background image

AKCJA "WISŁA"  

Rozwiązanie problemu ukraińskiego w Polsce  

W ciągu trzech miesięcy 1947 roku, poczynając od 28 kwietnia, na polecenie 
komunistycznych władz Polski, siłami wojska, milicji i słuŜb bezpieczeństwa deportowano 
około 150 tysięcy Ukraińców z ich ziem rodzinnych w południowo-wschodniej Polsce, i 
osiedlono w rozproszeniu, wydatnie ograniczając swobody obywatelskie, na zachodzie i 
północy kraju. Wojskowej Grupie Operacyjnej "Wisła" (od której wzięła potoczną nazwę ta 
próba "rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce") rozkazano zlikwidować Ukraińską 
Armię Powstańczą i Organizację Nacjonalistów Ukraińskich; deportacje, pozbawiając 
podziemie zaplecza, miały być koniecznym środkiem prowadzącym do tego celu.  

Znaczną część polskiej opinii publicznej przekonała argumentacja i propaganda (choć były 
one podszyte nacjonalizmem i ksenofobią) ówczesnych władz Polski. Ci, którzy do dziś 
aprobują wysiedlenia, sądzą, Ŝe akcji "Wisła" nie moŜna oceniać w oderwaniu od takich 
poprzedzających ją faktów, jak np. sojusz części politycznych elit ukraińskich, w nadziei na 
pomoc w uzyskaniu niepodległości, z III Rzeszą, i krwawe czystki etniczne, dokonane na 
Polakach i śydach na Wołyniu i w Galicji. Pragmatycznie dowodzi się, Ŝe deportacje były 
najskuteczniejszą, przy czym najmniej krwawą metodą walki ze zbrojnym podziemiem 
ukraińskim, a masowe przesiedlenia były zaakceptowanym przez zachodnich aliantów, zaś 
np. w odniesieniu do ludności niemieckiej w Polsce i Czechosłowacji wręcz przez nich 
narzuconym, sposobem załatwiania powojennych problemów etnopolitycznych. W latach 
1945 - 46, na mocy porozumienia PKWN ze Stalinem, i bez sprzeciwu międzynarodowej 
opinii publicznej, przesiedlono 800 tysięcy Polaków z dawnych Kresów Wschodnich na 
powojenne terytorium państwowe Polski, zaś z Polski do ZSRR 480 tysięcy Ukraińców.  

Ci, którzy kwestionują fakty, przywoływane na usprawiedliwienie akcji "Wisła", wskazują, Ŝe 
od początku 1947 roku zmalał zbrojny opór UPA, zaś liczba strat na domniemanym terenie jej 
działania niewiele odbiegała w tym okresie od właściwej dla powojennych czasów liczby 
ofiar rozboju i przemocy w innych regionach kraju. Państwo polskie nie było wówczas z 
nikim w stanie wojny, ale do operacji wymierzonej przeciw ludności cywilnej skierowała siły 
wojskowe i środki wojenne. Władze zastosowały niehumanitarną zasadę odpowiedzialności 
zbiorowej: wysiedleniem objęto tereny, na których nie było wcześniej Ŝadnych przejawów 
wpływów UPA, i na których nie prowadzono następnie Ŝadnych działań zbrojnych, oraz 
osoby poza podejrzeniem: starców, chorych i dzieci. Mieszano kryterium etniczne i religijne, 
wysiedlono np. Cyganów wyznania grekokatolickiego. Bez sądu więziono ludzi w obozie w 
Jaworznie. Nie rozpatrywano Ŝadnych indywidualnych odwołań, ani po ustaniu podanych 
oficjalnie przyczyn deportacji nikomu nie pozwalano na powrót.  

Przeciwnie, dąŜeniem władz było utrwalenie diaspory Ukraińców (27 lipca 1949 roku na 
podstawie dekretu rządowego odebrano im prawo do pozostawionej własności), a nawet ich 
wynarodowienie, przez zakaz sprawowania kultu religijnego w Kościele katolickim rytu 
wschodniego (i konfiskatę cerkwi), zakaz nauczania języka ojczystego, zakaz zrzeszania i 
odebranie swobody poruszania się. Znacznego uszczerbku doznała materialna i kulturalna 
spuścizna ukraińska na wysiedlonych terenach, a na części - w Bieszczadach - zupełnego i do 
dziś nieodwracalnego unicestwienia.  

Po 1957 roku cofnięto część ograniczeń. Przywrócono wolność nauczania i publicznego 
posługiwania się językiem ukraińskim, w niewielkim zakresie swobody obywatelskie, 

background image

kulturalne i religijne. Około 20 tysiącom wysiedlonych pozwolono na powrót w rodzinne 
strony i udzielono częściowej rekompensaty za utracone mienie.  

Wszystkie restrykcje natury administracyjnej i politycznej zostały uchylone po 1989 roku. 
Odtworzony został ustrój, diecezje i hierarchia Kościoła bizantyjsko-ukraińskiego. 3 sierpnia 
1990 roku Senat RP potępił w specjalnej uchwale akcję"Wisła", "w której zastosowano - 
właściwą dla systemów totalitarnych - zasadę odpowiedzialności zbiorowej" i obiecał, Ŝe 
"dąŜyć będzie, by naprawione zostały - na ile to moŜliwe - krzywdy powstałe w wyniku tej 
akcji".  

Organizacje i środowiska polskich Ukraińców wciąŜ domagają się dokonania rehabilitacji 
pokrzywdzonych i prawnego naprawienia skutków akcji "Wisła". W 50. jej rocznicę Kongres 
Ukraińców w Polsce ponowił te Ŝądania. Jednocześnie Kongres potępił krzywdy i zbrodnie 
zadane Polakom przez Ukraińców i prosił o wybaczenie. Obietnica Senatu z 1990 roku 
pozostała nie spełniona. Nie podjęto nawet próby ustalenia, co jest moŜliwe, i co Polacy 
byliby gotowi zaakceptować. A.Ka  

Czas robi swoje i nawet Osława, nie jest taka jak dawniej  

Cisza  

 

Po wysiedleniach opustoszały cerkwie. Świątynie i krzyŜe opuszczone, często 
dewastowane niszczały. Dopiero w latach sze
śćdziesiątych śmielej odradzały się 
wspólnoty, wielu unitów przylgn
ęło wówczas do oficjalnie istniejącego prawosławia. W 
greckokatolickiej - przed wojn
ą - wsi, po wysiedleniach sytuacja się skomplikowała. Dziś 

background image

w szkole w Mokrem uczą religii duchowni prawosławni, uniccy i katoliccy. To teŜ echo 
nast
ępstw dramatycznego 1947 roku. FOT. ZBIGNIEW LENTOWICZ  

ZBIGNIEW LENTOWICZ  

Wojny, kataklizmy, kapryśny los nie omijały Mokrego, tych kilkudziesięciu ukraińskich 
chałup wci
śniętych w przesmyk, przy kolejowym szlaku do łupkowskiej przełęczy 
wiod
ącej na drugą stronę Karpat. Ludzie po kaŜdej poŜodze podnosili się jednak, 
odbudowywali strzechy, znów zieleniły si
ę zagony na gliniastych stromiznach. Tak było 
do siódmego maja czterdziestego siódmego, kiedy na ł
ące wylądował kukuruźnik. 
Przybycie samolotu zapami
ętał czteroletni wówczas Orest Kochanowski: z maszyny 
wysiadł polski oficer i powiedział do sp
ędzonej gromady, Ŝe Ukraińcy powinni się 
zbiera
ć. I nagle, w ciągu paru godzin, kilku kolejnych dni, świat, który zapamiętała 
Maria Kirylejza i kilkunastoletni wtedy Józef 
śurat zapadł się, potem zaś wszystko było 
ju
Ŝ inne niŜ dotąd.  

We władzy ślepego przypadku  

Energiczna Maria Kirylejza w jasnobłękitnej bluzce sztywnieje, kiedy pada pytanie i w ślad 
za nim wracają wycierane z pamięci obrazy, strzępy niechcianych wspomnień. - Po 
wysiedleniu połowy Mokrego, z pozostawionymi w chałupach pozostał strach. - Człowiek 
cienia swojego się bał - pamiętają.  

Wydarzyć się przecieŜ mogło wszystko, o ludzkim losie decydował głupi przypadek. - Ja w 
Mokrem zostałam, bo wojskowi zawahali się przy polsko brzmiącym nazwisku, a matce, 
Kochanowskiej z domu, wpisano jakoś wcześniej w paszporcie, Ŝe Polka - dziwi się Maria o 
włosach przyprószonych siwizną, długo patrzy przed siebie nieruchomo, tylko dłonie ani na 
chwilę nie spoczną spokojnie na stole.  

- Inni zostawali, bo potrzebni byli robotnicy w lesie, robotnicy kolejowi na strategicznym 
szlaku i ci zwłaszcza, którzy "robili na tutejszej kopalni nafty wiertaczem".  

W sądnej godzinie, jak kto mógł chronił głowę. Czy moŜna się dziwić ludziom?  

Kiedy wojskowi zaczęli plądrować chałupę Kochanowskich, babcia siedziała akurat na łóŜku. 
Wojskowy juŜ od progu uniósł karabin, wymierzył. - Mama rzuciła się rozpaczliwie, zdąŜyła 
tylko złapać za ręce sięgające do spustu.  

Jana Kirylejzę na ziemie północne wywieźli z sąsiedniej osady, wcześniej jednak na własnej 
skórze doznał mocy przypadku. Kiedy raz wojsko wpadło do wsi, schował się w ciasnej 
piwniczce. Przy maszynie do szycia w izbie została siostra, młoda, piękna dziewczyna, kaleka 
bez nóg, po kolejowym wypadku. - Czego płaczesz durna, zainteresował się jeden z 
wojskowych. - Brat się schował przed wami w piwnicy, pewnie go zabijecie. I wtedy Ŝołnierz 
rzekł do towarzysza, przestań tam szukać, idziemy.  

Innym razem Jan stał w zagajniku, gdy Zawadkę Morochowską pacyfikował polski oddział. 
Jeszcze słyszy te strzały, krzyk ludzi, trzask palonych chałup, jakieś wrzaski, ryk domowej 
zwierzyny. - śe koń, co go poszedłem zabrać z pastwiska, który wtedy stał ze mną w 
krzakach, nie zarŜał, cud prawdziwy!  

background image

- Czasem przecieŜ, człowieku, śmierci przypadkiem na głowę nadepniesz, a masz szczęście - 
nie stanie się nic - Jan o tym zawsze moŜe zaświadczyć. Wie teŜ, Ŝe z pamięci, z serca nie da 
się juŜ wydrzeć koszmarów. - Z Polakami człowiek jadł z jednej miski, potem ramię przy 
ramieniu, w skwarze, kosili na polach czy łące, a jakiś Ŝal przecieŜ utkwił głęboko, jak zadra.  

Komu bowiem zawinił dziadek, którego od Gierata z podwórza wypatrzyli wojskowi, jak 
szedł miedzą, serią dostał, nie dane mu było doŜyć swego.  

Zwalistemu Orestowi Kochanowskiemu staje przed oczami wizerunek ojca, weterana 
czwartego białoruskiego frontu, który po ranach odniesionych pod Bielskiem, wrócił wreszcie 
do rodzinnej chałupy. Wojennego, kombatanta przecieŜ, nie ochronił nawet mundur. 
ś

ołnierzom spodobał się trofiejny, stary, angielski zegarek: odpinaj, kurwa twoja mać 

banderowska - usłyszał i nie zdecydował się ponad miarę przeciągać struny. Frontowe 
inwalidztwo nie uchroniło przed wywózką Tkaczy, bracia ledwie wrócili z wojny, juŜ kazano 
im w godzinę spakować się i wyjeŜdŜać na północ.  

- O idzie mały banderowiec, chodźcie no tu hajdamaki - Orest pamięta dobrze tamte słowa, 
klimaty. Widzi teŜ, Polaków, bogatych chłopów dochodzących do kopalnianej roboty z 
Kulasznego, jak oddawali ojcu swoje śniadanie. - Ty masz jeszcze dwóch bajtli do 
wykarmienia, weź, nie przelewa ci się przecieŜ.  

"Ni cerkwi, ni dwora"  

Mokre juŜ przed wojną było ukraińską wsią, liczącą ponad sto dymów, z własną 
kooperatywą, stacją kolejową, wodnym tartakiem, "ridną szkołą", z kopalnią nafty, w której 
dobywano ropę z kilkudziesięciu odwiertów. O beskidzkiej osadzie, wciśniętej między 
wzgórza, odciętej od wielkiego świata na bojkowsko-łemkowskiem pograniczu mówiono teŜ, 
zwłaszcza w sąsiednim zawistnym Morochowie: "ni cerkwi, ni dwora". Polaków było tu 
niewielu, Ŝyli najczęściej w małŜeństwach mieszanych. Pięcioma Ŝydowskimi rodzinami 
zajęli się w okupację hitlerowcy. - Potem, kto miał tu broń, stanowił prawo - pamięta 
sześćdziesięcioletni dziś Józef śurat, kiedyś, "jeszcze w Prusach" nauczyciel ukraińskiego. 
ś

urat siada na chwilę w swym nowym, jasnym domu, pod wizerunkami narodowych 

bohaterów i włącza w telewizji kijowski program. Gdy w 32 roku ojciec, Michał, gospodarz 
na 11 morgach budował na wysokim brzegu Osławy chałupę, na dachu kładł juŜ czerwoną, 
tarnowską dachówkę - odcinała się wyraźnie od tutejszych strzech.  

Wojna przyniosła do Mokrego spustoszenie. - Tu władza, państwowy urzędnik się nie 
zapuszczał, o zmierzchu i w biały dzień przychodził i rabował kto chciał, mundury nie 
mówiły niczego, kaŜdy mógł podać się za kogo tylko mu przyszła ochota. śurat: - Wobec 
grabieŜy i bezkrólestwa, jedynym oparciem stała się wkrótce UPA. Przed wywózką na roboty 
do Rzeszy, przed mobilizacją do Czerwonej Armii, przed bandyckim zagroŜeniem, polskim 
podziemiem i szykanami milicji młodzi z Mokrego i okolicznych wsi uchodzili do lasu. śurat 
nie pamięta, by banderowcy siłą rekrutowali. - Była u nich surowa dyscyplina - tak słyszał.  

O wspieraniu "naszych partyzantów" niewiele się dziś w Mokrem chce pamiętać. Przychodził 
czas, ludzie dawali kontyngent, nie daj BoŜe, gdy się wydało, Ŝe ktoś garść ziarna czy słoninę 
zataił w jakimś schowku - kręci głową śurat.  

Legenda UPA  

background image

Anna Babiak, cudem ocalona z Zawadki Morochowskiej - spalonej wpierw przez Niemców, 
którzy szukali tam tropów radzieckich skoczków, potem trzykrotnie jeszcze pacyfikowana 
przez polskie wojsko - w styczniu, marcu i kwietniu 46 - nie moŜe się nadziwić nieszczęściu - 
w Zawadce przecieŜ ludzie tak strasznie byli grzeczni! Sędziwa Anna, wsparta cięŜko na 
lasce, przyniesie fotografię brata, rocznik 1925: - Iwan, to znaczy Jan, który zginął, dziś jego 
nazwisko brzmiałoby po polsku Dobrzański, tak był do kaŜdej roboty składny, taki dobry, Ŝe 
dziś jeszcze Babiakowej z wielkiego Ŝalu, łzy się w oczach zakręcą.  

W styczniowy, śnieŜny dzień, w Zawadce wojsko zabiło ponad sto osób, nie oszczędzano 
kobiet i dzieci. Babiakowa opowie, jak to uciekinierzy pod wieczór wrócili na pogorzelisko i 
pod ciałem zabitej matki odnaleźli Ŝywe jeszcze na wpół zamarznięte, półroczne dziecko.  

Kiedy wojsko przyszło potem zza góry do Mokrego i matce kazali zrobić jajecznicę - białe, 
maskujące kombinezony Ŝołnierzy pełne były krwawych śladów - pamięta jak dziś Maria 
Kirylejza. - Zawadka, to był cichy zakątek, schowany wśród lasów i banderowcy mogli tam 
szukać schronienia - Maria zastanawia się głośno z wyraźnym wahaniem.  

Czy oddział UPA stacjonował w samym Mokrem, nie potrafi powiedzieć Józef śurat: Wiem 
tylko, Ŝe jeśli sotnia zjawiała się w okolicy, ustawały zaraz napady, grabieŜe. To pod 
wpływem UPA, tak niewielu Ukraińców z Mokrego wyjechało na Ukrainę w czterdziestym 
piątym, w ramach pierwszych przesiedleń i wielkiej wymiany ludności. - UPA atakowała 
wówczas transporty, płonęły mosty. Najskuteczniej podziałało jednak na ludzi słowo 
pewnego kapitana, idącego z IV Frontem Ukraińskim czerwonoarmisty, który w domu 
ś

uratów powtarzał, Michał, rób co tylko chcesz, tylko nie jedź na Wschód.  

Dziś młodszy śurat, Ukrainiec i polski obywatel spokojnie tłumaczy cele UPA, woli jednak 
mówić bezosobowo: liczono na trzecią wojnę światową i oczekiwano, Ŝe da się zorganizować 
ten niezaleŜny kraj na ukraińskich ziemiach etnicznych. O akcji "Wisła": "tamta władza w 
tamtym ustroju zdecydowała się nami zatkać puste poniemieckie ziemie, by zamknąć usta 
propagandzie zachodniej". - PrzyjeŜdŜaliśmy - mówi śurat - do wyszabrowanych kompletnie 
domostw, a ci, którzy osiedlili się tam wcześniej z lękiem wypatrywali krwawych Ukraińców, 
strasznych jakichś hajdamaków, bandytów z noŜami. I nie mogli się potem nadziwić, Ŝe 
spotykali wreszcie podobnych do nich, normalnych ludzi, a najczęściej nieszczęśników 
wyzutych z majątku, którym z litości trzeba było czasem podać kubek wody.  

Zwycięzcy i zwycięŜeni  

Po latach dopiero, gdy młodzi zaczęli juŜ uciekać na zachód, do Ameryki, Kanady, turyści 
przyjeŜdŜali na Mazury i gadali: jeśli wy stąd wyjedziecie, to Niemcy przyjdą. - Niektórzy 
nasi - ma dziś Ŝal śurat - poszli na łatwiznę, udawali, Ŝe są Polakami, myśleli, Ŝe w ten 
sposób będzie im lepiej, ale przecieŜ nikt nie ufa dwulicowym, prędzej się człowiekowi 
wierzy takiemu, jaki on jest. Przeszliśmy swoje, taki był ustrój, zwykli ludzie nie liczyli się 
wtedy - zamyśla się śurat. I dodaje z westchnieniem: tyle, Ŝe myśmy z tego wszystkiego się 
nacierpieli najwięcej.  

Czas odmierzany w Mokrem, w którym znów pada oblepiający śnieg, a błotnisty nurt Osławy 
niesie roztopową falę, dziwnie zaciera cienie i szarości, wyostrza krzywdy niczym jedyne 
widoczne i jaskrawe kontury. Po półwieczu nakazanego milczenia, instynktownego 
kamuflaŜu, ludzie jeszcze odreagowują.  

background image

- Zadry utkwiły głęboko, zwłaszcza wśród pokolenia, które bezpośrednio naznaczyła historia 
- próbuje zrozumieć Danuta Łagódka, dyrektor tutejszej szkoły, unikalnej w kraju, bowiem 
nieprzerwanie od 1957 roku dzieci uczą się tu równieŜ ukraińskiego. Zderzenie z 
rzeczywistością wschodniego pogranicza było szokujące dla Łagódki. Jeszcze do niedawna w 
pobliskim Zagórzu czy Sanoku, choć wszyscy się domyślali, kto jest kim, pochodzenie 
ukraińskie było tematem tabu. Łagódka: tu w Mokrem odkąd pamiętam, było inaczej, tu 
Ukraińcy zawsze stanowili większość, mówiło się więc po ukraińsku na przystanku i w 
sklepie.  

Dystans przybysza z zewnątrz, spoza tego zaklętego kręgu emocji okazał się jednak na 
dyrektorskiej posadzie rzeczą bezcenną: - Bez tego chyba nie da się tu działać skutecznie - 
sądzi dyrektorka. W szkole lekcje religii prowadzi trzech księŜy: prawosławny, unicki i 
katolicki. - Zajęcia celowo zorganizowaliśmy jednocześnie, w tym samym czasie, kaŜdy 
duszpasterz zgarnia po dzwonku swoją trzódkę i nikt nie ma czasu na pokazywanie palcem 
"innego".  

Podskórne konflikty, które przecieŜ pulsują w Mokrem i co jakiś czas znajdują swe ujście, jak 
ten ostatni spór dotyczący udostępniania katolikom nowo wybudowanej cerkwi unickiej, 
szczęśliwie, jakby nie dotyczyły dzieci. - Wśród uczniów pęknięcia nie ma, nie ma napięć na 
tle burzliwej przeszłości. To, czego młodzi sami nie doświadczyli, a o czym jedynie 
opowiadają rodzice, pozostaje opowieścią, czymś w rodzaju mrocznej legendy. - Z ostatniej 
wojny wszyscy wyszliśmy okaleczeni i zwycięzcy, i zwycięŜeni - myśli pani dyrektor po tych 
kilkunastu latach doświadczeń na południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Wojna i 
ją samą, kiedyś przecieŜ musnęła: ojciec Łagódki trafił do kacetu, lecz rodzina ocalała, dzięki 
pomocy znajomej Niemki.  

Podsumować i zamknąć  

Na korytarzach piętrowej, szarościennej, szkoły w Mokrem, harmider - dzieciarnia daje upust 
energii. Ukraińskiego w dokazującej gromadzie jednak nie słychać.  

Mirosław Onyszkanycz, nauczyciel ojczystego języka, twierdzi, Ŝe umiejętność posługiwania 
się ukraińskim dzieci w Mokrem wynoszą z domu, a pierwsze podręczniki wydane w kraju 
(wśród ilustracji orzeł w koronie obok włodzimierzowego tryzuba) wypierają importowane ze 
wschodu, w których treść jak pięść do nosa przystawała do polskiej rzeczywistości. 
Onyszkanycz, który prowadzi równieŜ uczniowski zespół "Osławiany" (Osławianie), 
ubolewa, Ŝe słabnie entuzjazm młodych artystów odkąd obecność ukraińskiej pieśni i 
obyczaju spowszedniała nie tylko w okolicy. "Osławian" proszą juŜ wszędzie, bez wyjątku. 
na festiwale ukraińskiej kultury i państwowe uroczystości w Sanoku albo Zagórzu.  

- Szczypta konspiracji, sięgania do narodowych piosenek jak po zakazany owoc, dodawała 
młodzieŜy zapału, dziś górę bierze normalność, a to juŜ zupełnie nie mobilizuje - narzeka 
nauczyciel.  

Pytam, czy próbowali zapraszać polskie dzieci do wspólnego śpiewania, w Mokrem niewiele 
jest przecieŜ moŜliwości interesującego spędzania czasu po lekcjach. - Nie. Pewnie sam 
język, to znaczy słowa piosenek, mogłyby być trudną do pokonania barierą - nie ukrywa 
zakłopotania Onyszkanycz.  

background image

Stanisław Biłas, z czarnym sumiastym wąsem i mocnymi dłońmi, miał cztery lata, gdy z 
ojcem wracali do Mokrego na swoje. Dziś akademicko-prasowymi dyskusjami wokół 
ukraińskiej przeszłości jest juŜ trochę znuŜony. Dla człowieka, który urodził się na ziemiach 
odzyskanych i tam się dorabiał, tam urządził sobie Ŝycie, tak jak potrafił najlepiej, nie ma juŜ 
tutaj, w górach szczególnego magnesu. - Wziąć hektar zagonu i kartofelki sadzić?  

Co tu będzie robił przyjezdny, kiedy wokół pracy brakuje, a we wsi juŜ i tak stoi kilka chałup 
opustoszałych po tych, którzy prysnęli przy pierwszej okazji do wymarzonej Kanady.  

Tak to juŜ jest. Jeśli wśród obrazów pielęgnowanych z dzieciństwa nie zobaczysz wiosennej 
Osławy, to zastanawiać się trzeba, co właściwie znaczy dla ciebie słowo - ojczyzna. Ona juŜ 
dla wielu jest tam, gdzie się urodziłeś, dorosłeś. - Ojca i innych z jego pokolenia w góry gnała 
tęsknota, za kaŜdym drzewem, kamieniem. A nam, młodszym? Biłas, który kiedyś pracował 
w kombinacie drzewnym w Rzepedzi, a dziś siedzi na zasiłku, ma swoje zdanie: Prawdę o 
akcji "Wisła" trzeba spokojnie, solidnie zapisać i wreszcie sprawę zamknąć. To się naleŜy 
wszystkim - zamiast tego ciągłego szrajbowania w gazetach, jątrzenia, wymysłów.  

Odejście dawnego świata  

Ludzie w Mokrym z losem pogodzeni: w majowe, odpustowe święto sunie tylko procesja na 
cmentarz. Te parę krzyŜy zamarłych w ciszy za ogrodzeniem to jedyny ślad po Zawadce 
Morochowskiej. W miejscu, gdzie stały niegdyś chałupy przyjezdny z trudem znajdzie ślady 
po piecowiskach. Jeszcze tylko tu i ówdzie wiosną, pośród lasu zakwitną śliwy, o pniach i 
konarach skręconych wiekiem i niepogodą jak dłonie starca.  

Nawet Maria Kirylejza, która przecieŜ w Mokrem trwa przez te wszystkie lata, widzi jak 
niepowstrzymany czas zaciera ślady. Pod lasem najszybciej. Młode drzewa pną się w 
górę, tam gdzie stały kiedyś domy pod strzechą, budowane z bali na zrąb, malowane w pasy 
Ŝ

ółtawą glinką.  

Maria: - Człowiekowi nawet skrawek ojcowizny, dawno nie widziany, dziś pewnie wydałby 
się obcy.  

Jednak Kirylejzowie, jak wielu tutejszych, dzielą Ŝycie na dwie epoki, ta piękna liczy się do 
wojny czy raczej do wysiedlenia: cudowny świat, kiedy się go ogląda oczami młodości. 
Tamta wieś z Ŝydowską karczmą pod górką tętniła Ŝyciem. W czerwcowe wieczory 
dziewczyny zbierały się razem, szło się pośpiewać u kogoś na zachacie. W niedziele albo 
przy święcie nikogo do zabawy nie trzeba było specjalnie zachęcać, więc sklecona z desek 
podłoga aŜ dudniła od tańców. To wtedy nawet las był człowiekowi przyjazny, Maria zawsze 
najwcześniej była w grzybowisku, do domu znosiła pełne kosze. - AŜ któregoś lata matka za 
wielki jutowy worek suszonych prawdziwków, sprzedanych na sanockim targu, zrobiła 
wielkie zakupy. Prezenty dostali wszyscy - ja - jak dziś pamięta pani Maria - dostałam piękne 
buciki.  

A ryby, jakie wtedy były w Osławie, kto pamięta? Matka Marii miała na nie sposób: 
przygotowane wcześniej układała do blachy wyściełanej słomą i suszyła w chlebowym piecu. 
Smakowały wspaniale, zwłaszcza gdy wcześniej polatało się za krowami po górkach.  

background image

I nagle któregoś majowego dnia skończyło się chodzenie po kądzieli i darcie pierza z 
przyjaciółkami w jesienne wieczorki. Martwa cisza zapadła tam, gdzie kiedyś Ŝyło Kamienne, 
Przybyszów, Karlików, Płonne, Ratnawica.  

- Nigdy juŜ potem, po wojnie nie zaśpiewałam, nie było z kim i nie było ochoty. To w roku 
wysiedlenia i potem w naszą wigilię kolację jedliśmy tak wcześnie, w biały dzień, przed 
zachodem słońca - wspomina Orest Kochanowski. Maria Kirylejza takŜe widzi, jak matka 
owija chustą lampę nad świątecznym stołem, by światło nie zdradzało ukraińskiego wyznania. 
Cerkiew wtedy milczała zamknięta na głucho, po kilku latach dopiero wprowadzili się pod jej 
łatany dach prawosławni. W opuszczonych chałupach zamieszkali osadnicy, niewielu ich w 
Mokrem zagościło dłuŜej - nawet tacy porządni jak na przykład Rajchlowie czuli się 
widocznie nieszczególnie na cudzym.  

Po pięćdziesiątym szóstym zaczęły się pierwsze powroty. śuratów o tym, Ŝe opuszcza ich 
zagrodę, zawiadomił listem polski gospodarz. - Z Zagórza w kwietniu 57. musieliśmy 
zawrócić raz jeszcze do śabinki pod Węgorzewem. Czekając na przyzwolenie władzy raz 
ostatni "w Prusach" przesiedzieli lato. We wrześniu udało się wreszcie; byli znów na 
ojcowiźnie, jednak Józefa, mimo Ŝe odsłuŜył wojsko i budował Nową Hutę, przez dwa lata 
jeszcze odsyłano z kwitkiem z biura meldunkowego. śurat zapamiętał, Ŝe kiedy wrócili, wieś 
wydawała się skurczona jakaś, opustoszała, dziwnie było, pługi wykroiły nowe miedze, a 
między podwórkami zniknęły płoty. - Ludzi pamiętam zastraszonych, posępnych, nikt nie 
dowierzał nikomu. Coś z tej atmosfery nieufności zostało do dzisiaj - podziały na tych, którzy 
zostali i tych, którzy wrócili z wygnania, odzywają się czasem z głębi zza drugiego dna. 
Zaledwie kilka lat wcześniej nową cerkiew z Zawadki rozebrano i złoŜono z niej pegeerowską 
owczarnię w Wysoczanach. Wieść niesie, Ŝe któregoś dnia wezbrane wody zmyły obejście, a 
fala porwała i uniosła szczątki razem ze zwierzętami.  

Zbigniew Lentowicz  

 

Józef śurat (na zdjęciu) twierdzi, Ŝe "w Prusach", na zesłaniu, cywilizacja wyprzedzała 
Mokre o pół wieku. I có
Ŝ z tego, skoro oni chcieli być u siebie, choćby w ciasnej, 
ojcowskiej chałupie. FOT. ZBIGNIEW LENTOWICZ
  

Zaraza na nas przyszła o świcie 1 lipca  

U nas tu, u nas tam  

ANDRZEJ KACZYŃSKI  

background image

 

Jeśli ojczyzna to pamięć i groby, to ta tutaj, nowa "mała ojczyzna", jest przepołowiona. 
Pami
ęć wciąŜ biegnie do Łemkowszczyzny, w Bieszczady, w okolice Sanoka, Przemyśla, 
Jarosławia, Lubaczowa. Tamte ukrai
ńskie groby zniszczyli ludzie, pochłonęła ziemia, 
porosła trawa. I tu przepadły stare, pojawiły si
ę nowe  

FOT. ANDRZEJ KACZYŃSKI  

- W ciągu pięćdziesięciu lat historia zatoczyła pełne koło. Wtedy teŜ była Pascha: 
Poniedziałek Wielkanocny - rzekł ksi
ądz Marek Sośnicki. "Wtedy", czyli 28 kwietnia 
1947 roku, był pierwszy dzie
ń akcji "Wisła". "Pascha" to dosłownie "przejście" śydów 
z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej. U chrze
ścijan pamiątka "przejścia", czyli 
Zmartwychwstania, Chrystusa. W kontek
ście 50. rocznicy przymusowego przesiedlenia 
Ukrai
ńców z "małej ojczyzny" w południowo-wschodniej Polsce na ziemie odzyskane, 
słowo nabiera ironicznego i gorzkiego sensu.  

Jest 26 kwietnia, sobota Wielkiego Tygodnia według kalendarza liturgicznego obrządku 
wschodniego. Parafia grekokatolicka w Modle w województwie legnickim. Na chwilę 
rozmowy ksiądz Marek Sośnicki ma czas po niespiesznym rozejściu się wiernych, z których 
prawie kaŜdy ma coś świątecznego do powiedzenia proboszczowi, po sprzątnięciu kościoła, 
który wypoŜycza od parafii rzymskokatolickiej, po rozmontowaniu i wyniesieniu do zakrystii 
prowizorycznego ikonostasu. - Musimy po sobie posprzątać, Ŝeby nie został po nas Ŝaden ślad 
- mówi z goryczą duszpasterz Ukraińców. - Mam trzy parafie, ale Ŝadnego własnego kościoła.  

Nazajutrz, u świętego Jacka w Legnicy, przeciętna wieku parafian księdza Marka duŜo niŜsza, 
a głosy znacznie silniejsze; piękne śpiewy liturgiczne brzmią czyściej i donośniej. Ale tu tak 
samo po skończonym naboŜeństwie ikonostas składany jak parawan wynosi się z 

background image

prezbiterium, i w gotyckim, i rzymskokatolickim kościele nie zostaje Ŝaden bizantyjsko-
ukraiński ślad. Wierni wsiadają do samochodów i odjeŜdŜają. Rezurekcja grekokatolików 
wygląda jak msza dla automobilistów. - Parafia personalno-terytorialna - mówi ksiądz 
Sośnicki - czyli, moŜna powiedzieć, parafia w drodze. W pokoleniu dzieci i wnuków 
przesiedleńców wystąpiła olbrzymia migracja ze wsi do miast, ale takŜe ponadprzeciętna 
emigracja. - Dlaczego aŜ tylu Ukraińców wyjeŜdŜa za granicę, do Kanady lub Stanów 
Zjednoczonych? Mój brat teŜ wyemigrował, więc potrafię odpowiedzieć - mówi ksiądz 
Marek. - Bo tutaj jest im źle. To większość uwaŜa, Ŝe jest w Polsce tolerancja. Mniejszość - 
nie.  

Ksiądz Marek Sośnicki, rocznik 1963, urodził się juŜ na wygnaniu. Rodzina pochodzi z 
Ulucza koło Sanoka. W Uluczu - mówi z dumą - jest najstarsza w Polsce cerkiew z 1510 
roku. Po sąsiedzku - mówi ze smutkiem - leŜała wieś Borownica, gdzie zamordowano 38 
bezbronnych Ukraińców. Ta śmierć przyszła z zewnątrz. Naokoło były same wioski 
ukraińskie, a więc nie było w tej okolicy Ŝadnych konfliktów etnicznych czy waśni 
sąsiedzkich, ani wojny domowej. Ksiądz zresztą nie zaprzecza, Ŝe gdzie indziej taka wojna się 
toczyła, nie pierwszy raz zresztą w dziejach Polski: przypomnijmy sobie choćby rabację 
Jakuba Szeli, przeczytajmy na nowo "Rozdzióbią nas kruki, wrony...". Konflikt jest 
nieodłączny od społeczeństwa. Tego jednak nie chciano rozwiązywać, a tylko unicestwić 
jedną z jego stron. - Została popełniona zbrodnia na narodzie ukraińskim - mówi ksiądz 
Marek Sośnicki o akcji "Wisła".  

Moja wieś  

Moja wieś to Nowa Wieś - mówi Piotr Hojniak ze zrośniętej z Modłą wsi Patoka. - Nowa 
Wieś w byłym powiecie nowosądeckim. 12 kilometrów od Krynicy, 22 od Nowego Sącza. 
Rozciągała się na sześć kilometrów wzdłuŜ Kamienicy. DuŜo lasów, mało ziemi ornej. KaŜdy 
sam sobie gospodarzem, kto potrzebował pieniędzy - wycechował drzewo, ściął, ale tak, Ŝeby 
nie niszczyć lasu, głównego naszego bogactwa. We wsi były cztery tartaki, to świadczy, Ŝe 
było co ciąć. W pobliŜu miał teŜ las hrabia Stadnicki. Dobrze płacił, drzewo z lasów hrabiego 
nasi ludzie wozili konnymi furmankami do jego tartaku w Nawojowej. Tak sobie dorabiali i 
było jako tako.  

W Nowej Wsi mieszkali sami Łemkowie. Tylko dróŜnik, zapomniałem jak się nazywał, i 
dwaj gajowi, Słabek i Szatkowski, to byli Polacy. Była u nas szkoła czteroklasowa; siedem 
klas ukończyłem juŜ tutaj. I była u nas parafia grekokatolicka z filią w Łosiu, ale obsługiwał 
ją jeden ksiądz. Ja skończyłem kurs dla diaków we Florynce, przy klasztorze ojców studytów. 
Diak to tyle co organista w kościele łacińskim. Trzy lata posługiwałem w naszej cerkwi - 
mówi pan Piotr, co chwila zerkając na zegarek, Ŝeby nie przegapić pory naboŜeństwa. W 
Modle, jak pięćdziesiąt lat temu w Nowej Wsi, pełni obowiązki diaka. Trzeba za kaŜdym 
razem baczyć, co to znaczy "u nas". Raz "u nas" odnosi się do Nowej Wsi, ale kiedy indziej 
"u nas" to znaczy w Patoce. U nas tu, u nas tam.  

Zaświadczenie: "6 IV 1945. Grekokatolicki urząd parafialny w Nowej Wsi poświadcza, Ŝe 
Piotr Hojniak jest diakiem w tutejszej cerkwi". Podpisał proboszcz, ks. Stefan Dziubina 
(obecnie mitrat, czyli infułat w łacińskiej terminologii; zanim moŜna było odtworzyć 
hierarchię i diecezje obrządku wschodniego, ksiądz mitrat Stefan Dziubina był wikariuszem 
generalnym prymasa Wyszyńskiego dla wiernych rytu grekokatolickiego).  

background image

- W 1945 roku trochę ludzi z zachodniej Łemkowszczyzny skusiło się na wyjazd do ZSRR. 
W 1947 roku najpierw tylko słuchy chodziły, Ŝe będą nas wysiedlać. Szeptanka z ust do ust, 
nieoficjalna. Z początku wszyscy sobie lekcewaŜyli: a moŜe do nas to nie dojdzie? Złe szło od 
strony Gorlic. Było coraz bliŜej. Po trochu trzeba było się przygotowywać. Zaczęliśmy zbijać 
paki. Jak to zobaczył pewien porucznik z wojska, obrugał nas, Ŝe ulegamy panice. Ale nasz 
ksiądz ostrzegał, Ŝe trzeba się przygotowywać. Rodzice proboszcza mieszkali w Gładyszowie, 
w Gorlickiem. Otrzymał wiadomość, Ŝe ich deportują. Odprawił ostatnią mszę, ludzie się 
popłakali. Powiedział: pójdę albo z nimi pojadę, albo się przynajmniej poŜegnam. Poszedł 
szukać na stacji w Gorlicach. ZauwaŜyli go wojacy, Ŝe nie jest z tego transportu. Spytali, kim 
jest. Księdzem. Jakim księdzem? Grekokatolickim. - To nam wystarczy - orzekli. Tak 
proboszcz znalazł się w obozie w Jaworznie. Za "sprzyjanie UPA". A do nas UPA w ogóle 
nie dotarło. W naszych stronach był spokój. Bandytyzm? Zetknąłem się z takim jednym 
przypadkiem. Nocą przyszli zamaskowani ludzie, kazali połoŜyć się twarzami do ziemi - i do 
szabru. Brali buty, ubrania, sprzęty, kury, świnie. Mój brat był sklepowym: dawaj. To była 
hołota z sąsiednich wiosek.  

- No i zaraza przyszła na nas pierwszego lipca. Bez uprzedzenia. O świcie wojsko obstawiło 
kordonem całą wieś, Ŝeby nikt nie mógł uciec. Do kaŜdej zagrody przyszło po dwóch 
Ŝ

ołnierzy. "Na podstawie zarządzenia takiego, a takiego...". Dali dwie godziny na spakowanie 

rzeczy. Nie powiedzieli, dokąd nas zabierają. Co moŜna było wziąć? Przede wszystkim 
Ŝ

ywność. Chleb na drogę. Kobiety posuszyły juŜ przedtem trochę sucharów. Narobiły 

konserw mięsnych. Oprócz tego pościel, ubrania, statki kuchenne. Sprzęt. Początek lipca, na 
polu zboŜe dojrzewa, siano nie zwiezione. Musieliśmy zostawić. Miało później wojsko 
sprzątnąć. Załadowaliśmy się na wóz. Kto nie miał, tak jak my, konia, przyprzęgał krowę. 
Kto nie miał furmanki, ładował się na nieduŜe cięŜarówki wojskowe, ale juŜ nie mógł zabrać 
bydła. Z cerkwi nic nie wzięliśmy. Ustawili nas wszystkich w kolumnę. Pognali najpierw do 
siedziby gminy w Łabowej. Tam dali papiery przesiedleńcze.  

"Państwowy Urząd Repatriacyjny, Nowy Sącz. Karta przesiedlenia nr 27. Nowa Wieś, 1 VII 
1947 r. Hojniak Wasyl, ur. 1890; Tekla, lat 56, matka; Piotr, lat 23, syn; Julian, lat 21, syn; 
Olga, lat 15, córka. Zostawia: 5 ha, w tym uŜytków rolnych 4, dom kryty blachą 1, stodoła 1, 
szopa 1. Zabiera ze sobą krów 3, jeden wóz kompletny". - Naprawdę rodzinne gospodarstwo 
było dwa razy większe - objaśnia Piotr Hojniak - ale starszy brat, choć mieszkał razem z 
nami, załoŜył juŜ swoją rodzinę, nie było wiadomo, czy nas nie rozłączą, więc ojciec podzielił 
ziemię na dwie części. Adnotacje: "Przyjazd 7 VII 1947, godz. 7.00, Chojnów, woj. 
wrocławskie. Osiedlono: Pawlinki, gmina KrzyŜowa, powiat złotoryjski. Zapomoga 23 IX 
1000 zł, 21 XI 500 zł".  

- Z Łabowej skierowali całą gromadę na stację kolejową w Nowym Sączu. Tam przepołowili 
wieś. Jedni pojechali, jak się później dowiedzieliśmy, do Stobna w Pilskiem. Wozy 
załadowano na osobne wagony. Do oddzielnych wagonów zapędzili po dwie rodziny i 
naleŜący do nich inwentarz Ŝywy. W składzie było pięć wagonów krytych i siedem węglarek. 
My trafiliśmy do węglarki. Nie było daszku czy choćby plandeki. Tylko niebo i gwiazdy nad 
głowami. Na jeden koniec wagonu daliśmy bydło. Na drugi paczki i ludzi. Ruszyliśmy, dalej 
nie wiedząc, dokąd nas wiozą. Na postojach do wagonów z dobytkiem wskakiwali złodzieje, 
bez przeszkód brali, co im się podobało. Dopiero po jakimś czasie postawili na straŜy 
uzbrojonego konwojenta. Na stacjach ludzie lŜyli nas: "banderowcy", "bandyci". Obrzucali 
kamieniami. Jechaliśmy siedem dni. Nie było doŜywiania. Trudno było o wodę. Zabrakło 
pokarmu dla bydła.  

background image

- Stanęliśmy na stacji w Chojnowie. Kazali się wyładować. Od Chojnowa wojsko nas 
opuściło, komendę przejęli ormowcy. Kilka rodzin skierowano do Jaroszówki, a reszta 
powlokła się dalej w kierunku kolonii Zamienice (wtenczas jeszcze nazywała się Samice). 
Dotarliśmy zmęczeni, kto gdzie mógł, tam stanął. Rozpaliliśmy ognisko. Czekaliśmy noc i 
dzień. W końcu cztery rodziny z wozami plus dwóch ormowców wyruszyło do dzisiejszej 
Patoki, która wtedy nosiła nazwę Pawlinek. Poszedłem z nimi. Szosą do Rokitek, a potem 
jeszcze 7 kilometrów lasem. Ludzie padali, krowy ustały. Jeden ormowiec został z nimi, ja z 
drugim poszedłem do sołtysa prosić o pomoc. Wołami pomagali dociągnąć dobytek.  

Kategoria "U"  

- W Pawlinkach na nasz widok jakaś kobieta wybiegła z chaty z krzykiem. - "To myśmy 
ledwie spod noŜa uszli, a tu juŜ znowu banderowcy!". Później wyszło na jaw, Ŝe była 
Ukrainką. Słyszę, jeden mówi do drugiego: "Wiesz, przyjechali Ukraińcy, jacy brudni, jacy 
czarni". Byliśmy po tygodniu jazdy węglarką, bez dostępu do wody. Dowiedzieliśmy się 
potem od sąsiadów, Ŝe nie spali cztery noce przed naszym przyjazdem. Ze strachu. Ale 
później zostaliśmy dobrymi sąsiadami.  

- Sołtys przydzielił domy i gospodarki. Wróciłem po rodzinę i resztę ludzi. Tak osiedliliśmy 
się w Patoce. Budynki zrujnowane, bez okien, wyrwane podłogi, piece rozwalone. Ziemia 
niskiej klasy, podmokła albo piasek. JuŜ w sąsiedniej wsi Stary Łom grunt urodzajny, tu 
nienadzwyczajna. Tak się trafiło. Osadnictwo rozpoczęło się tu dwa lata wcześniej. Mieszkało 
juŜ bodaj siedemnaście rodzin. Nas przybyło szesnaście rodzin łemkowskich. Teraz na 37 
numerów w Patoce osiem jest polskich, reszta to Łemki. Ja załoŜyłem rodzinę juŜ tutaj, 
pobraliśmy się 22 października 1949 roku; poniewaŜ byłem jego organistą, ksiądz Dziubina 
przyjechał dać nam ślub. (Pani Maria, z domu Hryceniak, pochodzi ze Szczawnika, z 
sąsiadującej z Nową Wsią gminy Muszyna, i tak samo została przesiedlona w ramach akcji w 
te strony). W Modle są ludzie z Beresta. W Gromadce część pochodzi z Krzywej, część z 
gorlickiego, i są ludzie od Jarosławia.  

- Nie było między sąsiadami jakichś drastycznych konfliktów typu Polak - Ukrainiec. Sołtys 
Mroczek był dobry człowiek, sam nie ukrzywdził i nie dał krzywdzić. Ale byliśmy 
obywatelami drugiej kategorii. Z początku nie było nam wolno poruszać się poza gminą. 
Rozmawiać po ukraińsku moŜna było tylko w domu. Nauka w szkole była tylko po polsku. 
Przez dziesięć lat nie mieliśmy Ŝadnego naszego naboŜeństwa. Dopiero w 1957 roku ksiądz 
Włodzimierz Hajdukiewicz odprawił mszę w grekokatolickim obrządku w kościele (obecnie 
katedralnym diecezji rzymskokatolickiej) św. Piotra i Pawła w Legnicy. Straszna masa ludzi 
się zeszła. Jak ta pierwsza msza się rozpoczęła, nie było w kościele nikogo, kto by nie płakał. 
SłuŜba BoŜa odprawiała się najpierw raz na miesiąc w Legnicy. Z czasem bywała coraz bliŜej 
i coraz częściej.  

- Jak było? Smutno było. Nam w Ŝaden sposób nie było wolno działać jako Ukraińcom. 
Grywałem trochę na skrzypcach, mandolinie, banjo. ZałoŜyłem małą kapelę; 35 lat 
przygrywaliśmy na weselach, zabawach. W Gromadce było Koło Gospodyń Wiejskich. 
ZałoŜyły chór, w którym było trochę Polek, trochę imigrantów z Jugosławii, i były teŜ nasze 
kobiety. Zaproponowały, Ŝebyśmy im przygrywali. Trudno było zabronić tym z Jugosławii 
ś

piewać własne piosenki, to i ukraińskie się przy tym czasem przemyciło. Od 1957 roku 

zaczęło się stopniowo poprawiać. Zaczęto w szkołach nauczać języka ukraińskiego. Ale 
zwłaszcza odkąd były nasze naboŜeństwa. Zdarzały się jeszcze prześladowania. Po tej 
pierwszej mszy w Legnicy wzywali ludzi na przesłuchania, straszyli. Innym razem 

background image

przyjechaliśmy, a rzymokatolicy zamknęli przed nami kościół. Tu w Modle teŜ proboszcz 
potrafił zamknąć nam drzwi.  

Nie ma dokąd wracać  

- Byliśmy biedniejsi niŜ przeciętnie Polacy. Im przypadły większe, lepsze gospodarstwa. 
Dostawali więcej pomocy od państwa. Chodziliśmy do nich na zarobek. Ale wtedy było nas 
duŜo młodych. Wzięli się za hodowlę bydła. Mleka było tyle, Ŝe wozak nie mógł zabrać 
wszystkich konwi na wóz. Ja 45 lat przepracowałem w lesie, na początku jako drwal, potem 
jako gajowy. Były w pobliŜu trzy odlewnie Ŝeliwa, teraz są pozamykane. DuŜo młodych 
poszło pracować do miedzi. DuŜo mieszka w Lubiniu, w Legnicy. Wyjechali ze wsi.  

Z trojga dzieci państwa Hojniaków teŜ Ŝadne nie zostało w domu. Jeden syn najpierw 
dojeŜdŜał na kopalnię do Rudnej: zima, lato, śnieg czy plucha, motorkiem do Gromadki, dalej 
autobusem; potem wyemigrował do Ameryki. Drugi syn został księdzem grekokatolickim, 
pracuje na parafii w Zielonogórskiem. Córka jest najbliŜej, mieszka w Gromadce.  

- Powroty? Nie mieliśmy dokąd wracać. Nowa Wieś nie przestała istnieć. Nas wywieźli, ale 
majętność została. Osadnicy z przeludnionych wsi koło Nowego Sącza tylko czekali.  

"Akt nadania. Powiatowa Komisja Ziemska w Złotoryi, 26 VII 1958 roku. Ziemi 4 ha, dom, 
obora, stodoła, szopa, studnia".  

- Nasi ludzie długo się opierali, nie chcieli brać nadań, traktowali to jako wyraŜenie zgody na 
to, co z nami zrobiono, jako zdradę ojcowizny. Ciągle liczyliśmy na to, Ŝe będzie moŜna 
powrócić do siebie. Władza zresztą, jak widać, nie śpieszyła się specjalnie z aktami 
własności. Przez jedenaście lat jakby traktowała nasze osiedlenie równie tymczasowo, jak 
my.  

Sięgamy z kolei do fotografii. W Nowej Wsi: dom, widać po architekturze, stary, ale stoi 
prosty, zadbany, odnowiony, oszalowany drewnem, świeŜo pokryty blachą. - Jeździliśmy tam 
w ubiegłym roku. Doznaliśmy przyjęcia, jakby powiedzieć najdelikatniej, chłodnego. Ale 
przynajmniej pozwolono nam zrobić zdjęcia.  

Na następnej fotografii dom rodzinny pani Marii w Szczawniku. Ocalała teŜ piękna, 
trójwieŜowa cerkiew. NaleŜy do parafii rzymskokatolickiej. Cerkiew w Nowej Wsi spaliła się 
doszczętnie. W jakich okolicznościach? Kiedy? Nie otrzymałem odpowiedzi. Uwagę pana 
Piotra jakby zaprzątnęło nagle coś innego, zmienił temat, zresztą juŜ najwyŜszy czas zbierać 
się do kościoła.  

Patoka, Modła, Gromadka. Największe, zwarte skupisko przesiedleńców z akcji "Wisła" w 
województwie legnickim. Widać, Ŝe nie przestrzegano tu przepisów "repatriacyjnych" o 
rozproszeniu Ukraińców najwyŜej po dwie, trzy rodziny w jednej miejscowości. Najwyraźniej 
władze zdawały sobie dobrze sprawę, Ŝe ci deportowani nie naleŜą do niebezpiecznej 
kategorii "A", zwolenników OUN czy stronników zbrojnego podziemia. Z czasem zaś 
niereglamentowane juŜ administracyjnie, Ŝywiołowe procesy migracyjne i demograficzne 
sprawiły, Ŝe populacja ukraińska przewyŜszyła tu polską, ale te procesy trwają dalej i trudno 
przewidzieć, jaki będzie ich wynik.  

background image

Budynki prawie wyłącznie poniemieckie. Tych wsi nie ogarnął budowlany boom. 
Zabudowania, przynajmniej z zewnątrz, sprawiają wraŜenie mocno zaniedbanych, jakby od 
czasów niemieckich nigdy nie remontowanych. Za to na cmentarzu wokół kościoła nie ma 
prawie wcale niemieckich grobów; jedna zrujnowana kaplica tutejszych posesjonatów.  

Jeśli ojczyzna to pamięć i groby, to ta tutaj, nowa "mała ojczyzna", jest przepołowiona. 
Pamięć wciąŜ biegnie do Łemkowszczyzny, w Bieszczady, w okolice Sanoka, Przemyśla, 
Jarosławia, Lubaczowa. Tamte ukraińskie groby zniszczyli ludzie, pochłonęła ziemia, porosła 
trawa. I tu przepadły stare, pojawiły się nowe, tych z pierwszego pokolenia osadników, ale 
nie wiadomo, gdzie wyrosną następne. - Nie dostrzegam - mówi ksiądz Marek Sośnicki - 
Ŝ

eby jeszcze ktoś widział sens w byciu sobą, chciał wiedzieć, kim jest i do kogo naleŜy.