background image

15 lat III Rzeczypospolitej

Artykuł  •  tygodnik „Goniec” (Toronto)  •  31 grudnia 2004

Od kiedy rozpoczyna się historia III Rzeczypospolitej? Nieliczni upatrują jej początek już 1 stycznia 1989

roku, kiedy to weszła w życie ustawa o działalności gospodarczej. Chociaż nie towarzyszyły jej fanfary, miała ona

niewątpliwie znaczenie przełomowe, bo likwidowała  w Polsce  tzw. „realny socjalizm” uchylając  fundamentalną

jego zasadę, wprowadzoną w roku 1947 przez Hilarego Minca, ówczesnego dyktatora gospodarczego Polski.

Hilary   Minc,   jeden   z  „wielkiej   trójki”   Żydów   wyznaczonych   przez  Stalina,   by   nam  mentorowali:   Jakub

Berman,   Roman   Zambrowski   i   Hilary   Minc,   ustalił,   że   prowadzenie   jakiejkolwiek   działalności   gospodarczej

wymaga uprzedniej zgody władz państwowych. Ustawa uchylała ten warunek, pozostawiając koncesjonowanie w

niewielu dziedzinach: w obrocie bronią i amunicją, w obrocie spirytusem i wódką, w obrocie lekarstwami i jeszcze

kilku innych. Dzięki temu ulice i place polskich miast stały się jednym wielkim targowiskiem. Setki tysięcy ludzi

rzuciło  się   do  handlu,   słusznie   upatrując   w  nim  najprostszą   metodę   pierwotnej  akumulacji  kapitału.   Wielu się

zawiodło, ale wielu się udało.

Trudno   jednak  zgodzić   się,   by   od  tej  daty   liczyć   początek   III   Rzeczypospolitej,   bo   sytuacja   polityczna

jeszcze w niczym się nie zmieniała. PZPR nadal miała monopol władzy i wszelkie zmiany mogły być w każdej

chwili zablokowane, a może nawet cofnięte. Dlatego też większość skłonna jest upatrywać moment narodzin III

Rzeczypospolitej   w   dniu   4   czerwca   1989   roku,   kiedy   to   odbyły   się   wybory   według   zasad   ustalonych   przy

okrągłym   stole”.   Do   tych   wyborów   stanęli   bowiem  kandydaci   „strony   społecznej”,   których   PZPR   już  nie

wyznaczała. To fakt, z drugiej jednak strony wybory „kontraktowe” nie były przecież wolne. Partia zarezerwowała

sobie dwie trzecie miejsc w Sejmie, dopuszczając jedynie wolne wybory do Senatu, który miał i ma oczywiście

mniejszy ciężar gatunkowy niż Sejm.

Z tego  powodu trudno uznać, by właśnie 4  czerwca już narodziła się  III Rzeczpospolita. Była to raczej

jakaś forma przejściowa: „ni pies, ni wydra”, z generałem Jaruzelskim jako prezydentem na czele. Z tych właśnie

powodów niektórzy  upatrują moment narodzin III RP w dniu powołania Tadeusza Mazowieckiego na  premiera

rządu.   Z   drugiej  jednak  strony   warto   przypomnieć,   że   pierwszym  zagranicznym  gościem,   z  jakim  spotkał  się

premier   Mazowiecki,   był   szef   KGB   Kriuczkow.   Związek  Sowiecki   istniał   jeszcze   w   najlepsze,   dysponując   w

Polsce   swoja   ekspozyturą   w   postaci   PZPR,   no   i   utrzymując   tu  co   najmniej   10   dywizji   ogólnowojskowych  i

pancernych,   które   wraz  z  35   dywizjami   stacjonującymi   w   NRD,   wchodziły   w   skład  Północnej   Grupy   Wojsk

Radzieckich dowodzonej przez stacjonującego w Legnicy generała Dubynina.

Więc może narodziny III RP liczyć od dnia, a właściwie nocy, kiedy w roku 1990 rozwiązała się PZPR?

Czy może raczej od wyboru Lecha Wałęsy na prezydenta w grudniu 1990 roku? Czy od pierwszych, rzeczywiście

wolnych wyborów w roku 1991? A może należałoby datę narodzin III RP przesunąć aż do roku 1993, kiedy to

terytorium Polski opuścił ostatni żołnierz już nie Armii Radzieckiej, tylko sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej? Już na

pierwszy  rzut  oka   widać   wyraźnie,  że  narodziny  III  Rzeczypospolitej były   raczej  procesem,  niż  jednorazowym

aktem.   Tak   czy   owak   III   RP   jednak   się   narodziła,   a   skoro   tak,   to   powinniśmy   poświęcić   nieco   uwagi   jej

rodzicielom.

Chamy” i „Żydy

O ile moment narodzin najwyraźniej jest rozciągnięty w czasie, o tyle moment, że tak powiem, poczęcia III

Rzeczypospolitej pozwala  się  już bardziej skonkretyzować  nie tyle  może podczas obrad „okrągłego stołu”, co

sekretnych  spotkań  w   wyselekcjonowanym  gronie   w   Magdalence,   dla   których  „okrągły   stół”   stanowił  rodzaj

ochronnego parawanu. W spotkaniach tych brali udział przedstawiciele tzw. strony rządowej, tzn. bezpieki i partii

oraz przedstawiciele tzw. strony społecznej, która również była wewnętrznie zróżnicowana.

Żeby przyjrzeć się bliżej tym różnicom, które nadal odgrywają rolę na polskiej politycznej scenie, musimy

cofnąć   się   w   czasie   do   połowy   lat   50-tych,   kiedy   to   po   śmierci   Józefa   Stalina   w   roku   1953   i   likwidacji

background image

Wawrzyńca   Berii,   zarówno   w   Związku   Sowieckim,   jak   i   w   Polsce   pojawiło   się   pytanie,   komu   przypisać

odpowiedzialność za zbrodnie komunizmu. Wprawdzie „tajny” referat Chruszczowa uznawał za zbrodnie jedynie

represje   wobec   komunistów,   ale   i   tych   przecież  wystarczyło,   żeby   w   dygnitarskich   szeregach   pojawiło   się

zaniepokojenie. Na kogo wskaże nieubłagany palec Historii?

W takich chwilach ogromnie liczy się refleks, a wiadomo, że nie wszyscy są nim obdarzeni w jednakowym

stopniu.   Wśród   komunistów   rządzących   Polską   lepszym  refleksem   wyróżnili   się   Żydzi.   Specjalnym   nosem

wyczuwając kierunek wiatru historii, jednym susem przeskoczyli na nieprzejednany grunt swobód obywatelskich,

naturalnie w ramach jedynie słusznego ustroju socjalistycznego i podnieśli sztandar pryncypialnej krytyki „błędów

i wypaczeń” poprzedniego „etapu”.

Nie ma chyba też potrzeby dodawać, że kreując się na rzeczników Historii, wskazali nieubłaganym palcem

na   swoich   towarzyszy   partyjnych   pochodzących   z   polskiej   ludności   tubylczej,   jako   sprawców   wszelkich

nieprawości. Ci na ten widok zapłonęli świętym oburzeniem, nie bez słuszności przypominając, że to jednak oni

wydawali   im   rozkazy,   jako   stojący   wyżej   w   partyjnej   hierarchii.   Na   takie   dictum   tamci   zarzucili   tubylcom

antysemityzm”.

W  ten  sposób  wykształciły  się  w  partii   dwie  frakcje: „Puławianie”  od mieszkania  przy  ul.  Puławskiej w

Warszawie, gdzie ta frakcja odbywała swoje konwentykle, oraz „Natolińczycy” – od pałacyku w Natolinie, gdzie

spotykała   się   druga.   Potocznie   obydwie   frakcje   określały   się   nawzajem   inaczej;   „Puławianie”   nazywali

Natolińczyków” „Chamami”, a tamci ich – „Żydami”.

W  ten oto sposób w okresie tzw. polskiego października PZPR tworzyły dwie grupy: „Chamy” i „Żydy”.

Gomułka próbujący początkowo lawirować między nimi, musiał w końcu pogodzić się ze stanowiącymi większość

Chamami”. Część „Żydów” skorzystała z okazji na wszelki wypadek i czmychnęła z Polski na Zachód, chroniąc

się   w   ten   sposób   przed   odpowiedzialnością   za   współudział   w   zbrodniach   komunistycznego   ludobójstwa,   a

pozostali coraz bardziej się od partii-przewodniczki dystansowali.

Ostateczne  zerwanie  nastąpiło   w  latach  1967-1968,  kiedy  z powodu  wojny   sześciodniowej  na   Bliskim

Wschodzie,   cały   tzw.   „obóz”   socjalistyczny   nabrał  do   Żydów   nieufności.   Ta   nieufność   do   Żydów   siłą   rzeczy

przenoszona była również na „Żydów”. Nieufność tę podsycał dodatkowo najwybitniejszy przywódca „Chamów”,

Mieczysław  Moczar   vel  Michał Diomko,   który   wykombinował  sobie,   by  najwyraźniej  więdnącą  komunistyczną

latorośl   zaszczepić   na   pniu   nacjonalistycznym,   wykazującym   zadziwiającą   żywotność   na   przekór   wszelkim

przeciwnościom.   W   tym  celu  dał   żyć   maltretowanym  wcześniej   przez  siebie   AK-owcom,   których  wprawdzie

powypuszczano   z  więzień,  ale   nie   wolno  im  było  nawet   jęknąć.  Oni   zaś,  chociaż  uważali   go   za  zbrodniarza,

przecież byli mu za to wdzięczni i spośród komunistów jego właśnie wyróżniali.

Ta  wycieczka „Chamów” na zakazany  teren patriotyczny  doprowadziła do powstania  nieformalnej grupy

nacisku w postaci „partyzantów”, charakteryzującej się ciągotkami nacjonalistycznymi. Problem polegał na tym,

że   nacjonalizm  wymaga,   by   nieubłaganym  palcem  wskazać   mu  wroga.   Taki   wróg  oczywiście   był,   w   postaci

Związku Sowieckiego,  ale  ze  zrozumiałych  względów  Moczar  na  niego  wskazać  ani  nie  mógł,  ani   nie   chciał.

Natomiast   na   Żydów   –   aaa,   proszę   bardzo!   Nie   tylko   można   było   zasłużyć   na   życzliwe   zainteresowanie

radzieckich”, ale i  dokończyć  stare porachunki  z „Żydami”. Tak właśnie doszło  do „wydarzeń  marcowych”, z

których po  kilku latach narodziła się „opozycja demokratyczna”, a  właściwie  ta jej część, której trzonem były

Żydy”, a więc dawni stalinowcy, w pierwszym, lub drugim pokoleniu, nawróceni na „demokrację”. Drugą część

opozycji   demokratycznej   stanowiła   poakowska   i   po   NSZ-towska   opozycja   niepodległościowa,   na   poły

piłsudczykowska, na poły narodowo-katolicka.

Wicher dziejów

Pod  koniec   lat   70-tych  Stany   Zjednoczone,   Kościół  katolicki   i   opozycja   demokratyczna   zorganizowały

potężny  napór na  PRL, dzięki  czemu doszło  do  wyłomu w komunistycznej twierdzy, w którym zagnieździła się

Solidarność. Gen. Jaruzelski doraźnie ten wyłom zaklajstrował, ale zarodki klęski były „nie tylko u nas w kraju,

lecz i na wschodzie, w cudnym raju”. Związek Sowiecki, któremu nie powiódł się skok na Afganistan, mający być

punktem startu do opanowania roponośnych obszarów wokół Zatoki Perskiej, uznał się za pokonanego.

Nowy,   z   powodu   swego   wstrętu   do   wódki   nazywany   „mineralnym   sekretarzem”   KPZS,   sowiecki

background image

przywódca   Michał  Gorbaczow   w   1985   roku  spotkał  się   w   Genewie   z  amerykańskim  prezydentem  Ronaldem

Reaganem.   W   następnym  roku,   na   spotkaniu  w   Reykjaviku  na   Islandii   obydwaj  przywódcy   uzgodnili   sposób

ewakuacji Związku Sowieckiego z Europy Środkowej, zaś na spotkaniu w Waszyngtonie, które odbyło się rok

później – dopięto szczegóły.

Jednym z tych szczegółów było nie tylko zjednoczenie Niemiec, ale również zobowiązanie Zachodu, by nie

przesuwać broni  jądrowej na wschód od dawnej zachodniej granicy NRD, no  i  gwarancje  bezpieczeństwa dla

sowieckich kolaborantów w państwach dawnego „obozu”, które teraz miały przeczołgać się do „wolnego świata”.

Krótko  mówiąc obydwaj przywódcy  ustalili  kierunki  i  siłę, z jaką będzie  wkrótce dął wicher dziejów w ramach

jesieni ludów”.

Jej scenariusz przewidywał również ludowe wystąpienia spontaniczne, które, ma się rozumieć, wymagały

starannych i drobiazgowych przygotowań, szczególnie w NRD. Oczywiście nie było aż tak, jak szydził Tuwim, że

władza w zapale ludności dynamit dawała na kartki; przy każdej karteczce był plan demonstracji”, bo jużci –

już Mahatma Gandhi  zauważył, że nic  nie jest tak kosztowne, jak stworzenie wrażenia ubóstwa i prostoty, ale

każdy przecież rozumie, ile trzeba było się natrudzić, żeby stworzyć pozór całkowitej naturalności.

Nawet   szturm  centrali   STASI   w   Berlinie   przez  konfidentów,   którzy   chcieli   poniszczyć   dowody   swojej

agenturalności, wyglądał jak zdobycie Bastylii, co przynosi zaszczyt profesjonalizmowi tych, którzy opracowywali

didaskalia   „jesieni   ludów”,   a   potem   czuwali   nad   planowym   jej   przebiegiem.   Nawet   rozstrzelanie   Mikołaja

Ceaucescu z małżonką mieściło się w tej konwencji, bo jego Gorbaczow, w odwecie za liczne afronty i flirty z

Chinami,  mógł  pominąć   na  liście   kolaborantów  objętych  gwarancjami,  a  poza   tym  –  cóż  to   za  rewolucja   bez

chociaż jednego rozstrzelanego tyrana?

Jak Polak z Polakiem

Stan wojenny, spychając Solidarność do podziemia, zahamował normalną ewolucję sceny politycznej po

stronie demokratycznej opozycji. Internowanie wybijających się działaczy, a następnie skłonienie wielu z nich do

emigracji sprawiło, że polityczna kontrolę nad podziemiem przechwyciła ta część opozycji demokratycznej, której

rodowód wyprowadzamy od „Żydów”.

Była ona nie tylko lepiej zorganizowana, w znacznej mierze na zasadzie kontaktów towarzyskich, żeby nie

powiedzieć – rodzinnych, ale też – w odróżnieniu od nurtu niepodległościowego opozycji – miała znacznie lepsze

kontakty   zagraniczne,   nie   tylko   wśród  zachodnich  socjaldemokracji,   ale   również  dzięki   dawnym  stalinowcom,

którzy wyemigrowali z Polski zaraz po 1956 roku. Nie wolno również lekceważyć wpływu „strony rządowej”, dla

której   taki   rozwój   sytuacji   był   korzystny   również  w   perspektywie   przeczuwanej   już,   a   od   1985   roku   nawet

spodziewanej „jesieni ludów”.

Jedną   z  podstawowych  trosk  ówczesnych  przywódców  tego   nurtu  opozycji   demokratycznej  jest   kształt

sceny   politycznej   po   upadku   komunizmu.   Tę   troskę   można   wydestylować   z  ówczesnych   „tekstów”   Adama

Michnika.   Walczymy   z  komunizmem,   bo   komunizm  jest   zły.   A  jest   zły   dlatego,   ze   tłumi   wszelką   spontaniczną

aktywność   ludzi.   Jednak   różne   są   formy   ludzkiej   aktywności;   jedne   dobre,   a   drugie   –   złe.   Na   przykład   w

mrocznych zakamarkach duszy narodu polskiego drzemią straszliwe demony ksenofobii i antysemityzmu. Teraz

komunizm przytłumia te demony wraz z duszą anielską.

Ale przecież z komunizmem walczymy i może, a właściwie nie „może”, tylko na pewno go pokonamy. I co

wtedy?   Wtedy  owe   straszliwe  demony   wydostaną   się   w  Tartaru  na  powierzchnię   życia   politycznego!  Zatem,

zanim nastąpi ostateczne zwycięstwo, trzeba rozwiązać problem następujący: w jaki sposób, już bez komunizmu

zatrzymać jednak te straszliwe demony na uwięzi? Na tak postawione pytanie była tylko jedna odpowiedź: trzeba

dogadać się z tymi, którzy dotychczas te demony w lochu trzymali i wspólnie zorganizować scenę polityczną tak,

by zabrakło dla nich miejsca bez względu na to, co się będzie działo.

Taka konkluzja pociągała za sobą co najmniej dwie, a właściwie nawet trzy poważne konsekwencje. Po

pierwsze,   że   w   tej   sytuacji   nie   wolno   obezwładnić   „strony   rządowej”   ani   pod   względem   możliwości

ekonomicznych,   ani   pod   względem   wpływu   politycznego.   Oznaczało   to   stanowczy   sprzeciw   przeciwko

dekomunizacji   państwa,   zarówno   personalnej,   jak   i   strukturalnej.   Po   drugie   –   że   ponad   podziałami   należy

stworzyć mechanizm konsultacji i współdziałania, by nie dopuścić do powrotu na polityczną scenę sił narodowo-

background image

katolickich,  a jeśli  nawet na  niej się  objawią –  by wspólnie  utrzymywać je na  bezpiecznym dla obydwu stron

marginesie. I wreszcie konsekwencja trzecia – że należy pozostawić  jak najszersze możliwości agenturalnego

oddziaływania na scenę polityczną.

Te   trzy   ustalenia,   jakie   zapadły   w   Magdalence,   stanowią   prawdziwą   konstytucję   III   Rzeczypospolitej.

Dopiero na tym tle  lepiej możemy zrozumieć zarówno  gwałtowny  sprzeciw przywódców Obywatelskiego  Klubu

Parlamentarnego,   a   potem  ROAD-u   i   Unii   Demokratycznej   wobec   dekomunizacji   i   lustracji,   jak   i   przyczyny

gwałtownego  ataku środowisk  „lewicy  laickiej”,   czyli   w  większości  dawnych  stalinowców,   ponawracanych  na

demokrację z jednej strony, a SLD z drugiej strony na Kościół katolicki z powodu rzekomego popychania przezeń

Polski w kierunku „państwa wyznaniowego”.

Był   to   atak   prewencyjny,   by   Kościół   dla   świętego   spokoju   zrezygnował   z  kreowania   „własnej”   partii

politycznej, która siłą rzeczy musiałaby mieć charakter jeśli nie narodowo-katolicki, to w każdym razie do niego

zbliżony.   Zarówno   ta   presja,   jak   też  uruchomienie   czynnej   wśród   duchowieństwa   agentury   sprawiły,   że   już

wkrótce hierarchia została wytresowana do tego stopnia, iż dziś znaczna jej część tańcuje w rytmie jankielowych

cymbałów.

Transformacja ustrojowa

Partia   wykorzystała   stan   wojenny   nie   tylko   do   uśmierzenia   buntu   i   nie   tylko   do   odpowiedniego

ukształtowania układu sił w podziemnej Solidarności. Pod osłoną surowych praw stanu wojennego komunistyczna

nomenklatura rozpoczęła przygotowania do transformacji ustrojowej. Przygotowania te ruszyły pełną parą od roku

1985, kiedy można było się domyślać, że wiele będzie musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu.

Toteż  od   połowy   lat   80-tych   ludzie   nomenklatury   rozpoczynają   intensywną   akumulację   pierwotną.   Na

podstawie   obowiązującego   ciągle   przedwojennego   kodeksu   handlowego   członkowie   komitetów   partyjnych,

dyrektorzy przedsiębiorstw, wojskowi, oficerowie MO i SB, prokuratorzy oraz ich żony i krewni, zakładają spółki

nomenklaturowe.   Z   reguły   powstają   one   wokół   jakiegoś   przedsiębiorstwa   państwowego   i   monopolizują

zaopatrzenie przedsiębiorstwa w surowce i materiały do produkcji z jednej strony oraz zbyt wyrobów gotowych z

drugiej. W rezultacie spółki te przechwytują cały zysk, zaś przedsiębiorstwu zostaje tylko trochę dymu.

Naturalnie takie pasożytowanie ma swój naturalny kres w postaci śmierci żywiciela, więc podstawowym

problemem   spółek   nomenklaturowych   pod   koniec   lat   80-tych   jest   stworzenie   sobie   możliwości   legalnego

zainwestowania zgromadzonych zysków. To właśnie było przyczyna wydania ustawy o działalności gospodarczej

jeszcze za rządów premiera Mieczysława Rakowskiego. Można o niej powiedzieć, że została wydana z niskich

pobudek, niemniej jednak jej efekty były per saldo pozytywne.

Autorzy ustawy nie mogli bowiem, a może i nie chcieli zapisywać, że prawo do działalności gospodarczej

maja tylko członkowie nomenklatury, więc musieli pozwolić wszystkim. Natomiast możliwość pasożytowania na

państwowych przedsiębiorstwach mieli  de   facto   tylko   członkowie  nomenklatury,  kontrolowani  dyskretnie   przez

ówczesne „twarde jądro” systemu, tzn. wywiad wojskowy. Wydaje się  zresztą, że to on właśnie  był wówczas

głównym organizatorem różnych przedsięwzięć gospodarczych, oczywiście powierzając kapitały podstawionym

agentom.   Wtedy   właśnie   tworzą   się   najważniejsze   powiązania   biznesowo-polityczne,   determinujące   sposób

funkcjonowania III Rzeczypospolitej aż do dnia dzisiejszego.

Rabunkowy charakter gospodarki komunistycznej w tym okresie ujawnił się chyba najbardziej w dziedzinie

finansów publicznych. Rząd premiera Rakowskiego tylko w pierwszym półroczu 1989 roku wydrukował i wypuścił

na rynek 40 biliony złotych bez jakiegokolwiek pokrycia, co spowodowało, że już w drugiej połowie roku inflacja w

Polsce   stała   się   trzycyfrowa.   Opanowanie   tej   sytuacji   było   koniecznością,   toteż  stosowne   przedsięwzięcia

znalazły  się  w pakiecie ustaw przyjętym przez kontraktowy Sejm pod koniec grudnia 1989  roku, a  nazwanym

planem Balcerowicza”.

Wśród   nich   była   ustawa   o   uporządkowaniu   stosunków   kredytowych,   podnosząca   oprocentowanie

kredytów z 4 do 40 procent, niezależnie od charakteru umów zawartych z bankami. Kolejnym posunięciem było

zagwarantowanie przez rząd, że przez rok kurs dolara utrzyma się na poziomie 9500 zł, co gwarantował fundusz

stabilizacyjny   w   kwocie   1   mld  dolarów.   Wreszcie   rząd  podniósł   oprocentowanie   depozytów   złotówkowych  w

bankach do 80 i więcej procent. W rezultacie doszło do ogromnego drenażu zasobów i oszczędności obywateli

background image

polskich przez finansistów krajowych, a przede wszystkim zagranicznych. Zamieniali oni dolary na złotówki, po

czym deponowali je w bankach na 80 i więcej procent rocznie. Pod koniec roku likwidowali depozyty, zamieniali

złotówki   na   dolary   po   tym   samym,   gwarantowanym   kursie   i   z   podwójną   ilością   dolarów   żegnali   nasz

transformujący się kraj.

Szacuje się, że w ten sposób zostało wyprowadzone z biednej Polski około 17 mld dolarów, które zostały

wyssane z obywateli m.in. przez ustawę o uporządkowaniu stosunków kredytowych. Wtedy właśnie entuzjazm do

reform, premiera Mazowieckiego i ministra Balcerowicza gwałtownie opadł, bo też nie trzeba mieć doktoratu z

ekonomii, by zauważyć, że skoro miałem pieniądze, a teraz nie mam ani pieniędzy, ani nic w zamian, to znaczy,

że  ktoś mnie okradł. Pod wpływem tego spostrzeżenia, które  poczyniło bardzo  wielu ludzi, pojawiły się hasła:

komuno, wróć!”.

Masa  półinteligentów,  stanowiąca   zaplecze  polityczne   „lewicy   laickiej”  wychwalała   „plan   Balcerowicza

pod niebiosa, że to niby „nie ma dla niego alternatywy” i tak dalej. Czy to nawyk śpiewania w chórze, czy też

motywowana   trybalistycznie   propagandowa   osłona   wysysania   pieniędzy   z   Polski   przez   finansistów   ze

wschodniego wybrzeża Ameryki – mniejsza już o to. Ważne jest, że wbrew tym zaklęciom, alternatywa istniała.

Rząd mógłby ściągnąć z rynku nadmiar pieniędzy, oferując w zamian towar, którym wówczas dysponował

w  wielkiej ilości  i  w  wielkim wyborze,  mianowicie  własność.  Można  było   sprzedać   domy,  place,  mieszkania  i

sklepy, a nawet drobne przedsiębiorstwa, tworząc jednocześnie grubą warstwę drobnych właścicieli. Ale politycy

tworzący rząd premiera Mazowieckiego odnosili się niechętnie do takich pomysłów, nie wykluczone, że z obawy,

iż w takiej drobnomieszczańskiej warstwie zaraz objawią się wspomniane straszliwe  demony. Na wszelki  tedy

wypadek lepiej jej nie odtwarzać. W rezultacie podstawowa masa społeczeństwa polskiego u progu transformacji

z socjalizmu w kapitalizm została pozbawiona nawet tych skromnych kapitałów, jakimi jeszcze dysponowała.

Z tego też m.in. powodu, kiedy rząd Unii Demokratycznej przystąpił do prywatyzowania przedsiębiorstw,

postanowił   ad   captandam   benevolentiam   załóg   pracowniczych   rozdawać   między   nie   15   procent   akcji

przedsiębiorstwa, przejmowanego przez „inwestora strategicznego”. Czasami był to podarunek wartościowy, ale

często załogi zostawały z bezwartościowymi papierami, bo „inwestor strategiczny”, często zagraniczny, kupował

tanio   zakład  po   to,  by   go   zamknąć   i   w  ten  sposób  zlikwidować   konkurencję   dla   swojej  macierzystej  fabryki.

Bardzo  często zdarzało się też tak, że dyrektorzy  państwowych przedsiębiorstw sztucznie  doprowadzali  je  do

ruiny, by następnie kupić je za grosze i dalej prowadzić, ale już jako prywatne. Oczywiście tego rodzaju praktyki

musiały odbywać się pod solidną polityczną osłoną, co umacniało z roku na rok republikę bananową w Polsce.

Zadbano   również  o   żerowisko   dla   dygnitarzy   i   członków   ich  rodzin,   poprzez  ustawę   o   prywatyzacji   i

komercjalizacji   przedsiębiorstw   państwowych   w   celu   innym  niż   prywatyzacja.   Oznaczało   to   przekształcenie

przedsiębiorstwa w spółkę prawa handlowego, co wymagało posiadania rady nadzorczej. Tam właśnie zasiadali i

zasiadają   członkowie   rodzin.   Ukoronowaniem   transformacji   była   ustawa   o   narodowych   funduszach

inwestycyjnych i ich prywatyzacji.

Wytypowano do tej operacji kilkaset najlepszych spółek Skarbu Państwa. Obywatele mogli wykupić sobie

za   niewielką   sumę   świadectwo   udziałowe,   które   w   przyszłości   dawało   im  prawo   nabycia   akcji   wybranego

narodowego funduszu inwestycyjnego. Te akcje miały przynosić im dywidendy, dzięki którym każdy ich posiadacz

miał pławić się w luksusie. Tak mniej więcej zapewniał w telewizji pan Jacek Fedorowicz, znany satyryk. Fakt, że

do propagowania narodowych funduszy inwestycyjnych zaangażowano akurat satyryka świadczył o osobliwym

poczuciu humoru pana Janusza Lewandowskiego, obecnie posła do Parlamentu Europejskiego, który w coraz

rzadszych przypływach szczerości przyznaje, że ten cały program zakończył się fiaskiem.

Mimo tych wszystkich patologii  wzrastał jednak udział własności  prywatnej w gospodarce. Przynosiło to

wymierne   efekty,   które   mogłyby   być   jeszcze   większe,   gdyby   nie   narastająca   biurokratyzacja   gospodarki   i

fiskalizm. Wystarczy powiedzieć, że o ile w 1989 roku zaledwie kilka dziedzin było objętych koncesjonowaniem,

to   w   dziesięć   lat   później   koncesje,   licencje,   zezwolenia   i   pozwolenia   obowiązywały   już  w   202   obszarach

gospodarki.   Nastąpiła   recydywa   socjalizmu  w  stylu  Hilarego   Minca,   czemu  naturalnie   towarzyszył  nieustanny

wzrost biurokracji.

W  roku 1990 zatrudnienie w administracji centralnej wynosiło 45 tysięcy ludzi, a w pięć lat później – już

background image

112   tysięcy.   Skokowy   wzrost  biurokracji   nastąpił  też  wskutek czterech  wiekopomnych  reform  rządu  premiera

Buzka, kiedy to wprowadzono powiaty i województwa samorządowe (obok administracji rządowej), kasy chorych

(obok Zakładów Opieki Zdrowotnej i administracji ochrony zdrowia).

Obecnie liczba urzędników przekracza 500 tysięcy, a nie jest to ostatnie słowo, bo Unia Europejska wpada

na coraz to nowe pomysły. W  rezultacie funkcjonowanie państwa staje się coraz bardziej kosztowne i podatki,

mimo   nieustannego   ich   podwyższania,   nie   wystarczają.   Poczynając   od   drugiej   połowy   lat   90-tych,   Polska

ponownie zaczęła się zadłużać i obecnie dług publiczny sięga już kwoty około 110 mld dolarów. Jest to sytuacja

dość podobna do schyłku epoki Edwarda Gierka, kiedy to opozycja wraz z Kościołem, przy dyskretnym poparciu

Zachodu, przystępowała do kruszenia reżimu.

Wojny na górze...

Tej   transformacji   gospodarki   towarzyszyły   oczywiście   paroksyzmy   polityczne.   „Lewica   laicka”   po

zdominowaniu   „strony   społecznej”   i   jej   politycznej   ekspozytury   w   postaci   Obywatelskiego   Klubu

Parlamentarnego,   odsunęła   Lecha   Wałęsę,   wyznaczając   mu   niewdzięczne   zadanie   trzymania   parasola

ochronnego   nad   profesorem   Balcerowiczem,   którego   „prasa   międzynarodowa”   wprost   nie   nadążała

obcmokiwać. Wygaszanie rozmaitych protestów, których przyczyny opisałem wyżej, zużywało Wałęsę politycznie

i   frustrowało.   Nie   bez  słuszności   przypuszczał,   że   kiedy   całkiem  się   zużyje,   zostanie   wyrzucony   na   śmietnik

historii.   Ambicja,   przeradzająca   się   z  czasem  w   nieprzytomną   pychę   skłaniała   go   do   powrotu   do   centrum

politycznej sceny.

Te  jego   plany   znalazły  zrozumienie   u braci   Kaczyńskich,  którzy   z  kolei   usiłowali  zablokować   możliwość

zmonopolizowania   reprezentowania   społeczeństwa   przez  „lewicę   laicką”,   gdyż  taka   sytuacja   oznaczałaby   po

prostu przywrócenie,   w  odmiennych,   rzecz  prosta,   dekoracjach,   stanu  z  połowy   lat   50-tych,   kiedy   to   Polską

niepodzielnie rządziła partia podzielona na frakcje „Chamów” i „Żydów”. Z tego wszystkiego narodził się program

przyspieszenia”, z którym Lech Wałęsa, na czele zawiązanego w tym celu Porozumienia Centrum, kierowanego

przez Jarosława Kaczyńskiego, stanął do wyborów prezydenckich.

Sens  programu „przyspieszenia” sprowadzał się  do  tego,  że  wprawdzie  przy  „okrągłym stole” coś  tam

obiecaliśmy „drugiej stronie”, a nawet udzieliliśmy jej „gwarancji”, ale ponieważ PZPR właśnie się rozwiązała, to

drugiej   strony”   już  nie   ma,   zatem  nie   czujemy   się   tamtymi   obietnicami   związani   i   reformujemy   państwo   po

swojemu, jak gdyby nigdy nic.

Program „przyspieszenia” pozostawał więc w jaskrawej sprzeczności  z linią polityczną  „lewicy laickiej”,

której  wyrazem  było   stwierdzenie   Tadeusza   Mazowieckiego,   że   „umów  należy   dotrzymywać”.   Warto   zwrócić

uwagę, że Tadeusz Mazowiecki uważany był i sam uważał się za szczerego demokratę, co to nie zna większego

nakazu,   nad  „wolę   społeczeństwa”.   Tak  naprawdę   jednak  „wola   społeczeństwa”   liczyła   się   o   tyle,   o   ile   była

zgodna z „umowami”, których „należy dotrzymywać” bez względu na to, czy „społeczeństwu” się to podoba, czy

nie. Tak miał wyglądać „kicz powszechnej zgody”, według trafnego określenia red. Bronisława Wildsteina.

Krótko  mówiąc,  program „przyspieszenia”  wywracał do  góry  nogami  porządek ustalony  przy  „okrągłym

stole”, toteż wiele środowisk w Polsce szczerze go poparło i ta fala wyniosła Lecha Wałęsę do prezydentury.

Jednak, w odróżnieniu od swego elektoratu, Wałęsa nie chciał żadnych zasadniczych zmian. Chciał tylko znaleźć

się  na   godnym  miejscu w  ekskluzywnym  klubie,  zanim  drzwi  do   niego   zostaną  zatrzaśnięte  przed intruzami   z

zewnątrz. Kiedy już się tam znalazł, zaraz zaczął poszukiwać porozumienia z „lewicą laicką”, czego wyrazem była

m.in. propozycja stanowiska premiera rządu dla Bronisława Geremka.

Kiedy premierem został Jan Olszewski, Wałęsa nie ukrywał swojej irytacji  z tego powodu, no a kiedy z

inicjatywy   Janusza   Korwin-Mikke   Sejm  podjął   uchwałę   lustracyjną,   a   min.   Macierewicz  ujawnił   agenturalną

przeszłość prezydenta, nastała otwarta wrogość. Wałęsa ogłosił, że teraz będzie wzmacniał „lewą nogę”, czyli

przemalowanych PZPR-owców. Ci jednak wcale nie kwapili się dopuszczać Wałesę do konfidencji i w rezultacie

jako prezydent znalazł się, excusez le mot, między nogami.

Żeby jakoś wybrnąć z tego kłopotliwego położenia, postanowił zaszachować komunistów. W  tym celu w

sierpniu   1993   r.   minister   spraw   wewnętrznych   Andrzej   Milczanowski   przyprowadził   do   Belwederu   delegację

wysokich oficerów tajnych służb, a Wałęsa oświadczył im, że „stanie w ich obronie z całą mocą”.

background image

Tak narodziło się porozumienie, które w dwa lata później zaowocowało oskarżeniem ówczesnego premiera

Józefa   Oleksego   przez  ministra   w   jego   rządzie   Andrzeja   Milczanowskiego,   o   szpiegostwo   na   rzecz  Rosji.

Wywołało to polityczne trzęsienie ziemi, ale ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach. Prokuratura wojskowa

nie potwierdziła” oskarżeń przeciwko Józefowi Oleksemu, ale też i min. Milczanowski nie został pociągnięty do

odpowiedzialności, chociaż od tamtej pory mija właśnie dziewiąty rok. Trwałym następstwem tamtej sprawy jest

głęboki rozłam w tajnych służbach, którego skutki dają o sobie znać również przy okazji afery Orlenu.

...i na dole

Przegrana   Wałęsy   w   wyborach   prezydenckich   w   roku   1995   na   rzecz   Aleksandra   Kwaśniewskiego

zapoczątkowała złoty okres  dla SLD i  jego  obrotowego sojusznika, czyli  PSL. Te ugrupowania o PRL-owskim

rodowodzie rozpoczęły proces intensywnego zawłaszczania państwa, nie krępując się specjalnie „drugą stroną

umowy  „okrągłego  stołu”,  czyli  „lewicą  laicką”,  której  polityczną  ekspozyturą   była  Unia  Wolności,  powstała   z

połączenia Unii Demokratycznej z Kongresem Liberalno-Demokratycznym.

Ustąpienie Wałęsy ożywiło też „solidarnościową” stronę sceny politycznej. Były premier Jan Olszewski i

jego Ruch Odbudowy Polski zaczęły robić konkietę na „prawej stronie” i wydawało się, że w wyborach, które

przypadały na rok 1997, to właśnie ta formacja, dążąca do obalenia układu „okrągłego stołu”, będzie alternatywą

dla SLD.

Ale   taka   możliwość   wywołała   ogromne   zaniepokojenie   w   Solidarności,   której   działacze   pragnęli   sami

przejść do polityki i ze względów ambicjonalnych, i w nadziei na awans materialny, i wreszcie – żeby zapewnić

możliwość awansu działaczom związku. Dlatego Solidarność zaczęła ostro zwalczać ROP, doprowadzając niemal

do jego marginalizacji. Miejsce ROP-u na scenie politycznej zajęła Akcja Wyborcza Solidarność, w której karty

rozdawał związek i jego przywódcy mniejsi i więksi.

Prawdziwym  celem  AWS   było,   ma   się   rozumieć   „odsunięcie   SLD   od   władzy”   po   to,   by   korzystając   z

możliwości,   jakie   daje   władza,   poznajdować   dla   swego   zaplecza   politycznego   takie   miejsca,   jakie   dla   swego

poznajdowały wcześniej SLD i PSL. W  mniemaniu polityków nadających ton tej formacji taka operacja umożliwi

prawicy”   polityczne   konfrontowanie   się   z   SLD   w   przyszłości.   Temu   celowi   podporządkowane   zostały

wiekopomne   reformy   rządu   Jerzego   Buzka,   w   którym   znalazła   się   Unia   Wolności   z   przewodniczącym

Balcerowiczem. Przytłoczył on z miejsca całą koalicję i rząd swoim autorytetem, doprowadzając do tego, że ogon

zaczął wywijać psem.

Unia Wolności zaczęła wręcz dyktować warunki AWS-owi nie tyle może dlatego, że rekomendowani przez

nią  ministrowie  byli  merytorycznie lepsi, chociaż rzeczywiście  kwalifikacje  wielu dygnitarzy  wysuniętych  przez

AWS przedstawiały wiele do życzenia, ale przede wszystkim dlatego, że Unia Wolności miała po swojej stronie

Gazetę Wyborczą” i inne media, ma się rozumieć, „niezależne”, ale naszpikowane agentami na dziennikarskich

etatach, niczym sztufada słoniną.

Efektem wiekopomnych reform był skokowy wzrost liczby znakomicie płatnych synekur w administracji, no i

oczywiście   gwałtowny   wzrost   kosztów   funkcjonowania   państwa,   które   zaczęło   szybko   się   zadłużać.   W   tej

sytuacji, w czerwcu 2000 r. Leszek Balcerowicz wyprowadził Unię Wolności z koalicji rządowej, a w grudniu tego

roku schronił się na stanowisku prezesa Narodowego Banku Polskiego. Zgodnie z konstytucją, rekomendował go

na to stanowisko prezydent Kwaśniewski.

Rząd premiera  Buzka administrował pogłębiającym się  kryzysem do  końca swojej kadencji,  po  czym w

wyborach  w   roku  2001   AWS   nie   uzyskała   nawet   5   procent   głosów   i   zniknęła   z  politycznej  sceny,   na   którą

powrócił triumfujący SLD pod przewodnictwem Leszka Millera. Jednak po okresie euforii wywołanej rugowaniem

niedobitków   AWS   z   posad   i   już   nie   tyle   zawłaszczaniem,   co   wprost   rozdrapywaniem   państwa   przez

wyposzczonych dygnitarzy pojawiły się symptomy kryzysu.

W  pierwszych dwóch latach rządów premiera Millera dług publiczny powiększył się o 20 mld dolarów, co

jest swoistym rekordem, biorąc pod uwagę, że Edward Gierek potrzebował na identyczne zadłużenie aż 9 lat.

Najgroźniejsze  jednak okazało się dla  SLD ujawnianie  afer z udziałem dygnitarzy partyjnych. Zbiegło się  to w

czasie  z  wejściem  przygotowań  do   przystąpienia   Polski   do   Unii   Europejskiej  w  fazę  decydującą,   co   nasuwa

podejrzenia, iż Niemcy postanowiły poddać Polskę kuracji przeczyszczającej.

background image

Wreszcie   26   marca   2004   r.   nastąpił   rozłam   w   samej   partii;   Marek   Borowski   opuścił   szeregi   SLD,

zakładając   SDPl,   która   według   projektów   prezydenta   Kwaśniewskiego   miała   być   zalążkiem   nowej   formacji

centrolewicowej, w której wzięłaby udział również intensywnie reanimowana Unia Wolności. Próby realizowania

tej   koncepcji   politycznej,   stanowiącej   historyczny   kompromis   „Chamów”   z   „Żydami”   pod   niemieckim

protektoratem,   doprowadziły   do   najgłębszego   kryzysu  politycznego   w   historii   III  Rzeczypospolitej,   który   może

położyć kres tej formie polskiej państwowości tym bardziej, że na scenie politycznej coraz większego znaczenia

nabierają formacje od początku swego istnienia głoszące konieczność obalenia porządku wynikającego z umowy

okrągłego stołu”, a których, według ustaleń, jakie wtedy zapadły, na polskiej scenie politycznej miało w ogóle nie

być.

Przyszłoroczne   wybory   parlamentarne,   które   odbędą   się   jednocześnie   z   prezydenckimi,   a   którym

towarzyszyć   będzie   także   w  tle   referendum  w   spawie   traktatu  konstytucyjnego,   mogłyby   mieć   z  tego   punktu

widzenia   decydujące   znaczenie.   Mogłyby,   bo   nie   jesteśmy   do   końca   pewni,   czy   decyzje   odnoszące   się   do

ewolucji  polskiej  sceny   politycznej  zapadają   u nas,   czy   w  Berlinie   lub Waszyngtonie,  albo  przy  rue   Cadet  w

Paryżu.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).