał się Paul: 

- Wpadłem na Jesse'a tam, w sali. Uniosłam brwi. 

- Wpadłam na Kelly tam, w toalecie. 

- Tak - powiedział Paul, zerkając na drzwi toalety. - Mój... mój dziadek o ciebie pytał - 

dodał po chwili. 

- Naprawdę? - Słyszałam, że doktor Slaski wrócił do domu. - Czy on... 

-  Ma  się  lepiej.  Dużo  lepiej.  I...  i  miałaś  rację  co  do  niego.  Nie  jest  stuknięty.  A 

właściwie jest, ale w inny sposób, niż sądziłem. Wie mnóstwo na temat takich... ludzi jak my. 

- Owszem. Przekaż mu moje pozdrowienia. 

- Przekażę. 

Paul wydawał się niesamowicie zmieszany. Wcale mnie to nie ;dziwiło. Spotkaliśmy 

się  po  raz  pierwszy  od  czasu  tego  pożaru...  szpitala.  Widziałam  go  w  szkole  w  następnym 

tygodniu,  ale  miałam  wrażenie,  że  za  wszelką  cenę  mnie  unika.  Teraz  też  wyglądał,  jakby 

miał ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. 

Nie zrobił tego jednak. Ponieważ, jak się okazało, miał jeszcze coś do powiedzenia. 

- Suze. To... co się stało. Uśmiechnęłam się. 

- Wszystko w porządku, Paul. Już wiem. To go zaskoczyło. 

- Wiesz? O czym? 

background image

-  O  pieniądzach.  O  dwóch  tysiącach  dolarów,  które  przekazałeś  anonimowo  na 

kościelny fundusz dla potrzebujących, ze wskazaniem na Gutierrezów. Otrzymali je i, według 

ojca Dominika, byli głęboko wdzięczni. 

- Och - powiedział Paul. I zaczerwienił się. - Tak. Nie to miałem na myśli. Chciałem 

powiedzieć... że miałaś... rację. 

Zamrugałam oczami. 

- Miałam? Co do czego? 

-  Co  do  mojego  dziadka.  -  Odchrząknął.  Widziałam,  ile  go  kosztowało  przyznanie 

czegoś  takiego.  Widziałam  również,  że  bardzo  chciał  to  powiedzieć.  -  Cóż,  nie  tylko  co  do 

dziadka, ale... co do wszystkiego. 

Uniosłam brwi. To było więcej, niż śmiałabym kiedykolwiek oczekiwać. 

- Wszystkiego? - powtórzyłam z nadzieją, że ma na myśli to, o podejrzewałam. 

A wiele na to wskazywało. 

- Tak. Wszystkiego. 

-  Nawet  co  do  -  musiałam  się  upewnić  -  ciebie  i  mnie?  Skinął  głową,  z  niezbyt 

zachwyconą miną. 

-  Powinienem  to  wiedzieć  od  początku  -  mówił  wolno,  jakby  słowa  wydzierano  mu 

siłą. - Chodzi mi o to, co do niego czułaś. Powtarzałaś mi to dostatecznie często. Ale to... to 

nie dotarło do mnie, aż do tamtej nocy w stodole, kiedy ty... powiedziałaś mu o tym. Po co 

przybyliśmy. To, że wolałaś, żeby żył... 

-  Nie  musimy  o  tym  mówić  -  powiedziałam,  ponieważ  samo  wspomnienie  tej  nocy 

powodowało u mnie ściskanie w gardle. - Naprawdę. 

- Nie - odparł Paul, wbijając we mnie spojrzenie niebieskich oczu. - Nie rozumiesz. Ja 

muszę. Ja nigdy, Suze, nigdy nie czułem do nikogo czegoś podobnego. Nawet do ciebie. Hm, 

pewnie zauważyłaś. Kiedy właściwie nie próbowałem cię ratować. Podczas pożaru i w ogóle. 

- Ale potem byłeś wspaniały - powiedziałam, ujmując się za nim, bo czułam, że ktoś 

chyba powinien. - Pomogłeś mi zawieźć Jesse'a do szpitala i w ogóle. 

Wzruszył żałośnie ramionami. 

- To się nie liczy. Jesse skoczył w płomienie - a nawet cię dobrze nie znał... 

-  Wszystko  w  porządku,  Paul  -  powiedziałam.  -  Naprawdę.  Nie  wydawał  się 

przekonany. 

- Naprawdę? 

-  Naprawdę  -  powtórzyłam  zupełnie  szczerze.  Potem,  wskazując  brodą  na  drzwi 

toalety, dodałam: - Poza tym, zawsze uważałam, że wy dwoje lepiej do siebie pasujecie. 

background image

-  Tak  -  odparł  Paul,  idąc  za  moim  wzrokiem.  -  Chyba  tak.  Ku  mojemu  zaskoczeniu 

wyciągnął rękę. 

- Bez urazy, Simon? 

Spojrzałam  w  dół  na  jego  dłoń.  Zdumiewające,  ale  naprawdę  nie  miałam,  urazy. 

Wcale. Już nie. 

Wsunęłam palce w jego rękę. 

- Bez urazy. 

Drzwi  toalety  otworzyły  się  i  pojawiła  się  Kelly.  Jej  krok  uległ  zasadniczej  zmianie, 

ponieważ  siostra  Ernestyna  zafastrygowała  rozcięcie  sukni  prawie  do  samego  kolana.  Kelly 

wyrażała się mocno niepochlebnie o zakonnicy. 

- Ale przynajmniej nie odesłała cię do domu, żebyś się przebrała - przerwałam jej. 

Kelly tylko zamrugała oczami. 

- Co to za chłopak? - zapytała zaintrygowana. Obejrzałam się przez ramię. Jesse szedł 

ku nam pasażem. Serce, jak zawsze na jego widok, zabiło mi gwałtownie. 

- Och, ten? - powiedziałam obojętnym tonem. - To Jesse, mój chłopak. 

Mój chłopak. Mój chłopak. 

Oczy  Kelly  otworzyły  się  na  całą  szerokość,  kiedy  Jesse  wszedł  krąg  księżycowego 

światła, w którym staliśmy, i ujął mnie za rękę. 

- Paul - odezwał się, skinąwszy głową. 

- Cześć, Jesse - odparł Paul, wyraźnie nie w sosie. Potem przypomniał sobie o Kelly i 

przedstawił ich sobie z zakłopotaniem. 

-  Miło  mi  cię  poznać  -  stwierdził  Jesse,  ściskając  dłoń  Kelly.  Ona  była  jednak  zbyt 

zdumiona, żeby odpowiedzieć. Wpatrywała się w Jesse'a, jakby zobaczyła... 

No, może niekoniecznie ducha. Raczej coś,  czego nie była stanie zrozumieć. Niemal 

słyszałam, jak myśli: „Co taki facet, jak ten, robi z Suze Simon?” 

Ha, nie wiedziała, przez co przeszłam dla tego faceta... ani co on zrobił dla mnie. 

Starając  się  nie  sprawiać  wrażenia,  jakbym  się  pyszniła,  ujęłam

 

Jesse'a  pod  ramię  i 

powiedziałam: 

- No, to na razie. - Po czym zaprowadziłam go na parkiet. 

- Z Paulem...? - Jesse uniósł brwi pytająco, kiedy objęłam go za szyję. 

- W porządku. 

- Wiesz to stąd, że...? 

- Tak mi powiedział. 

- A ty mu wierzysz? 

background image

- Wiesz co? - Podniosłam głowę z ramienia Jesse'a. - Wierzę. 

- Rozumiem. - Jesse stal, podczas gdy ja kołysałam się w takt muzyki. - Susannah? Co 

ty robisz? 

- Tańczę z tobą. 

Jesse spojrzał na moje stopy, ale nie mógł ich zobaczyć pod długą suknią. 

- Nie znam tego tańca - oznajmił. 

- To łatwe. - Puściłam jego szyję, chwyciłam jego dłonie i ułożyłam je na swojej talii. 

A potem znowu objęłam go za szyję. - Teraz się kołysz. 

Jesse zaczął się poruszać. 

- Widzisz? Też to potrafisz. 

- Jak się ten taniec nazywa? - szepnął mi do ucha. 

- Wolny - odparłam. - Nazywa się wolnym tańcem. Później Jesse już nie odzywał się 

za wiele. Naprawdę szybko chwytał dwudziestopierwszowieczne obyczaje towarzyskie. 

Nie wiem, po jakim czasie podniosłam głowę i wtedy zobaczyłam stojącego obok tatę. 

Tym  razem  nie  podskoczyłam  jak  oparzona.  W pewien  sposób  spodziewałam  się,  że 

go zobaczę. 

- Cześć, dzieciaku - powiedział. Przestałam tańczyć i zwróciłam się do Jesse'a: 

- Czy mogę cię na chwilę przeprosić? Jest tu ktoś, z kim, hm, muszę zamienić słowo. 

- Oczywiście - uśmiechnął się Jesse. 

Z  sercem  przepełnionym  zachwytem  dla  niego,  podeszłam  pośpiesznie  do  palmy,  za 

którą przystanął tata. 

- Cześć - powiedziałam, lekko zdyszana. - Przyszedłeś. 

- Naturalnie, że przyszedłem - odparł tata. - Pierwszy prawdziwy bal mojej córeczki? 

Sądzisz, że mógłbym to przegapić? 

-  To  nie  dlatego  cieszę  się,  że  przyszedłeś  -  stwierdziłam,  biorąc  go  za  rękę.  - 

Chciałam ci podziękować. 

- Podziękować? - zdziwił się. - Za co? 

- Za to, co zrobiłeś dla Jesse'a. 

- Dla Jesse'a? - Domyślał się i zmieszany wykonał ruch, jakby chciał puścić moją rękę. 

- Och. To. 

-  Tak,  to  -  powiedziałam,  ściskając  go  jeszcze  mocniej.  -  Gdybyś  nie  skłonił  go  do 

przyjścia do szpitala, straciłabym go na zawsze. 

- Cóż - powiedział z miną, jakby chciał być gdzieś - gdziekolwiek - indziej. W gruncie 

rzeczy,  wyglądał...  cóż,  prawie  tak,  jakby  już  był  gdzieś  indziej.  Był  dużo  bardziej 

background image

przezroczysty niż zwykle. - Płakałaś. I wzywałaś mnie. Podczas gdy to Jesse'a powinnaś była 

wzywać. 

-  Myślałam,  że  Jesse  odszedł.  Więc  wzywałam  ciebie.  Bo  zawsze  byłeś  przy  mnie, 

kiedy cię naprawdę potrzebowałam. I wtedy też. Uratowałeś go, tato. Chciałam tylko, żebyś 

wiedział,  ile  to  dla  mnie  znaczy.  Zwłaszcza  że  wiem,  że  wcale  nie  pochwalałeś,  no,  wiesz, 

tego, że się przeniosłam w czasie. 

Tata  wyciągnął  rękę  i  poprawił  mi  przekrzywioną  orchideę  przy  sukni.  Z  jakiegoś 

jednak  powodu,  zamiast  ją  chwycić,  jego  palce  przenikały  przez  woskowe  płatki.  Nagle 

zrozumiałam,  co  się  dzieje.  I  nie  mogłam  nic  zrobić,  tylko  stać  i  patrzeć  na  niego  ze  łzami 

napływającymi do oczu. 

- Tak, przykro mi z tego powodu - ciągnął tata, mając na myśli swój sprzeciw wobec 

mojej podróży w  czasie  w celu „uratowania” Jesse'a.  Z każdym słowem  nikł w oczach.  I to 

wcale nie dlatego, że patrzyłam poprzez zasłonę łez. - Widzisz, gdybyś się cofnęła i uratowała 

moje  życie,  to  byłoby  tak...  cóż,  jakbym  umarł  i  obijał  się  przez  ostatnich  dziesięć  lat 

daremnie. 

- To nie było daremne, tato - powiedziałam, trzymając z całej siły rękę, która, nawet 

kiedy to mówiłam, prawie wyślizgiwała mi się z dłoni. - To było dla Jesse'a. I dla mnie. To 

dlatego jesteś wreszcie gotów, żeby przejść dalej. Sam zobacz. 

Tata popatrzył na siebie, potem na mnie, wyraźnie wstrząśnięty. 

- W porządku, tato - powiedziałam, ocierając wolną ręką łzy z twarzy. 

Teraz już ledwie go widziałam... została tylko drżąca kolorowa plama i lekki ucisk na 

dłoni. Czułam jednak, że się uśmiecha. Uśmiecha i płacze jednocześnie. Tak samo jak ja. 

- Będzie mi ciebie brakowało. 

- Opiekuj się swoją matką - wyrzucił z siebie pośpiesznie, jakby w obawie, że zniknie, 

zanim zdoła to powiedzieć. 

- Przyrzekam. 

- I bądź grzeczna. 

- A czy zdarza mi się nie być? - zapytałam łamiącym się głosem. 

Błysnął raz jeszcze, po czym zniknął. 

Na zawsze. 

Minęło  sporo  czasu,  zanim  zdołałam  wrócić  do  Jesse'a.  Musiałam  się  wypłakać  za 

palmą,  a  potem  naprawić  poczynione  przez  łzy  uszczerbki  w  makijażu.  Kiedy  wreszcie 

podeszłam do niego, spojrzał na mnie z uśmiechem. 

- Odszedł? - zapytał. 

background image

- Odszedł - odparłam odruchowo. A potem aż westchnęłam z wrażenia. 

- Jesse... - Wytrzeszczyłam na niego oczy. - Czy ty... czy...? 

- Czy widziałem, jak rozmawiałaś przed chwilą ze swoim ojcem? - zapytał. Kąciki ust 

lekko mu drżały. - Tak. 

- A więc możesz... - Nie mogłam się pozbierać ze zdumienia. - Możesz... 

-  Widzieć  duchy  i  rozmawiać  z  nimi?  -  Jesse  uśmiechnął  się  w  świetle  księżyca.  - 

Wygląda na to, że tak. Dlaczego? Czy to stanowi jakiś problem? 

-  Nie.  Tylko  że...  to  by  znaczyło...  -  prawie  nie  wierzyłam  we  własne  słowa.  -  To 

znaczy, że jesteś... 

Querida - powiedział Jesse i przyciągnął mnie do siebie. - Zatańczmy. 

Nie mogłam jednak otrząsnąć się z szoku. Jesse - mój Jesse - nie był już duchem. Był 

pośrednikiem. Jak ja. 

-  Jedyna  rzecz,  której  nie  rozumiem  -  mówił  mi  Jesse  wprost  do  ucha  -  to  dlaczego 

zajęło mu to tyle czasu? 

Kołysałam  się  w  jego  ramionach,  prawie  nie  zwracając  uwagi  na  jego  słowa.  „Jesse 

jest pośrednikiem - tylko to miałam w głowie. - Teraz Jesse jest pośrednikiem”. 

- Twój ojciec - powiedział Jesse. - Przenosi się dalej. Dlaczego teraz? 

Objęłam go za szyję. A co innego miałam zrobić? 

- Naprawdę nie wiesz? - zapytałam. Pokręcił głową. 

Uśmiechnęłam się; czułam, jakby serce miało mi pęknąć ze szczęścia. 

background image

PODZIĘKOWAIA 

Serdecznie  dziękuję  Beth  Ader,  Jennifer  Brown,  Laurze  Langiie,  Abigail  McAden,  a 

zwłaszcza  Benjaminowi  Egnatzowi  jak  również  wszystkim  czytelnikom,  którzy  od  początku 

wspierali tę serię. 

 

Podziękowania dla Eleonory za skan