background image

Olszakowski Tomasz

Pan Samochodzik I 

Potomek 

Szwedzkiego 

Admirała

OFICYNA WYDAWNICZA WARMIA

background image

WSTĘP

Admirał hrabia Gabriel Oxenstierna stał, opierając się o reling okrętu. Wiała silna 

bryza. Nad głową dowódcy łopotały żagle. Spiżowe lufy dział milczały.

- Polacy uciekli jak zające - powiedział kapitan. - To naród gnuśny i tchórzliwy... I nie 

potrafią walczyć na morzu.

Admirał kiwnął głową, przyznając mu rację.

- A cóż to takiego? - w jego głosie zabrzmiała pogarda.

Uniósł lunetę do oczu. Od strony wysokiego klifowego sambijskiego brzegu zbliżało 

się   do   nich   kilkanaście   łodzi.   Siedzieli   w   nich   rozebrani   do   pasa   mężczyźni.   W   słońcu 

połyskiwały ich wygolone głowy, jedynie na samym czubku pozostawili wiechcie włosów, 

fantazyjnie zakręcone za lewe ucho. Czajki, poruszane miarowymi  pociągnięciami wioseł, 

mknęły szybko po gładkiej powierzchni morza.

- Co to za jedni? - admirał zwrócił się do kapitana. 

Ten przez chwilę obserwował tajemnicze czółna.

- Nie mam pojęcia - powiedział. - Ale u wybrzeży Szkocji widywałem takie łodzie 

rybackie... Dziwne, płyną prosto na nas. Może chcą nas zaatakować?

- Bzdura - uśmiechnął się admirał. - Czy takie dłubanki pełne dzikusów mogą zagrozić 

okrętom wojennym Jego Królewskiej Mości Karola IX, króla Szwecji? Przecież nie mają 

najmniejszych szans w starciu z nami. Choćby dlatego, że to my mamy artylerię... - klepnął 

lufę spiżowego działa. - Nie zapominaj, że na tych wodach uciekają przed nami wszyscy...

- Oni mają łuki - przerwał mu kapitan. - Dziwne, to chyba...

W tym momencie z charkotem zwalił się na pokład. Z gardła sterczała mu pierzasta 

kozacka strzała.

Admirał popatrzył ze zdumieniem na zwłoki swojego podwładnego.

- Do broni! - krzyknął i schował się za burtę, bo nadleciała kolejna chmura strzał.

Większość z nich była zaopatrzona w specjalne półksiężycowate ostrza. Wystrzelono 

je w górę, aby cięły olinowanie statku.

- Artyleria! - krzyknął hrabia. - Ognia, prędzej, do stu piorunów!

Marynarze otrząsnęli się ze zdumienia. Działa okrętu flagowego huknęły nierówno, 

jednak kozackie czajki były już zbyt blisko, by pociski mogły wyrządzić im jakąkolwiek 

szkodę. Kule gwizdnęły nieszkodliwie nad głowami napastników i upadły daleko w morze. 

background image

Hrabia ze zdumieniem zauważył, jak w burtę statku wbijają się dziesiątki lin zakończonych 

hakami.   Jednocześnie   grad   strzał   przydusił   do   pokładu   załogę   sąsiedniego   okrętu.   Trzeci 

wystrzelił   ze   wszystkich   armat   prawej   burty   i   kasztelu   dziobowego,   ale   pociski   znowu 

przeszły górą. Armaty ustawiono tak, by razić okręty podobnej wielkości, a nie płasko ukryte 

wśród fal dłubanki.

Hrabia wyrwał szpadę z pochwy i runął naprzód. Jego marynarze wylegli gromadnie 

na pokład. Płynący najdalej „Ulv” dał ognia z dział, ale też było już za późno. W dodatku w 

ciasnym szyku armaty jednostki stanowiły zagrożenie głównie dla pozostałych okrętów.

Na   pokład   wdarła   się   wataha   półnagich   postaci   w   postrzępionych   portkach.   Bose 

stopy zadudniły po deskach. Huknęły krócice, marynarze padali pokotem. Część z nich była 

uzbrojona   w   muszkiety,   jednak   broń   ta   w   walce   na   bliską   odległość   okazała   się   mało 

skuteczna.   Półtorametrowej   długości   lufy   utrudniały   celowanie.   Kilkanaście   wystrzeliło 

kładąc  trupem  kilku wrogów. Na ponowne  nabicie  doświadczony muszkieter  zużywał  co 

najmniej dwie minuty; nie starczyło już więc czasu. Obie grupy zwarły się w morderczej 

walce wręcz.

Hrabia pchnął szpadą, przebijając jednego z Kozaków.

„Gdzie są nasi kamraci z sąsiednich statków?” - zastanawiał się. „Dlaczego nie spieszą 

nam z pomocą?”

Kątem   oka  spostrzegł,  że   także   „Wąż”  uległ  atakowi.   Tylko   „Niedźwiedź”  zdołał 

wymknąć  się  z potrzasku i  uchodził  teraz  na otwarte  morze,  ścigany zajadle  przez  kilka 

czółen.

- To niemożliwe - szeptał sam do siebie, parując kolejny cios.

W dłoniach wrogów błyskały ciężkie kozackie szable, cienkie szwedzkie szpady w 

zetknięciu z hartowaną we krwi stalą pękały jak patyki. Tylko artylerzyści uzbrojeni w tasaki 

mogli stawić czoła wrogom. Jednak ich siły topniały w przerażającym tempie. Usadowieni na 

dziobie łucznicy szyli  strzałami.  Hrabia poczuł nagły ból nogi. W jego udzie utkwił bełt 

wystrzelony z kuszy.

Złapał go dłonią i próbował wyrwać. Siedział jednak bardzo głęboko, może nawet 

wbił się w kość? Złapał oburącz, zdecydowany wyszarpnąć za wszelką cenę. W sekundę 

później ktoś uderzył go płazem szabli w głowę i wszystko ogarnęła ciemność...

Wódz kozacki Pilip Semenowicz opuścił kowalskiej roboty broń. Ogłuszony admirał 

leżał u jego stóp, na zlanym krwią pokładzie. Na smołowanych deskach spoczywali pospołu 

Kozacy   i   Szwedzi.   Medyk   opatrywał   rannych.   Jeńcy  stali   przy  relingu.   Rzucili   szpady  i 

pistolety. Na ich twarzach malowało się najgłębsze zdumienie. Teraz dopiero spostrzegli, że 

background image

Kozaków, wliczając w to zabitych, na pokład wdarło się nie więcej niż dwudziestu. Przybysze 

z północy, potomkowie wikingów, z mieszaniną lęku i podziwu obserwowali tych niskich, 

kiepsko zbudowanych dzikusów, którzy bez wahania starli się z czterokrotnie liczniejszym, 

lepiej uzbrojonym przeciwnikiem i zwyciężyli.

Pilip spojrzał na prawo i lewo i jego twarz rozciągnęła się w uśmiechu. Z czterech 

szwedzkich statków trzy zostały zdobyte. Czwarty uchodził, a płynący za nim w czajkach 

łucznicy nieustannie szpikowali jego żagle płonącymi strzałami. Straty własne nie były duże. 

Obok niego stanął jego przyjaciel, Pawło Wędrowycz.

-   Ile   może   kosztować   taki   okręt?   -   zapytał   dowódca,   klepiąc   reling   pokryły 

rzeźbionymi w drewnie ornamentami.

- Sądzę, że nie mniej niż dziesięć tysięcy dukatów...

- Wygląda na to, że jesteśmy bardzo bogaci - uśmiechnął się Pilip Semenowicz. - 

Zamknąć tych wieprzów, a my chyba poszukamy szwedzkiego piwa w ładowni - zwrócił się 

do kompanów.

Odpowiedział mu radosny pomruk.

- Haj żywie Pilip Semenowicz! - krzyknął któryś lżej ranny.

- Haj żywie! - podchwyciły wszystkie gardła.

Także na dwu sąsiednich okrętach wzniesiono okrzyki na cześć wodza wyprawy. Z 

ładowni wydobyto beczki; szwedzkie piwo okazało się niestety wyjątkowo marne.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

STARE   MIASTO   W   SZTOKHOLMIE   •   Z   WIZYTĄ   U   KRÓLA   •   KOZACKIE 

CZAJKI NA BAŁTYKU? • ZAGINIONY ADMIRAŁ

Gamle Stan - Stare Miasto w Sztokholmie - jest bardzo rozległe. Większa jego część 

leży na wyspie, połączonej z lądem stałymi mostami. Czy jednak słuszne będzie stwierdzenie, 

że tylko ta część stanowi Starówkę? Przecież leżące na lądzie stałym i sąsiednich wyspach 

dzielnice także można z powodzeniem zaliczyć do starych. Wiele ich domów wzniesiono w 

XVI i XVII wieku.

Wysokie kamienice sztokholmskiej Starówki pną się ku niebu górując nad uliczkami, 

których szerokość często ledwo wystarcza, by mógł przejechać nimi wóz. Pośrodku miasta 

wznosi  się całkowicie  zabudowane wzgórze,  nie zdziwcie  się więc, że  niektóre  przejścia 

prowadzą ostro pod górę.

Znajdziemy tu urocze zaułki, gdzie można wędrować po stromych schodkach, i uliczki 

wijące się wzdłuż solidnych murów oporowych. Fasady domów pokrywają często kolorowe 

tynki, a czasami drewniane deszczułki. Na dachach czerwieni się ceramiczna dachówka lub 

leżą szare łupkowe płytki. Tu i ówdzie błyska czerwienią lub zielenią miedziana blacha. Nad 

głowami   przechodniów   wiszą   szyldy,   malowane   przeważnie   ręcznie   na   deskach.   W 

dziesiątkach sklepików najwybredniejszy nawet turysta znajdzie coś dla siebie. Tu i ówdzie 

wnętrza kamienic kryją różne muzea i galerie sztuki.

-   Nigdy   nie   zaznali   wojny   -   powiedział   Pan   Samochodzik,   wyrywając   mnie   z 

poznawczego transu. - Tych ulic na dobrą sprawę nigdy nie zdeptały stopy najeźdźcy. To nie 

to, co nasza Starówka w Warszawie, zbudowana od podstaw...

- To prawda - mruknąłem.

Szef przez chwilę wertował plan, a potem ruszyliśmy wąskimi ulicami.

- To musi być gdzieś niedaleko - mruknął. 

Spojrzałem na zegarek.

- Mamy jeszcze  dwadzieścia  minut  - uspokoiłem go. - Nie  spóźnimy się.  A jeśli 

nawet, to przecież poczekają...

- Nie wypada, żeby król czekał - uśmiechnął się pan Tomasz.

- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Nigdy dotąd nie widziałem żywego króla...

background image

- Ja też nie - uśmiechnął się. - Ale, jak to się mówi, zawsze musi być ten pierwszy raz.

Wyszliśmy na brukowany dziedziniec. Za nim wznosił się rozległy budynek.

- Chyba jesteśmy na miejscu - pan Tomasz raz jeszcze rzucił okiem na plan miasta.

- Jeszcze siedem minut - uspokoiłem go. - Nie spóźnimy się. Nie ma obawy.

Ruszyliśmy w stronę wielkich, rzeźbionych drzwi. Dwaj wartownicy w błyszczących 

hełmach podnieśli ostrzegawczo dłonie.

- My do króla - powiedział szef po niemiecku, wyciągając z kieszeni zaproszenie.

Zdanie   to   zabrzmiało   cokolwiek   dziwnie.   Stłumiłem   narastający   w   głębi   gardła 

chichot. Strażnicy nie dali po sobie poznać, że cokolwiek usłyszeli, ale nie wzbraniali nam już 

wejścia. Pan Samochodzik nacisnął klamkę.

- Może warto zapukać? - zapytałem nerwowo.

- Nie wiem, nigdy nie wchodziłem do królewskiego pałacu - mruknął pan Tomasz.

Drzwi   ustąpiły.   Weszliśmy   do   rozległego   holu.   Tu   wartowników   było   więcej.   W 

przeciwieństwie do tych z zewnątrz, byli ubrani w normalne mundury i zamiast antycznych, 

pięciostrzałowych karabinów, mieli pistolety maszynowe w zgrabnych skórzanych kaburach. 

Jeden z nich, w błękitnej furażerce, ruszył na nasze spotkanie. Na schodach pojawił się lokaj.

Pan Samochodzik podał nasze zaproszenia. Dowódca warty przejrzał je uważnie.

- Poproszę jakiś dokument - powiedział po polsku, choć z bardzo dziwnym akcentem.

Wręczyliśmy   nasze   paszporty.   Przejrzał   je   pobieżnie,   a   potem   zwrócił   nam   z 

uśmiechem.

- Jego Wysokość oczekuje - powiedział.

Lokaj poprowadził nas przez labirynt wyłożonych dywanami korytarzy.

- Aleśmy się wkopali - mruknąłem.

Pan Samochodzik nie odpowiedział. Okiem znawcy taksował wiszące na ścianach 

obrazy i wazy stojące na marmurowych postumentach.

- Mieszkają sobie ludziska... - zauważyłem. 

Nie podchwycił żartu.

-   „Dziewczyna   zrywająca   jabłka”   -   mruknął   cicho.   -   Obraz   z   prywatnej   kolekcji 

Zygmunta III Wazy, zrabowany podczas potopu... „Widok Florencji”, łup z majątku książąt 

Czartoryskich. Znałem je dotąd tylko z opisu...

- Nie przyjechaliśmy tu rewindykować nasze zabytki zagrabione 350 lat temu...

- Niestety, nie - westchnął ze szczerym żalem.

Szwedzkie muzea i prywatne kolekcje są pełne cennych dzieł sztuki, które wpadły w 

ręce naszych sąsiadów przy okazji rozlicznych wojen toczonych w XVII wieku...

background image

Minęła nas dziewczyna w dresie. Poznałem ją po dużych, brązowych oczach. Nie 

dalej   jak   pół   godziny   wcześniej   kupiłem   sobie   na   pamiątkę   pocztówkę   z   jej   podobizną. 

Księżniczka Victoria.

- No proszę - mruknął Pan Samochodzik, wyrywając mnie z zamyślenia. - To też 

chyba zdobyte u nas...

Na ścianie wisiała szabla, węgierska „batorówka” o rękojeści wysadzanej turkusami.

Lokaj   zatrzymał   się   przed   rzeźbionymi   drzwiami.   Zapukał.   Ktoś   odezwał   się   ze 

środka.   Służący   otworzył   drzwi   i   przepuścił   nas   przodem.   Weszliśmy   do   pomieszczenia, 

bardzo  ciekawi,  co   też  znajdziemy  w  środku.  Był  to  chyba   gabinet  naszego   gospodarza. 

Oszklone szafy były wypełnione opasłymi księgami w skórzanych, złoconych oprawach. Na 

ciężkim, dębowym biurku stał komputer. Podłogę pokrywał perski dywan. Szeroko otwarte 

drzwi balkonowe prowadziły na taras.

Właśnie tam na progu stał ON. Nigdy dotąd nie widziałem z bliska króla i teraz 

odrobinę się rozczarowałem. Władca był mniej więcej mojego wzrostu. Odrobinę węższy w 

barach. Nosił okulary. Wiatr wichrzył  jego czuprynę. Nie miał na głowie ani korony, ani 

marynarskiej czapki, w której często portretowano go na pocztówkach. A na nogach miał 

zupełnie zwyczajne kapcie.

- Witam panów - powiedział po angielsku.

Usiłowałem się ukłonić, ale zupełnie mi to nie wyszło. Król uścisnął nam dłonie. Jego 

uśmiech  był  bardzo serdeczny.  Gestem  zaprosił nas  na  taras. Trzy fotele  i stolik  otaczał 

szpaler posadzonych w donicach drzewek pomarańczowych. Zajęliśmy miejsca w fotelach. 

Zaraz też pojawiły się dwie służące i błyskawicznie nakryły stolik śnieżnobiałym obrusem.

Porcelanowe   talerzyki   i   srebrne   sztućce...   Filiżanki   o   cienkich   ściankach.   Chińska 

osiemnastowieczna   porcelana.   Przede   mną   postawiły   szklankę   i   dzbanek,   jak   się 

przekonałem, pełen zielonej herbaty. Musiałem zrobić zdumioną minę, bo król uśmiechnął się 

lekko.

- Mam swój wywiad - powiedział.

Po chwili delektowaliśmy się - ja herbatą, szef i król kawą. Na stoliku pojawiły się 

różnego rodzaju ciastka.

- Pozwoliłem sobie niepokoić panów - odezwał się władca - ale mam pewną dość nie 

cierpiącą zwłoki sprawę.

- W czym możemy pomóc? - zapytał Pan Samochodzik.

Król w zadumie popatrzył na port widoczny pomiędzy pniami drzew.

background image

- Mam do rozwiązania zagadkę historyczną... Nie jest ona może szczególnie trudna, 

ale sprawa ta wymaga  wiedzy fachowej i dyskrecji. A przy tym  intuicji... Nasz wspólny 

znajomy,   hrabia   Michaił   Tomatow,   powiedział,   że   można   na   panach   polegać   w   każdej 

sytuacji.

- A więc to jemu zawdzięczamy zaproszenie - domyślił się szef. 

Michaił znowu wpakował nas w jakieś kłopoty... Niech ja go dorwę... Pożałuje, że się 

w ogóle urodził!

- Postawię sprawę jasno - ciągnął władca. - Moi specjaliści stwierdzili, że zadanie to 

jest niewykonalne... Dlatego poszukałem lepszych fachowców - w jego oczach pojawił się 

cień powagi.

- Wobec tego zamieniamy się w słuch - powiedział spokojnie pan Tomasz.

- Miesiąc temu zmarł hrabia Sven Oxenstierna, ostatni potomek rodu, który od co 

najmniej pięciuset lat wiernie służył naszej monarchii. Pozostały po nim dwa zamki, cztery 

ruiny  zamków   i  dobra  ziemskie   o  powierzchni   przeszło  siedmiu  tysięcy  hektarów.   Stada 

zarodowe rasowych krów, udziały w fabrykach, akcje towarzystw żeglugowych oraz rozmaity 

inny majątek. W sumie wyceniamy go na jakieś czterysta milionów koron.

„Sto pięćdziesiąt milionów złotych” - obliczyłem błyskawicznie w myślach. Lekko 

zakręciło mi się w głowie.

- Hrabia zmarł niespodziewanie na zawał serca i nie pozostawił testamentu - wyjaśnił 

król.   -   Moi   historycy   przestudiowali   dokładnie   historię   rodziny   Oxenstiernów,   szukając 

jakichś bocznych linii. Prześledziliśmy ich dzieje aż do XIII wieku. I natrafiliśmy na pewien 

ślad.

Król   wyjął   ze   skórzanej   teczki   reprodukcję   jakiegoś   obrazu.   Widniał   na   nim 

mężczyzna ubrany w mundur, ze szpadą u boku. Stał koło tylnego kasztelu okrętu wojennego.

- Admirał Gabriel Oxenstierna - wyjaśnił król. - Jedyny punkt zaczepienia. Wedle 

naszych informacji zaginął podczas ataku na jego okręt u wybrzeży Polski. Miało to miejsce 

w 1605 roku.

- Mógł zginąć - mruknął Pan Samochodzik. - Wtedy jeszcze rzadko brano jeńców.

- Owszem. Ale po roku przyszedł od niego list. Prosił, aby jego rodzina wypłaciła 

okup przedstawicielowi kozackiego atamana Pilipa Semenowicza. Drugi list nie precyzował, 

komu ma być wpłacony okup, natomiast nalegał, by kurier z pieniędzmi przybył niezwłocznie 

do Polski...

- Można powiedzieć, nasz stary znajomy - zwróciłem się do króla. - To on zrabował 

kiedyś rubin, którego kawałki przyozdobiły odnalezioną przez nas Rubinową Tiarę.

background image

Król uśmiechem podziękował mi za wyjaśnienia.

- Rodzina nie wypłaciła okupu. Admirał miał dwóch braci, a ich ojciec leżał na łożu 

śmierci.   Widocznie   doszli   do   wniosku,   że   lepiej,   aby   było   ich   dwóch,   a   nie   trzech   do 

podziału. Zwłaszcza, że ujęty przez Kozaków był najstarszy, czyli najbardziej uprawniony do 

dziedziczenia... Paskudna sprawa, ale niestety takimi przypadkami usiana jest cała historia...

- Hm - mruknął szef. - I Wasza Wysokość sądzi, że zdołamy odnaleźć potomków tego 

człowieka?

- Byłbym niezwykle rad, gdyby się panom udało - powiedział król. - Jeśli nie ma 

potomków, rad byłbym wiedzieć, co się stało z nim samym... Zgodnie z naszym prawem, 

majątek, jeśli wygaśnie linia główna rodu, przechodzi na własność linii bocznej.

- Czyżby takiej w Szwecji nie było? - zainteresowałem się.

- W tym  właśnie problem,  że jest - zachmurzył  się król. - Ale szkoda oddać ten 

majątek w jej ręce...

- Jej? - podchwycił pan Tomasz.

Król otworzył szarą skórzaną teczkę, ozdobioną złoconym monogramem.

- Karen Bark - podsunął nam fotografię. - Główna pretendentka do tego spadku.

Popatrzyłem i ja. Ładna blondynka o twardych, jakby wykutych z kamienia rysach. W 

jej oczach było widać upór i chytrość.

- Może nam zagrozić!

- Moje służby doniosły, że tydzień temu wybrała się do Polski - powiedział spokojnie.

- Miałem raczej na myśli, czy jest niebezpieczna - uściślił Pan Samochodzik.

-   Jak   czołg   w   składzie   porcelany   -   król   ujął   uszko   osiemnastowiecznej   chińskiej 

filiżanki   i   wypił   kilka   łyków.   -   Do   tej   pory   niczego   nie   zdołano   jej   udowodnić,   ale 

przypuszczamy, że ma powiązania z międzynarodowymi gangami przemytników dzieł sztuki. 

Jeśli odziedziczy kolekcje Oxenstiernów, ulegną one rozproszeniu, a liczne obiekty zapewne 

niebawem wypłyną na międzynarodowych aukcjach... Nasz kraj, jak w zasadzie każdy na 

świecie, stara się chronić swoje dziedzictwo kulturowe...

- Nie zadowoli się odziedziczoną gotówką? - zapytałem.

- Prawdopodobnie nie. Spieniężenie akcji i nieruchomości będzie trudne i co więcej u 

nas dość wysoko opodatkowane... Tymczasem spieniężenie na przykład obrazów Rembrandta 

przyniosłoby zyski natychmiastowe i niewidoczne dla naszego fiskusa...

- Ma jeszcze coś na sumieniu? - zaciekawił się szef.

background image

- Była zamieszana w sprawę handlu narkotykami, kilka afer budowlanych, należy do 

radykalnej   organizacji   ekologiczno-feministyczno-anarchistycznej.   Podejrzewano   ją   o 

postrzelenie policjanta... Niestety, za każdym razem zdołała się wywinąć.

- Nie da się wykluczyć, że potomkowie admirała, jeśli ich odnajdziemy, będą równie 

mało ciekawi - mruknąłem.

- To będziemy się martwili, co z tym fantem zrobić - westchnął. 

Pan Tomasz myślał dłuższą chwilę.

- Zadanie wydaje się trudne, ale realne - powiedział wreszcie. - Czy wiadomo na 

przykład, w jakim mieście miał być wypłacony okup?

- Niestety nie - powiedział król. - Nie mam żadnych wskazówek, które mogłyby się 

panom przydać. Pozostaje omówić kwestię wynagrodzenia...

Z teczki wyjął wydruk komputerowy i położył przed Panem Samochodzikiem. Szef 

rzucił nań okiem. Dziesiątki tytułów książek. Starodruki.

- Dwadzieścia sztuk w razie przystąpienia do poszukiwań, czterdzieści w wypadku 

odnalezienia - zaproponował król. - Do wyboru z tej listy.

Pomyślałem, że to niewiele... Pan Samochodzik studiował ją w zadumie. A potem 

odłożył.

- To nie są książki z Biblioteki Uppsalskiej - powiedział. - Dobrze znam listę dzieł 

zrabowanych podczas potopu...

Na twarzy króla pojawił się na moment cień zażenowania. A przecież nie miał się 

czego wstydzić. W czasie, gdy Szwedzi najechali Polskę i zdobyli gigantyczne łupy, jego 

przodkowie byli jeszcze Francuzami.

-   Nie.   To   z   moich   prywatnych   zbiorów   -   wyjaśnił.   -   Biblioteka   Uppsalska   jest 

własnością narodu i nie mogę nią dysponować. Nawet królowie podlegają ograniczeniom 

nakładanym przez prawo...

- Szkoda - mruknął szef i ponownie zaczął studiować spis. Wreszcie odłożył go. - 

Wolałbym, żeby wyboru dokonali pracownicy Biblioteki Narodowej. Są lepiej zorientowani 

w tym, czego nam brakuje...

- Wobec tego proszę zabrać wydruk i jeśli misja panów zakończy się sukcesem, niech 

ludzie upoważnieni przez pana zgłoszą się po wybrane pozycje - zaproponował władca. - Do 

tego oczywiście zwrot wszelkich kosztów.

Pan Tomasz kiwnął głową, akceptując propozycję.

- Będziemy przysyłali rachunki.

background image

Król   wyjął   z   teczki   ozdobionej   monogramem   dwie   koperty.   Wytrząsnął   z   nich 

platynowe karty kredytowe Visa.

- Będą ważne przez miesiąc - powiedział poważnie. - Bez limitu wydatków.

Ująłem w dłoń kartę z wytłoczonym moim nazwiskiem. Na całym świecie jest takich 

może pięćset... Czy gdy skończy się jej ważność, będę ją mógł zatrzymać na pamiątkę?

- Dziękujemy za zaufanie - szef poważnie skłonił głowę.

Samolot   do   Warszawy   był   prawie   pusty.   Pan   Tomasz,   jak   zauważyłem,   mimo 

przykrych   doświadczeń   związanych   z   lotem   do   Ameryki,   znów   nabierał   zaufania   do 

samolotów. Siedzieliśmy blisko ogona; tu nikt nas nie mógł podsłuchać.

-   Podsumujmy   fakty   -   Pan   Samochodzik   od   razu   przeszedł   do   rzeczy.   -   Musimy 

odnaleźć  potomków  człowieka,  który trafił  do Polski w 1605 roku. Jak zabrałbyś  się do 

dzieła?

- Sądzę, że należy wybrać się do jakiejś dużej biblioteki i sięgnąć po katalog nazwisk 

używanych w Polsce.

Pan Tomasz obrzucił mnie zaskoczonym spojrzeniem.

- Cóż to takiego? - zdumiał się. - Pierwsze słyszę.

-   W   1993,   gdy   nadawano   numery   PESEL,   niejako   przy   okazji   zrobiono   spis 

wszystkich nazwisk. Komputery były w stanie przeczesać bazę danych, liczącą trzydzieści 

dziewięć milionów pozycji, bo tylu zdaje się było wówczas Polaków.

- Miałeś kiedyś to wydawnictwo w ręku? Przyda nam się do czegoś?

- Oczywiście. Podaje wszystkie nazwiska, ilu jest ludzi noszących każde z nich i w 

jakich   województwach,   oczywiście   według   starego   podziału   administracyjnego,   ci   ludzie 

mieszkają. Znajdziemy naszych Oxenstiernów, potem weźmiemy książkę telefoniczną i po 

problemie.

- Brawo. Moja szkoła - uśmiechnął się szeroko. - Teraz przyjmijmy dwa warianty. Po 

pierwsze,   że   ci   potomkowie   mieszkają   poza   obecnymi   granicami   naszego   kraju.   Pilip 

Semenowicz  zapewne zabrał jeńca gdzieś na Ukrainę. Tam miał kumpli,  tam łatwo było 

ukryć jeńca...

Szef wyjął kserograficzną odbitkę dokumentu otrzymanego od króla.

- Dwanaście tysięcy dukatów okupu...

- Nasz kozacki watażka miał niezły apetyt - mruknąłem. - Ile to było?

- Robotnik na folwarku był w stanie zarobić około ośmiu dukatów rocznie. Zarządca 

dóbr   ziemskich   dostawał   rocznie   do   300   dukatów...   Dwanaście   tysięcy   było   sumą 

niewyobrażalną... Choć nasza szlachta potrafiła kupować dzieła sztuki i klejnoty za sumy 

background image

jeszcze wyższe. Szczególnie po udanych zbiorach, gdy polskie zboże spławiane do Gdańska 

kupowali kupcy hanzeatyccy...

Zamilkliśmy w zadumie.

- Skoro zakłada pan, że Pilip Semenowicz siedział gdzieś na Ukrainie i tam więził 

hrabiego, to mógł wybrać na miejsce przekazania pieniędzy Lwów albo Kijów?

- To faktycznie możliwe - uśmiechnął się lekko szef - dlatego nie zakładam, gdzie 

więził hrabiego. Mamy za mało danych... Po prostu nie możemy wykluczyć tej Ukrainy. Jak 

sądzisz, u nich też robiono spis powszechny? Czy da się poszukać potomków tą samą metodą, 

którą planujesz zastosować w Polsce?

- Nie wiem, ale sądzę, że bez trudu ustalimy to na miejscu... Na przykład w Kijowie.

Kiwnął poważnie głową.

- Raczej zajdziemy do ambasady i zapytamy - zasugerował. - Teraz drugi problem - 

powiedział poważnie. - Przyjmijmy, że ród wygasł w linii męskiej, natomiast zostały jakieś 

kobiety. Nazwisko w ten sposób zaniknie, ale potomkowie być może dadzą się odszukać.

- To może być bardzo trudne - zauważyłem. - Tych potomków po kądzieli może być 

cały legion. Zna pan historię ze spadkiem po Kazimierzu Pułaskim?

- Nie - popatrzył  na mnie zaciekawiony.  - Choć oczywiście postać jest mi znana. 

Konfederat barski, który, narobiwszy we Francji długów karcianych, uciekł do Ameryki i tam 

walczył w ich wojnie o niepodległość... W USA uważany jest za bohatera narodowego, u nas 

też, za to we Francji miłosiernie o nim zapomniano...

- Zgadza, się. Zginął pod Savannah. Za udział w wojnie otrzymał  od rządu USA 

majątek   ziemski   w   pobliżu   wsi   Waszyngton.   Obecnie   to   niemal   centrum   miasta.   Tereny 

budowlane o ogromnej wartości. To oczywiście kusi rozmaitych pretendentów.

- Pułaski, z tego co wiem, miał dwóch braci. Obaj polegli w czasie konfederacji... I nie 

miał dzieci.

- Za to miał dwie siostry, a one dochowały się dzieci - uśmiechnąłem się. - Obecnie z 

tych  dwu kobiet mamy około pięciuset potomków... Nawet licząc,  że niektórzy się tylko 

podszywają w nadziei zdobycia części spadku, to i tak jest to liczba bardzo znaczna...

Pan Tomasz poważnie kiwnął głową.

- A tu mamy sytuację jeszcze bardziej skomplikowaną - mruknął. - Cofamy się sto 

pięćdziesiąt lat wstecz od czasów Pułaskiego, więc liczba potomków po kądzieli może nam 

wzrosnąć... No, ale nic to - pogładził kieszeń, w której spoczywała karta kredytowa. - Jeśli nie 

znajdziemy   potomków   w   linii   męskiej,   trzeba   będzie   spróbować   wyjaśnić   jego   losy   i 

prześledzić genealogię od drugiej strony...

background image

Zamyśliłem się, patrząc w okno. Nad Bałtykiem przesuwał się front atmosferyczny, 

samolot co chwila przebijał się przez gęste chmury.

-   Myślę,   że   trochę   zbyt   optymistycznie   zakładamy,   że   byli   jacyś   potomkowie   - 

powiedziałem.   -   Równie   dobrze   nieszczęsny   jeniec   mógł   zemrzeć   w   jakimś   lochu... 

Bezpotomnie.

- Możesz mieć rację. Ale w takim razie nic nie uda nam się ustalić. W dodatku ta 

Karen... Ciekawe, co planuje.

- Ciekawe  - przytaknąłem.  - Może  warto by przyjrzeć  się  jej poczynaniom?  Jeśli 

bardzo jej zależy na tym spadku, to może zechce konkurenta... zlikwidować.

Szef wzdrygnął się.

- To chyba niemożliwe - mruknął.

- Nie wiem. W grę wchodzi ogromny majątek. Dwa zamki... 

- I jeszcze cztery ruiny - uśmiechnął się.

- A sądzi pan, że na ruinach nie można zarobić? Wystarczy postawić przy wejściu 

budkę   z   biletami   i   już   można   ciągnąć   zyski.   Niewielkie   w   porównaniu   z   udziałami   w 

fabrykach i ze stadami krów, ale też pieniądz... Takie sumy mogą wzbudzić silne emocje. I 

stać się przyczyną zbrodni. Jeśli ten człowiek żyje, powinniśmy go odnaleźć pierwsi.

- Ale jak ją wyśledzić?

Wyjąłem z kieszeni wizytówkę króla.

-   Możemy   zadzwonić   i   poprosić   naszego   zleceniodawcę,   aby   ustalił   numer 

rejestracyjny jej samochodu - zauważyłem.

- Planowałem zacząć poszukiwania od Lublina - uśmiechnął się. - Także dlatego, że w 

tamtejszym archiwum są przechowywane dokumenty dotyczące Kozaków rejestrowych... To 

da nam możliwość uchwycenia jakiegoś śladu Pilipa Semenowicza. Byłeś kiedyś w Lublinie?

- Nigdy... tylko przejazdem.

Szef uśmiechnął się do swoich myśli.

- Spodoba ci się. To piękne miasto, choć mocno zaniedbane... Ale najpierw... Czeka 

cię krótki wypad do Rosji.

Popatrzyłem na niego zaskoczony.

- Do Rosji? - powtórzyłem.

- Zobaczysz Wołgę, królową rosyjskich rzek. I poznasz kilku fascynujących ludzi.

- Mogę prosić o bliższe wyjaśnienia?

- A nie przyszło ci do głowy, że potomkowie Pilipa Semenowicza ciągle żyją? Trzeba 

sprawdzić, czy nie mają jakichś zapisków po przodku...

background image

Spojrzałem przez okno. Samolot płynął w powietrzu, a pod nami przesuwała się już 

ziemia. Żółte i zielone plamy, przysłonięte lekką mgiełką.

- Polska - powiedział poważnie Pan Samochodzik. - Piękny, żyzny kraj... Od setek lat 

przyciągający   rozmaitych   najeźdźców.   Wielu   z   nich   wywiozło   stąd   gigantyczne   łupy... 

Szwedzi w czasie potopu zostali wprawdzie wyparci, ale przez kilka pokoleń wspominali tę 

wojnę   z   rozrzewnieniem.   Obłowili   się   na   nas,   odkarmili.   Nie   zapominaj,   że   szwedzka 

ekspansja w XVII wieku spowodowana była głównie niedostatkiem pożywienia...

- Niejeden grabieżca pozostał tu na zawsze - powiedziałem poważnie. - Nasz naród 

jest   bitny,   a   w   XVII   wieku   na   skutek   ciągłych   wojen   byliśmy   zaprawieni   w   rzemiośle 

wojennym... Czuję, że podczas naszych poszukiwań otrzemy się o te sprawy...

Samolot schodził do lądowania.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

STANICA NA STEPIE • WYRUSZAMY PO PRZYGODĘ • BIAŁY PAŁACYK • 

PIOTREK I MALWINA • PIĘĆ PESTEK POMARAŃCZY • ODROBINA TECHNIKI

Gdy tereny Zaporoża przypadły Rosji, zaczęła się ekspansja Kozaków na wschód. 

Wielu   siczowców   porzuciło   ukraińskie   stepy   szukając   nowej   przestrzeni   życiowej   nad 

Donem, na Powołżu i na Syberii. Przyciągały ich ogromne słabo zaludnione przestrzenie oraz 

wrogowie,   z   którymi   można   było   walczyć.   Przyłączyli   się   do   osiadłych   tam   Kozaków 

rosyjskich. Wspólnie podbijali coraz to nowe ziemie przyłączając  je do imperium  carów. 

Szybko przemieszczające się odziały konnicy były jedyną siłą zdolną zagrozić żyjącym tam 

półkoczowniczym   ludom.   W   wojnie   domowej   stanęli   naprzeciw   siebie   Kozacy,   jedni   po 

stronie białych generałów, drudzy po stronie władzy radzieckiej.

W latach dwudziestych i trzydziestych jednych i drugich zwalczano z bezwzględną 

zaciekłością... Stanice spalono, a tradycja w poważnym stopniu zaniknęła. W każdym razie 

tak mi się wydawało, gdy po trwającej przeszło trzydzieści godzin podróży wytoczyłem się na 

peron   stacyjki   Swiszczyna,   leżącej   kilkadziesiąt   kilometrów   na   północ   od   Wołgogradu. 

Wysiadłem z wagonu. Ostre słońce i pachnący sianem wiatr uderzyły mnie jednocześnie w 

twarz.   Przymknąłem   oczy   i   dłuższą   chwilę   oddychałem   głęboko   niebiańskim   zapachem. 

Wreszcie   umilkł   niekończący   się   stukot   kół   pociągu.   Stałem   napawając   się   ciszą,   gdy 

nieoczekiwanie w moje uszy uderzył skowyt. Otworzyłem zmrużone oczy i rozejrzałem się 

szukając źródła dźwięku.

Na wprost mnie, tuż za krawędzią popękanego betonowego peronu zbudowano coś w 

rodzaju bramki piłkarskiej z solidnych drewnianych pali. Przywiązany za nadgarstki wisiał na 

niej jakiś człowiek, zaś dwaj Kozacy w mundurach krojem przypominających carskie okładali 

go bezlitośnie nahajkami. To on tak wył. Brzegiem peronu nadszedł milicjant, popatrzył w 

zadumie na egzekucję, po czym wzruszył ramionami i odwrócił się w moją stronę.

- Co tu się dzieje? - wykrztusiłem zaskoczony.

- Kozacki patrol złapał kieszonkowca - wyjaśnił milicjant spokojnym głosem, jakby 

tego rodzaju „rozrywki” były tu na porządku dziennym.  - Wlepianiu pięćdziesiąt nahajek 

zgodnie z prawem Ałmaza Seinenowicza.

- Ale to samosąd - zaprotestowałem. - Powinien stanąć przed sądem... 

background image

Milicjant westchnął.

- Widzi pan - powiedział wreszcie - kradzieże kieszonkowe to wedle prawa federacji 

wybryki   chuligańskie,   niska   społecznie   szkodliwość   czynu...   Nawet   nie   ma   po   co   wozić 

takiego   do   sądu,   wypuszczają   od   ręki...   A   dzięki   tym   chłopakom   mamy   spokój   z 

przestępcami... Nie patyczkują się. Więc dlaczego miałbym im przeszkadzać?

Milicjant   poszedł   dalej.   Kozacy   widać   wymierzyli   przepisaną   liczbę   uderzeń,   bo 

odczepili złodziejaszka od pręgierza. Runął bezwładnie w pył drogi. Jeden z katów polał go z 

rozmachem wiadrem wody.

- Paszoł k’ dytku, a prijti tu jeszczo raz, kak my tiebia uże proklatejem! - wlepił 

kieszonkowcowi solidnego kopniaka w tylną część ciała. Ten pozbierał się i kulejąc opuścił 

chyłkiem stację.

Ruszyłem w ich stronę.

- Przepraszam, jak mogę się dostać do Semenowskiej Stanicy? - zapytałem.

-   Pan   Daniec?   -   zagadnął   wyższy.   -   Batko   Ałmaz   wspominał,   że   ktoś   taki   ma 

przyjechać. Za dworcem czeka na was samochód...

- Jesteście Kozakami z rodu Semenowiczów? - zainteresowałem się. 

- Nie, my od batki Jefrema - wyjaśnił niższy. - Semenowicze za wzgórzami, my w 

mieście i na zachód...

Ruszyłem w stronę szarych bloków z wielkiej płyty majaczących za dworcem. Na 

niedużym placyku czekał strasznie zdezelowany uaz. Obok niego stał młodzieniec lat około 

piętnastu. Ubrany był niemal zwyczajnie, tylko papacha na głowie założona mimo upału i 

ukraiński haft przy zapięciu koszuli odróżniały go od rówieśników.

- Paweł Daniec - przedstawiłem się.

- Omelajn - uścisnął mi dłoń. - Zapraszam do środka.

Siadłem   na   siedzeniu   obszytym   nowym   płótnem.   Chłopak   odpalił   silnik   i   pojazd 

potoczył się dziurawą betonową szosą. Bloki i kilka drewnianych ruder pamiętających pewnie 

czasy carskie zostały szybko za mami. Droga wiodła przez step.

- Jak minęła podróż? - zapytał.

- Dziękuję, dobrze - odpowiedziałem.

Wjechaliśmy   w   wąwóz.   Drogę   przegradzało   kilka   betonowych   kloców   -   zapora 

przeciwczołgowa. Zręcznie manewrując przejechał między nimi.

- Na cóż te zabezpieczenia? - zdziwiłem się.

background image

- Batko kazał. Wcześniej czy później federalni zechcą zrobić za nim porządek - mój 

kierowca zasępił się. - A może i nie zechcą, ale lepiej się zabezpieczyć... Bo stąd od kolei 

największe niebezpieczeństwo...

Wjechaliśmy na przełęcz. Stał tu szlaban, obok wbito tyczkę. Na żerdzi powiewał na 

wietrze   koński   ogon   i   proporzec   przedstawiający   szablę   skrzyżowaną   z   automatem 

kałasznikowa na niebiesko-biało-czerwonym tle. Omelajn wysiadł i otworzywszy kluczem 

skrzynkę   podniósł   szlaban.   Przesiadłem   się   za   kierownicę   i   przejechałem.   Opuścił   ramię 

szlabanu i zaraz dosiadł się do mnie.

- Tu zaczynają się nasze ziemie - wyjaśnił.

Jeszcze jedno pasmo wzgórz i moim oczom ukazał się płaski, ciągnący się aż po 

horyzont   step.   Był   jednak   innego   koloru.   Zboże.   Gigantyczne   pole   kołchozowe   obsiane 

żytem.

Ruszyliśmy   na   wschód.   Minęliśmy   niewielką   wioskę.   Chaty   z   drewnianych   bali, 

pobielone wapnem tonęły wśród sadów. Nad wsią górował wiatrak dostarczający energię 

elektryczną. Ogródki pełne kwiatów. Na ganku jednego z domów wygrzewał się staruszek. 

Na skraju wsi dwaj mężczyźni grzebali pod podwoziem lekkiego transportera opancerzonego. 

W chwilę później krajobraz zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po obu 

stronach drogi ciągnęły się ruiny baraków z betonowych płyt. Tu i ówdzie straszyły dziury po 

wyrwanych oknach i drzwiach. Na skraju pracował buldożer, podobny do mechanicznego 

dinozaura i rozwalał ostatnie stojące budynki.

Kontrast był wręcz upiorny.

- Cóż to takiego? - zapytałem.

- Kołchoz - wyjaśnił Omelajn. - Tu dawniej mieszkali ludzie, ale batko Ałmaz kazał 

zbudować wieś, a to wszystko wyburzyć. Jesienią, jak będzie więcej czasu, zasypiemy to 

ziemią, żeby śladu nie było.

Minęliśmy   rozległe   sady.   Pomiędzy   drzewami   leżały   rurki,   widocznie   na   suchym 

stepie trzeba było intensywnie podlewać. Między drzewami stały dziwne drewniane beczki, 

dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to ule. Zaraz potem minęliśmy studnię głębinową. 

Pompy napędzał wiatrak, podobny do tych pracujących w Australii, jednak sądząc po kolorze, 

blaszane łopatki wycięto ze starej karoserii samochodowej. Cóż, od czasów, gdy w środku 

brazylijskiego interioru widziałem indiańską gorzelnię, niewiele rzeczy było mnie w stanie 

zdziwić. Za sadem na pagórku stało kilkanaście budynków z czerwonej cegły.

- To nasza przetwórnia - wyjaśnił  z dumą  młody człowiek - Robimy kompoty w 

słoikach, dżemy, przeciery, mrożonki... Wszystko wysyłamy do Wołgogradu...

background image

Szosa przecinała coraz to nowe uprawy. Słoneczniki, kukurydzę...

- No i jesteśmy - wskazał mi wały usypane z ziemi i obłożone kamieniami wyoranymi 

prawdopodobnie ze stepu.

Wały otaczał pierścień zapór przeciwczołgowych i solidna transzeja, będąca zapewne 

suchą   fosą.   Przejechaliśmy   przez   bramę,   której   pilnował   wartownik   z   automatem 

przerzuconym przez ramię. Wewnątrz obwałowań stało kilka silosów na ziarno, magazyn-

chłodnia, park maszynowy z kilkunastoma ciężarówkami. Jedną właśnie ładowano przewożąc 

z rampy wózkiem podnośnikowym palety ze słoikami. Wszędzie kręcili się ludzie, każdy coś 

robił...

Uaz zatrzymał się przed sporym budynkiem. Wysiadłem. Na mój widok z wnętrza 

wyszedł wysoki starzec ubrany po kozacku, z szablą u boku.

- Ałmaz Semenowicz - przedstawił się. - Zapraszam.

Budynek postawiono z drewna i kamieni, dolne partie ścian były najwyraźniej stare. 

Gospodarz zauważył moje spojrzenie.

- Stanica pochodzi z początków XIX wieku - wyjaśnił. - W czasie wojny domowej 

została niemal całkowicie zniszczona. Dopiero przed kilku laty odbudowałem ją z moimi 

krewniakami.

- Zagospodarowanie okolicy budzi szacunek - zauważyłem.

- Widzi pan, gdy tu przyjechałem, w tym zbankrutowanym kołchozie byli robotnicy 

zapijali   się   na   śmierć.   Zebrałem   krewnych,   wszystkich   potomków   Pilipa   Semenowicza, 

których  udało mi się odszukać. Zabraliśmy się ostro do pracy.  Z okolicznych  kołchozów 

ściągnęliśmy rodziny tych, którzy mieli ochotę ciężko pracować. Produkujemy mąkę, cukier, 

przetwory,   olej,   wędliny...   I   to   nie   gorsze   niż   wasze,   polskie.   Wysyłamy   je   do   kilku 

okolicznych aglomeracji. Produkujemy też meble, mamy tkalnię i szwalnię, szyjemy spodnie 

i kurtki…

Jego twarz lekko pociemniała.

- Nie mamy jednak praw do ziemi... - dodał ponuro. - Zagospodarowaliśmy step, ale 

ziemia w Federacji Rosyjskiej ciągle jest własnością państwa. Nie płacimy też podatków, 

inwestycje zjadają dochody... W każdej chwili mogą się do nas dobrać... Ale niech spróbują - 

dodał buńczucznie - to zobaczą, jak Semenowicze walczą o swoje. Te ziemie nadał moim 

przodkom car. Zapłaciliśmy za nie przelewając krew na polach bitew. Są nasze.

- W Swiszczynie, jak widziałem, też żyją Kozacy...

background image

- Owszem - skinął głową. - Ruch kozacki odradza się. Powoli, bo powoli, ale znowu 

stajemy się gospodarzami tej ziemi. Ukróciliśmy przestępczość, walczymy z alkoholizmem... 

Z listu Pana Samochodzika wynika, że szukacie papierów po Pilipie Semenowiczu?

- Tak, zainteresował nas jego jeden interes...

- Zapraszam - pchnął drzwi.

Spora sala. Ściany wymurowane z łupanego kamienia. Sufit z grubych nowych belek. 

Stoły   i   fotele   prawdopodobnie   wytworzone   w   stolarniach   stanicy.   Całą   jedną   ścianę 

zajmowały   ogniotrwałe   szafy  na   akta.   Dostrzegłem   jeszcze   kserokopiarkę,   dość   antyczny 

model, stojącą pod ścianą.

- Panna Margarieta pomoże w poszukiwaniach - skłonił głowę gestem wskazując mi 

niewysoką ciemnowłosą dziewczynę o wystających mongolskich kościach policzkowych. - 

Obiad o szesnastej.

Powędrował gdzieś. Przywitałem się z dziewczyną.

- Czym możemy służyć? - zapytała.

- Nie wiem, na ile dobrze zna pani historię rodu... Chodzi mi o morską wyprawę 

przeciw Szwedom.

- Oczywiście - uśmiechnęła się. - Kojarzę.

-   Szukam   potomków   szwedzkiego   admirała   Gabriela   Oxenstierny,   którego   wasz 

przodek porwał jako jeńca.

- Trudne, bardzo trudne zadanie - mruknęła. - Ano zobaczmy nasze materiały...

Otworzyła   szafę   i   wydobyła   opasłą   walizę.   Wewnątrz   znajdowały   się   stare 

dokumenty.   Każdy   starannie   zabezpieczono   umieszczając   go   pomiędzy   dwiema   płytkami 

pleksiglasu.   Widać   było,   że   nie   szczędzono   zabiegów   konserwatorskich,   jednak   plamy 

kolorowych grzybni oraz dziury w miejscach, gdzie papier zbutwiał na pył, były wyraźnie 

widoczne.

- Strasznie kiepsko zachowane - mruknąłem.

- Wykopaliśmy je dopiero w zeszłym roku - wyjaśniła - Gdy ukrywano je w czasie 

wojny domowej, myślano  powszechnie,  że ta  awantura z  bolszewikami  potrwa góra  trzy 

lata... Tymczasem minęło siedemdziesiąt... Papiery były ukryte w metalowych puszkach po 

herbacie... Tu jest sucho, ale korozja przegryzła blachę, a wilgoć bardzo zniszczyła papier...

- Jak udało się je odnaleźć? - zainteresowałem się.

- Metodą archeologiczną. Wiedzieliśmy z grubsza, gdzie je zakopano, więc cztery 

hektary ziemi zeskrobaliśmy gracami i odnaleźliśmy jamy...

background image

Zasiedliśmy wygodnie za stołem. Pierwsze dokumenty. Listy kancelarii Zygmunta III 

Wazy w sprawie zaciągu Kozaków na wojnę ze Szwecją, ustalenia, warunki, obietnice. Potem 

roczna przerwa i list kancelarii z prośbą o wyjaśniania w sprawie zaginionego szwedzkiego 

admirała.

- Szkoda, że nie robił odpisów swoich odpowiedzi - westchnąłem.

-   Może   jego   listy   są   gdzieś   w   waszych   archiwach   -   podsunęła.   -   A   jeśli   tak,   to 

bylibyśmy bardzo wdzięczni za wykonanie kserokopii. Staramy się zbierać każdy okruch 

informacji...

- Może coś się uda znaleźć - powiedziałem. - Ale nie chciałbym robić dużych nadziei. 

Nasze archiwa w poważnym stopniu zniszczyli hitlerowcy... Czy można stąd zadzwonić?

- Oczywiście - wskazała mi antyczny telefon na korbkę stojący w kącie.

- Do Polski nie da rady - mruknąłem.

- Dlaczego nie? - ze zdziwieniem uniosła grube brwi. - Zaraz połączę.

Wzięła książkę telefoniczną, odszukała numer kierunkowy. Podałem jej numer szefa. 

Zaterkotała korbką ładując akumulator. Po chwili wykręciła na tarczy kombinację cyfr.

- Proszę - podała mi słuchawkę. Przyłożyłem ją do ucha.

- Halo? - usłyszałem głos Pana Samochodzika.

Głos był wyraźny, jakbym dzwonił z Warszawy, tylko delikatny szum i serie trzasków 

pozwalały się domyśleć, że dzieli nas kilka tysięcy kilometrów.

- Witaj, szefie. 

- Paweł? Gdzie jesteś?

- W stanicy Semenowiczów. Szefie, trzeba poszukać listów Pilipa Semenowicza w 

archiwum kancelarii królewskiej - tu podałem daty.

Zanotował i rozłączył się.

- A my szukajmy dalej - mruknąłem.

Kilkadziesiąt   dokumentów   pisanych   ozdobną   siedemnastowieczną   cyrylicą,   w 

dodatku   w   języku,   który   w   niewielkim   stopniu   przypominał   współczesny   ukraiński... 

Zniszczenia   i   ubytki   papieru   dodatkowo   utrudniały   nam   lekturę.   Zjadłem   obiad,   potem 

kolację. Wreszcie koło północy, gdy traciłem już nadzieję, znalazłem wyblakły strzęp papieru 

o wręcz rewelacyjnej treści.

Zaparkowałem   Rosynanta   koło   kolumny   Zygmunta.   Południe.   Z   nieba   lał   się 

straszliwy  żar.  Powietrze  nad  kamiennymi  kostkami   dziedzińca  falowało.  Turyści  szukali 

cienia.   Nawet   gołębie   ukryły   się   pod   murem   zamku.   Wewnątrz   auta   cicho   szumiała 

background image

klimatyzacja. Grube, lekko przyciemniane szyby chroniły mnie przed upałem i oślepiającym 

słonecznym blaskiem.

Pan Samochodzik nadszedł po chwili. Wysiadłem i pomogłem mu upchnąć walizkę w 

bagażniku.

-   Będę   prowadził   pierwszy   -   powiedział,   sadowiąc   się   za   kierownicą.   -   A   ty 

tymczasem przejrzyj materiały - podał mi kilka stron wydruku.

Przez chwilę siedział nieruchomo, z widoczną przyjemnością wystawiając twarz na 

chłodne podmuchy.

- Król działa? - uśmiechnąłem się.

- Raczej jego tajne służby starają się ułatwiać nam pracę - uśmiechnął się lekko. - 

Mamy numery rejestracyjne samochodu Karen.

Ruszył   Senatorską,   koło   Teatru   Wielkiego   zakręcił   i   zjechał   na   trasę   W-Z. 

Przemknęliśmy tunelem i popędziliśmy przez most. Przeglądałem papiery.

- A więc: opel ascona, piętnastoletni, zielonego koloru - powiedziałem. - W Polsce 

sporo takich jeździ... Prawdopodobnie ma podrasowany silnik. Szwedzi nie wykluczają, że 

Karen zmieni tablice rejestracyjne na polskie, żeby nie rzucać się w oczy, więc podali numery 

silnika i podwozia...

- Dużo nam to nie da - westchnął. - Trudno sprawdzać numery podwozia jadącego 

samochodu...

- Jest jeszcze coś - zauważyłem. - Jej samochód został zabezpieczony urządzeniem 

namiarowym Lo-Jack.

- Czyli teoretycznie można go wyśledzić z satelity? - upewnił się.

- Zgadza się. Podali nam na wszelki wypadek jej kod. Obawiam się jednak, że to 

będzie bardzo trudne do wykorzystania...

- Zapewne do śledzenia samochodu przez satelitę uprawnienia ma tylko policja?

-   Gorzej,   szefie   -   pokręciłem   głową.   -   Tylko   firma,   która   to   instaluje   i   tylko   na 

wniosek właściciela. Oni sprawdzają, gdzie jest auto i wtedy kontaktują się z policją.

- A więc informacja bezużyteczna... - pokręcił głową. 

Przemknęliśmy ulicą Grochowską i niebawem zakręciliśmy, aby dotrzeć do szosy E-8.

- Straszny dziś ruch - zauważyłem.

- Wczoraj zaczęły się wakacje - wyjaśnił. - To nam trochę pomoże...

Spojrzałem   na   niego   pytająco.   Uśmiechnął   się,   ale   nic   nie   odpowiedział. 

Rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w dal. Jego dłonie oparte na kierownicy wykonywały 

background image

od czasu do czasu drobny ruch korygujący. Wyglądał na zamyślonego, ale nie musiałem się 

obawiać. Wiedziałem, jak świetnie umie prowadzić.

- Co udało ci się ustalić w Rosji? - zapytał nieoczekiwanie. 

Pstryknąłem   przełącznikiem   pod   tablicą   rozdzielczą.   Szyby   zaczęły   ledwo 

dostrzegalnie drżeć. Pan Samochodzik spojrzał na mnie pytająco.

- Użyłem odrobiny pieniędzy z karty - wyjaśniłem. - To zagłuszarka. - Nie zdołają nas 

podsłuchać nawet wtedy, jeśli w aucie założyli nam „pluskwę”...

- Interesujące - mruknął. - Czy da się to zainstalować także w moim gabinecie?

- Oczywiście. Zajmę się tym po powrocie. A więc w stanicy mieli bardzo interesujący 

dokument. List, który do Pilipa Semenowicza wysłał jego serdeczny druh i przyjaciel...

- Zaciekawiasz mnie...

- Samuel z Niemirowa. Samiłła Niemirycz, jak go zwą Ukraińcy. 

Pan Tomasz cicho gwizdnął przez zęby.

- I co ciekawego pisze? - zaciekawił się.

-Zrobiłem tłumaczenie...

Wyjąłem z kieszeni na piersi kopertę.

Dan w Chełmie 4 III 1607

Drogi Pilipie!

Sprawa okupu komplikuje się niemożebnie. Mimo iż upłynęły dwa lata, jeńca Twojego 

ciągle poszukują, choć już chyba bez nadziei odnalezienia. Listy posłane do braci jego bez 

odpowiedzi pozostają, choć poczmistrz lubelski głową ręczy, że dotrzeć musiały. Może naród  

ten bisurmański gdzieś je zagubił? Mniemam, iż należałoby własnego kursora wysłać. Jeśli 

jednak   zgodę   wyrazisz,   znam   tu   człowieka   jednego,   który   tysiąc   talarów   natychmiast   za 

więźnia   naszego   gotów   jest   wyłożyć.   Suma   to   niewielka   i   dziesiątej   nawet   części   okupu  

wartości nie dostaje, jednak dalsza zwłoka, nie dość, że rodzi koszta nieznośne, to jeszcze 

obrócić się przeciw nam może.

Zostawiam tedy sprawę Twojej rozwadze i co umyślisz czynić, daj mi znać bystro.

- Czy jesteś pewien, że chodzi o naszą sprawę? - zapytał wreszcie Pan Samochodzik.

- Tak mi się wydaje - powiedziałem. - Zbieżność dat jest uderzająca. List wspomina o 

jakimś wydarzeniu, które miało miejsce około 1605 roku. Mniej więcej od tego czasu obaj 

background image

Kozacy przetrzymują jeńca. Jeńca, którego życie wyceniają na około dziesięć tysięcy talarów, 

czyli około sześciu tysięcy dukatów...

- W dodatku wysłali listy w tej sprawie - zauważył szef. - Ciekawe. Sądzę, że masz 

rację. Tu chodzi o naszego Szweda.

Milczałem przez chwilę.

-A pan co znalazł? - zapytałem wreszcie.

- W Archiwum Koronnym, a raczej w jego pozostałościach, jest jeden list od Filipa 

Semenowicza. Niestety, wysłany jeszcze przed wyprawą na Bałtyk. Nic konkretnego. Targuje 

się o warunki finansowe zaciągu... Zrobiłem ksero i posłałem Ałmazowi. Uzyskałem jednak 

informację,   że   w   Lublinie   znajduje   się   trochę   archiwaliów   dotyczących   Kozaków 

rejestrowych i w ogóle województwa ruskiego... Tam postaram się wygrzebać coś jeszcze.

- Ostrożność nie była zbyteczna - mruknąłem. - Ktoś za nami jedzie. 

- Kto?

- Niech pan zwróci uwagę na szarego volkswagena.

Pan Tomasz obserwował w lusterku samochód podążający naszym śladem. Dzieliło 

nas kilka pojazdów, jednak utrzymywał stały dystans.

- Faktycznie. Ciekawe, kto to.

Przednia   szyba   była   lekko   przyciemniana,   ale   nie   na   tyle,   by   nie   można   było 

rozpoznać   kierowcy.   Przyłożyłem   do   oczu   lornetkę   i   na   zakręcie,   gdy   samochodu   nie 

zasłaniały inne pojazdy, zdołałem przyjrzeć się naszemu prześladowcy.

- Niepokoi mnie fakt, że zawsze, gdy tylko robimy coś ciekawego, ktoś pojawia się za 

naszymi plecami jak spod ziemi.

- Ciekawe - mruknął pan Tomasz. - Sądzę, że nasz wypad do Sztokholmu nie uszedł 

uwagi tej Karen.

Spojrzałem na niego zdezorientowany.

- Dedukcja, Pawle. Karen wyrusza do Polski. Ktoś w otoczeniu króla dowiaduje się, 

że zostaliśmy wynajęci do tej pracy. Twój wypad do Rosji to cztery dni, w czasie których ktoś 

w   Szwecji   licząc   pewnie   na   sowite   wynagrodzenie   ustalił   nasze   personalia.   Dziewczyna 

powęszyła w Polsce i zorientowawszy się, kto jest naszym największym wrogiem, wynajęła 

go i zleciła mu, aby nie spuszczał nas z oka, jeśli tylko ruszymy się z Warszawy. Batura nie 

taki głupi i posłał naszym tropem jakiegoś swojego pomagiera.

- To brzmi prawdopodobnie. I co tu teraz z tym fantem zrobić?

- Obawiam  się,  że  nic.  Może  najlepiej  będzie   udawać,  że  nie  zauważyliśmy   jego 

obecności? A potem, gdy nabierze pewności siebie, nieoczekiwanie uderzyć...

background image

Do Lublina dotarliśmy po przeszło czterech godzinach jazdy. Dochodziło południe. 

Wakacje.   Na   ulicach   było   widać   grupy   dzieciaków.   Uwolnione   ze   szkół   cieszyły   się 

odzyskaną swobodą...

U podnóża pagórka, na którym wznosi się lubelska Starówka, wije się uliczka Dolna 

Panny Marii. Na jej końcu, na stromym stoku stoi nieduży biały pałacyk - niegdyś rezydencja 

rodu Tarłów  -  spośród  których   wielu  zapisało  się  chwalebnie  w  historii   miasta  i  kraju... 

Obecnie budynek ten stanowi siedzibę Wojewódzkiego Domu Kultury.

- Mają pokoje gościnne - powiedział szef. - Załatwiłem nam tu zakwaterowanie...

Zaparkowałem przed wejściem. Wysiedliśmy z wozu. Na nasz widok ze schodków 

podniosła się dziewczyna. Miała może z szesnaście lat, była ruda jak wiewiórka, a do tego 

piegowata... Obok na ławce siedział chłopak o wyglądzie studenta. Z bliżej niezrozumiałych 

przyczyn   większość   przyszłych   archeologów   ubiorem   naśladuje   Indianę   Jonesa.   Szeroki 

kapelusz,   skórzana   torba   przerzucona   przez   ramię,   bawełniana   koszula   z   kieszeniami   na 

piersi... A on wyglądał właśnie na studenta archeologii.

- Pawle, poznaj naszych współpracowników - odezwał się pan Tomasz. - To Piotrek 

Kłosiewicz, a to jego kuzynka Malwina.

Uścisnąłem im ręce.

- No cóż - powiedziałem - witamy na pokładzie...

- Piotrek jest studentem bibliotekoznawstwa i historykiem amatorem - wyjaśnił pan 

Tomasz. - Przyda nam się ktoś taki do pomocy. 

„A więc jednak nie archeolog...” - pomyślałem.

- Jestem zaszczycony mogąc panów poznać - młodzieniec skłonił głowę.

- A ja jestem dobra w komputerach - pochwaliła się Malwina. - Gdyby było trzeba 

poszukać czegoś w sieci...

- Raczej nie będzie tam siedemnastowiecznych dokumentów, ale kto wie... - mruknął 

Pan Samochodzik. - Na pewno przydasz się nam, młoda damo.

Uśmiechnąłem się, aby dodać im otuchy.

- Nie stójmy tak - zachęcił szef. - Wejdźmy...

Pokoje gościnne były dwiema ciasnymi, ale sympatycznymi klitkami na pierwszym 

piętrze. Ja zająłem ten po lewej, a pan Tomasz ten po prawej... U niego też zorganizowaliśmy 

pierwszą naradę.

-   Ważną   rzeczą   będzie   ustalenie,   czy   Karen   Bark   zatrzymała   się   w   Lublinie   - 

powiedział poważnie szef. - Dobrze znacie miasto? - zwrócił się do naszych przyjaciół.

background image

- Oboje się tu urodziliśmy - wyjaśniła Malwina.

- W takim razie obejdziecie wszystkie hotele - zadysponował. - Przede wszystkim te 

droższe.

- Sądzi pan, że powiedzą, kto w nich zamieszka? - w głosie Piotrka zadźwięczała 

wątpliwość.

- Raczej nie - uśmiechnął się Pan Samochodzik. - Dlatego użyjemy pewnego fortelu...

Wyjął z torby pomarańczę i pokroił ją zręcznie scyzorykiem. Wydłubał ze środka pięć 

pestek.   Z   torby   wyjął   czystą   kopertę   i   swoją   wizytówkę.   Wizytówkę   i   pestki   włożył   do 

koperty i zakleił ją starannie.

-  Będziecie   pytali,   czy  panna   Karen   Bark   już   przybyła   -   napisał   jej   nazwisko  na 

kopercie. - Jeśli gdzieś powiedzą, że tak, wtedy poproście o przekazanie jej tego listu.

-   O   co   chodzi   z   tymi   pestkami?   -   zagadnęła   Malwina.   -   Pamiętam,   że   w   jakimś 

opowiadaniu o Sherlocku Holmesie w ten sposób kogoś straszono...

- Dokładnie o to samo mi chodzi - wyjaśnił pan Tomasz. - To informacja dla naszej 

przeciwniczki, że zaczyna się wojna. Drugi problem. Ten człowiek - pokazał im fotografię 

Jerzego Batury. - To nasz główny przeciwnik. Nie wiemy, czy i tym razem snuje się za nami, 

ale przez skórę wyczuwam, że macza w tym palce. Trzeba na niego zwrócić uwagę. Tylko 

ostrożnie, to dość bezwzględny typ.

- Też poślemy mu pestki? - zaciekawiła się dziewczyna. 

- Nie, to rozegramy subtelniej.

Myślał przez chwilę, a potem wyjął z kieszeni notes. Wyrwał jedną kartkę i nabazgrał 

pospiesznie.

Ruscy, którzy przyjechali za Tobą z Warszawy, próbują kupić broń.

Na kopercie napisał nazwisko naszego przeciwnika.

- Niech to wygląda na przyjacielskie ostrzeżenie ze strony miejscowego półświatka - 

mruknął. - W każdym razie zanim sprawdzi tę informację, minie trochę czasu. A zatem lećcie 

i zadzwońcie, gdybyście czegoś się dowiedzieli - zwrócił się do naszych pomocników. -A 

jutro rano zameldujcie się tutaj. Pomyślimy, co dalej.

Polecieli.

- Sądzi pan, że coś znajdą? - zapytałem.

- Nie da się wykluczyć. Chcieli przeżyć przygody, to musimy im ich dostarczyć... A 

przy okazji przydadzą nam się...

background image

Dwie godziny później zadzwonił telefon. Piotrek meldował, że w żadnym z hoteli ani 

na kempingu nie natrafili na ślad Szwedki i Jerzego. Pan Tomasz słysząc to zafrasował się 

wyraźnie...

Poranna narada zaczęła się punktualnie o ósmej rano.

-   Zbadaliście   wszystkie   hotele   -   mruknąłem   w   zadumie.   -   Bez   efektu...   To   może 

oznaczać, że Karen nie dotarła do Lublina albo przejechała przez miasto i zatrzymała się 

gdzie indziej... Ostatecznie my też nie mieszkamy w hotelu. Mogła wynająć mieszkanie albo 

dom gdzieś w pobliżu miasta...

Pan Samochodzik spojrzał w okno.

-   Wiesz,   co   myślę,   Pawle?   Może   popełniliśmy   błąd   w   założeniach?   Wybraliśmy 

Lublin na swoją bazę, bo tu znajdują się archiwa, w których możemy trafić na jakiś trop... Tu 

postanowiliśmy podjąć poszukiwania. A jeśli ona ma lepsze źródła informacji?

-   Może   policja   mogłaby   pomóc   -   podsunął   Piotrek.   -   Macie   przecież   numery 

rejestracyjne tego samochodu.

- Ba - wzruszyłem  ramionami.  - Pójdziemy na policję i co powiemy?  Roześlijcie 

wiadomości do wszystkich posterunków, może patrolującym ulice rzuci się w oczy samochód 

o takiej a takiej rejestracji... A oni wtedy poproszą o sądowy nakaz...

- Może w takim razie trzeba go zdobyć - zaproponowała Malwina.

- Pójdziemy do sądu i co powiemy? - zapytałem.

- No, że ta kobieta szuka w naszym kraju potomków szwedzkiego hrabiego i trzeba ją 

ubiec.

- Szukanie potomków nie jest w naszym kraju zakazane - łagodnie powiedział Pan 

Samochodzik. - Poza tym nie możemy nawet wesprzeć się autorytetem naszego ministerstwa, 

bo   nie   pracujemy   na   jego   polecenie,   tylko   daliśmy   się   wynająć   królowi   Szwecji   jako 

fachowcy... Można powiedzieć, że wykonujemy fuchę w czasie urlopu...

-   Teoretycznie   moglibyśmy   namierzyć   jej   samochód   -   powiedziałem.   -   Ma 

wbudowany system nawigacji satelitarnej.

- No, to po kłopocie - Piotrek odetchnął z ulgą.

- Przecież nie pójdziemy do firmy i nie zażądamy, aby odszukali dla nas ten pojazd - 

powiedziałem z naganą. - Obowiązuje ich tajemnica zawodowa i ochrona interesów klienta. 

Co z tego, że podamy im numer identyfikacyjny?

- A  po  co  nam  ich  zgoda?  -  uśmiechnęła   się  Malwina.   - Włamiemy   się do  sieci 

komputerowej, uruchomimy procedury i sami sobie sprawdzimy. 

background image

- Nic nie słyszałem - pan Tomasz demonstracyjnie zatkał sobie uszy.

- Ba, tylko jak? - westchnąłem. - Nie wiesz, co to znaczy dostać się do systemu takiej 

firmy.

Jej oczy zabłysły.

- Będę potrzebowała laptopa z szybkim modemem - powiedziała poważnie. - To nie 

powinno   być   trudne.   Mam   specjalne   programy   do   łamania   kodów.   Może   warto   je 

wypróbować...

- Skąd je masz?! - zdumiałem się.

- Od Ruskich - wyjaśnił Piotrek. - Przywożą na nasz bazar różności... 

- No, nie wiem - westchnął pan Tomasz. - To oczywiście nielegalne...

- Owszem - powiedziałem - ale nie wiemy, co ta Karen zrobi tym ludziom, jak ich już 

namierzy... Może zechce pozabijać? Uważam, że powinniśmy wykorzystać wszelkie możliwe 

środki, aby odnaleźć ich wcześniej. Jak to przeprowadzimy? - zwróciłem się do Malwiny.

- Trzeba będzie znaleźć budkę telefoniczną - uśmiechnęła się. - I potrzebny mi jest 

parawan, żeby ją na dwadzieścia minut zasłonić.

-   Róbcie,   jak   uważacie   -   westchnął   pan   Tomasz.   -   Ale   ja   nie   mam   z   tym   nic 

wspólnego.

Godzinę   później   zatrzymaliśmy   się   przed   budką,   stojącą   na   skraju   placu   Unii 

Lubelskiej. Z trzech stron osłaniały ją krzaki. Miejsce wydawało się idealne. Malwina miała 

przerzuconą przez ramię torbę ze sprzętem. Przez szparę w niedosuniętym suwaku widziałem 

plątaninę kabli i matowy połysk naszego laptopa. Podniosła słuchawkę i przyłożyła ją do 

ucha.

- Mamy sygnał - ucieszyła się. - Do dzieła.

Nakryłem   budkę   grubym   płótnem.   Ściągnąłem   taśmą.   I   zawiesiłem   na   niej   lipną 

kłódkę.   Z   boku   wyglądało,   jak   gdyby   ktoś   zabezpieczył   telefon   pokrowcem.   Agrafkami 

przypiąłem kawałek szmatki z nadrukowanym napisem: „Obiekt w konserwacji”.

Zanurkowałem   pod   materiał.   Malwina   wpuściła   w   szczelinę   czytnika   kartę 

telefoniczną. Odkręciła oba sitka od głośników i odłożyła je na półkę. Wyjęła mikrofony i 

podczepiła do kabli w środku dwa krokodylki. Uruchomiłem laptopa i wsunąłem w gniazdko 

modemu odpowiednią końcówkę. Malwina wsunęła w czytnik płytę CD-ROM. Uruchomiła 

program. Po chwili nastąpiło połączenie. Na wyświetlaczu automatu przeskoczyły cyfry.

- Mamy 49 impulsów - poinformowałem ją. - Wystarczy.

- Skasuje jak za połączenie miejscowe - wyjaśniła.

background image

Na   ekranie   wyświetliła   się   strona   firmy.   Dziewczynka   przebiegła   palcami   po 

klawiszach, uruchamiając służbowe wejście do systemu. Otworzyło się okno i wyświetliło 

polecenie wprowadzenia hasła.

- No, to liczymy na ciebie, programiku - wcisnęła ikonkę. CD-ROM wystartował z 

szumem.

- Teraz musimy trochę poczekać - uśmiechnęła się. - To może potrwać nawet pół 

godziny...

- Nie namierzą nas? - zaniepokoiłem się.

- Na tym etapie raczej nie mają szans. Gdy będziemy w środku, prawdopodobnie tak... 

Ale mam program ostrzegający. Zanim ustalą numer tej budki, minie sporo czasu. Potem 

jeszcze muszą zadzwonić na policję, żeby nas złapała...  To daje nam kilka dodatkowych 

minut na ucieczkę...

Minęło pół godziny. Zostało jeszcze 40 impulsów. Wreszcie, gdy już prawie traciłem 

nadzieję, na ekranie nieoczekiwanie wyświetliła się kolejna strona.

- Weszliśmy do systemu - poinformowała mnie. - Popatrzmy... Jak miło, wszystko po 

polsku...

Przez kilka minut grzebała w jakichś podstronach.

- Dobra, jesteśmy, proszę podać kod samochodu. 

Podyktowałem z kartki. W rogu ekranu zapalił się czerwony wykrzyknik.

- Oho - mruknęła - zaczęli nas namierzać.

Na ekranie wyświetliła się mapka. Widniał na niej zielony punkt.

-   Samochód   stoi   w   miejscu   -   powiedziała   poważnie.   -   Proszę   zanotować 

współrzędne...

Długość   i   szerokość   geograficzna   z   dokładnością   do   dziesiątych   części   sekundy 

kątowej.   W   praktyce   oznaczało   to   lokalizację   pojazdu   z   dokładnością   do   pięćdziesięciu 

metrów.

- Mają nas - mruknęła, wyrywając krokodylki ze słuchawki.

- Ustalili numer budki?

- Chyba tak. Sprzątamy i chodu.

Umieściła mikrofony na miejscu i dokręciła sitka. Wyjęła kartę i nacisnęła widełki. 

Przez chwilę słuchała sygnału w słuchawce.

- Działa - powiedziała wyraźnie ucieszona. - To dobrze... 

- A gdyby się zepsuło?

background image

Wyskoczyliśmy spod plandeki i pospiesznie ją zwijaliśmy. - Przyszłabym wieczorem i 

naprawiłabym. To bardzo prosta konstrukcja...

Starła chusteczką odciski palców ze słuchawki. 

Wsadziłem płótno pod pachę, ona zabrała plandekę.

-   Jeśli   zawiadomili   policję,   to   w   tej   chwili   radiowóz   rusza   w   naszą   stronę   - 

powiedziała patrząc na zegarek. - A jeśli poinformowali wóz patrolowy, to może tu być za 

chwilę. Pozdrowienia dla piesków tropiących... - wyjęła z kieszeni miotacz pieprzu i starannie 

opyliła podłogę budki.

Nawet to przewidziała. Sprytna dziewczyna. Ruszyliśmy ulicą, potem skręciliśmy w 

przecznicę. Po chwili zakręciliśmy jeszcze raz i wyszliśmy na plac Grunwaldzki. Rozejrzałem 

się. Człowiek w garniturze z teczką zwrócił moją uwagę. Już go gdzieś widziałem. Wczoraj, 

gdy wysiadaliśmy z samochodu? Do diabła...

- Uf - odetchnęła. - No, to do waszej kwatery. Zobaczymy, co nam powiedzą dane, 

które zdobyliśmy...

Tajemniczy  nieznajomy   stał  pod  murem  kościoła.  Wydawało   mi   się,  że  patrzy  w 

drugą stronę, ale jeśli miał okulary od wewnątrz napylone srebrem, mógł bez trudu spoglądać 

do tyłu...

W chwilę potem byliśmy w pałacyku. Nieznajomy nie poszedł za nami.

- No i co ustaliliście? - Pan Samochodzik uśmiechnął się na nasz widok, ale czułem 

jego dezaprobatę.

- Mamy dokładne współrzędne punktu, w którym stoi samochód - wyjaśniłem. - Teraz 

wystarczy podstawić je do mapy i po problemie.

Szef wyjął z teczki „Atlas Samochodowy Polski”. Piotrek uśmiechnął się i pokręcił 

przecząco głową.

- Tak będzie szybciej - wyjął z walizeczki płytę CD-ROM z „Atlasem geograficznym” 

Encarta. Po chwili wyświetlił mapkę.

- Jakaś wioska - pan Tomasz pochylił się nad monitorem. - Krynica.

- Krynica Górska czy Krynica Morska? - zapytałem.

- Tak czy inaczej, to bardzo daleko - westchnęła Malwina. - Czyli Lublin to fałszywy 

trop.

- Nie - zaprotestował szef. - To Krynica koło Rejowca.

- Czyli  niedaleko  - mruknąłem.  - Jakieś sześćdziesiąt  kilometrów  stąd... Ciekawe, 

czego tam szuka...

background image

- Ciekawe - przytaknął Pan Samochodzik. - Dlatego, Pawle, wskoczysz do samochodu 

i za półtorej godziny zadzwonisz do mnie z Krynicy. Postarasz się na miejscu rozejrzeć i 

ustalić co i jak. Weźmiesz Malwinę ze sobą, a ja pędzę do archiwum. Zobaczę, co mają na 

temat tej miejscowości. Może w dokumentach majątku trafię na jakiś trop.

-   To   była   wioska   należąca   pierwotnie   do   Rejów,   a   potem   do   Orzechowskich   - 

powiedział Piotrek. - Jest tam w lesie taka dziwna wieża...

-   O,   to   już   cenna   informacja   -   uśmiechnął   się   pan   Tomasz.   -   Dziękuję,   to   nam 

zaoszczędzi pracy.

Spojrzałem na zegarek. Była prawie dziesiąta.

- Pojechali - zakomenderowałem po rosyjsku.

Pan Tomasz uśmiechnął się. Widocznie przypomniał sobie Michaiła... 

Wyszliśmy przed budynek i załadowaliśmy się do wozu. Zawiozłem pana Tomasza i 

jego pomocnika pod archiwum. Wysiedli i weszli po schodkach.

Na ławce po drugiej stronie ulicy siedział długowłosy hipis. Przyciemniłem  lekko 

szyby i wręczyłem dziewczynie aparat cyfrowy.

- Daj maksymalne zbliżenie i sfotografuj tego oberwańca - poleciłem.

Ruszyłem.   Po   chwili   pokazała   mi   na   wyświetlaczu   twarz   człowieka   z   ławeczki. 

Żałowałem, że nie przyjrzałem się dokładniej „biznesmenowi”. Na zdjęciu pod ławką leżała 

parciana   torba.   Była   na   tyle   duża,   że   mogła   swobodnie   pomieścić   marynarkę,   krawat   i 

aktówkę... On czy nie on? Miałem nadzieję, że niebawem się dowiemy.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

WIEŚ KRYNICA • NA TROPIE WROGA • ŚLADY KÓŁ W LESIE • ARIAŃSKA 

PIRAMIDA • JERZY BATURA I KAREN BARK • CZŁOWIEK W MASCE • OKO ZA 

OKO

Od głównej szosy prowadzącej z Chełma do Krasnegostawu odchodziła w bok wąska 

nitka asfaltówki. Skręciłem w nią. Droga prowadziła najpierw wzdłuż ściany lasu, potem 

przez pola. Po lewej stronie rozciągał się rozległy widok na łany zbóż. Po chwili znowu 

wjechaliśmy do lasu. Tym razem widok otworzył się po prawej stronie. W rozległej dolinie 

było widać zabudowania jakiegoś miasteczka. Zatrzymałem samochód.

- Tam w dole to chyba Rejowiec - mruknęła moja towarzyszka, patrząc na mapę.

W oddali koło horyzontu unosił się szary, nienaturalnie wyglądający obłok. Wyjąłem 

ze   skrytki   lornetkę.   Zlustrowałem   okolicę.   Na  granicy   widnokręgu  wznosiło   się   wzgórze 

ozdobione kopułą i wieżą kościoła.

- Tu bliżej Rejowiec, a tam dalej Chełm - mruknąłem. - To szare to widocznie dymy z 

cementowni...

- Był pan kiedyś w tych stronach? - zaciekawiła się Malwina.

-   W   Chełmie   i   na   południe   od   niego   -   wyjaśniłem.   -   Ano,   napatrzyliśmy   się,   to 

ruszajmy dalej.

Przejechaliśmy przez jeszcze jeden lasek i naszym oczom ukazały się zabudowania 

Krynicy. Domki, częściowo drewniane, częściowo murowane, stały na zarośniętej drzewami 

skarpie na prawo i lewo od drogi.

-   Sympatycznie   tu   -   mruknąłem.   -   Przejadę   przez   wieś   i   wypatrujmy   pilnie 

samochodu. Weźmiesz to - podałem jej GPS. - Poszukamy miejsca, gdzie dwie godziny temu 

stał samochód Karen. Powiedz mi, jeśli się do niego zbliżymy.

- Na razie mamy około pół kilometra różnicy - mruknęła dziewczyna.

- Dobra. Uwaga, ruszam.

Pojechałem wolno przez wieś. Strzelaliśmy oczami na prawo i lewo, usiłując zajrzeć 

na wszystkie podwórka. Bez skutku. Karen na pewno nie była taka głupia i dobrze ukryła 

swojego zielonego opla. A może nawet odjechała stąd już kilka godzin temu?

background image

- Jest trzysta metrów stąd - powiedziała Malwina. - Ale teraz odległość znowu się 

zwiększa...

Dojechałem do końca wsi i zawróciłem.

- Ani śladu - westchnąłem rozczarowany. - Może samochód parkuje w jakiejś szopie? 

Jak sądzisz, musimy jechać na wschód czy na zachód? - zapytałem dziewczynę.

- Na zachód.

Przy pierwszych zabudowaniach spostrzegłem drogę brukowaną kamieniami. Odbijała 

gdzieś pod górę. Ruszyłem nią powoli.

- Zbliżamy się - poinformowała mnie. - Co zrobimy, jak ich znajdziemy?

- Podczepimy im pod podwoziem „pluskwę” - uśmiechnąłem się. - Wtedy łatwiej 

będzie ich śledzić.

-A jeśli będą siedzieli w środku?

- Najpierw ich znajdziemy, potem się zastanowimy, co mamy robić - uspokoiłem ją.

Droga przez las zakręcała. Na skraju niedużej kałuży wyraźnie odcisnął się bieżnik 

opony.

- Świeży trop - mruknąłem. - Jak wskazania?

- Jeszcze około stu metrów.

W lesie wycięto rozległą po lane, która zarastała już drzewkami. Droga, coraz gorsza, 

biegła jej skrajem.

- To mniej więcej tutaj - powiedziała. - Na tyle dokładny był namiar. 

Ślady   przy   kolejnej   kałuży.   Zakręciłem   i   znowu   wjechałem   w   las.   Przed   nami 

zamajaczyły mury jakiejś budowli. Zatrzymałem Rosynanta i wyskoczyliśmy.

Na ziemi głęboko odcisnęły się ślady kół.

-   Samochód   stał   tutaj   -   wskazałem.   -   Chyba   co   najmniej   kilka   godzin.   Ale 

najwyraźniej już odjechał...

- Mieli dwie godziny przewagi... - zauważyła Malwina. -Ale może coś wydedukujemy 

z tych śladów?

Pochyliłem się nad miękką ziemią.

- Wysiadły dwie osoby - powiedziałem.  - Jedna w adidasach, druga w półbutach. 

Sądząc po rozmiarze i kształcie, to mógł być mężczyzna...

- Szwedka ma ze sobą jakiegoś faceta? - zafrasowała się Malwina. 

- A ja też mam całą ekipę - uśmiechnąłem się do niej. - Popatrzmy, dokąd poszli...

background image

Budynek, wzniesiony z białego kamienia, był niemal dokładnie sześcienny. Na jego 

dachu zbudowano bardzo spiczastą ceglaną piramidę. Dolna część budowli nie miała okien, a 

jedynie nieduży, okrągły otwór jakieś pięć metrów nad ziemią.

-   Grobiszcze,   wieża   ariańska,   grobowiec   Mikołaja   Reja   -   wyrecytowałem.   - 

Potocznych nazw jest chyba z dziesięć...

Obeszliśmy budynek od lewej strony. Od południa był zaopatrzony w spore wejście, 

zabezpieczone metalową kratą.

- Mikołaj Rej został tu pochowany? - zdziwiła się.

-   Nie,   ale   ludność   miejscowa   sądzi,   że   tak.   To   prawdopodobnie   kaplica   grobowa 

Pawła Orzechowskiego, właściciela Krynicy - wyjaśniłem. - Ślady...

Na kamieniach tworzących próg odbijała się wyraźnie świeża plama błota. Kłódki, 

która pierwotnie zabezpieczała grobowiec, nie było.

Wyjąłem z kieszeni latarkę, ale w zasadzie nie była potrzebna. Przez drzwi i okrągłe 

okna wpadało wystarczająco dużo światła. Wieża miała tylko jedno spore pomieszczenie. 

Podłoga znajdowała się około pół metra poniżej powierzchni ziemi. Pokrywało ją gliniaste 

namulisko. Sądząc po śladach na ścianach, pierwotnie posadzka była znacznie wyżej.

- Widocznie runęła, zasypując krypty - mruknąłem.

- Albo ktoś jej w tym pomógł - uzupełniła. - Gdy wygnano arian, to pewnie ludzie nie 

przepuścili też ich grobowcom.

- Mogło tak być - kiwnąłem głową. - Ciekawe, czego tu szukali nasi przeciwnicy...

Nieoczekiwanie spostrzegłem cieniutką linkę zwisającą z sufitu. Była jasna, zlewała 

się z kolorem ścian i dlatego nie zauważyłem jej od razu.

Spojrzałem   do   góry.   Pomieszczenie   nakryte   było   sklepieniem   kolebkowym.   W 

jednym z rogów ziała czarna dziura prowadząca na strych - do wnętrza tajemniczej piramidy. 

To właśnie z niej zwisała linka.

Zeskoczyłem na dno wieży i ująłem sznur w rękę. Był bardzo cienki.

- Po tym chyba nikt nie byłby w stanie się wspiąć - mruknęła Malwina. - To mi 

wygląda na sznur do wieszania bielizny...

-   Nie   -   zaprotestowałem.   -   To   rdzeniowa   linka   alpinistyczna,   zrobiona   z   włókien 

węglowych   wzmocnionych   kevlarem.   Można   na   niej   powiesić   z   pół   tony   obciążenia, 

oczywiście pod warunkiem, że tam na górze jest dobrze zaczepiona...

- Obawiam się, że kotwiczka mogła się już poluzować - usłyszałem za sobą.

Obejrzałem się. Na progu stał Jerzy Batura we własnej osobie.

- Już cię wypuścili? - zdziwiłem się.

background image

- Nawet nie posadzili - strzepnął z marynarki niewidoczne pyłki. - Zgłosiłem się jak 

dobry obywatel do więzienia w Radomiu, żeby odsiedzieć sześć miesięcy, ale okazało się, że 

nie ma miejsc dla takich jak ja, bo w pierwszej kolejności przyjmują trudniejsze przypadki... 

A ty, jak widzę, wzorem Pana Samochodzika wciągasz dzieciaki w niebezpieczne przygody...

- Do tej pory nie było niebezpiecznie - warknąłem.

- Och, nic wam z mojej strony nie grozi - uśmiechnął się. - Znalazłem sobie uczciwą 

robotę, jestem tłumaczem...

- Z języka szwedzkiego? - zainteresowałem się. 

Kiwnął głową.

- Mieszkałem w Szwecji kilka lat - wyjaśnił. - Dobrze znam język...

- A czy ta kobieta wie, kim jesteś? - drążyłem temat. 

Ponownie skłonił głowę.

- Więcej - powiedział. - Sama mnie odszukała i zatrudniła.

- Czy poza funkcją tłumacza nie jesteś przypadkiem konsultantem? Czy może na tyle 

dobrze zna historię Polski, by samodzielnie odszukać... A czego szuka?

- Akurat na to pytanie nie odpowiem.

- A czy przypadkiem nie dlatego cię wynajęła, że jesteś naszym głównym wrogiem? - 

drążyłem temat. 

Uśmiechnął się dumnie.

- To się chyba rozumie samo przez się. A tak swoją drogą, skoro wasza komórka jest 

nadal częścią centralnego zarządu muzeów, to może zainteresuje was taki drobiazg.

Nie spodziewałem się tego. Skoczył do przodu i zatrzasnąwszy kratę, błyskawicznie 

zablokował rygiel niedużą kłódką. Trzasnął zatrzask.

- Znakomita rzecz - powiedział, cofając się przezornie kilka kroków. - Zamek gerdy, 

osiem miliardów kombinacji, całość wykonana ze stali samohartującej, praktycznie nie do 

przepiłowania. A gdyby nawet, kabłąk nie przekręca się, zabezpieczają go łożyska rolkowe. 

Trzeba przeciąć w dwu miejscach... Idealna rzecz do zabezpieczania muzealnych gablotek. 

Zresztą sami będziecie mogli się o tym przekonać. Sądzę, że nadal nosisz w podeszwie buta tę 

śliczną piłkę, wykonaną w krajach Lewantu... Ciekawym, czy przetnie, czy nie... Możecie 

krzyczeć do woli, do wsi jest za daleko, nikt nie usłyszy. Na razie wybaczcie, pożegnam 

was... Obowiązki. Zajrzę tu za trzy lub cztery dni... - wykonał dłonią dziwny gest.

- Ty plugawy... - syknąłem.

- Nie taki plugawy - zaprotestował z godnością. - Możecie przepiłować kratę wokoło 

kłódki. Zajmie wam to jakieś dwa dni...

background image

Ktoś stanął w drzwiach. Karen Bark. Milcząc obserwowała nas uważnie.

- Wrogowie - powiedziała po angielsku. - Nie wchodźcie mi w drogę. Nigdy.

- Nie wiem, czy pani wie, ale pozbawianie ludzi wolności, a także ograniczanie tej 

wolności na przykład poprzez zamykanie w grobowcach, jest w naszym kraju przestępstwem 

- warknąłem starannie dobierając nieliczne znane mi szwedzkie wyrazy.

Spojrzała zimno i oddaliła się z godnością.

- Kto to był? - zainteresowała się Malwina. - Ten facet to chyba ten z fotografii?

- Wróg - potwierdziłem i pokrótce opowiedziałem, kim jest Jerzy.

- I jak stąd wyjdziemy? - zafrasowała się. - Skoro tej kłódki nie da się przeciąć...

Uśmiechnąłem się. Z podeszwy buta wyjąłem żydowski włos.

- Kłódki może i nie, ale te zardzewiałe rygle nie powinny stanowić problemu... Parę 

godzin to jednak potrwa. Ale najpierw... - spojrzałem na linkę i pokręciłem przecząco głową.

- Nie zbadamy strychu? - zapytała dziewczyna, wskazując gestem linę.

- Sądzę, że chyba nie warto - odparłem. - Pomijając niebezpieczeństwa wspinaczki, z 

pewnością nie ma tam nic ciekawego... Nasi przeciwnicy z pewnością dokładnie wszystko 

sprawdzili. Zresztą od chwili wybudowania ta wieża musiała być wielokrotnie penetrowana 

przez miejscowych poszukiwaczy skarbów i przygód... Myślałem raczej o tym, by rozhuśtać 

się do któregoś z okienek i tą drogą wydostać na zewnątrz...

Wyjąłem piłkę i zabrałem się do cięcia kraty. Szło mi to niestety bardzo powoli. Piłka 

używana od tak dawna bardzo się już stępiła. Nieoczekiwanie po mocniejszym pociśnięciu 

pękła z cichym trzaskiem łamiąc się jednocześnie w trzech miejscach.

Wyjąłem z kieszeni telefon komórkowy i zadzwoniłem do pana Tomasza.

- Witaj - usłyszałem jego głos w słuchawce. - Co u ciebie?

- Siedzę zamknięty w Ariance - wyjaśniłem. - Połamałem piłę i obawiam się, że nie 

wydostanę się o własnych siłach.

- Poczekaj - mruknął - masz przy sobie torbę?

- Oczywiście.

- Znajdziesz w niej dwie szpachelki. W krypcie wieży był kanał odwadniający. Jest z 

pewnością zamulony i dość wąski, ale myślę, że Malwina jest na tyle szczupła, że się nim 

przeciśnie. Dasz jej kluczyki do Rosynanta, w nim jest piła ultradźwiękowa - rozłączył się.

- Pan Samochodzik to ma głowę... - mruknęła z podziwem. - Dlaczego my na to nie 

wpadliśmy?

- Nie wiedzieliśmy o tym kanale. Zaraz poszukamy.

background image

Obejrzałem   wszystkie   ściany   i   faktycznie   w   północnej   nieco   inny   układ   kamieni 

wskazywał na możliwość istnienia poniżej przesklepienia. Wyjąłem z torby małą łopatkę i 

wgryzłem się w szarą pylistą ziemię. Po dwudziestu minutach odsłoniłem górną część łuku. 

W stronę lasu z krypty wychodził wąski i prawdopodobnie niski kanał. Malwina zmieniła 

mnie. Popatrzyłem na zegarek. Siedzieliśmy uwięzieni w wieży od jakichś czterdziestu minut, 

a mnie wydawało się, że minęło parę godzin... Odsłoniłem wreszcie wylot kanału.

- Wąsko - syknęła.

Faktycznie. Tunel miał nie więcej niż czterdzieści centymetrów wysokości i najwyżej 

pół metra rozpiętości przy dnie. Wypełniały go błoto i kawałki kamienia.

- Dasz rady się tędy przeczołgać? - zapytałem.

Poskrobała się po głowie.

- Myślę, że tak.

Wybierałem błoto i kamienie. Pół metra, metr, 

- Gdzieś tu musi się kończyć mur - powiedziałem - jesteśmy już poza wieżą.

Nieoczekiwanie   dalszą   drogę   przegrodziła   krata.   Żelazne   pręty   wmurowane   przed 

czterema stuleciami okazały się nad podziw grube i niestety bardzo solidne. Rdza stoczyła 

żelazo tylko po wierzchu. Szarpnąłem, ani drgnęły.

- No, to klops - mruknąłem.

Siedliśmy na kamieniach. Wyjąłem z kieszeni telefon komórkowy i spojrzałem na 

wyświetlacz.  Był  ciemny.  Miałem ochotę  zakląć,  ale obecność dziewczyny  powstrzymała 

mnie.

- Coś się stało? - spostrzegła moją minę.

-   Nie   naładowałem   telefonu   -   wyjaśniłem.   -   Bateria   się   wyczerpała.   -   Jeśli   nie 

odezwiemy   się   sami,   pan   Tomasz   pewnie   domyśli   się   i   wyśle   nam   kogoś   na   pomoc   - 

zauważyła trzeźwo. - Najwyżej posiedzimy tu jeszcze parę godzin.

Było już dobrze po południu. Nieoczekiwanie jakiś cień padł na podłogę. Spojrzałem. 

W drzwiach po drugiej stornie kraty stał wysoki postawny mężczyzna w masce na twarzy. 

Jego ciemne oczy zlustrowały nas spokojnie. Wyjął z kieszeni łom, wsunął go pod rygiel. 

Zaparł   się   nogą   o   obmurowanie   drzwi   i   zaczął   potężnie   ciągnąć.   Musiał   mieć   wręcz 

nieprawdopodobną   krzepę,   bo   po   kilku   minutach   żelazo   poddało   się.   Z   trzaskiem   pękła 

zasuwa. Byliśmy wolni. Nieznajomy otworzył kratę.

- Kim pan jest? - zapytałem zdumiony.

Pokręcił przecząco głową i odwróciwszy się na pięcie odszedł do lasu.

- Dziękujemy - krzyknąłem za nim.

background image

Nie   odwrócił   się.   Gdzieś   daleko   zaterkotał   odpalany   silnik   małolitrażowego 

samochodu.

- Kim on był? - zdumiała się dziewczyna.

- Sam chciałbym  wiedzieć - westchnąłem. - Możliwości jest sporo... Może Baturę 

dręczyły wyrzuty sumienia.

- O, to on ma sumienie? - zdumiała się.

- Czasami się w nim budzą jakieś ludzkie odruchy. Ale to chyba nie on, bo wtedy ten 

człowiek   miałby   klucz.   Może   król   wysłał   za   nami   jakiegoś   swojego   zaufanego,   by   nas 

nadzorował i chronił... Może jeszcze się spotkamy...

Ruszyliśmy w stronę wozu.

- Trzeba się zaopatrzyć w nową piłkę - zasugerowała Malwina. - Może się przydać.

- Owszem. Tylko gdzie ja taką zdobędę? Tę dał mi jeden znajomy Rosjanin. To dziś 

wielka rzadkość... Technika się przydaje, ale potęga ludzkiego umysłu to najważniejsza i 

najdoskonalsza broń - powiedziałem.

- No właśnie - w głosie Malwiny dosłyszałem nutkę sarkazmu. 

Popatrzyłem  przed siebie. Rosynant stał na kapciach. Batura i Karen wykorzystali 

nasze   uwięzienie,   by   przedziurawić   wszystkie   cztery   koła.   Uruchomiłem   silnik.   System 

uzupełniania powietrza włączył się automatycznie, ale dziury były zbyt duże.

- Ano, nie ma rady - powiedziałem. - Trzeba brać się do roboty. 

Umieściłem   telefon   komórkowy   w   ładowarce   i   gdy   tylko   bateria   się   nabiła, 

zadzwoniłem   i   uspokoiłem   szefa.   Wypakowałem   lewarek   i   uniosłem   jedną   burtę   wozu. 

Odkręciliśmy koła. Dziewczyna podłubała w przedziurawionej oponie i wyciągnęła solidny 

metalowy hak.

- Tym nas załatwili - mruknęła. 

Obejrzałem przedmiot.

- Batura po ostatnim wyroku stracił prawo posiadania broni palnej - powiedziałem - a 

nie jest na tyle głupi, żeby nosić nielegalną. Natomiast pistolet do wstrzeliwania kołków w 

ściany...

- Na to nie trzeba zezwolenia - domyśliła się.

- Właśnie. A w sprawnych rękach to może być straszna broń. 

Posługując się łyżką, zdjąłem oponę. Rozdarcie było w sumie dość łatwe do załatania. 

Na szczęście miałem ze sobą podręczny zestaw do naprawy dętek. Zakleiłem dziurę, potem to 

samo   zrobiłem   z   drugą   dętką.   Założyłem   opony   i   wyjąłem   z   bagażnika   pompkę   nożną. 

background image

Wreszcie ciśnienie wewnątrz kół osiągnęło odpowiedni poziom i można je było przykręcić na 

miejsce. Wtedy załataliśmy dwa kolejne koła po drugiej stronie.

- Sprawnie nam poszło - mruknąłem, patrząc na zegarek. - Tylko trzy godziny... Czyli 

zaledwie trzy kwadranse na koło, wliczając pompowanie...

- Czy dziury w oponach nie będą przeszkadzały? - zafrasowała się Malwina.

- To bardzo gruba guma - uspokoiłem ją - a rozdarcia są wąskie i dość krótkie. Dętki 

nie będą się przez nie wydostawać, więc do Lublina jakoś dociągniemy... - wytarłem dłonie w 

szmatkę,  ale  oczywiście  nie mogło  to zastąpić  solidnego  szorowania.  - Skoro to  miejsce 

nazywa się Krynica, to gdzieś tu powinno być źródło - mruknąłem.

- Nic mi o tym nie wiadomo - pokręciła głową. - A przez Rejowiec przepływa, z tego 

co wiem, rzeczka.

- Przez Krasnystaw płynie Wieprz - uzupełniłem. - A to miasto leży na naszej trasie.

- No, to w drogę do Krasnegostawu - zadecydowała. 

Wsiedliśmy   do   samochodu   i   ruszyliśmy   z   kopyta.   Jadąc   przez   wieś,   znowu 

rozglądaliśmy się za zielonym oplem, ale nigdzie nie udało nam się go wypatrzyć.

- Nie jest dobrze - mruknąłem. - Akcja spaliła na panewce, a w dodatku odkryliśmy 

częściowo nasze karty...

- Dlaczego? - zdziwiła się.

- Jerzy Batura już wie, że zdołaliśmy ich jakimś cudem namierzyć w tej dziurze. Teraz 

zapewne wyciąga wnioski...

- A może namierzymy ich znowu? - zaproponowała. 

- Musielibyśmy wrócić do Lublina - mruknąłem. - Tak czy siak, będą mieli zawsze 

godzinę przewagi...

Uśmiechnęła się szeroko.

-   Ależ   nie   -   powiedziała,   przekrzywiając   głowę.   -   Znajdźmy   tylko   jakąś   budkę 

telefoniczną i możemy pomiary powtórzyć natychmiast.

Byliśmy 16 kilometrów od Krasnegostawu. Po dwudziestu minutach zaparkowałem na 

rynku.

W cieniu drzew, na słupku, wisiał automat telefoniczny. Ustawiłem samochód tak, aby 

częściowo nas zasłaniał. Malwina zręcznie podłączyła się do sieci.

- He he, zmienili hasło, cwaniaczki - mruknęła. - No, to łamiemy raz jeszcze...

Męczyła się prawie godzinę, szukając w jakichś podkatalogach.

- Dobra - powiedziała wreszcie. - Zrobiłam fałszywą tożsamość.

- Co to znaczy? - zainteresowałem się.

background image

- Będziemy mogli logować się do systemu tak jak ich pracownicy - wyjaśniła.

Poczułem jednocześnie podziw i lęk. Odczepiła krokodylki i doprowadziła słuchawkę 

do porządku. Sprawdziła, czy wszystko działa.

- Będą potrzebne fundusze na nową kartę telefoniczną - powiedziała. 

Wręczyłem jej banknot pięćdziesięciozłotowy.

- Kup kilka, mam przeczucie, że się przydadzą. Odczytałaś pozycję?

- Oczywiście.

Wyjęła z kieszeni namiernik GPS. 

- I gdzie są?

- Tutaj - odczytała wskazania. - Nie dalej niż 50 metrów od nas. 

Rozejrzeliśmy się odruchowo.

- A niech mnie - mruknąłem.

Zielony   opel   parkował   po   drugiej   stronie   skwerku.   Stał   w   cieniu   i   dlatego   nie 

zauważyliśmy go wcześniej.

- Poczekaj tu na mnie - przykazałem.

- Wyrównamy rachunki? - ucieszyła się.

- Właśnie...

Wyjąłem   z   futerału   piłę   ultradźwiękową   i   sprawdziłem   poziom   naładowania 

akumulatora. Podkradłem się do pojazdu wrogów. Włączyłem piłę i pchnąłem ostrzem w 

koło. Nawet nie poczułem oporu. Uderzyłem w drugie i wycofałem się.

- A może to nieładnie się mścić? - zafrasowała się Malwina.

- Oko za oko - powiedziałem. - Zresztą przebiłem im tylko dwa koła i są w środku 

miasta, gdzie z pewnością znajdą zakład wulkanizacyjny...

- Co robimy dalej?

- Zobaczymy, dokąd pojadą. I będziemy ich śledzili...

- Ale na razie nigdzie nie pojadą - zauważyła rozsądnie.

- Dlatego mamy pół godziny, które przeznaczymy na to, żeby coś zjeść - wyjaśniłem.

- Uwaga, wychodzą - ostrzegła.

Wskoczyliśmy   pospiesznie   do   Rosynanta.   Pstryknąłem   przełącznikiem,   zmieniając 

kolor   nadwozia   z   granatowego   na   szary.   Tablice   rejestracyjne   obróciły   się   wokół   osi, 

odsłaniając umieszczone pod spodem mołdawskie. Przyciemniłem szyby.

Ostrożność nie była bezzasadna. Do opla podeszli kobieta i mężczyzna, w którym 

mimo odległości rozpoznałem Jerzego Baturę. To on pierwszy zorientował się, co się stało. 

background image

Kopnął ze złością w oponę, a potem zaczął się rozglądać. Zauważył nasz pojazd i ruszył ku 

nam przez park.

Sprawdziłem zamki. Podszedł zupełnie blisko i oglądał auto, najwyraźniej nie mając 

pewności, czy to nasz wóz, czy może jednak inny. Dłuższą chwilę kontemplował mołdawskie 

tablice rejestracyjne. Moja towarzyszka z trudem tłumiła chichot. Wreszcie nasz przeciwnik 

wyjął z kieszeni notesik, przepisał starannie widniejące na tablicach oznaczenia i odszedł. W 

połowie parku odwrócił się i pogroził nam pięścią.

- Zawsze był domyślny - mruknąłem.

Niebawem podjechał wóz techniczny pomocy drogowej i dwaj technicy wymienili 

przebite koła na nowe.

- No i koniec przedstawienia - mruknąłem, obserwując, jak odjeżdżają.

- Możesz sprawdzić, dokąd się udali?

Malwina   znowu   ruszyła   do   budki   telefonicznej.   Tym   razem   załogowała   się 

błyskawicznie.

- Jadą w stronę Chełma - zameldowała. - I zakręcają do Krynicy.

- Skąd wiesz? - zdumiałem się.

- Zanotowałam w pamięci GPS kilka namiarów, jak jechaliśmy przez wieś.

Uniosłem brwi z uznaniem. Sprytna mała.

- No cóż - mruknąłem - skoro wrócili do domu, to chyba pora też na nas.

Zatrzymałem   się   jeszcze   na   chwilę   przy   dworcu   PKS,   gdzie   kupiliśmy   sobie   po 

zapiekance. Niebawem pędziliśmy szosą na Lublin.

- No, to mamy za sobą chrzest bojowy - powiedziałem wesoło. 

- I kto wygrał?

- Na razie jest remis, ale sytuacja ze strategicznego punktu widzenia jest trochę lepsza 

dla nich - westchnąłem. - Wyraźnie czegoś szukają, bo nie sądzę, żeby urządzili sobie kwaterę 

w Krynicy tak bez powodu... Musi być  jakaś przyczyna...  My szukamy dopiero tropu w 

archiwach w Lublinie. Oni najwyraźniej wiedzą już z grubsza, w jakiej okolicy szukać... I to 

właśnie mnie niepokoi.

- I jeszcze  ten  typ  w  masce  - dodała.  - Nie jest po naszej  stronie ani  po stronie 

Batury...

- Jest po naszej - zaprotestowałem - przecież nas uwolnił. - Mógł to zrobić również na 

jego polecenie. Sądzę jednak, że to ktoś jeszcze inny. Trzecia siła biorąca udział w naszej 

rozgrywce.

background image

Dokumentów   dotyczących   wsi   Krynica   było   niewiele.   Ich   poszukiwanie   utrudniał 

fakt, że lubelskie archiwum nigdy nie zostało do końca skatalogowane. Wprawdzie zbiór 

dokumentów   podzielono   tematycznie,   jednak   nie   sposób   było   się   zorientować,   jakie 

konkretnie wchodzą w skład poszczególnych zespołów.

- Narobimy się przy tym, panie Tomaszu - powiedział w zadumie Piotrek otwierając 

kolejny skoroszyt. - Ale cóż, sam wybrałem taki zawód.

- Masz coś ciekawego? - zagadnąłem.

- Jeden dokument z XVIII wieku. Weksel zastawny. Rejowie rozliczając się miedzy 

sobą obciążyli hipotekę wsi.

- U mnie też żadnych Szwedów - dodałem zamykając swój skoroszyt. - Co porabia 

nasz cień?

Piotrek kryjąc się za zasłonką ostrożnie wyjrzał przez okno.

- Na skwerku nie widać nikogo - zameldował.  - A  przepraszam.  Jest. Siedzi  pod 

drzewem na ławce.

- Ciekawe - mruknąłem.

-   Ma   pan   jakieś   teorie   co   do   tego,   kim   on   jest?   -   zainteresował   się   mój   młody 

przyjaciel wracając do pracy.

- Sam spróbuj odgadnąć - zasugerowałem.

- Możliwości jest cała masa - zauważył. - Ale w zasadzie sprowadzają się do dwu 

rozwiązań. Ten człowiek może nas dyskretnie obserwować na zlecenie króla Szwecji albo na 

polecenie Karen lub wynajętych przez nią pomocników...

Zamyśliłem się.

- To chyba jeszcze ktoś inny - powiedziałem. - Trzecia siła biorąca udział w naszej 

rozgrywce...

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

BOGATY   KLIENT   Z   KARTĄ   •   NARADA   •   WIEŚCI   Z   UKRAINY   • 

PRZEGLĄDAMY DOKUMENTY • SIŁA BOJOWA KOZACKIEJ

FLOTY

Wróciliśmy do naszej kwatery. Pana Tomasza jeszcze nie było. Nie miałem pojęcia, w 

jakim   archiwum   buszuje,   więc   zadzwoniłem   do   niego,   ale   miał   wyłączony   telefon 

komórkowy. Malwina poleciała do domu na obiad, a ja wykorzystałem czas, żeby podjechać 

do stacji kontroli pojazdów.

- Chciałbym wymienić ogumienie - powiedziałem do ponurego faceta w drelichowym 

kombinezonie.

- Jeep grand cheeroke - mruknął, patrząc na mój pojazd. - To będzie kosztować... - 

nieoczekiwanie przestał być ponury.

„A żeby cię...” - pomyślałem.

Mechanik pochylił się nad kołem i obejrzał dziury.

- Ktoś bardzo pana nie  lubi - powiedział.  - Można byłoby oczywiście  spróbować 

skleić stare opony, ale to dużo nie da...

Zamyślił się głęboko.

- Trudno - machnąłem ręką. - Ile będą kosztowały nowe opony i dętki?

- Oj, drogo - westchnął facet marzycielsko.

A potem wymienił zawrotną sumę. Zaraz jednak szybko policzyłem, ile kosztowała 

mnie   wymiana   koła   kilka   lat   temu.   Pomnożyłem   to   przez   cztery   i   stwierdziłem,   że   ten 

warsztat oferuje wymianę ogumienia znacznie taniej. Suma nadal była jednak zawrotna.

- Honorujecie karty płatnicze? - zapytałem. 

- Tak, Visa, American Express, Mastercard... 

Wyjąłem swoją.

- To u kierownika - machnął w stronę budynku. - Proszę iść i płacić, a ja się zajmę 

ogumieniem.

Wjechałem   na   stanowisko   robocze.   Podniósł   potężnym   lewarem   jeden   bok 

samochodu. W każdym jego ruchu widać było precyzję i doświadczenie. Mogłem bez obaw 

powierzyć mu Rosynanta.

background image

Wszedłem do kantorka.

- Jeep grand cheeroke, całkowita wymiana ogumienia - powiedziałem do wychudłego 

staruszka siedzącego za biurkiem.

- Oj, to będzie kosztowało - uśmiechnął się staruszek.

- Już mi to powiedział pański pracownik - ja też się uśmiechnąłem.

- Płaci pan gotówką?

- Kartą.

Położyłem  platynową  kartę kredytowana biurku. Drgnął i zbliżył  ją do oczu. Gdy 

podniósł głowę, na jego twarzy malował się szacunek. Otworzył okno.

- Hej, obiboki, pomóżcie Łysemu przy samochodzie! - ryknął. - Klientowi się spieszy.

Trzech mechaników porzuciło swoje zajęcia i pospieszyło pomóc ponuremu.

- Kawy, herbaty? - zagadnął kierownik.

- Nie, dziękuję - pokręciłem głową.

I tak nie miał tu nigdzie ekspresu ani czajnika...

-   Proszę,   pan   spocznie   -   wskazał   fotel.   Spod   dziurawego   obicia   niebezpiecznie 

sterczały sprężyny. - Zaraz wystawimy rachunek...

Faktycznie, bardzo szybko się z tym uwinął. Cały czas spoglądał przy tym z czułością 

na moją platynową kartę. Z dziedzińca dobiegł zgodny okrzyk.

- Już gotowe - oddał mi z niechęcią plastykowy kartonik. - Gdyby jeszcze kiedyś coś 

pan chciał naprawiać, to tylko u nas...

Pożegnałem się. Po chwili jechałem już wąskimi ulicami Lublina. Westchnąłem w 

duchu.   Przyjemnie   było   przez   chwilę   poczuć   się   jak   bogaty   gość   z   platynową   kartą 

kredytową...

Nieoczekiwanie spostrzegłem pana Tomasza. Szedł w zadumie chodnikiem.

- Może podrzucić? - zapytałem, zrównując się z nim.

- O, już jesteś - ucieszył się. Usadowił się w samochodzie.

- No i czego się dowiedzieliście? - zapytał, gdy ponownie ruszyłem.

- Batura - mruknąłem.

- Co? Znowu on?

- Właśnie. Wkręcił się na tłumacza do tej Szwedki. Dzisiaj buszowali w Krynicy, 

potem pojechali na obiad do Krasnegostawu.

Streściłem mu nasze przygody. Zamyślił się głęboko.

- Potępiam wszelkie bezmyślne próby odwetu - powiedział surowo. - Żeby mi to było 

ostatni raz. A więc oglądali grobowiec Orzechowskiego...

background image

- W Krynicy mają kwaterę... - powiedziałem poważnie.

- Skąd to przypuszczenie? - zaciekawił się.

- Widzi pan, rano byli w Krynicy, namierzyliśmy ich z satelity. Dwie godziny później, 

gdy dotarliśmy na miejsce, Batura ciągle jeszcze tam był. Przejechaliśmy przez wieś dwa 

razy, wypatrując ich samochodu. Musiał nas wtedy zauważyć. Dojechaliśmy do wieży, a on 

pojawił się chwilę później. Był lekko zasapany, co może świadczyć, że przybiegł ze wsi, żeby 

zobaczyć, co robimy. Zresztą dziś wieczorem sprawdzimy raz jeszcze. Jeśli znowu odczyt 

wskaże Krynicę, to będziemy mieli pewność...

- No cóż, twoja teoria jest spójna - uśmiechnął się.

-   Jeszcze   jedno.   Pojechali   na   obiad   do   Krasnegostawu.   To   może   świadczyć,   że 

mieszkają w małej dziurze, gdzie nie ma restauracji. A czego pan się dowiedział?

- Niewiele - westchnął. - Jak się przypuszcza, wieża powstała około 1605 roku. Była 

konserwowana w XX wieku. Wymieniono wówczas kamienne zwieńczenie piramidy.  Nie 

wiadomo,   czy   jest   to   grobowiec.   Podczas   konserwacji   przekopano   dno   budowli,   ale   nie 

natrafiono   na   ślady   pochówków.   Za   to   ujawniono   tunel   biegnący   w   stronę   lasu.   Do 

Orzechowskiego   należały   tylko   dwie   wsie,   można   więc   powiedzieć,   że   był   to   drobny 

szlachetka, bo jego sąsiad, Mikołaj Rej z Nagłowic, miał ich kilkanaście... Z drugiej strony 

Orzechowski był przez jakiś czas wojewodą chełmskim...

-   Ten   drobny   szlachetka   musiał   mieć   dwór,   a   podczas   przejazdu   przez   wieś   nie 

zauważyłem niczego podobnego...

- Dwór mógł być drewniany. Zawalił się lub spłonął, minęło blisko czterysta lat. Poza 

tym jako wojewoda mógł mieszkać w Chełmie lub na zamku w pobliskim Krupem, które też 

należało do niego. Potem wieś przeszła w inne ręce, ten ktoś miał siedzibę gdzie indziej... 

Teraz nawet śladu nie ma. Zresztą o Krynicy nie znalazłem prawie żadnych danych. Tu w 

Lublinie nie ma żadnych dokumentów należących do rodziny Orzechowskich. To najgorszy 

możliwy trop...

- Więc dlaczego oni tam kwaterują? - mruknąłem w zadumie.

- Sądzę, Pawle, że po prostu Batura ma tam jakichś kumpli, krewnych, kogoś, u kogo 

może się zatrzymać, wynająć pokój...

Zaparkowałem przed ośrodkiem i poszliśmy do pokoju szefa. Pan Tomasz powiesił na 

ścianie sporą mapę dawnego województwa chełmskiego i wbił w nią czerwoną szpilkę.

- Krynica - wyjaśnił. - Jeśli nie można zdobytych danych rozgryźć, należy opracować 

je od strony statystyki. Może coś się wyklaruje. A może nie - dodał cicho, jakby sam do 

background image

siebie.   -   Możesz   podłączyć   się   do   telefonu   z   laptopem?   Chciałbym   ściągnąć   pocztę 

elektroniczną.

Po chwili komputer zaczął ściągać wielki list. Trwało to dziesięć minut.

- Coś do pana - mruknąłem.

- Ach - rozpogodził się - z Ukrainy, od Semenowiczów.

- Są załączniki - powiedziałem. - Jakieś pliki graficzne... Odłączyłem kabel.

-   Możesz   wydrukować?   Niewygodnie   czyta   się   z   ekranu...   -   poprosił   Pan 

Samochodzik.

Wykonałem polecenie. Po chwili szef trzymał w ręce dwadzieścia kartek pokrytych 

odręcznym pismem.

- Cyrylica - zauważyłem, patrząc mu przez ramię.

-   Tak.   Siedemnastowieczna   cyrylica,   język   ruski,   czyli   można   powiedzieć 

staroukraiński... Trzeba to będzie rozszyfrować...

- Nabrałem trochę wprawy czytając ich dokumenty w stanicy - zaofiarowałem się. - 

Wprawdzie pomagała mi dziewczyna...

-   Znasz   i   rosyjski,   i   polski,   więc   powinieneś   sobie   poradzić.   Ja   znam 

starocerkiewnosłowiański, więc nie powinniśmy mieć z tym problemów. Tylko jeszcze wyślę 

podziękowania - zastukał w klawiaturę.

Do późna w nocy przeglądaliśmy dokumenty. List do hetmana siczowego z prośbą o 

przysłanie   czterech   najlepszych   szkutników,   listy   do   innych   kozackich   dowódców   z 

propozycjami wzięcia udziału w planowanej „wycieczce po Bałtyku”.

-   Fascynujące   -   powiedział   pan   Tomasz   -   ale   to   wszystko   dotyczy   okresu   przed 

pochwyceniem hrabiego...

- Niech pan spojrzy na to - podałem mu kartkę, którą przeglądałem. - List od jakiegoś 

Kozaka, który towarzyszył polskiej delegacji do Szwecji. Opisuje Sztokholm i sugeruje, że 

niegłupio byłoby złupić to miasto... Istna fantastyka naukowa...

- Niekoniecznie - Pan Samochodzik popatrzył w zadumie przez okno. - Kozacy na 

swoich czajkach parokrotnie napadali na tureckie miasteczka nad Morzem Czarnym... Gdyby 

tak   założyli   osiedla   na   przykład   w   Inflantach   albo   Kurlandii,   mogliby   wykorzystać 

doświadczenia zdobyte na południu do łupienia brzegów Szwecji...

- Szwedzi mieli potężną flotę wojenną - zaprotestowałem. - To, że Kozacy zdobyli 

tamte okręty i pochwycili admirała...

-  Kozacy  potrafili   dzielnie   stawiać  czoła  tureckim   galerom  wojennym,   które  były 

uzbrojone   nie   gorzej   niż   szwedzkie   karawele.   Ot,   jeszcze   jedna   niewykorzystana   szansa 

background image

historii. Na razie nic ciekawego nie znalazłem, ale Ałmaz w swoim liście pisze, że jeszcze 

poszuka w papierach...

- Jakie plany na jutro? - zapytałem.

- Sądzę, Pawle, że jutro pojedziemy razem rozejrzeć się w terenie... Wprawdzie bez 

badań   archiwalnych   raczej   nic   nie   znajdziemy,   ale   liczę   na   szczęśliwy   traf.   Może   coś 

wydedukujemy z ruchów przeciwnika.

Poszedłem do swojego pokoju. Przed udaniem się na spoczynek  spojrzałem przez 

okno. Nigdzie nie udało mi się wypatrzyć naszych tajemniczych prześladowców, ja jednak 

czułem,   że   gdzieś   tam   są...   Po   dniu   wypełnionym   pracą   i   przygodami   wystarczyło,   że 

przyłożyłem głowę do poduszki i natychmiast zapadłem w głęboki sen.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

MIASTO   REJÓW   •   PAN   TOMASZ   SZUKA   FRYZJERA   •   CIEKAWE   HOBBY 

NASZEJ PRZECIWNICZKI • NA CMENTARZU • W URZĘDZIE GMINY W REJOWCU

O siódmej rano na przedmieściach Krasnegostawu było chłodno i mgliście. Popijałem 

z kubka gorącą kawę. Kofeina wolno wędrowała wraz z krwią do mózgu, który leniwie podjął 

wreszcie   pracę.   Szef   obserwował   Malwinę,   która,   oparłszy   laptopa   o   półkę   w   budce 

telefonicznej, ustalała położenie przeciwnika.

- Trochę mnie ta technika przerasta - mruknął.

- Po to właśnie wynajmujemy fachowców - powiedziałem. - Grunt to specjalizacja...

Kiwnął głową.

- Mam wrażenie, że to trochę nieetyczne - westchnął.

- Panie Tomaszu, na wojnie w starciu z wrogiem wolno przecież używać forteli...

- Niby tak, ale...

Malwina   rozłączyła   się   i   wytarłszy   starannie   słuchawkę   chusteczką,   wsiadła   do 

samochodu. Piotrek, drzemiący na tylnym siedzeniu, obudził się.

- Nadal są w Krynicy - poinformowała nas.

- Czyli potwierdza się twoja teoria, że tam mają swoją bazę - zauważył szef. - Wobec 

tego ruszajmy...

- Jakie plany? - zainteresował się Piotrek.

- Musimy  znaleźć   fryzjera.  Na  przykład  w  miasteczku   Krupe.  To  chyba   najbliżej 

Krynicy?

-   Przejeżdżaliśmy   tamtędy   -   powiedziałem.   -   To   zupełna   dziura.   Fryzjera   trzeba 

poszukać tu albo w Rejowcu.

- Rejowiec jest daleko od Krynicy?

- Około sześciu kilometrów.

- Zaryzykujemy. W drogę - rozkazał.

Pojechałem. Rejowiec, założony w 1542 roku przez znanego staropolskiego pisarza 

Mikołaja Reja, jest obecnie sporym sennym miasteczkiem, rozciągającym się głównie wzdłuż 

szosy prowadzącej z Chełma do Krasnegostawu i odnogi wiodącej w stronę zbudowanego w 

okresie międzywojennym Rejowca Fabrycznego. Do miasteczka można dotrzeć pekaesem, 

background image

ale   jeździ   on   dość   rzadko   i   nieregularnie.   Można   tu   oczywiście   dojechać,   tak   jak   my, 

samochodem.

- Jakie dziwne domy - mruknęła Malwina, patrząc na zabudowania po obu stronach 

ulicy.

- Typowe pożydowskie budynki - wyjaśnił pan Tomasz - charakterystyczne dla tych 

okolic. Parter murowany najczęściej z miejscowego białego kamienia, piętro dobudowane z 

drewna...

Zatrzymałem   się   przed   jednym   z   budynków.   Nieduży,   wzniesiony   z   pustaków 

sześcian, przyjemnie kontrastował z ruderami wokoło. „Fryzjer męski” - widniało na szyldzie.

- Nie nadaje się - powiedział pan Tomasz. - Szukamy innego.

Spojrzałem na niego zdumiony, ale posłusznie ruszyłem. Niebawem zatrzymaliśmy 

się przed kolejnym zakładem. Ten mieścił się dla odmiany w najkoszmarniejszej ruderze przy 

ulicy. Szyld głosił, że jest to fryzjer damski, ale szef uśmiechnął się tylko, gdy zwróciłem mu 

na to uwagę.

- Tego właśnie szukałem - i wysiadłszy zniknął w zakładzie.

- Zwariował? - zaciekawiła się Malwina. 

Pokręciłem przecząco głową.

- Szef wie, co robi - wyjaśniłem.  - Zawsze, nawet jeśli jego działania wydają się 

dziwne, w rezultacie przynoszą zamierzony efekt...

Pan Samochodzik wyszedł po półgodzinie z ładnie przystrzyżonymi włosami.

-   Do   rachunku   króla   doliczmy   dwadzieścia   złotych   -   powiedział   zadowolony, 

sadowiąc się w samochodzie...

-   To   chyba   trochę   nieetyczne,   wliczać   w   koszta   poszukiwań   nową   fryzurę   - 

powiedziałem.

- To były działania operacyjne...

Widząc moją zdumioną minę, roześmiał się.

- Pawle, kiepski detektyw z ciebie.

- Kiepski - przyznałem. - W żaden sposób nie mogę zrozumieć.

- Ten fryzjer to jakiś były nauczyciel historii albo badacz dziejów okolicy? - próbował 

odgadnąć Piotrek.

-   Nie   -   zaprotestowałem.   -   Pan   Tomasz   nie   wiedział   o   tym,   on   szukał   fryzjera 

mieszkającego możliwie blisko Krynicy... I to damskiego. 

Poskrobałem się z frasunkiem po głowie.

- Zgadujcie dalej - zachęcił szef.

background image

- Może ta Szwedka korzystała z jego usług - zaczęła niepewnie Malwina. - I fryzjer 

coś mógł podsłuchać...

- Nie, przecież i tak mówi z Jerzym po szwedzku - zaprotestowałem.

- Oj, dzieci, dzieci - pan Tomasz z ubolewaniem pokręcił głową. - W takich małych 

miejscowościach fryzjerzy to podstawowe źródło okolicznych plotek... A jeśli wybierze się 

fryzjera damskiego, to w pół godziny można się dowiedzieć wszystkiego. To głównie kobiety 

dostarczają mu coraz to nowych wieści.

- I czego się pan dowiedział? - zapytałem z szacunkiem.

-A więc nasza Karen przyjechała tu cztery dni temu razem z Baturą. Mieszkają w 

Krynicy u niejakiego Krzywickiego. Krzywieki kiedyś kradł samochody, ale odsiedział parę 

lat i ustatkował się. To znaczy, już nie kradnie, zajął się pędzeniem bimbru i skupuje po 

wsiach rozmaite starocie, żeby potem sprzedawać je różnym takim, co przyjeżdżają z Lublina.

Wytrzeszczyłem oczy zdumiony.

- A więc nasza cudzoziemka ma ciekawe hobby. Bez przerwy łazi po cmentarzu w 

Rejowcu. A towarzyszy jej dobrze ubrany mężczyzna, czyli  nasz drogi przeciwnik. Jerzy 

Baturą   wyjaśnia   ciekawym,   że   piszą   pracę   naukową   o   współczesnych   założeniach 

sepulkralnych w Europie Środkowej.

- Co to są założenia sepulkralne? - zainteresowała się Malwina.

- Cmentarze - wyjaśniłem. - Ich rozplanowanie, kształty nagrobków i inne takie... 

Faktycznie, niezłe alibi...

- Pora się zatem zastanowić, czego na tych cmentarzach szukają? - mruknął Piotrek.

- Zapewne interesują ich stare nagrobki - snułem przypuszczenia. - Szukają nazwiska 

Oxenstierna.  Jeśli je znajdą, po prostu zwrócą się do archiwum powiatowego z prośbą o 

udostępnienie   akt   stanu   cywilnego...   Tak   ustalą,   czy   byli   jacyś   potomkowie   i   jak   się 

nazywają...

- To dlaczego nie zaczną od tego? - zapytał chłopiec.

- Nie wszystkie księgi zachowały się - zauważył łagodnie szef. - Przetoczyły się tu 

dwie   wojny   światowe.   Oczywiście   nie   szukają   nagrobków   z   XVII   wieku,   tylko   raczej 

współczesnych.   W   tamtych   czasach   ludzie   znaczniejsi   byli   grzebani   w   podziemiach 

kościołów,   a   na   murach   umieszczano   ich   epitafia.   Ci   podlejszej   konduity   spoczywali   na 

cmentarzach, a na ich grobach stawiano drewniane krzyże. Po najdalej dwustu latach nie 

pozostawał   żaden   ślad   ich   grobów...   Jeśli   na   coś   liczą,   to   powiedzmy   na   potomków 

pochowanych tu w okresie międzywojennym albo zgoła współcześnie.

Rozmyślałem dłuższą chwilę.

background image

- To ma ręce i nogi - powiedziałem wreszcie - tylko skąd wiedzą, że muszą tego 

nazwiska szukać właśnie w tej okolicy?

- Tego jeszcze nie wiem - powiedział poważnie Pan Samochodzik - ale wyczuwam tu 

rękę Jerzego Batury.

W tej chwili minął nas zielony opel.

- Za nim - polecił szef. - Widzieli nas?

- Chyba nie - mruknąłem - ale trudno powiedzieć, bo nasz wóz ma jedną wadę: jest 

duży...

Na szczęście na szosę wtoczył się pekaes. Ukryci za nim mogliśmy obserwować opla, 

nie narażając się na ryzyko wyśledzenia. Samochód przemknął koło rynku i zakręcił. Od ulicy 

odchodził   w   lewo   zaułek.   Pekaes   przestał   nas   osłaniać.   Dodałem   minimalnie   gazu   i 

pojechałem prosto. Uliczka prowadząca w bok była wąska. Z jednej strony wiodła skrajem 

parku, z drugiej było widać kilka budynków. Opel stał na poboczu jakieś sto metrów dalej. 

Przejechałem kawałek i zakręciwszy zaparkowałem na skraju parku.

Wysypaliśmy   się  z  samochodu.   W  głębi,   pomiędzy   drzewami,  stała   okazała  biała 

budowla.

- Kościół - zauważyłem. - Może za nim jest cmentarz?

- To nie kościół - zaprzeczył Pan Samochodzik. 

Ruszyliśmy szybkim krokiem, aby obejść budynek dookoła.

- To znaczy, teraz już chyba tak. Przed wojną to była cerkiew.

- Przecież to budowla klasycystyczna? - zdumiał się Piotrek. - A cerkwie mają kopuły 

i...

- To była cerkiew unicka - wyjaśnił pan Tomasz. - Zbudowano ją w XVIII wieku.

Wyjrzeliśmy ostrożnie zza węgła. Na cmentarzu praktycznie nie było drzew. Nagrobki 

z   lastryka   bielały   w   słońcu.   Zaraz   też   zauważyliśmy   naszych   przeciwników.   Wędrowali 

pomiędzy szeregami grobów, przyglądając się uważnie poszczególnym płytom.

- To im zajmie kilka dni - mruknąłem.

- Sądzę, że dziś skończą - zaprotestował Pan Samochodzik. - Zajmują się tym już od 

dawna... A to nie jest duży cmentarz. Chyba, że w miasteczku jest jeszcze jeden. Ten koło 

drugiego kościoła.

- To tu jest jeszcze jeden kościół? - zaciekawiła się Malwina.

- Oczywiście. Bardzo ładna neogotycka świątynia pod wezwaniem świętego Mikołaja. 

Kawałek dalej, w stronę Chełma...

Dwójka przeciwników wędrowała powoli po nekropolii.

background image

- Zaczyna  się najnudniejsza część pracy detektywa  - westchnął szef. - Musimy tu 

tkwić jak kołki w płocie i ich śledzić...

- W jakim celu? - zapytał Piotrek.

-   Na   wypadek   gdyby   coś   znaleźli   -   powiedziałem   poważnie.   -   Musimy   wówczas 

dobrze zapamiętać miejsce, w którym się zatrzymają, a potem, gdy już sobie pójdą, podejść i 

dokładnie obejrzeć, co też wywołało ich zaciekawienie...

- To proste - ucieszyła się Malwina.

- Ale faktycznie nudne - dodał jej przyjaciel.

- Zajmiecie się tym sami przez jakieś pół godzinki? - zapytał pan Tomasz. - A ja z 

Pawłem skoczymy tu obok.

- Jasne, możecie na nas liczyć. A gdyby coś znaleźli?

- Zadzwońcie do nas - podałem mu swój telefon komórkowy. 

Cofnęliśmy się z Panem Samochodzikiem za budynek.

- Co będziemy robili?

- Szkoda tracić czasu. Weźmiemy szturmem twierdzę małomiasteczkowej biurokracji 

- uśmiechnął się.

Po drugiej stronie ulicy,  przy której parkowali nasi wrogowie, naprzeciw  kościoła 

znajdował się spory budynek, ozdobiony gankiem kolumnowym.

- Pałac Rejów - zidentyfikowałem.

- Pawle - westchnął szef - to mógłby być co najwyżej nieduży dworek... To budynki 

administracji majątku.

- To mnie zmyliło - zawstydzony pokazałem widniejący nad wejściem herb Topór.

Pan Samochodzik uśmiechnął się wyrozumiale.

Kawałek dalej, cofnięty od ulicy, znajdował się drugi podobny budynek.

- Tu pewnie mieszkali  zarządcy i ekonomowie  pilnujący,  żeby chłopi odrabiający 

pańszczyznę nie obijali się - wyjaśnił. - A teraz mieści się tu równie pożyteczna, przynajmniej 

dla nas, instytucja.

Wskazał gestem czerwoną tablicę, - opatrzoną napisem: „Urząd Gminy Rejowiec”.

Przekroczyliśmy skrzypiące drzwi. Zaraz po prawej stronie znajdowała się kancelaria. 

Zapukaliśmy i weszliśmy.

Dwudziestoletnia na oko dziewczyna za biurkiem na nasz widok nieco się ożywiła. 

Odłożyła czytany romans grzbietem do góry.

- Czym możemy służyć? - zapytała po powitaniach.

background image

- Jesteśmy pracownikami centralnego zarządu muzeów - pan Tomasz okazał swoją 

legitymację.   Ja   też   pokazałem   swoją.   -   Potrzebujemy   imiennego   spisu   wszystkich 

mieszkańców gminy.

Dziewczyna pokręciła głową.

-   Niestety,   mamy   wprawdzie   dane   meldunkowe,   lecz   są   to   materiały   opatrzone 

klauzulą tajności. Wprowadzona ostatnio ustawa o ochronie danych  osobowych, zakazuje 

udostępniać...

- Fatalnie - mruknął szef.

- A już o to pytali tacy ze Szwecji - powiedziała dziewczyna. - Też się zmartwili. 

Poradziliśmy im, żeby przejrzeli księgi parafialne albo wystąpili z podaniem do generalnego 

inspektoratu.

- Dużo im to nie da - myślał głośno pan Tomasz. - Zapewne nie wszyscy mieszkańcy 

są katolikami...

-   No,   jest   trochę   Ukraińców   z   pochodzenia,   co   jeżdżą   gdzieś   dalej   do   cerkwi   - 

wyjaśniła urzędniczka. - No i protestantów, a ostatnio świadkowie Jehowy bardzo nasilili...

- A moglibyśmy przejrzeć księgi hipoteczne? Zapewne macie kopie?

- Oczywiście. Zaraz panom udostępnię...

W pokoju obok była  urządzona  jakby mała  czytelnia  dla petentów.  Stał  tu stół z 

laminowanej płyty i kilka krzeseł. Usiedliśmy wygodnie i dziewczyna zaraz przy dźwigała 

dwa opasłe tomiska.

- Ta jest przedwojenna - klepnęła grubszy tom. - A to ksero ze współczesnej, bo 

oryginał jest w Chełmie.

Zostawiła nas i wróciła do biura. Zapewne dalej czytać romans.

- Ochrona danych osobowych - westchnął z ubolewaniem Pan Samochodzik.

W   księgach   było   wszystko.   Plany   ulic   z   naniesionymi   budynkami,   nazwiska 

właścicieli, opisy działek.

- Nie chciała nam udostępnić ksiąg meldunkowych, a my weszliśmy jakby tylnymi 

drzwiami   -   podsumowałem   sytuację.   -   Wiele   rzeczy   jest   z   punktu   widzenia   prawa 

zakazanych, ale jednocześnie nic nie jest tak do końca niemożliwe...

Wertowaliśmy księgi ponad godzinę.

- Niestety - powiedziałem, zatrzaskując moją. - Żadnych Oxenstiernów.

- U mnie też nic - przewrócił ostatnią stronę. - Czego więc szukają nasi przeciwnicy?

Pożegnaliśmy urzędniczkę i poszliśmy z powrotem do parku. Po drodze podczepiłem 

pod samochód wrogów „pluskwę”.

background image

- Przecież mamy satelity do śledzenia? - zdziwił się szef.

- Wierzę w nowoczesną technikę, ale lepiej się zabezpieczyć - wyjaśniłem.

Pokraśniał z dumy.

- Brawo, moja szkoła.

Nasi pomocnicy ciągle tkwili na swoim posterunku i obserwowali cmentarz. Nudzili 

się jak mopsy.

- Już chyba kończą - powiedział Piotrek. 

Faktycznie, Szwedka i Jerzy snuli się oraz bardziej apatycznie. Nam pod drzewami nie 

dokuczało   słońce,  które   na  nekropolii  operowało   całą  siłą.   Jerzy  miał  na  koszuli   ciemne 

plamy potu. Wreszcie powlekli się do samochodu i pojechali.

- Co robimy? - zainteresowała się Malwina. - Będziemy chodzić po cmentarzu i badać 

nagrobki?

- Przecież oni nic nie znaleźli - zauważyłem.

- Oni nie, ale może coś przegapili - w oczach Piotrka zabłysły ogniki.

- Zwróć uwagę, jak chodzili. Najpierw jedna osoba, a kilka metrów za nią, tą samą 

alejką, druga. Na wypadek, gdyby ta pierwsza coś przegapiła... Nie, zbadali tak dokładnie, jak 

tylko się da. Też niczego nie znajdziemy...

- A może znaleźli, ale zauważyli, że ich śledzimy i dlatego nie dali po sobie poznać? - 

zastanawiała się dziewczynka.

- Nie popadajmy w paranoję - skarcił ją pan Tomasz. - Proponuję coś zjeść, a potem 

sprawdzimy, dokąd pojechali. Strasznie wygodne to satelitarne naprowadzanie...

Rejowiec   posiada   nieduży   zadrzewiony   ryneczek.   Otaczają   go   kamieniczki, 

pochodzące   głównie   z   XIX   wieku,   o   murowanych   parterach   i   piętrach   przeważnie 

nadbudowanych z drewna. Większość domów jest mocno zaniedbana. Także ulica, obiegająca 

rynek dookoła, pełna jest dziur i wybojów. Pośrodku, pomiędzy drzewami stoi dziwny, niski 

budynek,   wzniesiony   na  planie   wydłużonego   prostokąta.   Jego   białe,   widocznie   niedawno 

odnowione ściany prześwitywały pomiędzy drzewami.

- Tu się pożywimy - szef wskazał szyld od północnego końca tajemniczej budowli.

Weszliśmy do niedużej sali wewnątrz. Zamówiliśmy pizzę dla młodzieży i golonkę z 

frytkami dla nas.

-   Ciekawe   -   Piotrek   wodził   wzrokiem   po   grubych   ścianach.   Oglądał   ciężki, 

przesklepiony sufit.

- To chyba stary budynek? - zapytała Malwina.

background image

-   Owszem,   pochodzi   z   XVIII   stulecia   -   wyjaśniłem.   -   Nazywany   jest   przez 

miejscowych domem Reja.

Nagle Piotrek znieruchomiał z kawałkiem ciasta na widelcu.

- Jak to dom Reja? - zdumiał się. - Skoro to budynek z XVIII wieku, a Mikołaj Rej 

zmarł przecież w 1596 roku! Tę budowlę wzniesiono ze 130 lat po jego śmierci.

- Poza tym Rej pewnie mieszkał w pałacu, a nie w takim ciasnym domku... - dodała 

Malwina.

-   Ale   wieżę   w   Krynicy   nazywa   się   grobowcem   Reja   -   uśmiechnąłem   się.   -   Sam 

opowiadałeś... Ten dom, to po prostu jeszcze jedna legenda...

Piotrek spojrzał pytająco na pana Tomasza, jakby szukając potwierdzenia moich słów.

-   Jak   się   przypuszcza,   ta   budowla   to   resztki   miejskiego   ratusza   -   wyjaśnił   Pan 

Samochodzik.   -   A   co   do   nazwy,   Mikołaj   Rej   był   oczywiście   najsławniejszym 

przedstawicielem swojego rodu, ale jego potomkowie żyli tu przez całe stulecia. Któryś z nich 

mógł zostać burmistrzem, ostatecznie Rejowiec był miastem prywatnym, stanowił własność 

rodziny.   Będąc   burmistrzem,   musiał   oczywiście   urzędować   w   ratuszu.   Potem   ludność   z 

pokolenia na pokolenie przekazywała sobie tę informację, aż postaci sławnego pisarza i jego 

potomka burmistrza zlały się w jedną...

- Nawiasem mówiąc, członkowie tego rodu żyją nadal - dodałem. - Jeden z nich zdaje 

się pracuje jako nauczyciel w Zamościu. Kilku żyje w USA...

-   Ano,   podjedliśmy,   pora   wracać   do   obowiązków   -   zadecydował   pan   Tomasz.   - 

Możesz ustalić, gdzie są?

Wyszliśmy   z   jadłodajni.   Pierwszą   rzeczą,   która   rzuciła   mi   się   w   oczy   był   szary 

volkswagen zaparkowany w cieniu na kraju rynku. Samochód był pusty, ale czułem na sobie 

czyjś wzrok. A więc nadal ciągnęliśmy za sobą ogon... Znaleźliśmy budkę telefoniczną. Po 

kilku minutach dziewczyna podała nam współrzędne geograficzne.

- To mi wygląda na wieś Krupe - zauważył Pan Samochodzik, wertując mapę.

- Przejeżdżaliśmy przez nią w drodze z Krasnegostawu do Krynicy - zauważyłem.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

WIEŚ   KRUPE   •   BUSZUJEMY   NA   ZAMKU   •   SYGNAŁY   „PLUSKWY”   • 

WYKIWANI • PRZECIĘTA OŚ • DZIEJE ZAMKU • CZY OPŁACA SIĘ ESKALACJA 

PRZEMOCY? • SIŁĄ TO NIE SZTUKA!

Wieś   Krupe   była   typową   ulicówką.   Rozciągała   się   po   obu   stronach   szosy   na 

przestrzeni dwóch kilometrów.

- Ciekawe, gdzie się zadekowali? - mruknął Piotrek.

Po   lewej   stronie   drogi   pojawił   się   rozległy   staw.   Zaraz   za   nim,   na   niedużym 

zadrzewionym pagórku rozciągał się cmentarz.

- Tu ich nie ma - westchnąłem. - Może zatrzymali się na chwilę i pojechali dalej?

- A tu jak na złość żadnej budki telefonicznej - mruknęła Malwina.

- Za to mają podczepioną „pluskwę” - uśmiechnąłem się, uruchamiając namiernik. Na 

ekranie koło tablicy rozdzielczej samochodu pojawiło się zielone, pulsujące światełko.

- Jesteśmy jakieś trzysta metrów od nich - powiedziałem. - Zaraz ich capniemy.

- Tylko uważaj, żeby nas nie zauważyli - ostrzegł mnie pan Tomasz.

- Spokojna głowa - uśmiechnąłem się. - Zaparkujemy gdzieś tutaj... 

Po   prawej   stronie   pojawił   się   przystanek   autobusowy.   Zaraz   za   nim   ukazał   się 

zdziczały   zupełnie   park   i   zaniedbana   droga,   prowadząca   do   bramy   zbudowanej   z 

zardzewiałych prętów. Obok wznosił się mocno przechylony budynek, mieszczący pierwotnie 

stajnię lub oborę folwarku. Ustawiłem samochód tak, aby nie było go widać z szosy.

- Jakiś dworek - zauważyła Malwina, przyglądając się zabudowaniom za bramą.

-   Obejrzymy   później   -   zadecydowałem.   -   Tędy   -   wskazałem   ścieżkę   przez   gęste 

chaszcze.

Ruszyliśmy szybkim krokiem. Po spróchniałym pniu drzewa przeszliśmy nad rowem 

pełnym   czarnego   błota.   Za   przeszkodą   teren   zaczynał   się   wznosić.   Rósł   tu   dość   gęsty 

zagajnik,  ale  wszystkie  drzewka   były   młode.   Miały  cienkie   pnie,  a   sposób,  w   jaki   rosły 

wskazywał, że wysiały się same. Wyszliśmy na sporą łąkę. Przed nami wyrósł zamek.

- O rany - mruknął chłopiec. - Nawet nie wiedziałem, że w tych stronach są takie fajne 

ruiny.

Spojrzałem na wskaźnik.

background image

-Musieli  objechać  zamek  tą drogą naokoło - wskazałem mocno  błotnisty trakt - i 

schować samochód z drugiej strony. Tylko ciekawe, czego tu szukają...

Zeszliśmy   z   górki.   Przed   nami   wznosiła   się   wysoka   na   co   najmniej   cztery  piętra 

ceglana ściana. Puste otwory okien wskazywały,  że wnętrze budowli dawno już przestało 

istnieć. U góry mur był zwieńczony renesansowym fryzem z pięknymi sterczynami, od dołu 

podpierała go solidna skarpa, wymurowana z dużych czerwonych cegieł. Ściana pokryta była 

jeszcze ciągle tynkiem. Solidnie kiedyś budowano...

-   Herbem   Oxenstiernów   była   biała   gwiazda   na   błękitnym   polu   -   powiedział   pan 

Tomasz w zadumie.

- Ale to nam chyba w niczym... - urwałem.

Poniżej   zwieńczenia   muru   namalowano   pas   herbów.   Obecnie   farba   mocno   się 

złuszczyła, ale nadal było widać zarysy umożliwiające identyfikację.

- Gwiazdy nie widzę - powiedziała Malwina.

- Może jest na jakiejś innej ścianie - podsunął Piotrek. - O ile w ogóle jest, bo po co 

ozdabialiby swój dom herbem więźnia?

- Niczego nie można wykluczyć - powiedział poważnie szef. - Tak czy inaczej, nasi 

przeciwnicy czegoś tu szukają... Może warto przemknąć się wzdłuż budynku i popatrzeć im 

przez ramię.

Ruszyliśmy   naokoło   zamku.   Na   drodze   były   odciśnięte   w   błocie   ślady   kół   kilku 

pojazdów.

- Oho, nie pierwszy raz tu buszują - zauważył nasz młody przyjaciel.

- O ile to koła ich samochodu - mruknąłem. - Ich - stwierdziłem, patrząc na ekran 

namiernika „pluskwy”. - Jesteśmy blisko, coraz bliżej...

Na   rogu   zamku   wznosiła   się   solidna   baszta   na   planie   kwadratu.   Kolor   cegieł 

wskazywał, że stary mur podczas konserwacji pokryto dla zabezpieczenia nowymi cegłami.

- Dziwne to jakieś - powiedział Pan Samochodzik, oglądając szereg okien, ciągnących 

się u podstawy ściany. - Z militarnego punktu widzenia te otwory to całkowity bezsens...

- Może to były stanowiska dział? - zamyślił się Piotrek.

- Za szerokie otwory - zaprotestowałem. - Myślę, że to raczej błędna rekonstrukcja lub 

wykuto je w czasach, gdy zamek przestał pełnić swoje obronne funkcje. Bo nie sądzę, żeby 

poziom   gruntu   podniósł   się   o   3-4   metry   w   ciągu   zaledwie   trzystu   lat,   które   minęły   od 

opuszczenia zamku...

Minęliśmy basztę. Także po tej stronie nie było widać ani śladu przeciwników.

background image

- Dziwne - mruknąłem, patrząc na wskazania „pluskwy”. - Wjechali samochodem do 

środka?

Przekroczyliśmy   bramę   i   znaleźliśmy   się   wewnątrz   budowli.   Spora   część   murów 

wewnętrznych runęła i przekształciła się w wysokie stosy gruzów. Porastały je krzewy oraz 

całkiem spore drzewka. W zachowanych ścianach ziały otwory prowadzące w głąb.

- Niezły labirynt - mruknął szef. - Ale samochodem raczej tu nie wjechali; za wąsko i 

śladów nie ma...

- Faktycznie - przyznałem - to dziwne...

- Ale byli tu - Malwina podniosła z ziemi puste opakowanie po papierosach. Tekturka 

była jasnobłękitna, a na niej wyraźnie odcinał się napis: „Blend”.

Pan Tomasz uniósł opakowanie do oczu.

- Faktycznie, szwedzkie - mruknął.

Koło pudełka w miękkiej ziemi odbiły się ślady kilku stóp obutych w adidasy. Kilka 

dni temu spadł deszcz, a w cieniu murów ziemia nadal była miękka i wilgotna. Ruszyliśmy 

tym tropem.

- Dziesięć metrów - mruknąłem, patrząc na wskazania „pluskwy”.

Wzdłuż muru zewnętrznego ciągnęła się wąska ścieżka. Po lewej stronie wznosiło się 

wysokie na co najmniej kilka metrów usypisko, gęsto zarośnięte krzewami.

Szef wyjął z kieszeni wshipera i wsunął słuchawkę w ucho. Urządzenie to wzmacnia 

zwykłe dźwięki, dzięki czemu można na przykład podsłuchiwać ludzi rozmawiających kilka 

metrów od nas... Zatrzymaliśmy się. Pokręcił gałką aż do końca skali.

- Tu ich nie ma - powiedział. - Nie słychać rozmów, kroków, nic...

- Schowali samochód w ruinach i poszli sobie - zawyrokowała Malwina.

Przeszliśmy jeszcze kilka kroków i zatrzymaliśmy się przed południowym murem. 

Kilkanaście minut temu podziwialiśmy herby po jego drugiej stronie.

- I gdzie twoja „pluskwa”? - zaciekawił się pan Tomasz.

- Głupia sprawa - powiedziałem, rozglądając się wokoło. - Aparat pokazuje, że tutaj. 

Widocznie wprowadzili wóz do lochów pod zamkiem...

- Czy może tak to wyglądało? - Malwina zdjęła z krzaka nieduże czarne pudełko.

Milczeliśmy   przez   chwilę   patrząc   na   czarne   pudełko   z   kabelkiem.   Nie   doceniłem 

przeciwnika.

-   No,   to   zrobili   nas   na   szaro   -   powiedział   Pan   Samochodzik.   -   Przewidzieli,   że 

podczepisz im...

- Namierzymy drani przez satelitę - pogroziłem pięścią niewidocznym wrogom.

background image

Przedzieraliśmy   się   dłuższą   chwilę   przez   krzaki,   wreszcie   znaleźliśmy   dziurę   w 

ścianie i wyszliśmy na łąkę. Nie potrafiłem odnaleźć ścieżki przez las, którą tu przyszliśmy, 

więc powędrowaliśmy do szosy i dotarliśmy do samochodu od strony traktu.

- No, to w drogę - zakomenderował Pan Samochodzik.

Przekręciłem kluczyk, zapaliłem silnik, wrzuciłem pierwszy bieg i puściłem sprzęgło. 

Coś chrupnęło i samochód gwałtownie zniosło w prawo. Znowu coś chrupnęło. Wcisnąłem 

rozpaczliwie   hamulec.   Rosynant   znieruchomiał,   przechylony   na   bok.   Wyskoczyłem   i 

obiegłem go dookoła.

- O, koła odpadły - zauważyła Malwina.

Miała rację. Nasz wierny pojazd stał oparty podwoziem o ziemię. Koła odleciały, gdy 

ruszałem.

- Wykręcili nam śruby? - zapytał szef. 

Wszyscy wysiedli.

- Podnieśli wóz lewarkiem i przepiłowali obie osie - powiedziałem. - Nacięli głęboko - 

kopnąłem ze złością koło. - Póki staliśmy, jeszcze się trzymały. Przy próbie ruszenia złamały 

się obie...

- Co robimy? - zapytał Piotrek. - Tego się chyba nie da zespawać?

- Raczej nie, spaw jest z reguły kruchy, szybko by się znowu złamały - powiedział 

szef. - A przy dużej szybkości mogłoby się to skończyć tragicznie... Naprzeciwko widziałem 

warsztat samochodowy. Pójdę, zobaczę, może da się ściągnąć jakąś pomoc. A wy tu na mnie 

poczekajcie...

Poszedł drogą. Siedliśmy na omszałym pniu drzewa.

- Może nam pan coś opowiedzieć o tym zamku? - zapytała Malwina.

-   Szczerze   powiedziawszy,   wiem   niewiele   -   uśmiechnąłem   się.   -   Sądząc   ze 

zwieńczenia murów, wzniesiono go gdzieś na przełomie XVI i XVII wieku...

- Od początku XV wieku ta wieś jest notowana w źródłach pisanych - odezwał się 

Piotrek. - Początkowo należała do Krupskich herbu Korczak.

Spojrzałem na niego zaskoczony.

- Czytałem o tym, gdy wczoraj grzebaliśmy w archiwach - uśmiechnął się. - To jeden 

z najcenniejszych zabytków w tej okolicy.

- No, to opowiadaj - uśmiechnąłem się szeroko.

- W końcu XVI wieku istniał tu dwór obronny Krupskich. Ci jednak sprzedali wieś 

Pawłowi Orzechowskiemu herbu Rogala, wojewodzie chełmskiemu. On w miejscu dworu 

background image

obronnego wzniósł ten właśnie warowny zamek. Od północnego zachodu pod samą warownię 

podchodził staw, który obecnie bardzo się zmniejszył... A naokoło zamku biegła fosa.

- Niewykluczone, że ten błotnisty rów to jakieś jej pozostałości - zauważyłem.

- Zamek ucierpiał poważnie podczas wojen szwedzkich - kontynuował nasz młody 

przyjaciel. - W połowie XVII wieku przeszedł w ręce rodziny Niemiryczów...

- Potem kupili go Rejowie - uzupełnił pan Tomasz. Nie zauważyliśmy, jak nadszedł. - 

Nie było ich stać na odbudowę zrujnowanej twierdzy, więc porzucili ją, wznosząc około 1779 

roku ten oto uroczy dworek - wskazał budowlę majaczącą wśród drzew za bramą.

Razem   z   szefem   przyszedł   mechanik   w   drelichowym   kombinezonie.   Obejrzał 

przecięte osie. Zmierzył suwmiarką średnicę osi, a potem centymetrem długość.

-   Będzie   pasowała   oś   od   snopowiązałki   -   powiedział   -   ale   będzie   problem   z 

dopasowaniem jej do silnika... - podniósł maskę i zbadał rozstaw.

- Nie da rady... - westchnął. - Choćbym chciał - splunął. - No i przeleciała forsa koło 

nosa - dodał zupełnie szczerze. Poskrobał się po głowie. - Chyba żebym tylną oś dał od 

snopowiązałki - powiedział odkrywczo.

- Wóz ma napęd na cztery koła - wyjaśniłem.

- To się zdemontuje. Chodzi o to, żeby się tył toczył. A od przodu zaczepię o lawetę i 

zaciągnę wam do Lublina, a jak trzeba, nawet do Warszawy. Tam kupicie nowe osie i wam 

założą...

- Dobrze - kiwnął głową pan Tomasz. - W takim razie zamawiamy odholowanie do 

Lublina.

- Robota będzie ciężka - mruknął. - Stąd się go nie da ruszyć bez wymiany... Trzeba 

będzie przynieść tu lewarki, założyć zabezpieczenie pod spód, nawet dźwigu się nie da użyć... 

- poskrobał się raz jeszcze po głowie. - Z sześć godzin pracy na dwu - ocenił. - Może jedźcie 

do Lublina, a my to wszystko zrobimy i odholujemy jutro? - zaproponował wreszcie.

- W porządku - kiwnąłem głową. - Ile to będzie kosztowało? 

Mechanik wymienił sumę. Była dość wysoka, ale biorąc pod uwagę rozmiar prac, 

nawet umiarkowana.

- No, to na przystanek - zakomenderował pan Tomasz.

Poszliśmy. Siedliśmy na kamieniach przed budyneczkiem i zaczęliśmy czekać.

- Coś mi świta - powiedziałem. - Chyba mam związek między miejscami, w których 

buszują nasi przeciwnicy.

- Tak? - zainteresował się pan Tomasz.

background image

- Paweł Orzechowski. Budowniczy zamku w Krupem i właściciel pobliskiej Krynicy - 

rzuciłem odkrywczo.

Spojrzeli na mnie zaskoczeni.

- Faktycznie - mruknął Piotrek. - Jak mogłem o tym nie pomyśleć...

- Poza tym rodzina Rejów - dodałem. - To wiąże zamek w Krupem z Rejowcem, gdzie 

też buszowali.

-   Ale   widzę   tu   jeden   problem   -   zauważył   Pan   Samochodzik.   -   Jak   powiązać 

przedstawicieli tych dwu rodów z osobą szwedzkiego jeńca i Pilipem Semenowiczem.

Zapadło milczenie. Wreszcie ja zaryzykowałem teorię. 

- A może Pilip Semenowicz zaciągnął się na służbę do któregoś z tych łudzi?

- To prawdopodobne, ale pozostaje w sferze hipotez - pan Tomasz zastanawiał się 

głośno.   -   Kozacy   niechętnie   szli   na   służbę   do   polskich   szlachciców.   Cenili   sobie 

niezależność...

- A może - zamyśliła się Malwina - to właśnie Orzechowski potrzebował pieniędzy na 

rozbudowę zamku i kupił jeńca za 1000 talarów, a potem usiłował wycisnąć od Oxenstiernów 

grubsze   pieniądze?   -   przypomniała   nam   treść   listu   znalezionego   w   dokumentach   stanicy 

Semenowiczów. - Takie budowanie twierdzy na pewno zdrowo trzepnęło go po kieszeni...

- To by pasowało - zauważyłem.

-   Orzechowski   był   arianinem   -   westchnął   szef.   -   A   arianie   byli   przeciwni   nawet 

poddaństwu   chłopów,   więc   trudno   ich   podejrzewać   o   handel   niewolnikami   czy   jeńcami 

wojennymi. I nie zapominajcie, że wszystko to odbywało się nielegalnie... Do tych mętnych 

interesów   pasuje   szalony   kozacki   watażka,   a   nie   wojewoda   chełmski...   Tak   czy   inaczej, 

jesteśmy   z   grubsza   na   tropie.   Batura   szuka   czegoś   w   tej   okolicy...   Czyli   jakiś   związek 

pomiędzy tymi miejscowościami musi istnieć. Szwedka musi dysponować jakimiś danymi, 

które każą jej przypuszczać, że tu właśnie kryje się rozwiązanie ich problemu...

- Musimy przejąć inicjatywę strategiczną - zasugerowałem - bo na razie posuwamy się 

wyłącznie ich tropem, co jeśli nawet doprowadzi nas do celu, to oni będą tam pierwsi.

- Słusznie - szef kiwnął głową - dlatego od jutra ja zaczynam ponowne badania w 

archiwach, a wy zajmiecie się śledzeniem przeciwnika... Wprawdzie bez samochodu będzie to 

poważnie utrudnione, ale nie mamy innego wyjścia.

- A jak dorwę gdzieś tego opla, to powycinam mu dziury w karoserii takie, że przez 

ściany będą mogli podziwiać okolicę - dodałem. 

Pan Tomasz skrzywił się.

background image

- Sam widzisz, do czego doprowadziła eskalacja przemocy - powiedział surowo. - 

Pociąłeś mu koła, on odciął nam osie... a Jerzy na pewno jest co najmniej równie pomysłowy 

jak ty. I do czego to doprowadzi? - zamyśliłem się. - Przeciwnika trzeba rozkładać na łopatki 

intelektualnie - kontynuował połajankę. - Siłą to nie sztuka...

Wreszcie nadjechał pekaes i przerwaliśmy dyskusję.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

„PUEBLO DESPERADOS” • JEDZIEMY DO CHEŁMA • MUZEUM MIEJSKIE • 

ŚLADY PRZECIWNIKÓW • WYKOPALISKA W MASŁOMĘCZU • NA CMENTARZU • 

JERZY BATURA

Następnego   dnia   obudziłem   się   dopiero   koło   dziewiątej.   Pana   Tomasza   nie   było, 

zostawił kartkę, że pojechał do warsztatu samochodowego.  Malwina i Piotrek też się nie 

pojawili. Poszedłem przez plac Grunwaldzki i pod górę, ulicą Kozią, w stronę starego miasta. 

Przeszedłem przez bramę. Pizzeria „Pueblo Desperados” była już czynna. Zamówiłem pizzę i 

colę do popicia. Z pełnym brzuchem myślało mi się zdecydowanie lepiej. Powędrowałem do 

ośrodka kultury. Nasi młodzi przyjaciele czekali na mnie na schodkach.

- Pan Tomasz kazał co godzinę sprawdzać pozycję Batury - wyjaśniła Malwina. - 

Piętnaście minut temu byli w miejscowości Stołpie.

-   Trzeba   będzie   jutro   pojechać   i   zobaczyć   miejsce,   w   którym   buszowali   - 

powiedziałem. - Gdzie to jest?

- Siedem kilometrów od Chełma - wyjaśniła dziewczynka.

- To bardzo ciekawa miejscowość - dodał Piotrek. - Stoi tam zabytkowa wieża...

- Z interesującego nas okresu?

- Znacznie starsza - pokręcił głową. 

Niebawem nadszedł Pan Samochodzik.

-   Auto   będzie   gotowe   dopiero   jutro   -   powiedział.   -   I   kosztowało   nas   nielicho, 

właściwie to kosztowało naszego zleceniodawcę, ale mimo wszystko trzeba bardziej uważać 

na samochód. Gdzie Karen i Batura?

- W Stołpiu - wyjaśniłem. -A raczej byli, bo już trochę czasu minęło.

- Sprawdźmy - polecił. - I chyba przejedziecie się ich pośledzić...

- Jak? - zdumiałem się.

- Pekaesem - wyjaśnił łagodnie. - Ty z Malwiną ruszacie w drogę, a my z Piotrkiem 

zobaczymy, co uda się ustalić na temat dziejów zamku w Krupem i jego właścicieli.

- Podrzucenie „pluskwy”  na zamku  mogło  być  celowym  działaniem  mającym  nas 

naprowadzić na błędny trop - zauważyłem.

background image

- Owszem. Ale na razie nie mamy lepszego punktu zaczepienia. Fakt, że trzymają się 

blisko Krynicy świadczy o tym, że gdzieś tam spodziewają się trafić na ślad naszego Szweda.

Ruszyliśmy przez stare miasto. Po drodze Malwina podczepiła się na kilka minut do 

wiszącego na uboczu automatu telefonicznego.

- Mam nową pozycję - powiedziała - około dziesięciu kilometrów od poprzedniej.

- W którym kierunku? - zaciekawiłem się.

- Na południowy wschód.

- Zapewne Chełm - mruknąłem. - A więc pojedziemy do Chełma. Zapisałaś odczyt?

- Oczywiście. Nie ujdą nam...

Ruszyliśmy   przez   stare   miasto.   Lubelska   Starówka   przez   wiele   dziesięcioleci 

znajdowała   się   w   stanie   opłakanym.   Władze   miasta   nie   remontowały   zabytkowych 

budynków, a wręcz przeciwnie, zasiedlały je rozmaitymi wyrzutkami społeczeństwa. Dopiero 

niedawno   pojawiły   się   niewielkie   zmiany   na   lepsze.   Część   mieszkańców   wysiedlono, 

kamienice doczekały się remontów. Główna ulica - Grodzka, łącząca bramy Krakowską i 

Grodzką, wygląda już w miarę porządnie. Po obu jej stronach otwarto sympatyczne lokaliki, 

w których turysta może spokojnie zjeść obiad czy kolację. W boczne uliczki nadal jednak 

lepiej   nie   zapuszczać   się   nocami...   Przeszliśmy   przez   bramę.   Przed   nami   rozciągała   się 

rozległa dolina. Po prawej widzieliśmy wzgórze i biało-szarą bryłę zamku. Na wprost, na 

kolejnym wzgórzu szarzały mury szkoły, a nad korony drzew strzelały wieże kościoła pod 

wezwaniem  świętego  Mikołaja.  Zeszliśmy   jednak  po schodkach  i  podążyliśmy   na  leżący 

pomiędzy wzgórzami dworzec PKS-u. Autobus do Chełma właśnie ruszał, wsiedliśmy niemal 

w ostatniej chwili. Kupiliśmy bilety i usadowiliśmy się z tyłu.

- Ciekawe, czego Batura i jego mocodawczyni mogą szukać w Stołpiu? - zamyśliłem 

się.

- Jechali, zobaczyli zabytkową wieżę i po prostu wysiedli, żeby ją sobie dokładnie 

obejrzeć - zawyrokowała Malwina. - Jeśli Batura jest historykiem sztuki, to niewykluczone, 

że w wolnych chwilach lubi sobie pooglądać zabytki...

- No, nie wiem. Może i masz rację... Ale nie możemy wykluczyć, że pobyt w Stołpiu 

wiąże się jakoś z celem ich misji...

- Chełm może się wiązać - zauważyła. - Paweł Orzechowski był wojewodą.

- Z tego co wiem, stary chełmski ratusz od dawna nie istnieje - powiedziałem - ale z 

przyjemnością zwiedzę miasto. Byłem tam tylko raz i to dość dawno...

- Nie jedziemy tam zwiedzać, tylko pracować - upomniała mnie łagodnie.

background image

Podróż, choć trwała blisko godzinę, zleciała nam dość szybko. Autobus pędził przez 

pagórkowatą krainę. Rozległe wyzłocone zbożem pola, zagajniki i lasy, od czasu do czasu 

rzeczki   wijące   się   przez   łąki.   Wsie,   które   mijaliśmy,   stanowiły   interesującą   mieszankę 

obrzydliwych   betonowych   klocków   z   lat   siedemdziesiątych   i   drewnianych   chałup 

pamiętających czasy przedwojenne.

Szarego volkswagena nie udało mi się wypatrzyć. Niebawem na horyzoncie pojawiła 

się   charakterystyczna   górka,   ozdobiona   na   szczycie   drzewami,   spośród   których   wystaje 

kopuła kościoła i strzelista dzwonnica. Przypomniałem sobie ostatni pobyt w tym mieście. 

Strych   pełen   cennych   eksponatów,   odnalezionych   przez   pana   Tomasza   i   dziennik 

ekscentrycznego   hrabiego,   który   naprowadził   nas   na   trop   Arki   Noego.   Jechaliśmy   przez 

przedmieścia   zabudowane   parterowymi   domami.   W   niektórych   domyślałem   się   starych 

budynków   koszarowych.   Długie,   parterowe,   drewniane   budowle,   o   dachach   nieco 

zapadniętych ze starości. Ile lat mogły liczyć? Czy wzniesiono je w czasach zaborów, gdy 

Chełm był przez krótki okres stolicą guberni, a wojskowi stanowili blisko jedną czwartą jego 

ludności? Czy może w latach międzywojennych?

Wysiedliśmy na dworcu autobusowym.

- No, to dokąd teraz? - zapytałem Malwinę.

Wyjęła z kieszeni GPS i popatrzyła na odczyt.

- Około kilometra w tamtą stronę - wskazała dłonią na wschód. 

Wyszliśmy z dworca i ruszyliśmy ulicą Lwowską. Gdy byliśmy tu ostatnim razem, 

pokrywał ją obrzydliwie dziurawy asfalt. Obecnie ruch na większej jej części zlikwidowano, 

przekształcając   ją   w   uroczy   deptak   handlowy,   pełen   letnich   ogródków   kawiarnianych   i 

klombów z kwiatami. W miejscu dziur, będących postrachem kierowców, wyrosły ławeczki. 

Ciąg ruder po obu stronach ulicy, które dawniej straszyły obłażącym tynkiem i powybijanymi 

oknami, wyremontowano gruntownie, tworząc dziesiątki niewielkich sklepików.

- Minęło zaledwie kilka lat - zauważyłem - a miasto rozkwita... 

Dreptaliśmy   pod   górę.   Niebawem   znaleźliśmy   się   koło   kościoła   pod   wezwaniem 

Rozesłania Apostołów. Urocza, osiemnastowieczna, barokowa świątynia dumnie wznosiła ku 

niebu swoje wieże. Niedawno zakończono remont i tynki lśniły bielą.

- Piękny budynek - zauważyła Malwina.

-   Ma   ciekawą   historię   -   wyjaśniłem.   -   Pierwotnie   w   tym   miejscu   znajdowała   się 

drewniana   katedra,   ufundowana   przez   Władysława   Jagiełłę...   Być   może   kiedyś   zostaną 

przeprowadzone wokoło badania archeologiczne... Dokąd teraz?

Spojrzała na czytnik.

background image

- W dół - zadysponowała.

Ruszyliśmy   Lubelską.   Rozglądałem   się   uważnie   na   wszystkie   strony.   Nigdzie 

wprawdzie nie było widać szarego volkswagena ani tajemniczego pasażera, ale szósty zmysł 

podpowiadał mi, że jesteśmy obserwowani.

- Nie - mruknąłem sam do siebie. - Nie należy popadać w paranoję.

- Sądzi pan, że jesteśmy obserwowani? - zainteresowała się.

- Mam takie odczucie - powiedziałem – nie poparte żadnymi namacalnymi dowodami. 

Ale to logiczne. Jeśli ktoś nas obserwuje, to nie będzie się koncentrował na obserwacji pana 

Tomasza  i Piotrka. Siedzą  w archiwum i wprawdzie to im zapewne przyjdzie  w udziale 

rozgryzienie   zagadki,   ale   przecież   sprawdzenie,   czym   się   zajmują,   jest   w   zasadzie 

niemożliwe... A nas można śledzić... I to bez większego problemu. Dlatego sądzę, że ci, 

którzy chcą poznać nasze działania, będą gonili za nami...

Do kościoła przylegał spory, także pięknie odnowiony budynek.

-   Tu   mieściło   się   kolegium   pijarów   -   powiedziałem,   odgadując   zainteresowanie 

dziewczyny.   -   Bardzo   szacowna   szkoła,   założona   około   1814   roku   przez   Macieja 

Swirskiego... Uczęszczało  do niej wielu zasłużonych  dla miasta  ludzi... Niestety,  w 1864 

roku,   w   ramach   represji   po   powstaniu   styczniowym,   budynek   odebrano   zakonnikom   i 

urządzono w nim pensję rosyjską dla panienek z dobrych domów...

- Szkoda - mruknęła. - Tradycja zaginęła..

- Och, niezupełnie  - zaprotestowałem.  - W latach  międzywojennych  urządzono  tu 

liceum imienia Stefana Czarnieckiego. Liceum miało bardzo ciekawe zbiory dydaktyczne, 

które po drugiej wojnie światowej przekształcono w oddział muzeum regionalnego...

-   Zapewne   zainteresowały   też   naszych   przeciwników   -   zauważyła   Malwina.   -   Bo 

zaparkowali tu swój samochód.

Wskazała z ukłonem kawałek chodnika.

- To dziwne...  - zafrasowałem  się. - Ale chodźmy,  zobaczymy,  może  pracownicy 

powiedzą nam, czym się interesowali.

Ruszyliśmy,  ale spotkało nas  rozczarowanie.  Na drzwiach przybytku  sztuk i nauk 

wisiała   kartka   informująca,   że   z   powodu   remontu   zbiory   nie   będą   udostępniane   aż   do 

września.

- Czyli i oni nie skorzystali - westchnąłem. - Gdzie w takim razie mogli się udać?

- Pewnie do muzeum miejskiego - podsunęła patrząc na plan miasta. - Jest zaledwie 

kilkaset metrów stąd...

background image

Ruszyliśmy w dół ulicy i niebawem znaleźliśmy się przed muzeum. Weszliśmy przez 

bramę na nieduży brukowany dziedziniec.

-   Tu   są   sale   wystawowe   -   wskazałem   drzwi   -   a   tam   pracownie   archeologów   - 

pokazałem schodki wiodące na pierwsze piętro. - Zajrzymy i tam. Chyba pracuje tu pewien 

mój znajomy...

Weszliśmy do muzeum. Moja legitymacja pracownika centralnego zarządu muzeów 

wywarła na bileterce duże wrażenie.

- Ależ, panie inspektorze - powiedziała z uśmiechem, wskazując przejście do dalszych 

sal. - Proszę sobie zwiedzać...

Ruszyliśmy   obejrzeć   ekspozycję.   Zbiory   zajmowały   kilka   sal,   ułożonych   w 

amfiladzie.   Nie   były   szczególnie   bogate,   ale   bardzo   ładnie   wyeksponowane.   Na   każdym 

kroku widać było  talent  twórcy wystawy.  Obejrzeliśmy broń i mundury z różnych  epok, 

powoli docierając do ostatniej sali, w której znajdowały się pamiątki z czasów ostatniej wojny 

i okresu władzy ludowej. Zawróciliśmy do wyjścia.

-   Czy   mają   państwo   jakieś   pamiątki   po   wojewodzie   Pawle   Orzechowskim?   - 

zapytałem bileterkę.

-  Wie   pan,  to  zabawne,   ale   z  półtorej  godziny  temu   pytał   już  o  to   taki  młody  z 

wąsikiem...

„Jerzy Batura! A więc instynkt nas nie zawiódł” - pomyślałem.

- Był w towarzystwie kobiety? - zagadnąłem.

- Właśnie. Gadali między sobą po zagranicznemu - wyjaśniła bileterka. - Ale pamiątek 

po Orzechowskim mamy niewiele. Tylko jeden list... Poprosił o pozwolenie i sfotografował 

sobie... A o, w gablotce leży...

Podeszliśmy.  Faktycznie, pod szkłem leżało kilka papierów, w tym list wojewody. 

Pisany był po polsku. Nachyliłem się nad gablotą i, uzbrojony w lupę, wczytałem w jego 

treść.   Nie   zawierał   nic   ciekawego.   Ot,   dyspozycje,   zapewne   do   ekonoma   nazwiskiem 

Oksiewicz, by przyspieszyć budowę magazynu na ziarno, żeby już tegoroczne plony można 

było zabezpieczyć przed zimą...

- Tamci jeszcze obejrzeli zabytki archeologiczne - powiedziała kobieta. - To w sali w 

piwnicy, zaraz światło zapalę.

Zeszliśmy po schodach w dół. Zabytki istotnie były ciekawe. Kamienne i brązowe 

siekierki,   garnki   kilku   różnych   kultur   pradziejowych,   garść   niebieskich   fajansowych 

paciorków pochodzących z Egiptu.

background image

- Skąd mieli takie ładne koraliki? - zdziwiła się Malwina. - Tu pisze, że pochodzą z 

okolic Hrubieszowa...

- W Masłomęczu od wielu lat bada się cmentarzysko Gotów - wyjaśniłem. - Paciorki 

nabywali   drogą   wymiany,   produkowano  je  w   basenie   Morza   Śródziemnego...   Goci   mieli 

bardzo ciekawe, choć obrzydliwe zwyczaje. Na przykład składali ofiary z niewolników, a na 

cmentarzach urządzali uczty, podczas których odurzali się halucynogennymi wywarami...

Po jej minie poznałem, że chce poznać szczegóły...

- W jednym miejscu na krawędzi cmentarza zespół doktora Kokoskiego znalazł na 

powierzchni   kilkunastu   metrów   kwadratowych   znaczną   liczbę   uszkodzonych   klamer   od 

pasów lub zapinek do szat. Przypuszcza się, że w tym  właśnie miejscu zdzierali z siebie 

ubrania...

- W jakim celu? - zapytała Malwina.

- Zgłoś się, kiedy skończysz osiemnaście lat, to opowiem - zażartowałem. - Uczty 

musiały być bardzo wesołe, wszędzie bowiem walają się potłuczone naczynia, z których coś 

pito...   Być   może   znany   licznym   ludom   pierwotnym   wywar   z   odpowiednio   dobranych 

gatunków trujących grzybów. Ciała w grobach są często rozkawałkowane. Przypuszcza się, 

że części zwłok „drogich krewnych” trzymano w domach. Podczas imprez na cmentarzach 

wykopywano trupy przodków z grobów i świętowano w ich towarzystwie... Znaleziono też 

ofiary dla bogów lub duchów... Niewolnikom kazano wziąć w dłoń kamień i odrąbywano 

rękę. Skurcz mięśni powodował zaciśnięcie palców... Ale może wystarczy już tej archeologii 

-   zauważyłem,   że   twarz   Malwiny   przybrała   nieco   zielonkawy   odcień.   -   Chodźmy   do 

archeologów.

Niestety   na   drzwiach   pracowni   wisiała   kartka   informująca,   że   wrócą   dopiero 

wieczorem.

- No, to pora na seans łączności - westchnąłem.

Budka   telefoniczna   znajdowała   się   opodal   muzeum.   Wystarczyło   zaledwie   kilka 

minut.

- Są niedaleko - powiedziała - odległość około czterech kilometrów na zachód.

- Weźmy taksówkę - zaproponowałem.

- Dobry pomysł - przyznała. 

Taksówka stała na parkingu koło muzeum.

- Dokąd sobie państwo życzą? - zapytał kierowca, gdy ulokowaliśmy się w pojeździe.

- Na zachód - powiedziałem poważnie.

- Tak jest, klient nasz pan - taryfiarz uśmiechnął się szeroko. - Na osiedle XXX-lecia?

background image

- Na początek niech będzie, potem pokierujemy - wyjaśniłem. 

Malwina uruchomiła ponownie GPS.

- Jedziemy w dobrą stronę.

Co jakiś czas korygowała kurs. Trochę w prawo, trochę w lewo, prosto... Kierowca 

tylko uśmiechał się pod wąsem widząc jej wysiłki.

- Zabawa w podchody? - zagadnął.

- Tajemnica państwowa - powiedziałem z godnością pokazując legitymację.

Roześmiał   się,   widać   nie   uwierzył.   Minęliśmy   rozległe   osiedle,   zabudowane 

niewysokimi   blokami   z   wielkiej   płyty.   Przypominały   w   pewien   nieuchwytny   sposób 

Ursynów. Za osiedlem ciągnęły się pola porośnięte pszenicą.

- Teraz na południe - zadysponowała.

Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się przed bramą cmentarza.

- To tutaj - powiedziała.

Faktycznie, zielony opel zaparkowano o rzut kamieniem od nas.

- No, to bingo - mruknąłem.

Zapłaciliśmy za kurs i wysiedliśmy z samochodu.

- A więc swoim zwyczajem buszują po cmentarzu - powiedziałem - a my naszym 

zwyczajem wyciągniemy lornetki i będziemy ich śledzili... Przejdźmy na tamten pagórek - 

wskazałem alejkę wyraźnie idącą ku górze. - Stamtąd będziemy mogli ich łatwo wyśledzić...

Nekropolia   została   założona   zapewne   niedawno,   większa   część   była   pozbawiona 

drzew, tylko gdzieniegdzie rosły już pierwsze lipy i jarzębiny o cienkich pniach. Żadnych 

starych   pomników   porośniętych   mchem,   starych   żeliwnych   ogrodzeń   wokół   grobów, 

cienistych alejek... Nie czuło się tu tego tchnienia historii, jakiego doznajemy wędrując przez 

historyczne nekropolie.

Z pagórka można było objąć wzrokiem większą przestrzeń. Dziesiątki nowych grobów 

z lastrykowymi  nagrobkami.  Tu i ówdzie  czerwienią  granitu pysznił  się bardziej  okazały 

grobowiec. Wyjąłem z kieszeni lornetkę i omiotłem teren cmentarza. Było na nim kilkanaście 

osób, ale żadna sylwetka nie wydała mi się znajoma.

- Może gdzieś tam - wskazała dłonią bardziej zadrzewiony koniec. 

Zeszliśmy z górki i powędrowaliśmy w stronę budynku administracji, mieszczącego 

kaplicę pogrzebową. Przeciwników nigdzie nie było widać.

Spostrzegliśmy  ich nieoczekiwanie.  Stali  na  wzgórzu koło bramy  wychodzącej  na 

jakąś boczną ulicę zabudowaną domkami jednorodzinnymi. Postali chwilę i ruszyli z grubsza 

w naszą stronę. Wyminęliśmy ich łukiem.

background image

- Zobaczę, dokąd idą - powiedziała Malwina - a pan niech zbada to, czemu się tak 

przyglądali.

Ruszyłem szybkim marszem i niebawem znalazłem się na skraju niewielkiej łączki. 

To tutaj stał przed chwilą Jerzy. Pomiędzy dwiema jarzębinami leżał spory głaz z wyrytym 

napisem.

- Teren dawnego cmentarza ewangelickiego - odcyfrowałem tabliczkę. 

Na łące nie było najmniejszego śladu pochówków. Pewnie stały tu drewniane krzyże... 

Minęło sto, może dwieście lat i nie pozostał po nich żaden ślad. Tylko w pamięci ludzkiej, a 

może na starych planach zachowała się informacja, że tu leżą innowiercy... Gdy zakładano ten 

cmentarz, postanowiono uhonorować ich pamięć...

Zawróciłem w stronę parkingu i tu przeżyłem lekki szok. Opel zniknął. Malwina stała 

w cieniu koło bramy.

- Odjechali - poinformowała mnie.

- No, to klops - westchnąłem. - I jak na złość nie mamy szans ich wyśledzić, bo gdzie 

znajdziemy tu budkę telefoniczną?

- Ależ żaden problem - wskazała szklaną klatkę, wznoszącą się dumnie pomiędzy 

nagrobkami. Wytrzeszczyłem oczy.

- Budka telefoniczna na cmentarzu? - zdumiałem się.

-   A   dlaczego   nie?   -   wzruszyła   ramionami.   -   Ostatecznie   żywi   ludzie   też   tu 

przychodzą... A może ktoś zasłabnie, to jest jak pogotowie wezwać... Nie każdy ma telefon 

komórkowy w kieszeni. Zwłaszcza emeryt.

- Faktycznie - przyznałem jej rację. - Wygląda to trochę niecodziennie, ale pomysł jest 

dobry...

- Może lepiej byłoby,  gdyby umieścić ją na zewnątrz przy bramie - zadumała się 

Malwina. - To byłoby jakoś tak godniej...

- Tak czy inaczej, mamy telefon, więc należy z niego skorzystać. 

Weszła do budki, ale po chwili wyszła rozczarowana.

- Niestety - powiedziała. - Automat nieczynny.

- Przyjechali, przeszli się spacerkiem po cmentarzu i odjechali - powiedziałem. - Jak 

gdyby błyskawicznie zdołali odnaleźć poszukiwany grób lub w ogóle nie musieli go szukać...

- Zajrzeli tylko do ksiąg w budynku administracji cmentarza - domyśliła się.

Poszliśmy do ukrytego wśród drzew budynku. Jak się okazało, faktycznie pół godziny 

temu Jerzy ze Szwedką sprawdzali wykaz pogrzebanych na cmentarzu. Nie znaleźli jednak 

nikogo, kto nosiłby nazwisko szwedzkiego admirała.

background image

- Szukajmy telefonu - zadecydowałem.

Powędrowaliśmy   wzdłuż   osiedla.   Kolejny   telefon   także   nie   działał.   Dopiero   po 

przejściu   blisko   dwóch   kilometrów   natrafiliśmy   na   czynny   aparat.   Moja   przyjaciółka 

podłączyła się zręcznie.

- Uf - otarłem czoło z potu. - Nie dałoby się dostosować telefonu komórkowego do 

takich poszukiwań?

- Nie - zaprotestowała. - Jeśli nas namierzą, to co najwyżej ustalą, z której budki 

wysłaliśmy nasze pirackie kody. A gdyby znaleźli numer naszego telefonu komórkowego, to 

mieliby   nas   jak   na   widelcu.   Niech   pan   nie   zapomina,   że   to,   co   robimy,   jest   właściwie 

nielegalne...

- Faktycznie - spochmurniałem. - Zapomniałem. 

Malwina miała problemy z połączeniem.

-   Wykryli   naszą   ingerencję   -   powiedziała   -   i   założyli   dodatkowe   zabezpieczenie. 

Muszę od nowa łamać...

Uruchomiła program. 

Siadłem na murku i czekałem. Minęło dwadzieścia minut. Wreszcie odczepiła kable.

- Nic z tego - powiedziała. - Założyli firewall. Blokuje wszystkie sygnały wychodzące 

z telefonów ogólnodostępnych.

- Nie dasz rady tego obejść? - zapytałem.

-   Aż   tak   dobra   nie   jestem   -   pokręciła   głową.   -   A   więc   straciliśmy   naszą   jedyną 

przewagę.

- Może tak, może nie - powiedziałem. - W ostatecznym starciu i tak najważniejszy jest 

umysł. Technologia to tylko dodatek do człowieka...

- Ale się przydaje - westchnęła. - Jest trzynasta...

- Ponieważ nic nie możemy zrobić, pozostaje nam udać się do miasta, coś zjeść, a 

potem   obejrzeć   zabytki   -   powiedziałem.   -   A   po   drodze   pilnie   rozglądać   na   boki, 

niewykluczone, że gdzieś dostrzeżemy ten obrzydliwy zielony kolor karoserii.

Autobusem podjechaliśmy do dworca PKS-u. Autobus na chwilę zatrzymał  się na 

światłach.

- No i mamy ich - ucieszyła się Malwina.

Po drugiej stronie ulicy znajdował się stary cmentarz. Przed jego bramą parkował wóz 

naszych  przeciwników. Wysiedliśmy z autobusu i ruszyliśmy w stronę opla. Przechodząc 

obok   wsadziłem   mu   „pluskwę”   pod   zderzak.   Zajrzeliśmy   przez   otwartą   bramę   i   szybko 

background image

odskoczyliśmy w tył. W naszą stronę szedł Jerzy Batura. Na szczęście nie zauważył  nas. 

Wyszedł i skierował się ulicą na północ.

- Pójdę za nim, a ty popilnuj Szwedki - zaproponowałem. Ruszyłem w ślad za naszym 

przeciwnikiem. Szedł niespiesznie, nie oglądał się za siebie. Wyglądał na zmęczonego. Jego 

jasna koszula była wyraźnie widoczna, toteż stopniowo zwiększyłem dystans. Była to chyba 

zbyteczna ostrożność. Niebawem dotarł do rozległego parkingu i skręcił w lewo. Kryjąc się za 

samochodami, podążyłem za nim. Parking, jak się okazało, był usytuowany przed wejściem 

na bazar. Jerzy przeszedł spokojnie przez bramę. Wsunąłem do ucha słuchawkę wshipera i 

skierowałem w jego stronę mikrofon kierunkowy. Zatrzymał się koło kobiety w perkalowej 

spódnicy i kolorowej bluzce.

- Czieho nada? - zapytała po ukraińsku.

- Cigariety? - zagadnął w tym samym języku. 

- Jest’.

- A wódka?

- Toże.

Kupił   dwa   kartony   przeszmuglowanych   papierosów   i   litrową   flaszkę   wódki 

„Stołypin”.

Reszta towaru najwyraźniej go nie interesowała. Z zakupami w torbie skierował się do 

wyjścia. Zaraz przy bramie znajdowała się nieduża budka z hamburgerami.

Jerzy zamówił kiełbasę z grilla i usiadł przy stoliku. Nakrył go gazetą, położył na niej 

tekturową tackę z kiełbasą i dwa kawałki chleba. Jadł ze smakiem i niebawem zamówił drugą 

identyczną   porcję.   Po   kilku   minutach   podano   mu   trzecią.   Zakurzył   przeszmuglowanego 

papierosa. Nie wyglądało, żeby na kogoś czekał. Nieoczekiwanie podniósł głowę i wtedy 

mnie zobaczył. Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. Gestem zaprosił mnie do stolika.

Usiadłem naprzeciw niego na kulawym metalowym krześle.

- Napijesz się? - zagadnął, wyjmując flaszkę z torby.

-   Z   zasady   nie   pijam   alkoholu   -   powiedziałem.   -   Poza   tym   chyba   oszalałeś   - 

powiedziałem. - Pijesz alkohol z przemytu, nie wiadomo gdzie rozlewany. Możesz oślepnąć...

- Mogę - zgodził się bez przekonania. - Ale byście się ucieszyli, ty i twój szef...

- Wiesz, że nie - mruknąłem. - Podłożyłeś nam świnię z tym piłowaniem osi...

- To nie ja - powiedział. - To Karen. Pociąć koła to co innego. To dżentelmeński 

psikus...

- Łazicie po cmentarzach i patrzycie na nazwiska. Sądzicie, że znajdziecie grobowiec 

jakiegoś Oxenstierny?

background image

Poderwał głowę. Ale zaraz ją opuśćił.

-   Tak   sobie   pomyślałem,   gdy   spotkałem   cię   w   Krynicy   -   westchnął   -   miałem 

przeczucie, że szukamy tego samego. Jak zwykle... Tylko, że tym razem jesteśmy jakby po tej 

samej stronie prawa. W tym, co robię, nie ma nic nielegalnego.

-   Owszem   -   przyznałem.   -   Poszukiwania   genealogiczne   nie   są   u   nas   zakazane.   I 

chciałbym, żebyśmy zawsze mogli ze sobą uczciwie konkurować.

- To się chyba nie uda - westchnął. 

Zamówił czwartą kiełbasę.

- Przez tydzień  nie  miałem  mięsa  w ustach  - pożalił  się.  - Karen jest fanatyczną 

wegetarianką i póki dla niej pracuję, nie pozwala mi... Pewnie pan Tomasz i ta ruda śledzą 

moją chlebodawczynię? - zagadnął.

A więc nie wiedział, że Piotrek z nami współpracuje... Czyżby tajemniczy mężczyzna 

z volkswagena nie był jego wspólnikiem?

- Szybko się wydostaliście z wieży - zmienił temat.

- Mamy swoje sposoby - wyjaśniłem.

Łypnął na mnie podejrzliwie. Postanowiłem trochę go wybadać.

- Szukacie śladów Pawła Orzechowskiego? - wolałem się upewnić. - Buszujecie w 

miejscowościach, które są z nim związane.

- Orzechowski  albo jeden z  jego współtowarzyszy  niedoli  - mruknął  Jerzy.  - Nie 

wiemy,   który   mógł   przetrzymywać   admirała,   ale   wszyscy   mieszkali   tu   w   pobliżu...   To 

strasznie skomplikowana  sprawa - powiedział.  - Tyle  wariantów...  Tak niewiele  punktów 

zaczepienia... W ogóle nie mogę tego ugryźć... A jak wam idzie?

- Mamy jeszcze mniej danych niż wy - powiedziałem.

Na jego twarzy odmalował się przestrach. Wyczułem intuicyjnie, że żałuje tego, co mi 

dotąd powiedział.

- Ale i my mamy kilka ciekawych poszlak do sprawdzenia - zablefowałem.

- Zapewne jeszcze się spotkamy... - mruknął. – Przetną się nasze szlaki. Uważajcie na 

siebie... - w jego oczach błysnęła biel.

Wstał i odszedł bez pożegnania. Poszedłem za nim. Wsiadł do opla i wyciągnąwszy 

gazetę zagłębił się w lekturze. Wszedłem na cmentarz. Na głównej alejce minąłem Szwedkę. 

Mimo że widziałem ją dotąd tylko raz, rozpoznałem bez trudu. Ona też musiała zapamiętać 

moją twarz, bo obrzuciła mnie chłodnym spojrzeniem. Uśmiechnąłem się do niej szeroko i 

ruszyłem naprzód, rozglądając się za Malwiną. Moja pomocnica wyszła spomiędzy drzew.

- I jak? - zapytałem.

background image

- Pospacerowała między grobami, zbadała kawałek i zebrała się do wyjścia - wyjaśnił. 

- A co robił nasz konkurent?

- Poszedł na ukraiński bazar, zrobił zakupy,  a potem łapczywie  zajadał kiełbasę - 

powiedziałem. - Najwyraźniej to wszystko go przerasta - wyjaśniłem. - W dodatku, zdaje się, 

nie układa mu się z pracodawczynią.

- Nic dziwnego. Feministki nienawidzą facetów, musi się nad nim znęcać na każdym 

kroku - uśmiechnęła się mściwie.

- Feminizm nie oznacza automatycznie nienawiści do mężczyzn - wyjaśniłem.

Zrelacjonowałem jej rozmowę z Jerzym.

- Orzechowski i jego towarzysze niedoli? - zdumiała się. - Ciekawe... O jakiej niedoli 

może tu być mowa?

-   Nie   wiem   -   westchnąłem   -   ale   chyba   trzeba   dokładnie   zbadać   życiorys   pana 

wojewody. Może wówczas coś się wyjaśni.

-   A   może   to   tylko   taka   prowokacja?   Żebyśmy   tracili   czas   na   bezsensowne 

poszukiwania?

- Wydaje mi się, że mówił szczerze - zadumałem się - ale oczywiście i tego wariantu 

nie możemy wykluczyć.

- Niewiele wiemy. 

Spojrzała za zegarek.

- Wracamy do Lublina? - zapytała. 

Pokręciłem przecząco głową.

- Mój znajomy archeolog siedzi teraz na Górce i pracuje nad odnalezieniem nowych 

wejść do podziemi. Chcę z nim chwilę pogadać...

Siedzieliśmy samotnie w czytelni archiwum. Podziwiałem szybkość, z jaką Piotrek 

przeglądał katalog i wyszukiwał kolejne zespoły archiwaliów do przebadania. Był naprawdę 

świetnie   przygotowany   do   tego   typu   pracy.   Może   więc   z   poziomem   nauczania   nie   było 

obecnie aż tak źle, jak sądziłem wcześniej?

- Panie Tomaszu, nasz cień znowu tu jest - mruknął mój młody przyjaciel spoglądając 

zza firanki.

Odłożyłem skoroszyt z dokumentami.

-   Wiele   razy   byłem   śledzony   -   powiedziałem.   -   I   prawie   zawsze   kończyło   się   to 

poważnymi kłopotami...

- Może damy znać policji - zasugerował.

background image

-   To   by   było   najprostsze.   Tyle   tylko,   że   nic   mu   nie   zrobią   -   zauważyłem   z 

melancholią. - Śledzenie zdaje się nie jest przestępstwem, a nawet jeśli jest, to... jak mu to 

udowodnić?   Siedzenie   na   ławce   pod   drzewkiem   naprzeciw   archiwum   nie   jest   chyba 

zakazane...

- Wstał i odchodzi - zameldował Piotrek.

Gestem nakazałem mu ciszę. Na kawałku papieru nabazgrałem: „Podsłuch!”

Brwi mojego współpracownika uniosły się do góry. Wyszliśmy na korytarz.

- Zorientował się, że o nim mówimy - powiedziałem. - I ulotnił się, żebyśmy nie mogli 

mu się dokładnie przyjrzeć.

- To świadczy o tym, że nie jest Szwedem - zamyślił się. - To nie jest żaden agent, 

którego król wysłał, by obserwował naszą pracę...

- Jeśli wysłał go król, to oczywiście człowiek ten musi znać dobrze język polski, jeśli 

chce działać w naszym kraju - uśmiechnąłem się.

- Faktycznie - zmartwił się chłopak. - Więc co robimy?

- Może warto by zastawić na niego jakąś pułapkę? - poskrobałem się po głowie. - Na 

pewno podsłuch działa, więc ten człowiek kimkolwiek jest będzie nadal mógł wiedzieć, o 

czym rozmawiamy.

Szeptem wyjaśniłem Piotrkowi mój plan.

- Trochę to ryzykowne - zgłosił swoje zastrzeżenia.

- Owszem - kiwnąłem głową. - Ale wciągniemy go elegancko w pułapkę...

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

IDZIEMY   NA   GÓRKĘ   •   MORWY   I   JEDWABNIKI   •   ZESPÓŁ   SAKRALNY   • 

WYKOPALISKA • DWÓR W KRUPEM • BADAMY STRYCH

Ruszyliśmy.   Najpierw   podeszliśmy   Lubelską   do   niewielkiego   ryneczku.   Stamtąd 

jeszcze kawałek uliczką i dotarliśmy do muru opasującego całe wzgórze. Kamienne schody 

wiodły do kompleksu świątyń. Ta część Górki była obsadzona starymi, liczącymi sobie może 

dwieście lat, drzewami morw. Właśnie zaczęły owocować i wszędzie leżały podobne do jeżyn 

owoce. Podniosłem kilka z ławki i przeżułem. Były nieco mdłe w smaku, ale nawet dobre.

- Na Kaukazie pędzi się z nich wódkę - powiedziałem. - A sok z morw gruzińska 

kuchnia jakoś wykorzystuje...

Wspinaliśmy się w górę.

- Ciekawe, że w wielu miejscach, także w Lublinie, rosną te drzewa - zauważyła 

Malwina. - A przecież są dość kłopotliwe dla służb porządkowych, w lecie zawsze leżą pod 

nimi psujące się owoce...

- Morwy zaczęto sadzić na naszych ziemiach blisko dwieście lat temu - wyjaśniłem. - 

Pochodzą z Chin.

Malwina popatrzyła na mnie zaskoczona.

- Liście morwy służyły jako pożywienie larwom jedwabników. Te miłe robaczki po 

zjedzeniu odpowiedniej ilości liści, a potrzebują ich naprawdę dużo, zawijają się w kokony, z 

których uzyskuje się jedwabne nitki. Od czasu, gdy chrześcijańscy misjonarze wykradli z 

Chin larwy i sadzonki morwy, wiele krajów europejskich usiłowało produkować jedwab. U 

nas na masową skalę hodowano jedwabniki w latach międzywojennych i zaraz po wojnie... 

Nie wiem jednak, czy nadal się to robi... Taniej jest sprowadzać jedwab z Chin.

Wreszcie stanęliśmy na szczycie. Przed nami wznosiły się dumnie grube i ciężkie 

mury kościoła.

- Ładnie tu - zauważyła.

-   W   XIII   wieku   w   tym   miejscu   stała   cerkiew   pod   wezwaniem   świętego   Jana 

Chryzostoma,   czyli   Złotoustego   -   zacząłem   opowiadać.   -   Ufundował   ją   książę   halicko-

włodzimierski  Daniel.  On i jego następcy zostali  pochowani w podziemiach.  Niestety,  w 

XVIII stuleciu dawną świątynię zburzono i na jej miejscu wzniesiono tę katedrę. Początkowo 

background image

była tu świątynia unicka, potem jednak, gdy w 1875 roku władze carskie skasowały unię, 

urządzono   w   tym   budynku   cerkiew   prawosławną.   Wreszcie,   gdy   Polska   odzyskała 

niepodległość,   świątynię   przejęli   katolicy.   W   czasie   okupacji   Niemcy   w   ramach   siania 

nienawiści pomiędzy podbitymi narodami przekazali ją Ukraińcom. Po wojnie znowu wróciła 

do katolików...

Ruszyliśmy wzdłuż murów. Za kościołem znajdowały się jeszcze dwa duże budynki. 

W jednym mieścił się niegdyś klasztor oo. Bazylianów, w drugim pałac biskupi.

- To też ciekawe zabytki - powiedziałem. - Pod klasztorem są cztero-kondygnacyjne 

piwnice.

-   Może   mnisi   produkowali   wino   mszalne   -   wysunęła   przypuszczenie   Malwina.   - 

Wtedy tak głębokie piwnice by im się przydały...

- Możliwe...

Wyszliśmy na tereny dawnych klasztornych ogrodów. Na sporej łące, przylegającej do 

muru, wznosił się wielki stos ziemi i kamieni. Za nim pracowała niewielka wyciągarka. Co 

chwila studenci wysypywali na taczki kubeł ziemi i ponownie spuszczali go na linie w głąb 

szybu. Na nasz widok odłączył się od nich wysoki, szpakowaty mężczyzna.

- Paweł - wykrzyknął uradowany i uściskał mnie.

- To mój przyjaciel Janusz - wyjaśnił Malwinie. - Poznaliśmy się kiedyś w Warszawie. 

Widzę, że prace prowadzone są z rozmachem.

- Owszem. Namierzyliśmy to za pomocą radarów geologicznych - zaczął wyjaśniać. - 

Przypuszczalnie   tu   znajdowało   się   jedno   z   wejść   do   rozległego   kompleksu   lochów, 

znajdującego się pod Górką... Faktycznie znaleźliśmy szyb wejściowy i na razie oczyściliśmy 

siedem metrów i jeszcze kilka metrów korytarza prowadzącego w stronę cmentarza - wskazał 

ręką. - Szyb zasypano w XIX wieku; służył jako śmietnik klasztorowi...

Poprowadził   nas   w   bok,   gdzie   przy   sporym   wojskowym   namiocie   urządzono 

stanowisko mycia i ewidencjonowania znalezisk. Kilka studentek płukało je w miskach z 

wodą.   Na   stołach   wyłożonych   gazetami   suszyły   się   dziesiątki   szklanych   flaszeczek   oraz 

kawałki glinianych skorup i kafli. Było też kilka monet. Uniosłem jedną do oczu. Była silnie 

zaśniedziała.

- Trzeba będzie doczyścić - wyjaśnił archeolog - ale widać na niej herb Napoleona, 

więc jest to zapewne trzygroszówka z czasów Księstwa Warszawskiego... Potem wyszła z 

obiegu i wyrzucono  ją... A co cię tu sprowadza? - zwrócił się mnie.  - I gdzie podziałeś 

swojego szefa? 

Wyjaśniłem pokrótce cel naszych poszukiwań.

background image

- Szwedzki jeniec - mruknął pan Janusz. - Wzięty do niewoli około 1605 roku... Z 

tego   czasu   niewiele   dokumentów   zachowało   się,   w   1648   roku   miasto   zdobyli   Kozacy 

Chmielnickiego  i archiwa puścili  z dymem...  I Szwedzi tu się raz zapuścili...  Gdyby  ich 

ziomek żył jeszcze, uwolniliby go.

- Może warto przejrzeć pamiętniki z okresu wojen szwedzkich... - zastanawiała się 

głośno Malwina.

- Możliwe... Gdzie się zatrzymaliście?

- W Lublinie.

- Świetnie. W lubelskim archiwum są pamiętniki Kajetana Suwalskiego. To ciekawy 

dokument, spisał go Polak, który walczył w potopie, ale po stronie Szwedów... Brał udział w 

bitwach gdzieś w tych stronach.

Z wykopu wynurzył się student. Miał bardzo zaaferowaną minę.

- Mamy nowe znalezisko - powiedział podekscytowany.

Ruszyliśmy do szybu. Drugi ze studentów właśnie wychodził po drabince z podziemi. 

W ręce trzymał kawał miedzianej, strasznie zaśniedziałej rurki, zwiniętej w spiralę. Janusz 

obejrzał łup.

- Gdzie leżało? - zapytał konkretnie.

- Na dnie, w warstwie zasypiskowej.

- Zobacz - podał mi rurkę.

- To od chłodnicy - zidentyfikowałem. - Widzieliśmy identyczny kawałek parę dni 

temu w muzeum aptekarskim w Lublinie.

- Zgadza się - uśmiechnął się archeolog.

- Mnisi pędzili wódkę? - zdumiała się Malwina.

- Oczywiście.  Bazylianie   byli  znani  z  produkcji  leczniczych  nalewek   ziołowych   - 

wyjaśnił archeolog.

Siedliśmy na ławeczce, aby być blisko, jeśli studenci znowu coś wykopią.

- Nasz zaginiony admirał pieczętował się herbem w kształcie gwiazdy - powiedziałem. 

- Czy podczas wykopalisk zetknąłeś się z czymś podobnym?

Janusz zmarszczył czoło.

- Chyba tak... W Krupem miałem kiedyś w ręce kawałek piaskowca z wyrytą gwiazdą 

- powiedział. - Ale niezbyt pamiętam, minęło tyle lat, od kiedy robiliśmy tam wykopaliska.

- I gdzie się to teraz znajduje? - zainteresowała się moja towarzyszka.

-   Hm,   1967   rok...   Wtedy   Krupe   było   częścią   powiatu   krasnostawskiego...   Czyli 

prawdopodobnie razem z innymi znaleziskami trafiło do tamtejszego muzeum.

background image

- Krupe, 1967- zapisałem na kartce. - Wielkie dzięki. Trzeba będzie obejrzeć.

- Szkoda, że nie mogłem bardziej wam pomóc...

Z  dołu  szybu  błyskało   światło   lampy  błyskowej.   Studenci   fotografowali   obiekt   w 

miejscu znalezienia. Po chwili zaszumiała wyciągarka i na linie wyjechał spory miedziany 

kocioł. Wybrali z niego tylko część ziemi, ale widać było, że wlutowano weń jeszcze jedną 

pozwijaną rurkę.

- Chłodnica - zidentyfikował Janusz. - No, udany dzień - uśmiechnął się. - Będzie co 

postawić w muzeum...

- Paskudnie zaśniedziałe - zauważyła Malwina.

- To miedź, da się go ładnie doczyścić - uśmiechnął się. 

Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w dół.

-   W   sumie   sporo   się   dowiedzieliśmy   -   powiedziałem.   -   Nasz   Szwed   mógł   być 

więziony w Krupem, a Orzechowski ukrywał więźnia wraz z towarzyszami jakiejś niedoli...

-   Czy   był   więziony   w   Krupem,   dowiemy   się,   jak   obejrzymy   to   znalezisko   - 

powiedziała. 

- Nie budujmy hipotez bez pokrycia...

- Budować możemy, ale trzeba te hipotezy sprawdzać.

Była czternasta, gdy dotarliśmy na dworzec PKS-u. Burczało nam znowu solidnie w 

brzuchach, więc, czekając  na przyjazd  autobusu, zjedliśmy po hamburgerze.  Wreszcie na 

stanowisko, przy którym czekaliśmy, podjechał pekaes.

-   Krasnystaw   -   zdumiona   Malwina   odczytała   tabliczkę   pod   przednią   szybą.   - 

Myślałam, że jedziemy do Lublina?

- Dwa bilety do Krupego - poprosiłem kierowcę.

Autobus pędził podskakując na koleinach. Siedzieliśmy w tyle.

- Kolejny trop prowadzi do wsi Krupe - powiedziałem w zadumie. - Sądzę, że jest 

jeszcze   jedno   miejsce   warte   przeszukania.   Pamiętasz   dwór,   koło   bramy   którego   się 

zatrzymaliśmy? Wyglądał na opuszczony...

- Sądzi pan, że uda nam się odnaleźć jakiekolwiek dokumenty? - zapytała Malwina.

-   Szansę   są   niewielkie   -   zamyśliłem   się.   -   Po   reformie   rolnej,   gdy   państwo 

przejmowało siłą stare szlacheckie dwory, wyrzucani z domów właściciele zapewne starali się 

zabierać ze sobą na tułaczkę rodzinne archiwa. Jednak nie wszędzie było to możliwe. W 

wielu przypadkach właściciele najpierw trafiali do więzienia, potem zajmowano ich dwory. 

Czasem   wyrzucano   ich,   dając   pół   godziny   na   spakowanie   najpotrzebniejszych   rzeczy... 

Oczywiście, po przejęciu majątków dochodziło do straszliwych aktów wandalizmu. Palono 

background image

zabytkowymi   meblami   w   piecach,   niszczono   freski,   rąbano   portrety.   W   nielicznych 

przypadkach nowi zarządcy zachowali się jak ludzie cywilizowani. Przekazywali znalezione 

dokumenty do archiwów, meble i obrazy oddawali do muzeów. Ale to były wyjątki...

Minęliśmy drogowskaz do Krynicy i wjechaliśmy na znajomą szosę prowadzącą przez 

Krupę do Krasnegostawu. Przemknęliśmy przez wieś. Niebawem po lewej stronie pojawiły 

się drzewa zdziczałego parku. Przystanek znajdował się tuż koło drogi do dworu. Tu, u jej 

końca, koło zardzewiałej  bramy zaparkowaliśmy Rosynanta  poprzednim razem.  W błocie 

ciągle jeszcze było widać ślady lewarków, których użyli mechanicy, by wymienić tylną oś, a 

wóz oprzeć na lawecie.

- Brama jest otwarta - zauważyła Malwina.

Nie myliła się. Ktoś otworzył kłódkę, a na placyku przed dworem stał duży fiat.

- To mi nie wygląda na Baturę - mruknąłem. - Może mamy szczęście i trafiliśmy na 

właściciela?

- Raczej na poszukiwaczy skarbów lub złodziei antyków - dziewczyna wykazała się 

większym realizmem.

Odbezpieczyłem pistolet gazowy i podszedłem tak, aby znaleźć się koło tajemniczego 

samochodu. Sądząc po rejestracji, był z Lublina. Drzwi dworu były lekko uchylone. W tej 

chwili   ze   środka   wyszedł   starszy,   wysoki,   szpakowaty   mężczyzna   w   sportowej   kurtce. 

Spojrzał zaskoczony. Najwyraźniej nie spodziewał się odwiedzin.

- A niech mnie! - zawołał. - To przecież Paweł Daniec! 

Zmarszczyłem czoło.

- Marek Mincel - rozpoznałem wreszcie. - To mój przyjaciel jeszcze ze studiów - 

wyjaśniłem Malwinie. - Pracuje u konserwatora zabytków w Zamościu...

- Och, to stare dzieje - zaprotestował. - Już od dobrych kilku lat prowadzę własną 

działalność...   Zrobiłem   jako   drugą   specjalizację   architekturę   i   prowadzę   inwentaryzacje 

obiektów zabytkowych oraz nadzory podczas remontów...

- Podczas remontów... - podchwyciłem. 

- Nie stójmy tak, zapraszam do środka.

Weszliśmy. Rozległa sień wyłożona kamiennymi płytami, wydeptanymi przez tysiące 

stóp.   Nad   głową   ciężkie   dębowe   belki,   poczerniałe   ze   starości   i   obwieszone   girlandami 

pajęczyn. Wyłamane drzwi prowadziły na lewo. Ściany, pierwotnie otynkowane, straszyły 

dziurami, tu i ówdzie wisiały resztki wyrwanych kabli.

- Totalna dewastacja - mruknąłem.

background image

Weszliśmy do pomieszczenia, będącego zapewne w zamierzchłej przeszłości salonem. 

Kupa gruzu znaczyła miejsce po rozwalonym piecu. Na pogryzionej przez myszy drewnianej 

podłodze poniewierały się resztki zielonych kafli. Pośrodku stał na dwu krzyżakach spory stół 

kreślarski. Przyszpilono  do niego arkusz  brystolu,  na którym  nasz znajomy rysował  plan 

budynku w skali 1:5. Znalazły się plastykowe krzesełka.

-   Wybaczcie,   nie   mam   was   czym   poczęstować   -   uśmiechnął   się   smutno.   -   Ale 

opowiadajcie, co was sprowadza do tej opuszczonej ziemiańskiej siedziby?

Zacząłem   opowiadać   o   naszych   poszukiwaniach.   Marek   w   zadumie   wysłuchał 

opowieści.

- Podczas inwentaryzacji nie znalazłem tu żadnych starych dokumentów - powiedział. 

- Było trochę ksiąg kancelaryjnych, ale z lat sześćdziesiątych XX wieku. Nic ciekawego... Nie 

przeszukałem jednak strychu. Powiadacie, herb w kształcie gwiazdy?

Przeszedł   do   sąsiedniego   pomieszczenia,   gdzie   na   ławie   leżały   odłamki   kafli. 

Zapewne   pozbierał   je   w   gruzowisku   pieca   i   starannie   posklejał.   Na   jednym   widać   było 

gwiazdę, ale zupełnie innego kształtu. To pomieszczenie było jeszcze bardziej zniszczone. Tu 

także wyrwano ze ścian instalację elektryczną, a sufit częściowo znikł.

- Ten budynek jest w strasznym stanie - zauważyłem.

- Owszem - inwentaryzator kiwnął głową. - Do 1990 roku była tu szkoła. Meble, jak 

sądzę, sprzedano, tylko na strychu znalazłem nędzne resztki, całkiem zjedzone przez korniki, 

już nie do uratowania... Ale póki była  szkoła, nie było  źle. Palili tu zimą w piecach, bo 

nauczyciele oczywiście nie chcieli marznąć... Okna były całe, od czasu do czasu malowano 

ściany... Teraz dzieci dojeżdżają do Krasnegostawu. Gdy zlikwidowano szkołę, mój klient 

zaczął   rozmawiać   z   gminą   w   sprawie   odzyskania   domu   swoich   przodków.   Wtedy   w 

miejscowych jakby szał wstąpił. Mówiło się o ustawie reprywatyzacyjnej, sądzili, że będzie 

mu trzeba dwór oddać. Więc zaczęli niszczyć. Podziurawili dach, wyrwali większość okien, 

zniszczyli, co się dało... Bezmyślnie, byle tylko oddać gołe mury.

Wzdrygnąłem się, a moja pomocnica posmutniała.

- Dziesięć lat budynek stał niszczejąc. Właściciel walczył w sądzie o odzyskanie, a 

widząc, jak dom popada w ruinę, usiłował go odkupić, byle tylko zacząć remont... niestety 

decydenci zaparli się... Głupota, zła wola, nienawiść triumfowały. Wreszcie wiosną udało mu 

się potwierdzić prawa własności. Wymienił najbardziej zniszczoną część dachu, a w sierpniu 

ruszy pewnie generalny remont. Zanim to jednak nastąpi, muszę dokładnie oszacować stan 

obiektu...

- W jakim celu? - zaciekawiła się. - Trzeba zerwać tynki, wymienić stropy...

background image

- To nie takie proste - uśmiechnął się architekt. - Widzisz, nasze prawo chroniące 

zabytki   mówi,   że   należy   w   obiektach   zabytkowych   chronić   wszystko,   co   da   się   jeszcze 

uratować... Dlatego - wskazał sufit - niektóre z tych  belek zostaną na miejscu. Podobnie 

ściany,  są bardzo zawilgocone, ale nie można ich wyburzyć.  Pochodzą z XVIII wieku, a 

zbudowano je z cegieł wyrwanych w ruinach pobliskiego zamku...

- Zwiedzaliśmy go wczoraj - wyjaśniłem.

- No właśnie. Ściany trzeba będzie starannie osuszyć, a tylko w dwóch miejscach, 

gdzie zadomowił się grzyb, wolno je rozebrać. Podobnie tynk, jest bardzo zniszczony, ale tu 

na   przykład   -   wskazał   kawałek   nad   wejściem,   gdzie   łuszcząca   się   farba   odsłaniała   coś 

kolorowego - tu pod powłokami emulsji kryje się jakiś fresk. Trzeba to starannie odsłonić i 

zobaczyć,   co   przedstawia.   A   potem   albo   wyciąć   ten   fragment,   albo   zakonserwować   na 

miejscu...   Na   jednej   belce   jest   wyryty   napis.   Ta   akurat   jest   mocno   przegniła,   ale   napis 

wytniemy, nasączymy specjalnymi żywicami i wmontujemy w nową belkę, dokładnie w tym 

samym miejscu...

- Taki remont będzie nielicho kosztował - mruknąłem.

-   Owszem,   kilka   razy   drożej   niż   postawienie   tego   budynku   od   nowa...   ale   dla 

właściciela liczy się autentyczność... Więc nie będzie żałował pieniędzy. Choć oczywiście 

głęboko zasmucający jest fakt, że ten piękny budynek doprowadzono do tak fatalnego stanu... 

Jeśli chcecie wybrać się na strych i trochę poszperać, to zapraszam...

W   jednym   z   pomieszczeń   sufit   zapadł   się   i   w   stropie   widniała   spora   dziura. 

Przydźwigałem drabinę, która stała na zewnątrz, oparta o ścianę.

- Musicie uważać - powiedział Marek. - Deski podłogi są bardzo słabe...

Przyniósł z samochodu cztery latarki, dwie czołowe i dwie ręczne. Wspięliśmy się na 

strych.  Ekipa remontowa  zerwała część starych  desek z pokrycia  dachu i przybiła  nowe, 

lśniące brązowo, nasączone drewnochronem lub podobnym preparatem konserwującym. Na 

nie położono papę, a w przyszłości pewnie pokryje się dach dachówką lub blachą. Na strychu 

wszystko leżało tak, jakby od lat nie stanęła tu noga człowieka. Zaraz koło wejścia leżały 

meble,   rozklekotany   sekretarzyk   z   intarsjowanym   blatem,   zniszczony   przez   wilgoć   i 

robactwo. Drewniana tarcza, z której łuszczyły się ostatnie resztki farby.

- To pewnie kiedyś był herb gospodarzy - mruknąłem, oglądając dziwne znalezisko.

Zaśniedziała secesyjna ramka do zdjęcia, wyrwana okiennica, na której też kiedyś 

namalowano   herb.   Krzesło   zachowane   w   postaci   stosu   połamanych   nóg   i   szczebelków, 

podtrzymujących oparcie.

background image

- Każde z nas niech przeszuka jedną połówkę - powiedziałem, gestem rozdzielając 

strefy badań. - Zwracaj uwagę na każdy strzęp papieru.

Rozdzieliliśmy się. Każde dotknięcie znaczyło moje ręce kurzem. Tekturowe pudła 

kryły w sobie stare podręczniki szkolne, zniszczone przez wilgoć, pogryzione przez myszy. 

Jakieś książki, głównie lektury szkolne wydane na gazetowym papierze, rozsypujące się w 

rękach, pokryte białym nalotem pleśni. Stare dzienniki klasowe, wypełnione ocenami sprzed 

półwiecza... Czy ludzie, którzy kiedyś je otrzymali, pamiętali jeszcze o tych chwilach radości, 

gdy ręka nauczyciela wpisywała do dziennika z trudem zdobytą trójkę?

Kolejne   pudło.   Moja   dłoń   natrafiła   na   śliską   powierzchnię.   Książka   oprawiona   w 

skórę! Wyciągnąłem ją i oświetliłem. Zawilgła i pachniała stęchlizną, ale gdy ją otworzyłem, 

strony zalśniły bielą. Papier bezkwasowy, nie pożółkł ze starości... Wydanie „Pana Tadeusza” 

sprzed   120   lat...   Na   pierwszej   stronie   ekslibris   wydrukowany   błękitnym   atramentem: 

„Księgozbiór Majątku Krupe”. Pozostałości biblioteki dworu... Wyciągałem kolejne tomiki. 

Przedwojenny słownik geograficzny, kilka tomów dzieł Kremera - popularnego w XIX wieku 

podróżnika i felietonisty. Zeszyt, do którego czyjaś ręka starannie wklejała wycinki z gazet. 

Miałem przed sobą „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza! Dotarłem do dna pudełka. 

Paczka   zawinięta   w   szary   papier   i   przewiązana   wstążeczką.   Wewnątrz   jakieś   papiery. 

Odholowałem to wszystko w pobliże zejścia i ponownie zagłębiłem się w mrok. Duże pudło 

wypełnione   pustymi   butelkami   z   błękitnego   szkła.   Na   niektórych   były   jeszcze   etykietki: 

„Wódka zwyczajna”. Nieduża drewniana skrzyneczka z wyłamanym zardzewiałym zamkiem. 

Co zawierała, kto i dlaczego ją rozbił? W kurzu wymacałem podłużny kształt. Książka, nie, 

album ze zdjęciami. „Klasa IIb, 1951”. Grupa uczniów na wycieczce w góry. Wiklinowy kosz 

wypełniony   szmatami.   Przegrzebałem   go   do   samego   dna.   Stare   zasłonki   i   firanki.   Może 

przedwojenne,   może   późniejsze...   Resztki   leżącej   na   ziemi   szafy,   jeszcze   jedno   kulawe 

krzesło,   sądząc   z   kształtu   nowożytne...   Strzęp   burej   szmaty   po   oświetleniu   okazał   się 

resztkami słuckiego pasa od kontusza. Koniec... Zawróciłem do dziury prowadzącej na dół.

- Coś pan znalazł? - zapytała Malwina.

Wskazałem garść drobiazgów, przywleczonych  z mojej części strychu. Zabraliśmy 

tajemniczą paczuszkę na dół. 

- I co ciekawego znaleźliście? - zapytał inwentaryzator. 

Podałem mu wyniki naszych poszukiwań, a on zaraz wszedł po drabinie i zniósł na dół 

książki.

background image

- Trzeba dać do konserwacji - mruknął. - Najlepiej w Lublinie, jest tam niezły zakład 

introligatorski,  mają spore doświadczenie  w renowacji starodruków, więc to nie powinno 

stanowić dla nich problemu...

- Możemy im to zawieźć - zaofiarowałem się.

Malwina rozsupłała tymczasem wstążeczkę i odwinęła szary papier. Listy, pisane na 

kartkach papieru, który wraz z upływem czasu przybrał barwę starej kości słoniowej.

- Piękne pismo - zauważyła.

- Owszem. Jednak mamy dużo szczęścia, że ominęły nas w szkole lekcje kaligrafii...

Wczytałem   się   w   treść   jednej   z   kartek.   Właściciel   majątku   wydawał   dyspozycje 

swojemu plenipotentowi Oksiewiczowi w sprawie budowy cukrowni w Bończy.

- Niestety, to dla nas bez wartości - mruknąłem przeglądając listy - ale właściciel 

pewnie ucieszy się, mogąc poczytać instrukcje spisane ręką swojego przodka.

- Myślę, że tak - uśmiechnął się Marek. 

Nadeszła pora odjazdu.

- Nic nie udało nam się dziś osiągnąć - mruknąłem zawiedziony, gdy koła pekaesu 

pożerały szosę wiodącą do Lublina.

- Nie co dzień bada się strychy opuszczonych siedzib ziemiańskich... - zauważyła. - 

Wprawdzie znaleźliśmy niewiele, ale przynajmniej tych parę drobiazgów kogoś ucieszy.

- A ja spotkałem starych przyjaciół - dodałem pogodnie. - Ciekawe, co porabiają nasi 

przeciwnicy. Nie lubię tracić ich z oczu.

- Ale Karen może szukać i po południu - zafrasowała się Malwina. - Może trzeba, gdy 

staniemy w Lublinie, spróbować raz jeszcze włamać się do systemu kontroli satelitarnej?

- Lepiej nie - zaprotestowałem. - Spróbujmy grać czysto.

Wysłałem SMS do Pawła. Odpowiedział niemal natychmiast. Dotarli już do miasta. 

Za oknem niebo zaciągnęły chmury. Mimo że była dopiero osiemnasta, zrobiło się mrocznie. 

Dłuższą   chwilę   wystukiwałem   instrukcje.   Spojrzałem   porozumiewawczo   na   Piotrka. 

Uśmiechnął się ze zrozumieniem.

- Panie Tomaszu - powiedział z ożywieniem. - Niech pan zobaczy. Listy jakiegoś 

Oxenstierny z lat międzywojennych dwudziestego wieku!

- Faktycznie - powiedziałem zdumiony. - Nawet jest nazwa wsi. Zrób z tego szybko 

ksero. Poczytamy na spokojnie na kwaterze.

background image

Piotrek   odbił   garść   zupełnie   przypadkowych   dokumentów.   Złożyłem   wydruk   i 

schowałem   do   kieszeni   marynarki.   Wyszliśmy   z   budynku   archiwum.   Nasz   cień   siedział 

znowu na ławce i gdy poszliśmy w stronę pałacyku, ruszył za nami.

Zakręciliśmy i weszliśmy na stare miasto. Paweł był już na miejscu, ale trzymał się od 

nas z daleka. Liczyłem na to, że tajemniczy nieznajomy zechce napaść na mnie i odebrać 

papiery siłą, a wówczas będziemy mieli szansę ująć go i sprawdzić, kim jest.

Plan był odrobinę ryzykowny, ale jak sądziłem wykonalny. Niestety, przeciwnik, choć 

szedł za mną, jakoś nie przejawiał ochoty, by nas napadać.

- Zakręćmy - zasugerował szeptem Piotrek. - Może boi się atakować na widoku?

Zeszliśmy   w   bok   na   placyk,   na   którym   niegdyś   stał   kościół   farny.   Miejsce   było 

idealnie odludne, otaczały nas pokryte liszajem mury domów. Jednak nawet takie ułatwienie 

nie sprowokowało szpiega do działania.

- Może faktycznie nie chce nam zaszkodzić, a tylko się nami opiekuje? - wyraziłem 

przypuszczenie.

W kieszeni zapikał mi telefon komórkowy. Paweł.

- Odszedł - poinformował mnie. - Powędrował w stronę zamku. Nie macie żadnego 

ogona.

Po chwili mój współpracownik i Malwina dołączyli do nas. Zbierało się na deszcz. 

Weszliśmy do pizzerii i zamówiliśmy spóźniony obiad, komentując wyniki poszukiwań.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

WIEŻA   W   STOŁPIU   •   DZIEJE   BRACI   POLSKICH   •   DWÓR   W   SIELCU   • 

UWIĘZIENIE • ROZMOWA Z FEMINISTKĄ • MUZEUM W KRASNYMSTAWIE • CO 

ZNALEZIONO NA ZAMKU • INFORMACJE Z PAMIĘTNIKA

Zabrzęczał budzik stojący na nocnej szafce. Otworzyłem oczy.  Siódma rano. Pora 

wstawać... Przeciągnąłem się, aż mi zaskrzypiały stawy. Pan Tomasz wstał już wcześniej, bo 

gdy wróciłem z łazienki, zaprosił mnie do swego pokoju na śniadanie.

- Jakie plany na dzisiaj? - zapytałem.

- Goń do warsztatu po samochód, pakuj pomocników i w drogę - zakomenderował. - 

Do Stołpia. Zobacz miejsce, gdzie parkowali wczoraj rano. Jaki zasięg ma twoja „pluskwa”?

- Około osiemnastu kilometrów.

- Znakomicie. Zorientujecie się, co robią. 

- A pan?

-   A   ja   sobie   pójdę   do   archiwum.   Poszukam   czegoś   na   temat   Orzechowskiego.   I 

przejrzę pamiętniki tego Kajetana Suwalskiego.

Zjadłem   śniadanie,   popiłem   zieloną   herbatą   i   ruszyłem   po   auto.   Gdy  dwadzieścia 

minut później podjechałem pod naszą kwaterę, Malwina z Piotrkiem już na mnie czekali.

- Dokąd dzisiaj? - zapytała dziewczyna.

- Do Stołpia - powiedziałem. - To na tyle blisko Krynicy, że będziemy mieli rywali w 

zasiągu sygnału „pluskwy”...

- O ile znowu nie powiesili jej na drzewie - zauważył Piotrek. 

Uśmiechnąłem się.

- No, to w drogę - Malwina usadowiła się w samochodzie. 

Ruszyłem szosą na Chełm. Mniej więcej po godzinie dotarliśmy do wioski. Kolejna 

ulicówka,   niskie   domki,   część   drewniana   pamiętająca   pewnie   okres   międzywojenny, 

pomiędzy nimi nowsze obrzydliwe klocki zabudowy z czasów współczesnych... Na wzgórzu 

tuż koło szosy wznosiła się dumnie ku niebu czworościenna wieża zbudowana z szarego 

łamanego kamienia, spojonego wapienną zaprawą. Zaparkowałem u jej stóp.

Po mocno pokrzywionych stopniach z płyt chodnikowych wdrapaliśmy się na szczyt 

wzgórza.

background image

- O rany - mruknęła Malwina z szacunkiem dotykając ściany - ile lat liczy sobie ta 

budowla?

-   Większość   przewodników   podaje   mylnie,   że   pochodzi   z   XIII   wieku   -   wyjaśnił 

Piotrek   -   ale   dokładne   badania   przeprowadzone   w   latach   osiemdziesiątych   XX   wieku 

wykazały, że jest przeszło dwieście lat starsza. Zbudowano ją w początkach XI wieku.

- Jest więc jedną z najstarszych budowli murowanych w naszym kraju - powiedziałem. 

- W dodatku przetrwała w stanie niemal niezmienionym;  nigdy jej nie przebudowano, co 

dodatkowo podnosi jej wartość... Wokoło rozciągał się gród - wyjaśniłem. - Wieża stanowiła 

refugium   -   ostatnie   miejsce   schronienia   mieszkańców   na   wypadek,   gdyby   wały   nie 

powstrzymały   najeźdźców.   Tu   także   przechowywano   zapasy   ziarna...   Zresztą   pierwotnie 

wejście znajdowało się dopiero na wysokości  drugiego piętra.  Prowadziły doń drewniane 

schody albo drabiny, które w razie najazdu po prostu niszczono...

- Na ostatniej kondygnacji znajdowała się kaplica, gdzie zapewne odprawiano msze 

dla mieszkańców grodu - uzupełnił Piotrek.

- No, to nie mogło być ich wielu - mruknęła Malwina. - Powierzchnia tego kościółka 

to nie więcej niż 25 metrów kwadratowych...

- Owszem - kiwnął głową. - Załoga stacjonująca w grodku musiała być nieliczna... Ale 

widocznie się mieścili.

-   A   może   msze   odprawiano   gdzieś   w   małej   drewnianej   kaplicy   u   stóp   wieży   - 

wysunąłem hipotezę. - A tylko szczególnie uroczyste dla wybrańców tam na górze? Obawiam 

się, że tego się nie dowiemy.

- Druga podobna wieża znajdowała się w Chełmie, a właściwie pod Chełmem, w 

miejscowości   Bieławin.   Dla   odmiany   była   wzniesiona   z   białego   kredowego   kamienia. 

Niemcy wysadzili ją w powietrze, gdyż była łatwym punktem orientacyjnym dla radzieckich 

samolotów.

- Ale właściwe po co komu był taki nieduży grodek z wieżą? - zainteresowała się 

Malwina.

- To zapewne stanica graniczna - wyjaśnił chłopiec. - Wchodziła w skład Grodów 

Czerwieńskich. Wiadomo, że przez Chełm przebiegał szlak handlowy z Lublina na Ruś... A 

tu były grody, które usiłowali podporządkować nasi władcy... Wieża w Stołpiu, Bieławin, 

Chełm,   dalej   na   północ   Sielec,   Wojsławice,   Nowy   Majdan,   Uchanie...   Wszędzie   tam   są 

znajdowane pozostałości grodów obronno-mieszkalnych. Pogranicze było niespokojne...

- Co więcej, na łąkach nad Bugiem opodal Hrubieszowa leży mała dziś miejscowość 

Czermno - uzupełniłem. - Obok niej pośród bagien wznosi się bardzo duże grodzisko. Sądząc 

background image

po zachowanej nazwie miejscowości przypuszcza się, że ta zapomniana przez Boga i ludzi 

wioska w X i XI wieku była legendarnym Czerwieńskiem - stolicą tej ziemi... Gdyby te mury 

mogły przemówić... - klepnąłem ścianę.

- Niejedno musiały widzieć - mruknął nasz młody przyjaciel.

Obeszliśmy wieżę i znaleźliśmy się przed wejściem. Niestety, zabezpieczała je solidna 

krata i równie solidna kłódka. Zajrzeliśmy ciekawie w ciemność. Grube mury pięły się w 

górę, do sufitu z ciężkich drewnianych belek. W jednym rogu było widać otwór prowadzący 

na wyższe kondygnacje. Zwróciłem uwagę na podłogę. Lekko się zapadła.

- Pod spodem są lochy? - zaciekawiła się dziewczynka.

- Nic mi na ten temat nie wiadomo - spojrzałem pytająco na Piotrka. 

Pokręcił głową.

- Ja też nie słyszałem, żeby było tu coś takiego. Ale oczywiście mogli wykuć tajny 

korytarz   na   wypadek,   gdyby   atakujący  zdobyli   też   wieżę.   Choć   sądzę   raczej,   że   tu   była 

studnia.   Jeśli   szykowali   się   do   przetrzymania   oblężenia,   musieli   mieć   ujęcie   wody   albo 

chociaż cysternę... A u stóp wieży jest źródełko... Możemy się napić wody...

Ruszyliśmy  ścieżką  w  stronę  łąk.   Faktycznie  z   wapiennego  osuwiska  biło   źródło. 

Włożyłem  dłoń do wody i drgnąłem zaskoczony.  Spodziewałem  się, że będzie lodowata, 

tymczasem miała co najmniej dwadzieścia stopni Celsjusza.

Piotrek widząc moją reakcję, uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Kiedyś to było ciepłe źródło - powiedział - ale od czasów drugiej wojny światowej 

stygnie coraz bardziej...

-   O,   nie   wiedziałem   -   mruknąłem.   -   Widocznie   wody   geotermalne,   wybijające   z 

głębokości kilkuset merów - rozważałem. - Gdzieś w głębi ziemi stygnie nieduże ognisko 

magmowe...

Napiliśmy się i ruszyliśmy do samochodu.

- Kim byli arianie? - zapytała Malwina. - W szkole powiedziano nam tylko tyle, że 

występowali przeciw poddaństwu chłopów...

Zobaczyłem, że Piotrek aż się pali, by popisać się swoją wiedzą. 

- Nazywano ich braćmi polskimi - powiedział. - Ten odłam reformacji powstał około 

1562 roku. Oderwali się od kalwinistów.

- Byli jacyś arianie u zarania chrześcijaństwa - zauważyła. - Sądziłam, że nasi...

-   Herezja   Ariusza   rozwijała   się   w   III   i   IV   wieku   naszej   ery   -   pospieszyłem   z 

wyjaśnieniami. - Była potężna, w pewnym momencie istniała nawet obawa, że zdominuje 

background image

chrześcijaństwo. Na szczęście ich fałszywa nauka upadła... Natomiast bracia polscy głosili 

podobne treści.

- Dlatego ich przeciwnicy nazwali ich tak samo - uzupełnił chłopiec - ale oni między 

sobą   nie   używali   określenia   „arianie”.   Uznawali   je   za   obraźliwe.   A   więc   ich   poglądy 

społeczne sprowadzały się do tego, że ludzie powinni okazywać sobie nawzajem miłość i 

szacunek.   Uważali   ubóstwo   za   cnotę,   domagali   się   zniesienia   poddaństwa   chłopów,   byli 

pacyfistami, głosili, że wojny prowadzą jedynie do zła, a ludzie nie powinni ze sobą walczyć. 

Nie obejmowali także żadnych urzędów, zwłaszcza sądowych, odwołując się do słów Biblii: 

„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

- Zaraz, zaraz - mruknęła Malwina - coś mi się tu nie zgadza. Czyli wojewoda Paweł 

Orzechowski   realizował   cnotę   ubóstwa,   budując   zamek   w   Krupem,   który   był,   zdaje   się, 

najwspanialszą   rezydencją   w   promieniu   stu   kilometrów,   uwolnienie   chłopów   realizował 

dokupując kolejne wioski, trzymając się z dala od obejmowania urzędów państwowych został 

wojewodą,   a   na   zakończenie   ubogiego,   cnotliwego   życia   wybudował   sobie   grobowiec 

górujący nad całą okolicą?!

-   No   cóż   -   powiedziałem   w   zadumie.   -   Widocznie   nie   do   końca   zgadzał   się   z 

zaleceniami swojej religii...

- Arianie położyli wielkie zasługi na polu krzewienia nauki - Piotrek podjął wykład. -

Założyli   cztery   duże   szkoły:   w   Pińczowie,   Lublinie,   Lewartowie   i   Rakowie,   sporządzili 

własny przekład Biblii, co wówczas było poważnym osiągnięciem, jako że w tym celu trzeba 

było znać biegle hebrajski, grecki i aramejski; wreszcie położyli zasługi w badaniach nad 

językiem polskim. To właśnie arianin Piotr Statorius-Stojeński napisał pierwszą gramatykę 

języka polskiego. Pozostawili też zbiory kazań i dzieła literackie...

- Chodzili z drewnianymi szablami - przypomniała sobie jego przyjaciółka.

- Owszem. Tak manifestowali swój stosunek do walki i służby wojskowej - wyjaśnił 

ochoczo.

- Jednak podczas potopu szwedzkiego poparli najeźdźców - dodałem. - I to poparli ich 

do tego stopnia, że po wyparciu wroga zdecydowano się z nimi rozprawić.

- Nie do końca wiemy, jak to było z tym poparciem - zastrzegł Piotrek. - Wiemy o tym 

głównie z pism ich przeciwników. Jednak w szeregach Szwedów odnotowano kilka nazwisk, 

powiedzmy,   szeroko   wówczas   znanych...   Szwedzi   byli   uczniami   Kalwina,   łączyły   ich   z 

arianami bardzo podobne poglądy teologiczne. Może i jakoś się dogadali... Skoro byli arianie, 

którzy ubóstwo realizowali poprzez budowę rezydencji, zapewne znaleźli się i tacy, którzy 

zamienili szable drewniane na stalowe, a dla dobra Ojczyzny chcieli ją oddać w niewolę... 

background image

Choć pewnie byli i tacy, którzy z bronią w ręku wystąpili przeciw wrogom. W 1658 roku 

sejm podjął uchwałę o banicji arian. Nakazano im przejść na katolicyzm albo opuścić kraj. 

Mienie niepokornych było konfiskowane...

- Wacław Potocki, znany siedemnastowieczny pisarz, poeta i publicysta, poświęcił 

temu   wydarzeniu   słynny   wiersz   „Kto   mocniejszy,   ten   lepszy”,   znany   także   pod   tytułem 

„Kaduki ariańskie” - uzupełniłem. - Nawiasem mówiąc, Potocki sam był arianinem, którego 

groźbą konfiskaty wiosek zmuszono do konwersji, czyli zmiany religii na katolicką...

- I tak po prostu zmienił religię? - zdziwiła się.

- Wielu arian uciekło do Holandii, gdzie założyli bardzo prężne ośrodki - powiedział 

Piotrek.   -   Wyjeżdżający   mogli   swoje   mienie   zostawić   pod   zarządem   plenipotentów   lub 

krewnych albo sprzedać... Widać jednak Potocki był tak przywiązany do swoich wiosek, że 

wolał wyrzec się swojej religii, niż je stracić lub choćby się z nimi rozstać...

- Ale tak to już czasami bywa. Co innego na ustach, co innego w sercu - zacytowałem 

przysłowie.

Wsiedliśmy do Rosynanta i uruchomiłem urządzenie lokalizujące „pluskwę”.

- Oj, niedobrze - mruknąłem, patrząc na przesuwającą się plamkę.

- Co się stało? - zapytał Piotrek. - Przecież ich widać?

- Widać - kiwnąłem głową - ale są na granicy zasięgu i zaraz nam znikną...

Rozłożyłem mapę i popatrzyłem na nią.

- Nie jadą do Chełma, tylko jakby bardziej na południowy wschód. Muszą być na 

szosie z Krupego przez Sienicę Różaną i Wierzchowiny albo jeszcze dalej na południu, na 

trasie Krasnystaw-Hrubieszów...

- Zniknęli - zauważyła Malwina.

- Wyjechali poza zasięg - mruknąłem. - Dobrze, że teraz próbowaliśmy ich namierzyć, 

a nie dziesięć minut później... W drogę. Spróbujemy ich złapać.

Przejechałem   przez   Chełm   i   skierowałem   się   na   północ,   w   stronę   krzyżówek 

wojsławickich.   Stąd   wybiega   szosa,   prowadząca   prosto   na   południe.   Wiedzie   ona   przez 

miasteczko Wojsławice, które kiedyś odwiedziłem z panem Tomaszem, do miasta Grabowiec 

i dalej aż do Zamościa.  Gdy tylko  wjechałem na drogę, światełko  na ekranie znowu się 

pojawiło.

- Mamy ich - stwierdziłem.

Droga była dobrze utrzymana, ale bardzo wąska. Co chwila mijaliśmy wioski, więc 

nie rozpędzałem samochodu. Przeciwnik zatrzymał się. Widocznie zaparkowali samochód i 

coś robili. Ale zbliżaliśmy się coraz bardziej. Wreszcie przed nami wyrosły zabudowania wsi 

background image

Sielec. Po prawej stronie drogi wysoki młyn, ozdobiony kilkumetrowej wysokości freskiem 

przedstawiającym psa Pluto. Po lewej mur i skupisko starych drzew.

- Opel - zauważyła Malwina.

Samochód   przeciwników   stał   w   cieniu   potężnych   kasztanów.   Zaparkowałem   po 

drugiej stronie szosy, na polnej drodze.

- Miejmy nadzieję, że tu nas nie wypatrzą - mruknąłem.

Wyjąłem   z   bagażnika   policyjną   blokadę   do  unieruchamiania   kół  samochodowych. 

Przemaszerowaliśmy przez szosę i założyłem urządzenie na tylne koło opla.

-To chyba ta eskalacja brutalności, o której mówił Pan Samochodzik - zgłosił swoje 

zastrzeżenia Piotrek.

- E - machnąłem ręką - to najłagodniejszy psikus spośród tych, które sobie nawzajem 

zrobiliśmy...

W murze widniała brama, zamknięta na łańcuch i spięta solidną kłodą, jednak część 

prętów była wygięta, więc bez przeszkód wślizgnęliśmy się do środka. Sądząc po śladach 

butów, nasi przeciwnicy przeszli tędy zupełnie niedawno. Rozejrzałem się wokoło. Przed 

nami   było   widać   kawał   muru   obronnego,   dalej   opuszczony   dwór,   za   nim,   za   drzewami, 

majaczyły  jakieś  budynki.  Stamtąd  dobiegały głosy mówiące  po szwedzku.  Wyróżniałem 

dźwięczny baryton Batury. Drzwi pałacu chwiały się, lekko uchylone.

- Wykorzystajmy, że są zajęci i zajrzyjmy - zaproponowałem.

Wślizgnęliśmy się do zupełnie ciemnej sieni.

- Gdzieś tu muszą być drzwi prowadzące w głąb - mruknąłem, zapalając zapalniczkę.

Wątły płomień wydobył z mroku twarz Karen Bark. W następnej sekundzie silny cios 

wybił mi zapalniczkę z dłoni. Upadła na podłogę i zgasła. Przyjąłem postawę obronną. Nagle 

w   ciemności   rozległy   się   trzy   dźwięki,   przypominające   otwieranie   butelki   z   oranżadą. 

Sekundę później, oszołomiony gazem, runąłem na podłogę.

Z   trudem   uchyliłem   powieki.   Leżałem,   starannie   skuty   kajdankami,   w   niedużym 

ceglanym pomieszczeniu. Skuto mi nadgarstki i kostki nóg, a obie pary kajdanek związano 

krótkim,   grubym   sznurkiem.   Piotrek   i   Malwina   doszli   już   do   siebie.   Ich   dla   odmiany 

związano, widocznie przeciwnicy nie mieli wystarczającej liczby kajdanek.

- Gdzie my jesteśmy? - zdumiałem się, patrząc na sufit sklepiony kolebkowo z dużych 

cegieł palcówek.

-Na zamku Sielec - powiedział Batura wchodząc przez otwarte drzwi.

-   Przecież   w   Sielcu   nie   ma   zamku   -   zaprotestowałem.   -   Jechaliśmy   przez   wieś, 

zauważylibyśmy...

background image

- Jest - zaprotestował Piotrek. - Tyle tylko, że została po nim jedna basteja... Dwór i 

otaczający go park wzniesiono na miejscu warowni.

Drzwi otworzyły się szerzej. Odpychając Baturę, weszła do środka Karen.

- Coś mi się zdaje, że za bardzo wchodzicie nam w drogę - warknęła po angielsku.

- To wolny kraj - odpowiedziałem. - Mam prawo... 

Kopnęła mnie od niechcenia w ramię.

- Zaraz wszyściutko nam wyśpiewasz - syknęła. 

Jerzy zrobił zbolałą minę.

- Jak tu trafiłeś? - zapytała.

- Dysponujemy zbliżonymi danymi - powiedziałem. - Namierzyliśmy ten dwór jako 

jedno z miejsc do sprawdzenia.

Kopnęła mnie leniwie w żołądek.

- Kłamiesz - warknęła. - Nie mogliście tu trafić nawet mając takie dane jak my.

- A to niby dlaczego? - zdumiałem się.

Na jej twarzy odmalowała się skrajna pogarda.

-   Aby   umiejętnie   powiązać   i   zinterpretować   fakty,   niezbędna   jest   inteligencja   - 

powiedziała.

Jerzy wymknął się chyłkiem.

- Co pani ma do zarzucenia mojej inteligencji? - zdumiałem się.

- Męskie myślenie jest mało analityczne. Tylko kobieta może połączyć  intuicję ze 

zdrowym rozsądkiem...

- Coś podobnego? - zdumiałem się.

- Lepiej jej nie denerwować - powiedziała po polsku Malwina. - To jakaś kompletna 

wariatka...

W drzwiach ponownie stanął Batura. Trzymał w ręce moją „pluskwę”.

Powiedział   dłuższe   zdanie   po   szwedzku,   ale   jego   sens   był   dla   mnie   zrozumiały. 

Informował wspólniczkę, że znowu oznakowaliśmy ich samochód.

-   Sam   widzisz   -   na   twarzy   Karen   odmalowała   się   głęboka   niechęć   -   bez   takich 

szpiegowskich sztuczek nigdy nie trafilibyście na nasz ślad.

- A właśnie, że wiemy - odezwał się Piotrek. Mówił po angielsku powoli, starannie 

dobierając słowa. - Wiemy, że ten zamek wzniósł starosta chełmski Mikołaj Uhrowiecki. I 

wiemy, co łączyło go z Orzechowskim.

Szwedka znieruchomiała, a na jej twarzy odmalowała się straszliwa nienawiść.

- Zdechniecie tu z głodu - warknęła. - Zabierzecie swoje tajemnice do grobu...

background image

- Nie wygłupiaj się - Jerzy skarcił ją ostro po angielsku. Widocznie chciał, żebyśmy 

też   zrozumieli.   -   Jeśli   włos   spadnie   im   z   głowy,   będziemy   mieli   przeciw   sobie   Pana 

Samochodzika. A z tym facetem lepiej nie zadzierać.

- A kto to jest ten cały Pan Samochodzik? - prychnęła jak rozwścieczona kotka.

- Najlepszy fachowiec w tym kraju - wyjaśnił. - Mózg ich operacji... 

Jego uwaga wywołała wyraźną złość Szwedki, bo walnęła go pięścią po plecach.

- Ostra babka - mruknął Piotrek z niejaką zgrozą.

Karen   wypchnęła   Jerzego   z   pomieszczenia   i   zatrzasnęła   drzwi.   Usłyszałem,   jak 

podpiera czymś klamkę, a potem jej kroki ucichły na korytarzu.

- Jaki jest związek pomiędzy Uhrowieckim a Orzechowskim? - zapytałem Piotrka.

Zaczerwienił się lekko.

- Nie mam pojęcia - wyznał. - Słyszałem tylko, że około 1588 roku zbudował tu 

zamek. Był starostą chełmskim, a Orzechowski wojewodą... Ponieważ epoka się zgadzała, 

zablefowałem...

- I chyba udało ci się trafić na dobry trop - powiedziała Malwina. - Ta Karen wyraźnie 

się wkurzyła...

- Poza związkami  służbowymi  Orzechowskiego i Uhrowieckiego  coś musi łączyć. 

Może niedola, o której wygadał się Jerzy? W takim razie musi być jeszcze ktoś, bo mówił o 

towarzyszach niedoli w liczbie mnogiej...

- Jakie kłopoty mogli mieć dwaj wysocy urzędnicy państwowi w tamtych czasach? - 

zastanawiała się Malwina.

- Coś, do czego potrzebowali pieniędzy - podsunął Piotrek. - Przecież Oxenstiernę 

więzili dla okupu...

- Tylko że oni mieli forsy jak lodu - zauważyłem. - Orzechowski wzniósł zamek w 

Krupem,   Uhrowiecki   tutaj...   A   budowa   zamku   nawet   wówczas   musiała   być   kosztowną 

inwestycją...

- Więc może się do tego stopnia spłukali, że popadli w długi? - podsunęła dziewczyna. 

- I jeszcze dodatkowo z kimś...

-   Trzej   bogaci   faceci,   nawet   jeśli   popadli   w   długi,   to   przecież   nie   na   długo   - 

zastanawiałem się głośno. - Mogli je spłacić, mieli przecież majątki przynoszące zapewne 

całkiem ładny dochód...

- Może potrzebowali pieniędzy pilnie. Długi karciane trzeba płacić zdaje się w ciągu 

48 godzin - zastanawiał się mój młody przyjaciel.

background image

-   To   nie   próbowaliby   wyciągnąć   forsy   od   Szwedów.   W   tamtej   epoce   list   do 

Sztokholmu   szedł   zapewne   miesiąc   w   jedną   stronę   -   łagodnie   przywróciłem   go   do 

rzeczywistości.

- Wspólna niedola - myślała Malwina. - Może Uhrowiecki też był arianinem?

- Nie - zaprotestowałem. - Z arianami rozprawiono się dopiero po potopie szwedzkim, 

czyli   przeszło   czterdzieści   lat   później...   W   naszym   kraju   tolerancja   religijna   była 

powszechna... Na pewno wiara nie była przyczyną ich tajemniczych problemów.

Usłyszałem czyjeś kroki za drzwiami. Jakaś dłoń szarpnęła za kłódkę. Usłyszałem 

dziwny dźwięk. Drzwi drgnęły, a rygiel został z nich po prostu wyrwany. W drzwiach stanął 

mężczyzna w masce. Jego brązowe oczy zlustrowały naszą gromadkę. Z kieszeni wyciągnął 

dentystyczny drucik do dłubania w zębach i po chwili rozpiął moje kajdanki.

- Dzięki - mruknąłem. 

Kiwnął obojętnie głową.

- Kim pan jest? - zapytała Malwina.

Przyłożył palec do ust i cofnął się w stronę drzwi. Zniknął niczym duch. Wybiegliśmy 

z bastei, ale nieznajomego nigdzie już nie było widać.

Przekradłem   się   w   stronę   dworu.   Zajrzałem   przez   okno.   W   niedużej   sali   nasza 

pogromczyni rzuciła na stół kilka zeszytów szkolnych. Najwyraźniej żądała od Batury, aby je 

przejrzał.

Parsknął śmiechem, co wywołało u niej kolejny atak furii. Cofnąłem się. Wyjąłem z 

kieszeni telefon komórkowy i wystukałem numer pana Tomasza.

- Halo, szefie?

- Witaj, mój drogi - usłyszałem w słuchawce głos Pana Samochodzika. - Co tam u was 

ciekawego?

- Znowu byliśmy przejściowo uwięzieni - powiedziałem. - Ale już się wydostaliśmy. 

Czy mógłby pan sprawdzić związki pomiędzy Orzechowskim a Uhrowieckim?

- Ba - westchnął pan Tomasz. - Szczerze mówiąc, niewiele mam informacji o samym 

Orzechowskim. Ale jeszcze poszukam.

- Czy w dziennikach Kajetana Suwalskiego były jakieś ciekawe tropy?

- I to jakie! - powiedział z dumą. - Przyjdziecie, to opowiem ze szczegółami.

Rozłączyłem się.

- Nie jest źle - mruknąłem.

Nasi przeciwnicy niebawem odeszli. Rozejrzeliśmy się po terenie parku. Piotrek miał 

rację. Zespół dworsko-folwarczny zbudowano na miejscu zamku. Dużo z niego nie zostało, 

background image

tylko   jedna   mocno   przebudowana   basteja,   w   której   byliśmy   uwięzieni.   Gdzieniegdzie 

szczegóły rzeźby podłoża pozwalały domyślać się zniwelowanych murów. Tu i ówdzie spod 

trawy prześwitywały czerwono cegły lub bielały bryły kredy, używanej przez budowniczych 

do wypełnienia ścian.

Podeszliśmy do pałacu. Był bardzo zapuszczony. W poszczególnych pomieszczeniach 

stały jeszcze ławki i wisiały tablice, wszystko jednak promieniało ponurą aurą opuszczenia.

- Czasy upadku - powiedziałem. - Póki była szkoła, jakoś się ten budynek trzymał. 

Szkołę zlikwidowano i chyli się ku ruinie, jak dwór w Krupem. Być może dawny właściciel 

przywróciłby świetność rodowemu gniazdu...

- A nie można zmusić jakoś władz gminnych, żeby się tym zajęły? - zapytał Piotrek.

- Właściwie nie ma w tej chwili odpowiednich rozwiązań prawnych - wyjaśniłem. - 

Szkoda... Złe prawo jest czasem gorsze od bezprawia.

Karen przegrzebała strych, ściągając na dół masę szpargałów. Jakieś stare dzienniki 

klasowe, zeszyty, podartą mapę, wszystko to, co nauczyciele uznali za niewarte zabrania. My 

też nic ciekawego nie znaleźliśmy.

- No cóż - powiedziałem - nie wiem, dokąd pojechali i obawiam się, że już się tego nie 

dowiemy. Ale proponuję wracać do Lublina trasą przez Krasnystaw.

- A dlaczego? - zaciekawiła się dziewczynka.

-A  ja wiem  -  odezwał  się  jej  przyjaciel.   - Wpadniemy  do tamtejszego   muzeum   i 

obejrzymy sobie ten kamień, znaleziony na zamku w Krupem.

- Słusznie - kiwnąłem głową. - W drogę.

Jerzy uwolnił opla od blokady, tnąc ją po prostu szlifierką kątową na kawałki. Nie 

było   sensu  ich  zbierać.   Nasz  samochód,   ukryty   za  szosą,  szczęśliwie   uniknął  tym  razem 

niszczycielskiej   pasji   naszych   przeciwników.   Wsiedliśmy   do   środka   i   ruszyliśmy, 

pozostawiając   za   sobą   wieś   Sielec   z   dworem,   stojącym   na   ruinach   zamku...   Czułem,   że 

dołożyliśmy jeszcze jeden mały kamyczek do naszej układanki. Ale nadal nic sensownego z 

tego nie wychodziło.

- Kim jest ten człowiek w masce? - zastanawiała się Malwina. - Już drugi raz ratuje 

nas z opresji...

- Nie mam pojęcia - powiedziałem. - Drażni mnie to. Zwłaszcza, iż nie mógł wiedzieć, 

że się tu pojawimy. Chyba że śledzi Karen i Baturę, a nas uwolnił niejako przy okazji.

- Kryje twarz pod maską - rozważała Malwina. - Może boi się, że go rozpoznamy?

- Nic nie mówi, jakby obawiał się, że rozpoznam jego głos - dodałem.

background image

Przemknęliśmy przez Wojsławice, potem minęliśmy dom przyjaciela pana Tomasza, u 

którego   kilka   lat   temu   oglądałem   szklaną   ampułkę   z   okruchem   drewna   Arki   Noego. 

Przemknęliśmy przez Bończę, której mały kościółek przebudowano z szesnastowiecznego 

zboru   protestanckiego.   Niebawem   dotarliśmy   do   Krasnegostawu.   Wyjąłem   ze   skrytki 

przewodnik i szybko znalazłem adres muzeum.

Zaparkowałem przed nim.

- Ale numer - mruknęła Malwina.

Wysiedliśmy. Stałem dokładnie w tym miejscu, gdzie kilka dni temu podziurawiłem 

opony opla.

- Oni wcale nie byli na obiedzie, tylko buszowali w muzeum - stwierdziła.

- Jeszcze nie wiadomo, czy to znaleźli... - mruknąłem. Weszliśmy do środka budynku. 

Muzeum było malutkie, zaledwie trzy salki ułożone w amfiladzie. Ale nie przybyliśmy tu, by 

podziwiać ekspozycje. Wydobyłem legitymację.

- Chciałbym zobaczyć dokumentację prac wykopaliskowych prowadzonych na zamku 

w Krupem w 1967 roku - powiedziałem do kobiety, siedzącej na krzesełku koło gablotek.

Kobieta wytrzeszczyła oczy.

- Proszę na zaplecze.

Zamknęła   drzwi   wejściowe   na   klucz.   Pokoik   pracowników   był   bardzo   ciasny. 

Siedliśmy   we   trójkę   przy   szerokim   stole   z   płyty   meblowej.   Kobieta   zanurkowała   do 

archiwum. Minęła cała wieczność, zanim wynurzyła się, dźwigając opasły skoroszyt, pokryty 

grubą   warstwą   kurzu.   Rozwiązałem   sznurki   i   wydobyłem   zawartość   teczek.   Plik   kartek 

zapisanych  na  maszynie   i spiętych   na  grzbiecie   zardzewiałym  spinaczem.   Dziennik  prac. 

Papier   pożółkł   ze   starości.   Otworzyłem   na   pierwszej   stronie.   Plan   zamku   z   dokładnym 

naniesieniem wykopów. Archeolodzy wykonali w sumie sześć niewielkich odkrywek.

- Czego szukamy? - mruknął Piotrek. - To znaczy, wiem czego, ale jak?

- Podzielimy się - powiedziałem. - Ty czytasz dziennik badań, ty dziennik wpisów - 

podsunąłem kolejny zeszyt Malwinie - a ja zajmę się inwentarzem znalezisk.

- Co to jest dziennik wpisów? - zdumiała się dziewczyna.

- To taka książeczka, do której wpisuje się najciekawsze znaleziska - wyjaśniłem.

Mijały   minuty.   Czytałem   po   kolei   pozycje   w   inwentarzu.   Był   wykonany   z 

pedantyczną dokładnością. Wpisano niemal każdą znalezioną skorupkę...

- Beznadzieja - mruknąłem i wygrzebałem ze skoroszytu pudełko z fotografiami.

Były   czarno-białe,   zacząłem   je   szybko   przeglądać.   Na   pierwszych   było   widać 

archeologów   przy  pracy,   usuwanie   krzaków,   plantowanie   terenu,   wyznaczanie   wykopów, 

background image

kopanie pierwszych sondaży. Było to bardzo ciekawe, ale nie o to mi chodziło. Od połowy 

zaczynały   się   wykonane   w   jakiejś   pracowni   fotografie   pozyskanych   zabytków.   Garnki   z 

gliny,   porcelanowe   i   fajansowe   skorupy,   podkowy,   gwoździe,   monety,   pojedynczy   złoty 

kolczyk, okucie od książki... Zorientowałem się, że fotografie zabytków poukładano w grupy, 

dzieląc według tego, z czego je wykonano. Wreszcie dotarłem do elementów kamiennych. 

Forma do lania kul, a raczej jej połówka, piaskowcowa osełka, ułamek kapitelu kolumny, 

kamienny   żłób,   koło   żarnowe,   kawałek   obudowy   pieca   lub   kominka,   resztki   kartusza   z 

herbem, który mógł być pierwotnie wmurowany nad wejściem i nagle fragment kamiennej 

płyty, ozdobiony wyrytym głęboko znakiem gwiazdy.

- Mamy go - powiedziałem. Odwróciłem fotografię na drugą stronę.

- Wykop numer trzy - powiedziałem.

Malwina szybko otworzyła dziennik na odpowiedniej stronie.

- To przy samej baszcie - powiedziała, pokazując na planie. 

- No, to czytaj - poleciłem, siadając wygodniej.

- Wtorek 12 lipca 1967 roku. Dokonano wytyczania  wykopu  sondażowego numer 

trzy. Położenie...

- Opuść - poleciłem. - Tylko konkrety.

- Pierwszego dnia usunięto warstwę zasypiskową o miąższości około 70 centymetrów, 

złożoną   z   białego   kamienia   i   ułomków   cegieł   palcówek   -   odczytała.   -   Wśród   zasypiska 

natrafiono   na   nieznaczną   liczbę   żelaznych   gwoździ   kowalskiej   roboty.   Środa   13   lipca. 

Usunięto warstwę zasypiskową złożoną z resztek przepalonej gliny.  Pozyskano 47 całych 

bądź nieznacznie uszkodzonych  kafli piecowych  oraz około 600 odłamków. Czwartek 14 

lipca. Poniżej warstwy pieca natrafiono na pogruchotaną posadzkę ceglaną, pokrytą cienką 

warstwą   węgli   drzewnych.   Prawdopodobnie   warstwa   ta   pochodzi   z   okresu   pożaru,   który 

strawił zamek w 1648 roku.

- Jesteśmy coraz bliżej - mruknąłem.

- Kierownik podjął decyzję  o rozebraniu podłogi. W szczelinie pomiędzy cegłami 

znaleziono półtorak Zygmunta III Wazy. Po usunięciu cegieł ukazała się warstwa zbitego 

gruzu zmieszanego z gliną, a poniżej półkoliste sklepienie ceglane murowane na krążynie.

- Co to jest krążyna? - zdziwił się Piotrek.

- Jak by to powiedzieć... - zamyśliłem się. - Wyobraź sobie, że musisz wymurować 

półkoliście sklepiony sufit. Więc najpierw robisz coś w rodzaju połowy rury z desek. To 

umieszczasz   w   korytarzu,   potem   oklejasz   cegłami   i   gdy   zaprawa   zwiąże,   wyciągasz 

drewniany szkielet spod spodu.

background image

- Sprytne - mruknął z uznaniem. 

Malwina podjęła czytanie.

- Po przebiciu się przez strop natrafiono na rozległy loch, długości około dwudziestu 

metrów,   szeroki   na   pięć   metrów   i   zakończony   oknem   wychodzącym   pierwotnie   na 

dziedziniec. Obecnie, na skutek podniesienia się poziomu ziemi, korytarz od tej strony jest 

niedostępny. Od drugiej strony wąskie przejście prowadziło zapewne do kolejnej podobnej 

sali, jednak na skutek zawalenia się jej stropu kończy się ślepo. Loch do połowy wysokości 

wypełniała ziemia, zapewne naniesiona częściowo przez okno, częściowo od drugiej strony 

na   skutek   jakiejś   powodzi.   Założono   wykop   dokładnie   poniżej   otworu,   na   przedłużeniu 

pionowym wykopu.

- Innymi słowy, kontynuowali kopanie swojej studni - mruknąłem.

- Po usunięciu namuliska natrafiono na podłogę wyłożoną płytami kamiennymi. Po jej 

usunięciu odnaleziono warstwę lessu, którą po wierceniach uznano za calec.

- Czyli warstwę nienaruszoną przez człowieka - wyjaśniłem.

- Na zakończenie prac wymontowano ze ściany koło okna kamień pokryty wyrytymi 

znakami, prawdopodobnie o znaczeniu heraldycznym.

- A fe jaki koszmarny naukowy żargon - skrzywiłem się. - Nasi dzielni archeolodzy 

wykopali dziurę jak stodoła i trafili na wysoką piwnicę, a raczej suterenę, skoro jej okno 

znajdowało się powyżej poziomu ziemi... A więc wiemy już wszystko.

-   W   dniu   następnym   po   rekonstrukcji   sklepienia   wykop   zasypano   -   powiedziała 

Malwina, zamykając zeszyt.

-   I   teraz   pójdziemy   do   zamku   i   śladem   archeologów   dokopiemy   się   do   lochu?   - 

zaciekawił się Piotrek.

- Ależ po co? - uśmiechnąłem się. - Byli tacy mili, że to, co najciekawsze, wydłubali 

ze ściany i zabrali ze sobą.

Poprosiłem o dostarczenie nam eksponatu A-30-3/28 - bo taki numer ewidencyjny 

nosił kawałek kamienia, który nas interesował. Zeszliśmy do piwnicy. Magazyn muzeum był 

niewielki,   dwa   pomieszczenia   po   kilkanaście   metrów   kwadratowych.   W   mdłym   świetle 

żarówki było widać drewniane stelaże, zastawione gęsto tekturowymi  pudłami. Z jednego 

szczerzyła  zęby ludzka czaszka, reszta była starannie zamknięta. Szukaliśmy przeszło pół 

godziny, oświetlając latarką wyblakłe karteczki z numerami, naklejone na kartony. Wreszcie, 

gdy już prawie traciłem nadzieję, Malwina wypatrzyła nasz.

background image

Wydobyliśmy   pudełko   z   magazynu   i   położyliśmy   je   na   stole.   Kobieta   przyniosła 

szmatkę, dzięki czemu mogliśmy zetrzeć przynajmniej część pajęczyn i grubą warstwę kurzu, 

którym było pokryte.

- Za pół godziny zamykamy - rzuciła i poszła do sal wystawowych. 

Uniosłem pokrywę. Tektura była lekko wilgotna, cuchnęła stęchlizną.

Pożółkła gazeta sprzed kilkudziesięciu lat. Odwinęliśmy ją ostrożnie. Papier rozłaził 

się w palcach. I oto naszym oczom ukazał się spory kawał kamienia.

- Coś w rodzaju bardzo kiepskiej jakości marmuru - mruknąłem. - Jeśli się nie mylę, 

widziałem podobne kamienie w Krynicy, koło wieży...

W twardej skale ktoś wyrył  gwiazdę - herb Oxenstiernów. Poniżej znajdowała się 

jeszcze data: „1607”.

- A więc dwa lata po ujęciu przez Kozaków nasz bohater trafił do lochów zamku w 

Krupem - powiedziałem. - O ile to oczywiście herb, a nie przypadkowe podobieństwo...

Sfotografowałem kamień.

-   Mógł   chociaż   wyryć   nazwisko   -   westchnął   Piotrek.   -   Mielibyśmy   wówczas 

pewność...

- To i tak bardzo dużo - powiedziałem. 

Kobieta stanęła w drzwiach. Wyglądała groźnie.

- Zamykamy - oświadczyła gromko. 

Podziękowaliśmy i opuściliśmy gościnne progi muzeum.

-   No,   to   do   Lublina   -   powiedziałem,   siadając   za   kierownicą.   -   Zobaczymy,   jakie 

rewelacje ma dla nas pan Tomasz...

Nim dotarliśmy do miasta, zrobiło się dość późno. 

Usiedliśmy w pokoju pana Tomasza. Na stole pojawiły się szklanki z herbatą.

- Czego się dowiedzieliście? - zapytał.

Zrelacjonowałem nasze przygody i wyniki poszukiwań w muzeum w Krasnymstawie. 

Szef słuchał w zadumie.

- Orzechowski i Uhrowiecki musieli  być  jakoś powiązani ze sobą - zakończyłem. 

-Łączyła ich jakaś wspólna tragedia...

- No to jest jeszcze jeden do kompletu - uśmiechnął się szef. - Mikołaj Daniłowicz.

- Co pan odkrył? - zapytał Piotrek.

- W 1600 roku hetman Jan Zamojski zorganizował wyprawę do ziemi wołoskiej, czyli, 

mówiąc po naszemu, Mołdawii. Chodziło o to, żeby osadzić w Suczawie polskich lenników. 

Wyprawa w zasadzie zakończyła się sukcesem, wyparto Turków z tej krainy, jednak dwa lata 

background image

później, gdy toczyliśmy wojnę o Inflanty, odbili oni te tereny... W każdym razie, w tymże 

1600 roku na wyprawę przeciw niewiernym wyruszyli trzej mieszkańcy ziemi chełmskiej: 

Paweł   Orzechowski,   Mikołaj   Uhrowiecki   i   ich   przyjaciel   z   Uchań,   Mikołaj   Daniłowicz. 

Wyprawa zakończyła się sukcesem, ale ci trzej mieli pecha. W 1602 roku oddział, w którym 

walczyli, został rozbity przez Turków, a oni dostali się do niewoli i powędrowali w kajdanach 

gdzieś nad Bosfor... Tak się akurat złożyło, że wszyscy trzej byli w tym momencie spłukani 

niemal do suchej nitki. Daniłowicz niedawno kupił Uchanie i zaczął remontować w nich 

zamek, wzniesiony jakieś sto lat wcześniej przez wcześniejszych właścicieli - Uchańskich. 

Orzechowski utopił swoje oszczędności w Krupem, a Uhrowiecki w budowę zamku w Sielcu.

- A po co były im pieniądze w niewoli? - zdziwiła się Malwina.

- Po to, żeby zapłacić Turkom okup i wracać do domu - wyjaśnił pan Tomasz. - Po to 

głównie brano w tamtych czasach jeńców. Turcy zwolnili Orzechowskiego, zaprzysiągłszy go 

uprzednio słowem honoru, że przyśle z Polski pieniądze na wykupienie przyjaciół, jak też 

oczywiście okup za siebie. Orzechowski nie był w stanie zdobyć takiej sumy: Zgromadził 

tylko część. Minęły trzy lata i w jego ręce wpadł Oxenstierna. A więc nasz miłujący pokój i 

wolność   arianin   zażądał   za   admirała   okupu,   aby   móc   zapłacić   okup   za   uwięzionych 

towarzyszy.

- A to ci dopiero... - mruknąłem.

- Niestety, trochę się przeliczył. Szwedzi zorientowawszy się, że ich człowiek żyje, 

wystosowali  notę dyplomatyczną  do króla polskiego, Zygmunta  III Wazy.  Król zarządził 

poszukiwania. Orzechowski, nie mając szans na uzyskanie okupu, zacisnął zęby, sprzedał 

sześć wiosek i wykupił przyjaciół z niewoli, a Oxenstiernę zapewne więził nadal. Tymczasem 

wybuchła   wojna   ze   Szwecją   i   sprawy   finansowe   należało   odłożyć   na   później,   gdyż,   jak 

możecie się zapewne domyślić, w czasie wojny poczta nie działała... W 1607 roku komisja 

królewska pod wodzą sędziego lubelskiego przeprowadziła szczegółową rewizję na zamku w 

Krupem w poszukiwaniu admirała.

- Czyli ktoś musiał zakapować Orzechowskiego - ucieszyłem się. 

Szef skrzywił się.

- Ktoś musiał napisać donos - poprawił mnie łagodnie. - Jednak komisja nie odnalazła 

więźnia. Przypuszczalnie nasz drogi wojewoda ukrył go u któregoś z kompanów.

-Na zamku w Sielcu albo w...

- W Uchaniach - uzupełnił Piotrek. - Czy Batura o tym wie? Chyba tak...

- Na pewno - mruknąłem. - Tylko dlaczego, zamiast siedzieć i czytać dokumenty w 

archiwach, jeździ i zwiedza zabytki?

background image

- Sądzę, że wypatruje jakichś śladów - powiedział szef. - Albo nie wie, jak się do tego 

zabrać   i   sądzi,   że   trafi   na   ślad,   penetrując   ruiny,   albo   też   dawno   już   ma   za   sobą   etap 

poszukiwań dokumentów, a teraz szuka na cmentarzach nagrobków potomków Oxenstierny.

-   Jerzy   nie   jest   taki   głupi   -   mruknąłem.   -   Sądzę,   że   warto   by   przejrzeć   księgi 

korzystających w archiwach. Może gdzieś się wpisał.

- Już to sprawdziłem - powiedział Pan Samochodzik. - W Lublinie nie ma żadnych 

śladów, ale to o niczym nie świadczy. Mógł zamówić kwerendę archiwalną u kogoś, kto się 

zawodowo tym zajmuje. W takim wypadku nie znajdziemy śladów.

- Pozostaje pytanie, co się stało z admirałem?  - powiedziałem. - Załóżmy,  że był 

więziony w Krupem, potem w Sielcu lub w Uchaniach... a potem co? Zmarł w lochach?

- Nie - uśmiechnął się szef, wyjmując odbitkę ksero. - Wcale nie zmarł. Posłuchajcie, 

co pisze Kajetan Suwalski, który przyłączył się do Szwedów... W początkach miesiąca marca 

Roku   Pańskiego   1656   wojska   nasze   wkroczyły   do   wsi   Krupę,   opodal   Szczekarzewa 

położonej.

- Szczekarzew? - zdziwiła się Malwina.

- To dawna nazwa Krasnegostawu - wyjaśnił Piotrek. - Ale w XVII wieku już od 

dawna jej nie używano...

- Na zamku broniła się silna polska załoga, jednak armia miłościwie nam panującego 

króla Gustawa opór ich po tygodniu oblężenia zmogła. Ogień z dział mury naruszył i szturm 

pozwolił zakończyć się sukcesem...

-   Rany   -   mruknąłem.   -   Służba   u   Szwedów   sprawiła,   że   ów   Kajetan   zapomniał 

poprawnej polszczyzny...

- Zamek wzięty został, ale łupy tylko niewielkie zdobyliśmy, jako że wiele ogniem 

dział naszych rzeczy spalonych zostało - przeczytał szef. - Uwaga, teraz będzie najciekawsze. 

- Wśród obrońców uwagę naszą zwrócił starzec lat dziewięćdziesięciu, dobrze po szwedzku 

mówiący.   Kapitan   nasz   Engelson   wypytywać   go  począł   i   historii   jego  dowiedział   się   ze 

szczegółami,   którą   ja   tu   dla   potomności   zanotować   pragnę.   Człek   to   w   latach   bardzo 

posunięty,  w roku 1605, a więc pół wieku przeszło temu, przez Kozaków na Bałtyku ze 

szwedzkiego okrętu był wzięty, a uwięzion w tych stronach za staraniem okupu, po latach 

kilku żonę pojął i już do Szwecji wracać nie zamierzał, przeciwnie, w prawach z polską 

szlachtą   zrównany   na   zamku   osiadł,   plenipotentem   panów   Orzechowskich,   a   potem   i 

Niemiryczów został. W wojnie naszej załogą polską przeciw nam dowodził. Atoli zmarł po 

trzech dniach z ran odniesionych. Syny jego dwa po lasach z okoliczną szlachtą ukryte ciężkie 

background image

nam w kwietniu straty zadali, toteż opuściliśmy te niegościnne ziemie, idąc na Chełm. Lubo 

niezadługo potem i krainę tę opuścić nam wypadło.

- Rany - mruknęła Malwina. - A więc Szwed stojący po stronie Jana Kazimierza bronił 

polskiego zamku przed swoimi rodakami...

- I jednym naszym rodakiem w służbie szwedzkiej - uzupełniłem. - Nie ma w tym nic 

dziwnego. Takie to były czasy. Wojny prowadzono w interesie dynastii panujących, a nie 

narodów...

- A więc Oxenstierna miał dwóch synów - mruknął Piotrek - walczących po lasach 

jako partyzanci z wrogiem... Może przedłużyli ród...

- Może - powiedział pan Tomasz. - Jutro zamierzam szukać dalej. Interesuje mnie 

jeszcze jeden problem: jak nasz admirał trafił w te strony. Nie mogę znaleźć bezpośredniego 

związku między Pilipem Semenowiczem a Orzechowskim,  bo to on chyba  jest głównym 

mózgiem   próby   wyduszenia   od   Szwedów   okupu...   No   i   nie   należy   też   zaniedbywać 

obserwacji naszych przeciwników. Dlatego ty i Malwina pojedziecie jutro do...

- Do Uchań - domyśliłem się.

-   Właśnie.   Chcę   sprawdzić,   czy   traficie   tam   na   naszych   konkurentów.   Mam 

przeczucie, że tak. A ja z Piotrkiem znowu pogrzebiemy w archiwach.

Dochodziła   dwudziesta   pierwsza.   Zakończyliśmy   naradę   i   odwiozłem   naszych 

młodych   przyjaciół   do   domów.   Wracając   uruchomiłem   noktowizor.   W   krzakach   opodal 

pałacyku mignęła mi sylwetka przyczajonego człowieka.

- Czekaj - pomyślałem - już ja cię załatwię...

Zaparkowałem   samochód   jak   gdyby   nigdy   nic   i   ruszyłem   w   stronę   wejścia.   Nie 

wszedłem jednak do środka. Obiegłem budynek dookoła i zeskoczyłem na skarpę opadającą 

w dół. Przeciwnik czaił się w krzakach niedaleko. Księżyc zaszedł szczęśliwie za chmurę. W 

ciemnościach prześlizgnąłem się przez otwartą przestrzeń. Zatrzymałem się przy kępie.

-   Dobranoc,   robaczku   -   usłyszałem   dosłownie   o   krok   od   siebie.   Odruchowo 

wyrzuciłem ręce do góry, by zamortyzować cios. Nie dla mnie jednak był przeznaczony. 

Usłyszałem głuche uderzenie i łomot padającego ciała.

- Zostań tam, gdzie jesteś - tym razem polecenie skierowane było do mnie.

Chwilę   potem   ktoś   stęknął   ciężko   i   usłyszałem   oddalające   się   kroki.   Wyjrzałem 

ostrożnie. W stronę muru oporowego zabezpieczającego ulicę kroczył mężczyzna w masce. 

Na ramieniu dźwigał nieprzytomnego typka w garniturze. Po chwili księżyc znowu zaszedł za 

chmurę i tylko z daleka dobiegł mnie dźwięk zapalanego silnika.

background image

W zadumie wracałem na kwaterę. Nasz tajemniczy sprzymierzeniec znał każdy nasz 

krok.   Wiedział   nawet,   że   jesteśmy   śledzeni...   I   właśnie   odczepił   nam   „ogona”.   W   jaką 

rozgrywkę daliśmy się wplątać?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

JEDZIEMY DO UCHAŃ • NAGROBKI W KOŚCIELE • OPUSZCZONY PAŁAC • 

ZAMCZYSKO • PRZYPADKOWE SPOTKANIE W CHEŁMIE • LIBRI CHAMORUM • 

NOWY TROP

Tego lipcowego poranka na szosie łączącej Krasnystaw z Uchaniami uświadomiłem 

sobie nieoczekiwanie, że ta część Wyżyny Lubelskiej, zwana Pagórkami Chełmskimi, jest 

znacznie ładniejsza niż zasnute mgłami, płaskie jak stół mazowieckie równiny, na których 

leży Warszawa.

Jechałem krętą szosą; po lewej i po prawej stronie pola wznosiły się łagodną falą 

coraz wyżej i wyżej, by w końcu zetknąć się z horyzontem. Zazwyczaj wysoko na wzgórzach 

rosły   lasy   lub   samotne   drzewa.   Wzdłuż   drogi   posadzono   szpalery   grubych   topoli.   Wsie 

wyglądały   na   zapuszczone,   tu   i   ówdzie   jednak   błyszczał   bielą   odnowiony   budynek. 

Widocznie   tak   jak   wszędzie   zdarzali   się   lepsi   i   gorsi   gospodarze.   Rozległe   przestrzenie, 

porośnięte pszenicą, pod wpływem ostrych promieni słońca wydzielały zapach niemożliwy do 

pomylenia z innym - woń słomy i dojrzewającego ziarna.

- Spichlerz Polski - odezwała się Malwina, która widocznie myślała o tym samym. - 

Od kiedy straciliśmy kresy, to są nasze najżyźniejsze tereny...

- To prawda - przyznałem. - Na polodowcowych lessach ładnie wszystko rośnie... I 

nasza szlachta  umiała to wykorzystać.  Cały XVI i XVII wiek to okres wielkiego boomu 

gospodarczego. Mimo licznych  wojen, import ziarna do Europy Zachodniej był podstawą 

naszej gospodarki - powiedziałem poważnie. - W skarbach monet z tamtego okresu znajduje 

się   bardzo   liczne   holenderskie   dukaty.   Na   ich   awersie   widnieje   postać   człowieka 

trzymającego pęk strzał...

- Dlaczego holenderskie? - zdziwiła się Malwina.

-  To   proste   -  wyjaśniłem.   -   W  tamtych   czasach   w   zasadzie   nie   było   problemu   z 

walutami narodowymi. W Polsce każdy kupiec bez mrugnięcia okiem przyjmował monety 

bite w Italii czy Szwecji, i bez problemu odważał towar według twojej ulubionej wagi, bo 

trzeba   ci   wiedzieć,   że   każdy   kraj,   a   czasem   nawet   każde   miasto   miało   własny   system 

wagowy...

- Holendrzy byli głównymi pośrednikami...

background image

- Tak. A więc pośród dziesiątków różnych walut europejskich, w tej części kontynentu 

najpopularniejsze   były   monety   holenderskie.   Stanowiły   coś   w   rodzaju   współczesnych 

dolarów czy też euro - były walutą, którą każdy chętnie akceptował w transakcjach.

- Przed chwilą mówił pan, że można było płacić dowolnymi pieniędzmi - zdziwiła się.

- Tak, ale kupcy na monety niektórych krajów patrzyli dość niechętnie i stosowali 

gorsze przeliczniki ich wartości. Na przykład uważając, że dukaty danego kraju mają niską 

zawartość złota, potrącali sobie po kilka groszy przy każdej transakcji.

- Rozumiem. Jeśli rozliczenia szły w tysiące dukatów, to straty mogły być spore...

- Owszem. Nasza szlachta zaraz po żniwach spławiała rzekami ogromne ilości ziarna 

do Gdańska. Tam przybywali zachodnioeuropejscy kupcy, by ładować je na statki. A Gdańsk 

na tym handlu bogacił się. We dworach nie brakowało srebrnych, a czasem i złotych zastaw 

stołowych. Sprowadzana z Chin, a potem z Niemiec porcelana nie należała do rzadkości. 

Bardzo bogato ozdabiano uprzęże, siodła obszywano szlachetnymi kamieniami.

- Guzy, czyli guziki, na które zapinano kontusze, też robiono ze złota i szlachetnych 

kamieni - dodała.

- Rękojeści szabel ozdabiano turkusami, bo to chroniło ponoć przed wykrwawieniem 

w razie zranienia... - przejąłem wykład. - W szlacheckich siedzibach wisiały obrazy włoskich 

mistrzów,   stały   zegary.   Dużo   wydawano   na   stroje,   poza   tym   nasza   szlachta   lubiła   sobie 

popić... Miody produkowano u nas, podobnie jak gorzałkę, ale szlachetniejsze odmiany wina 

sprowadzano   z   zagranicy.   Na   przykład   opisywany   szeroko   w   literaturze   węgrzyn   to   nic 

innego, jak węgierski tokaj, który transportowano z Siedmiogrodu do Polski na furmankach w 

beczkach... Dwa albo trzy tysiące  kilometrów  po ówczesnych  drogach pełnych  wybojów, 

przez lasy zamieszkane przez zbójców... Kupowano też konie najczystszej krwi. Z handlu 

ziarnem   dobrze   żyła   nawet   drobna   szlachta.   Bo   magnaci,   mający   majątki   na   Ukrainie, 

wielkości   setek   tysięcy   hektarów   żyznego   czarnoziemu,   gromadzili   gigantyczne   fortuny. 

Okres koniunktury miał też swoją ciemną stronę. Przez dwa stulecia rosła pańszczyzna. Ktoś 

musiał uprawiać coraz to nowe pola, wydzierane lasom i stepom... A przyrost naturalny na 

skutek   ciągłych   wojen   i   kilku   epidemii   był   wyjątkowo   niski.   Pod   koniec   XVII   stulecia 

wymiar pańszczyzny w niektórych majątkach doszedł do ośmiu dni w tygodniu.

Malwina ze zdumienia uniosła brwi.

- Jakim cudem? - zdziwiła się. - Przecież tydzień ma tylko siedem dni...

- Pańszczyznę liczono od gospodarstwa - wyjaśniłem. - Chłop szedł do pracy z żoną 

lub synem i problem był rozwiązany. Jeśli ktoś miał sporo podrośniętych dzieci, to mógł na 

pana pracować tylko dwa dni w tygodniu, a i tak wypełnił zobowiązanie... Poza tym, jeśli ktoś 

background image

był doświadczonym żniwiarzem albo przyszedł odrabiać jaz własnym koniem, to liczono mu 

za jeden dzień pracy półtora albo dwa dni. Można też było wykupić się od obowiązków 

wobec dworu.

- Jeśli się miało pieniądze - westchnęła. - Szlachta gromadziła fortuny, chłopi mieli z 

tym problemy... A co się z tym stało? Przecież te obrazy, meble, klejnoty, broń, powinny się 

zachować...

- Wojny - powiedziałem.  - Wielokrotnie  nasz  kraj  najeżdżali  rozmaici  zdobywcy. 

Szwedzi,   Niemcy,   Rosjanie,   Tatarzy,   Kozacy...   Naszych   skarbów   szukać   dziś   trzeba   w 

muzeach Moskwy, Stambułu, Sztokholmu... - przypomniałem sobie pałac królewski i wiszące 

na   ścianach   malowidła.   -   Wojny   ówczesne   nie   przypominały   wprawdzie   wojen 

dwudziestowiecznych,  kiedy to front,  przesuwając się,  zostawia po sobie  zgliszcza,  zryte 

pociskami artylerii. Ale luźne watahy grabieżców rabowały i podpalały, co tylko się dało. A 

raczej  czego nie dało  się zrabować. Ówczesne dwory,  a nawet i pałace,  były  najczęściej 

drewniane,   w   ogniu   przepadały   meble,   obrazy,   dokumenty...   W   XIX   wieku,   wraz   z 

upowszechnieniem się ziemniaków, w Europie Zachodniej oddaliło się widmo głodu. Granice 

po   rozbiorach   i   wysokie   cła   do   reszty   zniszczyły   koniunkturę   na   zboże.   Nasza   szlachta 

zaczęła żyć z zapasów po swoich przodkach. Potem wreszcie przyszedł wiek XX... Niemcy, 

bolszewicy,  wielokrotnie przemieszczający się front. A na zakończenie mrocznego okresu 

okupacji reforma rolna, dewastacja i rozproszenie wielu ciekawych kolekcji.

Przejechaliśmy przez Wojsławice. A zatem już niedaleko... Faktycznie, po kilkunastu 

minutach minęliśmy tablicę informującą, że dotarliśmy do celu naszej podróży.

-   Uchanie   -   powiedziałem.   -   A   teraz   zobaczmy,   czy   przypuszczenia   Pana 

Samochodzika były słuszne i czy nie mignie nam gdzieś samochód naszych przeciwników...

Na   wszelki   wypadek   zmieniłem   kolor   nadwozia.   Nie   miałem   większych   złudzeń, 

Batura znał już dobrze kolejne wcielenia Rosynanta, ale lepsze byle jakie zabezpieczenie niż 

żadne.

Minęliśmy   niewielki  skwerek,  zadrzewiony  i  ozdobiony  tajemniczo  wyglądającym 

monumentem.

- A cóż to takiego? - zapytałem.

- Pomnik wystawiony na pamiątkę walk partyzanckich - wyjaśniła Malwina studiująca 

właśnie przewodnik. - Okoliczne lasy były widownią wielu potyczek...

- Aha - mruknąłem. - Tu chyba był kiedyś rynek...

Objechałem skwer wąską uliczką. Ładne, nieduże domki, część wzniesiona z drewna, 

część murowana. Zapewne pamiętały czasy drugiej wojny światowej. Tu i ówdzie widok 

background image

szpeciły   znowu   betonowe   klocki   nowszej   zabudowy.   Zauważyłem   kamienną   rzeźbę   lwa, 

leżącą na schodkach przy jednym z domów. Znalazłem uliczkę prowadzącą gdzieś w górę, w 

stronę kościoła.

- Konkurencji ani śladu - mruknęła Malwina.

-   Mogli   być   tu   wcześniej   albo   przyjadą   później   -   wzruszyłem   ramionami.   -   My 

tymczasem rozejrzymy się odrobinę. Co tam jeszcze masz na temat tego miasteczka?

Kartkowała przez chwilę przewodnik.

- Uchanie były notowane już w dokumentach z XIII wieku - wyjaśniła. - Wtedy to 

była  wieś królewska. Niewykluczone, że w tym  miejscu znajdował się wcześniej jeden z 

Grodów Czerwieńskich... W 1505 roku założono tu parafię. Wtedy też zbudowano kościół i 

osadzono przy nim paulinów...

Zaparkowałem na placyku przed kościołem.

-   Klasztoru   jakoś   nie   widać   -   zauważyła   Malwina,   rozglądając   się   wokoło.   - 

Wprawdzie paulini opuścili to miejsce w 1549 roku, ale...

- To mógł być zupełnie mały klasztor - zauważyłem. - Paulini natychmiast kojarzą 

nam się z Jasną Górą, ale przecież często powstawały pustelnie i eremy dla zaledwie kilku 

zakonników...   Powiadasz,   że   parafia   pochodzi   z   1505   roku?   W   1502   roku   -   wytężyłem 

pamięć - te ziemie spustoszył najazd Tatarów... Parafia mogła istnieć już wcześniej, ale w trzy 

lata po zniszczeniach dźwignięto świątynię z ruin. Nadal była to wieś należąca do króla?

- Nie, w XVI wieku objęli ją Uchańscy - wyjaśniła. 

Zamyśliłem się.

- Ale nazwa Uchanie  jest  zapewne starsza  - zauważyłem  - więc  jak to się stało? 

Komuś nadano szlachectwo i nazwisko od nazwy wsi?

- Możliwe - mruknęła. - Albo jakaś gałąź innej rodziny szlacheckiej objęła wieś i 

zmieniła nazwisko... Jednak w czasach, w których więziono gdzieś w tych stronach naszego 

Szweda, wieś była w rękach Daniłowiczów... Uchańscy wymarli pod koniec XVI wieku.

Staliśmy przed kościołem podziwiając rzeźbiony portal i stare drzewa rosnące wokoło.

- Może wejdziemy? - dziewczyna, wyraźnie znudzona przestępowała z nogi na nogę.

Przekroczyliśmy   progi   świątyni.   Od   razu   można   było   poznać,   że   została 

przebudowana. Prezbiterium było gotyckie - mocne, grube, ciężkie mury, a reszta nosiła ślady 

siedemnastowiecznego stylu. W pustym, wysoko sklepionym wnętrzu niosło się echo naszych 

kroków. Zbliżyłem się do ołtarza i przez dłuższą chwilę podziwiałem w niemym zachwycie 

dwa nagrobki, ozdobione rzeźbami spoczywających rycerzy.

background image

- Piękne - powiedziałem. - Mamy tu groby Anrufa i Stanisława, ostatnich właścicieli 

wsi...

Pochyliłem się, by odczytać zatarte przez czas napisy.

-   No,   no   -   zauważyłem.   -   Anruf   był   wojewodą   płockim,   a   jego   syn   Stanisław 

kasztelanem rawskim...

- Może dostali te stanowiska za wybitne zasługi, a może po prostu uczęszczali do 

szkół   i   mieli   odpowiednie   wykształcenie   do   objęcia   tak   odpowiedzialnych   funkcji 

-zasugerowała. - Zmarli w 1590 i 1593 roku... - pochyliła się nad nagrobkami i odczytała 

daty. - I obaj młodo. W Lublinie szalała w tym okresie epidemia dżumy.

- Czarna śmierć spustoszyła nasze ziemie w 1570 roku, a potem tliła się, by wybuchać 

ponownie   w   1595,   1605,   1624   i   1654   roku...   W   1591   roku   Jan   Umiastowski   dokonał 

dokładnego   opisu   etiologii   choroby   i   wysunął   szereg   przypuszczeń   co   do   jej 

rozprzestrzenienia   się...   Wszystkie   zresztą   były   błędne   -   uśmiechnąłem   się   lekko.   - 

Jednocześnie jednak pojawiła się inna zaraza. Tak zwane poty angielskie. Szalały w Polsce 

właśnie w latach dziewięćdziesiątych XVI wieku.

- Co to były poty angielskie? - zaciekawiła się Malwina, zmierzając powoli w stronę 

wyjścia.

- Nie wiadomo - pospieszyłem z wyjaśnieniami. - To bardzo dziwna i tajemnicza 

zaraza.   Odnotowano   ją   tylko   raz,   w   tym   właśnie   okresie.   Pojawiła   się   w   Anglii,   w 

Niderlandach i w Polsce. Zresztą to nasi lekarze zapisali najwięcej obserwacji. Atakowała 

niemal wszystkich, była potwornie zaraźliwa. Zabijała całe wsie. Nikt zarażony nie wracał już 

do zdrowia. Najtwardsi umierali po pięciu dniach od wystąpienia objawów...

- Może ebola - podsunęła.

- Nie, ebola ma inny przebieg - zaprotestowałem. - To gorączka krwotoczna, łatwa do 

rozpoznania. Tymczasem odnotowano, że u zarażonych bardzo wzrastała temperatura ciała, 

dostawali zlewnych potów i umierali w malignie...

- To mogła być jakaś potwornie zjadliwa odmiana grypy - wysunęła przypuszczenie. - 

Znacznie ostrzejsza niż „hiszpanka”, która zabiła kilka milionów ludzi zaraz po pierwszej 

wojnie  światowej...  Albo  choroba  całkowicie  nieznana  naszej  współczesnej   nauce   -  oczy 

zabłysły jej.

- Tak czy inaczej, ci dwaj rycerze, nawet jeśli zmarli na podobnie egzotyczną zarazę, 

wyzionęli   ducha,   zanim   tę   wieś   przejął   członek   rodu   Daniłowiczów   -   uciąłem   nasze 

rozważania. - A właśnie. Gdzie mieszkali?

- I gdzie mogli trzymać więźnia? - zadumała się.

background image

- Na wzgórzu opodal kościoła znajdował się zamek - wyjaśniłem. - Zbudowali go 

Uchańscy w XVI wieku, a potem Daniłowicze rozbudowali w XVII stuleciu. Rozejrzyjmy 

się.

Zostawiliśmy samochód przed kościołem i powędrowaliśmy na piechotę pod górę. 

Zaraz   koło  drogi   natrafiliśmy  na   niedużą   drewnianą  kapliczkę.  Biło   spod  niej  niewielkie 

źródełko. Ugasiliśmy pragnienie i powędrowaliśmy dalej pod górę. Wzgórze zarastał dość 

gęsty las, ale niebawem po lewej stronie pojawiło się rozległe pole ziemniaczane.

- Ciekawe - mruknąłem, patrząc na drugą miedzę.

- Co takiego? - zaciekawiła się Malwina.

- Zwróć uwagę, rośnie tam długi, równy szpaler kasztanowców  - powiedziałem.  - 

Zostały niewątpliwie zasadzone ręką człowieka. Obejrzyjmy sobie to z bliska.

Przeszliśmy na przełaj przez pole, starając się nie deptać kartoflanych  krzaków. Z 

bliska   okazało   się,   że   to,   co   brałem   pierwotnie   za   krawędź   lasu,   w   rzeczywistości   jest 

pozostałością po pięknej alei, wysadzanej po obu stronach kasztanowcami. Konary drzew 

wisiały  nisko  nad   głowami.   Pod  nogami  poniewierały   się  kawałki   spróchniałych   gałęzi  i 

resztki zeszłorocznych łupin. W półmroku, pod rozłożystymi koronami, trawa była bardzo 

licha.

- Aleja - mruknąłem. - Ciekawe, dokąd nas zaprowadzi...

Ruszyliśmy naprzód, cały czas pod górę. Po kilkudziesięciu metrach nieoczekiwanie 

wyszliśmy na spory plac, zarośnięty trawą po pas. Pośrodku wznosił się okrągły kopczyk - 

zapewne stary klomb. Obok bielała bryła pałacu. Stanąłem przed budynkiem. Zachował się 

korpus główny i jedno skrzydło. Po drugim nie został nawet ślad. Widocznie rozebrano je 

dawno temu.

- Jeszcze jedna opuszczona ziemiańska siedziba - powiedziała Malwina z melancholią 

w głosie.

Nad wejściem łuszczyła się farba informująca, że w budynku mieścił się skup ziół, 

będący filią lubelskiego „Herbapolu”.

- Oho, byli tu - podniosłem z trawy pudełko po szwedzkich papierosach marki Blend.

Ruszyłem w stronę drzwi. Z bliska zauważyliśmy, że skobel został równo przecięty, 

przypuszczalnie szlifierką kątową.

- Co napisano na temat tego pałacu? - zapytałem.

- Nic tu nie ma. Zamek został zrujnowany w 1786 roku... Czyli pałac musiał być 

zbudowany w tym okresie. Albo na początku postawili tu dwór, aby w nim mieszkać, a potem 

background image

dopiero   murowaną   siedzibę   -   dodała   Malwina.   -   Ale   to   i   tak   za   późno   dla   naszych 

poszukiwań... Nasz Szwed spoczywał w grobie, gdy wznoszono te mury.

- Mogli tu żyć jacyś jego potomkowie. Jerzy uznał, że warto rozejrzeć się w środku...

- O ile to on się tu włamał - nasza przyjaciółka trąciła drzwi opuszkami palców. - 

Mogli to być równie dobrze miejscowi złodziejaszkowie.

- Nie zapominaj o pudełku po papierosach - ostudziłem ją. 

- I co z tego? Pewnie można kupić takie w co drugim kiosku. 

Pokręciłem głową.

- Palę tylko czasem fajeczkę - wyjaśniłem. - Więc nie interesuję się gatunkami petów, 

ale takie błękitne opakowanie rzuciłoby mi się w oczy...

-A   może   Batura   wcale   nie   chciał   włazić   do   środka,   ale   namówiła   go   do   tego 

chlebodawczyni - podsunęła. - Wchodzimy?

Przekroczyliśmy   spróchniały   próg.   Wyrwane   drzwi   sieni,   obłażące   tynki.   W 

pomieszczeniach   dawnej   pańskiej  rezydencji  poniewierały  się  resztki  wyposażenia  skupu. 

Zdezelowana   waga,   biurka   z   laminowanej   płyty   paździerzowej,   krzesła   z   siedzeniami   z 

profilowanej sklejki. Metalowe nogi zdążyły już kompletnie przerdzewieć. Kilka szaf typu 

kancelaryjnego odsłaniało swoje wnętrze. Na ziemi walały się formularze, strzępy papieru, 

księgi rachunkowe, bloczki zaświadczeń i kwity.

Dalsze pomieszczenia  były  zawalone  niedużymi  wiązkami  rumianku  i krwawnika. 

Myszy   od   lat   musiały   żywić   się   tym   specyficznym   pokarmem.   W   powietrzu   unosił   się 

charakterystyczny zapach ich odchodów...

- Nawet nie chciało im się tego wywieźć  - mruknęła Malwina. - To wygląda jak 

porzucony   okręt,   dryfujący   w   trójkącie   bermudzkim.   Załoga   opuściła   go,   a   wszystkie 

przedmioty pozostały na swoim miejscu...

Weszliśmy   na   piętro.   Tu   także   wszystkie   drzwi   bez   trudu   dały   się   otworzyć. 

Pomieszczenia   mieszkalne   dla   pracowników   prowadzących   skup.   Łóżka   z   zapadniętymi 

materacami, rozklekotane szafy. Wszystko, co mogło się jeszcze przydać, zabrano.

- Ani śladu dawnego wyposażenia - mruknąłem. - Zaglądniemy jeszcze na strych. 

Tam mogą być jakieś papiery po dawnych właścicielach...

Odszukałem klapę. Nie mieliśmy drabiny, ale znalazł się w miarę solidny stół, na nim 

ustawiliśmy krzesło i po tak chwiejnej piramidzie wywindowaliśmy się na górę. Klapa bez 

trudu dała się podnieść, zawiasy zaskrzypiały straszliwie, widocznie dawno nie były oliwione. 

Pomogłem dziewczynie wdrapać się na górę, a potem poszedłem w jej ślady. Zaświeciłem 

latarkę.

background image

Snop   światła   wyłowił   z   półmroku   rozległe   pomieszczenie.   Było   puste.   Podłogę 

wysypano grubą warstwą żużla, a do jednego ze słupków przybito tabliczkę.

-   Składowanie   wszelkich   przedmiotów   zabronione   pod   karą   administracyjną   - 

odczytałem czerwone litery. - Nic tu po nas... Chodź.

Wyszliśmy na zarośnięty dziedziniec. Zatrzasnąłem drzwi pałacu i zablokowałem je, 

jak umiałem.

- Wracamy do Lublina? - zapytała. Zamyśliłem się.

- Mówiłaś, że był tu zamek? - zagadnąłem. 

Kiwnęła głową.

- Był, ale nie wiem gdzie - westchnęła. - W przewodniku pisze tylko, że na wzgórzu 

za kościołem. A pagórków jest tu całkiem sporo...

- Znajdziemy - uśmiechnąłem się. - Z pewnością nie mógł być daleko.

Ruszyliśmy zarośniętą drogą na południowy zachód. Faktycznie, niebawem pojawiło 

się przed nami porośnięte lasem wzgórze. Pośród korzeni drzew poniewierały się kawałki 

starych cegieł. Rozsypywały się w palcach. Wspięliśmy się na szczyt. Z góry było widać, że 

spora   część   pagórka   została   ukształtowana   przez   człowieka.   Regularne   wały   i   wykopy 

układały się w bardzo zawiłą, ale jednocześnie logiczną całość.

Niestety,   wszelkie   relikty   budowli,   które   mogłyby   się   ewentualnie   zachować, 

spoczywały pod grubą warstwą ziemi.

Powędrowaliśmy do kościoła. Rosynant czekał na nas na placyku, najwyraźniej pod 

naszą nieobecność nikt go nie ruszał. Wsiedliśmy i ruszyłem naprzód.

- Jedziemy przez Chełm - zadecydowałem. - Będę musiał po drodze zatankować, a w 

tym celu potrzebuję pieniędzy z bankomatu.

- W Krasnymstawie pewnie mają bankomat - zauważyła.

-   Tak,   ale   w   Chełmie   wiem   dokładnie,   gdzie   jest,   a   tam   musiałbym   szukać   - 

wyjaśniłem.  -  Poza  tym   korci  mnie,  żeby wyskoczyć   do Krynicy  i  rzucić   okiem,  co  też 

porabiają nasi przeciwnicy.

W Wojsławicach zakręciliśmy na północ. Przemknęliśmy przez gęsty las, potem przez 

rozległą   dolinę,   kolejny   las   i   wieś   Sielec,   którą   niedawno   mieliśmy   okazję   zwiedzać... 

Wjechaliśmy   na   kolejne   wzgórze.   Nad   Chełmem   wznosił   się   gigantyczny   grzyb   dymu, 

wyrzucanego przez kominy cementowni. Słup bił w niebo i na wysokości około kilometra 

powoli rozkładał się na boki.

- Jak po wybuchu atomowym - mruknąłem.

background image

Wreszcie dojechaliśmy do miasta. Zaparkowałem koło dworca PKS-u. Wysiedliśmy z 

samochodu, aby rozprostować kości.

- O - zauważyła Malwina, - Zielony opel.

Faktycznie, po drugiej stronie ulicy parkował wóz przeciwników.

-   Świetnie   -   mruknąłem,   wyjmując   z   bagażnika   pudełko   z   „pluskwą”.   Zręcznie 

podczepiłem im ją od środka do zderzaka. - Teraz się nie wymkną...

- Chyba że znowu naszą „pluskwę” znajdą - zauważyła przytomnie. - A już dwa razy 

im się udało.

- Więc nie będą podejrzewali, że znowu im to zrobiłem - machnąłem ręką. - Sądzę, że 

trzeba się rozejrzeć, powinni gdzieś tu być...

Powędrowaliśmy   ulicą   do   góry.   Lustrowaliśmy   wzrokiem   ogródki   kawiarniane 

poustawiane na deptaku, nigdzie jednak nie widzieliśmy konkurentów. Odszukałem bankomat 

i pobrałem trochę gotówki, po czym poszliśmy w stronę samochodu.

- Są - szepnęła Malwina.

Pomiędzy  domami  otwierało  się wąskie  przejście  na ładnie  zadrzewiony skwerek. 

Koło parkanu, w głębi, stali Karen i Jerzy. Palili papierosy.

Cofnęliśmy się w górę ulicy, aby uniknąć dekonspiracji. Po chwili wynurzyli się z 

podwórza i powędrowali w stronę opla. Zagłębiliśmy się pomiędzy domy. Po obu stronach 

zadrzewionego skwerku stały dziwne drewniane budynki. Parterowe, raczej dość niskie, a za 

to długie.

- To mi przypomina koszary - zauważyła moja przyjaciółka.

- Sądząc po ozdobach przy okiennicach, rosyjskie sprzed pierwszej wojny światowej - 

uzupełniłem. - Czego mogli tu szukać?

W   budynkach   koszar   znajdowały   się   obecnie   prywatne   mieszkania.   Na   skwerku 

bawiły się dzieci. Tylko na ganku najbliżej ulicy wisiała tablica informująca, że wewnątrz 

można nabywać podręczniki szkolne w cenach hurtowych.

Wróciliśmy do wozu. Uruchomiłem namiernik „pluskwy”.

- Pojechali do Krynicy - mruknąłem, patrząc na odczyt. - Wracajmy...

Gdy przyjechaliśmy do Lublina, pan Tomasz jeszcze ciągle siedział w archiwum. W 

czytelni było pusto. Tylko przy jednym stoliku paliła się lampa. Szef i Piotrek przeglądali stos 

opasłych ksiąg oprawionych w skórę. Na mój widok Pan Samochodzik ucieszył się wyraźnie.

-   Księgi   parafialne   Krupego,   Rejowca   i   Krasnegostawu   -   wyjaśnił,   wskazując 

materiały.

background image

-   Ale   przecież   już   je   pan   sprawdzał?   -   zdziwiłem   się.   -   I   wtedy   nigdzie   nie 

odnotowano nazwiska Oxenstierna.

Uśmiechnął się lekko.

- Jasne, że nie - powiedział.  - Bo też i nie zachowały się tak stare zapiski... Ale 

sięgnąłem do tego - klepnął opasły tomik.

- „Libri generationis plebeanorum” - odczytałem. - Cóż to takiego? „Księgi potomków 

włościańskich”? Bo tak to chyba trzeba przetłumaczyć...

- Coś w tym guście - wyjaśnił. - Widzisz, w XVIII wieku liczba ludzi podszywających 

się pod szlachtę była tak znaczna, że postanowiono zrobić z tym  porządek... Spisano ich 

wszystkich, swoją drogą wymagało to nielichej pracy i zaangażowania rozległej agentury. 

Zaocznie skazano ich wszystkich na konfiskatę mienia, a to wydawnictwo miało posłużyć za 

coś   w   rodzaju   zbioru   listów   gończych...   Popularnie   nazywano   tę   książeczkę   „Libri 

chamorum” - czyli „Księgą chamów”. A teraz posłuchajcie, co tu piszą - otworzył dziełko. - 

Maciej Oksiewicz, dworu w  Krupem plenipotent,  ze szwedzkiego  rodu Oxenstiernów  się 

wywodzący,  szlachcicem się mieni, choć praw do herbu nie potwierdził, a nazwisko sam 

sobie takie przyjął.

- A niech mnie - mruknąłem. - Teraz pytanie, czy Batura o tym wie...

- Och, sądzę, że tak, to dość powszechnie dostępne wydawnictwo. A ostatnio wydano 

jeszcze reprint... Oksiewicze już w Krupem nie mieszkają, ale on najwyraźniej sądzi, że mogli 

związać się z rodem miejscowych szlachciców i nadal pracować jako zarządcy w którymś z 

okolicznych majątków. Stąd taktyka Batury, której początkowo nie rozumieliśmy. Jeździ po 

okolicy Chełma i na cmentarzach szuka nagrobków z tym nazwiskiem...

- Powinien raczej spytać w urzędzie gminy.

- To raczej wykluczone. Ustawa o ochronie danych osobowych... sami mieliśmy z tym 

problemy - przypomniał.

- To w sklepie monopolowym... - nie ustępowałem.

- Wiesz, jak to jest w takich małych wsiach. Jeśli pojawi się obcy i o coś pyta, to 

należy mu podać odpowiedź błędną albo wymijającą. Ludzie mają tam instynkt, że jeśli ktoś 

obcy wypytuje, to wróży kłopoty... Co dzisiaj zdziałaliście?

Streściłem wyniki wyprawy do Uchań. 

Pan Tomasz pokiwał głową.

- Może i tam też buszowali, choć to dość daleko...

-   Warto   by   chyba   przejrzeć   księgi   parafialne   Uchań   i   sprawdzić,   czy   gdzieś   nie 

natrafimy na jakiegoś Oksiewicza - powiedziałem w zadumie.

background image

Uśmiechnął się.

- Zrobię to. Niestety, są luki - dodał poważnie. - Brakuje niekiedy kilku - kilkunastu 

roczników.

Spod   stosu   wyciągnął   kartę   kancelaryjnego   papieru,   na   której   rozrysował   drzewo 

genealogiczne potomków szwedzkiego rodu.

-   Wygląda   raczej   na   palmę   -   powiedziałem.   -   Najczęściej   mieli   tylko   jednego 

potomka.

- Słaba linia genetyczna - zawyrokował. - Tak czy inaczej, dojechaliśmy z tym do lat 

międzywojennych. Wtedy żyli dwaj Oksiewicze - w 1938 roku Marek Oksiewicz ochrzcił 

syna   Pawła   w   Krasnymstawie   -   otworzył   odpowiednią   księgę   na   właściwej   stronie.   - 

Zanotowano tu, że tenże Marek był zawodowym wojskowym i stacjonował w Chełmie. Jeśli 

żyje, ma około 85-90 lat...

- A jego syn około sześćdziesiątki - uzupełnił milczący dotąd Piotrek. - Możliwe, że są 

też wnuki i prawnuki...

- Widzę, że odwaliliście kawał roboty - powiedziałem z podziwem.

- Szczęśliwy traf - szef uśmiechnął się. - Ale faktycznie jesteśmy chyba już coraz 

bliżej...

- Nasi przeciwnicy mogą być jeszcze bliżej... - westchnął Piotrek.

- Właśnie. Ale nie martwmy się tym. Wykiwamy ich - w głosie szefa brzmiała żelazna 

pewność. - Popatrz na to - stuknął palcem w inne miejsce strony - świadkiem ślubu był stryj 

Marka, Anzelm Oksiewicz, były kierownik poczty konnej w Krasnymstawie.

- Batura wie o Marku Oksiewiczu.

- Skąd to przypuszczenie? Mówisz, jakbyś wiedział...

- Widzi pan, gdy wracaliśmy z Uchań... - streściłem mu, jak zauważyliśmy samochód 

Szwedki koło budynków koszar.

- Może to przypadkowa zbieżność, a może masz rację - sięgnął na półkę księgozbioru 

podręcznego i wyciągnąwszy tom katalogu archiwów polskich, zaczął szukać.

-   Archiwalia   wojskowe   Chełma   z   tego   okresu   są   bardzo   bogate   -   powiedział.   - 

Przeszło osiemset woluminów... Ale nie wykluczam, że trzeba będzie je przeszukać.

Oddał dyżurnemu archiwiście materiały. Nasi pomocnicy polecieli do domu na obiad, 

a my ruszyliśmy na kwaterę. Nasz „cień” siedział jak gdyby nigdy nic na ławce. Wyglądał na 

odrobinę poturbowanego, ale widocznie człowiek w masce nie zrobił mu krzywdy. Byłem 

ciekaw, co łączyło tych dwu.

- Nie zwracajmy uwagi - powiedział szef. - Jest niegroźny.

background image

- Skąd pan wie? - zdumiałem się. 

Podał mi kartkę.

- Ktoś zostawił ją w archiwum dla mnie - wyjaśnił. - Brunet z brązowymi oczyma...

- Facet w masce? - domyśliłem się.

- Możliwe. 

Rozprostowałem papier.

- Nie martwcie się tym, który chodzi za wami. Chce tylko trochę zarobić. Niegroźny - 

odczytałem. - Ciekawe, żadnego podpisu...

- Ktoś nam pomaga... - zauważył szef pogodnie.

-   Od   przyjaciół   Boże   chroń,   z   wrogami   sobie   poradzę   -   zacytowałem   kardynała 

Richelieu.

- Na razie jedźmy na kwaterę. Pobawimy się Internetem - zadysponował.

Pan Tomasz zakrzątnął się i zrobił mocnej herbaty, a ja podłączyłem laptopa do sieci 

telefonicznej. Po chwili uzyskałem połączenie.

- Co sprawdzać? - zapytałem.

- Ściągnij listę abonentów telefonicznych z Chełma - polecił.

Szukałem długo.

-   Niestety,   to   widocznie   poufne   dane,   dostęp   wymaga   bowiem   podania   hasła   - 

powiedziałem zniechęcony.

- Wpisz cztery jedynki - polecił. 

Wstukałem kod i, o dziwo, system otworzył się.

- Szefie, jest pan geniuszem! - wykrzyknąłem w uniesieniu.

- Gdzie tam, słyszałem tylko, że takie jest ustawienie standardowe, gdy się instaluje 

systemy   komputerowe,   a   potem   pracownicy   mają   obowiązek   wprowadzić   własne   kody 

zabezpieczeń, ale w 70% przypadków o tym zapominają... Masz jakichś Oksiewiczów?

- Niestety, nie - spochmurniałem.

- Sprawdź nazwiska podobne - Oksewicz, Oksiewycz... mogli wpisać z błędem.

- Niestety - pokręciłem przecząco głową.

- Dobra. Sprawdź jeszcze okolice...

- Zakład TP SA w Chełmie obejmuje całe dawne województwo - wyjaśniłem.

- To sprawdzajmy Lublin, a potem Zamość. 

Wykonałem posłusznie jego polecenie.

- Bez rezultatu - zameldowałem. 

- Trudno, rozłącz...

background image

Wylogowałem się z systemu. Pan Tomasz popijał herbatę.

- Jutro raniutko trzeba udać się do biblioteki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej - 

zadysponował. - Tam zajrzymy do katalogu nazwisk używanych w Polsce i sprawdzimy, w 

jakim   dawnym   województwie   notowano   Oksiewiczów.   Przecież   mogli   się   przenieść   do 

Warszawy albo na przykład na Ziemie Odzyskane... Jeśli tyko pozostali w kraju, odnajdziemy 

ich...

- Warto by podjechać do Krasnegostawu i zobaczyć, czy w muzeum nie mają jakichś 

materiałów na temat tej poczty konnej - powiedziałem. - Anzelm Oksiewicz, były kierownik, 

był na chrzcie swojego ciotecznego wnuka... A może sam miał synów lub wnuki?

- To prawda - mruknął szef. - Poczta konna...

- Może coś w rodzaju poczty kurierskiej - zauważyłem. - Albo tak się nazywał po 

prostu urząd pocztowy. Listy w XIX wieku przewożono zapewne wyłącznie końmi.

- Dobrze. Ale najpierw katalog nazwisk.

Zaraz po kolacji poszliśmy spać.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

KILKA   MOŻLIWOŚCI   •   PONOWNA   WIZYTA   W   KRASNYMSTAWIE   • 

POCZTA KONNA • STARCIE Z KAREN • WIECZORNA PRELEKCJA

Godzina dziewiąta w bibliotece uniwersyteckiej to senna pora, gdy obsługa już trwa 

na stanowiskach, ale studenci jeszcze nie zdołali zmobilizować się do pracy. Zwłaszcza jeśli 

są wakacje...

Katalog nazwisk używanych w Polsce to fascynująca publikacja. W sześciu tomach 

zapisano   wszystkie   nazwiska   odnotowane   na   terenie   kraju.   Przy   każdym   podano,   ilu 

obywateli Polski je nosi, a dodatkowo, w jakich województwach zamieszkują... Nazwiska są 

różne. Nowaków, Malinowskich, Kowalskich notuje się dziesiątki tysięcy, bywają jednak i 

takie, których właścicieli można policzyć na palcach jednej ręki. Przy niektórych widnieje 

„O” - oznacza, że dawniej, podczas spisów powszechnych odnotowano ludzi, którzy się tak 

nazywali, ale w 1993 roku już ich nie było...

Oksiewiczów nie było. Ani jednego. W ogóle nie było tego nazwiska.

- To oznacza - powiedział w zadumie Pan Samochodzik - że rodzina ta po mieczu 

wygasła w czasie drugiej wojny światowej albo nieco później, w każdym razie przed spisem 

powszechnym w 1947 roku...

- Po mieczu - mruknąłem. - A po kądzieli?

- Trzeba będzie sprawdzić - powiedział Pan Samochodzik. - Sądzę, że natrafimy na 

jakichś potomków płci pięknej... W Chełmie lub w Krasnymstawie...

- Krasnystaw...

-   Tak,   Pawle.   Weźmiesz   naszą   ekipę   i   pojedziesz   zbadać   ten   trop   z   Anzelmem, 

kierownikiem   poczty konnej. Na  miejscu  zajdziesz  do  kancelarii  parafialnej   i  sprawdzisz 

księgi...

- Zaraz, przecież pan miał w archiwum...

- Księga z czasów pierwszej wojny światowej i wcześniejsze nie zachowały się. Ta, w 

której odnotowano chrzest, była z lat międzywojennych. Nie wiem, czy mają księgę z czasów 

okupacji, ale powojenne na pewno są w parafii...

- Rozumiem.

background image

- A ja tymczasem przeglądnę sobie archiwa wojskowe z Chełma. Przypuszczam, że 

coś  tam  znajdę...  Aha,  jeszcze  jedno. W  którym  miejscu  był   ten  budynek,   który  oglądał 

Batura?

- Na ulicy Lwowskiej, niemal naprzeciw dworca PKS-u... Wyglądał na koszary, chyba 

jeszcze armii carskiej...

- Lwowska - zapisał sobie na kartce. - Jeśli ustalę, o który pułk chodzi, łatwiej będzie 

szukać...

Opuściliśmy   gościnne   progi   biblioteki.   Odwiozłem   szefa   do   archiwum,   a   sam 

wpadłem   na   moment   do  domu   kultury.   Piotrek   i   Malwina   czekali   na   schodkach.   „Cień” 

siedział opodal i przyglądał się im bezczelnie.

- Naprzód, poszukiwacze przygód, czekają nas wielkie czyny! - zakrzyknąłem wesoło.

- Co będziemy dzisiaj badać? - zainteresowała się Malwina.

- Krasnystaw - wyjaśniłem. - Byliśmy tam już parę razy, ale właściwie, pomijając 

wizytę w muzeum, tylko przejazdem...

Załadowaliśmy się do samochodu i pomknęliśmy szosą na południowy wschód.

- Co możesz nam powiedzieć o tym miasteczku? - zapytałem Piotrka.

- Krasnystaw dawniej nazywał się Szczekarzew - wyjaśnił ochoczo. - Wzmiankowany 

po raz pierwszy w 1219 roku, ale już wcześniej istniał tu gród prawdopodobnie plemienia 

Lędzian, jeden z najdalej na zachód wysuniętych Grodów Czerwieńskich... Kazimierz Wielki 

nakazał wzniesienie w miejscu dawnego grodu warownego zamku. Niestety, nie zachowały 

się po nim żadne ślady... Po śmierci władcy tereny te zajęli na jakiś czas Litwini, potem 

wyparli   ich   Węgrzy,   których   usunęła   królowa   Jadwiga.   Za   czasów   Władysława   Jagiełły 

miejscowość   uzyskała   prawa   miejskie.   Rozwijała   się   szybko,   ale   w   1490   roku   spalili   ją 

Tatarzy. Dziewięć lat później, gdy tylko dźwignęła się ze zniszczeń, pojawili się znowu i 

ponownie   ją   spalili...   Za   Aleksandra   Jagiellończyka   zdecydowano   się   więc   rozbudować 

zamek, a miejscowość solidnie obwarować. Usypano też tamę na Wieprzu, tworząc rozległy 

staw, od którego miasto z czasem przyjęło nazwę. Spiętrzenie wody pozwoliło zasilić fosy, 

które  otaczały  podwójny pierścień  wałów....  Obecnie   po  stawie  nie   ma  śladu,   ale   nazwa 

pozostała...   Miasto   rozwijało   się   pomyślnie,   zresztą   nic   dziwnego,   leżało   na   szlaku 

handlowym  wiodącym  z Lublina na Ruś... Znajdowała się w nim nawet przez czas jakiś 

siedziba biskupów chełmskich.

- A w czasach, gdy w Krupem więziono Oxenstiernę? - zaciekawiła się Malwina.

- W XVII wieku miasto podupadło i wyludniło się - wyjaśnił Piotrek. - Spustoszyły je 

pożary i dwie epidemie dżumy. W XVIII stuleciu znowu trochę odżyło, ale nigdy już nie 

background image

odzyskało dawnej świetności... W czasie powstania styczniowego działała tu silna komórka 

stronnictwa „czerwonych”...

-   We   wrześniu   1939   roku   w   okolicy   toczyły   się   ciężkie   walki   z   Niemcami   - 

uzupełniłem.   -   Najeźdźcy   ponieśli   bardzo   poważne   straty,   co   jednak   tylko   nieznacznie 

opóźniło ich pochód... A w czasie wojny w okolicach miasta, jak i na całej Lubelszczyźnie, 

działali partyzanci... Nawiasem mówiąc, działali także po wojnie. W tych stronach walczyły z 

komunistami   oddziały   „Bila”,   „Jastrzębia”,   „Mata”,   „Uskoka”,   „Młota”...   W   1946   roku, 

podczas zabawy sylwestrowej, zorganizowano słynną akcję zbrojną - partyzanci zaatakowali 

budynek   urzędu   miejskiego,   gdzie   bawili   się   liczni   funkcjonariusze   UB,   milicjanci, 

członkowie   nomenklatury   i   zaproszeni   radzieccy   oficerowie.   Do   sali   wrzucono   kilka 

granatów... W 1947 roku partyzantka została w zasadzie rozbita, ale jeszcze na początku lat 

pięćdziesiątych   wyłapywano   po   lasach   niedobitki...   Warto   też   wiedzieć,   że   kilkadziesiąt 

kilometrów   stąd,   w   pobliżu   miejscowości   Piaski,   zginął   ostatni   partyzant   WiN-u,   Józef 

Fronczak pseudonim „Lulaś”...

- Ile czasu się ukrywał? - zainteresowała się Malwina.

- Poległ w potyczce z batalionem KBW wiosną 1963... - wyjaśniłem.

- Osiemnaście lat po wojnie - mruknął Piotrek.

-   Czy   te   okolice   wydały   innych,   podobnie   zasłużonych   ludzi?   -   zaciekawiła   się 

Malwina.

- W zasadzie nie - odpowiedział jej przyjaciel. -Ale w Krasnymstawie służył w wojsku 

Aleksander Fredro.

- Warto też wspomnieć słynnego spiskowca Waleriana Łukasińskiego - dodałem. - 

Służył tu kilka lat.

Dojechaliśmy do miasteczka. Wykręciłem na rynku i zaparkowałem koło muzeum. 

Uruchomiłem namiernik sygnałów „pluskwy”. Samochód Szwedki znajdował się gdzieś na 

północnym wschodzie, w odległości około dwunastu kilometrów. Zapewne w Krynicy...

Weszliśmy do muzeum. Tym razem mieliśmy trochę szczęścia: zastaliśmy kustosza 

zbiorów...

-   Jan   Misztalski   -   przedstawił   się,   a   usłyszawszy,   że   jestem   pomocnikiem   Pana 

Samochodzika, cały rozpłynął się w uśmiechach. Przedstawiłem moich współpracowników.

- Czym mogę służyć? - zapytał po prezentacji.

- Poszukujemy wszelkich materiałów dotyczących Anzelma Oksiewicza i członków 

jego rodziny - wyjaśniłem poważnie.

background image

- Nazwisko nie jest mi obce - mruknął. - Zaraz, gdzie to ja je słyszałem - zmarszczył 

czoło. - Ach tak, był kierownikiem poczty konnej...

Powiódł nas na zaplecze. Z regału wyjął opasłą księgę, a spomiędzy jej kart pomięty 

dyplom.

-   Anzelmowi   Oksiewiczowi   w   dowód   uznania   za   nienaganną   pięćdziesięcioletnią 

służbę - odczytałem. - Józef Piłsudski, 1929.

- Skąd to pochodzi? - zaciekawiłem się.

- Dostaliśmy w prezencie od jednego z naszych przyjaciół - powiedział. - Kupił to na 

aukcji   w   Warszawie...   Razem   z   kilkoma   innymi   dokumentami.   Ustalił,   że   ten   dokument 

znaleziono w jednej z książek w antykwariacie Troszkiewiczów na ulicy Wspólnej... Tkwił 

pomiędzy kartkami...

- Warszawa - mruknąłem. - Ciekawe... Czy mają państwo jakieś dokumenty dotyczące 

poczty konnej?

- W zasadzie nie - pokręcił głową.

- A może moglibyśmy rozejrzeć się po tym budynku? - zapytałem.

- Od kilku  lat  stoi pusty - wyjaśnił.  - Czeka na remont,  ale chwilowo nie mamy 

funduszy...  Klucze  chyba  gdzieś  tu  miałem...   Robiliśmy  inwentaryzację   budynku,  ale   nie 

pamiętam żadnych dokumentów...

Odszukał w szufladzie pęk kluczy i wyjaśnił nam dokładnie, jak trafić na miejsce.

- No, to jeszcze jeden strych  do zbadania - powiedziała Malwina. - Inaczej sobie 

wyobrażałam pracę detektywa.

- Szanse, że coś ciekawego znajdziemy, są nikłe - powiedziałem - ale nie należy tego 

zaniedbywać. A nuż szczęście się do nas uśmiechnie...

Wsiedliśmy do wozu i pojechaliśmy. Budynek dawnej poczty konnej był parterowym 

domem, ustawionym na skrzyżowaniu ulic. Należało do niego spore podwórze, odgrodzone 

od ulicy wysokim otynkowanym murem. Można było wjechać na nie przez bramę. Jeden z 

kluczy pasował do kłódki. Wprowadziłem Rosynanta i przymknąłem skrzydła. Wysiedliśmy. 

Walące   się   szopy   straszyły   zapadniętymi   dachami   i   wyrwanymi   drzwiami.   Kiedyś   tu 

trzymano konie, bo w półmroku było widać jeszcze kamienne żłoby i zardzewiałe łańcuchy, 

służące do przypinania zwierząt. Przestąpiłem kamienny próg i dłuższą chwilę wpatrywałem 

się w ciemność. Pokryta śmieciami podłoga, osypujące się, przegryzione przez korniki deski 

nad głową. Na belkach gniazda jaskółek - od dawna porzucone przez ptaki. Jeśli w stajni nie 

ma zwierząt, nie ma też much...

background image

Wyszedłem. W kącie podwórza Malwina oglądała stare koło od wozu. Drewniane, 

okute wokół żelazną obręczą, rozsypujące się w proch.

-   Zobaczmy,   jak   jest   w   środku   -   wszedłem   po   trzech   kamiennych   stopniach   i 

wsunąłem klucz w dziurkę. Przekręcił się opornie, zamek zastał się od długiego nieużywania. 

W sporej  sali,  mającej  także  wyjście  na  ulicę,  było  ciemno  - nic  dziwnego, okna  zabito 

dechami. W jakimś okresie musiał tu funkcjonować sklep, pod ścianą stała bowiem lada i 

regały na towary.  Na regale  straszyła  zapomniana  butelka octu oraz słoik powideł, które 

sfermentowały,   a   ciśnienie   gazów   wyrwało   wieczko.   Zawartość   oczywiście   wykipiała. 

Pchnąłem   drzwi   prowadzące   na   zaplecze.   Tu   też   regały,   kiedyś   musiała   to   być   część 

magazynowa. Mały pokoik wychodzący na podwórko... Jeszcze jedna salka bez okien, może 

kiedyś magazynowano tu przesyłki przed wyprawieniem ich w drogę?

W suficie krótkiego korytarzyka zauważyliśmy klapę, prowadzącą na strych. Ze stajni 

przyniosłem rozklekotaną, ale jeszcze mocną drabinę...

Otworzyłem   kłódkę  blokującą   nam  dostęp.  Strych   był  niski  i   zawalony  resztkami 

połamanych, zjedzonych przez korniki mebli. Za to było tu światło elektryczne. Pstryknąłem 

kontakt, pod sufitem zabłysło sześć czterdziestowatowych żarówek.

- Rozdzielmy się, dla każdego do przeszukania jedna trzecia... 

Zaczęliśmy grzebać. Otwieraliśmy rozpadające się drzwiczki  szafek, wyciągaliśmy 

wypaczone szuflady... Szary kurz unosił się, wirował w świetle lamp. Podniosłem właśnie 

wieko sporej skrzyni, gdy w kieszeni odezwał się alarm. Ktoś majstrował przy samochodzie!

- Zostańcie tutaj - poleciłem i szybko zbiegłem na dół. Samochód stał tak, jak go 

zostawiłem. Wokoło nie było widać żywego ducha, brama prowadząca na ulicę nadal była 

przymknięta, jak ją zostawiłem.

- Wiatr czy co? - mruknąłem zdziwiony.

Czasem zdarzało się, że nagły podmuch włączał autoalarm, ale dzień był bezwietrzny, 

a poza tym pojazd stał w miejscu niemal idealnie osłoniętym.

Cichy   zgrzyt   żwiru   pod   czyimiś   stopami.   Wyrzuciłem   w   górę   dłoń   i   złapałem 

przeciwnika   za   nadgarstek.   Elektryczna   pałka   uderzyła   w   karoserię   samochodu.   Pod 

wpływem   prądu   pokrywająca   ją   warstwa   zaczęła   zmieniać   barwę.   W   miejscu   uderzenia 

pojawiła się żółta plama. Rozlewała się, zmieniając kształt, zzieleniała po brzegach, wewnątrz 

stała się czerwona.

Odwróciłem się. Trzymałem  za nadgarstek  Karen. Moja przeciwniczka  zamarła  w 

bezruchu   i   wpatrywała   się   w   samochód.   Tworzywo,   ciągle   poddawane   kolejnym 

wyładowaniom,   zmieniało   barwy   jak   kameleon.   Przez   żółtą   maskę   pełzły   czarne   linie, 

background image

upodabniając ją do zebry... Fioletowe zygzaki, szare błyskawice, zapalające się na chwilę, 

przecinające   drzwiczki   od   końca   do   końca...   Podstawiłem   Karen   nogę   i   szarpnąłem 

umiejętnie. Runęła na ziemię. Pałka przestała dotykać  karoserii, ale nieziemskie zjawiska 

trwały nadal. Nie miałem czasu się im przyglądać.

Z szopy wyszedł Jerzy.

- Brawo - powiedział.

Puściłem dziewczynę, uprzednio wyrywając jej z dłoni pałkę.

- Co za miłe spotkanie - mruknąłem zaczepnie.

Batura   podziwiał   samochód,   który   ciągle   zmieniał   kolory   jak   choinka   na   Boże 

Narodzenie.

- Tak też myślałem - powiedział. - Możecie zmieniać barwę nadwozia... Trochę to 

chyba niezgodne z naszymi przepisami o ruchu drogowym. Kolor samochodu powinien się 

zgadzać z wpisanym w kartę pojazdu...

- Zazwyczaj się zgadza - uśmiechnąłem się. - Czy dłubanie w zamkach cudzego auta 

nie jest przypadkiem bardziej niezgodne z przepisami?

Nie odpowiedział. Dziewczyna wygłosiła długą gniewną tyradę po szwedzku.

- Domaga się przeprosin - wyjaśnił.

- Usiłowała się włamać do mojego samochodu, potem na mnie  napadła, a gdy ją 

rozbroiłem z zachowaniem maksymalnej ostrożności, domaga się przeprosin?! - zdumiałem 

się.

- To idiotka, jakich mało - wyjaśnił. - Cały ten feminizm zdrowo jej zaszkodził... A 

jak sądzę, wegetarianizm dodatkowo osłabia pracę mózgu...

Omal nie parsknąłem śmiechem. Zagadał coś do niej. Prychnęła i odwróciła się na 

pięcie.

- Powiedziałem, że ją przepraszasz - wyjaśnił. - Wybacz, ale tak będzie lepiej.

- Dla mnie czy dla ciebie?

- Może dla nas obu... Jak wam idą poszukiwania Anzelma Oksiewicza? - przechylił 

głowę.

Poczułem dojmującą falę chłodu. A więc wiedział! Znowu byli krok przed nami. A tak 

się cieszyłem z odkryć pana Tomasza...

- Chyba nie najgorzej - odparowałem.

-   Uważałem,   że   przeszukiwanie   tego   budynku   to   strata   czasu,   ale   ta   się   uparła   - 

powiedział. - O, zobacz, gdzie lezie...

background image

Karen   najwyraźniej   zamierzała   wejść   do   środka   poczty.   Ściągnąłem   ją 

bezceremonialnie za ramię ze schodków.

- Nie ma pani prawa wstępu - powiedziałem po angielsku. 

Prychnęła i przyjęła postawę do ataku.

- Na twoim miejscu rąbnąłbym ją prądem - powiedział Jerzy beztrosko. - Uważaj, zna 

kung-fu...

Pogroziłem jej pałką. Wyglądała na naprawdę wściekłą. Jerzy powiedział coś do niej, 

wskazując gestem bramę.

-  Chyba   już  pójdziemy   -   powiedział.   -  Ale   nie   wątpię,   że   w   nocy  wróci   tu,   aby 

wyłamywać zamki. Jest głupia i złośliwa... A jak sobie coś wbije do głowy... Swoją droga 

rozumiem ją. Ja też lubię niekonwencjonalne metody poszukiwań...

Powiedział coś do niej ostro i wyszli z podwórka. Zabezpieczyłem bramę kłódką od 

środka. I wyjąłem telefon. Wystukałem numer pana Tomasza.

- Wiedzą już o Oksiewiczach - powiedziałem.

- Aha - dobiegło mnie jego westchnienie. 

- Ja też coś mam...

Następnie   przekazał   mi   kilka   instrukcji.   Wróciłem   na   strych.   Moi   pomocnicy   już 

skończyli  poszukiwania. Koło klapy piętrzył  się stos papierów. Przeglądałem je uważnie. 

Trochę przedwojennych blankietów na telegramy, kilka pokwitowań przesyłek kurierskich, 

pudełko po butach z zanotowanym przepisem na nalewkę z czarnej porzeczki...

Przeszedłem się jeszcze raz po strychu. Stare worki na pocztę, oznaczone grubym 

niebieskim pasem, puste... Skórzana torba listonosza zjedzona przez mole...

- Beznadzieja - powiedziałem. - Zamykamy ten interes i idziemy... 

Zamknąłem starannie bramę i podjechałem przed posterunek policji.

Tam złożyłem doniesienie o planowanym dziś w nocy włamaniu do budynku poczty. 

Przyjęli to z niedowierzaniem, ale obiecali urządzić zasadzkę. Oddałem klucze w muzeum i 

podjechałem jedną przecznicę dalej. W tym zakątku miasta wznosił się piękny, barokowy 

kościół, ozdobiony na szczytach wież kamiennymi figurami świętych.

- To stary kościół i zespół klasztorny oo. Jezuitów - wyjaśniłem. - Zbudowano go w 

pierwszej połowie XVIII wieku, a fundatorem był Feliks Potocki.

Nasi młodzi pomocnicy udali się obejrzeć kościół, a ja powędrowałem do kancelarii 

parafialnej.

background image

-   Chciałbym   przejrzeć   księgi   parafialne   z   okresu   wojny   i   z   lat   powojennych 

-wyjaśniłem   siostrze   zakonnej,   siedzącej   za   potężnym   biurkiem.   -   Szukam   potomków 

Anzelma Oksiewicza...

Staruszka uśmiechnęła się.

-   Ostatnio   panuje   moda   na   badanie   genealogii   tego   człowieka   -   powiedziała   z 

uśmiechem,   sięgając   po   odpowiedni   tom.   -   Tydzień   temu   pytał   o   niego   taki   przylizany 

blondyn, przyszedł z cudzoziemką...

Batura. A więc miał nad nami tydzień przewagi... Pomogła mi znaleźć odpowiednią 

datę. Były kierownik poczty zmarł w 1942 roku. Na jego pogrzebie był obecny jedynie jakiś 

Marek Stanisławski... On też dopełniał wszystkich formalności.

- Fatalnie - mruknąłem.

- Pański poprzednik też tak powiedział - siostra uśmiechnęła się, chowając tom na 

miejsce. - Oksiewicz był dość znany w naszym mieście.

- Sądziłem, że na pogrzebie był jego bratanek Marek Oksiewicz - westchnąłem.

-   Młodego   Oksiewicza   ścigało   gestapo   -   wyjaśniła   siostra.   -   Widocznie   nie   mógł 

przybyć   osobiście...   Był   partyzantem   -   dodała   widząc,   że   niewiele   rozumiem.   -   Ale 

pańskiemu   poprzednikowi   o   tym   nie   mówiłam...   Jakoś   źle   mu   z   oczu   patrzyło   -   dodała 

bardziej do siebie niż do mnie.

Podziękowałem   za   informacje.   Przed   dawnym   gmachem   klasztoru   spotkałem 

pomocników.

- Wracamy do Lublina - zadecydowałem. - Wystarczy na dzisiaj... Dziesięć minut 

później pędziliśmy już lubelską szosą...

W domu kultury trwała jakaś uroczystość. Budynek był pełen ludzi. Przemknąłem do 

swojego pokoju i rzuciłem torbę na łóżko. Zapukałem do pokoju pana Tomasza, ale nie było 

go. Nieoczekiwanie usłyszałem jego głos, wzmocniony przez mikrofon. Dobiegał z dołu.

Spora sala była nabita prawie po brzegi. Nie dla wszystkich starczyło krzeseł, część 

słuchaczy siadła na przyniesionych  z korytarza ławkach. Prelekcja musiała zacząć się pół 

godziny wcześniej... Stanąłem w uchylonych drzwiach. Wszyscy zgromadzeni milczeli jak 

zaklęci. Głos Pana Samochodzika, jasny i dźwięczny, rozbrzmiewał w sali.

-   Na   balu   u   marszałka   Bielińskiego   Kazimierz   Poniatowski   wszedł   w   pierwszy 

poważny konflikt z Adamem Tarłą... Kazimierz przybył na bal ze swoją siostrą Izabelą. Nasz 

drogi gospodarz - dla przypomnienia, w czyim domu się znajdujemy, pan Tomasz zatoczył 

ręką krąg obejmujący salę - przyprowadził swoją ukochaną, Annę - nieślubną córkę księcia 

background image

Teodora   Lubomirskiego.   W   tamtej   epoce   w   centralnych   województwach   bardzo   krzywo 

patrzono na tego typu związki i ich owoce. Jednak tu, gdzie docierały echa wojen toczonych 

na kresach, a ludzie starali się żyć  i czerpać z życia  to, co najlepsze, niepewni dnia ani 

godziny, nikogo to nie gorszyło... Tarłowie byli jednak poważnie skłóceni z Poniatowskimi i 

popierającą   ich   „familią”   -   rodem   Czartoryskich.   W   tej   sytuacji   błahe   zdarzenie   mogło 

doprowadzić   do   wybuchu   otwartej   wojny.   Kazimierz,   podburzany   przez   matkę,   głośno 

zapowiedział, że nie zamierza tańczyć z Anną. Wojewoda Adam odparował, że będzie uważał 

za kpa każdego, kto zatańczy z siostrą Poniatowskiego - Izabelą... Kazimierz zatańczył  z 

siostrą i, co było do przewidzenia, nazwany został kpem. Za podszeptem matki wyzwał Tarłę 

na pojedynek - szef zrobił przerwę, by napić się wody.

Zamyśliłem się. W zasadzie trudno było przypisać rację którejkolwiek ze stron... Obaj 

uczestnicy balu, najwyraźniej ogarnięci wzajemną niechęcią, mimowolnie uruchomili lawinę 

zdarzeń, które doprowadziły do śmierci jednego z nich...

-   W   tamtych   czasach   pojedynkowanie   się   było   oficjalnie   zakazane,   zwłaszcza 

królowie bardzo niechętnie patrzyli na podobne przejawy zdziczenia obyczajów w obronie 

honoru...   Gospodarz   balu   był   z   królem   w   bardzo   zażyłych   stosunkach,   dlatego   też   obaj 

panowie nie mogli wyrównać swoich porachunków od razu. Umówili się na spotkanie pod 

Piasecznem. Sekundanci ustalili, że najlepszą bronią będą pistolety. Obaj magnaci strzelali do 

siebie z koni. Poniatowski jednak chybił, a Tarło zastrzelił pod nim konia. Podczas drugiego 

strzelania Kazimierz wystrzelił i znowu spudłował, a wojewoda powstrzymał się od strzału i 

spokojnie wycelował w przeciwnika.

Wyobraziłem sobie tę scenę... Wzdrygnąłem się mimowolnie.

- Kazimierz Poniatowski na widok wycelowanej w niego lufy haniebnie stchórzył. 

Padł na kolana w błoto z okrzykiem na ustach: „Kocham Pana Wojewodę!”. Tarło opuścił 

broń, przyjął przeprosiny i odjechał. Sądził, że to koniec nieprzyjemnej afery, ale mylił się. 

Przez cały następny rok rodzina Poniatowskich, dla pomszczenia „honoru”, publikowała i 

kolportowała   paszkwile   o   Tarle   i   Annie.   Tarło   oddał   sprawę   do   sądu   królewskiego. 

Przypuszczam, że chciał spowodować rzucenie infamii, czyli pozbawienie przeciwnika praw 

honorowych,   można   powiedzieć   pozbawienie   dobrego   imienia   i   praw   wynikających   z 

przynależności   do   stanu   szlacheckiego...   Była   to   wówczas   dość   popularna   kara.   Matka 

Kazimierza znowu popchnęła syna do sprowokowania pojedynku. Wyzwał Tarłę... Wojewoda 

mógł   w   tym   momencie   odmówić   bez   ujmy   dla   honoru,   jednak   najwyraźniej   postanowił 

rozwiązać sprawę definitywnie. Starcie miało się odbyć pod Puławami. Jednak w ostatniej 

chwili przestraszona matka doniosła królowi, co się święci i ten pojedynku zakazał. Jednak 

background image

gdy władca w marcu 1744 wyjechał z Warszawy, obaj wrogowie wyznaczyli sobie czas i 

miejsce... Pojedynek odbył się pod Marymontem. Obaj chcieli się wyspowiadać, ale nie udało 

się to. Biskup warszawski z ambony rzucił klątwę na obu, w razie gdyby chcieli ze sobą 

walczyć,   i   oddzielną   na   wszystkich,   którzy   przybędą   przyglądać   się   krwawej   rozprawie. 

Ludek   warszawski   niezbyt   się   tym   przejął.   Oznaczonego   dnia   na   błonia   koło   pałacyku 

Marymonckiego ściągnęła połowa miasta, nawet uczniowie i studenci, którzy mieli w tym 

czasie zajęcia. Zauważono, a notuje to wielu pamiętnikarzy z tej epoki, że koń Tarły grzebał 

kopytem w ziemi. Uznano to za bardzo zły znak, sądzono powszechnie, że w ten sposób 

zwierzę daje do zrozumienia, że będzie trzeba wykopać grób dla jego pana... Tarło zatknął na 

szpadę   paszkwile   na   Annę,   wydrukowane   przez   Poniatowskich,   i   obiecał   wbić   je 

Kazimierzowi   w   serce.   Najpierw   jednak   sięgnęli   po   pistolety.   Sekundanci   odmierzyli 

dwadzieścia   kroków,   ale   obaj   magnaci   zdecydowali   się   strzelać   z   morderczej   odległości 

pięciu kroków - szef wstał zza mównicy i przeszedł się po skrzypiącej podłodze. 

Wszyscy obserwowali go z zapartym tchem.

- Pięć kroków - powtórzył, wyciągając rękę, jakby mierzył z pistoletu. - To oznacza 

około   czterech   metrów   dystansu...   Wystrzelili   obaj,   jednak   obaj   niecelnie.   Jedna   z   kul 

ugodziła przechodzącego opodal włościanina, który zginął na miejscu. Wtedy chwycili za 

szpady.  Obaj znakomicie władali bronią białą.  Tarło ciął Poniatowskiego po żebrach, ale 

chwilę później padł ugodzony w serce. Tak ród Tarłów, ludzi, którzy przez wiele pokoleń 

stali na straży Rzeczypospolitej, przeszedł do historii... To niejako alegoria tamtych czasów. 

Członek   starej,   patriotycznej   rodziny,   mający   w   swoim   drzewie   genealogicznym   trzech 

biskupów, zginął z rąk zdrajcy ojczyzny i przedstawiciela masonerii...

- Jakie były konsekwencje tego pojedynku? - padło pytanie z sali. - Skoro klątwę 

rzucono na połowę ludności Warszawy...

-   Nuncjusz   papieski   nakazał   zdjąć   klątwę.   Uroczyście,   z   zachowaniem   obrzędu. 

Poniatowski został skazany na karę wieży. Za zabójstwo szlachcica przewidywano wówczas 

rok i 6 niedziel pobytu w lochu. Jednak pieniądze i układy w tej skorumpowanej epoce bardzo 

dużo mogły załatwić... Kazimierz odsiedział połowę i zapłacił grzywnę. Szybko piął się po 

szczeblach kariery, zgromadził liczne dobra ziemskie, uzyskał tytuł podkomorzego, potem z 

niego zrezygnował, zachowując jednak pensję wypłacaną ze skarbca Rzeczypospolitej. Do 

największych skandali należała sprawa księstwa spiskiego. Ziemie te odebrała nam Austria 

podczas   pierwszego   rozbioru.   Kazimierz   wymusił   na   sejmie   polskim   wypłacenie   mu 

odszkodowania!   Gdy   brat   jego   Stanisław   August   został   królem,   książę   podkomorzy 

uzyskiwał rocznie około miliona złotych dochodu. W Warszawie w parku pomiędzy terenami, 

background image

gdzie dziś stoją gmachy Muzeum Wojska Polskiego i Muzeum Geologicznego, kazał założyć 

zespół parkowo-pałacowy. Organizował dzikie orgie i pijatyki, aż ten hulaszczy tryb życia 

wpędził go do grobu...

- A ukochana Tarły, Anna? - gdzieś ze środkowych rzędów padło pytanie.

- Nie znamy jej losów. Być może zakończyła życie w klasztorze...

Sala zaklaskała. Ja też biłem brawo.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

NOWY   ŚLAD   •   OWADY   I   ROBALE   •   KTO   MA   CHODY   W   GEESIE...   • 

HERBAPOL W UCHANIACH • NAUCZYCIEL Z BOŃCZY • PARTYZANCI

Obudziłem się o świcie. Była piąta. Przez niedokładnie zaciągnięte zasłony sączyło się 

już blade światło. Nad Lublinem wstawał nowy dzień. Usłyszałem ciche kroki na korytarzu. 

Narzuciłem bluzę i wyjrzałem.  Pan Tomasz  swoim zwyczajem, dla rozładowania energii, 

spacerował tam i z powrotem.

- A, nie śpisz - uśmiechnął się na mój widok. - To bardzo dobrze... Nie chciałem cię 

budzić, ale znalazłem coś... - gestem zaprosił mnie do swojego pokoju.

Chwilę musiał poczekać, bo wróciłem się ubrać. Po chwili siedziałem w fotelu. Łóżko 

szefa nie było posłane, najwyraźniej tej nocy w ogóle nie kładł się spać. Na biurku leżała 

opasła księga, jak się przekonałem na pierwszy rzut oka, oprawiony starannie rocznik gazet.

- Tak sobie badałem życie codzienne naszych przodków - powiedział w zadumie.

- Najlepiej   to zrobić   studiując  pamiętniki  z  epoki  lub  stare  gazety -  uzupełniłem, 

patrząc na spoczywające na blacie materiały.

-   Właśnie.   To   tygodnik   „Zwierciadło”   wydawany   w   Chełmie   w   okresie 

międzywojennym...   Jego   redaktorem,   wydawcą   i   zarazem   właścicielem   był   Kazimierz 

Czernicki...   Człowiek   o   niezależnych   poglądach,   bardzo   bojowy,   walczący   z   wszelkimi 

przejawami ludzkiej krzywdy... Co, nawiasem mówiąc, kilkakrotnie doprowadziło go przed 

oblicze   sądu...   Ale   nie   o   tym   chciałem   mówić.   Pismo   wydawał   w   Chełmie   i   artykuły 

dotyczyły najczęściej najbliższej okolicy. Także z tego terenu pozyskiwał reklamodawców.

Milczałem, ale na mojej twarzy musiała malować się niecierpliwość.

- Oto, co znalazłem.

Otworzył rocznik w miejscu założonym bibułkową serwetką.

-   Józef   Axenstern   zawiadamia,   że   przyszła   nowa   partia   jedwabiu   chińskiego   i 

adamaszku - odczytałem ogłoszenie.

-   Axenstern   -   popatrz,   jakie   to   nazwisko   podobne   do   tego,   którego   szukamy   - 

powiedział w zadumie pan Tomasz. - Myślę, że potomkowie admirała mogli stworzyć dwa 

rody. Jeden spolonizował nazwisko z Oxenstierna na Oksiewicz, drugi używał swojego, aż 

background image

wreszcie skutkiem kumulacji kilku błędów w księgach parafialnych z Oxenstiernów stali się 

Axensternami...

Łyknął zimnej herbaty ze szklanki.

-   Faktycznie,   podobne   -   powiedziałem.   -   Sądzę,   że   warto   sprawdzić   ten   trop   - 

obejrzałem dokładnie stronę. - Nie podano adresu sklepu!

- Co oznacza, drogi Pawle, że było to miejsce na tyle znane, iż każdy czytelnik gazety 

wiedział,   gdzie   ten   sklep   się   mieści...   Pojedziesz   do   Chełma   i   w   muzeum   zdobędziesz 

przedwojenną książkę telefoniczną. Idę o zakład, że miał telefon. Zresztą może w muzeum 

będą znali  jego adres. Odnajdziesz  potomków  i wypytasz  dokładnie,  co wiedzą  o swojej 

przeszłości, potem będziemy ich sprawdzać.

- Tak jest.

- A ja muszę przejrzeć pozostałe roczniki - zamyślił się na chwilę. - Może powinniśmy 

najpierw   je   przejrzeć   -   westchnął   -   ale   boję   się,   że   nasi   przeciwnicy   paskudnie   nas 

wyprzedzają... Liczy się każdy dzień.

- Zjem tylko i ruszam w drogę - obiecałem.

- Ja idę do biblioteki - ziewnął. - Chyba o ósmej rano otwierają... 

Gdy skończyłem jeść kanapki, była siódma. Zadzwoniłem po swoich pomocników.

Piotrek i Malwina zjawili się po kwadransie. Byli wyraźnie zaspani - tarli oczy.

- To barbarzyństwo - powiedział Piotrek, tłumiąc ziewnięcie. - Przecież są wakacje...

- Szkoda tracić pięknego dnia - zadysponowałem. - W drogę.

W Chełmie byliśmy o dziewiątej. Muzeum miejskie właśnie otwierało swoje podwoje.

- Przedwojenna książka telefoniczna Chełma? - zamyślił się kustosz. - Obawiam się, 

że nie mamy. Nie wiem nawet, czy wydano ją...

Siedzieliśmy w jego gabinecie na zapleczu muzeum.

- Chyba musiała być - zauważyłem.

-   Niekoniecznie.   Telefonów   w   mieście   było   wtedy   może   kilkadziesiąt...   Chełm 

wprawdzie   leżał   prawie   w   geometrycznym   środku   ówczesnej   Polski,   ale   było   to   miasto 

bardzo prowincjonalne...

- A może kojarzy pan nazwisko Axenstern? - zapytała Malwina.

Ożywił się wyraźnie.

- Oczywiście. To była dość znana rodzina kupiecka. Mieli sklep firmowy w Chełmie i 

jeszcze   filie   w   Krasnymstawie,   Rejowcu   i   Wojsławicach...   Tyle   że   w   początku   lat 

trzydziestych zjadły ich banki. Zaciągnęli ogromne kredyty na zakup urządzeń do przędzenia 

jedwabiu. Uznali, że taniej będzie go wytwarzać na miejscu niż sprowadzać z Chin czy Indii... 

background image

Gdyby koniunktura była lepsza, kredyty spłaciliby i jeszcze zarobiliby miliony, ale niestety 

kryzys lat trzydziestych zupełnie ich dobił. Majątek firmy zlicytowano, a Jakub Axenstern 

osiedlił   się   w   którejś   z   okolicznych   wsi...   Tam   próbował   jeszcze   po   wojnie   hodować 

jedwabniki...

- Gdzie to było? - zapytałem.

- Niestety, nie pamiętam... 

Zamyśliliśmy się.

- A jego główna kwatera, mam na myśli siedzibę firmy i sklep w Chełmie, gdzie się 

mieściły?

- Proszę do magazynu - powiedział.

Wyszliśmy z gabinetu i przeszliśmy przez niewielkie podwórze. Zwykłe drewniane 

drzwi,   krótki   korytarz   i   kolejne   drzwi,   tym   razem   solidne,   stalowe,   zaopatrzone   w   kilka 

dziurek do kluczy.

Otworzył   je,   wyłączył   pilotem   alarm.   Magazyn   muzealny...   Dziesiątki   stalowych 

stelaży, na nich setki tekturowych pudeł i blaszanych skrzynek. Wszędzie porozkładana trutka 

na szczury. Lekki zapach stęchlizny unoszący się w powietrzu.

- Gdzie to było? - mruczał, wędrując pomiędzy regałami. - O, jest.

Pod ścianą stało kilkadziesiąt arkuszy pordzewiałej blachy. Odwracał je po kolei i 

wreszcie trafił na właściwy. Mieliśmy przed sobą zniszczony, obłażący z farby szyld:

Jakub Axenstern - handel bławatny.

Poniżej był widoczny adres firmy. Zanotowałem go w notatniku. Niestety, adresów 

filii nie podano.

Opuściliśmy muzeum i powędrowaliśmy przez miasto.

- A Batury jakoś nie widać - mruknęła Malwina rozglądając się.

- Może to i lepiej - powiedziałem. - Niech sobie sprawdza swoje tropy, nasze są lepsze 

- uśmiechnąłem się do swoich myśli.

- Sądzi pan, że znajdziemy naszych Szwedów? - zaciekawił się Piotrek.

- Oczywiście. A przynajmniej mamy bardzo duże szanse...

Zatrzymaliśmy  się przed  kamienicą  na Lwowskiej. Kiedyś  na  parterze  mieścił  się 

sklep z tkaninami, obecnie był tu kantor wymiany walut. Za pancerną szybą siedział facet na 

oko dwudziestoletni. Za nim wisiała tablica z aktualnymi kursami rozmaitych walut, obok 

wisiał plakat z wzorami banknotów euro. Wystroju wnętrza dopełniała pancerna gablota ze 

złotą biżuterią i monetami oraz pluszowa poduszka, na której drzemał wyleniały kot.

- Przepraszam - zagadnąłem - szukamy przedwojennych właścicieli tej kamienicy...

background image

Kantorowiec pokręcił przecząco głową.

- Niestety, nie mam pojęcia, kto tu kiedyś mieszkał - powiedział. - Mój szef kupił ten 

dom w 1991 roku. Była to wtedy ruina od dziesięciu lat niezamieszkana. Belki na głowę 

leciały, a na górne piętra strach było wejść... Nikt w każdym razie nie zgłaszał pretensji, aby 

to odzyskać.

- A od kogo pański szef kupił budynek?

- Miasto wystawiało na przetarg prawie wszystkie kamienice przy tej ulicy. Po wojnie 

tu były jakieś mieszkania kwaterunkowe... Ale nic więcej nie wiem.

-   Nie   zna   pan   kogoś,   kto   tu   mieszkał   przed   wojną?   Albo   kogoś   z   powojennych 

lokatorów?

- Niestety - pokręcił głową - tylko on tu mieszkał - wskazał gestem kota na poduszce. 

Zwierzak otworzył oczy, popatrzył na nas z wyższością i ponownie zapadł w sen.

- Może w archiwum hipoteki - podsunął nam kasjer. - Pewnie tam mają odnotowane, 

kto   kiedy   był   właścicielem.   Wiem,   że   gdy   szef   to   kupił,   nie   musieli   zakładać   księgi 

wieczystej,   bo   była   przedwojenna   jeszcze...   To   już   chyba   przed   wojną   było   własnością 

miasta...

- Problem w tym, że wiemy, kto był właścicielem, ale nie wiemy, co się z nim stało - 

westchnąłem.

Podziękowaliśmy za informacje i wyszliśmy.

- Kiepsko nam idzie? - zagadnął Piotrek.

- Dlaczego? - zdziwiłem się. - Idzie nam całkiem dobrze. 

Wróciliśmy do samochodu. Wyciągnąłem ze skrytki „Panoramę firm” województwa 

lubelskiego i zacząłem ją kartkować.

- Czego pan szuka? - zainteresowała się Malwina.

- Adresu związku pszczelarzy - powiedziałem. 

Spojrzeli na mnie zaskoczeni.

- Mam! - wykrzyknąłem i ruszyłem z kopyta.

Dziesięć   minut   później   zatrzymałem   się   przed   niewielką   kamieniczką   przy   ulicy 

Przechodniej. Wdrapaliśmy się po stromych  schodkach na ostatnie  piętro. Tu miał  swoją 

siedzibę chełmski powiatowy oddział Ogólnopolskiego Związku Pszczelarzy.

Zapukaliśmy   i   weszliśmy.   Siedziba   nie   była   specjalnie   okazała   -   jeden   pokój, 

zastawiony biurkami i szafami kancelaryjnymi. Za biurkiem siedział staruszek w binoklach, 

które   mogły   być   szczytem   mody   około   1880   roku...   Miał   na   sobie   dziwaczną   pasiastą 

kamizelkę. Był zupełnie siwy, a jego oczy patrzyły przyjaźnie spod krzaczastych brwi.

background image

- Czym mogę służyć? - zapytał, wskazując nam krzesła.

- Szukamy potomków Jakuba Axensterna - powiedziałem poważnie. 

Staruszek przymknął na chwilę oczy, jakby sprawdzał coś w pamięci.

- Nikt taki  nie należy do naszej  organizacji  - powiedział.  - Dlaczego sądzicie,  że 

moglibyśmy coś o tym wiedzieć?

- Axenstern zajmował się hodowlą jedwabników zaraz po wojnie - wyjaśniłem.

Na twarzy starca odmalowało się oburzenie.

- To jest związek pszczelarzy! - syknął. - Zajmujemy się szlachetnymi zwierzętami, 

jakimi są pszczoły, a nie żrącymi liście gąsienicami... Pszczoły robią miód, a nie nitki na 

koszule. Miód i jad pszczeli to cudowne substancje, zapewniające długie życie, zdrowie...

- Przepraszam - wyjąkałem.

- Sztuka podbierania miodu sięga starożytnego Egiptu... Gdyby przyszedł do nas ktoś 

od tego robactwa, to byśmy go po schodach spuścili.

Wyładowawszy złość uspokoił się.

- Nie mogę wam więc pomóc - powiedział już łagodnie.

- No trudno, dziękujemy i przepraszamy - zmyliśmy się jak niepyszni.

-   Kiepsko   poszło   -   mruknąłem,   schodząc   po   drewnianych   schodach.   Na   ostatnim 

piętrze zaskrzypiały drzwi.

- Hej, miłośnicy robali, jesteście tam jeszcze? - dobiegło mnie wołanie sędziwego 

pszczelarza.

- Jesteśmy! - odkrzyknąłem.

- Sprawdźcie w geesie. Oni organizowali skup tego paskudztwa! 

Drzwi trzasnęły, zanim zdążyłem podziękować za radę.

- Macie tu przykład tego, jak miłość do swojej profesji może człowiekowi przyćmić 

zdrowy rozsądek - powiedziałem do młodych przyjaciół. - Ten miły starszy pan wywodzi 

pszczelarstwo ze starożytnego Egiptu, i faktycznie w okresie XVIII dynastii, czyli około XVII 

wieku przed naszą erą, Egipcjanie malowali w grobowcach sceny podbierania miodu dzikim 

pszczołom, a nawet, jak się przypuszcza, osadzali roje w barciach... Ale może ktoś powinien 

mu powiedzieć, że w Chinach jedwabniki hodowano na skalę przemysłową już około trzech 

tysięcy lat przed naszą erą...

-  Warto   by  go   też   uświadomić,   że   to   nie   są   żadne   robale,   tylko   owady  -  dodała 

Malwina. - Owszem, larwy żywią się liśćmi morwy, ale wyrastają z nich motyle...

- A ja uważam, że nie ma to znaczenia - uśmiechnął się Piotrek. - Nich sobie żyje w 

nieświadomości. Dzięki temu jest mu przyjemniej, a nikomu to nie szkodzi...

background image

- Niewiele   się  dowiedzieliśmy   - westchnąłem  -  ale  zastanówmy  się  po  kolei.  Jak 

odnaleźć miejsca hodowli tego paskudztwa.

- Sądzę, że trzeba szukać wsi, gdzie rosną morwy - powiedziała Malwina. - Larwy 

żywią   się   wyłącznie   świeżymi   liśćmi   tego   drzewa.   Jeśli   ktoś   chciał   poważnie   myśleć   o 

produkcji jedwabiu, musiał przeszkolić chłopów w zakresie opieki nad larwami i zapewnić 

pożywienie dla nich...

- Słusznie - powiedziałem. - Ale sądzę, że lepiej będzie zajrzeć do archiwów Gminnej 

Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”...

Zadzwonił telefon. Pan Samochodzik.

- Jak wam idzie? - zapytał z troską.

- Nie najgorzej - powiedziałem. - Ustalamy, gdzie w latach czterdziestych XX wieku 

hodowano jedwabniki.

A potem wyjaśniłem, do czego udało nam się dojść.

- Dobrze - mruknął. - Mam adres sklepu Axensterna w Chełmie. 

Wyjaśniłem, że już tam byliśmy.

- No, to szukajcie dalej - zadysponował i rozłączył się.

- Miała być przygoda, poszukiwanie zaginionego szwedzkiego admirała, obcowanie z 

historią siedemnastowiecznej  Polski... - mruknął Piotrek - A tymczasem szukamy jakichś 

pełzających paskudztw.

-   To   nadal   jest   część   tej   samej   historii   -   powiedziałem.   -   Po   prostu   nie   sposób 

kultywować marynarskich tradycji w głębi lądu, więc potomkowie admirała imali się innych 

zajęć...

W   siedzibie   spółdzielni   poinformowano   nas,   że   skupem   kokonów   jedwabnika 

zajmował się „Herbapol” w Uchaniach.

- No i zatoczyliśmy koło - westchnąłem. – Swoją drogą to dziwaczne, aby w jednym 

budynku skupować rośliny i paskudztwa, które je zjadają...

Spojrzałem na zegarek: dochodziła dwunasta.

- Jedziemy do Uchań? - zapytał Piotrek.

- Tak - kiwnąłem poważnie głową. - Sądzę, że tam złapiemy trop. 

Pojechaliśmy szosą na południe.

-   Nie   wszystko   z   tymi   jedwabnikami   jest   dla   mnie   jasne   -   powiedział   Piotrek.   - 

Przędzę się odzyskuje z ich kokonów?

-   To   proste   -   wyjaśniła   Malwina.   -   Hodowca   kupuje   jajka   motyli,   osadzone   na 

specjalnej tekturce. Po kilku dniach trzymania w odpowiedniej temperaturze i wilgotności 

background image

wylęgają   się   z   nich   larwy.   Umieszcza   się   je   w   skrzyni   wypełnionej   liśćmi   morwy.   Po 

kilkunastu dniach, gdy uzyskają odpowiednią wielkość, dokłada się tam suchych gałązek. 

Larwy zaczynają prząść nić, którą się owijają... Wtedy zabija się je gorącą parą, a kokony 

przekazuje do przędzalni. Tam są rozwijane, a cieniutkie nitki jedwabne są splatane w nieco 

grubsze. Potem z tego tka się materiał...

-   Z   tego   co   wiem,   dawniej   próbowano   hodować   jedwabniki   w   wielu   krajach 

europejskich - dodałem - w Polsce, Francji, Związku Radzieckim, zwłaszcza na południu... 

Ale obecnie chyba już z tego zrezygnowano. Taniej kupić materiał w Chinach...

- Dlaczego taniej? - zdziwił się Piotrek. - Przecież w zasadzie nitki same rosną na 

owadach...

-   Tak,   ale   larwy   jedzą   bardzo   duże   ilości   liści   -   powiedziałem   -   i   muszą   mieć 

codziennie świeże... Co oznacza, że każdego ranka musisz z sierpem czy sekatorem włazić na 

drzewo... A jeśli założysz naprawdę dużą hodowlę, to każdego dnia będziesz potrzebował 

wielu kilogramów.

- Może to jakiś pomysł - mruknął. - Wielu bezrobotnych pewnie z przyjemnością 

zajmie  się taką nadrzewną pracą...  Jeśli tylko  istnieje jeszcze przemysł  przetwórczy...  To 

znaczy przędzalnie.

- Kto wie - wzruszyłem ramionami. - Może i faktycznie warto spróbować. Ja jednak 

raczej zająłbym się hodowlą strusi...

- Strusi? -zdziwiła się Malwina.

-   Mięso   bez   cholesterolu,   jajka   ważące   po   dwa   kilogramy,   pióra,   którymi   można 

wypychać poduszki dla alergików - wyliczałem.

- Tak, ale kura znosi jajko raz dziennie, a strusie chyba nie częściej niż dwa razy do 

roku?

- Na Pomorzu  powstają pierwsze polskie strusie fermy - wyjaśniłem.  - Niedaleko 

Krasnegostawu też jest jedna, widziałem reklamę w gazecie..

Uchanie. Minąłem kościół i pojechałem drogą do pałacu. Budynek trwał tak, jak go 

zostawiliśmy.   Skobel,   przecięty   przez   Jerzego,   blokował   drzwi   dokładnie   tak,   jak   go 

założyłem. Zaparkowałem koło dawnego klombu i weszliśmy do środka.

-   Księgi   kancelaryjne   -   poleciłem   -   pokwitowania,   księgi   przychodu   i   rozchodu... 

Znieście mi wszystkie, które znajdziecie, tutaj - pchnąłem drzwi do jednego z pomieszczeń na 

parterze.

Błyskawicznie na rozklekotanym stole wyrosła wielka kupa urzędowych papierzysk. 

Udało   nam   się   znaleźć   trzy   mocno   rozchwiane   krzesła   i   siedliśmy   do   lektury.   Wielu 

background image

roczników   brakowało,   ale   niebawem   trafiliśmy   na   ślady   hodowli.   W   księdze   rozchodu 

odnotowano sumy wydane na zakup kokonów. Obok widniały jakieś sygnatury.

- Kto ma chody w geesie, ten zawsze coś przyniesie - zacytowałem powiedzonko z 

czasów PRL-u. - Kontraktowali kokony - mruknąłem.

- Co to znaczy? - zainteresowała się Malwina.

- To znaczy, że wiosną zawierali z rolnikami umowy na skup produktu - wyjaśniłem. - 

Mogli nawet dać jakiś zadatek. Potrzebny nam skoroszyt z umowami...

Zaczęliśmy buszować po szafach. Stare, zawilgłe skoroszyty, zapleśniałe, pogryzione 

przez myszy... Szukaliśmy dobrą godzinę, przetrząsając całe zwały różnych papierów, ale 

opłaciło się. Umów znaleźliśmy całe pudło. „Herbapol” skupował kilkanaście gatunków ziół, 

w   niektórych   okresach   zajmowano   się   także   chmielem,   a   nawet   grzybami.   Moi 

współpracownicy wygrzebywali umowy dotyczące kokonów, a ja przeglądałem je uważnie, 

odczytując   wyblakłe   nazwiska.   Atrament,   zapewne   niegdyś   czarny,   wraz   z   upływem 

dziesięcioleci   stał   się   bladoróżowy.   Minęła   jeszcze   godzina   i   znalazłem   jedną   umowę 

wystawioną na Jakuba Axensterna, ale jak na złość tą akurat kartą zaopiekowały się myszy, 

zjadając część z adresem. Po kwadransie natrafiliśmy na drugi blankiet.

- Mamy go - powiedziałem ucieszony, notując adres.

- Daleko? - zainteresował się Piotrek.

- W Wojsławicach... Rzut kamieniem stąd. Zbierajcie się, jedziemy.

Wojsławice...   Sympatyczne   miasteczko,   leżące   w   rozległej   dolinie   pomiędzy 

niewysokimi   wzgórzami.   Rynek   zarośnięty   krzakami,   przechodzący   w   park,   stare 

pożydowskie kamieniczki w południowej pierzei, domy z podcieniami od zachodu. Nad osadą 

góruje   barokowy   kościół   i   wysoka   cerkiewna   dzwonnica   z   czerwonej   cegły.   Z   centrum 

miasteczka wybiegają ulice, przy których chylące się do ziemi drewniane chaty sąsiadują z 

nowymi murowanymi domami.

Wylotowych ulic strzegą murowane kapliczki pobielone wapnem, kryjące w swoim 

wnętrzu   pociemniałe   ze   starości   figurki   świętych   -   wystawiono   je   w   XVIII   stuleciu,   dla 

ochrony osady przed klątwą rabina skazanego na poćwiartowanie...

Na wzgórzu górującym nad osadą krzaki i wądoły kryją fundamenty zamku z czasów 

Kazimierza   Wielkiego.   W   miejscu   pałacu   postawiono   nowoczesny   budynek   szkoły,   a   z 

dawnego folwarku ocalała jedynie pralnia, mieszcząca dziś remizę straży pożarnej, oraz ruiny 

oranżerii...  Z ciekawych  obiektów  wymienić  wypada  osiemnastowieczną  synagogę,  której 

gmach mieści obecnie bibliotekę publiczną, unicką cerkiew z tego samego okresu, znajdującą 

background image

się  od dziesięciu  lat   w  remoncie,   oraz  pomnik   wystawiony  na  cześć  cara  Aleksandra  II, 

obecnie,   po   zamalowaniu   pierwotnego   napisu   cementem   i   zmianie   figury   na   szczycie, 

poświęcony Tadeuszowi Kościuszce.

Gdy   przed   kilku   laty   odwiedzaliśmy   w   Wojsławicach   jednego   z   przyjaciół   pana 

Tomasza,   pośrodku   rynku   stał   jeszcze   dziwaczny  budynek,   będący  pozostałością   ratusza. 

Teraz, jak się mogłem przekonać, ta zabytkowa rudera znikła bez śladu.

Zakręciłem  w   uliczkę  Zamkową.  Minąłem  kilkupiętrowy  blok,   zamieszkany  przez 

miejscowych policjantów i ich rodziny.

- To tutaj - mruknąłem, patrząc na kolejną posesję.

- Chyba przyjechaliśmy kilkanaście lat za późno - zauważył Piotrek.

Faktycznie, w miejscu, w którym powinien się wznosić dom poszukiwanego przez nas 

człowieka, grupa robotników budowała tajemniczy obiekt, wyglądający trochę jak szlachecki 

dwór, trochę jak góralska chałupa. Ściany z pustaków, solidne betonowe stropy, kolumienki 

na ganku. Za nowym domem stała stara stodoła o częściowo murowanych ścianach.

Wysiadłem   z   wozu   i   ignorując   tabliczkę   z   napisem:   „Niezatrudnionym   wstęp 

wzbroniony”, wszedłem na plac budowy. Jeden z budowlańców, starszy wiekiem, oderwał się 

od ściany, którą podpierał i ruszył w moją stronę. Wymieniliśmy słowa powitania.

- Szukam rodziny o nazwisku Axenstern - powiedziałem. - Mieszkali dawniej w tym 

miejscu...

Stary budowlaniec kiwnął głową, potwierdzając moje przypuszczenia.

- Owszem - mruknął - ale już z piętnaście lat, jak się wynieśli. O, tam ich chałupa stała 

- machnął ręką w nieokreślonym kierunku. - Ale ją to jeszcze zeszłego lata rozebraliśmy... 

Teraz tu będzie lekarz mieszkał i gabinet będzie - wskazał wznoszony budynek. - Ładny 

projekt, no nie?

- Solidna chałupa - powiedziałem.

W środowisku architektów takie koszmarki wznoszone przez nowobogackich nazywa 

się   „gargamelami”,   ale   tego   oczywiście   nie   powiedziałem   głośno.   Zależało   mi   na 

informacjach.

- Czy ktoś z nich jeszcze żyje? - zapytałem.

- A pewnie - podrapał się po głowie. - Syn starego, znaczy się, kiedyś słyszałem, że 

uczy w szkole w Bończy...  To i pewnie tam mieszka.  Ciekawi ludzie byli, ciągle  robale 

hodowali w kartonowych pudłach i z tych robali niezłą forsę za komuny zrobili...

A zatem informacje potwierdziły się. Podziękowałem i wróciłem do samochodu.

- Gdzie jest ta Bończa? - zaciekawiła się Malwina. 

background image

-   Niedaleko,   jakieś   osiem   kilometrów   w   stronę   Krasnegostawu   -   wyjaśniłem.   - 

Przejeżdżaliśmy kilka dni temu...

- Ciekawe, czy znajdziemy nauczyciela - mruknął Piotrek. - Jest środek wakacji...

Nie odpowiedziałem. Też się tym martwiłem. Droga była wąska, pobocza zarastały 

krzaki   i   trawa.   Po   drodze   kotłowały   się   kury   i   gęsi,   przebiegały   psy,   krawędzią   jezdni 

wędrowali ludzie. Minąłem kapliczkę pilnującą zachodniego krańca osady. Chwilę później 

przemknąłem  koło domu znajomego... Kolejna wieś - ulicówka i znowu kury na drodze. 

Witoldów... Wreszcie  dotarliśmy  do niewielkiej  wioski. Szosa wiła się pomiędzy dwoma 

pagórkami. Na jednym stała nieduża, ładna cerkiewka, na drugim mały kościółek o grubych 

ścianach.

- Ciekawa budowla - zauważyła Malwina.

- Pochodzi z XVI wieku - Piotrek postanowił popisać się wiedzą. - Pierwotnie był tu 

zbór protestancki. Wzniósł go sławny przywódca ruchu egzekucyjnego, Mikołaj Sienicki.

Jechałem przez wieś, słuchając wyjaśnień chłopca.

- Aż do XVII wieku wieś nazywała się Pustotew, dopiero później zmieniono nazwę na 

obecną...

Zatrzymałem się przed niedużym budynkiem, ozdobionym czerwoną tablicą.

- Jest i szkoła - powiedziałem. - Zobaczmy, czy zastaniemy kogoś w środku...

Wysiedliśmy. Podszedłem do drzwi i zastukałem. Nikt nie odpowiedział. Nacisnąłem 

klamkę. Ustąpiły. Korytarz na przestrzał, może kiedyś w budynku tym mieściły się dworskie 

czworaki? Odszukałem drzwi opatrzone napisem: „Sekretariat” i zastukałem.

- Wejść - rozległ się ze środka władczy głos.

Weszliśmy.   Za   biurkiem   siedział   zwalisty   mężczyzna.   Wbił   we   mnie   świdrujący 

wzrok.

- Pan z ogłoszenia? - zapytał.

- Nie, nazywam się Daniec, Paweł Daniec - przedstawiłem się.

- Józef Axenstern - uścisnął moją dłoń. - Proszę siadać. Czym mogę służyć?

- Sprowadza nas do pana pewna delikatna sprawa - powiedziałem. - Otóż szukamy 

potomków szwedzkiego admirała Gabriela Oxenstierny...

- I natrafiwszy gdzieś na moje nazwisko pomyśleliście, że to odrobinę spolszczona 

pisownia... - wzruszył ramionami. - Przykro mi, że państwa rozczaruję... Nawiasem mówiąc, 

przedwczoraj mówiłem już to takiemu przylizanemu blondasowi... to jakiś wasz przyjaciel?

- Konkurent - wyjaśniłem. 

Batura! Znowu mnie wyprzedzał...

background image

- A więc mówiłem mu, że trafił pod niewłaściwy adres. Mój pradziad przybył tu z 

Wiednia, nosił nazwisko Akselstern, potem trochę się zmieniło na skutek słabej znajomości 

alfabetu u miejscowych urzędników... Nie jesteśmy Szwedami. Wywodzimy się ze znanej w 

Austrii rodziny chasydów, kabalistów i znawców księgi seferjecirach... Tak więc trafiliście 

obaj jak kulą w płot...

-   Faktycznie   -   mruknąłem   rozczarowany   -   że   też   wcześniej   się   nie   domyśliłem... 

Nazwisko, firma prowadząca handel bławatny...

Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy na zachód do Krasnegostawu i dalej do Lublina.

- Jerzy Batura znowu nas ubiegł - powiedziała Malwina ze złością. - Pewnie wtedy, 

gdy badaliśmy pałac w Uchaniach, on włamał się tam, żeby ustalić adres tego człowieka, a 

potem pojechał prosto tutaj... A my mamy dwa dni opóźnienia...

- Pocieszające jest to, że on także się pomylił - powiedziałem. - Wcale nie jest taki 

sprytny...

- Moglibyśmy mówić, czy jest sprytny czy nie, gdybyśmy wiedzieli, co robi w tej 

chwili - mruknął Piotrek.

Musiałem przyznać mu rację.

-   A   tak   właściwie   to   co   to   był   ten   ruch   egzekucyjny?   -   zaciekawiła   się   nasza 

towarzyszka. - Nauczyciel na historii tylko o tym wspomniał...

- To proste - wyjaśniłem.  - Nasi królowie mieli  wiele majątków  ziemskich, wsi i 

zamków, czyli  tak zwane królewszczyzny.  Z tego oczywiście  były  dochody... Władcy za 

zasługi wojenne, nienaganną służbę i inne przysługi przekazywali takie majątki wybranym 

ludziom   i   ci   dożywotnio   mogli   czerpać   z   nich   dochody.   Po   śmierci   dzierżawców 

królewszczyzny   miały   wracać   do   władcy.   Niestety,   większość   rodów,   zwłaszcza 

wywodzących   się   z   bogatej   szlachty   i   magnaterii,   nie   myślała   ich   oddawać...   Ruch 

egzekucyjny można porównać do dzisiejszych komorników. Ich zadaniem było usuwać ludzi 

bezprawnie zajmujących dobra lub egzekwować pieniądze, które należało odprowadzać do 

kasy państwowej z tytułu dzierżawy...

- Ponadto piąta część dochodu miała iść na stworzenie armii zawodowej, tak zwanego 

wojska kwarcianego - uzupełnił Piotrek. - Niestety, niewiele z tego wyszło...

- A pospolite ruszenie nie spełniało pokładanych w nim nadziei - dorzuciłem.

-   Nasze   pospolite   ruszenie   było   poważną   siłą   militarną   -   zaprotestował   Piotrek.   - 

Każdy szlachcic  umiał  władać szablą... Szwedzi podczas potopu mieli armię regularną, a 

mimo to zdołaliśmy ich wyprzeć z kraju... Z Chmielnickim też poradziliśmy sobie dzięki 

pospolitemu ruszeniu...

background image

A więc nasz młody przyjaciel był zwolennikiem historyków skłonnych do gloryfikacji 

szlachty. Przez chwilę korciło mnie, aby wdać się z nim w dyskusję, ale potem zmęczenie 

przeważyło. Nie miałem siły się kłócić...

W   Lublinie   byliśmy   o   siedemnastej.   Sądziłem,   że   pan   Tomasz   siedzi   jeszcze   w 

archiwum,  toteż  lekko się zdziwiłem,  widząc go w domu  kultury.  Przeglądał  w zadumie 

swoje notatki.

- I jak wyniki badań? - zapytał na mój widok.

Zreferowałem. 

Pokiwał w zadumie głową.

- Czyli fałszywy trop - mruknął. - Trudno. Tak bywa. Za to z Oksiewiczami jesteśmy 

prawie w domu - powiedział. - Marek Oksiewicz był kapitanem pułku konnicy. Walczył na 

ziemiach związanych z historią swojego rodu. W nocy z 18 na 19 września 1939 roku pod 

dowództwem majora Edwarda Fietta brał udział w ataku na Krasnystaw. Niestety, hitlerowcy 

odrzucili polskie wojska pod Krupę... Nasz bohater po rozbiciu pułku zebrał rozproszonych 

żołnierzy   i   zorganizował   oddział   partyzancki...   Dalszy   ciąg   tej   historii   znajduje   się   tu   - 

poklepał opasły tom monografii opisującej walki przeciwko władzy komunistycznej.

- Co się z nim stało? - zapytałem.

- Poległ w potyczce z UB niedaleko Krasnegostawu...

- Miał żonę i syna.

- Owszem, ale nie znalazłem żadnych śladów...

- Będę musiał zbadać księgi parafialne z Chełma - westchnąłem.  - Jego syn, jeśli 

przeżył wojnę, w 1958 roku skończył 20 lat. Trzeba sprawdzić, czy on z kolei się nie ożenił... 

Jeśli miał córkę, a ona wyszła za mąż w wieku około dwudziestu lat gdzieś w 1978 roku, i 

wreszcie jeśli zmarł, to nazwisko zanikło...

- Wolniej - roześmiał się szef. - Nazwiska tego nie notowano już podczas pierwszych 

spisów powszechnych.

- Czyli syn kapitana Marka Oksiewicza nie przeżył wojny... 

- Albo w 1947 roku przebywał z matką już poza granicami naszego kraju... Sądzę 

jednak, Pawle, że było inaczej. Wyobraź sobie sytuację. Kapitan walczy z komunistami. W 

takim wypadku jego rodzina niejako wystawia się władzy ludowej... Wiesz, jacy ludzie wtedy 

rządzili. Torturowanie kobiet było na porządku dziennym. Sądzę, że zdecydował się ją ukryć. 

Do   lasu   zabrać   jej   nie   mógł,   zwłaszcza   z   dziewięcioletnim   dzieckiem,   ale   możliwe,   że 

background image

załatwił jej fałszywą tożsamość. Pierwsze z brzegu nazwisko, fałszywe dokumenty i metryki 

urodzenia - wystawiali je księża, a nie zapominaj, że władza walczyła z Kościołem...

- Jeśli  tak  było,  to dlaczego,  powiedzmy w  latach  pięćdziesiątych,  nie  wrócili  do 

dawnego nazwiska?

- Może się bali? Może nie chcieli robić sobie kłopotów?

- Jak ich w takim razie odnajdziemy?  - zasępiłem się. - To chyba przerasta nasze 

możliwości. Mogą być gdziekolwiek.

-   Mamy   szansę   -   powiedział   cicho   szef.   -   Wynotowałem   nazwiska   pięciu 

podkomendnych   kapitana   Marka   Oksiewicza,   którzy   przeżyli   potyczkę.   Wpadli   w   ręce 

komunistów... Jeśli którykolwiek z nich jeszcze żyje, mamy szansę. Może jest ona minimalna, 

ale naszym obowiązkiem jest to sprawdzić...

-   Trzeba   ustalić   ich   losy...   -   mruknąłem.   -   Zakładam,   że   nie   znalazł   ich   pan   - 

klepnąłem księgę.

-  Tylko   informację,   że   zostali   schwytani.   Prawdopodobnie   wszystkich   skazano   na 

śmierć, ale cuda czasem się zdarzają...

- Trudno będzie  dotrzeć  do archiwaliów  z tego okresu - westchnąłem  - a jeszcze 

trudniej ustalić losy konkretnych ludzi. Nawet nie wiem, gdzie szukać tych materiałów.

- Ale ja wiem - uśmiechnął się Pan Samochodzik. - Jutro rano jadę do Warszawy.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ARCHIWA   IPN-U   •   NA   TROPIE   PARTYZANTÓW   •   CZY   WOJNA   SIĘ 

SKOŃCZYŁA?   •   W   LOCHACH   POD   MIASTEM   •   KONFIDENT   GESTAPO?   •   W 

CIEMNOŚCIACH

W   dawnym   gmachu   drukarni   „Słowa   Polskiego”   mieszczą   się   archiwa   Instytutu 

Pamięci Narodowej. W wielu archiwach zrezygnowano z podawania liczby dokumentów. Ich 

ilość mierzy się w metrach bieżących. Archiwa IPN-u są tak ogromnym zbiorem rozmaitych 

papierzysk, że ich długość podaje się w kilometrach... Archiwa kryjące tajemnice najnowszej 

historii naszego kraju to przeszło dwadzieścia kilometrów bieżących...

Można też inaczej określić wielkość zasobów. Metr sześcienny akt to raptem nieco 

ponad   trzysta   kilogramów.   Każde   piętro   budynku   musi   wytrzymać   obciążenie   rzędu 

kilkudziesięciu ton. Piętra są cztery. Na ostatnim pozostawiono trochę wolnej przestrzeni, na 

wypadek, gdyby w dziesiątkach archiwów natrafiono na nowe materiały na tyle ważne, by 

włączyć   je   do   tego   zbioru...   W   budynku   zastosowano   najnowocześniejsze   systemy 

przeciwpożarowe.   Historia   kraju   jest   dobrze   chroniona   przed   ogniem.   Budynku   pilnują 

uzbrojeni strażnicy. Niektóre ukryte wewnątrz tajemnice mogłyby być niebezpieczne w razie 

ujawnienia.

Czytelnia naukowa mieści się na parterze. Jest obliczona na dwudziestu czytelników. 

Ponadto   pracownicy   instytutu   dysponują   czytelnią   specjalną   oraz   kabinami   służącymi   do 

pracy indywidualnej. Budynek posiada wewnętrzną sieć komputerową, która oczywiście nie 

ma  wyjścia  na zewnątrz.  W piwnicach  stoją potężne  komputerowe  banki  pamięci.  Część 

dokumentów zeskanowano.

Do   wnętrza   trudno   przeniknąć.   Najpierw   trzeba   złożyć   podanie   wyjaśniające   cel 

pracy.   Potem   wezwą   was   na   rozmowę   kwalifikacyjną.   Wreszcie   komisja   po   zbadaniu 

waszych intencji podejmie decyzję. Jeśli decyzja będzie pozytywna, biuro przepustek wyda 

wam kartę wstępu oraz prześle zamówienie do dyżurnego archiwisty.

Wezwą was na konkretny dzień, o ściśle określonej godzinie zasiądziecie w czytelni. 

Nad   wami   wisieć   będzie   kamera,   pilnie   kontrolująca,   co   robicie.   I   biada   wam,   jeśli 

zainteresujecie się materiałami, które przegląda człowiek siedzący przy sąsiednim stoliku.

background image

Osiemdziesiąt opasłych kancelaryjnych teczek, pełnych urzędowych papierów sprzed 

kilkudziesięciu   lat.   Sprawa   bandy   Marka   Oksiewicza   „Rudego”.   Opis   działalności,   spis 

komunistów,   którzy   zginęli   z   wyroku   podziemnego   trybunału.   Opis   polowania   na 

partyzantów, protokoły rewizji prowadzonych po wsiach. Bardzo wiele protokołów. Donosy 

tajnych agentów, raporty milicyjne... Doniesienia o nastrojach wśród ludności. Część pisana 

na maszynie, niestarannie, z błędami, nowi urzędnicy potrzebowali czasu na naukę... Niektóre 

kartki   pożółkły,   kwaśny   papier   utlenił   się   w   znacznym   stopniu.   Część   wypełniono 

odręcznym, niestarannym pismem.

- Proszę zobaczyć to - archiwista podał mi przydźwigany z magazynu skoroszyt. Plik 

kartek spiętych zardzewiałym spinaczem.

Rozpoznanie.

„Kapitan   Rudy”   -   prawdopodobne   imię   i   nazwisko   Maciej   lub   Marek   Oksiewicz, 

zamieszkały przed wojną w Chełmie, wywodzi się z okolic Krupego - ktoś dopisał ołówkiem 

słowo   „zbadać”   i   postawił   znak   zapytania.   -   Członkowie   rodziny:   Anzelm   Oksiewicz 

-prawdopodobnie nie żyje. Żona i syn.

Znowu   ktoś   dopisał   ołówkiem   kilka   wyrazów,   ale   były   w   tej   chwili   zupełnie 

nieczytelne. Dalej następował znany nam już z grubsza życiorys partyzanckiego dowódcy.

Kolejne   raporty.   Szukano   jego   żony   i   syna.   Sprawdzano   księgi   meldunkowe 

wszystkich   okolicznych   gmin.   Sprawdzano   tożsamość   kobiet   z   dziećmi   w   odpowiednim 

wieku.

- Dokładni byli - mruknąłem sam do siebie. - A jednak nie znaleźli...

Faktycznie,   choć   przejrzałem   całą   teczkę,   aż   do   końca   nie   natrafiłem   na   żadną 

wzmiankę...

- Szukamy podkomendnych - westchnąłem rozsznurowując kolejny opasły tom.

Oddział   „Rudego”   liczył   zaledwie   dwunastu   ludzi...   Byli   odważni   i   świetnie 

wyszkoleni, choć nieliczni - zadali okupantom poważne straty... Dwaj zginęli podczas akcji 

dywersyjnych.   Pięciu   poległo   w   ostatniej   potyczce,   pięciu   ujęto...   Karty   identyfikacyjne 

zabitych. Akta procesowe schwytanych. Pięć wyroków śmierci, trzy protokoły wykonania 

wyroku.

„Dwaj przeżyli” - pomyślałem. „Może zmieniono wyroki na niższe?”

Zanotowałem ich nazwiska na kartce. Teraz trzeba było ich odszukać i zobaczyć, czy 

któryś   znał   tę   tajemnicę...   Oddałem   udostępnione   mi   materiały   i   pojechałem   do   biura 

ewidencji ludności.

background image

W biurach ewidencji ludności są przechowywane informacje o miejscu zamieszkania 

wszystkich obywateli naszego kraju. No, prawie wszystkich. Około dwóch milionów ludzi 

mieszka w miejscu innym, niż są zameldowani. Około trzystu tysięcy z różnych powodów 

jest   bezdomnych.   W   kilkudziesięciu   tysiącach   przypadków   dane   biura   są   przestarzałe, 

zaległości  sięgają niekiedy wielu lat.  Ale nawet jeśli wszystko  jest w porządku, nikłe  są 

szansę, że dowiemy się, gdzie mieszka poszukiwany przez nas człowiek...

- Widzi pan - odezwał się urzędnik w okienku dla interesantów. - Zasadniczo nie 

udzielamy   obecnie   takich   informacji   nikomu...   Ustawa   o   ochronie   danych   osobowych 

zabrania.

- Przecież musi być jakaś możliwość? - zdziwiłem się.

- Owszem.  Udostępniamy adresy na polecenie  sądu, policji, prokuratury,  UOP-u i 

Biura   Ochrony   Rządu.   Można   też   złożyć   podanie   i   czekać.   Niewykluczone,   że   zostanie 

rozpatrzone   pozytywnie,   choć   szczerze   powiedziawszy,   od   jakichś   dwóch   miesięcy   nie 

pamiętam takiego przypadku.

- Może mi pan chociaż powiedzieć - zwróciłem się do mężczyzny w okienku - czy ci 

ludzie żyją? - podsunąłem mu kartkę z nazwiskami partyzantów.

Na twarzy dyżurnego odmalowało się wahanie.

- W zasadzie nie wolno nam udzielać informacji o miejscu zamieszkania, wieku i tym 

podobnych - mruknął. - Ale o tym, czy wolno mi podać panom informacje, czy ktoś żyje - 

przepisy milczą.

- To, co nie jest zabronione, w zasadzie jest dozwolone – nacisnąłem go łagodnie.

Wziął kartkę i cofnął się w głąb. Usiadł przy komputerze i jego palce zastukały w 

klawisze. Po chwili wrócił.

- W zasadzie podanie informacji negatywnych też jest jakąś informacją - westchnął, 

podając nam kartkę. Jedno nazwisko było wykreślone. - Żałuję, ale to wszystko, co mogę dla 

pana zrobić...

- Dziękuję.

Pojechałem do swojego mieszkania. Pod moją nieobecność na książkach osiadł kurz. 

Zaparzyłem   mocnej   herbaty.   Siadłem   i   w   milczeniu   zastanawiałem   się.   Ostatni   z 

podkomendnych „Rudego” - Oksiewicza nazywał się Eligiusz Siemiradzki. Czy mógł znać 

nazwisko, które przybrała rodzina jego dowódcy? Wątpiłem. Ale był to mój ostatni trop.

„Będziemy   musieli   sprawdzić   książki   telefoniczne   kilku   starych   województw”   - 

pomyślałem. „Dostaniemy je bez trudu na poczcie głównej, przy ulicy Świętokrzyskiej...”

background image

Około południa następnego dnia wystukałem numer telefonu Pawła.

- Co u ciebie? - zagadnąłem zwyczajowo. 

Streścił mi swoje dokonania. Pogratulowałem.

-   Ustaliłem   adres   ostatniego   z   podkomendnych   „Rudego”   -   powiedziałem.   - 

Wybierzesz się to sprawdzić?

- Oczywiście.

-   A   więc   nasz   człowiek   nazywa   się   Eligiusz   Siemiradzki   i   mieszka   w 

Krasnymstawie... Kamieniczka przy rynku. Spisz się dobrze.

- Kto by pomyślał,  że pod latarnią  najciemniej... - mruknął.  - Może pan na mnie 

liczyć. Biorę pomocników i jedziemy.

- Świetnie - odparłem. - Przyjadę do Lublina popołudniowym pociągiem. Spotkamy 

się wieczorem.

Piotrek i Malwina siedzieli na schodkach pałacyku.

- Baczność - poderwałem ich - jedziemy do Krasnegostawu - streściłem im rozmowę z 

szefem.

Wsiedliśmy do samochodu i już po chwili pędziliśmy co koń mechaniczny wyskoczy.

- Tyle razy przejeżdżaliśmy przez Krasnystaw - mruknęła Malwina. - Ale tym razem 

wiemy, gdzie mamy szukać - uśmiechnąłem się. 

Krasnystaw. Miłe, nieduże, senne miasteczko... 

Niebawem zatrzymaliśmy się przed kamieniczką.

Przed   budynkiem   parkowały   zgodnie   dwa   samochody:   zielony   opel,   którym 

podróżowali Karen i Batura, oraz szary volkswagen naszego tajemniczego „cienia”.

- Znowu się spóźniliśmy - warknął Piotrek.

- Może nie - odbezpieczyłem pistolet gazowy. - Malwina, ty zostań w samochodzie. 

Zamknij się i poczekaj. Może być gorąco...

Podkradłem się do drzwi i położyłem dłoń na klamce. Nacisnąłem ostrożnie. Nie były 

zamknięte. Dom był niewielki - na parterze dwa pokoje przedzielone sienią. Tylne drzwi 

zamurowano.   Wszedłem   na   lewo.   Pokój   był   umeblowany   bardzo   skromnie,   ale 

zafascynowało mnie co innego. Okno, które z ulicy wyglądało zupełnie normalnie, od środka 

zasłaniała ściana ze zbrojonego żelbetu. Pozostawiono w niej tylko wąską strzelnicę. W rynek 

celowała lufa ckm. Światło wpadało przez okno wychodzące na podwórze. Drugi pokój miał 

wszystkie okna zamurowane. Na ścianie wisiał portret marszałka Piłsudskiego i godło oraz 

kilka flag. Przed portretem stał osmolony blaszany talerz. Owalny stół otaczało kilka krzeseł.

background image

- Miejsce spotkań konspiratorów? - zadumał się Piotrek. - Wygląda jak z tandetnego 

filmu wojennego...

Na piętrze pokoje były puste. Od dawna ich chyba nie używano, wszędzie leżała gruba 

warstwa kurzu.

- Właściciela ani śladu - mruknąłem. - Naszych przeciwników też gdzieś wcięło... A 

przecież powinni być w środku.

- Zajrzyjmy do piwnicy - podsunął.

Zeszliśmy   do   piwnic   kamieniczki.   Były   wielkie,   wysoko   sklepione,   sądząc   po 

układzie cegieł pochodziły z XVIII lub początków XIX wieku. Pod jedną ze ścian stała szafa.

- Ani żywego ducha - mruknąłem oglądając w świetle latarki podłogę. Ślady stóp 

prowadziły w kierunku szafy. Otworzyłem jej drzwi. Ubrania... Na podłodze ślady butów.

- Nie ma tylnej ściany - wyjaśniłem. - Jak w serialu o Hansie Klossie...

Przecisnęliśmy się i zapaliliśmy latarki. Staliśmy u wejścia do długiego korytarza. 

Prowadził pod rynek. Popatrzyłem na dno. Pokrywała je glina, w której wyraźnie odbite były 

świeże  ślady butów. Ruszyliśmy  tym  tropem.  Zauważyłem  ciągnący się po ścianie kabel 

elektryczny.

- Po nitce Ariadny do serca labiryntu - uśmiechnął się mój towarzysz. 

Tunel   zakręcił,   byliśmy   chyba   gdzieś   pod   skwerkiem   pośrodku   placu.   Po   bokach 

pojawiły się wąskie przejścia, prowadzące do starych piwnic.

- Sądzi pan, że to ślady jakiegoś ratusza? - zapytał, lustrując wysoko sklepione sufity.

Konstrukcja musiała być bardzo solidna, skoro drzewa rosnące na górze nie przebiły 

stropów korzeniami.

- Raczej kupieckie magazyny - powiedziałem. - Widywałem takie we Lwowie i w 

Krakowie...

Szliśmy ciągle wzdłuż kabla. W glinie była wydeptana cała ścieżka... Nieoczekiwanie 

oślepił nas silny błysk reflektora. Zmrużyłem oczy.

- Stać - zza źródła światła dobiegł rozkaz. - Kim jesteście? 

Jednocześnie do naszych uszu dobiegł ponury trzask repetowanego karabinu. Mrużąc 

oczy, usiłowałem cokolwiek dojrzeć. Niewyraźna sylwetka, broń w ręce.

- Jesteśmy przyjaciółmi - powiedziałem.

- Hitlerowscy konfidenci - zawyrokował głos. - Wreszcie mnie wyśledziliście...

Poczułem   się,   jakbym   połknął   wielką   bryłę   lodu.   Nie   zdążyłem   wymyślić   nic 

sensownego. W ciemności syknął gaz. Staruszek wystrzelił co najmniej cztery razy. Chwilę 

potem poczułem mdląca woń nitrochlorobenzenu i straciłem przytomność...

background image

Pierwszą rzeczą, którą poczułem, był  piwniczny chłód. Promieniował ze ściany za 

moimi plecami. Ubranie złapało wilgoć od posadzki. Poruszyłem rękami. Brzęknęło. Ktoś 

skuł mi nadgarstki, a kajdanki przytwierdził do solidnego kawałka łańcucha. Co przywróciło 

mnie do świadomości?

Kubeł   lodowatej   wody   uderzył   mnie   niczym   młot.   Ciecz   była   zimna,   widocznie 

zaczerpnięta   z   głębokiej   podziemnej   studni.   Wzdrygnąłem   się.   Oprzytomniałem.   Przez 

zmrożone powieki rozejrzałem się dokoła.

Piwnica o wymiarach cztery na sześć metrów. Wysoko sklepiona, choć sufit odrobinę 

pękał. Drewniany stół, a na nim potężna waliza. Kolorowe diody,  słuchawki - przenośna 

radiostacja...

Krzesło pamiętające chyba czasy przedwojenne. Staruszek w polskim przedwojennym 

mundurze odstawił wiadro.

- A teraz sobie pogadamy - powiedział.

- Nie mam nic do ukrycia - odparłem. - Nazywam się Paweł Daniec. Przyjechałem 

porozmawiać na temat Marka Oksiewicza „Rudego”.

Uśmiechnął się lekko i podniósł ze stołu pistolet. Przeładował.

- Jasne - mruknął. - Nie wiem, jakim cudem mnie tu namierzyliście, ale żywi stąd nie 

wyjdziecie... A Oksiewicza nigdy nie uda się wam złapać.

- Pracuję w centralnym zarządzie muzeów... - powiedziałem spokojnie.

Dziadek rzucił moje dokumenty na ziemię. Widocznie, gdy leżałem nieprzytomny, 

sprawdził moje kieszenie.

- Ty zakichany gestapowcu - syknął do mnie. - Może i zdołaliście mnie namierzyć, ale 

żywego mnie nie weźmiecie. Na razie ja jestem górą...

Spojrzałem   w   jego   oczy.   Były   mętne,   żółtawe,   szalone.   Zrozumiałem.   Dla   tego 

człowieka druga wojna światowa jeszcze trwała. A to się wpakowałem...

Radio zatrzeszczało i wydało serię szumów. Sądząc po odgłosach wysiadła cewka od 

układu głośnikowego. Seria trzasków wywołała ożywienie starca. Przypadł do mikrofonu.

- Londyn? Odezwijcie się wreszcie!

Trzasnął pięścią w obudowę.

- Zagłuszacie nasze częstotliwości - warknął w moją stronę. - Ale nie wszystko wam 

wychodzi. Wiem, co się dzieje na świecie... Zobacz, hitlerowski pachołku - cisnął w moją 

stronę jakiś tygodnik sprzed kilkunastu miesięcy - Amerykanie wylądowali w Kosowie, wiesz 

co to znaczy?

background image

- Mają za zadanie rozdzielić walczące strony - mruknąłem.

- U ich boku walczy polski batalion. Desant musieli zrobić z przyczółków w Afryce - 

oczy starca przybrały nieco rozumniejszy wyraz. - Wylądowali w Europie. Za dwa tygodnie 

będą tutaj... A waszego Hitlera powieszą na pierwszej latarni przy Unter den Linden. Ale ty 

już tego nie doczekasz. Flaki na żywca wypruję...

Coś należało wymyślić. I to jak najszybciej. I naraz zaświtał mi szalony pomysł.

- Protestuję - powiedziałem z godnością. - Jestem oficerem hitlerowskiego wywiadu. 

Nie może  mnie  pan zabić.  Konwencja genewska zabrania... Po wkroczeniu  Amerykanów 

stanę przed sądem i on zadecyduje o mojej winie.

Oczy starcza pociemniały.

- Masz rację, bydlaku - powiedział.

Odbezpieczył   broń   i   rzucił   mi   klucz.   Na   jego   polecenie   rozpiąłem   kłódkę   i 

przeszedłem korytarzem. Jedną z piwnic zaopatrzono w solidne metalowe drzwi. Partyzant 

otworzył   mi   je,   a   gdy   wszedłem   do   środka,   zatrzasnął   I   przekręcił   klucz   w   zamku. 

Rozejrzałem się. W kącie na rozchwianym krześle siedział... Jerzy Batura.

- Co za miłe spotkanie - mruknąłem ponuro.

- Witaj - odpowiedział równie posępnie. - Cóż cię tu sprowadza? - w jego głosie 

usłyszałem sarkazm.

Wiedział najwyraźniej o Oksiewiczu, ale nie tracił okazji, by mnie wybadać. Zamiast 

odpowiedzieć wzruszyłem ramionami.

- Masz pomysł, jak się stąd wydostać? - zapytałem.

- Nie bardzo. A wydostać się musimy - powiedział z nieoczekiwaną powagą. - Ten 

wariat   pyta   Londyn,   czy   może   mnie   zlikwidować.   Nie   wiem,   jak   zareaguje   na   brak 

instrukcji...

-   Paranoiczna   sytuacja   -   mruknąłem.   -   W   dodatku   niepokoi   mnie   jeszcze   jeden 

problem.

- Twój pomocnik? Zwiał. Miejmy nadzieję, że znajdzie wyjście z tego labiryntu i 

zorganizuje odsiecz.

- Jesteś pewien, że udało mu się szczęśliwie uciec?

Kiwnął głową.

- Nasz gospodarz łaził go szukać, jak tylko przydźwigał ciebie.

- Szedłem pierwszy, widocznie Piotrek nie oberwał gazem w tym stopniu.. Za to nie 

miał latarki - mruknąłem.

background image

- Niedobrze, bo to istny labirynt. Bez światła może się błąkać całymi dniami... - Jerzy 

przejawiał niespotykaną u niego troskę o bliźnich.

Cóż, nie należało się dziwić. Od powodzenia ucieczki studenta zależała ostatecznie 

także jego wolność. Milczeliśmy przez chwilę.

- Jak tu trafiłeś? - zapytałem.

- Zaszedłem do tego starego pryka, gdy dowiedziałem się, że jest jedynym ocalałym 

członkiem oddziału Oksiewicza. Byłem ciekaw, czy wie, co się stało z jego dowódcą...

- Poległ w potyczce z wojskami KBW po wojnie.

- Bingo - ucieszył się - A więc Karen jest jedyną pretendentką do majątku. Dzięki za 

informację.

Nie wspomniałem o przypuszczalnych potomkach „Rudego”. 

- I co było dalej? - zapytałem.

- Wszedłem do domu, partyzant akurat robił sobie obiad na górze. Przedstawiłem się i 

zacząłem   z   nim   gadać.   Staruszek   ciągle   się   chytrze   uśmiechał.   Potem   zaproponował   mi 

herbatę... Wypiłem i świat fiknął koziołka. A obudziłem się tutaj...

Obszedłem   dookoła   nasze   więzienie.   Niedawno   we   Lwowie   byłem   więziony   w 

podobnym lochu, a przecież wtedy udało mi się uciec. Tu niestety piwnica wyglądała na 

wyjątkowo solidną.

- Może przyczaimy się przy drzwiach i jak wejdzie, to zdzielimy go czymś po głowie - 

rozważałem.

- Nie ma szans. W drzwiach jest judasz, a dziadek jest bardzo ostrożny - powiedział 

Jerzy.  -  Mury grube,  podłoga  nawiasem  mówiąc   też.  Choć  z drugiej   strony rygiel   może 

dałoby się upiłować. Jeśli nadal masz tę śliczną libańską piłkę do krat sklepowych...

- Nie mam - powiedziałem ze złością. - Połamała mi się na kracie Ariańskiej Wieży w 

Krynicy.

Nie podjął zaczepki. Przeszedł się kilka kroków.

-   Obu   nam   nieźle   poszło   -   powiedział.   -   Odnaleźliśmy   potomków   Szweda... 

pięćdziesiąt lat za późno, ale udało się.

- Nie było to szczególnie trudne - zauważyłem. - Wystarczyło pogrzebać w archiwach.

Kiwnął niechętnie głową.

  -   Kiedyś   musimy   się   zmierzyć,   Pawle.   Bez   Pana   Samochodzika.   Sam   na   sam. 

Sprawdzić, który z nas jest mądrzejszy i lepiej odgaduje zagadki przeszłości.

Usłyszałem na korytarzu ciche kroki. Nie mógł to być starzec, bo słyszeliśmy, jak 

kilka pomieszczeń dalej wzywa przez radio rząd w Londynie. Klapka judasza szczeknęła i w 

background image

otworze zabłysło czyjeś ciekawe oko. W chwilę potem zniknęło. Zastąpił je obiektyw aparatu. 

Błysnął flesz. Spojrzeliśmy po sobie zdumieni. Kroki już się oddalały.

- A co to za jeden? - zdumiał się Batura.

- „Cień” - wyjaśniłem. - Snuje się za nami jakiś facet.

- Ten w masce? - zainteresował się.

-   Nie,   taki,   który   czasem   przebiera   się   za   hipisa.   Jeździ   szarym   volkswagenem. 

Widziałem jego wóz przed domem.

- Ciekawe - mruknął Batura. - Masz jakąś teorię?

-   Niestety,   nie.   Może   to   człowiek   nasłany   przez   króla   Szwecji,   aby   dyskretnie 

obserwować naszą pracę?

- Nie, mnie też śledził - warknął Batura. - Tak czy inaczej, widząc nas w potrzebie 

powinien zawiadomić kogo trzeba... A ten sobie zdjęcia pamiątkowe robił...

Milczeliśmy dłuższą chwilę. Staruszek sądząc z odgłosów przerwał seans łączności i 

teraz gdzieś podreptał. Jego mamrotanie powoli cichło. Podszedłem do drzwi i zbadałem je 

skutymi dłońmi.

- Solidna ciesiołka - mruknąłem. - Dębowe drewno. Wprawdzie blacha, którąje okuto, 

zardzewiała, ale nadal trzyma się mocno.

Rozpędziłem się i uderzyłem barkiem. Zobaczyłem wszystkie gwiazdy, ale drzwi ani 

drgnęły.

- Nie masz czasem telefonu? - zagadnął Batura.

- Niestety, zabrał mi. Ale tu i tak chyba nie byłoby zasięgu...

- Trudno powiedzieć - popatrzył  w zadumie na sufit. - Nie jesteśmy głęboko pod 

ziemią... Ile osób wie, że tu jesteś?

- Piotrek.

- O ile znajdzie wyjście po ciemku i bez latarki...

- Malwina. Siedzi w samochodzie.

- Ach, ta ruda... No i nasz tajemniczy nieznajomy z aparatem... Możemy więc liczyć 

na ratunek. Trzeba czekać...

Usiadł w zadumie na krześle i pogrążył się w myślach.

Eligiusz Siemiradzki kulejąc wędrował podziemnymi tunelami. Dobrze znał te lochy. 

Spędził w nich większą część życia, tylko czasem wychodząc na powierzchnię. W piwnicach 

trzymał zapasy pożywienia, radiostację, broń i amunicję. To był jego dom. Kryjówka dużo 

bardziej bezpieczna niż kamienica przy rynku. Tam w każdej chwili mogli zaskoczyć  go 

background image

esesmani,   tak  jak  wtedy...   Pochwycili   go,  gdy  spał  i  nie  mógł   się  bronić.   Przewieźli   do 

więzienia.   Ale   byli   sprytni.   Więzienie   udawało   szpital   dla   wariatów.   Długo   usiłowali   go 

przekonać, że wojna skończyła się dawno temu.

Bywały   chwile,   że   prawie   im   wierzył.   Przypominał   sobie   mętnie,   że   pracował   w 

szkole,   ale   potem   umysł   budził   się.   I   już   wiedział,   że   włożyli   mu   do   głowy   fałszywe 

wspomnienia.   Bo   nie   było   innego   życia.   Walka   z   hitlerowcami,   potem   z   komunistami, 

więzienie,  potem znowu przyszli  faszyści  i znowu walczył...  a właściwe to już tylko  się 

ukrywał...

Trzymali  go rok w tym więzieniu, które udawało szpital. Byli cierpliwi. Najpierw 

chcieli  go ogłupić, a  potem  wydrzeć  mu  tajemnicę  dowódcy.  Ale on się nie  dał. Zaczął 

udawać, że wierzy w to wszystko, co mówią. A potem uciekł. Daleko go wywieźli, szedł 

siedem dni i nocy piechotą przez podbity kraj, aż wrócił do swojego domu. Broń zabrali, ale 

piwnic szczęśliwie nie odkryli. A miał tam jeszcze arsenalik. Przyczaił się. Nie wychodził na 

górę. Raz tylko, jak się skończyły puszki, poszedł obrobić sklep. Wysadził drzwi od zaplecza 

i wyniósł masę rozmaitego dobra... Pięknie zapakowane produkty, od razu poznał, że to nie 

był zwykły sklep, ale taki tylko dla Niemców...

Żeby jeszcze udało się porozumieć z Londynem. Żeby wiedzieli, że on ciągle tu jest. 

Że   czeka   na   rozkazy.   Czuwa.   Ale   jest   już   dobrze.   Amerykanie   wylądowali   w   Kosowie. 

Jeszcze parę dni i przyjdą do Krasnegostawu. A wtedy on wyda im tych dwóch hitlerowskich 

pachołków, którzy czekają w piwnicy...

Nagłe oślepiające światło reflektora. Zmrużył oczy. Przed nim w tunelu stal wysoki 

mężczyzna w masce na twarzy.

-   Eligiusz   Siemiradzki,   pseudonim   Bizon?   -   zapytał   nieznajomy.   W   jego   glosie   i 

postawie coś zdradzało wojskowego.

- Tak jest - zasalutował partyzant.

- Kapitan Żubr. Przyleciałem z Londynu - poinformował przybysz odwijając kołnierz.

Miał pod spodem odznakę spadochroniarza. Stary zasalutował.

- Przybyłem dokonać inspekcji - ciągnął gość - a także przejąć jeńców, których pan 

przetrzymuje.

- Do rozwałki - ucieszył się staruszek.

- Zostaną przerzuceni do Anglii, gdzie staną przed sądem za zbrodnie wojenne.

- Taki kawał, rozwalmy ich na miejscu... Zwłaszcza tego hitlerowca blondynka, źle 

mu z oczu patrzy.

- Taki dostałem rozkaz.

background image

Siemiradzki westchnął rozczarowany. Rozkaz to rozkaz.

- W czym jeszcze mogę pomóc? - zapytał. - Amerykanie szybko tu dotrą?

- Jeszcze nieprędko. Napotkali silny opór na Węgrzech - nieznajomy odpowiedział 

bez wahania. - To może potrwać nawet parę miesięcy. Jeszcze jedno pytanie. Mam rozkaz 

ewakuować żonę pańskiego dowódcy Oksiewicza „Rudego”. Podejrzewamy, że gestapo jest 

na jej tropie. Zna pan jej adres?

- Adresu mi nie podał... - Eligiusz zasępił się. - Ale wiem, że mieszkają w Lublinie i 

przybrali nazwisko Kłosiewicz.

- Dobrze, spróbujemy ich odnaleźć. Proszę prowadzić do więźniów...

Drzwi szczeknęły. Stanął w nich wysoki mężczyzna w masce na twarzy.

- Ha, faszystowskie bydlaki - zwrócił się do nas - wybiła wasza godzina. Lecicie do 

Anglii stanąć przed trybunałem do spraw zbrodni wojennych.

- Mam nadzieję, że zostaniecie powieszeni - syknął staruszek wyglądając zza pleców 

naszego wybawcy.

Ten wyjął pistolet gazowy i odbezpieczył z trzaskiem.

- Naprzód - polecił. - Krok w lewo lub w prawo będzie uznany za próbę ucieczki. 

Strzelam bez ostrzeżenia!

Ruszyliśmy tunelami. Staruszek został z tyłu.

- Kim pan jest? - zapytałem cicho.

- Jak będziesz zbyt ciekawy, to się nie zdążysz zestarzeć - powiedział spokojnie. - 

Zaraz was rozkuję, tylko wydostaniemy się z tych lochów. Ponieś reflektor - podał mi.

Pod rękojeścią siedziała złożona w pół tekturka. Kluczyki od kajdanek też mi wręczył. 

Nie zdążyłem o to zapytać. Z bocznej galerii wyskoczył Piotrek.

- Udało się! - powiedział szeptem z radością.

- Dzięki twoim informacjom - uśmiechnął się nieznajomy.

- Obawiałem się o ciebie - zwróciłem się do studenta.

-   Bez   obawy.   Jak   strzelił   gazem,   uciekłem   w   tył.   Potem   podkradłem   się   i 

podsłuchiwałem... A potem wpadłem na...

Urwał nieoczekiwanie. Rozejrzeliśmy się. Nieznajomy w masce zniknął bez śladu.

Wyszliśmy   przez   szafę.   W   piwnicy   pod   ścianą   siedział   związany   jak   baleron 

mężczyzna w garniturze. Był zakneblowany.

- A więc spotkaliśmy się wreszcie - powiedziałem wyciągając mu knebel - gadaj coś 

ty za jeden?

background image

-   Jestem   dziennikarzem   „Turboekspressu”   -   jęknął   człowiek   -   W   kieszeni   mam 

legitymację prasową...

Faktycznie.

- Dlaczego za nami łazisz? - zapytałem ze złością.

- Nie chciałem przeszkadzać, ale piszę artykuł o panów ciężkiej pracy i potyczkach z 

wrogami - skłonił się Jerzemu. - Nawet zdjęć trochę zrobiłem... I tytuł dobry wymyśliłem: 

„Podwójne życie Pawła Dańca”.

- Ciekawe, jak to napiszesz z odciętymi palcami - warknąłem. 

Scyzorykiem Piotrka rozciąłem jego więzy.

- Zejdź mi z oczu - huknąłem.

Dziennikarz posłusznie pobiegł po schodach na górę. Wyszliśmy z lochów. Był już 

wieczór.   Jerzy   natychmiast   wskoczył   do   opla   i   wystartował   z   piskiem   opon.   Malwina 

drzemała w samochodzie. Zaskoczyło mnie to, ale gdy otworzyłem drzwiczki poczułem woń 

gazu usypiającego. Widocznie dziewczyna z nudów majstrowała przy tablicy rozdzielczej i 

niechcący nacisnęła przycisk... Wywietrzyliśmy wnętrze i uruchomiliśmy pojazd.

- Gdybyśmy poczekali przed domem, to może ten w masce wyszedłby ze środka - 

zasugerował Piotrek.

- Możliwe - powiedziałem - nie zdążyliśmy mu nawet podziękować... Skąd wiedział?

- Wpadłem na niego, gdy błąkałem się po piwnicach. Powiedziałem, co się stało, a on 

zaofiarował się z pomocą. A potem zniknął... Ciekawe, kim jest.

- Domyślam się - powiedziałem spokojnie. - W stanicy Semenowiczów powiedziano 

mi, że ktoś z potomków Pilipa Semenowicza mieszka nadal w okolicach Wojsławic. Myślę, 

że to był on.

- Dlaczego więc się nie przedstawił i nie pomagał nam otwarcie?

- Może wyznaje starą ewangeliczną zasadę, że dobro należy czynić w milczeniu - 

uśmiechnąłem się. - Zawsze był blisko, by pomóc w razie potrzeby. A teraz będzie siedział w 

domu i napawał się w samotności świadomością, że bez jego pomocy Pan Samochodzik i jego 

pomocnik by sobie nie poradzili.

Piotrek uśmiechnął się szeroko.

- Co robimy?

- Wracamy do Lublina.

Uruchomiłem silnik. Malwina obudziła się i kuzyn zrelacjonował jej nasze przygody 

w podziemiach.

background image

- Trzeba będzie powiadomić psychiatrów - powiedziałem w zadumie - że ten staruszek 

tam siedzi. Niech mu zorganizują terapię z defiladą wojsk amerykańskich na wyzwolonej 

polskiej ziemi i może mu się wszystko wreszcie odkręci...

- Sądzi pan, że to możliwe?

- Nie wiem. Jest jeszcze jedna możliwość. Mogą go trzymać w jakimś zakładzie, jeśli 

wmówią   mu,   że   został   ewakuowany   do   Anglii...   -   To   mi   przypomina   historię   prezesa 

koncernu Gilette - mruknąłem.

Oboje spojrzeli z zainteresowaniem.

- Na początku lat dwudziestych on także zwariował. Postanowił sprzedać cały swój 

majątek, a pieniądze przekazać Leninowi na rozwój państwa robotników i chłopów... Rodzina 

zainscenizowała spotkanie z podstawionym notariuszem, potem prywatnym statkiem wozili 

go po oceanie, aby myślał, że płynie do Europy, wysadzili go na ląd w Kanadzie, przewieźli 

samochodem przez odpowiednio udekorowane miasto do pałacyku na przedmieściach, gdzie 

jeden z aktorów, grając rolę Lenina, przyjął od niego czek na kilkadziesiąt milionów dolarów. 

Resztę życia prezes spędził na fermie zaludnionej odpowiednio przeszkolonym personelem, 

żyjąc w błogim przekonaniu, że znajduje się na terytorium Związku Radzieckiego...

Roześmieli się wesoło. 

Pan Tomasz czekał na mnie na schodach pałacyku.

- I jak efekty samodzielnych poszukiwań? - zapytał.

- Mam coś - pokazałem mu kartkę od nieznajomego. Patrzył na nią dłuższą chwile 

zaskoczony.

- A niech mnie - szepnął. - Dobra, jutro to załatwimy. 

Podczas kolacji opowiedziałem mu nasze przygody.

background image

ZAKOŃCZENIE

Dziewiąta.   Cudowny   czerwcowy   poranek.   Niebo   bez   jednej   chmurki,   leciutki 

wietrzyk. Dzień w sam raz, by przekazywać ludziom dobre wiadomości. Zajechaliśmy pod 

dom Piotrka.

- Chodź ze mną - polecił szef.

Weszliśmy. Zapukał do drzwi. Otworzył nam Piotrek. Malwina strasznie rozczochrana 

uwijała się w kuchni przy śniadaniu. Chyba dopiero co wstała.

- O, widzę, że znowu jestem potrzebny - uśmiechnął się szeroko nasz przyjaciel.

-  W  pewnym  sensie  -  powiedział   szef.  -  Czy moglibyśmy  porozmawiać   z  twoim 

dziadkiem?

- Tak - odpowiedział zaskoczony chłopiec. - Jest w domu...

Spore mieszkanie w starym budownictwie, wielopokoleniowa rodzina...

- Dziadku, panowie do ciebie.

Po   chwili   siedzieliśmy   w   małym,   zagraconym   saloniku.   Dziadek   Piotrka   był 

sympatycznym człowiekiem, kilkanaście lat starszym od Pana Samochodzika.

- Mają panowie jakieś pytania?

- W zasadzie tylko jedno - odpowiedział szef. - Pańskie nazwisko... Paweł Kłosiewicz. 

Czy przypadkiem nie jest fałszywe?

Twarz staruszka drgnęła.

- Owszem - powiedział. - Ale skąd o tym wiecie?

- Dotarliśmy niejako od drugiej strony - wyjaśnił szef.

- Jeszcze w czasie wojny przyjąłem to - wyjaśnił powoli. - Baliśmy się, najpierw 

Niemców, potem Sowietów... Wiem tylko tyle, co mi opowiadała matka... Niestety, zmarła 

zaraz po wojnie, niewiele pamiętam, byłem dzieckiem... Mój ojciec był partyzantem, z tych, 

którzy nigdy się nie poddali. Znalazłem informacje o nim w jednej książce, ale nigdy nikomu 

nie przyznałem się, że kiedyś nazywałem się inaczej...

- Dziadku - jęknął Piotrek. - Cały czas szukaliśmy właśnie ciebie... Dlaczego nic nie 

powiedziałeś?

- To stary zakorzeniony od dawna nawyk - powiedział. - Oksiewicz... Nawet w moich 

ustach prawdziwe nazwisko brzmi fałszywie. Nigdy go nie używałem, prawie wyrzuciłem z 

pamięci. Zżyłem się z nową, fałszywą tożsamością...

Kiwnąłem w zadumie głową.

background image

- A w jakim celu mnie panowie szukają? - zainteresował się.

- Czeka na pana spadek w Szwecji - wyjaśnił pan Tomasz.

- Duży? - zaciekawił się dziadek. - Bo przydałoby się trochę grosza na wykupienie 

mieszkania spółdzielczego...

- Dwa zamki  i jeszcze cztery zrujnowane, fermy z tysiącami  krów, jakieś  akcje i 

obligacje   warte   kilka   milionów   -   powiedziałem.   -   Na   wykupienie   mieszkania   powinno 

wystarczyć...   Jeśli   pan   pozwoli   -   ująłem   w   rękę   telefon   komórkowy   -   zadzwonię   do 

ambasadora Królestwa Szwecji. On wyjaśni to panu szczegółowo...

Zatrzymałem   się   koło   budynku   lubelskiego   archiwum.   Karen   wychodziła   właśnie 

przez szerokie drzwi. Jerzy Batura czekał na nią przy samochodzie. Opuściłem szybę.

- I jak wyniki poszukiwań? - zapytałem.

- Wszystko pod kontrolą - powiedział po angielsku, aby wszyscy mogli zrozumieć. 

-Ustaliliśmy właśnie, że mieliście rację. Kapitan Marek Oksiewicz poległ w 1947 roku w 

potyczce z wojskami KBW. Tak więc moja klientka - wskazał Karen - może spać spokojnie. 

Cały spadek należy do niej...

Szwedka uśmiechnęła się złośliwie.

- Szwecja to piękny kraj niezależnie od tego, czy mieszka się w zamku czy nie - 

powiedział pan Tomasz po angielsku.

Batura spojrzał na nas zaskoczony, ale już ruszaliśmy i nie zdążył zadać pytania, które 

najwyraźniej cisnęło mu się na usta.

- Może trzeba było im powiedzieć? - zastanawiałem się, wyjeżdżając na warszawską 

szosę.

- Po co? - Pan Samochodzik wzruszył ramionami. - Nie lubię przynosić złych wieści.